background image

 

1

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

A

ndrzej Ziemiański

 

Toy Toy Song... 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

2

 

 

Toy  Iceberg  otworzyła  wielkie  drzwi  ozdobione  napisem  "Prywatny  detektyw.  Paul  Iceberg  i..." 

Widząc to cholerne "i" w napisie na drzwiach, dostawała szału. "Paul Iceberg i córka"... 

Weszła  do  ciemnego  pomieszczenia  stanowiącego  biuro.  Szczęściem  czynsz  był  zapłacony  na 

dziesięć  lat  z  góry.  Tyle  jej.  Wytrząsnęła  na  biurko  wszystko,  co  miała  w  torebce.  Z  powodzi 
drobiazgów  wyłuskiwała  pojedyncze  monety.  Siedemdziesiąt  centów.  Majątek.  Jednym  ruchem 
zgarnęła duperele z powrotem do torebki. Otworzyła szufladę biurka i wyjęła konserwę. 

Paul zmarł przed rokiem. Dwadzieścia kilka lat pracował w policji, potem jako prywatny detektyw. 

Cholernik musiał mieć powiązania z mafią. Nie słyszała o żadnej aferze związanej z Paulem, o żadnych 
podejrzeniach, żadnych łapówkach, a jednak... umierając, zostawił jej ponad sześć milionów dolarów. 
Na  pewno  mafia.  Żył  tak  skromnie...  Pracował  do  końca,  żeby  umrzeć  na  zawał  we  własnym  łóżku. 
Albo mafia, albo UFO, albo załatwił jakąś grubą rybę. Przecież tyle nie zarobił. 

Otworzyła konserwę, podważając blokadę wieczka kciukiem. Wbiła widelec w mięso i zaczęła jeść, 

patrząc  bezmyślnie  na  swój  materac  z  rozłożonym  śpiworem  pod  ścianą.  Była  strasznie  głodna,  ale 
wiedziała,  że  musi  zostawić  sobie  coś  na  rano,  więc  odstawiła  pół  konserwy  na  biurko  i  podeszła  do 
automatu z kawą. Siedemdziesiąt centów. Nie kupi nawet coli. Ile razy używała tego samego filtra z tą 
samą  mieloną  kawą,  który  tkwił  w  środku?  Eeee...  maksimum  pięć  razy.  Wlała  do  zbiornika  wodę  z 
kranu. Szósty raz to przecież nie dziesiąty, coś powinno naciągnąć.  
Ciekawe, ile milionerek na świecie musiało pić zaparzaną po raz szósty kawę? Pamiętała, jak spłakana 
po pogrzebie poszła do adwokata ojca. Akurat. Ojca... Paul adoptował ją dokładnie półtora roku przed 
swoją  śmiercią.  Poznali  się  na  ulicy.  Chyba  zrobiło  mu  się  żal  młodziutkiej  prostytutki  stojącej  na 
golasa przy krawężniku w "Sex Side", zasmarkanej jak szlag, bo było już zimno. Tam nawet policjanci 
woleli się nie zapuszczać. Paul szukał jakiejś dziewczyny, która uciekła od rodziców. Nie znalazł. Ale 
spotkał Toy. Swoją "Zabaweczkę". I wyciągnął ją stamtąd. Jeszcze jeden dowód na to, że miał jakieś 
kontakty z mafią. Ciekawe, co dla nich robił? 

Toy, już ubrana, wyleczona z zapalenia oskrzeli, z jakichś względów wydała mu się strasznie fajna. 

Nigdy ze sobą nie spali. Grali w karty w tym biurze (oszukiwała nieporadnie - tylko się śmiał), chodzili 
na obiady do knajpy naprzeciw, do kina na zabawne filmy, układali na ławce w parku kostki domina. 
W  gruncie  rzeczy  Paul,  przy  tym  całym  swoim  starannie  ukrywanym  bogactwie,  był  cholernie 
samotnym  facetem.  Potem  ją  adoptował.  Była  odtąd  Toy  Iceberg.  Boże,  jak  to  nazwisko  do  niego 
pasowało. Choć dziewczyna trochę go nadtopiła. 
Kazał jej się uczyć. Zmuszał ją, żeby czytała jedną książkę na dwa dni. Na początku było to męczące, 
bo odpytywał, ale w końcu nawet ją wciągnęło. A potem zaczął ją uczyć "fachu". Poznała tajniki broni 
palnej,  dowiedziała  się,  jak  czyścić,  ładować,  celować  i  naciskać  spust.  Wyćwiczyła  się  nawet  w 
trafianiu do celu. Dość bliskiego, żeby być ścisłym. Nigdy mu się nie przyznała, że jest krótkowidzem i 
bez okularów widzi mniej więcej tyle, co przeciętny kret, a on się nie domyślił. Bo... bo chyba chciał 
mieć  syna...  Wyczuwała  to  instynktownie  i  udawała,  jak  tylko  mogła  najstaranniej,  że  nigdy  nie  ma 
miesiączki. Miał ją uczyć dalej, żeby mogła przejąć firmę. Ale... No umarł. 
Kiedy po pogrzebie poszła do jego adwokata, przeżyła dwa największe zdziwienia w swoim życiu. Po 
pierwsze, że zostawił jej z górą sześć milionów dolarów. Jezu! O mało jej majtki nie spadły z tyłka. Po 
drugie, że dostanie tę forsę dopiero za dziesięć lat, jeśli spełni jeden warunek. 
Chryste!  Paul  był  beznadziejnym  romantykiem.  Nie  chciał  zrobić  z  niej  rozwydrzonej  laleczki 
wydającej forsę na różne zachcianki. Miała najpierw poznać życie. No kurwa mać  !!! Przez dwa lata 
była prostytutką. Średnio ośmiu klientów dziennie. Policzmy, osiem razy trzysta sześćdziesiąt pięć razy 
dwa... Przeleciało ją prawie sześć tysięcy facetów! Trzy razy złapała syfilis, raz tryper, raz rzeżączkę. 
Dobrze, że alfonsi  nie żałowali na antybiotyki.  Bito ją, musiała stać  goła tuż przy krawężniku noc w 
noc,  a  jak  szła  spać,  skuwali  jej  ręce  i  kneblowali,  żeby  nie  mogła  niczego  zaplanować  z  resztą 
"koleżanek".  Była  narkomanką  na  totalnym  odlocie,  z  charakterystycznym  wytrzeszczem  oczu  i 
niezborną gadką... Dopiero Paul kazał ją uwarunkować na odwyku. Kto, jak nie ona, znała życie na tej 
planecie??? Ale nie... Dla Paula to było najwyraźniej za mało. Miała przez dziesięć lat utrzymywać się, 
pracując jako prywatny  detektyw.  Boże... Przynajmniej biuro było opłacone z góry.  Firma prawnicza 

background image

 

3

miała sprawdzać, czy nie zatrudnia się gdzie indziej. Jeśli przeżyje dziesięć lat jako detektyw forsa jej. 
Jeśli  nie,  jeśli  będzie  dorabiać  na  boku,  dawać  tyłka  odpłatnie,  oszukiwać  w  wypełnianiu  warunków 
testamentu... Sześć milionów dolarów powędruje na cele dobroczynne. 

O rany! Paul... Byłeś beznadziejnym romantykiem! Jak ty to sobie wyobrażałeś? Zerknęła do lustra. 

Nic  się  nie  zmieniło.  Nadal  była  dwudziestojednoletnią,  śliczną  dziewczyną.  Miała  duży  biust,  fajny 
tyłek,  metr  sześćdziesiąt  wzrostu  i...  Ważyła  raptem  czterdzieści  pięć  kilo.  Jak  średniej  wielkości 
kurczak...  W  budynku,  gdzie  było  biuro  winda  miała  takie  ekstra  zabezpieczenie.  Żeby  dzieci  nie 
bawiły się dźwigiem, wmontowano specjalne urządzenie - ukrytą w podłodze wagę. Jeśli pasażer 
(w  domyśle  dziecko)  ważył  za  mało,  urządzenie  nie  chciało  się  uruchomić.  Niestety,  kiedy  Toy 
wsiadała do windy sama, ta... nie chciała ruszyć. Wiele razy zdarzało jej się, że wchodziła na siódme 
piętro schodami. Wiele razy ładowała do windy wszystkie okoliczne kubły na śmieci, żeby móc ruszyć. 
Po prostu była za lekka. Paul! Nie widziałeś, że twoja córka kupuje sobie buty w sklepie dla dzieci, bo 
ma za małe stopy nawet jak na kobiecą miarę? Nie zauważyłeś, że w barze nikt nie chce jej dać nawet 
piwa?  Że  nie  wpuszczają  jej  na  film  dla  dorosłych  zanim  nie  pokaże  jakiegoś  dokumentu?  Jak  ty  to 
sobie wyobrażałeś? Że co? Wchodzi klient do biura i widzi dziewczynę o twarzy aniołka, której nogi 
majtają  w  powietrzu,  bo  siedząc  w  fotelu,  nie  mogła  dosięgnąć  stopami  podłogi,  i...  I  co  powie? 
"Proszę  pani,  dostaję  anonimy,  jacyś  bandyci  chcą  mnie  zabić,  a  pani  ma  ich  zmasakrować  w  trzy 
dni!".  Paul.  Jak  to  sobie  wyobrażałeś?  Czy  naprawdę  nie  zauważyłeś,  że  ta  twoja  baba  jest  tak 
potwornym  krótkowidzem,  że  na  dziesięć  metrów  widzi  tylko  rozmazane  plamy?  Toy  przygryzła 
wargi.  Odbębniła  już  rok.  Wyszkoliła  się.  Mydło  kradła  w  ubikacjach  na  stacjach  benzynowych. 
Naczynia, plastikowe noże i widelce u Mac Donalda. Z praniem nie było żadnego kłopotu. Chodziła do 
pralni  w  różnych  blokach,  czekała,  aż  pojawi  się  jakaś  baba  i  kwiliła:  "Proszę  pani,  zapomniałam 
proszku  i  tatuś  będzie  zły...".  Zawsze  dostała.  A  potem  prosiła  jeszcze  o  monetę  do  automatu.  Sto 
procent trafień. Często dostawała jeszcze coś ekstra na oranżadę. Najgorzej było z żarciem. Nie kradła 
już w supermarketach, bo dwa razy ją złapali. Czasem zwinęła coś w małych sklepikach, ale tam też 
trzeba  było  uważać.  Usiłowała  dorabiać  nielegalnym  sprzątaniem.  Żadnej  rejestrowanej,  oficjalnej 
pracy  nie  mogła  podjąć,  bo  wtedy...  żegnajcie  miliony.  Firma  adwokacka  była  bardzo  skrupulatna  w 
kontrolowaniu  jej  działalności.  Ale  czasem  udało  jej  się  uszczknąć  coś  na  boku  za  mycie  kibli  dwa 
piętra  niżej.  Porządkowała  papiery  w  firmie  naprzeciw.  Ale  to  już  się  skończyło.  Stary  szef,  który  ją 
lubił  i  zawsze  dał  parę  dolców  więcej  niż  się  umawiali,  odszedł  na  emeryturę,  a  do  nowej  szefowej 
wolała nie podchodzić bez kija w ręce. Na początku swędziała ją głowa, ale potem stwierdziła, że płyn 
do  odkażania  rąk  jest  świetnym  szamponem.  Wchodziła  do  pierwszego  lepszego  hotelu,  podstawiała 
foliowy  worek  pod  aplikator  w  ubikacji  i  wypróżniała  cały  pojemnik.  Gorzej  jednak  szło  z  samym 
myciem.  W  biurze,  gdzie  mieszkała,  była  tylko  umywalka.  Trudno.  Traktowała  to  jak  dodatkowe 
ćwiczenia z gimnastyki. A szlag z tym.:. 

Książek  już  nie  czytała,  bo  najbliższa  bezpłatna  biblioteka  była  kilkanaście  kilometrów  stąd.  Ale 

miała całe mnóstwo gazet. Karni biznesmeni skrupulatnie wyrzucali wszystkie papiery do specjalnych 
pojemników i nie musiała nawet gmerać w jakichś ohydnych organicznych śmieciach. 

Paul. Tak to sobie wyobrażałeś? Chyba nie. Jeszcze dziewięć lat. Oparła nogi o parapet i bezmyślnie 

popatrzyła  w  okno.  A  jak  dostanie  raka?  I  tuż  przed  wypłatą  wywinie  orła.  A  jak  ją  przejedzie 
samochód? A jak cały budynek spłonie razem z nią? A jak splajtuje firma, która inwestuje jej miliony? 
Eeeee...  nie.  Są  porządni.  Licząc  inwestycje,  kapitalizacje  odsetek  i  takie  tam  różne,  mogła  się 
spodziewać nawet dziesięciu baniek. W wieku trzydziestu lat. Jeśli dożyje. Jeśli spełni warunki. Jeśli 
nie dostanie AIDS-a. Spokojnie. To przynajmniej jej nie groziło. Żyła jak dziewica, odkąd wyciągnął ją 
znad krawężnika. 
 

Ktoś dotknął jej ramienia. Okej. Runęła w dół na podłogę. Zwinęła się w kłębek. Przetoczyła pod 

biurkiem.  "Biurko  jest  świetnym  instrunentem  walki  -  powtarzał  zawsze  Paul.  -  Tylko  ludzie 
niepotrzebnie się za nim chowają". Pewnie! Wskoczyła na blat. I runęła na napastnika z góry. 
Paul zawsze powtarzał, że jeśli skoczyć z góry na kogokolwiek, to po prostu nie ma siły, żeby tamten 
się nie przewrócił. Masa i pęd. Jasne. Tyle tylko, że Paul miał metr dziewięćdziesiąt wzrostu i ważył 
sto  kilo.  Ona  miała  metr  sześćdziesiąt  i  ważyła  czterdzieści  pięć.  Facet  złapał  ją  w  locie.  I  spokojnie 
podniósł  do  góry  tak,  że  teraz  bezradnie  machała  w  powietrzu  nogami,  usiłując  kopnąć  go  w  twarz. 
Psia krew!!! Miał dłuższe ręce niż ona nogi. Ale drągal. Co za goryl pieprzony... Teraz to już mogła mu 

background image

 

4

tylko napluć na głowę. O żeby go jasna zaraza... Krótka spódniczka zsunęła jej się na biodra, ukazując 
majtki. Nieustraszony detektyw w akcji! Żenujące... 

- Szybka jesteś - mruknął mężczyzna z pewnym nawet podziwem. Mam cię postawić na biurko czy 

na podłogę? - spytał. 
- Na biurko - warknęła. - Nie chcę, żebyś musiał kucać! 
Nie chwycił dowcipu. Postawił ją na blacie. Teraz dopiero mogła go kopnąć prosto w splot. Świnia! Po 
prostu złapał ją za nogę i palnął tak, że runęła na pupę. Syknęła, masując pośladki. 
-  Co  będzie?  -  bolało  ją  gdzieś  w  krzyżach.  -  Morderstwo?  Gwałt?  -  Nie  chciałem  cię  przestraszyć. 
Oferuję pracę. 
-  Aaaaa...  -  odruchowo  zsunęła  kolana  razem  i  obciągnęła  spódniczkę.  -  W  takim  razie  zechce  pan 
spocząć  -  wskazała  mu  krzesło  dla  klientów.  Raczej  nieużywane  ostatnio.  Szlag!  Okulary!!!  Tkwiły 
gdzieś  w  szufladzie  biurka.  A  bez  nich  była  właściwie  bezbronna.  -  Słucham  pana?  W  czym  mogę 
pomóc? - przysiadła na fotelu bokiem. Samym skrajem pupy. Nie chciała, żeby widział, że jak usiądzie 
normalnie, to jej nogi nie sięgają podłogi. 
Zajął  miejsce  na  krześle.  Otworzyła  szufladę.  Ale  gnój!!!  Sięgnął  szybciej  niż  ona  i  wyciągnął  Colta 
Springfielda wprost spod jej palców. Uśmiechnęła się. Nałożyła okulary i zacisnęła dłoń na Rugerze z 
krótką lufą przyklejonym taśmą pod blatem. 
- Nie wygłupiaj się - wymierzył z jej własnego pistoletu. - Odklej to coś i połóż tak, żebym widział 
Posłusznie wyjęła rewolwer spod biurka. Swołocz na krześle sprawiał wrażenie, że strzeli szybciej niż 
ona. Pozostała jej już tylko dubeltówka z obciętą lufą i kolbą w specjalnym uchwycie pod fotelem. Ale 
na razie wolała jej nie macać. 
- Czym mogę służyć? - usiłowała zakpić, ale wypadło to bardzo blado. Nagle przygryzła wargi. Jezu... 
Znała  go!  Z  gazet.  To...  Pat  Dante!  Jeden  z  najsłynniejszych  najemników.  Na  zdjęciach  miał  jednak 
zawsze maskujący mundur. Teraz ubrał się w zwykły sweter. 
-  Dobra...  -  Pat  też  się  uśmiechnął.  -  Nie  wiem,  ile  masz  tu  jeszcze  zamontowanych  pułapek,  a 
chciałbym  porozmawiać  bez  trzymania  cię  na  muszce...  Więc  daj  mi  to  -  nachylił  się  i  ściągnął  jej 
okulary  z  nosa.  -  Wybacz  kotek  -  mruknął  -  W  interesach  nie  rozmawia  się,  mierząc  do  siebie 
nawzajem... 

Załatwił ją. Odsunął krzesło aż pod ścianę. Wiedziała, gdzie jest. Mniej więcej. Ale nic poza tym. 
- Nie zniszcz ich, jeśli nie zamierzasz mnie zabić od razu - poprosiła. - Nie stać mnie na nowe.  
-  Wiem  -  powiedział.  - Wyglądasz  w  nich  strasznie  sexy...  -  A  wiesz,  jak  fajnie  wyglądam  w  nocnej 
koszuli? 
- Nie kpij. Marlowe to ty nie jesteś. 
Spuściła  głowę.  Dubeltówka  była  nabita  grubym  śrutem.  Mogłaby  go  załatwić  nawet  bez  okularów, 
ale...  szlag...  Strzeli  szybciej  czy  nie?  Wyszarpnąć,  wymierzyć,  pociągnąć  za  dwa  spusty...  Jezu!  To 
Dante! Zastrzeli ją, zanim sięgnie pod fotel czy dopiero, jak będzie wyciągać broń? 
- Mam dla ciebie robotę - powiedział Dante. 
Nagle, tuż przed sobą, zauważyła puszkę z karmą dla kotów, którą napoczęła niedawno. Nie usiłowała 
mu  wpierać,  że  żywi  jakieś  zwierzęta.  Żaden  kot  raczej  nie  posługiwałby  się  widelcem,  choćby 
plastikowym, takim jak ten, który tkwił właśnie wbity w mięso. Poczuła, że ma rumieńce. 
- Nie przejmuj się - mruknął Dante. Zauważył - Żarłem już w życiu gorsze świństwa niż to... 
Jakoś  tam  przełamał  lody.  Nie  ufała  mu.  Ale  wiedziała,  że  nie  jest  świnią,  tak  jak  przedstawiały  go 
gazety. 
- Mam pojechać na Kubę i obalić reżim? 
- Nie rżnij Marlowe'a... - zapalił papierosa. - Kiepsko ci idzie. - Daj mi - poprosiła. 
Zapalił  drugiego,  podszedł  i  wetknął  jej  do  ust.  Mogłaby  go  zastrzelić.  Mogłaby!  Teraz!...  Sukinsyn. 
Wrócił na krzesło, nie odwracając się do niej plecami. 
- Zabaweczko... naprawdę chcę ci dać pracę. Przełknęła ślinę. 
- Moje warunki to... 
- Dam ci dziesięć tysięcy dolców, jak to zrobisz. Plus pensja najemnika. 

background image

 

5

- Dychę? - wyrwało jej się mimowolnie. - A co cię powstrzyma, żeby mnie nie zastrzelić, jak już zrobię 
to coś? - przygryzła wargi. Musiał się uśmiechnąć. Poznała po głosie. 
- Z góry wyślę czek na ciebie tej twojej firmie adwokackiej. - Wiedział o niej naprawdę dużo. - Jak nie 
wrócisz... pójdzie na cele dobroczynne. Jak wrócisz, to se weźmiesz. 
- Jeśli tak, to... - tym razem ona się uśmiechnęła. - Co mnie powstrzyma od zabicia ciebie? 
-  Moi  ludzie  -  odpowiedział  szczerze.  -  Jak  do  mnie  strzelisz,  to  oni  nakarmią  cię  twoimi  własnymi 
piersiami... Skrzywiła się lekko. Zasrane odruchy. Ciekawe, czy zauważył?  
- Powiedziałeś dycha plus... co? 
- Wiem, że masz kłopoty z oczami. Ale ze słuchem też? -Plus pensja najemnika? 
- Mhm. 
- Jezu... Dlaczego ja? 
Tym razem roześmiał się na głos. 
- Po pierwsze, potrzebuję ślicznej dziewczyny; po drugie, potrzebuję dziewczyny, która nie zsika się na 
sam widok jakiejś świni z rewolwerem; po trzecie, potrzebuję byłej prostytutki. Mam nadzieję, że nie 
masz nic przeciwko daniu dupy facetowi za coś tam? 
- Nie - powiedziała równie szczerze jak on. - To chyba lepsze niż kocie konserwy, wiesz? 
- Nie wiem. Ale wierzę ci na słowo. Uśmiechnęła się. 
- A teraz szczerze -powiedziała. - Dlaczego ja? 
- Bo... - zająknął się. - Szukam dziewczyny... uczciwej. - Jezu! Znajdź se pierdoloną zakonnicę. 
Przez dłuższą chwilę nie odpowiadał. Potem podrapał się w coś, słyszała wyraźnie szelest materiału. 
- Pogrzebałem w twoich papierach, Zabaweczko. Pół roku temu umówiłaś się z pewną firmą. Oni mieli 
ci dawać niby-zlecenia, żebyś mogła wykazać się przed tą firmą prawniczą. Mieli ci płacić tyle, żebyś 
mogła dostatnio żyć. A za to... za dziesięć lat... zgarną połowę twojego spadku. Zagryzła wargi. Skąd 
gnój tyle wiedział? 
- No i? - usiłowała nadrabiać miną. 

- No i... - przedrzeźniał ją wyraźnie. - Zrezygnowałaś z tego... Wyraź nie chcesz wypełnić ostatnią wolę 
Iceberga  -  znowu  roześmiał  się  na  głos.  -  Jesteś  głupią  idealistką,  Toy.  I  właśnie  takiej  kretynki 
potrzebuję. 

Wstała ostrożnie i podeszła do automatu z kawą. - Chcesz? 
- Nie. Dzięki. 
Chyba zobaczył barwę płynu w zbiorniku. Nalała sobie filiżankę. Odgryzła czubek tutki z cukrem od 
MacDonalda i wsypała do środka. Pomieszała plastikową łyżką. Powoli wróciła za biurko. 
- Przecież chciałam ich wyrolować - warknęła. 
- Ale coś w tej twojej głupiej głowie cię powstrzymało - mruknął. - I nie były to bynajmniej narkotyki, 
które ci serwowano przez dwa lata w Sex Side. 
- Chcesz ze mnie zrobić komandosa? Ryknął śmiechem. 
- Bez jaj! 

- Zdecydowanie będę komandosem bez jaj - wskazała na swoje biodra. - Jestem dziewczyną. 
Po dłuższej chwili przyznał: - No... To ci się udało. 
- Co chcesz mi zlecić? - spytała. - Dowiesz się później. 
- Mam się zgodzić w ciemno? 
- Nie masz wyjścia, Zabaweczko. Wstał. To widziała. 
- Okulary kładę na krześle. Znajdziesz? Wyszedł bez pożegnania. 
  Pognała  do  krzesła  odstawionego  pod  ścianę.  Namacała  Colta  Springflelda  i  te  pieprzone  okulary. 
Kiedy  miała  je  już  na  nosie,  podeszła  do  drzwi.  Psiamać!  Powinny  przecież  zaskrzypieć.  Specjalnie 
nikt  ich  nie  konserwował,  żeby  mogły  ostrzec  o  nieproszonych  gościach...  Zerknęła  na  zawiasy. 
Skurwysyn! Naoliwił je z zewnątrz, żeby ją podejść. Teraz będzie musiała nasypać piasku... 
* * * 
 

Port  lotniczy  zlokalizowano  na  pustyni  Mojave  tylko  dla  ludzi,  którzy  mieli  klimatyzowane 

background image

 

6

samochody.  Jeśli  ktoś  musiał  jechać  autobusem,  jak  Toy,  mogło  mu  się  wydawać,  że  jest  OK.  Do 
momentu  aż  kazali  wysiąść  i  poddać  się  kontroli.  Port  był  strefą  zamkniętą.  Dwadzieścia  minut 
oczekiwania  na  wyprażonym  przez  słońce  betonie,  zamieniło  dziewczynę  dosłownie  w  ociekający 
potem wrak. Lodowate zimno głównej hali dworca przywróciło jej trochę przytomności, ale w gruncie 
rzeczy niewiele. 

Jeśli  miała  nadzieję  na  przeżycie  jakiejś  przygody,  to  srogo  się  rozczarowała.  Opanowanie 

portu przez oddział najemników, porwanie wahadłowca, wysadzenie wieży, wspólna walka... Za dużo 
filmów oglądała w dzieciństwie. Najemnicy, cały pluton, czekali grzecznie w cywilnych ciuchach pod 
największym zegarem, gdzie wyznaczono miejsce zbiórki. Porozsiadali się na własnych bagażach i w 
większości  spali  chyba,  albo  udawali,  że  śpią.  Jezu...  Mało  kto  miał  mniej  niż  dwa  metry  wzrostu. 
Dante rozbudził ich wyciem. 

- Po pierwsze: spóźniłaś się, krowo! - wrzasnął i chwycił Toy za włosy. - Po drugie: co to jest???!!! 
- Trawa? 
- Jedziesz na akcję, krowo! Marsz do fryzjera. Wyciągnęła dłoń w jego kierunku. 
- Nie mam pieniędzy. 
Oddział  zaczął  się  śmiać.  Dante  klnąc,  odliczył  jej  kilkanaście  dolarów.  -  Obetnij  na  centymetr  i...  - 
postanowił się zemścić - przefarbuj na blond! 

- Tak jest! - zasalutowała. - Aha... Ale te na głowie mogą zostać normalne? - zakpiła. 
Jakaś dziewczyna z oddziału zachichotała. Przynajmniej tyle. Pomaszerowała do najbliższego fryzjera. 
Na  szczęście  nie  musiała  czekać,  o  tej  porze  w  zakładzie  nie  było  nikogo.  Czuła  się  idiotycznie, 
wychodząc  z  prawie  ogoloną,  blond  głową.  Jasne  włosy  idiotycznie  kontrastowały  z  jej  czarnymi 
brwiami. A co gorsze, widać teraz było jej tatuaż na karku w całej okazałości. 
Oddział na jej widok zaczął wyć ze śmiechu. 
- Ty Na jakim jarmarku ci to zrobili? - rosła dziewczyna klepała się po karku. 
- A mówiłem nie gwałć jej od razu - jakiś najemnik szturchnął kolegę. - Baba z Triad, flaki ci wypruje. 
Nowy ryk śmiechu.  
- Ty, mała... - rosły, barczysty chłop podniósł się nagle. - Ćwicz mięśnie pochwy. Bo na statku, wiesz... 
najwyraźniej nie wiedział, że przez dwa lata pracowała w Sex Side i naprawdę była własnością Triad. 
Prywatną własnością. Podeszła do niego i włożyła mu rękę do spodni. 

- Eeeee... Przecież tatuś mówił, że to coś ma być duże, jak będą gwałcić... 

- Poruszaj ręką -  tamten usiłował nadrabiać miną. - Tak? - ścisnęła mocno. 
Znowu ktoś zachichotał Miała już w oddziale jednego wroga i jednego "być może sprzymierzeńca". 
Bijatykę zażegnał Dante. 
- Wyjmij mu łapsko z gaci i oddaj broń. - Jaką broń? - dała się zaskoczyć. 
- Tego twojego Colta Springtielda... 
Oddała mu wielki półautomatyczny pistolet. - Rugera też. Oddała rewolwer. 

- No co ty, kurwa, wariata ze mnie strugasz??? - ryknął. - Dawaj wszystko! 

Oddała dubeltówkę, kastet i nóż sprężynowy. Oddział śmiał się bez przerwy. 
- Ty, blond krasnoludek! Ćwicz mięśnie pochwy! - krzyknął ktoś z tyłu. - To ci się niedługo przyda... 

- A jeśli o mnie chodzi - dodał inny. - Ćwicz wargi! Musisz je układać w takie duże "O"... 

- Ułożyła usta w maleńkie "o", jakby chciała wziąć do buzi wkład od długopisu. 
- Takie wystarczy? 
Znowu  ktoś  zachichotał.  Tym  razem  zauważyła.  Ruda,  wysoka  dziewczyna  w  dżinsowej  kurtce  i 
spódniczce.  Przynajmniej  jeden  "nie-wróg".  Dante  wściekły  zaprowadził  ich  na  odprawę.  Musieli 
oddać swoje bagaże. W przypadku Toy była to tylko torebka z podpaskami, nielegalnym, ceramicznym 
granatem i całkowicie legalnym paralizatorem Reynoldsa. Porcelanowego granatu rentgen nie wykrył, 
odkryła go dopiero celniczka. 
- Co to, do cholery, jest? - zapytała grzecznie. 

background image

 

7

-  Zapalniczka  -  Toy  pokazała,  jak  wywołać  płomień  przy  zawleczce.  Paul  był  mistrzem  w  tworzeniu 
takich mylących cudeniek. 
- Aha. Następny! 
Miała  małą  satysfakcję.  Ją  przepuszczono  od  razu.  Reszta  najemników  odprawiała  się  przez  parę 
godzin. Sprawdzano ich w komputerach, pobierano odciski palców, telefonowano do różnych służb bez 
końca. 
Dante  musiał  mieć  mocne  wejścia  -  w  sumie  z  plutonu  cofnięto  zaledwie  cztery  osoby  i  tylko  jedną 
aresztowano. 
Wsiedli do promu A&A cholernie spóźnieni. Dante kląŁ Stewardessy sarkały. Inni pasażerowie grozili 
windykacją  swoich  ubezpieczeń.  Na  szczęście  kapitan  miał  trochę  adrenaliny  w  żyłach  i  skrajem 
korytarza zawiózł ich szybko na Beta3, orbitalną stację należącą do cywilnej sieci Crystal of America. 
Tu już celniczka, gruba, wredna baba, potraktowała Toy inaczej niż na Ziemi. 
- OK. Rozbierz się, łapy na głowę, nogi szeroko. Podeszła do dziewczyny, kiedy ta wykonała rozkaz. - 
Ile masz lat? 
- Dwadzieścia jeden, proszę pani. 
- Nie opowiadaj mi tu bzdur! - rozszczekało się babsko w mundurze kontrolerów. - Wychowałam trzy 
córki i wiem, że piersi mogą tak sterczeć tylko dziewczynie, która ma siedemnaście, osiemnaście lat. 

- Nie wiem, czemu mi ciągle sterczą - mruknęła Toy. - No sterczą i już! 

Babsko obeszło ją wokół. Sprawdziło czytnikiem tatuaże na karku i pupie. 
- Aha... Prawdziwe! Cycki ci sterczą, bo jesteś znarkotyzowana na śmierć! - sprawdziła jej krew.  
- Zero narkotyków? Jak to możliwe? 
- Uwarunkowano mnie. 
- I kto wywalił tyle forsy na takiego śmiecia jak ty? - Mój ojciec. 
Babsko wzruszyło ramionami. A potem włożyło gumową rękawicę na prawą dłoń. 
- Dobra. Siadaj tu i rozkracz się.  

Toy  wyszła  z  kontroli  celnej,  usiłując  siłą  woli  pozbawić  się  rumieńców  na  twarzy. 

Niepotrzebnie.  Sądząc  z  wyglądu  innych  dziewczyn  z  oddziału,  nie  tylko  jej  sprawę  potraktowano 
"dogłębnie".  Ale  i  tak  im  lepiej  poszło  niż  mężczyznom.  Drągal,  który  kazał  jej  "ćwiczyć  mięśnie 
pochwy" miał nawet podbite oko. 

 

Ustawiono  ich  wszystkich  pod  ścianą,  pobrano  odciski  palców  i  znowu  zaczęła  się  męcząca 

procedura sprawdzania w komputerach. Kilka godzin stania w rozkroku z łapskami opartymi o śliską, 
plastikową powierzchnię, kiedy tak strasznie chciało się sikać... W końcu  puścili ich. Tym  razem nie 
zatrzymano nikogo. Szlag... Wymęczono ich już na Ziemi, potem lot, teraz kontrola... Toy nie udało się 
pierwszej dopaść toalety. Oddział kuksańcami zepchnął ją na sam koniec kolejki. Myślała, że zdechnie, 
czekając. Nie da się przecież bardziej przycisnąć kolana do kolana. 

Zaokrętowano  ich  na  "Voyagera".  Zasrane  szczęście.  Każdy  miał  swoją  koję,  ale  toaleta  była 

tylko jedna. Toy usiłowała zasnąć, słuchając niewybrednych dowcipów oddziału, często kierowanych 
zresztą pod jej adres. Wiedziała jedno. Bycie najemnikiem we współczesnym świecie to koszmar! 

Przespała  lądowanie  na  Księżycu.  I  chyba  dobrze.  Nie  zdążyła  się  uczulić  nas  kolejne,  stare 

babsko, które nałożyło gumową rękawicę i rozkazało jej cichym głosem: "Usiądź tu i nóżki szeroko"... 
Jezu!  Sadystka.  Co  niby  mogła  przemycić  przez  poprzednie  kontrole?  No...  mogła.  Na  przykład 
ceramiczny granat. Ale przecież nie w pochwie. I tak powinna dziękować szczęściu. Ta ruda, LeMoy 
Hutton,  miała  właśnie  okres.  Wyszła  z  kontroli  zmieszana  z  błotem,  zupełnie  jakby  ją  ktoś  obił  po 
mordzie i napluł. Traktowano ich jak bandyckie bydło. Mężczyźni tym razem trzymali się lepiej. 
-  Słyszałeś,  co  mu  powiedziałem?  Słyszałeś?  -  perorował  jeden  z  najemników.  -  Nie  będzie  se  gnój 
bezkarnie grzebał w mojej dupie! Zaprowadzono ich do prywatnej części stacji będącej własnością 
Moonsunga. Tylko Toy przewróciła się kilka razy, nie mogąc sobie poradzić z księżycową grawitacją. 
Jednak nikt nawet się nie roześmiał. Wściekłość oddziału skupiała się chwilowo na kimś innym. 

U  Moonsunga  dostali  swój  pierwszy  prawdziwy  posiłek.  Pieprzone  frytki,  hamburgery  i  colę. 

Ale i tak to było lepsze niż lepkie gówno, które mogli zećpać na "Voyagerze". Oddział sarkał, jedynie 
Toy  jadła  z  apetytem.  LeMoy  nie  tknęła  niczego.  Jezu...  Być  na  miejscu  tego  babska  z  kontroli  i 

background image

 

8

widzieć panią Hutton z karabinem w rękach. Tak! Tak! Tak! ! ! Toy życzyła celniczce takiego widoku 
z całego serca. Oddałaby wszystkie swoje pieniądze na amunicję dla rudej. 

Potem rozdano im mundury. I zaczął się horror. Nikt najwyraźniej nie przewidział, że jeden 

z  żołnierzy  może  mieć  metr  sześćdziesiąt  wzrostu  i  ważyć  raptem  czterdzieści  pięć  kilo.  Oddział 
rechotał, a nawet wył z okrutnej uciechy, kiedy Toy usiłowała przymierzyć najmniejsze spodnie i jakoś 
w nich nie utonąć. LeMoy, sama wściekła, ucięła jej w końcu nogawki, tuż pod samymi kieszeniami na 
udach i ścisnęła w pasie sznurkiem. Oryginalny pasek nie miał po prostu tylu dziurek, żeby można było 
go  zapiąć.  Mundurowa  bluza  sięgała  Toy  do  kolan.  Nawet  Dante  się  roześmiał.  W  zawinięty 
kilkakrotnie rękaw mogłaby włożyć głowę... 
- Ty! Pinokio! - ktoś zakpił. - Ale najgorsze dopiero przed tobą! 
Miał rację. Żołnierze o mało się nie posikali ze śmiechu. Zaczęli przymierzać kombinezony próżniowe. 
Jezu!  Stary  rosyjski  sprzęt.  Najłatwiej  było  to  coś  przemycić  do  bazy,  bo  był  już  na  Księżycu,  ale... 
Chryste Panie! Najmniejszy kobiecy skafander dla rosyjskiego żołnierza przewidywał babę o wzroście 
minimum metr osiemdziesiąt. Ja cię pieprzę - klęła Toy. - Czy wszystkie Rosjanki były takie duże??? 
Jak  włożyła  pancerną  trumnę,  to  krok  wraz  z  babską,  przenośną  toaletą,  miała  na  wysokości  kolan. 
Nawet nie mogła się ruszyć. Pieprzone niskie sportsmenki!!! Wszelkie próby podniesienia tego sznur-
kami, szelkami i paskami spełzły na niczym. Wolała nie pamiętać uwag i "życzliwych" rad rzucanych 
przez żołnierzy. 
  W końcu LeMoy zdenerwowała się wyraźnie. 
-  Ściągaj  spodnie  i  majtki  -  przyniosła  jej  najmniejszy  z  męskich  kombinezonów.  -  Jakby  co...  sikaj 
wprost do skafandra. 

- Jezu! Co??? 
Trzy skupione wokół baby, spocone już, bo same w próżniowych kombinezonach, rozebrały ją od pasa 
w dół. 
-  Nic  się  nie  stanie  -  jedna  z  dziewczyn,  śliczna,  ogolona  na  łyso  Murzynka,  pomagała  jej  wkładać 
męski sprzęt. - Najwyżej będzie chlupotać w butach. 
Mężczyźni wyli z radości. A kiedy przymocowała sobie okulary taśmą klejącą do skroni, o mało sami 
się nie posikali. 
Na szczęście rozdano im broń i to skierowało uwagę oddziału w inną stronę. Ueeee... Stare chińskie 
P  dwa  zero  zero  jeden.  Czyli  kradziona  technologia  -  tak  po  prawdzie,  to  ruskie  kałachy  z  igłowymi 
pociskami  plus  podwieszane  granatniki  Winchestera  plus  chińskie  wykonawstwo  całości.  Humor 
najemników  zważył  się  momentalnie.  Ciekawe,  ile  razy  to  gówno  zatnie  się  przy  pierwszej  serii? 
Dobrze,  że  przynajmniej  oddano  im  odebraną  jeszcze  na  Ziemi  "broń  własną".  Chyba  przyjechała 
pocztą dyplomatyczną. 

Dante kazał włożyć hełmy. Przez małą śluzę kolejno wyszli na zewnątrz. Toy miała wrażenie, 

że  się  udusi.  Coś  było  nie  tak  z  ciśnieniem  w  jej  skafandrze.  Jezu...  nie  mogła  rozpoznać  rosyjskich 
bukw  na  przyciskach.  Zasrana  cyrylica!  Jak  się  zmniejsza  ciśnienie?  Nie  mogła  nawet  zobaczyć 
księżycowego krajobrazu, bo pociemniało jej w oczach. Na szczęście nie tylko ona miała takie kłopoty. 
- Ty... - rozległo się w słuchawkach. - Czy "Da" to znaczy "tak", czy "nie"? 
- A co przycisnąłeś? 
- Nie wiem! Duszę się! 
-Poliż przycisk "Escape" -poradził ktoś życzliwy. W próżniowym hełmie rzeczywiście jedyną metodą 
włączenia czegokolwiek było polizanie odpowiedniego przycisku. 
- A jak jest po rosyjsku "Escape"? - Pewnie "spierdalaj"! 
- Nie lizać gnoje niczego! - rozpoznała głos Dantego. - Bo włączycie rakietowe silniki! 
- Duszę się! 
- Ja też - dodała nieśmiało Toy. 
- To wojskowy skafander... - mruknęła jedna z kobiet. - Samo się po jakimś czasie wyreguluje... 
- Pierdol się! - warknął któryś z mężczyzn. - Ty głupia kurwo! - Ja też się duszę - dodał ktoś inny. 
- Nie szczekać już! - warknął Dante. - Przyzwyczaicie się. 

background image

 

9

-  Zaraz  poliżę  przycisk  "raspierdolic  komandira"  -  zażartował  ktoś,  nieudolnie  naśladując  rosyjski 
akcent. 
- Gdzie masz taki przycisk??? - krzyknął ktoś bardziej zdesperowany. - W moim hełmie nie ma!!! 
Najemnicy zaczęli się śmiać. 
- Cisza radiowa, pajace!!! - zawył Dante. 
Cisza  zapanowała  momentalnie.  Pat  Dante  pakował  ich  grupkami  na  księżycowe  łaziki.  Ni  cholery... 
Łazik  teoretycznie  mieścił  cztery  osoby  plus  kierowcę.  Praktycznie  trzy.  Podstawiono  cztery  łaziki, 
więc brakowało minimum pięciu... Pluton przymocowywał się więc pasami do sprzętu, żeby nie zlecieć 
na jakimś wyboju. 

Toy  bardzo  chciała  podziwiać  nierealne  obrazy  innej  planety.  Po  raz  pierwszy  w  życiu  była 

gdzieś  poza  Ziemią.  Tak  prawdę  mówiąc,  po  raz  pierwszy  była  gdzieś  poza  Los  Angeles.  Ale  nie 
mogła niczego podziwiać. Po pierwsze, potworne ciśnienie w skafandrze wciskało jej oczy do środka 
głowy  i  bolały  ją  uszy,  a  po  drugie,  zepsuła  się  osłona  przeciwsłoneczna.  Bała  się  lizać  na  oślep 
oznaczone cyrylicą przyciski, więc całą podróż spędziła w kompletnych ciemnościach, ślepiąc oczy na 
malutki  monitor  medyczny,  który  pulsował  czerwienią,  chcąc  jej  chyba  pokazać,  że  nie  jest  dobrze. 
Coś tam wypisywał po rosyjsku. Być może były to instrukcje, jak wziąć następny oddech. Ale kto by 
go, gnoja, zrozumiał. 

 

Myślała, że wytrzyma. Ale nie... Po raz pierwszy zsikała się w ósmej godzinie podróży. Po raz 

drugi w czternastej. Chwilę później dotarli do bazy. 
Jakoś  w  tłumie  dotarła  na  oślep  do  ogromnej  tym  razem  śluzy.  O  mało  nie  zsikała  się  po  raz  trzeci. 
Tym  razem  z  ulgi  -  ściągając  hełm  z  głowy.  Zerknęła  tylko  na  przydzielone  im  pomieszczenia  i 
pobiegła  szukać  łazienki.  Zamknęła  i  zablokowała  drzwi,  a  potem:..  Wylazła  nareszcie  z  tej  żelaznej 
dziewicy! Umyła się błyskawicznie, a potem przez godzinę czyściła i suszyła w środku swój skafander. 
Wróciła  do  pomieszczeń  plutonu  tylko  po  to,  żeby  się  dowiedzieć  (rozkaz  poparto  palnięciem  w 
głowę),  że  ma  przygotować  gorący  posiłek.  Akurat!  Znała  się  na  gotowaniu  tak  samo  jak  na  fizyce 
teoretycznej.  Stanęła  nad  malutką  kuchenką  bezradna,  żadnych  znormalizowanych  racji  nie  było. 
Otwierała więc konserwy i wrzucała do wielkiego gara. Jezus Maria! Gdzie można by się połączyć z 
jakąś  książką  kucharską  w  sieci?  Jednym  uchem,  drętwiejąc,  słuchała  zdawkowych  uwag  rzucanych 
przez najemników. 
- A pamiętasz tego naszego kucharza z Dai Lin? Położyłem mu łapsko na stole, urżnąłem jeden palec i 
powiedziałem, że obetnę następny, za każdym razem jak da jeszcze raz ten syf, co gotował. 
- Eeeeee... ja zrobiłem lepiej. Kwitliśmy pod Matabele trzy tygodnie... Nie? Podszedłem do kucharza, 
wziąłem  kombinerki  i  wyrwałem  łosiowi  dwa  przednie  zęby  na  żywca.  Mówię,  będzie  ci  się  lepiej 
pluło, mówię, bo to, co dajesz, mówię, to plwociny, mówię, ciulu jeden... 
Jezus! Jezus... To tylko dowcipy, uspokajała samą siebie, choć sama w to nie wierzyła. Zaczęły jej się 
trząść ręce. Zalała konserwy wodą i wsypała wszystkie przyprawy, jakie znalazła. 

To coś było gotowe, jak sądziła, po pół godzinie. Owinęła gar szmatą i postawiła na stole. Lewą ręką 

namacała Rugera w tylnej kieszeni. 
- Dawaj, dawaj - wielki blondyn nalał sobie pierwszy. Machnął swoją olbrzymią łychą jak chochlą. - 
Eeeee... Nawet da się zjeść... 
- Dziwne jakieś - powiedziała LeMoy. 

- To francuska kuchnia - skłamała Toy, trzymając już prawą dłoń na rękojeści Colta Springfielda. 
- Uwielbiam francuską kuchnię! - Łysa Murzynka rzuciła się następna po swoją porcję. - O kurwa! - 
przełknęła pierwszą łyżkę. - Świetne! To jest ten... ta no... De Voulangere ? Czy jakoś, kurwa, tak... 
-  Mhm  -  mruknęła  ostrożnie  Toy.  Nie  miała  jeszcze  pojęcia,  jak  to  smakuje.  Najemnicy  jednak  jedli 
łapczywie.  "Ekstra!",  "Fajne!",  "Może  być..."  -  padały  określenia  konsumentów.  "Dobra,  Pinokio 
będzie kucharzyć!" 
   

Toy  spróbowała  na  samym  końcu.  Choć  jadła  w  życiu  różne  świństwa,  usiłowała  się  nie 

wyrzygać.  Dojadła  sucharami.  Ciekawe,  co  ugotował  facet,  któremu  wyrwano  dwa  przednie  zęby 
kombinerkami? Albo ten, któremu ucięto palec? 

 

Potem poszli spać. Toy  nie. Nie mogła. W ciasnym korytarzu dopadło ją dwóch najemników. 

background image

 

10

Miała już w dłoniach swojego Colta i Rugera, ale tamci byli szybsi. Po prostu unieśli ją w powietrzu, 
trzymając za ręce tak, że majtała teraz bezradnie nogami. 
- Ściągaj majteczki, dziecko - powiedział ten wyższy. 
-  Niby  jak  -  dwuletnia  praktyka  w  Sex  Side  nauczyła  ją  nie  bać  się  mężczyzn.  -  Przecież  trzymacie 
mnie za łapy. Spojrzeli na siebie. 
- Majtki mają gumkę - zakpiła. - Same nie spadną. Odebrali jej broń. Rozebrali. Rozkraczyli nawet. 
- Odwalcie się! - to była LeMoy. Stała w korytarzu, ale nie miała żadnej broni w rękach. 
- Daj mi choć jeden powód, żeby nie przelecieć tej pindy! - warknął wyższy z najemników. 
- Służę - LeMoy uśmiechnęła się lekko. - Ta pinda ma w dłoni ceramiczny granat. 
Obaj odruchowo odskoczyli. 
- Nie zdetonuje... - powiedział niższy. 
- Przekonaj się - szepnęła LeMoy. - Normalna czy wariatka? Ale jak wariatka...  
...to wszystkich nas szlag trafi! 
Obaj spojrzeli na siebie jeszcze raz. Potem na malutką dłoń trzymającą granat w ten sposób, że kciuk 
był wsunięty w zawleczkę. Zwątpili. 

- Szykuj się, mała - powiedział wyższy. - Jeszcze z tobą nie skończyliśmy! 
Jednak odeszli stosunkowo spokojnie. Jeśli nie liczyć przekleństw. 
- Dzięki - Toy wstała i włożyła spodnie. Podarte majtki wrzuciła do kosza. 
- Nie ma za co - mruknęła LeMoy. - Nie chcę ginąć w próżni. - Fajna jesteś. 
-  Nie  pierdol  -  LeMoy  ruszyła  w  kierunku  sypialni.  -  Musisz  wiedzieć  jedno.  Jutro zacznie  się  dzień 
sądu  ostatecznego.  Nikt  nic  nie  wie,  nie  ma  dla  nas  żadnych  instrukcji,  Dante  wściekły  jak  zaraza... 
Jutro  nas  przećwiczy  tak,  że  lepiej  było  się  nie  rodzić.  Wymyśl  coś,  kotek.  Żeby  uratować  swoją 
dupeńkę... ale tym razem od prawdziwego niebezpieczeństwa. Słuchaj... Dante cię jutro zabije nawet za 
brudny zamek w karabinie. 

 

LeMoy odeszła, kręcąc biodrami. Ciekawe, dlaczego jej nie chciał nikt zgwałcić? Była "swoja", 

psiakrew! Nie to co obcy "Pinokio"... Szajs! Całe zajście odebrało Toy ochotę do spania. Musiała się 
napić wódki. Wolałaby troszeczkę kokainy, ale Paul uwarunkował ją na sztywno. O mało nie umarła 
po  zabiegu  tego  pieprzonego  lekarza.  Zasrany  "doktor  Hollywood"!  Na  sam  widok  "twardych" 
dostawała  amoku  rzygała,  srała,  wywracało  ją  na  lewą  stronę.  O  mamo...  Troszeczkę  kokainy  bez 
wymiotów... Mamo, proszę cię! 

 

Przebrała się w swoje cywilne ciuchy i poszła do baru. Baza Moonsunga miała kilka poziomów 

i kilka barów. Odlot. Prawdziwa ziemska restauracja z kelnerami we frakach. Toy zamówiła wódkę i o 
mało  jej  nie  skręciło  przy  rachunku,  który  usłużny  lokaj  przyniósł  razem  z  kieliszkiem.  Pięćdziesiąt 
dolarów za pięćdziesiątkę??? Jezu Chryste!!! Jedna szósta jej tygodniówki. Teraz zrozumiała, dlaczego 
nie ma tu żadnego z najemników. 

 

Zdesperowana  zamówiła  piwo  za  trzydzieści  dolców  i  zaczęła  rozglądać  się  po  sali.  Paru 

spitych inżynierów. Jakiś prezes albo ktoś, kto grał ważniaka przy kolacji, dwóch techników mażących 
coś na serwetkach i stara prostytutka przystawiająca się właśnie do jakiegoś pilota. Wyraźnie nie szło 
jej dzisiaj. Pilot zostawił ją po paru minutach z rachunkiem do zapłacenia. 
Toy wzięła swoje piwo i przysiadła się do stolika tamtej. - Cześć. 
- Lubisz dziewczynki, mała? - Nie. Jestem koleżanką po fachu. 
- Chcesz mi zgarnąć klientów, pindo? 
- Spadaj. Jestem "Krawężnikiem" z Sex Side... 
Stara  prostytutka  wybałuszyła  oczy.  Pomacała  jej  kark,  roześmiała  się.  -  Ty...  takie  coś  to  robią  w 
każdym  wesołym  miasteczku.  Pokaż  dupę!  Toy  westchnęła.  Przy  tych  wszystkich  inżynierach, 
technikach, przy panu Ważnym wypięła się nagle i zsunęła spodnie. 
- Ja cię pieprzę - stara o mało nie zakrztusiła się własną śliną, widząc tatuaż Triad. - Jak przeżyłaś? 
- Kwestia szczęścia, kotek - Toy ubrała się i usiadła na fotelu. - Zapłacę ten twój rachunek w zamian za 
informacje. 
- To jakieś sto pięćdziesiąt dolców, mała. Sram to! - Pomóż mi... 

background image

 

11

Stara uśmiechnęła się. Zapaliła papierosa. Potem drugiego i podała go Toy. 

- Słuchaj Maluszek... Będziesz mi tu tyłkiem bruździć? - Nie. 
-  Okej.  Idź  do  burdelu  piętro  wyżej,  powołaj  się  na  mnie  i  spytaj,  która  spała  z  kimś,  kto  coś  wie  - 
uśmiechnęła się. - Powodzenia ,Maluszek! 
- Dzięki za fajkę - Toy wstała szybko. 
Zapłaciła  za  swoje  trunki  i  wyszła  na  oświetlony  rzęsiście  korytarz.  Bez  trudu  odnalazła  windę.  A 
potem,  piętro  wyżej,  luksusowy  burdel.  Zalogowała  się  na  drzwiach  jako  klient  i  weszła  do  środka... 
Takiego luksusu nie widziała na Ziemi. 
- Panienko - od razu opadły ją ze trzy kurwy. - Panienka lubi dziewczyny? 
- Chcę zobaczyć szefową. Od razu zmieniły ton. 
- A legitymację masz, pindo? - Grzecznie pytam. 
- Taaa... A konkretnie, kto pyta? 

 

"Krawężnik",  Sex  Side,  Hollywood,  L.A.,  Kalifornia,  USA.  Prostytutki  z  burdelu  były  lepiej 

przygotowane niż ta w barze. Jedna chwyciła ją za kark, druga sprawdziła czytnikiem jej tatuaże. Ten 
na pupie też. 
- Ja cię chrzanię - z bezbrzeżnym podziwem. - Autentyczny!!! Siksa z Triad? Jak przeżyłaś??? 
- Chcę gadać z szefową - powtórzyła Toy. 
- Jezuuuuu... no pewnie. Siądź i napij się czegoś, siostro. 
Tu  przynajmniej  nie  kazano  jej  płacić.  Napojono  najlepszą  whisky,  jaką  kiedykolwiek  próbowała. 
Dobrze, że Paul nie kazał uwarunkować jej na wódę i fajki. Tego już by chyba nie przeżyła. O mamo... 
Tak strasznie chciała kokainy. Niestety... Wiedziała, że się zrzyga na sam widok. Trzeba było tkwić w 
swoim biurze i olać te dziesięć tysięcy baksów. Miała odlot na sam widok naćpanych kurew. Cała się 
trzęsła, telepało nią na wszystkie strony. Tak strasznie chciała. Troszeczkę kokainy. Troszeczkę... O tak 
mało  przecież  prosi.  W  dziąsła!  Proszę,  Jezu,  proszę!!!  Ni  cholery.  Jakaś  dziewczyna  widząc,  co  się 
dzieje  podetknęła  jej  biały  proszek,  a  Toy  momentalnie  zwymiotowała  we  własne,  złożone  dłonie. 
Pobiegła do ubikacji. 

Kiedy wróciła, już umyta, burdelmama tkwiła na posterunku przy barze. 

- Jesteś uwarunkowana? - wyglądała na ubawioną. - Mhm. 
- Kto na ciebie wywalił tyle forsy? - Mniejsza z tym. 
-  Dobra,  rozbieraj  się  do  goła,  wkładaj  buty  na  obcasach...  -  burdelmama  wyglądała  na  zachwyconą 
nowym nabytkiem. - Zobaczę, co mogę dla ciebie zrobić. 
- Nie przyszłam w sprawie pracy. - A po co. 
- Jakby tu powiedzieć? Chcę się czegoś dowiedzieć... 

 

Burdelmama uśmiechnęła się lekko. Wśród kurew hierarchia była bardziej ścisła niż w wojsku. 

Ta stara w klasycznej armii byłaby już pułkownikiem. Toy zaledwie sierżantem. Ale... Toy, po swojej 
służbie w Triadach, byłaby sierżantem elitarnych jednostek spadochronowych. Kimś, kto brał udział w 
prawdziwym boju. Starszym sierżantem sztabowym, mającym za sobą dwa lata służby na prawdziwym 
froncie,  w  ogniu  dział  przeciwnika,  pod  prysznicem  ich  karabinów  maszynowych,  wśród  oparów 
napalmu, w promieniowaniu bomb atomowych... w przeciwieństwie do pułkownika, który dotąd tylko 
grzał stołek w sztabie. 

Burdelmama wydęła wargi. 

- Pytaj, o co chcesz, dziecko - uśmiechnęła się ciepło. - My dla ciebie nawet w ogień... 
- Przysłano do Moonsunga pluton najemników. Nikt nie wie, po co, co mają robić... 
Burdelmama uśmiechnęła się naprawdę miło. 
- Którą rżnął jakiś wysoko postawiony inżynierek z bazy? - szepnęła do swoich pracownic. 
- Tally-Ho! - zaraportowała najbliższa prostytutka. 
- Idź dziecko tam, na koniec korytarza-zasalutowała młodemu sierżantowi. Dowiesz się, czego chcesz. 

 

Toy skinęła  głową. Boże! Ta piekielna organizacja działała wszędzie. Na Ziemi, na Księżycu, 

wszędzie. Jako kurwa Triad, jako straceniec, "Krawężnik" z Sex Side, miała wgląd we wszystko, w co 
tylko chciała mieć wgląd... Sierżant elitarnych jednostek spadochronowych... Komandos, który cudem 

background image

 

12

przeżył  jatkę  na  polu  bitwy.  Desperado,  przed  którym  cofały  się  nawet  diabły.  Była  "swoja"  dla 
wszystkich  kurew  we  wszechświecie.  Była  "ich".  Była  "rekomendowana"  przez  samobójcze  tatuaże. 
Jak kamikaze w japońskiej armii. Tu była kimś. Dwa lata w Sex Side, dwa lata jako niewolnica Triad. 
Dwa  lata  służby  liniowej  -  to  było  coś  więcej  niż  "pułkownik"  dekujący  się  na  tyłach!  To  było 
naprawdę coś. Prostytutki rozstępowały się przed nią z szacunkiem, kiedy szła w kierunku korytarza. 
Jakby tylko potrafiły, salutowałyby jej z całą pewnością. Liniowy sierżant! Jezu!!! Z Sex Side! Zabójca 
diabła. "Nieustraszony pogromca wampirów". Który cudem jeszcze żyje... 
- Tally-Ho - zawołała Toy. Otworzyły się najbliższe drzwi. - Chodź. 

 

Rosła  blondynka  o  niebieskich  oczach  zaprosiła  ją  do  swojego  pokoju.  Ksywa  idealnie 

pasowała do dziewczyny. Wyglądała na taką, która może ruszać tylko do ataku; zwarta, gibka, śliczna, 
energiczna, mało inteligentna. Była ucieleśnieniem faszystowskich bogów wojny. 
- Tally-Ho Vixen - przedstawiła się nazwiskiem, co wśród prostytutek stanowiło wyjątek. 
- Toy Iceberg - zrewanżowała się. - Jesteś Szwedką? 
-  Żydówką-  powiedziała  blond  piękność  z  niebieskimi  oczami.  Żywe  wcielenie  faszystowskich 
Bogów... zaiste! 
- Mam mały problem... 
- Nie przespałabyś się ze mną, malutki "Krawężniczku"? – spytała Vixen. Była naprawdę śliczna.  
- Przecież musiałaś spać z koleżankami w Sex Side... 
- W pewnym sensie. Po służbie skuwano nam ręce z tyłu, zakładano kneble i narkotyzowano do oporu. 
Musiałyśmy spać na brzuchach w dzień, bo wiesz... Żeby widać było łapska, czy niczego nie knują -
uśmiechnęła  się  smutno.  -  Spałam  z  koleżankami  w  jednym  łóżku,  ale...  nawalona  jak  szlag.  Do 
niczego nie doszło, kotek. 

 

Jezu... Sława liniowego sierżanta! To po prostu było coś! Baba, która przeżyła dwa lata w Sex 

Side... Tally-Ho tylko przygryzła wargi w niemym podziwie. 
- Co chcesz wiedzieć, kocurku? Wszystko ci wyśpiewam. -Przysłano tu pluton najemników. Po co? Co 
mają zrobić? Kto za tym stoi? 
- Firma Moonsung. Wszyscy mają zginąć. - Tally-Ho była szczera do bólu. - Afera jak szlag. Dziesięć 
lat temu Moonsung wysłał monstrualną kapsułę do badania innych gwiazd. Przeraźliwie wielki walec z 
kosmonautami,  którzy  po  kilkudziesięciu  pokoleniach  mieli  dotrzeć  do  jakiejś  gwiazdy...  Ale  coś 
poszło  nie  tak.  Potworny  pojazd  miał  się  pojawić  za  tysiąc  lat  albo  i  więcej.  Nie  wiem...  Moonsung 
władował w to ponad połowę swojego budżetu. A tu nagle suprajz, suprajz... kapsuła nagle pojawiła się 
na czytnikach... parę miesięcy temu. A przecież nie mogła wrócić sama z siebie, bo nie miała paliwa, 
żeby zawrócić w próżni. Mogła tylko okrążyć docelową gwiazdę i bzzzzzz, nazad. Ale po tysiącu lat. 
Oni zamontowali tam jakieś sprytne urządzenie. Zanim Vega nie wpadnie w sidła ziemskich radarów, 
zgłosi się na monitorach Moonsunga. Suprajz! Sorry for dilej! To kurestwo właśnie się zgłosiło. 
- Co??? 
-  To  wraca,  kotek!  Ledwie  wyruszyło  na  tysiącletnią  misję...  To  wraca.  To  gówno  jest  tuż  obok.  I  te 
swołocze z Moonsunga nie wiedzą, co robić. Wynajęli najemników. Jakby było bardzo źle, najemnicy 
rozpieprzą  to,  co  jest  w  środku.  A  potem  do  piachu.  Ale  jakby  nie  było  tak  bardzo  źle...  Jakby  się 
okazało,  że  jakąś  nową  technologię  zyskaliśmy,  coś,  co  pozwala  na  przykład  wracać  z  tysiącletniej 
misji po dziesięciu latach, to wtedy... rozda się ordery, a firma Moonsung położy łapsko na technologii. 
Głównie  chodzi  o  to,  żeby  zobaczyć,  co  w  środku,  zanim  nie  złapią  kurestwa  ziemskie  radary.  A 
naprawdę to trzeba przejąć to nielegalne urządzenie Moonsunga, które ostrzega o szybszym powrocie i 
sprawdzić,  co  się  właściwie  stało.  Jak  będzie  OK,  rozda  się  ordery.  Jak  nie,  wszyscy  do  piachu... 
Poniała, kotek? 
- Poniała. Dzięki, lalka. 
- Weź nie pierdol. Prześpisz się ze mną, kotek, czy nie? 
- Na razie nie. Ale nie wykluczam tej perspektywy na przyszłość... 
- Co teraz robisz kotek? Naprawdę nie chciałabyś paru babskich numerów? 

- Kurde... Nigdy nie spałam z kobietą. Ale... Fajna jesteś. Vixen przymrużyła oczy. 

-  Krawężniczku...  Ty  jesteś  fajna...  Zrobiłabym  dla  ciebie  dużo  więcej  niż  ta  garść  informacji  od 

background image

 

13

baranów, którzy mnie mieli... 

Toy uśmiechnęła się. 

- Tally-Ho... jesteś naprawdę fajna! "Krawężnik"... nigdy nie spałaś z kobietą? - Nie. 

- Ja cię... Kim teraz jesteś?- Prywatnym detektywem. A chwilowo najemnikiem. - Ale ci zazdroszczę.  

- Nie wygłupiaj się. Chyba, że lubisz kocie konserwy. Żarłaś kiedyś coś takiego? 

- Nie. Ale zżarłabym nawet gówno, żeby być najemnikiem. Toy przygryzła wargi. 

- A jakby cię gwałcili... też byś chciała? 

- Ryzyko zawodowe, kotek. Dla mnie nie pierwszyzna. - Tally-Ho... Lubię cię, małpo. 

- Ja też cię lubię, "Krawężnik"... Weź mnie do swojej firmy, jak się tylko zwolni jakieś miejsce. 

- Masz jak w banku. 

- No to ekstra... Przynajmniej jakaś perspektywa. - Tam nie będziesz zarabiać paru setek dziennie... 

- Te kocie konserwy... Nie mogą być trujące. Przecież koty to jedzą. 

 

Dante  wył.  Dokładnie  tak,  jak  przewidziała  LeMoy.  Nikt  niczego  nie  wiedział,  nie  było 

żadnych  instrukcji,  dowódcę  najemników  rozsadzało.  Dostało  się  wszystkitm.  Za  wszystko.  Zdawało 
się,  że  nie  można  wymyślić  zbyt  ciężkich  kar  w  pomieszczeniami  mniejszym  od  psiej  budy,  wypeł-
nionym  w  dodatku  przez  trzydzieści  osób.  Można  było.  Dante  to  potrafił.  Toy  czekała  cierpliwie,  aż 
złość szefa wyleje się na nią. 
-  Ty  głupia  krowo!!!  --  ryknął  wreszcie  stając  przed  dziewczyną.  -  Karabin  wyczyszczony?  Zaraz 
sprawdzimy. Coś robiła od wczoraj? Dłubałaś w nosie? 
- Dowiedziałam się wszystkiego -- mruknęła. - Co??? - dał się zaskoczyć. - Co? 
- Wiem, po co tu jesteśmy. 
  Najemnicy  spojrzeli  na  nią  zszokowani.  Dante  pokazał,  że  jest  fachowcem.  Uspokoił  się 
momentalnie. Usiadł w jedynym fotelu. 
- Mów. 
- Firma Moonsung wysłała monstrualną, „pokoleniową” kapsułę do jakiejś tam gwiazdy. Miała wrócić 
po tysiącu lat. Po cichu, w tajemnicy przed rządem zamontowali tam jednak takie sprytne urządzenie. 
Maciupeńki  komputerek,  który  powie  Moonsungowi,  że  coś  jest  nie  tak  jak  być  powinno,  zanim 
jeszcze dowie się reszta świata. Kapsuła wystartowała ledwie dziesięć lat temu, ale to sprytne małe coś 
poinformowało firmę Moonsung, że już wraca! 
- Co? 
- Wraca. Choć nie mogła zawrócić sama w przestrzeni, to jednak już jest z powrotem. Po tysiąć letniej 
podróży. 
- Jezu... Jak to możliwe? - Nie znam się na fizyce. - Po co my jesteśmy? 
-  Mamy  polecieć  do  powracającej  "Vegi",  zanim  znajdzie  się  w  zasięgu  ziemskich  radarów.  Mamy 
zobaczyć, co się stało. Jak będzie bardzo źle, to rozpieprzymy wszystko, co jest w środku. A potem nas 
zlikwidują -uśmiechnęła się, czekając na  efekt swych słów,  ale na twarzy  żadnego z najemników nie 
drgnął nawet mięsień. 
- A jak będzie OK? - spytał Dante spokojnie. 
- Wtedy firma sypnie forsą, żeby nas uciszyć kulturalnie. I położy łapy na nowej technologii. 
- Dlaczego najemnicy? Dlaczego nie wojsko? 
-  Odpowiedź  jest  prosta.  Moonsung  bardzo  nie  chce,  żeby  rząd  się  dowiedział,  że  umieścili  tam  to 
małe,  prywatne,  sprytne  gówienko,  które  pozwala  im  wiedzieć  o  czymś  szybciej  niż  Stanom 
Zjednoczonym Ameryki Północnej - znowu się uśmiechnęła. - Mamy zdemontować to cudo i grzecznie 
dostarczyć  tutaj.  A  potem  zapominamy  o  sprawie  nakarmieni  pieniędzmi,  albo  też  odpoczywając 
wiecznie dwa metry pod księżycowym gruntem. Zależy, co się okaże... 
Dante zapalił papierosa. - Daj mi też - poprosiła. Dał. Najemnicy skamienieli. LeMoy warknęła. 
- Czemu nie powiedziałeś, że to twój pies??? - wskazała na Toy. 
- Właśnie - ktoś podniósł się również. - Czemu nie powiedziałeś, że to twój pies??? 

background image

 

14

-  Tośmy  się  zachowali  jak  durnie...  -  mruknął  jeden  z  jej  wczorajszych,  niedoszłych  gwałcicieli.  - 
Sorry, mała. 
- Coście jej zrobili? - zainteresował się Dante. 
- Nic. Miała granat - wyższy z niedoszłych gwałcicieli podał Toy swoje ogromne łapsko. - Jestem "Hot 
Dog" Christiansen - powiedział. - Ten drugi idiota to "Yellow" Vaskov. Jeszcze raz sorry. 
- Nie ma sprawy. 
Reszta  najemników  też  zaczęła  przedstawiać  się  kolejno.  Zdaje  się,  że  nareszcie  została 
zaakceptowana. 
Toy nachyliła się do LeMoy i spytała szeptem: - Co to jest "pies"? 
-  Zwiadowca  szczególnego  przeznaczenia.  -  Zwiadowca?  O  takim  wyglądzie  jak  mój?  LeMoy 
wzruszyła ramionami. 
-  Wy,  psy,  zawsze  wyglądacie  dziwnie  -  splunęła  od  niechcenia  na  ziemię.  -  Pamiętam  jednego  psa 
spod Rocketfield IV... Wyglądał jak mongoł. W sensie choroby, a nie narodowości. Kompletny kretyn. 
A jak nas chcieli uwalić, wyprowadził cały oddział. Psy zawsze są dziwne - powtórzyła. 

- Dobra - ziewnęła ta śliczna, łysa Murzynka, Bett "Mobutu" Harris. - Skoro nas mają ubić, to można 
się przespać... 
- Taaaaa... Kar już nie będzie – „Hot Dog” przyjacielsko uderzył Toy w głowę. - Dzięki piesek. 
 
* * * 

 
 

Kwitnęli w bazie jeszcze dwie doby. Toy powróciła do zawodu kucharza, choć po awansie na 

psa nikt tego od niej nie wymagał. Kiedy jednak obiad zrobiła druga Murzynka w oddziale, "Bokassa" 
Winter, zrozumiała dlaczego komuś wyrwano za to dwa zęby, a komu innemu ucięto palec. Bokassie 
niczego  nie  obcięto  ani  nie  wyrwano,  bo  całe  pół  dnia  siedziała  zamknięta  w  szafie,  krzycząc,  że 
wypruje  z  kałacha  do  każdego,  kto  otworzy  drzwi.  Były  pomysły,  żeby  obłożyć  szafę  materacami  i 
podpalić albo owinąć folią i wpuścić tam gaz, ale... Toy uratowała tamtej życie, mówiąc, że dobra, że 
zrobi  następny  posiłek.  Nie  podejrzewała  siebie  o  taki  samorodny  talent,  ale  to  było  korzystne. 
Wieczorem  Winter,  kiedy  już  odważyła  się  wyjść  z  szafy,  wsunęła  jej  do  plecaka  karton  fajek. 
Następnego dnia dostała od oddziału sześciopak piwa. 

 

Życie  w  bazie  mogło  być  fajne,  skoro  już  nikt  nie  chciał  z  niej  zedrzeć  spodni  w  barwy 

ochronne  z  uciętymi  nogawkami  i  przelecieć  w  ciemnym  korytarzu.  Piła  to  swoje  piwo,  ćmiła 
papierosa  i  usiłowała  nie  myśleć  o  kokainie.  Na  szczęście  najemnicy  lubili  opowiadać  o  swoich 
przeszłych przewagach. Jeśli tylko ignorowało się inwektywy zastępujące co drugie słowo, jeśli się nie 
wierzyło,  że  jedną  serią  można  załatwić  czterdziestu  ludzi  i  że  szturmowy  helikopter  jest  niczym,  w 
porównaniu z saperską łopatką, to można było z tych mętnych opowieści wyłowić jakiś cień prawdy. 

 

Na trzeci dzień przyszedł do nich "pan Bron".  Firma Moonsung mogła wymyślić coś bardziej 

oryginalnego.  Choćby  "pana  Smitha".  Zobaczyli  też  trzech  inżynierów.  Wyjaśniono  im  oględnie,  że 
mają lecieć w daleką przestrzeń, przejąć "duży obiekt". O szczegółach akcji dowiedzą się, "jeśli zajdzie 
taka konieczność". 

 

Najemnicy  śmiali  się  ukradkiem,  szturchając  Toy.  Niestety...  Znowu  musieli  nałożyć  te 

pieprzone,  ruskie  skafandry.  Załadowano  ich  do  malutkiego,  wojskowego  transportera  z  demobilu  -- 
ten rzęch musiał chyba pamiętać czasy Neila Armstronga. "Złomowisko", jak błyskawicznie ochrzcili 
to  coś  żołnierze,  podczepiono  do  układu  pędnego  supernowoczesnego  Centaura  V.  Bosko.  Cud,  że 
całość  nie  rozleciała  się  przy  starcie.  Ale  przyspieszenie  mieli  makabryczne.  Toy,  która  zachlapała 
krwią z nosa szybkę swojego hełmu, należała jedynie do osób "średnio poszkodowanych". 
W  drodze  "wyjątkowej  łaski  i  dnia  litości  dla  zwierząt",  jak  się  wyraził  Dante,  pozwolono  jej  nawet 
zdjąć skafander i skorzystać z próżniowej toalety w transporterze. Pozostali mogli jedynie zdjąć hełmy. 
To  był  czysty  koszmar.  Inżynierowie  klęli  na  czym  świat  stoi.  Ich  pojazd  z  klocków  to  właściwie 
monstrualny  zbiornik  paliwa  z  przyczepionym  mikroskopijnym  silnikiem  Centaura  i  dospawanym, 
jeszcze mniejszym "Złomowiskiem". Tym się nie dało praktycznie kierować. Dysze tego cuda warszta-
towej  improwizacji  nie  tkwiły  na  osi,  tylko  z  boku  i  trzeba  je  było  przekosić.  Ale  w  tym  położeniu 
grzały  zbiornik  z  paliwem,  który  w  każdej  chwili  mógł  się  zamienić  w  dość  dużą  kulę  ognia. 

background image

 

15

Inżynierowie  już  pod  koniec  pierwszego  dnia  po  prostu  wyli,  usiłując  manewrować.  Jedynie  ciągłe 
przyspieszanie wychodziło im dobrze. 

 

Nocy,  która  potem  nastąpiła,  właściwie  nie  można  opisać.  Nad  ranem  zaczęli  się 

przyzwyczajać. Nikt nie spał. To zresztą było niemożliwe na drucianych ławeczkach "Złomowiska", do 
których przypięli się pasami, żeby nie połamać kończyn. Potem Toy niewiele już pamiętała. Może za-
padała w krótkie drzemki, a może to były tylko omdlenia... Na pewno majaczyła, bo Yellow krzyczał, 
żeby  przestała  nazywać  go  alfonsem.  Coś  kupowała  od  LeMoy,  bo  pamiętała  jak  przez  mgłę,  że 
Hutton,  kiedy  już  przestała  wymiotować  do  plastikowego  woreczka,  powiedziała,  że  OK,  przywiezie 
towar we wskazane miejsce, jak tylko znajdą się z powrotem na Ziemi. Hot Dog chyba miał wódkę, ale 
nie  chciał  się  podzielić  i  ktoś  go  walnął  kawałkiem  ławki.  A  może  jej  się  tylko  śniło?  Sen  czy  jawa 
najemnika... to była jedna wielka czarna rozpacz. 
Potem nastąpiła chwila nieważkości. A potem... hamowanie. Naprawdę niewiele pamiętała. Nie miała 
pojęcia nawet, jak długo lecieli. Musiała coś jeść w trakcie podróży, bo stwierdziła nagle, że cały przód 
kombinezonu ma pochlapany dość miło pachnącą, spożywczą papką. 

 

Kiedy  dotarli  do  celu,  Dante  pozwolił  im  się  wyspać.  Całe  pięć  godzin  w  nieważkości. 

Lewitowali więc, zderzając się nawzajem we wnętrzu "Złomowiska". Nie tylko Toy miała koszmary. 
Co chwilę ktoś wierzgał nagle, kopał lub krzyczał, budząc pozostałych. 

 

Toy  miała  wrażenie,  że  spuchła  jej  głowa,  a  pod  oczami  wyrosły  szypułki.  Nigdy  nie  była 

zdeklarowaną  pacyfistką,  ale  też  za  żadne  skarby  nie  była  militarystką.  Teraz  jednak,  czując  totalne 
zmęczenie,  wypluta  do  granic  możliwości,  w  zepsutym,  pomazanym  jej  własną  krwią,  niskim 
skafandrze,  troszeczkę  rozumiała  morderców  z  My  Lai.  Jakby  jej  teraz,  w  tym  stanie,  kazali  iść 
pacyfikować jakąś wieś, to by poszła. Normalnie wykonałaby rozkaz, byleby tylko móc potem położyć 
się w łóżku, móc coś zjeść bez wymiotów, móc się umyć, móc opanować strach. Żeby jej tylko tak nie 
drżały ręce, żeby nie szczękały zęby, żeby z całych sił nie musiała zaciskać pośladków. Żeby móc coś 
zobaczyć, mimo piekących oczu... 

 

Kazano im włożyć hełmy i uszczelnić skafandry. Ktoś otworzył drzwi "Złomowiska". Nie było 

żadnej śluzy. Powietrze uciekło momentalnie. Przyczepiono ich do liny ciągniętej przez skuter. Czuła, 
że  na  pewno  się  zaziębi.  Była  cała  spocona,  nie  działał  regulator  temperatury,  a  skafander  znowu 
przywalił  jakieś  straszne  ciśnienie  wewnątrz.  Miała  zepsutą  osłonę  przeciwsłoneczną,  co  oszczędziło 
jej przynajmniej widoku "kompletnej pustki, gdzie jedyną znajomą rzeczą było słońce", jak ktoś ładnie 
powiedział.  Nie  widziała  też  gigantycznej,  wirującej  powoli  konstrukcji  przed  nimi.  Nie  mogła 
oddychać normalnie, jej kałach chyba przerzynał właśnie linę łączącą ją ze skuterem, trzęsła się cała ze 
strachu, zimna i niewyspania. I to ma być życie żołnierza? A gdzie zatykanie flagi na Okinawie??? 
- Kurwa! - jęknęła. 
- Nie szczekać w słuchawki! - ryknął Dante. 
- No, ale mała ma rację - dodał ktoś zmęczonym głosem. - Cisza radiowa! 
Skuter  w  coś  rąbnął.  O  Matko  Boska!  Trzydzieści  osób  na  linie  przypieprzyło  kolejno  w  metalową 
powierzchnię. Bum, bum, bum... Toy tylko cudem się nie zsikała. 
- Dokujemy - mruknął jakiś inżynier. 
Szyba! Szyba w jej hełmie! Pękła!!! Jezu, nie... To tylko ta jej pieprzona osłona przeciwsłoneczna. Ale 
przez  szparę  przynajmniej  coś  widziała.  Nie  mogła  opanować  szybkiego  oddechu.  Nie  była  jedyna. 
Degradator w słuchawkach nie był nastawiony na oddechy i słyszała cały oddział. Bardzo pocieszające. 
A  szczególnie,  jak  jakiś  dowcipniś  ryknął  nagle  na  cały  głos:  "Uuuuuuuuuuuuuuu!!!"  O  mało  nie 
zsikała się ze strachu po raz drugi. Dante sklął idiotę. Nie tylko on... Ktoś chichotał, bo dowcip wydał 
mu się całkiem, całkiem, ktoś beknął głośno. 
- Cisza radiowa. 
Tylko  ten,  co  chichotał  nie  mógł  się  uspokoić.  Toy  o  mało  co  nie  dołączyła  do  niego,  bo  nagle, 
zupełnie  irracjonalne  wydało  jej  się  strasznie  śmieszne,  że  ktoś  ryknął:  "Uuuu!!!"  w  chwilę  potem; 
kiedy wszyscy przyładowali hełmami w stalową płytę w kompletnej próżni. 
- Stul pysk! - warknął Dante 
Tamten  przestał.  W  tym  momencie  Toy  ryknęła  histerycznym  śmiechem.  Pociągnęła  za  sobą  jeszcze 
dwie osoby. 

background image

 

16

- Zaraz będzie wam mniej wesoło... 
Lina szarpnęła nagle i zaczęła ich gdzieś ciągnąć. 
- O mamo - jęknęła jedna z dziewczyn. - Ta pieprzona ruska toaleta w skafandrze... 
- Co? 
- Właśnie pozbawiła mnie dziewictwa! Ludzie zaczęli wyć ze śmiechu. 
- Stulić pyski, bo powyłączam radia! - Zesrałem się - wyznał ktoś nagle.-- To się ciesz! - warknęła Toy, 
usiłując nie szczękać za głośno zębami. - Ja nie mogę! 
- Ja też bym chciał. Ale nic nie jadłem przez całą podróż... 
- Koniec łączności - Dante wyłączył im radia. Szkoda... Jeszcze tyle wrażeń z doznań fizjologicznych 
było przed nimi. 
Toy miała ściskoszczęk. Nie mogła otworzyć ust. Jeszcze i to? Walnęła w coś butlami ze sprężonym 
powietrzem. To też? Zawirowała nagle na linie i jeszcze raz przypieprzyła hełmem w coś metalowego. 
Słuchawki  zawyły  nagle  w  jakimś  sprzężeniu.  Ale  gwizd!  Straciła  słuch?  Nie,  nie...  przestały...  Coś 
ćwierkało w komputerze, ale nie mogła zrozumieć cyrylicy na ekranie. Powiększająca się szczelina w 
osłonie przeciwsłonecznej... A pierdolić! To przecież tylko osłona. Co tak mruga na ikonie oznaczają-
cej  butle  z  tlenem?  Pulsujące,  czerwone  światło  na  monitorze  na  pewno  oznaczało,  że  wszystko  jest 
OK. Jezuuuuuu!!!! Ja chcę do domu!!! Mamo, ratuj... 

Nie,  nie...  Spokojnie.  Wszystko  w  porządku.  Zdezelowany  ruski  skafander  działał  przecież  równie 

sprawnie jak... jak... Jak elektrownia w Czernobylu! Zaraz. No przecież to się nie może rozpaść od byle 
uderzenia. Mamo! Boże! No zresztą, niech którekolwiek z was wyciągnie mnie z tego gówna. 

Ktoś chwycił ją w ramiona. Mama? Czy Bóg? Sekundę, sekundę... Mama nie żyje, a Boga nie ma. 

Teraz  łatwiej  uwierzyć,  bo  ktoś  już  ją  trzymał.  Wciągnęli  ją  do  jakiegoś  ciemnego  pomieszczenia. 
Przez szczelinę w osłonie widziała światła latarek i szron osiadający na szybie hełmu. Dante włączył 
radia. 
- Ja cię... 
- Czy to się da zamknąć? 
- Żeby wszystkich oficerów przesrało przez oczy!!! - Jakie masz ciśnienie na zewnętrznej? 
- W moim skafandrze jest pełno wody. - Powiedz "Bul bul bul"... 
- Cisza radiowa, pajace! 
- Mamo... - to była Toy. Na szczęście szeptem, więc może nie rozpoznali. 
Inżynierom udało się jakoś zamknąć tysiącletnią klapę. Ktoś zapalił racę i znowu wszyscy zaczęli kląć 
porażeni nadmiarem światła. Na szczęście Toy miała zepsutą osłonę na hełmie i nie oślepła. 
- Dobra - rozległ się głos Dantego. - Ściągać garnki z głów. - Ja cię... jesteś pewny, że to tlen? 
- Zaraz się przekonasz. 
Toy rozszczelniła skafander i zdjęła hełm bez dalszych wezwań. Było jej już wszystko jedno. Słyszała 
syk  wyrównywaczy  wokół.  Mroźne  powietrze  momentalnie  skleiło  jej  powieki.  Usiłowała  rozetrzeć 
oczy rękami i połamała sobie rzęsy. Włożyła okulary, które szybko przymarzły jej do uszu. Szlag! I w 
dodatku  zaparowały.  Zaczęła  drżeć  jeszcze  mocniej.  Raca  przygasła.  Znowu  widziała  niewyraźne 
światła latarek. 
- Rozbierać się, małpy! Zaczęli ściągać skafandry. - O Jezu, jak zimno! 
- Ma któryś wódę? 
Dante o mało nie eksplodował. 
- Hot Dog, Slade, Caddilac, na szpicę! Mobutu, Greenic, Maiden osłona. Bokassa, Chrustschov, Winni 
Winni osłaniać nam tyłki! Do przodu, śmiecie zasrane! No co jest, gnoje? Clash! Oouroo! Chciałbym 
mieć  erkaemy  trochę  bardziej  wysunięte.  Jeśli,  oczywiście  nie  są  za  ciężkie.  Jeśli  łaska...  Jeśli  mogę 
was uprzejmie prosić o ruszenie dupska! 
Oddział ruszył momentalnie dość wąskim, ciemnym korytarzem. - Coffee? Piłeś? 
Rosły najemnik zaprzeczył ruchem głowy. 
- Maybe Not? Co z twoją latarką, pindo? Nie sprawdziłaś przed wyjściem? Nie chciało się zerknąć na 
własny  sprzęt?  -  Dante  nagle  ryknął  głośniej.  -  Winni  Winni!  Jeszcze  raz  mi  się  potkniesz,  to  w  ryj. 

background image

 

17

Czyżbyś nie spał dobrze ostatnio? 
Winni Winni powiedział bez głosu, samymi wargami: "Pierdol się!" LeMoy ryknęła śmiechem. 
Oddział zatrzymał się przed wąskim tunelem prowadzącym do góry. Hot Dog przybiegł z meldunkiem. 
- Caddilac melduje, że tam u góry jest siatka, folia i jakieś gówno! - Kał? - spytał jeden z inżynierów. -
Ktoś tam defekował? 
-  Nie  sądzę  -  mruknął  Dante.  -  Oni  tak  mówią  na  wszystko,  czego  nie  są  w  stanie  określić  innymi 
słowami. 
Po chwili przybiegł Slade. 
-  Caddilac  mówi,  żeby  przysłać  psa!  Wygrzebał  dziurę,  ale  za  wąska.  -  No,  co  tak  stoisz?  -  ryknął 
Dante  na  Toy.  -  Zapierdalaj  żołnierzu!  Skołowana  dziewczyna  pobiegła  od  razu.  Z  trudem  minęła 
Clasha, który ledwie mógł zrobić jej przejście. Drągala po prostu zablokowało ze sprzętem w ciasnocie. 
Dalej  było  trochę  luźniej.  Wbiegła  na  górę  po  wąskich  schodkach  i  zobaczyła  Caddilaca,  całego 
obsypanego ziemią. 
- Tędy spływała woda - wskazał na pordzewiałą wyrwę w suficie. -- Podsadzę cię. 
Zabrał jej chińskiego kałasznikowa i okulary. - Hej! Bez tego jestem prawie ślepa! 
-  Jak  każdy  zwykły  kret  -  mruknął  obojętnie.  -  Widać  do  czołgania  się  w  ziemi  to  zupełnie 
niepotrzebne... 
Owinął  okulary  w  chustkę  i  włożył  do  wewnętrznej  kieszeni  jej  kurtki.  Do  lewego  przedramienia 
przykleił  jej  taśmą  mały  pistolet  z  prezerwatywą  naciągniętą  na  lufę,  a  do  prawej  dłoni  wetknął 
saperską łopatkę. 
-  Teraz  słuchaj.  Szlag  wie,  co  tam  można  napotkać.  Przeciskając  się  pod  ziemią  będziesz  prawie 
bezbronna. Ale pokażę ci taki fajny sposób, który poznałem podczas wojny w bunkrach. 
Wyjął z kieszeni granat, odbezpieczył i włożył jej do ust. O mało nie zemdlała. 
-  Trzymaj  mocno  łyżkę!  -  ostrzegł  -  Słuchaj,  nie  wiadomo,  co  tam  spotkasz  pod  ziemią.  A  tak, 
wystarczy, że wyplujesz! - uśmiechnął się radośnie. 
Jej oczy wyrażały nieme pytanie. 
- No tak... - przyznał - Ty też wtedy zginiesz. No, ale lepiej chyba zginąć od razu, niż żeby na  przykład 
coś cię tam powoli zjadało żywcem. Nie? 

Drżącą ręką roztarła pot na czole. Gestami spytała, co ma zrobić z granatem, jak już będzie na górze. 

Wyjaśnił, że ma po prostu wypluć i odrzucić daleko. "A jak tam będą jacyś ludzie?" - Jezu, jak ciężko 
rozmawia się samymi gestami. Caddilac jednak zrozumiał. 
- Będą mieć pecha - uśmiechnął się lekko. 

Obwiązał ją w pasie liną, chwycił leciutko i wepchnął do dziury w suficie. Dłuższą chwilę nie mogła 

złapać punktu oparcia. Potem wbiła łopatkę. Najemnik na dole popchnął ją jeszcze trochę. Dalej jego 
ręce  nie  sięgały.  Musiała  się  czołgać  wąziutką  szczeliną  wyżłobioną  przez  wodę.  Ataki  klaustrofobii 
następowały  jeden  za  drugim.  Miała  wrażenie,  że  się  dusi.  Jednak...  Jednak  pomysł  z  granatem  był 
świetny.  Nie,  żeby  mogła  się  obronić  przed  czymkolwiek,  ale  to  odbezpieczone  coś  w  ustach  zde-
cydowanie dodawało jej motywacji do dalszej drogi. Parła do przodu po omacku, jak prawdziwy kret 
właściwie, z zamkniętymi oczami, usiłując rozkopać co węższe miejsca albo przecisnąć się przy użyciu 
siły  woli.  Na  szczęście  warstwa  ziemi  i  skał  nie  była  gruba.  Najpierw  poczuła  przypływ  ciepłego 
powietrza,  a  potem  udało  jej  się  przebić  głową  warstwę  zaschłego  błota.  Zamknęła  oczy,  wypluła 
granat na dłoń i odrzuciła, chowając się na powrót w dziurze. Sekundę po eksplozji, wypluwając nad-
miar  śliny,  wyczołgała  się  na  zewnątrz,  odkleiła  pistolet  z  przedramienia,  zębami  zerwała 
prezerwatywę z lufy i zarepetowała. Potem włożyła okulary. 

Znajdowała  się  na  dnie  jakiegoś  wyschniętego  bajora.  Wokół  mgła,  trawa,  jakieś  krzaki  i  drzewa. 

Zerknęła do góry. O mamo... Czy rzeka może płynąć nad głową??? 
-W porządku Toy? - usłyszała w słuchawkach. Podgięła mikrofon do ust. 
- OK. 
- Pytam, czy teren czysty! 
Spojrzała  na  swój  ubłocony  mundur.  Pewnie  im  chodziło,  czy  są  tu  wokół  jacyś  ludzie.  Z  tego,  co 
widziała, nie było. 

background image

 

18

- Czysty - zameldowała. -- To ciągnij linę. 
Rozwiązała  grube  sploty  z  pasa  i  zaczęła  ciągnąć.  Co  chwilę  się  blokowało.  Tamci  z  dołu  musieli 
"kontr ciągnąć", potem znowu ona. Trwało jakiś kwadrans, zanim zobaczyła swój automat w foliowym 
worku. 
- Już? - usłyszała w słuchawkach. - Już. 
- Dobra, weź broń i spadaj na 5to kroków. Do liny przywiązaliśmy ładunki wybuchowe. 
Błyskawicznie rozerwała worek, wyszarpnęła swój automat i runęła biegiem do ucieczki. Świnie. Nie 
wiadomo,  o  jaką  szybkość  ją  podejrzewali,  ale  nie  zdążyła  przebiec  nawet  połowy  dystansu,  kiedy 
eksplozja  za  jej  plecami  wyrzuciła  w  górę  zwały  ziemi.  Zaczęła  kląć,  a  potem  wróciła  do  krateru  na 
środku bajora. Caddilac wspinał się właśnie po metalowej rurze. 
- No - ryknął na jej widok. -- Teren zabezpieczaj, sikso! 

- Te wszystkie psy... - westchnęła Mobutu, tuż za nim. - Są jakieś dziwne, nie? 
-  No!  -  warknął  Oouroo,  nie  mogąc  poradzić  sobie  z  erkaemem  na  śliskiej  rurze.  -  Maybe  Not? 
Pamiętasz tego psa spod... - nagle Oouroo osunął się na rurze, zwalając Maybe Not, która wspinała się 
za nim. 
- Daj se spokój ze wspominkami! -- kobieta klęła, masując plecy. - Ale on walił owce! 
- A ja mam okres i ktoś mi każe wspinać się z toną sprzętu na plecach... Oouroo, wpierniczę ci bagnet 
w dupę, co? 
-  Spadaj,  Maybe  Not!!!  -  erkaemista  zaczął  jednak  wspinać  się  szybciej.  -  A  pamiętasz,  jak  facet 
załatwił tego szefa brygady... 

Przerwał nagle, bo był już na powierzchni Toy przystawiła mu do skroni lufę Colta Springfielda. 

- Nigdy w życiu nie waliłam owiec - wysyczała. 
- Pewnie, że nie - wzruszył ramionami. - Przecież jesteś dziewczyną. - Pociągnij spust! Pociągnij spust, 
piesek!!! - krzyknęła Maybe Not, gramoląc się na górę. - Zapłacę za gnojka do wspólnej kasy... 
-  Nie  szczekać  -  następny  był  Dante.  Rozejrzał  się  wokół.  -  Nagana,  żołnierzu  -  warknął  na  Toy.  - 
Nagana, żołnierzu - uśmiechnął się do Caddilaca. - Nagana... - opieprzył Mobutu. - Oouroo, chciałbym 
tu  widzieć  jakieś  zabezpieczenie.  Maybe  Not,  może  byś  się  tak  zajęła  zwiadem,  oczywiście  jeśli  nie 
masz  akurat  w  planach  wymiany  podpasek.  Hot  Dog,  ty  "pratiwpołożno"  -popisał  się  znajomością 
rosyjskiego. 

Żołnierze rozbiegli się do swoich zadań. Nakładali w biegu chińskie noktowizory. Nie żeby tu było 

przesadnie  ciemno,  ale  noktowizor  można  było  przestawić  na  podczerwień,  a  to  pozwalało  szybko 
wykryć wszystko, co żyje. 

-Pięć obiektów na godzinie szóstej! Jeden obiekt na godzinie czwartej, druga ćwiartka na górze, dużo 

obiektów  na  dwunastej,  lewo  góra,  poruszają  się...  -  posypały  się  meldunki.  Strasznie  ciężko  było 
określić kierunek we wnętrzu gigantycznego walca. 

"Pana Browna" i trzech inżynierów wyciągnięto na linie. - Gdzie teraz? - zapytał Dante. 

Jeden z inżynierów usiłował wyzerować żyroskopowy system naprowadzania. Potem niezbyt pewnie 

wskazał kierunek. 

- Dawać mi tu psa!!! - zawyła nagle Maybe Not do mikrofonu. - Dawać tu psa, szybko!!! 

Toy  runęła  biegiem,  nie  czekając  na  rozkaz  dowódcy.  Nie  wiedziała,  co  oznacza  jej  jedna 
dotychczasowa nagana, ale... chyba nie wysoką premię. - Niżej łeb! ! ! - opieprzono ją w słuchawkach. 

Schyliła  się,  a  potem  zaczęła  pełznąć  przez  spore  pole  dojrzałej  pszenicy.  Dotarła  do  Maybe  Not  i 

Mobutu leżących przed przydrożnym rowem. Nie wystawiały głów z pszenicy, dla noktowizorów nie 
była to przeszkoda. 
- Kurde - Mobutu zaczęła montować na twarzy Toy jakieś urządzenie. = Dante jest genialny... 
- Jaja se robisz? - warknęła Maybe Not. 
-  Tylko  on  mógł  skądś  wytrzasnąć  tego  piekielnie  dobrze  wyszkolonego  maluszka  -  palnęła 
przyjacielsko  Toy  w  głowę.  Murzynka  miała  ze  dwa  metry  wzrostu.  Głowa  Toy  odskoczyła  jak 
walnięta kafarem. 
- Aaaa... tak. Psy to on umie wyszukać - lekki kuksaniec w wątrobę. Jezu... Maybe Not miała jakiś metr 
dziewięćdziesiąt  i  mięśnie  jak  mężczyzna.  Wątroba  zaczęła  rwać  momentalnie.  Skąd  Dante  bierze  te 

background image

 

19

wielkie babska??? 
-  OK.  Ktoś  idzie  drogą...  --  Mobutu  skończyła  okręcać  jej  taśmę  wokół  głowy.  Przykleiła  wizjer 
urządzenia  do  jej  okularów.  -  Jesteś  mała,  więc  pójdziesz  pierwsza,  żeby  go  nie  wystraszyć.  Tu  w 
wizjerze będziesz miała wszystkie wykresy. Zobaczysz, czy kłamie, czy się boi i w ogóle, co z nim... 
- No. Zapierdalaj pies.Obie popchnęły ją naraz. O mało nie przeleciała nad rowem. - Spoko, słaniamy  
cię. Wyszła na drogę. 
- Tu Clash - rozległo się w słuchawkach. - Jestem po drugiej stronie, piesku - szepnął uspokajająco. - 
Powiedz tylko słowo, a on rozpylony będzie na pojedyncze atomy... - zażartował. 

Dopiero  teraz  zauważyła  człowieka,  o  którym  mówili  tamci.  Niezbyt  wysoki  mężczyzna,  ubrany  w 

coś,  co  wydało  jej  się  długim  płaszczem,  szedł  w  jej  kierunku.  Na  ramieniu  miał  wielki  drąg  z 
przyczepionym  nakońcu  kawałkiem  metalu  o  kształcie  księżyca  w  ostatniej  kwadrze.  Gdzieś  już 
widziała coś takiego... Na jakimś filmie. Nie mogła sobie przypomnieć. 

Mężczyzna też ją zauważył. Co najmniej trzy wykresy podskoczyły na maksimum w wizjerze. Strach 

100%.  Adrenalina  100%.  Mocznik  100%.  Jeeeezzzuuuu...  Facet  najwyraźniej  był  przestraszony  do 
granic  możliwości.  Uśmiechnęła  się,  ale  niczego  nie  widział  zza  jej  mikrofonu  i  tego  piekielnego, 
europejskiego urządzenia, które miała przyklejone na twarzy. 

Zarepetowała kałasznikowa. Drgnął. Puściła broń na pasek i pokazała mu puste dłonie. 

- Spokojnie, Maluszek - szeptał uspokajająco Clash w słuchawkach. - Jak tylko kichnie, to go rozpylę... 
Spokojnie, piesku! 

Mężczyzna  na  drodze  miał  jakieś  czterdzieści  -  czterdzieści  pięć  lat.  Widać  było,  że  jest  silny, 

wytrenowany,  niezbyt  inteligentny.  Nagle  drgnęła,  bo  przypomniała  sobie,  co  to  jest...  ten  drąg  z 
metalowym ostrzem. To kosa! 
- Strzelać piesku: - szepnął Clash. - Nie. 

Zrobiła  kilka  kroków,  ciągle  pokazując  tamtemu  puste  dłonie.  Wykresy  w  wizjerze  skakały, 

pokazując coraz to nowe wartości. Facet był naprawdę śmiertelnie przerażony. 
- Powiedz coś, piesek - szepnęła Mobutu. - Kim jesteś? 

Mężczyzna zrobił ruch, jakby chciał się rzucić do ucieczki. 

- Clash! Nie strzelaj ! - krzyknęła Toy. - Mobutu, Maybe Not, spokojnie... 

Mężczyzna na drodze powiedział coś w śpiewnym języku. - Nie rozumiem. Znasz angielski? 

Powiedział  coś.  Nagle  rozpoznała...  To  był  angielski.  Dziwny,  śpiewny,  z  akcentem,  przy  którym 
trudno było wychwycić znaczenie słów. On spytał "Kim jesteś?". Tak jak ona. Ale się nie rozumieli. 
- Jestem Toy - powiedziała wyraźnie i powoli. To było idiotyczne, ale na nic innego nie wpadła. 
- "Zabawka"? - spytał. Równie powoli i wyraźnie. Wychwyciła sens. - Nie. To tylko ksywa - wykresy 
europejskiego urządzenia pokazały jej, że on nic nie rozumie. - Takie imię. 
- Cześć, Toy - powiedział. - Cześć. 

Zrobiła krok do przodu. 

- Możesz zrobić jeszcze trzy - szepnął Clash w słuchawkach. - Potem wejdziesz mi na linię ognia. 
- Ty chłop? - spytał mężczyzna. - Nie. Baba. 

Facet na drodze roześmiał się nagle. Toy słyszała w słuchawkach ciche westchnienie. Któraś, Mobutu 

albo Maybe Not, o mało nie odpaliła całej serii. 
- Pytalem, czy... - usiłował mówić powoli i wyraźnie. - Pytałem, czy ty z chłopskiej rodziny... 
- Aaaaa... - domyśliła się. Jezu. Chłopi i szlachcice w wielkim walcu wirującym powoli w kosmosie? 
Wieśniacy  z  kosami  we  wnętrzu  monstrualnego  pojazdu  napakowanego  najnowszą  elektroniką,  jaką 
tylko zna cywilizacja na Ziemi... - Nie. Nie wiem... Jestem żołnierzem. 

Mężczyzna ukląkł nagle na drodze. - Spokojnie Clash!!! - warknęła. 

- Pani... Co rozkażesz? 
- Mmmm... Nie przestrasz się -- powiedziała powoli. - Teraz z krzaków wyjdą moi koledzy i koleżanki. 
Nie ruszaj się lepiej... Oni są trochę zdenerwowani. 

Wykresy  powiedziały  jej,  że  tamten  niewiele  zrozumiał.  Pierwsi  wypadli  z  krzaków  inżynierowie, 

potem "pan Brown" i, powoli, reszta oddziału. Teren nie był jeszcze rozpoznany ani zabezpieczony. 

background image

 

20

- Co to jest? - szepnął "pan Brown". 
- Chyba "kto" - sprostował jeden z inżynierów. 
- Co tu się stało? - perorował "pan Brown". - Nie mam pojęcia, jak mogło dojść do czegoś takiego. 
Wykresy w europejskim urządzeniu, które Toy miała ciągle przyklejone do twarzy, powiedziały jej, że 
"pan Brown" kłamał jak najęty. Ale fajna zabawka!!!  Ale jaja!!! 

Dante pieklił się nad żołnierzami. Potem też podszedł do klęczącego 

chłopa. - Niczego się chyba nie dowiemy - mruknął. - Nie mam żadnego pomysłu, jak zacząć... 

Europejskie wykresy powiedziały: Kłamstwo 100%! Dante łgał. Ale jaja !!! Ale fajna maszynka! ! ! 

- Co tu się mogło stać? - "pan Brown" potrząsał głową. - jestem jak dziecko we mgle... 

Kłamstwo 100%. Adrenalina 20%. Mocznik 34%. - Nie wiem - powiedział Dante. 

Kłamstwo 73%. Adrenalina 2%. Mocznik 10%. 

- Spróbujmy dotrzeć do komputera - powiedział jeden z inżynierów. - Wiem, gdzie jest. 

Prawda 30%. Adrenalina 72%. Mocznik 19%. 

- Nie mam pojęcia, jak tu się wykształciło "chłopstwo"... 

"Pan Brown" - Kłamstwo 100%. Adrenalina 83%. Mocznik 67%. - Ja też nie mam... 

Dante - Kłamstwo 100%. Adrenalina 3%. Mocznik 18%. - Idźmy do komputera. 
Znowu Dante - Równowaga: zero-zero. Przekaz neutralny. Adrenalina 3%. Mocznik 17%. 
- No to ruszmy ludzi. 
Dante - Równowaga: zero-zero. Przekaz neutralny. Adrenalina 3%. Mocznik 17%. 

- Może przepytajmy tego chłopa - powiedział jeden z inżynierów. - Może on coś wie, czego ja nie 

wiem... 
Inżynier - Kłamstwo 13%. Zdenerwowany 54%. Adrenalina 81%. Mocznik 50%. 
- On nic nie wie. 
Dante - Kłamstwo 100%. Zdenerwowany 1 %. Adrenalina 3%. Mocznik 16%. 
- On nic nie wie... 

"Pan Brown" - Kłamstwo 100%. Zdenerwowany 67%. Adrenalina 93%. Mocznik 68%. 

Jakie jajca... Ale fajna, europejska maszynka! Aaaaaaaaaaaaa!!! Rock'n'roll. 

- Dante - powiedziała Toy. - Dlaczego mnie zaangażowałeś? - Bo jesteś dobra w branży... 

Dante - Kłamstwo 100%. Zdenerwowany 2%. Wykres nagle rośnie... Adrenalina 39%.  
Mocznik 17%. 
Zorientował  się.  Zerknął  na  LeMoy,  a  ta  zdjęła  urządzenie  z  twarzy  Toy  i  schowała  do  plecaka. 
Oddział  niczego  nie  dostrzegł.  Jezuuuuuuuu...  ale  cudeńko  europejskiej  techniki  Ludzie  potrafią 
wymyślić aż taki odlot! Maszyna sądu ostatecznego. Mała, poręczna, skuteczna, przyklejona do twarzy. 
Europejska,  naukowa  mafia,  która  to  wyprodukowała,  dowiodła,  że  teraz  ludzie  jak  bogowie...  To 
lepsze niż kokaina! 
- Z czego się śmiejesz, Toy? Zerknęła na Maybe Not. 
- Wszyscy tu łżą-usiłowała stanąć na palcach i szepnąć jej coś do ucha - jak psy! 
Maybe Not zrozumiała nagle. Spoważniała. 
- Trzymaj się mnie, Maluszek -- szepnęła. -- l spokojnie, piesku. Żeby się nie zorientowali, że wiesz. 
Podeszła do Mobutu i coś jej powiedziała do ucha. Murzynka zerknęła na Toy. Ukradkiem pokazała jej 
kciuk uniesiony do góry. 
Oddział ruszył wzdłuż drogi. Mobutu zatrzymała Bokassę, a ta Clasha i Oouroo. Znaleźli się w środku, 
tuż przy Toy. 
- Piesek coś wywąchał! - Co? - warknął Oouroo. - Wszyscy łżą. 
- Nie pierwszyzna - mruknął Clash. 
- Ale w tej sytuacji? - szepnęła Bokassa. - Zapierdolą nas na amen. - Dante też? 
- Dante też? - Bokassa powtórzyła Toy. - Mhm. 
- Jezu... Ja cię... No pięknie - żołnierze przyjmowali to różnie. 
- Dobra - pierwszy otrząsnął się Clash. - Pinokio niech wali do szefa i trzyma się blisko. A ty - zwrócił 

background image

 

21

się do Maybe Not -- Przekaż wszystkim, że nasz pies wywąchał gówno. Pełna gotowość! 

- Nie - powiedziała Toy. - Jest tu ktoś, kto nas załatwi, jeśli pokażemy, że wiemy. - Kto??? 
- Na mur... LeMoy. Nie wiem, kto jeszcze. - Pies! Jesteś świetna! - szepnął Oouroo. - Jest najlepsza - 
mruknęła Mobutu. 
- Jest, zdaje się, naszą ostatnią szansą... - wtrąciła Bokassa. 

-  Dobra  Maybe  Not...  -  powiedział  Clash.  -  Hot  Doga  jestem  pewien.  Służyłem  z  tym  ciulem  w 

bunkrach.  Za  głupi,  żeby  go  ktoś  wynajął  na  nas..  Caddilac  też  pewny.  Powiedz  tylko  im  i  morda  w 
kubeł! 
- Dobra... Toy, do szefa, psie - szepnęła Maybe Not. - Musisz węszyć dalej. 

Pobiegła do przodu. Zdaje się, że część oddziału pokładała w niej przesadne nadzieje. Jezu... Przecież 

nie  sprosta.  Przypadkiem  dowiedziała  się  na  księżycowej  stacji  jakichś  tajności  wyciągniętych  od 
kurew  i  teraz  najemnicy  uważają  ją  za  super  fachowca.  Jezu...  Zaraz.  Przypadkiem?  Naprawdę 
przypadkiem wyciągnęła takie tajemnice od przygodnej prostytutki? Tally-Ho była pewna. W pewnych 
kwestiach przeczucie ją nie myliło. Jeśli już kogoś polubiła, tak jak tą śliczną Żydówkę to, nawet bez 
europejskiej  maszyny  dnia  sądu  ostatecznego,  dałaby  sobie  uciąć  wszystkie  palce,  że  tamta  nie 
kłamała. Więc, co? Kto kogo rolował w tej akcji? I o co chodzi? Kto przygodnej dupie zdradza aż takie 
sekrety??? Inżynier z problemami wzwodu? Pogada sobie i wywrze przynajmniej wrażenie jak już do 
niczego  nie  dojdzie?  Możliwe.  Ale  czy...  Zaraz.  Jeśli  tamten  był  aż  tak  wysoko  postawiony,  że  znał 
prawdę,  to  czy  naprawdę  paplałby  wszystko  śliczniuteńkiej  Tally-Ho?  Aha.  Więc  o  to  chodzi, 
panowie... Już wiedziała. Przynajmniej jeden mały drobiazg. 
Tally-Ho Vixen była kluczem do wszystkiego. Jeżeli ktoś miał urządzenie, które pozwalało stwierdzić 
czy kto inny kłamał, to przecież, szlag, mogli stwierdzić też bez trudu, kogo Toy polubi odruchowo w 
burdelu.  O  taaaaaaak.  Siksa  z  Triad  miała  do  spełnienia  inne  zadanie  niż  to,  o  którym  wiedziała 
oficjalnie. No dobra, chłopaki... Tylko się teraz nie dziwcie! Tally-Ho Vixen. Po pierwsze, Toy miała 
ją polubić, po drugie uwierzyć, po trzecie, wypaplać. Jawohl, herr general. Wypełniła już wszystko, do 
czego  ją  wynajęto.  A  teraz  czekała  ją  już  tylko  cicha  mogiła  dwa  metry  pod  księżycowym  gruntem. 
Pewnie  wybiorą  ładne  miejsce  nawet.  Gdzieś,  gdzie  jest  prawdziwy  spokój.  Gdzieś,  gdzie  nikt  nie 
przychodzi częściej niż raz na tysiąc lat... Niedoczekanie, sukinsyny: Nie po to przeżyła dwa lata w Sex 
Side, żeby teraz dać się  jakiemuś Moonsungowi. O mamo, jak strasznie chciała kokainy! Troszeczkę 
kokainy  bez  wymiotów,  błagaaaaaaaaaam!  !  !  Zaczęła  się  trząść.  Telepało  nią  tak,  że  nie  mogła  iść 
dalej.  Moonsung  jednak  wygra.  Była  śmieciem.  Była  nic  nie  wartym  gównem.  Nie  mogła  myśleć  o 
niczym  innym  niż  o  białym  proszku.  Mamusiu,  troszeczkę  w  dziąsła  albo  w  pochwę,  albo  w  tyłek 
choćby nawet w oko, wszystko jedno... troszeczkę! Dajcie mi choć troszeczkę!!! 
Dante podniósł ją za kołnierz. , - Co cię tak telepie, Pinokio? 
Rozdygotana nie była w stanie nawet odpowiedzieć. - Chcesz proszku, mała? - szepnął. 
- Tak! ! ! N... n... nie... nie mogę... - zaczęła płakać. - Jestem uwarunkowana... 
- Przestań się mazgaić! - usiłował ją ukryć przed oczami najbliższych żołnierzy. Zapalił papierosa i dał 
jej,  ale  miała  tak  roztrzęsione  ręce,  że  upuściła  na  trawę.  Podniósł  i  wetknął  jej  do  ust.  Pozwolił 
dziewczynie  usiąść  z  boku  i  objąć  rękami  kolana.  -  Całość  stać  -  zakomenderował.  Piesek  nam  się 
trochę rozkleił... 
Wyszarpnął manierkę i dał jej łyk wódki. 
- B... b... b... bo... jak mnie najjjjjjdzie ttttto... - Stul pysk i nie szczękaj zębami. 

Dał jej jeszcze łyk. Nie mogła go rozgryźć. Ale nie zaprzątała sobie głowy, w której było teraz tylko 

wyobrażenie białego proszku. 
- Dać ci tego syfu? - spytał. 
-  N...  nnnnn...  nie...  za...  za...  za...  zabijesz  m...  m...  m...  mnie  -  jąkała  się  potwornie.  Tak  strasznie 
chciała. Tak strasznie chciała. Wbrew swym słowom tak strasznie chciała tego białego syfu! ! ! 
- Długo to będzie trwało? - spytał znowu. 
- Ppppp.. ppp... pół... godziny... ja... ja... ja... jakieś... 
- Jeeeeezu. Postój - zakomenderował zniecierpliwiony. 
Ktoś litościwy nakrył Toy kocem. Żeby nie wszyscy przynajmniej widzieli jak strasznie się pociła, jak 

background image

 

22

nią szarpało. Dante klął. "Pan Brown" 

i inżynierowie przyglądali się ze zdziwieniem całej scenie. 
-  Czy  z  każdym  żołnierzem  pan  się  tak  cacka?  -  spytał  "pan  Brown".  -  Nie  widzisz  co  jej  jest?  - 
wrzasnął  Dante.  Wściekły  kopnął  Toy  tak,  że  aż  się  przetoczyła  na  trawie  zrzucając  koc. 
Zwymiotowała  na  samą  myśl  o  białym  proszku.  Ktoś,  może  Yellow,  przykrył  ją  ponownie.  Miała 
jakieś  czterdzieści  stopni  gorączki.  Drżała  i  pociła  się  bez  przerwy.  Kokaina!!!  Błagam!  Trochę 
kokainy... Prosiła o śmierć. Moonsung nie musiał nic robić. Była śmieciem. Była skończona. Żołnierze 
wokół odwracali głowy. Niby każdy miał jakieś doświadczenia z narkotykami. Marycha - każdy. Spid - 
każdy. LSD - co drugi. Kokaina - co drugi. Heroina - co dziesiąty. Ale... doprowadzić się aż do takiego 
stanu??? Jezu przecież... Nikt z nich nie brał końskich dawek dzień w dzień przez dwa lata... Nikt jej 
nie  rozumiał.  Nikt  z  nich  nie  miał  wypalonego  kokainą  mózgu,  nikt  nie  miał  trwałego  w  Sex  Side 
wytrzeszczu  oczu,  nikt  nie  doświadczył  stanu,  że  przez  dwa  lata  nie  można  było  powiedzieć  choć 
trzech powiązanych ze sobą słów! Kokaina! ! ! Proszę... 
Ktoś  wbił  jej  w  tyłek,  przez  spodnie,  igłę.  Poczuła  eksplozję  w  głowie.  Benzedryna!  Kowalskie 
rozwiązanie. Ulżyło jej. Zwymiotowała. Nowe uczucie ulgi. Wymioty. Przenicowało ją na lewą stronę. 
Jezu...  Wymioty.  Czy  może  jeszcze  oddychać?  Wymioty.  Gorączka  skoczyła  jej  na  maksimum.  Ile 
komórek  mózgowych  zabiła?  Ile  miliardów?  Wymioty.  Pierdolone  uwarunkowanie!  Z  taką  chęcią 
zaćpałaby  się  na  śmierć.  Moonsung  nie  musiał  niczego  robić.  Wystarczyłoby  ją  cudownie 
odwarunkować  i  dać  dwie  garście  białego  proszku.  Zjadłaby  wszystko,  dziękując  im  na  kolanach. 
Niestety,  Paul  kazał  uwarunkować  ją  na  sztywno.  Narkotyczne  dziewictwo  albo  śmierć.  To  było 
nieodwracalne. 
-  No  już,  piesek.  No  już...  -  Mobutu  waliła  ją  po  twarzy.  -  Już,  piesek.  Przechodzi  ci  -  jeszcze  raz  z 
pięści. - Pinokio, nie symuluj! Wyraźnie ci przechodzi... 
- No dobra. Idziemy - zakomenderował Dante. 
Mobutu zarzuciła sobie psa na plecy. Toy chyba zasnęła. 
 
* * * 

 
Obudziła  się  z  bólem  głowy.  Najwyraźniej  miała  podpuchnięte  lewe  oko.  Mobutu!  Żeby  cię  jasny 

szlag  trafił!  Była  naładowana  po  dziurki  w  nosie.  Pieprzona  Benzedryna!  Mogła  teraz  iść  zdobywać 
cały kosmos. Wiedziała jedno. Jak to się skończy... jak skończy się ten stan euforii znowu przypomni 
jej  się  stara  znajoma...  kokainka.  Cześć,  pani  Kokaino,  jak  my  się  dobrze  znamy,  co?  Jak  dwie 
jednojajowe siostry bliźniaczki, prawda? Nie mam nikogo bliższego niż pani... Ale puść mnie,  
proszę ... przynajmniej na pół godziny, proszę. Ta młoda, zdrowa siksa, Benzedryna, przepędziła panią 
stąd  teraz!  !  !  Wiem,  że  tylko  na  chwilę.  Wiem,  że  przyjdzie  pani  znowu.  Ale  póki  co  niech  pani 
Benzedryna posprząta te wszystkie śmiecie... 
"Jeszcze  będę  cię  miała,  Toy,  moja  wierna  kochanko!  -  obiecała  z  bezbrzeżną  miłością  Królowa 
Wszystkich Istot, pani Kokaina. 

"Pani Benzedryno! Ratuj!" - krzyknęła Toy. - "Błagam! Ratunku!!! Niech mi pani nie da zrobić nic 

złego..." 
Benzedryna  działała  jak  stary  komandos.  Kopnęła  Kokainę  w  dupę  tak  mocno,  że  ta  szybowała 
obracając się w powietrzu. 
"No  nie  ma  sprawy!  Nie  ma  sprawy...  Tylko  moje  usługi  kosztują...  -  powiedziała  pani  major 
Benzedryna. - "Ile masz jeszcze szarych komórek na sprzedaż, Toy? Ile miliardów ci jeszcze zostało?" 
"Zapłacę ci! Co do grosza. Tylko niech mnie pani pilnuje, proszę!" - "A kiedy zaczniesz przypominać 
roślinkę, Toy"? - spytała pani Benzedryna, obciągając na sobie mundur chemicznego komandosa. 
 
* * * 
 
Toy  obudziła  się  z  krzykiem.  Ktoś  zatkał  jej  usta.  Leżeli  rozrzuceni  na  wzgórzach  wokół  jakiegoś 
osiedla. Bolały ją oczy. Bolała ją wątroba. Mogła iść zdobywać kosmos. Benzedryna właśnie osiągała 
maksimum  koncentracji  w  jej  żyłach.  Jezus...  Dlaczego  tak  drogo  musi  płacić?  Była  napakowana 

background image

 

23

erzacem  narkotyków  po  same  źrenice.  Gotowa  do  akcji,  gotowa  na  śmierć,  totalny,  ostateczny 
wojownik  bez  żadnych  wahań,  bez  złudzeń,  bez  iluzji.  Była  maszyną  śmierci.  Ostatecznym 
rozwiązaniem wszystkiego. "Kocham cię, pani Benzedryno... Kocham panią! ! ! "... Mogła wstać i iść 
walczyć  z  diabłem.  "Pani  Benzedryno,  obcowanie  z  panią  jest  jak  orgazm!  Tylko  niech  pani  nie 
dopuszcza tej drugiej małpy Kokainy, proszę..." 
"Jeszcze przez chwilę, kotek" - powiedziała ciepło Benzedryna. 
- "Jeszcze przez chwilę, mała" - powiedział jej chemiczny Anioł Stróż. -"Tylko pamiętaj, moje usługi 
kosztują... Są bardzo drogie. Ochronię cię, ale zapłacisz mi swoimi szarymi komórkami co do grosza, 
laleczko... Co do grosza, kotek! ". 
- Naprzód! - ryknął Dante. 
Toy  rzuciła  się  pierwsza.  Zbiegła  na  dół  z  naładowanym  kałasznikowem  w  rękach.  O  Boże.  O 
Najjaśniejsza  pani  Benzedryno!!!  My  dla  ciebie  nawet  w  ogień...  Czy  to  samo  czuli  faceci  spod  My 
Lai? Rozpieprzyła kopniakiem jakieś drzwi z aluminium i drewna, wpadła do środka, dała serię w sufit 
i wymierzyła do trzęsących się chłopów klęczących na podłodze. Jezu! ! ! Benzedryno! ! ! Tak było w 
My  Lai???  Mogła  ich  teraz  zabić.  Pani  Kokaina  spoglądała  zza  węgła.  "Już  czas,  Toy.  Już  niedługo 
przyjdę...  -  syczała  -  jak  tylko  pani  Benzedryna  osłabnie  w  twoich  żyłach".  Jezuuuuu!  !  !  Kopnęła 
najbliższego  chłopa  w  twarz.  Widząc  czerwone  fontanny  z  nosa,  zaczęła  wyć  i  kopniakami  ustawiać 
ich  pod  ścianą.  Niech  tylko  ktoś  kichnie!  Niech  tylko  ktoś  kichnie!  Kurwa  mać!  !  !  Pani  Kokaina 
obserwowała akcję zza węgła. Krzyczała tak, że cudem tylko zachowała w całości własne bębenki w 
uszach. I co? Ładnie Kokainko? Mam palec na spuście tego maszynowego gówna! Jak odpierdolę, to 
tysiąc igieł poszybuje do przodu! ! ! A potem chiński granatnik Winchestera! Yeeeaaaaaaaaa! ! ! 
- Yyyyyyyyeeeeeeeeeeeeeaaaaaaaa! ! ! Yeaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa! ! ! - Uspokój się, Toy. 
Jak przycisnę spust, to tu kamień na kamieniu nie zostanie... - Uspokój się, Toy! 
Zerknęła w bok. Dante z LeMoy stali w drzwiach. 
-  Całkiem  ładnie  kotek  -  szepnął  Dante.  LeMoy  puściła  do  niej  oko.  -  Tylko  nie  wykorzystaj  ich 
seksualnie - westchnął szef. - Musisz najpierw przesłuchać. 
Pani Kokaina zaglądała przez okno. - Nazwiska! - ryknęła Toy. 
Nie zrozumieli jej. No... dobra! Zaraz zobaczycie, co to tysiąc igłowych pocisków! 
Panią  Kokainę  ktoś  odepchnął  od  okna.  Pani  Benzedryna  poszła  na  lunch.  Jakaś  mała  dziewczynka 
spoglądała na nią i płakała. 
"Kim ty jesteś?" 
"Jestem tobą" - szepnęła łkając. - "Taka byś była, gdyby nie pani Kokaina, która zabrała ci mózg". 
Toy poczuła, że coś ją piecze pod powiekami. 
"Brzydka pani Kokaina" - powiedziała dziewczynka. - "Jest brzydka! Brzydka!" 
- Ty... 
- "Ja jej nie lubię! Ona jest brzydka!" - dziewczynka zasłoniła głowę rękami. - "A ty ją kochasz...  
Ją, a nie mnie!". 
Toy  ciągle  widziała  podwójnie,  ale  już  nie  czuła  bezpośredniego  wpływu  benzedryny.  Usiadła  na 
podłodze chałupy wykonanej z aluminium i drewna. Jezu... Jezuuuuu... My Lai? Oni to właśnie czuli? 
Podniosła swojego kałacha i włożyła sobie lufę do ust. Nie będzie taka jak oni! Pani Kokaina bała się 
podejść  bliżej.  Wołała  z  daleka.  W  końcu  Toy  miała  przecież  w  rękach  chiński  igłowy  automat 
Kałasznikowa!  Tylko  kompletny  dureń  zaryzykowałby  podejście  bliżej.  No  to...  Cześć  Benzedrynko, 
kłamczuszku okropny! Teraz! 
Mały chłopak wyjął jej lufę z ust. Seria poszła w sufit. Jezu... 
Działanie benzedryny mijało właśnie. Przestała widzieć podwójnie. Chłopak patrzył ze współczuciem. 
Jego  ojciec,  na  kolanach  pod  ścianą,  krwawił  z  nosa.  Jego  mama  i  siostry  tkwiły  w  kompletnym 
zamroczeniu strachem. 
Chłopak powiedział: 
- Pani... Przyszedł żołnierz, chce zrobić coś złego. Muszę cię powstrzymać w imię Boga. 
- Jakiego Boga? - Toy była już w miarę przytomna. - Boga Moonsunga - powiedział poważnie chłopak. 
Odetchnęła.  Wzięła  do  ust  kilka  drażetek  gumy  do  żucia.  Rzuciła  staremu  chłopu  swój  pakiet 

background image

 

24

medyczny.  O  mamo...  Ale  niewiele  brakowało,  żeby  wypieprzyła  sobie  serię  w  usta.  Albo  żeby 
pozabijała ich wszystkich 
tutaj... Wyjęła papierosa i zapaliła. Żuła i zaciągała się szybko. Witaj, Toy, w realnym świecie. Wódki! 
Szlag.  Ale  aberracje  umysłowe...  Przypomniała  sobie  wszystko,  co  zaszło  przez  ostatnią  godzinę.  Aż 
tak  jej  odpieprzyło  po  głupiej  benzedrynie?  No  ładnie.  Uwarunkowanie,  uwarunkowanie, 
uwarunkowanie...  Ciekawe,  co  się  stanie,  jak  weźmie  aspirynę?  Uśmiechnęła  się  do  siebie.  Pomogła 
chłopu  rozerwać  pakiet  medyczny  i  założyła  mu  opatrunek.  Aż  tak  go  załatwiła  z  jednego  kopa? 
Nooooo... ładnie. 
- Toy? - rozległ się okrzyk zza okna. - Jesteś znowu z nami? 
- No pewnie - wychyliła się przez drzwi z automatem w pogotowiu, a potem wyszła normalnie. 
- Ale cię szarpało, piesek - to była Maybe Not. 
- Pieprzona benzedryna - Toy usiłowała nie dotykać pokładów strachu, które tkwiły gdzieś wewnątrz. - 
Zawsze mam odpał po tym syfie - skłamała. 
- No! Ładnie cię wzięło, małpeczka! 
Wolała  nie  opowiadać,  jak  niewiele  ją  dzieliło  od  wystrzelenia  jakichś  stu  igłowych  pocisków  we 
własne podniebienie... 
Clash, Oouroo, Hot Dog, Caddilac, Mobutu i Bokassa niby przypadkiem zebrali się w pobliżu. 
- Nasz piesek znowu w formie? - spytał Clash. - Chyba już tak... 
- No to niech zacznie węszyć! 
Toy pamiętała jedną uwagę Paula Iceberga. "Jeśli masz nawet najbardziej durną informację, sprzedaj ją 
tak, jakby to były plany nowej bomby atomowej". 
- Dobra. Coś wam powiem - szepnęła. 
- Nic nie mów. Byłaś zamroczona - powiedziała Bokassa. 
-  Ta???  -  Toy  zasalutowała  z  dziką  satysfakcją.  -  Wasz  piesek,  trzeźwy  czy  nawalony,  zawsze  na 
służbie! 
- Co ty pieprzysz? 
- Bóg, którego religia tu kwitnie... nazywa się Moonsung. - Ja cię chrzanię! - Clash aż przysiadł. – Skąd 
wiesz?!!! Obserwowała ich zadowolona. 
- Trzeźwy czy nawalony... - powtórzyła. - Piesek zawsze na służbie! - Ona jest genialna.  
- Ja cię pieprzę! Skąd Dante wytrzasnął takiego psa??? 
- Dobra, dobra... Nie podniecajcie się - szepnęła Mobutu. - Ona jest rzeczywiście świetna. I w związku 
z  tym...  teraz  wszyscy  do  ochrony  pieska!  Potraktujcie  to  jako  rozkaz.  Żeby  mi  jej  włos  z  głowy  nie 
spadł!  Toy  śmiała  się  w  duchu.  I  niby  co  znaczyła  taka  informacja?  Nic.  To  tylko  kwestia  podania. 
Paul,  byłeś  naprawdę  genialny.  Bogiem  jest  Moonsung.  Jest  właśnie  godzina  jedenasta  trzydzieści 
sześć. Dwie równoważne informacje. Właściwie zerowe. Trzeba tylko ładnie podać jedną z nich... I już 
cię mają za geniusza. Paul, dzięki, jednak czegoś mnie nauczyłeś. 

Znowu  padł  rozkaz  wymarszu.  Dante  nawet  nie  zbierał  informacji  uzyskanych  przez  własnych 

żołnierzy. To był koszmar. W  gigantycznej kapsule, napakowanej najbardziej wymyślnymi rzeczami, 
jakie  wymyśliła  ich  cywilizacja,  żyli  ludzie,  którzy  uprawiali  ziemię  przy  pomocy  prymitywnych 
narzędzi, nie mieli pojęcia o nauce, a nawet o otaczającym ich świecie. Toy podeszła bliżej sztabu. 
- Widziałeś te ich uprawy? - mówił jeden z inżynierów. - Jak oni utrzymują populację, stosując kosy w 
rolnictwie? 
- Kosy to najmniejszy problem. Wydajna pszenica dalej tu rośnie. - Bez nawozów? 
-  Bez  jaj...  ziemia  nawozi  się  sama.  Widziałeś  tę  folię  z  rurkami?  -  Kurde  balans.  Mogli  nam  dać 
przynajmniej porządne plany. 
- A widziałeś te budynki? Ktoś zrobił nawet młyn wodny... - inżynier załamał ręce. - Olbrzymi reaktor 
atomowy napędza rzekę, tylko po to, żeby ktoś na niej zbudował... młyn wodny do wyrobu mąki... 
-  Zachowajcie  panowie  swoje  uwagi  dla  siebie  -  Dante  podszedł  do  Toy.  -  No  i  co,  pani  detektyw  - 
mruknął. - Byłaś już prawie po drugiej stronie... 
- Prawie byłam. 
- To ci się często zdarza? 

background image

 

25

-  Raz  na  kwartał.  Czasem  raz  na  miesiąc,  jak  się  źle  odżywiam.  Powinnam  żreć  same  witaminy,  ale 
mnie nie stać... 
Skinął głową. - Ta podróż cię tak wykończyła? - Ta podróż cię tak wykończyła? 
- Mhm. 
Nawet on nie mógł się pozbyć ciekawości. 
- Słuchaj... - nie wiedział, jak zadać pytanie. - Cały czas myślisz o białym proszku? 
- Nie. Daj papierosa, proszę. 
Poczęstował ją w marszu. Ale ciekawość dręczyła go coraz bardziej. - Raz dziennie? 
Nie doczekał się reakcji. 
- Myślisz o tym raz na godzinę? Częściej? 
Uśmiechnęła  się.  Przystanęła,  żeby  zapalić  papierosa  i  straciła  dystans.  Musiała  potem  podbiec. 
Zacisnął wargi. Wyraźnie nie lubił, jak się nie odpowiada na jego pytania. 
- Jak się czuje narkoman na odwyku? 
- Nie jestem na odwyku, Dante. Już przez to przeszłam. 
- No to jak się czujesz uwarunkowana? Dałabyś sobie to zrobić jeszcze raz? 
-  Teraz  dałabym  sobie  to  zrobić  -  uśmiechnęła  się  znowu.  -  Ale  jak  mnie  zaczyna  telepać...  Wtedy 
oddałabym życie, żeby mi to cofnęli. 
- Tego się nie da cofnąć, prawda? 
- Nie da się. Narkomanem i nakręcaną kukiełką  zostajesz na całe życie. Dante skinął głową. Dłuższą 
chwilę szedł w milczeniu. 
- Powiedz, Toy, a jakbym ci zrobił zastrzyk z morfiny? - Zabiłbyś mnie. 
-  Lepiej napisz se to na czole, idiotko - mruknął. - Żeby cię nie dobił byle sanitariusz, jak zostaniesz 
ranna...  -  wyraźnie  jednak  był  zainteresowany.  -  I  co?  Nigdy  w  życiu  nie  możesz  mieć  wyrwanego 
zęba? Nigdy żadnej operacji? 
-  Można  mi  wyrwać  ząb,  jeśli  tylko  nie  wstrzykną  nowokainy.  Jest  przecież  gaz  czy 
elektrostymulator... A operacja... Tylko pod miejscowym znieczuleniem - uśmiechnęła się po raz trzeci. 
- W grę wchodzi jedynie zamrożenie. 
- Poważnie? 
- Taaaa... Robią to już w co drugim szpitalu. 
- Ale w żadnym wojskowym - mrugnął do niej. - Poważnie? - sparodiowała go. 
- Słuchaj Toy... 
Teraz zada to pytanie, dla którego zaczął całą rozmowę. Czuła to. 
-  Powiedz  mi...  Jesteś  po  raz  pierwszy  poza  Ziemią.  W  jakiejś  przedziwnej  kapsule,  przeżywasz 
historię, o której wszyscy tam, na starym lądzie, mogliby tylko śnić i... Sprawiasz wrażenie, że cię to 
nie interesuje. Nawet tak głupi facet jak Hot Dog gapi się bez przerwy wokół, że aż myli krok. A ty nie. 
Dlaczego, Toy? 
- Po prostu myślę o czymś innym - odpowiedziała ostrożnie. 
-  O  czym,  Toy?  -  teraz  zobaczyła  go,  jakim  był  naprawdę;  twardym,  wrednym  mężczyzną,  który 
doprowadza sprawy do końca. On też nie rozglądał się wokół. 
- O tym, dlaczego mnie wynająłeś za dziesięć kawałków - wypaliła. Nawet się nie zmieszał. 
- I do czego doszłaś? 
-  Do  niczego  -  powiedziała  szczerze.  -  Nie  wiem,  dlaczego  wywaliłeś  na  mnie  dziesięć  tysięcy 
dolarów. Ale pachnie mi to ślicznym grobem tuż pod powierzchnią Księżyca... 
- Dobra Toy... zarób na swój żołd - właśnie dochodzili do pionowej ściany wieńczącej walec i kryjącej 
aparaturę.  -  My  idziemy  po  ten  pieprzony  komputer.  Ty  weź  czterech  ludzi  i  erkaemistę.  Zorganizuj 
obronę, zabezpiecz teren, musisz nam ułatwić odwrót. 
- Kpisz? - nie miała przecież żadnego doświadczenia wojskowego. 
- Ruszaj się, psie!!!  ryknął. - Myślisz, że będę specjalnie dla ciebie powtarzał rozkazy? 
-  Tak  jest!  -  zupełnie  go  nie  rozumiała.  -  Mobutu,  Hot  Dog,  Clash,  Maybe  Not,  Caddilac! 
Zorganizować zabezpieczenie - wyczerpała limit przydzielonych jej ludzi, więc mrugnęła do Bokassy, 

background image

 

26

wskazała na swoje oczy  i pokazała na Dantego.  Nie zauważył Murzynka zrozumiała i skinęła głową. 
"OK" powiedziała samym ruchem warg. Oouroo też skinął głową. 
Rozsypali  się  wokół,  czekając,  aż  główny  oddział  odejdzie  dalej.  Potem  skupili  się  znowu.  Nie  było 
sensu okopywania stanowisk. Prymitywni rolnicy mogli ich co najwyżej obrzucić kamieniami. 
- I co? - pierwszy podskoczył Caddilac. 
- Ma nas w ręku... 
- Jezu - Mobutu przysiadła na skraju wiejskiej drogi. Takiej normalnej kamienistej wiejskiej drogi, jaką 
widać na filmach o Dzikim Zachodzie. Tyle, że ta skręcała nagle i wznosiła się wprost nad ich głowy. 
Tam,  gdzie  płynęła  rzeka.  Niby  każdy  wiedział  coś  o  sile  odśrodkowej,  ale  fakt,  że  rzeka  była 
dokładnie nad ich głowami sprawiał, że każdy chylił się odruchowo, żeby nie oberwać za mocno, kiedy 
te miliony ton wody zaczną już spadać im na łby. 
- Bokassa przypilnuje Dantego, ale...= szepnęła Maybe Not. 
- Nie doceniasz tego gościa - mruknęła Toy. - Wypytywał mnie przed chwilą. Coś czai. 
- Wymyśl rozwiązanie, pies - warknął Hot Dog. - Bo nas położą we wspólnej mogile. 
- Wymyśl, wymyśl... - przedrzeźniała go. - Powiedz co! - Chcesz kokainy? 

Momentalnie miała usta pełne śliny. 

-  Przestań  o  tym  mówić,  palancie!  !  !  -  Maybe  Not  palnęła  go  w  głowę.  -  Jeszcze  raz  mi  wymienisz 
samo słowo "kokaina"... - krzyknęła i zaraz przygryzła wargi, widząc reakcję Toy. - Sorry, piesek. Tak 
mi się głupio wyrwało... 

Toy polała sobie głowę wodą z manierki. 

- Co wie Dante? - powiedziała do samej siebie. - Dlaczego się zgodził na tę akcję? 
-  Wiesz...  -  mruknął  Caddilac.  -  Jego  to  chyba  chce  zabić  co  trzeci  zleceniodawca  po  wykonaniu 
roboty. Ale żadnemu się jeszcze nie udało... - Fajne pocieszenie. A my? 
- Piesek. Dante nie słynie z tego, że zabija własny oddział. Ale... Kurwy mogły sypnąć forsą do oporu... 
-  Pieprzyć  was  -  Mobutu  zdjęła  swój  hełm,  zsunęła  słuchawki  na  szyję  i  odgięła  mikrofon.  Była 
prześliczna. Była najpiękniejszą Murzynką, jaką Toy widziała w życiu. Choć ogolona na łyso. - Skąd 
wiecie,  że  w  tym  gównie  -  wskazała  na  swoją  własną  elektronikę  wbudowaną  we  wszystko  -  nie  ma 
podsłuchu? 
- I kto słucha? - uśmiechnęła się Toy. - Szef? To powinien mieć już roztrzydzieścienie jaźni. 
- Co? 
- Rozdwojenie razy piętnaście... 
-  Nie  wiem,  czy  w  wieku  dziewiętnastu  lat  chcę  iść  do  wspólnej  mogiły  -  powiedziała  Mobutu.  - 
Kurde... Jeszcze tylu facetów mogłoby mnie przelecieć... 

Toy usiadła obok Murzynki i przytuliła się do jej ramienia. 

- Nadmiar mógłby ci się nie spodobać - szepnęła. - Siostro... Mobutu objęła ją ramieniem. 
- To co? Siedzimy tu jak te głupie cipy, siostrzyczko? 
- Nie. Spróbujmy gdzieś pójść i zorientować się, o co tu chodzi... 
- To przecież złamanie rozkazu o zabezpieczeniu - powiedział Hot Dog przerażony. 
- Tak czy tak... przed nami wspólna mogiła na księżycu - mruknęła Toy. - Będę leżeć tuż koło ciebie, 
drągalu.  Mam  nadzieję,  że  nie  chrapiesz  po  śmierci  -  zacmokała  kilka  razy,  symulując  pocałunki  w 
powietrzu. 
Maybe Not zachichotała. Clash zaczął się śmiać. 
- Lubię was, wy suki! Ale to ja chcę leżeć koło ciebie w grobie, mała! - No kurna... - warknęła Mobutu. 
- Miejsca nie starczy w mogile od nadmiaru chętnych... 
Hot Dog się obraził. 
- Jesteś pies - powiedział oficjalnie. - A pies ma wyprowadzić oddział z zagrożenia. Ruszaj głową czy 
dupą, wszystko jedno. Masz nas z tego wyciągnąć, psie! 
- Dobra kotek. Nawet poćwiczę mięśnie pochwy - zakpiła przypominając mu idiotyczną próbę gwałtu. 
- Specjalnie dla ciebie. 
Był  twardy  albo  głupi.  Tylko  wzruszył  ramionami.  Maybe  Not  chichotała.  Mobutu  pocałowała  ją  w 

background image

 

27

czoło. Clash, zadowolony jak cholera, zapalił papierosa. 
-  Dobra  Pinokio  -  mruknął.  -  Zacznij  dowodzić,  bo  ci  się  wojsko  po  krzakach  rozlezie  od  nadmiaru 
inteligentnej  i  -  mrugnął  do  niej  i  wskazał  na  Hot  Doga,  ale  ten  najwyraźniej  nie  zrozumiał.  -  OK. 
róbcie zwiad... Znacie się lepiej niż ja. Caddilac ruszył przodem. 
zbliżali się powoli do tłumu zgromadzonego na centralnym placu. 
-  Jakieś  pięćdziesiąt  obiektów  skupionych  na  godzinie  dwunastej  zaraportował  Clash.  -  Około 
trzydziestu ruchomych obiektów rozsypanych od godziny dziewiątej do dziesiątej... Nie zbliżają się. 

Mobutu  uniosła  nagle  prawą  dłoń  zwiniętą  w  pięść  i  poruszyła  nią  parę  razy  do  góry  i  na  dół. 

Najemnicy runęli do przodu biegiem. Toy ledwie nadążała. 

Tłum złożony z chłopów rozstępował się przed nimi. Właściwie nie mieli innego wyjścia, choć nie 

mogli wiedzieć, że Clash tkwi z tyłu gotowy do pozbawienia ich życia w przeciągu kilkunastu sekund. 
Musieli coś wyczuć instynktownie. Albo też... nigdy  w życiu nie widzieli łysej Murzynki ewidentnie 
przekraczającej wzrostem dwa metry. 

Na środku placu cztery trupy z nożami wbitymi w szyje. W centrum, w otoczeniu kilku żołnierzy z 

mieczami i tarczami, leżała dziewczyna w krótkim, czarnym płaszczu. Jedną nogę miała przywiązaną 
do długiego sznura. Lewa ręka była ewidentnie złamana, ktoś po prostu zrobił jej trzeci staw, pomiędzy 
łokciem a nadgarstkiem. Trzech mężczyzn trzymało widły o dwóch ostrzach założone na szyję leżącej 
tak,  by  przycisnąć  jej  kark  do  ziemi.  Mężczyźni  jednak  usiłowali  się  trzymać  z  tyłu.  Leżąca 
dziewczyna w zdrowej ręce miała jeszcze jeden nóż... 
- Stać - powiedziała spokojnie Mobutu. - Kogo se wybierasz Toy na języka? 

Ktoś  z tłumu  powiedział  coś  w  tej  dziwnej,  śpiewnej  angielszczyźnie.  --  Hej,  hej...  mówić  powoli  i 
wyraźnie - Toy rozglądała się wokół. 

- A wy kim jesteście? - zapytał jeden z tych, którzy mieli tarcze i miecze. 
- Żołnierzami - mruknął Caddilac. - Jeszczem takich nie widział! 
- Spoko... Zobaczysz niedługo lepsze rzeczy... 
- Jesteście żołnierzami? - dziewczyna przyszpilona za kark do ziemi ledwie mogła mówić. - Nie spod 
ich znaku? 
- Nie jesteśmy spod ich znaku - wyjaśniła spokojnie Toy zszokowana rozgrywającą się przed nią sceną. 

Dziewczyna na ziemi zawahała się. 

-  Jestem  oficerem.  Zakonnicą!  -  Na  chwilę  odłożyła  nóż  trzymany  w  zdrowej  ręce  i  wyszarpnęła  z 
kieszeni płaszcza świetlistą odznakę. - Oficer prosi o pomoc! 

Jeden  z  mężczyzn  usiłował  wykorzystać  fakt,  że  tamta  była  bez  noża  i  skoczył  do  przodu.  Pech. 

Mobutu walnęła go w pysk pięścią. Nie poszybował w tył na trzy metry jak trener koszykówki. Ale... 
poleciał dość daleko. 
- Oficer prosi o wsparcie - powtórzyła dziewczyna na ziemi. - Pomóżcie mi wykonać zadanie. 
- Toy usiadła na ziemi obok niej. Nie zamierzała na razie usuwać facetów, którzy trzymali widły. Nie 
miała  swojego  pakietu  medycznego,  więc  wyrwała  strzykawkę  wszytą  w  kieszeń  jej  wojskowych 
spodni i zębami zdjęła nasadkę. 
-  Kim  jesteś?  -  wbiła  igłę  w  ramię  tamtej  i  przycisnęła  tłok.  Widząc,  jak  tamta  doznaje  nagle 
bezbrzeżnej,  morfinowej  ulgi,  jak  przestaje  ją  boleć  złamana  ręka,  jak  oczy  wypełniają  się  dziwnym 
blaskiem, sama o mało co nie dostała odlotu. 
Dziewczyna  popatrzyła  na  swój  dodatkowy  staw  na  lewej  ręce  i  zszokowana,  że  nagle,  momentalnie 
przestało boleć, na Toy. 
-  Je...  jestem  oficerem.  Zakonnica,  porucznik,  Shainee.  Proszę  o  wsparcie  w  wykonaniu  misji, 
żołnierzu! 
- Żeby wszystkich oficerów przesrało przez oczy - mruknął Caddilac. - Pokażę ci swój tatuaż zakonny - 
szepnęła dziewczyna. - Pomóż, błagatm! 

- A widziałaś taki? - Toy roześmiała się i nachyliła, żeby pokazać swój kark. 

- O Boże!!! Nie w ludzkiej mocy zrobić coś takiego... - dziewczyna usiłowała pochylić głowę, co pod 

widłami było dość trudne. - Przepraszam, pani oficer! Przepraszam Matko Przełożona! Zabij mnie za 
zuchwalstwo... 

background image

 

28

-  Bez  jaj  -  Toy  zerknęła  na  najemników,  czy  aby  na  pewno  widzą  całą  scenę.  Mobutu  chichotała, 
Caddilac wył, nawet Hot Dog krzywił swoją dość głupią mordę. Najwyraźniej trójwymiarowe tatuaże 
Triad nie były tu znane. 
- Co się stało? Co się stało? - słyszeli w słuchawkach Clasha i Maybe 

Not. - Nic... - Mobutu nie mogła się opanować. - Pinokio została szefem zakonu! 

Toy nachyliła się nad leżącą. - No dobra... pokaż swój. 

Dziewczyna  usiłowała  się  przekręcić  pod  widłami.  Zdrową  ręką  rozpięła  płaszcz  i  rozchyliła  poły. 

Pod  spodem  miała  jakieś  elementy  wojskowego  wyposażenia:  pasy,  kołczan  ze  strzałami  do  kuszy, 
manierkę,  odznakę  swojego  stopnia  i...  rzeczywiście  dość  skomplikowany  tatuaż  nad  lewą  piersią. 
Ale... dopiero po rozpięciu płaszcza okazało się, że... dziewczyna jest w zaawansowanej ciąży. 
- Szlag! - mruknęła Toy. - Wy dwaj - powiedziała do tych, co trzymali widły. - Spadać. 

Nie chcieli puścić przyszpilonej dziewczyny. Mobutu kopnęła jednego z nich. Znowu nie poleciał aż 

na trzy metry w tył jak trener koszykówki. Choć po prawdzie, to niewiele brakowało do poprawienia 
rekordu. Drugi uciekł z własnej woli nietknięty. 

Shainee, zakonnica i porucznik, wstała tylko po to, żeby upaść na twarz przed Toy. 

- Ty weź się nie wygłupiaj, bo mi tu zaraz poronisz... 
- Ona powiedziała "porąbiesz"? - usłyszeli w słuchawkach. - Strzelać??? 
- Nie, Clash - kiedy dziewczyna uklękła, Toy położyła dłoń na jej brzuchu. - Który to miesiąc? 
- Siódmy, pani! - I co tu robisz? 

Sahinee przygryzła wargi. 

- To... to tajemnica, pani. Ale chyba Matce Przełożonej mogę powiedzieć... 
- Toy nie zamierzała wyprowadzać jej z błędu. Pogroziła pięścią chichoczącej Mobutu.  
-  Wewnętrzni  oblegali  twierdzę  Wu.  Przez  ponad  rok.  Nie  mieliśmy  już  co  jeść,  kolejne  szturmy 
podchodziły coraz bliżej ostatniej wieży i... Nasz dowódca wiedział, że się nie utrzymamy, on sam był 
ranny, umierał. I wydał swój ostatni rozkaz.  
- Jaki? 
-  Chciał  spełnić  wolę  założyciela  naszego  zakonu.  Chciał,  żeby  legenda  się  dopełniła.  Ale  zakon 
właśnie ginął. Nie mogłyśmy wypełnić naszego przeznaczenia. 
- A co to za przeznaczenie: 
- Dotarcie do Drugiego Świata, Matko Przełożona - klęcząca dziewczyna zerknęła na Toy zdziwiona. - 
To egzamin, pani? 
- Eeeee... Mhm. Powiedz, co to za legenda. 
-  Ojciec  Założyciel  mówił,  że  dotrzemy  do  Drugiego  Świata,  do  Ziemi.  Zakon  istnieje  po  to,  żeby 
umacniać wiarę w powodzenie tej misji -recytowała jednym tchem. - Ale nasz dowódca był ostatnim 
potomkiem Ojca Założyciela w prostej linii. 
- A jaki to ma związek z tobą? 
- Ja... jestem oficerem, który wykonuje ostatni rozkaz dowódcy. Toy tylko pokręciła głową. 
-  I  wybrał  akurat  ciebie?  -  uśmiechnęła  się.  -  Słuchaj,  czy  wszystkie  zakonnice  nie  mają  pojęcia  o 
środkach antykoncepcyjnych czy tylko oficerowie? 

Dziewczyna zaczerwieniła się po same czubki uszu. Opuściła głowę zmieszana i zawstydzona. 

-  Ukarz  mnie  pani.  Wiem,  że  wszystkie  zakonnice  mają  żyć  w  cnocie  do  samej  śmierci.  Każ  mnie 
ściąć, Matko Przełożona! 
- Weź przestań - Toy dotknęła jej wielkiego brzucha. - Ale też nie wpieraj, że to dzieworództwo... 
-  To  jest  ostatni  rozkaz  mojego  dowódcy  -  zerknęła  na  swój  brzuch.  -  To  jest  ostatni  potomek 
założyciela zakonu...- O kurde... - Toy pokręciła głową w podziwie. 
Mobutu  cmoknęła  zachwycona.  Maybe  Not  westchnęła  w  słuchawkach.  Hot  Dog  tylko  splunął. 
Caddilac machnął ręką. . - Kiedy mi to zrobił - znowu zerknęła na brzuch - wymknęłam się 
z  oblężonej  twierdzy.  Moje  koleżanki  zginęły  w  szturmie,  który  odwrócił  uwagę  oblegających. 
Uciekałam  przez  siedem  miesięcy,  kluczyłam,  aż  dopadli  mnie  tutaj...  Każ  mnie  zabić,  Matko 
Przełożona.  Wiem,  że  zakonnicom  nie  wolno  obcować  z  mężczyznami.  Ukarz  mnie.  Ale...  Jeśli 

background image

 

29

zasłużyłam  w  twych  oczach,  pani,  choć  na  cień  łaski,  każ  mnie  zabić  dopiero  po  tym,  jak  urodzę 
dziecko.  Pozwól  mi  wykonać  ostatni  rozkaz  mojego  dowódcy,  proszę.  Toy  zerknęła  na  Mobutu.  Ta 
stała  z  wybałuszonymi  oczami.  Potem  powiedziała  bez  głosu,  samymi  wargami,  żeby  zakonnica  nie 
słyszała:  "Oni  tu  wszyscy  dostali  fioła!".  Hot  Dog  znacząco  kręcił  palcem  kółka  na  swojej  skroni. 
Caddilac podszedł do jednego z żołnierzy, którzy ich otaczali. 

- Przejście! - warknął.  -  Wycofujemy się  - odwrócił głowę do swoich. -  Nie wyjdziecie stąd żywi - 

powiedział  żołnierz,  wyjmując  miecz.  Caddilac  prychnął  śmiechem.  Podniósł  broń,  chcąc  dać  serię 
ostrzegawczą w niebo, ale Toy podskoczyła i chwyciła go za rękę. - Złotko - wydyszała. - Tu nie ma 
nieba! ! ! 
- Co? - nie zrozumiał początkowo. 
- Jak odpalisz w górę, to możesz zabić po tamtej stronie walca kupę niewinnych ludzi... 
- Chryste! - jęknął. - Mogłem tam wysłać tysiąc pocisków... 

Żołnierz z mieczem wybawił ich z kłopotu, gdzie oddać serię ostrzegawczą. Ruszył do przodu, chcąc 

ściąć Caddilacowi głowę. Ten odpalił krótką serię na wprost. Jakieś dwadzieścia plastikowych igiełek 
przebiło natychmiast aluminiową zbroję i rozprysło się we wnętrzu ciała na maciupeńkie, perforujące 
wszystko  drobiazgi.  Clash  kilkoma  seriami  powstrzymał  resztę  żołnierzy  ruszających  do  ataku.  Ci, 
którzy nie dostali, zaczęli uciekać. Nikt nie zniesie za długo widoku eksplodujących kolegów. 
- Jezu... -- jęknęła Toy, ocierając cudzą krew z twarzy. Spocone dłonie jedynie rozmazywały czerwone 
smugi. 

Poczuła, jak ktoś chwyta ją za nogę. 

- Matko Przełożona, wiedziałam... - to Shainee ciągle na kolanach. - Wiedziałam, że potrafisz sprawiać 
cuda! 
- Ja cię... dom wariatów - Toy wyjęła z kieszeni chustkę i trzęsącymi się rękami zaczęła wycierać twarz 
jeszcze raz. - Idziesz z nami. 
-  Taaaaak!  -  porucznik-zakonnica  zerwała  się  na  równe  nogi.  Błyskawicznie  pozbierała  swoje  noże, 
zdrową ręką zarzuciła na ramię maleńki tobołek. A potem zachowała się zupełnie nie po oficersku i nie 
po  zakonnemu.  Stanęła  na  rozstawionych  nogach  i  bezczelnie  pokazała  język  swoim  oprawcom. 
Niestety bez większego efektu. Chłopi, którzy ją dręczyli, leżeli na twarzach, trzęsąc się ze strachu. 
- Po co ci ona? - szepnęła Mobutu. - Jako informator? 
- Tak - skłamała Toy. -- Wygląda na bardziej inteligentną od tych chłopów... 
- Się od niej dowiesz... Wszyscy dostali jakiegoś świra. 
Toy  nie  odpowiedziała,  ruszając  w  drogę  powrotną  do  pionowej  ściany  wieńczącej  walec.  Nie 
powiedziała też, że właściwie wie już, co tu się stało i że Shainee jest jej potrzebna w zupełnie innym 
celu. Bo dlaczego by nie wykorzystać asa, który niespodziewanie pojawił się przypadkiem w rękawie. 
Wielkiej  korzyści  to  nie  dawało,  ale  przynajmniej  zwalniało  od  dalszego  myślenia  i  za  to  Toy  była 
wdzięczna losowi. 

Dotarli  do  punktu,  gdzie  zostawił  ich  Dante  zmęczeni  i  wściekli  z  powodu  durnowatej  strzelaniny. 

Jedynie  Shainee  wykorzystała  postój.  Ciągle  zdziwiona,  że  ją  nie  boli  wyprostowała  sobie  złamaną 
rękę  na  przydrożnym  kamieniu.  Nastawiła  tak,  jak  umiała  i  zszokowana  brakiem  reakcji  własnego 
organizmu zrobiła sobie prowizoryczne łupki z kilkunastu strzał do kuszy i wojskowego pasa. 
- Niech ktoś jej da apteczkę - warknęła Mobutu. - Nie mogę na to patrzeć! 
-  Która  wie,  co  robić,  jak  baba  jest  w  ciąży?  --  spytała  Toy.  --  Nie  wiem  -  mruknęła  Maybe  Not.  - 
Nigdy nie byłam. 
- Tym bardziej ja - westchnęła Mobutu. 
- Clash ma żonę - wtrącił się Hot Dog. - Clash, słuchaj... ta twoja łaziła z brzuchem? 
- Pewnie. Mam syna. -- I co się wtedy robi? 
- Jak się jest w ciąży? - Clash podniósł się z trawy, na której odpoczywał. - Czekaj... No... Chodzi się 
do ginekologa od czasu do czasu. 
- Bez jaj - Hot Dog dowiódł, że potrafi być dociekliwy. - A w domu co się robi z taką jedną? 
- No nie wiem... Ona... Żre wszystko, co jest w lodówce i już. Toy nagle zaklęła. 
- Macie rację... Ty - zwróciła się do zakonnicy. - Jesteś głodna? 

background image

 

30

Dziewczyna  skwapliwie  skinęła  głową.  Toy  wyjęła  z  plecaka  wojskową  konserwę.  Uderzeniem 

pięści w denko zgniotła chemiczny podgrzewacz, a kiedy po chwili konserwa zaczęła ją parzyć w dłoń, 
kciukiem zdjęła wieczko i podała zakonnicy. Tamta wyszarpnęła jeden ze swoich noży, wbiła w mięso, 
odkroiła potężny kawałek i włożyła do ust. Właściwie go nie zjadła... Po prostu pożarła, parząc wargi, 
język i usta. 
- Od jak dawna nie jadłaś niczego ciepłego? 
- Od siedmiu miesięcy, pani - Shainee nie mogła poradzić sobie z następnym kęsem, po prostu wzięła 
trochę za dużo. 
- Ty - Hot Dog kopnął leżącego Clasha. - Co żrą kobiety w ciąży? -- Wszystko. 
- Bez jaj. Co konkretnie? Clash podrapał się w czoło. 
- Chyba piją mleko i wpieprzają truskawki... - wzruszył ramionami. - Nie wiem. 
-  Truskawek  nie  mamy  -  Toy  wyjęła  z  plecaka  puszkę  ze  skondensowanym,  słodzonym  mlekiem. 
Bagnetem wybiła dwie dziurki i podała Shainee. Tamta powąchała najpierw, a potem przytknęła do ust. 
Piła tak łapczywie, że lepki, biały płyn ciekł jej po brodzie. 
-  Teraz  widzicie,  dlaczego  ONZ  daje  pomoc  tym,  co  głodują-  powiedziała  Maybe  Not.  -  Widok,  jak 
ktoś żre te świństwa, których my nie dalibyśmy nawet psu... można porównać do orgazmu. 

Hot  Dog  o  mało  nie  zrolował  się  na  polance  ze  śmiechu.  Mobutu  zakryła  twarz.  Clash  i  Caddilac 

szturchali się wzajemnie zadowoleni jak zaraza. 
- Daj jej jeszcze jakiś baton - powiedział Clash. - To naprawdę będzie miała orgazm. 

Toy  usiłowała  zachować  powagę.  Przynajmniej  przez  chwilę.  Znalazła  jednak  jakiś  szeroko 

reklamowany, ociekający czekoladą junkbaton w swoim plecaku i rzuciła zakonnicy. 

Shainee powąchała i zaczęła jeść razem z papierem. 

- Aaaaaaaaaaaa... - Clash przeturlał się na trawie. - Ale odlot! - Daj jej podpaskę - ryknął Hot Dog. - 
Może też zećpa! ! ! 
-  Ja  cię...  -  Caddilac  nie  mógł  się  uspokoić.  -  Daj  jej  smar  do  kałacha!  Maybe  Not  chichotała  i  nie 
mogła nic powiedzieć. Mobutu uniosła obie ręce do góry. 
- Masz kartę kredytową? - krzyknęła. - Może chociaż ugryzie... 

Toy przytuliła się do Mobutu, przyciskając plecak do twarzy. Wycia nie dało się opanować. 

- Jezu... - nie mogła powstrzymać śmiechu. - Ona jest naprawdę głodna! 
- No! - Mobutu też trzęsła się bez opanowania. - Ja cię... ktoś żre te wojskowe gówna! ! ! 
- Patrzcie! - Clash tkwił na czworakach. - Można to wpierniczyć i przeżyć!!! 
- Choć chwilę... 
- Ja cię chrzanię - Maybe Not podskoczyła do zakonnicy i wyszarpnęła z kieszeni garść cukierków. - 
Masz. Ale zjedz mi z ręki! 

Shainee nachyliła się posłusznie i zaczęła jeść z cudzej dłoni. -Ale jaja!!! 
Toy chichotała z innymi. Chwilę potem przyszło opamiętanie. - Jezu... Ona jest naprawdę głodna. 

Do  Maybe  Not  dotarło  to  dokładnie  w  tej  samej  chwili.  Cofnęła  rękę,  dała  Shainee  woreczek  z 

cukierkami i odeszła jakaś skrzywiona. 
- Nie wpieprzaj folii, idiotko! - krzyknęła nagle zła na siebie. 
- Siedem miesięcy bez czegoś ciepłego? - Clash też się opamiętał. Z dzieckiem w brzuchu? 

Przygryzł  wargi  i  przeturlał  w  stronę  zakonnicy  swoje  dwie  konserwy.  Widząc,  że  tamta  usiłuje  je 

otworzyć  nożem,  podszedł  bliżej,  wziął  jedną  i  uderzeniem  pięści  rozwalił  wyzwalacz  chemicznego 
podgrzewacza. Zerwał kciukiem wieczko i podał dziewczynie. 
- Masz, idiotko... - mruknął usiłując unikać wzroku innych. - Nażryj się wreszcie do oporu. 
- Nie tyle naraz - mruknął Hot Dog. - Bo ją przesra... 

Toy było wstyd tak jak innym. Nie mogła patrzeć, jak dziewczyna je kolejną, wojskową konserwę z 

uczuciem takiej ulgi, jakby okazało się, że jej kochankiem jest sam Rudolf Valentino. Trzymała sobie 
puszkę między udami i podnosiła nożem tak wielkie porcje, jakie tylko mogła wsadzić do ust. Mobutu 
trzymała  głowę  między  własnymi  kolanami.  Caddilac  usiłował  patrzeć  gdzie  indziej.  Clash  w  ogóle 
zamknął  oczy.  Cisza  przedłużała  się  nieznośnie.  Szlag!  Najpierw  ta  kretyńska  strzelanina,  kilka 

background image

 

31

niepotrzebnych nikomu trupów, adrenalina, zdenerwowanie i... takie zmieszanie z błotem tej biednej, 
głodnej dupy. 
- Dante nadchodzi - powiedziała Mobutu, patrząc na rejestrator radiowy. - Za pół godziny będą tutaj. 

Toy zagryzła wargi. Trudno... Musi to zrobić. Wstała lekko i podeszła  do Hot Doga. 

-  Widzisz?  Co  to  za  krzak?  -  odciągnęła  go  na  bok,  zdejmując  jednocześnie  swoje  słuchawki  i 
mikrofon.  Nie  był  aż  tak  strasznie  głupi,  jak  się  mogło  wydawać.  Domyślił  się.  Zdjął  swoje  radio 
również. 
- Już? - szepnął. - Mhm. 
Ukradkiem zarepetował swojego kałacha. Potem odwrócił się błyskawicznie. 
-  Nie  ruszać  się!!!  -  ryknął.  -  Muszę  widzieć  wasze  łapska,  gnoje!!!  -  Ty...  -  Clash  ledwie  otworzył 
jedno oko. - Odbiło ci? 
- Nie ruszać się! - Hot Dog runął do przodu i kopnął Clasha w głowę. - Łapska! Muszę widzieć wasze 
łapska! 
Nie  ruszali  się.  Ale  też  nie  rozumieli  i  nie  spełniali  poleceń.  Dopiero  jak  z  tyłu  podeszła  Toy  z 
zarepetowanym kałasznikowem, dotarło do nich, że to nie są dowcipy. 
- Ty... 
- Nie ruszać się! - Hot  Dog odkopywał ich automaty poza zasięg rąk. -  Dobra, kotki - powiedział po 
chwili. - Nogi szeroko, łapy szeroko, kłaść się na brzuchach! Nie wiem, co tam macie poukrywane w 
kieszeniach... 

Clash, Caddilac, Maybe Not i Mobutu spełnili rozkaz. Shainee też chciała, ale Toy powstrzymała ją 

ruchem ręki. 
- O co chodzi, świnie? - warknęła Maybe Not. 
- Hot Dog. zwiąż ją- rozkazała Toy. - I za... za... "Za"? Co z nią zrobić? 
Toy nie mogła wypowiedzieć tego słowa. Jezu... - Zaknebluj! 

O mamo. Sama miała w ustach wojskowy czy policyjny knebel dzień w dzień przez dwa lata. Leżała 

z tym świństwem w ustach przez prawie osiemset dni. Pracowała w nocy, w dzień alfonsi kładli je do 
łóżek,  kneblowali,  skuwali  ręce  na  plecach.  Przez  siedemnaście  godzin  dziennie  trzeba  było  leżeć 
nieruchomo na brzuchu, w łóżku z trzema, czterema, nawet pięcioma koleżankami. Knebel. Na filmach 
pokazuje się to tak ładnie. Piękna aktorka ma w ustach szmatkę przewiązaną drugą szmatką. Wystarczy 
wypluć... 
Usiłowała  nie  patrzeć,  jak  Hot  Dog  wkłada  Maybe  Not  do  ust  niewielką  kulkę,  zakłada  uprząż  na 
głowę,  a  potem  naciska  wyzwalacz.  Kulka  w  ustach  dziewczyny  eksplodowała,  natychmiast 
powiększając się do rozmiarów dużej gruszki. Szczęki rozwarte na maksimum, zęby ślizgające się na 
plastiku, i ślina, która od razu zaczęła spływać po brodzie. 
- Ukryj ją w krzakach, tak żeby nikt nie widział. 
Hot Dog pociągnął związaną Maybe Not w kierunku zarośli. 

- Mobutu - powiedziała Toy, mierząc do niej z automatu. - Rozbieraj się. 
- Ty suko... 
- Zrób to, kotek. To dla twojego dobra. - Jak cię dopadnę... 

Hot Dog wrócił biegiem. 

- Masz kłopoty ze słuchem? - wrzasnął. - Rozbieraj się suko! ! f - Wy świnie... 

Murzynka podniosła się powoli. Zrzuciła swój plecak, odpięła rzepy kamizelki przeciwodłamkowej. 

Rozsznurowała i zdjęła buty, skarpetki. Zdjęła spodnie, bluzę i podkoszulkę. 
- No dalej! - ryknął Hot Dog. - Przynajmniej się nie spocisz przy kopaniu sobie grobu! 
- Nie całkiem o to chodzi - usiłowała go uspokoić Toy. 
-  Wy  świnie!  --  powtórzyła  Mobutu.  Zagryzając  wargi,  zdjęła  stanik  i  majtki.  Usiłowała  zasłonić  się 
dłońmi. - Chcecie mnie zastrzelić... - westchnęła ciężko. - Dlaczego na golasa? 
Ale była piękna... OK. I o to chodziło. O to chodziło, mniej więcej. - Dobra, zbierz swoje ciuchy i rzuć 
Shainee. 
- Co ja wam zrobiłam? - Mobutu spełniła rozkaz. 

background image

 

32

- Ty się zaraz dowiesz - warknął Hot Dog. - Zaraz się dowiesz. 
- Nie, Hot Dog - usiłowała go wyprostować Toy. - Akurat jej możemy ufać. 
- Co??? 
Mobutu  też  patrzyła  rozszerzonymi  ze  zdziwienia  oczami.  -  OK.  Kotku,  rozkrok,  klęknij  i  ręce  za 
głowę. 
Murzynka puściła taką wiązkę przekleństw, że Toy odruchowo się cofnęła. Wykonała jednak rozkaz. 
- Ty świnio!!! Wszystko mi widać... Jak mnie nie zastrzelisz teraz, to cię potnę na paseczki!!! 
-  Dobra.  Shainee,  przebieraj  się  w  jej  ciuchy.  Wiem,  że  jesteś  za  mała  i  utoniesz.  Wypchaj  wolne 
miejsca  kocami,  zwiń  się  w  kłębek  i  udawaj  kupkę  nieszczęścia.  -  Toy  odwróciła  się  do  swojego 
współspiskowca. - Jaka rana wymaga owinięcia ofiary kocami? 
- Rana w brzuch - mruknął Hot Dog. - Zawsze takiemu zimno się robi... 
- OK. Shainee, będziesz udawać, że dostałaś w brzuch. Musisz się trochę trząść. Przykryję cię, żeby nie 
było widać, ale bądź gotowa. Musisz wykonać mój rozkaz potem. 
- Tak jest, Matko Przełożona. 

Rzeczywiście utonęła w ubraniu Mobutu. Ale nie o to chodziło, żeby sprawnie biegała. Toy nakryła 

ją kocem, nałożyła wielki hełm i przykryła siatką maskującą. 
-  Zaraz  będzie  reszta  oddziału  -  mruknął  Hot  Dog.  Gapił  się  bez  przerwy  na  nagą,  rozkraczoną  na 
kolanach Murzynkę z rękami za głową. - Ale fajna... Dasz mi ją przelecieć przed egzekucją? 
- I o to właśnie chodzi - powiedziała. - Żeby wszyscy gapili się na nią, a nie na tę kupę nieszczęścia - 
wskazała okutaną zakonnicę. 
Dante z resztą oddziału, transportującą komputer Moonsunga, zjawił się kilkanaście minut potem. 
- Czemu ta pinda jest goła? - wrzasnął na przywitanie. - Strzeliła ukradkiem do Maybe Not. 
- Co????  
- Maybe Not dostała w brzuch. Już opatrzona - wskazała na ukrytą pod kocami i siatką Shainee. - Ale 
kiepsko to wygląda... 
- Nie strzelałam do nikogo! - wrzasnęła Mobutu. - Stul pysk, krowo - rozkazał Hot Dog. 
- Ona naprawdę nie strzelała - krzyknął-Clash leżący na trawie. 
- No... - Hot Dog okazał się człowiekiem na poziomie. -I właśnie za to, że łżesz, tutaj leżysz, gnojku! 
- Spisek? - Dante patrzył ciągle na nagą Murzynkę. - Maybe Not? Wyjdzie z tego? 
-  Wątpię...  Zarobiła  ze  dwadzieścia  igiełek,  prosto  w  brzuszek.  Cud,  że  jeszcze  dyszy  napakowana 
morfiną. 

Dante skinął głową. Nawet nie spojrzał na postać okutaną kocami. Tak jak reszta oddziału gapił się na 

gołą, prześliczną Mobutu. I o to chodziło. O to chodziło, mniej więcej... 
- Ona kłamie - wrzasnęła Murzynka. - Do nikogo nie strzelałam. - Hot Dog? - spytał Dante. 
- Strzelała! A ci ją kryli... - wskazał na leżące postacie. Dante podszedł do Murzynki. 
-  Myślałem,  że  się  przyjaźnisz  z  Maybe  Not  -  szepnął.  -  Aż  tak  forsa  Moonsunga  zamieszała  ci  w 
duszy? 
-Nie strzelałam!!! Maybe Not żyje! Leży tam w krzakach zakneblowana. Idź i sprawdź, Dante, proszę! 
Zrób te trzydzieści kroków i sprawdź, błagam! 

Toy pokiwała głową. 

- Idź, idź - usłużnie wskazała kierunek. - Tam właśnie leży Maybe Not... Aaaa... A ta tutaj - wskazała 
na okrytą kocami Shainee - to kto? Jeśli można spytać, oczywiście... 
- To zakonnica, porucznik ichniej armii, w siódmym miesiącu ciąży! ! ! Toy zapaliła papierosa. 
- Od jak dawna bierzesz narkotyki, Mobutu? -- powiedziała. 

Dante  ryknął  śmiechem.  Toy  zbliżała  się  do  niego  powoli.  Żadnych  gwałtownych  ruchów. 

Przeciągnąć tę idiotyczną rozmowę. I podejść jeszcze bliżej. Żeby się nie zorientował. 
- Ona mówi prawdę - jęknął Clash. 
-No dobra- Dante ewidentnie im nie wierzył. Był jednak fachowcem. - Sprawdzimy... 

background image

 

33

Niestety. Toy  była już obok niego. Prawą  ręką  wyszarpnęła Colta Springfielda i przyłożyła mu  do 

głowy. Lewą wyjęła swojego Rugera i oparła lufę o własną skroń. 
- Wszyscy stać! - zakomenderowała. 
-  Wszyscy  stać  -  powtórzył  za  nią  jak  echo  Dante.  Najwyraźniej  nie  zamierzał  tracić  życia  w  tym 
piekielnym walcu. - O co ci chodzi, krówsko? - dodał ciszej. 
Toy westchnęła. 
- Pamiętam twoje słowa, kotek - szepnęła. - I nie chcę kończyć nakarmiona własnymi piersiami przez 
twój oddział. Pociągnę za dwa spusty jednocześnie. Zginiemy obydwoje. 
- No to strzelaj - uśmiechnął się ciepło. 
- Chcę ci po prostu powiedzieć, że zapracowałam na swoje dziesięć tysięcy. 
- No? 
-  Słuchaj,  kotek.  Wynająłeś  mnie,  szlag  jeden  wie,  dlaczego.  Myślałam  o  tym  cały  czas  i  teraz  już 
wiem. 
- No to wal, malutka - Dante nie był zdenerwowany. Zachwiało to jej pewnością siebie. - Słucham. 
- Po co ci głupia dziewczyna detektyw? Co we mnie zobaczyłeś? To, że byłam kurwą Triad, prawda? 
Że  podejmę  się  każdego  zadania  bo  nie  stać  mnie  nawet  na  żarcie...  Idealna  osoba.  Moonsung  chce 
zlikwidować  najemników  po  wyczyszczeniu  szamba.  Jak  dostarczymy  ten  komputer,  załatwią 
wszystkich.  Wiem,  że  to  nie  pierwszy  pracodawca,  który  chce  cię  zlikwidować.  Przewidziałeś  to. 
Myślałeś tak: kto niby mógłby nas załatwić w kosmosie? Przecież "Złomowisko" doleci do celu nawet 
samo,  a  Moonsung  nie  będzie  urządzał  strzelanin  na  Księżycu.  Więc  jak?  A  właśnie.  Umieszczą 
zabójcę w naszym oddziale. Wiedziałeś o tym. Wiedziałeś nawet za dobrze, co? 
- Do czego zmierzasz? 
- To ty jesteś facetem Moonsunga. Ty masz nas zlikwidować. Nawet nie drgnęła mu powieka. 
- Może jakiś dowód? - zaproponował. 
- OK. Jednej, dwóm, a nawet trzem ludziom będzie strasznie trudno zabić trzydziestu ludzi w plutonie. 
Najemnicy  mogą  pokapować  za  wcześnie,  mogą  zobaczyć  jakieś  przygotowania...  Są  w  końcu 
fachowcami w branży, nie? 
- I co? 
- I wynająłeś mnie. Tylko po to, żeby mnie wystawić i... powiedzieć swoim ludziom, że ktoś na nich 
czyha.  Wszyscy  najemnicy  jakoś  tam  znają  się  nawzajem.  Któż  więc  pasuje  najlepiej  do  obrazu 
mordercy?  Obca!  Ale  przecież  nie  malutka  Toy.  Musiałeś  przekonać  ich,  że  jestem  straszliwym 
fachowcem. Wiedziałeś, że moje tatuaże są autentyczne, że każda kurwa we wszechświecie powie mi 
wszystko, co chcę wiedzieć. I sam posłałeś jakiegoś inżyniera do burdelu, żeby wyśpiewał stek bzdur 
przygodnej  prostytutce.  A  potem  przyszłam  ja  i  opowiedziałam  tę  historyjkę  twoim  ludziom.  Odtąd 
mają mnie za twojego psa. Geniusza! Mają mnie za sukę, która w kilka godzin wywęszyła największe 
tajemnice  firmy  Moonsung.  Wystawiłeś  mnie  kotek.  No  bo  kto  pasuje  teraz  do  obrazu  zabójcy  w 
oczach tych ludzi? Obca. Taki superfachowiec jak mała Toy. 
- Masz rację - potwierdził. - Oprócz jednego drobnego faktu. - Niby jakiego? 

Uśmiechnął się. Ciągle pewny siebie, pewny jak cholera. 

-  Słuchaj...  Jestem  sukinsynem.  Ochraniałem  pola  naftowe  i  kopalnie  uranu.  Robiłem  przewroty  w 
bananowych  republikach,  urządzałem  akcje  pacyfikacyjne,  byłem  do  wynajęcia  za  pieniądze.  Jestem 
mordercą i świnią, ale... Toy. Nigdy nie zabiłbym swojego oddziału. 

Drgnęła. Było coś w jego wzroku... Szlag! Czy mogła się mylić? - A może jakiś dowód? - zakpiła. 

- Nie mam żadnego dowodu - uśmiechnął się. - Poza swoim słowem honoru. 
Jezu... Uwierzyła mu. A on to zobaczył w jej oczach. 
- Widzisz Toy - powiedział cicho. - Jestem gnojem i świnią... ale nie aż taką świnią, żeby mordować 
ludzi, którzy mi zaufali. 
- A ja? 
- Ty jesteś obca - skrzywiła się lekko. - Przepraszam. Wierzyła mu. Teraz mu wierzyła. 
-  Słuchaj  -  kontynuował.  -  Nie  przewidziałem,  że  jesteś  aż  tak  sprytna.  Myślałem,  że  jesteś  dupą 

background image

 

34

Iceberga.  Byłą  prostytutką  z  wypalonym  przez  kokainę  mózgiem.  I  rzeczywiście  wystawiłem  cię. 
Przepraszam.  Sam  poszedłem  na  Księżycu  do  burdelu  i  naplotłem  Tally-Ho  wszystko,  czego 
dowiedziałem  się  od  Moonsunga.  Ten  wieczór,  kiedy  opieprzałem  wszystkich...  Chciałem  cię  też 
ochrzanić i wysłać z misją do burdelu. Zaskoczyłaś mnie. Zaskoczyłaś mnie tym, że sama dowiedziałaś 
się wcześniej. Potrzebowałem w oddziale obcej, którą wszyscy uważają za super psa. Chciałem, żeby 
mordercy uważali ciebie za główne swoje zagrożenie. Za mojego tajnego asa wyciągniętego z rękawa. 
Myślałem, że zabiją cię pierwszą, zrobią jakiś błąd i... i ja się dowiem, kim są. Przepraszam powtórzył 
po raz trzeci. 

Toy uśmiechnęła się jakby wbrew swej woli. - Naciąłeś się, Dante. 

- No - mruknął. - Nie doceniłem cię, mała. 
-  A  ja  nie  o  tym  -  roześmiała  się  głośno.  Nie  wiedziała,  jak  sprawić,  żeby  zęby  nie  szczekały  jej  ze 
strachu.  -  Chcę  ci  pokazać,  jak  się  zarabia  dziesięć  tysięcy  dolarów  podczas  jednej  sesji  z  dwoma 
gnatami w dłoniach. 
- Nie rżnij Marlowe'a, mała. Mówiłem, że ci nie idzie... - Nie czytasz gazet, Dante. 
- Co? 
- A ja czytam. Nie mam co robić w tym swoim zasranym biurze, nudzę się i czytam. Wyciągam sobie 
wszystkie z koszów na śmieci i czytam od deski do deski... 
- No i?... 
-  Naprawdę  uwierzyłeś  we  wszystko,  co  powiedzieli  spece  od  Moonsunga?  Pokoleniowa  kapsuła, 
tysiąc lat podróży, dziwne zjawiska fizyczne, które sprawiły, że walec wrócił zbyt szybko... 

Wzruszył ramionami. 

-  Pracodawcy  często  mówią  mi  tylko  część  prawdy.  Ale...  jak  to  wytłumaczyć  inaczej.  Tę  regresję 
wokół  Cholera  wie,  co  się  stało  przez  tysiąc  lat,  co  spotkali  u  celu  podróży,  co  sprawiło,  że  są 
wcześniej z powrotem... 

Uśmiechnęła się ciepło. 

- Dante... A ile znasz źródeł energii, które mogą działać przez tysiąc lat? 

Najpierw zmarszczył brwi. A potem, po chwili wybałuszył oczy. 

- Jezu... Jezu Chryste! - patrzył na nią ogłupiały. Dłuższy czas usiłował się skupić. Trafiła go i zatopiła. 
- Chryste... 
- Tysiąc lat podróży? - zakpiła. - To dlaczego jeszcze tu jest światło? Dlaczego płynie rzeka napędzana 
przez reaktor atomowy? Dlaczego inżynierowie tak łatwo otworzyli przez nikogo nie konserwowaną, 
metalową  klapę  w  śluzie  walca...  Przecież  powinna  mieć  tysiąc  lat!  Widziałeś  już  gdzieś  tak  stare 
drzwi, które otwiera się jednym ruchem ręki? A tlen, ciepło, zasilanie, woda, oczyszczanie powietrza... 
Ale spytam inaczej. Czy znasz komputer, który działa przez tysiąc lat? Czy wiesz, jak bardzo zmienił 
się  język  angielski  przez  ostatnie  tysiąc  lat?  Myślisz,  że  zrozumiałbyś  Wilhelma  Zdobywcę,  nawet 
gdyby  ten  mówił  powoli  i  wyraźnie?  "Thou  art  the  men"  -  dzisiaj  trzeba  byłoby  powiedzieć  "You're 
this guy"... Wytłumacz mi: jakim cudem rozumiemy ten angielski, którym oni tu mówią? 
Dante  nie  sprawiał  wrażenia  człowieka,  który  kiedykolwiek  czytał  stare  książki.  Zdawał  się  jednak 
doskonale wiedzieć, o co chodzi Toy. Uspokoił się momentalnie. 
- OK. Co wywąchałaś, piesek? Uśmiechnęła się. 
-  Jakiś  czas  temu  Europejczycy  wpadli  na  pomysł,  jak  wykonać  skok  podprzestrzenny.  Rewelacyjna 
teoria. Do dupy technologia. Tego ich pilota, Pierra Sauvage'a trzeba było potem zeskrobywać ze ścian 
pojazdu  skalpelem  przez  jakieś  trzy  miesiące,  bo  się  cholernik  dostał  do  wszystkich  szczelin  w 
aparaturze. Tą technologię ukradli Chińczycy. Ale sami nic nie wypuścili. Dlaczego?... Europejczycy 
podejrzewali, że się szajs zrobił z projektu, bo ich statek był za mały. Obliczyli potem nawet, że  po-
trzeba czegoś monstrualnego dla obwodów, jakiejś gigantycznej objętości, żeby umieścić odpowiednio 
wielkie akceleratory... To musiałoby być coś tak dużego, że Chiny musiały odpaść w przedbiegach... 
- Moonsung? 
-A jak myślisz? Ktoś odkupił technologię od Chińczyków albo ukradł Kto? No taka firma, która miała 
już  w  kosmosie  coś  bardzo  dużego.  Na  przykład  osiedle  Vega,  szybko  przemianowane  na 
"pokoleniową  kapsułę"  -  Toy  zaczynały  cierpnąć  ręce.  -  Czy  wyobrażasz  sobie,  że  ktoś  wysyła 

background image

 

35

"pokoleniową"  kapsułę,  nie  mając  odpowiednich  źródeł  energii  i  to  dokładnie  w  momencie,  kiedy 
istnieje już teoria skoków podprzestrzennych? Po co? Za pierwszym razem się nie udało, ale przecież 
obliczenia już są. Technologia dogoni bardzo szybko, czego dowodzi choćby historia lotnictwa. Po co 
wysyłać kapsułę? 
- I co? - Dante był skupiony, nawet na nią nie patrzył. 
- Nie wiem co. Polecieli, zrobili skok, który najwyraźniej się udał, skoro są z powrotem. Ale... Coś się 
popieprzyło. Coś skasowało im zawartość umysłów... Przynajmniej w dużej części. 
- Ile lat ma ten walec? 
- Nie wiem. Ale nie sądzę, żeby więcej niż kilkanaście, może kilkadziesiąt... Ale tylko wtedy,  gdyby 
się tu czas rozciągnął - zakpiła. - Bo tak naprawdę nie ma nawet dziesięciu lat. 
- OK - mruknął - przekonałaś mnie, że jestem bardziej ślepy niż ty bez okularów. 
- Najlepsze zostawiłam na koniec. Zagryzła wargi. Musiała to dobrze rozegrać. 
- Kotek... Skoro już wspomniałeś o swoim słowie honoru... - No? 
- Daj mi takie. Daj słowo, że mnie nie zabijesz, że nie tkniesz palcem, że wrócę żywa na Ziemię. 

Chciał skinąć głową ale lufa Colta Springfielda na czole skutecznie to uniemożliwiła. 

- OK. 
- Myślałam tak... Moonsung za połowę swojego budżetu wysyła w kosmos "pokoleniową kapsułę". Ale 
zamiast  reaktorów,  które  przetrzymają  tysiąc  lat,  bo  tego  jeszcze  nikt  jeszcze  nie  potrafi  zrobić, 
umieszcza  tu  wielkie  akceleratory.  Kapsuła  wykonuje  skok  podprzestrzenny,  wraca,  wszystko  OK. 
Powiedz mi, dlaczego tak spanikowali, żeby aż wysyłać tu najemników?  
- Nie wiem - powiedział szczerze Dante. 
- Bo ten sprytny komputer, to wścibskie gówienko, powiedziało im nie tylko, że wraca. Powiedziało im 
wyraźnie, że coś skasowało zawartość mózgów załogi. Parę tysięcy osób ze "skasowanymi mózgami". 
Jak Moonsung to przetrzyma? 
- No jak? 
- Odpowiedź brzmi: nie przetrzyma tego w żaden sposób. - I co? 
-  Właśnie...  I  co?  Uboczny  efekt  skoku  to  "Ultimate  Delete"  dla  ludzi  w  środku.  OK.  Jak  to 
wytłumaczyć przed prasą? Jak to wytłumaczyć przed rządem? Nie da się?... A od czego są najemnicy? 
- Że niby zabijemy wszystkich tutaj? - Dante!.. Rozpierdolą cały walec! ! ! Zrozumiał. Popatrzył na nią 
poważnie.  
- Rozwalą wszystko - powiedziała. - Plan był taki. Jak się już nie udało, to teraz... Najemnicy lądują w 
walcu.  Demontują  komputer,  bo  to  są  niezmiernie  ważne  dane.  Najemników  się  zabija...  A  jakiś  pan 
inicjuje  reakcję  w  reaktorach  i  po  kapsule  pozostają  jedynie  pojedyncze  atomy.  Nikt  nic  nie  wie. 
Oficjalnie: "wysłaliśmy kapsułę, ale się nie udało". Zresztą, kto sprawdzi po tysiącu lat. 
- Toy - warknął. - Chyba masz rację. 
- I teraz - uśmiechnęła się. - Przed nami następujący dylemat. Tych, co mają rozwalić nasz oddział nie 
musimy  się  bać.  Wymyśliłam,  jak  ich  spacyfikować.  Problem  mamy  jeden.  Jest  tu  ktoś,  kto  ma 
spowodować  eksplozję  całej  kapsuły,  jeśli  tylko  wsiądziemy  do  "Złomowiska".  A  potem  nas. 
Gwarancją  naszego  życia  jest  ten  walec.  Musimy  sprawić,  żeby  dotarł  nietknięty  w  zasięg  ziemskich 
radarów. 
- Po co? 
- Ależ to proste. Rząd będzie miał swój walec.  Moonsung już nie podskoczy.  A jak to zrobić?... Nie 
chcę, żebyś mnie kazał karmić moimi piersiami. Powiem ci później. 
- OK - Dante ciągle nie był zdenerwowany. To było niesamowite. Facet na krawędzi świata. Facet poza 
ostateczną granicą. I nie wpływało to na jego wyraz twarzy... - Co chcesz zrobić? 
- Musimy spacyfikować nasz oddział. - To wiem. Ale jak? 
- Ludzi, którzy nas mieli zabić możemy się nie obawiać. Nie uderzą tutaj, tylko w "Złomowisku". A to 
potrafię powstrzymać. Musimy się bać 

faceta, który ma urządzenie zdolne rozpieprzyć ten walec. - A kto to jest? 
- Nie wiem. 

background image

 

36

- Komu można ufać? - Hot Dog i Yellow. 
- Jezu... Im??? Tym dwóm półgłówkom? 
- Owszem. Obaj chcieli mnie zgwałcić na Księżycu. Czy sądzisz, że agent z tajną misją będzie gwałcić 
kogokolwiek? Ryzykując wszystko? Ryzykując, że się dowiesz i wyznaczysz im jakieś kary? 
- OK. Ale dwóch ludzi to za mało, żeby spacyfikować trzydziestu najemników... 
- Mobutu i Bokassa. - Co??? 
-  Widziałeś  "pana  Browna",  inżynierów?  Widziałeś  obsługę  Moonsunga  na  Księżycu?  To  same 
WASP-y. "White Anglo Saxon Protestants". A Mobutu i Bokassa to Murzynki! 
- Śnisz! Wiceprezesem Moonsunga jest Murzyn. 
-  Jasne.  Na  pokaz.  Moonsung  to  Chińczycy.  Są  bardziej  papiescy  niż  Ku  Klux  Klan.  Nie  wezmą 
Murzynek  do  niczego,  bo  i  tak  się  za  dużo  gada,  że  kolorowi  wykupują  Amerykę.  Nie  znasz  tych 
ludzi... Ale oczywiście to tylko... taka moja babska intuicja. . 
- Dobra - mruknął Dante. - Powierzałem już swoje życie rzeczom mniej pewnym niż babska intuicja... - 
przynajmniej potrafił podjąć szybką decyzję. 

Uśmiechnął się nagle. 

- Hot Dog, Yellow, Mobutu, Bokassa! - ryknął nagle. - Dwadzieścia kroków w tył... 
Patrzył jak wykonują rozkaz. Choć przekleństw nagiej Mobutu chyba nawet on wolałby nie słyszeć. 
- OK. Bierzcie na muszki cały oddział i strzelać, jak ktoś się poruszy... Właściwie wszyscy oniemieli. 
Jedynie  wściekły  Hot  Dog  zerknął  na  Mobutu,  a  ta,  goła  jak  niemowlę,  z  żądzą  mordu  w  oczach  na 
niego. 
- I co teraz, Toy? 
- Włóż na twarz to europejskie urządzenie... 
- Idiotko. Przecież facet musi być uwarunkowany, jak ty! Niczego nie zobaczymy na wykresach. 
-  Ciszej,  Dante...  -  szeptała.  -  Co  ty  sobie  wyobrażasz?  Że  znaleźli  faceta,  który  rozwali  walec  z 
tysiącami osób na pokładzie??? Nakarmili jakiegoś prawdziwka kłamstwami tak, że już nie wie nawet, 
jak się nazywa. No, przecież nikt o zdrowych zmysłach nie zabije jednym przyciskiem tysięcy ludzi. 
On jest nawalony kłamstwami jak ja kokainą za dawnych, dobrych czasów... 
- LeMoy - rozkazał Dante. - Wyjmij z plecaka wykrywacz. Powoli! ! ! Powoli kretynko! Tak, żeby Toy 
przez cały czas widziała twoje ręce! LeMoy zbliżała się naprawdę powoli, trzymając urządzenie i obie 
swoje  dłonie  daleko  z  przodu.  Ostrożnie,  żeby  nie  dotknąć  Colta,  przykleiła  to  cudo  Dantemu  do 
twarzy. Potem cofnęła się, ciągle trzymając dłonie przed sobą. 

Dante  spojrzał  na  Toy.  Dzięki  temu  europejskiemu  urządzeniu  zupełnie  nagle  zobaczył,  że  ona  nie 

żartuje i naprawdę pociągnie za dwa spusty, jak coś pójdzie nie tak. Nie przestraszył się. Ale w jednym 
jego oku, tym, które było wolne od wizjera, dostrzegła coś na ślad szacunku. Powoli opuściła broń. 
- Zagraj to dobrze. 

Dante odwrócił się szybko. 

-  Słuchajcie  gnoje,  ktoś  z  was  ma  tu  dwa  spusty  w  kieszeniach.  Dwa  śliczne  Moonsungowskie 
urządzenia,  dwie  maszyny  sądu  ostatecznego.  Teraz  wszyscy...  głośno  i  wyraźnie  powiecie  mi,  że  to 
nie wy. Kto nie odpowie, tego zastrzeli mój pies, Toy. A jak ktoś powie nieprawdę... ja to zobaczę... - 
Uśmiechnął  się  wrednie.  -  Hot  Dog,  Yellow,  Mobutu,  Bokassa.  Zastrzelić  każdego,  kto  nie  otworzy 
gęby i głośno nie powie, że to nie on. No dobra. Po kolei... 

Pierwszy odezwał się Clash. - Dante... to nie ja! 

Drugi  był  Caddilac.  Potem  Oouroo.  LeMoy,  Greenie,  Slade,  Chrustschov,  Winnie  Winnie,  Maiden, 
Coffee,  Easy  Now,  Whiskey,  Last  Chance,  Vanguard...  A  potem  jeden  z  inżynierów  wyszarpnął  z 
kieszeni dwa joysticki. Toy zarobiła ładunkiem elektrycznym w brzuch i poleciała w tył. 
- Spokojnie - wrzasnął inżynier. - Ta wasza broń jest dezaktywowana! 

background image

 

37

Klik - powiedział cicho zamek w karabinie Hot Doga. Klik, klik, klik - powiedziały zamki 

w karabinach Mobutu, Bokassy i Yellowa. 
- A teraz... - inżynier podniósł drugi joystick. - Shainee! ! !  wrzasnęła Toy. 

Wyostrzony  jak  brzytwa,  aluminiowy  nóż  poszybował  w  przód,  by  wbić  się  w  gardło 

inżyniera. Winnie Winnie, rosły Australijczyk, podskoczył chwilę później i złamał mu kark: 
- Co wy robicie??? - zawył "pan Brown". - Jego też? - spytał Dante. 
-  Nie...  za  wielki  sukinsyn,  żeby  wiedzieć,  o  co  chodzi...  -  tylko  na  filmach  ktoś,  kto  jest z 
wyglądu  gnojem  skończonym  okazuje  się  gnojem  naprawdę.  "Pan  Brown"  był  świnią, 
karierowiczem, ale wyglądał za brzydko, by być tajnym mordercą. 

Toy uniosła się na łokciu. O kurde! Zsikała się po elektrycznym szoku. Szlag! Szlag, szlag! 

!  !  Kucnęła,  osłaniając  się  rękami.  "Pan  Brown"  pomstował,  nie  mając  nawet  pojęcia,  że 
uratowała  mu  życie.  Dwóch  pozostałych  inżynierów  odsuwało  się  od  nieruchomego  ciała 
trwożliwie. Mobutu podbiegła do Shainee. 
- Oddawaj mi moje ciuchy! - wrzasnęła. 

Shainee na sam widok wielkiej dłoni Murzynki zaczęła się rozbierać bez słowa. 

- Kto to jest? - spytał Dante. 
- Pani porucznik, zakonnica, w siódmym miesiącu ciąży - powiedziała Toy. 

Roześmiał się.  - A jakbyś jej nie znalazła? 
- To pod kocami leżałby Hot Dog. I wtedy nam by się nie udało... - Nie wiedziałaś, że mogą 
zdezaktywować broń? 

-  Przez  myśl  mi  nie  przeszło...  -  usiłowała  zasłonić  dłońmi  obsikane  spodnie.  -  Ale  jestem 
głupia. Przecież Mobutu prawie mi to powiedziała... 

Mobutu podeszła już w swoim mundurze: 

- Myślałam, że cię zabiję - warknęła. Spojrzała w dół i zagryzła wargi. - Ale teraz trochę mi 
przeszło... Masz - rzuciła jej własne majtki. Przebierz się. 

Maybe Not, już uwolniona z knebla i więzów, wracała biegiem. - Zabiję tę małą gnidę! ! ! 

- Daj se na wstrzymanie - Bokassa zatrzymała ją ruchem ręki. - Co? 
- Nie wiesz co? Dante ma nosa do swoich psów. Mobutu skinęła głową. 
-  No.  Nie  wiem,  o  czym  tam  pieprzyli,  bo  jestem  za  głupia  -  palnęła  przyjacielsko  Toy  w 
głowę. – Ale jak zwykle... psa wynalazł dobrego! Dante podszedł z boku. 
- Mówiłaś, że wiesz, kto ma załatwić nasz oddział - mruknął. 
- Nie mówiłam niczego takiego. Ta wiedza już nam niepotrzebna. - Co? 
-  Nie  uderzą-  Toy  wbiła  swojego  kałasznikowa  lufą  w  ziemię.  Rozpięła  rzepy  swojej 
kamizelki przeciwodłamkowej i pozwoliła jej upaść. Zdjęła hełm i odrzuciła w krzaki. - Na 
wszystkim są moje odciski palców. 
- No to co? 
- Wszystkie nasze odciski są w odpowiednich kartotekach. Przynajmniej na dwóch lotniskach 
nam pobierali. 
- Nam nawet wcześniej... 
-  No  właśnie.  Teraz  walec  wleci  spokojnie  w  zasięg  ziemskich  radarów.  Pojawią  się  setki 
komisji, niezależni specjaliści... I znajdą tu naszą broń, z naszymi odciskami. Będą wiedzieć, 
czyje to jest, prawda? Od razu! I co się stanie, jeśli przypadkiem okazałoby się, że ludzi od 
tych  odcisków  już  nie  ma  wśród  żywych?  Co  zrobi  nasz  kochany  rząd  Moonsungowi?  Co 
zrobi mu opinia publiczna? 
Dante uśmiechnął się. Zdjął swój hełm i upuścił na ziemię. - Zrzucać wyposażenie - rozkazał. 
- Dante, mam jedną prośbę - Toy usiłowała zasłonić się kocem, żeby móc się przebrać. 
- No? 

background image

 

38

- Shainee... Chcę, żeby wróciła ze mną na Ziemię. Wzruszył ramionami. 
- Mamy jeden wolny skafander - zerknął na trupa inżyniera. 

Odszedł,  a  Mobutu  nachyliła  się  nad  Toy.  -  Przebrałaś  się?  -  powiedziała  groźnie.  -  A 
wiesz, co ci teraz zrobię? Toy osłoniła się rękami. Mobutu chwyciła ją i posadziła sobie na 
karku. – Będziesz  
–  Będziesz  jechać  "na  barana"  -  mruknęła.  -  Przynajmniej  raz  w  życiu  zobaczysz,  jak 
wygląda świat widziany z góry, mała... 

- Dobra - powiedział Hot Dog. - Masz u mnie piwo w najbliższym barze. 
- Akurat... - Maybe Not splunęła na trawę. - Ona nie przechla tego, co jej są winni ci wszyscy 
ludzie w walcu. 
- Nie zapłacą... - westchnął Hot Dog. - To świry... 
"Złomowisko" wracało z zupełnie przyzwoitym przyspieszeniem jednego g. Na więcej nie 
było już ich stać. Monstrualny zbiornik paliwa, do którego ich dospawano, był prawie pusty. 
Całe miesiące podróży... 
Dante wyprosił inżynierów ze sterówki. Przy jednym g nie trzeba było sterować - silnik 
Centaura dusił się, jakby był na jałowym biegu... Komputery radziły sobie doskonale same. 
Dante skinął na Toy. Kiedy znaleźli się sami w sterówce, zaryglował drzwi i przysiadł na 
obudowie maszyny, którą zdemontowali w walcu. 
- Mam dla ciebie dwie wiadomości. Dobrą i złą... Odskoczyła. 
- Obiecałeś, że nie tkniesz mnie palcem! 
- Ja zawsze dotrzymuję słowa - włożył wskazujący palec do ust i oblizał starannie. Drugą 
ręką wyjął z kieszeni papierową tutkę, rozerwał i umoczył swój palec w białym proszku. 
- Nieeeee! ! ! 
- Obiecałem, że nie dotknę - podszedł do niej. - To nie dotknę. Ale nie może tak być, żeby 
żołnierz mierzył w głowę swojemu dowódcy. Podetknął jej palec pod nos. Zwymiotowała 
gwałtownie. Podetknął jeszcze raz. Zwymiotowała momentalnie znowu. Opadła na podłogę i 
usiłowała się cofnąć. Znowu przysunął palec do jej nosa. Zwymiotowała, właściwie to już 
samą śliną. 
- Nie... proszę... - telepało nią okrutnie. - Zabijesz mnie. - Znam ludzką wytrzymałość - 
powiedział spokojnie. Chryste! Po prostu ją wynicował. 
Obudziła się po jakimś czasie zwinięta w kłębek w jakimś kącie, usiłując złapać choć jeden 
głębszy oddech. Podniósł ją bez trudu. Posadził drżącą i dygocącą na małej metalowej 
ławeczce. Sam usiadł obok. - A teraz dobra wiadomość. 
Nie była w stanie odpowiedzieć. Telepało nią tak, że bezwiednie przytuliła się do jego 
ramienia, chcąc znaleźć gdzieś choć trochę ciepła, choćby miało to być po prostu ciepło 
ludzkiego ciała. 
- Od dzisiaj jesteś moim prawdziwym psem - zapalił papierosa i zaciągnął się głęboko. - Jak 
będę miał jakieś poważne zlecenie; zadzwonię po ciebie, mała suko. 
Nie mogła odpowiedzieć. Dygotała przyciśnięta do jego ramienia, nic nie widziała bez 
okularów, które leżały gdzieś na podłodze, tak bardzo chciała choć papierosa, ale nie była w 
stanie poprosić. 
- Masz - położył jej na kolanach swój prywatny karabinek Mannlichera. - Na pamiątkę, 
małpo. 
Chciała papierosa, a nie karabin!!! Ale nie mogła tego powiedzieć. Dante zaciągnął się 
znowu. Patrzył na gwiazdy migoczące na ekranach.  
- Ale pięknie - westchnął. - Brakuje tylko muzyki. 
Papierosa, papierosa, papierosa... Jak to powiedzieć przez zaciśnięte zęby? 
- Zaśpiewaj mi coś, Toy. Toy?... 
 
 

background image

 

39

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Robert J. Szmidt 

Umrzeć w Lea Monde 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

40

Zaledwie ustały ostatnie dźwięki tęsknej ballady, drzwi karczmy otworzyły się z 

hukiem i razem z mroźnym powietrzem wszedł do izby postawny mężczyzna odziany w futra. 

W samym progu otrzepał śnieg z włosia na czapie i ramionach, po czym ignorując dziewkę; 

która zająć się osuszeniem rzeczy chciała, wystąpił na sam środek sali. Mrok już panował, jak 

to zwykle późną nocą bywa, gdy ogień na palenisku się dopala,, a zmęczeni podróżni spać idą. 

Wszyscy obecni jednako oczy na niego skierowali, gdyż energia bijąca z mężczyzny oblicza 

wydawała się niemal materialna. 

- Pomocy waszej, znamienici podróżnicy, potrzebuję - powiedział nowo przybyły głosem 

mocnym, acz niezbyt dobitnym, zdejmując czapę z wilczego futra i odsłaniając głowę. - 

Kobieta w potrzebie, dama serca mego, jedyna. Ona tam porwana... 

Urwał  na  chwilę,  a  cisza,  jaka  zapadła  po  tych  słowach,  martwa  była  jako  czaszki 

przybitych na krokwiach trofeów. Nikt się nie poruszył, nikt nie odpowiedział. Przybysz po 
twarzach siedzących się rozejrzał i przestąpił kroków parę. 

- Azaliż nie ma między wami męża, który wspomógłby damę? - Krzyknął tym razem 

głośniej, budząc nawet gawiedź, co w końcu izby do snu się ułożyła. Odpowiedzi nadal jednak 

nie było. Tu, na krańcu świata znanego, w Górach Ognistych, wiele złego działo się za dnia. 

Nocą nikt przy zdrowych zmysłach nie wystawiłby nosa, gdy pośród kniei grasowały wyrgule 

i wszelkie inne czarcie stworzenie. Karczmarz, zażywny jegomość ó sinym licu - bowiem 

nigdy sobie z klientami nie folgował - wyszedł zza kontuaru i z rozłożonymi rękami ku 

przybyszowi podszedł, gdy ten stał w pozie pełnej wyczekiwania. 

- Szanowny panie i dobrodzieju - powiedział nisko się kłaniając. - Toć nie widzisz, że to 

kupców gromada jeno, srodze drogą umęczona. Nie znajdziesz tu bohaterów, a i sam nie idź w 

noc, bo żyw nie doczekasz kogutów piania. Tu pogranicze, tu inaczej rzeczy się mają. 

Rankiem wyślę umyślnego do grododzierżcy, on drużynę zbierze i za waści panią rychle 

wyruszy. Póki co, przyjmij ten garniec wina i ogrzej się przy ogniu. 

- Nie mogę - jęknął nieznajomy, odsuwając karczmarza. - Zanim noc się skończy, ona z 

zimna może skonać albo rozszarpana leżeć. Leśni ją zabrali, gdym konia z lodu uwolnić 

próbował. Na zachód przez las ją powiedli nie dalej niż pacierz temu. Jeśli ruszymy za nimi 

już teraz, szansa jest ich dopaść. Proszę, zaklinam, jeśli nie ma między wami takiego, co dla 

chwały czynu tego dokona, to dam tyle złota, ile owa panna waży... 

- Daj pokój, panie - rzekł znowuż karczmarz, wciskając przybyszowi garniec z winem i 

powtarzając: - Nie masz tu bohaterów, jeno kupców samych. 

- Zamilcz brusi pomiocie - dobiegło nagle z kąta sali głośne napomnienie. Spojrzał tam 

karczmarz, spojrzeli pozostali. Z kupy skór gramoliła się postać, zrazu nie bardzo widoczna, 

ale po chwili ktoś pochodnię podstawił i zgromadzeni ujrzeli przeciągającego się o1brzyma. 

Takim zdał się bowiem barbarzyńca, któren dopiero co się obudził, a teraz ziewał. - Daj no ten 

garniec i zawrzyj paszczę, bo chcę posłuchać, co szlachcic ma nam do powiedzenia - rzekł, 

prężąc mięśnie godne posągu, a nie śmiertelnika. 

background image

 

41

- Niewiele więcej mogę rzec, niźli powiedziałem - rzekł przybysz. - Tyle złota oferuję, ile 

ona panna waży. 

- Azaliż nie jest mała? - zapytał barbarzyńca, ku środkowi sali idąc i szczerząc zęby w 

uśmiechu. - Bo ja za byle grosz nie będę życiem ryzykował. 

- Osiemdziesiąt pięć funtów, ani grama mniej - rzekł mężczyzna. - Czy zadowoli cię, mości 

wojowniku, taka waga? Stoi nasza umowa? 

- Stać może będzie - odrzekł południowiec. - Sami jednako nie pójdziemy, a gdy dojdzie do 

podziału... 

- Dla każdego tyle przeznaczę - powiedział przybyły. - Macie moje słowo. 

- A kimże ty jesteś - odezwał się młodzieniec siedzący przy ławie z prawej strony, o wielki 

miecz oparty. - Oferujesz nam złota pełne kufry, a przecie nie wiemy, czy masz przy sobie 

choćby talara. 

Zebrani w sali zgodnym pomrukiem wyrazili aprobatę dla słów młokosa. Przybysz nabierał 

właśnie powietrza, by dać odpowiedź, gdy inny głos z drugiego końca sali uprzedził go, 

wypowiadając następujące słowa: 

- Znam ci ja tego człowieka. To omniarcha północnych krain, Rehbert Czarny we własnej 

osobie. - Nieznajomy drgnął nieznacznie, słysząc swoje imię. Spojrzał w stronę, skąd 

chrapliwy głos dobiegał, ale mówcy nie dostrzegał. Ten zaś spokojnie z ukrycia kontynuował: 

- Masz zapewne, mości panie, w swoich skarbcach tyle złota, że zdołasz ją bez trudu 

wykupić. Po cóż by leśni porywali pannę, jak nie dla korzyści swojej. Jeść oni dawno już nie 

jedzą człeczego mięsa, a i dziewicą - znając ciebie - pewnie nie jest owa dama... 

- Znamli ten głos - powiedział Rehbert, kładąc dłoń na głowni miecza. - Jednakowoż nie 

pamiętam, z jakiego rynsztoka dobiegał, gdym ostatni raz go słyszał. Pokaż się parchu, 

niechże poznam twoją nikczemną facjatę. 

- Z przyjemnością- odparł tamten i z cienia za filarem wynurzyła się postać niewiele niższa od 

barbarzyńcy, ale bardziej smukła, odziana w skóry także, na której piersiach połyskiwał 

medalion wielkości pięści i dziwnego kształtu. - Pamiętasz mnie panie teraz? 

- Zaklinacz Gavein - mruknął omniarcha. - Wszystkich, ale nie ciebie bym się tu spodziewał. 

- A gdzie niby to miałbym być po tym, jak z księżniczką mnie okpiłeś. Mandryk Hardy 

ścigać mnie kazał jako psa wściekłego i wrogiem królestwa ogłosił, a za nim wszy wasale 

jego. Tu tylko mogę znaleźć spokój, na rubieżach, gdzie nie sięga prawo królewskich 

edyktów. Czyżby Katherine ktoś ci jednak odebrał, szkaradka pomiocie? 

- W rzeczy samej - odpowiedział mu omniarcha. - Mas do mnie, panie zaklinaczu, żale, ale to 

nie ja ścigać cię kazałem. Co więcej, gdybyś gościny mej chciał zaznać, nie miałbyś źle, ale 

inaczej sam wybrałeś. 
- Prawda to, ale..: 

- Zamilcz, wypierdku kozi - ryknął barbarzyńca, do rozmowy się wtrącając, aż zadrżały 

background image

 

42

naczynia na ławach. - Pan kominarcha ma dla mnie złoto, a ty przeszkadzasz. Chceszli 

zapoznać się z panią Tranogową, co ma oba lica krwią skropione?... 

Zapadła cisza, której nikt nie przerywał. Trzej mężczyźni mierzyli się wzrokiem. Nagi 

barbarzyńca o muskulaturze, która dziewki do szaleństwa przyprawiać musiała, omniarcha, 

któren władzę miał wielką jak mięśnie barbarzyńcy, a może i większą, oraz zaklinacz 

 

stojący nieco z boku, w pozycji gotowej do skoku. Nie ruszyli się jednako na krok 
- Z kim? - zapytał w końcu Gavein. - O kim mowa? 

Wojownik z południa wyciągnął rękę i sięgnął do zawiniątka ze skór leżącego niedaleko 

ognia. Rozplątał rzemienie i wyjął z wnętrza topór bliźniaczy, którego ostrza na łokieć 

szerokie były. Trzonek sięgający mu do pasa wykonano z czarnego dębu, a na końcu wpra-

wiono trzy klejnoty, błyszczące teraz w blasku dogasającego ogniska niczym oczy żywego 

stworzenia. 

- Życzenie miałeś, panie, zapoznać się z istotą, która kryje się w tym zwiewnym kształcie - 

powiedział wolno, a klejnoty jaśniej zapłonęły, jakby zrozumiały, że topór zaraz pić krew 

będzie. - Zatem czas na przedstawienie... 

- Zaczekaj - omniarcha stanął między nimi. - Nie pora na waśnie między dwoma 

znamienitymi wojownikami. Cóż z tego, że się posieczecie, skoro tylko leśni coś na tym 

zyskają. 

- Bronisz parcha, który cię obraża? - Tranog barbarzyńca opuścił topór, który jedną ręką 

trzymał, choć musiał z pięćdziesiąt funtów ważyć. - Ja bym go ubił bez wahania. 

- Im więcej nas, tym i szanse większe mojej pani ratowania - odpowiedział mu omniarcha, 

w oczy patrząc. - Miarkuj gniew swój i dla leśnych go zachowaj, a ty zaklinaczu, co powiesz 

na przyłączenie się do kompanii. Znam cię, wiem, żeś najlepszy w swojej profesji. Złoto też ci 

się przyda, jak mniemam... 

Gavein spoglądał spode łba na wielmożę, z winy którego tyle czasu spędził na wygnaniu. 

Ale czy tak było naprawdę? Wszak cała afera nie taki podtekst miała. Miłość niespełniona i 

takie tam obce zaklinaczom terminy do tego miejsca go sprowadziły. Co ja, kurwać, wiem o 

kochaniu? - pomyślał koniec końców słowami od księżniczki zasłyszanymi. W jego pamięci 

stanęły jako żywe zapach perfumy i pieprzyk na szyi, twarz jej elvia w swojej nieziemskiej 

urodzie i śmiech perlisty. Cokolwiek się ongiś stało, nie mógł pozwolić, by ta twarz, to ciało... 

- Pójdę, ale trzymaj swojego psa na uwięzi - powiedział zaklinacz. - Inaczej rzyć mu 

przefasuję w poprzek jego własnym toporem. I wiedz, że nie dla ciebie to czynię, ale dla 

Katherine, którą uwiodłeś, a potem na zatracenie, jak jaki głupiec ostatni, w las dziki 

powiodłeś. 

- Daj pokój, panie zaklinaczu, i mnie, i barbarzyńcy - zaoponował Rehbert. - On pierwszy 

wszelako zgłosił swój akces do drużyny. 

background image

 

43

- Nie musisz mnie bronić, panie ominiarcho - odparł barbarzyńca. - Sam się obronić potrafię. 

Spójrz jeno na te opaski, toć skóra smoka górskiego, nie inaczej. Sam go ubiłem, panią 

Tranogową trochę jeno fatygując. , 

Rehbert skinął głową, smoki górskie do najtwardszych należały i ktoś, kto samotrzeć takiego 

pokonał, mógł mieć powód do wielkiej chwały. Wart był zatem barbarzyński wojownik 

swoich przechwałek. O ile prawda to była. A wyglądało, że w rzeczy samej. 

- A co ten przeklinacz pokazać może, prócz paskudnego pyska? - zakończył swoją 

prezentację Tranog, zarzucając topór na ramię i z miną zwycięzcy środkiem sali się 

przechadzając. 

Rehbert odsunął się nieco i Gaveinowi dał wyjść ku ogniowi, co pod kotłem dogasał. 

Zaklinacz poruszał się ostrożnie, ale z kocią gracją. Miecz miał przez plecy przewieszony na 

luźnym pasku, tak by wyjąć go było łatwo. Ale nie sięgnął po głownię, tylko rozwiązał 

rzemienie kaftana przy szyi i wyjął spod niego naszyjnik. Zgromadzeni w sali przysunęli się 

nieco, bowiem nie widzieli, czym są przedmioty na rzemień nanizane. Przybliżył się jeszcze 

Gavein i z lic barbarzyńcy rozradowanego uśmiech zniknął, ledwie ujrzał, z kim ma do 

czynienia. Naszyjnik bowiem zrobiono z kłów bruxsy, a jak wiadomo, każda z tych istot 

przewrotnych cztery tylko kły posiada charakterystyczne wielce, zakrzywione i podwójnym 

końcem obdarzone. Nie to jednak podziw budziło, z jakiego potwora owe kły pochodziły, ale 

ich ilość. Na rzemieniu dziesiątki ich były. 

Tranog splunął na klepisko i odłożył topór, opierając go o najbliższą ławę. Podszedł do 

Zaklinacza i wziął w rękę koniec naszyjnika. 

- Ile ich jest? - zapytał. 
- Sto dwadzieścia - odparł zaklinacz. 

- Z ręki twojej padły wszystkie? - Skinienie głowy wystarczyło za odpowiedź. - W takim razie 

znaj, zaklinaczu - tym razem południowiec poprawnie wypowiedział miano profesji Gaveina - 

że ja, Tranog z Tormente, chylę przed tobą czoła, a nie masz na tym świecie wielu, przed 

którymi to uczyniłem. Sam żem bruxsę ubić próbował, ale jeno blizn się nabawiłem paru od 

takowych haczyków. 

To mówiąc uściskał Gaveina niedźwiedzim chwytem, nieomal go nie dusząc. Na szczęście 

szybko tych umizgów zaprzestał i cofnął się ku swojej ławie, gdzie czekał pełen garniec wina. 

Dał tym zaklinaczowi do oddechu wrócić. 

- Jest tu ktoś jeszcze, kto z nami ruszyć może? - zapytał Rehbert pozostałych gości. Zrazu 

zapadła cisza, a po chwili wstał podrostek, który czas jakiś temu o złoto się pytał. Jasne włosy 

jego twarz młodzieńczą okalały. Nosił zbroję skromną, czarną, wykonaną całą ze skóry, ale 

miecz jego niezwykle był okazały. Dwuręczne to ostrze, szerokie na dwie dłonie, z metalu 

jednako lekkiego było zrobione. Tak mniemał Gavein, bowiem szczupłej postury młodzieniec 

nie mógłby dźwigać miecza tej wielkości, a co dopiero wprawnie się nim posługiwać w boju. 
- Pójdę z wami mości panowie - powiedział. 

background image

 

44

- Z kim mam przyjemność? - zapytał Rehbert, obchodząc go z boku. 

Młodzieniec ukłon mu złożył prawie dworski, a potem odpowiedział, dokładnie ważąc 

słowa, co w ustach tak młodej osoby rzadkością było, zwłaszcza w tych okolicach: 

- Zwą mnie Chmurny, bo takie mam oblicze. Pamięć straciłem, gdym w armii służył i nie 

pamiętam nawet krainy, z której pochodzę. Znam się wszelako na leczeniu i magii liznąłem 

trochę, a miecz mój na pewno przyda się tam, gdzie walczyć trzeba nie tylko z ludźmi, ale i 

bestiami. Wiem, co to ból po utracie ukochanej, wszak ma Aeris też zginęła, to jedno 

zapamiętałem... 

Omniarcha skinął głową, za nim zaklinacz i na końcu Tranog. Czterech ich już było. Ale to 

wciąż mało. Rozglądali się po karczmie, lecz pośród gawiedzi nie widać było już nikogo, kto 

by nadał się do drużyny. Jednako znalazł się taki. Niedaleko szynkwasu na kawie siedział siwy 

mężczyzna, odziany jedynie w ozdobny strój skórzany. Nie miał przy sobie broni żadnej, jeno 

sakwę. Wstał powoli, a gdy sięgał po bagaże, uczynił to dość niezdarnie. Wszyscy na niego 

spoglądali, jakby w niedowierzaniu, że ten kościsty i niemłody człek godzi się na takie 

wyzwanie. A on szedł już spokojnie ku środkowi sali. Gdy stanął przed członkami drużyny, ci 

zauważyli, że skóra na jego twarzy biała i pomarszczona była jako pergamin. Takoż i głos 

miał dziwny. 

- Seeleon jestem - powiedział, co jak szelest zabrzmiało. - Nekromanta z Ard Carraigh, do 

usług waszmości. 

- Nekromanta - omniarcha cofnął się odruchowo. - Azaliż rozmawiasz ze zmarłymi? 

- Nie tylko panie - odparł tamten. - Potrafię też przyzywać ich do swojej obrony, a nawet 

więcej z nimi uczynić mogę. Władzę mam nad istotami z tamtego świata zaiste wielką. 

Gdy to wypowiedział, szmer przeszedł po sali. Ludzie siedzący przy ławie, od której wstał 

nekromanta, podskoczyli jako oparzeni. Część pobiegła do swoich kwater, po relikwie 

zapewne, inni z przerażeniem na miejsce, gdzie przed chwilą siedział ich towarzysz spo-

glądali. 

- Pomogę ci, omniarcho, bom wiele o tobie słyszał, tam na północy. Mówili, żeś demon, ale ja 

nie czuję w tobie tej mocy, którą lśnią demony. Aczkolwiek coś jest w tobie, coś niezwykłego. 

Tyle że nie potrafię dokładniej określić tego. 

- Pięciu nas i więcej nie będzie - powiedział Rehbert, gdy nekromanta zakończył swoje 

orędzie. - Jesteśmy jako palce jednej ręki, każdy z nas inny, a zarazem w inności podobny. 

Razem stanowić jednako będziemy pięść, która mą lubą uwolni. 

- Nie inaczej - odrzekli, a potem omniarcha z karczmarzem przeprowadził targ krótki 

względem zapasów na drogę. W zasadzie polegał on na wymienieniu, czego drużynie 

potrzeba. Z szybkością, której nikt by nie podejrzewał u karczmarza, bardziej gnoma 

przypominającego niźli człowieka, na kontuarze pojawiały się suszonego mięsa płaty, bochny 

chleba i wina antały. Zapakowali wszystko to do toreb i sakw, nałożyli wierzchnie odzienia - 

background image

 

45

tylko nekromanta poszedł tak jak stał, ale jego ciało dawno już przestało odczuwać jakiekol-

wiek wrażenia - i ruszyli ku drzwiom prowadzącym w świat, gdzie nawet wilk nie miał 

odwagi po zmierzchu dobyć. głosu z gardła na wysokiej grani. 

Tropy były jeszcze świeże, gdy przybyli w pobliże przełęczy, gdzie koń Rehberta po 

niefortunnym kroku na kruchym lodzie stanął. Zsiedli z wierzchowców, a zaklinacz - jako 

jedyny z tropiciela zdolnościami w drużynie - przyjrzał się uważnie śladom. 

- Sześciu ich było, zda się wilkołacy - powiedział. - Powiedli Katherine do lasu, konia 

uprzednio zagryzłszy. Świadczyć to może, że daleko jej nie zabrali. Wszelako taszczyć 

musieliby księżniczkę, a w takim śniegu nawet i leśni szybko by stracili siły. - Tu spojrzał na 

nekromantę, znającego lepiej wilkowych obyczaje. Ten skinieniem przyznał mu rację. 

- Jeśli się pospieszymy, może przed świtem znajdziemy ich gniazdo - dokończył tedy 

Gavein, na nogi stając. - Jednego nie rozumiem wszelako. Dlaczegóż wilkołacy panienkę 

porwali? Wszak nigdy przedtem rzeczy takich nie czynili... 

- Tego i ja nie wiem - odparł omniarcha, poprawiając się w siodle. - Nie znam wilkołaków 

przecie, ani ich zwyczajów. 

- Byli z twoimi armiami sprzymierzeni - zaklinacz mówiąc to, podszedł do konia 

Rehbertowego. - Pamiętam, że miałeś ich po swojej stronie pod Zielonym Lasem. 

- Prawda to, ale było ich niewielu i raczej zawdzięczałem ich udział czarodziejom niźli 

swojej woli. 

Zaklinacz nie ustąpił po tej odpowiedzi. Uchwycił uzdę rumaka i twardo ją trzymał nie 

pozwalając wyrwać się omniarsze. 

- Co robiłeś tutaj, z dala od swoich siedzib, razem z Katherine? Samotrzeć z damą po nocy, 

w takiej okolicy. Sam się o problemy prosiłeś. 

- Nie twoja to rzecz zaklinaczu, co tu robilim. Ważne, że ona zaginęła. Nic więcej się nie 

liczy. 

- Zaraz, zaraz - wtrącił się Chmurny. - Wziąłeś nas do pomocy, to traktuj należycie. Za garść 

złota mamy narażać dla twojej pani życie. Należy się zatem wyjaśnienie. Tak dla mnie, jak i 

dla całej drużyny. Nie chcę zginąć, nie znając nawet sprawy tej przyczyny. 

Rehbert zsiadł z konia i powiódł wzrokiem po pozostałych. Zbliżyli się do siebie, ustawiając 

wierzchowce w półokrąg, którego centrum omniarcha stanowił. Słuch wytężyli. 

- Zatem dobrze, zdradzę wam, jak wyglądały sprawy - powiedział, stając między nimi. - 

Razem z Katherine wyruszyłem z misją ku miastu, co leży poza znanymi granicami. Władyka 

tamtej krainy, Sidney Losta'lot, któren magiem jest potężnym, zapragnął przymierza z mojemi 

ludami. Przymierze to miało zostać przypieczętowane w zamczysku na pobliskiej grani. 

Warunkiem było, że sam tu przyjadę, jako i on przybyć miał, a gwarantem pokoju miała być 

Katherine. Przekonan wszelako jestem, że słudzy Losta'lota ją porwali. 

- Losta'lot, znam ci ja to miano - powiedział nekromanta, cedząc słowa szeleszczące, jak 

background image

 

46

miał to w zwyczaju. - Panem on jest twierdzy Lea Monde, co na krańcu świata leży. Jeśli 

twoja pani w oko mu wpadła, trudna będzie to sprawa stamtąd ją wydobyć. 

- On ci to, ten sam - przytaknął Rehbert. - Wielki wróg Valuzji. - Która i tobie nie jest mika - 

wtrącił się Chmurny, celnie rozmowę puentując. - Jako że jedyna na północy twojej władzy się 

sprzeciwiła. Nie licząc samego Lea Monde, aleć to jest jeno kultystów siedzi 

ba. 

- Moc ich jest jednako - przytaknął Rehbert. - A teraz nie wiem, co począć, bowiem przeciw 

sobie mam potęgi obie. I Valuzję całą, i z Lea Monde odszczepieńców. 

- Pięciu nas. Wszyscy niezwykli, aleć to za mało, by z taką potęgą wojować - powiedział 

barbarzyńca, kręcąc nosem. - Czy dla jednej dziewki warto takie ryzyko podejmować? 
Rehbert chciał odpowiedzieć, ale zaklinacz go uprzedził: 

- Warto, wierzaj mi. Warto iść na kraj świata i duszę swą zaprzedać. Znałem ja ją dzień 

jeden, a jestem o tym przekonany. Zapewne i władyka Sidney też wrażeniu temu oprzeć się 

nie mógł. 

- Takie tam dyrdymały o zakochanych = prychnął Tranog z pogardą. 

- A co ty, kurwać, wiesz o kochaniu - razem powiedzieli Rehbert i Gavein, i na siebie 

spojrzeli ze zdziwieniem, że to samo pamiętają. Południowiec w osłupieniu na nich spoglądał i 

nic więcej nie wyrzekł. Konia spiął i wyłamał się z szeregu. Chmurny zaś zdał się nie 

rozumieć całej sprawy, nikt jednako nie pospieszył mu z wyjaśnieniami. 

Czas było ruszać, póki trop świeży. Niebo zachodziło chmurami, a śnieg zniweczyłby 

wszelkie szanse na szybkie odnalezienie zguby. Niestety, nim minęko pół pacierza, z 

ołowianego nieba płaty gęste białego puchu padać zaczęły, grzebiąc pod sobą wszelkie ślady 

tak wilkołaków, jak i panny przez nich porwanej. Wkrótce zamieć taką osiągnęła siłę, że nie 

mieli wyjścia i stanęli przy skalnej ścianie. Obozowisko rozbić musieli i najgorsze przeczekać, 

pomimo złorzeczeń omniarchy i zaklinacza narzekań na nieskuteczność magii stosowanej 

wobec sił natury. 

Trop stracony w świeżym śniegu był nie do odzyskania. Dzień cały strawili na szukaniu 

jakowych leśnych, by zasięgnąć języka, ale co którego zoczyli, ten się z matni wymykał. 

Tracić nadzieję zaczęli na sukces najmniejszy, gdy słońce pół drogi przebyło po szarym 

niebie. Ale nekromanta, wciąż trzymający się w tyle, znalazł na to radę. 

- Ubić nam trzeba leśnego - wychrypiał bardziej niż zaszeleścił. - Trup nam niczego 

wszelako nie powie - Tranog jak zwykle swoje trzy grosze wtrącić musiał. 
- To się okaże... 

Rehbert zatrzymał konia tuż obok siwego mężczyzny i uciszył barbarzyńcę gestem dłoni, 

zanim ten znowuż głos zabrał. 

- Wszelako myśl to genialna. Nekromantą waść jesteś. Zabitego wskrzesisz i sługą swoim 

zrobisz, a on doprowadzi nas do stada, albo i gniazda. A może sam będzie wiedział, co z 

Katherine się stało? 

background image

 

47

- Tak może być - przytaknął Seeleon. - Trza nam jednako broni specjalnej na wilkołaka. 

- Srebro je ubija - powiedział zaklinacz - ale jako widzicie, z każdej pułapki uciekają hultaje. 

Gdy śniegu po pas, nie da się jako zwierze pomykać, a nie mam już eliksirów na taką 

sposobność przyrządzonych. 

- Strzała takiego dogoni - pomyślał na głos Chmurny. - Ale czy mamy ze srebra groty? 

- Jest łuk - odpowiedział Rehbert na to - są strzały, a i srebro w trzosach mamy. Z tego da się 

przecie coś zrobić wprawnymi rękami. Czy któryś z was ma denara z Tursalli? Srebrny on jest, 

odpowiednio wielki i łamać się da na ćwierci. 

Nie mieli, ale w sakwie Chmurnego znalazły się monety w Karthagonie bite, nieco mniejsze i 

niedzielone, ale tym już zajął się Tranog. Na kamieniu sztyletem wysztancował na każdej 

krzyże, a potem w palcach metal połamał, jakby chleba bochen dzielił. Z dwóch takich 

krążków srebra osiem grotów zrobili. O kamienie je naostrzyli, a potem rzemieniami na 

miejsce stalowych końcówek do drzewc przywiązali. Strzały były gotowe, trzeba było jeno 

poszukać ofiary i trafić ją, co w przypadku tak nie wyważonych pocisków dość trudne 

się zdawało. Ale losu pokrętne wyroki dość szybko sprawiły, że na ścieżce ku wodopojowi 

prowadzącej pierwsza bestia się pojawiła. 

Wilkowyj szedł ostrożnie, czując zapach ludzi, ale na swoim terenie tak bardzo intruzów się 

nie obawiał. Zaklinacz z Rehbertem inscenizację zaś wymyślili, coby leśny nie zorientował się 

do ostatniej chwili, że to on jest ofiarą, nie łowczym na tym polowaniu. Nekromanta i 

barbarzyńca w śniegu brodzili ciągnąc za sobą młodzika, któren rannego udawał. Wszyscy się 

na nogach słaniali. Omniarcha zaś i zaklinacz na drzewach usadowieni opodal ścieżki po za-

wietrznej czatowali. Gavein znak magiczny nakreślił, by pozostali jak najdłużej nie wykryci. I 

wszedł wilczy pomiot prosto w sidła na niego zastawione. Obaj na raz wystrzelili, ale tylko 

Gavein trafił. Strzała wbiła się w kark bestii, ryk powodując straszliwy, jako że srebro w 

kontakcie z transformowalnym ciałem leśnego żywym ogniem paliło. Raniony wilkowyj 

wyrwał szybko drzewce z rany, ale omniarcha i zaklinacz cztery następne w niego wpakowali 

strzały. Tym razem celniej. W korpus wszystkie weszły, a jedna prosto w serce, kładąc 

leśnego na miejscu. 

Zbiegli się członkowie drużyny, zanim sierść zanikła na ciele starca, który mocy magicznej 

po śmierci pozbawiony leżał teraz nagi, w ludzkiej postaci, krwawiąc obficie z ran wszystkich. 

Nekromanta przyklęknął przy wilkołaku odmienionym. Zbadał puls na jego szyi, po czym w 

gasnące wejrzał oczy. 

- Martwy już jest i mogę zaczynać - powiedział, gdy pozostali go otoczyli. - Azaliż radzę 

odsuńcie się, a może i inne wybierzcie zajęcia, bo to, co mam do zrobienia, nie będzie zbyt 

piękne ani przyjemne dla oczu waszych. 

- Ja tam zostanę - Tranog oparł się na rękojeści topora tuż obok zabitego. - Wielem widział, 

ale nekromantę oglądać przy takim zajęciu pierwszy raz mi się zdarzy. 

background image

 

48

- Jako chcesz - rzekł tamten. - Wolna twoja wola, nie będę powtarzał. 

I przystąpił do dzieła. Mrucząc coś niezrozumiale, wbił obie dłonie, niczym szpony, w 

brzuch trupa, rozrywając skórę i sięgając do trzewi. Tu wszyscy wzrok odwrócili, prócz 

barbarzyńcy, który nadal opierając się na toporze, widowisko to oglądał. Pozostali w tym mo-

mencie w las odeszli. Tymczasem ręce nekromanty, w posoce unurzane, coraz głębiej w tors 

ofiary się zanurzały. On sam zaś zdawał się nosem i ustami muskać powierzchnię spienionej 

masy, jaka otwartą ranę wypełniała. Wreszcie gwałtownym ruchem Seeleon wyszarpał serce 

wilkołaka i ociekające świeżą krwią na śnieg rzucił. Podniósł się z kolan i z sakwy, co ją miał 

przez plecy przerzuconą, wyjął krótką różdżkę, małą czaszką zwieńczoną. Nakreślił kilka runi-

cznych znaków w powietrzu, a wisiały one złożone z blasku przez krótką chwilę, po czym 

jako dym się rozwiały. Potem trup się poruszył. Krew w trzewiach zabulgotała, pojawiły się na 

skórze czarne igły włosia. Martwy na ich oczach wilkowyjem się stawał. Wreszcie powstał, 

mętnymi przewracając oczami. 

- Moja robota skończona - rzekł nekromanta, wycierając o śnieg ręce skrwawione. - Waszeci 

teraz go oddaję. 

- Straszne panują w profesji twojej obyczaje - powiedział Rehbert zbliżając się z wolna. - 

Zawsze tak okrutnie to czynisz, a może ze względu na nas trochę w rytuale żeś się hamował? 

- Mogę rzeczy takie czynić na odległość, zwłok nie tykając. Tą cmentarną różdżką trupa też 

ożywić potrafię niezgorzej - odparł spokojnie nekromanta. 

- Zatem, po co to wszystko było? - Bo lubię... 

Rehbert milczał i podszedł do leśnego, któren stał, niczym posąg na środku skrzepniętej 

krwi kałuży. 
- Rozumiesz mnie? - zapytał. 
- Tarrk - głos tamtego dobywał się jakby z wnętrza jamy. 

- Szukamy porwanej przez leśnych damy, wiesz coś o tem? - Tarrk - potwierdziła bestia. 

Tu wtrącił się nekromanta. 

- Inaczej, panie, pytać musisz, wszak on niespełna jest teraz rozumu. Pokażę ci... Gdzie ona? 
- Ku twierrrdzy ją wiodą - padła odpowiedź. 

- Widzisz panie, tak pytać trzeba, by odpowiedź satysfakcjonującą była. 

- Jaka to twierdza? - Rehbert podjął przesłuchanie. - Lea Monde. 

- Wiedziałem, wiedziałem. Ilu ich? - Szesssciu... . 
- Wilcy sami? . 

- Nieee, człek ich prowadzi... - Sługa Sidneya? 

- W rzeeczy samej... - Imię jego znasz? 
- Imię jego Harrrdin jest... 

- Sidneya ręka prawa. Znam ja łotra - omniarcha gorączkowo począł przechadzać się wokół 

bestii. - Znamy już sprawców, lecz co dalej? 

- Niee wiem - wilkowyj odpowiedział, jakby jemu zadano to pytanie. 

background image

 

49

- A zamilcz pokrako! - rozsierdzony ,Rehbert skarcił go jak swojego człeka. To jednako 

żadnego skutku odnieść nie mogło, jako że leśny na pytania tylko był zaprogramowany. 

- Dogonić, ze skóry obłupić, złotem tych, co przeżyją obdarować. Tak to widzę - Tranog 

pierwszy odpowiedział, jako zwykle czynił. - Zanim do twierdzy dotrą, dopaść ich musimy - 

dodał Chmurny 
- Potem sprawy mogą przybrać obrót mniej pomyślny. 

- Znasz drogę? - Tranog szturchnął toporem wilkowyja. - Tarrk - ten odparł. 
- To prowadź, zgnilcu, zanim wszelaka treść z ciebie wypłynie! 

Wilkowyj prowadził ich niezbyt szybko, ale wprost do celu. Rehbert żachnął się razy parę na 

nekromantę, który folgując swoim gustom nieco przesadził z bestii szatkowaniem. Przez to 

leśny, co i rusz o swoje wnętrzności się potykał i tempo marszu zwalniał. Ale nie mieli innego 

przewodnika, więc za wilczym podążali przez knieje, z dala od traktów i ścieżek ludziom 

znanych. Zmierzch już się zbliżał, gdy do pierwszego z ognisk, przez porywaczy 

zostawionych, dotarli. Popioły ostygły już i zaklinacz szybko ustalił, że minęło ze sześć 

pacierzy, od kiedy tamci wyruszyli dalej. Rehbert wielce tym faktem był zaniepokojony. 

- Do Lea Monde stąd nie więcej niż dzień drogi - rzekł nerwowo skubiąc brodę. - Jeśli sześć 

pacierzy przewagi mają, szanse nasze marne. 

- Może by tak odmieńca srebrem za służbę wynagrodzić - zaproponował Tranog. - Sami 

szybciej ku zamczysku podążymy, jeśli znasz waść drogę. 

- Problem w tym, mości barbarzyńco, że wejść tajemnych do Lea Monde nie znam, a bestia 

na pewno do jednego z nich nas doprowadzi, idąc tropem swoich braci. 

- Zatem do gniazda kultystów nas wiedziesz - mruknął Chmurny. - Tam śmierć jeno i 

przekleństwo. Nikt żyw stamtąd nie powrócił. - Żyć chcesz wiecznie, panie rycerzu? - zapytał 

niespodzianie 

nekromanta. - Wiedz, że z przyjemnością cię ożywię, gdy przyjdzie twoja pora. Różdżką rzecz 

jasna, w druhach się nie babram, jako w postronnych... 
Chmurny splunął i spode łba na Seeleona spojrzał. 

- Ani się waż tego uczynić. Wolę pójść w robaki, niźli służyć ci za tarczę v razie jakim. 

- Wedle życzenia. Śmierci się boisz, a ja pomóc jeno chciałem strach twój pokonać. 

- Już go pokonałem - rzucił młodzieniec i odjechał na stronę, byle dalej od człowieka, któren 

władzę nad martwymi sprawował. 

Wyruszyli od razu, czasu więcej nie marnując. Jechali do wieczora, nie napotykając nigdzie 

wrogości, choć okolice to dzikie były. W rzeczy samej niemal nikogo nie spotkali. Ziemie te, 

wyludnione wojnami między państwem-miastem, Valuzją zwanym, a kultystami, po latach 

stały się jeno pustkowiem, gdzie wsie spalone czerniły się między dzikimi polami. Gdy słońce 

dotknęło horyzontu, Rehbert wilkowyja nakazał przywołać i rozkaz dał do popasu. Nocą do 

twierdzy zbliżać się niebezpiecznie było, a zdało się, że nie nadrobili wiele drogi do 

uchodzących. 

background image

 

50

Wieś, do której wjechali, niewielka była, ledwie sześć chałup liczyła. Ogień ją oszczędził, 

przynajmniej po części. Za to kości walające się po obejściach sugerowały, że mieszkańcy nie 

mieli tyle szczęścia, ile same obejścia. Stanąć w miejscu takim na popas strach było, ale jechać 

dalej równie strasznie. Jednako omniarcha zdecydował, że staną w ostatniej chacie, nieco z 

dala od reszty stojącej. Studnia była tu czysta, a i wewnątrz domostwa śladów rzezi nie było 

tak widać. 

Konie uwiązali w chlewiku, któren pusty się ostał, ale siana w nim było trochę i 

wierzchowce mogły napaść się do woli. Nekromanta wprzódy do chaty poszedł, sprawdził 

każdy jej zakątek, a gdy zdał relację omniarsze, reszta drużyny mogła spokojnie się na nocleg 

rozlokować. Wkrótce na palenisku ogień zapłonął i w kociołku, któren przyniósł ze wsi 

Seeleon warzyła się strawa z mięsa kupionego od karczmarza i warzyw z pola zebranych. 

Bukłaki wina pospołu rozpijane trochę rozluźniły wojów, acz nadal nieswojo się czuli w 

otoczeniu pomordowanych kmieci. Tylko Tranog nie czuł niczego szczególnego i leniwie 

rozparty na przypiecku topór swój glansował, śpiewając pod nosem sobie tylko znane pieśni. 

Rehbert zasiadł na zydlu w przyzby kącie i rozmyślał. Zaklinacz warzył strawę, a nekromanta 

z Chmurnym sposobili leśnego do objęcia warty. 

- Planu nam trzeba - bardziej to do siebie Rehbert powiedział, niźli do pozostałych. - Mało 

nas, a w twierdzy załoga liczna. Nawet wchodząc tam w tajemnicy, liczyć się musimy, że 

koniec końców z samym Sidneyem twarzą w twarz staniemy. A on panem jest smoków i 

wyvernów wszelakich. 

- Ty jesteś wodzem - odparł niespeszony barbarzyńca, polerki nie przerywając. - Jak 

zarządzisz, tak będzie. Nam nie każ myśleć. Od tego boli głowa bardziej niźli od taniego piwa. 

- Wejdziemy sekretnym korytarzem - odezwał się zaklinacz chwilę potem, gdy już w kotle 

zamieszał. - Dobrym sposobem byłoby zdobycie kilku strojów miejscowych, co by nie 

wyróżniać się spośród tamtejszych, jak to ich zwiecie, kultystów. Wtedy szansa będzie, by tak 

szybko nas nie rozpoznano. To zaś pozwoli na lepsze twierdzy spenetrowanie i zaplanowanie 

uwolnienia księżniczki w spokoju. 

- Dobrze kombinujesz, panie zaklinaczu - odparł Rehbert, koncepcję rozważając - ale plan 

twój jeden błąd zawiera, acz znaczny. Większość mieszkańców twierdzy to duchy i potwory, 

ciężko by nam było przebrać się za nie. Zresztą, o ile pamiętam, nie ma strojów, jakimi by się 

tam specjalnie obnoszono. Do kultu wielu należy amatorów z różnych stron świata 

przybyłych. 

- Zatem wejść po cichu musimy i tak pannę porwać, by nikt się nie zwiedział - wtrącił 

niespodziewanie Tranog, zadziwiająco dobrze kalkulując. - To da się zrobić, wszak między 

nami sami nadzwyczajni rycerze... I nekromanta biegły w swoim fachu na dodatek, psia j ego 

mać. 

- Oby tak się dało - mruknął omniarcha niby pod nosem, ale wszyscy go usłyszeli. - Plan 

musimy ustalić, zanim jutro z rana pod mury twierdzy podejdziemy. Teraz próżno się 

background image

 

51

zastanawiać, co robić możemy, skoro nie wiemy nawet, jako Lea Monde wygląda. 

- Powiadają, że zniszczona jest kataklizmami - słowa te wymówił nekromanta, który nagle 

stanął w drzwiach chaty. - Trzęsienie ziemi z posad wysadziło zamek górny, a i gród, co w 

murach twierdzy leżał, w gruz się rozpadł. Gadają, że jeno parę ulic przejście oferuje, reszta 

zaś to zwały kamienia i drew same. 

- Znaczy, że jej nie pilnują? - zapytał omniarcha wywodem zaciekawiony. 

- A czego tu pilnować, w zgliszczach tyle bestii siedzi i upiorów, że nikt żywy stamtąd nie 

powrócił, kto nie miał glejtu od Sidneya. - Problem to oznacza... 

- Może nie tak wielki - rzekł nekromanta, siadając pod miejscem, gdzie rozłożył się Tranog. 

- Ja glejt taki posiadam. 

- Co rzeczesz, przyjacielu? - Rehbert zerwał się z miejsca jak oparzony, przewracając przy 

tem zydel, na którym tak niedawno przysiadł. - Czemuś wcześniej tego nie powiedział?! 

- A czy kto mnie pytał? Wszelako nie było mowy o wstępowaniu w progi tego przeklętego 

miejsca, gdzie budzą się do życia demony. - Nie było - zawtórował barbarzyńca. - Do lasu 

mielim skoczyć, 

usiec wilków parę i do karczmy wrócić w chwale. I złotem mielim się podzielić. 

- Panią poszliście ratować, nie tylko leśnych zabijać. A pani teraz w twierdzy, nie z mojej i 

nie z waszej przewiny. Ale, jak kto chce się wycofać, to nie będę go winił - Rehbert zydel 

postawił i ponownie na nim usiadł. - Lepiej zastanówmy się, jak wykorzystać ową okoli-

czność, że imć Seeleon glejty posiada. To może być nasza szansa jedyna na twierdzy 

spenetrowanie. 

- Ja widzę to tak - powiedział nekromanta po dłuższym namyśle. - Wejdziemy do Lea 

Monde za dnia, głównym traktem, z glejtu korzystając. Sir Rehbert iść z nami nie może, jego 

bowiem rozpoznają. My jednako, nikomu nieznani, szansę mamy na służbę do Sidneya 

wstąpić i - po rzeczy rozeznaniu - panią Katherinę uwolnić. 

- Co zatem powinienem uczynić, skoro z wami iść nie mogę? - zapytał omniarcha, gdy 

zapadła cisza. 

- Jedź na ziemie swoje i organizuj odsiecz - Seeleon spokojnie wyłuszczył swoją część planu, 

którą właśnie obmyślił. - Ściągnij wojska, czyń jak najwięcej zamętu. Jako znam Sidneya, na 

dworze twoim szpiegów jego jest bez liku. Jeśli zobaczą cię w rozpaczy, pomyślą, że plan 

porwania się udał, a ty panie nie masz pojęcia o Sidneya sług w tym udziale. Poselstwo 

odnów. Zaznacz, że z przyczyn takich a takich lady Katherine być obecną przy rokowaniach 

nie może. Działania te spowodują, że czujność ich nie będzie tak wielka i nasza akcja w 

murach twierdzy udać się może. 

- Mądrze powiedziane - poparł jego słowa barbarzyńca. - Jak na trupojada całkiem dobrze 

gada. Dać mu wina! 

- Jeszcze nie skończyłem! - nekromanta po raz pierwszy głos podniósł w ich obecności, 

background image

 

52

zmuszając do zamilknięcia rozbawionego Tranoga. - Zbierz omniarcho drużynę i na jej czele 

wyrusz z drugim poselstwem ku Lea Monde. Gromada musi być mała, na tyle, by podejrzeń 

nie wzbudzała, ale dobierz najlepszych. Dwudziestu wystarczy. Zaopatrzcie się w magię 

prostą i amulety. Srebrnej broni musicie wziąć zapas i eliksirów na uroków odczynianie. 

Czarodziej też przydać się może w drużynie, ale nie szalej. To wyglądać ma na orszak, nie 

armię. Jak myślisz, ile czasu zajmie zorganizowanie takowej wyprawy? 

- Jeśli pojadę, co koń wyskoczy - zastanowił się omniarcha - w Gimrze będę za dwie noce. 

Na miejscu sprawa nie powinna zająć więcej niźli dni trzy, najwyżej cztery. Potem powrót, ale 

wolniejszy, następnych dni kilka, też nie więcej niż cztery. To da razem dziewięć dni od teraz. 

Mniej więcej. 

- Tyleż czasu zatem mamy na przeniknięcie do serca Lea Monde i zmiarkowanie, gdzie 

panna uwięziona i jak ją wydostać. Gdy wjedziesz w mury miasta, my sprawą się zajmiemy z 

cicha. Ty zaś i ludzie twoi jako odsiecz nam posłużycie, gdyby Sidneya sługi coś zwęszyły. 

- Takoż zrobię - rzekł Rehbert rozochocony planem. - Zaraz mogę wyruszyć. 

- Konia masz osiodłanego, Chmurny go pilnuje - powiedział nekromanta. - Posil się, napij, a 

potem ruszaj z bogami, jakich wielbisz. Wiadomości od nas znajdziesz w swoich komnatach 

po przybyciu poselstwa. Już ja tego dopilnuję. 

. Rehbert w milczeniu zgodził się na dictum nekromanty. Nie był wprawdzie 

przekonany do tak rychłego wycofania, ale plan mu 

przedstawiony sens miał i szanse powodzenia większe, niźli to, co sam umyśliwał. Gdy dojadł 

swój posiłek i wyszedł, pożegnawszy się uprzednio z towarzyszami, zapadła długa cisza. 

Ogień na palenisku strzelał jeno, gdy kolejno zasypiali.  

Ranek nie przyniósł niczego nowego. Wieś martwa pozostała, a w pasmach mgły 

unoszącej się z pól jeno bardziej upiornego charakteru nabrała. Wilkowyj wszelako, u odrzwi 

chałupy straż trzymający, jako wieczorem postawion, tak o świcie stał niewzruszony. 

- Wygląda ów leśny, jako waszeci terminator, panie nekrofilusie - odezwał się Tranog, gdy 

Seeleon wyszedł z chałupy. - Jeno bardziej cuchnie. 

-- Taka już nieumarłych uroda - odpowiedział mu nekromanta i skinieniem różdżki uwolnił 

czar utrzymujący potwora. Wilkowyj jednako nadal w miejscu pozostał, nie otrzymawszy 

innych poleceń. 

- Maszli moc wielką, mości Seeleonie - kontynuował południowiec, niczem nie zrażony. - 

Wszak każdą dziewkę możesz mieć na usługi. Jeno pacnąć ją w ciemiączko trzeba różdżką, 

miast zalotów. - Tu zaśmiał się rubasznie, klepiąc wielką dłonią po brzuchu. Nekromanta 

spojrzał na niego bez cienia goryczy, potem sam się uśmiechnął i odparł na tyle głośno, by 

usłyszeli to wszyscy. 
- Jako i ty Tranogu, tą samą metodą. 

Zaklinacz rzadko się uśmiechał, ale na widok opuszczonej szczęki barbarzyńcy powstrzymać 

się nie mógł. Podobnie Chmurny, ten acz oszczędniej, ale zawtórował. Tranog zaś chwilę 

background image

 

53

kontemplował śmiech kompanów i myjącego dłonie w cebrzyku nekromaritę, po czym usta 

zamknął, podniósł topór na ramię i dopiero wtedy ryknął śmiechem, aż, ptaki z gniazd 

wyleciały. 

- Za sztywniaka cię miałem Seeleonie - powiedział pomiędzy śmiechu atakami - aleć dobrze 

sobie na tym  polu radzisz. Jak na umarlaka, rzecz jasna. 

Gavein, nie czekając na ripostę nekromanty, uniósł dłoń i stanął na środku podwórca. 

- Czterech nas, a każdy inny - powiedział. - Nie dążmy do zwady. - A kto tu się wadzi? -- 

zapytał południowiec. - Przecie to żarty jeno. Tak, wiem od zarania czasu krąży taka opinia, że 

my barbarianie humoru i ironii nie znamy. Ale wiedz, że jest inaczej. Już jako dziecko robiłem 

kawały swoim braciom. I nie tylko im. Pamiętam, jak razu pewnego z braciszkiem 

obluzowalim głownię korbacza staremu Kargulenowi, a on miał w zwyczaju na zaślubinach 

się popisywać kręceniem młynów wszelakich.. I takoż popróbował tego razu, trupem kładąc 

oblubieńca. Ileż śmiechu było, gdy sam musiał stanąć potem na ślubnym kobiercu. 

- Widzę, że wesoła z was barbarzyńców była gromadka - zaklinacz wyraźnie nie podzielał 

opinii, która przed chwilą padła. - Przed nami misja, która śmiercią każdego z nas zakończyć 

się może. Znamy się jednako niewiele, a powodzenie wtedy tylko osiągnąć możemy, gdy 

drużynę zaufaną stanowić będziemy, w której druh druha nie pozostawi, choćby niebo się na 

ziemię waliło. Zaraz uwarzę kocioł gorącej strawy, a wy w tym czasie przygotujcie w krótkim 

zarysie swoje dokonania. Podzielimy się nimi przy posiłku i lepiej się przed walką poznamy. 

Jak zaklinacz uradził, tak zrobili. Do Lea Monde mieli zaledwie parę mil drogi, zatem 

spieszyć się nie musieli. Mięso nieco rozgotowane było, ale nikt nie narzekał, gdy zaklinacz 

strawę rozdzielał. Tranog - jako miał w zwyczaju - pierwszy głos zabrał. A do gadania, Trza 

przyznać, miał talent. 

- Skoro mówić mam o sobie, to powiem - zagaił pomiędzy kęsami -- a opowieść to będzie o 

wielkiej przygodzie. W dalekim Tormente wychowanym, jako syn kowala jedyny. Już jako 

dziecko w ręce najeźdźców trafiłem, choć nie byłem ofiarą napaści. W niewolę własny ojciec 

mnie oddał, gdym mu kuźnię w psocie podpalił. Na dziesięć oków przykuto mnie do żaren, 

gdzie w koło chodziłem, obracając młyński kamień. Tam to krzepy nabrałem i mężczyzną 

prawdziwym się stałem. Wielu ze mną było. Żaden nie wytrzymał, ale ja trwałem. Do czasu 

jednako, razu pewnego wielmoża się pojawił i wykupił mnie z tej służby. Na arenę mnie 

zabrali, bym walczył dla uciechy gawiedzi. Zrazu w prowincjach, potem w miastach wielkich. 

Tyle, że nie mieli na mnie mocnego i szybko - choć sławny byłem - pozbyto się mnie z areny. 

Ponoć wszyscy na mnie stawiali i Nubijczyk, co ten interes trzymał, Królem zwany, usunąć 

mnie wołał, niźli dalej srebro tracić. Takoż wolność dostałem i znalazłem się w rynsztoku. 

Skoro na arenę wrócić mi nie dali, to zaciągnąłem się do armii, co na kampanię północną 

wyruszała. Wiele bitew przeżyłem, tam też moją panią Tranogową poznałem. Była ci mi 

przeznaczona, moja dama. Aliści o palec łotr dzierżący ją chybił i wbiła się w ziemię, 

minąwszy moją głowę. Ręce gadowi wyrwałem i do rzyci wsadziłem, gdy żył jeszcze. Potem 

background image

 

54

łeb jego z płucami zatknąłem na włóczni, co przebiła setnika. A topór ten szlachetny moim 

orężem ostał się od tamtej pory... Resztę znacie. Wojna się skończyła, roboty nie było, 

przepijałem żołd w karczmach, na następne zaciągi czekając i od czasu do czasu dla 

wielmożów małe prace wykonując. Ostatnimi czasy niewiele było nawet takiego zajęcia. I tak 

znalazłem się na rubieżach, a potem między wami, z moją zwinną panią. 

Gdy skończył mówić, wszyscy milczeli przez chwilę, żując strawę i opowieść zasłyszaną. 

Zaklinacz wskazał na nekromantę. 
- Teraz twoja kolej - powiedział. , 

- Skoro wasza wola - Seeleon odstawił misę i usta otarł przed opowieścią. - Z wielkiego 

rodu pochodziłem w kraju, którego nazwy nie - pomnicie, bo już nie istnieje. Imię moje stare 

nie jest ważne. Sługą 

byłem wielkiego władcy i kapłanem najwyższym, ale ambicje miałem większe niźli 

śmiertelnicy. Pan mój miał żonę młodą i powabną, której uroda wielu o szaleństwo 

przyprawiała. 
- Jako Katherine - wtrącił zaklinacz. 

- Być może, przez grzeczność nie zaprzeczę. Sięgnąłem ku niej nieostrożnie i dostałem jej 

owoc zakazany. Umyśliliśmy tedy, by razem władcę usunąć i plan by się udał, gdyby nie 

wierni pretorianie. Pan ich padł, a oni w zemście ubili moją damę. Mnie zaś żywcem 

pochowali. Spędziłem w uwięzieniu lat setki, aż grób mój odkryto i mag wielki do życia mnie 

przywrócił. Miałem na jego posługach do piekieł wyruszyć, by zło powstrzymać, co na świat 

wychodziło. Takoż zrobiłem, demony wsze po drodze likwidując w trzech krainach i w 

samym piekle, przy okazji miano Profesjonała zdobywając. Aliści zapłaty nie dostałem żadnej. 

Mag ów, Deckardem zwany, wykorzystywał mnie, jako swego niewolnika i czerpał zyski z 

tego, co zdobyłem. Takoż po wykonaniu zadania ostatniego i jego zabiłem. Od tej pory wolny 

po świecie chodzę, szukając krainy, skąd pochodzę i grobowca mojej damy. Teraz, mając 

nekromanty moce, przywrócić ją do żywych mogę, by moja była przez stulecia... 

- W czym więc problem? - zapytał Tranog zafascynowany opowieścią nekromanty. 

- W tym, że nie wiem, jaka kraina mnie wydała. Krążę, słucham wieści wszelakich, ale 

wciąż bez skutku. Do kultystów przystałem, bo ponoć Sidney ma talent widzenia przez mrok 

czasu minionego i przyszłego. 
- I do nas dołączyłeś, choć go ubić idziemy? 

- Historia Rehberta też na miłości oparta, skoro ja jej nie mam, może jemu będzie dana - 

filozoficznie zakończył Seeleon. - A poza tym martwy Sidney lepiej mi może posłużyć w 

rozwiązaniu sekretu. 

- Twoja kolej, panie Chmurny - zaklinacz wskazał młodzieńca kopyścią, gdy nekromanta 

podniósł swoja misę. - Rzeknij, jako z tobą było i jakeś tu trafił. 

- Długo by mówić - młody rycerz dawno już zjadł i teraz siedział wsparty o miecz wielki. - 

Niewiele pamiętam. Kadetem byłem w armii, gdzieś tam walczyłem. Potem renegatem 

background image

 

55

zostałem i przeciw swoim wystąpiłem. Świat mój, a chyba nie jest on tym samym, po którym 

stąpamy, w wielkim zagrożeniu się znalazł. Wyruszyłem jako i wy, z moimi kompany, by 

ratować krainę... Ale nie wiem, jaki 

rezultat te starania miały. Jedyne, co pamiętam, to Aeris twarz. Mojej ukochanej, gdy szła ku 
mnie z kwiatami. Midgar to słowo jest mi też znane, ale co oznacza - nie wiem... Krótka to 
historia, ale szanowni kompani nic więcej nie pamiętam, a z wami jestem, by inną panią ocalić 
od śmierci... Tak może swoje żale ukrócę... 

Przez dłuższą chwilę milczeli, choć nikt już nie jadł. Wreszcie Tranog się odezwał 

- Wasza kolej, zaklinaczu. Wszak wy znacie wątki tej opowieści, w którą i my teraz 

wmieszani jesteśmy. 

- Znam, przyjaciele - odparł Gavein - i z wami się nią podzielę. Nie było to tak dawno, jakby 

się zdało. Wszyscy o wojnie tej słyszeć musieliście. Całe południe stanęło przeciw północy, 
skąd siły Rehberta nadchodziły. I ja byłem w tej armii, co nad rzeką w pobliżu Zielonego Lasu 
stanęła. 
- Ja też tam byłem - wtrącił Tranog.  - I ja - zaraz potem Chmurny się odezwał.. 

- Takoż i j a stałem nad rzeką - dodał nekromanta - acz po drugiej jej stronie. Alem Rehberta 

w życiu na oczy nie widział. 
Spojrzeli na niego zdziwieni, ale nikt nic nie powiedział. 
- Niemniej tuż przed bitwą król mnie do siebie zawezwał - kontynuował tymczasem zaklinacz 
- by misję specjalnej wagi mi powierzyć. Córkę jego, Katherine w bezpieczne miejsce, z dala 
od Rehberta, odwieźć miałem. Niby prosta misja, ale tkwił w niej szkopuł jeden. Panna świata 
poza omniarchą nie widziała i bitwa ta cała jeno pretekstem była, by zakpić z króla ojca, a i ze 
mnie przy okazji. Katherine wieści swemu oblubieńcowi słała, gdym ją wiódł przez knieje, a 
on. podążał za nami i przy pierwszej sposobności z panną się spotkał. Tak to po raz pierwszy 
zadania ;powierzonego nie wykonałem i edyktem króla na śmierć skazany schronienia szukać 
musiałem na granicy światów. Resztę znacie... 
- Czemuś mu ją oddał? - zapytał Tranog, któren będąc barbarzyńcą pewnych rzeczy nie 
pojmował. - Wszak mogłeś go usiec i honor zachować. 
- Honor mój niczym wobec szczęścia damy - zaklinacz z wbitym w ziemię wzrokiem wodził 
kopyścią po glinie. - Ty tego nie rozumiesz przyjacielu. Wybór, jaki był mi dany, z jednej 
strony mógł honor mój ocalić, gdybym ból zadał boskiej istocie, lub jej szczęście mogłem 
ofiarować na mojego poświęcenia ołtarzu. Tak wybrałem i do dziś nie żałuję, choć do 
niedawna wsadziłbym tę kopyść w rzyć Rehberta i zabełtałbym jako w kotle. 
- Dlaczego pomagasz znienawidzonemu wrogowi? - Nekromanta zadał jako pierwszy pytanie, 
które wszystkich nurtowało. O mgnienie oka wyprzedził w tym Tranoga, ku jego zresztą 
zdumieniu. 
- Dla niej to robię, nie dla niego. 
- Aliści zrobiła na tobie wrażenie... 

- Dzionek jeden ją znałem, ale ona, kotka zielonooka i nieludzko piękna, duszę mą posiadła, 

choć pewnie nawet dziś mnie nie pamięta. Wszystko bym dla niej zrobił. I zrobię... 
- Jako i my -- wpadł mu w słowo Chmurny. - Choć żaden z nas nie ma nawet pojęcia, jak ona 
wyglądać może. 
- Zanim wyruszymy ku twierdzy, to wam opowiedzieć mogę - zaklinacz przymknął oczy i 
słowami wyraził urodę i szyk pięknej damy, której nigdy nie zdobył, a którą stracił. W niczym 
nie skłamał, w niczym nie przesadził, ale swoim słuchaczom jawił się jeno jako bajarz i 
pochlebca. 
Mury Lea Monde ujrzeli, zaledwie słońce stanęło w zenicie. Wilkowyj doprowadził ich do 

background image

 

56

jaru, w którym za omszałym głazem kryło się wejście do twierdzy tylko nielicznym znane. Nie 
skorzystali wszak z niego, glejty od Sidneya mając. Wiedzieć chcieli jeno, którędy pannę do 
twierdzy przekazano i czy fakt ten w rzeczy samej miał miejsce. A miał, jak się okazało. Ku 
traktowi pobieżyli, niespecjalnie się rozglądając, a gdybyż to uczynili, pod jednym z dębów 

mogli ujrzeć młodego mężczyznę o jasnych włosach, ubranego w koszulę i krótkie spodnie 
typowe dla mieszkańców Valuzji, któren z oddali bystrym wzrokiem ich obserwował. Gdy ku 
bramie się udał; za nimi poszedł, trzymając się wszelako na dystans odpowiedni. 

Twierdza, jako rzekł Seeleon, nie była broniona ni zamknięta. Po glejtu okazaniu czwórka 

przybyszów za mury przeniknęła. Jechali wolno, spoglądając na omszałe mury, co pękając 
wnętrza domów obnażyły. Przygnębiające wrażenie potęgowali mieszkańcy tej ruiny. Ród 
smoczy, acz zdegenerowany, jaszczurzymi wojownikami się objawiał. Pomiędzy nimi 
zmumifikowanych i zgoła szkielety spotkać można było. A i duchów ślady widzieli w 
ciemnych zakamarkach. Takoż i bestie, które między niemi jako gadzina postępowały. Ludzie, 
którzy najmniej do tej zbieraniny pasowali, wcale do mniejszości nie należeli. Wielu było tu 
zakutych w stal rycerzy, tych... co służbę na dworach porzucili, magnetyzmem Sidneya 
uwiedzeni i tych, co nigdy pana nad sobą nie mieli. Złożywszy barbuty na kamieniach, ostrzyli 
broń i gaworzyli jak to w zwykłych obozach bywało. Czterech jeźdźców nie zaprzątało 
niczyjej uwagi. Seeleon, zwany Profesjonałem, o drogę wypytywał i szybko ku katedrze, co w 
centrum grodu stała, się zbliżyli. Ów budynek siedzibę Sidneya stanowił, acz z zebranych 
wieści wynikało, że mag na kolejną wyprawę wyruszył rano i jeszcze nie powrócił. 

Za radą Tranoga ulokowali się w jednym z zajazdów, co koło kuźni się znajdował. Nazwany 

był Warownią Keana, jako i sama kuźnia. Tam sakwy złożyli, a konie obroku dostały. 
Nekromanta wyruszył do katedry samotrzeć, by załatwić formalności z kultystów przedstawi-
cielami, reszta zaś po grodzie się rozpierzchła, co by obserwacje czynić. Umówili się na 
spotkanie o zachodzie słońca w biesiadnej sali zajazdu. 

Gdy nadeszła pora, czwórka cała przy jednej ławie się żebrała. Wilkowyj w komnacie 

nekromanty został, jako że zapachem swoim psuł powietrze, co może większości 
mieszkańców tego grodu i nie przeszkadzało, ale wędrowcom i owszem. A nadto ktoś bagażu 
strzec musiał przed wszędobylskimi demonami. 

- Jak sprawy w katedrze się mają? - zapytał Chmurny, gdy spóźniony nekromanta zasiadł 

przy ławie. 

- Nie najlepiej. Sir Sidney Losta'lot wyruszył nocą na czele oddziału, by dwór swego 

dobroczyńcy, księcia Bardoby złupić. Ponoć szuka klucza do tajemnicy tego grodu. 
- A Katherine? 

- Przywiedli ją do katedry i na górnych piętrach trzymają. W jakim celu, nie wiadomo. 

Sidney wszelako nie okazuje nią zainteresowania. Zda się, że to Hardina sprawka być może... 

- Za cienki on, by takie wypady samotrzeć urządzać - powiedział zaklinacz. - Już prędzej dla 

wywarcia wpływu na omniarchę ją wzięli. 
- To być może - zgodzili się wszyscy zebrani. 
- Ale co nam w takiej sytuacji czynić? - za wszystkich zadał pytanie zaklinacz. 

- Czekać - odparł nekromanta. - Dni mamy dziewięć, trza nam miasto zwiedzić, wsze kąty 

poznać i plan walki ustalić, zanim Rehbert na czele oddziału nie przybędzie. 
- To da się zrobić. Póki co, każdy weźmie rejon grodu jeden i plany sporządzi - zarządzi 
Gavein, a potem radzili długo, jak i gdzie miasto podzielić. Ostatni też salę opuścili, rzucając 
służącemu za kontuarem goblinowi sztuk złota parę. 
Nim dni minęło dziewięć, przez łukowate bramy poselstwo z północy przybyło. Dwudziestu 
czterech zbrojnych, a na ich czele Rehbert podążał. Do grodu wjechali główną bramą. 
Niewielu miejscowych ich powitało, ale też na to nie zwracali uwagi rycerze, jako na paradzie, 
czwórkami jechali, a pan ich na przedzie pod pełnymi sztandarami. Pierwszy zoczył ich 

background image

 

57

Chmurny, który swoją część miasta najszybciej opisał i wolny czas na szermierki lekcje 
poświęcał. Ruszył wzdłuż trasy, posyłając jadącym kilka gestów przyjaznych. Omniarcha 
zlekceważył młodzika, tak z pozoru się wydawało i dumnie wyprężony, w inną stronę 
spoglądając, zatrzymał konia na środku drogi. Rozejrzał się, jakby nieprzytomnie i wskazując 
na Chmurnego zapytał: 
- Znaszli zajazd jaki władyki godny? 

- A znam - młodzik odpowiedział, jakby pytającego nie znał i jeno przez grzeczność w diabły 

nie posłał. - Tu niedaleko, za rogiem nieledwie znajdziecie Warownię Keane'a. Zacna to 

gospoda, a i miejsca w niej wiele. Może i wszyscy wasi rycerze się tam pomieszczą. 

Rehbert wyłuskał z rękawicy monetę i rzucił ją do stóp Chmurnego. - Kup sobie garniec piwa, 

przyjacielu - rzekł i odjechał jak na władykę przystało. Młody rycerz splunął w błoto, w 

którym srebro utonęło. Gdy odchodził, dwoje leśnych ku zdobyczy się rzuciło, ale odskoczyli 

jako oparzeni, gdy chwycona moneta skórę im wypaliła. 

Orszak w tej samej chwili pod karczmę zajechał. Stajenne gnomy wierzchowce od rycerzy 

przejęły, a goblin, karczmarzem będący, wszystkich do środka zaprosił. Pokoi wolnych 

wystarczyło dla gromady, tak jak to nekromanta wyliczył, topiąc w studni poprzedniej nocy 

trzech adeptów magii, co służyć kultowi chcieli, a na przeszkodzie planom drużyny stanęli, 

zajmując potrzebną izbę. Rycerze, prócz jednego, któren ku katedrze z misją został wysłany, 

zasiedli w ławach, zamawiając wino, a Rehbert do swojej izby się udał na odpoczynek niby. 

Po prawdzie zaś przeczytać notatki poszedł, co drużyna sporządziła. Plan był prosty, jako 

budowa cepa, ale do jego realizacji potrzebna była korelacja działań tak i rycerzy, jak i 

drużyny. Niemniej nekromanta dobrze się sprawił. Teraz pozostało tylko czekać. 

Katedra Lea Monde jawiła się zbliżającym jako monstrualny pomnik kultu Mullenkampa. 

Wysoka na stu chłopa, o wieżach strzelistych i kopule wielkiej, przytłaczała samym swoim 

istnieniem. Trzęsienia ziemi, które w proch obróciły metropolię, katedrę pozostawiły zda się 

nietkniętą. Z dala jednako budowla tak wyglądała, ale gdy ku niej się zbliżyli, okazało się, że 

mury wiele pęknięć mają, a witraże miriadami odłamków zrosiły bruk zapadnięty w miejscach 

wielu. Rehbert wszelako nie okazywał respektu śladom kataklizmu i z otwartą przyłbicą 

wkroczył na teren siedziby Sidneya. Za nim dwudziestu czterech rycerzy niby spokojnie 

jechało, a każdy gotów na pierwszy sygnał władyki dobyć broni ,i rzeź rozpocząć. 

Chmurny wraz ż nekromantą nieco wcześniej do wnętrza budowli przemknęli. Znając dzięki 

wywiadowi rozkład komnat strategiczne pozycje zajęli i tylko czekali na znak. Orszak 

omniarchy na dziedziniec tymczasem zajechał i przed wrotami prowadzącymi do wnętrza 

nawy rycerze się zatrzymali, oczekując przybycia poselstwa magusa Sidneya. Ale chwile 

mijały, a nikt nie pojawiał się na ich powitanie. Zniecierpliwiony Rehbert zsiadł z 

wierzchowca i ku wrotom masywnym pobieżał, reszta jego orszaku cierpliwie czekała. 

Władyka popchnął dębowe wrota i w mrocznym westybulu się znalazł. Ciemno tu było, acz 

nie na tyle, by nie rozpoznać po chwili zarysów murów i posągów strzegących wejścia do 

świątyni. Omniarcha stanął na kraciastej posadzce i zawołał: 

background image

 

58

- Jam jest Rehbert, władca północy, azaliż lekceważyć chcecie moje tu przybycie? 

Odpowiedziała mu tylko cisza. Nikt się nie pojawił, nikt nie odpowiedział. To zbiło z 

pantałyku władcę krain północnych, ale nie dał tego poznać po sobie. Zaczekał i jego 

cierpliwość została wkrótce nagrodzona. Nim klepsydry przyszedł czas odwrócić, w 

przedsionku świątyni pojawili się kultu kapłani. Widząc ich Rehbert przemówił. 

- Psie syny, czyż godzi się zaproszonego władcę na progu ostawić! Serca wasze wyrwać 

każę i wieprzom rzucić na pożarcie. Gdzie Sidney Losta'lot, pan wasz? 

Mnisi wydawali się być zaskoczeni obecnością gościa w murach katedry. Ten, który ich 

prowadził, w niskich ukłonach zbliżył się do omniarchy i takoż rzekł: 

- Wybacz obcy panie, ale Sidney teraz ma przed sobą wielkich problemów rozwiązanie. Racz 

poczekać, aż Valuzji szpiedzy zostaną pojmani. Wtedy pan nasz czas znajdzie, by cię powitać. 

- Cóż to, kilku niegodnych sprawiło, że Sidney sprzymierzeńca swojego nie może podjąć jak 

należy? - Rehbert zgodnie z planem udawał oburzonego, co przyszło mu tym łatwiej, że w 

rzeczy samej czuł się oszukany. 

- Nie tak to jest, panie mój - mnich giął się w ukłonach. - Sprawy wielkiej wagi odciągają 

go... 

- Ilu ich? - ryknął omniarcha wprost w twarz skruszonego mnicha. - Ilu jest tych szpiegów? 

- Nie jest istotna ich, liczba. Najlepsi riskbreakerzy Valuzjii w granice twierdzy wniknęli. 

Sidney wszech najlepszych wojów przeciw nim do podziemi rzucił. Rychło kryzys 

opanujemy. 

Rehbert odprawił go krótkim ruchem dłoni. Gdy mnich oddalał się, w sercu omniarchy zagrały 

uczucia. Alboć nie jest to moment, by na serce kultu uderzyć i zadać cios w plecy magusa 

Sidneya, prorokiem zwanego, a i pannę uwolnić? Wszak zebrani rycerze do elit należeli i 

każdy z nich chorągwi całej wart był na polu bitwy. Gdy odmieniec zajęty był swojemi 

problemami, Katherine na plan dalszy zejść musiała i mniej jej pewnie pilnowali. Najlepsi 

przeciw wrogowi zostali rzuceni, te słowa wciąż dźwięczały Rehbertowi w uszach. Ruszył ku 

wyjściu miarowym krokiem, na marmurach wybijając stalowymi ostrogami rytm znany od 

wieków, jako pieśń śmierci. Ledwie za wrota wyszedł, miecz z pochwy wyjął i zakrzyknął: 
- Za honor panilKatherine! Za mną! 

Po czym do katedry wrócił i nie czekając na rycerzy ku wewnętrznemu sanktuarium ruszył. A 

pancerni za nim, o kilka kroków jeno w tyle podążali. Zakuci w stal srebrem lamowaną, z 

bronią w rękach i milczeniu złowrogim krok za krokiem do siedziby zła się zbliżali. 

Nekromanta pierwszy wyczuł zagrożenie. Coś sprawiło, że dusza, która wróciła z zaświatów, 

zakłócenia eteru wyczuła, nim do walki na dole doszło. Dał znak pozostałym i ujął 

mocniejszym chwytem różdżkę cmentarną. Cała drużyna znajdowała się już na drugim piętrze 

katedry, blisko apartamentów Sidneya. Seeleon wyjrzał przez okno w sam czas, by ujrzeć 

gromadę zbrojnych wkraczających na dziedziniec. 

- Już są- szepnął, nawet się nie odwracając. - Omniarcha wprawdzie nie trzyma się planu, ale 

background image

 

59

jego drużyna do wrót katedry się zbliża. Pozostali głowami skinęli i broni dobyli bez słowa.  - 

Wiecie, co czynić trzeba? - zapytał zaklinacz. - Musimy straże, 

co pilnują Katherine, usunąć, zanim Sidneya sługi poznają, że wewnątrz katedry ludzie 

sprzyjający Rehbertowi działają. Potem ku podziemiom uciekamy, jako nam riskbreaker 

poradził... 

Raz jeszcze skinęli głowami, po czym ruszyli w milczeniu korytarzem ku komnatom 

Sidneya. Przy odrzwiach czterech smoczych stało, aleć nie zdążyli nawet syku wydać, gdy 

pani Tranogowa i miecz Chmurnego pocięły ich na dzwona. Zatrzymali się na chwilę, nasłu-

chując, czy nikt ich nie ściga, ale cisza wokół panowała. Zaklinacz odrzwia otworzył i 

ostrożnie weszli do komnat. I tu cisza ich przywitała, głębsza nawet, niż ta na zewnątrz 

panująca. W zasięgu wzroku nikogo nie było. Ruszyli, zrazu ostrożnie, sprawdzając każdy 

zakamarek, ale śladu panny nie zauważyli. Dopiero gdy do ostatniej komnaty drzwi 

sforsowali, ujrzeli postać, która niczym kłębek nieszczęścia skulona na ławie leżała. 

Zaklinacz ku niej postąpił. Miecz schował i z rękami pustymi powoli się zbliżał. 

- Za niski jesteś jak na kultystę - powiedziała dama w biel odziana, nie wstając z ławy. - 

Księżniczko,  przybylim  po  ciebie  -  powiedział  cicho  Gavein,  zdejmując  hełm  skrzydlaty, 
kojącym  zda  się  głosem,  jakim  zwierzęta  hipnotyzował.  Katherine  poruszyła  się  i 
przenikliwie na niego spojrzała. Przeto kontynuował: - Rehbert na dole,  ku komnatom się 
przebija, my jego sługi. Azaliż mnie nie poznajesz? 

Utkwiła w nim spojrzenie i nagle błysk zrozumienia pojawił się na jej twarzy. 

- Zaklinacz Gavein. Wszak ty go nienawidzisz, prędzej byś sztylet zatopił w jego plecach, 
niż mu pomógł... 

- Prawdę mówisz Katherine, ale nie jemu pomagam, ale tobie. 

-  Gdy  będę  wolna,  w  jego  wrócę  ramiona  -  powiedziała  księżniczka,  wstając  z  ławy.  - 
Zatem pomagając mnie i jemu pomagasz. 

- Może i tak jest, ale co ja kurwać wiem o kochaniu - mruknął zaklinacz cicho, by go nie 

słyszała,  a  głośniej  dodał:  -  Razem  tu  z  omniarchą  się  dostalim,  by  cię  ratować.  Przeto 
schowaj urazy i za nami podążaj, zanim Sidney się dowie, że nie ci na dole najgorszymi są 
jego wrogami. 

Usłuchała i żwawo za nim podążyła. Nekromanta sprawdził korytarz i ruszyli ku bliskim 

schodom.  Nadal  w  pobliżu  nie  widzieli  nikogo.  Gdy  do  stopni  się  zbliżyli,  nekromanta  raz 
jeszcze rzucił okiem na bitwę, co w głównej nawie się rozgrywała. Szybkim spojrzeniem plac 
objął i policzył ciała. Dwunastu rycerzy z Rehberta drużyny życie już oddało, ale i Sidneya 
sługi drogo zapłaciły za  opór stawiany.  Ze trzy tuziny ich leżało, ale wciąż nowi z wnętrza 
katedry  napływali.  Sam  omniarcha,  choć  okrwawiony,  stał  na  nogach  twardo  i  oprawiał 
mieczem kultystów zagony. 

Nagle,  gdy  już  iść  dalej  mieli,  zgrzyt  kamienia  trącego  o  kamień  zwrócił  ich  uwagę. 

Wszyscy  na  prawo  spojrzeli,  skąd  dźwięk  dobiegał.  I  zobaczyli,  jak  golem,  wzrostem  dwu 
chłopa przewyższający, prostuje członki swoje. W jego nieforemnej głowie zapłonęły rubino-
we  oczy  i  ruszył,  zrazu  powoli,  z  każdym  krokiem  nabierając  gracji.  Zaklinacz  znakiem 
próbował  go  powstrzymać,  ale  nie  mógł  znaleźć  odpowiedniej  magii.  Reszta,  może  prócz 
Tranoga,  ze  zgrozą  zrozumiała,  że  takiej  masie  twardej  skały  nikt  z  nich  przeciwstawić  się 
nie  może.  Ale  tu  do  akcji  wkroczył  Seeleon  przez  chwilę  nieobecny.  Zauważył  druhów 
cofających się i wyszedł przed szereg pytając: 

- Co z wami? 

background image

 

60

- Golem - szepnął Chmurny, ruchem głowy wskazując olbrzyma. Nekromanta splunął i nie 

patrząc  nawet  w  stronę  zbliżającego  się  potwora  różdżką  kilka  szybkich  ruchów  wykonał. 
Podłoga  komnaty  wybrzuszyła  się  przed  golemem  i  nagle  z  kamieni  powstał  twór  drugi, 
równie  wielki,  acz  bardziej  masywny  od  Sidneya  sługi.  Nekromanta  zaś  wskazał  drużynie 
czerniejące opodal mrokiem korytarza wyjście z sali. 

-  Golemy  to  wsiowe  czarowanie  -  powiedział  sam  do  siebie,  gdy  ku  niemu  uciekali, 

ścigani rykami walczących gigantów. 

Zbiegli po stopniach na pierwsze piętro, potem niżej ku parterowi. Tam Seeleon odłączył 

od grupy i przez nisko sklepione przejście wszedł do nawy. Kilka ruchów różdżki i spośród 
martwych  dziesięciu  powstało,  by  przeciw  swoim  towarzyszom  się  odwrócić.  Ledwie 
truposze  wstawać  zaczęli,  Rehbert  dojrzał  nekromantę  i  w  cichym  porozumieniu  ku  niemu 
ruszył.  Dziesięciu  jeszcze  rycerzy  walczyło,  ale  kultystów  siły  też  już  się  nie  zwiększały,  a 
wręcz przeciwnie - rzedły  szeregi mnichów do walki stających. Nikt chyba nie zauważył w 
powstałym zamieszaniu, że omniarcha znika z przybyszem za łukami wykutymi w kamieniu. 

-  Witam  cię,  druhu  -  rzekł  Rehbert,  pod  łokieć  ujmując  nekromantę.  -  Gdzie  ona? 

Znaleźliście księżniczkę Katherine? 

-  W  rzeczy  samej,  jest  z  zaklinaczem  -  odparł  Seeleon  i  wskazał  mu  drogę.  Ruszyli 

biegiem, nie zważając na zgiełk bitewny, co zza pleców dochodził. Schodami krętymi dotarli 
do  podziemi,  gdzie  reszta  drużyny  czekała.  Rehbert,  gdy  panią  swą  zobaczył,  oniemiał  i 
rozwarłszy  ramiona  ku  niej  ruszył.  Aleć  daleko  nie  poszedł.  Tranog  drogę  mu  zastąpił 
wsparty na toporze i takoż rzekł: 

- Waści na amory się zbiera, ale, nie czas na to. Wróg zaraz pojmie 

istotę podstępu, tak dokładnie przez imć Seeleona uwitą.  Nie  czas teraz  na umizgi, zniknąć 
musiemy bez utraty chwili. Potem będzie czas, by ją obłapiać... 

Nie  sposób  było  nie  zgodzić  się  ze  zdaniem  południowca.  Rehbert  jednako  go  ominął  i 

padł  w  ramiona  ukochanej.  Na  chwilę  tylko  i  choć  jej  delikatne  dłonie  przytrzymać  go 
chciały, odsunął się, acz nie wyrywał i po złożeniu ognistego pocałunku wskazał jej drogę ku 
mrocznym  tunelom,  wiodącym  do  granic  fortecy.  I  Katherine  się  nie  ociągała.  Biegiem 
ruszyli,  a  Chmurny  i  zaklinacz  drogę  pochodniami  oświecali.  Wszelako  labirynt  katakumb 
krył  w  sobie  wiele  pułapek  i  nim  się  upewnili,  że  pościgu  nie  ma,  stanęli  wobec  setki  lub 
więcej  zmartwychwstałych.  Sidney  ich  tu  rzucił,  by  riskbreakerów  szukali,  a  przypadek 
sprawił,  że  drogę  drużynie  zastawili.  Rzesza  nieumarłych  wszelako  przejście  blokowała. 
Szkielety  i  zombie  stali  obok  siebie  ramię  w  ramię,  a  pomiędzy  nimi  Liczów  kapelusze, 
niczym stożki wskazywały, że i magia drogę do wolności zagradza. 

Sześciu przeciw setce, nierówna to miała być walka. Korytarz, którym przyszli, nie był za 

szeroki, choć sala, w której stała gromada, słuszne rozmiary miała. Ale to na korzyść drużyny 
się odwróciło. , Tranog  na czoło wystąpił, obok niego Chmurny stanął.  Za nimi zaklinacz i 
nekromanta,  a  z  tyłu  Katherine  ze  swoim  lubym.  Chwil  parę  trwała  cisza,  po  czym  szeregi 
truposzy jakby na znak czyjś ruszyły. Zwarli się w śmiertelnym boju barbarzyńca i przybysz 
ze  stron  obcych  z  jednej  strony,  a  kwiat  minionych  wieków  z  drugiej:  Wprawdzie  klasa 
wojowników  drużyny  dawała  im  przewagę  nad  każdym  z  osobna  nieumarłym,  ale  masa 
przeciwników  szybko  ich  do  defensywy  zepchnęła.  Pani  Tranogowa  ze  świstem  zataczała 
kręgi od kości ciało oddzielając i gruchocząc szkieletów konstrukcje. Podobnie wielkie ostrze 
Chmurnego życie dawno zabrane raz jeszcze odbierało, ale wrogów było tylu, że nie dało się 
ich  powstrzymać,  mimo  rozpaczliwych  wysiłków  nekromanty,  któren  wciąż  nowych 
pobudzał  do  życia  zabitych.  Niestety  i  jego  siły  nie  były  w  stanie  zniwelować  liczebnej 
przewagi  Sidneyowego  pomiotu.  Pierwszego  opadli  Chmurnego,  który  mimo  wielkich 
umiejętności, nie mógł pokazać kunsztu całego w takim zgiełku. Czyjeś ręce go uchwyciły, 
inne gardła sięgnęły i już po chwili wrogami oblepiony musiał uklęknąć, miecz opuszczając. 

background image

 

61

Zanim  zniknął  pod  skłębioną  masą  wrogów,  odwrócić  się  zdołał  i  ku  nekromancie  kierując 
słowa, tako krzyknął: 

- Czyń, co musisz, daj mi powrócić! 
Seeleon  skinął  głową  jeno;  a  gdy  okrzyk  ostatni  z  krtani  młodzieńca  do  uszu  jego  dotarł, 

znak  wykonał  tajemny  i  wkrótce  obok  błysków  topora  znów  pojawił  się  długi  miecz 
Chmurnego. Po chwili z setki sług Sidneya ostało się jeno trzydziestu, może trochę  więcej. 
Wkraczając  do  sali  szereg  drużyny  się  rozszerzył  i  do  walki  wkroczyć  mógł  Gavein.  Teraz 
szybciej ,postępowała robota. A  gdy skonał ostatni nieumarły, na środku  sali się zatrzymali 
pośród popękanych katafalków. Przyszedł czas oddechu. 

- Psie krwie - mamrotał Tranog - ubili Chmurnego, popatrzcie jeno, co z niego zostało. 

W rzeczy samej młodzieniec nosił na twarzy i karku ślady ukąszeń, brakowało mu kawałka 

policzka,  z  rozcięć  zbroi  sączyła  się  posoka.  Ale  stał  z  mieczem  w  dłoni,  wprawdzie 
opuszczonym, pomiędzy posiekanymi kultystami niczym posąg boga zemsty. 

- Sam poprosił, bym go ożywił - szeleszczącym głosem ozwał się nekromanta. 

- Nikt ci tego nie wypomina - uspokoił go zaklinacz - a jeśli będziesz miał okazję i ze mną 

to zrób, gdybym padł w walce. 

-  Mógłbyś  też  paru  z  nich  ożywić  -  wtrącił  Tranog  wskazując  martwe  Sidneya  sługi.  - 

Raźniej by nam było w większej kompanii. - Tyle many już nie mam - wyznał nekromanta, 
nie wdając się 
w szczegóły, czym owa mana jest. 
- Teraz mi to mówisz? - żachnął się południowiec wyraźnie zawiedziony. 
Nekromanta  miał  mu  odpowiedzieć,  gdy  nagle  z  korytarza,  którym  przyszli,  gwar  dobiegł 
wielu  głosów.  Znak  to,  że  wojowie  Rehberta  już  życie  oddali.  Do  sali  napływać  poczęły 
kolejne zastępy szkieletów i sług Sidneya nieumarłych. Tym razem więcej ich było, a i po-
śród  masy  zwykłych  wojów  widać  było  pradawnych  rycerzy,  magów  i  gady.  Duchów  też 
kilka się zebrało. 

Drużyna stanęła w szeregu. Z lewej ożywiony Chmurny, obok niego Seeleon, dalej zaklinacz 

i Tranog zamykający szereg z drugiej strony. Nacierający na moment się zatrzymali, nie 

wiedzieć dlaczego, jakby niesłyszalnym rozkazem w miejscu osadzeni. Wtedy nekromanta 

odwrócił się ku Rehbertowi trzymającemu w ramionach Katherine i rzekł: 

- Uciekaj, ratuj siebie i damę, my ich tu zatrzymamy, jak Bogowie dadzą, na tyle, byś dotarł 

bezpiecznie za twierdzy bramy. Omniarcha stał jednako niezdecydowany. Miecz w jednej 

dłoni 

trzymał, a drugą obejmował kibić przerażonej damy. 

- Odejdź panie - warknął zaklinacz. - Oni lada moment do ataku ruszą. Ratuj Katherine 

życie... Po to tu przybylim i niech ta ofiara na darmo nie idzie. 

- A wy? - zapytał Rehbert. - Co z wami?... 

- Przybyliśmy tu ocalić panią, spróbujemy ją zatem ocalić - filozoficznie wyraził się Tranog 

barbarzyńca, człek ufający tylko stali. - Złota trochę oszczędzisz, jak nas tu ostawisz. 

- Nie godzi mi się was ostawić. - Omniarcha czuł, że odchodząc ostatni raz ich widzi. 

Wiedział jednako, że zostając skazuje Katherine na wieczne potępienie, a może i hańbę w 

odmieńców niewoli. Chwycił ją za dłoń i zanim zniknęli w niskim przejściu, salut oddał mie-

czem czterem obrońcom, co przeciw hordom kultystów stanęli. 

background image

 

62

Wróg nadal zbliżał się powoli. Nie atakował, w milczeniu jeno szyk formował. 

- Lea Monde zwą to miejsce - przez zęby barbarzyńca wycedził. - Tak je zwą, w rzeczy 

samej, choć nie Wiem, co to znaczy - odparł mu zaklinacz. 

- Zatem umrzeć nam przyjdzie w Lea Monde. Czy ktoś to spamięta? 

- Wolałbyś umrzeć na łożu jako starzec - wtrącił nekromanta - czy z toporem w dłoni jak 

bohater? 

- Ciebie to nie dotyczy, jako żeś już trup, tak jak i Chmurnego - żachnął się Tranog 

spoglądając na dziesiątki jakże bliskich wrogów - bo i on bólu już nie poczuje. A ja tak, i złota 

nie zobaczę... 

- Nikt nie żyje wiecznie, ale jeśli Rehbert skórę uratuje, wszy bardowie śpiewać będą o 

bohaterach, co w czterech przeciw całej armii stanęli - powiedział zaklinacz. - A każda chwila, 

jaką mu damy, do wieczności nas przybliża. 

- To zatańczmy taniec nasz ostatni - mruknął południowiec - by bogowie wszy zobaczyli, że 

zaklinacz z barbarzyńcą i nekromantą pospołu w zaświaty więcej dusz wyprawili niźli 

mityczny potop. A jeśli patrzeć nie zechcą, ich strata! 

Słowa te Gavein za znak potraktował i ze srebrnym ostrzem w dłoni ku gromadzie zbrojnych 

się rzucił, a zanim poszli inni. W bój ostatni i krwawy... 

Bohaterów czterech Co jak jeden mąż stali Zatrzymało szereg Sidneyowych wasali. 

Położyli pokotem Wrogów tysiąca ćwierci Aleć ulegli potem 

I ostali w objęciach śmierci. 

Bard nie był mistrzem w swoim fachu, ale i tak gawiedź go oklaskiwała, gdy zakończył 

śpiewany poemat. Tu, na pograniczu, rzadko się widziało artystę prawdziwego. Kto przy 

zdrowych zmysłach wędrowałby na świata kraniec, aby zdzierać gardło dla wpół-zdziczałych 

mieszkańców wiosek i grodów podupadłych. Aliści ten grajek, zapewne z bogatych dworów 

za zbytki wygnany, potrafił zabawić gawiedź. 

Zabawił też trzech wędrowców, którzy w kącie siedząc, leniwie wino sączyli. Jeden z nich - 

siwy, jednooki, ze szramą ciągnącą się od czoła po kącik ust - człek jakby zasuszony, rzucił 

grajkowi całego talara, nie odwracając nawet głowy. Tamten po podziękowaniach znów 

począł szarpać struny swojej lutni. 

- Nasze zdrowie panowie - dzban wzniesiony w dłoni siwego stuknął o dwa inne naczynia 

gliniane. 

- Głupi śpiewak zrobił z nami to, co wszelkim siłom Sidneya nie było dane - skontrował 

toast drugi z siedzących, olbrzym zakuty w misternie lamowaną zbroję. I wypił garniec, do 

dna go przechylając. 

- Tako to wygląda. Nie ma już nas dla tego świata - powiedział rozparty na sąsiedniej lawie 

wielmoża o twarzy, którą wieńczył nos krzywy, jakby w walce złamany. - Ale czy godzi się 

tak piękną legendę niweczyć? Znacie jakiś tego sens?... 

background image

 

63

- Złota trochę szkoda - mruknął olbrzymi południowiec - co go omniarcha za pannę obiecał 

po dziewięćdziesiąt funtów na głowę. Siwy kolejny gąsior wina zamówił skinieniem chudej 

ręki. 

- Dałbyś pokój temu złotu - powiedział, gdy karczmarz wino doniósł i oddalił się na tyle, by 

nie słyszeć tematu rozmowy. - Wszak trzęsienie ziemi, które bestie pogrzebało, jako dar z 

niebios spadając na twierdzę, po tym jak na górze ten młodzik Riot, zwany Wędrowcem, 

Rosenkrantza ubił, dało ci sposobność splądrowania skarbców wotywnych kultu 

Mullenkampa. 
- A jak one wielkie były, wiemy tylko my, baronowie z pogranicza. Zdrowie - dokończył 
zdanie Gavein, który nadal czuł się nieswojo w gustownych jedwabiach. - Wszak to, co 
wyniosłeś z ruin katedry, w samych tylko brylantach, warte jest góry złota, mości barbarzyńco. 
- Jeśli o brylanty chodzi, to cebrzyk jeden jeno wyniosłem - żachnął się Tranog mianowany 
sam przez siebie generałem. 

- Dlatego tylko, że mniejszych kamieni niźli pięść twoja nie brałeś - nekromanta rozlał wino 

do garnców sprawnym ruchem, rozlewając nieco, gdy kamraci głośnym śmiechem 

wybuchnęli. 

- Jako i wy mości druhowie, jako i wy. 

Nie uszło tak bogate towarzystwo uwagi miejscowych ladacznic, które od dłuższej chwili, 

przewijając się przez kolana różnych spragnionych uciech kmieciów, ku ławie ich zmierzały. 

Wreszcie panna jedna, o wyglądzie rusałki, przed trójką wędrowców stanęła i głośno, tak by 

inne słyszały, zagadnęła: 

- A cóż to trzeba zrobić, by do wesołej kompanii bogatych wielmożów dołączyć? 

Nekromanta spojrzał na nią i już miał odpowiedzieć, gdy Tranog wstrzymał go, za dłoń 

chwytając: 

- Umrzeć w Lea Monde! - ryknął barbarzyńca i śmiechem się zaniósł, a za nim jego 

towarzysze. Nikt z obecnych w karczmie nie rozumiał, z czego obcy tak się śmieją. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

64

 
 
 
 
 
 
 
 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Władimir Wasiljew 

OBOWIĄZEK, 

HO OR 

 I TAUMAS 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 
 

 
 
 
 
 

background image

 

65

 
Zawsze tak było, że jako pierwsi wyczuwali jego obecność długowieczni i dzieci. 

Elf,  w  zamyśleniu  spoczywający  na  ławeczce  naprzeciwko  bramy  do  warsztatu, 

nieoczekiwanie poderwał głowę i wbił spojrzenie w najbliższe skrzyżowanie. Wyrostek-ork, 
który  wraz  z  dwoma  kolegami  grzmocił  właśnie  w  bramie  butelkę  podwędzonego  przed 
chwilą portweinu, upuścił nagle na wpół pustą szklankę, a pozostali dwaj nawet go za to nie 
opieprzyli. 

Na  skrzyżowaniu  pojawił  się  staruteńki  pikap,  udomowiony  chyba  jeszcze  przed 

Krymskim Podziałem. 

Orki  pośpiesznie  cofnęły  się  w  zbawczy  półmrok  bramy.  Elf  zmienił  nieco  pozycję, 

oderwał się nawet od dawno niemalowanego oparcia ławki. 

Z  pikapa  wysiadł  żywy.  Ubrany  był  w  wyblakłe  dżinsy  i  ciężkie  krasnoludzkie  buciory. 

Miał całkowicie łysą czaszkę; nawet z tej odległości elf rozróżniał tatuaż na głowie: czerpak 
koparki  zawisł  dokładnie  nad  uchem.  Obok  widniała  sylwetka  żywego  -  ni  to  elfa,  ni  to 
człowieka. A może nawet niezbyt przysadzistego orka. 

Elf  natychmiast  domyślił  się,  że  nad  drugim  uchem  wytatuowana  jest  cała  koparka,  a 

wysięgnik z żuchwą ciągnie się przez cały wygolony tył głowy. 

Orki nie widziały tatuaży. Przede wszystkim z powodu innej budowy oczu. To znaczy - coś 

takiego  ciemnego,  co  zdobiło  czerep  przybyłego  widziały,  ale  ich  uwagę  przykuła  przede 
wszystkim broń: przytroczony do kurtki pompowiec bez kolby. 

Żywy zarzucił przez jedno ramię burego koloru bag i nieśpiesznym krokiem skierował się 

do bramy ozdobionej - o ile można użyć tego określenia w stosunku do takich pozbawionych 
koloru liter - lakonicznym szyldem: 
"SCHOD.  ROZWAŁ.  WULKANIZACJA.  CAŁODOBOWO"  Przemaszerował  obok  elfa, 
nie poświęciwszy mu ani jednego spojrzenia. 

Za  bramą  znajdowało  się  niewielkie  podwórko,  ograniczone  z  jednej  strony  szeregiem 

boksów-garaży.  Na  placyku,  przed  jedynym  otwartym  boksem,  tkwił  truck  marki  Inguł  z 
sygnalizującą  chorobę,  otwartą  i  przesuniętą  do  przodu  kabiną.  Obok,  nie  mniej  zamyślony 
niż ciężarówka, stał leciwy już kobold w wytartym z powodu długiego używania skórzanym 
fartuchu, nałożonym na kombinezon. Obuwia na stopach nie było. 

Kiedy  łysy  podszedł  bliżej,  kobold  gwałtownie  odwrócił  się,  rozłożył  skrzyżowane  na 

piersiach ręce: 

- Geralt? - zapytał ze zdziwieniem. - Jakie wiatry cię tu przywiały? Witaj ! 
- Witaj, Schodzie Rozwałyczu - odparł nazwany Geraltem. 

Z  tonu  jego  głosu  czuło  się,  że  darzy  kobolda  głębokim  i  całkowicie  szczerym  uczuciem. 

Jak ojca czy nauczyciela. 

-  Geralt  -  dał  się  słyszeć  głos,  mogący  należeć  tylko  do  elfa.  -  Naprawdę  jesteś 

wiedźminem? 

Geralt  odwrócił  się  z  lekka  w  stronę  mówiącego  i  zerknął  nań  z  ukosa.  W  bramie  stał  elf, 

który zdecydował się w końcu na porzucenie ławeczki. 

- Kto to, Schodzie Rozwałyczu? - zainteresował się wiedźmin po dzicsięcio sekundowym 

namyśle. 
Kobold znowu rozłożył ręce, ale tym razem nie zabierał się do powitalnego obejmowania. 

- Nie wiem. Zwie się podobno Iland. Czeka na ciebie już siódmy dzień, a ja go uważałem 

za skończonego idiotę, bo nie oczekiwałem twojej wizyty. A ten się powoływał na jakieś tam 

background image

 

66

nieznane  mi  prawo  Shekleya  i  czekał  na  ciebie.  Więc  w  tym  momencie  to  ja  oczom  nie 
wierzę. Co to za prawo takie, co kochaneczku? 

-  A  tam!..  -  machnął  ręką  wiedźmin  ze  znużeniem.  -  Głupia  to  zasada,  ale  czasem  działa. 

Kiedyś ci wyjaśnię. - I odwrócił się do elfa: - Dlaczego na mnie czekasz? 

- Chcę cię wynająć. 

- Pracuję wyłącznie za pieniądze - uprzedził wiedźmin. - Przy tym, za niemałe. 

- Wiem o tym, wiedźminie. Wiem nawet to, że wy, wiedźmini, pracujecie tylko za opłatę z 

góry. Ale i tak nie mamy wyjścia. 

-  Cóż...  Gdzie  możemy  rozpatrzyć  wasz  problem?  Tu  nieopodal,  na  Turowskiej,  jest 

wspaniały szynk. 

- Mnie jest wszystko jedno - odpowiedział elf 

- Schodzie Rozwałyczu - wiedźmin znowu zwrócił się do kobolda - zatrzymam się tu, może 

być? 

Ale  kobold  nie  zdążył  odpowiedzieć  -  w  słowo  mu  wpadł  potencjalny  zleceniodawca 

Geralta: 

-  Nie  ma  takiej  potrzeby  -  oświadczył  niedopuszczającym  protestu  tonem.  -  Odjedziemy 

stąd najszybciej jak to możliwe. 
- Zobaczymy - zachowując zimną krew, odezwał się wiedźmin. - Zobaczymy. Na razie marzę 
tylko o jednej rzeczy, o dwóch: o tutejszych kotletach siekanych i kuflu porteru. 

- Będą siekane, będzie i porter - zapewnił go nachmurzony elf. - No to idziemy. 

I  poszli.  Skręcili  z  Dolnego  Wału  w  stronę  Szczekawicy;  elf  wyraźnie  wiedział,  gdzie 
znajduje się wspomniany przez Geralta szynk. 
"Cóż  -  myślał  wiedźmin.  -  Początek  tej  historii  wyraźnie  mi  się  podoba.  Zresztą,  prawdę 
mówiąc, historii jeszcze nie słyszałem. Ale każda ma swój początek, kiedy nic jeszcze się nie 
wyjaśniło, kiedy zarysy przyszłych wydarzeń dopiero się rysują, ale już powstaje pewien kli-
mat. Tak więc - zaczyna mi się podobać klimat tej historii..." 

W  szynku  Geralt  pozwolił  sobie  na  chwilę  luzu:  był  zbyt  głodny,  by  przed  jedzeniem 

zastanawiać  się  nad  czymkolwiek.  Elf  nie  zamawiał  dla  siebie  nic  do  jedzenia,  po  prostu 
siedział milczący naprzeciwko, leniwie i bez apetytu gmerał widelcem w sałatce i sączył Łzę 
Elendila z wysokiego pucharu na ściemniałej ze starości srebrnej nóżce. Łza należała do tych 
napojów, które miały tak zwaną "prostą  cenę":  gram hrywna. Tak więc  tylko za swój drink 
elf wyłożył co najmniej setkę. 

To nader optymistycznie rokowało na przyszłość. 

Nasyciwszy  się,  Geralt  duszkiem  wycedził  kufel  Czernihowskiego  porteru  i  chwycił  za 

drugi, ale już bez pośpiechu, rozkoszując się piwem, oblizując pianę z warg i smakując napój 
drobnymi łyczkami. Organizm sycił się rozkoszą. 
- No - nagabnął elfa - co się tam u was wydarzyło? 

Podobało mu się, że elf nie forsuje wydarzeń. Szczerze mówiąc, to wiedźmin już nawet się 

nieco  niecierpliwił,  oczekując  na  wyjaśnienie  przyszłego  zadania.  Dlatego  w  końcu  zapytał 
sam. 

- Mamy cztery zgony - ponuro zakomunikował elf. - Zacznę od prehistorii, dobrze? 

- Oczywiście. - Geralt rozwalił się na krześle. - I proszę kazać donosić piwa...  

Elf strzelił długimi palcami o starannie wypielęgnowanych paznokciach. Kelner pojawił się 

w mgnieniu oka. 

"No  pewnie  -  pomyślał  Geralt.  -  Do  takiego,  co  zamawia  Łzę  Elendila  kelnerzy  walą 

piorunem..." 

background image

 

67

- Właściwie powinienem, zacząć od legend. Tak będzie najlepiej. 

"Od legend? - zdziwił się wiedźmin. - O matko, co to za zlecenie chcą mi wcisnąć?" 

- Znasz się na technice łączności specjalnej? - zapytał elf. 

- No... - Geralt wzruszył ramionami i zerknął w bok na rozmówcę, na ułamek sekundy, nie 

dłużej.  I  ponownie  natrafił  na  lodowate  spojrzenie  elfa.  -  W  ogólnych  zarysach.  Przecież 
jestem wiedźminem. 

- Słyszałeś opowieści o błędnych przekazach radiowych? - Słyszałem. Kto nie słyszał tych 

bajd? 

- To nie bajdy, Geralcie. 

Wiedźmin starannie opróżnił kufel. Puste naczynie zostało natychmiast zastąpione pełnym. 

-  To  nie  bajdy.  Nasz  przywódca,  zwą  go  Findamiel,  zajmuje  się  błędnymi  sygnałami 
radiowymi już ponad półtora tysiąca lat. 

- Ho, ho! - uczciwie zdziwił się Geralt. - To robi wrażenie. I do czego doszedł? 

- No, po pierwsze, wyróżnił zakresy, na których te sygnały pojawiają się szczególnie często. 

Po drugie, usystematyzował okresowość ich występowania i długość dzikich przekazów. 

- I? 

-Najczęściej  pojawiają  się  wiosną,  w  okresie  pierwszych  burz.  I  niemal  nigdy  nie 
rozbrzmiewają  zimą,  w  czasie  opadów  i  zalegania  śniegu.  Zresztą,  to  nie  jest  takie  ważne. 
Ważne jest co innego. W przedziale ostatnich piętnastu lat liczba dzikich przekazów wzrosła. 

- Wyraźnie? 
- Bardzo wyraźnie. Siedemdziesiąt razy. 

- Ho, ho! - skwitował mocno poruszony wiedźmin. - Co z tego wynika? 
- Wynika, że błędne sygnały wykrywane są teraz nie dwa - trzy razy do roku, a raz na dobę. 
No, może trochę rzadziej, jeśli mam być szczery - sprecyzował elf - Prócz tego, stały się one 
znacznie dłuższe i niemal pozbawione zakłóceń. 

- Nie chcesz przypadkiem powiedzieć, że wasz przywódca zdołał rozszyfrować te przekazy? 

Elf  obdarzył  wiedźmina  lodowatym  spojrzeniem  długowiecznego.  -  Właśnie  to  chcę 
powiedzieć. 

Geralt  wzdrygnął  się  -  częściowo  z  powodu  mrozu  we  wzroku  mówiącego,  częściowo  z 

powodu treści jego komunikatu. 
-  Zawierały  współrzędne  -  wyjaśnił  nachmurzony  ciągle  Iland.  -  Koordynaty  w  jakimś 
nieznanym nam systemie cyfrowym. Sześć lat temu Findamielowi po raz pierwszy udało się 
przypisać  te  dane  do  realnie  istniejących  map.  Rok  temu  udało  się  deszyfrować  drugą 
współrzędną i przeliczyć ją na ogólnie przyjęte systemy. 

- Gdzie? - krótko rzucił Geralt. 

- Pod Czerniowcami. Stary jak wszyscy diabli zamek. - Zbadaliście go? 

-  Usiłowaliśmy.  Zginęły  dwa  elfy.  Od  razu  pierwszego  dnia.  Wiedźmin  pokręcił  z 

dezaprobatą głową. 
- Jak zginęli? 

- Jeden wpadł w pułapkę na korytarzu - został przeszyty przez metalowy pręt. Drugi wpadł 
do podziemi. Jeszcze żył, gdy zaczęły go pożerać szczury. Sam słyszałem jego wrzaski. 

Oczy  elfa  zbielały  -  o  ile  to  w  ogóle  możliwe  -  jeszcze  bardziej.  Geralt,  sam  będąc 

mutantem, mimo wszystko jednak krótkowiecznym człowiekiem, świetnie wiedział, jaki jest 
stosunek do śmierci długowiecznych elfów. Jak wysoko cenią życie braci. Wszak elfów rodzi 

background image

 

68

się mało. Każdy nowo narodzony długowieczny na obszarze Wielkiego Kijowa jest świętem 
dla każdego dorosłego elfa. Ale okazje do świętowania zdarzają się coraz rzadziej. 

-  Nie  mieli  jeszcze  nawet  czterystu  lat  -  odezwał  się  głuchym  tonem  Iland.  -  Zginęły,  na 

dobrą sprawę, dzieciaki... 
"Ech,  życie...  -  pomyślał  z  mieszanymi  uczuciami  Geralt.  -  Nie  mam  jeszcze  trzydziestu 
pięciu.  Według  elfich  miarek  jestem  jeszcze  embrionem...  Właśnie  dlatego  chcą  wsunąć  w 
trzewia piekielne mnie, człowieka, którego życie nie jest warte ich zdaniem nawet srebrnego 
grosza. Zachowując tym samym swoje drogocenne tysiącletnie żywoty..." 

- Po licho wam ten zamek - mruknął na głos. - Czyżby- był tak ważny? 

lland łyknął z pucharu. 
- W zamku znajduje się jedno z odkrytych źródeł dzikich sygnałów radiowych. Dokładniej 

rzecz  ujmując,  emitowane  z  zamku  sygnały  po  jakimś  czasie  powtarzają  się  w  eterze. 
Samodzielnie. Bez wsparcia żadnych nadawczych urządzeń. Poza tym - to jasne - zamek nie 
znajduje  się  w  wykazie  zarejestrowanych  u  Technika  Wielkiego  Kijowa  oficjalnie 
udomowionych źródeł sygnałów radiowych. 

Nawisło nad nimi ciężkie milczenie. Jak i wszyscy dzługowieczni, elf mógł milczeć całymi 

godzinami. Ale ludzie śpieszą się do życia, Iland chyba to rozumiał. 
- W ciągu roku zginęli jeszcze dwaj nasi. I niemal dwudziestu najemnych eksploratorów, w 
większości ludzi. Ani jednemu żywemu nie udało się przejść poza hol. Właściwie - to do holu 
już  wchodzimy  niemal  bez  ryzyka  i  strachu,  ale  dalej  -  niestety.  A  musimy  dostać  się  do 
wieży. 

-  Dlatego  postanowiliście  wynająć  wiedźmina  -  podsumował  wiedźmin.  -  Cóż,  to  mądre 

posunięcie, chociaż mogliście wcześniej podjąć taką decyzję. 

- Decyzja została podjęta dawno temu - mruknął elf z przesadną obojętnością. - Szukaliśmy 

tylko odpowiedniej kandydatury. 

Geralt łyknął piwa i z wyrazistym stuknięciem odstawił kufel na stół. - Zadanie nie należy 

do  łatwych  -  przyznał.  -  Słyszałem  co  nieco  o  budynkach  -  zabójcach.  Problem,  jak  sądzę, 
leży tylko w cenie. Ile możecie zapłacić? 

- A jak wysoko cenisz swoje życie? 
Wiedźmin roześmiał się szczerze, odrzuciwszy głowę do tyłu: - Czy życie można wycenić 
w hrywnach? 

- Można - odciął elf. - O ile się żyje odpowiednio długo. - Ale ja jeszcze tyle nie przeżyłem. 
-  I  nie  przeżyjesz  -  westchnął  elf  -  Taki  jest  los  organizmów  jednodniowych.  Choć  i  jesteś 
wiedźminem,  choć  pociągniesz  dłużej  niż  większość  ludzi,  ale  i  tak  nie  wyjdziesz  z  okresu 
duchowego  niemowlęctwa.  Dlatego  chcę  usłyszeć,  jaką  ustalasz  cenę.  Wiadomo,  że 
weźmiesz ją z sufitu. A my porównamy ją z naszą oceną wiedźminiej skóry. Jeśli porównanie 
będzie dla nas interesujące, to otrzymasz swoje pieniądze i udasz się do zamku. 

- Zabawne - Geralt podłubał w zębach kolcem południowej akacji ściętej z drzewa dwa lata 

temu i znakomicie sprawującej się od tej chwili w charakterze wykałaczki. - Przypuśćmy, że 
się  dogadaliśmy.  Przypuśćmy,  że  wlezę  do  tego  zamku  -  zabójcy.  A  co  się  stanie,  jeśli  nie 
przejdę poza hol? Co wam da mój zgon? 
- Jesteś wiedźminem - oschle zauważył  Iland. - Jesteś w każdym wypadku zobowiązany do 
przejścia  poza  hol.  Idealnie  by  było,  gdybyś  doszedł  do  wieży.  I  opowiedział,  co  tam 
zobaczysz. 
- Zobowiązany... - z goryczą uśmiechnął się wiedźmin. - Zobowiązany będę dopiero wtedy, 
gdy sięgnę po wasze pieniądze. Nie wcześniej. - Oczywiście - potwierdził elf. - Ale sięgniesz. 
Wiem to. No to twoja cena? 

background image

 

69

Geralt usiłował dołożyć lodu do swojego spojrzenia, ale szybko zrozumiał, że z elfem w tej 

konkurencji nie ma szans. Oświadczył więc po prostu: 
- Dwadzieścia pięć tysięcy. Z góry. 

- Zgoda - bez cienia wahania w głosie wytchnął elf. - Jeszcze piwa? - Jeszcze. 

-  Ale  pamiętaj  -  uprzedził  go  długowieczny.  -  Musimy  wyjechać  jeszcze  dziś.  Jeśli 
przesadzisz, to po prostu załadujemy cię do limuzyny i wywieziemy. 

- Bo to nie wiem tego? - prychnął Geralt i z przyjemnością łyknął porteru. 

Każdy, kto może zginąć w każdej chwili, potrafi cieszyć się każdą życia chwilą. 

Jak nikt inny. 

Ocknął się Geralt z powodu równomiernego kołysania. Nie, nikt nim nie potrząsał, kiwało się 
całe łoże. 

Otworzył  oczy.  Niewielkie  ciasne  pomieszczenie;  sufitu  można  sięgnąć  ręką,  bez 
wstawania. Spuścił nogi z półki. Niżej była jeszcze jedna. Gdzieś z zewnątrz równomiernie 
huczał potężny silnik. 

"Za cholerę nie jest to limuzyna" - pomyślał Geralt ostrożnie zsuwając się na podłogę. 

Pomieszczenie  najbardziej  przypominało  pakę  wielkiej  ciężarówki;  wzdłuż  jednej  burty  - 

prycze w dwu piętrach, zasłane polowymi pledami w kratę. Wzdłuż drugiej - stoły i stelaże z 
aparaturą techniczną i naukową.  Geralt miał wrażenie, że aparatura wyraźnie ma związek z 
łącznością  radiową.  W  przedniej  części  paki  znajdowały  się  owalne  drzwi,  najpewniej  do 
kabiny kierowcy. Przy ściance tylnej, w kąciku za półkami, nowomodna chemiczna toaleta. 

Geralt prychnął z zadowolenia. Ostatnie odkrycie było bardzo na czasie, ponieważ wypite 

onegdaj  piwo  wściekle  rwało  się  na  zewnątrz.  Kabina  była  ciasna,  mieściła  się  tam  tylko 
muszla  i  wąska  nierdzewna  umywalka  z  chromowanym  kranem.  Kiedy  Geralt,  przy  okazji 
dokonawszy  ablucji,  wrócił  do  pomieszczenia  głównego,  oczekiwał  go  komitet  powitalny. 
Dwa  elfy,  Iland  i  jeszcze  jeden.  Od  Ilanda  ten  drugi  różnił  się  tylko  ubraniem  i  niemal 
niewidoczną  blizną  między  brwiami.  O  jego  wieku,  to  jasne,  trudno  było  powiedzieć  coś 
określonego. Tylko jedna rzecz nie podlegała dyskusji: elf nie był już taki młody, na pewno 
miał ponad pół tysiąca lat. 

- Wyspałeś się? - oschłym tonem poinformował się Iland. - Tak. Dziękuję. 
- Twój plecak i twoja strzelba są tu. - Wyciągnął jedną z szuflad. Rzeczywiście - leżał  niej 

wypłowiały  bag  wiedźmina  i  jego  wierny  pompowiec.  A  poza  tym  Geralt  niczego  i  tak  nie 
miał - chyba żeby wspomnieć o kilku kontach w paru bankach Wielkiego Kijowa. 

- Gdzie jesteśmy? 

-  Pod  Winnicą.  Możemy  wyjść  i  podelektować  się  twoimi  ulubionymi  sznyclami.  Ale 

zalecałbym dziś powstrzymanie się od piwa. 

-  Od  piwa  się  powstrzymam.  W  końcu  jestem  wiedźminem  -  obiecał  Geralt.  -  A  co  do 

jedzenia, to milsza mi dziś jest solanka mięsna. Mógłbym wychłeptać jej całą miskę. 

- Dobrze. 

Iland odwrócił się do swego współplemieńca i zadysponował: 

-  Powiedz  Eranwaldowi,  żeby  zatrzymał  się  przy  jakiejś  knajpie.  Przed  wiedźminem  nie 

ukryło  się,  że  Iland  zwraca  się  do  drugiego  elfa  nie  jak  przełożony,  a  jak  równy.  Tak  więc 

jego dyspozycja wyglądała raczej na prośbę niż na rozkaz. 

Elf z blizną na twarzy poszedł do szoferki, a Iland zwrócił się do Geralta: 

-  Jeśli  chcesz  jeszcze  powylegiwać  się,  to  jest  twoje  leże.  Zauważyłem,  że  nauczyłeś  się 

korzystać z wygódki. Światło, jeśli ci potrzebne, włącza się tu. Fotele są w ścianach, trzeba je 

background image

 

70

wyczepić. Czego jeszcze możesz potrzebować? 

- Może łącze do Sieci? - zaproponował Geralt. - I jakieś źródło zasilania do notebooka, bo 

moje przenośne się wyczerpało. 

Iland  dotknął  kilku  przełączników  na  najbliższym  panelu  i  odsunął  płaską  zaślepkę. 

Wiedźmin  od  razu  odnotował  wszystkie  potrzebne  mu  łącza  na  cienkich,  automatycznie 

wciągających się do wnętrza panelu przewodach. 

- Fajną macie limuzynę - pochwalił. - Szkoda tylko, że baru tu nie ma. 

- Bar jest - oficjalnym tonem poinformował go jakby urażony Iland. - Ale, jak pamiętam, ktoś 

tu obiecał powstrzymać się od piwa. 

-  Ale  nie  obiecywałem  powstrzymywać  się  od  mineralki!  Czy  może  w  barze  nie  ma 

mineralnej? 
- Jest. Nawet kilka gatunków. Chodźmy, wybierzesz sobie. 

W tym samym momencie "limuzyna" zwolniła; wiedźmin i elf zmuszeni byli chwycić się za 

poręcze, przewidująco umocowane do przeźroczystego sufitu. 

- Chyba knajpa - powiedział elf. - Tam się napijesz mineralki. Chodźmy. 
Owalne drzwi prowadziły rzeczywiście do szoferki - przestronnej i wygodnej. Z lewej strony 
w kabinie znajdował się fotel kierowcy, z prawej - podwójna kanapa dla pasażerów. W chwili 
obecnej siedzenie było podniesione, a drzwi pasażerów otwarte. Elfy już wyszły na zewnątrz. 
Geralt również opuścił kabinę, z przyjemnością zeskakując na stały grunt. Odwrócił się, żeby 
zlustrować  od  zewnątrz  "limuzynę".  Wyglądała  jak  się  patrzy  -  pokryta  kamuflażem 
ciężarówka,  bardziej  nawet  podobna  do  autobusu  niż  trucka,  tyle  że  bez  okien.  Ale 
wyposażona w przeźroczysty sufit nie potrzebowała ich. Były - oczywiście - w kabinie. 

Knajpa była też niezła - modern aż do bólu. Zapewne powstała całkiem niedawno. I nieźle 

w  niej  karmili.  W  każdym  razie  Geralt  długo  wahał  się:  wziąć  drugą  porcję  parującej, 
zawiesistej solanki czy nie brać. Elfy nie jadły,  wypiły tylko po kieliszku jakiegoś swojego 
napitku  z  kupionej  spod  lady  kraciastej  butelki  i  zaczęły  kopcić  długie,  brązowe  cygara  z 
krótkimi plastikowymi ustnikami. 

Kiedy  Geralt  zdecydował,  że  jednak  rezygnuje  z  drugiego  talerza  zupy  i  wstał,  elfy 

siedziały  nieruchomo  niemal  jeszcze  przez  minutę.  Ale  w  końcu  podniosły  się  i  ruszyły  do 
wyjścia, zupełnie nie zwracając uwagi na to, że wiedźmin skierował się do lady. Geralt zaś 
nie  szukał  czegoś  szczególnego,  po  prostu  obrzucił  leniwym  spojrzeniem  wystawę,  spotkał 
się wzrokiem z barmanem, w którym wyraźnie płynęła krew wirgów i wyszedł za elfami. 

Kierowca,  Eranwald,  stosunkowo  młody  elf,  na  razie  bez  Antarktydy  w  spojrzeniu,  już 

siedział za kierownicą. Iland i drugi, którego imienia Geralt jeszcze nie poznał, przestępowali 
z nogi na nogę obok otwartych drzwi ciężarówki. Nie wiadomo, dlaczego truck z otwartymi 
drzwiami  skojarzył  się  wiedźminowi  z  ociężałym,  dawno  pozbawionym  możliwości  lotu, 
ptakiem, stojącym ze smutnie wyprostowanym jednym skrzydłem. 

Nie  czekając  na  zaproszenie,  Geralt  wskoczył  na  stopień  i  przemknął  do  paki.  Niemal  od 

razu "limuzyna" ruszyła, stopniowo nabierając szybkości. 

Iland zajrzał do wnętrza - wiedźmin akurat wyciągał z baga nieźle doświadczony przez los, 

ale  wcale  przez  to  nie  gorszy  specnotebook.  Tę  wierną  i  oddaną  maszynę  wręczono  mu  w 
Arzamasie-16,  w  wiedźminiej  szkole,  którą  opuszczają  albo  zimnokrwiści  i  wyrachowani 
zabójcy potworów, albo nie opuszczają w ogóle. 

background image

 

71

W zamyśleniu skinąwszy głową, Iland zamknął drzwi i Geralt został sam. 

Bez  pośpiechu  połączył  konektory,  jednocześnie  głaszcząc  notebook,  jakby  namawiał  go, 

by kolejny raz pomógł swemu właścicielowi. Pomógł samotnikowi i tułaczowi, nieznającemu 
ani miłości, ani litości. Jednemu z najbardziej niezależnych żywych stworzeń w całej upstrzo-
nej megapolisami Eurazji. 

System  załadował  się  gładko,  jak  po  maśle  poszło  łączenie  z  Siecią.  Geralt  wszedł  na 

wiedźmini  serwer  i  zamarł  przed  otwartym  okienkiem  systemu  informacyjno 

wyszukiwawczego. 

"Czego potrzebuję? - zastanawiał się. - Spróbujmy tak..." I wprowadził: "Radio". 
A potem kliknął "Szukaj". 

Oczywiste, że szperacz wywalił stertę odnośników, nawet po przefiltrowaniu wyniku przez 

specyficzne  skrypty  wiedźminiego  serwera  niemierzalną  i  nie  do  wykorzystania. 
Westchnąwszy  ciężko,  Geralt  zaczął  metodyczny  odsiew  i  precyzowanie,  a  potem  zajął  się 
gmeraniem w wybranych odnośnikach, mając nadzieję, że uda mu się wyłowić coś cennego, 
pożytecznego, co się przyda w aktualnym zleceniu. 

Wiedźmin  -  to  nie  tylko  monstrum,  obrzucające  granatami  zbiesiony  buldożer.  Nie  tylko 

wojownik, walący ze strzelby do oszalałego mechanizmu czy tropiący bojowego Ripa-espera. 

Wiedźmin to również długie godziny przed ekranem notebooka, to niekończące się błądzenie 

po  Sieci.  To  zaczerwienione  z  niewyspania  oczy  i  odcisk  na  palcu  wskazującym,  którym 

jeździ się po prostokąciku touchpada i po ekranie monitora. 

Ale najważniejsze, że wiedźmin - to wiedza i umiejętność wyszukania wszystkich danych, 

niezbędnych do wykonania zlecenia, za które już zostały wypłacone pieniądze. Ale przecież 
wiedźmini nigdy nie zawodzą. Albo wykonują swoją pracę, albo giną. 

Findamiel  miał  dziwnie  nie  lodowate  spojrzenie  -  wręcz  przeciwnie:  jakieś  tęskne,  jakby 

przesłonięte  mgiełką.  Patrzenie  w  oczy  starego  elfa  nie  sprawiało  przyjemności,  dlatego 
Geralt,  oparłszy  się  o  wysoki  tył  rzeźbionego  fotela,  roztargnionym  wzrokiem  błądził  po 
freskach na ścianach. 

-  Dwadzieścia  pięć  tysięcy?  Hm...  -  Elf  pomlaskał  wargami,  zupełnie  jak  ludzcy  starcy, 

mimo  że  jego  oblicze  nie  nabawiło  się  dotychczas  ani  jednej  zmarszczki.  -  Niezła  fortuna! 
Można za to długo żyć. 

- Można - zgodził się Geralt. 
- Ale można też zginąć, zarabiając na nie. 

- Cóż - Geralt wzruszył ramionami. - Wtedy Arzamas-16 otrzyma całe moje honorarium, a 

nie zwyczajowy procent. 

- A jaki procent wiedźmini płacą Arzamasowi-16? 

Geralt  pozwolił,  by  na  jego  ustach  wykwitł  niemal  niezauważalny  uśmiech  i  mimo 

wszystko zajrzał w oczy elfa - jak w przepaść. 

-  Przecież  świetnie  wiesz,  czcigodny  Findamielu.  Na  pewno  zdążyłeś  zapomnieć 

wielokrotnie więcej, niż reszta tu obecnych kiedykolwiek wiedziała. Czyż nie tak? 

Elf jakby skamieniał, potem niechętnie pochylił głowę w bok: 

- Rzeczywiście - znany mi jest procent marży każdego wiedźmina dla Arzamasu-16. 

- No to po co pytasz? 
- Muszę przecież cię sprawdzić?  

background image

 

72

- Sprawdzić? Po co? Skoro nie ufasz mi, to nie prowadź ze mną interesów. A skoro ufasz - 

to po co te zbędne pytania? 

-  Interesują mnie kierujące tobą motywy,  wiedźminie. Wy wszyscy zawsze się różniliście 

od zwykłych ludzi. 

-  Oczywiście.  Wszak  jesteśmy  mutantami.  Wszyscy,  jak  jeden  mąż.  Inaczej  nie 

moglibyśmy wiedźminić. 

Elf  ponownie  skamieniał  na  chwilę.  Potem  w  zamyśleniu,  zwracając  się  gdzieś  w  pustkę 

ogromnej sali, oznajmił: 

-  Pięćdziesiąt  procent!  Połowa  tego,  co  ci  płacą  za  ryzyko!  Odpowiedz,  wiedźminie, 

dlaczego oddajesz te pieniądze tym, którzy zrobili z ciebie monstrum? 

- Jesteś pewien, że chcesz to wiedzieć? - Pewien. 

- Zatem, dzieje się tak, by tacy, jak ty mogli posyłać na śmierć takich, jak ja. I nie wydaje mi 

się, by oddawana część była przesadną. 

- Posłusznie idziesz na śmierć? Dla pieniędzy? Dla połowy honorarium? 

- Idę. 
- Ale dlaczego? Dlaczegóż, odpowiedz mi? 

- Dlatego, że właśnie za pięćdziesiąt procent od dochodu każdego idącego na śmierć przede 
mną,  wiedźminem  Geraltem,  nauczono  mnie  właśnie,  jak  pozostać  przy  życiu,  idąc  na 
śmierć. 

- Boisz się śmierci? 
- Każdy boi się śmierci. 

- Tym niemniej przyjmujesz oferty, gdzie szanse na powodzenie często są nader mizerne? 

- Przyjmuję. To moja praca. 
- Ale przecież boisz się śmierci. Nie rozumiem cię. 

-  Zacny  Findamielu...  Może  z  powodu  swego  wieku,  nieporównywalnego  z  wiekiem  nawet 
jakiegoś  marnego  orka,  po  prostu  nie  jestem  w  stanie  uświadomić  sobie  tej  sformułowanej 
przez ciebie sprzeczności. W Arzamasie-16 nie uczono mnie nie bać się śmierci. Dlatego się 
boję.  Ale  uczono  mnie  jak  przeżyć.  Przecież  już  to  mówiłem.  Dlatego  idę  na  śmierć, 
przeżywam, ale przy tym ciągle się boję śmierci. Gdzie tu sprzeczność? Ja jej nie widzę. 

- Jakbyś nie chodził na śmierć, nie musiałbyś się jej bać. 

-  Jakbym  nie  chodził  na  śmierć,  nie  miałbym  co  jeść.  Ja  i  ci,  co  dopiero  się  uczą,  jak  być 
wiedźminem. 
- Dobrze! - Elf przyklasnął jego słowom uderzeniem w kolano. - Oto kontrakt. Zerknij, czy 
nie masz jakichś zastrzeżeń co do poszczególnych punktów. 
Geralt dwoma palcami uniósł wydruk wykonany  na cieniutkim herbowym papierze i zaczął 
go czytać. 
-  Nie  mam  pretensji,  czcigodny  Findamielu  -  oznajmił  po  jakimś  czasie.  -  Ale  mam  dwie 
uwagi. Na przykład, sformułowanie "w możliwym do przyjęcia terminie" wydaje mi się dość 
rozmyte.  Możliwy  do  przyjęcia  termin  przez  kogo?  Przez  was?  Mogę  nie  dożyć,  dla  mnie 
czas płynie inaczej. Albo to: "dowolnym sposobem odsunąć widmo śmierci..." i tak dalej. Nie 
boicie  się  takich  sformułowań?  A  jeśli  wysadzę  w  powietrze  cały  ten  zamek  wraz  z  jego 
tajemnicą? Formalnie wykonam zadanie, ale czy was to zadowoli? 

- Nie zrobisz tego - cicho powiedział Findamiel. - Żaden wiedźmin nie wyrządzi krzywdy 

miastu, które go przyjęło. 

Elf  nagle  odrzucił  głowę  do  tyłu  i  z  charakterystycznym  przyszeptem  kazalną  intonacją 

background image

 

73

zacytował: 

-  Albowiem  krucha  jest  równowaga  miast  i  zniszczywszy  dom,  można  zniszczyć  całą 

okolicę, a zmarnowawszy okolicę, można zrujnować całe miasto. Pamiętaj o Kartaginie... 

Wzrok elfa zmętniał i wypłowiał ponownie, mówił jeszcze ciszej, a przyszept rozpłynął się 

w zwyczajnym dla elfów zmiękczeniu spółgłosek. 

-  Wy  nazywacie  siebie  tylko  zabójcami  potworów.  W  rzeczywistości  sami  jesteście 

potworami, potworami-sanitariuszami. Dlatego nie boję się tego drugiego sformułowania. A 
co do pierwszego - zmień je dowolnie, jak ci się spodoba. 

Geralt zamyślił się, a potem zaproponował: 

-  Może  punkt  o  terminach  w  ogóle  usuńmy.  Nie  sądzę,  byście  podejrzewali  mnie  o  chęć 

spędzenia reszty życia w tej dziurze... 

-  Usuwamy  -  krótko  zgodził  się  Findamiel  i  po  minucie  Geralt  trzymał  w  ręku  nowy 

wydruk. 

Przejrzawszy  go  pobieżnie,  wiedźmin  odchrząknął  z  zadowoleniem:  -  Kche-kche...  No, 

teraz jest znakomicie. Podpisz proszę, czcigodny Findamielu. 

Elf  zamarł  na  chwilę  ze  stylowym  piórem  w  szczupłych  palcach,  potem  zamaszyście 

podpisał kontrakt. Geralt podniósł się z krzesła, oparł się o blat łokciem lewej ręki i też złożył 
podpis. 

Teraz był oficjalnie wynajęty do wykonania zlecenia. 

- Jak chcesz otrzymać zapłatę, wiedźminie? Gotówka? Przelew? 

- Wolę przelew. Jakoś nie chce mi się szwendać z taką gotowizną w bagu poza Centrum... 

A,  jak  sądzę,  nie  będziecie  kwapili  się  do  odwiezienia  mnie  z  powrotem  swoimi  środkami 
lokomocji. 

-  Eranwaldzie!  Przygotuj  wóz.  Pojedziemy  do  banku  do  Czerniowiec  -  polecił  Findamiel 

młodziutkiemu elfowi - kierowcy. 

I zwrócił się do Geralta:, 

- To nam nie zajmie dużo czasu. Jak, mam nadzieję, nie zajmie wiele czasu i twoja praca. 

-  I  ja  mam  taką  nadzieję,  czcigodny  Findamielu  -  całkowicie  szczerze  zapewnił  go 

wiedźmin. 

I  rzeczywiście,  do  banku  i  z  powrotem  uwinęli  się  w  niecałe  półtorej  godziny.  Geralt 

sprawdził,  jak  na  jedno  z  jego  kont  w  Gnomish  Creditinvestment  skapnęło  równe 
dwadzieścia pięć tysięcy hrywien i uspokoił się całkowicie. 

Nie  był  przyzwyczajony  do  tego,  że  elfy  tak  spokojnie  płaciły  ogromne  pieniądze  za  taką 

niezwykłą i nieokreśloną pracę. 

Najpierw  Geralt  ponownie,  z  wyczerpującymi  swą  dokładnością  szczegółami,  wysłuchał 

opowieści  o  poprzednich  próbach  przebicia  się  do  wnętrza  zamku.  Elfy  wykazały  się 
niewątpliwie  dużym  sprytem:  usiłowały  przedostać  się  do  wieży  i  przez  główne  wejście,  i 
przez kilka małych, i przez okna, i nawet próbowały desantu ze śmigłowca bezpośrednio na 
wieżyczkę. Bez rezultatu. Okna nie dały rady otworzyć; śmigłowiec, zaledwie zbliżył się do 
zamku,  wpadł  w  niewytłumaczalne  "odrętwienie"  i  runął  wraz  z  ochotnikami-orkami  w 
położony  nieopodal  park.  Udało  się  otworzyć  małe  wejście  w  lewym  skrzydle,  nawet  bez 
większych  problemów,  ale  dwaj  eksploratorzy  z  najbliższej  okolicy,  którzy  tam  weszli,  po 
prostu już nie wrócili. 

Cierpliwie,  krok  po  kroku,  metr  za  metrem,  elfy  i  ich  naiwni  pomocnicy  z  grona 

miejscowych,  przybywający  pod  wpływem  plotek  o  obfitej  nagrodzie,  niemal  wylizywali 
językami każdy z siedmiu korytarzy, 

background image

 

74 

odchodzących od holu za wejściem centralnym. Na próżno. Ochotnicy ginęli, przy tym nawet 
nie  wiadomo  było,  z  jakiej  przyczyny.  Ani  jeden  z  korytarzy  nie  miał  prostego  odcinka 
dłuższego niż dwadzieścia metrów. Badacz znikał z oczu obserwatorom, a potem rozlegał się 
straszliwy wrzask, czasem jakiś hałas i koniec. A czasem - ani krzyku, ani hałasu. Ochotnik 
po prostu znikał bez śladu. 

Od czasu do czasu nocami w oknach górnych pięter migotały ognie, mętne i niepewne, nie 

mające  nic  wspólnego  ze  zwykłymi  lampami  czy  lampami  luminescencyjnymi.  Raczej 
przypominało to jarzenie czy martwe świecenie próchna w głuszy zdziczałego parku. Właśnie 
w  takie  noce  odbiornik  Findamiela  wybuchał  odgłosami  dzikich  przekazów.  Geralt 
przesłuchał  nagrania  -  przekazy  naprawdę  miały  dziki  charakter.  Nie  wyczuwał  jakiegoś 
sensownego  tekstu  -  słychać  było  tylko  pochlipywanie,  mamrotanie,  szept.  A  i  do  głosu, 
szczerze  mówiąc,  nie  było  to  specjalnie  podobne,  raczej  brzmiało,  jak  kakofoniczny  opus 
jakiegoś  awangardowego  minstrela,  niegardzącego  w  swej  twórczości  ani  odgłosami 
skrzypiących zawiasów, ani miauczeniem oburzonego kocura, któremu ktoś przydepnął ogon. 

Półtora  tysiąca  lat  zainteresowania  dzikimi  przekazami  wyraźnie  nie  zostały  zmarnowane 

przez  Findamiela.  Elf  zarejestrował  na  przykład  moc  przypadkowych  audycji,  za  każdym 
razem inną, od kilkunastu watów do sześciu z hakiem kilowatów. Pierwszy z takich sygnałów 
raczej  nie  dałby  się  wychwycić  w  odległości  dziesięciu  kilometrów,  drugi  bez  trudu  był 
odbierany nawet na wschodnich rubieżach Wielkiego Uralu. 

Usiłował  również  elf  zlokalizować  źródło  sygnałów;  w  tym  celu  zorganizował  w  okolicy 

trzy punkty radionamiaru. Za źródło sygnałów można było teraz uważać mniej więcej kulę o 
średnicy  dziesięciu  metrów,  w  centrum  której  znajdowała  się  podstawa  szpili  wieży.  Geralt 
osobiście  przejrzał  kilka  pelengów,  na  szczęście  po  drodze  tu  dość  dogłębnie  przestudiował 
materiały z wiedźminiego site'u. Mimo sceptycyzmu - nie znalazł w namiarach elfa błędów. 

Jedyną  rzeczą,  jakiej  nie  pokazał  Findamiel  Geraltowi,  były  odkodowane  przekazy  ze 

współrzędnymi pewnych miejsc w obrębie Wielkiego Kijowa. Co to były za miejsca - Geralt 
wolał  na  wszelki  wypadek  nie  pytać.  Ale  zachował  w  pamięci  aluzję  do  nich,  poczynioną 
niechcący przez Ilanda,, szczególnie że Findamiel zręcznie i bez wzbudzania zainteresowania 
postronnych  "zepchnął"  Ilanda ze śliskiego tematu i zaczął mówić o czymś zupełnie innym. 
Naturalnie,  Geralt  nawet  mrugnięciem  oka  nie  dał  po  sobie  poznać,  że  odnotował  i  lapsus 
Ilanda, i interwencję Findamiela. Ale zapamiętał to, zapamiętał. 

W końcu, dążeniami takich jak stary elf poszukiwaczy kieruje żądza czegoś - władzy, zysku 

czy wiedzy. Findamiel nie wyglądał na fanatycznego miłośnika czystej wiedzy. Co znaczyło, 
że pożąda od świata .czegoś innego. I usiłował osiągnąć to poprzez rozszyfrowanie tajemnicy 
dzikich sygnałów. Błędnych przekazów. 

Przekazy,  raz  wychwycone,  błądziły  po  eterze  całymi  latami.  Findamiel  skrupulatnie 

odnotowywał  ich  okresowość,  obliczał  wygasanie,  usiłował  wykreślić  źródła  echa,  ale  nie 
doszedł  do  żadnego  w  miarę  pewnego  wniosku.  Karmił  komputery  megabajtami  wyników 
obserwacji, ale i te nie potrafiły uporządkować tego w jakiś sensowny system. 

W  sumie,  nikłe  nadzieje  Geralta  na  rozwiązanie  zagadki  w  trybie  gabinetowo-

analitycznym,  nie  spełniły  się.  Szczerze  mówiąc,  w  ciągu  całej  swej  niedługiej  na  razie 
kariery wiedźmina, ani jeden problem nie dał się rozwiązać metodą gabinetowo-analityczną, 
ale Geralt ciągle miał nadzieję, że kiedyś coś takiego się stanie. 

Ale  nie  tym  razem  jeszcze.  Tym  razem  trzeba  będzie  wejść  do  zagadkowego  i  -  co  tu 

ukrywać?  -  dość  złowieszczego,  porzuconego  zamku.  Geralt  już  wcześniej  nastawił  się  na 
pajęczynę  w  kątach,  na  nietoperze  i  zardzewiałe  łańcuchy  na  ścianach.  Na  kurz  i  strzępy 
gobelinów.  Na  nieprzewidziane  niebezpieczeństwa  i  niebezpieczeństwa  znane  z  góry,  takie 
jak  wyskakujące  nieoczekiwanie  że  ścian  metalowe  pręty  czy  piwnica  wypełniona 
czekającymi na łup szczurami, do której strącały śmiałków sprytnie obracające się kamienne 

background image

 

75 

płyty  w  podłodze.  Być  może  Findamiel  oczekiwał,  że  wiedźmin  po  prostu  obwiesi  się 
specekwipunkiem z plecaka, weźmie strzelbę i runie na łeb, na szyję do zamku. Ale Geralta w 
Arzamasie-16 nauczono PRZEŻYWAĆ w każdych okolicznościach. A przeżyje tylko ten, kto 
jest ostrożny, niczym stalker w Strefie. Kto nie wykona zbędnego ruchu, jeśli nie jest pewien, 
że nie doprowadzi go to do śmierci. 

Dlatego  przez  całą  resztę  dnia  Geralt  chodził  dokoła  zamku  po  omszałych  kamiennych 

drogach, po dawno niestrzyżonych łąkach, nasłuchiwał, węszył i myślał. 

Myślał. 

-  Bądź  ostrożny,  wiedźminie  -  powiedział  na  pożegnanie  Findamiel.  -  Dziękuję  -  odparł 

Geralt i pomyślał: " Ostrożny... A pewnie - rzucę się pogwizdując w sedno piekła..." 
Przed  wyjściem  przełknął  kilka  tabletek  stymulujących  i  teraz  w  organizmie  szalało 
prawdziwe  chemiczne  piekło.  Każdy  dźwięk,  każdy  ruch  wychwytywany  przez  wzrok, 
nabrały  z  niczym  nieporównywalnej  wyrazistości.  Świat  stał  się  jaskrawy  i  nieśpieszny,  w 
każde mgnienie oka Geralt mógł wpakować teraz całą masę czynów i myśli. 

Sprawdził,  czy  łatwo  wychodzi  z  kabury  strzelba,  czy  na  miejscu  jest  nóż,  czy  coś  nie 

przeszkadza.  Nic  nie  przeszkadzało.  Nóż  był  na  miejscu.  Strzelba  bez  pudła  wskakiwała  w 
ręce.  Ostatnia  rzecz  -  sznurówki.  Pewnego  razu  w  najmniej  odpowiednim  momencie 
rozwiązała się niedbale zawiązana sznurówka i wiedźmin przeklął wszystko na tym świecie, 
ponieważ akurat w tym momencie nie wolno mu było się potknąć. Koniec. Czas. 

Odprowadzany  spojrzeniami  dwudziestu  elfów  Geralt  miarowo  i  -  jak  mu  się  wydawało  - 

wolno pomaszerował po żwirowej ścieżce do zamku. 

Wchodził już dziś do holu - rano, razem z Ilandem i Eranwaldem. Geralt miał nadzieję, że 

wiedźmini węch podpowie mu coś, ale nic  tego nie wyszło. Zamek wydawał się być martwy, 
żadnych  mechanicznych  potworów,  żadnych  naukowych  niespodzianek  czy  pułapek.  Nie 
wyczuł  NICZEGO,  chociaż  zazwyczaj  wyczuwał  wrogą  technikę  od  razu.  Szczególnie  pod 
wpływem stymulatorów. 

Siedem dróg do śmierci. Siedem korytarzy, a każdy z nich już pobrał swoją krwawą daninę. 

Elfy  nie  wchodziły  do  holu:  Rozsiadły  się  na  łące  przed  zamkiem,  od  czasu  do  czasu 
podnosiły  głowy  i  odprowadzały  spojrzeniami  przemykające  ponad  wieżyczką  śnieżnobiałe 
góry z chmur. Od czasu do czasu elfy puszczały w kółko niewielką manierkę, z której każdy 
upijał łyk. A jeszcze rzadziej ktoś z tego kręgu zerkał na widniejącą nieopodal oficynę, którą 
obrał za swoją rezydencję Findamiel. Na oko do oficyny było ze cztery kilometry; od zamku 
oddzielała ją płaska, słabo porośnięta budynkami i drzewami nizina. 
Wiedźmin wypadł z holu, gdy od wejścia minęły cztery i pół godziny. Przez ten czas żaden z 
oczekujących nie wypowiedział ani jednego słowa. Na oko wiedźmin wyglądał nieźle, tylko 
był nieco pomięty. Pas z ładownicą przesunął się na bok, prawy rękaw kurtki był oderwany 
poniżej łokcia. Na policzku widniał purpurowy i już czerniejący owalny siniec. 

Po kilku krokach wiedźmin runął na kolana, a potem zwalił się na plecy, z podkurczonymi 

nogami. Jak na komendę wszystkie elfy poderwały się i rzuciły do niego. 
- Pić... - wychrypiał wiedźmin. 

Iland bez wahania podał mu ową manierkę. 

Geralt usiadł z widocznym wysiłkiem, chwycił manierkę i przypiął się do wąskiej szyjki, ale 
zaraz zacharczał i rozkaszlał się. 
- A żeby was! Chciałem się napić, a nie upić! 
Eranwaid długimi susami pognał do wiśniowego wozu typu Cherkassy, którym przywieziono 
wiedźmina do zamku. Wrócił Eranwald z dwiema butelkami miejscowej wody mineralnej. 
Geralt  wyżłopał  obie,  chciwie,  nie  zwracając  uwagi  na  wylewające  się  na  brodę  i  pierś 

background image

 

76 

słonawe krople. 
-  Uff!  Ale  zadanko  mi  wynaleźliście,  panowie  długowieczni!  -  Doszedłeś  do  góry?  -  szybo 
zapytał Iland. 

Wiedźmin strząsnął do ust ostatnie krople i z żalem popatrzył na pustą butelkę - Doszedłem - 

sapnął. - I do góry, i z powrotem. Chociaż było to cholernie trudne. 

- Jedziemy do szefa! - Iland chwycił go za rękaw, chcąc pomóc wstać. 
- Poczekaj, Ilandzie. Mam do ciebie kilka pytań. 

Wiedźmin  w  oczach  odzyskiwał  siły.  Najpierw  usiadł,  patrząc  na  zgrupowanych  dokoła 

elfów,  żywych  o  niemałym  wzroście,  z  dołu  go  góry.  Potem  z  pewnym  trudem  wstał, 
opierając  się  na  swojej  potężnej  strzelbie.  Nawet  teraz  był  o  głowę  niższy  od  najniższego  z 
nich. 

- Sattae, Seidhe! - powiedział Iland do swoich. - Unn heda pas eonaltabitae... 
Wszyscy, prócz Eranwalda i samego Ilanda, posłusznie odwrócili się i skierowali na drogę, 

biegnącą od zamku do oficyny. 

- Chodźmy do wozu - zaproponował Iland. - Chodźmy - zgodził się wiedźmin. 

Zanim  usiedli  na  starannie  utrzymane  tapicerki  siedzeń,  usiłował  nawet  oczyścić 

zabrudzone  ubranie.  Ale  nie  przesadzał  w  staraniach,  czynił  to  niechętnie  i  bez  większego 
efektu. 

- Siadaj - polecił Iland. - Znajdzie się ktoś do oczyszczenia fotela. Geralt niemal złożył się 

we  dwoje  i  wcisnął  na  tylny  fotel.  Iland  usiadł  obok,  mimo  że  był  znacznie  wyższy  od 
wiedźmina, elf wpasował się w ciasne wnętrze znacznie zręczniej i z większą gracją. 

Eranwald usiadł za kierownicą. 

-  Powiedz,  Ilandzie...-  Ale  proszę,  mów  prawdę,  bo  od  tego  wprost  zależy  to,  co  dla  was 

robię. Ty i pozostałe elfy - pomagacie Findamielowi dobrowolnie? Czy zmusza was do tego? 

Iland nie nachmurzył się, po prostu jego wzrok spochmurniał, jak słoneczny od rana dzień, 

na który nasunęły się nie wiadomo skąd przybyłe burzowe chmury. 

- Dlaczego o to pytasz, wiedźminie? 

Geralt uniósł głowę, pociągnął nosem i przymknął oczy. 

- Chcę zrozumieć, dlaczego pomagacie mu wyjaśnić tajemnicę niezarejestrowanych źródeł 

sygnałów radiowych. Jaki macie w tym interes? 

Widząc, jak elf odwraca spojrzenie, wiedźmin zrozumiał, że trafił dokładnie w punkt. 

-  To  się  jakoś  wiąże  z  waszymi  elfimi  stosunkami,  prawda?  -  napierał.  -  Słyszałem,  że 

istnieje w waszej społeczności jakieś formalne przewodnictwo starszego nad młodszym. I że 
nie  wolno  wam  nie  posłuchać  starszego.  Czy  tak  jest  naprawdę?  Findamiel  wiąże  was  tym 
rozkazem? 
-  Tak  -  odpowiedział  głuchym  tonem  Iland.  -  Findamiel  jest  naszym  ojcem.  I  moim,  i 
Eranwalda,  i  wszystkich  obecnych  tu  elfów.  Wiedźmin,  gotów  już  do  zadania  kolejnego 
pytania, przełknął słowa. 

Przez kilka sekund siedział z otwartymi ustami. Potem powiedział: - O-ho-ho... 
I ponownie zamilkł. 

- W rodach elfów między  rodzicami i dziećmi stosunki są zupełnie inne niż u was, krótko 

żyjących.  -  Iland  mówił  niechętnie,  ale  jednak  mówił.  -  U  nas  jest  to  opieka  starszego, 
bardziej  doświadczonego  nad  gołowąsem  i  nieopierzonym.  Findamiel,  oczywiście,  jest 
najbardziej  doświadczony  z  nas  wszystkich.  Ale  ja  też  mam  zakichane  dwieście  lat  i 
zdążyłem  zobaczyć  niemało.  W  sumie,  nasze  obyczaje  wykluczają  nieposłuszeństwo  wobec 

background image

 

77 

ojca krwi. Nawet jeśli wyśle cię prosto pod koła dzikiej ciężarówki na autostradzie. 
- Wiesz, czym zajmuje się ojciec tak naprawdę?  
- Domyślam się. 
- Czym więc? 

Iland długo milczał. Potem oschłym tonem polecił młodemu elfowi: - Eranwaldzie! Idź na 
piechotę.  Dogonimy  cię,  ja  poprowadzę.  Młody  elf  podporządkował  się  bez  cienia 
sprzeciwu  czy  niezadowolenia.  Po  prostu  wysiadł  z  wozu,  zatrzasnął  drzwi  i  miarowym 
krokiem pomaszerował przed siebie. 

- On też musi się podporządkowywać, tobie? - zainteresował się wiedźmin. - Jako młodszy 

brat starszemu? 
- Eranwald jest moim synem - oświadczył Iland. 

Był już znowu opanowany, znowu całkowicie kontrolował siebie, swoje czyny i słowa. 

- Nie rozumiem - zdziwił się Geralt. - Przecież powiedziałeś, że wszyscy jesteście synami 

Findamiela? 

Iland niemrawo wzruszył ramionami: 

-  Mówiłem,  no  to  co?  Tak  to  jest.  Co  ci  za  różnica:  Krew  Findamiela  poprzez  mnie 

przekazana  została  Eranwaldowi.  Wy,  ludzie,  nazwalibyście  Findamiela  dziadkiem 
Eranwalda. Elfy nazywają go ojcem. Skoro o to chodzi, to ja też nie jestem synem wprost, a 
synem jego syna. 

-  To  znaczy,  że  Findamiel  nie  jest  dla  Eranwalda  dziadkiem  -  mruknął  Geralt.  -  Dobrze, 

zrozumiałem istotę rzeczy. Tak więc rozkaz krewniaka z krwi jest dla was prawem? 

-  Nie  rozkaz  -  poprawił  go  Iland.  -  Wezwanie.  Skoro  ojciec  przyzywa  syna,  to  syn 

przychodzi.  W  sumie  słowo  "wezwanie"  też  nie  oddaje  dokładnie  sedna,  ale  w  waszym 
języku nie ma dokładniejszego odpowiednika. Po elficku to wezwanie nazywa się "taimas". 

- Zatem póki Findamiel was nie zwolni, będziecie mu służyć wiernie i bez wahania? 

- Tak. 
- I będziecie włazić do tego po trzykroć przeklętego, naszpikowanego śmiercią zamku? 
- Tak. 
- I nie odstąpicie od tego? 
- Nie. Współplemieńcy nie zrozumieją nas, jeśli złamiemy taimas. 

- Dziękuję. To wszystko, co chciałem wiedzieć. Chociaż nie, nie wszystko. Coś mi chciałeś 

opowiedzieć o planach Findamiela. A może to też będzie złamaniem taimas? 

Ponownie  cień  przemknął  przez,  oblicze  elfa.  Wiedźmin  zrozumiał,  że  Iland  z  trudem 

zmusza  siebie  do  zdradzania  szczegółów,  jakby  miał  świadomość  przekraczania  pewnego 
progu. 

-  Findamiel  rozszyfrował  kilka  błędnych  przekazów.  Dokładnie  -zdołał  zestawić  je  w 

odpowiedniej  kolejności  i  rozkodować  część  wielkiego  komunikatu.  O  ile  mogę  sądzić,  w 
tym komunikacie mowa jest o jakichś fundamentalnych naukowych wzorach budowy naszego 
świata. 

- To oznacza, że po prostu Findamiel dąży do władzy i potęgi - podsumował wiedźmin. 

Iland uśmiechnął się sarkastycznie: 

- A czy na tym świecie jest coś innego, do czego warto dążyć? 

-  Masz  rację  -  pokiwał  głową  Geralt.  -  Masz  rację,  długowieczny.  Nawet  ja  to  rozumiem. 

Cóż, jedźmy... 

Iland przesiadł się za kierownicę i Czerkassy żwawo runął do biegu po gładkim, wylizanym 

przez  wiatry  asfalcie.  Geralt  w  zamyśleniu  obserwował,  jak  zmniejsza  się  w  lusterku 

background image

 

78 

wstecznym złowrogi, nafaszerowany prawdziwą śmiercią zamek. 

Eranwald  nie  zdążył  odejść  daleko.  Dogonili  również  i  wyprzedzili  pozostałych,  idących 

drogą elfów. Mimo że w samochodzie były jeszcze dwa miejsca, Iland nie zabrał nikogo. 

Przy  oficynie  krzątał  się  samotny  elf,  syn  Findamiela  czy  jego  prapra  -prawnuk,  czy  to 

wiadomo?  Wyglądał  tak  samo  młodo,  jak  Eranwald,  tylko  spojrzenie  miał  nieco  twardsze. 
Chyba więc starszy od niego. 

Findamiel przebywał w wielkiej sali oficyny, stał przy oknie, nerwowo obracając w palcach 

wytworne  pióro,  najpewniej  przywiezione  do  Kijowa  z  Wielkiego  Paryża.  Stary  elf  maźnął 
wiedźmina  błyskawicznym  spojrzeniem  i  znowu  odwrócił  się  do  okna,  przez  które  patrzył, 
jak  się  wydawało,  już  dość  długo.  Na  tle  oświetlonego  zachodzącym  słońcem  nieba 
wyróżniała się wykutym konturem wieża ze szpilem. Nawet okno wieży można było dojrzeć 
bez trudu - okno, skąd Geralt nie tak dawno temu popatrzył na okolicę. 

- Tak więc, wiedźminie? - nie odwracając się, zapytał Findamiel. - Wszedłeś do wieży? 

-  Tak,  czcigodny  Findamielu.  Wszedłem  do  wieży.  Ale,  obawiam  się,  nie  mam  dla  was 
dobrych  wieści.  Nie  zobaczyłem  tam  niczego  takiego,  co  mogłoby  istotnie  wpłynąć  na 
rozwiązanie tajemnicy przypadkowych przekazów. 

Stary elf odwrócił się gwałtownie i wpił się spojrzeniem w Geralta. - Ach tak? - I wpadł w 
zamyślenie. - W takim razie powinieneś nauczyć mnie, albo któregoś z moich żywych, jak 
docierać do wieżyczki cało. I, oczywiście, jak wracać zdrowo, tak jak udało się to tobie. 

Geralta jego żądanie nie poruszyło. 

- Obawiam się, czcigodny Findamielu, że coś takiego się nie uda. 

- Ciekawe, dlaczego? 
-  Dlatego,  czcigodny  Findamielu  -  posłusznie  wyjaśniał  Geralt  -  że  nie  jest  mi  do  niczego 
potrzebna  tajemnica  tego  zamku.  Dokładniej  rzecz  ujmując  -  zupełnie  mnie  nie  interesuje. 
Dlatego  udało  mi  się  tam  przeżyć.  No,  i  na  dodatek  dysponuję  pewnymi  specyficznymi 
odruchami.  Ale  zapewniam  was:  same  nawyki  i  odruchy  nie  wystarczyłyby.  Sekret 
powodzenia polega na tym, że nie wchodziłem tam po tajemnicę. 
- Po co więc cię wysłałem? - zdziwił się Findamiel. - Jeśli wszystko dobrze rozumiem, to tu 
na  stole  leży  nasz  kontrakt,  zgodnie  z  którym  zobowiązujesz  się  rozwiązać  nasz  problem  i 
ustrzec od śmierci moich współplemieńców na obszarze zamku. 
- Całkowicie się z tobą zgadzam, czcigodny. Właśnie zamierzam ustrzec od śmierci waszych 
współplemieńców.  Dlatego  radzę  wam:  wyjedźcie  stąd.  Zapomnijcie  o  tym  zamku,  a 
jednocześnie  o  problemie  błędnych  przekazów  radiowych.  To,  co  tworzy  ich  istotę  jest 
wiedzą  niebezpieczną  nawet  dla  was.  A  tym  bardziej  niebezpieczny  stanie  się  posiadacz  tej 
wiedzy, szczególnie że może to być elf, żyjący nie wiem nawet ile tysięcy lat. 

- Dla kogo będzie niebezpieczny ów posiadacz wiedzy? - nie kryjąc ironii, zainteresował się 

Findamiel. 

- Dla Wielkiego Kijowa - wcale nie tracąc kontenansu odpowiedział Geralt. - A, możliwe, że i 

całej Eurazji. Iland i Eranwald od samego początku rozmowy w milczeniu stali w otwartych 

drzwiach pokoju. 
Findamiel uśmiechnął się zjadliwie: 
-  Widzę,  że  przygotowałeś  się  solidnie,  wiedźminie.  Udało  ci  się  zrozumieć  nawet  to  coś, 
czego  oszczędziłem  swojemu  starszemu  synowi,  Ilandowi.  Ale  czy  naprawdę  sądzisz,  że 
wycofam się z tego? 

 

background image

 

79 

-  Nie  -  odparł  wciąż  niewzruszony  wiedźmin.  -  Nie  sądzę.  Ale  moim  obowiązkiem  było 

zaproponować wam wycofanie się i wyjazd z tej okolicy. 

Findamiel  zrobił  krok  naprzód  i  zaczął  mówić;  w  każdej  głosce  ulatującej  z  jego  ust 

rozbrzmiewał metal. Nie sposób było nie usłuchać tego głosu... Ale zwracał się stary elf nie 
do kogoś tam, a do wiedźmina, a na niego to nie działało. 

- Tak więc, wiedźminie... Co nam wyszło? Już ci powiedziałem, że na stole leży kontrakt. Z 

twoim podpisem. Odmówiłeś przekazania interesujących mnie danych. Wystarczy teraz, bym 
wysłał Eranwalda czy Godfreuda, czy innego z elfów do zamku... Ten wybrany pójdzie, mo-
żesz być pewny. I na pewno nie wróci. Po czym śmiało mogę zakomunikować o wszystkim 
do Arzamasu-16. Jak sądzisz, ile zostanie ci wtedy życia, co wiedźminie? Jak szybko odnajdą 
cię i wykończą twoi wierni wiedźminim zasadom koledzy? Ciebie, odstępcę, który podpisałeś 
kontrakt, przyjąłeś zapłatę i nie wykonałeś ciążących na tobie obowiązków? 

- Czcigodny Findamielu - cierpliwie kontynuował Geralt. - Muszę ci przypomnieć, że twoje 

badania  zagrażają  bezpośrednio  najbliższej  okolicy.  A  to  znaczy,  że  i  całemu  Wielkiemu 

Kijowowi. 
- Odezwał się w tobie sanitariusz? - Findamiel zatarł dłonie. 

Geralt  odruchowo  odnotował,  że  nawet  nie  zauważył,  kiedy  i  gdzie  elf  ukrył  pióro,  które 

jeszcze przed chwilą obracał w dłoniach. 
- Wspaniale! No to, wiedźminie, musisz wybrać między obowiązkiem i honorem! Ustąpisz mi 
-  zdradzisz  miasto.  Nie  usłuchasz  -  zdradzisz  wiedźmini  kodeks.  Bardzo  jestem  ciekaw,  co 
wybierzesz. A przy okazji, przypominam: kontrakt jest uwierzytelniony u notariusza z firmy 
"Selemesz i synowie". Możesz więc runąć do stołu i podrzeć leżące tu dokumenty na strzępy. 
Niczego to nie zmieni. 

-  Czy  mam  rozumieć,  czcigodny  Findamielu,  że  nie  zrezygnujesz  z  badania  zamku,  skąd 

dopiero co wróciłem? 
- Oczywiście, że nie zrezygnuję - prychnlął Findamiel. 

- W takim razie - westchnął wiedźmin - przyjdzie mi z honorem spełnić swój obowiązek. 

Błyskawicznym ruchem uniósł swój pompowiec i wystrzelił. Do Findamiela. 

Elfem  cisnęło  na  plecy  i  przeciągnęło  dobre  dwa  metry  -  strzelba  miała  potworną  moc.  Ale 
stary  elf jeszcze długich kilka sekund patrzył na wiedźmina, na krew chlustającą z piersi na 
podłogę; miał jeszcze siłę unieść głowę i trzymać ją w powietrzu przez cały ten czas, a jego 
oczy przepełnione były niezrozumieniem i poczuciem krzywdy. 

A potem Findamiel opuścił głowę na podłogę i skonał. 

Geralt wycelował lufę w Ilanda, z przerażeniem wpatrującego się w martwego przodka. 

- Mam nadzieję, że ty nie będziesz wysyłał swoich... synów do zamku? 

Iland  przeniósł  szalone  spojrzenie  z  ciała  Findamiela  na  czarną  niczym  noc  otchłań  lufy 

wiedźminiego pompowca. 
- Nie będę - szepnął. 
- No to świetnie. To oznacza, że nikt więcej w zamku nie zginie. Dobrze pamiętam wszystkie 
punkty  kontraktu,  Ilandzie.  Dokładnie  wiem,  że  spełniłem  wszystkie,  nałożone  na  mnie 
obowiązki i ani na jotę nie naruszyłem żadnego z punktów. Żałuję, że przyszło mi uciec się 
do  sposobu  najbardziej  skrajnego  z  możliwych...  Ale,  widzisz  -  życie,  proponowałem 
twojemu  przodkowi,  by  zapomniał  o  wszystkich  tych  nielegalnych  przekazach.  Teraz 
proponuję, byś zapomniał o nich i ty. I twoi współplemieńcy. 

background image

 

80 

Wiedźmin  twardym  krokiem  przeciął  pomieszczenie  i  podniósł  z  kanapy  swój  wierny 

plecak-bambetlarz. 

-  Jesteście  zwolnieni  z  taimas,  Ilandzie.  Wasz  szalony  ojciec  nikogo  więcej  nie  pośle  na 

śmierć. A to oznacza, że mogę odejść. Odchodzę więc, Ilandzie. 
Geralt zbliżył się do trwających w osłupieniu elfów, ramieniem odsunął z drogi Eranwalda i 
chwycił za klamkę. 
-  Wiedźminie  -  głuchym  głosem  odezwał  się  Iland.  -  Przysięgam  nie  pchać  się  do  zamku. 
Przysięgam,  że  nie  będę  badał  przekazów.  Ale  powiedz  mi  jednak  -  co  zobaczyłeś  w  tej 
wieżyczce? 
Wiedźmin odwrócił się z wolna. Popatrzył w oczy elfowi. 

- Krótko żyję - oświadczył w zamyśleniu. - I zabiorę tajemnicę ze sobą do grobu. Nastąpi to 

dość szybko, jak na twoją miarę czasu, długowieczny. I, proszę, nie pytaj mnie więcej o nic. 
Iland nie zapytał. Ale pytanie elfa tkwiło w głowie Geralta przez cały czas, kiedy maszerował 
do  szosy,  i  potem,  kiedy  stał  na  stopie  i  łapał  okazję.  I  dopiero  kiedy  wziął  go  do  wozu 
wesoły,  rumiany  gnom,  kierowca  udomowionego  trailera  marki  Kensworth,  Geralt  odważył 
się odpowiedzieć na to pytanie. W myślach, rzecz jasna. 
"Co było w tej wieżyczce? Ależ nic. Po prostu nic. Tylko kurz i trupy pająków. I to jeszcze 
umacnia mnie w przekonaniu, że słusznie postąpiłem". 

Kensworth pędził na spotkanie nasuwającej się na Wielki Kijów nocy, a rumiany gnom, jak 

się okazało, miał w pokładowej lodówce masę piwa. Porteru. Geralt bardzo lubił porter. 
 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

81 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Andrzej Drzewiński 

SYMULTA A 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

82 

"Starość to okropna rzecz", mawiała jego babka, kiedy zmogła ją choroba i leżała przykuta 

do  łóżka.  Tak,  miała  rację,  pomyślał  Karpicz  i  bezmyślnie  spojrzał  przez  okno  na  park. 
Najgorsze,  że  było  mu  to  całkowicie  obojętne.  Siedział  na  fotelu  otulony  w  koc  i  wodził 
wzrokiem  po  gołych  gałęziach  drzew  za  oknem.  Latem,  a  jeszcze  lepiej  wiosną,  kiedy 
wszędzie było zielono, dom "Złoty wiek" mógł uchodzić za przyjemne miejsce. Oczywiście, 
pod warunkiem, że miało się te siedem krzyżyków na karku. Stukanie do drzwi sprawiło, że 
niechętnie obrócił głowę. 

-  Proszę!  -  zawołał  o  ton  wyżej  niż  zamierzał,  niestety,  ostatnio  gorzej  panował  nad 

głosem. 

Nowicki  zaliczał  się  do  najmłodszych  pensjonariuszy,  wiecznie  ruchliwy,  pełen  nowych 

pomysłów. 

- Przyjdziesz? - spytał, dopinając koszulę na swoim wystającym brzuchu. - Robimy szybki 

turniej, mówiłem ci. 

Może i mówił. Karpicz mimo woli spojrzał na szachy rozłożone przy łóżku. 

- Nie - otulił się szczelniej kocem. - Źle się czuję, może następnym razem. 
Jego gość łypnął z dezaprobatą. 
--- Wołowina - mruknął pod nosem i wyszedł, swoim zwyczajem nie domykając drzwi. 

Był  złośliwy,  lecz  miał  rację.  Od  kiedy  powstał  szum  wokół  choroby  szalonych  krów, 

zauważalnie  zmieniło  się  menu  obiadowe  w  ich  domu.  Pewnie  ktoś  wziął  sobie  do  serca 
informację, że wołowina staniała, a choroba w pełni rozwija się dopiero po kilkunastu latach 
od zarażenia, więc nikt z pensjonariuszy nie zdąży na nią umrzeć. 

Przez  uchylone  drzwi  do  pokoju  wślizgnął  się  pies.  Karpicz  nie  zdziwił  się,  znał  dobrze 

zwierzaka  Boleskiego.  Razem  grywali  w  szachy.  To  znaczy  Boleski  grał,  a  pies  nosił 
wetknięte za obrożę karteczki z kolejnymi posunięciami. 

- Idź w cholerę - powiedział, lecz Reks tylko pomachał ogonem. Jego futro Lśniło dzisiaj 

jak nigdy. Widać ktoś go wreszcie wykąpał. 

Nachyliwszy  głowę,  pies  zbliżył  się  do  fotela,  aby  mężczyzna  mógł  go  podrapać  za 

uchem.  Nie  potrafił  odmówić,  tak  samo  jak  nie  potrafił  odmówić  Boleskiemu,  praktycznie 
uwięzionemu w czterech ścianach swego pokoju. Wylew, jaki przeszedł rok temu, skazał go 
na  wózek  i  pomoc  innych.  Jego  pokój  był  dwa  piętra  niżej,  lecz  dzięki  Reksowi  mogli  się 
kontaktować na odległość. Szkoda tylko, Karpicz westchnął, że Boleski okazał się tak słabym 
graczem. 

Wykonał zapisany przez kolegę ruch, przesunął swego pionka, a potem wcisnął karteczkę 

za obrożę. Pies bezszelestnie zniknął za drzwiami. Odkładając długopis, mężczyzna potrącił 
gazetę leżącą na krawędzi lóżka. Ze złośliwością, typową dla przedmiotów martwych, spadła, 
odsłaniając  znany  mu  artykuł.  "Nagonka  czy  naga  prawda",  odczytał  kolejny  raz  nagłówek, 
zanim  nie  wkopnął  kartek  pod  łóżko.  Trzęsącymi  się  dłońmi  ściągnął  poły  szlafroka  i, 
próbując  się  uspokoić,  zatopił  wzrok  w  prostokącie  okna.  Jednak,  kiedy  po  chwili  coś 
lodowacie  zimnego  dotknęło  jego  dłoni,  nie  potrafił  powstrzymać  okrzyku  trwogi.  Pies 
spojrzał z niewinną miną, jakby  wiedząc, że uniesiona do  ciosu dłoń i tak zaraz opadnie. O 
właśnie... i podrapie go za uchem. 

Kiedy bicie serca wróciło do jako takiej normy, Karpicz wykonał posunięcie Boleskiego, 

bez  namysłu  odpowiedział  własnym,  a  potem  znowu  zapadł  w  odrętwienie  typowe  dla 
ostatnich  tygodni.  Regularne,  w  odstępach  kilku  minut,  wizyty  psa  nawet  mu  specjalnie  nie 
przeszkadzały. Pozwalał myślom krążyć gdzieś wokół starych, banalnych zdarzeń, potem na 
chwilkę bezboleśnie przesunął się z refleksjami w stronę córki i jej dwójki dzieci. Coś w nim 
musiało się wypalić. Uczucia były, ale mdłe jak woda w butli, z której dawno uciekł gaz. Psi 
chwost znowu zniknął za drzwiami. Karpicz opuścił wzrok i tępo spojrzał na wystający spod 
łóżka róg gazety. Tak, przed pewnymi problemami trudno jest uciec... 

background image

 

83 

Wroński  w  czasie  wojny  pracował  w  granatowej  policji.  Dzięki  temu  nieraz  z 

wyprzedzeniem  wiedział  o  łapankach,  przeszukiwaniach  czy  innych  sprawach,  które  często 
decydowały  o  życiu  bądź  śmierci.  Wielu  go  za  to  nienawidziło,  a  jedynie  trzy  osoby 
wiedziały, że tak naprawdę jest wtyczką podziemia. Kłopoty Wrońskiego wzięły się stąd, że 
dwie z nich zginęły w Powstaniu, a trzecia nie chciała się w nic mieszać. Pech Wrońskiego, 
że nawet o niej nie wiedział. 

Dotknięcie psiego nosa sprawiło, że wrócił do rzeczywistości. Odczytał zapisek, przesunął 

skoczka  i,  po  raz  pierwszy  od  rozpoczęcia  partii,  przyjrzał  się  uważniej  szachownicy.  Ależ 
tak!  Oczywiście,  że  znał  te  posunięcia.  Atak  z  czterech  pionów  w  obronie  królewsko-
indyjskiej  -  tak  typowy  dla  agresywnego  stylu  walki  Fishera.  Odruchowo  powtarzał  każde 
posunięcie partii. Spojrzał na psa, który - sądząc z miny - czekał na kolejną wiadomość. 

- Skąd twój stary to wziął, hmmm...? 

Reks tylko zastrzygł uchem i z nadzieją spojrzał na długopis. Karpicz znał rozgrywkę na 

pamięć, więc nie kazał mu dłużej czekać. Roześmiał się po raz pierwszy od dłuższego czasu. 
Skąd u licha Boleski wytrzasnął ten zapis? Przecież był całkowitym amatorem. No tak, ktoś 
musiał pożyczyć mu jakąś książkę, może dać. Zdaje się, że miał ostatnio urodziny. Cholera, 
zaklął,  to  były  osiemdziesiąte  urodziny,  chciał  go  odwiedzić,  ale  zapomniał.  Szczerze 
mówiąc,  ostatnio  zapominał  o  wielu  rzeczach.  Nachylił  się  i  sięgnął  po  kolejną  karteczkę 
przyniesioną przez czworonożnego posłańca. Żadnych wątpliwości! To była słynna partia ze 
Spasskim  z  walki  o  mistrzostwo  świata,  którą  swego  czasu  poddawano  tylu  analizom. 
Wniosek był jeden: ósmy ruch przed końcem partii przesądzał sprawę. Po nim już żadna siła 
nie  była  w  stanie  uchronić  czarne  figury  przed  porażką.  Karpicz  przesunął  swego  czarnego 
gońca. Do końca partii miał jeszcze sporo ruchów. Właśnie zaczęło się lawirowanie. 

Coś mu zaszeleściło pod stopą, opuścił wzrok i spochmurniał. Wiele razy zastanawiał się, 

czy dobrze wtedy uczynił. Wtedy - przed z górą czterdziestu laty - kiedy nie zgłosił się sam 
do prokuratury. Bał się, że i jego w coś zaplączą. Przeklęta wojna, wycisnęła go jak cytrynę z 
odwagi, z wiary w człowieka, z dobroci... tak, z niej chyba także. Jak mu powiedziała córka? 
"Tato, ty zarażasz wszystkich swoją chorobą duszy". 

- Władek dostał pięć lat, ale nawet połowy nie odsiedział nieoczekiwanie odezwał się na 

głos. 

Objął  głowę  rękoma  i  bolesnym  wzrokiem  obserwował  wchodzącego  psa.  Na 

poduszkach  swoich  łap  szedł  nad  wyraz  cicho,  jakby  unosił  się  nad  podłogą.  Karpicz  na 
moment  przymknął  powieki.  Kłopot  wziął  się  stąd,  że  wnuk  Władka  zaangażował  się  w 
politykę.  Dobry,  uczciwy  człowiek,  którego  główny  błąd  polegał  na  tym,  że  zgodził  się 
kandydować  na  ważne  stanowisko.  To  wystarczyło,  przeciwnicy  zaczęli  grzebać  w 
życiorysie jego i całej rodziny. No i dogrzebali się, dziadek granatowy policjant, zdrajca, to 
była gratka nie lada. 

Pies musiał kilka razy szturchać go nosem, zanim przesunął figurę na szachownicy. To 

bez sensu, pomyślał, już dawno jest za późno, aby to wszystko odkręcać. Aby stanąć twarzą 
w twarz z jego żoną, jego synem i wnukiem, i powiedzieć: "Wiedziałem, że był niewinny, 
lecz  nic  nie  zrobiłem".  Podejrzewał,  że  dla  nich  od  tej  całej  polityki  ważniejsze  było 
oczyszczenie 

Wrońskiego. 

Moralne 

zadośćuczynienie, 

potwierdzenie 

tego, 

co 

przypuszczali, lecz nie potrafili udowodnić. Zacisnął pięści i tylko widok wchodzącego psa 
powstrzymał go od rozrzucenia figur po całym pokoju. 

- Przecież już dawno jest za późno - wychrypiał - prawda Reks? 
Pies  jak  to  pies,  wykrzywił  zabawnie  pysk,  a  potem,  wachlując  ogonem,  zniknął  za 

drzwiami.  Karpicz  wbił  wzrok  w  szachownicę,  jakby  spodziewał  się  ujrzeć  na  niej 
rozwiązanie  swego  dylematu.  Ósmy  ruch,  a  może  się  myli,  a  może  wszyscy  analizujący 
partię  popełniali  jakiś  błąd?  Może  jednak  i  potem  można  uniknąć  porażki?  Kudłaty 

background image

 

84 

pomocnik  wracał  i  odchodził.  Hetman,  potem  pionek,  jeszcze  wieża,  ruch  za  ruchem  i  w 
końcu  ten  ostatni,  zwrotny  moment.  Reks  szczeknął,  więc  Karpicz  dłużej  nie  zwlekał. 
Przesunął  pionek  i  już  nie  miał  drogi  odwrotu.  Jak  w  życiu,  zaśmiał  się płaczliwie,  jak  w 
życiu. 

Niespodziewany  promień  światła  boleśnie  uderzył  go  w  oczy  i  dopiero  po  chwili  stary 

człowiek  ustalił  jego  pochodzenie.  Słońce.  Po  raz  pierwszy  tego  dnia  przebiło  się  przez 
chmury  i  oświetliło  fasadę  domu.  Jego  wąska  smuga  padła  na  szachownicę,  nadając 
figurom  ostrych  konturów.  Karpicz  wsunął  dłoń  pod  światło,  przyjrzał  się  plamom, 
pomarszczonej  skórze  i  zawiłej  plątaninie  nabrzmiałych  żył.  Słoneczny  blask  zgasł  i  do 
pokoju  wsunął  się  pies.  W  jego  spojrzeniu  było  coś  przykuwającego  uwagę.  Mężczyzna 
odwrócił się gwałtownie ku biało-czarnej powierzchni. Tylu ludzi o wiele lepiej grających 
w szachy od niego, tyle tęgich umysłów głowiło się nad tą rozgrywką. A może jest jednak 
szansa? 

Wysunął  dłoń  i  lekko  trzęsącymi  się  palcami  przesunął  jedną  z  figur:  Nic  nowego,  ten 

sam  siódmy  ruch  od  końca  z  zapisu  partii.  Jednak  teraz  znajdował  w  sobie  całkowitą 
pewność,  że  tak  należy  uczynić.  Kątem  oka  zarejestrował,  że  pies  opuszcza  pokój,  lecz 
skupiony  na  szachownicy  nawet  nie  drgnął.  W  końcu  dobrze  wiedział,  jakim  posunięciem 
odpowiedzą  białe.  Jego  umysł,  ciało  i  duszę  przenikało  coś  niepojętego.  Jakaś  nieważka,. 
eteryczna substancja wypełniła go całego, sprawiając, że zasłona spadła z umysłu, a myśli 
wyostrzyły  się  do  granic  szaleństwa.  Myśli  i  wola  należały  do  niego,  ale  ta  moc,  ta 
przejrzystość... Wtedy dojrzał, pojął i już wiedział, jak można zremisować tę partię. Wygrać 
-  nie,  to  niemożliwe,  kiedy  zaszło  się  tak  daleko,  ale  wbrew  utartym  poglądom  nie  musi 
doznać  porażki.  Wystarczyło  poświęcenie  tak  nieoczekiwane,  że  nikomu  wcześniej  nie 
przyszło do głowy. 

Spojrzał  na  psa,  mrugnął  i  zdecydowanym  ruchem  przestawił  hetmana  pod  bicie  białym 
pionkiem,  co  uaktywniło  parę  gońców,  a  zarazem.:.  w  jakiś  zagadkowy  sposób  widział  te 
wszystkie ruchy przed sobą i widział .sytuację patową, do której prowadzą. Wiedział, że teraz 
już nie przegra. Pies szczeknął krótko i kiedy Karpicz wsunął mu karteczkę, zniknął bez śladu 
jak duch. 

Mężczyzna  odwinął  koc  z  nóg,  wstał  i  przeszedł  do  okna.  Chwilę  stał  z  twarzą  przy 

szybie,  a  potem  zerknął  za  siebie.  Mimo  szumu  w  uszach  poczuł  się  szczęśliwy.  Wsparł 
dłonie  o  parapet  i  przyglądając  się  skłębionym  chmurom,  coś  cicho  zanucił.  Dopiero  po 
jakimś czasie zorientował się, że to jedna z piosenek, które śpiewali nad Wisłą. Władek miał 
doskonały słuch, a i głos niczego sobie, więc dziewczyny lgnęły do nich jak do miodu. Boże, 
jak to dawno było... 

Zauważył,  że  pies  długo  nie  wraca.  Przez  całą  partię  pojawiał  się  z  powrotem  w  kilka 

minut  i  aż  dziw,  że  Boleski  potrafił  tak  szybko  notować.  Karpicz  podszedł  do  łóżka,  koło 
którego wciąż na podłodze leżała gazeta. Nachylił się, ujął kartki i położył na fotelu. Psa dalej 
nie  było.  Czyżby  Boleski  już  spostrzegł,  że  przegrał?  Uśmiechnął  się.  Znał  dobrze 
umiejętności  swego  kolegi  od  szachów.  Pewnie  zaskoczony  pierwszym  odmiennym  ruchem 
nie  wie,  co  teraz  uczynić.  Chce  czy  nie,  musi  zejść  do  niego.  Raz  jeszcze  zerknął  na 
szachownicę.  Naturalnie,  że  czuł  radość  z  rozwiązania  zagadki,  ale...  Chwilę  próbował 
nazwać stan swego ducha. Coś nowego, coś... pojawiło się w jego duszy. Wiedział, że pragnął 
tego  przez  całe  życie,  lecz  nigdy  nie  odważył  się  ruszyć  w  tamtą  stronę.  Bał  się  tego,  co 
należałoby zapłacić, ofiarować czy nawet poświęcić. 

Wstał i wyszedł z pokoju. Schodami w dół, a potem korytarzem do aparatu telefonicznego 

wiszącego na ścianie. Notes miał ze sobą. 

- Tak, Maria Wrońska - powtórzył kobiecie z informacji. - Tak... 
Zanotował, podziękował i odłożył słuchawkę. Musiał oprzeć się o ścianę, gdyż inaczej by 

background image

 

85 

upadł. 

- Ho, ho, wyszedłeś ze swojej jaskini - usłyszał czyjś głos za plecami. 
Odwrócił  się,  machinalnie  wyjmując  kartę.  Nowicki  przypominał  doktora  Dolittle,  o 

którym bajki czytywał kiedyś wnuczkom. 

- Ano, wyszedłem. Skończyliście swój turniej? 
- Nie, dopiero się rozkręcamy - właściciel korpulentnej sylwetki uśmiechnął się chytrze. - 

Może dołączysz? 

-  Może,  ale  najpierw  chcę  zadzwonić  -  obrócił  kartę  w  palcach.  -  I  jeszcze  muszę  na 

moment wpaść do Boleskiego. Nowicki machnął ręką. 

-  Boleskiego  możesz  sobie  darować.  Wczoraj  rodzina  zabrała  go  na  tygodniową 

przepustkę. Pamiętasz chyba, że pies mu zdechł i chcieli chłopa jakoś rozruszać. 

Karta  wypadła  z  palców  Karpicza  i  frunęła  po  posadzce.  Zapomniał,  jak  on  mógł 

zapomnieć?! Przecież mówił mu to ktoś przy obiedzie. 

- To co, przyjdziesz? - Nowicki mrugnął figlarnie. - Może trafi ci się jakiś ciekawy partner. 
Wolno, bardzo wolno skinął głową. 
- Przyjdę, tylko mam jeden ważny telefon. 
Tamten obrócił brzuch ku sali telewizyjnej i ruszył ku jej drzwiom. Karpicz odprowadził 

go  wzrokiem,  wsunął  kartę  i  zaczął  wybierać  numer.  Nie  martwił  się,  jak  zacząć  rozmowę. 
Nie dzisiaj.