background image

 

JACEK JANCZARSKI 

 
 
 

Kocham pana, panie Sułku 

 
 

Żonie mojej Basi 

i dzieciom moim 

poświęcam i dziękuję 

 
 
Motto 
 

Niech ryczy z bólu ranny łoś 
Zwierz nie przemierza knieje 
Ktoś nie śpi, aby spać mógł ktoś 
To są zwyczajne dzieje ... 

Hamlet - Szekspir (Anglia) 

 
Przedmowa 
 
Czytelnik,  biorąc  do  ręki  świeży  jeszcze  egzemplarz  książki,  którą  mu 
podarowano  na  kolejne  -  powiedzmy  -  urodziny,  nie  zaczyna  lektury  od 
przedmowy, wstępu, posłowia i tym podobnych. Odrzuca on opakowanie, to całe 
opakowanie,  które  przypomina  nam  kawałek  papieru,  w  który  owinięto 
wędzoną  flądrę  w  którejś  z  nadmorskich  miejscowości  zeszłego  lata.  Któż 
bowiem, jedząc świeżą flądrę, dba o papier, w jaki została owinięta?... Jakież to 
ma znaczenie?... Zdając sobie z tego doskonale sprawę, piszę tę oto przedmowę 
w  świadomości,  że  nie  zostanie  ona  przecież  przeczytana.  Tym  śmielej  sobie 
zatem pocznę, pisząc to i owo. 
Postaram się poza tym, aby w tej przedmowie nic takiego ważnego nie napisać, 
nic takiego, co miałoby jakiekolwiek znaczenie podczas czytania całej reszty tej 
książki. Po co wobec tego w ogóle pisać, wiedząc, że nie będzie to przeczytane? - 
spyta niejeden czytelnik z dowolnej miejscowości naszego kraju. Oto odpowiedź: 
zadaniem pisarza jest pisanie, podobnie jak zadaniem murarza jest murowanie, 
tkacza  -  tkanie,  malarza  -  malowanie,  muzyka  -  muzykowanie,  plastyka  - 
plastykowanie,  projektanta  -  projektowanie,  drwala  -  drwalenie,  rybaka  - 
rybaczenie,  lekarza  -  leczenie,  a  pana  Edka  z  Rucianego-Nidy  -  reperowanie 
zepsutych  samochodów.  I  nawet  jeżeli  ktoś  powie,  że  cała  ta  teoria  nie  bardzo 
ma  sens  -  przyznam  mu  rację,  przyklasnę  i  znienacka  pocałuję  w  czoło. 
Człowiek ten bowiem, nie rozumiejąc nic, zrozumiał właśnie to, o co mi w ogóle 
chodzi. 

background image

 

Biorę  tutaj  w  obronę:  nonsens,  nierzeczywistość,  bzdurność,  niedosłowność, 
niedorzeczność, 

szczyptę 

szaleństwa, 

półuśmiech, 

niedokończoność, 

bałaganiarstwo  myślowe,  niezdyscyplinowanie  humorystyczne,  przewijanie  się 
na drugą stronę poczucia humoru, balansowanie na krawędzi tego, co śmieszy, i 
tego, co raczej śmieszyć nie powinno (i też śmieszy)... Bronię niezłomnego prawa 
humorysty do braku pointy, prawa błazna do mówienia serio, prawa moralisty 
do niemoralności. 
Bronię wreszcie prawa czytelnika do nieczytania. Czytanie (wyłączając szkolne 
lektury  obowiązkowe)  nie  jest  przecież  na  razie  przymusowe  i  wolno  nam  w 
każdej  chwili  przerwać  je,  wyrzucając  do  kosza  czytaną  rzecz.  Wolałbym 
jednak,  mówiąc  szczerze,  aby  taki  los  nie  spotkał  tej  książki.  Już  choćby  ze 
względu  na  liczne  ilustracje,  które  można  sobie  po  prostu  powycinać, 
przyozdabiając  nimi  białe  ściany  naszego  pokoju,  nie  warto  lekkomyślnie 
pozbywać się Kocham pana, panie Sułku. 
Namawiam  także  do  czytania  pewnych  fragmentów  na  tak  zwane  głosy. 
Wystarczą przecież do tego dwie osoby, mężczyzna i kobieta, oraz ewentualnie 
narrator, którą to rolę powierzmy bez obaw naszemu dziecku (jeżeli je mamy) 
lub dziecku sąsiadów, wyróżniającemu się trudną umiejętnością czytania słowa 
pisanego. 
Ileż  to  radości  może  być...  ile  fajnych  nieporozumień  w  domu!  Jak  to  będzie 
śmiesznie,  kiedy  nasza  żona  wcieli  się  w  postać  Elizy,  a  my,  jej  mąż, 
przedzierzgniemy  się  w  pokrętną,  pełną  dwuznaczności  postać  pana  Sułka... 
Jeżeli  dacie  się  namówić  na  ten  (niewątpliwy)  eksperyment,  radzę  nabycie  od 
razu  trzech  egzemplarzy  książki,  żeby  potem  nie  było  wyrywania  sobie, 
szarpaniny i tak dalej... W roli gajowego Maruchy obsadźmy przyjaciela domu 
(temu egzemplarz niepotrzebny) i niech nam się on tylko zjawia i znika. Na tym 
koniec. Zobaczy pan, nieznany Czytelniku, jak to przyjemnie pobyć sobie przez 
kilka wieczorów panem Sułkiem... Zobaczy Pani, nieznajoma Czytelniczko, jakie 
uroki kryje postać Elizy. Zobaczysz ty, przyjacielu naszego domu, ile to roboty z 
takim  znikaniem  i  pojawianiem  się.  Jak  to  strasznie  męczy  i  wyczerpuje 
fizycznie i psychicznie... A potem jak przyjemnie wrócić do swoich normalnych 
ról, jakie powierzyło nam życie. Czasem są to role zupełnie inne, czasem tylko 
trochę inne, a czasem zbliżone. Życzę Państwu miłej zabawy!  
Do bra noc 

Jacek Janczarski 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

 
 
Wstęp 
 
Kocham  pana,  panie  Sułku  to  literacka  wersja  minisłuchowisk  emitowanych  w 
Ilustrowanym  Magazynie  Autorów  w  programie  III  Polskiego  Radia.  Z  panem 
Sułkiem i z panią Elizą spotykał się, kto chciał, w każdy piątek wieczorem albo 
też w każdą niedzielę rano, jeżeli ktoś miał wieczór akurat zajęty lub po prostu 
chciało mu się po ludzku  - spać. Byli jednak i tacy słuchacze,  którzy kładli się 
późno spać w piątek i wstawali wcześnie w niedzielę, aby po raz drugi spotkać 
się  z  panem  Sułkiem,  bohaterem  niniejszej  książki.  Spotkania  te  nie  dawały 
słuchaczowi  nic,  jak  wiele  zresztą  innych  spotkań,  poza  pewnym 
przyzwyczajeniem  się  do  postaci,  nauką  regularnego  słuchania  radia  według 
jakiegoś  tam  schematu,  nauką  regularności  w  ogóle.  Poza  tym  mógł  słuchacz 
nastawić  sobie  dobrze  zegarek,  który  akurat  mu  się  śpieszył  czy  późnił,  co 
gorsza. 
Spotkania  z  panem  Sułkiem  nie  dają  bowiem  wzorca  do  natychmiastowego 
naśladowania w żadnym wypadku. Są jak gdyby zaprzeczeniem przekonania o 
wychowawczej  roli  środków  masowego  przekazu.  Jeżeli  jednak  kogoś 
rozśmieszyło  to  lub  owo,  zasługa  w  tym  wykonawców  radiowych,  którzy 
martwej  literze  nadali  żywy  kształt,  umiejętnie  operując  głosem.  Jak  każdy 
aktor utożsamiali się oni z kreowanymi przez siebie postaciami bardzo solidnie, 
tak  że  nierzadko  dochodziło  nawet  do  zabawnych  nieporozumień  na  ulicy,  w 
kawiarni  czy  w  lepszych  lokalach  (do  których  codziennie  chadzają  aktorzy), 
kiedy  to  zapamiętały  pierwszy  lepszy  słuchacz,  widząc  Krzysztofa 
Kowalewskiego,  wołał:  O,  pan  Sułek!  lub,  spostrzegłszy  nagle  Martę  Lipińską, 
wrzeszczał: O, pani Eliza! I tylko nikt nigdy nie zawołał: O, gajowy Marucha! - 
bowiem  gajowy  Marucha  nie  chadzał  tam,  gdzie  inni,  a  siedział  w  swojej 
gajówce  i  jadł  chleb,  przeważnie  z  masłem.  Tyle  o  antenowych  wydarzeniach 
wokół całej sprawy. Jeżeli natomiast spytałby ktoś, skąd ten cały pan Sułek i ta 
cała pani Eliza w ogóle się wzięli? - musiałbym opowiedzieć następującą historię: 
Eliza  Wymęga-Zarawiejska,  niemłoda  już  kobieta,  zakochała  się  pierwszą, 
niewinną miłością w młodym człowieku nazwiskiem Sułek. Rodzina Wymęgów 
nie  ukrywała  niechęci  z  powodu  tego,  jej  zdaniem,  niefortunnego  wyboru 
przedstawicielki  swojego  rodu.  Robiono  pani  Elizie  wiele  nieprzyjemności, 
szykanowano ją, dokuczano na każdym kroku. I w tym wypadku miłość jednak 
nie znała granic, skutkiem czego pani Eliza postanowiła opuścić dom rodzinny i 
jakoś urządzić się z panem Sułkiem, notabene uczniem szkoły podstawowej od 
dłuższego  już  czasu.  Kiedy  po  lekcjach  siadywali  na  rozmaitych  wzgórkach, 
wspólnie czytając używane gazety, kiedy patrzyli na przyrodę i na wszystko to, 
co ich przecież otaczało, kiedy pani Eliza kładła rękę na dłoni pana Sułka, a on 
odsuwał  tę  dłoń  z  niechęcią  sztubaka  i  warczał:  Cicho!  -  wtedy  właśnie  pani 
Eliza czuła, że dzieje się z nią coś nieokreślonego, coś pięknego. Czuła, że kocha 
tego człowieka, który tu, na tym wzgórku, siedzi obok niej i czyta gazetę. Czuła, 
że ten wzgórek to całe wzgórze ich miłości, i czuła, czuła, że pal licho Wymęgów-

background image

 

Zarawiejskich  z  ich  arystokratycznymi  przesądami,  że  pal  licho,  pal  licho 
wszystko,  że  pal  licho  cały  świat...  poza  tym  wzgórkiem,  poza  tym  panem 
Sułkiem  najsłodszym,  który  przecież  był  łagodnym  zmierzchem  ostatnich 
wakacji jej życia!... 
Aż  tu  nagle,  pewnego  dnia,  kiedy  to  jak  zwykle  przeglądali  pospołu  prasę, 
rzuciło im się w oczy następujące ogłoszenie: 
 
Stary, zdezelowany, zmurszały, walący się chlew do rozbiórki sprzedam za jakie 
sto zloty. 
Marucha (gajowy) 
Klasnęła w dłonie pani Eliza. 
- No, panie Sułku najsłodszy, widzi pan?...  
- Co? 
- Trafia nam się niezła okazja. Będziemy mieli swój własny dom! Kocham pana. 
- Cicho... 
Pan  Sułek  przeleciał  wzrokiem  ogłoszenie,  powąchał  papier,  oderwał  część 
gazety z ogłoszeniem i zaczął ją szybko zjadać. Postąpił tak, ponieważ nie chciał, 
aby ogłoszenie dostało się. w niepowołane ręce, a trafiającą się okazję postanowił 
chwycić natychmiast, jak chwyta się zawsze byka za rogi. 
W  krótkim  czasie  pani  Eliza  i  pan  Sułek  zamieszkali  w  chlewie  gajowego 
Maruchy, który stał się ich prawdziwym domem. I tak się to wszystko zaczęło... 
 
 

CZĘŚĆ I 

Spotkania z przyrodą 

 
ROZDZIAŁ I 
 
Lelki kozodoje 
 
Pierwsze  promienie  wiosennego,  nieśmiałego  słońca  natychmiast  skłoniły  pana 
Sułka  i  panią  Elizę  do  odbycia  pierwszej,  nieśmiałej,  wiosennej  przechadzki. 
Przyroda budziła się nieśmiało do życia. Było ciepło. Bardzo ciepło. Pani Eliza 
przyodziana  w  futro  ze  sztucznych  szopów  i  w  sztuczną  lisiurę  stąpała  wolno, 
mając na uwadze swój podeszły przecież wiek i swoje świeżo zakupione walonki. 
Pan  Sułek  w  wellingtonach  i  sportowej  wiatrówce  truchtał  swobodnie,  nie 
zważając  na  rozpryskujące  się  dookoła  rzadkie,  lepkie,  brudnożółte,  pierwsze, 
nieśmiałe,  wiosenne  błoto.  Drzewa  w  Lasku  Wolskim  szumiały  przyjemnie, 
ładnie  śpiewały  wiosenne,  nieśmiałe  ptaki,  pachniało  wokół  rozmaitymi 
zapachami... 
Długo milczeli, posapując ze zmęczenia i zadowolenia nasi bohaterowie. 
- Jest mi bardzo ciepło - powiedziała pani Eliza po namyśle. 
- Spociła się pani - odpowiedział pan Sułek wyjaśniająco. 
- Za ciepło się ubrałam. 
- Aha. Za ciepło - potwierdził chłopak. 

background image

 

- Kocham pana, panie Sułku... - szepnęła pani Eliza, wzdychając po swojemu. 
- Cicho. Wiem - brzmiała bezwzględna odpowiedź. 
- Aj, opryskał pan mnie błotem! - zauważyła opryskana kobieta. 
-  No!  Ale  tutaj  błocko.  Słowo  honoru.  Opryskałem  pani  całą  twarz.  Ma  pani 
wąsy z błota, pani Elizo. Jak jakiś cesarz. 
- Naprawdę? 
- Słowo honoru. Jak jakiś Franciszek Józef. A to dobre... baba z wąsami!... 
Tu zaśmiał się pan Sułek ordynarnie, po sztubacku. 
- Kocham pana - szepnęła pani Eliza, ocierając twarz mantylką. 
- Cicho. 
Nagle tuż obok nich zaświergoliło coś znienacka i wyraźnie. 
- Słyszy pani?... To lelek kozodój. 
- Jaki kozodój? 
- Lelek. 
- Jak to lelek? 
- Cholery można dostać! Lelek kozodój, taki ptak. 
- Kocham... kocham ptaki. 
- On tu musi być. 
- Kto? 
- Cicho. Lelek kozodój. 
Nadsłuchując zbliżali się do miejsca, z którego słychać było świergolenie coraz to 
wyraźniej.  Wyszukawszy  pierwszy  lepszy  patyk,  pan  Sułek  jął  nim  grzebać  w 
piachu bardzo solidnie. 
- Chyba tam się schował, świntuch. Znajdę cię i uduszę! 
- Panie Sułku... 
- Co? 
- Panie Sułku, dlaczego grzebie pan patykiem w piasku? 
- Szukam lelka kozodoja. 
- Panie Sułku, dlaczego pan go szuka akurat w piasku? 
- Niech mi pani nie przeszkadza. 
- Panie Sułku... 
- No! 
- Kocham pana. Kocham pana, panie Sułku, tu i teraz. 
- Cicho! Chwileczkę. Zaraz. 
Pan Sułek grzebał teraz w ziemi, jak to mówią, pełną parą. 
- Panie Sułku, dlaczego pan kopie taką norę? 
- O rany, musi pani tyle gadać? Już go miałem, śmierdziela. 
- Lelka? 
- A kogo? 
- Wiem! Lelka kozodoja, prawda? 
- Cicho! Niech pani wsadzi teraz rękę do tej dziury. 
- Do tej? 
- Tak. 
- Dlaczego, panie Sułku, mam tam niby wsadzać rękę, po co to wszystko? 
- Żeby wymacać lelka. 

background image

 

- No dobrze, i co potem? 
- Kiedy potem? 
- No, jak go już wymacam - dociekała dociekliwie. 
- A wymacała pani? 
- Na razie nie. 
- Musi pani sięgnąć głębiej. Znacznie głębiej. Chytre te całe lelki. 
- Włożyłam już całą rękę. Po pachę. 
- I nic? 
- Nic. 
- Dałbym słowo honoru, że on tam jest. 
Wolną ręką pogładziła pani Eliza pana Sułka po rozwichrzonej czuprynie. 
- Kocham pana... kocham... 
- Cicho. I niech mnie pani nie głaszcze po głowie. Nie lubię, jak mnie ktoś gładzi 
po głowie, i to brudnymi rękami. 
-  Mam  brudną  prawą  ręką.  Gładziłam  pana  czystą  -  lewą...  Jest  pan 
niesprawiedliwy. 
- Cicho! Słyszy pani? 
- Nie. 
- To on. Zarył się głęboko. Świnia. Dostanę cię, ty glisto! 
- Myśli pan, że jest w tej właśnie dziurze? 
- Ja wiem, że on tam jest. Wsadźmy tam kij. 
Pan  Sułek  odszedł parę  kroków w  poszukiwaniu odpowiedniego  kija.  Z  prawą 
ręką  w  świeżej,  nieśmiałej,  wiosennej  dziurze  pani  Eliza  patrzyła  tęsknie  za 
swoim chłopcem. 
- Panie Sułku... 
- Co? 
- Po co panu lelek? Czy ja panu nie wystarczam? 
- To co innego. Lelek jest lelek... a pani... 
- Co ja?... No, co ja, panie Sułku najdroższy?... 
- A pani... pani jest... kobietą. 
- No właśnie, panie Sułku, i dlatego właśnie... 
- Cicho! Muszę go mieć - upierał się pan Sułek. 
- Ale po co on panu? 
- Muszę go złapać, udusić i opisać w zeszycie. 
- I po co to wszystko? 
- Ona się pyta, po co! Zadane było! 
- Zadane? 
- Tak. Z przyrody. 
- Zadano panu to wszystko? Boże, jak pan się męczy. 
- Nie męczy mnie to. Lubię przyrodę. Przepadam za nią wprost. 
- A za mną, czy za mną też pan przepada wprost? 
- Za przyrodą przepadam. To chyba wystarczy. Jakbym miał za wszystkim tak 
przepadać, tobym chyba zwariował. I tak ledwo się trzymam. 
- Źle się pan czuje? 
Twarz pana Sułka zieleniała pierwszą, wiosenną, nieśmiałą zielenią. 

background image

 

- Niedobrze mi. Zemdliło mnie od świeżego powietrza. 
-  Bardzo  możliwe,  panie  Sułku,  bardzo  możliwe.  Powietrze  w  nadmiarze  źle 
robi. 
- No, kopmy dalej. 
Na twarz pana Sułka wróciły po chwili normalne kolory. 
- Kopmy porządnie. 
- Tu, w tej dziurze? 
- Tak. Kopmy solidnie. Niech pani też kopie. Co pani sobie wyobraża?! 
-  Nic,  panie  Sułku  kochany.  Z  przyjemnością  też  się  uwalam  w  tym  błocie. 
Wszystko dla pana. Z tej miłości do pana, panie Sułku, najsłodszy mój. 
- Cicho! 
Chwilę  kopali  w  milczeniu,  odrzucając  precz  pryzmy  leśnej,  nieśmiałej  ziemi. 
Pan Sułek badał głębokość jamy znalezionym wiosennym kijem. 
- Już spora jama. Wezmę i wsadzę tam głowę. 
Jak powiedział, tak zrobił. Spod ziemi już zakomunikował: 
- O, ile tu piachu!... 
-  Jest  lelek?  -  spytała  pani  Eliza,  patrząc  na  wystające  z  ziemi  smukłe  nogi 
narzeczonego. - Jest lelek? - powtórzyła. 
- Kozodój? 
- Aha. 
- Aha. Lelek kozodój. Kopmy dalej. 
- Idę do pana, panie Sułku jedyny. 
- Gdzie?! 
- Wchodzę za panem do naszej dziury. 
- Hmm. Dobra. Będę czekał. 
- Już idę, panie Sułku mój jedyny. 
Wsadziwszy  głowę  w  dziurę,  pani  Eliza  zapomniała  zamknąć  usta,  które 
natychmiast wypełniły się po brzegi leśnym, nieśmiałym piaskiem: 
-  Aha,  ile  tu  piachu...  miał  pan  rację...  -  szepnęła,  tracąc  powoli  świadomość  i 
przytomność. 
Jeszcze  jakiś  czas  rozmawiali  jednak  ze  sobą  coraz  cichszymi,  wiosennymi 
głosami. Na skraju lasu o poranku dałby się widzieć kiedyś niewielki wzgórek. 
Byłaby to niewątpliwie wspólna mogiła pana Sułka i pani Elizy. 
Cóż z tego, kiedy gajowy Marucha, polujący akurat tego wiosennego dnia na tak 
zwane  lelki  kozodoje,  ujrzał wystające z  ziemi  dwie  pary  nóg,  z  których jedna 
obuta była w wellingtony, a druga w ciepłe walonki... 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

 
ROZDZIAŁ II 
 
Tęgoskór 
 
W  szkole,  do  której  od  wielu,  wielu  lat  uczęszczał  pan  Sułek  -  święto.  Sporym 
staraniem  zorganizowano  atrakcyjną  wycieczkę  do  Lasku  Wolskiego.  Pech 
chciał, że jedna z najbliższych koleżanek pana Sułka poważnie zachorowała na 
jakąś ciężką chorobę i tylko dlatego udało się dołączyć do wycieczki osobę pani 
Elizy.  Nie  było  to  oczywiście  łatwe.  Dyrektor  szkoły  gorąco  protestował, 
podkreślając,  że  wycieczka  ma  charakter  wybitnie  młodzieżowy,  pani  Eliza 
natomiast do młodzieży raczej się nie zalicza. W końcu, na prośby i groźby pana 
Sułka, dyrektor, acz niechętnie, ustąpił. 
Po  przybyciu  na  miejsce  młodzież  rozsypała  się  w  nieładzie  po  wzgórkach  i 
dolinach  Lasku  Wolskiego,  szukając  uporczywie  tęgoskóra  pospolitego. 
Znalezienie  bowiem  tego  właśnie  grzyba  równało  się  automatycznie  bardzo 
dobrej ocenie z przyrody. 
Pan  Sułek  natychmiast  poszedł  w  lewo.  Za  nim,  trop  w  trop,  pani  Eliza.  Pan 
Sułek  natychmiast  skręcił  w  prawo.  Pani  Eliza  za  nim.  Kluczył  pan  Sułek, 
zacierał  ślady,  jak  umiał,  lecz  pani  Eliza,  wiedziona  instynktem  wytrawnego, 
wszechstronnego  psa  myśliwskiego  zawsze  potrafiła  wytropić  swego 
narzeczonego,  nawet  w  najgęstszych  zaroślach.  Właśnie,  jak  to  się  mówi, 
zdybała go przykucniętego w dziwnej pozie. 
- Jest tu jakiś grzyb, panie Sułku. 
-  Eee,  to  pieprznik.  Tak  zwana  lejkówka  pomarańczowka.  Nie,  to  nie  jest 
tęgoskór. Bynajmniej nie. 
- A jak wygląda taki tęgoskór? 
- Jest kulisty. Podobny do kartofla. 
- Znajdziemy go, prawda, panie Sułku? 
- Oczywiście. Jasne, że tak. Muszę mieć piątkę z przyrody. 
- Znajdę dla pana tego grzyba. Kocham pana. 
- Cicho! Chłopaki jeszcze usłyszą. Słowo honoru, najem się wstydu przez panią. 
- Panie Sułku... 
- Co? 
Na wyciągniętej dłoni pani Elizy leżał dziwny przedmiot. 
- A to, to nie jest przypadkiem tęgoskór? 
- Niech pani pokaże... 
Pan  Sułek  powąchał  dziwny  przedmiot,  wziął  go  na  tak  zwany  ząb,  trącił 
końcem języka i splunął obficie. 
- Nie, to nie jest w ogóle grzyb. 
- A co to jest, panie Sułku jedyny? 
- Cholera... nie wiem. Nie grzyb i tyle. 
- To jest ze skóry. 
- Myślę, że jest to cholewka od starego buta. Ktoś tutaj wyrzucił but. Zrobił to 
zresztą bardzo dawno. Ta cholewka jest już stara. 

background image

 

- Panie Sułku... 
- Co? 
- Mam jakiegoś grzyba. 
Na wyciągniętej dłoni pani Elizy leżał tym razem rzeczywiście jakiś grzyb. 
- Aha! Niech pani pokaże. 
Pan  Sułek  postąpił  jak  poprzednio.  I  jak  poprzednio  splunął.  Następnie 
zawyrokował: 
- Aha. Pieprznik jadalny. Kurka. 
- Zjemy go? 
- Nie. 
- Dlaczego, panie Sułku? Dlaczego nie? Jestem głodna. 
- Nie jada się grzybów na surowo. Można się otruć. 
- Dla pana mogę się też otruć. Kocham pana. 
-  Cicho!  Niech  pani  tego  nie  robi.  Obiecała  mi  pani  przecież  motorower, 
prawda? 
-  Och,  tak!  Prawda,  panie  Sułku.  Będzie  go  pan  miał.  -  Kiedy?  -  Nasz  bohater 
kuł żelazo póki gorące. 
- Już niedługo. Uskładałam już trochę pieniędzy. 
- Ile? - zapytał chytrze pan Sułek, poważniejąc znienacka. 
- Sporo już tego jest. 
- A konkretnie, ile? - Nie ustępował tak łatwo. 
- Dokładnie nie wiem, ale sądzę, że ładnych parę groszy już mam. 
- Trzyma to pani w domu? 
- Nie. Bałabym się trzymać wszystko w domu. 
- Wsadziła pani wszystko na książeczkę... - domyślił się pan Sułek. 
-  Też  nie.  Mam  wszystko  przy  sobie.  O,  tu!...  Opuszczając  oczy,  wskazała  na 
miejsce, w którym spoczywały oszczędności. Pan Sułek odwrócił wzrok. Spłonął 
żywym, młodzieńczym rumieńcem i wybełkotał: 
- Ach, tu... 
- A nawet jeszcze trochę wyżej - znęcała się nad nim. 
-  Rozumiem,  bardzo  dobrze  rozumiem,  co  rozumiem,  nie  ma  tu  nic  do 
nierozumienia... oczywistego... niedokładnie... plątał się chłopiec. 
Zrozumiawszy,  że  sytuacja  jest  bez  wyjścia  i  przyszłości,  pani  Eliza  zręcznie 
zmieniła temat i patrząc w ziemię, rzuciła od niechcenia: 
- A od czego są tutaj takie doły, panie Sułku? 
- To dzikie świnie tak zryły ziemię - rozpogodził się pan Sułek, kładąc szczególny 
nacisk na słowo "świnie". 
- A dlaczego, po co to wszystko? Po co takie świnie to robią? 
- Szukają żołędzi. Dzikie świnie jedzą żołędzie. 
- Aha... Panie Sułku... 
- Co? 
- Mam znowu grzyba. 
- Niech go pani natychmiast wyrzuci! - krzyknął pan Sułek widząc, co się święci. 
- Dlaczego? Jest taki ładny, czerwony... 
- To gołąbek wymiotny. Trucizna. 

background image

 

10 

Pani Eliza delikatnie powąchała gołąbka wymiotnego. 
- Fu, brzydko pachnie. 
-  Śmierdzi.  Bo  to  jest  grzyb  trujący.  Serowatka  gorzkowata  -  powiedział 
pogardliwie. - Czartopłoch!... 
- Pan wie wszystko, prawda? Jest pan wspaniały. 
- Nie przeczę. Nie boją się nikogo. 
- Nikogo? 
- Nikogo. 
- A niedźwiedzia, panie Sułku? 
- Też nie. Mam go w nosie - pokazał. 
- Naprawdę? - spojrzała. 
- Słowo honoru. Nic a nic nie boję się byle niedźwiedzia. Mam go gdzieś! 
- Jest pan taki dzielny, dzielny... i piękny... 
- Nie przeczę. Ładny to ja jestem. Można powiedzieć - bajka! 
- Jestem o pana zazdrosna. 
-  Pewnie.  Ma  pani  rację.  Na  pani  miejscu  też  byłbym  o  mnie  zazdrosny. 
Dziewczyny na minie lecą. Będę miał motorower... Kiedy? - zmienił nagle ton. 
- Kupię go panu jak najprędzej. 
- No właśnie. 
- Panie Sułku... - Oczy pani Elizy zaszkliły się niebezpiecznie. 
- No? 
- Kocham pana... 
- Cicho! 
W tym momencie pan Sułek znieruchomiał. Nadsłuchiwał uważnie  przez długą 
chwilę.  Również  pani  Eliza  nadstawiła ucha  ciekawie.  Z  zarośli wydobywał się 
cichy, ale dosyć głośny i potężny ni to chrychot, ni to charkot. 
- Słyszy pani?... 
- Nie. 
Chrapliwy chrychot charkowaty charczał coraz wyraźniej. 
- A teraz? 
- Teraz też nie. A co, a co? 
- Słyszę jakiś chrapliwy charkot - wyszeptał pan Sułek, drżąc na całym młodym 
ciele. 
- Aha. Teraz ja też to słyszę. Co to może być, panie Sułku jedyny? 
- Nie wiem, pani Elizo. Boi się pani? - przysunął się bliżej pan Sułek. 
- Nie - odparła swobodnie - jestem przecież z panem. 
-  No  właśnie.  No  właśnie.  Jesteśmy  sami...  Wycieczka,  koledzy,  koleżanki  i 
dyrektor są w zupełnie innym miejscu Lasku Wolskiego. Odeszliśmy za daleko, 
słowo honoru! 
- Ale za to jesteśmy sami. Szukajmy tego tęgoskóra, panie Sułku. Znajdziemy go, 
prawda? 
-  Niewykluczone,  pani  Elizo.  -  Krew  odpłynęła  teraz  z  twarzy  pana  Sułka.  - 
Niewykluczone.  Ale  tutaj  cały  czas  coś  charczę.  Nie  lubię  tego.  O,  nie  lubię  za 
bardzo, jak coś charczę w lesie! 
- To pewnie jakieś zwierzę. Co tam... 

background image

 

11 

- O, nie przepadam za takim charkotem. Słowo honoru. Chodźmy stąd! 
-  Panie  Sułku,  nie  możemy  przecież  wracać  bez  tęgoskóra  pospolitego.  Nie 
dostanie pan w ten sposób piątki z przyrody. Co tam, chodźmy dalej... 
Mrukliwy chrapowaty chrychot był coraz bliżej. 
- Przybliża się - wyjęczał pan Sułek. - Uciekajmy stąd, pani Elizo!!! 
Przez  pokrętne  wykroty,  potykając  się,  gnali  co  sił  w  nogach,  gdzie  pieprz 
rośnie. 
- Boże, panie Sułku!... Niedźwiedź! Prawdziwy niedźwiedź!!! 
- Zginęliśmy. Słowo honoru. Koniec z nami! - wycharczał pan Sułek, opadając z 
sił i spodni. 
I  jakież  było  ich  zdziwienie,  ile  to  śmiechu  było  potem!  Rzekomym 
niedźwiedziem  okazał  się  bowiem  wszędobylski  gajowy  Marucha.  Gajowy, 
przebrany tego dnia za niedźwiedzia, tropił innego, prawdziwego  niedźwiedzia, 
który dał mu się ostatnio porządnie we znaki, charcząc chropawo po nocach w 
pobliżu gajówki. 
 
 
ROZDZIAŁ III 
 
Owady 
 
Na  tle  bujnej,  kwiecistej  łąki  zamajaczyły  nagle  dwie  ludzkie  sylwetki.  Ona, 
niemłoda już kobieta, w długiej czarnej pelerynie przetykanej złotą nitką, obuta 
w długie, plastikowe boty. On, szesnastoletni wyrostek w pumpach i pepegach, 
podskakujący  to  na  jednej,  to  na  drugiej  nodze,  zgrabnie  i  beztrosko.  Oboje 
mają w dłoniach swych zwykłe siatki na motyle i butelki po żytniej mazowieckiej 
na  chrabąszcze  oraz  inne  rozmaite  robactwo.  A  łąka  gra  pitoleniem, 
świergoleniem,  bzykaniem  i  poświstywaniem.  Bujna,  kwiecista  łąka  na  skraju 
Lasku Wolskiego. 
- Niech pani się nie rusza! 
- Boże, co się stało? - szepnęła pani Eliza, nieruchomiejąc w pół kroku. 
- Cicho. Ani kroku dalej! 
Skradając się na palcach, pan Sułek podszedł do niej na odległość wyciągniętej 
ręki i tąże walnął ją znienacka i na odlew. 
- Oj, boli, panie Sułku! Uderzył mnie pan! 
- To był komar widliszek. I drugi komar! - pan Sułek walnął po raz drugi. - Też 
widliszek. 
- Dziękuję panu - szepnęła pani Eliza. 
- I trzeci! - powiedział pan Sułek, uderzając silniej niż poprzednio. 
- Też widliszek? - spytała pani Eliza, chwiejąc się na nogach. 
- Nie. To trzecie to był giez. Obsiadły panią gzy, pani Elizo. 
- Tak zwane muchy końskie? - domyśliła się. 
- Tak. Tak zwane muchy końskie panią obsiadły. 
- Pogryzły mnie te gzy. 
- Aha. Ma pani bąble wszędzie. 

background image

 

12 

- Tak. I tu bąbel, i tam. Bąbel na bąblu. Boli mnie to. 
- Wiem. To czasem bardzo boli. 
- I swędzi. 
- No cóż, niech się pani podrapie. Oto moja rada. 
-  Nie  wszędzie  mogę  sięgnąć  -  powiedziała  pani  Eliza,  w  swoim  przekonaniu 
znacząco. 
- Na szczęście mam ze sobą drut. - Pan Sułek rzeczywiście wyciągnął z kieszeni 
zardzewiały kawał drutu. - Proszę, teraz pani sięgnie wszędzie. 
- Kocham pana - powiedziała pani Eliza, prostując drut w białych dłoniach. 
- Wiem. 
- Od dawna pana kocham. - Drapała się teraz i tu, i tam. 
- Wiem. Od pierwszego, można powiedzieć, wejrzenia. 
- No właśnie. - Swędzenie nie ustępowało. - I co pan na to? 
- Na co? 
-  Na  tę  moją  miłość  do  pana?  -  Odrzuciła  teraz  drut  precz  i  patrzyła  na  niego 
dziwnym wzrokiem. 
- A co ja mam powiedzieć? Czy to ja panią kocham, czy co? 
- Nie kocha mnie pan? 
- Cicho. Jest! - Aż podskoczył. 
- Kto jest? 
- Larwa chruścika! Słowo honoru. Ale nam się udało! 
- Jaka to jest larwa? 
-  Larwa  chruścika,  mówiłem.  Takiego  owada.  Właśnie  ją  zaskoczyłem  przy 
budowie domku. 
- Ta rurka to jej domek? Niemożliwe! 
-  Ciało  larwy  chruścika  -  objaśniał  pan  Sułek  -  jest  niezwykle  delikatne,  pani 
Elizo.  Dlatego  buduje  sobie  ona  domek,  w  którym  już  bez  obaw  się 
przepoczwarzą. 
- Co to może znaczyć? 
-  Zamieni  się  ta  larwa  w  poczwarkę,  a  następnie  w  dorosłego  chruścika.  - 
Rozejrzał się wokół, szukając odpowiedniego przykładu. - O, w takiego właśnie 
chruścika, który chodzi sobie po pani. 
- Boże, gdzie?! 
- Jest chyba teraz we włosach. Nic pani nie zrobi. Chruściki chyba nie gryzą. 
- Ja się boję! Słyszy pan? Boję się... Umieram ze strachu! Słyszy pan?! 
- Słyszę. Głuchy na razie nie jestem. 
- Więc niech pan mi to wyjmie z włosów!... 
-  Kiedy  nie  mam  akurat  czasu.  -  Pan  Sułek  pochylił  się  nad  znalezioną  larwą 
chruścika. - O, mam cię! Domku jej się zachciało - mamrotał. 
- Panie Sułku... - powiedziała ni z tego, ni z owego innym tonem. 
- Co? 
- Kocham pana tu, na tej łące... 
-  Cicho!. Pracować nie  można. Niech pani spojrzy. O, tutaj  ma  -  trzymał  teraz 
larwę w palcach - tutaj ma gruczoły przędne, a tutaj chitynowe wyrostki. 
- Spore te gruczoły - zdziwiła się pani Eliza. 

background image

 

13 

- Aha. Spore. Ich wyloty są na wardze dolnej. 
- Aha. Coś z nich cieknie. 
- To lepista ciecz, która następnie zastyga. 
- Niemożliwe - zdziwiła się pani Eliza. - I po co, po co to wszystko? Na co to?  - 
dziwiła się bez tchu. 
-  Z  tej  zastygniętej  cieczy  -  cierpliwie  ciągnął  chłopiec  -  robi  się  w  ten  sposób 
jedwabista nitka. 
- Och, kocham pana za wszystko! Kocham pana i za to, że pan wszystko wie o tej 
larwie. 
- Wszystkiego na razie o niej nie wiem. 
- Ale wie pan o niej dużo. Bardzo dużo! 
- To prawda. Wiem o niej sporo. Kocham przyrodę w jej obecnym kształcie. 
- Ja też! I kocham też pana, panie Sułku jedyny! 
- Cicho! Widzi pani tego motylka?... 
- Tego? 
- Aha. 
- Widzę. I co, i co? 
- To zerzynek rzeżuchowiec. 
- I co, i co? - dopytywała się pani Eliza ciekawie. 
- I nic. Tak się nazywa. 
- I co, panie Sułku? - ciekawość gnębiła ją porządnie. 
- Nic. Cholera, nic! 
- Czy on ma też te wszystkie gruczoły? 
- Właśnie nie wiem. Warto by go złapać i wszystko mu obejrzeć. 
-  Zaraz  go  złapię  w  siatką  -  zamachnęła  się  z  rozmachem  i  runęła  całym 
ciężarem wątłego ciała na jedwabistą łąkę. 
-. Nie tak, pani Elizo! - śmiał się pan Sułek w kułak. - Nie tak! Odleciał. Ależ z 
pani, pani Elizo, fujara! 
- Nie czuję się najlepiej. - Zbierała się z ziemi. 
- No, niech no tylko pani spojrzy... Cały czas stoi pani na barczatce sosnówce. Co 
za fajtłapa, słowo honoru! 
- Jest mi niedobrze - tłumaczyła się pani Eliza - wszystko mnie boli. 
- Nic dziwnego. Wszędzie ma pani bąble. 
- Cała jestem pokąsana przez te wstrętne gzy. Kocham pana. 
-  Cicho!  Poszukajmy  leśnych  pszczół.  Jak  je  znajdziemy,  objemy  się  miodem  - 
zaproponował. - Biegnijmy, pani Elizo! 
Wolno,  ale  dosyć  szybko,  biegli  po  bujnej  łące.  Pani  Eliza  tak  zwanym  kątem 
oka  śledziła  doskonale  skoordynowane  ze  sobą  ruchy  rąk  i  nóg  pana  Sułka. 
Przypominał dorodnego wierzchowca z jakiejś stadniny na licencji. 
- Pan cały czas truchta - powiedziała. - Dziwi mnie to, prawda? 
- To tak zwany świński trucht - wyjaśnił pan Sułek, nie przerywając świńskiego 
truchtu. - Dzikie świnie tak właśnie robią - dodał. 
- Dlaczego, panie Sułku, tak właśnie robią? 
- Nie wiem. Świnią na razie nie jestem. Biegnijmy! 
- Myśli pan, że znajdziemy pszczoły? - dyszała pani Eliza ze zmęczenia. 

background image

 

14 

- Mam nadzieję. Jestem poza tym głodny. 
- Ja też bym zjadła trochę miodu. 
- Jak znajdziemy pszczoły, to się objemy. Słowo honoru! 
- Tylko żebyśmy je tak znaleźli, prawda, panie Sułku? 
- Aha! Szukajmy po drzewach. No i po dziuplach. Pszczoły leśne siedzą zwykle w 
dziuplach. 
- Widzę! - Pani Eliza przystanęła. 
- Co? 
- Widzę dziuplę. 
- Z pszczołami? - zainteresował się pan Sułek. 
- Nie wiem. Jest okropnie wysoko. 
- No, to musimy tam wleźć. 
- Oboje? 
- Tak - zadecydował. - Niech pani idzie pierwsza. 
- Jaki pan miły. Kocham pana! 
- Cicho! W razie czego będę niżej. 
- W razie czego? - zaniepokoiła się pani Eliza. 
- W razie, gdyby się na przykład gałąź ułamała. Nie nią głupich. No, niech pani 
włazi szybciej. Co tu czekać!? 
- Idę już... idę... 
Wspinali  się  na  drzewo  w  ustalonej  kolejności.  Szło  im  to  niesporo,  ale  byli 
jednak coraz to wyżej i wyżej... 
- Och, jak tutaj pięknie!... - westchnęła pani Eliza, patrząc wokół. 
- Daleko jeszcze do tej dziupli? 
- Jeszcze strasznie daleko. Kocham pana, panie Sułku. Kocham pana tu, na tym 
drzewie!... 
- Cicho! 
Byli już prawie na miejscu. 
- To ta dziupla? - spytał chłopiec, pokazując na otwór w drzewie. 
- Tak - szepnęła kobieta. 
- Nic w niej chyba nie ma... 
-  Zaraz  zobaczymy.  -  To  mówiąc,  kobieta  wsadziła  rękę  w  otwór.  -Oj!!!  - 
wrzasnęła jak opętana. 
- Co? - spytał chłopiec. 
- Coś mnie ugryzło... boli!... 
- Hm. Pewnie wiewiórka. Wiewiórki strasznie gryzą. Niech pani pokaże. 
Pani  Eliza  wstydliwie  pokazała  strasznie  krwawiący,  wskazujący  palec  lewej 
ręki. 
-  Tak  -  potwierdził  pan  Sułek  swoje  poprzednie  domysły  -  tak,  to  była 
wiewiórka. W każdym razie na pewno nie pszczoła. Tak, na pewno nie pszczoła. 
Tak, na pewno nie... Schodzimy! 
- Teraz pan schodzi pierwszy. 
-  Kiedy...  kiedy  nie  mogę.  -  Pan  Sułek  spojrzał  w  dół  i  zrobiło  mu  się  bardzo 
słabo. 
- Dlaczego, panie Sułku najdroższy? 

background image

 

15 

-  Nigdy  stąd  nie  zejdę  -  było  mu  coraz  słabiej  -  mam  lęk  przestrzeni.  Właśnie 
dostałem lęku przestrzeni. 
I  wtedy  ona  popatrzyła  na  niego  wzrokiem  pełnym  miłości  i  przywiązania 
dozgonnego,  i  całkowitego  oddania.  I  pogładziła  swojego  chłopca  po  płowej 
czuprynie prawą ręką: 
- Zostaję z panem na tym drzewie. Kocham pana!... 
Do  dziś  na  jednej  z  wysokopiennych  sosen  w  Lasku  Wolskim  siedziałaby,  być 
może,  zakochana  para.  Szczęściem,  niezawodny  gajowy  Marucha,  polujący 
akurat na gryzące wiewiórki, natknął się na zawieszone miedzy niebem a ziemią 
dwie ludzkie istoty, z których jednej było bardzo niedobrze, a drugiej przeciwnie 
- bardzo, bardzo dobrze! 
 
ROZDZIAŁ IV 
 
Chwasty 
 
Traf chciał, że na niedzielnym kiermaszu książki pani Eliza i pan Sułek nabyli 
nieoczekiwanie pozycję pod tytułem Chwasty. Pracę tę dużym staraniem wydało 
Stadni  Zamedelsko  Nakladatelstvi  w  Pradze  oraz  Państwowe  Wydawnictwa 
Rolnicze  i  Leśne  w  Warszawie.  Ta  piękna  i  pożyteczna  książka  zawierała  cały 
szereg  najrozmaitszych  ilustracji.  Treść  jej  była  zgodna  z  tytułem.  W  sposób 
rzetelny  i  bezkompromisowy  opisano  w  niej  wiele,  wiele  chwastów 
zachwaszczających,  jak  się  okazuje,  nasze  pola,  łąki  i  ogrody.  Podano  w  niej 
także  sposoby  walki  z  pasożytami,  walki  nierzadko  żmudnej,  kosztownej  i 
pasjonującej. Nic więc dziwnego, że pan Sułek  - zagorzały miłośnik przyrody - 
płonął, jak to się mówi, świętym oburzeniem. Jego oczy miotały błyskawice, a na 
usta cisnęły mu się mimo woli najplugawsze wyrazy. Chodzili teraz z panią Eliza 
wokół  swego  domostwa,  wyrywali  z  korzeniami  praktycznie  wszystko, 
pokrzykując przy tym i przekomarzając się złośliwie... 
- Gasagardem po nich i cześć! - spluwał pan Sułek jak najęty. 
- Dlaczego chce pan zniszczyć rumianek? - zapytała pieszczotliwie pani Eliza. 
- To chwast... obrzydliwstwo!... 
- Herbata z rumianku jest bardzo zdrowa, panie Sułku jedyny... 
-  Cicho!  Albo  topogardem,  albo  camparolem  ich!!!  Ostatecznie  patoranem  - 
spuścił pan Sułek z tonu. 
- Wytępię was, wy świnie!!! - denerwował się dalej. 
-  Nie  rozumiem,  co  się  panu  stało,  panie  Sułku?  Strasznie  pan  zdenerwowany. 
Po co to wszystko? - próbowała załagodzić rzecz pani Eliza. 
-  Zdenerwowany,  tak?!  Jestem  wściekły  na  te  chwasty!  Dopiero  teraz  sobie 
wszystko  uświadomiłem.  Rany,  jaki  ja  byłem  głupi!  Ja  -  idiota  -  uważałem,  że 
rumianek i podbiał są ziołami leczniczymi. Co za zakuta pała ze mnie! 
- Przecież są to zioła lecznicze. 
- Cicho. Teraz wiem, że to chwasty. Wytępię je! Życie na to poświecę. Niech no 
mi pani poda lignopur forte! 
- Ten? - spytała pani Eliza, podając odpowiednią tubę. 

background image

 

16 

- Nie. To przecież regulex B-40!... Też silny środek... 
- Trujący? 
- Tak. Podbiał jest bardzo żywotny, pani Elizo. O, niełatwo go wytępić! 
- A rumianek, panie Sułku? 
- Rumianek też. Zachwaszcza on zboża, rośliny okopowe i pastewne. 
- No tak, ale przecież w naszym ogródku nie ma ani zboża, ani tym bardziej tych 
pana roślin?! 
- Hm. Chwast jest chwastem. Poza tym nasiona niektórych chwastów zawierają 
alkaloidy. 
- Alka... co? 
-  ...loidy.  Zwierzęta  się  nimi  trują.  Biedne  krówki...  -  Chłopcu  zbierało  się  na 
płacz. 
- Można od tego umrzeć? - spytała pani Eliza z nadzieją. 
- Pewnie. Na takich chwastach rosną sobie w najlepsze grzyby pasożytnicze. 
- Fu!... 
- Pełno na nich wirusów i innego paskudztwa. Słowo honoru! 
- Fu! - powtórzyła pani Eliza. - Brzydzę się. 
-  Fu!  -  powtórzył  automatycznie  pan  Sułek.  -  Ja  też,  chociaż  nie  jestem 
obrzydliwy. 
-  Chodźmy  lepiej  stąd.  Możemy  się  jeszcze  zarazić  od  takiego  wirusa.  -  Pani 
Eliza ostrożnie skierowała się w kierunku domu. 
-  Aha. ale  najpierw,  psiakrew!  -  zaklął  chłopiec  -  muszę  wytępić  to  ścierwo.  O, 
tutaj mam ramrod i krozamon! 
- Pan wie chyba wszystko, panie Sułku, prawda? 
- Wiem sporo. Ale wszystkiego to na razie nie wiem - odrzekł skromnie. 
- Panie Sułku... 
- Co? 
- Widzi pan? 
- Gdzie? - zapytał pan Sułek, nie patrząc na nią. 
- Na mnie.  
- W którym miejscu? - Pan Sułek systematycznie wąchał ramrod. 
-  Tu  -  pani  Eliza  pokazywała  czubek  swojej  głowy.  Przerwawszy  wąchanie, 
powiódł  wzrokiem  (jakby  można  było  powieść  czym  innym)  za  wskazującym 
palcem pani Elizy. 
- Tu? - zapytał. Zatrzymał wzrok mimowolnie gdzie indziej. 
- Nie... - roześmiała się kobieta. - Skąd, nie tu!! Na głowie. 
- Rany boskie, co pani zrobiła najlepszego?! 
- Uplotłam sobie wianek z rumianków. Ładnie mi tak? 
- Nie za bardzo - wyznał szczerze. 
-  Woli  mnie  pan  bez  wianka,  prawda?  -  zapytała  pani  Eliza,  w  swoim 
przekonaniu niezwykle dwuznacznie. 
- Bez wianka też nie za bardzo panią wolę. Nie za bardzo lubię panią bez wianka 
- upewniał pan Sułek. 
- Ach, co innego lubić, co innego kochać, prawda, panie Sułku? 
- Tak. To dwie zupełnie różne sprawy. 

background image

 

17 

- Kocham pana... A... pan?... 
- Co ja? 
- Czy pan mnie też, choć trochę?... 
- Nic a nic! 
- Słowo honoru? 
-  Słowo  honoru!  Najświętsze!  Nie  przepadam  za  panią  za  bardzo  -  powiedział 
jak zwykle pan Sułek. 
- Pokocha mnie pan kiedyś. Zobaczy pan! 
-  Jak  zobaczę,  to  się  przekonam  -  filozofował  pan  Sułek  -  sam  wtedy  pani 
powiem. 
- Zaczekam, panie Sułku, prawda? 
- No! 
Pochylony  chłopiec  wyciągał  z  ziemi  jakąś  roślinę,  sapiąc  i  postękując. 
Wyrwawszy, oglądał ją z uwagą. 
- Co to? 
- Które? 
- To, co pan wyrwał z ziemi, 
- Hm. Babka lancetowata. 
- Chwast, prawda? 
-  Chyba  nie.  Przykłada  to  się  do  ran  ciętych,  ewentualnie  kłutych  lub  innych... 
Zresztą, sprawdźmy w tej książce. 
Kartkowali  dłuższy  czas  niezapomniane  stronice.  -  Jest!  -  krzyknął  pan  Sułek, 
pokazując brudnym palcem odpowiedni rysunek. 
- A więc to także obrzydliwy chwast, prawda, panie Sułku? 
- Rozmiażdżę go obcasem! Pod obcas z nim! 
- Jaki pan jest silny, panie Sułku, prawda? 
- Jak tur jestem silny. Nikogo się nie boję! 
-  I  pomyśleć  -  rozmarzyła  się  pani  Eliza  -  że  właśnie  taki  silny  mężczyzna,  jak 
pan, kocha zające, ptaki, ryby, rośliny... 
Wzruszenie  ogarnęło  ich  teraz  ciepłą  falą.  Pan  Sułek  chlipał  jak  dziecko,  z 
wykrzywionymi w podkowę końską ustami. 
- Niech pani przestanie... bo się rozbeczę... 
-  No,  już  dobrze,  dobrze.  Niech  pan  nie  płacze,  panie  Sułku.  Obetrę  panu  łzy 
chusteczką. Boże, Boże!... jaki pan brudny!... 
- Gdzie? - spytał zaczepnie. 
- Wszędzie. Twarz, ręce, szyja. 
- Ręce to od wyrywania chwastów. 
- A szyja? 
- No cóż., kurz straszny... Bezskutecznie usiłował obejrzeć własną szyję. 
- Nie jest aż tak brudna - zauważył. - Niech ipani nie przesadza. 
- Przepraszam. Nie chciałam pana urazić. Kocham pana i umyję panu wszystko. 
Szyję oczywiście też. 
- Nie potrzeba - obruszył się poruszony. - Sam to zrobię. Słowo honoru. Jutro ma 
być w szkole kontrola czystości. Przyjdzie higienistka. 
- Naprawdę? 

background image

 

18 

- Tak. 
Pan Sułek przeżuwał coś od pewnego czasu z niesmakiem. 
- Co pan je? 
- Ja? - spytał z głupia frant. - Nic! 
- Coś pan żuje. Mnie pan nie nabierze! Widzę to bardzo dobrze! 
-  Zdawało  się  pani...  -  Szybko  przełknął  resztkę  żutej  substancji.  -  O,  nic  -  i 
pokazał język - nie ma w ustach. O!... aaa!... - Otworzył usta na oścież. 
-  Rzeczywiście  -  szepnęła  pani  Eliza,  zaglądając  przy  okazji  w  głąb  -  ale  język 
ma pan zielony. Boże najświętszy, pan jest chory! 
- Czuję się całkiem dobrze - powiedział niepewnie. 
- Cały język - kontynuowała -i podniebienie są zielone. Dziwne! A może zaraził 
się pan, panie Sułku najsłodszy, od tych wszystkich chwastów? 
- A skąd, bardzo uważałem... Muszę jednak coś pani wyznać, pani Elizo... 
- Kocha mnie pan? - podpowiedziała szybko. 
- Nie. Co to, to nie. Nie o to chodzi. 
- A o co panu chodzi, panie Sułku kochany? 
- Objadłem się rzeczywiście. 
To wyznanie sprawiło mu wyraźną ulgę. Zbladł jednak. Zachwiał się niepewnie 
na chudych nogach. 
-  Więc  jednak!  -  pogroziła  mu  palcem  dziewczyna.  -  Oj,  nieładnie  kłamać 
narzeczonej, panie Sułku! Narzeczonej mówi się wszystko. 
- Objadłem się szczawiu polnego. 
- Teraz? 
- Przed chwilą. 
-  Stąd  ta  zieleń  w  ustach  i  na  języku.  Rozumiem.  Szczaw  jest  przecież  zdrowy. 
Co tam!... 
- Nie, pani Elizo. Myli się pani. Jest mi niedobrze. 
- Dlaczego, panie Sułku najdroższy? Chyba nie umrze pan zaraz, prawda? 
- No, nie wiem. Słowo honoru. Szczaw jest chwastem. Proszę - podał jej książkę 
pod tytułem Chwasty - niech pani sobie przeczyta. 
-  Boże  najdroższy!  -  zaskomliła  pani  Eliza,  zajrzawszy  do  literatury  -  Boże... 
niech pan mnie nie opuszcza!... 
I  właśnie  wtedy,  kiedy  pan  Sułek  na  oczach  pani  Elizy  miał  zamiar  zacząć 
rozstawać  się  z  życiem,  nadszedł  niezawodny  gajowy  Marucha.  Chcąc 
udowodnić  naszym  bohaterom,  że  niepotrzebne  są  ich  obawy,  gajowy  chodził 
jakiś  czas  na  czworakach  i  pasł  się  rozmaitymi  chwastami.  Nazajutrz  gajowy 
Marucha żył i czuł się nieźle. 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

19 

 

Krótki, popularnonaukowy szkic o wzajemnych stosunkach człowieka z 

przyrodą oraz wnioski stąd wypływające 

 
"Po co mi tu jakiś tam szkic i zwłaszcza po jaką że chorobę jakieś wnioski stąd 
wypływające?  Co  mnie  to  może  obchodzić?"  -  żachnie  się  czytelnik.  "Ja  tam 
chcę  się  jak  najprędzej  dowiedzieć,  co  tam  nowego  zaszło  między  panem 
Sutkiem a panią Eliza" - doda inny czytelnik. "Nie będzie mi tu autor wypisywał 
szkiców  popularnonaukowych,  i  do  tego  krótkich!"  -  powie  złośliwie  trzeci 
czytelnik.  W  tych,  czy  może  jeszcze  innych,  słowach  potencjalnego  czytelnika 
wyrażona  zostanie,  być  może,  niechęć  do  szkiców  w  ogóle  lub  do  rozważań 
teoretycznych  w  szczególności.  Pytania  te  stawiają  i  mnie  w  trudnej  sytuacji. 
Sam bowiem dobrze nie wiem, co skłania mnie do napisania poniższego szkicu. 
Może  chęć  szkicowania,  nie  zrealizowana we wczesnym  dzieciństwie, wraca  do 
mnie w wieku dojrzałym ze zdwojoną siłą? 
A może to po prostu niezaspokojona ambicja naukowca czy popularyzatora?... 
W  końcu  może  to  być  przecież  chęć  napisania  o  stosunkach,  o  wzajemności,  o 
człowieku,  o  przyrodzie...  Może  to  być  także  niewyżyta  pasja  ciągnięcia 
wniosków.  Ciągnięcia  ich  w  nieskończoność,  wbrew  innym,  a  nawet  wbrew 
samemu sobie. A może, kochani, chodzi mi o ciągnięcie w ogóle? 
Niewykluczone  także,  że  chcą,  jak  to  czyni  wielu,  aby  wnioski  wypływały  jak 
korek, który zanurzony w wodzie, nawet do dużej głębokości, nagle puszczony, 
wypływa  sobie  -  chlump!  -  na  powierzchnię  i  pływa  po  niej,  kolebiąc  się  na 
wiosennym  wietrze...  Tak  czy  owak,  czas  naszkicować  ten  szkic,  zrobić  to 
prędko,  aby  szybko  wrócić  do  naszych  bohaterów  i  znowu  przyłapać  ich  w 
kolejnej sytuacji, w jakiej na pewno się znajdą. 
Już  od  najdawniejszych  lat  przyroda  dawała  się  człowiekowi  we  znaki,  i  to 
porządnie. Człowiek jednak nie pozostawał jej dłużny i też dawał się we znaki 
przyrodzie przy byle okazji. To kopnął w drzewo, to dźgnął tasakiem w piach, to 
dłubał  źdźbłem  trawy  w  zębach  bez  najmniejszej  nawet  przyczyny.  Dźgając, 
dłubiąc,  kopiąc  i  nawiercając,  opowiadał  dany  człowiek  ze  zgrozą  o  wypadku, 
jak  to  piorun  pieprznął  Józka  Glebę  przez  plecy,  kiedy  ten  wracał  na 
motorowerze  ze  sklepu.  Opowiadając  to,  wygrażał  dany  człowiek  niebu 
zaciśniętą  pięścią.  Nie  zastanowił  się  taki  jeden  z  drugim,  że  może  to  właśnie 
przyroda (rozumiana bardzo ogólnie i szeroko) za pomocą pioruna chciała sobie 
Józkiem Glebą podłubać w zębach (także rozumianych ogólnie) swych. 
Kiedy sobie bowiem uświadomić, że jako ludzie stanowimy cząstkę przyrody, to 
przecież kopiąc w drzewo kopiemy także cząstkę przyrody i kto wie, czy czyniąc 
tak  nie  kopiemy  w  pewnym  sensie  samych  siebie,  i  to  niekoniecznie  w  kostkę. 
Jeżeli  spojrzeć  na  ten  fakt  z  odpowiedniej  perspektywy  (nazwijmy  to  pewnym 
oddaleniem),  to  zauważymy,  że  nawet  część,  w  którą  w  danym  momencie 
kopania  kopiemy  beztrosko,  nie  ma  właściwie  znaczenia  i  patrząc  z  góry  na 
danego  człowieka  kopiącego  ordynarnie  w  drzewo,  możemy  nie  dostrzec  celu 
ulokowania kopniaka zbyt dokładnie i możemy się na przykład zdziwić głośno: 
A czemu to jakiś tam idiota na dole sam siebie kopie w d...? 

background image

 

20 

Teraz  widać  już  chyba  jasno  to,  czego  nie  było  widać  przed  lekturą  tego 
krótkiego szkicu: drzewa, ptaki, rośliny, płazy, gady, ssaki i wreszcie człowiek, 
wszystko  to  kiełbasi  się  na  naszej  Ziemi  w  sposób  absolutnie  pokiełbaszony, 
zamieszany, ba, nawet zamiąchany i bezpowrotny. W całym tym zamęcie panuje 
pozorny ład i porządek, który w istocie ładem nie jest, ani porządkiem żadnym 
bynajmniej. A jednak żyć trzeba, choć można oczywiście tego równie dobrze nie 
robić, i dlatego ułatwiajmy sobie to pokiełbaszenie, starając się kochać przyrodę. 
Kochając  ją  bowiem,  i  jednocześnie  stanowiąc  sami  jej  część,  kochamy  siebie 
samych  również.  Im  bardziej  zatem  kochamy  zwyczajną  glistę,  węgorza, 
morszczuka,  warchlaka,  tarpana  czy  najgorzej  zapchlonego  ratlerka,  tym 
bardziej kochamy samych siebie. 
Ciągnąc tak ten szkic zauważam, że wyciągnął mi się on w podługowaty kształt 
ni  to  nochala,  ni  to jaszczurczego ogona.  Kontynuując  jednak  ciągnięcie,  mam 
nadzieję wyciągnąć z tego nie tylko jakiś ordynarny, podłużny ryj, lecz być może 
coś  na  kształt  węża  boa,  którego  kocham  przecież,  chcąc  pozostać 
konsekwentnym w stosunku do tego, co do tej pory napisałem. 
Tymczasem  jednak  odcinam  się  od  tego  całego  szkicu,  wywijając  tak  zwanego 
orła, i przechodzę do opisywania dalszych losów naszych bohaterów... 
 
ROZDZIAŁ V 
 
Jesienna orka 
 
Musicie  wiedzieć,  jeżeli  oczywiście  jeszcze  tego  nie  wiecie,  że  zeszłego  roku 
jesienią  pan Sułek  postanowił  zaorać  spory  kawałek  Lasku  Wolskiego.  W  jego 
postępowaniu  dała  się  zauważyć  tak  zwana  gospodarska  troska  o  przyszłość 
obejścia, o jego rozwój, bogactwo i siłę. Poza tym zachciało się panu Sułkowi żyć 
dostatniej, a od pewnego czasu zrozumiał, że bez tak zwanej pracy nie ma tak 
zwanych kołaczy. Tak więc wczesnym, jesiennym rankiem wyszli z panią Elizą 
Wcześnie  z  domu  i  stanęli  przed  ugorem,  który  niebawem  zamierzali 
przekształcić w uprawne pole. 
- Ile tego może być, panie Sułku? - spytała pani Eliza, patrząc het, przed siebie. 
Dwa, a może nawet trzy hektary... 
- I to wszystko nasze!? - klasnęła w dłonie. 
- Nie. Nic podobnego! 
- Jak to? 
-  Ten  kawał  pola wytyczyłem  całkowicie  nielegalnie. Nie  robimy  jednak  żadnej 
szkody w razie czego. 
- Dlaczego, panie Sułku jedyny? 
- Cicho. Nie karczowaliśmy lasu, nie zniszczyliśmy drzewostanu. 
- Bo nic tu nie rosło, prawda? 
- No! Zaorze się - przeciągnął się pan Sułek wyzywająco - zaorze się te dwa albo 
trzy hektary. Co to komu szkodzi? 
- I obsiejemy to wszystko, prawda? 

background image

 

21 

- Trzeba będzie. Słowo honoru. W przyszłym roku o tej porze będziemy zwozić 
rzepak, bobik, groch, grykę i łubin. 
- Tyle tego wyrośnie, prawda? 
-  Tak.  Zasadzimy  tutaj  wszystkiego  po  trochu.  Będę,  poza  tym,  robił 
eksperymenty... 
- I ja też, prawda? 
- Ustalmy jedno. - Pan Sułek spoważniał nie na żarty. 
- Dobrze, ustalmy to. - Patrzyła na niego z niepokojem. 
- Pani jest tutaj wyłącznie siłą fizyczną. Od myślenia mamy mnie! 
- Dobrze, panie Sułku jedyny. Przecież pan wie, jak ja pana cenię. 
-  Poza  tym.  kocha mnie  pani przecież  -  podsumował zręcznie  - i  zrobi  pani dla 
mnie praktycznie wszystko, tak? 
- Och, tak!... Praktycznie wszystko dla pana zrobię. Ja nawet jestem gotowa na 
najgorsze - szepnęła - nawet na najgorsze... 
-  No, już  dobrze  -  wzruszył się  chłopiec  -  nie  będę  przecież  pani  zmuszał aż  do 
takich rzeczy. Słowo honoru. No, do roboty!... 
- Będziemy orać, prawda? 
- Tak. Pani pociągnie pług, a ja będę szedł bezpośrednio za nim. 
Pani Eliza niewprawnie szarpnęła pług, myląc orczyk z popręgiem. 
- Nie tak - zdenerwował się chłopiec. - Źle się pani do tego bierze. 
Cierpliwie objaśnił, co i jak. 
- Popręg tutaj, szyja w chomąto, o, a tutaj orczyk... 
- Nigdy nie chodziłam jeszcze w zaprzęgu - tłumaczyła się niezręcznie. 
- Teraz dobrze - kontynuował instruktaż. - Jeszcze tylko wędzidło. 
- Jakie wędzidło? 
- To z żelaza. 
- Co się z tym robi, w przybliżeniu? 
- Hm. Koń bierze je po prostu do pyska... 
- A ja? 
- Hm. Chyba też. Inaczej nie będę mógł panią kierować. Musimy przecież równo 
poodwalać wszystkie skiby. 
-  Sporo  z  tym  będzie  roboty,  prawda?  -  Z  niesmakiem  włożyła  wędzidło  tam, 
gdzie chciał chłopak. - Już mam w ustach to bądzidło - powiedziała z trudem. 
- Wędzidło! Nigdy nie może się pani nauczyć fachowych nazw!... 
- Przepraszam - wyszeptała - nie chciałam pana urazić. 
- Niech pani uważa. Na "wio!" rusza pani przed siebie. 
- Kocham pana - męłła w ustach wyznanie - kocham pana, panie Sułku jedyny! 
- Cicho! Niech się pani nie wygłupia. Kochać tu będzie w takiej chwili... 
- Kocham pana w każdej chwili dnia i nocy - wypluła żelazo - szaleję za panem, 
najdroższy mój panie Sułku!!! 
- Wypluła pani wędzidło? 
- Przepraszam. 
Zardzewiałe żelazo wróciło na swoje miejsce. Strzelił z bata pan Sułek. 
- Wio! Wista! 
- Jakie "wista"? - spytała kobieta. 

background image

 

22 

- To znaczy w prawo. 
- A w lewo? 
- Hetta! No, wio! Bo przyłożę batem... 
Jakiś czas pracowali w pocie czoła. Przed nimi rozciągało się dziewicze pole. Za 
nimi czerniły się nierówne skiby zaoranej ziemi. 
- Dużo jeszcze tego pola zostało? - spytała pani Eliza potykając się. 
- Nie widzi pani? 
- Nie bardzo znam się na tych pana hektarach. 
-  Wytyczyłem  patyczkami.  W  każdym  rogu  pola  wbiłem  odpowiedni  patyczek. 
Powstał w ten sposób prostokąt. Taki kształt ma właśnie nasze pole. 
- Równo ciągnę? 
- Nie za bardzo. Słowo honoru. Nic pani właściwie nie potrafi robić przyzwoicie! 
- Jestem tylko słabą kobietą. 
- Ale ciągnie pani zdrowo. No, tyle że krzywo. Cholery można dostać! 
Ciszę jesiennego poranka rozdarły całkiem wyraźne strzały. 
-  Boże,  ktoś  strzelał!  -  przeraziła  się  nie  na  żarty  pani  Eliza.  -  Czy  to  pan  tak 
strzela sobie z bata, panie Sułku? 
- Nie. 
- Słyszałam wystrzały!... 
- Ja też. I co z tego? 
- Boję się, a pan? 
- Nie. Skąd?! 
- Jaki pan odważny... Kocham pana. 
- Cicho. To nie ma nic wspólnego z odwagą. 
- Dlaczego? 
- Ja wiem, skąd te strzały! 
- Powie mi pan? 
- Mogę. To pękają strąki łubinu i łuszczyna rzepaku. 
- Nie wiedziałam, że rośnie już tutaj to wszystko, prawda? 
- Bo to wszystko rośnie na sąsiednim polu. To przecież pole gajowego Mar uchy. 
- Ajj!!! - krzyknęła pani Eliza, chwytając się za oko. 
- Co tam, cholera jasna? 
- Coś mi wpadło do oka. 
-  Pewnie  nasiono  rzepaku.  Wyskakują  one  ze  strąków  na  odległość  nawet 
kilkunastu metrów. 
- Siedzi mi to nasiono w oku, panie Sułku. 
- A to pech. Ma pani pecha, pani Elizo. Ja mam cały czas oczy przymrużone. Nie 
ma głupich. Słowo honoru. 
- Nie widzę drogi przed sobą... 
-  Nie  szkodzi.  Będę  panią  powoził.  Hetta!  -  pokrzykiwał.  -  Wioo!!!  Wlecze  się 
pani okropnie. Wioo!! Oj, bo będzie bat w użyciu! Nie lubię leniuchów... 
- Dużo jeszcze zostało? - spytała dziewczyna skromnie. 
- Do zaorania? - odpowiedział pytaniem z głupia frant. 
- Aha. 
- Nawet połowy nie zaorałem. Wie pani co? 

background image

 

23 

- Słucham pana, panie Sułku najsłodszy. 
- Ziemia nam dobrze obrodzi. 
- Skąd pan wie? 
- Bo za naszym pługiem chodzą po polu ptaki. Są tutaj: gawrony, pliszki, szpaki, 
wrony, a gdzieniegdzie i mewy śmieszki. 
Oho! - obejrzał się - jedzą sobie w najlepsze tłuste pędraki. 
- Dlaczego? Po co to wszystko? Po co to? - zadała trzy podobne pytania jednym 
tchem. 
-  To  ich  pożywienie.  Przysłowie  powiada:  "za  czyim  pługiem  stado  ptaków 
chodzi,  temu  ziemia  dobrze  obrodzi".  Słowo  honoru.  Będzie  dobry  zbiór  w 
przyszłym roku... Prry!... Odpoczniemy trochę... 
Pan Sułek wyprzągł panią Elizę i przysiedli w cieniu sosny. 
- Oj, jak dobrze... Zmęczyłam się, prawda? 
- Jest pani zgrzana... - poklepał ją po twarzy. - Czy mamy coś do jedzenia? 
-  Wzięłam  z  domu  dużo  jedzenia.  Jest  w  tym  koszyku.  Spojrzał  łakomie  na 
koszyk. 
-  Aha.  Rzeczywiście!  Jest  kiełbasa...  -  zajadał  w  najlepsze  -  jaja  i  herbata. 
Wystarczy mi!... 
Pałaszował, jak to się mówi, nie owijając w bawełnę. 
- A ja? - Patrzyła łakomie na jego pracujące żuchwy. 
- Pani też chce się jeść? Cholery można dostać! A nie może pani skubnąć trochę 
trawy?...  Tam  -  pokazał  ordynarnie  palcem  -  pod  lasem  rośnie  szczaw.  Sam 
widziałem, słowo honoru! 
- Zgoda, panie Sułku. Kocham pana. Dla pana zjem nawet trawę... 
Jakiś  czas  pasła  się  spokojnie  pod  lasem.  Muchy  cięły.  Zbierało  się  na  burzę. 
Nagle pierwsze krople jesiennego deszczu zaczęły kapać: kap, kap... 
- Zaczyna padać! - wytarł dłonią usta pan Sułek. 
- Kropi rzeczywiście, panie Sułku - odpowiedziała spod lasu pani Eliza. 
- Przemoczy nas do nitki. 
- Żeby tylko pan się nam nie przeziębił, prawda? - rzekła już z bliska. 
- Łatwo się przeziębiam. Raz dwa i zapalenie płuc gotowe. 
- Okryję pana. 
- Czym? - spytał kpiąco. - Ma pani tylko suknię z lamy... 
- Przykryję pana nią właśnie. Kocham pana... Kocham pana, panie Sułku. 
Z czułością otuliła chłopca wytworną sukienką. Deszcz tymczasem padał coraz 
intensywniejszy.  Praktycznie  lało  jak  z  cebra.  Patrzyła  na  niego,  a  krople 
deszczu spływały jej po policzkach, zostawiając szarawe smugi. 
- Kocham pana, panie Sułku... 
- Cicho! To przelotny deszcz. Przeczekamy, a potem do roboty! 
Opad  był  rzeczywiście  przelotny.  Zaledwie  kilka  minut  lało  i  lało.  Zrobiło  się 
chłodno.  Tak  chłodno,  że  nawet  pan  Sułek  szczelnie  otulony  suknią  z  lamy 
nabawiłby się z pewnością co najmniej silnego kataru. Na szczęście wypogodziło 
się niebawem i przyszło nieoczekiwane ocieplenie. 
Skąd,  cholender,  ten  przelotny  i  jednocześnie  intensywny  deszcz  o  tej  porze 
roku? Jesienią potrafi przecież lać niekiedy i trzy dni... 

background image

 

24 

Nie był to jednak zwykły deszcz. Tajemnica wkrótce się wyjaśniła... To gajowy 
Marucha  podlewał z  łatwością swoją świeżo zaoraną  przez  naszych  bohaterów 
uprawę... 
 
ROZDZIAŁ VI 
 
Bydło 
 
Pani Eliza i pan Sułek stali tego dnia na rozległym pastwisku nie opodal swego, 
tak  zwanego,  domostwa.  Chłopiec  patrzył  na  nią  nic  nie  widzącym  wzrokiem, 
wykonując  karkołomną  pracę  myślową.  Ona  patrzyła  na  niego  wzrokiem 
łakomym,  pełnym  uwielbienia  i  oddania.  Wzdychała  głęboko  co  kilka  sekund. 
Trwało to jakiś czas, aż nagle pan Sułek odezwał się po prostu: 
- Zdecydowałem się, pani Elizo! 
- Nareszcie, panie Sułku najdroższy. Czekałam na to wiele, wiele czasu... Cieszę 
się, że wreszcie to nastąpiło. Zwodził mnie pan tak długo - pogroziła mu figlarnie 
palcem. 
- Nie rozumiem - powiedział z niesmakiem pan Sułek. 
- Czekałam, aż wreszcie się pan zdecyduje... 
- Na co? 
- Myślę - wyszeptała - że chce pan mnie nareszcie poprosić o rękę, prawda? 
- Ja?! - głos zachrypiał mu w gardle. - No wie pani? Co to za jakieś bzdury?! 
-  A  ja  myślałam...  -  zarumieniła  się  po  uszy.  -  Ja  tak  właśnie  sobie  myślałam, 
prawda? 
- Cichooo!... Nie na to się właśnie zdecydowałem. O tym na razie nie ma nawet 
mowy. Zdecydowałem, że zostanę weterynarzem. 
-  Ach,  tak?...  -  ucieszyła  się  pani  Eliza  i  dodała  domyślnie  -  będzie  pan  leczył 
zwierzęta, prawda? 
-  Tak  -  odparł.  -  Odpłatnie!  -  dodał.  -  Zarobię  dużo  pieniędzy...  Słowo  honoru. 
Nie ma głupich - stwierdził uroczyście. 
- Przy pana zdolnościach - zauważyła - mógłby pan być właściwie kimkolwiek. 
-  Wiem.  Zostanę  jednak  weterynarzem.  Kocham  zwierzęta.  Małe...  i  duże... 
Domowe i dzikie... 
- Och, tak wiele w panu uczucia, panie Sułku najdroższy. Starczy tej miłości dla 
wszystkich zwierząt na świecie. A potem - rozmarzyła się niepoprawnie - potem 
kto wie, może i mnie pan pokocha?... 
-  No, nie wiem. Czekają  mnie  całe  lata nauki. Będę  okropnie  zajęty. Kolokwia, 
egzaminy,  zaliczenia,  wykłady,  indeksy,  prodziekani...  Ja  kocham,  pani  Elizo, 
nawet zwykłą świnię. Tak, świnię! Często mam ochotę pocałować ją w ryj. 
-  Boże,  jak  ja  zazdroszczę  tym  wszystkim  zwierzętom.  Żeby  to  tak  mnie  pan 
chciał kiedyś pocałować. Tak chciał - mnie, jak chce pan zwykłą świnię... 
- Póki co - przerwał - nie ma o czym mówić. Mam ważniejsze sprawy. 
- A ta łąka - zatoczyła koło ręką - a ta łąka zielona pełna kwiatów?... Czy ona nie 
nastraja pana romantycznie? 
- Nie. Łąka jest paszą dla bydła - powiedział. - O!... 

background image

 

25 

- Dlaczego pan powiedział "O!..."? 
- O, krowa! 
- I co, i co? - drżała z podniecenia. 
- Krowa na łące. Stoi sobie na łące zwykła krowa. Kocham krowy, 
- Boję się - próbowała przytulić się do niego bezskutecznie. 
- Krowy się pani boi? 
- Patrzy na mnie jakoś dziwnie - powiedziała, patrząc dziwnie na krowę. 
- Krowy zawsze tak patrzą - powiedział pan Sułek, zbliżając się do krowy. 
Podszedł do niej na odległość wyciągniętej ręki. Poklepał zwierzę pieszczotliwie 
po szyi. - Ładna krowa, ładna... Siwula... - dodał. 
- Panie Sułku... 
- Co? 
-  Dlaczego  krowa  macha  i  macha  sobie  ogonem?  -  zadała  podstawowe  pytanie 
pani Eliza. 
-  Co  za  głupie  podstawowe  pytanie.  Oczywiście,  ogania  się  od  gzów.  W 
przyrodzie wszystko jest dobrze pomyślane. Każdy giez musi mieć swój ogon. No 
i  oczywiście  każdy  ogon  musi  mieć  swojego  gie...  gza...  Ładna  krowa,  ładna, 
ładna... - klepał ją teraz raz za razem. - Żuj sobie, żuj... głupoto. 
- Do mnie nigdy pan tak nie powie. 
- Jak? 
- Tak pieszczotliwie "głupoto". 
- Bo kocham krowy. Słowo honoru. Wszystkie krowy na świecie kocham. 
- Ciekawe, ile też może ich być?... Tych krów. 
- W sumie? - zapytał, marszcząc czoło. 
- Aha. 
-  Jest  całe  mnóstwo  -  wyjaśniał  cierpliwie  -  krów  na  świecie.  Kocham,  ma  się 
rozumieć,  wszystkie  gatunki  krów,  jakie  są  tylko  możliwe.  Kocham  nawet 
afrykańskie zebu. 
- Jakie zebu? - spytała ciekawie pani Eliza. 
- Afrykańskie. Są to krowy z dużym, tłuszczowym garbem na plecach. Spotyka 
się je w Afryce na każdym kroku. 
- A ta - wskazała palcem - którą pan właśnie tak gładzi po mordzie?... 
- Ta?... Rasa nizinna czarno-biała. Ot, zwykła polska krowa. To zresztą bardzo 
stara krowa. Ma chyba z piętnaście lat co najmniej. 
- Boże święty, skąd pan to wie, panie Sułku jedyny?! 
-  Po  rogach,  po  rogach  poznałem.  Po  tych  pierścieniach  na  rogach.  O!  - 
pokazywał - widzi pani? 
- Widzę je dobrze, prawda? 
- Skąd ja mam wiedzieć, czy pani je dobrze widzi? - obruszył się chłopak. 
-  Bo  przecież  pan  wie  wszystko,  panie  Sułku.  Pan  wie  wszystko  o  krowach  i  o 
mnie... 
-  Wiem  sporo  -  klepał  teraz  krowę  wszędzie.  -  Piękny,  piękny  kawał  mięsa. 
Wołowina zadnia - mlasnął. 
- Na pieczeń, prawda, panie Sułku? 
- A to - wodził palcem po krowie - to tak zwany mostek. 

background image

 

26 

- Jest pyszny. - Pani Eliza poczuła ssanie w żołądku. 
- Gdzieś tutaj - szukał zapamiętale - muszą być nerki. Lubi pani nerkówkę? 
- Podobnie jak pan. Nie mniej, panie Sułku. 
-  O,  tak...  Kocham  tę  krowę.  Zjadłbym  ją  z  kopytami!  -  oblizał  się  pan  Sułek 
głośno. 
Pani Eliza zaśmiała się perliście. 
- Ja też, prawda? 
- Też ją pani kocha? 
- Też bym ją zjadła z kopytami. Kocham tylko pana, panie Sułku najsłodszy. 
- Ciicho... Hm, a może... - kombinował - może by tak ją wydoić, póki co? 
- Niezła myśl, prawda? 
- Mleko prosto od krowy jest bardzo zdrowe. Słowo honoru. 
- Wydoi ją pan, panie Sułku? 
- Zastanawiam się właśnie... Sęk w tym, że to nie nasza bynajmniej krowa. 
- I co, i co? - spytała bezmyślnie. 
- Możemy nieźle "oberwać, jak nas ktoś przyłapie na dojeniu. Nikt nie lubi, żeby 
ktoś doił jego krowę. Słowo honoru. 
- Wydójmy ją szybko i uciekajmy - zaproponowała pani Eliza. 
- Łatwo powiedzieć - zakpił. - Nigdy nie doiłem krowy... Pan Sułek wprost oczu 
oderwać już nie mógł od zwierzęcia. 
-  Ładna,  ładna  krowa...  -  powtarzał  bezmyślnie.  -  Ładny  kawał  cielęciny.  Aż 
ślina cieknie... 
- Mnie też - zauważyła pani Eliza. - Zjadłabym kawał tej krowy. 
-  Przedtem  -  zauważył  -  musielibyśmy  ją  zabić.  Nie  jestem  jednak  na  razie 
rzeźnikiem. Słowo honoru!... 
-  Pan  może  być  wszystkim.  Dla  mnie  -  zniżyła  głos  do  szeptu  -  dla  mnie,  panie 
Sułku, jest pan wszystkim! 
-  Mam  przecież  właśnie  -  zastanawiał  się  chłopak  -  zostać  weterynarzem.  Sam 
już teraz nie wiem, na co się zdecydować. W jednym i drugim zawodzie pociąga 
mnie  jedno:  kontakt  z  przyrodą.  Kocham  zwierzęta.  Powtarzam  to  przecież 
tysiące razy. 
- Stale pan to mówi. Rzeczywiście. 
Pan Sułek patrzył łakomie na przeżuwającą, starą krowę. 
- Jest piękna, tłusta... Nie, nie jest wzdęta chyba. 
- Skąd pan wie? - zainteresowała się pani Eliza. 
-  Po  koniczynie  krowy wzdyma. Ta  nie  jadła  koniczyny. Ładna  krowa, ładna... 
Aj!... - krzyknął - polizała mnie. 
- Aha. W policzek pana polizała - ucieszyła się pani Eliza. 
- Zwierzęta mnie lubią. Zwierzęta wyczuwają dobrego człowieka na kilometr, a 
nawet na więcej. 
Krowa wykonała nieokreślony ruch. 
- Stój, bo jak cię!!! - krzyknął ordynarnie chłopiec. 
- Chciała pana tryknąć rogami, prawda? 

background image

 

27 

- To z miłości - wyjaśnił pan Sułek. - Oho, widzę, że ta krowa mnie lubi. Wszyscy 
mnie lubią. W ogóle jestem lubiany w klasie... I w ogóle. Słowo honoru! Jest za 
co, oczywiście... 
- Oj tak, panie Sułku naj... naj... najulubieńszy! 
- Cicho! No i przestraszyła ją pani... 
Krowa zaryczała przeciągle i ruszyła w stronę pana Sułka. 
- Zamknij się, dobrze?! - powiedział pan Sułek. - Won, bydlaku! - opędzał się od 
nacierającej krowy. 
- Czemu ona tak znowu ryczy? - spytała wprost pani Eliza. 
- Bydło domowe nie jest za mądre. Nie przeszkadza mi to jednak kochać głupie 
cielęta i kretyńską jałowiznę. Zamknij się! - powiedział do krowy i zwracając się 
następnie do pani Elizy zaproponował - chce się pani przegalopować? 
- Jak to? - Nie wierzyła własnym uszom. 
- Dosiądziemy tej krowy we dwoje i wio! 
- I wio? Na krowie? - zadała aż dwa pytania pani Eliza. 
-  Pewnie.  Parę  razy  okrążymy  sobie  to  pastwisko.  Lubię  pęd.  Szybkość! 
Podsadzi mnie pani? 
-  Oj,  tak...  tak,  panie  Sułku  jedyny  -  powiedziała  szybko  i  zaczęła  go  wyraźnie 
podsadzać.  Szło  to  niesporo,  ale  mimo  wszystko  już  za  chwilę  galopowaliby 
śmiało po pachnącej łące. Letni wiatr rozwiewałby im falujące włosy... 
Niestety,  musieli  zrezygnować  z  przejażdżki.  Krową  bowiem  okazał  się  być 
wszędobylski  gajowy  Marucha,  obserwujący  życie  polnych  świerszczy  w  tym 
nieco  dziwacznym  przebraniu.  Po  wyjaśnieniu  zabawnego  nieporozumienia 
udali się wszyscy troje do domu, otworzyli drzwi, weszli do izby i... usiedli. 
 
ROZDZIAŁ VII 
 
Wędrówki ryb 
 
Przez  Lasek  Wolski  z  południa  na  północ  przepływa  swobodnie  normalny, 
górski  potok.  Nikt  nie  zna  jego  nazwy,  chociaż  woda  w  nim  przejrzysta  i 
niezwykle  bystra.  Siedzi  nad  taką  wodą  pan  Sułek  i  patrzy  w  nią  zamyślony. 
Obok pana Sułka siedzi nad wodą pani Eliza, niemłoda już przecież kobieta, i za 
wszelką  cenę  usiłuje  pana  Sułka  jakoś  rozerwać.  Czasem  jej  się  to  udaje,  a 
czasem znowu nie. Trwa ta sytuacja ładne parę dni. 
- Co panu jest, panie Sułku? - spytała w pewnym momencie kobieta. 
- Nic - odpowiedział krótko. 
- Jest pan taki zamyślony i smutny... 
- Jestem - warknął. - I co z tego? 
-  Martwię  się  o  pana.  Martwię  się,  ponieważ  jestem  przecież  pana  narzeczoną. 
Dlatego właśnie to robię. 
- Nikt panią o to nie prosi - burknął pan Sułek i trwał w zamyśleniu. 
- Jestem... jestem pana... na... - jąkała - narzeczoną. 
- I co z tego? 
- Pana nastrój nie jest mi obojętny, prawda? 

background image

 

28 

- To dobrze - zgodził się nareszcie. 
- Bo... - ciągnęła - bo przecież... 
- Bo co? 
- Bo przecież - powiedziała szybko - kocham pana, panie 
Sułku jedyny! 
- Cicho - rzekł machinalnie i odruchowo zarazem. 
- Boże - kontynuowała - jak ja pana kocham! Szaleję za panem wprost!!! 
- To dobrze - skwitował jej niewczesny poryw. 
- Cieszy się pan? - zapytała z nadzieją. 
- Nie - odparł po prostu i szczerze. 
- Właśnie widzę, panie Sułku, że jest pan jakiś nieswój... Pan Sułek zdenerwował 
się tym razem nie na żarty. 
- Czy pani przestanie wreszcie mną się zajmować, czy nie?! - wrzasnął. 
- Nie chciałam pana urazić... 
- A uraża mnie pani stale. Słowo honoru. Jestem  okropnie wrażliwy i subtelny. 
Wszystko mnie uraża! Byle co! 
- Co prawda, to prawda - przyznała mu rację. 
Zapadła długa cisza. Potok szemrał i szemrał, pluskając wesoło. 
- One muszą tutaj wrócić - westchnął chłopiec. 
- Jakie one? - zaniepokoiła się pani Eliza. - Jakieś kobiety? 
-  Jakie  kobiety, dziewczyno? Tfu  - splunął.  - Jakie  dziewczyny, kobieto?  Tfu!  - 
splunął potwornie. - Wszystko mi się plącze przez panią, pani Elizo. 
- A powie mi pan? 
- Co? 
- Kto musi tutaj wrócić? 
- Kto? - zażartował z niesmakiem. - Ona się pyta, kto?... O rany! ... łososie! 
- Jakie łososie? - płonęła z ciekawości. 
- Takie ryby - odparł spokojnie. Patrzył w wodę cały czas namiętnie. 
- Wiem - zauważyła pani Eliza - jadłam łososia nieraz.. 
- Ja też. Łyżkami... - Uśmiechnął się do wspomnień. 
- A ja widelcem. 
- Nie o to chodzi - uśmiechnął się pan Sułek pobłażliwie. - Chodzi o to, że jadłem 
dużo łososi. Tak się mówi "łyżkami". 
- Rozumiem. Wszystko zrozumiałam, panie Sułku, prawda?  -mówiła bez ładu i 
składu. - A dlaczego łososie mają tutaj wrócić? Właśnie tutaj? 
- "Dlaczego... właśnie tutaj?" - przedrzeźniał ją pan Sułek. - Rok temu płynęły w 
przeciwną stronę. Teraz sobie czekam, aż wrócą. 
- Jak to? - zapytała z głupia frant. 
- Nie słyszała pani nigdy o wędrówkach łososi? - zdziwił się nie na żarty. 
-  Przenigdy  -  zapewniła  go  skwapliwie.  -  Przenigdy  nie  słyszałam  o  czymś 
podobnym. Opowie mi pan o nich? 
- Tak. 
-  No  więc,  jak  to  właściwie  z  nimi  jest, panie  Sułku jedyny?  Z  tymi  łososiami  - 
dodała dla wszelkiej pewności. 
- Z łososiami?... - igrał z jej ciekawością. 

background image

 

29 

-  No  tak.  Tak  właśnie.  Niech  pan  nie  igra  z  moją  ciekawością.  Płonę  z 
ciekawości. 
- Z ciekawości?... - igrał dalej pan Sułek. 
-  Niech  pan  się  ze  mną  nie  droczy,  panie  Sułku.  Nie  mogę  już  wytrzymać.  No 
więc łososie wędrują, tak? 
- Gdzie wędrują?... - igrał teraz pan Sułek, ile wlezie. 
- Oj, sam pan to przed chwilą powiedział. 
- Wiem, ja tylko tak dla żartu! - Roześmiał się udobruchany. 
Pani Eliza zawtórowała mu niezdrowym śmiechem. 
- Niezły żart, prawda, panie Sułku? Dowcipny pan jest. 
- Wiem. - Śmiał się otwarcie i szczerze. - Czasem można 26 mnie skonać. 
- Ze śmiechu - domyśliła się pani Eliza - prawda? 
- Aha, właśnie ze śmiechu. Słowo honoru. Jestem najzabawniejszy w całej naszej 
klasie. Jak coś powiem, wszyscy ryczą. 
- Ze śmiechu - domyśliła się już po raz drugi pani Eliza - prawda? 
- Aha - odparł. 
- Wracajmy jednak do tematu. Opowie mi pan o tych wędrówkach łososi? 
-  Dobrze  -  zgodził  się  nareszcie.  -  Łososie  rodzą  się  w  górnych  biegach  rzek  - 
zaczął. 
- Czyli gdzie? 
- Czyli po tamtej - wskazał palcem - południowej stronie Lasku Wolskiego. 
- Aha - słuchała w napięciu. - I co, i co? 
- Następnie płyną do morza, gdzie sobie dorastają - wyjaśniał cierpliwie. 
- Aha. I co, i co? 
- Następnie... - przerwał, patrząc w wodę. - O, płynie łosoś!!! 
- Nie, panie Sułku. To nie łosoś, to szyszka jodłowa - zauważyła pani Eliza. 
- Racja - zgodził się bez trudu. - No więc, kiedy już .dorosną, płyną do rzek, aby 
w nich złożyć ikrę... 
- Jaką ikrę? - przerwała mu pani Eliza ze zdziwieniem. 
- Takie jaja - wyjaśnił dobitnie. 
- Jak kury? - zarumieniła się niespodziewanie pani Eliza. 
- Z grubsza... tak... Większość wędrówek na tarło... - wyjaśniał dalej. 
- Na jakie tarło? - przerwała, nie rozumiejąc znowu. 
- Gody - powiedział pan Sułek niezadowolony, że tak mu przerywa i przerywa. 
- Nie rozumiem - nie rozumiała dalej. 
- Jak by to pani wyjaśnić? - zastanowił się głośno młody człowiek. 
- Wiem: - Rumieniec na jej twarzy był niezdrowy, lecz silny.  - One... one żenią 
się w tych rzekach, prawda? 
-  Z  grubsza...  tak.  No  więc  większość  takich  wędrówek  odbywa  się  jesienią. 
Samce przybierają wtedy barwy biało-nie-biesko-czerwone... 
- Ładne muszą być. - Spojrzała na niego z dumą. 
- Kto? - spytał, nie rozumiejąc. 
- Te samce. Takie kolorowe... 
- Niech pani nie przeszkadza. Wiosną ze złożonej ikry wylęgają się młode łososie. 
- Biało-niebiesko-czerwone - domyśliła się natychmiast. 

background image

 

30 

-  A  skąd?!  -  zawołał  z  oburzeniem  pan  Sułek.  -  Szare.  Młode  są  szare.  Szare, 
rozumie  pani?  Dopiero  po  roku  młode  łososie  wędrują  znów  do  morza.  Dziś 
właśnie mija rok od dnia, kiedy widziałem tutaj biało-niebiesko-czerwone samce. 
Tu. W tym strumieniu! 
- Tu, w Lasku Wolskim? - spytała, nie dowierzając. 
- A gdzie? - oburzył się ruchliwie. - Mówię, że tu. Cicho, pani Elizo. Niech pani 
sobie za wiele nie pozwala. 
- Nie chciałam pana, panie Sułku, urazić... 
Nie słuchał jednak jej odpowiedzi. Patrzył w strumień. Po chwili aż się poderwał 
na tak zwane równe nogi. 
- O, jest!!! - wrzasnął piskliwie lub, jak kto woli, pisnął wrzaskliwie. 
- Co, panie Sułku? - pochyliła się nad potokiem pani Eliza. 
- Łosoś, łosoś!!! - wołał zapamiętale. - Mówiłem, że tutaj będą!!! 
- Rzeczywiście, mówił pan - popatrzyła na niego. - Jest pan wspaniały. 
- Złapiemy go! 
- Rękami, prawda, panie Sułku? 
-  Jak  się  da  -  był  niezwykle  podniecony.  -  Jak  się  da  rękami,  to  rękami.  Słowo 
honoru, łosoś! 
- Biało-czerwono-niebieski? - spytała pani Eliza, nie widząc dobrze. 
-  Nie.  Jest  szary.  To  młody  łosoś  wędrujący  właśnie  do  morza.  Złapiemy  go!!! 
Kocham przyrodę, pani Elizo. Wszystko w niej się zgadza, i potwierdza. Do tej 
pory  wiedziałem,  że  łososie  wędrują  wyłącznie  z  książek.  Teraz  widzę  to  na 
własne oczy. 
- A ja nie - powiedziała pani Eliza zgodnie z prawdą. 
-  Chyba  jest  pani  ślepa.  Słowo  honoru.  Niech  mi  pani  poda  ręką.  Niech  mnie 
pani trzyma. Muszę się nachylić nad strumieniem. 
Chwyciła go z całej :siły za dłoń i zaparła się mocno obiema nogami. Pan Sułek 
nachylał się coraz to niżej nad lustrem wody. 
- Wpadniemy teraz razem do wody, prawda, panie Suł...? 
Nie skończyła, gdyż właśnie fakt ten nastąpił jak najbardziej. 
W  strumieniu  nie  znaleźli  jednak  młodego,  podrośniętego łososia, wędrującego 
właśnie z Lasku Wolskiego wprost do morza. Rzekomym łososiem okazał się być 
nieomylny gajowy Marucha, płynący spokojnie z prądem strumienia w szarym, 
wizytowym garniturze... 
 
ROZDZIAŁ VIII 
 
Dzioby i przylgi 
 
Tego dnia siedział pan Sułek na pierwszym lepszym pagórku w Lasku Wolskim. 
Obok  niego  na  innym,  pierwszym  lepszym  pagórku  siedziała  sobie  pani  Eliza. 
Było ciepło i przyjemnie. Pan Sułek uśmiechał się sam do siebie raz po raz. Coś 
tam  sobie  szeptał.  Gaworzył  jak  dziecko.  Pani  Eliza  przyglądała  mu  się  w  tak 
zwanym  niemym  podziwie.  Nie  śmiała  jednak  ingerować.  Ględził  pan  Sułek 
kilka godzin w ten Sposób, aż wreszcie kobieta nie wytrzymała... 

background image

 

31 

- Jaki pan jest dziwny, panie Sułku kochany - powiedziała ostrożnie. 
- Bo co?! - spytał niezadowolony, że mu tak przerywa to, co przerwała. 
- Bo nic, tylko uśmiecha się pan do siebie i uśmiecha. 
- Marzę sobie - wyjaśnił. 
- O czym pan tak znowu marzy? Kupię panu przecież wszystko. 
- Hej!... - westchnął radośnie chłopiec - hej, gdybym to ja miał dziób! Heeej!!! 
- Jaki dziób, panie Sułku? - zaniepokoiła się poważnie pani Eliza. 
- Jakikolwiek dziób. Jak ptaki - dodał. - Na skrzydłach mniej mi zależy... 
- Nie chciałby pan mieć skrzydeł jak ptaki? - zdziwiła się na dobre. 
- Dziób by mi wystarczył. Bezwarunkowo! 
- Do dziobania, prawda? - domyśliła się chytrze. 
- Nie tylko - sprostował. - Dziób służy do rozmaitych rzeczy, pani Elizo. Dzięcioł, 
ten ma dziób!... - westchnął z zazdrością. 
-  Nie  wiem  jeszcze,  czy  podobałby  mi  się  pan  z  takim  dziobem  jak  u  dzięcioła. 
Oj, nie wiem, panie Sułku!... 
-  To  co  z  tego?  Mógłbym  za  to  wyrąbać  sobie  dziuplę.  Taki  dziób  to  siekiera  i 
dłuto zarazem. Żarłbym też korniki. Słowo honoru. Przyroda jest piękna... 
- Też ją kocham - powiedziała szybko pani Eliza. 
- Albo sikora - snuł marzenia dalej. - Ta ma dziób delikatny. Wydobywa nim ze 
szczelinek  kory  owady.  Ich  jajeczka  i  larwy.  Precyzyjny  mechanizm.  Słowo 
honoru. 
- A ja i tak wolę pana od dzięcioła i sikory - szepnęła pani Eliza zdecydowanie. 
-  Krzyżodziób  ma  dziób  skrzyżowany  -  powiedział  pan  Sułek  całkiem 
ortograficznie. - Jest to rodzaj dłuta do wyłuskiwania szyszek. 
- Przecież nie jada pan szyszek, panie Sułku, na miłość boską!... 
-  Co  z  tego.  Gdybym  miał  dziób  -  jadałbym.  W  przyrodzie  wszystko  jest 
wspaniale zorganizowane. 
- Człowiek na przykład jada mięso, prawda? - spytała z nadzieją w głosie. 
- Też przydałby się dziób. 
- Do jadania mięsa? 
- Jastrząb ma taki właśnie dziób. Jest haczykowato zagięty i służy do rozrywania 
mięsa. Albo taki kormoran. Niby zwykły dziób, a guzik. 
- Jaki guzik? - spytała pani Eliza inteligentnie. 
- Tak się mówi. Na końcu tego dzioba jest haczyk. 
- I po co, po co to wszystko? 
-  Ona  się  pyta, po  co! Jest  to  narzędzie  do  chwytania  ryb. Niech  pani spróbuje 
kiedyś  schwytać  rybę  własnymi  ustami.  Nic  z  tego.  Trzeba  mieć  dziób  jak 
kormoran... Co z panią...? 
Teraz  zauważył,  że  od  pewnego  czasu  pani  Eliza  wykonywała  dziwne  ruchy 
wargami.  Układała  je  w  najrozmaitsze  kształty.  Wreszcie  wydała  z  siebie 
okrzyk: 
- Kwak, kwak, panie Sułku!... Kwak, kwak!!!... 
- Co pani wyrabia? - patrzył z niesmakiem. 
- Nie widzi pan? 
- Widzę - popatrzył uważniej - widzę i nie rozumiem. 

background image

 

32 

- Udaję kaczkę - wyjaśniła. 
- Po co? 
-  Kaczka  ma  właśnie  taki...  -  wysunęła  obie  wargi  ku  przodowi  -  o,  taki  ma 
właśnie dziób. Płaski i szeroki. Wiem już, że lubi pan dzioby. Chciałam właśnie 
zrobić panu przyjemność. 
Spoglądał na nią z mieszanymi uczuciami. 
- Głupio to wygląda - zawyrokował. - Głupio to wygląda, pani Elizo - powtórzył. 
- Udawać kaczkę w pani wieku jest co najmniej nierozsądne. 
- Tracę dla pana głowę, panie Sułku - powiedziała prędko, wciąż udając kaczkę - 
tracę ją, ponieważ kocham pana, panie Sułku!... 
- Cicho - warknął beznamiętnie. - Cholera jasna! Wszyscy mają dzioby, tylko ja 
nie. Słowo honoru! 
-  Co  by  tu  zrobić?  -  zmartwiła  się  nie  na  żarty  pani  Eliza.  -  Sama  nie  wiem. 
Dziób panu raczej nie wyrośnie, prawda? 
-  Raczej  nie.  Nie  ma  na  co  w  każdym  razie  liczyć.  Nie  znam  wypadku.  Żeby 
chociaż - skarżył się dalej pan Sułek - jak u gawrona. Prosty i twardy. 
- Kopałby pan nim sobie w ziemi, prawda? 
- Ile wlezie. Bez najmniejszej przerwy! Przekopałbym cały Lasek Wolski!!! 
-  Panie  Sułku.  -  Pani  Eliza  od  dłuższego  czasu  przyglądała  mu  się  z  rosnącym 
zainteresowaniem. - Po co panu ta żaba? 
- Jaka żaba? - spytał z roztargnieniem. 
- Ta, którą pan, trzyma w ręku. 
- Ta? - Na wyciągniętej dłoni leżała w najlepsze prawdziwa żaba. 
- Ta. Właśnie. Po co panu ona? 
- Obserwuję ją cały czas - wyjaśnił z głupia frant. - Ścierwo ma przylgi. 
- Jakie przylgi!? 
- Te poduszeczki na końcach palców. Dzięki nim rzekotka może utrzymywać się 
na  gładkich  liściach.  A  ja  nie  mogę  -  był  bliski  płaczu  -  ja  nie  mogę.  Cholery 
można od tego dostać! 
- Bo nie ma pan przylg, prawda? 
- Ani przylg, ani dzioba... 
- Ani, ani... 
- Zwariuję od tego! 
-  Niech  pan  nie  wariuje,  panie  Sułku.  Coś  się  poradzi.  Zrobimy  panu  dziób  na 
pewno - pocieszała go, jak mogła. 
- Z plastiku nie chcę - upierał się bez sensu. - Mam w nosie taki dziób z plastiku. 
Chcę prawdziwy! 
- Może ze sklejki... - podsunęła nowy pomysł bez przekonania. 
-  Złapmy  dzięcioła  -  powiedział  pan  Sułek,  ocierając  oczy  -złapmy  dzięcioła. 
Ukręci mu się dziób i cześć! 
-  Dobra  myśl  -  ucieszyła  się  pani  Eliza.  -  Złapmy  dzięcioła  krzyżodzioba  albo 
kormorana. Ukręci im się dzioby i cześć. Nie wiedziałam, swoją drogą, że aż tak 
kocha pan przyrodę, panie Sułku... 
- Szaleję za nią! Kocham gzy, pająki i bociany!!!... 
- Jaki pan jest męski, panie Sułku! - powiedziała z dumą pani Eliza. 

background image

 

33 

- Serio? - zapytał kokietliwie. 
- Serio - odparła. - Silny i sławny. 
- Tylko forsy nie mam za dużo - zmartwił się trochę pan Sułek. 
- Nie szkodzi. Starczy moich pieniędzy dla nas obojga. 
- Też nie śmierdzi pani groszem, pani Elizo... 
- Nie szkodzi. Od ust sobie odejmę, a panu dam! - powiedziała dwuznacznie. 
- Poświęci się pani dla mnie, tak? 
- Oj tak! 
- Nie trzeba... 
- Chcę tego! 
- Serio? 
- Jak najbardziej, panie Sułku kochany! - krzyknęła w u-niesieniu. 
-  Cicho!  -  Tego  było  już  za  wiele.  -  Niech  sobie  pani  -za  bardzo  nie  pozwala! 
Krzyczeć tu mi będzie... Zaczaimy się teraz na dzięcioła albo na bociana... 
- Są w Lasku Wolskim bociany? - spytała naiwnie pani Eliza. 
-  Tak.  Właśnie  dlatego  -  wymachiwał  trzymaną  w  ręku  żabą  -  wymachuję  tą 
żabą. Bociany jedzą żaby z łatwością. Przyjdzie tutaj bocian, jak go znam. Słowo 
honoru! 
- A wtedy za dziób go, prawda? 
- I dziób mój! Wreszcie go będę miał... 
- Prawdziwy dziób - ucieszyła się jak dziecko. - Cieszę się jak dziecko! 
- Ciiii... idzie... 
- Kto?! 
- Ciii... bocian... 
Wspaniały bocian zbliżał się od zachodu. 
- Aha. Wstrząsający - szeptała pani Eliza, tuląc się do narzeczonego przy okazji. 
- Wspaniały. Jedyny... 
- Aha - pan Sułek patrzył na bociana jak najęty. - Fajny jest! 
- Ale ja - wyjaśniła pani Eliza, tuląc się coraz bardziej do chłopca - ja do pana to 
wszystko mówiłam, jedyny panie Sułku... 
- Cicho... - powiedział pan Sułek, odsuwając ją od siebie. - Ciiii... 
W odpowiedniej chwili poderwał się i skoczył śmiało w kierunku nadchodzącego 
ptaka. 
- Teraz! Bij! Zabij! Trzymaj! - Trwała uparta szamotanina. 
- Brawo, brawo! - klaskała w dłonie pani Eliza. - Mamy go, nareszcie! 
Tym  razem  nie  był  to  jednak  taki  zupełnie  prawdziwy  bocian.  Nastąpiło 
nieporozumienie.  Ot,  zabawny  zbieg  okoliczności.  To  gajowy  Marucha, 
przebrany  za  najprawdziwszego  bociana,  udawał  się  na  bal  maskowy  do 
pobliskiego Dzielnicowego Domu Kultury i Wypoczynku... 
 
 
 
 
 
 

background image

 

34 

 
ROZDZIAŁ IX 
 
Walki owadów 
 
Była  godzina  dwunasta  w  południe.  Pan  Sułek,  który  niedawno  się  obudził, 
polegiwał leniwie w ciepłym łóżku. Pani Eliza krzątała się po mieszkaniu za tym 
i za owym. Początkowo, zajęta codziennymi czynnościami, nie zauważyła nawet, 
że  jej  chłopiec  otworzył  już  oczy.  Kiedy  to  jednak  spostrzegła,  powiedziała, 
wkładając w to, co powiedziała, maksimum Ciepła i czułości. 
- Dzień dobry, panie Sułku. 
- Dzień dobry - mruknął chłopiec, przeciągając się na wszystkie strony. 
- Jak się panu spało? - zapytała wesoło i swobodnie. 
- Źle! - padła odpowiedź. 
-  Dlaczego  źle,  panie  Sułku  najdroższy?  -  pani  Eliza  niewątpliwie  dociekała 
przyczyn fatalnego stanu rzeczy. 
- Złe sny miałem - powiedział ponuro pan Sułek. - Fatalne sny... 
- A co się panu tam śniło? 
- Pani... 
- Och, naprawdę - ucieszyła się pani Eliza - śniłam się panu? 
- Tak. 
- I co, i co? - zadała dwa identyczne pytania, z nadzieją na rychłą odpowiedź. 
- I nic. Cholery można dostać! Nawet we śnie mnie pani nie opuszcza. 
- Bo... bo kocham pana, panie Sułku... 
- Ciichoo... Mam tego dosyć. Eee, pójdę sobie!... - zaproponował. 
-  Boże,  niech  pan  tylko  nie  odchodzi,  panie  Sułku  jedyny.  Och,  panie  Sułku 
najdroższy... nigdy! Wszystko, tylko nie to. 
- Pójdę sobie gdzieś w diabły!... - droczył się z nią wyraźnie. 
- Już niedługo - kusiła - kupię panu motorower. 
- Kiedy? - zapytał niby od niechcenia. 
- To kwestia dni. 
- Ilu dni? - trzymał temat twardo. 
- Dwóch, trzech... - zaryzykowała. 
- Zostaję - powiedział pan Sułek, wichrząc włosy. 
-  Tak  chciałabym  kiedyś  pana  pocałować,  panie  Sułku...  Pani  Eliza  wolno 
zbliżała się w kierunku łóżka. 
- Teraz nie - powiedział szorstko chłopiec. - Może za dwa, trzy dni... 
- Śniadanie na stole, panie Sułku - niechętnie zmieniła temat pani Eliza. 
- Teraz nie mogę. Jestem zajęty. 
- A co pan robi, panie Sułku? 
- Nic ważnego. Myślę. 
- O mnie? - spytała z nadzieją. 
- A skąd. Skąd pani to przyszło do głowy? 
- Przecież śniłam się panu?... 
- Ale ja już nie śpię... 

background image

 

35 

Pan Sułek pomrukiwał pod nosem. Twarz miał skupioną, czoło zmarszczone. 
- Da radę czy nie da rady?... Cholera jasna!... 
- Kto? - spytała pani Eliza, łowiąc treść pomrukiwań. 
- Co kto? 
- Kto da radę czy nie da rady? 
- Pachówka. 
- Jaka pachowka? 
- O rany! - zniecierpliwił się chłopiec - taki owad. 
- Jaki owad, panie Sułku? Niech mi pan opowie przy śniadaniu. 
- Nie będę teraz jadł śniadania, mówiłem przecież tysiąc razy! Jestem piekielnie 
zajęty myśleniem. 
- Siądę przy panu, dobrze? - przycupnęła na skraju łóżka. 
-  Tylko  nie  na  łóżku!  Niech  pani  weźmie  krzesło.  Wykonała  polecenie.  Siadła, 
patrząc na niego łakomie. 
- No... więc jak to jest z ta pachówką?... 
- Pachówka strąkóweczka jest szkodnikiem. Wyjada ona groch ze strąka. 
- To tak, jak i ja, prawda? 
- Tak... - zawahał się. - Nie! Nie tak jak pani. 
-  Wczoraj  wyjadałam  groch,  panie  Sułku.  Pan  też  wyjadał.  Zaniosła  się 
zdrowym śmiechem. - Jesteśmy też szkodnikami, prawda, panie Sułku? 
-  Nie  o  to  chodzi  -  powiedział  z  rosnącym  niesmakiem.  -Człowiek  może  sobie 
wyjadać, ile chce. 
- A pachówka strąkóweczka? 
- Ona nie. Ona jest szkodnikiem. 
- No już dobrze. I co dalej? 
- Zastanawiam się, czy taka pachówka da radę śmietce! 
- Jakiej śmietce? 
-  Śmietce  cebulance  -  wyjaśnił  skwapliwie  pan  Sułek.  -  Też  szkodnik.  Zjada 
cebulę. 
- Jak to? Samą cebulę?... - zdziwiła się pani Eliza nie na żarty. 
- Jest bardzo zdrowa. - Zadziwiająco długo nie tracił cierpliwości. 
-  Racja.  Właśnie  na  śniadanie  przygotowałam  cebulę.  Nie  dostaniemy  potem 
szkorbutu. 
- Samą cebulę pani przygotowała? 
- No więc, jak to jest z tą śmietką? - zręcznie zmieniła temat pani Eliza. 
- Sam nie wiem. Pachówka śmietkę czy śmietką pachówkę? 
- Nie rozumiem pana, panie Sułku kochany. 
-  Nic  tutaj  nie  ma  do  rozumienia.  Chodzi  po  prostu  o  to,  czy  pachówka  zeżre 
śmietkę, czy odwrotnie. 
- Czy śmietką zeżre pachówkę, prawda? 
-  No!  Nareszcie  pani  zrozumiała.  Chryste,  jak  ja  kocham...  -  Kogo?  Mnie?  - 
spytała szybko. 
-  Jak  ja  kocham  przyrodę.  Owady,  ptaki,  węże,  tygrysy  i  lamparty.  Wszystko 
kocham w przyrodzie tak samo. 

background image

 

36 

-  Ja  też,  ja  też...  -  zapewniła  pani  Eliza.  -  Ale  przede  wszystkim  kocham  pana. 
Szaleję za panem! - zagalopowała się trochę. 
-  Wiem,  pani  Elizo.  Nie  pani  jedna.  Jestem  jak  najbardziej  kochany  przez 
wszystkie koleżanki z klasy. Wyją do mnie po nocach, można powiedzieć. 
- Smarkule! - warknęła złośliwie pani Eliza. 
- Jak pani powiedziała? Niech to pani powtórzy! 
- Smarkule! 
- Jeszcze raz niech to pani powtórzy... 
- Smarkule, smarkule, smarkule!... Starczy? 
- Hmmm... jest pani zazdrosna... 
Pani Eliza westchnęła przeciągle i znacząco. 
- Taak... strasznie... 
Mówiąc to, zauważyła, że pan Sułek dziwnie manipuluje ręką, wkładając ją co 
chwila pod poduszkę. 
- Co pan tam wyrabia? 
- Gdzie? 
-  Pod  poduszką.  Stale  pan  tam  wkłada  rękę.  Raz  prawą,  raz  znowu  lewą.  Nie 
rozumiem pana... 
- Mam tam owady - wyjaśnił szeptem. 
- Ma pan tam te wszystkie szkodniki? - Nie wierzyła własnym uszom. 
- Tak. 
- Boże, boję się!... - Drżała teraz na całym, można powiedzieć, ciele. 
- Nie ma czego. Są maleńkie... - Ostrożnie otworzył dłoń. - Widzi pani? 
- Aha... To jest pachówka. Widzę. 
- To jest właśnie śmietką - poprawił ją bez ogródek. 
- A ten z wąsami? - pokazała palcem wąsatego owada. 
- Sprężyk. Też szkodnik. O! - pokazywał dalej. - A to zwykła stonka. 
- Jest piękna - szepnęła pani Eliza w niemym zachwycie - cała w paski. 
- Zżera ziemniaki. Bulw nie rusza - wyjaśnił pan Sułek. - Żre liście. 
- Muszą być pyszne - oblizała się pani Eliza. 
- Nie wiem. Nie jadłem na razie. Postanowiłem urządzić walki owadów. 
- Słyszałam o walkach kogutów... 
- Na walki kogutów mnie nie stać. Do tego potrzebne są co najmniej dwa koguty. 
- A nas nie stać nawet na jednego koguta, prawda? 
- Nawet na pół koguta nas nie stać. Właśnie dlatego urządzę walki owadów. No, 
śmietką, bierz ją! - pokrzykiwał, zagrzewając do walki śmietkę. 
- Na kogo teraz ją pan napuszcza? 
- Na pachówkę. Bierz ją, śmietką! Lej ją! W mordę ją!  -darł się na całe gardło 
pan Sułek. 
- Rusza się - zauważyła pani Eliza, patrząc na śmietkę. 
- Zaraz się zacznie... No, śmietką, prawym ją!... - zachęcał chłopiec. 
- Ale którym prawym? Śmietką ma trzy prawe nogi, panie Sułku. 
-  Racja!  Cholera  jasna,  nie  chcą  się  bić  -  stwierdził  ze  smutkiem  pan  Sułek.  - 
Słowo honoru. Nie rozumiem. No, stonka, weź sprążyka!... 
- Też nie chce. Może głodna? 

background image

 

37 

-  Racja.  Dajmy  im  jeść.  Jak  się  nażrą,  to  się  zatłuką  -  powiedział  chłopiec  z 
nadzieją. - I my coś zjedzmy, pani Elizo. 
- Śniadanie jest na stole. Od godziny cebula czeka na pana. 
- Gdzie? 
- Na sto... - stół świecił pustką. - Było tu! Co się stało ze śniadaniem? 
Rzeczywiście.  Przygotowane  dopiero  co  śniadanie  zniknęło  bez  śladu.  Wkrótce 
jednak wszystko się wyjaśniło do końca. To wszędobylski i niepokonany gajowy 
Marucha złożył cichą, nieoczekiwaną wizytę w domu naszych, zafascynowanych 
walkami  owadów,  bohaterów.  Zafascynowany  ich  zafascynowaniem  gajowy 
zjadł śniadanie, nie zważając na nic. 
 
ROZDZIAŁ X 
 
Na wzgórzu przy torach 
 
Przez  Lasek  Wolski  z  północy  na  południe  przebiega  linia  kolejowa.  Co  jakiś 
czas  przejeżdża  tędy  pociąg  towarowy.  Przyjemnie  jest  siedzieć  sobie  na 
jakimkolwiek  pagórku  i  liczyć  w  skupieniu,  wybijające  równy  takt,  wagony. 
Pani  Eliza  i  pan  Sułek  w  ten  właśnie  sposób  postanowili  spędzić  dzisiejsze 
popołudnie. Ona, w złotych pantofelkach i krótkiej sukience z żorżety, niosła na 
plecach składany rower pana Sułka. On, uzbrojony w lornetkę i notatnik, szedł 
pogwizdując  prawie  dobrze  refren  znanej  piosenki  Miłość  ci  wszystko  chyba 
wybaczy. 
Tak gwiżdżąc i posapując z wysiłku, doszli wreszcie na miejsce, które wydało im 
się odpowiednie. 
- Jesteśmy na miejscu, pani Elizo. To tutaj. 
- Aha, są tutaj tory kolejowe - powiedziała pani Eliza, patrząc na tory. 
- Ciekawe, kiedy będzie przejeżdżał tędy pociąg?... - zadumał się pan Sułek. 
- Będziemy wtedy liczyć wagony, prawda panie Sułku? 
- Tak. 
- Pan będzie sobie oglądał wszystko przez lornetkę, prawda? 
- No, to co? - spytał podejrzliwie. 
- Nic. Opowie mi pan o tym, co pan zobaczył, prawda? 
- Zobaczymy. 
- Kocham pana - padło z jej ust, jak jakiś wystrzał. 
- Cicho - zgromił ją spojrzeniem. - Trzeba się wdrapać na ten pagórek - pokazał 
palcem. 
-  Na  ten,  tam?  -  upewniła  się  pani  Eliza,  wodząc  wzrokiem  za  palcem  pana 
Sułka. 
- Tak. Niech pani się wdrapie i poda mi rękę. 
- Czy mam tam wejść z rowerem? 
- Tak. Boję się zostawiać go na dole. 
- Bo mógłby go jeszcze ktoś gwizdnąć, prawda, panie Sułku? 
- Skąd pani nauczyła się takich słów? - spytał surowo i po ojcowsku. 

background image

 

38 

-  Od  pana.  Wszystkiego  uczę  się  od  pana,  panie  Sułku  najdroższy.  Chcę  być 
taka, jak pan. I kropka. 
- Cicho... - zignorował jej wyznanie. - Niech się pani wreszcie wdrapuje. 
-  Nie  będzie  to  łatwe  w  tych  złotych  pantofelkach  -  powiedziała,  gramoląc  się 
nieporadnie na wskazany pagórek. 
- Włożyła je pani jak kto głupi. O, ja mam pepegi! - pokazał lewą nogę obutą w 
używany, szary pepeg. 
- Wiem, kupiłam je panu tydzień temu - pochwaliła się radośnie. 
- A teraz niech mi pani poda rękę! - zawołał do stojącej, a raczej przykucniętej 
na pagórku kobiety. 
Chwycił  za  pomocną,  białą  dłoń i wprawnie wgramolił  się na  czubek  pagórka. 
Rozejrzał się wokół z zadowoleniem. 
- Wie pani co? 
- Słucham, panie Sułku. 
- Fajnie tutaj. 
- Och, taak... Cudownie! Jesteśmy sami na wzgórzu, wśród lasu...  - rozmarzyła 
się. 
- Wśród Lasku Wolskiego - sprostował. - To Lasek Wolski. 
- Wiem. No, przecież wiem... - mówiła pieszczotliwie. - Przychodzimy tutaj stale. 
- Świetnie się czuję, wie pani? 
- Tak? Dobrze panu ze mną? 
- Nie za bardzo - skwitował sucho. - Wie pani co? 
- Słucham. 
-  Niech  pani  stąd  zejdzie.  Weźmie  pani  aparat  fotograficzny  i  zrobi  mi  pani 
fotografię. Tylko żeby objęła mnie pani całego i jak najwięcej pagórka. No i żeby 
las było widać, i tory kolejowe też. 
- Postaram się - powiedziała, schodząc z pagórka. - To będzie piękna fotografia. 
- Damy pod nią podpis Pan Sułek na szczycie - zaproponował chłopiec. 
- A potem poślemy ją do czasopisma - podpowiadała pani Eliza. 
- Aha. Do kącika "Moja dziewczyna" czy też "Mój chłopiec", nie zapamiętałem 
dobrze. 
- To nic. Poślemy i tak. Oho, ma pewno wygra pan jakieś bony albo talon. 
- Na pewno!... 
Pani Eliza przyłożyła aparat do lewego oka. 
- No i co, objęła pani wszystko, co trzeba? - zapytał pan Sułek. 
- Chyba tak. Jeszcze się cofnę... Odeszła kilka kroków. 
- A teraz? - dopytywał się. 
-  O,  teraz  jest  wszystko.  Niestety,  w  głębi  widać  wyraźnie  budynek 
Dzielnicowego Domu Kultury i Wypoczynku. 
- Trudno. A może to nawet lepiej. Niech pani pstryka. 
- Za chwilę. 
Szamotała się z obiektywem, macając go na wszystkie strony. 
- No i na co pani naciska? - spytał z naciskiem pan Sułek. 
- Na spust. 

background image

 

39 

-  Obiektyw  to  jest  dla  pani  spust!?  -  zdenerwował  się  fotografowany.  -  Bo  jak 
zejdę z tego pagórka, jak pani pokażę, gdzie jest ten spust, jak...! 
Trzasnęła migawka znienacka. 
-  I  po  wszystkim  -  powiedziała  pani  Eliza  z  zadowoleniem,  odejmując  sobie 
aparat od oka. - Będzie piękna fotka! 
- Jak wyglądałem? 
- Och, pięknie! Krzyczał pan ze wzgórza, jak jakiś Napoleon. 
-  Już  dobrze,  dobrze...  -  zamruczał  udobruchany.  -  Ciekawe,  kiedy  będzie 
przejeżdżał ten pociąg... Niech no pani przyłoży ucho do szyny. 
Pani Eliza posłusznie przyłożyła ucho, gdzie chciał. 
- I co? 
- Nic na razie. 
-  Teraz  niech  pani  przyłoży  ucho  do  drugiej  szyny.  Wykonała  polecenie  bez 
mrugnięcia okiem. 
- I co? 
- Coś puka. Puk, puk... 
- To pociąg - stwierdził autorytatywnie pan Sułek. - Zaraz tu będzie. 
- Czy ja mam jeszcze przykładać uszy do szyn? 
- Wystarczy. 
- Czy ja mogę wejść tam teraz do pana na pagórek? - spytała cicho. 
- Niech pani wchodzi  - pozwolił. - Trudno. Słowo honoru! Psuje mi pani każdą 
przyjemność.  Człowiek  chciałby  mieć  odrobinę  samotności,  a  tu  masz!  Włóczy 
się pani za mną wszędzie. Dlaczego łapie mnie pani za nogę? - spytał niechętnie. 
- Tego już za wiele. 
- Inaczej się nie wdrapię - poinformowała cichutko nasza bohaterka. 
-  Jeden  pepeg  mi  przez  to  zleciał  -  zauważył  głośno  nasz  chłopiec.  -  Przeziębię 
się. 
- Boże - zmartwiła się nie na żarty. - Owinę panu stopę szalem. 
- Niech mi pani lepiej odda mój pepeg. Słowo honoru, lubię mieć obute nogi. Nie 
lubię mieć nie obutych nóg! - biadolił dalej. 
- A mnie jest zimno - zadrżała. - Cała drżę z zimna. 
- Bo ubrała się pani, jak na bal. 
- Chciałam tylko się panu podobać. 
- I nici z tego - powiedział krótko. 
-  Nie  podobam  się  panu?  Niech  pan  tylko  na  mnie  spojrzy  -  kokieteryjnie 
zamrugała  rzadkimi  rzęsami.  -  Ta  suknia,  te  pantofelki...i...i  nic  więcej...  To 
wszystko! 
- Naprawdę? - Pan Sułek nie starał się nawet patrzeć w jej stronę. 
- Suknia jest z przezroczystej żorżety... - kusiła. 
- Aha... - zarumienił się jak uczniak. - Rzeczywiście - powiedział, wbijając wzrok 
w ziemię. 
- Widzi pan? - dopytywała się bezczelnie i bezwstydnie. 
- Jedzie pociąg - zmienił temat. - Widzę go przez lornetkę. 
- Duży jest on, panie Sułku? 
- Ogromny. Wyładowany traktorami, koparkami, obrabiarkami... - wyliczał. 

background image

 

40 

- Czy jest daleko? 
- Nie. Jeszcze kawałek. Zaraz tutaj będzie. 
- Zimno mi - przytuliła się do niego pani Eliza. 
- Ejże, co pani robi? - pan Sułek odsunął się wyraźnie. 
- Tak mi zimno, panie Sułku najdroższy... 
-  Wykorzystuje  pani  to,  że  jestem  zajęty  pociągiem,  tak?  Przytula  się  pani  do 
mnie, tak? Pogadamy potem! 
- Jak już pociąg przejedzie? - upewniła się kobieta. 
- Cicho!!! Jest!!! - zawył pan Sułek. 
Rzeczywiście.  Pędził  właśnie,  wyładowany  rozmaitym  sprzętem,  pociąg 
towarowy. Towarów na nim było bardzo wiele. Wagonów miał ten pociąg całe 
mnóstwo.  Pan  Sułek  liczył  je  wprawnie.  Przy  trzynastym  wagonie  pani  Eliza 
zbliżyła się do niego niebezpiecznie. Przy dziewiętnastym znienacka pocałowała 
go  w  policzek.  Dwudziesty  czwarty  wagon  był  świadkiem  pocałunku  w  same 
usta. 
- Dwadzieścia pięć! - wykrztusił pan Sułek w końcu. - Dwadzieścia pięć wagonów 
miał ten pociąg cały - dodał bez tchu. 
- Kręci mi się w głowie... - szepnęła pani Eliza, bliska omdlenia. 
- Właśnie. Pocałunków się pani zachciało, tak? 
- Jestem pijana... 
- Może ze szczęścia, co?!!! - wrzasnął. 
- Chyba tak. Nie panuję nad sobą. Och!... 
- Idziemy stąd! - rzekł ostro. - W domu pogadamy! -dodał. 
- Ziemia mi tańczy pod nogami... - szepnęła pani Eliza, krzycząc. 
-  A  wie  pani  -  zatrzymał  się  pan  Sułek  -  wie  pani,  że  mnie  jakoś  też.  Z  tym  że 
mnie  nie  ze  szczęścia.  To  pewne.  Słowo  honoru,  coś  się  tutaj  rusza!  Oho,  nie 
lubię  tego!  Nie  przepadam  za  tym,  kiedy  jakiś  pagórek  tak  się  cały  rusza. 
Trzęsienie ziemi czy co?! Ratunku! - pisnął jękliwie. 
- Zginiemy razem, tu, na tym pagórku - powiedziała zdecydowanie pani Eliza. - 
Zginę chętnie razem z panem, po tym, co nas łączy... 
Mały początkowo pagórek rósł teraz w oczach i rósł. Na prawo i lewo waliły się 
pokaźne pryzmy żyznej ziemi Lasku Wolskiego. 
Hej, czy był to kres zaczynającej się dopiero miłości? Hej!... 
Czy takimi, jak właśnie przed chwilą, zachowamy ich w naszych sercach?... 
A jednak nie. Nie było to bowiem zwykłe trzęsienie ziemi. To gajowy Marucha 
przebudził się z poobiedniej drzemki, po pełnym trudów poranku... 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

41 

 
 
ROZDZIAŁ XI 
 
Przerębel 
 
Wesołek,  Rzęsawka,  Brudas, Bambetłuch,  Świntuszek,  Morskie  Oko,  Gardziel, 
Przełyk Jadwigi, Pobabraniec - to tylko kilka z wielu nazw, jakie nosi niewielkie 
jeziorko  położone  w  Lasku  Wolskim.  Zimą,  kiedy  skuwa  je  lód,  można  z 
powodzeniem  wyrąbać  sobie  przerębel  dowolnej  średnicy  i  siedząc  nad  nim  z 
wędką, oczekiwać na coś, co może się niekiedy trafić. Tak właśnie  zeszłej zimy 
postanowili spędzić kilka godzin nasi bohaterowie. Mróz brał trzaskający... 
- Cicho!!! - wrzasnął nagle pan Sułek nie wiadomo po co. 
- Jestem cicho, panie Sułku. Ledwie oddycham. 
- Cicho!!! - wrzasnął po raz drugi. - Chyba bierze!!! 
-  Gdzie?  -  spytała  pani  Eliza,  patrząc  w  otwór  wyrąbany  w  lodzie.  -  Aha, 
rzeczywiście, cały spławik się panu zanurzył... 
- No! 
-  Dlaczego  właściwie  pan  nie  ciągnie?  Moim  zdaniem,  należy  właśnie  teraz  z 
całym spokojem wyciągnąć to coś, co właśnie panu bierze. 
- To na pewno szczupak, pani Elizo. 
- Więc tym bardziej niech pan ciągnie co sił! Na co pan czeka? 
- Kiedy ciągnę jak wóz - wystękał chłopak. 
- Myślałam, że pan tak poczerwieniał od mrozu... 
-  A  to  od  wysiłku.  No,  nie  mogę...  nie  mogę...  -  jęczał,  zapierając  się  nogami.  - 
Niech pani ciągnie też, pani Elizo! 
- Za co? 
- Za mnie!!! Cholera jasna, ale ryba!.... 
Pani Eliza ucapiła go mocno wpół i ciągnęła z całych sił. 
- Nie dam rady - zaskomliła. 
-  Dobra  -  powiedział  zrezygnowany  pan  Sułek.  -  Nie  ciągnijmy.  Zmęczy  się,  to 
sama wyjdzie. Co za świnia?! Co za świnia?! - powtórzył. 
- Kto? - spytała dziewczyna. 
- Ten szczupak. A pani myślała, że kto? 
- Ja nic nie myślałam, panie Sułku, prawda? 
- Na to wygląda - ironizował. 
- Zimno mi nad tym przeręblem, panie Sułku, prawda? 
- Widzę, widzę - rzekł, nie patrząc, jak zwykle, w jej stronę. 
- Przeziębię się chyba, prawda, parne Sułku? - dopytywała się, jak mogła, chcąc 
jakoś nawiązać rozmowę, która rwała się na prawo i lewo. 
- Chyba tak - odparł - chyba się pani przeziębi. Mówiłem, żeby nałożyć futro?... 
-  Łatwo  panu powiedzieć  -  powiedziała szczerze.  -  Pan dobrze wie,  że  nie  mam 
żadnego futra. 
-  Więc  o  co  pani  właściwie  chodzi?  Kto  pani  kazał  iść  ze  mną  na  ryby?  To  nie 
jest bynajmniej zajęcie dla kobiet... 

background image

 

42 

- Serce! - pokazała palcem - serce mi kazało, panie Sułku! To samo serce, które 
za panem poszłoby wszędzie. Nawet na jakąś poniewierkę... 
- A gdybym wyjechał za granicę? - spytał chełpliwie. 
- Ja za panem. 
- A gdybym tak poszedł do restauracji? - badał dalej. 
- Poszłabym za panem. 
- Aaa... - szukał w myślach - aa... gdybym tak umarł? 
- Nie żyłabym nawet minuty dłużej. 
- A gdybym tak wpadł do tego przerębla? 
- Bez słowa skoczyłabym tam za panem. 
- Naprawdę? 
- Słowo honoru - uniosła dwa palce w górę - kocham pana przecież!... 
-  Cicho!  -  przeciął  jej  dalsze  zapędy.  -  Nie  radzę  pani  dużo  mówić.  Mówiąc, 
otwiera  pani  przełyk  bardzo  szeroko.  Odmrozi  sobie  pani  gardło  i  kłopoty 
gotowe. 
-  W  razie  czego,  mamy  doktora  Wałaszewskiego  -  uśmiechnęła  się  z 
zadowoleniem.  -  Wczoraj  dostałam  od  niego  odkrytkę:  "Drogiej  pacjentce, 
wdzięczny doktor". 
- To inna sprawa. 
-  Kochany  doktor  Wałaszewski  skoczyłby  za  mną  w  ten  przerębel  bez  słowa  - 
rzekła z uzasadnionym przekonaniem. 
-  Aha.  Byłoby  fajnie  -  ucieszył  się  pan  Sułek.  -  Najpierw  ja,  pani  za  mną,  a  za 
panią doktor Wałaszewski... 
Jakiś czas marzyli, milcząc i przeżywając tę scenę, każdy na swój sposób. 
- Jak tam szczupak, panie Sułku? - przerwała milczenie pani Eliza. 
- Męczy się, świnia. Umorduje się i sam wyjdzie. Zobaczy pani. 
- Liczy pan na to, prawda? 
- Jak najbardziej. 
- Wierzę w pana, panie Sułku najsłodszy... 
- Ciiichooo... Oho! - popatrzył na spławik pani Elizy - i u pani coś ciupie... Cicho! 
- Mam ciągnąć? - spytała szeptem. 
- Tak. Tylko ostrożnie... 
Stojąc w rozkroku, pani Eliza mocowała się z wędziskiem. 
- Nie mogę... no, nie mogę!... 
Pan  Sułek  wyjął  jej  kij  z  ręki.  Szarpnął  nim  silnie.  Bez  skutku.  Szarpnął 
powtórnie i dał spokój, wtykając na powrót długi kij w dłoń pani Elizy. 
- Cholera, widocznie jakaś druga świnia - skonstatował. 
- Czyli drugi, ogromny szczupak, prawda, panie Sułku jedyny? 
- Jak najbardziej. Słowo honoru! 
- Próbujemy go wyciągać czy męczymy go, jak tego pańskiego? 
-  Męczymy  go  -  zadecydował  pan  Sułek.  -  Jak  się  zmęczą,  to  same  wyliżą. 
Zobaczy pani. Wyliżą jak nic! 
- No właśnie, prawda? 
- Prawda. 
- Stopy mi zmarzły, panie Sułku - poskarżyła się znowu. 

background image

 

43 

- Trzeba było założyć ciepłe boty. Jak ja. O, proszę! 
-  Łatwo  panu  powiedzieć  -  powiedziała  łatwo  pani  Eliza.  -  Dobrze  pan  wie,  że 
nigdy nie miałam i nie mam żadnych ciepłych botów... 
- Więc o co pani chodzi?  - tracił cierpliwość z każdą sekundą.  - Nie mogę się w 
tym wszystkim połapać. Mówiłem tysiąc razy, żeby nie wlokła się pani za mną 
nad ten mój ulubiony przerębel. Mówiłem czy nie? 
- Mówił pan - powiedziała ze skruchą. 
- To teraz cicho mi tu! Kobiety i ryby głosu nie mają! Mimo zimna wybuchnęła 
pani Eliza niezdrowym śmiechem. 
Zanosiła się wprost ze śmiechu jak chore dziecko. 
- Świetny żart, prawda? 
- Oczywiście - zaśmiał się pan Sułek siarczyście. 
- I jeszcze, na tej odkrytce od doktora, było co nieco więcej... - znienacka podjęła 
przerwany temat. 
- Co? - spytał pan Sułek bez zainteresowania. 
-  Pyta,  jak  się  czuję.  Dosłownie  pisze:  "Co  tam  słychać  u  pani  w  łóżeczku,  bo 
przecież nigdy nie miałem okazji widywać pani w innej sytuacji?..." 
- Dowcipny, chociaż to tylko lekarz - powiedział pan Sułek z uznaniem. 
- I miły, panie Sułku. 
- A ja? - zaniepokoił się trochę. 
- A pan, od dawna, najdroższy. 
- Cicho, cicho... - uspokoił się chłopiec. 
- Jak tam szczupaki? 
- Wymęczone jak wielbłądy - stwierdził pan Sułek. - Wielbłądy są jak szczupaki. 
Też  trudno  je  zmęczyć.  Nieprędko  się  mordują.  Słowo  honoru.  Niech  mi  pani 
wierzy. 
- Wierzę panu, prawda? 
- Lepiej niech mi pani rozetrze plecy. Zdrętwiały mi od tego siedzenia. 
Jęła rozcierać mu plecy, jak sobie życzył. 
- A potem mnie pan rozetrze, prawda? 
- Nie, pani Elizo - rozwiał jej nadzieje. 
- No, to nie, ty mój słodki egoisto. Nie, to nie, prawda, panie Sułku? 
- Tak. Och, wy świnie, wy świnie, kiedy się nareszcie zmęczycie?  - niecierpliwił 
się pan Sułek. 
-  ...i  wyjdziecie  z  tego  przerębla,  prawda?  -  uzupełniła  ze  zrozumieniem  pani 
Eliza. 
- Tak. 
- A może - zaproponowała - spróbujemy teraz już wyciągnąć nasze wędki? 
- Hm. Można. Można spróbować. Słowo honoru. Po kilku próbach zrezygnowali 
jednak. 
-  Eee...  -  powiedział  pan  Sułek  -  nie  ma  co.  Wykończymy  się  tylko  fizycznie. 
Poczekajmy. Zmordują się na pewno. Słowo honoru... 
Mylił się jednak nasz bohater, i to gruntownie. Niebawem nad ten sam przerębel 
nadciągnął z zachodu niezastąpiony gajowy Marucha. Przy jego pomocy udało 
się  wyciągnąć  na  światło  dzienne  cenną  zdobycz.  Ku  zdziwieniu  wszystkich 

background image

 

44 

okazała  się  nią  być  kuchnia  szamotowa,  trzyfajerkowa,  w  zupełnie  niezłym 
jeszcze  stanie.  Gajowy  Marucha  zainstalował  ją  natychmiast  w  gajówce, 
podłożył drewna, zapalił i... usiadł wprost na rozgrzanej płycie. Po chwili jednak 
szybko wstał i usiadł w miednicę pełną zimnej wody. 
 

Gajowy Marucha symbol naszych dni. Wypracowanie. 

 
Wyjadanie, podjadanie, najadanie się, nasycanie, pojawianie się i znikanie, nagłe 
pomaganie,  przeszkadzanie,  mącenie, wprawianie  w  osłupienie,  prześmiewanie, 
doradzanie,  wtrącanie  się,  korzystanie,  wykorzystywanie,  siedzenie,  stanie, 
leżenie,  przysiadanie,  dosiadanie  się,  dojadanie,  nakłanianie,  dożywianie  się, 
marnowanie, marnotrawienie, trawienie, przełykanie, przeżuwanie, dożywianie, 
odżywianie,  spanie,  sprzątanie,  paskudzenie,  brudzenie,  śmiecenie,  rozwijanie 
się,  zwijanie  się,  nawijanie  na  coś,  zawijanie  lub  owijanie,  odwijanie,  wicie  się 
wstęgą,  dyskutowanie,  szermowanie,  podgryzanie  -  oto  tylko  niektóre  z  cech, 
jakie  niesie  ze  sobą  postać  gajowego  Maruchy.  Jej  wszechobecność, 
zagadkowość  i  wszędobylskość  zastanawia  i  każe  spojrzeć  na  całe  zagadnienie 
nieco szerzej. Owszem, bywa, że ni z tego, ni z owego ktoś dosiądzie się do nas, 
wypije  nam  kawę,  wstanie  i  pójdzie,  wychodząc  na  sposób  angielski.  Będzie  to 
jednak zawsze ktoś konkretny, namacalny, ktoś, kogo możemy w każdej chwili 
złapać  za  klapy  marynarki  i  rzucić  mu  w  twarz  sakramentalne:  "No,  no  ty... 
uważaj no!...". Ten ktoś nie będzie nigdy jednak gajowym Maruchą. 
Gajowy Maruchą towarzyszy nam bowiem na każdym kroku, w każdej minucie, 
ba, sekundzie naszego życia. Niewidoczny gołym okiem, jest jednak zawsze tam, 
gdzie aktualnie przebywamy. Będąc obok nas, jest jednocześnie w nas samych, w 
samym  naszym  środku,  w  samym  centrum  naszego  jestestwa.  Siedząc  na 
pagórku, nie mamy najmniejszej nawet pewności, że siedzimy na prawdziwym 
pagórku,  a  nie  na  gajowym  Marusze,  odpoczywającym  po  ciężkim  dniu. 
Stąpając  zgrabnie  po  kładce,  przerzuconej  przez  strumyczek  szemrzący  w 
zaroślach, nie dajmy się zwieść pozorom: kładka ta, to przecież może być nasz 
gajowy Maruchą, obserwujący na przykład życie ryb w tej pozycji niewygodnej, 
lecz - z punktu widzenia obserwatora - koniecznej. 
Kiedy  już  tak  dokładnie  zdamy  sobie  sprawę  z  tej  wszech-obecności  naszego 
gajowego,  zrozumiemy,  że  początkowa  uciążliwość  takiego  stanu  rzeczy 
przestanie  nam  dokuczać.  Przeciwnie,  znajdując  się  w  niezłych  tarapatach, 
zawsze  możemy  jeszcze  liczyć  na  to,  że  gajowy  Maruchą  przyjdzie,  a  raczej 
pojawi się znienacka i wyciągnie nas z bagna (jeżeli akurat mieliśmy nieszczęście 
ugrzęznąć  w  nim).  Rozumując  zatem  logicznie,  wiemy  już,  że  nie  wiemy 
właściwie nic. Nigdy nie możemy niczego przewidzieć, gdyż nagłe pojawienie się 
gajowego  Maruchy  potrafi  diametralnie  zmienić  to,  co  zaplanowane, 
zaprogramowane, czyli, jak to się mówi, zafiksowane. 
Jest  więc  gajowy  Maruchą  symbolem  naszych  dni  na  tym  padole  śmiechu 
poprzez  łzy.  Jest  czynnikiem  kształtującym  nasze  życie,  zmieniającym  układy 
stosunków  międzyludzkich,  będących  przecież  wynikiem  ogromnego  zbiegu 
drobnych  i  większych  zbiegów  okoliczności.  A  może  splotów?  Może  po  prostu 

background image

 

45 

splotów  okoliczności  uplecionych  przez  złośliwy  los  na  kształt  warkocza 
Bereniki?...  Może  gajowy  Maruchą  wpleciony  w  ten  splot  odcina  się  w  nim 
jasnoblond  nitką,  wijącą  się  na  całej  długości  splotu  i  widoczną  na  każdy  rzut 
oka?... Plećmy więc tę książko-opowieść... i przejdźmy do części drugiej. 
 

 
 

CZĘŚĆ II 

różne sprawy 

 
BILANS ROZMAITYCH SPRAW 
 
Całe  mnóstwo  rozmaitych  spraw  ma  każdy  człowiek  na  głowie,  niezależnie  od 
pory  roku,  pory  dnia...  Kobiety  i  mężczyźni,  dzieci  ł  starcy,  młodzież  szkolna 
ucząca  się  i  nie  ucząca  się,  wszyscy  oni  budzą  się  każdego  dnia  w  głębokim 
przeświadczeniu  o  nie  kończącym  się  nigdy  (od  urodzenia  do  śmierci)  ciągu 
spraw ważnych,  mniej ważnych  i  takich  zupełnie  błahostek,  które w rezultacie 
też  okazują  się  niesłychanie  trudne  do  załatwienia  z  najprzeróżniejszych 
powodów.  Cały  skomplikowany  układ  stosunków  międzyludzkich  stawia  nas 
nieustannie w sytuacji pełnej napięć, konfliktów i nieporozumień. 
Pomyślmy tylko, że trzeba przecież: jeść, spać, podrzemywać, przydrzemywać, 
pochrapywać,  posapywać,  zakochiwać  się,  odkochiwać,  rozwodzić,  żenić  się, 
rodzić  dzieci,  wychowywać,  odpowiadać  na  pytania,  zadawać  pytania  sobie, 
zadawać pytania innym, płacić, inkasować, kupować, sprzedawać, targować się, 
dotrzymywać  słowa,  nie  dotrzymywać  słowa,  kręcić,  wiercić,  nawiercać, 
odkorkowywać,  zakorkowywać,  nie  zabijać,  wyłapywać  muchy,  tępić  myszy, 
tracić  z  oczu,  łapać  wzrokiem,  wypełniać  rubryki,  wysyłać  listy,  wysyłać 
pieniądze,  uczyć  się  od  innych,  uczyć  się  w  ogóle,  wyuczyć  się  zawodu, 
wykonywać  zawód,  zarabiać,  oddawać  zarobki  żonie,  płacić  podatki,  płacić 
rachunki,  myć  się,  prysznicować,  namydlać,  golić  się  (dotyczy  głównie 
mężczyzn), szorować, prać, zmywać, chodzić za czymś, chodzić za kimś, chodzić 
koło  kogoś, nachodzić kogoś, nudzić się, weselić się... A jeszcze przecież trzeba 
się przy tym wszystkim rozerwać, zabawić, zaszaleć... 
No,  proszę,  czy  to  wszystko  nie  jest  przerażające?!...  Nie!  Niestety,  nie  jest 
możliwe kompletne wyłączenie się z tego ciągu, ponieważ tworząc jedno z jego 
ogniw, zawsze mamy szansę, że nas ktoś: umyje, najdzie, zanudzi, sprzeda, kupi, 
wyszoruje,  wypierze,  nawierci,  zada  nam  pytanie,  nakarmi  i  tak  dalej,  i  tak 
dalej... Wyliczyłem tutaj zresztą tylko to, co mi akurat tak zwana ślina na język 
przyniosła.  Tego  wszystkiego  jest  oczywiście  o  wiele,  wiele  więcej  i,  co  więcej, 
liczba  tych  wszystkich  spraw  rośnie  w  sposób  zastraszający,  w  jakimś 
matematycznym  czy  geometrycznym  postępie,  równolegle  do  postępu 
rozumianego  szeroko,  a odbywającego się  na  naszych  oczach  niemal  z  dnia  na 
dzień.  Ktoś  tam  sobie  nagle  wynajdzie  (a  może  wynalezie  -  wynalazca)  most  i 
nowe  sprawy  dochodzą.  Trzeba  budować  mosty,  spawać  przęsła,  sprowadzić 
dźwigi na licencji, przyuczyć dźwigowych... Wymyśl żarówkę, człowieku, i zaraz 

background image

 

46 

pożałujesz.  Dawaj  budować  elektrownie,  kształcić  kadrę  specjalistów-
elektryków,  konserwatorów,  inżynierów,  inkasentów  i  dawaj  płacić  takiemu 
inkasentowi, ile zechce. Krótko mówiąc: daj świni palec... 
Całe to rozumowanie zmierza, wydawać by się mogło, do praktycznej rady, aby 
najlepiej nic nie robić, nie ruszać się z łóżka i tak leżąc jak trusia wyeliminować 
sporą  część  rozmaitych  spraw  do  załatwienia.  Nie  o  to  mi  jednak  chodzi. 
Człowiek,  jak  wiadomo,  jest  częścią  społeczeństwa  i,  niezależnie  od  swej  woli, 
przychodząc na świat, wchodzi w zaistniały już układ ról, norm i przyzwyczajeń. 
I  to,  czy  się  rusza,  czy  się  nie  rusza,  nie  ma  najmniejszego  znaczenia.  Życie 
płynie obok nas, i w nas, otacza nas, opływa, nawadnia jak system melioracyjny 
piaszczyste  gleby.  Nie  sposób  nie  dać  się  temu  opływaniu  i  otaczaniu  (czy 
otoczeniu),  nie  sposób  wysmyknąć  się  z  niego,  jak  to  uczniowie,  chadzając 
chętnie na wagary. 
Dlatego  radzę,  aby  na  swoim  skromnym  życiowym  poletku  postarać  się  tak  to 
wszystko  ułożyć,  aby  nas  jak  najmniej  uwierało,  doskwierało  i  ściskało. 
Wieczorem, jeszcze przed zaśnięciem, spróbujmy sporządzić sobie krótki bilans 
spraw  na  jutro.  Przykładowo:  zadzwonić  do  Dzidki,  przeprosić  Janka,  obrazić 
Waldemara,  zapłacić  za  światło,  kupić  chemosil,  kupić  bilety  do  kina,  oddać 
torbę Wieśce, pozmywać po kolacji, napisać podanie do Zarządu Budowy Dróg i 
Mostów, zanieść to podanie gdzie trzeba, dziecko do przedszkola, drugie dziecko 
do  szkoły,  sprawdzić  dzienniczek  ucznia  Pawełka,  wypełnić  kwestionariusz, 
umyć się, wytrzeć się, przetrzeć szyby, ugotować obiad, pozmywać po obiedzie, 
zaprosić Józefa z żoną, przetkać zlew... Jeżeli jeszcze nie ogarnął was nerwowy 
sen, można do tego parę spraw dorzucić. Przeciętnie każdy zasypia niesmacznie 
w  połowie  powyższego  bilansu,  budząc  się  rano  z  trudem,  lecz  za  to  z  nową 
energią, tak potrzebną do życia we współczesnym świecie. 
"Różne sprawy" - tytuł części drugiej tej książki - jest w pełnej zgodzie z treścią 
w niej  zawartą.  Przez  tę  rozmaitość,  różnorodność  i wielorakość  prowadzi  nas 
dalej  sympatyczna  para  naszych  dobrych  znajomych...  Do  dzieła  zatem  (jak 
powiedział Dzielnik lub jak mawiał Dzielnicowy)!... 
 
ROZDZIAŁ I 
 
Magazynier 
 
W  domu  naszych  bohaterów  panował  właśnie  nieopisany  wprost  bałagan. 
Wszystko  walało  się  tu  i  tam.  Nieskładnie  poniewierały  się  stare  i  nowe 
przedmioty. Pan Sułek krzątał się w tym wszystkim na prawo i lewo. 
Pani  Eliza,  nie  rozumiejąc,  stała  z  opuszczonymi  rękami.  Chłopiec  trzymał  w 
dłoni  ołówek  zatemperowany  w  szpic  i  wymięty  zeszyt.  Mruczał  pod  nosem 
całkiem niezrozumiałe wyrazy. 
-  Worki  parciane...  trzy  sztuki,  linijka...  jedna  sztuka...  -notował  w  zeszycie.  - 
Piórnik... jeden, stalówki zwykłe... czternaście sztuk, redisówki... jedna sztuka... 
cholery można dostać od tego! - zaklął siarczyście. 
- Co pan wyrabia, panie Sułku najdroższy? - spytała z troską pani Eliza. 

background image

 

47 

- Inwentaryzuję. 
- Nie rozumiem pana nic, a nic - wybałuszyła wypukłe oczy. 
- Bo nie jest pani magazynierem - rzucił na odczepnego. 
- To prawda, ale przecież pan też nim nie jest. 
- To nieprawda. Jestem magazynierem. Zostałem nim właśnie. 
- Ima się pan rozmaitych zawodów, prawda? 
- No i dobrze. 
- Kiedyś wreszcie się pan ustatkuje, mnie pan nie nabierze... 
-  Ustatkuje  się  teraz  albo  nigdy.  Polubiłem  mój  nowy  zawód.  Kocham  spisy 
kontrolne, remanenty, przyjęcia towarów... Kocham cały transport, ciężarówki, 
wywrotki, kolejnictwo... - wyliczał bez wytchnienia. 
- A ja - szepnęła podtrzymując temat - ja kocham pana najbardziej, najbardziej 
na świecie całym!... 
- Cicho. Bo się pomylę i..  - liczył dalej, inwentaryzując spokojnie.  - Skarpetki... 
trzy  pary,  slipy  męskie...  dwie  pary,  podkolanówki...  trzy  sztuki,  zaraz  - 
przeraził się nie na żarty -jak to, trzy sztuki?! 
- Coś się nie zgadza? - spytała niespokojnie pani Eliza. 
- Jednej podkolanówki brakuje. 
- Może wkręciła się w pralkę, panie Sułku?... Nasza pralka nie działa najlepiej. 
Zawsze coś tam się w nią wkręci. Za każdym razem. 
-  Wiem.  W  zeszłym  tygodniu  -  przypomniał  sobie  pan  Sułek  -  podarła  mi  na 
strzępy podkoszulek. No cóż, zapiszę tę podkolanówkę w rubryce "straty". 
- Niech pan się nie martwi. Kupię panu tyle podkolanówek, ile pan tylko zechce, 
panie Sułku jedyny. 
- Kiedy? - zapytał, odrywając się od roboty. 
- Na dniach. Dosłownie na dniach. 
- Spodziewa się pani jakiejś grubszej gotówki?  - spojrzał podejrzliwie na panią 
Elizę. 
- Pradziadek Hubert powiedział, że już wysłał przekaz. 
-  Jak  tylko  dostanę  od  pani  te  podkolanówki,  to  natychmiast  zapiszę  je  w 
rubryce "przychody". 
- Jaki pan skrupulatny i solidny zarazem... - nie ukrywała podziwu pani Eliza. 
- No! 
- Kocham pana za to. 
- Cicho. My, magazynierzy, musimy być solidni i uczciwi. Za to nam płacą... 
Popatrzył nagle na nią wzrokiem podejrzliwym i pełnym braku zaufania. 
- Stój, bo strzelam!!! - krzyknął na całe gardło. 
- Niech pan nie strzela, to przecież ja... - zaskomliła kobieta. 
- Jaki "ja"? - spytał surowo. 
- To przecież ja, pana narzeczona. 
- Nie widzi pani napisu? - wskazał palcem. - "Na teren magazynu obcym wstęp 
wzbroniony! Pod karą odpowiedzialności!" 
- Widzę dobrze ten napis, ale przecież nie jestem dla pana nikim obcym. 
-  Na  służbie  znajomości  nie  mają  dla  mnie  żadnego  znaczenia  -  powiedział 
surowo pan Sułek i splunął po magazyniersku. - Ani kroku dalej! 

background image

 

48 

- Panie Sułku najdroższy, ja przecież niczego nie ukradnę. 
-  Być  może,  ale  przepis  jest  przepisem.  Powierzono  mi  mienie  i  ja  to  mienie 
ochronię. Póki żyję, nie oddam ani jednej podkolanówki. No, proszę się rozejść... 
- nie ustępował. 
- Jak pan chce. Nie chciałam pana urazić, prawda? 
-  Prawda.  Dodam  tylko,  że  za  napad  na  magazyniera  grożą  poważne 
konsekwencje, które będą wyciągane. 
- Panie Sułku... - spojrzała zalotnie pani Eliza - ...a gdyby tak, znienacka ktoś... 
kiedyś?... 
- Co?! 
- Ktoś... gdyby tak?... 
- Kto?! 
- Choćby i ja. Więc gdyby tak ktoś znienacka zechciał?... 
- Co by pani zechciała?! 
- Gdybym tak zechciała pana, nie jako magazyniera... - rozchyliła usta kusząco i 
zalotnie. 
- A jako kogo?! 
- Jako mojego pana Sułka... 
- Powie pani wreszcie o co chodzi?! Cholery można dostać! 
- Gdybym tak zechciała pana pocałować? - powiedziała szybko i zamilkła. 
-  Pocałować  magazyniera  na  służbie,  tak?  -  nie  mógł  się  już  opanować.  -  Na 
stanowisku  pracy,  tu,  w  magazynie,  tak?!  Byłby  to  po  prostu  bezczelny, 
chuligański  wybryk,  pani  Elizo!  Nie  radzę  pani  próbować.  Niech  pani  sobie  z 
głowy wybije te idiotyzmy. Skończmy z tym. Proszę się rozejść. Przeszkadza mi 
pani w pracy!... - uciął niewczesne zaloty. 
-  Niełatwo  pana  kochać,  panie  Sułku  kochany...  -  stwierdziła  ze  smutkiem 
dziewczyna. 
-  Jakby  było  łatwo, toby  było  nudno. A  tak, naharuje  się  pani, ale  jaki  efekt!  - 
powiedział filozoficznie, wracając do inwentaryzowania. 
-  To  prawda  -  odrzekła  -  życie  z  panem  jest  jednym  pasmem  gwałtownych 
przemian i przewrotów. Splotem dni pogodnych z porami burz i naporów. 
- Gumy od majtek... trzynaście metrów - zapisywał dalej - guzików do bielizny,., 
trzy, szmaty zwykłe... trzy metry czterdzieści centymetrów... 
- O tak, życie z panem to nieprzerwany sen o szczęściu, po które wystarczy tylko 
wyciągnąć rękę i brać... - wyciągnęła rękę, próbując wziąć to, o czym mówiła... 
- Ej, ręce przy sobie, pani Elizo - odsunął się chłopiec. - To magazyn, a nie skład 
kartofli. Słowo honoru. Samych zapałek trzy pudełka, o!... 
- Zmęczy się pan - powiedziała z troską. - Niech pan tyle nie pracuje. Końca tego 
nie widać. Należy się panu zasłużony odpoczynek. 
- Nie przerwę, aż skończę - rzucił niepewnie pan Sułek. 
- Spisze pan cały sprzęt w całym naszym domu, prawda? 
-  Tak.  Nawet  dla  głupiej  szczotki  do  zębów  mam  odpowiednią  rubrykę.  Słowo 
honoru. 
- Cały nasz dom przekształcił pan w jeden ogromny magazyn, prawda? 

background image

 

49 

-  Tak.  Muszę  teraz  wszystko  spisać.  Następnie  przeprowadzimy  kontrolę  - 
powiedział, uśmiechając się triumfalnie. 
- Nie rozumiem pana, prawda? 
- Prawda. Skontroluję sobie ten cały spis - powiedział kpiąco. - Skontroluję sobie 
to  wszystko,  a  wtedy  się  nareszcie  okaże,  czy  magazynier  był  uczciwy.  Czy 
przypadkiem  -zapalił  się  -  nie  gwizdnął  paru  metrów  szmat!  Niech  ja  go  tylko 
przyłapię! - był już rozpalony do białości. 
- Kogo, panie Sułku, na miłość boską? 
- Magazyniera. 
- Czyli sam pan siebie przyłapię, prawda? 
- Trudno. My, kontrolerzy, nie uznajemy w pracy żadnych znajomości. Od razu 
raport, skarga i cześć! 
- Będzie miał pan nieprzyjemności, prawda? - upewniała się pani Eliza. 
- Trudno... 
Zastanowił się chwilę... Pomyślał. Żal mu się zrobiło samego siebie. 
-  I  za  co,  za  co  to  wszystko?...  Za  moją  uczciwą  pracę,  za  moją  sumienność?  - 
Płakał już na dobre. - Ja mam żonę i dzieci... Inni też kradną. Dlaczego właśnie 
mnie?... 
-  Jak  to,  panie  Sułku?  -  zaniepokoiła  się  pani  Eliza.  -  Co  pan  opowiada?  Jaką 
żonę, jakie dzieci? 
Uśmiechnął się poprzez łzy i nagle wypogodził się. 
-  Cicho  -  powiedział  szorstkim,  zwykłym  tonem.  -  Mówiłem  to  wszystko  dla 
wprawy. Jakby co... 
- Rozumiem, takie żarty. Kocham pana za to poczucie humoru i wigor. 
- Cicho już... 
Inwentaryzował  z  zapałem  dalej,  śliniąc  co  chwila  kopiowy  ołówek.  Pani  Eliza 
chodziła za nim z kąta w kąt, pomagając w ciężkiej, ale uczciwej przecież pracy. 
W  jednym  z  czterech  kątów  pokoju  leżał  sobie  stary,  dziwny  tłumok,  zupełnie 
chyba nieprzydatny. 
- Hm... Co zrobić z tym tłumokiem? - poskrobał się w głowę chłopiec. 
- Nie ma pan odpowiedniej rubryki, prawda? 
- No! 
- Co zrobić, co zrobić? - szukała w myślach jak w koszu z brudną bielizną. 
- Wiem! - krzyknął pan Sułek. - Wiem, wpiszę go w rubrykę "zgniło". 
- No pewnie - zgodziła się pani Eliza - ma pan rację, panie Sułku, jedyny mój... 
Co  tu  dużo  ukrywać,  tym  razem  nasz  bohater  popełnił  spory  nietakt.  Tłumok 
leżący w kącie nie był zwyczajnym, zgniłym tłumokiem i zapisanie go w rubryce 
"zgniło"  było  zwykłym  nieporozumieniem.  Tłumokiem  bowiem  okazał  się 
nieoceniony  gajowy  Marucha,  szczelnie  zawinięty  w  skórę  zdobycznego  wilka 
leśnego... 
 
 
 
 
 

background image

 

50 

 
ROZDZIAŁ II 
 
Stolarka 
 
Tego dnia mieszkanie naszych bohaterów przedstawiało opłakany wygląd. Pełno 
było wokół wiórów, ścinków, trocin, drzazg i paprochów. Pan Sułek z zapałem 
piłował,  co  popadło,  wymachując  ręczną  piłą.  Pani  Eliza  przyglądała  się  temu 
wszystkiemu jak zwykle z rosnącym zainteresowaniem. 
- Nieźle panu to wychodzi, panie Sułku, prawda? 
-  Radzę  sobie  nie  najgorzej  -  rzucił,  piłując  zapamiętale.  -  Piła  trochę  tępa. 
Cholera jasna! 
- A mimo wszystko przerżnął pan już niezliczoną liczbę desek... 
- Na razie wszystko rżnę przez pół - wyjaśnił. - Wszystko! 
- A potem, panie Sułku jedyny? Co potem? 
- Potem... - pomyślał chwilę... - Potem na wymiar. Następnie zrobię felc. 
- Jaki felc? - zdziwiła się pani Eliza jak dziecko. 
- Deska - objaśnił - musi wejść w drugą deskę. Do tego potrzebny jest felc. 
- Żeby wszystko pasowało jak należy, prawda? - niezmordowanie dopytywała się 
pani Eliza. 
- Tak. 
- Porznął pan stół i wszystkie krzesła w całym mieszkaniu... 
Popatrzyła po pustym pokoju z niepokojem. 
- Żaden dosłownie kawałek drewna nie może się panu oprzeć. 
- O, tak. Drewno to piękny materiał. My, stolarze, wiemy o tym najlepiej. 
-  A  my,  narzeczone  stolarzy,  kochamy  naszych  narzeczonych  stolarzy  tak,  jak 
oni zapewne kochają swoją pracę i swój materiał. 
- Znaczy, drewno, tak? - spytał, śledząc zawiły tok jej rozumowania. 
-  Właśnie  to  miałam  na  myśli,  panie  Sułku  jedyny  -  ucieszyła  się  pani  Eliza  z 
objawu jego inteligencji. 
-  Cicho  -  rzucił  zwięźle  pan  Sułek.  -  Oj,  pani  Elizo, widzą,  że  kocha  mnie  pani 
nad życie. Jeżeli kocha mnie pani tak, jak ja kocham moją pracę, to znaczy, że 
kocha mnie pani nad życie. 
- Zgadł pan. Kocham pana, panie Sułku, z całych sił! 
- Cicho - zamruczał pod nosem, nie przerywając rżnięcia. - Metr sześćdziesiąt na 
czterdzieści trzy... - mruczał. - Wycięcie dwadzieścia na dwadzieścia. O tak, tak 
będzie najlepiej... 
- Co pan tam wymierza tak skrupulatnie? 
- Wyliczam wymiary. Zastanawiam się, czy słusznie postępuję. 
- Na pewno, jak zwykle ma pan rację. 
Zajrzała mu przez ramię, czego nikt nie lubi podczas roboty. 
- A co to ma być? - spytała, nie domyślając się niczego. 
- Niespodzianka - powiedział pan Sułek tajemniczo. 
- Dla mnie? 
- A dla kogo?! - zakpił. - Na razie nikogo więcej tutaj nie ma. 

background image

 

51 

- A więc robi pan dla mnie niespodziankę! klasnęła w wątłe dłonie. - Boże, jak ja 
pana kocham!... Czy to będzie jakiś prezent?... 
- Cicho. Niespodzianka to niespodzianka. Nie pisnę ani słówka. 
Pan Sułek ugryzł się boleśnie w język, zasyczał z bólu i dalej mamrotał, mrucząc 
chrobotliwie. 
-  Tak  -  spojrzał  na  kobietę  fachowym  okiem  stolarza  -  metr  sześćdziesiąt  w 
zupełności wystarczy. I dwadzieścia na dwadzieścia. Tak, jak przypuszczałem... 
Dno  ze  sklejki,  a  za  to  przód  damy  z  płyty  wiórowej.  Boki  zrobię  z  deski 
sosnowej. Sosna teraz w modzie. 
-  Wiem,  co  to  będzie,  panie  Sułku!  -  niezgrabnie  podskoczyła  na  jednej  nodze 
pani Eliza, wykrzykując piskliwie. 
-  Cicho.  Nie  domyśli  się  pani  i  tak.  Po  co  ta  ciekawość?  Niedługo  skończę 
robotę... 
- A ja i tak już wiem, co to ma być - upierała się przy swoim. 
- Niech pani mi nie przeszkadza w robocie. 
- To będzie ogromne pudło. 
- Skąd pani wie? - spytał zaskoczony. 
- Widzę przecież, że zbija pan ogromne pudło. Pudło na kapelusze, prawda? 
- Ha ha ha ha ha ha!!! - zaśmiał się pan Sułek szampańsko. - Ogromne pudło na 
kapelusze... ha ha ha ha ha ha!!! - zaśmiał się jak poprzednio, choć trochę słabiej 
tym razem. 
- Rozśmiesza to pana, prawda? - domyśliła się chytrze pani Eliza. 
- Ha ha ha! Opanować się nie mogę. - Nie mógł się rzeczywiście opanować. - Ona 
myślała, że ja po to rozbijam szafę, przepiłowuję wszystkie krzesła i niszczę stół, 
żeby  zrobić  dla  niej  jakieś  głupie  pudło  na  kapelusze...  Niech  mnie  pani  nie 
rozśmiesza. Cicho. 
-  W  każdym  razie  -  upierała  się  pani  Eliza  -  to,  co  pan  robi,  wyglądem 
przypomina ogromne pudło. Mnie pan nie nabierze, panie Sułku jedyny. 
- Cicho - poprosił - cicho już. Trumna to też może dla pani duże pudło, co? 
- Ach taaak...?! 
- I używałaby jej pani na kapelusze, tak?... - naigrawał się pan Sułek. 
- Wiem, wiem, panie Sułku. Przejrzałam pana zamiary. Nie zwracając już na nią 
uwagi,  chłopak  przerwał  pracę,  odszedł  parę  kroków  i  przyglądał  się 
rezultatowi. Cały czas mamrotał pod nosem. 
- Obrzuci się to potem lakierem nitro... 
-  Teraz  jestem  już  pewna,  że  robi  pan  dla  mnie  trumnę  -  powiedziała  z  dumą 
pani Eliza. 
-  Tylko  wielkość  otworu  -  mruczał  -  mnie  niepokoi.  Wejdzie  czy  nie  wejdzie? 
Wypróbujemy potem. Ewentualnie poszerzy się go trochę. Co, co pani mówiła? 
- Zgadłam, że robi pan dla mnie trumnę. 
-  Hm.  Niezła  myśl...  Nie. Nie  robię  dla pani  trumny  tym  razem. Słowo  honoru. 
Nie przyszło mi to do głowy, cholera jasna! 
- A szkoda, prawda, panie Sułku? 
-  Tak.  Teraz  żałuję.  Jest  już  za  późno  na  żale.  Robię  dla  pani  coś  zupełnie 
innego, pani Elizo. 

background image

 

52 

- Panie Sułku... 
Patrzyła na niego cielęcym wzrokiem zakochanej kobiety. 
- Co? 
- Wie pan... 
- Co? 
- Wie pan, nieważne, co pan robi. Ważne jest, że robi pan to dla mnie. Nie wiem, 
co to będzie, i nie będę już zgadywać. Kocham pana po prostu za ten nieludzki 
trud, który podjął pan dla mnie. 
-  Hm.  Zazdroszczę  pani.  Sam  chciałbym  się  zakochać  w  kimś  takim  jak  ja. 
Często ostatnio myślę o sobie z niekłamaną sympatią. 
- Do zakochania jeden krok, jak to mówią, prawda, panie Sułku? 
- Ooo, znacznie bliżej. Zmieńmy jednak temat. To są moje osobiste sprawy. 
Postawił na sztorc zbijany przedmiot. 
-  Niech  pani  przytrzyma  -  poprosił.  -  Zaraz  zacznę  zbijać  przód,  wtedy  musi 
pani wejść do środka. 
- Więc jednak to jest trumna?! - ucieszyła się pani Eliza. 
- Z otworem dwadzieścia na dwadzieścia, tak? - zakpił. - Z otworem na poziomie 
głowy, tak? Poza tym, to będzie stało na balkonie. Przez cały, okrągły rok. 
- A ja w tym, prawda? 
-  Przez  calutką  zimę.  Bo  to  -  głos  miał  uroczysty  -  to  jest  karmnik  dla  pani  na 
zimę, pani Elizo. Słowo honoru. 
Przez otwór będę pani podawał pożywienie trzy razy dziennie. 
Oniemiała  kobieta  biła  się  przez  chwilę  z  myślami.  Potem  nagle  padła  mu  w 
ramiona. 
- Boże... - wyszeptała - a więc na zimę stanę się ptakiem!... 
- Tak, pani Elizo - powiedział pan Sułek otwarcie. Nie dam pani zginąć nawet w 
najgorsze mrozy. 
- Jaki pan jest, panie Sułku, miły i kochający... 
- Tak. Rzeczywiście, kocham ptaki. 
Nawiasem  mówiąc,  tylko  przez  kilka  dni  karmnik  funkcjonował  należycie  i 
zgodnie z przeznaczeniem. Potem uparty gajowy Marucha nieustannie zapychał 
otwór  sianem,  obierkami  i  okruchami  starego,  tradycyjnego,  kurpiowskiego 
sękacza...  W  ten  sposób  gajowy  bezkompromisowo  demonstrował  swą 
bezkompromisową miłość do ptaków naszych łąk i lasów. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

53 

 
ROZDZIAŁ III 
 
Bal maskowy 
 
Pani Eliza siedziała właśnie w pustym domu, przeglądając z uwagą ilustrowany 
magazyn  "Morze,  nasze  morze,  wiernie  ciebie  będziem  strzec",  kiedy  rozległo 
się nagle pukanie da drzwi. 
- Kto tam puka? - zapytała instynktownie. 
Pukanie  ustało.  Po  chwili  zza  drzwi  doszły  jej  uszu  nieśmiałe  skowyty, 
przypominające szczekanie psa. 
- Hej, kto tam szczeka? - zapytała tym razem. Szczekanie rozległo się tym razem 
już zupełnie wyraźnie. 
-  Jestem  sama  w  domu  -  zwróciła  się  pani  Eliza  do  niewidocznego  psa.  -  Nie 
mogę otworzyć. 
Tym  razem  coś  zapukało  i  zaszczekało  jednocześnie.  Zastanowiło  to  z  lekka 
kobietę. - Czy to możliwe, żeby ktoś szczekał i pukał jednocześnie? - pomyślała. - 
Czy  to  szczeka  pukający,  czy  raczej  może  to  puka  szczekający?  A  może  jeden 
puka, a drugi szczeka? Lub jeden szczeka, a drugi w tym czasie puka? 
Tego rodzaju myśli jak błyskawice przechodziły jej przez głowę. 
- Kto tam? - zadała podstawowe pytanie. 
-  Ja.  Cholery  można  dostać!  -  powiedział  znajomy  głos.  -  Niech  pani  wreszcie 
otworzy. 
Otworzyła drzwi. Stanął w nich pies. 
- O Boże, a co to?! - przeraziła się pani Eliza. 
-  To  po  prostu  ja  -  powiedział  pies  głosem  pana  Sułka  (lub  pan  Sułek  głosem 
psa). 
- Boże, wygląda pan po prostu jak ośnieżony, szary kundel, panie Sułku! 
- Straszny wali śnieg w całej okolicy - wyjaśnił chłopiec. - Zaspy po pachy. 
-  Nie  rozumiem  tylko,  dlaczego  przybrał  pan  postać  psa,  panie  Sułku!  Nie 
rozumiem tego i strach mnie obleciał, prawda? 
-  Po  pierwsze  -  sprostował  -  nie  jestem  w  tej  chwili  psem,  a  suką.  Po  drugie, 
zmieniając wygląd miałem chyba coś na myśli, nie? 
- Na pewno. Nie chciałam pana urazić, prawda? 
-  To  dziwne  przebranie  jest  moim  strojem  karnawałowym  -  wyjaśnił  rzecz  do 
końca nasz bohater. 
- Wystąpi pan jako suka, prawda, panie Sułku? - domyśliła się pani Eliza. 
- Zgadła pani. 
- I nikt, ale to nikt pana nie rozpozna w tym oryginalnym przebraniu, prawda? 
- O to mi, z grubsza, chodzi. Ciąży mi popularność i te szepty, które stale słyszę 
przechodząc: "To on, to on... o, popatrzcie!...". Cholery można dostać! 
- A teraz, panie Sułku, jak to teraz będzie? 
- Teraz wszyscy zapytają: "Nie wiecie, co to za suka?" 
- A to będzie pan, prawda? - ucieszyła się nie na żarty. 
- Zgadła pani. Uwielbiam bale maskowe. 

background image

 

54 

-  Ja  też  -  powiedziała  szybko  pani  Eliza.  -  Delikatne  dźwięki  muzyki  czule 
szepczą  o  miłości.  Unosi  się  dyskretny  zapach  perfum...  Och!...  drżę  cała.  na 
samą  myśl  o  wszystkich  urokach  takiego  balu.  A  kiedy  jeszcze  moja  dłoń 
zabłądzi i nagle odnajdzie pana rękę... 
- Cicho - przerwał pan Sułek. - Błądzić mi tu będzie. Słowo honoru. Wie pani co, 
pani Elizo?... 
- Słucham pana. 
-  Taki  jestem,  jak  pracować,  to  pracować...  a  jak  się  bawić,  to  się  bawić.  Do 
upadłego! Choćbym miał skonać! Słowo honoru! 
- Mam nadzieję, że aż tak się pan nie wyczerpie. 
- No nie wiem. Zatracam się często w zabawię. 
- Dopilnuję pana. 
- Co? 
- Zaopiekuję się panem, żeby mi pan nie skonał na tym balu. 
- A ja właśnie skonam - powiedział pan Sułek przekornie. - Jak mi się spodoba - 
skonam. A co, nie wolno? 
Był już porządnie zziajany. 
-  Już  jest  pan  porządnie  zziajany.  Niech  pan  sobie  odpocznie  -  zaproponowała 
pani Eliza. 
- Nie mam czasu - żachnął się ordynarnie. - Trzeba jeszcze panią przebrać. 
- Cudownie... - plasnęła, klaszcząc - ...za ...za księżniczkę, prawda, panie Sułku? 
- Nie. Co to, to nie. Mam inne plany - rzekł tajemniczo. 
- Więc może za Królewnę Śnieżkę?... 
- Odpada. Banalne. 
- W takim razie... - podpowiedziała - przebierzemy mnie za dobrą wróżkę! 
- Nie. Nie sądzę. Słowo honoru. Mam inne plany - był nieustępliwy. 
- Jakie, panie Sułku? - dopytywała się, konając z ciekawości. - Konam wprost z 
ciekawości. 
- Widzę. 
- Więc?... 
-  Może  być  za  żabę,  krowę  lub  borsuka  -  wyrecytował  bez  zająknienia  pan 
Sułek. 
- To już wolę za żabę. Za królewnę zaklętą w żabę... 
- Mam! - wykrzyknął chłopiec, patrząc na nią przeciągle. - Mam całkiem niezły 
pomysł. Przebierzemy panią za brzozę! 
- Będę drzewem? 
- Brzozą. 
-  Będę  cała  w  zieleni  -  ucieszyła  się  pani  Eliza.  -  Będą  drżały  na  mnie  listki... 
jakie to romantyczne... Usiądzie pan pode mną, panie Sułku. Usiądzie pan sobie 
w  moim  cieniu...  Och,  jakże  wspaniały  pomysł  pan  miał!  Będę  panu  szumiała, 
jak umiem najpiękniej. I w moim cieniu i szumie będzie pan spokojnie ogryzał 
kości. Jak najprawdziwsza suka... 
- Wątpię - powiedział wątpiąco. 
- Och, dlaczego? - zmartwiła się. 
- Ponieważ będzie pani brzozą późną jesienią. Bez liści. 

background image

 

55 

- Och, dlaczego? - zmartwiła się powtórnie pani Eliza. 
- Ponieważ tak będzie prościej. Zwiąże się pani ręce i nogi, a następnie pomaluje 
się panią białą farbą. To wszystko. Cała robota. 
- Szalenie pan to wszystko uprościł, prawda? - powiedziała niepewnie pani Eliza. 
- Taki właśnie jestem... 
- Jest pan racjonalistą, prawda? 
- No, no...! - zgromił ją spojrzeniem i słowem - tylko bez takich... Cicho! 
- Z tego widzę, że będę zwykłym pniem na tym balu, prawda? - domyśliła się. 
- Pniem brzozy - potwierdził pan Sułek. - Zgadza się, co do joty. No, zaczynajmy. 
Zaraz - zastanowił się - a może po prostu zanurzyć panią w wapnie? Tak byłoby 
jeszcze prościej... I najrówniej wyjdzie. Tak. Tak właśnie postąpimy. 
- Jaki pan jest, panie Sułku, mądry. Nie raz i nie dwa muszę to panu mówić. Nie 
każdy jest taki mądry, panie Sułku. 
- No pewnie. Jeszcze czego! 
- Mało jest takich ludzi, jak pan. - Znikoma liczba. Słowo honoru! 
- A takich kobiet, jak ja?... - spytała kokietliwie. 
- Co, takich kobiet? 
- Czy jest ich dużo? 
- Jest ich sporo. Słowo honoru. Niech się pani nie boi. 
- A jednak to właśnie ja kocham pana i duszą, i... i ciałem. 
Nie  zwracając  uwagi  na  jej  niewczesne  wynurzenia,  pan  Sułek  zanurzał  ją 
najspokojniej  w  wiadrze  z  wapnem.  Kiedy  już  uznał,  że  robota  skończona, 
powiedział o tym natychmiast. 
- Niech pani już wychodzi z tego wiadra. Robota skończona. Tak uznałem. 
Popatrzył na swoje dzieło z nie ukrywaną satysfakcją. 
-  Mówiłem,  że  tak  najrówniej  wyjdzie.  Wygląda  pani  ślicznie.  Jak  prawdziwy 
pień brzozy. Postawi się panią w rogu sali i cześć. 
- Nie będę mogła zatańczyć, prawda? - upewniała się, jak mogła. 
- Pewnie. No, bo jak niby? Nogi ma pani solidnie związane. 
- Szkoda - szepnęła cicho - tańczę jak piórko... 
-  Ja  też.  Tańczę  jak...  jak...  pyłek.  I  kółeczko  -  pokrzykiwał  -  i  wianuszek,  i  z 
lewej rączki, i podziękowanie!!! 
-  Znów  pan  się  zziajał,  panie  Sułku  -  zauważyła  dziewczyna.  -  Niech  pan  na 
siebie uważa. Och, niech pan spojrzy do lustra! Jak pięknie wyglądamy... 
Patrzyli w lustro jak w obraz. 
- A co? - powiedział pan Sułek. - Nie wolno? - rzekł, merdając ogonem. 
- Pan jest jak najprawdziwsza suka! Daję słowo! Stali przed lustrem, nie mogąc 
się nacieszyć swoim jakże zmienionym wyglądem. 
- A pani - zaszczekał chłopiec - jak biały pniak! Hau, hauuu! - zawył. 
- Aha. Niech pan mnie zaniesie na ten bal. Sama przecież nie dojdę, prawda? 
-  Po  co?  Bal  będzie  tutaj,  u  nas.  Za  chwilę  zwali  się  tutaj  cała  okolica. 
Zaprosiłem wszystkich. Słowo honoru. 
Merdając ogonem, podskakiwał pan Sułek po całym mieszkaniu. 
- I kółeczko - wołał, szczekając - i koszyczek, i z lewej rączki!!! 
- Niech pan uważa, błagam pana! - cieszyła się pani Eliza razem z nim. 

background image

 

56 

- Cicho... - warknął pan Sułek. 
Na balu, z lewej rączki dostał się panu Sułkowi wszechobecny gajowy Marucha, 
z  którym  następnie  nasz  bohater  przetańczył  całą  noc...  Gajowy  wystąpił  jako 
Bolek i Lolek jednocześnie! 
 
ROZDZIAŁ IV 
 
Bajka na dobranoc 
 
Nie każdy potrafi o dowolnej porze dnia czy nocy zasypiać natychmiast. Wielu z 
nas dręczy bezsenność. Jednym ze sposobów na szybkie zaśnięcie jest na pewno 
bajka na dobranoc, opowiadana przez kogoś życzliwego i bliskiego. 
Pan  Sułek,  aczkolwiek  potrafił  zasnąć  zawsze  wtedy,  kiedy  mu  się  podobało, 
lubił po prostu bajki, których opowiadania nigdy nie odmawiała mu wierna pani 
Eliza. Leżał zatem nasz bohater w pościeli, a nasza bohaterka opowiadała, jak 
umiała najpiękniej. 
- I ja tam byłam - kończyła kolejną bajkę - miód i wino piłam, po brodzie... 
- A w gębie nic nie zostało, znam - powiedział pan Sułek zniecierpliwiony. 
- Nie śpi pan jeszcze, panie Sułku? 
- Nie śpię. 
- Ziewał pan przez cały czas... 
- To z nudów - wyjaśnił chłopiec. 
- Opowiadam panu już czwartą bajkę i nic. 
- Bo spać mi się nie chce. Słowo honoru. Chyba cierpię na bezsenność. 
- To straszne, cierpieć na bezsenność w pana wieku. 
- Nie mogę zasnąć za nic - kłamał jak najęty, 
- Jeszcze coś panu opowiem, prawda? 
-  Chyba  tak.  Chociaż  przestałem  już  wierzyć.  Opowiada  pani  długo  i  nudno, 
pani Elizo - powiedział z wyrzutem. 
-  Opowiem  jeszcze  raz.  Może  tym  razem  przyjdzie  do  pana  sen,  panie  Sułku. 
Tak mi pana żal. Biedactwo... 
- Niech pani się tak nie lituje. Nie lubię tego. Słowo honoru. Nie jestem już takim 
dzieckiem! 
- Kochanemu mężczyźnie też opowiada się bajki na dobranoc  - zauważyła pani 
Eliza rozumnie. 
- Skąd pani może o tym wiedzieć? Kochała się kiedyś pani w innym mężczyźnie? 
-  Skąd!  -  zaprotestowała.  -  Kocham  pana  pierwszą,  niewinną  miłością  mego 
życia.  Ale  mimo  to  wiem,  jak  należy  postępować  z  ukochanym.  Opowiem  o 
Koniku Garbusku, dobrze? 
- Ojejej... znowu o Koniku Garbusku - ziewnął. 
- Albo o Królewnie Śnieżce... 
- ...i o siedmiu liliputach czy krasnoludkach, tak? Znam. 
- Więc może o Smoku Siedmiogłowym? - zaproponowała. 
- Po czymś takim na pewno nie usnę. Straszyć mnie tu będzie. To musi być coś 
łagodnego, miłego... - ziewał dalej. 

background image

 

57 

- Wiem, panie Sułku... 
- Co? 
- Opowiem panu o Księżniczce na ziarnku grochu. 
- A o co tam chodzi? - zainteresował się pan Sułek. 
- Księżniczka ciało miała delikatne... - zaczęła pani Eliza. 
- Znowu jakieś świństwa! - zaprotestował gorąco. 
-  Jest  to  niezwykle  subtelna  opowieść,  panie  Sułku.  Wiem  przecież  dobrze,  co 
można,  a  czego  raczej  należy  unikać  -  powiedziała  tonem  nie  znoszącym 
sprzeciwu. 
- Więc jak to było z tą księżniczką na strąku? 
-  Na  grochu  -  poprawiła  go  -  na  grochu,  panie  Sułku.  Przez  siedem  pierzyn 
wyczuła ziarnko grochu. 
-  Hm.  Ciekawe,  w  jaki  sposób?  -  rozważał  kpiąco.  -  Nie!  Bzdury  mi  tu  pani 
wyplata. Cholery można dostać od tego, a nie zasnąć! 
- Kiedy to bardzo znana bajka. 
- Nie bardzo. Nie znam - rzekł rzeczowo. 
- Wszystkie dzieci to znają. 
-  Znowu  od  dzieci  mi  pani  wymyśla!  -  obruszył  się  w  pościeli.  -  Stale  traktuje 
mnie pani jak dziecko. 
- Jest pan niesprawiedliwy. Czy można kochać dziecko tak, jak ja kochani pana? 
Czy  można  ze  zwyczajnym  dzieckiem  wiązać  się  węzłem  narzeczeńskim?  No, 
niech pan sam powie?... 
- Raczej nie - odparł po namyśle. 
-  Sam  pan  widzi.  Traktuję,  pana  jak  prawdziwego  mężczyznę  Więc  jak,  chce 
pan o tej księżniczce? 
- Wolę co innego. 
-  Co  by  tu?  -  zastanawiała  się  pani  Eliza.  -  Jest  taika  bajka  o  rybaku  i  złotej 
rybce... 
-  Niemożliwe  -  powiedział  chłopak  -  nigdy  nie  widziałem  złotej  rybki.  Aaa, 
chyba...  -  przypomniał  sobie  -  ...widziałem.  W  akwarium.  Co  ma  z  tym 
wspólnego rybak? - zaskoczył ją znienacka. 
-  Złapał  rybak  złotą  rybkę...  Aż  tu  nagle  rybka  odzywa  się  do  niego  ludzkim 
głosem... 
- Ludzkim głosem, tak? - Pan Sułek chichotał zapamiętale. 
- To przecież bajka, panie Sułku... 
-  To  co  z  tego.  Niech  pani  przestanie  zalewać.  Mam  tego  dość.  Słowo  honoru! 
Bzdury  mi  tu  plecie...  "Aż  tu  nagle  rybka  odzywa  się  do  niego  ludzkim 
głosem..." - przedrzeźniał ją, ile wlazło. - Głupiego sobie pani znalazła czy jak? - 
Był już bardzo zdenerwowany. 
-  Kocham  pana,  panie  Sułku  -  powiedziała  pani  Eliza  zmęczonym,  sennym 
głosem. - Tak chciałabym, żeby pan zasnął. 
-  To  niech  pani  wali  prawdę.  Prosto  z  mostu.  Co  i  jak.  Jestem  szczerym  i 
prostym  chło...  to  znaczy...  mężczy...  to  znaczy...  obywatelem!  Brzydzę  się 
kłamstwem  i  matactwem.  Kocham  prawdę  i...  i...  przyrodę.  Te  dwie  rzeczy 

background image

 

58 

kocham  nad  życie.  Cholera.  Zasnąć  tylko  nie  mogę!  Zwariuję  od  tego!!!  - 
zapędził się, jak to mówią, w kozi róg pan Sułek. 
- Niech pan nie wariuje - szepnęła pani Eliza - błagam. 
- Jak będę chciał, to zwariuję. Słowo honoru! 
- Nie kłóćmy się już, panie Sułku... - poprosiła. 
- Jak będę chciał. 
- Właśnie - zauważyła - nie kłóciliśmy się, prawda? 
- Sam nie wiem... 
- Poprztykaliśmy się tylko trochę, prawda? - powiedziała zalotnie. - Zresztą, kto 
się czubi, ten się lubi, prawda? 
- Cicho! No, pora spać. Już późno. 
- Jak to, tak bez bajki? - spytała ze zdziwieniem. 
- Czuję, że teraz zasnę z najwyższą łatwością. 
Rzeczywiście.  Powieki  opadały  panu  Sułkowi  jedna  za  drugą.  Oczy,  jak  to  się 
mówi, kleiły mu się okropnie. Ziewał na całą szerokość młodego gardła. 
- Panie Sułku... - szepnęła ostrożnie pani Eliza. 
- Co? - wymamrotał, poświstując. 
- Przychodzi do pana senek? 
- Uhum... 
- Więc - zaryzykowała - niech przyśnię się panu ja. Ja, cała w kwiatach i długiej, 
białej sukni... 
- Dobra... dobra... 
-  Piękna  -  ciągnęła  temat  -  i  wzniosła.  Ulotna  jak  jakiś  obłok.  Cała  w  bieli  i  w 
tiulach.  Nieuchwytna,  a  jakże  jednocześnie  bliska.  Tak  bliska,  panie  Sułku 
jedyny, że wystarczy tylko wyciągnąć rękę... 
Nachyliła się nad nim i pocałowała go w czoło. Musnęła wargami spragnionymi 
jego rubinowe usta... 
- Panie Sułku... panie Sułku... 
Cisza była jedyną odpowiedzią. 
Tymczasem  po  tamtej  stronie  powiek  pana  Sułka  zjawił  się  siedmiogłowy 
gajowy  Marucha,  siedzący  na  ziarnku  grochu...  Gajowy  popijał  miód  i  wino  z 
jednej szklanki. 
 

POEZJE 

 
Imając się rozmaitych zajęć, imał się pan Sułek również poezji. Imał się jednak 
bez  wyraźnego  zamiaru  zostania  poetą.  Ot,  dla  własnej  przyjemności  i 
satysfakcji układał okazjonalne wiersze. Na przykład na swoje urodziny ułożył 
takie coś: 
Ten  bezpretensjonalny  w  końcu  ótwór,  przepraszam  utwór,  przeczytał  pan 
Sułek podczas uroczystych obchodów swoich urodzin w zeszłym roku. Widać w 
nim wyraźnie związek poezji z życiem i dlatego zapraszam do przeczytania kilku 
uwag pt: Petrarka a wiertarka. 
 
 

background image

 

59 

 
wiersz na moje órodziny 
 
Sam jósz nie wiem jaki jestem  
Ja nie jestem wcale kszesłem  
ja nie jestem ruwniesz wołem  
ani oknem ani stołem  
ani bużom z pieninami  
ani rużom ze kolcami  
ani smokiem ani psem  
ani rzabom ani gzem  
ani muchom ktura brzenczy  
ani krowom ktura jenczy  
jak jom wezdmie koniczyna  
ktura czensto krowy wzdyma  
dziś som moje órodziny  
a nie rządne imieniny  
i prezęty nieh mi da  
ktury co tam dla mnie ma 
 
PETRARKA A WIERTARKA . . . 
(korespondencja) 
Warszawa, 5 września 1977 r. 
 
Do 
Wydawnictw Radia i Telewizji  
Warszawa, ul. Chełmska 
 
Zwracam  się  z  uprzejmą  prośbą  o  umieszczenie  w  mojej  książce  pt.  "Kocham 
pana,  panie  Sułku"  eseju  zatytułowanego  "Petrarka  a  wiertarka,  czyli  o 
związkach  poezji  z  życiem".  W  pełni  zgadzam  się  ze  zdaniem  Szanownej 
Redakcji,  wyrażonym  podczas  rozmowy  na  ten  temat,  że  esej  ten  nie  ma  nic 
wspólnego  z  pozostałą  resztą.  Dodam  tutaj,  moim  skromnym  zdaniem,  że  esej 
ten w ogóle nie ma nic wspólnego z czymkolwiek, powiem więcej - on mi nie za 
bardzo wyszedł. Napisany jest bardzo słabo w sensie literackim, a o jego stronie 
intelektualnej  lepiej  nie  mówmy  więcej.  Uważam,  podobnie  jak  Szanowni 
Państwo,  że  jest  to tekst  co  najmniej  zbędny.  Na  Waszym  miejscu w  ogóle  nie 
wahałbym się wyrzucić go po prostu do Redakcyjnego Kosza. A jednak proszę o 
zamieszczenie "Petrarki a wiertarki..." z następujących powodów: 
Jestem pełnym konformistą i zgadzam się ze wszystkimi na temat wszystkiego. 
Żona  ostatnio  się  przeziębiła  i  chrycha.  Bardzo  mnie  to  martwi  i  jednocześnie 
zgadzam się z nią w zupełności. Ostatnio nie mogłem dostać wkładu do takiego 
grubego  długopisu,  który  dostałem  od  Dudzińskich,  z  którymi  również  się. 
zgadzam. Długów nie mam. Cieszę się, kiedy pada deszcz, a jednocześnie cieszą 
się także, kiedy świeci słońce. Zgadzam się nawet na byle jaką pogodę, bo mnie 

background image

 

60 

w  ogóle  nie  zależy...  Zależy  mi  natomiast  na  u-mieszczeniu  eseju  "Petrarka  a 
wiertarka...",  mimo  nie  najlepszego  zdania  (Waszego  i  Mojego)  na  jego  temat. 
Zwłaszcza  mojego.  Chciałbym  po  prostu  spłatać  sobie  psikusa.  Sobie...  no  i 
czytelnikom.  Z  czytelnikami  zresztą  również  się  zgadzam,  żeby  nie  było 
nieporozumień. Ostatecznie można sobie potem ten esej wydrzeć z książki albo 
jeszcze lepiej - wyciąć i cześć Jeszcze raz proszę o pozytywne załatwienie mojej 
prośby. 
Łączę wyrazy, z którymi się zgadzam Jacek Janczarski 
 
 
Warszawa, 12 września 1977 r. 
Pan Jacek JANCZARSKI 
Szanowny Panie, 
Po uważnej lekturze Pańskiego listu dotyczącego eseju "Petrarka a wiertarka..." 
doszliśmy  do  wniosku,  że  zamieszczenie  go  w  książce  "Kocham  pana,  panie 
Sułku" kłóciłoby się z elementarnym poczuciem wszystkiego, co można poczuć. 
Miałkość, banalność i bałamutność proponowanego tekstu są zastraszające. Do 
tego  należy  dodać  liczne  usterki  merytoryczne,  jak  chociażby  błędne  daty 
urodzin i śmierci Petrarki, fakt, że ich Pan nie podaje, pogarsza tylko sytuację, i 
to w stopniu nie mniejszym niż choroba Pańskiej Małżonki. 
Z uwagi na powyższe postanowiliśmy włączyć do książki tekst eseju "Petrarka a 
wiertarka...", wyrażając jednocześnie ubolewanie, że jest on tak krótki. 
Łączymy wyrazy współczucia 
Redaktor Naczelny 
(podpis nieczytelny) 
 
 
 
ROZDZIAŁ V 
 
Sen o zupie 
 
Sny  na  ogół  nie  sprawdzają  się,  a  jednak  chcemy  wierzyć,  że  to,  co  nam  się 
akurat  przyśniło,  będzie  miało  następnie  jakikolwiek  związek  z  najbliższą 
przyszłością. Podobnie uczynili nasi bohaterowie pewnego dnia. 
Tuż po przebudzeniu pan Sułek opowiadał pani Elizie swój sen. Ona słuchała z 
właściwym  sobie  przejęciem,  patrząc  na  niego,  jak  wytrawny  znawca  patrzy 
zawsze na obraz. 
- Zupa, zupa... powiada pan, panie Sułku? - zastanawiała się głośno pani Eliza. 
-  Ściślej  mówiąc,  pomidorowa  zupa  z  makaronem  -  uściślił  pan  Sułek.  -  Taki 
właśnie miałem sen dzisiejszej nocy. 
- I nic, tylko zupa i zupa?... - dopytywała się wnikliwie. 
- Przez calutką noc. Na okrągło. Zupa, zupa, zupa... - powtarzał bezmyślnie. 
-  Musiało  się  panu,  swoją  drogą,  przyśnić  kilka  ładnych  talerzy.  Spał  pan,  jak 
suseł, przez bite czternaście godzin, prawda? 

background image

 

61 

- Spać to ja lubię - powiedział pan Sułek, przeciągając się i czochrając włosy. 
- Zwłaszcza, kiedy ma pan takie piękne sny, jak ten dzisiejszy, prawda? 
-  A  propos!  -  powiedział  pan  Sułek  z  cudzoziemska  -  co  dzisiaj  na  obiad?  Bo 
może mi się sprawdziło... - dodał swojsko. 
-  Był  pan  blisko  -  ucieszyła  się  dziewczyna.  -  Zupa.  Zupa  dziś,  panie  Sułku 
najsłodszy. 
- Cicho. Pomidorowa z makaronem? - spytał z nadzieją. 
- Niestety, nie - rozwiała jego złudzenia. - Zacierkowa z zacierkami. 
-  Też  niezła  -  zauważył.  -  Co  to  może  być,  kiedy  komuś  przez  całą  noc  śni  się 
tylko zupa? Interesujące... Frapujące... Ciekawe... 
- Znaczy to, moim zdaniem, że jest pan po prostu głodny - powiedziała po prostu 
pani Eliza. - Zaraz podam zupę na stół. 
- Dobra, dobra... To nie jest takie proste - oburzył się lekko pan Sułek. - Zupa... 
to  płyn...  -  rozważał  -  płynem  jest  przecież  woda...  Hm...  morze  i  ocean  to  też 
woda  -  wnioskował  bezbłędnie  -  ej,  coś  mi  się  zdaje,  że  mam  kompleks 
marynarza! - zaniepokoił się spokojnie. 
-  Czym  to  grozi,  panie  Sułku  najdroższy?  -  zaniepokoiła  się  niespokojnie  pani 
Eliza. - Boję się o pana... 
- Cicho! A może - kontynuował myślenie - może czekają mnie dalekie, zamorskie 
podróże?...  Hm,  to  możliwe.  Planowaliśmy  z  gajowym  Maruchą  podróż 
zamorską. 
- Planowaliście i co z tego?  - odparła kobieta z przekorą. - I co z tego? Gajowy 
nie ruszy się ze swojej nowej placówki. 
-  No,  nie  wiem.  W  każdej  chwili  może  ją  przerżnąć  w  karty  z  doktorem 
Wałaszewskim. Tak jak poprzednią gajówkę. Przez jedną noc. Niecałą... 
- Nie sądzę, panie Sułku - zauważyła kąśliwie pani Eliza. 102 
- Dlaczego, jeżeli wolno spytać? 
- Po co doktorowi Wałaszewskiemu druga gajówka? Z jedną ma dość kłopotów. 
Dach mu obecnie przecieka... 
-  Wszystkim  dach  przecieka.  U  niektórych  woda  zalewa  piwnice.  Wracając  do 
wody  -  trzymał  temat  chłopiec  -  woda,  zdaje  się,  jest  moim  żywiołem.  Jestem, 
bądź  co  bądź,  spod  znaku  Ryb.  Niech  pani  sobie  nie  myśli.  No,  gdzie  ta  zupa 
zacierkowa? - zmienił temat. 
- Już nalewam - powiedziała pani Eliza i rzeczywiście nalała chochlę szarej zupy 
na cynowy talerz. 
Pan  Sułek  natychmiast  zagłębił  łyżkę  w  cieczy  i  podniósł  ją  szybkim,  jak 
błyskawica, ruchem do ust. 
- Hu - powiedział - gorąca! 
-  Grzałam  ją  na  gazie  -  wyjaśniła  dziewczyna.  -  Grzałam  ją  dla  pana,  panie 
Sułku, chciałam panu, jak zwykle, dogodzić... - nie chwaląc się powiedziała. 
-  Tylko  sobie  język  poparzyłem.  Z  panią  to  tak  zawsze.  Intencje  dobre,  a 
wychodzi z tego zawsze jakieś świństwo. Czy to ładnie?... 
- Obiektywnie patrząc, nie - powiedziała bez przekonania, lecz ze skruchą. 
- Zawsze spotykają mnie z pani strony jakieś upokorzenia. 
Czy to ładnie? 

background image

 

62 

- Bardzo nieładnie - zgodziła się pani Eliza. - Boleję nad tym. Sen mi to spędza z 
powiek. Cóż ja jednak mogę na to poradzić, że nie zawsze mi wychodzi... 
- Cicho siedzieć - poradził. - I nie zawracać głowy. Oto moja rada. 
- Skorzystam z niej, panie Sułku - szepnęła pokornie. 
- No, już dobrze, dobrze - powiedział udobruchany i trochę najedzony. - Co tam 
na drugie danie? - spytał. 
- Pyzy. 
-  Fiu,  fiu!...  -  zafiukał.  -  Niech  je  pani  poda  -  dodał.  Na  stół  wjechała  waza  z 
szarymi pyzami. 
- Proszę sobie nałożyć, ile dusza zapragnie - powiedziała z powagą pani Eliza. 
Pan Sułek przyglądał się pyzom ze skupieniem. Wąchał je, macał palcami. 
-  Zaraz,  zaraz...  dlaczego  one  są  takie  sine?  -  spytał  podejrzliwie.  -  O,  nie,  nie 
zjem tego świństwa! 
- Pyzy są zawsze sine - powiedziała pani Eliza. - Taka ich natura... 
- Naprawdę? 
- Słowo honoru. Jak pana kocham - przysięgała. 
- Cicho. A ja już myślałem, że w tym roku była jakaś sinica czy może jakaś inna 
choroba  kartofli.  Człowiek  uczy  się  przez  całe  życie  - westchnął,  opychając  się 
sinymi w naturalny sposób pyzami. - Pyszne pyzy - wykrztusił. - Pyzy nigdy mi 
się jeszcze nie śniły... 
-  Więc  może  przyśnią  się  panu  właśnie  dzisiaj.  To  całkiem  możliwe  -  dodała, 
patrząc na swojego zajadającego z zapałem chłopca. 
- Racja. Co na deser? - spytał, skończywszy z pyzami. 
- Wafle - odparła tajemniczo. 
- Jakie wafle? 
- Takie zwyczajne. Tortowe. Po trzy dwadzieścia paczka. 
- To lubię - powiedział, oblizując się. - Wafle to ja lubię. Oho!... 
-  No,  przecież  wiem  o  tym  najlepiej,  panie  Sułku.  Któż  zna  lepiej  te  wszystkie 
pana słabości niż ja? Niż ja, pana opiekunka i narzeczona... 
- Cicho. Wafle... - jadł ze smakiem - lubię naprawdę. Są... - mlaskał - naprawdę 
pyszne. 
- Proszę jeść, ile dusza zapragnie - ucieszyła się pani Eliza. - A potem - wyjaśnił 
chłopiec - utnę sobie drzemkę. 
Kropnę się spać. Co mi tam! 
-  Też  się  przyłożę  -  powiedziała  pani  Eliza  przymilnie.  Popatrzył  na  stos 
brudnych naczyń piętrzący się piętrowo. 
- A kto pozmywa? - spytał rzeczowo. - Ja nie cierpię zmywania - przypomniał. - 
Nie pozmywam na pewno, niech się pani nie boi  - uspokoił ją. - Słowo honoru. 
Oho! - ziewnął - śpik już mnie chwyta. Jestem cholernie śpiący... 
-  To  z  przejedzenia,  panie  Sułku.  To  z  tego  jedzenia  tak  pana  rozebrało.  Zjadł 
pan wszystkie pyzy i cały kocioł zacierkowej z zacierkami... 
- Jak jem, to jem - powiedział z naciskiem. 
- A jak pan śpi, to pan śpi - powiedziała, wykorzystując analogię. - Właściwie na 
tym koniec - podsumowała znienacka. 
- Dlaczego? 

background image

 

63 

-  Ponieważ  w  gruncie  rzeczy  albo  pan  właśnie  je,  albo  pan  właśnie  śpi.  Nic 
więcej. 
- Tak to wygląda? - zaniepokoił się. 
- Tak to wygląda - przytaknęła pani Eliza potakująco. A ja - dodała - nic, tylko 
na pana patrzę... 
- I co? - zapytał chłopiec bez zainteresowania. 
- I... kocham pana z całego serca!... Jest pan taki organiczny!... 
- W tym jedzeniu i w tym spaniu, tak? 
- Otóż to. Jest pan w jednym i drugim spontaniczny i naturalny. 
- Naturalny to jest nawóz! - roześmiał się w głos pan Sułek. 
Pani Eliza zawtórowała nerwowym chichotem. 
- To zabawne, prawda? 
- Można pęknąć! - śmiał się dalej chłopiec. - No, idę spać... 
- Dobranoc, panie Sułku. 
- Dobranoc. 
Pan Sułek przykrył się szczelniej kocem. 
-  Czy  rozstajemy  się  ponownie  na  czternaście  godzin?  -  zapytała,  znając  i  tak 
odpowiedź. 
- Nie wiem. Zobaczymy jeszcze. 
- Ciekawe, co też panu się przyśni, prawda? Jaka zupa? 
- No właśnie - ziewnął któryś raz z rzędu. - Ciekawe, jaka to będzie zupa? 
- Może szczawiowa z jajkiem? - wyraziła nadzieję dziewczyna. 
- Nie za bardzo - skrzywił się pan Sułek. 
- Albo pieczarkowa z profitrolkami... 
- Już wolę. A może, pani Elizo, przyśni mi się też coś na drugie?... 
- Jak pana znam, przyśni się panu także i drugie danie. 
- No i deser. 
- I deser także... 
- Jeżeli na drugie danie - rozumował chłopiec - przyśni mi się na przykład stek, 
to  jestem  pewien,  że  czeka  mnie  daleka  podróż  za  ocean.  Tam  są  właśnie  te 
słynne steki... 
- Możliwe. 
- Dobranoc, bo już konam ze zmęczenia... - szepnął chłopiec. - Proszę stąd wyjść! 
- dodał cierpko. 
- Już idę, już idę... pójdę do sklepu... 
- Słuszna uwaga - powiedział prawie bez związku. - To rozsądne. Słuszna uwaga 
- powtórzył i zasnął. 
Przed sklepem pani Eliza spotkała wszędobylskiego gajowego Maruchę pijącego 
piwo wprost z butelki. Pani Eliza próbowała nawiązać z gajowym przyjacielską 
rozmowę  na  temat  teorii  snów...  Gajowy  nie  był  jednak  tego  dnia  w  nastroju. 
Szczerze  mówiąc,  w  ogóle  gajowy  nie  bardzo  nadawał  się  do  jakiejkolwiek 
rozmowy.  Pierwszych  dziesięć  butelek  piwa  wypił  bowiem  gajowy  bez 
przyjemności, ze względu na niską jakość ich zawartości. 
 
 

background image

 

64 

 
ROZDZIAŁ VI 
 
Pamiętnik 
 
Pan  Sułek  siedział od  rana  nad  czystą kartką  papieru w  jedną linię  i zapewne 
myślał intensywnie nad czymś. Szło mu to niesporo, więc trudno się tak znowu 
dziwić, że był zdenerwowany okropnie. Co chwilę chwytał pióro kulkowe... i po 
chwili  odkładał  je  zrozpaczony.  Pani  Eliza  przyglądała  mu  się  z  rosnącym 
niepokojem.  Nadsłuchiwała  chciwym  uchem  mamrotania  swego  ukochanego  i 
jak mogła, tak zaglądała mu przez ramię. 
-  Urodziłem  się  w  powiecie  Puławy...  -  mamrotał  chłopiec.  -  Co  tu  dalej?...  Co 
tam dalej? - poprawił się. - Co tutaj by dalej?... Co by tam, tutaj, tak dalej, by 
tam, tu?... Słowo honoru! - powiedział wreszcie z naciskiem. 
- Mówi pan do siebie, prawda, panie Sułku? - wtrąciła delikatnie pani Eliza. 
- Nie pani rzecz - warknął. 
-  Słyszałam  -  wtrącała  się  dalej  -  że  mówienie  do  siebie  nie  jest  objawem 
zdrowym.  Och,  panie  Sułku  jedyny,  tak  się  o  pana  niepokoję...  -  Niepokój  jej 
wzrastał z minuty na minutę. 
- Cichooo... Spokojna głowa. Na razie nie zwariowałem. 
- Jest pan tego pewien, prawda? 
-  Najzupełniej  -  rzekł  w  roztargnieniu  i  mamrotał  dalej.  -  Urodziłem  się  w 
powiecie Puławy... No, nie... nie przebrnę przez ten początek. Proszę stąd wyjść, 
pani Elizo. Nie mogę się skupić. 
- Nie może pan sobie przypomnieć, kiedy się pan urodził, prawda? Słyszałam, że 
takie zaniki pamięci to ciężka choroba psychiczna... 
-  Ach,  to  tak!  -  wrzasnął  chłopiec.  -  Wariata  ze  mnie  pani  robi,  co?  Jestem 
normalnym,  zdrowym  człowiekiem!  Wszystko  mam  w  największym  porządku! 
Słowo honoru! 
- Wiem prawie na pewno, że nie jest pan zwyczajnym wariatem, panie Sułku. Z 
drugiej  strony  obserwuję  pana  uważnie  i  widzę,  że  jest  pan  niezwykle 
zdenerwowany...  Czym  mam  to  tłumaczyć,  panie  Sułku  jedyny?  -  spytała  z 
prawdziwą troską. 
- Tym - wyjaśnił - że podjąłem się ciężkiej pracy. Pracuję jak wół, jak koń... 
- Lub jak wielbłąd, prawda? Wielbłądy też nie mają lekko, prawda? 
- Wszystko to nic w porównaniu z tym, co ja teraz robię!... 
-  Powie  mi  pan?  Jak  żagiew  smolna  na  wietrze,  tak  płonę  z  ciekawości  - 
powiedziała, płonąc jak smolna żagiew. 
- Nie ma ognia bez dymu - odciął się chłopak. - Odciąłem się, nie ma co... 
- Mniejsza z tym. Niech mi pan wreszcie opowie o swojej wytężonej pracy. Jak 
na nią patrzeć tak z zewnątrz, wygląda ona bardzo dziwnie... 
-  Nie  ma  w  tym  nic  dziwnego  -  powiedział  pan  Sułek  skromnie.  -  Ot,  piszę 
pamiętnik... 
- Pamiętnik? - zdziwiła się pani Eliza ogromnie. 

background image

 

65 

-  Opiszę  w  nim  całe  swoje  życie  do  tej  pory.  Fakt  po  fakcie.  Dzień  po  dniu. 
Wszystko w nim opiszę. Całe swoje życie. Całe. Wszystko. 
- Nareszcie rozumiem, dlaczego siedzi pan od kilku godzin pochylony nad czystą 
kartką papieru, prawda? 
-  Papieru  w  linię.  W  jedną  linię  -  uzupełnił.  -  Inaczej  nierówno  wychodzi  - 
wyjaśnił. - A tak, jak po sznurku. Słowo honoru. 
Z zadowoleniem obejrzał pierwsze zdanie napisane równo. 
- Naprawdę, opisze pan to wszystko? - dopytywała się pani Eliza. 
- Fakt po fakcie. 
-  Och,  sporo  miejsca  zajmę  i  ja  w  tym  pana  pamiętniku!  -  ucieszyła  się  pani 
Eliza  nie  bez  powodu.  -  Od  wielu  lat  mieszka  pan  ze  mną  i  zdarzyło  nam  się 
mnóstwo najprzeróżniejszych faktów... 
-  Chcę  pisać  przeważnie  o  sobie  -  powiedział  bez  ogródek,  chłopiec.  -  Znam 
dobrze swoją wartość i spróbuję ją opisać jak najwierniej. Tak to wygląda. 
- I po co to wszystko, panie Sułku? Po co to? - spytała podwójnie. 
- Wydam to w formie książki - powiedział po prostu. 
- Gdzie pan to wyda, na litość boską?! - przeraziła się nie na żarty. 
-  W  jakimś  pierwszym  lepszym  wydawnictwie.  A  co,  nie  wolno?  -  spytał 
zaczepnie. 
- Nie wolno tego panu robić pod żadnym pozorem! - wykrzyknęła, krzycząc. 
- No, no... - pogroził wskazującym palcem - kto tak powiedział? 
- Ja, panie Sułku. Nie dam się skompromitować... Jestem uczciwą kobietą. 
-  Więc  czego  się  pani  tak  wystraszyła?  Czytelnicy  poznają  prawdę  i  tylko 
prawdę. Pod karą odpowiedzialności do lat pięciu... 
- Ach, tak?... - rozpogodziła się pani Eliza. - A gdyby tak dodał pan tam coś od 
siebie?...  Coś  miłego...  ciepłego?...  Więc  gdyby  pan  tak  coś  takiego  dodał,  nie 
będę miała żalu. 
- A jakbym coś solidnie przesolił? - spytał chłopiec. 
- Zależy, do jakiego stopnia... 
-  Jakbym  tak  nagle  opisał  jakieś  orgie z  pani  udziałem?  Coś w sensie... seksu  - 
zarumienił się - w sensie... prywatek... w sensie, w sensie... 
- No, śmiało, mój chłopcze... - zachęcała go śmiało pani Eliza. 
- Coś ogólnego... i... niemoralnego. Coś o zepsuciu moralnym. 
- A konkretnie? 
- Nie wiem sam - przyznał. 
-  Pomogę  panu,  jak  pan  już  dojdzie  do  tego  miejsca,  prawda?  Na  razie  nawet 
pan nie zaczął. Odwagi, panie Sułku jedyny - dodawała mu odwagi. 
- Kiedy - mamrotał - jakoś mi nie idzie. 
- Co pan tam na razie napisał? 
- Na razie napisałem: "Urodziłem się w powiecie Puławy". Wyszło równo. 
- I to wszystko? - uśmiechnęła się po swojemu. 
- Sam nie wiem, co dalej, słowo honoru... 
- A co było dalej? Właściwie, jakie pan miał dzieciństwo, mój panie Sułku? 
- Sęk w tym, że nie bardzo sobie przypominam... 
- Więc dajmy temu spokój. Niech pan zacznie od szkoły podstawowej... 

background image

 

66 

- I na tym będę musiał skończyć - zmartwił się chłopiec. 
- Faktem jest, że jest pan rzeczywiście w trakcie kończenia szkoły podstawowej. 
A jednak to nic nie szkodzi. 
- Szkodzi - zaprzeczył. 
- Nie szkodzi. - Trwała w dziwnym uporze. 
- Szkodzi, oto jest moje zdanie na ten temat! Poza tym jest to mój pamiętnik, a 
pani  coś  za  bardzo wtyka  mi  tu  nos w nie swoje sprawy! Chce  pani  na  pewno 
upiec  na  tym  jakąś  swoją  pieczeń.  Znam  pani  cwaniactwo  -  nie  przebierał  w 
słowach. - Wiem, co mam o tym myśleć! Proszę stąd wyjść! Przeszkadza mi pani 
w pracy! 
- Boże, nie chciałam pana urazić, mój słodki... literacie. 
-  Oooo,  tego  już  za  wiele!!!  -  wrzasnął  pan  Sułek.  -Na  zbyt  wiele  sobie  pani 
pozwala! Niech pani się ode mnie odczepi! 
- Co to, to nie - powiedziała spokojnie. - Nigdy. Mogę wyjść, ale wrócę tu. Wrócę 
jak bumerang. Jak wracają ptaki do swoich ulubionych gniazd... Bo właśnie pan 
-  recytowała  zapamiętale  -  jest  dla  mnie  tym  gniazdem,  do  którego  wraca  się  z 
najdalszych podróży... 
- Co? - zainteresował się pan Sułek. - Jestem gniazdem? To ciekawe... 
- Jest pan gniazdem i koniec - uparła się dziewczyna. 
-  To  niezwykle  oryginalne  -  wymamrotał.  -  Coś  podobnego?...  Ja  -  gniazdem? 
Wiem! 
- Co pan wie, panie Sułku najdroższy? 
- Nareszcie wiem, jak zacząć! - Zatarł ręce i chwycił za pióro. 
- Co jak zacząć? - spytała, nie domyślając się niczego. 
- Mój pamiętnik. Och, ty głupi cymbale... 
- Chyba "ty głupia cymbałko"? - poprawiła go pani Eliza. 
- Mówiłem tak do siebie. Zacznę tak: "Jestem gniazdem, do którego się wraca z 
najdalszych podróży..." 
-  Bardzo  dziwnie  to  brzmi,  ale  jak  na  początek  -  interesujące...  I  co  dalej,  co 
dalej, panie Sułku jedyny? - drżała z niecierpliwości. 
 - Ciichoo... 
Skreśliwszy poprzednie zdanie, pan Sułek napisał teraz: "Jestem gniazdem, do 
którego się wraca z najdalszych podróży..." i utknął jak poprzednio. Mamrotał 
teraz, postękując. 
-  Jestem  gniazdem...  jestem  gniazdem...  Cholera  jasna!  Nierówno  wyszło. 
Bardzo nierówno wyszło - powiedział, przyglądając się kartce papieru. 
Trzeba trafu, że właśnie w tym momencie wszedł niedoceniany gajowy Marucha 
i oświadczył  całkiem  po  prostu,  że  bociany  uwiły sobie  piękne  gniazdo  na  jego 
nowej gajówce. Gajowy wpisał równo ten fakt do swego pamiętnika. 
 
 
 
 
 
 

background image

 

67 

 
ROZDZIAŁ VII 
 
Palcem po mapie 
 
Nawet  w  najbardziej  pomyślnym  i  pełnym  miłości  współżyciu  dwojga  ludzi 
zdarzają  się  nieliczne  chwile,  kiedy  człowiek  po  prostu  nie  wie,  co  ma  ze  sobą 
zrobić.  Chwile,  kiedy  człowiek  siedzi  bezmyślnie  i  wlepia  oczy  nieruchomo  w 
jeden punkt (no, czasem w dwa), a usta jego są rozwarte i nieruchome. Właśnie 
taka chwila nadarzyła się pani Elizie. Wzrok miała nieostry, zamglony... Kiedy 
wreszcie  złapała  ostrość,  spojrzała  na  swego  chłopca  i  zapytała  całkiem 
zwyczajnie: 
-  Zastanawiam  się,  panie  Sułku,  dlaczego  my  do  tej  pory  nie  mamy  jeszcze 
telewizora? 
- To proste - odpowiedział pan Sułek. - Pytałem w sklepie. Nie ma. 
- Zawsze były - zdziwiła się pani Eliza. - Wczoraj pan pytał? 
- Taaak!... - przytaknął chłopiec. Od dłuższego czasu interesowało go zupełnie co 
innego. 
- I rach, i ciach! - powiedział do siebie, pochylając się nad stołem. 
-  Wysłałam  pana  wczoraj  do  sklepu  po  telewizor,  panie  Sułku  -  przypomniała 
pani Eliza - i okazuje się, że nici z tego, prawda? 
- Tak. Nie ma w sklepie - powiedział wolno pan Sułek. 
- Wobec tego poproszę o zwrot gotówki. - Była nieustępliwa. 
- Nie mam nic. 
- Żarty żartami, panie Sułku... Niech mi pan odda pieniądze. 
- Jakie pieniądze? - obruszył się ruchliwie. 
- Te - przypomniała - przeznaczone na pierwszą ratę za telewizor. 
- Mówiłem, że telewizorów nie ma - przypomniał tym razem pan Sułek. 
- Rozumiem. Trudno. Wobec tego wrócił pan z pieniędzmi, prawda? 
-  Kto  tak  powiedział?  -  spytał  chłopiec  zaczepnie.  W  zamyśleniu  powtarzał  coś 
pod nosem. 
-  Oho...  nieźle  mi  się  trafiło...  Dobre  Miasto.  Hm...  całkiem  niedaleko  od 
Olsztyna. 
- Niech pan posłucha, panie Sułku... 
- Słucham, słuchani... -rzekł, nie słuchając. 
- Telewizorów nie ma, prawda? - kontynuowała cierpliwie. 
-  Chryste  Panie!!!  -  wybuchnął.  -  Tysiąc  razy  powtarzam,  że  telewizorów  nie 
ma!!! Tysiąc razy jej to powtarzać, a ona będzie jeszcze przez pięć godzin pytać, 
czy telewizory są! No, przecież to naprawdę cholery jasnej można dostać! Jestem 
zajęty jak diabli i mimo tego staram się być miły dla niej, a ona zanudza mnie 
tymi swoimi ciągłymi pytaniami!... 
-  Nie  chciałam  pana  urazić,  mój  najdroższy  panie  Sułku  -  zaskomliła  lękliwie 
pani Eliza. 
- Cicho! 

background image

 

68 

-  Sądzę  jednak  -  dodała  odważnie  -  że  należy  mi  się  choćby  informacja  o  tych 
pieniądzach,  przeznaczonych  wyraźnie  na  kupno  telewizora.  Telewizor  miał 
nam zastąpić wiele innych rozrywek, których nam tak stale brakuje... 
- Komu brakuje? - spytał z głupia frant. 
- Nam. Nas miałam na myśli. 
- A ja, ja już pani nie wystarczam? - obruszył się poruszony. 
- Pan wystarcza mi najzupełniej - odparła zgodnie z prawdą. 
-  Więc  o  co  chodzi?  Coś  się  musiało  pani  poplątać.  No,  cicho  już  -  powiedział 
łagodnie - cichoo... 
- Wiem - domyśliła się pani Eliza - nie ma pan już tych pieniędzy, prawda? Mnie 
pan nie nabierze... - ciągnęła temat jak przysłowiowego kota za ogon. 
- Nie mam... - odparł. - To znaczy, może mam, a może nie mam, tak to wygląda. 
- A konkretnie? - dociekała. 
- Konkretnie to muszę pani wreszcie powiedzieć, że kupiłem nam mapę! 
- Naprawdę? 
- Jak najbardziej. Kupiłem ją i tyle. 
Na stole leżała rzeczywiście fizyczna mapa Polski. - Oto ona - powiedział z dumą 
nasz bohater. 
-  Jest  to  chwila  uroczysta  -  powiedziała  uroczyście  pani  Eliza.  -  Jest  to  bardzo 
uroczysta chwila, panie Sułku. 
- No, no... dlaczego? 
- Jest to chwila podniosła i wzruszająca... - dodała, nie przesadzając. 
- Przyznam - przyznał - że nie bardzo rozumiem, co pani ma na myśli? 
- A ja mam na myśli to - powiedziała pani Eliza wesoło - że zrobił pan pierwszy 
raz w życiu coś, na co daremnie czekałam przez długie lata naszego życia. 
-  Co  ja  takiego  właściwie  zrobiłem?  -  szepnął  zdezorientowany  chłopak.  -  Sam 
nie wiem... 
-  Po  raz  pierwszy  w  życiu  kupił  pan  coś  dla  domu.  Na  nasze  wspólne 
gospodarstwo.  I  to  jest  piękne.  Nie  raz  i  nie  dwa  posyłałam  pana  po 
najprzeróżniejsze przedmioty, a pan zawsze wracał z pustymi rękami. 
- Bo nic, ale to nic nie można dostać - wyjaśnił wyjaśniająco. 
- Wierzę panu. Zawsze jednak wracał pan i bez zakupów, i bez pieniędzy. 
- Kto tak powiedział? - spytał pan Sułek na wszelki wypadek ostro. 
-  Pamiętam  to  dobrze.  Dziś  jednak  kupił  pan  do  domu  mapę.  Oho,  to  piękny 
zakup, panie Sułku... 
-  I  niezwykle  pożyteczny  -  dodał  chłopiec.  -  Ta  mapa  zastąpi  nam  telewizor  w 
zupełności.  Po  cóż  to  wydawać  taką  kupę...  furę  pieniędzy  na  telewizor,  kiedy 
można kupić po prostu mapę i cześć?! 
- I cześć, prawda, panie Sułku? 
- I cześć - zgodził się właściwie sam ze sobą. - A teraz wystarczy tylko zamknąć 
oczy... 
Pani Eliza wykonała skrupulatnie polecenie. 
- Już zamknęłam. 
- Tylko niech pani nie podgląda - powiedział, przyglądając się jej podejrzliwie. 
- Nie podglądam. Jedna powieka, jak pan wie, nie bardzo mi się domyka. 

background image

 

69 

- Prawda... zapomniałem... - uspokoił się natychmiast. 
- Co mam obecnie robić? - spytała, nic nie widząc. 
- Niech sobie pani teraz dźgnie palcem w mapę. 
- Tak po prostu? - spytała, nie dowierzając, pani Eliza. 
- Po prostu, na oślep i gdziekolwiek... Dźgnęła energicznie. 
- Już dźgnęłam, prawda? 
Zbyt energiczne dźgnięcie całkiem pokrzyżowało jego plany. 
- Chryste Panie i dziura gotowa! Kto pani kazał tak dźgać?! 
- Pan, panie Sułku. 
- Cichoo! Nie kazałem pani dźgać aż tak mocno. No, trudno. Podklei się. Da mi 
pani pieniądze i wyskoczę po klej. 
- Teraz? 
-  Nie.  Potem.  No,  zobaczymy,  co  się  pani  trafiło...  Pochylił  się  ciekawie  nad 
mapą. 
- Trudno przeczytać z powodu tej dziury... zaraz, zaraz... Raciąż. Trafił się pani 
Raciąż. 
- I co? I co? - zadała podwójne pytanie. 
-  Raciąż  -  wyjaśniał  -  to  jest  takie  miasto.  Nieźle...  nieźle...  Hm,  między 
Płońskiem  -  rozważał  sytuację  -  a  Sierpcem.  I  do  Warszawy  nie  tak  znowu 
daleko... Tak. Można dojeżdżać zwykłym autobusem. No, no... nieźle... 
- Mogło być gorzej, prawda, panie Sułku? - podzielała jego optymizm. 
- Oczywiście - przytaknął. - Mogła się pani trafić taka dziura zabita deskami, że 
w żaden ludzki sposób nie można się stamtąd wydostać. 
- A panu, panu co się trafiło? - spytała ciekawie nasza bohaterka. 
- Poprzednio Dobre Miasto. Niedaleko od Olsztyna. 
- Oj, to dobrze, prawda? 
- Pewnie. Zobaczymy jeszcze raz.  
Przygotowywał się do powtórnego dźgnięcia. 
- Swoją drogą - zauważyła pani Eliza - jaka to wspaniała rozrywka! Wystarczy 
tylko zamknąć oczy, dźgnąć sobie palcem, i to gdziekolwiek, i już... 
- Proste i pouczające - dodał poważnie pan Sułek. - Bo w każdej rozrywce, pani 
Elizo, powinien być jakiś sens. I w tym właśnie, wbrew pozorom, jest jakiś sens. 
W tej pozornej - powiedział cynicznie i kpiąco - zabawie... 
- Można się z tego wiele dowiedzieć, prawda? - spytała pani Eliza. 
- O miastach, wsiach... czasem się dźgnie w jakieś jezioro lub w rzekę... 
- Chciałabym dźgnąć w jakąś bezludną wyspę -. marzyła kobieta. 
- A to dlaczego? - spytał pan Sułek znad mapy. 
- Bo wtedy, panie Sułku jedyny, zacisnęłabym mocne powieki... 
- Z wyjątkiem tej, która się pani nie domyka? 
- Z wyjątkiem tej, oczywiście... I natychmiast ujrzałabym siebie z panem na tle 
dzikiej,  okrutnej  przyrody,  z  którą  natychmiast  podjęlibyśmy  wspólnie 
nieubłaganą walkę... 
- No, dźgnę sobie - powiedział pan Sułek, przerywając jej wywód - co mi tam. 
-  Niech  pan  dźga  śmiało,  odwagi,  mój  chłopcze!  -  dodawała  mu  odwagi  pani 
Eliza. 

background image

 

70 

-  Cicho!  -  powiedział  pan  Sułek  i  dźgnął  mocno  i  zdecydowanie.  Zbyt  mocno  i 
zbyt zdecydowanie zarazem. 
- Ha ha ha ha ha ha ha!!! - zaśmiała się niezdrowo pani Eliza  - sam pan zrobił 
dziurę, panie Sułku... Sam pan podziurawił mapę, prawda? 
-  Za  duży  zamach...  -  szepnął,  oglądając  dziurę  -  za  duży  zamach.  Cholera 
jasna!... 
W  tym  momencie  złożył  naszym  bohaterom  wizytę  kochany  gajowy  Marucha. 
Gajowy  dosłownie  na  kolanach  błagał  o  pożyczenie  mapy,  potrzebnej  mu  do 
obchodu służbowego gajówek położonych w okolicach Raciąża, Dobrego Miasta, 
Płońska i Sierpca. Swoją mapę gajowy przegrał nie tak dawno wraz z gajówką w 
karty z doktorem Wałaszewskim... Doktor podobno dźgał w nią wieczorami, ile 
wlazło. 
 
ROZDZIAŁ VIII 
 
Niezwykłe kubły 
 
Tocząc ciekawą rozmowę, szli nasi bohaterowie w jakimś bliżej nie określonym 
kierunku.  Prowadził  pan  Sułek,  a  pani  Eliza  posłusznie  dreptała  za  nim  w 
przyzwoitej odległości. 
- Dokąd to, ach, dokąd tak pan mnie prowadzi, panie Sułku jedyny?  - zapytała 
pani Eliza po raz szesnasty. 
-  Za  chwilę  się  pani  przekona  -  odpowiedział  pan  Sułek  również  po  raz 
szesnasty. 
- Aż płonę cała z ciekawości, prawda? Spojrzał na nią. Płonęła rzeczywiście. 
- Kto ciekawy, nos do kawy - powiedział żartobliwie. 
- Cięty ma pan dowcip, prawda, panie Sułku? 
-  Właśnie  z  tego  jestem  najbardziej  znany  -  odparł.  -  Przeważnie  z  tego.  Bo  z 
tego, co pani za chwilę pokażę, też jestem bardzo, bardzo znany... 
- W ogóle jest pan znany i lubiany, prawda? - spytała, znając i tak odpowiedź. 
- I szanowany - dodał chłopiec. 
- I uwielbiany - dorzuciła. 
- Tak - potwierdził - i uwielbiany przez kobiety. 
- No wie pan, coś podobnego?! - oburzyła się pani Eliza. 
- A tak - powtórzył pan Sułek z przechwałką - przez kobiety. 
- Niech pan się do mnie nie zbliża - powiedziała na wszelki wypadek kobieta. 
- Ani mi się śni - wyjaśnił. - Cały czas dzieli nas przestrzeń kilku metrów. 
- Gniewam się na pana, prawda? 
- O te kobiety, tak? 
- Tak - powiedziała wydymając wargi i wybałuszając oczy. 
- A co ja na to poradzę, że kobiety szaleją za mną? Za mną i za moją pracą. Co 
ja mam na to poradzić? To moja wina, czy co? "Och" - mówią - "panie Sułku, 
och!..." 
- Mówią "och"? 
- Stale - potwierdził jej obawy. 

background image

 

71 

- Gniewam się na pana.  - Jeszcze bardziej, niż to w ogóle możliwe, wydęła się i 
wybałuszyła. 
- Albo mówią - dręczył ją dalej - "więc jak to będzie, panie Sułku?" 
- A pan co na to? 
- Nic. 
- Dlaczego? 
- Ponieważ sam nie wiem, jak to będzie, i tyle - wyjaśnił przekonująco. 
- To dobrze - uspokoiła się pani Eliza. - Och, przeprosiłam się z panem, prawda? 
- Czy ja wiem?... Może i tak... - powiedział bez ładu i składu. 
Szli jakiś czas w milczeniu, stąpając powoli po zroszonej trawie. 
- To tutaj - powiedział pan Sułek, kiedy byli już na miejscu. 
Wskazującym  palcem  pokazał  cały  szereg  zwykłych  kubłów  na  śmieci,  takich, 
jakich używa się w Zakładach Oczyszczania Miast. 
- Proszę, to tutaj - powiedział jeszcze raz. 
- Co, to tutaj? - spytała pani Eliza, wolno wędrując wzrokiem za jego palcem. 
- To są rezultaty mojej wytężonej pracy - powiedział poważnie chłopak. 
-  Och,  tam?...  W  tych  pojemnikach  wyglądających  jak  kubły  na  śmieci?  -; 
spytała pani Eliza, drżąc z podniecenia. 
- Tak, pani Elizo - rzekł z namaszczeniem pan Sułek. - To rzeczywiście są kubły 
na śmieci. Ważna jest jednak ich zawartość. 
- A co tam jest, jeżeli można wiedzieć? 
- Niech pani sobie sama sprawdzi - zaproponował. 
- Czy mam po prostu otworzyć jeden taki kubeł i zajrzeć do niego? 
-  Tak  właśnie  należy  postąpić  w  tym  wypadku  -  pochwalił  jej  inicjatywę.  - 
Zgadła pani... 
Pani  Eliza  przez  jakiś  czas  popatrywała  to  na  kubły,  to  na  pana  Sułka  i 
odwrotnie. Popatrywała tak, węsząc w całej tej historii jakąś pułapkę. 
- No dobrze - powiedziała wreszcie - a czy pan mnie przypadkiem nie nabiera? 
Czy  przypadkiem  z  takiego  kubła  nie  wyskoczy  po  otworzeniu  jakaś  ręka  w 
rękawicy  bokserskiej,  aby  najzwyczajniej  ugodzić  mnie  w  nos?...  Znam  pana, 
panie Sułku, i -wiem, że żarty trzymają się pana niezgorzej. 
-  Nie  wyskoczy  stamtąd  tym  razem  żadna  ręka  w  rękawicy  -  uspokoił  ją.  - 
Zobaczy pani... 
-  A  czy  nie  chluśnie  stamtąd  na  mnie  jakaś  ohydna  ciecz?  Znam  pana,  panie 
Sułku, aż nadto dobrze. Nie raz i nie dwa dawałam się natrać jak dziecko. 
-  Tym  razem,  pani  Elizo,  nic  na  panią  nie  chluśnie.  Nic  też  pani  nie  ugodzi  na 
razie. Słowo honoru - zapewniał uroczyście. 
- No dobrać - zgodziła się dziewczyna. - A czy tym razem nie wciągnie mnie coś 
po  prostu  do  środka  tego  kubła?  Czy  mnie  po  prostu  nie  wessie?  Wiem,  że  to 
może  się  zdarzyć.  Znam  te  pana  chwyty  i  sztuczki...  -  pogroziła  mu  palcem 
figlarnie. 
- No, niech pani śmiało otwiera. Nic pani nie grozi - tracił cierpliwość chłopak. 
- I tak pana kocham. 
- Ciiicho... 
- Gdyby nawet... - zaczęła. 

background image

 

72 

- Niech pani wreszcie otwiera! Żarty sobie pani ze mnie stroi czy co? Zaczynani 
tracić cierpliwość! - wykrzyknął pan Sułek wzburzony. 
- No już, już dobrze... już otwieram... Niech pan nie myśli, że się boję... 
Zbliżyła się do pierwszego lepszego pojemnika, otworzyła klapę i zaglądając do 
wnętrza wciągnęła w płuca spory haust powietrza wydobywającego się z kubła. 
Skrzywiła się z niesmakiem. 
- Coś czuć - powiedziała. 
- Zatkało panią, nie? - spytał z satysfakcją chłopiec. 
- Tak. Zatkało mnie - powiedziała bardzo już zatkana. - Strasznie śmierdzi. Czy 
to trujące? 
- Ona się pyta, czy to trujące!... Ha ha ha ha ha ha!  - zaśmiał się jak dziecko. - 
Coś podobnego! Jasne, że trujące. 
- Boże - szepnęła, tracąc grunt pod nogami - otruł pan mnie. Jestem otruta! 
- Nie, pani Elizo - sprostował pan Sułek - na razie nie jest pani otruta. Tylko raz 
pani powąchała. Ooo, nie tak łatwo panią otruć - dodał z szacunkiem. 
- Nie wiedziałam o tym, prawda? 
- No pewnie że nie. Niech pani teraz śmiało otworzy drugi pojemnik. No, śmiało! 
- zachęcał. - Nikt pani tutaj nie chce otruć ani nabrać na razie... 
Zupełnie  już  uspokojona,  otworzyła  śmiało  drugi  z  pojemników.  Jak 
poprzednio, wąchała ze wstrętem i odrazą. 
-  Boże,  ależ  smród!  To  wprost  nie  do  zniesienia!...  -  powiedziała,  krztusząc  się 
okropnie. 
-  A  teraz  trzeci  pojemnik  -  podpowiedział  pan  Sułek.  Był  rozpromieniony  na 
skutek  skutków,  jakie  wywarły  dwa  poprzednie  kubły.  Pani  Eliza  powtórzyła 
poprzednie czynności i stwierdziła ponad wszelką wątpliwość: 
- Cuchnie jak tamto. A może... może jeszcze bardziej... 
- Może, może... - przedrzeźniał ją. - I teraz widzi pani, czym ja się zajmuję. 
- Nie rozumiem ni w ząb, prawda? 
-  Bo  to  nie  jest  wcale  proste.  Słowo  honoru.  Sam  na  to  ledwie  wpadłem,  choć 
musi pani przyznać, że inteligentny to ja jestem. 
- Och, tak - przyznała - wybitnie! 
- Dlatego to ja wpadłem na to, a nie ktoś inny. Jasne? 
-  Jasne.  Wpadł  pan  na  te  wszystkie  smrody  i  na  to,  żeby  zmagazynować  je  w 
tych  kubłach  na  śmieci,  prawda?  Na  to  wszystko  wpadł  pan  sam,  bez  niczyjej 
pomocy, prawda? 
- Nie potrzebuję niczyjej pomocy. Taki jestem - powiedział skromnie chłopak. 
Spojrzał zadziornie na zachmurzone niebo. 
- Jest pan wspaniały i samodzielny - drażniła jego próżność pani Eliza. 
- Taki jestem - powiedział, patrząc w niebo - zgadła pani. 
- No, to chodźmy już do domu - rzuciła myśl pani Eliza znienacka. 
-  Zaraz,  zaraz...  powoli...  -  obruszył  się  pan  Sułek.  -  A  dlaczego  pani  nie  pyta 
mnie, po co to wszystko? Zawsze pyta, a tu masz! 
- Co, "a tu masz"? - spytała bez sensu nasza bohaterka. 
-  Oooo, pani  Elizo, jest  pani  bezczelna jak  rzadko  kto. Pani  nie  obchodzi  moja 
praca nic, a nic! Pani mną gardzi - załkał. 

background image

 

73 

Płakał cicho i cienko. 
- Pani mnie nienawidzi, tak?... Pani ma mnie za zwykłą szmatę... dobrze... pójdę 
sobie z moimi pojemnikami w świat... A co, nie wolno?... 
-  Oj,  panie  Sułku  -  zmartwiła  się  nie  na  żarty  -  niech  pan  nie  płacze...  Tak  mi 
przykro. 
- Akurat... akurat... - łkał jeszcze z lekka. 
-  Po  prostu  teraz  spytam  pana  o  to.  Nie,  niech  pan  się  uśmiechnie...  No...  mój 
mały, mój... kochany... - szeptała miękko. 
-  Cicho!  -  wypogodził  się  pan  Sułek.  -  Cicho,  dobrze?  -  dodał,  wycierając  łzy 
rękawem. 
-  Panie  Sułku  -  zaczęła  z  innej  beczki  -  a  po  co  gromadzi  pan  te  rozmaite 
paskudztwa? 
-  Czekałem  na  to  pytanie  -  ucieszył  się.  -  Ja  -  powiedział  -  przechowuję 
najprzeróżniejsze  niezdrowe  zapachy  naszej  cywilizacji.  Tak  -  mówił  dalej 
uroczyście  -  tak,  przechowuję  je  dla  przyszłych  pokoleń.  Żeby  po  prostu 
wiedzieli.  Słowo  honoru.  Jestem  pionierem.  W  tej  dziedzinie.  Tak  to  wygląda. 
Być może kiedyś inny chemik przerobi to wszystko na perfumy. Niewykluczone 
to jest. Tak. Tak... tak... O! 
-  Ach,  tak?...  O,  teraz  wiem  wszystko  -  domyśliła  się  pani  Eliza  całej  reszty.  - 
Stąd to kobiety tak do pana lgną... dla tych perfum. Nędzne wywłoki. Niechby 
spróbowały,  jak  ja,  wciągnąć śmiało w  płuca  prawie  całą zawartość  każdego z 
tych pojemników... Niełatwo jest pana kochać, panie Sułku. O, nie!... 
-  Cicho  -  powiedział  chłopiec  na  wszelki  wypadek.  -  Cicho!  Chodźmy  teraz  do 
domu... 
I poszli, a tam już czekał niezmierzony gajowy Marucha. Gajowy bardzo skarżył 
się  na  miejscowych  chuliganów,  którzy  nieustannie  kradli  mu  zwykłe,  tanie 
kubły  na  śmieci.  Gajowemu  nie  chodziło  nawet  o  koszty,  lecz  o  sam,  godny 
pożałowania, fakt. Gajowy powiedział ponadto, że gdyby złapał takiego łobuza, 
to  sam  nie  wie,  co  by  z  nim  zrobił.  W  bardzo  przykrych  słowach  wyrażał  się 
gajowy Marucha o tym wszystkim. Nie przytoczymy tutaj tych słów. 
 
Pamiętnik osobisty 
Pani Eliza Wymęga-Zarawiejska  -  (narzeczona pana Sułka) 
 
30 maja 
Bzy pachną natrętnie, kojąc moje nozdrza swym delikatnym zapachem. Ich woń 
rozwiewa  się  wokół.  Szłam  dzisiaj  wolno  przez  warzywnik  i  zauważyłam,  że 
marchewka zasiana przeze mnie wczesną wiosną ma już pokaźną nać. Schyliłam 
się  i  pociągnęłam  z  całych  moich  sił  za  nać.  Z  ziemi  wydobyła  się  w  całości 
okazała  marchewka.  Przyjrzałam  się  jej  bliżej.  Długo  patrzyłam  na  jej 
podłużny, spiczasty kształt... Boże!... 
 
 
 
 

background image

 

74 

 
15 czerwca 
Szłam polną drogą pełną kwiatów i ziół. Boso stąpałam dziś po zroszonej ziemi. 
Ach,  jakaż  to  niesłychana  przyjemność!  Zatrzymałam  się  przy  słupie 
telefonicznym  i  przyłożyłam,  do  niego  Ucho.  Ach,  tam.  po  tych  drutach  - 
pomyślałam  -  wędruje  tyle  cudownych  słów.  Tyle  słów  o  miłości,  o  czułości,  a 
pieszczotach bez końca, Tam może - myślałam - rozmawiają sobie kochankowie, 
gruchając  jak  para  zakochanych  gołębi  szaropiórych.  Oj,  dziewczyno, 
dziewczyno!...  przestań  podsłuchiwać  niecnoto  -  pomyślałam  o  sobie  i 
uśmiechnęłam się do swoich myśli. Popatrzyłam jeszcze raz na druty wiszące w 
powietrzu, popatrzyłam na gładki, wysmukły słup Boże!... 
 
1 sierpnia 
Żniwa. Wesołe głosy żniwiarzy dochodzą aż tu, do naszego domu. Biedne kłosy 
padają  pod  wprawnymi  ostrzami  maszyn.  Och,  kłosy  wy  moje  pszeniczne, 
czemu  musicie teraz ginąć? Czemu życie wasze jest takie  krótkie? Czemu trwa 
tylko  od  wiosny  do  lata?  A  może  ja,  jak  ten  kłos  dojrzały  pszeniczny,  padnę 
kiedyś?... Nie, nie, nic! Nigdy  
 
20 sierpnia 
Początek roku szkolnego. On w galowym stroju dziś wystąpił. Inauguracja roku 
szkolnego.  Mój  chłopiec  mój  kochany,  jedyny  chłopiec,  podskakując  na  jednej 
nodze,  tak  śmiesznie  wymachiwał:  workiem  z  kapciami.  Wzruszył  mnie 
prawdziwie widok jego opalonej, okrągłej twarzy, jego opalonych, mocnych rąk, 
jego zgrabnych łydek .. . Boże!... 
 
15 września 
Miałam  sen  dzisiejszej  nocy.  Byłam  gdzieś  w  afrykańskim  buszu,  wśród 
poplątanych  lian.  Nagle,  z  zarośli  wyskoczył  wąż  boa.  Padłam  bez  tchu,  a  wąż 
zbliżył  się  do  mnie,  pełzając,  i  po  chwili  objął  mnie  całą  swoim  mocnym 
cielskiem. Czułam,  że tracę  oddech w jego zaciskającym się uścisku. Straciłam 
przytomność i obudziłam się. Szkoda... 
 
30 września 
Śniadanie we dwoje. Jajka na miękko, bułka z masłem i kawa Inka. Jedliśmy z 
zapałem  w  milczeniu.  Kiedy  już  skończyliśmy,  wyjęłam  zza  pleców  moją 
niespodziankę:  banana.  Najprawdziwszego  banana,  kupionego  w  sklepie 
warzywniczym.  Położyłam  go  ostrożnie  na  jego  talerzu.  Początkowo  nawet 
ucieszył  się,  bo  za  bananami  przepada  przecież.  Potem  jednak  popatrzył  na 
owoc. To na owoc, to na mnie patrzył po kolei. Och, zarumienił się mój chłopiec 
po uszy. Spuściłam oczy... 
 
2 stycznia 
Dziś  mija  kolejny  rok  naszego  pożycia.  Wszystko  układa  się  jak  najlepiej. 
Jeszcze rok, dwa-no - trzy ... i kto wie?... 

background image

 

75 

 
 
ROZDZIAŁ IX 
 
Zabawa szkolna 
 
W  najwyraźniej  znakomitym  nastroju  wrócił  wieczorem  pan  Sułek  do  domu. 
Podskakiwał  nieustannie  na  jednej  nodze,  pokazywał  język  całemu  światu  i 
podejrzanie podrygiwał w takt podśpiewywanej melodii. 
- Ledi ledi ledi ledi ledi ledi la... 
- Oho, widzę, że nieźle się pan bawił - zauważyła pani Eli-za. 
-  Ledi  ledi  ledi  la...  fantastycznie!  -  wykrzyknął  chłopiec.  -  Słowo  honoru.  Ledi 
ledi ledi la!...  -  nucił  zapamiętale.  -  Och, ten  Cypis, to  jest  facet!  -  powiedział  z 
niemym podziwem. 
- Ciszej, panie Sułku - uciszała go pani Eliza. - Strasznie głośno pan mówi. 
-  A  komu  to  przeszkadza?  -  zapytał  pan  Sułek  czupurnie.  -  Ledi  ledi  ledi  la... 
Cypis będzie miał troję ze sprawowania! Słowo honoru! 
- Na miłość boską, panie Sułku, ciszej! Zupełnie dobrze pana słyszę... 
-  A  ja  chcę  -  perorował  -  żeby  mnie  pani  słyszała  jeszcze  lepiej! O wiele  lepiej! 
Raz  się  żyje!!!  "Za  zdrowie  pań,  za  zdrowie,  szampana  pijmy  aż  do  dna, 
panowie..." - nucił bawolim głosem. - Wyleją go ze szkoły chyba! Jak nic wyleją! 
- Cypisa? - spytała pani Eliza. 
- A kogo? To jest ktoś! - powiedział pan Sułek z zazdrością. 
- Cypis? 
- A kto? Mój najbliższy przyjaciel. Jest mały wzrostem, ale... 
- Widzę, panie Sułku, że zabawił się pan na tej szkolnej zabawie, prawda? 
- Zabawiłem. 
-  Nie  jestem  pewna,  czy  pan  był  na  zabawie  szkolne  j...  -  powiedziała,  kładąc 
nacisk na ostatnim słowie. 
- Dlaczego niby? - zainteresował się chłopiec. 
- Czaić od pana - powąchała - alkohol, panie Sułku. 
- Co? 
- Urżnął się pan, panie Sułku, w kij! 
- Ja?... Ja...? - wybełkotał. 
- Tak. Pan. 
- Jedliśmy jabłka - zaczął tłumaczyć. 
- Ach, rozumiem. Sfermentowały i skutek gotowy. 
- Jaki skutek? - zatoczył się, pytając. 
- Rozebrało pana trochę. To zaraz przejdzie, panie Sułku jedyny. Niech się pan 
położy - radziła całkiem już uspokojona pani Eliza. 
- Nigdy! - zaprotestował. 
-  No,  mój  mały...  Niech  mi  pan  opowie  o  tej  waszej  zabawie.  Umieram  z 
ciekawości, prawda? - spytała, umierając z ciekawości. 
-  Hm...  -  zastanowił  się  pan  Sułek  -  od  czego  by  tu  zacząć?...  Tak...  Było  tak: 
najpierw część artystyczna... 

background image

 

76 

- Na czym ona polegała, panie Sułku, z grubsza? 
- Przygotowaliśmy piosenki i skecze z życia naszej szkoły. 
- Boże, naprawdę? - zainteresowała się pani Eliza nie na żarty. 
- Słowo honoru - zapewnił ją chłopak. - Ja ułożyłem kilka satyrycznych fraszek 
na naszych wykładowców. 
- Sam pan tego chyba nie ułożył? Znam pana... - powiedziała stanowczo. 
-  Co?!  -  oburzył  się  pan  Sułek.  -  Sam  nie  ułożyłem?!  A  kto  ułożył  takie  coś  na 
matematyka?... 
- Jakie coś, panie Sułku? 
- Zaraz... zaraz... jak to było? - szukał w pamięci. - Wiem: "Nasz matematyk jest 
jak patyk!" 
- Dlaczego jak patyk? - spytała poważnie pani Eliza. 
- Bo jest chudy - wyjaśnił chłopiec. - Stąd ten patyk. 
- Nieźle panu to wyszło - powiedziała niepewnie pani Eliza. 
- No - potwierdził pan Sułek. - Wszyscy konali ze śmiechu. 
- A matematyk? 
- Co... matematyk? 
- Też konał ze śmiechu? 
- Hm... trochę mniej niż inni. Albo takie coś na panią od fizyki: "Nasza fizyczka 
jest jak perliczka!" 
- To też pana utwór? - zaniepokoiła się pani Eliza. 
-  Mój własny  -  potwierdził  jej obawy.  -  Bo  - wyjaśnił  -  fizyczka  jest  piegowata. 
Stąd  ta  perliczka.  O  raju,  wszyscy  konali  ze  śmiechu.  Cypisowi  zrobiło  się  aż 
niedobrze, tak wył ze śmiechu. Wynieśli go. 
- Krótko bawił się pana kolega... - wyciągnęła słuszny wniosek. 
-  Potem  go  wnieśli  na  jego  własne  życzenie.  Musiało  przecież  dojść  do  występu 
Cypisa... 
- To Cypis też występował? Nie wiedziałam o tym, prawda? 
- A nigdy, skąd miałaby pani wiedzieć?... 
- Też racja. Więc, jak to było z występem kolegi Cypisa? - spytała pani Eliza dla 
formalności. 
-  Nie  kolegi  -  sprostował  pan  Sułek  -  a  najbliższego  przyjaciela.  Niech  pani  się 
liczy ze słowami! Otóż Cypis poszedł na całość! 
- Boże święty... - westchnęła pani Eliza ciężko. 
- To jest facet! Wygarnął prosto z mostu dyrektorowi! 
- Niemożliwe!... 
- Niemożliwe? Niech pani posłucha. Powiedział taką fraszkę własnego pomysłu: 
"Nasz dyrektor jest mamutem! 
W  tym  momencie  pan  Sułek  ryknął  zdrowym  śmiechem.  Długo  nie  mógł  się 
opanować. Śmiechem swym zaraził nawet do pewnego stopnia panią Elizę. 
- Ho ho ho!... I co na to dyrektor? - spytała. 
- Nic. Wyznaczył Cypisowi spotkanie na jutro. Z rodzicami. 
- A co na to Cypis? - spytała pani Eliza, chichocząc niezdrowo. 
-  Nic  -  odpowiedział  pan  Sułek.  -  Powtarzał  tylko  w  kółko:  mamut,  mamut, 
mamut... 

background image

 

77 

- A co było potem, panie Sułku jedyny? 
- Potem zaczęła się prawdziwa zabawa: kółeczko, koszyczek, przeplatanka, białe 
tango... 
-  Która  koleżanka  poprosiła  pana  do  białego  tanga?  -  spytała  pani  Eliza  z 
błyskiem zazdrości w lewym oku, którym zresztą łypnęła ni z tego, ni z owego. 
-  Wszystkie!!!  -  wrzasnął  chłopiec.  -  Tłok  się  zrobił  przy  mnie  i  przy  Cypisie. 
Gdyby nie dyżurni, pognietłyby nas. 
- Pogniotły - sprostowała pani Eliza. 
- No! Już bym nie żył, gdyby nie dyżurni... Tak to wyglądało. 
- Udusiłyby pana, prawda, panie Sułku? - dręczyła się dziewczyna. 
-  Niewykluczone  -  nie  wykluczył  tej  możliwości  chłopak.  -  Słowo  honoru!  Ledi 
ledi ledi la... - zanucił znienacka. 
- Nie zatańczyłby pan ze mną? - spytała nieśmiało pani Eliza. 
- Po co? - spytał zdziwiony. - Zabawa skończona. 
- Ale ot tak, jak to narzeczeni... - namawiała, jak umiała. 
- Cicho. Cypisowi żadna nie odmówiła - kontynuował opowiadanie. - Podchodził 
i mówił: chodź no, maleńka! 
- I szły? 
- Jak do miodu. Jedna za drugą, chociaż Cypis nie jest wysoki. Jest mały raczej. 
O, gdzieś dotąd - pokazał - mi sięga. No, może - pokazał jeszcze raz - niżej. Może 
gdzieś dotąd... 
- Nie jest z nim aż tak źle - powiedziała pani Eliza, śledząc ruch ręki pana Sułka 
z  niepokojem.  -  Właściwie  -  dodała,  patrząc  jak  najęta  -  spory  z  niego  kawał 
chłopa. 
-  Mężczyzna,  pani  Elizo,  nie  musi  czarować  urodą  -  powiedział  poważnie  pan 
Sułek. - Cypis na przykład zyskuje przy bliższym poznaniu. Wyleją go jak nic. 
To jest facet! 
- No i jak to się wszystko właściwie skończyło, panie Sułku kochany? 
- Ciiicho. Potem - opowiadał - zepsuł się adapter. Właściwie to Cypis go zepsuł. 
No i światło wysiadło, a właściwie to Cypis zepsuł światło. Po prostu wsadził drut 
do kontaktu i nastąpiło spięcie. 
- Czy wtedy panowie wynieśli Cypisa? - domyślała się, jak mogła, pani Eliza. 
-  Chcieli.  Niech  pani  spróbuje  wynieść  Cypisa!  Wybił  cztery  szyby,  stłukł 
żyrandol, połamał kilka ławek, podarł rajstopy Marysi... 
- Jakiej Marysi? 
-  Koleżanka  z  klasy...  następnie  wyrwał  kaloryfer  ze  ściany,  wybił  dziurę  w 
suficie  pracowni  fizycznej,  zjadł  preparat  zaskrońca  razem  z  probówką  pełną 
formaliny,  napisał  w  ubikacji...  i  został  spokojnie  na  zabawie.  Aha,  jeszcze 
wypalił cztery carmeny, jeden po drugim. Zrobiło mu się niedobrze, ale został. 
Słowo honoru - powiedział z podziwem pan Sułek - to jest ktoś!... 
- Właściwie - zauważyła pani Eliza  - nie  miał już po co zostawać. Zabawa była 
skończona... 
-  Tak  -  potwierdził  pan  Sułek.  -  Posiedzieliśmy  jeszcze  trochę  i  poszliśmy  do 
domów. I oto jestem... 

background image

 

78 

-  Jak  to  dobrze,  panie  Sułku...  -  szepnęła  kobieta,  oddychając  z  ulgą.  -  Jak  to 
miło mieć pana w domu... Kocham... -zaczęła wyznanie. 
-  Cicho  -  przerwał  jej  z  niesmakiem.  -  Chodź  no,  maleńka!  -  powiedział 
znacząco. 
- To do mnie? - zdziwiła się pani Eliza. 
- A skąd. Cypis tak mówi. Ciiicho... 
W  kilka  dni  potem  pani  Eliza  i  pan  Sułek  dowiedzieli  się,  że  Cypisa  wziął  na 
swoje utrzymanie nieoceniony gajowy Ma-rucha. Gajowy postanowił w leśnych 
warunkach  wychować  młodego,  trudnego  człowieka.  Gajowy  ponadto  był 
pewien, że albo mu się to uda, albo nie... 
 
ROZDZIAŁ X 
 
Korepetycje - język polski 
 
Ponieważ koniec roku szkolnego zbliżał się jak na złość wielkimi krokami, zaszła 
konieczność  zaangażowania  wytrawnej  korepetytorki  dla  pana  Sułka. 
Doświadczona  ta  osoba,  w  zamian  za  mieszkanie  i  wyżywienie,  zgodziła  się 
pomagać  panu  Sułkowi  we  wszystkich,  praktycznie,  przedmiotach.  Na  czas 
lekcji pani Eliza udała się dyskretnie do doktora Wałaszewskiego... 
Kiedy  korepetytorka  z  panem  Sułkiem  zasiedli  do  nauki,  chłopiec  miał  akurat 
bardzo wiele do powiedzenia na temat bardzo ciekawych wydarzeń. 
- ... Cypis z tej, a ja z tamtej! - pokazywał. - I tak na zmianę: jak on z tamtej, to 
ja z tej! Ale było śmiechu!... - śmiał się serdecznie. 
- No - powiedziała pani korepetytorka - my tu sobie gadu, gadu, panie Sułeczku, 
a czas nagli. Zaczynajmy. 
-  Zaraz  -  przerwał  jej  chłopiec.  -  Na  drugiej  przerwie  -  opowiadał  dalej  -  od 
początku: ja z tej, on z tamtej. To ja, to Cypis... Nagle wchodzi dyrektor... 
-  Opowie  mi  pan  resztę  innym  razem,  panie  Sułku  -  powiedziała  spokojnie 
kobieta. - Zaczynajmy. 
- Zaraz. Wchodzi dyrektor, a tu ani mnie, ani Cypisa. Cicho, spokój... cisza... 
-  Panie  Sułeczku  drogi,  czas  na  nas.  Bardzo  pana  proszę  -  powiedziała  z 
naciskiem pani korepetytorka. 
-  Ledwie  wyszedł  -  kontynuował  chłopiec  -  a  my  od  nowa...  Raz  Cypis,  raz  ja. 
Łeb w łeb! Słowo honoru! 
-  Wierzę  panu  -  powiedziała  kobieta  ze  spokojem.  -  To  wszystko  jest  szalenie 
zajmujące - dodała. 
- Lubię szkołę... - westchnął pan Sułek. 
-  No  właśnie,  i  dlatego,  panie  Sułeczku,  powinien  się  pan  podciągnąć.  Przy 
odrobinie dobrej woli zda pan na pewno. Jest pan zdolny... 
- Wiem - odparł po prostu. 
- I inteligentny - próbowała rozbudzić w nim zapał do nauki. 
- No i... kulturalny - powiedział w uzupełnieniu pan Sułek. 
- Wszystko to razem predysponuje pana... 
- Co to, to nie! - zaprzeczył gorąco. 

background image

 

79 

- Nie zrozumiał pan! Chciałam tylko powiedzieć, że z łatwością mógłby pan być 
pierwszym uczniem w klasie. 
- Co to, to tak - powiedział pan Sułek po namyśle. 
- A nie ostatnim, jak to ma miejsce. 
-  O,  nie...  -  sprostował  szybko  -  Cypis  jest  ostatni.  Ja  zaraz  przedtem.  O  włos. 
Łeb w łeb! 
-  Cypis  też  powinien  się  podciągnąć.  Jest  zdolny  -  powiedziała  kobieta  z 
przekonaniem. 
- Jest bardzo zdolny - dodał chłopiec. 
- Zaczynajmy, panie Sułeczku - powiedziała kobieta, kartkując rozłożony zeszyt 
w jedną linię. - Co tam z polskiego? 
- Wyrazy na "dor" - poinformował pan Sułek. 
- Nie rozumiem - rzekła kobieta, nie rozumiejąc rzeczywiście. 
- Ułożyć wyrazy kończące się na "dor" - wyjaśnił pan Sułek niecierpliwie. 
- No dobrze. Ułożył pan? 
- Ułożyłem. 
- No, panie Sułeczku, niech pan przeczyta... 
Pan Sułek pochylił się nad zeszytem. - Matador... - przeczytał pierwszy wyraz. 
- Dobrze. 
- Torreador. 
- Dobrze. 
- Pikador. 
- Dobrze. Świetnie! - ucieszyła się kobieta. 
- ...i Izydor. Koniec. 
- Bardzo poprawnie. Tak... To wszystko z polskiego? - spytała pogodnie. 
- Nie. 
- A co tam jeszcze zadali? 
- Fragment na pamięć. 
- Jaki to fragment? 
- Wszystko jedno - powiedział pan Sułek z rezygnacją. 
- Niemożliwe, panie Sułeczku - zdziwiła się pani korepetytorka. 
- Pani nie mówiła. Ma to być fragment na pamięć. Słowo honoru! 
- I ani słowa o tym, jaki to ma być fragment? Niemożliwe... - dziwiła się kobieta 
nie po raz pierwszy. 
-  Ani  słowa  -  potwierdził  pan  Sułek.  -  Prawdę  powiedziawszy  pani  nie 
dokończyła myśli... Cypis w tym momencie zwariował i trzeba go było wynieść. 
- Jak to zwariował? - przeraziła się pani korepetytorka. - To straszne!... 
- Zawsze pod koniec lekcji - wyjaśniał chłopiec - Cypis udaje wariata. Wynosi się 
go i zaraz jest dzwonek. Tak, że nie wiem ani ja, ani nikt w klasie, jaki to ma być 
fragment... 
-  No  cóż  -  powiedziała  kobieta  -  spróbujemy  coś  dobrać,  panie  Sułeczku...  Coś 
prostego,  bo  nie  da  pan  rady.  Coś  znanego...  coś  -  szukała  w  myślach  - 
oczywistego, coś wartościowego... 
- I żeby było do wiersza - zaproponował pan Sułek. - Prozy nie lubię. 
- Hmmm... A może to: 

background image

 

80 

 
Jak tam w lesie coś huknęło,  
jak pod dębem coś stuknęło,  
komar upadł na kamienie,  
potłukł głowę i golenie. 
 
Nagle pan Sułek ryknął takim śmiechem, że zachodziła poważna obawa, że zrobi 
mu się niedobrze. Wył, skręcał się ze śmiechu jak opętany. 
- Z czego pan się tak śmieje?... - spytała niepewnie pani korepetytorka. 
- Ha ha ha ha ha!... z tego komara! - wyjaśnił wreszcie, krztusząc się. 
-  To  rzeczywiście  śmieszny  fragment  -  przyznała,  nie  wątpiąc  kobieta.  -  Nie 
sądziłam jednak, że aż do tego stopnia - dodała z niepokojem. 
- Bo się pani nie zna na żartach - powiedział bez ogródek pan Sułek. - Ha ha ha 
ha  ha!  "Jak  tam  w  gaju  coś  nie  grzmotnie,  a  to  komar  złamał  gnata!"  - 
wyrecytował. 
-  Nie  tak,  panie  Sułeczku,  nie  tak...  Niech  pan  powtarza:  "Jak  tam  w  lesie  coś 
huknęło..." 
- "Jak tam w lesie coś huknęło..." - powtórzył posłusznie. 
- "jak pod dębem coś stuknęło..." - podpowiadała tekst. 
- Drugi raz? - spytał chłopiec, nie rozumiejąc. 
- Co... drugi raz? 
- Dwa razy to samo? - spytał. 
-  Nie,  panie  Sułeczku  -  wyjaśniła  kobieta.  -  Podobnie,  ale  nie  tak  samo.  Niech 
pan posłucha... 
Jak tam w lesie coś huknęło,  
jak pod dębem coś stuknęło... 
- Aha - powiedział pan Sułek - rzeczywiście ma pani rację. "Jak tam w dębie coś 
huknęło, jak pod lasem coś grzmotnęło..." - powiedział z triumfem. - Dobrze? 
- Prawie, prawie - szepnęła pani korepetytorka. - Ale niezupełnie. 
- A co było źle? - spytał pełen dobrej woli chłopak. 
- Właściwie wszystko, panie Sułeczku. No, jeszcze raz! - powiedziała bez zapału. 
- Jeszcze raz powtórzmy: 
 
Jak tam w lesie coś huknęło,  
jak pod dębem coś stuknęło,  
komar upadł na kamienie,  
potłukł głowę i golenie. 
 
- Ha ha ha ha ha!!! - zaśmiał się pan Sułek zdrowo. Kobieta spojrzała na niego z 
tłumionym niesmakiem. 
- Nie, panie Sułeczku, w ten sposób do niczego nie dojdziemy. Niech pan tak nie 
ryczy ze śmiechu. W ten sposób nigdy nie nauczy się pan tego bardzo prostego 
fragmentu. No, panie Sułeczku, niech pan się stara powtórzyć... 
- Całość? - zapytał na wszelki wypadek. 
- Jeżeli pan zdoła... 

background image

 

81 

- "Jak nie pieprznie coś na dębie!..." - zaczął chłopiec. 
- Już źle! - przerwała mu kobieta. 
- Już? - zdziwił się pan Sułek. 
-  Początek  jest  nieco  inny  -  powiedziała,  chrypnąc.  -  "Jak  tam  w  lesie  coś 
huknęło..." 
- Zaraz - powiedział pan Sułek. - Jak to było? 
- "Jak tam w lesie coś huknęło..." - powtórzyła. Dreszcz przeszył całe jej ciało od 
stóp do głowy. 
- A o tym dębie? - dopytywał chłopiec. 
-  "Jak  pod  dębem  coś  stuknęło..."  -  powiedziała  pani  korepetytorka,  pocąc  się 
obficie. 
- A to komar zleciał, tak? - domyślił się pan Sułek. 
- A to komar... - zaczęła. - Nie, zaraz... zaraz.....Komar upadł na korzenie". 
- I złamał... - podpowiadał teraz pan Sułek. 
- "Potłukł głowę i golenie" - powiedziała kobieta, tracąc przytomność. 
- Uuuu!... nie wchodzi mi to do głowy - zauważył chłopak. - No. Szkoda - martwił 
się.  -  Szkoda,  bo  to  ładny  i  zabawny  fragment.  Cypisa  pokręciłoby  chyba  ze 
śmiechu. Szkoda. Słowo honoru. 
W  zamyśleniu  powtarzał  pan  Sułek  to,  co  zdołał  w  swoim  przekonaniu 
zapamiętać. 
 
A to komar upadł na kamienie,  
potłukł gnaty i piszczele... 
 
Pani korepetytorka ocknęła się w tym momencie z omdlenia. 
- Źle! Źle! Bardzo źle! Fatalnie, panie Sułku! 
- Niech pani tak nie krzyczy... Staram się, jak mogę, pracuję jak bawół... 
- I pamięć ma pan także nie lepszą niż bawół! Nie może pan zapamiętać prostego 
zdania: "Jak tam w dębie coś nie rąbnie!" 
- Oho... - zauważył pan Sułek - nie dam głowy, ale chyba to nie tak było. 
- A jak ja powiedziałam?! - wrzasnęła kobieta. 
-  "Jak  tam  gruchnie  gdzieś  na  dębie..."  Nie  dam  głowy  -  nie  dawał  głowy  pan 
Sułek - ale tam chyba nie tak było... 
- No pewnie, że nie tak!!! - ryknęła wściekle pani korepetytorka. - Było tak: "jak 
tam komar... jak tam w dębie... jak tam korzenie... jak tam w lesie..." Wszystko 
mi pan poplątał! Zwariować można!... 
- Zawsze to powtarzam - powiedział spokojnie pan Sułek. - Szkoła to wariactwo. 
Tak samo zresztą powtarza Cypis... - dodał triumfalnie. 
Czas było jednak kończyć odrabianie zadanych lekcji z języka polskiego i brać 
się  czym  prędzej  do  matematyki.  Zwłaszcza,  że  gajowy  Marucha  już  dawno 
przyszedł,  aby  posłuchać  lekcji  matematyki  na  zasadzie  wolnego  słuchacza... 
Gajowemu  bardzo  odpowiadała  taka  forma  samokształcenia  i  podnoszenia 
swoich leśnych kwalifikacji. 
 
 

background image

 

82 

 
ROZDZIAŁ XI 
 
Korepetycje - przyroda 
 
Dziś  pani  korepetytorka  postanowiła  stanowczo  podciągnąć  pana  Sułka  z 
przyrody.  Zaniedbany  ten  przedmiot  należało,  jej  zdaniem,  przerobić  od 
samych, jak to się mówi, podstaw. Tylko takie bowiem podejście do zagadnienia 
rokowało cień szansy powodzenia. Pan Sułek, jak zwykle, nie kwapił się do tego 
podciągania,  kwapił  się  natomiast  do  opowiadania  niezwykle  ciekawych 
wydarzeń z życia swojej macierzystej szkoły. 
- Wtedy Cypis - opowiadał chłopiec - chwycił w obie ręce ten róg antylopy gnu z 
pracowni  biologicznej,  przycisnął  go  do  ust,  nadął  się  jak  bania,  oczy  mu  się 
zamgliły z wysiłku... 
- Panie Sułeczku - przerwała pani korepetytorka - na nas już czas... 
-  ...i  jak  nie  zatrąbi!  -  opowiadał  dalej  pan  Sułek.  -  Jak  nie  zahuczy!  Jak  nie 
ryknie! Bębenki pękały w uszach wszystkim naokoło! Słowo honoru! Działy się 
rzeczy straszne. Przede wszystkim pani od biologii rąbnęła na ziemię jak długa. 
Za  nią  kolejno  koleżanki,  dyżurni  i  ci  koledzy,  którzy  stali  najbliżej!  Słowo 
honoru... 
-  No  właśnie  -  przerwała  łagodnie  pani  korepetytorka  -  no  właśnie,  a  propos 
przyrody, panie Sułeczku... zdaje się, że nie najlepiej stoi pan z przyrody?... 
-  Nie wiem  -  powiedział  pan Sułek  na  odczepnego.  -  Następnie  -  kontynuował - 
przyniesiono  Cypisowi,  na  jego  własne  żądanie,  z  pracowni  muzycznej  zwykłe 
cymbały...  Wszyscy,  ale  to  wszyscy  prosili,  żeby  na  nich  zagrał.  A  on,  że  nie 
nastrojone, że dawno nie grał... A oni... 
- Weźmy się wobec tego ostro do przyrody - ciągnęła kobieta. 
- A on, że wstydzi się koleżanek... aż wreszcie... 
- Wiem, panie Sułeczku, jak to się skończyło  - powiedziała nieoczekiwanie pani 
korepetytorka. 
- A to niby skąd?! - zbaraniał chłopiec. 
- Znam, panie Sułeczku, Pana Tadeusza. 
- Jakiego pana Tadeusza? 
- Pan Tadeusz to utwór, a właściwie poemat, Adama Mickiewicza... 
- Nie przerabialiśmy - powiedział szybko pan Sułek. 
-  Tak  myślałam  -  westchnęła  pani  korepetytorka.  -  W  przeciwnym  razie 
wiedziałby  pan,  że  Cypis  jest  pod  ogromnym  wrażeniem  tego  dzieła  literatury 
polskiej.  Gdybyście  to  już  przerabiali,  wiedziałby  pan,  że  pana  kolega,  panie 
Sułeczku,  nieustannie  wciela  się  w  postaci  bohaterów  tego  eposu.  Kto  czytał 
Pana Tadeusza, ten wie, że początkowo miły Cypis trąbił jak Wojski, a następnie 
bębnił jak Jankiel... 
-  Nie  wiedziałem  o  tym.  Słowo  honoru  -  powiedział  niepewnie  pan  Sułek.  -  A 
jednak coś tu nie gra. Jest w tym jakaś bujda. 
- Co pan ma na myśli? 
- Przecież Cypis też nie przerabiał tego... tam... jak mu?... 

background image

 

83 

- Pana Tadeusza - podrzuciła kobieta. 
- W takim razie skąd może to znać, co? 
-  Nie  wiem,  panie  Sułeczku,  nie  wiem,  lecz  sądzę,  że  jego  opiekun,  gajowy 
Marucha,  może  przecież  mieć  w  gajówce  zbiorowe  wydanie  dzieł  Adama 
Mickiewicza... 
- Możliwe - przyznał pan Sułek. 
-  Sądzę  także  -  rozumowała  logicznie  pani  korepetytorka  -  że  Cypis  mógł, 
choćby przez pomyłkę, przeczytać to lub owo... 
- Tak - powiedział pan Sułek - musiało do tego dojść. 
- Nie świadczy to najgorzej o pańskim przyjacielu, panie Sułeczku. 
- Ha ha ha... dlaczego? - uśmiał się chłopiec. 
-  Pan też  powinien czytać jak  najwięcej. To rozwija... No, do  roboty, jak  to wy 
mówicie. Co z tą przyrodą? 
- Same przekroje - powiedział pan Sułek stanowczo. 
- Nie rozumiem. 
-  Tu  nie  ma  nic  do  rozumienia.  Pani  zadała  nam  dwa  przekroje:  cebuli  i 
dżdżownicy... 
- Spory - zauważyła kobieta - materiał do opanowania... 
- Nie - nie zgodził się pan Sułek. 
- Tak pan sądzi? - ironizowała pani korepetytorka. 
-  Tak.  Przekroi  się  jedno  i  drugie,  i  zobaczy  się,  co  tam  może  być  w  środku. 
Słowo honoru. 
-  Sądzę  -  powiedziała  drżącym  głosem  kobieta  -  że  wystarczy  nam  teoretyczne 
opanowanie tematu... 
-  A  ja  nie  sądzę  -  nie  sądził  pan  Sułek.  -  Dlatego  będziemy  -  powiedział  z 
naciskiem - kroić i cebulę, i dżdżownicę! Jak nie obejrzę sobie dokładnie, co tam 
może być w środku, nic z nauki. Taki jestem. Słowo honoru. 
Kobiecie zrobiło się, delikatnie mówiąc, nieswojo... 
-  Możemy  przecież  -  proponowała  -  ostatecznie  skorzystać  z  rysunków...  W 
podręczniku  są  odpowiednie  rysunki.  Nie  krójmy,  panie  Sułeczku,  zwłaszcza 
dżdżownicy... Proszę pana... 
- Od czego zaczniemy? - spytał ostro pan Sułek. 
-  Przekrójmy  sobie,  ostatecznie,  panie  Sułeczku,  cebulę  i  skończmy,  panie 
Sułeczku  kochany,  na  dziś  z  przyrodą.  Nie  pędźmy  tak  do  przodu,  panie 
Sułeczku  najdroższy,  z  materiałem.  To  za  duże  tempo...  -  powiedziała 
pojednawczo pani korepetytorka. 
- A dżdżownica? - zapytał zdezorientowany chłopiec. 
- Dajmy jej spokój. 
-  I  dwója  murowana.  Miałem  się  podciągnąć,  tak?  -  spytał  rozżalony.  -  Pani 
miała mi w tym pomóc, tak? Za mieszkanie i utrzymanie obiecała mi pani dawać 
korepetycje ze wszystkiego, tak? 
- No tak... to prawda - ze skruchą stwierdziła kobieta. 
- A pani nic, tylko odciąga mnie od nauki, zamiast mnie przyciągać... 
- Ależ nie - zaprotestowała - przyciągam pana, jak tylko umiem. 

background image

 

84 

Pan Sułek włożył rękę do  kieszeni i wyciągnął z niej kłębek dżdżownic pętlący 
się i zwijający na okrętkę. 
- O - pokazał - mam tutaj kilka dżdżownic... Dobre będą? 
- Brr... - zadrżała kobieta. - Niech pan je trzyma przy sobie... 
- Dobre czy niedobre? - spytał stanowczo. 
- Dobre, dobre... - szeptała. - Nawet bardzo dobre... znakomite... świetne... Z tym 
że  może  zacznijmy  jednak  od  przekroju  cebuli...  Najpierw  cebula,  panie 
Sułeczku najsłodszy... - chwyciła się ostatniej szansy. 
- Mnie tam bez różnicy - rzekł obojętnie. 
-  I  poświęćmy  temu  jak  najwięcej  czasu,  panie  Sułeczku.  Ostatecznie  przekrój 
cebuli bardzo przypomina przekrój dżdżownicy. 
- To się jeszcze okaże. Słowo honoru - powiedział pan Sułek spokojnie. 
-  O  ile  wiem  -  mówiła  naukowo  pani  korepetytorka  -  cebula  także  należy  do 
rzędu  pierścienic...  Budową  -  mówiła  elokwentnie  -  i  kształtem  cebula 
przypomina nam dżdżownicę. 
-  Nie,  tego  mi  pani  nie  powie  -  powiedział  pan  Sułek.  Trzymał  teraz  w  jednej 
ręce cebulę, w drugiej zaś dżdżownicę. - O, proszę... niech pani tylko spojrzy!... 
- Niepotrzebnie, panie Sułeczku, ściska pan z całej siły jedno i drugie... 
Pani korepetytorce krew odpływała szybko z twarzy. Słaniała się na nogach na 
dobre. 
- Racja - powiedział chłopiec. - Cebula nie ucieknie. No, ale dżdżownicę ściskam 
słusznie.  Mnie  to  robal  nie  nabierze!  Stój!!!  -  wrzasnął  chłopiec  do  wijącej  się 
dżdżownicy. - Stój!!! Ho ho ho... chciała mi się wyślizgnąć ta świnia. No i co?  - 
spojrzał na bladą kobietę. - Czy dalej pani sądzi, że jedno przypomina drugie? 
- Do pewnego stopnia - szepnęła nauczycielka - wszystko przypomina wszystko... 
- Ale nie cebula dżdżownicę. Tak właśnie sądzę. Słowo honoru. Zresztą przekroi 
się i porówna szczegółowo. 
- Dobrze... - zadrżała kobieta - przekroimy i porównamy... 
- Weźmiemy na język - dorzucił chłopiec. 
- O nie!!! Nigdy!!! - ryknęła ostatkiem sił kobieta. 
-  Powąchamy...  rozmiażdżymy...  weźmiemy  tak  zwany  rozmaz...  -  dręczył  ją 
coraz bardziej pan Sułek. 
- Boże, Boże... - szeptała pani korepetytorka. 
W  tym  momencie  pan  Sułek  chwycił  za  nóż  i  wprawnym  ruchem  rozpołowił 
cebulę. 
- No i mamy przekrój... - powiedział ze łzami w oczach. - Cebula - płakał - ma, 
jak widać, słoje... jak sosna... 
- Składa się ona - płakała także pani korepetytorka - panie Sułeczku, z pierścieni 
ułożonych koncentrycznie... 
- Jak? - spytał chłopiec przez łzy. 
-  Koncentrycznie  -  załkała  kobieta.  -  W  środku  mniejsze,  potem  większe  i  tak 
dalej, i tak dalej... 
Pochlipując rozglądał się pan Sułek wokół siebie z rosnącym niepokojem. 
- Zaraz, zaraz... a gdzie moja dżdżownica?! - krzyknął. 

background image

 

85 

Cichutko,  żeby  nie  przeszkadzać  w  lekcji,  wszedł  do  mieszkania  gajowy 
Marucha, przydeptując mocno przygotowaną w charakterze pomocy naukowej 
pokaźną  dżdżownicę.  Poproszony,  gajowy  siadł  swobodnie  w  miednicy  pełnej 
śmietany i płakał chętnie, przypatrując się przekrojowi cebuli... 
 
ROZDZIAŁ XII 
 
Malarz - artysta 
 
Pani  Eliza  pracowicie  gryzmoliła  coś  w  swoim  pamiętniku,  kiedy  w  drzwiach 
pokoju  stanął  pan  Sułek  ubrany  bardzo  dziwacznie.  Spojrzawszy  na  swego 
chłopca, pani Eliza nie mogła opanować niezdrowego śmiechu, który nią targnął 
bardzo brutalnie. 
-  Ha  ha  ha  ha  ha  ...  Chrym,  prym,  brummmm..  brhhha-hakarach!  trach!  - 
zakaszlała. 
-  Nie  rozumiem  -  powiedział  poważnie  pan  Sułek  -  co  panią  tak  śmieszy,  pani 
Elizo! 
- Pan - prychnęła - panie Sułku. To pan mnie tak śmieszy i śmieszy. 
- Ja? Dlaczego, jeżeli można wiedzieć? 
- Bo pan, panie Sułku najdroższy, wygląda pan po prostu śmiesznie. Przebrał się 
pan tak, żeby było komiczniej, prawda? 
- Nieprawda - powiedział twardo chłopiec. 
- Więc dlaczego naciągnął pan ten ogromny beret na ucho? I tak jest o wiele za 
duży, chociaż ma pan przecież bardzo dużą głowę... 
- To pani beret, pani Elizo... - przypomniał pan Sułek spokojnie. 
-  A  dlaczego  narzucił  pan  na  siebie  plandekę,  którą  przykrywamy  słomę?  No, 
dlaczego, panie Sułku jedyny?... 
- Cicho. To przecież peleryna - nie dał się wyprowadzić z równowagi pan Sułek. 
-  To  plandeka.  Zwyczajna  plandeka,  panie  Sułku.  Nie  nabierze  mnie  pan...  - 
śmiała się pogodnie i chorobliwie zarazem. 
-  Proszę  milczeć!  -  urwał  pan  Sułek  te  niewczesne  żarty.  -  Artysty  mi  tu  nie 
poznała! 
- Jakiego artysty, panie Sułku? 
- Artysty-malarza, oczywiście - wyjaśnił. 
- Mamy tu jakiegoś malarza w okolicy? - spytała pani Eliza jak dziecko. 
-  W  okolicy,  w  okolicy...  -  przedrzeźniał  ją  jak  najęty.  -  Ja  jestem  malarzem! 
Stąd ten beret i peleryna... - dorzucił pogardliwie. 
- Ahaa!... żeby nie kapało na głowę i żeby się nie uwalać, prawda? - zrozumiała 
nagle dziewczyna. 
- I tak się uwalałem. O, proszę! - pokazał uwalaną garderobę - tu i tu. 
- Rzeczywiście. Jedno ucho ma pan całkiem zielone. 
- A drugie - pokazał - różowe. Był taki malarz, co sobie takie ucho uciął. 
- Na miłość boską, nie utnie sobie pan chyba ucha?! - wykrzyknęła wystraszona. 
- Nie wiem, nie wiem... 
- O Boże, panie Sułku, to straszne! Jacy ci malarze są dziwni... 

background image

 

86 

- A jacy oni są zdolni. Nic, tylko malują i malują. Jak ja. Słowo honoru. 
-  Teraz  wiem,  co  pan  tam  wyrabia  na  strychu  -  powiedziała  pani  Eliza, 
domyślając się całej reszty. - Nie nabierze mnie pan... 
- Maluję tam. Pracuję nad płótnami. 
- A co przeważnie pan tam maluje, panie Sułku jedyny? 
- Gdzie? 
- No, na tych pana płótnach... 
- Różne rzeczy ja tam maluję. Raczej nowocześnie... 
- W zygzaki - domyśliła się pani Eliza. 
- I w zygzaki, i w zakrętasy... jak podleci... 
- Co jak podleci? - spytała naiwnie. 
- Jest tak - wyjaśnił - tak jest, leżę sobie godzinami na strychu i ni to śpię, ni to 
czuwam... Leżę tak sobie i nagle ni to mi się śni, ni to widzą na suficie zygzak. 
Wtedy  wstaję,  maczam  pędzel  w  farbie  i  robię  taki  właśnie  zygzak  na  płótnie. 
Tak to ze mną wygląda. Słowo honoru. 
- Nie wiedziałam, że pan taki jest, prawda? - powiedziała z podziwem pani Eliza. 
- Prawda. Nie wiedziała pani. 
- Chociaż z drugiej strony przeczuwałam, że drzemie w panu jakaś potencjalna 
siła,  która  w  każdej  chwili  może  zostać  wyzwolona  w  jakimś  potencjalnym 
kierunku  artystycznym.  Że  taka  siła  napędzi  pana  dłoń,  doda  jej  wprawy  i 
nieomylności... O, tak, panie Sułku, jest pan wielki! 
- Wiem - powiedział, spuszczając beret. 
- Jest pan piękny i zdolny - mówiła w uniesieniu. 
-  To  też  wiem  -  rzekł,  upuszczając  pędzel.  -  Nie  wiem  tylko,  co  teraz  ze  mną 
będzie... 
- Jak to? Dlaczego? 
- Nie wiem, jaki obrać sobie temat? Chciałbym na przykład namalować portret 
kąpiącej się kobiety... 
- Więc niechże pan śmiało maluje! - podjęła szybko kwestię. 
- Nie mam modelki - rozejrzał się na wszelki wypadek. 
-  A  ja  -  przysunęła  się  do  niego  -  a  ja  to  co?  Ja  mogę  w  każdej  chwili  panu 
pozować. 
- Ciichooo... Jak pani sobie to wyobraża? 
- Jak najzwyczajniej. Rozbiorę się, wejdę do wanny i pan mnie namaluje. 
- Nago? - spytał niepewnie. 
- Jeżeli dobrze zrozumiałam, ma to być portret kąpiącej się kobiety, prawda?  - 
stwierdziła naturalnym tonem. 
- W zasadzie, tak... Słowo honoru. 
- Więc rozbiorę się i mie mówmy już o tym. No, do roboty! - ochoczo zachęcała 
pana Sułka i zaczęła ściągać sukienkę przez głowę. 
- Nie, nie! I jeszcze raz nie! - zaprotestował przerażony. - Nie zgadzam się na to... 
-  Rozumiem,  co  pan  ma  na  myśli  -  rozumiała  pani  Eliza.  -  Nie  ma  się  czego 
wstydzić. Sztuka nie zna konwenansów. 

background image

 

87 

-  To  akurat  wiem  -  przyznał  chłopiec.  -  A  jednak  jestem  skrępowany. Krępuje 
mnie to bardzo, pani Elizo. Niech pani się jednak nie rozbiera. Jakoś dam sobie 
radę... 
- Ale jak, panie Sułku jedyny? Jak pan to sobie wyobraża? 
- Wejdzie pani do wanny w ubraniu i ja to namaluję - zdecydował. 
- Zamoczą sobie sukienkę!... 
- Nie szkodzi. Proszę już wejść do wanny. 
Udali  się  do  łazienki  w  wiadomym  nam  celu.  Pani  Eliza,  przełamując 
wewnętrzny opór, weszła do zimnej wody jak stała. 
- No i jak to wygląda? - spytała z wanny. 
- Nie najbardziej - powiedział pan Sułek, mierząc ją wzrokiem. - Nie wygląda to 
naturalnie.  Wygląda  to  nienaturalnie.  Wygląda  to  tak,  jakby  pani  zapomniała 
się rozebrać. Ha ha ha... mnie to śmieszy, a panią? 
- Mnie to nie śmieszy, ponieważ jest mi zimno - odparła zgodnie z prawdą. 
- No trudno. Do pracy... 
- Mam stać czy leżeć? - spytała, żeby mu dogodzić. 
- I tak, i tak. Mam dwa płótna. Mam przecież jeszcze dwa płótna. 
Pani Eliza spojrzała na płótna świeżym okiem. 
- To przecież pana rozprute spodnie, a nie jakieś płótna... 
- A następnie zszyte - wyjaśnił chłopiec. - Z nogawek zrobiłem większe, a z całej 
reszty mniejsze płótno. Słowo honoru! 
- Zniszczył pan ostatnie spodnie, panie Sułku jedyny! 
-  Nie  szkodzi.  Mam  teraz  pelerynę.  Spodnie  są  zbędne.  Cicho  tam.  Namaluję 
panią w dwóch pozycjach: siedzącej i leżącej. I na tym  koniec na dzisiaj. Taki 
jestem. Niech się pani nie rusza, bo mi wyjdzie zamazany obraz! 
Przybierając  kuszącą  w  swoim  przekonaniu  pozę,  pani  Eliza  nie  ułatwiała  mu 
zadania. 
- Tak jest dobrze? - spytała. - Czy może tak lepiej? 
- Lepiej było przedtem - powiedział pan Sułek, przyglądając się modelce. 
- Taaak? - spytała. 
- O, tak jest wystarczająco - powiedział pan Sułek i chwycił za pędzel. 
Pracował teraz szybko i w skupieniu. Z wywalonym językiem. 
- No i jak wychodzi? - spytała pani Eliza. 
- Nieźle. Słowo honoru. Wyczuwalne podobieństwo do modela. Wychodzi mi taki 
zmokły,  zziębnięty  i  wodnisty  portret...  Właściwie,  szczerze  mówiąc,  wychodzi 
mi najlepiej wanna i woda... 
-  A  ja?  Jak  tam  u  pana  wyglądam,  panie  Sułku  jedyny?  -  pytała  kobieta, 
ciekawa jak to kobiety. 
- Cicho. Wanna wyszła mi jak prawdziwa. Woda też. Wie pani co, pani Elizo?... 
- Słucham? - słuchała. 
- Ja chyba zostawię tylko wannę i wodę. Będzie to obraz pod tytułem: "Wanna z 
wodą". Do malowania ludzi nie mam akurat zdolności. Słowo honoru. 
-  Szkoda,  panie  Sułku...  -  powiedziała  pani  Eliza,  podzwa-niając  zębami  - 
szkoda... 
- Cicho... - powiedział pan Sułek zza płótna. 

background image

 

88 

Tymczasem  gajowy  Marucha,  który  od  dłuższego  czasu  obserwował  powyższą 
scenę, siedząc sobie w najlepsze na rezerwuarze, odezwał się do pana Sułka w te 
oto  słowa:  "Sprzedajcie  mi,  Sułek,  ten  kawał  płótna.  Przykryję  se  nim 
motorower, jak będzie padało". 
Nazajutrz lało jak z cebra!... 
 
ZAPISKI GAJOWEGO MARUCHY 
 
Leży oto przede mną luźny pakiecik wymiętoszonych karteluchów, wyrwanych z 
zeszytu  w  kratkę.  To  "Zapiski  gajowego  Maruchy".  Na  pierwszy  rzut  oka 
widać, że "Zapiski" są świadectwem licznych śniadań na leśnej trawie, obiadów 
czwartkowych,  piątkowych,  a  nawet  świątecznych,  kolacyjek  w  gronie 
najbliższych  przyjaciół  i  znajomych,  a  także  innych  posiłków,  spożywanych  w 
tak  zwanym  międzyczasie...  Niewątpliwie  towarzyszyły  one  także  innym 
czynnościom,  jakie  gajowy  Marucha  wykonywał  w  czasie  swojego  bogatego  i 
jakże  ciekawego  życia.  Treść zresztą  tych świstków wyjątkowo  koresponduje  z 
formą.  Jest  ona  niechlujna  (ta  treść),  wymiętoszona,  nieporządna...  A  jednak 
przerzućmy  te  kartki,  rzucając  na  nie  życzliwym  okiem  badacza  osobowości 
gajowego... 
MARUCHA 
(gajowy) 
 
Zapiski 
 
3  kilo  kartofli  żem  kupił  wczoraj  rano  po  3,50  dałem  razem  -  25  złoty.  Muszę 
wybrać szambo i już i to już Cypis podpie... kradnie. Wczoraj podpłe... ukradł 
3,50  (słownie:  trzy  pięćdziesiąt).  Świnia  co  ją  żem  widział  dzika  ukatrupię  jak 
dopadnę jutro może nawet też Morda w kubeł jakby  nagła kontrol naszła 
 
Przepis:  zrobić  z  cukru  zacier,  podgrzewać,  chłodzić  i  niech  kapie  w  dół,  pić 
niezadużo 
 
Prąd opłaciłem jeszcze wczoraj też.  
 
Wałaszewski (doktor) - telefon ma on 2134 
 
Dynda coś na strychu w ty gajówce chyba naraz 
Sułkowi panu winienem jestem pieniądze małe chyba 
U tej pani Elizy cały za... du... pu... takie ma to okrągłe że.. 
Dziurę mam w spodniach dużą - załata się 
Na jutro: Obejść gajówkę i po robocie narazie 
Jajka są tera po 2,80 świeże raczej 
Nie lubię jak kto dużo mówi, lubię jak kto mało mówi ja 
2673526243991999266252534266626513324151251  -  niemożliwe  żeby  była  taka 
liczba chyba  

background image

 

89 

Wtorki piątki piwo dowożą do nas 
"Nic  nie  robić,  lecz  robić  to  dobrze,  a  nade  wszystko  doprowadzić  rzeź  do 
końca" Beaumarchais - przepisał Marucha (gajowy) od doktora W. 
 
Całe pisma są takie zagraniczne z gołymi babami 
 
sałata  
selery  
muchomory 
dziesięć sport nie da rady teraz kupić - teraz trzeba od razu dwadzieścia 
Co było pierwsze: jajko czy kura? Odpowiedź - jajko. 
Odpowiedź druga: kura. 
Spluwać można przez lewe ramie na psa urok 
 
"Być albo nie być" - to nie jest pytanie, to jest art... alte... artel... alternatywa 
Przepraszam, wyszedłem do roboty, będę za jakie dwie, trzy godziny - Marucha 
(gajowy) 
Kolorowe jarmarki, pierzaste koguciki, baloniki na druciku, motyle drewniane, 
koniki bujane, cukrowej waty, z piernika chaty, co wyliczę to wyliczę... 
wyliczył: Marucha (gajowy) 
 
ROZDZIAŁ XIII 
 
Dynda na strychu u gajowego 
 
Przez calutki dzień pan Sułek zachowywał się co najmniej dziwnie. Pani Eliza, 
wpatrzona w swego ulubieńca, nie rozumiała ni w ząb powodów jego dziwnego 
zachowania. Chłopiec spluwał. Spluwał jednak nie tak, jak zwykli spluwać inni. 
Spluwał dziwnie i tajemniczo. 
- Tfu, tfu i jeszcze raz tfu!... - splunął nagle i przestał. 
- Dziwnie pan spluwa, panie Sułku najdroższy... - powiedziała pani Eliza. 
-  Co  w  tym  takiego  dziwnego,  jeżeli  można  wiedzieć?  -  spytał  pan  Sułek 
bezczelnie. 
- To - wyjaśniła - że spluwa pan... jakby... do tyłu. 
- I co z tego? Słowo honoru! 
- Prościej byłoby spluwać chyba ot, przed siebie, jak inni, prawda? 
- Może byłoby prościej, ale byłoby bez sensu - powiedział chłopiec tajemniczo. 
- A jakiż to sens, panie Sułku jedyny, ma spluwanie jako takie w ogóle? 
-  Spluwanie  przez  lewe  ramię?  -  spytał  pan  Sułek,  czekając  na  to  pytanie  od 
dawna. 
- Przez prawe czy przez lewe... Po co to wszystko, panie Sułku? 
-  Żyje  pani  długo  na  świecie  -  zaczął  tłumaczyć  -  o  wiele  dłużej  niż  ja  i  moi 
szkolni koledzy i koleżanki, a nie rozumie pani nic. Nie wie pani w ogóle, co to 
jest życie... - skarcił ją surowo. 

background image

 

90 

-  Prawdą  jest  -  przyznała  dziewczyna  -  że  jestem  w  zasadzie  niewinna  i 
niedoświadczona. Tak... to prawda. 
- Nie słyszała pani, że spluwanie przez lewe ramię niesłychanie pomaga i często 
zapobiega? 
- Pomaga? Na co, panie Sułku jedyny? 
- Na wszystko: na chorobę, na ból, na zły humor, na zakochanie się, na zarazki, 
na paskudnych facetów... no, na wszystko. 
- A zapobiega czemu? - pytała dalej pani Eliza. 
-  Hmm...  I  grypie,  i  jak  jest  komuś  zimno,  i  zakochaniu  się...  No,  zapobiega 
wszystkiemu! 
-  Aż  wierzyć  się  nie  chce,  że  to  takie  proste!  -  wykrzyknęła  pani  Eliza  bardzo 
piskliwie. - Wystarczy tylko splunąć... 
- Przez lewe ramię - uzupełnił pan Sułek. - Splunąć i cześć! 
-  Zastanawiam  się  -  zastanowiła  się  kobieta  -  dlaczego  pan  teraz  właśnie 
spluwał?  Nie  ma  pan  chyba  jakiejś  choroby?...  Mnie  pan  nie  nabierze,  panie 
Sułku!... 
- Jestem zdrów jak ryba - potwierdził jej podejrzenia. 
- I raczej jest pan w dobrym humorze, prawda? 
- Od dawna tak mi dobrze nie było. Tfu, tfu i jeszcze raz tfu! 
-  Więc  czemu  spluwa  pan  jak  najęty?  Co  pana  tam  znowu  dręczy,  mój 
najdroższy uwodzicielu? - spytała, kładąc szczególny nacisk na ostatnie słowo. 
- Klasówka z matmy - powiedział jednym tchem. 
- Nie rozumiem, prawda? 
-  Jutro  -  wyjaśnił  na  razie  cierpliwie  -  ma  być  klasowa  z  matmy.  Oto  dlaczego 
spluwam. Jestem pewien, że wszyscy moi koledzy i koleżanki spluwają również 
przez cały dzisiejszy wieczór. 
- Tak pan myśli? - upewniała się skwapliwie. 
- Tak - potwierdził chłopiec jej domysły. 
- Jeżeli tak, na pewno do klasowy nie dojdzie - pocieszała go, jak umiała. 
- Tak pani myśli? - spytał teraz chłopiec z nadzieją. 
-  Z  tego,  co  pan  mówi,  wynika,  że  to  pewne.  Niech  pan  pomyśli,  panie  Sułku: 
czterdzieści kilka osób spluwa na ten sam temat... Wierzę głęboko w skuteczność 
tej metody. Tfu, tfu i jeszcze raz tfu, panie Sułku! Splunę i ja, co mi tam! 
- Dziękuję pani. 
- Nie ma za co. Tfu! Wierzę w każde pana słowo, nawet wtedy, kiedy plecie mi 
pan te wszystkie słodkie bzdurki, od których rumienią się dziewczyny... 
- Nie rozumiem, o czym pani mówi? - nic nie rozumiał. 
- O tych wszystkich "ochach" i "achach", i o słowach tchnących przepojeniem. 
- Co?! - przeraził się chłopak. 
- O miłości mówię, panie Sułku najsłodszy... 
- Cicho! Dobrze?! Z miłością mi tu będzie wyjeżdżać! A kysz! Tfu, tfu! A kysz! 
Od zarazy, od ognia, od wody, od złych kobiet! Tfu, a tfu!!! - pluł i krzyczał jak 
opętany. 
- Nie chciałam pana urazić, panie Sułku...  - wystraszyła się pani Eliza.  - Boże - 
spojrzała na niego - co pan wyprawia z tym korkiem od butelki?! 

background image

 

91 

- Nic - powiedział chłopiec, chcąc zmylić tropy. 
- Niech pan nie udaje. Gryzie pan, panie Sułku, i żuje pan panie Sułku, korek od 
butelki. Widzę to - pokazała palcem. 
-  To  od  złamania  nogi  -  rzekł,  żując  pieczołowicie.  -  Nogę  teraz  łatwo  złamać, 
cholera jasna! Nawet na najrówniejszej drodze... 
- A ten suwak - patrzyła na niego w dalszym ciągu - tak zwany ekler? 
- Co, ekler? - próbował udawać niewinnego. 
-  Niech  pan  nie  udaje.  Do  ucha  ma  pan  przytroczony  ekler,  panie  Sułku.  Tak 
zwany zamek błyskawiczny. Po co to wszystko, panie Sułku kochany? 
-  Kiedy  nosi  się  taki  suwak  na  prawym  uchu  -  szeptał  tajemniczo  -  nigdy 
człowieka nie boli głowa. 
- To ciekawe - przyznała z ciekawością. 
- Jak ręką odjął. Nigdy od tej pory nie mam migreny. 
- Powiesimy i mnie na uchu taki ekler, prawda? 
- Można... - zgodził się chłopiec bez tak zwanego entuzjazmu. 
- I korek będę żuła jak pan, panie Sułku, prawda? 
- Można - powiedział tym samym tonem, co poprzednio. 
-  I  co  dalej,  panie  Sułku?  Czy  ma  pan  jeszcze  jakieś  propozycje?  -  spytała, 
gotowa na wszystko. 
-  Trzeba  przede  wszystkim  -  tłumaczył  jak  dziecku  -  unikać  kotów.  Kot  jest 
fałszywy i jak świnia potrafi czasem przebiec drogę. Wtedy klapa. Śmierć albo 
kalectwo... 
- Boże, Boże... - miauknęła pani Eliza jak kot. 
-  A  co  pani  myślała?  Trzeba  -  zniżył  głos  do  szeptu  ledwie  słyszalnego  -  na 
cmentarzu zostawiać resztki pożywienia. Inaczej - grób... 
- O Boże najświętszy... - powiedziała dziewczyna grobowym głosem. 
- A co pani myślała! - triumfował. - Jak złapie prąd, trzeba zakopać się w ziemi 
po szyję... 
- Naprawdę? Boże!... - krzyknęła zdławionym głosem. 
- Jasne. Słowo honoru. Trzeba po północy mieć zamknięte okna... 
- Nie wietrzyć? - upewniała się, jak mogła. 
- Pod żadnym pozorem! Tak to wygląda - powiedział już głośno. - Złe czyha! 
- Gdzie? - zainteresowała się pani Eliza. 
- Wszędzie. Naokoło. Wszędzie pełno jest skretyniałych, namolnych i jadowitych 
wilkołaków. 
-  Umieram  ze  strachu,  prawda,  panie  Sułku?  -  spytała  umierając  pani  Eliza.  - 
Niech mnie pan uspokoi... - poprosiła. 
- Cicho! - krzyknął uspokajająco pan Sułek. - Lepiej pani? 
- Trochę lepiej - przyznała. 
- Mógłbym zatelefonować z budki po doktora Wałaszewskiego... 
-  Kochany  doktor...  przybiegłby  tutaj  jak  na  skrzydłach  -  rozmarzyła  się 
kobieta. 
- Ale jak widzę, nie ma na razie po co - zauważył pan Sułek. - Tfu! 
- To prawda. Tfu! Wiem, panie Sułku, spluńmy przez lewe ramię na to wszystko. 
- Na wszystko? 

background image

 

92 

- Tak. 
- Co pani ma na myśli? - spytał podejrzliwie. 
- Tę pana klasowe z matmy, te wilkołaki, koty... wszystko. Tfu, tfu i jeszcze raz 
tfu, panie Sułku! 
- Nie przez to ramię - sprostował chłopiec.  - Przez lewe trzeba. O, tak: tfu, tfu, 
tfu - pokazał prawidłowy rodzaj spluwania. 
- Tfu, tfu! Tak? - spytała. 
- Tak - przyjrzał się jej chłopiec - właśnie tak. Teraz jest prawidłowo. Tfu, tfu... i 
tfu! 
Po  chwili  przyłączył  się  do  nich  wszędobylski  gajowy  Ma-rucha.  Gajowemu  o 
północy  coś  nieustannie  dyndało  na  strychu  w  nowej  gajówce.  Oto  dlaczego 
spluwał chętnie razem z nimi... Gajowy nie przepadał, generalnie rzecz biorąc, 
za dyndaniem jako takim. Zwłaszcza na strychu. 
 
ROZDZIAŁ XIV 
 
Wytop 
 
Pan Sułek od rana uwijał się przy kuchni szamotowej. Podkładał co chwila do 
ognia co tylko miał pod ręką. Piec był rozgrzany niewypowiedzianie. Pani Eliza 
siedziała  i,  jak  zwykle,  gapiła  się  na  swego  chłopca,  jak  przysłowiowy  wół  na 
przysłowiowe malowane wrota. Oczywiście znowu nie rozumiała niczego. 
-  Widzi  pani  -  mówił  pan  Sułek  -  w  ten  sposób  zostałem  hutnikiem.  Kocham 
moją  pracę.  Ten  codzienny  rytm  i  pot,  który  ze  mnie  taka  praca  wyciska.  Nie 
nudzę  się  jak  przedtem.  Znalazłem  sens  życia  -  entuzjazmował  się  wyraźnie 
coraz bardziej. 
-  Wczoraj  w  ten  sam  sposób  został  pan  murarzem...  -  powiedziała  pani  Eliza 
przypominające. 
- To co z tego? 
- A przedwczoraj słynnym sportowcem... Zmienny pan jest, panie Sułku jedyny. 
- Cicho, dobrze?! 
- Kotłują się w panu najprzeróżniejsze tendencje. Jak w kalejdoskopie. 
- Co się kotłuje i w czym? - Był zdezorientowany. 
- Wszystko w panu aż wrze. Bucha z pana optymizm i siła. 
- O, tak. Jestem piekielnie silny - powiedział chłopak, naprężając muskuły. 
-  Och,  kawał  chłopa  z  pana,  panie  Sułku.  W  tej  narzutce  ze  starej  opony 
wygląda pan naprawdę imponująco. Kocham pana... 
- Cicho! To fartuch hutniczy. Co może wiedzieć kobieta o wytopie stali? - rzucił 
pogardliwie. 
-  Za  moich  czasów  -  zamyśliła  się  pani  Eliza  -  nie  zajmowano  się  tym  tak 
nagminnie... 
-  A  teraz  każdy  powinien  wiedzieć,  jak  to  się  robi!  -  powiedział  chłopiec  z 
głęboką  wiarą.  -  I  robić  to,  jeżeli  czas  pozwala.  Ja  czasu  mam  dużo  i  dlatego 
wytapiam... 
- Nie wiedziałam, że stal wytapia się w kuchni szamotowej, prawda? 

background image

 

93 

-  A  jednak  to  fakt.  W  tej  właśnie  kuchni  nastąpi  mój  pierwszy  w  życiu  spust 
surówki. To będzie moja surówka. Z mojej własnej rudy! 
- Boże, jakiej znowu rudy, panie Sułku jedyny? 
- Syderyty. 
- Nie rozumiem tego. Boję się o pana, panie Sułku! 
-  Syderyty  to  rudy  żelaza.  Występują  one  w  Polsce  między  Zawierciem  a 
Wieluniem.  Cypis  tam  właśnie  spędzał  wakacje  i  uzbierał  trochę  tych  rud.  A 
teraz ja, hutnik, wytopię z tego żelazo! 
- Jest pan wspaniały i męski! - powiedziała pani Eliza z podziwem. 
- Tak - zgodził się bez trudu chłopiec. 
- A ja taka drobna i krucha... 
- Jest pani chuda. Powinna pani jadać dużo kartofli i mąki. 
- Jestem wątła i delikatna, panie Sułku... Jak kwiat... 
- A mnie się wydaje - powiedział, mierząc ją wzrokiem hutnika - że jest pani po 
prostu chorowita. Jest w pani jakaś nieznana choroba. 
- Wiem - przyznała, spuszczając oczy. - Lecz przecież i pan dobrze wie, jaka to 
choroba... 
- Niech mnie pani zabije - nie wiem. 
- Nie domyśla się pan? 
- Niech pani dorzuci do ognia - zmienił temat. 
- To przecież właśnie - rzekła, dorzucając - miłość do pana. Ona nie daje mi spać 
po nocach, a za dnia każe chodzić senną i bladą... 
- Jak trup, tak? - spytał po hutniczemu. 
- Raczej jak zjawa... - sprostowała po kobiecemu. 
- Że też - nie mógł się nadziwić hutnik - tak panią wzięło?... Co to miłość może, 
swoją drogą, zrobić z człowieka... 
- No, widzi pan... 
Patrzył na rozgrzaną kuchnię wzrokiem pełnym miłości. 
- Ciekawe, ile to może być stopni? 
-  W  mieszkaniu  jest  całkiem  ciepło  i  przytulnie...  -  powiedziała  dziewczyna 
zalotnie. 
- Chodzi mi ł o liczbę stopni w samym środku pieca. 
- I po co, po co chce pan to wiedzieć? 
-  My,  hutnicy  -  wyjaśniał  -  dobrze  wiemy,  że  spust  surówki,  inaczej  wytop, 
odbywa się w temperaturze pięciuset stopni Celsjusza. 
- Nie wiedziałam o tym, prawda, panie Sułku? 
-  Na  to  wygląda.  Jeżeli  tylko  uda  mi  się  uzyskać  taką  temperaturę,  z  pieca 
popłynie stal. 
-  Do  tego  rondla,  prawda?  -  spytała  pani  Eliza,  wskazując  na  rondel  w  ręku 
pana Sułka. 
- Tak. 
- Z tej kuchni szamotowej, prawda? 
- Tak. Ta kuchnia jest zresztą w tej chwili zwyczajnym piecem hutniczym. 
- A pan, panie Sułku, jest w tej chwili zwyczajnym hutnikiem, prawda? 
- Jestem nim. 

background image

 

94 

-  A  ja,  panie  Sułku,  jestem  zwyczajną  narzeczoną  hutnika.  I  zwyczajnie... 
kocham pana... - zwyczajnie zakończyła wywód pani Eliza. 
- Cicho. Jak to, zwyczajnie? - zaniepokoił się pan Sułek. 
- Kocham i już. 
- Ejże, pani Elizo, nie podoba mi się to - powiedział jak hutnik. 
- Zgasło pod kuchnią - zauważyła jak narzeczona hutnika. 
- Pod piecem hutniczym - sprostował. 
- Zapalę - zaproponowała- podrzucę drobnicy, prawda? 
- Nie podoba mi się to - wrócił pan Sułek do podjętego uprzednio tematu.  - Nie 
podoba mi się to, i to bardzo. Powinna pani stać, patrząc na mnie, i upajać się. 
Stanęła w pewnej odległości i uczyniła, co kazał. 
- Upajam się, prawda? 
-  Jakoś  nie  widać  -  grymasił  pan  Sułek.  -  Cholera  jasna!  Bądź  co  bądź,  jestem 
hutnikiem i mężczyzną! 
-  Wiem  o  tym...  -  upajała  się  pani  Eliza  po  swojemu.  Cofnęła  się  jeszcze  kilka 
kroków i po chwili wydała z siebie bardzo dziwny dźwięk. 
- Słyszy pan? - spytała. 
- Nie. 
- A teraz? 
Wydała powtórnie ten sam dźwięk. 
- Coś skrzypi... - zauważył chłopiec. 
- To ja - stwierdziła z satysfakcją. 
- Gdzie pani jest? - spytał, nie widząc. 
- Tutaj, za kominem... - powiedziała pani Eliza zza komina. 
- Ahaaa!... 
- Chcę być panu kobietą i świerszczem. 
- Jednym i drugim naraz? - zdziwił się nie bez podstaw. 
- A czemuż by nie? Chcę być dla pana wszystkim, najdroższy panie Sułku... 
- I tym, i owym? - upewnił się połechtany przyjemnie. 
- I jeszcze czymś więcej... Kocham pana, panie Sułku. 
- Cicho... - powiedział chłopiec, patrząc na piec. - Za chwilę przewiduję pierwszy 
wytop. Tak zwany spust surówki. 
- Boże, czy taka chwila właśnie nadchodzi, panie Sułku jedyny? 
- Zbliża się ona nieuchronnie. Oooo, leci! - krzyknął chłopiec. - Prędzej! Rondel! 
Pierwszy  wytop  powiódł  się  naszym  bohaterom  tylko  do  pewnego  stopnia.  Z 
niewielkiego otworu kuchni szamotowej spłynął bowiem żywy jak srebro gajowy 
Marucha.  Przewiany  jesiennymi  szarugami  gajowy,  z  prawdziwie  leśnym 
instynktem, tutaj właśnie znalazł sobie ciepłe przytulisko... 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

95 

 
ROZDZIAŁ XV 
 
Świąteczna trzaskanina 
 
W radosnym podnieceniu wszyscy ludzie na świecie szykowali się do spędzenia 
Świąt  Wielkanocnych.  W  takim  samym,  a  może  nawet  większym  podnieceniu, 
szykowali  się  do  świąt  nasi  mili  bohaterowie.  Właśnie  szykowali  tradycyjne 
świąteczne pisanki, bez których święta są naprawdę nie do pomyślenia. 
- Mój już ma chyba dosyć - powiedział pan Sułek poważnie. 
- A mój, panie Sułku jedyny? - spytała pani Eliza nieporadnie. 
- Niech pani pokaże... ja bym go jeszcze potrzymał - zadecydował. 
- Ojej jej jej jej! Jaki pana jest piękny! - wykrzyknęła" dziewczyna szczerze. 
- A co, nie wolno? - spytał pan Sułek swobodnie. - Jest sinobrązowy. Udał się, nie 
ma co... 
- Ciekawe, jak wyjdzie mój, prawda? 
- Nie sądzę, żeby był ładniejszy. Słowo honoru. Miał gorszy kształt. 
- To prawda. Pana kartofel do złudzenia przypominał prawdziwe jajko. 
- Był po prostu jajowaty. Musi pani wiedzieć, że jajowaty kartofel to prawdziwa 
rzadkość. Zwykle kartofle są bezkształtne, kulfonowate... 
- Ale nie ten pana, prawda? 
-  Od  razu  go  wypatrzyłem  w  sklepie  -  powiedział  chytrze  pan  Sułek.  - 
Wypatrzyłem  go  i  mówię:  "Poproszę  uprzejmie  o  dwa  kartofle...  o,  tego 
poproszę". I pokazałem właśnie na ten jajowaty. 
- I co dalej, panie Sułku jedyny? - niecierpliwiła się pani Eliza. 
- Nic. Sprzedawczyni zważyła i gotowe. Oto są. 
- Zawsze mówię - mówiła pani Eliza - że mężczyzny i dziecka nikt nie oszuka. 
-  No,  no...  -  pogroził  palcem  pan  Sułek  -  tylko  nie  dziecka.  Myślę  -  spojrzał  na 
kartofel pani Elizy - że może go już pani wyjąć. Z tej farby - dodał. 
-  Z  jakiej  farby?  Z  jakiej  znowu farby?  -  zatrzepotała  powiekami  pani  Eliza.  - 
Przecież to zwykły atrament... 
-  Barwi  lepiej  -  powiedział  uroczyście  i  świątecznie  pan  Sułek  -  niż  prawdziwe 
barwniki  do  prawdziwych  jajek.  O,  mój  kartofel  -  pokazywał  -  do  złudzenia 
przypomina świąteczną pisankę. Proszę spojrzeć. 
- A mój - pokazała pani Eliza - a mój, co panu przypomina? 
- Niech pani pokaże... bo ja wiem... jest  kulfonowaty, par-chowaty i sparciały... 
Oho - skrzywił się - robaczywy, fuu! 
- Gdzie, panie Sułku kochany? 
-  O,  tu...  -  pokazywał  dziurę  w  kartoflu.  -  W  tej  dziurze  jest  na  pewno  robak. 
Fuu! Brzydzę się! Niech pani to stąd zabierze. 
-  Wykroję  to  świństwo,  panie  Sułku.  O!  -  kroiła.  -  W  ten  sposób...  A  teraz 
wyrzućmy to do kosza. Fuuu! Prawda? 
- Fuu! - prychnął chłopiec. - Już? - zapytał, nie patrząc. 
- Co już? 
- Wyrzuciła go pani? 

background image

 

96 

- Tak. Do kosza z tym. Fuu! prawda? No, może pan otworzyć oczy. 
Otworzywszy oczy, pan Sułek zaniósł się śmiechem. 
- Ha ha ha ha ha!!! 
- Z czego pan się tak znowu śmieje, panie Sułku? - spytała niepewnie pani Eliza. 
- Ha ha ha ha ha! Teraz pani kartofel przypomina... - zakrztusił się. 
- Co panu teraz przypomina mój kartofel? - spytała z nadzieją. 
- On mi teraz - śmiał się głośno chłopiec - on mi teraz przypomina ogryzek, pani 
Elizo.  Ogryziony,  sczerniały  ogryzek  ze  zgniłego  jabłka.  I  to  ma  być  pisanka, 
tak? Ha ha ha ha!!! 
-  Mógłby  się  pan  opanować,  panie  Sułku  -  powiedziała  dotknięta  kobieta.  - 
Mamy święta i wszyscy chłopcy powinni być uprzejmi dla swoich dziewcząt... 
- A ja - powiedział na to pan Sułek - i tak obleję panią w lany poniedziałek. 
- Naprawdę? 
- Tak. Ja tak panią obleję, że nie wiem! 
- No jak, panie Sułku najdroższy? - dopytywała się zadowolona z obrotu rzeczy. 
- No jak?... 
- Ja panią tak zaskoczę... 
- No czym, no czym? - popiskiwała szczęśliwa. - Czym mnie pan opsiuka? 
- Ja na panią wyleję kubeł wody. Słowo honoru. 
- O Boże, o Boże... naprawdę? 
- Taki jestem. Jak zabawa, to zabawa. Na całego! 
- Przecież mogę się utopić, panie Sułku. Wiem, zachłysnę się i utopię. 
- Się. 
- Co się? 
-  Zapomniała  pani  dodać  "się".  Nie  sądzę  zresztą,  żeby  aż  do  tego  doszło.  Nie 
będzie tak źle. Nie zależy mi akurat na tym. Słowo honoru! 
- Więc jednak - wnioskowała nielogicznie - pan mnie kocha, panie Sułku? Kocha 
pan swoją słodką kruszynę, prawda?... 
- Cicho. No, do roboty! 
- Do jakiej roboty, panie Sułku jedyny? 
- Będziemy się trzaskać kartofla... to znaczy pisankami. 
- Dlaczego, panie Sułku? 
- Nie zna pani tego zwyczaju? - zdziwił się chłopiec. -W moim domu rodzinnym 
trzaskaliśmy  się  pisankami  podczas  świąt  nieraz  przez  cały  dzień.  A  czasem  i 
dłużej. Taki Cy-płs trzaskał się pisankami już w styczniu tego roku. Trzaskał się 
zresztą w klasie. Głównie na matematyce. 
- Już w styczniu? 
-  I  słusznie  -  powiedział  pan  Sułek  z  zazdrością.  -  Już  w  połowie  stycznia  był 
trzykrotnie zawieszony w prawach ucznia. To jest ktoś! 
- Aż trzykrotnie zawiesili go tylko za to, panie Sułku? 
- Szczerze powiedziawszy - nie tylko. 
- A co on, jak to się mówi, zmajstrował? 
- Nic. Jak zwykle tylko oblał atramentem woźnego, zjadł dwa kilo kredy, obciął 
krawat dyrektorowi, spalił wszystkie mapy w gabinecie geograficznym, wrzucił 

background image

 

97 

zdechłego  szczura  do  kotła  zupy  w  stołówce,  urwał  parapet  w  pokoju 
nauczycielskim i ogólnie... spluwał sobie... 
- Energiczny chłopiec z tego Cypisa, prawda? 
- Jest moim najserdeczniejszym przyjacielem. Wszyscy za nim przepadają... 
- Ja też go lubię - powiedziała pani Eliza - chociaż tak mało się znamy... 
- A wszystko poszło o tę trzaskaninę jajkami - kontynuował opowieść chłopiec. - 
Cypis chciał się tradycyjnie trzaskać jajkiem z matematykiem. I to wszystko. 
- Nie wierzę, panie Sułku... Dlaczego, poza tym, robił to już w styczniu? 
- Cypis wie, co robi - wyjaśnił pan Sułek dobitnie. - Pech, że matematyk nie miał 
akurat  jajka.  I  drugi  pech,  że  Cypis  trochę  o  tym  zapomniał.  I  trzeci  pech,  że 
trzasnął  matematyka,  zanim  sobie  o  tym  przypomniał.  I  wreszcie  czwarty, 
najbardziej pechowy pech, że jajko nie było ugotowane... Tak to wygląda! 
- Swoją drogą, panie Sułku  - zauważyła pani Eliza  - tradycja ginie w narodzie. 
Ot,  choćby  i  my...  Zamiast  tradycyjnymi  jajkami  trzaskamy  się  zwykłymi 
kartoflami zanurzonymi w atramencie. Nie tak wyobrażałam sobie święta... 
-  Mówiłem  pani  sto  razy  -  denerwował  się  pan  Sułek  -  że  jajek  nie  było.  No, 
trzaśnijmy się po razie. Niech pani uważa. 
Pan  Sułek  odmierzył  rozbieg  jak  wytrawny  trójskoczek.  Rozpędził  się  i 
trzymanym jak pika kartoflem trzasnął w kartofel swojej dziewczyny. 
- Och, panie Sułku - szepnęła pani Eliza, padając - co pan wyprawia? 
- Nic. No, jak tam? Patrzył na skutki uderzenia. 
- Bo mój - pokazał swój kartofel - cały. Nawet rysy nie ma. Słowo honoru. 
- A mój - powiedziała pani Eliza, prostując zaciśniętą dłoń - jest właściwie cały w 
strzępach. 
-  Aha.  Rzeczywiście.  Ma  pani  pełną  garść  miałkiej,  bezkształtnej,  powalanej 
atramentem, kartoflanej mazi... Wygrałem w sposób druzgocący... 
- Co było do przewidzenia, panie Sułku kochany... - powiedziała uradowana jego 
sukcesem dziewczyna. 
- A teraz - poinformował pan Sułek - pójdę się tradycyjnie trzasnąć z gajowym 
Maruchą. 
- Niech pan pozdrowi Cypisa, panie Sułku. 
-  Cicho  -  powiedział  w  drzwiach  -  trzasnę  się  z  gajowym.  Zobaczymy, 
zobaczymy... 
Pan  Sułek  prędzej,  niż  przypuszczał,  trzasnął  się  z  gajowym  Maruchą. 
Zdarzenie miało miejsce w drzwiach. Gajowy Maruchą przyszedł właśnie złożyć 
najserdeczniejsze życzenia Wesołych Świąt i wszystkiego najlepszego od siebie i 
od Cypisa... Po trzaśnięciu się z panem Sułkiem gajowy zrezygnował jednak ze 
składania życzeń. Warknął tylko coś pod nosem i wyszedł przez okno. 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

98 

 

CZĘŚĆ III 

spotkania z filozofią 

 
 
Wstęp do spotkań z filozofią 
 
Musimy  teraz,  chcąc  nie  chcąc,  uczynić  założenie,  że  każdą  naszą  czynność 
poprzedza  pewien  mniej  lub  bardziej  precyzyjny  proces  myślowy.  Wobec 
powyższego sformułowanie "ktoś działał bezmyślnie" zastąpmy zdaniem: "ktoś 
myślał  głupio".  Głupio,  ale  myślał.  Każdy,  największy  nawet  idiota,  ma  swój 
rozum (patrz "Idiota" Dostojewskiego). A więc żyjemy myśląc i myślimy żyjąc, 
co  na  jedno  wychodzi.  "Myślę,  więc  jestem"  -  powiedział  ktoś,  a  my  dodajmy: 
"Jestem,  więc  myślę".  Proces  myślenia  w  sensie  ogólnym  towarzyszy  nam  od 
pradziejów niezależnie od naszej woli (czy niewoli). 
Często jednak mało nam tego i organizujemy specjalne spotkania towarzyskie w 
celu  wzajemnej  wymiany  myśli,  doświadczeń  i  podzielenia  się  ze  znajomymi 
własnymi  osiągnięciami  na  polu  przemyśleń  własnych  i  cudzych.  Mówimy 
wtedy, że spotkaliśmy się, żeby pofilozofować sobie w najlepsze. I tak w sposób 
łatwy,  lekki  i  przyjemny  budujemy  swoje  systemiki  filozoficzne,  bazując 
oczywiście na najnowszych osiągnięciach w dziedzinie nauki, kultury i sztuki. A 
czasem, leżąc do góry brzuchem na bujnej łące i obserwując filozofię obłoków, 
filozofię  wiatru,  filozofię  szumiących  sosen  w  Lasku  Wolskim,  filozofię  drzew, 
ptaków,  owadów  i  kwiatów,  myślimy  o  tym  wszystkim  bez  ładu  i  składu,  bo 
słońce przypieka nam ciało i nie chce się wstać, a chce się leżeć i leżeć, i słuchać, i 
patrzeć, i wąchać, i wdychać świat w siebie, i chłonąć piękno i brzydotę, nasycać 
się nimi do zmierzchu, do kiczowatego zachodu słońca... 
Już  kilka  razy  udało  nam  się  wcześniej  przyłapać  naszych  bohaterów  na 
myśleniu.  W  tej  jednak  części  przyłapiemy  ich  bardziej,  że  tak  powiem, 
namacalnie. W ten sposób część ta nie będzie w gruncie rzeczy "Spotkaniami z 
filozofią"  w  znaczeniu  podstawowym;  będzie  ona  spotkaniami  z  naszymi 
bohaterami,  przyłapanymi  na  myśleniu  o  sobie,  o  swoim  życiu.  Spotkaniami  z 
panem Sułkiem, przyłapanym w momencie snucia refleksji, snutych dla snucia li 
tylko. 
Dlatego tytuł być może nie pasuje do tej część:. Nie będę go jednak zmieniał na 
lepszy, gdyż, jak wiadomo, ]epsze jest wrogiem dobrego. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

99 

 
ROZDZIAŁ I 
 
Silny instynkt 
 
Pan Sułek tego dnia zajęty był właśnie intensywnym myśleniem. Myślał i myślał 
biedny chłopiec, aż w głowie mu huczało, i wydawać by się mogło, gdyby ucho 
nadstawić  ciekawie,  że  słychać  lekki  trzask  pracujących  komórek  mózgowych, 
szarych zresztą, jak u każdego z nas. 
- Hej, gdybym miał motor... - powiedział wreszcie. 
-  I  co,  i  co  by  pan wtedy  zrobił  najlepszego,  panie  Sułku  jedyny?  -  spytała,  nie 
wiedząc, pani Eliza. 
- Gdybym miał motor? 
- Gdyby pan miał prawdziwy motocykl. 
- SHL-kę? - pytał pan Sułek precyzyjnie. 
-  Tak.  SHL-kę.  Czy  wtedy  pojechalibyśmy  sobie  na  wycieczkę  do  Lasku 
Wolskiego? My, razem... 
- Nie, pani Elizo - powiedział pan Sułek stanowczo. - Nie pojechalibyśmy. 
- Ależ dlaczego to znowu? Och, pociąga mnie, panie Sułku jedyny, dzikie piękno 
tego naszego Lasku Wolskiego. Och, tam jest pięknie. Och! 
-  Wiem  -  powiedział  pan  Sułek,  wiedząc.  -  A  jednak  wsiadłbym  przede 
wszystkim sam na ten swój nowy motor. 
- Mówi pan o nim tak, jakby go pan już miał, prawda? 
-  Nie  szkodzi.  Wsiadłbym  na  niego  natychmiast.  Wrzuciłbym  czwórkę!...  - 
zapalał się coraz bardziej chłopiec. - Na gaz, czwórka! Prawda, tam są tylko trzy 
biegi... No więc choćby i trójkę! Słowo honoru. 
- I co, panie Sułku, i co dalej? - dopytywała się kobieta. 
- Następnie rozpędziłbym się, jak tylko można... 
- A co wtedy, panie Sułku jedyny? - spytała, nie posiadając się z ciekawości. 
-  Cicho  -  uciszył  ją  pan  Sułek.  -  Na  pierwszym  zakręcie  wypadłbym  z  trasy!  Z 
całej siły wyrżnąłbym w drzewo... Śmierć na miejscu! Słowo honoru! 
- Boże! - szepnęła pani Eliza, ujrzawszy plastycznie całą tę makabrę. 
- Nie byłoby co zbierać... Koniec! Słowo honoru! 
- I po co, po co to wszystko - załkała - po co to, panie Sułku jedyny?... 
- No, no... - uspokajał ją po męsku - niech pani nie płacze. Żyję na razie. 
- Ujrzałam całą tę scenę niezwykle realistycznie. Ten pęd i ten zakręt śmierci. To 
okropne... Pan jest taki młody... 
-  Wiem.  Nie  byłoby  co  zbierać,  pani  Elizo. Tak  się  sprawy  mają  -  powiedział  z 
dumą. 
- Och, panie Sułku jedyny, niech pan nie opowiada takich rzeczy. Nie usnę dziś 
za nic... 
-  Albo  -  powiedział  pan  Sułek  po  głębszym  namyśle  -gdybym  tak  miał 
samochód... hm... hej!... - dodał marzycielsko. 
- Boję się, panie Sułku - zadrżała pani Eliza na samą myśl o samochodzie. 
- Jakiś szybki, sportowy wóz... - marzył chłopak. 

background image

 

100 

- Tylko nie za szybki. Boję się o pana. 
- Wsiadłbym, wrzuciłbym czwórkę i gaz do dechy! 
- Niech pan tak szybko nie jedzie! Błagam pana! - błagała pani Eliza. 
-  Cicho.  Z  przeciwka  nadjeżdżałaby  oczywiście  jakaś  ciężarówka,  wyładowana 
po same burty. 
- Niech pan się trzyma prawej, na litość boską! - krzyczała histerycznie kobieta. 
- Nie chcę, co mi tam. Idę na zderzenie czołowe, oczywiście. I trach! - trachnął. - 
I  krach!  Brzdęk  i  pa-pa-pa-pa-pa-pa-pa!  I  brum!  I  cisza...  cisza  i  spokój... 
Koniec ze mną. Słowo honoru... 
- Boże święty, panie Sułku jedyny, gdzie pan? Kocham pana... 
- Cicho... Może pani na przykład powiedzieć: "Kochałam go, i to jak!" Już i tak 
po mnie... 
- Boję się... - bała się pani Eliza. 
- Nie ma czego. Albo - rozmyślał dalej chłopak - gdybym miał po prostu zwykłą 
kuchnię gazową... 
-  O,  tak  -  zgodziła  się  uspokojona.  -  Kuchnia  gazowa  to  niezwykle  praktyczna 
rzecz. Kupmy ją, panie Sułku jedyny. O, tak! 
- Natychmiast odkręciłbym kurek i ciach, głowę w piekarnik... 
- A to po co, panie Sułku najdroższy? Nie rozumiem ni w ząb, prawda? 
- Zrozumie pani, jak pani zobaczy - objaśnił pan Sułek. 
- Co zobaczę i co zrozumiem wtedy? - dopytywała się ciekawie dziewczyna. 
-  O  nie  -  powiedział  uroczyście  chłopiec  -  o  nie,  pani  Elizo,  ja  nie  będę  chyba 
długo żył. O, tak... 
- Rozumiem. Chce się pan otruć gazem, prawda? Co za chłopiec... 
- Jaki chłopiec, jaki chłopiec?... Cicho. 
-  Ma  pan,  panie  Sułku  -  podsumowała  -  niezwykle  silny  instynkt  śmierci. 
Martwię się o pana, ukochany... prawda? 
- Tylko nie ukochany, tylko nie ukochany... - obruszył się pan Sułek. 
- Sprawę tę jednak można załatwić o wiele, wiele prościej, moim zdaniem. 
- Jak to? - zdziwił się zaskoczony. 
- No tak. Po co narażać się na niepotrzebne wydatki? - rzekła praktycznie. 
-  O  czym  pani  mówi?  Co  pani  ma  na  myśli?  -  zadał  dwa  pytania,  jedno  po 
drugim. 
-  To,  że  i  tak  nie  stać  nas  na  kuchnię  gazową,  a  tym  bardziej  na  motocykl  czy 
sportowy samochód... 
- Więc co robić, co robić, pani Elizo? - zmartwił się chłopak. 
-  Moim  zdaniem,  wystarczy  położyć  się  wygodnie  na  szynach  kolejowych  w 
naszym  ulubionym  Lasku  Wolskim  i  spokojnie  czekać,  aż  będzie  przejeżdżał 
pierwszy lepszy pociąg... - rzekła z prostotą. 
- Który zrobi swoje, tak? - domyślił się pan Sułek. - Na pewną śmierć mnie pani 
wysyła, pani Elizo. Nie ma co. Ta masa, którą jest rozpędzony pociąg, towarowy 
oczywiście,  zrobi  swoje.  Wstyd,  wstyd,  pani  Elizo...  Narażać  mnie  na  pewną 
śmierć! I to kto? Pani, która mnie rzekomo kocha?... - rozżalił się chłopiec. 
- Kocha - potwierdziła kobieta spokojnie. 
- Która rzekomo mnie uwielbia i podziwia? 

background image

 

101 

- I szaleje za panem, jak zawsze - uzupełniła pani Ełiza. 
-  A  może  po  prostu  -  zbierało  mu się  na  płacz  -  niech  pani  kupi  siekierę, niech 
pani weźmie zamach, niech mi pani po prostu łeb utnie!... Słowo honoru! 
- Nigdy! - zaprotestowała. - Nigdy, panie Sułku! Zmieńmy temat... 
- Nie zmieniajmy, nie zmieniajmy... - płakał już na dobre. 
- No już, no już niech pan nie płacze... Ja tylko chciałam panu pomóc. Sam pan 
opowiadał  te  wszystkie  okropności...  O  tych  wypadkach  drogowych  i  o  tym 
truciu się gazem... Ja tylko tak, panie Sułku, z dobrego serca... 
-  A  ja  -  zmienił  temat  na  diametralnie  inny  -  chciałem  e  obie  po  prostu 
sprawdzić! 
- Co pan sobie chciał sprawdzić, jeżeli wolno wiedzieć? 
- Chciałem zobaczyć, jak pani zareaguje na to wszystko. 
- Na co wszystko, panie Sułku kochany? - spytała nic nie rozumiejąc. 
- Cicho. Chciałem sprawdzić, jak pani się zachowa, kiedy zabraknie pani mnie. 
Oto mój cel. 
- Och - uśmiechnęła się pani Eliza - ja głupia. Jaka ja jestem głupia. Nie brałam 
tego tak zupełnie serio... 
-  Wobec  tego  -  zaproponował  pan Sułek  -  porozmawiajmy  sobie  teraz  zupełnie 
serio, pani Elizo. 
- O czym, panie Sułku? 
- O smutnej chwili, kiedy odejdę z tego świata. 
- Ta chwila nigdy się nie zdarzy. 
-  Dlaczego,  jeżeli  można  wiedzieć?  Nie  będę  przecież  żył  wiecznie.  Mam  chyba 
pełne prawo nie żyć, co? 
- Ja odejdę pierwsza. 
- O nie, nie zgadzam się. To ja będę pierwszy. Kłócić mi się tutaj będzie! Słowo 
honoru! Cichooo już! 
Awantura wisiała w powietrzu. Jedno musiało w tej sytuacji ustąpić. 
-  Dobrze  -  powiedziała  pani  Eliza  -  niech  i  tak  będzie.  Niech  pan  odchodzi 
pierwszy... 
- I co pani wtedy zrobi? - spytał pan Sułek, przyglądając się jej w napięciu. 
- Nie wyżyję chyba ani dnia dłużej. Kocham pana - powiedziała szybko. 
- Cicho. W takiej chwili kochać mi tu będzie! Człowiek umiera, cholera jasna, a 
ona tutaj wyjeżdża z kochaniem! Cicho! 
- No dobrze. Założą czarną, długą suknię... 
- Ciekawe, skąd ją pani weźmie? - spytał kpiąco chłopak. 
- Pożyczę. Albo, o, zawinę się w tę kotarę... Nam firanki już nie będą potrzebne 
wtedy... 
Jak powiedziała, tak zrobiła. Zawinięta w kotarę wyglądała całkiem nieźle. 
- Wygląda pani nieźle - powiedział pan Sułek, przyglądając się jej krytycznie. 
- I będę szła przez cieniste alejki cała we łzach... 
- Tego chcę. O to mi właśnie chodziło - ucieszył się pan Sułek. 
- I wtedy zapyta ktoś... 
- Może Cypis na przykład - podpowiedział chłopak. 

background image

 

102 

- "Boże - zapyta ten ktoś - kim jest ta urocza nieznajoma, cała spowita we mgłę 
rozprzestrzenionego smutku?..." 
-  Nigdy  -  powiedział  pan  Sułek  dobitnie  -  nigdy  Cypis  tak  nie  zapyta.  Słowo 
honoru. 
Chwilowy  brak  kotary,  w  którą  spowiła  się  właśnie  nasza  bohaterka,  ujawnił 
obecność siedzącego na parapecie w kucki gajowego Maruchy. Gajowy zszedł z 
parapetu i natychmiast przystąpił do złożenia pani Elizie serdecznych, szczerych 
i,  jak  to  określił,  dozgonnych  kondolencji,  z  powodu  tak  smutnego  obrotu 
rzeczy... 
 
ROZDZIAŁ II 
 
Teoria naprawy światła 
 
Zmierzchało porządnie i nieodwracalnie. Pan Sułek w pozycji leżącej czytał coś 
niezmiernie zajmującego. Pani Eliza patrzyła na niego, jak zwykle, pożądliwie i 
radośnie. 
-  Ile  razy  mam  mówić,  żeby  pani  wreszcie  włączyła  lampę?  Czytam,  przecież  - 
zwrócił się do niej z wyrzutem. 
- Nic z tego nie będzie, panie Sułku kochany - powiedziała dziewczyna spokojnie. 
-  A  to  dlaczego,  jeżeli  można  wiedzieć?  Co  to  za  nowe  porządki?  -  zapytał  już 
porządnie  rozzłoszczony  chłopak.  -  Czytam  przecież!  -  podkreślił  jeszcze  raz 
dobitnie. 
- Widzę, widzę, chociaż ledwo, ledwo... - powiedziała bezmyślnie patii Eliza. 
-  Ja  też  ledwo,  ledwo  odróżniam  litery. Ilustracji  to  w  ogóle  nie  widzę.  No  cóż, 
ślepniemy chyba, pani Elizo. Tak to wygląda. 
- Nie ślepniemy, panie Sułku, jedyny. 
- Cicho. To dlaczego tak słabo widać ogólnie? 
- Ponieważ nie ma światła - powiedziała po prostu pani Eliza. 
-  Hmm...  prawda,  zapomniałem...  No  cóż  -  powiedział  uroczyście  -  trzeba  je 
naprawić... 
- Widzę - zauważyła pani Eliza - że od trzech dni nie zmienia pan zdania na ten 
temat. I wczoraj, i przedwczoraj mówił pan to samo... 
- Bo tak uważam. Trzeba wreszcie naprawić światło. A może to po prostu korek 
wysiadł?... 
- Zgadzam się z panem całkowicie, panie Sułku. To może być korek po prostu - 
zgadzała się cały czas pani Eliza. 
-  Albo  -  rozważał  chłopiec  -  żarówka  się  przepaliła.  Nie  widzę  po  prostu  innej 
możliwości. 
- Bo innej możliwości nie ma, najdroższy mój panie Sułku... 
- Cicho. Tylko nie najdroższy. 
Pan Sułek próbował bezskutecznie kontynuować czytanie. 
- Albo - oderwał się od lektury - jedno i drugie naraz wysiadło... 
- Cóż... To tylko hipoteza - zauważyła pani Eliza filozoficznie. 

background image

 

103 

- Tylko nie hipoteza, dobrze? - zaprotestował, nie rozumiejąc. - Mądrzyć mi się 
tutaj  będzie.  Słowo  honoru.  Choroba  wie,  co  z  tym  światłem.  Nie  działa  i  nie 
działa... 
- Nie działa i nie działa, prawda? - powtórzyła dziewczyna. 
-  Nie  działa  -  przytaknął.  -  No  cóż...  -  rozumował  logicznie  -  trzeba  będzie  je 
naprawić... 
- Otóż to - szepnęła zachwycona pani Eliza - otóż to. Z ust mi pan to wyjął, panie 
Sułku ukochany. 
-  Cicho.  Nie  można  jednak  tak  naprawiać  na  łapu  capu.  To  głupio.  Słowo 
honoru. Nie lubię tak na łapu capu - powiedział chłopiec wolno. 
- Ja też tak uważam, prawda? - upewniła się pani Eliza. 
-  Do  tego  trzeba  podejść  ostrożnie.  Trzeba  mieć  jakiś  pomysł.  Tak  myślę,  pani 
Elizo. O, tak. 
- Ja też tak myślę, prawda? - upewniła się pani Eliza instynktownie. 
- Trzeba to gruntownie przemyśleć, a następnie zaplanować, przekonsultować... 
- Boże jedyny, skąd pan zna tyle nowych słów? Nie poznaję pana. Skąd to tak?... 
- Co znam, to znam - zaspokoił jej ciekawość. - To trzeba rozpracować, stworzyć 
jakąś  linię  postępowania,  jakąś  szczegółową  konstrukcję  myślową  i  dopiero 
wtedy przejść od teorii do praktyki... 
- Nie bardzo śledzę pana tok  myślenia, panie Sułku...  - przyznała szczerze pani 
Eliza. 
-  Krótko  mówiąc,  dla  pani  wiadomości,  na  chłopski  rozum:  najpierw  należy 
myśleć, a dopiero o wiele, wiele później - działać. Nigdy odwrotnie. 
- Najpierw działać, a dopiero o wiele, wiele później myśleć, prawda?  - ucieszyła 
się pani Eliza, łapiąc, w czym rzecz. 
-  Tak  postępują  szczeniaki.  My,  ludzie  dorośli,  postępujemy  inaczej.  Słowo 
honoru - powiedział, zmieniając pozycję z powodu mrówek w łokciu. 
- Widzę, panie Sułku kochany, że z pana człowiek i myśli, i czynu - zauważyła z 
dumą pani Eliza. - Kocham pana za to na swój sposób. 
- Jak to, na swój sposób? Co pani ma na myśli? 
-  Mam  na  myśli  to,  że  kocham  pana  tak,  jak  tylko  ja  potrafię  kochać:  gorąco, 
szczerze... 
-  ...  i  sumiennie  -  dorzucił  chłopiec.  -  W  ludziach  cenię  szczerość  i  sumienność. 
Wymagam tego od ludzi, pani Elizo. 
- No dobrze - zgodziła się bez przeszkód. - Kocham pana sumiennie. 
- Cicho. 
Milczał jakiś czas. Próbował znowu czytać napoczętą lekturę. 
- Co tu tak ciemno? - spytał wreszcie. 
- Światło zepsute - służyła mu odpowiedzią jak na zawołanie. 
- Prawda - przypomniał sobie. - No cóż... trzeba je naprawić. 
- No właśnie, no właśnie... - zgodziła się pani Eliza już któryś raz z rzędu. 
- Myślę - mówił powoli chłopak - że za chwilę wstanę i spokojnie podejdę do tej 
szafki z korkami, co to pani wie... 
- Zrobi to pan, najdroższy? 

background image

 

104 

-  Zrobię  to  jak  najbardziej.  O,  tak.  Wykręcę  korek  i  następnie  najzwyczajniej 
przypatrzę mu się dokładnie. 
- I co, i co, panie Sułku jedyny? - drżała z niecierpliwości. 
- Stwierdzę sobie, czy jest on zepsuty, czy może nie jest on zepsuty?... 
- Boże, stwierdzi to pan tak bez przeszkód? 
-  Wystarczy  mieć  trochę  wprawy.  Ja  ją,  oczywiście,  mam  -  powiedział  bardzo 
pewnym tonem chłopak. - Słowo honoru... 
- A następnie, panie Sułku? Co tam następnie? 
- Hmmm... Następnie, jeżeli, powiedzmy, korek może się okazać przepalony, po 
prostu trzeba będzie go naprawić... To wszystko. Tak to wygląda. Naprawię go. 
- Taki pan jest, prawda? 
- I wkręcę. Na swoje miejsce - dorzucił pan Sułek. 
- Boże - westchnęła wzruszona dziewczyna. 
-  Potem  -  ciągnął  myśl  jak  statek  holowniczy  barki  pełne  towarów  - 
wypróbujemy sobie, czy nareszcie jest światło, czy może nie ma jeszcze światła... 
- A jeżeli nie, jeżeli jeszcze w dalszym ciągu nie będzie? Co wtedy?... 
- No cóż, wtedy skieruję swoje kroki w kierunku żarówki. 
- Na szczęście mamy tylko jedną, prawda? 
- Tym lepiej i tym szybciej przekonamy się, jakie to może być uszkodzenie. 
- A więc, jak to będzie dalej z tym wszystkim, panie Sułku? 
Umieram wprost z ciekawości... 
-  Wykręcę  sobie  żarówkę  i  wystarczy  mi  spojrzeć  tylko  na  nią  pod  światło.  To 
znaczy... pod światło świecy, powiedzmy... 
- To właśnie panu wystarczy, prawda? 
-  Jeżeli  jest  przepalona  -  rozumował  dalej  pan  Sułek  -  wymienimy  ją  na  jakąś 
nie przepaloną... 
- A imamy nie przepaloną? - zapytała drżąc pani Eliza. 
- Mamy. Wystarczy tylko skoczyć do gajowego Maruchy. Ten ma, jak go znam. 
- I co następnie, panie Sułku kochany? Co następnie po tym wszystkim? 
-  Koniec  -  powiedział  zwyczajnie  chłopak.  -  Po  robocie  i  po  kłopocie,  jak  to 
mówią. 
- Mówią tak, prawda? - upewniła się, nie wiadomo po co, dziewczyna. 
-  I  wtedy,  pani  Elizo,  znowu  będę  mógł  poczytać  sobie  dopiero  co  rozpoczętą 
Anię z Zielonego Wzgórza. Swoją drogą, długa jest to powieść... Hmm... Co tu 
tak ciemno, u licha? 
-  Światła  nie  mamy,  panie  Sułku,  od  trzech  dni  -  powiedziała  cierpliwie  pani 
Eliza. 
- Prawda. 
- Lecz mnie się wydaje, panie Sułku, że nawet i bez światła życie, ogólnie rzecz 
biorąc, ma swój styl i wdzięk... 
- Bez przesady... Kto tak powiedział? - zainteresował się nagle. 
- Mnie się tak wydaje. Przyjemnie jest tak po ciemku słuchać pana i czuć pana 
bliskość tak namacalną i jedyną w swoim gatunku. 
- Też prawda - przyznał pan Sułek. - Słowo honoru. 

background image

 

105 

- Przyjemnie jest tak po ciemku słuchać tej pana całej Teorii Naprawy Światła, 
panie Sułku... Ooooo, wiele się można od pana nauczyć... 
- Niech więc pani śmiało korzysta - zezwolił. - Póki czas. 
- Pamiętam każde pana słowo. Nic nie uronię, prawda? 
- No - zaproponował - włączmy grzałkę. Czas na herbatę, pani Elizo. 
- Kiedy... nie ma światła, panie Sułku... 
- No cóż... hmm... trzeba je naprawić - powiedział uroczyście chłopak. 
Po omacku, roztrącając sprzęty wszedł właśnie wszędobylski gajowy Marucha. 
Gajowy  także  dopracował  się  swojej  bardzo  oryginalnej  Teorii  Naprawy 
Światła. Podzielił się nią z panem Sułkiem natychmiast. 
"Zapłaćcie, Sułek, rachunek" - powiedział. - "A zobaczyta" dodał. 
I rzeczywiście!... 
 
ROZDZIAŁ III 
 
Czy mnie jest dobrze?  
 
Bez najmniejszego powodu leżał nasz pan Sułek kochany w łóżku od trzech dni i 
czterech  nocy  bez  przerwy.  W  nogach  przycupnęła  skromnie  pani  Eliza, 
poprawiając mu nieustannie poduszkę aż do znudzenia. Pan Sułek leżał, a leżąc 
myślał... 
- Pani Elizo... - zaczął sennie. 
- Słucham? - spytała natychmiast. 
- Jak pani sądzi, czy mnie jest dobrze? 
- No, nie wiem - kokietowała. - Właśnie nie wiem, panie Sułku najdroższy. Sama 
jestem tego ciekawa, prawda? 
-  Ja  też  nie  wiem,  cholera  jasna.  Raz  tak,  raz  siak!  Dziwny  ze  mnie  człowiek. 
Słowo honoru! 
- Nie jest pan aż tak dziwny, panie Sułku. Wydaje się panu - pocieszała go pani 
Eliza. 
- O, nie - zaprzeczył - jestem dziwny. Znam siebie dobrze. Słowo honoru. Hm... 
czy mnie jest dobrze? Cholera wie! 
- Niech pan się chwilę zastanowi Leży sobie pan już trzeci dzień w łóżku... 
- I to, można powiedzieć, bez najmniejszego powodu. 
- Donoszę panu jedzenie i prasę... 
- I picie - dodał chłopak. 
- Drapię pana po plecach całymi godzinami. 
- Ponieważ przepadam za tym, pani Elizo. 
- Czytam panu już -po raz piąty Winnetou. 
-  To  moja  ulubiona  książka.  Są  tam  fajne  miejsca.  Słowo  honoru  -  ucieszył  się 
pan Sułek. 
- Wydawać by się mogło, że nie jest panu złe, panie Sułku. 
- Tak to rzeczywiście wygląda. Zresztą ja nie mówię, że jest mi źle. Ja tylko nie 
wiem, czy mnie jest dobrze. To spora różnica... 
- Obiektywnie nie może się pan uskarżać. 

background image

 

106 

- To prawda. 
- Mnie samej - mówiła pani Eliza z uśmiechem - kiedy na to wszystko patrzę, jest 
bardzo dobrze. 
- Ha, bo ma pani mnie. Mądrala... 
- A pan ma mnie... 
- Jak na razie - powiedział pan Sułek z namysłem. - Masz ci los... 
- Co się stało, panie Sułku jedyny? - spytała, widząc zmianę wyrazu jego twarzy. 
- Cholery można dostać! Słowo honoru! - denerwował się chłopak. 
- Dlaczego znowu? 
- Noga - wyjaśnił - wystaje mi spod kołdry... 
- Rzeczywiście - powiedziała, spojrzawszy i zobaczywszy. 
- Do tej pory myślałem, że to pani noga, pani Elizo... 
- Niemożliwe, panie Sułku! 
- Dlaczego? 
-  Ponieważ  już  na  oko  widać,  że  pana  nogi  są  trzy,  a  może  nawet  cztery  razy 
większe od moich. 
- Phi... z daleka nie widać różnicy... - zbagatelizował pan Sułek ten argument. 
-  Poza  tym  -  argumentowała  dalej  pani  Eliza  -  ma  pan  owłosione  nogi,  panie 
Sułku. Co tu kryć... 
- Pani też - odciął się chłopak. 
- Ale nie do tego stopnia. 
- Z daleka trudno się zorientować. Różnica jest niewyczuwalna. Gdyby nie to, że 
zaczęło ciągnąć od okna, nigdy w życiu nie zgadłbym, że to chodzi o moją nogę, a 
nie  pani  nogę.  Nawiasem  mówiąc,  z  nogami  pani  tu  wlazła,  pani  Elizo.  Słowo 
honoru - powiedział, patrząc na nią podejrzliwie. 
- Gniewam się na pana - powiedziała pani Eliza, spuszczając oczy. 
- Dlaczego? - spytał bez zainteresowania pan Sułek. 
- Dlatego - wyjaśniła, wydymając wargi. 
- Aha - zrozumiał. - To mi wystarczy. Proszę stąd wyjść! 
- Dlaczego, panie Sułku? 
- Chcę być sam. Mam do tego prawo. 
-  Na  pewno.  Ja  jednak  nie  mam  się  dosłownie  gdzie  podziać.  Przecież  panu 
chyba nie przeszkadzam, prawda? 
- Krępuje mnie ta sytuacja. Bardzo krępuje - powiedział zarumieniony na całej 
twarzy pan Sułek. 
- Jaka sytuacja, panie Sułku najdroższy? 
- Taka - wyjaśnił - że jesteśmy, było nie było, w jednym łóżku. To wstrętne! 
- Nie robimy nic złego. 
- No, nie wiem. 
- Przysięgam panu. 
- A jednak jest w tym coś świńskiego... - upierał się bez przerwy. 
- Ale co, panie Sułku, co takiego? 
- Nie znam się może na tym, ale myślę, że to nieprzyzwoite. Tak sądzę. 
- Najważniejsze, panie Sułku, że jest panu dobrze... 
- Tego nie powiedziałem! - powiedział ostro. 

background image

 

107 

- Ja się tylko domyślam... 
-  No...  teraz,  kiedy  przykryła  pani  wreszcie  tę  wystającą  spod  kołdry  nogę, 
wyczuwam zdecydowaną poprawę. Jest mi znacznie lepiej. 
- I mnie, panie Sułku - powiedziała szybko dziewczyna. 
- A to dlaczego? - zainteresował się znienacka pan Sułek. 
- Kiedy tylko jest  lepiej panu - wyjaśniła - i mnie jest natychmiast lepiej. Taka 
jestem. 
- To dobrze - pochwalił pan Sułek. - Taaak... teraz, kiedy nie wystaje mi wreszcie 
ta noga, jest mi nieźle. Czuję to... 
- I widać to po panu od razu, panie Sułku najdroższy. Jest pan cały rozanielony. 
- Hm... i to kompletnie bez powodu. Słowo honoru. 
- Właściwie - przyznała - powód żaden. 
- Jest mi po prostu chyba dobrze, pani Elizo. 
- Jest pan tego pewien? 
- Nie. 
- Znowu ta dręcząca niepewność... Jak mogłabym panu pomóc? 
- Nie wiem - powiedział chłopak z rozpaczą. 
- Może herbaty? 
- Nie wiem. Może herbaty... 
- Zaraz zaparzę - ruszyła zaparzać. 
- Z cukrem - zażądał twardo chłopak. 
- Z tym będzie gorzej - wróciła z połowy drogi pani Eliza. 
- Masz ci los, dlaczego? - warknął. 
- Wyjedliśmy cały cukier. Cały zapas. Szczerze mówiąc, pan wyjadł. 
- Możliwe - zgodził się bez przeszkód pan Sułek. - Możliwe.... 
- Od trzech dni, to znaczy od tego dnia, kiedy tak dobrze się pan nagle poczuł, 
jadł pan wyłącznie cukier. Rzadziej chleb z masłem i z cukrem. 
- Możliwe. Słowo honoru, możliwe... No, ale widzę już z tego, że nigdy nie dojdę 
do takiego stanu, żeby mi było dobrze ogólnie, pod każdym względem. Nigdy  - 
mówił z rezygnacją pan Sułek. - Nigdy, i to przez panią! 
- Ja nie chciałam pana urazić, panie Sułku kochany, prawda? 
- No, nie wiem, słowo honoru. Nie wiem, pani Elizo... 
Pan Sułek ziewnął przeciągle i byłby zasnął sobie w najlepsze, gdyby nie nagły 
rumor, który oboje poderwał z łóżka na równe nogi. Nie stało się właściwie nic 
takiego strasznego. Okazało się tylko, że pod łóżkiem pana Sułka od trzech dni 
drzemał spokojnie gajowy Marucha... Gajowy właśnie się obudził, otrząsnął się i 
wyszedł... 
 
HEGEL A HEBEL 
(korespondencja) 
 
Warszawa, 20 września 1977 r. 
Do 
Wydawnictw Radia i Telewizji  
Warszawa, ul. Chełmska 

background image

 

108 

 
Zwracam  się  z  uprzejmą  prośbą  o  umieszczenie  w  mojej  książce  pt.  "Kocham 
pana, panie Sułku" rozprawki zatytułowanej "Hegel a hebel". W pełni i w całej, 
jak  to  się  mówi,  rozciągłości  zgadzam  się  ze  zdaniem  Szanownych  Państwa, 
wyrażonym podczas rozmowy na ten temat, że rozprawka ta w żaden sposób nie 
pasuje  do  całości,  że  wystaje  ona,  inaczej  mówiąc,  poza  całość,  jak  gwóźdź  w 
przysłowiowym bucie. A jednak, o ile z butem sprawa jest stosunkowo prosta, o 
tyle  z  literaturą,  czyli  ze  słowem  pisanym,  rzeczy  mają  się  nieco  inaczej. 
Zgadzam się ponadto, że jako rzecz wystającą można, a nawet należy, wyrzucić 
powyższą  rozprawkę  i  nie  będzie  wystawała.  Zgadzam  się  także  ze  zdaniem 
Państwa,  że  rozprawka  ta  jako  taka  posiada  pewną  wartość  merytoryczną  i 
można  ją  sobie  wydrukować  gdzie  tylko  dusza  zamarzy.  Krótko  mówiąc: 
zgadzam  się,  a  jednak  proszę  o  uwzględnienie  mojej  uprzejmej  prośby.  Moja 
motywacja jest następująca: 
Jestem  nie  karany.  Opinię  od  sąsiadów  mam  bardzo  dobrą.  W  zimie  muszę 
opalać za pomocą koksu całe mieszkanie, bo inaczej jest, cholender, zimno. Na 
utrzymaniu mam dwoje dzieci (jedno w szkole, drugie w wieku przedszkolnym). 
Telefon  mi  już  dwa  razy  psuli  w  tym  roku  za  pomocą  spychacza,  który 
przerywał  sobie  w  najlepsze  kabel  podziemny.  Trzy  lata  temu  woda  zalała  mi 
piwnicę.  Wczoraj  tak  się  rąbnąłem  w  głową,  że  zobaczyłem  niektóre  nieznane 
nawet  gwiazdy.  Z  tych  (i  wielu  podobnych)  powodów  proszę  o  pozytywne 
załatwienie mojej prośby. 
Łączę wyrazy współczucia JACEK JANCZARSKI 
 
 
Warszawa, l października 1977 r. 
Pan  
Jacek JANCZARSKI 
Szanowny Panie, 
W odpowiedzi na Pański Ust w sprawie zamieszczenia tekstu "Hegel a hebel" w 
książce  "Kocham  pana,  panie  Sułku"  komunikujemy  z  wielkim  żalem,  że 
argumenty zawarte w liście trafiły nam do przekonania. 
W związku z tym, że zarówno wartość merytoryczna tych argumentów, jak też 
logiczna  spójność  wywodu  są  niewątpliwe,  pozwalamy  sobie  z  radością 
zawiadomić Pana, że zdecydowaliśmy odrzucić tekst rozprawy "Hegel a hebel" z 
przyczyn, o których wolelibyśmy nie mówić publicznie. 
Łączymy gratulacje 
Redaktor Naczelny 
(podpis nieczytelny) 
 
 
 
 
 
 

background image

 

109 

 
ROZDZIAŁ IV 
 
Kąpiel 
 
Pan  Sułek  kąpał  się  właśnie.  Prychał,  chrychał  i  otrząsał  się  co  chwila.  Trzy 
powyższe  czynności  sprawiały  mu  jednakową,  niekłamaną  przyjemność.  Przy 
kąpieli asystowała pani Eliza w charakterze pomocy. 
-  Tak  to  w  życiu  jest,  pani  Elizo  -  powiedział  pan  Sułek  refleksyjnie.  -  Tak  to 
jest... 
- Jak to właściwie jest? - spytała kobieta, podając mu kawałek szarego mydła. 
-  Śmierdzi  to  mydło  jakoś  -  powiedział  pan  Sułek,  powąchawszy.  -  Tak  to  jest. 
Raz na wozie, raz pod wozem. Słowo honoru. 
- A kiedy to tak był pan pod wozem, panie Sułku jedyny? 
-  W  siedemdziesiątym  piątym.  Podczas  żniw.  Nie  pamięta  pani?  -  spytał 
urażony. 
-  Pamiętam, pamiętam...  -  przypomniała  sobie  szybko  pani  Eliza.  -  Zmiażdżyło 
panu przecież palec. 
- O, ten - pokazał pan Sułek. 
- Który? - spytała pani Eliza, patrząc uważnie. - O, ten. 
- Eee... nic już nie widać. Do wesela się zagoi, panie Sułku kochany. 
- Nie widać? - zmartwił się pan Sułek. - No tak, bo nie ten pani pokazałem. 
- Wobec tego niech pan pokaże tamten - zaproponowała. 
- Który? - spytał pan Sułek z głupia frant. 
-  No,  ten  po  wypadku.  Zmiażdżony.  Mój  biedny  paluszek...  -  rozczuliła  się  jak 
dziecko. 
- Cicho. Nie wiem, czy mam go pani pokazać. 
- Co panu szkodzi, panie Sułku jedyny? Wypadek widziałam na własne oczy... 
- Zemdlała wtedy pani, jak jakaś dama... 
- A kiedy się ocknęłam - przypomniała sobie z łatwością dziewczyna - było już po 
wszystkim. Udzielono panu i pierwszej, i drugiej pomocy. 
-  Trzy  dni  chodziłem  z  zabandażowanym  palcem.  Słowo  honoru  -  powiedział  z 
dumą  chłopak.  -  Gąbkę,  pani  Elizo,  gąbkę  niech  mi  pani  poda  -  poprosił 
niegrzecznie. 
-  Widzę,  że  myje  się  pan  dzisiaj  solidnie.  Czy  to  jakieś  święto,  czy  co?  - 
zgadywała na chybił trafił. 
-  Cicho!  O,  ten  palec  mi  wtedy  rozmiażdżyło  -  pokazał  tym  razem  właściwy 
palec. 
- Aha - westchnęła. 
- Kciuk - powiedział wyjaśniająco - pani Elizo. 
- Nie widać nawet śladu draśnięcia - zauważyła pani Eliza. - Prawda? 
- Rzeczywiście. 
- Można powiedzieć, że goi się na panu jak na psie, prawda? 
- Jak na psie. Ma pani rację. 
- Mój biedny, mały piesku... - powiedziała pieszczotliwie. 

background image

 

110 

- Cicho! Szczotkę niech mi pani teraz poda. 
- Którą? 
- Ryżową. 
- Ciekawe, do czego jest panu potrzebna szczotka ryżowa, prawda, panie Sułku? 
- Wyszoruję sobie nią plecy - odpowiedział po prostu. -Taki jestem. 
Przyjrzała mu się nieco uważniej. 
- Chociaż nie wygląda pan na aż takiego, prawda? 
-  Tak  to  właściwie  w  życiu  jest...  -  mówił  chłopak,  szorując  plecy  -  tak  to  jest, 
pani Elizo... 
- Ale jak to jest, prawda? 
- Człowiek, pani Elizo, zawsze wyjdzie w życiu na swoje w rezultacie. 
- Ale dlaczego? 
- Dlatego, że jeżeli jest się człowiekiem, a nie zwykłą świnią, wyjdzie się na swoje 
w rezultacie. Tak to jest.... 
- A moim zdaniem - powiedziała pani Eliza - wiele świń wyszło także niekiedy w 
rezultacie na swoje. 
- Niekiedy tak - zgodził się pan Sułek. - Bo tak to jest. I tak, i tak. Jak podleci. 
- Mówi pan takie dziwne rzeczy, że aż dech zapiera. Kocham pana - powiedziała 
wprawnie dziewczyna. 
- Cicho. Jak ktoś jest szują, to jest nią i koniec. 
- Nie zawsze, panie Sułku. 
- Pumeks. 
- Proszę. 
- Co tam pani powiedziała najlepszego? - zainteresował się chłopak. 
-  Powiedziałam,  że  moim  zdaniem,  nie  zawsze  jak  ktoś  jest  szują,  to  jest  nią  i 
koniec. Moim zdaniem... 
- Co, pani zdaniem? - spytał kpiąco. 
- Moim zdaniem, taka szują ma szansę, przy naszej pomocy, stać się porządnym 
obywatelem - stwierdziła odważnie. 
- Bzdury - powiedział stanowczo pan Sułek. - Odwrotnie, tak. Porządny człowiek 
przy  naszej  pomocy  ma  spore  szansę  stać  się  normalną  szują.  I  zostać,  przy 
naszej  pomocy,  szują  na  zawsze.  Słowo  honoru.  Niejeden  się  zeszmacił,  pani 
Elizo. 
- Ale nie pan, panie Sułku, prawda? 
- I tak, i nie. Taką zwykłą szmatą to ja nie jestem... 
- A jaką szmatą pan jest, panie Sułku? 
-  Taką  jak  każdy  -  odparł  chłopak.  -  Pół  szmaty  pół  porządnego  człowieka. 
Takie jest życie, pani Elizo... tak to jest... 
No, będę się już chyba wycierał. 
- Już? - spytała z żalem kobieta. 
- Tak. Proszą się odwrócić. Będę wychodził z tej beczki. 
- Źle tam panu, prawda? 
- Dobrze, ale czas na mnie. 
- Dokąd się pan tak śpieszy, panie Sułku jedyny.  

background image

 

111 

- Cicho. Wytrę się i zobaczymy, co tam dalej... Jaki tam dalej mamy program na 
dzisiaj?... 
- No właśnie - przytaknęła pani Eliza -mamy program, prawda? 
- Zmęczyłem się w tej beczce - powiedział pan Sułek, wychodząc z beczki. 
- Woda wyciąga, panie Sułku. Wiem coś o tym. 
- Jestem wyczerpany fizycznie i umysłowo... 
- Może niepotrzebnie tak pan natężał umysł, panie Sułku kochany?... Mówił pan 
tak dużo... i tak mądrze. 
- Wiem - powiedział krótko chłopak. 
- Może niepotrzebnie także szorował się pan z taką werwą? 
- Może i niepotrzebnie, ale z drugiej strony  - zauważył chłopiec - za często tego 
nie robię... 
- To prawda - potaknęła pani Eliza. - Od dawna nie pamiętam, żeby aż tak pan 
się mył. Od dawna nie pamiętam pana w podobnej sytuacji. 
- Tak. Racja. 
- Dlaczego pan to robił właśnie dzisiaj? Czy to jakaś tajemnica, panie Sułku? 
- Nie. 
- Powie mi pan? 
- Niech pani sama zgadnie - zaproponował pan Sułek. 
-  Wszedł  pan  dzisiaj  rano  do  beczki  -  zgadywała  -  siedział  pan  w  niej...  i... 
rozmyślał.... Mam! 
- No, no... 
- Jak jakiś Diogenes, panie Sułku! Jak jakiś Diogenes! 
- O to mi chodziło! O to chodziło! Wyszło mi, nie ma co! 
- Nie ma co - zgodziła się pani Eliza, jak zwykle. 
-  A  przy  okazji  -  pokazał  pan  Sułek  -o,  jestem  czysty.  Niegłupio  pomyślane. 
Słowo honoru. Jutro od rana to samo - rozochocił się na dobre. 
- Nie nastarczymy z mydłem, prawda? 
- No, nie wiem... nie wiem... 
- W ten sposób na pewno dojdzie pan do jakichś rezultatów, prawda? 
- Wiem. 
- I będzie pan mądry, tak mądry, jak starożytni filozofowie. 
- Tylko nie filozofowie, dobrze?! - powiedział pan Sułek niepewnie. 
- Podbije pan świat. Będą pana cytować. 
- Tylko nie cytować, dobrze?! - spojrzał na nią karcąco. -Cicho... 
- Już sam fakt, że wiedział pan to wszystko o Diogenesie i o jego beczce, świadczy 
o panu jak najlepiej. 
- Hm... Cypis mi powiedział... - wyjaśnił pan Sułek. - Gdzieś o tym przeczytał. Ja 
tylko wlazłem do beczki i koniec... - dodał skromnie. 
-  Och,  panie  Sułku  -  zawołała  pani  Eliza  z  zapałem  -  niech  pan  wchodzi  do  tej 
beczki jak najczęściej! Kocham pana! 
- Cicho! Niech się wytrę... 
- No właśnie! Rzuciła się na pomoc. 
-  Sam  się  wytrę  -  powiedział  pan  Sułek  wstydliwie.  -Niech  się  pani  odsunie... 
Słowo honoru... 

background image

 

112 

W tej sytuacji pan Sułek jął się wycierać tak zapamiętale, że nawet nie zauważył, 
kiedy  wytarł  do  sucha  gajowego  Maruchę  zmokłego  jak  przysłowiowa  kura... 
Gajowy siedział bowiem w tej samej beczce i nie myślał o niczym innym, jak o 
tym, w jaki sposób się z niej szybko wydostać. 
 
ROZDZIAŁ V 
 
Idol 
 
Tego  słonecznego  przedpołudnia  pani  Eliza  obierała  kartofle,  wrzucając  je  do 
blaszanej  miski.  Było  już  tego  dosyć  sporo.  Pan  Sułek,  siedząc  naprzeciw, 
obserwował  z  zainteresowaniem  wprawne  ruchy  rąk  swojej  narzeczonej. 
Oblizywał się przy tym nieprzyzwoicie. Pani Eliza obierała i obierała... 
- No i jak, panie Sułku - spytała w końcu - wystarczy teraz? 
-  Nie  -  powiedział  pan  Sułek,  mierząc  wzrokiem  kopiec  kartofli  -  niech  pani 
obiera dalej. 
- Obrałam już cztery kilo... 
- Nie szkodzi. Słowo honoru. Lubię kartofle. 
- Jadamy je dosyć często - zauważyła dziewczyna. 
- Ponieważ je lubię! - podkreślił pan Sułek głośno. 
- Nie zje pan jednak aż tylu kartofli za jednym razem. Och, panie Sułku, nie da 
pan rady... 
-  Dam  radę!  -  powiedział  stanowczo  pan  Sułek  i  zaczął  pałaszować  jeden  z 
obranych ziemniaków. - Z łatwością zjem te wszystkie kartofle - mówił z trudem 
- i jeszcze poproszę o repetę. 
-  Boże!  Co  pan  wyprawia?!  -  przeraziła  się  pani  Eliza.  -  To  przecież  surowy 
kartofel... 
- Nie szkodzi. Cicho - powiedział pan Sułek, żując. 
- Rozchoruje mi się pan jeszcze... 
- Naprawdę?... - zaniepokoił się nie na żarty. 
- Jest pan już bardzo blady... I wargi panu pośmiały.... 
- Niemożliwie. Słowo honoru.... - powiedział niepewnie pan Sułek. 
-  Chyba  mi  pan  nie  umrze,  panie  Sułku  najdroższy?...  Nie  przeżyłabym  tego, 
nigdy, prawda? 
- Cicho - powiedział chłopak. - No, już mi lepiej. 
- Wracają panu rumieńce... 
- No i siły - dodał. - A byłem już taki słaby - odjął. - Taki chory - dodał. 
- Całe szczęście, panie Sułku, że już wszystko dobrze. Ugotuję teraz te kartofle, 
podje pan sobie porządnie i... 
- I zdrzemnę się... 
- A ja pozmywam, prawda? 
-  Jak  się  obudzę  -  rozważał  pan  Sułek  -  znów  sobie  podjem.  Co  tam  mamy  na 
kolację? 
- Pastę rybną. 
- Ho, ho... będę miał przyjemne sny... 

background image

 

113 

- A może nawet, panie Sułku jedyny, przyśnię się panu ja?... 
- Wątpię... - powątpiewał. 
-  Cala  w  bieli  -  ciągnęła  obierając  kartofle  -  w  koronkach  i  tiulach.  Albo  po 
prostu w sukni z etaminy lub żorżety... Na nogach będę miała srebrne pantofelki 
tak lekkie, że chodząc nie strącę nawet pyłka z kwiatka... 
- Nie, pani Elizo - powiedział twardo pan Sułek - nie będę o tym śnił. Będę śnił o 
paście rybnej. Wiem to na pewno. Już teraz o niej marzę... Och... kocham pastę 
rybną... 
- Żeby to tak mnie pan kochał jak tę pastę... - westchnęła kobieta. 
- Widzą, że jest pani zazdrosna. 
- Nie wstydzę się tego - powiedziała dumnie pani Eliza. 
- Zadam pani pytanie, pani Elizo. 
- Słucham, panie Sułku najdroższy... - powiedziała kobieta, cała zamieniając się 
w słuch. 
- Nie chodzi mi o komplementy. Nie chodzi mi o to, żeby mnie pani podziwiała i 
chwaliła. 
- Więc o co panu chodzi? - przerwała mu niecierpliwie. 
- Nie chodzi mi o łatwy poklask, o zawrotne sukcesy... o sławę... 
- Jest pan zbyt skromny... Ja jednak cały czas pana nie rozumiem, prawda? 
- Chodzi mi o taką rzecz... 
- Płonę z ciekawości... 
- Czy ja dla pani, pani Elizo, jestem wzorem?... 
- Jakim wzorem? - spytała zdziwiona kobieta. 
- Ogólnym - wyjaśnił pan Sułek ogólnie. 
- No, oczywiście... Jest pan wzorem mężczyzny... człowieka... 
- A, czy na przykład pani chciałaby być taka, jak ja? 
- W jakim sensie? 
- W sensie mądrości, siły, odwagi, łatwości obcowania z ludźmi... - podpowiadał. 
-  Tak  -  powiedziała  zdecydowanie  pani  Eliza.  -  Za  to  nigdy,  ale  to  nigdy  nie 
chciałabym być mężczyzną. 
- A to dlaczego? - zainteresował się pan Sułek. 
-  Ponieważ  -  szepnęła  -  nie  mogłabym  wtedy...  wtedy  byłoby  mi  trudno...  tak 
kochać pana... Tak mocno i szczerze. 
- I to jest jedyna bariera? 
- Tak. Poza tym jest pan dla mnie wzorem! 
- To właśnie chciałem usłyszeć! - ucieszył się pan Sułek. - Wzorem! Tak, jestem 
wzorem! Słowo honoru, jest tak, jak przypuszczałem zawsze! Jak tam kartofle? 
- zmienił zręcznie temat. 
- Jeszcze nie doszły, panie Sułku. 
- Wzór... - powtarzał pan Sułek. - Tak, tym właśnie pragnę teraz zostać. A może 
- powiedział nagle - spróbujemy tej pasty? 
- Jeszcze się nie przegryzła - doradzała dziewczyna - wieczorem będzie znacznie 
lepsza. 
- Chcę być na ustach wszystkich. 
- I żeby matki pokazywały pana swoim dzieciom, prawda? 

background image

 

114 

-  Tak.  I  żeby  mówiły:  "Dlaczego  ty,  smarkaczu,  nie  jesteś  mi  taki,  jak  pan 
Sułek?" 
- W pewnym sensie na pewno mówi już tak niejedna... - wtrąciła pani Eliza. 
- I nie dwie - wtrącił chłopak. - Poczułem moje powołanie. - Zostanę gwiazdą!... 
- Idolem. 
- Czym? 
- Idolem. To to samo. To ktoś ubóstwiany, podziwiany do szaleństwa. Jak pan. 
-  Chcę  -  zapędzał  się  pan  Sułek  -  doprowadzić  do  tego,  żeby  kochali  mnie 
wszyscy.  Żeby  za  mną  szalały  kobiety,  a  mężczyźni  tylko  wzdychali  z 
zazdrością... 
- Masz ci los - zauważyła pani Eliza - zjada pan kolacyjną pastę... 
- Cicho - powiedział niewyraźnie. - Będę sobie chodził i słuchał, jak rośnie moja 
popularność. Tu się odkłonię, tam szepnę słówko, tej poślę całusa!... 
- Czuję w pana głosie jakąś ponurą wróżbę... - posmutniała pani Eliza. - Czuję, 
że teraz, jako gwiazdor czy idol, nie zechce mnie pan tak szybko... 
- Tak może się stać. Bądźmy szczerzy... 
- Boże, panie Sułku, ratujmy naszą miłość! - zaskomliła pani Eliza. 
-  Ciekawe,  jak  pani  to  sobie  wyobraża.  Mój  czas  stanie  się  cenny.  Spotkania, 
zebrania, pogawędki... 
- Jeść gdzieś pan musi... 
- Muszę - zgodził się. - W grę wejdą restauracje, lokale... 
- Nie wejdą, panie Sułku kochany, mnie pan nie nabierze. 
- Dlaczego niby tak stawia pani sprawę? - spytał cicho pan Sułek. 
- Pan dobrze wie dlaczego! 
- Tak dobrze tego nie wiem. Słowo honoru... Chociaż... domyślam się...  - zaczął 
się domyślać pan Sułek. 
- No, właśnie, najdroższy! - ucieszyła się pani Eliza. , , - Cicho mi tu! Pieniądze 
mi tu będzie wypominać! Taaak?! 
To ja haruję jak osioł, a ona mi tu będzie wymawiać, taak?! 
- Nie, panie Sułku kochany. Dajmy temu spokój... 
- I zjedzmy wreszcie te kartofle - zaproponował pan Sułek. 
- Tak - powiedziała pani Eliza. - Są na pewno pyszne... 
Zwabiony zapachem pasty rybnej, przybył gajowy Marucha. Usiadł spokojnie w 
garnku  pełnym  kartofli  i  siedział  tam  tak  długo,  aż  wszystkie  kartofle 
kompletnie wystygły... I były bardzo zimne i zdębiałe... I wcale nie tak pyszne. Z 
tego powodu, być może... 
 
ROZDZIAŁ VI 
 
Rozmyślania przy jedzeniu bobu 
 
Pan Sułek i pani Eliza siedzieli oto przy oknie, patrzyli w nie jedno przez drugie 
i zajadali ze smakiem bób z głębokiego talerza, który stał między nimi. Jedząc i 
patrząc  rozmyślali, a  myśli  ich szły  sobie leniwie  zupełnie  odmiennymi  torami. 
Niezależnie, swobodnie i spontanicznie. Nie mówili nic i tylko czasem popatrzyli 

background image

 

115 

na siebie, i znów po chwili spoglądali w okno, pojadali smaczny bób i zagłębiali 
się w myślach swoich po same, jak to się mówi, uszy. 
-  No  tak...  -  myślał  pan  Sułek  -  są  dwie  teorie:  świat  się  kurczy  lub  świat  się 
rozkurcza. Cholera jasna! Słowo honoru! 
- No tak... - myślała pani Eliza - są dwie możliwości: kocha mnie lub nie kocha 
mnie.  Jeżeli  kocha...  to,  och...  jeżeli  on  mnie  kocha...  Oj,  za  to,  żeby  tak  było, 
oddałabym wszystkie skarby tego świata. 
Tu  wypluła  pani  Eliza  łupinę  przez  okno,  sięgnęła  do  talerza.  Trafił  się  jej 
wyjątkowo okazały okaz bobu. Obracała go nieporadnie w palcach, aż wreszcie 
bez słowa podała go na wyciągniętej dłoni swojemu chłopcu. Ten przyjął jej hołd 
w milczeniu i rozmyślał, spluwając w najlepsze. 
- Jeżeli się kurczy - myślał - jeżeli cały świat się kurczy, to znaczy, że zmniejsza 
się  on.  Będzie  wobec  tego  coraz  mniejszy,  cholera  jasna.  Do  czego  to  dojdzie, 
kiedy świat będzie taki mały, taki malutki?... 
- Jeżeli mnie  kocha  - myślała dziewczyna  - dlaczego mi o tym nie mówi?... Czy 
grają  tu  rolę  jakieś  nieznane  kompleksy,  wyniesione  z  wczesnego  dzieciństwa? 
Jeżeli tak, to jak mu mogę pomóc? Co robić, ach, co robić?... 
- Więc - myślał pan Sułek - jeżeli będzie ten świat taki malutki i coraz mniejszy, 
to najwyżej mnie zgniecie. Na miazgę mnie rozmiażdży jak gąsienicę. No i dobra 
- pociągnął nosem - niech sobie rozmiażdży, najwyżej... 
Przykro mu się zrobiło, ponieważ sytuacja zmiażdżonego rzeczywiście nie należy 
do  najprzyjemniejszych.  Popatrzył  przez  okno  i  splunął  łupiną,  celując  w  sam 
środek grządki ze szczypiorkiem. Trafił.  
-  A  może  -  myślała  pani  Eliza  -  ośmielić  go  jakoś?  O,  nie...  tyle  razy  już 
bezskutecznie  próbowałam...  Nic  z  tego.  A  może  posłać  mojego  chłopaka  na 
jakieś  kursy  uświadamiające?  Ciekawe,  czy  są,  i  ile  mogą  kosztować  takie 
kursy?  Moim  zdaniem  -  spluwała,  gdzie  popadło  -  takie  kursy  powinny  być 
bezpłatne. Oczywiście. 
-  Oczywiście  -  rozważał  pan  Sułek  -  nie  mnie  jednego  przecież  rozmiażdży. 
Razem ze mną ulegnie rozmiażdżeniu cały szereg rozmaitych rzeczy. Choćby  - 
pomyślał patrząc na talerz z bobem - ten bób. Zrobi się z niego niezła paciajda... 
Spluwając po raz kolejny, celował teraz w okolicę spoczynku pierwszej łupiny. 
Rozrzut  miał  nawet  niewielki.  Wypluwane  łupiny  układały  się  całkiem 
koncentrycznie na środku grządki szczypiorkowej. 
- Takie kursy - snuła myśl kobieta - powinny dawać młodemu człowiekowi wiele 
praktycznych  wskazówek  dotyczących  kultury  miłości,  kultury  uczuć  w  sensie 
ogólnym... No, i szczegółowym też... oczywiście... 
- Podobno - przypomniał sobie pan Sułek strzępy artykułu z "Przyjaciółki" - to 
kurczenie się idzie bardzo powoli. W takim razie wcale nie jest takie pewne, czy 
mnie  przygniecie  w  ogóle.  Może  po  prostu  umrę  sobie  spokojnie  w  późnym 
wieku... 
-  Umrzeć  bez  miłości?  -  martwiła  się  pani  Eliza.  -  O,  nie!  Nigdy!  Przenigdy! 
Dlaczego  tyle  kobiet  zaznaje  szczęścia  za  życia?  Dlaczego  tyle  kobiet,  mniej 
przecież  wartych  uczucia  -  splunęła  -  jest  kochanych,  ubóstwianych, 
szanowanych... 

background image

 

116 

Łupina,  wypluta  przez  panią  Elizę,  spoczęła  miękko  obok  łupin  wypluwanych 
przez  pana  Sułka.  Żadne  z  nich  nie  zwróciło  na  to  jednak  uwagi.  Zajęci  byli 
swoimi myślami szalenie. 
- No, dobrze - myślał pan Sułek - a jeżeli przyjąć, że cały nasz świat nieustannie 
się rozkurcza? To co? Czy to znaczy, że w pewnym  momencie mnie po prostu 
rozerwie? Że eksploduję jak ładunek dynamitu i fiu? 
-  No, dobrze  -  myślała  pani  Eliza  -  a  jeżeli  mnie  nie  kocha?  To  możliwe. Wiele 
nas  dzieli  przecież. On  jest  mężczyzną,  a  ja  kobietą  -  uśmiechnęła  się  do  siebie 
głupawo. - Cóż to za bzdury mi chodzą po głowie? 
-  Nawet  jeżeli  mnie  rozerwie  -  domniemywał  pan  Sułek  -  nie  sam  zostanę 
rozerwany.  Rozerwie  także  przecież  wiele  innych  przedmiotów  -  spojrzał 
powtórnie  na  talerz  bobu.  -  Jak  już  to  wszystko  pieprznie,  to  naokoło  będzie 
pełno rozchlaśnię-tego bobu... Fajnie to będzie wyglądało - ucieszył się na samą 
myśl.  Splunął  teraz  tak  niefortunnie,  że  łupina  przykleiła  się  do  czoła  jego 
narzeczonej. 
Nie  zauważywszy  tego,  pani  Eliza  machinalnie  otarła  czoło  wierzchem  dłoni  i 
rozmyślała dalej. 
-  Tak  czy  siak  -  myślała  -  póki  co,  jesteśmy  razem.  Nie  zanosi  się  ponadto  na 
jakąś katastrofę. W pewnym sensie mój chłopiec jest ode mnie zależny. Opiekuję 
się nim, pomagam w lekcjach... Nie powinno być mu źle... Zresztą najważniejsze, 
że  przecież  ja  go  kocham.  Kocham  go,  jak  mało  kto...  Myślę  -  myślała  -  że 
mojego uczucia wystarczy na nas dwoje... 
Ona z kolei splunęła dość niefortunnie, zaklejając swojemu chłopcu prawe oko. 
-  Ciekawe  -  pomyślał  pan  Sułek  -  czy  w  razie  czego  oślepnę?  Niezależnie  od 
skurczu czy rozkurczu. Nie chciałbym oślepnąć - wyjął łupinę z oka - ponieważ 
chciałbym na własne oczy zobaczyć, co i jak. 
- Jestem w każdym razie dla niego prawie wszystkim - przypomniała sobie pani 
Eliza.  -  Byłam  mu  świerszczem,  anteną  telewizyjną,  byłam  mu  wiatrem  i 
słońcem w dni pochmurne... 
-  Jestem  przekonany  -  pomyślał  chłopak  -  że  albo  mnie  rozerwie,  albo  mnie 
rozmiażdży. 
- Jestem przekonana - pomyślała kobieta - że albo mnie kocha, albo nie. 
- Innej możliwości nie widzę - pomyślał pan Sułek. 
-  Innej  możliwości  nie  ma  -  pomyślała  pani  Eliza.  Pagórek  z  rosnących,  dzięki 
wypluwaniu, łupin rósł w oczach. 
- Im więcej spluwać, tym więcej łupin - zauważył pan Sułek w milczeniu. 
- Im więcej łupin, tym większy pagórek - wysnuła niemy wniosek pani Eliza. 
- Lubię bób - pomyślał chłopak. 
-  On  lubi  bób  -  pomyślała  dziewczyna.  -  I  ja  go  lubię.  To  znaczy  bób  lubię,  a 
jego, jego po prostu kocham. 
- Cicho - pomyślał pan Sułek. - Słowo honoru. 
Jedli  znakomity  bób  aż  do  wyczerpania  się  zapasów,  a  także  myśleli  sobie,  co 
chcieli, pojadając. Czynność jedzenia bobu, jak żadna inna, nie przeszkadza w 
rozmyślaniu,  a  nawet  przeciwnie  -  pobudza  wyobraźnię.  Podobnie  zresztą 

background image

 

117 

zachowywał się tego dnia gajowy Marucha. Gajowy z Cypisem Siedzieli sobie na 
kładce, jedli bób z papierowej torby, spluwali i majtali nogami... 
 
ZAKOŃCZENIE 
 
Zostawiamy, Drogi Czytelniku, naszych bohaterów jedzących bób i majtających 
swobodnie nogami. Zadaliśmy im, jak to się mówi, bobu, z czego wydają się być 
raczej  zadowoleni...  Gdybyśmy  rozstawali  się  na  antenie  radiowej, 
powiedzielibyśmy:  "Nasz  czas  się  kończy",  kończąc  natomiast  tę  książkę, 
powiedzmy raczej: "Nasz papier się kończy"... 
Być  może  spotkamy  się  jeszcze  z  panem  Sułkiem,  panią  Eliza  i  z  gajowym 
Marucha  w  innej  książce  lub  w  zupełnie  innym,  nieznanym  miejscu.  A  teraz 
wróćmy  sobie  do  naszych  spraw,  do  naszych  radości  i  smutków,  do  naszych 
codziennych  kłopotów  i  przyjemności.  Przedtem  jednak,  choćby  przez  chwilę, 
posiedźmy na jakiejkolwiek kładce i pomajtajmy sobie spokojnie nogami... 
Do usłyszenia i do zobaczenia. 
Kiedy wstałem skurczony od mojej maszyny do pisania marki "Continental" i 
wyszedłem  na  ganek,  znalazłem  się  w  samym  środku  łagodnego,  letniego 
zmierzchu. Gdzieś z daleka szczekały wiejskie psy, porykiwały krowy, kumkały 
żaby, pogęgiwały gęsi, gdakały kury, rżały konie, kwakały kaczki, piały koguty, 
miauczały koty, darły się dzieci oraz... płynął z radia głos Maryli Rodowicz... 
Moja  żona,  ubrana  w  ciepły  sweter  własnej  produkcji  przycupnęła  właśnie  na 
schodkach.  Przycupnąłem  i  ja  obok  nie.  Rozprostowałem  obolałe  plecy.  Przez 
chwilę wsłuchiwaliśmy się w ten zmierzch. 
- Kocham cię... - powiedziałem. 
- Cicho... - odpowiedziała. 
 
 

PETRARKA A WIERTARKA, CZYLI O ZWIĄZKACH POEZJI Z ŻYCIEM 

(esej okolicznościowy) 

 
Poeci to też ludzie... można by od tego zacząć i jednocześnie na tym zakończyć 
ten esej o związkach poezji z życiem. Oczywiście treść wiersza, jego kształt (czyli 
tak zwana forma) zazwyczaj wiernie oddające treści duchowe poety w momencie 
aktu tworzenia, są lustrzanym odbiciem jego przeżyć rozmaitej natury, sytuacji, 
w  jakiej  poeta  aktualnie  się  znajduje...  Adam  Mickiewicz,  wsparty  na  Judahu 
skale,  pisał  swobodnie  o  tym,  co  stamtąd  widział.  Cyprian  Kamil  Norwid, 
widząc,  jak  wyrzucają  fortepian  Szopena  przez  okno,  udał  się  do  domu,  siadł  i 
opisał całe to świństwo ze szczegółami... Inni czynili i czynią nadal podobnie i co 
który się, powiedzmy, zakocha, to łup wierszyk na temat ukochanej, dokonując 
w  nim  niekiedy  wnikliwej  analizy  anatomicznej  podmiotu  lirycznego.  Stąd  roi 
się  w  poezji  naszej  i  obcej  od  Maryl,  Zoś,  Urszul,  Eufemii,  Stell,  Laur  i  tym 
podobnych.  Tego  rodzaju  związki  poezji  z  życiem  (zazwyczaj  z  życiem  poety) 
stanowią  często  przedmiot  wypracowań  szkolnych,  typu:  "Życie  poety  a  jego 
twórczość". No i dobrze, i dajmy sobie z tym spokój. Poeci to też ludzie. 

background image

 

118 

Przedmiotem tego eseju jest związek zgoła inny. Związek niejako mechaniczny, 
formalny,  ogólny  przez  szczegóły  i  szczegółowy  przez  ogóły  jednocześnie. 
Petrarka  a  wiertarka.  Ta  pozorna,  dowcipna  gra  słów  znaczy  więcej  niż  żart 
tylko.  Żart  dla  żartu,  dla  żartowania  żartobliwego,  dla  żartowności 
żartownisiów  pokojowych  (epokę  salonów  mamy  chwalić  Boga  za  sobą),  nie 
pragnących  niczego  więcej  w  życiu,  jak  tylko  rozśmieszyć,  zabawić,  zadziwić  i 
przestraszyć...  Petrarka  był  poetą.  Wiertarka  jest  maszyną.  Wiertarka  jest 
stosunkowo  skomplikowaną  maszyną.  Petrarka  jest  dosyć  skomplikowanym 
poetą. 
Przyjrzyjmy  się  bliżej  wiertarce,  co  nam  szkodzi.  Urządzenie  to  składa  się  z 
wiertła,  korpusu  oraz  korby.  Kręcąc  korbą,  wprawiamy  w  ruch  wiertło. 
Przyjrzyjmy  się  Petrarce.  Urządzenie  to  składa  się  z  pióra  (wiertła),  ciała 
(korpusem  to  ciało  jest  niewątpliwie)  oraz  głowy  (korby).  Pracując  głową 
wprawił  taki  Petrarka  w  ruch  pióro.  Wiertarką  możemy  nawiercać  otwory 
różnej średnicy w desce, metalu lub betonie. Petrarka nawiercamy wyobraźnią 
czytelnika, która często bywa deską, metalem lub betonem. I tu, i tam wiercimy 
dziurę w całym, nawiasem mówiąc. I tu, i tam sypią się obficie trociny... Jedno i 
drugie urządzenie sięga tam, gdzie wzrok nie sięga, a sięgając pogłębia, drąży, 
wygryza, nawierca, uwiera, podrażnia, wylotuje, drąży rozpruwając, rozpruwa 
drążąc,  kręcąc,  obrotując,  wgryza  się  w  miąższ...  A  więc  Petrarka  i  wiertarka 
osiągają  swój  cel,  pod  warunkiem  jednak,  że  wiertło  jest  ostre  (pióro  cięte), 
korba  prawidłowa  (umysłowość  pracująca  jak  należy),  a  korpus  w  należytym 
stanie (ciało w miarę zdrowe). 
No  i  co  powiecie?  Wiercenie  przez  lata  nie  ustaje,  przeciwnie,  wiercenia 
przeprowadzamy  na  skalę  przemysłową,  a  poetów  przybywa  jak  wody  w 
rzekach, kiedy kończy się zima i zaczyna wiosna. To prawda, szkoda, że nie żyje 
już Petrarka, który nam tak świetnie pasował do wiertarki. Dziś, czytając jego 
sonety do Laury, widzimy, że wiercił prawidłowo, że wiertacz był z niego nie w 
kij dmuchał. 
Proponuję:  do  zbioru  wierszy  Petrarki  przyłóżmy  wiertło  wiertarki  i  włączmy 
prąd.  Po  chwili  otrzymamy  w  książce  dziurę  o  przekroju  użytego  wiertła.  A 
teraz przyłóżmy oko do tego otworu. Przyłóżmy oko i dobrze popatrzmy, co tam 
widać  ciekawego.  Och,  widać  tam  to  wszystko,  co  nas  otacza!  Drzewa,  domy, 
Józka  Glebę,  płot  opłotki,  jeziora  mazurskie  spowite  akurat  we  mgłę,  obłoki 
wariackie,  trawę  na  zielono,  kocanki,  świerszcze,  koniczynę,  jaszczurkę  i  żonę, 
wygrzewające się na słońcu; a także widać żal, tęsknotę za czymś nieokreślonym, 
marzenia o spokojnym zmierzchu, przypływy i odpływy uczuć... ŻYCIE. 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

119 

 
WYSZŁO 
(Recenzja książki Jacka Janczarskiego  
"Kocham pana, panie Sułku" 
 
Chciałbym podzielić się z Państwem kilkoma refleksjami na temat książki Jacka 
Janczarskiego pt. "Kocham pana, panie Sułku". Przeczytałem ją właśnie, jak to 
się mówi, jednym tchem i natychmiast o niej piszę, chcąc uprzedzić innych. 
Uwaga pierwsza: "Kocham pana, panie Sułku" czyta się z dużymi trudnościami. 
Po  prostu  czytając  tak  zanosiłem  się  od  śmiechu,  że  literki  skakały  mi  przed 
oczyma, a ponieważ akurat była głęboka noc, musiałem śmiech mój tłumić, żeby 
nie postawić na nogi całego, pogrążonego w głębokim śnie, domu i domowników 
jego. Druga trudność polegała na tym, że w pewnych momentach zaczynałem po 
prostu płakać. Ze wzruszenia. Nie wstydzę się tego, nie wstydzę się moich łez... 
łez tłumionych również ze względu na późną porę. I tak na przemian: to śmiech, 
to łzy. I tak do samego końca. Ale nie tylko śmiech i łzy towarzyszyły lekturze. 
Niekiedy zwyczajnie baraniałem i głupiałem, w innych miejscach wydawałem się 
mądrzeć, poważnieć, dojrzewać, ba, zacząłem nawet rewidować swój własny do 
siebie stosunek. Zacząłem nabierać do siebie szacunku i zaufania. W tej bardzo 
przyjemnej  atmosferze  mój  szacunek  do  siebie  rozciągnął  się  na  szacunek  do 
innych  ludzi,  do  bardzo  dużej  grupy  ludzi  godnych  przecież  najwyższego 
szacunku.  Były  też  takie  miejsca  w  tej  książce,  kiedy  paraliżował  mnie  strach. 
Strach  o  losy  naszych  sympatycznych  bohaterów,  strach  o  Autora,  który  tymi 
losami kieruje, i wreszcie zwyczajny nocny strach, kiedy w krzakach coś ci nagle 
zaszeleści, a nie wiesz, co to tak szeleści i po jaką cholerę tam w te krzaki to coś 
wlazło. Tak więc "Kocham pana, panie Sułku" śmieszy, tumani i przestrasza. To 
chyba bardzo wiele jak na debiut autorski. Może nawet nieco za wiele. 
Uwaga  druga:  jakże  ładna  jest  ta  książka,  traktowana  jako  przedmiot 
domowego użytku. Dzięki ślicznej okładce jakże zdobi ona nasze wnętrze. Jakże 
staranna i piękna jest cała szata graficzna wykonana przez Zośkę (przepraszam 
-  przez  panią  Zofię  Góralczyk).  Ilustracje  mamią  wzrok,  jeżeli  tak  można 
powiedzieć, przykuwają uwagę czytelnika, który ma wrażenie przechadzania się 
po  wystawie  grafiki.  Tu  przystanie  na  dłużej,  tam  zamyśli  się  i  parsknie  sobie 
zdrowym  śmiechem,  ówdzie  otrze  łzę  szybciutko,  żeby  ta  łza  nie  kapnęła 
przypadkiem na kartki książki. Mogłaby je przecież pobrudzić. 
Uwaga  trzecia:  wielorakość  i  wielowymiarowość  dzieła  to  trzeci  poważny  jego 
atut.  Janczarski  ze  swobodą  linoskoczka  porusza  się  w  naszej  codzienności  i 
niecodzienności,  naszej  rzeczywistości  i  nierzeczywistości,  żartując  peroruje  i 
filozofując  żartuje  jednocześnie.  Krótko  mówiąc,  Autor  bawiąc  uczy,  a  ucząc 
bawi.  Z  drugiej  strony  nie  wykłada  Janczarski  tak  zwanej  kawy  na  ławę  - 
zostawia  czytelnikowi  formułowanie  swoich  myśli  na  temat  rozmaitych  spraw. 
Animuje czytelniczą wyobraźnię, pobudza do myślenia i radosnego odkrywania 
prawd w rodzaju: "Lepiej być bogatym i pięknym niż biednym i brzydkim" czy 
"Mężczyzna  nie  musi  być  brzydki"  lub  "Nie  ma  się  czym  tak  znowu 

background image

 

120 

przejmować,  kochani",  "Lepiej  być  zdrowym  niż  chorym"  i  tak  dalej,  i  tak 
dalej... 
Język  "Kocham  pana,  panie  Sułku"  to  zupełnie  odmienny  temat.  Autorowi 
chodziło  o  to,  żeby  ten  język  giętki  powiedział  wszystko,  co  pomyśli  głowa. 
Obcujemy  zatem  z  giętkością,  jędrnością,  zwięzłością,  skrótowością,  a 
jednocześnie  z  rozgadaniem,  rozmemłaniem  i  pokiełbaszeniem.  Wszystko  to, 
użyte z największym rozmysłem, tworzy efekt niezapomniany i nieprzemijający. 
Czy  to  wszystko?  Nie.  Trzeba  bowiem  dodać,  że  książka  ma  bardzo  dużo 
rozdziałów i aż trzy części następujące kolejno jedna po drugiej. Przypadek ten 
nie jest oczywiście odosobniony. Znamy już książki o większej liczbie części, a i 
rozdziałów w niektórych do wyboru, do koloru. A jednak dzięki tej, a nie innej 
liczbie  jednego  i  drugiego  możemy  mówić  o  częściowości  i  rozdziałowości 
Janczarskiego.  Częściowości  i  rozdziałowości  nieomal  klasycznej  i  jedynej  w 
swoim rodzaju. 
Podsumowując  -  nasuwa  się  nieodparcie  jedno  słowo:  wyszło.  Wyszło  w 
Wydawnictwach Radia i Telewizji. 

Jacek Janczarski