background image

27 sierpnia 2003

Nikt nam nie ruszy nic

Od l lipca tego roku, zgodnie z dekretem prezydenta Putina, armia rosyjska nie przyjmuje w swe 

szeregi narkomanów i alkoholików. Słysząc to, doznałem z jednej strony ulgi, z drugiej - zazdrości. 
Zazdrości,  że   nie  padło  to  na   mnie   -  za  czasów,  gdy problem  dotyczył  mnie  w   sposób  najbardziej 
bezpośredni, wykręcenie się od „zaszczytnego obowiązku obrony ludowej ojczyzny " wymagało niezłego 
główkowania.   Koledze,   który   świrował   na   zielone   papiery,   przez   dobry   rok   co   tydzień   musieliśmy 
wymyślać nowe sny dla pani doktor. Udało się zresztą aż za dobrze - kolega dostał takie kwity, że nie 
tylko odczepiło się od niego wojsko, ale przez ładnych parę lat nie mógł potem znaleźć pracy - no, ale 
wzięła   się   za   sprawę   ekipa   fachowców,   na   czele   z   kilkoma   przyszłymi   pisarzami   science   fiction. 
Niemniej, była to pewna praca i kiedy wyobrażę sobie, że wystarczyłoby symulować alkoholizm... No, 
mniejsza - cudze chwalicie, swego nie znacie, skarcił mnie znajomy, z którym podzieliłem się tą myślą. 
W Polsce wprawdzie alkoholizm nie zwalnia z wojska, ale wciąż jest na liście chorób, na które można 
uzyskać   rentę   inwalidzką.   Przynajmniej   wiem   już,   skąd   u   nas   te   miliony   rencistów,   na   utrzymanie 
których budżet wydaje więcej niż na wojsko, policję, sądy i edukację razem wzięte.

Uczucie ulgi natomiast, wracam do wiadomości o rosyjskich siłach zbrojnych, narodziło się z 

myśli, że oto po raz pierwszy od wielu, wielu lat wschodni sąsiad przestaje dla nas być militarnym 
zagrożeniem. Jeśli bowiem picie wódki dyskwalifikuje rekruta w oczach komisji poborowej, no to ilu 
żołnierzy będzie odtąd Rosja w stanie wystawić? Połączmy to z wiadomościami nadchodzącymi zza 
przeciwnej  granicy,  jak choćby tą o sondażu przeprowadzonym  wśród poborowych  Bundeswehry,  z 
których ponad połowa wyznała, że absolutnie nie mieści im się w głowie, iż mogliby brać udział w 
jakiejś wojnie i że gdyby co, z punktu rzucają broń i dezerterują. Nastroje poborowych muszą się zresztą 
udzielać i oficerom, bo zupełnie niedawno czytałem wywiad z niemieckim pilotem wojskowym, który z 
dziecięcą prostotą wyjaśniał, że za nic nie da się wysłać do Iraku, bo go tam może jakiś bisurmanin 
zestrzelić. Z zestawienia tych wieści zdaje się wynikać, że nadchodzą czasy, gdy nikt nam nie ruszy nic, 
nikt nam nie zrobi nic, nie dlatego, że jesteśmy silni zwarci i gotowi, mamy wybitnych przywódców i 
pewnych sojuszników, ale dlatego, że po prostu nie ma nam kto czego zrobić. Do tego samego wniosku 
musieli   już   dawno   dojść   urzędnicy   odpowiedzialni   za   naszą   obronność,   i   to   na   wielu   szczeblach; 
począwszy   od   tych,   którzy   zadecydowali   o   takim,   a   nie   innym   budżecie   armii,   przez   tych,   którzy 
machnęli ręką na rodzimą zbrojeniówkę, aż po tych,  którzy uznali, że zakup kołowego transportera 
opancerzonego   to   tylko   pretekst   do   nawiązania   kontaktów   towarzyskich,   mogących   w   przyszłości 
zaowocować ciekawą pracą dla bogatej firmy zagranicznej.

Skoro   nic   nam   nie   grozi,   to   po   diabła   wydawać   na   wojsko   pieniądze,   które   naród   wolałby 

przeznaczyć  na dalsze rozleniwianie chłopa, robotnika i inteligenta pracującego (bo to właśnie, a nie 
jakieś tam uniwersytety czy infrastruktury uważamy w naszym  kraju za najpewniejszą inwestycję w 
przyszłość)?   Z   całego   wojska   wystarczy   nam   kompania   honorowa   do   tupania   przed   etranżerami   na 
Okęciu. No, trzeba jeszcze pomyśleć o jakichś oddziałach na międzynarodowe operacje pokojowe, ale i 
tutaj jest rozwiązanie, które podsuwa narodowa tradycja. Gdy szlachta nie pozwoliła Zygmuntowi III 
Wazie wziąć ze skarbca ani grosza na militarne wsparcie Habsburgów w wojnie trzydziestoletniej, ten 
podesłał im lisowczyków - oddziały, które nie pobierały żadnego żołdu, zadowalając się tym, co złupiły 
na przeciwnikach i miejscowej ludności. Tam, gdzie sytuacja wymaga posyłania  międzynarodowych sił 
rozjemczych,  tam z reguły nie brak okazji do zahandlowania benzyną, alkoholem i papierosami, nie 
wspominając o ściąganiu haraczy, co wielu naszych poborowych ma przecież od dawna w małym palcu. 
Chłopcy nie tylko mogliby zarobić na swoje utrzymanie, ale jeszcze wspomóc ładnym groszem wiecznie 
dziurawy budżet państwa, a i przegęszczonym zakładom karnym bardzo by ulżyło. Kto zaś ma skrupuły, 
niech weźmie pod uwagę, że posyłanie do Iraku naszych specjalistów od reformowania gospodarki nie 
jest  wobec  mieszkańców  tego   kraju  bardziej   fair,  a  przecież  to  robimy.  Co  skądinąd   jest  dowodem 
powszechnie znanej perfidii Amerykanów, którzy pożałowali pieniędzy na broń inteligentną, zastępując 
ją desantem naszych luminarzy, równie skutecznym, a o ileż tańszym. No cóż, przynajmniej przez jakiś 
czas będą oni z dala od Polski. Czyż nie jest to wystarczająca odpowiedź na niemądre pytanie, co mamy z 
wzięcia udziału w tej wojnie?


Document Outline