background image

ALFRED HITCHCOCK

TAJEMNICA 

NAWIEDZONEGO 

ZWIERCIADŁA

 

PRZYGODY TRZECH DETEKTYWÓW

(Przełożyła: DOROTA KEAŚNIEWSKA)

background image

Słowo wstępne Alfreda Hitchcocka

Jeśli   mieliście   już   przyjemność   poznać   Trzech   Detektywów,   możecie   opuścić 

niniejszy wstęp i przejść od razu do rozdziału pierwszego, w którym rozpoczyna się nasza 

przygoda. A jeśli to Wasze pierwsze z nimi spotkanie, pozwólcie, że przedstawię Wam całą 

trójkę.

Jupiter   Jones,   Pete   Crenshaw   i   Bob   Andrews,   trzej  młodzi   i   zdolni   detektywi, 

mieszkają w Rocky Beach, małej miejscowości leżącej w pobliżu Hollywoodu w Kalifornii. 

Jupiter Jones - nieco otyły i bardzo inteligentny - jest Pierwszym Detektywem i przywódcą 

zespołu.   Jego   umysł   pracuje   z   szybkością   błyskawicy,   choć   czasem   Jupe   bywa   zbyt 

pompatyczny.   Pete   Crenshaw   -   Drugi   Detektyw   -   jest   silny   i   wysportowany,   ale   bardzo 

ostrożny. Ryzykowne przedsięwzięcia Jupitera nie budzą w nim entuzjazmu. Bob Andrews 

jest spokojnym, systematycznym chłopcem. Z wielką starannością gromadzi dokumentację, 

mogącą się przydać detektywom przy rozwiązywaniu kolejnych zagadek.

Kwatera Główna młodych detektywów znajduje się w starej przyczepie kempingowej 

stojącej na terenie składu złomu należącego do wuja i ciotki Jupitera.

Nasza trójka nie zawsze działa w Rocky Beach. Tym razem chłopcy będą mieli do 

czynienia   ze   zjawą   nawiedzającą   pewną   starą   posiadłość   w   Hollywoodzie.   Powszechnie 

wiadomo, że w owej posiadłości straszy. Trzej Detektywi podejmą się wyjaśnienia tajemnicy 

pewnego człowieka, który zniknął w starym zwierciadle i nigdy nie powrócił.

A może wrócił?

Tylko w jeden sposób możecie się o tym przekonać. Otwórzcie pierwszy rozdział i 

sprawdźcie.

Alfred Hitchcock

background image

Rozdział 1

Łapać złodzieja!

- Wujowi Tytusowi trafiła się wyjątkowa okazja - stwierdził Jupiter Jones, opierając 

się o zderzak pikapa należącego do składu złomu Jonesów. - W jedno krótkie popołudnie 

zdobył cztery okna z witrażami, jeden marmurowy kominek, zabytkową wannę i siedmioro 

mahoniowych drzwi.

- To popołudnie wcale nie było takie krótkie - jęknął Pete Crenshaw, przysiadając na 

krawężniku. - Zwłaszcza kiedy trzeba było ładować to wszystko na samochód. Sama wanna 

ważyła chyba z tonę!

Bob Andrews zachichotał.

-   Rzeczywiście   ciężko   było,   ale   widok   pana   Jonesa   zdobywającego   te   sprzęty 

wynagrodził nam wysiłek.

Jupe otarł ręką czoło. Razem z Bobem, Pete'em i wujem Tytusem wyruszyli z Rocky 

Beach zaraz po obiedzie. Pewien stary dom na jednym ze wzgórz nad Hollywoodem miał być 

zburzony i wuj Tytus chciał uratować z niego, co tylko się dało. Teraz dochodziła czwarta i 

sierpniowe   słońce   mocno   przypiekało   wzgórza   nad   miastem.   W   dole,   ulice   zdawały   się 

falować w upale.

- Jupe - odezwał się Pete - co twój wuj tam robi tyle czasu?

- Niewątpliwie sprawdza, czy nie przeoczył jakichś skarbów - odparł Jupiter Jones.

Pozostali skinęli głowami ze zrozumieniem. Skład złomu Jonesów, należący do wuja i 

ciotki Jupitera, słynął na całym Zachodnim Wybrzeżu z różnorodności towaru. Wuj Tytus 

regularnie przemierzał Los Angeles wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu zabytkowych drzwi, 

nietypowych   lamp,   bram,   płotów,   sprzętu   domowego   i   starych   mebli.   Czasami   kupował 

rzeczy, na które potem trudno było znaleźć nabywcę. Ciotka Matylda trochę się o to złościła, 

ale   mimo   tego   zawsze   kazała   Hansowi   i   Konradowi   -   dwóm   braciom   Bawarczykom 

zatrudnionym  do pomocy - robić na dziedzińcu  miejsce  dla kolejnego nabytku  męża.  W 

gruncie rzeczy, nawet najdziwaczniejsze meble znajdowały w końcu nabywcę. A wuj Tytus 

triumfował w takich chwilach.

Jupiter   uśmiechnął   się   na   widok   wuja,   który   w   końcu   ukazał   się   w   drzwiach 

ogromnego, pseudowiktoriańskiego pałacu zbudowanego na szczycie Crestview Drive. Pan 

Jones   rozmawiał   chwilę   z   szefem   ekipy   rozbiórkowej.   Miała   ona   wkrótce   przystąpić   do 

burzenia pałacu, aby zwolnić miejsce pod nowe osiedle mieszkaniowe. Wreszcie podali sobie 

background image

ręce i wuj Tytus ruszył w stronę samochodu.

- W porządku, chłopcy - powiedział. - Nie ma tam nic więcej wartościowego. Szkoda, 

że się już takich domów nie buduje. Musiał się kiedyś wspaniale prezentować. Teraz zostały 

w nim tylko termity i grzyb - westchnął. Przygładził sumiaste, czarne wąsy i wspiął się do 

kabiny ciężarówki.

- Jedziemy! - krzyknął.

Nie   musiał   tego   dwa   razy   powtarzać.   Chłopcy   w   jednej   chwili   znaleźli   się   w 

bagażowej części pikapa i przycupnęli wciśnięci pomiędzy mahoniowe drzwi i witrażowe 

okna. Samochód zaczął powoli zjeżdżać ze wzgórza w kierunku Hollywoodu. Jupe zauważył, 

że okolica jest bardzo zadbana. Wzdłuż ulicy stały wielkie, stare domy - jedne w stylu letnich 

angielskich   rezydencji,   inne   niczym   francuskie   zamki,   a   jeszcze   inne   przypominały 

hiszpańskie   posiadłości   kolonialne,   zdobione   sztukaterią   i   pokryte   grubą,   czerwoną 

dachówką.

- Popatrz! - Bob klepnął Jupitera po ramieniu i wskazał palcem ogromne hiszpańskie 

domisko po prawej stronie drogi. Na jego dziedzińcu stał samochód, ale nie jakiś zwykły 

wóz. Był to czarny rolls-royce ze złoceniami.

- Nasz rolls! - wykrzyknął Jupiter. - Worthington musi być gdzieś w pobliżu.

Jakiś   czas   temu   Jupiter   wygrał   konkurs   organizowany   przez   wypożyczalnię 

samochodów. W nagrodę pozwolono mu przez trzydzieści dni korzystać z zabytkowego rollsa 

prowadzonego   przez   Worthingtona   -   angielskiego   szofera   o   nienagannych   manierach. 

Wielokrotnie   woził  on  Trzech   Detektywów   podczas  rozwiązywania  przez  nich   kolejnych 

tajemnic, odkrywania zaginionych skarbów i udaremniania czyichś nikczemnych zamiarów. 

Kiedy   wykorzystali   już   trzydzieści   jazd,   jeden   z   klientów   odwdzięczył   się   za   pomoc, 

załatwiając im w wypożyczalni możliwość dalszego korzystania z rolls-royce'a.

Wuj Tytus zwolnił nieco, by podjechać do lśniącego rollsa. W tym samym momencie 

drzwi wielkiego domu otworzyły się z impetem. Wypadł z nich niski, chudy człowieczek w 

ciemnym garniturze i co sił w cienkich nogach pognał przed siebie.

- Stój! Zatrzymaj się, łajdaku! 

Worthington rzucił się w pościg za chudzielcem. 

Wuj   Tytus   gwałtownie   zahamował,   a   Pete   wyskoczył   z   samochodu,   by   odciąć 

zbiegowi drogę ucieczki.

- Łapać złodzieja! - krzyczał Worthington.

Pete dopadł człowieczka, próbując przytrzymać go wpół. Lecz zbieg, choć drobny, 

okazał się silny i zwinny. Trafił Pete'a pięścią pod prawe oko. Chłopiec oszołomiony bólem 

background image

upadł   na   ziemię.   Słyszał   jednak   wyraźnie   tupot   biegnącego,   a   potem   trzaśniecie   drzwi 

samochodowych.

- O, do licha! - zawołał Worthington. 

Pete otworzył oczy i potrząsnął głową, próbując dojść do siebie. Worthington pochylił 

się nad nim.

- Czy wszystko w porządku, panie Pete? - zapytał.

- Chyba tak. Trochę mnie zatkało. 

Nadbiegli Bob i Jupe.

- Facet nawiał - powiedział Bob. - Miał zaparkowany przy drodze samochód.

Worthington wyprostował się, prezentując swój okazały wzrost. Jego owalna twarz, 

zazwyczaj pogodna, była teraz czerwona z gniewu i z wysiłku.

- Jak mogłem dopuścić, by mnie ten łotr prześcignął? - rzekł zasępiony. Po chwili 

twarz trochę mu się rozpogodziła. - No, ale przynajmniej porządnie go nastraszyliśmy!

background image

Rozdział 2

Dom luster

- Worthington, czy on uciekł? Wezwałam już policję. 

Jupiter zamrugał oczami. Pete, wciąż oszołomiony, przetarł twarz niepewnym ruchem, 

a Bob wytrzeszczył oczy na kobietę, która pojawiła się w drzwiach posiadłości.

- Obawiam się, że tak, proszę pani - odparł Worthington. 

Kobieta zaczęła schodzić w ich kierunku. Jupe nagle uświadomił sobie, że przygląda 

jej   się  z  otwartymi  ustami.  Szybko  je  zamknął.  Niełatwo  wprawić  w  osłupienie  Jupitera 

Jonesa, ale każdy na jego miejscu zareagowałby podobnie na widok damy ubranej w suto 

marszczoną, długą do ziemi brokatową krynolinę. Kiedy podeszła bliżej, Jupiter zobaczył, że 

jasne włosy upięte w wysoki kok są peruką przysypaną pudrem.

- Pani Darnley, chciałbym pani przedstawić moich przyjaciół, Trzech Detektywów - 

odezwał się Worthington.

Kobieta wydawała się nieco zaskoczona. Po chwili uśmiechnęła się.

- Ach, tak. To wy jesteście tymi trzema młodymi detektywami. Worthington wiele mi 

o was mówił. - Spojrzała na Jupe'a. - Jupiter Jones, prawda?

- Zgadza się - odparł Jupe.

Następnie Worthington przedstawił Boba i Pete'a.

- Pan Pete próbował odciąć drogę temu złoczyńcy - wyjaśnił.

- Ale nie jesteś ranny, prawda? - zapytała kobieta.

- Nie, nie jestem - odrzekł Pete, powoli podnosząc się z ziemi.

- Dzięki Bogu. Słyszałam, że włamywacze bywają niebezpieczni. 

W tym momencie wuj Tytus wysiadł z pikapa.

- Pani Darnley, to jest Tytus Jones - przedstawił go Worthington. 

Kobieta uśmiechnęła się promiennie.

-   Ach,   jakże   mi   miło   pana   poznać!   Tyle   słyszałam   o   pańskim   składzie   złomu. 

Wybierałam się nawet z wizytą, żeby zobaczyć, czy nie ma pan może jakichś interesujących 

luster.

- Luster?

- Tak. Kolekcjonuję je. Proszę wejść i obejrzeć moje zbiory. 

Kobieta odwróciła się zamaszyście i ruszyła do domu szeleszcząc suknią.

- Czy ona ubiera się tak na co dzień? - zapytał Pete.

background image

- To nadzwyczaj interesująca dama - odparł Worthington. - Często ją wożę, ponieważ 

nie   zależy   jej   na   posiadaniu   własnego   samochodu.   Przekonacie   się,   że   jej   dom   jest 

fascynujący.

I rzeczywiście dom okazał się taki. Chłopcy i wuj Tytus weszli za Worthingtonem do 

dużego,   ciemnego   holu.   Panował   tu   dziwny  chłód.   Z   lewej   strony  zobaczyli   imponujące 

schody prowadzące na piętro. Za nimi wąski korytarz ciągnął się przez cały niemal dom. Po 

prawej stronie zwróciły ich uwagę ozdobne, dwuskrzydłowe drzwi. Nie mogli dojrzeć, co jest 

za nimi,  ponieważ  w pokoju panowały ciemności.  Gości wprowadzono do przestronnego 

salonu. Na jego ścianach igrały jakieś cienie. Całe wnętrze zdawało się pulsować życiem. 

Ciężkie kotary nie przepuszczały światła dziennego i chłopcy dopiero po chwili zorientowali 

się, iż cienie, poruszające się po ścianach, to ich własne odbicia w dziesiątkach, a być może 

setkach, luster. Widzieli odbicia własnych odbić. Miało się wrażenie, iż w pokoju są nie trzej 

detektywi, lecz trzydziestu lub trzystu.

- Piękne, prawda? - W lustrach pojawiła się postać pani Darnley.

- Trochę kręci mi się w głowie - powiedział Pete.

- Usiądź więc - poradziła pani Darnley i sama przysiadła na stołeczku obok kominka. - 

Niemal wszystkie moje zwierciadła są bardzo stare i każde z nich ma swoją historię. Zbieram 

je przez całe życie. Zaczęłam jako mała dziewczynka. Czy pamiętacie bajkę o Alicji, która 

przeszła na drugą stronę lustra i znalazła się w zaczarowanym świecie, w którym wszystko 

odwrócone   było   do   góry   nogami?   Kiedy   byłam   dzieckiem,   wierzyłam,   że   i   mnie   to   się 

przydarzy, jeśli tylko znajdę właściwe lustro.

Do   pokoju   wszedł   chłopiec   wzrostu   Pete'a   i   w   jego   mniej   więcej   wieku.   Miał 

marchewkowe włosy i piegowaty nos. Za nim wsunęła się dziewczynka tego samego wzrostu, 

ale o włosach ciemniejszych. Uśmiechnęła się na widok Worthingtona, który stał sztywno 

przy jednym z okien. Następnie przesunęła spojrzenie na wuja Tytusa, a potem na chłopców.

- To moje wnuczęta, Jean i Jeff Parkinson - przedstawiła ich pani Darnley. - Dzieci, a 

oto pan Tytus Jones, właściciel tego sławnego składu staroci, oraz jego siostrzeniec, Jupiter i 

ich przyjaciele, Bob i Pete.

- Trzej Detektywi! - wykrzyknął Jeff.

-   Co   za   zbieg   okoliczności!   -   zauważyła   dziewczynka.   -   Akurat,   kiedy   mieliśmy 

włamanie. Nic, co prawda, nie zaginęło.

- Nic nie zaginęło? - zdziwiła się pani Darnley.

- Tak mi się wydaje - odparła Jean. Usłyszeli coraz bliższy dźwięk syreny.

-   To   pewnie   policja   -   stwierdziła   pani   Darnley.   -   Jean,   otwórz   im   drzwi.   A   ty, 

background image

Worthingtonie, usiądź, proszę. Chyba nie jest ci wygodnie tak stać jak słup.

- Dziękuję pani - odrzekł Worthington i znalazł sobie jakieś krzesło. Jean wprowadziła 

dwóch młodych policjantów. Jeden z nich, na widok pani Darnley całej w brokatach, upuścił 

czapkę. Dama udała, że tego nie dostrzega, i opowiedziała im pokrótce, co się wydarzyło.

- Byłam  na górze. John Chan, który zarządza moim domem,  właśnie podawał mi 

herbatę. Nie słyszeliśmy nic podejrzanego. Włamywacz niewątpliwie sądził, że w domu nie 

ma nikogo. Worthington i moje wnuki wrócili z zakupów w Farmers Market i zaskoczyli go. 

Był właśnie w bibliotece i, jak nam się wydaje, niczego nie ukradł. Być może nie zdążył.

Następnie Worthington i chłopcy opisali mężczyznę, który wybiegł z domu - niski, 

bardzo chudy, o ciemnych, kręconych włosach, w średnim wieku, lecz bardzo silny i szybki. 

Jupiter opisał samochód, którym uciekł.

-   Takich  samochodów   są   tysiące   -   skrzywił   się   policjant.   -   Może   udało   ci   się 

zapamiętać numer rejestracyjny?

- Niestety, nie. Cały samochód był zabłocony i tablica też. 

Policjant westchnął i zanotował coś.

- Wiemy, jak dostał się do środka - odezwała się Jean Parkinson. - Wyłamał zamek w 

drzwiach kuchennych. 

Policjant pokiwał głową.

- Zawsze to samo, kiepskie zamki w kuchennych drzwiach.

- Moje drzwi kuchenne mają... to znaczy, miały bardzo dobry zamek. Dbam o takie 

rzeczy - zapewniła pani Darnley. - Jak pan może zauważył, we wszystkich oknach są żelazne 

kraty.   Do   domu   można   się   dostać   tylko   głównym   wejściem   lub   drzwiami   kuchennymi 

poprzez garaż. Obie pary drzwi mają podwójne zamki-skarbce. Ten człowiek wyważył je 

łomem. Jeff, zaprowadź panów do kuchni i pokaż, jak to wygląda!

Policjanci wyszli razem z Jeffem i po chwili wrócili, niosąc łom porzucony przez 

włamywacza.

- Zajmą się nim nasi specjaliści od daktyloskopii.

- Ale ten człowiek miał rękawiczki - zauważył Pete.

- Jesteś pewien?

- Jestem. Odczułem to na własnej skórze.

Policjanci odjechali, obiecując pani Darnley, że jak tylko trafią na ślad przestępcy, 

natychmiast   ją   zawiadomią.   Worthington   też   się   pożegnał,   by   odwieźć   rolls-royce'a   do 

wypożyczalni.

- Pewnie już nie usłyszymy więcej o tej sprawie - powiedziała pani Darnley. - No cóż, 

background image

właściwie nic takiego się nie stało. Może chcecie państwo obejrzeć dom? Kiedyś należał do 

magika Drakestara. To on go zbudował.

- Dom Drakestara? - zainteresował się Jupiter, który dość dobrze znał środowisko 

teatralne. - A więc to jest dom Drakestara! Czytałem o nim.

Pani Darnley skinęła głową.

-   Drakestar   umarł   tutaj   i   podobno   od   tamtej   pory   w   domu   straszy.   Ja   niczego 

dziwnego  jak  dotąd  nie  widziałam  ani  nie  słyszałam.  Ale  jeśli  lubicie  stare,  interesujące 

przedmioty, chodźcie ze mną.

Otworzyła dwuskrzydłowe drzwi w końcu salonu. Wuj Tytus, Trzej Detektywi, Jean i 

Jeff Parkinson przeszli za nią do jadalni. Tutaj kotary były rozsunięte i popołudniowe słońce 

oświetlało   ściany   pokryte   grubym,   czerwonym   adamaszkiem.   Nad   kredensem   wisiało 

zwierciadło w ramie z pozłacanych wolut. Wyglądało na bardzo stare i jego srebrna, powłoka 

miejscami poodpryskiwała.

- To jeden z moich najcenniejszych skarbów - powiedziała pani Darnley. - Pochodzi z 

Sankt Petersburga, z pałacu carów. Być może przeglądała się w nim sama Katarzyna Wielka. 

Właśnie to mnie fascynuje w lustrach. Odbijały tyle ludzkich twarzy... Niełatwo się oprzeć 

wrażeniu, iż jakaś cząstka każdej z tych osób w nich pozostała.

Za jadalnią znajdowało się pomieszczenie na zastawę stołową, a za nim kuchnia, gdzie 

chłopcy poznali Johna Chana, zarządzającego domem pani Darnley. Był szczupły. Miał około 

dwudziestu   pięciu   lat.   I   choć   nie   ulegało   wątpliwości,   iż   jego   przodkowie   pochodzili   z 

Dalekiego Wschodu, mówił z silnym bostońskim akcentem. Zawiadomił panią Darnley, że 

wezwał już stolarza i ślusarza, i do wieczora drzwi kuchenne będą naprawione.

- Doskonale - ucieszyła  się. Wskazała  ręką boczne drzwi. - To pokój Johna. Nie 

pozwolił mi powiesić w nim ani jednego lustra.

- Zbyt często musiałbym na siebie patrzeć - wyjaśnił zarządca z uśmiechem.

- Przejdźmy dalej, pokażę wam inne moje skarby. - Otworzyła jeszcze jedne drzwi i 

znaleźli się w wąskim korytarzu, który widzieli zaraz po wejściu do domu.

- W czasach Drakestara cała część frontowa tworzyła wielką salę balową. Postawiłam 

w  niej   ścianki   działowe   i   w   ten   sposób   powstały...   no   cóż,   można   by   je   chyba   nazwać 

pokojami wystawowymi.

Stłoczyli się wszyscy w narożnym pomieszczeniu o ścianach koloru palonej gliny. 

Stało w nim wąskie łóżko, skórzany kufer, krzesło i stół zbity z ręcznie ciosanych desek. Nad 

stołem wisiało lustro w klonowej ramie.

-   To   lustro   sprowadzono   do   Kalifornii   w  czasach   gorączki   złota   -   objaśniła   pani 

background image

Darnley.  - Zamówił  je w Nowej Anglii pewien Amerykanin,  który chciał poślubić córkę 

hiszpańskiego dona. Otrzymała je od niego w podarunku.

- A chociaż wyszła za niego? - zapytał Bob.

- Tak, i to był początek tragedii. Amerykanin okazał się hazardzistą i przegrał cały ich 

majątek. Ten pokój jest rekonstrukcją pokoju, w którym mieszkała. Pod koniec życia nie 

miała już niczego... kompletnie niczego.

W kolejnym pomieszczeniu znajdował się pokoik panieński. Pani Darnley nazywała 

go wiktoriańskim.

-   Zrekonstruowałam   salonik,   w   którym   Królowa   Wiktoria,   zanim   jeszcze   została 

królową,  zwykła   siadywać  ze  swoją  matką.   Meble   odtworzono na  moje  zamówienie,   ale 

lustro nad kominkiem jest autentyczne. Należało do Królowej Wiktorii lub jej matki. Lubię 

wyobrażać sobie przeglądającą się w nim Wiktorię, taką młodziutką i niewinną, mającą lata 

sławy i wielkości dopiero przed sobą. Przychodzę  tu czasem posiedzieć  sobie. Wkładam 

wtedy specjalną suknię. Nie, oczywiście nie udaję młodej Wiktorii. Jestem na to za stara. 

Niekiedy wyobrażam sobie, że jestem jej matką.

Następnie obejrzeli pokój Lincolna. Panował w nim mrok i nieład.

- To replika pokoju, w którym mieszkała Mary Todd Lincoln już jako stara, zmęczona 

i   samotna   kobieta,   długo   po   śmierci   prezydenta   Lincolna.   Właśnie   do   niej   należało   to 

zwierciadło.

Wuj Tytus, stojący obok Jupitera, poruszył się niespokojnie.

- Smutne miejsce - powiedział.

- Bardzo smutne - zgodziła się pani Darnley. - Ale przecież wielu ludzi zyskiwało 

sławę właśnie z powodu jakiegoś smutnego wydarzenia.

Zamknęła drzwi do pokoiku i nagle ożywiła się.

- Na górze jest pokój Marii Antoniny. Jest tam małe ręczne zwierciadło należące do 

królowej i jeszcze kilka drobiazgów. Suknia, którą mam na sobie, została uszyta na wzór 

sukni z jej portretu.

- Rozumiem - wyszeptał Jupiter. - Czy ten pokój też jest smutny?

- W pewnym sensie tak. To ładny pokój. Lubię w nim przebywać. Staram się nie 

myśleć o tym, jak umierała... biedna, głupiutka królowa. Pokażę go wam. Jest dokładną kopią 

jednego z jej pokoi w Wersalu. Ale najpierw musicie zobaczyć mój najnowszy nabytek.

- To będzie prawdziwy horror - mruknęła Jean Parkinson.

- Założę się, że wyda wam się okropny - dodał Jeff.

-   Rzeczywiście   jest   brzydki,   ale   to   moja   prawdziwa   duma   -   odrzekła   dama   i 

background image

szeleszcząc suknią poprowadziła ich korytarzem aż do głównego holu. Wuj Tytus i chłopcy 

weszli   za   nią   przez   podwójne   drzwi   do   ciemnego   pokoju,   który   zauważyli   na   samym 

początku   wizyty.   Kiedy   tylko   pani   Darnley   odsłoniła   kotary,   zorientowali   się,   że   są   w 

bibliotece. Trzy ściany zastawione były książkami niemal po sufit. Czwartą, tę od frontu, 

pokrywała   ciemna   boazeria.   Między   dwoma   wysokimi   oknami   wisiało   ogromne   lustro 

sięgające od podłogi aż do sufitu.

- O rany! - krzyknął Pete.

W samym lustrze nie było niczego niezwykłego. Odbijało postaci chłopców i wuja 

Tytusa wyraźnie i bez zniekształceń. Uwagę zwracała natomiast jego groteskowa metalowa 

rama, powyginana w dziwnie odrażające kształty. Tworzyły ją jakby splątane korzenie drzew, 

spomiędzy których wyglądały maleńkie twarze. Twarze niepodobne do ludzkich. Niektórym z 

czoła   wyrastały   rogi,   inne   miały   wąskie   szparki   zamiast   oczu.   Jeszcze   inne   wykrzywiał 

złośliwy grymas.  Na samym  szczycie  lustra królowała karłowata, przygarbiona  postać ze 

spiczastymi uszami. Trzymała w objęciach węża.

- Co... - zaczął Bob wskazując ramę - co t-t-to za stworki?

- W Hiszpanii nazywa się je trasgos - odparła pani Darnley. - My mówimy o nich 

gobliny. To zwierciadło należało kiedyś do czarodzieja Chiava, który żył w Madrycie przed 

dwustu   niemal   laty.   Podobno   ukazywały   się   w   nim   duchy   i   gobliny   przepowiadające 

przyszłość. - Mieszkały, rzekomo, w korzeniach drzew na odludnych mokradłach - wtrącił 

Jeff. - I przyjaźniły się z wężami i robakami.

- Ohyda! - skrzywiła się Jean Parkinson.

- Jestem dumna z posiadania tego zwierciadła    powtórzyła pani Darnely. - Każde z 

moich luster ma swoją historię i niektóre widziały rzeczy piękne oraz wielkie tragedie. Lecz 

zwierciadło Chiava, jeśli wierzy się w takie rzeczy, jest podobno prawdziwym zaczarowanym 

zwierciadłem.

Jupiter   Jones   pomyślał,   że   wyglądała   teraz   tak,   jakby   rzeczywiście   wierzyła,   iż 

zwierciadło jest zaczarowane.

W holu rozległ się dzwonek.

-   To   pewnie   senor   Santora   -   powiedziała   Jean,   uśmiechając   się   do   Trzech 

Detektywów. - Senor Santora przyjechał z Hiszpanii. Jest kolekcjonerem, jak babcia, całkiem 

zwariowanym na punkcie luster. Chce odkupić to zwierciadło oprawione w ramę z okropnymi 

stworkami. Przychodzi codziennie o tej samej mniej więcej porze.

Znów rozległ się dzwonek.

Pani Darnley odwróciła wzrok od lustra i popatrzyła w kierunku drzwi wejściowych.

background image

- Codziennie - westchnęła. - Od tygodnia przychodzi tu każdego dnia, a dziś...

Zawiesiła głos, nie kończąc myśli.

- A dziś - odezwał się cicho Jupiter - w tym właśnie pokoju zaskoczono włamywacza.

- Nikt nie byłby w stanie udźwignąć tego lustra - nie zgodził się z nim Jeff. - Rama 

jest stalowa i waży chyba z tonę. Aż trzech ludzi wieszało je na ścianie.

Pani Darnley uniosła z lekka głowę i jej twarz przybrała surowy wyraz.

- Panie Jones - zwróciła się do wuja Tytusa - będę wdzięczna, jeśli pan i chłopcy 

zostaniecie, żeby zobaczyć senora Santorę. Worthington bardzo ceni Trzech Detektywów. 

Chciałabym poznać ich opinię o tym człowieku.

Dzwonek znów zadźwięczał.

Pani Darnley, nie czekając na odpowiedź wuja Tytusa, poleciła Jean:

- Otwórz senorowi Santorze.

background image

Rozdział 3

Klątwa Chiava

Jean   wprowadziła   do   biblioteki   mężczyznę   o   mocnej   budowie,   bardzo   ciemnych 

włosach i szeroko rozstawionych, czarnych oczach. Miał na sobie jasny garnitur z bardzo 

dobrego materiału o jedwabistym połysku. Jego gładka twarz, nie naznaczona czasem ani 

troską, była lekko zaczerwieniona, jakby od gniewu.

- Senora Darnley, jeśli można... - zaczął. Na widok wuja Tytusa i chłopców przerwał i 

zachmurzył się, zaciskając przy tym wargi. - Miałem nadzieję, że zastanę panią... że będzie 

pani... - znów przerwał, jakby szukając odpowiednich angielskich wyrazów dla wyrażenia 

myśli. - Miałem nadzieję, że zastanę panią bez gości - powiedział w końcu.

- Bardzo proszę, niech państwo usiądą - rzekła pani Darnley, zajmując jedno z miejsc. 

-   Właśnie   opowiadałam   przyjaciołom   o   dumie   mojej   kolekcji   -   zwierciadle   goblinów   - 

zwróciła się chłodnym tonem do seńora Santory.

- Zwierciadło wielkiego Chiava - westchnął Santora, siadając przy stoliku z lampą. 

Położył na nim paczkę owiniętą w biały papier. - Cudowne zwierciadło!

- Rzeczywiście cudowne - przytaknęła pani Darnley. - Senor Santora, sama musiałam 

czasem dołożyć wielkich starań, aby zdobyć niektóre z tych luster, lecz pański upór staje się 

doprawdy śmieszny.

- Pragnienie posiadania zwierciadła Chiava wcale nie jest czymś  śmiesznym.  Pani 

Darnley... senora... proszę o rozmowę na osobności.

- Nie widzę takiej potrzeby. Nie mamy o czym rozmawiać.

- Ależ mamy - rzekł podniesionym tonem, pochylając się do przodu.

Nikt z obecnych nie poruszył się.

-   Rozumiem.   A   więc   musimy   mieć   publiczność.   Jak   pani   sobie   życzy,   senora. 

Złożyłem pani bardzo korzystną ofertę. Dziś przychodzę z jeszcze korzystniejszą. Dam pani 

dziesięć tysięcy dolarów za zwierciadło Chiava i dołożę do tego pewien eksponat z mojej 

własnej kolekcji. – Wręczył pani Darnley białą paczkę. - To małe ręczne lusterko znalezione 

w ruinach Pompei.

Pani Darnley wybuchnęła śmiechem.

- Mam więcej pieniędzy, niż kiedykolwiek zdołam wydać, a przedmioty z Pompei nie 

są aż tak rzadkie. A zwierciadło goblinów jest tylko jedno.

- Tylko jedno - zgodził się Santora. - Jedno na całym świecie. I muszę je mieć, seńora!

background image

- Nie.

- To niezwykle ważne. Nawet sobie pani nie zdaje sprawy, jak ważne! - krzyknął 

Santora.

- Oczywiście, że ważne, skoro dotyczy lustra jedynego na świecie. Tylko że dla mnie 

jest tak samo ważne, jak dla pana. Czemu pańska kolekcja miałaby być lepsza od mojej?

- Senora, muszę panią ostrzec! - podniósł głos. Jupiter zauważył, że zacisnął pięści, a 

pani Darnley wyprostowała się na krześle.

- Przed czym? - zapytała, patrząc mężczyźnie prosto w twarz. - Senor Santora, czy pan 

wie,  że   jakiś  człowiek  włamał  się   dziś  do  mojego   domu.  Przyłapano   go  w  tym  właśnie 

pokoju.

Rumieniec zniknął z twarzy Santory. Stała się ona wręcz kredowobiała. Spojrzał na 

lustro.

- W tym pokoju? Ależ... ależ nie, skąd miałbym o tym wiedzieć?

- Miejmy nadzieję, że tak właśnie jest.

Santora spuścił wzrok na podłogę, a potem na swoje ręce.

-   Przyłapano   go?   Tutaj?   -   Santora   podniósł   głowę   i   na   jego   twarzy   pojawił   się 

wymuszony   uśmiech.   -   Rzeczywiście,   czytałem   w   waszych   gazetach,   że   macie   złodziei, 

którzy okradają domy w dzień, korzystając z tych godzin, kiedy mieszkańcy wychodzą. Mam 

nadzieję, senora, że policja potraktuje surowo tego osobnika.

- Niestety, udało mu się zbiec - odparła pani Darnley.

- Ach, tak - zmarszczył brwi, jakby rozważał jakiś trudny problem.

- Senora, nie mogę niczego powiedzieć o tym włamywaczu, lecz oboje dobrze wiemy, 

iż człowiek tak nikłej postury nie uniósłby zwierciadła Chiava. W tym lustrze czai się pewne 

niebezpieczeństwo.

- Czyżby?

- Nie byłem z panią całkiem szczery - wyznał Santora. - Tak naprawdę nie jestem 

kolekcjonerem. To lusterko z Pompei... kupiłem je wczoraj w Beverly Hilis.

- Mam nadzieję, że nie dał pan za nie fortuny - odparła pani Darnley nie bez sympatii.

- Jeśli to lusterko nie skłoni pani do rozstania z lustrem Chiava, może zrobi to pani ze 

względu na mnie. Widzi pani, nie tylko zwierciadło Chiava jest unikatem światowym,  ja 

jestem nim także.

Pani Darnley była wyraźnie rozbawiona.

- Nie jest pan aż takim unikatem, seńor Santora.

- Mogę pani opowiedzieć historię tego lustra.

background image

- Ależ ja znam jego historię.

- Tak się tylko pani wydaje - powiedział Santora już bez gniewu. Głos miał teraz 

łagodny, niemal błagalny. - Chiavo był wielkim czarnoksiężnikiem. Lustro zaczarował przy 

pomocy wielu zaklęć. Miał dzięki niemu dostęp do świata stworzeń i duchów mieszkających 

pod   ziemią.   Od   nich   dowiadywał   się   o   wydarzeniach,   które   miały   dopiero   nastąpić.   Aż 

pewnego dnia Chiavo zniknął.

- Wiem o tym - wtrąciła pani Darnley. - I zostawił zwierciadło pewnej rodzinie z 

Madrytu. Ludzie ci nazywali się Estancia. 

Santora skinął głową.

- To prawda. Lecz to nie wszystko. Chiavo miał wrogów. Ludzi, którzy bali się go i 

twierdzili, że ich skrzywdził. Nie chciał więc, by ktokolwiek wiedział, iż rodzina Estancia, to 

jego własna rodzina - jego żona i syn. Ten syn też miał syna, a ten z kolei - córkę, która 

wyszła   za   mąż.   W   ten   sposób   nazwisko   Estancia   zaginęło.   Lustro   pozostało   jednak   w 

rodzinie, przekazywane z pokolenia na pokolenie. Aż kiedyś, ponad czterdzieści lat temu, 

jeszcze   przed   moim   urodzeniem,   lustro   wielkiego   Chiava   zostało   skradzione,   gdzieś   w 

Madrycie. Złodziej zapłacił za to stokrotnie. Mój ojciec wytropił go i...

- Pański ojciec? - krzyknęła pani Darnley. - Czy chce pan powiedzieć, że jest pan 

potomkiem Chiava? Mężczyzna skinął głową.

- I to jedynym. Mój ojciec już nie żyje. Pozostałem tylko ja i dlatego muszę odzyskać 

to lustro. Należy do mnie i chcę je przekazać mojemu synowi.

Pani Darnley milczała zamyślona. W końcu zapytała:

- Jeśli pański ojciec wytropił złodzieja tyle lat temu, dlaczego nie odzyskał lustra?

- Ponieważ złodziej już wtedy nie żył, a lustro zabrała jakaś inna kanalia. Widzi pani, 

lustro jest bezpieczne tylko w rękach naszej rodziny.

Tylko my znamy jego sekret i tylko my wiemy, co zrobić, by lustro przepowiadało 

przyszłość.

- Przydatne urządzenie - stwierdziła pani Darnley.

-   Rzeczywiście.   Lecz   dla   ludzi   nie   pochodzących   z   rodu   Chiava   może   być 

niebezpieczne.   Człowieka,   który   ukradł   je   mojemu   ojcu,   znaleziono   w   domu   martwego. 

Jedynym obrażeniem był ślad na czole, jakby po oparzeniu - ale on nie żył. A lustro zniknęło. 

Mój ojciec wznowił poszukiwania. Kiedyś usłyszał, że lustro trafiło do Barcelony. Odnalazł 

nowego posiadacza. Niestety, przybył za późno. Mężczyzna właśnie się powiesił. Właściciel 

domu, w którym ów człowiek mieszkał, zabrał lustro i sprzedał komuś, kto z kolei...

- Też się powiesił? - dokończyła za niego pani Darnley.

background image

- Zginął w katastrofie kolejowej, zanim mój ojciec zdołał do niego dotrzeć. Jego syn 

oddał lustro przyjacielowi, który właśnie jechał do Madrytu. Powiedział też, że tuż przed 

śmiercią ojciec ujrzał w zwierciadle postać mężczyzny o długich, siwych włosach i dziwnych, 

zielonych oczach. Nie zdziwiło to mojego ojca. Tak bowiem wyglądał Chiavo. Członkowie 

naszego rodu wiedzą, co się stało z Chiavem. Przeszedł na drugą stronę lustra, do podziemnej 

krainy duchów. Jest tam do dziś. Czasem tylko zbliża się do lustra i wygląda na zewnątrz, 

żeby dać jakąś przestrogę.

Pani Darnley podniosła rękę do gardła.

- Przeszedł... na drugą stronę lustra?

- Jak Alicja - szepnęła cichutko Jean.

- Ja... ja nie wierzę w takie rzeczy - powiedziała pani Darnley.

- To teraz tak pani twierdzi. Dalszą historię już pani zna. Człowiek, który jechał do 

Madrytu,  sprzedał lustro studentowi o imieniu  Diego Manolos. Niedługo  potem Manolos 

opuścił Hiszpanię i wrócił tam, gdzie się urodził. Zna pani to miejsce, senora Darnley, małą 

wyspę należącą do państewka o nazwie Ruffino. Ożenił się z pani przyjaciółką. Czy mogę 

wiedzieć, co mówiła o lustrze?

- Nie lubiła go. Uważała, że jest brzydkie, w czym oczywiście miała rację. Oddałaby 

mi je już lata temu, lecz jej mąż nie chciał się z nim rozstać. Nie wspominała jednak, by 

kiedykolwiek coś w nim zobaczyła. Manolos miał je u siebie przez trzydzieści z górą lat, lecz 

moja przyjaciółka nigdy nie dojrzała w nim żadnego ducha.

Santora pochylił się w stronę pani Darnley i głosem tak cichym, że Jupe ledwie go 

słyszał, powiedział:

- Lustro jest przeklęte. Chiavo rzucił klątwę na wszystkich jego właścicieli, jeśli nie 

wywodzą się z tego rodu.

- Ale Diega Manolosa ta klątwa nie dosięgła. Wiodło mu się świetnie. Był doradcą 

prezydenta państwa Ruffino.

- Może dosięgła jego żony - powiedział Santora, wpatrując się ciemnymi oczami w 

panią Darnley.  - Senora Darnley,  proszę mi opowiedzieć o swojej przyjaciółce. Czy była 

szczęśliwa?

Pani Darnley spuściła wzrok i odwróciła głowę.

- Cóż... nie. Myślę, że za życia męża Isabella Manolos nie była szczęśliwą kobietą. 

Zawsze źle ją traktował. Ale teraz on już nie żyje i...

- I co robi wdowa po nim? Pozbywa się lustra. Wysyła je do pani.

- Wiedziała, że chciałam mieć je w kolekcji - pani Darnley otrząsnęła się, jakby ze 

background image

złego snu, i wstała. - Senor Santora, opowiedział mi pan całkiem niewiarygodną historię. Nikt 

nie może tak po prostu zniknąć w lustrze. Jeśli jest pan rzeczywiście potomkiem Chiava, 

muszą  być  na to jakieś dokumenty  - świadectwa  urodzin, ślubów. Jeśli  lustro należy do 

pańskiej rodziny, oddam je. Ale najpierw musi pan to udowodnić.

Santora też wstał i podniósł ze stołu białą paczkę.

- Odnalezienie tego zwierciadła zabrało wiele lat. Mój ojciec podążył jego tropem z 

Madrytu do Barcelony i z powrotem do Madrytu. Ja udałem się do Ruffino, ale do wdowy po 

Manolosie dotarłem za późno. Teraz jestem tutaj. Zdobycie dokumentów, o które pani prosi, 

zabierze trochę czasu, ale mam go dużo. Poślę po nie do Hiszpanii.

- Poczekam - odparła pani Darnley.

- Tylko proszę uważać, senora. Lustro może być niebezpieczne. - Santora wyszedł z 

biblioteki i chłopcy usłyszeli odgłos otwieranych, a potem zamykanych drzwi wejściowych.

- Ale historia! - wykrzyknął Pete. Wydawał się nieco przestraszony.

- Zręcznie skonstruowana opowieść sensacyjna - podsumował Jupiter.

-   Z   pewnością   to   wszystko   wymyślił   -   dodała   pani   Darnley   takim   tonem,   jakby 

usiłowała przekonać samą siebie. - Nie może być potomkiem Chiava, a poza tym... poza tym 

nie można przecież zniknąć w lustrze. Jeśli rzeczywiście pochodzi z rodu Chiava, czemu nie 

powiedział tego od razu, kiedy tu przyjechał ponad tydzień temu?

- Może dopiero dziś przyszło mu to do głowy - rzucił Jupiter.

background image

Rozdział 4

Jupiter wyczuwa tajemnicę

Żegnając   się   z   panią   Darnley,   Jupiter   Jones   wręczył   jej   wizytówkę   Trzech 

Detektywów.

- Na odwrocie znajdzie pani nasz numer telefonu. W razie potrzeby, chętnie służymy 

pani pomocą.

Zamyślona wzięła wizytówkę i złożyła ją na pół.

- Nie można przecież zniknąć w lustrze - powtórzyła z naciskiem.

- Ja też tak sądzę - odparł Jupiter. - Ale myślę, że warto zobaczyć, jakie dokumenty 

przedstawi senor Santora na poparcie swojej historyjki.

Pani Darnley skinęła głową. Wyszli  pozostawiając ją wraz z wnukami  w holu jej 

wielkiego, ponurego domu.  Kiedy tak stała w swym  staromodnym  stroju, wydała  im się 

bardzo zmęczona i mizerna. W niczym nie przypominała energicznej damy oprowadzającej 

ich z dumą po swoich lustrzanych komnatach i udającej Marię Antoninę.

-  Ciarki   mnie   przechodzą   na  myśl  o  tym  domu!  -  krzyknął  Pete,   kiedy  jechali  z 

powrotem do składu złomu.

Jupiter nie odpowiedział. Obejmując rękami kolana, siedział z zamkniętymi oczami, 

oparty o ściankę pikapa.

- Co się stało, Jupe? - zapytał Bob.

- Sam nie wiem. Coś mi się nie zgadza w tym, co powiedział Santora.

- Nic tu się nie zgadza! - stwierdził Pete. - Nikt mi nie wmówi, że można zaczarować 

lustro tak, żeby przejść na jego drugą stronę i zostać tam na zawsze! A do tego wracać od 

czasu do czasu, żeby postraszyć trochę ludzi!

-   Nie   to   miałem   na   myśli   -   odparł   Jupiter.   -   Wydaje   mi   się,   że   możemy   uznać 

opowieść Santory za bajkę, którą zmyślił, żeby wystraszyć panią Darnley i wydobyć od niej 

lustro.

-   Ja   wiem   jedno   -   wtrącił   Bob.   -   Coś   się   nie   zgadza   w   tej   jego   opowieści   o 

trzydziestoletnich   poszukiwaniach   zwierciadła.   Człowiek,   który   jest   doradcą   prezydenta, 

raczej nie ukrywa się gdzieś w podziemiach. Lustro przez cały ten czas znajdowało się u 

Diega Manolosa, a musiał być on przecież postacią publiczną.

- Agencje światowe nie piszą zbyt wiele o Ruffino - powiedział Jupiter. - Co o nim 

wiecie? 

background image

Odpowiedziało mu milczenie.

- Nieznane państewko, o którym nie słychać w świecie. Odszukanie lustra akurat w 

nim mogło tyle trwać. Nie, nie to mnie niepokoi. Zastanawia mnie opis włamywacza podany 

przez   Santorę.   Pamiętacie,   co   powiedział:   “oboje   dobrze   wiemy,   iż   człowiek   tak   nikłej 

postury nie uniósłby zwierciadła Chiava”. Przecież nie widział włamywacza ani nikt z nas mu 

go nie opisywał. A mimo tego, określił go - i słusznie - człowiekiem nikłej postury.

Bob jęknął.

- Ta twoja pamięć absolutna! Może tak się tylko wyraził. Każdy człowiek wydałby się 

mały przy tym monstrualnym lustrze! Sądzisz, że miał coś wspólnego z włamaniem?

- Jego zdumienie na wiadomość o włamaniu wydało mi się szczere. Chyba też trochę 

się   zdenerwował.   Od   razu   założył,   że   złodziej   interesował   się   zwierciadłem,   choć   pani 

Darnley   wcale   tego   nie   powiedziała.   Zauważcie   też,   iż   dopiero   wtedy   przyznał   się   do 

pokrewieństwa z Chiavem.  Jakby zdecydował,  że trzeba  użyć  wszelkich  argumentów,  by 

skłonić panią Darnley do oddania lustra. Nie, nie sądzę, aby Santora wiedział o włamaniu, 

zanim   tu   przyszedł,   ale   chyba   się   domyśla,   kim   jest   włamywacz.   Tak   czy   owak,   jestem 

pewien, że jeszcze usłyszymy o tym zwierciadle.

- Nie będę miał nic przeciwko temu, jeśli już o nim nie usłyszymy - powiedział Pete.

Jupiter  Jones uśmiechnął  się. Jego przyjaciele  znali ten  uśmiech  aż nadto dobrze. 

Wyczuł tajemnicę i zapragnął się z nią zmierzyć.

- Musimy się przygotować do tej sprawy - oznajmił. - Sprowadzenie dokumentów z 

Hiszpanii zajmie Santorze co najmniej tydzień. Do tego czasu wszystko będzie gotowe.

- Co będzie gotowe? - zapytał Pete.

- Informacje - odparł Jupiter radośnie. - Musimy zdobyć więcej informacji o państwie 

Ruffino i o Chiavie. Ze słów pani Darnley wynika, że był on sławnym czarodziejem. Ja nigdy 

o nim nie słyszałem. Bierzmy się do zbierania wiadomości, a kiedy nadejdzie właściwa pora, 

zaczniemy działać.

Jak się okazało, Jupe dobrze ocenił czas, jaki mieli do dyspozycji.

Niemal   dokładnie   tydzień   po   wizycie   Trzech   Detektywów   u   pani   Darnley,   Jeff 

Parkinson   jechał   autobusem   do   Rocky   Beach.   Dopiero   późnym   popołudniem   rudzielec 

odnalazł skład złomu Jonesów. Jupe pracował w swoim warsztacie pod gołym niebem. Robił 

jakieś drobne naprawy w starej maszynie drukarskiej, którą wcześniej poskładał z części. Na 

widok Jeffa wyprostował się i wytarł ręce w kawałek ścierki.

- Czy senor Santora odezwał się do was? - zapytał.

Jeff pokręcił przecząco głową i usiadł na krześle obrotowym Jupitera.

background image

- Ani słowem - odparł.

Podszedł do nich Pete. Miał mokre włosy i równie mokrą koszulę.

- Cześć! - krzyknął widząc Jeffa. - Zaniosło cię daleko od domu.

- Jak tam surfing? - zapytał Jupiter Pete'a.

- Aż za dobrze. - Pete przysunął sobie drewnianą skrzynkę i siadł na niej. - Fale były 

naprawdę wysokie. Trzy razy mnie zmyło i stwierdziłem, że nie będę nadstawiał karku.

Jeff roześmiał się.

-   Worthington  powiedział   kiedyś,   że   nie   lubisz   ryzyka.   “Pan   Pete   woli   unikać 

nadmiernego niepokoju”, tak to ujął. 

Teraz Pete wybuchnął śmiechem.

- Niepokój nie jest właściwym określeniem stanu, w jakim znajduje się człowiek w 

towarzystwie Jupitera Jonesa. Jupe zawsze wymyśla rzeczy do głębi przerażające.

- Czasami warto podjąć ryzyko, by rozwiązać tajemnicę - wtrącił Jupe.

I rzeczywiście. W odległym  kącie składu złomu stała stara, uszkodzona przyczepa 

kempingowa. Wuj Tytus i ciotka Matylda zupełnie o niej zapomnieli. Z czasem, zgromadzone 

wokół   niej   przedmioty   całkiem   ją   zasłoniły   przed   oczami   ciekawskich.   W   poobijanej 

przyczepie znajdowała się Kwatera Główna Trzech Detektywów. Mieli w niej swoje biuro z 

telefonem, szafki z dokumentacją, małe, lecz w pełni wyposażone laboratorium i ciemnię 

fotograficzną. Kiedy Jupiter, Pete i Bob zakładali firmę detektywistyczną, niepotrzebne im 

były szafki na dokumentację. Teraz mieli ich kilka. Stały w przyczepie wypełnione po brzegi 

notatkami skrupulatnie sporządzanymi  przez Boba podczas wszystkich dochodzeń. Takich 

archiwów mogliby im pozazdrościć detektywi kilkakrotnie od nich starsi. Wykazywały one, 

że ryzyko podejmowali detektywi często, a nawet bardzo często. Jupe nie należał do osób, 

które wahają się przed podjęciem ryzykownych zadań.

-   Mam   przeczucie   -   zwrócił   się   do   Jeffa   -   że   przyszedłeś   powiedzieć   nam   coś 

ważnego.

- Sam nie wiem. Słyszeliście opowieść Santory o starym czarodzieju, który przeszedł 

na drugą stronę lustra do krainy goblinów?

- Tak, fantastyczna  historia  - odparł Jupe. - Ale  czemu  o tym  mówisz?  Podobno 

Santora nie odezwał się do was. Przypuszczam też, iż nie przedstawił twojej babci żadnych 

dokumentów potwierdzających jego rodowód.

- Nie. Jeśli je ma, odzyska zwierciadło. Babcia chce być w porządku, ale nie da się 

nabrać na jego niestworzone historie. Zdaje się, że w zeszłym tygodniu poznaliście u nas 

Johna.

background image

- Johna Chana? Zarządzającego domem twojej babki? Czemu o niego pytasz?

- To bardzo spokojny człowiek - ciągnął Jeff. - Pracuje u babci już kilka lat i nigdy nie 

widziałem go zdenerwowanego. Gotuje i pilnuje swoich obowiązków, a w wolnych chwilach 

ćwiczy grę na gitarze. Studiował na Harvardzie, ale go nie ukończył. Jego ojciec chciał, żeby 

został adwokatem, on jednak woli grać na gitarze klasycznej.

- No i co? - zapytał Pete.

- No i John, który nigdy się nie denerwuje, zaczął od niedawna słyszeć jakieś głosy i... 

i ja być może też zacząłem je słyszeć. 

Jupe i Pete czekali w napięciu na dalszy ciąg.

- Zeszłej nocy słyszałem jakby czyjś śmiech. Wstałem z łóżka i zszedłem na dół. 

Drzwi wejściowe były zamknięte tak, jak wtedy, gdy kładliśmy się spać. Zapaliłem światło w 

salonie, ale tu też wszystko wyglądało normalnie. Miałem już wracać do łóżka, gdy nagle 

kątem oka coś dostrzegłem, tak jakby ktoś wszedł do biblioteki lub coś się w niej poruszyło. 

Zajrzałem   tam,   zapaliłem   światło,   lecz   w   bibliotece   nie   było   nikogo.   Ale   za   to,   kiedy 

cofnąłem się do holu, zobaczyłem Johna w szlafroku i z nożem kuchennym w ręce. Po-po... 

pomyślałem, że coś z nim nie tak. Miał taki dziwny wyraz twarzy i ten nóż... Przestraszyłem 

się!

- I co dalej? - spytał niecierpliwie Jupe.

- Powiedziałem coś głupiego. Chyba “hej”? A on na to “Och, to tylko ty!” Staliśmy 

tak, patrząc na siebie, i wtedy obaj usłyszeliśmy ten dźwięk, coś jakby śmiech. Dochodził z 

biblioteki, gdzie wisi to lustro. John znalazł się tam w jednej chwili, lecz znów nie było w niej 

nikogo. Nikogo ani niczego. Cztery ściany, mnóstwo książek i lustro.

Pete potarł brodę.

- Chcesz powiedzieć, że to zwierciadło rzeczywiście jest nawiedzone?

-   Nie   wiem.   Ale   nie   wierzę,   żeby   w   domu   straszyło,   jak   twierdzą   niektórzy. 

Domiszcze jest może trochę ponure, lecz nigdy nikomu z nas nic się nie stało. Ani babci, ani 

Johnowi, Jean czy mnie. A przyjeżdżamy tu z Chicago co lato w odwiedziny do babci.

- To interesujący dom - powiedział Jupiter. - Przeczytałem o nim kilka artykułów. 

Magik Drakestar postawił go już po odejściu ze sceny. Interesował go spirytyzm i często 

zapraszał przyjaciół na seanse spirytystyczne. Umarł dwanaście lat temu. A ludzie, którzy 

kupili po nim dom, twierdzili, że jego duch powracał tu już kilkakrotnie.

- Podobno w nocy słyszeli jakieś podejrzane hałasy - wtrącił Jeff - ale babcia mieszka 

tu już dziesięć lat i jak dotąd niczego podejrzanego nie słyszała. Twierdzi, że tamtym ludziom 

musiało się tylko wydawać. Teraz my obaj z Johnem też słyszymy dziwne odgłosy. John nie 

background image

wierzy w duchy, stał się jednak nerwowy. Przyznał się, że na wszelki wypadek sypia z nożem 

pod poduszką i kazał mi przysiąc, że nie pisnę słowa babci. John nie chce jej denerwować. 

Ale wydaje mi się, że ona też coś słyszała.

- Mówiła ci o tym? - spytał Pete.

-   Nie,   ale   po   rozmowie   z   Johnem,   położyłem   się   spać   i   obudził   mnie   odgłos 

zamykanych  drzwi w pokoju babci. Wyjrzałem na korytarz. Babcia stała przy schodach i 

spoglądała w dół. Zapytałem, czy coś się stało, a ona aż podskoczyła. Powiedziała tylko, że 

poczuła silny przeciąg, i kazała mi wracać do łóżka. A musicie wiedzieć, że babcia nie należy 

do osób narzekających na przeciągi. Myślę, że coś usłyszała.

- Czy się czegoś obawia? - zapytał Jupiter Jones.

- Nie wiem. Nie rozmawiała z nami o tym. Wiem tylko, że ja coś słyszałem. I myślę, 

że ona też. Te odgłosy pojawiły się pierwszy raz, więc to nie mógł być duch Drakestara. One 

muszą   mieć   coś   wspólnego   z   tym   zwierciadłem.   Wy   trzej   jesteście   detektywami.   Czy 

moglibyście   dowiedzieć   się   czegoś   więcej   o   tym   lustrze?   Babcia   wie   tylko   tyle,   ile 

powiedziała jej przyjaciółka.

- Wdowa po Manolosie - dokończył Jupiter. 

Jeff skinął potakująco głową.

-   Kiedy   babcia   była   mała,   w   szkole   z   internatem,   do   której   chodziła,   poznała 

dziewczynkę pochodzącą z Ruffino. To mały wyspiarski kraj leżący u wybrzeży Ameryki 

Południowej.   Niektóre   tamtejsze   rodziny   wysyłają   swoje   dzieci   do   szkół   w   Stanach 

Zjednoczonych. Po skończeniu szkoły, ta dziewczynka wróciła do Ruffino, a gdy dorosła, 

poślubiła   Manolosa.   Babcia   utrzymywała   z   nią   kontakt   i  nawet   parę   razy  ją   odwiedziła. 

Babcia nie lubiła Manolosa. Uważała, iż był stuknięty i podle postępował z jej przyjaciółką. 

A   jednak   zrobił   karierę   i   został   doradcą   prezydenta.   Kiedy   miesiąc   temu   umarł,   senora 

Manolos od razu wysłała zwierciadło do mojej babci. Wiemy, że Manolos kupił zwierciadło 

w Hiszpanii i że Chiavo rozmawiał podobno przy jego pomocy z tymi okropnymi małymi 

goblinami. I tak naprawdę to już wszystko, co wiemy.

-   Nas   też   zaciekawiła   ta   sprawa   -   powiedział   Jupiter.   -   Być   może   już   wkrótce 

będziemy mogli powiedzieć ci coś więcej o Chiavie i o zwierciadle. Spędziliśmy z Bobem 

kilka dni, próbując znaleźć jakieś materiały o tym człowieku. W bibliotece w Rocky Beach 

nie było niczego, podobnie w bibliotece uniwersyteckiej i wielkiej bibliotece publicznej w 

Los Angeles. Dziś rano Bob pojechał na pobliski Uniwersytet Ruxton. Wykłada tam pewien 

antropolog, doktor Barrister, którego pasją jest kolekcjonowanie różnych historii o zjawiskach 

nadprzyrodzonych. Już raz bardzo nam pomógł przy rozwiązaniu tajemnicy śpiewającego 

background image

węża. Być może słyszał o Chiavie. Kiedy Bob wróci...

- Już jestem - rozległo się i w warsztacie nieoczekiwanie pojawił się Bob. Oparł rower 

o ścianę. - I widzę, że w samą porę. Cześć, Jeff.

- Znalazłeś coś? - spytał Jupiter.

-   Zgadłeś.   Uniwersytet   Ruxton   to   wspaniałe   miejsce.   Tak   się   składa,   że   nasz 

antropolog   napisał   kilka   rozpraw   o   zwierciadle   Chiava.   Legenda   mówi,   że   Chiavo   był 

prawdziwie potężnym czarownikiem i że zwierciadło jest zaczarowane. Mówi też, że Chiavo 

nigdy nie umarł. Podobno przeszedł na drugą stronę lustra do krainy podziemnych duchów, 

właśnie tak, jak to opisał senor Santora.

W   warsztacie   zapadła   cisza.   Czterej   chłopcy   siedzieli,   rozmyślając   nad   legendą   o 

starym   czarowniku,   według   której   żył   on   teraz   w   obcym,   nieludzkim   świecie.   Nagle 

pociemniało wokół. Pete wzdrygnął się i spojrzał w górę.

- Chyba będzie burza - powiedział, nie wiedzieć czemu, zniżając głos do szeptu.

Żarówka wisząca nad starą drukarką zamigotała.

- Aha! - mruknął Jupiter Jones. Odsunął kratę opartą o warsztat stolarski i zniknął w 

wielkiej, karbowanej rurze znajdującej się za kratą.

- Co się dzieje...? - zdumiał się Jeff Parkinson. 

Żarówka przestała migotać. Bob wskazując na nią, wyjaśnił:

- To sygnał, że w Kwaterze Głównej dzwoni telefon. Jupe poszedł Tunelem Drugim i 

odebrał go. - Czy twoja babcia wie, gdzie jesteś?

- Moja siostra wie.

- Więc to pewnie ona dzwoni. Chodźmy.

Jeff Parkinson uklęknął i na czworakach ruszył tunelem za Bobem i Pete'em. Cały 

tunel usłany był kawałkami starych dywanów. Kończył się klapą, przez którą wchodziło się 

wprost do Kwatery Głównej Trzech Detektywów. Jupiter stał przy stole i rozmawiał przez 

telefon.

- Kiedy to się stało? - zapytał.

Jeff wszedł do środka i rozejrzał  się wokół. Biuro urządzone w starej  przyczepie 

kempingowej   było   ciasne,   lecz   panował   tu   porządek.   Oprócz   stołu,   krzeseł   i   szafek   na 

dokumenty,   spostrzegł   mikroskop   i   jakieś   elektroniczne   urządzenia   sporządzone   przez 

Jupitera dla usprawnienia pracy detektywów.

- Myślę, że postąpiłaś właściwie - powiedział Jupiter do słuchawki. - Zrobimy, co w 

naszej mocy. Zamknijcie drzwi na klucz i czekajcie na nas.

Odłożył słuchawkę.

background image

- Co się dzieje? - spytał Bob. Jupe zwrócił się do Jeffa:

- To była twoja siostra. Piętnaście minut temu wróciły z waszą babcią z zakupów i 

weszły na górę. W pewnej chwili usłyszały śmiech dochodzący z biblioteki. Zaczęły powoli 

schodzić   i   kiedy   znalazły   się   w   połowie   schodów,   zajrzały   do   biblioteki   i   zobaczyły   w 

zwierciadle postać mężczyzny.  Był bardzo blady i miał długie, białe włosy i jasnozielone 

oczy.

- Chiavo! - krzyknął Jeff.

-   Pani   Darnley   chce   zbadać   tę   sprawę   i   wybrała   do   tego   Trzech   Detektywów! 

Worthington podjedzie po nas za pół godziny!

background image

Rozdział 5

Kolejne ostrzeżenie

Worthington zjawił się nawet wcześniej. Zabrał chłopców i pojechał do domu pani 

Darnley z maksymalną szybkością, na jaką pozwalały przepisy.

- Muszę zwrócić samochód do wypożyczalni - powiedział, gdy znaleźli się na miejscu. 

- Potem pojadę wprost do domu. Jeśli będę wam potrzebny, dzwońcie do mnie.

Trzej Detektywi obiecali, że zrobią to, i poszli za Jeffem do drzwi wejściowych. Jean 

otworzyła je, zanim jeszcze zdążyli nacisnąć dzwonek. W holu natknęli się na panią Darnley. 

Z ponurą miną siedziała na stołeczku i patrzyła w stronę biblioteki. Była bardzo blada i nawet 

się nie poruszyła, kiedy Jean zamykała na klucz drzwi wejściowe.

- Nie potrafię się zdobyć, żeby tam wejść, ale pilnuję przez cały czas, aby nikt stamtąd 

nie wyszedł - powiedziała.

- Czy naprawdę nie spuszczała pani oka z tych drzwi od chwili, gdy coś się ukazało w 

zwierciadle? - zapytał Jupe.

- Ani na moment - odparła pani Darnley.  Kiedy poprawiała sobie włosy, chłopcy 

zauważyli, że ręka jej drżała.

- Zadzwoniłam do was i posadziłam babcię na stołeczku. Następnie sprawdziłam okna 

i drzwi - rzekła Jean.

- A gdzie jest John? - spytał Pete.

- Ma dziś wolne - wyjaśnił Jeff.

- A więc dom był pusty, kiedy wyszła pani po zakupy, pani Darnley? - odezwał się 

Jupe.

- Pusty i dobrze zamknięty - podwójne zasuwy na drzwiach i kraty w każdym oknie. 

Nie było na nich żadnych śladów świadczących o włamaniu. Nikt nie mógł tu wejść. Nikt. 

Jestem   pewna,   że   zostawiłyśmy   drzwi   zamknięte.   John   wyszedł   razem   z   nami. 

Dopilnowałam,   żeby   dobrze   pozamykał   wszystkie   zamki.   A   Jean   jeszcze   je   po   nim 

sprawdziła.

- Czy jest możliwe, żeby John wrócił po coś i wychodząc ponownie, nie zamknął 

porządnie drzwi?

- Nie. Kilku studentów z kursu gry na gitarze daje dziś koncert w Ebell Club, a John 

ma być solistą. W drodze do Westwood podrzuciliśmy Johna do Ebell.

Jupiter wszedł do biblioteki. Pani Darnley wahała się chwilę, potem jednak wstała i 

background image

poszła za nim. W pokoju było niemal całkiem ciemno. Na zewnątrz poszarzało, a ciężkie 

kotary na oknach nie przepuszczały światła. Jupe dostrzegł w lustrze zarys swojej postaci. 

Zapalił lampkę i rozejrzał się dokoła. Bob i Pete weszli do pokoju, a Jean stanęła niepewnie w 

progu.   Biblioteka   wyglądała   tak,   jak   tydzień   temu.   Wszystko   znajdowało   się   na   swoim 

miejscu.

-  Jean,   gdzie   stałaś   w  chwili,   kiedy   w  lustrze   ukazał   się   duch?   -  zapytał   Jupe.   - 

Potrafisz określić dokładnie to miejsce?

- Oczywiście. - Jean odwróciła się i podeszła do schodów. Na ósmym schodku od 

góry zatrzymała się i zmarszczyła brwi.

- Tutaj! - zawołała. - Ja stałam tutaj, a babcia dwa schodki wyżej.

- Dobrze, zostań tam. - Jupe cofnął się w najodleglejszy kąt biblioteki. Przez cały czas 

nie spuszczał oczu z lustra. Kiedy odnalazł miejsce, z którego widać było postać Jean odbitą 

w zwierciadle, krzyknął:

- Czy mnie widzisz?

- Widzę cię w lustrze - odkrzyknęła dziewczynka.

- W ten właśnie sposób można to zrobić - zwrócił się Jupe do pani Darnley. - Gdyby 

ktoś stanął w tym miejscu, to pani, schodząc ze schodów, dostrzegłaby w lustrze jego odbicie, 

biorąc je za lustrzaną zjawę. Przy zaciągniętych kotarach jest tu dość ciemno. Czy widziała 

pani wyraźnie tę postać?

Pani Darnley zamknęła oczy, jakby nie chciała już wracać do tej sprawy.

- Bardzo wyraźnie. On... jakby to ująć... biło od niego jakieś światło.

- Tajemne przejście! - wykrzyknął Bob. - Musi tu być jeszcze inne wyjście!

- Chyba że... chyba że mamy do czynienia z duchem - szepnął Pete i zadrżał.

Chłopcy zabrali się do szukania. Pete i Jeff zwinęli dywany i obejrzeli całą podłogę, 

badając   przy   pomocy   kuchennego   noża   wszystkie   podejrzane   szczeliny.   Bob   i   Jupe 

pozdejmowali z półek książki i opukali ściany.

- Wyglądają solidnie - stwierdził Bob. - Wyraźnie widać, gdzie wbito ćwieki.

Jupe spochmurniał. Wskazał na ścianę naprzeciw lustra.

- Co przylega do tego pokoju? - zapytał.

- Nic - odparła pani Damley. - To ściana zewnętrzna. Przylega do wzgórza. Właściwie 

część tej ściany znajduje się pod powierzchnią ziemi. Dlatego nie ma w niej okien, podobnie 

jak w północnej ścianie salonu.

- Hmm! - mruknął zasępiony Jupe, skubiąc wargę. Znów postukał w ścianę. - Jakoś 

mnie to nie przekonuje.

background image

Rozległ się dzwonek u drzwi wejściowych. Wszyscy aż podskoczyli.

- Ja otworzę - rzekła Jean.

Pani Damley i chłopcy słuchali, jak mocowała się z zamkami, aż wreszcie powiedziała 

do kogoś:

- Och, to pan.

W tej samej niemal chwili do biblioteki wszedł senor Santora. Jean, wyraźnie zła, 

deptała mu po piętach.

- Nie zapraszałam pana do środka! - krzyknęła. 

Senor   Santora   skrzywił   się   na   widok   chłopców.   Spojrzał   na   zwinięte   dywany   i 

poukładane na podłodze książki.

- Ach! - wyrwało mu się. Jupe dosłyszał w jego głosie pewną satysfakcję.

- Czy ma pan dla nas jakąś wiadomość? - spytała pani Damley.

- Przyszedłem  sprawdzić,  czy z moim  zwierciadłem  wszystko  w porządku. Nadal 

czekam   na   dokumenty   z   Hiszpanii.   Ale   coś   tu   się   wydarzyło.   Zdaje   się,   że   coś   panią 

przestraszyło.

- Nic się nie wydarzyło - odparła pani Damley spokojnym głosem.

- Pani coś widziała - nalegał. - Myślę, że widziała pani Chiava. Senora, niech pani już 

nie zwleka z oddaniem mi lustra, bo inaczej może być za późno. Ukazanie się Chiava oznacza 

ostrzeżenie. Proszę mi zwrócić zwierciadło.

- Proszę udowodnić, że jest pan jego prawowitym właścicielem, a wtedy je zwrócę.

-   Jak   pani   sobie   życzy.   -   Wyjął   mały   notatnik   i   napisał   w   nim   coś   srebrnym 

długopisem.   Wyrwał   karteczkę   i   wręczył   ją   pani   Damley.   -   Na   wypadek   gdyby   jednak 

zmieniła pani zdanie, proszę do mnie zadzwonić. Oto mój numer w hotelu “Beverly Sunset”.

Ukłonił się i wyszedł. Jean zamknęła za nim drzwi.

- Wiedział! - odezwała się pani Damley. - Wiedział, że zobaczyłyśmy to coś w lustrze. 

Jakim cudem mógł się o tym dowiedzieć?

-   Może   wiedział,   a   może   tylko   zgadywał,   proszę   pani   -   stwierdził   Jupiter.   -   Po 

przyjściu tutaj na pewno zorientował się, że coś się wydarzyło. Inaczej po cóż mielibyśmy 

doprowadzać pokój do takiego stanu?

Pani Damley spojrzała na karteczkę od Santory.

- Senor Santora zapłaci niezły rachunek z powodu tego lustra. “Beverly Sunset” nie 

należy   do   tanich   hoteli.   Moja   przyjaciółka   Emily   Stonehurst   zazwyczaj   w   nim   się 

zatrzymywała.

- Chyba wiem, gdzie on jest - odezwał się Jupe. - Na Bulwarze Zachodzącego Słońca. 

background image

Zgadza się? Trochę na zachód od Sunset Strip?

- Owszem. Róg Sunset i Rosewood.

- Bob i Pete, Worthington powiedział, że gdybyśmy go potrzebowali, będzie w domu. 

Zadzwońcie do niego i zapytajcie, czy nie podwiózłby was do hotelu. Będziecie obserwować 

senora Santorę. Hotel ma na pewno dwa wyjścia - główne i tylne. Dlatego musicie jechać tam 

obaj.

- Świetnie! Z przyjemnością stąd wyjdę! - odparł Pete pośpiesznie.

- A ja zadzwonię do mamy i powiem, że raczej nie zdążę dziś na kolację - powiedział 

Bob. - A co ty będziesz robił, Jupe, kiedy my będziemy obserwowali Santorę?

Pucołowaty Pierwszy Detektyw, wodząc palcem po dziwnych kształtach zwierciadła 

goblinów, odparł:

-   Razem   z   Jeffem   poukładamy   książki   na   półkach,   a   potem   będziemy   czekali. 

Zobaczymy, czy ukaże się coś w zwierciadle, podczas gdy wy będziecie pilnowali Santory.

background image

Rozdział 6

Pete w kłopotach

Pete,  Bob  i   Worthington   zatrzymali  się  tylko  na  chwilę  przy Beverly  Hilis,   żeby 

przegryźć jakiegoś hamburgera w budce. Kiedy dotarli do hotelu “Beverly Sunset”, zaczynało 

zmierzchać,   a   nad   górami,   od   północy,   piętrzyły   się   ciemne,   burzowe   chmury.   Ładny, 

czteropiętrowy   budynek   z   cegły   zajmował   cały   odcinek   pomiędzy   dwiema   przecznicami 

Bulwaru Zachodzącego Słońca.

- Musi tu być drogo - stwierdził Pete.

Worthington zaparkował swojego forda w uliczce naprzeciw hotelu.

- Tak, to rzeczywiście ładne miejsce. Woziłem kilka osób, które tu mieszkały. To nie 

jest zwykły hotel turystyczny. Gości spoza miasta jest w nim niewiele. Dużo ludzi mieszka tu 

na stałe. Unikają w ten sposób kłopotów związanych z posiadaniem własnego domu.

-   Możemy   więc   chyba   uznać,   że   senor   Santora   do   biedaków   raczej   nie   należy   - 

stwierdził Bob.

- Patrzcie, to on! - zawołał Pete.

Cała trójka przyglądała się w napięciu, jak dżentelmen z Hiszpanii wychodzi z hotelu. 

Przez chwilę stał na chodniku, spoglądając na nadciągające chmury i nasłuchując dalekich 

grzmotów. Potem odwrócił się i z rękami w kieszeniach ruszył przed siebie.

Worthington zmarszczył brwi.

- Czyżbym musiał złamać przepisy i zawracać na Bulwarze Zachodzącego Słońca? - 

mruknął sam do siebie.

Senor Santora zatrzymał się przed kwiaciarnią i chwilę podziwiał wystawę. Przeszedł 

dalsze kilkadziesiąt kroków, znów stanął przed wystawą sklepu z materiałami malarskimi, po 

czym wszedł do środka.

- Wydaje mi się, że on się nigdzie nie wybiera - powiedział Pete. - Chodzi sobie dla 

zabicia czasu.

- Hej! Spójrzcie! - krzyknął nagle Bob. - Tam, na rogu! 

Szczupły mężczyzna w ciemnym, znoszonym garniturze skręcił zza rogu na Bulwar i 

szybko zmierzał w stronę hotelu.

- Przecież to włamywacz! - zawołał Pete.

- W rzeczy samej, panie Pete. - Worthington poruszył  się, jakby chciał wysiąść  z 

samochodu.

background image

- Proszę zostać, Worthington - powstrzymał go Pete. - Być może nadarza się okazja, 

by wreszcie wyjaśnić parę spraw.

- Ależ to kryminalista! Włamał się do domu pani Darnley.

-   Wiem,   wiem.   A   pani   Darnley   podejrzewa,   że   zrobił   to   z   polecenia   Santory. 

Zauważcie, że człowiek ten pojawia się w jego hotelu tuż po tym, jak coś ukazało się w 

lustrze.

Pete  zmarszczył   brwi i  chwilę   nad czymś  rozmyślał.  Potem  westchnął  i  otworzył 

drzwi, żeby wyjść z samochodu.

- Co zamierzasz zrobić? - zapytał go Bob.

-   Iść   za   nim.   A   co   innego   mogę   zrobić?   Jeśli   Santora   jest   w   zmowie   z   tym 

człowiekiem, musimy o tym wiedzieć.

- Jeżeli wybrali sobie na miejsce spotkania ten sklep, to lepiej bądź ostrożny. Obaj 

widzieli cię z bliska. Na pewno cię rozpoznają.

- A ten włamywacz może być niebezpieczny - ostrzegł Worthington.

Pete zachmurzył się.

- Tak, wiem. Nie bójcie się o mnie. Będę uważał.

Ruszył szybkim krokiem w kierunku skrzyżowania, nie spuszczając oczu z ciemno 

ubranej postaci. Odetchnął z ulgą, kiedy okazało się, że mężczyzna nie poszedł w stronę 

sklepu, lecz skręcił do hotelu.

Pete poczekał na zielone światło i przeszedł przez Bulwar. Z wysoko uniesioną głową 

i ustami złożonymi jak do gwizdania zbliżał się do hotelu. Ot, młody człowiek, któremu pstro 

w głowie. I w ten sposób wszedł do hotelu za włamywaczem.

Główny hol w “Beverly Sunset” wyłożono puszystym dywanem. Było tu spokojnie i 

zacisznie. Świeże kwiaty na niskich, okrągłych stolikach, głębokie, przytulne fotele i kanapy, 

a na nich kilka starszych osób. Jedne coś czytały, inne gawędziły cicho, a jeszcze inne po 

prostu siedziały.

Pete od razu zauważył obiekt swojego pościgu. Włamywacz w ciemnym garniturze 

stał w odległym krańcu holu i rozmawiał z recepcjonistą.

Pete zastanawiał się, co w tej sytuacji zrobiłby Jupiter Jones i doszedł do wniosku, że 

próbowałby podsłuchać rozmowę w recepcji. Pete postąpił podobnie. Przeszedł bezszelestnie 

po grubym dywanie i zatrzymał się w pobliżu włamywacza. Uklęknął i zaczął rozplątywać 

sznurowadło.

- Przykro mi - powiedział recepcjonista - lecz senora Santory nie ma w tej chwili.

- Więc zostawię dla niego wiadomość. Ma pan jakąś kartkę?

background image

- Oczywiście, sir.

Pete podniósł się i zobaczył, jak włamywacz pisał coś, pochylony nad ladą. Chłopiec 

spojrzał na zegar wiszący na ścianie. Porównał czas ze swoim zegarkiem i siadł na kanapie 

tyłem do recepcji.

- Proszę. Niech pan dopilnuje, aby senor Santora to otrzymał.

- Oczywiście.

Pete obejrzał się ukradkiem za siebie. Chudzielec ciągle  stał odwrócony do niego 

tyłem. Pete zauważył, jak recepcjonista wkłada złożoną kartkę do przegródki z numerem 426, 

a potem, unosząc brwi, odwraca się do chudego gościa, jakby pytając, czy może jeszcze coś 

dla niego zrobić.

- To sprawa wielkiej wagi - podkreślił mężczyzna.

- Będę pamiętał, sir - obiecał recepcjonista. 

Zadzwonił telefon stojący na biurku za ladą.

- Przepraszam pana - mruknął recepcjonista i odwrócił się, by wziąć słuchawkę.

Chudy   mężczyzna   przesunął   się   ukradkiem   w   stronę   wind.   Chwilę   później   Pete 

usłyszał odgłos zamykanych drzwi i szum ruszającej windy. Gość senora Santory wcale nie 

zamierzał powierzyć recepcjoniście wiadomości! Pete doszedł do wniosku, że zostawienie 

kartki było jedynie pretekstem, aby zdobyć numer pokoju Santory.

Chłopiec wahał się chwilę, po czym wstał i wolno przeszedł obok recepcji w stronę 

wind.   W   rogu,   za   masywnymi,   ognioodpornymi   drzwiami   znajdowały   się   schody 

przeciwpożarowe. Pete przystanął i poczuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła. Następnie 

ruszył w górę po dwa stopnie naraz. Na czwartym piętrze uchylił lekko drzwi i wyjrzał na 

korytarz.

Na podłodze leżał taki sam, jak w holu, luksusowy dywan. Pod ścianami na niskich 

stoliczkach stały wazony pełne świeżych kwiatów. Zobaczył też drzwi. Drzwi, drzwi i jeszcze 

raz drzwi. I ani śladu chudego włamywacza.

Pete ruszył korytarzem. Zatrzymał się przy numerze 426. Nie wiedział, co robić. Czy 

włamywacz jest w pokoju Santory? Czy zamierza go obrabować? A może tylko czeka, żeby z 

nim pomówić? Czy wzywać kogoś na pomoc?

Rozejrzał   się   po   korytarzu.   Nie   dostrzegł   w   pobliżu   żadnego   telefonu.   Był   tylko 

puszysty   dywan,   stoliki   z   kwiatami   i   szeregi   obojętnych,   zamkniętych   drzwi.   A   może 

powinien zbiec na dół i zaalarmować portiera?

Znów wyobraził sobie, że jest Jupiterem Jonesem. Czy Jupe pobiegłby do recepcji? 

Pete uznał, że jednak nie. Jupe zostałby na straży i czekał na dalszy rozwój wydarzeń. Tak 

background image

trzeba zrobić, w ten sposób będzie można dalej śledzić włamywacza, gdyby ten zdecydował 

się opuścić pokój przed przyjściem Santory. A jeśli Santora wróci wcześniej? To może być 

ciekawie.

Nie mógł jednak czekać w korytarzu. Gdyby któryś z gości otworzył drzwi i wyszedł 

na korytarz, pewnie by się zainteresował Pete'em. Należało się schować.

Niemal   naprzeciw   drzwi   Santory   znajdował   się   pokój   nie   oznaczony   żadnym 

numerem.   Pete   przekręcił   gałkę.   Drzwi   ustąpiły.   Poczuł   zapach   pasty   i   wilgoci.   Znalazł 

pomieszczenie na szczotki i środki czystości.

- Nieźle mi idzie - mruknął do siebie. Wszedł uważnie, by nie przewrócić szczotek 

opartych o ściany i nie nastąpić na odkurzacz. Przymknął drzwi, zostawiając jedynie maleńką 

szparkę. Oparł się wygodnie o szafę z mydłami, płynami do czyszczenia i zaczął obserwować 

korytarz. Uśmiechnął się. Drzwi Santory widział jak na dłoni. Gdyby ktoś je otworzył, Pete 

mógłby swobodnie dojrzeć, co się dzieje w środku.

Znieruchomiał,   czekając   na   dalsze   wydarzenia.   Z   oddali   doszedł   go   odgłos 

nadciągającej burzy.

W końcu korytarza rozległ się szum windy. Stanęła. Pete usłyszał, jak pneumatyczne 

drzwi otwierają się i zamykają. W korytarzu rozległy się ciężkie kroki. Ktoś zbliżał się do 

kryjówki Pete'a, mamrocząc coś po hiszpańsku. Wtem zobaczył senora Santorę, który minął 

schowek na szczotki i zatrzymał się przed pokojem 426. Włożył klucz do zamka.

Pete uchylił drzwi jeszcze odrobinę, żeby nie uronić niczego, co się zaraz stanie.

Santora przekręcił klucz dwa razy i pchnął drzwi. Wszedł do środka. Pete wyśliznął 

się ze schowka i właśnie miał przyłożyć ucho do drzwi Santory, gdy nagle cały zesztywniał. 

Usłyszał głuchy odgłos uderzenia, a potem drugi, głośniejszy, jaki wydaje upadające ciało!

Drzwi otworzyły się gwałtownie i przez ułamek sekundy Pete znalazł się oko w oko z 

ubranym na ciemno włamywaczem.

- To ty! - warknął opryszek i rzucił się na Pete'a. Ten zdążył się uchylić i mężczyzna 

wylądował na ścianie po drugiej stronie korytarza. Pete'owi zdawało się, że napastnik aż odbił 

się od ściany. Zaraz potem popędził w stronę schodów przeciwpożarowych. Pete zauważył, iż 

trzymał w ręce jakieś białe zawiniątko.

Pete skoczył na przeciwnika, aby złapać go za nogi. Udało się. Włamywacz runął jak 

długi, a białe zawiniątko potoczyło się po dywanie. Mężczyzna zaczął szarpać się i kopać, aż 

w końcu jego ciężka pięść wylądowała na głowie Pete'a.

Chłopiec stracił na chwilę przytomność. Jego przeciwnik podniósł się i pobiegł w 

stronę schodów. Stalowe drzwi zamknęły się za nim z hukiem.

background image

Pete pozbierał się jakoś i wreszcie wstał. Cały drżał. Oparł się o ścianę. Jeszcze przez 

chwilę był zamroczony i niewyraźnie widział. Ale kiedy to minęło, od razu dojrzał białe 

zawiniątko upuszczone przez opryszka. Leżało na dywanie pod ścianą. Nie namyślając się, 

podniósł je i odruchowo włożył do kieszeni.

Cofnął się do pokoju 426. Drzwi były otwarte. Senor Santora leżał nieruchomo na 

podłodze. Zza ucha ciekła mu krew i spływając na kark, plamiła kołnierzyk.

- O Boże! - jęknął Pete i podbiegł do Santory. Ukląkł przy nim, sprawdził puls i 

odetchnął z ulgą, kiedy go wyczuł. Być może Santora był ciężko ranny, ale żył.

Pete   odnalazł   na   stole   telefon   przykryty   papierami   wyrzuconymi   z   eleganckiej, 

skórzanej walizeczki. Podniósł słuchawkę.

- Czym mogę służyć? - rozległ się miły głos hotelowej telefonistki.

- Zraniono senora Santorę - powiedział szybko Pete. - Proszę natychmiast wezwać 

policję i doktora!

Odłożył słuchawkę, zanim telefonistka zdążyła odpowiedzieć. Przeszedł nad ciałem 

Santory i popędził w stronę schodów. Zbiegając, słyszał windę jadącą z dołu.

W głównym  holu  z trudem  zmusił  się, by iść spokojnym  krokiem.  Nie zauważył 

żadnego zamieszania. Jedynie recepcja była pusta.

Wyszedł na ulicę. Było już całkiem ciemno i padał deszcz. Nad wzgórzami przetoczył 

się grzmot, a po nim błyskawica rozdarta ciemności. Pete biegł skulony, osłaniając się przed 

deszczem. Poczekał na zielone światło, przebiegł na drugą stronę i wskoczył do samochodu, 

w którym czekali na niego Worthington z Bobem.

- Co się stało? - zapytał Bob. - Widzieliśmy, jak Santora wchodził do hotelu. Czy 

spotkał się z włamywaczem?

Pete nie od razu odpowiedział. Spoglądał na swoje ręce. Drżały.

- Co się stało? - powtórzył Bob.

- Czy... czy widzieliście, jak wybiegał ten bandyta? - zapytał Pete drżącym głosem.

- Nie. Więc nie było go u Santory? 

Pete pokręcił głową.

-   Za-za-zadzwoniłem   do   recepcji.   Ten   niski   facet...   musiał   chyba   wybiec   tylnymi 

drzwiami.

- Panie Pete, co się stało? - zapytał Worthington. Na Bulwarze rozległ się jęk syreny i 

kluczący między samochodami wóz policyjny zatrzymał się z piskiem opon przed głównym 

wejściem do hotelu.

- Ten włamywacz. O-o-on próbował zabić Santorę. W każdym razie rozbił mu głowę. 

background image

Nie mogłem tam zostać. Nie mogłem. Miałbym poważne kłopoty, gdyby znaleziono mnie w 

tym pokoju. Santora... wszędzie było tyle krwi!

background image

Rozdział 7

Duch w zwierciadle

Kiedy Bob i Pete odjechali z Worthingtonem z domu pani Darnley,  Jupiter Jones 

zrobił   obchód   całej   posiadłości,   aby  sprawdzić,   czy   wszystkie   drzwi   zostały   zamknięte   i 

zaryglowane, a wszystkie kraty na oknach zabezpieczone. Przeszedł przez wszystkie pokoje, 

ciemne i ponure, starając się nie zwracać uwagi na narastające poczucie, że wokół niego coś 

się dzieje. Zdawało mu się, że stary dom zaczyna pulsować jakąś własną, złowieszczą formą 

życia. Przekonywał sam siebie, że to jedynie efekt zgromadzenia we wnętrzu tylu luster, które 

odbijały jego postać, gdziekolwiek się ruszył.

W bibliotece zatrzymał się dłużej i zaczął nasłuchiwać. Z kuchni w drugim końcu 

domu   dochodziły   odgłosy   rozmowy   Jean   i   pani   Darnley.   Brzęczały   rozkładane   na   stole 

talerze,   stuknęły   drzwi   od   lodówki,   szumiał   wentylator   nad   kuchnią   -   zwykłe   odgłosy 

codziennej krzątaniny - miłe i kojące. A jednak w tym domu brzmiały obco.

Gdzieś na północy zagrzmiało, a w zwierciadle goblinów pojawił się nowy cień. To 

Jeff Parkinson wszedł do biblioteki.

- Dziś wcześnie się ściemni - powiedział.

- Tak, chyba że burza się rozejdzie.

Twarz Jeffa była nieco spięta. Mówił, jakby na siłę szukał jakiegoś lekkiego tematu do 

rozmowy.

- Myślałem, że latem w Kalifornii nie pada.

- Rzeczywiście, przeważnie tak właśnie jest - odparł Jupiter.

- Babcia przygotowała już kolację. Zjemy w kuchni. Nie ma w niej żadnych luster. 

Wydaje mi się, że chwilowo babcia ma ich dosyć.

Jupe skinął głową ze zrozumieniem i długim korytarzem ruszył za Jeffem. Po drodze 

minęli  pokoje urządzone przez  panią Darnley tak, by stanowiły właściwą oprawę dla jej 

drogocennych luster. Wreszcie trafili do jasnej, przestronnej kuchni. John Chan miał wrócić 

dopiero rano i pani Darnley kazała zabarykadować kredensem drzwi prowadzące do garażu.

Była dzisiaj z Jean na zakupach w jasnym, letnim kostiumie. Teraz miała na sobie 

spodnie   i   bluzkę,   które   mimo   całkiem   prostego   fasonu   wyglądały   na   niezwykle   drogie. 

Srebrno-złote włosy upięła na karku w mały koczek.

- Tu przynajmniej nie grożą nam żadne zjawy - powiedziała, kładąc na stole półmisek 

z jajecznicą. - Dobrze, że John nie pozwolił mi powiesić w kuchni żadnego lustra.

background image

- Widziała pani zjawę tylko w jednym lustrze - w zwierciadle Chiava - przypomniał 

jej Jupiter.

Pani   Darnley   siadła   do   stołu.   Wyglądała   teraz   na   starą,   zmęczoną   i   jakby 

zrezygnowaną.

- Czasem wydaje mi się, że wszystkie moje lustra są nawiedzone. Kiedy tak sobie tutaj 

siedzę, a was nie ma ze mną, moje dzieci, czuję się tak, jakbym sama była duchem.

Jupiter  Jones poruszył  się niespokojnie. Czyżby  jego klientka  pozwoliła,  by świat 

luster pochłonął ją tak dalece, że świat realny zaczął wymykać jej się z rąk?

-   Pani   Darnley,   ale   w   tych   innych   lustrach   nie   widziała   pani   duchów?   -   zapytał 

pospiesznie.

Spojrzała na niego i wyraz zadumy zniknął z jej twarzy. Uśmiechnęła się pogodnie.

- Nie, Jupiterze. Nie widziałam. Być może zbyt często widzę w tym domu własne 

odbicie i pewnie zbyt wiele rozmyślam o tych, którzy przeglądali się w lustrach przede mną, a 

potem skończyli tak tragicznie. Nie mam jednak halucynacji. Nigdy przedtem nie widziałam 

ducha w moich lustrach.

- To dobrze - uspokoił się Jupiter. - Pozostaje więc tylko jedno lustro - zwierciadło 

Chiava. Albo to zwierciadło jest rzeczywiście nawiedzone, albo w tym domu jest wejście, o 

którym  pani  nie  wie, albo ktoś się  tu dobrze  ukrywa.  Jedno z  tych  rozwiązań  musi  być 

prawdziwe.

Pani Darnley skinęła głową.

- Zgadzam się z tobą.

- Zdaje się, że niepokojące odgłosy, które słyszeli mieszkańcy tego domu, rozlegały 

się przeważnie w nocy. Czy tak? - zapytał Jupiter.

- Tak. Kiedy duch ukazał mi się po raz pierwszy... Jupiter zesztywniał.

- Czyżby widziała go pani już wcześniej?

- Widziałam go zeszłej nocy - przyznała się pani Darnley. - Było późno. A nawet 

bardzo późno. Najpierw usłyszałam, jak Jeff i John kręcą się po domu, a kiedy wrócili do 

łóżek, nie mogłam już zasnąć. Po jakimś czasie usłyszałam kroki w korytarzu. Wstałam. To 

nie mógł być Jeff, bo zawsze słyszę, jak otwiera drzwi, choćby robił to najciszej. To również 

nie mógł być John. Znam jego kroki. Włożyłam szlafrok i wyszłam na korytarz. Oczywiście 

było ciemno, lecz nie na tyle, bym niczego nie widziała. Nie zauważyłam w holu nikogo. 

Słychać było jedynie ten okropny dźwięk, jakby chichot. Zdawał się dochodzić z biblioteki. 

Zaczęłam schodzić ze schodów i, no cóż, zobaczyłam to samo, co Jean dziś po południu - 

twarz. Okropną twarz w lustrze.

background image

- Po południu, przy zasłoniętych oknach, w bibliotece było bardzo ciemno. W nocy 

musiało być jeszcze ciemniej.

- Całkowicie - odparła pani Darnley. - A mimo to, widziałam tę twarz.

- Babciu, dlaczego mi o tym nie powiedziałaś? - zapytał Jeff z wyrzutem. - Przecież 

byłem tak blisko. Czemu ze mną nie porozmawiałaś?

-   Ponieważ   nie   wierzę   w   duchy.   I   nie   przyznałabym   się,   gdyby   nie   to,   że   Jean 

zobaczyła to samo dziś po południu.

- No, dobrze. Oto, co proponuję. Wszyscy pójdą teraz na górę - zarządził Jupe. - Czy 

jest tam telewizor? - Pani Darnley skinęła głową. - Świetnie. Możemy więc wszyscy oglądać 

telewizję.

- Wszyscy? - spytała Jean.

- Niezupełnie - odparł Jupiter. - Pogasimy wszystkie światła w holu i ja usiądę na 

schodach tam, skąd pani i Jean widziałyście ducha. Być może, kiedy w domu zapanuje cisza, 

duch Chiava powróci tu. I może uda się dojść, w jaki sposób powstaje w lustrze ten obraz.

Pomysł spodobał się wszystkim. Po kolacji, Jean, Jeff i pani Darnley weszli na górę, 

robiąc   przy   tym   jak   najwięcej   hałasu.   Pani   Darnley   zapytała   głośno,   jakie   programy 

telewizyjne   Jupiter   lubi   najbardziej.   Kiedy   gasiła   światła   w   holu,   Jupe   przycupnął   na 

schodach naprzeciwko otwartych szeroko drzwi do biblioteki.

Przez jakieś pół godziny słychać było jedynie odgłosy nadchodzącej burzy i stłumiony 

śmiech z odbiornika telewizyjnego. Od czasu do czasu błyskało się i grzmiało to bliżej, to 

znów   dalej   i   znowu   bliżej.   Jupe   czekał   w   napięciu,   nie   pozwalając   sobie   ani   na   chwilę 

rozluźnienia.

Aż nagle dosłyszał w dole jakiś szmer. Tak nikły, iż Jupe nie był do końca pewien, 

czy aby się nie przesłyszał. Był to jakby cichy jęk lub pisk. Czyżby drewno reagowało na 

spadek temperatury, czy też coś się poruszyło?

Naraz coś głucho stuknęło!

Jupe wzdrygnął się. Nie mógł się pomylić. Brzmiało to tak, jakby ktoś upuścił ciężki 

przedmiot lub mocno tupnął.

Jupe   nadal   niczego   nie   widział   oprócz   zarysu   bibliotecznych   drzwi   tworzących 

ciemny prostokąt na nieco jaśniejszej ścianie holu. Za nimi było całkiem ciemno.

Rozległ się śmiech. Jupe cały zadrżał, choć zazwyczaj niełatwo go było przestraszyć. 

To, co usłyszał, przypominało ohydny,  złośliwy chichot, jakby wydany przez jakąś duszę 

potępioną.

Bibliotekę   zalało   zielonkawe   światło.   Nagle   -   tak   niespodziewanie,   że   Jupiter   aż 

background image

zamrugał - uświadomił sobie, że spogląda w to okropne lustro. Patrzył wprost na ducha!

Zesztywniał z przerażenia! To coś w lustrze zniknęło, a chłopiec mocno przetarł oczy. 

Ledwie mógł uwierzyć w to, co się stało. Zjawa miała siwe, splątane włosy wiszące po obu 

stronach twarzy, jak mokre wodorosty. Twarz była bielsza od kredy, bielsza niż śmierć. A do 

tego   jarzyła   się   jakimś   dziwnym   pozaziemskim   światłem.   I   te   oczy   -   ogromne,   zielone, 

szyderczo uśmiechnięte!

Ktoś otworzył drzwi od pokoju telewizyjnego.

Jupe ponownie usłyszał przejmujący chichot. Znów zobaczył zielonkawą poświatę i 

ohydną twarz w zwierciadle.

Zerwał się na równe nogi i co sił zbiegł na dół. Zjawa zniknęła. Dokoła znów zrobiło 

się ciemno. Szyderczy śmiech stawał się coraz cichszy, aż całkiem zanikł.

Jupe wpadł do biblioteki i jak szalony zaczął szukać kontaktu. Znalazł lampę i włączył 

ją.

W bibliotece nie było  nikogo oprócz Jupe'a, który wpatrywał się w swoją własną 

kredowobiałą twarz odbitą w zwierciadle goblinów.

background image

Rozdział 8

Siedziba ducha

Nagle w lustrze obok twarzy Jupitera pojawiła się głowa Jeffa Parkinsona.

- Widziałeś to? - zapytał Jeff. 

Jupe skinął głową.

Jean i pani Darnley weszły tuż za Jeffem. Pani Darnley wystarczyło jedno spojrzenie 

na pobladłą twarz Jupitera.

- Okropny widok, prawda? - zapytała uśmiechając się i wzdychając jednocześnie.

Jupe odetchnął głęboko i całą siłą woli starał się powstrzymać drżenie rąk. Udało mu 

się odpowiedzieć dość spokojnym głosem:

- Rzeczywiście okropny. Wcale się nie dziwię, że nie chciała pani o tym mówić.

Jupe dokładnie obejrzał puste ściany i lustro.

- Ale co się z tym stało? - zapytał.

- Miejmy nadzieję, że poszło tam, skąd przyszło - odparła Jean drżącym głosem. - 

Może... może opowieść senora Santory jest prawdziwa. Może Chiavo faktycznie pojawia się 

w lustrze.

- Ależ... ależ to absolutnie niemożliwe - powiedziała pani Darnley. - Przecież ludzie 

nie   mogą   przebywać   w   głębi   luster.   To   tylko   lustro.   Zwykłe   lustro.   Z   wyjątkiem   ramy, 

oczywiście, która jest ohydą.

- Owszem - zgodził się z nią Jupe. Podszedł do zwierciadła i dotknął ramy. - Ohyda, 

lecz   ohyda   całkiem   zwyczajna.   Po   prostu   rama   z   litej   stali.   Nie   ma   w   niej   żadnych 

przewodów,   niczego,   co   by   pomogło   płatać   takie   sztuczki.   W   szkle   też   nie   ma   niczego 

niezwykłego, prócz tego, że jest antyczne. Ukazało nam odbicie jakiegoś okropnego starca. W 

tym pokoju musiał ktoś być! Musiał! Przecież widziałem odbicie na własne oczy!

Burza, zbierająca się od tak dawna, wreszcie uderzyła z impetem. Wydawało się, że 

nawet natura protestuje w ten sposób przeciwko lustrzanej zjawie. Spadły pierwsze, ogromne 

krople   deszczu,   a   po   nich   lunęły   z   nieba   prawdziwe   potoki   wody.   Błyskawica   rozdarła 

ciemności i gdzieś w pobliżu uderzył piorun. Stary dom zatrząsł się w posadach. Światło 

zamigotało i całkiem zgasło.

- Dobry Boże! - jęknęła pani Darnley. - Piorun musiał trafić w transformator!

Jupiter   Jones   stał   w   bibliotece   pogrążonej   w   ciemności   i   uważnie   rozglądał   się 

dookoła. Nagle zauważył słabą, zielonkawą poświatę dobywającą się z odległego kąta pokoju.

background image

Podszedł do tajemniczego źródła światła i wyciągnął rękę w kierunku jasnej smugi. 

Poczuł pod dłonią brzeg regału i jeszcze coś. Coś lepkiego.

A kiedy ją cofnął, okazało się, że opuszki palców lekko świecą w ciemności.

- Musimy znaleźć jakąś latarkę albo chociaż zapałki.

Jean i Jeff wyszli  poszukać czegoś i słychać  było,  jak próbują odnaleźć  drogę w 

ciemnościach. Nagle łagodny blask świecy rozjaśnił hol, a potem bibliotekę.

- Baterie w latarce są wyładowane - powiedział Jeff, stawiając jedną świeczkę na 

stoliku. Drugą wręczył Jupiterowi. - To nam musi wystarczyć.

Jupe   obejrzał   swoją   dłoń.   Stwierdził,   że   zielonkawa   poświata   zniknęła,   a   końce 

palców pokrywa jakaś szara substancja.

- Co to jest? - zapytał Jeff.

Jupe dmuchnął na dłoń, a potem odwrócił się do Jean i pani Darnley oznajmiając:

-   Mamy   do   czynienia   z   duchem,   który   używa   pudru!   I   to   nie   zwyczajnego,   lecz 

takiego, który fosforyzuje w ciemnościach. Będziemy potrzebowali więcej świec.

Jean przyniosła świece i zapaliła je. Jupe dokładnie obejrzał półkę, na której zostały 

resztki szarej substancji. Wytarł chusteczką dłoń, zdjął z półki wszystkie książki i oświetlił 

ścianę za regałem. Następnie kilka razy postukał w nią, nasłuchując.

- Wygląda bardzo solidnie. Ale musi tu gdzieś być tajemne przejście. Zauważcie, że 

za   tą   ścianą   nie   ma   już   niczego.   Można   tędy   wyjść   na   zewnątrz.   Być   może   nasz   duch 

przedostawał się do środka w ten właśnie sposób, pomimo wszystkich zamków i krat. Tu 

musi być jakieś przejście!

- Tylna ściana domu styka się ze zboczem wzgórza - wtrąciła pani Darnley. - Po 

drugiej stronie jest ziemia.

- Być może jest tam tunel - odparł Jupiter. - Wcale nie musi być duży.

- Albo jeszcze jeden pokój - dodała Jean drżącym głosem. - A może to... to coś stoi 

tam teraz i podsłuchuje nas.

Jeff wyszedł raptem z biblioteki. Jupe słyszał, jak biegnie do kuchni. Rozległo się 

trzaskanie szufladami i drzwiczkami szafek. Jeff wrócił z ciężkim, drewnianym młotkiem.

- Nie wiem, do czego używał go John, ale wiem, co ja z nim zrobię, jeśli to coś 

wyjdzie zza ściany - oświadczył Jeff.

- Może go już tu wcale nie ma - powiedział Jupiter. - Jest tylko jeden sposób, aby się o 

tym przekonać. Trzeba znaleźć i otworzyć tajemne przejście. Jestem pewien, że gdzieś tu 

musi być.

Pani Darnley usiadła.

background image

- Jupiterze, tylko bądź ostrożny.

- Zawsze jestem ostrożny, proszę pani.

Jupiter   zabrał   się   do   pracy   z   właściwą   sobie   precyzją.   Jean   i   Jeff   pomagali   mu 

zdejmować   książki   z   półek.   Wszyscy   pukali,   stukali,   nasłuchiwali.   Wydawało   się,   że 

wszystko   nadaremnie.   Na   ścianie   za   regałem   nie   było   żadnych   zarysowań   ani   pęknięć, 

jedynie   gładka,   jednolita   powierzchnia.   Kontakty   okazały   się   zwykłymi   kontaktami   z 

odpowiednią   liczbą   drucików,   o   czym   Jupiter   przekonał   się   po   odkręceniu   od   ściany 

zewnętrznych oprawek.

Nic nie odkształcało się ani nie uginało pod naciskiem.

- Musi tu być jakaś dźwignia lub zatrzask - upierał się Jupiter. - Pozostaje pytanie - 

gdzie?

- Może daje się otworzyć tylko z zewnątrz - poddał myśl Jeff.

- Nie. Pamiętajcie, że dom ten wybudował magik Drakestar. To przejście też musiało 

zostać wykonane na jego polecenie. Drakestar był jednym z najsławniejszych magików, a 

szczególnie zasłynął z triku polegającego na znikaniu. Nawet po odejściu ze sceny, zapraszał 

do siebie gości i wykonywał  przed nimi tę sztuczkę. Dzisiaj duch Chiava zniknął z tego 

pokoju. Z pewnością właśnie tutaj Drakestar podejmował gości. A to oznacza, że tajemne 

drzwi muszą się otwierać z tej strony.

Jupe popatrzył na regały.

- Och! - wykrzyknął nagle.

- Co? - spytała Jean.

- Ponieważ wszystko, co sprawdziliśmy dotąd, spaliło na panewce, to zadziałać musi 

to, czego jeszcze nie sprawdziliśmy. Te regały wyglądają wyjątkowo masywnie. Czy były już 

tutaj, kiedy pani kupiła dom?

- Tak, są zamontowane na stałe.

- A pani wypełniła je książkami. Jak widać, nic się nie działo, gdy ciężar przykładany 

był od góry. Zobaczmy teraz, co się stanie, kiedy zrobimy o tak...

Jupiter podłożył rękę pod półkę, na której znalazł szare plamy, i nacisnął.

Lekki przeciąg poruszył płomieniami świec, a cała ściana z regałami bezszelestnie 

przekręciła się.

Wszyscy w pokoju znieruchomieli.  W osłupieniu  wpatrywali  się w otwór. Jednak 

żadna straszna zjawa nikogo nie zaatakowała. Ich oczom ukazało się pomieszczenie szerokie 

na ponad pół  metra.  Przeciwległa  ściana  wyłożona  była  betonowymi  płytami  i stanowiła 

właściwą ścianę zewnętrzną domu.

background image

Jupe zajrzał do ciasnej kryjówki, a Jeff niemal siedział mu na plecach. Pełno tu było 

pajęczyn i kurzu. Wtem dojrzał schody. Prowadziły w dół, w atramentowe ciemności.

- Świeca. Dajcie mi świecę - poprosił.

Jeff podał mu ją. Jupe badał przez chwilę ścianę, która się poruszyła.

- Nic dziwnego, że wydawała się taka gruba i solidna. Zrobiono ją z grubego drewna i 

gipsu, jak każdą porządną ścianę. Różni się tym, iż umocowana jest na stalowej ramie. Cóż za 

majstersztyk!

Jeff popatrzył na schody ginące w ciemnym lochu.

- Zejdziesz tam? - zapytał szeptem.

- Z całą pewnością nie zejdziesz! - zawołała pani Darnley.

- Przykro mi, ale sądzę, że powinienem to zbadać - odrzekł Jupiter. - Mam awersję do 

rozwiązywania tajemnic tylko połowicznie.

- A więc idę z tobą! - oznajmił Jeff.

- Jeff, nie!! - krzyknęła przeraźliwie pani Darnley.

- Ależ proszę pani, ducha już na pewno tam nie ma - powiedział Jupe i zaczął powoli 

schodzić. Jeff ścisnął mocniej młotek i ruszył za nim.

Ukryte   schody   były   bardzo   strome.   Migocący   płomień   świecy   oświetlał   pokryte 

kurzem i pleśnią mury. Jupe poczuł ostry zapach stęchlizny i wilgoci.

W pewnym miejscu loch ostro zakręcał i po trzech jeszcze schodkach chłopcy znaleźli 

się w maleńkiej piwnicy z cementową podłogą i ścianami wyłożonymi betonowymi płytami. 

Jupe wysoko uniósł świeczkę. Jeff stanął obok.

- Nikogo tu nie ma! - wyszeptał ledwo dosłyszalnie.

- Ktoś tu jednak był - odszepnął Jupiter. - Widzisz te ślady na podłodze?

Jupiter pokazał Jeffowi dwa bardzo stare kufry stojące pod ścianą. Przyłożył palec do 

ust,   nakazując   milczenie.   Oddał   Jeffowi   świeczkę   i   uklęknął,   żeby   przyjrzeć   się   lepiej 

pierwszemu   kufrowi.   Przy   zamku   zwisała   otwarta,   zardzewiała   kłódka.   Jupiter   podważył 

wieko.   Otworzyło   się   z   piskiem   zawiasów.   Jeff   przybliżył   świeczkę   i   chłopcy   zobaczyli 

używany śpiwór, jakieś stare butelki i słoiki oraz kanapkę opakowaną w przezroczystą folię.

Jupiter spojrzał na Jeffa. Ten odpowiedział mu pytającym  i trochę przestraszonym 

spojrzeniem. Jupe uniósł brwi i wskazał głową drugi kufer, stojący pod przeciwległą ścianą. 

Jeff   zrozumiał.   Duch   mieszkał   tu   przez   jakiś   czas   i   być   może   nadal   tu   jest.   Kufer   był 

wystarczająco duży. Jupe zaczął iść w jego stronę, starając się stąpać jak najciszej. Jeff uniósł 

wyżej świecę i mocniej ścisnął młotek, kiedy Jupe wyciągnął rękę, żeby otworzyć wieko 

kufra.

background image

Lecz zanim Jupe zdążył  go dotknąć, wieko odskoczyło  samo, uderzając o ścianę. 

Rozległ  się  dziki   wrzask  i  ktoś wyskoczył   ze  środka. Jupe  zobaczył   przed  sobą  zielone, 

fosforyzujące oczy. Na ułamek sekundy, w ciemnej piwniczce chłopcy stanęli twarzą w twarz 

z upiorną zjawą czarnoksiężnika Chiava.

Upiór   rzucił   się   do   przodu,   popychając   Jupitera   na   Jeffa.   Chłopcy   upadli,   a 

upuszczona na ziemię świeczka zgasła. Duch fosforyzował nad nimi w ciemnościach. Jeff z 

trudem oddychał. Młotek wypadł  mu  z ręki. Duch wbiegł na schody.  W ostatniej  chwili 

Jupiter zdążył chwycić brzeg jego długiego płaszcza i rozległ się trzask rozdartego materiału.

Szybkie kroki zadudniły na schodach. Jupe odwrócił się na plecy. Poczuł w dłoni coś 

miękkiego.   Był   to   kawałek   materiału.   Poderwał   się   na   nogi   i   ruszył   w   stronę   schodów. 

Pokonywał właśnie najniższe stopnie, gdy w górze rozległ się krzyk Jean Parkinson.

Potem uderzył piorun. Nawet z dna lochu Jupe zdołał dojrzeć odblask błyskawicy. W 

jej świetle zobaczył wyraźnie uciekającą zjawę - wysoką, chudą z rozwianym dziko włosem. 

Zbliżała się właśnie do tajemnych drzwi. Znowu rozległ się krzyk Jean. Jupe wbiegł na górę 

najszybciej jak tylko mógł. Akurat w porę, by zobaczyć, jak duch wyważa zamki, otwiera 

gwałtownie drzwi i wybiega w deszcz. W świetle błyskawicy zdołali jeszcze dojrzeć chudą 

postać z rozwianym siwym włosem. Uderzył piorun i duch zniknął w oddali.

- Dobry Boże! - krzyknęła pani Darnley.

Jupiter ciężko dyszał, lecz twarz rozjaśniał mu uśmiech.

- Nadzwyczaj interesujący duch - stwierdził. - Zdobyłem kawałek jego płaszcza!

background image

Rozdział 9

Tajemniczy list

Bob, Pete i Worthington zjawili się w domu pani Darnley dopiero po ósmej. Jupe z 

Jeffem przetrząsali stare kufry w ukrytej piwnicy. Jean pilnowała drzwi wejściowych, a pani 

Darnley nadaremnie próbowała dodzwonić się na policję.

- Prawie nam się udało złapać ducha Chiava - powitała ich Jean.

- Mieszkał w naszej piwnicy. Chodźcie i zobaczcie sami.

Poprowadziła   ich   do   biblioteki.   Tajemne   przejście   stało   otworem.   Jean   zawołała 

Jupitera i Jeffa. Wyszli umorusani i zakurzeni, ale Jupe miał zadowoloną minę.

- Wiedziałem, że to nie mógł być żaden duch - oświadczył na widok kolegów. - Ktoś 

urządził sobie kryjówkę w piwnicy pod tym pokojem! Jak się tam dostał? Nie wiem. Żywił 

się fasolą z puszki, starymi kanapkami i wodą z butelki. Ohyda! Znaleźliśmy też śpiwór, 

lusterko, latarkę i fosforyzujący puder, którym się posypywał, żeby świecić w ciemnościach.

Do biblioteki weszła pani Darnley wyraźnie poirytowana.

- Nie mogę się połączyć z policją. Burza musiała uszkodzić linię telefoniczną.

- Przecież nic tu nie pomogą, babciu - uspokajała ją Jean. - Duch, kimkolwiek był, już 

uciekł. Wiemy przynajmniej, że nie był to senor Santora ani ten chudy włamywacz. Duch, 

który wybiegł głównymi drzwiami, był od nich o wiele wyższy.

-   Kiedy...   jak   to   duch   wybiegł   głównymi   drzwiami?   -   zdziwił   się   Pete.   -   Nie 

próbowaliście go zatrzymać?

- Wybiegł jakieś dwadzieścia minut temu - odparł Jeff. - Próbowaliśmy z Jupe'em 

schwytać go. Widzisz, mam tu nawet młotek, który trzymałem w pogotowiu, tylko że... tylko 

że on wyskoczył tak niespodziewanie z tego kufra, jak jakiś wrzeszczący upiór. No i ja... ja 

wpadłem w panikę.

- Wyglądał jak prawdziwy duch - stwierdziła Jean. - Czułam, że w tych podziemiach 

siedzi coś okropnego. Byłam na to przygotowana, a mimo tego zaczęłam krzyczeć. Jedynie 

Jupe   zachował   zimną   krew.   Chwycił   upiora   za   płaszcz   i   urwał   kawałek.   Jutro   spróbuje 

dowiedzieć się, skąd pochodzi ten materiał.

- To bardzo niezwykły materiał - dodał Jupe, wyjmując z kieszeni skrawek tkaniny. - 

Gruba,   czarna   wełna   ze   srebrną   nitką.   Może   się   okazać   najcenniejszą   wskazówką   w 

odnalezieniu naszego tajemniczego ducha. A wy z czym wracacie?

-   Santora   jest   w   szpitalu   -   odparł   Pete   -   a   ten   mały   człowieczek,   którego 

background image

podejrzewaliśmy   o   działanie   w   zmowie   z   Santora,   nie   jest   jego   wspólnikiem.   -   Pete 

opowiedział w największym skrócie, co wydarzyło się w hotelu “Beverly Sunset”.

- Po uderzeniu Santory w głowę, włamywacz zbiegł po schodach i prawdopodobnie 

ulotnił się tylnymi drzwiami. Worthington z Bobem pilnowali głównego wejścia i nie widzieli 

go. Czekaliśmy aż do chwili, gdy podjechał ambulans i zabrał Santorę do szpitala.

- Nie mogę sobie darować mojego gapiostwa - jęknął Bob. - Powinienem pilnować 

drzwi od zaplecza, a Worthington głównego wejścia. Wtedy moglibyśmy za nim pojechać lub 

przynajmniej spisać jego numer rejestracyjny.

- To było nadzwyczaj  nierozważne z naszej strony - przyznał  Worthington. - Ale 

zarówno pan Robert, jak i ja, założyliśmy, że ów człowiek przyszedł do “Beverly Sunset”, 

aby   spotkać   się   z   senorem   Santora.   Uznaliśmy,   iż   dalsze   obserwowanie   nie   ma   sensu, 

zwłaszcza kiedy zobaczyliśmy, że senor Santora wrócił do hotelu.

- Nie tylko ty wpadłeś na jakiś trop, Jupe - powiedział Pete i wyjął z kieszeni zmiętą 

kartkę. - Włamywacz upuścił to na korytarzu. Ale nie potrafię odczytać, co tu napisano, bo to 

nie po angielsku. Lecz skoro facet tę kartkę ukradł, musi być na niej coś ważnego. Jest tu 

wymienione pani nazwisko, pani Darnley.

- Czyżby? - pani Darnley aż usiadła. 

Nagle rozbłysło światło.

- Dzięki Bogu - odetchnęła pani Darnley. - Jean, pogaś świece, zanim puścimy to 

miejsce z dymem, i zobaczmy, co też jest na kartce, którą przyniósł Pete. - Popatrzyła na list, 

a potem na obecnych. - Czy ktoś zna hiszpański lub portugalski?

- Ja znam trochę hiszpański, pani Darnley - zgłosił się Jupiter. Wziął kartkę i zaczął ją 

czytać z uwagą, marszcząc czoło i przygryzając dolną wargę, co zawsze czynił w chwilach 

największej koncentracji.

- Ma datę sprzed pięciu dni - odezwał się w końcu - a zaczyna się od słów “Mój drogi 

Rafaelu”.

- Zdaje się, iż senor Santora ma na imię Rafael - powiedziała pani Darnley. - Tak się 

przedstawi kiedy przyszedł tu po raz pierwszy. Co dalej?

- W podpisie są tylko inicjały A.F.G. Nie umiem przetłumaczyć dokładnie, lecz brzmi 

to mniej więcej tak:

Mój drogi Rafaelu,

Nie uważam, byś popełnił błąd, opowiadając senorze Darnley o zwierciadle Chiava.  

Zdobycie dokumentów zajmie nam jednak trochę czasu. Byłoby dobrze, gdybyś ją nakłonił do 

background image

sprzedaży lustra, nie czekając na papiery. A im szybciej to zrobisz, tym lepiej. Bardzo się  

obawiam Juana Gomeza. To człowiek z gruntu zły i może być niebezpieczny. Boję się o  

Ciebie,   o   senorę   Darnley   i   o   republikę   Ruffino.   Gomez   nie   może   poznać   tajemnicy  

zwierciadła. Gdyby do tego doszło, nieszczęściom nie byłoby końca. Dowiedziałem się, że  

Juan Gomez ma krewnych w Los Angeles. Mieszkają w Silverlake. Może tam trafisz na jego  

ślad. A jak go znajdziesz, to postaraj się bacznie go obserwować. I zrób, co możesz, by  

odzyskać lustro. Ono nie może wpaść w jego ręce.

I uważaj na siebie. Ja się już starzeję. Zaszedłem w życiu wysoko, ale brakuje mi  

Twego wsparcia. Dobrze mi robi, kiedy mogę spojrzeć na Ruffino Twoimi oczami, młodszymi  

i bystrzejszymi od moich.

A.F.G.

Jupiter Jones skończył tłumaczenie listu.

- Jakie to  smutne  - powiedziała  pani Darnley w zadumie.  - To brzmi  jak list  od 

samotnego, starego człowieka.

- Człowieka, który zaszedł wysoko - dodał Jupiter. - Człowieka, który się obawia o 

Santorę, o panią i o republikę Ruffino. Czy nie domyśla się pani, kto jest autorem tego listu? 

Czy pani przyjaciółka, senora Manolos, zna osobę o inicjałach A.F.G.? Jej mąż zajmował 

przecież wysokie stanowisko w Ruffino.

Pani Darnley pokręciła przecząco głową.

- Korespondujemy  z Isabellą Manolos od lat, od czasów szkolnych, ale nasze listy 

zawsze dotyczyły błahostek. Nie mogłam znieść tego okropnego osobnika, którego poślubiła, 

i obawiam się, że wiedziała o tym.

- Kiedy kogoś nie lubisz, babciu - odezwała się Jean - wszyscy dookoła o tym wiedzą.

- Tak. No cóż, zdarza mi się czasem powiedzieć coś, czego nie powinnam mówić. Nie 

lubiłam Diega Manolosa. Nigdy nie mogłam zrozumieć, jak Isabellą mogła wyjść za takiego 

człowieka. A kiedy zaczął się piąć po stopniach kariery rządowej, moja niechęć do niego 

jeszcze   wzrosła.   Zawsze   miał   na   twarzy   ten   okropny   uśmieszek,   jakby   uważał,   że   jest 

najmądrzejszy na świecie.  Tak więc niewiele  wiem o rządzie Ruffino i roli, jaką w nim 

odgrywał mąż Isabelli. Nie wiem też, kto napisał ten list.

- Czy jest tu gdzieś almanach z informacjami o świecie? - zapytał Bob. - Powinniśmy 

tam coś znaleźć. 

Jean aż podskoczyła.

- Kupiłam taki almanach w zeszłym roku, kiedy namiętnie rozwiązywałam krzyżówki.

background image

Odnalezienie almanachu wśród porozkładanych na podłodze książek zajęło im trochę 

czasu. Bob szybko przejrzał indeks, a następnie odszukał republikę Ruffino. Informacja o 

małym wyspiarskim kraju była dość skąpa. Zajmowała jedynie pół strony.

- To kraj demokratyczny - oznajmił Bob, czytając pobieżnie notkę. - Rząd jest bardzo 

zbliżony do amerykańskiego, tylko o wiele, wiele mniej liczny. Ciało ustawodawcze to senat 

plus izba reprezentantów składająca się z siedemdziesięciu ośmiu osób. Jest też rada doradcza 

prezydenta...

-   Streszczaj   się   -   ponaglił   go   Pete.   -   Widzę   po   twojej   twarzy,   że   znalazłeś   coś 

ciekawego. 

Bob uśmiechnął się.

- Nie ma tu żadnych nazwisk senatorów ani posłów, ale almanach podaje nazwisko 

prezydenta.

- Zaczekaj! - krzyknął Pete. - Podam ci inicjały.

- Prezydent republiki Ruffino nazywa się Alfredo Felipe Garcia - powiedział Bob.

Na chwilę zapadła cisza. Wtem Jupiter wstał i zaczął przemierzać pokój wielkimi 

krokami, przygryzając dolną wargę.

- Prezydent republiki - mruknął. - Ten list zawiera wiele cennych informacji, mimo że 

człowiek,   który   go   napisał,   starał   się   być   bardzo   ostrożny.   Wiemy   teraz,   że   trzeba   się 

wystrzegać osobnika o imieniu i nazwisku Juan Gomez. Możemy chyba przyjąć, że ów Juan 

Gomez to właśnie nasz włamywacz oraz że on i Santora są przeciwnikami. Każdy z nich chce 

zdobyć   zwierciadło.   Dziś   Santora   został   zraniony   przez   włamywacza.   Gomez   chyba 

rzeczywiście jest niebezpieczny. Z listu wynika także, iż Santora usiłuje odzyskać lustro nie 

dla   siebie,   lecz   dla   jakiejś   wysoko   postawionej   osobistości   z   Ruffino.   Chodzi   tu   o   coś 

ważnego, coś co łączy się ze zwierciadłem goblinów. Chyba nie ulega dla nas wątpliwości, że 

Santora wymyślił historię swego pokrewieństwa z Chiavem i że dokumenty z Hiszpanii - jeśli 

przedstawi je kiedykolwiek - będą na pewno podrobione. Osobiście wątpię, by Santora był 

Hiszpanem. Myślę, że jest obywatelem Ruffino. 

Pani Darnley pokręciła głową.

- Biedna Isabella Manolos! Jeśli autorem listu jest rzeczywiście prezydent Ruffino, to 

może ona mieć kłopoty. Sądzę, że trzeba to sprawdzić, zanim cała sprawa nabierze rozgłosu.

- Co przez to rozumiesz, babciu? - spytała Jean.

- To, że powinniśmy zadzwonić na policję i opowiedzieć o wszystkim, co się dotąd 

stało. Z drugiej jednak strony,  być  może będzie to najgorsze rozwiązanie - pani Darnley 

spojrzała pytająco na Jupitera, potem na Boba i Pete'a. - Wynajęłam was do zbadania sprawy 

background image

mojego zwierciadła. Zrobiłam to, ponieważ Worthington bardzo dobrze o was mówił, a także 

ponieważ   młodzi   ludzie   są   czasem   mądrzejsi   od   starych.   Nie   mają   za   sobą   lat   różnych 

doświadczeń   życiowych,   więc   podchodzą   do   wielu   spraw   bez   uprzedzeń.   Wierzą,   że 

wszystko jest możliwe.

- Nie da się tego ukryć - wtrącił Worthington.

- Rozumiem  panią  - powiedział  Jupiter. - Wiemy już, że nawiedzone  zwierciadło 

wcale nie jest nawiedzone. Jednak łączy się z nim jakaś tajemnica. Musimy się dowiedzieć, 

co to za tajemnica.

Pete jęknął.

- Robi się późno. A poza tym jestem wykończony,  ale... no, już dobrze. Możemy 

spróbować. Coś musi się w nim kryć.

Jeff poszedł do kuchni po drabinkę i narzędzia. Postękując z wysiłku, czterej chłopcy i 

Worthington  zdjęli  ogromne  lustro ze ściany.  Jupiter  odkręcił drewnianą stronę lustra od 

metalowej ramy, lecz pod spodem niczego nie było. Obejrzał ramę centymetr po centymetrze. 

I   znowu   nic.   Nie   było   na   niej   niczego   oprócz   potworków   z   podziemnego   świata   oraz 

wstrętnego goblina na szczycie, igrającego z wężem. Nie było żadnych wgłębień, w których 

można by coś umieścić. Tylko ogromna, szkaradna rama, stare lustro i drewniany spód, w 

paru   miejscach   naprawiany.   Na   kilku   niewyraźnych   naklejkach   widniały   nazwiska 

rzemieślników z Madrytu i Ruffino, którzy zajmowali się naprawą lustra.

Jupiter kucnął nad rozmontowanym zwierciadłem i zastanawiał się, co też mogło w 

nim zainteresować prezydenta republiki?

background image

Rozdział 10

Płaszcz magika

Następnego dnia, wczesnym rankiem Bob Andrews pojechał ze swoim ojcem do Los 

Angeles. Zamierzał przejrzeć stare numery “Los Angeles Times” w poszukiwaniu wzmianek 

o republice Ruffino i o magiku Drakestarze oraz jego domu na Wzgórzach Hollywoodzkich.

Jupe i Pete zabrali się do Hollywoodu z Konradem, który miał dostarczyć stary stół 

jadalny klientowi składu złomu Jonesów.

- Santora wciąż jest w szpitalu - powiedział Jupe, kiedy znaleźli się na autostradzie. - 

Zeszłej nocy obdzwoniłem wszystkie szpitale w Beverly Hilis, aż w końcu go znalazłem. Jest 

w   Centrum   Medycznym   Beverly   Crest.   Nie   udzielali   żadnych   informacji,   a   on   sam   nie 

przyjmował telefonów. Ale kiedy zadzwoniłem ponownie dziś rano, chcieli mnie połączyć z 

jego pokojem, więc nie jest aż tak ciężko ranny.

- To dobrze - stwierdził Pete. - Nie jestem pewien, czy on jest dobrym, czy też złym 

facetem,   ale   nie   mam   takich   wątpliwości   co   do   tego   drugiego   gościa.   Wiem,   że   jest 

skończonym łotrem.

- Juan Gomez - odezwał się Jupe. - Niebezpieczny człowiek o nazwisku Juan Gomez. 

Przejrzałem dziś książkę telefoniczną i znalazłem kilku Gomezów w okolicy Silverlake. Ale 

wcale nie mamy pewności, czy kuzyn Gomeza nosi to samo nazwisko, o ile w ogóle Gomez 

zatrzymał się u niego. Nie wiemy też, czy ma on telefon. Ale nie martwmy się tym dzisiaj.

- A co wobec tego będziemy dziś robić? - spytał Pete. Jupe wyjął z kieszeni notatnik.

- Pokazałem ciotce Matyldzie ten kawałek materiału, który urwałem z płaszcza upiora. 

Przyznała, że to dość niezwykły materiał. Przejdziemy się po wypożyczalniach kostiumów w 

Hollywoodzie.   Nasz   duch   musiał   skądś   zdobyć   swój   strój.   Logicznie   rozumując,   takim 

miejscem powinna być jakaś wypożyczalnia kostiumów.

Pete zachmurzył się na widok notesu Jupitera.

- Widzę, że masz już nawet listę. Ciekawe, ile jest takich wypożyczalni?

- Całkiem sporo.

- Och, moje biedne nogi! - jęknął Pete.

- Praca dobrego detektywa wymaga wytrwałości - odparł surowo Jupe.

Samochód zjechał z autostrady i po kilku minutach Konrad zatrzymał  się na rogu 

Bulwaru Zachodzącego Słońca i Vine Street. Chłopcy wysiedli.

- Czy mam po was przyjechać? - zapytał Konrad.

background image

- Nie, wrócimy autobusem - odrzekł Jupiter. - Pewnie spędzimy tu cały dzień.

- Twoja ciotka będzie zła - ostrzegł Konrad. - Nie lubi, kiedy wychodzisz z domu w 

sobotę.

- Ale zazwyczaj potem mi wybacza.

Konrad   odjechał,   a   chłopcy   rozpoczęli   poszukiwania.   Pierwsza   wypożyczalnia   na 

liście   Jupitera   mieściła   się   niedaleko   Vine   i   Fountain.   Detektywi   weszli   do   budynku 

przypominającego wielki skład. Przy wejściu znajdowała się część biurowa, w której jakiś 

łysiejący   mężczyzna   przeglądał   żurnal   mody.   Dalej,   chłopcy   zobaczyli   rzędy   wiszących 

kostiumów najróżniejszych rozmiarów, kolorów i fasonów.

Łysiejący mężczyzna podniósł głowę i mruknął:

- Taaa?

Jupiter pokazał mu skrawek materiału.

- Moja  ciotka próbuje dobrać taki sam materiał. Wypożyczyła kostium na zabawę i 

rozdarła go. Przed oddaniem musi go zreperować. Nie udało jej się trafić na taki materiał w 

zwykłych sklepach. Może u pana coś się znajdzie? Umiałby pan to naprawić?

Mężczyzna wziął materiał i potarł go w palcach.

- Hmm, wełna. W Dalton Mills produkowali coś podobnego, ale my nie używaliśmy 

tego do szycia kostiumów. Przepraszam. 

Chłopcy wymamrotali podziękowania i wyszli.

- Nie mam ochoty na dalsze szukanie - oświadczył Pete.

- Dopiero zaczęliśmy - powiedział Jupiter. - Wypożyczalnie kostiumów nigdy niczego 

nie wyrzucają. Naprawiają, czyszczą i trzymają te rzeczy u siebie w nieskończoność. Nie ma 

dla nich znaczenia, że materiał jest stary.

Właściciel drugiej wypożyczalni nigdy nie widział takiego materiału. Podobnie było 

w trzeciej, czwartej i piątej. Dochodziła jedenasta, kiedy Pete i Jupe stanęli przed budynkiem 

na Bulwarze Santa Monica, w którym mieściła się Lancet Costume Company. Wewnątrz, jak 

zwykle, znaleźli część biurową. Jakiś osiłek palący cygaro opierał się o ladę.

Jupiter pokazał mu materiał i powtórzył historyjkę o podartym kostiumie. Mężczyzna 

wyjął z ust cygaro i burknął:

- Powiedz Baldiniemu, żeby sam naprawiał swoje łachy!

- Baldiniemu? - powtórzył Jupiter.

- Nie udawaj głupiego, chłopcze - warknął mężczyzna i sięgnął po szmatkę. - Drugiej 

takiej nie ma - powiedział już łagodniejszym głosem. - W Dalton Mills robiono podobną 

wełnę ze srebrną nicią, ale nie tak dobrą. Tę utkano specjalnie dla magika Drakestara.

background image

Jupe poczuł silniejsze bicie serca.

- Nie wiem, co mi odbiło, żeby pożyczać temu Baldiniemu płaszcz Drakestara. A teraz 

zabierajcie się z powrotem do tej rudery na Virginia Avenue i przekażcie Baldiniemu, że ma 

odnieść płaszcz. Zreperuję go, ale Baldini słono za to zapłaci. Już was tu nie ma!

- Ale materiał mojej ciotki... - zaczął Jupiter.

- Dziecko, to nie jest materiał twojej ciotki, o ile w ogóle masz jakąś ciotkę. Powiedz 

Baldiniemu, żeby zwrócił płaszcz, bo jak nie, to sam będę u niego za pięć minut i porachuję 

mu kości!

Wychodząc, Jupiter i Pete z całych  sił starali się zachować powagę. Na zewnątrz 

wybuchnęli śmiechem.

- Kapitalne! Jakiś Baldini wypożycza płaszcz Drakestara, a potem nawiedza lustro 

wiszące w dawnym domu magika! W najśmielszych marzeniach nie sądziłem, że pójdzie nam 

aż tak gładko! Nasz duch okazał się prawdziwym artystą!

- I mieszka w jakiejś ruderze na Virginia Avenue - dodał Pete. - To musi być gdzieś 

niedaleko,   skoro   tamten   człowiek   zamierzał   dotrzeć   tam   w   pięć   minut   i   porachować 

Baldiniemu kości.

- To co? Idziemy?

Podekscytowani   ruszyli   w   kierunku   Virginia   Avenue   i   bez   trudu   odnaleźli   dom 

Baldiniego wyróżniający się na tle nowych bloków mieszkaniowych. Choć był zniszczony i 

stary, dookoła niego panował nienaganny porządek. Trawniki były równo przycięte, a przy 

ganku na rabatkach kwitły kwiaty. Przed wejściem wisiała informacja o wolnym pokoju.

- I co teraz? - spytał Pete. - Wchodzimy i pytamy o Baldiniego, żeby się przekonać, 

czy jest duchem, czy nie?

-   Mógłby   mnie   wtedy   rozpoznać.   To   chyba   nie   najlepszy   pomysł.   Udajmy,   że 

przeprowadzamy   ankietę   na...   na   zajęcia   z   socjologii.   Zapytamy   właścicielkę,   ile   osób 

wynajmuje tu pokoje i czym się zajmują.

- No, dobrze, ale ty będziesz z nią rozmawiał. Jesteś lepszy ode mnie w te klocki.

- Rzeczywiście - przyznał Jupiter. Wyjął notatnik, pomaszerował do drzwi i nacisnął 

dzwonek.

Drzwi uchyliły się ze skrzypnięciem i wyjrzała zza nich siwa kobieta.

- Tak? - spytała.

- Przepraszamy panią za to najście. Przeprowadzamy badania dla szkoły - powiedział 

Jupiter.

- Ale  przecież  są  wakacje  -  odparła  i  przyjrzała   im  się  podejrzliwie.  -  Szkoły są 

background image

zamknięte. 

Jupiter zrobił smutną minę.

- Niestety, nie dla nas. Nie zdaliśmy końcowych egzaminów w czerwcu i powiedziano 

nam, że możemy sobie poprawić ocenę, jeśli starannie przeprowadzimy to badanie.

- Bardzo nam na tym zależy, proszę pani - włączył się Pete.

-   No,   dobrze.   Wyglądacie   na   porządnych   chłopców.   Więc   czego   chcecie   się 

dowiedzieć?

- Przede wszystkim, ile osób mieszka w tym domu?

- Sześć. Pięciu lokatorów i ja. 

Jupiter zapisał coś w notatniku.

- Czy pani lokatorzy mieszkają tu na stałe, czy też często się zmieniają?

- Och, na stałe! - odparta kobieta z dumą.  - Staram się, aby moim gościom było 

wygodnie. Na przykład pan Henley mieszka tu już od pięciu lat.

- Ale przy drzwiach wisi ogłoszenie o wolnym pokoju - Jupiter wskazał tabliczkę.

- Tak. Wczoraj wieczorem wyprowadził się nagle pan Baldini. To dziwne. Ale ludzie 

teatru często są dziwni, prawda?

- Czy mieszkał tu długo?

- Cztery lata. Aż trudno mi pojąć, że mógł tak zniknąć bez uprzedzenia. Nie zostawił 

nawet nowego adresu dla listonosza.

- Rzeczywiście, dziwne - przyznał Jupiter. - Ale z drugiej strony, jak pani słusznie 

zauważyła, ludzie teatru są czasem dziwni. Czy on był aktorem?

- Magikiem. To znaczy, dawniej nim był. Teraz magicy rzadko kiedy mają pracę. 

Zajął się sprzedażą gazet. Ma kiosk na rogu Santa Monica i Fountain Avenue.

- Rozumiem  - powiedział  Jupiter,  zamykając  notatnik.  - Bardzo  pani  dziękujemy. 

Przeprowadzimy   jeszcze   cztery   takie   rozmowy   i   badania   skończone.   Bardzo   nam   pani 

pomogła.

- Ależ to przecież nic takiego - odparła kobieta i zniknęła za drzwiami.

Chłopcy pobiegli do Santa Monica Street, gdzie złapali autobus.

- Musimy nabrać co do tego pewności - powiedział Jupiter - ale mam przeczucie, że w 

kiosku na Fountain Street nie znajdziemy Baldiniego.

Przeczucie nie myliło  Jupitera. Kiosk na rogu Santa Monica i Fountain Street był 

zamknięty na trzy spusty. Paczki gazet powiązane sznurkami leżały obok na chodniku.

- Nawet nie zawiadomił dystrybutorów. Nasz duch, Baldini, rozpłynął się - westchnął 

Jupiter.

background image

Rozdział 11

Katastrofa!

Właśnie minęło południe, kiedy Jupiter Jones i Pete Crenshaw wysiedli z autobusu w 

Rocky Beach.

- Nie wracajmy jeszcze - zaproponował Jupe. - Jak tylko ciotka Matylda nas zobaczy, 

to zaraz znajdzie dla nas jakąś robotę. Zadzwońmy do Boba. Sprawdzimy, co udało mu się 

znaleźć w “Timesie”.

- Czerwona Furtka Korsarza? - spytał Pete.

- Czerwona Furtka Korsarza - odpowiedział Jupiter.

Przemknęli się na tyły składu złomu. Kilku artystów z Rocky Beach ozdobiło w tym 

miejscu   płot   wspaniałym  obrazem   przedstawiającym   wielki   pożar  San  Francisco   w 1906 

roku. W dolnej części obrazu namalowano psa siedzącego i wpatrującego się w płomienie. W 

miejscu, gdzie powinno być jego oko, ktoś zrobił dziurę. Jupiter włożył w nią rękę i nacisnął 

klamkę po drugiej stronie płotu. Potem popchnął sztachety. Trzy z nich ustąpiły. To właśnie 

była Czerwona Furtka Korsarza. Jupe i Pete weszli przez otwór w płocie i wąską ścieżką 

ukrytą wśród zwałów złomu udali się do Kwatery Głównej.

Nie   trzeba   było   telefonować   do   Boba   Andrewsa.   Szczupły   okularnik   był   już   w 

Kwaterze. Na biurku leżały porozkładane jakieś czasopisma i książki, a Bob pochłonięty był 

robieniem notatek.

Podniósł głowę na widok przyjaciół, którzy weszli do przyczepy Wejściem Czwartym, 

czyli włazem zamaskowanym od zewnątrz kilkoma grubymi deskami.

- Wcześnie wracacie - powitał ich. - Co udało wam się ustalić?

Jupiter usiadł na krześle po przeciwnej stronie biurka, a Pete przyniósł sobie jakiś 

stołek z drugiego końca przyczepy, w którym chłopcy urządzili laboratorium.

- Ustaliliśmy, że duch ze zwierciadła to niemal z całą pewnością wodewilowy magik o 

nazwisku Baldini, który niestety zniknął.

- Mogę się założyć, że Santora wynajął Baldiniego, by przestraszył panią Darnley i 

skłonił ją w ten sposób do sprzedania zwierciadła - dodał Pete.

- Możecie się mylić - powiedział cicho Bob.

- Czyżbyś znalazł coś o Baldinim? - zapytał Jupe. Bob skinął głową.

-   Zanotowałem   to   tylko   dlatego,   że   wspomniano   w   tekście   o   Ruffino.   -   Bob 

przekartkował swoje notatki. - Przejrzałem mikrofilmy “Timesa”, szukając jakiejś wzmianki 

background image

o Ruffino i o Drakestarze. Uznałem, że nasz duch musiał dobrze znać dom Drakestara, bo 

inaczej nie wiedziałby o tajnym przejściu. Drakestar często wydawał przyjęcia i zapraszał na 

nie dziennikarzy. Gazety więc sporo o nim pisały. Jedno z przyjęć wydał na cześć pewnego 

magika, który właśnie przyjechał do Stanów z małej wyspiarskiej republiki Ruffino.

- Ciekawe - mruknął Jupiter.

- I to jak - zgodził się z nim Bob. - Drakestar oficjalnie przeszedł na emeryturę, lecz 

czasem dawał przedstawienia  dla wybranych  znajomych  i dla młodych  magików, którym 

starał się pomagać. Baldini był jednym z nich. Zdaje się, że Baldini nie zrobił nigdy kariery, 

ale to już nie z winy Drakestara.

-   A   więc   Baldini   przyjechał   tu   z   Ruffino   -   powiedział   Jupiter.   -   Nawiedzone 

zwierciadło pochodzi z Ruffino i ktoś wysoko postawiony chce, aby tam wróciło. Wysyła 

więc po nie Santorę. Mamy tu jeszcze niebezpiecznego włamywacza, który prawdopodobnie 

nazywa się Juan Gomez. Czy jest możliwe, aby Baldini też chciał zdobyć zwierciadło?

- Myślę, że wynajął go Santora - upierał się Pete. - Myślę też, że Santora pochodzi z 

Ruffino. Znał Baldiniego już wcześniej i postanowił go wynająć.

-   Być   może   Baldini   próbuje   zastraszyć   panią   Darnley,   żeby   sprzedała   lustro   - 

zastanawiał się głośno Jupe. - Może też działać w zmowie z Gomezem.

- Jeśli ten Gomez tak bardzo pragnie zdobyć zwierciadło - odezwał się Bob - i jeśli 

spiskuje z Baldinim, to czemu dotąd nie zabrali lustra, kiedy nikogo nie było w domu? Na 

przykład w tym tygodniu dom był pusty dwa razy.

- Nie mogli. Lustro jest za ciężkie - odparł Pete. - Przecież zdejmowaliśmy je ze 

ściany we trzech i jeszcze pomagał nam Jeff Parkinson z Worthingtonem. Jeden czy dwóch 

ludzi nie dałoby rady tak po prostu z nim wyjść. A skoro Baldini pochodzi z Ruffino, to jest 

prawdopodobne, że nadal ma tam przyjaciół. Jakieś plotki o zwierciadle mogły dojść do jego 

uszu. Mógł się nawet dowiedzieć, że senora Manolos wysłała je do pani Darnley.

- A więc porzuca karierę sprzedawcy gazet, wypożycza płaszcz Drakestara i udaje 

ducha,  który  nawiedza   zwierciadło  -  dodał   Jupe.  -  Lubię   skomplikowane   zagadki,   ale  ta 

dotyczy   chyba   zbyt   wielu   osób.   Wystarczy   już   Baldini,   przynajmniej   na   dziś.   A   czego 

dowiedziałeś się o Ruffino?

- Znalazłem cztery artykuły prasowe i jedną cienką książeczkę - odparł Bob. - Ruffino 

jest małym, ładnym krajem położonym na wyspie. Ludzie uprawiają tam trzcinę cukrową i 

banany. Klimat jest łagodny i życie płynie tam spokojnie. Ruffino było kolonią hiszpańską do 

roku 1872, kiedy to wybuchła rewolucja.

- Krew lała się strumieniami, jak przypuszczam - powiedział Pete.

background image

- Nie. Obie strony zachowały się w sposób cywilizowany - wyjaśnił Bob. - Grupa 

wpływowych kupców i polityków zebrała się i oznajmiła hiszpańskiemu gubernatorowi, że 

jest niemile widziany, i odesłano go do domu, do Madrytu. Hiszpanie nie wystąpili przeciw 

temu zbrojnie, a w Ruffino powstał rząd bardzo zbliżony do naszego. Obecny prezydent, 

Alfredo Felipe Garcia, kończy właśnie drugą kadencję. W “Timesie” sprzed trzech tygodni 

wyczytałem na jednej z ostatnich stron, że tej zimy będzie startował do kolejnych wyborów. 

Jego przeciwnikiem ma być poprzedni prezydent Simon de Pelar. Dwanaście lat temu Garcia 

pokonał de Pelara.

- Kadencja prezydencka wynosi więc sześć lat - zauważył Jupiter.

- Tak, i nie ma żadnych ograniczeń co do liczby kadencji przypadających na jednego 

prezydenta.   Nie  można   wierzyć   we  wszystko,   co   podają   książki,   lecz   w   historii   Ruffino 

wyczytałem, iż de Pelar cieszył się złą sławą. Obsadzał w rządzie swoich kolesiów i podnosił 

podatki.   Tolerował   branie   łapówek   przez   policję.   A   Garcia   oskarżył   go   o   fałszowanie 

dokumentów dla korzyści majątkowych. To była dość brudna kampania. De Pelar, z kolei, 

oskarżył Garcię o to, że w młodości był pospolitym złodziejem. Przysięgał, że ma dowody, 

ale   ich   nie   przedstawił.   Garcia   zwyciężył.   I   jeśli   wierzyć   temu,   co   podaje   książka,   całe 

szczęście, że tak się stało. Gdyby przegrał, to mogłaby wybuchnąć kolejna rewolucja, ale tym 

razem nie obeszłoby się pewnie bez rozlewu krwi.

Bob odwrócił książkę tak, by przyjaciele mogli w nią spojrzeć.

- A tu jest zdjęcie Garcii z jego doradcami - objaśnił. Jupe wziął książkę i dokładnie 

obejrzał fotografię.

-   Garcia   wygląda   na   uczciwego   człowieka,   choć   wygląd   może   czasem   mylić   - 

stwierdził   i   przeczytał   podpis   pod   fotografią.   Szybko   odnalazł   na   niej   Diega   Manolosa, 

zmarłego   męża   przyjaciółki   pani   Darnley.   Manolos   był   wysoki,   bardzo   ciemny   i   trochę 

zezowaty. - Ciotka Matylda powiedziałaby, że oczy miał osadzone zbyt blisko siebie.

- Garcia? - spytał Bob zdziwiony.

- Nie. Patrzyłem na Diega Manolosa.

Nagle   rozległ   się   głośny   dzwonek   telefonu.   Trzej   Detektywi   aż   podskoczyli   z 

wrażenia. Bob podniósł słuchawkę.

- Tak?

Po chwili spytał:

- Kiedy? - Znów chwilę słuchał i wreszcie powiedział:

- Zaraz tam będziemy.

- Co się stało? - zapytał Jupiter, kiedy Bob skończył rozmawiać.

background image

- To Jean Parkinson. Jeff wyszedł rano do sklepu w Hollywoodzie i nie wrócił. Za to 

pod drzwi wsunięto kartkę. Jeff został porwany! Jean prosi, żebyśmy natychmiast przyjechali. 

Nie mogła się dodzwonić do Worthingtona, więc mamy wziąć taksówkę!

background image

Rozdział 12

Gdzie jest Jeff?

Taksówka dowiozła Trzech Detektywów pod dom pani Darnley koło trzeciej. Weszli 

do salonu. Pani Darnley przemierzała go długim krokiem w tę i z powrotem. Jean siedziała 

skulona na krześle, podskubując nerwowo kosmyk  włosów. Lustra odbijały po wielekroć 

postać jej babki spacerującej jednostajnie po pokoju.

- Czy zawiadomiła już pani policję? - zapytał Jupiter.

- Nie, i nie zamierzam jej zawiadamiać. Porywacz ostrzegł, żebym tego nie robiła.

- Porwanie to bardzo poważne przestępstwo - zauważył Jupiter. - I policja w takich 

wypadkach zawsze postępuje ostrożnie, aby nie narażać ofiary.

-   Nie   będą   mieli   okazji   narażenia   Jeffa   na   cokolwiek!   -   krzyknęła   pani   Darnley, 

wręczając kopertę Jupe'owi. Wyjął z niej pojedynczą kartkę i zaczął czytać na głos:

Mam pani wnuka, pani Darnley. Proszę w to nie wątpić i nie wzywać policji. Sam dziś  

do pani zadzwoni i powie, co musi pani zrobić, żeby go uwolnić. Mam nadzieję, że go pani  

posłucha, bo potrafię być okrutny, jeśli trzeba.

Jupe przekładał kartkę w dłoniach.

- Tani papier. Można taki dostać w byle jakim sklepie. Drukowane pismo. Porywacz 

używał długopisu. Wydaje mi się, że tego listu nie pisał Amerykanin. I domyślam się nawet, 

jakiego okupu zażąda.

- To chyba wszyscy wiemy - zwierciadła goblinów - dodała Jean.

- Mogą je sobie zabrać! - krzyknęła pani Darnley. - Żałuję, iż w ogóle wzięłam to 

okropieństwo do domu! Jeśli ta bestia Santora zrobi coś...

- Senor Santora jest w szpitalu - wtrącił Bob. - To znaczy... był w szpitalu jeszcze dziś 

rano.

Jupiter Jones aż podskoczył.

- Rzeczywiście był w szpitalu, ale przecież mógł zostać zwolniony. Lepiej to od razu 

sprawdzić.

W sekundę Jupe znalazł się przy telefonie i wykręcił numer do Centrum Medycznego 

Beverly Crest. Rozmawiał chwilę z rejestratorką, po czym podziękował i odłożył słuchawkę.

- Santorę wypisano ze szpitala. O której Jeff wyszedł z domu?

background image

- O jedenastej, może o jedenastej trzydzieści - odparła Jean.

- Więc porywaczem może być Santora, mimo iż wyszedł ze szpitala dość późno, bo 

około dziesiątej trzydzieści.

Jupe wykręcił jeszcze jeden numer, tym razem do hotelu “Beverly Sunset” i poprosił o 

połączenie z pokojem Santory. Ten odebrał telefon, a Jupe szybko odłożył słuchawkę.

- A więc Santora jest w hotelu - powiedział Bob. - Czy chcesz, żebym tam pojechał i 

miał go na oku? Ktoś mógł zapamiętać Pete'a wczoraj.

Pani Darnley otworzyła szufladkę w stoliku do kawy, wyjęła z niej kilka banknotów i 

wręczyła Bobowi ze słowami:

- Wezwij taksówkę i zadzwoń do nas z hotelu.

- Dobrze. I proszę się nie martwić, Santora mnie nie zobaczy. 

Bob wyszedł, a w pokoju zapadła ponura cisza. Jupiter rozmyślał o czymś, marszcząc 

brwi. Pete chodził od lustra do lustra, przeglądając się w każdym, jakby nigdy wcześniej nie 

widział własnej twarzy.

Kwadrans przed czwartą zadzwonił telefon. Jean i Jupiter wbili wzrok w aparat. Pani 

Darnley podeszła do biurka, na którym stał, i podniosła słuchawkę.

- Czego pan chce? - zapytała ostro, a po chwili, już łagodniej, odpowiedziała: - Ach, 

tak. Dziękuję.

- Czy to Bob? - spytał Jupiter.

- Tak. Powiedział, że Santora je właśnie późny lunch w kafeterii. A on sam siedzi w 

holu i zamierza tam pozostać tak długo, jak będzie trzeba.

- To chwilowo załatwia sprawę Santory - stwierdził Jupiter.

- Chciałbym wiedzieć, gdzie jest teraz nasz włamywacz - odezwał się Pete. - I Baldini.

- Baldini? A kto to taki? - zapytała Jean.

- Magik z Ruffino a zarazem nasz duch - odparł Jupiter.

- O, Boże! - krzyknęła pani Darnley. - Następny bandyta z tego okropnego kraju! 

Wolałabym nigdy o nim nie słyszeć. Żałuję, że kiedykolwiek poznałam Isabellę Manolos. 

Telefon znów zadzwonił.

- To pewnie on! - powiedziała pani Darnley drżącym głosem. 

Rozległ się kolejny dzwonek.

- Niech pani odbierze - poprosił Jupiter. - Ja będę słuchał z drugiego aparatu w kuchni.

Pobiegł   pędem   do   kuchni,   gdzie   John   Chan   pracowicie   czyścił   srebra.   Bardzo 

ostrożnie podniósł słuchawkę.

- Wszystko w porządku, babciu - usłyszał głos Jeffa. - Mam ci tylko powiedzieć, co 

background image

musisz zrobić, a potem odłożę słuchawkę, dobrze?

- Dobrze. Mów, a ja zrobię, co będzie trzeba.

- W San Pedro jest magazyn.  Przy Ocean Boulevard stoi tablica  z napisem “The 

Peckham Storage Company”. Magazyn jest zupełnie pusty.

- Opuszczony magazyn przy Ocean Boulevard, San Pedro - powtórzyła pani Darnley. 

- Już zapisuję.

- Dostarczycie tam zwierciadło Chiava - mówił dalej Jeff. - Wynajmij jakąś firmę 

przewozową lub ciężarówkę. Niech przewiozą lustro i zostawią je w magazynie. Muszą je 

oprzeć o filar w tylnej jego części, a potem odjechać. I babciu...

- Co, Jeff?

- Lustro musi się tam znaleźć jeszcze dziś przed siódmą.

- I znajdzie się, nie martw się o to - odparła pani Darnley.

-   Wtedy   znów   do   ciebie   zadzwonię.   On   powiedział,   że   będę   mógł   do   ciebie 

zatelefonować, ale nie wcześniej, niż kiedy zobaczy lustro. Coś kliknęło w telefonie i rozległ 

się głuchy sygnał.

background image

Rozdział 13

Melodia z pozytywki

- Skąd ja wezmę ciężarówkę o tej porze? - jęknęła pani Darnley. - Już po czwartej! A 

co będzie, jak mi się nie uda jej zdobyć?

- Zadzwonię do wuja - powiedział Jupiter. - Przyjedzie z Hansem i Konradem. Proszę 

się nie martwić, zrobi to z przyjemnością. Lustro znajdzie się w San Pedro przed siódmą.

-   Och,   dziękuję   ci,   Jupiterze.   -   Pani   Darnley   usiadła   na   sofie.   -   Czy   mógłbyś 

zadzwonić do wuja od razu? Zdjęcie tego lustra ze ściany zajmie trochę czasu, a nie możemy 

sobie pozwolić na spóźnienie.

Jupe  podszedł  do telefonu,  podniósł  słuchawkę i zawahał  się,  po czym  delikatnie 

odłożył ją z powrotem na widełki.

- Jupiterze, nie mamy czasu! - krzyknęła pani Darnley. - Pośpiesz się i dzwoń do wuja.

- Chwileczkę. Podczas rozmowy z Jeffem było jeszcze coś słychać. Coś w tle. Jakby 

muzykę? Zauważyła pani?

- Muzykę? - zdumiała się pani Darnley. - Ja... słyszałam tylko Jeffa. A gdybym nawet 

słyszała muzykę, to co? Przecież to bez znaczenia. Jupiterze, proszę cię, dzwoń do wuja.

-   Pozytywka   -   ciągnął   Jupiter   zamyślony.   -   Grała   jakąś   melodię.   Nie   od   razu   ją 

usłyszałem. Raz była głośniejsza, to znów cichła. To była piosenka “Mary miała owieczkę”.

- Lodziarz - odezwał się nagle Pete. Przerwał chodzenie od lustra do lustra i stanął 

przy kominku. - Firma “Meadow Fresh” sprzedaje lody z samochodów i sprzedawcy nadają 

zawsze przez głośnik jakąś melodię. Ostatnio grali właśnie “Mary miała owieczkę”.

Jupe siadł przy biurku.

- To może naprowadzić nas na miejsce, gdzie trzymają Jeffa. Chyba możemy przyjąć, 

że nie dzwonił z San Pedro, a przynajmniej nie z tego opuszczonego magazynu. Porywacz 

raczej nie ryzykowałby przetrzymywania go tam. Jeff dzwonił prawie punktualnie o czwartej. 

W tym czasie przejeżdżał tamtędy samochód z lodami firmy “Meadow Fresh”. Słyszałem 

jeszcze coś. - Jupe zamknął oczy, próbując przypomnieć sobie każdy szczegół rozmowy z 

Jeffem. - Jakiś inny rodzaj dzwonienia... zaraz potem, jak przejechał samochód z lodami. 

Tylko o wiele głośniejszy - jakby włączył się alarm w samochodzie lub w mieszkaniu. A 

potem rozległo się jakieś dudnienie.

- Twoja pamięć, Jupiterze, jest doprawdy zadziwiająca - powiedziała z podziwem pani 

Darnley. - Ja słyszałam tylko głos Jeffa.

background image

- Pamięć absolutna - dodał Pete. - Jupiter z niej słynie. Nigdy niczego nie zapomina.

- Samochód z lodami, dzwonki, potem dudnienie. Przejazd kolejowy! - wykrzyknął 

Jupiter.   -   To   odgłosy   z   przejazdu   kolejowego!   Najpierw   sygnał   ostrzegawczy,   następnie 

światła i dzwonek ostrzegający kierowców o nadjeżdżającym pociągu, i w końcu łoskot kół. 

W   pobliżu   miejsca,   gdzie   przetrzymują   Jeffa,   najpierw   koło   czwartej   przejechał   wóz   z 

lodami, a parę sekund później pociąg.

- W Los Angeles są pewnie dziesiątki wozów z lodami - zauważyła Jean.

- Ale nie ma dziesiątków przejazdów kolejowych. A sprzedawcy lodów mają stały 

rozkład kursów. Do Rocky Beach lodziarz przyjeżdża zawsze koło trzeciej po południu i 

zatrzymuje się nie dłużej niż dwadzieścia minut. Gdybyśmy skontaktowali się z ludźmi z 

“Meadow Fresh”...

- A jeśli to nie był pociąg? - wtrąciła pani Darnley. - Być może gdzieś w pobliżu Jeffa 

włączył  się sygnał alarmowy,  często tak się dzieje, a potem przejechał obok jakiś ciężki 

samochód.

-   Nie   -   odparł   Jupiter.   -   Przejazd   samochodu   trwa   parę   sekund.   A   tamten   stukot 

słychać było dość długo. To musiał być pociąg. Przy odrobinie szczęścia, dotrzemy do Jeffa, 

zanim porywacz dostanie lustro.

- Jak chcesz, ale zabraniam ci wystawiać na niebezpieczeństwo życie mojego wnuka. 

Zadzwoń, proszę, do wuja po samochód.

- Oczywiście - Jupiter podniósł słuchawkę i wykręcił numer składu złomu. Odebrała 

ciotka Matylda.

- Jupiterze Jones, gdzie ty się podziewasz? Nie ma cię cały dzień, a Konrad mówił...

-   Przepraszam,   ciociu   -   przerwał   jej   szybko   Jupe.   -   Nie   mogę   teraz   rozmawiać. 

Opowiem ci wszystko później. Czy jest wuj Tytus?

Ciotka   Matylda   nie   odpowiedziała.   Jupe   wyobraził   sobie   jej   minę   zirytowaną   i 

urażoną, ale jednocześnie usłyszał, jak woła do telefonu wuja Tytusa.

-  Jestem   u   pani   Darnley,   wujku.  Ma   poważne   kłopoty   i   potrzebuje   pomocy.   Czy 

mógłbyś tu przyjechać ciężarówką i przywieźć ze sobą Hansa i Konrada? To wielkie lustro z 

biblioteki pani Darnley trzeba przewieźć do San Pedro jeszcze dziś przed siódmą. A jest 

bardzo ciężkie. Potrzebna nam będzie wasza pomoc.

- Jupiterze, czy właśnie prowadzisz kolejną ze swoich spraw?

- Tak, i nie mam teraz czasu...

- W porządku - powiedział szybko wuj Tytus. - Zaraz przyjeżdżamy.

Jupe uśmiechnął się, podziękował wujowi i odwiesił słuchawkę.

background image

- Zapewniam panią, że dostarczymy lustro o czasie - zwrócił się do pani Darnley.

Pete znalazł na półce książkę z numerami telefonów w Los Angeles.

- Główne  biuro  “Meadow Fresh”  znajduje się  na  Macy  Street,  niedaleko   Dworca 

“Union”. W tej okolicy biegnie więcej szyn kolejowych niż w jakimkolwiek innym miejscu 

stąd do Chicago. Czyżby tam właśnie trzymali Jeffa?

Jupe pokręcił przecząco głową.

- To mało prawdopodobne. W lecie, lodziarze  z “Meadow Fresh” trzymają  swoje 

samochody na ulicach do późnych godzin wieczornych. Wątpię, aby któryś z nich znalazł się 

przy głównym biurze o czwartej po południu. Stoją pewnie w pobliżu miejsc, gdzie bawią się 

dzieci. Ale w biurze musi być jakiś kierownik, który zna trasy poszczególnych samochodów.

-   Lepiej   jedź   tam   osobiście   -   poradziła   pani   Darnley.   -   Nikt   nie   udziela   takich 

informacji przez telefon. Weź to, proszę - i podała Jupiterowi parę banknotów z szufladki. - 

Dowiedz się, ile się da, od tych lodziarzy, a ja zaczekam tu na twojego wuja i dopilnuję 

pakowania lustra. Ale, proszę, bądź ostrożny. Nie zależy mi na lustrze goblinów. Chcę tylko, 

żeby Jeff wrócił cały i zdrowy.

- Będę uważał, proszę pani - obiecał Jupe.

- Pojadę z Jupe'em na wypadek, gdyby trzeba było się rozdzielić - powiedział Pete.

Pani Darnley skinęła głową.

- Ja też jadę - oświadczyła Jean Parkinson.

- Ty nigdzie nie pojedziesz. Nie będę narażała obojga moich wnucząt. Nie opuścisz 

tego domu aż do powrotu Jeffa!

background image

Rozdział 14

Na ratunek!

Przedsiębiorstwo “Meadow Fresh” mieściło się w długim, niskim budynku. Otaczał 

go   spalony   słońcem   makadam.   Taksówka   minęła   parking   dla   samochodów   z   lodami   i 

platformę, gdzie podjeżdżały, by załadować towar. W zasięgu wzroku nie było ani jednego 

samochodu.

- Nie wiem, czego wy tu, dzieciaki, szukacie - powiedział taksówkarz. - Tu nie kupicie 

żadnych lodów. Musicie znaleźć któryś z tych samochodów.

- Chcemy złożyć większe zamówienie, wydajemy przyjęcie - wyjaśnił Jupiter.

Taksówkarz zatrzymał się obok platformy. Jupiter wyjął pieniądze otrzymane od pani 

Darnley i wręczył mu banknot dziesięciodolarowy.

- Proszę na nas zaczekać.

Jupe   i   Bob   wspięli   się   na   platformę   do   ładowania   towaru,   otworzyli   jedne   z 

podwójnych drzwi i weszli do biura. Siedział tu jedynie jakiś starszy człowiek w okularach o 

mocnych szkłach. Rozmawiał przez telefon i notował coś na wielkiej poliniowanej planszy.

-  OK,  Flannery.   Masz   trochę  spóźnienia,  ale  nic   się  nie   stało.  Nie   przejeżdżaj   w 

okolicach stadionu aż do ósmej. Dziś jest późny mecz i nie ma co ładować się w te korki.

Odłożył słuchawkę, zdjął grube okulary i spojrzał na detektywów.

- Tak, słucham? - zapytał.

Jupiter   Jones   wskazał   na   powiększoną   mapę   Los   Angeles   wiszącą   na   ścianie   za 

mężczyzną.  Mapa była  czarno-biała,  a  z okolicy Macy Street  rozchodziły się w różnych 

kierunkach   różnokolorowe   linie:   czerwone,   niebieskie,   zielone,   pomarańczowe,   żółte, 

fioletowe i brązowe. Dochodziły do najdalszych krańców miasta.

-   Domyślam   się,   że   te   linie   oznaczają   trasy   waszych   samochodów   z   lodami   - 

powiedział Jupiter.

- I masz rację - odparł mężczyzna. - A o co chodzi?

- Wasi kierowcy dzwonią tu do pana z różnych punktów miasta?

- A pewnie, że tak. Chcemy wiedzieć, co się dzieje z naszymi chłopcami. Jeśli się nie 

odzywają, dzwonimy na policję. Było już kilka napadów. Ale co to ciebie obchodzi?

- Bardzo nam zależy na odnalezieniu kierowcy, który przejeżdżał dziś koło czwartej 

przez przejazd kolejowy w chwili, kiedy włączył się sygnał ostrzegawczy.

Telefon na biurku mężczyzny zadzwonił.

background image

- Proszę - powiedział Jupiter łagodnie, acz stanowczo. - Niech pan nie odbiera. Nic się 

nie stanie, jak trochę podzwoni. Dla nas to bardzo ważna sprawa.

Mężczyzna podniósł słuchawkę.

- Meadow Fresh. OK, Guilberti, poczekaj chwilę, dobrze? Mam tu dwa problemy 

średniej ważności. 

Odłożył słuchawkę na biurko.

- No, dobra, streszczajcie się. O co chodzi? Czy ktoś z naszych ludzi źle wam wydał 

resztę?

- Nie mam czasu na wyjaśnienia - odparł Jupiter. - Proszę nam tylko powiedzieć, który 

z pańskich ludzi przejeżdżał przez przejazd kolejowy około czwartej...

- Od tego może zależeć życie ludzkie - wtrącił nagle Pete. 

Mężczyzna przyjrzał im się uważniej, ale widząc powagę na ich twarzach, przesunął 

palcem po leżącym przed nim wykazie wszystkich kursów.

- Alberts przejeżdża przez tory do Santa Fe przy LaBrea Street - powiedział. - Ale jest 

tam zazwyczaj przed trzecią. To nie mógł być on. Nie. Lećmy dalej. Hmm, ta-a-k. To chyba 

musiał być Charlie Swanson. Jego trasa przecina przejazd przy Hamilton Street. - Mężczyzna 

podniósł się i pokazał chłopcom jakiś punkt na wielkiej mapie. Znajdował się w Dolinie San 

Fernando. - Dzwonił do mnie ze stacji benzynowej jakieś dziesięć po czwartej, więc przez 

Hamilton musiał przejeżdżać koło czwartej. Czy chcecie się z nim skontaktować?

- Niekoniecznie - odparł Jupiter. - Dziękujemy panu bardzo. 

Chłopcy wybiegli  z biura, zeskoczyli  z platformy i z rozmachem  otworzyli  drzwi 

taksówki.

- Szybko! - krzyknął Jupiter do kierowcy,  podając mu nazwę miejsca. - To nagły 

wypadek!

- Proszę bardzo - odparł taksówkarz wzruszając ramionami. Robił, co mógł, żeby jak 

najszybciej   przebić   się przez   zatłoczone   centrum   i wydostać  na  autostradę  prowadzącą   z 

Hollywoodu do Doliny San Fernando.

Na   szczęście   dla   detektywów,   ruch   uliczny   był   w   miarę   szybki   i   po   trzydziestu 

minutach taksówka znalazła się na Hamilton Street.

- A teraz proszę zwolnić - poprosił Jupe i razem z Pete'em uważnie obserwowali obie 

strony ulicy. Początkowo stały przy niej domki jednorodzinne, za nimi ciągnęły się puste 

parcele. Gdzieniegdzie ustawiono ogłoszenia o ziemi na sprzedaż. Zobaczyli, że zbliżają się 

do   przejazdu   kolejowego.   Sygnał   ostrzegający   o   nadjeżdżającym   pociągu   włączał   się 

automatycznie. Teraz był wyłączony. Kierowca zwolnił przed torami i popatrzył uważnie w 

background image

prawo i w lewo. Jupe zauważył samotny, stary bungalow niedaleko torów. Kiedyś należał 

pewnie   do   plantacji   owoców   cytrusowych.   Kilka   ocalałych   drzewek   cytrynowych, 

zaniedbanych   i   suchych,   rosło   na   jego   tyłach.   Domek   był   zniszczony.   Z   okien   sterczały 

uszkodzone framugi, a z ganku wyrwano kilka desek.

- No i co dalej? - spytał taksówkarz.

- Proszę jechać - odpowiedział Jupiter.

Minęli kolejne puste parcele i ogłoszenia o sprzedaży gruntów. Wreszcie wjechali 

znów w okolicę małych domków i starannie przystrzyżonych trawników. Na chodnikach, w 

popołudniowym słońcu bawiły się dzieci.

- Proszę skręcić w prawo w najbliższą przecznicę - poprosił Jupiter.

Taksówkarz skręcił i zaparkował przy krawężniku obok domu, przed którym jakiś 

mężczyzna podlewał trawnik.

- A teraz dokąd? - zapytał kierowca.

-   Muszę   się   zastanowić   -   odparł   Jupiter.   -   To   na   pewno   tamten   stary   dom   przy 

szynach. Inne są za daleko, żeby było w nich słychać sygnał ostrzegawczy. A ja słyszałem go 

bardzo wyraźnie, kiedy Jeff telefonował.

-  Tak   -   zgodził   się   z   nim   Pete.   -   To   jedyne   miejsce   w   okolicy.   I   jaka   świetna 

kryjówka! Można krzyczeć do woli, a i tak nikt nie usłyszy. 

Taksówkarz odchrząknął.

- Czy zrobiliśmy taki szmat drogi po to, żeby popatrzeć na jakąś starą ruderę?

- Jak możemy się do niej dostać? - spytał Jupe.

-  Ale   po   co?   -  zdziwił   się  kierowca.   -  Przecież   z   daleka   widać,   że   nikt   tam   nie 

mieszka, ale jeśli chcecie...

-   A   jednak   ktoś   w   nim   jest   -   powiedział   Jupe.   -   I   musimy   się   tam   zbliżyć 

niepostrzeżenie. Chyba nawet wiem, jak.

Zauważył   nadjeżdżający   samochód   z   pieczywem.   Kierowca   zatrzymał   się   jakieś 

kilkanaście metrów od nich i zagrał na klaksonie skoczną melodię. Z jednego z domków 

wyszła   młoda   kobieta.   Na   jej   widok   mężczyzna   wyskoczył   z   samochodu   z   koszykiem 

pieczywa. Kobieta wybrała kilka bułeczek i zapłaciła kierowcy.

- Tak! - krzyknął Jupe. - Udamy dostawców!

- Świetnie! - zawołał Pete. Wyskoczył z taksówki i machając rękami, pognał w stronę 

samochodu z pieczywem.

- Wyraźnie wam odbiło, dzieciaki - mruknął taksówkarz, kiedy Jupiter wyskoczył za 

Pete'em. - Mam na was czekać? Licznik wybił już piętnaście dolarów i...

background image

Jupe podał mu następny banknot dziesięciodolarowy.

-   Reszty   nie   trzeba.   A   jeśli   zobaczy   pan,   że   wsiadamy   do   tego   samochodu   z 

pieczywem, proszę nie czekać. Nie będziemy już pana potrzebowali.

- W porządku - rzekł taksówkarz.

Jupe   podszedł   do   człowieka   z   piekarni.   Był   to   szczupły,   opalony   chłopak   koło 

dwudziestki.

- Nie wolno mi brać pasażerów - ostrzegł od razu.

- Nie zależy nam na podwiezieniu - uspokoił go Pete. - Chcemy dostarczyć trochę 

pieczywa do jednego domu niedaleko stąd. 

Taksówka zatrzymała się obok i kierowca wychylił się z okna.

- Wszystko OK? - zapytał.

- Nie, nie OK - odparł chłopak z piekarni. - To moja pierwsza praca i nie chcę mieć 

kłopotów.

- Wiem o tym - powiedział Jupe. - Nie będziesz miał żadnych kłopotów. Słowo. Jak ci 

na imię?

- Henry. Henry Andersen.

- Proszę posłuchać, panie Andersen...

-   Mów   mi   Henry.   To   ty   posłuchaj.   Jeśli   mnie   wyrzucą,   to   znów   zasilę   kolejkę 

bezrobotnych w biurze zatrudnienia. 

Jupiter skinął głową.

- Reprezentujemy panią Darnley - powiedział. Wyjął portfel i wręczył chłopakowi 

wizytówkę Trzech Detektywów. - Mamy powody, aby sądzić, że w tym domu porywacze 

przetrzymują wnuka tej pani.

- Pani Darnley? - powtórzył Henry Andersen. - Widziałem jej zdjęcie w gazetach. 

Ale... Trzej Detektywi? Nigdy nie słyszałem o Trzech Detektywach.

- Jestem Jupiter Jones. A to jest Pete Crenshaw. Nasz partner, Bob Andrews, pilnuje 

właśnie podejrzanego w Beverly Hilis.

- Jak w serialu telewizyjnym, co? - zauważył taksówkarz.

-   Jesteśmy   detektywami   -   zapewnił   piekarza   Jupiter.   -   Udało   nam   się   rozwiązać 

tajemnice,   z   którymi   nie   mogła   sobie   poradzić   policja.   O  tej   sprawie   nie   zawiadomiono 

policji. Pani Darnley obawia się, że porywacze mogą zrobić krzywdę jej wnukowi.

Henry Andersen obejrzał wizytówkę z obu stron, jakby spodziewał się na jej odwrocie 

znaleźć jakieś rozwiązanie. Spojrzał na Jupe'a, potem na Pete'a.

- Musimy się spieszyć - ponaglił go Pete. Przyszła mu do głowy straszna myśl. - 

background image

Chyba nic się nie stało Jeffowi, ale nie możemy być tego pewni. W każdym razie jeszcze o 

czwartej dzwonił do swojej babki w sprawie okupu:

- Policja... - wtrącił Henry Anderson bezradnie.

- Nie możemy tego zrobić - powiedział Jupiter. - Pani Darnley nam zabroniła. Musimy 

sami uratować Jeffa.

- OK - uległ w końcu Henry Andersen. - OK, OK, OK! Muszę mieć chyba nie po 

kolei w głowie, tak jak wy, ale jeśli mówicie prawdę, a ja wam nie pomogę...

- Powodzenia! - krzyknął taksówkarz i odjechał.

- Co mam zrobić? - spytał Andersen.

- Pożyczyć  mi czapkę i marynarkę - odparł Jupe. - I zawieźć nas do tego starego 

domku koło szyn kolejowych. Zatrzymasz się przed nim, a ja podejdę i zadzwonię do drzwi.

- Ja nie dzwonię. Naciskam klakson i ludzie sami wychodzą do mnie.

-   Jeśli   porywaczem   jest   ten,   o   kim   myślimy,   to   nie   zna   on   twoich   zwyczajów   - 

zapewnił go Jupiter.

Chwilę później samochód z pieczywem jechał Hamilton Street, minął puste parcele i 

ogłoszenia. Jupe wkładał czapkę i marynarkę Henry'ego Andersona. Pete kucnął na podłodze, 

opierając się o tace pełne bułeczek, chlebów i ciastek.

- Uważaj na siebie - odezwał się do Jupitera.

- Nie ma obawy. Jeśli wejdę i długo mnie nie będzie, to...

- ...to będzie oznaczało, że mam niewiele do stracenia, i pójdę za tobą.

- Ja też - wtrącił Henry Andersen. Zatrzymał samochód przed zniszczonym domem. - 

To tu?

- Tak. - Jupiter wyskoczył na ziemię. Marynarka nie dopinała się na nim, ponieważ 

był trochę za tęgi. Wziął kosz z pieczywem i pogwizdując ruszył popękaną betonową ścieżką 

do drzwi rozpadającego się domku. Ostrożnie wszedł na ganek, badając najpierw dokładnie 

każdy schodek. Nie znalazł dzwonka, więc głośno zapukał.

Czekał. W środku panowała cisza. Zapukał ponownie. 

- Piekarnia Van Alstyna! - krzyknął. - Jest tam kto? 

Odpowiedziała mu głucha cisza. Jupe zajrzał przez okno. Dojrzał puste ściany, kurz, 

plamy i zacieki od deszczu. Ale było też coś, co spowodowało, że serce zabito mu mocniej. 

Na zakurzonej podłodze widać było wyraźne ślady, jakby przez pokój ciągnięto coś na tyły 

domu. A w jednym rogu stał aparat telefoniczny - nowy, błyszczący telefon!

Jupe postawił koszyk na ganku i spróbował przekręcić gałkę w drzwiach. Ani drgnęła. 

Ale okno obok drzwi było  lekko uchylone. Wsunął palce pod ramę okienną i pociągnął. 

background image

Otworzyło się, głośno skrzypiąc. W domu nadal panowała cisza. Jupe przełożył nogę przez 

parapet i wszedł do środka. Za dużym  pokojem ze zniszczoną  tapetą  była  kuchnia. Jupe 

dojrzał podarte linoleum i obdrapany zlew. Podszedł szybko do drzwi kuchennych i stanął jak 

wryty.

Jeff Parkinson leżał na podłodze, mocno związany. Usta zakneblowano mu chustką. 

Oczy miał szeroko otwarte i przestraszone. Na widok Jupitera zmrużył je, jakby w uśmiechu.

background image

Rozdział 15

Wyścig z czasem

Jeff siedział na środku kuchni i obiema rękami rozcierał kostki u nóg.

- Stopy całkiem mi zdrętwiały - poskarżył się. Uśmiechnął się do Jupitera, a także do 

Pete'a i Henry'ego Andersona, którzy właśnie nadbiegli, zawołani przez Jupe'a.

- Tak się cieszę, że was widzę, chłopaki. Wcale nie byłem pewien, czy ten kurdupel 

zamierza wrócić tu i wypuścić mnie, jak już dostanie lustro. Kiedy zadzwoniłem do babci, 

wciągnął mnie do kuchni, bo bał się, że jak ktoś zauważy samochód przed domem, to może 

zajrzeć przez okno i zobaczyć mnie.

- Kurdupel? - powtórzył Jupiter. - To eliminuje senora Santorę, a także ducha z lustra. 

Żaden z nich nie jest mały. Pozostaje tylko włamywacz.

-   Tak,   to   on.   Nazywa   się   Juan   Gomez.   Nie   raczył   mi   powiedzieć,   po   co   mu   to 

zwierciadło.

- Lepiej zadzwoń do pani Darnley - poradził mu Pete. 

Jeff skinął głową, podniósł się i przeszedł chwiejnym krokiem do białego telefonu w 

dużym   pokoju.   Siadł   przy   nim   i   wykręcił   numer   do   babki.   Trzej   pozostali   usłyszeli 

pojedynczy sygnał, a potem Jeff powiedział:

- Halo, babciu. To ja, Jeff. Wszystko  w porządku. Ze słuchawki popłynęły jakieś 

niezrozumiałe dźwięki.

- Naprawdę wszystko w porządku - zapewniał Jeff. - Jupe z Pete'em mnie znaleźli.

Jeff rozmawiał jeszcze chwilę, a następnie wręczył słuchawkę Jupiterowi.

- Babcia prosi do telefonu Boba - wyjaśnił.

-  Boba? Myślałem, że Bob jest w Beverly Hilis i pilnuje Santory! - Jupiter wziął 

słuchawkę od Jeffa. - Bob? Co się stało? Gdzie jest Santora?

-   Wszystko   zawaliłem!   -   wyznał   Bob   przygaszonym   głosem.   -   Uciekł   mi.   Około 

czwartej zszedł na dół i wyszedł na zewnątrz. Ruszyłem za nim. Miał samochód zaparkowany 

w małej uliczce za hotelem. Wsiadł do niego i odjechał. A w polu widzenia nie było ani 

jednej   taksówki.   Zadzwoniłem   do   pani   Darnley   i   Jean   powiedziała,   że   wyjechaliście   na 

poszukiwanie Jeffa, więc wróciłem.

- A co z lustrem? - zapytał Jupiter.

- Parę minut temu twój wuj wyjechał do San Pedro razem z Hansem i Konradem. 

Załadowali zwierciadło na ciężarówkę i wiozą je w umówione miejsce. Ale gdzie wy w ogóle 

background image

jesteście? Czy z Jeffem jest rzeczywiście wszystko dobrze? Pani Darnley chce...

Bob przerwał w połowie zdania i Jupe usłyszał głos pani Darnley.

- Kto porwał mojego wnuka?

- Ten mały włamywacz, którego znaleziono w pani bibliotece - odparł Jupe.

- Juan Gomez?

- Zgadza się. Jeff powiedział mi, że jest on teraz w drodze do San Pedro.

- Nie zapamiętałem numeru rejestracyjnego jego samochodu - jęknął Jeff. - A żeby 

to... Za bardzo się bałem. On miał pistolet.

- Nie przejmuj  się - pocieszył  go Jupiter, a do pani Darnley powiedział:  - Skoro 

Jeffowi nie grozi już niebezpieczeństwo, może pani zawiadomić o wszystkim policję i kazać 

otoczyć magazyn w San Pedro. Wuj Tytus, Hans i Konrad dostarczą lustro na miejsce, a 

kiedy Gomez pojawi się, żeby je zabrać, zostanie aresztowany. Porywacz dostanie za swoje... 

ale - Jupe zawahał się - ale wtedy, być może, nigdy nie poznamy rozwiązania tej łamigłówki. 

Nie dowiemy się, co go łączy z Santorą lub z Baldinim - magikiem, który udawał ducha 

Chiava.

- Zamierzam dowiedzieć się wszystkiego - orzekła pani Darnley.

-   Świetnie!   A   więc   nie   ma   czasu   do   stracenia.   Pojadę   z   Pete'em   prosto   do   tego 

magazynu. Proszę powiedzieć Bobowi, żeby spotkał się z nami w San Pedro. Niech stanie 

przy wylocie autostrady tak, aby mógł nas zobaczyć. Pojedziemy taksówką i zatrzymamy się 

na skrzyżowaniu i...

- Nie pojedziecie taksówką! - poprawił go Henry Andersen.

- Słucham?

- Powiedziałem, że nie pojedziecie taksówką. Pojedziecie samochodem z pieczywem! 

Zaryzykowałem, ufając wam. A wy mnie nie zawiedliście, więc teraz chcę być z wami aż do 

wyjaśnienia całej sprawy.

-   Samochód   z   piekarni!   -   krzyknął   Pete.   -   Fantastyczne!   Kto   by   podejrzewał,   że 

piekarz może być detektywem!

- Przyjedziemy samochodem dostawczym z piekarni Van Alstyn - powiedział Jupiter. 

-   Zabierzemy   Boba   i   będziemy   obserwowali,   jak   porywacz   wchodzi   do   magazynu. 

Zobaczymy też jego wspólnika, jeśli go ma. Lustro jest za ciężkie dla jednego człowieka. 

Ktoś musi mu pomagać!

Jeff wziął słuchawkę.

- Babciu, jadę z Jupe'em i z Pete'em - i odwiesił ją, zanim pani Darnley zdążyła 

zaprotestować.

background image

- W drogę! - krzyknął Pete. - Już prawie szósta!

- Ocean Avenue? - upewnił się Henry Anderson. - Mówiliście o San Pedro. Czy tam 

właśnie jedziemy?

- Tak - potwierdził Pete. - I musimy tam być przed siódmą. Myślisz, że zdążymy?

Anderson uśmiechnął się.

- Najwyżej zrobimy marmoladę z kilku ciastek, ale zdążymy - obiecał.

Detektywi, Jeff i Anderson szybko wsiedli do samochodu. Pete i Jeff usiedli z tyłu na 

podłodze i oparli się, dla zachowania równowagi, o tace z ciastkami i chlebem. Jupiter siadł 

na   podłodze   z   przodu,   obok   jedynego   w   całym   samochodzie   fotela,   na   którym   siedział 

kierowca. Henry Anderson zatrzasnął drzwi i włączył silnik, jakby szykował się do startu w 

wyścigach, i ruszyli. W dziesięć minut byli już na autostradzie Hollywoodzkiej i Henry od 

razu rozwinął maksymalną prędkość.

- Nie można szybciej? - krzyknął Pete z tyłu. - Już pięć po szóstej!

- Jeśli przekroczę dozwoloną szybkość albo zmienię pas, może nas zgarnąć policja 

drogowa - odkrzyknął Anderson.

- Nie przejmuj się. Poradzimy sobie.

O szóstej dwadzieścia  pięć samochód  skręcił  na Harbor Freeway w kierunku San 

Pedro. Anderson musiał zwolnić.

- Co się stało? - zapytał Pete.

- To tylko duży ruch. Jest w porządku. Wszystko gra. Całe szczęście, że dziś sobota, 

bo inaczej utknęlibyśmy tu na amen.

Pete pocił się i sapał z tyłu samochodu. Henry Anderson zapewniał ich co chwila, że 

wszystko jest w porządku, ale Jupe zauważył, że kierowca zaczął się trochę niepokoić.

Tłok na drodze zmalał i znów mogli rozwinąć szybkość. Pędzili tuż przy pasie zieleni 

oddzielającym dwa kierunki autostrady. Kiedy zbliżyli się do wybrzeża, zaszło słońce.

- Przed nami mgła - zapowiedział Anderson. - Cały port tonie we mgle.

- Poradzimy sobie - zapewnił go Jupe. - Już wcześniej zdarzało się nam pracować we 

mgle.

- Prawie dojeżdżamy. - Anderson zwolnił i zjechał na Ocean Avenue. Po dojechaniu 

do pierwszej przecznicy zatrzymał samochód.

- Czy mam zatrąbić?

- Nie. Bob jechał z Hollywoodu, więc powinien tu być sporo przed nami. Na pewno 

gdzieś tu jest. Dajmy mu trochę czasu. Znajdzie nas.

- Już za dziesięć siódma! - wrzasnął Pete.

background image

- Co oznacza, że mamy jeszcze całe dziesięć minut - odparł spokojnie Jupiter.

Szczupła postać wyskoczyła z drzwi budynku po drugiej stronie ulicy.

- Czy to wasz przyjaciel?

Jupe podniósł się, żeby lepiej widzieć.

- Tak, to Bob - potwierdził i pomachał ręką. Bob odmachnął i pędem przebiegł przez 

jezdnię. Po chwili był już w samochodzie.

- Strasznie żałuję, że zgubiłem Santorę - powiedział i uśmiechnął się do Jeffa. - Aleś 

wszystkich nastraszył.

- Ja sam jeszcze nigdy w życiu tak się nie bałem!

- Porozmawiamy o tym później - powiedział ostro Jupiter Jones. - Jedziemy dalej 

wzdłuż Ocean Avenue - zwrócił się do Andersona. - Jedź wolno, jakbyś  czekał,  że ktoś 

wyjdzie kupić od ciebie chleb.

Anderson wykonał polecenie.

- Jeden z naszych samochodów rozwozi pieczywo w okolicy San Pedro, zazwyczaj w 

godzinach rannych. Sprzedaje dużo towaru pracownikom doków i punktów rozładunkowych. 

Czego my tu szukamy?

-   Opuszczonego   magazynu,   który   należał   kiedyś   do   firmy   “Peckham   Storage 

Company”. Pewnie zobaczymy jakąś tabliczkę z nazwą firmy. Kiedy znajdziemy magazyn, 

czy możesz udawać, że zaciął się silnik i nie chce zapalić?

- Nie ma sprawy.

Krążyli bulwarem niemal całkiem wyludnionym. Magazyny i biura spedycyjne po obu 

stronach ulicy były pozamykane. Minął ich samochód jadący w kierunku zachodnim w stronę 

autostrady, a chodnikiem wlókł się jakiś człowiek w kombinezonie roboczym, z marynarką 

pod pachą. Zbliżając się do Ocean Boulevard, zauważyli, że mgła unosi się nieco, ukazując 

puste mola, a za nimi widok na port.

- Jesteśmy - powiedział cicho Anderson.

Jupe i Bob uklękli, żeby wyjrzeć przez szybę. Po prawej stronie stał kwadratowy 

budynek z cegły, mocno podniszczony przez upływ czasu. Napis na ścianie frontowej był 

niewyraźny, lecz wciąż jeszcze do odczytania. Przed tym właśnie budynkiem stała większa 

ciężarówka wuja Tytusa.

- Wuj Tytus, Hans i Konrad jeszcze tu są - poinformował Jupe przyjaciół siedzących z 

tyłu.

- A to znaczy, że zdążyliśmy przed porywaczem - powiedział Pete z wyraźną ulgą w 

głosie.

background image

- Jedź jeszcze i zatrzymaj się dopiero parę domów za nimi - poprosił Jupe Andersona. 

Chłopak   od   pieczywa   przejechał   wolno   koło   magazynu   i   zatrzymał   się   kawałek   dalej. 

Wyłączył silnik.

Jupe   i   Bob   przeszli   na   czworakach   na   tył   samochodu   i   wyjrzeli   przez   okienko. 

Zobaczyli, jak wuj Tytus wychodzi z magazynu i wspina się do szoferki swojej ciężarówki. 

Hans i Konrad poszli w jego ślady.

- W porządku - mruknął Jupe. - Instrukcje z listu zostały wykonane. Teraz pozostaje 

nam tylko czekać.

Henry Andersen zaczął szykować się do wyjścia z samochodu.

- A ty dokąd? - spytał Pete.

-   Będę   majstrował   przy   silniku.   Co   robi   kierowca,   kiedy   staje   mu   samochód? 

Majstruje przy silniku. Zwrócilibyśmy na siebie uwagę, gdybym tego nie zrobił.

Jupiter zachichotał.

- Masz zadatki na detektywa pierwszej klasy!

background image

Rozdział 16

Walka o nawiedzone zwierciadło

Henry Anderson zaczął stukać i pukać w silnik samochodu. Wykręcił świece, przetarł 

je i wkręcił na miejsce. Obejrzał prądnicę i akumulator.

W środku Trzej Detektywi i Jeff Parkinson, niewidzialni dla otoczenia, śledzili na 

klęczkach rozwój wydarzeń. Pete, który pilnował tylnego okienka, odezwał się:

- Coś mi się tu nie podoba. Mgła gęstnieje, zaczyna się ściemniać. Ten bandyta może 

już być w środku. A jeśli tak, to nie zauważymy, gdy będzie wychodził.

- Nie wydaje mi się, żeby tam był - powiedział Jupiter. - Byłoby głupotą czekać w 

środku na wniesienie lustra. Gdyby pani Darnley wezwała policję, znalazłby się w pułapce. 

Myślę,  że  on  gdzieś  tu  krąży  i sprawdza,  czy  aby  policja  już  na  niego  nie  czeka.  Nasz 

przyjaciel Henry może wzbudzić jego podejrzenie.

Jupe postukał lekko w szybę. Henry Andersen podszedł do niego.

- Może lepiej nie baw się już tym silnikiem. Postaraj się znaleźć jakiś telefon, żeby 

zadzwonić po pomoc drogową. Czy nie tak byś postąpił, gdybyś naprawdę tu utknął?

Anderson skinął głową.

- Dobra. Idź poszukać telefonu. I tak nam będzie potrzebny, jeśli porywacz się pojawi. 

A potem wracaj. Możesz wzbudzić podejrzenie naszego przestępcy.

- Nie chciałbym tego zrobić - odparł Anderson i ruszył w górę ulicy. Minęło pięć 

minut i nagle...

- Spójrzcie! - krzyknął Pete.

Jupe doskoczył do tylnego okienka. Pete pokazał mu ubranego na ciemno człowieka, 

który skradał się za płotem otaczającym skład drewna. Przystanął, patrząc podejrzliwie na 

samochód z pieczywem.

- To o n, prawda? - spytał Jupe Jeffa Parkinsona.

- Tak sądzę - odrzekł Jeff. - Przez tę mgłę nie jestem do końca pewien.

- Zaraz się przekonamy.

Mężczyzna zaczął iść chodnikiem w stronę samochodu z pieczywem.

- Nie wyglądajcie teraz! Idzie w naszą stronę! - wyszeptał Pete.

- To Gomez! - dodał Jeff. - Co robimy?

- Na podłogę! Szybko! - ponaglił Jupiter.

W tym momencie rozległ się pogodny głos Henry'ego Andersona.

background image

- Dobry wieczór.

- Późno dziś kończysz - powiedział porywacz.

- Próbowałem trochę dorobić. Ale to był głupi pomysł. Nie wiedziałem, że w soboty w 

San Pedro jest tak pusto. A do tego jeszcze zepsuł mi się samochód. Dostanie mi się od szefa. 

Nie ma pan może ochoty na jakąś bułeczkę lub bochenek chleba?

-   Bochenek   chleba?   Owszem,   czemu   nie.   Pokaż   mi,   co   tam   masz.   Chłopcy 

przycupnęli w najciemniejszym kącie, żeby ich nie było widać.

Henry Andersen wszedł do szoferki i sięgnął po koszyk.

Bob   chwycił   koszyk   i   rzucił   go   Henry'emu.   Ten   odwracając   się,   niemal   uderzył 

porywacza w głowę tym koszykiem.

- Mam tu chleb pszenny, żytni, pełnoziarnisty,  pumpernikiel, chleb z francuskiego 

ciasta i... 

Mężczyzna skrzywił się.

- Chyba jednak nie mam ochoty na chleb.

- To może ciasteczko?

- Nie, dziękuję. Przepraszam za kłopot.

- Żaden kłopot. I tak muszę czekać na pomoc drogową.

- Więc życzę ci miłego wieczoru.

- Dzięki.

Mężczyzna odwrócił się i zaczął iść w kierunku magazynu.

Trzej Detektywi odetchnęli swobodniej.

- Niewiele brakowało... - powiedział Bob. - Zjawiłeś się w samą porę, Henry.

- Dwie przecznice dalej jest budka telefoniczna - zameldował Henry. 

Detektywi  obserwowali, jak porywacz  przechodzi  przez ulicę,  zbliża  się do drzwi 

magazynu, szybko ogląda za siebie i wchodzi do środka.

- Idziemy za nim? - spytał Jeff.

- Poczekajmy jeszcze chwilę - wstrzymał go Jupe. 

Na ulicy pojawiła się inna postać. Wysoki mężczyzna wyszedł zza ogrodzenia składu 

z drewnem. Nie rozglądał się. Poszedł prosto do drzwi i wszedł do magazynu.

- To był chyba Santora - powiedział Pete.

- Właśnie tego się spodziewałem! - krzyknął Jupiter. - Teraz wejdziemy tam za nim i 

zobaczymy, co się stanie. Henry, daj nam dziesięć minut, a potem dzwoń na policję. Będą 

nam potrzebni, niezależnie od rozwoju wydarzeń.

- Załatwione.

background image

Detektywi i Jeff Parkinson wyskoczyli z samochodu i szybko podbiegli do magazynu. 

Przy drzwiach zatrzymali się.

- Nic nie słychać - szepnął Bob. - Jedynie plusk wody. To miejsce zbudowano chyba 

na wodach Zatoki.

Nacisnął   klamkę.   Drzwi   otworzyły   się   bezszelestnie   i   chłopcy   zobaczyli   ściany   i 

kolejne   drzwi.   Nad   nimi   było   małe   okratowane   okienko,   które   wpuszczało   do   środka 

zamglone, wieczorne światło. Znaleźli się w niewielkim, pustym  pomieszczeniu o dwóch 

parach drzwi, przeszklonych w górnej części. Wspięli się na palce i zajrzeli do środka przez 

brudne szyby.  Zobaczyli  ogromną  halę  ze  świetlikami  w dachu.  W jej  kątach  kładły się 

cienie. W odległym końcu hali stał Juan Gomez i patrzył na zwierciadło goblinów. Wuj Tytus 

ze swoimi pomocnikami oparł lustro o jeden z filarów podtrzymujących wysoki dach.

Pomiędzy   porywaczem   i   chłopcami   stał   Santora.   Tajemniczy   człowiek,   który 

utrzymywał, iż jest potomkiem Chiava, był zupełnie nieruchomy. Jupe zrobił małą szparę w 

drzwiach i chłopcy zamarli. Starając się niemal nie oddychać, patrzyli i słuchali, co nastąpi.

Porywacz głaskał palcami ramę lustra. Powoli obszedł je dookoła. I wreszcie wyjął z 

kieszeni śrubokręt.

- Czego tu szukasz, świniopasie? - odezwał się nagle Santora. 

Porywacz drgnął, upuścił śrubokręt i spojrzał na Santorę.

- Nie ruszaj się - ostrzegł Santora. - Mam broń i nie zawaham się jej użyć.

Santora ruszył przed siebie i chłopcy zobaczyli, że rzeczywiście pistolet wycelował w 

głowę porywacza.

- Gomez, czy już na zawsze zamierzasz nosić tę hańbę? Manolos nie żyje. Wdowa po 

nim wiedzie spokojny żywot. Ona o niczym nie wie.

- Bo jest głupia.

- To ty jesteś głupi, Gomez. To ty naprowadziłeś nas na lustro. W nim kryje się cały 

sekret, prawda? Przez te wszystkie lata. To w nim tkwi potęga Manolosa - w zwierciadle 

Chiava. Zostanie ono unicestwione!

- Należy do mnie. Obiecał mi je za te wszystkie lata harowania dla niego. Ale kiedy 

umarł, ta głupia kobieta wysłała je z kraju. Nie było mnie przy tym, ponieważ...

- Ponieważ siedziałeś w więzieniu - dokończył Santora. - Biedny Juan Gomez. Twój 

pan umierał, a ty siedziałeś w więzieniu, ponieważ próbowałeś ukraść portfel angielskiemu 

turyście. Biedny Gomez. Przegrałeś. Zawsze przegrywałeś. Lustro zostanie zniszczone dla 

dobra republiki.

- Nie! - krzyknął Gomez. - Ono jest moje! Obiecano mi je.

background image

- Manolos cię okłamał. Jak mogłeś sądzić, że z tobą będzie uczciwy, skoro okłamywał 

wszystkich? Myślałeś, że jesteś inny? Ale teraz nadszedł kres. Zniszczę to lustro!

- Nie zrobisz tego! - krzyknął Gomez. - Jesteś za słaby. Znam cię. Nie uda ci się mnie 

zastraszyć!   Na   nic   się   nie   zdadzą   twoje   gładkie   maniery!   Nie   boję   się   ciebie!   Nie 

zaryzykujesz rozlewu krwi!

Gomez rzucił się nagle na człowieka z pistoletem.

Rozległ się wystrzał. Kula odbiła się rykoszetem od stalowej belki i utkwiła gdzieś w 

drewnianym   suficie.   Santora   krzyknął   i   próbował   zrzucić   z   siebie   małego   Gomeza,   jak 

myśliwy próbuje strząsnąć z siebie atakujące zwierzę. Wypuścił pistolet, który potoczył się po 

podłodze.

Obaj odwrócili się, próbując go dosięgnąć. Gomez wydał wściekły okrzyk, widząc, 

jak pistolet wpada do kanału. Rozległ się plusk i było po pistolecie.

Santora wyprostował się.

- Może masz rację. Może bym cię nie zastrzelił. Ale i tak nie wyjdziesz stąd z lustrem. 

- Mówiąc to, podniósł z ziemi kawałek drewna i stanął przed zwierciadłem. - Zrobię to, po co 

tu przyjechałem. Zniszczę je.

Jupiter wszedł do magazynu.

- Zanim pan to zrobi - powiedział cicho - chciałbym zadać panu kilka pytań.

Juan Gomez wytrzeszczył oczy na widok chłopców. Spojrzenie opryszka zatrzymało 

się   na   Jeffie,   jeszcze   do   niedawna   jego   zakładniku.   Wydał   dziki   okrzyk   i   ruszył   na 

detektywów.

- Uwaga! - krzyknął Pete. Odsunął Jupitera i trafił napastnika w pierś. Gomez upadł na 

podłogę, jęcząc, a Pete siadł na nim okrakiem. - To zaczyna mi wchodzić w krew - dodał.

- Pomogę ci - zaproponował Jeff i też siadł na Gomezie. 

Jupiter zwrócił się do zdumionego Santory:

- Co prawda, nie jesteśmy dorośli, ale teraz jest nas dwóch na jednego i nikt nie opuści 

tego miejsca, aż nie wyjaśnimy kilku spraw.

background image

Rozdział 17

Zwierciadło wyjawia swoją tajemnicę

Juan Gomez zaprzestał walki i zaczął mamrotać coś pod nosem. Brzmiało to jak jakieś 

przekleństwa.

- Niech pan nie niszczy lustra, senor Santora - poprosił Jeff. - Czy należy do pana, czy 

nie, proszę go nie niszczyć. Moja babcia dostanie ataku serca!

- Proszę też pamiętać - dodał Jupiter - że gdy pan je rozbije, Juan Gomez pozna jego 

sekret. Bo wciąż go nie zna, prawda?

- Tak, wiem o tym, ale ja też muszę zdobyć ten sekret.

- Proszę spojrzeć na to z innej strony. Gomez nie wie, w której części lustra kryje się 

sekret.  Pan też   tego  nie  wie.  A  co do  pańskiej  historii   o pokrewieństwie   z Chiavem,   to 

możemy ją chyba włożyć między bajki.

- Nie mam nic do powiedzenia - odparł Santora.

- Nie musi pan mówić. Wiemy, na przykład, że działa pan na zlecenie prezydenta 

republiki Ruffino. Nie jest pan potomkiem Chiava, ale może pochodzi pan z innej sławnej 

rodziny? Czy jest pan synem prezydenta Garcii?

Santora aż przysiadł na jakiejś paczce.

- A więc to ty! To ty włamałeś się do mojego pokoju i przeszukałeś moje papiery!

- To nie był Jupe - włączył się Pete. - To był Gomez. To on uderzył pana w głowę. 

Byłem wtedy na korytarzu i widziałem, jak Gomez uciekał.

Włamywacz znów zaklął pod nosem.

- Patrzcie go! - burknął szyderczo. - Wystrojony goguś! I on śmie decydować o tym, 

co dobre dla naszej republiki! To siostrzeniec Garcii, tego uczciwego, niepokalanego Garcii, 

który uważa, że zbawi nasz kraj! Złodziej! Wuj jest złodziejem i siostrzeniec też!

Jupe odchrząknął.

- Kiedy Garcia został wybrany na prezydenta dwanaście lat temu, jego przeciwnik 

oskarżał  go o nieuczciwość. Twierdził, iż posiada dowód na to, że Garcia zaczynał  jako 

kryminalista.   Ale   ów   przeciwnik   nie   był   w   stanie   przedstawić   takiego   dowodu   i   Garcia 

zwyciężył. Dowód! Garcia znów wystartuje do wyborów w tym roku, prawda? Przypuśćmy, 

że ktoś przedstawi taki dowód? I co wtedy?

- Będzie to tragiczne w skutkach dla Ruffino - odparł Santora.

- Zaraz przyjedzie tu policja, senor Santora - powiedział Jupiter. - Dzwoniliśmy po 

background image

nich. Będą chcieli wiedzieć, dlaczego to lustro jest aż tak ważne, że posunięto się do porwania 

wnuka pani Darnley. Ja już chyba znam odpowiedź.

Santora zerwał się na równe nogi.

- Wiesz? Przecież to niemożliwe!

- W grę wchodzi szantaż, prawda, senor Santora? Isabella Manolos była niewinna. Nie 

znała   prawdy   o   tym,   w   jaki   sposób   jej   mąż   doszedł   do   tak   wysokiej   pozycji   w  rządzie 

Ruffino.   Ale   my   możemy   się   domyślać,   w   jaki   sposób.   On   posiadał   dowód   na   to,   że 

oskarżenia w stosunku do prezydenta Garcii były prawdziwe, i szantażował nim prezydenta.

Santora usiadł zrezygnowany.

- Wasza policja nie może się o tym  dowiedzieć! Zanim mój wuj objął urząd, lud 

Ruffino żył  w strasznej  biedzie.  Mogło dojść do rewolucji. Pod jego rządami  zapanował 

spokój i dobrobyt. Będę trwał przy Garcii. Nie ma powrotu do dawnych, złych czasów. Mój 

wuj nie ma na swoim sumieniu nawet kropli przelanej krwi. Otoczył się ludźmi mądrymi, 

uczciwymi... z wyjątkiem tego łajdaka Manolosa.

- Szantażysta? - drążył dalej Jupe. 

Santora pokiwał głową ze smutkiem.

- No dobrze, wyjawię już wszystko. I mam nadzieję, że ty z kolei powiesz mi, gdzie 

leży sekret lustra. 

Santora spojrzał na Gomeza.

- Ta kreatura na podłodze była służącym Diega Manolosa. Sami zresztą wiecie, kto to 

jest - zwykły kieszonkowiec i włamywacz. A teraz okazał się też porywaczem. Nawet mnie to 

nie   dziwi.   Jest   niebezpieczny.   Nie   wie,   co   to   litość   i   serce.   Przez   dziesięć   lat   służył   u 

Manolosa. Możecie więc sobie wyobrazić, jakim człowiekiem był Manolos. Senora Manolos, 

przyjaciółka pani Darnley, to wspaniała kobieta. Ale trudno czasem zrozumieć, co kieruje 

pewnymi kobietami przy doborze męża. Ona wiele wycierpiała przez tę decyzję.

- Głupia baba! - warknął Gomez.

- Milczeć! - krzyknął Santora. - Mój wuj w młodości postępował dość nierozważnie. 

To się zdarza. Wysłano go do Hiszpanii, na uniwersytet. Tam też poznał Diega Manolosa. 

Manolos miał wtedy zwierciadło czarownika Chiava. Zapłacił za nie uczciwie, ale był to 

chyba ostatni uczciwy uczynek w jego życiu. Chiavo rzeczywiście miał syna, ten z kolei też 

miał syna i tak dalej. Ostatnia była córka. Nigdy nie wyszła za mąż, a kiedy Manolos ją 

odnalazł, była już starą kobietą. Mieszkała w wielkiej biedzie w małym miasteczku Castile. 

Miała zwierciadło goblinów, ale nie miała pieniędzy. A potrzebowała ich bardzo.

Manolos   sam   był   ubogi,   ale   za   to   młody   i   do   tego   dość   pomysłowy.   Pożyczył 

background image

pieniądze na kupno lustra i wysłał je statkiem do Madrytu. Wszędzie o nim rozpowiadał, w 

kawiarniach, na wykładach. Rozgłaszał wszystkim, że jest właścicielem zwierciadła Chiava. 

Wiadomość rozeszła się szybko, wywołując pewne poruszenie. Czyżby lustro rzeczywiście 

przepowiadało przyszłość? Manolos udawał, że posiada ono tajemną moc.

Na skutki nie trzeba było długo czekać. Najpierw przyszli do niego jacyś studenci z 

uniwersytetu i powiedział im, co stanie się w najbliższym  czasie. Nie była to precyzyjna 

przepowiednia, lecz niemądrzy studenci bardzo chcieli w nią wierzyć. Czasami jego wizje się 

spełniały, czasami zdarzało się coś zbliżonego do przepowiedni. W każdym razie rozeszła się 

wieść, że Manolos rzeczywiście widzi przyszłość w lustrze Chiava. Pojawili się też ludzie z 

bogatszych sfer. Im też spełniła się część przepowiedni.

Po   pewnym   czasie   podła   natura   Manolosa   dała   o   sobie   znać.   Poradził   pewnemu 

człowiekowi cierpiącemu na podagrę, żeby wybrał się w podróż. Mężczyzna wyjechał, a w 

tym czasie obrabowano jego dom. Pewnej kobiecie powiedział, że powinna zanieść swoje 

pieniądze do kościoła, aby je tam kapłan poświęcił. Zabrała wszystkie co do grosza i poszła 

do swojej parafii, tyle że po drodze jakiś kieszonkowiec dokładnie ją ograbił. Były jeszcze 

inne sprawy, ale nie czas i miejsce, by o nich opowiadać. I tak dużo rozumiecie, jak na swój 

wiek.

- Ale historia! - wykrzyknął Pete. - I policja hiszpańska niczego nie podejrzewała?

-   Zaczęła   coś   podejrzewać   dopiero   po   jakimś   czasie.   Zanim   to   jednak   nastąpiło, 

Manolos zwrócił szczególną uwagę na mojego wuja. Już jako młody człowiek mój wuj wiele 

rozmyślał  o  przeprowadzeniu   reform  w  Ruffino.  Mówił  o  tym   przy  różnych   okazjach,  a 

Manolos tylko słuchał. Uznał, że mój wuj zostanie kiedyś ważnym człowiekiem, i chciał 

zawczasu wkraść się w jego łaski. Garcia był bardzo bogaty i już wtedy Manolos planował 

swój szantaż. Zamierzał użyć do tego zwierciadła Chiava, by przy jego pomocy... jak to się 

mówi w filmach gangsterskich?

- Chciał usadzić pana wuja? - podrzucił Bob.

- Si. Tak. Właśnie o to mi chodzi. A więc Manolos zdobył względy pewnej młodej 

dziewczyny,   służącej   w   jakimś   bogatym   i   wpływowym   domu.   Przy   pomocy   zwierciadła 

udało mu się ją przekonać, że jest oszukiwana przez pracodawców. Wmówił jej, że pada 

ofiarą wyzysku i słusznie należy jej się rekompensata. Następnie podszepnął dziewczynie, że 

zna człowieka, który dużo zapłaci za klejnoty jej pani. Obiecał, że jeśli włoży je do pudełka i 

owinie czerwonym papierem, to on już zajmie się resztą. Miała tylko spotkać się z owym 

człowiekiem, oddać mu pudełko i wziąć w zamian kopertę z pieniędzmi. Tak też zrobiła. 

Ukradła biżuterię i spotkała się z człowiekiem Manolosa. Wręczył jej kopertę, a ona dała mu 

background image

pudełko w czerwonym papierze. Tym człowiekiem był mój wuj!

- Złodziej! - prychnął Gomez.

- Mój wuj o niczym nie miał pojęcia! - krzyknął Santora. - Sądził, że robi Manolosowi 

przysługę. Myślał, że doręcza list, a dziewczyna daje mu upominek dla Manolosa. Spotkali 

się na ulicy, koło fontanny. Manolos ukrył się w pobliżu z aparatem. Zrobił im zdjęcie w 

momencie, kiedy mój wuj podawał dziewczynie kopertę!

- I zdjęcia, oczywiście, trafiły na policję - dodał Jupiter.

-   Oczywiście.   Dziewczyna   otworzyła   kopertę   i   znalazła   w   niej   jedynie   papier. 

Przestraszyła   się.   Kiedy   właścicielka   biżuterii   zorientowała   się,   że   została   okradziona, 

wezwała policję, a dziewczyna z płaczem przyznała się do wszystkiego. Mój wuj był już w 

tym   czasie   w   drodze   do   Ruffino.   Nic   o   tym   wszystkim   nie   wiedział.   Ale   do   czasu. 

Manolosowi   udało   się   uciec   z   Madrytu   w   samą   porę   razem   z   lustrem   i   fotografiami.   I, 

oczywiście,  z pieniędzmi.  Dopiero wtedy pojawiły się w prasie artykuły o jego lustrze  i 

matactwach, jakich przy jego pomocy dokonywał.

- Więc pojawił się w Ruffino i zaczął szantażować pana wuja - dokończył za niego 

Pete.

- Przyjechał do Ruffino, ale początkowo niczego nie robił - odparł Santora. - Miał 

pieniądze. Postanowił czekać na właściwy moment. Ożenił się z tą biedaczką, Isabellą, tylko 

dlatego, że była jedyną córką bardzo bogatego człowieka. Wciąż czekał. I kiedy dwanaście lat 

temu   ogłoszono   wolne   wybory,   a   nasz   kraj   stał   u   progu   rewolucji,   postanowił   uderzyć. 

Przysłał mojemu wujowi odbitki zdjęć i kopie artykułów prasowych z hiszpańskich gazet. 

Wuj popełnił przestępstwo i oto dowód. Nieważne, że robił to nieświadomie. Nieważne, iż 

zdarzyło się to tak dawno. Jest dowód, który zniszczy karierę mojego wuja. Garcia nigdy nie 

zwycięży w wyborach.

Wuj uległ żądaniom tego łajdaka. Najpierw dawał mu pieniądze, ale wkrótce to nie 

wystarczyło. Dopuścił go do władzy. I tak Manolos miał swój piękny dom i trochę szacunku 

obywateli... ale tylko trochę. W każdą rocznicę wyborów mój wuj otrzymywał odbitkę owej 

fotografii i kopie starych artykułów. W końcu Manolos umarł i obaj z wujem sądziliśmy, że 

koszmar wreszcie się skończył.

Poszedłem   odwiedzić   senorę   Manolos.   Biedaczka   tonęła   we   łzach.   Chciałem   ją 

poprosić, żeby pozwoliła mi przeszukać mieszkanie. Właśnie zastanawiałem się, jak mam to 

delikatnie ująć - ponieważ senora to prawdziwa dama - kiedy sama zaczęła się uskarżać na 

Juana Gomeza. Powiedziała, że przesłała lustro do przyjaciółki w Los Angeles. Gomez, kiedy 

się o tym dowiedział, wybuchnął strasznym gniewem. Zaczął na nią krzyczeć. Nazwał ją 

background image

głupią. Bała się nawet, że ją uderzy.

Wtedy zrozumiałem. Negatywy zdjęć musiały zostać ukryte w lustrze. Gomez był 

jedyną   osobą,   której   ta   kreatura-Manolos   mógł   powierzyć   swój   sekret!   A   kiedy   Gomez 

przyleciał do Los Angeles, byłem już tego całkiem pewien!

- Więc śledził go pan i próbował odkupić lustro od pani Darnley - odezwał się Jupiter. 

- A kiedy się nie udało, wymyślił pan tę historyjkę o pokrewieństwie z Chiavem. A kiedy i to  

nie  podziałało,  wynajął   pan  Baldiniego,   żeby  udawał   ducha.  Zwłaszcza  iż  wuj  słał   panu 

ponaglające listy.

Santora zwiesił głowę.

- Bardzo tego żałuję - westchnął. - Nie zamierzałem straszyć kobiet i dzieci, ale nie 

widziałem innego wyjścia.

Na chwilę zapanowała cisza. Na zewnątrz rozległ się tupot nóg. Drzwi się otworzyły.

- A oto i policja - powiedział Pete.

Uspokojony, zaczął się podnosić z leżącego Gomeza.

- Co jej powiemy? - zapytał Santora, blady jak ściana. - Będą chcieli sprawdzić, co 

jest w lustrze!

- Ha! - wrzasnął dziko Gomez. Wyśliznął się Pete'owi i Jeffowi, zerwał na równe nogi 

i chwycił kawałek drewna upuszczony przez Santorę. Rzucił się w stronę lustra. - Zdobędę 

mój dowód! A wtedy nikt się nie odważy...

Wtem spojrzał w zwierciadło goblinów i zamarł w pół gestu, z podniesioną ręką, na 

widok   odbicia   własnej   twarzy   wykrzywionej   wściekłością   i   strachem.   Upuścił   drewno, 

wrzasnął   przeraźliwie   i   rzucił   się   do   ucieczki.   Potknął   się   o   własne   nogi   i   zniknął   za 

drzwiami.   Rozległ   się   głośny   plusk   i   w   tej   samej   chwili   w   magazynie   pociemniało   od 

mundurów   policyjnych.   Z   wody   za   drzwiami   magazynu   zaczęły   dochodzić   przeraźliwe 

krzyki.

- Negatyw! - rozległ się groźny szept Santory. - Gdzie jest negatyw?

Jupe stanął za lustrem i zdarł paznokciem naklejkę. Wyjął spod niej coś i razem z 

naklejką oddał Santorze.

- Mikrofilm - szepnął. - Oczywiście, tylko tam mógł zostać ukryty. Mikrofilm pod 

którąś z nalepek. Najnowszą.

Senor  Santora  wyszeptał  słowa  podziękowania  i   wsunął   film   razem   z  nalepką  do 

kieszeni.

- Gdzie jest Jeff Parkinson?  - zapytał  jeden z  policjantów. - Który z was to Jeff 

Parkinson?

background image

- To ja.

Dwóch   policjantów   z   liną   pochyliło   się   nad   wodą.   Po   chwili   wciągnęli   mokrego 

Gomeza   do   środka.   Porywacz   upadł   na   podłogę,   zawodząc.   Policjant   popatrzył   na 

zmoczonego mężczyznę i zwrócił się do Jeffa:

- Czy to on cię porwał?

- Tak. Nazywa się Juan Gomez.

- A ten? - spytał sierżant wskazując na Santorę.

- To jest senor Santora - odpowiedział Jupe. - Nasz przyjaciel. Pomagał nam.

- Co jest z tym facetem? - zawołał jeden z policjantów pilnujących Gomeza.

- To coś! - mamrotał Gomez. - W lustrze, widziałem to! To... to...

- Co to za historia z tym lustrem? - spytał sierżant, spoglądając z ciekawością na 

zwierciadło goblinów.

- Kiedyś należało do sławnego czarownika - wyjaśnił Jupiter Jones. - Podobno jest 

nawiedzone. Wygląda na to, że porywacz bardzo się go boi. Może zobaczył w nim jakiegoś 

ducha?

Policjant parsknął śmiechem.

-   Wyobraźnia   płata   czasem   ludziom   dziwne   figle   -   dodał   Jupiter.   -   Zwłaszcza   o 

zmroku.

- Chyba tak - rzekł policjant.

Chłopcy i senor Santora spojrzeli w lustro. Odbijały się w nim puste ściany magazynu 

i   wiszące   pajęczyny.   Wyglądało   jak   zwykłe   lustro,   najzwyklejsze   na   świecie,   tyle   że 

oprawione w niezwykle brzydką ramę.

Mimo   tego,   chłopcy   poczuli   lekki   dreszcz.   A   kiedy   sierżant   policji   poprosił 

wszystkich o opuszczenie magazynu, nie wahali się ani chwili. Wyszli pośpiesznie.

background image

Rozdział 18

Zaproszenie dla pana Hitchcocka

Dwa tygodnie później Trzej Detektywi odwiedzili pana Hitchcocka, znanego reżysera 

filmowego.  Był  ich  opiekunem  i  to on  podsuwał  im  większość  zagadek   do rozwiązania. 

Kiedy   wszyscy   usiedli   wygodnie   wokół   stołu   w   pokoju   gościnnym,   Jupiter   wręczył 

reżyserowi kopertę.

- Co to jest? - spytał pan Hitchcock. Otworzył kopertę i wyjął z niej drogi papier  

listowy kremowego koloru. Przeczytał kilka linijek tekstu i popatrzył na chłopców. - Pnę się 

coraz wyżej. Pani Darnley przysyła mi zaproszenie na kolację, na której będę miał zaszczyt 

poznać senora Rafaela  Santorę. Słyszałem  o pani Darnley.  Musi mieć  ważny powód, by 

przysyłać was do mnie z zaproszeniem.

Bob uśmiechnął się i podał panu Hitchcockowi aktówkę.

- Te  informacje   można   chyba   uznać  za  ściśle  tajne,  ale  powiedzieliśmy  senorowi 

Santorze, że z przyjemnością zapozna się pan z tak ciekawą sprawą. Oczywiście zachowa pan 

te informacje tylko dla siebie.

- Teraz  rzeczywiście  rozbudziliście  moją  ciekawość  - powiedział  pan  Hitchcock  i 

otworzył teczkę.

Chłopcy   czekali   w   ciszy,   aż   gospodarz   przeczyta   notatki   Boba   o   tajemnicy 

nawiedzonego  zwierciadła.  Wreszcie  reżyser  odłożył  ostatnią  stronę  raportu i  spojrzał na 

Jupitera.

- Czy to informacja o fotografii podsunęła ci myśl o mikrofilmie i o miejscu jego 

ukrycia?

- Tak - odparł Jupe. - Kiedy senor Santora opowiedział o używaniu  fotografii do 

szantażowania jego wuja, zrozumiałem, że gdzieś musiał zostać ukryty negatyw. Ponieważ 

rozłożyliśmy   już   lustro   na   części   i   niczego   nie   znaleźliśmy,   jedyne   miejsce   ukrycia 

mikrofilmu, jakie przychodziło mi do głowy, to były właśnie owe nalepki, przyklejane przez 

rzemieślników po naprawie lustra. Manolos przechowywał  swoje “dowody”  - fotografie i 

stare artykuły - na mikrofilmach, ponieważ tylko one mogły się zmieścić pod nalepką. Co 

roku usuwał po prostu nalepkę, robił kolejne odbitki - dowiedzieliśmy się, że miał w domu 

ciemnię - i wysyłał je prezydentowi Garcii, po czym chował mikrofilmy pod nową nalepką.

- To dziwne, że zaufał takiemu bandycie, jak Gomez. Dlaczego wyjawił mu, że sekret 

kryje się w lustrze?

background image

- Nigdy nie będziemy mieć pewności co do tego - odparł Jupiter. - Gomez nie chce 

mówić. Może wraz z upływem lat sam się domyślił, że lustro jest źródłem siły Manolosa. 

Gomez pewnie co roku mu pomagał przy zdejmowaniu lustra ze ściany. Ale jestem pewien, 

że Manolos nie wprowadził go w całą sprawę.

- Dziwi mnie także, po co zadawał sobie tyle kłopotu z maleńkimi  mikrofilmami, 

kiedy przecież mógł je umieścić gdziekolwiek - powiedział reżyser.

- Trzeba przyznać, że Manolosowi nie brakowało wyobraźni - stwierdził Jupiter. - 

Najpierw przy pomocy lustra nakłonił biedną służącą z Madrytu do popełnienia przestępstwa. 

Potem wykorzystał jej postępek do pogrążenia Garcii, by wreszcie ukryć dowody winy w tym 

samym lustrze. Zadziwiający zbieg wypadków.

- Jest w nim jakaś pokrętna logika - dodał pan Hitchcock. - A co na to policja?

- Uważają Gomeza za wariata - odparł Pete. - I proszę mi wierzyć, nie zamierzamy 

wyprowadzać ich z błędu. 

Pan Hitchcock skinął głową.

- Idę o zakład, że już się postarają, by odizolować Gomeza od świata na dłuższy czas. 

A w jaki sposób Gomez dowiedział się, w którym hotelu zamieszkał Santora? I jak to się 

stało, że Santora pojawił się w magazynie w San Pedro w tym samym czasie co Gomez?

- Senor Santora i Gomez śledzili się nawzajem - odpowiedział Jupe. - Każdy obawiał 

się, że przeciwnik pierwszy zdobędzie lustro. Przypuszczamy,  iż Gomez dowiedział się o 

przyjeździe Santory, ponieważ obserwował dom pani Darnley. I pewnie po wyjściu Santory 

poszedł za nim aż do hotelu. Wiedział, że Santora pokrzyżuje mu szyki, więc zdecydował się 

na atak.

Santora, z kolei, znalazł Gomeza, robiąc to, czego my nie mieliśmy czasu zrobić. 

Wynajął samochód i krążył po Silverlake tak długo, aż dowiedział się, gdzie mieszka kuzyn 

Gomeza.   Śledząc   Gomeza,   trafił   na   ślad   zniszczonego   domku   na   farmie   w   Dolinie   San 

Fernando. Nie wiedział tylko, w jakim celu Gomez się nim interesował. W dniu zwolnienia ze 

szpitala trafił za Gomezem do tego domku. Nie miał pojęcia, że znajduje się w nim również 

Jeff. Zauważył samochód Gomeza przed domem i pojechał potem za nim aż do San Pedro.

- Senor Santora miał szczęście - powiedział pan Hitchcock. - Gomez mógł go zabić. A 

jak   do   tej   łamigłówki   pasuje   magik   Baldini?   Jestem   pewien,   że   słyszałem   o   nim   już 

wcześniej.

Jupiter zachichotał.

-   Santora   był   kiedyś   na   występie   Baldiniego   w   Ruffino.   Baldini,   oprócz   innych 

sztuczek, potrafił się uwalniać z różnych więzów. Raz Santora widział, jak podczas występu 

background image

nałożono mu kajdanki, związano łańcuchami, na które dodatkowo nałożono kłódki. W trzy 

sekundy   Baldini   pootwierał   wszystkie   zamki   i   uwolnił   się.   Santora   był   pewien,   że   taki 

sztukmistrz  bez trudu dostanie  się do domu nawet tak dobrze strzeżonego, jak dom pani 

Darnley.

Santora   odnalazł   Baldiniego   w   bardzo   prosty   sposób.   Dzwonił   do   agentów 

organizujących   występy   w   nocnych   klubach,   aż   wreszcie   trafił   na   agenta   Baldiniego. 

Początkowo   myślał   o   tym,   by   Baldini   przeszedł   się   parę   razy   po   domu   jako   duch   ze 

zwierciadła. Okazało się jednak, że magik znał Drakestara i wiedział o ukrytej pod biblioteką 

piwnicy. Postanowili, że Baldini ukryje się w niej na kilka dni. Santora dobrze mu za to 

zapłacił i wyjaśnił, że chce tylko zrobić kawał pani Darnley.

Biedny Baldini!  Kiedy odkryliśmy  ukryte  przejście i  zeszliśmy  na dół, to  pewnie 

pomyślał, że takie kawały wcale nie są dowcipne. Po ucieczce z domu pani Darnley doszedł 

do wniosku, że wplątał się w zbyt poważną sprawę i postanowił zniknąć na jakiś czas. Nie 

miał już ochoty na ponowne spotkanie z Santora lub z nami.

Pani   Darnley   wybaczyła   mu   jednak.   Dała   ogłoszenie   do   “Variety”   i   “Reportera 

Hollywoodu”, aby go zawiadomić, że wszystko jest w porządku. On też został zaproszony na 

dzisiejszą   kolację.   Włoży   na   siebie   strój   Drakestara   i   wykona   jego   słynną   sztuczkę   ze 

znikaniem - w tajemnym przejściu, oczywiście.

- To musi być rzeczywiście niezwykłe przejście - powiedział pan Hitchcock.

- Sam się pan przekona, jeśli przyjmie pan zaproszenie - zachęcał go Pete.

-   Taki   widok   jest   chyba   wart   cierpień   związanych   z   oficjalną   kolacją   -   mruknął 

reżyser. - A tak przy okazji, co się stało z Henrym Andersenem, waszym pomysłowym kolegą 

z piekarni? Mam nadzieję, że nie miał kłopotów w firmie?

-   Nie.   Wszyscy   policjanci,   którzy   przyjechali   do   magazynu   w   San   Pedro,   tak 

zgłodnieli, że wykupili cały towar i szef Henry'ego był bardzo zadowolony na widok pustego 

samochodu - powiedział Pete z uśmiechem. - Henry zdecydował, że praca w piekarni jest za 

spokojna. Chce zostać prywatnym detektywem! Pani Darnley obiecała mu pomóc.

- Świetnie - rzekł reżyser. - Obiecuję, że nikt się nie dowie o szczegółach naszej 

rozmowy.  A jeśli zdecydujecie się na opublikowanie tej historii, to mam nadzieję, że dla 

dobra republiki Ruffino, zmienicie wszystkie nazwiska.

- Oczywiście - odparł Jupiter.

- Jeśli zdecyduję się wziąć udział w tej kolacji, czy będę mógł obejrzeć nawiedzone 

zwierciadło? - zapytał pan Hitchcock. 

Jupe skinął głową.

background image

- Ale nie wisi już w bibliotece. Senora Manolos przyjeżdża w odwiedziny,  a ona 

nienawidzi tego lustra. Pani Darnley kazała więc je schować w ukrytej piwnicy. Myślę, że 

pani Darnley też już go nie lubi. Przez nie niemal straciła  Jeffa. A poza tym...  - Jupiter 

zawahał się.

- Ale chyba się go nie boi? - spytał reżyser.

- Nie. Raczej nie. Tylko że Gomez twierdził, że coś w nim zobaczył i... no cóż, nie 

wyszło mu to na dobre, prawda? Siedzi teraz w więzieniu i zostanie tam jeszcze jakiś czas.

-   A   według   ciebie,   Jupe,   co   skłoniło   panią   Darnley   do   schowania   zwierciadła?   - 

zapytał pan Hitchcock. 

Jupe uśmiechnął się.

- Myślę, że zrobiła to, ponieważ jest ono takie strasznie brzydkie. Gdybym ja był jego 

właścicielem, też bym je trzymał w piwnicy.