background image

 

 

Andrzej Kozakowski 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Bezduszne bajeczki dla degresywnych dzieci 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

© Andrzej Kozakowski 

www.fantastykapolska.pl

 

 

Tekst udostępniony na licencji Creative Commons. Uznanie autorstwa – użycie niekomercyjne – Bez utworów zależnych. 3.0 Polska. 

background image

 

 

 
40 urodziny. 
 
 

Pewnego wieczoru chłopiec, którym byłem poczuł, że powinien być już mężczyzną. i że 

nie  musi  już  dłużej  chować  się  przed  miłością.  Sprzedał  więc  swoje  zabawki  i kupił  komplet 
narzędzi do obróbki drewna. Pojechał do lasu, by samemu stworzyć kobietę dla siebie. Bo tak 
naprawdę nie potrafił zaufać do końca swoim przeczuciom. Nie potrafił zaufać już niczemu. 
 
 
Złe zabawki. 

 
Sytuacja  zdążyła  się  już  wyklarować  i obraz  stał  się  przejrzysty.  Rick  pierwszy  dopadł 

pistoletu. Małego poręcznego SN „Flea” kaliber 3.15. Teraz trzymał go celując prosto w głowę 
Teda i przeżuwał tister usiłując opanować oddech. 

Miejsce  wydawało  się  wprost  idealne  do  sytuacji.  Doskonale  kiczowaty  opuszczony 

magazyn,  gdzieś  w jakiejś  portowej  dzielnicy  miasta  zbyt  dużego,  by  przejmować  się  kolejną 
śmiercią. Jedyną różnicę stanowił fakt, że magazyn ów pozbawiony był jednej ze ścian, tej która 
przeważnie  i tak  stanowiła  bramę  wjazdową.  Nieopodal  leżało  trochę  szczątków  czegoś,  co 
kiedyś mogło być ciężkim sprzętem budowlanym. 

Ted nie pierwszy raz znajdował się w takiej sytuacji, ale mimo to zimny pot spływał mu 

po  plecach.  Nienawidził  tego  uczucia.  Wiedział  jedno  –  jeśli  tamten  od  razu  nie  pociągnął  za 
spust tylko kazał mu siadać – miał jeszcze jakąś szansę. 
-  Hmmm – powiedział Rick gdy tylko zaczął odczuwać odprężające działanie tisteru – pewnie 

nawet nie wiesz kim jestem. Od razu uprzedzę cię, że ta cała sprawa to nie przypadek. Nie 
powiem też, że to nic osobistego... to właśnie jest bardzo osobiste. 

Ted nie odezwał się ani słowem, tylko pot zaczął płynąć po jego plecach jakby większym 

strumieniem i wydawał się znacznie zimniejszy. 
-  Pamiętasz może Rean? Taką drobną blondynkę z motelu „Dzień od Salsville”? Jedenaście lat 

temu?  –  Rick  zawiesił  na  chwilę  głos,  ale  ponieważ  nie  zauważył  żadnej  reakcji, 
kontynuował  –  Miała  wtedy  szesnaście  lat.  Nosiła  twoje  dziecko.  Znalazłem  ją  w piwnicy 
czternastego września. Powiesiła się. Od tamtej pory żyłeś na kredyt. 

Na zewnątrz zrobiło się nieco głośniej, jakby odgłosy miasta przybliżyły się do nich, ale 

żaden z nich nie zwrócił na to uwagi. 

Rick wypluł pozbawioną już smaku gumę, usmiechnął się  szeroko i pociągnął za spust. 

Ted nawet gdyby chciał, nie mógł się już mocniej spocić. 
 

Kula  wyleciała  z lufy,  lecz  w połowie  drogi  zatrzymała  się  i spadła  na  podłogę  nie 

wydając  żadnego  odgłosu.  Gdyby  była  istotą  świadomą  na  pewno  byłaby  mocno 
zdezorientowana. Obaj mężczyźni powoli opuścili głowy i zatrzymali się w bezruchu.  

Odgłosy miasta przybliżyły się jeszcze bardziej i zaczęły być rozróżnialne. 

-  Kcchss’ft, sssch’ttk fsssss’kt tktkkk’csch!!! - powiedziało miasto. 
-  Ssschtt fk’ttkt ftsss kchhhhss’tsssf – powiedział Kcchss’ft i zaczął składać zabawkę. 

Cały  magazyn  uniósł  się  i mocno  pochylił.  Kula  kalibru  3.15  powoli  zsunęła  się  do 

miejsca gdzie kończyła się podłoga i wypadła. Kilka metrów niżej rozpłynęła się w powietrzu. 
Gdyby była istotą świadomą... 

 

 
Bal. 
 
 

Zawsze lubiłem ubierać się dość ekstrawagancko, więc na dzisiejszy szczególny wieczór, 

przywdziałem ciało człowieka. 
 
 
 
 

background image

 

 

Beczka piwa. 
 
 

Beczka się już kończyła. Zostało nas już tylko  trzech, zdolnych do picia. Postawiliśmy 

sobie  tę  beczkę  chyba  za  cel  ambicji.  Jednak  przeceniliśmy  nasze  możliwości.  Po  kilku 
kolejnych kuflach, legliśmy i my. Oczywiście następnego dnia rozpowiadaliśmy wszystkim, że 
to  myśmy  ją  skończyli.  Przecież  nie  wypadało  nam  mówić,  że  gdy  zasypialiśmy  w pijackim 
otumanieniu, to widzieliśmy jak beczka wstała i poszła się wysikać pod drzewo. 
 
 
Cały świat. 
 
 

Cały mały świat mieści się w jednej maleńkiej dłoni dziewczynki. Dziecka, które musiało 

zrozumieć,  że  nigdy  nie  będzie  dorosłe.  Uśmiechajcie  się  do  niej,  nawet  jeśli  przechodzi  was 
lodowaty dreszcz. 
 
 
Codziennie kawa na śniadanie. 
 
 

Twoje ciało nie żyje, a ty spadasz w dół. Mimo wszechogarniającego przerażenia myślisz 

bardzo  trzeźwo.  Do  twego  umysłu  najpierw  nieśmiało  a po  chwili  coraz  mocniej  i mocniej 
zaczynają  wdzierać  się  obce  myśli  i wrażenia.  Za  moment  nie  jesteś  już  w stanie  ich 
powstrzymywać siłą swojej woli i ogarnia cię panika. Nagle, gdy wydaje ci się, że dotarły już do 
samego  jądra  twojej  świadomości,  w jednej  chwili  milkną,  pozostawiając  po  sobie  dzwoniącą 
ciszę. Powoli odzyskujesz wspomnienia. z twojego niematerialnego gardła zaczyna dobywać się, 
narastający z każdą chwilą śmiech. Tak, miło jest wracać do domu. 
 
 
Czas. 
 
 

Miał dużo czasu. Mógł czekać. Jego ciało umierało. Mózg odbierając sygnały ogromnego 

bólu, wyłączył świadomość. Zostało mu już niewiele życia, ale nie zdawał sobie z tego sprawy. 
Miał dużo czasu. Mógł czekać. Czekać na miłość. Tak jak zawsze.  
 
 
Deszcz na żółto i na niebiesko. 

 
Deszcz, który spadł tamtego dnia, nie wyróżniał się niczym szczególnym. Poza tym, że 

był  żółty.  Tak  samo  żółty,  jak  słoneczniki,  które  błyskawicznie  po  nim  wyrosły  na  każdym 
dostępnym  kawałku  ziemi.  Różnej  maści  naukowcy  jak  i szarlatani  nie  potrafili  wyjaśnić  tego 
fenomenu.  Przez  jakiś  czas  tylko  w brukowej  prasie  pojawiały  się  artykuły,  a to  o przecieku 
z tajnego laboratorium broni biologicznej, a to o biblijnej mannie z nieba. 

Stary Jack, zwany przez wszystkie dzieci z okolicy wujkiem też miał swoją teorię, którą 

opowiadał każdemu. z zainteresowaniem słuchały go jednak tylko dzieci. Mówił on, że widział 
małe  zielone  ludziki  z czerwonymi  kapturkami  na  głowach  grzebiące  coś  w nocy  w jego 
ogródku. Fakt faktem słoneczniki nigdzie tak nie obrodziły jak u starego Jack’a. 

Po  kilku  dniach  życie  znowu  wróciło  na  swoje  dawne  tory.  Jedynymi,    o których  było 

jeszcze  słychać  w związku  z tą  sprawą  było  kilku  rolników  z pobliskich  gospodarstw 
agroturystycznych,  protestujących  przeciwko  nieuniknionemu  spadkowi  cen  pestek 
i przebąkujących coś o blokowaniu dróg. 

Deszcz,  który  spadł  równo  tydzień  po  żółtym,  był  niebieski.  Kałuże  po  nim  wyglądały 

bardzo  ładnie  i wysychały  jakoś  szybciej,  nie  pozostawiając  żadnych  plam,  ku  uciesze  ludzi 
odpowiedzialnych za sprzątanie miasta. Wszystkie słoneczniki po nim zwiędły. 

background image

 

 

Jednym  z nielicznych,  którzy  zachowali  spokój,  był  łuskający  swoje  ulubione  pestki 

z dyni, piekarz z naprzeciwka, który całe zajście skwitował słowami  – Allah dał, Allah wziął – 
nie przejmując się żegnającym się na te słowa księdzem. 

W życiu miasta nic się nie zmieniło od tamtej pory. No, może prócz faktu, że przez cały 

rok  trudno  było  kupić  pestki  ze  słonecznika.  Nigdy  więcej  jednak  nie  było  już  u nas  tak 
kolorowo. 

 

 
Dom na wzgórzu. 
 
 

Na  wzgórzu  stał  dom  starców.  Nie  miał  wielu  pensjonariuszy.  Większość  z nich 

stanowiły kobiety. One przeważnie żyją dłużej od mężczyzn.  

Dwie  z nich  siedziały  teraz  na  ławeczce  w parku.  Ta  wyższa  nie  lubiła  luster.  Czasami 

rozmawiała sama do siebie.  Zawsze starannie upinała swe długie siwe włosy w kok. Ta druga 
ubierała  się  zawsze  bardzo  kolorowo  i lubiła  dokarmiać  małe  zwierzęta.  Teraz  grały  ze  sobą 
w warcaby, jak codziennie po obiedzie. Ich myśli krążyły gdzieś w przeszłości. 

To  były  Królewna  Śnieżka  i Kopciuszek.  Im  spełniła  się  przynajmniej  połowa 

przepowiedni. Żyły długo. Ale czy szczęśliwie? 
 
 
Droga. 
 
 

Niezmiernie  rzadko  człowiek  może  wybrać  drogę,  którą  będzie  kroczył.  Częściej 

zdajemy  sobie  sprawę  z tego,  jaka  droga  nas  czeka,  dopiero  gdy  na  nią  wejdziemy.  Ta,  którą 
wybrałem, pokryta była kurzem. Zupełnie, jakby ktoś od bardzo dawna jej nie sprzątał. Ale była 
to moja droga. Droga do doskonałości. 
 
 
Drzewa. 

 
Tam  gdzie  kiedyś  był  biegun  zimna  teraz  zdawało  się  tętnić  życie.  Drzewa  szumiały 

coraz  mocniej.  Wiatr  się  wzmagał.  Mrówki  nerwowo  zamykały  wejścia  do  swoich  twierdz. 
Teraz one były tu gospodarzami, od kiedy promieniowanie opadło na tyle by pozwolić im wyjść 
spod ziemi. Powoli rozwijały swoją cywilizację, tak różną od cywilizacji ludzi. 

Na  drugim  kontynencie  była  tylko  szklana  pustynia.  Nawet  Drzewa  nie  założyły  tam 

swojej  kolonii.  Wędrowne  owady  zmieniły  trasy  swoich  przelotów.  Kontynent  był  martwy 
i bardzo długo miał jeszcze takim pozostać. 

W  jedynym  zamieszkanym  przez  żywe  istoty  miejscu  Drzewa  szumiały  coraz  mocniej. 

Wiatr się wzmagał. Bo na tym świecie to Drzewa wytwarzały wiatr. Nie był to na szczęście nasz  
świat. 

 
 

Fotograf. 
 
 

Przeglądając  swoje  stare  zdjęcia,  zauważyłem  jedno,  na  którym,  w szybie 

przejeżdżającego  akurat  samochodu,  nie  było  odbicia  fotografa,  czyli  mnie,  tylko  jakiejś 
sympatycznej,  nieznajomej  dziewczyny,  trzymającej  aparat  w rękach.  Akurat  moment,  gdy 
robiłem  to  zdjęcie  utkwił  dość  dobrze  w mej  pamięci.    Tknięty  dziwnym  przeczuciem, 
dotknąłem swych piersi. 
 
 
 
 
 

background image

 

 

Handel. 
 

- Dzień dobry, jestem przedstawicielem firmy STM, naszym mottem jest „spełnimy twoje 

marzenia,  jakiekolwiek  by  one  nie  były”.  w dzisiejszej  promocji  mam  do  zaoferowania 
specjalnie  dla  pana,  jedyną  w swoim  rodzaju  miłość.  Nie  taką  wyniszczającą,  jakie  pan 
przeżywał  do  tej  pory,  ale  prawdziwą,  namiętną  i szaloną.  Na  pewno  jest  to  coś,  o czym  pan 
zawsze marzył  i jak  widzę po wyrazie pańskich  oczu, jeszcze pan nie zaznał.  i wszystko  to  za 
jedyne  99  zł.  Oczywiście  moja  firma  daje  panu  trzymiesięczną  gwarancję  i całkowity  zwrot 
poniesionych  kosztów,  w przypadku,  gdyby  się  pan  nie  zakochał  w przeciągu  tygodnia  takim 
uczuciem, o jakim pan zawsze marzył...  

- Przepraszam,  –  przerwałem  młodemu  człowiekowi,  który  przed  chwilą  wszedł  do 

mojego  biura  –  to,  co  mi  pan  proponuje,  jest  rzeczywiście  bardzo  kuszące.  Niestety  jestem 
zmuszony odrzucić tą ofertę, gdyż nie zwykłem prowadzić interesów z analfabetami. 

- Nie bardzo rozumiem, co pan sugeruje? – spytał nieco zmieszany. 
- Sugeruję  tylko,  że  jest  pan  analfabetą.  w przeciwnym  razie  zrozumiałby  pan  treść 

tabliczki, wiszącej na drzwiach mojego biura, na której jest napisane „Na terenie zakładu pracy 
zabrania się handlu obnośnego”. 
 

 

Historia 1. 
 
 

A  poza  tym  nuda,  jak  cholera.  Zero  komiczenia  w zatory  mentalne.  Sadłość  i lepność 

pożera  pokasłactwo.  Czekawieniec  się  odzywa  i poczernia  zapicia.  Nic,  tylko  mleko  i lód 
i cytryna  i piwo.  Forma  bez  wypełnienia.  Zastoje.  Przecena  uczuć.  Rozszyderczam  swoje 
zasilenie  w bleblezlistnym  wyczekawcu.  Czerwień  nie  wiem,  siedzę  i patrzę  przede  siebieee. 
Poczekam,  zwlekam  i rozpadam  zamiary.  Bredzę  i mieszkam  w domu,  nie  potrebnuję  świerby 
i korby, a podlegam grawitacyji. Nic z oderwania od oczu obrzydłych obserwów. Niedobrze, niej 
dobre. a kiedy ona wróci? a czy ja będę czekała, czy czekał?  
 

Chwila,  chwila,  chwilunia,  jakieś  przekłamy.  Potrzebuję  defektu,  chwila,  dwa,  chwila, 

chwila, odczekaj, 1... 2... 3... odejście, tak jest, mamy go, trzymaj na monitorze, chwila, odczyt 
pulsu, odczyt oddechu, jest, dawaj go do lodu, Uwaga, gaśnie... jeszcze raz, 3... 2... 1... odejście, 
dosercowy,  jest,  tnij,  odczyty,  pobieramy,  bez  załamań,  bez  wahań,  bez serca,  żyje,  sukces,  on 
żyje bez serca! 
 
 
Historia 2. 
 
- Dlaczego? - Myślałem, że wiecie, nie odczuwam już nic poza zwierzęcymi odruchami. 
- Przecież nie jesteś zwierzęciem. 
- Pod względem funkcjonowania organizmu  jestem. 
- Chodzi też o świadomość. 
- Muszę  przyznać  Wam  rację,  rzeczywiście  mam  świadomość.  Tak  naprawdę  to  ona  zupełnie 
różni się od świadomości ludzi. Nie jestem już człowiekiem, zmiany są nieodwracalne. To, że 
czasami zachowuję się jak człowiek, to tylko forma mimikry. 
- Niemożliwe, ktoś na pewno by to już odkrył. 
- Wielu ludzi już to zauważyło. Ci z nich, którzy żyją, nie są w stanie jednak mi zagrozić. Oni się 
mnie boją. Nie jestem nieobliczalny. Funkcjonuję po prostu trochę inaczej. Mam inną hierarchię 
wartości.  Jestem  czujnikiem  mojego  super  ego,  które  działa  jak  sędzia.  Osobiście  nie  muszę 
w niczym  maczać  paluchów,  ani  nikim  się  posługiwać.  Jestem  panem  swojego  świata  i nie 
oddam go nikomu. Umierając, narodzę się w nim królem. 
... 
-  To  wszystko  przez  egoizm.  Jestem  pieprzonym  egoistą.  -  Dlaczego?- Nic  nie  dzieje  się  bez 
przyczyny.  Podejrzewam,  że  zaczęło  się  od  moich  problemów  sercowych.  Ponieważ  nic  nie 

background image

 

 

zapowiadało  zmiany  sytuacji,  powoli  odwracałem  się  od  ludzi.  Od  nikogo  nie  zaznałem 
bezinteresownego dobra, więc nikomu nie zamierzam go dawać. 
- Myślisz, że łatwiej z tym żyć? 
- Myślę, że łatwiej z tym umierać. Jeżeli ktoś mnie nienawidzi, to z ulgą przyjmie moją śmierć. 
Jeżeli ktoś potrafiłby mnie kochać i kochałby, to byłoby mu to trudniej znieść. Mimo wszystko 
nie należę do osób, które lubią, gdy ktoś cierpi. 
- Bzdura. Każdy umie kochać i każdy chce kochać. 
- Zgoda, ale ja nie umiem być kochany. 
... 
-  Zdejmij  wreszcie  wszystkie  maski!  Pozbądź  się  upiornych  twarzy!-  Nie  chcę,  nie  chcę,  nie 
potrafię,  one  już  przyrosły  do  mnie!!-  Zerwij  je  razem  je  ze  skórą!  Poświęć  trochę  bólu!  Nie 
poddawaj się tak szybko!- Ja się boję! Ach, to boli! Nie chcę, nie chcę, przestań proszę! 
- Zerwij, zerwę ci je sama! O, już zchodzi pierwsza warstwa! 
- Nie rób tego, przestań, nie!!! 
-  Nie  krzycz,  zrobię  to  za  ciebie.  Mógłbyś  chwilę  cicho  być!  Ta  stalowa  jest  ostatnia!  Pod  nią 
skryta twoja twarz! O, już zeszła, popatrz w lustro! 
- Nie chcę, boję się! Nie wiem, co zobaczę, może nie zobaczę nic!? 
- a jednak masz twarz! Tylko ja potrafiłam ci ją ukazać! Otwórz oczy! Patrz! 
- Widzę oczy, widzę twarz. Coś dziwnego na policzkach? 
- To łzy. 
 
 
Jasnowidz. 
 
 

Przepowiadanie  przyszłości  przypomina  oglądanie  sąsiedniego  podwórka  przez  źle 

ustawiony teleskop. Widać kilka szczegółów, ale nie można dostrzec zarysów całości i wszystko 
jest  odwrócone  do  góry  nogami.  Dopiero  znając  tę  regułę  można  pokusić  się  o interpretację 
widzianych obrazów. 
 

Jestem  jasnowidzem.  Od  wielu  lat  próbuję  odnaleźć  w tym,  co  mnie  czeka  jakiś  sens 

i nadzieję.  Na  przykład  wczoraj  zobaczyłem  symbol  trupiej  czaszki.  Nie  przeraziło  mnie  to 
zbytnio,  bo  mogło  oznaczać  bardzo  wiele  różnych  rzeczy.  Dopiero  dziś  okazało  się,  że 
symbolizowało  to  moje problemy  z uruchomieniem  samochodu.  w zbiorniku  paliwa,  po zimie, 
odstało  i skropliło  się  trochę  wilgoci.  Chciałem  dolać  więc  do  paliwa  trochę  denaturatu,  by 
związał wodę, ale nie mogłem go nigdzie znaleźć. Symbol trupiej czaszki oznaczał więc moje 
problemy  ze  znalezieniem  denaturatu,  który  ostatecznie  musiałem  pożyczyć  od  sąsiada,  za 
którym nie przepadam. 
 

Dziś  zobaczyłem  w swojej  wizji  kobietę.  z moich  poprzednich  obserwacji 

i następujących po nich przeżyć wiem, że jest to symbol o wiele gorszy od trupiej czaszki. Jutro 
więc zamknę się w domu, wyłączę telefon i nie będę nikomu otwierał. Niestety, z mojej praktyki 
wynika, że kobiety, gdy tylko przychodzi na nie czas, potrafią obejść i takie zabezpieczenia, ale 
może to i lepiej. 
 
 
Ionny Mnemonik. 

 
Ionny  był  Mnemonikiem.  w zasadzie  jego  Prawdziwe  Imię  brzmiało  Pomarańcza  Jest 

Pomarańczowa. Ale używał go tylko w sprawach oficjalnych.  

Od urodzenia mieszkał w swoim wygodnym mieszkanku na ul. Kolorów. Było małe, ale 

za to wygodne i komfortowo urządzone. Na początku nie za bardzo rozumiał kim jest i po co, ale 
pewnego dnia przyszedł do niego pan z Urzędu Kontroli i nadał mu jego Prawdziwe Imię. Kilka 
razy  na  początku  Ionny  je  zapominał,  ale  pan  z UK  co  jakiś  czas  odwiedzał  Ionnego  i zawsze 
umiejętnymi skojarzeniami odświeżał mu pamięć. z każdym kolejnym rokiem kontrole zdarzały 
się coraz rzadziej, aż w końcu się skończyły. 

background image

 

 

Ionnemu  podobało  się  jego  Prawdziwe  Imię,  był  z niego  dumny,  chociaż  nawet  nie 

wiedział  co  to  jest  Pomarańcza  ani  Pomarańczowa.  Ale  wiedział  że  Pomarańcza  Jest 
Pomarańczowa, bo być taką musiała. Zawsze zazdrościł ładnej mosiężnej tabliczki na drzwiach 
swojego  sąsiada  z naprzeciwka  –  pana  Bubu  Jest  Niebieski.  Pewnego  dnia  więc  zamówił 
podobną gustowną tabliczkę na swoje drzwi. Od tej pory zaczęły go odwiedzać Skojarzenia.  

Skojarzenia  odwiedzały  go  co  jakiś  czas.  Trzeba  przyznać,  że  nawet  nigdy  go  nie 

irytowały ich wizyty. a i na palcach jednej ręki można policzyć gdy budziły Ionnego nocą. Ionny 
kwitował  im  delegacje  w rubryce  „ul.  Kolorów”  i zawsze  znalazł  chwilę  na  pogawędkę. 
Dowiadywał  się  potem  jaką  mają  pracę,  a raz  nawet  zaprzyjaźnione  Skojarzenie  pokazało 
Ionnemu  swoje  inne  wpisy  z  tego  dnia.  Były  one  dość  chaotyczne  jak  się  Ionnemu  zdawało 
i pochodziły  z różnych  dzielnic.  Były  wpisy  z ul.  Alkoholowej,  Zapachowej,  a z   Seksualnej 
nawet dwa, od pana Pierś Jest Okrągła i Perfumy Pachną JCC4YHE6OP. Ten drugi wpis wydał 
się nawet Ionnemu znajomy. Przypomniał sobie, że jego kolega Perfumy Pachną JCC4EHE6OS 
wczoraj dostał nakaz urzędowy zmiany Imienia na Perfumy Pachną Pomarańczą.  

Od  tamtej  pory  Ionny  zaczął  w ramach  hobby  interesować  się  czym  lub  kim  jest 

Pomarańcza. Teraz wiedział już dużo, bo zaprzyjaźnił się ze wszystkimi innymi Mnemonikami, 
których  część  imienia  była  słowem  Pomarańcza,  aż  nawet  zaczął  sobie  wyobrażać  jaka  Ona 
naprawdę jest. 

Pewnego dnia do miasta wpadły z wielkim hukiem bojówki  LSD. i wszystko stanęło na 

głowie. 

 
 

Kap, kap. 
 
 

Leżę  w wannie  pełnej  wody.  z kranu  płynie  cieniutki  strumień  wrzątku.  Krew  nie 

powinna krzepnąć, dopóki nie odejdę. 
 
 
Karmnik. 
 
 

Nigdy nie miałem smykałki do majsterkowania. Może dlatego karmnik nie wyszedł mi za 

dobrze. Był krzywy, a w kilku miejscach deseczki były pęknięte. Te gwoździe, które za bardzo 
wystawały,  spiłowałem  z grubsza  pilnikiem.  Nie  wysiliłem  się  nawet,  by  go  pomalować. 
Wystawiłem  go  za  swój  balkon,  tak  bym  mógł  łatwo  się  do  niego  dostać.  Co  wieczór,  przed 
zaśnięciem  siadałem  na  małym  krzesełku  ustawionym  na  balkonie  i karmiłem  się  marzeniami 
o miłości,  która  gdzieś  na  mnie  czeka.  Karmiłem  się  z mojego  karmnika,  bo  zbudowałem  go 
właśnie dla siebie. 
 
 
Kartka – narodziny bestii. 
 
 

Usiadłem  nad  pustą  kartką.  Obawiam  się,  że  nie  mam  wam  nic  więcej  do  napisania. 

Wypaliłem  się.  Do  głowy  nie  przychodzą  mi  już  nowe  pomysły.  Wszystko,  o co  walczyłem, 
legło w gruzach. w mojej głowie kotłują się tylko obrazy nicości. Nie mam natchnienia, umarła 
muza, która sprawiała, że czasami coś mi się jeszcze chciało. Dlaczego umieranie nie jest proste? 
Dlaczego nie mogę zrezygnować z tego wszystkiego i poddać się? Przecież nie mam już nadziei. 
w moim mrocznym tunelu nie widzę żadnego światełka. Nie potrafię już dłużej oszukiwać siebie 
i was.  Opowiadać  o swoich  marzeniach.  Nie  mam  żadnych  marzeń.  Nie  mam  już  po  co  żyć. 
Jedyne, co mi pozostało to strach. Jestem tchórzem, który nie potrafi z tym wszystkim skończyć. 
Tym  samym skazuję się na piekło za życia. Nie  interesuje mnie, co się ze mną stanie, ani jaki 
będzie  los  reszty  świata.  Wlepiam  swój  niepewny  wzrok  w sufit,  nie  próbując  nawet  na  nim 
odnaleźć  odpowiedzi.  Nie  stawiam  już  nawet  pytań.  To  wszystko  nie  ma  żadnego  sensu  i nie 
miało  go  nigdy.  Palę  papierosa  za  papierosem,  popijam  wódką  i łzami.  Słucham  starych 
piosenek, odtwarzanych z równie starego gramofonu. Obawiam się, że słowa „every man has to 

background image

 

 

die”  mogą  już  mnie  nie  dotyczyć.  Jedynym  wyjściem  jest  odrzucenie  człowieczeństwa. 
Wzywam wszystkie siły ciemności i rozkładu, aby pomogły mi stać się czymś, co będzie budziło 
w was strach. Czymś, co da wam powód aby żyć. Żyć po to, by ze mną walczyć.  
 

Niech się stanie. 

 
 
Katalog. 
 
 

W  katalogu  były  piękne,  kolorowe  zdjęcia.  Oferta  aż  kusiła,  by  z niej  skorzystać. 

w końcu zdecydowałam się na czarny komplet. Dwóch chłopców i trzy dziewczęta. 
 
 
Kluczyk. 
 
 

Znalazłem  kiedyś  kluczyk.  Był  malutki  i miał  bardzo  dziwny  kształt.  Jako  nastolatek 

snułem  fantazje,  o czekającym  na  mnie,  w jakiejś  bankowej  skrytce,  ogromnym  skarbie.  Po 
pewnym czasie zapomniałem o nim, lecz  cały  czas nosiłem  go przy sobie jako talizman.  Lecz 
zamek do niego odnalazłem dopiero niedawno, zupełnie przypadkiem. Umieszczony był pod jej 
lewą piersią. 
 
 
Koniec świata. 
 
 

Nie  myślcie  sobie,  że  podłączenie  jedenastowymiarowej  duszy  do  trójwymiarowego 

organizmu  jest  łatwe.  w kilkuset  miejscach  trzeba  zakotwiczyć  łącza  i jeszcze  pilnować,  żeby 
wszystko  potem  grało.  Nie  powiem,  zdarza  mi  się  czasami  coś  przeoczyć,  ale  nie  bylibyście 
wcale  lepsi,  gdyby  to  wszystko  spoczywało  na  waszej  głowie  i gdybyście  musieli  to  robić 
miliony razy dziennie. Zdążyłem już niby nabrać rutyny, ale od dłuższego czasu nie jest to praca, 
która daje mi satysfakcję. w kieszeni  mam wypisane wymówienie. Zostawię je dziś na biurku, 
a jutro  nie  przychodzę  do  tej  parszywej  roboty.  a oni?  Przecież  i tak  większość  z nich  robi 
wszystko, by tylko nie mieć dzieci. 
 
 
Krzesło. 
 
 

Mam taki zwyczaj, że gdy ktoś zaproponuje mi, abym usiadł na krześle, sprawdzam, czy 

pod spodem nie ma uchwytu katapulty. 
 
 
Lalka. 
 
 

Od  kilkunastu  lat  pracuję  w sklepie  z lalkami.  Na  początku  nie  lubiłem  tej  pracy,  ale 

z czasem  stała  mi  się  ona  bliska.  Ruch  jest  tu  niewielki,  więc  mam  sporo  czasu  dla  siebie. 
Najpierw  zabijałem  czas,  czytając  książki,  później  próbowałem  dorabiać  sobie  naprawą 
zabawek.  Od  pewnego  czasu  zajmuję  się  też  wytwarzaniem  lalek.  Chociaż  to  może  za  dużo 
powiedziane.  Wytwarzam  jedną  lalkę.  Co  jakiś  czas  coś  w niej  zmieniam,  coś  dodaję,  coś 
odejmuję,  tak  aby  stała  się  idealna.  Niestety,  zauważyłem,  że  im  bliżej  jestem  zrobienia  lalki, 
która  wydawała  mi  się  idealna  jakiś  czas  temu,  tym  mniej  mi  się  ona  podoba.  Człowiek  się 
zmienia,  tak  jak  jego  marzenia  i wyobrażenia  o świecie,  jego  wymagania  rosną.  Bardzo  trudno 
jest go zadowolić, nawet jeśli chodzi o samego siebie. 
 
 
 
 

background image

 

 

Łańcuch. 
 
 

Jak każdy człowiek, chciałem być wolny. Musiałem rozerwać, krępujące mnie łańcuchy. 

Najtrudniejsze  było  to,  że  krępowały  mnie  one  od  środka.  w końcu  jednak  udało  mi  się  ich 
pozbyć. Kosztem swojej osobowości. Teraz jestem kimś innym. Może ta wolność mnie zabiła? 
 
 
Bajka o misiu Landrynce. 
 
 

Dawno, dawno temu, w krainie Owocji, żył sobie miś. Nazywany był misiem Landrynką 

i bardzo lubił słodycze. Miał ładne brązowe futerko i duże błyszczące oczka. Miś Landrynka był 
sierotą.  Sprzedał  kiedyś  swoich  rodziców  wędrownemu  wypychaczowi  zwierząt  za  dużą  torbę 
landrynek... 
 
[Przepraszamy za nagłą przerwę w bajce, ale autor, po kilkukrotnym przeczytaniu powyższego 
tekstu, łapaniu się za głowę, histerycznym śmiechu, przerywanym słowami „no co ja piszę! co ja 
piszę! toż to patologia! to jest chore!” doszedł do wniosku, że ta bajka zostanie niedokończona 
oraz zaleca nie czytanie jej dzieciom w wieku poniżej 13 lat, w trosce o ich zdrowie psychiczne 
oraz  zawarte  w utworze  sceny  drastyczne  o charakterze  patologii  rodzinnej,  w niczym  nie 
odzwierciedlające  osobistych  przeżyć  autora,  ani  żadnej  znanej  mu  rodziny  misiów,  a także 
zaleca  innym  autorom  jak  i sobie  na  przyszłość  ostrożność  w budowaniu  bardzo  długich  zdań, 
które mogą zostać nieprawidłowo zinterpretowane, bądź też podczas czytania których, może się 
pojawić  u  czytelnika  pewien  syndrom  zagubienia  w tekście,  czego  należy  unikać,  jeśli  się  nie 
chce być źle zrozumianym.] 
 
 
Liczba człowieka. 
 
 

Na ręce trupa były zapisane jakieś cyfry. Policja podejrzewała, że był to numer telefonu, 

ale ja wiedziałem, że nie stanowią one żadnego tropu. To był tylko numer seryjny zabójcy, który, 
tuż przed własną śmiercią uświadomił sobie, kim jest i kim jest jego stwórca. Standardowy, tani 
model,  klasy  Kain  VI.  Od  dawna  nie  używany,  miał  za  dużo  powikłań  z własną,  szczątkową 
osobowością. Musiało być naprawdę ciężko, skoro tym na górze też kończyły się fundusze. 
 
 
List od... 
 
 

Pamiętam  ten  dzień,  bo  było  to  akurat  w przeddzień  moich  dwudziestych  ósmych 

urodzin. List, który leżał w mojej skrzynce, niewątpliwie skierowany był do mnie. Nie posiadał 
adresu  zwrotnego.  Po  otworzeniu  koperty  moim  oczom  ukazała  się  kartka  białego  papieru, 
pokryta  nierównym  pismem.  Nie  pamiętam  teraz  dokładnie,  co  tam  było  napisane  słowo 
w słowo, ale brzmiało to mniej więcej tak: 

 

Drogi Tomku ! 

 

Miałeś  jednak  rację.  Nie  potrafię  żyć  dłużej  bez  Ciebie.  Byłeś  i jesteś  jedynym 

celem mojego życia i jedyną mojego życia prawdziwą miłością. Tak bardzo Cię przepraszam, że 
opuściłam  Cię  w tak  trudnych  dla  Ciebie  chwilach.  Wierzę  jednak,  że  w Twym  kochanym 
serduszku znajdzie się jeszcze troszkę ciepła dla mnie. Proszę pozwól mi wrócić do Ciebie. Tak 
bardzo  chciałabym,  byśmy  byli  znowu  razem.  Tak  bardzo  chciałabym,  byś  mnie  jeszcze  kiedyś 
przytulił tak, jak dawniej. 

Twoja żyrafa Kasia. 

 
 

Zastanawiałem się przez dłuższą chwilę nad tym, jak pluszowe zwierzątko, które zginęło 

mi,  gdy  miałem  pięć  lat,  było  w stanie  utrzymać  długopis  w łapce.  Po  czym  zmiąłem  list 
i wyrzuciłem do kosza. Nie można żyć przecież tylko przeszłością. 

background image

 

 

 
 
Miłość – ale po co?. 
 
 

Czy tak trudno zrozumieć kogoś, kto kochał albo kocha? Przecież miłość jest czymś tak 

banalnym  jak  wypalenie  papierosa.  i tak  podobnym.  Najpierw  sięgasz  po  nią  z ciekawości, 
z chęci bycia dorosłym, sprawdzenia jak to jest naprawdę. a gdy już ci się przytrafi ta okazja, to 
przeżywasz  zawirowanie  umysłu,  oszołomienie  jakieś  takie.  Coś  nowego  po  prostu.  Trwa  to 
tylko  chwilę,  a potem  zastanawiasz  się,  co  w tym  było  takiego,  że  mimo  cierpienia  chcesz 
spróbować  jeszcze  raz.  Tylko,  że  papierosy  uzależniają  i niszczą  nasz  organizm.  Ale  może 
właśnie o to chodzi? 
 

Do  czego  jeszcze  można  porównać  to  uczucie?  Chyba  do  poznania  jakiejś  tajemnicy. 

Tylko, że poznanie jej otwiera nam oczy na cały szereg kolejnych tajemnic, wynikających z tej 
pierwszej.  Może  więc  lepiej  świadomie  zrezygnować  z tej  pierwszej?  Czyż  nie  będziemy 
wiedzieć więcej nie znając odpowiedzi na jedno pytanie, niż na tysiąc? 
 

Miłość  często  jest  też  porównywana  do  narkotyków.  Sprawa  wygląda  tu  podobnie  jak 

z papierosami. Narkotyki po prostu silniej uzależniają i przede wszystkim szybciej zabijają. Czy 
warto zabijać się w imię czegoś, na co odpowiedzi ostatecznie nie poznamy? 
 

Ale jeśli każdy z nas spojrzy wewnątrz siebie to przeważnie odniesie wrażenie, że jego 

miłość  jest  inna,  większa,  czy  też  o wiele  bardziej  skomplikowana,  niż  wszystko  to,  co  na  jej 
temat mówią i piszą inni. Czy to może być prawdą? Na pewno nie jest. Ale być może potrzebne 
jest  nam  to,  by  czuć  swą  indywidualność  i odmienność?  Może  jest  to  potrzebą  każdego 
człowieka?  Jeśli  chcecie  znać  moje  zdanie  na  ten  temat,  to  powiem  wam,  że  uczucie  bycia 
indywidualistą można osiągnąć na milion innych sposobów. Ot chociażby poprzez pisanie takich 
historyjek jak ta. i pisarzem wcale być nie trzeba, tak jak nie trzeba być poetą, by kochać i o tym 
mówić.  a gwarantuję  wam,  że  pisanie  to  sposób  o wiele  prostszy  i mniej  wyniszczający  niż 
miłość. No, ale to tylko moje zdanie. 
 

Może zastanawia się ktoś z was, po jaką cholerę ja piszę takie głupoty, zamiast wziąć się 

za  coś  pożytecznego,  albo  przynajmniej  zostawić  więcej  miejsca  do  pisania  komuś,  kto  się  na 
tym naprawdę zna? Odpowiem i na to. a może po prostu już przestaliście czytać i zajęliście się 
czymś  innym?  Życzę  wam  powodzenia  we  wszystkim  i trzymam  za  was  kciuki.  a prawda, 
miałem odpowiedzieć. No więc ja siedzę właśnie i piszę takie rzeczy, bo nie umiem sobie dać 
rady  z pewną  miłością.  Oczywiście  czuję,  że  była  większa,  lepsza  czy  dziwniejsza  od 
wszystkiego, co przytrafia się innym, ale wiem, że to nieprawda.  
 

Bo każda miłość jest tak banalna jak wypalenie papierosa... 

 
PS. Podczas pisania tego tekstu nie został raniony ani zabity żaden papieros. 
 
 
Mżawka. 
 
 

Mżyło  bez  przerwy  już  trzeci  tydzień.  Mój  stan  zdrowia  poprawił  się  już  na  tyle,  bym 

mógł wyjść ze szpitala. Nie pamiętam prawie nic sprzed wypadku. Lekarze mówią, że pamięć 
wróci mi za jakiś czas, ale nie za bardzo im wierzę. Dostałem tymczasowy dowód osobisty na 
nazwisko Jan Piątek i skierowanie do noclegowni. Sam nie wiem czemu, poszedłem jednak na 
łąkę. Usiadłem na błotnistej  ziemi,  założyłem  ręce z tyłu  głowy i uśmiechnąłem się. Po chwili 
przestał  padać  deszcz.  i nic  dziwnego,  byłem  przecież  jego  władcą.  Muszę  sobie  tylko 
przypomnieć jak się nazywam. 
 
 
Najlepszy film. 
 
 

To  był  najlepszy  film,  jaki  widziałem  w życiu.  Aktorzy  mieli  na  sobie  bardzo  dużo 

srebra. Srebra, mówię! 

background image

 

 

 
 
Na końcu tęczy. 
 
 

Od rana jestem szczęśliwym posiadaczem najnowszego latacza. w południe wybrałem się 

go  przetestować.  Traf  chciał,  że  zobaczyłem  na  niebie  piękną  tęczę.  Pomyślałem  sobie,  że 
spełnię  swoje  dziecięce  fantazje  i odnajdę  jej  koniec.  Podobno  na  końcu  tęczy  zawsze  jest 
garniec  złota.  Poleciałem  więc  tam  z maksymalną  prędkością,  jednak  złota  nie  odnalazłem. 
Zobaczyłem za to drugi latacz, który najwyraźniej mnie uprzedził. Zadziwiające jest, że w wieku 
techniki,  są  jeszcze  ludzie  wierni  swym  dziecięcym  marzeniom.  w drugim  lataczu  siedziała 
smutna kobieta. Nie wyobrażam sobie, abym potrafił dłużej bez niej żyć. 
 
 
Narkotyk. 
 
 

Budzę  się  ze  swojego  codziennego  snu.  Budzę  się  i myślę  o tobie.  Zasypiam,  myśląc 

o tobie. Bardzo często zajmujesz moje myśli. Nie potrafię już o tobie nie myśleć i nie tęsknić za 
poczuciem  szczęścia,  które  mi  czasami  dajesz.  Udaję  jeszcze,  że  jestem  wolnym  człowiekiem 
i mogę  mieć  wybór.  Nie  wyobrażam  sobie  życia  bez  ciebie,  chociaż  czasami  nachodzi  mnie 
myśl, że byłoby o wiele lepiej, gdyby nasze drogi nigdy się nie przecięły. Wszystko, co mam, to 
marzenia, na które mi czasami pozwalasz. Jestem  od ciebie uzależniony, jestem  szczęśliwy za 
każdym razem. Kasiu. 
 
 
Negocjator. 
 

- Jeszcze chwileczkę – powiedział Adam, odkładając słuchawkę i dokończył wprowadzanie 

kodów startowych ostatniej rakiety. – Tak, teraz już jestem gotowy do prowadzenia negocjacji. 

Kapitan  marynarki  Stanów  Zjednoczonych,  Adam  Laferson,  rozsiadł  się  wygodnie 

w fotelu. Rzucił okiem na ekrany monitoringu bazy w San Fernando’s Pin i przełączył telefon na 
opcję  głośnomówiącą.  Zapalił  papierosa,  zmiął  pustą  już  paczkę,  przekręcił  kluczyk  aktywacji 
zapłonu i pogłaskał duży czerwony przycisk. 

-  Macie godzinę na przysłanie negocjatora. Mam dwa warunki, ma to być kobieta i niech 

weźmie ze sobą Camele Light w miękkiej paczce. Aha, lepiej żeby ona też była paląca. 
Nie róbcie też żadnych sztuczek z awarią zasilania, czy czymś podobnym. Ten czerwony 
przycisk jest naprawdę na tyle duży, żebym zdążył go nacisnąć. 

Wydmuchnął dym i wyłączył telefon. Wyniósł leżącego na podłodze trupa do korytarza, 

prowadzącego  do  wewnętrznej  elektrowni  atomowej  bazy.  Wracając  wziął  z magazynu 
żywności  dwie  puszki  coli  i samopodgrzewającą  się  konserwę.  Bardzo  lubił  tą  nową  metodę 
konserwowania jedzenia, tak, by nadawało się do spożycia nawet przez kilkaset lat. Rozpakował 
jedzenie  i poczekał,  aż  się  podgrzeje,  popijając  zimny,  orzeźwiający  napój.  Przez  resztę  czasu 
grzebał  przy  komputerze  i obserwował  monitory,  czekając  aż  zobaczy  samotną  kobietę  idącą 
w stronę głównej windy. 

- Witam,  nazywam  się  Ewa  Michaels,  jestem  negocjatorem,  o którego  pan  prosił  – 

powiedziała, zaraz po wejściu, piękna, wysoka tleniona blondynka. 

- Proszę  usiąść  tam  w rogu  i przykuć  się  tamtymi  kajdankami  do  fotela  –  powiedział 

uśmiechając się do niej Adam, a gdy tylko zrobiła to, o co prosił, odpalił rakiety – no, teraz nikt 
nam już nie będzie przeszkadzał – powiedział do przerażonej kobiety. 

- Co pan zrobił?! Morderco! Czy pan wie, że właśnie zabił pan miliony ludzi?! 
- Mam  nadzieję,  że  wszystkich.  Zdążyłem  zmienić  tor  lotu  rakiet,  tak  by  poleciały 

w kierunku wszystkich krajów dysponujących bronią jądrową najnowszej generacji. To był zły 
świat,  w którym  ludzie  zapomnieli  o Bogu,  przerwał  na  chwilę,  zapalając  papierosa  z paczki, 
którą przyniosła. Po chwili poczęstował kobietę. Nie odmówiła, trzęsły się jej ręce. 

background image

 

 

- Słyszała  pani  –  kontynuował  –  o najnowszych  badaniach  kriogenicznych  prowadzonych 

w tej  bazie?  Możemy  położyć  się  spać  choćby  i na  trzysta  lat  i przeczekać  opad  radioaktywny. 
a potem?  Potem  zaczniemy  to  wszystko  od  początku,  tyle,  że  dużo  lepiej  –  patrzył  w jej 
osłupiałe oczy – Pewności dodało mi właśnie to, że ma pani na imię Ewa... 

-  Ale...  –  przerwała  mu  –  ale  ja...  ja...  –  jej  oczy  pokryły  się  łzami,  wtuliła  głowę 

w ramiona i zaczęła się cała trząść. 

-  Co? Co pani jest? 
-  Ja... – wykrztusiła z siebie – jestem... bezpłodna... 

 
 
Nić. 
 
 

Wchodzę  w ciemność.  Wszystko  wydaje  się  iluzją.  Obrazy  za  mną  zmieniają  się 

bezustannie.  Świat  oszukuje,  grając  znaczonymi  kartami.  Moje  kieszenie  są  wypchane 
dynamitem. Mozolnie odcedzam wrażenia od zdarzeń. Czas zatoczył pełne koło. Jego szybkość 
przyprawia  mnie  o mdłości.  z kalendarza  zrywam  ciągle  jedną  i tą  samą  kartkę.  Martwe  ćmy 
obijają  się  o kryształowy  płomień  znicza.  Muzyka  płynie,  wyrabiając  swe  własne  koryta 
w zaschniętym  powietrzu.  Pcham  przed  sobą  nić  Ariadny.  Ona  zaprowadzi  mnie  do  snu 
o istnieniu. 
 
 
Nie. 
 
 

Jest  mi  dobrze.  Jestem  szczęśliwy.  Dobrze  jest.  Mi.  Nieeeee  budźcieeee 

mnieeeee!!!!!!!!!! 
 
 
Nie chcesz zmienić świata. 
 
 

Chodź  ze  mną.  Nie  bój  się.  Będę  ci  mówił  słodkie  kłamstwa.  Zamykam  oczy  i widzę 

ciebie pogrążoną w smutku. Kocham cię. Nie pozwolę ci odejść. Chcę cię uderzyć. Nie bój się. 
Zamknij oczy. Chodź ze mną. Chodź. Odcinasz mi skrzydła. Mam dość. Chodź ze mną. Jestem 
szczęściarzem tego świata. Widziałem szczęście na własne oczy. Dotykałem go. Chodź ze mną. 
Odwiedzimy  najcudowniejsze  miejsca.  Sprawimy,  że  zawiruje  wszystko  wokół  nas.  Zamienię 
resztę życia za kilka godzin z tobą. Przecież chcę cię zabić. Chodź ze mną. Odwiedzimy wróżkę, 
niech na nią spadnie kara. Rzucę monetą i sprawdzę, dokąd dziś  pójdę. Wyjdę z domu  i pójdę 
tam,  gdzie  ty.  Chodź  ze  mną.  Pójdźmy  razem.  Śniła  mi  się  dziś  mała  kapliczka,  w której 
weźmiemy  ślub.  Nie  zamieniaj  się  w potłuczone  szkło.  Chodź  ze  mną.  Ogolę  się  i założę 
garnitur.  i będę  przynosił  słone  róże  na  twój  grób.  Chodź  ze  mną.  Boję  się  iść  sam.  Podaj  mi 
dłoń. Połóż głowę na ramieniu. Czy to ja umarłem wtedy, czy ty, nieważne. Chodź ze mną. 
 
 
Nóż. 
 
 

Odkroiłem swą codzienną porcję życia i położyłem na kromkę chleba. Dziś kanapka była 

cieńsza niż zwykle. 
 
 
Oczy. 
 
 

Kolejna  kulka  potoczyła  się  wzdłuż  kamiennej  rynny  i spadła  do  tacy.  Rozbiła  się  na 

tysiące kawałków. Po chwili odrobiny zaczęły się rozbiegać w różnych kierunkach. Jak zwykle 
najwięcej  było  szarych.  Tylko  kilka  było  w kolorach  tęczy.  Nie  starczyłoby  mi  czasu  na 
obejrzenie  wszystkich,  więc  obejrzałem  z bliska  tylko  te  kolorowe.  No  tak,  jak  zwykle, 

background image

 

 

w barwach szczęścia były  tylko  te poświęcone kobiecie. Chyba trzeba będzie zwiększyć liczbę 
ich narodzin, zanim ten świat zacznie przypominać piekło. 
 
 
Okruszki. 
 
 

Kochani  rodzice,  bawię  się  świetnie.  Mamy  tu  cudowną  pogodę  i wspaniałe  warunki. 

Wszyscy  cieszymy  się,  że  mamy  takie  piękne  wakacje.  PS.  To,  co  zostało  z Marka,  wysyłam 
w paczce. Smacznego!!! 
 
 
One. 
 
 

W uszach szumiało mi jeszcze po wybuchu. Po wybuchu  jej śmiechu. Jej śmiechu, gdy 

powiedziałem jej to, na powiedzenie czego zbierałem się tak długo. Tak długo nikt by chyba nie 
wytrzymał. Nie wytrzymał by tego śmiechu nawet chwili dłużej. Dłużej już nie mógł tego znosić 
i sobie  poszedł.  Poszedł  sobie  do  diabła.  Do  diabła  z takimi  kobietami.  Takimi  kobietami  były 
wybrukowane podłogi piekła. Piekła mnie ze wstydu twarz. Twarz? 
 
 
Piaskownica. 
 
 

Na  moim  podwórku  jest  piaskownica.  Czasami  z chłopakami  budujemy  w niej 

fortyfikacje  dla  naszych  armii.  Kopiemy  głębokie  okopy  dla  naszych  żołnierzy,  toczących 
między  sobą  swoje  plastikowe  wojny.  Kiedyś,  gdy  akurat  wyszedłem  na  podwórko  pierwszy, 
postanowiłem, że dopóki nie ma kolegów, to wykopię dla mojego wojska najgłębsze okopy na 
świecie.  Kopałem  chyba  dość  długo,  bo  przekopałem  się  na  drugą  stronę  świata.  a po  drugiej 
stronie  świata  są  Chiny,  prawda?  No  więc  z tej  dziury,  która  miała  być  okopem,  wyszli 
Chińczycy.  Mówię  wam,  moja  armia  jeszcze  nigdy  nie  prowadziła  tak  trudnej  wojny.  Byłoby 
z nami naprawdę źle, ale akurat  w porę wyszli moi  koledzy ze swoimi  wojskami. Wygraliśmy. 
Przecież Chińczycy po drugiej stronie świata muszą chodzić na głowach i się łatwo wywracają, 
prawda? 
 
 
Piętnaście minut szczęścia. 
 
 

Za kwadrans przyjedzie dorożka. Dorożkarz na chwilę odsunie kołnierz ze swej twarzy 

i poprosi, byście wsiedli. Dopiero wtedy będziecie mogli zacząć się bać. 
 
 
Piosenka na telefon. 
 
 

Niedaleko  mojego  bloku  stała  kiedyś  budka  telefoniczna.  w zasadzie  były  tam  dwie 

budki,  ale  tylko  jedna  była  czynna.  Inne  dzieci  dzwoniły  przeważnie  na  bajki,  a ja  gdy  byłem 
mały, wrzucałem do  aparatu  złotówkę i dzwoniłem na numer, na którym  można było  usłyszeć 
piosenki. Miałem tam nawet  jedną ulubioną, która być może z przeoczenia ludzi  opiekujących 
się tym numerem powtarzała się bardzo często. Nazwałem ją Piosenką. 
 

Teraz,  gdy  mieszkam  w innym  mieście,  czasami  dzwoni  do  mnie  telefon  i w słuchawce 

zamiast  głosu  człowieka  słyszę  tą  samą  Piosenkę.  Żona  przez  jakiś  czas  podejrzewała  mnie 
nawet o chorobę psychiczną, ale gdy kiedyś przekazałem jej słuchawkę akurat w momencie, gdy 
zadzwoniła  do  mnie  piosenka,  pogodziła  się  z tym  fenomenem.  Akurat  ten  raz,  nie  była  to  ta 
prawdziwa, tylko inna, do której odtworzenia namówiłem kolegę z pracy, tłumacząc się, że idzie 
o jakiś zakład. Ten sposób na uśpienie czujności mojej żony podpowiedziała mi sama Piosenka. 

background image

 

 

Ona zawsze mówi mi, co mam robić. To właśnie za jej śpiewaną namową ożeniłem się z moją 
żoną. Bo moja żona jest piosenkarką. Bardzo dobrą piosenkarką. 
 
 
Pociąg. 
 
 

Przez  okno  już  nie  było  widać  stacji,  z której  odjechaliśmy.  Pociąg  rozpoczął  swój 

miarowy stukot. Nie jechał zbyt szybko. Do następnego postoju miała być jeszcze około godzina 
jazdy,  a do  stacji  końcowej,  na  której  miałem  wysiadać,  prawie  pięć.  Współpasażerowie 
zachowywali  się  dość  cicho,  ale  humory  im  dopisywały.  Pomyślałem,  że  zdążę  się  jeszcze 
zdrzemnąć,  osłoniłem  więc  twarz  przed  rażącymi  promieniami  Słońca  i zamknąłem  oczy.  Nie 
przeszkadzało mi nawet  to, że jechałem do Nieba osobowym.  Zdążyłem się już przyzwyczaić. 
Jechałem tam nie pierwszy raz. Przecież jestem aniołem. 
 
 
Podejrzenie. 
 
 

Wyklułem  się  parę  lat  temu.  Przez  większość  czasu  ukrywałem  się.  Wychodziłem  na 

wierzch  tylko  wtedy,  gdy  pojawiała  się  znajoma  niepewność.  Jestem  podejrzeniem. 
Podejrzeniem, że mnie nie ma. 
 
 
Posiłek. 
 
 

Stół  uginał  się  pod  ciężarem  wszelakiego  jedzenia  i napitku.  Żal  byłoby  opuścić  taką 

okazję do ucztowania. Był jeszcze drugi, osobisty powód. To była moja stypa. 
 
 
Potwór. 
 
 

W  nozdrza  kłuł  jeszcze  zapach  spalenizny.  Kenardo  zsiadł  z konia,  by  dokładniej 

przyjrzeć się śladom, pozostawionym przez potwora. Ślady były równe i świeże, zupełnie jakby 
paskuda nie przejmowała się, że ktoś znajdzie jej trop. Nigdy wcześniej takich nie widział. 
 

Łowca odruchowo sprawdził, czy jego talizman Czerwonego Paska Tęczy znajduje się na 

swoim  miejscu.  Bestia  najwyraźniej  chciała,  aby  bez  trudu  ją  znalazł.  Kenardo  przywiązał 
prychającego  konia  do  drzewa.  Zdjął  z pleców  ciężki,  pokryty  runami  potrójnej  śmierci,  młot 
bojowy i cicho odmówił nad nim modlitwę. Młot zaczął się jarzyć zimnym zielonym blaskiem. 
Kenardo zaczął przeżuwać ziele tisteru. Po chwili poczuł odprężenie, a jego zmysły wyostrzyły 
się ponad ludzką miarę. 
 

Szedł ostrożnie szerokim traktem powalonych drzew, pozostawionym przez potwora. Ta 

bestia  musiała  być  silniejsza,  niż  wszystko,  co  do  tej  pory  widział.  Po  kilku  minutach  w jego 
nozdrza  uderzył  zapach  świeżej  spalenizny,  a do  uszu  dobiegło  rytmiczne  sapanie.  Cicho 
podkradł  się  do  pobliskich  zarośli  i w odległości  strzały  z łuku,  zobaczył  potwora.  Był  on 
niepodobny  do  niczego,  co  wcześniej  widział.  Miał  ogromne  cielsko,  pokryte  plamistym, 
zielono-żółtym  pancerzem.  z jego  głowy,  umieszczonej  na  środku  tułowia,  wyrastał  olbrzymi 
róg.  Bestia  cicho  sapała,  strzygła  małymi  uszami,  a spod  jej  zadu  unosiła  się  strużka  dymu. 
Kenardo  nie  spostrzegł  u  niej  żadnych  nóg.  Nagle  bestia  obróciła  swą  głowę  w jego  kierunku 
i ryknęła. Łowca stał jak zahipnotyzowany. 
 

I wtedy czołg na niego ruszył. 

 
 
 
 
 

background image

 

 

Problem z kobietami. 
 
 

Mój  problem  polega  na  tym,  że  potrafię  być  jedynie  z mądrą  kobietą,  a mądrość  jej 

poznaję po tym, że ona nie chce ze mną być. 
 
 
Przedmiot z innego świata. 
 
 

Kenardo  łapczywie  łapał  powietrze.  Uciekał  długo  na  oślep,  przez  las,  dopóki  nie  był 

pewien,  że  zgubił  polującą  na  niego  bestię.  Teraz  był  już  pewny,  że  potwór  został  przyzwany 
przez  Popielate  Elfy.  Któryś  ze  Świetlistych  Magów  musiał  wejść  z nimi  w układy  i im 
pomagać.  Północna  granica  Imperium  Dwóch  Twarzy  wcale  nie  wydawała  mu  się  taka 
bezpieczna  jak  jeszcze  wczoraj.  Kenardo  wiedział,  że  musi  wrócić  żywy,  by  poinformować 
o nowym zagrożeniu strażników ze Srebrnego D'Riltleth.  
 

Szło ku wieczorowi. Trzeba było jakoś przeczekać noc. Łowca nie zdecydował się jednak 

na  rozpalenie  ognia.  Wolał  ryzykować  spotkanie  z głodnym  niedźwiedziem,  niż  z Popielatymi 
Elfami, albo  tym  bardziej z ich bestią.  Znalazł  duże drzewo o rozłożystych konarach i już miał 
się na nie wspiąć, gdy zauważył jakiś błysk wśród jego korzeni. Ostrożnie odgarnął opadłe liście 
i jego oczom ukazała się niewielka metalowa szkatułka.  

Kenardo spodziewał się jakiejś podstępnej pułapki, więc nie zamierzał jej wcale otwierać, 

a tylko  zabrać  ze  sobą  do  zbadania.  Krasnoludy  ze  Strzelistych  Gór  na  pewno  sobie  z nią 
poradzą. Zaczął owijać pudełko kawałkiem płótna, gdy nagle pojawiły się na nim jakieś znaki. 
Łowca  chwilę  zastanawiał  się,  w jakim  są  języku.  Były  trochę  podobne  do  runów  używanych 
przez  wyznawców  Zapomnianego  Boga.  Oznaczały  zapis  miesięcy.  Ale  dlaczego  szkatułka 
opisana by być miała symbolem miesiąca Maja? O, a teraz run się zmienił i zmieniał się nadal... 
Kwiecień... Marzec... Luty... Styczeń... 
 
 
Przełącznik. 
 
 

Wyszedłem  ze  swojego  taniego  samochodu,  zamknąłem  drzwiczki  i włączyłem  alarm. 

Rozejrzałem się po pustym o tej porze parkingu. Chwileczkę, parking wcale nie był pusty. Pod 
jednym z filarów podtrzymujących strop stała dziewczynka. Mogła mieć ze czternaście lat. Stała 
tak  i przyglądała  mi  się  z niewinną  miną.  Zwykle  w takich  sytuacjach  uruchamiał  się  we  mnie 
jakiś przełącznik. Miałem już na sumieniu kilka takich dziewczynek. Ta mogłaby być kolejną, 
jednak coś  się tu  nie zgadzało.  To nie był  ani  czas,  ani  miejsce, w którym  powinna przebywać 
taka  mała.  Rozejrzałem  się  odruchowo,  w porę,  by  dostrzec  rąbek  policyjnej  czapki  wystający 
zza niebieskiego kombi. Cicho odetchnąłem, najspokojniej w świecie podniosłem swój neseser 
i poszedłem  w stronę  windy.  Gdy  naciskałem  przycisk  przywołania,  coś  rzuciło  mną  o ścianę, 
wyrywając mi większość wnętrzności i łamiąc kręgosłup. Zaskoczony nie zdążyłem uciec przed 
kołkiem,  który  przebił  moje  serce.  Ostatnią  rzeczą,  którą  zobaczyłem,  były  oczy,  pochylającej 
się nade mną dziewczynki. Teraz już całe czerwone. Jak u każdego łowcy. 
 
 
Przydrożny. 
 
 

Zatrzymaj się. Dokąd tak biegniesz? Czemu śpieszysz się tak bardzo, że nawet mnie nie 

zauważasz? Kiedyś może mnie nawet dostrzegałeś, teraz jestem dla ciebie tylko szarym, nic nie 
znaczącym  tłem.  Odrzuć  czasami  swój  egoizm.  Rozejrzyj  się.  Przyjdź  czasami  do  mnie,  nie 
tylko wtedy, gdy jest ci źle i czegoś ode mnie potrzebujesz. Połóż na mnie dłoń i uśmiechnij się. 
Ja tu cały czas jestem. Czekam. Czekam właśnie na ciebie. Wstęp 5zł. 
 
 
 

background image

 

 

Przyjaciel. 
 
 

Mój  przyjaciel  mieszka  w mojej  kieszeni.  Czasem  w zapalniczce,  którą  zapalam 

papierosa, gdy jest mi źle, czasem w torebce miętowych cukierków, a czasem w starej kostce do 
gry, która ułatwia mi podejmowanie decyzji. Mój przyjaciel jest bardzo mały i zawsze mogę go 
zabrać ze sobą, bo prawdziwych przyjaciół po tym się poznaje, że zawsze są przy tobie, gdy ich 
potrzebujesz. Nawet jeśli jesteś sam. Zwłaszcza, gdy jesteś sam. 
 
 
Ptak. 
 
 

Na  parapecie  siedział  ptak.  Rozdzielał  sklejone  deszczem  pióra.  Obserwowałem  go, 

dopóki nie odleciał. Musiałem czekać dłużej niż on, bo mój deszcz padał od wewnątrz. 
 
 
Pustynia. 
 
 

Mówili  na  nią  Sarenka.  Miała  19  lat,  delikatną  skórę,  wspaniałe  długie,  rude  włosy 

i piękne  zielone  oczy.  Zabrałem  ją  w zeszłą  sobotę  na  przejażdżkę  moim  nowym  srebrnym 
kabrioletem, który kupiłem tylko dlatego, by dodać sobie śmiałości. Zgodziła się od razu. Może 
ona też czuła, że łączy nas przeznaczenie? Policja jeszcze nie odnalazła jej ciała. 
 
 
Ostatni rejs. 
 
 

Płynęliśmy  już  dwa  tygodnie.  Morze  było  spokojne.  Zza  nielicznych  chmur 

prześwitywało  Słońce.  Statek,  choć  niewielki,  wyglądał  na  solidny  i doskonale  radził  sobie  na 
spokojnych  wodach.  Wiatr  napinał  jedyny  żagiel.  Wszystko  wydawało  się  takie  spokojne 
i senne. 
 

Żadne  z nas  nie  wiedziało  dokąd  płyniemy,  ani  ile  będzie  trwała  podróż.  Nie  przyszło 

nam do głowy, by kogokolwiek pytać. Kapitan stał za kołem sterowym i pykał z fajki. Czasami 
do naszych nozdrzy docierał słodki dym. 
 

Między  sobą  też  mało  rozmawialiśmy.  Wpatrywaliśmy  się  w morze  z jakąś  tęsknotą 

w oczach. Być może, gdzieś tam w głębi, było nam jeszcze żal tego, co opuściliśmy. Na pewno 
jednak  teraz  było  nam  lżej.  Nie  dotyczyły  nas  już  smutki,  cierpienia  i ból  świata,  który 
zostawiliśmy za sobą. Bo opuściliśmy już nasz świat. To był ostatni rejs. 
 
 
Rozmowa w sypialni. 
 
-  Zaraz  ci  wszystko  wytłumaczę  –  powiedziała  przerażona.  Obok  niej  leżał  pół  nagi 

mężczyzna. – To nie jest tak, jak myślisz. 

-  Ależ kochanie – odparłem, otwierając szufladę – przyszedłem tylko zabrać swoje rzeczy. 

Zawsze  sobie  wyobrażałem  rozstanie  z kobietą  w taki  oto  właśnie  sposób.  Chłodny, 

rzeczowy, beznamiętny. Życie niestety lubi płatać figle. To obok mnie leżała naga kobieta, gdy 
weszła moja żona. 
 
 
Sala operacyjna. 
 
 

Sala  operacyjna  w naszym  szpitalu  była  tak  czysta,  że  gdyby  nie  pacjenci,  nawet 

karaluchy nie miałyby co jeść. 
 
 

background image

 

 

Sen. 
 
 

Niebo było błękitne, trawa soczyście się zieleniła. Na horyzoncie było widać ośnieżone 

szczyty  gór.  Strumyk  leniwie  przelewał  swoje  wody  pomiędzy  wygładzonymi  kamieniami. 
Czasami  było  widać  jakąś  pluskającą  rybę.  Mały  drewniany  domek  stał,  przycupnięty  na 
łagodnie opadającej  łące. Wśród gałęzi  pobliskiego lasku, radośnie świergotały ptaki.  Leżałem 
sobie  wygodnie,  z głową  na  twym  łonie  i słuchałem  twojego,  cudownego  głosu.  Tego,  jak 
opowiadałaś o naszym szczęściu, które wspólnie odnaleźliśmy i o tym jak damy na imię naszym 
dzieciom.  Twój  słodki  głos  zawsze  mnie  uspokajał  i dawał  mi  poczucie  sensu  życia.  Byłem 
najszczęśliwszym  człowiekiem  na  świecie.  Uśmiechałem  się,  zgadując,  do  czego  podobne  są 
przepływające chmurki. 
 

I  wtedy  jak  zwykle  przerwał  mi  ten  słodki  kontralt,  którego  tak  nienawidziłem  – 

„Informuję,  że  wykupiony  czas  snu  o szczęściu,  właśnie  dobiegł  końca.  Włóż  swą  kartę  do 
czytnika, aby wykupić kolejne trzy minuty”. Rozeźlony otworzyłem oczy, zerwałem przewody 
sennika  i rozprostowałem  swe  słabe  kości,  na  przydziałowych  czterech  metrach  kwadratowych 
mieszkadła.  Wziąłem  szybki,  mikrofalowy  prysznic  i wyszedłem  do  pracy.  Musiałem  przecież 
jakoś zarobić tę parę kredytów, by znowu móc być z tobą, kochanie. 
 
 
Sok z czarnej porzeczki. 
 
 

Stukot  kopyt  na  kamieniach.  Śliskie  kamienie  zmoczone  deszczem.  Deszcz  tworzący 

kontrast, między poszarzałym niebem i kolorową tęczą. Puste ulice wieczornego miasta. Krople 
rozbijające  się  na  kamieniach.  Krople  rozbijające  kamienie.  Kamienie  rozbijające  krople. 
Kamienie  rozbijane  kroplami.  Gorący,  wilgotny  oddech  starej  kamienicy.  Zziębnięte  odbicie 
dwudziestu metrów gorącego odbicia dwustu lat. Rozbita tęcza starej szyby. Odłamki kaleczące 
twarz.  Zacieki  wieczności  na  nowym  tynku.  Świat,  któremu  jest  wszystko  jedno.  Jeden  stary 
człowiek,  rozebrany  ze  starego  łachmanu  nowego  garnituru,  w kolorze  zdesperowanej  twarzy. 
Miarowy,  głęboki  oddech.  Polowanie  na  młodość.  Brudne  pieniądze  pokryte  tłuszczem 
przypalonego  kurczaka.  Sadzone  jajka  na  śniadanie.  Galaktyki  zamarzniętego  ognia, 
oddzielające  jedną  latarnię  od  ciebie.  Rozbite  statki  pożądania.  Wiatr,  wtulający  głowę 
w ramiona  i przytrzymujący  kapelusz.  Podkreślanie  nazwiska  dwoma  liniami.  Bursztynowa 
broszka  w poczerniałej  oprawie.  Pasemka  siwych  włosów.  Wspomnienia  i marzenia.  Kamienie 
z wytartymi literami. Bezsilność. 
 
 
Spełnienie. 
 
 

W końcu znalazł się ktoś, kto wyciągnął do mnie dłoń. Niestety, tylko po jałmużnę. 

 
 
Strzał. 
 
 

Obudziłem  się,  bo  wydawało  mi  się,  że  ktoś  strzelał.  Dłuższą  chwilę  wyczekiwałem, 

nasłuchując  ostrą  jak  żyletka  ciszę,  podświadomie  oczekując  kolejnego  strzału.  Po  kilku 
minutach mogłem znowu spokojnie położyć się spać. Przecież tacy jak on nie chybiają.  
 
 
Świeczka. 
 
 

Płomień powoli dogasa. Za kilka minut znowu będzie ciemno. Na tej świeczce jest moje 

nazwisko, ale się nie boję. Jest mi tylko żal. 
 
 

background image

 

 

 
Symbol. 
 
 

Dokończyłem ostatnią linię, łączącą cztery wierzchołki figury. Tak jak przypuszczałem, 

symbol nie zajarzył się zielonkawym światłem, ani też oczom moim nie ukazała się żadna bestia. 
Muszę znaleźć jakiś inny sposób aby przyzwać Człowieka. 
 
 
Szachownica. 
 

-  Stawiam życie na tę kartę – zadrwił gracz. 
-  Będziesz żył długo – zadrwił los. 

 
 
Szczypta soli. 
 
 

Dziecko marzy o dużej torbie cukierków, o tym by każdy wyciągnięty z niej cukierek był 

owinięty  w inny  papierek  i żeby  każdy  miał  inny,  ale  zawsze  słodki  smak.  Człowiek  dorosły 
potrafi  delektować  się  smakiem  pikantnie  przyprawionych  owoców  morza,  albo  zwykłym 
pomidorem  posypanym  szczyptą soli. Niektórzy  wręcz nie potrafią sobie wyobrazić by można 
było jeść pomidora bez szczypty soli. My też jesteśmy taką szczyptą soli dla ludzi zjadających 
swój codzienny kawałek świata. Starajmy się smakować im dobrze, nawet jeśli czasami cierpnie 
od nas język. 
 
 
Szminka. 
 
 

Na  imprezie  wszyscy  bawili  się  znakomicie.  Do  domu  wróciłem  nad  ranem  i zmyłem 

z twarzy clowna. Przez chwilę patrzyłem w lustro i namalowałem na nim uśmiech. Też chciałem 
się z kogoś pośmiać. 
 
 
Tunel. 
 
 

W oddali widziałem, czekające na mnie, jasne światło. Promieniowało ciepłem i nadzieją. 

Ten tunel był bardzo długi i z radością oczekiwałem tego, co czeka mnie, po jego drugiej stronie. 
Nigdy nie lubiłem prowadzić pociągu po ciemku. 
 
 
Twarz kochanka. 
 
 

Jego  twarz  była  piękna.  Dopiero  teraz  mogłam  to  docenić.  Niebanalne,  ostre  rysy, 

cudowne  oczy  i ten  wspaniały  układ  bruzd  i dołków  sprawiały,  że  przebiegał  mnie  dreszcz 
podniecenia.  Ach  jakże  bym  chciała,  żeby  uśmiechnął  się  do  mnie  jeszcze  raz.  Niestety  to 
niemożliwe. Jego twarz na zawsze pozostanie taka sama, tak jak i on cały. On jest z kamienia, 
a ja jestem Meduzą. 
 
 
Wąż. 
 

- Psssssst – zasyczał wąż. – Chodź tędy, już nie musisz się bać. 
- Przepraszam, ale nie przywykłam rozmawiać ze zwierzętami. 
- No tak, zawsze to samo – odrzekł wąż i zdjął maskę. Moim oczom ukazał się przystojny 

blondyn, o orzechowych oczach. – Czy teraz lepiej? 

background image

 

 

-  Tak,  znacznie  –  odparłam  i niby  od  niechcenia,  poprawiłam  swoją  suknię,  by  mieć 

łatwiejszy dostęp do ukrytego sztyletu. 
 
 
Wieża. 
 
 

Wieża  była  wysoka  i smukła.  Jej  kruczoczarne  ściany  wydawały  się  pochłaniać 

promienie Słońca. Jedyne drzwi wykonane były z solidnych dębowych desek, okutych stalą. Na 
każdej,  ze  swych  sześciu  kondygnacji,  miała  tylko  jedno,  niewielkie,  okratowane  okno.  z jej 
szczytu roztaczał się budujący widok na pole dawno zapomnianej bitwy. Zamieszkałem w niej 
kiedyś i mieszkam do dziś. Miewam tu niewielu gości. Jest mi w niej dobrze i wygodnie. Nawet 
jeśli jest to tylko czarna wieża od szachów. 
 
 
Wilk. 
 
 

Zbliżała  się  godzina,  o której  powinienem  nawiązać  łączność.  Starałem  się  zająć 

najlepszą  pozycję,  by  nic  nie  zakłócało  sygnału.  Uruchomiłem  systemy  lokalizacyjne, 
w poszukiwaniu naturalnego satelity planety, na której się znajdowałem. Po chwili, mimo grubej 
warstwy chmur, znałem już kierunek. Ustawiłem dokładnie antenę nadawczą i zacząłem wyć. 
 
 
Wino. 
 
 

W piwnicy dojrzewało wino. Postawiłem je tam zeszłego lata z porzeczek, właśnie po to, 

by uczcić twój powrót do kraju.  
 

Dziś właśnie miał być dzień twojego przylotu, ale dziesięć minut przed moim wyjściem 

z domu,  w wiadomościach  podano,  że  twój  samolot  spadł  do  morza  i wszyscy  zginęli. 
Zadzwoniłem na lotnisko i sprawdziłem, że byłaś na jego pokładzie. 
 

Siedzę  teraz  sam  i piję  wino  porzeczkowe  domowej  roboty.  Nie  może  się  przecież 

zmarnować. 
 
 
Włosy. 
 
 

Zawsze chciałem mieć piękne włosy. Dlatego teraz, gdy mam je już długie, bardzo o nie 

dbam.  Myję  je  regularnie  najlepszym  szamponem,  stosuję  odżywki  i najnowocześniejsze 
preparaty. Na noc wkładam je do specjalnej torebki i zamykam w sejfie. 
 
 
Wycieczka. 
 
 

Piotr  wyciągnął  zapalniczkę  i przypalił  papierosa.  Zaciągnął  się  głęboko.  Spojrzał  na 

swoje stare, wytarte buty i usiadł na plecaku. Czekał na okazję już dobre kilka godzin, ale żaden 
samochód  nie  chciał  się  zatrzymać.  w sumie  nie  śpieszyło  mu  się  nigdzie,  ale  chciał  już 
wyjechać  z tego  miasteczka.  Dla  niego  było  to  przeklęte  miejsce,  w którym  zostawił  spory 
kawałek swojego życia. Jedynie wakacje dawały mu krótkie okresy wytchnienia. w tym mieście 
nie miał żadnej przyszłości. Jedyne co mogło go tu czekać, to marna praca, za marne pieniądze 
i szara  codzienna  nijakość.  Chciał  poznać  świat  i te  wszystkie  piękne  rzeczy,  które  mógł 
zaofiarować.  Rokrocznie  opuszczał  swoje  rodzinne  strony  i wyjeżdżał.  Zawsze  jednak  trafiał 
w miejsca,  w których,  mimo  początkowego  okresu  fascynacji,  było  mu  jeszcze  gorzej.  Dlatego 
zawsze  wracał.  Bo  to  bardzo  ważna  rzecz  dla  człowieka,  mieć  takie  miejsce,  które  może 
nazywać domem. 
 

background image

 

 

 
Wyspa jednej nocy. 
 
 

Jest  takie  miejsce,  w którym  opuszcza  człowieka  odwaga.  Miejsce,  z którego  dochodzi 

głos,  wzywający piekło. Oddałbyś wszystko,  co  masz i skazał się nawet na niewolę, aby tylko 
nigdy tam nie wracać. Bo już tam byłeś, przypomnij sobie dobrze... 
 
 
Zapałki. 
 
 

Obudziłem  się  z potwornym  bólem  głowy.  Ostatnie,  co  pamiętam,  to  jak  oglądałem 

wieczorem  telewizję.  Rozejrzałem  się,  ale  niewiele  zobaczyłem.  Było  ciemno.  Wyjąłem 
z kieszeni  zapałki  i spróbowałem  zapalić  jedną,  potem  kolejną,  wszystko  bez  skutku.  Przez 
chwilę przez moją głowę przebiegła straszna myśl, że zostałem uprowadzony i obecnie znajduję 
się  w świecie,  gdzie  są  inne  prawa  fizyki  i to  dlatego  zapałki  się  nie  zapalają.  Odrzuciłem  od 
siebie ten pomysł. Być może po prostu były wilgotne. Ale kto może wiedzieć jak jest naprawdę? 
 
 
Zdjęcie. 
 
 

W  swoim  regale,  za  szybą,  trzymam  kilka  pocztówek  od  przyjaciół,  parę  zdjęć 

z przyjemnych okresów swojego życia, oraz miejsce na zdjęcie ukochanej. 
 
 
Zegarek. 
 
 

Gratulujemy  Ci,  nasz  Drogi  Kliencie,  zakupu  naszego  najnowszego  zegarka  Tomakka 

Enterprise  800  KX.  Zegarek  ten  posiada  10-letnią  gwarancję  i łączy  w sobie  najnowsze 
osiągnięcia  technologii  z oryginalnym,  niebanalnym  wyglądem.  Przypominamy  też 
o zarejestrowaniu  zegarka,  celem  umożliwienia  wykorzystania  Ci  pełnego  pakietu  usług 
dodatkowych. 
 

Nasz  zegarek  automatycznie  dostraja  się  do  strefy  czasowej,  w której  przebywasz. 

Oprócz  pełnego  panelu  wizyjnego  dostępnego  zarówno  drogą  bezpośredniego  połączenia 
z nerwami  wzrokowymi,  posiada  też  tradycyjny  wyświetlacz  projekcyjny  klasy  E4D 
o regulowanej przekątnej od 3” do 12”.  
 

Enterprise 800 KX ponadto umożliwi ci odbiór podstawowego zakresu 4.000 programów 

holo  w paśmie  nie  kodowanym,  oraz  po  rejestracji,  pełnego  zakresu  pasm  kodowanych. 
Zintegrowany  nadajnik  o zasięgu  planetarnym,  umożliwi  Ci  komunikowanie  się  przy 
zachowaniu  IX  stopnia  bezpieczeństwa  transmisji  danych.  Zegarek  nasz  posiada  standardowo 
łącze gwarantowane o przepustowości 3TTbvid. 
 

Dołączony  moduł  AI  i zestaw  standardowych  łącz  pozwala  na  sprzęgnięcie  się 

z obwodami  prowadzonego  pojazdów  o napędzie  grawitacyjnym,  wektorowym,  tunelowym 
i kołowym,  a także  na  pilotaż  maszyn  kroczących  oraz  kombinezonów    środowiskowych 
i bojowych (po potwierdzeniu zezwolenia). 
 

Dzięki  automatycznemu  śledzeniu  wszelkich  Twoich  procesów  życiowych,  będzie 

informował  Cię, Drogi  Kliencie, o stanie Twojego organizmu,  a także w przypadku zagrożenia 
Twojego  życia,  automatycznie  zawiadomi  najbliższe  służby  medyczne.  w przypadku  zaniku 
Twoich funkcji życiowych, wbudowany dozownik substancji kriogenizującej, wprowadzi Twój 
mózg w stan hibernacji, zwiększając Twoje szanse przeżycia do czasu przybycia odpowiednich 
służb. 
 

Znajdujący  się  na  wyposażeniu  Enterprise  800  KX  mikropromiennik,  pozwoli  Ci 

zarówno podgrzać Twoje ulubione danie jak i rozniecić ogień na biwaku. w przypadku wykrycia 
bezpośredniego  zagrożenia  Twego  życia,  mikropromiennik  pozwala  na  jednorazowe  oddanie 

background image

 

 

salwy  ukierunkowanego  strumienia  plazmy  o temperaturze  2,6MK  i zasięgu  do  150m 
(wymienne baterie do nabycia w sieci naszych sklepów). 
 

Jeszcze  raz  gratulujemy  udanego  zakupu.  Polecamy  też  szereg  naszych  innych 

produktów,  ułatwiających  Ci,  Drogi  Kliencie  życie  w naszym  świecie  i przypominamy  nasze 
hasło reklamowe: „Bądź nowoczesny, pozbądź się mięsa”. 
 

Prezes Korporacji Tomakka 

AI Sentenence Semirchi XI Ydp. 2312 

 
 
Źle. 
 
 

Ukrywasz twarz w dłoniach. Zamykasz oczy i widzisz to, co straciłeś. Nigdzie już ci się 

nie śpieszy. Stawiasz małe kroki. Często się zatrzymujesz. Wybierasz miejsca, w których jesteś 
sam. Po plecach przechodzi cię dreszcz wywołujący łzy. Nie musisz już spać, nie musisz jeść. 
Palisz  papierosy,  popijając  je  gorzką  herbatą.  Przestałeś  już  nawet  pytać  "dlaczego?".  Stale 
słuchasz  jednej  i tej  samej  piosenki.  Jej  słowa,  powtarzane  wiele  razy,  tracą  sens.  Wszystko 
zamienia się w rozmazaną plamę. Kładziesz się do łóżka i nie możesz zasnąć. Nie czujesz bicia 
swego  serca.  Cały  umysł  wypełnia  ci  szara  pustka.  Zestarzałbyś  się  i umarł.  Cicho,  samotnie, 
w zapomnieniu.  Wąchasz  swoje  palce.  Mają  taki  surowy  zapach  martwego  kota.  Słońce 
wschodzi,  a jego  promienie  nie  rozświetlają  niczego.  z miejsca,  w którym  miałeś  duszę, 
rozchodzi  się stalowy chłód,  zamykający w swym  wnętrzu kolejne myśli.  Po brodzie ścieka ci 
stróżka śliny i kapie na koszulę. Nie ma już pytań, nie ma odpowiedzi. Rozpadłeś się jak puzzle, 
na którym nie ma żadnego obrazu. Stuk, stuk, stuk. 
 
 
Życie poczęte. 

 
Ostatnia  wojna  miała  miejsce  siedemset  lat  temu.  Standard  życia  mocno  się  poprawił. 

Uporaliśmy się z chorobami i głodem. Przeciętny czas życia człowieka przedłużył się do ponad 
dwustu  lat.  Przeludnienie  też  już  nie  jest  problemem,  mimo  że  jest  nas  ponad  dwieście 
miliardów.  Wybudowaliśmy  podwodne  miasta  i sztuczne  wyspy,  udało  nam  się  porozumieć 
z delfinami.  Życie  na  Ziemi  zaczęło  przypominać  raj.  Samoświadome  automaty  przystosowują  
do kolonizacji powierzchnię Marsa i wnętrze Wenus. 

Rozwinęło się wiele nowych dziedzin sztuki. Wyraźnie zwiększyła się wrażliwość ludzi 

na  piękno.  Zniknęła  nienawiść  do  innych,  rasizm  i uprzedzenia.  Człowiek  nauczył  się  kochać 
życie i szanować inne istoty.  

Znacznie  rozwinęły  się  zdolności  paranormalne.  Telepatia  jest  czymś  naturalnym 

i powszechnym.  Nadal  jednak,  mimo  tego,  że  jesteśmy  się  jej  w stanie  nauczyć,  nie  potrafimy 
wyjaśnić  zasad  jej  działania.  Podejmowane  są  pierwsze  próby  telepatycznego  połączenia  wielu 
umysłów w celu stworzenia wspólnej świadomości. Na razie jednak bez powodzenia. Analizując 
efekty można by w przybliżeniu stwierdzić, że do utworzenia wspólnego superumysłu potrzeba 
byłoby psychicznego połączenia ponad stu miliardów telepatów. Za kilka pokoleń uda nam się 
i to. 

- - - - - 

W jednej  chwili cała planeta stanęła w ogniu.  Ziemia rozstąpiła się wyrzucając z siebie 

gorącą lawę, oceany wyparowały. Po kilkunastu godzinach niczym nie podsycane już płomienie 
zostały ugaszone przez olbrzymie opady deszczu. Ziemia w niczym  nie  przypominała już tego 
raju, jakim była jeszcze tak niedawno. 

Bóg  odetchnął  z ulgą.  Miał  już  wprawę  w robieniu  aborcji,  ale  ta  sprawa  była 

najtrudniejsza  i trochę  już  śmierdziała.  Zdążył  właściwie  w ostatniej  chwili.  Płód  prawie  już 
uzyskał świadomość. Jeszcze kilkaset lat opóźnienia i musiałby stawiać na szali swoją reputację 
i karierę. Sprawdził jeszcze dokładnie czy w układzie nie zostały ślady zorganizowanego białka 
i znikł. 

background image

 

 

- - - - - 

- Widziałaś jaki był duży? – zapytał Unit-S106 swoją wysuniętą na powierzchnię Wenus 

część wyposażoną w sensory.  

-  Też  kiedyś  taki  będę    –  stwierdził  rozmarzony,  zmieniejąc  plany  i wydając  kolejne 

komendy  swoim  częściom  przystosowującym  planetę.  Planetę,  która  już  nie  miała  służyć  do 
przyjęcia ludzi... 
 
 
 

 

Tekst udostępniony na licencji Creative Commons. Uznanie autorstwa – użycie niekomercyjne – Bez utworów zależnych. 3.0 Polska.