background image

ELIZABETH BEVARLY 

 

Dobra robota 

background image

PROLOG 

 

– Zoey, nie moŜe być aŜ tak źle.  

Zoey  Holland  oderwała  wzrok  od  malutkiej  dziewuszki,  którą  trzymała  na  rękach,  i 

potrząsnęła  głową.  Gęste,  rude  włosy  opadły  jej  na  twarz.  Poczuła  nagle,  jak  dziecko  je 

ciągnie. Delikatnie wyswobodziła kosmyk z drobnej piąstki i przerzuciła włosy przez ramię.  

– Sylvie, jest bardzo źle. Ten facet okazał się zupełnie szalony. Da spokój dopiero wtedy, 

kiedy będzie miał moją głowę na talerzu. Jeśli nie wierzysz, zwróć się do Livy.  

Sylvie  Buchanan  spojrzała  pytającym  wzrokiem  na  siostrę.  Olivia  McGuane  poparła 

słowa przyjaciółki.  

–  On  naprawdę  uwziął  się  na  Zoey  –  odrzekła,  próbując  pochwycić  własne  dziecko, 

uganiające  się  po  nienagannie  czystej,  luksusowej  kuchni  Sylvie.  Nie  zarzuciły  dawnego 

zwyczaju  i  dziś,  jak  co  miesiąc,  spotkały  się  w  trójkę  przy  niedzielnym  wczesnym  lunchu. 

Była  to  pierwsza  od  trzech  miesięcy  wizyta  w  domu  Sylvie,  to  jest  od  chwili  przywiezienia 

przez nią ze szpitala dopiero co urodzonej Genevieve.  

–  Bądź  ostroŜny,  Simonie  –  upomniała  Olivia  swego  ruchliwego  synka,  juŜ  prawie 

dwulatka,  biegającego  po  kuchni.  –  UwaŜaj  na  doniczki.  Ciocia  Sylvie  i  wujek  Chase  są 

znacznie  bardziej  pedantyczni  niŜ  twoi  rodzice.  I  znacznie  mniej  wyrozumiali.  Będą  się 

gniewali, jeśli narozrabiasz.  

Sylvie westchnęła głośno.  

–  Wuj  Chase  nadal  nie  pojmuje,  dlaczego  z  chwilą  pojawienia  się  dziecka  powstaje  w 

domu  stały,  gigantyczny  bałagan.  I  nadal  jest  przeświadczony,  Ŝe  moŜna  utrzymywać 

porządek. Gennie i ja doprowadzamy go do szału. – Sylvie nachyliła się nad ramieniem Zoey 

i dotknęła szyjki córeczki. – Prawda, malutka? 

Niemowlę  zagulgotało  radośnie  i  szybko  cofnęło  główkę,  gestem  tym  przypominając 

Ŝ

ółwia.  

–  Chyba  po  ojcu  odziedziczy  zielone  oczy,  a  po  tobie  jasne  włosy  –  powiedziała  Zoey, 

patrząc na dziecko. – Całkiem niezłe połączenie.  

– Jak to się dzieje, Ŝe Gennie ma juŜ włoski, a Simon przez cały rok był łysy jak kolano? 

– zapytała Livy.  

Wszystkie  trzy  zwróciły  wzrok  na  malutkiego  chłopczyka,  który  zatrzymał  się  przed 

wentylatorem i z ciekawością go oglądał. Ruch powietrza wichrzył mu gęste, ciemne loczki, 

odziedziczone po matce.  

– Z dziećmi róŜnie bywa – odparła Sylvie. – Jeśli juŜ zaczną im rosnąć włosy, to pienią 

się szybko jak chwasty. Nie masz, siostro, Ŝadnego powodu, Ŝeby się uŜalać.  

–  Obiecałaś  zaprezentować  go  w  telewizyjnym  konkursie  dla  łysych  –  przypomniała 

Zoey. – Mogłaś zrobić majątek.  

– Piękne dzięki – mruknęła Livy. – Wolę nie mieć łysego dziecka.  

– Zboczyłyśmy z tematu – przypomniała Sylvie. – Mówiłyśmy o tym nowym lekarzu w 

waszym szpitalu. O doktorze Facie.  

background image

Zoey  wsadziła  Genevieve  z  powrotem  do  koszyka,  ustawionego  na  środku  kuchennego 

stołu.  

–  On  się  nazywa  Tatę,  a  nie  Fate 

[Ang.  fate  oznacza  los  (przyp.  tłum.  )] 

–  poprawiła 

przyjaciółkę. – Byłoby okropne, gdyby prześladował mnie los. 

 

Doktor  Jonas  Tatę  pojawił  się  w  szpitalu  Seton  General,  gdzie  Zoey  i  Olivia  pracowały 

jako pielęgniarki. Zoey na oddziale noworodków, a Olivia na połoŜnictwie. Do South Jersey 

przyjechał  z  renomowanej  prywatnej  kliniki  na  zachodnim  wybrzeŜu,  gdzie  był  szefem 

oddziału  kardiologii.  KaŜdy  w  szpitalu  Seton  General  wiedział,  jak  znakomicie  się  spisywał 

na  uniwersytecie  Johna  Hopkinsa  dwanaście  lat  temu,  Ŝe  wcześniej  otrzymał  dyplom  z 

wyróŜnieniem  na  Harvardzie,  a  jeszcze  dawniej  z  doskonałymi  ocenami  ukończył  szkołę 

medyczną przy Kolumbijskim Uniwersytecie.  

Doktor  Jonas  Tatę  był,  o  czym  wiedzieli  wszyscy  w  Seton  General,  niezwykle 

utalentowanym  lekarzem.  Teraz,  kiedy  wszedł  w  skład  zarządu  szpitala,  okazał  się  równieŜ 

ś

wietnym organizatorem. Uwielbiali i powaŜali go wszyscy.  

Wszyscy oprócz Zoey Holland.  

Oczywiście,  doceniała  zalety  doktora  Tate’a  i  jego  wysoką  pozycję  w  szpitalu,  a  takŜe 

ś

wietne  kwalifikacje.  Na  samym  początku,  kiedy  się  zjawił,  nawet  go  lubiła.  Miała  jednak 

wtedy  niewiele  z  nim  kontaktów  i  szybko  ich  wzajemne  stosunki  zaczęły  się  psuć.  Ostatnio 

bez przerwy mieli z sobą na pieńku. Nie zgadzali się w Ŝadnej sprawie. KaŜdy, najdrobniejszy 

nawet  problem  stawał  się  przedmiotem  ostrego  sporu.  I  zawsze,  ale  to  zawsze,  przegrywała 

Zoey. Ona musiała ustąpić. To było oczywiste. Bo ten człowiek, bez względu na to, czy miał 

rację, czy nie, był, niestety, jej szefem.  

– Na czym polega problem tego faceta? – zapytała Sylvie.  

– Zabij mnie, ale nie wiem – odparła Zoey, zaskoczona pytaniem. – Wiem tylko tyle, Ŝe 

bez przerwy mnie się czepia. Przy kaŜdej, nawet najmniejszej okazji.  

Olivia uśmiechnęła się lekko.  

–  Wiele  pielęgniarek  byłoby  szczęśliwych,  gdyby  doktor  Tatę  ich  się  czepiał  – 

zaŜartowała. – Najchętniej w ciemnym schowku na bieliznę, podczas nocnego dyŜuru.  

– Ja do nich nie naleŜę! – warknęła Zoey. – Ten facet jest okropny. Arogancki, szorstki, 

egocentryczny, nierówny, histeryczny, tępy...  

–  I  ma  najpiękniejsze  oczy  barwy  koniaku,  jakie  kiedykolwiek  widziałam  –  z 

rozmarzeniem  dodała  Olivia.  –  A  takŜe  wspaniałe,  ciemne,  kręcone  włosy.  Uwielbiam 

męŜczyzn z takimi włosami – dodała, spoglądając z miłością na synka. – Są tacy uroczy.  

– TeŜ lubię szatynów – przyznała Sylvie. Zoey z niedowierzaniem popatrzyła na Olivię.  

– Musisz mieć źle w głowie – powiedziała. – Doktor Jonas Tatę jest uroczy? 

– Nie pastwi się nade mną – odparła Olivia, lekko wzruszając ramionami. – Jest zawsze 

dla  mnie  uprzedzająco  grzeczny.  Czasami,  przyznaję,  wydaje  się  nieco  chłodny,  a  nawet 

nieobecny myślami.  

Zoey nie dowierzała własnym uszom.  

– Ten człowiek jest zawsze niegrzeczny, zimny i traktuje ludzi z dystansem. Ma wredną 

osobowość  –  wybuchnęła.  –  Hej  –  wróciła  myślami  do  słów  przyjaciółki  –  czyŜbyś  chciała 

background image

powiedzieć, Ŝe to moja wina, iŜ znalazłam się na czele jego listy ludzi do załatwienia? 

Olivia wzruszyła ramionami. Starała się dobrze wywaŜyć odpowiedź.  

– Zdaje mi się – zaczęła ostroŜnie – Ŝe jego złe humory prowokuje twoja obecność.  

– Co chcesz przez to powiedzieć? – spytała zaskoczona Zoey.  

– Niektórzy ludzie źle na siebie działają – odparła powoli Olivia.  

Sylvie potwierdziła jej opinię skinieniem głowy.  

–  Livy,  wiem,  co  masz  na  myśli.  Tak  właśnie  było  przez  pewien  czas  między  mną  a 

Chase’em. Nic nas nie łączyło, oczywiście oprócz Gennie. Doprowadzał mnie do szału. Ale – 

dodała z uśmiechem – jakoś to pokonaliśmy. Teraz jest idealnie.  

–  Nic  w  moim  Ŝyciu  nie  będzie  idealnie,  dopóki  będę  musiała  mieć  do  czynienia  z 

doktorem Jonasem Tate’em – oświadczyła ponuro Zoey. – Jest coś w tym człowieku, co...  

– Daj spokój – przerwała jej Sylvie. – Posłuchaj, dam ci teraz najmądrzejszą, najgłębszą 

wskazówkę  z  mego  arsenału  dobrych  rad  znającej  Ŝycie  barmanki.  Radę,  która  nigdy  nie 

zawiodła ani mnie, ani Ŝadnego z moich klientów.  

Zoey nawet nie próbowała ukrywać sceptycyzmu.  

– Co to jest? – mruknęła.  

– Płyń z prądem.  

Zoey spojrzała niepewnie na Sylvie i zaraz potem przeniosła wzrok na Olivię.  

–  Płyń  z  prądem  –  powtórzyła  tępym  głosem,  wymawiając  kaŜde  słowo  wyraźnie  i  z 

osobna.  

–  Tak.  –  Sylvie  skinęła  głową.  –  Byłabyś  zaskoczona,  wiedząc,  jak  często  ludzie  sami 

sobie  stwarzają  problemy,  walcząc  z  czymś,  co  nieuniknione,  bijąc  głową  o  ścianę  wtedy, 

kiedy  robić  tego  nie  powinni.  Popatrz  na  Livy  i  na  mnie  i  przypomnij  sobie  wszystkie 

problemy, które miałyśmy z Danielem i Chase’em. Obie jesteśmy idealnymi przykładami.  – 

Sylvie spojrzała na dziecko zasypiające  w koszyku i uśmiechnęła się lekko. – Rozluźnij się, 

odpręŜ  i  pozwól,  Ŝeby  sprawy  biegły  swoim  trybem.  Zoey,  ty  i  doktor  Fate  jakoś  się 

dogadacie.  

– Nie Fate, lecz Tatę – poprawiła ją Zoey. Sylvie machnęła ręką.  

– A co to za róŜnica? 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

Dla  Jonasa  Tate’a  nie  był  to  dobry  dzień.  A  wszystko  z  winy  Juliany.  Była  najbardziej 

wymagającą,  nieznośną  i  apodyktyczną  kobietą,  jaką  znał.  Absolutnym  potworem  z 

ogromnymi  niebieskimi  oczyma,  miękkimi,  jasnymi  włosami  i  delikatnie  wygiętymi  w  łuk 

wargami.  Od  dwóch  miesięcy,  to  znaczy  odkąd  znalazła  się  w  jego  domu,  budziła  go  w 

ś

rodku nocy, nalegając, Ŝeby się nią zajął, a jej potrzeb nie zaspokoiłby nawet pułk Ŝołnierzy. 

Nie pozwalała mu zasnąć dopóty, dopóki jej nie zadowolił. Obudzona i nasycona, męczyła go 

nadal,  zmuszając,  Ŝeby  ją  zabawiał.  Opowiadał  więc  róŜne  historyjki,  włączał  muzykę  i 

usiłował prowadzić sensowną konwersację. Wszystko nadaremnie.  

Była zabójczym gatunkiem kobiety, myślał. W jednej chwili urocza, ponętna i zgodna, w 

drugiej  przeistaczała  się  w  potwora.  Nie  miał  wątpliwości,  Ŝe  pewnego  dnia  na  śmierć 

zamęczy jakiegoś nieszczęśnika.  

Na domiar złego miała dopiero trzy miesiące.  

Jonas  wysunął  prawą  górną  szufladę  biurka,  odgarnął  na  bok  stos  papierów  i  wyciągnął 

buteleczkę z silnym środkiem przeciwbólowym. Bez wody połknął trzy tabletki. Skrzywił się, 

kiedy  jedna  utknęła  mu  w  gardle.  Podszedł  do  nawilŜacza  powietrza,  stojącego  w  rogu 

gabinetu.  Napił  się  wody.  Rzucił  okiem  na  lustro  wiszące  w  pobliŜu  i  skrzywił  się  jeszcze 

bardziej.  

Wyglądał okropnie. Ciemne, wijące się, zmierzwione włosy wymagały  ręki fryzjera. Na 

pójście do niego nie miał czasu.  

Dziś rano takŜe nie starczyło mu czasu, Ŝeby się ogolić, a czarny zarost zajmował ponad 

połowę  twarzy.  DuŜe  sińce,  wynik  przepracowania,  przekształciły  się  w  ciemne  obręcze 

wokół głęboko zapadniętych oczu, spowodowane całkowitym brakiem snu. Nie wyglądał na 

człowieka zarządzającego częścią szpitala, lecz na pacjenta oddziału psychiatrycznego.  

Głośne  pukanie  do  drzwi  sprawiło,  Ŝe  odwrócił  się  nerwowo,  rozpryskując  zawartość 

kubka na rękaw. Czując na ciele zimną wodę, drgnął i tym razem pochlapał cały przód białej 

koszuli.  

– Proszę wejść! – wykrzyknął, ze złością patrząc na mokry strój.  

Drzwi  gabinetu  otworzyły  się  powoli.  Wsunęła  głowę  jedna  z  nowo  przyjętych 

internistek.  

– Czy mówię z doktorem Tate’em? – spytała, nie wchodząc dalej.  

–  Tak.  –  Nie  pamiętał  nazwiska  tej  młodej  kobiety.  Nie  miało  to  zresztą  większego 

znaczenia.  

– Jest pan potrzebny na oddziale noworodków – oznajmiła. 

– Poco? 

– Nie wiem. Prosili, Ŝeby pana sprowadzić.  

– Czy to coś pilnego? 

Lekarka zastanawiała się przez chwilę.  

– Chyba nie. Gdyby tak było, pewnie by mi powiedzieli. Mam rację? 

background image

– Być moŜe.  

–  W  przeciwnym  razie  szukaliby  pana,  uŜywając  pagera.  Jonas  popatrzył  na  młodą 

kobietę.  

– Jak pani się nazywa? – zapytał.  

– Mills, proszę pana. Claudia Mills.  

–  Mills  –  powtórzył,  nie  ukrywając  niezadowolenia.  –  Doktor  Mills.  Od  kiedy  pracuje 

pani w naszym szpitalu? 

– Od dwóch tygodni, proszę pana.  

–  Aha,  od  dwóch  tygodni.  I  przez  ten  czas  zdąŜyła  pani  całkowicie  zapomnieć  o 

podstawowych zasadach edukacji lekarskiej.  

Oczy  młodej  kobiety  rozszerzyły  się  ze  zdziwienia,  lecz  zaraz  potem  opuściła  głowę, 

Ŝ

eby uniknąć oskarŜycielskiego wzroku Jonesa.  

– Proszę pana. ja nie...  

Podszedł  do  drzwi  i  otworzył  je  tak  szeroko,  Ŝe  lekarka  oparta  o  framugę  lekko  się 

zachwiała.  

– Następnym razem, doktor Mills, jeśli ktoś o coś panią poprosi, proszę dowiedzieć się, o 

co chodzi, zanim wpadnie tu pani tak beztrosko, jak teraz. Jasne?  I jeszcze jedno. Jeśli chce 

pani  dłuŜej  przetrwać  w  tym  zawodzie,  musi  pani  się  uodpornić.  Nie  jestem  ostatnią  osobą, 

która  będzie  wytykać  pani  głupie  błędy.  Proszę  pilnować  się  i  robić  ich  moŜliwie  jak 

najmniej. Bo ktoś moŜe na tym stracić. Nawet Ŝycie. A jak wtedy się pani będzie czuła? 

Zamknął drzwi. Och, ci interniści, pomyślał z westchnieniem. śaden z nich nie nadaje się 

do solidnej roboty.  

Nadal był zły i bolała  go głowa, kiedy znalazł się na oddziale noworodków. Panował tu 

spokój.  W  dyŜurce  siedziała  tylko  jedna  pielęgniarka.  Pochylona,  notowała  coś  w  karcie 

pacjenta.  

– O co chodzi? – zapytał Jonas, podchodząc bliŜej. Pielęgniarka zerwała się z miejsca.  

– Doktor Forrest chce widzieć pana doktora w sali C.  

– Mówiła, po co? 

–  Nie.  Prosiła  tylko,  Ŝeby  od  razu  pana  tam  skierować.  Potarł  czoło,  usiłując  rozpędzić 

ból,  który  rozsadzał  mu  czaszkę.  Tabletki  nie  zadziałały.  Ściskał  rękoma  głowę,  kiedy 

otwierał drzwi do sali C, tak Ŝe nie od razu zauwaŜył, Ŝe jest w niej cały tłum zebranych ludzi. 

Przywitali go chóralnym okrzykiem: 

– Niespodzianka! 

Jonas  zobaczył,  Ŝe  otaczają  go  lekarze,  pielęgniarki,  sanitariusze  i  inni  pracownicy 

wschodniego skrzydła szpitala. Nad ich głowami falowały kolorowe baloniki. Na środku sali 

ustawiono ogromny tort ozdobiony świeczkami.  

–  Sądziłeś,  Ŝe  ukryjesz  przed  nami  tę  czwartą  okrągłą  rocznicę?  –  spytała  Lily  Forrest, 

szefowa oddziału intensywnej opieki nad niemowlętami.  

Lily  i  jej  mąŜ,  Mike,  stali  się  pierwszymi  przyjaciółmi  Jonasa,  odkąd  przeniósł  się  do 

New  Jersey.  Pierwszymi  i  jedynymi,  pomyślał  z  goryczą.  Ale  przecieŜ  był  samotnikiem. 

Przynajmniej  do  chwili,  w  której  pracownica  opieki  społecznej  zapukała  do  jego  drzwi, 

background image

trzymając  na  rękach  Julianę.  Od  Nowego  Roku  zdarzyło  się  jeszcze  jedno  niesympatyczne 

przeŜycie. Jonasowi stuknęła właśnie czterdziestka. Nie miał pojęcia, w jaki sposób  Lily  się 

dowiedziała,  Ŝe  dziś  są  jego  urodziny,  o  których,  oczywiście,  nie  mówił  nikomu.  Do  diabła, 

starał się o nich nawet nie myśleć.  

Rozradował  go  widok  uśmiechniętych  twarzy  i  tortu  z  płonącymi  świeczkami.  Jego 

wzrok zatrzymał się na wysokiej, szczupłej postaci.  

W  rogu  sali  stała  samotnie  ruda  kobieta.  Z  włosami  ściągniętymi  w  koński  ogon,  w 

wykrochmalonym,  niebieskim  chirurgicznym  stroju  i  ze  stetoskopem  zwisającym  z  szyi 

wyglądała jak uosobienie spokoju. Jonas musiał przyznać, Ŝe Zoey Holland była pielęgniarką 

idealną.  Opanowaną  i  kompetentną.  Wiedział  jednak,  Ŝe  pod  maską  zewnętrznego  spokoju 

kryje się drapieŜna kotka. Długie, wymanikiurowane pazurki zawsze były wymierzone w jego 

stronę.  

Jonas  wiedział  ponadto,  Ŝe  Zoey  go  nie  znosi.  I  być  moŜe  miała  rację.  Był,  zwłaszcza 

ostatnio, bardzo trudny we współpracy. A ponadto ta młoda kobieta bez przerwy go draŜniła. 

Od pierwszego spotkania ciągle się z sobą ścierali.  

– Co ty na to? – zapytała doktor Forrest, serdecznym gestem obejmując Jonasa.  

–  Lily,  nie  wiem,  co  powiedzieć  –  odrzekł  zgodnie  z  prawdą.  –  Kto  teraz  zajmuje  się 

chorymi? Pacjentki muszą się zastanawiać, gdzie podział się personel – mruknął.  

–  Były  tak  miłe,  Ŝe  obiecały  poczekać  z  rodzeniem  aŜ  do  zakończenia  naszej 

uroczystości. A poza tym mamy koniec zmiany. Wszyscy, jak tu jesteśmy, uporaliśmy się juŜ 

z robotą.  

–  I  zamiast  wracać  do  domu,  przyszliście  złoŜyć  mi  Ŝyczenia  –  powiedział  Jonas, 

wzruszony przyjacielskim gestem kolegów. – Bardzo wam dziękuję. Ale skąd dowiedzieliście 

się,  Ŝe  dziś  moje  urodziny?  MoŜe  zresztą  lepiej  nie  wiedzieć...  –  zawiesił  głos.  –  Bardzo 

dziękuję – powtórzył.  

– A teraz szybko zdmuchnij świeczki, zanim zjawi się straŜ poŜarna – powiedziała Lily.  

ZbliŜając  się  do  tortu,  kątem  oka  Jonas  zobaczył,  jak  Zoey  dyskretnie  wycofuje  się  w 

stronę drzwi. Na pewno kazano jej tu przyjść, pomyślał. Z własnej, nieprzymuszonej woli by 

tego nie zrobiła.  

I nagle wstąpił w niego diabeł. Jakaś siła kazała mu krzyknąć w jej stronę: 

–  Hej,  Zoey!  PomóŜ  mi!  Sam  nie  dam  rady.  Zatrzymała  się  w  pół  kroku.  Musiała  być 

wściekła, Ŝe ją wywołał.  

–  Przykro  mi,  doktorze  Tatę,  ale  się  spieszę  –  odparła  lodowatym  tonem.  –  Biorę  za 

Jeannette dodatkowy nocny dyŜur i muszę jechać do domu, Ŝeby trochę się przespać.  

Przy  ruchu  głowy  kaskada  rudych  włosów  ściągniętych  w  koński  ogon  opadła  jej  na 

ramię.  Jonas  zapragnął  nagle  zanurzyć  w  nie  palce.  Zastanawiał  się,  czy  powrót  Zoey  do 

domu wiąŜe się z jakimś męŜczyzną i czy dla niego tak się uczesała. Zwykle upinała włosy w 

kok przylegający ściśle do głowy lub zaplatała je w warkocz.  

Zobaczył zimny, odpychający błysk zielonych oczu młodej kobiety. Dawała mu znać, Ŝe 

jej sprawy to nie jego interes.  

– Chodź tutaj! – zawołał ponownie. – To zajmie tylko minutkę.  

background image

Gdyby wzrok mógł zabijać, Zoey Holland unicestwiłaby Jonasa. We wschodnim skrzydle 

szpitala  było  tajemnicą  poliszynela,  Ŝe  ładna  pielęgniarka  i  pan  doktor  Jonas  Tatę  za  sobą, 

oględnie mówiąc, nie przepadają.  

Co on kombinuje? zastanawiała się Zoey. Jaki numer chce mi wyciąć? Na domiar złego, 

przeŜyła  koszmarny  dzień.  Jedyną  pociechą  było  to,  Ŝe  obyło  się  bez  Ŝadnego  konfliktu  z 

szefem.  AŜ  do  tej  pory.  Sięgała  właśnie  po  płaszcz,  kiedy  zatrzymał  ją  głos  doktor  Forrest. 

Zoey  darzyła  lekarkę  ogromnym  szacunkiem  i  podziwem.  Dlatego  tylko  zgodziła  się 

uczestniczyć w urodzinowym przyjęciu doktora Tate’a. Krótko, przez parę minut, co obiecała 

jej  doktor  Forrest,  wiedząc  o  istniejącej  animozji  między  nią  i  nowym  lekarzem.  MoŜe 

dlatego chciała widzieć ją tu, by złagodzić z dnia na dzień pogarszającą się atmosferę? 

Zoey wiedziała, Ŝe najlepszą metodą naprawy stosunków między nią a doktorem Tate’em 

byłoby  wzniesienie  między  nimi  trzymetrowego  muru.  Obiecała  jednak  Lily  Forrest,  Ŝe 

przyjdzie na urodzinowe święto. Postoi w kącie przez parę minut. Nic się przecieŜ nie stanie, 

uznała.  Ponadto  miał  być  tort.  A  czekoladowy  tort  z  kremem  był  dla  Zoey  największym 

przysmakiem. Weźmie kawałek, zawiezie do domu i zje po kolacji.  

– Zoey – powtórzył Jonas. – Pospiesz się. Tort czeka.  

Nie wiedząc dlaczego, postanowiła jednak włączyć  się do  gry. Ruszyła powoli w stronę 

znienawidzonego lekarza.  

ZauwaŜyła,  Ŝe  wyglądał  okropnie.  Miał  zmierzwione  włosy  i  rano  się  nie  ogolił. 

Zastanawiała się, czy zaspał po nocy spędzonej z kobietą na gimnastyce seksualnej i nie miał 

czasu lub siły, Ŝeby przed pójściem do pracy doprowadzić się do porządku. Prawdę mówiąc, 

wygląda na wykończonego, uznała podchodząc bliŜej. Z jakimi kobietami się umawia? 

Uśmiechnął  się,  kiedy  stanęła  obok.  Zastanawiała  się  nad  typem  kobiet,  które  go 

interesowały.  Musiały  być  pewnie  drobne,  ciche,  łagodne  i  potulne.  Do  takich  ona  sama  nie 

naleŜała.  Była  prawie  wzrostu  Jonasa,  dobrze  zbudowana,  o  duŜych  dłoniach,  niewiele 

mniejszych  niŜ  jego  własne.  A  jeśli  chodzi  o  łagodność  i  potulność...  No  cóŜ,  nikt  nigdy  za 

taką jej nie uwaŜał. Mówiła to, co myśli, i nigdy, ‘ ale to przenigdy nikt nie mówił jej, co ma 

robić i jak postępować.  

Z wyjątkiem Jonasa Tate’a, pomyślała.  

Zwinęła dłonie w pięści po obu stronach ciała, kiedy uprzytomniła sobie, Ŝe znów wpadła 

w pułapkę. Jeszcze raz poddała się jego presji.  

– Liczę do trzech – szepnął jej Jonas do ucha. TuŜ obok zobaczyła jego twarz. Usiłowała 

się  cofnąć,  lecz  przytrzymał  ją  za  rękę,  z  lekkim,  zagadkowym  uśmiechem  na  wargach, 

wskazującym na to, Ŝe wiedział, co Zoey zamierza zrobić.  

Poczuła się dziwnie. Od ręki Jonasa przez jej ciało przebiegł dreszcz.  

Doktor Tatę doliczył do trzech. Oboje nabrali głęboko powietrza, nachylili się nad tortem 

i  dmuchnęli.  Świeczki  zgasły.  Wszystkie.  Zebrani  zaczęli  wiwatować  i  bić  brawa.  Nawet 

Zoey zrobiło się miło.  

– To znaczy, Ŝe spełni się moje marzenie – powiedział Jonas, pochylając się ku Zoey.  

– Tak mówią – skomentowała cicho. Zacisnął palce na jej ręce.  

– Nie  chcesz wiedzieć,  o czym pomyślałem? – zapytał. W oczach Jonasa dojrzała nagle 

background image

poŜądanie.  Serce  zaczęło  bić  jej  jak  szalone.  Co  to  za  Ŝarty?  zastanawiała  się.  Po  co  mi  to 

robi? 

Potrząsnęła przecząco głową.  

– Nie, chyba nie – odrzekła prawie szeptem. Uśmiechnął się zagadkowo.  

– Moje Ŝyczenie się spełni, więc niedługo sama się przekonasz, bo dotyczy takŜe ciebie.  

Roześmiała  się  niepewnie.  Usiłowała  rozluźnić  powstałe  między  nimi  napięcie. 

Wyswobodziła rękę z uścisku Jonasa.  

– Och, juŜ wiem, czego pan pragnie – powiedziała po chwili.  

Jego jasnobrązowe oczy rozbłysły nagle. ZbliŜył się do Zoey.  

– Naprawdę wiesz? – zapytał. Skinęła głową.  

–  Tak.  Chce  pan,  Ŝebym  rzuciła  pracę.  Abym  złoŜyła  wymówienie  albo  popełniła  jakiś 

niewybaczalny błąd, za co mógłby mnie pan wyrzucić.  

Jonas Tatę spojrzał na nią badawczo.  

– Tak myślisz naprawdę? 

–  Tak.  –  Cofnęła  się  o  jeszcze  jeden  krok.  Mówiła  cicho,  by  nikt  nie  słyszał.  – 

Niedoczekanie,  doktorze  Tatę  –  wycedziła  przez  zaciśnięte  zęby.  –  Zbyt  długo  tu  pracuję  i 

mam zbyt ugruntowaną pozycję zawodową, Ŝeby byle lekarz odgrywał się na mnie.  

Mówiąc  tak  obcesowo,  znów  popełniła  błąd  i  dobrze  o  tym  wiedziała.  Kujej  wielkiemu 

zdziwieniu, w odpowiedzi Jonas Tatę tylko się uśmiechnął.  

– Punkt dla ciebie, Zoey – odparł po chwili. – Punkt.  

Z tymi słowami odwrócił się w stronę tortu, który  Lily kroiła i rozdawała obecnym. Nie 

spojrzał nawet na Zoey, co ją dotknęło, lecz zaraz potem uprzytomniła sobie, Ŝe to jej zaleŜy 

przecieŜ, Ŝeby Jonas ją ignorował. Lepsze to niŜ zwracanie na siebie uwagi niesympatycznego 

lekarza.  

Mimo  woli  zawiedziona,  Zoey  wycofała  się  z  sali.  Muszę  się  przespać,  pomyślała. 

Potrzebowała  paru  godzin  snu.  Chyba  dlatego,  Ŝe  była  wykończona,  tak  gwałtownie 

zareagowała na zachowanie się Jonasa. Wieczorem sama zapomni, o co w ogóle chodziło.  

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

Siedząc  w  dyŜurce,  Zoey  wyciągnęła  ręce  wysoko  nad  głową  i  obserwowała  tarczę 

zegara. Na widok wskazówki dochodzącej do dwunastki uśmiechnęła się radośnie. Było coraz 

bliŜej  do  końca  dyŜuru  i  do  upragnionego,  długiego  weekendu.  JuŜ  zdąŜyła  zapomnieć,  jak 

miła jest praca na trzeciej zmianie, kiedy wokół panuje nocny spokój i nic się nie dzieje. Za 

godzinę będzie juŜ wracała do domu i cieszyła się aŜ trzema wolnymi dniami. Normalnie o tej 

porze wyruszałaby do pracy.  

Kiedy  trzy  lata  temu  zrezygnowała  z  dyŜurów  na  zmianie  od  jedenastej  wieczór  do 

siódmej  rano  i  rozpoczęła  regularną  pracę  dzienną,  była  zadowolona.  Nocne  dyŜury 

dezorganizowały  całe  jej  Ŝycie.  Pracowała  wtedy,  kiedy  inni  spali,  i  odpoczywała,  gdy 

normalnie egzystowali. Zmęczenie to zresztą dobra wymówka przeznaczona dla tych, którzy 

wyrzucali jej, Ŝe zbyt rzadko umawia się na randki. Teraz, kiedy z reguły pracowała w dzień, 

nadal nieczęsto spotykała się z przedstawicielami płci brzydkiej. Dlaczego? 

Bo  męŜczyźni  to  w  większości  dranie,  natychmiast  sobie  odpowiadała.  Casus:  doktor 

Jonas Tatę.  

Co ten facet właściwie myśli? Za kogo się ma? Po raz setny od wczorajszego popołudnia 

męczyły  Zoey  te  pytania.  Na  samo  wspomnienie  nieznośnego  lekarza  wszystko  się  w  niej 

gotowało.  Jego  uwagi  i  komentarze  były  płaskie.  Nieciekawe.  Tylko  ją  złościły. 

Doprowadzały do białej gorączki.  

Powtarzała  to  nadal  o  siódmej  rano,  kiedy  przyszła  Jeanette,  aby  ją  zastąpić.  Zoey  nie 

była zmęczona. Wręcz przeciwnie, po spokojnej nocy poczuła nagły przypływ energii. Miała 

ochotę  miło  spędzić  dzień.  W  piątek  Olivia  pracowała,  lecz  Sylvie  miała  wolne.  MoŜe  we 

trzy,  z  Sylvie  i  z  malutką  Gennie,  przeŜyją  jakąś  przygodę,  pomyślała  z  uśmiechem  na 

twarzy. Marzec w tym roku był zimny i pogoda nie zachęcała do spacerów. Pójdą do kina lub 

na zakupy? 

Zebrała  swoje  rzeczy,  włoŜyła  skafander,  wyszła  na  korytarz  i  wcisnęła  guzik  windy, 

Ŝ

eby zjechać na dół. Po chwili drzwi kabiny się otworzyły. Stała w nich Lily Forrest.  

– Wychodzisz? – spytała Zoey lekarka.  

– Tak. Zastępuje mnie Jeannette. Nie mogę zostać dłuŜej. Jadę do domu.  

– Świetnie się składa. Gdybym nawet chciała jakoś to zorganizować, lepiej by nie wyszło.  

Zoey popatrzyła podejrzliwie na lekarkę.  

– Co zorganizować? zapytała.  

– Mieszkasz w Haddonfield, prawda? 

– Tak.  

–  To  doskonale.  Skoro  wracasz  do  domu,  to  znaczy  jedziesz  w  tamtą  stronę.  Czy 

mogłabyś oddać mi przysługę? 

– O co chodzi? 

– Czy po drodze do domu moŜesz oddać w Tavistock akta pacjenta? 

– Oczywiście. To Ŝaden problem.  

background image

– Otrzymaliśmy je dopiero wczoraj. W południe lekarz przedstawia sprawę w Krajowym 

Instytucie Zdrowia w Maryland. Gdyby musiał wracać po te akta do szpitala, zanim pojedzie 

do Bethesdy, nie miałby szans zdąŜyć na czas. – Lily Forrest podała Zoey duŜą, szarą kopertę. 

– A to jest adres. – Z kieszeni fartucha wyciągnęła kartkę. – Czy będziesz musiała zbaczać z 

drogi? 

Zoey rzuciła wzrokiem na świstek papieru.  

– Nie przejmuj się, Lily – odparła. – Mieszkam w pobliŜu Tavistock. Co wieczór chodzę 

tam na spacery.  

Wspaniała  dzielnica,  pomyślała,  wsuwając  kartkę  do  wewnętrznej  kieszeni  skafandra. 

Ogromne, wiktoriańskie domy z przepięknie utrzymanymi trawnikami i ogrodami, oraz stare, 

wysokie, strzeliste drzewa. Bardzo się jej tam podobało. Było spokojnie, ładnie i dostojnie. Po 

przykrych doświadczeniach, których nie szczędziło jej Ŝycie, bardzo sobie ceniła te walory.  

–  Jestem  ci  ogromnie  zobowiązana  za  przysługę  –  powiedziała  Lily.  Ruszyła  Ŝwawo  w 

stronę  oddziału  wcześniaków.  –  I  odwdzięczę  się  –  zawołała  przez  ramię.  Zaraz  potem 

zniknęła za zakrętem korytarza.  

Zoey  pomachała  ręką  lekarce  i  cofnęła  się  w  stronę  windy.  Kiedy  brała  adres  od  Lily, 

winda  zdąŜyła  odjechać.  Zoey  była  w  zbyt  dobrym  humorze,  Ŝeby  się  tym  przejąć.  Miała 

przed  sobą  długi,  trzydniowy  weekend.  Spokojny,  bez  Ŝadnych  zobowiązań.  I,  co 

najwaŜniejsze, przez siedemdziesiąt dwie godziny nie będzie musiała oglądać doktora Jonasa 

Tate’a! 

Odetchnęła z ulgą i ponownie wcisnęła guzik windy.  

Jonas  Tatę  popatrzył  na  niemowlę.  Spało  w  dziecinnym  pokoju  urządzonym  obok  jego 

sypialni. Nie wiadomo czemu przypomniała mu się rudowłosa pielęgniarka. Nie miał pojęcia, 

co w niego wstąpiło, Ŝe zmusił ją do udziału w gaszeniu urodzinowych świeczek. Niemal na 

nią napadł w sali pełnej ludzi. Rozbierał oczyma. Musiał przyznać, Ŝe widok był fascynujący.  

Och,  jak  mógł  zachować  się  tak  idiotycznie?  A  w  ogóle  dlaczego  interesowała  go  ta 

irytująca kobieta? zapytywał sam siebie. Zoey Holland była nieznośna, uparta, pewna siebie i 

pyskata.  Nadawała  się  bardziej  na  straŜniczkę  więzienną  niŜ  na  opiekunkę  niemowląt.  Nie 

miała w sobie niczego, co mogłoby go podniecić. Absolutnie niczego.  

Jeśli  tak  było  rzeczywiście,  to  dlaczego  głośny  płacz  Juliany  wyrwał  go  godzinę  temu z 

najbardziej  erotycznego  snu.  jaki  kiedykolwiek  mu  się  przyśnił?  Snu,  w  którym  główną  i 

jedyną Ŝeńską rolę odgrywała siostra Zoey? 

Jestem  zmęczony  i  niedospany,  pomyślał  Jonas.  Było  to  jedyne  wyjaśnienie,  które  mu 

przyszło do głowy, tłumaczące jego dziwaczne zachowanie w szpitalu wczoraj po południu i 

późniejsze  fantazje  seksualne  na  temat  Zoey  Holland.  Całkowite  wyczerpanie  sprawia,  Ŝe 

ludzie  zachowują  się  w  sposób  nieobliczalny.  I  dzisiejszej  nocy  teŜ  nie  miał  szans,  Ŝeby  się 

wreszcie wyspać.  

Dzisiejszej nocy? powtórzył z rozpaczą. Był to juŜ wczesny ranek. Czuł się teraz bardziej 

zmęczony,  niŜ  kiedy  kładł  się  wieczorem  do  łóŜka.  Z  do  połowy  opróŜnioną  butelką  stał 

zdezorientowany  nad  leŜącym  dzieckiem,  nie  wiedząc,  co  robić.  Juliana  wreszcie  zasnęła. 

Jonas bał się poruszyć, Ŝeby znów się nie obudziła i nie zaczęła płakać.  

background image

Wokół  panował  idealny  spokój.  Jak  nigdy,  odkąd  wprowadził  się  do  tego  ogromnego, 

starego wiktoriańskiego domu. Od razu polubił nową siedzibę. Wysokie, przestronne pokoje z 

duŜymi oknami, ciemne mahoniowe boazerie i potęŜne, rosnące wokół drzewa stwarzały aurę 

powagi i spokoju. Ten dom w Tavistock, otoczenie i cała reszta wydawały się idealne. Przez 

pierwsze  kilka  miesięcy  pobytu  Jonasa  w  New  Jersey,  bo  potem,  akurat  w  Nowy  Rok, 

zapukała  do  drzwi  pani  Edna  Caldecott  z  Międzynarodowej  Organizacji  Pomocy  Dzieciom. 

Ze złymi wieściami i małym zawiniątkiem na rękach.  

Tak jakby na wspomnienie tamtych chwil, nagle odezwał się dzwonek u drzwi. Dziecko 

się obudziło. Przez jedną krótką chwilę Jonas łudził się, Ŝe mała przewróci się na bok i zaśnie, 

lecz  stało  się  inaczej.  Juliana  otworzyła  buzię  i  zaczęła  płakać.  Głośno.  Przeraźliwie. 

Rozdzierająco.  

Patrzył na rozpaczą na dziecko. Na ogół starał się go w ogóle nie dotykać, pozostawiając 

je pod opieką kolejnych piastunek, które wynajmował na czas swego pobytu w szpitalu.  

Od  stycznia  zwolnił  ich  z  sześć.  śadna  nie  wydała  mu  się  odpowiednia.  Pani  Howard 

stale  patrzyła  spode  łba,  pani  Cather  była  zbyt  miękka  i  rozpuszczała  dziecko.  Evan  był 

niezły,  lecz  miał  dopiero  dziewiętnaście  lat  i  niewiele  wiadomości  na  temat  wychowywania 

niemowląt. A Melissa? Gdy pewnego dnia wrócił wieczorem do domu, zastał ją, nagutką, w 

swoim łóŜku. Do opieki nad Juliana zupełnie się nie nadawała.  

Spodobała mu się natomiast piastunka, którą przyjął niedawno. Sześćdziesięciodwuletnia 

pani  Garrison  wychowała  czwórkę  własnych  dzieci  i  miała  najłagodniejsze  niebieskie  oczy, 

jakie  kiedykolwiek  widział.  Cieszył  się,  Ŝe  na  dłuŜej  zapewni  dobrą  opiekę  dziecku,  lecz 

właśnie  wczoraj  oświadczyła  mu,  Ŝe  juŜ  nie  wraca  do  pracy.  Przyłapano  ją  na  rozboju  z 

bronią w ręku i wygląda na to, Ŝe najbliŜsze kilka lat, a moŜe nawet dziesięć, spędzi zupełnie 

gdzie  indziej.  Powiedziała  mu  przy  tym,  Ŝeby  się  nie  martwił,  bo  za  dobre  sprawowanie 

wyjdzie wcześniej z więzienia i będzie mogła podjąć przerwaną pracę.  

Dzwonek przy drzwiach zadźwięczał ponownie. Juliana płakała głośno i przejmująco.  

–  Dobrze  juŜ,  dobrze  –  powiedział  Jonas  uspokajająco  do  dziecka.  Wyjął  je  z  kołyski  i 

wziął niezdarnie na ręce.  

Ubrany tylko w wiśniowe jedwabne spodnie od piŜamy, schodził ostroŜnie po schodach. 

Nie miał pojęcia, kto dzwoni do drzwi o siódmej trzydzieści rano.  

Juliana płakała coraz głośniej. Była czerwona i opuchnięta od łez.  

Jonas otworzył drzwi. Na progu domu stała Zoey Holland.  

– Co ty tu robisz? 

– Co pan tu robi? – padły równocześnie dwa pytania.  

– Ja tu mieszkam – odparł Jonas.  

–  Przysłała  mnie  Lily  Forrester  –  wyjaśniła  Zoey.  –  Co  pan,  do  licha,  wyczynia  z  tym 

biednym maleństwem? 

Mimo  Ŝe  bez  przerwy  otoczona  niemowlętami,  nigdy  nie  mogła  znieść  płaczu  dziecka. 

Odruchowo wyciągnęła ręce i wzięła małą. Jonas oddał ją chętnie. Nieproszona, Zoey weszła 

do  domu  i  nogą  zamknęła  za  sobą  drzwi,  Ŝeby  chłód  poranka  nie  zaszkodził  niemowlęciu. 

Kołysała  je  na  rękach,  przemawiając  łagodnym,  kojącym  głosem.  Dziecko  przestało  płakać 

background image

prawie natychmiast. Spoglądało na świat załzawionymi, opuchniętymi oczkami.  

–  Bardzo  jesteś  miła.  –  Zoey  od  razu  zorientowała  się,  Ŝe  niemowlę  jest  dziewczynką. 

Pocałowała  ją  w  czółko  i  uśmiechnęła  się.  –  To  dla  pana  –  powiedziała  do  Jonasa, 

wyciągnąwszy spod pachy szarą kopertę. – Doktor Forrest prosiła, Ŝebym podrzuciła ją panu, 

wracając do domu. Mówiła, Ŝe te materiały są dziś panu potrzebne.  

Nie wysunął ręki po kopertę. Zoey mimo woli spojrzała na niego. Zobaczyła przed sobą 

dobrze  zbudowanego  męŜczyznę  o  szerokiej,  umięśnionej  klatce  piersiowej,  silnych 

ramionach,  w  spodniach  od  piŜamy  okrywających  wąskie  biodra  i  płaski  brzuch.  Zoey 

wolałaby,  Ŝeby  to  piękne  ciało,  które  miała  przed  sobą,  naleŜało  do  kogoś  innego,  a  nie  do 

doktora Jonasa Tate’a.  

Obiekt  oględzin  zauwaŜył  jej  badawczy  wzrok.  Spłonęła  rumieńcem.  Wyciągnęła  ku 

Jonasowi rękę z kopertą. Nadal jej nie odbierał.  

Powiedziała lekko schrypniętym głosem: 

– Doktor Forrest mówiła, Ŝe to waŜne.  

Jonas  wziął  wreszcie  kopertę.  OdłoŜył  ją  na  kanapę.  Nie  odrywał  wzroku  od  Zoey  z 

niemowlęciem  na  ręku.  A  poniewaŜ  czuła  się  znacznie  pewniej  przy  dziecku  niŜ  przy 

roznegliŜowanym męŜczyźnie, spuściła wzrok i patrzyła na małą.  

–  Jak  masz  na  imię,  słoneczko?  –  spytała  łagodnym  tonem,  głaszcząc  lekko  policzek 

dziecka. – Jak? 

Mała zaczęła gaworzyć radośnie i uśmiechnęła się.  

– To jest Juliana – odparł męski, szorstki głos. – Juliana Tatę. Zoey nie odrywała wzroku 

od dziecka, bojąc się spojrzeć na Jonasa, który stał obok.  

–  To  chyba  zbyt  powaŜne  imię  jak  dla  tak  małej  dziewczynki.  Będzie  wspaniałe,  kiedy 

urośniesz.  

Juliana znów zaczęła się śmiać.  

– Jak tego dokonałaś? – zapytał Jonas. Bliskość nie ubranego męŜczyzny robiła na Zoey 

wraŜenie. Miała kłopoty nie tylko z mówieniem, lecz takŜe z oddychaniem.  

– Czego? – wyjąkała po chwili.  

– Mała przestała płakać. A teraz nawet się śmieje. Do mnie nigdy się nie uśmiecha.  

–  Sama  nie  wiem,  jak  to  się  stało.  Dzieci  potrafią  zachowywać  się  w  nieprzewidziany 

sposób. Zawsze znajdą jakiś powód do radości lub smutku.  

Jonas  zacisnął  usta  i  oparł  ręce  na  biodrach.  Zoey  aŜ  za  dobrze  znała  ten  jego  wyraz 

twarzy i postawę. Rozzłościła go. Był wściekły.  

– Twierdzisz, Ŝe Juliana płakała przeze mnie – oznajmił głosem pozornie spokojnym.  

–  Niekoniecznie  –  odparła  szybko.  –  Jest  pan  przecieŜ  jej  ojcem  –  dodała  niezbyt 

sensownie.  

Fakt ten sprawił, Ŝe miała ochotę się rozpłakać. Nie wiedziała, Ŝe doktor Tatę jest Ŝonaty i 

dzieciaty.  Chyba  nikt  w  szpitalu  nie  miał  o  tym  pojęcia.  Chmary  lekarek  i  pielęgniarek 

uganiały się za nim. Z pewnością nie robiłyby tego, gdyby wiedziały, Ŝe Jonas nie jest wolny. 

Do  tej  pory  Zoey  była  gotowa  przysiąc,  Ŝe  naleŜy  do  tej  nielicznej  grupy  kobiet  w  szpitalu, 

którym  jest  wszystko  jedno,  czy  doktor  Tatę  Ŝyje  z  jedną  kobietą,  czy  ma  ich  dwanaście. 

background image

Teraz  jednak,  widząc  namacalny  dowód  przynajmniej  jednego  związku,  zrobiło  się  jej 

smutno.  

– Nie jestem ojcem Juliany – odparł po chwili. – Jestem jej stryjem. – Westchnął cięŜko i 

ręką  potarł  czoło.  –  Prawdę  powiedziawszy,  miałaś  rację  –  ciągnął  spokojnym,  miękkim 

głosem.  –  Płakała  przeze  mnie.  Z  jakiegoś  powodu  ten  dzieciak  mnie  nie  znosi.  Nie  mam 

pojęcia, co zrobić z tym wszystkim.  

Zoey podniosła wzrok i popatrzyła na Jonasa. Wyglądał rzeczywiście na wykończonego. 

Miał  podkrąŜone  i  zmęczone  oczy,  a  wokół  ust  rysowały  się  nowo  powstałe  zmarszczki. 

Przesunął  ręką  po  włosach,  zamknął  oczy  i  ponownie  westchnął  głęboko.  Z  jego  oczu 

wyzierał smutek.  

– Gdzie są jej rodzice? – spytała  Zoey. Tak bezradnego i nieszczęśliwego Jonasa Tate’a 

jeszcze nigdy nie widziała.  

– Nie Ŝyją.  

– Przykro mi.  

Jonas wzruszył ramionami.  

– Szczerze mówiąc, właściwie ich nie znałem. Ojciec Juliany był moim bratem, którego 

nie widziałem od trzydziestu lat.  

Oznaczało  to,  Ŝe  chłopców  rozdzielono  juŜ  w  dzieciństwie,  pomyślała  Zoey.  Była 

ciekawa, dlaczego tak się stało. Nie chciała pytać o to Jonasa. Nie była to jej sprawa, lecz on 

jakby wyczuł, o czym pomyślała, bo westchnął ponownie.  

–  Zoey,  to  długa  historia  –  powiedział.  Jego  wzrok  zatrzymał  się  na  dziecku 

spoczywającym w jej ramionach. – Zdejmij kurtkę, a ja zaparzę kawę.  

Uczynił  więcej,  niŜ  zamierzał.  Uległ  naleganiom  Zoey  i  doprowadził  się  do  porządku, 

podczas gdy ona pilnowała Juliany. Po raz pierwszy od miesięcy nie musiał spieszyć się pod 

prysznicem,  ogolił  się  gładko,  nie  zacinając  ani  razu,  i  przyzwoicie  ubrał.  W  szarą  bluzę  ze 

ś

liwkowym krawatem i ciemne spodnie, które przedtem przeprasował. Sypialnię opuszczał w 

znakomitym nastroju. W takim, w jakim nie zdarzało mu się być od miesięcy. I wszystko to 

zawdzięczał  jednej  kobiecie.  Siostrze  Zoey  Holland,  która  tego  ranka  zapukała 

nieoczekiwanie  do  jego  drzwi.  Zderzył  się  z  nią  –  dosłownie  –  gdy  wychodziła  z  pokoju 

Juliany. Chwycił za ramiona, Ŝeby nie upadła, a ona, by zachować równowagę, oparła dłonie 

na  jego  torsie.  Przez  chwilę  stali  nieruchomo,  patrząc  sobie  w  oczy.  Jedno  czekało  na  ruch 

drugiego.  Wreszcie  jednocześnie  się  odsunęli,  bąkając  słowa  przeprosin.  Jonas  gestem  ręki 

zaprosił Zoey na dół. Zamknęła cicho drzwi dziecinnego pokoju i zaczęła powoli schodzić za 

nim ze schodów.  

Po  chwili  znaleźli  się  w  kuchni.  Jonas  włączył  monitor,  Ŝeby  usłyszeć,  gdy  dziecko  na 

górze zapłacze, i zaczął mówić. Odruchowo ściszył głos, tak jakby bał się obudzić Julianę.  

– Zjadła jeszcze trochę, kiedy pan się ubierał – powiedziała Zoey, odczytując jego myśli. 

– Powinna teraz spokojnie spać.  

Bez przekonania skinął głową.  

– Napijesz się kawy? – zapytał.  

– Chętnie – odparła.  

background image

Postawił na stole parujące kubki, a potem poszedł jeszcze po cukier i śmietankę.  

– Jesteś głodna? Jeśli tak, to usmaŜę jajecznicę na bekonie. Potrząsnęła głową.  

– Nie, dziękuję. Sama coś sobie przyrządzę po powrocie do domu.  

Skinął  głową  i  zamilkł.  Nie  wiedział,  co  powiedzieć.  Pił  kawę  i  przyglądał  się  Zoey 

zdziwiony,  Ŝe  tak  ładnie  i  świeŜo  wygląda  po  z  pewnością  cięŜkim  nocnym  dyŜurze  w 

szpitalu.  

– Miał pan opowiedzieć o rodzicach Juliany – przypomniała.  

Fakt.  Wiedział,  Ŝe  była  jakaś  przyczyna,  dla  której  Zoey  została  w  jego  domu  po 

przekazaniu przesyłki. Oprócz, oczywiście, tej, Ŝe jemu samemu na tym zaleŜało, aby była w 

pobliŜu.  

– Widzę, Ŝe nie ma pan ochoty – dodała po chwili.  

– Nie o to chodzi.  

– A o co? 

– NiewaŜne. Wybacz mi, proszę, Ŝe nie jestem komunikatywny. Od chwili pojawienia się 

Juliany sypiam kiepsko.  

– Kiedy to było? 

– W Nowy Rok. Mój brat i jego Ŝona zginęli w  Portugalii w  wypadku samochodowym. 

Stało się to akurat w Wigilię. Juliana miała wtedy zaledwie dwa tygodnie. W pozostawionym 

testamencie  wszystko,  co  mieli,  zapisali  instytucjom  dobroczynnym,  a  mnie  ustanowili 

opiekunem córki.  

– Mimo Ŝe od dzieciństwa nie widział pan brata – dodała Zoey, pijąc kawę.  

Poruszyła ją ta historia, ale nie daje tego po sobie poznać, pomyślał Jonas. Zoey Holland 

była głęboko przejęta losem dziecka.  

– Utrzymywaliśmy z sobą bardzo luźne kontakty. Na tyle, Ŝeby wiedzieć, gdzie kto jest i 

co  robi.  Moi  rodzice  rozwiedli  się,  kiedy  miałem  pięć  lat.  Alex  miał  wtedy  dwa.  Rodzice 

uzgodnili wówczas, Ŝe ja zamieszkam z ojcem w stanie Nowy Jork, a Alex pojedzie z matką 

do  Europy,  gdzie  Ŝyła  jej  rodzina.  Kończyłem  dziesięć  lat,  gdy  ojciec  oŜenił  się  ponownie. 

Macochę bardzo kochałem. Matki prawie nie pamiętam.  

–  Straciłam  rodziców,  kiedy  miałam  trzy  lata.  TeŜ  właściwie  ich  w  ogóle  nie 

zapamiętałam.  

Jonasa  to  nie  zdziwiło. Wyczuł  bowiem  w  Zoey  jakieś  pokrewieństwo  duchowe  łączące 

ją z Juliana.  

– Kto troszczył się potem o ciebie? – zapytał.  

– Wychowywały mnie ciotki. Dwie miłe starsze panie, które nie miały większego pojęcia 

o  potrzebach  małej  dziewczynki.  W  rezultacie  okazałam  się  kimś  w  rodzaju...  trudnego 

dziecka.  

Jonas nie potrafił powstrzymać uśmiechu.  

– To mnie nie dziwi. Wyrosłaś na trudną kobietę.  

W oczach Zoey pojawiły się iskierki gniewu. Spojrzała Jonasowi prosto w twarz.  

– Dlaczego tak łatwo dajesz się prowokować? – zapytał.  

– Dlaczego tak bardzo pan się w tym lubuje? – odparowała. Nie mógł odeprzeć zarzutu, 

background image

bo  był  słuszny.  Nie  chciał  teraz  wszczynać  z  Zoey  otwartej  walki.  Wrócił  więc  do  swego 

opowiadania.  

– Rozwód moich rodziców okazał się w gruncie rzeczy operacją zaskakująco bezbolesną. 

Czworo  ludzi  rozstało  się  po  to,  Ŝeby  znaleźć  szczęście  w  innych  układach.  Nawet  nie 

potrafię sobie przypomnieć Alexa. z czasów, gdy miał dwa lata.  

– Wobec tego dlaczego brat powierzył córkę pańskiej pieczy? – spytała Zoey.  

Jonas wzruszył lekko ramionami.  

–  Od  stycznia  setki  razy  zadawałem  sobie  to  pytanie.  Nasi  rodzice  nie  Ŝyją  od  lat,  a  ze 

słów  adwokata  wynikało,  Ŝe  Ŝona  Alexa  nie  utrzymywała  zadnich  stosunków  ze  swoją 

rodziną.  Wcale  jej  nie  widywała.  Tak  więc  w  gruncie  rzeczy  jestem  najbliŜszym  Ŝyjącym 

krewnym Juliany. A poza tym jacy ludzie w kwiecie wieku sądzą, Ŝe zginą, zanim ich córka 

osiągnie pełnoletność? 

Odpowiedź na to pytanie nie była potrzebna.  

Pili w zadumie kawę. Zoey przerwała panującą ciszę.  

–  Tak  więc,  doktorze  Tatę,  ma  pan  dziecko,  które  musi  pan  wychować  –  powiedziała  z 

uśmiechem.  

Do  całej  tej  sprawy  Jonas  pragnąłby  mieć  podobnie  pozytywny  stosunek,  ale  nic 

przyjaznego nie potrafił z siebie wykrzesać.  

– Tak – mruknął.  

I  natychmiast  ulotnił  się  gdzieś  jego  dobry  nastrój,  w  którym  był  po  raz  pierwszy  od 

ponad  dwu  miesięcy.  Znów  ogarnęła  go  czarna  rozpacz.  Był  w  pełni  odpowiedzialny  za 

bratanicę, nie mając pojęcia o wychowywaniu dzieci.  

– PomóŜ mi, Zoey – wyrwało mu się nagle. – Proszę. Sam sobie nie poradzę.  

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

Zdumiona  Zoey  podniosła  wzrok  i  popatrzyła  na  Jonasa.  Mam  mu  pomóc?  Jemu? 

Jonasowi Tate’owi? Czy ten człowiek jest przy zdrowych zmysłach? 

Milcząc, piła nadal kawę, która nagle przestała jej smakować.  Zoey usiłowała przełknąć 

następny łyk. Zakrztusiła się i zaczęła dławić.  

Jonas obszedł stół i uderzył Zoey w plecy. To jeszcze pogorszyło sprawę, gdyŜ dotknięcie 

jego  otwartej  dłoni  powinno  sprawić  jej  przykrość,  lecz  tak  się  nie  stało.  Wręcz  przeciwnie. 

Podziałało podniecająco.  

Zaniepokojona  własną  reakcją,  zerwała  się  z  krzesła  i  rzuciła  w  kierunku  zlewu.  Jonas 

poszedł na nią. Wyglądało na to, Ŝe chce ponowić uderzenie.  

Był stanowczo zbyt blisko.  

Zoey nigdy nie lubiła, gdy ktoś się do niej za bardzo zbliŜał, zarówno dosłownie, jak i w 

przenośni,  bez  jej  przyzwolenia.  Miała  ku  temu  powód  i  świetnie  go  pamiętała.  Niewiele 

myśląc, odwróciła się i odepchnęła Jonasa. Mocno.  

Zaskoczony jej reakcją, aŜ się zatoczył. Nie zraŜony, podszedł bliŜej i wyciągnął rękę w 

stronę Zoey.  

– Czy dobrze się czujesz? – zapytał, dotykając lekko jej ramienia.  

Drgnęła, lecz się nie wyrywała. Zmusiła się, Ŝeby stać spokojnie i bez ruchu. Opuścił rękę 

niŜej  i  przesunął  po  plecach  Zoey.  Ta  taktyka  okazała  się  kiepska,  gdyŜ  dotyk  dłoni  Jonasa 

stał się pieszczotą, której nie pragnęła. Chciała uciec, zanim przestanie się kontrolować.  

–  Tak  –  skłamała,  oddychając  głęboko.  Owionął  ją  męski,  piŜmowy  zapach  jego  ciała. 

Serce zaczęło bić przyspieszonym rytmem. – Czuję się dobrze – powtórzyła, chcąc przekonać 

Jonasa lub samą siebie.  

Jego ręka nadal błądziła po plecach Zoey, która stała jak posąg, nieruchoma, ze wzrokiem 

wbitym  w  jasnobrązowe  oczy  Jonasa.  Przez  długą  chwilę  patrzyli  w  milczeniu  na  siebie. 

Potem Zoey zaczęła się odsuwać.  

Nie  puścił  jej.  Nie  zdjął  dłoni  z  pleców.  Palce  drugiej  ręki  zacisnął  lekko  na  karku 

dziewczyny i zaczął przyciągać ją ku sobie.  

– Nie – zaprotestowała słabym głosem.  

Wydawało  się,  Ŝe  nie  usłyszał,  gdyŜ  nadal  przygarniał  ją  do  siebie.  Na  jedną  ulotną 

chwilę zapomniała o animozji do tego człowieka, a takŜe o przyczynach, dla których trzymała 

się z dala od męŜczyzn.  

Oczy  Jonasa  przyciągały  jak  magnes,  podobnie  działały  na  nią  jego  usta...  Roztaczał 

podniecającą, męską woń, a jego dotyk był lekki i bardzo delikatny. śaden męŜczyzna nigdy 

nie dotykał jej w taki sposób. Kiedy jednak zorientowała się, co Jonas chce zrobić, stchórzyła. 

Uciekła przed pocałunkiem na drugi koniec kuchni.  

Schroniła  się  za  stołem.  Była  to  zresztą  kiepska  osłona  i  Zoey  zdawała  sobie  z  tego 

sprawę.  

–  Czuję  się  dobrze  –  po  raz  trzeci  zapewniła  Jonasa,  kurczowo  trzymając  się  poręczy 

background image

krzesła, gdyŜ miała nieprzepartą ochotę, Ŝeby do niego podejść. Co się z nią działo? 

– Tak? To świetnie – powiedział łagodnym, urywanym głosem.  

Odchrząknął,  wrócił  na  miejsce  przy  stole  i  wziął  do  ręki  kubek  z  resztką  kawy. 

Zachowywał się tak, jakby nic się nie wydarzyło.  

Zoey  podniosła  do  czoła  drŜącą  rękę.  Musiało  jej  się  przywidzieć.  Jonas  chciał  tylko 

uderzyć ją w plecy, Ŝeby się nie zakrztusiła. Nie miał zamiaru jej pocałować. Była zmęczona 

po dwóch dyŜurach, przepracowanych jeden po drugim w szpitalu. Całą noc była na nogach. 

Musiało się więc jej zdawać.  I, jak zwykle, sama obecność doktora Jonasa Tate’a podziałała 

na nią jak czerwona płachta na byka. Jeśli się weźmie pod uwagę ich dotychczasowe stosunki 

i  to,  Ŝe  bez  przerwy  skakali  sobie  do  oczu,  trudno  byłoby  posądzić  zapalczywego  pana 

doktora o to, Ŝe chciał ją całować! 

Wróciła  na  swoje  miejsce  przy  stole  i  odsunęła  krzesło.  Jonas  wstał,  zanim  zdąŜyła 

usiąść, i przeszedł szybko na drugą stronę kuchni.  

Z rękoma w kieszeniach i wzrokiem wbitym w sufit ponownie zapytał: 

– PomoŜesz mi? Zajmiesz się Juliana? Milczała.  

Patrzył teraz w dół, na podłogę.  

– Świetnie sobie z nią poradziłaś. Od razu do ciebie przylgnęła, kiedy tylko wzięłaś ją na 

ręce. Polubiła cię, czego nie mogę o sobie powiedzieć. Mnie to dziecko nie znosi. Nie wiem, 

co robić. Jest u mnie juŜ ponad dwa miesiące i nadal jestem bezradny. Nie mam pojęcia, jak 

się z nim obchodzić.  

Zwrócenie się z prośbą o pomoc musiało go duŜo kosztować. Zoey zdawała sobie z tego 

sprawę. Był naprawdę wykończony, jeśli się na to zdecydował. Oboje byli przecieŜ wrogami, 

bez przerwy skakali sobie do gardła. Jonas nie lubił Zoey i ona nie lubiła jego. Ale znalazł się 

w beznadziejnej sytuacji. Tak trudnej, Ŝe złamał się i poprosił o pomoc.  

Fakt ten wywołał u Zoey dziwne odczucie.  

Dobrze wiedziała, jak to jest z wychowywaniem niemowlęcia. Przyjściu dziecka na świat 

towarzyszą  przeróŜne  emocje.  Najpierw  szok  i  panika,  potem  brak  snu  oraz  wyczerpanie 

psychiczne i fizyczne, a takŜe uczucie bezradności i ciągłego strachu. I to wszystko przydarza 

się ludziom, którzy mieli dziewięć miesięcy na przygotowanie się na przyjęcie potomka.  

Jonas stał się ojcem praktycznie bez ostrzeŜenia, z dnia na dzień, i nie umiał udźwignąć 

cięŜaru  odpowiedzialności,  która  na  nim  spoczęła.  Naprawdę  potrzebował  pomocy.  I  ona 

byłaby w stanie mu jej udzielić.  

Gdyby zechciała.  

– Dlaczego akurat ode mnie oczekuje pan pomocy? – zapytała. – PrzecieŜ ma pan kogoś, 

kto zajmuje się małą, kiedy jest pan w szpitalu.  

– JuŜ nie mam. Nikt się do tego nie nadawał. Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę z tego, 

Ŝ

e trudno znaleźć kogoś, kto nadaje się do sprawowania opieki nad dziećmi.  

Skrzywiła się lekko.  

– Tak. Zdaję sobie z tego sprawę. W naszym szpitalu jest bardzo dobry Ŝłobek dla dzieci 

pracowników.  Olivia  McGuane  oddaje  tam  synka,  Simona,  na  czas  swej  pracy.  Podobnie 

postępuje  wiele  innych  pielęgniarek,  obarczonych  potomstwem.  Jestem  pewna,  Ŝe  Julianie 

background image

Ŝ

łobek się spodoba i będzie tam szczęśliwa.  

Jonas potrząsnął głową.  

– Julianie jeszcze nic się nie spodobało od chwili, w której tu przybyła. Martwiłbym się o 

nią  ciągle,  gdyby  przebywała  w  Ŝłobku  i  nie  była  pod  stałą  opieką  specjalnej  opiekunki. 

Przynajmniej na razie. Dopóki się nie uspokoi. Dopóki nie pokona strachu.  

–  Doktorze  Tatę,  to  tylko  dziecko.  Ono,  w  przeciwieństwie  do  pana,  jeszcze  nie  panuje 

nad  swoimi  emocjami.  Nie  moŜna  więc  wymagać  od  Juliany,  Ŝeby  zachowywała  się  jak 

dorosła.  

– Ja nie... Ja... – Zdesperowany Jonas przesunął ręką po włosach. – Słuchaj, Zoey, wiem, 

Ŝ

e w przeszłości były między nami róŜne nieporozumienia – ciągnął, zbliŜając się powoli do 

stołu. – Czasami nie najlepiej nam się współpracowało.  

–  Czasami?  Nie  najlepiej?  –  Zoey  aŜ  zatkało.  –  Nigdy  nie  mogliśmy  się  dogadać  – 

stwierdziła.  

– Wiem – odrzekł, siadając przy stole. – I za to cię przepraszam. Od chwili zjawienia się 

Juliany nie byłem osobą najłatwiejszą we współpracy. W stosunku do wszystkich w szpitalu 

zachowywałem się nieznośnie.  

– Być moŜe – przyznała Zoey. – Ale mnie traktował pan najgorzej. Wiele osób lubi pana. 

Mimo wszystko.  

Jonas zrozumiał, co chciała powiedzieć. śe do tych osób ona nie naleŜy. śałował gorzko, 

Ŝ

e  nie  moŜe  zaprzeczyć.  Miała  bezsprzecznie  rację.  Mówiła  prawdę.  Bywało,  Ŝe  czepiał  się 

jej  bez  powodu,  kiedy  znajdowali  się  sami.  Gdy  w  pokoju  przebywało  więcej  osób  i  był  na 

coś zły, swój gniew wyładowywał tylko i wyłącznie na Zoey.  

Mimo to jednak powiedział: 

–  Teraz  juŜ  wiesz,  Ŝe  nie  jest  to  prawda.  W  szpitalu  znajdzie  się  sporo  osób,  które  ci 

powiedzą,  Ŝe  to  przede  wszystkim  na  nich  się  wyładowuję.  Bo  odkąd  zjawiłem  się  w  Seton 

General, zdąŜyłem juŜ sobie przysporzyć wielu wrogów. – Zamilkł na chwilę, a potem mówił 

znowu: – Nie mogę zajmować się Juliana. Jeszcze nie. Potrzebuję pomocy. Ty moŜesz mi jej 

udzielić.  Znasz  się  na  niemowlętach.  Jesteś  z  nimi  bez  przerwy.  Potrafisz  zajmować  się 

maluchami.  Na  tym  polega  przecieŜ  twoja  praca.  Zdaję  sobie  sprawę  z  tego,  Ŝe  nie  ma 

absolutnie Ŝadnego powodu, dla którego miałabyś mi pomagać, mimo to jednak zwracam się 

do ciebie. Bardzo byłbym ci wdzięczny, gdybyś się zgodziła. To dla mnie istotna sprawa. I w 

jakiś sposób, jeszcze nie wiem, w jaki, postaram ci się odwdzięczyć. Co ty na to? 

Przyglądała się Jonasowi przez dłuŜszą chwilę. Otworzyła usta, Ŝeby coś powiedzieć, gdy 

nagle z monitora leŜącego na kuchennym blacie rozległ się płacz dziecka. Szybko podniosła 

się z krzesła i wybiegła z kuchni na schody wiodące do dziecinnego pokoju. Kiedy otworzyła 

drzwi  i  pochyliła  się  nad  kołyską  z  płaczącym  dzieckiem,  Jonas  znajdował  się  tuŜ  za  nią. 

Patrzył, jak Zoey podkłada rękę pod główkę Juliany i sadowi ją sobie na ramieniu.  

– Ciii... – szepnęła do niemowlęcia. Kołysała je teraz w objęciach. – Ciii. Przy mnie jesteś 

bezpieczna. Nic ci się nie stanie.  

Juliana  przestała  natychmiast  płakać.  Mokrą  buźkę  przysunęła  do  szyi  swej  opiekunki. 

Zoey uśmiechnęła się i pocałowała dziecko w czółko. Podniosła wzrok i popatrzyła na Jonasa.  

background image

Przez krótką, ulotną chwilę wydawało mu się, Ŝe w trójkę, stojąc tak razem w dziecinnym 

pokoju, idealnie do siebie pasują. śe on, Zoey i Juliana stanowią jedną rodzinę.  

Szybko  otrząsnął  się  z  tego  wraŜenia,  podobnie  jak  przed  chwilą  w  kuchni,  gdzie  tak 

bardzo  chciał  pocałować  Zoey.  Musi  być  juŜ  rzeczywiście  skrajnie  wyczerpany,  jeśli  takie 

rzeczy przychodzą mu do głowy. On i Zoey Holland! To wprost śmieszne.  

– Na dwa tygodnie. Tylko na dwa tygodnie – powiedziała nagle tonem, który wskazywał 

na to, Ŝe bardzo niechętnie przystaje na jego propozycję. – Do Jeannette przyjechała siostra, z 

którą chce ona spędzić sporo czasu. Zgodziłam się na zamianę dyŜurów. Tylko na kilka dni, 

ale mogę przedłuŜyć umowę na dwa tygodnie.  

– Zrobisz to? – zapytał Jonas. Wzruszyła lekko ramionami.  

–  Tak.  Będę  zostawała  z  Juliana  przez  cały  dzień,  kiedy  pan  będzie  w  pracy,  a  potem 

spędzę  jeszcze  trochę  czasu  wieczorem  z  wami  obojgiem,  Ŝebyście  mogli  lepiej  się  poznać. 

Nie  jestem  pewna,  kiedy  sama  znajdę  czas  na  sen  –  dodała,  całując  dziecko  w  główkę.  – 

Proszę pamiętać, to umowa tylko na dwa tygodnie.  

– Podarujesz mi aŜ tyle z twego Ŝycia? – zapytał łagodnie Jonas.  

–  Robię  to  nie  dla  pana,  lecz  dla Juliany.  Ze  zrozumieniem  skinął  głową.  Milczał.  Zoey 

spojrzała ponownie na dziecko.  

–  Wiem,  Ŝe  to  cięŜki  obowiązek  –  powiedziała  tak  cicho,  iŜ  Jonas  ledwie  ją  usłyszał. 

Pochylając się nad Juliana, szepnęła: – Wiem, jak to jest, gdy dziecko dostanie się pod opiekę 

kogoś, kto tego nie chce. Kogoś, kto nie zdaje sobie sprawy z jego potrzeb i pragnień. Wiem, 

co to znaczy być nie chcianą.  

Jonas nie miał pojęcia, co powiedzieć, więc przezornie milczał. Kiedy tak patrzył na Zoey 

i niemowlę, poczuł, jak wokół serca robi mu się ciepło. Westchnął głęboko. To wielka ulga, 

pomyślał.  Radość,  Ŝe  znalazł  się  ktoś,  kto  pomoŜe  mu  uporać  się  z  cięŜkim  obowiązkiem. 

Uldze  i  radości  towarzyszyło  jeszcze  jedno  odczucie.  Dziwna  satysfakcja,  Ŝe  tą  właśnie 

osobą, która ułatwi mu Ŝycie, będzie nie kto inny, lecz irytująca siostra Zoey.  

Tego samego dnia późnym popołudniem Jonas  podjechał pod dom. Był  wykończony.  A 

takŜe  zadowolony,  Ŝe  jadąc  do  domu  z  Bethesdy  nie  spowodował,  na  szczęście,  Ŝadnego 

wypadku.  Dobry  Bóg  i  pita  po  drodze  kawa  uchroniły  go  przed  katastrofą.  Był  teraz 

potwornie  zmęczony  i  miał  w  organizmie  zbyt  wiele  kofeiny,  co  sprawiało,  Ŝe  w  dziwny 

sposób patrzył na świat.  

Tylko  tak  moŜna  było  uzasadnić  fakt,  Ŝe  kiedy  wszedł  na  piętro  i  znalazł  się  w 

dziecinnym  pokoju,  gdzie  Zoey,  siedząc  w  fotelu  na  biegunach,  kołysała  w  ramionach 

dziecko i śpiewała mu piosenkę, chciał do niej podejść i mocno pocałować ją w usta.  

Gdy  go  nie  było,  zdąŜyła  się  przebrać.  Nie  miała  na  sobie  niebieskiego, 

wykrochmalonego  uniformu,  w  którym  zazwyczaj  ją  widywał  i  który  skrzętnie  ukrywał 

ponętne kształty. Była teraz ubrana w spłowiałe  dŜinsy, zbyt obszerny  róŜowy sweter, który 

wywoływał u Jonasa nieprzepartą ochotę, by dotknąć go, poczuć jego miękkość i zbadać to, 

co znajduje się pod spodem.  

A  jej  włosy...  Jonas  zacisnął  dłonie  w  pięści,  Ŝeby  powstrzymać  się  przed  zrobieniem 

czegoś głupiego. Zoey rozpuściła włosy. Połyskujące jak miedź, opadały kaskadą na ramiona, 

background image

odbijając promienie słońca wpadające przez okno. Nigdy przedtem nie zdawał sobie sprawy z 

tego, jak bardzo są długie, jedwabiste i bujne.  

W tym momencie uprzytomnił sobie, Ŝe znalazł się w powaŜnych tarapatach. Bo zamiast 

złości i niechęci, które zazwyczaj odczuwał na widok Zoey Holland, ta kobieta wzbudziła w 

nim  całkiem  inne  emocje.  Poruszyła  dawno  zapomniane  struny.  Niebezpieczne  struny. 

Wywołała nagłe i silne poŜądanie.  

– Cześć. – Zoey z uśmiechem przywitała Jonasa, kiedy na nią spojrzał.  

Mógłby  chyba  przysiąc,  Ŝe  jeszcze  nigdy  nie  obdarzyła  go  tak  radosnym  uśmiechem.  A 

ś

wiadomość,  Ŝe  robi  to  teraz,  a  ów  promienny  uśmiech  jest  przeznaczony  tylko  i  wyłącznie 

dla niego, niemal ściął Jonasa z nóg. Zrobił krok wstecz. AŜ zachwiał się z wraŜenia.  

Zoey spuściła wzrok. Patrzyła na dziecko. Dopiero teraz trochę oprzytomniał.  

–  Jak...  jak  poszło  ci  dziś  z  Juliana?  –  zapytał,  mając  nadzieję,  Ŝe  jego  głos  nie  zdradza 

miotających nim emocji.  

– Świetnie – odparła. Spojrzał na nią podejrzliwie.  

– Naprawdę? Skinęła głową.  

– Tak.  

– Nie rzucała się w kołysce? 

– Nie robiła niczego nienormalnego.  

– Krzyczała? Zanosiła się od płaczu? 

– Nie. Ani razu. Zamilkł. Był zaskoczony.  

Zoey nadal spoglądała na Julianę, a jej następne słowa, wypowiedziane wysokim tonem – 

głosem, jakim często przemawia się do dzieci – były skierowane do dziewczynki.  

– Poszło nam dziś bardzo dobrze, prawda, słonko? Zjadłyśmy  wszystko,  co było trzeba, 

bawiłyśmy  się  na  kocyku,  obserwowałyśmy  ptaszki  przez  okno,  czytałyśmy  ksiąŜeczkę, 

słuchałyśmy muzyki reggae i...  

– Muzyki reggae? – powtórzył zdziwiony Jonas. – Skąd wytrzasnęłaś taśmy? W domu nie 

mam niczego takiego.  

Zoey podniosła wzrok i z uśmiechem spojrzała na Jonasa.  

– Przyniosłam kilka taśm, które miałam w samochodzie. Przekonałam się, Ŝe niemowlaki 

uwielbiają reggae.  

– Naprawdę? 

– Tak. Przynajmniej te dzieciaki, które brały udział w moim eksperymencie.  

– A ile ich było? Mam na myśli dzieci.  

– Troje. A właściwie czworo, wliczając Jules.  

– Jules? 

Zoey skinęła głową.  

– To imię pasuje do niej lepiej niŜ Juliana. – Znów spojrzała czule na dziewczynkę.  

Z  kaŜdą  chwilą  Jonas  czuł  się  bardziej  ogłupiały.  Działy  się  rzeczy  przedziwne.  Wręcz 

niewiarygodne.  Zoey  Holland  rezydowała  w  jego  domu,  kulturalnie  z  nim  rozmawiała,  w 

ramionach kołysała niemowlę, któremu nadała czułe zdrobnienie, i do tego zachowywała się 

tak, jakby to była najnormalniejsza sytuacja pod słońcem.  

background image

–  Nie...  nie  wiem  –  wyjąkał.  –  Nie  mam  pojęcia.  Szczerze  mówiąc,  nigdy  o  tym  nie 

myślałem.  

Zoey  pochyliła  głowę  w  stronę  dziecka,  które  patrzyło  na  nią  z  prawdziwym 

uwielbieniem.  

– UwaŜam, Ŝe ona naprawdę wygląda jak Jules.  

Jakby na potwierdzenie tych słów niemowlak zaczął gaworzyć radośnie. Zoey roześmiała 

się i wstała z fotela.  

– Nie miałam pojęcia, co zamierzał pan jeść na kolację – stwierdziła. – Pozwoliłam więc 

sobie przygotować potrawkę z owoców morza i sałatę.  

A  więc  czeka  mnie  teŜ  kolacja!  zachwycił  się  Jonas.  Na  domiar  wszystkiego  rudowłosa 

bogini gotowała mu jedzenie! 

– Skąd wzięłaś produkty? – zapytał. – Zawsze zjadam coś po drodze. W domu nigdy nie 

mam niczego.  / 

– Teraz pan ma. Jules i ja pojechałyśmy do sklepu i zrobiłyśmy zakupy. Przed wyjściem 

powiem, ile jest mi pan winien.  

– Wzięłaś dziecko do sklepu? – z niedowierzaniem spytał Jonas.  

– PrzecieŜ mówiłam.  

–  Wyprowadziłaś  małą  z  domu?  W  taką  pogodę?  Poszłyście  do  sklepu?  W  publiczne 

miejsce? – wyliczał zgorszony.  

Zoey podeszła bliŜej Jonasa i roześmiała się głośno.  

– Dziś był śliczny i ciepły dzień. Ja...  

– Było zimno! 

– Ja i Jules bawiłyśmy się świetnie. Ona ma juŜ trzy miesiące, doktorze Tatę. Jest idealnie 

zdrowa. I była ciepło ubrana, stosownie do tej pory roku. Nie musi jej pan ukrywać w domu. 

Przeciwnie,  powinna  znajdować  się  często  wśród  ludzi,  w  róŜnym  otoczeniu.  To  pobudza 

zmysły  dziecka.  Będzie  znudzone,  bez  przerwy  przebywając  w  domu.  Niech  pan  o  tym 

pomyśli, bo moŜe dlatego mała ciągle płacze.  

Zoey  zatrzymała  się  przed  Jonasem.  Na  tyle  blisko,  Ŝe  mógł  wyciągnąć  rękę  i  odgarnąć 

pasmo  włosów,  które  opadło  jej  na  twarz,  tak  jak  miał  na  to  ochotę.  Zanim  zdąŜył  się 

poruszyć, Zoey wyciągnęła do niego ręce z Juliana.  

– A teraz proszę ją pocałować i wziąć w objęcia – poleciła. Kiedy tylko Jonas zbliŜał się 

do niemowlęcia, natychmiast ogarniała go panika. Zrobił krok wstecz.  

– Nie mogę – powiedział. Zoey podeszła bliŜej.  

– Oczywiście, Ŝe pan moŜe. Potrząsnął głową.  

– Ty ją jeszcze potrzymaj.  

– Pan ją teraz potrzyma.  

Niechętnie wyciągnął ręce przed siebie. Zoey nie spuszczała z niego wzroku. Po dłuŜszej 

chwili skrzywiła się lekko.  

– Sam pan widzi teraz, Ŝe to pański problem – oznajmiła.  

– Jaki problem? Co za problem? 

– Pan się jej boi.  

background image

– Jasne, Ŝe się boję. KaŜdy by się bał.  

–  O  rany...  –  Zoey  westchnęła  głośno.  –  PrzecieŜ  to  dziecko,  doktorze  Tatę.  Dlaczego 

ciągle muszę panu o tym przypominać? Nie jest rabusiem, nie ubiega się o urząd publiczny i 

nie  będzie  wydzwaniać  do  pana,  Ŝeby  wymusić  na  panu  jakiś  zakup.  Nie  ma  Ŝadnego 

powodu,  Ŝeby  się  jej  obawiać.  Ona  nie  ma  nawet  zębów!  A  teraz  proszę  pocałować  małą  i 

wziąć ją na ręce.  

Z  wahaniem  Jonas  pochylił  się  i  pocałował  Julianę  w  główkę.  Ku  jego  wielkiemu 

zdumieniu  wcale  się  nie  rozpłakała.  Odwróciła  się  w  stronę  stryjka,  Ŝeby  zobaczyć,  kto  ją 

całuje,  i  uśmiechnęła  się.  Naprawdę  uśmiechnęła.  Jonas  nie  mógł  sobie  przypomnieć  Ŝadnej 

chwili  w  Ŝyciu,  w  której  ktoś  sprawił  mu  większą  radość  niŜ  teraz  Juliana,  tą  swoją 

rozradowaną buźką. Uśmiechała się do niego! W tym momencie poczuł się tak, jakby wyrosły 

mu skrzydła.  

– A teraz proszę wziąć małą na ręce – powtórzyła Zoey. JuŜ mniej niechętnie wyciągnął 

przed siebie ramiona. OstroŜnie podała mu dziecko. Był zdumiony, Ŝe obdarza go zaufaniem i 

wręcza  mu  wątłą  istotkę.  PrzecieŜ  Juliana  była  juŜ  z  nim  przez  ponad  dwa  miesiące, 

uprzytomnił  sobie.  I  do  tej  pory  nie  zrobił  jej  nic  złego.  Nawet  na  samym  początku,  w 

pierwszych  tygodniach,  kiedy  była  maleństwem,  jakoś  sobie  radził.  Karmił  ją,  przewijał  i 

mył, prawda? Musiał robić to, co powinien. A fakt, Ŝe dziecko go nie pokochało, to zupełnie 

inna sprawa. W kaŜdym razie krzywdy Julianie nie uczynił.  

– Teraz jest dobrze – oceniła Zoey, gdy wziął dziecko na ręce.  

Czekał  na  pierwszy  objaw  niezadowolenia  ze  strony  Juliany.  Kiedy  brał  ją  w  objęcia, 

natychmiast  wybuchała  płaczem.  Tym  razem  jednak  tylko  zakwiliła  cichutko  i  lekko  się 

poruszyła,  kiedy  przesuwał  ją  na  rękach.  Nawet  wtedy,  widząc,  kto  ją  trzyma,  nie  zaczęła 

płakać. Wbiła wzrok w Jonasa i nie odrywała od niego błękitnych ocząt, przyglądając mu się 

z uwagą.  

– Co z nią zrobiłaś? – zapytał Zoey, równocześnie ze zdumieniem patrząc na dziecko. – 

Jest idealnie spokojna. Nie płacze. Czy czegoś dodałaś do poŜywienia? 

–  Oczywiście,  Ŝe  nie  –  odparła  Zoey  ze  śmiechem.  –  Po  prostu  poczuł  się  pan  pewniej 

przy dziecku, a ono natychmiast to wyczuło. Dzieci odbierają nasze emocje. Jeśli jest się przy 

nich nieobecnym duchem, stają się takie same. Jeśli jest się zadowolonym i pełnym zaufania, 

od  razu  czują  się  podobnie.  Przejmują  nasze  reakcje.  Powinien  pan  spędzać  z  dzieckiem 

więcej  czasu,  doktorze  Tatę.  Trzymać  małą  na  rękach  i  dotykać.  Musi  pan  nabrać  więcej 

odwagi, poczuć się lepiej w towarzystwie niemowlaka. Jules powinna wiedzieć, Ŝe pan się o 

nią troszczy.  

– Jonas – powiedział, nie odrywając wzroku od Juliany.  

– Słucham? – spytała Zoey.  

– Mam na imię Jonas. Mów mi po imieniu.  

Znów dostrzegła błysk w jego oczach. Taki sam, jaki zaniepokoił ją wczoraj po południu, 

kiedy  to  doktor  Tatę  powiedział  o  swoim  urodzinowym  Ŝyczeniu,  dotyczącym  takŜe  jej 

osoby. śe się spełni. Miał wzrok palący i sugestywny. Obiecujący coś, czego nie miał prawa 

jej  przyrzekać.  Wzrok,  pod  wpływem  którego  poczuła  się  niewyraźnie.  Od  którego  w 

background image

dziecinnym pokoju zrobiło się nagle gorąco.  

– Dobrze – powiedziała cicho.  

– No to powiedz wreszcie – polecił.  

– Co? 

– Nazwij mnie Jonasem.  

Zaschło jej nagle w ustach, lecz wymówiła jego imię: 

– Jonas.  

Uśmiechnął  się,  a  w  wyrazie  jego  twarzy  pojawiło  się  coś,  co  ją  speszyło.  Nie  chcąc 

zastanawiać  się  nad  tym,  co  dzieje  się  między  nimi,  Zoey  ruszyła  Ŝwawo  w  stronę  drzwi  i 

przekroczyła próg.  

–  Idę  sprawdzić,  co  z  kolacją  –  oznajmiła.  –  Zjemy  i  zaraz  potem  będziemy  mogli 

omówić podstawowe sprawy dotyczące opieki nad niemowlęciem. A potem wrócę do domu. 

Odpowiada ci taki plan? 

Jonas przełoŜył Julianę z jednego ramienia na drugie i jeszcze szerzej uśmiechnął się do 

Zoey.  Czuł  się  znacznie  bardziej  pewny  siebie.  Niestety,  uczucie  to  nie  dotyczyło  juŜ  tylko 

stosunku  do  niemowlęcia,  które  trzymał  na  rękach,  i  objęło  stojącą  przed  nim  wysoką, 

rudowłosą  kobietę.  A  pewność  siebie  naleŜała  do  cech,  które  u  Jonasa  Tate’a  Zoey  ceniła 

najbardziej.  

Radziła sobie ze złym humorem lekarza. Potrafiła uporać się z jego niechęcią okazywaną 

ludziom. Dzięki temu nie miała nigdy kłopotu z przeciwstawieniem się Jonasowi, w kaŜdych 

okolicznościach.  

Teraz  jednak  czuła,  Ŝe  sytuacja  się  zmienia  i  Ŝe  ziemia  usuwa  się  jej  nieco  spod  nóg. 

Najgorsze  ze  wszystkiego  było  to,  Ŝe  zawarła  z  Jonasem  umowę  i  Ŝe  opieka  nad  dzieckiem 

miała  potrwać  przez  całe  dwa  tygodnie.  Im  więcej  pewności  siebie  będzie  w  tym  czasie 

okazywał  Jonas,  tym  prawdopodobnie  więcej  straci  ona  sama.  A  pewność  siebie  jest  zbyt 

cenną cechą, by moŜna było pozwolić sobie na jej utratę. Zoey nie było na to stać.  

– Kolacja, jeśli to cię interesuje, będzie gotowa za kwadrans – oznajmiła, wycofując się z 

dziecinnego pokoju.  

– Oczywiście, Ŝe mnie to interesuje – oświadczył Jonas.  

–  To  świetnie  –  odparła  z  niepewnym  uśmiechem.  –  Zawołam  cię,  kiedy  będę...  kiedy 

jedzenie będzie gotowe. Zgoda? 

– Poczekam. Zoey! – zawołał, kiedy odwróciła się i stanęła do niego plecami.  

– Słucham? – spytała przez ramię.  

– Nie kaŜ mi długo czekać.  

Roześmiała  się  głośno.  Miała  nadzieję  rozproszyć  seksualne  napięcie,  które  ni  stąd,  ni 

zowąd  pojawiło  się  między  nimi.  Niestety,  jej  śmiech  nie  był  beztroski  i  wesoły.  Bardziej 

przypominał  odgłos  wydawany  przez  małego,  wystraszonego  zwierzaka,  który  znalazł  się 

nagle w blasku świateł nadjeŜdŜającej cięŜarówki.  

Jedyne, co powinna zrobić, to salwować się ucieczką.  

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Po  kolacji,  gdy  Juliana  spała  spokojnie  w  koszyku,  Jonas  porządkował  kuchnię,  a  Zoey 

siedziała w salonie i zastanawiała się, co u licha właściwie robi w domu nieznośnego doktora 

Tate’a.  

U  Jonasa,  podpowiedział  jej  jakiś  wewnętrzny  głos.  Od  tej  pory  powinna  przecieŜ 

zwracać się do niego po imieniu.  

Westchnęła  mimo  woli.  Myśląc  o  doktorze  Tacie  lub  z  nim  rozmawiając,  uŜywała  jego 

imienia.  Takie  bezpośrednie  zwracanie  się  do  człowieka,  który  w  gruncie  rzeczy  był  jej 

nieprzyjazny, wręcz wrogi, okazało się niezwykle łatwe i naturalne.  

–  To  fatalnie  –  szepnęła  do  dziecka  śpiącego  w  wiklinowym  koszyku.  Poprawiła 

flanelowy kocyk Juliany i okryła jej nóŜkę. – Fatalnie.  

– Dlaczego  fatalnie? – zapytał Jonas, wchodząc  do salonu.  Zoey zwróciła  głowę w jego 

stronę.  Przebrał  się  przed  kolacją  i  miał  teraz  na  sobie  workowaty  beŜowy  sweter  i 

wypłowiałe  dŜinsy.  Podwinięte  rękawy  odkrywały  przedramiona.  Najbardziej  podniecające, 

jakie  Zoey  miała  kiedykolwiek  przyjemność  oglądać.  Obcisłe  dŜinsy  ujawniały  kształt 

zgrabnych,  wąskich  bioder  i  szczupłych  ud.  Na  nogach  miał  grube  wełniane  skarpety  i  nic 

więcej.  

Jest  bez  butów,  uprzytomniła  sobie  po  raz  dziesiąty.  Jonas  ją  zadziwiał.  Od  tej  strony 

nawet nie potrafiła go sobie wyobrazić. W zwykłym, domowym ubraniu wyglądał niezwykle 

podniecająco. Do tej pory jej stosunki z tym człowiekiem układały się źle, teraz stały się nie 

do zniesienia. Przestał ją złościć, a zaczął intrygować i pociągać.  Było to  okropne.  Zoey nie 

znosiła ludzi intrygujących. Z reguły znajomość z nimi nie prowadziła do niczego dobrego.  

–  Nic  takiego  –  odrzekła  szybko.  –  Jules  i  ja  właśnie  ucięłyśmy  sobie  małą  pogawędkę. 

Jak kobieta z kobietą. Babskie plotki.  

Jonas skinął głową. Westchnął. Słaniał się ze zmęczenia.  

– Znów się obudziła? 

– Nie. Właściwie nie. Był to mój monolog.  

Podszedł  bliŜej,  stanął  obok  Zoey  i  z  zatroskaną  miną  patrzył  na  dziecko.  Juliana  spała 

grzecznie.  

– Marzę o tym, Ŝeby ciągle spała – mruknął Jonas pod nosem.  

– Nie zaczęła jeszcze przesypiać całej nocy? 

– Budzi się co dwie godziny i Ŝąda, Ŝeby ją karmić. Zoey odwróciła się twarzą do Jonasa.  

– Nie powinna tak się zachowywać. To nie jest normalne. JuŜ teraz moŜe spać dłuŜej bez 

przerwy. Wiele niemowląt w tym wieku, równieŜ karmionych butelką, śpi w nocy po siedem 

lub osiem godzin. A niektóre nawet dłuŜej. Jeśli nawet dziecku pomyliły się dni z nocami, to i 

tak nie powinno być karmione zbyt często. Na pewno nie co dwie godziny, lecz rzadziej.  

Jonas zmruŜył oczy.  

– Nie karmić jej co dwie godziny? Zoey potrząsnęła głową.  

– Ile pokarmu dostaje jednorazowo? Wzruszył ramionami.  

background image

–  Po  wypiciu  mniej  więcej  połowy  butelki  traci  zainteresowanie  jedzeniem.  Potem 

zasypia  na  chwilę.  Dzieje  się  tak  od  samego  początku.  Od  chwili  w  której  się  tutaj  zjawiła. 

DuŜo dzisiaj zjadła? 

–  Tak.  Za  kaŜdym  razem  opróŜniała  całą  butelkę.  Nie  co  dwie  godziny,  lecz  co  pięć. 

Powinna  jeść  więcej  i  rzadziej  niŜ  do  tej  pory.  –  Zoey  z  niedowierzaniem  popatrzyła  na 

stojącego obok męŜczyznę. – Nie rozmawiałeś na ten temat z pediatrą? 

–  Rozmawiałem.  Podczas  badania,  kiedy  skończyła  dwa  miesiące.  Zbytnio  się  nią  nie 

przejął.  

–  Wobec  tego  naleŜy  znaleźć  małej  innego  lekarza  –  oświadczyła  Zoey.  –  Powinien 

porozmawiać z tobą na te tematy.  I przez cały czas, od ponad dwóch miesięcy, bez przerwy 

wstajesz w nocy i karmisz co dwie godziny? 

W odpowiedzi Jonas skinął głową.  

–  Jezu,  nic  dziwnego,  Ŝe  tak  okropnie  wyglądasz!  Skrzywił  się  wyraźnie.  Nie  był  to 

komplement.  

– Dzięki za miłe słowa – mruknął.  

– I nic dziwnego, Ŝe nie moŜna było z tobą wytrzymać. Stałeś się nieznośny.  

– Zoey...  

–  Powiedz,  kiedy  po  raz  ostatni  przespałeś  całą  noc?  –  przerwała  mu,  zanim  zdąŜył 

powiedzieć cokolwiek więcej.  

Zmęczony Jonas westchnął głęboko i przesunął ręką po twarzy.  

– Nie pamiętam. Ale na pewno było to jeszcze przed przyjazdem Juliany. – Rzucił okiem 

na  dziecko.  –  Dlatego  potrzebowałem  twojej  pomocy.  Nie  umiem  nawet  jej  karmić.  A  jeśli 

juŜ wyrządziłem małej jakąś nieodwracalną krzywdę? MoŜe do końca Ŝycia będzie cierpiała 

dlatego, Ŝe przez te dwa i pół miesiąca źle się nią zajmowałem i popełniłem błędy? 

Zoey  zrobiło  się  Ŝal  Jonasa.  W  głosie  lekarza  brzmiało  autentyczne  zaniepokojenie. 

Dotknęła lekko jego przedramienia i połoŜyła na nim rękę.  

–  Mała  nie  będzie  cierpieć  z  powodu  błędów,  które  popełniłeś.  O  to  się  nie  martw. 

Dopóty  rośnie  i  w  stały  sposób  przybiera  na  wadze,  wszystko  jest  w  porządku.  Tylko  tym 

powinieneś  się  przejmować.  –  Uśmiechnęła  się  do  śpiącego  niemowlęcia.  –  Popatrz  na  nią. 

Jest  pulchna  i  róŜowa.  W  świetnej  formie.  Karmiłeś  ją  właściwie,  tyle  Ŝe  w  niewłaściwych 

odstępach czasu. Oboje się tym zajmiemy. Zobaczysz, wszystko ułoŜy się dobrze.  

Mówiąc to  Zoey nadal trzymała rękę na przedramieniu Jonasa. Czuł ciepło przenikające 

przez  skórę  pod  jej  dłonią.  Było  coś  niesamowicie  zmysłowego  w  pomalowanych  na 

czerwono,  wypielęgnowanych  paznokciach  widocznych  na  jego  odsłoniętym  owłosionym 

przedramieniu.  Odruchowo,  bez  zastanowienia,  połoŜył  rękę  na  dłoni  Zoey.  Podobał  mu  się 

sposób, w jaki powiedziała: oboje się tym zajmiemy, i obiecała, Ŝe wszystko się powiedzie.  

Podobał mu się takŜe miękki i delikatny dotyk jej ręki. I to bardzo. Bardziej niŜ powinien. 

Miał ochotę spleść palce z palcami Zoey i przyciągnąć jej dłoń do swoich warg. Zanim jednak 

na to się zdecydował, Zoey cofnęła rękę i wsadziła szybko do kieszeni dŜinsów.  

Spojrzał  na  jej  twarz  i  zobaczył,  Ŝe  tak  samo  jak  on  jest  zmieszana  i  poruszona.  Nie 

wiedział, co powiedzieć, Ŝeby rozładować napiętą, niezręczną atmosferę. Spojrzała na niego, 

background image

odchrząknęła i odwróciła wzrok.  

– Na to trzeba czasu – oznajmiła spokojnie.  

Przez krótką chwilę Jonas sądził, Ŝe Zoey ma na myśli ich oboje. Być moŜe sugerowała, 

Ŝ

e w niedalekiej przyszłości coś się wytworzy pomiędzy nimi.  

Chwilę później uprzytomnił sobie jednak, Ŝe musiał upaść na głowę, sądząc, Ŝe tę kobietę 

ogarnęło miłe uczucie ciepła, podobnie jak jego. Rano, gdy chciał ją pocałować, odsunęła się 

szybko z absurdalnego powodu, którego nie potrafił pojąć do tej pory. Przed chwilą wysunęła 

rękę spod jego dłoni. Nie trzeba było być idiotą, Ŝeby nie spostrzec, iŜ Zoey nie chce mieć z 

nim do czynienia.  

– Na co trzeba czasu? – zapytał.  

– Na to, Ŝeby Mes przesypiała całą noc. Od razu to się nie stanie.  

Jonas westchnął głęboko.  

– Szkoda.  

Zoey spojrzała na niego. Nadal wyglądała na niespokojną i zmieszaną.  

– Naprawdę sam potrzebujesz więcej snu – powiedziała. – Jego brak prowadzi do róŜnych 

chorób.  Sprawia,  Ŝe  ludzie  czują  się  okropnie  i  niemal  wariują.  Jak  pewnie  wiesz,  brakiem 

snu torturuje się więźniów.  

–  Coś  mi  się  zdaje,  Ŝe  nie  mam  szansy  się  wyspać,  przynajmniej  na  razie  –  oznajmił 

ponuro Jonas.  

– Prowadzisz niezdrowy tryb Ŝycia. Musisz mieć kogoś do pomocy.  

– Nie wiem, do kogo się zwrócić.  

– MoŜesz... – urwała nagle. Odwróciła wzrok.  

– Co mogę? 

– MoŜesz poprosić o pomoc jedną z pielęgniarek od wcześniaków lub z pediatrii. A moŜe 

nawet którąś z lekarek. Będą zadowolone, Ŝe mogą ci pomóc.  

– A czy ty byłabyś zadowolona, mogąc przyjść mi z pomocą? 

– PrzecieŜ to robię.  

– Ale czy jesteś zadowolona? 

Spojrzała na Jonasa. Był zaskoczony, widząc, Ŝe Zoey się śmieje.  

– Tak. Szczerze mówiąc, jestem – odparła. Ją samą zdziwiło to rewelacyjne odkrycie.  – 

Od dawna nie... – urwała, lecz zanim coś wtrącił, dokończyła: – Jeśli juŜ dziś chcesz, Ŝebym 

ci bardziej pomogła, chętnie to zrobię.  

– Co zrobisz? 

– Nie trzeba lekarza, Ŝeby stwierdzić, Ŝe jesteś do cna wycieńczony. Musisz się wyspać. 

Jeśli  chcesz,  zostanę  na  noc  i  będę  wstawała  do  płaczącej  Juliany.  Dzięki  temu  prześpisz 

spokojnie osiem lub dziewięć godzin. Bez snu dłuŜej egzystować nie sposób.  

Zoey  nie miała pojęcia,  kiedy i dlaczego zdecydowała się zaproponować Jonasowi takie 

rozwiązanie, zwłaszcza Ŝe sama nie była wyspana. Słowo się rzekło, nie mogła się wycofać. I 

szczerze  mówiąc,  nie  miała  na  to  ochoty.  Opiekując  się  Jules  przez  cały  dzień,  bardzo  ją 

polubiła.  Dziecko  było  urocze.  Niemal  od  pierwszej  chwili  Zoey  poczuła,  Ŝe  z  małą 

dziewczynką  łączy  ją  silna  więź.  Obie  wcześnie  straciły  rodziców.  I  były  wychowywane 

background image

przez krewnych, którzy ich nie chcieli.  

Godziny spędzone z Juliana sprawiły, Ŝe w Zoey odezwał się od dawna tłumiony instynkt 

macierzyński. Miała nieprzepartą ochotę widywać dziecko. Szkoda tylko, Ŝe pociągało to za 

sobą równieŜ oglądanie jego stryja.  

–  Chcesz  zostać  tu  na  noc?  –  zapytał  Jonas.  –  Ze  mną?  Zoey  z  trudem  stłumiła  złość, 

którą wywołał w niej ton jego głosu, który sugerował jakiś podtekst jej decyzji. O seksualnej 

naturze.  

– Nie, nie z tobą – stwierdziła, ze złości zgrzytając zębami. – Z Jules. Będę z nią spała w 

dziecinnym  pokoju.  A  w  ogóle  to  zapomnij  o  mojej  ofercie  –  dodała  szybko,  zdając  sobie 

sprawę z dwuznaczności propozycji, którą złoŜyła Jonasowi. Mógł źle ją zrozumieć i pewnie 

tak się stało. – Po namyśle sądzę jednak, Ŝe będzie lepiej, jeśli wrócę do domu.  

To podobne do Jonasa Tate’a, Ŝe zaraz uzna, iŜ chcę się z nim przespać, pomyślała Zoey. 

Sama  juŜ  doświadczyła  tego,  Ŝe  najbardziej  niewinnym  sytuacjom  nadawał  seksualny 

podtekst.  

Bez dalszego komentarza wzięła torebkę i poszła do holu, Ŝeby wyjąć z szafy skafander. 

Za  Ŝadne  skarby  świata  więcej  juŜ  nie  pomoŜe  temu  łobuzowi,  mimo  Ŝe  polubiła  jego 

bratanicę;  Będzie  musiała  wymyślić  jakiś  inny  sposób  wydobycia  Juliany  z  opresji.  Taki  na 

przykład, jak wepchnięcie jej wstrętnego stryjka pod jadący autobus.  

–  Poczekaj,  Zoey!  –  zawołał,  kiedy  otwierała  szafę.  PołoŜył  rękę  na  drzwiach  i  z 

powrotem je zamknął. – Nie chciałem, Ŝeby moje słowa tak zabrzmiały.  

–  CzyŜby?  –  zapytała,  nie  patrząc  w  jego  stronę.  Zanim  odpowiedział,  zawahał  się  na 

chwilę.  

– MoŜe i chciałem – przyznał. – Ale zrozumiałaś je opacznie.  

Nadal stała odwrócona. Starała się mówić spokojnie.  

–  Zupełnie  cię  nie  rozumiem.  W  szpitalu  traktujesz  mnie  zawsze  jak  jakąś  przeszkodę, 

którą musisz pokonać. O wszystko masz pretensje. Besztasz mnie o byle co i bez przerwy o 

wszystko  się  czepiasz.  Ciągle  prowokujesz.  Z  mojego  Ŝycia  robisz  w  pracy  piekło.  A  teraz 

nagle stałeś się... stałeś...  

– Jaki teraz jestem? – zapytał spokojnie, stojąc nadal za plecami Zoey.  

Westchnęła  i  zdenerwowana  odwróciła  się  twarzą  do  niego.  Robiąc  to  poczuła,  Ŝe  coś 

przytrzymuje  jej  włosy.  Zbyt  późno  zauwaŜyła,  Ŝe  jeden  kosmyk  Jonas  okręcił  sobie  wokół 

palca. Stał teraz zaciskając dłoń. Nadal patrzył wprost na Zoey.  

Poczuła  tę  pieszczotę  kaŜdym  nerwem  swego  ciała.  Przez  długą  chwilę  była  w  stanie 

tylko  obserwować  ruch  dłoni  Jonasa  zaciskającej  się  na  jej  włosach.  Zastanawiała  się,  jak 

zareagowałaby na jego bezpośrednie dotknięcie. Ogarnęła ją fala gorąca, od stóp aŜ do głowy. 

Wysiłkiem  woli wyciągnęła rękę, chwyciła pasmo włosów i  wysunęła je  ostroŜnie z palców 

Jonasa.  

–  Do  licha,  co  ty  wyczyniasz?  Próbujesz  flirtować  ze  mną?  –  wyszeptała  szorstkim 

głosem,  w  którym  przebijał  niesmak.  Zebrała  włosy  na  karku  i  zarzuciła  na  plecy,  tak  Ŝe 

znalazły  się  poza  zasięgiem  rąk  Jonasa.  –  Oświadczasz  mi  się?  Po  tym,  jak  mnie  uprzednio 

traktowałeś, to naprawdę nie ma sensu.  

background image

Ku  jej  zaskoczeniu,  Jonas  wydawał  się  wcale  nie  słyszeć  jej  słów.  Tępym  wzrokiem 

spoglądał  na  pustą  dłoń,  w  której  przed  chwilą  trzymał  pasmo  włosów  o  blasku  miedzi. 

Wreszcie  opuścił  rękę  i  podniósł  głowę.  Popatrzył  na  Zoey.  Uśmiechem  skwitował  jej 

oskarŜenie. I zaczął się głośno śmiać.  

Najbardziej  ze  wszystkiego  nienawidziła,  kiedy  z  niej  kpiono.  I  fakt,  Ŝe  zrobił  to  Jonas, 

jeszcze bardziej ją rozzłościł.  

– Czy powiedziałam coś śmiesznego? – zaŜądała wyjaśnień.  

– Sądzisz, Ŝe oświadczam ci się? Tobie? – zapytywał, niemal pokładając się ze śmiechu. 

– Postradałaś zmysły? KaŜdy męŜczyzna wolałby chyba umrzeć, niŜ ci się oświadczyć.  

PrzymruŜonymi oczyma Zoey spojrzała na Jonasa.  

– Tak sądzisz? – wycedziła.  

Ś

miał się teraz juŜ trochę mniej głośno.  

–  Oczywiście.  śaden  męŜczyzna  zdrowy  na  umyśle  nawet  by  się  do  ciebie  nie  zbliŜył. 

Bałby się stracić waŜną część swego ciała.  

Jeszcze mocniej zacisnęła zęby.  

– Tak sądzisz? – powtórzyła.  

– Jasne. PrzecieŜ to, co mówię, nie jest dla ciebie Ŝadnym zaskoczeniem.  

– Dlaczego nie jest dla mnie zaskoczeniem to, Ŝe w mojej obecności męŜczyźni lękają się 

o...  o  swoją  męskość?  –  chciała  się  dowiedzieć.  Uznała,  Ŝe  powinna  znać  odpowiedź  na  to 

pytanie.  

Wlepił w Zoey wzrok. Zaskoczyła go zupełna niewiedza tej kobiety o sobie samej.  

Kipiała teraz ze złości. Czekała, co powie Jonas.  

– Och, daj spokój. PrzecieŜ świetnie wiesz. W szpitalu wszyscy męŜczyźni o tym mówią.  

– O czym? 

–  śe  masz  czarny  pas  w  karate.  Opowiadają  teŜ,  jak  załatwiłaś  Jeffa  Pearsona.  Jednym 

kopnięciem w... Wiesz zresztą, w co.  

Zoey  lekko  uniosła  brwi.  Robiła  tak  przed  zadaniem  ciosu.  Tym  razem  jednak  się 

powstrzymała.  

–  Jeff  Pearson  w  zupełności  na  to  zasłuŜył  –  wyjaśniła.  –  Miał  szczęście,  Ŝe  po  tym,  co 

zamierzał  zrobić,  nie  wezwałam  glin  i  nie  oskarŜyłam  go  o  napaść  na  tle  seksualnym.  Jak 

sądzę, Ŝaden męŜczyzna w szpitalu o tym nawet nie wspomniał. Mam rację? 

Jonas natychmiast przestał się śmiać.  

– Co ci zrobił? – zapytał.  

Zoey  juŜ  miała  dość  tej  rozmowy.  Doktor  Tatę  reagował  jak  typowy  męŜczyzna,  chciał 

poznać pikantne szczegóły. Nie moŜna było prowadzić z nim sensownej konwersacji. CzyŜby 

o  tym  wcześniej  nie  wiedziała?  Jak  mogła  tak  szybko  zapomnieć,  jakim  był  człowiekiem? 

Przypomniała sobie to teraz i powróciła  cała nienawiść do niego.  Od dnia w którym znalazł 

się  w  szpitalu  Seton  General,  zadręczał  ją  nieustannie.  A  teraz  nagle  zaczął  zatruwać  Zoey 

Ŝ

ycie osobiste. Dlaczego, do licha, była tak głupia i zgodziła się mu pomóc? 

–  NiewaŜne  –  mruknęła  znuŜonym  głosem.  Ponownie  odwróciła  się  w  stronę  szafy  i 

wyjęła skafander. WłoŜyła go i zaczęła nerwowo zaciągać suwak, marząc o szybkiej ucieczce. 

background image

Jak na złość, zamek zaciął się i nie mogła go zapiąć.  

– Wy, męŜczyźni, wszyscy jesteście jednakowi – dodała, mocując się z suwakiem, raczej 

po  to,  Ŝeby  powstrzymać  Jonasa  od  dalszych  pytań  o  jej  osobiste  sprawy.  –  UwaŜacie,  Ŝe 

robicie łaskę kobiecie, zamieniając z nią parę słów przy kolacji, a potem nie jesteście w stanie 

pojąć, dlaczego, kiedy słońce zajdzie, nie ma ochoty iść z wami do łóŜka.  

Wreszcie Zoey zapięła suwak. Podniosła głowę i zobaczyła, Ŝe Jonas jej się przygląda. Z 

rękoma na biodrach, spoglądał na nią ponuro.  

–  Jeff  przynajmniej  zaprosił  mnie  najpierw  na  kolację  do  restauracji,  zanim  zaczął  być 

agresywny – powiedziała. – A ty? Myłeś tylko brudne naczynia. I to we własnym domu.  

Zoey  wmawiała  potem  w  siebie,  Ŝe  jedynym  powodem,  dla  którego  nie  zamknęła 

natychmiast za sobą wyjściowych drzwi, było to, Ŝe Jonas zagradzał jej drogę. Tak naprawdę 

czekała,  aŜ  on  zaprzeczy,  Ŝe  wszyscy  męŜczyźni  są  jednakowi.  Pragnęła,  aby  zapewnił,  iŜ 

róŜni  się  od  pozostałych.  Chciała,  Ŝeby  powiedział  coś,  co  zmieni  jej  stosunek  do  płci 

brzydkiej.  I,  co  gorsza,  pragnęła  teŜ,  aby  znów  jej  dotknął.  Na  samą  tę  myśl  nie  ogarnął  jej 

strach. Nie uciekła w panice z domu Jonasa.  

On  tymczasem  sięgnął  do  klamki  i  otworzył  drzwi  przed  Zoey.  Owionęło  ich  zimne, 

marcowe powietrze. Jeszcze bardziej lodowaty był wzrok Jonasa.  

– Jeśli tak to odbierasz – powiedział spokojnie – to znaczy, Ŝe masz rację. Będzie lepiej, 

jeśli juŜ sobie pójdziesz.  

Otworzyła  usta,  Ŝeby  zaprotestować.  Niepokoił  ją  los  Juliany  w  ciągu  najbliŜszych 

godzin. Zaraz potem jednak uprzytomniła sobie, Ŝe Jonas od ponad dwu miesięcy jakoś radzi 

sobie  z  dzieckiem.  Nie  była  odpowiedzialna  za  losy  tej  dwójki.  Jeśli  chciał,  Ŝeby  wyszła, 

powinna  zrobić  to  od  razu.  Nie  było  Ŝadnego  powodu,  dla  którego  miałaby  zostać  w  jego 

domu.  

Przykra była myśl, Ŝe Jonas i Juliana jej nie potrzebują. Mimo swych zapewnień sprzed 

paru chwil bardzo chciała zostać. I to nie obecność dziecka wyzwoliła w niej takie pragnienie, 

pomyślała, czując jednocześnie niesmak do własnej osoby.  

Jonas nadal stał w otwartych drzwiach. Był to widomy znak, Ŝe nie podziela jej odczuć. 

Tak  więc  zamiast  powiedzieć  mu,  Ŝe  nie  uwaŜa  go  za  takiego  samego  łajdaka  jak  Jeffa 

Pearsona,  i  zamiast  nalegać,  Ŝe  pomoŜe  opiekować  się  Juliana,  odwróciła  się  bez  słowa  i 

opuściła niegościnny dom.  

Cicho  zamknął  za  nią  drzwi.  Stając  w  lodowatym  wietrze,  Zoey  pomyślała  sobie,  Ŝe 

bardziej przykrego dźwięku niŜ świst wichru jeszcze nigdy nie słyszała.  

 

– Hej, ruda, czemu jesteś taka ponura? 

Od  pięciu  minut  Zoey  nie  widzącym  wzrokiem  błądziła  po  karcie  pacjenta,  niezdolna 

przypomnieć  sobie,  po  co  w  ogóle  brała  ją  do  ręki.  Melancholijny  nastrój,  w  jakim  się 

znajdowała,  nie  zamierzał  ustąpić.  Ogarnął  ją  dwa  dni  temu,  kiedy  to  w  piątek  wieczorem 

opuszczała dom Jonasa.  

Podniosła  wzrok  znad  karty  i  zobaczyła  Coopera  Dugana,  jednego  z  sanitariuszy 

szpitalnego pogotowia. Opierał się o kontuar w dyŜurce pielęgniarek.  

background image

–  Cześć,  Coop  –  powitała  go,  odkładając  kartę.  –  Nie  jestem  ponura,  lecz  trochę 

zamyślona. Jak to się zdarza w poniedziałek przed świtem. Co robisz tutaj o tej porze? TeŜ, 

podobnie jak mnie, wrobili cię w trzecią zmianę? 

Skinął głową. Długie, jasnoblond włosy opadły mu na czoło i badawczo spoglądające na 

Zoey zielone oczy.  

– Od czasu do czasu daję się wrobić i biorę nocne dyŜury. Właśnie przywiozłem gościa z 

zawałem.  ZałoŜyłem  się  o  dwadzieścia  dolców,  Ŝe  facet  nie  przeŜyje  do  rana.  Pomyślałem 

więc sobie, Ŝe połaŜę tu przez chwilę i poczekam, Ŝeby sprawdzić, czy wygrałem zakład.  

–  Cooper!  –  wykrzyknęła  zgorszona  Zoey.  –  Jak  mogłeś  zrobić  coś  podobnego!  Czy  ci 

nie wstyd? 

Wzruszył ramionami.  

–  Gdy  go  dowieźliśmy,  wyglądał  marnie.  Jasne,  Ŝe  mogę  się  mylić.  Byłoby  to  nie 

pierwszy  raz.  Słyszałem,  Ŝe  bierzesz  teraz  nocne  dyŜury  i  pomyślałem,  Ŝe  moŜe  wyjdziemy 

oboje coś przekąsić. Co ty na to? Masz chyba zaraz jakąś przerwę? 

Zoey westchnęła i spojrzała na zegarek.  

– Niestety, dopiero za godzinę.  

Zoey  i  Cooper  przyjaźnili  się  od  lat.  Jako  nastolatki  poznali  się  w  schronisku 

młodzieŜowym.  Po  ucieczce  z  domu  Zoey  przez  miesiąc  błąkała  się  po  ulicach  Filadelfii. 

Chętnie  zapomniałaby  o  tamtych  czasach.  Jedynym  miłym  wspomnieniem  była 

zadzierzgnięta  wówczas  przyjaźń  z  Cooperem.  Mając  czternaście  lat,  uciekała  od  marnego 

Ŝ

ycia. Jak moŜe być ono nieszczęśliwe, przekonała się dopiero znalazłszy się na ulicy.  

–  Świetnie.  Co  powiesz  na  wspólne  śniadanko?  –  zapytał  Cooper.  –  Ja  stawiam.  Za 

godzinę będę bogatszy o dwudziestaka.  

Zoey pokręciła głową.  

–  Nic  z  tego.  Nie  uraczysz  mnie  bułką  kupioną  za  pieniądze  wygrane  dzięki  tak 

wstrętnemu  zakładowi.  A  poza  tym  będę  zajęta.  Przez  cały  dzień.  Tak  mi  się  przynajmniej 

wydaje.  

– Co będziesz robiła? 

– Opiekowała się dzieckiem. Skrzywił się okropnie.  

– Jak moŜesz robić coś takiego! Przez cały dzień jesteś przecieŜ otoczona wrzeszczącymi 

bachorami. Od czasu do czasu powinnaś, jak sądzę, mieć trochę czasu dla siebie.  

–  Mam  wiele  czasu  dla  siebie  –  odparła,  w  myśli  dodając,  Ŝe  za  często  spędza  go 

samotnie. – A poza tym bardzo lubię zajmować się dziećmi.  

– Bo nie masz własnych.  

– Świetnie wiesz, dlaczego.  

Cooper skinął głową i mrugnął do Zoey.  

–  Jasne.  Zaraz  powiesz,  Ŝe  świat  jest  obrzydliwy.  Zbyt  okropny,  aby  począć  nowe 

dziecko,  które  będzie  cierpieć.  Eeee...  Takie  tam  gadanie.  –  Nachylił  się  nad  kontuarem  i 

pociągnął lekko Zoey za koński ogon. – Lepiej uwaŜaj. W dzisiejszych czasach moŜesz nawet 

uwierzyć w coś takiego – dodał.  

– Wierzę.  

background image

Popatrzył na nią sceptycznie.  

–  A  to,  Ŝe  nie  masz  dzieci,  wypływa  z  faktu,  iŜ  jesteś  zbyt  przeraŜona,  aby  dopuścić  do 

siebie męŜczyznę, który  stałby się ojcem twego dziecka. Mam rację? Twoja postawa nie ma 

nic wspólnego z tym, co spotkało Eddie’ego.  

Na  policzkach  Zoey  ukazała  się  ognista  łuna.  W  przeciwieństwie  do  innych  męŜczyzn 

Coopera  trudno  było  zrazić.  To  on  wyciągnął  ją  swego  czasu  z  najgorszych  tarapatów.  Był 

jedynym człowiekiem, który znał ją w czasie rozpaczy i słabości. I nie bał się jej nigdy. Był to 

chyba jeden z wielu powodów, dla których tak bardzo go lubiła.  

–  Cooper,  gadasz  bez  sensu  –  skarciła  go.  –  To  nie  ma  nic  wspólnego  ze  strachem.  Nie 

wiąŜe  się  z  tym,  co  wydarzyło  się...  Eddie’emu.  –  Jak  wiele  czasu  upłynęło  od  chwili,  w 

której po raz ostatni wymówiła to imię! 

Cooper się odpręŜył.  

– Zapominasz, z kim rozmawiasz – upomniał ją. – Po tym, co się stało, twoja postawa jest 

całkowicie usprawiedliwiona. Jednak...  

–  To,  co  się  stało  –  przerwała  mu  szybko  –  jest  fragmentem  mojej  przeszłości  i  do  niej 

naleŜy. Nie ma nic wspólnego z tym, kim jestem dzisiaj.  

Skinął głową, lecz było widoczne, Ŝe go nie przekonała.  

– Zgoda. Masz rację – mruknął.  

–  Chyba  powinieneś  zobaczyć,  czy  delikwent,  o  którego  Ŝycie  się  załoŜyłeś,  jeszcze  nie 

umarł – odrzekła cierpkim tonem. – Mam moc roboty. Muszę się do niej zabrać.  

– Zrozumiałem i odmeldowuję się. – Zasalutował z uśmiechem.  

Kiedy odszedł, Zoey przypomniało się, o co miała go zapytać.  

– Hej, Coop! – zawołała.  

– Tak? – Obrócił się na pięcie.  

– Spędzasz sporo czasu we wschodnim skrzydle szpitala. Mam rację? 

Wzruszył ramionami.  

–  Jasne.  Jeśli  brak  wyjazdów,  to  gdzie  mam  być?  A  poza  tym  pracują  tu  wszystkie 

najładniejsze pielęgniarki – dodał, mrugnąwszy do Zoey.  

Zignorowała ten komplement.  

– A więc spędzasz wiele czasu na plotkach.  

– Wolałbym nazwać to raczej transferem informacji – mruknął pod nosem.  

–  Zgoda.  Niech  będzie  transfer  –  przystała  na  to  wymyślne  określenie.  –  Czy  ty...  – 

zatrzymała się, nie wiedząc, jak sformułować pytanie, by nie wymknęła się jej Ŝadna zbędna 

informacja. – Czyś kiedykolwiek słyszał jakieś rozmowy na mój temat? 

Cooper  uniósł  brwi.  Albo  był  zdziwiony,  albo  chciał  zyskać  na  czasie.  Zoey  nie  była 

pewna.  

– Rozmowy? – powtórzył. – Na twój temat? 

– Tak. O mnie.  

– Och, trudno powiedzieć. Faceci  gadają o róŜnych rzeczach. O piłce, hokeju, alkoholu, 

stewardesach, broni...  

– O mnie – powtórzyła. – Czy kiedykolwiek rozmawiali o mnie? 

background image

Popatrzył na nią spode łba.  

– Czemu pytasz? 

– Wiem z wiarygodnych źródeł, Ŝe wśród męŜczyzn naszego szpitala jestem powszechnie 

uznawana za... za zagroŜenie dla ich... rodzinnych klejnotów.  

– Ach, o tym mówisz. – Machnął lekcewaŜąco ręką.  

– Co to znaczy: o tym? Co masz na myśli? Czy  to prawda? Naprawdę mam taką opinię 

wśród wszystkich męŜczyzn w szpitalu? 

– Nie przejmuj się, Zoey. Powinnaś uznać to za komplement. A zresztą nikt nie lubi Jeffa 

Pearsona.  

– Ale...  

– My, męŜczyźni, bardzo cię szanujemy. UwaŜamy za kumpla. Za jednego z nas.  

Za jednego z nich? pomyślała z przeraŜeniem.  Dobry  BoŜe, która kobieta chciałaby być 

traktowana przez męŜczyzn jak kumpel? 

– A więc to prawda – stwierdziła z niesmakiem.  

–  Nie  przejmuj  się.  O  niektórych  mówi  się  znacznie  gorsze  rzeczy.  Co  w  tym  złego,  Ŝe 

twarda  z  ciebie  sztuka?  To  Ŝaden  wstyd.  –  Pocieszywszy  w  ten  sposób  zaskoczoną  Zoey, 

Cooper znów zasalutował i ruszył w stronę windy.  

Twarda  sztuka.  A  więc  współpracujący  z  nią  męŜczyźni  uwaŜali  ją  za  twardą  sztukę! 

Jonas  teŜ  tak  myślał.  No  to  co?  To  prawda.  Była  twarda.  PrzecieŜ  przez  całe  lata  starała  się 

wytworzyć  w  oczach  ludzi  właśnie  taki  obraz  własnej  osoby.  Chciała,  Ŝeby  męŜczyźni 

trzymali  się  od  niej  z  daleka.  I  osiągnęła  to.  Zostawili  ją  w  spokoju.  Czy  nie  na  tym  jej 

zaleŜało? 

Tak. Chciała tego. Niegdyś. AŜ do przedwczoraj. Do chwili w której wkroczyła do domu 

Jonasa  Tate’a,  zobaczyła,  jak  bardzo  męczy  się  on  z  niemowlęciem,  i  przekonała  się,  Ŝe  ten 

człowiek  równieŜ  ma  słabe  punkty.  Traci  pewność  siebie  i  potrafi  się  bać.  MoŜe  więc  nie 

wszyscy męŜczyźni są tylko i wyłącznie samcami? 

Spojrzała na zegarek. Dochodziła druga nad ranem. Zastanawiała się, czy w duŜym domu 

Jonas śpi spokojnie i czy Juliana przypadkiem nie płacze. Zoey czuła, Ŝe w jakimś sensie do 

nich przynaleŜy. Z niewiadomego powodu uwaŜała się odpowiedzialna za tę dwójkę.  

Powinna  im  pomóc.  AŜ  oboje  poczują  grunt  pod  nogami.  NaleŜało  przynajmniej  się 

upewnić, czy Juliana czuje się dobrze.  

Druga nad ranem. Zoey sięgnęła po odłoŜoną kartę pacjenta. WyobraŜała sobie Jonasa w 

wiśniowych jedwabnych spodniach od piŜamy, na jednym ręku trzymającego Julianę i drugą 

ręką usiłującego podgrzać butelkę. Oni mnie naprawdę potrzebują, stwierdziła. I to, Ŝe Jonas 

pozwolił w piątek wieczorem, by sobie poszła, wcale nie oznacza, Ŝe nie powinna wrócić dziś 

rano.  

Z  Jonasem  Tate’em  świetnie  sobie  poradzi.  Podobnie  jak  z  dziwnymi  odczuciami,  jakie 

ten człowiek w niej budzi. Przyrzekła to sobie solennie. PrzecieŜ była twardą sztuką.  

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

To  jest  zły  sen,  uznał  Jonas,  stając  w  spodniach  od  piŜamy  i  szlafroku  na  progu  swego 

domu.  Zmarszczył  czoło  na  widok  uśmiechniętej,  młodej  kobiety  znajdującej  się  na  ganku. 

Słońce wyjrzało właśnie zza węgła i ozłociło długie włosy, które wystawały spod czerwonej 

miękkiej  czapeczki,  tworząc  krąg  światła  wokół  jej  głowy,  przypominający  złotą  aureolę. 

Zbyt  dobrze  wiedział  jednak,  Ŝe  Zoey  Holland  nie  jest  aniołem.  Emocje,  które  w  nim 

wzbudzała, moŜna by raczej nazwać szatańskimi.  

Miała  rozpięty  skafander.  Pod  nim  Jonas  zauwaŜył  ciemnowiśniowy  dres  szkoły  w 

Haddonfield i spłowiałe dŜinsy. Dziś zdąŜyła się pozbyć szpitalnego uniformu. W jednej ręce 

trzymała papierową torbę z produktami spoŜywczymi, a w drugiej mały neseser weekendowy. 

Nie  przyszła,  Ŝeby  przekazać  kopertę  od  Lily  Forrester.  Było  jasne,  Ŝe  tym  razem  zamierza 

spędzić tu więcej czasu.  

– Wróciłam – oznajmiła z lekkim uśmiechem, mijając Jonasa i wchodząc do domu.  

Zamknął  drzwi  za  gościem  i  ściągnął  poły  szlafroka,  robiąc  na  pasku  dodatkowy  węzeł. 

Nie  miał  pojęcia,  dlaczego  tak  się  zachowywał.  Zoey  nie  wykazała  dotychczas  najmniejszej 

nawet ochoty, Ŝeby go rozebrać. A gdyby teraz na to się zdecydowała, z pewnością by jej nie 

przeszkodził, bo spełniłaby jego pragnienia.  

W tej nieoczekiwanej wizycie Zoey, z jej własnej woli.  

było coś, co poruszyło Jonasa. Widok roześmianej twarzy jednak go rozzłościł.  

– Po co przyszłaś? – zapytał.  

– Opiekować się dzieckiem – wyjaśniła. – CzyŜbyś o tym zapomniał, Ŝe mam zajmować 

się Jules przez najbliŜsze dwa tygodnie? 

– Sądziłem, Ŝe się rozmyśliłaś. Wzruszyła lekko ramionami.  

–  Przyszłam,  więc  widocznie  zmieniłam  zdanie  –  odparła  niewzruszona.  –  A  ponadto 

jesteś  mi  winien  forsę  za  piątkowe  zakupy.  –  Wskazała  wzrokiem  papierową  torbę,  którą 

trzymała w ręku. – Dopiszę do rachunku. Gdzie mam połoŜyć swoje rzeczy? 

– Rzeczy? Jakie rzeczy? 

–  PiŜamę,  przybory  toaletowe  i  takie  tam  drobiazgi.  Jonas  nadal  usiłował  zrozumieć  jej 

nagłą zmianę frontu.  

Nie pojmował intencji.  

– Chcesz się tu wprowadzić? 

– Tylko na dwa dni. AŜ trochę się wyśpisz. Potem będę przychodziła rano i zostawała z 

dzieckiem do twego powrotu ze szpitala. Jak wiesz, ja teŜ potrzebuję snu.  

– Wiem, ale...  

– Więc gdzie mogę połoŜyć swoje rzeczy? 

– Nie pracujesz teraz za Jeannette na nocnej zmianie. Jak sobie poradzisz? 

–  Przesunęłam  godziny  dyŜurów.  Na  jutrzejszą  i  następną  noc.  Jonas  popatrzył 

podejrzliwie na Zoey.  

– Zadałaś sobie wiele trudu, Ŝeby dla mnie zmienić w szpitalu cały rozkład zajęć.  

background image

– Zrobiłam to nie dla ciebie – przypomniała.  

Jonas skinął głową. Jeszcze nigdy w Ŝyciu nie czuł się tak zmęczony.  

– Jasne. Jak mogłem zapomnieć? Robisz to tylko dla Juliany.  

– Tak. Gdzie mogę połoŜyć swoje rzeczy? 

Podniósł ręce do czoła. Zachowywał się niezbyt przytomnie. Nie potrafił zebrać myśli.  

– Poczekaj chwilę – powiedział. – Pozwól, niech się zastanowię. Naprawdę chcesz pomóc 

mi opiekować się Juliana? 

– Jasne.  

– Nawet po tym, jak cię podrywałem? Ironicznym gestem Zoey uniosła brwi.  

–  Ale  przecieŜ  nic  z  tego  nie  wyszło.  Zapewniłeś  mnie  równieŜ,  Ŝe  więcej  nie  będziesz 

próbował.  Jestem  pewna,  Ŝe  to  wszystko  było  tylko  nieporozumieniem  –  dodała  szybko.  – 

Mam rację? 

Jonas z trudem pokonał chęć wzięcia jej w ramiona, całowania aŜ do nieprzytomności, by 

zilustrować,  jak  znakomicie  odczytała  jego  intencje  z  tamtego  wieczoru.  Zamiast  tego 

westchnął.  

–  Tak.  Źle  mnie  zrozumiałaś  –  potwierdził.  Uśmiechnęła  się,  świetnie  wiedząc,  Ŝe 

skłamał.  

– Tak właśnie myślałam.  

–  Naprawdę  zgodzisz  się  poświęcić  aŜ  dwa  tygodnie,  Ŝeby  pomóc  mnie  i  Julianie?  – 

zapytał łagodnym tonem.  

– Tak.  

– Dziękuję.  

– Nie ma za co.  

Przez dłuŜszą chwilę Jonas w milczeniu przyglądał się Zoey, tak jakby widział ją po raz 

pierwszy. Jak zwykle, zachwycał się jej urodą. Zielone oczy przypominały barwą letnie łąki. 

Był  zaskoczony  pragnieniem,  by  zanurzyć  dłonie  i  wargi  w  rudych  włosach.  Tym  razem 

dostrzegł takŜe inne, nowe rzeczy.  

Zawsze uwaŜał Zoey Holland za osobę irytującą, pyskatą babę, która nie znosi męŜczyzn 

i uwaŜa, Ŝe znaleźli się na naszej planecie tylko dlatego, Ŝeby przynieść cierpienie kobietom. 

Dostrzegał wyłącznie takie cechy jej natury.  

Teraz  jednak  stwierdził,  Ŝe  się  mylił.  W  Zoey  Holland  tkwiła  bowiem  jakaś  miękkość. 

Wykazywała brak pewności siebie. I nagle pojął wszystko. Zachowywała się tak wojowniczo 

dlatego, Ŝeby ukryć prawdziwą osobowość.  

Jonas zapragnął dowiedzieć się czegoś więcej o tej kobiecie. To, Ŝe uchodziła za twardą, 

jeszcze bardziej przyciągało go do niej.  

– PołóŜ rzeczy w pokoju obok sypialni Juliany – powiedział. – Stamtąd będziesz słyszała, 

co robi.  

– Dobrze – odparła Zoey. Papierową torbę z zakupami postawiła na stoliku do kawy i z 

neseserem ruszyła w stronę schodów. – Chodźmy.  

Zastanawiał  się  przez  chwilę,  jak  by  to  było,  gdyby  zaprowadził  ją  wprost  do  swej 

sypialni  i  namówił,  Ŝeby  tam  spędziła  z  nim  noc.  Pewnie  za  taką  propozycję  podbiłaby  mu 

background image

oko, pomyślał natychmiast. I na dobre opuściłaby jego dom.  

– Tędy – wskazał, odpędziwszy zdroŜne myśli. WyobraŜenie sobie Zoey w łóŜku, nagiej i 

roznamiętnionej,  mąciło  umysł.  –  Juliana  teraz  śpi  –  dodał,  przechodząc  do  szeptu,  kiedy 

znaleźli się na schodach.  

–  Jak  zachowywała  się  przez  ostatnie  dni?  Lepiej?  –  spytała  Zoey,  gdy  szli  na  palcach 

obok drzwi do dziecinnego pokoju.  

Jonas potrząsnął głową.  

–  Nie.  A  w  piątek  w  nocy,  po  twoim  wyjściu,  wrzeszczała  jak  szalona  i  nie  chciała  się 

uspokoić. Widocznie nadal mnie nie znosi i nie chce, abym był blisko niej.  

– Jestem pewna, Ŝe nie. o to chodzi.  

Westchnął, nie przekonany, kiedy znaleźli się w pokoju, który przeznaczył dla Zoey.  

–  Powinieneś  koniecznie  zmienić  pediatrę  –  przypomniała,  kładąc  neseser  na  łóŜku.  – 

MoŜe to jakaś powaŜna sprawa.  

Jonas  usiłował  odgonić  obraz  Zoey  rzucającej  się  na  łóŜko  i  otwierającej  przed  nim 

ramiona.  

–  Pediatra,  do  którego  chodzę,  jest  jednym  z  naszych  najlepszych  lekarzy  w  szpitalu  – 

odparł  ponurym  głosem.  Odchrząknął.  –  Zapewnia,  Ŝe  nie  ma  Ŝadnych  konkretnych 

powodów,  dla  których  mała  miałaby  się  tak  zachowywać.  Muszę  więc  zakładać,  Ŝe  winę 

ponoszę ja sam.  

Zoey pragnęła zaprzeczyć. Chciała zapewnić Jonasa, Ŝe problemy Juliany nie mają z nim 

nic  wspólnego.  Nie  była  jednak  pewna,  czy  mówiłaby  prawdę.  Szczerze  powiedziawszy,  od 

chwili w której po raz pierwszy go zobaczyła, bez przerwy jej samej sprawiał ciągłe kłopoty.  

–  Przestań  o  tym  myśleć  –  poradziła.  –  Od  tej  pory  ja  przejmuję  opiekę  nad  Jules. 

Będziesz  miał  więc  chwilę  wytchnienia.  Dziś  wyśpisz  się  porządnie.  Nie  masz  pojęcia,  jak 

dobrze czuje się człowiek po smacznie przespanej nocy. Jutro rano będziesz w dobrej formie. 

Jak nowy. Jonasie, zobaczysz, Ŝe wszystko się ułoŜy. Jestem o tym przekonana.  

Oczy doktora Tate’a zapłonęły blaskiem, kiedy wymówiła jego imię. Zoey odniosła przy 

tym  wraŜenie,  Ŝe  jakieś  dziwne,  nieprzystojne  myśli  zaczęły  chodzić  mu  po  głowie.  Nagle 

pokój wydał się jej za mały. Było zbyt ciepło i duszno. Tak, Ŝe ogarnęła ją ochota, by rzucić 

wszystko i uciekać gdzie pieprz rośnie.  

–  Czemu  nie  pójdziesz  przygotować  się  do  wyjścia?  –  zaproponowała.  –  Zejdę  na  dół  i 

sama zajmę się zakupami. Kiedy Jules się obudzi, od razu do niej pójdę.  Wyobraź sobie, Ŝe 

masz dziś wolne.  

–  Mam  wolne  –  powtórzył  powoli.  Potrząsnął  przecząco  głową.  –  Co  takiego?  Nie 

potrafię sobie przypomnieć, kiedy miałem ostatnio wolny dzień. To dziwaczny pomysł.  

W głosie Jonasa Zoey usłyszała nutę bezradności. Zrobiło się jej go Ŝal.  

– Jules do góry nogami przewróciła twoje Ŝycie. Mam rację? 

Westchnął cięŜko.  

–  Bardziej  niŜ  myślisz  –  potwierdził  udręczonym  głosem.  –  Gdyby  rok  temu  ktoś  mi 

powiedział,  Ŝe  takie  małe  i  bezradne  stworzenie,  jak  niemowlę,  moŜe  w  sposób 

nieodwracalny zmienić, a nawet zniszczyć Ŝycie człowieka, nigdy bym mu nie uwierzył. Nie 

background image

potrafię ci opisać, jak bardzo Juliana zakłóciła moje Ŝycie.  

–  Sądzę,  Ŝe  potrafię  to  sobie  wyobrazić  –  szepnęła  Zoey.  W  jej  głosie  było  coś,  co  go 

zaniepokoiło, ale zanim zdołał zadać pytanie, odezwała się ponownie: 

–  Masz  do  niej  o  to trochę  Ŝalu,  prawda?  –  spytała.  Wzruszył  ramionami,  lecz  nie  mógł 

zaprzeczyć, bo była to prawda.  

–  Tak  –  odparł.  –  Czasami.  Chciałbym,  aby  wszystko  wróciło  do  poprzedniego  stanu. 

ś

eby było tak, jak przedtem. Jakby nic się nie zmieniło.  

– To nie jest moŜliwe – uzmysłowiła mu Zoey. – Będzie więc lepiej, jeśli przestaniesz o 

tym myśleć. – MoŜesz sobie stworzyć nowe Ŝycie, mniej więcej normalne.  

– Co masz na myśli? 

–  Stare  nawyki  zastąp  nowymi.  Kiedy  wprowadzisz  je  w  Ŝycie,  poczujesz  się  bardziej 

normalnie.  

Jonas uśmiechnął się lekko. Chciał uścisnąć Zoey za dobre, pocieszające słowa. Och, do 

diabła. Wcale nie dlatego pragnął wziąć ją w ramiona! 

– Dziękuję – powiedział. To ją zaskoczyło.  

– Za co? 

– Za próbę pomocy.  

– Pomogę ci bardziej. Sam się przekonasz. Pierwsze sześć miesięcy Ŝycia niemowlaka to 

zawsze najgorszy okres dla rodziców. Potem egzystuje się łatwiej.  

– Mówisz jak z własnego doświadczenia.  

Zoey ogarnęła nagle fala melancholii. Szybko się opanowała.  

– Dwie dobrze znane mi pary małŜeńskie stały się niedawno rodzicami. Stąd wiem. Sama 

nie chcę mieć dzieci.  

– Mówisz to z przekonaniem.  

– Dawno temu powzięłam taką decyzję.  

– Dlaczego? 

– To nieistotne.  

– Jednak...  

–  Spóźnisz  się  do  pracy,  jeśli  nie  zaczniesz  się  zbierać  –  przerwała  mu,  zanim  zadał 

następne pytanie dotyczące jej prywatnego Ŝycia. – Wszystko wskazuje na to, Ŝe lada chwila 

obudzi się Juliana. Muszę przedtem wykonać parę rzeczy. Zorganizować sobie pracę.  

Jonas nie chciał wychodzić z domu. Pragnął pozostać i nadal rozmawiać z Zoey. Była to 

ich  pierwsza  dyskusja,  która  nie  kończyła  się  przykrą  wymianą  zdań.  Jonas  pragnął 

dowiedzieć  się  o  Zoey  czegoś  bliŜszego.  Poznać  przyczynę,  dla  której  nie  chce  mieć  dzieci, 

mimo  Ŝe  lubi  z  nimi  przebywać.  Najbardziej  jednak  chciał,  Ŝeby  nadal  na  niego  patrzyła  w 

taki  sposób,  jak  w  chwili  gdy  ujrzał  ją  na  werandzie.  Zachowywała  się  tak,  jakby  naprawdę 

zaleŜało jej na jego losie.  

Nagle w sąsiednim pomieszczeniu rozległ się głośny płacz. Zoey błyskawicznie wybiegła 

z pokoju. Jonas został sam.  

Dopiero teraz pojął, Ŝe to nie on dba o potrzeby dziecka. Robi to ktoś inny. I uzmysłowił 

sobie jeszcze jedno. śe w związku z tym poczuł się dziwnie zawiedziony.  

background image

Otrząsnął się z tych wraŜeń, idąc za Zoey do kuchni. Przez cały czas trzymała dziecko na 

rękach. Sprawnie wyciągnęła z lodówki butelkę. Kołysała Julianę w ramionach, kiedy grzało 

się  śniadanie.  Niemowlę  prawie  przestało  płakać.  Zoey  świetnie  radziła  sobie  z  dziećmi.  Z 

powodzeniem  wychowałaby  gromadkę  własnych.  Ale  nie  chciała  ich  mieć.  Jonas  nie  miał 

pojęcia, dlaczego.  

–  Idź  juŜ  –  powiedziała,  sadowiąc  się  przy  kuchennym  stole  i  zabierając  do  karmienia 

Juliany. – Przestań o nas myśleć. Ciesz się ze swobody.  

Ciesz  się  ze  swobody.  W  głowie  Jonasa  rozbrzmiewały  słowa  Zoey.  Wcale  nie  czuł  się 

wolny.  Będzie  mu  brak  Zoey  i  Juliany.  I  był  przekonany,  Ŝe  nie  potrafi  przestać  o  nich 

myśleć.  

Skinął  głową  na  poŜegnanie  i  wycofał  się  z  kuchni.  Nigdy,  nawet  w  najbardziej 

dziwacznych snach, nie wyobraŜał sobie, Ŝe jego dom najdą dwie istoty rodzaju Ŝeńskiego, z 

których  Ŝadna  ani  trochę  go  nie  lubi.  Najzabawniejsze  było  jednak  to,  Ŝe  on  sam,  co  sobie 

teraz uprzytomnił, polubił juŜ je ogromnie.  

– Lekcja numer jeden – oznajmiła Zoey tego wieczoru, kiedy wraz z Jonasem pochylała 

się nad małą plastykową wanienką, wstawioną do normalnej wanny. – Kąpanie dziecka.  

Patrzyła na Jonasa i nie potrafiła powstrzymać się od śmiechu. Miał obłęd w oczach. Był 

przeraŜony.  

Posadziła  dziecko  w  wanience.  Radośnie  wymachiwało  rączkami  i  nóŜkami.  Jedną  ręką 

Jońas  podtrzymał  główkę  Juliany,  drugą  podłoŜył  pod  brzuszek.  Widok  drobnego 

niemowlęcia  spoczywającego  bezpiecznie  w  duŜych,  silnych  męskich  rękach  wywołał 

uśmiech na twarzy Zoey. Istniała nadzieja, Ŝe ta dwójka jakoś się dogada.  

– Muszę się tego uczyć? – zapytał Jonas. – Juliana będzie miała przecieŜ niańkę. Kiedyś – 

dodał,  wzdychając.  –  Gdy  znajdę  kogoś  odpowiedniego.  Kąpanie  dziecka  naleŜy  do  niańki. 

Mam rację? 

–  W  zasadzie  tak  –  przyznała  Zoey.  –  Ale  stałeś  się  ojcem.  Musisz  więc  znać  zasady 

Ŝ

ywienia,  zmiany  pieluch  i  kąpania  niemowlaka.  Karmienia  juŜ  się  uczysz.  Pieluchy,  jak 

zdołałam się zorientować, zmieniasz całkiem sprawnie...  

– Tę czynność teŜ chętnie scedowałbym na niańkę – mruknął skrzywiony.  

– Pozostaje więc kąpanie – kończyła wyliczać Zoey. – A moŜe chcesz zatrudnić niańkę, 

która zamieszka u ciebie na stałe? – zawiesiła głos.  

Zaprzeczył ruchem głowy.  

– Tak więc musisz umieć wykąpać dziecko. Na wszelki wypadek. Być moŜe jeszcze tego 

nie  dostrzegłeś,  ale  maluchy  błyskawicznie  się  brudzą.  Czy  Juliana  juŜ  miała  napadowe 

wymioty? 

Oczy Jonasa rozszerzyły się szeroko.  

– Napadowe wy... – Zamilkł na chwilę. – Dzieci mają takie rzeczy? 

–  Niektóre.  Na  szczęście,  nie  wszystkie.  Nie  przejmuj  się  zawczasu  –  dodała  z 

uśmiechem.  –  Nie  ma  czym  się  teraz  martwić,  ale  musisz  być  przygotowany  na  taką 

ewentualność.  

Skinął głową. Nadal był wstrząśnięty tym, co usłyszał.  

background image

Podczas  całej  rozmowy  Juliana  siedziała  spokojnie  w  wanience,  przenosząc  wzrok  z 

Jonasa na Zoey i z powrotem, tak jakby śledziła przebieg rozmowy. Kiedy Zoey wreszcie na 

nią  spojrzała,  uśmiechnęła  się  radośnie  i  tłustymi  łapkami  zaczęła  mocno  bić  w  wodę, 

ochlapując dorosłych.  

–  Czy  nie  byłoby  łatwiej  myć  ją  na  dole,  na  kuchennym  blacie?  –  zapytał  Jonas, 

przenosząc cięŜar ciała z jednej nogi na drugą.  

–  Być  moŜe  –  przyznała  Zoey.  –  Musisz  jednak  nauczyć  się  kąpać  ją  w  łazience.  Im 

Juliana będzie większa, tym trudniej doprowadzisz się potem do ładu.  

Rzucił okiem na wielką mokrą plamę, widoczną na jego niebieskiej koszuli, i zmarszczył 

czoło.  

– Bardziej niŜ teraz? Zoey lekko się roześmiała.  

– Ciesz się, Ŝe Juliana nie jest chłopczykiem. Przynajmniej nie musisz martwić się o to, Ŝe 

obleje cię strumyczkiem siusiu.  

–  Siusiu.  JuŜ  dawno  nie  uŜywałem  tego  słowa.  Zdumiewające,  jak  bardzo  się  zmienia 

słownictwo człowieka, który ma dziecko. Na przykład śpioszki. Dlaczego nie nazywa się ich 

jakoś normalniej? 

–  To  dopiero  początek  –  ostrzegła  Zoey.  –  Poczekaj,  aŜ  Jules  zacznie  mówić.  Dziwne 

rzeczy, które będziesz powtarzał.  

Julianie  znudziła  się  kąpiel.  Zaczęła  wychlapywać  wodę,  której  większość  z  pluskiem 

wylądowała na twarzy Zoey.  

–  Dobrze,  juŜ  dobrze  –  uspokoiła  dziecko.  –  Kończymy.  Pokazała  Jonasowi  wszystkie 

stadia kąpieli. Trwało to trzykrotnie dłuŜej, niŜ gdyby myła małą sama. Przez cały czas jednak 

zachwycała  Zoey  delikatność  Jonasa  w  stosunku  do  dziecka.  Mógłby  być  artystą,  a  nie 

kardiologiem. Ma takie cudowne ręce, pomyślała.  

– A teraz co? – zapytał po opłukaniu Juliany.  

– Teraz ją wytrzyj.  

– Czym? 

–  Och,  nie  wiem.  MoŜe  spróbowałbyś  ręcznikiem?  –  roześmiała  się.  –  Sięgnęła  po 

ręcznik,  który  umieściła  w  pobliŜu  wraz  z  innymi  środkami  potrzebnymi  do  utrzymania 

czystości dziecka. – Daj mi ją.  

Jonas  podał  Julianę  Zoey.  Wycierała  małą,  podczas  gdy  on  zbierał  wszystko,  co 

przynieśli do łazienki.  

–  Ma  duŜo  więcej  róŜnych  kosmetyków  ode  mnie,  a  jest  taka  malutka  –  mruknął  pod 

nosem.  

–  Uwielbiam  zapach  niemowląt  –  powiedziała  Zoey,  delikatnie  wycierając  główkę 

dziecka.  Pochyliła  się  nad  Jules  i  wciągnęła  powietrze.  –  Jest  słodki  i  czysty.  Małe  dzieci 

pachną nowością. To kształtujący się człowiek, pomyśl o tym, Jonasie. Jules ma dopiero trzy 

miesiące. Jaka będzie za trzydzieści lat? A za sześćdziesiąt? 

– Nie potrafię być aŜ tak dalekowzroczny. Ledwie wiem, co z nami będzie w przyszłym 

tygodniu.  

Zoey  odwinęła z ręcznika drobną  rączkę. Małe paluszki zacisnęły się natychmiast na jej 

background image

dłoni.  

–  Ma  długie  palce  –  oznajmiła.  –  MoŜe  zostanie  pianistką.  Albo  masaŜystką.  Albo 

mistrzynią od wyrobu ciast.  

– A moŜe pielęgniarką – z uśmiechem dorzucił Jonas. 

– Lub lekarką.  

– MoŜe.  

– Lekarką, która daje w kość pielęgniarkom, podobnie jak jej staruszek.  

– Hola, nie bądź złośliwa. Powiedziałem ci...  

–  Co  ty  na  to,  Jules?  –  Zoey  przerwała  Jonasowi,  zwracając  się  do  dziecka.  –  Chcesz 

przynaleŜeć do cudownego świata medycyny? 

Juliana zaczęła gaworzyć, lecz zaraz potem westchnęła. Nie była pewna.  

–  Zostanie  pianistką  –  orzekła  Zoey.  Nadal  wycierała  dziecko,  unikając  przy  tym 

starannie  spojrzenia  Jonasa.  –  Jest  zbyt  bystra  na  to,  by  dać  sobą  pomiatać  humorzastym 

lekarzom.  

Jonas  nie  mógł  się  nadziwić,  jak  Zoey  delikatnie  obchodzi  się  z  Juliana.  Poczuł  nagły 

przypływ wzruszenia. Jak taka dziewczyna, wysoka, silna i oschła, potrafi być tak spokojna, 

ciepła i sympatyczna. Zoey Holland stanowiła prawdziwą zagadkę. W szpitalu zachowywała 

się jak rozzłoszczony byczek. W stosunku do Juliany była samą słodyczą. Mimo Ŝe pracowała 

na oddziale noworodków, Jonasowi nawet nie przyszło wcześniej do głowy, Ŝe moŜe być tak 

czuła i opiekuńcza. Teraz widział ją właśnie taką. Tuliła w ramionach dziecko i wydawała się 

szczęśliwa.  

Dlaczego  więc,  do  licha,  w  stosunku  do  niego  jest  taka  oschła?  zastanawiał  się  Jonas.  I 

dlaczego go to tak bardzo złościło, a nawet bolało? 

– Lekcja numer dwa – oznajmiła, podnosząc się z krzesła. – Ubieranie dziecka.  

–  O,  nie  –  zaprotestował.  Wstał,  lecz  ruchem  ręki  odsunął  od  siebie  Zoey  z 

niemowlęciem.  –  Zaraz  podasz  mi  te  wszystkie  koszulki,  kaftaniki  i  śpioszki.  Juliana  nie 

znosi, jak się wkłada jej coś przez głowę. Od razu wrzeszczy, a ja tego nie trawię.  

– Nie będzie wrzeszczała.  

– Będzie.  

Zoey wyciągnęła dziecko przed siebie.  

– Weź ją. To jeszcze jeden powód, dla którego byłoby warto, Ŝebyś trochę poćwiczył.  

Juliana  wrzasnęła  juŜ  w  chwili,  gdy  zaczął  wkładać  jej  koszulkę  przez  głowę.  Dopiero 

Zoey  pokazała  Jonasowi,  jak  rozszerzyć  górny  otwór,  Ŝeby  przy  wkładaniu  koszulka  nie 

zakłóciła  widzenia  dziecka.  Zdradziła  mu  jeszcze  kilka  sekretów  dotyczących  przewijania, 

doświadczeń zdobytych przez lata praktyki na oddziale noworodków. Przyciemniła światło w 

pokoju,  usiadła  z  małą  na  bujanym  fotelu  i  dała  Jonasowi  parę  wskazówek,  co  robić,  Ŝeby 

dziecko lepiej spało w nocy.  

Potem  usłyszał  ze  zdziwieniem,  Ŝe  śpiewa  kołysankę.  Do  głowy  by  mu  nie  przyszło,  Ŝe 

ten miły, ciepły głos moŜe naleŜeć do Zoey Holland.  

Oprócz  ogromnej  wprawy  w  obchodzeniu  się  z  niemowlętami  ta  kobieta  miała  jeszcze 

jedną wielką zaletę. Naturalną, wrodzoną zdolność opiekowania się dziećmi. Dlaczego wobec 

background image

tego była tak oschła w stosunku do dorosłych? Tak sceptycznie do nich nastawiona? 

I  nagle  ni  stąd,  ni  zowąd  Jonas  doznał  olśnienia.  Zoey  czuła  się  dobrze  przy 

niemowlętach, bo jej nie zagraŜały. Nie mogły zrobić krzywdy. Nie miał pojęcia, skąd ta myśl 

przyszła mu do głowy, wiedział jednak, Ŝe odkrył prawdę. Całe to agresywne zachowanie się 

Zoey,  czarny  pas  w  karate  i  opinia  twardej  sztuki,  jaką  miała  w  szpitalu...  Nagle  wszystko 

złoŜyło  się  w  jedną,  logiczną  całość.  Stwarzała  pozory  twardej,  gdyŜ  pragnęła  ukryć  swą 

słabość. Bała się.  

Ale czego się obawiała? Jonas nie miał pojęcia.  

Ś

wiadomość  tego  faktu  sprawiła,  Ŝe  poczuł  się  dziwnie.  Przedtem  na  widok  Zoey 

natychmiast  wpadał  w  złość.  Musiał  być  ciągle  na  nią  rozeźlony,  Ŝeby  nie  myśleć  o  innych 

rzeczach. Na przykład o tym, by lepiej ją poznać. Nie chciał Ŝadnej kobiety. Baba nie była mu 

do  szczęścia  potrzebna.  Zwłaszcza  zarozumiała  i  pewna  siebie,  która  do  góry  nogami 

przewróciłaby jego Ŝycie. I tak juŜ miał pecha, Ŝe Juliana zakłóciła mu spokojną egzystencję. 

Kobieta pokroju Zoey z łatwością zadałaby ostateczny cios.  

Musi  wziąć  się  w  garść,  postanowił.  Nie  mogą  go  więcej  nachodzić  erotyczne  myśli 

dotyczące tej kobiety. Zoey pomoŜe mu opiekować się Juliana. I to wszystko. Będzie musiał o 

tym  pamiętać,  kiedy  znów  zacznie  się  zastanawiać,  jak  wyglądałaby  bez  tego  swojego 

szpitalnego uniformu...  

Kiedy  jednak  słuchał  jej  łagodnego  głosu,  gdy  tuląc  do  piersi  dziecko,  śpiewała  mu 

kołysankę, zauwaŜył, Ŝe blask światła pada na jej włosy, sprawiając, iŜ lśnią miedzianozłotym 

połyskiem.  Wciągnął  głęboko  lekko  korzenny  zapach  ciała  Zoey,  zmieszany  z  aromatem 

dziecięcego szamponu...  

Z  całej  siły  zacisnął  powieki.  Pragnął  teŜ  wyłączyć  wszystkie  inne  zmysły.  Chyba 

wariuje. Mógłby przysiąc, Ŝe przed chwilą w oczach Zoey dostrzegł łzy.  

Do  diabła,  zaczynał  mieć  obsesję  na  punkcie  tej  kobiety!  Wiedział,  Ŝe  z  czymś  takim 

trudno  sobie  poradzić.  Zwłaszcza  Ŝe  Zoey  będzie  przebywała  w  jego  domu  przez  najbliŜsze 

dwa tygodnie. Te dni będą jednym pasmem udręki, ciągnąc się w nieskończoność.  

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

Nic  z  tego  nie  będzie,  jakiś  czas  później  pomyślał  Jonas.  Z  szeroko  otwartymi  oczyma 

leŜał w łóŜku. Pierwszy raz od miesięcy miał okazję porządnie się wyspać. Był wykończony 

fizycznie i psychicznie.  NaleŜał mu się odpoczynek. Zamiast jednak spać, myślał o  Zoey. O 

tym, jak wygląda, kiedy leŜy w łóŜku. O tym, w czym śpi. I czy w ogóle ma coś na sobie.  

Z  jękiem  przewrócił  się  na  brzuch  i  ukrył  twarz  w  poduszce.  Wzięły  w  łeb  wszystkie 

dawane  sobie  obietnice,  Ŝe  nie  będzie  miał  Ŝadnych  erotycznych  myśli  związanych  z  tą 

kobietą.  Śpij,  do  diabła,  zaśnij  wreszcie,  nakazywał  sobie.  Jego  umysł  nie  chciał 

podporządkować  się  poleceniu.  Ukazał  mu  Zoey,  pochyloną  nad  kołyską,  okrywającą 

niemowlę.  W  spłowiałych,  obcisłych  dŜinsach  wyglądała  fantastycznie.  Jonas  aŜ  zacisnął 

dłonie w pięści, kiedy sobie przypomniał, jak bardzo chciał objąć jej zgrabny tyłeczek.  

– Przystopuj, stary – mruknął głośno do siebie. – Donikąd cięto nie doprowadzi. Będziesz 

jeszcze bardziej wykończony.  

Podniósł  głowę  i  spojrzał  na  fosforyzującą  tarczę  budzika.  Dochodziła  północ.  LeŜał  w 

łóŜku od ponad godziny i w Ŝaden sposób nie mógł zasnąć. Do diabła, co z nim się dzieje? 

MoŜe dobrze mi zrobi kieliszek koniaku, pomyślał. Kiedyś ta metoda zawsze okazywała 

się skuteczna na bezsenność. Wstał z łóŜka, włoŜył szlafrok i boso zszedł na dół.  

Nie  zapalając  światła,  dotarł  do  barku  i  nalał  sobie  koniaku  do  kieliszka.  Za  oknami 

zaczął  prószyć  śnieg.  Jonas  stanął  przy  oknie.  Patrząc  na  białe  płatki  opadające  na  ziemię, 

zaczął  się  rozluźniać.  Taki  widok  zawsze  działa  uspokajająco  na  człowieka,  pomyślał. 

Łagodzi wszelkie stresy.  

Drgnął  nagle,  gdy  za  jego  plecami  zapaliła  się  lampa.  Do  pokoju  weszła  Zoey.  Nie 

widząc Jonasa, podeszła do telewizora i włączyła odbiornik.  

Obserwując  ją,  przypomniał  sobie,  Ŝe  chciał  wiedzieć,  w  co  ubiera  się  na  noc.  W  białą 

batystową koszulkę czy w cieniutką, z czarnej koronki? Znał juŜ odpowiedź na swoje pytanie. 

Ani  w  taką,  ani  w  taką.  Zoey  Holland  sypiała  we  flaneli.  W  zwykłej,  czerwonej,  grubej 

piŜamie, której rękawy sięgały aŜ do palców, a nogawki aŜ po kolana były wetknięte w grube 

wełniane skarpety.  

Dlaczego widok ten go zdziwił? Właściwie nie powinien. Był to idealny nocny strój na tę 

porę  roku.  Praktyczny  i  ciepły.  Taki  jak  sama  Zoey.  A  ponadto  do  twarzy  jej  było  w 

czerwonym kolorze.  

– Dobry wieczór – pozdrowił ją cicho.  

Jak oparzona drgnęła i obróciła się na pięcie. Jonas bał się, Ŝe zaraz rzuci się do ucieczki. 

Przycisnęła dłonie do serca, oddychała nierówno. Kiedy zobaczyła, Ŝe to Jonas, uspokoiła się 

trochę. Ale tylko na chwilę. Nagle opadła z sił. Był zmieszany.  

–  Nie  mogłem  zasnąć  –  powiedział  tytułem  usprawiedliwienia,  zanim  zdąŜyła  o  coś  go 

oskarŜyć. – Pomyślałem, Ŝe trochę koniaku pomoŜe mi się zrelaksować.  

Skinęła głową.  

–  Przepraszam,  nie  chciałam  ci  przeszkadzać.  Właśnie  sobie  przypomniałam,  Ŝe  dziś 

background image

nadają w telewizji film z Keanu Reevesem. Myślałam, Ŝe zdąŜę go obejrzeć.  

– Keanu Reeves? – powtórzył, ruszając powoli w stronę Zoey. – Czy ten chłopak nie jest 

przypadkiem trochę dla ciebie za młody? 

Wzruszyła lekko ramionami. Za kaŜdym razem, kiedy Jonas robił krok w przód, ona się 

cofała.  

– Co w tym złego, Ŝe kobieta interesuje się młodszym męŜczyzną? – zapytała. Doszła juŜ 

tyłem do drzwi. ZauwaŜył, Ŝe była gotowa do ucieczki. – Nikt nie ma za złe męŜczyźnie tego, 

Ŝ

e przestaje z kobietą znacznie młodszą od siebie – dodała cierpko.  

– Masz rację – przyznał. Szedł wciąŜ w stronę Zoey. Znalazł się tuŜ przed nią. – Chyba Ŝe 

woli młodszą kobietę tylko dlatego, Ŝe obawia się starszej.  

Zoey uniosła brwi.  

– Chcesz powiedzieć, Ŝe boję się męŜczyzn w moim wieku? – zapytała sucho.  

– We wschodnim skrzydle naszego szpitala mówią, Ŝe boisz się wszystkich męŜczyzn – 

oznajmił spokojnie.  

Zesztywniała  natychmiast,  a  zaraz  potem  ominęła  go  szerokim  łukiem  i  podeszła  do 

telewizora, zamierzając wyłączyć odbiornik.  

– Nie powinien pan słuchać plotek, doktorze Tatę – stwierdziła wyniośle i znów zaczęła 

cofać się do wyjścia. – Sądziłam, Ŝe jest pan rozsądny.  

–  Poczekaj  –  poprosił,  stawiając  kieliszek  na  stole  i  ruszając  szybko  w  stronę  Zoey.  W 

ostatniej chwili udaremnił jej ucieczkę.  

– Przepraszam, była to niestosowna uwaga. Z zielonych oczu posypały się iskry.  

–  Bardzo  niestosowna.  Próbuję  pomóc  ci  opiekować  się  małą,  a  ty  nadal  nie  moŜesz 

przestać mi dokuczać.  

– Wcale ci nie dokuczam.  

– Nieprawda.  

– Prawda.  

– Nieprawda.  

I tym razem znów stali na wprost siebie, z rękoma opartymi na biodrach, gotowi do walki. 

Była  to  jednak  ostatnia  rzecz,  jakiej  pragnął  Jonas  w  tę  spokojną,  śnieŜną  noc.  Jedno  z  jego 

marzeń  juŜ  się  spełniło.  Był  w  domu  z  Zoey,  w  samym  środku  nocy.  Miała  rozpuszczone 

włosy. W marzeniach widział ją wprawdzie ubraną w koronki, a nie we flanelową piŜamę, ale 

i tak nie było źle.  

Bez chwili namysłu wziął Zoey w objęcia i pocałował.  

Niemal  natychmiast  zorientował  się,  jak  wielki  popełnił  błąd.  Przez  krótką  chwilę  czuł, 

jak  pod  naporem  jego  ust  rozchylają  się  wargi  Zoey,  jak  pręŜne  są  jej  piersi  i  ciało,  a  takŜe 

palce zaciśnięte na kołnierzu szlafroka.  

I zaraz potem na podbrzuszu poczuł jej kolano. Uderzyła celnie i silnie.  

Natychmiast ją puścił. Przestał całować. W ogóle nie powinien tego czynić. Przynajmniej 

nie w taki sposób. To znaczy bez uprzedzenia.  

–  Och,  czemu  to  zrobiłaś?  –  jęknął  boleśnie  i  odskoczył  od  Zoey.  Całą  siłą  woli 

powstrzymał się od tego, Ŝeby nie zwinąć się wpół, chroniąc przed następnym ciosem.  

background image

–  Masz  szczęście,  Ŝe  trzymasz  się  jeszcze  na  nogach  –  oznajmiła  Zoey.  Jej  oddech  teŜ 

znacznie się przyspieszył. Podniosła dłoń do warg, tak jakby chciała wymazać wraŜenie, które 

wywołał  pocałunek  Jonasa.  –  Powinnam  się  upewnić,  Ŝe  juŜ  więcej  nie  zaśpiewasz 

barytonem.  

–  Dlaczego  to  zrobiłaś?  –  chciał  się  dowiedzieć.  Wyprostował  ramiona,  odzyskując 

normalną postawę. Zrobił krok w stronę Zoey.  

–  Nie  podchodź  –  ostrzegła  go,  wyciągając  przed  siebie  obie  ręce  i  przyjmując  postawę 

obronną.  

–  Dlaczego,  Zoey?  –  zapytał  ponownie.  Nie  zwracając  uwagi  na  jej  ostrzeŜenie,  zrobił 

jeszcze dwa kroki w przód. – Czemu zdzieliłaś mnie kolanem? Dlaczego to zrobiłaś? 

Zawahała się na chwilę. Spojrzała uwaŜnie na Jonasa.  

– A dlaczego ty to zrobiłeś? – spytała, a w jej oczach pojawił się lęk. – Dlaczego mnie... 

pocałowałeś? 

Wyraz jej twarzy sprawił, Ŝe Jonas zatrzymał się w miejscu. Była przeraŜona. Bała się go. 

Ś

wiadomość  tego  faktu  była  równie  bolesna,  jak  przedtem  cios  kolanem.  Pierwszy  raz  w 

Ŝ

yciu czuł, Ŝe kobieta się go przelękła. I to nie z powodu samego pocałunku.  

–  Zoey,  nie  musisz  się  mnie  bać  –  odezwał  się  najbardziej  przyjaznym  głosem,  na  jaki 

potrafił się zdobyć.  

– Nie jestem przestraszona.  

– Cholernie się zlękłaś.  

– Wcale nie – zaprzeczyła ponownie.  

–  Dobrze,  juŜ  dobrze.  Masz  rację  –  zgodził  się  niechętnie.  –  Wobec  tego  dlaczego 

chciałaś przeistoczyć mnie w eunucha? 

Rozluźniła się nieco i lekko westchnęła.  

– Działałeś z zaskoczenia. Ale odpowiedz na pytanie. Dlaczego mnie pocałowałeś? 

Otworzył usta, Ŝeby wygłosić jakąś banalną uwagę, lecz zamiast tego powiedział prawdę: 

– Pragnąłem tego do pierwszego dnia, kiedy cię ujrzałem. OdpręŜyła się całkowicie. Ręce 

opuściła wzdłuŜ ciała.  

– Co takiego? – spytała.  

–  Słyszałaś,  co  mówiłem.  Chciałem  cię  pocałować.  Od  pierwszego  dnia,  gdy  cię 

poznałem.  

Zoey popatrzyła z niedowierzaniem na Jonasa.  

–  Pierwszego  dnia  zrugałeś  mnie  niemiłosiernie  za  to,  Ŝe  się  spóźniłam  trzy  minuty,  bo 

doktor Michaelson przetrzymał mnie na pediatrii – powiedziała oskarŜycielskim tonem.  

– Broniłem się w ten sposób przed tobą – wyjaśnił. – Chciałem cię pocałować, a zamiast 

tego zrobiłem awanturę.  

– Piękne dzięki za wyjaśnienie. Wszystko stało się jasne – ze złością mruknęła Zoey.  

– Nie bądź tak sarkastyczna.  

– To przestań mówić bzdury.  

–  Kiedy  ja  mówię  prawdę.  –  Westchnął.  –  Do  licha,  Zoey,  dziś  nie  mogłem  spać,  bo 

myślałem o tobie. O tym, Ŝe leŜysz w sąsiednim pokoju. O... – urwał. Nie było sensu mówić, 

background image

Ŝ

e zastanawiał się nad tym, jak wygląda, kiedy jest naga.  

Zoey  potrząsnęła  głową.  Udawała,  Ŝe  wyjaśnienia  Jonasa  do  niej  nie  docierają.  Przede 

wszystkim  dlatego,  Ŝe  odzwierciedlały  jej  myśli  o  tym  człowieku.  Zapomniała  o  filmie  z 

Keanu Reevesem tylko dlatego, Ŝe myślała o Jonasie. Zastanawiała się, jak by to było znaleźć 

się  w  jego  łóŜku,  zamiast  leŜeć  samej.  Było  zimno  i  nieprzytulnie.  Dlatego  wstała  w  nocy, 

Ŝ

eby się ogrzać. Obejrzeć Keanu Reevesa. On zawsze działał na nią podniecająco.  

Teraz, kiedy znalazła się w pobliŜu Jonasa, nawet Keanu Reeves przestał się liczyć.  

– Nie wygaduj takich rzeczy – powiedziała niepewnym głosem.  

Powoli podniósł ręce i opuszkami palców dotknął lekko jej policzka.  

Zamknęła oczy, mówiąc sobie, Ŝe powinna odepchnąć rękę Jonasa. Dotyk był jednak tak 

miły i łagodny, tak podniecający, Ŝe nie miała siły walczyć. Poddała się lekkiej pieszczocie.  

– Nie rób tego – ostrzegła, gdy zbliŜył twarz.  

–  Zoey,  chcę  cię  pocałować  –  jak  z  oddali  usłyszała  jego  głos.  –  Jeśli  sobie  tego  nie 

Ŝ

yczysz, wystarczy, Ŝe mi o tym powiesz.  

Rozsądek  nakazywał  ostrzec  go,  Ŝeby  się  nie  zbliŜał.  Nie  powinna  mieć  z  nim  do 

czynienia.  Serce  jednak  dyktowało  co  innego.  Marzyło  o  uścisku  rąk  Jonasa.  Zamiast  więc 

kazać mu trzymać się z daleka, stała nieruchomo i pozwoliła mu się zbliŜyć.  

Zamknęła oczy.  

Poczuła dotyk palców na policzku. Łagodny. Kojący. Jeszcze nigdy Ŝaden męŜczyzna nie 

obdarzył jej tak delikatną pieszczotą. Prawdę mówiąc, niewielu męŜczyzn w ogóle dopuściła 

tak  blisko  siebie.  śadnemu  nie  pozwoliła  się  dotknąć.  Od  tamtej,  pamiętnej  chwili,  w  której 

jej mąŜ nie stanął na wysokości zadania.  

Ta  przykra  myśl  ulotniła  się,  gdy  palce  Jonasa  zaczęły  błądzić  po  wargach  Zoey. 

Otworzyła  oczy.  Ujrzała  jego  twarz  tuŜ  przy  swojej.  Czekała  na  obiecany  pocałunek,  ale  on 

nadal tylko się jej przyglądał, tak jakby badał reakcję.  

– Kim on był? – zapytał niskim głosem. ZmruŜyła powieki.  

– Kto? 

Objął  dłonią  jej  policzek.  Wsunął  palce  we  włosy.  Przez  ciało  Zoey  przebiegła  iskra. 

Cofnęła się odruchowo. Stał z ręką zawieszoną w powietrzu.  

– Kim był ten skurczybyk, który tak cię zgnębił? – zapytał przez zaciśnięte zęby. – Kim 

był człowiek, który tak cię skrzywdził, Ŝe teraz nie tolerujesz nawet niewinnego dotknięcia? 

Kiedy  Zoey  gestem  odmówiła  odpowiedzi,  Jonas  wrócił  po  koniak.  Pił  powoli,  nie 

spuszczając  z  niej  wzroku.  Potem,  gdy  nadal  milczała,  zaczął  przyglądać  się  pod  światło 

zawartości kieliszka.  

Odezwał się po chwili: 

–  Któregoś  dnia  mówiłaś  Julianie,  Ŝe  wiesz,  co  to  znaczy  być  komuś  cięŜarem.  Być 

odpychanym  przez  kogoś,  kto  cię  nie  chce.  Powiedziałaś,  Ŝe  znasz  to  odczucie.  Czy  twoja 

niechęć do męŜczyzn wywodzi się z czasów dzieciństwa? 

Zoey potrząsnęła głową.  

– Nie.  

– A więc skąd się wzięła? Dlaczego nie pozwalasz, Ŝebym cię dotknął? 

background image

Westchnęła  cięŜko,  podniósłszy  rękę  do  czoła.  Będzie  mnie  męczył,  pomyślała 

zgnębiona.  Jonas  Tatę  był  ostatnim  człowiekiem,  któremu  chciała  zdradzić  tajemnice 

przeszłości.  Za  to  jednak,  Ŝe  tak  gwałtownie  dziś  się  zachowała,  była  mu  winna  jakieś 

wyjaśnienia.  

Pomógł jej, bo zaczął zadawać pytania: 

– Czy ma to coś wspólnego z ciotkami, które cię wychowywały? Były to stare panny? 

Zoey uśmiechnęła się lekko.  

– Nie były wrogami męŜczyzn, jeśli o to ci chodziło.  

– O to mi chodziło.  

– Moi rodzice zginęli na jachcie, kiedy miałam trzy lata. Ciotki mego ojca, jedna wdowa 

bez  dzieci,  a  druga  niezamęŜna,  zabrały  mnie  do  siebie.  śadna  z  nich  nie  miała  specjalnej 

ochoty zajmować się dzieckiem. Nie miały pojęcia o potrzebach małej dziewczynki. Metody 

wychowawcze cioć Celeste i Millie byłyby właściwe w latach czterdziestych, kiedy ogromną 

rolę  zwracano  na  zasady  i  maniery.  W  rezultacie,  kiedy  dojrzałam,  nie  miały  pojęcia,  co  ze 

mną zrobić.  

– Były surowe? 

– Tak. Okropnie.  

– Rozumiem.  

– Mimo wszystko bardzo je kocham. Nadal obyczajowo i mentalnie tkwią w przeszłości, 

ale  nauczyły  się  przyjmować  do  wiadomości  fakt,  Ŝe  Ŝyją  w  zmienionym  świecie.  A  ja 

zaczęłam  je  cenić  właśnie  dlatego,  Ŝe  się  oparły  modom  panującym  we  współczesnym 

społeczeństwie.  

Jonas uśmiechnął się lekko. Zoey widziała, Ŝe jej wyjaśnienia go zadowoliły, mimo Ŝe nie 

były to te, o które prosił.  

– Ale ty i ciotki nie Ŝyłyście w zgodzie.  

– Zawsze czułyśmy do siebie niechęć. Nie chciałam pozostawać w domu dłuŜej, niŜ było 

to  konieczne.  Starszych  pań  nie  znosiłam,  kiedy  byłam  dzieckiem.  One  mnie  teŜ  nie  lubiły. 

Muszę uczciwie przyznać, Ŝe czasami zachowywałam się okropnie. A kiedy uznałam, Ŝe juŜ 

dłuŜej nie zniosę surowych rygorów, uciekłam z domu.  

Machinalnie podniósł kieliszek do ust, lecz zaraz potem go odstawił i spojrzał na Zoey.  

– Co zrobiłaś? – spytał zdumiony.  

Nie  proszona,  Zoey  podeszła  do  barku.  Odkorkowała  butelkę,  nalała  sobie  koniaku  i 

podniosła kieliszek do ust.  

– Uciekłam z domu.  

– Dlaczego? 

– Bo czułam się bardzo nieszczęśliwa. Byłam nie chciana, nie lubiana, chowana surowo. 

Zachowałam się jak typowa, zbuntowana nastolatka.  

– Ale wróciłaś? 

– Po jakimś czasie.  

– Kiedy? 

– Przez pięć tygodni Ŝyłam na ulicy. Jonas wstał i stanął obok Zoey.  

background image

– Co znaczy: na ulicy? 

Nie patrząc na Jonasa, wypiła następny łyk koniaku.  

–  śyłam  dosłownie  na  ulicy.  Sypiałam  pod  mostami  i  na  śmietnikach.  Wystawałam  na 

rogu  ulic  z  ręką  wyciągniętą  po  pieniądze.  Czekałam,  aŜ  ludzie  wyrzucą  trochę  jedzenia, 

Ŝ

ebym mogła wyciągnąć je spod sterty śmieci.  

– Ile miałaś wtedy lat? 

– Czternaście.  

– Spałaś i jadłaś na śmietnikach? – zapytał ponurym głosem.  

– Tak. Byłam dzieckiem, kiedy uciekłam z domu. Wróciłam znacznie doroślejsza.  

Jonas  zamilkł  na  chwilę.  RozwaŜał  usłyszane  informacje.  A  być  moŜe  takŜe  się 

zastanawiał, czy swym zachowaniem potrafiłby sprowokować Julianę do identycznego buntu. 

Wreszcie powiedział: 

– To wszystko nie wyjaśnia, dlaczego tak bardzo nienawidzisz męŜczyzn.  

Ach,  nie  udało  się  go  zwieść,  pomyślała  Zoey.  Nie  zapomniał  o  swoim  pytaniu.  Nie 

powie  mu  przecieŜ,  Ŝe  tych  kilka  tygodni  spędzone  na  ulicy  było  niczym  w  porównaniu  z 

edukacją,  którą  otrzymała  potem.  Niczego  by  nie  zrozumiał.  Chyba  Ŝeby  opowiedziała  o 

Eddie’em. Był to temat tabu. Nigdy nie będzie z nikim rozmawiała o Eddie’em. Nie zamierza 

ponownie rozkrwawić sobie serca.  

– To nieprawda, Ŝe nienawidzę męŜczyzn – odparła po chwili. – Nie jest tak.  

– A jak? 

– Chodzi nie o męŜczyzn, lecz o zaangaŜowanie się. Nie chcę z nikim się wiązać.  

– Czemu? 

Mam ku temu powody, pomyślała. Ale to nie jego interes.  

Usłyszała, jak Jonas westchnął głęboko.  

– Wszyscy ludzie mieli kiedyś złe doświadczenia z płcią przeciwną. Ale to nie oznacza, 

Ŝ

e rzucają się z pazurami na kaŜdego.  

Uśmiechnęła się mimo woli.  

– MoŜe nie, ale...  

– Ale co? 

Wróciło  straszliwe  wspomnienie.  Dziecka  leŜącego  w  szpitalnym  łóŜeczku,  śmiertelnie 

bladego  i  nieprzytomnego,  któremu  w  Ŝaden  sposób  nie  potrafiła  pomóc.  Dziecko  to  było 

częścią  jej  przeszłości,  fragmentem  innej  egzystencji.  Nie  było  powodu,  Ŝeby  te  fakty 

wydobywać teraz na światło dzienne. śyła juŜ innym Ŝyciem.  

– Nic. – Wypiła resztę koniaku. Opanowała nerwy. – Jestem okropnie zmęczona. Idę do 

łóŜka.  Dobrej  nocy.  –  Od’  wróciła  się  w  stronę  drzwi,  modląc  się,  aby  Jonas  nie  męczył  jej 

dłuŜej pytaniami.  

Niestety.  

– Zoey, poczekaj! – zawołał.  

Zatrzymała się niechętnie, lecz nie odwróciła głowy.  

– O co chodzi? – spytała.  

– Nie skończyliśmy rozmowy. Mam rację? 

background image

Z głosu Jonasa wnioskowała, Ŝe stoi on nadal przy barku.  

– Oczywiście, Ŝe nie. Skończyliśmy. Nie ma o czym dłuŜej dyskutować.  

– Och, jest.  

Roześmiała się krótko. Nerwowo.  

– O czym? 

Usłyszała, jak Jonas odstawia kieliszek. Po chwili stanął obok niej. Poczuła jego ręce na 

ramionach. Nie potrafiła mu się przeciwstawić, kiedy zmusił ją, by się odwróciła. Oczy miał 

lśniące.  Pełne  ciekawości.  Usta  ściągnięte  w  jedną  cienką  linię.  Nie  próbuje  odkryć  mej 

tajemnicy,  pomyślała  Zoey.  Chce  tylko  mnie  zrozumieć,  pojąć  motywy  mojego 

postępowania.  

–  O  czym?  Na  przykład  o  tym,  Ŝe  od  dnia,  w  którym  cię  poznałem,  miałem  ochotę  cię 

pocałować. Nic na to nie odpowiedziałaś.  

Miał  spokojny  głos.  Miękki  i  bardzo  uwodzicielski.  Zacisnął  lekko  palce  na  ramionach 

Zoey. Nie namyślając się ani chwili, o krok zbliŜyła się do Jonasa, aŜ stanęli tuŜ przed sobą.  

Czuła  zapach  mydła,  którego  uŜywał,  a  takŜe  wypitego  koniaku.  Otworzyła  usta,  lecz 

zaraz je zamknęła, bo zapomniała, co ma powiedzieć.  

Opuściła powieki. Milczała.  

– A jak zareagujesz na to, co zaraz usłyszysz? Nie spałem dzisiejszej nocy, bo myślałem, 

jak by to było kochać się z tobą.  

– Och, nie! – jęknęła cicho.  

– LeŜałem w łóŜku i zastanawiałem się, jak wyglądasz, kiedy jesteś zupełnie rozebrana.  

Poczuła  dziwny  ucisk  w  dole  brzucha.  Chciała  zganić  Jonasa  za  tak  zdroŜne  uwagi  i 

zapewnić, Ŝe nigdy o tym sam się nie przekona.  

– Zastanawiałem się, jak by to było leŜeć na tobie. I pod tobą – dodał ciszej.  

– Och...  

Wsunął ręce w jej włosy.  

– Zastanawiałem się, jak pachniesz. I jak smakujesz.  

– Och, Jonasie...  

– Zastanawiałem się, gdzie powinienem cię dotykać, Ŝebyś szalała z podniecenia.  

– Jonasie, proszę...  

– O co prosisz? – szepnął schrypniętym z emocji głosem. Nadal trzymał ją w uścisku. Ich 

usta znajdowały się tuŜ obok siebie. – Prosisz o to, Ŝebym opowiedział ci, ze szczegółami, to, 

co w myślach z tobą wyczyniałem? A moŜe prosisz, Ŝebym przestał mówić, a zaczął robić to 

wszystko... ? 

Zoey nie panowała juŜ nad zmysłami. Z jednej strony chciała uciekać, z drugiej pozostać i 

poznać  nowe  emocje.  Odczucia,  których  w  stosunku  do  Jonasa  Tate’a  jeszcze  nigdy  nie 

doznawała. Uczucia, których od bardzo dawna nie doznawała w stosunku do nikogo.  

Dlaczego  właśnie  on?  zastanawiała  się.  Dlaczego  właśnie  Jonas  Tatę  musiał  być  tym 

męŜczyzną, który rozbudził ją na nowo wtedy, kiedy była przekonana, Ŝe na zawsze wszystko 

w  niej  zamarło?  Co  tkwiło  w  tym  człowieku,  Ŝe  po  raz  pierwszy  od  blisko  dwudziestu  lat 

odrzuciła lęki i chciała zaryzykować? 

background image

MoŜe  dlatego,  Ŝe  po  raz  pierwszy  od  blisko  dwudziestu  lat  spotkała  męŜczyznę,  który 

starał  się  zrozumieć  jej  zahamowania  i  poznać  ich  przyczyny.  Nawet  cios  kolanem  w  czułe 

miejsce go nie zniechęcił.  

Zanim  zdała  sobie  sprawę  z  tego,  co  robi,  podniosła  ręce  do  twarzy  Jonasa  i  opuszkami 

palców dotknęła jego policzków. Nie pamiętała,  kiedy  coś takiego  robiła  po raz ostatni. Nie 

myślała,  Ŝe  mogą  być  szorstkie.  Stał  bez  ruchu  i  nie  reagował.  Przesunęła  dłonie  na  brwi  i 

czoło. Potem dotknęła jego warg.  

To  podziałało  na  Jonasa.  JuŜ  dłuŜej  nie  potrafił  się  powstrzymywać.  Tak  właśnie  Zoey 

dotykała go w snach. Nagle marzenia przestały mu wystarczać.  

Wziął  jej  rękę  i  wsunął  palce  do  ust.  Drgnęły  zamknięte  powieki  Zoey,  a  z  uchylonych 

warg  wyrwał  się  cichy  szept.  Jonas  uśmiechnął  się,  przesunął  językiem  po  palcach,  rozwarł 

dłoń i przesunął po niej wargami. Kiedy westchnęła, przylgnął ustami do nadgarstka i całował 

szybko bijący puls. Potem otwartą dłoń Zoey włoŜył pod swój szlafrok, by dotykała teraz jego 

piersi tam, gdzie biło serce. Tak szybko i nierówno, jak jej własne.  

Otworzyła  oczy  i  uśmiechnęła  się  nerwowo.  Wiedział  juŜ,  Ŝe  zrozumiała.  Był  podobnie 

zmieszany i niepewny, jak ona.  

Opuściła  rękę  i  zaczęła  niezdarnie  rozplątywać  węzeł  paska.  Bez  pomocy  Jonasa  nie 

mogła  dać  sobie  rady.  Kiedy  rozsunęły  się  poły  szlafroka,  zanurzyła  palce  w  gęstym, 

ciemnym owłosieniu pokrywającym jego pierś i brzuch.  

Jonas  miał  trudności  z  samokontrolą.  Niemal  automatycznie  uniósł  rękę  na  wysokość 

najwyŜszego  guzika  piŜamy  Zoey  i  przesunął  go  przez  dziurkę,  potem  zrobił  to  samo  z 

drugim i następnym.  

Przez  długą  chwilę  tylko  się  jej  przyglądał.  Podziwiał  kremowe  ciało  i  pięknie 

zarysowane piersi. Przy kaŜdym oddechu unosiły się i opadały, rozchylając poły piŜamy.  

Jonas  rozsunął  je  jeszcze  bardziej.  W  tym  momencie  zorientował  się,  Ŝe  coś  jest  nie  w 

porządku.  

Jeden  rzut  oka  na  twarz  Zoey  wystarczył,  Ŝeby  zobaczyć,  iŜ  czegoś  się  przestraszyła. 

Chyba zbyt późno poczuł, Ŝe przestała go dotykać i cofnęła się.  

Na szczęście nie uciekła, pomyślał. I jej kolano znajdowało się we właściwym połoŜeniu. 

Mimo to jednak znów się wystraszyła. Bała się go. Nie miał pojęcia, dlaczego.  

– Co się stało? – zapytał. – Zrobiłem coś złego? 

–  Nie  –  odparła  słabym  głosem.  DrŜała  teraz  na  całym  ciele.  –  To  nie  twoja  wina.  To... 

moja. To... Ja... – Potrząsnęła głową, niezdolna nic wyjaśnić.  

– Zoey, powiedz mi – starał się zachować spokój, co przychodziło mu z trudnością. – O 

co chodzi? Czego tak bardzo się obawiasz? PrzecieŜ nie boisz się mnie.  

Przez  chwilę  sądził,  Ŝe  mu  nie  odpowie.  Okryła  piersi  piŜamą  i  dygoczącymi  palcami 

zaczęła  ją  zapinać.  Opuściła  jedną  dziurkę.  Zdała  sobie  z  tego  sprawę  dopiero  po  zapięciu 

większości guzików. Pochyliła głowę i westchnęła głęboko.  

– Nie robiłam tego od... od bardzo dawna – odparła, unikając wzroku Jonasa.  

– W porządku – odparł. – A ja od dość dawna.  

– Jonasie, ty niczego nie rozumiesz. Nie robiłam tego od... od wieków.  

background image

– Zoey, wszystko w...  

–  Odkąd  byłam  nastolatką  –  ciągnęła  z  twarzą  ukrytą  w  dłoniach.  –  Od...  od  prawie 

dwudziestu lat.  

Jonas sądził, Ŝe się przesłyszał. Kobieta po trzydziestce, tak atrakcyjna jak Zoey, musiała 

mieć swego czasu tabuny kochanków! 

– Chyba Ŝartujesz – powiedział, uśmiechając się nerwowo.  

Nie chciał się  roześmiać. Zrobił to zupełnie odruchowo. To,  co powiedziała, zabrzmiało 

nieprawdopodobnie,  wręcz  śmiesznie.  Postawna,  zgrabna  Zoey  Holland  bez  męŜczyzny  od 

blisko dwudziestu lat? Nie mógł w to uwierzyć.  

– Chyba nie mówisz prawdy. Mam wierzyć, Ŝe od tylu lat nie miałaś nikogo? – Kiedy nie 

odpowiadała, nadal skrywając twarz w dłoniach, zapytał ponownie: – Mogę ci wierzyć? 

Opuściła ręce wzdłuŜ ciała, podniosła głowę i spojrzała mu w twarz.  

Ze  zdumieniem  zobaczył,  Ŝe  ma  spuchnięte  i  czerwone  oczy.  Po  policzkach  toczyły  się 

łzy. Jonas poczuł się okropnie. Nigdy nie widział płaczącej Zoey. Była na to zbyt silna, zbyt 

twarda, zbyt pewna siebie. AŜ do tej chwili mógłby przysiąc, Ŝe nie potrafi płakać.  

–  Przykro  mi,  doktorze,  ale  to  właśnie  ci  powiedziałam.  Nie  byłam  z  męŜczyzną  od  tak 

dawna, Ŝe nawet nie wiem, czy dobrze pamiętam, jak to wówczas jest. Okropne, prawda? 

– Raczej niewiarygodne.  

Znów  odezwał  się  odruchowo.  Zbyt  późno  stwierdził,  Ŝe  był  to  błąd.  Zoey  mówiła 

powaŜnie. Mówiła prawdę. Wytarła dłonią mokrą twarz.  

– Chyba przedtem miałam rację, prawda? – odezwała się z ironią.  

– Rację? 

– śe jesteś taki sam, jak inni faceci.  

Potrząsnął energicznie głową, Ŝeby zaprzeczyć, lecz odwróciła od niego wzrok.  

– Przepraszam – powiedziała i zaczęła poprawiać zapięcie piŜamy. – Zrobiło się późno, a 

ja  naprawdę  jestem  zmęczona.  Idąc  do  siebie,  zajdę  do  Jules.  Nie  martw  się  o  nią.  I  nie 

przejmuj się mną.  

Łatwo powiedzieć, pomyślał Jonas, kiedy opuszczała pokój. Im więcej dowiadywał się o 

Zoey, tym znał ją mniej. I nagle owładnęło nim przemoŜne pragnienie głębszego poznania tej 

kobiety. Prawdziwej Zoey Holland.  

Dwa  tygodnie,  przypomniał  sobie.  Miał  dwa  tygodnie,  Ŝeby  tego  dokonać.  Był 

przekonany, Ŝe w tym czasie zdąŜy dobrze ją poznać.  

Przypomniał  sobie  jej  niemal  obłędny,  przeraŜony  wzrok  i  łzy  płynące  po  twarzy.  I 

pomyślał nagle, Ŝe nawet sama Zoey nie wie, jaka jest naprawdę.  

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

Popychając przed sobą wózek z Juliana wzdłuŜ głównej ulicy Haddonfield, Zoey wróciła 

myślami do wyznania, które uczyniła ostatniej nocy. Do licha, czemu powiedziała Jonasowi, 

od jak dawna z nikim nie spała? Nad odpowiedzią na to pytanie zastanawiała się chyba po raz 

setny. Nigdy o tym nie mówiła. Ani Cooperowi, ani nawet Livy czy Sylvie.  

Mogła  z  łatwością  przewidzieć,  co  teraz  nastąpi.  Poczta  pantoflowa  w  szpitalu  działała 

znakomicie,  z  powodzeniem  konkurowała  nawet  z  faksem,  nowoczesnym  środkiem  do 

błyskawicznego przekazywania informacji. W końcu tygodnia wszyscy w Seton General będą 

znali  jej  gorzką  tajemnicę.  I  dopiero  wtedy  stanie  się  celem  nie  tylko  plotek,  lecz  przede 

wszystkim poczynań wielu facetów. Bo kaŜdy samiec ze wschodniego skrzydła szpitala stanie 

w  szranki,  oferując  swe  seksualne  usługi.  KaŜdy  będzie  chciał  pomóc  jej  wyjść  /e  stanu 

abstynencji.  

Abstynencji?  Abstynencja  jest  to  przemyślana  chęć  unikania  seksu.  W  przypadku  Zoey 

było to co innego. Lęk. Jonas odgadł przyczynę, musiała teraz to przyznać.  

Unikał jej rano.  Zeszła do kuchni, Ŝeby napić się kawy,  akurat w  chwili, w której Jonas 

powinien  wychodzić  do  pracy.  Rzucił  tylko  okiem  na  wymiętą  piŜamę  i  potargane  włosy 

Zoey, dopił kawę i zaraz potem włoŜył palto i chwycił teczkę. Tak szybko rzucił się do drzwi, 

jakby gonił go tygrys ludojad.  

Zoey westchnęła. Jonas uciekał z domu dlatego, Ŝe nie miał pojęcia, jak z nią rozmawiać. 

Była  wybrykiem  natury.  Dojrzałą,  nowoczesną  kobietą,  która  nie  Ŝyła  z  męŜczyzną.  Bez 

wątpienia Jonas zastanawiał się teraz, czy gra, którą rozpoczął, jest warta świeczki. Szczerze 

mówiąc, Zoey nie mogła mieć mu tego za złe. Prawdopodobnie gra warta świeczki nie była.  

Mając  nadzieję,  Ŝe  trochę  świeŜego  powietrza  i  przyjacielska  pogawędka  dobrze  jej 

zrobią, włoŜyła na siebie dŜinsy i gruby, luźny zielony sweter, ubrała ciepło Julianę, a potem 

zadzwoniła do Livy i Sylvie, Ŝeby umówić się z nimi w mieście na lunch.  

Wyszła z domu i tu spotkała ją niespodzianka. Ranek był ciepły jak na tę porę roku. Po 

ś

niegu,  który  spadł  w  nocy,  nie  pozostało  śladu,  a  na  niebie  świeciło  ostre  słońce.  Prawie 

automatycznie  skierowała  kroki  i  wózek  w  stronę  Haddonfield,  mając  nadzieję,  Ŝe  miłe 

otoczenie,  szerokie  trotuary  i  ładne  sklepy  sprawią,  Ŝe  przestanie  wreszcie  myśleć  o  nocnej 

rozmowie z Jonasem.  

Obawiała  się  jednak,  Ŝe  nigdy  nie  zapomni  jego  sardonicznego  śmiechu,  kiedy  usłyszał, 

Ŝ

e od dwudziestu lat z nikim nie spała.  

Zamknęła  oczy,  Ŝeby  odpędzić  przykre  myśli,  ale  to  jej  się  nie  udało.  Kiedy  otworzyła 

powieki,  zobaczyła  przed  sobą  duŜą  reklamę  biura  turystycznego.  Zatrzymała  się  i  z 

westchnieniem  przyglądała  ogłoszeniu  o  podróŜy  dookoła  świata.  Jak  by  to  było  cudownie 

popłynąć sobie teraz w siną dal! Zapomnieć o kłopotach i o nic się nie martwić.  

Juliana radośnie gaworzyła w wózku. Zoey popatrzyła na nią z uśmiechem.  

–  Nie  martw  się,  słoneczko.  Zapakuję  cię  do  torby  i  wezmę  z  sobą  –  powiedziała  do 

dziecka. – Na pewno cię nie zostawię.  

background image

Prawdziwość  tego  stwierdzenia  zaskoczyła  ją  samą.  W  ciągu  zaledwie  kilku  dni  bardzo 

przywiązała  się  do  Juliany.  Nie  miała  pojęcia,  dlaczego  tak  się  stało.  Codziennie  miała  do 

czynienia  z  niemowlętami,  ale  Ŝadne  z  nich  nie  wywołało  w  niej  takich  odczuć.  Właśnie  to 

ceniła sobie, pracując przy noworodkach, Ŝe była z dziećmi, lecz nigdy na tyle długo, by się 

do  któregoś  z  nich  zbytnio  przywiązać.  Nigdy  z  Ŝalem  nie  Ŝegnała  się  ze  swymi 

podopiecznymi.  Czuła  juŜ  jednak,  Ŝe  po  dwóch  tygodniach  spędzonych  z  Jules  brak  tego 

dziecka  sprawi  jej  przykrość.  Coraz  bardziej  kochała  Julianę.  JuŜ  teraz  wiedziała,  Ŝe  będzie 

jej nadzwyczaj trudno z nią się rozstać. Była to niepokojąca myśl.  

Jeszcze trudniej będzie poŜegnać się z Jonasem. Do niego takŜe bardzo się przywiązała w 

tak  krótkim  czasie.  Podobnie  jak  Juliana,  zajmował  sporo  miejsca  w  jej  sercu,  gdzie  –  co 

sobie poprzysięgła – nie znajdzie się nigdy Ŝaden męŜczyzna. Nadal nie potrafiła zrozumieć, 

dlaczego właśnie on, a nie kto inny, obudził w niej uśpione zmysły. Musiała jednak przyznać, 

Ŝ

e bardzo ją pociągał.  

MoŜe  właśnie  dlatego  tak  ostro  reagowała  na  Jonasa,  odkąd  zaczął  pracować  w  Seton 

General.  Bo  prawdopodobnie  gdzieś,  w  głębi,  od  początku  czuła  do  niego  pociąg  fizyczny. 

MoŜe przez te wszystkie miesiące, podczas których bez przerwy powtarzała sobie, Ŝe go nie 

znosi,  jej  ostre  reakcje  stanowiły  podświadomą  próbę  samoobrony.  Ucieczki  przed 

skrzywdzeniem. Niestety, nie udało się jej przekonać, Ŝe jest tak okropnym człowiekiem, za 

jakiego chciała  go uznać. A teraz, kiedy  nagle nawiązała z nim bliskie stosunki, poczuła się 

zagroŜona.  Nie  była  pewna,  jak  długo  uda  się  zwalczać  rodzące  się  uczucie  do  tego 

zdumiewającego męŜczyzny.  

– Tak jakby to była jakaś róŜnica – mruknęła  głośno do Jułiany, pchając  dalej wózek. – 

Czy zwalczę uczucie, czy nie, Jonasa to nie obejdzie.  

Juliana gaworzyła wesoło i na dźwięk głosu swej opiekunki uśmiechnęła się od ucha do 

ucha.  

–  Nie  pomagasz  mi,  słonko  –  powiedziała  Zoey.  –  Im  będziesz  milsza  i  ładniejsza,  tym 

będzie mi trudniej. JuŜ to, Ŝe pociąga mnie twój stryj, jest wystarczająco złe. Do ciebie teŜ nie 

powinnam się przywiązywać.  

Juliana wydała dźwięk przypominający słowo: „CzyŜby?” Zoey wybuchnęła śmiechem.  

–  Lunch  –  oznajmiła  Julianie.  –  ZbliŜa  się  pora  lunchu.  Jedźmy  do  Clemente.  MoŜe 

Sylvie i Livy trochę mnie oświecą.  

W następny piątek Jonas pracował do późna. Znowu. Co dzień w tym tygodniu wracał z 

pracy  dopiero  wieczorem,  mimo  iŜ  wiedział,  Ŝe  Zoey  będzie  spieszyła  się  do  domu.  Przed 

objęciem dyŜuru w szpitalu z pewnością zechce trochę się przespać.  

 

Chętnie  by  przyznał,  Ŝe  jego  pracowitość  wynika  jedynie  z  głębokiego  poświęcenia  się 

pracy  zawodowej.  Niestety,  nie  mógłby  zaprzeczyć,  Ŝe  przebywanie  do  późna  w  szpitalu 

wynikało  bezpośrednio  z  chęci  unikania  Zoey.  Nie  potrafił  zapomnieć  o  poniedziałkowej 

nocy  i  o  tym,  co  powiedziała.  Dwadzieścia  lat.  Zoey  Holland  prawie  od  dwudziestu  lat  nie 

spała z nikim. Stanowiło to prawdziwą rewelację.  

Musi  być  coś  z  nią  nie  w  porządku.  Która  kobieta  w  dzisiejszych  czasach,  zdrowa, 

background image

normalna  i  dojrzała,  wyrzeknie  się  współŜycia  seksualnego?  Zoey  była  ładną,  inteligentną  i 

interesującą kobietą. Nie ulega wątpliwości, Ŝe wielu męŜczyzn musiało mieć na nią ochotę. 

Jeśli  nie  kochała  się  z  Ŝadnym  z  nich,  to  tylko  dlatego,  Ŝe  tego  nie  chciała.  Z  własnej, 

nieprzymuszonej  woli.  Dlaczego?  Co  takiego  nadzwyczajnego  jest  w  seksie?  O  co  więc 

chodziło? Jaki problem miała Zoey? 

Musiało być z nią coś nie w porządku, ponownie stwierdził Jonas. Jakaś głęboko ukryta, 

freudowska  przyczyna.  Dlaczego  jednak  ta  kobieta  mimo  to  go  fascynowała?  Jeśli  nawet 

powstałby  między  nimi  jakiś  związek  natury  fizycznej,  to  i  tak  w  rezultacie  przyniósłby 

rozczarowanie. Zoey zachowywałaby się nieśmiało, miałaby opory. Z pewnością zapomniała, 

jak  zadowolić  męŜczyznę.  Jonas  uznał,  Ŝe  przespanie  się  z  Zoey  byłoby  kiepskim, 

frustrującym doświadczeniem.  

Mimo  to  jednak  nie  mógł  zapomnieć  o  dreszczu  podniecenia,  który  przebiegał  ciało, 

kiedy myślał o tym, jak by to było kochać się z Zoey i przywrócić jej radość Ŝycia.  

–  Nic  z  tego  –  powiedział  do  swego  odbicia  we  wstecznym  lusterku,  kiedy  o  wpół  do 

jedenastej wprowadzał samochód na podjazd. – To nigdy się nie zdarzy.  

W domu panowała głęboka cisza. Zdjął palto i powiesił je w holu, rzucił kluczyki na stół i 

wyruszył na poszukiwanie Zoey i Jules. Jules. Zoey przyzwyczaiła go do nazywania dziecka 

tym śmiesznym zdrobnieniem.  

Znalazł obie w salonie. Zoey, wyciągnięta na kanapie, spała smacznie. Dziecko leŜało na 

niej,  a  dokładnie  na  jej  brzuchu,  policzek  przy  policzku,  i  teŜ  było  pogrąŜone  w  śnie.  Jonas 

uśmiechnął  się  mimo  woli.  Juliana  miała  na  sobie  róŜowe  śpioszki  w  zajączki.  Zoey  była 

ubrana  w  dŜinsy  i  wyciągniętą  zieloną  bluzę  od  dresu.  Zdjęła  buty.  Na  nogach  miała  grube 

wełniane skarpety. Podobne do tych, które naciągnęła na nogawki piŜamy w poniedziałek. Na 

samo przypomnienie tamtej nocy serce Jonasa zaczęło bić nierówno.  

Myślał  o  piersiach  Zoey.  Kiedy  miała  rozpiętą  piŜamę,  udało  mu  sieje  zobaczyć.  Były 

wyjątkowo piękne. Widział je tylko przez chwilę, ale na tyle długo, Ŝeby docenić ich piękno.  

1 pragnąć tych piersi przez resztę Ŝycia. Jonas westchnął głęboko.  

Na  palcach  podszedł  do  śpiących  i  delikatnie  wyjął  Julianę  z  objęć  Zoey.  Obie  się 

poruszyły. Zoey protestowała przez sen, ale się nie obudziła. Ku zaskoczeniu Jonasa, Juliana 

teŜ spała dalej.  

W  ciągu  tygodnia  Zoey  dokonała  cudów  z  tym  dzieckiem,  pomyślał,  niosąc  małą  do 

dziecinnego pokoju, gdzie włoŜył ją do kołyski. Mimo Ŝe jeszcze nie przesypiała całych nocy, 

nie  budziła  się  i  nie  krzyczała  w  dwugodzinnych  odstępach.  Zdarzało  się  jej  płakać,  lecz 

Jonas  juŜ  lepiej  na  to  reagował.  Był  spokojniejszy.  Powoli  przyzwyczajał  się  do  stałej 

obecności dziecka w swoim domu.  

Przywykłem  teŜ  do  Zoey  Holland,  pomyślał  z  niechęcią.  Jaki  taki  ład,  który  zapanował 

teraz w jego Ŝyciu, był jej osiągnięciem, wynikiem wielu wysiłków. Będzie z nim i z Juliana 

jeszcze przez tydzień. A co oboje zrobią, gdy odejdzie? Co on uczyni? 

Wrócił do salonu. Zastał Zoey nadal śpiącą. Musiała być wykończona, uzmysłowił sobie. 

Wracał  tak  późno  ze  szpitala,  Ŝe  ani  razu  nie  mogła  się  porządnie  wyspać.  Całe  dni 

opiekowała się Juliana. Czuł się podle, bo przerywał jej zasłuŜony odpoczynek. Sam wiedział 

background image

najlepiej, jak okropnie czuje się człowiek niewyspany.  

Nie  miał  jednak  serca  jej  budzić.  Wziął  pled  wiszący  na  oparciu  jednego  z  krzeseł  i 

narzucił na śpiącą. Zakrył ją aŜ pod brodę. OstroŜnie.  

Otworzyła oczy. Rozszerzyły się, kiedy zobaczyła, kto pochyla się nad nią, a zaraz potem 

zwęziły. Po tym, co Jonas zrobił parę dni temu, mogła go znienawidzić.  

– Nie śpisz – oznajmił.  

– Wróciłeś – odezwała się w tym samym momencie.  

Oboje się roześmieli, ubawieni tym, Ŝe tak oczywiste były ich stwierdzenia.  

–  Przepraszam,  Ŝe  dziś  znów  wróciłem  tak  późno.  Najpierw  miałem  naradę,  a  potem 

wypadło coś na kardiologii i...  

–  Nie  przejmuj  się  –  przerwała  mu  sennym  głosem.  Westchnęła,  wyciągnęła  rękę  spod 

pledu i przetarła oczy.  

–  Dziś  nie  pracuję  w  nocy,  pamiętasz?  JuŜ  zaczęłam  weekend.  –  Rzuciła  wzrokiem  na 

zegarek. – Zrobiło się późno. Na mnie juŜ czas.  

Miała  zwichrzone  włosy.  Jej  zielone  oczy  były  rozmarzone  i  senne.  Nagle  wydała  się 

Jonasowi bardzo bliska i dostępna. Jak na jego obecny stan ducha, zbyt dostępna.  

– Zostań na noc – zaproponował mimo woli. – Za oknem pada marznąca mŜawka – dodał 

szybko,  usprawiedliwiając  zaproszenie.  –  Zapowiadali,  Ŝe  około  jedenastej  zacznie  padać 

ś

nieg. Jesteś wykończona. Droga jest cięŜka. Sam ledwo podjechałem pod dom.  

Przez chwilę sądził, Ŝe Zoey przystanie na jego propozycję. Jednak milczała. Dziwnie na 

niego patrzyła. W jej wzroku wyczuł jakąś wdzięczność.  

– Dlaczego nie opowiedziałeś o mnie w szpitalu? – spytała wreszcie.  

Przez chwilę nie wiedział, co Zoey ma na myśli. Kiedy pojął, aŜ usiadł z wraŜenia obok 

niej, tak bardzo zaskoczyło go to pytanie. Nagle jednak wstąpił w niego zły duch. Przeciągnął 

się i jedną rękę połoŜył na oparciu kanapy.  

– Skąd wiesz, Ŝe nie opowiedziałem? – zapytał.  

– Bo bym juŜ o tym wiedziała. Poczta pantoflowa działa błyskawicznie.  

Jak mogła pomyśleć o nim coś takiego? 

– Dlaczego miałbym opowiadać w szpitalu o twoim Ŝyciu seksualnym, a właściwie o jego 

braku? – zapytał.  

– Tak zrobiłaby większość męŜczyzn.  

– Wcale mnie nie znasz. Widocznie nie jestem taki jak większość męŜczyzn.  

Wzruszyła lekko ramionami. Unikała wzroku Jonasa.  

– MoŜe to prawda.  

Odkąd  znał  Zoey,  w  tej  chwili  dopiero  po  raz  pierwszy  przyznała  mu  rację.  Poczuł  się 

lepiej.  Niewiele  myśląc,  zdjął  rękę  z  oparcia  kanapy  i  połoŜył  ją  na  talii  Zoey,  odsunąwszy 

trochę pled. Wiedział, Ŝe moŜe napytać sobie biedy. NaraŜał się na następny cios kolanem w 

podbrzusze.  W  wyrazie  twarzy  leŜącej  kobiety  było  jednak  coś,  co  go  zachęciło. 

Zaryzykował.  

Powoli podniosła się do pozycji siedzącej, ale go nie odepchnęła. Ani nie uderzyła pięścią 

między  oczy.  Siedziała  nieruchomo,  z  twarzą  tuŜ  przy  twarzy  Jonasa,  i  obserwowała  go  w 

background image

milczeniu.  

– MoŜemy... moŜemy to zmienić. Wiesz, co mam na myśli – powiedział zniŜając głos. – 

Jeśli zechcesz, moŜemy poznać się bliŜej.  

Potrząsnęła głową.  

– To chyba nie jest dobry pomysł – odparła niemal szeptem. – Nie sądzę, Ŝe...  

Pocałunkiem  zamknął  jej  usta.  JuŜ  dłuŜej  nie  potrafił  czekać.  Była  taka  ładna,  ciepła  i 

prowokująca.  

Liczył  na  ostrą  reakcję.  Na  ból  fizyczny,  który  Zoey  zaraz  mu  zada.  Zamiast  tego 

odwzajemniła pocałunek. Lekko, nieśmiało, jakby z namysłem.  

– O, tak – szepnął. – Nie myśl, lecz odczuwaj. Pocałował ją znowu.  

Zoey nie była pewna, dlaczego Jonas to robi. Przestała myśleć o przeszłości. Czuła tylko 

palce  we  włosach,  zapach  mydła  i  dotknięcie  jego  ust  na  wargach.  W  oczach  Jonasa 

wyczytała coś bardzo waŜnego. Obietnicę, Ŝe nic, co zrobi, nie wywoła bólu.  

Zakręciło się jej w głowie. Odnosiła wraŜenie, Ŝe spada w przepaść. Jonas przyciągnął ją 

do siebie, a potem wolną ręką zaczął gładzić jej kark. Ustami muskał policzek, czoło i brodę. 

Dotykał szyi koniuszkiem języka.  

– Och! – jęknęła. – Och, Jonasie! 

–  Nie  będę  cię  ponaglał  –  powiedział  szeptem  wprost  do  ucha.  –  Nie  chcę,  Ŝebyś  robiła 

coś, na co nie masz ochoty.  

– Dlaczego? – spytała cicho. – Boisz się mojego kolana? Traktowała to jako Ŝart i liczyła, 

Ŝ

e Jonas się roześmieje.  

Odsunął się od niej. Spojrzał głęboko w oczy.  

– Nie. Nie chcę skrzywdzić cię ani przestraszyć, jak on to robił.  

Serce Zoey podeszło do gardła.  

– Jak kto? – spytała.  

– Ktoś, kto na długo zniechęcił cię do męŜczyzn. – Przeciągnął lekko palcami po brodzie 

i  policzku.  –  Słuchaj,  Zoey  –  ciągnął.  –  Nie  mogę  sobie  wyobrazić  innego  powodu,  dla 

którego taka kobietajak ty unika intymnych związków. Jesteś zbyt... zbyt...  

– Zbyt... ? – podpowiadała. Nagle poczuła się w defensywie.  

Jonas się uśmiechnął.  

–  Zdumiewająca.  Jeszcze  nigdy  nie  spotkałem  takiej  kobiety.  KaŜdy  męŜczyzna  byłby 

szczęśliwy, mogąc cię zaspokoić.  

–  Tak  ci  się  tylko  wydaje.  W  dzisiejszych  czasach  większość  z  was  ma  w  nosie  to,  co 

odczuwają kobiety. Byleby tvlko dostali, czego zechcą.  

– Miałaś do czynienia z męŜczyznami marnego gatunku.  

– Jest tylko jeden gatunek.  

– Nie. – Jonas zdecydowanie zaprzeczył ruchem głowy. – To nieprawda. I dobrze o tym 

wiesz.  Obawiasz  się  przyznać,  Ŝe  moŜe  znaleźć  się  ktoś,  na  kim  mogłoby  ci  zaleŜeć.  Ktoś, 

komu  zaleŜałoby  na  tobie  i  kto  o  ciebie  by  się  troszczył.  Zdaje  mi  się,  Ŝe  boisz  się  zostać 

skrzywdzona, poniewaŜ kiedyś, dawno temu, pewien łobuz wyciął ci niewąski numer.  

Zoey długo zastanawiała się nad tym, ile moŜe powiedzieć Jonasowi o sobie.  

background image

– Dwaj.  

Popatrzył na nią zdumiony.  

– Co takiego? 

–  Dwaj  faceci  wycięli  mi  w  przeszłości  niewąskie  numery.  Ale  nie  było  tak,  jak 

przypuszczasz. To stało się zupełnie inaczej.  

–  Chcesz  o  tym  porozmawiać?  –  zapytał  spokojnie.  Raczej  nie,  pomyślała  Zoey.  Nigdy 

nikomu o tym nawet nie wspomniała. Jedynie Cooper wiedział, co się stało, gdyŜ pomógł jej 

się  pozbierać  po  rozstaniu  z  męŜem.  W  Jonasie  było  jednak  coś,  co  sprawiło,  Ŝe  zapragnęła 

nagle  przed  nim  się  otworzyć.  Podzielenie  się  własnymi  przeŜyciami  uznała  za  rzecz 

najnaturalniejszą pod słońcem.  

– Miałam szesnaście lat, gdy zaszłam w ciąŜę – zaczęła.  

– W ciąŜę? – powtórzył Jonas.  

W  jego  głosie  wyczuła  zdziwienie.  Jeśli  juŜ  teraz  jest  zaskoczony,  to  co  będzie,  gdy 

usłyszy do końca całą historię? 

–  Tak.  W  ciąŜę.  Bardzo  kochałam  ojca  dziecka,  z  wzajemnością.  Byliśmy  parą 

dzieciaków,  które  nie  poradziły  sobie  z  dojrzałym  uczuciem.  Ale  na  tym  kończy  się 

zwyczajność  tej  historii.  –  Zoey  westchnęła  cięŜko,  wracając  myślami  do  przeszłości.  – 

Urodziłam  dziecko  zaraz  po  naszej  maturze.  Nie  mieliśmy  jednak  kłopotów  typowych  dla 

wielu  par  nastolatków.  Jack  miał  dobrą  pracę.  Zatrudnił  się  jako  mechanik.  I  tak 

zamierzaliśmy się pobrać po skończeniu szkoły. Dziecko tylko przyspieszyło nieco termin. – 

Uśmiechnęła  się,  kiedy  przypomniała  sobie,  co  potem  się  działo.  –  Wyjechaliśmy  z 

Pittsburgha  i  zamieszkaliśmy  w  małym  mieszkanku  w  południowej  części  Filadelfii,  w  tym 

samym  domu,  w  którym  Ŝyła  babcia  Jacka.  Wiele  mi  pomogła  po  urodzeniu  się  synka. 

Nazwaliśmy go Eddie. To imię nosił ojciec Jacka. Przez parę pierwszych miesięcy było nam 

cięŜko, ale odkąd przywykliśmy do naszych obowiązków, wszystko szło dobrze. Jak z płatka 

–  dodała  z  entuzjazmem.  –  Stanowiliśmy  parę  nastolatków,  lecz  równocześnie  byliśmy 

stworzeni, Ŝeby być rodzicami. W trójkę było nam dobrze. I wesoło. Jack i ja snuliśmy plany 

związane z przyszłością Eddie’ego.  

Zamilkła. Na długo. Jonas czuł, Ŝe Zoey nie moŜe mówić. Zapytał: 

– Co się stało? 

Ponownie westchnęła i popatrzyła na swoje dłonie. Bezwiednie zacisnęła je na materiale 

bluzy. Teraz rozluźniła palce i zaczęła wygładzać zmarszczki. To wszystko robiła odruchowo.  

– Eddie nigdy nie urósł – odparła spokojnie. – Mając osiemnaście miesięcy, zachorował 

na wirusowe zapalenie opon mózgowych. Po tygodniu juŜ nie Ŝył.  

– Och, Zoey. – Poczuła rękę Jonasa na swojej. Zacisnęła palce. – Tak bardzo mi przykro.  

Poczuła, jak drŜy jej podbródek. Zagryzła dolną wargę, Ŝeby się nie rozpłakać.  

–  Mnie  teŜ  –  po  jakimś  czasie  powiedziała  słabym  głosem.  –  Był  taki  słodki.  Zanim 

zachorował, chodził i mówił lepiej niŜ niejeden dwulatek. Miał ogromne szare oczy i kręcone 

blond  włosy.  A  rzęsy?  Tak  długie,  Ŝe  zazdrościłaby  mu  ich  kaŜda  kobieta  –  dodała  z 

wymuszonym  uśmiechem.  –  Ten  mały  chłopczyk  potrafił  oczarować  kaŜdego.  Jaki  byłby 

dzisiaj? Tego lata skończyłby... dwadzieścia lat. – Fakt ten zaskoczył Zoey. AŜ do tej chwili 

background image

nie pozwalała sobie na takie rozmyślania. – Pewnie miałabym z nim wiele kłopotów. Grubym 

kijem musiałby oganiać się od dziewcząt. MoŜe nawet miałby te same problemy, co Jack i ja. 

MoŜe byłabym juŜ babką? 

Coś  mokrego  i  ciepłego  spadło  na  ręce  Zoey,  które  trzymała  przed  sobą.  Łzy.  Dopiero 

teraz  uzmysłowiła  sobie,  Ŝe  płacze.  Od  lat  to  się  jej  nie  zdarzało.  Nie  myślała  o  synku. 

Czasami nawet zdawało się jej, Ŝe ponura przeszłość to tylko zły sen.  

– Zoey... – zaczął Jonas. Urwał, bo nie wiedział, co powiedzieć.  

– Po śmierci Eddie’ego Jack i ja próbowaliśmy Ŝyć jak dawniej – zaczęła znowu. – Nawet 

myśleliśmy o drugim dziecku. Oboje byliśmy jednak tak głęboko nieszczęśliwi, Ŝe... – Otarła 

łzy. – Nasze uczucia nie były dojrzałe. Rozstaliśmy się sześć miesięcy po śmierci Eddie’ego. 

Rozwód  uprawomocnił  się  akurat  w  moje  dwudzieste  urodziny.  Następnego  dnia  zapisałam 

się do szkoły pielęgniarskiej.  

– Ze względu na chorobę synka – powiedział Jonas. Nie musiał zresztą pytać.  

–  Tak.  Nigdy  przedtem  nie  myślałam  o  tym,  Ŝeby  wybrać  ten  zawód.  Pielęgniarki  w 

szpitalu były sympatyczne i pełne współczucia. Nie wiem, co Jack i ja zrobilibyśmy bez nich. 

Wtedy musiałam juŜ chyba powziąć decyzję.  

–  MoŜe  postanowiłaś  zostać  pielęgniarką  dlatego,  Ŝe  czułaś  się  bezradna  wobec  śmierci 

Eddie’ego? Pragnęłaś pomagać innym dzieciom.  

Zoey potrząsnęła głową.  

– Nie. Jestem pewna, Ŝe nie dlatego.  

Jonas nie zamierzał dyskutować na ten temat. Zoey poczuła się nieco zawiedziona.  

– Czy po... po tym widywałaś jeszcze byłego męŜa? 

–  Tylko  raz  go  widziałam  –  odparła.  –  Jakieś  pięć  lat  temu  na  ulicy.  Czekałam  przed 

stoiskiem,  Ŝeby  kupić  rybę.  Zobaczyłam  Jacka  obok  w  kolejce.  Bardzo  przytył,  trochę 

wyłysiał, lecz poznałam go od razu. Nie zauwaŜył mnie, a ja do niego nie podeszłam.  

Zoey nie powiedziała Jonasowi jednego. Na ręku byłego męŜa zauwaŜyła złotą obrączkę. 

A ponadto obok niego kręciła się mniej więcej sześcioletnia dziewczynka. Prosiła, Ŝeby tatuś 

wziął  ją  na  ręce.  Jack  roześmiał  się  w  sposób,  który  Zoey  znała  sprzed  śmierci  Eddie’ego,  i 

objął dziecko, a ono przytuliło się mocno do niego.  

Jack  ułoŜył  sobie  Ŝycie,  pomyślała  teraz.  Dlaczego  więc  ona  nie  moŜe  zrobić  tego 

samego? 

– Zoey, nie miałem pojęcia, Ŝe... – zaczął Jonas.  

–  Nie  mogłeś  mieć  –  przerwała  mu  szybko,  wycierając  oczy.  –  Skąd  mogłeś  wiedzieć? 

Moją tajemnicę zna tylko Cooper. Tylko dlatego, Ŝe był przyjacielem, który pomagał mi się 

otrząsnąć.  Nawet  Livy  i  Sylvie  nie  wiedzą  o  Eddie’em.  Jonasie,  będę  bardzo  ci  wdzięczna, 

jeśli nie powiesz o tym nikomu w szpitalu. Nie chcę z nikim dzielić się moim nieszczęściem. 

Nie chcę przeŜywać tego ponownie.  

Ze  mną  jednak  się  podzieliła,  pomyślał  Jonas.  I  dla  niego  przeŜyła  to  ponownie.  Poznał 

tajemnicę Zoey. Jak to teraz zawaŜy na wspólnych stosunkach? 

–  Od  rozstania  z  Jackiem  nie  byłam  związana  uczuciowo  z  Ŝadnym  męŜczyzną  – 

ciągnęła.  –  Szczerze  powiedziawszy,  nie  wiem,  dlaczego.  Po  prostu  nie  interesował  mnie 

background image

następny  związek.  A  kiedy  wreszcie  zaczęłam  się  umawiać  z  męŜczyznami,  okazało  się,  Ŝe 

Ŝ

aden z nich nie jest wart zachodu.  

Wszystkim  zaleŜało  tylko  na  jednym.  Byle  się  szybko  przespać  z  kobietą.  A  stworzenie 

nowego  związku  wymaga  wiele  czasu.  Traciłam  cierpliwość.  Czy  to,  co  mówię,  ma  jakiś 

sens?  Chciał  powiedzieć  Zoey,  Ŝe  nie.  była  realistką  lub  Ŝe  miała  zbyt  wygórowane 

wymagania.  Pragnął  uzmysłowić,  Ŝe  wykluczanie  moŜliwości  zakochania  się  było  ucieczką 

od Ŝycia. Ale to, co mówiła Zoey, miało sens. Sam często odczuwał podobnie. Nie chciało mu 

się  tracić  ani  czasu,  ani  energii  na  związki  z  kobietami.  Teraz,  kiedy  o  tym  pomyślał, 

uprzytomnił sobie, Ŝe moŜe sam nie jest realistą i chroni się przed prawdziwym Ŝyciem. Zoey 

miała  przynajmniej  powód,  Ŝeby  ponownie  się  nie  angaŜować.  A  on?  Co  usprawiedliwiało 

jego? 

–  Pójdę  juŜ  –  oznajmiła,  kiedy  nie  odpowiedział  na  pytanie.  Odkąd  zaczęła  mówić  o 

stracie dziecka, spojrzała na niego po raz pierwszy.  

–  Nie  chcę,  Ŝebyś  odchodziła  –  odparł,  podnosząc  się  z  kanapy.  Podszedł  do  Zoey, 

połoŜył  ręce  na  jej  ramionach,  odsunąwszy  falę  włosów  opadającą  na  czoło.  Potem  ujął  w 

dłonie jej twarz i czołem dotknął policzka. – Szczerze mówiąc, byłby to wielki błąd, gdybyś 

teraz  odeszła.  Dla  nas  obojga.  Sądzę,  Ŝe  powinnaś  zostać  tu  ze  mną.  Na  noc.  Na  całą  noc. 

UwaŜam, Ŝe powinniśmy być razem.  

W  Zoey  coś  odŜyło.  Bardzo  znajomego,  lecz  zatopionego  w  przeszłości.  Ciepłym, 

serdecznym głosem Jonas ogrzał ją od środka. Sprawił, Ŝe poczuła się lepiej. Dobrze. To, Ŝe 

opowiedziała  mu  o  synku,  zmieniło  ich  wzajemne  stosunki.  I  przeistoczyło  teŜ  coś  w  niej 

samej. Zrobiło się lŜej na sercu. AŜ do dziś była przekonana, Ŝe dawno temu przebolała to, co 

stało  się  z  Eddie’em,  i  Ŝe  tamte  przeŜycia  nie  odbijają  się  na  jej  dzisiejszej  egzystencji. 

Okazało  się,  Ŝe  była  w  błędzie.  Śmierć  dziecka  zawaŜyła  na  całym  jej  Ŝyciu.  Powierzając 

swój sekret Jonasowi, pozbyła się części smutku.  

To,  Ŝe  zdradziła  mu  swą  tajemnicę,  zbliŜyło  ich  do  siebie.  Jeszcze  nigdy  nie  była 

psychicznie tak blisko Ŝadnego męŜczyzny. Wkradł się niepostrzeŜenie do jej serca, które od 

lat  było  puste.  Podobnie  jak  Jonas,  chciała,  Ŝeby  byli  razem.  Pragnęła  tylko  wiedzieć,  co 

wtedy się stanie.  

– Nie odchodź, Zoey – usłyszała ponowną prośbę. I zaraz potem własną odpowiedź: 

– Zostanę.  

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

To  zdumiewające,  jak  prośba  Jonasa,  wyraŜona  łagodnym  głosem,  pozwoliła  Zoey 

zapomnieć o wszystkim. Przestała cierpieć z powodu zmarłego synka. Odeszły w niepamięć 

wspomnienia dotyczące niedojrzałego męŜa, który nie potrafił wyrwać jej z depresji. Zniknęło 

poczucie  winy,  Ŝe  nie  udało  się  utrzymać  synka  przy  Ŝyciu.  Na  jak  długo  odejdą  przykre 

wspomnienia? Zoey nie miała pojęcia.  

Pragnęła,  Ŝeby  zniknęły  na  dobre.  Nie  będzie  wracać  do  nich  myślami,  przynajmniej  do 

jutra rana.  

Nie  pamiętała,  jak  się  znalazła  w  pokoju  Jonasa.  Wąski  pas  księŜycowej  poświaty 

padającej na łóŜko wskazywał im drogę. Było idealnie spokojnie. Odgłos oddechów stanowił 

jedyny dźwięk, który do niej docierał.  

Jonas ją pocałował. Wargi miał gorące, delikatne i czułe. Całował usta i policzki, a potem 

do głowy Zoey przycisnął czoło.  

–  Nie  będę  cię  ponaglał  –  obiecał  ponownie.  –  Ty  decydujesz,  jak  ma  być.  Powiedz,  co 

robić.  

W księŜycowej poświacie zabłysły mu oczy. Dojrzała w nich troskliwość.  

–  Przytul  mnie  –  poprosiła.  –  Obejmij  i  przytul  tak  mocno,  jakbyś  miał  nigdy  mnie  nie 

puścić.  

Jonas  wziął  Zoey  w  ramiona.  Jedną  rękę  zanurzył  w  jej  włosach,  a  drugą  głaskał  po 

plecach. Przez długi czas stali tak objęci. W Zoey zaczęła zachodzić dziwna reakcja. Poczuła 

gorąco  w  dole  brzucha.  Płomień  sięgnął  serca.  Wsunęła  palce  w  rozcięcie  koszuli  Jonasa  i 

przyciągnęła go mocno do siebie.  

Pachnie wspaniale, pomyślała, opierając głowę na jego ramieniu. Ma taki męski zapach. 

Odurzający.  

Odpiął  dwa  górne  guziki  koszuli,  rozluźnił  krawat,  zdjął  go  i  odrzucił  na  bok.  Zoey 

przesunęła palce wzdłuŜ szyi, wsunęła pod kołnierzyk, objęła Jonasa i pocałowała.  

U  nasady  szyi  miał  gorącą  skórę.  Lizała  ją,  chłonąc  słony  smak.  Opuściła  rękę  i  powoli 

rozpięła pozostałe guziki koszuli.  

Jonas stał bez ruchu. Rozbierała go niewprawnie, ale jej nie pomagał. Powoli odkrywała 

fragmenty  męskiego  ciała.  Jego  pierś  była  szeroka  i  pokryta  ciemnym  owłosieniem.  Nogi 

miał wspaniale umięśnione. Silne i spręŜyste.  

Mógłby mnie nimi zgnieść, pomyślała Zoey. Lub uwięzić w najsłodszy sposób. Na samą 

tę myśl aŜ zakręciło się jej w głowie.  

Stał  przed  nią  nagi.  Nawet  w  ciemnym  pokoju,  oświetlonym  zaledwie  bladą  poświatą 

księŜyca,  wyglądał wspaniale. Wodziła wzrokiem po całym  ciele Jonasa, zatrzymując się na 

dłuŜej w połowie drogi i podziwiając jego męskość.  

– Och! – szepnęła i podniosła oczy. Napotkała jego wzrok. Uśmiechnął się szeroko.  

– Jeszcze za wcześnie. Stanę się twój. Gdy będziesz gotowa.  

Odwzajemniła uśmiech.  

background image

– JuŜ jestem.  

Było  to  kłamstwo,  ale  dystans  fizyczny  istniejący  między  nimi  zaczynał  ją  męczyć. 

Chciała dotykać Jonasa. Pragnęła być pieszczona. Nadal jednak miała opory. Ostatnio, gdy to 

robiła, pozostała zimna i drętwa w środku. Po raz pierwszy od prawie dwudziestu lat zaczęła 

teraz powoli tajać.  

Jonas podszedł do Zoey. Zrobił to niespiesznie, jakby dając jej czas do namysłu. Dotknął 

policzka. Drugą ręką przycisnął ją do siebie. Zoey miała zamknięte oczy, kiedy opuścił ręce i 

zdejmował  z  niej  bluzę.  Ściągnął  ją  przez  głowę  i  odgarnął  w  tył  kaskadę  włosów,  które 

opadły  Zoey  na  twarz.  PołoŜył  ręce  na  jej  ramionach.  Wsunął  palce  pod  ramiączka 

biustonosza i ściągnął je w dół.  

Odruchowo,  w  obronnym  geście,  skrzyŜowała  ręce  na  piersiach.  Powoli  rozsunął  jej 

ramiona.  Rozpięła  stanik.  Biała  koronka  opadła  na  ziemię.  Przez  chwilę  Jonas  patrzył  na 

obnaŜone  piersi.  Potem  przesunął  po  nich  najpierw  dłonią,  a  potem  wargami.  Uczucie  było 

wspaniałe. Zoey mocno zacisnęła powieki. Zrobiło się jej gorąco. Jonas objął wargami sutkę. 

Zatopiła palce w jego włosach i przyciągnęła go do siebie. Kiedy na piersiach poczuła lekkie 

kąsanie, krzyknęła. Odsunął rękę i znów zaczął pieścić językiem nabrzmiałe półkule. Opuścił 

ręce  na  biodra  Zoey  ukryte  pod  dŜinsami.  Kiedy  rozpinał  zamek,  poczuła  dojmujący  ból  w 

dole  brzucha.  Ból  poŜądania.  Zsunął  z  niej  spodnie  wraz  z  majteczkami.  Stała  teraz  naga. 

Podziwiał  wspaniałe  ciało.  W  ciemnym  pokoju  połyskiwały  tylko  jego  oczy.  Na  wargach 

Jonasa igrał lekki uśmiech.  

– Och! – naśladował okrzyk Zoey, który wydała na widok jego obnaŜonego ciała.  

– Gdy tylko będziesz gotowy – wyszeptała. Odwzajemniła uśmiech.  

– Jestem. Od miesięcy – odparł, wyciągając rękę.  

Ona  chyba  czekała  na  niego  znacznie,  znacznie  dłuŜej.  Bliskość  Jonasa  znów  wznieciła 

falę  gorąca.  Zoey  juŜ  zapomniała  o  tym,  Ŝe  męŜczyzna  moŜe  sprawić,  iŜ  kobieta  czuje  się 

przy nim bezpieczna, piękna i poŜądana.  

Opadli  na  łóŜko.  Jonas  znalazł  się  na  Zoey.  Gorący,  twardy,  cięŜki.  PoŜądała  go.  Tylko 

jego.  Zsunął  się  i  wciągnął  ją  na  siebie.  Objął  mocno  w  pasie,  jakby  się  obawiał,  Ŝe  mu 

ucieknie.  

– Sama decydujesz o tym, jak ma być – przypomniał. – Mów, na co masz ochotę. I kiedy.  

PoŜądanie, które ogarnęło Zoey, sięgało zenitu.  

– Chcę... – zaczęła powoli. – Chcę ciebie. Całego. Weź mnie. Niech to się stanie.  

– Jesteś pewna? 

– Tak.  

– A więc...  

Pocałował ją znowu i obrócił. LeŜeli obok siebie. Trzymała rękę na brzuchu Jonasa, a on 

wędrował  palcami  po  jej  ciele.  Jęknął,  gdy  dotknęła  newralgicznego  punktu.  Jeszcze  nigdy 

tak nie reagował na dotyk kobiety. Sięgnął między uda Zoey i zaczął ją pieścić mocniej.  

Wreszcie miała dość rozkosznej tortury.  

– Chcę być blisko ciebie, kiedy znajdę się w środku – szepnął schrypniętym z poŜądania 

głosem. – Pragnę dotykać cię wszędzie. Chcę, Ŝebyśmy stanowili jedność.  

background image

Uśmiechnęła się lekko.  

– Ja teŜ tego pragnę – dodała cicho.  

– A więc pragniemy siebie oboje. Przyszedłem do ciebie. Dam ci wszystko, czego sobie 

zaŜyczysz...  

– Nie – szepnęła. – Nie dawaj aŜ tyle.  

– Dlaczego? – zapytał zdziwiony.  

– Bo to za duŜo.  

– Ale...  

– Daj mi dzisiejszą noc – poprosiła. – Niczego  więcej nie pragnę.  Liczy się tylko to,  co 

jest teraz.  

Zanim zdołał zaprotestować, sprawiła, Ŝe znalazł się w niej.  

Po chwili zatracili się w erotycznym transie.  

Było  jej  coraz  wspanialej.  Wznosiła  się  wyŜej  i  wyŜej.  I  nagle  ogarnęła  ją 

niewypowiedziana rozkosz. Dzięki Jonasowi znalazła się w niebie.  

Powoli wróciła na ziemię. Ich ciała nadal stanowiły jedność. Jeszcze nigdy Zoey nie czuła 

się tak wyczerpana. Po chwili ogarnął ją sen.  

 

Obudziła  się  rano.  Na  myśl  o  przeŜyciach  ostatniej  nocy  zaczerwieniła  się  po  korzonki 

włosów. Czy rzeczywiście robiła to wszystko? zapytywała samą siebie. To zdumiewające, jak 

szybko człowiek potrafi pozbyć się zahamowań. Dwadzieścia lat minęło jak jedna chwila.  

Kochanie się z Jonasem niczym nie przypominało bycia z Jackiem. Oboje byli wówczas 

dzieciakami. Namiętnymi, lecz bez Ŝadnego doświadczenia. Jonas był świetnym, wprawnym 

kochankiem.  To  on  wykazywał  inwencję  i  starał  się  zaspokajać  jej  pragnienia.  Miał  duŜą 

praktykę. Znacznie większą niŜ ona.  

Zoey  posmutniała.  Czym  ta  noc  okazała  się  dla  Jonasa?  Czy  była  jeszcze  jednym, 

zwyczajnym  zbliŜeniem  z  kobietą?  Czy  ucieszy  się  po  przebudzeniu,  kiedy  zobaczy  ją  w 

łóŜku? A moŜe będzie chciał, Ŝeby wstała i wróciła do swego domu? 

Co ta noc znaczyła dla niej samej? Zoey nie była pewna. Czy rzeczywiście opowiedziała 

Jonasowi  o  synku,  czy  teŜ  to  się  jej  tylko  śniło?  CzyŜby  swoją  tajemnicę  powierzyła 

człowiekowi, którego tak niedawno uwaŜała za wroga? Co zrobił Jonas, Ŝe tak łatwo i szybko 

przed nim się otworzyła? Jak tego dokonał? 

Poruszył  się  na  łóŜku.  Nie  mogła  się  powstrzymać,  by  go  nie  dotknąć.  Przeciągnęła 

palcem  po  jego  wargach,  a  potem  po  kościach  policzkowych  i  niŜej,  po  szyi.  Nadal  spał 

smacznie.  

Jest  taki  przystojny,  pomyślała.  Miałby  ładne  dzieci.  Oboje  mogliby...  Przestraszyła  się 

własnych myśli. Odsunęła się od Jonasa i starając się go nie obudzić, wstała z łóŜka.  

MoŜe  juŜ  poczęli  dziecko,  pomyślała  przestraszona,  zbierając  ubrania.  Nie  zastosowali 

ś

rodka  antykoncepcyjnego  ani  Ŝadnej  innej  metody  ochrony.  Ciało  Zoey  przeszył  nagły 

dreszcz. Nie mogę zajść w ciąŜę! Było to nie do pomyślenia. Pod powiekami poczuła łzy. Nie 

chciała mieć dziecka. Nie przeŜyłaby następnej katastrofy.  

Na  palcach  wyszła  z  sypialni  Jonasa.  Pobiegła  ubrać  się  do  pokoju  Juliany.  Obudzoną 

background image

dziewczynkę trzeba było zabrać na dół, Ŝeby dać jej jeść. Jeśli będzie miała szczęście, Jonas 

jeszcze trochę pośpi, a jej uda się nakarmić Julianę i bez poŜegnania wymknąć z domu.  

Szybko  przewinęła  niemowlę  i  zbiegła  ze  schodów.  Modliła  się,  Ŝeby  popłakiwanie  nie 

dotarło do uszu Jonasa. Usiadła przy kuchennym stole i podała Julianie ogrzaną butelkę. Od 

strony sypialni Jonasa nie dochodziły Ŝadne odgłosy.  

Juliana wysączyła butelkę do dna. Kiedy Zoey podnosiła dziecko, Ŝeby mu się odbiło, do 

kuchni  wszedł  Jonas.  Uśmiechnięty,  w  wygniecionych  spodniach  od  piŜamy,  w  szeroko 

rozchylonym szlafroku, odsłaniającym niemal cały tors.  

– Dzień dobry – powiedział na powitanie.  

Zoey  otworzyła  usta,  lecz  z  jej  gardła  nie  wydobył  się  Ŝaden  dźwięk.  Odwzajemniła 

uśmiech.  

– Nie słyszałem nawet Juliany – dodał podchodząc bliŜej. Dziękuję, Ŝe się nią zajęłaś.  

– Nie ma za co – wykrztusiła Zoey. – Nie narobiła hałasu, a ty spałeś smacznie.  

Uśmiechnął się. Ciepło i serdecznie. Poczuła się trochę lepiej.  

– Spałem smacznie? Zupełnie nie pojmuję, dlaczego – zahartował.  

Zoey  zamknęła  oczy.  Chętnie  włoŜyłaby  dziecko  do  łóŜeczka  i  jeszcze  raz  połoŜyła  się 

obok Jonasa.  

Wreszcie Julianie się odbiło. Zoey roześmiała się nerwowo.  

–  Dobrze  ułoŜona  dziewczyna  wie,  jak  się  zachować  –  powiedziała  rozbawiona.  Dalej 

klepała  dziecko  po  pleckach.  Zobaczyła  nagle,  Ŝe  Jonas  posmutniał.  Chyba  rozumiała, 

dlaczego.  

– Co masz na myśli? – zapytał spokojnie. Zoey przytuliła Julianę i wstała.  

–  śe  na  mnie  czas  –  powiedziała,  podchodząc  do  Jonasa.  Wyciągnęła  w  jego  stronę 

najedzone i zadowolone dziecko.  

Automatycznie  sięgnął  po  nie.  Spisuje  się  coraz  lepiej,  pomyślała  Zoey.  Przestał  mieć 

opory  przed  dotykaniem  Juliany.  Zachowywał  się  przy  niej  bardziej  naturalnie,  zyskał 

pewność  siebie.  Nie  było  właściwie  powodu,  Ŝeby  Zoey  nadal  tu  przychodziła.  Jonas  i 

dziecko  radzą  juŜ  sobie  sami.  Umowa  była  jednak  umową.  Zoey  obiecała,  Ŝe  będzie  się 

zjawiała jeszcze przez tydzień, więc słowa dotrzyma. Postanowiła, Ŝe nie zawiedzie Jonasa.  

– Wrócisz? – zapytał Jonas, jakby czytając w jej myślach.  

–  Jasne.  W  poniedziałek.  śeby  zająć  się  Jules.  Czy  szukasz  niańki?  Masz  juŜ  kogoś  na 

widoku? 

Czoło Jonasa przecięła zmarszczka.  

– Sądziłem, Ŝe wpadniesz do domu, Ŝeby się przebrać – powiedział, ignorując jej pytania. 

–  I wrócisz za dwie godziny. Myślałem, Ŝe ten dzień spędzimy razem. To znaczy we trójkę. 

Po ostatniej nocy...  

–  A  co  do  ostatniej  nocy  –  Zoey  wpadła  mu  w  słowo  –  to,  mam  nadzieję,  Ŝe  nie 

przywiązujesz do niej większego znaczenia.  

– Co znaczy: większego? 

Zoey popatrzyła na ręce. Udawała, Ŝe sprawdza stan swoich paznokci.  

– Nie zrozum mnie źle – zaczęła. – Było cudownie. Ale...  

background image

– Co ale? – wybuchnął.  

Zdobyła się na odwagę. Spojrzała Jonasowi w oczy. Były ponure.  

– To nie było... nie było...  

– Co nie było? – Ŝądał wyjaśnienia. Westchnęła, ręką potarła czoło.  

– To nie było coś, co moŜna powtórzyć – odparła.  

– Dlaczego? 

Jakaś nuta w głosie Jonasa zirytowała Zoey.  

– Bo to był błąd – wypaliła.  

– Zaskakujesz mnie. Wczoraj tak nie myślałaś.  

– W ogóle nie myślałam. Skończmy na tym dyskusję.  

Chciałabym choć trochę myślała, nie wylądowałabym w twoim łóŜku. I w Ŝadnym razie 

nie powinnam opowiadać ci o...  

Zagryzła wargi. Nie chciała wymieniać imienia synka.  

– O swoim dziecku – dokończył Jonas.  

A  więc  nie  był  to  sen.  Opowiedziała  o  Eddie’em.  Fakt  ten  wystarczył,  Ŝeby  nie  mieć  z 

Jonasem  więcej  do  czynienia.  Ostatnia  rzecz,  która  jej  była  teraz  do  szczęścia  potrzebna,  to 

przypomnienie bolesnej przeszłości.  

–  O  to  przede  wszystkim  chodzi  –  stwierdził.  –  Twoje  wczorajsze  zwierzenia  były  dla 

ciebie  znacznie  waŜniejsze  niŜ  seks.  Trudniejsze  niŜ  oferowanie  mi  ciała.  Opowiedziałaś  o 

synku  i  teraz  boisz  się,  Ŝe  fakt  ten  w  jakimś  sensie  nas  zwiąŜe,  a  to  ci  nie  jest  na  rękę.  Nie 

chcesz Ŝadnych związków z męŜczyznami.  

– To nie tak – zaprzeczyła, spuszczając wzrok.  

Jonas widział, jak Zoey broni się rozpaczliwie, Ŝeby się nie załamać. Nie potrafi ukrywać 

uczuć,  pomyślał.  Był  zdumiony,  Ŝe  tak  długo  udawało  się  jej  wyprowadzać  go  w  pole.  Czy 

rzeczywiście  kiedyś  uwaŜał  ją  za  twardą?  Był  przekonany,  Ŝe  ta  kobieta  ze  stali  nie  ma 

Ŝ

adnych słabych punktów. I nie potrafi wykrzesać z siebie ani odrobiny uczucia.  

Był idiotą. KaŜdy przeciętnie spostrzegawczy człowiek dostrzegłby, Ŝe Zoey Holland jest 

kłębkiem nerwów. I trzyma się w ryzach ostatkiem sił.  

– Nie musisz uciekać przede mną – powiedział miękkim głosem. – To, Ŝe wiem o twojej 

bolesnej przeszłości, nie oznacza, iŜ musisz mnie unikać.  

– Nic nie rozumiesz – odparła, potrząsając głową.  

– Czego nie rozumiem? 

– To nie ma nic wspólnego z... z Eddie’em – upierała się. – Ostatniej nocy myśmy nie...  

– Czego nie zrobiliśmy? 

– Nie uŜyliśmy Ŝadnego środka antykoncepcyjnego. Jonas popatrzył zdumiony na  Zoey. 

Czy moŜliwe, Ŝeby tak się stało? Zawsze kobiety dbały o ochronę przed ciąŜą, a on nigdy nie 

musiał  się  tym  martwić.  A  Zoey?  Z  pewnością  o  tym  nawet  nie  pomyślała.  Mogła  zajść  w 

ciąŜę.  Do  licha,  być  moŜe  juŜ  była  w  ciąŜy!  Nosiła  jego  dziecko.  Ta  myśl  oszołomiła  go 

zupełnie.  

– Kiepska sprawa. Mam rację? – zapytała.  

Tak  właśnie  pomyślał.  Kiepska  sprawa.  Branie  odpowiedzialności  za  drugie  dziecko, 

background image

kiedy  nie  potrafił  poradzić  sobie  z  tym,  które  trzymał  na  rękach,  stanowiło  zbyt  duŜe 

obciąŜenie.  Z  drugiej  jednak  strony,  gdy  tak  głębiej  się  zastanowił,  uznał,  Ŝe  nie  będzie  to 

wcale okropne.  

– Nie martw się zawczasu – ciągnęła Zoey, kiedy nie odpowiadał. – Jestem pewna, Ŝe nic 

się  nie  stało.  To  był  dość  bezpieczny  dzień.  A  gdybym  nawet  zaszła  w  ciąŜę,  to  i  tak  nie 

byłaby to twoja sprawa.  

– Nie moja sprawa? – Podniósł szybko głowę. – Bardzo się mylisz.  

–  Słuchaj,  Jonasie.  Nie  chcę  dyskutować  o  czymś,  co  być  moŜe  wcale  się  nie  stało.  W 

kaŜdym razie to, co się nam przytrafiło ostatniej nocy, było błędem. Nie powinno w ogóle się 

wydarzyć. I więcej się nie wydarzy.  

Milczał przez dłuŜszą chwilę, kołysząc Julianę w ramionach – Wreszcie spytał: 

– Jesteś pewna? 

– Tak. Jestem.  

– Nie chcesz mieć więcej ze mną do czynienia? O to chodzi? 

– Jonasie... – Urwała. Pewnie nie chciał dłuŜej słuchać tego, co mogłaby mu powiedzieć.  

– Chyba nie spędzimy w trójkę dzisiejszego dnia – oznajmił z posępną miną.  

–  Nie  spędzimy  –  odparła.  Odwróciła  się  w  stronę  drzwi.  –  A  więc  do  poniedziałku  – 

zawołała przez ramię.  

Po  wyjściu  Zoey  zapanowała  w  kuchni  dziwna  cisza.  Juliana  zachowywała  się  idealnie 

spokojnie. Miała zadowoloną minkę. Jonas zaczynał myśleć o niej jak o własnym dziecku.  

I dlaczego, do diabła, czuł takŜe, iŜ Zoey byłaby dla Juliany idealną matką? 

Nigdy nawet przez myśl mu nie przeszło, Ŝe moŜe mieć własne dziecko. Do licha, nigdy 

nie chciał mieć potomstwa. Tragiczne okoliczności Sprawiły, Ŝe został opiekunem Juliany.  I 

teraz, na skutek głupiego niedopatrzenia, być moŜe stał się ojcem drugiego dziecka! 

Juliana przytuliła się do Jonasa. Ogarnęło go uczucie głębokiej satysfakcji. Przedtem nie 

przeŜywał podobnych emocji. Nie, nie chciał być ojcem. Wolał zostać tatą. To było znacznie 

sympatyczniejsze słowo.  

Tata. Otarł policzek o  główkę Juliany i uśmiechnął się do siebie. NaleŜało teraz znaleźć 

jeszcze mamę. Na szczęście, wiedział, gdzie jej szukać.  

–  Jules  –  powiedział  łagodnie  do  dziecka  drzemiącego  na  jego  ramieniu.  –  Czeka  nas 

wiele  pracy.  Musimy  sprawić,  Ŝe  Zoey  zacznie  myśleć  pozytywnie.  Po  naszemu.  Mam 

pewien  plan.  Będę  jednak  potrzebował  twojej  pomocy,  malutka,  Ŝeby  wprowadzić  go  w 

Ŝ

ycie.  

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

– Kiedy zakochałyście się w waszych męŜach? 

Olivia i Sylvie wymieniły spojrzenia i popatrzyły na Zoey.  

Jej spojrzenie przenosiło się z jednej siostry na drugą, a potem spoczęło na Julianie, którą 

trzymała w ramionach. Przyjaciółki spotkały się u Oli vii na lunchu. KaŜda przyszła ze swoim 

dzieckiem.  

Jules  nie  jest  przecieŜ  moim  dzieckiem,  uprzytomniła  sobie  Zoey.  Jej  synek  nie  Ŝył  od 

dawna.  Jules  naleŜała  do  Jonasa.  Zoey  juŜ  nigdy  nie  będzie  miała  własnego  dziecka.  Nie 

pozwoli sobie na macierzyństwo. Nie podejmie takiego ryzyka.  

Z  miłością  do  Jonasa  jakoś  by  sobie  poradziła.  W  taki  czy  inny  sposób.  Pragnienie 

posiadania  dziecka  było  jednak  czymś  innym.  Czymś,  co  nie  bardzo  potrafiła  sobie 

wyobrazić.  

–  Ja...  –  zaczęła  znowu.  –  Właśnie  zastanawiałam  się  nad  tym,  w  jakim  momencie 

zyskałyście pewność, Ŝe zakochałyście się w waszych męŜach.  

– Czemu pytasz? – chórem zapytały siostry.  

– Z czystej ciekawości.  

Olivia  i  Sylvie  ponownie  wymieniły  porozumiewawcze  spojrzenia,  a  potem  uwaŜnie 

popatrzyły na Zoey.  

– Chcesz nam coś powiedzieć? – spytała Sylvie.  

– Prawie się nie widywałyśmy, odkąd przejęłaś dyŜury od leannette – dodała Olivia. – Co 

robiłaś przez ostatnie dwa tygodnie, oprócz opiekowania się bratanicą Jonasa Tate’a? 

– JuŜ sama ta opieka zajmowała Zoey mnóstwo czasu – zauwaŜyła Sylvie. – Narzekałaś 

bez przerwy na nieznośnego doktora, lecz gdy ujrzałaś niemowlaka, od razu zgodziłaś mu się 

pomóc.  

–  Mówiłam  wam,  dlaczego  –  przypomniała  Zoey.  –  Jules  to  bratnia  dusza.  Łączy  nas 

duchowe pokrewieństwo. Chcę, Ŝeby Jonas ją polubił i Ŝeby nauczyli się wspólnie Ŝyć.  

–  Początkowo  te  wyjaśnienia  wydawały  się  nam  wystarczające,  Ŝeby  usprawiedliwić 

twoje  poczynania  –  odezwała  się  Olivia.  –  Teraz  jednak,  kiedy  upłynął  juŜ  cały  tydzień, 

sądzę, Ŝe zmieniły się twoje zamiary.  

– Moje zamiary? – powtórzyła Zoey. Postanowiła zawczasu odeprzeć ewentualne zarzuty. 

– Co, u licha, masz na myśli? 

– To, co usłyszałaś – odparła Olivia.  

– Co to, do diabła, ma znaczyć?  

Olivia spojrzała na siostrę.  

– Sylvie, chyba poznałaś doktora Tate’a.  

–  Tak.  Przedstawiłaś  mi  go  w  szpitalu  tego  dnia,  kiedy  wpadłam  do  was  z  Gennie, 

pamiętasz? 

Olivia skinęła głową.  

– Fakt. Co o nim myślisz? 

background image

Ś

wietny facet. Cholernie przystojny. Prawdziwy samiec. Zoey milczała.  

– Masz rację – zgodziła się Olivia. – Co ty na to, Zoey? Mówią, Ŝe juŜ nie jesteście tak 

wrogo do siebie nastawieni jak na początku. Cooper Dugan uwaŜa nawet, Ŝe się przyjaźnicie.  

– Wygaduje bzdury – mruknęła Zoey. – Jak zwykle.  

– Naprawdę? A więc ta  historia, Ŝe w domu Jonasa spędziłaś dwie noce, jest wyssana z 

palca? – chciała wiedzieć Olivia.  

Zoey  poczerwieniała.  Do  diabła,  czemu  wspomniała  Cooperowi,  Ŝe  dyŜurowała  przy 

dziecku Jonasa takŜe w nocy? 

– Zrobiłaś  coś takiego? – wykrzyknęła Sylvie. – Zoey, jak mogłaś spędzić noc z obcym 

męŜczyzną,  a  właściwie  dwie  noce  z  obcym  fantastycznym  męŜczyzną,  i  nie  zdradzić 

przyjaciółkom wszystkich pikantnych szczegółów? 

– Nie było Ŝadnych pikantnych szczegółów – przez zaciśnięte zęby oznajmiła Zoey. – A 

poza tym Jonas nie jest obcy. Pracuję z nim od wielu miesięcy.  

–  I  nie  znosisz  go  od  wielu  miesięcy  –  przypomniała  Sylvie.  –  Tak  przynajmniej 

twierdziłaś.  

– Mówiłam prawdę – odparła Zoey.  

– Sylvie, zwróć uwagę na czas przeszły – wtrąciła Olivia. To coś oznacza. W przeszłości 

między nimi panowała nienawiść, a nasza dzisiejsza rozmowa zaczęła się od tematu miłości. 

To interesujące – dodała ze śmiechem.  

– Spałaś z nim? – zapytała Sylvie.  

Zoey  grała  na  zwłokę.  PrzecieŜ  pamiętnej  nocy  ani  ona,  mi  Jonas  nie  spali  wiele. 

Zaprzeczenie  nie  byłoby  właściwie  kłamstwem,  pomyślała.  A  poza  tym  co  to  właściwie 

obchodziło Sylvie? 

– No, mów, Zoey – ponagliła ją przyjaciółka. – Graj uczciwie. Livy opowiadała nam, co 

robiła z Danielem pierwszej nocy, a ja o tym, jak przespałam się z Chase’em.  

– Mówiłam o Danielu, bo sprowokowałyście mnie do tego – przypomniała Olivia. – A ty 

opowiedziałaś  o  spotkaniu  z  Chase’em  tylko  dlatego,  Ŝe  zaszłaś  w  ciąŜę.  Musiałaś  się 

przyznać. Od razu zaczęłybyśmy podejrzewać, gdyby brzuch zrobił ci się wielki jak balon.  

– Tak, ale nie wiedziałybyście, kto jest ojcem dziecka, gdybym się nie przyznała – broniła 

się Sylvie.  

– A kiedy to zrobiłaś? – zapytała siostra. – Jeśli mnie pamięć nie myli, to dopiero na sali 

porodowej.  

– NiewaŜne, Livy. W kaŜdym razie mamy prawo wiedzieć, czy Zoey...  

–  Tak,  przespałam  się  z  nim  –  odruchowo  przerwała  jej  przyjaciółka.  Dopiero  teraz 

zorientowała się, Ŝe popełniła błąd. Zobaczyła wlepione w siebie dwie pary oczu.  

– Tak? 

–  Tak.  W  piątek.  Ale  to  był  jedyny  raz.  Wcale  niczego  nie  planowałam.  Po  prostu  się 

stało. Nie wiem, jak. Ja tylko...  

– Hej, nie musisz się tłumaczyć – powiedziała Oli via.  

– Pierwszy raz z Danielem było podobnie. Ale wszystko dobrze się skończyło. Od tamtej 

pory jest idealnie.  

background image

– U nas teŜ – dodała Sylvie.  

–  Tak,  ale  twój  pierwszy  raz  z  Chase’em  wcale  nie  był  dziełem  przypadku  – 

przypomniała siostra.  

– Lecz podobnie jak u ciebie wszystko skończyło się dobrze.  

–  Obie  wyszłyście  za  tych  męŜczyzn.  –  Zoey  powiedziała  to  takim  tonem,  jakby 

małŜeństwo wykluczało szczęśliwe zakończenie miłosnej przygody.  

– Jasne, Ŝe wyszłyśmy – potwierdziła Olivia. – Tak zwykle robią zakochani.  

– Niekoniecznie – zaprotestowała Zoey. – Nie zawsze.  

– Nie, jeśli dziewczyna jest głupia – podsumowała Sylvie.  

– Nie, jeśli chcesz, Ŝeby umknęło ci sprzed nosa coś fantastycznego.  

– A więc kiedy zakochałyście się w swoich męŜach? – po raz trzeci Zoey zadała to samo 

pytanie.  

–  Gdy  Daniel  zabrał  mnie  do  tego  koszmarnego  baru  dla  hippisów  na  motocyklach  i 

zagroził, Ŝe przeleci na bilardowym stole – oświadczyła Olivia.  

– Gdy Chase zmuszał mnie do jedzenia brukselki – bez namysłu odparła Sylvie.  

– Ogromnie mi pomogłyście – mruknęła pod nosem rozczarowana Zoey.  

Olivia i Sylvie równocześnie poklepały ją po ramieniu.  

– Zawsze moŜesz na nas liczyć – oznajmiła Olivia.  

– Zawsze, kiedy dasz nam znać – dodała Sylvie.  

We  wtorek  Jonas  wrócił  wcześniej  z  pracy.  Towarzyszyła  mu  jakaś  starsza  kobieta. 

Przedstawił ją jako panią Standard, nową nianię Juliany.  

Zoey z wraŜenia aŜ zamurowało. Zmusiła się do uśmiechu.  

– A więc znalazłeś opiekunkę do dziecka. To wspaniale. – Podała rękę siwej kobiecie. – 

Miło mi poznać panią. – Zwróciła się do Jonasa: – Czy moŜesz ze mną porozmawiać? 

– Oczywiście – odparł. Nie ruszył się z miejsca.  

– Na osobności – dodała. – Przepraszam panią na chwilę.  

– Poczekam w salonie – odparła starsza kobieta. Uśmiech miała ciepły, sympatyczny. Na 

pierwszy  rzut  oka  wydawała  się  miła  i  przyzwoita.  Do  diabła  z  nią,  pomyślała  ze  złością. 

Przestanę być potrzebna! 

Kiedy pani Standard udała się do salonu, Zoey zapytała Jonasa: 

– Jesteś pewny, Ŝe nadaje się do tej pracy? 

– Tak. Wystarczy na nią spojrzeć. Wychowała pięcioro dzieci i cały tuzin wnuków.  

– I ma wolny czas? 

– Wraz z męŜem przybyła tu z Tennessee.  

–  W  kaŜdej  chwili  moŜe  wyjechać.  Zostawi  Julianę  na  pastwę  losu,  co  odbije  się  na  jej 

psychicznym rozwoju.  

– Nie, to się nie zdarzy. MąŜ pani Standard pochodzi stąd. Wrócili do rodzinnego domu 

na Cherry Hill.  

– A więc mają pieniądze. Odejdzie, gdy tylko się jej znudzi lub dojdzie do wniosku, Ŝe to 

cięŜka praca.  

– Jej mąŜ pracował całe Ŝycie na własny rachunek, nie ma emerytury. Dlatego to zajęcie 

background image

jest pani Standard bardzo potrzebne.  

– Ma jakieś referencje? 

– Doskonałe.  

– A co z jej zdrowiem? – spytała Zoey. – Nie jest młoda. Pewnego dnia moŜe mieć atak 

serca. Och, jeśli zobaczy to Mes, będzie...  

– Pani Standard ma dopiero pięćdziesiąt osiem lat – przerwał jej Jonas. Zoey zauwaŜyła, 

Ŝ

e zaczął tracić cierpliwość. – I nigdy nie chorowała.  

–  Skąd  wiesz?  Mogła  mieć  wiele  chorób  zakaźnych.  śółtaczkę,  cholerę,  chorobę 

legionistów. A czy słyszałeś, Ŝe znów ludzie chorują na tyfus? Z nim nie ma Ŝartów...  

– Zoey, jestem lekarzem. Potrafię stwierdzić, czy ktoś jest chory. O co ci chodzi? Po co 

ten cały szum? Sądziłem, Ŝe zaleŜy ci na tym, abym znalazł niańkę.  

– Tak. Ale odpowiednią. Skąd wiesz, jaka jest? MoŜe pali? 

– Nie.  

– A moŜe naleŜy do partii komunistycznej? 

– Zoey! 

– Chodzi mi tylko o dobro Jules. Troszczę się o nią.  

– JuŜ nie musisz.  

A  więc  nie  jestem  potrzebna,  pomyślała  Zoey.  Jonas  wykreślił  ją  ze  swego  Ŝycia. 

Zabolało ją to bardzo. Powinna być zadowolona, Ŝe znalazł właściwą opiekunkę do dziecka. 

NaleŜy  więc  tylko  zapytać,  kiedy  pani  Standard  rozpocznie  pracę,  i  cieszyć  się,  Ŝe  wreszcie 

będzie wolna.  

– Wracasz do szpitala? – zapytała.  

– Nie – odparł. – Pobędę z panią Standard i Juliana. PokaŜę niani dom. Rozpocznie pracę 

w poniedziałek. Bo ty musisz wrócić do normalnego Ŝycia. Bardzo mi pomogłaś. Nie wiem, 

co zrobiłbym bez ciebie...  

Gestem ręki Zoey wstrzymała potok jego słów.  

–  Skoro  jesteś  w  domu,  wyjdę  wcześniej.  Jules  obudzi  się  lada  chwila.  Przygotowałam 

dla  niej  jedzenie,  starczy  do  rana.  W  suszarce  jest  pranie.  Będzie  gotowe  za  dwadzieścia 

minut.  

– Zoey...  

– Znalazłeś juŜ chyba dla Jules nowego lekarza? Świetna jest doktor Kenner...  

– Zoey! – Jonas podniósł głos. – Musimy porozmawiać.  

O Julianie. I o nas. Jules cię uwielbia. Byłoby źle, gdyby cię straciła.  

– Co masz na myśli? 

– Chcę, Ŝebyś nadal w jej Ŝyciu odgrywała waŜną rolę.  

I w moim.  

– Dlaczego? 

Dobre pytanie, pomyślał Jonas. Wymagało uczciwej odpowiedzi. Bał się jednak, Ŝe jeśli 

powie  prawdę,  Zoey  weźmie  nogi  za  pas  i  ucieknie  na  zawsze.  Podszedł  bliŜej  i  powiedział 

szeptem: 

– Być moŜe jesteś w ciąŜy, nosisz moje dziecko. Jeśli myślisz, Ŝe dam ci spokój, to grubo 

background image

się mylisz.  

Bez poŜegnania wypadła z kuchni.  

Jonas przypomniał sobie o pani Standard. Jules zasługiwała jednak nie na niańkę, lecz na 

matkę. Zoey nadawała się idealnie do tej roli. JuŜ przecieŜ ułoŜył sobie przemyślny plan. W 

piątek będzie miał ostatnią szansę. Do tej pory musi dowieść Zoey, Ŝe nie moŜe Ŝyć bez niego 

ani bez Juliany. A oni oboje teŜ nie potrafią bez niej egzystować.  

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

Nadszedł  piątkowy  ranek.  Jonas  miał  dziś  okazję  po  raz  pierwszy  od  miesięcy  wziąć  w 

szpitalu  wolny  dzień,  a  ponadto  zrealizować  część  planów  dotyczących  Zoey.  Czekając,  aŜ 

zapuka do drzwi, trzykrotnie sprawdzał, czy ma to, co jest potrzebne do romantycznej randki, 

którą  starannie  obmyślił.  Wczoraj  usiłował  zachowywać  się  swobodnie,  tak  jakby  wszystko 

między nimi układało się dobrze. Zoey była obojętna. Musiał udawać, Ŝe tego nie zauwaŜa.  

Spisał na kartce: „Koszyk na piknik. ŚwieŜe kwiaty. Świece i zapałki. Lekko schłodzone 

chardonnay. Czyste pieluchy. Ulubiona grzechotka. Pełna butelka”.  

Popatrzył na dziecko, które siedziało na leŜaczku stojącym w środku kuchni. Przyglądało 

mu się uwaŜnie.  

–  Chyba  mamy  wszystko  –  oznajmił.  –  Prawda,  Jules?  Machała  rączkami  i  gaworzyła 

wesoło.  

– Masz rację. Musimy jeszcze dołoŜyć kasety. Co powiesz na Edith Piaf? A moŜe przyda 

się teŜ Tony Bennett? Dobra, dla ciebie dorzucimy Alvina Wiewiórkę.  

Juliana cieszyła się ogromnie.  

O siódmej trzydzieści odezwał się dzwonek. Jonas wyjął Julianę z leŜaczka i razem z nią 

poszedł otworzyć drzwi. Na progu stała zziębnięta, zmęczona Zoey. Miała załzawione oczy i 

okropnie czerwony nos. Wyglądało to dość dziwacznie, bo na dworze było ciepło.  

– Dzień dobry – przywitał ją Jonas.  

–  Dobhy  –  mruknęła,  mijając  go  w  drzwiach.  –  Phephaham  za  spóźnienie.  Był  ok... 

okhopny kohek od Chehy Hill aŜ do Haddonfield.  

Biedaczka, pomyślał Jonas. Jąka się i bełkoce.  

– Nie szkodzi. Jak się czujesz? 

– Mam sthahny katah. – Na potwierdzenie tych słów kichnęła głośno. Cztery razy.  

– Na zdrowie – machinalnie powiedział Jonas.  

– Dziękuję.  

– Wchodź dalej.  

–  Chyba  nie  powinnam  dziś  siedzieć  z  Jules.  Jeśli  ci  się  spiehy,  poczekam,  aŜ  wezwieh 

kogoś do pomocy. Na phykład panią Standahd.  

– Dziś mam akurat wolny dzień.  

– Dzięki Bogu. – Zoey odetchnęła z ulgą. – Wobec tego jadę do domu się wyspać.  

Jonas skinął głową.  

– Dobry pomysł. Poczekaj, aŜ oboje z Juliana weźmiemy okrycia. Wyjdziemy z tobą.  

– To niepothebne. Nie chcę was zainfekować. Czuję się dobrze.  

–  Nie  ma  mowy  –  oznajmił Jonas.  –  Sama  nie  pojedziesz. Wyglądasz  okropnie.  Wraz  z 

Juliana zajmiemy się tobą.  

Zoey chciała zaprotestować, lecz Jonas ją powstrzymał.  

– Jedziemy moim samochodem. Swój weźmiesz później. Ja prowadzę.  

Zanim  zdołała  zgłosić  dalsze  obiekcje,  zniknął  w  kuchni.  Nie  mogła  zachorować  w 

background image

lepszej chwili, uznał zadowolony. Oczywiście, było mu przykro, Ŝe tak bardzo się zaziębiła, 

ale  nie  zamierzał  zaprzepaścić  okazji.  Zoey  była  chora.  Wymagała  opieki.  A  jedyną  osobą, 

która mogła jej pomóc, był on sam. Bądź co bądź lekarz. A do tego zakochany.  

Udowodni Zoey parę rzeczy. śe nie jest takim męŜczyzną, za jakiego go uwaŜa. Przekona 

ją, iŜ człowiek moŜe Ŝyć normalnie mimo tragicznych przeŜyć. Da jej teŜ, co najwaŜniejsze, 

do  zrozumienia,  Ŝe  oboje  idealnie  do  siebie  pasują  i  razem  potrafią  zdziałać  cuda.  JuŜ  je 

przecieŜ czynili.  

– Nie chcę, Ŝeby Mes zahaziła się ode mnie – wysapała przez nos Zoey  między jednym 

kichnięciem a drugim, kiedy Jonas wrócił do salonu.  

– Nic się nie stanie, pod warunkiem, Ŝe nie będziesz brała jej na  ręce – oznajmił. – Jest 

przecieŜ w idealnej formie.  

Dziecko w jego ramionach śmiało się i rozkosznie gaworzyło.  

– Widzisz – zwrócił się Jonas do Zoey – Ŝe mała nie pozwoli ci wrócić samej do domu.  

–  Dziękuję  –  wykrztusiła  zaziębiona.  Na  widok  koszyka  piknikowego  w  ręku  Jonasa 

zapytała: 

– Co to jest? 

– Lekarstwo – odparł. – Na wiele rzeczy.  

– Ale...  

– Chodźmy, zanim padniesz z wyczerpania.  

– Nie jestem wyczehpana. Ja...  

– Sama widzisz. Jesteś tak chora, Ŝe zaczynasz gadać od rzeczy.  

– Nie gadam od heczy. Ja... Dotknął czoła Zoey.  

– Masz chyba lekką gorączkę. Im wcześniej znajdziesz się w łóŜku, tym lepiej.  

Zoey  postanowiła  nie  reagować  na  dwuznaczność  słów  Jonasa.  MoŜe  nie  miał  nic 

zdroŜnego na myśli. Patrzył na nią tak, jakby między nimi nic nigdy się nie wydarzyło. Jakby 

nie  miał  pojęcia,  Ŝe  ona  zaczyna  go  kochać.  Nie,  to  nie  miłość,  pomyślała.  Jonas  i  Jules 

wyzwolili w niej tylko jakieś dawno zapomniane ciągoty. W kaŜdym razie stało się źle. Nie 

powinna przywiązywać się do tej dwójki. Teraz, patrząc, jak Jonas trzyma małą w ramionach, 

ogarnęła ją fala ciepła. Zoey nie miała pojęcia, co robić dalej.  

– Ruszamy? – spytał Jonas.  

Jules śmiała się radośnie do Zoey. Miała na sobie róŜowy sweterek i białą czapeczkę.  

– Ja... – znów zaczęła Zoey.  

– Musisz iść do łóŜka – przerwał jej szybko. – Potrzebujesz kogoś, kto o ciebie zadba.  

Wyszli przed dom.  

– Ja prowadzę – oznajmiła Zoey. – Nie zostawię tu wozu.  

– Zgoda – przystał.  

Nie potrzebuję nikogo, kto o mnie zadba, pomyślała ponuro. Chciała zapewnić Jonasa, Ŝe 

sama da sobie radę, tak jak to czyniła przez wiele lat.  

Dziś jest ostatni dzień, który spędzi z Jonasem i Jules. Jutro wszystko będzie skończone.  

Wizyta  Jonasa  i  Jules  u  niej  w  domu  była  czymś  bardziej  krępującym  niŜ  wizyty  w 

Tavistock. Zoey stała w drzwiach malutkiej kuchni i patrzyła, jak Jonas, tylko w skarpetkach, 

background image

podgrzewa dla niej przywieziony rosół z kury.  

W  niebieskich  dŜinsach i  wymiętym  szarym  swetrze  wyglądał  jak  zapobiegliwy  ojciec  i 

mąŜ, krzątający się w kuchni. Widząc jego i Jules w swoim domu, Zoey zrobiło się ciepło na 

sercu. Scena była sielankowa. Panowała niemal rodzinna atmosfera...  

Nie powinnam poddawać się nastrojowi, skarciła się szybko. Kiedy dzień będzie się miał 

ku końcowi, Jonas i Juliana wrócą razem do domu, a ona zostanie. Na tę myśl zrobiło się jej 

przykro.  

– JuŜ prawie gotowy – oznajmił Jonas, mieszając łyŜką gorący rosół.  

Zanim  Zoey  zdołała  mu  podziękować,  Juliana  zagaworzyła  głośno,  śliniąc  się  okropnie. 

Dorośli parsknęli śmiechem.  

– Och, nie – odpowiedział Jonas dziecku, jakby zaskoczony jego słowami.  

Usteczka małej wygięły się i utworzyły literę „o”. Jules zagdakała jak kurka.  

– Nie wierzę w Ŝadne twoje słowo – przekomarzał się z nią Jonas. – To niemoŜliwe.  

– Oooch – zapewniła go Juliana.  

– Tak ci mówiła? Co ty na to? – ciągnął Jonas.  

– Hiii – odparło dziecko.  

– Powiedziałbym to samo.  

– Nuuung.  

– Rozumiem.  

– Seksss...  

– TeŜ chętnie bym skorzystał.  

Właśnie wtedy dotarło do Zoey, Ŝe nie jest szczera wobec samej siebie. Zakochała się w 

Jonasie  i  nie  mogła  dłuŜej  udawać,  Ŝe  nic  się  nie  stało.  Zainteresowała  się  nim  juŜ  dawno. 

Pewnie dlatego w jego obecności zawsze czuła się niezręcznie.  

–  Czy  rzeczywiście  mówiłaś  Jules,  Ŝe  nie  potrafisz  mi  się  oprzeć?  –  zapytał  Jonas, 

przerywając rozwaŜania Zoey.  

Zobaczyła,  Ŝe  się  uśmiecha.  Juliana  energicznie  wymachiwała  rączkami.  Ona  teŜ  była 

uśmiechnięta. Zoey mogłaby przysiąc, Ŝe tych dwoje łączy jakiś sekret.  

–  Słucham?  –  spytała.  Kiepsko  słyszała,  bo  mimo  zaŜytego  leku  huczało  jej  w  głowie  i 

miała trochę zatkany nos. Nie była w stanie rozumować logicznie.  

– Pytałem,  czy  naprawdę mówiłaś Jules, Ŝe jestem męŜ, czyŜną, któremu nie sposób się 

oprzeć – powtórzył. – Ona twierdzi, Ŝe przez ostatnie dwa tygodnie bez przerwy opowiadałaś, 

jak bardzo za mną szalejesz. Zoey takŜe się roześmiała.  

– Jules ci to mówiła? 

– Tak.  

–  Musisz  wiedzieć,  Ŝe  ta  dziewczyna  wygaduje  niestworzone  rzeczy.  Nie  przypominam 

sobie,  Ŝebym  kiedykolwiek  wymieniła  przy  niej  twoje  imię.  Ani  razu  o  tobie  nie 

wspominałam. No, moŜe raz. Klęłam, na czym świat stoi, kiedy zapomniałeś kupić delicje.  

– Jules twierdzi co innego.  

– Co ona wie? Nigdy nie próbowała tych ciasteczek.  

– I jeśli będę miał na nią wpływ, nigdy ich nie spróbuje.  

background image

– śyczę ci szczęścia na nowej drodze. Jako rodzic musisz się jeszcze wiele nauczyć.  

– I dlatego nie moŜesz nas teraz opuścić.  

Ton jego głosu sprawił, Ŝe Zoey poczuła się wzruszona. Jonas potrzebował jej.  

– Przez ostatnie dwa tygodnie ty i Juliana przebyliście długą drogę – odparła łagodnie. – 

Dobrze wam będzie beze mnie.  

Jonas zaprzeczył energicznym ruchem głowy.  

– Nie licz na to, Zoey, nie licz.  

Odwrócił  się  znów  do  piecyka,  tak  Ŝe  widziała  tylko  jego  plecy.  Pragnęła,  Ŝeby  ich 

wzajemne  stosunki  ułoŜyły  się  inaczej.  Gdyby  tylko  potrafiła  wymazać  z  pamięci  to,  co 

zdarzyło się kiedyś...  

Nie,  tego  nie  chciała.  Jeśliby  nie  popełniła  błędu  w  przeszłości,  nie  byłoby  w  ogóle 

Eddie’ego!  Mimo  nieszczęścia,  jakim  stała  się  utrata  dziecka,  miała  je  jakiś  czas  dla  siebie. 

Poznała radość rodzenia. Przekonała się, jak zmienia się Ŝycie człowieka, gdy pojawia się w 

nim  maleńka  istotka.  Poznała,  co  to  miłość  matki  do  dziecka.  Miłość,  której  nie  wymaŜe  z 

pamięci nic.  

Zoey  popatrzyła  na  Julianę.  Zobaczyła  czyste,  niebieskie  oczki  niemowlaka  i  nagie 

dziąsełka.  I  nagle  serce  Zoey  przeszył  ból.  Znów  stanie  się  strzępkiem  człowieka,  jak  po 

ś

mierci synka? Nie mogła do tego dopuścić.  

Od jutra jej zobowiązania w stosunku do Jonasa i Juliany przestają istnieć, przypomniała 

sobie.  I  tak  musi  pozostać.  To,  Ŝe  się  zakochała,  wcale  nie  oznacza,  iŜ  Ŝycie  dobrze  się  jej 

ułoŜy.  Miłość  moŜe  ją  pogrąŜyć.  Musi  więc  być  silna,  nie  moŜe  poddawać  się  marzeniom. 

Była  przecieŜ  twarda  i  za  taką  ją  uwaŜano.  A  twardzi  ludzie  ze  wszystkim  sobie  poradzą. 

Uporają się z kaŜdą przeciwnością losu.  

Zoey  pragnęła  tylko,  Ŝeby  twardzi  ludzie  mogli  takŜe  wierzyć  we  wmawiane  sobie 

łgarstwa.  

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

 

Jonas  nie  widzącym  wzrokiem  patrzył  na  zupę  gotującą  się  w  rondelku  i  usiłował 

rozszyfrować  minę  Zoey,  kiedy  go  zapewniała,  Ŝe  on  i  Juliana  świetnie  sobie  sami  poradzą. 

Była smutna. Wyglądała na bardzo przygnębioną. Co powinien powiedzieć, Ŝeby poczuła się 

lepiej?  Zoey  wniosła  do  jego  Ŝycia  nowe  wartości.  Wzbogaciła  jego  egzystencję.  Dała  mu 

rozkosz.  Wygodę.  Spokój.  Nie  pamiętał,  czy  kiedykolwiek  |  czuł  się  tak  wspaniale,  zanim 

wkroczyła w jego Ŝycie. W Ŝaden sposób nie chciał ryzykować utraty tego, co mu dawała.  

Ponadto  Zoey  przeistoczyła  małą  Julianę  w  zupełnie  inne  dziecko.  Zniknęła  gdzieś 

wrzeszcząca istota, którą pewnego pięknego dnia dostarczono mu do domu. Teraz Jules była 

roześmianym,  gaworzącym  bez  przerwy  niemowlakiem,  który  sprawiał  wraŜenie 

szczęśliwego. Ta metamorfoza była wyłącznie zasługą Zoey. Pozostawiony samemu sobie źle 

wychowałby dziecko. Mała mogłaby go znienawidzić, a potem nawet uciec z domu i błąkać 

się po ulicach miasta.  

Jonas  ponosił  pełną  odpowiedzialność  za  wychowanie  i  dalsze  losy  bratanicy.  Wiedział 

ś

wietnie, Ŝe będzie wiele przeszkód do pokonania i nie był pewny, czy sam sobie poradzi. Ale 

to  nie  ze  względu  na  Julianę  chciał  zatrzymać  Zoey  przy  sobie.  Pragnął  tego  ze  względu  na 

siebie. Kierowało nim poŜądanie.  

Nie tylko poŜądanie, skorygował sam siebie natychmiast. W Ŝyciu pragnął wielu kobiet. 

Ale Ŝadnej z nich nie pokochał.  

AŜ  do  tej  chwili.  Dopóty,  dopóki  nie  poznał  Zoey  Holland.  Ta  zdumiewająca,  twarda  i 

nieprzejednana  dziewczyna  do  góry  nogami  przewróciła  jego  Ŝycie.  Rezultaty  tego 

kataklizmu bardzo mu się podobały. Nie chciał wracać do uporządkowanej, nudnej, samotnej 

egzystencji.  

–  Rosół  gotowy  –  odezwał  się  spokojnie.  Pragnął  powiedzieć  znacznie  więcej.  – 

Powinnaś juŜ leŜeć.  

– Nie chcę iść do łóŜka – zaprotestowała.  

– Musisz. To polecenie lekarza.  

Jonas ujął Zoey za ramiona, obrócił w stronę wyjścia z kuchni i gestem nakazał pójść do 

sypialni.  Nie  dała  się  namówić  na  włoŜenie  piŜamy.  Naciągnęła  na  siebie  stary  szary  dres. 

Okropny strój, z workowatymi nogawkami i rękawami, nie zmniejszył uroku Zoey w oczach 

Jonasa, który bez przerwy jej pragnął. Cały szkopuł polegał na tym, Ŝe ona go nie chciała.  

–  Głupio,  prawda,  Jules?  –  odezwał  się  do  dziecka.  –  Twój  staruszek  jest  zakochany  po 

uszy w kobiecie, która raczej wypiłaby truciznę, niŜ przyznała się, Ŝe czuje do niego pociąg.  

Gaworząca Juliana powiedziała, Ŝe nie wie, o co mu chodzi.  

–  Jest  dobrze  –  zapewnił  ją  Jonas.  –  Mam  w  zanadrzu  jeszcze  dwa  atuty.  –  Uwolnił 

dziecko z leŜaczka i wziął na rękę. W drugiej trzymał tacę z jedzeniem.  

Powoli,  ostroŜnie  szedł  przez  hol  w  stronę  sypialni.  Podobało  mu  się  mieszkanie  Zoey. 

Bezpretensjonalne,  skromnie  umeblowane.  Wszędzie  jednak  widoczny  był  brak  ręki 

doświadczonej  pani  domu.  Dom  Zoey  Holland  był  miejscem  słuŜącym  do  tego,  Ŝeby  ona 

background image

sama  czuła  się  w  nim  dobrze.  Otoczyła  się  przedmiotami,  które  sprawiały  jej  przyjemność, 

nie zwracając większej uwagi na to, czy do siebie pasują, i nie przejmując się tym, czy innym 

spodobają się dekoratorskie zapędy pani domu. Był to jej azyl i to się czuło na kaŜdym kroku.  

Jonas  lubił  swój  dom,  utrzymany  w  nieskazitelnej  czystości  przez  dochodzącą 

sprzątaczkę.  Meble  pasowały  do  siebie  i  stanowiły  jedną  całość.  Nie  mógł  się  jednak 

przyzwyczaić  do  panującej  w  nim  atmosfery.  Był  jakiś  obcy.  Brakowało  mu  ciepła  i  uroku 

miejsca, w którym naprawdę się Ŝyje.  

–  Rosół  podany  –  oznajmił,  wchodząc  do  sypialni.  –  Ze  słonymi  paluszkami  i  sałatką  z 

tuńczykiem. Są to najbardziej popularne środki przeciwko zwykłemu przeziębieniu...  

–  Urwał,  bo  zobaczył,  Ŝe  Zoey  nie  reaguje  na  jego  słowa.  LeŜała  zwinięta  w  kłębek, 

plecami do Jonasa. Jej ramiona drgały lekko. Płakała.  

Szybko  odstawił  tacę.  PołoŜył  Julianę  w  nogach  łóŜka.  Obszedł  je  i  spojrzał  na  twarz 

Zoey. Wytarła oczy.  

– Dziękuję – szepnęła. – Nie jestem głodna. Oboje musicie juŜ iść. Zrobiło się późno.  

– Jeszcze nie ma nawet drugiej – zaprotestował Jonas.  

– Jules i ja nie musimy się odmeldowywać. Przyszliśmy do ciebie. Zoey, o co chodzi? 

– O nic.  

– Coś się stało. Płakałaś.  

– Nie płakałam.  

– Masz czerwone oczy.  

–  Od  przeziębienia.  Aha,  nie  jestem  w  ciąŜy.  –  Zoey  starała  się,  Ŝeby  to  stwierdzenie 

zabrzmiało nonszalancko.  

ZauwaŜyła, Ŝe Jonas lekko się skrzywił.  

– Nie jesteś? – W jego głosie wyczuła nutę rozczarowania.  

–  Nie  jestem.  Przed  chwilą  o  tym  się  przekonałam,  kiedy  byłam  w  łazience.  A  więc 

wszystko jest w porządku.  

–  W  porządku  –  powtórzył.  Nagle  coś  przyszło  mu  do  głowy.  –  Dlatego  płakałaś?  – 

zapytał spokojnie.  

Poczuła nagły ból. Zrobiło się jej niedobrze.  

–  Oczywiście,  Ŝe  nie  –  zaprzeczyła  słabym  głosem.  –  Wcale  nie  płakałam.  Jestem  tylko 

bardzo przeziębiona.  

Zdecydowanym ruchem odstawił tacę i usiadł obok niej na łóŜku. Juliana zaczęła kwilić. 

Wziął ją na ręce i połoŜył tuŜ obok Zoey.  

Popatrzyła  na  dziecko.  Zrozumiała,  Ŝe  Jonas  wykonał  ten  manewr  nie  po  to,  Ŝeby  je 

uspokoić, lecz Ŝeby nadal nad nią się znęcać.  

– Chcesz mieć znów dziecko? – zapytał.  

– Nie – mruknęła.  

Płakała tylko dlatego, Ŝe zaczął się okres. Zawsze wtedy płakała, jak wiele kobiet.  

Spojrzała  na  Julianę.  Mała  wierzgała  nóŜkami.  Kiedy  zobaczyła,  Ŝe  Zoey  się  jej 

przygląda, zaczęła się rozkosznie śmiać.  

Zoey znów poczuła łzy pod powiekami.  

background image

–  Wcale  nie  chcę  następnego  dziecka  –  zaprzeczyła  ponownie.  –  To  jest  ostatnia  rzecz, 

jakiej  pragnę.  –  Oderwała  wzrok  od  Juliany,  lecz  patrzenie  na  Jonasa  przychodziło  jej  z 

trudnością. Wyglądał jak chmura gradowa.  

– Ty teŜ nie byłeś zachwycony taką perspektywą – ciągnęła – więc sobie pomyślałam, Ŝe 

jeśli chcesz wiedzieć...  

– Mylisz się – przerwał jej szybko. Reakcja Jonasa zaskoczyła Zoey.  

– Słucham? – spytała.  

–  MoŜe  fakt  urodzenia  mojego  dziecka  jest  dla  ciebie  czymś  nie  do  przyjęcia,  ale  od 

chwili w której uzmysłowiłaś mi, Ŝe nie uŜyliśmy środka antykoncepcyjnego, sporo myślałem 

na ten temat. I, szczerze mówiąc, bardzo bym sobie tego Ŝyczył.  

–  Co  takiego?  –  Zoey  musiała  się  chyba  przesłyszeć.  Pewnie  tabletki  na  przeziębienie 

zmąciły jej umysł.  

– Słyszałaś, co powiedziałem.  

– Nigdy nie twierdziłam, Ŝe urodzenie twojego dziecka byłoby dla mnie czymś przykrym 

– zaczęła ostroŜnie Zoey.  

–  Coś  mi  się  zdaje,  Ŝe  zaraz  usłyszę  „ale”  –  oznajmił  Jonas.  Przeciągnęła  językiem  po 

zaschniętych wargach.  

– Ale nic. Właśnie Ŝe...  

– Właśnie co? 

Wstała  z  łóŜka  i  popatrzyła  na  Jonasa.  Usiłowała  sobie  przypomnieć,  od  kiedy  stosunki 

między nimi stały się tak bardzo złoŜone. Pragnęła, Ŝeby ją zrozumiał.  

–  Właśnie  Ŝe...  Właśnie...  –  Przesunęła  drŜącymi  palcami  po  włosach  i  zaczęła  chodzić 

nerwowo po pokoju. – Właśnie Ŝe nie mogę mieć drugiego dziecka – powiedziała, nie patrząc 

na Jonasa. – To znaczy: nie chcę.  

– Dlaczego? 

Dalej chodziła po pokoju. Ale mniej nerwowo.  

– To, co stało się z Eddie’em, prawie mnie zabiło. Przez wiele miesięcy po jego śmierci 

byłam psychicznym wrakiem. Nie podnosiłam się z łóŜka. Nie myłam się. Nie jadłam. Bo nie 

było  po  co.  –  Wreszcie  przestała  chodzić  i  spojrzała  na  Jonasa.  –  LeŜałam  i  pragnęłam 

umrzeć. Nie chciałam Ŝyć. Gdybym miała więcej siły, moŜe nawet targnęłabym się na Ŝycie. 

Dopiero  po  latach  i  wielu  sesjach  z  psychoterapeutą  wzięłam  się  w  garść.  Nie  zniosłabym 

utraty następnego dziecka. Nie zniosłabym.  

– Zoey, wcale nie musiałabyś go stracić.  

– Skąd wiesz? 

Jonas  spojrzał  zdziwiony  na  Zoey.  Zachowywała  się  jak  fatalistka.  Nie  było  Ŝadnego 

powodu,  Ŝeby  po  raz  drugi  musiała  przeŜywać  stratę  tak  dotkliwą  jak  ta,  która  przed  laty 

prawie ją unicestwiła. W duszy tej kobiety tkwiły nadal ból i strach.  

– Słuchaj – zaczął Jonas – prawdopodobieństwo, Ŝe coś takiego się powtórzy, ...  

– Jest małe – dokończyła Zoey. – Ale Eddie umarł. Wtedy teŜ szanse były takie same.  

– Ale...  

– Nie ma sensu, Ŝebyś mnie przekonywał, bo to nic nie da – dodała znuŜonym głosem.  

background image

– Co zrobić? 

– Daj mi spokój, Jonasie.  

–  Nie  dam.  Gdybym  nawet  chciał,  nie  potrafię.  Pokochałem  ciebie.  I  ty  mnie  kochasz. 

Wiem o tym. Czuję to.  

Kiedy  nie  zaprzeczyła  i  nadal  patrzyła  w  podłogę,  on  teŜ  podniósł  się  z  łóŜka  i  znalazł 

obok  niej.  A  gdy  dalej  stała  bez  ruchu,  wziął  ją  w  ramiona.  Nie  wyrywała  się,  lecz  nie 

odwzajemniła  uścisku.  Zachowywała  się  tak,  jakby  niczego  nie  odczuwała,  jakby  schroniła 

się gdzieś daleko.  

Stan  Zoey  przeraził  Jonasa.  Do  tej  pory  zawsze  jakoś  reagowała  na  jego  pieszczoty. 

Wolałby  teraz,  Ŝeby  wybuchnęła  złością  lub  zaczęła  krzyczeć.  Przynajmniej  by  wiedział,  Ŝe 

nadal  ma  u  niej  jakieś  szanse.  Stała  w  jego  ramionach  blada,  słaba  i  bezwolna.  Całkowicie 

pokonana.  

Nigdy nie widział jej w takim stanie.  

–  Zoey?  –  Odsunął  się  na  odległość  ramienia.  Nadal  stała  ze  wzrokiem  wbitym  w 

podłogę. Spróbował jeszcze raz.  

– Zoey. Mówiłem, Ŝe cię kocham. Nie ma to dla ciebie Ŝadnego znaczenia? 

Milczała.  

– Nie powiesz, Ŝe teŜ mnie kochasz? Nadal brak było odpowiedzi.  

– Proszę, wyjaw, co czujesz. – Przytrzymał ją za brodę, zmuszając, by na niego spojrzała. 

Bez  rezultatu.  Spróbował  innej  taktyki.  –  MoŜesz  uderzyć  mnie  kolanem.  Będę  wtedy 

wiedział, na czym stoję. – Na ustach Zoey zobaczył nikły uśmiech. Ciągnął dalej: – A zresztą 

lepiej mnie nie bij. Nie wiem, jak bym to zniósł.  

– Daj spokój, Jonasie – odezwała się nagle.  

– Czemu? 

– Nie próbuj podtrzymywać mnie na duchu. To nic nie da.  

–  Podniosła  twarz.  Oczy  znów  miała  mokre,  zapuchnięte  i  czerwone.  Z  trudem 

powstrzymywała  łzy.  –  Nie  kocham  cię  –  wyszeptała.  –  Nie  kocham.  Tracisz  ze  mną  czas. 

Wszystko skończone. Przyrzekłam ci i Julianie tylko dwa tygodnie. Dotrzymałam słowa. Od 

dziś sam musisz sobie radzić. Ja ci nie pomogę.  

– Ale co będzie z... ? – Jonasowi załamał się głos.  

Tak  wiele  chciał  powiedzieć  Zoey  i  poznać  ją  bliŜej.  Jak  ją  przekonać,  Ŝe  się  myli? 

Zostawi takŜe Julianę? 

– A co z Jules? – zapytał. – Co zrobi bez ciebie? Na twarzy Zoey odmalował się ból.  

– Poradzi sobie beze mnie.  

– Czy nie widzisz, Ŝe wszystko moŜe się zmienić? Wcale nie musi tak być.  

– Musi być tak, jak chcesz? Wiem, Ŝe niektórzy lekarze uwaŜają, Ŝe są wszechmocni. Są 

jednak rzeczy, jakich Ŝaden lekarz, nawet tak genialny jak ty, nie uleczy.  

Ujął rękę Zoey. Podniósł do ust. Zaczął całować palce. Drgnęły jej powieki. Na policzki 

wystąpiły  rumieńce.  W  Ŝaden  sposób  nie  mogła  udowodnić  Jonasowi,  Ŝe  jej  na  nim  nie 

zaleŜy.  

– MoŜe masz rację – szepnął. – Ale nie całkiem. Potrafię, do licha, zrobić znacznie więcej 

background image

niŜ tylko przykleić plaster na palec. Pozwól mi spróbować.  

Potrząsnęła głową, ale oczu nie otworzyła.  

– To nie ma sensu – powiedziała cicho.  

Pochylił się, Ŝeby ją pocałować, lecz zanim wargi Jonasa spoczęły na ustach Zoey, rozległ 

się płacz Juliany. Zoey natychmiast cofnęła głowę.  

– Mała cię potrzebuje – odezwał się Jonas, odchodząc aŜ pod ścianę. Spojrzał na Zoey, a 

zaraz potem na niemowlę. – Jesteś jej niezbędna. Podobnie jak mnie.  

Wzruszyła ramionami.  

– Dacie sobie radę beze mnie.  

Podszedł do łóŜka i wziął dziecko na ręce. Pogłaskał, utulił. Miał satysfakcję, Ŝe potrafił 

zadowolić przynajmniej jedną istotę płci Ŝeńskiej, z dwóch najwaŜniejszych w jego Ŝyciu.  

– Mów sobie, co chcesz – powiedział do Zoey, kiedy znów na nią spojrzał. – Ale bardzo 

się mylisz. Będzie nam źle bez ciebie. I bez względu na to, co sobie myślisz, takŜe będzie ci 

ź

le bez nas. A mimo to nawet nie chcesz dać nam szansy.  

Podniosła wzrok. Zagryzła wargi.  

– Nigdy jej nie było – oznajmiła martwym głosem.  

– Zoey, proszę...  

– Idź do domu – poleciła ostro. – Idźcie oboje.  

– Jedź z nami.  

– Ja jestem w domu.  

Jonas  spojrzał  przeciągle  na  Zoey  i  wyszedł  z  pokoju.  Był  juŜ  za  progiem,  kiedy  się 

odwrócił.  

– W domu? Jesteś tego pewna? – zapytał łagodnym tonem.  

– Co masz na myśli? 

– Dom to nie tylko wygodnie urządzone pomieszczenie. Kiedy po raz pierwszy wszedłem 

do twego mieszkania, wydawało mi się przytulne, bo jest odbiciem ciebie. Przez chwilę nawet 

sądziłem,  Ŝe  jest  lepszym,  prawdziwszym  domem  niŜ  mój  własny.  Teraz  nie  jestem  tego 

pewny. Czegoś tu brakuje.  

– Czego? 

– Miłości – odparł wprost. – Brakowało jej w moim domu, dopóki nie zjawiłyście się w 

nim z Juliana. Ale nie o to chodzi. Tutaj teŜ jej nie ma.  

– Sam powiedziałeś, Ŝe moje mieszkanie jest takie, jak ja sama. Jest moim odbiciem.  

Jonas  odwrócił  się  i  poszedł  do  kuchni  pozbierać  przywiezione  rzeczy.  I  wtedy 

przypomniał sobie, jak nieznośną osobą potrafi być Zoey Holland. Nigdy przecieŜ nie robiła 

tego, czego się po niej spodziewano.  

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

 

Zoey  spała  głębokim  snem,  kiedy  obudził  ją  ostry  dzwonek  telefonu.  Podniosła 

słuchawkę.  

– Halo.  

– Zoey, to ja, Jeannette. Dzwonię ze szpitala.  

–  O  nie,  Jeannette,  nie  przyjadę  i  nie  wezmę  za  ciebie  dyŜuru  –  oznajmiła  zaspanym 

głosem.  

–  Nie  po  to  dzwonię.  Sądzisz,  Ŝe  telefonowałabym  o  drugiej  w  nocy,  aby  rozmawiać  o 

rozkładzie zajęć? 

Och, ma rację, pomyślała Zoey. Jeszcze do reszty nie oprzytomniała. Był środek nocy! 

– A więc o co chodzi? – spytała.  

Jeannette zawahała się przez chwilę, a potem oznajmiła cicho, wprost do słuchawki: 

– Przykro mi, Ŝe cię budzę. Ale to chyba jest waŜne. Doktor Tatę powiedział mi, Ŝebym 

nie dzwoniła. Jestem jednak pewna, Ŝe chciałabyś wiedzieć...  

– O czym? 

–  Godzinę  temu  poszłam  do  izby  przyjęć  pogadać  z  Cooperem,  kiedy  nagle  wpadł  z 

córeczką na ręku.  

– Cooper ma dziecko? Od kiedy? 

– Nie, nie on. Doktor Tatę.  

Zoey usiadła na łóŜku. Zsunęła nogi na podłogę.  

– Chodzi o Julianę? Co się jej stało? Miała wypadek? 

– Nie wiem dokładnie. Miała konwulsje wywołane wysoką gorączką. Była nieprzytomna, 

kiedy się tu zjawili.  

– Co takiego?! 

Zoey rozbolała głowa. Ledwie słyszała głos Jeannette.  

– W jakim jest teraz stanie? – spytała.  

–  Nie  wiem.  W  izbie  przyjęć  panuje  ogromny  ruch.  Nie  udało  mi  się  dowiedzieć. 

Znalazłam chwilę, Ŝeby zadzwonić do ciebie.  

– Dziękuję. JuŜ jadę. – OdłoŜyła słuchawkę.  

Zoey nie wiedziała, w jaki sposób dotarła do szpitala. Wpadła do izby przyjęć. Biegnąc, 

rozglądała się za Jonasem.  

Znalazła go w pustym gabinecie lekarskim. Siedział na krześle z głową opartą na rękach. 

Miał  na  sobie  wymięte  spodnie  i  rozpiętą  koszulę.  Był  bez  skarpetek.  Zoey  zauwaŜyła,  Ŝe 

włoŜył dwa róŜne buty, i do tego oba z lewej nogi.  

Wyglądał jak śmiertelnie wystraszony ojciec, drŜący o bezpieczeństwo dziecka. Podobnie 

musiała wyglądać ona sama, kiedy wiele lat temu zjawiła się w innym szpitalu z dzieckiem na 

ręku.  

– Jonasie – powiedziała cicho.  

Podniósł głowę. Miał bladą twarz, pełną niepokoju i czerwone, załzawione oczy.  

background image

– Zoey.  

–  Przyjechałam  natychmiast,  kiedy  się  o  wszystkim  dowiedziałam.  –  Przeszła  powoli 

przez pokój i usiadła obok Jonasa. – Co z Juliana? – zapytała.  

Popatrzył na jej złoŜone dłonie. Oparł na nich rękę i zacisnął palce.  

–  Nie  wiem.  Robią teraz  jakieś  badania.  Sądzą,  Ŝe  to  infekcja,  ale  nie  są  pewni.  Dopóki 

nie stwierdzą czegoś konkretnego, będą trzymali małą w izolatce. Nawet mnie nie pozwolili 

jej zobaczyć. Co oni sobie właściwie myślą? Bądź co bądź jestem lekarzem.  

– Jesteś takŜe ojcem – dodała Zoey.  

Westchnął głęboko, odchylił się na krześle i popatrzył w sufit.  

– Tak. Jestem.  

Oparła głowę o ścianę i teŜ spojrzała w górę. Nie mogli niczego zrobić. Musieli czekać. 

Przez długi czas nie odzywali się do siebie. Ze złączonymi rękoma siedzieli nieruchomo.  

Pierwszy poruszył się Jonas. Podniósł rękę Zoey do ust.  

– Dziękuję, Ŝe przyjechałaś – powiedział, spoglądając na nią. – Przy tobie czuję się lepiej.  

Skinęła głową, lecz się nie odezwała. Nie była pewna, czy moŜe zaufać głosowi. Pragnęła 

móc  powiedzieć  to  samo.  Ale  nie  mogła.  Była  przeraŜona.  Z  chwilą  znalezienia  się  w  izbie 

przyjęć  opadły  ją  potworne  wspomnienia.  Odczuwała  strach  i  niepokój,  tak  jak  podczas 

choroby  synka.  Niosła  wtedy  na  rękach  jego  bezwładne  ciałko.  Dobrze  się  stało,  Ŝe  nie 

oglądała nieprzytomnej Juliany. Nie była pewna, czy by to zniosła.  

– Musi cię wiele kosztować – odezwał się Jonas, jakby czytając jej myśli – tak siedzieć i 

czekać na werdykt dotyczący chorego dziecka. – W milczeniu skinęła głową. – Najgorsze ze 

wszystkiego  jest  poczucie  bezsilności  –  mówił  cicho,  jakby  do  siebie.  –  Zdawanie  sobie 

sprawy z tego, Ŝe twoje dziecko, bezbronna istota, jest w straszliwym niebezpieczeństwie, a ty 

nie  moŜesz  zrobić  absolutnie  nic,  Ŝeby  ją  uratować.  Myślisz  sobie,  Ŝe  jesteś  jedynym 

człowiekiem,  który  moŜe  właściwie  zadbać  o  dziecko,  a  potem  nagle  oddajesz  je  w  ręce 

obcych i sam modlisz się o nie i o to, Ŝeby mu pomogli. Czuję się taki bezradny.  

– Teraz wiesz, jak to jest być rodzicem – odezwała się Zoey ze słabym uśmiechem.  

Spojrzał na nią uwaŜnie.  

–  Przepraszam,  Ŝe  cię  w  to  wpakowałem  –  powiedział.  –  Znów  przeŜywasz  stres.  Ale 

wiem, Ŝe zaleŜy ci na Julianie. A być moŜe... być moŜe zaleŜy ci teŜ i na mnie.  

– Myślmy na razie tylko o małej.  

– Dobrze. – Westchnął  głęboko. –  Kiedy ten koszmar się skończy, wrócimy do naszych 

spraw.  

Dopiero przed świtem zjawił się lekarz Juliany.  

Na  jego  widok  wstali  oboje.  Nadal  trzymali  się  za  ręce.  I  półŜywi  ze  zdenerwowania 

czekali na słowa doktora Haggarty’ego.  

– Jonasie, masz chore dziecko – zaczaj. – Ale wyzdrowieje.  

Pod Zoey  ugięły się nogi. Usiadła.  Ledwie słyszała rozmowę obu lekarzy. Mówili coś o 

wirusie, który ostatnio atakował dorosłych i dzieci, o niezbyt groźnej infekcji, której objawy 

wyglądają  przeraŜająco.  Julianie  podano  antybiotyki.  Opanowano  gorączkę,  lecz 

postanowiono  ją  zatrzymać  w  szpitalu  jeszcze  przez  dwadzieścia  cztery  godziny  na 

background image

obserwacji. Doktor Haggarty zaproponował Jonasowi, Ŝeby poszedł do domu i przespał się.  

Weszli na oddział pediatrii. Zobaczyli Julianę. Spała. Wyglądała jak zdrowe dziecko.  

I nagle Zoey ogarnęło wielkie szczęście. Poczuła się lepiej niŜ kiedykolwiek w Ŝyciu.  

Jonas ziewnął.  

– Musisz jechać do domu, Ŝeby odpocząć – poradziła.  

– Nie zasnę. Jestem za bardzo zmęczony.  

– No to przynajmniej weź w domu prysznic i napij się mocnej kawy. Zmień ubranie. Te 

buty nie mogą być wygodne.  

Jonas spuścił wzrok. Na jednej nodze miał sandał, a na drugiej kamasz. Oba lewe buty.  

– Zawiozę cię do domu – zaproponowała. – Nie nadajesz się do siedzenia za kierownicą.  

Nie chciał odejść od łóŜeczka Juliany.  

– Poradzi sobie bez ciebie przez dwie godziny. Jutro ją sobie zabierzesz.  

– Wiem.  

– No to chodźmy.  

Zoey  zatrzymała  się  przy  recepcji.  Poprosiła  Jeannette,  Ŝeby  przedłuŜyła  swój  dyŜur  i 

została, póki Zoey nie wróci od Jonasa.  

Spał przez całą drogę. Zoey podjechała pod dom. Nie obudził się wcale. Wyłączyła silnik, 

odpięła pas.  

– Jonasie. – Dotknęła jego ramienia.  

– Hmm – mruknął nieprzytomnie.  

– Obudź się.  

– Hmm.  

Musiała pomóc mu wysiąść. Sięgnęła nad nim do drzwi od strony pasaŜera. Poczuła, jak 

ręka Jonasa ociera się ojej pierś. Zoey popatrzyła na niego podejrzliwie. Spał 

Wysiadła, obeszła samochód i otworzyła szerzej drzwi. Odpięła mu pas bezpieczeństwa.  

– Jonasie – powtórzyła.  

– Hmm.  

– Obudź się.  

– Hmm.  

Ś

ciągnęła go z siedzenia. Objęła wpół. To idiotyczne, pomyślała. śaden człowiek nie śpi 

tak mocno, nawet całkiem wykończony.  

Kopnięciem  zatrzasnęła  drzwiczki.  Z  cięŜarem  na  ramieniu  i  plecach  powlokła  się  do 

frontowego  wejścia,  gdzie  napotkała  następną  przeszkodę.  Drzwi  były  zamknięte.  Musiała 

zdobyć  klucz.  Popatrzyła  na  kieszenie  w  spodniach  Jonasa.  Trzeba  się  było  do  nich  dostać. 

Oparła Jonasa na sobie, jedną ręką objęła go w pasie, a drugą wsunęła do przedniej kieszeni 

jego spodni.  

Przez  chwilę  wydawało  się  Zoey,  Ŝe  się  zaśmiał.  Jak  na  człowieka,  który  twardo  śpi, 

drgnął  zbyt  mocno.  A  kiedy  przesunęła  palcami  po  czymś,  co  z  pewnością  nie  było  pękiem 

kluczy, wydawało się jej, Ŝe zajęczał. Kiedy wreszcie znalazła klucze i wyciągnęła je z jego 

kieszeni, uznała, iŜ musiała się przesłyszeć. W gałęziach drzew świstał wiatr.  

Dostali się do domu. Zoey uznała, Ŝe nie da rady wtaszczyć Jonasa na piętro, do sypialni. 

background image

Zaciągnęła  go  więc  do  salonu  i  wraz  z  nim  opadła  na  kanapę.  Usiłowała  nie  pamiętać,  Ŝe 

dokładnie w tym miejscu rozpoczęła się przed miesiącem ich seksualna przygoda. Uwalniała 

się  z  ramion  Jonasa,  odsuwała  go,  próbując  umieścić  śpiącego  w  pozycji  poziomej.  Ale  im 

bardziej natęŜała siły, by wyzwolić się spod cięŜkiego ciała, tym mocniej na nią napierało.  

– Jonasie – powtórzyła Zoey.  

– Hmm.  

– Puść mnie.  

– Wyzwól się sama.  

Otworzył  oko  i  uśmiechnął  się  szelmowsko.  Zoey  wiedziała,  Ŝe  nie  spał  od  dawna.  Ale 

zamiast się rozzłościć, równieŜ się roześmiała. Na szczęście panowała nad sytuacją. Pchnęła 

Jonasa na kanapę.  

– Oszukiwałeś. Przez cały  czas. JuŜ w samochodzie – stwierdziła, wstając. SkrzyŜowała 

ręce na piersiach.  

– Aha. – Uśmiechnął się promiennie. Wolałby, Ŝeby Zoey leŜała z nim na kanapie, a nie 

stała  obok.  Przyciągnął  ją  do  siebie,  objął  w  pasie  i  posadził  sobie  na  kolanach.  Nie 

próbowała uciekać.  

– Dziękuję – szepnął.  

– Za co? 

– Za to, Ŝe odwiozłaś mnie do domu. Za przyjazd do szpitala. Za to, Ŝe zostałaś ze mną 

przez całą noc i martwiłaś się o Julianę.  

– Musiałam się zjawić – tłumaczyła. – Gdy usłyszałam, co się stało, od razu uznałam, Ŝe 

moje miejsce jest w szpitalu, przy tobie. Sama nie wiem, dlaczego.  

– A ja wiem.  

Podniosła na niego wzrok, lecz Jonas nie kontynuował tematu.  

– Juliana nie ma pojęcia – powiedział – jakie piekło dziś przez nią przeŜyliśmy.  

–  Dzieci  nigdy  nie  zdają  sobie  z  tego  sprawy.  Kiedyś  jej  o  tym  powiesz.  Pierwszego 

wieczoru, gdy pójdzie na randkę z chłopcem, którego nie aprobujesz, lub przed wyznaczoną 

przez ciebie godziną policyjną nie wróci do domu.  

– Będę chciał wywołać w niej poczucie winy i powiem, Ŝe matka i ja...  

Za późno ugryzł się w język. Zoey juŜ odsunęła się od niego.  

– Nie jestem jej matką – sprostowała ostro.  

– Powinnaś nią być.  

Musiał  to  powiedzieć.  Zoey  opuściła  wzrok  i  w  milczeniu  patrzyła  w  podłogę,  ani  nie 

potwierdzając  słów  Jonasa,  ani  nie  zaprzeczając  temu,  co  usłyszała.  Jednym  stanowczym 

ruchem przyciągnął ją do siebie i pocałował.  

Najpierw mimo woli zacisnęła pięści i zesztywniała. Chwilę potem jednak odwzajemniła 

pieszczotę. Przysunęła się bliŜej, wsunęła palce  we włosy Jonasa, przycisnęła wargi do jego 

uchylonych ust i obdarzyła pocałunkiem tak głębokim, Ŝe aŜ sięgającym dna duszy.  

Z  uniesieniem  oddawał  pieszczoty.  Rozpuścił  rude  włosy  Zoey,  tak  Ŝe  opadały  jej  teraz 

na plecy, przez głowę ściągnął bluzę i rzucił ją beztrosko na podłogę. Los dresu podzieliła po 

chwili bawełniana koszulka. Jonas aŜ jęknął z zachwytu, kiedy zobaczył, Ŝe Zoey nie ma na 

background image

sobie biustonosza.  

Półnaga,  objęła  go  nogami.  Długie  włosy  opadające  jej  na  ramiona  tworzyły  płaszcz 

osłaniający nagie ciało. Oddychała nierówno.  

Przez cały czas Jonas bał się, Ŝe Zoey zaraz oprzytomnieje i ucieknie. Schwyci ubranie i 

w panice opuści dom. Ona jednak popatrzyła na niego. Dotknęła lekko podbródka i warg.  

–  Musimy  porozmawiać  –  powiedziała  łagodnym  tonem.  –  Ale  będziemy  mieli  na  to 

jeszcze czas.  

Nachyliła  się  i  zaczęła  odpinać  guziki  u  koszuli  Jonasa.  Potem  połoŜyła  dłoń  na  jego 

piersi i wsunęła palce w owłosienie na torsie. Opuszkiem palców przeciągnęła po sutce, a w 

chwilę potem objęła ją gorącymi wargami.  

Jonas  aŜ  jęknął  z  wraŜenia.  Tracił  oddech.  Obydwoma  rękoma  trzymał  Zoey  w  pasie. 

Przez długi czas nie odrywała warg od jego piersi. Kiedy wsunęła palce pod pasek od spodni, 

zaczął tracić nad sobą kontrolę.  

Po  paru  sekundach  Zoey  oderwała  się  od  Jonasa.  Objęła  dłonią  jego  męskość.  Usiłował 

leŜeć  bez  ruchu  i  nie  oszaleć.  Wiedział,  Ŝe  najmniejszy  nawet  ruch  wzmoŜe  pieszczotę. 

OstroŜnie  połoŜył  rękę  na  podbrzuszu  Zoey.  Wsunął  palce  pod  pasek  jej  spodni.  Mimo  Ŝe 

chronił ją gruby materiał, silnie odczuwała dotyk. Jonas odkrył, Ŝe jest podniecona.  

W jednej chwili przyciągnął ją do siebie.  

Piersi Zoey znalazły się w pobliŜu jego ust. Lekko uniósł głowę i zaczął je całować. Zoey 

ułoŜyła się na Jonasie. Opierała się na łokciach.  

Czekała  spokojnie,  aŜ  skończy  ją  całować.  Nie  zamierzał  jednak  przerwać  pieszczoty. 

Językiem i dłonią nadal pieścił jej piersi. Drugą ręką odpiął dŜinsy Zoey. Zsunęła je z siebie 

wraz z majteczkami.  

Zaczął  się  teraz  spieszyć.  Nie  zdejmując  ubrania  do  końca,  usiadł,  trzymając  Zoey  na 

kolanach,  siedzącą  twarzą  do  niego,  i  zaczął  ją  pieścić.  Nagle  znalazł  się  w  niej.  Objęła 

nogami biodra Jonasa. Poddali się odwiecznemu rytmowi miłości.  

Jesteśmy  jednością,  pomyślała  Zoey.  Stali  sienią,  kochając  się  po  raz  pierwszy,  i 

pozostaną na zawsze.  

Chwilę  potem  Jonas  wprowadził  ją  w  świat,  w  którym  jeszcze  nigdy  nie  była.  Kiedy 

eksplodował  w  niej  jak  grom  uderzający  w  wyschnięte  drzewo,  a  ją  porwały  fale 

wzburzonego oceanu, straciła wszelkie rozeznanie tego, co dzieje się poza nimi.  

Było  jej  dobrze.  Cudownie.  Nic  juŜ  nie  tłumiło  radości  i  szczęścia.  Pozbyła  się  zimnej 

pustki  w  sercu.  Oczyściła  duszę.  W  jakiś  tajemniczy  sposób  Jonas  wygnał  z  niej  wszystkie 

lęki. Obdarzył miłością.  

– Kocham cię.  

Zoey zdała sobie sprawę z tego, Ŝe wyrzekła te słowa, kiedy usłyszała odpowiedź Jonasa: 

– TeŜ cię kocham. – Zacieśnił chwyt wokół jej ramion. – Nareszcie to powiedziałaś.  

Uśmiechnęła się lekko.  

– Nareszcie nadszedł czas, Ŝebym zrobiła róŜne rzeczy. Pocałował ją w czoło.  

– Jakie? – zapytał.  

Zbyt trudno byłoby jej wszystko wyjaśniać, Zoey więc ograniczyła się do stwierdzenia: 

background image

–  Muszę  odłoŜyć  przeszłość  do  lamusa  i  zacząć  Ŝyć.  Jonas  westchnął.  Nadszedł  czas, 

Ŝ

eby ją zapytać, pomyślał.  

Powinien zrobić to właśnie teraz, kiedy była rozluźniona i radosna.  

– Czy w nowym Ŝyciu znajdziesz trochę miejsca dla dwojga? – zapytał lekkim tonem.  

Ś

cisnęła go mocno za rękę.  

– MoŜe. Jeśli chodzi tylko o dwoje i jeśli jedno waŜy mniej niŜ pięć kilo.  

Uśmiechnął się radośnie.  

– MoŜe jest nas juŜ więcej niŜ dwoje. Znów o czymś chyba zapomnieliśmy.  

Odwzajemniła uśmiech.  

– Ty moŜe tak, ale ja nie.  

– A więc z góry zaplanowałaś nasze... spotkanie i przedsięwzięłaś odpowiednie środki? – 

zapytał, nie ukrywając rozŜalenia.  

Uśmiech na twarzy Zoey stał się jeszcze promienniejszy.  

–  Nie  miałam  pojęcia,  Ŝe  tak  skończy  się  nasze  spotkanie.  Rozmyślnie  nie 

przedsięwzięłam Ŝadnych środków.  

– Chcesz więc mieć następne dziecko – stwierdził spokojnie.  

– Chyba chciałam tego od dawna. Tylko się bałam. Wielu rzeczy.  

– JuŜ się nie boisz? 

– Nadal się lękam – odparła. – Zawsze chyba będę się obawiała. Ale nie jestem juŜ sama. 

I samotnie nie będę musiała zwalczać wszystkich obaw. Mam rację? 

Scałował łzę, która potoczyła się po policzku Zoey.  

– Tak – odparł. – Nigdy juŜ nie będziesz sama.  

– To dobrze. – Odetchnęła z ulgą.  

– Jules i ja będziemy zawsze z tobą. Bez względu na to, co się stanie.  

– Zawsze? 

– Zawsze.  

Czy  moŜna  w  to  wierzyć?  W  kaŜdym  razie  ogarnęła  ją  radość.  Pełna  i  cudowna.  Zoey 

była  szczęśliwa.  Gdyby  nawet  jej  nowe,  szczęśliwe  Ŝycie  miało  nie  trwać  długo,  i  tak  było 

lepsze niŜ dotychczasowe.  

–  Na  zawsze,  Zoey  –  z  mocą  powtórzył  Jonas,  tak  jakby  wiedział,  o  czym  pomyślała.  – 

Obiecuję.  

To było wszystko, co chciała usłyszeć.  

background image

EPILOG 

 

Tego  dnia,  którego  Zoey  urodziła  bliźniaki,  Leo  i  Lucy,  na  oddziale  połoŜniczym 

panował  oŜywiony  ruch.  Przez  całą  noc  zdenerwowany  Jonas,  jak  kaŜdy  typowy  ojciec, 

długimi krokami przemierzał szpitalną poczekalnię. Trzyletnia Juliana zadawała mu mnóstwo 

pytań. Koniecznie chciała się dowiedzieć, jak wygląda jej nowe rodzeństwo.  

Do  pokoju  Zoey  wpadała  często  Olivia  podczas  swego  dyŜuru.  Po  skończonej  pracy 

pozostała w poczekalni, gdzie zebrali się Daniel z Simonem i dwuletnią Samanthą oraz Sylvie 

z  Chase’em  i  małą  Genevieve.  W  ciągu  krótkiego  czasu  trzy  nierozłączne  przyjaciółki 

stworzyły rodzinę złoŜoną aŜ z dwunastu osób! 

Pod koniec dnia panowie zabrali dzieci na dół do samoobsługowego baru, Ŝeby je napoić 

i  nakarmić  hot  dogami.  Panie  pozostały  na  górze.  Znajdowały  się  przed  salą  noworodków  i 

przez szklaną ścianę przyglądały maluchom. W głębi serca kaŜda myślała o swoich dzieciach. 

Mówiły  jednak  o  nowo  narodzonych.  Maleńkim  chłopczyku  i  tyciej  dziewczynce,  leŜących 

obok siebie w podwójnym łóŜeczku z napisem: Tatę. Rozpostartymi dłońmi Sylvie oparła się 

o szybę.  

– Wiele przed nimi – powiedziała.  

– Co masz na myśli? – spytała Zoey.  

–  Pomyśl  tylko,  co  je  czeka.  Mają  teraz  po  dwanaście  godzin.  Ich  Ŝycie  właśnie  się 

zaczyna,  a  przecieŜ  nadejdzie  taki  moment,  kiedy  osiągną  nasz  wiek.  I  wyobraź  sobie,  co 

przeŜyją do tego czasu.  

Olivia skinęła głową.  

–  Wszystko  dzieje  się  zbyt  szybko.  AŜ  trudno  uwierzyć,  Ŝe  Simon  ma  juŜ  pięć  lat,  a 

Samantha dwa. A przecieŜ od mojego ślubu z Danielem upłynęło tak niewiele czasu...  

– Gennie ma trzy latka – dodała Sylvie. – TeŜ wydaje się to niemoŜliwe. Czasami zresztą 

rzeczy niemoŜliwe stają się faktem.  

– Co masz na myśli? – zapytały równocześnie Zoey i Olivia. W oczach Sylvie zapłonęły 

złote iskierki. Za śmiechem oznajmiła: 

– Chase i ja spodziewamy się drugiego dziecka. To juŜ czternasty tydzień ciąŜy.  

–  Cudownie!  –  wykrzyknęła  Zoey.  Wszystkie  trzy  były  zachwycone.  Olivia  serdecznie 

uściskała siostrę.  

–  Ale  miałaś  przecieŜ  problemy.  Lekarka  twierdziła,  Ŝe  twoje  biologiczne  baterie  są  na 

wyczerpaniu. Dlatego zdecydowałaś się mieć dziecko z Chase’em.  

– Okazuje się, Ŝe lekarze nie wiedzą wszystkiego – odparła Sylvie.  

Zoey i Olivia wybuchnęły radosnym śmiechem.  

– To dobrze – oświadczyła Zoey.  

– Fakt – podsumowała Olivia. Po chwili dodała: – Miałam jeszcze nic na razie nie mówić, 

ale  skoro  Sylvie  się  przyznała,  mogę  zrobić  to  samo.  Jestem  w  ciąŜy.  Rodzę  za  osiem 

miesięcy.  

– śartujesz! – wykrzyknęła Sylvie.  

background image

– Mówię powaŜnie.  

– Och, to wspaniale – entuzjazmowała się siostra Olivii. – Niemowlaki będą pojawiały się 

jak  grzyby  po  deszczu.  Kto  by  pomyślał  dziesięć  lat  temu,  Ŝe  nasza  trójka  da  Ŝycie  aŜ  tylu 

nowym obywatelom ziemskiego globu.  

– Światowa Organizacja Zdrowia zacznie zasypywać nas paskudnymi listami, oskarŜając 

o przeludnianie planety.  

–  A  niech  sobie  protestują,  nie  przejmujcie  się.  –  Olivia  machnęła  lekcewaŜąco  ręką.  – 

Nasze dzieci są tak bystre, Ŝe kiedy urosną, rozwiąŜą wszystkie światowe problemy.  

–  Mów  za  siebie  –  mruknęła  Sylvie.  –  Los  moich  dzieci  jest  juŜ  przesądzony.  Będą 

wichrzycielami. Tak zdecydowałam.  

– Wichrzycielami i saksofonistami – dorzucił Chase, stając za Ŝoną. Na ramieniu trzymał 

Genevieve. Malutka wyciągnęła rączki do matki. Sylvie wzięła ją w objęcia.  

– Tylko spójrzcie na te palce – dodał, dotykając drobniutkiej rączki. – To dłonie muzyka.  

– Pianistki – uściśliła Sylvie. Chase potrząsnął głową.  

– Nie. Saksofonistki tenorowej. Zapamiętaj dobrze moje słowa.  

–  Mój  syn  zostanie  stolarzem,  podobnie  jak  jego  ojciec  –  oświadczył  Daniel.  Za  jedną 

rękę ściskał go Simon, drugą trzymała malutka Samantha. – A Sam? Nie wiem jeszcze, kim 

ona będzie. JuŜ teraz wiadomo, Ŝe ma artystyczną duszę. Pewnie zostanie poetką.  

– Będzie pisała teksty do piosenek komponowanych przez Gennie – prorokował Chase.  

–  A  co  z  Jules  oraz  Lucy  i  Leo?  –  zapytała  Zoey  Jonasa,  kiedy  z  Juliana  dołączył  do 

reszty. – Pozostali ojcowie juŜ zaplanowali przyszłość swych dzieci. A ty? 

Jonas  popatrzył  najpierw  na  malutką  dziewczynkę,  która  trzymała  się  go  kurczowo,  a 

potem – przez szybę – na śpiące spokojnie niemowlęta.  

– Zostaną, kim zechcą – odparł. – Nigdy nie sądziłem, Ŝe uda mi się mieć tak wspaniałą 

rodzinę. Jestem gotów na wszystko, co się stanie.  

Zoey z aprobatą skinęła głową.  

– Dobrze powiedziane – pochwaliła męŜa.  

– Byłoby jednak miło mieć drugiego lekarza w rodzinie.  

Lub prawnika. A nawet hydraulika. Nigdy nie moŜna ich znaleźć, gdy są potrzebni. Zoey 

roześmiała się lekko.  

– Niech będą, kim zechcą. Pod warunkiem, Ŝe nie przystaną do republikanów.  

Jonas podszedł bliŜej i stanął obok Ŝony. Był zachwycony, Ŝe stał się ojcem bliźniaków. 

Nigdy  z  pewnością  juŜ  nie  powtórzy  się  taki  moment  pełnego  szczęścia,  jak  ten,  który 

przeŜywali  oboje  z  Zoey  zaraz  po  urodzeniu  się  obojga  dzieci.  Spojrzał  na  Julianę.  Z 

przechyloną na bok główką krytycznym okiem przyglądała się braciszkowi i siostrzyczce.  

Popatrzył  na  Lucy  i  Leo.  Przeniósł  wzrok  na  Zoey.  Nikt  na  świecie,  uznał,  nie  jest  tak 

szczęśliwy, jak on.  

– Wykonałaś dobrą robotę – szepnął Ŝonie do ucha, ściskając jej rękę.  

–  Wykonaliśmy  dobrą  robotę  –  poprawiła  go  z  uśmiechem.  Pocałowała  Jonasa  w 

policzek. Oparła się na jego ramieniu. Była wyczerpana, ale bezgranicznie szczęśliwa. I nadal 

zaskoczona tym, co się stało.  

background image

–  Och,  Zoey  –  odezwała  się  Olivia,  przyciskając  twarz  do  szyby  i  przyglądając  się 

bliźniakom.  –  Nie  masz  pojęcia,  jak  te  maleństwa  zmienią  twoje  Ŝycie.  Poznałaś  Jules,  gdy 

miała juŜ ponad trzy miesiące. Nie wiesz jeszcze, jak to cudownie mieć w domu takie dopiero 

co urodzone berbecie.  

Zoey  uśmiechnęła  się,  przypominając  sobie  innego  berbecia,  którego  znała  przed  laty. 

Popatrzyła na bliźniaki leŜące za szybą. Było jej smutno, a zarazem radośnie.  

–  Sądzę,  Livy,  Ŝe  potrafię  to  sobie  wyobrazić  –  odparła  miękkim  głosem.  –  I  myślę,  Ŝe 

razem będzie nam dobrze. – Ścisnęła Jonasa za rękę. – Wszystkim. Całej rodzinie.