background image

JACQUES PHILIPPE
Czas dla Boga

SPIS TREŚCI

Wprowadzenie 

CZĘŚĆ PIERWSZA
Rozdział 1

Modlitwa wewnętrzna nie jest techniką, lecz łaską

Rozdział 2

Kilka wniosków

Rozdział 3

Podstawą kontemplacji jest wiara i zaufanie

1.  

Wiara w obecność Boga

2.  

Wiara w powszechność wezwania do  zjednoczenia z Bogiem

3.  

Wiara w owoce kontemplacji

Rozdział 4

Wytrwałość i wierność

Rozdział 5

Czystość intencji

Rozdział 6

Pokora i ubóstwo serca

Rozdział 7

Decyzja wytrwania

1.  

Bez głębokiej modlitwy świętość staje się niemożliwa

2.  

Problem braku czasu

3.  

Czas ofiarowany Bogu nigdy nie jest czasem kradzionym ludziom

 

4.  

Czy wystarczy modlić się pracując?

5.  

Pułapka fałszywej szczerości

6.  

Pułapka fałszywej pokory

Rozdział 8

Oddać się bez reszty

CZĘŚĆ DRUGA
Jak spożytkować czas modlitwy kontemplacyjnej
Rozdział 1

Wprowadzenie 

Rozdział 2

Gdy py

 

 tanie w ogóle nie powstaje 

 

 

Rozdział 3

Pierwszeństwo działania Boga

Rozdział 4

Pierwszeństwo miłości

1. 

Dążenie do prostoty

Rozdział 5

Bóg daje siebie za pośrednictwem człowieczeństwa Jezusa

Rozdział 6

Bóg mieszka w naszym sercu

CZĘŚĆ TRZECIA

background image

Etapy modlitwy wewnętrznej
Rozdział 1

Droga od rozumu do serca

1. 

Zubożenie staje się bogactwem?

Rozdział 2

Rana serca

1. 

Modlitwa wewnętrzna - trwać z otwartą raną

Rozdział 3

Nasze serca i serce Kościoła

CZĘŚĆ CZWARTA Zewnętrzne warunki modlitwy
Rozdział 1

Czas

1.  

Pora modlitwy

2.  

Długość modlitwy

Rozdział 2

Miejsce

Rozdział 3

Postawy ciała

CZĘŚĆ PIĄTA
Kilka metod modlitwy wewnętrznej
Rozdział 1

Wprowadzenie

Rozdział 2

Medytacja

Rozdział 3

Modlitwa serca

Rozdział 4

Różaniec

Rozdział 5

Jak reagować na niektóre trudności
Rozproszenia

Aneks 1

Metoda medytacji Ojca Libermanna

1.  

Adoracja

2.  

Rozważania

3.  

Postanowienia

Aneks 2

Praktyka obecności Bożej w listach brata Laurent od Zmartwychwstania Pańskiego 
(1614-1691)

Wprowadzenie                                    

W   zachodniej   tradycji   katolickiej   „modlitwą   kontemplacyjną"   lub   „modlitwą   wewnętrzną" 
określa się taki rodzaj modlitwy, raczej dłuższej, gdy stajemy przed Bogiem w samotności i w 
ciszy z pragnieniem wejścia z Nim w komunię miłości. Wszyscy mistrzowie duchowi uważają 
regularne praktykowanie tej formy modlitwy za uprzywilejowany i nieodzowny sposób, jeśli 
chce się wieść życie autentycznie chrześcijańskie, dojść do poznania Boga, ukochać Go i być 
zdolnym odpowiedzieć na Jego wezwanie.

background image

Wiele dziś osób, należy się z tego Cieszyć, pragnie Boga. Odczuwają pragnienie głębokiej, 
intensywnej modlitwy wewnętrznej i chcieliby ją praktykować. Napotykają jednak przeszkody, 
gdy chcą się zaangażować, a szczególnie gdy chcą w tym zaangażowaniu wytrwać. Czasem 
brak kogoś, kto mógłby ich zachęcić, inaczej trudno samemu wejść w modlitwę. Są bezradni, 
nie wiedzą, jak się za to zabrać; a czasem zniechęcają się po kilku próbach, gdy tylko napotkają 
trudności, porzucają regularną modlitwę. Tymczasem nieskończenie należy tego żałować, gdyż 
według jednomyślnego świadectwa wszystkich świętych, wytrwałość jest tą wąską bramą, która 
prowadzi do Królestwa Niebieskiego. To poprzez nią i jedynie tą drogą otrzymujemy dobra, o 
których napisano: ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowiecze nie zdołało 
pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują (1 Kor 2,9). Kontemplacja 
jest źródłem prawdziwego szczęścia, a ten, kto ją wiernie praktykuje, będzie mógł skosztować i 
zobaczyć, jak dobry jest Pan (por. Ps 34) i odnaleźć żywą wodę - obietnicę Jezusa: Kto zaś 
będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki (J 4,14).
Przekonani o tej prawdzie, chcielibyśmy, żeby ta książeczka zawierała wskazówki i rady jak 
najprostsze   i   jak   najbardziej   konkretne.   Chcemy,   żeby   w   ten   sposób   pomagała   wszystkim 
czytelnikom spragnionym modlitwy zaangażować się w nią i w niej wytrwać, nie pozwalając 
się pokonać trudnościom, które z pewnością się pojawią.
Dzieła dotyczące modlitwy wewnętrznej są liczne i wszyscy wielcy kontemplatycy mówią o 
niej znacznie lepiej niż my byśmy mogli to kiedykolwiek uczynić. Będziemy ich zresztą często 
cytować.   Sądzimy   jednak,   że   tradycyjne   nauczanie   Kościoła   na   ten   temat   wymaga 
przedstawienia go dzisiaj wierzącym w sposób prosty, przystępny dla wszystkich, dostosowany 
do naszej  wrażliwości  i naszego  języka, biorący pod uwagę pedagogikę, jaką Bóg w swej 
mądrości posługuje się współcześnie, prowadząc dusze do świętości; pedagogikę nie zawsze tę 
samą, co wieki temu. Takie stawialiśmy sobie zadanie, redagując tę książeczkę

CZĘŚĆ PIERWSZA
                   
Modlitwa wewnętrzna nie jest techniką, lecz łaską

Rozdział 1

Modlitwa wewnętrzna nie jest chrześcijańską jogą

Żeby wytrwać w modlitwie, trzeba już na samym początku uniknąć fałszywej ścieżki. Bardzo 
więc ważne staje się zrozumienie specyfiki kontemplacji chrześcijańskiej i tego, co ją odróżnia 
od   innych   dróg   duchowych.   Jest   to   tym   bardziej   konieczne,   że   materializm  naszej   kultury 
wyzwala w konsekwencji głód absolutu, mistyki, kontaktu z Niewidzialnym, co samo w sobie 
dobre, utyka czasem w doświadczeniach zwodniczych, a czasem nawet niszczących.
Pierwsza podstawowa prawda, jaką powinniśmy pojąć, bez której nie będziemy mogli posunąć 
się zbyt daleko to ta, że modlitwa kontemplacyjna nie jest owocem żadnej techniki, lecz darem 
łaski. Święta Joanna Chantal mówiła: „Najlepsza metoda modlitwy wewnętrznej polega na tym, 
żeby   jej   wcale   nie   posiadać,   gdyż   modlitwy   nie   opanowuje   się   dzięki   sztuce   (dziś 
powiedzielibyśmy - technice), lecz dzięki łasce". Nie istnieje metoda modlitwy wewnętrznej w 
tym sensie, że nie ma zespołu reguł, sposobów postępowania, które wystarczy zastosować, żeby 
się dobrze modlić. Prawdziwa kontemplacja jest darem, którego Bóg udziela za darmo, ale 
trzeba rozumieć, w jaki sposób go przyjąć.
Jest to bardzo istotne. Zwłaszcza dzisiaj, z powodu szerokiego rozpowszechniania się w naszej 
kulturze wschodnich metod medytacji, takich jak Joga czy Zen oraz z powodu współczesnej 
mentalności, która wszystko chce zredukować do technik i wreszcie z powodu ciągłej ludzkiej 
pokusy, żeby uczynić z życia - nawet z życia duchowego - coś, czym można kierować według 
własnego upodobania. Często mniej lub bardziej świadomie tworzymy sobie fałszywy obraz 
kontemplacji. Wydaje nam się, że poczynimy w niej nagłe postępy dzięki technikom myślowej 

background image

koncentracji, odpowiedniemu  oddychaniu, pozycji ciała, powtarzaniu pewnych formuł.  Gdy 
elementy   te   zostaną   raz   na   zawsze   opanowane,   pozwolą   nam   osiągnąć   stan   wyższej 
świadomości.   Takie   spojrzenie   na   sprawę,   podświadomie   oparte   na   technikach   Wschodu, 
wpływa czasem na naszą koncepcję modlitwy i życia mistycznego w chrześcijaństwie, co jest 
całkowicie błędne.
Błędne,   ponieważ   przywiązujemy   się   do   metod   i   w   rezultacie   kluczowy   staje   się   wysiłek 
człowieka, podczas gdy w chrześcijaństwie wszystko jest łaską, wszystko jest darem Boga, 
darmo   danym.   To   prawda,   że   pomiędzy   wschodnim   ascetą   czy   też   „duchownym",   a 
chrześcijańskim kontemplatykiem może istnieć pewne podobieństwo, ale jest ono całkowicie 
zewnętrzne; w istocie rzeczy są to dwa światy bardzo różne od siebie, a nawet nieprzystawalne 

Więcej argumentów  na ten temat  czytelnik znajdzie w książce Des bords du Gange aux rives du Jourdain, Fayard.  
Zauważmy,   że   istnieje   jeszcze   jedna   zasadnicza   różnica   pomiędzy   duchowością   chrześcijańską,   a   tą,   która   jest  
zainspirowana   mądrością   niechrześcijańskiej   Azji.   W   tej   ostatniej,   celem   duchowej   drogi   jest   bardzo   często   bądź 
absolutyzacja „Ja", bądź roztopienie się w jakimś wielkim „Wszystkim", eliminacja cierpienia przez wygaszenie pragnień 
i osłabienie odrębności. Natomiast ostateczny cel modlitwy jest zupełnie inny: jest nim przebóstwienie, stanięcie twarzą w 
twarz z Bogiem, więź miłości pomiędzy jedną a drugą osobą. Głębokie zjednoczenie, które szanuje jednak odrębność 
osób, dlatego właśnie, żeby mógł istnieć w miłości dar i wzajemność. Należy być dziś równocześnie bardzo czujnym w  
stosunku do prądów, nazywanych New Age, które rozprzestrzeniają się niemal wszędzie. Chodzi o rodzaj synkretyzmu, w 
którym ma również miejsce astrologia, reinkarnacja i mądrość Wschodu. Jest to współczesna forma gnozy, która zupełnie 
nie   zwraca   uwagi   na  tajemnicę  Wcielenia   i  w  rezultacie   jest  iluzoryczną   próbą   samospełnienia   bez   łaski  (dokładne 
przeciwieństwo tego, co przedstawiamy w tej książce), jednocześnie bardzo egoistyczną, ponieważ drugi człowiek nigdy 
nie jest tam ujmowany według jego własnej wartości, lecz wyłącznie jako narzędzie mojej własnej realizacji. Jest to świat  
bez prawdziwej relacji z innymi, bez tożsamości, a w konsekwencji bez miłości

.

Podstawowa różnica polega, jak już powiedzieliśmy, na tym, że w jednym przypadku chodzi o 
technikę, o działanie, które zależy przede wszystkim od człowieka i od jego możliwości (nawet 
jeśli   odwołuje   się   do   szczególnych   zdolności,   które   pozostają   jakby   uśpione   u   wszystkich 
zwykłych śmiertelników, i które „metoda medytacji" tylko objawia i rozwija), w drugim zaś 
przypadku to Bóg jest tym, który daje człowiekowi Siebie w sposób całkowicie dobrowolny. 
Nawet jeśli, jak to ujrzymy, pewna inicjatywa i aktywność ze strony człowieka ma tutaj swoje 
miejsce, cały gmach kontemplacji spoczywa na zaproszeniu Boga i Jego łaski. Nigdy nie należy 
tracić tego z oczu. Nawet gdy zasadniczo co do tego się nie mylimy, to jedną ze stałych, czasem 
subtelnych pokus życia duchowego pozostaje opieranie go na naszych własnych wysiłkach, nie 
zaś na miłosierdziu Boga.
Wnioski z tego, co przed chwilą ustaliliśmy, są bardzo istotne. Przyjrzyjmy się kilku z nich.

Rozdział 2

Kilka wniosków             

Pierwszy wniosek jest taki, że nawet jeśli różne metody czy też ćwiczenia mogą pomóc w 
modlitwie, nie należy do nich przywiązywać zbyt dużej wagi i wszystkiego na nich opierać. 
Oznaczałoby to skupienie uwagi w modlitwie na nas samych, nie zaś na Bogu, a to właśnie jest 
błąd, którego mieliśmy unikać! Nie powinniśmy też sądzić, że wystarczy trochę treningu, czy 
też opanowanie pewnych „sztuczek", żeby pozbyć się trudności w modlitwie, na przykład roz-
proszeń. Głęboka logika, dzięki której postępujemy w życiu duchowym naprzód, należy do 
zupełnie innego porządku. Skądinąd - na szczęście - gdyby kontemplacja miała opierać się na 
naszych  własnych   siłach,   nie  zaszlibyśmy   zbyt   daleko.  Święta   Teresa   z  Avila   twierdzi,  że 
„fundamentem,  na którym spoczywa gmach  modlitwy wewnętrznej jest pokora", to znaczy 
przekonanie, że sami z siebie nic nie możemy  uczynić i jedynie Bóg jest w naszym życiu 
źródłem   dobra.   Taka   myśl   może   się   wydać   naszej   pysze   gorzka,   jest   jednak   niezwykle 
wyzwalająca.   Bóg,   który   nas   kocha,   zaprowadzi   nas   nieskończenie   wyżej   i   dalej   niż 
moglibyśmy dotrzeć o własnych siłach.

background image

To podstawowe założenie niesie w sobie dodatkowe wyzwolenie. Gdy chodzi o jakąkolwiek 
technikę, zawsze jedni okażą się bardziej uzdolnieni od innych. Gdyby modlitwa była techniką, 
część osób okazałaby się do niej uzdolniona, ale inni nie. To prawda, że niektórzy ludzie łatwiej 
się wyciszają, czy też oddają rozmyślaniom niż inni. Ale nie ma to jakiegokolwiek znaczenia. 
Każdy człowiek, zgodnie ze swoją osobowością, ze swymi darami i słabościami jest zdolny, 
jeśli   wiernie   odpowiada   łasce   Bożej,   do   prowadzenia   bardzo   głębokiego   życia   modlitwy. 
Powołanie do mistycznego zjednoczenia z Bogiem w modlitwie jest równie powszechne jak 
powołanie do świętości. Jedno okazuje się niemożliwe bez drugiego. Absolutnie nikt nie został 
wykluczony. Jezus nie zwraca się do jakiejś duchowej elity, lecz do wszystkich bez wyjątku, 
gdy mówi: Módlcie się w każdym czasie (Łk 21,36) oraz Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź 
do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, 
który widzi w ukryciu, odda tobie (Mt 6,6).
Następny wniosek okaże się istotny dla dalszej części naszego wywodu. Skoro modlitwa nie 
jest techniką, którą można opanować, lecz łaską, darem pochodzącym od Boga, który trzeba 
umieć przyjąć, najważniejsze nie jest mówienie o metodach, podawanie gotowych recept, ale 
wyjaśnianie, jakie warunki mogą być pomocne w przyjęciu tego daru. Warunki te polegają w 
gruncie rzeczy na pewnych wewnętrznych postawach, na pewnego rodzaju nastawieniu serca. 
Innymi słowy, tym co zapewnia rozwój modlitwy i czyni ją owocną, jest nie tyle sposób, w jaki 
się modlimy, co wewnętrzne nastawienie, które towarzyszy modlitwie. Zadaniem, które należy 
do nas, jest podjęcie wysiłku, żeby dojść do takiego nastawienia serca, pogłębiać je oraz w nim 
wytrwać. Reszta jest dziełem Boga.
Spróbujmy teraz zobaczyć, na czym owo nastawienie polega.

Rozdział 3

Podstawą kontemplacji jest wiara i zaufanie

Wiara  stanowi   podstawę   nastawienia,   o   którym  mówimy.   Jak   zobaczymy   w   dalszej   części 
książki - w modlitwie kontemplacyjnej ma również miejsce walka. Najsilniejszą bronią w tej 
walce jest wiara.
Wiara jest tą zdolnością, która pozwala wierzącemu kierować się usłyszanym Słowem Bożym, 
Słowem, które nie może kłamać, nie zaś własnymi odczuciami, przesądami czy też tym, co 
słyszy się wokół siebie. Tak rozumiana cnota wiary jest podstawą kontemplacji. Jej działanie 
ma różne aspekty.

1. Wiara w obecność Boga

Gdy zaczynamy się modlić, sami przed Bogiem, w naszym pokoju, w kaplicy czy też przed 
Najświętszym Sakramentem,  z całego  serca powinniśmy  wierzyć, że Bóg jest  tam obecny. 
Niezależnie od tego, czy czujemy to, czy też nie, niezależnie od naszych zasług, przygotowania, 
zdolności   czy   też   braku   zdolności   formułowania   pięknych   zdań,   niezależnie   od   naszego 
wewnętrznego stanu: Bóg jest tutaj przy nas, patrzy na nas i nas kocha. Jest tutaj nie dlatego, że 
na to zasługujemy czy też dlatego, że to odczuwamy. Jest tutaj dlatego, że obiecał: wejdź do 
swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu... (Mt 6,6).
Choćbyśmy byli w najbardziej pożałowania godnym stanie wewnętrznym, z odczuciem, że Bóg 
nie tylko jest nieobecny, ale że nas opuścił, nigdy nie możemy poddawać w wątpliwość Jego 
miłującej  i przyjmującej  obecności w stosunku do tego, kto się modli. Tego, kto do Mnie 
przychodzi, precz nie odrzucę (J 6,37). Znacznie wcześniej, jeszcze zanim przed Nim staniemy, 
już tam jest, ponieważ to On jest inicjatorem tego spotkania, On, który jest naszym Ojcem, 
czeka na nas bardziej niż my na Niego i bardziej niż my sami chce wejść z nami w komunię. 
Bóg pragnie nas nieskończenie bardziej niż my Jego.

background image

2. Wiara w powszechność wezwania do zjednoczenia z Bogiem

Bez względu na to, jak duże byłyby nasze trudności, nasz opór, zahamowania, musimy wierzyć 
niezachwianie, że wszyscy, bez wyjątku, wykształceni i nie, sprawiedliwi i grzeszni, osoby 
zrównoważone i głęboko zaburzone są wezwani do głębokiej modlitwy, w której Bóg będzie z 
nimi rozmawiał. Ponieważ tym, który zaprasza, jest Bóg, a Bóg jest prawy, każdemu da łaski 
konieczne, by wytrwał w modlitwie i uczyni z niej cudowne, przejmujące spotkanie ze Swą 
własną głębią. Kontemplacja nie jest zarezerwowana dla żadnej duchowej elity, lecz dostępna 
dla wszystkich. Często spotykane zdanie, że „to nie dla mnie, to dobre dla świętych", jest 
niezgodne z Ewangelią. Powinniśmy wierzyć, że niezależnie od tego, jak duże byłyby nasze 
trudności i słabość, Bóg da nam konieczną do wytrwania siłę.

3. Wiara w owoce kontemplacji 

Pan wzywa nas do modlitwy wewnętrznej dlatego, że jest ona dla nas źródłem nieskończonego 
dobra. Przemienia nas w samej naszej głębi, uświęca, uzdrawia, pozwala nam poznać i ukochać 
Boga,   czyni   naszą   miłość   Boga   żarliwszą   i   bardziej   hojną.   Angażując   się   w   modlitwę 
wewnętrzną możemy  być absolutnie pewni, że o ile wytrwamy, wszystko to otrzymamy, a 
nawet o wiele więcej. Nawet jeśli mamy czasem wrażenie czegoś wprost przeciwnego, nawet 
jeśli wydaje się nam, że stoimy w miejscu, że modlitwa nie przynosi takich owoców, jakich się 
po niej spodziewaliśmy i w ogóle nic nie zmienia, nie wolno się zniechęcać, lecz nadal być 
pewnym, że Bóg wypełni swoją obietnicę: Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; 
kołaczcie,   a   otworzą   wam.   Każdy   bowiem,   kto   prosi,   otrzymuje;   kto   szuka,   znajduje;   a 
kołaczącemu otworzą (Łk 11,9-10). Kto wytrwa w zaufaniu, otrzyma nieskończenie więcej niż 
to, czego ośmielił się spodziewać lub o co prosił. Nie dlatego, że na to zasługuje, lecz dlatego, 
że Bóg tak obiecał.
Pokusa przerwania modlitwy jest dlatego tak częsta, że na początku nie widać jej owoców. 
Pokusa ta powinna być natychmiast odepchnięta poprzez akt wiary w obietnicę, którą Bóg 
wypełni we właściwym czasie: Trwajcie więc cierpliwie, bracia, aż do przyjścia Pana. Oto 
rolnik czeka wytrwale na cenny plon ziemi, dopóki nie spadnie deszcz wczesny i późny. Tak i 
wy bądźcie cierpliwi i umacniajcie serca wasze, bo przyjście Pana jest już bliskie (Jk 5,7-8).

Rozdział 4

Wytrwałość i wierność          

Z tego, co przed chwilą powiedzieliśmy, wynikają bardzo ważne konsekwencje praktyczne. 
Ten,   kto   angażuje   się   w   modlitwę   wewnętrzną,   powinien   na   pierwszym   miejscu   postawić 
wierność. Najbardziej liczy się nie to, czy modlitwa jest udana, piękna, pełna głębokich myśli i 
uczuć, lecz to, czy jest wytrwała i wierna. Najważniejsza jest, jeśli można tak powiedzieć, nie 
jakość modlitwy, ale jej wierność. Modlitwa stosunkowo krótka, skromna, nawet sucha, ale 
mimo   roztargnień,   powtarzana   każdego   dnia,   będzie   stokroć   więcej   warta   i   przyniesie 
nieskończenie więcej owoców niż długie, płomienne modlitwy od czasu do czasu, zależnie od 
okoliczności.  Pierwsza  walka, jaką  przychodzi  nam stoczyć  (już po decyzji, żeby  wejść  w 
modlitwę na poważnie...) dotyczy wierności. Wierności za wszelką cenę, choćby nie wiem jak 
dużo miała nas kosztować, w rytmie, który sobie wyznaczymy. Walka ta nie jest łatwa. Szatan 
za wszelką cenę będzie się starał nas odwrócić od modlitwy, zbyt dobrze zna stawkę tej gry. 
Ten, kto pozostaje wierny kontemplacji - wymyka mu się, a w każdym razie pewne jest, że 
wymknie mu się któregoś dnia. Dlatego Szatan robi wszystko, żeby przeszkodzić wierności. 
Powrócimy jeszcze do tego. Na razie zapamiętajmy tyle: więcej warta jest modlitwa skromna, 

background image

lecz regularna, niż chwile modlitw wzniosłych, ale epizodycznych. Właśnie wierność sprawia, 
że kontemplacja przynosi tak wspaniałe owoce.
Będziemy   mieli   okazję   jeszcze   wiele   razy   to   powtórzyć   -   modlitwa   wewnętrzna   jest   w 
rezultacie sprawdzianem miłości Boga. Dla nas, ludzkich istot wpisanych w rytm czasu, nie 
istnieje prawdziwa miłość bez wierności. Jak można utrzymywać, że się kocha Boga, nie będąc 
wiernym spotkaniom z Nim w modlitwie wewnętrznej?

Rozdział 5

Czystość intencji          

Po wierze i wierności, która jest jej konkretnym wyrazem, inną istotną postawą tego, kto chce 
wytrwać w modlitwie wewnętrznej, jest czystość intencji. Jezus mówi: Błogosławieni czystego 
serca, albowiem oni Boga oglądać będą (Mt 5,8). Serce czyste, to według Ewangelii nie takie, 
które jest bez grzechu, nie ma sobie nic do wyrzucenia, lecz takie, które we wszystkim, co 
czyni, kieruje się chęcią zapomnienia o sobie, żeby podobać się Bogu, żyć nie dla siebie, lecz 
dla   Niego.   U   tego,   kto   chce   się   zanurzyć   w   kontemplację,   takie   nastawienie   wydaje   się 
konieczne. Powinniśmy się modlić nie szukając siebie, własnej przyjemności, lecz starając się 
sprawić przyjemność Bogu. Bez tego nie sposób wytrwać w modlitwie. Ktoś, kto poszukuje 
wciąż siebie, własnego zadowolenia, bardzo szybko porzuci modlitwę, gdy tylko stanie się ona 
sucha,   trudna   i   nie   będzie   mu   już   sprawiała   przyjemności,   ani   przynosiła   tego,   czego   się 
spodziewał. Prawdziwa miłość jest czysta w tym sensie, że nie szuka własnej korzyści, lecz za 
jedyny cel stawia sobie radość istoty kochanej. Dlatego mamy oddawać się modlitwie nie ze 
względu na korzyści, jakie przypadną nam w udziale (chociaż są one ogromne!), ale po to, żeby 
podobać się Bogu, dlatego że On nas o to prosi. Przede wszystkim nie dla naszej, lecz dla Jego 
radości.
Taka czystość intencji jest trudna, ale jednocześnie uspokaja i wyzwala. Ten, kto szuka samego 
siebie, bardzo szybko się zniechęci i będzie niespokojny, gdy modlitwa przestanie „wychodzić". 
Ten,  kto szuka   Boga,  nie będzie  się  niepokoił:  nawet  jeśli modlitwa   staje  się  trudna i  nie 
przynosi żadnej satysfakcji, nie czyni z tego powodu dramatu i szybko pociesza się mówiąc, że 
tym, co się liczy jest czas ofiarowany Bogu, jedynie Jego radość!
Powstają jednak wątpliwości; tak czysta miłość Boga wydaje się piękna, ale któż jest do niej 
zdolny? Bardzo jej potrzebujemy, ale nie może być oczywiście osiągnięta na początku życia 
duchowego. Mamy jedynie świadomie do niej dążyć i odwoływać się do niej w chwilach, gdy 
okazuje się niezbędna, w chwilach, gdy modlitwa zaczyna być jałowa i sucha. To jasne, że 
każdy,   kto   wchodzi   na   drogę   duchową,   w   pewnej   mierze   poszukuje   sam   siebie,   szukając 
jednocześnie Boga. Nie ma w tym nic złego, dopóki nie przestajemy dążyć do coraz czystszej 
miłości.
Warto było o tym powiedzieć, żeby wskazać często występującą pułapkę, jaką zastawia na nas 
Szatan-Oskarżyciel. Ukazuje nam z całą jasnością, jak niedoskonała i słaba jest jeszcze nasza 
miłość   Boga,   jak   wiele   w   nas   poszukiwania   siebie...   Czyni   to   tak   skutecznie,   że   się 
zniechęcamy.
Tymczasem, gdy odnosimy wrażenie, że w naszej modlitwie jest jeszcze dużo poszukiwania 
siebie,   przede   wszystkim   nie   wolno   nam   się   niepokoić,   ale   z   całą   prostotą   i   ufnością 
przedstawić   Bogu   nasze   pragnienie   kochania   Go   coraz   czystszą   miłością,   coraz   mniej 
interesowną, a On sam nas oczyści. Chcieć własnymi siłami rozeznawać w sobie, co jest czyste, 
a co nieczyste, żeby przed czasem pozbyć się kąkolu, byłoby jawną zarozumiałością i groziło 
wyrzuceniem   również   dobrego   ziarna   (por.   Mt   13,20-34).   Pozwólmy   działać   łasce   Bożej, 
poprzestańmy   na   wytrwałości,   ufności   i   cierpliwym   znoszeniu   chwil   oschłości,   które   z 
pewnością przyjdą i pozwolą Bogu oczyścić naszą miłość ku Niemu.
Powiedzmy jeszcze kilka słów o innej pokusie, która może nas czasem nachodzić. Mówiliśmy, 
że czystość intencji polega na tym, że bardziej pragnie się sprawiać radość Bogu niż sobie. 

background image

Szatan będzie więc czasem starał się nas podejść za pomocą takiego argumentu: Jak możesz 
sądzić, że ty, tak słaby i nędzny mógłbyś swoją modlitwą sprawiać Bogu radość! Należy na to 
odpowiedzieć tą prawdą, która jest sercem Ewangelii i którą przypomniała nam natchniona 
Duchem Świętym mała Teresa: człowiek podoba się Bogu nie dzięki swym cnotom i zasługom, 
ale przede wszystkim dzięki bezgranicznemu zaufaniu w Jego miłosierdzie. Jeszcze do tego 
wrócimy.

Rozdział 6

Pokora i ubóstwo serca

Cytowaliśmy już słowa świętej Teresy z Avila: „Fundamentem, na którym spoczywa gmach 
modlitwy wewnętrznej jest pokora". Jak już mówiliśmy, gmach ten opiera się nie na ludzkich 
możliwościach  lecz na działaniu łaski. Jak mówi  Pismo  Święte: Bóg bowiem pysznym się 
sprzeciwia, a pokornym łaskę daje (1 P 5,5).
Pokora   jest   zatem   jedną   ze   stron   tego   podstawowego   nastawienia   serca,   które   umożliwia 
wytrwałość w modlitwie wewnętrznej.
Pokora jest darem cichej akceptacji najgłębszego ubóstwa, gdyż całe swe zaufanie pokłada w 
Bogu. Pokorny z radością akceptuje bycie nikim, ponieważ Bóg jest dla niego wszystkim. Nie 
traktuje   nędzy   jak   dramatu,   lecz   jak   szansę.   Dzięki   niej   Bóg   może   okazać   Swoje   wielkie 
miłosierdzie.
           Bez pokory nie sposób trwać w modlitwie wewnętrznej. Jest ona bowiem w istotnym 
stopniu doświadczeniem ogołocenia, ubóstwa, nicości. W innych formach modlitwy zawsze 
istnieje coś, na czym można się oprzeć; wiadomo, co należy robić, czasem ma się wrażenie 
uczestniczenia   w   czymś   pożytecznym.   W   modlitwie   wspólnotowej   można   się   oprzeć   na 
innych... W samotności i ciszy przed Bogiem stajemy bez żadnego oparcia, twarzą w twarz z 
samym sobą i swoim radykalnym ubóstwem. Tymczasem niezwykle trudno zaakceptować nam 
siebie ubogimi. Dlatego człowiek ma tak wielką naturalną skłonność uciekania od ciszy. W 
kontemplacji   -   ubóstwu   nie   sposób   się   wymknąć.   To   prawda,   że   bardzo   często   będziemy 
doświadczać czułości i dobroci Boga, ale jakże często tym, co się objawi, będzie nasza małość, 
niezdolność do modlitwy, rozproszenie, rany, które pozostały w naszej pamięci i wyobraźni, 
wspomnienia  błędów   i  upadków,  niepewność   odnośnie  przyszłości  itd...  Człowiek   znajduje 
tysiące sposobów, żeby uciec od tego stanu bezruchu przed Bogiem, gdy czuje swą nicość. 
Odmawia poczucia, że jest ubogi i kruchy.
Tymczasem   właśnie   taka   ufna   i   radosna   akceptacja   słabości   staje   się   źródłem   wszystkich 
duchowych   dóbr:   Błogosławieni   ubodzy   w   duchu,   albowiem   do   nich   należy   Królestwo 
Niebieskie (Mt 5,3).
Pokornym jest ten, kto trwa w modlitwie wewnętrznej bez zarozumiałości, nie licząc na własne 
siły, kto niczego nie traktuje jako należnego sobie, nie sądzi, by sam z siebie mógł cokolwiek 
zdziałać, nie dziwi się napotykając trudności, słabość i kruchość. Upada, ale wszystko to znosi 
spokojnie,   nie   dramatyzując,   gdyż   całą   nadzieję   składa   w   Bogu   i   jest   pewien,   że   dzięki 
miłosierdziu otrzyma wszystko to, o co prosi.
Ponieważ pokłada ufność nie w sobie samym, lecz w Bogu, nigdy się nie zniechęca, a przecież 
to jest w gruncie rzeczy najważniejsze.  Libermann  twierdzi, że właśnie „zniechęcenie gubi 
dusze". Prawdziwa pokora i zaufanie zawsze idą w parze.
Nie wolno pozwolić, żeby letniość  czy niedostatek  miłości  Boga zbijały nas z tropu. Ktoś 
początkujący w życiu duchowym może się czasem zniechęcić czytając życiorysy lub dzieła 
świętych   i znajdując   w  nich  dowody  płomiennej  miłości,   do  jakiej,  czuje,  jest   mu  jeszcze 
daleko. Mówi sobie, że nigdy nie dojdzie do takich wyżyn. Jest to bardzo często spotykana 
pokusa. Wytrwajmy w dobrej woli i zaufaniu, Bóg sam rozpali w nas miłość, którą będziemy 
mogli Go kochać. Mocna, żarliwa miłość ku Bogu nie jest czymś naturalnym, zostaje wlana w 
nasze serca przez Ducha Świętego, który będzie nam dany, o ile prosimy o to z natarczywością 

background image

ewangelicznej wdowy. Nie zawsze ci, którzy na początku mają najwięcej zapału, dochodzą w 
życiu duchowym najdalej. Bynajmniej tak nie jest!

Rozdział 7

Decyzja wytrwania

  Z tego, co do tej pory powiedzieliśmy, jasno wynika, że najtrudniejsza walka w modlitwie 
polega na wytrwaniu. Wytrwaniu, które Bóg będzie błogosławił łaską, jeśli o nią prosimy z 
ufnością i jesteśmy całkowicie zdecydowani czynić to, co będzie zależało od nas.
Potrzebna jest determinacja. Zwłaszcza na początku. Święta Teresa z Avila bardzo mocno to 
podkreśla:
„Wracając tedy do tych, którzy pragną pić z tej wody żywej i iść drogą do niej wiodącą, aż 
dojdą do samego źródła, nasuwa się pytanie: od czego oni mają zacząć? Sądzę, że wszystko na 
tym polega, by przystąpili do rzeczy z niezachwianym postanowieniem, iż nie spoczną, póki nie 
staną u celu. Niech przyjdzie co chce, niech boli jak chce, niech szemrze kto chce, niech własna 
nieudolność stęka i mówi: nie dojdziesz, umrzesz w drodze, nie wytrzymasz tego wszystkiego, 
niech i cały świat się zwali z groźbami"1.
Zastanówmy się teraz nad tym, co może umocnić podobne postanowienie i spróbujmy wykryć 
błędy rozumowania i pokusy, które mogłyby nami zachwiać.

1. Bez głębokiej modlitwy świętość staje się niemożliwa    

Na początku drogi trzeba być pewnym, że wewnętrzna modlitwa jest sprawą ogromnej wagi. 
„Kto ucieka od kontemplacji, ucieka od wszystkiego, co dobre" - mówi święty Jan od Krzyża. 
Wszyscy święci praktykowali wewnętrzną modlitwę. Najmocniej oddani służbie bliźniego, byli 
również   kontemplatykami.   Święty   Wincenty   a   Paulo   rozpoczynał   każdy   dzień   dwiema   lub 
trzema godzinami kontemplacji.
Bez niej duchowy rozwój staje się niemożliwy. Można bardzo mocno  przeżyć nawrócenie, 
otrzymać wielkie łaski, ale bez wierności modlitwie wewnętrznej nasze życie bardzo szybko 
dojdzie do punktu, z którego już się dalej nie posunie. Bez modlitwy wewnętrznej nie możemy 
przyjąć całej pomocy, jakiej Bóg chce nam udzielić. Bóg nie może nas uświęcić i przemienić w 
samej głębi naszej istoty. Świadectwa świętych są pod tym względem jednomyślne.
Możemy   zaprzeczyć,   mówiąc   że   łaska   uświęcająca   jest   nam   dana   przede   wszystkim   w 
sakramentach. Msza święta sama w sobie jest ważniejsza niż kontemplacja. To prawda, ale bez 
życia modlitwy same sakramenty będą mieć niewielką skuteczność. Niosą oczywiście w sobie 
łaskę, ale w pewnym stopniu pozostają martwe, gdyż brakuje „dobrej ziemi", która mogłaby je 
przyjąć. Można stawiać na przykład pytanie, dlaczego tak wiele osób, które często przystępują 
do komunii,  nie staje się przez to świętszymi.  Nieraz przyczyną jest brak życia modlitwy. 
Eucharystia   nie   przynosi   owoców   wewnętrznego   uzdrowienia   i   uświęcenia,   jakie   powinna 
przynosić, ponieważ nie jest przyjmowana w klimacie wiary, miłości, adoracji pochodzącej z 
głębi istoty. Taki klimat tworzy jedynie wierność modlitwie kontemplacyjnej. To samo dotyczy 
innych sakramentów.
Nawet jeśli ktoś jest bardzo praktykujący i zaangażowany, a nie uczynił modlitwy stałą częścią 
dnia,   do   pełni   jego   życia   duchowego   stale   będzie   czegoś   brakowało.   Nie   odnajdzie 
prawdziwego,   wewnętrznego   pokoju,   zawsze   będzie   narażony   na   nadmierne   troski,   we 
wszystkim,  co będzie robił, pozostanie coś ludzkiego; przywiązanie do własnej woli, ślady 
próżności,   poszukiwania   siebie,   ambicji,   małości,   osądzania   innych   itd.   Niemożliwe   jest 
głębokie i radykalne oczyszczenie serca bez kontemplacji. Bez niej ciągle będziemy się opierać 
na roztropności i mądrości tylko ludzkiej i nie dojdziemy do prawdziwej wolności wewnętrznej. 
Nie poznamy głębi miłosierdzia Bożego i nie będziemy w stanie sprawić, żeby inni je poznali. 
Nasze sądy pozostaną niepewne, chwiejne, horyzont stanie się zbyt wąski, nie będziemy zdolni 

background image

wejść naprawdę na drogi Boże, które różnią się od wyobrażeń wielu osób, nawet tych bardzo 
oddanych sprawom ducha.
Inny   przykład:   niektórzy   przeżywają   bardzo   mocne   doświadczenie   nawrócenia   w   odnowie 
charyzmatycznej. Wylanie darów Ducha Świętego staje się dla nich głęboko poruszającym i 
pełnym światła spotkaniem z Bogiem. Ale po kilku miesiącach czy latach żarliwości widzimy, 
że „oklapli" i zupełnie stracili duchową energię. Dlaczego? Czyżby Bóg cofnął Swą dłoń? Z 
pewnością nie. Dary łaski i wezwania Boże są nieodwracalne (Rz 11,29). Lecz osoby te nie 
umiały   pozostać   stale   otwarte   na   łaskę,   nie   umiały   przejść   od   doświadczenia   Odnowy   do 
praktyki modlitwy kontemplacyjnej.

2. Problem braku czasu
 
„Chciałbym się modlić w taki sposób, ale nie mam czasu". Ileż razy słyszeliśmy to zdanie! To 
prawda, że w świecie zdominowanym przez aktywność, takim jak nasz, jest to rzeczywista 
trudność, której nie można lekceważyć.
Trzeba jednak zauważyć, że często prawdziwy problem tkwi gdzie indziej. Określenia wymaga 
raczej to, na czym naprawdę nam w życiu zależy. Jak mówi z humorem Ojciec Descouvemont, 
współczesny autor, nigdy jeszcze nie widzieliśmy kogoś umierającego z głodu, kto nie miałby 
się czasu najeść. Na to, co uznaje się za sprawę życiową, zawsze znajduje się czas. Zanim 
stwierdzimy, że nie mamy czasu na modlitwę, zastanówmy się nad swoją hierarchią wartości i 
tym, co się dla nas naprawdę liczy.
Pozwolę sobie na jeszcze jedną refleksję. Jeden z wielkich dramatów naszej epoki polega na 
tym, że nie jesteśmy już w stanie znaleźć dla siebie czasu, być dla siebie naprawdę obecnymi. 
Kosztuje to tak wiele ofiar. Tak dużo dzieci zamyka się w sobie, czują się zranione i oszukane 
dlatego, że rodzice nie umieją im poświęcić paru chwil od czasu do czasu, nie robiąc wtedy nic 
innego poza byciem z dzieckiem. Zajmują się nim, ale stale robiąc co innego lub będąc czymś 
zajętym czy zakłopotanym, a więc nie są naprawdę z nim, całym sercem. Dziecko to czuje i 
cierpi   z   tego   powodu.   Gdy   nauczymy   się   ofiarowywać   czas   Bogu,   z   pewnością   łatwiej 
będziemy znajdować czas dla siebie i będziemy wobec siebie bardziej obecni.
Borykając się z problemem braku czasu, musimy uczynić akt wiary w obietnicę Jezusa: Nikt 
nie opuszcza domu, braci, sióstr, matki, ojca, dzieci i pól z powodu Mnie i z powodu Ewangelii, 
żeby nie otrzymać stokroć więcej teraz, w tym czasie (Mk 10,29). Mamy prawo odnieść to 
również do kwestii czasu. Jeśli ktoś zrezygnuje z kwadransa oglądania telewizji, żeby się w tym 
czasie modlić, otrzyma już w tym życiu stokroć więcej. Ofiarowany czas zostanie mu zwrócony 
po stokroć,  nie  ilościowo   oczywiście,  lecz  jakościowo.  Modlitwa  da  mi  łaskę   przeżywania 
każdej chwili znacznie bardziej owocnie.

3. Czas ofiarowany Bogu nigdy nie jest czasem kradzionym
 
Żeby wytrwać w modlitwie kontemplacyjnej trzeba być pewnym (demaskując pokusę poczucia 
winy wynikającego z fałszywej koncepcji miłości), iż czas ofiarowany Bogu nigdy nie jest 
czasem kradzionym ludziom, którzy potrzebują naszej miłości i obecności. Wprost przeciwnie, 
tak jak powiedzieliśmy wcześniej, to właśnie wierność trwaniu przed Bogiem gwarantuje, że 
będziemy wobec innych naprawdę obecni i zdolni ich kochać. Doświadczenie potwierdza to; 
Najbardziej uważną, delikatną, bezinteresowną, wrażliwą, zdolną pocieszyć i umocnić miłość 
znajdujemy   u   kontemplatyków.   Wewnętrzna   modlitwa   uczyni   nas   lepszymi   i   nasi   bliscy 
bynajmniej nie będą tego żałować! Na temat relacji pomiędzy modlitwą a miłością bliźniego 
zostało   powiedziane   bardzo   dużo   rzeczy   fałszywych,   które   odciągnęły   chrześcijan   od 
kontemplacji. Ma to dramatyczne konsekwencje. Można by długo
o tym   mówić.   Przyjrzyjmy   się   choćby   tekstowi   Jana   od   Krzyża,   który   pomoże   nam 
uporządkować   pojęcia   na   ten   temat   i   uwolni   tych   chrześcijan,   którzy   pragną   dużo   czasu 
poświęcać na modlitwę, od poczucia winy.

background image

„Niech się  zastanowią  ci, których pożera działalność  i którzy  myślą  świat  wypełnić swym 
przepowiadaniem i dziełami zewnętrznymi, że o wiele więcej pożytku przynieśliby Kościołowi 
i o wiele milsi byliby Bogu (nie mówiąc już o dobrym przykładzie, jaki by dali), gdyby połowę 
czasu poświęcili na modlitwę
i   przestawanie z Bogiem, chociażby nie doszli do tak wysokiego stanu jak dusza, o której, 
mówiliśmy.   W   takim   przestawaniu   z   Bogiem   o   wiele   skuteczniej   i   z   mniejszym   trudem 
dokonaliby dobra jednym czynem a nie tysiącem, a to dla zasługi modlitwy i energii duchowej 
w  niej  zdobytej.  Inaczej  bowiem wszystko  jest   jak  uderzanie  młota  czasem  z  małym  albo 
żadnym skutkiem, a czasem nawet ze szkodą. Niech nas Bóg strzeże przed zwietrzeniem soli! 
(por. Mt 5,13). Bo choćby się wydawało zewnętrznie, że człowiek coś czyni, w istocie będzie to 
niczym. Jest bowiem prawdą, że dobre czyny dokonują się jedynie przez moc Bożą... O, ileż by 
można o tym pisać!"2

4. Czy wystarczy modlić się pracując? 

Niektórzy ludzie wam powiedzą: „Nie mam czasu na modlitwę, ale próbuję się modlić przy 
okazji różnych zajęć, na przykład przy sprzątaniu. Ofiarowuję Panu moją pracę i uważam, że to 
wystarczy".
Nie jest to pozbawione racji. Człowiek może trwać głęboko zjednoczony z Bogiem pośród 
różnych zajęć tak, że z tego składa się jego modlitwa i nic już więcej nie potrzebuje. Pan może  
udzielić takiej łaski, zwłaszcza jeśli ktoś nie ma innej możliwości modlitwy. Z drugiej strony 
ogromnie warto w czasie zajęć jak najczęściej, choćby na moment, stawać przed Panem. I 
wreszcie   prawdą   jest,   że   praca   ofiarowana   i   podjęta   dla   Boga   staje   się   w   jakimś   sensie 
modlitwą.
Powiedziawszy to wszystko, pozostańmy realistami. Nie tak znów łatwo trwać zjednoczonym z 
Bogiem, będąc jednocześnie zanurzonym w działaniu. Naszą naturalną skłonnością jest raczej 
całkowite zaabsorbowanie tym, co robimy. Jeśli nie umiemy od czasu do czasu zatrzymać się i 
zajmować   wyłącznie   Bogiem,   bardzo   trudno   będzie   nam   trwać   w   Jego   obecności,   gdy 
pracujemy.   Najpierw,   zanim   się   tego   nauczymy,   musimy   przejść   długą   drogę.   Wierność 
modlitwie kontemplacyjnej jest najpewniejszą metodą w tej nauce.
Podobnie dzieje się pomiędzy ludźmi. Jeśli sądzimy, że kochamy żonę i dzieci, ale prowadząc 
bardzo aktywny tryb życia nie jesteśmy w stanie poświęcić mi takich chwil, gdy jesteśmy w stu 
procentach do ich dyspozycji, miłość może się okazać iluzją. Bez przestrzeni bezinteresowności 
grozi jej wygaśnięcie. Miłość oddycha i rozwija się dzięki bezinteresowności. Trzeba umieć 
„tracić razem czas". Wiele na tej stracie zyskamy. Właśnie w ten sposób można rozumieć słowa 
Ewangelii: Kto straci swoje życie, ten je zyska. Jeśli zajmiemy się Bogiem, On zajmie się 
naszymi sprawami znacznie lepiej od nas. Przyznajmy pokornie, że naszą naturalną tendencją 
jest   zbyt   duże   przywiązywanie   się   do   tego,   co   robimy.   Pozwalamy,   by   nasze   sprawy 
pochłaniały   nas   bez   reszty.   Nie   sposób   się   od   tego   uwolnić   inaczej,   niż   pozostawiając 
regularnie, co jakiś czas, na boku wszelkie działanie, nawet najpilniejsze i najważniejsze, żeby 
dać czas Bogu.

5. Pułapka fałszywej szczerości
 
    Dosyć często spotyka się następujące rozumowanie, które może uniemożliwić bycie wiernym 
modlitwie wewnętrznej. W wieku takim, jak nasz, rozmiłowanym w wolności i poszukiwaniu 
autentyzmu, słyszymy często argument: „Owszem, bardzo lubię się modlić, ale tylko kiedy 
mam   na   to   ochotę.   Modlić   się   "kiedy   nie   czuję   natchnienia",   to   według   mnie   sztuczne   i 
naciągane, a nawet nieszczere. Byłby to rodzaj hipokryzji. Będę się modlić dopiero, kiedy tego 
zapragnę".
Należy na to odpowiedzieć, że jeśli będziemy czekać, aż zapragniemy modlitwy, być może 
będziemy czekać na próżno aż do końca naszych dni. Pragnienie jest czymś pięknym, ale ma to 

background image

do siebie, że się zmienia. Istnieje znacznie głębszy i ważniejszy powód, żeby się modlić - prosty 
fakt, że Bóg nas o to prosi. W Ewangelii czytamy: Powiedział im też, że zawsze mają się 
modlić i nie ustawać (Łk 18,1). Tym, co ma nami kierować, jest nie tyle subiektywny stan 
duszy, co wiara.
Pojęcie wolności i autentyzmu wyrażone w powyższym rozumowaniu jest całkowicie w stylu 
naszej epoki, to znaczy bardzo iluzoryczne. Prawdziwa wolność nie polega na tym, że rządzą 
nami zmienne impulsy, wręcz przeciwnie; człowiek wolny nie jest zależny od zmian swojego 
nastroju. Jego decyzje opierają się na istotnych wyborach, których dokonał wcześniej i nie 
podważa ich z byle powodu.
Wolność jest zdolnością kierowania się tym, co jest prawdziwe, a nie tym, co w nas powierz-
chowne.
Nie pozwólmy się też zwieść fałszywemu „autentyzmowi". Jaką miłość określilibyśmy jako 
najbardziej autentyczną?  Taką,  która zmienia  się zależnie  od dnia i humoru,  czy  też stałą, 
wierną i niezmienną?
Wierność modlitwie kontemplacyjnej jest więc szkołą wolności, szkołą prawdziwej miłości. 
Uczy   nas   pomału   stawiać   nasz   kontakt   z   Bogiem   nie   na   chwiejnej   płaszczyźnie   naszych 
zmiennych uczuć od zachwytu aż do nudy, lecz na solidnej skale wiary, na niezachwianym 
fundamencie wierności Boga. Jezus Chrystus wczoraj i dziś, ten sam także na wieki (Hbr 13,8), 
gdyż Swoje miłosierdzie na pokolenia i pokolenia zachowuje dla tych, którzy się Go boją (Łk 
1,50). Jeśli wytrwamy w tej szkole, zobaczymy, że również nasze relacje z ludźmi, często tak 
sztuczne  i niestałe,  staną się  głębsze,  wierniejsze,  pewniejsze,  a  tym samym  dające  więcej 
szczęścia.
Jedna uwaga, podsumowująca ten temat. Pragnienie działania w sposób spontaniczny, wolny i 
niewymuszony jest całkowicie słuszne. Człowiek nie został stworzony, żeby żyć w ciągłym 
konflikcie z samym sobą, żeby wciąż zadawać gwałt własnej naturze! To, iż zmuszony jest to 
czasem czynić, wynika z wewnętrznego rozdarcia, spowodowanego przez grzech.
Głębokie ludzkie pragnienie nie może się urzeczywistnić, jeżeli pozostawimy spontaniczności 
całkowicie wolną rękę. Okazałoby się to destruktywne, gdyż nie zawsze jest ona skierowana ku 
dobru - potrzebuje głębokiego oczyszczenia i uzdrowienia. Nasza natura została zraniona, nie 
ma w nas harmonii. Oznacza to j częstą rozbieżność pomiędzy tym, ku czemu spontanicznie się 
skłaniamy, a tym, ku czemu zostaliśmy stworzeni, pomiędzy naszymi uczuciami, a wolą Bożą, 
która jest naszym prawdziwym dobrem i której powinniśmy być wierni.
Pragnienie   wolności   może   być   więc  spełnione   j  tylko  w   takim  stopniu,   w   jakim  człowiek 
pozwala się uzdrawiać łasce Bożej. W tym procesie uzdrawiania bardzo ważną rolę odgrywa 
modlitwa   kontemplacyjna.   Dokonuje   się   ono,   trzeba   o   tym   stale   pamiętać,   poprzez   liczne 
oczyszczenia i próby, owe „duchowe j noce", których głębokie znaczenie tak dobrze wyjaśnił j 
święty   Jan   od   Krzyża.   Gdy   proces   uzdrowienia   i   uporządkowania   naturalnych   skłonności 
zostanie   zakończony,   człowiek   staje   się   doskonale   wolny   -   kocha   w   sposób   naturalny   i 
spontanicznie   pragnie   tego,   co   jest   zgodne   z   wolą   Bożą   i   jego   własnym   dobrem.   Bez   3 
problemów   może   się   wówczas   kierować   spontanicznością,   gdyż   została   ona   oczyszczona   i 
harmonizuje  teraz  z mądrością  Bożą.  Może   „podążać  za  głosem  natury", gdyż  została  ona 
odnowiona dzięki łasce.  Oczywiście  harmonia  ta nigdy  nie będzie w  tym życiu całkowita. 
Stanie się taką dopiero w Królestwie. Dlatego tutaj na ziemi stale musimy się opierać niektórym 
skłonnościom. Niemniej już w tym życiu, ci którzy praktykują modlitwę wewnętrzną, stają się 
zdolni kochać i spontanicznie czynić dobro, choć na początku kosztowało ich to tak wiele 
wysiłku. Dzięki pracy Ducha Świętego cnota staje się dla nich pomału czymś coraz prostszym i 
naturalnym Gdzie jest Duch Boży, tam też jest wolność - mówi święty Paweł.

6. Pułapka fałszywej pokory

    Błędne   rozumowania,   o   których   przed   chwilą   mówiliśmy,   przybierają   czasem   jeszcze 
subtelniejszą, od opisanej, formę. Dobrze mieć to na uwadze. Święta Teresa z Avila omal nie 

background image

wpadła w tę pułapkę i nie zaprzestała kontemplacji (co byłoby niepowetowaną stratą dla całego 
Kościoła!). Jednym z głównych motywów, dla których napisała swoją autobiografię, była chęć 
ostrzeżenia innych przed tą pułapką.
Wchodzimy na teren, na którym Szatan staje się szczególnie przebiegły. Pokusa ta wygląda 
następująco: człowiek, który wchodzi w modlitwę, coraz mocniej zdaje sobie sprawę ze swoich 
błędów i niewierności, z tego jak daleki jest od nawrócenia. Odczuwa wiec czasem pokusę, 
żeby porzucić modlitwę, rozumując w ten sposób: „Tyle we mnie braków, nie rozwijam się, nie 
mogę   się   nawrócić   ani   prawdziwie   kochać   Pana.   Stawanie   przed   Nim   w   takim   stanie   to 
hipokryzja. Udaję świętego, podczas gdy wcale nie jestem więcej wart od tych, którzy się nie 
modlą.   Tak  więc   dużo   uczciwiej   w   stosunku   do  Boga   byłoby   dać   sobie   z   tym  wszystkim 
spokój!"
Święta Teresa pozwoliła się wciągnąć w takie rozumowanie.  W 19. rozdziale Księgi życia 
opowiada, że po pierwszym gorliwym okresie zarzuciła praktykę modlitwy wewnętrznej na 
ponad rok. Aż do czasu, gdy - szczęśliwie dla nas - spotkała pewnego dominikanina, który 
naprowadził ją na dobrą ścieżkę. Teresa żyła w tym czasie w klasztorze Wcielenia w Avila. 
Była pełna dobrej woli. Chciała oddać się Panu i praktykować modlitwę kontemplacyjną. Ale 
nie   była   jeszcze   świętą,   nic   podobnego!   Najtrudniej   przychodziło   jej   zerwać   z 
przyzwyczajeniem chodzenia do rozmównicy, choć czuła już, że Jezus tego od niej wymaga. Z 
natury wesoła, miła, ciekawa świata, znajdowała dużą przyjemność w kontaktach ze śmietanką 
towarzyską Avila, która zwyczajowo spotykała się w rozmównicy klasztoru. Teresa nie robiła 
nic złego, a jednak Jezus wzywał ją do czegoś innego. Modlitwa wewnętrzna stała się więc dla 
niej   prawdziwą   udręką.   Stawała   przed   Panem   świadoma   swojej   niewierności,   a   nie   miała 
jeszcze sił wszystkiego dla Niego opuścić. I to strapienie, jak mówiliśmy, doprowadziło ją do 
zaprzestania modlitwy: „Jestem niegodna stawać przed Panem, a jednocześnie nie czuję się 
zdolna   oddać   Mu   wszystkiego.   To   tak   jakbym   z   Niego   kpiła,   lepiej   przerwać   modlitwę 
wewnętrzną..."
Teresa nazwała to pokusą „fałszywej pokory". Faktycznie porzuciła kontemplację, ale w samą 
porę   przyjechał   spowiednik,   który   wytłumaczył   jej,   że   czyniąc   tak,   traci   tym   samym 
jakąkolwiek  szansę   poprawy  w   przyszłości.  Należało  -  przeciwnie   do  tego,  jak  postąpiła   - 
wytrwać,   gdyż   dzięki   wytrwałości   otrzyma,   gdy   nadejdzie   odpowiednia   chwila,   łaskę 
całkowitego nawrócenia i pełnego daru z siebie.
Uważam, że to bardzo ważne. Wchodząc w modlitwę kontemplacyjną nie jest się świętym, a 
praktykując ją, zauważa się to coraz bardziej. Ktoś, kto nie staje w ciszy twarzą w twarz z 
Bogiem, nie jest tak mocno świadomy swoich braków i niewierności. W modlitwie są one 
wszystkie widoczne. Sprawia to ból i staje się pokusą zaprzestania modlitwy. Nie należy tracić 
odwagi, lecz wytrwać, będąc pewnym,  że wierność wyjedna nam łaskę nawrócenia. Nasze 
grzechy, choćby największe, NIGDY nie powinny stać się pretekstem do porzucenia modlitwy, 
wbrew temu, co nieraz będzie nam podpowiadał Szatan czy też nasz niepokój. Im bardziej 
czujemy się nędzni, tym jest to ważniejszy powód, żeby się modlić. Któż nas uzdrowi z naszych 
niewierności i grzechów, jeśli nie miłosierny Pan? Gdzie znajdziemy zdrowie duszy, jeśli nie w 
pokornej i wytrwałej modlitwie? Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. [...] 
Bo   nie   przyszedłem   powołać   sprawiedliwych,   ale   grzeszników   (Mt   9,   12-13).   Im   bardziej 
czujemy   się   chorzy   na   tę   chorobę   duszy,   jaką   jest   grzech,   tym   bardziej   powinno   nas   to 
pobudzać do modlitwy. Im mocniej zostaliśmy zranieni, tym większe mamy prawo schronić się 
w sercu Jezusa! Tylko On może nas uzdrowić. Jeśli oddalamy się od Niego, ponieważ czujemy 
się grzeszni, dokąd pójdziemy szukać uzdrowienia i przebaczenia? Jeśli będziemy czekać z 
modlitwą, aż staniemy się sprawiedliwi, to możemy czekać długo. Taka postawa dowiodłaby 
jedynie,   że   nic   nie   zrozumieliśmy   z   Ewangelii.   Może   sprawiać   wrażenie   pokory,   ale   tak 
naprawdę jest jedynie zarozumialstwem i brakiem zaufania do Boga.
Czasem zdarza się, że nie posuwamy się aż do tego, żeby całkowicie zaprzestać modlitwy, ale 
gdy popełniliśmy jakiś błąd, jesteśmy niezadowoleni i zawstydzeni, pozwalamy, żeby upłynął 
jakiś czas, zanim znów staniemy przed Panem. Czas na tyle długi, by obraz tego, co zrobiliśmy, 

background image

został w naszej świadomości nieco zatarty. Stanowi to bardzo poważny błąd, którym grzeszymy 
znacznie bardziej niż popełniając sam grzech. Świadczy to o braku ufności w miłosierdzie 
Boże, nieznajomości Boga ani tego, w jaki sposób nas miłuje, co rani Go mocniej niż wszystkie 
głupstwa, jakie mogliśmy zrobić. Mała Teresa, która zrozumiała, kim jest Bóg, mówiła: „Tym, 
co dotyka Boga, co rani Go w serce, jest brak zaufania".
Przeciwnie do tego, co zwykle w takim wypadku robimy, jedyna słuszna postawa kogoś, kto 
zgrzeszył - słuszna w sensie biblijnym, to znaczy zgodna z tym, co z tajemnicy Boga zostało 
nam objawione - to rzucić się natychmiast w ramiona Bożego miłosierdzia z pokorą i skruchą, 
ale równocześnie z nieskończoną ufnością, całkowitą pewnością, że Bóg nas przyjmie i nam 
przebaczy.   Skoro   szczerze   przeprosiliśmy,   należy   bezzwłocznie   powrócić   do   modlitwy, 
zwłaszcza kontemplacyjnej. W stosownym czasie wyspowiadamy się, jeśli to konieczne, z tego 
błędu, ale czekając na to, nie trzeba zmieniać normalnego sposobu modlitwy. Takie zachowanie 
przynosi najwięcej rezultatów, gdyż właśnie dzięki niemu Bóg odbiera największą chwałę.
Święta Teresa z Avila dodaje jeszcze coś bardzo ładnego na ten temat. Mówi, że ten, kto się 
modli, oczywiście nadal upada i nadal robi błędy, ale właśnie dlatego, że się modli, każdy 
upadek służy mu, żeby odbić się jeszcze wyżej. Temu, kto jest wierny modlitwie, Bóg wszystko 
obraca w kierunku dobra, nawet jego błędy.
„Powiadam   więc:   ktokolwiek   zaczął   oddawać   się   modlitwie   wewnętrznej,   niech   się   nie 
zniechęca, mówiąc sobie: jeśli mimo modlitwy wewnętrznej nadal popadam w grzechy swoje, 
dalsze oddawanie się temu świętemu ćwiczeniu jeszcze zwiększy moją winę. Przyznaję, że tak 
byłoby, jeśliby kto porzucił rozmyślanie, nie chciał się poprawić z grzechów swoich, ale kto go 
nie porzuci, niech będzie pewny, że ono go podźwignie i przywiedzie do portu światłości. 
Ciężkie mi w tym punkcie diabeł wzniecił nagabywanie, tak we mnie wmówił, że grzeszę 
brakiem pokory, gdy tak niecnotliwą będąc trzymam się jednak rozmyślania, i taką z tego 
powodu cierpiałam walkę wewnętrzną, że w końcu, jak już mówiłam, przez półtora albo co 
najmniej przez rok - bo czy trwało to jeszcze pół roku dłużej, dobrze tego nie pamiętam - 
zaprzestałam   tego   świętego   ćwiczenia.   Nie   było   to   dla   mnie   nic   innego,   że   sama   siebie 
wtrącałam do piekła, nie potrzebując już czartów, żeby mię do niego ciągnęli. O, Boże wielki, 
jakież to było zaślepienie! I jak chytrze zły duch zmierza do celu swego, gdy w ten Punkt z taką 
siłą uderza! Wie on, zdrajca, że dusza, która wytrwale trzyma się modlitwy wewnętrznej, dla 
niego jest stracona i że wszelkie upadki, do których taką duszę przywiedzie, z łaski Boga tym 
skuteczniejszą stają się dla niej pobudką i pomocą do gorętszego na potem w służbie Jego 
zapału!"3

Rozdział 8

Oddać się bez reszty

Zastanawiając się nadal nad najważniejszymi postawami, które pozwalają modlitwie trwać i 
rozwijać się, pora powiedzieć kilka słów o bardzo bliskim związku i to obustronnym pomiędzy 
modlitwą a resztą chrześcijańskiego życia. Oznacza to, że często tym, co najbardziej służy 
rozwojowi i pogłębieniu modlitwy, wcale nie jest to, co robimy w czasie modlitwy, lecz poza 
nią. Wzrost w modlitwie polega przede wszystkim na wzroście w miłości, na czystości serca, a 
prawdziwą miłość praktykuje się raczej poza modlitwą niż w czasie jej trwania. Poszukajmy 
kilku przykładów.
Całkowitą   iluzją   można   nazwać   pragnienie   głębokiej   modlitwy   bez   równie   głębokiego   i 
szczerego, widocznego w całym życiu pragnienia całkowitego oddania się Bogu, zgodności 
naszego życia z Jego wolą. Bez tego modlitwa bardzo szybko kostnieje. Jedyny sposób, żeby 
Bóg mógł nam Siebie dać (a taki jest cel kontemplacji), to samemu oddać się Jemu bez reszty. 
Otrzymamy  wszystko, gdy wszystko ofiarujemy.  Jeśli zachowujemy  w naszym życiu jakąś 
„dziedzinę zarezerwowaną", coś, czego nie chcemy powierzyć Bogu, na przykład jakąś wadę, 
choćby niewielką, na którą rozmyślnie przyzwalamy, nie robiąc nic, żeby się zmienić, czy też 

background image

jakieś   świadome   nieposłuszeństwo   albo   odmowę   przebaczenia,   nasza   modlitwa   stanie   się 
bezowocna.
Zakonnice podchwytliwie pytały świętego Jana od Krzyża: „Co trzeba robić, żeby wpaść w 
ekstazę?"   Święty   odpowiedział   im,   opierając   się   na   etymologicznym   znaczeniu   słowa 
„ekstaza":
„Trzeba wyrzec się swojej własnej woli i czynić wolę Bożą. Ponieważ ekstaza to nic innego dla 
duszy niż opuszczenie siebie, by być porwanym w życie Boga - to właśnie czyni ten, kto jest 
posłuszny, gdyż opuszcza siebie i swoją wolę, i lżejszy przylega do Boga" (Maksyma 210).
Żeby oddać się Bogu, trzeba opuścić samego siebie. Miłość ma naturę ekstatyczną. Gdy jest 
silna, żyjemy  bardziej w drugiej osobie niż w sobie samym.  W jaki jednak sposób można 
dostąpić w modlitwie ekstazy, jeśli przez resztę dnia szukamy ciągle siebie? Jeśli jesteśmy zbyt 
przywiązani do rzeczy materialnych, do swojej wygody czy też zdrowia? Jeśli nie znosimy 
jakichkolwiek przeciwności? Jak możemy żyć w Bogu, jeśli nie jesteśmy zdolni zapomnieć o 
sobie i pomyśleć o innych?
W życiu duchowym trzeba odnaleźć pewną równowagę, co nie zawsze jest łatwe. Z jednej 
strony musimy zaakceptować własną słabość i nie oczekiwać, gdy zaczniemy się modlić, że 
zaraz będziemy święci. Z drugiej jednak strony powinniśmy dążyć do doskonałości. Bez tego 
dążenia, bez stałego, mocnego pragnienia świętości, nawet jeśli wiemy, że własnymi siłami jej 
nie osiągniemy, że jedynie Bóg może nas do niej doprowadzić - bez tego modlitwa kontem-
placyjna   zawsze   pozostanie   czymś   sztucznym,   jakimś   pobożnym   ćwiczeniem,   ale   niczym 
więcej i nie przy niesie wielu owoców. W naturze miłości leży dążenie do absolutu
Trzeba być też świadomym, że istnieje styl życia, który ułatwia modlitwę oraz styl, który jej 
przeszkadza. Jak możemy odnaleźć obecność Boga, jeśli przez cały czas jesteśmy rozbiegani 
wśród tysiąca niepotrzebnych zajęć i spraw, jeśli bez reszty pochłania nas życie towarzyskie, 
ciągle musimy zaspokajać swoją ciekawość i próżność? Serce, spojrzenie i umysł powinny znać 
pewien   rodzaj   postu   i   uciekać   się   do   niego   we   wszystkim,   co   mogłoby   nas   oddalać   od 
Najwyższego.
Oczywiście nie sposób żyć bez rozrywek, bez chwil odprężenia, ale bardzo ważne, żeby zawsze 
umieć potem wracać do Boga, który tworzy jedność naszej osoby i wszystko przeżywać w 
więzi z Nim.
Powinniśmy też wiedzieć, że tym, co ogromnie sprzyja rozwojowi życia modlitwy są starania, 
żeby wszystko, co nam się zdarza, przyjmować w całkowitym zawierzeniu, w pełnej pokoju 
ufności. Żyć chwilą obecną, nie pozwalając się pogrążyć trosce o jutro, próbować każdą rzecz 
robić   ze   spokojem,   nie   zadręczając   się   o   inną.   Nie   jest   to   łatwe,   ale   próby   te   przynoszą 
błogosławione skutki 1.
Ważne jest również to, żebyśmy powoli uczyli się w każdej sytuacji „żyć w spojrzeniu Boga", 
w Jego obecności i w pewnego rodzaju stałym dialogu z Nim, pamiętając o Nim w trakcie 
naszych zajęć, wszystko przeżywając razem z Nim. Im bardziej będziemy się starali to czynić, 
tym łatwiej będzie nam się modlić.
Bez problemu odnajdziemy Boga, zaczynając modlitwę, jeśli w ogóle Go nie opuszczaliśmy! 
Kontemplacja powinna prowadzić do modlitwy nieustającej, niekoniecznie w sensie ciągłego 
powtarzania jakiejś formuły, lecz w sensie stałego przebywania w Bożej obecności. Życie w 
Jego obecności czyni nas wolnymi. Zbyt często żyjemy przejęci spojrzeniami innych ludzi (z 
lęku, że zostaniemy osądzeni lub też z chęci wzbudzenia podziwu) albo w swym własnym 
spojrzeniu   (samooskarżenia   czy   samouwielbienia),   ale   wewnętrzną   wolność   odnajdziemy 
wyłącznie, jeśli nauczymy się żyć w miłosiernym i miłującym spojrzeniu Boga.
Odsyłamy w tym miejscu do cennych uwag brata Laurent od Zmartwychwstania Pańskiego, 
karmelity z XVII wieku, który będąc kucharzem, umiał wśród największego nawału pracy żyć 
w głębokim zjednoczeniu z Bogiem. Na końcu książki podajemy kilka cytatów z jego listów.
Na   temat   ścisłego,   nierozerwalnego   związku   pomiędzy   modlitwą   a   wszystkimi   innymi 
elementami, które tworzą drogę duchową, pozostaje jeszcze dużo do powiedzenia. Niektóre 
sprawy   omówimy   później,   co   do   reszty,   odsyłamy   do   najlepszego   źródła   z   możliwych,   to 

background image

znaczy do doświadczenia świętych, zwłaszcza tych, którzy otrzymali, co potwierdził Kościół, 
szczególną   łaskę   nauczania   w   tej   dziedzinie:   Teres)   z   Avila,   Jana   od   Krzyża,   Franciszka 
Salezego, Teres) od Dzieciątka Jezus, żeby wymienić tylko najważniejsze nazwiska.
Wszystko, co zostało do tej pory powiedziane, niej odpowiada jeszcze na podstawowe pytanie: 
w   jaki   sposób   się   modlić?   Jak   konkretnie   spożytkować   czas   przeznaczony   na   modlitwę 
wewnętrzną? Nie będziemy zwlekać z odpowiedzią.
Wstęp ten był jednak konieczny. Poczynione uwagi nie tylko pozwolą nam pokonać często 
napotykane przeszkody, ale oddadzą pewien duchowy klimat, który koniecznie trzeba umieć 
wyczuć. Warunkuje on prawdziwość i rozwój naszej modlitwy.
Ponadto, jeśli zrozumieliśmy to, co zostało tutaj pobieżnie naszkicowane, wiele pytań w stylu 
„co robić, żeby się dobrze modlić", przestaje mieć sens.
Opisana postawa opiera się nie na ludzkiej mądrości, lecz na Ewangelii. Wiara, ufne oddanie 
się w ręce Boga, pokora, ubóstwo serca i duchowe dziecięctwo. Jak czytelnik z pewnością 
zdążył   zauważyć,   postawa   ta   powinna   stanowić   fundament   nie   tylko   modlitwy,   ale   całego 
życia. Jeszcze raz powraca tu ścisła więź pomiędzy życiem a modlitwą. Modlitwa wewnętrzna 
jest szkołą, ćwiczeniem, które pozwala nam zrozumieć i pogłębić stosunek do Boga, do świata i 
do nas samych. Tworzy zręby sposobu postępowania i reagowania, który pozostanie w nas w 
kontakcie   ze   wszystkim,   z   czym   przyjdzie   nam   się   zmierzyć.   W   coraz   większym   stopniu 
pozwoli nam zachować we wszelkich okolicznościach pokój, wewnętrzną wolność i prawdziwą 
miłość Boga i bliźniego. Modlitwa kontemplacyjna jest szkołą miłości, gdyż wszystkie cno-ty; 
jakie z niej płyną, są cnotami pozwalającymi rozwijać się w naszych sercach miłości. Stąd jej 
wielkie znaczenie.

CZĘŚĆ DRUGA  
Jak spożytkować czas modlitwy kontemplacyjnej

Rozdział 1

Wprowadzenie

Powróćmy   teraz   do   podstawowego   pytania,   na   które   trzeba   odpowiedzieć.   Powiedzmy,   że 
decyduję się poświęcić dziennie pół godziny czy też godzinę na modlitwę kontemplacyjną. Jak 
mam się za to zabrać? Co muszę zrobić, żeby dobrze wykorzystać ten czas?
Odpowiedź na to pytanie jest trudna z różnych względów.
Po   pierwsze   dlatego,   że   dusze   bardzo   się   od   siebie   różnią.   Ich   różnice   są   większe   niż 
niepowtarzalność ludzkich twarzy. Więź każdej z nich z Bogiem jest jedyna w swoim rodzaju. 
Podobnie ich modlitwa. Niemożliwe okazuje się wytyczenie jednej drogi i określenie sposobu 
postępowania ważnego dla wszystkich. Byłby to brak poszanowania wolności i różnorodności 
duchowych   poszukiwań.   Każdy   wierzący   sam   musi   odkryć,   w   tchnieniu   Ducha,   po   jakich 
drogach Bóg chce go prowadzić.
Po   drugie,   trzeba   wiedzieć,   że   modlitwa   kontemplacyjna   podlega   ewolucji,   przechodzi 
określone etapy. To, co jest dobre w pewnym okresie życia duchowego może się okazać złe w 
innym. Nawet wytrwałość rożni się, zależnie od tego, czy jesteśmy na początku drogi, czy też 
Pan zaczął nas już wprowadzać głębiej, w kolejne, jak mawiała święta Teresa z Avila „miesz-
kania". Czasem trzeba działać, czasem czekać. W pewnych okresach trzeba odpoczywać, w 
innych - walczyć.
       Po trzecie wreszcie, to co dzieje się w czasie modlitwy kontemplacyjnej, jest wyjątkowo 
trudne do opisania. Nieraz przekracza świadomość modlącego. W grę wchodzi rzeczywistość 
tak mało dostępna, tak bardzo wewnętrzna, że ludzki język nie może jej j całkowicie oddać. Nie 
zawsze znajdujemy słowa, żeby wypowiedzieć to, co dzieje się pomiędzy duszą a jej Bogiem.

background image

Dodajmy jeszcze, że każdy, kto mówi o kontemplacji, wypowiada się na podstawie tego, co 
sam przeżył lub co zauważył u osób, które zwierzyły mu swoje przeżycia. Pozostaje to bardzo 
ograniczone w stosunku do różnorodności i bogactwa wszystkich możliwych przeżyć.
Pomimo tych przeszkód podejmiemy ten temat ufni, że Pan pozwoli nam go przedstawić. Choć 
nie należy tych odpowiedzi traktować jako pełnych i bezbłędnych, dla czytelnika dobrej woli 
będą się one mogły stać źródłem zachęty i światła.

Rozdział 2     

Gdy pytanie w ogóle nie powstaje

Stawiamy   pytanie   jak   spożytkować   czas   dłuższej   modlitwy.   Zanim   będziemy   na   nie 
odpowiadać, trzeba zauważyć, że w wielu wypadkach w ogóle nie zostaje ono postawione. Być 
może trzeba powiedzieć najpierw o tym.
      Pytanie w ogóle nie istnieje, gdy modlitwa wewnętrzna płynie sama, jakby wypływała ze 
źródła. Człowiek wchodzi w miłosną komunię i w ogóle się nie zastanawia nad tym, co robić z 
czasem. Właściwie zawsze powinno być właśnie tak. Według definicji świętej Teresy z Avila 
modlitwa kontemplacyjna to „bliski kontakt przyjaciół, przebywanie sam na sam z Bogiem, 
który, czujemy, bardzo nas kocha". Gdy dwie osoby bardzo się kochają, nie mają problemów, 
co robić z chwilami, które mają tylko dla siebie... Czasem wręcz samo bycie razem tak je 
wypełnia,   że   już   nie   muszą   robić!   Niestety   często   nasza   miłość   Boga   jest   za   słaba   i   nie 
dochodzimy do takiego stanu.
Wracając do wewnętrznej modlitwy, która „płynie" zupełnie sama, do takiej komunii z Bogiem, 
która   Jest   darem   i   pozostaje   jedynie   go   przyjmować,   trzeba   zaznaczyć,   że   może   ona 
występować na różnych Poziomach duchowej drogi i być bardzo różnej natury.
Może dotyczyć osoby świeżo nawróconej, która dopiero co spotkała Boga, pełnej entuzjazmu, 
radości   zapału   właściwego   neofitom.   Nie   ma   z   modlitwą   żadnego   problemu.   Jest   jakby 
unoszona przez łaskę, szczęśliwa, że może przebywać z Jezusem, ma Mu mnóstwo rzeczy do 
powiedzenia, tysiące pytań, pełna jest uczuć i wzniosłych myśli.
Niech bez skrupułów cieszy się tymi chwilami łaski, niech dziękuje za nie Panu, ale pozostanie 
pokorna i nie traktuje siebie jak świętą tylko dlatego, że jest pełna zapału. A zwłaszcza niech 
nie osądza tych, którzy są mniej gorliwi od niej! Łaska pierwszego okresu nawrócenia nie 
wykorzenia wad ani niedoskonałości, lecz jedynie je zakrywa. Osoba ta nie powinna się dziwić, 
że pewnego dnia cały jej zapał zniknie, a niedoskonałości, z których, jak sądziła, została przez 
nawrócenie uwolniona, dadzą o sobie znać z niespotykaną siłą. Właśnie wówczas powinna 
wytrwać i umieć wyciągnąć korzyści z czasu pustyni i próby, tak jak umiała korzystać z okresu 
błogosławieństwa.
Inny przypadek, gdy pytanie nie powstaje, dotyczy drugiego krańca drogi życia duchowego. To 
przypadek osoby, nad której modlitwą Bóg mógł zapanować w takim stopniu, że osoba ta nie 
stawia już żadnego oporu i nic już sama z siebie nie musi robić. Jej możliwości są ograniczone, 
jedyne co może, to oddawać siebie i zanurzać się w obecność Boga, która ogarnia całą jej istotę. 
Osobie tej nie pozostaje już nic do zrobienia, jedynie mówić „tak". Powinna jednak zdobyć się 
na otwartość wobec jakiegoś ojca duchowego, żeby usłyszeć potwierdzenie otrzymanych łask. 
Powinna się przed kimś otworzyć, tym bardziej, że nie kroczy już wspólną wszystkim drogą. 
Niezwykłym   łaskom   często   towarzyszą   walki   lub   wątpliwości   dotyczące   ich   pochodzenia. 
Czasem wyłącznie otwarcie duszy może upewnić ją o boskim pochodzeniu łask i wyzwolić na 
tyle, by mogła je w pełni przyjąć.
Powiedzmy   teraz   o   przypadku   pośrednim,   występującym   bardzo   często.   Trzeba   o   tym 
powiedzieć, ponieważ sytuacja, którą teraz opiszemy, jest z początku trudno zauważalna i może 
budzić skrupuły. Człowiek nie wie, czy postępuje źle czy dobrze, ale właściwie i tak nie ma 
wyboru. Wyjaśnijmy. Chodzi o taką sytuację, gdy Duch Święty zaczyna wprowadzać kogoś w 
modlitwę znacznie bardziej „bierną" po okresie, gdy modlitwa była przede wszystkim „czynna" 

background image

w tym sensie, że polegała głównie na aktywności tej osoby (medytacja, wewnętrzny dialog z 
Jezusem, rozmyślanie, akty woli takie jak ofiarowanie się Bogu itp.)1.
Otóż   któregoś   dnia,   zwykle   początkowo   niezauważalnie,   sposób   modlitwy   się   zmienia. 
Człowiek zaczyna doświadczać trudności w medytacji czy też rozmyślaniu, oschłości. Woli 
raczej trwać przed Panem niż cokolwiek robić czy mówić, bez jakiejś myśli, tylko pozostawać 
tak,   w   postawie   pełnej   miłości   uwagi.   Niezauważalne   z   początku   jest   właśnie   to   miłosne 
skupienie, płynące raczej z serca niż z umysłu. Z czasem może się ono stać znacznie silniejsze, 
nawet pełne żaru, ale początkowo jest prawie niewidoczne. Nawet, gdy dusza próbuje robić co 
innego, wracać do bardziej „aktywnej" formy modlitwy, nie udaje jej się to. Stale będzie miała 
skłonność wracania do wcześniejszego etapu, tego, który opisaliśmy. Czasem będą ją dręczyły 
skrupuły, ponieważ ma wrażenie, że nic nie robi, podczas gdy wcześniej coś robiła.
Gdy dusza znajduje się w takim stanie, powinna po prostu w nim pozostać, bez działania, bez 
ruchu. Oznacza to bowiem, że Bóg chce ją wprowadzić w głęboką modlitwę kontemplacyjną, 
co jest wielką łaską. Dusza powinna pozwolić działać Bogu i pozostać bierna. Wystarczy, że w 
głębi serca jest ku Niemu skierowana, by mogła uznać, że się modli. Nie jest to czas działania 
za   pomocą   własnych   sił   czy   umiejętności,   jest   to   czas   oczekiwania   na   działanie   Boga. 
Pamiętajmy jednak, że nie jest to jeszcze czas całkowitego panowania Boga, który opisaliśmy 
wyżej. Umysł i wyobraźnia nadal pracują. Pojawiają się myśli i obrazy, przychodzą i odchodzą, 
ale na poziomie na tyle zewnętrznym, że osoba nie podąża tak naprawdę za ich tokiem. Istotna 
jest nie ta, nieunikniona, praca umysłu, lecz to, że głębia serca czeka na Boga2.
Omówiliśmy więc sytuacje, gdy pytanie „jak spożytkować czas przeznaczony na modlitwę" w 
ogóle nie powstaje.
Pozostają przypadki, gdy zostaje ono postawione.1! Przeważnie dotyczy osób dobrej woli, które 
nie   zostały   (jeszcze!)   ogarnięte   ogniem   miłości   Bożej,   nie   otrzymały   jeszcze   łaski   biernej 
modlitwy wewnętrznej, ale zrozumiały jej znaczenie i zapragnęły ją regularnie praktykować. 
Nie bardzo jednak wiedzą, jak się za to zabrać. Co im poradzić?
W   poprzednim   rozdziale   omówiliśmy   najważniejsze   zasady,   jakimi   powinna   kierować   się 
dusza, przystępując do modlitwy. Odnoszą się one do wszystkich form modlitwy, a nawet, jak 
powiedzieliśmy,   do   całości   życia   chrześcijańskiego.   Tym,   co   liczy   się   przede   wszystkim, 
powtórzmy to jeszcze raz, nie są metody modlitwy, lecz duchowy klimat i podejście do niej, 
nastawienie   serca.   Właściwy   klimat   warunkuje   wytrwałość,   a   co   za   tym  idzie   -  owocność 
modlitwy.
Uczynimy teraz podobnie, jak w pierwszej części, to znaczy podamy kilka wskazówek, które 
razem wzięte określą może nie tyle ów klimat, co pewien wewnętrzny krajobraz, z jego stałymi 
punktami   i   drogami.   Wewnętrzny   pejzaż,   który   ktoś   spragniony   modlitwy   będzie   mógł 
dowolnie przemierzać, zależnie od etapu, na jakim się znajduje i natchnień Ducha Świętego. 
Znajomość   punktów   odniesienia   pozwoli   człowiekowi   zorientować   się   w   tej   przestrzeni   i 
pomoże mu zrozumieć, jakie ma podjąć kroki.
„Wewnętrzny   krajobraz"   chrześcijańskiej   kontemplacji   kształtuje   przede   wszystkim   szereg 
prawd teologicznych, które teraz zasygnalizujemy i wyjaśnimy.

Rozdział 3

Pierwszeństwo działania Boga

Pierwsza zasada jest prosta, ale bardzo istotna. W modlitwie wewnętrznej liczy się nie tyle to, 
co my robimy, lecz to, co Bóg w tym czasie czyni w nas.
Znajomość  tej prawdy wyzwala. Niejednokrotnie czujemy  się niezdolni, by zrobić samemu 
choćby najmniejszy ruch. Nie ma w tym nic dramatycznego. Nawet jeśli my nic nie możemy 
robić, On, Bóg, zawsze może działać i naprawdę działa w głębi naszej istoty, choćbyśmy nie 
byli tego świadomi. Najważniejszy w całej modlitwie akt polega na tym, żeby stanąć przed 
Bogiem i trwać w Jego obecności. A Bóg nie jest Bogiem umarłych, lecz żywych. Jego obec-

background image

ność, dlatego że jest obecnością żywego Boga, działa, uzdrawia, uświęca i ożywia. Stając blisko 
ognia, nie sposób nie przyjąć jego ciepła. Nie można wystawiać twarzy do słońca i się nie 
opalić. Podlegamy Jego działaniu już w chwili, gdy się do Niego kierujemy, gdy trwamy przed 
Nim nieruchomo.
Spróbujmy   sprawić,   żeby   nasza   modlitwa   była   tylko   tym,   niczym   więcej.   Trwajmy   przed 
Bogiem, nic nie robiąc, nie myśląc o niczym specjalnym, bez jakichś.. szczególnych uczuć, za 
to   zachowując   w   sercu   ufność,   otwartość,   oddanie.   Nic   lepszego   nie   można   uczynić. 
Pozwalamy w ten sposób Bogu działać w sekrecie naszej duszy, a przecież w gruncie rzeczy o 
to chodzi.
      Błędem byłoby ocenianie modlitwy pod kątem tego, co w tym czasie robiliśmy, poczucie, 
że była ona dobra i potrzebna, ponieważ mówiliśmy dużo słów, a przyniosła rozczarowanie, 
gdyż do niczego nie byliśmy zdolni. Bardzo możliwe, że nasza modlitwa była nędzna, ale w 
tym czasie, w sposób nieodczuwalny i ukryty, Bóg uczynił w głębi naszej duszy cuda, których 
owoce ujrzymy dużo, dużo później... Gdyż przyczyną wielkich dóbr, które, jak ze źródła, wy-
pływają   z   modlitwy   wewnętrznej,   nie   są   nasze   myśli   ani   uczucia,   lecz   często   ukryte   i 
niewidzialne działanie Boga w naszym sercu. Wiele owoców modlitwy ujrzymy dopiero w 
Królestwie!
Mała Teresa była tego bardzo świadoma. Miała w modlitwie jeden problem - zasypiała! Nie 
była to jej wina, wstąpiła do Karmelu zupełnie młoda i jak na swój wiek miała zbyt mało snu. 
Ta słabość niezbyt ją jednak smuciła:
„Sądzę, że małe dzieci podobają się swoim rodzicom zarówno wtedy, kiedy śpią, jak i kiedy nie 
śpią; myślę też, że lekarze, chcąc zrobić operację usypiają swoich chorych, i że Pan widzi naszą 
słabość i wie, żeśmy proch (Ps 103,14)" 1
W modlitwie kontemplacyjnej najważniejsza jest bierność. Bardziej chodzi o to, żeby pozwolić 
działać Bogu, niż żeby samemu cokolwiek robić. Czasem musimy przygotować grunt pod Boże 
działanie własną aktywnością, ale bardzo często mamy  jedynie biernie na nie przystawać i 
właśnie wtedy dzieją się najważniejsze rzeczy. Niekiedy Bóg musi wręcz uniemożliwić nasze 
poczynania,   żeby   móc   swobodnie   w   nas   działać.   Dobrze   wytłumaczył   to   święty   Jan   od   j 
Krzyża. Według niego pewnego rodzaju oschłość, niemożność posługiwania się na pewnym 
etapie   modlitwy   wyobraźnią   i   inteligencją,   niezdolność   rozmyślania   czy   odczuwania 
czegokolwiek oznacza, że Bóg wprowadza nas w stan oschłości i nocy, żeby samemu działać w 
naszej głębi, tak jak lekarz, który usypia chorego, by móc spokojnie pracować.
Powrócimy jeszcze do tego tematu. Na razie zapamiętajmy tyle: jeśli mimo naszych starań nie 
możemy się modlić, nie ma w nas pięknych myśli ani żadnych odczuć, nie należy się tym 
smucić.   Ofiarujmy   Bogu   nasze   ubóstwo.   Taka   modlitwa   stanie   się   przez   to   bardziej 
wartościowa   od  tej,   która   nas  samych   napełniała   zadowoleniem!   Święty   Franciszek   Salezy 
modlił się w ten sposób: „Panie, jestem tylko kawałkiem drewna, podłóż pod niego ogień!"

Rozdział 4

Pierwszeństwo miłości

Przejdźmy   teraz   do   drugiej,   absolutnie   podstawowej   zasady:   pierwszeństwa   miłości   nad 
wszystkim innym. Święta Teresa z Avila mówi: „W modlitwie myślnej liczy się nie to, żeby 
dużo myśleć, lecz żeby bardzo kochać".
Ta prawda również wyzwala. Czasem nie możemy myśleć, nie możemy medytować, nic nie 
czujemy, a jednak możemy kochać. Ktoś, kto jest bardzo zmęczony rozproszeniami, niemal 
wyczerpany swoją niezdolnością modlitwy, zawsze może, zamiast niepokoić się i zniechęcać, w 
pełnej pokoju ufności ofiarować Panu swoje ubóstwo. Daje tą drogą wyraz miłości i  modli się 
w sposób doskonały. Miłość pozostaje królową, niezależnie od okoliczności, zawsze potrafi 
mieć ostatnie słowo. „Miłość czerpie korzyści ze wszystkiego, zarówno z dobra, jak ze zła" - 

background image

lubiła mawiać mała Teresa, cytując świętego Jana od Krzyża. Korzysta zarówno z uczuć, jak z 
oschłości, zarówno z myśli, jak z ich braku, zarówno z cnoty, jak
z grzechu...
Zasada   ta   łączy   się   z   pierwszą,   którą   wcześniej   omówiliśmy:   z   pierwszeństwem   działania 
Bożego   Przed  naszym.  Najważniejsze,  co   mamy   robić  w  czasie  modlitwy  wewnętrznej,  to 
kochać. Ale kochać,
w relacji z Bogiem, oznacza przede wszystkim pozwolić się kochać. Nie jest to wcale tak łatwe, 
jak się zdaje. Trzeba wierzyć w miłość, a my z taką łatwością w nią wątpimy. Trzeba też 
zaakceptować swoje ubóstwo.
Czasem łatwiej nam przychodzi kochać, niż pozwolić się kochać. Gdy ja jestem tym, kto daje, 
kto coś robi, czuję się wartościowy i potrzebny. Pozwolić się kochać, to znaczy nic nie robić, 
być niczym. Nasza podstawowa praca w czasie modlitwy wewnętrznej polega właśnie na tym: 
nie na myśleniu, ofiarowywaniu, robieniu czegoś dla Boga, lecz na tym, by mógł nas kochać 
jak małe dzieci. Pozwolić Bogu na radość kochania nas. To jest trudne. Wymaga mocnej jak 
żelazo wiary w miłość Boga. Zakłada też zgodę na własne ubóstwo. Dotykamy tutaj czegoś 
absolutnie   podstawowego:   prawdziwa   miłość   Boga   może   opierać   się   jedynie   na   uznaniu 
pierwszeństwa Jego miłości ku nam, na zrozumieniu, że zanim cokolwiek uczynimy, mamy 
przede wszystkim przyjmować. W tym właśnie przejawia się miłość Boga ku nam, że nie my 
umiłowaliśmy Boga, ale że On sam nas umiłował (1 J 4,10).
Bóg   najbardziej   potrzebuje   z   naszej   strony   tego   pierwszego   aktu   wiary.   On   jest   podstawą 
wszystkich dalszych kroków. Mamy uwierzyć, że jesteśmy kochani, pozwolić się kochać. W 
naszym ubóstwie, tacy jacy jesteśmy, nie zważając na własne cnoty czy zasługi. Jeżeli na tym 
opiera się nasz stosunek do Boga - jest on prawdziwy. Jeśli nie - zawsze będzie zniekształcony 
faryzeizmem i w gruncie rzeczy nie Bóg będzie w nim zajmował pierwsze miejsce, lecz my 
sami, nasze działanie, nasza wartość czy jeszcze coś innego.
Taki punkt widzenia jest trudny, gdyż wyklucza skupienie się na własnej osobie, ale prowadzi 
do wyzwolenia. Bóg nie oczekuje w pierwszej kolejności naszych dzieł, czynionego przez nas 
dobra.   Jesteśmy   „sługami   bezużytecznymi".   „Bóg   nie   potrzebuje   naszych   dzieł.   Bóg   jest 
spragniony   miłości"   -   mówi   Teresa   od   Dzieciątka   Jezus.   Najbardziej   chce,   żebyśmy   się 
otworzyli   i   pozwolili   kochać,   wierzyli   w   Jego   miłość.   To   zawsze   możemy   czynić. 
Kontemplacja  właśnie  na tym polega. Trwać  w obecności  Boga, pozwolić  Mu się  kochać. 
Odpowiedź naszej miłości przychodzi albo w czasie modlitwy, albo później. Jeśli pozwolimy 
się kochać, Bóg sam będzie czynił w nas dobro i pozwoli nam wypełnić dobre czyny, które z 
góry przygotował, abyśmy je pełnili (por. Ef 2,10).
Z   zasady   pierwszeństwa   miłości   wynika,   że   powinna   ona   kierować   wszystkim,   czym 
zajmujemy się w czasie modlitwy wewnętrznej. Powinniśmy robić to, co roznieca i umacnia 
miłość. Pozostaje to jedynym kryterium, pozwalającym określić, czy coś jest dobre czy złe w 
kontemplacji. Dobre jest wszystko, co prowadzi do miłości. Do prawdziwej miłości oczywiście, 
nie tylko uczuciowej... (mimo że żywe uczucia są ważne, gdy Bóg nam ich udziela...).
Naszą własną aktywność powinny tworzyć rozważania, akty strzeliste, myśli, które umacniają 
miłość Boga, pozwalają nam Go poznawać, wzrastać w ufności do Niego, pobudzają pragnienie 
całkowitego oddania się, należenia do Niego, służenia Mu wiernie jako naszemu jedynemu 
Panu. Wszystko to, co umacnia miłość Boga jest dobrym tematem rozważania.

1. Dążenie do prostoty

Konsekwencje tego, co przed chwilą powiedzieliśmy, są następujące: musimy uważać, żeby nie 
„przegadać" modlitwy, nie mnożyć niepotrzebnie słów ani rozważań, w których więcej byłoby 
chęci przeżywania „wzlotów" niż prawdziwego nawrócenia serca. Czemu służyłyby wzniosłe i 
ciekawe   myśli   na   temat   tajemnic   wiary,   nieustannie   nowe   tematy   rozważań,   obejmujące 
wszystkie prawdy teologiczne i coraz to nowe fragmenty Pisma Świętego, jeśli nie wychodzili-
byśmy z modlitwy bardziej gotowi oddać się Bogu i zaprzeć samego siebie z miłości do Niego? 

background image

„Kochać - mówi Teresa od Dzieciątka Jezus - to oddać wszystko, co posiadamy i jeszcze siebie 
samego".   Choćby   nawet   codzienna   kontemplacja   zawierała   tylko   tę   jedną   myśl,   do   której 
nieustannie bym powracał: otwierać serce, żeby było zdolne całkowicie oddać się Panu, stale 
umacniać się w pragnieniu służenia Mu - taka modlitwa byłaby skromna, ale o ileż bardziej 
wartościowa!
Pozostając nadal przy tym temacie, przypomnijmy jedno zdarzenie z życia Teresy z Lisieux. 
Niedługo przed śmiercią, gdy Teresa leżała bardzo chora, do pokoju weszła jej siostra (Matka 
Agnieszka) i spytała ją: „O czym myślisz?" „O niczym nie myślę,  nie mogę  myśleć,  zbyt 
mocno cierpię, modlę się". „I co mówisz Jezusowi?" Teresa odpowiada: „Nic Mu nie mówię, 
kocham Go".
Oto najuboższa i najgłębsza modlitwa. Prosty akt miłości, bez słów. Powinniśmy dążyć do 
prostoty. Przy końcu drogi nasza kontemplacja nie powinna być niczym więcej: nie słowami, 
rozważaniami, wielością powtarzanych co chwilę aktów, lecz jednym prostym aktem miłości. 
Żeby  dojść  do  takiej  prostoty,  potrzeba  jednak  dużo  czasu  i  głębokiej  pracy  łaski.   Grzech 
uczynił nas tak skomplikowanymi, tak rozproszonymi... Zapamiętajmy to: wartość modlitwy 
nie leży w bogactwie myśli i przeżyć - wprost przeciwnie, im bardziej przybliża się do prostego 
aktu miłości, tym więcej jest warta. Zwykle im bardziej nasze życie duchowe się pogłębia, tym 
staje się prostsze. Powrócimy do tego, mówiąc o ewolucji modlitwy wewnętrznej.
Zanim zakończymy ten temat, chcielibyśmy ostrzec przed pewnego rodzaju pokusą, która może 
pojawić się w czasie kontemplacji. Zdarza się czasem, gdy się modlimy, że w naszym umyśle 
powstają myśli, które zadziwiają nas swoją głębią i pięknem -rodzaj iluminacji. Mogą dotyczyć 
Boga, albo naszego życia, wspaniałych perspektyw, jakie się przed nami rysują... Ten typ myśli 
czy też olśnień (które w danej chwili mogą się nam wydawać genialne!) często stanowi pułapkę 
i trzeba się mieć wobec nich na baczności. Oczywiście, nieraz w czasie modlitwy Bóg daje nam 
głębokie myśli i inspiracje. Ale trzeba wiedzieć, że niektóre nachodzące nas myśli mogą być 
Pokusami. Idąc za nimi oddalamy się od uboższej, ale Prawdziwszej obecności Boga. Myśli te 
wciągają nas, unoszą i często kończy się na tym, że większą uwagę zwracamy na nie, niż na 
samego   Boga.   Po   skończonej   modlitwie   nagle   zdajemy   sobie   sprawę,   że   wszystko   się 
rozproszyło i niewiele z tego zostało...

Rozdział 5

Bóg daje siebie za pośrednictwem człowieczeństwa Jezusa

Po omówieniu pierwszeństwa działania Bożego i pierwszeństwa miłości, przyjrzyjmy się teraz 
trzeciej podstawowej zasadzie, która wyróżnia kontemplację chrześcijańską: Boga spotykamy 
w człowieczeństwie Jezusa.
Modlitwa wewnętrzna służy wejściu w komunię z Bogiem. Ale nikt nie zna Boga. W jakiż więc 
sposób,   dzięki   jakiemu   pośrednictwu   możemy   Go   spotkać?   Istnieje   tylko   jeden   jedyny 
pośrednik - Jezus Chrystus - prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek. Człowieczeństwo Jezusa, 
Syna Bożego, jest naszym pośrednictwem, naszym punktem oparcia. Dzięki niemu wiemy z 
całą pewnością, że Boga można spotkać i z Nim się zjednoczyć. Święty Paweł mówi: W Nim 
bowiem mieszka cała Pełnia: Bóstwo, na sposób ciała (Kol 2,9). Człowieczeństwo Jezusa jest 
tym pierwszym sakramentem, dzięki któremu Bóstwo staje się dostępne ludziom.
Jesteśmy   istotami   cielesnymi,   w   kontakcie   z   rzeczywistością   duchową   potrzebujemy 
odczuwalnych znaków. Bóg wie o tym i to właśnie tłumaczy tajemnicę Wcielenia. Chcemy 
dotknąć, poczuć, zobaczyć. Konkretne, dostępne dla naszych zmysłów człowieczeństwo Jezusa 
jest wyrazem uległości Boga. Bóg wie, z czego zostaliśmy utworzeni. Wie, jaką możemy dojść 
do Niego, dotknąć Go naszymi dłońmi. Duchowe stało się cielesnym. Jezus jest dla nas drogą 
do Ojca. Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca - odpowiada Jezus na prośbę Filipa: Panie, 
pokaż nam Ojca, a to nam wystarczy (J 14,8-9).

background image

Wcielenie to wielka, niezgłębiona tajemnica. Człowieczeństwo Jezusa we wszystkich swych 
aspektach, nawet tych najpokorniejszych, wyglądających na drugorzędne, stanowi dla nas jakby 
niezwykłą przestrzeń komunii z Bogiem.  Każdy jego ślad, nawet najmniejszy  i najbardziej 
ukryty, każde Jego słowo, każdy czyn i gest, wszystkie etapy Jego życia, od poczęcia w łonie 
Maryi aż po Wniebowstąpienie wprowadzają nas, jeśli przyjmujemy je z wiarą, w komunię z 
Ojcem. Kontemplując człowieczeństwo Jezusa tak, jak kontempluje się bliski sercu krajobraz, 
jak książkę napisaną specjalnie dla nas, przyjmując je w wierze i w miłości, nieustannie głębiej 
wchodzimy w komunię z niepoznawalnym i niezgłębionym Bogiem.
Dlatego chrześcijańska kontemplacja zawsze będzie w samych swych podstawach opierać się 
na   kontakcie   z   człowieczeństwem   Zbawiciela1.   Różne   formy   chrześcijańskiej   modlitwy 
wewnętrznej   (dalej   podamy   ich   przykłady)   znajdują   swe   teologiczne   wytłumaczenie   jako 
szukanie komunii z Bogiem za Pośrednictwem któregoś z aspektów człowieczeństwa Jezusa. 
Ponieważ człowieczeństwo Jezusa jest sakramentem, skutecznym znakiem więzi człowieka z 
Bogiem, wystarczy wejść z nim w wierze w kontakt, żeby znaleźć z Bogiem więź. Berulle 
pięknie mówi o tym, w jaki sposób tajemnice życia Jezusa przeżyte w czasie, pozostają dla 
kontemplatyka tajemnicami żywymi i ożywiającymi:
„Trwanie   tych   tajemnic   tak   należy   rozumieć:   zostały   przeżyte   w   pewnych   warunkach,   ale 
trwają i są wiecznie obecne w inny sposób. Przeminęły, jeśli chodzi o ich dokonanie w czasie, 
ale nadal obecna jest ich wartość i wartość ich nigdy nie przeminie, podobnie jak nigdy nie 
przeminie miłość, z jaką zostały dokonane. Trwa więc ich duch, stan, treść tajemnicy... Każe 
nam to traktować tajemnice życia Jezusa nie jako coś, co przeminęło i zgasło, lecz jako coś 
żywego i obecnego, do czego my również teraz i na całą wieczność mamy dostęp".
Odnosi się to na przykład do dzieciństwa Jezusa: „Dzieciństwo Syna Bożego to stan, który 
minął. Przeminęły już okoliczności owego dzieciństwa, nie ma już dziecka, ale istnieje Boska 
tajemnica,  która  trwa   w  niebie  i  działa  poprzez  łaskę   w  duszach   ludzi  żyjących  na  ziemi, 
którym Jezus Chrystus chce dać przystęp do tego pierwszego, pokornego stanu swojego życia".
Istnieją   tysiące   sposobów,   żeby   wejść   w   kontakt   z   człowieczeństwem   Jezusa.   Można 
kontemplować Jego gesty i czyny, medytować Jego słowa, każde zdarzenie Jego ziemskiego 
życia, przechowywać je w pamięci. Można patrzeć na Jego oblicze w ikonie, adorować Jego 
ciało w Eucharystii, z miłością wymawiać Jego imię i nosić je w sercu... Wszystko to tworzy 
modlitwę, pod warunkiem jedynie, że nie kieruje nami intelektualna ciekawość, lecz miłość: 
Szukałam umiłowanego mej duszy (Pnp 3,1).
Tym, co pozwala nam wejść w kontakt z człowieczeństwem Jezusa, a poprzez nie w prawdziwą 
komunię z niezgłębioną tajemnicą Boga, nie jest intelektualna spekulacja, lecz wiara. Wiara 
jako cnota teologalna, to znaczy wiara płynąca z miłości. Jedynie ona, święty Jan od Krzyża 
podkreśla to bardzo mocno, ma moc i siłę konieczną, żeby wprowadzić nas w rzeczywiste 
działanie tajemnicy Boga za pośrednictwem osoby Chrystusa. Tylko ona jedna pozwoli nam 
dojść do głębi poznania Boga. Wiara, która jest przylgnięciem do osoby Chrystusa. Bóg udziela 
nam Siebie w Nim.
Dlatego, jak powiedzieliśmy, uprzywilejowany sposób chrześcijańskiej modlitwy wewnętrznej 
polega na komunii z Jego człowieczeństwem.  Myślą, spojrzeniem,  wolą i innymi drogami, 
którym odpowiadają różne, jak można je nazwać, „metody modlitwy".
Klasycznym sposobem rozpoczynania modlitwy, przynajmniej na Zachodzie, jest postępowanie 
według takiej na przykład rady świętej Teresy z Avila: staraj się żyć w towarzystwie Jezusa, 
przestawaj z Nim jak z Przyjacielem, rozmawiaj z Nim, słuchaj...
 "[Dusza] może stawiać siebie w obecności Chrystusa, jakby Go widziała na oczy i przyuczać 
się woli do coraz gorętszego rozmiłowania się w świętym Człowieczeństwie Jego, i trzymać się 
ustawicznie towarzystwa Jego;
z Nim rozmawiać i prosić Go Pomoc w potrzebach swoich, cieszyć się z Nim w pociechach 
swoich, by snadź dla tych pociech  o  Nim nie zapomniała; a w tych swoich z Nim rozmowach 
niech się nie wysila na sztucznie ułożone modlitwy, ale w prostych słowach niech Mu mówi, co 
czuje, czego pragnie, czego potrzebuje. Jest  to doskonały sposób do wysokiego w krótkim 

background image

czasie   postępu,   i kto   usilnie   się   stara   o   to,   aby   zawsze   pozostawał   w   tym   najdroższym 
towarzystwie,   korzystał   z   niego,   ile   zdoła   i   naprawdę   umiłował   tego   Pana,   któremu   tyle 
zawdzięczamy, ten, moim zdaniem, daleko już postąpił"2 
Powrócimy jeszcze do tematu i podamy dalsze przykłady.

Rozdział 6

Bóg mieszka w naszym sercu

Chcielibyśmy się teraz skupić na czwartej zasadzie teologicznej, która może być niezwykle 
pomocna w modlitwie wewnętrznej. Chcemy wejść poprzez nią w Bożą obecność. Bóg jest 
obecny na wiele sposobów, wyjaśnia to wielość form modlitwy. Można kontemplować Go w 
stworzeniu, adorować w Eucharystii, medytować Jego obecność w słowach Pisma Świętego itd.
Ale istnieje jeszcze jeden rodzaj obecności Bożej i dla modlitwy wewnętrznej ma on kapitalne 
znaczenie: obecność Boga w naszym sercu.
Tak samo jak inne rodzaje obecności, obecność Boga wewnątrz nas nie jest przede wszystkim 
przedmiotem doświadczenia (może się nim stać z czasem, przynajmniej w chwilach łaski...), ale 
przedmiotem   wiary.   Niezależnie   od   tego,   czy   ją   odczuwamy,   czy   też   nie,   wiemy   z   całą 
pewnością wiary, że Bóg mieszka w głębi serca każdego człowieka. Czyż nie wiecie, że ciało 
wasze   jest   świątynią   Ducha   Świętego?   (1   Kor   6,19).   Święta   Teresa   z   Avila   opowiada,   że 
zrozumienie tej prawdy teologicznej było faktem, który całkowicie przemienił jej modlitwę:
,,Gdybym wówczas była znała tę prawdę, tak jak dzisiaj ją znam, że w tym maluczkim pałacu 
duszy mojej tak 
wielki mieszka Król, snadź nie byłabym Go często zostawiała samego, byłabym choć niekiedy 
dotrzymywała Mu towarzystwa, a szczególnie byłabym pilniej starała się o to, aby ten pałac 
Jego nie był tak zaśmiecony. Jakiż to dziw niepojęty, że Ten, którego wielkości tysiące światów 
nie ogarnie, zamyka się w takim ciasnym przybytku, jakim jest dusza nasza! Ale i w tym 
zamknięciu jest wolny, bo będąc Panem wszechwładnym, wszędzie jest niezależny, tylko że dla 
takiej wielkiej miłości, jaką nas miłuje, przystosowuje się do miary naszej" 1.
Wewnętrzne skupienie, zejście w głąb siebie - cały ten aspekt kontemplacji właśnie tutaj ma 
swoje   źródło.   Inaczej   bowiem   skupienie   byłoby   tylko   skupieniem   na   sobie   samym. 
Chrześcijańskie „schodzenie w głąb siebie" ma sens, ponieważ w swym najtajniejszym wnętrzu 
odnajdujemy  Boga „bliższego  nam niż my  sami"  - według słów świętego  Augustyna. Bóg 
mieszka w nas, dzięki łasce Ducha Świętego. „Najgłębsze centrum duszy - mówi Jan od Krzyża 
- to Bóg".
Ta prawda stanowi  podstawę tej formy  modlitwy  wewnętrznej, jaką jest „modlitwa serca". 
Schodząc z wiarą w głąb własnego serca, człowiek odnajduje mieszkającego tam Boga. W 
kontemplacji szukamy Boga, będącego „zupełnie Innym", szukamy Go na zewnątrz, jakby poza 
nami. Ale jest też w chrześcijańskiej modlitwie miejsce dla tego ruchu, który kieruje nas ku 
wnętrzu, w głąb własnego serca, żeby spotykać tam Jezusa niezwykle bliskiego, niezwykle w 
ten sposób dostępnego.
Któż dla nas wstąpi do nieba i przyniesie nam [Słowo] (...). Któż dla nas uda się za morze (...). 
Słowo to bowiem jest bardzo blisko ciebie: w twych ustach i na twoim sercu (Pwt 30,12-14).
„Czy   mały   to   będzie,   sądzicie   dla   duszy   roztargnionej  pożytek,   gdy   zrozumie   tę   prawdę   i 
przekona się, że na to, aby mogła rozmawiać z Boskim Ojcem swoim cieszyć się obecnością 
Jego, nie ma potrzeby wzlatywać aż do nieba ani modlić się głośno? On bowiem tak blisko jest, 
że i bez głosu ją usłyszy; nie potrzeba jej skrzydeł, aby latała szukając Go, ale dość jej udać się 
na samotność i patrzeć, i oglądać Go obecnego we własnym jej wnętrzu. I nie oddalając się od 
tego Gościa tak drogiego, z pokorą najgłębszą mówić do Niego jak do Ojca, prosić Go jak Ojca 
i cieszyć się Nim jak Ojcem, czując i uznając siebie niegodną zwać się córką Jego"2.
Gdy nie wiemy, w jaki sposób się modlić, spróbujmy po prostu skupić się, wyciszyć, wejść do 
własnego serca, zejść w głąb i przez wiarę spotkać mieszkającego tam Jezusa. Spróbujmy z 

background image

Nim pozostać. Nie zostawiajmy Go samego, bądźmy z Nim najczęściej, jak tylko możemy. 
Jeśli   wytrwamy   w   takim   ćwiczeniu,   wkrótce   odkryjemy   rzeczywistość,   którą   chrześcijanie 
Wschodu nazywają „miejscem serca"; „wewnętrzną celą", by użyć języka świętej Katarzyny ze 
Sieny, owo centrum osoby, które Bóg ustanowił, żeby się w nim z nami spotykać. Zawsze 
możemy  Go tam zastać. Ta wewnętrzna przestrzeń komunii naprawdę istnieje, została nam 
dana, ale ogromna większość ludzi nawet tego nie podejrzewa. Nigdy tam nie byli, nigdy nie 
zeszli do tego ogrodu, nie próbowali jego owoców. Ci, którzy odkryli Królestwo Boże we włas-
nym wnętrzu należą do szczęśliwych, ich życie będzie od tej pory inne.
To prawda, że serce człowieka jest przepaścią nędzy i grzechu. Ale na samym jej dnie mieszka 
Bóg. Święta Teresa z Avila posługuje się obrazem, w którym porównuje człowieka oddającego 
się modlitwie do kogoś, kto czerpie wodę ze studni. Zarzuca wiadro i początkowo wydobywa 
jedynie szlam. Ale jeśli nie straci zaufania i wytrwa, któregoś dnia dobędzie najczystszą wodę. 
Znajdzie ją w swoim własnym sercu. Jeśli ktoś jest spragniony, a wierzy we Mnie - niech 
przyjdzie i pije! Jak rzekło Pismo: Strumienie wody żywej popłyną z jego wnętrza (J 7,37-38).
Stanie   się   to   w   naszym   życiu   czymś   bardzo   ważnym.   Jeśli   dzięki   modlitwie   wewnętrznej 
odkryjemy  owo „miejsce  serca",  nasze  myśli,  wybory  i działanie, które  często  pochodzą z 
bardzo   powierzchownej   strefy   osobowości   (niepokoju,   zdenerwowania,   przyzwyczajeń...), 
zaczną   pomału   wypływać   z   tego   głębokiego   centrum   duszy,   gdzie   jesteśmy   zjednoczeni   z 
Bogiem. Poznamy nowy sposób bycia; dzięki temu, że wszystko zacznie pochodzić z jednego 
źródła, staniemy się wolni.
Omówiliśmy  więc cztery główne zasady, które powinny kierować nami w czasie modlitwy 
wewnętrznej: pierwszeństwo działania łaski, pierwszeństwo miłości, człowieczeństwo Jezusa 
jako przestrzeń komunii z Bogiem i wreszcie mieszkanie Boga w naszych sercach. Zasady te 
powinny służyć jako stałe punkty odniesienia.
Ale, tak jak to już zapowiadaliśmy, żeby zrozumieć istotę modlitwy, musimy zdawać sobie 
sprawę z jej ewolucji, z istnienia w życiu duchowym określonych etapów. Przejdziemy teraz do 
tego właśnie tematu.

CZĘŚĆ TRZECIA

Etapy modlitwy wewnętrznej

Rozdział 1

Droga od rozumu do serca

Modlitwa wewnętrzna nie jest rzeczywistością statyczną. Rozpoczyna się i przechodzi kolejne 
etapy (nie zawsze zresztą biegnące po linii prostej, występują w niej skoki i powroty).
Autorzy piszący o kontemplacji mają zwyczaj wyróżniać poszczególne etapy rozwoju modlitwy 
na drodze do zjednoczenia duszy z Bogiem. Różnie je nazywają i klasyfikują. Święta Teresa z 
Avila będzie mówić o siedmiu „mieszkaniach", kto inny wyróżni trzy okresy (oczyszczenie, 
oświecenie, zjednoczenie). Jeszcze inni autorzy przyjmują następującą kolejność: medytacja, 
modlitwa uczuć, kontemplacja prostego „spojrzenia", modlitwa ukojenia, uśpienie władz, po-
rwanie, ekstaza.
Nie chcemy zagłębiać się w szczegółowe rozróżnienia etapów kontemplacji, łask mistycznych 
(są one znacznie częstsze niż może się to wydawać większości ludzi) i napotykanych pokus. 
Odsyłamy do bardziej kompetentnych autorów. Tym, do których kierujemy tę książkę, raczej 
nie będzie to potrzebne. Dodajmy tylko, że podobnych schematów opisujących drogę modlitwy 
nigdy nie należy traktować zbyt dosłownie. Nie są one żadną obowiązującą regułą zwłaszcza w 
naszych czasach. Boska Mądrość wydaje się znajdować przyjemność w burzeniu klasycznych 
praw, które miały kierować życiem duchowym. To powiedziawszy, musimy jednak określić, na 
czym polega, naszym zdaniem, owa ewolucja, owa podstawowa przemiana, która dokonuje się 

background image

w trakcie modlitwy wewnętrznej. Wszystkie dalsze zmiany są tylko jej pochodnymi. Wstępnie 
już zresztą o tym mówiliśmy.
Ewolucja   ta   ma   różne   nazwy,   zależnie   od   duchowej   tradycji,   z   jakiej   się   wywodzi.   Sądzę 
jednak, że odnajdujemy ją wszędzie, nawet gdy proponowane drogi bardzo różnią się od siebie. 
Na   Zachodzie,   na   przykład,   zwyczajowo  rozpoczyna   się   (a  raczej   rozpoczynało,   gdyż  dziś 
przystępuje się do modlitwy w bardzo różny sposób) od medytacji, a następnie mówi się o 
przechodzeniu od medytacji do kontemplacji. Święty Jan od Krzyża obszernie opisuje właśnie 
ten przejściowy etap i kryteria, które pozwalają go rozpoznać.
Wschodnia tradycja modlitwy Jezusa (nazywanej też modlitwą serca) została u nas ostatnio 
spopularyzowana   dzięki   książce   Recit   d'un   pelerin   russe   (Opowieści   pielgrzyma   -   przyp. 
tłum.)11.   Wychodzi   ona   od   nieustannego   powtarzania   krótkiej   formuły   zawierającej   imię 
Jezus2, co prowadzi po jakimś czasie do zejścia modlitwy z „głowy" w głąb serca.
W istocie chodzi o ten sam fenomen, tę samą przemianę. Można ją opisywać również jako 
coraz większą prostotę modlitwy, jako przejście od modlitwy „aktywnej" do coraz bardziej 
„biernej".   U   różnych   osób,   zależnie   od   ich   duchowej   drogi,   może   się   to   różnie   wyrażać   i 
przybierać różne formy.
Na czym polega ta przemiana? Jest ona darem, którego Bóg udziela temu, kto Go wytrwale 
oczekuje, darem, którym jest wyłącznie łaska i w żaden sposób nie może zostać „osiągnięty", 
mimo   że   wierność   odgrywa   tutaj   ogromną   rolę,   przyspiesza   i  ułatwia   przyjęcie   tego   daru. 
Czasem można go otrzymać bardzo szybko, zaledwie po kilku latach modlitwy, a czasem nigdy 
nie być gotowym na jego przyjęcie. Zostaje dany w taki sposób, że początkowo prawie się go 
nie zauważa. Pojawia się stopniowo, czasami znika. Charakteryzuje go to, że pozwala przejść 
od modlitwy, w której dominowała ludzka aktywność - powtarzanie jakiejś formuły, jak w 
przypadku modlitwy Jezusa; dyskursywna praca umysłu w medytacji, gdy wybieramy jakiś 
temat   i   tekst   i   posługujemy   się   wyobraźnią,   angażujemy   uczucia,   wyciągamy   z   rozważań 
wnioski   -   do   modlitwy,   w   której   dominujące   staje   się   działanie   Boga,   a   duszy   pozostaje 
poddawanie się temu działaniu, trwanie w postawie prostoty, oddania, spokojnego, miłosnego 
skupienia.
W modlitwie Jezusa doświadcza się tego, że w pewnym momencie zaczyna ona sama płynąć z 
serca, wprowadzając całą osobę w stan pokoju, ukojenia i miłości. W medytacji wejście w ten 
nowy etap przeważnie poprzedza oschłość, niezdolność rozmyślania, pragnienie, żeby nic nie 
robić, tylko trwać tak przed Bogiem. To „nic nie robić" nie oznacza inercji ani duchowego 
lenistwa, lecz miłosne oddanie.
     Zmianę tę należy przyjąć jako wielką łaskę, nawet jeśli tych, którzy przyzwyczaili się dużo 
Panu mówić czy też medytować i znajdować w tym zadowolenie, łaska ta początkowo zbija z 
tropu. Dusza odnosi wrażenie, że się cofa, że przestała się modlić. Nie może już się modlić w 
taki sposób, do jakiego jest przyzwyczajona, posługując się inteligencją, wyobraźnią, opierając 
na uczuciach.
Święty Jan od Krzyża bardzo mocno zwracał na to uwagę. Czasem nawet zmuszony był karcić 
takich kierowników duchowych, którzy nic z tego nie rozumieli 3. Przekonywał dusze, które 
dostępują   tej   łaski,   żeby   z   radością   ją   przyjęły.   Tłumaczył,   że   to   zubożenie   staje   się   ich 
prawdziwym bogactwem, i żeby nie starały się za wszelką cenę wracać do medytacji. Mają 
zapomnieć   o   sobie,   zadowolić   się   trwaniem   przed   Bogiem   w   prostocie,   w   spokojnym, 
miłosnym oczekiwaniu.

1. Zubożenie staje się bogactwem ?

Dlaczego przejście do tego nowego etapu stanowi tak wielką łaskę?
Powód jest bardzo ważny, a jednocześnie bardzo prosty i święty Jan od Krzyża dobrze go 
wyjaśnia.   Wszystko,   co   możemy   objąć   umysłem   -   to   nie   jest   jeszcze   Bóg   -   wszystko   co 
możemy wyobrazić sobie lub odczuć - to nie jest jeszcze Bóg! Bóg jest nieskończenie większy 
niż to wszystko, jest nieskończenie różny od jakiegokolwiek obrazu, jaki moglibyśmy sobie 

background image

stworzyć naszym sposobem rozumowania czy odczuwania. Natomiast nie jest „większy" niż 
wiara,   nie   jest   „ponad"   miłością.   Wiara   pozostaje   jedynym   dostępnym   środkiem   zdolnym 
połączyć  nas  z  Bogiem,   uczy   doktor  Kościoła.  To  znaczy  jedynym aktem,   dzięki  któremu 
mamy  kontakt z rzeczywistą, realną obecnością Boga. Wiara, rozumiana jako prosty, pełen 
miłości ruch przylgnięcia do Boga, który objawia i udziela Siebie w Jezusie.
Być może, żeby dojść do Boga, trzeba na początku posługiwać się w modlitwie rozmyślaniem, 
refleksją, wyobraźnią, odczuwaniem. Jak długo jest nam z tym dobrze, pomaga nam to, służy 
nawróceniu,   umacnia   wiarę   i   miłość,   należy   się   tym   wszystkim  posługiwać.   Ale   środkami 
opartymi na naszej własnej aktywności nie możemy dojść do istoty Boga, ponieważ On jest 
nieskończenie ponad naszą inteligencją i naszymi uczuciami. Jedyna tylko wiara, pobudzana 
przez miłość, daje dostęp do samego Boga. Ale wiara ta może wyrazić się w pełni za cenę 
oderwania od tego, co odczuwalne. Dlatego w pewnych okresach Bóg wyraźnie się wycofuje, w 
taki sposób, żeby pozostała tylko wiara, a inne władze były jakby niezdolne do działania.
Wówczas, gdy dusza nic już nie myśli, nie opiera się już na wyobrażeniach, nie odczuwa nic 
szczególnego, ale trwa po prostu w postawie miłosnego oczekiwania, nawet jeśli ta dusza nic 
nie zauważa,  ma  wrażenie, że nic nie robi i że nic się nie dzieje, w tym właśnie  ukryciu 
dochodzi   do   znacznie   głębszego,   znacznie   bardziej   substancjalnego   kontaktu   i   spotkania   z 
Bogiem.
      Modlitwa wewnętrzna przestaje być dziełem człowieka, który mówi coś do Boga, posługuje 
się inteligencją i   innymi   swoimi   władzami,   a staje się pewnego rodzaju, bardzo głębokim 
„wylaniem" miłości, czasami odczuwalnym, zaś innym razem nie. Bóg
i dusza spotykają się z sobą. Na tym, według świętego Jana od Krzyża, polega kontemplacja - 
jest ona „wlanym", ukrytym, pełnym pokoju i miłości kontaktem z samym Bogiem.
W ruchu, który staje się niemal bezruchem dzięki działaniu Ducha Świętego w duszy, istota 
Boga jakby w nią przepływa, a dusza cała zanurza się w Bogu.
Nie   sposób   oddać   tego   słowami.   A   jednak   wiele   osób   doświadcza   tego   w   modlitwie 
wewnętrznej, choć często nie w pełni świadomie. Tak jak Jourdain nie wiedział, że tworzy 
prozę, tak wiele prostych osób nie zdaje sobie sprawy z głębi własnej modlitwy i z tego, że są 
kontemplatykami. Tak jest zresztą niewątpliwie lepiej.
Niezależnie   od   punktu   wyjścia   modlitwy   wewnętrznej,   a   jak   już   mówiliśmy   może   on   być 
bardzo różny, Pan wiele osób pragnie doprowadzić do tego kresu czy też choćby do tego etapu 
przejściowego.   Dalej   istnieje   jeszcze   wiele   wyższych   stopni,   na   które   Duch   Święty   może 
człowieka wprowadzić, wiele łask, których nie będziemy tutaj omawiać.
Ogromnie ciekawy jest fakt, że w tradycjach tak od siebie odległych jak „modlitwa Jezusa" i 
tej, której przedstawicielem jest święty Jan od Krzyża - choć proponuje się tak różne drogi - 
gdy   chodzi   o   opisy   łask   kontemplacji,   do   której   te   drogi   prowadzą,   spotyka   się   niemal 
identyczne   wyrażenia.   Gdy   święty   Jan   od   Krzyża   opisuje   kontemplację,   na   przykład,   jako 
„słodki oddech miłości" 4, wydaje nam się, że mamy do czynienia z językiem Filokalii5.

Rozdział 2

Rana serca

Podamy teraz kilka uwag, które będą podsumowaniem tego, co powiedzieliśmy w poprzednich 
rozdziałach: pierwszeństwo miłości, kontemplacja, modlitwa serca, człowieczeństwo Jezusa...
Doświadczenie   pokazuje,   że   aby   naprawdę   wejść   w   głąb   modlitwy,   trzeba   zostać 
wprowadzonym w stan bierności, w którym Bóg i dusza spotykają się w ukryciu, trzeba też, 
żeby   nasze   serce   zostało   zranione...   Zranione   miłością   Boga,   zranione   pragnieniem 
Ukochanego. Modlitwa może naprawdę zejść w głąb i tam pozostać jedynie za cenę takiego 
zranienia. Bóg musi nas dotknąć na poziomie na tyle głębokim, żebyśmy całą naszą istotą nie 
mogli   już   się   bez   Niego   obejść.   Bez   tej   rany   miłości   nasza   modlitwa   pozostanie   jedynie 

background image

intelektualnym albo pobożnym ćwiczeniem, nigdy nie stanie się głęboką komunią z Tym, kto 
pozwoli, żeby Jego serce zostało przebite, zranione z miłości do nas.
Mówiliśmy   o   człowieczeństwie   Jezusa   jako   pośrednictwie   pomiędzy   nami   a   Bogiem. 
Najważniejszym miejscem ludzkiego ciała Jezusa jest Jego zranione serce. Zostało ono otwarte, 
żeby Boska miłość mogła wypłynąć, żebyśmy dzięki temu mieli bezpośredni dostęp do Boga. 
Nie możemy czerpać ze rojów Jego miłości, jeśli nasze serce nie zostało otwarte podobną raną. 
Dopiero wówczas może naprawdę dojść do spotkania w miłości, co stanowi przecież jedyny cel 
kontemplacji. Wtedy staje się ona tym, czym powinna być: trwaniem serca w Sercu.
Ranę, z której wypływa w nas miłość, możemy odczuwać w różny sposób: jako pragnienie, 
niespokojne poszukiwanie Ukochanego, żal i ból z powodu grzechu, jako agonię nieobecności. 
Może z niej płynąć zalewająca duszę błogość, niewyrażalne szczęście, ale może też być ogniem 
pełnym żaru i bólu. Uczyni z nas istoty na zawsze naznaczone przez Boga, nieznajdujące w 
życiu innego zadowolenia niż życie w Nim.
Pan, objawiając się nam, chce nas oczywiście uzdrawiać. Uzdrawiać z naszego rozgoryczenia, 
błędów, prawdziwego lub fałszywego poczucia winy, z tego, co w nas zatwardziałe... Wiemy o 
tym i mamy  nadzieję, że wszystko to uzdrowi. Ale powinniśmy  zrozumieć,  że w pewnym 
sensie bardziej zależy Mu na tym, żeby nas zranić niż uzdrowić. Raniąc nas coraz głębiej, 
przygotowuje nasze prawdziwe uzdrowienie. Niezależnie od tego, jaką postawę Bóg obiera 
względem nas, czy wydaje się niezwykle bliski czy też bardzo daleki, czuły czy też obojętny (w 
modlitwie wewnętrznej możliwe są wszystkie te zmiany), Jego cel jest zawsze taki sam: zranić 
nas głębiej miłością.
W  Traktacie   o  Miłości   Bożej   Franciszka   Salezego   znajduje  się   piękny   rozdział,  w   którym 
święty ukazuje, jak Bóg na różne sposoby zbliża się, żeby zranić duszę miłością. Gdy wydaje 
się, że Bóg nas opuścił, zostawił nas samych z naszymi problemami, w oschłości, czyni to po 
to, by żywiej nas dotknąć.
„Biedna dusza, raczej gotowa jest zginąć niż obrazić Boga, nie odczuwa pomimo to żaru, a 
wręcz przeciwnie - niezwykłą oschłość, która powoduje, że cała jest jakby odrętwiała i od czasu 
do czasu popada w bardzo wyraźne błędy. Taka dusza zostaje bardzo głęboko zraniona. Wydaje 
jej się, że Bóg nie widzi, jak bardzo Go kocha, skoro porzuca ją jak stworzenie, które do Niego 
nie   należy.   W   swoich   strapieniach,   rozproszeniu   i   oschłości   sądzi,   że   Pan   kieruje   do   niej 
wymówkę: «Jak możesz mówić, że Mnie kochasz, skoro twoja dusza jest daleko ode Mnie?» Te 
słowa ranią jej serce jak strzała, ale ten ból pochodzi z miłości; gdyby nie kochała, nie byłaby 
tak zgnębiona na samą myśl o braku miłości".
Bóg mocniej nas nieraz rani, pozostawiając w ubóstwie, niż uzdrawiając!
Mniej   zależy   Mu   na   tym,   żebyśmy   byli   doskonali,   a   bardziej,   żeby   nas   z   Sobą   związać. 
Doskonałość (przynajmniej według naszych wyobrażeń...) uczyniłaby nas samowystarczalnymi 
i niezależnymi, podczas gdy zranienie sprawia, że jesteśmy ubodzy, a to prowadzi do komunii z 
Nim. Jedynie ta komunia się liczy. Nie to, by osiągnąć idealną doskonałość, lecz to, by nie móc 
się obejść bez Boga, być związanym z Nim nieustannie, zarówno w cnocie, jak w ubóstwie. W 
taki sposób, żeby Jego miłość bez przerwy mogła spływać na nas, żebyśmy żyli w nieustannej 
konieczności oddawania się Jemu, ponieważ to pozostaje Jedynym dla nas rozwiązaniem.
Ta prawda wyjaśnia bardzo wiele z naszego życia duchowego. Tłumaczy dlaczego Jezus nie 
uwolnił Pawła od jego ościenia dla ciała, od owego wysłannika Szatana, który go policzkował, 
lecz odpowiedział mu: Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali (por. 2 
Kor 12,7-9).
Wyjaśnia też, dlaczego mali i ubodzy, zranieni przez życie, często otrzymują łaski modlitwy 
wewnętrznej, których nie spotykamy u bogatych.

1. Modlitwa wewnętrzną - trwać z otwarta raną

Modlitwa wewnętrzna to trwanie z otwartą raną miłości, trwanie, które nie pozwala jej się 
zasklepić. Ta prawda powinna nas prowadzić i mówić nam, jaką postawę mamy przyjąć w 

background image

czasie modlitwy. Gdy czujemy, że rana może się zamknąć, że grozi nam rutyna, lenistwo, utrata 
pierwszej   miłości,   wówczas   trzeba   działać,   trzeba   się   obudzić,   obudzić   serce,   używając 
wszelkich możliwych środków: medytacji, rozmyślania. Trzeba uczynić wysiłek i posługując 
się przenośnią świętej Teresy z Avila, iść tak daleko, jak tylko możemy o własnych siłach, aby 
zaczerpnąć brakującej wody. Pan zlituje się nad nami i pozwoli nam zapłakać1. Nieraz będzie 
to   wymagać   trudu:   Wstanę,   po   mieście   chodzić   będę,   wśród   ulic   i   placów,   szukać   będę 
ukochanego mej duszy (Pnp 3,2).
Gdy serce pozostaje stale otwarte, miłość może płynąć bez przeszkód - czasem gwałtownie, a 
czasami  niezwykle łagodnie. Mówiliśmy  już, że poruszenia  Boskiej miłości  bywają niemal 
nieodczuwalne. Miłość może płynąć, ponieważ serce pozostaje obudzone, czujne: Ja śpię, lecz 
serce me czuwa (Pnp 5,2). Należy wówczas po prostu oddawać się temu przepływowi, nie 
robiąc nic innego, przyzwalając nań, lub robiąc tylko to, co w sposób naturalny sama miłość 
podpowiada nam jako odpowiedź.
Mówiliśmy już, że początek modlitwy może być bardzo różny. Wspomnieliśmy o medytacji 
oraz o modlitwie Jezusa; są to tylko przykłady. Myślę, że zwłaszcza dzisiaj, w naszym tak 
szczególnym wieku, gdy jesteśmy  tak zranieni, gdy Bóg tak bardzo się śpieszy, tradycyjny 
układ   następowania   po   sobie   kolejnych   etapów   życia   duchowego   nieraz   zostaje   zburzony. 
Bardzo często ludzie zostają zanurzeni w głęboką modlitwę wewnętrzną zupełnie nagle, bez 
żadnego przygotowania. Dzięki łasce nawrócenia, wylaniu darów Ducha Świętego w Odnowie 
Charyzmatycznej   (lub   gdzie   indziej!),   dzięki   jakiemuś   opatrznościowemu   wydarzeniu,   w 
którym Bóg do nich przemówił, otrzymują ową ranę niemal natychmiast. To, co wówczas od 
nich zależy w modlitwie, to być jej wiernym, trwać w wewnętrznym dialogu z Tym, który ich 
dotknął, pozostawić ranę otwartą, nie pozwalając, żeby się zasklepiła, gdy mocne przeżycie 
spotkania Boga nieco się oddali i zapomną o tym, co się stało, Pogrążając się pomału w rutynie, 
zapomnieniu, zwątpieniu...

Rozdział 3

Nasze serca i serce Kościoła

Kończąc tę część, chcemy powiedzieć o kościelnym wymiarze modlitwy wewnętrznej. Przede 
wszystkim   dlatego,   że   jest   to   wyjątkowo   piękna   tajemnica   i   wielu   osobom   może   pomóc 
wytrwać w kontemplacji. Poza tym nie chcemy, żeby czytelnik odniósł wrażenie - całkowicie 
mylne   -   że   tak   istotny   składnik   życia   chrześcijańskiego,   jak   jego   wymiar   eklezjalny,   jest 
nieobecny, czy też marginalny w modlitwie wewnętrznej. Wręcz przeciwnie, pomiędzy życiem 
Kościoła z jego uniwersalną misją, a tym, co rozgrywa się w samotności pomiędzy duszą a 
Bogiem,   istnieje   niezwykle   głęboki,   choć   często   niewidzialny   związek.   Nie   bez   powodu 
patronką misji ogłoszono karmelitankę, która nigdy nie wyszła poza mury klasztoru.
Więź łącząca kontemplację i misję, to, w jaki sposób kontemplacja zakorzenia nas w misterium 
Kościoła i w tajemnicy obcowania świętych, to wielki, osobny temat.
Łasce modlitwy wewnętrznej zawsze towarzyszy głębsze wejście w tajemnicę Kościoła. Bardzo 
wyraźnie   to   widać   w   tradycji   karmelitańskiej,   w   jakimś   sensie   najbardziej   przecież 
kontemplacyjnej. Karmel najmocniej poszukuje zjednoczenia z Bogiem na drodze modlitwy 
wewnętrznej,   która   może   się   wydawać   czysto   indywidualna.   A   jednocześnie   właśnie   tutaj 
spotykamy   najjaśniej   wyrażoną   więź   pomiędzy   kontemplacją   a   tajemnicą   Kościoła.   Nie 
pojmuje   się   jej   kryteriach   natychmiastowej,   dostępnej   nam   skuteczności,   lecz   w   całej   jej 
mistycznej, ukrytej przed nami głębi. Więź ta jest niezwykle prosta, ale głęboka, gdyż opiera się 
na miłości. W tym, co dzieje się pomiędzy duszą a Bogiem chodzi o miłość... W eklezjologii 
zgodnej z nauką wielkich przedstawicieli Karmelu tym, co tworzy istotę tajemnicy Kościoła 
również jest miłość. Obydwie, ta, która jednoczy duszę z Bogiem i ta, tworząca najgłębszą 
rzeczywistość Kościoła, są jednym i tym samym darem Ducha Świętego.

background image

Święta Teresa z Avila umiera ze słowami: „Jestem córką Kościoła". Zakładała swoje karmele, 
popychała   siostry   w   kierunku   kontemplacji   przede   wszystkim   w   odpowiedzi   na   potrzeby 
Kościoła swojego czasu. Była wstrząśnięta spustoszeniami, jakie niosła za sobą reformacja oraz 
opisywanymi   przez   konkwistadorów   pogańskimi   ludami,   nie   znającymi   Chrystusa.   „Świat 
płonie, nie czas zajmować się mało ważnymi drobiazgami".
Święty Jan od Krzyża twierdzi z całym przekonaniem, że bezinteresowna miłość Boga przyjęta 
w modlitwie wewnętrznej jest tym, co przynosi Kościołowi najwięcej korzyści, tym, czego on 
w   gruncie   rzeczy   najbardziej   potrzebuje:   „Akt   czystej   miłości   przynosi   Kościołowi   więcej 
pożytku niż wszystkie dzieła świata".
Najpiękniej   i   najgłębiej   opisuje   więź   pomiędzy   osobową   miłością   Boga   w   modlitwie   a 
tajemnicą Kościoła święta Teresa od Dzieciątka Jezus. Wstępuje do Karmelu, „żeby się modlić 
za kapłanów i za wielkich grzeszników". Największym przeżyciem jej życia staje się odkrycie 
własnego powołania. Pociągają ją wszystkie typy powołań, ponieważ chce kochać Jezusa aż do 
szaleństwa i służyć Mu na wszelkie możliwe sposoby. Nadmierne pragnienia stają się dla niej 
męczarnią. Odnajduje pokój dopiero, gdy Pismo Święte pozwala jej zrozumieć, że największa 
posługa, jaką może oddać Kościołowi, taka, która zawiera w sobie wszystkie inne powołania - 
to  podtrzymać   w  sobie   ogień   miłości:   „gdyby   przypadkiem  zabrakło  Miłości,   Apostołowie 
przestaliby głosić Ewangelię, Męczennicy nie chcieliby przelewać krwi. (...) W sercu Kościoła, 
mojej   Matki,   będę   Miłością...   W   ten   sposób   będę   wszystkim   i   moje   marzenie   zostanie 
spełnione!!!..."'
Żyje tą tajemnicą przede wszystkim w modlitwie wewnętrznej:
„Czuję, że im więcej ogień miłości ogarnia moje serce, tym mocniej wołać będę: «Pociągnij 
mnie», tym szybciej dusze złączone ze mną (biedną małą okruszyną niepotrzebnego żelaza, 
gdybym się tylko oddaliła od Boskiego ogniska) pobiegną do wonności olejków Umiłowanego; 
bo dusza ogarnięta miłością nie może być bezczynna, choć niewątpliwie znajduje się - jak św. 
Magdalena - u stóp Jezusa, słuchając Jego słodkiego i płomiennego głosu. Na pozór nic nie 
czyniąc, w rzeczywistości czyni daleko więcej niż Marta, która się troszczyła o wiele rzeczy i 
chciała jeszcze, by ją siostra naśladowała. (...) Rozumieli to wszyscy święci, a najlepiej może 
ci, którzy na cały świat roznieśli światło nauki ewangelicznej. Czyż św. Paweł, Augustyn, Jan 
od Krzyża, Tomasz z Akwinu, Franciszek, Dominik i tylu innych wybitnych Przyjaciół Boga, 
nie w modlitwie czerpali ową mądrość Bożą, wprawiającą w zdumienie największych geniu-
szy?   Pewien   Mędrzec   powiedział:   «Dajcie   mi   dźwignię   i   punkt   oparcia,   a   ruszę   z   posad 
ziemię». To, czego Archimedes nie mógł osiągnąć, ponieważ prośby swej nie kierował do Boga 
i   miał   na   myśli   czynność   wyłącznie   materialną,   to   święci   w   całej   pełni   otrzymali. 
Wszechmocny dał im za punkt oparcia SAMEGO SIEBIE I TYLKO SIEBIE; za dźwignię: 
modlitwę, która wznieca ogień miłości. W ten sposób podźwignęli oni świat; w ten sposób 
dźwigają go Święci, którzy jeszcze toczą boje, i w ten sposób dźwigać go będą ci, którzy po 
nich będą następować aż do skończenia świata"
Życie Teresy jest dla nas tajemnicą. Przez całe życie pragnęła tylko jednej jedynej rzeczy - 
trwać   sercem  w  Sercu  Jezusa.   Ale  im  głębiej   wchodzi  w  to  przebywanie  sercem  w  Sercu 
Jezusa, im mocniej opiera się na Jego miłości, tym bardziej jej serce rozszerza się i wzrasta w 
miłości Kościoła, staje się tak wielkie jak mistyczny Kościół, przekraczając Przestrzeń i czass. 
Im głębiej Teresa żyje w modlitwie swoim powołaniem miłości Jezusa, tym bardziej wchodzi 
od wewnątrz w tajemnicę Kościoła. Jest to bowiem jedyna droga, która umożliwia prawdziwe 
zrozumienie   Kościoła.   Ktoś,   kto   nie   przeżył   głębokiego   kontaktu   z   Bogiem   w   modlitwie 
wewnętrznej,   nigdy   nie   zrozumie   Kościoła,   nie   będzie   w   stanie   pojąć   jego   najgłębszej 
tożsamości. Kościoła - Oblubienicy Chrystusa.
W   modlitwie   wewnętrznej   Bóg   spotyka   się   z   duszą   i   przelewa   na   nią   Swoje   pragnienie 
zbawienia wszystkich ludzi. Nasze serce jednoczy się z Sercem Jezusa, zostaje ogarnięte Jego 
miłością   do   Kościoła-Oblubienicy.   Jego   pragnieniem   oddawania   życia   za   Nią   i   za   całą 
ludzkość:   „Niech   ożywia   was   pragnienie,   jakie   było   w   Chrystusie   Jezusie"   -  mówi   święty 
Paweł. Utożsamienie z Chrystusem nie może się dokonać bez modlitwy kontemplacyjnej.

background image

Szczególnym charyzmatem Karmelu jest uczynienie oczywistą tej głębokiej więzi pomiędzy 
trwaniem sercem w Sercu Jezusa a sercem Kościoła. Niewątpliwie trzeba ją też nazwać łaską 
maryjną. Czyż Karmel nie jest pierwszym maryjnym zakonem Zachodu? Któż inny niż Maryja, 
doskonała Oblubienica, obraz Kościoła, mogłaby wprowadzić modlących w taką głębię?

CZĘŚĆ CZWARTA

Zewnętrzne warunki modlitwy

Rozdział 1

Czas 

1. Pora modlitwy

Każda pora jest dobra, żeby się modlić. Ale w miarę możliwości starajmy się poświęcić na 
modlitwę kontemplacyjną najodpowiedniejsze chwile, gdy nie jesteśmy jeszcze zbyt zmęczeni 
ani zbyt zajęci, tak żebyśmy nie musieli jej przerywać co kilka minut. To powiedziawszy trzeba 
jednak   stwierdzić,   że   rzadko   mamy   pełną   swobodę   w   wyborze   odpowiedniej   pory   dnia. 
Najczęściej musimy zadowalać się taką, na jaką pozwalają nam obowiązki.
Trzeba   też   nauczyć   się   korzystać   z   łaski,   jaką   niosą   w   sobie   niektóre   okoliczności. 
Niewątpliwie chwile, które następują po komunii to uprzywilejowany czas doskonale nadający 
się na modlitwę wewnętrzną.
Jeszcze   jedna   rzecz   wydaje   mi   się   ważna   i   pragnę   na   nią   zwrócić   uwagę.   Modlitwa 
kontemplacyjna powinna stać się czymś stałym, nie zaś wyjątkową chwilą, za każdym razem z 
ogromnym trudem wyrywaną z reszty zajęć. Powinna być częścią codziennego rytmu dnia, tak 
żeby   jej   miejsce   w   tym   rytmie   nie   było   więcej   kwestionowane.   Wierność   (tak   istotna, 
mówiliśmy o tym...) będzie przez to znacznie łatwiejsza. Ludzkie życie składa się z rytmów: 
rytmu serca. oddechu, dnia i nocy, posiłków, tygodnia itd... Modlitwa powinna wejść w taki 
rytm, stać się czymś stałym, równie koniecznym do życia, jak inne składniki tworzące naszą 
egzystencję.
Takiej stałości nie należy rozumieć jako czegoś, w przeciwieństwie do rutyny, negatywnego. 
Pomaga ona robić w sposób naturalny coś, co z początku kosztowało dużo wysiłku czy nawet 
wymagało   stoczenia   walki.   Miejsce,   jakie   Bóg   zajmuje   w   naszym   sercu,   to   jednocześnie 
miejsce, jakie ma w rytmie naszego dnia, w naszych przyzwyczajeniach. Modlitwa wewnętrzna 
ma stać się oddechem naszej duszy.
Dodajmy,   że   podstawowy   rytm   życia   to   rytm   dnia.   Modlitwa   kontemplacyjna,   na   ile   to 
możliwe, powinna stać się modlitwą codzienną

2. Długość modlitwy

Kilka   uwag   dotyczących   długości   modlitwy.   Nie   może   być   zbyt   krótka.   Przeznaczyć   na 
kontemplację pięć minut, to tak, jakby w ogóle nie dać Bogu czasu. Pięć minut poświęcamy 
komuś, od kogo chcemy się uwolnić! Kwadrans to absolutne minimum. Ten, kogo na to stać, 
nie powinien się wahać i przeznaczyć na modlitwę godzinę dziennie, albo i więcej.
Trzeba jednak uważać, żeby przy określaniu długości modlitwy nie być zbyt ambitnym. Jeśli 
będzie-my chcieli więcej, niż pozwalają na to nasze siły, skończy się to porażką. Lepsza jest 
stosunkowo   krótka   modlitwa   (dwadzieścia   minut   czy   też   pół   godziny),   ale   podejmowana 
wiernie każdego dnia, niż nieregularne dwie godziny od czasu do czasu.
Bardzo ważne, żeby określić dla modlitwy wenętrznej „czas minimum" i nie skracać go, chyba 
w wyjątkowych wypadkach. Błędem byłoby uzależnianie długości modlitwy od tego, „jak nam 
idzie". Gdy zaczyna być nudna - przerywamy ją. Czasem przerwanie modlitwy jest oznaką 

background image

mądrości,   na   przykład   gdyby   jej   skutkiem   miało   być   zbyt   duże   zmęczenie   czy   napięcie 
nerwowe.   Ale   generalnie   zasada   jest   taka,   że   jeśli   chcemy,   żeby   modlitwa   wewnętrzna 
przyniosła   owoce,   powinniśmy   się   wiernie   trzymać   „czasu   minimum"   i   nie   poddawać   się 
pokusie skracania go. Tym bardziej, iż doświadczenie wskazuje, że Pan często przychodzi do 
nas   i   błogosławi   nas   w   czasie   ostatnich   pięciu   minut,   choć   pozostałą   część   modlitwy 
spędziliśmy bezczynnie i jak mówi święty Piotr „Niceśmy nie ułowili".

Rozdział 2

Miejsce

Bóg jest obecny wszędzie, a więc i modlić można się absolutnie wszędzie: w domu, w kaplicy, 
w kaplicy adoracji, w pociągu, a nawet w kolejce w sklepie.
Ale trzeba oczywiście szukać miejsc,  które pomagają nam się wyciszyć, skupić i odnaleźć 
obecność   Boga.   Najlepszym   miejscem   jest   kaplica   adoracji,   zwłaszcza   jeśli   Najświętszy 
Sakrament jest wystawiony. Stajemy wówczas w rzeczywistej obecności Pana.
Jeśli modlimy się w domu, dobrze jest przeznaczyć na ten cel jakiś specjalny kąt i urządzić go 
po swojemu, z ikonami, świecą czy też małym ołtarzykiem, wszystkim tym, co może nam 
pomóc. Potrzebujemy dostępnych, odczuwalnych znaków, dlatego, że przed wiekami Słowo 
stało się ciałem. Nie mielibyśmy racji, odmawiając tym rzeczom wartości, Powinniśmy się nimi 
otaczać,   skoro   pomagają   nam   się   skupić.   Czasem,   gdy   modlitwa   staje   się   trudna,   jedno 
spojrzenie na ikonę czy płomień świecy wprowadza nas z powrotem w obecność Pana.
Tak jak potrzebny jest specjalny czas na modlitwę, tak samo dobrze, gdy w domu jest jakaś 
przestrzeń   na   to   przeznaczona.   Wiele   dziś   rodzin   odczuwa   potrzebę   Posiadania   w   domu 
jakiegoś pokoju czy też części pokoju, która byłaby rodzajem kaplicy. To bardzo znak .

Rozdział 3

Postawy ciała

   Jaką postawę ciała należy doradzać?
Samo w sobie nie ma to wielkiego znaczenia. Modlitwa wewnętrzna nie ma nic wspólnego z 
Jogą,   mówiliśmy   już   o   tym.   Jest   to   sprawa   indywidualna,   zależy   od   wielu   czynników: 
zmęczenia, stanu zdrowia, upodobań. Można modlić się na siedząco, klęcząc, z czołem po-
chylonym do ziemi, można na stojąco czy też leżąc.
Ale poza zasadniczą wolnością, powinny nami kierować jeszcze dwie rzeczy. Z jednej strony 
wybrana pozycja powinna umożliwiać pozostawanie w niej przez dłuższy czas, pozwalać na 
skupienie i na swobodny przepływ oddechu w naszym ciele. Jeśli musimy zmieniać ją co kilka 
minut, nie pomaga nam oczywiście w tym, co stanowi istotę kontemplacji, w pełnym otwartości 
oczekiwaniu na obecność Bożą.
Ale   z   drugiej   strony   pozycja   ciała   nie   powinna   być   zbyt   rozluźniona.   Skoro   podstawą 
kontemplacji   jest   uwaga,   oczekiwanie   na   obecność,   pozycja   ciała   powinna   umożliwiać   i 
ułatwiać pozostanie uważnym (co nie oznacza napięcia, lecz skierowanie całej osoby ku Bogu). 
Czasem,   gdy   Duch   jest   słaby,   leniwy   czy   też   senny,   najlepszą   pozycją   ciała,   to   znaczy 
najwyraźniej określającą szukanie i pragnienie Boga - będzie siedzenie na klęczkach z pomocą 
małego stołeczka do modlitwy. Taka pozycja i na przykład otwarte dłonie ułatwią „czekanie" na 
Boga. Potrzeba w tym mądrości żeby „brat osioł" mógł z pełną swobodą służyć duchowi.

CZĘŚĆ PIĄTA

Kilka metod modlitwy wewnętrznej

background image

Rozdział 1

Wprowadzenie

W   świetle   tego   wszystkiego,   co   zostało   do   tej   pory   powiedziane,   podamy   krótko   kilka 
najczęściej stosowanych metod modlitwy wewnętrznej.
     Najpierw kilka uwag wstępnych. Czym się kierować wybierając którąś z metod? Sądzę, że w 
tej dziedzinie możemy czuć się całkowicie wolni i po prostu wybierać to, co nam odpowiada, w 
czym   się   odnajdujemy,   co   pomaga   nam   wzrastać   w   miłości   Boga.   Wystarczy   starać   się 
pozostawać, niezależnie od wyboru modlitwy, w „duchowym klimacie", który będziemy się 
starali opisać na tych stronach, a Duch Święty poprowadzi nas i sam uczyni resztę. Najważ-
niejsza   jest   wytrwałość.   Niezależnie   od   tego,   jaką   metodą   się   posługujemy,   z   pewnością 
nadejdą chwile oschłości. Nie należy po kilku dniach porzucać jakiejś formy modlitwy dlatego, 
że nie przynosi od razu spodziewanych efektów. A jednocześnie trzeba pozostać wolnym, nie 
przywiązywać się do metod i zostawiać je, gdy czujemy, że Duch nas do tego nakłania. Być 
może była dobra i przynosiła owoce w pewnym okresie życia, ale teraz nadszedł czas Przejścia 
do czegoś innego. Nie należy trzymać się ich zbyt kurczowo. 
           Dodajmy na koniec, że można „łączyć" różne metody. Część naszej modlitwy będzie 
medytacją, ale   znajdzie się w niej też chwila na przykład na modlitwę Jezusa. Ale wówczas 
trzeba   uważać,   żeby   unikać   duchowej   „paplaniny".   Ciągłe   zmiany   nie   są   dobre,   modlitwa 
kontemplacyjna musi mieć w sobie coś z bezruchu, pewną stabilność, która pozwoli jej zejść 
naprawdę w głąb i stać się spotkaniem w miłości. Poruszenia miłości są spokojne i powolne, 
wymagają trwałej podstawy. W przyjęcie daru Boga i dawanie siebie zaangażowana zostaje 
nasza najgłębsza istota.

 

Rozdział 2

Medytacja

       Mieliśmy  już okazję mówić, że co najmniej od XVI wieku medytacja jest uważana na 
Zachodzie za podstawę wszystkich innych metod'. Praktyka ta jest oczywiście znacznie starsza. 
Swymi korzeniami sięga zwyczaju nieprzerwanie obecnego w dziejach Kościoła, a nawet we 
wcześniejszej niż Kościół tradycji żydowskiej, pogłębionej, duchowej lektury Pisma Świętego, 
która prowadzi do modlitwy wewnętrznej. Zakonne „lectio divina" jest jednym z najbardziej 
charakterystycznych tego przykładów.
Medytacja polega na tym, że po dłuższym lub krótszym, mniej lub bardziej rozbudowanym 
wstępie (odnalezienie obecności Bożej, wezwanie Ducha Świętego...), bierzemy do ręki tekst 
Pisma Świętego lub fragment jakiegoś innego dzieła duchowego i powoli go czytamy, starając 
się zrozumieć, co Bóg w tym Słowie do nas mówi i jak je odnieść do naszego życia. Słowo 
oświeca rozum, karmi miłość, porusza uczucia i wolę.
Tego   typu   lektura   nie   ma   na   celu   podniesienia   naszej   intelektualnej   znajomości   Pisma 
Świętego,   lecz   umocnienie   miłości   Boga.   Dlatego   powinniśmy   czytać   bardzo   powoli,   bez 
łapczywości.   Zatrzymujemy   się   na   jakimś   zdaniu   i   „trawimy"   je   tak   długo,   jak   długo 
znajdujemy   w   nim   pokarm   duchowy.   Przemieniamy   je   w   modlitwę,   dziękujemy   Bogu, 
adorujemy Go... Potem, gdy wyczerpiemy jeden temat, przechodzimy do następnego fragmentu 
czy też innego tekstu. Często spotyka się radę, żeby zakończyć lekturę dłuższą modlitwą, w 
której zbiera się wszystko to, co było przedmiotem medytacji, dziękuje Panu i prosi Go o łaskę 
wprowadzenia tego wszystkiego w życie. Istnieje bardzo dużo książek, które podają tematy 
medytacji. Żeby mieć choćby pogląd na to, co w tej dziedzinie można znaleźć, przeczytajmy 
piękny list Ojca Libermanna do bratanka (cytowany w aneksie) lub rady świętego Franciszka 
Salezego w Filotei.

background image

Do zalet medytacji należy to, że dobrze nadaje się na początek drogi. Nie jest trudna. Nie 
pozwala na duchowe znużenie, gdyż odwołuje się do naszej aktywności, refleksji i woli.
Medytacji towarzyszy jednak zagrożenie, że łatwo może stać się ćwiczeniem raczej umysłu niż 
serca. Czasem można być bardziej skupionym na rozmyślaniu o Bogu niż na Nim samym! 
Można też w subtelny sposób przywiązać się do obecnej tu pracy umysłu, zwłaszcza, jeśli ktoś 
znajduje w tym przyjemność.
Z medytacją wiąże się jednak jedna podstawowa trudność. Po pewnym czasie, dłuższym lub 
krótszym, staje się po prostu niemożliwa! Umysł nie jest już w stanie medytować ani rozważać. 
Mówiliśmy już o tym. Zwykle jest to dobry znak2. Ta oschłość wskazuje w rzeczywistości na 
to, że Pan chce wprowadzić duszę w modlitwę uboższą, bardziej bierną, ale znacznie głębszą. 
Tak jak to już wyjaśnialiśmy, nieodzowne jest takie przejście. Medytacja łączy nas z Bogiem 
poprzez myśli, obrazy, uczucia, ale Bóg jest inny niż to wszystko. W pewnej, danej przez Niego 
chwili trzeba to wszystko porzucić, żeby odnaleźć samego Boga. W większym ubóstwie, ale 
spotykając naprawdę Jego. Najdonioślejsza część nauki świętego Jana od Krzyża, odnośnie 
medytacji, dotyczy nie tyle problemu, w jaki sposób medytować, ile jak przygotować duszę, 
żeby w odpowiedniej chwili umiała bez niepokoju pozostawić medytację, nie traktując tego 
jako stratę, lecz jak zysk.
Konkludując powiedzmy, że  medytacja  jest  dobra, dopóki odrywa nas od przywiązania  do 
świata, do grzechu, rozpala nas i przybliża do Boga. W pewnej chwili trzeba umieć ją porzucić. 
O chwili tej oczywiście nie my decydujemy, lecz Boska Mądrość. Dodajmy jeszcze, że nawet 
jeśli nie praktykujemy już medytacji jako stałej formy modlitwy, dobrze czasem do niej wracać, 
powracać do lektury i szukać Boga w sposób bardziej aktywny, jeśli może to nas wyprowadzić 
z okresowego duchowego znużenia. Medytacja, nawet jeśli nie stanowi już podstawy kontemp-
lacji, powinna stale mieć miejsce w naszym życiu duchowym w postaci „lectio divina". Częste 
czytanie Pisma Świętego i książek „duchowych" jest potrzebne na każdym etapie. Karmimy w 
ten sposób umysł sprawami  Bożymi. Można nauczyć się przerywać co jakiś czas lekturę i 
modlić się tym, co nas w niej poruszyło.
Co   myśleć   dzisiaj   o   medytacji   jako   metodzie   modlitwy   wewnętrznej?   Nie   ma   oczywiście 
żadnego powodu, żeby ją odradzać czy też pomijać, zwłaszcza jeśli umiemy ominąć pułapki, o 
których była mowa, a medytacja przyczynia się do naszego wzrostu. A jednak faktem jest, że 
ludzie o współczesnej mentalności często nie czują się dobrze w tego rodzaju duchowości i 
znacznie lepiej odnajdują się w mniej usystematyzowanej, prostszej i bardziej spontanicznej 
modlitwie.

Rozdział 3

Modlitwa serca

W   tradycji   chrześcijańskiego   Wschodu,   a   zwłaszcza   Rusi,   modlitwę   Jezusa,   zwaną   też 
modlitwą serca, uważa się za królewską drogę wchodzenia w kontemplację. W ostatnich latach 
rozpowszechniła się ona na Zachodzie, z czego należy się cieszyć, ponieważ bardzo wiele dusz 
może doprowadzić do modlitwy wewnętrznej.
Polega ona na powtarzaniu krótkiej formuły, na przykład: „Panie Jezu Chryste, Synu Boga 
Żywego, zmiłuj się nade mną, grzesznym sługą Twoim!". Użyta formuła powinna zawierać 
imię   Jezus,   ludzkie   imię   Słowa.   Wynika   to   z   pięknej,   starej,   sięgającej   korzeniami   Biblii, 
duchowości   imienia.   Jest   to   więc   starożytna   tradycja.   Pośród   wielu   innych   poświadcza   jej 
istnienie święty Makary z Egiptu (IV wiek):
„Najbardziej   powszednie   rzeczy   służyły   mu   jako   znak,   którym   wyjaśniał   sprawy 
nadprzyrodzone. Świętemu Pojmenowi przypominał on zwyczaj kobiet na Wschodzie: «Gdy 
byłem  dzieckiem  widywałem je   jak  przeżuwały   betel,  żeby  usunąć  z  ust   brzydki  zapach  i 
osłodzić ślinę. To samo powinniśmy robić z imieniem Pana Naszego Jezusa Chrystusa: jeśli 
przeżuwamy to błogosławione imię, nieustannie je wymawiając, przyniesie ono naszej duszy 

background image

nieskończoną słodycz i objawi nam sprawy niebieskie. Jest ono bowiem pokarmem pełnym 
radości, źródłem zbawienia, czarodziejską, ożywiającą wodą, błogością i słodyczą. Imię Tego, 
który zasiada w niebiosach, Pana Naszego Jezusa Chrystusa, Króla nad króle, Pana nad Pany, 
niebieskiej nagrody wszystkich, którzy Go szukają z całego serca, wypędzi z duszy każdą złą 
myśl»".
Zaletą tej modlitwy jest jej ogromna prostota. Wymaga  natomiast  dużej pokory i ubóstwa. 
Może prowadzić, czego mamy na Wschodzie wiele świadectw, do głębokiego, mistycznego 
zjednoczenia z Bogiem.
Można ją stosować w każdym miejscu i w każdym czasie, nawet pośród innych zajęć. Prowadzi 
do modlitwy nieustającej. Przeważnie z czasem jeszcze bardziej się upraszcza i staje się jedynie 
wzywaniem imienia  „Jezus" lub jakiejś krótkiej formuły: „Jezu, kocham Cię!", albo „Jezu, 
zmiłuj się" lub innej, zależnie od tego, co Duch podpowiada danej osobie.
Przede   wszystkim,   ale   to   właśnie   stanowi   dar   Boży   i   w   żaden   sposób   nie   może   zostać 
przyspieszone, modlitwa ta „schodzi" w głąb serca i upraszczając się, staje się jednocześnie 
coraz bardziej wewnętrzna, prawie automatyczna i nieustanna, jakby imię Jezus zamieszkiwało 
nasze   serce.   Serce   zaczyna   modlić   się   nieustannie,   niesie   w   sobie   z   miłością   imię   Jezus. 
Wówczas my też zaczynamy na stałe mieszkać w swoim sercu i tam odnajdować imię Jezus, 
imię, z którego płynie miłość i pokój, olejek rozlany - imię twe (Pnp 1,3).
Modlitwa   Jezusa   jest   oczywiście   doskonałą   formą   modlitwy   kontemplacyjnej.   Ale   nie 
wszystkim jest ona dana, przynajmniej nie w opisanej formie. Nie przeszkadza to jednak gorąco 
do niej zachęcać, polecać jak najczęstsze wymawianie, noszenie w sercu i w pamięci imienia 
Jezus.   Imię   przywołuje   na   myśl   osobę,   ale   nawet   więcej   -   wprowadza   w   jej   obecność. 
Niebezpieczeństwo   w   modlitwie   Jezusa   mogłoby   stanowić   przymuszanie   się   do 
mechanicznego, męczącego powtarzania słów. Prowadziłoby to jedynie do napięcia nerwów. 
Trzeba ją praktykować z umiarem, łagodnie, bez przymusu, nie przeciągając jej ponad to, co 
zostało nam dane, pozostawiając Bogu troskę o to, by jeśli chce, przemienił ją w nieustanną 
modlitwę wewnętrzną. Nie należy zapominać zasady, o której mówiliśmy na samym początku: 
głęboka modlitwa nie jest owocem żadnej techniki lecz łaski.

Rozdział 4

Różaniec

Niektórzy   mogą   być   zdziwieni,   widząc   tradycyjny   różaniec   wśród   metod   modlitwy 
kontemplacyjnej. Ja natomiast sądzę, że pozwolił on wielu osobom (być może nawet o tym nie 
wiedzą!) wejść w autentyczną kontemplację, a nawet dojść do modlitwy nieustającej.
Różaniec również jest modlitwą bardzo prostą, ubogą, dostępną ubogim (któż takim nie jest?). 
Jej zaletę stanowi to, że pasuje do każdej okazji; może być modlitwą wspólnotową, rodzinną, 
wstawienniczą (cóż bardziej naturalnego, gdy chcemy się za kogoś modlić, niż powiedzieć za 
niego dziesiątkę różańca!). Ale może też stać się, przynajmniej dla tych, którzy otrzymują tę 
łaskę, rodzajem modlitwy serca. Pozwala wejść w głąb, podobnie jak modlitwa Jezusa. Czyż 
zresztą „Zdrowaś Maryjo" nie zawiera imienia Jezus?
W różańcu Maryja wprowadza nas w swoją modlitwę, w swoją kontemplację człowieczeństwa 
Jezusa, Jej Syna. Maryja pozwala nam wejść w jej własną modlitwę wewnętrzną, najgłębszą, 
jaka kiedykolwiek istniała.
Różaniec   odmawiany   powoli,   w   skupieniu,   często   ma   moc   wprowadzić   nas   w   komunię   z 
sercem   Boga.   Serce   Maryi   daje   nam   przystęp   do   serca   Jezusa.   Autor   tych   słów   nieraz 
doświadczył   tego,   że   gdy   trudno   się   modlić   i   skupić,   wystarczy,   żeby   zaczął   różaniec 
(najczęściej zresztą wcale go nie kończąc.) i pozwala mu bardzo szybko odnaleźć wewnętrzny 
pokój i komunię z Bogiem. Z całą pewnością różaniec staje się dziś, po okresie, gdy nie był 
zbyt popularny, znów uprzywilejowanym środkiem, który może nas wprowadzić w głęboką, 
miłującą modlitwę. Nie chodzi o modę ani o powrót jakiejś przestarzałej formy pobożności. Jest 

background image

to   znak,   w   czasach,   w   których   żyjemy,   silnej   macierzyńskiej   obecności   Maryi.   Chce   Ona 
wszystkie swoje dzieci doprowadzić przez modlitwę do Ojca..

Rozdział 5     

Jak reagować na niektóre trudności 

Niezależnie od użytych metod, modlitwa musi natrafić na trudności. Wymienialiśmy niektóre z 
nich:   oschłość,   niechęć   do   modlitwy,   doświadczenie   własnej   słabości,   poczucie   jej 
bezużyteczności itd. Trudności te są nieuniknione i przede wszystkim nie należy im się dziwić, 
ani niepokoić się, gdy nadejdą. Są nie tylko nieuchronne, ale potrzebne, gdyż oczyszczają naszą 
miłość i umacniają wiarę. Trzeba je przyjmować jako łaskę. Stanowią część Bożej pedagogiki, 
Bóg chce nas poprzez nie uświęcić i przyciągnąć do Siebie. Pan nigdy nie dopuszcza próby, po 
której nie przyszłaby jeszcze obfitsza łaska. Wszystko polega na tym, żeby, jak już mówiliśmy, 
nie zniechęcać się i wytrwać. Pan, który widzi naszą dobrą wolę wszystko obróci na naszą 
korzyść.   Różne   wskazówki   obecne   na   tych   stronach   powinny   wystarczyć   do   zrozumienia 
znaczenia tych trudności i pomóc nam je przezwyciężyć.
W przypadku powtarzających się poważniejszych" trudności, które odbierają nam wewnętrzny 
pokój -całkowitej, trwającej przez dłuższy czas niemożności modlitwy - trzeba się oczywiście 
zdecydować na rozmowę z ojcem duchownym. Potrafi nas umocni i dać bardziej szczegółowe 
rady.

1. Rozproszenia 

Powiedzmy  tylko kilka słów o najczęściej  spotykanej przeciwności  w czasie  modlitwy  - o 
rozproszeniach.
Są czymś absolutnie normalnym. Przede wszystkim nie należy im się dziwić, ani martwić z ich 
powodu. Gdy spostrzegamy, że nasze myśli odbiegły gdzieś daleko, nie bardzo nawet wiadomo 
gdzie, nie wolno się załamywać ani o to obwiniać, lecz po prostu, spokojnie stanąć znów przed 
Bogiem   i   skierować   myśli   do   Niego.   I   nawet,   jeśli   godzina   modlitwy   wewnętrznej   będzie 
polegała jedynie na nieustannym oddalaniu się i za każdym razem powracaniu do Pana, nie ma 
w   tym   nic   groźnego.   Jeśli   za   każdym   razem,   gdy   zdaliśmy   sobie   sprawę   z   rozproszenia, 
próbowaliśmy wrócić do Pana, to taka modlitwa, choć bardzo uboga, z pewnością będzie Mu 
miła... Bóg jest Ojcem, wie z czego zostaliśmy uczynieni, nie wymaga, żeby nam się udawało, 
potrzebuje tylko naszej dobrej woli. Czasem jesteśmy błogosławieni nie wtedy, gdy wszystko 
robimy doskonale, lecz kiedy bez smutku akceptujemy własne ubóstwo...
Dodajmy też, że poza pewnymi szczególnymi stanami, gdy tym, kto działa jest sam Pan, nie 
można   w   sposób   całkowity   kontrolować   aktywności   własnego   umysłu,   kompletnie   go 
unieruchomić i być bezbłędnie skupionym i uważnym, bez żadnych roztargnień i rozproszeń. 
Modlitwa wewnętrzna wymaga oczywiście skupienia, ale nie jest techniką koncentracji umysłu. 
Poszukiwanie   stanu   absolutnego   skupienia   byłoby   błędem   i   powodowało   raczej   napięcie 
nerwowe niż co innego.
Nawet w stanie biernej modlitwy, o której mówiliśmy, umysł jest nadal aktywny, wyobraźnia 
działa. Serce trwa w spokojnym skupieniu, całą swą głębią skierowane ku Bogu, ale myśli 
płyną nadal, w mniejszym lub większym stopniu. Czasem może to być trudne do zniesienia, ale 
nie jest niczym groźnym i nie przeszkadza zjednoczeniu serca z Bogiem. Myśli przelatują koło 
nas trochę tak jak muchy, ale tak naprawdę nie są w stanie naruszyć skupienia serca.
Gdy   nasza   modlitwa   jest   jeszcze   bardzo   „rozumowa",   spoczywa   przede   wszystkim   na 
aktywności umysłu, rozproszenia dają się naprawdę we znaki - rozproszeni, przestajemy się 
modlić. Lecz jeśli dzięki łasce Boga weszliśmy w głębszą modlitwę wewnętrzną i stała się ona 
modlitwą serca, nie przeszkadzają już do tego stopnia. Umysł może być nieco rozproszony 
(właściwie zawsze jakieś myśli „krążą nam po głowie"), ale serce się modli.

background image

Prawdziwym   rozwiązaniem   problemu   rozproszeń   nie   jest   wcale   intensywniejsze   skupienie 
umysłu, lecz głębsza miłość na poziomie serca.
Powiedzieliśmy dużo, a jednocześnie bardzo mało...
Chcemy jedynie, żeby ta książka była w stanie choćby kilku osobom pomóc wejść na drogę 
modlitwy wewnętrznej, a inne zachęciła do wytrwania w niej. Był to jedyny cel, jaki kierował 
nami przy pisaniu. Jeśli czytelnik zastosuje się do tego, co tutaj zostało powiedziane, Duch 
Święty dokona reszty.
Tym, którzy pragną pogłębić poruszane zagadnienia, radzimy przede wszystkim lekturę dzieł 
tych, zwłaszcza tych, których tutaj cytowaliśmy. Najlepiej opierać się wprost na ich dziełach, 
tam   znajdziemy   nauczanie   najgłębsze,   najbardziej   odporne   na   działanie   czasu.   Zbyt   wiele 
cudownych skarbów, tak potrzebnych chrześcijanom, drzemie dziś w bibliotekach... Gdybyśmy 
lepiej znali chrześcijańskich mistrzów duchowych, mniej młodych ludzi odczuwałoby potrzebę 
szukania guru w Indiach, żeby zaspokoić swoje duchowe pragnienie.

Aneks 1    

Metoda medytacji Ojca Liebermanna (założyciela Zgromadzenia Ducha Świętego)

List adresowany do bratanka, który chce opanować metodę modlitwy wewnętrznej

Błogosławię Boga za dobre pragnienia, jakie w Tobie wzbudza i gorąco chcę Cię namawiać do 
praktyki modlitwy wewnętrznej. Podaję Ci metodę, którą możesz się na początek posłużyć. 
Najpierw, poprzedniego dnia wieczorem, przeczytaj fragment jakiejś dobrej, duchowej książki, 
jak najbardziej zbliżonej do Twoich zainteresowań i potrzeb, bądź na temat praktykowania 
cnót, bądź najlepiej o życiu Pana Naszego Jezusa Chrystusa czy też Najświętszej Dziewicy. Za-
sypiaj   wieczorem   z   tymi   dobrymi   myślami,   a   wstając   rano   przypomnij   sobie   kilka 
poczynionych   refleksji.   Mają   się   one   stać   przedmiotem   Twojej   modlitwy.   P°   modlitwie 
słownej, spróbuj stanąć w obecności Boga. Pomyśl, że On jest absolutnie wszędzie; że jest taro, 
gdzie się w tej chwili znajdujesz, że w sposób szczególny mieszka w głębi Twojego serca i 
adoruj   Go.   Potem   uświadom   sobie,   że   z   powodu   popełnionych   grzechów   niegodny   jesteś 
stawania  przed  Najwyższym,  nieskończenie  świętym.  Pokornie proś Go o   przebaczenie  za 
Twoje winy, uczyń akt skruch) i  odmów Confiteor. Następnie uznaj, że sam z siebie nie jesteś 
zdolny modlić się do Boga tak jak należy wzywaj Ducha Świętego, błagaj Go, żeby przyszedł 
Ci z pomocą, nauczył Cię modlitwy i sam ją poprowadził. Odmów Veni Sancte. W ten sposób 
zaczniesz   właściwą  modlitwę   wewnętrzną.  Zawiera  ona trzy   części:  adorację,  rozważania   i 
postanowienia.

1. Adoracja  

Na   początku   wszystkie   Twoje   powinności   powierz   Bogu,   Jezusowi   Chrystusowi   czy   też 
Najświętszej Pannie, zależnie od tego, jaki wybrałeś temat medytacji. Jeśli rozmyślasz nad 
jakąś Boską doskonałością albo cnotą, powierzaj swoje obowiązki Bogu, który posiada tę cnotę 
w stopniu nieskończenie wyższym lub Panu Naszemu, który praktykował ją w tak doskonały 
sposób. Jeśli medytujesz, na przykład, na temat pokory, myśl o tym, jak pokorny był Chrystus, 
On,   Bóg,   który   był   Panem   nad   wiekami,   uniżył   samego   siebie   aż   do   stania   się   małym 
dzieckiem,   narodzin   w   żłobie,   posłuszeństwa   całymi   latami   Józefowi   i   Maryi,   umycia   nóg 
apostołom, aż do wycierpienia tak wielkich zniewag ze strony ludzi. Wyrażaj Mu więc Twój 
podziw, miłość, zachwyt, pobudzaj Twoje serce, by Go kochało i pragnęło naśladować. Możesz 
równie   dobrze   rozważać   tę   cnotę   w   życiu   Najświętszej   Dzieży,   a   nawet   innego   świętego. 
Kontempluj ją, myśl, w jaki sposób była praktykowana i mów Chrystusowi, że pragniesz Go 
naśladować.   Jeśli   medytujesz   na   temat   jakiejś   tajemnicy,   na   przykład   tajemnicy   Bożego 
Narodzenia, możesz wyobrażać sobie miejsce, gdzie ono się dokonało i osoby, które się tam 

background image

wówczas znajdowały. Możesz sobie wyobrazić żłóbek, gdzie narodził się Zbawiciel, Boskie 
Dzieciątko Jezus w ramionach Maryi, stojącego obok Niej świętego Józefa, pasterzy i królów, 
którzy przyszli złożyć Mu hołd. Przyłączysz się wówczas do nich, będziesz wielbił, adorował i 
prosił   Dzieciątko.   Podobnymi   wyobrażeniami   możesz   się   posługiwać,   gdy   medytujesz   nad 
innymi wielkimi tajemnicami, takimi jak piekło, Sąd czy śmierć. Wyobraź sobie chwilę Twojej 
śmierci; osoby, które mogłyby być wtedy przy Tobie, ksiądz, rodzice... Wyobraź sobie Twoje 
doznania, uczucia względem Boga, obawę, ufność... Pozostań ze swymi odczuciami tak długo, 
jak chcesz, a gdy będą Ci już obojętne, przejdź do następnego punktu.

2. Rozważania 

       W tym miejscu przejrzyj w duchu podstawowe motywy, które pozwoliły Ci wierzyć w 
tajemnicę, nad którą medytowałeś. Na przykład konieczność pracy dla Twojego zbawienia, jeśli 
medytujesz   na   temat   zbawienia,   lub   motywy,   które   powinny   skłonić   Cię   do   miłości   albo 
praktykowania   tej   czy   innej   cnoty.   Jeśli   medytujesz   na   przykład   na   temat   pokory,   możesz 
stwierdzić,   że   bardzo   wiele   względów   przemawia   za   tym,   żebyś   stał   się   pokorny:   przede 
wszystkim przykład Naszego Pana, Najświętszej Dziewicy i wszystkich świętych; po drugie - 
pycha jest przyczyna. i źródłem wszystkich grzechów, natomiast pokora podstawą wszystkich 
cnót; na koniec wreszcie - nie posiadasz nic takiego, czym mógłbyś się pysznić. Co masz 
takiego, czego byś nie otrzymał od Boga? Życie, utrzymanie, zdrowie, dobre myśli, wszystko 
pochodzi   od   Boga.   Nie   masz   więc   nic,   czym   mógłbyś   się   pysznić,   jest   natomiast   wiele 
powodów,   byś   się   upokorzył,   myśląc,   ile   razy   obraziłeś   Boga,   Twego   Zbawcę,   Twego 
Dobroczyńcę.
W tych rozważaniach nie staraj się znajdować wszystkich motywów, które skłaniają Cię do 
wierzenia w taką czy inną prawdę lub praktykowania tej czy innej cnoty. Zatrzymaj się tylko na 
tych, które najmocniej Ciebie dotyczą. Rozważaj powoli, nie przemęczając umysłu. Gdy jakieś 
rozważanie   przestaje   na   Ciebie   oddziaływać,   przejdź   do   innego.   Wszystko   to   przeplataj 
pobożnymi uczuciami względem Pana Naszego i pragnieniem podobania się Jemu. Co jakiś 
czas wznieś do Niego jakąś krótką modlitwę, żeby pokazać Mu dobre pragnienia Twego serca.
Po rozważeniu motywów zejdź w głąb świadomości i zrób rachunek sumienia, w jaki sposób do 
tej   pory   odnosiłeś   się   do   tej   prawdy   czy   też   cnoty,   którą   medytowałeś.   Jakie   popełniłeś 
uchybienia,   na   przykład   wobec   pokory,   jeśli   medytowałeś   na   temat   pokory;   w   jakich 
okolicznościach je popełniałeś, jakie możesz podjąć kroki, żeby tego nie powtarzać. W ten 
sposób przejdziesz do trzeciego punktu.

3. Postanowienia 

Najważniejszym owocem Twojej modlitwy wewnętrznej powinny być dobre postanowienia. 
Przypomnij sobie, że nie wystarczy mówić: nie będę Pyszny, nie będę już siebie wychwalał, nie 
będę już popadał w zły humor, będę praktykował miłość bliźniego itd.
Są to oczywiście pragnienia, które wskazują na dobre nastawienie duszy. Ale trzeba pójść dalej; 
trzeba zadać sobie pytanie w jakich okolicznościach dnia możesz popaść w błąd, którego chcesz 
uniknąć. W jakich okolicznościach mógłbyś spełnić akt tej czy innej cnoty. Zakładamy, że 
medytowałeś na temat pokory - dobrze! Robiąc rachunek sumienia zauważyłeś, że gdy masz 
być pytany w szkole, bardzo mocno odczuwasz miłość własną, ogromnie chciałbyś wzbudzić 
podziw. Postanowisz więc sobie, że gdy będziesz pytany, skupisz się na moment i uczynisz w 
swoim sercu akt skruchy. Powiesz Chrystusowi, że wyrzekasz się wszelkich odczuć miłości 
własnej,   które   mogłyby   pojawić   się   w   Twojej   duszy.   Jeśli   zauważyłeś,   że   w   pewnych 
okolicznościach   ogarnia   Cię   roztargnienie,   możesz   postanowić,   że   będziesz   unikał   tych 
okoliczności. Jeśli zauważyłeś, że odczuwasz niechęć wobec jakiejś osoby, postanowisz udać 
się do niej i okazać jej dużo sympatii. To samo z innymi sprawami.

background image

Ale choćbyś zrobił najpiękniejsze postanowienia, na nic się to nie zda, jeśli Bóg nie przyjdzie 
Ci z pomocą. Proś usilnie o Jego łaskę przez cały czas, kiedy podejmujesz postanowienia. Proś 
Go o wierność. Medytacja nie powinna być sucha, nie może stać się jedynie pracą umysłu. 
Otwieraj  serce   przed   Mistrzem  jak   dziecko   ufne   w  miłość   Ojca.   Jeśli   chcesz,   żeby   Twoje 
prośby były żarliwsze i bardziej skuteczne, możesz mówić Bogu, że to dla Jego chwały prosisz 
o łaskę praktykowania tej cnoty, nad którą medytowałeś; że chcesz pełnić Jego wolę tak, jak 
pełnią ją Aniołowie w niebie, że prosisz Go o pomoc, ponieważ chcesz być wierny dobrym 
postanowieniom; że prosisz o to w imię Jego drogiego Syna Jezusa Chrystusa, który umarł na 
krzyżu, żeby wyjednać Ci wszystkie te łaski; że obiecał wysłuchać za każdym razem tych, 
którzy będą Go prosić w imię Jego Syna...
Polecaj się też Najświętszej Dziewicy. Proś Dobrą Matkę o wstawiennictwo; Maryja ma nie-
zwykłą moc i jest niezwykle dobra, nie wie, co to znaczy komuś odmówić. Dobry Bóg daje Jej 
wszystko, o co dla nas prosi. Módl się też do Twoich świętych patronów i Twojego Anioła 
Stróża.   Ich   modlitwy   nie   powinno   zabraknąć,   gdy   chodzi   o   wyjednanie   Ci   łaski   cnoty   i 
wierności podjętym postanowieniom.
Co   jakiś   czas   w   ciągu   dnia   przypominaj   sobie   o   Twoich   dobrych   postanowieniach,   żeby 
wprowadzać je w życie lub zaobserwować, czy dobrze je sformułowałeś, odnawiać je w sobie. 
Od czasu do czasu wznoś serce do Pana, by ożywić w sobie to dobro, jakie On w Tobie 
umieścił podczas modlitwy. Postępując w ten sposób, możesz być pewny, że wyniesiesz z niej 
bardzo dużo korzyści, postąpisz w cnocie i miłości Boga.
Nie niepokój się, jeśli chodzi o rozproszenia; gdy je spostrzeżesz - odrzuć je i spokojnie wróć 
do Twojej modlitwy. Nie sposób  wcale nie mieć  rozproszeń,  wszystko, czego Bóg od nas 
wymaga, to żebyśmy wiernie do Niego powracali za każdym razem, gdy je zauważamy. Będą 
się one powoli zmniejszać i modlitwa stanie się łatwiejsza, będzie Ci sprawiała więcej radości..
Takie   są,   drogi   bratanku,   moje   rady.   Mam   nadzieję,   że   będą   mogły   ułatwić   Ci   praktykę 
modlitwy   wewnętrznej.   Jest   ona   koniecznym   środkiem   uświęcenia,   posługiwały   się   nią 
wszystkie święte dusze. Sądzę, że z pomocą łaski skorzystasz z niej równie dużo jak one, a 
Boski Mistrz wynagrodzi Twoją dobrą wolę.

Aneks 2

Praktyka obecności Bożej w listach brata Laurent od Zmartwychwstania Pańskiego (1614-1691

Najświętsza  i najbardziej potrzebna w całym życiu duchowym praktyka - to odnajdowanie 
obecności Boga. Polega ona na radowaniu się i przyzwyczajeniu do Boskiego towarzystwa; 
nieustannym, pokornym rozmawianiu i miłosnym przebywaniu z Nim bez przerwy, w każdej 
chwili, bez reguł i ograniczeń, zwłaszcza w chwilach pokus, trudu, oschłości, niezadowolenia, a 
nawet niewierności i grzechu.
Stale trzeba próbować, żeby wszystko, co robimy, było w pewnym sensie rozmową z Bogiem, 
nie wymyśloną, lecz pochodzącą z czystości i z prostoty serca.
Wszystko, co czynimy, trzeba robić z rozwagą, bez pośpiechu i gwałtu, które charakteryzują 
umysł zmącony. Trzeba pracować spokojnie, miłując Boga, Prosząc Go, żeby przyjął naszą 
pracę.   Dzięki   tej   uwadze,   nieustannie   skierowanej   na   Boga,   zmiażdżymy   głowę   Szatana, 
wytrącimy mu broń z ręki.
W   trakcie   pracy   i   innych   zajęć,   nawet   podczas   lektury   duchowej,   w   czasie   nabożeństw   i 
głośnych   modlitw,   powinniśmy   przerywać   je   na   moment,   najczęściej   jak   tylko   możemy   i 
adorować Boga w głębi serca, „kosztować" Go jakby ukradkiem, wielbić, prosić o pomoc, 
ofiarowywać Mu nasze serce i dziękować.
Czyż   może   być   coś   milszego   Bogu   niż,   jeśli   w   ten   sposób   tysiące   razy   w   ciągu   dnia 
opuszczamy wszystko, co jest stworzone i chronimy się we wnętrzu, żeby adorować Stwórcę?
Nie możemy złożyć Bogu większego świadectwa naszej wierności niż gardząc po tysiąckroć 
razy   stworzeniem,   by   choć   przez   chwilę   móc   radować   się   Stwórcą.   Ćwiczenie   to   niszczy 

background image

pomału naszą miłość własną, która utrzymuje się tylko pośród stworzeń. Powracając tak często 
do Boga, zostajemy jej pozbawieni, nawet nie wiedząc kiedy...
Niekoniecznie trzeba być w kościele, żeby się modlić. Kaplicę adoracji możemy  uczynić z 
naszego   serca,   chronić   się   tam   co   jakiś   czas   i   przebywać   z   Bogiem.   Wystarczy   odrobinę 
„wznieść serce", pisze brat Laurent, doradzając to ćwiczenie pewnemu szlachcicowi: chwila 
myśli o Bogu, wewnętrzna adoracja, choćby w biegu i ze szpadą w ręku. Takie modlitwy, choć 
krótkie, są bardzo miłe Bogu, a w niebezpieczeństwie dodają odwagi. Niech więc pamięta o 
nich najczęściej, jak tylko może. Ten sposób modlitwy wydaje się bowiem właściwy, a nawet 
konieczny dla żołnierza, stale wystawionego na utratę życia, a nawet zbawienia.
Ćwiczenie   odnajdywania   obecności   Bożej   może   być   niezwykle   pomocne   w   modlitwie 
wewnętrznej. Jeśli  pozwolimy  duchowi wznosić  się w pobliże Boga w ciągu dnia, łatwiej, 
spokojnie wytrwa w czasie modlitwy…