background image

Vicki Lewis Thompson 

 

BĄDŹ MOJĄ WALENTYNKĄ 

(Be mine, Valentine) 

background image

ROZDZIAŁ 1 

 

Wszystko  zaczęło  się  tamtego  dnia,  gdy  spadł  śnieg.  Wiele  lat 

później  Roxie  zastanawiała  się,  czy  i  to  było  sprawką  starego 

Charliego.  Jeśli  jednak  mówił  o  sobie  prawdę,  wyczarowanie  małej 

burzy  śnieżnej  w  lutym,  nawet  w  środku  pustyni,  nie  wymagało 

zachodu.  Niezwykła  pogoda  mogła  być,  oczywiście,  zbiegiem 

okoliczności, jak i wszystko, co zdarzyło się później.  

 

W  piątkowe  popołudnie  całe  Tucson  przykrył  śnieg.  Roxie  nie 

mogła  uwierzyć,  że  to,  zdawać  by  się  mogło,  naturalne  przyrodnicze 

zjawisko  może  spowodować  takie  zamieszanie.  Przez  dwadzieścia 

siedem zim spędzonych w New Jersey tyle się napatrzyła na śnieg, że 

przestał robić na niej wrażenie. Najwyraźniej zupełnie inaczej sprawa 

miała się z jej kolegami z pracy. Kilku rzuciło się do okien z pełnymi 

niedowierzania okrzykami, pozostali zaś wybiegli na ulicę i próbowali 

chwytać płatki w dłonie.  

Jak  dzieci,  pomyślała  Roxie.  Interesanci,  cierpliwie  czekający  w 

kolejkach,  poszli  w  ślady  urzędników.  Ratusz  niemal  opustoszał. 

Roxie nie ruszyła się od biurka, postanawiając nie przerywać pracy.  

Tylko  ona  zauważyła,  że  do  poczekalni  wszedł  stary  Charlie.  W 

ręku, jak zwykle, trzymał swą zniszczoną teczkę.  

–  Co  za  miła  niespodzianka,  Charlie.  –  Roxie  wstała  zza  biurka, 

by  uciąć  sobie  ze  starszym  panem  małą  pogawędkę.  Uważała  go  za 

swego najlepszego przyjaciela w Tucson, co nie najlepiej świadczyło 

background image

o  jej  życiu  towarzyskim.  Chociaż  Charlie  był  naprawdę  przemiły, 

wszyscy dookoła wiedzieli, że to włóczęga.  

Jego  domem  była  ławka  w  pobliskim  parku,  a  cały  dobytek 

trzymał  w  starej  teczce,  z  którą  się  nigdy  nie  rozstawał.  Jadał  w 

pobliskich  bezpłatnych  jadłodajniach.  Musiał  mieć  jednak  jakieś 

źródło  dochodów,  skoro  każdego  ranka  przynosił  czerwoną  różę  i 

wkładał  ją  do  wazonu,  stojącego  na  szarym  laminowanym  blacie. 

Utrzymywał,  że  to  dla  przyszłych  małżonków,  przychodzących  do 

ratusza  złożyć  papiery.  Zwykle  ktoś  z  pracowników  stawiał  mu  w 

zamian lunch. Ostatnio, po awansie, tym kimś była najczęściej Roxie. 

Co  to  za  różnica  przygotować  dwie  kanapki  zamiast  jednej? 

Doprawdy żadna, poza tym bardzo lubiła towarzystwo Charliego.  

–  Co  cię  tu  dziś  sprowadza?  –  Roxie  oparła  się  o  szary  blat  i 

posłała Charliemu czarujący uśmiech.  

–  Jak  to  co?  Te  piękne  niebieskozielone  oczy  i  wspaniałe  rude 

loki, moja droga.  

– Daj spokój, Charlie. Moje oczy i rude loki nigdy przedtem nie 

odciągały cię od popołudniowej partyjki szachów. Co się stało? 

–  Jeśli  mam  być  szczery,  pogoda  zrobiła  się  paskudna  i 

postanowiłem  poszukać  schronienia  w  umiarkowanym  klimacie 

twojego  biura.  –  Zdjął  wytarty  filcowy  kapelusz  i  strzepnął  resztki 

śniegu z zatkniętego za wstążkę piórka. – Nie spodziewałem się takiej 

zimy w Arizonie.  

Za  każdym  razem  Roxie  była  na  nowo  zaskoczona.  Można  by 

przypuszczać,  że  rozmawia  z  szacownym  profesorem  jakiegoś 

background image

europejskiego  uniwersytetu.  Jednak  z  bliska  wychodziło  na  jaw,  że 

rękawy  tweedowej  sportowej  marynarki  są  wystrzępione,  przy 

kamizelce brakuje guzika, kieszeń spodni jest rozerwana, a czerwona 

muszka ma przetarte brzegi.  

Koledzy Roxie zaczęli powoli wracać do biura.  

–  Wciąż  pada  –  oznajmił  ktoś  radośnie.  –  Powinniśmy  chyba 

wcześniej skończyć pracę, bo jazda do domu może być niebezpieczna.  

–  Nigdy  nie  słyszałam,  żeby  ktoś  robił  tyle  szumu  z  powodu 

odrobiny śniegu. – Roxie pokręciła głową.  

– To upojenie nieznanym – wyjaśnił Charlie.  

–  Masz  rację  –  przyznała  Roxie.  Po  raz  setny  zadała  sobie 

pytanie,  jak  taki  wykształcony  człowiek  mógł  stać  się  włóczęgą.  – 

Może nie powinnam pytać, ale... co zrobisz, jeśli dziś  w nocy będzie 

naprawdę zimno? 

Charlie  obrzucił  ją  przenikliwym,  a  jednocześnie  pełnym 

aprobaty  spojrzeniem,  jak  gdyby  była  jego  ulubioną uczennicą, która 

zadała właściwe pytanie.  

–  Nie  mam  zielonego  pojęcia  –  odrzekł,  wyjmując  z  kieszeni 

śnieżnobiałą  chusteczkę,  by  przetrzeć  szpilkę  w  kształcie  ósemki, 

która  wpięta  poziomo  w  klapę  marynarki,  przypominała  symbol 

nieskończoności.  

Już  wiele  tygodni  temu  Roxie  odkryła,  że  szpilka  jest  z 

prawdziwego  złota.  Szpilka  oraz  cynowe  szachy,  które  stale  nosił  w 

teczce, były prawdopodobnie całym majątkiem Charliego.  

Do tej pory wydawał się zadowolony ze swego losu, ale do dzisiaj 

background image

zima była wyjątkowo łagodna, nawet jak na Tucson.  

–  Są  tu  chyba  jakieś  schroniska  –  zauważyła  –  ale,  niestety,  nie 

znam żadnych adresów.  

– Zapewne są przepełnione. Sądzę, że wystarczy mi moja ławka. 

Dołożę jeszcze jedną warstwę gazet.  

–  To  nie  brzmi  zachęcająco.  –  Roxie  wyobraziła  sobie  długą, 

mroźną  i  śnieżną  noc,  Charliego  przykrytego  tylko  gazetami.  A  jeśli 

zamarznie  na  śmierć?  Nigdy  przedtem  zbytnio  się  o  niego  nie 

martwiła,  ale  było  dużo  cieplej.  –  Charlie,  myślę,  że  powinieneś 

zamieszkać u mnie, dopóki pogoda się nie poprawi.  

–  U  ciebie?  –  Niebieskie  oczy  Charliego  rozbłysły,  pokręcił 

jednak przecząco głową. – O nie, nie chciałbym ci sprawić kłopotu.  

– To żaden problem. Osbornowie mają nieduży domek gościnny. 

Nikt nie będzie cię krępował.  

– Domek gościnny? Nie pamiętam, żebyś o nim wspominała.  

– Nie było okazji. Wybierali się do mnie rodzice, skoro jednak nic 

z ich planów nie wyszło, czemu ty nie miałbyś z niego skorzystać? 

– Nie cierpię się narzucać – rzekł z wahaniem Charlie.  

– Nie pleć głupstw. – Roxie coraz bardziej zapalała się do swego 

pomysłu.  Czuła  się  osamotniona.  Chociaż  Osbornowie  poznali  ją 

przed  wyjazdem  z  sąsiadami,  krępowała  się  do  nich  chodzić,  tym 

bardziej że nie byli zbyt towarzyscy.  

Miała  oczywiście  Como,  ale  przecież  to  tylko  zwierzę.  Roxie 

szukała  w  myślach  jakiegoś  przekonującego  argumentu.  Doszła  do 

wniosku, że Charlie powinien czuć się potrzebny.  

background image

–  Mógłbyś  mi  pomóc  przy  Como.  Ostatnio  dziwnie  się 

zachowuje.  Zastanawiam  się,  czy  nie  wezwać  weterynarza.  Nie 

chciałabym wydawać pochopnie pieniędzy Osbornów, ale...  

– Owszem, trudno się rozeznać w potrzebach zwierzęcia, ale czy 

nie  zagalopowałaś  się  trochę?  Mówisz,  jakbym  już  zamieszkał  w 

domku  gościnnym,  a  tymczasem  Osbornowie  mogliby  nie  życzyć 

sobie,  by  zwykły  włóczęga  kręcił  się  po  domu  w  czasie  ich 

nieobecności.  

–  Nie  jesteś  zwykłym  włóczęgą,  lecz  moim  przyjacielem.  Znam 

cię  od  pół  roku,  a  od  dwóch  miesięcy  jadamy  wspólnie  lunch.  Nie 

pozwolę, żebyś zamarzł na ławce w parku.  

– To miło z twojej strony, ale...  

– Poza tym Osbornowie to  wspaniali ludzie i z pewnością okażą 

zrozumienie.  Moi  rodzice  znają  ich  od  wieków.  Tata  i  Dave  Osborn 

służyli  razem  w  wojsku.  Mogę  robić,  co  zechcę,  mają  do  mnie 

zaufanie. Nie przelewajmy z pustego w próżne. Załatwione! 

–  Mój  Boże,  cóż  za  nieodparte  argumenty!  Czy  uczyłaś  się 

prowadzenia negocjacji? 

–  Zgadłeś.  W  szkole  średniej  w  Newark  byłam  mistrzynią  w  tej 

dziedzinie. Więc? Czy przekonałam cię, żebyś zamieszkał ze mną? 

–  Tak.  –  Zmarszczki  na  twarzy  Charliego  wygładziły  się  w 

uśmiechu. – Niech cię Bóg błogosławi, Roxie Lowell.  

– Cześć, Roxie. – Ciemnowłosy mężczyzna oderwał się od grupki 

stojącej przy oknie i podszedł do nich. – Witaj, Charlie.  

– Dzień dobry, Doug – skinął głową Charlie.  

background image

–  Roxie,  wszyscy  mówią  o  wcześniejszym  wyjściu  z  pracy, 

chciałem się więc upewnić, czy nasze spotkanie jest aktualne.  

–  Och,  Doug, bardzo  cię  przepraszam,  przez  całe  to  zamieszanie 

kompletnie o nim zapomniałam.  

–  Tobie,  dziewczynie  z  New  Joisey,  nie  przeszkodzi  chyba  ta 

odrobina śniegu? – przekręcił nazwę jej rodzinnego stanu, jak zwykle, 

gdy chciał się z nią podroczyć.  

Roześmiała  się  z  przymusem,  żart  bowiem  miał  wąsy  i  brodę  i 

dawno przestał ją śmieszyć.  

– Jasne, że nie, ale zabieram dziś Charliego do domu.  

– Mnie nigdy nie złożyłaś takiej interesującej propozycji. – Doug 

zdziwiony uniósł brwi.  

– Zamieszka w domku gościnnym – odparła z naciskiem Roxie. – 

Poza tym – dodała – nie jesteś taki miły jak Charlie.  

–  To  dlatego,  że  nie  dajesz  mi  szansy  –  powiedział  Doug  pół 

żartem,  pół  serio.  –  Roxie,  czy  mogę  zamienić  z  tobą  dwa  słowa  na 

osobności? – Ujął ją za łokieć i nie czekając na odpowiedź, odciągnął 

na bok. – Oszalałaś? – spytał, zniżając głos. – Ten stary może okazać 

się prawdziwą pijawką. Jeśli go wpuścisz za próg, to nigdy się go nie 

pozbędziesz, a przynajmniej do powrotu Osbornów.  

– Doug, przestań. On cię może usłyszeć.  

– No i co z tego? – Doug wzruszył ramionami. – To włóczęga.  

– Doug! – Roxie chwyciła go za ramię i odciągnęła jeszcze dalej. 

–  Charlie  jest  wspaniałym  starszym  panem  i  nie  pozwolę,  żebyś  go 

obrażał.  

background image

– Musi mieć mnóstwo zalet, skoro jadasz z nim codziennie lunch.  

Roxie spojrzała na niego zaskoczona.  

– Jesteś o niego zazdrosny! 

– Nie o niego, ale o czas, który z nim spędzasz.  

– Zapraszałam cię, żebyś się do nas przyłączył.  

– Wielkie dzięki. On bez przerwy gada o historii.  

– Mnie to fascynuje. Nie zdziwiłabym się, gdyby kiedyś jej uczył.  

–  Czemu  więc  nie  uczy  jej  teraz?  –  prychnął  Doug.  –  Dlaczego 

sypia na ławce w parku? 

–  Nie  wiem.  Ludzi  dotykają  nieszczęścia.  Najważniejsze  w  tej 

chwili jest to, że pada śnieg, a on nie ma gdzie się podziać. Nie chcę, 

żeby spędził noc na mrozie.  

– Z pewnością jest do tego przyzwyczajony.  

–  Och,  doprawdy?  –  Cierpliwość  Roxie  miała  swoje  granice.  – 

Zapewne  głodujący  ludzie  również  przyzwyczajają  się  do  braku 

pożywienia? 

–  Tego  nie  wiem,  wiem  natomiast,  że  to  nie  twoje  zmartwienie. 

Zresztą, co powiedzieliby na to Osbornowie? 

–  Pozwolili  mi  zapraszać,  kogo  zechcę:  rodziców,  znajomych. 

Rodzicom nie uda się teraz przyjechać, a ja nie mam przyjaciół, którzy 

mogliby...  

– Szkoda, że nie pomyślałaś o mnie. – Doug pogłaskał Roxie po 

ramieniu.  –  Dowiedziałbym  się,  jak  wygląda  życie  na  pogórzu,  poza 

tym mielibyśmy czas, żeby się lepiej poznać.  

Roxie  odsunęła  się,  strącając  rękę  Douga.  Lubiła  go,  ale  nie 

background image

mogła zaakceptować jego stosunku do Charliego.  

–  Nie  biorę  pod  uwagę  takiej  ewentualności  i  ty  dobrze  o  tym 

wiesz. Osbornowie, zostawiając mi dom, zakładali, że moi chłopcy nie 

będą ze mną mieszkali. Poza tym masz dach nad głową, a Charlie go 

nie ma.  

–  Roxie,  uprzedzam  cię,  że  będziesz  tego  żałowała.  Dawanie 

pieniędzy na cele dobroczynne to co innego niż branie kogoś pod swój 

dach.  

– Zgadzam się, to coś znacznie pożyteczniejszego.  

– Roxie obrzuciła go wyzywającym spojrzeniem.  

–  Pomagam komuś konkretnemu.  Nie  muszę  się  zastanawiać, na 

co  wydano  moje  pieniądze.  Nie  próbuj  mnie  powstrzymywać,  Doug, 

podjęłam już decyzję.  

–  Ojciec  ostrzegał  mnie,  żebym  nigdy  nie  sprzeczał  się  z 

rudzielcami – rzekł z rezygnacją Doug.  

–  To  nie  ma  nic  wspólnego  z  kolorem  moich  włosów.  A  teraz 

przepraszam cię, ale musimy jechać z Charliem do domu.  

–  Czy  mam  rozumieć,  że  jutro  wieczorem  będziesz  zajęta?  – 

spytał Doug przesadnie ugrzecznionym tonem.  

Roxie  próbowała  nie  okazać  zniecierpliwienia.  Przecież  lubi 

Douga, a on ma prawo się złościć. Z powodu Charliego zrezygnowała 

z dzisiejszej randki, a Doug nie lubi takich niespodzianek.  

–  Będę  gotowa  o  siódmej  –  odparła,  po  czym  wróciła  do  biurka 

po płaszcz i torebkę. – Chodźmy – zwróciła się do Charliego.  

–  Nie  akceptuje  twojego  postępowania, prawda?  –  spytał  starszy 

background image

pan.  

–  To  nie  jego  sprawa.  Nie  jesteśmy  małżeństwem,  po  prostu  się 

spotykamy.  

–  Och,  Roxie,  mam  nadzieję,  że  nie  bierzesz  pod  uwagę 

małżeństwa z Dougiem Kellym.  

– Owszem, myślałam o tym, Charlie – odrzekła Roxie, obrzucając 

go szybkim spojrzeniem. – To przystojny mężczyzna, ma stałą pracę, 

a poza tym zwykle dobrze się czujemy ze sobą.  

– A co z miłością?   

– W pewnym sensie kocham Douga.  

Charlie pokręcił ze smutkiem głową.  

–  Cóż,  Charlie,  mam  już  dwadzieścia  siedem  lat.  Codziennie 

przychodzą  do  nas  młode  pary  pragnące  się  pobrać,  a  ja  im 

zazdroszczę.  Chciałabym  założyć  rodzinę,  mieć  dzieci.  Byłabym 

dobrą matką.  

–  Jestem  tego  pewien.  –  Charlie  podniósł  przetarty  kołnierz 

marynarki,  gdy  szli  kładką  nad  Pennington  Street.  –  Ale  Doug  Kelly 

to nie jest partner dla ciebie.  

– Czemu? – Roxie skierowała się w stronę podziemnego garażu.  

– Skoro do tej pory nie zakochałaś się w nim, to znaczy, że ma w 

sobie zbyt mało miłości, by obudzić twoje uczucie. Oczywiście, to nie 

musi  być  jego  wina.  Znałem  kilku  Kellych,  którzy  byli  świetnymi 

kochankami, ale Doug...  

– Charlie, o czym ty mówisz? 

–  Mówię  o  jego  nazwisku.  Kelly  oznacza  bowiem  wojownika. 

background image

Czasami  nie  ma  to  wpływu  na  ludzi.  Znałem  Edmonda  Kelly’ego, 

który  promieniał  miłością  i  nigdy  z  nikim  nie  walczył.  Ale  Doug... 

powiedzmy, że jego nazwisko absolutnie nie pasuje do twojego.  

–  Co  ma  do  tego  moje  nazwisko?  –  spytała  Roxie,  otwierając 

drzwiczki samochodu.  

Charlie  zaczekał,  aż  dziewczyna  usadowi  się  za  kierownicą,  po 

czym odpowiedział: 

– Lowell znaczy tyle co kochana, a to nazwisko doskonale oddaje 

twoją  osobowość.  Właśnie  dlatego  chciałem...  zostać  twoim 

przyjacielem.  

–  A  ty  się  nazywasz  Hartman.  –  Roxie  uruchomiła  silnik  i 

wyjechała  z  garażu.  Śnieg  zalepiał  przednią  szybę,  musiała  włączyć 

wycieraczki.  

–  To  raczej  proste,  prawda?  Hart  to  rogacz.  Oczywiście,  nie  jest 

to moje prawdziwe nazwisko. Podoba mi się po prostu ten asonans – 

Charlie Hartman.  

Roxie zaniepokoiła się. Hartman to nie jest prawdziwe nazwisko? 

Nagle  obudziły  się  w  niej  wątpliwości.  Czy  podjęła  słuszną  decyzję? 

Może  Doug  miał  rację,  może  popełniła  błąd,  proponując  Charliemu 

schronienie? 

– Charlie, chyba nie uciekasz przed wymiarem sprawiedliwości? 

– Na Boga, nie! Naprawdę nie musisz się mnie obawiać, Roxie.  

Wyjechali  z  zatłoczonego  śródmieścia  i  ruszyli  na  północ  w 

kierunku Santa Catalina Mountains. Roxie była pogrążona w myślach. 

Przypomniała  sobie  róże,  które  Chariie  przynosił  codziennie,  jego 

background image

nienaganne  maniery  i  trafne  spostrzeżenia.  Nie,  to  z  pewnością 

porządny człowiek.  

–  Czemu  nie  używasz  swojego  prawdziwego  nazwiska?  Jest 

trudne do wymówienia? 

–  Coś  w  tym  rodzaju.  Czy  ten  śnieg  nie  jest  zachwycający? 

Tamten  kolczasty  kaktus  wygląda,  jak  gdyby  nosił  szlafmycę. 

Pustynia  sprawia  wrażenie  raczej...  zaskoczonej.  Tak,  to  dobre 

określenie.  

–  Owszem.  Oto  moja  ulica,  Calle  de  Suenos.  –  Roxie  włączyła 

lewy kierunkowskaz i czekała, aż przejadą samochody z naprzeciwka.  

– Ulica snów. Jaka ładna nazwa.  

– Powinnam się domyślić, że znasz hiszpański.  

– Troszeczkę. O, tutaj buduje się coś wielkiego.  

– Tak, tu będzie lecznica.  

– Robotnicy nie wydają się specjalnie uszczęśliwieni pogodą.  

– Nie przywykli do śniegu.  

–  Z  pewnością.  Spójrz  na  tego  mężczyznę  na  dachu.  Podoba  mi 

się jego postawa. Bije od niego pewność siebie.  

– Widzisz to z tej odległości? W takiej zadymce? 

–  Jasne.  Właśnie  na  tle  śniegu.  Kapitalny  facet.  Roxie  skręciła  i 

zjechała na pobocze.  

– Wzbudziłeś moją ciekawość. Pokaż mi go.  

– O tam, na szczytowej belce.  

–  Och!  –  Roxie  dojrzała  go  wreszcie.  –  Przypomina  trochę 

kapitana okrętu.  

background image

– Trafne spostrzeżenie. Porównaj go z Dougiem Kellym.  

– Doug jest urzędnikiem. Nie pracuje na budowie.  

–  To  nie  ma  znaczenia.  Czy  potrafisz  wyobrazić  sobie  Douga 

stojącego tam w takiej pozycji? 

– Chyba nie – roześmiała się Roxie. – Doug zaszyłby się raczej w 

ciepłe miejsce z drinkiem w dłoni.  

–  Bez  wątpienia.  Co  tam  jest napisane  na  tablicy  informacyjnej? 

Nie mogę przeczytać z tej odległości.  

Roxie  niechętnie  oderwała  wzrok  od  mężczyzny  na  dachu. 

Charlie miał rację, wyglądał rzeczywiście imponująco. W zapadającej 

szarówce  żółty  kask  lśnił  niczym  latarnia  morska,  gdy  ponaglał 

pracowników, by chowali materiały przed śniegiem.  

–  „Przedsiębiorstwo  Projektowo-Budowlane  Craddocka”.  Pod 

spodem jest jeszcze pełne nazwisko właściciela, Hank Craddock, oraz 

numer telefonu.  

– Założę się, że to ten na dachu.  

– Możliwe. – Roxie obejrzała się jeszcze raz.  

– Craddock to nazwisko dla ciebie.  

– Tak? A co oznacza? 

– Przepełniony miłością. – Charlie popatrzył na nią z zadowoloną 

miną.  

 

Po  burzy  śnieżnej  nastąpiły  cztery  dni  deszczu,  co  opóźniło 

roboty  budowlane.  Hank  zdecydował,  że  będą  pracować  w  sobotę. 

Jego ludzie nie mieli nic przeciwko temu. Godziny nadliczbowe były 

background image

dobrze płatne, a praca na świeżym, czystym powietrzu, wśród pięknej 

podgórskiej scenerii nie wydawała się szczególnie uciążliwa.  

Hank nie lubił zostawiać swoich dzieci na weekend z gospodynią, 

czasami  jednak  okazywało  się  to  konieczne.  Dolores  była 

sympatyczną kobietą, ale nie mogła zastąpić Hilary i Ryanowi matki.  

Hank lubił swoją pracę i gdyby nie świadomość, że dzieciaki będą 

za  nim  tęskniły,  cieszyłby  się  nią  nawet  w  sobotę.  Odkąd  pamiętał, 

nawet jako mały chłopiec zbierał pogięte gwoździe i kawałki budulca, 

podkradał ojcu młotek i spędzał każdą wolną chwilę na konstruowaniu 

jaskiń  dla  dinozaurów,  fortów  dla  zielonych  plastykowych 

żołnierzyków,  tuneli  oraz  estakad dla  kolejek  elektrycznych.  Później, 

gdy  już  dorósł  do  narzędzi  elektrycznych,  urządził  na  nowo  swój 

pokój, umieszczając łóżko na wysokości dwóch metrów.  

Teraz,  po  latach,  nadal  lubił  dobre  narzędzia,  a  nawet  zapach 

budowy  –  poruszonej  ziemi,  wilgotnego  cementu,  świeżej  farby.  Z 

rozkoszą wdychał słodkawą woń piłowanego drewna.  

Każdego  ranka  robił  przegląd  budowy  z  planami  w  ręku  i 

porównywał  z  nimi  postępy  prac.  Porównywał  je  również  z  idealną 

wizją,  którą  miał  w  głowie.  Tej  szczególnej  soboty  nie  był  jednak 

pewien,  czy  nie  doznaje  halucynacji.  Podczas  swego  zwykłego 

obchodu  zauważył  najdziwniejszą  parę  gapiów,  jaką  zdarzyło  mu  się 

kiedykolwiek  spotkać  na  placu  budowy.  Przeszedł  przez  dziurę  w 

ogrodzeniu, by lepiej im się przyjrzeć.  

Starszy  mężczyzna  w  niemodnej  tweedowej  marynarce  i 

sportowym kapeluszu prowadził na lince... Hank nie wierzył własnym 

background image

oczom. Toż to lama, na miłość boską! Biała lama o futerku puszystym 

jak u angory.  

Mężczyzna  i  zwierzę  pasowali  do  siebie  jak  pięść  do  nosa. 

Starszy  pan  powinien  mieć  na  głowie  sombrero  i  poncho  albo  też 

prowadzić na smyczy angielskiego teriera. Hank miał mnóstwo roboty 

tego dnia, jednak ciekawość zwyciężyła.  

– Dzień dobry – zawołał, znalazłszy się w odległości paru metrów 

od  niezwykłej  pary.  –  Widzę,  że  wybrał  się  pan  na  spacer  ze  swoją 

lamą. Ładny dziś mamy dzień.  

–  Wprawdzie  to  nie  moja  lama,  ale  chcę,  żeby  zażyła  trochę 

ruchu.  Miałem  również  nadzieję  zawrzeć  znajomość  z  panem 

Hankiem Craddockiem.  

–  To  właśnie  ja.  Ale  muszę  pana  rozczarować.  Nie  znam  się 

kompletnie  na  lamach.  –  Hank  przyglądał  się  swemu  rozmówcy  z 

coraz  większym  zaciekawieniem.  Maniery  i  sposób  wysławiania  się 

miał  bez  zarzutu,  ale  ubranie  dość  zniszczone.  Może  zatrudniono  go 

do  opieki  nad  lamą,  choć  byłby  to  najosobliwszy  opiekun  pod 

słońcem.  

– Nie chodzi mi o poradę w sprawie lamy ani też w żadnej innej, 

panie Craddock. Chciałem po prostu zgłosić parę uwag.  

Hank  był  przyzwyczajony  do  uwag.  Okoliczni  mieszkańcy 

poddali  go  już  nie  jednej  próbie.  Jednak  wśród  nich  nie  było  chyba 

starszego pana. W każdym razie go nie zapamiętał.  

–  Projekt  budynku  został  uzgodniony  ze  Stowarzyszeniem 

Właścicieli  Domów,  obawiam  się  więc,  że  musi  pan  zgłaszać 

background image

ewentualne skargi do nich.  

–  Niech  się  pan  tak  od  razu  nie  jeży,  młody  człowieku.  Moje 

uwagi  będą  wyłącznie  pozytywne.  Nie  znam  się  zbytnio  na 

budownictwie, za to doskonale na ludziach. Przyglądałem się pańskiej 

pracy i jestem pod wrażeniem atmosfery... nazwijmy to, miłości.  

Hank  zmarszczył  brwi.  Czyżby  miał  do  czynienia  z  religijnym 

szaleńcem?  Może  lama  jest  zwierzęciem  ofiarnym  jakiegoś 

nieznanego kultu? 

– Nie bardzo rozumiem, o co panu chodzi, panie...  

– Charlie Hartman. A chodzi mi o panujący tu klimat życzliwości. 

Zaryzykowałbym  twierdzenie,  że  kocha  pan  swoją  pracę,  panie 

Craddock.  

– Cóż, dziękuję bardzo. – Hank postukał nerwowo zwiniętymi w 

rolkę planami po udzie. Starszy pan jest pewnie zdrowo stuknięty, ale 

komplement pozostaje komplementem.  

– Może ma to coś wspólnego z pańskim nazwiskiem.  

–  Moim  nazwiskiem?  Nie  sądzę.  Większość  mojej  rodziny 

mieszka wciąż w Dakocie i nikt nie pracuje w branży budowlanej.  

–  Nie  mówię  o  pańskiej  rodzinie,  lecz  o  pańskim  nazwisku. 

Craddock znaczy przepełniony miłością. Z pewnością pan o tym wie.  

–  Nie.  –  Hank  w  życiu  nie  prowadził  tak  dziwacznej  rozmowy. 

Lama zachowywała się bardzo spokojnie. Stała, wpatrując się w niego 

i poruszając od czasu do czasu długimi białymi rzęsami. – Nie miałem 

pojęcia, że Craddock cokolwiek oznacza.  

–  Ale  pańska  żona  z  pewnością  wie.  Kobiety  częściej  zwracają 

background image

uwagę na takie rzeczy.  

– Moja żona... – Hank ugryzł się w język. – Nie jestem żonaty.  

– Jaka szkoda – uśmiechnął się Charlie.  

–  Owszem.  –  Naprawdę  ma  niezłego  hopla,  pomyślał  Hank.  – 

Czy mieszka pan gdzieś w pobliżu? – Może starszy pan zabłądził? 

– Zatrzymałem się u kogoś na tej ulicy. – Charlie pokazał palcem. 

–  To  śliczna  młoda  kobieta.  Nazywa  się  Roxie  Lowell.  Może  pan  ją 

zna?  Ma  płomiennorude  włosy,  mniej  więcej  tej  długości.  Urocze 

piegi, a jej oczy przypominają mi barwą Morze Śródziemne.  

–  Co  za  plastyczny  opis!  –  Niesamowite  spotkanie,  pomyślał 

Hank.  Do  tej  pory  był  pewien,  że  Calle  de  Suenos  to  najzwyklejsza 

ulica, zamieszkana przez przeciętnych, choć nieco grymaśnych ludzi. 

– Czy to pańska wnuczka? 

–  Nie,  po  prostu  bardzo  droga  przyjaciółka.  Użyczyła  mi 

schronienia w gościnnym domku.  

– I swojej lamy? 

–  W  pewnym  sensie.  Spacer  ze  zwierzęciem  jest  dobrym 

pretekstem do zwiedzenia okolicy i poznania sąsiadów, prawda? 

–  Ee...  z  pewnością.  Musi  pan  spotykać  rozmaitych  ludzi, 

spacerując z tym zwierzakiem.  

– Cóż, musimy już wracać z Como.  

– Como? To jej imię? 

– Właśnie.  

– Tak jak Perry? 

– Nie, jak w Como se llama, llama. W skrócie.  

background image

– Sprytnie. Jej imię lama – przetłumaczył Hank, śmiejąc się.  

– Ja też uważam, że to dowcipne. No, Como, lepiej chodźmy już 

do domu, Roxie będzie się o nas martwiła. – Podrapał lamę po nosie, 

ona  zaś  przytuliła  głowę  do  jego  ręki.  –  Jest  bardzo  uczuciowa,  gdy 

już się do kogoś przekona.  

– Pańska przyjaciółka Roxie czy lama? 

– Prawdę mówiąc, obie.  

–  Czy  trafi  pan  do  domu?  –  spytał  Hank,  z  trudem  utrzymując 

powagę.  

– Oczywiście. Myślał pan, że zabłądziłem? 

– Cóż...  

–  Wszystko  w  porządku,  proszę  się  nie  martwić.  Wielu  ludzi 

uważa mnie za lekko stukniętego.  

– Naprawdę nie mam pojęcia czemu. – Hankowi ledwo udało się 

powściągnąć uśmiech.  

– Ani ja. Zapewniam pana, że nie brak mi, jak to się teraz mówi, 

piątej klepki.  

– Miło mi to słyszeć.  

–  Do  widzenia,  panie  Craddock  –  powiedział  Charlie,  dotykając 

kapelusza.  

– Do zobaczenia.  

– Tak, z pewnością. Chodźmy, Como.  

Hank zaczekał, aż Charlie znajdzie się poza zasięgiem słuchu, po 

czym  wybuchnął  głośnym  śmiechem.  Co  za  zabawny  staruszek!  A 

jaką  reklamę  zrobił  swojej  gospodyni  –  śliczna  młoda  kobieta  o 

background image

płomiennorudych  włosach  i  oczach  barwy  Morza  Śródziemnego. 

Starszy  pan  był  ogromnie  szarmancki,  ale  biorąc  pod  uwagę  jego 

wiek,  owa  „młoda  kobieta”  mogła  mieć  równie  dobrze  koło 

sześćdziesiątki,  kilka  podbródków  i  worki  pod  niebieskozielonymi 

oczami.  

Gdyby  Hank  stał  na  dachu  budynku,  a  nie  na  dole,  zaspokoiłby 

choć  częściowo  swoją  ciekawość.  Roxie  właśnie  krzątała  się  w 

ogrodzie.  Wykorzystała  nieobecność  Como,  by  wysprzątać  małą 

zagrodę,  którą  zbudowali  dla  lamy  Osbornowie.  Skończywszy  pracę, 

ruszyła w stronę domu, zrywając po drodze grejpfruta.  

Roxie  zatroszczyła  się  o  drzewka  owocowe  podczas  śnieżycy, 

okrywając  je  i  ogrzewając  przenośnymi  lampami,  zostawionymi  na 

wszelki  wypadek  przez  Osbornów.  Stało  się  już  rytuałem,  że 

codziennie rano zbierała owoce, którymi dzieliła się z Charliem.  

–  Jaki  radosny  poranek  –  powiedział  Charlie.  Właśnie  wrócił  i 

zamykał  lamę  w  zagrodzie.  –  Taka  bezwietrzna  pogoda  przypomina 

mi południowe Włochy.  

–  Byłeś  tam?  –  Roxie  skorzystała  z  okazji,  by  wypytać  o  jego 

przeszłość.  

–  O,  tak.  –  Na  twarzy  Charliego  malowało  się  rozmarzenie.  – 

Zresztą północne Włochy też są cudowne. Romeo i Julia kochali je.  

–  Romeo  i  Julia?  –  Roxie  zastanawiała  się,  czy  to  imiona  jego 

dzieci  lub  wnuków.  Miała nadzieję, że  nie.  Tylko  wariat mógłby  dać 

dzieciakom  takie  imiona.  Pewnie  chodzi  o  psy.  –  Kim  są  Romeo  i 

Julia? 

background image

Otworzył szeroko oczy, wracając do rzeczywistości.  

–  To  chłopiec  i  dziewczyna,  którzy  bardzo  się  kochali,  ale...  – 

Zamilkł i pokręcił głową. – Nie lubię opowiadać smutnych historii.  

–  Chcesz  powiedzieć,  że  ktoś  naprawdę  dał  takie  imiona  swoim 

dzieciom?  Wobec  tego  nie  dziwię  się,  że  miały  problemy.  Czy  byłeś 

kimś w rodzaju doradcy, Charlie? 

–  Uhm.  Ale  to  było  bardzo  dawno  temu.  Zjemy  śniadanie?  – 

spytał,  otwierając  przeszklone  drzwi  do  kuchni.  –  Chcę  ci 

opowiedzieć o panu Craddocku.  

–  O  kim?  –  Roxie  opłukała  grejpfruta  i  przekroiła  go  na  pół. 

Każdego  ranka  delektowała  się  chwilą,  gdy  aromat  owocu  wypełniał 

kuchnię.  

–  O  Hanku  Craddocku,  tym,  którego  widzieliśmy  na  dachu,  gdy 

mnie  tu  wiozłaś  pierwszego  dnia.  –  Charlie  powiesił  kapelusz  na 

wieszaku przy drzwiach.  

–  Och.  –  Roxie  kroiła  owoc,  myśląc  o  nieznajomym.  A  więc 

Charlie zdążył już go poznać. Nie zdziwiło jej to.  

–  Interesujący  mężczyzna  –  mówił  dalej  Charlie,  sadowiąc  się 

przy stoliku ze szklanym blatem. – Troszczy się o bliźnich. Bał się, że 

starość  osłabiła  mi  umysł  i  założę  się,  że  gdyby  doszedł  do  takiego 

przekonania, odprowadziłby mnie do domu. Wspomniałem jednak, że 

zatrzymałem się u ciebie i zapewniłem, że nie brak mi żadnej klepki. 

Odbyliśmy miłą pogawędkę. Opowiedziałem mu również o tobie.  

–  O  mnie?  –  Roxie  przerwała  krojenie  i  bacznie  przyjrzała  się 

Charliemu. – Co przez to rozumiesz? 

background image

– Nie denerwuj się. Mówiłem same dobre rzeczy.  

Teraz Roxie zaniepokoiła się naprawdę.  

– Na przykład? 

–  Opowiedziałem  mu  o  twoich  płomiennorudych  włosach  i 

oczach koloru morza. Ach, wspomniałem też o piegach. Wygląda mi 

na faceta, który lubi piegi.  

–  Charlie,  co  cię  opętało,  żeby  zrobić  coś  takiego?  –  spytała 

Roxie,  odkładając  nóż.  –  Nie  mogę  uwierzyć,  że  opowiadałeś 

kompletnie obcemu człowiekowi, jak wyglądam.  

–  Pomyślałem,  że  powinien  wiedzieć  –  uśmiechnął  się  do  niej 

Charlie. – Teraz będzie o tobie myślał podczas pracy.  

– Niewątpliwie! Naprawdę czuję się zakłopotana.  

–  Niepotrzebnie,  niepotrzebnie  –  machnął  ręką  Charlie.  –  Nic 

więcej nie powiedziałem. Tylko że jesteś bardzo uczuciowa.  

– O mój Boże! 

– Do twarzy ci z tym rumieńcem, ale naprawdę nie masz powodu 

do zdenerwowania. Przecież mówiłem prawdę.  

– Charlie, czy nie zdajesz sobie sprawy, jak to mogło zabrzmieć? 

Musiał pomyśleć, że próbujesz go mną zainteresować.  

–  Bo  tak  było  –  odrzekł  z  niezmąconym  spokojem  Charlie.  – 

Proponuję, żebyś zrobiła dziś mały spacer i poznała go. Jest naprawdę 

miły.  

– Nie odważę się  wytknąć nosa za róg ulicy, dopóki budowa nie 

zostanie zakończona. – Roxie patrzyła na niego z irytacją, choć z ust 

Charliego  nie  znikał  miły  uśmiech,  który  zawojował  jej  serce  kilka 

background image

miesięcy temu. – Och, jestem pewna, że chciałeś dobrze, Charlie, ale 

nie powinieneś plotkować o mnie z obcym człowiekiem.  

–  On  nie  jest  obcy.  Doskonale  znam  się  na  ludziach  i  wiem,  że 

powinnaś go poznać.  

–  Nawet  jeśli  to  prawda,  w  co  wątpię,  nie  mogę  go  poznać  po 

tym, co o mnie naopowiadałeś! 

–  Być  może  przekroczyłem  odrobinę  pewne  granice,  ale  była  to 

ostatnia deska ratunku.  

– Ostatnia deska ratunku? – W głosie Roxie zabrzmiały ostrzejsze 

tony. – Czy mógłbyś mi to wyjaśnić? 

Charlie założył ręce na piersi i spojrzał jej prosto w oczy.  

– W obecnych okolicznościach nie pozostawało mi nic innego.  

–  W  jakich  okolicznościach?  –  spytała  niecierpliwie  Roxie.  – 

Charlie, albo ty zwariowałeś, albo ja! 

– To naprawdę niezwykle proste. Dzisiaj jest sobota, jedenastego 

lutego.  Tak  więc  dzień  świętego  Walentego  wypada  we  wtorek. 

Roxie, dziecko drogie, mamy coraz mniej czasu.  

background image

ROZDZIAŁ 2 

 

Roxie popatrzyła badawczo na Charliego.  

– Naprawdę przerażasz mnie, gdy mówisz rzeczy, które nie mają 

sensu.  

–  Wszystko  zyska  sens,  gdy  zrozumiesz,  jak  ważny  jest  dzień 

świętego  Walentego.  Nie  wolno  ci  bagatelizować  takiego  dnia,  jeśli 

zależy ci na małżeństwie.  

– Co chcesz przez to powiedzieć? 

– Próbuję cię ostrzec, Roxie. Gdy kobieta dojrzewa do związku z 

mężczyzną,  z  którym  pragnęłaby  dzielić  życie,  a  jestem  pewien,  że 

właśnie  tak  jest  z  tobą,  ów  dzień  może  zaważyć  na  całej  jej 

przyszłości.  

– Wciąż nie rozumiem.  

–  Smuci  mnie  niewiedza  współczesnych  ludzi  o  dniu  świętego 

Walentego.  Bez  względu  na  to,  co  o  nim  wiesz,  znajdziesz  się  pod 

działaniem pewnych sił.  

– Na miłość boską, Charlie, jakich sił? 

–  Osusz  ręce,  moja  droga,  i  usiądź  przy  stole,  a  postaram  się 

wszystko ci wytłumaczyć.  

Roxie posłuchała go, sama nie wiedząc czemu.  

–  Gdy  jesteś  kobietą  –  zaczął  cierpliwie  Charlie,  jak  gdyby  miał 

do  czynienia  z  opóźnionym  w  rozwoju  uczniem  –  gotową  się 

zakochać, pierwszy wolny mężczyzna, którego spotkasz na ulicy tego 

background image

dnia,  zostanie  twoim  ukochanym  i  ożeni  się  z  tobą  przed  upływem 

roku. Zdarzają się, oczywiście, wyjątki od tej reguły, ale...  

– Charlie, nie możesz wierzyć w takie przesądy! 

–  Nie  ułatwiasz  mi  zadania,  Roxie  –  rzekł  z  westchnieniem.  – 

Przestrzegam  cię,  nie  traktuj  lekko  tego,  co  mówię.  Przeklniesz  ten 

dzień, jeśli zbagatelizujesz moje przestrogi.  

Roxie  nie  wierzyła  w  ani  jedno  słowo,  ale  nie  chciała  zranić 

uczuć starszego pana. Przecież naprawdę pragnął pomóc jej odnaleźć 

szczęście.  

– Dobrze, Charlie, nie zbagatelizuję.  

Zatarł z zadowoleniem ręce.  

–  Cieszę  się  bardzo.  Martwi  mnie  tylko,  że  wtorek  jest 

normalnym  dniem  pracy.  Obawiam  się,  by  pierwszym  wolnym 

mężczyzną,  którego  spotkasz,  nie  okazał  się  Doug  Kelly  o  szczurzej 

twarzy.  

– O szczurzej twarzy? To naprawdę okropne mówić coś takiego o 

Dougu. Jest całkiem przystojny. Mogłabym trafić znacznie gorzej.  

–  Wątpię.  –  Charlie  wyjął  chusteczkę  i  zaczął  polerować  złotą 

szpilkę. – Porównaj go z Craddockiem, którego spotkałem dzisiaj. To 

twarz,  której  można  zaufać.  Uczciwe  oczy,  chyba  szare,  spokojne 

spojrzenie.  

–  Posłuchaj,  Charlie.  –  Roxie  położyła  dłoń  na  jego  ramieniu.  – 

To  miło  z  twojej  strony,  że  troszczysz  się  o  mnie i  jestem pewna,  że 

pan  Craddock  jest  bardzo  sympatycznym  człowiekiem,  ale  ja  go  nie 

znam i nie zamierzam spacerować, żeby go poznać. Zresztą, jeśli jest 

background image

taki wspaniały, z pewnością ma już żonę.  

– Nie, nie jest z nikim związany.  

– Spytałeś go? 

– Oczywiście delikatnie.  

–  Charlie,  jesteś  delikatny  jak  nosorożec.  A  zresztą,  nieważne... 

Myślę, że mylisz się co do Douga. Może nie jest specjalnie lotny, ale 

bardzo mnie lubi i jest pod ręką.  

–  Być  może,  ale  nie  potrafi  cię  docenić.  Hank  Craddock 

natomiast...  

– Nie obchodzi mnie, co powiedział ci pan Craddock. Posłuchaj, 

on  naprawdę  może  być  żonaty,  mężczyźni  nie  zawsze  są 

prawdomówni  w  tych  sprawach.  Doug  natomiast  jest  kawalerem, 

sprawdziłam to.  

– Hank nie kłamał. Ma zbyt uczciwą twarz.  

– Charlie, nie bądź naiwny! – Roxie uznała, że nadszedł czas, by 

zdradzić  mu  pewne  fakty  z  jej  przeszłości.  –  W  New  Jersey 

zakochałam  się  w  mężczyźnie,  którego  twarz  budziła  zaufanie.  Przez 

trzy  długie  lata  zwodził  mnie.  Twierdził,  że  nie  może  się  ożenić, 

dopóki  nie  odniesie  wystarczających  sukcesów  w  pracy.  Newark  to 

duże miasto i udawało mu się, aż wreszcie pewnego dnia przypadkiem 

poznałam jego żonę.  

–  Przykro  mi,  Roxie  –  westchnął  Charlie,  klepiąc  ją  po  dłoni.  – 

Podejrzewałem,  że  przeżyłaś  zawód  miłosny.  Nadał  on  głębi  twoim 

oczom. Nie rezygnuj jednak i nie trać nadziei.  

–  Nie  mam  zamiaru,  ale  z  pewnością  będę  ostrożna,  dopóki  nie 

background image

upewnię się, że ktoś jest wolny.  

– Rozumiem – skinął głową Charlie. – Ten mężczyzna fałszywie 

pojmował miłość. Przypuszczam, że odeszłaś od niego natychmiast? 

–  Wiedziałam,  że  powinnam  tak  postąpić.  –  Umilkła  na  chwilę. 

Cóż,  niech  pozna  również  jej  słabe  strony.  –  Chciał  utrzymać  nasz 

związek, częstował mnie oklepaną bajeczką, że żona nigdy nie da mu 

rozwodu, ale on kocha tylko mnie.  

– Dałaś mu odpowiednią odprawę? 

–  No  cóż,  owszem,  ale...  byłam  naprawdę  zakochana  w  tym 

cymbale.  W  Newark  mogłabym  go  stale  widywać...  w  każdym  razie 

wtedy,  gdy  nie  był  z  żoną...  Uznałam  to  za  zbyt  dużą  pokusę. 

Musiałam wyjechać z miasta, żeby się jakoś pozbierać.  

– Aha, dlatego znalazłaś się tutaj.  

–  Tak,  skorzystałam  z  okazji.  Przyjaciele  moich  rodziców 

potrzebowali  kogoś  zaufanego  do  opieki  nad  lamą  na  czas  swego 

pobytu na Wschodzie.  

– Wciąż o nim myślisz? 

–  Przez  pierwsze  kilka  tygodni  myślałam  o  nim  bez  przerwy  – 

odrzekła  po  chwili  namysłu.  –  Teraz  tylko  czasami.  Nie  dziw  się 

jednak,  że  jestem  podejrzliwa  wobec  mężczyzn,  którzy  twierdzą,  że 

nie są żonaci.  

–  Będę  się  upierał,  że  powinnaś  dać  szansę  Hankowi 

Craddockowi.  

Roxie odsunęła z uśmiechem swoje krzesło.  

– Lepiej zjedzmy trochę grejpfruta.  

background image

–  Zrób  przyjemność  staremu  człowiekowi  i  zatrzymaj  się  we 

wtorek na chwilę przy budowie po drodze do pracy.  

– Daj spokój, Charlie. – Roxie wstała i podeszła do zlewu. – Zjesz 

na śniadanie płatki czy może jajka? 

– W moim wieku zdrowiej będzie zjeść płatki.  

– Nie jesteś wcale taki stary.  

– Starszy niż myślisz.  

Przykro  było  patrzeć  na  jego  smutną  minę,  postanowiła  więc 

zmienić temat.  

–  Czy  nie  sądzisz,  że  Como  dziwnie  się  zachowuje?  Wydaje  mi 

się apatyczna.  

Charlie pstryknął palcami.  

– A tak, Como. Wiem, co jej dolega.  

– Co mianowicie? 

– Usycha z miłości.  

– Och, Charlie, tylko miłość ci w głowie.  

– Podobnie jak Como. To bardzo samotna lama.  

– I tak musi pozostać, dopóki Osbornowie nie powrócą do domu 

–  roześmiała  się  Roxie.  Wyjęła  mleko  z  lodówki  i  włożyła  kromki 

bułki  do  tostera.  –  Frań  wspominała  mi  kiedyś,  że  próbowali  już 

skojarzyć Como, ale była wówczas za młoda i nic z tego nie wyszło.  

– Są inne lamy w Tucson? 

– Sądzę, że tak.  

– Wobec tego musimy pilnować, żeby nie uciekła.  

–  Chyba  masz  rację.  –  To  „my”  spodobało  jej  się.  Pominąwszy 

background image

dziwaczne  naciski,  by  zawarła  znajomość  z  przedsiębiorcą 

budowlanym,  Charlie  był  przemiłym  kompanem  i  miała  nadzieję,  że 

zatrzyma się u niej dłużej.  

Wyjęła grzankę z tostera i posmarowała ją masłem orzechowym.  

– Może wezwiemy weterynarza, żeby się upewnić, czy nie dzieje 

się  nic  złego  –  powiedziała,  podobnie  jak  Charlie  używając  słowa 

„my”.  –  Zadzwonię  od  razu,  bo  zwykle  ma  bardzo  dużo  pracy.  W 

sobotę rano przychodnia powinna być czynna.  

–  Świetny  pomysł.  –  Charlie  wstał  od  stołu.  –  Ty  zadzwoń,  a  ja 

skończę  szykować  śniadanie.  Posmarować  ci  grzankę  dżemem 

truskawkowym czy wiśniowym? 

–  Wiśniowym.  –  Podniosła  słuchawkę  ściennego  telefonu  w 

kuchni  i  wykręciła  numer.  Skończywszy  rozmawiać  z  sekretarką, 

uśmiechnęła  się  do  Charliego.  –  Wygląda  na  to,  że  Doug  Kelly  nie 

będzie  pierwszym  mężczyzną,  którego  spotkam  w  dzień  świętego 

Walentego.  Doktor  Babcock  ma  wolny  czas  tylko  we  wtorek  rano,  a 

potem wyjeżdża na dwa tygodnie. Będę w biurze dopiero o pierwszej.  

–  Na  którą  się  umówiłaś?  –  spytał  Charlie  z  wyrazem  paniki  na 

twarzy.  

– Na dziesiątą.  

– Czy doktor Babcock jest żonaty? 

–  Nie  mam  pojęcia  –  roześmiała  się  Roxie.  –  Charlie,  czy  nie 

posuwamy się zbyt daleko? 

Charlie mruknął coś, czego nie zrozumiała i sięgnął po kawę.  

– Co powiedziałeś? 

background image

– Och, nic, moja droga – odrzekł, nalewając kawę do kubków. – 

Zajmę się... to znaczy, wszystko będzie dobrze.  

 

We  wtorek  o  wpół  do  szóstej  rano  Hank  krążył  po  sklepie 

spożywczym,  zastanawiając  się,  jak  pracujący  rodzice  dawali  sobie 

radę,  nim  otwarto  supermarkety  czynne  przez  całą  dobę.  Hilary 

oświadczyła  mu  przed  piętnastoma  minutami,  że  zabrakło  jej 

walentynek. Odmówiła pójścia do szkoły, dopóki nie będzie ich miała 

dla każdego trzecioklasisty oraz pewnego chłopca z czwartej klasy.  

Ryan nie mógł jej pomóc, ponieważ wykorzystał wszystkie swoje 

karty. Zresztą Hilary nie podobały się te, które kupił. Tak więc Hank 

stał teraz przed wystawą pełną walentynkowych upominków, starając 

się  odgadnąć,  które  z  nich  najbardziej  spodobałyby  się  jego  córce. 

Wreszcie  wybrał  komplet  kartek  z  rysunkami  pluszowych 

zwierzaków. Hilary będzie zadowolona.  

Paczuszka  wylądowała  w  wózku  obok  mleka  w  kartonie  i  soku 

pomarańczowego.  Pewnie  on  też  powinien  kupić  Ryanowi  i  Hilary 

drobne  prezenty?  Sybil  zawsze  tak  robiła.  Prześlizgnął  się  wzrokiem 

po  kartkach  z  nadrukiem:  Dla  mojej  żony.  W  końcu  znalazł 

walentynki dla dzieci.  

Były  raczej  stereotypowe.  Sybil  nigdy  by  ich  nie  wybrała. 

Zadałaby  sobie  trud  i  poszukała  bardziej  oryginalnych,  takich,  które 

pasowałyby idealnie do osobowości dzieci.  

Ale  Sybil  nie  było.  Hank  wybrał  z  westchnieniem  różowo-białą 

kartę  z  namalowaną  koronką  dla  Hilary  i  podobiznę  chłopca  z  kijem 

background image

do  baseballa  dla  Ryana.  Jego  córka  uwielbiała  taniec  i  lalki,  a  Ryan 

wszelkie sporty.  

Hank podpisał obie kartki. Po powrocie do domu okazało się, że 

miał  dobre  przeczucie,  ponieważ  dzieci  powitały  go  w  progu  z 

wykonanymi własnoręcznie walentynkami.  

–  Szczęśliwego  dnia  Walentego,  tatusiu  –  zawołała  Hilary, 

obejmując go w pasie.  

–  Szczęśliwego  dnia  Walentego,  tatusiu  –  powtórzył  jak  echo 

Ryan.  

Jego  uścisk  był  krótszy  i  bardziej  niezręczny.  Ostatnio  jedynym 

dłuższym kontaktem fizycznym, na jaki sobie pozwalał, były chwyty 

zapaśnicze. Hank ćwiczył z nim, kiedy tylko Ryan o to poprosił.  

Hank  położył  torbę  z  zakupami  na  stoliku  w  przedpokoju  i 

przeczytał  kartki  od  dzieci,  zanim  zdjął  kurtkę.  Ta  od  Hilary  była  w 

serduszka  i  esy-floresy,  a  przez  środek  biegł  staranny  napis: 

Najlepszemu tatusiowi na świecie – dużo szczęścia w dniu Walentego. 

Ryan  narysował  na  kartce  koślawe  serce,  a  w  środku  napisał: 

Najrówniejszemu z facetów – z miłością Ryan.  

Hank poczuł łzy pod powiekami, opanował się jednak, ponieważ 

dzieciom  nie  spodobałby  się  widok  taty  płaczącego  nad 

walentynkami.  

–  No  proszę,  jakich  się  dochowałem  artystów!  –  uśmiechnął  się 

do nich, odchrząknąwszy. – Obie kartki są przepiękne.  

– Naprawdę uważasz, że moja jest ładna? – spytała Hilary.  

– Taka śliczna jak ty, kochanie.  

background image

–  Ja  nie  jestem  śliczna.  Mam  zwykłe  ciemne  włosy,  a  Ryan  ma 

jasne po mamie. To niesprawiedliwe.  

–  Wcale  nie  są  „zwykłe  ciemne”.  Jesteś  uroczą  brunetką  – 

tłumaczył jej cierpliwie Hank, mając nadzieję, że nie chowa gdzieś w 

pokoju butelki z wodą utlenioną. – Jest ci w nich naprawdę do twarzy, 

Hilary.  

– Wcale nie. To tobie jest dobrze w ciemnych, tatusiu, nie mnie.  

Hank wiedział, o co jej chodzi. Chciała być podobna do matki, on 

zaś  w  głębi  duszy  był  szczęśliwy,  że  tak nie  jest – cierpiałby  jeszcze 

bardziej.  

–  Cóż,  mam  w  tej  torbie  walentynkę  dla  pięknej  brunetki.  Czy 

mam ją dać komuś innemu? 

– Nie, tatusiu – roześmiała się Hilary.  

Hank  podał  dzieciom  obie  kartki  i  przyglądał  się,  jak  w  miarę 

czytania życzeń na ich buziach wykwita uśmiech. Był zadowolony, że 

nie zapomniał o kupnie walentynek.  

Reszta  poranka  nie  zapowiadała  się  równie  przyjemnie.  Gdy 

przyjechał na budowę, okazało się, że część z dostarczonych okien ma 

nieodpowiednie  wymiary.  Właśnie  szedł  w  stronę  ciężarówki,  by 

skontaktować  się  przez  telefon  z  firmą,  która  je  przysłała,  kiedy 

spostrzegł starszego pana z lamą. Nie chciał być nieuprzejmy, ale nie 

miał  nastroju  do  rozmowy  o  kobiecie  z  płomiennorudymi  włosami  i 

oczami barwy Morza Śródziemnego. Nie dziś.  

–  Dużo  szczęścia  w  dniu  świętego  Walentego  –  zawołał  starszy 

pan, zbliżając się do niego.  

background image

–  I  nawzajem.  Przepraszam  pana  bardzo,  ale  mam  tu  mały 

problem i muszę zadzwonić.  

– Nie widzę telefonu.  

– Mam go w ciężarówce.  

– Aha.  

W nadziei, że nieznajomy zrozumiał aluzję, Hank ruszył szybkim 

krokiem  przez  koleiny.  Gdy  jednak  wdrapał  się  do  ciężarówki  i 

zatrzasnął  drzwiczki, ujrzał,  że  starszy  pan  idzie  za  nim. Rzucił  kask 

na siedzenie i zaczął szukać w portfelu wizytówki z numerem firmy.  

Gdy  ją  wreszcie  znalazł,  pan  z  lamą  stał  już  obok  samochodu,  z 

uśmiechem  na  twarzy.  Hankowi  wydało  się,  że  lama  również  się 

uśmiecha.  

Hank skinął uprzejmie głową i podniósł telefon. Sygnału nie było. 

Zaklął  pod  nosem  i  nacisnął  kilkakrotnie  wyłącznik,  ale  oprócz 

trzasków niczego nie usłyszał.  

Starszy pan zapukał w szybę.  

– Tak? – spytał Hank, opuszczając ją.  

– Zdaje się, że ma pan jakieś problemy, panie Craddock? 

–  Niewielkie.  –  Hank  cofnął  się,  ponieważ  lama  wsunęła  łeb  do 

szoferki. – Ona nie gryzie, prawda? 

– Nie. Jeśli kogoś nie lubi, pluje na niego.  

– Wspaniale.  

– Ale pan nie musi się obawiać. Lubi pana.  

– Cieszę się, ale czy nie mógłby pan zabrać jej stąd? Przysłano mi 

nieodpowiednie okna, a mój telefon nie działa. Muszę szybko znaleźć 

background image

automat, żeby wyjaśnić nieporozumienie.  

– Proszę skorzystać z telefonu Roxie – zaproponował natychmiast 

starszy  pan.  –  To  naprawdę  bardzo  blisko.  Ona  z  pewnością  chętnie 

panu pomoże.  

Hank zastanawiał się chwilę.  

–  Rzeczywiście,  czemu  nie?  Pojadę  tam,  jeśli  nie  ma  pan  nic 

przeciwko temu. Tak będzie szybciej. Rozumiem, że jest w domu? 

–  Tak...  Calle  de  Suenos  4335.  Łukowate  okna,  tonące  w 

kwiatach bugenwilli.  

–  Świetnie.  Dziękuję.  –  Hank  uruchomił  silnik  i  wycofał 

ciężarówkę  na  ulicę.  Starszy  pan  podsunął  mu  naprawdę  dobry 

pomysł.  Najbliższy  automat  telefoniczny  znajdował  się  przynajmniej 

trzy kilometry stąd, w dodatku najczęściej był zepsuty.  

Znalazł  bez  trudu  wskazany  adres  i  wjechał  na  kolisty  podjazd. 

Dom,  najwyraźniej  budowany  na  zamówienie,  prezentował  się 

okazale.  Hank przygotował  się  na  widok  zamożnej,  zadbanej  kobiety 

koło  pięćdziesiątki  z  ufarbowanymi  na  rudo  włosami  i  przesadnym 

makijażem.  

Gdy  nikt  nie  otwierał  drzwi,  zadzwonił  ponownie  i  po  chwili 

usłyszał trzask zasuwki. Bogato rzeźbione drzwi otworzyły się i stanął 

twarzą w twarz z kobietą o płomiennorudych włosach i oczach, które 

przypominały  barwą  morze.  Hank  nie  był  nigdy  nad  Morzem 

Śródziemnym,  ale  patrząc  w  oczy  nieznajomej,  pomyślał  o  leniwych 

dniach w Mazatlan. Starszy pan dobrze ją opisał.  

– A więc dopiął swego – odezwała się.  

background image

– Słucham? 

–  Ściągnął  tu  pana  przed  przyjściem  weterynarza.  Jak  tego 

dokonał? 

–  Proszę  pani  –  rzekł  Hank,  unosząc  ze  zdumieniem  brwi  –  nie 

mam zielonego pojęcia, o czym pani mówi.  

– Czy pan Hank Craddock? 

– Tak, pomyślałem, że...  

– Przysłał tu pana Charlie, prawda? 

– Tak, ale...  

Roześmiała się, co zwróciło uwagę Hanka na jej delikatne różowe 

usta i równe zęby. Zgoda, była pięknością, opis Charliego pasował do 

niej jak ulał. Najpewniej oboje z Charliem byli stuknięci.  

–  Proszę,  niech  pan  wejdzie,  panie  Craddock  –  powiedziała.  – 

Myślę, że nas to oboje przerasta.  

–  Czy  mógłbym  skorzystać  z  pani  telefonu?  –  Hank  postanowił 

wyrwać  się  z  tego  zaczarowanego  kręgu.  –  Telefon  w  mojej 

ciężarówce  jest  uszkodzony,  a  ja  muszę  pilnie  skorygować 

zamówienie na okna.  

– Co za zbieg okoliczności. – Wciąż się uśmiechając, zaprosiła go 

do domu gestem ręki. – Oczywiście, może pan skorzystać z telefonu. 

Najbliższy znajduje się w pracowni.  

Idąc  za  nią  wyłożonym  terakotą  holem,  zauważył,  że  sięga  mu 

pod  brodę.  W  sam  raz,  pomyślał,  po  czym  skarcił  się  w  duchu  za  tę 

myśl. W sam raz do czego? Gdzie mu do niej? Jest właścicielką tego 

domu, co oznacza, że albo go odziedziczyła, albo jest kobietą robiącą 

background image

błyskawiczną karierę.  

Pokazała mu telefon, stojący na dębowym biurku.  

– Proszę bardzo. Będę w kuchni.  

–  Dziękuję.  –  Gdy  ruszyła  w  stronę  drzwi,  poczuł  nagle 

nieprzepartą  ochotę  kontynuowania  rozmowy.  –  Szkoda,  że  nie 

słyszała  pani,  co  powiedział  o  pani  Charlie  –  wyrwało  mu  się,  nim 

zdążył się ugryźć w język.  

–  Powtórzył  mi  –  odrzekła,  rumieniąc  się.  –  Musi  mu  pan 

wybaczyć. On naprawdę ma dobre chęci, ale...  

– Nie docenił pani. – Hankiem wstrząsnęły jego  własne słowa. – 

Ee...  to  znaczy,  chciałem  powiedzieć...  nie  wspomniał,  że  jest  pani 

taka  młoda.  –  Nieprawda,  stary.  Powiedział,  że  jest  śliczną  młodą 

kobietą, tylko ty mu nie uwierzyłeś.  

–  To  te  piegi.  Nie  jestem  taka  młoda,  jak  pan  sądzi.  Mam 

dwadzieścia siedem lat.  

Uśmiechnął się, słysząc jej ton. Mogłoby się zdawać, że powierza 

mu straszliwą tajemnicę. Cóż, w jej wieku też uważał się za staruszka. 

Miała  rację  –  piegi  i  wysokie,  gładkie  czoło  ujmowały  jej 

przynajmniej pięć lat.  

–  Ten  akcent  –  powiedział.  –  Pochodzi  pani  z  innych  stron, 

prawda? 

– Newark, New Jersey.  

– Co sprowadza panią do Tucson? 

Spodziewał się, że odpowie mu, by pilnował własnego nosa, ale z 

jakiegoś powodu zaspokoiła jego ciekawość.  

background image

–  Przyjaciele  poprosili  mnie,  bym  zaopiekowała  się  domem 

podczas ich nieobecności.  

Uśmiechnął się z wyraźną ulgą.  

– A już myślałem, że go pani odziedziczyła.  

– Ależ nie. – Odwzajemniła uśmiech.  

Hank  rozluźnił  się.  Podświadomie  uważał  ją  za  nieosiągalną, 

tymczasem  wcale  tak  nie  było.  Szybkie  spojrzenie  na  jej  lewą  dłoń 

dostarczyło mu pożądanej informacji. Już zaczął wyobrażać sobie, że 

mógłby ją zabrać na kolację i na tańce.  

Lubił tańczyć, choć trochę wyszedł z wprawy. W tamtych latach, 

gdy spotykał się z Sybil, taniec stanowił jedyny możliwy do przyjęcia 

pretekst do przytulania się i poznawania kobiecego ciała.  

– Czy tańczyła pani kiedyś swinga w wydaniu country? – spytał. 

– Jest typowy dla naszych okolic. Warto to zobaczyć i...  

Uśmiechnęła się, kładąc mu dłoń na ramieniu.  

– Nie musi mnie pan zapraszać, naprawdę. Pewnie Charlie pana o 

to poprosił, ale wcale nie ma pan obowiązku wybawiania Roxie z rąk 

Douga Kelly’ego o szczurzej twarzy.  

– Kogo? – Hank bał się drgnąć, by nie spłoszyć jej dłoni. Gdy ją 

w końcu zabrała, westchnął z żalem.  

– Charlie nie wspomniał o nim ani o legendzie związanej z dniem 

świętego Walentego? – spytała.  

–  Najwyraźniej  wie  pani  znacznie  więcej  ode  mnie.  Charlie 

znalazł  się  przypadkiem  w  okolicy  budowy,  akurat  w  chwili,  gdy 

zepsuł się mój telefon, i zaproponował, bym zadzwonił od pani.  

background image

– Czego pan dotąd nie zrobił – przypomniała mu.  

–  Rzeczywiście.  Może  zrobię  to  od  razu,  okna  będą  w  drodze,  a 

pani tymczasem opowie mi o Dougu Kellym o szczurzej twarzy i dniu 

Walentego. To z pewnością interesująca historia.  

– Skądże, idiotyczna, powinnam była powściągnąć mój zbyt długi 

język.  Po  prostu  myślałam,  że  to  Charlie  namówił  pana,  by  mi  pan 

zaproponował randkę.  

–  Nie,  nic  o  tym  nie  wspominał.  Sądzę  jednak,  że  to  dobry 

pomysł. Co pani na to? 

– Ja... zobaczymy. Proszę załatwić telefon.  

–  Dobrze.  –  Wyjął  portfel  z  tylnej  kieszeni  spodni  i  upuścił  go, 

rozsypując  na  orientalnym  dywanie  fotografie  i  wizytówki.  –  Do 

licha! – Pochylił się, aby je pozbierać.  

– Zdarza się – powiedziała Roxie, schylając się, żeby mu pomóc.  

Hanka  ucieszyła  ta  chwila  bliskości.  Podobał  mu  się  zapach  jej 

perfum. Pasował do niej, był lekki, a zarazem gorzkawy.  

Gdy podniosła się, podając mu upuszczone przedmioty, zdumiała 

go  zmiana  na  jej  twarzy.  Zniknął  przyjazny  uśmiech,  a  na  jego 

miejscu  pojawiła  się  obojętna  mina  kobiety  z  gabinetu  figur 

woskowych Madame Tussaud.  

– Czy coś się stało? – spytał.  

–  Nic,  czego  bym  się  nie  spodziewała,  panie  Craddock.  I  nie 

sądzę, byśmy mogli się jeszcze spotkać.  

– Nie rozumiem.  

– Nie szkodzi. A teraz przepraszam, muszę zaparzyć sobie kawę. 

background image

Proszę  zatrzasnąć  drzwi  frontowe,  gdy  będzie  pan  wychodził.  – 

Obróciła się na pięcie i wyszła z pokoju.  

Hank  nie  mógł  pojąć  tej  nagłej  zmiany  nastroju.  Jaką  straszliwą 

gafę  mógł  popełnić?  Kręcąc  głową,  włożył  wszystko  z  powrotem  do 

portfela, z wyjątkiem potrzebnej mu wizytówki. Co za dziwna kobieta 

z tej Roxie Lowell. Już myślał, że coś się zaczyna nawiązywać między 

nimi, a tymczasem wykonała niespodziewanie w tył zwrot.  

Prawdopodobnie wyszedł z wprawy w postępowaniu z kobietami. 

Przez  ostatnie  lata  spotykał  się  zaledwie  z  dwiema,  i  to  starymi 

znajomymi.  Nie  musiał  stosować  żadnych  sztuczek.  Gdy  jednak 

spróbował  uczynić  znajomość  bardziej  intymną,  zabrakło  fascynacji 

zmysłowej i skończyło się na niczym. Jego oczarowanie Roxie Lowell 

to zupełnie inna historia.  

A jednak nie wiedzieć czemu zmarnował szansę. Pokręcił głową i 

załatwiwszy  szybko  sprawę,  wyszedł  cicho  z  domu,  zatrzaskując 

drzwi.  

Gdy  w kilka minut później Charlie wszedł do słonecznej kuchni, 

uśmiechając  się  i  robiąc  perskie  oko,  Roxie  wciąż  tam  siedziała. 

Popijała kawę, próbując opanować gniew.  

– Co o nim sądzisz? – spytał, jak gdyby był pewny odpowiedzi.  

–  Miałeś  rację  co  do  jego  wyglądu.  Rzeczywiście,  to  cholerny 

przystojniak.  

– I? 

– I nic. Jest żonaty.  

– Na pewno nie. Nie nosi obrączki. Sprawdziłem to, zanim go tu 

background image

wysłałem.  

–  Jak  więc  wyjaśnisz,  że  miał  w  portfelu  zdjęcie  z  blondynką  i 

dwójką dzieci? 

– Roxie, chyba nie szperałaś w jego portfelu? 

– Nie, upuścił portfel na podłogę i pomogłam mu pozbierać, to co 

się wysypało. Wtedy zobaczyłam zdjęcie.  

– Przecież powiedział mi, że nie jest żonaty. Mógł się rozwieść.  

– Możliwe, ale rozwodnicy zwykle nie trzymają zdjęć byłych żon 

w portfelu.  

Charlie postukał się palcem wskazującym w brodę.  

– Nie mogę uwierzyć, że się pomyliłem, ale proszę, przekonajmy 

się. – Podszedł do półki i zdjął z niej książkę telefoniczną.  

– Co zamierzasz? 

– Zadzwonić do niego do domu i poprosić panią Craddock.  

– A co zrobisz, jeśli podejdzie do telefonu? 

–  Spróbuję  sprzedać  jej  dywan  lub  lampę  kwarcową.  Nie  martw 

się.  

Roxie odstawiła kubek i wstała.  

– Jeśli naprawdę zamierzasz to zrobić, pozwól, że będę słuchała z 

drugiego aparatu.  

– Tylko nie zacznij kasłać albo coś w tym rodzaju.  

–  Obiecuję.  Idę  do  pracowni.  Zawołaj  mnie,  gdy  już  wykręcisz 

numer, wtedy podniosę słuchawkę.  

Wróciła  do  pokoju,  w  którym  przed  chwilą  rozmawiała  z 

Hankiem  i  na  wspomnienie  jego  obecności  ciarki  przebiegły  jej  po 

background image

plecach.  

Charlie  miał  rację  –  jego  oczy  odzwierciedlały  wizję  przyszłych 

konstrukcji, projektów, które istniały na razie tylko w jego wyobraźni. 

Roxie  zauważyła  w  nich  również  z  zadowoleniem  błysk 

zainteresowania,  gdy  patrzył  na  nią.  Chętnie  uwierzyłaby,  że  jest 

wolny,  że  być  może  Charlie  znalazł  dla  niej  prezent  na  dzień 

Walentego, gdyby nie zdjęcie, które wypadło mu z portfela.  

– Podnieś słuchawkę! – zawołał Charlie z kuchni.  

Roxie posłusznie wzięła do ręki słuchawkę i pomyślała, że przed 

chwilą  trzymał  ją  przy  ustach  Hank.  Rzadko  zastanawiała  się  przy 

pierwszym  spotkaniu,  jak  też  smakowałby  pocałunek  z  nowo 

poznanym mężczyzną, dziś jednak tak się właśnie stało.  

W  słuchawce  odezwał  się  głos  kobiety,  mówiącej  z  hiszpańskim 

akcentem.  To  z  pewnością  służąca. Kobieta  na  zdjęciu bez  wątpienia 

była pochodzenia anglosaskiego.  

–  Czy  mogę  mówić  z  panią  Craddock?  –  spytał  Charlie.  –  To 

bardzo ważna sprawa.  

Roxie  poczuła,  że  za  chwilę  kichnie,  i  zaczęła  masować  palcem 

nasadę nosa.  

– Nie ma żadnej pani Craddock – odrzekła kobieta.  

–  Jak  to?  To  chyba  jakaś  pomyłka.  Pani  Craddock  miała 

przewodniczyć  komitetowi  organizacyjnemu  balu  dla  upośledzonych 

dzieci.  

Roxie przysłuchiwała się z uśmiechem pełnej inwencji paplaninie 

Charliego.  Trzeba  przyznać,  że  ma  poczucie  humoru.  W  czasie 

background image

weekendu, piorąc kilka należących  do  niego  drobiazgów,  odkryła,  że 

starszy pan nosi slipki w czerwone serduszka.  

–  To  jakieś  nieporozumienie  –  odpowiedziała  kobieta  śpiewnym 

głosem. – Pani Craddock zmarła dwa lata temu.  

Roxie  wciągnęła  głośno  powietrze  i  zasłoniła  szybko  słuchawkę 

dłonią,  po  czym  powoli  odłożyła  ją  na  widełki,  nie  słuchając 

przeprosin  Charliego.  Zmarła!  Jego  jasnowłosa  żona  ze  zdjęcia  nie 

żyje! Nigdy nie przyszłoby to jej do głowy, była przecież taka młoda...  

Roxie  przygryzła  wargę.  Biedne  dzieciaki.  Na  zdjęciu  są  jeszcze 

takie  małe  i  bezbronne  –  chodzą  dopiero  do  szkoły  podstawowej. 

Dzięki Bogu, Hank wygląda na troskliwego i dobrego ojca. Jak ona go 

potraktowała!  Rzecz  jasna,  nie  miał  pojęcia,  czemu  była  taka 

nieuprzejma.  

– Teraz już wiesz? – spytał Charlie, opierając się o futrynę drzwi.  

–  Czuję  się  okropnie.  Byłam  dla  niego  naprawdę  niegrzeczna. 

Musiał pomyśleć, że jestem sekutnicą.  

– Może przejdę się później i wszystko naprawię? 

– Nie! Wyglądałoby to... och, nie wiem, co począć. Pewnie myśli, 

że  oboje  jesteśmy  zwariowani.  –  Osunęła  się  na  skórzany  fotel  przy 

biurku.  –  Rozsądnie  myśląca  osoba  zapytałaby  go  o  zdjęcie,  zamiast 

stroić fochy.  

– Nieważne. Wyjaśnię mu wszystko.  

–  Charlie,  to  na  nic.  Nie  możesz  usprawiedliwiać  mnie  jak 

dziecka.  To  ja  muszę  go  przeprosić.  Tylko  jak  mam  to  zrobić  w 

obecności jego pracowników? 

background image

– Pozwól mi więc spróbować.  

– Nie, mam lepszy pomysł. – Otworzyła szufladę biurka i zaczęła 

szukać  papieru  i  pióra.  –  Napiszę  list,  jeśli  zgodzisz  się  go  zanieść. 

Przeproszę za moje nieuprzejme zachowanie i zaproszę go na kolację, 

razem z dziećmi, żeby zobaczyły Como. Co ty na to? 

–  Myślałem  raczej  o  kolacji  we  dwoje  przy  świecach,  z  łagodną 

muzyką w tle – odparł Charlie.  

–  Nie, nie  zamierzam  zaczynać  naszej  znajomości  w  ten  sposób. 

Poza  tym,  on  ma  dzieci,  a  ja  nigdy  nie  spotykałam  się  z  dzieciatymi 

mężczyznami.  

–  Nigdy  przedtem  nie  pracowałaś  w  ratuszu,  a  po  czterech 

miesiącach awansowałaś.  

– To zupełnie co innego – roześmiała się.  

–  Owszem,  ale  jesteś  inteligentna,  tolerancyjna  i,  oczywiście, 

pełna miłości. Poradzisz sobie z dziećmi.  

– Charlie, zbytnio wybiegasz naprzód. Bez wątpienia przeprosiny 

są niezbędne i kolacja wydaje się dobrym rozwiązaniem.  

– Ale...  

– Posłuchaj. W grę wchodzi tylko kolacja w towarzystwie dzieci. 

Jeśli  zaproszę  go  na  kolację  przy  świecach,  to  może  oczekiwać,  że 

wylądujemy w sypialni. Tego bym nie chciała. Nie lubię pośpiechu w 

takich sprawach.  

Charlie cofnął się, zaskoczony.  

– Dobry Boże! Wcale się tego po tobie nie spodziewałem! Chyba 

muszę  lepiej  poznać dzisiejsze  obyczaje. Myślałem  wyłącznie  o  tym, 

background image

że mielibyście okazję lepiej się poznać, gdybyście byli sami.  

– Może wcale się nie poznamy po tym, co zdarzyło się dziś rano. 

Pewnie nie przyjmie zaproszenia.  

– Och, nie sądzę. – Charlie uśmiechnął się tajemniczo.  

– A właśnie, że może. Uraziłam jego miłość własną, a mężczyźni 

tego nie lubią.  

– Taki mężczyzna jak Hank jest ponad to. Wiem, że gdy ja... Cóż, 

w każdym razie nie zapominaj o najważniejszym.  

– To znaczy? 

– Kości zostały rzucone i twoja romantyczna przyszłość ustalona.  

–  Skądże  –  zaprotestowała  odruchowo,  choć  gdy  myślała  o 

Hanku, zapominała o rozsądku. Ciepłe spojrzenie szarych oczu kazało 

jej dopuścić myśl, że być może Charlie ma rację.  

background image

ROZDZIAŁ 3 

 

Roxie  napisała  cztery  wersje,  jak  to  określiła,  „przeproszenia-

zaproszenia”,  zanim  wreszcie  zadowoliło  ją  na  tyle,  że  pozwoliła 

Charliemu  zanieść  je  Hankowi  Craddockowi.  Tym  razem  wybrał  się 

bez  Como,  ponieważ  spodziewali  się  w  każdej  chwili  weterynarza. 

Gdy Charlie wrócił, niosąc coś, co wyglądało na kawałek drewnianej 

konstrukcji,  Roxie  machała  właśnie  na  pożegnanie  odjeżdżającemu 

doktorowi Babcockowi.  

Poczekała w drzwiach na Charliego.  

–  Mam  nadzieję,  że  nie  zacząłeś  zbierać  patyków.  Mamy  dość 

drewna opałowego i...  

– Och, nie, moja droga. – Charlie podał jej sporą sosnową deskę. 

– To odpowiedź od Hanka.  

– Czy ten facet nie mógł znaleźć kawałka papieru? 

– Zaskoczyłaś go. Zresztą przeczytaj.  

Roxie  przeczytała  na  głos  słowa,  napisane  starannym 

charakterem: 

Mam nadzieję, że przeczytasz moją odpowiedź od deski do deski. 

Bądź moją Walentynką. Nie przejmuj się porankiem. Nieporozumienia 

się zdarzają. Z przyjemnością przyjmujemy twoje zaproszenie. Hank.  

Roxie  podniosła  wzrok  na  Charliego,  który  przyglądał  jej  się  z 

zadowoloną miną.  

– Jesteś z siebie dumny? – spytała.  

background image

–  Nieskończenie.  Aha,  dałem  mu  twój  numer  telefonu  na 

wypadek,  gdyby  chciał  zadzwonić.  Mam  nadzieję,  że  nie  masz  nic 

przeciwko temu.  

Roxie wzruszyła ramionami.  

– Cóż, jeśli trafisz między wrony...  

– Co mają do tego wrony? 

– To takie porzekadło. Musisz popracować nad swoim językiem, 

Charlie. Czasami mogłoby się wydawać, że jesteś nie z tego stulecia.  

– Czasami sam się zastanawiam, co tu robię.  

– Słucham? 

– Nic, nic, moja droga. Czy zamierzasz posłać mu walentynkową 

odpowiedź? 

– Cóż, nie myślałam o tym. Poza tym jak mam przebić jego żart? 

– Podniosła do góry deskę.  

– Może coś ci przyjdzie do głowy. A na razie chodźmy do domu 

– powiedział Charlie, ujmując ją za łokieć. – Zmęczyły mnie trochę te 

spacery.  Usiądźmy  sobie  w  kuchni,  opowiesz  mi  o  wizycie 

weterynarza. Nie zwróciłaś przypadkiem uwagi, czy miał obrączkę? 

– Owszem, zwróciłam. Wszystko przez te twoje głupstwa. Miał.  

–  Nigdy  za  wiele  ostrożności.  No,  odwaliłem  kawał  porządnej 

roboty.  

Roxie pokręciła ze zdumieniem głową.  

–  Ktoś  mógłby  pomyśleć,  że  wszystko  zaaranżowałeś.  To 

przypadek, że byłam akurat w domu, gdy Hankowi zepsuł się telefon. 

W  dodatku ty  znalazłeś  się  na miejscu  we  właściwym  czasie.  Czysty 

background image

zbieg okoliczności.  

Charlie  usiadł  na  swoim  ulubionym  kuchennym  krześle  i 

otworzył  usta,  jak  gdyby  chciał  coś  powiedzieć,  po  czym  szybko  je 

zamknął.  

– Zamierzałeś mnie przekonywać, że to wszystko czary, związane 

z dniem świętego Walentego, prawda? 

– Coś w tym rodzaju.  

Roxie  nalała  do  szklanek  wody,  którą  trzymała  w  butelce  w 

lodówce.  Wkrótce  po  przyjeździe  do  Tucson  odkryła,  że  z  kranów 

płynie letnia woda.  

–  Charlie,  musisz  się  pogodzić  z  tym,  że  jestem  osobą  myślącą 

racjonalnie,  która  wierzy  w  fakty,  a  nie  w  bajki.  Pewnie  dlatego 

dostajesz  co  wieczór  w  skórę  w  szachy.  –  Uśmiechnęła  się  odrobinę 

złośliwie.  

– Kilka razy powaliłem cię na obie łopatki.  

– Tak, ale kto wygrywa? 

– Moja droga – odrzekł Charlie, popijając wodę – to dla mnie taka 

przyjemność patrzeć, jak twoje oczy błyszczą radością zwycięstwa, że 

nie mam nic przeciwko przegranej.  

–  Och,  Charlie.  –  Roxie  roześmiała  się  i  uścisnęła  mu  dłoń.  – 

Jesteś naprawdę przemiły.  

– Staram się. A teraz powiedz mi, co z Como.  

–  No  cóż,  miałeś  rację.  Biednej  Como  przydałby  się  partner, 

obawiam  się  jednak,  że  musi  zaczekać  na  powrót  Osbornów.  Jestem 

dziewczyną  z  miasta  i  nawet  gdyby  Osbornowie  dali  mi  wolną  rękę, 

background image

nie odważyłabym się bawić w swatkę lamy. To zbyt ryzykowne.  

– Czy myślisz, że Osbornowie mieliby coś przeciwko wyswataniu 

Como? 

–  Charlie,  daj  spokój.  Musi  ci  wystarczyć  odgrywanie  roli 

Kupidyna wobec ludzi.  

– Ale....  

–  Nie,  Charlie.  –  Postukała  w  deskę,  leżącą  na  kuchennym 

bufecie. – Na dziś wystarczy. Koniec dyskusji.  

–  Pamiętaj,  że  to  najważniejszy  prezent  walentynkowy,  jaki 

kiedykolwiek dostałaś. Strzeż go jak oka w głowie.  

– Czy mam dziś spać z nim pod poduszką? 

– Może.  

– Charlie, przecież żartuję.  

–  Poczekaj  trochę,  a  przekonasz  się,  Roxie.  Broń  Boże  nie 

wyrzucaj  tego  kawałka  drewna.  Czy  zdecydowałaś  już,  co  mu 

wyślesz? 

–  Nie  mogę  nic  wymyślić.  Przepraszam,  Charlie,  ale  muszę 

zadzwonić do pracy i zawiadomić ich, że będę dopiero po południu. – 

Sięgnęła po słuchawkę i nagle wykrzyknęła: – Mam! 

– Co takiego? 

– Wiem już, co dam Hankowi. – Pobiegła do sypialni po torebkę. 

–  Muszę  jeszcze  iść  do  sklepu  –  wyjaśniła  szybko  Charliemu.  – 

Trzymaj kciuki, żeby mieli to, czego potrzebuję.  

–  Trzymanie  kciuków  nic  nie  pomoże,  jeśli  nie  będę  wiedział,  o 

co chodzi.  

background image

– Nie szkodzi. Powiem ci później – powiedziała, otwierając drzwi 

garażu.  –  Przygotuj  mi,  proszę,  kilka  kanapek  do  biura.  Za  moment 

wracam.  

–  Z  przyjemnością,  moja  droga.  Masz  zamiar  dostarczyć  tę 

walentynkę osobiście? 

– To konieczne.  

–  Kapitalnie,  po  prostu  kapitalnie.  –  Charlie  uśmiechał  się  coraz 

szerzej.  

Jadąc do sklepu z wyrobami czekoladowymi, Roxie rozmyślała o 

pełnych  determinacji  usiłowaniach  Charliego,  by  wprowadzić  Hanka 

do  jej  życia.  Nie  miała  pojęcia,  czemu  tak  mu  na  tym  zależy.  Może 

widok  młodych  szczęśliwych  ludzi  po  prostu  czynił  jego  życie 

znośniejszym? 

Zaczynała  zastanawiać  się,  co  pocznie  z  Charliem  po  powrocie 

Osbornów.  Po  kilku  zaledwie  dniach  spędzonych  w  towarzystwie 

starszego  pana  nie  potrafiła  wyobrazić  sobie  jego  powrotu  do 

dawnego  trybu  życia.  Rozważała  nawet  ewentualność  zakupu  domu 

lub  mieszkania  w  mieście,  ale  wówczas  nie  zostałoby  jej  wiele 

środków  na  utrzymanie  Charliego.  Może  rzeczywiście  postąpiła 

wbrew  logice,  zabierając  go  do  domu  i  przywiązując  się  do  niego. 

Osbornowie  wracają  dopiero  za  pół  roku,  a  przez  ten  czas  wiele  się 

może zdarzyć.  

Gdy  wychodziła  ze  sklepu  ze  swym  czekoladowym  zakupem, 

przypomniał  się  jej  Doug.  Z  pewnością  ma  dla  niej  jakiś  prezent 

walentynkowy,  a  ona  nie  kupiła  mu  nawet  kartki.  W  dodatku  przez 

background image

ostatnie  trzy  miesiące  wszystkie  sobotnie  wieczory  spędzali  razem,  a 

ona umówiła się na najbliższą sobotę z innym mężczyzną, nieważne, 

że w towarzystwie jego dzieci. Zdała sobie sprawę, że Doug po prostu 

ją  znużył.  Może  potrzebny  był  ktoś  w  rodzaju  Hanka,  żeby  w  końcu 

przejrzała na oczy.  

Zaparkowała obok ogrodzenia i rozejrzała się po placu budowy w 

poszukiwaniu  Hanka.  Nigdzie  go  nie  zauważyła.  Wzięła  paczuszkę  z 

tylnego siedzenia i wysiadła z samochodu. Onieśmielali ją mężczyźni 

zajęci  pracą,  na  której  kompletnie  się  nie  znała.  Postanowiła  jednak 

nie  okazywać  tego,  brnąc  przez  koleiny,  pozostawione  w  rozmiękłej 

ziemi  przez  ciężarówki  i  ciągniki.  Dzięki  Bogu,  nie  była  jeszcze  w 

butach na wysokich obcasach i stroju odpowiednim do pracy.  

Wypatrzyła  przystępnie  wyglądającego  mężczyznę  i  skierowała 

się ku niemu. Kilku robotników oderwało się od zajęć i wlepiło w nią 

zaciekawione  spojrzenia.  Mężczyzna,  którego  wybrała,  montował 

okno. Widząc, że się do niego zbliża, odstawił je i spytał uprzejmie: 

– Czy mogę w czymś pani pomóc? 

Była mu wdzięczna za ten sympatyczny gest.  

– Szukam Hanka Craddocka – odpowiedziała.  

Mężczyzna  rzucił  okiem  na  paczuszkę  w  jej  dłoni.  Czekała  na 

pytanie: O co chodzi? Gdy nie padło, postawiła mu dodatkowy plus za 

taktowne zachowanie.  

–  Jest  tam,  w  przyczepie  –  rzekł  mężczyzna,  wskazując  głową 

kierunek. – Czy mam panią do niego zaprowadzić? 

– Dziękuję. Poradzę sobie – powiedziała szybko.  

background image

Pomyślała,  że  Hank  z  pewnością  woli  rozpakować  swój 

walentynkowy  podarunek  bez  świadków.  Może  nawet  ma  w 

przyczepie  małą  lodówkę.  Jeśli  nie,  może  się  okazać,  że  jej  pomysł 

wcale nie był taki dobry.  

Ominęła  stertę  materiałów  izolacyjnych  i  ruszyła  w  kierunku 

przyczepy ozdobionej z daleka widocznym napisem: Przedsiębiorstwo 

Projektowo-Budowiane 

Craddocka. 

Pomyślała 

podwójnej 

odpowiedzialności, jaka spoczywa na Hanku – prowadzi własną firmę 

i wychowuje dwójkę małych dzieci. Z pewnością ma niełatwe życie.  

Zapukała  do  uchylonych  drzwi  i  usłyszała,  jak  Hank  zapraszają 

do  wejścia.  Spotkali  się  tylko  raz,  ale  zapamiętała  męski  timbre  jego 

głosu.  

–  Dużo  szczęścia  w  dniu  świętego  Walentego  –  powiedziała, 

otwierając drzwi i wchodząc do środka.  

– Roxie! Co za miła niespodzianka!  – Wstał z uśmiechem, który 

uwidocznił  drobne  zmarszczki  w  kącikach  oczu.  Nie  miał  na  sobie 

kurtki,  a  wysoko  podwinięte  rękawy  dżinsowej  koszuli  odsłaniały 

umięśnione ramiona.  

Patrząc  na  przystojnego,  silnego  Hanka,  Roxie  zastanawiała  się, 

jak  mogła  kiedykolwiek  uważać  bladego  i  ulizanego  Douga  za 

atrakcyjnego mężczyznę.  

–  Twoja  walentynkowa  kartka  była  bardzo  dowcipna  –  zaczęła 

trochę niepewnie.  

Charlie  mógł  wierzyć,  że  są  sobie  z  Hankiem  przeznaczeni,  ale 

dla  Roxie  był  to  wciąż  obcy  mężczyzna.  Intrygujący,  to  pewne,  ale 

background image

obcy.  

– Przesadzasz – odpowiedział. – Gdybyś widziała kartki od moich 

dzieci! 

– Dostałeś walentynki od dzieci? Jakie to miłe.  

–  Owszem  –  rzekł  miękko.  –  Mam  wspaniałe  dzieciaki.  – 

Przyglądał  jej  się  przez  chwilę.  –  Wzruszyło  mnie,  że  je  również 

zaprosiłaś.  Większość  kobiet,  które  znam,  nie  zrobiłaby  tego. 

Uważają, że Hilary i Ryan wiecznie plączą się pod nogami. I, szczerze 

mówiąc, mają rację.  

–  Ryan  i  Hilary.  Ładne  imiona.  –  Miała  wyrzuty  sumienia.  Nie 

zaprosiła  jego  dzieci  przez  wzgląd  na  nie,  lecz  po  to,  by  trzymać 

Hanka  na  bezpieczną  odległość,  zanim  się  upewni,  czego  spodziewa 

się po tej znajomości.  

– Myślę, że spodoba im się Como – dodała.  

– Na pewno.  

–  Hm,  ja...  proszę  –  powiedziała  nagle,  kładąc  białe  pudełko  na 

jego biurku. – To coś w rodzaju symbolu. Jeśli nie masz tu lodówki, to 

klapa.  

– Naprawdę mi coś przyniosłaś? 

Jego rozradowana mina poruszyła jej serce. Oto mężczyzna, który 

nie zatracił dziecięcej umiejętności cieszenia się z niespodzianki.  

Hank powoli zdjął wieczko pudełka.  

–  Czy  działa  lepiej  od  tego  w  mojej  ciężarówce?  –  spytał  z 

uśmiechem.  

– Jeśli nie, zjem go.  

background image

–  Nie  ma  mowy.  Masz  przed  sobą  zdeklarowanego 

czekoladoholika. Skąd o tym wiedziałaś? 

– Nie wiedziałam – odrzekła, szczęśliwa, że trafiła w dziesiątkę. – 

Postanowiłam zaufać intuicji.  

–  Fantastyczne  –  powiedział  Hank.  –  Nigdy  w  życiu  nie  miałem 

czekoladowego telefonu. Nie miałem pojęcia, że coś takiego istnieje.  

–  Nie  znasz  tego  małego  sklepiku  niedaleko  stąd?  Mają  foremki 

do czekolady w najrozmaitszych kształtach.  

–  Słyszałem  o  nim,  ale  nigdy  nie  miałem  czasu  do  niego  wpaść. 

Właśnie tam to kupiłaś? 

– Uhm. Mam takiego fioła na punkcie czekolady, że odkryłam ten 

sklep w niecały tydzień po przyjeździe do Tucson.  

–  Widocznie  los  chciał  –  roześmiał  się  Hank  –  żebym  poznał 

niektóre ciekawostki tego miasta dzięki kobiecie z New Jersey. Założę 

się, że przegapiłem mnóstwo rzeczy.  

Roxie  ucieszyła  się,  że  prawidłowo  wymówił  nazwę  jej 

rodzinnego stanu.  

– To nie twoja wina. Musisz być ogromnie zajęty.  

– Owszem, ale należy cieszyć się tym, co człowieka otacza. Może 

uda ci się wyrwać mnie z letargu? 

–  Sklep  z  czekoladą  to  jedyna  niespodzianka,  jaką  miałam  w 

zanadrzu.  

– Chyba żartujesz! Dziewczyna opiekująca się lamą i udzielająca 

schronienia  takiemu  ekscentrykowi  jak  Charlie?  À  propos,  kim  jest 

ten facet? Twoim stryjecznym dziadkiem? 

background image

– Charlie jest... – Umilkła i spojrzała na zegarek. – O mój Boże! 

Pewnie  zachodzi  w  głowę,  co  też  mi  się  przytrafiło.  Muszę  przecież 

iść jeszcze do pracy. Tobie też za długo już przeszkadzam.  

–  Nie  mam  nic  przeciwko  temu  –  rzekł,  a  jego  szare  oczy 

potwierdziły, że to prawda. – Gdzie pracujesz? 

– W ratuszu.  

– Byłem tam kiedyś.  

– Mam nadzieję, że nic nie zbroiłeś? 

–  Nie.  Składałem  papiery,  gdy  zamierzałem  się  ożenić. 

Oczywiście,  było  to  na  wiele  lat  przedtem,  zanim  zaczęłaś  tam 

pracować.  

–  Taak.  –  Roxie,  choć  ledwie  znała  Hanka,  poczuła  niemiłe 

ukłucie  zazdrości  namyśl  o  szczęśliwych  chwilach,  które  wtedy 

przeżywał.  –  Naprawdę  muszę  już  iść.  A  więc  zobaczymy  się  w 

sobotę? 

–  Cieszę  się.  –  Uśmiechnął  się  do  niej.  –  Dziękuję  za  telefon. 

Mam tu małą lodówkę, w której mogę go przechować.  

– To dobrze – powiedziała, idąc ku drzwiom – ale przyrzeknij, że 

go zjesz, zamiast mu się przyglądać. Czekolada jest pyszna.  

–  Zjem,  zjem.  Nie  wystarczyłoby  mi  silnej  woli,  by  się 

powstrzymać. Z drugiej strony nie mam ochoty niszczyć dowodu.  

– Dowodu? – spytała, przystając.  

–  Że  dzięki  naszemu  spotkaniu  ten  dzień  nabrał  szczególnego 

znaczenia. Dużo szczęścia w dniu świętego Walentego, Roxie.  

– Nawzajem – odrzekła z uśmiechem.  

background image

Gdy szła szybkim krokiem do samochodu, miała ochotę gwizdać 

z radości. Jego ostatnie słowa rozproszyły jej nierozsądną zazdrość o 

żonę  i  skierowały  myśli  ku  teraźniejszości.  W  końcu  to  mężczyzna, 

który sprawdził się już kiedyś jako kochający mąż. Może Charlie wie, 

co robi.  

 

Roxie  zaprosiła  Hanka  z  dziećmi  na  piątą,  żeby  Ryan  i  Hilary 

mogli  się  pobawić  z  Como  przed  zmierzchem.  Zastanawiali  się  z 

Charliem przez cały tydzień nad menu – czy podać hamburgery, żeby 

sprawić  przyjemność  dzieciom,  czy  też  przyrządzić  jej  specjalność  – 

kurczaka  z  pieczarkami,  żeby  zrobić  wrażenie  na  Hanku.  W  końcu 

zdecydowała  się  na  pieczeń  wołową  –  danie  proste,  lecz  smaczne. 

Przynajmniej  nie  będzie  musiała  kręcić  się  po  kuchni,  gdy  przyjdą 

goście.  

Charlie  zmieniał  koszulę  w  domku  gościnnym,  a  Roxie  wyszła 

właśnie  spod  prysznica,  gdy  zadzwonił  telefon.  Rozległ  się  głos 

Hanka.  

–  Przepraszam  cię,  Roxie,  ale  możemy  się  spóźnić.  Mieliśmy  tu 

coś w rodzaju... małego wypadku.  

– Mój Boże, co się stało? Czy ktoś się zranił? 

– Nie, nie. Hilary... sekundę.  

Usłyszała  jakieś  podniecone  szepty,  wreszcie  Hank  znów  się 

odezwał.  

–  Jeszcze  raz  przepraszam.  Moja  córka  ma  pewien  problem,  ale 

nie  pozwala,  bym  go  zdradził.  Poza  tym  uparła  się,  że  nie  pójdzie  z 

background image

nami. Mógłbym ją zaciągnąć na siłę, ale nie chcę zaczynać wieczoru 

w ten sposób. Spróbuję załatwić opiekunkę i zadzwonię do ciebie.  

Roxie okręciła sznur telefoniczny wokół palca.  

–  Czy  to...  z  mojego  powodu?  Wiem,  że  niektóre  małe 

dziewczynki nie chcą, żeby ich ojcowie...  

– Nie, nic z tych rzeczy. Czytałem również o takich historiach, ale 

nie  o  to  chodzi.  Sprawa  jest  znacznie  prostsza.  Hilary  tak  bardzo 

chciała przyjść do ciebie, że specjalnie się wyszykowała na tę okazję.  

Roxie  dosłyszała  dziecięce  protesty  i  zapewnienia  Hanka,  że  nie 

zdradzi, co się stało.  

–  W  każdym  razie  –  powiedział  Hank  do  słuchawki  –  jej  plan 

spalił na panewce.  

– A jeśli nie uda ci się załatwić opiekunki? 

– Bądźmy dobrej myśli.  

Mózg Roxie pracował gorączkowo. Co też mogła nabroić Hilary? 

Makijaż  można  zmyć,  ubranie  zmienić,  a  więc  musiała  zmajstrować 

coś z włosami.  

– Hank, czy mogłabym z nią porozmawiać? 

–  Zobaczę,  co  da  się  zrobić.  –  Nastąpiła  długa  przerwa  i  znowu 

szepty.  

– Halo? – odezwał się wreszcie cienki głosik.  

–  Cześć,  Hilary.  Tu  Roxie.  Doprawdy  bardzo  mi  przykro,  że  nie 

możesz przyjść i zobaczyć Como.  

– Nie mogę, ponieważ wyglądam śmiesznie.  

Roxie szukała właściwych słów.  

background image

–  Wiesz,  Hilary,  gdy  miałam  siedem  lat,  obcięłam  sobie  włosy. 

Myślałam, że to świetny pomysł, ale efekt okazał się żałosny.  

– I co wtedy zrobiłaś? – padło po chwili pytanie.  

Bingo, pomyślała Roxie, a więc chodzi o włosy.  

–  Moja  mama  próbowała  je  wyrównać,  ale  niezbyt  jej  się  to 

udało, zawiązała mi więc na głowie śliczną chustkę. A ty masz jakieś 

ładne chustki? 

– Mam jedną, która należała do mojej mamy.  

– Spróbuj ją zawiązać i przyjdź pobawić się z Como.  

Zapadła cisza, najwyraźniej Hilary rozważała propozycję.  

–  Dobrze  –  zdecydowała  –  jeśli  będę  mogła  mieć  chustkę  na 

głowie przez cały czas.  

– Oczywiście. Zatem do zobaczenia wkrótce.  

– Pa.  

Roxie  roześmiała  się,  gdy  Hilary  odłożyła  słuchawkę,  nie 

troszcząc się o to, czy jej ojciec ma jeszcze coś do powiedzenia. Gdy 

nie  zadzwonił  po  raz  drugi,  Roxie  wywnioskowała,  że  są  już  w 

drodze.  W  pośpiechu  skończyła  się  ubierać,  po  czym  wróciła  do 

kuchni, by zająć się sałatą. Po chwili wszedł tam również sprężystym 

krokiem  Charlie.  Nieźle  jak  na  mężczyznę,  który  musi  mieć  co 

najmniej  siedemdziesiąt  pięć  lat.  Nie  chciał  nigdy  zdradzić  swego 

dokładnego  wieku,  mówił  tylko,  że  „przeżył  zbyt  wiele  zim,  by 

potrafiła je zliczyć”.  

Pomyślała znów o trudnym położeniu Charliego, o tym, co by się 

stało,  gdyby  stracił  swoje  nieprzeciętne  zdrowie.  Musi  jakoś  się  nim 

background image

zająć, ponieważ w krótkim czasie stał się jej bliski jak ktoś z rodziny.  

–  Fiu,  fiu,  ależ  pięknie  się  prezentujesz  –  wykrzyknął  z 

zachwytem. – Ten sweter morskiego  koloru i spodnie idealnie pasują 

do twoich włosów i oczu.  

Ucieszył  ją  ten  komplement,  ponieważ  chciała  dobrze  wyglądać. 

Biednej  małej  Hilary  też  o  to  chodziło,  pomyślała  z  sympatią  i 

współczuciem.  Może,  jeśli  się  zaprzyjaźnią,  pozwoli  jej  użyć 

nożyczek  do  naprawienia  szkody.  Opowiedziała  całą  historię 

Charliemu.  

– Ale przyjdą? – spytał, zaniepokojony.  

– Tak, udało mi się namówić Hilary. Poradziłam jej, żeby włożyła 

ładną chustkę.  

– Świetnie. – Charlie zatarł dłonie i uśmiechnął się do niej. – Czy 

w tym wypadku posłużyłaś się rozumem, czy intuicją? 

–  Jednym  i  drugim  po  trosze  –  odrzekła,  wkładając  do  lodówki 

miskę z sałatą. – Nie martw się, Charlie, to twój wpływ.  

–  Nonsens.  Zawsze  miałaś  intuicję,  trzeba  ci  było  tylko 

podpowiedzieć, żebyś jej użyła.  

Rozległ  się  dzwonek  przy  drzwiach.  Spojrzeli  na  siebie.  Roxie 

poprawiła włosy i odetchnęła głęboko.  

– Co ci mówi intuicja o dzisiejszym wieczorze, Charlie? 

– Myślę, że doskonałe będzie określenie z twojej kosmicznej ery. 

– Charlie przetarł chusteczką złotą szpilkę.  

– Mianowicie jakie? – spytała, gdy szli razem ku drzwiom.  

– Wszystkie systemy działają sprawnie.  

background image

ROZDZIAŁ 4 

 

Roxie  otworzyła  ciężkie,  rzeźbione  drzwi  i  ujrzała  całą  trójkę. 

Przystojny  mężczyzna  o  wyrazistych  rysach  trzymał  za  rękę 

dziewczynkę w lawendowo-niebieskiej chustce zawiązanej na głowie. 

Obok  nich,  dość  blisko,  by  czuć  się  bezpiecznie,  a  jednocześnie  na 

tyle  daleko,  by  zaakcentować  niezależność,  stał  jasnowłosy  chłopiec. 

Miał  niepewną  minę.  Ustawili  się  tak,  jak  gdyby  chcieli  zostawić 

miejsce dla jeszcze jednej osoby.  

Roxie  nagle  uświadomiła  sobie,  że  chciałaby  zająć  to  miejsce, 

stać  się  członkiem  tej  rodziny.  Jednak  współczucie  i  instynkt 

opiekuńczy nie może zaważyć na jej znajomości z Hankiem. Powinna 

polubić  go  dla  niego  samego,  a  nie  z  powodu  jego  trudnej  sytuacji 

życiowej.  

– Cieszę się, że przyszliście wszyscy – powiedziała z uśmiechem. 

–  Wejdźcie,  proszę,  i  poznajcie  mojego  przyjaciela,  Charliego 

Hartmana.  

–  A  to  moje  dzieci,  Ryan  i  Hilary.  –  W  głosie  Hanka  brzmiała 

wyraźna  duma.  –  Dzieciaki,  poznajcie  Roxie  Lowell,  od  której 

dostałem czekoladowy telefon.  

– Zjedliśmy już słuchawkę – poinformowała Hilary. – Mnie było 

żal,  ale  oni  stwierdzili,  że  nie  można  trzymać  czekolady  w 

nieskończoność.  

–  Hilary!  –  szepnął  Ryan,  trącając  siostrę  łokciem.  Rozejrzał  się 

background image

po pokoju z uprzejmym zainteresowaniem dorosłego. – Widzę, że ma 

pani telewizor z dużym ekranem.  

–  To  telewizor  Osbornów,  znajomych,  których  domem  się 

opiekuję – wyjaśniła Roxie.  

– Ryan próbuje zmienić temat, ale ja naprawdę nie chciałam jeść 

czekoladowego telefonu.  

– Rozumiem. – Roxie uśmiechnęła się do dziewczynki.  

Mała spryskała się obficie perfumami na tę okazję, być może po 

to, by odwrócić uwagę od swoich włosów.  

–  Kiedyś  dostałam  na  Wielkanoc  czekoladowego  zająca  i 

wszyscy  chcieli,  żebym  go  zjadła.  –  Hilary  wróciła  do  tematu.  – 

Ryan...  –  przerwała,  by  spiorunować  brata  wzrokiem  –  ...  kazał  mi 

odgryźć głowę. Ale ja nie mogłam.  

–  Masz  dobre  serduszko  –  rzekł  Charlie,  kiwając  z  aprobatą 

głową.  

– Tak, a zając rozpuścił się w końcu w szafie – skrzywił się Ryan. 

– Mama znalazła go czwartego lipca w jej kapciach z króliczkami.  

– Cóż – Roxie poczuła, jak zalewa ją znów fala  współczucia dla 

całej  trójki  –  skoro  już  mowa  o  zwierzętach,  to  może  zanim  się 

rozbierzecie, pobiegniecie do ogrodu, żeby zobaczyć Como? 

– Bardzo chętnie – odpowiedziała bez zastanowienia Hilary.  

– Jasne – dodał bardziej powściągliwie Ryan. Wyraźnie starał się 

zachowywać dorośle.  

– Zaprowadzę ich, Roxie, a ty skończ przygotowania do kolacji – 

zaproponował Charlie.  

background image

–  Świetnie,  dziękuję.  –  Roxie  musiała  jeszcze  przyprawić  sos  i 

nakryć do stołu.  

–  Ja  pomogę  Roxie  –  zaofiarował  się  Hank.  –  Zresztą  poznałem 

już Como. Idźcie z Charliem, dzieci.  

Proszę,  jakie  to  proste,  pomyślała  Roxie,  jak  szybko  zawarli 

sojusz.  Tak  wszystko  zaaranżowali,  żeby  walentynkowa  para  została 

przez  chwilę  sama.  Nie  miała  nic  przeciwko  temu,  przyda  im  się 

trochę czasu dla siebie.  

–  Lubię  lamy  –  powiedziała  Hilary,  biorąc  ufnie  za  rękę 

Charliego, jak gdyby znała go od lat. – Głaskałam kiedyś jedną w zoo. 

Są milutkie.  

– Myślę, że Como również polubi was oboje – zapewnił Charlie, 

prowadząc ich do ogrodu.  

Roxie  odprowadziła  ich  wzrokiem,  próbując  odgadnąć,  jakiego 

rodzaju szkody kryje chustka. Ciemna grzywka wyglądała normalnie. 

To dobrze, tutaj najtrudniej coś poprawić.  

– Pomysł z chustką był genialny. Dziękuję – powiedział Hank. – 

Mam nadzieję, że nie będzie ci przeszkadzało, jeśli usiądzie w niej do 

kolacji. Wymogła na mnie obietnicę, że jej na to pozwolę.  

Po  raz  pierwszy,  odkąd  Hank  wszedł  z  dziećmi  do  jej  domu, 

Roxie  odważyła  się  poszukać  jego  spojrzenia.  Było  ciepłe  i  pełne 

uczucia. Roxie mocniej zabiło serce.  

– Hilary może jeść kolację nawet owinięta w prześcieradło. To mi 

nie przeszkadza. Mam nadzieję, że w końcu zaufa mi i pozwoli sobie 

pomóc.  

background image

–  Wątpię,  by  udało  ci  się  cokolwiek  naprawić  –  roześmiał  się 

cicho Hank.  

–  Nigdy  nie  wiadomo.  Mam  wprawę  w  posługiwaniu  się 

nożyczkami. Może uda mi się jakoś wyrównać włosy.  

– Lepiej nie mówmy o tym, bo opowiem ci całą historię, a dałem 

jej słowo honoru, że tego nie zrobię.  

–  Teraz  ja  umieram  z  ciekawości,  co  też  mogła  nabroić,  ale 

szanuję cię za to, że jesteś tatą dotrzymującym słowa.  

– Dzięki. Byłaby  wściekła, że się wygadałem, i długo nie dałaby 

mi spokoju. Hilary jest pamiętliwa i łatwo nie wybacza.  

– Ja też taka jestem – pokiwała ze zrozumieniem głową Roxie. – 

Dlatego  gdy  pomyślałam,  że  jesteś  żonaty...  zresztą, nieważne.  Może 

zdejmiesz kurtkę, skoro nie idziesz oglądać Como? 

– Chętnie. Rozumiem, że miałaś przykre doświadczenia? 

– Tak. Ale zostawmy teraz ten temat. – Wzięła od niego kurtkę i 

powiesiła  ją  w  szafie,  przesuwając  lekko  palcami  po  miękkim 

złotawym zamszu.  

Odwróciwszy  się,  spostrzegła,  że  ma  na  sobie  stare  spodnie 

koloru  khaki  i  jasnobrązową  koszulę  z  rozpiętym  kołnierzykiem. 

Nagle  zapragnęła  wtulić  się  w  jego  ramiona  i  pocałować  na 

przywitanie. Zamiast tego zaproponowała mu drinka.  

–  Poproszę  o  burbona,  jeśli  masz  –  odrzekł  –  ale  tylko  przed 

kolacją, ponieważ jestem samochodem.  

– Napijemy się w kuchni. Mam tam jeszcze coś do zrobienia, a ty 

będziesz  mógł  obserwować  przez  okno,  jak  Charlie  radzi  sobie  z 

background image

dziećmi.  

–  Dobrze,  ale  myślę,  że  o  to  nie  musisz  się  martwić.  Nigdy  nie 

widziałem, żeby Hilary wzięła od razu za rękę kogoś obcego.  

– Charlie łatwo nawiązuje kontakt z ludźmi – powiedziała Roxie, 

wyjmując  butelkę  burbona  z  kredensu.  –  Podbił  moje  serce  w  ciągu 

pięciu minut.  

–  Mówisz,  jak  gdybyś  znała  go  krótko.  Czy  dostałaś  go  z 

dobrodziejstwem inwentarza razem z domem, tak jak lamę? 

–  Nie  wiem,  jak  zareagujesz  na  moją  opowieść  o  Charliem  – 

zaczęła.  –  Spotkałam  go  pierwszego  dnia  w  pracy.  –  Umilkła, 

wyjmując lód z zamrażalnika.  

– Poczekaj, ja to zrobię. – Hank wziął od niej plastykową tackę i 

jednym  szybkim  ruchem  wytrząsnął  z  niej  kostki  lodu.  –  A  więc 

Charlie pracuje w ratuszu? 

–  Nie,  ale  przychodzi  tam  codziennie.  –  Roxie  włożyła  lód  do 

szklanek i spytała: – Jak mocny? 

– Słaby.  

Wlała  po  odrobinie  burbona  do  szklanek  i  dopełniła  je  zimną 

wodą z lodówki. Chciała podać szklankę Hankowi, gdy nagle cofnęła 

rękę.  

– To idiotyczne – powiedziała, kręcąc głową. – Nie spytałam cię 

nawet, jak zwykłeś pić burbona.  

– Właśnie tak. – Hank wziął szklankę i czekał, aż Roxie podniesie 

swoją.  –  Kieruj  się  dalej  intuicją  w  postępowaniu  ze  mną,  a 

prawdopodobnie zawsze trafisz w dziesiątkę.  

background image

– Nie rozumiem. – Popatrzyła na niego ze zdumieniem.  

– Łatwo mnie rozszyfrować.  

– Nie, wspomniałeś coś o intuicji.  

–  Ach, tak –  uśmiechnął  się.  – Często  kieruję  się  intuicją, ty  zaś 

mówiłaś, że na pierwszym miejscu stawiasz rozum.  

– Bo tak jest, Hank.  

– Czemu więc nie spytałaś mnie, z czym lubię pić burbona? 

– Nie wiem.  

– Intuicja? 

Poddała  się  z  uśmiechem.  Rozum  nie  miał  nic  wspólnego  z  jej 

stosunkiem  do  Hanka  Craddocka,  a  jednak  jego  obecność  tutaj  była 

czymś  naturalnym  i  właściwym.  Czuła  się  tak  jak  kiedyś,  gdy  będąc 

jeszcze  dzieckiem,  sadowiła  się  w  słońcu  na  parapecie  okiennym  z 

książką, którą od dawna pragnęła przeczytać.  

– Moja intuicja podpowiada mi również, że będę cię bardzo lubiła 

– przyznała.  

– Moja mówi mi to samo o tobie. – Stuknął lekko szklanką o jej 

szklankę. – Za naszą intuicję.  

Skinęła głową i upiła łyk burbona.  

– Miałaś coś jeszcze do zrobienia, prawda? 

–  Tak  –  odpowiedziała,  niechętnie  wyrywając  się  z 

zaczarowanego kręgu. – Sos do pieczeni.  

– Czy mogę ci pomóc? 

–  To  zajęcie  dla  jednej  osoby.  Będzie  mi  miło,  jeśli  dotrzymasz 

mi towarzystwa.  

background image

–  Chętnie.  Nie  ma  nic  przyjemniejszego  od  ciepłej  kuchni  i 

smakowitych zapachów. No, prawie nic.  

Roxie szybko pochyliła się nad piekarnikiem, by ukryć rumieniec, 

który wywołała ta uwaga.  

– Jak radzą sobie dzieci? – spytała.  

–  Świetnie.  Ryan  prowadzi  Como,  a  Hilary  jeździ  na  niej.  Mają 

doskonałą zabawę.  

– To dobrze. – Roxie wyjęła pieczeń i położyła ją na półmisku.  

– Jeszcze mi nie powiedziałaś, kim jest Charlie.  

– Włóczęgą – odrzekła po chwili. Postanowiła nie owijać niczego 

w bawełnę.  

– Co takiego? 

–  Nie  żartuję,  Hank.  Zanim  sprowadziłam  go  tutaj,  mieszkał  na 

ławce w parku. Czy nie zauważyłeś, że jego ubrania są zniszczone? 

–  Jasne.  Starsi  ludzie  często  przywiązują  się  do  swoich  rzeczy  i 

noszą je, póki niemal z nich nie spadną. – Roześmiał się. – Zresztą nie 

tylko starsi. Sam mam dżinsy, całe w dziurach, z którymi nie mogę się 

rozstać. – Przyjrzał jej się uważnie. – Naprawdę mieszkał w parku? 

–  Naprawdę.  –  Roxie  upiła  drinka.  –  Gdy  zaczął  padać  śnieg, 

przestraszyłam  się,  że  zamarznie  na  śmierć  na  swojej  ławce. 

Zaprosiłam go więc, by zamieszkał w domku gościnnym Osbornów.  

– Niech mnie licho. Co ty o nim wiesz? – Hank wyjrzał ponownie 

przez okno.  

–  Niewiele,  jeśli  masz  na  myśli  fakty.  Jednak  mam  pewność,  że 

ten  człowiek  nie  skrzywdziłby  muchy  –  odparła  Roxie,  idąc  za  jego 

background image

spojrzeniem. – Dzieci są z nim bezpieczne. Daję za to głowę.  

–  Jestem  skłonny  ci  uwierzyć,  widząc,  jak  garną  się  do  niego. 

Como  też  go  lubi.  Trudno  nie  ufać  komuś,  kogo  lubią  dzieci  i 

zwierzęta.  

– Poza tym jest taki romantyczny – dodała Roxie.  

–  Poznałam  Charliego  mojego  pierwszego  dnia  w  pracy,  gdy 

przyniósł czerwoną różę.  

– Co zrobił? 

–  Każdego  dnia,  odkąd  tam  pracuję,  przynosi  czerwoną  różę  i 

wkłada  ją  do  wazonu.  Mówi,  że  to  na  szczęście  dla  przyszłych 

małżonków.  

– Zdumiewające. – Hank potrząsał swoją szklanką. – Skąd bierze 

pieniądze na kwiaty, skoro jest bez grosza? 

–  Nikt,  łącznie  ze  mną,  nie  miał  odwagi  zapytać  go  o  to.  Może 

otrzymuje jakiś zasiłek.  

–  A  czy  przypadkiem  nie...  hm,  nie  przywłaszcza  sobie  gdzieś 

tych róż? 

–  Nie  Charlie.  –  Roxie  pokręciła  głową.  –  Jestem  przekonana  o 

jego uczciwości.  

–  Nigdy  nie  zapomnę  naszego  pierwszego  spotkania.  Myślałem, 

że  to  któryś  z  mieszkańców  przyszedł  z  interwencją.  Tymczasem  on 

pochwalił moją pracę i zasugerował, że ma to coś wspólnego z moim 

nazwiskiem.  

– Wiem. Nie omieszkał zrobić uwagi na ten temat, gdy zobaczył 

je po raz pierwszy na tablicy informacyjnej. Przykłada ogromną wagę 

background image

do nazwisk.  

– Wobec tego musiał ci powiedzieć, co oznacza twoje.  

Nie patrząc na niego, Roxie wyjęła mąkę z szafki.  

– Owszem, powiedział.  

– I? 

–  To  wszystko  jest  idiotyczne,  nie  uważasz?  –  Zaprawiła  sos 

mąką rozbełtaną w wodzie.  

– Pewnie tak, mimo to jestem ciekaw. 

–  No,  dobrze.  –  Roxie  nie  podnosiła  oczu  znad  brytfanny.  – 

Według niego Lowell oznacza kochana – powiedziała cicho.  

– Słucham? Nie dosłyszałem.  

– Kochana – powtórzyła nieco głośniej.  

– Hm.  

Poczuła  mrowienie  w  karku.  Wiedziała,  że  Hank  patrzy  na  nią  i 

bała się odwrócić, by go na tym nie przyłapać.  

–  Nie  uważasz  tego  za  dziwny  zbieg  okoliczności?  Według 

Charliego  moje  nazwisko  znaczy  przepełniony  miłością.  –  Teraz 

słyszała jego głos z bliska.  

–  Tak,  ale  to  czysty  przypadek.  –  Była  pewna,  że  wcale  tak  nie 

jest.  

–  Kochana  –  powtórzył  Hank  z  upodobaniem.  –  Ładnie  brzmi  i 

pasuje do ciebie, Roxie. A co, zdaniem Charliego, jeśli dwoje ludzi o 

takich nazwiskach spotka się w dzień świętego Walentego? 

Kątem  oka  widziała,  że  Hank  stoi  tuż  obok  niej.  Zebrała  się  na 

odwagę i popatrzyła mu w oczy.  

background image

–  Och,  jak  łatwo  przewidzieć,  uważa,  że  jesteśmy  sobie 

przeznaczeni. – Starała się mówić lekkim tonem, ale słowa więzły jej 

w gardle.  

– To interesujące.  

–  To...  oczywiście,  szalony  pomysł  –  wyszeptała,  bojąc  się 

poruszyć. Coraz wolniej mieszała sos.  

Hank odetchnął głęboko i odstawił szklankę.  

– Szkoda, że nie znam cię trochę dłużej, Roxie.  

– Dlaczego? 

–  Ponieważ  zamierzam  cię  pocałować,  a  niezależnie  od  tego,  co 

myśli  na  ten  temat  Charlie,  zapewne  uważasz,  że  na  to  jeszcze  za 

wcześnie.  

Łyżka  wyślizgnęła  się  jej  z  drżących  palców  i  wylądowała  z 

pluskiem w sosie.  

– Nie... nie wiem, co myśleć o tym wszystkim.  

–  Nie  przejmuj  się.  Ja  również.  –  Przyciągnął  ją  delikatnie  do 

siebie.  –  Z  wyjątkiem  tego,  że  pragnąłem  cię  dotknąć  od  pierwszej 

chwili. – Ujął ją pod brodę i przybliżył twarz do jej twarzy.  

Roxie wsparła lekko dłonie o jego pierś, czując miłe ciepło.  

– Ja też o tym myślałam – przyznała cicho, patrząc mu w oczy i 

przesuwając  mocniej  dłońmi  po  jego  ramionach.  –  Tłumaczyłam 

jednak sobie, że prawie się nie znamy.  

– Ale mamy wrażenie, że jest zupełnie inaczej, prawda?  

Kiwnęła twierdząco głową.  

–  Wszystko  jest  jak  trzeba  –  powiedział  cicho,  przyciągając  ją 

background image

jeszcze bliżej.  

Z bijącym sercem Roxie przymknęła oczy i czekała na dotyk jego 

warg.  Poczuła  lekkie  muśnięcie  oddechu  i  zapach  burbona.  Otoczyła 

ramionami szyję Hanka i właśnie w chwili, gdy ich wargi się zetknęły, 

dobiegł ich jakiś hałas od strony podwórka. Odskoczyli od siebie jak 

oparzeni  i  rzuciwszy  się  ku  przeszklonym  drzwiom  do  ogrodu,  omal 

nie zderzyli się z Hilary.  

–  Moja  chustka,  moja  chustka!  –  zawołała  płaczliwym  tonem 

dziewczynka  i  przebiegła  pędem  przez  kuchnię,  szukając  jakiegoś 

ustronnego kącika. – Nie patrzcie na mnie! 

–  Hilary!  –  powiedział  Hank  surowym  tonem.  –  Wracaj 

natychmiast i...  

–  Nie  mogę!  –  wykrzyknęła  i  wpadła  do pokoju,  zatrzaskując  za 

sobą drzwi.  

– Młoda damo, nie wolno ci się tak... – Hank podążył za nią.  

–  Poczekaj. –  Roxie  chwyciła  go  za  ramię.  –  To  mój  pokój.  Nie 

ma tam niczego, co mogłaby popsuć. Pozwól jej odzyskać godność.  

Do  kuchni  weszli  Charlie  z  Ryanem,  wymieniając  uwagi  o 

wypadku.  

– To nie była moja wina – zastrzegł się Ryan.  

–  Oczywiście  –  zgodził  się  Charlie.  –  Nie  mogłeś  wiedzieć,  że 

Como zainteresuje się chustką.  

– Ani twoja – dodał lojalnie Ryan.  

– Nie, takie rzeczy się zdarzają. Z pewnością nie można również 

winić Como.  

background image

– Czy już rozgrzeszyliście wszystkich? – roześmiała się Roxie.  

–  Tak  bardzo  chciałem,  żeby  wszystko  poszło  gładko.  –  Charlie 

miał zmartwioną minę. – Czy bardzo się zdenerwowała? 

– Cóż...  

– Jasne, że tak. Biedactwo. Każdy by się zdenerwował, gdyby tak 

sobie zniszczył włosy.  

–  Już  wiem  –  odezwał  się  Ryan  –  będziemy  udawać,  że  nic  nie 

zauważyliśmy.  

–  To  miło  z  twojej  strony,  że  troszczysz  się  o  uczucia  Hilary  – 

powiedział  Hank.  –  Wątpię,  by  w  to  uwierzyła.  Przecież  wie,  że  jej 

sekret się wydał.  

–  Ale  co  się  stało?  –  spytała  Roxie.  –  Czy  próbowała  rozjaśnić 

włosy? 

– Mówiłem jej, że to głupi pomysł – wyjaśnił Ryan. – Musiałem 

jechać na rowerze do sklepu, żeby kupić jej to świństwo, ponieważ na 

razie nie wolno jej tam jeździć samej.  

–  Hilary  zaproponowała  mu  niezłą  łapówkę  –  dodał  Hank.  – 

Odbyliśmy  z  Ryanem  poważną  rozmowę,  jak  ma  postępować  w 

podobnych wypadkach w przyszłości.  

–  Nie  posłuchałbym  jej,  gdybym  wiedział,  jak  narozrabia.  Poza 

tym  to  draństwo  okropnie  śmierdzi.  Załatwiła  tym  całą  łazienkę  i 

siebie. Dlatego tak się wyperfumowała.  

Nagle Roxie poczuła zapach spalenizny.  

– Mój sos! – wykrzyknęła, podbiegając do kuchenki.  

Za późno. Substancja, która przylgnęła do dna patelni, w niczym 

background image

nie przypominała smakowitego brązowego sosu.  

–  Tak  mi  przykro  –  powiedział  Hank,  zbliżając  się  do  niej.  – 

Jestem pewien, że mięso będzie pyszne nawet bez sosu.  

Podniosła na niego oczy, wspominając minioną chwilę.  

–  Biorąc  pod  uwagę  wszystko  inne,  nie  ma  to  najmniejszego 

znaczenia.  

– Rzeczywiście. – Przytaknął miękko.  

Roxie  stała,  uśmiechając  się  do  niego,  dopóki  nie  przypomniała 

sobie, że nie są sami. Zerknąwszy przez ramię, spostrzegła, że Charlie 

i Ryan przyglądają im się z zainteresowaniem.  

–  Może  nakrylibyście  do  stołu?  –  spytała,  odsuwając  się  od 

Hanka.  –  Serwetki  są  w  górnej  szufladzie  kredensu  w  jadalni. 

Potrzebne  nam  będzie  masło,  sól  i  pieprz.  Och,  jeszcze  mleko  dla 

Ryana i Hilary i woda z lodem dla reszty. Kawę zaparzę później.  

–  Chodź,  stary  –  powiedział  Charlie,  obejmując  chłopca 

ramieniem  i  prowadząc  go  do  jadalni.  –  Zostaliśmy  zaprzęgnięci  do 

roboty.  

–  Ho,  ho!  –  odezwał  się  Hank  po  ich  wyjściu.  –  Nie  miałem 

pojęcia, że masz takie zdolności przywódcze.  

–  Czas  skierować  nasze  spotkanie  na  właściwe  tory.  Obiecałam 

nakarmić twoją rodzinę, a Ryan wygląda na bardzo głodnego.  

–  On  zawsze  tak  wygląda.  Masz  rację,  musimy  zaopiekować  się 

naszym  stadkiem.  Myślę,  że  następnym  razem  obędzie  się  bez 

dodatkowych atrakcji.  

Na  myśl  o  „następnym  razie”  na  policzki  Roxie  wypłynął 

background image

rumieniec. Pochyliła się  więc nad lodówką. Wyjęła z niej sałatę oraz 

sos i podała Hankowi.  

– Proszę, wymieszaj to, a ja porozmawiam z Hilary.  

–  Nie  musisz  tego  robić.  Pewnie  woli,  żeby  ją  zostawić  w 

spokoju.  

– Być może, ja jednak spróbuję namówić ją, by zjadła z nami. O 

ile, oczywiście, nie masz nic przeciwko temu.  

–  Ależ  skąd!  Nie  mogę  ci  tylko  zagwarantować,  że  będzie  w 

dobrym humorze.  

– A co można zagwarantować, jeśli chodzi o dziecko? Pamiętam, 

że ja też nie byłam aniołkiem.  

– Szkoda, że cię wtedy nie znałem.  

– Ale wtedy nie bylibyśmy tutaj, prawda? 

– Cóż za logika! 

– Uhm. No, zajmij się sałatą, a ja Hilary.  

– Mam nadzieję, że wrócisz szybko.  

– Ja też.  

–  Roxie,  jest  coś,  o  czym  powinnaś  wiedzieć.  Hilary  chce 

rozjaśnić włosy, żeby się upodobnić do matki.  

– Och. – Roxie zrobiło się głupio, że Hank wspomina swą żonę w 

chwilę po tym, gdy przyznał się, iż pociąga go inna kobieta. – Potrafię 

to  zrozumieć  –  powiedziała,  dumna  ze  swego  uprzejmego  tonu.  – 

Twoja żona była bardzo piękna.  

– Owszem.  

Roxie posmutniała, choć nie mogła się przecież spodziewać innej 

background image

odpowiedzi. Zresztą miałaby mu ją za złe. Ważne, że nie jest podobna 

z  urody  do  jego  zmarłej  żony.  Przynajmniej  ma  pewność,  że  Hank 

akceptuje ją taką, jaka jest.  

– Zobaczę, co uda mi się wskórać u Hilary.  

– Dzięki.  

Roxie podeszła do drzwi swojej sypialni i zapukała.  

– Kto tam? – spytała Hilary.  

Biedne dziecko, musi podsłuchiwać, co się dzieje w drugiej części 

domu, pomyślała Roxie. Wiedziała, oczywiście, że rozmawiają o niej i 

jej włosach. Na szczęście mury są grube.  

– To ja, Roxie. Czy mogę wejść? 

– Czy to twój pokój? 

– Tak, ale nie musisz mnie wpuszczać, jeśli nie chcesz.  

– Domyślałam się, że to twój pokój. Pachnie tobą.  

– Mam nadzieję, że to dobrze – uśmiechnęła się Roxie.  

–  Dobrze.  Pachniesz  o  wiele  ładniej  ode  mnie.  –  Hilary  była 

wyraźnie bardzo nieszczęśliwa.  

–  Hilary,  chciałam  porozmawiać  o  tym,  jak  doprowadzić  do 

porządku twoje włosy.  

–  Tatuś  powiedział,  że  nic nie  da  się  zrobić,  że  muszą  odrosnąć. 

Potrwa  to  pewnie  do  czwartej  klasy.  Do  tego  czasu  chyba  nie  będę 

chodziła do szkoły.  

Jej  głos  brzmiał  tak  poważnie,  że  Roxie  musiała  zasłonić  ręką 

usta, żeby się nie roześmiać.  

–  Hilary,  tatusiowie  są  wspaniali,  ale  nie  znają  się  na  takich 

background image

sprawach. Nie sądzę, żebyś musiała czekać, aż włosy odrosną.  

– Naprawdę? – Nadzieja wyraźnie ożywiła Hilary.  

– Naprawdę. Pozwolisz mi zobaczyć? 

– Dobrze. – Hilary otworzyła drzwi.  

–  Usiądźmy  na  łóżku  i  porozmawiajmy  –  zaproponowała  Roxie, 

biorąc ją za rękę i prowadząc w głąb pokoju.  

–  Dobrze  –  powiedziała  znów  Hilary.  –  Co  powiesz  na  moje 

włosy? 

Roxie  przyjrzała  się  uważnie  dziewczynce  i  zdumiała.  Włosy 

Hilary  pokrywały  łaty  w  czterech  kolorach  –  od  dziwnego 

pomarańczowego do ciemnobrązowego.  

– I co? – Hilary podniosła na Roxie zmartwiony wzrok.  

–  Myślę,  że  się  uda.  –  Roxie  modliła  się  o  to  w  duchu.  –  Moja 

znajoma,  która  pracuje  w  salonie  piękności,  na  pewno  ufarbuje 

rozjaśnione pasma na twój naturalny kolor i nic nie będzie widać.  

–  Och,  nie!  –  wykrzyknęła  Hilary.  –  Chcę  rozjaśnić  wszystkie. 

Nie chcę mieć ciemnych włosów! 

– Aha! – Roxie zaczęła dostrzegać rozmiary problemu.  

Wizyta u fryzjera byłaby kosztowna, ale Roxie przypuszczała, że 

Hank  chętnie  wyłożyłby  pieniądze,  aby  tylko  w  jego  domu  znów 

zapanował  spokój,  a  mała  skończyła  trzecią  klasę.  Nie  wyglądał 

jednak  na  ojca,  który  zgodzi  się,  by  jego  córka  stała  się  w  wieku 

ośmiu lat „szałową blondynką”.  

–  Czy  w  salonie  piękności  mogą  rozjaśnić  mi  włosy  na 

jednakowy kolor? – nalegała Hilary.  

background image

Roxie zawahała się. Wkroczyły na śliski teren.  

– Chyba tak, ale trwałoby to długo, kilka godzin. Trzeba siedzieć 

bardzo spokojnie, a przyjaciółka mówiła mi, że ten środek szczypie w 

skórę. Nie wydaje mi się, żebyś chciała przez to wszystko przejść.  

–  Właśnie,  że  tak.  Mogę  siedzieć  nawet  przez  dwa  dni,  jeśli 

będzie trzeba.  

– Hilary, twój naturalny kolor jest bardzo ładny.  

–  Mówisz  jak  tatuś  –  rzekła  Hilary  z  rozgoryczeniem.  –  On  nic 

nie rozumie. Jemu jest dobrze z ciemnymi włosami, ale mnie nie.  

– Wiesz co, porozmawiam o tym z twoim tatusiem.  

–  Czy  powiesz  mu,  że  będę  o  wiele  ładniejsza  w  jasnych 

włosach? 

–  Nie,  ponieważ  nie  wyobrażam  sobie,  żebyś  mogła  wyglądać 

jeszcze ładniej.  

– Ależ mogę – odpowiedziała poważnie dziewczynka.  

–  Powiem  mu,  że  trzeba  koniecznie  coś  zrobić.  Ja  też  nie 

chciałabym  pójść  do  szkoły  w  takim  stanie.  Co  powiesz  teraz  na 

kolację? 

–  Jestem  głodna  –  przyznała  Hilary.  Spojrzała  błagalnym 

wzrokiem na Roxie. – Ja naprawdę bardzo chcę być blondynką.  

– Wiem, kochanie – Roxie przytuliła ją do siebie.  

–  Porozmawiam  później  z  tatusiem.  A  teraz  chodźmy  coś  zjeść, 

dobrze? 

– Chyba tak. Czy pożyczysz mi chustkę? 

– Chętnie, ale chyba nie jest potrzebna.  

background image

– Wyglądam śmiesznie, poza tym mogę ją ubrudzić.  

– No to jej nie wkładaj. Jesteś wśród przyjaciół.  

– Ryan nazwał mnie punkiem.  

– Powiemy mu, żeby tego nie robił – obiecała Roxie, wstając.  

– Dziękuję. – Hilary zeskoczyła z łóżka i podeszła do komódki. – 

Czy dostałaś to od mojego taty? – Wzięła do ręki kawałek deski.  

–  Owszem,  to  taki  żart.  –  Roxie  nie  chciała,  żeby  Hilary 

wyciągnęła zbyt daleko idące wnioski.  

– On cię lubi, prawda? 

– Chyba tak – odparła Roxie. – Czy to dobrze? 

– Dobrze. – Hilary odłożyła prezent od Hanka.  

Roxie odetchnęła z ulgą, mając uczucie, że zdała ważny egzamin.  

– Lubisz ciasto czekoladowe? – spytała, pewna odpowiedzi.  

– Nie lubię. Po prostu uwielbiam.  

–  No,  to  chodźmy  zjeść  najpierw  kolację,  żebyś  mogła  go 

spróbować.  

– Hurra! Ciasto czekoladowe! – Hilary schwyciła Roxie za rękę i 

pociągnęła ją korytarzem. – Prędko! – Właściwie wpadły na Hanka.  

– Szedłem zobaczyć, co się z wami stało.  

– Dyskutowałyśmy – wyjaśniła Hilary. – Roxie zamierza odbyć z 

tobą rozmowę na temat rozjaśniania włosów. Biegnę do stołu. Cześć! 

– Hank, ja... – Roxie przełknęła nerwowo ślinę.  

–  Nieważne  –  powiedział,  kładąc  jej  dłoń  na  ramieniu.  – 

Pogadamy  o  tym  później.  Musimy  znaleźć  trochę  czasu  tylko  dla 

siebie. Nie dokończyliśmy pewnej sprawy.  

background image

ROZDZIAŁ 5 

 

Charlie  zabawiał  wszystkich  przy  kolacji  opowieściami  o 

egzotycznych  miejscach  i  ludziach.  Zaimponował  nawet  Roxie, 

wspominając o swoim spotkaniu z księciem oraz księżną Windsoru na 

przyjęciu w Nowym Jorku wiele lat temu, a także z Clarkiem Gable i 

Carole Lombard podczas gali w Hollywood. Roxie, tak jak i pozostali 

uczestnicy  kolacji,  z  ciekawością  słuchała  Charliego.  Ilekroć  jednak 

napotkała wzrok Hanka, wspominała nie spełniony pocałunek.  

Jeszcze  trochę,  a  zatraciłaby  się  w  ramionach  Hanka,  nie 

zastanawiając  się  nad  konsekwencjami.  Przytulna  kuchnia,  domowy 

nastrój  i  odrobina  alkoholu  spowodowały,  że  przestała  się 

kontrolować.  Jednak  po  pewnym  czasie  zaczęła  zastanawiać  się  nad 

intencjami Hanka.  

Dlaczego  nie  przeżywała  podobnych  wątpliwości,  całując  się  z 

Dougiem  Kellym?  Po  prostu  nie  obawiała  się,  że  straci  dla  niego 

głowę. Z Hankiem to zupełnie co innego.  

Rozbudził w niej od razu tak silne emocje! Co się stanie, gdy się 

na nim zawiedzie? Miała za sobą bolesne doświadczenia. Wyjechała z 

New  Jersey,  odważając  się  porzucić  mężczyznę,  którego  kochała. 

Przez  sześć  miesięcy  okrzepła  i  odzyskała  równowagę.  Przysięgła 

sobie,  że  nigdy  więcej  nie  będzie  tak  nieostrożna.  Tymczasem  w 

ramionach Hanka szybko zapomniała o danej sobie obietnicy.  

Teraz  przed  popełnieniem  głupstwa  chroniła  ją  obecność 

background image

Charliego  oraz  dzieci.  Jutro  rano  zastanowi  się  nad  całą  sytuacją, 

zdecydowała, i od razu poczuła się raźniej. Jednak Ryan nieświadomie 

zburzył jej pewność siebie.  

– Czy masz magnetowid? – spytał, kończąc drugi kawałek ciasta 

czekoladowego.  

– Tak – odpowiedziała Roxie – ale nie mam zbyt wielu kaset.  

– Żadnych filmów? 

–  Wyłącznie  filmy  z  podróży  Osbornów  do  Europy  i  Afryki. 

Widziałam je i prawdę mówiąc, są trochę nudne.  

–  Nigdy  nie  oglądałem  filmu  na  takim  dużym  ekranie.  Koledzy 

opowiadali mi, że to coś fantastycznego.  

–  Ryan  sugeruje  nam  w  swój  niezbyt  subtelny  sposób,  że  na 

ukoronowanie  wieczoru  powinniśmy  wypożyczyć  kasetę  z  jakimś 

filmem – wyjaśnił Hank.  

– Tak! To byłoby bombowo! – wykrzyknął Ryan.  

– Cóż, myślę, że to da się załatwić.  

– Wypożyczcie coś z szybką akcją, może „Top Gun”.  

– Nie, lepiej bajkę rysunkową – zaprotestowała Hilary.  

–  Tylko  proszę  bez  kłótni.  Jeśli  obiecacie,  że  będziecie  zgodni, 

wypożyczymy coś dla was.  

–  Może  pojedziesz  z  Charliem,  a  ja  tymczasem  posprzątam?  – 

zaproponowała Roxie.  

–  Roxie,  moja  droga,  przecież  wiesz,  że  nie  znam  się  na 

współczesnych  filmach.  Poza  tym  napracowałaś  się  już  w  kuchni. 

Pojedź, a my z dziećmi wszystko sprzątniemy i pozmywamy.  

background image

–  Ale...  –  Protest  zamarł  jej  na  wargach,  pomyślała,  że 

zabrzmiałby  idiotycznie.  –  Dobrze.  Dziękuję.  –  Spojrzała  na  Hanka, 

który wydawał się zdziwiony jej reakcją. Przecież tego wieczora dała 

mu  do  zrozumienia,  że  pragnie  tego  samego,  co  on.  I  w  pewnym 

sensie tak było.  

– Jedźcie już. – Charlie machnął ręką. – Nie musicie się spieszyć.  

–  Wystarczy,  że  pozbieracie  wszystko  ze  stołu  –  powiedziała 

Roxie, wstając. – Dajcie sobie spokój ze zmywarką.  

–  Dobrze,  dobrze,  nie  martw  się  o  nas.  Mam  bardzo  zdolny 

zespół,  prawda?  –  Charlie  uniósł  w  górę  krzaczaste  siwe  brwi, 

spoglądając na Ryana i Hilary.  

– Jasne – odpowiedział dumnie Ryan.  

– Naprawdę nie kłopoczcie się o zmywanie – powtórzyła Roxie.  

–  Zobaczymy,  zobaczymy.  –  Charlie  popchnął  oboje  w  stronę 

szafy z okryciami. – Nie spieszcie się.  

Roxie  rzuciła  starszemu  panu  szybkie  spojrzenie.  Doskonale  się 

orientował,  co  się  dzieje,  i  był  zachwycony  efektem  swoich  starań. 

Roxie nie miała nic przeciwko jego zabawie w swata, dopóki nie zdała 

sobie sprawy z ryzyka z tym związanego.  

– Nie chcę się mieszać w wasze sprawy – rzekła Roxie do Hanka 

po wyjściu z domu – ale obiecałam Hilary, że porozmawiam z tobą o 

jej włosach. Może nie musiałaby czekać, aż odrosną.  

Hank otworzył przed nią drzwiczki samochodu.  

– To znaczy? 

–  Dobra  fryzjerka  potrafiłaby  wyrównać  kolor,  żeby  nie 

background image

wyglądało to tak okropnie.  

–  Chyba  rozważę  tę  propozycję,  mimo  że  początkowo  chciałem, 

by dostała nauczkę.  

– Została już wystarczająco ukarana. – Roxie była zadowolona, że 

ma neutralny temat do rozmowy.  

– Oczywiście, ona marzy o tym, by być blondynką.  

– Szczerze mówiąc, nie podoba mi się ten pomysł – rzekł Hank, 

siadając za kierownicą.  

–  Mnie  też  nie.  Mam  pewien  plan,  ale  trochę  ryzykowny.  Może 

powiedz jej, że zgadzasz się, by rozjaśniono jej włosy pod warunkiem, 

że najpierw zobaczy, jak robią to komuś innemu. Nie wierzę, że wciąż 

będzie trwać przy swoim.  

– A jeśli jednak? – Hank wyjechał z podjazdu.  

–  To  właśnie  ten  element  ryzyka.  Jeśli  Hilary  z  własnej  woli  nie 

zrezygnuje,  to  nadal  będzie  upierać  się,  że  może  być  ładna  jedynie 

jako blondynka.  

–  Jest  śliczną  dziewczynką  –  rzekł  podenerwowanym  tonem 

Hank. – Z pewnością wie o tym, w kółko jej to powtarzam.  

–  Jesteś  jej  ojcem  –  westchnęła  Roxie.  –  Nie  wierzy  ci,  tym 

bardziej że nie chcesz jej pozwolić na rozjaśnienie włosów.  

– Czy cię to dziwi? 

– Zdaję sobie sprawę, że nie mam doświadczenia w postępowaniu 

z  dziećmi  –  uprzedziła  ewentualny  zarzut  Hanka  –  ale  sądzę,  że  ona 

chce sama zadecydować o kolorze swoich włosów.  

Hank spojrzał na nią z uśmiechem.  

background image

– Być może powinienem posłuchać praktycznej Roxie, kierującej 

się racjonalnymi przesłankami. Muszę się chwilę zastanowić.  

Roxie  patrzyła  na  niego  ze  zdziwieniem.  Czyżby  zamierzał  tak 

łatwo się poddać? 

–  Z  drugiej  strony,  może  po  ostrzyżeniu  nie  byłoby  tak  bardzo 

widać efektów jej działalności. Nie ryzykowałbyś wówczas, że jednak 

postawi na swoim.  

– Skoro tak uważasz, przychylam się do twojej propozycji.  

–  Och,  nie,  ja...  to  twoja  córka  i  nie  chcę  namawiać  cię  do 

niczego, co mogłoby...  

– Czy nie to właśnie robisz przez cały czas? 

Spojrzała na niego i spostrzegła, że się uśmiecha.  

– No cóż... chyba tak.  

–  No  więc  wygrałaś.  Prawdę  mówiąc,  jestem  ci  bardzo 

wdzięczny, że wzięłaś to na siebie.  

Milczeli  przez  chwilę.  Nie  potrafiła  opanować  wzruszenia  i 

współczucia. 

Zdążyła 

polubić 

Hanka. 

Był 

sympatyczny 

wyrozumiały,  swobodny  w  obejściu.  Zbyt  swobodny.  Gorączkowo 

szukała w myślach następnego neutralnego tematu.  

–  Nie  wiem  czemu  sądziłam,  że  przyjechałeś  ciężarówką  – 

powiedziała.  

– Żałuję, że tego nie zrobiłem. Jest tam bardzo wygodne siedzenie 

–  rzekł,  sięgając  po  jej  dłoń.  –  Dzieciaki  lubią  ten  samochód.  Ma 

lepsze radio.  

Roxie  wpadła  w  panikę.  Hank  realizował  swój  plan  punkt  po 

background image

punkcie.  Mogłaby  zabrać  rękę,  ale  wówczas  musieliby  o  tym 

porozmawiać, a tego nie chciała.  

– Czy w tym samochodzie również jest telefon? – Może udałoby 

się  jej  zadzwonić  do  domu  pod  pretekstem  sprawdzenia,  jak  się 

sprawuje  Charlie  oraz  dzieci.  Właściwie  naprawdę  niepokoiła  się,  co 

mogą tam sami wyprawiać.  

– Nie, nie ma. Czy jest ktoś, do kogo bardzo chcesz zadzwonić? 

– Po prostu pomyślałam, że moglibyśmy się upewnić, że w domu 

wszystko w porządku.  

– Aha. – Puścił jej dłoń. – O co chodzi, Roxie? – spytał łagodnie. 

–  Najpierw  próbowałaś  wymówić  się  od  przejażdżki,  potem  chciałaś 

koniecznie  rozmawiać  o  Hilary,  a  teraz  proponujesz,  żebyśmy 

zadzwonili do domu.  

Roxie roześmiała się nerwowo. Co miała mu powiedzieć? Że jest 

mężczyzną,  którego  mogłaby  pokochać,  boi  się  jednak,  ponieważ 

niedawno się sparzyła? 

–  Nie  wiem.  Raz  mi  się  wydaje,  że  znam  cię  od  wieków,  a  za 

chwilę zastanawiam się, jak to możliwe, by tak bardzo pociągał mnie 

ktoś, kogo poznałam cztery dni temu.  

– Ale cię pociąga? – spytał z uśmiechem, ujmując z powrotem jej 

dłoń. – Masz lodowate palce. Czy naprawdę tak się denerwujesz? 

–  Nie  wiem,  jakie  są  twoje  zamiary.  –  Powiedziała  więcej,  niż 

zamierzała.  

– Chodzi ci o dzisiejszy wieczór czy dalszą przyszłość? 

Chciała odpowiedzieć, że i o jedno, i drugie, ale zabrzmiałoby to 

background image

idiotycznie nawet dla niej.  

–  Oczywiście,  że  o  dzisiejszy  wieczór.  Przecież  dopiero  się 

poznaliśmy.  

–  A  co  z  przepowiednią  Charliego?  Czy  ani  trochę  w  nią  nie 

wierzysz? 

– Nie... niezupełnie.  

– Rozumiem. Wobec tego zdradzę ci moje zamiary na dzisiejszy 

wieczór.  Wybierzemy  film,  prawdopodobnie  komedię,  a  potem 

zatrzymamy się na spokojnej uliczce, żeby przekonać się, jak wygląda 

dalszy ciąg pocałunku.  

Roxie była ciekawa, czy Hank słyszy głośne bicie jej serca.  

– Masz jakieś zastrzeżenia? 

– Ja... nie, chyba nie. – Przełknęła z trudem ślinę. – I co dalej? 

–  Jeśli  nam  się  to  obojgu  spodoba  –  powiedział,  śmiejąc  się  – 

umówimy się na randkę, tym razem bez dzieci. Dziś nie możemy ich 

zawieść,  tym  bardziej  że  to  dzięki  Ryanowi  możemy  spędzić  chwilę 

na osobności.  

–  Hank,  dzieci  z  pewnością  czekają  na  film.  Może  powinniśmy 

wypożyczyć go i wrócić prosto do domu? 

Pogłaskał ją po dłoni.  

– Być może, ale wówczas nie pocałowałbym cię. Nie chcę wracać 

do domu, nie znając smaku twoich warg, Roxie.  

Podniecenie,  które  wzbudziły  jego  słowa,  zagłuszyło  niepokój. 

Przecież jeden pocałunek to nie koniec świata.  

– Czy zgadzasz się ze mną? – spytał Hank, wjeżdżając na parking 

background image

przed  wypożyczalnią  kaset.  –  Bo  jeśli  wolisz  wybrać  film  i  jechać 

prosto do domu, dostosuję się do ciebie.  

Patrzyła na niego, zdając sobie sprawę, że stoi na rozstaju dróg i 

że zapamięta tę chwilę do końca życia.  

– Nie chcę jechać prosto do domu.  

– To dobrze. – Przesunął lekko palcem po jej policzku. – Ani ja. 

Chodź, wypożyczymy kasetę.  

Wybrali z półki jakąś lekką komedię i podeszli do kontuaru.  

– Powinni być zadowoleni – powiedział Hank, sięgając po portfel.  

Gdy  znaleźli  się  z  powrotem  w  przytulnej  ciemności  lincolna, 

Roxie  nie  odezwała  się  ani  słowem.  Hank,  również  w  milczeniu, 

wyjechał  z  parkingu  i  skierował  samochód  ku  ślepej  uliczce,  gdzie 

powstawał  nowy  kompleks  mieszkaniowy.  Zatrzymał  samochód  i 

wyłączył silnik.  

–  Wyrosłem  już  z  kradzionych  pocałunków  w  samochodzie  – 

powiedział, odpinając pas. – Wysiadamy.  

Roxie  posłusznie  odpięła  swój  pas.  Hank  wysiadł  i  otworzył 

drzwiczki od jej strony.  

– Chodź. – Poprowadził ją w kierunku pobliskiej budowy. – Jeśli 

natkniemy  się  na  nocnego  dozorcę,  powiemy  mu,  że  kupujemy  ten 

dom i przyszliśmy dokonać wizji lokalnej.  

–  Ładnie  pachnie  –  powiedziała  Roxie,  wdychając  woń  świeżo 

ciętego drewna.  

–  Uwielbiam  to.  Mam  nadzieję,  że  nie  doczekamy  dnia,  kiedy 

przestanie  się  używać  drewna  do  budowy  domów.  Uważaj!  Jakiś 

background image

głupek  zostawił  deskę  ze  sterczącymi  gwoździami.  –  Hank  pochylił 

się i odrzucił ją.  

–  Założę  się,  że  jesteś  pedantem,  jeśli  idzie  o  bezpieczeństwo 

pracy.  

–  Owszem.  A  ta  firma  zaniedbuje  te  sprawy.  W  ogóle  bardzo 

lubię swoją pracę.  

–  Postaram  się,  żebyś  był  w  pobliżu,  gdy  będę  budowała  dom 

moich marzeń – rzekła bez zastanowienia Roxie.  

– To bardzo interesujący pomysł.  

– Hank, nie chodziło mi...  

–  Hej,  nie  denerwuj  się  –  rzekł,  przyciągając  ją  do  siebie.  –  Kto 

wie, co przyniesie nam przyszłość? Jesteś bojaźliwym stworzonkiem, 

Roxie.  

–  Chyba  tak.  –  Przesunęła  palcami  po  klapach  jego  zamszowej 

kurtki.  

Przechyliła  głowę  i  spojrzała  mu  w  twarz.  Nie  widziała  w 

ciemności jej wyrazu. Czy był taki solidny, na jakiego  wyglądał, czy 

też jest to maska, pod którą kryje się zwykły łobuz? Trzy lata temu nie 

umiała oceniać ludzi. Czy coś się od tej pory zmieniło? 

Pochylił się ku niej. Jego lekko rozchylone wargi powoli dotknęły 

jej  ust.  Ona  jednak  cofnęła  się,  przestraszona.  Niczego  nie 

przyspieszał,  gładził  ją  po  karku,  delikatnie  chwytał  zębami  i  drażnił 

językiem  jej  wargi,  dopóki  nie  opadło  z  niej  napięcie.  Z  cichym 

westchnieniem  przylgnęła  do  niego,  a  jej  wilgotne  usta  czekały  już 

tylko na pocałunki.  

background image

Objął  ją  mocniej  i  obsypał  pocałunkami,  które  sprawiły,  że 

zaczęła  drżeć  na  całym  ciele.  Jeszcze  raz  przedarł  się  przez  bariery, 

które wzniosła pomiędzy nimi. Rozchyliła z jękiem usta, pozwalając, 

by poznawał językiem ich wnętrze.  

Krew  żywiej  krążyła  jej  w  żyłach,  nie  musiała  widzieć  twarzy 

Hanka,  by  rozumieć  jego  pragnienia,  i  choć  przerażona,  sama  je 

odwzajemniała.  

Oderwał się na chwilę od niej, oddychając z trudem.  

– Lepiej... zabiorę cię do domu.  

Skinęła w milczeniu głową.  

–  Nie  chcę  tego  –  wyszeptał,  przyciągając  ją  znów  do  siebie.  – 

Chcę... do licha! – Jeszcze raz przywarł namiętnie wargami do jej ust.  

Tym  razem  wyszła  mu  naprzeciw,  oddając  pocałunek,  uległa, 

podniecona.  Otoczyła  jego  szyję  ramionami  i  zatraciła  się  zupełnie. 

Jakaś ciemna, prymitywna siła pchała ją ku Hankowi.  

Pocałunek  przyniósł  radość  i  pragnienie,  które  domagało  się 

zaspokojenia.  Czy  to  możliwe,  że  uczucie,  z  którego  tak  trudno  jej 

było  zrezygnować  sześć  miesięcy  temu,  było  zaledwie  zwiastunem 

prawdziwej  namiętności?  Oszołomiona,  zajrzała  mu  w  twarz,  gdy 

podniósł głowę, kręcąc nią, jak gdyby coś go ogromnie zdziwiło.  

–  Musimy  wracać  –  rzekł  pełnym  napięcia  głosem.  –  Jesteś...  to 

więcej  niż...  chodźmy!  –  Ujął  ją  za  rękę  i  pociągnął  łagodnie  w 

kierunku samochodu. – Charlie chyba wie, co mówi – mruknął.  

– Chyba... tak – przytaknęła.  

Pomógł jej wsiąść do samochodu i zapiąć pas. Zauważyła, że ręce 

background image

mu  drżą.  To  tylko  pocałunek,  wmawiała  sobie.  To  wszystko  wina 

przepowiedni  Charliego.  Hank  jest  zwykłym  mężczyzną.  Wszystko 

będzie  wyglądało  inaczej  w  świetle  dnia.  Sama  sobie  jednak  nie 

wierzyła.  

Hank  usiadł  za  kierownicą  i  wpatrzył  się  w  przednią  szybę 

samochodu.  

–  Naprawdę  nie  spodziewałem  się  tego  –  powiedział.  –  Jesteś 

ładna, podobasz mi się i miałem ochotę cię pocałować, ale to był grom 

z jasnego nieba.  

– Wiem. Czuję to samo.  

– Zwłaszcza że najpierw nie chciałaś ze mną jechać.  

–  Przeżyłam  rozczarowanie.  Przeprowadziłam  się  tutaj,  żeby 

dojść do siebie. Podobałeś mi się również i bałam się kolejnego...  

– To był żonaty mężczyzna, prawda?  

Skinęła w milczeniu głową.  

–  Domyśliłem  się  z  twojej  reakcji  na  zdjęcie.  Czy  wciąż  go 

kochasz? 

– Nie.  

– Pytam, ponieważ nie zniósłbym myśli, że całowałaś się ze mną, 

myśląc o nim.  

– A ty kogo całowałeś, Hank? 

–  Ciebie.  –  Pogłaskał  ją  po  policzku.  –  Tylko  ciebie.  I  mam 

ochotę  na  coś  znacznie  więcej.  Myślę,  że  spotkało  nas  coś 

wspaniałego, Roxie. Nie przegapmy tego. Kiedy cię znów zobaczę? 

– To zależy od ciebie. Ty masz dzieci.  

background image

–  Jakoś  o  nich  w  tej  chwili  nie  myślałem.  Tak,  obiecałem  im 

pomóc jutro zbudować domek na drzewie. Może wpadłabyś...  

– Może kiedy indziej – powiedziała łagodnie, kładąc mu rękę na 

ramieniu.  

–  Dobrze  –  odrzekł  cicho.  –  W  poniedziałek  mam  zebranie.  Co 

powiesz na wtorek wieczorem? 

– Chętnie – odpowiedziała z bijącym sercem.  

– Przyjadę po ciebie o siódmej.  

– Dobrze. – W ustach jej zaschło. Cały wieczór tylko z Hankiem. 

Czuła  wciąż  na  wargach  jego  palące  pocałunki.  Co  się  stanie,  gdy 

będą mieli dla siebie wiele godzin? 

background image

ROZDZIAŁ 6 

 

Roxie  spędziła  niedzielny  ranek,  szorując  na  kolanach  posadzkę 

w kuchni.  

–  Czemu  nie  chcesz,  żebym  ci  pomógł?  –  spytał  Charlie  ze 

skruszoną miną. – Czuję się odpowiedzialny za cały ten bałagan.  

– Bo jesteś – powiedziała z uśmiechem Roxie. – Nie przejmuj się. 

Podłoga prosiła się już o umycie.  

–  Byłem  pewny,  że  sypiesz  proszek  do  tych  małych 

pojemniczków. Ryan chciał użyć płynu, ale...  

– Wiem, mówiłeś mi o tym wczoraj.  

–  Tak,  ale  nie  byłem  pewien,  czy  mnie  słuchasz.  Wyglądałaś  na 

trochę... oszołomioną.  

– Och, doprawdy? – spytała z największą nonszalancją, na jaką ją 

było stać.  

–  Po  prostu  promieniałaś.  –  Charlie  wysunął  swoje  ulubione 

krzesło kuchenne i usiadł. – Ryan i Hilary myśleli, że wściekniesz się, 

gdy  zobaczysz  cały  ten  rozgardiasz,  i  byli  zdumieni,  że  przyjęłaś  to 

tak spokojnie.  

Roxie  pochyliła  głowę,  zeskrobując  zaschnięte  mydliny,  które 

zebrały się w rogu kuchni.  

– Już powiedziałam, że podłodze przydało się solidne szorowanie.  

–  Oczywiście,  postąpiłbym  dokładnie  tak  samo,  włączając  w  to 

nawet  godny  pożałowania  incydent  ze  zmywarką.  Tak,  jestem 

background image

zadowolony z wykonanej pracy.  

–  Pracy?  –  Roxie  wrzuciła  gąbkę  do  wiaderka  i  uśmiechnęła  się 

do niego złośliwie. – Czy przypisujesz sobie całą zasługę? 

– Niewykluczone. – Charlie wyjął chusteczkę i zaczął polerować 

swoją złotą spinkę.  

–  Może  rzeczywiście  sprowadziłeś  Hanka,  ale  równie  dobrze 

mogła to być kwestia przypadku.  

Charlie odchrząknął, dając Roxie do zrozumienia, że się z nią nie 

zgadza, ale jest zbyt dobrze wychowany, by się sprzeczać.  

–  Może,  ale  nie  lubię  pozostawiać  niczego  przypadkowi. 

Zwłaszcza gdy w pobliżu kręci się ktoś w rodzaju Douga Kelly’ego o 

szczurzej twarzy.  

–  No  wiesz,  Charlie!  Nie  przeszkodziło  ci  to  zajadać  się 

czekoladkami,  które  dostałam  od  niego  z  okazji  dnia  świętego 

Walentego.  

– Jadłem je wyłącznie po to, by zmniejszyć twoje poczucie winy, 

moja  droga.  Pomyślałem,  że  możesz  czuć  się  głupio,  pałaszując 

czekoladki  od  kogoś,  z  kim  nie  zamierzasz  się  więcej  spotykać  na 

gruncie towarzyskim.  

Roxie  wzięła  się  pod  boki  i  obrzuciła  go  wyzywającym 

spojrzeniem.  

– Skąd wiesz? 

– A zamierzasz? 

– Raczej nie, ale...  

– A Hank? 

background image

– We  wtorek  wieczorem – mruknęła Roxie pod nosem, wracając 

do szorowania podłogi.  

–  Świetnie.  Gdyby  jeszcze  udało  mi  się  rozwiązać  problem 

biednej Como, poczułbym się znacznie lepiej.  

– Charlie, ostrzegałam cię, żebyś dał sobie z tym spokój. Nic jej 

nie  jest.  Weterynarz  powiedział,  że  można  poczekać  do  powrotu 

Osbornów. Oni powinni mieć ostatnie słowo w tej sprawie.  

– Podejdź tu do mnie i wyjrzyj przez okno. Czy nadal twierdzisz, 

że wszystko jest w porządku? 

– Co masz na myśli? 

– Chodź, chodź. – Pomógł jej  wstać. – Znowu to robi. Usycha z 

tęsknoty.  

– Och, na miłość boską! – Roxie spojrzała przez okno. – Ona po 

prostu stoi przy płocie i wygląda.  

– Stoi tak od wielu godzin. Czy dawniej też tak sterczała całymi 

godzinami? 

–  Nie  mam  pojęcia,  nie  obserwuję  jej  każdego  ruchu.  Może 

pragnie odmiany. Wezmę ją na spacer.  

– Nie, ona tęskni do ukochanego. Nie pamiętasz, dokąd zabrali ją 

Osbornowie,  gdy  była  jeszcze  za  młoda?  Może  patrzy  właśnie  w 

tamtym kierunku? 

– Nie mam zielonego pojęcia. Nie będziemy się w to mieszać.  

Charlie spojrzał na nią i cmoknął z dezaprobatą.  

– Roxie Lowell, nie zasługujesz na swoje nazwisko! 

–  Hej,  obiecałam  ją  karmić,  szczotkować  i  ciepło  do  niej 

background image

przemawiać.  Zgodziłam  się  sprzątać  jej  zagrodę  i  mościć  świeżą 

słomą. Nie było mowy o graniu roli Kupidyna.  

– Czy nie byłoby to miłe? 

– Nie.  

Charlie poklepał ją po ramieniu.  

–  Wiem,  gdzie  jest  pies  pogrzebany.  Na  razie  nie  identyfikujesz 

się  jeszcze  z  Como.  Być  może  niedługo  spojrzysz  inaczej  na  jej 

problem.  

– Co to ma znaczyć? 

Charlie nic nie powiedział, tylko spoglądał na nią z uśmiechem.  

 

We wtorkowy wieczór, szykując się na randkę z Hankiem, Roxie 

zaczęła  znów  się  denerwować.  Wolałaby  usiąść  z  Charliem  do 

zwykłej partyjki szachów. Starszy pan zaszył się w domku gościnnym 

z książką o wschodnich zwyczajach małżeńskich, wybraną z bogatej i 

różnorodnej biblioteki Osbornów.  

Ostatnio  Roxie  zaczęła  podejrzewać,  że  może  Charlie  jest 

socjologiem,  który  pisze  pracę  naukową  poświęconą  włóczęgom. 

Zdecydował  się  żyć  przez  pewien  czas  tak  jak  oni,  aby  zebrać 

materiał.  Ucieszyłaby  się,  gdyby  to  była  prawda.  Jeśli  jednak 

rzeczywiście  jest  bezdomny,  będzie  mógł  się  u  niej  zatrzymać  tak 

długo, jak zechce.  

Tymczasem jednak zastanawiała się, co ma włożyć na spotkanie z 

Hankiem.  Zaraz  po  przyjeździe  była  na  przyjęciu  i  wtedy  widziała 

ludzi  ubranych  w  najprzeróżniejsze,  nierzadko  dziwaczne  stroje. 

background image

Postanowiła  zdać  się  na  intuicję.  W  rezultacie  zdecydowała  się  na 

szmaragdową  bluzkę  z  długimi  rękawami,  plisowaną  spódnicę  w 

deseń przypominający witraże i buty na niskim obcasie.  

Dokładnie o siódmej Hank zadzwonił do drzwi.  

– Doskonale – powiedział, gdy mu otworzyła.  

–  Doskonale  co?  –  spytała,  patrząc  na  jego  kowbojskie  buty, 

dżinsy  i  koszulę  rodem  z  westernu.  Zauważyła,  że  ma  znowu 

zamszową  kurtkę  i  zadała  sobie  w  duchu  pytanie,  czy  Hank  zdaje 

sobie sprawę, jak seksownie w niej wygląda.  

–  Zobaczysz  za  dwadzieścia  minut  –  dodał,  mierząc  ją 

spojrzeniem od stóp do głów. – Uwierz mi, pasuje jak ulał.  

Nie  mogła  zebrać  myśli,  gdy  stał  tak  blisko  niej.  Przypominała 

sobie jak przez mgłę, że mówił coś o swingu country.  

– Tańce. Teraz pamiętam.  

–  Właśnie.  Swing.  Czy  udało  ci  się  doprowadzić  kuchnię  do 

porządku? 

– W końcu tak. – Uśmiechnęła się do niego. Było to takie łatwe. – 

Mówiłam ci, że to ryzyko zostawić Charliego na gospodarstwie.  

Pogłaskał ją po policzku, patrząc na nią z czułością.  

–  Powinnaś  była  pozwolić,  bym  ci  pomógł.  Chętnie 

posprzątałbym połowę kuchni w zamian za chwile spędzone z tobą.  

– Nie ma mowy. Charlie to mój kłopot. Zresztą sympatyczny.  

– Właśnie, właśnie, gdzie on się podziewa? 

– Czyta książkę w domku gościnnym.  

– A ja marnuję czas na głupstwa. – Hank przyciągnął ją do siebie 

background image

i  pocałował  łapczywie,  jak  gdyby  nie  miał  żadnych  wątpliwości,  że 

ona tego chce.  

I  nie  powinien  mieć,  pomyślała.  Lgnęła  ku  niemu  niczym 

przyciągana  magnesem.  Kompletnie  zapomniała,  że  na  wargach  ma 

błyszczyk, że spędziła dziesięć minut nad nową fryzurą. Zapomniała o 

kolacji i tańcach, świat to były ramiona Hanka.  

– To czyste szaleństwo – szepnął, odsuwając się na tyle, by móc 

spojrzeć  jej  w  oczy.  –  Wystarczy,  że  cię  pocałuję,  a  zapominam  o 

bożym świecie.  

– Ze mną jest podobnie.  

– Naprawdę zarezerwowałem stolik, poza tym chcę zabrać cię na 

tańce. Chcę tańczyć z kimś, kogo... Z kimś takim jak ty.  

Była  ciekawa,  co  chciał  powiedzieć.  Zabrzmiało  to  jak 

wyznanie... czego? Jasne, że jej pragnął, ale gdy patrzył na nią, w jego 

oczach  tliło  się  nie  tylko  pożądanie. Zauważyła  to  już  w  sobotę,  gdy 

siedzieli  przy  stole,  i  potem,  gdy  oglądali  film.  I  teraz.  Ktoś,  kto  nie 

wiedziałby,  że  poznali  się  zaledwie  tydzień  temu,  nazwałby  to 

spojrzeniem pełnym miłości.  

To  śmieszne,  pomyślała.  Nie  mógł  jej  kochać,  nie  mógł  się 

zakochać tak szybko.  

– Wezmę płaszcz – powiedziała, wyswobadzając się delikatnie  z 

jego objęć. – Czy na pewno jestem odpowiednio ubrana? 

– Wyglądasz świetnie, po prostu prześlicznie.  

Roxie otworzyła szafę i wyjęła płaszcz.  

– Jestem gotowa. Chyba że masz ochotę na małego drinka przed 

background image

wyjściem.  

– Nie, raczej nie. – Pomógł jej włożyć płaszcz i pocałował czule. 

– Najbardziej w świecie pragnąłbym zaciągnąć cię do jaskini.  

–  Za  włosy?  –  spytała,  pokrywając  śmiechem  dreszcz 

podniecenia.  

– Nie, nigdy nie byłem zwolennikiem tej metody. Przerzuciłbym 

cię przez ramię.  

Przyspieszone  bicie  serca  powiedziało  jej,  że  nie  miałaby  nic 

przeciwko  temu.  Potężna  siła  popychała  ją  tam,  skąd  nie  było 

odwrotu. Przestała dbać o konsekwencje, chciała tylko, by ją całował.  

–  Wracając  do  problemu  mojej  córki  –  powiedział  Hank,  gdy 

wyszli  z  domu.  –  Chciałem  cię  o  coś  spytać,  nim  zapomnę.  Czy 

podtrzymujesz swoją propozycję? 

– Zamierzasz jednak zaryzykować? 

– Tak. Coś trzeba zrobić. Nie zdejmuje chustki ani na chwilę. Po 

dwóch  dniach  w  szkole  można  by  pomyśleć,  że  używała  jej  do 

czyszczenia podłogi.  

– Spytam moją fryzjerkę. Może w sobotę? 

–  Wspaniale.  Zapłacę  za  wszystko,  mam  jednak  nadzieję,  że 

wróci do swego naturalnego koloru.  

–  Hank,  nie  mogę  niczego  zagwarantować.  Nie  chciałabym, 

żebyś...  

– Nie martw się. Nie będę miał do ciebie pretensji. 

Pomógł  jej  wsiąść  do  samochodu.  Ruszyli  w  kierunku 

północnym.  Po  lewej  stronie  migotały  światła  miasta,  po  prawej 

background image

majaczył  ciemny  kształt  Catalina  Mountains.  Roxie  żałowała,  że 

jechała  tą  samą  drogą  ubiegłego  wieczoru.  Przebywanie  z  Hankiem 

było  czymś  tak  szczególnym,  że  wydawało  jej  się,  iż  wszystko,  co 

robią razem, powinni robić po raz pierwszy.  

Spojrzała na jego profil. Przez kilka lat był mężem kobiety, którą 

kochał.  Nie  mogła  tego  zmienić.  Nie  mogła  też  zmienić  faktu,  że 

przez  trzy  lata  jej  serce  należało  do  kogoś  innego.  Mimo  to  miała 

nadzieję, że uda jej się zacząć wszystko od nowa.  

– Wszystko w porządku? – spytał Hank, biorąc ją za rękę. – Jesteś 

taka cichutka.  

–  W  porządku  –  odpowiedziała,  odwzajemniając  uścisk.  –  Co 

wiesz o lamach? 

– Że są spokrewnione z  wielbłądami i hoduje je Kim Novak. To 

wszystko.  

– Kim Novak? Ta aktorka? Naprawdę? 

– Tak. Gdzieś o tym czytałem. Och, i chyba Michael Jackson ma 

jedną.  

– Charlie twierdzi, że Como tęskni za ukochanym.  

–  Naszemu  staruszkowi  tylko  romanse  w  głowie  –  roześmiał  się 

Hank.  

–  Właśnie.  Weterynarz  powiedział,  że  nie  ma  powodu 

przejmować się nią, nawet jeśli dojrzała do krycia, ale Charlie w kółko 

powtarza  to  samo  i  budzi  we  mnie  poczucie  winy.  Co  ty  o  tym 

sądzisz? 

–  Jeśli  chcesz,  żebym  cię  poparł,  to pytasz  niewłaściwą  osobę  w 

background image

niewłaściwym  czasie.  Ostatnio  mam  bardzo  pozytywne  podejście  do 

spraw miłosnych.  

– Nawet jeśli Osbornowie by się zgodzili, w co  wątpię, nie chcę 

angażować się w miłosne życie Como.  

– A moje? – spytał cicho Hank.  

–  Zgodnie  ze  słowami  Charliego  –  odparła,  rumieniąc  się  – 

wszystko zostało zapisane w gwiazdach.  

–  Nie  pytam  Charliego,  lecz  ciebie.  Odpowiedzi  udzieliło  za  nią 

jej ciało, przepełnione pożądaniem.  

– Myślę, że Charlie wiedział, co mówi – wyszeptała.  

– Ja również tak sądzę. Ja również.  

Skręcili w drogę wjazdową do Conquistador. Gdy jechali krętym 

podjazdem na  parking,  Roxie  zorientowała  się,  że  zmierzają do  „The 

Last Territory Steakhouse”. Drewniany budynek w stylu rustykalnym 

przycupnął  na  zboczu  wzgórza  poniżej  całego  kompleksu  o 

wyszukanej architekturze.  

–  Ta  knajpka  żywcem  z  Dzikiego  Zachodu  niesamowicie 

kontrastuje z nowoczesnym luksusem – powiedział Hank, pomagając 

jej wysiąść z samochodu.  

Gdy  zbliżali  się  do  restauracji,  powitały  ich  dźwięki  muzyki 

country  i  zapach  smażonego  mięsa  oraz  prażonej  fasoli.  Hank 

zastanawiał  się,  czy  uda  mu  się  cokolwiek  przełknąć.  Jedyne,  na  co 

miał ochotę, to wziąć Roxie w ramiona. Zaprosił ją jednak na kolację, 

a dobre wychowanie nakazywało dotrzymać słowa.  

– Głodna? – spytał, gdy wchodzili do środka.  

background image

– Bardzo.  

–  To  świetnie.  Chciałem  cię  jednak  uprzedzić,  że  steki  są  tu 

naprawdę ogromne, proponuję więc, żebyśmy wzięli jednego na pół. – 

Miał nadzieję, że nie wyszedł na skąpca.  

– Och tak, proszę – odrzekła z wdzięcznością.  

Może  ją  też  obfity  posiłek  napawa  przerażeniem,  pomyślał.  To 

byłby dobry znak.  

Kelnerka  poprowadziła  ich  do  stolika  obok  baryłki  pełnej 

niełuskanych orzeszków ziemnych. Hank pomógł Roxie zdjąć płaszcz 

i  posadził  ją  przy  stoliku,  po  czym  sam  zajął  miejsce  naprzeciwko. 

Stół  był  nakryty  obrusem  w  biało-czerwona  kratkę,  pośrodku  stał 

świecznik  z  czerwonego  szkła.  Wsparłszy  się  na  łokciach,  Hank 

przyglądał  się,  jak  płomień  świecy  odbija  się  w  niebieskozielonych 

oczach  Roxie.  Zastanawiał  się,  czy  choć  trochę  zdaje  sobie  sprawę, 

jaka jest piękna.  

–  Kojarzysz  mi  się  z  Gwiazdką  –  powiedział,  wskazując  na  jej 

szmaragdową bluzkę i biało-czerwony obrus.  

Chciał  jej  powiedzieć,  że  przypomina  mu  płomiennowłosą 

boginię i że opis Charliego blednie przy oryginale. Jednak nie potrafił 

znaleźć właściwych słów.  

– Lubię Gwiazdkę – odpowiedziała z uśmiechem.  

–  Ja  też.  –  Hank  spojrzał  z  tęsknotą  na  guziki,  znaczące  szlak 

pomiędzy jej piersiami i niknące pod paskiem spódnicy.  

Nie,  właściwie  nie  chciał  traktować  jej  jak  bogini,  ponieważ 

boginie są zbyt eteryczne. Roxie zaś jest kobietą z krwi i kości.  

background image

Jej obecność zapierała mu dech w piersiach i nie spodziewał się, 

by mu się to jeszcze kiedykolwiek przytrafiło. Miał w kieszeni klucz 

do  pokoju,  ale  to  ona  dyktowała  warunki.  Nie  miał  zamiaru  o  nim 

wspominać, gdyby wyczuł w niej wahanie czy obawę.  

Pojawiła  się  kelnerka  i  oboje  zdecydowali,  że  piwo  będzie 

najodpowiedniejszym napojem w tym lokalu. Zamówili też jeden stek 

i  dwa  talerze,  by  się  nim  podzielić.  Kelnerka  przyniosła  dwa  kufle  i 

koszyczek orzeszków ziemnych.  

–  Za  zepsute  telefony  –  wzniósł  toast  Hank.  –  Bez  nich 

moglibyśmy się nigdy nie spotkać.  

–  Za  zepsute  telefony  –  powtórzyła  Roxie,  podnosząc  kufel  do 

ust.  

Hank pociągnął długi łyk i odstawił swój kufel.  

–  I  pomyśleć,  że  pracując  tak  blisko,  mogłem  cię  nigdy  nie 

spotkać.  

–  Nie  zastanawia  cię,  kogo  jeszcze  przegapiasz  każdego  dnia?  – 

spytała, zlizując pianę.  

– Nie. Nie dziś. Czy zawsze jesteś taka praktyczna? 

– Zazwyczaj.  

Podziwiał  jej  inteligencję  i  umiejętność  widzenia  różnych  stron 

każdej  sprawy.  W  tej  chwili  wolał  jednak,  żeby  kierowała  się 

wyłącznie emocjami.  

– Chodźmy zatańczyć – wyciągnął do niej rękę.  

Zespół grał balladę o nieszczęśliwej miłości, ale Hank postanowił 

odrzucić  przesądy.  Ballady  w  stylu  country  rzadko  mówią  o  czym 

background image

innym,  pomyślał.  Najważniejsze,  że  będzie  znów  trzymał  Rocie  w 

ramionach.  

Na parkiecie przyciągnął ją blisko do siebie. Roxie przylgnęła do 

niego, jak gdyby tańczyli w ten sposób od lat.  

– Mam nadzieję, że wiesz, co robisz – powiedział szeptem.  

Odchyliła głowę i zatopiła w jego oczach rozmarzone spojrzenie. 

Przestała kierować się rozsądkiem.  

– Tańczę – powiedziała. – A ty co robisz? 

–  Och,  nic  –  odrzekł.  –  Po  prostu  tracę  rozum.  Myślę,  że 

doskonale zdajesz sobie z tego sprawę.  

Przycisnęła  się  do  niego  odrobinę  mocniej  biodrami,  jemu  to 

jednak wystarczyło za odpowiedź. Przepełniła go radość. Flirtowała z 

nim, drażniła się, żeby wzbudzić w nim jeszcze większe pożądanie. Z 

pewnością  nie  należała  do  kobiet,  które  celowo  podniecałyby 

mężczyznę po to, by go odepchnąć, gdy poprosi o więcej.  

Przytuliła  głowę  do  jego  piersi.  Hank  wdychał  cudowny  zapach 

jej  lśniących  włosów.  Jakże  pragnął,  żeby  wszyscy  inni  się 

zdematerializowali, żeby mógł zostać z Roxie sam na sam.  

Taniec  był  rozkoszną  torturą.  Bliskość  Roxie  rozbudzała 

namiętność.  Marzył,  by  się  z  nią  kochać.  Na  razie  musiał  mu 

wystarczyć taniec. Mimo wszystko lepiej było tulić ją do siebie, czuć 

jej pełne piersi, nacisk bioder, niż siedzieć przy stole.  

Zespół  przestał  grać  i  Hank  niechętnie  wypuścił  Roxie  z  objęć. 

Wraz z innymi parami nagrodzili muzyków brawami. Hank modlił się, 

żeby następna melodia była również powolna, wiedział jednak, że los 

background image

mu nie sprzyja. Wielu tancerzy nie mogło już się doczekać swinga.  

Roxie obserwowała ich przez chwilę, po czym pokręciła głową.  

–  Nie  potrafię  tak  tańczyć  –  stwierdziła  z  żalem.  –  Posiedźmy 

trochę, dopóki nie skończą grać.  

–  Nauczę  cię.  Nie  tańczyłem  już  kilka  lat,  ale  spróbujmy.  – 

Pokazał  jej  kroki  i  obroty,  uradowany,  że  wciąż  może  jej  dotykać.  – 

Świetnie, tylko tak dalej.  

– Czuję się głupio. Wszyscy tańczą jak zawodowcy.  

– Nie wyglądasz wcale głupio. Teraz przybliż się do mnie, obrót i 

jeszcze  jeden  obrót.  Nie  masz  pojęcia,  jak  cudownie  światło  igra  w 

twoich  włosach,  gdy  się  okręcasz  –  wyszeptał.  –  Boże,  jesteś 

naprawdę fantastyczna.  

– Założę się, że mówisz to wszystkim swoim uczennicom – rzekła 

z uśmiechem.  

–  Tylko  tym,  które  mają  lamy.  –  Oczy  jej  błyszczały,  policzki 

płonęły rumieńcem.  

Hank nabrał pewności, że z Roxie każdy dzień będzie inny, każde 

przeżycie  szczególne.  Przestało  mieć  dla  niego  znaczenie,  czy 

wykorzystają  dzisiaj  klucz,  choć  rozpaczliwie  pragnął  się  z  nią 

kochać.  Poczeka,  jeśli  to  konieczne,  wiedząc,  że  ta  chwila  musi 

nadejść.  Zdał  sobie  sprawę,  że  ich  los  został  przesądzony.  Charlie 

Hartman, czy kimkolwiek jest starszy pan, ma sto procent ragi.  

background image

ROZDZIAŁ 7 

 

Nim  skończył  się  drugi  taniec,  podano  im  zamówione  potrawy. 

Roxie z apetytem zabrała się za sałatki w śmietanowym sosie, solone 

orzeszki i piwo.  

Jednak  największy  apetyt  miała  na  szarookiego  mężczyznę 

siedzącego  naprzeciw  niej.  Taniec  przypomniał  dawne  zmysłowe 

pragnienia. Wzrok Hanka nie wprawiał jej już w zdenerwowanie i nie 

peszył. Wręcz przeciwnie, przyciągał i pobudzał.  

–  A  oto  nasz  stek  i  dodatkowy  talerz  –  powiedział  Hank,  sącząc 

piwo.  –  Kiedyś,  gdy  dzieliliśmy  się  jedzeniem  z  moim  bratem, 

zawarliśmy  układ,  że  jedna  osoba  kroi  wszystko  na  pół,  a  druga 

wybiera.  

– Nie musimy tak robić. – Roxie odstawiła świecznik i podniosła 

wzrok  na  kelnerkę.  –  Proszę  to  postawić  na  środku  stołu,  nie  będzie 

nam potrzebny drugi talerz. Dziękuję.  

– To powinno być interesujące – powiedział Hank, nachylając się 

ku niej.  

– Wygodne.  

– Taak, podoba mi się. – Odkroił kawałek steku, uśmiechając się, 

gdy ich dłonie przelotnie się zetknęły.  

– Mm, pycha. – Roxie delektowała się soczystym mięsem.  

–  Nie  musisz  nic  mówić,  ale  wciąż  myślę  o  zawodzie,  który 

przeżyłaś. Chciałbym... to znaczy...  

background image

– W porządku, Hank – powiedziała cicho Roxie. – Opowiem ci o 

nim.  

–  Naprawdę  cię  zranił,  prawda?  –  Hank  obrzucił  Roxie 

współczującym spojrzeniem.  

–  Prawda.  Po  pierwsze,  zabił  moje  marzenia.  Gdy  sobie 

przypomnę  moją  paplaninę,  ile  dzieci  chciałabym  mieć,  jaki  dom... 

Przez  przypadek  dowiedziałam  się,  że  już  ma  to  wszystko,  a  na 

dodatek żonę.  

Hank zaklął głośno.  

–  Wmawiał  mi,  oczywiście,  że  żona  go  nie  rozumie,  ale  w 

rzeczywistości to ja go nie rozumiałam.  

– Co teraz porabia ta nędzna namiastka mężczyzny? 

– Pewnie szuka w New Jersey nowej łatwowiernej zdobyczy.  

– Ma szczęście, że jest tak daleko, inaczej przefasonowałbym mu 

nos. Ale przecież są samoloty.  

– Dziękuję, ale szkoda pieniędzy na bilet.  

– Skrzywdził cię, mam więc ochotę odpłacić mu tym samym.  

Roxie  zatopiła  spojrzenie  w  roziskrzonych  gniewem  szarych 

oczach. Oto mężczyzna, który chce otoczyć ją opieką, który się o nią 

troszczy, któremu najwyraźniej na niej zależy.  

– Chodźmy zatańczyć – szepnęła.  

Wtuliła się w ramiona Hanka z radosnym westchnieniem. To nie 

do  wiary,  że  tydzień  temu  jeszcze  się  nie  znali.  Kołysali  się  w  takt 

muzyki, jego ciało było tak blisko. Ogarnęła ją fala gorąca.  

– Miłość wcale nie musi wszystkiego komplikować – szepnął jej 

background image

do ucha.  

Wzruszenie chwyciło ją za gardło, nie mogła wykrztusić słowa. A 

więc on też to czuje. Piosenka się skończyła, a oni stali na parkiecie, 

wpatrując się w siebie.  

– Mam  już  dość  tego  miejsca –  odezwał  się  wreszcie  Hank. –  A 

ty? 

– Jak na mój gust zbyt duży tutaj tłok.  

–  Chodźmy  wiec.  –  Skinął  na  kelnerkę  i  szybko  uregulował 

rachunek.  

Tymczasem  Roxie  poszła  po  ich  okrycia  i  torebkę.  Po  chwili 

podziwiali  rozgwieżdżone  niebo.  Z  dala,  znad  rzeki  dobiegało  wycie 

kojotów, w stajniach tupały niespokojnie spłoszone konie.  

–  Czy  chciałabyś  wybrać  się  na  przejażdżkę?  –  spytał  Hank, 

obejmując ją ramieniem.  

– Może – odpowiedziała z wahaniem. – A na co ty masz ochotę? 

Odwrócił ją ku sobie i położył ręce na jej ramionach, przyglądając 

się uważnie.  

–  Posłuchaj,  nie  wiem,  jak  na  to  zareagujesz,  ale... 

zarezerwowałem  dla  nas  pokój.  Tutaj.  Tak  mi  tylko  przyszło  do 

głowy. Jeśli masz jakieś obiekcje, zrozumiem.  

– Zarezerwowałeś pokój? – spytała z bijącym sercem.  

– W porządku, pospieszyłem się. Znam cię zaledwie od tygodnia. 

Zapomnij o tym.  

Myśli  kłębiły  się  w  jej  głowie.  Mogłaby  go  dotykać,  poznawać 

tajemnice  jego  ciała,  poddawać  się  jego  pieszczotom  aż  do 

background image

zaspokojenia dręczącego ją pożądania.  

–  Nie  –  wyszeptała,  przesuwając  pieszczotliwie  dłonią  po 

policzku Hanka. – Nie chcę o tym zapomnieć.  

– Nie chcesz? 

– Nie.  

–  A  więc  nie  myliłem  się  –  westchnął  z  ulgą,  wsuwając  dłonie 

pod jej rozpięty płaszcz i przytulając ją do siebie. – A więc zostaniesz 

ze mną? 

– Chyba tak – odpowiedziała, czując zawrót głowy na samą myśl 

o tym, że będzie się z nim kochać.  

–  Cały  wieczór  myślałem  tylko  o  tym,  że  chcę  cię  całować, 

dotykać,  o  tak.  –  Powoli  zaczął  głaskać  jej  piersi,  aż  sutki  naprężyły 

się  pod  materiałem  bluzki.  –  Pragnę  cię,  Roxie,  pragnę  każdego 

skrawka twego ciała.  

Zadrżała w jego ramionach. Nogi miała jak z waty.  

–  Jest  jeden  mały...  szkopuł  –  powiedziała,  gdy  szli  do 

samochodu.  

Spojrzał na nią pytającym wzrokiem.  

–  Nie  brałam  pod  uwagę  tego,  że  możemy...  nie  jestem  na  to 

przygotowana... przestałam brać pigułki – wykrztusiła wreszcie.  

– Zostaw to mnie – uśmiechnął się.  

Ucieszyła  się,  że  pomyślał  i  o  tym.  Podziwiała  odwagę,  z  jaką 

robił  plany  i  ufność,  jaką  pokładał  w  intuicji.  Do  tej  pory  nie  mogła 

mu niczego zarzucić.  

Z łatwością znalazł miejsce na parkingu, a następnie zaprowadził 

background image

Roxie do pokoju. Speszyło ją to.  

–  Byłeś  już  tutaj  –  zauważyła,  mając  nadzieję,  że  nie 

przyprowadzał tu innej kobiety.  

–  W  niedzielę  –  odrzekł,  rozwiewając  jej  obawy.  – Chciałem  się 

we  wszystkim  zorientować.  –  Zamknął  drzwi  na  klucz.  –  Miałem 

nadzieję, że przyda mi się ta wiedza.  

–  To...  bardzo  miłe  –  powiedziała  Roxie,  obrzucając 

roztargnionym  spojrzeniem  pokój,  pewna,  że  nie  zapamięta  żadnych 

szczegółów.  Wyjrzała  przez  oszklone  drzwi  prowadzące  na  nieduży 

balkon. W dole mieniła się turkusowo woda w ogromnym basenie.  

Hank  podszedł  do  niej  i  zaciągnął  zasłony.  Rzucił  kurtkę  na 

krzesło, po czym pomógł Roxie zdjąć płaszcz. Zajrzał jej w oczy.  

– Nawrót wątpliwości? 

Roxie  zastanawiała  się,  czemu  we  wszystkich  pokojach 

hotelowych  czuć  zawsze  dym  papierosowy,  płyn  do  czyszczenia  i 

politurę. Nie był to brzydki zapach, po prostu zbyt znajomy. Kojarzył 

jej się ze wspomnieniami, które pragnęła pogrzebać na zawsze.  

Odwróciła wzrok. Hank nie zasługiwał na to, by go okłamywać.  

– Ten... ee... żonaty mężczyzna, z którym widywałam się w New 

Jersey,  zawsze  zabierał  mnie  do  hotelu.  Częstował  mnie  historyjką  o 

tym, że mieszka z siostrą, która nie uznaje seksu przed ślubem.  

– Ten mężczyzna ma jakieś imię, Roxie. Jakie? 

– Mel. – Nie wymawiała na głos tego imienia od sześciu miesięcy 

i  zdumiała  się,  jak  łatwo  jej  to  przyszło  teraz.  Chwile  spędzone  z 

Hankiem  bez  wątpienia  pomogły  wymazać  pamięć  o  dniach  pełnych 

background image

cierpienia.  Gdyby  znajdowali  się  w  jakimkolwiek  innym  miejscu,  a 

nie w pokoju hotelowym, Roxie w ogóle nie pomyślałaby o Melu.  

– Jeśli jeszcze o nim myślisz, zrozumiem. Ale proszę, nie kochaj 

się ze mną, dlatego że za nim tęsknisz.  

– Nie – zaprzeczyła szybko, wspierając się o jego pierś. – To nie 

to.  Przypomniał  mi  się,  gdy  weszliśmy  do  tego  pokoju,  ale  z 

pewnością nie marzę o powrocie do niego.  

– To dobrze. Nie musimy tu zostać. Nie chcę, żebyś wspominała 

tego bęcwała, gdy po raz pierwszy będziemy razem.  

Razem, powtórzyła w myślach, czując, jak przebiega ją dreszcz.  

–  Pocałuj  mnie,  proszę  –  powiedziała,  pragnąc,  żeby  z  twarzy 

Hanka  zniknął  wyraz  niepewności.  –  Kochaj  mnie,  Hank.  Kochaj  – 

powtórzyła.  

Gdy  ich usta  się  zetknęły,  Roxie  zamknęła  oczy,  wsłuchując  się, 

co jej szepczą inne zmysły. Poddała się magii jego dotyku, wdychała 

jego  zapach,  wsłuchiwała  się  w  nierówny  oddech,  rozchyliła  usta, 

otwierając drogę ruchliwemu językowi.  

Niecierpliwie szarpał się z guzikami jej bluzki i ta niecierpliwość 

wzmogła  jeszcze  jej  pożądanie.  Nie  chciał  żadnych  gier,  drażnienia 

się, pragnął jak najszybciej przełamać wszystkie bariery. Ona też.  

Pomogła mu, potem zajęli się wspólnie jego ubraniem. Po chwili 

części  garderoby  walały  się  wszędzie,  oni  zaś,  roześmiani  i  na  wpół 

przytomni, padli na łóżko.  

–  Roxie,  och,  Roxie  –  mamrotał,  sunąc  wargami  po  jej  szyi  i 

poznając dłońmi każdy zakątek jej ciała.  – Chcę cię zapamiętać całą. 

background image

Chcę się ciebie nauczyć. Chcę wiedzieć o tobie wszystko.  

Jęknęła, gdy Hank odnalazł jej pierś i zaczął ją pieścić językiem i 

wargami. Słyszała tylko oszalałe bicie swego pulsu. Jego ręce głaskały 

płaski brzuch, uda, wreszcie dotarły do najbardziej czułego punktu, w 

którym  koncentrowało  się  całe  pragnienie,  domagając  się 

natychmiastowego zaspokojenia.  

– Twoje oczy błyszczą jak gwiazdy – powiedział, unosząc głowę.  

– Pragnę cię – wymówiła ochrypłym szeptem.  

Jednym ruchem połączył ich ciała. Roxie uniosła biodra, z trudem 

chwytając  oddech,  jej  ciałem  wstrząsały  dreszcze.  W  uszach  narastał 

szum,  zagłuszając  czułe  słowa  Hanka,  on  zaś  poruszał  się  w  niej 

rytmicznie, potęgując jej rozkosz.  

Stopniowo fala emocji opadła i Roxie wyczuła, że Hank przestaje 

panować  nad  swymi  ruchami.  Oplotła  go  nogami  i  przylgnęła  do 

niego z całej siły. Wreszcie i on osunął się na nią z jękiem.  

Oczy jej się zamgliły, gdy uświadomiła sobie, że cały czas myślał 

o  jej  satysfakcji,  a  nie  własnej.  Pomyślała,  że  nie  musiał  się  o  to 

martwić, ponieważ działa na nią tak bardzo, że wprost doprowadza ją 

do  szaleństwa.  Gdy  są  razem,  nie  potrafi  zapanować  nad 

namiętnością.  

A jednak coś było nie tak. Zdała sobie nagle sprawę, co ją gryzie. 

Czy,  tak  jak  obiecał,  zastosował  środki  ostrożności?  Musiałaby 

przecież zauważyć.  

Hank poruszył się i uniósł głowę, by spojrzeć na nią. Miał włosy 

w nieładzie i bardzo zadowoloną minę.  

background image

– Jesteś cudowna – powiedział.  

–  Ty  też  –  odrzekła,  przesuwając  pieszczotliwie  palcem  po  jego 

dolnej wardze. –  Ale mam... jedno małe pytanie. Obiecałeś mi wziąć 

na siebie sprawę... środków zapobiegawczych. Czy coś przegapiłam? 

– Nie powiedziałbym, że wiele przegapiłaś – roześmiał się. – Nie 

wyjaśniłem ci wszystkiego zbyt dokładnie, prawda? 

Roxie walczyła z uczuciem niepokoju. Mężczyzna pokroju Hanka 

nie  potraktowałby  lekko  tej  sprawy,  nie  naraziłby  jej  na  ryzyko, 

pocieszała się.  

– Nie wyjaśniłeś czego? 

–  Na  szczęście  ten  problem  mamy  z  głowy  –  rzekł,  całując  ją 

delikatnie. – Jeśli idzie o dzieci, wypadłem z gry.  

Wpatrywała się w niego, usiłując zrozumieć, co ma na myśli. Nie 

może mieć więcej dzieci? 

–  Masz  taką  minę,  jak  gdybyś  mi  nie  wierzyła,  Roxie.  Możesz 

być spokojna.  

Doprawdy? – pomyślała, ogarnięta nagłą paniką. Poczuła się, jak 

gdyby ktoś nagle zgasił lampki na świątecznej choince.  

–  Wobec  tego  wszystko  w  porządku  –  powiedziała, 

odchrząknąwszy. – Po prostu nie wiedziałam.  

–  Po  przyjściu  na  świat  Hilary  zdecydowaliśmy  z  Sybil,  że 

wystarczy  nam  dwójka  dzieci,  a  dla  mnie  operacja  była  znacznie 

prostsza. Roxie, czy coś się stało? 

– Nie, nic. – Uśmiechnęła się z przymusem.  

Myślenie  o  tych  sprawach  na  obecnym  etapie  znajomości  było 

background image

śmieszne  i  przedwczesne.  Na  razie  mogą  cieszyć  się  miłością  bez 

ryzyka  zajścia  w  ciążę.  A  jednak  na  dnie  duszy  pozostał  jakiś  osad. 

Od chwili gdy po raz pierwszy pocałowała Hanka, marzyła o wspólnej 

przyszłości.  Było  w  niej  miejsce  dla  dwójki  jego  dzieci,  ale  miała 

nadzieję, że na tym nie poprzestaną. Chciała mieć własne dziecko.  

– Zdaję sobie sprawę, iż niektórzy ludzie uważają, że mężczyzna 

po takiej operacji jest mniej męski – powiedział, nie patrząc na nią.  

–  Och,  Hank,  wcale  tak  nie  myślę!  Uważam,  że  to  bardzo 

odpowiedzialna decyzja. Jeszcze bardziej cię za to podziwiam.  

– Coś się jednak zmieniło, Roxie. Czuję to. – Badał spojrzeniem 

jej twarz.  

Przełknęła z trudem ślinę. Był zbyt spostrzegawczy i chyba lepiej, 

żeby  rozmawiała  z  nim  całkiem  szczerze.  Nawet  jeśli  pomyśli  sobie, 

że poluje na męża, to trudno.  

– Dobrze. – Odetchnęła głęboko. – Miejmy to już za sobą. Znamy 

się  bardzo  krótko,  ale  myślałam  już  o...  przyszłości.  Twojej  i  mojej. 

Naszej.  

– To miłe. Prawdę mówiąc, ja też o tym myślałem.  

– Chodzi o to, Hank, że kocham dzieci i zawsze pragnęłam mieć 

jedno lub dwoje.  

– Rozumiem.  

–  Och,  do  licha!  –  Odwróciła  głowę.  –  Nie  powinniśmy 

rozmawiać w tej chwili na ten temat, Hank. To idiotyczne.  

– Wcale nie – rzekł, głaszcząc ją po głowie.  

–  A  właśnie,  że  tak.  –  Zamrugała  szybko,  powstrzymując  łzy.  – 

background image

Może się przecież okazać po kilku randkach, że zupełnie do siebie nie 

pasujemy.  

– Teraz ty mówisz głupstwa. Odwróć się do mnie.  

Otarła oczy i posłuchała go.  

–  Roxie  –  zaczął,  ujmując  jej  twarz  w  dłonie  –  żadne  z  nas  nie 

wierzy,  że to ślepa uliczka. Być może natknęliśmy się na barierę, ale 

powinniśmy sobie z tym poradzić.  

–  Widać  od  razu,  w  jakiej  branży  pracujesz  –  roześmiała  się.  – 

Ślepe uliczki, bariery. – Jego ciepły uśmiech stopił grudkę lodu w jej 

sercu. – Co pan proponuje, panie budowniczy? 

–  Żebyśmy  porozmawiali  o  tej  sprawie,  a  nie  odkładali  ją  na 

później. Poza tym mogłabyś spędzać trochę czasu z Hilary i Ryanem. 

To jeszcze dzieci.  

–  Wiem.  W  dodatku  przemiłe  dzieci.  –  Ale  nie  moje,  chciała 

dodać, ugryzła się jednak w język.  

–  Wiem,  że  większość  kobiet  pragnie  mieć  własne  dzieci  – 

powiedział, gładząc ją po nagim ramieniu. – Może mimo to uda ci się 

pokochać  moją  dwójkę?  Nie  odpowiadaj  od  razu.  Zastanów  się  nad 

tym.  

No tak. Czy nie obawiała się, że ma tylko zapełnić puste miejsce 

w  tej  rodzinie?  Nie  chciała  teraz  o  tym  rozmawiać,  nie  miała  ochoty 

na kłótnię.  

–  Hank,  naprawdę  za  wcześnie  mówić  o  takich  sprawach.  Przed 

chwilą liczyliśmy się tylko my dwoje i nasza namiętność. Wciąż czuję 

się dziwnie, zakładając, że pewnego dnia...  

background image

– Staniemy się mężem i żoną? – dokończył cicho.  

Spojrzała  na  niego,  czując,  jak  dreszcz  przebiega  jej  po  plecach. 

Być żoną Hanka. Ta myśl zachwycała ją, a zarazem przerażała.  

– To bardzo prawdopodobne, Roxie. Bardzo. Przywarli do siebie 

z rozbudzonym na nowo pożądaniem. Nic nie mogło tego zmienić.  

– Powinnam wracać do domu – wyszeptała.  

– Ja też. Ale tak bardzo cię pragnę, Roxie.  

– I ja ciebie. Pozwól mi udowodnić, jak bardzo. Odwróciła go na 

plecy i pochyliła się nad nim.  

Głaskał  jej  piersi,  aż  sutki  stały  się  twarde  jak  guziczki,  prężyły 

się w oczekiwaniu na pieszczotę jego warg i języka. Powoli opadła na 

niego  i  zaczęła  poruszać  się  w  spokojnym  miłosnym  rytmie,  pragnąc 

mu  się  odwzajemnić,  ofiarować  mu  rozkosz.  Poddała  się  jednak, 

obezwładniona  namiętnością.  Chwycił  ją  za  biodra  i  zmusił  do 

przyspieszenia  tempa,  aż  wreszcie,  wstrząsana  dreszczem,  niemal 

rozpłynęła  się  w  rozkoszy.  Jak  przez  mgłę  usłyszała  jęk  Hanka, 

świadczący,  że  nie  pozostał  za  nią  w  tyle.  Opadła  bezsilnie  na  jego 

szeroką pierś, z trudem łapiąc oddech.  

Przez długi czas leżeli w milczeniu. Hank głaskał ją delikatnie po 

plecach.  Gdy  wreszcie  przemówił,  w  jego  głosie  pobrzmiewało 

zdumienie.  

–  Kocham  cię,  Roxie.  Bóg  mi  świadkiem,  że  zdążyłem  cię  już 

pokochać.  

background image

ROZDZIAŁ 8 

 

Roxie zamknęła oczy.  

– To wszystko stało się tak szybko, Hank. Nie potrafię...  

– Wiem, kochanie. Podejrzewam, że jestem bardziej oszołomiony 

od  ciebie.  Nie  mam  zamiaru  cię  ponaglać.  Słowa  przyjdą  same. 

Jeszcze  niedawno  uważałaś,  że  miłość  oznacza  zdradę  i  cierpienie. 

Czuję, że boisz się znowu zawieść.  

– Chyba tak. – Przytuliła się do niego z westchnieniem.  

–  On  cię  nie  kochał,  Roxie.  Nie  mógł  cię  kochać,  skoro 

okłamywał cię od samego początku.  

– To prawda, czemu więc byłam taka głupia? 

– Nie głupia, lecz cudownie ufna. To nie twoja wina. Nie bądź dla 

siebie taka surowa.  

– Przez całe życie kierowałam się logiką. Gdybym tym razem nie 

dała  się  ponieść  emocjom,  cała  ta  farsa  trwałaby  bardzo  krótko.  To 

właśnie, mnie niepokoi.  

– Dlatego boisz się teraz zawierzyć uczuciom? 

– Nie bardzo potrafię nad nimi zapanować – uśmiechnęła się.  

– Na to liczę.  

Zawisła  spojrzeniem  na  jego  odprężonej  twarzy,  zastanawiając 

się, czy kiedykolwiek będzie miała dość patrzenia w te szare oczy czy 

całowania miękkich warg. Będzie szczęśliwa, mogąc wpatrywać się w 

twarz Hanka.  

background image

To  było  proste,  ale  miłość  do  Hanka  oznaczała  również 

obcowanie z dwójką jego dzieci i najwyraźniej rezygnację z własnych. 

Inaczej planowała swoje życie...  

Jednak  dotąd  nikt  nie  wzbudził  w  niej  takiej  namiętności  jak 

Hank.  Połączyło  ich  coś  absolutnie  wyjątkowego.  Nie  może  go 

odepchnąć,  nie  teraz.  Zostanie  z  nim  bez  względu  na  to,  jakie 

problemy mogą wyniknąć w przyszłości.  

–  Wiesz  –  powiedział  cicho,  rozczesując  palcami  jej  splątane 

włosy  –  uwielbiam  obserwować,  jak  rozmyślasz.  Naprawdę  cenię 

twoją  inteligencję  i  rozsądek,  ale  w  życiu  jest  również  miejsce  na 

emocje, uczucia.  

Milczała, rozkoszując się delikatnym dotykiem jego palców. Jest 

w  stanie  przekonać  ją  o  wszystkim,  używając  jako  argumentu 

pieszczoty.  

– Chyba zrobiło się późno.  

– Niestety.  

–  Hank,  a  twoje  dzieci?  Mam  nadzieję,  że  nie  zostawiłeś  ich  z 

jakąś niedoświadczoną nastolatką? 

–  Nie. Moja  gospodyni  Dolores  mieszka  z  nami  od poniedziałku 

do czwartku. Nigdy jednak nie spędzam nocy poza domem.  

– Musimy się zbierać. Idziesz rano do pracy.  

– Ty też.  

– Tak, ale ja mogę zdrzemnąć się nad biurkiem, a tobie mogłoby 

to grozić wypadkiem.  

W drodze do domu milczeli, porozumiewając się tylko dotykiem. 

background image

Żadne z nich nie miało ochoty rozstać się pod drzwiami Roxie, było to 

jednak nieuniknione.  

–  Myślałem  o  naszych  przyszłych  spotkaniach  –  powiedział 

Hank, gdy stali, tuląc się w objęciach.  

– To wszystko jest nieco skomplikowane. Tutaj Charlie, w moim 

domu dzieci.  

–  Wiem.  Spodziewałam  się,  że  zaproponujesz  po  kolacji,  byśmy 

przyjechali do mnie, ale...  

–  Tak.  Podjąłem  decyzję  w  niedzielę,  dlatego  zarezerwowałem 

pokój. Niestety i ta możliwość jest ograniczona.  

–  Owszem.  Nie  chcę,  żebyś  kładł  się  tak  późno  spać  w  dni 

powszednie.  

Objął dłońmi jej pośladki i przycisnął ją mocno do swych bioder.  

– Nawet mimo nagrody? 

Przymknęła  oczy,  poddając  się  wzbierającej  w  niej  namiętności. 

Natychmiast wyczuła również jego reakcję.  

– Tak. Nawet mimo nagrody.  

– Och, moja praktyczna Roxie.  

– Nie chcę, żeby coś ci się stało.  

– Jesteś słodka, wiesz o tym? 

Uśmiechnęła się i pocałowała go  w  brodę, na której zaczynał się 

już pojawiać zarost.  

– Co więc zrobimy? 

– Coś wymyślę. Na pewno. – Zastanawiał się przez chwilę. – Już 

wiem.  Rodzice  Sybil  mieszkają  tutaj  w  mieście.  Wielokrotnie 

background image

zapraszali dzieci na weekend. Najbliższy odpada z powodu tej historii 

z  włosami,  ale  następny  wchodzi  w  rachubę.  Czy  Charlie  zajmie  się 

Como, gdybyś chciała spędzić weekend w moim domu? 

Cały  weekend!  Nie  mogła  sobie  wprost  wyobrazić  takiego 

szczęścia.  

– Chyba tak. Zapytam go.  

– Myślę, że się zgodzi. Tymczasem może spędzilibyśmy tę sobotę 

z dzieciakami? Miałabyś okazję lepiej je poznać.  

– Boję się – rzekła po chwili wahania Roxie – że ty, a może nawet 

dzieci,  chcielibyście,  abym  zastąpiła  twoją  żonę.  –  Nie  potrafiła  na 

razie  wymówić  imienia  Sybil.  Serce  kołatało  jej  w  piersi,  czekała  na 

wybuch gniewu Hanka, tymczasem on pogłaskał ją pieszczotliwie po 

karku.  

–  W  przypadku  dzieci  jest  to  możliwe  –  powiedział  spokojnie  – 

ale w moim wykluczone. Spróbuję wpłynąć na nie, żeby tego również 

nie  robiły.  Nie  mam  ci  za  złe  twoich  obaw,  ale  dla  mnie  jesteś  po 

prostu  Roxie.  Gdy  się  dziś  kochaliśmy,  ani  na  moment  nie 

zapomniałem, kim jesteś.  

Zarzuciła mu ramiona na szyję i przytuliła się policzkiem do jego 

policzka.  

–  Z  przyjemnością  spędzę  z  wami  ten  dzień  –  zapewniła.  – 

Poproszę Charliego, żeby popilnował Como, i dam ci znać.  

– Zaufaj mi, Roxie. Proszę, zaufaj mi. – Objął ją jeszcze mocniej.  

Odchyliła  się  i  zajrzała  mu  w  oczy,  te  przepiękne  oczy,  które 

miały nad nią taką władzę.  

background image

– Tylko głupiec nie miałby do pana zaufania, Hanku Craddocku.  

Następnego  ranka  Roxie  nie  czuła  wcale  zmęczenia.  Wstała 

wcześniej  niż  zwykle,  dokładnie  w  porze,  gdy  na  placu  budowy 

rozpoczynała się praca. Hank był tak blisko! Ta myśl doprowadzała ją 

do szaleństwa, ponieważ równie dobrze mógłby być na końcu świata. 

Jednak nie chciała kręcić się po budowie, by nie narazić ich na plotki.  

Włożyła  stare  dżinsy  i  postanowiła  nakarmić  Como  przed 

wyjściem  do  pracy.  Powietrze  było  rześkie,  a  niebo  błękitne  niczym 

oczy  syjamskiego  kota.  Wszystko  dziś  wydawało  się  Roxie  inne, 

zdumiewająco  piękne  –  ogród,  domek  gościnny,  drzewa  cytrusowe, 

zagroda Como z miniaturową stajnią.  

Zastanawiała się, czy Hank ma drzewka owocowe i czy zgodziłby 

się  kupić  lampę.  Hilary  i  Ryan  byliby  ogromnie  szczęśliwi,  a  Roxie 

zdobyła już przecież doświadczenie, zajmując się Como. Na obrazku, 

który  właśnie  wyczarowywała  w  wyobraźni,  znajdował  się  również 

Charlie. Hank bez trudu zbudowałby dla niego mały domek gościnny.  

Zastanawiając  się  nad  przyszłością,  Roxie  pomyślała,  że  być 

może  Hank  ma  rację  i  przy  Hilary  i  Ryanie  nie  odczuje  braku 

własnych  dzieci.  Charlie  też  będzie  potrzebował  jej  czułej  opieki. 

Próbowała  uciszyć  wewnętrzny  głos,  który  mówił  jej,  że  nigdy  nie 

będzie uczyła chodzić własnego dziecka, nie ukołysze go do snu. Nie 

można  mieć  wszystkiego,  życie  wciąż  stawia  człowieka  przed 

koniecznością wyboru.  

Widząc Roxie, Como podeszła do ogrodzenia i stanęła przy nim, 

strzygąc uszami. Roxie pogłaskała ją po aksamitnym nosie.  

background image

–  Jak  się  masz,  mała  –  przemówiła  do  niej  czule,  zaglądając  w 

przepastne  brązowe  oczy.  –  Życzę  ci,  żebyś  była  równie  szczęśliwa 

jak  ja dzisiaj. Cierpliwości, twój  czas  nadejdzie.  – Roxie  wydało  się, 

że lama zamrugała kokieteryjnie długimi białymi rzęsami.  

–  Każdy  pan  lama  straciłby  dla  ciebie  głowę  –  powiedziała, 

drapiąc  ją  za  uszami.  –  Jesteś  tak  piękna,  że  zasługujesz  na 

najlepszego. Osbornowie na pewno go znajdą.  

–  Czy  Como  nie  ma  tu  nic  do  powiedzenia?  –  dobiegł  ją  z  tyłu 

głos  Charliego.  –  Z  pewnością  nie  wierzysz  w  takie  aranżowane 

małżeństwa, o których czytałem wczoraj wieczorem.  

– Chodzi ci o ludzi czy o lamy? – spytała Roxie z uśmiechem.  

–  O  wszystkie  stworzenia.  Każdy  powinien  mieć  możliwość 

wyboru.  Spójrz,  założę  się,  że  on  mieszka  gdzieś  tam  –  wskazał 

gestem ręki. – Como zawsze gapi się w tamtą stronę.  

–  Pewnie  podoba  jej  się  widok  z  tego  miejsca,  a  może  lubi 

wystawiać  pysk  na  powiew  wiatru.  A  tak  naprawdę,  to  Como 

potrzebne jest śniadanie i trochę ruchu. Może zabiorę ją na spacer.  

–  W  jakimś  konkretnym  kierunku?  –  W  niebieskich  oczach 

Charliego zamigotały figlarne ogniki.  

– Charlie, czy widzisz mnie na wylot? 

–  Tak,  moja  droga,  i  jest  to  wspaniały  widok.  Rozumiem,  że 

dobrze się bawiłaś wczoraj wieczorem.  

– Tak. – Roxie wiedziała, że policzki jej płoną, ale nie mogła nic 

na to poradzić. – A skoro już mówimy o Hanku, chciałam cię poprosić 

o przysługę.  

background image

– Co tylko sobie życzysz.  

– Hank poprosił, żebym spędziła sobotę z nim i jego dziećmi. Czy 

nie zająłbyś się w tym czasie Como? 

–  Z  przyjemnością.  Poczytamy  sobie.  Czy  wiesz,  że  ona  lubi 

poezję? Zwłaszcza wiersze o miłości.  

– Czytasz jej? – spytała zdumiona Roxie.  

–  Przez  cały  czas.  –  Wyjął  z  wewnętrznej  kieszeni  marynarki 

wystrzępioną książkę w skórzanej oprawie.  

–  To  sonety  Szekspira,  jej  ulubione,  ale  pożyczyłem  też  kilka 

książek  z  biblioteki  Osbornów.  Ednę  St.  Vincent  Millay,  Elizabeth 

Barrett Browning...  

– Nie chcę rozwiewać twoich złudzeń, ale Como prawdopodobnie 

reagowałaby tak samo, gdybyś czytał reklamy  w  gazetach. Myślę,  że 

po prostu lubi słuchać twojego głosu.  

–  Mylisz  się,  Roxie.  Próbowałem  czytać  Kiplinga,  ale  jej  się 

zdecydowanie nie podobał.  

– Skąd możesz wiedzieć? 

–  Była  niespokojna,  strzygła  uszami,  przestępowała  z  nogi  na 

nogę. Nie wykazała odrobiny zainteresowania.  

– Muchy.  

– Nie ma much o tej porze roku.  

– No to może była głodna.  

– Nie. Była nakarmiona.  

–  Wobec  tego...  nie  wiem  –  poddała  się  Roxie.  –  Ale  musi  być 

jakieś logiczne wytłumaczenie.  

background image

– Oczywiście. Woli Szekspira od Kiplinga.  

–  Niech  ci  będzie.  –  Przynajmniej  dziwactwa  Charliego  są 

nieszkodliwe. Nasypała lucerny do żłobu.  

– Czy zechcesz jej poczytać, gdy będzie jadła? 

– Zawsze to robię. Wcześnie coś dzisiaj wstałaś.  

– Owszem. – Roxie rysowała wzorki na piasku czubkiem buta.  

– Wystarczy ci czasu, żeby przejść do rogu i z powrotem – dodał 

chytrze.  

– Chyba tak.  

– Czy chciałaś mnie jeszcze o coś prosić? 

Roxie  obawiała  się,  że  jeśli  poruszy  sprawę  weekendu,  zdradzi 

prawdziwy  charakter  stosunków,  łączących  ją  z  Hankiem.  Inaczej 

jednak się nie dowie, czy Charlie zechce zająć się Como.  

– Nie krępuj się, Roxie. O co chodzi? 

– Ee... o kolejny weekend. – Rzuciła mu ukradkowe spojrzenie. – 

Dzieci Hanka spędzą go u dziadków i...  

–  Oczywiście  –  przerwał  jej  Charlie.  –  Młodzi  kochankowie 

potrzebują czegoś więcej niż kradzione chwile. Zajmę się wszystkim.  

– Bałam się, że możesz tego nie pochwalać.  

–  Ach,  Roxie  –  zmarszczył  twarz  w  uśmiechu  –  nie  pochwalam 

wyłącznie  działań,  które  biorą  się  z  negatywnych  emocji.  Nie  masz 

pojęcia, jak się cieszę, że ty i Hank chcecie być razem. O nic się nie 

martw.  

– Dziękuję ci, Charlie. Jesteś kochany.  

–  Tak  –  odpowiedział,  kołysząc  się  na  piętach  i  poprawiając 

background image

czerwoną muszkę – rzeczywiście jestem. A teraz umaluj się odrobinę i 

uczesz, a ja poczytam Como. Potem możesz iść na spacer. Ostrzegam 

cię jednak, że Como będzie chciała iść w przeciwnym kierunku.  

– A ty uważasz, że tam mieszka jej ukochany.  

– Naturalnie.  

Roxie  pobiegła  z  uśmiechem  do  domu.  Nie  miała  zamiaru 

zachowywać  się  tak  każdego  ranka,  ale  dzisiejszy  był  przecież 

wyjątkowy. Musiała zobaczyć Hanka choć przez moment.  

Gdy  szła  w  kierunku placu  budowy,  zrozumiała,  co Charlie  miał 

na myśli, mówiąc, że Como woli kierunek zachodni od wschodniego. 

Ledwie udało jej się nagiąć zwierzę do swej woli. Może rzeczywiście 

Como  pamięta  mgliście  kierunek,  w  którym  wieziono  ją  kilka 

miesięcy  temu  do  samca.  Trudno,  musi  zaczekać  do  powrotu 

Osbornów.  

Gdy  zbliżały  się  do  rogu,  Roxie  błyskawicznie  wypatrzyła 

ciężarówkę  Hanka,  a  po  chwili  jego  samego,  za  ogrodzeniem,  w 

odległości  jakichś  pięćdziesięciu  metrów.  Rozmawiał  z  dwoma 

mężczyznami,  pochylony  nad  planami  rozłożonymi  na  stercie  desek. 

Na wspomnienie minionej nocy serce zaczęło jej łomotać w piersi jak 

oszalałe.  

Właśnie  gdy  pomyślała,  że  chyba  nie  uda  jej  się  z  nim 

porozmawiać, podniósł głowę i zobaczył ją. Nawet z daleka dostrzegła 

błysk uśmiechu. Powiedział coś do obu mężczyzn, którzy się również 

odwrócili. Następnie zwinął plany i ruszył w kierunku Roxie.  

Poczuła  nieprzepartą  ochotę,  by  podbiec  i  rzucić  mu  się  w 

background image

ramiona,  i  zapewne  by  to  uczyniła  mimo  wielu  gapiów,  gdyby  nie 

prowadziła na uwięzi lamy.  

–  Cześć,  ślicznotko.  W  pierwszej  chwili  myślałem,  że  jesteś 

pustynnym mirażem. W tym kraju zdesperowani mężczyźni widzą to, 

co pragną zobaczyć.  

Odczekała,  aż  zbliżył  się  bardziej,  wzięła  głęboki  oddech  i 

powiedziała: 

– Kocham cię, Hank.  

– Czasami zdesperowani mężczyźni słyszą to, co pragną usłyszeć. 

Czy mogłabyś powtórzyć? 

– Kocham cię, Hank. Właśnie to sobie uświadomiłam.  

Przebył  dwoma  susami  dzielącą  ich  odległość  i  ujął  jej  twarz  w 

dłonie.  

–  Nie  mogę  w  to  uwierzyć  –  wyszeptał.  –  Marzenia  zwykle  nie 

spełniają się tak szybko.  

– Czasami tak – rzekła z uśmiechem.  

– Jestem cholernie szczęśliwym facetem. – Pochylił się nad nią i 

ucałował  czule  jej  wargi.  –  Co  za  wspaniały  początek  dnia!  Miałem 

kłopoty  z  koncentracją,  ale  teraz...  –  Pokręcił  głową.  –  Nie 

spodziewałem się takiego hojnego podarunku.  

– Nie zamierzałam mówić ci niczego szczególnego – Roxie czuła 

się lekka jak balonik – ale wszystko wydało mi się dzisiaj takie inne, 

czułam,  że  muszę  się  z  tobą  zobaczyć.  Kiedy  szedłeś  w  moją  stronę, 

wszystko stało się jasne.  

Wpatrywali się w siebie z zachwytem.  

background image

– Widzę, że masz przyzwoitkę – powiedział Hank, drapiąc Como 

w szyję.  

–  Nie  chciała  iść  ze  mną.  Myśli,  że  jej  ukochany  mieszka  w 

przeciwnym kierunku, przynajmniej tak twierdzi Charlie.  

–  Nigdy  już  nie  zlekceważę  żadnego  słowa,  które  wyszło  z  jego 

ust.  

– Ani ja – roześmiała się Roxie.  

–  Właśnie,  właśnie,  a  czy  poprosiłaś  go,  żeby  zaopiekował  się 

tym stworem? 

–  Tak,  i  zgodził  się  z  chęcią.  –  Roxie  popuściła  linkę  i  Como 

znalazła niewielką kępkę chwastów, które zaczęła z lubością skubać. – 

Aha,  Charlie  czyta  Como  sonety  Szekspira  i  przysięga,  że  lama 

uwielbia  klasyczną  poezję,  zwłaszcza  miłosną.  Hank  –  dodała  po 

chwili milczenia – nie zrozum tego źle, ale czy nie sądzisz, że Charlie 

jest ee...  

– Niezrównoważony? Na pewno niegroźnie. Czasami tacy ludzie 

widzą rzeczy, których inni nie zauważają. Charlie wiedział od razu, że 

będzie nam ze sobą dobrze.  

– W takim razie przestaję się martwić.  

–  I  zacznij  planować.  Rodzice  Sybil  mają  wolny  ten  weekend,  a 

nie  następny,  gdybyś  więc  mogła  iść  z  Hilary  do  fryzjera  wcześnie 

rano, po południu odwiózłbym dzieci do dziadków.  

– W ten weekend? – Roxie przebiegł dreszcz podniecenia.  

– Bardzo się z tego cieszę. Chyba nie doczekałbym się przyszłego 

tygodnia.  Szczerze  mówiąc,  łamałem  sobie  głowę,  jak  tu ukraść parę 

background image

godzin w czwartek wieczorem.  

– Naprawdę? Przecież ustaliliśmy...  

–  Wiem,  ale  tak  bardzo  cię  pragnę.  A  zwłaszcza  teraz...  Mam 

pomysł, nie, nie obawiaj się, nie będzie to pokój hotelowy.  

–  Hank, jeśli  myślisz  o  randce na  łonie natury,  to uprzedzam,  że 

potwornie boję się węży i robaków.  

– Nie, to nie to.  

– Naprawdę rozbudziłeś moją ciekawość.  

–  Chciałbym  rozbudzić  coś  więcej  –  szepnął,  puszczając  do  niej 

oko. – Czy mogę zatem wpaść po ciebie w czwartek? 

–  Jasne,  nie  przegapiłabym  za  nic  takiej  okazji.  Co  też  ty 

wymyśliłeś? 

–  Niczego  nie  zdradzę.  Przepraszam  cię,  ale  niestety  muszę 

wracać do pracy.  

–  Wiem.  Naprawdę  nie  miałam  zamiaru  zatrzymywać  cię  tak 

długo. Chciałam tylko...  

– Na miłość boską, nie przepraszaj mnie za najwspanialszą rzecz, 

jaka  mi  się  przydarzyła  od  niepamiętnych  czasów.  –  Przechylił  jej 

głowę  i  pocałował  szybko.  –  Czwartek  o  siódmej,  moja  ukochana 

Roxie o płomiennorudych włosach i oczach barwy morza.  

Nie ruszała się z miejsca, odprowadzając go wzrokiem. Odwrócił 

się i pomachał jej ręką, ona zaś odpowiedziała tym samym, następnie 

odciągnęła Como od kępki chwastów i wróciła na wpół przytomna do 

domu. Jak zdoła wytrzymać te nie kończące się godziny, które dzieliły 

ją  od  spotkania  z  Hankiem.  Nie  miała  pojęcia,  dokąd  zabierze  ją  w 

background image

czwartek,  ale  to  było  bez  znaczenia.  Wbrew  temu,  co  powiedziała, 

zgodziłaby się leżeć w samym sercu pustyni, na kocu, pośród dzikich 

bestii, byle tylko Hank tulił ją mocno w ramionach.  

background image

ROZDZIAŁ 9 

 

W  czwartek  wieczorem  Roxie  włożyła  złocisty  welurowy  dres. 

Wciąż  podejrzewała,  że  plany  Hanka  są  jednak  związane  z  łonem 

natury. Gdy przyjechał po nią ubrany w dżinsy, adidasy i szarą bluzę, 

doszła do przekonania, że się nie myliła.  

– Pewnie domyśliłaś się, dokąd jedziemy – powiedział, całując ją 

na przywitanie.  

– Być może. – Cieszyło ją jego zachowanie. We wtorek nie miał 

pewności,  jak  potoczy  się  wieczór.  Dziś  ta  pewność  odzwierciedlała 

się w jego oczach, w pocałunku, w każdym geście.  

–  Chodźmy  już  –  ponaglił.  –  Ostatnie  dwa  dni  wydawały  mi  się 

wiecznością.  

– Czy mam wziąć latarkę? 

– Mam świece.  

– Płaszcz? 

– Wystarczy ci dres, a potem sam cię rozgrzeję.  

– To będzie dla mnie nowe doświadczenie – wyznała Roxie, gdy 

siedzieli już w samochodzie.  

– Dla mnie też.  

– Naprawdę? 

– Naprawdę – roześmiał się. – Czy uważasz mnie za podrywacza? 

– Myślałam, że może... kiedy byłeś żonaty.  

–  Wtedy  nie  musiałem  uciekać  się  do  takich  sztuczek.  Muszę 

background image

przyznać, że planowanie tej eskapady sprawiło mi wiele radości. Mam 

w  bagażniku  kosz  z  przysmakami  i  winem,  na  wypadek  gdyby 

zechciało nam się tracić czas na coś tak nudnego jak jedzenie.  

Przebiegł  ją  dreszcz  oczekiwania.  Spojrzała  na  Hanka  w 

milczeniu.  

–  Może  się  zdarzyć,  że  o  nim  zapomnimy  –  powiedział  Hank, 

przyspieszając na skrzyżowaniu.  

Roxie spodziewała się, że pojadą w kierunku Catalina Mountains. 

Hank  jednak  skręcił  w  drogę  prowadzącą  do  eleganckiego  osiedla 

mieszkaniowego.  

– Hank, dokąd jedziemy? 

–  Mój  najlepszy  przyjaciel  buduje  tutaj  dom,  który  zamierza 

sprzedać za duże pieniądze. Wczoraj położyli wykładzinę i będę miał 

duże kłopoty, jeśli poplamimy ją winem. Ale Ed mi zaufał, poza tym 

ma wobec mnie dług wdzięczności, tak więc dziś wieczorem dom jest 

mój.  

–  Twój  przyjaciel  wie,  po  co  był  ci  klucz?  –  Roxie  spłonęła 

rumieńcem  i  pomyślała,  że  wolałaby  nie  wpaść  na  faceta  o  imieniu 

Ed.  

–  To  sympatyczny  człowiek,  Roxie.  Znam  go  i  Joanie  od  lat. 

Powiedział, że chętnie odegra rolę Kupidyna.  

– Chyba nie rozmawiał z Charliem? 

– Raczej nie – roześmiał się Hank. – Daj spokój, Charlie nie może 

być  sprawcą  wszystkiego,  co  nam  się  przydarza.  Nie  jest 

czarodziejem.  

background image

–  Masz  rację,  ale  czasami  wydaje  mi  się  to  wszystko 

niesamowite.  Nawet  fakt,  że  w  sobotę  rano  Hilary  będzie  mogła 

przyjrzeć się rozjaśnianiu włosów. Nie jestem przesądna, ale...  

– Możemy się tylko z tego cieszyć. – Uścisnął jej dłoń. – Czy jest 

to przeznaczenie, czy zbieg okoliczności, będziemy mieć prawie cały 

weekend dla siebie.  

–  Wiem.  Czasami  szczypię  się,  żeby  sprawdzić,  czy  mi  się  to 

wszystko nie śni.  

– Ja tego nie robię – powiedział Hank, pomagając Roxie wysiąść i 

wręczając jej klucze do domu. – Jeśli to sen, niech trwa dalej. Otwórz 

drzwi, ja wezmę koszyk.  

– A co z sąsiadami? Nie zdziwi ich światło i czyjeś głosy? 

– Domy stoją od siebie tak daleko, że nawet nie zauważą.  

Roxie  otworzyła  obydwa  zamki  i  nacisnęła  mosiężną  klamkę. 

Echo ich kroków odbijało się w wyłożonym terakotą holu.  

– Którędy? – spytała, gdy jej oczy przywykły do ciemności.  

– Tędy, do salonu. Przez okno sączy się światło księżyca, tak że 

świece będą nam niepotrzebne.  

Hank  sprowadził  ją  po  trzech  schodkach  w  dół.  Stanęli  przed 

kominkiem  w  kształcie  ula.  Postawił  wiklinowy  kosz  w  palenisku  i 

odwrócił się ku Roxie.  

– Co o tym myślisz? 

–  Wszystko  pachnie  nowością.  –  Spojrzała  na  majaczące  w 

ciemności belki sufitu. – Podoba mi się ten dom i jego klimat.  

– Ed zna się na rzeczy. – Hank wyjął z koszyka miękki koc.  

background image

– Rozumiem, dlaczego się przyjaźnicie.  

Hank  rozłożył  koc  w  kwadracie  księżycowego  światła,  po  czym 

przyciągnął ją do siebie.  

– Idealne miejsce, by cię kochać – powiedział, układając Roxie na 

kocu.  

– I ciebie – szepnęła, lgnąc do niego całym ciałem.  

Hank modlił się, żeby to nie był sen. Tulił Roxie, wdychał zapach 

jej skóry, całował jej wilgotne usta, pieścił piersi. Jęknęła, gdy ścisnął 

palcami  naprężony  sutek.  Każdy  mężczyzna  marzy,  żeby  kobieta 

pragnęła go tak bardzo, pomyślał. Serce Roxie waliło jak młotem, gdy 

smakował językiem głębię jej ust.  

– Roxie, Roxie – szeptał jej imię między pocałunkami.  

Przerwał  tylko  na  chwilę,  by  ściągnąć  jej  bluzę  przez  głowę.  Jej 

nagie  piersi  bieliły  się  w  świetle  księżyca.  Pozostawienie  reszty 

ubrania  wydało  mu  się  świętokradztwem,  zsunął  jej  więc  z  bioder 

spodnie i majteczki.  

– Boże! Jakże kocham cię właśnie taką.  

Uśmiechnęła się zmysłowo, kusząco.  

– Będziesz mógł kochać mnie lepiej, jeśli sam zdejmiesz ubranie.  

Posłusznie  wykonał  polecenie,  nie  spuszczając  z  niej  wzroku. 

Opadł z powrotem na koc, błogosławiąc w myśli przyjaciela za to, że 

położył taki puszysty dywan. Mógł się kochać namiętnie z Roxie, bez 

obawy, że sprawi jej ból.  

Muskał ją lekko palcami, jak gdyby była kosztownym naczyniem 

z  porcelany.  Zaczął  od  szyi,  potem  sunął  dłońmi  po  jej  rozgrzanej 

background image

skórze, aż zamknął w nich obie piersi.  

Wpatrywał się w jej twarz. Rozszerzone źrenice Roxie ciemniały, 

gdy błądził palcami po jej ciele, pieszcząc napięty brzuch. Rozchyliła 

wargi, oddychając coraz szybciej. Gdy jego dłonie powędrowały niżej, 

Roxie niespokojnie poruszyła biodrami.  

– Hank – szepnęła, mówiąc mu spojrzeniem, czego pragnie.  

– Zaraz, kochanie – obiecał, całując jej szyję.  

Poznawał  wargami  jej  ciało,  sprawdzając,  ile  sam  jest  w  stanie 

wytrzymać.  Drażnił  sutki  zębami,  aż  wreszcie  zamknął  usta  na  jej 

piersi. Roxie zanurzyła palce w jego  włosach, prężąc ciało i mrucząc 

jakieś zaklęcia. Hank z trudem panował nad sobą, chciał jednak, żeby 

zapamiętała tę noc do końca życia.  

Jego wargi odbyły tę samą podróż co dłonie. Jej smak sprawił, że 

niemal przestał się kontrolować. Roxie wiła się, aż musiał chwycić ją 

za biodra.  

– Hank... teraz, proszę, Hank.... – wykrzyknęła.  

Nie  mając  siły  opierać  się  dłużej  jej  namiętnym  prośbom, uniósł 

się i wszedł w nią głęboko. Nic nie byłoby w stanie go powstrzymać. 

Dygotała  pod  nim,  poruszali  się  w  szalonym  rytmie,  aż  wreszcie 

obojgiem wstrząsnął spazm rozkoszy.  

Już nie wiedział, ile razy szepnął, że ją kocha, ile razy usłyszał od 

niej słowa miłości. Nigdy, przenigdy nie będzie miał tego dość.  

Objął ją mocniej i przekręcił się razem z nią na bok, tak że leżeli 

twarzą w twarz.  

–  Kocham  cię  –  powtórzył  jeszcze  raz.  –  Wydaje  mi  się,  że  to 

background image

najważniejsze,  co  mam  ci  do  powiedzenia.  Kocham  cię,  kocham  cię, 

kocham cię.  

– Ja też cię kocham – wymówiła chrapliwym szeptem. – I jest to 

najważniejsze, co mam ci do powiedzenia.  

Patrzył na nią w milczeniu przez długą chwilę.  

– Mógłbym tylko dodać jedną rzecz.  

– Tak? – spytała cicho.  

– Wyjdź za mnie.  

Nie odpowiedziała.  

– Może... może jeszcze nie jesteś przygotowana na tę propozycję.  

– Hank, ja...  

– Cśś. Nieważne. – Położył jej palec na wargach. – Kochasz mnie 

i to na razie wystarczy. Nie myśl o niczym więcej.  

 

A  jednak  ta  myśl  zaprzątała  głowę  Roxie  przez  cały  czas  –  gdy 

popijali  wino  i  jedli  sałatkę  oraz  mięso  z  plastykowych 

pojemniczków,  gdy  odpoczywali,  znużeni  miłością,  gdy  jechali  z 

powrotem  do  domu,  gdy  siedziała  w  piątek  przy  swoim  biurku  w 

pracy.  

Nie  mogła  przestać  myśleć  o  propozycji  Hanka,  ponieważ  omal 

nie  powiedziała  „tak”.  Gdyby  się  wtedy  nie  odezwał,  w  następnej 

chwili zgodziłaby się zostać jego żoną. A jednak miał rację. Nie była 

jeszcze gotowa.  

Nie  miało  to  nic  wspólnego  z  Hankiem.  Był  dla  niej  ideałem 

męża  i  kochanka.  Ale  Roxie  słowo  „małżeństwo”  zawsze  kojarzyło 

background image

się ze słowem „rodzina”. A tu dostawała w prezencie gotową rodzinę, 

bez  możliwości  jej  poszerzenia.  Musiała  nagle  stać  się  matką  dla 

Ryana i Hilary, a zapomnieć o tym, że mogłaby mieć własne dziecko. 

Nie było to łatwe.  

Charlie  nie  robił  żadnych  uwag  przez  cały  piątek,  dopóki  nie 

usiedli wieczorem do zwykłej partyjki szachów. Po pierwszych trzech 

ruchach roześmiał się i poklepał Roxie po ręce.  

– Może wypożyczymy film na dziś wieczór? 

– O co chodzi? – Roxie zmarszczyła brwi.  

–  Grasz  dzisiaj  po  obu  stronach  szachownicy.  Przed  chwilą 

zrobiłaś ruch moją królową.  

– Naprawdę? 

– Co się stało, Roxie? 

–  Dobrze,  powiem  ci.  –  Roxie  postanowiła  zasięgnąć  rady  u 

doświadczonego  i  życzliwego  jej  człowieka.  –  Wczoraj  wieczorem 

Hank poprosił mnie o rękę.  

–  Wspaniale!  Tak  się  cieszę.  –  Charlie  rzeczywiście  promieniał 

radością.  –  Nie  martw  się,  że  tak  krótko  się  znacie.  Ten  związek 

będzie trwały. Możesz mi zaufać, Roxie.  

– Nie to mnie martwi, Charlie. Prawdę mówiąc, mam uczucie, jak 

gdybym go znała przez całe życie. Chodzi mi o dzieci.  

– Świetnie sobie radzisz z Hilary i Ryanem. Musicie się wszyscy 

do  siebie  przyzwyczaić,  z  pewnością  będzie  wiele  potknięć,  ale  nie 

zapominaj,  że  one  również  noszą  nazwisko  Craddock  i  są  pełne 

miłości.  Pragną  przelać  ją  na  kogoś  poza  ojcem,  ty  zaś  odczuwasz 

background image

naturalną potrzebę wychowywania dzieci. To bardzo dobry układ.  

–  Nie  rozumiesz,  Charlie.  Hilary  i  Ryan  nie  stanowią 

największego  problemu,  chociaż  muszę  się  zastanowić,  czy  jestem 

gotowa  stać  się  z  dnia  na  dzień  matką  ośmiolatki  i  dziesięciolatka. 

Myślę jednak, że wszystko się rzeczywiście ułoży. To miłe dzieciaki.  

– Jasne, przecież Hank jest ich ojcem.  

– Z pewnością to również zasługa ich matki – powiedziała Roxie 

z nikłym uśmiechem.  

–  Oczywiście.  Przypuszczam,  że  była  wspaniałą  kobietą.  Czy  to 

ci spędza sen z powiek, Roxie? 

–  Szczerze  mówiąc,  trochę.  Skoro  była  dobrą  żoną  i  matką, 

zawsze  istnieje  niebezpieczeństwo,  że  będą  chcieli  zrobić  z  niej 

świętą.  Tak  się  czasami  dzieje.  Nie  zapominaj,  że  Hilary  chce 

rozjaśnić włosy, żeby się do niej upodobnić.  

–  Byłoby  niedobrze,  gdybyś  ty  chciała  ją naśladować.  Znam  cię, 

nie  będziesz  żyła  w  jej  cieniu.  Poza tym  ciebie  z  Hankiem  połączyła 

namiętność, jakiej żadne z was dotąd nie doświadczyło.  

– Przyznaję, jeśli o mnie chodzi, jest to prawda, ale skąd możesz 

wiedzieć, co czuje Hank? Myślę, że bardzo kochał swoją żonę.  

–  Owszem,  ale  ty  go  opętałaś,  a  to  coś  zupełnie  innego.  Sam  mi 

powiedział dzisiaj rano.  

– Rozmawiałeś z nim? 

– Krótko. Poszedłem się przejść, gdy brałaś prysznic. Odbyliśmy 

przyjacielską  pogawędkę,  podziękował  mi  za  to,  że  was  zetknąłem. 

Zwierzył  mi  się,  że  jesteś  najbardziej  fascynującą  ze  znanych  mu 

background image

kobiet, zarówno umysłowo, jak i fizycznie.  

–  O  mój  Boże!  –  Roxie  zaczerwieniła  się  na  wspomnienie 

wczorajszej  nocy  z  Hankiem.  –  Trudno  mi  sobie  wyobrazić,  że 

powiedział ci to wszystko.  

– Dlaczego? Doskonale się rozumiemy.  

–  Skoro  tak,  czy  wspomniał  ci  również,  że  jeśli  się  pobierzemy, 

rodzina  nam  się  nie  powiększy,  ponieważ  nie  może  mieć  więcej 

dzieci? 

–  Słucham?  –  Życzliwy  uśmiech  powoli  znikał  z  twarzy 

Charliego.  

–  To  właśnie  zaprząta  moje  myśli  przez  cały  dzień,  Charlie. 

Widzisz,  Hilary  i  Ryan  to  wspaniałe  dzieciaki,  ale  nie  moje  własne. 

Zawsze  pragnęłam  mieć  dziecko.  Kocham  Hanka,  więc  chciałabym 

mieć dziecko z nim, a to niemożliwe.  

– Niemożliwe? Nie rozumiem.  

–  Z  pewnością  słyszałeś  o  sterylizacji.  Po  przyjściu  na  świat 

Hilary  Hank  i  jego  żona  zdecydowali  się  nie  mieć  więcej  dzieci  i 

Hank poddał się operacji.  

– Ale, Roxie, mam nadzieję, że mimo to może...  

– Tak – odpowiedziała Roxie, piekąc raka – ale nie będzie z tego 

dzieci.  Wielu  mężczyzn  poddaje  się  teraz  takiemu  zabiegowi.  – 

Spojrzała  na  Charliego.  Gdyby  ten  problem  jej  nie  dotyczył, 

rozśmieszyłby  ją  widok  jego  skonsternowanej  miny.  –  A  więc 

widzisz,  że  mój  walentynkowy  kochanek  nie  jest  tak  idealny,  jak 

sądziłeś.  

background image

Charlie otarł czoło chustką i westchnął.  

– Przeklęta nauka – mruknął do siebie. – Jak mam jej dotrzymać 

kroku?  Kłopoty  zaczęły  się  już  wówczas,  gdy  jakiś  idiota  wynalazł 

pas cnoty.  

–  Charlie.  –  W  głosie  Roxie  brzmiała  troska.  –  O  czym  ty,  do 

licha, mówisz? 

Spojrzał na nią nie widzącym wzrokiem.  

–  Musi  być  na  to  jakaś  rada.  –  Wstał  od  stolika  i  podszedł  do 

regałów, zapełnionych książkami. – Przecież Osbornowie muszą mieć 

encyklopedię  zdrowia.  O,  jest.  –  Sięgnął  do  kieszeni  po  okulary  i 

zaczął nerwowo wertować strony.  

Roxie przyglądała mu się zdumiona.  

–  No  właśnie!  –  Charlie  zamknął  z  trzaskiem  książkę  i  podszedł 

do  niej.  –  Jest  na  to  rada  –  oświadczył  triumfującym  tonem.  – 

Medycyna uczyniła ogromne postępy.  

Roxie  siedziała  z  otwartymi  ustami.  Trzeba  przyznać,  że  nie 

wzięła pod uwagę tej możliwości, ale czy może prosić o to Hanka? 

– Czy to rozwiązuje twój dylemat, Roxie? 

– Nie jestem pewna. Takie operacje nie zawsze się udają.  

–  Ta  się  uda.  Ty  i  Hank  będziecie  mieli  dziecko,  którego 

pragniecie.  

–  O  to  właśnie  chodzi.  Nie  wiem,  czy  Hank  chce  mieć  jeszcze 

jedno dziecko.  

–  Ale  to  ważna  sprawa  dla  ciebie,  prawda?  Byłaś  okropnie 

roztargniona  przez  cały  dzień.  Musisz  po  prostu  spytać  o  to  Hanka. 

background image

Jestem pewien, że wszystko będzie dobrze.  

–  Jesteś  niepoprawnym  optymistą,  Charlie.  –  Mimo  wszystko 

Roxie poczuła się lepiej, wiedząc, że istnieje jakieś rozwiązanie.  

Zadzwonił  telefon  i  Roxie  pobiegła  go  odebrać,  w  nadziei,  że  to 

Hank. Postanowiła jednak nie poruszać sprawy dziecka przez telefon.  

–  Roxie?  Tu  mówi  Fran  –  odezwał  się  kobiecy  głos.  –  Co 

słychać? 

–  Och,  wszystko  świetnie,  po  prostu  świetnie.  –  Roxie  nie 

rozmawiała z  Osbornami, odkąd Charlie się  wprowadził, i dopiero  w 

tej chwili zdała sobie sprawę, ile rzeczy wydarzyło się w tak krótkim 

czasie.  –  Zaprosiłam  starego  przyjaciela.  Mieszka  w  domku 

gościnnym.  

– Bardzo dobrze. Mówiliśmy, że możesz zapraszać, kogo chcesz. 

Jak się miewa Como? 

–  Dobrze.  Wezwałam  weterynarza,  ponieważ  wydawała  mi  się 

trochę apatyczna. Powiedział, że jest w okresie rui.  

–  Naprawdę?  Wspaniale.  Dave  i  ja  myśleliśmy  o  tym,  żeby 

doprowadzić  ją  do  samca.  Wybraliśmy  jej  nawet  najdroższego.  Nie 

mogę wprost się doczekać powrotu. Co nowego poza tym? 

–  Och,  nic  szczególnego.  –  Roxie  nie  podjęłaby  się  tłumaczyć 

Fran, jak to się stało, że zakochała się po uszy w ciągu dwóch tygodni. 

– Jak tam podróż? 

– Prawdę mówiąc, jesteśmy już trochę zmęczeni, ale chyba jakoś 

wytrwamy  do  końca.  Zapowiedziałam  Dave’owi,  że  następna podróż 

będzie  krótsza.  Może  się  starzeję,  ale  brakuje  mi  mojej  kuchni  i 

background image

łazienki.  

– Potrafię to zrozumieć. Macie prześliczny dom.  

–  Mamy  szczęście,  że  zechciałaś  się  nim  zaopiekować.  Jesteś 

pewna, że Como nic nie dolega? 

– Weterynarz zapewniał mnie, że wszystko jest w porządku.  

–  Nie  miej  żadnych  skrupułów  i  wezwij  go  ponownie,  gdyby  to 

było konieczne. Nie wahaj się wydać pieniędzy, które ci zostawiliśmy.  

– Sądzę, że to nie będzie konieczne. Como jest zdrowa.  

–  Po  prostu  usycha  z  tęsknoty  –  roześmiała  się  Fran.  –  Dobrze, 

uściskaj ją od nas. Zadzwonię znów za kilka tygodni. I dziękuję ci za 

wszystko.  

–  Nie  ma  za  co.  Do  widzenia.  –  Roxie  odwiesiła  słuchawkę  i 

wróciła  do  salonu,  gdzie  Charlie  siedział  znów  przy  stoliku  do 

szachów.  –  To  była  Fran  Osborn.  Powiedziałam  jej,  że  mój  bliski 

przyjaciel mieszka w domku gościnnym i że Como jest w okresie rui.  

– I że się zakochałaś? 

– Nie. Nie wspomniałam o tym.  

– Aha. – Obrzucił ją uważnym spojrzeniem. – Wciąż trudno ci w 

to uwierzyć, prawda? 

– Chyba tak.  

–  Nie  szkodzi.  Ten  weekend  powinien  rozproszyć  twoje 

wątpliwości. A co powiedziała na temat Como? 

– Była  zachwycona.  Wybrali  już  dla niej  samca i doprowadzą  ją 

do niego po powrocie do domu.  

– To brzmi dość arbitralnie.  

background image

– Charlie, to przecież lama.  

–  Stworzenie,  które  docenia  Szekspira,  nie  powinno  być 

traktowane tak lekceważąco. Como jest bardzo wrażliwa.  

Roxie zajęła miejsce naprzeciwko starszego pana.  

–  Wrażliwa  czy  nie,  nie  jest  własnością  ani  moją,  ani  twoją,  i 

Osbornowie  mają  prawo  decyzji  w  jej  sprawie.  –  Zauważywszy 

buntowniczą  minę  Charliego,  dodała:  –  Naprawdę  tak  uważam, 

Charlie.  

–  Oczywiście,  moja  droga.  Oczywiście  –  uśmiechnął  się  starszy 

pan.  

background image

ROZDZIAŁ 10 

 

Hank przyprowadził Hilary do domu Roxie nazajutrz przed ósmą 

i  powierzył  dziewczynkę  jej  opiece  z  takim  zaufaniem,  że  Roxie 

poczuła się wzruszona.  

–  Jak  długo  będę  musiała  przyglądać  się  rozjaśnianiu  włosów  u 

tamtej pani? – spytała Hilary w drodze do salonu piękności.  

–  Moja  fryzjerka  Georgia  powiedziała,  że  zajmie  to  dwie  do 

trzech  godzin.  Oczywiście,  nie  będziesz  musiała  siedzieć  tam  przez 

cały  czas,  chyba  że  definitywnie  zdecydujesz  się  rozjaśnić  swoje 

włosy.  –  Roxie  obrzuciła  szybkim  spojrzeniem  siedzącą  obok 

dziewczynkę.  Lawendowo-niebieska  chustka  po  pięciu  dniach  była 

już mocno przybrudzona.  

–  Wobec  tego  będę  musiała  siedzieć  do  końca.  –  Hilary 

westchnęła  z  rezygnacją.  –  Postanowiłam,  że  od  dziś  jestem 

blondynką.  

–  Cóż,  jak  chcesz.  –  Roxie  zastanawiała  się,  czy  Hilary  mimo 

wszystko odważy się na całą operację.  

Była  pełna  determinacji, ale  Georgia  zapewniła  Roxie,  że  proces 

rozjaśniania  jest  wystarczająco  nieprzyjemny,  by  dziewczynkę 

zniechęcić.  Georgia,  Roxie  i  Hank  byli  przygotowani  na  obie 

ewentualności. Gdyby Hilary zdecydowała się jednak na rozjaśnienie 

włosów,  Roxie  miała  zadzwonić  do  Charliego,  który  z  kolei 

zawiadomiłby Hanka.  

background image

Roxie  zaparkowała  w  centrum  handlowym,  w  tym  samym 

miejscu,  gdzie  zatrzymali  się  z  Hankiem,  by  wypożyczyć  kasetę 

wideo.  

– Jesteśmy – powiedziała, wyłączając silnik.  

– Znam to miejsce. Wypożyczamy tutaj filmy.  

– Masz rację. No, jesteś gotowa? 

– Tak. – Hilary radośnie pokiwała głową.  

Wyskoczyła  z  samochodu,  uśmiechnięta,  pełna  oczekiwania. 

Roxie zrobiło się przykro, że radość dziecka szybko zgaśnie. Trudno, 

Georgia opisała jej ze szczegółami cały proces rozjaśniania włosów i 

Roxie upewniła się, że nie jest to zabieg stosowny dla ośmiolatki.  

Georgia przywitała się z nimi.  

–  Proszę,  usiądź  tutaj  –  wskazała  Hilary  miejsce,  rozczesując 

długie  do  ramion,  ciemne  włosy  klientce  około  czterdziestki.  –  Judy 

zgodziła się, żebyś przyglądała się temu, co robię.  

–  Bardzo  wam  dziękuję  –  powiedziała  Roxie.  –  Hilary  marzy  o 

rozjaśnieniu włosów, ale nie ma pojęcia, z czym to się wiąże.  

–  To  nic  przyjemnego  –  stwierdziła,  krzywiąc  się,  Judy.  –  Na 

twoim miejscu poczekałabym kilka lat, kochanie.  

–  Nie  chcę  czekać  –  oznajmiła  Hilary,  ściskając  kurczowo  dłoń 

Roxie. – Chcę mieć jasne włosy już dziś.  

Georgia rzuciła Roxie uspokajające spojrzenie.  

– Wobec tego zaczynamy.  

Hilary  usiadła  na  obrotowym  krześle  i natychmiast  wykorzystała 

jego właściwości.  

background image

–  Pamiętaj  –  powiedziała  Georgia,  przerywając  na  chwilę  swoją 

pracę – że gdy będziesz siedziała na miejscu Judy, nie będzie ci wolno 

tak się kręcić. Lepiej zacznij ćwiczyć siedzenie bez ruchu.  

Hilary natychmiast się uspokoiła.  

– Dobrze – rzekła potulnym tonem.  

Roxie  oparła  się  o  ścianę,  myśląc,  jakie  to  szczęście,  że  Georgia 

jest matką dwóch córeczek i umie postępować z dziećmi.  

–  To  pierwszy  etap.  –  Georgia  odkręciła tubkę  i  wycisnęła  gęsty 

płyn na pasmo włosów Judy.  

– Fu, ależ to śmierdzi! – wykrzyknęła Hilary, zatykając sobie nos.  

– Nie ma na to rady – odrzekła Georgia, nie przerywając pracy.  

–  To  cuchnie  o  wiele  gorzej  od  płynu,  którego  sama  użyłam  – 

dodała Hilary przez nos. – Jak długo trzeba to trzymać? 

– Och, dość długo.  

– Powiem ci jeszcze coś –  wtrąciła Judy, trzymając ręcznik przy 

nosie. – To świństwo szczypie, gdy dostanie się do skóry.  

– Bardzo? – spytała Hilary z przerażeniem.  

– Mniej więcej jak po użądleniu pszczoły.  

–  Kiedyś  mnie  użądliła  –  wstrząsnęła  się  Hilary.  –  Ojej,  to 

naprawdę ohydny zapach, prawda? 

–  To  amoniak  –  wyjaśniła  Georgia.  –  Do  rozjaśnienia  potrzebny 

jest silny środek.  

– Nie wiedziałam, że to aż tak śmierdzi. – Hilary zasłaniała nos i 

usta stulonymi dłońmi.  

–  Czy  brązowa  farba  też  tak  brzydko  pachnie?  –  spytała  od 

background image

niechcenia  Roxie,  jak  gdyby  nie  omówiły  dokładnie  całego  tematu 

przez telefon.  

–  Ależ  nie  –  pokręciła  głową  Georgia.  –  Przypomina  raczej  klej 

Elmera.  

– Mamy w domu klej Elmera.  

Roxie  nie  odezwała  się,  pozwalając,  by  zapach  amoniaku  nadal 

torturował Hilary. Sama ledwie mogła go znieść, oczy miała pełne łez, 

zastanawiała  się,  jak  Georgia  może  pracować  przez  cały  czas  z  tak 

silnymi chemikaliami.  

– Jak długo jeszcze? – spytała po chwili Hilary, odrywając dłonie 

od buzi i natychmiast z powrotem ją zasłaniając.  

– Przynajmniej pół godziny. Czy Roxie nie mówiła ci, że w sumie 

trwa to około trzech godzin? 

– Mówiła, ale nie wiedziałam, że tak strasznie śmierdzi.  

–  A  ile  czasu  zajmuje  nałożenie  ciemnego  koloru?  –  spytała 

Roxie.  

– Jeśli ktoś siedzi bardzo spokojnie, pół godziny.  

– To niezbyt długo. – Hilary była wyraźnie zaskoczona.  

–  Oczywiście,  musiałabyś  najpierw  skończyć  włosy  Judy, 

prawda, Georgio? – spytała Roxie, znając z góry odpowiedź.  

– Nie, niekoniecznie. Mogłabym robić obie głowy jednocześnie.  

– Ale Hilary przecież nie chce...  

–  A  właśnie,  że  chcę!  –  Dziewczynka  zeskoczyła  z  krzesełka.  – 

Ten smród jest nie do wytrzymania! 

Roxie  westchnęła  z  ulgą.  Plan  się  powiódł.  Pomyślała,  że  skoro 

background image

kryzys  minął,  może  sobie  poczytać  czasopisma  w  poczekalni. 

Znalazła  przynajmniej  trzy  artykuły  na  temat  rodzin,  w  których  ojca 

lub  matkę  zastępuje  ojczym  lub  macocha.  Autorzy  zapewniali,  że  z 

czasem  dzieci,  otoczone  miłością  i  opieką,  adaptują  się  do  nowej 

sytuacji.  

Roxie wcale w to nie wątpiła. Ryan i Hilary po śmierci matki już 

musieli  się  przystosować  i  być  może  zniosą  zmianę  łatwiej  niż  ona. 

Czeka ją wejście do „gotowej” rodziny,  w której  wszystko będzie jej 

przypominać, że jej miejsce zajmowała kiedyś inna kobieta.  

Dzieci  tęskniły  za  matką,  zawsze  będą  za nią  tęskniły,  ale  Roxie 

wiedziała,  że  nieżyjąca  Sybil  będzie  miała  coraz  mniejszy  wpływ  na 

ich życie, a ona nie zawsze będzie czuła się jak intruz.  

Potem  przypomniała  sobie  uwagę  Charliego,  że  lekarze  mogliby 

przywrócić Hankowi płodność i tym samym dać im szansę na dziecko. 

Im dłużej się nad tym zastanawiała, tym bardziej zapalała się do tego 

pomysłu. Pragnęła mieć dziecko  z Hankiem, poza tym Hilary i Ryan 

zyskaliby braciszka lub siostrzyczkę.  

Roxie  zamknęła  z  westchnieniem  ostatnie  czasopismo  i  odłożyła 

je  na  stolik.  Nie  widziała  Hilary  ze  swojego  miejsca,  ale  słyszała 

wesoły głos, szczebiocący coś do Georgii.  

Łatwo  ją  będzie  pokochać,  pomyślała.  Miała  nadzieję,  że 

dziewuszka  szybko  odwzajemni  jej  miłość.  Nie  może  jednak 

oczekiwać  tak  gorącego  uczucia,  jakim  darzyła  rodzoną  matkę, 

dlatego powinna mieć własne dziecko.  

Wtem usłyszała chichot dziewczynki i okrzyki zachwytu Georgii. 

background image

Po chwili obie wkroczyły do poczekalni.  

– Mój Boże, jaka ty jesteś śliczna! – zawołała Roxie.  

Georgia nie tylko przywróciła Hilary jej naturalny kolor włosów, 

lecz  znacznie  je  skróciła  i  wymodelowała,  co  wyeksponowało  duże 

szare oczy.  

– Mimo że nie jestem blondynką – dodała z dumą Hilary.  

–  Świetnie,  naprawdę  świetnie.  –  Roxie  wyjęła  z  torebki 

pieniądze, które dał jej Hank, i wręczyła je Georgii.  

–  Dziękuję.  Mnie  też  się  wydaje,  że  wyszło  nieźle.  To  urocza 

młoda dama.  

–  No,  Hilary,  musimy  się  pospieszyć.  –  Roxie  spojrzała  na 

zegarek. – Twój tata z Ryanem zaraz się zjawią u mnie w domu.  

–  Nie  mogę  się  doczekać,  żeby  im  pokazać  moje  włosy.  Nie 

uwierzą,  że  tak  ładnie  wyglądam.  Potem  pochwalę  się  babci  i 

dziadkowi.  

–  Oczywiście.  –  Roxie  nie  myślała  dotąd  o  rodzicach  Sybil,  a 

przecież  i  oni  stanowią  część  tej  rodziny.  Jeśli  zgodzi  się  wyjść  za 

Hanka,  wkrótce  ich  pozna.  Z  pewnością  będą  wspominać  dawne 

czasy. Miała nadzieję, że jakoś to wytrzyma.  

W  drodze  powrotnej  do  domu  spoglądała  wciąż  na  Hilary,  która 

naprawdę  wyglądała  jak  nie  to  samo  dziecko.  Gdy  dotarły  do  domu 

Osbornów,  powitał  ich  Charlie,  wykrzykując  słowa  zachwytu  nad 

dziewczynką,  a  zanim  Roxie  zdążyła  wstawić  volvo  do  garażu, 

nadjechał Hank z Ryanem.  

Hilary rzuciła się w ich stronę.  

background image

– Tatusiu, tatusiu, zobacz, jaka jestem teraz piękna! 

Na  twarzy  Hanka  odmalowało  się  takie  zdumienie  i  radość,  że 

Roxie  poczuła  ogromną  satysfakcję.  Jakie  szczęście,  że  udało  jej  się 

pomóc. Pochwycił Hilary w objęcia i uśmiechnął się do niej.  

– Zawsze byłaś piękna.  

– Nieprawda, ale teraz jestem. To dzięki Georgii.  

– Naprawdę wyglądasz inaczej, Hil – powiedział Ryan.  

– Ale czy ładnie, Ryanie? Wyglądam ładnie? 

– Tak, chyba tak. Dobrze ci z krótkimi włosami.  

–  Tatusiu,  czy  mogę  zobaczyć  Como,  zanim  pojedziemy  do 

dziadków? 

– Ja też chciałbym do niej pójść – dodał Ryan.  

–  Z  przyjemnością  zaprowadzę  ich  do  zagrody  –  powiedział 

Charlie. – Como z pewnością się ucieszy.  

– Dobrze.  

Gdy  cała  trójka  udała  się  do  ogrodu,  Hank  podszedł  do  Roxie  i 

ujął ją za ramiona.  

– Dziękuję ci. Cieszę się, że twój plan się powiódł.  

– Chwilami śmiertelnie się bałam.  

–  Coś  ty?  Przecież  to  tylko  włosy.  –  Uśmiechnął  się.  –  Byłem 

przygotowany na najgorsze.  

–  Mówisz  tak  teraz,  kiedy  wszystko  dobrze  się  skończyło.  Poza 

tym jesteś ojcem, a ja obcą osobą.  

Zajrzał jej głęboko w oczy.  

– Jak na obcą osobę odwaliłaś niezły kawał roboty.  

background image

– Ja... dzięki. – Zaczerwieniła się z zadowolenia.  

–  Nie  mogę  się  już  doczekać,  żeby  odstawić  dzieciaki  do 

dziadków i wrócić po ciebie. Spakowałaś się już? 

– Prawie.  

– To dobrze. Zaraz je stąd zabiorę i wrócę za pół godziny.  

Rzeczywiście  pół  godziny  później  Roxie  siedziała  w  lincolnie 

Hanka. Zostawiła Charliemu coś do jedzenia i numer telefonu Hanka, 

tak na wszelki wypadek.  

Gdy ruszyli w drogę, zaczął siąpić deszcz.  

–  Ach  –  ucieszył  się  Hank  –  deszcz,  zgodnie  z  moim 

zamówieniem. Deszczowe dni sprzyjają romantycznemu nastrojowi.  

–  W  Newark  nienawidziłam  deszczowych  dni,  ale  tutaj  jest  ich 

tak mało, że zmieniłam zdanie.  

– Przeszkadza mi tylko, gdy  opóźniają się prace na budowie, ale 

zdarza się to bardzo rzadko. Przeważnie świeci słońce.  

– Chyba że pada śnieg. – Roxie popatrzyła na niego z czułością.  

– Tak – roześmiał się Hank.  

– Czy zdajesz sobie sprawę, że gdyby nie śnieg, moglibyśmy się 

nie  spotkać?  Mogłabym  nie  zaprosić  Charliego,  by  zamieszkał  w 

domku  gościnnym,  a  wtedy  nie  wypatrzyłby  cię,  stojącego  na  belce. 

Uważał, że wyglądasz wspaniale.  

– Wspaniale? A rozsądna, praktyczna Roxie pewnie zastanawiała 

się,  kim jest idiota, który  nie  ma dość  rozumu, by  schować  się przed 

śnieżycą.  

–  Prawdę  mówiąc  –  powiedziała  cicho  –  ja  też  uważałam,  że 

background image

jesteś wspaniały.  

– Czyżby? 

–  Powinieneś  już  wiedzieć,  że  jeśli  idzie  o  ciebie,  przestaję 

myśleć racjonalnie.  

Mijali  podobne  do  siebie,  starannie  utrzymane  domy.  Z  powodu 

deszczu podwórka były puste, ale Roxie wyobrażała sobie, że zwykle 

w  sobotnie  popołudnie  panuje  na  nich  ożywiony  ruch,  dorośli 

wykonują różne prace, a dzieci jeżdżą na rowerach lub grają w piłkę.  

–  Jesteśmy  –  oznajmił  Hank,  skręcając  w  podjazd  jednego  z 

bliźniaczych domów.  

–  Sympatycznie  tu,  Hank –  pochwaliła  Roxie,  zastanawiając  się, 

czy patrzy na swój przyszły dom. Mimo woli porównała go z domem 

pośród  krzewów  mimozy,  do  którego  Hank  zabrał  ją  w  czwartek. 

Czuła się jak zdrajczyni, ale musiała przyznać, że tamten podobał jej 

się nieporównanie bardziej. Ale dom się nie liczy. Ważni są ludzie.  

–  Nie  muszę  ci  mówić,  że  nie  jest  to  dom  moich  marzeń  – 

powiedział Hank, otwierając automatyczne drzwi garażowe. – Sybil i 

ja  zamierzaliśmy  się  przeprowadzić,  ale  ona  umarła.  Nie  mogłem  w 

tym momencie robić tego dzieciom, poza tym sam straciłem serce do 

przeprowadzki.  –  Zaparkował  samochód  obok  ciężarówki  i  wyłączył 

silnik.  

–  Hank,  to  bardzo  ładny  dom.  Gdy  wrócą  Osbornowie,  ucieszę 

się,  jeśli  będzie  mnie  stać  na  dom  odpowiednio  duży  dla  mnie  i 

Charliego.  

–  Masz  zamiar  opiekować  się  Charliem  nawet  po  powrocie 

background image

Osbornów? 

–  Tak  –  odrzekła,  patrząc  mu  w  oczy.  –  Nie  pozwolę,  by  znów 

znalazł się na ulicy.  

Hank namyślał się chwilę, po czym skinął głową z aprobatą.  

– W porządku – powiedział, sięgając po torbę z jej rzeczami.  

Roxie  uśmiechnęła  się.  Właśnie  uzgodnili  coś  bez  zbędnych 

dyskusji. Hank zaakceptował pomysł włączenia Charliego do rodziny, 

jeśli się pobiorą. Może zatem mieć nadzieję, że równie łatwo przekona 

go do dziecka. Roxie cieszyła się z góry na cudowny weekend.  

Hank  pomógł  jej  wysiąść  z  samochodu  i  zaprowadził  przez 

wewnętrzne  drzwi  do  nieskazitelnie  czystej  kuchni,  utrzymanej  w 

niebiesko-białych  barwach.  Kuchnia  wyglądała  sympatycznie,  ale 

Roxie  miała  ochotę  zdjąć  zasłony  w  krówki  i  gąski  i  zastąpić  je 

bajecznie  kolorowymi  meksykańskimi  materiami.  Osbornowie  byli 

zafascynowani Wschodem, tutaj znalazła atmosferę wiejskiego domu. 

Ciekawe,  czy  ktokolwiek  w  Tucson  lubi  południowozachodni  styl, 

który tak jej odpowiadał.  

– I jak? 

Odwróciwszy się, napotkała badawcze spojrzenie Hanka.  

– Szczerze? 

– Szczerze. – Postawił jej torbę na krześle.  

Roxie  uznała,  że  nie  może  go  oszukiwać.  Nie  czuła  się  tu  jak  w 

domu. Był to dom innej kobiety, urządzony według jej gustu. Musiał 

sam to zauważyć.  

Gdy  jednak  wpatrywała  się  w  jego  twarz,  zastanawiając  się,  co 

background image

mu  odpowiedzieć,  zrozumiała,  że  wszystko  to  jest  nieważne.  Kogo 

obchodziłoby,  jak  wygląda  pokój,  jeśli  jest  w  nim  taki  mężczyzna? 

Nigdy  nie  widziała,  żeby  ktoś  wyglądał  lepiej  w  spranych  dżinsach, 

sportowej  bluzie  i  rozpiętej  do  połowy  kurtce.  W  jego  ramionach 

czuła się jak w niebie. Powoli zdjęła płaszcz i podeszła do niego.  

– Myślę – powiedziała – że strasznie dawno mnie nie całowałeś.  

–  Nieskończenie  dawno  –  zgodził  się,  biorąc  ją  w  ramiona.  – 

Chyba upadłem na głowę.  

– Nie pozwól, żeby to się jeszcze kiedyś powtórzyło.  

– Możesz się nie obawiać – obiecał, całując ją zachłannie.  

Natychmiast  ogarnęła  ją  namiętność.  Rozpięła  do  końca  jego 

kurtkę  i  przylgnęła  do  niego  całym  ciałem.  Gładziła  jego  szyję, 

następnie  musnęła  ucho  lekką pieszczotą.  Pocałunek  stawał  się  coraz 

gorętszy,  gwałtowność  Hanka  przyspieszyła  bicie  jej  serca,  wzmogła 

jej pragnienie połączenia się z ukochanym.  

Oderwał  się  od  niej  na  chwilę  i  powiedział  głosem  ochrypłym  z 

pożądania: 

– Nigdy nie kochałem cię w pełnym świetle dnia.  

– Nie.  

– Chyba to polubię.  

– Ja też.  

Zaprowadził  ją  do  sypialni,  zdjął  kurtkę  i  rzucił  ją  na  krzesło. 

Pościelone  łóżko  czekało  na  nich,  zdawało  się  zapraszać  ich  do 

miłości. Drżała z podniecenia, gdy rozpinał jej bluzkę, a potem stanik.  

–  Jestem  zazdrosny  o  ten  skrawek  koronki  –  szepnął,  obejmując 

background image

dłońmi jej piersi.  

–  Nie  powinieneś  –  odpowiedziała,  przyciskając  mocniej  jego 

dłonie. – Wiesz, że wolę, gdy ty je trzymasz.  

–  Chcę  czegoś  więcej.  –  Wyprężyła  się,  gdy  pochylił  głowę  i 

pochwycił  wargami  sterczący  sutek.  Jęknęła  z  rozkoszy,  zamykając 

oczy.  

Jak  przez  mgłę  docierało  do  niej,  że  rozpina  jej  spodnie,  które 

opadły  na  podłogę.  Wsunął  dłoń  pod  elastyczny  materiał  jej 

majteczek.  

– Och! – wykrzyknęła, gdy jej dotknął.  

Nigdy  nie  pragnęła  tak  bardzo  pieszczoty  mężczyzny,  nie 

poddawała  się  jej  tak  bezwstydnie.  Gdy  przerwał,  krzyknęła  znowu, 

tym  razem  na  znak  protestu,  on  jednak  wziął  ją  na  ręce  i  zaniósł  na 

łóżko.  

Położył  ją  na  świeżym  prześcieradle,  zdjął  jej  buty,  potem 

majteczki.  Stał przez  dłuższą  chwilą,  przyglądając  się,  gdy  tak  leżała 

w pełni swej urody, zarumieniona pod jego spojrzeniem.  

– Wprawiasz mnie w zakłopotanie – wyszeptała.  

–  Nie  miałem  takiego  zamiaru  –  powiedział,  siadając  obok  i 

głaszcząc  po  policzku.  –  Jesteś  taka  piękna,  a  zawsze  było  ciemno  i 

nie mogłem się nacieszyć twoim widokiem.  

– Ale ty jesteś taki... wymagający.  

–  Co  do  budynków,  a  nie  ludzi.  Zresztą  nawet  najbardziej 

wymagający mężczyzna znalazłby przyjemność w patrzeniu na ciebie.  

Wsunęła mu dłoń pod bluzę.  

background image

– Zdejmij to – zażądała. – Zdejmij wszystko. Ja też chcę na ciebie 

patrzeć.  

Hank  posłusznie  ściągnął  bluzę,  po  czym  wstał,  by  rozpiąć 

spodnie. Rozebrał się przed nią bez odrobiny skrępowania i pozwolił 

jej patrzeć.  

Po  raz  pierwszy  napawała  się  widokiem  jego  muskularnego 

męskiego  ciała,  przesunęła  spojrzeniem  po  ciemnych  włosach  na 

klatce  piersiowej,  zauważyła  pieprzyk  pod  żebrami,  płaski  brzuch, 

wgłębienie pępka, męskość.  

Podszedł powoli do łóżka i usiadł obok niej.  

–  Nie  mamy  już  żadnych  tajemnic  –  powiedział,  drażniąc  lekko 

palcami jej sutek. – Widzisz sama, jak bardzo cię pragnę.  

– Tak. – Wyciągnęła rękę, by go popieścić. – Ty też jesteś piękny.  

Zanurzył palce w jej włosach i przyciągnął ją do siebie.  

– Pragnę... – przewrócił ją na plecy i wsunął się w nią – ... tego.  

Nigdy nie czuła się taka swobodna. Gdy byli zespoleni, wszystko 

wydawało  zupełnie  naturalne, poruszali  się  w  zgodnym  rytmie,  by  w 

końcu dać się ponieść fali uniesienia.  

– Cśś, kochanie. – Hank otarł Roxie łzy rozkoszy.  

– Jest nam tak cudownie razem – szepnęła.  

– Tak. – Ucałował jej drżące wargi.  

– Nie chcę tego stracić. – Łzy wciąż spływały po jej policzkach.  

–  Stracić?  O  czym  ty  mówisz,  Roxie.  Będziemy  się  kochać 

bardzo, bardzo długo.  

–  Wiem,  ale  ja  pragnę...  –  Wciągnęła  ze  świstem  powietrze.  – 

background image

Pragnę mieć twoje dziecko.  

– Nie mogę ci go dać – rzekł po chwili.  

– Skutki operacji... można odwrócić.  

Milczenie zawisło nad ich radością niczym szary welon.  

– Nie ma żadnej gwarancji, że się uda – powiedział z naciskiem. – 

Lekarze postawili sprawę jasno, gdy się na to decydowałem.  

–  Przynajmniej  spróbujmy  –  rzekła,  patrząc  na  niego  błagalnym 

wzrokiem. – Mam przeczucie, że wszystko dobrze się skończy.  

Zamknął oczy i przytulił czoło do jej czoła.  

– Och, Roxie, nie proś mnie o to.  

Otoczyła jego szyję ramionami.  

–  Ja...  rozumiem,  że  nie  masz  ochoty  poddawać  się  kolejnej 

operacji, ale...  

– Nie o to chodzi. Operacja to doprawdy głupstwo.  

– Więc? – Czekała w napięciu na odpowiedź.  

– Mógłbym spróbować, gdybym chciał. – Zamilkł na długą, pełną 

udręki chwilę. – Ale prawda jest taka, że nie chcę.  

background image

ROZDZIAŁ 11 

 

Roxie  ogarnęła  rozpacz,  zatruwając  wspomnienie  cudownych 

chwil, które spędzili.  

– Nie chcesz mieć więcej dzieci? – spytała, łudząc się, że  źle go 

zrozumiała.  

–  Nie,  nie  chcę.  –  Hank  odwrócił  się  na  plecy  i  wlepił  wzrok  w 

sufit.  –  Podejmując  decyzję,  wziąłem  pod  uwagę  wiele  rzeczy.  Tak 

praktyczna osoba jak ty, Roxie, powinna być ze mnie dumna.  

– Co, na przykład, brałeś pod uwagę? 

–  Och,  wiele  rzeczy,  takich  jak  możliwość  śmierci  jednego  lub 

obojga  dzieci.  Postanowiłem  nie  wywoływać  wilka  z  lasu. 

Zastanawiałem  się  też,  co  stałoby  się,  gdybym  utracił  Sybil  i 

zdecydował się na powtórne małżeństwo. Czy chciałbym mieć jeszcze 

jedno  dziecko  z  nową  żoną?  Odpowiedź  brzmiała:  nie.  I  nie 

zmieniłem zdania.  

– Nie rozumiem – rzekła Roxie drewnianym głosem – jak mogłeś 

postanowić coś podobnego.  

– To proste. Mam dwoje dzieci, które ogromnie mnie absorbują i 

sporo  kosztują.  Poza  tym  wyrosłem  już  z  pieluszek,  wstawania  w 

nocy, kolki i ospy wietrznej. Ryan i Hilary stają się z każdym dniem 

coraz  bardziej  samodzielni  i  nie  uśmiecha  mi  się  perspektywa 

zajmowania się znów całkowicie zależnym ode mnie maleństwem.  

– Nawet... – przełknęła z trudem ślinę – ... nawet gdy  wiesz już, 

background image

jak wiele to dla mnie znaczy? 

– Roxie, posłuchaj. – Hank przewrócił się na bok i wsparł głowę 

na dłoni. – Jeśli za mnie wyjdziesz, a mam nadzieję, że tak się stanie, 

będziesz  miała  pełne  ręce  roboty  przy  Ryanie  i  Hilary.  Będziemy 

spędzać  dużo  czasu  we  czworo,  żebyś  mogła  ich  lepiej  poznać, 

pokochać.  Widzisz  sama,  jak  wypełnione  życie  nas  czeka.  Nie 

potrzebujemy jeszcze jednego dziecka.  

– My? Jak możesz mówić za mnie? – Jej rozpacz przerodziła się 

w  gniew.  –  Ty  miałeś  swoją  szansę,  by  trzymać  na  rękach  nowo 

narodzone  maleństwo.  Widziałeś,  jak  wyrzynał  mu  się  pierwszy 

ząbek,  słyszałeś  pierwsze  słowo.  Nie  rozumiesz.  Ja  też  chcę  to 

przeżyć.  

–  Namalowałaś  uroczy  obrazek  rodzicielskich  przyjemności,  ale 

nie  zapominaj  o  stałych  obowiązkach,  karmieniu,  przebieraniu, 

zmienianiu  pieluszek.  Masz  rację,  przeszedłem  przez  to  wszystko  i 

wiem, że to mnóstwo pracy.  

– Cieszyłaby mnie każda chwila takiej pracy, ponieważ byłoby to 

nasze dziecko, Hank. Czy nie chcesz mieć ze mną dziecka? 

Objął ją w pasie i przyciągnął do siebie.  

–  Chcę  ciebie,  Roxie.  Dzieci  to  rzecz  przejściowa,  ale 

małżeństwo,  jeśli  masz  szczęście,  jest  na  zawsze.  Wiem,  że  to  brzmi 

trochę egoistycznie, ale Ryan i Hilary są już w takim wieku, że mogą 

spędzić  noc  poza  domem,  tak  jak  dzisiaj.  A  malutkie  dziecko 

oznaczałoby zaczynanie wszystkiego od początku.  

Roxie zesztywniała w jego ramionach.  

background image

– Może tego właśnie pragnę. Zacząć wszystko od początku. Może 

nie chcę wprowadzić się do twojego urządzonego od a do zet świata i 

zostać twoją beztroską towarzyszką zabaw.  

–  Nie  przekręcaj  moich  słów,  Roxie.  Mamy  szansę  uniknąć 

obowiązków, w których ugrzęźliśmy z Sybil, cieszyć się sobą i naszą 

miłością.  

–  Widzę  teraz  jasno,  czego  pragniesz  –  powiedziała  Roxie, 

uwalniając  się  z  jego  objęć.  Wstała  z  łóżka.  –  Najwyraźniej  źle 

oceniłam  sytuację.  Myślałam,  że  jedyną  przeszkodą  jest  twoja 

operacja.  

–  Nie  podejmuję  pochopnie  decyzji.  Może  wyciągnęłaś  takie 

wnioski,  biorąc  pod  uwagę  tempo,  w  jakim  poprosiłem  cię  o  rękę. 

Zapewniam cię jednak, że wiedziałem, co robię, poddając się operacji, 

podobnie,  jak  wiem  dobrze,  co  robię,  prosząc  cię,  byś  została  moją 

żoną.  

–  Żoną?  –  Sięgnęła  po  ubranie.  –  Nie  sądzę,  by  chodziło  ci  o 

żonę.  Miałeś  już  jedną,  która  szybko  przestała  być  atrakcyjna, 

ponieważ  została  matką  i  nie  mogła  zawsze  zaspokajać  twoich 

potrzeb. Może tobie chodzi o... konkubinę.  

– Roxie! – Hank wyskoczył z łóżka i stanął przed nią, wspaniały 

w swej nagości, gniewny. – To obrzydliwe, co mówisz! 

– Być może, ale logika podpowiada mi, że mam rację.  

–  Do  diabła  z  twoją  logiką!  –  Chwycił  ją  za  ramię  i  odwrócił 

twarzą  ku  sobie.  –  Kocham  cię  i  nie  chcę  patrzeć,  jak  się 

zapracowujesz na śmierć przy trójce dzieciaków.  

background image

– Nie doceniasz mnie. Nie jestem tchórzem.  

– Ja też nie! – huknął. – Ale mam więcej doświadczenia i jestem 

realistą. Wystarczy, że musimy przystosować się do nowej sytuacji z 

Ryanem i Hilary! 

–  Mam  wrażenie  –  powiedziała,  walcząc  z  łzami  –  że  żadne 

przystosowanie nie będzie konieczne.  

– Roxie, nie dręcz nas.  

– Dlaczego nie? – Łzy popłynęły jej z oczu. – Poco ciągnąć dalej 

nasz  związek,  skoro  ja  wiem,  jak  bardzo  pragnę  dziecka,  a  ty  nie 

chcesz  nawet  o  nim  słyszeć?  Będziemy  tylko  zadawać  sobie  ból, 

Hank, ponieważ problem nie przestanie istnieć.  

– Niekoniecznie – powiedział cicho. – Poznasz i pokochasz moje 

dzieci.  

– Nie – pokręciła głową. – To twoje pobożne życzenia, ale ja chcę 

własnego dziecka.  

– Bardziej niż mnie? 

Łzy przesłoniły jej postać Hanka.  

– Nie wiem. Może... może tak.  

–  Nie  mogę  uwierzyć...  –  nie  dokończył  zdania,  ponieważ 

zadzwonił telefon.  

–  Odbierz,  proszę  –  powiedziała  Roxie,  zapinając  bluzkę 

drżącymi palcami. – Skończyliśmy już rozmowę.  

Spojrzał  na  nią,  po  czym  podszedł  do  telefonu  i  podniósł 

słuchawkę.  

–  To  Charlie  –  powiedział,  odwracając  się  do  Roxie.  –  Chce 

background image

mówić z tobą.  

Roxie  patrzyła  tępo  na  słuchawkę  w  dłoni  Hanka.  Charlie  był 

ostatnią  osobą,  z  którą  miała  ochotę  rozmawiać.  To  on  był  winien 

wszystkiemu.  

–  Lepiej  podejdź  do  telefonu.  –  Wyciągnął  do  niej  słuchawkę.  – 

Jest bardzo zdenerwowany.  

–  Charlie,  czy  coś  się  stało?  –  spytała,  podnosząc  słuchawkę  do 

ucha.  

– Och, Roxie, moje dziecko, czuję się naprawdę okropnie. Miałaś 

rację,  powinienem  był  spocząć  na  laurach,  gdy  zetknąłem  was  z 

Hankiem.  

– Charlie, o co chodzi? – zatrwożyła się nagle Roxie.  

– O Como. Nie... nie ma jej.  

– Jak to jej nie ma? 

–  To  moja  wina.  Przeczytałem  jej  kilka  pięknych  sonetów  i 

zabrałem  na  spacer.  Koniecznie  chciała  iść  w  kierunku  zachodnim, 

poszliśmy więc i... och, Roxie, tak mi przykro.  

– Charlie – z trudem wykrztusiła Roxie – ona żyje, prawda? 

–  Ależ  tak,  dzięki  Bogu,  tak.  Przynajmniej  żyła,  gdy  ją  ostatnio 

widziałem.  

– To gdzie jest teraz? 

–  Nie  wiem.  Gdy  mi  się  wyrwała,  próbowałem  dotrzymać  jej 

kroku,  ale  ona  jest  bardzo  szybka,  Roxie.  Gdy  straciłem  ją  z  oczu, 

wróciłem do domu i znalazłem kluczyki do twojego samochodu.  

– O mój Boże.  

background image

–  Nie  denerwuj  się.  To  tylko  małe  wgniecenie.  Ale  skrzynka  na 

listy  Osbornów  jest  w  opłakanym  stanie.  I  posterunkowy  chciał  mi 

zabrać  prawo  jazdy  za  poruszanie  się  nieprawidłową  stroną  ulicy, 

tylko  że  ja  nie  mam  takiego  dokumentu.  Posterunkowy  Grundy  jest 

tutaj ze mną. Czy chcesz z nim rozmawiać? 

–  Nie,  to  znaczy  tak,  ale  osobiście.  Gdzie  jesteś?  Czy  cię 

aresztowali, Charlie? 

–  Nie,  chyba  nie.  Jestem  w  kuchni.  Posterunkowy  Grundy 

przywiózł  mnie  tutaj,  ponieważ  nie  pozwolono  mi  więcej  prowadzić 

twojego samochodu.  

– Zaraz tam będę, Charlie. Zaczekaj na mnie.  

–  Posterunkowy  Grundy  powiedział  to  samo.  Nie  chciałem  wam 

przeszkadzać, mam nadzieję, że ty i Hank...  

– Nie szkodzi – przerwała mu. – Za chwilę będę.  

– Dobrze, Roxie. Bardzo mi przykro, moja kochana.  

Roxie  rzuciła  słuchawkę  na  widełki  i  powiedziała  do  Hanka, 

który był już prawie ubrany: 

–  Musisz  mnie  natychmiast  zawieźć  do  domu.  Como  uciekła. 

Charlie próbował prowadzić mój samochód i został zatrzymany przez 

policję.  

– Dobry Boże! 

Roxie włożyła buty i wyszła z pokoju.  

– Pośpiesz się – rzuciła przez ramię.  

Hank podążył za nią, wkładając kurtkę. Roxie stała przy drzwiach 

z torbą w ręku.  

background image

– Nie masz zamiaru wrócić tutaj? – spytał.  

– Nie, Hank. Muszę zająć się wszystkim.  

– Może to nie potrwa długo. Pomogę ci.  

–  Nie  musisz.  Jestem  pewna,  że  masz  mnóstwo  spraw  do 

załatwienia.  

– Uspokój się, Roxie. Mam zamiar ci pomóc w sprawie Charliego 

i Como. Im więcej osób będzie jej szukało, tym prędzej się znajdzie.  

– Masz oczywiście rację. Doceniam twoją troskę.  

–  Skończ  z  tą  uprzejmą  gadką  –  rzekł,  wprowadzając  ją  do 

garażu. – Wolałbym, żebyś na mnie nakrzyczała.  

– Wobec tego może lepiej w ogóle przestanę się odzywać.  

– Może.  

Wóz  policyjny  stał  przed  domem,  nie  opodal  rozbitej  skrzynki. 

Charlie  musiał  w  nią  uderzyć,  a  następnie  po  niej  przejechać. 

Szczęście, że nikogo nie zabił, pomyślała Roxie. Myśl o Charliem za 

kierownicą  jej  samochodu  przejmowała  ją  przerażeniem.  Musiał  być 

naprawdę zrozpaczony, skoro się na to odważył.  

Hank  zatrzymał  samochód.  Roxie  szybko  wyskoczyła  i  pobiegła 

w  stronę  domu.  Znalazła  Charliego  i  posterunkowego  Grundy’ego  w 

kuchni.  Siedzieli  naprzeciw  siebie  i  przyglądali  się  sobie  nieufnie. 

Obaj wstali na jej widok.  

– Panna Lowell? – Policjant był szczupły i nerwowy, nosił wąsy, 

prawdopodobnie  żeby  wyglądać  poważniej.  Mógł  mieć  najwyżej 

dwadzieścia dwa lata. – Czy zna pani tego mężczyznę? – spytał.  

– Tak, oczywiście.  

background image

–  Czy  wie  pani,  że  nie  ma prawa  jazdy  ani też  doświadczenia  w 

prowadzeniu samochodu? 

– Tak, bardzo przepraszam za wszystko. Charlie wpadł w panikę, 

gdy  uciekła  mu  lama...  Miał  dobre  intencje,  jestem  tego  pewna  – 

powiedziała, słysząc odgłos kroków Hanka.  

– Gdzie samochód? – spytał Hank.  

–  Niedaleko  –  odpowiedział  policjant.  –  Na  szczęście  szybko  go 

wypatrzyłem.  Samochody  omijały  go  z  lewej  i  z  prawej,  ale  nikt  go 

nie stuknął.  

– Dzięki Bogu – wyszeptała Roxie.  

– Samochód stoi na parkingu i jest zamknięty, panno Lowell, ale 

ma  chyba  świeże  wgniecenie  po  lewej  stronie.  Muszę  wiedzieć,  czy 

chce pani wnieść oskarżenie, ponieważ pan Hartman najwyraźniej nie 

miał pani pozwolenia na prowadzenie samochodu.  

– Na miłość boską, nie.  

– A więc sprawa skończy się na dwóch mandatach, zakładając, że 

pani samochód jest ubezpieczony.  

– Jest ubezpieczony. O jakich mandatach pan mówi? 

–  Za  jazdę  po  niewłaściwej  stronie  ulicy,  sześćdziesiąt  pięć 

dolarów,  i  prowadzenie  samochodu  bez  ważnego  prawa  jazdy  – 

czterdzieści. Czy polisa ubezpieczeniowa jest w pani samochodzie? 

– Tak, ale mam kopię w sypialni. – Roxie chciała jak najprędzej 

skończyć  z  formalnościami  i  skoncentrować  się  na  poszukiwaniu 

Como.  

– Ja zapłacę oba mandaty, Roxie – powiedział Hank. – I naprawię 

background image

skrzynkę.  

– Nie bądź śmieszny. Ja odpowiadam za Charliego.  

– Tak, ale nic by się nie wydarzyło, gdybym...  

–  Porozmawiamy  o  tym  później  –  powiedziała,  zaciskając  zęby. 

Popatrzyła  na  Charliego,  który  spoglądał  to  na  nią,  to  na  Hanka  z 

zatroskaną miną. Zorientował się, że coś między nimi zaszło.  

Wróciła  szybko  z  polisą  ubezpieczeniową  i  wręczyła  ją 

policjantowi.  

–  Rozumiem,  że  musimy  załatwić  formalności  –  powiedziała  – 

ale bardzo niepokoję się o zaginioną lamę. Czy mógłby pan nam jakoś 

pomóc? 

Policjant  wyrwał  mandaty  z  bloczka  i  podał  Charliemu,  żeby  je 

podpisał.  

–  Podam  kolegom  meldunek  przez  radio,  proszę  pani,  ale  nie 

mogę  obiecać,  że  ta  sprawa  będzie  miała  pierwszeństwo.  –  Wyjął 

notatnik z kieszeni na piersi.  

– Proszę opisać to zwierzę.  

– Ma piękne brązowe oczy i uwielbia sonety – wtrącił Charlie. – 

Jest bardzo łagodnego usposobienia i gdyby nie była zakochana, nigdy 

nie...  

–  Chwileczkę,  proszę  pana.  –  Policjant  postukał  piórem  w 

notatnik i zwrócił się do Roxie z niemą prośbą w oczach. – Kolor? 

–  Biała –  odpowiedziała  szybko.  –  Dorosła  lama  płci  żeńskiej,  o 

imieniu Como. Przypomina trochę wielbłąda bez garbu. One...  

–  Wiem,  jak  wygląda  lama  –  przerwał  jej  policjant.  –  Byłem  w 

background image

zoo. W jakim kierunku się udała? 

–  Na  zachód  –  odpowiedział  natychmiast  Charlie.  –  Jestem 

pewny,  że  gdzieś  tam  mieszka  jej  ukochany.  Od  wielu  dni  tęskniła  i 

pomyślałem...  

–  Ukochany?  –  Policjant  spojrzał  na Roxie  z  miną  świadczącą  o 

tym, że powątpiewa w zdrowie psychiczne Charliego.  

– Ona jest w okresie rui – wyjaśniła Roxie cicho.  

–  Och.  –  Młody  człowiek  zaczerwienił  się.  –  Cóż,  jak  już 

obiecałem,  przekażę  tę  wiadomość  kolegom,  ale  nie  ręczę  za  skutek, 

może poda pani komunikat przez radio i telewizję. Nie możemy tracić 

zbyt wiele czasu na poszukiwanie zaginionych zwierząt. – Podał kopie 

mandatów  Charliemu.  –  I  żadnego  prowadzenia  samochodu,  panie 

Hartman, dopóki nie zrobi pan prawa jazdy.  

Charlie wyprostował się i rzekł z godnością: 

–  Młody  człowieku,  nie  zamierzam  nigdy  więcej  usiąść  za 

kierownicą  takiego  pojazdu,  chyba  że  udoskonalą  mechanizmy 

kierownicze.  

– Tak, proszę pana. – Policjant przygryzł wargę i szybko wyszedł.  

– Co teraz robimy? – spytała Roxie. – Rzeczywiście powinniśmy 

podać  komunikat  przez  radio  i  telewizję,  ale  jak  najsprawniej 

zorganizować poszukiwania? 

– Ktoś musi zostać tutaj, na wypadek gdyby odnaleziono Como – 

myślał  na  głos  Hank.  –  Pojedziemy  na  poszukiwanie  ciężarówką,  bo 

jest wyposażona w telefon.  

–  Dobrze.  –  Roxie  odłożyła  na  bok  sprawy  osobiste.  Hank  miał 

background image

naprawdę  dobry  pomysł.  –  Sprowadź  ciężarówkę,  a  my  z  Charliem 

obdzwonimy  stacje  radiowe,  telewizyjne  i  schroniska  dla  zwierząt. 

Gdy  wrócisz,  pojadę  z  tobą,  a  Charlie  będzie  dyżurował  przy 

telefonie.  

– Dobrze. Zaraz wracam. – Hank obrócił się na pięcie i wybiegł.  

–  Roxie,  nie  masz  pojęcia,  jak  mi  przykro  –  rzekł  Charlie, 

dotykając jej ramienia.  

–  Myślę  –  rzuciła  Roxie,  wertując  książkę  telefoniczną.  – 

Pogadamy później.  

Podała  mu  pierwszy  numer.  Gdy  rozmawiał,  wypisała  na  kartce 

cały szereg numerów stacji radiowych i telewizyjnych oraz schronisk 

dla zwierząt.  

–  Proszę  –  wręczyła  kartkę  Charliemu.  –  Poszukam  jeszcze 

notesu  Fran,  choć  obawiam  się,  że  zabrała  go  ze  sobą  do  Chin.  Jej 

przyjaciółka może wiedzieć, gdzie doprowadzono Como do samca po 

raz pierwszy.  

–  Słuszny  tok  rozumowania,  Roxie.  –  Charlie  zaczął  wykręcać 

kolejny numer z listy.  

Udało  jej  się  znaleźć  jakiś  stary  notes  z  telefonami,  obawiała  się 

jednak,  że  jest  nieaktualny.  Do  czasu  jej  powrotu  do  kuchni  Charlie 

zdążył załatwić dużą część telefonów.  

– I co? – spytała, gdy odłożył słuchawkę. – Pomogą? 

–  O,  tak.  Bardzo  sympatyczni  ludzie.  Jeden  z  prezenterów 

powiedział,  że  otwiera  specjalną  „linię  zaginionej  lamy”  dla  ludzi, 

którzy widzieli Como.  

background image

–  Mam  nadzieję,  że  to  pomoże  i  że  ją  znajdziemy.  Wiem,  że 

kosztowała Osbornów sporo pieniędzy, ale nie o to chodzi. Kochają ją 

jak własne dziecko. Jeśli coś jej się stanie, nigdy mi tego nie wybaczą.  

– Roxie, to ja jestem wszystkiemu winien.  

– Nie, Charlie. Obarczyłam cię zbyt wielką odpowiedzialnością.  

–  Tak  bardzo  chciałem,  żebyście  mieli  z  Hankiem  trochę  czasu 

dla siebie. To było częścią planu.  

– Nie przejmuj się, Charlie. Dzwoń dalej. Gdy skończysz, dam ci 

jeszcze  notatnik  z  numerami  przyjaciół  Osbornów.  Zadzwoń  pod 

wszystkie,  może  ktoś  wie  coś  o  samcu,  do  którego  doprowadzono 

kiedyś Como. I do weterynarza.  

Poorana zmarszczkami twarz Charliego  wydawała się starsza niż 

zwykle.  

–  Po  prostu  musimy  ją  znaleźć  –  powiedział,  wykręcając  numer 

kolejnej stacji radiowej.  

Wkrótce  nadjechał  Hank.  Na  wszelki  wypadek  zostawili 

Charliemu  numer  telefonu  w  ciężarówce  i  obiecali  sami  zadzwonić, 

gdyby się czegoś dowiedzieli.  

–  Charlie  mówił,  że  gdy  ją  widział  po  raz  ostatni,  biegła  w 

kierunku zachodnim Sunrise Drive, tak? – spytał Hank, gdy ruszyli w 

drogę.  

–  Tak.  Mam  nadzieję,  że  zmieniła  trasę.  Ruch  jest...  –  Roxie 

umilkła.  

–  Po  pierwsze,  musimy  zawierzyć  jej  instynktowi  –  powiedział 

Hank.  –  Zakładamy,  że  skręciła  w  boczną  ulicę  i  biegła  nadal  w 

background image

kierunku zachodnim. Mogła kierować się na pole golfowe.  

– Mam nadzieję. Chyba że poszła wąwozem w góry. A wtedy...  

– Nie myśl o tym. Nie uciekła dawno, ktoś na pewno ją widział. 

Lama na wolności będzie budziła ogólną ciekawość.  

– Chyba masz rację.  

–  Musimy  zacząć  myśleć  tak  jak  ona  –  uznał  Hank.  –  Co 

zrobiłabyś na miejscu Como, gdybyś chciała podróżować na zachód, a 

ulica byłaby bardzo ruchliwa? 

–  Hank,  nie  potrafię  myśleć  jak  lama.  Mam  w  ogóle  kłopoty  z 

myśleniem, ponieważ okropnie się martwię.  

–  Uspokój  się,  Roxie.  Połączenie  twojej  logiki  i  mojej  intuicji 

może dać niezłe rezultaty.  

–  Dobrze,  spróbuję.  Po  pierwsze,  chyba  odbiła  w  prawo.  Nie 

wierzę, żeby przebiegła na drugą stronę ruchliwej szosy.  

– Zgadzam się, ale gdzie? 

– Nie wiem. Przejechaliśmy już kilka ulic, ale nie wyglądały zbyt 

zachęcająco...  zaczekaj,  Hank,  tam!  Spójrz  na  te  kwiaty  i  kaskadę. 

Mogło jej się chcieć pić.  

– To jest pomysł. Może strażnik przy bramie coś zauważył.  

– A obok mamy pole golfowe. Gdybym była Como, skręciłabym 

w tym miejscu.  

– Widzisz? – uśmiechnął się do niej. – Wiedziałem, że potrafisz.  

– Nie mamy żadnej gwarancji, że się nie mylę. – Nie poddała się 

czarowi  tego  uśmiechu.  Szukają  wspólnie  Como,  ponieważ  tak 

nakazuje  rozsądek.  Gdy  ją  znajdą,  o  co  się  modliła,  ich  znajomość 

background image

dobiegnie końca.  

Strażnik  przy  bramie  wyraźnie  się  ożywił,  gdy  wspomnieli  o 

białej lamie.  

– A więc to była lama. Widziałem zwierzę, które przybiegło tutaj, 

by  napić  się  wody  z  kaskady.  Próbowałem  je  złapać,  niestety, 

bezskutecznie.  

– Hank, ona jest tutaj! – wykrzyknęła Roxie.  

–  Raczej  była  –  powiedział  strażnik.  –  Uciekła  przez  pole 

golfowe.  

– Czy możemy dostać się na to pole? – spytał Hank.  

– Wątpię. To teren prywatny.  

– Ta lama jest niezwykle cennym zwierzęciem – nalegał Hank. – 

Zapłacimy za korzystanie z pola golfowego.  

–  Cóż,  proszę  pana,  karta  członkowska  klubu  kosztuje  kilka 

tysięcy dolarów.  

– Z pewnością musi być jakiś inny sposób. Czy mogę zadzwonić 

do kierownika? 

Strażnik zastanawiał się przez chwilę, po czym rzekł: 

– Tak, myślę, że to możliwe – powiedział wreszcie. Roxie czekała 

niecierpliwie na wynik rozmowy.  

Dobiegł ją śmiech Hanka i strzępy przyjacielskiej pogawędki. Po 

chwili Hank był z powrotem.  

– I co? – spytała, gdy wjechali przez bramę.  

–  Dostaniemy  elektryczny  wózek,  ale  nie  wolno  nam 

przeszkadzać graczom.  

background image

– Cudownie! Jak go przekonałeś? 

– Powiedziałem mu, że kupiłem tę drogą białą lamę w prezencie 

ślubnym  dla  mojej  żony.  Przez  nieuwagę  zapomniałem  zamknąć 

bramę  i  cholerny  zwierzak  uciekł  od  razu  pierwszego  dnia. 

Wspomniałem, że żona zagroziła, iż będzie spała w domku gościnnym 

przez następne czterdzieści lat, jeśli nie odnajdę lamy. Wygląda na to, 

że wszyscy chcą usuwać przeszkody z drogi prawdziwej miłości.  

– Mój Boże, mówisz zupełnie jak Charlie.  

– Powiedziałem ci kiedyś, że dobrze się rozumiemy.  

– Wobec tego może powinieneś wiedzieć, że to Charlie sprawdził, 

iż skutki twojej operacji można cofnąć.  

–  A  więc  starszy  pan  nie  jest  ideałem.  Zauważyłaś,  że  nigdy  nie 

mówi  o  swojej  rodzinie?  Podejrzewam,  że  jest  kawalerem,  a  skoro 

nigdy  nie  zmieniał  pieluszek,  nie  ma  prawa  udzielać  rad  na  temat 

dzieci.  

–  Myślę,  że  on  udzielił  zupełnie  innej  rady,  a  mianowicie,  że 

naprawdę kochający się ludzie powinni iść na kompromis.  

Hank  zatrzymał  ciężarówkę  przed  biurem  kierownika  i  wyłączył 

silnik.  

–  To  działa  w  obie  strony  –  stwierdził,  otwierając  drzwi 

ciężarówki. – Idziemy? 

– Tak. I ja będę prowadziła wózek.  

– Proszę bardzo.  

Roxie nigdy dotąd nie kierowała elektrycznym wózkiem i szybko 

przekonała się, że lekki pojazd błyskawicznie nabiera rozpędu na dość 

background image

stromym  zboczu. Hank chwycił się kurczowo  wspornika kabiny, gdy 

omal nie zderzyli się u podnóża wzniesienia z innym wózkiem.  

–  Czy  już  kiedyś  to  robiłaś?  –  spytał  łagodnie,  gdy  Roxie  udało 

się  jakoś  wymanewrować  i  posuwali  się  dalej  ścieżką,  dopóki  nie 

zrównali się z mężczyzną szykującym się właśnie do uderzenia.  

–  Setki  razy  –  burknęła.  –  Hej,  proszę  pana!  –  zawołała  do 

samotnego gracza.  

– Roxie, on właśnie brał zamach – zauważył Hank, krzywiąc się, 

gdy  piłeczka  wylądowała  w  koronie  pobliskiego  drzewa.  Mężczyzna 

zaklął soczyście.  

–  Proszę  pana,  czy  nie  widział  pan  tutaj  białej  lamy?  –  wołała 

dalej Roxie.  

Mężczyzna odwrócił się i oparł na kiju golfowym.  

– Jasne – odkrzyknął. – I dwa różowe słonie, i czerwoną zebrę. A 

teraz, czy pozwoli pani, że będę kontynuował grę? 

– Biała lama, o, takiej wysokości – nie dawała za wygraną Roxie. 

–  Ostatnio  widziano  ją  na  tym  polu  golfowym,  a  my  musimy  ją 

koniecznie znaleźć.  

– Nie, nie widziałem białej lamy, ale dam pani pewną radę, młoda 

damo. To bardzo trudne pole, ma mnóstwo naturalnych nierówności i 

przeszkód. Proszę ich jeszcze nie przysparzać, dobrze? 

–  Dobrze.  Przepraszam.  –  Roxie,  przygnębiona,  ruszyła  dalej 

ścieżką. – Bardzo martwię się o Como – powiedziała do Hanka.  

–  Wiem.  Po  prostu  zaczekaj,  aż  ktoś  uderzy  w  białą  piłeczkę  i 

wszystko będzie dobrze.  

background image

–  Nie  znam  się  na  golfie...  Hank!  Widzę  tam  coś  białego!  – 

Skręciła gwałtownie w lewo i ruszyła prosto przez pole.  

– Uwaga! – rozległ się krzyk mężczyzny.  

– Roxie, schyl głowę! – zawołał Hank.  

Roxie  posłuchała  go  i  w  tej  samej  chwili  piłeczka  golfowa 

uderzyła o wspornik kabiny, po czym wylądowała na kolanach Hanka.  

– Wspaniale – jęknął Hank. – To ten sam facet, w dodatku mamy 

teraz jego piłeczkę. Biegnie do nas, wściekły jak diabli.  

–  Nie  szkodzi.  Po  prostu  ją  odrzuć.  Hank,  to  była  ona.  Wciąż 

kieruje się na zachód, widzisz? 

–  Przebijesz  opony  na  kaktusach,  jeśli  będziesz  dalej  jechać  na 

przełaj.  

Roxie zatrzymała gwałtownie wózek.  

– Wobec tego będę ją ścigać piechotą.  

– Nie. – Hank chwycił ją za ramię. – Nie w tych butach. 

– Ale...  

– Zaczekaj. Czy widzisz tam skupisko domów? 

– Tak. Myślisz, że to jest właśnie cel jej podróży? 

–  Miejmy  nadzieję.  Zawracaj,  podjedziemy  ciężarówką  do  tego 

osiedla.  

Zawrócili,  odprowadzani  przekleństwami  zdenerwowanego 

gracza. Roxie pomyślała, że czekają niezła bura od Hanka.  

–  Ciekawe,  czy  to,  co  się  wydarzyło,  może  być  poczytane  za 

przeszkadzanie graczom? 

– Nie. Raczej za wzbogacenie gry w twórcze wyzwanie.  

background image

–  Dziękuję,  że  nie  zwalasz  wszystkiego  na  mnie.  Nie  wiem,  czy 

zniosłabym to teraz.  

–  Zapominasz,  że  cię  kocham  –  powiedział  cicho.  Serce  jej  się 

ścisnęło. Czy gdyby ją naprawdę kochał, nie chciałby zostać ojcem jej 

dziecka? 

Gdy ruszyli w stronę osiedla, zadzwonił telefon. Był to Charlie z 

wiadomością,  że  znalazł  znajomych  Osbornów,  którzy  mają  samca 

lamy.  

–  Wiesz,  gdzie  mieszkają?  Z  adresu  wynika,  że  w  osiedlu,  do 

którego jedziemy.  

– Żartujesz.  

– Absolutnie nie. Widocznie Como wie, czego chce.  

– Hank wykręcił podany przez Charliego numer.  

–  Czy  mówię  z  panią  Griffith?  –  Milczał  przez  chwilę.  –  Tak, 

właśnie  dzwonił  pan  Hartman.  Widzieliśmy  Como  kilka  minut  temu, 

biegnącą  przez  pole  golfowe.  Jeśli  pojawi  się  u  państwa,  proszę 

bardzo o uwiązanie jej. Już po nią jedziemy.  

Pani  Griffith  czekała  obok  przywiązanej  do  ogrodzenia  Como  i 

głaskała  ją  po  szyi.  Como  wydawała  się  całkiem  zadowolona, 

ponieważ  po  drugiej  stronie  ogrodzenia  znajdował  się  przystojny 

czarny samiec, z którym trącali się nosami.  

– Czy widzisz to, co ja? – spytała Roxie. – Charlie miał rację.  

–  Czy  zamierzasz  pozwolić  kochankom,  by  dzielili  dzisiejszej 

nocy tę samą zagrodę? 

–  Jasne,  że  nie.  Nie  chcę  kłopotów  z  brzemienną  lamą.  Za  duże 

background image

ryzyko.  

– Wprawdzie trudno tu upatrywać analogii, ale czuję to samo, gdy 

myślę o twojej ciąży.  

–  Masz  rację,  analogia  jest  zbyt  odległa.  W  porządku,  Hank,  nie 

mam prawa krytykować twojego sposobu myślenia, ale ponieważ się z 

nim  nie  zgadzam,  lepiej  będzie,  jeśli  zakończymy  naszą  znajomość, 

zanim  znów  sprawimy  sobie  ból.  Bardzo  ci  dziękuję  za  pomoc,  ale 

gdy  odstawimy  Como  do  domu,  pożegnamy  się  i  nie  będziemy  się 

więcej widywać.  

– Jeśli tego właśnie chcesz – powiedział.  

– Właśnie tego.  

 

Przewiezienie  Como  do  jej  zagrody  i  odzyskanie  samochodu 

Roxie  zajęło  około  godziny.  Nim  Hank  odjechał,  zaproponował 

jeszcze raz, że zapłaci oba mandaty Charliego. Roxie odmówiła.  

–  Como  wygląda  świetnie  –  powiedziała  w  jakiś  czas  później 

Roxie, czesząc miękkie futro lamy. – Możesz już przestać się martwić.  

–  Rzeczywiście  –  zgodził  się  Charlie,  okrążając  lamę,  która 

wodziła  za  nim  ciemnobrązowymi  oczami.  –  Może  posłuchałaby 

trochę poezji po swoich przygodach.  

– Może – uśmiechnęła się Roxie.  

Charlie  wyciągnął  swoje  ulubione  sonety  Szekspira  i  zaczął 

czytać  na  głos.  Roxie  nie  mogła  powstrzymać  łez,  słuchając  tych 

romantycznych strof.  

Charlie odłożył szybko książkę, okulary i podszedł do niej.  

background image

–  Roxie,  moje  dziecko,  powiedz  mi,  proszę,  co  się  stało  –  rzekł, 

kładąc jej dłoń na ramieniu. – Czuję, że coś okropnie smutnego zaszło 

między tobą a Hankiem, i bardzo mnie to martwi.  

Roxie  spojrzała  w  jego  poczciwą,  zasmuconą  twarz  i  omal  nie 

straciła panowania nad sobą. Zaczęła energicznie szczotkować Como, 

żeby się nie rozpłakać.  

–  Chyba  jednak  Hank  nie  będzie  moim  walentynkowym 

prezentem – powiedziała.  

– Dlaczego? Wszystko układało się tak pięknie.  

– Charlie – odpowiedziała drżącym głosem – czy nie uważasz, że 

dziecko jest wyrazem miłości dwojga ludzi? 

– Cóż, chyba tak.  

–  A  co  powiedziałbyś  o  mężczyźnie,  który  nie  chce  się  na  nie 

zgodzić,  mimo  że...  wie,  iż  kobieta,  którą  kocha,  bardzo  pragnie 

maleństwa? – Roxie objęła szyję Como i rozpłakała się żałośnie.  

–  Och,  moja  kochana.  –  Charlie  poklepał  ją  niezręcznie  po 

ramieniu.  –  Tak  mi  przykro.  Może  sprawy  nie  wyglądają  tak  źle. 

Może Hank musi przyzwyczaić się do tej myśli.  

–  Gdyby  mnie  kochał,  nie  musiałby  przyzwyczajać  się  do  tej 

myśli. Gdyby mnie kochał, pragnąłby mieć ze mną dziecko. Nie chcę 

go więcej widzieć! – Znów przytuliła się do Como, lama zaś trąciła ją 

nosem, jak gdyby ją pocieszała.  

–  O  mój  Boże,  o  mój  Boże.  Dwie  miłosne  historie  ze  smutnym 

zakończeniem –  westchnął  Charlie. –  Może  to  prawda,  że  już  się  nie 

nadaję. Sugerowano mi przejście na emeryturę, ale nie chciałem o tym 

background image

słyszeć.  Uparcie  czepiałem  się  powiedzenia:  „Miłość  zwycięża 

wszystko”,  ale  teraz  nie  jestem  już  tego  taki  pewny.  Nie  wiem,  po 

prostu nie wiem.  

– Charlie, o czym ty, u licha, mówisz? – spytała Roxie, ocierając 

łzy. – Jaka emerytura? 

– Taki byłem pewny ciebie i Hanka – mówił dalej starszy pan. – 

Dzięki  wam  odzyskałem  wiarę  w  prawdziwą  miłość,  rozproszyliście 

moje  obawy,  że  wyszła  już  z  mody.  Ale  teraz...  –  Pokręcił  smutno 

głową. 

– 

Przykro 

mi 

kończyć 

moją 

karierę 

zawodową 

niepowodzeniem.  

Roxie odłożyła zgrzebło i stanęła przed Charliem.  

–  Jaką  karierę?  Pleciesz  znowu,  jakbyś  nie  miał  piątej  klepki, 

Charlie. Nie strasz mnie.  

–  Chyba  już  czas,  żebyś  się  dowiedziała.  Chociaż  niechętnie 

wyznam ci prawdę po tym wszystkim, co się stało.  

–  Jaką  prawdę?  –  Wpatrywała  się  w  niego  z  drżeniem.  –  Kim 

jesteś? 

Zdjął z głowy kapelusz i wykonał dworski ukłon.  

– Święty Walenty we własnej osobie. Do usług.  

background image

ROZDZIAŁ 12 

 

Roxie  patrzyła  na  niego  z  niedowierzaniem, niezdolna  wymówić 

słowa.  

– Oczywiście mi nie wierzysz. Cóż, miałem zamiar powiedzieć ci 

o  tym  w  bardziej  szczęśliwych  okolicznościach.  Może  wówczas 

dałabyś wiarę moim słowom.  

– Mój Boże, jesteś szalony – wyszeptała.  

– To całkiem możliwe po tylu wiekach wypełniania tego samego 

zadania.  

– Naprawdę wydaje ci się, że jesteś świętym Walentym, prawda? 

–  Wierz  mi,  że  w  tej  chwili  wolałbym  być  starym  poczciwym 

Charliem  Hartmanem,  włóczęgą,  którego  przygarnęłaś.  Nie 

musiałbym  wówczas  brać  na  siebie  odpowiedzialności  za  to 

niepowodzenie.  

–  Jakim  sposobem  możesz  być  za  to  odpowiedzialny?  Nie  mogę 

się doczekać, kiedy mi wyjaśnisz.  

Charlie  machnął  ręką  w  kierunku  dwóch  wyściełanych  krzeseł, 

ustawionych pod domem na kamiennej posadzce.  

– Może usiądziemy na chwilę i wszystko ci wyjaśnię.  

–  Dobrze  –  odrzekła  Roxie,  idąc  za  nim.  –  Ja  też  mam  ochotę 

usiąść.  

–  No  więc  –  zaczął  Charlie,  gdy  już  zajęli  miejsca  –  dawno, 

dawno temu, może w trzynastym lub czternastym wieku odkryłem, że 

background image

przebranie  włóczęgi  pozwala  poruszać  się  tu  i  tam  bez  zwracania  na 

siebie  uwagi.  Zjawiam  się,  załatwiam  sprawę  i  znikam.  Wszyscy 

uważają, że sympatyczny wagabunda po prostu ruszył w dalszą drogę. 

I rzeczywiście tak robię, po to, by zetknąć kolejną parę kochanków.  

– Nie wierzę, że tego słucham. – Roxie pokręciła głową.  

–  Przybyłem  do  Tucson  dla  jego  ciepłego  klimatu  –  opowiadał 

dalej  Charlie,  nie  zrażony  jej  sceptycyzmem.  –  Zaczął  mi  trochę 

dokuczać  artretyzm.  Gdybyś  została  w  Newark,  moja  droga,  pewnie 

byśmy  się  nie  spotkali.  Martwię  się  o  biednych  kochanków  w 

chłodniejszych rejonach, dlatego myślałem o  wyszkoleniu młodszego 

asystenta.  –  Popatrzył  ze  smutkiem  na  kamienną  posadzkę.  –  Teraz 

może się to okazać niepotrzebne.  

– Chciałabym być przy tym, gdy kogoś poprosisz, by zgodził się 

zająć to stanowisko.  

–  Jednym  z  kandydatów  jest  Geoff  Chaucer.  Zaimponowała  mi 

jego  spostrzegawczość.  Zauważył,  iż  ptaki  dobierają  się  w  pary 

czternastego  lutego.  Mimo  to  moim  faworytem  jest  Karol,  książę 

Orleanu. Oczywiście, pamiętasz, kto to taki.  

– Oczywiście.  

–  Co  za  facet.  Zapoczątkował  nową  modę,  wysyłając  żonie  list 

miłosny z twierdzy Tower w dniu świętego Walentego.  

– Tak, to fascynujące – przytaknęła Roxie, postanawiając włączyć 

się do zabawy.  

–  W  każdym  razie,  wracając  do  czasów  współczesnych,  ciebie 

wybrałem natychmiast.  

background image

– Z powodu mojego nazwiska.  

–  Tak,  i  niebezpieczeństwa,  które  nad  tobą  zawisło  w  osobie 

Douga Kelly’ego o szczurzej twarzy.  

–  Ach  tak,  Doug.  Muszę  przyznać,  że  kimkolwiek  jesteś  i 

cokolwiek zrobiłeś, jestem ci wdzięczna, że odwróciłeś od niego moje 

myśli. Mogłam popełnić fatalny błąd.  

– To prawda. Moim celem było szybko znaleźć ci odpowiedniego 

partnera.  Gdy  ujrzałem  Hanka Craddocka,  byłem  pewny,  że  świetnie 

się nadaje.  

– Cóż... – Oczy Roxie znów napełniły się łzami.  

– Wciąż nie mogę uwierzyć, że się pomyliłem.  

–  Charlie,  nie  mogłeś  przewidzieć,  że  tak  się  to  skończy.  – 

Roześmiała  się  przez  łzy.  –  Zabrzmiało  to,  jak  gdybym  ci  uwierzyła. 

Rozumując  logicznie,  mogłeś  zaaranżować  to  wszystko,  będąc  po 

prostu kochanym, poczciwym Charliem Hartmanem.  

– Nie wszystko. Najtrudniej poszło mi z telefonem.  

– Wydaje ci się, że zepsułeś telefon Hanka tamtego dnia? 

– Nie wydaje mi się. Po prostu to zrobiłem.  

Roxie  wpatrywała  się  w  Charliego  przez  długą  chwilę. 

Potwierdziły  się  jej  obawy.  Biedny  Charlie  był  naprawdę  szalony, 

choć niegroźny dla otoczenia. Wciąż żywiła do niego sentyment. Miał 

rację  co  do  Douga.  To  nie  był  odpowiedni  dla  niej  mężczyzna. 

Przekonała  się  o  tym  dobitnie  po  poznaniu  Hanka.  Nie  żałowała  ani 

jednej  spędzonej  z  nim  chwili.  Było  jej  ciężko  na  duszy,  że  ich 

znajomość  tak  się  zakończyła.  Jednak  u  boku  Hanka  doświadczyła 

background image

wspaniałych przeżyć i tylko to się liczyło.  

– Widzisz więc sama, Roxie, jeśli zerwaliście ze sobą, nadaję się 

tylko na emeryturę.  

– I co to oznacza? 

–  Nie  wiem  –  odrzekł  Charlie,  przyglądając  się  swoim  dłoniom, 

złożonym na kolanach. – Nigdy nie byłem na emeryturze.  

– Możesz zostać ze mną, wiesz o tym.  

– Jak gdybym był naprawdę Charliem Hartmanem? 

– Tak – skinęła uroczyście głową. – Jak gdybyś był Charliem.  

–  Zastanowię  się  nad  tym,  Roxie.  Jesteś  naprawdę  kochana,  że 

tyle ze mną wytrzymałaś. Sprawiłem ci mnóstwo kłopotów.  

– Na szczęście szkody dadzą się naprawić – powiedziała Roxie. Z 

wyjątkiem złamanego serca, dodała w myślach.  

Charlie odchylił klapę marynarki i spojrzał w dół na złotą szpilkę.  

– Jeśli pójdę na emeryturę, sprzedam tę szpilkę. Może wystarczy 

przynajmniej na zapłacenie moich mandatów.  

– Zawsze chciałam cię spytać o tę szpilkę, Charlie. Skąd ją masz? 

– Jest związana z moją pracą. Gdy uda mi się pomyślnie wykonać 

zadanie, darowuję ją szczęśliwej parze i dostaję nową.  

–  Czy  ona  coś  oznacza?  –  Roxie  zastanawiała  się,  po  co  zadała 

kolejne pytanie. Po chwili uświadomiła sobie, że rozmowa z Charliem 

zmniejsza trochę ból, który przeszywał jej serce.  

– To węzeł miłości – odpowiedział Charlie. – Symbolizuje miłość 

bez początku i końca. Oznacza również nieskończoność.  

– Tyle wiem.  

background image

– I, rzecz jasna, złoto nigdy nie traci blasku.  

–  Jest  śliczna,  Charlie,  ale  wątpię,  czy  uda  ci  się  dostać  za  nią 

tyle,  żeby  wystarczyło  na  mandaty.  Zatrzymaj  szpilkę.  Sięgniemy  do 

pieniędzy,  które  zaoszczędziłam  na  wpłatę  na  dom  w  mieście. 

Musimy naprawić też skrzynkę i samochód.  

– Tak, ale naruszysz swój fundusz.  

–  Będziemy  mieli  kilka  miesięcy  na  odrobienie  strat.  No,  nie 

wiem jak ty, ale ja na dziś mam dość problemów.  

–  Racja,  moja  droga,  racja.  –  Wstał  i  poprawił  muszkę.  –  Może 

odświeżyłbym się trochę przed kolacją.  

– Dobry pomysł. – Roxie podniosła się z trudem z krzesła. Czuła 

się  jak  stuletnia  staruszka.  –  Zjemy  wobec  tego  kurczaka,  którego 

upiekłam dla ciebie, i otworzymy butelkę wina.  

– Świetnie.  

Roxie trzymała się do chwili, kiedy znalazła się sama w sypialni. 

Zobaczyła walentynkę od Hanka leżącą na komodzie i jej opanowanie 

prysnęło.  

–  Dlaczego,  Hank,  dlaczego?  –  szlochała.  –  Dlaczego  nie 

możemy pragnąć tego samego? 

 

Okazało  się  jednak,  że  Roxie  nie  ma  pięciu  miesięcy  na 

odtworzenie  swoich  oszczędności.  Zaledwie  w  kilka  dni  po 

uregulowaniu rachunków zatelefonowali Osbornowie  z  wiadomością, 

że wkrótce wracają. Doszli do wniosku, że sprawa Como jest dla nich 

ważniejsza od kontynuowania podróży. Prosili Roxie, by pozostała w 

background image

ich domu tak długo, jak będzie chciała.  

–  Przenoszę  się  jutro  z  powrotem  do  parku  –  oznajmił  Charlie, 

gdy usłyszał, że Osbornowie wracają nazajutrz wieczorem.  

– Charlie, nie chcę, żebyś tam wracał. Osbornowie nie będą mieli 

nic przeciwko temu, żebyś został, dopóki nie zbiorę pieniędzy na dom 

dla nas.  

–  Nie  ma  mowy.  Osbornowie  mogą  chcieć  zaprosić  kogoś  do 

domku gościnnego. Nie wypada mi ich krępować. Zresztą pogoda jest 

przepiękna, Roxie. Ławka nie jest wcale złym wyjściem.  

– Och, Charlie. – Roxie westchnęła, wiedząc, że jego decyzja jest 

w  gruncie  rzeczy  słuszna.  Sądziła,  że  Osbornowie  nie  mieliby  nic 

przeciwko  jego  obecności,  nie  była  jednak  całkowicie  pewna. 

Mogliby nie zrozumieć, dlaczego przygarnęła włóczęgę z parku. – Ale 

to tylko na krótki czas – powiedziała. – Zanim zaczną się letnie upały, 

z pewnością uda mi się załatwić mieszkanie z klimatyzacją.  

– Jesteś taka kochana. – Patrzył na nią zamglonymi ze wzruszenia 

oczyma. Potem klasnął w dłonie. – Został nam jeszcze jeden wspólny 

wieczór. Myślę, że będzie to wieczór mojego triumfu szachowego.  

Roxie otarła łzy.  

– Akurat – powiedziała, uśmiechając się dzielnie.  

W  czasie  gry  walczyła  z  ogarniającym  ją  przygnębieniem. 

Najpierw  odepchnęła  Hanka,  teraz  odchodzi  Charlie,  który  tak 

wspaniale  rozumiał  jej  nastroje  od  czasu  tamtego  nieszczęsnego 

weekendu. Za dwadzieścia cztery godziny, gdy przyjadą Osbornowie, 

będzie  musiała  robić  dobrą  minę  do  złej  gry,  inaczej  narazi  się  na 

background image

kłopotliwe pytania.  

Żałowała,  że  nie  ma  dość  pieniędzy,  by  przeprowadzić  się  do 

domu  w  mieście.  Mieszkanie  u  Osbornów  oznaczało  konieczność 

przejeżdżania obok placu budowy dwa razy dziennie. Miała nadzieję, 

że serce przestanie walić jej jak młotem za każdym razem, gdy mignie 

jej postać Hanka.  

Pozwoliła  wygrać  Charliemu  w  szachy,  potem  zaś  oboje 

stwierdzili,  że  zostało  im  jeszcze  trochę  roboty  przed  przyjazdem 

Osbornów.  Roxie  postanowiła  uprać  po  raz  ostatni  wszystkie  rzeczy 

Charliego, on zaś miał tymczasem wysprzątać domek gościnny. Roxie 

wiedziała, że zajmie mu to niewiele czasu, bo Charlie nie pozostawiał 

po sobie bałaganu.  

 

Roxie  źle  spała  tej  nocy.  Rano  nakarmiła  Como  i  ukryła  się  w 

domu, gdy Charlie przyszedł pożegnać się z lamą. Nie zniosłaby teraz 

ich widoku razem. Charlie kazał jej obiecać, że będzie czytała Como 

poezję.  Roxie  obawiała  się,  że  nie  będzie  w  stanie  dotrzymać  słowa. 

Zbyt dużo by to ją kosztowało.  

Wreszcie  byli  gotowi  do  wyjścia.  Zniszczona  teczka  Charliego  z 

całym  jego  dobytkiem  oraz  jedzeniem,  które  wepchnęła  mu  na  siłę 

Roxie, leżała na tylnym siedzeniu samochodu.  

–  Weź  koc,  Charlie  –  powiedziała  Roxie,  buszując  w  szafie  i 

odwlekając chwilę wyjazdu. – Jest stary, Osbornowie pozwolili mi go 

używać na pikniki. Kupię im nowy.  

– Dziękuję, ale byłoby mi za ciężko. Nie będzie potrzebny.  

background image

– No to weź chociaż moją poduszkę.  

–  Roxie  –  dotknął  lekko  jej  ramienia  –  poduszki  też  nie 

potrzebuję. Dobrze jest, jak jest.  

– Nie mogę tego znieść, Charlie. – Popatrzyła na niego przez łzy. 

–  Myśl,  że  spędzisz  noc  sam  w  parku,  doprowadza  mnie  do 

szaleństwa.  Zostań.  Osbornowie  na  pewno  nie  będą  mieli  żadnych 

zastrzeżeń.  Nie  sądzę,  by  chcieli  kogoś  zapraszać  od  razu  po 

powrocie. Proszę, Charlie.  

– Nie, muszę iść. Zaufaj mojemu instynktowi w tej sprawie.  

Roxie wiedziała, że starszy pan nie zmieni zdania. Jedyne wyjście 

to znaleźć jak najszybciej mieszkanie.  

– No to chodźmy, zanim się kompletnie rozkleję.  

– Dobrze, ale chciałbym cię jeszcze prosić o małą przysługę.  

– Co tylko zechcesz, Charlie.  

– Zatrzymaj się na chwilę przy budowie i pozwól mi się pożegnać 

z Hankiem.  

Wszystko,  tylko  nie  to,  pomyślała  Roxie.  Jednak  nie  mogła 

odmówić jedynej prośbie najlepszego przyjaciela.  

– Dobrze, ale nie mamy wiele czasu.  

– Zajmie mi to tylko chwilę.  

Gdy zatrzymała się obok ogrodzenia, wypatrzyła Hanka od razu, 

jak gdyby miała zamontowany w głowie radar. W tej samej chwili on 

ją również zobaczył i ruszył w kierunku samochodu.  

–  Błagam  cię,  idź  do  niego,  Charlie  –  wyszeptała.  –  Nie  pozwól 

mu podejść do samochodu.  

background image

– Jak sobie życzysz, moja droga.  

Gdy Charlie wysiadł z volvo, Hank przystanął i czekał na niego. 

Znajdowali  się  zbyt  daleko,  by  Roxie  mogła  usłyszeć,  co  mówią,  ale 

żaden  z  nich  ani  razu  się  nie  uśmiechnął.  Hank  dwukrotnie  pokręcił 

głową  w  odpowiedzi  na  energiczną  gestykulację  Charliego.  Roxie 

przypuszczała, że rozmawiają o niej.  

W  końcu  uścisnęli  sobie  dłonie,  a  Hank  poklepał  Charliego  po 

ramieniu. Potem odszedł, Charlie zaś wrócił do samochodu.  

– To wszystko – powiedział. – Dziękuję.  

Była  ciekawa,  o  czym  rozmawiali,  ale  pomyślała,  że  nie  ma 

prawa pytać. Charlie nie kwapił się, żeby uchylić rąbka tajemnicy, tak 

więc jechali do śródmieścia w milczeniu. Roxie zauważyła, że wiosna 

zbliża się milowymi krokami i ucieszyła się ze względu na Charliego.  

W ogródkach pojawiły się pierwsze wiosenne kwiatki. W innych 

okolicznościach  Roxie  cieszyłaby  się  tą  feerią  kolorów.  W  Newark 

zimy  trwały  bardzo  długo,  a  ostatnio  miasto  nawiedziła  potężna 

śnieżyca.  Dziś  jednak  było  jej  wszystko  jedno.  Wciąż  miała  przed 

oczami  Hanka  rozmawiającego  z  Charliem.  Hank  kręcący  głową, 

Hank mówiący: „nie”. „Nie” dla dziecka, „nie” dla wspólnego życia z 

Roxie, „nie” dla miłości.  

Nie miała ochoty wysiadać z samochodu, ponieważ wiedziała, że 

to oznacza rozstanie z Charliem.  

–  Chodźmy,  moja  droga.  Spóźnisz  się  do  pracy.  Dziękuję  ci  za 

podwiezienie – powiedział Charlie, uchylając kapelusza.  

–  Och,  Charlie!  –  Roxie  uściskała  go  serdecznie.  –  Nie  chcę, 

background image

żebyś odchodził.  

– Zobaczymy się niedługo, gdy przyniosę różę, a potem w porze 

lunchu.  

– Wiem, ale...  

– Nie przejmuj się, Roxie. Jakoś to będzie. Głowa do góry. Muszę 

iść  do  kwiaciarni,  wybrać  najpiękniejszą  różę.  Oczywiście,  jeśli 

przestanę wykonywać moje obowiązki jako święty Walenty, nie będę 

już tego robił.  

Roxie  ogarnął  smutek.  Choć  brzmiało  to  jak  czyste  wariactwo, 

wolała,  żeby  Charlie  wierzył,  że  jest  świętym  Walentym.  Jego 

dziecinna  wiara  w  potęgę  prawdziwej  miłości  dodawała  mu 

szczególnego blasku, który gdzieś nagle zniknął, a Roxie chciała, żeby 

powrócił.  To  brak  realizmu,  skarciła  samą  siebie.  Charlie  żył  w 

świecie  marzeń,  przez  krótki  czas  ona  również.  W  realnym  świecie 

miłość nie wystarczyła, by przezwyciężyć trudności.  

Odchrząknęła i spróbowała się uśmiechnąć.  

– Na razie nie przestawaj przynosić róż – poprosiła.  

– Nie – zgodził się Charlie. – Na razie nie przestanę.  

– Do widzenia, Charlie.  

–  Do  widzenia,  moja  droga.  Dziękuję  za  przygarnięcie  takiego 

nieznośnego staruszka.  

Pokręciła  głową,  nie  mogąc  wykrztusić  słowa.  Charlie  chyba 

zrozumiał,  uchylił  jeszcze  raz  kapelusza,  po  czym  odwrócił  się  i 

pomaszerował w stronę parku. Szedł szybkim krokiem, z podniesioną 

głową.  Niósł  swą  podniszczoną  teczkę  tak  dumnie,  jak  gdyby 

background image

zawierała  pokaźny  pakiet  papierów  wartościowych  albo  projekt 

ważnego programu badawczego. Roxie nigdy nie kochała go bardziej 

niż w tej chwili.  

background image

ROZDZIAŁ 13 

 

Powrót  Osbornów  przyniósł  jedną  pozytywną  zmianę  w  życiu 

Roxie.  Odzyskała  zaufaną  przyjaciółkę,  której  mogła  się  zwierzyć. 

Roxie pragnęła od razu opowiedzieć  Fran o Hanku, ponieważ jednak 

codziennie rano wyruszała do pracy, musiała zaczekać do sobotniego 

popołudnia. Dave właśnie wybrał się z przyjaciółmi pograć w golfa.  

Fran  i  Roxie  postanowiły  spędzić  popołudnie  na  nawożeniu  i 

przycinaniu drzewek cytrusowych. Powietrze było balsamiczne. Ciszę 

przerywało  tylko  brzęczenie  pszczół,  zbierających  nektar  z  kwiatów 

pomarańczy i grejpfruta. Nie było nawet Como, którą przeniesiono na 

tydzień  do  zagrody  ukochanego.  Roxie  opowiedziała  o  tym 

Charliemu, którego bardzo ucieszyła ta nowina, chociaż nadal martwił 

się o Roxie i Hanka.  

Gdy  pracowały  z  Fran  w  ogródku,  Roxie  szukała  pretekstu,  by 

zacząć  rozmowę.  Wreszcie  przyszła  jej  do  głowy  najprostsza  w 

świecie myśl.  

– Wydajecie się z Dave’em tacy szczęśliwi, tacy wciąż zakochani 

– powiedziała. – Nawet po... właśnie, po ilu latach? 

–  Dwudziestu  sześciu.  –  Fran  roześmiała  się.  –  Świadczą  o  tym 

moje siwe włosy.  

–  Dave’owi  się  podobają.  Słyszałam,  jak  mówił,  żebyś  ich  nie 

farbowała.  

–  Wiesz,  czym  mi  zagroził?  Że  kupi  sobie  perukę,  jeśli  je 

background image

ufarbuję.  

–  To  dlatego,  że  oboje  podobacie  się  sobie  tacy,  jacy  jesteście  – 

uśmiechnęła  się  Roxie.  Wyrwała  kupkę  I  chwastów  spod  drzewa  i 

spytała nieśmiało: – Fran, przepraszam, jeśli to zbyt osobiste pytanie, 

ale czy nigdy nie chcieliście... mieć dzieci? 

–  Jeszcze  jak.  To  ja  nie  mogłam  ich  mieć.  Odwiedziliśmy 

niezliczonych lekarzy, ale nic nie dało się zrobić.  

– A nie myśleliście o adopcji? 

– Ciągle się gdzieś przenosiliśmy – powiedziała Fran, przycinając 

gałęzie  –  i  nie  mogliśmy  przebrnąć  przez  sprawy  papierkowe. 

Wreszcie  daliśmy  sobie  spokój.  Podsumowaliśmy  wszystkie  plusy 

naszego  życia  –  wzajemną  miłość,  swobodę,  brak  obciążeń 

finansowych,  i  stwierdziliśmy,  że  jesteśmy  szczęśliwi,  mimo  że  nie 

mamy dziecka.  

– I nigdy nie żałowaliście? 

– Nie. Na szczęście, Dave wolał mnie od kogoś, kto obsypałby go 

potomstwem.  –  Podniosła  głowę  i  spojrzała  na  Roxie.  –  Dzieci  są 

miłe,  ale  rzadko  zostają  przy  tobie.  W  końcu  liczy  się  przede 

wszystkim  ten  ktoś,  za  kogo  wyjdziesz  i  z  kim  spędzisz  życie.  – 

Przyglądała jej się przez chwilę badawczo. – A teraz pozwól, że ja ci 

zadam osobiste pytanie. Kim on jest? 

Roxie otworzyła usta ze zdumienia.  

– Aha, czyli tak jak myślałam. Czy opowiesz o tym starej ciotce? 

Roxie oparła się na łopacie.  

–  Tak  –  powiedziała.  –  Marzę  o  tym  od  wielu  dni.  Opowieść 

background image

popłynęła jak rzeka. Roxie nie pominęła niczego, nawet roli Charliego 

i jego zapewnień, że jest świętym Walentym, a także ucieczki Como.  

– Fiu, fiu! – zagwizdała Fran. – Chiny nie były nawet w połowie 

tak podniecające.  

– Mam nadzieję, że nie jesteś na mnie wściekła za sprowadzenie 

tutaj Charliego.  

Fran odłożyła nożyce i podeszła do Roxie, by ją uściskać.  

–  Oczywiście,  że  nie.  Może  chciałabyś  go  tu  mieć  z  powrotem? 

Domek gościnny nie będzie nam pewnie potrzebny przez całe lato.  

–  Zapytam  go,  ale  wątpię,  czy  przyjmie  zaproszenie.  Wtedy  się 

zgodził,  ponieważ  był  przekonany,  że  pomaga  mi  znaleźć 

odpowiedniego  mężczyznę.  Myślę,  że  gdy  wszystko  spaliło  na 

panewce, poczuł się bezużyteczny. Opowiada wciąż o emeryturze.  

– Mój Boże – roześmiała się Fran – jakie wspaniałe zajęcie sobie 

wymyślił.  

– Jest kochany, prawda? Wiem, że brak mu piątej klepki, ale lubię 

go takim, jakim jest. Nie chcę, żeby poszedł na emeryturę.  

–  Zatem  jedynym  sposobem,  żeby  go  od  tego  powstrzymać,  jest 

pogodzenie się z panem Craddockiem.  

–  Nawet  jeśli  oznacza  to  rezygnację  z  mojego  marzenia  o 

dziecku? 

– A z jakiego marzenia rezygnujesz w tej chwili?  

Roxie nie odzywała się przez długą chwilę.  

–  Masz  rację  –  powiedziała  w  końcu.  –  Życie  bez  Hanka  jest 

okropnie  smutne.  Jeśli  poślubię  jakiegoś  miłego,  ale  nudnego  faceta 

background image

tylko dlatego, że chce mieć dzieci, to co mi zostanie, gdy one odejdą? 

– No właśnie.  

– Ale, Fran, ja tak bardzo pragnę mieć dziecko Hanka.  

–  Wiem  –  westchnęła  Frań.  –  Naprawdę  to  rozumiem.  Ale 

rozumiem też jego. Ma już dwójkę dzieci.  

Zapadło milczenie. Roxie zastanawiała się nad swoim wyborem.  

– Chyba – powiedziała w końcu – wolę mieć Hanka bez dziecka, 

niż nie mieć go wcale.  

– Chyba? Tu nie ma miejsca na chyba, Roxie.  

–  Bardzo  za  nim  tęsknię.  –  Roxie  popatrzyła  na  potężny  masyw 

górski.  –  Jest  mężczyzną,  o  jakim  można  tylko  marzyć  – 

szarmanckim, hojnym, twórczym, seksownym...  

– Czy słuchasz samej siebie? – spytała Frań.  

–  Kocham  go,  Fran.  Ponad  wszystko.  –  Odetchnęła  głęboko.  – 

Nie pozwolę, by spór o dziecko nas rozdzielił.  

– Mądra dziewczynka.  

Roxie poczuła nagły przypływ radości.  

– Szkoda, że nie podjęłam decyzji wcześniej, zaoszczędziłoby to 

nam wszystkim wielu zmartwień.  

–  Nie  bądź  dla  siebie  taka  surowa.  Trudno  zrezygnować  z 

własnych marzeń. Wiele kobiet nie zdecydowałoby się na to.  

– Tylko że one nie mają takiego mężczyzny jak Hank.  

–  Skończ  już  z  zajęciami  w  ogródku  –  powiedziała  Fran, 

zabierając jej łopatę – i odszukaj mężczyznę swoich marzeń. Gdy już 

wszystko  sobie  wyjaśnicie,  przyprowadź  go  tutaj,  żebym  mogła  go 

background image

poznać.  

–  Stokrotne  dzięki.  –  Uściskała  Fran.  –  Moja  matka  nie 

doradziłaby mi lepiej.  

–  Twoja  matka  miałaby  pretensje  za  udzielanie  takich  rad.  Nie 

zapominaj, że pozbawiasz ją wnuków.  

– Och, nie zapominam. – Roxie podniosła owoc grejpfruta, który 

spadł  z  drzewa,  jeden  z  ostatnich  w  tym  sezonie.  –  O  tym  też 

myślałam, ale to nie jest najważniejsze, prawda? 

– Prawda.  

– Nic nie jest ważne, jeśli ma się właściwego mężczyznę.  

– Idź po niego, Roxie.  

Roxie podrzuciła owoc wysoko w górę i zręcznie go pochwyciła.  

– Mam nadzieję, że mi się to uda.  

Niestety  na  budowie  nie  było  dziś  nikogo,  a  telefon  w  domu 

Hanka  nie  odpowiadał.  Roxie  dzwoniła  co  pół  godziny  aż  do 

dziesiątej.  Dave  został  wtajemniczony  w  całą  historię  i  podnosił 

wzrok  znad  książki  za  każdym  razem,  gdy  maszerowała  przez  salon 

do telefonu, po czym pytał, czy udało jej się dodzwonić.  

Po  dziesiątej  Roxie  biła  się  z  myślami,  czy  może  zadzwonić 

jeszcze raz. Gdy się zdecydowała o wpół do jedenastej, Hank podniósł 

wreszcie słuchawkę.  

– Roxie? – spytał niespokojnie. – Czy coś się stało? 

–  Nie  –  odpowiedziała  drżącym  głosem.  –  Muszę  z  tobą 

porozmawiać. Osobiście.  

– Czy coś się przydarzyło Charliemu? A może Como? 

background image

– Nie. Zastanawiałam się, czy nie moglibyśmy... spotkać się... jak 

najszybciej. – Przełknęła z trudem.  

–  Oczywiście.  Przyjechałbym  natychmiast,  ale  dzieci  śpią  i  nie 

mogę ich zostawić. Może ty wpadłabyś do mnie? 

– Cóż, ja... – Roxie rozważyła tę ewentualność i stwierdziła, że to 

nie jest dobre rozwiązanie. – A jutro? – spytała.  

– Przyjadę po ciebie o dziesiątej – odpowiedział natychmiast.  

–  A  co  z  Hilary  i  Ryanem?  Czy  uda  ci  się  załatwić  tak  szybko 

opiekunkę? 

– To już moje zmartwienie, Roxie. Bądź gotowa o dziesiątej.  

– Dobrze. I dziękuję ci.  

–  Wiesz,  że  przeszedłbym  po  rozżarzonych  węglach,  żeby  się  z 

tobą  zobaczyć  –  rzekł  po  chwili  milczenia.  –  Nie  musisz  mi  więc 

dziękować.  

– Hank, ja... – Chciała mu powiedzieć o swej decyzji i przeprosić 

go za to, co się stało, ale pomyślała, że to rozmowa nie na telefon.  – 

Do zobaczenia jutro o dziesiątej. Dobranoc, Hank.  

Nazajutrz  wiał  ciepły  pustynny  wiatr,  który  przepędził  drobne 

obłoczki  z  błękitnego  nieba.  Hank  przyjechał  dokładnie  o  dziesiątej. 

Chcąc  ukryć  zdenerwowanie,  Roxie  zaciągnęła  go  natychmiast  do 

kuchni  i  przedstawiła  Fran  i  Dave’owi,  który  miał  wyraźnie 

rozbawioną minę.  

– Miło cię poznać – powiedziała Fran. – Napijesz się kawy? 

–  Dziękuję,  ale  musimy  jechać.  –  Hank  rzucił  Roxie  szybkie 

spojrzenie.  

background image

–  Tak,  rzeczywiście  –  przytaknęła.  Wychodząc  z  kuchni, 

pomachała radośnie Fran i Dave’owi. – Dokąd właściwie jedziemy? 

Hank  nie  odpowiedział,  tylko  uśmiechnął  się  do  niej.  Jego 

uśmiech  kompletnie  ją  rozbroił,  ruszyła  szybkim  krokiem  ku 

drzwiom,  bała  się  bowiem,  że  nie  bacząc  na  obecność  Osbornów, 

rzuci mu się na szyję i zacznie błagać, żeby się z nią ożenił.  

Dzień był tak ciepły, że miała na sobie tylko lekki sweter koloru 

czekolady i beżową wełnianą spódnicę, Hank zaś włożył szary półgolf 

i  jasne  spodnie.  Roxie,  która  nie  widziała  go  od  kilku  tygodni,  nie 

mogła oderwać od niego wzroku.  

Zauważyła  drobiazgi,  które  przedtem  uszły  jej  uwagi  –  kształt 

ucha, mały pieprzyk na policzku, silne dłonie – wszystko było jej takie 

drogie.  Miała  nadzieję,  że  to  prawda,  co  powiedział  o  rozżarzonych 

węglach,  że  wciąż  ją  kocha  na  tyle,  by  wybaczyć  jej  ostre  słowa 

sprzed dwóch tygodni.  

– Czy znalazłeś kogoś do dzieci? – spytała.  

–  Przyszła  Dolores.  Wprawdzie  ponarzekała  sobie,  ale  obiecała, 

że zajmie się dziećmi tak długo, jak będzie trzeba. Musiałem przyrzec, 

że zabiorę ją i jej chłopaka na kolację.  

– Ja powinnam za to zapłacić.  

–  Nie  pozwoliłaś  mi  zapłacić  mandatów  Charliego,  więc  bądź 

cicho, Roxie.  

– Czy jesteś na mnie bardzo zły? 

– Nie – odpowiedział cicho, skręcając w boczną drogę.  

Westchnęła  z  ulgą.  Nie  wyglądał  na  mężczyznę,  który  żywiłby 

background image

urazę.  

–  Jedziemy  do  domu  twojego  przyjaciela,  prawda?  –  Poznała 

drogę, mimo że za pierwszym razem jechali późnym wieczorem.  

– Tak. Nie ma tam dziś nikogo i Ed chętnie dał mi klucz. Myślę, 

że próbuje sprzedać mi ten dom.  

Serce  Roxie  zabiło  mocno,  jak  gdyby  Hank  mógł  rzeczywiście 

serio  rozważać  kupno  domu  i  jak  gdyby  jego  decyzja  miała  coś 

wspólnego  z  nią.  Ale  przecież  wspomniał  przedtem,  że  dom  jest 

bardzo drogi, nie ma co wiec budować zamków na lodzie.  

–  Jest  już  wykończony?  –  spytała,  gdy  podjechali  pod  frontowe 

drzwi. Sterty desek zniknęły, a duże okna lśniły czystością.  

– W zasadzie tak – odrzekł Hank. – Wprawdzie Ed chce jeszcze 

zagospodarować otoczenie, ale sam dom jest już gotowy.  

Spojrzenie  Roxie  przesunęło  się  po  pełnych  harmonii  liniach 

domu  zbudowanego  w  stylu  Santa  Fe.  Była  nim  po  prostu 

oczarowana. Wszystko jej się w nim podobało, duże rzeźbione drzwi, 

belki wkomponowane w otynkowaną fasadę.  

Zatopiona  w  myślach,  nie  zauważyła,  że  Hank  wysiadł  z 

samochodu, dopóki nie otworzył drzwiczek po jej stronie. Pomógł jej 

wysiąść, po czym puścił jej dłoń, jak gdyby nie chciał pozwalać sobie 

na zbyt wiele.  

– Podoba ci się? – spytał.  

– Tak – przyznała ostrożnie.  

– Dziś rano wpłaciłem zadatek.  

Popatrzyła na niego szeroko otwartymi oczyma.  

background image

–  Jeśli  naprawdę  podoba  ci  się  ten  dom,  chciałbym,  żebyśmy 

wszyscy tu zamieszkali – ty, ja, Ryan, Hilary i, oczywiście, Charlie. – 

Po chwili milczenia dodał: – I maleństwo.  

Zdezorientowana,  potrząsnęła  głową,  próbując  zrozumieć 

wszystko, co powiedział.  

– I kto? – wyszeptała, chwytając się ręką za serce.  

– Byłem w zeszłym tygodniu u chirurga. Gotów jest zrobić drugą 

operację, kiedykolwiek się do niego zgłoszę.  

–  Nie  mogę  w  to  uwierzyć.  –  Kręciło  jej  się  w  głowie,  miała 

uczucie, że wszystko to jej się śni. – Przygotowałam sobie małą mowę 

o tym, jak to odkryłam, że jesteś dla mnie najważniejszy, a ty mówisz 

mi...  

–  Że  się  myliłem  –  powiedział,  biorąc  ją  w  ramiona.  –  Chcę, 

żebyśmy mieli dziecko, Roxie.  

–  Zaczekaj  chwilę.  Nie  wymagam  od  ciebie  poświęcenia,  nie 

chcę, żebyś potem żałował...  

–  Nie  obawiaj  się,  przemyślałem  wszystko  podczas  wielu 

nieszczęśliwych nocy bez ciebie. W końcu wyciągnąłem stare albumy 

ze zdjęciami z okresu wczesnego dzieciństwa Ryana i Hilary. Zdałem 

sobie  sprawę,  jak  bardzo  był  szczególny.  Zasługujesz  na  to,  żeby  to 

wszystko przeżyć, a i ja zasługuję, by przeżyć to z tobą.  

Powoli  zaczęło  docierać  do  niej,  że  Hank  mówi  najzupełniej 

poważnie.  

– Naprawdę zmieniłeś zdanie – powiedziała.  

– Tak.  

background image

Radość wybuchła w niej jak gejzer.  

–  Och,  Hank,  Charlie  oszaleje  z  radości.  Poza  tym  nie  przejdzie 

na emeryturę. Musimy mu zaraz o tym powiedzieć.  

– No, może nie zaraz. – Hank przyciągnął ją do siebie.  

– Ale niedługo.  

– Jutro – zaprotestował Hank, całując jej szyję. – Zabierzemy go 

na  lunch,  gdy  przyjadę  do  ratusza  złożyć  papiery.  Dzisiaj  mam  inne 

plany.  

– Ale Hank, jest środek dnia.  

–  Nie  znasz  jeszcze  dokładnie  tego  domu  –  zauważył,  wsuwając 

jej  dłonie  pod  sweter  i  głaszcząc  ją  po  plecach.  –  Na  przykład  nie 

wiesz, że okna w sypialni mają żaluzje.  

– Bardzo rozsądnie.  

–  Sam  to  zasugerowałem  –  oznajmił,  patrząc  jej  w  oczy.  –  Ten 

dom  spodobał  mi  się  od  początku,  ale  nie  miałem  bodźca,  żeby  go 

kupić, dopóki nie poznałem ciebie.  

– Odkąd kochaliśmy się w nim, nie mogłam sobie wyobrazić, że 

będzie należał do kogoś innego.  

– Ja również, ale później wynikły... pewne problemy.  

– Myślę – powiedziała, przytulając się do niego z całych sił – że 

już je przezwyciężyliśmy.  

–  Z  wyjątkiem  jednego,  który  domaga  się  natychmiastowego 

rozwiązania  –  dodał  Hank.  –  Pewien  starszy  pan  powiedział  mi,  że 

jestem  przepełniony  miłością.  Byłem  ogromnie  sfrustrowany  przez 

ostatnie tygodnie, ponieważ nie mogła znaleźć ujścia.  

background image

–  Za  nic  w  świecie  nie  chcę,  żeby  był  pan  sfrustrowany,  panie 

Craddock.  

– To dobrze – szepnął, zamykając jej usta chciwym pocałunkiem.  

 

Po  kilku pełnych  szczęścia  godzinach  Hank  i Roxie  postanowili, 

że  nie  zatrzymają  swojej  słodkiej  tajemnicy  dla  siebie.  Charlie  musi 

zaczekać  do  jutra,  ale  Ryan  i  Hilary  powinni  dziś  dowiedzieć  się  o 

małżeńskich planach ojca.  

Zdecydowali,  że  Hank  ogłosi  im  nowinę  sam,  żeby  dzieci  nie 

były skrępowane obecnością Roxie.  

– A jeśli nasza decyzja im się nie spodoba? – spytała Roxie, gdy 

wracali do Osbornów.  

–  Wtedy  zastanowimy  się,  jak  sobie  z  tym  poradzić  – 

odpowiedział  Hank.  –  Ale  nie  mogą  nam  dyktować,  co  mamy  robić. 

Zresztą  chyba  niepotrzebnie  się  martwisz.  Dzieci  cię  lubią,  pytały 

mnie nawet, czemu tak dawno cię nie widziały.  

–  Tak,  ale  od  tego  jeszcze  daleko  do  oznajmienia  im,  że  zostanę 

ich macochą.  

–  Nie  mówię,  że  to  będzie  bułka  z  masłem,  ale  zobaczysz,  że 

przystosują się bardzo szybko.  

– Okropnie się boję.  

– To dlatego, że nie znasz ich tak jak ja. Wszystko będzie dobrze. 

Wieczorem wybierzemy się razem na spaghetti.  

–  Nie  zmuszaj  ich,  dobrze?  Zrozumiem,  jeśli  nie  zechcą  jeść  ze 

mną kolacji.  

background image

– Do niczego nie będę ich zmuszał. Tak czy owak zadzwonię do 

ciebie. – Uśmiechnął się do niej. – Uszy do góry.  

– W ogóle się nie denerwujesz? 

– Może trochę – odparł. – Myślę, że  wszystko się ułoży. – Hank 

uścisnął  dłoń  Roxie,  mając  nadzieję,  że  ją  przekonał.  Teraz  musiał 

jeszcze  przekonać  siebie.  Modlił  się,  żeby  dzieci  okazały  się 

wystarczająco dojrzałe, by go zrozumieć.  

Pocałował  Roxie  na  pożegnanie  przed  drzwiami  Osbornów  i 

pojechał  do  domu,  czując  się  jak  rycerz,  który  rusza  do  walki  o  swą 

ukochaną.  

W  domu  zapłacił  Dolores  i  zwolnił  ją  na  resztę  dnia.  Potem 

poprosił  Hilary  i  Ryana  do kuchni,  która  była  tradycyjnym  miejscem 

ich narad.  

– O co chodzi, tato? – spytał Ryan, siadając na swoim krześle.  

– Mam nowinę dla ciebie i Hilary – zaczął ostrożnie Hank.  

– Jaką nowinę? – spytała zaciekawiona Hilary.  

– Poprosiłem Roxie, żeby za mnie wyszła, i zgodziła się.  

Dzieci  patrzyły  na  niego  w  milczeniu.  Hank  powstrzymał  się  od 

uwag. Dał im czas do namysłu.  

– To znaczy, że ona będzie naszą mamą? – spytał Ryan.  

– Tak i nie, Ryanie. Matki nie da się zastąpić. Jestem pewien, że 

Roxie zechce zajmować się wami, tak jak to robią matki, ale sama mi 

powiedziała,  że  nigdy  nie  będzie  próbowała  zająć  miejsca  waszej 

mamy.  

–  Czy  będzie  mieszkała  tutaj? –  spytała  Hilary,  okręcając pasmo 

background image

włosów wokół palca.  

– No cóż, mam jeszcze jedną nowinę. – Hank uświadomił sobie, 

jak wiele oczekuje od swych dzieci.  

– Kupiłem nowy dom.  

– Nowy dom? Bomba! – wykrzyknął Ryan. – Kiedy możemy go 

obejrzeć? 

– Kiedykolwiek zechcecie – odrzekł Hank, któremu ciężar spadł z 

serca. – Co o tym myślisz, Hilary? 

– Jak wygląda mój pokój? Czy jest większy od obecnego? 

– Większy. Przynajmniej ten, który według mnie ci się spodoba. – 

Hank  zrozumiał,  że  rozmowa  o  domu  jest  dla  dzieci  łatwiejsza  od 

rozmowy o macosze. I w tej chwili było to nawet wygodne.  

–  Chodźmy  –  powiedziała  Hilary.  –  Wezmę  tylko  moją  Barbie. 

Ona też chce obejrzeć moją nową sypialnię.  

– Tak, chodźmy, tato – poparł ją Ryan. – To nie jest daleko stąd, 

prawda? To znaczy, nie będziemy musieli zmieniać szkoły? 

– Nie. Posłuchajcie, dzieciaki – powiedział z duszą na ramieniu – 

czy nie macie nic przeciwko temu, żebyśmy zabrali po drodze Roxie? 

–  Oczywiście,  że  nie, tato –  rzekł  niedbale  Ryan.  –  Roxie  jest  w 

porządku.  

–  Ależ  tatusiu  –  dodała  Hilary,  zatrzymując  się  w  połowie 

schodów  –  Roxie  musi  jechać.  Na  pewno  też  chce  zobaczyć  dom, 

skoro zamierzacie się pobrać.  

Hank roześmiał się i potrząsnął głową.  

–  Masz  rację,  Hilary.  –  Był  szczęśliwy.  Jego  dzieci 

background image

nadspodziewanie szybko i bez oporów zaakceptowały zarówno kupno 

nowego  domu,  jak  i  małżeństwo.  Z  uśmiechem  podniósł  słuchawkę 

telefonu.  

 

Nazajutrz  Roxie  wprost  nie  mogła  się  doczekać,  kiedy  zjawi  się 

Charlie ze swą różą. Gdy go zobaczyła, serce jej się ścisnęło na widok 

jego smutnego uśmiechu. Ale dziś wszystko się zmieni.  

Podeszła do niego szybkim krokiem.  

– Witaj, Charlie.  

–  Ho  ho,  ależ  pięknie  dzisiaj  wyglądasz  –  powiedział,  kładąc  na 

blacie swój kapelusz.  

–  Nic  dziwnego  –  powiedziała.  –  Hank  i  ja  zamierzamy  się 

pobrać. Składamy dzisiaj papiery.  

Na  pomarszczonej  twarzy  Charliego  odmalowało  się  najpierw 

niedowierzanie,  potem  zachwyt.  Zrobił  coś,  na  co  sobie  nigdy 

przedtem  nie  pozwalał.  Wbiegł  za  kontuar  i  gorąco  uściskał  Roxie, 

która roześmiała się radośnie.  

– Zaskoczyliśmy cię, co? 

– To najmilsza niespodzianka, jaka mnie kiedykolwiek spotkała.  

– Czy  wiesz,  że  w  tym  samym  czasie,  gdy  doszłam  do  wniosku, 

że  Hank  jest  dla  mnie  najważniejszy,  on  postanowił,  że  jednak 

powinniśmy mieć dziecko? 

–  Cudownie.  Każde  z  was  było  gotowe  poświęcić  się  dla 

drugiego. Będziecie więc mieli dziecko? 

–  Hank  nalega,  żebyśmy  spróbowali  –  odrzekła  Roxie,  zniżając 

background image

głos, świadoma, że mają audytorium. – Gdyby się jednak nie udało, to 

trudno. Będę miała Hanka. Zobacz, co mi przysłał dziś rano do pracy. 

–  Zaprowadziła  Charliego  do  swego  biurka  i  otworzyła  płaskie 

pudełko.  

–  Ależ  to  gigantyczny  płatek  śniegu!  –  wykrzyknął  Charlie, 

zaglądając do środka. – Bardzo dowcipnie.  

–  To  biała  czekolada.  Kupił  w  tym  samym  sklepie,  w  którym  ja 

kupiłam telefon.  

–  Przypuszczam,  że  to  symbol  dnia,  w  którym  po  raz  pierwszy 

zobaczyłaś Hanka.  

–  Nie  tylko.  Napisał  mi,  że  płatki  śniegu,  podobnie  jak  ludzie, 

różnią  się  od  siebie.  Chciał  mi  jeszcze  raz  dać  do  zrozumienia,  że 

kocha  mnie  dla  mnie  samej,  że  nie  zapełniam  tylko  pustego  miejsca 

po Sybil. Mam jeszcze jedną nowinę – kupujemy nowy dom, Charlie, 

i  będziemy  mieszkali  tam  wszyscy  razem,  ty  też.  Dopóki  Hank  nie 

wybuduje domku gościnnego, zamieszkasz w wolnym pokoju.  

Niebieskie oczy Charliego błysnęły tajemniczo.  

– Jesteś zbyt dobra, Roxie. Nie wiem, co powiedzieć.  

–  Po  prostu  zgódź  się.  Ślub  ma  się  odbyć  za  dwa  tygodnie,  co 

pozwoli  moim  rodzicom  otrząsnąć  się  z  szoku  i  kupić  bilety  na 

samolot.  Ach,  i  zabieramy  cię  dzisiaj  na  lunch,  tylko  załatwimy 

formalności. Spotkamy się przy twojej ławce.  

– Dobrze – rzekł powoli Charlie, patrząc na nią.  

– Czy sprawi ci to kłopot? 

– Nie, oczywiście, że nie. O której przyjdziecie? 

background image

–  Około  wpół  do  pierwszej,  ale  jeśli  godzina  ci  nie  odpowiada, 

możemy...  

–  Nie,  nie,  Roxie  –  powiedział,  kładąc  dłoń  na  jej  ramieniu.  – 

Będę gotów o wpół do pierwszej.  

– Świetnie. No, muszę wracać do pracy, zanim mnie wywalą.  

– Tak. – Charlie wyciągnął do niej rękę. – Życzę tobie i Hankowi 

wiele szczęścia.  

– Wiem o tym. – Roxie uścisnęła jego dłoń. – Do zobaczenia.  

Hank  przyjechał  do  ratusza  o  dwunastej,  a  za  pięć  wpół  do 

pierwszej szli, trzymając się za ręce, w kierunku parku.  

– Dokąd pójdziemy na lunch? 

– Może do „El Charro”? To niedaleko, a Charliemu z pewnością 

spodobają  się  portrety  sławnych  osobistości  z  autografami.  Może 

kogoś znać.  

– Świetnie. – Hank rozejrzał się  wokoło, gdy dotarli do parku. – 

Która ławka należy do Charliego? Nie widzę go.  

–  Tamta.  Mówiłam  mu,  że  będziemy  o  wpół  do  pierwszej  i 

przyszliśmy dokładnie na czas. Gdzie on się podziewa? 

– Nie mam pojęcia. Myślałem, że będzie na nas czekał.  

Dozorca,  który  wypróżniał  właśnie  kosze  na  śmieci, przerwał  na 

chwilę  pracę  i  popatrzył  uważnie  na  Hanka  i  Roxie.  Zbliżył  się  do 

nich na odległość głosu i zawołał: 

– Czy to wy jesteście przyjaciółmi Charliego? 

– Tak. – Przestraszona Roxie podbiegła do niego.  

– Czy coś mu się stało? 

background image

–  Nic  mi  o  tym  nie  wiadomo  –  odparł  mężczyzna.  –  Ale  prosił 

mnie,  żebym  dał  wam  to.  –  Wyjął  pogniecioną  kopertę  z  tylnej 

kieszeni spodni.  

Roxie wzięła od niego kopertę, ale nie otworzyła jej.  

– Gdzie on jest? – nalegała.  

–  Nie  wiem  –  wzruszył  ramionami  mężczyzna.  –  Powiedział,  że 

rusza  w  dalszą  drogę.  Chyba  zrobiło  się  dla  niego  za  gorąco. 

Przepraszam, ale mam mnóstwo roboty.  

–  On  nie  mógł  odejść.  –  Roxie  patrzyła  na  Hanka  błagalnym 

wzrokiem. – Nie odszedłby bez pożegnania.  

– Nie wiem, Roxie. Może lepiej otwórz kopertę.  

Drżącymi  palcami  Roxie  rozdarła  kopertę,  omal  nie  upuszczając 

złotej szpilki w kształcie ósemki.  

–  Och,  Charlie  –  wyszeptała.  –  Powiedziałeś  mi,  że  zawsze  na 

koniec dajesz w prezencie złotą szpilkę.  

– Na koniec czego? – spytał Hank.  

–  Każdego  pomyślnie  wykonanego  przez  świętego  Walentego 

zadania. Za każdym razem dostaje nową szpilkę.  

– Roxie, czy chcesz powiedzieć, że wierzysz...  

– Nie wiem. Nic już nie wiem.  

– Co jest jeszcze w kopercie? 

–  List.  –  Rozłożyła  kartkę  papieru.  –  Papeteria  w  najlepszym 

gatunku. Gdzie mógł ją kupić? 

– Pewnie tam, gdzie kupuje złote szpilki.  

– Spójrz na ten złoty napis na górze. Znasz łacinę? 

background image

–  Nie.  Ale  może  się  domyśle.  Amor  znaczy  miłość  a  vincit  – 

pewnie coś w rodzaju niepokonana.  

– Oczywiście – wykrzyknęła Roxie. – Miłość zwycięża wszystko. 

Posłużył się kiedyś tą maksymą.  

– Czytaj.  

 

„Kochani. Wykonałem swoje zadanie. Muszę się przygotować do 

następnego.  Zostawiam  was,  wiedząc,  że  czeka  was  piękna  wspólna 

przyszłość,  ponieważ  otrzymaliście  magiczne  błogosławieństwo  w 

dniu  świętego  Walentego.  Przez  krótką  chwilę  bałem  się,  że  czar 

przestał  działać,  ale  teraz  odzyskałem  wiarę  i  muszę  kontynuować 

moją podróż. Pozdrówcie ode mnie Como i powiedzcie Osbornom, że 

woli Szekspira od Kiplinga. 

 Moje najlepsze życzenia. Święty Walenty (Charlie Hartman)”.  

 

Roxie złożyła powoli list i włożyła go z powrotem do koperty.  

– Sama nie wiem, w co mam wierzyć – powiedziała.  

– A ja wiem. Wierzę, że Charlie Hartman, kimkolwiek jest, dał mi 

szansę  pokochania  wspaniałej  kobiety  i  dzięki  Bogu  nie 

zaprzepaściłem  jej.  Nie  ma  dla  mnie  znaczenia,  czy  jest  świętym 

Walentym, czy też nie. Nasza miłość jest prawdziwa i to się liczy.  

– Będzie mi go brakowało, Hank.  

–  Mnie  też.  –  Otoczył  ją  ramieniem  i  poprowadził  przez  park.  – 

Ale mamy całe życie na to, by się wzajemnie pocieszać, kochanie.  

background image

EPILOG 

 

Kierowca  ciężarówki  był  gadatliwy,  toteż  podróż  mijała 

Charliemu bardzo szybko.  

–  Musi  być  przyjemnie  –  mówił  kierowca  –  tak  sobie 

podróżować,  kiedy  tylko  przyjdzie  ochota.  W  Tucson  robi  się  za 

gorąco,  wybiera  się  pan  w  góry,  żeby  przeczekać  lato.  Nie  musi  pan 

żyć według żadnego rozkładu. Niezłe życie, staruszku.  

–  Rzeczywiście,  nie  narzekam.  Ale  myli  się  pan co  do  rozkładu. 

Do września muszę poczynić pewne przygotowania.  

– Przygotowania? – Kierowca był wyraźnie zaintrygowany.  

– Tak, i to bardzo gruntowne. Muszę stworzyć bazę do działania, 

zlokalizować i znaleźć odpowiednich ludzi.  

– Czy to rodzaj jakiejś oszukańczej gry? 

– Ależ skąd. Moje cele są czysto filantropijne.  

– Skoro pan tak twierdzi.  

– Ale wszystko musi przebiegać zgodnie z rozkładem. Nie wolno 

mi zlekceważyć nieprzekraczalnego terminu.  

– Jakiego terminu? 

–  Oczywiście  czternastego  lutego,  młody  człowieku.  To 

najważniejszy  dzień  w  roku  dla  zakochanych.  –  Charlie  rozparł  się 

wygodnie na siedzeniu i dodał:  

– Nadal.