background image

Gjersoe Ann-Christin 

 
 

Dziedzictwo II 25 

 
 
 

Lustro wody

background image


 
Blanche  otaczały  gęste,  nieprzeniknione  ciemności,  ale  po 

chwili dostrzegła w szparze w wieku trumny przesączające się 
cienkie  pasmo  złotawego  światła.  Wstrzymując  oddech, 
usiłowała dojrzeć coś, lecz bez rezultatu. 

Nasłuchiwała przez chwilę. Ani jeden dźwięk nie mącił ciszy. 

Słyszała  tylko  własny  oddech,  łomotanie  pulsu  i  szum  w 
uszach,  który  pojawił  się  po  tym,  gdy  uderzyła  głową  o 
kamienną podłogę. 

Ciepła łza spłynęła po jej skroni, załaskotała w ucho. 
Jak się stąd wydostać? Jak mam... 
Czuła, że ogarnia ją panika, oddech coraz 

background image

bardziej  przyspieszał,  brakowało  jej  powietrza.  Chustka 

przeszkadzała  normalnie  oddychać.  Każdy  ruch  tylko 
pogarszał sprawę. 

Widok  smużki  światła  dodawał  jej  nieco  otuchy, 

przypominał, że na zewnątrz czeka wolność. 

Przede  wszystkim  musisz  oddychać  spokojnie.  Spokojnie  i 

powoli. 

W  trumnie  było  duszno  i  gorąco,  na  szczęście  przez  wąską 

szparę  napływało  trochę  powietrza.  Kiedy  o  tym  pomyślała, 
poczuła się nieco spokojniejsza. Miała trochę czasu. Poza tym 
pan  Schmidt  chyba  wkrótce  zacznie  jej  szukać?  Chociaż  nie 
było  to  wcale  takie  pewne,  powiedział  jej  przecież,  że  ma 
opuścić  budynek  w  ciągu  pół  godziny  i  poinstruował 
dokładnie,  jak  ma  się  wydostać  na  zewnątrz  niezauważona. 
Może wcale nie będzie jej szukał? Nie miała pojęcia, ile czasu 
minęło od chwili, kiedy zostawił ją w bibliotece. Wydawało jej 
się, że niewiele, ale przecież straciła przytomność, kiedy spadła 
ze  schodów,  ocknęła  się  dopiero  wtedy,  kiedy  mężczyzna  w 
kapturze niósł ją do groty. 

background image

Poruszyła się. Dłonie i stopy miała związane. Chyba zdoła się 

jakoś uwolnić? 

Szybko zorientowała się, że to nie takie proste. Ciasne więzy 

krępowały  jej  nogi  zarówno  poniżej,  jak  i  powyżej  kolan, 
ramiona  zaś  były  boleśnie  wygięte  do  tyłu  i  związane  na 
plecach. 

Przymknęła oczy. Była unieruchomiona. 
Oddech znowu przyspieszył. Z każdym oddechem chustka w 

jej  ustach  robiła  się  coraz  bardziej  wilgotna  i  przesuwała  się 
coraz  głębiej.  Zrobiło  się  jej  niedobrze,  miała  ochotę  zwy-
miotować. Spróbowała przesunąć  chustkę  językiem, lecz bez 
powodzenia. 

Potem  usiłowała  poluzować  więzy  wokół  nóg,  ale  nagle 

uświadomiła sobie, że najlepiej byłoby najpierw uwolnić ręce. 
Wtedy mogłaby wyjąć chustkę z ust i zawołać pomoc. 

A jeśli wróci ten w kapturze? 
Musi się stąd wydostać. 
Zacisnęła  zęby  na  chustce.  Z  przyprawiającym  o  dreszcze 

dźwiękiem  zazgrzytały  o  materiał.  Jej  oprawca  wykazał  się 
ogromną  skrupulatnością  -  prawie  straciła  czucie  w  nogach, 
wi- 

background image

docznie krew nie krążyła tak, jak powinna. Za to więzy wokół 

dłoni nie były chyba aż tak ciasne? 

Ale  za  każdym  razem,  kiedy  próbowała  uwolnić  ręce, 

przeszywał  ją  ból.  Wydawało  się  to  nieosiągalne.  Czyżby 
jednak się pomyliła? Gdyby tylko udało jej się uwolnić jedną 
dłoń! Wtedy mogłaby uwolnić i drugą, wtedy może zdołałaby 
wydostać się z trumny. 

Wzięła głęboki oddech i zacisnęła powieki. Czuła, że krwawi, 

ale mimo przeszywającego bólu przekonywała samą siebie, że 
to dobrze, bo dzięki temu sznur łatwiej się ześliźnie. 

Postanowiła, że spróbuje z prawą ręką. Nie była aż tak ciasno 

związana,  jak lewa. Za to  bardziej bolała. Łzy pociekły jej z 
oczu. Postanowiła odpocząć. Oddychała z trudem, wyczerpana 
wysiłkiem. Coraz bardziej brakowało jej powietrza. 

Jak  ja  się  tu  znalazłam,  na  Boga?  Kim  jest  ten  mężczyzna, 

który mnie tu wrzucił jak padłe zwierzę? 

Domyślała się, że musi to mieć coś wspólnego z zapiskami 

ojca. Na pewno właśnie o nie chodziło temu w kapturze. 

 

background image

Myślała gorączkowo, starając się zapomnieć o palącym bólu 

wokół nadgarstków. 

Co takiego znajdowało się w tych zapiskach? Dlaczego ktoś 

chciał ją skrzywdzić z ich powodu? 

Nie zdążyła się nad tym zastanowić, bo nagle usłyszała jakiś 

stłumiony dźwięk. Nadstawiła uszu. 

Leżała nieruchomo, wstrzymując oddech. 
Ktoś  się  zbliżał.  Słyszała  pospieszne  kroki,  dźwięk  żwiru 

miażdżonego podeszwami butów. 

Potem znów zapadła cisza. 
Gdzie on jest? Tuż obok? 
Próbowała dojrzeć coś przez wąską szparę, ale na próżno. 
Co się dzieje? Podniesie teraz wieko? Wypuści ją? 
A może to pan Schmidt? 
Serce zaczęło galopować w jej piersi jak szalone. Kilka razy 

uderzyła całym ciałem w bok trumny, jednocześnie wydając z 
gardła stłumione dźwięki. 

 

background image

Chyba  ją  słyszał?  Nie  wiedziała  kto  to,  ale  musiała 

zaryzykować.  Ponownie  zaczęła  dawać  znaki.  Nagle 
przerwała. 

Przez chwilę leżała nieruchomo, węsząc w powietrzu jak pies. 
Do wnętrza trumny napływała mocna woń, której nie można 

było z niczym pomylić. 

Blanche, zdjęta paniką, znów zaczęła szarpać więzy. 
Dym. Pachniało dymem. 

background image

 

 
- Wielki Boże - wyszeptała Ellen. Kobiety i mężczyźni, dzieci 

i starcy mijali ją w biegu, ktoś potrącał ją co chwilę. Sama stała 
jak  sparaliżowana,  nie  mogła  się  ruszyć.  I  nic  nie  słyszała. 
Czemu było tak cicho? 

Mogła  tylko  patrzeć,  a  to,  co  widziała,  było  tak  straszne, 

okrutne, przerażające, że najgorsze koszmary nie mogły się z 
tym równać. 

Statek  został  poważnie  uszkodzony.  Pokład  pokrywała 

warstwa  połamanego  drewna,  rozbitego  szkła,  fragmentów 
oklejonych  tapetą  paneli,  kawałków  grubych  pluszowych 
zasłon  z  salonu  i  innych  niezidentyfikowanych  resztek.  W 
kilku miejscach pokład wypuczył się groźnie. 

 

background image

Najgorsze  jednak  było  ludzkie  cierpienie.  Wielu  pasażerów 

odniosło rany. O reling opierał się jakiś mężczyzna, trzymając 
się  za  prawe  udo,  z  którego  sterczał  kawał  drewna.  Obok 
siedziała  zapłakana  kobieta,  przyciskała  dłoń  do  oka,  a 
spomiędzy jej palców ciekła krew, barwiąc białą rękawiczkę. 
Jakiś inny mężczyzna leżał nieprzytomny na pokładzie. Młoda 
dziewczyna  próbowała  zatamować  krew  płynącą  z  głębokiej 
rany na skroni. 

Gdzie nie spojrzeć, trafiała na podobne sceny. Najgorzej było 

z  tymi,  których  wynoszono  z  niższych  pokładów.  Tak 
okropnych  obrażeń  Ellen  nawet  nie  potrafiłaby  sobie 
wyobrazić.  Byli  to  chyba  głównie  członkowie  załogi,  więk-
szość miała na sobie mundury. Zostali poparzeni parą z kotła. 
Dwóch mężczyzn niosło między sobą trzeciego. Nie miał skóry 
na  twarzy,  ale  nie  krzyczał,  tak  się  przynajmniej  Ellen 
wydawało, choć ból musiał być przecież nie do wytrzymania. 
Za nim wyniesiono młodego chłopaka. Nogawki jego spodni 
zniknęły, nogi aż po uda były krwistoczerwone. Potem ukazał 
się kolej- 

 

background image

ny członek załogi, skóra na jego dłoniach wisiała płatami. 
Patrzyła na to wszystko, ale jakby nie w pełni przyjmowała 

tego do świadomości. Zbyt wiele, za bardzo... Nie mogła... 

- Ellen! 
Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że Ulrik krzyczy do niej, 

jednocześnie  mocno  ściskając  jej  ramię.  Nagle  wszystkie 
dźwięki  powróciły,  jak  ogromna  fala  strachu  i  bolesnych 
okrzyków. 

-  Musimy  coś  zrobić!  -  Ulrik  pokazał  przed  siebie.  -  Nora 

przyniosła  skrzynkę  z  lekarstwami.  Musisz  jej  pomóc 
opatrywać rannych! 

Po  tych  słowach  ruszył  biegiem  na  pomoc  jakiemuś 

chłopakowi,  który  z  trudem  podtrzymywał  mężczyznę  dwa 
razy większego od siebie. Ellen odwróciła wzrok. Mężczyzna 
miał koszmarne poparzenia na piersi i brzuchu. 

Na  sekundę  przymknęła  oczy.  Czuła,  że  zaraz  zemdleje. 

Krew. Nie znosiła widoku krwi. Nic nie mogła na to poradzić. 
Nie  miało  znaczenia,  że  wychowała  się  na  wsi  i  nieraz 
widziała, jak ubija się zwierzęta. Krew miała taki specyficz- 

 

background image

ny zapach, teraz powietrze było nim przesycone. Poza tym na 

sam  widok  krwi  robiło  jej  się  niedobrze.  Za  każdym  razem, 
kiedy  ojciec  kazał  jej  pomagać  przy  uboju,  biegała  za  róg  i 
wymiotowała. W końcu matka się za nią wstawiła i zwolniono 
ją z tego przykrego obowiązku. 

Otworzyła oczy. Przeszywające okrzyki bólu, ocean błagań o 

pomoc, niezliczone ludzkie głosy - wszystko to uderzyło w nią 
z ogromną siłą, potem jeszcze raz i jeszcze. 

Musiała  coś  zrobić.  Nie  mogła  tak  stać  bezczynnie.  Nawet 

jeśli  nie  na  wiele  się  przyda  -w  domu  to  matka  i  Abelone 
zajmowały  się  opatrywaniem  ran  -  to  w  każdym  razie  musi 
spróbować. 

Już  miała  pobiec  w  stronę  Nory,  gdy  nagle  przez  inferno 

dźwięków  z  trudem  przebił  się  cichy,  przestraszony  płacz 
dziecka. 

Rozejrzała  się  prędko.  Tuż  obok  dziury  w  pokładzie  stała 

samotnie  ciemnowłosa  dziewczynka,  ściskając  coś  w 
ramionach. 

Zhenmei!  Płakała  coraz  rozpaczliwiej,  z  przerażeniem 

wodząc wokół wzrokiem. 

 

background image

Ellen podbiegła do dziecka, pochyliła się. 
- Zhenmei, to ja, Ellen - powiedziała, ujęła w dłonie mokrą od 

łez  twarzyczkę  małej  Chinki  i  zwróciła  ku  sobie,  próbując 
uchwycić jej spojrzenie. - Nie jesteś ranna? 

Wiedziała, że dziewczynka jej nie słyszy, ale i tak mówiła do 

niej, jednocześnie szukając obrażeń na jej ciele. Wyglądało na 
to, że jest cała i zdrowa. 

Pogłaskała  ją  uspokajająco  po  policzku.  Zhenmei  cała  się 

trzęsła, kurczowo przyciskała do siebie szmacianą laleczkę w 
czerwonej jedwabnej sukience, o czarnych lśniących włosach, 
takich  samych  jak  jej  własne.  Nadal  rozglądała  się  dokoła. 
Ellen domyśliła się, że szuka wzrokiem pani Darcy, angielskiej 
misjonarki, która ją przygarnęła. 

Ellen położyła dłoń na dłoni dziewczynki, która podniosła na 

nią wzrok. 

- Znajdziemy twoją mamę - powiedziała Ellen i uśmiechnęła 

się z wysiłkiem. 

Wprawdzie Zhenmei nie słyszała, a nawet gdyby słyszała, i 

tak nie rozumiałaby, co Ellen 

 

background image

do  niej  mówi,  ale  pełen  przerażenia  płacz  zaczął  się 

uspokajać. Dziewczynka wsunęła dłoń w dłoń Ellen i ścisnęła 
ją mocno. 

Ellen wstała, odetchnęła głęboko i jeszcze raz rozejrzała się w 

tłumie. 

Gdzie też może być pani Darcy? 
Kiełkujące uczucie niepokoju ścisnęło jej żołądek. 
Z  dołu  wciąż  wynoszono  kolejnych  rannych.  Kajuta  pani 

Darcy znajdowała się na najniższym pokładzie. Nietrudno było 
sobie wyobrazić, że wśród pasażerów z tej części statku musi 
być najwięcej ciężko rannych i ofiar śmiertelnych. 

Zaraz,  zaraz,  zdawało  jej  się,  czy  też  statek  przechylał  się 

teraz jakby bardziej na jedną stronę? 

Strach,  który  pojawił  się  w  chwili,  kiedy  siła  wybuchu 

wyrzuciła ich z łóżek i któremu do tej pory nie pozwalała dojść 
do głosu, przejęta tym, co zobaczyła na pokładzie, teraz dał o 
sobie znać. 

Czy statek tonął? 

background image


 
Woń  dymu  stawała  się  coraz  bardziej  intensywna.  Blanche 

ponownie spróbowała poluźnić więzy krępujące jej nadgarstki. 
Szorstki sznur jeszcze mocniej wbił się w skórę. Starała się nie 
zwracać na to uwagi. 

Musi się stąd wydostać. Natychmiast. 
Co się pali? Gorączkowo próbowała przypomnieć sobie, jak 

wygląda  grota.  Pamiętała  tylko  nierówne  kamienne  ściany  i 
stojącą  pośrodku  trumnę,  nic  poza  tym.  Ale  zapach  był 
wyraźny. Słyszała tez charakterystyczne trzaskanie ognia. Ból 
prawego nadgarstka był teraz nie do wytrzymania, jakby ktoś 
zdzierał jej skórę z dłoni. Nie miała jednak wyjścia. 

background image

Przełknęła  ślinę,  by  opanować  mdłości,  zacisnęła  mocno 

zęby. 

Ciągnęła i szarpała, obracała ręką na wszystkie strony. Czuła, 

jak sznur kawałek po kawałku zsuwa się wzdłuż dłoni. Krzyk 
bólu  zabrzmiał  stłumionym  bulgotem  gdzieś  w  głębi  gardła. 
Już niedługo, jeszcze tylko kawałek. 

Nagle poczuła, że dłoń jest wolna. Ból ustąpił. Teraz mogła 

wyjąć chustkę zatykającą jej usta. 

Ramiona, tak długo wygięte w niewygodnej pozycji, bolały ją 

i były zupełnie sztywne. Pozbawionymi czucia palcami wyjęła 
chustkę z ust. 

Zaczęła  bębnić  pięściami  w  wieko  trumny  i  krzyczeć.  - 

Wypuść mnie! Wypuść mnie! 

Teraz, kiedy już uwolniła ramiona, mogła wreszcie poruszyć 

całym ciałem. 

Kopnęła mocno w wieko. Ruszyło się zaledwie odrobinę, ale 

nie  ustąpiło  całkiem,  jakby  czymś  przygniecione  czy 
zablokowane. 

Wrzeszczała  ile  sił  w  płucach.  Musi  je  otworzyć,  musi 

zaczerpnąć powietrza, musi... 

 

background image

Nie przestając krzyczeć, waliła pięściami i nogami w drzwi 

swego więzienia. 

Nagle ktoś mocno zapukał w wieko. Aż drgnęła z przerażenia. 
-  Leż  spokojnie,  wariatko  -  usłyszała  szept.  To  nie  był  głos 

pana Schmidta. Musiał więc 

należeć do tego w kapturze. 
-  Leż  spokojnie?!  -  krzyknęła  i  znów  zabębniła  w  wieko. 

Chyba w końcu musi ustąpić? 

- Leż spokojnie, powiedziałem - zasyczał znowu głos. - Bo jak 

nie, obiecuję, że nie wyjdziesz stąd żywa. 

Przez  chwilę  leżała  spokojnie,  zastanawiając  się,  co  robić. 

Skoro ją tu zamknął, to niby czemu miałby ją teraz wypuścić? I 
skąd ta woń dymu? 

Już zamierzała znowu kopnąć w wieko, gdy powstrzymał ją 

jakiś nowy dźwięk. 

Cóż to? Czy naprawdę słyszała śpiew? 
Leżała nasłuchując, czy to rzeczywiście śpiew, czy może jej 

się  wydawało.  W  trumnie  było  koszmarnie  gorąco,  może  z 
braku  powietrza  mózg  zaczął  odmawiać  posłuszeństwa? 
Czyżby miała stracić przytomność? 

 

background image

Skoncentrowała się. Nie, to nie złudzenie. Naprawdę słyszała 

śpiew. Melodia była piękna, słów nie rozpoznawała. 

Nadal jednak czuła, że kręci jej się w głowie. Oddychała tym 

samym  powietrzem,  które  wydychała,  świeże  powietrze 
prawie nie dochodziło przez wąską szparę w wieku. 

Nagle usłyszała krótki trzask, potem jeszcze raz, i jeszcze. 
Zaczęła drżeć. Co się dzieje? Te same dźwięki słyszała, kiedy 

mężczyzna zamykał ją w trumnie. 

Uniosła ramię i na próbę popchnęła wieko. 
Zmrużyła oczy, porażona światłem. Odsunęła całkiem wieko 

i usiadła, oszołomiona. 

Co się stało? 
Rozejrzała się prędko dokoła. Bała się, że zobaczy mężczyznę 

w  kapturze,  ale  w  grocie  nie  było  nikogo.  Zrozumiała  za  to, 
skąd pochodzi woń spalenizny. 

Na  ziemi  leżały  resztki  zwoju:  zaokrąglone  uchwyty  z 

ciemnego,  błyszczącego  drewna  i  czarne,  zwęglone  kawałki 
papieru. To musiały być zapiski ojca. 

 

background image

Jeszcze raz rozejrzała się. Początkową ulgę i radość z powodu 

odzyskanej wolności zastąpił strach. Co będzie dalej? Dokąd 
poszedł mężczyzna? Czy wróci? 

I dlaczego ją wypuścił? 
Spojrzała  na  wieko  trumny.  Było  wyposażone  w  coś  w 

rodzaju czterech niewielkich zasuwek. To dlatego nie mogła go 
podnieść.  Dopiero,  kiedy  ten  w  kapturze  otworzył  zasuwki, 
mogła się wydostać. 

Drżącymi  rękami  zaczęła  rozplątywać  sznury  pętające  jej 

nogi.  Nie  miała  czasu  zastanawiać  się  nad  tym,  co  się 
wydarzyło. Marzyła tylko o tym, by jak najszybciej opuścić to 
miejsce. 

Dziwne,  ale  nadgarstki  i  dłonie  wyglądały  całkiem  dobrze, 

choć wydawało jej się, że są zdarte do krwi. Owszem, miała 
kilka  niewielkich ranek, knykcie były czerwone i  spuchnięte, 
ale prawie nie krwawiła. 

Zaczęła  rozplątywać  sznury,  co  okazało  się  niełatwym 

zadaniem. 

Cały czas słyszała śpiew. Męskie głosy. Widocznie loża miała 

własny chór. 

 

background image

Nie  poświęciła  więcej  czasu  tym  rozmyślaniom,  walka  z 

więzami  pochłaniała  całą  jej  uwagę.  W  końcu  udało  jej  się 
uwolnić. 

Podniosła się i poczuła, że drży na całym ciele. 
Nadal nie wiedziała, co ją czeka. Co będzie, jeśli mężczyzna 

wróci? 

Trzeba jak najszybciej wydostać się stąd. 
Ostatni raz spojrzała na żałosne resztki zapisków ojca. Jedno 

nie ulegało wątpliwości - celem mężczyzny, który ją uwięził, 
było nie dopuścić do tego, by je przeczytała. 

Wydostała się z trumny i przez chwilę stała niezdecydowana 

w  miejscu.  W  którą  stronę  pójść?  Po  lewej  grota  ginęła  w 
ciemnym  tunelu,  po  prawej  otwierał  się  oświetlony  korytarz. 
Wydawało  się  jej,  że  właśnie  tą  drogą  przyniósł  ją  do  groty 
mężczyzna w kapturze. 

Zdecydowała  się  pójść  w  prawo,  perspektywa  spaceru  w 

ciemnościach nie wydawała się zbyt kusząca. 

Przemknęła ku ścianie, po której bezgłośnie spływała woda. Z 

tego miejsca mogła obserwować korytarz. 

 

background image

Nikogo nie było widać. Śpiew ustał. Czy się odważy? 
Nagle zobaczyła swoją torebkę, leżała nieco dalej. Widocznie 

upuściła  pompadurkę  po  drodze,  kiedy  mężczyzna  niósł  ją 
nieprzytomną. 

Zagryzła dolną wargę. Jej ciemiężyciel w końcu wypuścił ją z 

trumny, przecież nie zrobiłby tego, gdyby miał naprawdę złe 
zamiary. 

Obejrzała się. Na  widok pomalowanej na czarno  trumny, w 

której  leżała  jeszcze  przed  chwilą,  ciarki  przeszły  jej  po 
plecach. 

Wzięła głęboki oddech. 
Nie ma wyboru, trzeba przejść tym korytarzem. 
Powoli  posuwała  się  naprzód,  trzymając  się  ściany.  Ciasne 

przejście  oświetlało  sześć  pochodni.  Zaraz  dalej  korytarz 
zakręcał.  Dokąd  prowadził?  Do  krypty,  w  której  znalazła 
zwój? 

Otworzyła torebkę. Klucz, który dał jej pan Schmidt, klucz do 

szuflady  z  zapiskami  ojca,  zniknął.  Nie  miało  to  znaczenia. 
Zapiski i tak przepadły. 

Nagle zauważyła, że płomień ostatniej po- 
 

background image

chodni zamigotał. Tak jak wówczas, gdy otworzy się drzwi 

czy okno. 

Przykleiła się do ściany i wpatrzyła w głąb korytarza. 
Nikogo. 
Była  mniej  więcej  w  połowie  drogi,  nie  miała  gdzie  się 

schować. 

Może  ktoś  idzie  tamtym  ciemnym  przejściem,  którego  nie 

śmiała wybrać? Obejrzała się prędko przez ramię. 

Stała tak przez chwilę, ale nic się nie wydarzyło, nikt się nie 

zjawił. Chyba wyobraźnia spłatała jej figla. 

Zdecydowała się ruszyć dalej. Nagle serce przestało bić w jej 

piersi.  Przed  nią,  w  miejscu,  gdzie  korytarz  zakręcał,  stał 
mężczyzna w kapturze. 

background image


 
Ellen  przystanęła,  zdyszana  i  zmęczona  szukaniem  pani 

Darcy. Pokład statku wyglądał jak krajobraz po bitwie. 

Odnalezienie matki Zhenmei w ponad pół-tysięcznym tłumie 

wydawało się niemożliwością. Z każdą chwilą Ellen była coraz 
bardziej przekonana, że najprawdopodobniej kobieta znajduje 
się pośród rannych lub ofiar śmiertelnych na jednym z niższych 
pokładów. 

Spojrzała  na  Zhenmei.  Dziewczynka  przestała  przynajmniej 

płakać, chyba czuła się bezpiecznie w jej towarzystwie. 

Ellen, choć przerażona, zrezygnowana 
 

background image

i  przytłoczona  widokiem  strasznych  ludzkich  cierpień, 

zdecydowała się jeszcze raz przejść po pokładzie. Dym, który 
tuż po eksplozji zasnuł wszystko ciemną kotarą, wreszcie się 
rozwiał. Zobaczyła, że ktoś z załogi wiesza na maszcie dwie 
flagi:  jedną  w  biało-niebieską  szachownicę  i  drugą  w 
biało-niebiesko-czerwone  pasy.  Wiedziała,  że  są  to  flagi, 
których używa się na statkach do przekazywania wiadomości 
innym jednostkom. Domyślała się, co sygnalizują te dwie - ich 
statek potrzebuje pomocy. 

Poczuła,  że  do  oczu  napływają  jej  łzy.  Spojrzała  w  niebo. 

Słońce  już  zaszło,  wkrótce  zapadnie  noc.  Co  wtedy?  Co  z 
rannymi?  Z  uszkodzonym  statkiem?  A  jeśli  zacznie  tonąć 
pośród tych ciemności? 

Rozejrzała się. Ze wszystkich stron był tylko spokojna, gładka 

tafla wody. Żadnego statku, żadnej nadziei na ratunek. Nikt nie 
odbierze ich sygnału. 

Gardło ścisnęło się jej z przestrachu na myśl o nadchodzącej 

nocy.  Jedyna  pociecha,  że  przynajmniej  było  ciepło  i 
bezwietrznie. 

 

background image

Wzięła głęboki oddech. Musi się uspokoić. Najważniejsze, to 

odnaleźć teraz panią Darcy. Jeśli  się nie  uda, będzie musiała 
zrezygnować i zacząć pomagać Norze opatrywać rannych, tak 
jak  ją  prosił  Ulrik.  Młodą  żonę  profesora  Wergelanda  już 
otaczał spory wianuszek potrzebujących pomocy. 

Dała  znak  Zhenmei  i  ruszyły.  Kiedy  znalazły  się  obok 

wielkiej  dziury  ziejącej  w  pokładzie  w  miejscu,  gdzie 
wcześniej stał komin, zebrała się na odwagę i spojrzała w dół. 
W ogromnej przepaści kłębiły się zwoje splecionych ze sobą 
rur  i  żelaznych  belek,  połamane  deski  i  płyty  metalowe 
sklejone razem niby kartki papieru. 

W  tym  samym  momencie  Zhenmei  puściła  jej  dłoń.  Ellen 

odwróciła się. Ciężar spadł jej z serca. Pani Darcy podbiegła do 
dziewczynki i porwała ją w ramiona. 

Dzięki Ci, Boże, że ją oszczędziłeś. 
Przygotowała się już na to, że być może rodzice Zhenmei nie 

żyją i że na jakiś czas będzie musiała wziąć ją pod opiekę. 

Podeszła do pani Darcy, która zaczęła dzię- 
 

background image

kować jej wylewnie, choć wiedziała, że Ellen nie rozumie ani 

słowa. 

Nagle coś zwróciło jej uwagę. Jakiś ruch. Głowa, ręka. 
Podbiegła do relingu i spojrzała w dół. 
Ktoś machał zaciekle ramionami, które co chwila niknęły pod 

wodą. Na chwilę wynurzył głowę, próbował nabrać powietrza, 
lecz znów poszedł pod powierzchnię. 

Tonął. 
Ellen  odwróciła  się,  złapała  za  ramię  pierwszego 

przechodzącego obok mężczyznę. 

- Musi mi pan pomóc, you must help me, please, człowiek za 

burtą! 

Mężczyzna  tylko  popatrzył  na  nią  jak  na  wariatkę,  wyrwał 

ramię i pobiegł dalej. 

Znów przechyliła się przez reling. Człowiek zniknął. Serce na 

chwilę  przestało  bić  jej  w  piersi.  Wynurzył  się,  zaczerpnął 
powietrza, znów poszedł pod wodę. 

Zacisnęła dłonie wokół poręczy. Obejrzała się. Biegła ku niej 

pani  Darcy,  widocznie  jako  jedyna  zauważyła,  że  Ellen 
potrzebuje pomocy. 

 

background image

Kiedy  zobaczyła,  o  co  chodzi,  przycisnęła  dłonie  do  ust  i 

wydała rozpaczliwy okrzyk. 

Ellen znów spojrzała w dół. 
Daleko. Bardzo daleko. 
Odwróciła  się  ku  misjonarce,  wyraźnie  bliskiej  płaczu, 

wykonała  ramionami  ruch  jak  podczas  wspinaczki,  a  potem 
pokazała na nią. 

-  Rozumie  pani?  -  spytała  prędko  i  zdecydowanie.  Ze 

zdumieniem  stwierdziła,  że  słowa  te  wypowiedziała  po 
angielsku. 

Kobieta skinęła głową z widocznym przerażeniem. 
Ellen zrzuciła trzewiki, chwyciła się relingu i przełożyła jedną 

nogę na drugą stronę. 

Gdy spojrzała w dół, przez chwilę nie mogła złapać oddechu. 

Teraz odległość wydawała się jeszcze większa. Jeszcze mogła 
zmienić zdanie, przełożyć nogę z powrotem, bezpiecznie wró-
cić na pokład. 

Bezpiecznie?  Czy  na  statku  było  bezpiecznie?  Jak  długo 

jeszcze? 

I co z tym biedakiem? Może jest ranny? Pewnie siła wybuchu 

wyrzuciła go za burtę. 

 

background image

Nie czas na rozmyślania, trzeba działać. Jeśli będzie myśleć, 

zacznie się bać. 

Trzymając  się  mocno,  przerzuciła  drugą  nogę.  Stała  teraz 

uczepiona  relingu  niby  figura  dziobowa.  Wiedziała,  że  kiedy 
wpadnie do wody, przez chwilę nie będzie wiedziała, gdzie jest 
góra,  a  gdzie  dół.  Że  poczuje  ból.  Wiedziała  też  jednak,  jak 
złagodzić siłę uderzenia. W dzieciństwie ona i Abelone lubiły 
skakać ze skał do wody. Pamiętała, że należy podciągnąć nogi, 
zwinąć się i jak najciaśniej otoczyć nogi ramionami. 

Pochyliła się nieco do przodu. Poczuła mdłości. Patrzyła na 

tonącego człowieka, który najwyraźniej tracił siły. 

Nie ma czasu na rozważania, trzeba działać. 
Ostatni raz  spojrzała na  panią Darcy. Z  ulgą stwierdziła, że 

kobieta posłuchała jej prośby. 

Wiedziała,  że  nikt  na  nią  nie  patrzy.  Wszyscy  byli  zajęci, 

pomagali rannym albo sami byli ranni i czekali na pomoc. 

Już czas. 
Pochyliła się i skoczyła. 
 

background image

Spadała  szybciej,  niż  przypuszczała,  poczuła  nagle 

gwałtowny  skurcz  wszystkich  mięśni,  gotujących  się  na 
bolesne zderzenie z powierzchnią wody. 

Podciągnij nogi, zamknij oczy i usta. 
W chwili uderzenia poczuła ostry ból, który najpierw ogarnął 

jej nogi, rozszedł się po stopach i brzuchu, ale zniknął, kiedy 
znalazła się pod powierzchnią. 

Zimne nurty porwały ją w nieznane, nie wiedziała, gdzie jest 

góra, a gdzie dół. 

Zaraz  wypłynę.  Zaraz  dowiem  się,  w  którym  kierunku  mam 

płynąć. 

Ale ta chwila wcale nie chciała nadejść. Rzucało nią tu i tam, 

we wszystkie strony. 

Zaczęła  ją  ogarniać  panika.  Otworzyła  oczy,  chociaż 

wiedziała,  że  kiedy  dostanie  się  do  nich  słona  woda,  będzie 
jeszcze gorzej. 

Brakowało  jej  powietrza,  płuca  puchły,  błagały  o  tlen.  W 

uszach  szumiało.  Nie  miała  już  sił.  Przed  oczami  migotały 
białe rozbłyski. 

Nie powinnam była tego robić. 

background image


 
Blanche wpatrywała się w mężczyznę w niebieskim kapturze. 

Nic nie mogła zrobić, musiała czekać na jego ruch. 

Stał tam, nic nie mówiąc, ale wiedziała, że na nią patrzy. 
Nagle machnął połą peleryny i zniknął, równie nagle, jak się 

pojawił. 

Blanche oparła się plecami o ścianę. Próbowała się uspokoić. 

O mało nie wyzionęła ducha ze strachu, kiedy go zobaczyła. 

Zacisnęła pięści. Wściekłość wzięła górę nad strachem. 
Miała  tego  dosyć.  Wydostanie  się  z  tego  koszmarnego 

miejsca. I to zaraz! 

background image

Ruszyła  przed  siebie,  nie  zatrzymując  się,  czując  cały  czas, 

jak sztywnieją mięśnie jej ramion i szyi. 

Czy czeka na nią za zakrętem? Może znów ją zaatakuje? 
Nie wiedziała, czemu wybrała tę drogę. Może jednak powinna 

była  pójść  tamtym  ciemnym  korytarzem.  Tylko  jakoś  nie 
potrafiła  się  na  to  zdobyć,  strach  paraliżował  ją  na  samą  tę 
myśl. 

Doszła do zakrętu. Korytarz był pusty. Wiedziała już, gdzie 

jest. Przed sobą miała kryptę z zapiskami braci. 

Zwolniła  kroku.  Próbowała  sobie  przypomnieć,  co  jej 

powiedział  pan  Schmidt:  Musi  pani  pójść  tymi  kręconymi 
schodami,  którymi  weszliśmy  na  górę.  Potem  do  końca 
korytarza. Ostatnie drzwi prowadzą do niewielkiego ogródka. 
Proszę uważać, nikt nie powinien pani widzieć. 

Najpierw musi więc wejść na górę po kamiennych schodach, 

z których spadła, wtedy dostanie się do biblioteki, potem pójść 
tamtym korytarzem, w którym było tyle drzwi. Na koń- 

background image

cu  korytarza  znajdują  się  wąskie  drzwiczki,  za  nimi  są 

kręcone schodki. Musi zejść po nich na dół, wtedy dostanie się 
do ogrodu. 

Tłumaczyła  sobie,  że  to  niedaleko,  choć  w  tym  momencie 

odległość  wydawała  się  ogromna.  I  co  będzie,  jeśli  ktoś  ją 
zobaczy? 

Nagle  znów  rozległ  się  chór  męskich  głosów.  Nagle 

pomyślała, że przecież wszyscy członkowie loży nie mogą być 
tacy, jak ten w kapturze. Jeśli zawoła o pomoc, chyba ktoś ją 
usłyszy i zareaguje? 

Z  tą  myślą  ruszyła  w  stronę  krypty,  skąpanej  w  blasku 

pochodni. 

Gdzieś  otworzyły  się  drzwi.  Usłyszała  szybkie  kroki  na 

kamiennych schodach. 

Nawet nie zdążyła zastanowić się, co robić. Do krypty wszedł 

pan  Schmidt.  Poczuła  tak  wielką  ulgę,  że  miała  ochotę  się 
rozpłakać. 

Zaczęła biec w jego stronę. On na pewno pomoże jej się stąd 

bezpiecznie wydostać. 

- Pan Schmidt! Tak się cieszę, że pana widzę! - wykrzyknęła, 

zanim jeszcze ją zauważył. 

Odwrócił się i spojrzał na nią. 

background image

- Pani Bjerkely! - wyszeptał, a właściwie wysyczał. - Co pani 

tu robi? Mówiłem, że ma pani zniknąć w ciągu pół godziny. 
Wie pani, ile czasu minęło? Ruszył w jej stronę, jego okrągła 
twarz skurczyła się z wściekłości. - Chciałem tylko sprawdzić, 
czy na pewno opuściła pani budynek. 

Potrząsnęła głową. 
-  Nie  rozumie  pan  -  zaczęła  pospiesznie.  -Miałam  właśnie 

wychodzić, kiedy nagle pojawił się jakiś mężczyzna. Od razu 
się zorientowałam, że ma złe zamiary i... 

Dyrektor posłał jej rozwścieczone spojrzenie. 
- Nie mam czasu wysłuchiwać tych tłumaczeń, pani Bjerkely - 

powiedział  cicho,  lecz  dobitnie.  -  Musi  pani  stąd  zniknąć, 
natychmiast.  Jeśli  któryś  z  braci  panią  zobaczy  i  zrozumie, 
czego się dopuściłem... 

Złapał ją za łokieć i zaczął ciągnąć ją z powrotem w stronę 

korytarza, który właśnie przebyła. 

- Nie - zaprotestowała głośno i wyrwała 

background image

rękę.  -  Pan  nie  rozumie.  Zostałam  zaatakowana,  zamknięto 

mnie w trumnie, ja... 

Pokazała  mu  nadgarstki,  a  strumień  słów  nie  przestawał 

płynąć z jej ust. Zauważyła, że pan Schmidt słucha uważnie, 
mimo że było mu tak spieszno jej się pozbyć. 

- Z pewnością ma to związek z pani sprawą 
- stwierdził, ałe nie rozwinął tematu. Kark jeszcze bardziej mu 

poczerwieniał,  raz  po  raz  oglądał  się  za  siebie.  -  Musi  pani 
opuścić budynek 

- powtórzył. 
Zrozumiała,  że  nie  ma  wyjścia.  Pociągnął  ją  za  sobą 

korytarzem, aż doszli do groty, w której leżała uwięziona. 

Miał  na  palcu  pierścień  -  wydyszała.  -Taki 

charakterystyczny.  Na  wskazującym  palcu  prawej  dłoni.  Z 
dużym  błękitnym  kamieniem,  ozdobionym  wizerunkiem 
jakiegoś owada, chyba skarabeusza albo... 

Zdjął ze ściany pochodnię i wręczył jej. 
-  Proszę  iść  tym  korytarzem  -  przerwał  i  skinieniem  głowy 

pokazał ciemne, ponure przejście. - Jest dość wąski, ale dojdzie 
nim pani 

background image

do drzwi prowadzących do ogrodu. Proszę uważać, aby nikt 

pani nie widział. 

Z  rezygnacją  stwierdziła,  że  nie  ma  wyjścia.  Spojrzała  z 

przerażeniem w ziejącą ciemnością czeluść korytarza. 

-  Zostawiam  panią  -  oznajmił  pan  Schmidt  ostrym  tonem. 

Próbował  jej  pomóc,  ale  było  widać,  że  teraz  sytuacja  go 
przerosła. 

-  Dziękuję  panu...  -  zaczęła,  lecz  on  już  ruszył  w  drogę 

powrotną. 

- Proszę się pospieszyć! - upomniał ją. Zatrzymał się jednak 

jeszcze  i  odwrócił  się  w  jej  stronę.  -  Rozumie  pani,  mam 
nadzieję, że wydarzenia tego wieczora muszą pozostać między 
nami. 

Napotkała jego surowe spojrzenie. Owszem, rozumiała. Pan 

Schmidt nie chciał, by bracia się dowiedzieli. Tylko co z tym w 
kapturze?  Czy  nie  powie  pozostałym,  że  ktoś  wpuścił  do 
krypty obcą osobę, kobietę? 

Nie dziwiło jej, że pan Schmidt żałował swego czynu. 
Blanche skinęła głową, mimo wszystko roz- 

background image

czarowana  brakiem  zrozumienia  z  jego  strony.  Ledwo 

spojrzał  na  jej  poranione  nadgarstki.  Cóż,  pewnie  myślał 
przede wszystkim o sobie. 

- Naturalnie, panie Schmidt - odparła zdawkowo. 
Pospieszne kroki dyrektora odbiły się echem od ścian groty. 

Została sama. 

Przez chwilę stała bez ruchu, patrząc w głąb tunelu. W końcu 

zebrała  się  w  sobie.  Nic  nie  mogło  być  gorsze  od  leżenia  w 
trumnie. 

Pokonał  biegiem  schody,  wpadł  do  biblioteki.  Jeszcze  ten 

korytarz i znajdzie się w sali ceremonialnej. Słyszał, jak wielki 
mistrz uderza berłem o posadzkę. 

Trzeba się pospieszyć, ceremonia już się rozpoczęła. 
Przeklinając  swą  skłonność  do  obżarstwa,  biegł  truchtem, 

mijając  kolejne  drzwi  w  wyłożonym  dywanem  korytarzu. 
Zdawał  sobie  sprawę,  jak  komicznie  musi  wyglądać  - 
mężczyzna 

background image

jego postury, w dodatku zajmujący takie stanowisko! Wielki 

brzuch kołysał się przy każdym ruchu. 

Zgrzany  i  zmęczony  wpadł  do  środka.  Bracia  właśnie 

ustawiali się w krąg pod wszytkowidzącym okiem Opatrzności 
namalowanym pośrodku sufitu. 

Niemal wszyscy mieli na sobie zwykłe czarne peleryny, prócz 

niego  jeszcze  dwaj,  również  najwyżsi  stopniem,  peleryny 
błękitne. 

Wiedział dokładnie, co robić i mówić. Tego wieczoru miała 

się  odbyć  ceremonia  inicjacji  jednego  z  braci  na  wyższy 
stopień  -  rzadka  uroczystość.  On  sam  przeszedł  ten  rytuał 
blisko piętnaście lat temu, ale dobrze znał jego przebieg. 

Niepokoiła  go  myśl,  że  pani  Bjerkely  nadal  znajduje  się  w 

budynku. Zastanawiał się też, co właściwie się wydarzyło. Na 
czoło wystąpiły mu krople potu. Prędko starł je chusteczką. 

Chciał  jej  tylko  pomóc,  w  końcu  miał  wobec  niej  dług  i 

oczywiście  cieszył  się,  że  jego  córka  dostała  pod  opiekę 
Mathiasa i Amalie. Sytuacja 

background image

jednak  go  przerosła.  Zrobił  swoje,  uznał  sprawę  za 

skończoną. 

Ciekawe,  który  z  braci  odkrył  obecność  pani  Bjerkely.  Kto 

zamknął ją w trumnie - tej samej, która miała posłużyć im tego 
wieczoru podczas ceremonii. 

Kiedy wspomniała o charakterystycznym pierścieniu na palcu 

mężczyzny,  pomyślał  o  pewnym  konkretnym  bracie.  Nie 
zdziwiłby  się  wcale,  gdyby  to  był  właśnie  on.  Jemu  z  pew-
nością  szczególnie  zależało  na  tym,  by  pani  Bjerkely  nie 
przeczytała sekretnych zapisków. 

Schmidt poczuł, jak żołądek ściska mu się ze zdenerwowania. 

Co  on  właściwie  sobie  myślał?  To,  co  zrobił,  było  wprost 
niesłychane.  Dopuścił  się  zdrady  -  zdrady  wobec  zmarłego 
pułkownika  Blickenfeldta,  zdrady  wobec  loży  i  braci.  Miał 
nadzieję, że nikt jej nie odkryje. 

Pani Bjerkely właśnie przeprawiała się przez korytarz. Czuł 

lekkie wyrzuty sumienia. Może powinien był ją ostrzec, że w 
podziemiach  gmachu  znajdują  się  stare  grobowce.  Z  drugiej 
strony, może pani Bjerkely niczego nie zauwa- 

background image

ży.  Miał  nadzieję,  że  się  pospieszy,  później  tego  wieczoru 

wszyscy  uczestnicy  ceremonii  mieli  przejść  tym  samym 
korytarzem. 

Głęboko  wciągnął  powietrze  przez  nos,  po  czym  powoli 

wypuścił  je  ustami.  Z  godnością  wkroczył  w  środek  kręgu, 
naciągnął kaptur na twarz i pochylił głowę. Prawą dłonią ujął 
rękojeść miecza i wyciągnął go z pochwy. 

Reszta braci wyciągnęła swoje miecze i skierowała ich ostrza 

do środka kręgu. Potem zapadła cisza. Po chwili zagrzmiał głos 
mistrza ceremonii: 

- Ave Frater! 
- Rosea et Aureae! - 
odpowiedział dyrektor Schmidt głośno i 

wyraźnie  wraz  z  pozostałymi.  Rzucił  w  bok  ukradkowe 
spojrzenie.  Tuż  obok  niego  stał  brat  w  czarnej  pelerynie,  za 
nim zaś inny, w błękitnej. 

Schmidt  wyraźnie  widział  pierścień  na  jego  prawej  dłoni. 

Pierścień  z  niebieskim  kamieniem,  ozdobiony  wizerunkiem 
owada,  którego  pani  Bjerkely  słusznie  zidentyfikowała  jako 
skarabeusza. 

 

background image

Śledził  dalszy  przebieg  ceremonii,  jednocześnie  myśląc 

intensywnie.  Czy  to  rzeczywiście  ten  brat  w  tak  brutalny 
sposób  potraktował  panią  Bjerkely?  W  takim  razie  musiał 
wiedzieć o tej sprawie więcej, niż Schmidt przypuszczał. 

Jak  to  dobrze,  że  tego  wieczoru  nie  pełnił  żadnej  istotnej 

funkcji.  Mógł  pozostać  w  cieniu  i  spokojnie  wszystko 
rozważyć,  choć  zdawał  sobie  sprawę,  że  w  ten  sposób 
wykazuje  się  brakiem  szacunku  wobec  brata,  który  miał 
przejść ceremonię inicjacji. 

Nie  słuchał  nawet  słów  mistrza,  lecz  jego  monotonny  głos 

przypominał 

mu 

najważniejszym 

przykazaniu 

obowiązującym  członków  loży.  Byli  braćmi,  a  bracia  mieli 
sobie  pomagać  i  wspierać  się  nawzajem,  bez  względu  na 
wszystko.  Nie  miał  pojęcia,  że  któryś  z  braci  mógł  być 
zamieszany  w  sprawę,  którą  badała  pani  Bjerkely.  W  takim 
przypadku nigdy nie dałby jej klucza. 

Przede  wszystkim  obowiązywała  go  lojalność  wobec  braci. 

Każdy z nich nieraz dawał jej wyraz - w sądach, w interesach. 
Nikt spoza loży 

background image

nie  znał  nazwisk  jej  członków  i  tak  miało  pozostać.  Ich 

sekretna  wspólnota,  zaufanie,  rytuały  były  ważniejsze  od 
jakichś trywialnych, przyziemnych spraw. 

Owszem, pani Bjerkely została potraktowana dość brutalnie. 

Ale  z  drugiej  strony,  on  też  kiedyś  leżał  w  tej  trumnie, 
podobnie jak wszyscy zgromadzeni w tej sali, i jakoś nikomu 
nie stała się krzywda z tego powodu, wręcz przeciwnie. Takie 
doświadczenie  było  bardzo  budujące,  skłaniało  do  refleksji  i 
samodoskonalenia, choć zdawał sobie sprawę, że pani Bjerkely 
zapewne miała na ten temat inne zdanie. 

Nie,  nie,  on  już  zrobił  swoje.  Domyślał  się,  który  z  braci 

potraktował  ją  tak  okrutnie,  lecz  nie  zamierzał  zdradzić  jego 
imienia. 

Pani  Bjerkely  będzie  musiała  prowadzić  swe  poszukiwania 

gdzie indziej. 

Trzymała pochodnię przed sobą, oświetlając ciemny korytarz. 

Uniosła głowę. Kilka kro- 

 

background image

pel wody spadło na jej czoło. Wstrząsnął nią dreszcz. Pewnie 

niewielu wiedziało, że podziemia jednego z najwspanialszych 
budynków w mieście skrywają takie tajemnice. 

Zrobiła  kilka  kroków,  ostrożnie,  bo  podłoga  była  nierówna, 

kamienista.  Na szczęście  teraz, kiedy  miała  pochodnię, tunel 
nie wydawał się aż tak przerażający. 

Przeszła jeszcze kilka kroków w głąb. Od kamiennych ścian 

wiało chłodem, jednak była zbyt przejęta, by marznąć. 

Ciekawe, do czego służył ten korytarz? Wyobrażała sobie, że 

groty,  w  której  stała  trumna,  używali  bracia  do  swoich 
przerażających ceremonii, ale to przejście? 

Może  zarówno ono,  jak  i  grota były już, zanim  zbudowano 

gmach  loży?  Tego  pewnie  się  nie  dowie.  Zdawała  sobie 
sprawę,  że  wkroczyła  na  chwilę  do  świata,  który  miał  swoje 
tajemnice znane jedynie członkom loży. 

Tak  jak  uprzedzał  pan  Schmidt,  korytarz  był  bardzo  wąski, 

sklepienie wisiało nisko. 

Szła przed siebie, uważając na każdy krok. 

background image

Gdyby przewróciła się i straciła przytomność, może nigdy nie 

zostałaby odnaleziona! Ciekawe, czy jeszcze daleko? Przejście 
wiło się niby spirala, niemożliwością było zobaczyć, co kryje 
się za kolejnym zakrętem. 

Znów  spojrzała  w  górę.  Ze  sklepienia  nie  kapała  już  woda. 

Skała wyglądała teraz inaczej, była jakby bardziej porowata i 
miała  inny  kolor,  rdzawo-rudy.  Blanche  wiedziała,  że 
świadczy to o obecności złoży żelaza. 

Nagle  kamienne  ściany  zniknęły,  tunel  przeszedł  w  ciasne 

murowane przejście. 

Serce szybciej zabiło jej w piersi. To przejście było jeszcze 

węższe,  z  trudem  się  w  nim  mieściła.  Jedyna  pociecha,  że 
sklepienie było nieco wyższe. 

Coraz mniej jej się to wszystko podobało. 
A jeśli dyrektor Schmidt ją oszukał? 
Fale  zimna  i  gorąca  ogarniały  na  przemian  jej  ciało. 

Mężczyzna w kapturze pewnie był gotów na wszystko. A pan 
Schmidt?  Czy  mogła  na  nim  polegać?  Potraktował  ją  dość 
bezceremonialnie i bezdusznie. 

background image

Obejrzała  się  przez  ramię.  Wydawało  jej  się,  że  przebyła 

bardzo długą drogę, ale wiedziała, że to tylko wrażenie. 

Odetchnęła  głęboko.  Nie  miała  powodu  podejrzewać  pana 

Schmidta, przecież chciał jej pomóc. 

Z  tą  myślą  ruszyła  dalej,  w  głąb  korytarza,  tak  ciasnego,  że 

dotykała ramionami ścian po jego obu stronach. 

Dopiero teraz zauważyła prostokątne otwory w ścianach. 
Co to za dziwne miejsce? 
Szła  dalej,  zwolniła  tylko  kroku.  Zaciekawiona  i 

przestraszona  jednocześnie,  uniosła  pochodnię  i  zajrzała  do 
jednej z tajemniczych wnęk. 

Przerażający widok na chwilę odebrał jej dech w piersi. 
Nie musiała się zastanawiać, co zobaczyła. Nie było mowy o 

pomyłce. Pamiętała rysunki szkieletów z podręcznika. 

Ale chyba te tutaj to nie są ludzkie szczątki?! 
Przełknęła ślinę, próbowała oddychać spokojnie. 

background image

Łuki żeber, długie kości, może nóg czy ramion... 
Nie, nie miała siły na to patrzeć. 
Zaczęła biec, nie rozglądając się na boki. 
To nie mogą być szczątki ludzkie. Nie widziała czaszek. Ta 

myśl trochę ją uspokoiła. Tak, to na pewno kości zwierząt. 

Szła  dalej  ciasnym  korytarzem.  Przypomniało  jej  się,  jak 

kiedyś czytała, że w podziemiach Paryża i Rzymu znajdują się 
katakumby, czyli podziemne grobowce. Widziała też rysunek, 
miejsce,  w  którym  się  teraz  znajdowała,  bardzo  je 
przypominało. 

Usiłowała  odpędzić  tę  myśl  od  siebie.  To  niemożliwe,  by 

znajdowała  się  w  grobowcu.  Przecież  prawo  mówi,  że  ludzi 
należy grzebać w poświęconej ziemi. 

Zmrużyła oczy. Dalej korytarz rozszerzał się. 
Bezgłośnie  podziękowała  Bogu,  choć  nie  miała  tego  w 

zwyczaju.  To  miejsce  było  jednak  naprawdę  przerażające, 
ciarki chodziły jej po plecach. 

Dotarłszy do końca korytarza, zobaczy- 

background image

ła schody. Zatrzymała się i uniosła pochodnię. Stopnie były 

szerokie i wygładzone od częstego używania. 

Zebrała suknię i ruszyła. Chyba już niedługo powinna dotrzeć 

do drzwi prowadzących do ogrodu? 

Rzeczywiście,  na  górze  znajdowały  się  jakieś  drzwi,  przez 

szparę przenikało dzienne światło. 

Z ulgą podbiegła do nich. Były zamknięte na zasuwę. Przez 

chwilę bała się, że nie zdoła jej otworzyć, ale udało się to jej 
bez trudu. 

Zapadał  już  wieczór,  ale  światło  i  tak  wydało  jej  się 

oślepiające. Zmrużyła oczy, zrobiła kilka kroków i rozejrzała 
się. 

Pan  Schmidt  mówił  prawdę,  znajdowała  się  w  niewielkim 

ogrodzie  na  tyłach  dwuskrzydłowego  budynku.  Nie  mogła 
wcześniej zauważyć tego miejsca, potężne drzewa zasłaniały je 
od ulicy. 

Przez  chwilę  stała  bez  ruchu,  zastanawiając  się,  jak 

niezauważenie wymknąć się z tego miejsca. 

Spojrzała na wielkie okna. Kiedy pan Schmidt 

background image

prowadził ją do biblioteki, zdziwiła się, że w budynku nie ma 

okien,  choć  była  pewna,  że  widziała  je  od  zewnątrz.  Teraz 
zrozumiała  dlaczego.  Wszystkie  były  zaciemnione.  Nie  dało 
się zajrzeć do środka, co mogło znaczyć, że wewnątrz budynku 
nie widać z kolei, co się dzieje na zewnątrz - czyli jej też nikt 
nie widział. 

Postanowiła przejść wzdłuż muru do żelaznej furtki, za którą 

zauważyła  wąską  ścieżkę.  Potem  trzeba  tylko  okrążyć  róg 
budynku i już będzie na ulicy. 

Wetknęła  pochodnię  w  ziemię  i  ruszyła  przed  siebie. 

Rozejrzała się, nikogo nie było widać. Mimo to nie mogła się 
pozbyć wrażenia, że ktoś śledzi ją wzrokiem. 

Przebiegła  ostatni  odcinek  dzielący  ją  od  furtki  i  z  bijącym 

sercem nacisnęła klamkę. 

Jeszcze raz spojrzała na budynek loży. Czuła, że ktoś na nią 

patrzy, ktoś, kto sam pozostał niewidzialny. 

Odwróciła  się  i prędkim  krokiem  ruszyła  ścieżką,  nareszcie 

bezpieczna. 

Miała nadzieję, że tego wieczoru uda jej się 
 

background image

dowiedzieć, kim jest jej brat czy siostra. Niestety, tak się nie 

stało. 

Zamiast  tego  spotkało  ją  potworne  przeżycie.  Nie  to  było 

jednak najgorsze. 

Opuszczała  budynek  loży  z  jeszcze  większymi  wątpliwości 

niż kiedy do niego wchodziła. 

Mężczyzna w kapturze nie chciał, by przeczytała zapiski ojca. 

Widocznie znajdowało się w nich coś, o czym nie powinna się 
dowiedzieć. Tylko co? 

background image


 
Ellen  rozejrzała  się.  Zewsząd  otaczała  ją  ciemnozielona 

przejrzysta woda. Włosy rozplotły się i niczym woalka zakryły 
twarz. Odgarnęła je i wtedy zobaczyła pęcherzyki powietrza. 
Duże i małe, wznosiły się spienionym wirem prosto w górę. W 
górę. 

Brakowało  jej  powietrza,  miała  ochotę  otworzyć  usta,  ale 

wiedziała, że nie może tego zrobić, bo wtedy do płuc dostanie 
się woda. 

Wytrzymaj. Wytrzymaj. 
Zaczęła płynąć. Woda pojaśniała. 
Jeszcze trochę... 
Chyba powinna zaraz wypłynąć na powierzchni- 

background image

nię? Czuła, że musi nabrać powietrza, płuca rozrywał palący 

ból. 

Nie może utonąć, przecież jest tak blisko. 
Wynurzyła  się  na  powierzchnię,  odetchnęła  głęboko.  Znów 

zamigotały jej przed oczami białe plamy, mocniej zaszumiało 
w uszach. Zamrugała kilka razy. Próbowała oddychać powoli i 
spokojnie. Nie może teraz zemdleć. 

Powiodła wzrokiem dokoła. 
Gdzie on jest? 
Może skoczyła za późno? Może zbyt długo się wahała? 
Łzy  napłynęły  jej  do  oczu,  wymieszały  się  z  morską  wodą. 

Kilkoma mocnymi ruchami ramion przepłynęła do miejsca, w 
którym, jak jej się wydawało, ostatnio widziała tonącego. 

Już  miała  zanurkować,  gdy  nieco  dalej  zobaczyła  głowę 

wystającą nad wodą. Zaczęła płynąć w tamtą stronę. Z trudem 
utrzymywał się na powierzchni, nie ruszał już nawet ramiona-
mi. 

Złapała  go  w  chwili,  kiedy  znów  miał  pójść  pod  wodę. 

Czyżby było za późno? Widziała 

background image

jego  twarz,  bladą  jak  kreda,  ciemne  włosy  kle-jące  się  do 

czoła i sine wargi. Oby nie okazał się za ciężki. 

Niestety, kiedy objęła tonącego, zrozumiała, że uratowanie go 

może  okazać  się  zadaniem  bardzo  trudnym,  jeśli  w  ogóle 
możliwym. Bała się, że bezwładny mężczyzna pociągnie ją za 
sobą pod wodę. Pomogło, kiedy objęła go ramieniem za szyję i 
położyła  się  na  plecach.  Próbowała  sprawdzić,  czy  nie  jest 
ranny, czy nie krwawi, ale w tych warunkach było to niewy-
konalne. I nie najważniejsze. Przede wszystkim musiała dostać 
się z powrotem na statek. 

Boże, jaki on ciężki 
Ale nie zamierzała go teraz wypuścić, nie po tym wszystkim! 
Słona  woda wlewała jej się do uszu i  nosa, Ellen kaszlała i 

pluła,  by  się  jej  pozbyć.  Oddychała  z  trudem,  niełatwo  było 
płynąć  na  plecach,  ciągnąc  jednocześnie  za  sobą  ciężkiego 
mężczyznę. 

Obejrzała się. Musiała sprawdzić, jaka odległość dzieli ją od 

statku i czy pani Darcy spełniła jej prośbę i spuściła drabinkę. 

background image

O mało nie popłakała się z radości. Drabinka już wisiała, pani 

Darcy zaś czekała przy relingu, a obok niej stał jakiś człowiek 
w mundurze. 

Nie była skazana na własne siły. 
Poczuła,  że  mężczyzna  za  chwilę  wysunie  się  z  jej  objęć. 

Chwyciła  go  mocniej.  Żył,  wydawał  ciche  jęki  i  poruszał 
głową. 

-  Jeszcze  trochę  -  stęknęła  po  norwesku,  bo  nie  miała  siły 

szukać  teraz  w  pamięci  angielskich  słówek.  Poza  tym  tak 
naprawdę nie wiedziała przecież, czy mężczyzna zna angielski. 

Z  trudem  posuwała  się  przed  siebie.  Jak  to  dobrze,  że  tego 

dnia morze było spokojne. Przy wzburzonych falach chyba nie 
odważyłaby się skoczyć, to byłaby pewna śmierć. 

Jedną  ręką  chwyciła  się  mocno  sznurowej  drabinki,  drugą 

cały  czas  kurczowo  obejmując  mężczyznę.  Z  trudem  łapała 
oddech.  Mężczyzna  nie  leżał  już  całkiem  bezwładnie,  lekko 
poruszał ramionami, próbując utrzymać się na powierzchni. 

Uniosła wzrok. Widziała zaniepokojo- 
 

background image

ną  twarz  pani  Darcy,  obok  niej  małą  Zhenmei  i  członka 

załogi. Patrzyli na nią w napięciu. 

Spojrzała  na  mężczyznę.  Oddech  miał  przyspieszony, 

wyglądał na bardzo osłabionego. 

Czy zdoła sam wspiąć się po drabinie? Był zbyt ciężki, ona na 

pewno nie zdoła go wnieść. 

Nagle rozległo się dziwne buczenie. Co się dzieje? 
Zacisnęła  mocniej  dłoń  na  drabince.  Po  wybuchu  załoga 

zatrzymała  statek,  ale  teraz  silnik  znowu  włączono.  Z 
przerażeniem stwierdziła, że za moment statek odpłynie. 

- Musi pan wdrapać się na pokład! - krzyknęła do mężczyzny, 

starając się obrócić go tak, by mógł chwycić drabinkę. 

Nieraz stała przy relingu i patrzyła, jak dziób statku przecina 

fale,  jak  morze  burzy  się  wzdłuż  burty.  Wiedziała,  co  to  dla 
nich oznacza. 

Nie ma czasu do stracenia! Muszą jak najprędzej znaleźć się 

na górze! 

Mężczyzna  chyba  zrozumiał.  Wyciągnął  rękę  i  chwycił  nią 

drabinkę. 

Dopiero teraz widziała wyraźnie jego twarz. 

background image

Ze  zdumieniem  stwierdziła,  że  ma  przed  sobą  markiza  de 

Cavalière.  Twarz  miał  zbielałą,  wargi  sino-granatowe, 
spojrzenie nieprzytomne. 

-  Poradzi  pan  sobie?  -  krzyknęła  i  spojrzała  w  górę. 

Mężczyzna z załogi gdzieś zniknął, miała nadzieję, że poszedł 
zawiadomić  kapitana.  Jeśli  się  nie  pospieszy  i  statek  ruszy, 
czeka ich pewna śmierć. Albo utoną we wzburzonych wirach 
kilwateru, albo wciągnie ich śruba. 

- Proszę mocno trzymać się drabinki! Widziała, że markiz jest 

bliski omdlenia. Jeśli straci przytomność, zginą oboje. 

Słabym  głosem  powiedział  coś  po  francusku,  czego, 

oczywiście,  nie  zrozumiała.  Pokazał  na  nią,  a  potem  na 
drabinkę. 

Stanowczo potrząsnęła głową. 
- Nie, nie, pan pierwszy. 
W tym samym momencie statkiem szarpnęło. Powoli zaczął 

posuwać się do przodu. Ogarnęło ją przerażenie. 

- Prędko! - wykrzyknęła. Czuła, jak drabinka i jej własne ciało 

powoli przesuwa się ku rufie. 

 

background image

Markiz  chyba  też  musiał  to  zauważyć,  gdyż  zebrał  siły  i 

podciągnął się do góry. Oparł stopę na pierwszym szczeblu i 
zaczął się wspinać. 

Ellen  kurczowo zaciskała  dłonie  na  drabinkę, przygotowana 

na to, że będzie musiała poczekać na swoją kolej. Na szczęście 
markiz okazał się szybszy, niż przypuszczała. 

Z pewnością nie było mu łatwo, miał na sobie surdut do kolan 

i długie buty. Może był ranny? W każdym razie nie widziała, 
żeby krwawił. 

Zaczęła się wspinać. Z trudem jej to szło, przy każdym ruchu 

drabinka kołysała się na wszystkie strony. W dodatku nie miała 
na  sobie  butów  li  każdy  krok  sprawiał  jej  trudność.  Na 
szczęście Inie marzła. 

Spojrzała  w  dół.  Statek  przyspieszył.  Z  przerażeniem 

pomyślała,  co  by  się  stało,  gdyby  nadal  znajdowali  się  w 
wodzie. 

Zakręciło  się  jej  w  głowie,  więc  skierowała  wzrok  w  górę. 

Markiz był już przy relingu, właśnie wciągano go na pokład. 

Tylko  czy  na  pewno  byli  bezpieczni?  A  jeśli  statek  nabrał 

wody? Miała wrażenie, że po wy- 

 

background image

buchu przechylił się nieco na jedną stronę. I dlaczego kapitan 

Peyton kazał rozwinąć taką prędkość? Spieszył się, chciał jak 
najprędzej znaleźć się jak najbliżej lądu? Czy to znaczyło, że 
statek tonie? A pożar, czy został ugaszony? 

Markiz był już na pokładzie. Poczuła ulgę. 
Teraz jej kolej. 
Przy relingu zebrał się już spory tłum, wiele pomocnych dłoni 

wyciągnęło się w jej stronę. Drżąc na całym ciele przełożyła 
nogę przez reling, potem drugą. 

Nie przestawała się trząść, woda z niej ciekła, nogi i ramiona 

bolały  ze  zmęczenia.  Kątem  oka  zobaczyła  Zhenmei, 
prowadzącą za sobą Ulrika. 

Podbiegł do niej przerażony, zerwał z siebie kurtkę i zarzucił 

jej na ramiona. 

-  Co  się  stało?  Wpadłaś  do  wody?  Skinęła  głową.  Zęby  jej 

szczękały, choć nie 

czuła zimna. 
- Zobaczyłam, że ktoś tonie - wyjąkała. Tak naprawdę dopiero 

teraz dotarło do niej, co się wydarzyło. Z trudem łapała oddech 
przez zaciśnięte gardło. 

background image

Ulrik otoczył ją ramionami i mocno przytulił. 
- Co ty wyprawiasz? Chyba jesteś niespełna rozumu! 
W  jego  objęciach  natychmiast  poczuła  się  bezpiecznie,  jej 

oddech  powoli  się  uspokajał.  Markiz  też  już  dochodził  do 
siebie, choć nadal był blady i wyczerpany. 

Ulrik spojrzał na niego. 
- Jest pan ranny? 
Markiz  potrząsnął  głową.  Silnie  drżącą  ręką  przesunął  po 

mokrych włosach. 

Odpowiedział cicho łamanym angielskim. 
- Mówi, że siła wybuchu wyrzuciła go za burtę - powiedział 

Ulrik,  spuszczając  wzrok.  -  Był  już  pewien,  że  tonie,  kiedy 
zobaczył, jak skaczesz mu na pomoc. 

Napotkała spojrzenie markiza. Jego oczy błyszczały od łez - a 

może ze zmęczenia. Nagle coś za jej plecami przyciągnęło jego 
uwagę.  Usłyszała  zrozpaczony  kobiecy  głos,  wołający  pana 
Bjerregaarda. 

Odwróciła się. W ich stronę biegła lady Ju- 

background image

liet,  zapłakana,  wymachując  rękoma  i  wykrzykując  coś  bez 

ładu i składu. 

- Chodzi o jej przyjaciela - wyjaśnił prędko Ulrik. - Utknął w 

kajucie  na  dolnym  pokładzie.  Próbowałem  jej  pomóc,  kiedy 
przybiegła po mnie Zhenmei. 

Ellen chciała go poprosić, by jej nie zostawiał, ale nie zdążyła, 

już biegł w stronę zrozpaczonej kobiety. 

Rozglądała  się  dokoła,  zdezorientowana.  Markiz  siedział  na 

skrzyni,  pocierał  dłonią  pierś,  jakby  nie  mógł  oddychać. 
Powiedział,  że  nie jest  ranny, ale z  pewnością  odniósł  jakieś 
obrażenia  podczas  upadku  do  morza.  Poza  tym  nałykał  się 
sporo morskiej wody, może nawet dostała mu się do płuc. Ellen 
słyszała nawet o przypadkach, kiedy człowiek topił się, kiedy 
już go wyciągnięto na ląd, właśnie z powodu wody w płucach. 

Ale  wielu  pasażerów  potrzebowało  pomocy  bardziej  niż 

markiz. Pani Darcy pomagała Norze opatrywać rannych. Ellen, 
choć  wyczerpana,  ruszyła  w  ich  kierunku.  Kobiety  zrobiły  z 
dwóch skrzynek prowizoryczny stolik na le- 

background image

karstwa  i  opatrunki.  Profesor  Wergeland  kazał  pasażerom 

potrzebującym pomocy ustawić się w kolejce. 

Nora zmierzyła Ellen wzrokiem. 
-  Może  spróbujesz  dostać  się  do  kajuty?  Powinnaś  się 

przebrać - powiedziała z troską. -Jeszcze zachorujesz. 

Ellen potrząsnęła głową. 
- Nie jest mi zimno. 
Wieczory  na  Morzu  Śródziemnym  były  ciepłe,  nie  marzła, 

mimo że przemokła do suchej nitki. Nie chciała tracić czasu, 
poza tym wcale nie miała ochoty wracać do zniszczonej kajuty. 

Nora spojrzała na nią z wdzięcznością. 
- Naj ciężej rannych musimy odesłać do kajuty dla chorych - 

wyjaśniła,  po  czym  ruchem  głowy  wskazała  zapłakaną 
dziewczynkę,  siedzącą  na  ramieniu  ojca.  Na  rączce  miała 
wielką krwawiącą ranę. - Może zaczniesz od niej? Oczyść ranę 
karbolem i załóż  opatrunek. Powiedz ojcu, żeby zabrał ją  do 
lekarza,  kiedy  już  będziemy  w  Marsylii.  W  tych  warunkach 
możemy tylko zatamować krwawienie i nieco uśmierzyć ból. 

background image

Skinęła  głową  w  stronę  apteczki,  częściowo  schowanej  za 

drewnianymi  skrzyniami.  Nora  obficie  wyposażyła  ją  przed 
wyjazdem, mężczyźni śmiali się, że tyle tego zabiera. Wśród 
lekarstw  były  też  środki  przeciwbólowe,  zarówno  mocne  - 
chloroform  i  morfina,  jak  i  słabsze  -laudanum  i  krople 
opiumowe.  Chloral,  tak  dobrze  znany  jej  ze  szpitala  dla 
obłąkanych, też się tam znalazł. 

-  Chloroform  i  morfinę  musimy  oszczędzać  dla  najciężej 

rannych  -  wyszeptała  Nora.  -  Daj  jej  wody  z  laudanum,  to 
wystarczy. 

Nie  było  wyjścia,  zabrała  się  do  pracy.  Z  uśmiechem 

przywołała  dziewczynkę  do  siebie.  Nabrała  nieco  wody  ze 
stojącego obok wiadra, rozpuściła na łyżce kilka kropel lauda-
num i podała dziewczynce, która spojrzała na nią podejrzliwie. 
W  końcu  ojcu  udało  się  przekonać  małą,  żeby  wypiła 
lekarstwo. Po chwili płacz ustał. 

Ellen z przymusem spojrzała na ranę. Należałoby ją zszyć, ale 

na szczęście nie była głęboka i prawie nie krwawiła. 

background image

- Wiesz może, jak bardzo statek został uszkodzony? - spytała 

Nory,  jednocześnie  szukając  buteleczki  z  karbolem.  Zaczęła 
przemywać  ranę,  starała  się  robić  to  jak  najdelikatniej,  ale 
dziewczynka  i  tak  płakała  i  wierciła  się  w  objęciach  ojca. 
Uspokoiła  się,  kiedy  Ellen  owinęła  jej  rękę  bandażem.  Może 
pomogło to, że rany nie było już widać. 

-  Kadłub  i  śruba  są  całe  -  odparł  pan  Wergeland.  -  Kapitan 

Peyton mówi, że nad ranem powinniśmy dopłynąć do Marsylii. 
Spojrzał  na  ocalały  komin,  z  którego  wydobywał  się  dym. 
-Statek utrzymuje dobrą prędkość. 

Ellen poczuła tak ogromna ulgę, że łzy napłynęły jej do oczu. 

Tak się bała, że statek pójdzie na dno. 

Następny w kolejce był mężczyzna, który mocno krwawił z 

rany na szyi, do tego miał wiele mniejszych ran na twarzy. - Do 
kajuty dla chorych - stwierdziła Nora, obejrzawszy go. 

Spojrzała  na Ellen.  - Był w salonie, kiedy nastąpił  wybuch. 

Widziałam  kawałki  szkła  tkwiące  w  ranach,  na  pewno  z 
rozbitych okien. Nagle zesztywniała. - Co się stało Ulrikowi?! 

background image

Ellen odwróciła się prędko. Jego biała koszula, ręce, ramiona 

- wszystko było we krwi! Bandaż wypadł jej z dłoni. Podbiegła 
do Ulrika, wołając jego imię. 

Powoli uniósł głowę. Jego twarz również była zakrwawiona. 

Przerażona Ellen złapała go za ramię. 

- Ulriku, co się stało? Jesteś ranny? 
Wyglądał  na  zupełnie  oszołomionego,  ramiona  zwiesił 

bezwładnie wzdłuż ciała, spojrzenie miał nieprzytomne. 

Powoli pokręcił głową. 
- Nie, nie jestem ranny. 
- Ale twoja koszula, ręce - jesteś cały we krwi! 
Ulrik podszedł do skrzyni, na której siedzieli dwaj mężczyźni 

i opadł na wolne miejsce między nimi. Ellen wpatrywała się w 
niego,  widziała,  że  jest  zrozpaczony.  Wsparł  łokcie  na 
kolanach i zanurzył dłonie we włosach, mażąc je krwią. 

Wreszcie zrozumiała. 
- Znalazłeś przyjaciela lady Juliet? - zapytała cicho. 

background image

Ulrik pochylił głowę i przytaknął. 
- Żył, kiedy go znalazłem, ale zmarł, nim zdążyłem przenieść 

go do kajuty dla chorych. Spojrzał na nią. - Ellen, tam na dole 
jest piekło. Prawdziwe piekło. 

Podeszła do niego i położyła mu dłoń na ramieniu. Zobaczył 

dzisiaj coś, co na zawsze wy-ryje się w jego pamięci. Tak jak 
im wszystkim. Wokół pełno było cierpiących. Coś się jednak 
zmieniło. 

Rozejrzała się dokoła. Chaos, który zapanował po wybuchu, 

już  się  uspokoił.  Większość  pasażerów  siedziała  spokojnie, 
najciężej ranni byli już w kajucie dla chorych. Ucichły przej-
mujące,  pełne  przerażenia  krzyki  i  płacz.  Zapanował  spokój. 
Pewnie  także  dlatego,  że  uszkodzenia  statku  okazały  się 
niegroźne. 

Opodal  kilku  mężczyzn  z  załogi  otwierało  jakąś  skrzynię. 

Ellen zastanawiała się, co robią. Spojrzała w niebo. Zapadała 
noc, jeszcze tylko na horyzoncie jaśniało pasmo światła. 

Nagle  rozległ  się  przeciągły  syk.  Aż  podskoczyła.  Teraz 

zrozumiała. Mężczyźni odpalali ra- 

background image

kiety, by zawiadomić inne statki, że potrzebna im pomoc. 
Może sytuacja była bardziej poważna, niż twierdził kapitan? 

Może po prostu nie chciał niepokoić pasażerów? 

Starała  się  oddychać  równo  i  spokojnie.  Jedyne,  co  mogli 

zrobić,  to  zachować  spokój  i  czekać  cierpliwie.  Nikt  nie 
wiedział, co przyniesie ta noc. 

Rozejrzała się dokoła. Nieco dalej, przy relingu, stał markiz 

de Cavalière i przyglądał się kolejnej rakiecie, jej blask barwił 
mu twarz na czerwono. Wyglądał tak samotnie. Ramiona okrył 
kocem, który pewnie dała mu jakaś litościwa dusza. Ciekawe, 
czy wiedział, co się stało z przyjacielem lady Juliet? Tak czy 
inaczej, niedługo się dowie. 

Pobiegła  spojrzeniem  dalej,  ku  Zhenmei,  siedzącej  na 

kolanach  jakiegoś  mężczyzny,  zapewne  przybranego  ojca. 
Płakała  bezgłośnie,  a  on  pokazywał  na  rakiety,  próbując 
odwrócić jej uwagę od smutnych myśli. Może martwiła się o 
koty? 

 

background image

Zniszczenia na dolnym pokładzie były bardzo poważne, nie 

wpuszczano  tam  prawie  nikogo.  Ellen  nawet  nie  miała  siły 
martwić się o rzeczy, ich utrata, cała ekspedycja - wydawało 
się to zupełnie bez znaczenia po tym wszystkim, co widziała. 
Ile osób straciło tego dnia swoich bliskich? Ile cierpiało teraz 
straszliwe męki? 

Choć  wybuch  zniszczył  dużą  część  statku,  była  pewna,  że 

niektóre  kajuty  musiały  ocaleć.  Może  mogliby  z  Ulrikiem 
wrócić, tak jak zrobiło to wielu pasażerów pierwszej klasy, ale 
nie widziała w tym większego sensu. I tak by nie zasnęła. Poza 
tym  na  pokładzie  czuła  się  bezpieczniej,  a  kolejka  rannych 
potrzebujących pomocy wciąż była spora. 

- Muszę pomóc Norze. 
Ulrik  tylko  skinął  głową.  Czuła  wyrzuty  sumienia, 

zostawiając go samego. Wydarzenia na dole gwałtownie nim 
wstrząsnęły.  Musiała  jednak  pomóc  poszkodowanym,  w  ten 
sposób będzie z niej większy pożytek. 

Nora właśnie bandażowała głowę jakiemuś chłopcu. Na oko 

mógł mieć nie więcej niż pięć lat, ale dzielnie powstrzymywał 
łzy. 

background image

Ellen nabrała głęboko powietrza, skinęła głową z uśmiechem 

kolejnej  osobie  w  kolejce  -  starszemu,  elegancko  ubranemu 
panu z siwą czupryną przesiąkniętą krwią. 

To miała być długa noc. 

background image


 
Alf chodził w tę i z powrotem, miotając przekleństwa. 
-  Co  za  łajdak!  Jak  można  traktować  ludzi  w  ten  sposób! 

Kobietę! 

Blanche usiadł na łóżku. 
-  Nie  wydaje  mi  się,  by  zamierzał  mnie  skrzywdzić  - 

powiedziała  uspokajająco.  -  Po  prostu  nie  chciał,  żebym 
przeczytała zapiski ojca. 

Alf spojrzał na nią, nadal czerwony ze złości. 
- Nie zamierzał cię skrzywdzić? - krzyknął niemal, wskazując 

jej opuchnięte nadgarstki. - Związał cię i zamknął w trumnie! 
Czy  to  jest  normalne  zachowanie?  Mogłaś  przynajmniej 
powiedzieć Signe, dokąd się wybierasz - upo- 

 

background image

mniał  ją.  -  Co  by  było,  gdyby  nie  udało  ci  się  otworzyć 

trumny? 

Wiedziała, że Alf ma rację. Nie śmiała spojrzeć mu w oczy. 
Może ten w kapturze miał rację? Powinna pani wiedzieć, że 

ludzie mają tego dosyć. Kobiecie nie przystoi zachowywać się 
w ten sposób, swoim postępowaniem obraża pani Boga i jego 
przykazania. 

Może  powinna  być  bardziej  ostrożna?  Wiedziała,  że  wielu 

osobom  nie  podoba  się  jej  zachowanie.  Może  drażniło  ich 
bardziej, niż jej się zdawało? 

-  Nie  wiem,  jak  ten  mężczyzna  się  dowiedział,  że  jestem  w 

krypcie. 

Alf posłał jej ponure spojrzenie. 
- A jesteś pewna, że dyrektor Schmidt ma dobre intencje? W 

końcu  był  jednym  z  tych,  którzy  kazali  ci  milczeć  na  temat 
tego, co przeczytałaś w zapiskach ojca. 

- Niczego mi nie kazali. Alf wzruszył ramionami. 
- Nazwij to jak sobie chcesz. Zagrozili, że 
 

background image

w  razie  czego  rozgłoszą,  co  wydarzyło  się  tej  nocy,  kiedy 

zmarł Oskar. Blanche spojrzała na niego. 

- Owszem, ale wydaje mi się, że pan Schmidt naprawdę chciał 

mi dzisiaj pomóc. Chyba czuje się wobec mnie dłużny za to, co 
zrobiłam dla jego córki. Poza tym, jeśli nie chciał mi pomóc, to 
po co kazał mi przyjść do siedziby loży? 

Alf powoli pokiwał głową. 
- Może masz rację. 
-  Wydaje  mi  się,  że  ten  w  kapturze  odkrył  moją  obecność 

zupełnie przypadkowo, ale kiedy mnie zobaczył, domyślił się, 
po co przyszłam i postanowił mi to uniemożliwić. 

Alf prychnął. 
-  Co  do  tego  ostatniego  nie  ma  wątpliwości.  Bardzo  się 

postarał, to trzeba mu przyznać. 

Blanche przesunęła dłonią po czole. Głowa nadal ją bolała po 

upadku na schodach, plecy również dawały o sobie znać. 

- Pamiętasz, jak ci mówiłam, że kilku mężczyzn wystąpiło z 

loży,  ponieważ  byli  przeciwni  obowiązkowi  sporządzania 
zapisków? 

 

background image

- Jak widać, nie bez powodu - odparł Alf. Uśmiechnęła się. 
- Niewątpliwie. 
Na twarzy Alfa pojawił się zrezygnowany uśmiech. 
- W każdym razie nikt nie może ci zarzucić braku odwagi  - 

stwierdził,  podchodząc  do  niej.  -  Wiele  kobiet  w  tej  samej 
sytuacji zemdlałoby ze strachu. 

Nie powiedziała Alfowi, że straciła przytomność po upadku - 

ale może nie miało to znaczenia, przecież nie zemdlała dlatego, 
że się wystraszyła. 

Usiadł koło niej i ujął jej dłonie. 
-  Obiecasz  mi,  że  będziesz  bardziej  ostrożna?  -  zapytał  z 

powagą, patrząc jej w oczy. - Nie zapominaj, że mamy córkę. 
Nie  chcę,  żeby  straciła  matkę.  A  ja  nie  mam  ochoty  stracić 
żony. 

Zbyła to uśmiechem. 
-  Nie  masz  powodów  do  niepokoju  -  zaczęła  buńczucznym 

tonem, ale urwała, napotkawszy jego ostrzegawcze spojrzenie. 
Wiedziała, że Alf ma rację. Kiedy leżała zamknięta w trumnie, 

 

background image

nie myślała o Helene Auguście. Ale to prawda, ta przygoda 

mogła się skończyć znacznie bardziej dramatycznie. 

- Wygląda na to, że nie dowiem się, kto jest moim bratem czy 

siostrą - powiedziała cicho, spuszczając wzrok. 

Alf położył  wskazujący palec  pod jej  brodę  i zwrócił  twarz 

Blanche ku sobie. 

- Może tak ma być?  - powiedział miękko. -W każdym razie 

tamten  mężczyzna,  kimkolwiek  jest,  nie  chciał,  żebyś  się 
dowiedziała. 

- Ale to dla mnie bardzo ważne - odparła ze smutkiem. - Poza 

tym  nie  rozumiem,  dlaczego  nie  chciał,  żebym  przeczytała 
zapiski ojca. Wydaje mi się, że kryje się za tym coś więcej, że 
nie chodzi tylko o nazwisko człowieka, z którym moja matka 
miała nieślubne dziecko. 

Na twarz Alfa powrócił uśmiech. 
- Masz, oczywiście, rację, ale, obawiam się, będziesz musiała 

pogodzić się z tym, że nigdy nie poznasz prawdy. 

- Niestety - westchnęła. - Zapiski ojca przepadły. Nikt nigdy 

nie dowie się, co w nich było. 

 

background image

- Może tak jest lepiej? 
Alf  przesunął  dłonią  po  jej  policzku.  Przytuliła  się  do  jego 

ramienia. Miał rację. Powinna dać sobie spokój, pogodzić się z 
tym,  że  nie  pozna  prawdy.  Przed  tym  właśnie  ostrzegł  ją 
mężczyzna w kapturze - by nie grzebała w przeszłości. 

Jedno nie dawało jej spokoju - kto to był? Czuła, że powinna 

umieć  rozwiązać  tę  zagadkę.  Było  w  nim  coś  znajomego, 
sposób poruszania się, mówienia. I spojrzenie. Widziała jego 
ciemne oczy. Skądś je znała. 

Kto to może być? Jedyną wskazówką był pierścień na palcu 

wskazującym  jego  prawej  dłoni,  pierścień  z  błękitnym 
kamieniem i złotym skarabeuszem. 

Może tylko jej się wydawało, że skądś go zna. Pierścień był 

tak  charakterystyczny,  że  na  pewno  zapamiętałaby,  gdyby 
kiedykolwiek go u kogoś widziała. 

Nagle  poczuła  na  ustach  ciepły  pocałunek  i  zapomniała  o 

wszystkim.  Poddała  się  dotykowi  miękkich  dłoni  Alfa,  które 
wyganiały zmęczenie z jej ciała, koiły ból. 

 

background image

Przymknęła oczy i opadła na posłanie. 
Patrzyła  na  śpiącego  Alfa.  Pomyśleć,  że  nadal  tak  na  nią 

działał. Takie chwile należały tylko do nich, tworzyły osobny 
świat, do którego tylko oni mieli wstęp, w którym tak dobrze 
było  czasem  zniknąć.  Zapomnieć  o  smutkach  i  kłopotach. 
Wiedzieć,  że  jest  ich  dwoje,  bez  względu  na  wszystko.  Alf 
wściekł się, kiedy opowiedziała mu o swojej  przygodzie, ale 
wiedziała, że zareagował tak tylko z troski o nią. 

Przekręciła  się  na  plecy.  W  takie  wieczory,  jak  ten, 

przeważnie od razu zasypiała, tym razem jednak natłok myśli 
nie dawał jej spokoju. 

Cały  czas  dręczyło  ją  uczucie,  że  coś  przeoczyła.  Ta 

układanka miała wiele elementów, intuicja podpowiadała jej, 
że tworzą one całość. Żeby jeszcze wiedziała, jak je ułożyć. 

Tkwiła w miejscu i nie mogła ruszyć dalej. 
Coś jej umknęło, wiedziała, że ten brakujący element istnieje, 

tylko ona nie potrafi go odnaleźć. 

Ułożyła się na boku i zamknęła oczy, próbu- 
 

background image

jąc odpędzić irytujące, natrętne myśli i wreszcie zasnąć. 
Próbowała  myśleć  o  czymś  innym.  Jutro,  jeśli  pogoda  się 

utrzyma, zabiorą dzieci z sierocińca do Brzozowego Zakątka. 
W mieście było tak ciepło. 

Pomyślała  o  dzieciach,  które  trafiły  do  nich  z  Angelsten  i 

przypomniało się jej, co powiedziała pani Angelsten: jej matka 
urodziła kiedyś martwe dziecko. 

Znów  przekręciła  się  na  plecy,  poirytowana  faktem,  że  nie 

potrafi pozbyć się dręczących myśli. 

Otworzyła oczy. Leżała bez ruchu i patrzyła w sufit. 
Znowu to uczucie - coś przegapiła. Tylko co? 
Rozmawiała  i  z  panią  Archer  z  Rosenlowe,  i  z  dawną 

gospodynią ojca, panią Martens. Ku jej wielkiemu zdziwieniu 
okazało się, że niegdyś pani Archer i jej matka przyjaźniły się. 
Pani Archer nigdy o tym nie wspominała, choć tyle czasu spę-
dziły  razem  tej  zimy,  przygotowując  bal  dla  dzieci. 
Dowiedziała się tego od pani Martens. Pani 

 

background image

Archer z kolei wytłumaczyła dlaczego w pewnym momencie 

przyjaźń  zmieniła  się  w  zaciekłą  niechęć.  Pani  Archer 
wiedziała, że matka Blanche la romans z żonatym mężczyzną. 
Przyjaciółka  powiedziała  jej  w  zaufaniu,  że  ma  nadzieję 
pewnego dnia wyjść za niego. Jego ówczesna żona była bardzo 
chora.  Wydawało  się  to  tylko  kwestią  czasu.  Matka  Blanche 
musiała więc być bardzo rozczarowana, gdy pewnego dnia jej 
kochanek oznajmił, że jego żona miewa się lepiej i w związku z 
tym nie będą się więcej spotykać. 

A potem odkryła, że ich romans miał konsekwencje - była w 

ciąży.  I  nie  mogła  wyjść  za  ojca  dziecka.  Wtedy  jej  rodzice 
zawarli z tym mężczyzną umowę, że weźmie dziecko do siebie. 
Nie miał on dzieci z żoną. 

Blanche  przymknęła  oczy.  To  musiała  być  Ha  jej  matki 

prawdziwa  tragedia!  Ale  czy  miała  wybór?  Kobieta  z  tej 
warstwy  społecznej  samotną  matką?  To  było  nie  do 
pomyślenia. Istniało tylko jedno wyjście - oddać dziecko. 

Może stanowiło to dla niej jakąś pociechę, że będzie wyrastać 

pod opieką ojca? Gorzej, 

 

background image

gdyby musiała oddać je obcym. Choć z drugiej strony, gdyby 

zostało  w  Tonsbergu,  miałaby  z  nim  jakiś  kontakt,  mogłaby 
przynajmniej je widywać. 

A gdyby ją coś takiego spotkało? Małżeństwo z Oskarem było 

koszmarem,  ale  miała  Helene  Augustę,  to  pozwoliło  jej 
wytrzymać. Gdyby musiała ją oddać, życie straciłoby sens. 

Pewnie to właśnie czuła matka. 
Łzy popłynęły po twarzy Blanche. Tyle musiała wycierpieć. 

Blanche była pewna, że najgorsze wcale nie było to, że zaszła 
w  ciążę  i  że  zawiodła  się  na  mężczyźnie,  którego  kochała. 
Najgorsze było to, że musiała oddać dziecko. Każda matka by 
się z tym zgodziła. 

Zarówno  ona  sama,  jak  i  jej  rodzice  i  kochanek  robili 

wszystko,  by  zachować  sprawę  w  tajemnicy,  ale  matka 
zwierzyła  się  przyjaciółce,  pani  Archer,  a  ta  z  kolei 
powiedziała mężczyźnie, w którym była zakochana, w nadziei, 
że w ten sposób zdoła go przy sobie zatrzymać. 

Ciekawe,  jak  ojciec  wtedy  zareagował?  Blanche  zdawała 

sobie sprawę, że raczej nigdy się 

 

background image

tego nie dowie, za to dalszy przebieg wydarzeń świadczył o 

jednym - ożenił się z matką. A ona nigdy więcej nie odezwała 
się do pani Archer. 

Próbowała  się  skoncentrować.  Dziecko  dorastało  w  domu 

swego biologicznego ojca i jego żony. Kim oni byli? W jakich 
okolicznościach matka go poznała? Musieli spotykać się w ta-
jemnicy - jak im się to udawało? Kim był z zawodu? Był ubogi 
czy może należał do kręgu znajomych dziadków? Prowadzili 
dość  intensywne  życie  towarzyskie,  często  zapraszali  gości, 
wydawali przyjęcia. 

Właśnie.  Przyjęcia  w  domu  dziadków.  Pani  Martens  chyba 

mówiła coś na ten temat. Co to było? 

Blanche nie wiedziała, że pani Angelsten znała jej dziadków, 

dopiero pani Mortensen powiedziała jej, że pierwszy mąż pani 
Angelsten,  pan  Mowinckel,  był  bliskim  znajomym  dziadka. 
Coś  jednak  musiało  się  wydarzyć,  bo  w  pewnym  momencie 
zerwali ze sobą kontakty. 

Usiadła na posłaniu i zapatrzyła się przed 
 

background image

siebie. W pokoju panował półmrok, o tej porze roku nigdy nie 

robiło się całkiem ciemno. 

Pani Martens wspominała, że pani Angelsten rzadko bywała 

na  przyjęciach  w  domu  dziadków,  w  tym  czasie  poważnie 
chorowała. 

Blanche przyłożyła dłonie do rozpalonych policzków. 
Pani Angelsten miała syna, który jako młody chłopak uciekł z 

domu. Czy to możliwe, że... 

Serce w jej piersi łomotało jak szalone. Zrobiło jej się słabo. 
Próbowała  się  uspokoić.  Nie  chciała  wyciągać  pochopnych 

wniosków. 

Jeszcze raz uporządkowała w myślach wszystkie fakty. Pani 

Angelsten  chorowała  w  młodości.  Tak  jak  żona  kochanka 
matki. 

Pan Mowinckel, pierwszy mąż pani Angelsten, przyjaźnił się 

z dziadkiem, razem prowadzili interesy, bardzo często bywał u 
niego w domu. To znaczyłoby, że matka mogła go znać. 

Potem dziadek i pan Mowinckel nagle ze- 

background image

rwali  kontakty.  Blanche  zastanawiała  się  nieraz,  czy  to 

właśnie jest przyczyną niechęci pani Angelsten do niej. 

Przycisnęła dłoń do ust i pochyliła się nieco. 
Czy  to  możliwe,  że  ojcem  nieślubnego  dziecka  był  pan 

Mowinckel? Że właśnie z tego powodu dziadek przestał się z 
nim przyjaźnić? 

To  by  wyjaśniało,  czemu  pani  Angelsten  tak  jej  nie  lubiła. 

Blanche  była  dla  niej  córką  kobiety,  z  którą  jej  mąż  miał 
romans. 

Wzięła głęboki oddech i przesunęła dłonią po włosach. 
Czy tak właśnie wyglądał przebieg wydarzeń? 
Nie było to w każdym razie niemożliwe. 
Próbowała się uspokoić i przemyśleć wszystko jeszcze raz. 
Odnalazła  brakujące  elementy  układanki.  Jeszcze  jedno 

pytanie pozostawało bez odpowiedzi - gdzie jest teraz jej brat, 
chłopiec, który uciekł z Angelsten? 

background image


 
Abelone  postawiła  skopek  na  podłodze  i  przysunęła  sobie 

trójnożny zydel, którego zawsze używała podczas dojenia. 

Leniwy spokój panujący w oborze działał tak kojąco. Tylko 

muczenie  przerywało  ciszę  od  czasu  do  czasu.  Dojarka  nie 
należała do rozmownych osób. Wymieniły kilka słów i praco-
wały w milczeniu. 

Tego  dnia  wszyscy  zasiedli  do  śniadania  w  radosnym 

nastroju. Również ona, tak jak wszyscy pozostali, cieszyła się, 
że  Aslak  Sorensen  wreszcie  znalazł  się  za  kratkami.  Miała 
nadzieję, że zarówno mieszkańcy Gimle, jak i całej wsi wresz-
cie odzyskają spokój i będą mogli czuć się bez- 

 

background image

piecznie.  Ojciec  liczył  na  to,  że  lensmann  zmusi 

aresztowanego,  by  przyznał  się  do  winy.  To  na  pewno  on 
podpalił  krzyż  w  Wigilię,  może  też  zranił  konia?  Najpierw 
sądzili, że sprawcą był Marinius, w końcu znaleziono jego nóż 
w  staj-li,  ale  potem,  kiedy  okazało  się,  że  we  wsi  grasuje 
morderca, podejrzenie padło na Sorensena. Był rosłym, silnym 
mężczyzną, 

dodatku 

obdarzonym 

gwałtownym 

temperamentem.  Marinius  stanowił  jego  przeciwieństwo. 
Owszem,  wdał  się  kiedyś  w  bójkę  z  ojcem,  ale  winić  go  za 
napaść na starą bezbronną kobietę? W to Abelone nigdy by nie 
uwierzyła. 

Na  samą  myśl  o  tym  ogarniała  ją  wściekłość,  nie  istniały 

słowa  na  określenie  tak  ohydnego  postępku.  Na  szczęście 
staruszka rozpoznała sprawcę. Oby nigdy więcej nie musieli go 
oglądać. 

Wydoiła  pozostałe  krowy  i  zaniosła  mleko  do  komórki. 

Odstawiła  na  bok  tyle,  ile  potrzebowali,  resztę  Hilmar  miał 
zabrać do serowarni, która powstała we wsi tego lata. 

Po  chwili  nadbiegła  Maline.  Zwykle  pomagała  jej  przy 

przecedzaniu mleka. 

 

background image

- Dzień dobry - powiedziała prędko, dygając. - Przepraszam, 

że się spóźniłam. 

-  Nic  nie  szkodzi  -  odparła  Abelone  z  uśmiechem.  -  Prawie 

skończyłam. 

- Słyszała pani? - zagaiła Maline, wkładając fartuch. 
- O czym? 
- Sorensen uciekł z aresztu! 
-  Co  ty  opowiadasz?  -  wykrzyknęła  Abelone  z 

niedowierzaniem. 

Maline skinęła głową, wyraźnie poruszona. 
- Jeden z parobków mi powiedział. Sorensen uciekł. 
Abelone patrzyła na dziewczynę, całkowicie zaskoczona. 
- Ktoś go widział? Ktoś się domyśla, gdzie teraz może być? 
Maline pokręciła głową. 
- Nie, nikt niczego nie słyszał ani nie widział. 
Abelone ciarki przeszły po plecach. Wszystkim tak ulżyło, tak 

się cieszyli, że Sorensen wreszcie został aresztowany, a teraz 
znów był na wolności. 

 

background image

I chyba tylko Bóg jeden wiedział, gdzie go szukać. 
Spojrzał w bladobłękitne niebo. Koń spokojnie kroczył przed 

siebie  po  niewidocznej  ścieżce.  Promienie  słońca  przesiane 
przez  korony  wysokich  drzew  kładły  się  jasnymi  cętkami  na 
miękkim poszyciu, nadal zsypanym perłami porannej rosy. 

Koń  parskał  cicho  i  bez  wahania  szedł  dalej.  Obaj  dobrze 

znali tę drogę, pokonywali ją już tyle razy, o każdej porze roku, 
w każdą pogodę. 

Tego ranka w lesie było cicho i spokojnie. O tej porze owce 

trzymały się jeszcze w pobliżu gospodarstw, słyszał ich dzwonki 
na południowym stoku, gdzie zwykle nocowały. Krowy pewnie 
już wyszły na pastwisko, ale rzadko zapuszczały się tak wysoko. 

Wkrótce las się skończył. Po niedługim czasie koń stanął na 

szczycie wzniesienia. 

Wstrzymał go i oparł ramiona na przednim łęku siodła. 
 

background image

Kochał to miejsce. Stąd mógł spokojnie obserwować Gimle. 

Biały budynek wydawał się taki mały, wraz z resztą zabudowań 
wyglądał jak grupa wysepek na morzu rozległych złotych pól, 
otoczonego  falującymi  pagórkami,  a  z  jednej  strony 
zamkniętego linią fiordu. 

Przez  chwilę  rozkoszował  się  widokiem,  chłonął  zapachy  i 

dźwięki  budzącego  się  dnia.  Skierował  wzrok  na  fiord  i 
przybrzeżne wyspy. 

Widział wiele pięknych miejsc, ale żadne nie mogło równać 

się z tym. Gimle - tak nazywała się siedziba dawnych bogów, 
chroniona  przed  ogniem  i  wszelkimi  niebezpieczeństwami. 
Sprawiedliwi  tam  mieszkać  będą,  szczęścia  wiecznego 
zaznawać  będą,  jak  głosiły  wersy  prastarej  skandynawskiej 
pieśni. 

To miejsce z pewnością było godne swego miana. 
Koń  zaczął  niespokojnie  grzebać  przednim  kopytem, 

niecierpliwił się, by ruszyć dalej. 

Przesunął dłonią po mocnej, żylastej szyi zwierzęcia. 
- Tak, tak, musimy jechać dalej - wymruczał, 
 

background image

nie  odrywając  wzroku  od  Gimle.  Na  podwórzu  pojawili  się 

ludzie - maleńkie figurki, krążące w tę i z powrotem. W końcu 
kilku  z  nich  ruszyło  razem  w  stronę  łąki,  która  czekała  na 
skoszenie. 

Przypominali  mrówki  rozpełzające  się  we  wszystkich 

kierunkach, łażące bezmyślnie, pozbawione świadomości jakie 
są małe i bez znaczenia. 

Krew  zawrzała  w  nim  z  wściekłości,  gniew  rósł  w  jego 

wnętrzu niby chmury gradowe na horyzoncie po wielu dniach 
gorącej, dusznej pogody. 

Chwycił wodze, zawrócił konia i odjechał w stronę lasu. 
Poczuł  ulgę,  kiedy  znów  znalazł  się  pod  dachem  zielonych 

koron. W lesie zawsze wracał mu spokój, ale wściekłość nadal 
wrzała w jego wnętrzu, płonęła skrywanym ogniem, gorzała i 
sypała iskrami. 

Zobaczył  przed  sobą  wielkie  mrowisko.  Jak  to  możliwe,  że 

nigdy wcześniej nie zwrócił na nie uwagi? Przecież tak często 
tędy jeździł. 

Bez wahania podjechał bliżej i wstrzymał ko- 
 

background image

nia.  Pochylił  się,  zanurzył  strzelbę  w  mrowisku  i  mocno 

poruszył  nią  kilka  razy.  Po  chwili  pokazały  się  ogarnięte 
paniką,  zdezorientowane  mrówki,  rozbiegły  się  na  wszystkie 
strony. 

Cofnął strzelbę, przez chwilę przyglądał się swemu dziełu. 
Trud owadów poszedł na marne, wystarczył jeden jego ruch, 

by zniszczyć wszystko, co zbudowały. 

Koń  cofnął  się  nieco,  chyba  nie  podobało  mu  się,  że  jakieś 

stworzenia łażą po jego kopytach. 

Mężczyzna  chwycił  wodze  i  ruszył  dalej  przez  las.  Przez 

krótką chwilę czuł się lepiej, ale jego myśli znów zaczęły krążyć 
wokół Gimle. 

Gardził,  gardził  tymi  ludźmi  za  ich  samozadowolenie, 

hipokryzję, za to, czego się dopuścili. 

O czym milczeli. 

background image


 
Poranna  mgła  wisiała  nisko  nad  gładką  taflą  morza. 

Angélique, zniszczona, lecz nadal dumna, wpływała do portu w 
Marsylii. 

Ellen,  tak  jak  wielu  innych  pasażerów,  patrzyła,  oparta  o 

reling.  To  była  długa  noc,  wypełniona  strachem  i 
niepewnością.  W  końcu  zjawiły  się  z  pomocą  dwa  statki  i 
towarzyszyły im przez resztę drogi. Gdy zajaśniał świt, Ellen 
odetchnęła z ulgą. Byli uratowani. 

Spośród ponad pół tysiąca pasażerów jedenastu straciło życie, 

niektórzy od razu podczas wybuchu - Ellen uważała, że dając 
im szybką śmierć, Bóg okazał prawdziwą łaskę. Inni zmar- 

 

background image

li  w  ciągu  nocy,  w  potwornych  cierpieniach,  wielu 

nieszczęśników przeżyło, choć biorąc pod uwagę, jak wielkie 
odnieśli obrażenia, trudno było w to uwierzyć. 

Na  tych,  którzy  stali  teraz  na  pokładzie,  koszmar  minionej 

nocy odcisnął niewielki ślad. Ten i ów nosił bandaż na ręce czy 
nodze,  ale  trudno  było  uznać  to  za  coś  więcej  niż  zwykłą 
bagatelę. Wszystko mogło się skończyć znacznie gorzej. 

Zaraz  po  wybuchu  pasażerowie  zareagowali  kakofonią 

przerażających  krzyków,  potem  nastała  przytłaczająca,  pełna 
przygnębienia  cisza.  Teraz  jej  miejsce  zastąpił  nastrój 
podniosłej radości i ulgi, że niedługo znajdą się bezpiecznie na 
lądzie. 

Mgła była gęsta, ale już wcześniej tej nocy widzieli w oddali 

zarysy  portu.  Po  lewej  stronie  ukazała  się  wąska  wyspa, 
otoczona  wieńcem  mlecznobiałego  oparu,  po  jej  wschodniej 
stronie  kolejna,  mniejsza  wysepka.  Wcześniej  Ellen  cieszyła 
się, że zobaczy te wyspy, czytała o nich w magazynie, który 
dostawała  od  Blanche,  ale  po  wydarzeniach  ostatniej  nocy 
radość 

 

background image

z  wyprawy  i  wszelkich  związanych  z  nią  atrakcji  znacznie 

przyblakła.  Miała  nadzieję,  że  powróci  po  kilku  dniach 
spędzonych  na  lądzie.  Na  razie  nie  uśmiechała  jej  się  jakoś 
perspektywa dalszej morskiej podróży. 

Odwróciła  się w stronę  stojącej obok Nory. Nikt z  nich  nie 

spał  tej  nocy,  Nora  była  blada,  oczy  miała  podkrążone, 
podobnie  jak  Ulrik  i  profesor.  Dobrze  im  wszystkim  zrobi, 
kiedy wreszcie zejdą na ląd i odpoczną w jakimś hotelu. 

- Widzisz tę wyspę, Noro? 
Mgła podniosła się nieco, wyspa coraz wyraźniej ukazywała 

się  ich  oczom.  Była  dość  płaska,  ale  o  wysokich  stromych 
brzegach,  wyrzeźbionych  z  kremowobiałej  skały.  Jakby 
wynurzyła  się  z  wody.  Na  szczycie  wznosił  się  wielki 
czworokątny  zamek  w  kolorze  piasku.  Ellen  widziała  trzy 
wieże  i  otwory  strzelnicze.  Dokładnie  tak,  jak  to  opisano. 
Zabawnie było zobaczyć to teraz na własne oczy. 

- Zamek d'lf - wyjaśniła. - Czytałaś Hrabiego Monte Christo 

Alexandra Dumasa? 

 

background image

Żona  profesora  nieustannie  siedziała  z  nosem  w  książkach, 

więc Ellen sądziła, że może znać też tę powieść. 

Nora posłała jej nieodgadnione spojrzenie. 
-Nie. 
Ellen  natychmiast  pożałowała  pytania,  Norze  najwidoczniej 

nie podobało się, że musi odpowiedzieć na nie przecząco. Choć 
z  drugiej  strony,  sama  cały  czas  mówiła  o  książkach  i  za-
gadnieniach naukowych, o których, dobrze to wiedziała, Ellen 
nie mogła mieć pojęcia - przecież nie była przyrodnikiem, tak 
jak pozostali członkowie wyprawy. 

- Wydaje mi się, że mogłaby ci się spodobać - ciągnęła Ellen. 

-  To  bardzo  ciekawa  opowieść  o  pewnym  mężczyźnie,  który 
niesłusznie  trafia  do  więzienia  na  tej  właśnie  wyspie  - 
wyjaśniła,  skinieniem  głowy  pokazując  twierdzę.  -  Kilka  lat 
temu drukowano ją w odcinkach w Folkebladet. 

Nora  potrząsnęła  głową  i  zwróciła  wzrok  z  powrotem  w 

stronę zbliżającego się portu. 

- Nie czytuję takich czasopism - odparła. 
 

background image

Ellen postanowiła zignorować jej pełen wyższości ton. Miała 

nadzieję, że Nora zacznie jednak czytać również inne rzeczy, 
nie  tylko  rozprawy  naukowe,  i  znajdzie  w  tym  prawdziwą 
przyjemność. 

- Pani Bjerregaard? 
Ellen  odwróciła  się  i  zobaczyła  markiza  do  Cavalière. 

Uśmiechnęła się. 

- Ulriku, zapytasz go, jak się miewa? 
Ulrik przetłumaczył pytanie. Francuz skinął głową ale twarz 

miał poważną. 

-  Czuje  się  znacznie  lepiej  -  ciągnął  Ulrik.  -I  pragnie  ci 

podziękować  za  uratowanie  życia.  Kiedy  skoczyłaś  mu  na 
pomoc, był bliski poddania się. 

Wiedziała, że uratowała markizowi życie, ale i tak poczuła się 

zakłopotana. 

Nim zdążyła otworzyć usta, markiz już mówił dalej. 
- Twierdzi, że ryzykowałaś życie - podjął Ulrik. - Pragnie, byś 

przyjęła ten podarunek jako wyraz jego wdzięczności. 

Markiz zdjął z palca pierścień z diamentem. 
 

background image

Ellen  spojrzała  najpierw  na  klejnot,  potem  na  markiza.  Nie 

wiedziała, jak zareagować. W końcu potrząsnęła głową. 

-  Nie,  nie  mogę  tego  przyjąć  -  powiedziała  zdecydowanie, 

choć jednocześnie jakiś głos mówił jej, że głupio robi. Diament 
był wart majątek! 

Markiz spojrzał na nią i podał jej pierścień. Ulrik zaśmiał się 

cicho. 

-  Mówi,  że  chce  ci  jakoś  podziękować  i  że  nie  zna  nikogo 

równie odważnego jak ty, ani kobiety, ani mężczyzny. 

Zwróciła  wzrok  na  Ulrika,  nie  chciała  patrzeć  na  pierścień, 

pokusa była zbyt wielka. 

- Nie, naprawdę nie mogę... - zaczęła protestować, ale markiz 

ujął jej dłoń i wsunął pierścień na palec. Poczuła chłodny dotyk 
złota. Na palcu diament wydawał się jeszcze większy i cięższy, 
niż kiedy tylko na niego patrzyła. 

- Markiz mówi, że i tak nie nosi go z radością. Przypomina mu 

on o niewierności lady Juliet. Nawet jeśli kiedyś się ożeni, nie 
zamierza ofiarować tego pierścienia wybrance swego serca. 

 

background image

Zauważyła,  że  dłoń  jej  drży.  Z  trudem  wydusiła  słowa 

podziękowania. 

Wymieniwszy  kilka  słów  z  Ulrikiem,  Francuz  ukłonił  się  i 

zniknął  wśród  pasażerów,  równie  niespodziewanie,  jak  się 
pojawił. 

Ulrik,  Nora  i  profesor  otoczyli  ją  ciasnym  kręgiem  i  z 

podziwem przyglądali się pierścieniowi. 

- Jakie to uczucie mieć na palcu diament Cavalierów? - spytał 

Ulrik, puszczając do niej oczko. 

Wpatrywała się w lśniący klejnot. Dopiero teraz zauważyła, 

że  jest  lekko  zabarwiony  na  różowo.  Powinna  czuć  czystą, 
niezmąconą  radość!  Ten  kamień  należał  niegdyś  do 
indyjskiego  radży!  Radość  z  posiadania  tak  pięknej  i  cennej 
rzeczy mącił jednak jakiś niejasny niepokój. 

Zdjęła pierścień i delikatnie włożyła go do pompadurki. 
Nie zamierzasz go nosić? - spytał Ulrik powagą. 
Nora i pan Wergeland patrzyli na nią zdumieni. 
 

background image

Potrząsnęła głową. - Na razie nie. 
W końcu od śmierci przyjaciela lady Juliet nie minęła jeszcze 

nawet doba. Gdyby nie pierścień, ten młody człowiek nadal by 
żył. 

Diament był zapewne wart tyle, że Ellen nawet nie potrafiła 

sobie  podobnej  sumy  wyobrazić,  jednocześnie  jednak 
pamiętała, ile spowodował nieszczęść i trosk. 

Chyba  minie  sporo  czasu,  nim  będzie  potrafiła  cieszyć  się 

jego pięknem, niezwykłą historią i wartością. 

background image

 
10 
 
Pani  Archer  przystanęła  w  cieniu  oranżerii.  Blanche,  która 

właśnie skończyła swą opowieść, patrzyła na nią w napięciu. 
Miała  nadzieję,  że  teraz,  kiedy  podzieliła  się  z  nią  swoimi 
podejrzeniami,  była  przyjaciółka  jej  matki  przypomni  sobie 
coś więcej z tamtego czasu. 

- Rozmawiała pani z panią Angelsten? 
Blanche  potrząsnęła  głową.  Początkowo  o  tym  myślała,  ale 

doszła  do  wniosku,  że  jeśli  jej  podejrzenia  są  słuszne,  pani 
Angelsten i tak nie powie prawdy. Powiedziała Blanche, że jej 
matka  urodziła  nieślubne  dziecko,  ale  potem  stwierdziła,  że 
dziecko nie żyje. 

Teraz Blanche rozumiała jej motywy. Jeśli 

background image

rzeczywiście wzięła na wychowanie nieślubne dziecko swego 

męża, na pewno wspólnie z nim ustaliła, że nigdy nikomu nie 
zdradzą  prawdy.  Skłamali,  że  dziecko  urodziło  się  martwe, 
żeby Blanche nie zaczęła go szukać. 

Chyba  że  pani  Angelsten  rzeczywiście  była  o  tym 

przekonana, to znaczyłoby, że trop poszukiwań jest błędny. 

- Chciałam najpierw pomówić z panią - wyjaśniła Blanche. - 

Miałam nadzieję, że może pamięta pani panią Angelsten i jej 
ówczesnego męża. 

Pani Archer wyciągnęła dłoń w kierunku niewielkiego stolika 

i  dwóch  krzeseł  ustawionych  na  kamiennej  płycie  w 
przyjemnie chłodnym, osłoniętym od słońca miejscu. 

-  Proszę  usiąść,  pani  Bjerkely  -  powiedziała.  Usiadły  w 

milczeniu.  -  A  więc  podejrzewa  pani,  że  pierwszy  mąż  pani 
Angelsten może być tym mężczyzną, z którym Helene Augusta 
miała romans? - spytała z namysłem. 

Blanche  skinęła  głową  i  przesunęła  się  na  sam  brzeżek 

krzesła. 

background image

-  Czy  moja  matka  kiedykolwiek  wspominała  o  panu 

Mowinckelu? 

Wargi pani Archer wygięły się w uśmiechu. 
- Nie, nie przypominam sobie, ale potrafię sobie wyobrazić, 

że  mógł  jej  się  podobać.  Był  niezwykle  przystojnym 
mężczyzną,  przy  tym  o  nienagannych  manierach  i  miłym 
usposobieniu. Spojrzała znacząco na Blanche. - Był kapitanem 
statku  pływającego  do  Indii  Zachodnich,  oczywiście  zanim 
został współpracownikiem pani dziadka. 

-  Tak,  gospodyni  mówiła,  że  bardzo  często  bywał  w  domu 

dziadków. 

Pani Archer z namysłem zmarszczyła czoło. 
- Niewiele pamiętam z tamtego okresu, w dość młodym wieku 

przeniosłam się do Anglii, ale pana Mowinckela zapamiętałam. 
Z jego żoną nie rozmawiałam zbyt często. 

Blanche skinęła głową. 
-  Gospodyni  dziadków  mówiła,  że  rzadko  się  pokazywała, 

bardzo chorowała w tym czasie. 

Pani Archer spojrzała na nią. 
- Pani podejrzenia są całkowicie uzasadnione. 

background image

Helene  Augusta  wspominała,  że  żona  jej  kochanka  choruje, 

choć w ogóle rzadko o niej mówiła. 

Blanche spuściła wzrok. To zrozumiałe, że matka nie miała 

ochoty mówić ani nawet myśleć o tej kobiecie. Zapewne miała 
z  jej  powodu  wyrzuty  sumienia.  Spojrzała  na  panią  Archer  i 
spytała z wahaniem: 

- Myśli pani, że mogę mieć rację? 
Chciała, by ktoś potwierdził jej przypuszczenia. Rozmawiała 

o nich z Alfem, ale odradził jej zgłębianie tej sprawy. Uważał, 
że wydarzenia w budynku loży mogły w jakiś sposób wiązać 
się z przeszłością jej matki. 

Pani Archer wpatrywała się w nią przez chwilę. 
-  Nie  wiem,  pani  Bjerkely.  Skierowała  wzrok  przed  siebie, 

nagle nieobecny, jakby coś jej się przypomniało. - To prawda, 
że pan Mowinckel i pani matka się znali, ale czy mieli romans, 
czy  jego  żona  wzięła  pod  opiekę  dziecko  urodzone  z  tego 
związku  i  udawała  przed  wszystkimi,  że  to  dziecko  jej  i  jej 
męża... Słowa zawisły w powietrzu. - ...tego nie wiem. 

background image

Blanche nie zamierzała tak łatwo się poddać. 
-  Wiem,  że  pan  Mowinckel  i  pani  Angelsten  mieli  dziecko, 

syna.  Nie  przypomina  sobie  pani,  kiedy  się  urodził?  Czy 
przypadkiem nie w tym czasie, kiedy moja matka wróciła ze 
Szwecji? 

Pani Archer powoli pokiwała głową. 
- Zgadza się, dlatego nie twierdzę, że pani przypuszczenia są 

nieuzasadnione.  Wiedziałam,  że  kochanek  Helene  Augusty 
wziął dziecko do siebie. Byłam ciekawa, kto nim jest, ale, jak 
wspominałam, pani matka nigdy nie zdradziła jego imienia. 

Cień przebiegł po jej twarzy. - Muszę przyznać, że tego lata 

bacznie śledziłam, w którym domu w mieście właśnie urodziło 
się  dziecko,  ale  niczego  pewnego  nie  mogę  na  ten  temat 
powiedzieć. 

Blanche  wpatrywała  się  w  nią  w  napięciu,  czuła,  że  pani 

Archer o czymś jeszcze jej nie powiedziała. 

- Pamięta pani, czy tego lata było małe dziecko w domu pana 

Mowinckela i pani Angelsten? 

- Było, ale nikt nigdy nie twierdził, że nie było ich. 
 

background image

Blanche ledwo mogła usiedzieć w miejscu. 
- Ale to niemożliwe! Była tak podekscytowana, że brakowało 

jej słów. - To nie może być przypadek! - ciągnęła z zapałem. - 
Wszystko  się  zgadza.  Pani  Angelsten  chorowała,  dziadek 
zerwał znajomość z panem Mowinckelem, którego moja matka 
z pewnością znała... 

Pani Archer potrząsnęła głową. 
- To może być tylko zbieg okoliczności - powiedziała, patrząc 

na  Blanche, jakby jej  było przykro.  - Nie chcę, żeby się pani 
rozczarowała. 

Blanche skinęła głową. 
- Ma pani rację - powiedziała nieco spokojniej. 
- Może przespacerujemy się nad morze? -zaproponowała pani 

Archer z uśmiechem. 

Blanche wstała. Pani Archer chyba zauważyła, że trudno jej 

usiedzieć w miejscu. 

Przeszły  przez  ogród,  minęły  pawilon  i  domek  kąpielowy. 

Nad morzem wiała rześka bryza. Nieco dalej jakiś mężczyzna 
bawił się z psem, rzucając patyk do wody. 

- To mój syn - wyjaśniła pani Archer. - William. 

background image

Przez chwilę przyglądały się zabawie, po chwili mężczyzna 

ruszył dalej, zszedł z plaży i zniknął w lesie. 

Pani Archer przerwała przedłużającą się ciszę. 
- Rozumiem, że może pani myśleć inaczej, ale nikt nigdy nie 

miał wątpliwości co do tego, że to pani Angelsten jest matką 
tego  chłopca.  Zatrzymała  się  przy  leżącej  na  piasku  roz-
gwieździe, schyliła się i delikatnie wrzuciła ją do wody. - Nie 
słyszałam nawet żadnych plotek na ten temat. 

Blanche patrzyła przed siebie. Wiedziała, co pani Angelsten 

sądzi na temat nieślubnych dzieci oraz jak je traktuje. Gdyby 
naprawdę  nie  urodziła  tamtego chłopca,  na  pewno  wcześniej 
udawałaby,  że  jest  w  ciąży,  a  tym  samym  dopuściłaby  się 
kłamstwa. Trudno zaś posądzić o kłamstwo tego typu kobietę.     
Wzięła głęboki oddech i westchnęła. 

-  Może  ma  pani  rację.  Może  jest  tak,  jak  pani  mówi  -  tak 

bardzo  chcę  poznać  prawdę,  że  tracę  umiejętność  trzeźwej 
oceny sytuacji. 

background image

Pani Archer podeszła i położyła dłoń na jej ramieniu. 
- Bardzo bym chciała, żeby odnalazła pani brata czy siostrę, 

proszę mi wierzyć. 

Blanche  spojrzała  jej  prosto  w  oczy.  Miała  wrażenie,  że 

mogłaby powiedzieć coś więcej, ale postanowiła milczeć. 

Może trzeba będzie pogodzić się z tym, że nigdy nie odkryje 

prawdy. 

Dzień  był  ciepły  i  pogodny,  dokładnie  taki,  jak  wymarzyła 

sobie Blanche. Dzieci mogły bawić się i kąpać do woli. Był już 
wieczór, kiedy opuściły Brzozowy Zakątek. 

Helene Augusta stała przy bramie i patrzyła tęsknie za nimi. 

Tak się cieszyła na ich wizytę. W te dni, kiedy siedziała sama w 
domu, szybko się nudziła, z kolei po całym dniu spędzonym w 
sierocińcu  często  była  wyczerpana.  Nie  spała  już  w  środku 
dnia, a biegała zawsze jak szalona, musiała zawsze wszystko 
wiedzieć, we wszystkim uczestniczyć. 

 

background image

-  Idziesz?  -  spytała  Blanche,  ale  dziewczynka  nie 

zareagowała.  Czasami  zachowywała  się  w  ten  sposób, 
szczególnie kiedy była zmęczona, jakby w ogóle nie słyszała, 
co się do niej mówi. 

Blanche nie miała zamiaru naciskać, wiedziała, że kiedy tylko 

Helene Augusta zostanie sama, zaraz za nią pobiegnie. 

- Idę do domu - oznajmiła. 
Ale w tym momencie Helene Augusta wykrzyknęła radośnie: 
- Jedzie kareta! Taka jak mają księżniczki! 
Blanche  podeszła  do  dziewczynki  i  wyjrzała  na  ulicę. 

Rzeczywiście,  nadjeżdżał  nią  bardzo  elegancki  powóz 
zaprzężony w dwa konie - lando z Rosenlowe. Nic dziwnego, 
że Helene Augusta uznała je za królewską karetę. 

Powóz zatrzymał się, w okienku mignęła twarz pani Archer. 

Woźnica otworzył drzwiczki. 

Blanche wyszła na ulicę, by powitać gościa. 
- Pani Archer? - spytała, zdziwiona niespodziewaną wizytą, w 

końcu rozmawiały wcześniej tego samego dnia. 

background image

Pani Archer wysiadła z powozu. Na jej twarzy, jak zwykle, 

widniał szeroki, serdeczny uśmiech. 

-  Przepraszam,  że  przeszkadzam,  pani  Bjerkely,  nie  zajmę 

pani dużo czasu. 

- Ależ nie przeszkadza pani. Otworzyła bramę. - Proszę wejść. 
Pani Archer potrząsnęła głową. 
-  Nie,  nie,  dziękuję,  muszę  zaraz  wracać,  spodziewam  się 

gości. Pochyliła się i pogłaskała Helene Augustę po policzku. - 
Poza tym widzę, że panienka zmęczona. Spojrzała na Blanche. 
-Mam pani coś do powiedzenia. Nie mogłam zapomnieć naszej 
dzisiejszej rozmowy i postanowiłam przeprowadzić niewielkie 
śledztwo. 

Blanche  wpatrywała  się  w  nią z  napięciem.  Widać  było, że 

muszą to być jakieś pomyślne wieści. 

-  Jak  miło  z  pani  strony.  Już  naprawdę  nie  wiem,  co  mam 

robić - powiedziała zrezygnowanym tonem. 

Pani Archer skinęła głową. 
- Przypomniało mi się, że jedna z przyjació- 

background image

łek mojej matki znała dobrze pani babcię, obracała się w tych 

samych kręgach, co pan Mowinckel i jego żona. Dzisiejszego 
popołudnia [udałam się do niej z wizytą. 

Blanche czuła, jak serce tłucze jej się w piersi. Niecierpliwie 

czekała na dalszy ciąg. 

-  Ta  kobieta  dobrze  pamiętała  pana  Monwinckela  i  panią 

Angelsten  z  tych  czasów.  Pamiętana  też,  że  pani  Angelsten 
wyjechała  dokądś  na  czas  ciąży.  Mówiono,  że  to  z  powodu 
kłopotów ze zdrowiem, że pojechała wypocząć do krewnych w 
Bergen. 

Blanche otworzyła usta ze zdumienia. 
- To nie może być przypadek! - wykrzyknęła. 
- Nie wspomniałam ani słowem o pani przypuszczeniach, za 

to ona powiedziała mi coś, co loże się pani wydać interesujące - 
powiedziała  po  chwili  wahania  pani  Archer.  -  Pani  Angelten 
nie karmiła piersią. Od samego początku zatrudniała mamkę. 

Blanche wpatrywała się w nią jak zaczarowała. Że też sama 

wcześniej o tym nie pomyślała! 

background image

- Gdyby to było jej dziecko, miałaby pokarm - zauważyła. 
Pani Archer potrząsnęła głową. 
- Niektóre kobiety nie mają pokarmu, czasem nie chcą karmić 

same,  ale  zgadzam  się  z  panią.  Za  dużo  tych  zbiegów 
okoliczności. Posłała Blanche szeroki uśmiech. - Ale najlepsze 
dopiero nastąpi. Zamilkła na chwilę. - Znam tę mamkę. 

Blanche patrzyła na nią, nic nie mówiąc. 
- Znam ją dzięki pracy w miejskim Towarzystwie Przyjaciół 

Sztuk Pięknych - ciągnęła pani Archer. - Kilka lat temu wyszła 
za  zamożnego  armatora  z  Tonsbergu,  u  którego  wcześniej 
służyła  jako  gospodyni.  Nie  widziałam,  że  kiedyś  w 
przeszłości  była  mamką.  Przypuszczam,  że  teraz,  kiedy  jej 
sytuacja się zmieniła, nie lubi mówić o tamtym okresie swego 
życia. 

Blanche próbowała zrozumieć, dokąd zmierza pani Archer. 
- I myśli pani, że może wiedzieć coś więcej? 
- Nie mam pojęcia, ale to bardzo miła osoba, tak czy inaczej 

zamierzałam ją odwie- 

background image

dzić w związku z wystawą, którą organizujemy w sierpniu w 

Rosenlowe.  Pomyślałam  sobie,  że  może  chciałaby  pani  mi 
towarzyszyć? 

-  Naturalnie  -  odparła  pospiesznie  Blanche,  już  planując  w 

myślach przebieg rozmowy. 

- W takim razie jesteśmy umówione - zakończyła pani Archer 

z uśmiechem. 

Miały spotkać się dwa dni później. Blanche pomachała jej na 

pożegnanie. Cały czas zastanawiała się, co może przynieść ta 
wizyta. 

To  tak, jakby próbować rozplątać  zasupłaną sieć.  Chwilami 

była  już  bliska  rezygnacji,  ale  wtedy  nagle  rozwiązywał  się 
kolejny supeł i wracała nadzieja. 

Miała  nadzieję,  że  jest  już  blisko  uzyskania  odpowiedzi  na 

dręczące ją pytania. 

background image

11 
 
Abelone przystanęła w zagajniku i patrzyła na owce 
- kłębki białej wełny na tle zielonej łąki. 
Większość  leżała  spokojnie,  wolno  przeżuwając,  niektóre 

stały, karmiąc jagnięta. Para jagniąt, które nie mogły dobrać się 
do wymion, trącała matkę w bok. 

Powinno  być  osiemnaście  owiec  i  dwadzieścioro  czworo 

jagniąt. Zaczęła liczyć, ale wyszło jej razem czterdzieści jeden 
sztuk. Policzyła jeszcze raz, najpierw dorosłe owce. Osiemna-
ście. Potem jagnięta. Dwadzieścioro troje. Brakowało jednego. 

Nie przejęłaby się, gdyby chodziło o doro- 

background image

słą  owcę,  małe zawsze trzymały  się  blisko  matki, ale  kiedy 

ginęło  samotne  jagnię,  był  powód  do  niepokoju.  Mogło  być 
właściwie  wszędzie,  ukryte  pod  jakąś  zwisającą  gałęzią,  za 
kamieniem.  Ojciec  nauczył  ją,  że  chore  zwierzęta  z  reguły 
znajduje się w pobliżu ścieżki. Najpierw trzeba więc sprawdzić 
wszystkie trasy, którymi chodzą owce. 

Zwierzęta  zaczęły  przesuwać  się  w  kierunku  ścieżki  po 

drugiej stronie pastwiska, ruszyła więc z Wilmą tą samą drogą. 
Jagnię mogło już być martwe. Albo - uderzyła ją nagła myśl - 
zostało  skradzione.  Ostatniej  zimy  ginęły  ludziom  zwierzęta. 
Skoro  jednak  winowajcą,  jak  twierdził  ojciec,  był  Aslak 
Sorensen,  to  raczej  niemożliwe,  przez  ostatnie  dni  nie  miał 
przecież ku temu okazji. Zapewne uciekł ze wsi i był już gdzieś 
daleko. 

Szła  powoli,  zaglądając  pod  gałęzie,  za  kamienie, 

sprawdzając każdą najmniejszą rozpadlinę, lecz bez rezultatu. 
Martwiła się, że jagnię leży gdzieś, może ranne czy chore, ale 
nie mogła przecież przeszukać całego terenu, szcze- 

background image

golnie że miejscami było stromo i niebezpiecznie. Rozejrzała 

się dokoła. Gdzie się podziała Wilma? 

- Wilma? - zawołała, lecz pies się nie pojawił. Może pobiegł 

za owcami? Przeszła jeszcze kawałek i znów zaczęła wołać. 

W tej samej chwili usłyszała, jak Wilma biegnie po ścieżce za 

jej plecami. 

Abelone  już  miała  )ą  skarcić,  ale  ku  jej  zdumieniu  Wilma 

nagle zawróciła. 

Dziwne.  Zawsze  lubiła  biec  z  przodu.  Musiała  chyba  coś 

zwietrzyć. 

Śledziła  Wilmę  wzrokiem,  widziała,  jak  biegnie  w  stronę 

kamienistej  stromizny.  Ogon  kołysał  się  z  boku  na  bok 
powolnym, wyczekującym ruchem. 

Najwyraźniej  coś  znalazła,  piszczała  i  biegała  niespokojnie 

dokoła. 

Nagle Abelone usłyszała ciche beczenie. 
Pobiegła za psem. Dopiero teraz zobaczyła jagnię. 
W  niewielkim  zagłębieniu  rosła  osika  o  rozwidlonym, 

skręconym dziwnie pniu. Jakimś ta- 

background image

jemniczym sposobem jagnię zdołało wcisnąć łeb w szczelinę. 
Gdyby nie Wilma, Abelone nigdy by go nie odnalazła. 
-  Wilma,  leżeć  -  rozkazała.  Psiak  raz  po  raz  podbiegał  do 

jagnięcia i skubał wełniste futro. 

Abelone  stwierdziła,  że  jagnię  musiało  stać  tak  już  od 

dłuższego czasu. Na ziemi za nim leżały odchody. Widać też 
było  ślady  świadczące  o  tym,  że  próbowało  się  uwolnić. 
Wyglądało na wyczerpane, wełnę na karku miało zdartą niemal 
do skóry. 

- Biedny maluch - mruknęła Abelone, zastanawiając się, jak je 

uwolnić. 

Pogłaskała je po grzbiecie. Było bardzo małe, pod warstewką 

wełny wyczuwała drobne kostki kręgosłupa. 

Jak ten szkrab tego dokonał? Chyba musiał, nie wiadomo po 

co,  wsadzić  łeb  w  szczelinę  i  potem  nie  mógł  już  go  wyjąć. 
Innego wytłumaczenia nie znajdowała. 

Znów rozległo się cichutkie beczenie. 
- No, w każdym razie żyjesz - stwierdziła, ale 
 

background image

zdawała sobie sprawę, że chore czy ranne jagnię przeważnie 

jest skazane na śmierć. 

Najważniejsze teraz, to je uwolnić, potem będzie się martwić. 
Spojrzała  na  osikę.  Skoro  jagnię  jakimś  sposobem  zdołało 

wetknąć łeb między pnie, to chyba da się je też jakoś stamtąd 
wyciągnąć? 

Miała  dwie  możliwości:  albo  na  siłę  pociągnąć  jagnię  ku 

sobie, albo odgiąć jeden z pni, tak by mogło samo uwolnić łeb. 
Zdecydowała się na to drugie, by nie nadwerężać dodatkowo 
sił zwierzęcia. 

Zacisnęła  dłonie  na  cieńszym  pniu,  szarym  i  gładkim,  i 

zaczęła ciągnąć z całych sił. 

Jagnię chyba zauważyło, że coś się dzieje, bo znów zaczęło 

beczeć. Ale nadal tkwiło w pułapce. 

Pień był wprawdzie dość cienki, lecz Abelone czuła, że nie 

ma  siły bardziej  go  odgiąć.  Mimo  to  postanowiła  spróbować 
jeszcze  raz,  ale  teraz  zamierzała  pień  odepchnąć  zamiast 
ciągnąć go ku sobie. 

Pchała z całych sił, aż pot wystąpił jej na czoło, ale i ta próba 

na nic się nie zdała. 

background image

Westchnęła i otarła czoło. Nie pozostawało jej nic innego, jak 

pójść po ojca. Pewnie był zajęty przy sianokosach, ale trudno. 
Może pośle któregoś z parobków, żeby jej pomógł. 

- Chodź, Wilmo, idziemy. 
Ruszyła ścieżką biegnącą w stronę zagajnika koło Myr. Bała 

się, że dla jagnięcia jest już za późno, ledwo trzymało się na 
nogach. W każdym razie ona musiała zrobić wszystko, by je 
uratować. 

Nagle  usłyszała  za  sobą  stukot  końskich  kopyt.  Gdy 

zobaczyła, kim jest jeździec, serce na chwilę przestało bić w jej 
piersi. Pan Langaard. 

Podjechał bliżej, uśmiechnięty, i wstrzymał konia. 
- Pani Ladefoss? 
Abelone czuła doskonale to charakterystyczne napięcie, które 

niedawno pojawiło się między nimi. 

Zaczęła  pospiesznie  tłumaczyć,  skąd  wzięła  się  w  tym 

miejscu. 

Mężczyzna zmarszczył czoło. 

background image

- I nie udało się pani uwolnić jagnięcia? 
-  Nie,  właśnie  idę  poprosić  ojca  o  pomoc.  Pan  Langaard 

zeskoczył z konia. 

- Zobaczę, co da się zrobić. 
Abelone  wolałaby,  żeby  po  prostu  pojechał  dalej,  ale  skoro 

już tu był, może rzeczywiście mógłby się na coś przydać. 

- To bardzo miłe - odparła. 
-  Wody  ubyło  -  zauważył  Langaard,  gdy  przechodzili  koło 

jeziorka, w którym o mało nie utonął Mały Erik. 

Napotkała jego spojrzenie. Miała wobec niego ogromny dług. 

Gdyby  nie  on,  Mały  Erik  leżałby  teraz  na  cmentarzu,  obok 
swego ojca. Na samą tę myśl łzy napłynęły jej do oczu, jak za 
każdym razem, kiedy przypominała sobie o tym wydarzeniu. 

-  Jestem  panu  dozgonnie  wdzięczna,  panie  Langaard  - 

powiedziała cicho. 

Uśmiechnął się. 
- Całe szczęście, że wszystko dobrze się skończyło. 
Usłyszeli ciche beczenie. 

background image

Pan Langaard uwiązał konia, podszedł do jagnięcia i obejrzał 

je. 

- Czego te zwierzęta nie wymyślą. Nigdy nie przestaną mnie 

zaskakiwać - mruknął. 

- Tak. Ja też tego nie rozumiem. Skoro zdołało wsadzić tam 

łeb, to chyba powinno też umieć go wyciągnąć. 

Zerknął na nią z boku i uśmiechnął się. 
- Ale, jak widać, nie umie. Chyba już trochę czasu spędziło w 

tej pułapce, prawda? 

Pan Langaard najpierw próbował zrobić to, co ona  - odgiąć 

jeden z pni, ale bez powodzenia. Po namyśle kiwnął głową. 

-  Chyba  wiem,  co  trzeba  zrobić.  Rozwinął  przytroczony  do 

siodła zwój liny 

i jeden jej koniec okręcił wokół pnia. Abelone domyśliła się, 

że  do  odgięcia  pnia  zamierza  wykorzystać  siłę  swego 
wierzchowca. 

-  Kiedy  koń  ruszy,  niech  pani  spróbuje  uwolnić  jagnię  - 

powiedział. 

Skinęła głową. 
Objęła  zwierzę,  czuła  pod  rękami  szybkie,  mocne  bicie 

małego serca. 

 

background image

- Zaraz cię stąd wyciągniemy - szepnęła, modląc się w duszy, 

żeby wytrzymało jeszcze trochę. 

- Teraz! - wykrzyknął pan Langaard i uderzył konia po zadzie. 
Tego  właśnie  było  trzeba.  Kiedy  koń  ruszył,  Abelone  bez 

trudu wyciągnęła jagnię ze szczeliny. 

Postawiła  je  na  ziemi.  Zdrowe  od  razu  pobiegłoby  przed 

siebie, to natomiast stało w miejscu, całe drżące. Potem łeb mu 
zwisł, przednie nogi ugięły się pod nim. 

Właśnie tego się obawiała. Jagnię było wyczerpane. 
-  Trzeba  mu  dać  wody  -  stwierdziła.  -  Na  pewno  jest 

spragnione. 

- Przyniosę. 
Abelone  uklękła  na  ziemi  i  wzięła  jagnię  na  kolana. 

Delikatnie  głaskała  miękką  wełnę.  Zawsze  smuciło  ją,  kiedy 
jakieś  zwierzę  chorowało,  miała  jednak  nadzieję,  że  jagnię 
wydobrzeje, wcześniej było przecież silne i zdrowe. 

background image

Pan Langaard przyniósł wodę. Abelone przytknęła drewniany 

kubek do pyszczka jagnięcia. 

- Nie chce pić - stwierdziła najpierw zmartwiona, ale potem 

zanurzyła palce w wodzie i wsadziła zwierzęciu do pyszczka. 
Zaczęło ssać. - Chciało ci się pić, prawda? Po chwili piło już 
prosto z kubka. 

-  Trzeba  zanieść  je  matce.  Abelone  spojrzała  na  pana 

Langaarda. 

- Ma pan rację. Nie przeżyje bez mleka matki, a samo jej nie 

odnajdzie, jest zbyt słabe. 

-  Widziałem  kilka  owiec  pasących  się  na  stoku  niedaleko 

Myr. Może akurat jest wśród nich matka tego malca. 

Abelone skinęła głową i wstała z jagnięciem w ramionach. 
-  Zgadza  się,  sama  je  tam  popędziłam.  Podszedł  do  niej  i 

wyciągnął ręce. 

- Proszę mi je dać. 
Abelone potrząsnęła głową z uśmiechem. 
- Nie jest ciężkie, sama mogę je nieść. 
- Jest pani pewna? Przytaknęła. - Prawie nic nie waży. 
 

background image

Niby czemu miałby ją wyręczać? Jagnię było lekkie, poza tym 

u  niej  czuło  się  bezpiecznie.  A  droga  nie  była  daleka.  Przez 
chwilę patrzyli na siebie, nic nie mówiąc. 

- Proszę przynajmniej pozwolić, że panią odprowadzę. 
Coś  w  jego  oczach  mówiło  jej,  że  powinna  uważać.  Coś 

wydarzyło się między nimi. I sposób, w jaki na nią patrzył... 
Uważne,  ciepłe,  pełne  blasku  spojrzenie  jakoś  dziwnie  ją 
poruszało.  Czuła  się  zakłopotana,  a  jednocześnie  gdzieś  w 
głębi jej serca czaiło się radosne, pełne napięcia oczekiwanie. 

- To miło z pana strony - powiedziała, niewiele myśląc. Twarz 

pana Langaarda rozjaśniła się w uśmiechu. 

Przyprowadził konia i razem ruszyli w kierunku Myr. 
Rozmowa toczyła się gładko. Pan Langaard był wspaniałym 

rozmówcą,  z  zainteresowaniem  słuchał,  co  Abelone  ma  do 
powiedzenia  i  nie  dopuszczał,  by  zapadła  między  nimi 
kłopotliwa cisza. Abelone zerkała na rozjaśnioną słoń- 

background image

cem czuprynę i miłe, roześmiane oczy. Musiała przyznać w 

duchu, że pan Langaard jest bardzo interesującym mężczyzną. 

Przystanęli  na  występie  skalnym,  z  którego  rozciągał  się 

widok  na  dolinę.  Owce  pasły  się  spokojnie  przy  wtórze 
pogodnego pobrzękiwania dzwonków. 

Jagnię,  które  do  tej  pory  leżało  spokojnie  w  ramionach 

Abelone, uniosło łebek, zabeczało, głośno i żałośnie, po czym 
zaczęło niespokojnie przebierać nogami. 

-  Chcesz  na ziemię?  -  roześmiała  się  Abelone. Postawiła  je. 

Nadal było bardzo słabe, ale nie 

przestawało  beczeć.  Nagle  jedna  z  owiec  odpowiedziała  i 

ruszyła w ich stronę, prowadząc za sobą jeszcze jedno jagnię. 

- To Dora - powiedziała Abelone. - Dobra owca. 
Jagnię chwiejnie podeszło do matki. Obwąchali się, po chwili 

zaczęło ssać. Dora stała spokojnie. 

- Chyba zgłodniało - stwierdził pan Langaard. 
 

background image

-  Już  się  bałam,  że  nie  będzie  miało  siły  ssać  -  powiedziała 

Abelone z ulgą. 

Stali w milczeniu, przyglądając się zwierzętom. Do tej chwili 

rozmowa toczyła się gładko, teraz nagle zapadła miedzy nimi 
krępująca cisza. 

W końcu przerwała ją Abelone. 
- Muszę wracać, praca czeka. 
Podniosła  wzrok.  Jego  włosy  lśniły  złoto  w  słońcu.  Znów 

poczuła  to  dziwne  napięcie  i  niepokój.  Jego  spojrzenie  było 
takie szczere, na wargach błąkał się uśmiech, który sprawił, że 
też  musiała  się  uśmiechnąć.  Zastanawiała  się,  czemu  nie 
odpowiada. 

-  Do  widzenia,  panie  Langaard  -  dodała.  -I  jeszcze  raz 

dziękuję za pomoc. 

Odwróciła się, a wtedy złapał ją za ramię. 
Poczuła  lekkie  ukłucie  w  piersi,  jakby  ostrzeżenie,  i  w  tej 

samej chwili uświadomiła sobie, że sprawy zaszły za daleko. 

Przyciągnął ją do siebie. Poczuła jego wargi na swoich. Zaraz 

potem je oderwał. Nie zostawił jej czasu na zastanowienie. To 
był tylko lek- 

background image

ki,  przelotny  pocałunek,  ale  czuła,  że  coś  jest  nie  tak.  Nie 

wiedziała, skąd to wrażenie, przecież Langaard jej się podobał, 
ale ten dziwny ucisk w głębi brzucha nie był przypadkowy. 

Odsunęła  się,  oszołomiona  tym,  co  się  wydarzyło,  że 

pozwoliła, by to się stało. 

-  Muszę...  muszę  już  iść  -  wyjąkała,  odgarniając  z  twarzy 

nieposłuszne  kosmyki.  Chciała  spojrzeć  na  niego,  ale  wzrok 
uciekł w drugą stronę. Odwróciła się na pięcie i zaczęła biec. 
Czuła jego wzrok. 

Co właściwie się wydarzyło? Co on sobie pomyślał? 
Była wściekła na samą siebie. Niepotrzebnie się zgodziła, by 

ją odprowadził, na pewno uznał to za zachętę. Coś zaczęło się 
między  nimi  dziać,  nie  powinna  była  swoim  zachowaniem 
prowokować go do zrobienia kolejnego kroku. 

Czemu pozwoliła, by zaszło to tak daleko? 
Musiała  przyznać,  że  Greger  Langaard  jest  bardzo 

atrakcyjnym  mężczyzną.  Na  pewno  mogłaby  się  w  nim 
zakochać,  choć  oczywiście  nie  wyobrażała  sobie,  by  miała 
ponownie wyjść za mąż. 

 

background image

Kiedy  była  już  prawie  przy  chatce  Myr,  zwolniła  kroku. 

Owszem,  pan  Langaard  miał  coś  w  sobie,  zwróciła  na  niego 
uwagę, ale kiedy ją pocałował, poznała odpowiedź. Po prostu 
nic do niego nie czuła. 

Zatrzymała  się  przy  kamiennym  murku,  wzięła  głęboki 

oddech  i  usiadła.  Wilma  podeszła  do  niej  i  przycupnęła  tuż 
koło jej nóg. 

- Co ta twoja pani wyprawia? - powiedziała cicho i podrapała 

psa po szyi. 

Była z siebie bardzo niezadowolona i miała wyrzuty sumienia 

wobec pana Langaarda. Czuła się, jakby go oszukała i nie było 
to przyjemne uczucie. Lubiła go, owszem, ale nie w ten sposób. 

Podniosła  się  z  ciężkim  westchnieniem.  W  taki  dzień  nie 

siedzi się z założonymi rękami. Praca czekała. 

Zamyślona, ruszyła przed siebie. Chyba chciała coś do niego 

czuć.  Wiedziała,  że  mu  się  podoba,  pochlebiało  jej  jego 
zainteresowanie.  Doceniała  też  sposób,  w  jaki  się  do  niej 
odnosił, szczery, szlachetny i pełen szacunku. Nie mó- 

background image

wiąc już o tym, że uratował Małego Erika. Miała wobec niego 

dług. Nic jednak do niego nie czuła. 

Spojrzała w górę, tam, gdzie przed chwilą stali. Zniknął, ale 

wiedziała, że wkrótce znowu się zobaczą. Co sobie pomyślał 
po tym, co wydarzyło się dzisiaj miedzy nimi? Czy zrozumiał, 
że  ona  nie  odwzajemnia  jego  uczuć?  A  może  sądził,  że 
zareagowała tak, bo była zmieszana i zaskoczona, może nawet 
przytłoczona siłą własnych uczuć. 

Tego  Abelone  się  nie  dowie.  Jednego  była  pewna  -  nie 

pocałowałby jej, gdyby był przekonany, że ona sobie tego nie 
życzy. 

Wiedziała,  co  musi  zrobić.  Przy  kolejnym  spotkaniu  powie 

mu, że między nimi nic nie może się wydarzyć. 

background image

12 
 
Blanche  przysłuchiwała  się  rozmowie  pani  Archer  z 

gospodynią,  która  oprowadzała  je  po  mieszkaniu  w  centrum 
Tonsbergu, z dumą pokazując dzieła sztuki gromadzone przez 
lata przez nią i jej męża. 

- Widzą panie ten obraz? To wczesne dzieło Johana Thomasa 

Lundby'ego, znanego duńskiego pejzażysty i malarza zwierząt. 
Czy  widzą  panie  to  bogactwo  szczegółów?  Te  mocne,  zmy-
słowe kolory? Proszę spojrzeć na to niebo! 

Blanche  skinęła  głową,  udając  zainteresowanie,  a  panie 

dyskutowały o obrazie, wchodząc po szerokich, malowanych 
na  biało  schodach  prowadzących  na  półpiętro.  Umieszczone 
tam 

background image

wielkie 

okna 

dostarczały 

odpowiedniego 

światła 

zgromadzonym w holu dziełom sztuki. 

Blanche przyglądała się z boku pani Matre. 
Pani  Archer  mówiła,  że  zbliża  się  do  siedemdziesiątki, 

Blanche  jednak  dałaby  jej  znacznie  mniej,  mimo  białych  jak 
śnieg włosów. Cerę miała świeżą, opaloną, ciało szczupłe, bez 
tych rozlanych krągłości, których tak często dostają kobiety w 
pewnym  wieku.  Wyrażała  się  jak  osoba,  która  odebrała 
stosowne  wykształcenie.  Blanche  pomyślała,  że  pani  Matre 
odniosła  prawdziwy  sukces.  Doskonale  odnalazła  się  w 
nowych warunkach. W końcu przed ślubem zarabiała na życie 
jako zwykła  służąca, wcześniej jako mamka. Taki  awans nie 
zdarzał  się  często  wśród  osób  z  jej  warstwy  społecznej. 
Blanche wiedziała też jednak, że nowe środowisko nigdy nie 
zapomniało pani Matre skromnego pochodzenia. 

- A co pani sądzi, pani Bjerkely? - przerwała jej rozmyślania. - 

Chyba  zgodzi  się  pani,  że  na  przykładzie  tego  pejzażu 
wyraźnie  widać,  jak  bardzo  rozwinęła  się  Kitty  Kielland  od 
czasu pierwszych prac? 

 

background image

Blanche  słuchała  jednym  uchem.  Nie  miała  zamiaru 

dyskutować z gospodynią. 

- Owszem, pani Matre, to bardzo piękny obraz. 
Nie  wiedziała,  co  jeszcze  powiedzieć.  Nie  czuła  się  zbyt 

pewnie, jej wiedza na temat sztuki była dość ograniczona. 

Nagle gospodyni klasnęła w dłonie. 
- Ale cóż ja najlepszego wyprawiam! - wykrzyknęła. - Panie z 

pewnością  chętnie  by  coś  zjadły  i  wypiły,  a  ja  zanudzam  je 
jakimiś dywagacjami na temat malarstwa! 

Pani Archer potrząsnęła głową ze śmiechem. 
- W ogóle o tym nie myślałam. Konwersacja z panią jest zbyt 

zajmująca. 

Ruszyły w stronę saloniku, gdzie już czekał poczęstunek. 
Pani  Matre  posłała  Blanche  uprzejmy  uśmiech  i  upiła 

smakowitej kawy. 

- Pani Bjerkely, proszę opowiedzieć o sierocińcu. Słyszałam, 

że trafia do pani wiele dzieci, które inaczej czekałby ciężki los. 

background image

Blanche nie zamierzała się przechwalać, ale istotnie było tak, 

jak powiedziała pani Matre. 

-  Obawiam  się,  że  wiele  dzieci  w  tym  mieście  nie  dostaje 

należytej opieki - odparła zgodnie z prawdą. - Jest tyle ubogich, 
wielodzietnych rodzin, które po prostu nie mają odpowiednich 
środków. 

Pani Matre spoważniała. 
- To, co pani robi, jest naprawdę wspaniałe i godne podziwu, 

pani  Bjerkely.  Mam  jednak  nadzieję,  że  pewnego  dnia  pani 
praca okaże się niepotrzebna. 

-  Ja  też  mam  nadzieję,  że  kiedyś  nadejdzie  taki  dzień  - 

dorzuciła  pani  Archer  -  ale  raczej  nieprędko  to  nastąpi. 
Wystarczy przejść się po ulicach naszego miasta. To straszne, 
jak te dzieci są ubrane. I chude, niedożywione... 

- Jak pani to wytrzymuje, patrząc na tę całą biedę, na krzywdę 

dzieci? To musi być bardzo trudne? - zwróciła się pani Matre 
do Blanche. 

Blanche  nie  zaprzeczyła.  Nieraz  płakała  w  swoim  pokoju. 

Dzieci, które do niej trafiały, były pozbawione podstawowych 
rzeczy, nie- 

background image

zbędnych do życia: jedzenia, mieszkania, miłości. 
-  Ma  pani  rację,  ich  los  jest  straszny,  ale  jednocześnie  tak 

niewiele  potrzeba,  by  go  odmienić.  Nie  zastąpimy  im  ojca  i 
matki, ale możemy dać bardzo wiele. 

Blanche  widziała,  jak  twarz  kobiety  się  zmienia.  Kiedy 

mówiła o malarstwie, była taka elokwentna, pełna zapału, teraz 
jej oczy zaszły łzami. Przytknęła do nich chusteczkę. 

- Proszę mi wybaczyć, ale to straszne, jak niektórzy traktują 

własne potomstwo. 

Blanche  i  pani  Archer  prędko  wymieniły  spojrzenia.  Może 

nadszedł  odpowiedni  moment,  by  poruszyć  sprawę,  z  której 
powodu się tu zjawiły? 

-  Na  szczęście  w  naszej  okolicy  jest  więcej  osób, 

opiekujących  się  dziećmi  z  ubogich  rodzin  -  zaczęła  pani 
Archer  i  poczęstowała  się  ciastkiem.  -  Na  przykład 
Angelstenowie od lat przyjmują dzieci do siebie. 

Blanche  uważnie  przypatrywała  się  pani  Matre,  ale  nie 

potrafiła niczego wyczytać z jej twa- 

background image

rzy. W dodatku gospodyni akurat schowała ją za filiżanką z 

kawą. 

- Wydaje mi się, że swego czasu pani dla nich pracowała? - 

ciągnęła pani Archer. 

Blanche  pomyślała,  że  gospodyni  może  uznać  to  pytanie  za 

nieodpowiednie.  Na  szczęście  pani  Archer  zadała  je  w 
naturalny i życzliwy sposób. 

Pani Matre odstawiła filiżankę na stół. 
- Zgadza się, pani Archer, ale w tym czasie w Angelsten nie 

mieszkały  jeszcze  dzieci.  Pamiętam  nawet,  kiedy  zaczęli  je 
przyjmować. 

- Ale pracowała pani dla pani Angelsten, kiedy była jeszcze 

żoną  pana  Mowinckela,  prawda?  -  ciągnęła  pani  Archer  z 
niewinną  miną.  Blanche  zauważyła,  że  twarz  pani  Matre 
przybrała  czujny  wyraz.  Gospodyni  chyba  nie  podobał  się 
kierunek, który przybrała rozmowa. 

-  To  prawda.  Jak  pani  zapewne  wiadomo,  pan  Mowinckel 

umarł w młodym wieku, podczas podróży. 

- Niewiele pamiętam z tych lat, przyjeżdża- 

background image

łam do Norwegii tylko na lato, przez resztę roku mieszkałam 

w Anglii -powiedziała pani Archer po chwili zastanowienia. 

-  Jego  śmierć  była  dla  pani  Angelsten  prawdziwą  tragedią. 

Została sama z rocznym synkiem. 

Blanche tyle pytań cisnęło się na usta, ale powstrzymała się. 
-  Tak,  to  straszne,  zostać  wdową  w  tak  młodym  wieku  - 

zgodziła się pani Archer i potrząsnęła głową ze współczuciem. 
-1 ten mały chłopiec - nigdy nie poznał ojca. 

Blanche  drżała  z  niecierpliwości.  Czy  mówiły  o  jej  bracie? 

Ostatnio dużo myślała o tym chłopcu. Jak to było dorastać pod 
opieką  takiego  człowieka  jak  pan  Angelsten?  A  jeśli  to  rze-
czywiście  jej  brat?  Jak  wyglądało  jego  dzieciństwo?  Może 
kiedyś ci ludzie nie byli tacy źli jak teraz. 

Tylko w takim razie dlaczego chłopiec uciekł? 
-  Tak,  Frederik  miał  trudne  dzieciństwo  -powiedziała  pani 

Matre i spojrzała na panią Archer. - Pewnie pani wie, że byłam 
jego mamką? 

background image

- Przyjaciółka mojej matki wspominała mi o tym. 
Blanche postanowiła włączyć się do rozmowy. 
-  Coraz  więcej  kobiet  decyduje  się  na  mamkę.  Uważają,  że 

karmienie jest zbyt kłopotliwe, wolą, żeby robiła to za nie inna 
kobieta. 

Twarz pani Matre spochmurniała. 
- Nie rozumiem tego. Jeśli kobieta ma mleko, powinna karmić 

sama.  Potrząsnęła  głową  z  rezygnacją.  -  Kobiety  w 
dzisiejszych czasach mają takie dziwne pomysły. 

Blanche  nie  podobała  się  ta  rozmowa,  wiedziała  jednak,  że 

wiele  kobiet  takie  uwielbia.  Chętnie  wymieniały  się 
informacjami  na  temat  dalszych  i  bliższych  znajomych  i 
przyjaciółek, najlepiej jeszcze, żeby były stawiały te osoby w 
niekorzystnym świetle. Wiedziała, że i o niej wiele się mówi, a 
teraz, proszę, sama siedzi tutaj i ciągnie panią Matre za język. 

-  O  ile  mi  wiadomo,  pani  Angelsten  dużo  chorowała  w 

młodości - podjęła Blanche. -Może stan zdrowia nie pozwolił 
jej karmić? 

Pani Matre spojrzała ostro na Blanche. 

background image

- Nie mam pojęcia, co było tego przyczyną -odparła, po czym 

podsunęła im paterę z ciastkami. - Proszę się częstować. 

Blanche  zrozumiała,  że  gospodyni  nie  ma  ochoty  drążyć 

tematu, ale na jeszcze jedno pytanie musiała dostać odpowiedź. 

- Słyszałam, że syn pani Angelsten uciekł z domu jako młody 

chłopak? - zapytała. 

Nienawidziła  samej  siebie,  że  to  zrobiła,  czuła  się  jak 

ordynarna plotkara, być może jednak był to jedyny sposób, by 
dowiedzieć się, czy ten chłopiec to jej brat. 

Pani Matre wydawała się zirytowana, co z kolei wydało się 

Blanche  nieco  dziwne.  Czy  nie  takie  rozmowy  prowadzą 
eleganckie  damy  na  tych  wszystkich  przyjęciach  i 
niezliczonych podwieczorkach? 

- Ma pani rację, pani Bjerkely - powiedziała w końcu. - Uciekł 

z domu, gdy miał trzynaście lat, od tego czasu nie daje znaku 
życia. Na chwilę zamilkła. - Rodzice byli dla niego bardzo su-
rowi, zresztą dla innych dzieci również. 

- Trafiło do nas kilkoro dzieci, które wcze- 

background image

śniej mieszkały w Angelsten. Źle im się tam działo. Owszem, 

miały co jeść i w co się ubrać, ale wychowywano je w sposób 
wołający o pomstę do nieba. 

Pani Matre skinęła głową. 
-  Tak,  tak  samo  było,  kiedy  tam  pracowałam.  Po  ślubie 

państwa  Angelsten  przeniosłam  się  do  nich,  miałam  nadal 
pracować  jako  niania  Frederika,  a  prócz  tego  służyć  też  w 
kuchni. 

Głos kobiety był teraz ostry, jakby gniewny. 
- Po kilku latach dostałam wymówienie. Na chwilę zacisnęła 

mocno  wargi.  -  Właśnie  w  tym  czasie  zaczęli  przyjmować 
dzieci pod opiekę, a ja odważyłam się skrytykować ich metody 
wychowawcze, nie mogłam dłużej na to patrzeć. 

-  I  dlatego  dali  pani  wymówienie?  -  Blanche  poczuła,  że 

dosłownie  gotuje  się  ze  złości.  Jak  widać,  w  Angelsten  od 
dawna źle się działo. 

Pani Matre przytaknęła. 
- Taki już los służącej. Jest się własnością gospodarzy, a kiedy 

raz  się  straci  posadę,  trudno  znaleźć  nową.  Ja  miałam 
szczęście, trafiłam 

background image

do tego domu. Jej twarz znów rozjaśnił uśmiech. - Wtedy nie 

przypuszczałam, że pewnego dnia zostanę jego panią. 

W  jej  głosie  brzmiała  duma.  Chyba  musiała  to  sobie 

uświadomić, gdyż nagle zmieniła temat. 

- Muszę powiedzieć, że z wielką niecierpliwością czekam na 

wystawę w Rosenlowe, pani Archer. Tak miło z pani strony, że 
udostępniła  nam  pani  swój  dom  na  sale  wystawowe.  Będzie 
stanowił  przepiękną,  wspaniałą  oprawę  dla  naszych 
eksponatów. 

Kobiety  zaczęły  rozprawiać  o  zbliżającej  się  wystawie, 

Blanche  zaś  milczała,  rozczarowana.  Niewiele  udało  jej  się 
dowiedzieć,  pani  Matre  nie  dostarczyła  jej  żadnych  nowych 
informacji. 

Pozostawało jej tylko jedno - porozmawiać z panią Angelsten. 

Nie  potrafiła  sobie  jednak  wyobrazić,  jak  taka  rozmowa 
miałaby  wyglądać.  Od czego  zacząć?  Przecież  nie zapyta  jej 
wprost,  czy  to  prawda,  że  nie  jest  naturalną  matką  tamtego 
chłopca! Nie, to nie do pomyślenia. Poza tym z pewnością by 
zaprzeczyła. 

background image

Czuła,  że  powinna  włączyć  się  do  rozmowy,  poczuła  więc 

ulgę,  kiedy  pani  Archer  uznała,  że  czas  już  na  nie. 
Podziękowały  i  już  miały  wychodzić,  kiedy  pani  Archer 
zatrzymała się przed dużym malowidłem w holu. 

- Cóż za wspaniały obraz! - wykrzyknęła. -To pani, prawda? 
Pani Matre skinęła tylko głową. Blanche zdziwiło, że nie ma 

nic do powiedzenia na temat tego dzieła. Może zmęczyła ją ich 
wizyta. 

Pani  Archer  podeszła  bliżej  do  obrazu.  Przedstawiał  panią 

Matre  siedzącą  w  ogrodzie  pod  wielkim  krzakiem  róży, 
pogrążoną w lekturze. Na drugim planie, nad brzegiem wody, 
bawiły się dwie ubrane na biało dziewczynki. 

Obraz zrobił na Blanche ogromne wrażenie. Wprawdzie nie 

znała się na sztuce, ale wydał się jej naprawdę piękny. Było coś 
wyjątkowego w zgaszonych, harmonijnie dobranych barwach, 
niezwykłym kolorze nieba, świetle. 

Obraz przypominał jej portret, namalowany przez pana Lothe. 

background image

Pani Archer potwierdziła jej przypuszczenia. 
- To dzieło pana Lothe - powiedziała, spojrzawszy na podpis. 

- Muszę powiedzieć, że bardzo podziwiam jego prace. - Zimą 
namalował moją córkę Victorię - dodała ze śmiechem. -A także 
panią Bjerkely. 

-  Tak,  to  wspaniały  malarz  -  zawtórowała  jej  Blanche.  - 

Podobają mi się te jasne kolory, nie przekonują mnie te ponure 
malowidła, tak ostatnio modne. 

Pani Matre spojrzała na nią i uśmiechnęła się, ale jakoś tak 

wymuszenie. 

- Każdy artysta ma swój własny sposób ekspresji. Musi pani 

koniecznie przyjść na wystawę do Rosenlowe, zobaczy pani, 
na czym to polega. 

- Bardzo chętnie - Blanche skinęła głową z uśmiechem. 
Podziękowały  jeszcze  raz  i  wyszły  na  ulicę.  W  milczeniu 

skręciły za róg. 

- Niezbyt owocna wizyta, prawda? - stwierdziła pani Archer i 

posłała Blanche zrezygnowane spojrzenie. 

Blanche pokręciła głową. W tym momencie 
 

background image

wszystko wydawało się beznadziejne, ale chyba istnieją inne 

możliwości? 

- Muszę odnaleźć chłopca, który uciekł z Angelsten. 
Pani Archer popatrzyła na nią z powątpiewaniem. 
- To chyba nie będzie takie proste. Blanche westchnęła. Pani 

Archer pewnie 

miała  rację.  Niepotrzebnie  traciła  czas  na  bezowocne 

działania. 

Może najlepiej zrobić tak, jak mówili Alf i tamten mężczyzna 

w kapturze - nie wracać do przeszłości. 

background image

13 
 
Zamknąwszy  drzwi  za  gośćmi,  pani  Matre  pospieszyła  z 

powrotem do salonu. 

Czy  coś  zauważyły?  Próbowała  uspokoić  oddech.  Może  to 

ona się pomyliła? Ale to całe wypytywanie o panią Angelsten 
-to chyba nie mógł być przypadek? 

Owszem, uśmiechały się cały czas, nadawały rozmowie lekki 

ton, ale nie mogła pozbyć się wrażenia, że nie była to zwykła 
towarzyska wizyta. 

Usiadła przy sekretarzyku, wzięła pióro do ręki i zanurzyła je 

w atramencie. 

background image

Przez  chwilę  szukała  odpowiednich  słów.  Wreszcie  pióro 

zaskrzypiało na papierze. 

Złożyła mu obietnicę i zamierzała jej dotrzymać, ale musiała 

zawiadomić go o tym, co się dzisiaj wydarzyło. 

To chyba nie przypadek, że pani Bjerkely, którą znała tylko z 

widzenia,  przyszła  do  niej  z  wizytą  w  towarzystwie  pani 
Archer, która swego czasu była najlepszą przyjaciółką Helene 
Augusty Borchgrevink. 

On  sam  zdecyduje,  co  zrobić.  Może  uzna,  że  nadszedł  już 

odpowiedni moment, by powiedzieć pani Bjerkely, że jest jej 
bratem? 

background image

14 
 
Zwolnił  kroku.  Był  prawie  na  miejscu.  Opodal  wielkiego 

gmachu sierocińca bawiły się dzieci. Turlały się ze śmiechem 
w dół trawiastego zbocza, a kiedy tylko znalazły się na dole, 
biegły z powrotem na górę, by sturlać się jeszcze raz. 

Był  tu  wcześniej  kilka  razy.  W  tym  miejscu  dzieciom  z 

pewnością nie działa się krzywda. Otrzymywały odpowiednią 
opiekę, czuło się panującą w tu ciepłą, bezpieczną atmosferę. 

Szedł  wolnym  krokiem,  przez  sztachety  ogrodzenia 

obserwując,  co  się  dzieje  w  ogrodzie.  Z  budynku  wyszła 
kobieta.  Znał  ją,  była  to  Signe,  jak  nazywali  ją 
wychowankowie. Jeden z chłop- 

background image

ców  uderzył  się  podczas  zabawy,  stał  teraz  zapłakany, 

pokazując stłuczone kolano. Kobieta pochyliła się, pogłaskała 
kolano i podmuchała na nie. Chłopiec otarł łzy i po chwili już 
nie pamiętał o swoim nieszczęściu. Podniósł się, zrobił kilka 
niepewnych kroków i pobiegł do pozostałych. 

Mężczyzna  zatrzymał  się  przed  bramą.  Spojrzał  na  zieloną 

tablicę  pokrytą  eleganckimi  złotymi  literami.  Sierociniec 
imienia Helene Augusty Blickenfeldt. 

Nazwisko jego matki. 
Uśmiechnął się mimowolnie, jak zwykle, kiedy patrzył na ten 

napis.  Pewnie  płacz  byłby  stosowniejszą  reakcją.  Czasami 
zastanawiał się, czemu nie potrafi płakać. Może jako dziecko 
wypłakał wszystkie łzy? 

Nie  wiedział.  Czasami  wydawało  mu  się,  że  ma  serce  z 

kamienia, choć wcale nie chciał, by tak było. 

Matka.  Jak  można  nazwać  sierociniec  imieniem  kobiety, 

która  własne  dziecko  oddała  obcym  ludziom?  Było  to  tak 
absurdalne, że aż zbierało mu się na śmiech. 

 

background image

Pewnie siostra chciała w ten sposób oddać hołd matce, która 

zmarła, wydając ją na świat. Ich matce. 

Która jego oddała. 
Jak mogła? Czy nie wiedziała, na jaki los go skazuje? 
Mieszkała w tym wspaniałym domu, otoczona bogactwem i 

pewnie nie poświęciła mu ani jednej myśli, było jej zupełnie 
obojętne, że jej syn cierpi. 

Poczuł  piekącą  gorycz.  Ona,  Blanche  Bjerkely,  dostała 

wszystko. Była zamożną kobietą, nie znała innego życia. 

Łączyło ich tylko jedno - że mieli tę samą matkę i że dorastali 

bez niej. 

Dlatego  właśnie  przyszedł.  Chciał  dowiedzieć  się  o  niej 

czegoś  więcej.  Kiedy  zrozumiał,  że  całe  jego  życie  było 
zbudowane  na  straszliwym,  ohydnym,  największym  z 
możliwych kłamstwie, czuł do niej tylko nienawiść. Długo nie 
miał  nawet  ochoty  jej  poznać.  Jednakże  przedziwnym 
zrządzeniem losu ich ścieżki się przecięły. 

background image

Nie miał pojęcia, czy ona wie. W liście nic na ten temat nie 

było napisane. 

Położył dłoń na żelaznej klamce i nacisnął ją zdecydowanym 

ruchem. 

Teraz. 

background image

15 
 
Po  całym  dniu  pracy  na  łące  była  zgrzana  i  zmęczona. 

Spokojne  wody  jeziorka  kusiły.  Rozejrzawszy  się,  zdjęła 
cienką białą koszulę. 

Choć  zbliżał  się  wieczór,  nadal  było  ciepło  i  duszno.  Tylko 

przelotny powiew przemknął po jej skórze. 

Złożyła koszulę, rzuciła ją na kupkę ubrań i weszła do wody. 

Z wierzchu była ciepła, głębiej chłodniejsza. 

Zrobiła  jeszcze  kilka  kroków,  a  kiedy  stopy  zapadły  się  w 

mulistym  dnie,  zaczęła  płynąć.  Cudownie  było  zanurzyć  w 
wodzie całe ciało, poczuć, jakie robi się lekkie. 

Zaczerpnęła powietrza i dała nurka. 

background image


Oparty o pień drzewa, rozkoszował się widokiem kąpiącej się 

kobiety. Przepłynęła jeszcze kawałek, nabrała powietrza i znów 
zanurkowała.  Widział  jej  białe  ciało  pod  powierzchnią, 
wyglądała jak ryba. 

Językiem  przesunął  w  ustach  prymkę  tytoniu.  Czekał,  kiedy 

znów  się  wynurzy.  Musiała  mieć  dobre  płuca,  minęła  długa 
chwila,  nim  wreszcie  się  ukazała  po  drugiej  stronie  jeziorka. 
Słyszał, jak łapie powietrze. 

Wyprostowała  się  i  odgarnęła  do  tyłu  włosy  barwy  miodu. 

Powoli żując tytoń chłonął widok jej pełnych piersi. 

Miała  wspaniałe  ciało,  miękkie  kształty,  nie  była  ani  za 

szczupła,  ani  zbyt  obfita.  Sam  sposób,  w  jaki  się  poruszała 
sprawiał, że jego członek robił się twardy. 

Znów się zanurzyła, tym razem kładąc się na plecach i zaczęła 

płynąć z powrotem. Patrzył, jak jej nogi rozłączają się i łączą 
ponow- 

 

background image

nie  w jednostajnym  rytmie,  ramiona  zataczają  szerokie  łuki. 

Już wkrótce... 

W  jego  ciele  narastało  niecierpliwe  oczekiwanie,  było  jak 

kufel, w który ktoś nalewa spienione piwo. 

Kiedy go zauważy? 
Dopłynęła już do brzegu, stanęła na dnie i podniosła się. 
Jego  szczęki  zaczęły  szybciej  pracować,  czuł  ciepło 

rozlewające  się  w  dole  brzucha,  dobrze  znane  narastające 
napięcie. 

Chętnie  by  ją  wziął,  pokazał,  kto  tu  rządzi,  co  to  znaczy 

prawdziwy mężczyzna. 

Z trudem się powstrzymywał. To byłoby takie proste - wybiec z 

ukrycia, rzucić się na nią, obalić na ziemię... 

Opanował się jakoś, teraz nie mógł sobie na to pozwolić. Jego 

plan  był  ważniejszy.  Mógł  zapłacić  za  zaspokojenie  swoich 
potrzeb, tak jak zwykle to robił, ostatnio zresztą coraz częściej i 
częściej. 

Z uśmiechem patrzył, jak idzie przez łąkę, 
 

background image

ociekająca wodą, naga i bezbronna. Nie zauważyła go. Szła w 

stronę  kamienia,  przy  którym  zostawiła  swoje  rzeczy.  Nie 
znalazłszy  ich,  zaczęła  rozglądać  się  dokoła,  zakryła  piersi 
ramionami.  Reszta  nadal  była  widoczna  -  pośladki  i  kępka 
włosów miedzy nogami. 

Zaczęła cofać się z powrotem do wody. Mocno zacisnął usta, 

żeby się nie roześmiać. Co sobie pomyślała, odkrywszy, że jej 
ubranie zniknęło? Przestraszyła się? 

Tłumiony śmiech buzował we wnętrzu jego ciała. Wyglądała 

na przerażoną, jak małe dziecko, które zaraz się rozpłacze. 

Wbiegła  do  wody,  zanurzyła  się  po  szyję.  Rozglądała  się 

wokół rozszerzonymi strachem oczami. Nie zauważyła go, był 
dobrze ukryty. 

Uznał,  że  czas  na  niego.  Osiągnął  swój  cel.  Nawet  nie 

przypuszczał, że sprawi mu to aż tyle radości. 

Upokorzył  ją.  Upokorzył  dziedziczkę  Gimle.  Zabrał  jej 

ubranie. Wiedziała, że ktoś ją podgląda. 

Widział ją nagą. 
 

background image

Ale najgorsze dopiero przed nią. To go cieszyło najbardziej. 
Jak wróci do domu bez ubrania? 
Abelone wycisnęła wodę ze swych długich włosów i ruszyła 

w  kierunku  kamienia,  przy którym  zostawiła  ubranie.  Kąpiel 
była  cudowna, miejsce piękne i tchnące spokojem. Czuła się 
teraz jak nowo narodzona. 

Tyle że ubranie zniknęło. Przy kamieniu stały tylko trzewiki. 
Zanurzyła  się  z  powrotem  w  wodzie,  rozglądając  się 

niespokojnie na wszystkie strony. 

Nikogo. Cisza. 
Tylko  myszołów  przemknął  z  krzykiem  ponad  koronami 

drzew w poszukiwaniu bezbronnej ofiary. 

Była w pułapce. Naga. 

background image

16 
 
Blanche  wyszła  na  schody  i  zadzwoniła  dzwoneczkiem. 

Dzieci  natychmiast  przerwały  zabawę  i  przybiegły  do  niej. 
Zwykle nie lubiły, kiedy im się przerywało, ale wiedziały, że 
dzisiaj na obiad będzie coś wyjątkowo pysznego. W niedzielę 
Signe  zawsze  przyrządzała  jakieś  specjalne  danie.  Dzisiaj 
miała to być karkówka, chociaż dzieci i tak pewnie najbardziej 
cieszyły się na niedzielny deser. Na co dzień dostawały kaszę. 
Signe  zamierzała  przyrządzić  „śnieg  marcowy",  słyszała,  że 
jedno z nowo przybyłych dzieci uwielbia bitą śmietanę, ale z 
powodu  upału  musiała  zmienić  plany.  Zamiast  tego  zrobiła 
leguminę waniliową z po- 

 

background image

lewą  malinową.  Była  pewna,  że  wzbudzi  równie  wielki 

zachwyt. 

Dzieci  ruszyły  biegiem  po  schodach  i  jak  burza  wpadły  do 

środka, ignorując jej napomnienia. 

Dopiero teraz zauważyła  stojącego przy bramie mężczyznę. 

Uśmiechnęła się i przywołała go skinieniem dłoni. 

Poczekała, aż podejdzie. Ostatni raz widziała go zimą i była 

pewna, że jest już w Dreźnie, gdzie miał kontynuować studia 
malarskie.  W  końcu  sama  ruszyła  mu  na  spotkanie.  Szedł 
powoli,  każdy  krok  stawiał  jakby  z  wahaniem.  Wydawał  się 
jakiś inny. Może chory? A może pił? Wiedziała, że bardzo lubi 
wino. 

Uśmiechnęła się, ale nagle przypomniała sobie, co powiedział 

ostatnim razem - żałował, że wcześniej się nie poznali. Oby nie 
zrozumiał opacznie tego uśmiechu. 

- Jak miło pana widzieć - zagaiła. 
Naprawdę  coś  było  nie  tak.  Zwykle  zachowywał  się 

swobodnie  i  zuchwale,  niemal  bezczelnie,  teraz  był  blady  i 
spięty, wzrok miał dziwnie czujny, wręcz podejrzliwy. 

 

background image

Poczuła się nieswojo. Czemu nie odpowiada? Może czeka, aż 

ona coś jeszcze powie. 

- Co pana do nas sprowadza? - spytała uprzejmie. 
Znów to baczne, ponure spojrzenie. Czuła, jak uśmiech znika 

z jej twarzy. Na pewno coś wypił. Miał skłonności do alkoholu. 
Nigdy jednak nie widziała go nietrzeźwego. 

Zawahała się. Wiedziała, że powinna go zaprosić do środka, 

ale jeśli rzeczywiście był pijany, to nie miała na to najmniejszej 
ochoty.  Nie  chciała  denerwować  dzieci.  Wiele  pochodziło  z 
domów,  w  których  nadużywano  alkoholu.  Tu  miały  czuć  się 
bezpiecznie. 

-  Czy  mogę  coś  dla  pana  zrobić?  Nie  odpowiedział,  ale  w 

końcu skinął głową. 

Dłoń mu drżała, gdy przygładził włosy na głowie. - Muszę z 

panią porozmawiać, pani Bjerkely. 

Nie  była  do  końca  pewna,  czy  rzeczywiście  pił,  ale  z 

pewnością jego zachowanie było dziwne. 

- Oczywiście - odparła i wskazała ręką stoją- 

background image

ce w cieniu starych owocowych drzew biały sto lik i krzesła, 
Niezgrabnie usiadł na jednym z nich. 
- Może podam coś do picia i jakąś przekąskę? - zapytała. 
Pokręcił głową. - Nie, dziękuję. 
Usiadła, czuła się nieswojo. 
Czego od niej chciał pan Lothe? 

background image

17 
 
Muszę  o  czymś  pani  powiedzieć  -  zaczął  pan  Lothe,  nie 

patrząc na nią. 

Zaniepokoiła  się.  Cóż  on  niby  miał  jej  do  powiedzenia? 

Sądząc  po  jego  ponurej  minie,  musiało  to  być  coś  bardzo 
poważnego. 

Czekała  na  dalszy  ciąg.  Potrząsnął  głową.  Drżącą  dłonią 

przeczesał czarne pukle. 

Nagle uderzyła ją myśl, że malarz wygląda tak, jakby coś go 

dręczyło. Nie wiedziała, co o tym wszystkim sądzić. 

-  Na  pewno  nie  chce  pan  nic  do  jedzenia  ani  do  picia?  - 

zapytała  jeszcze  raz,  niepewna,  co  robić.  Signe  zawsze 
powtarzała, że jak człowiek 

background image

sobie podje, zaraz mu humor wraca i w głowie się rozjaśnia. 
Spojrzał na nią. Jego wargi wykrzywił blady uśmiech. 
- Nie, chciałem tylko z panią porozmawiać. Pochylił się, oparł 

łokcie na kolanach i przesunął dłońmi po twarzy. 

- Kilka dni temu dostałem list od pewnej kobiety, która była 

moją mamką - powiedział cicho. 

Mamką?  Słowo  rozbrzmiało  echem  w  jej  głowie.  Serce 

zaczęło  szybciej  bić.  Poczuła,  jak  gdzieś  w  głębi  jej  brzucha 
rodzi  się  ciepła  fala,  by  po  chwili  rozlać  się  po  całym  ciele. 
Policzki płonęły. 

Przełknęła ślinę. 
To  mógł  być  zbieg  okoliczności.  To  musiał  być  zbieg 

okoliczności. 

-  Odwiedziła  ją  pani  w  tym  tygodniu  -  ciągnął  Lothe.  -  W 

towarzystwie pani Archer. 

Mówił teraz głośno i wyraźnie, ale jego głos docierał do jej 

uszu stłumiony, obcy i daleki. Pani Archer? 

background image

Jej ciało ogarnął ciężki bezwład. Czuła, że zaraz zemdleje. 
- Ma pan na myśli panią Matre? - spytała cienkim, łamiącym 

się głosem. 

Pan  Lothe  wpatrywał  się  w  nią  intensywnie.  -  Tak,  pani 

Bjerkely. 

Nie  mogła  wydusić  słowa.  Przez  jej  głowę  przelatywały 

tysiące myśli. 

Pani Matre była mamką pana Lothe. Pani Matre karmiła syna 

pani Angelsten. 

Który najprawdopodobniej był jej bratem. 
Wiedziała już, po co przyszedł. 
- Jest... jest pan moim bratem? 
-  A  więc  pani  wie?  -  nie  wydawał  się  być  szczególnie 

zaskoczony. 

Potrząsnęła głową, oszołomiona. 
- Nie, nie wiedziałam, tylko... 
Próbowała się opanować, ale słowa same popłynęły z jej ust 

niepowstrzymanym strumieniem. Opowiedziała, jak jakiś czas 
temu  dowiedziała  się,  że  jej  matka  urodziła  w  młodości  nie-
ślubne  dziecko,  jak  potem  odkryła,  że  dziecko  to  wcale  nie 
było martwe, tak jak powiedziano 

background image

jej  początkowo.  Jak  rodziło  się  w  niej  podejrzenie,  że  syn, 

którego wychowywała pani Angelsten, nie był tak naprawdę jej 
dzieckiem. 

- Nie wiedziałam, czy moje podejrzenia są słuszne - ciągnęła, 

a pan Lothe słuchał uważnie w milczeniu. - Czy nie jest to po 
prostu zbieg okoliczności. Spojrzała na niego niepewnie. 

Pan Lothe, siedzący przed nią mężczyzna -jej bratem? 
Na razie nie mogła się do tej myśli przyzwyczaić. 
Patrzył na nią uważnie. 
-  A  więc  dopiero  teraz  zdobyła  pani  pewność,  kiedy 

powiedziałem, że pani Matre była moją mamką? 

-  Tak,  nie  miałam  pojęcia,  kto  jest  synem  pani  Angelsten. 

Urwała,  zawstydzona  niefortunnym  doborem  słów.  -  To 
znaczy...  -  spojrzała  na  niego  błagalnie.  Tak  trudno  było 
znaleźć te właściwe. - To znaczy, nie wiedziałam, że to pan. 

Zaśmiał się cicho. Blanche pomyślała, że wygląda na równie 

zdenerwowanego jak 

background image

ona.  Czy  w  ogóle  można  się  przygotować  na  tego  typu 

rozmowę?  I  jak  to  możliwe,  że  nikt  nie  wiedział,  gdzie  się 
podziewa  zaginiony  syn  pani  Angelsten.  Przecież  miała  go 
teraz przed sobą! 

- Zapewne słyszała pani, że uciekłem z Angelsten w bardzo 

młodym wieku? - zapytał, jakby czytał w jej myślach. 

Skinęła głową. 
- Cóż, chciałem zerwać wszelkie więzy łączące mnie z tymi 

ludźmi, przybrałem więc nowe nazwisko. Nie wspominając już 
o tym, że nie chciałem, by ktokolwiek wiedział, że to ja jestem 
tym chłopakiem, który uciekł z Angelsten. Wie tylko Nikoline. 

Spojrzała na niego, zdezorientowana. 
- Nikoline? 
-  Mam  na  myśli,  rzecz  jasna,  moją  mamkę,  panią  Matre  - 

wyjaśnił pospiesznie. - Państwo Angelsten również wiedzą, że 
wróciłem, ale, jak się pani zapewne domyśla, nie mam o czym 
z nimi rozmawiać. 

Napotkała jego wzrok. Trochę ją dziwiło, 

background image

że mówiąc o swoich byłych opiekunach, używa ich nazwiska. 
-  Jak  pan  się  dowiedział,  że  pani  Angelsten  nie  jest  pana 

prawdziwą  matką?  -  spytała  ze  zdumieniem.  -  Sądziłam,  że 
ukrywano prawdę przed panem. 

Pan Lothe odchylił się na oparcie fotela i zapatrzył się przed 

siebie. 

-  Dowiedziałem  się  dopiero  jesienią.  Do  tamtej  chwili 

sądziłem, że naprawdę jestem jej synem. 

Od  ponad  pół  roku  wiedział,  że  są  rodzeństwem  i  nic  nie 

mówił! Czuła się zawiedziona. 

-  Dlaczego  w  takim  razie  nic  pan  nie  powiedział,  kiedy 

malował pan mój portret? 

Wzruszył ramionami. 
-  Nie  wiem.  Może  nie  zdążyłem  przyzwyczaić  się  do  tej 

myśli. Mrugnął do niej. - Poza tym dzięki temu, że o niczym 
pani nie wiedziała, mogłem panią lepiej poznać. 

Chyba  nie  podobało  jej  się  to,  co  usłyszała.  Czuła  się 

niezręcznie.  Obserwował  ją,  oceniał  -  było  w  tym  coś 
wyrachowanego. 

background image

- Ale dlaczego pani Angelsten wyznała panu prawdę dopiero 

teraz, po tylu latach? 

- Być może pewnego dnia pani o tym opowiem - odparł, nie 

patrząc na nią. - Mogę tylko wspomnieć, że nie zrobiła tego z 
własnej woli, a dlatego, że musiała. 

- Państwo Angelsten na pewno uznali, że lepiej będzie nic nie 

mówić  -  powiedziała  cichym  głosem.  -  Chcieli  pana  w  ten 
sposób chronić. 

Rzucił  jej  prędkie  spojrzenie.  Zielone  oczy  ciskały  iskry. 

Cętkowane zielenią oczy, pomyślała. Jak jej własne. 

- Chronić? Przed czym? Czy myśli pani, że jest coś gorszego 

dla dziecka, niż mieć matkę, która zupełnie nie dba o nie? Czy 
zdaje sobie pani sprawę, jak bardzo dziecko pragnie akceptacji 
najbliższych? Czy wie pani, jak to jest starać się z całych sił, by 
za każdym razem dowiedzieć się, że nie jest to wystarczająco 
dobrym? Jak to jest błagać o dotyk ciepłej dłoni, być gotowym 
oddać wszystko za uśmiech i miłe słowo? Tęsknić za tym, by 
usiąść matce na kolanach? Przytulić się do niej? 

background image

Gwałtownie wyrzucał z  siebie słowa pełne złości  i bólu. W 

jego oczach zabłysły łzy. W oczach Blanche również. 

Jej  brat  dorastał  przekonany,  że  pani  Angelsten,  ta  zimna, 

oschła  kobieta,  nie  potrafiąca  dać  dziecku  miłości,  jest  jego 
matką. 

Dziecku, które jej mąż miał z inną kobietą. 
Spuściła  wzrok.  Pan  Lothe  miał  bolesne  wspomnienia  z 

dzieciństwa, jej własne nie mogły się z tym równać, ale mieli 
coś wspólnego. 

Wiedziała,  jak  to  jest,  kiedy  nie  dostaje  się  rodzicielskiej 

miłości.  Jako  mała  dziewczynka  wciąż  czekała,  by  ojciec 
wreszcie obdarzył ją jednym ciepłym słowem, by wziął ją na 
kolana, pokazał, że mu na niej zależy. Przeżyła to samo, co pan 
Lothe. 

- Wie pani, co jest najgorsze? - ciągnął. W jego głosie słychać 

było  tłumione  łzy.  -  Nie  te  wszystkie  dni,  kiedy  człowiek 
próbuje, ma nadzieję, ale ten dzień, kiedy uświadamia sobie, że 
niezależnie od tego, co zrobi czy powie, jego rodzona matka i 
tak zawsze będzie miała go za nic. 

background image

Te słowa trafiły ją jak cios. Nie znała swojej matki, ale miała 

niezachwianą pewność - to była dobra kobieta. 

- Matka uznała, że tak będzie dla pana najlepiej - powiedziała 

cicho. 

-  Najlepiej!  -  oburzył  się.  -  Nigdy  nie  wybaczyłem  i  nie 

wybaczę pani Angelsten, że traktowała mnie w ten sposób, ale 
czy jest coś gorszego niż matka, która wyrzeka się własnego 
dziecka, oddaje je obcym ludziom? 

Blanche  nie  wiedziała,  co  powiedzieć.  Podczas  pracy  w 

sierocińcu nauczyła się, że rodzice w większości pragną dobra 
dla swoich dzieci, tylko nie zawsze potrafią im je dać. 

- Wiem, że trudno zrozumieć jej decyzję -podjęła ostrożnie - 

ale ona nie mogła pana zatrzymać. Nie mogła wyjść za pana 
ojca.  Panna  z  dzieckiem  -  to  był  straszny  wstyd.  Urwała. 
Doskonale rozumiała pana Lothe. Matka zawiodła go, oddała 
obcym.  To  była  prawda,  niezależnie  od  jej  motywów  i 
okoliczności tego zdarzenia. 

Jego oczy zwęziły się. Na pewno czuł się bar- 

background image

dzo  rozgoryczony,  kiedy  dowiedział  się  o  swoim 

pochodzeniu, ta gorycz nadal w nim tkwiła. 

- Nie mogła mnie zatrzymać, ponieważ pochodziła z bogatego 

domu, taka jest prawda  - stwierdził. - Mogła wybrać życie w 
hańbie, zerwać z rodziną. Wolała jednak pozbyć się dziecka. 

Blanche spojrzała mu prosto w oczy. 
-  Myśli  pan,  że  nigdy  się  nie  zastanawiała,  czy  postąpiła 

słusznie? Że nigdy nie wątpiła? Ja jestem pewna, że tak. 

Jego twarz znów przybrała gniewny wyraz. 
-  Co  pani  może  na  ten  temat  wiedzieć?  Zmarła  przy  pani 

narodzinach. 

Jego  głos  był  cichy,  lecz  twardy  i  pełen  złości.  Teraz 

zrozumiała. 

Winił ją za śmierć matki. Tak samo jak ojciec. 
Postanowiła  nie  komentować  jego  słów.  Odkąd  jako  młoda 

dziewczyna  zrozumiała,  czemu  ojciec  nigdy  nie  okazuje  jej 
czułości,  czasami  rzeczywiście  oskarżała  samą  siebie.  To 
prawda - matka poświęciła życie, by dać życie jej. 

- Matka uważała, że tak będzie dla pana naj- 

background image

lepiej. I chciała, żeby dorastał pan pod opieką ojca. Myśli pan, 

że kobiecie łatwo przychodzi oddać własne dziecko? 

- Kobiety są z natury zdradzieckie i fałszywe, pani Bjerkely - 

powiedział z goryczą. 

Nie zdziwiły jej te pełne pogardy słowa. Widziała to nie raz - 

chłopiec,  który  w  dzieciństwie  zawiódł  się  na  matce,  w 
dorosłym życiu często nienawidził kobiet. A pana Lothe zdra-
dziły aż dwie najbliższe mu kobiety. Może ona, jego siostra, 
potrafiłaby mu to wynagrodzić. 

- Moim zdaniem matka bała się, że jeśli pana zatrzyma, czeka 

pana życie w rynsztoku. Zamilkła. - Zapewniam pana, że dosyć 
napatrzyłam się na tego typu przypadki - dodała po chwili. 

Prychnął tylko w odpowiedzi. 
-  A  widziała  pani  dziewczynę  z  dobrego  domu  żebrzącą  na 

ulicy?  O  nie,  rodzina  nigdy  nie  dopuściłaby  do  takiego 
skandalu. 

-  Przyznaję  panu  rację.  Nigdy  też  jednak  nie  widziałam 

dziewczyny z dobrego domu żyjącej jako samotna matka. 

Wcale jej się nie podobało, że rozmowa zmie- 

background image

rza  w  takim  kierunku.  Próbowała  bronić  wyboru  matki,  ale 

pan Lothe wcale nie chciał jej słuchać. 

Poza tym chyba mogliby porozmawiać na ciekawsze tematy. 

Gorączkowo szukała jakiegoś. 

-  Wie  pan,  że  matka  interesowała  się  historią  sztuki,  kiedy 

była w ciąży? - powiedziała w końcu. 

Jego  twarz  rozpromieniła  się.  -  Naprawdę?  Nie,  nie 

wiedziałem  o  tym.  Pochylił  się  nieco  do  niej.  -  Malowała 
również? 

Blanche  uśmiechnęła  się.  -  Słyszałam,  że  czyniła  pewne 

próby, ale bardziej interesowało ją studiowanie cudzych dzieł. 

- Pewnie po niej odziedziczyłem artystyczne zainteresowania 

-  stwierdził.  -  Pani  Angelsten  nigdy  nie  próbowała  ich 
podsycać.  Wręcz  przeciwnie,  strasznie  się  gniewała,  jeśli  na 
przykład przyłapała mnie, gdy rysowałem węglem na kawałku 
deski. Głos mężczyzny znów pobrzmiewał goryczą. 

Blanche  próbowała  wyobrazić  sobie,  jak  wyglądało  jego 

dzieciństwo. 

background image

- Wiem co nieco na temat warunków panujących w Angelsten 

- powiedziała z powagą. Nie dało się uniknąć tego tematu. - Do 
naszego sierocińca trafia stamtąd sporo dzieci. 

Pan Lothe utkwił w niej przenikliwe spojrzenie. 
- Jak może pani twierdzić, że coś pani na ten temat wie? Nie 

mieszkała tam pani. 

Potrząsnęła głową. 
- Ma pan racje, panie Lothe. Od dawna jednak martwi mnie 

sposób,  w  jaki  traktuje  się  tam  dzieci.  Wielu  moich 
wychowanków  opowiadało  mi  historie,  których  nawet  nie 
mam ochoty powtarzać. 

Pan  Lothe  prychnął.  -  Wiem  doskonale,  jak  dręczy  się  i 

zastrasza  dzieci  w  Angelsten.  W  końcu  mieszkałem  tam  od 
drugiego roku życia. 

Zrozumiała, że jej uwaga była dość niefortunna. 
-  Bardzo  mi  przykro  -  powiedziała  cichym  głosem.  -  Z 

opowieści dzieci wynika, że Angelsten to koszmarne miejsce. 

 

background image

- Tylko co z tego? Nikt nic w tej sprawie nie robi. Wszyscy 

widzą  to  tak:  państwo  Angelsten  przyjmują  dzieci  z  ubogich 
rodzin  do  swego  wspaniałego  domu  i  zapewniają  im 
odpowiednią opiekę, a wszystko w imię Boga jedynego. 

Przytaknęła. - Zapewniam pana, że próbowałam. Wiele razy 

mówiłam  o  moich  wątpliwościach  pracownikom  komisji  do 
spraw  ubogich,  ale  nie  chcieli  słuchać.  Jakiś  czas  temu 
wydawało mi się, że zdobyłam dowód i poprosiłam jednego z 
nich,  by  udał  się  ze  mną  do  Angelsten.  Niestety, 
poszkodowany chłopiec skłamał, mówiąc, że rany na plecach 
spowodował upadek. 

- Rany na plecach? 
Blanche  skinęła  głową,  po  czym  opowiedziała  całą  historię 

Fredrikke,  która  zobaczyła,  jak  pan  Angelsten  bije  chłopca  i 
bojąc się, że też zostanie ukarana, uciekła. 

-  A  więc  nie  porzucili  tych  praktyk  -  powiedział  pan  Lothe 

zduszonym głosem. 

Spojrzała  na  niego.  -  Co  ma  pan  na  myśli?  Odwzajemnił 

spojrzenie. 

- Pan Angelsten bardzo lubi bić niegrzeczne 

background image

dzieci.  Z  reguły  używał  pasa,  lecz  jeśli  tylko  był  w 

odpowiednim  nastroju,  lubił  się  posłużyć  powrozem. 
Zapewniam  panią,  że  po  potraktowaniu  nim  plecy  długo 
jeszcze bolały. 

Wpatrywała się w niego z przerażeniem. 
- Fredrikke mówiła to samo. Jeden z chłopców ma blizny na 

plecach. Przesunęła dłonią po czole. - To potworne. 

-  Zapewne  też  posmakował  dyscypliny  pana  Angelstena  - 

stwierdził. 

- Nie wiem już, co robić. Mam wrażenie, jakbym waliła głową 

w mur. 

Pan Lothe poruszył się w fotelu. - To nie trwa wiecznie - rzekł 

z  głęboką  goryczą  w  głosie.  -  Kończy  się  wraz  z  końcem 
dzieciństwa. 

W jego słowach pobrzmiewał tłumiony gniew. 
- Mogę zapytać, jak to było dorastać w Angelsten? - zaczęła 

ostrożnie.  -  Teraz,  kiedy  jest  pan  dorosły,  co  może  pan 
powiedzieć o tym miejscu? 

Odpowiedział po dłuższej chwili milczenia. 
- Chyba nikt, kto tam nie mieszkał, nie po- 
 

background image

trafi sobie tego wyobrazić. Mówi pani, że słyszała o karach, 

ale czy wie pani, co to znaczy żyć w nieustannym strachu? A 
zapewniam, że niewiele potrzeba, by wzbudzić niezadowolenie 
u pana lub pani Angelsten. 

Nie mogła spojrzeć mu w oczy. - To musiało być straszne. 
- Do wszystkiego można się przyzwyczaić - odparł twardo. - 

Najgorszy jest pierwszy raz. Pierwszy raz, kiedy zamykają cię 
w ciemnej piwnicy albo każą stać boso na śniegu. 

Uniosła  wzrok.  -  Dzieci  mówiły  to  samo,  właśnie  w  taki 

sposób są karane. 

- Najgorsze jednak są te kary, które wyrządzają krzywdę na 

duszy.  Na  przykład,  kiedy  kazano  nam  jeść  pod  stołem.  Jak 
psom. 

Po tym wszystkim, co słyszała, nie powinno jej się to wydać 

szczególnie przerażające. A jednak. 

-  Wie  pani,  jak  na  mnie  mówili?  Na  twarzy  pana  Lothe 

widniał uśmiech, ale oczy mu pociemniały. - Szatan. Uważali, 
że jestem złem wcielonym. 

background image

Otworzyła usta ze zdumienia. - Co też pan opowiada? Skinął 

głową. 

- Może teraz zrozumiała pani, jak bardzo nienawidziła mnie 

pani  Angelsten?  Wydaje  mi  się,  że  czuła  do  mnie  jeszcze 
większą nienawiść niż do naszej matki. Mój widok nieustannie 
przypominał jej o zdradzie. 

Przez chwilę siedzieli w milczeniu, patrząc na siebie. Nie była 

pewna,  czego  tak  naprawdę  oczekiwała,  ale  z  pewnością 
inaczej  wyobrażała  sobie  swoje  pierwsze  spotkanie  z  bratem 
czy siostrą. 

Pan Lothe podniósł się z miejsca. Jego wargi wygięły się w 

ostrożnym, niepewnym uśmiechu. 

-  Mamy  sporo  zaległości  do  nadrobienia,  prawda,  pani 

Bjerkely? 

Też wstała i wyciągnęła rękę. - Może zaczniemy od tego, że 

przejdziemy na ty? Uśmiechnął się blado. 

- Blanche. Piękne imię. 
-  A  jak  ja  mam  na  ciebie  mówić?  Frederik  czy  Friedrich? 

Brzmi zresztą dość podobnie. 

 

background image

Zaśmiali się oboje. Blanche nie czuła się jednak swobodnie. 

Oboje byli zdenerwowani. Miała nadzieję, że minie to za jakiś 
czas,  kiedy  lepiej  się  poznają.  Znali  się  już  wcześniej,  kiedy 
Friedrich  ją  malował,  wtedy  potrafili  rozmawiać  bez 
skrępowania. 

-  Wolę  Friedrich  -  odparł  i  ujął  jej  dłoń.  -Mam  prośbę  do 

ciebie. 

Napotkała jego wzrok. - Tak? 
-  Wolałbym,  by  nikt  nie  wiedział,  że  jestem  zaginionym 

synem pani Angelsten. Przybranym synem - poprawił się. 

- Mamy nikomu nie mówić, że jesteśmy rodzeństwem? 
Wiedziała,  jak  to  będzie.  Za  jakiś  czas  ludzie  zaczną  się 

dziwić ich zażyłości, na pewno wyciągną pochopne  wnioski. 
Uważała,  że  lepiej  byłoby  wyjawić  prawdę,  że  nawet  jeśli 
miałoby to zniszczyć dobre imię ich zmarłej matki lub odbić 
się w jakiś sposób na niej samej czy Helene Auguście. Co będą 
mówić i myśleć ludzie o pani Angelsten, to Blanche zupełnie 
nie interesowało. 

 

background image

Friedrich  potrząsnął  głową.  -  Nie,  tego  nie  powiedziałem  - 

odparł,  uśmiechając  się  teraz  szeroko.  -  Możemy  spokojnie 
rozgłosić to całemu światu! I tak zrobimy. 

Przez  chwilę  znów  zobaczyła  takiego  Friedricha,  jakiego 

znała przedtem, człowieka wielkich słów i wielkich czynów. 

- Nie chcę tylko, by wiedzieli, że jestem tym chłopcem, który 

uciekł z Angelsten. 

Zrozumiała. - Wtedy cała historia wyszłaby na jaw. O tym, że 

matka miała romans, że pani Angelsten wzięła na wychowanie 
nieślubne dziecko męża. Że przez wszystkie te lata kłamała. Że 
nigdy nie była w ciąży. 

Skinął głową. - Właśnie. Lepiej nie wracać do przeszłości. 
Te  słowa  przypomniały  jej  o  mężczyźnie  w  kapturze. 

Zerknęła ukradkiem na prawą dłoń Friedricha. Nie zobaczyła 
na niej pierścienia. 

-  Rozumiem  -  powiedziała  z  uśmiechem.  -  Zresztą  to 

nieistotne. Ludzie nie muszą nic więcej wiedzieć, poza tym, że 
jesteśmy rodzeństwem. 

 

background image

Uśmiechnął się figlarnie. 
- Damulki będą miały o czym gadać. 
-  Ale  co  mówiłeś  wcześniej?  Ludzie  na  pewno  pytali  cię  o 

pochodzenie. 

-  Przywilej  bycia  artystą.  Ludzie  nie  spodziewają  się,  że 

pochodzisz  z  dobrej  rodziny,  wręcz  przeciwnie.  Poza  tym, 
zwykle uprzedzałem wszelkie pytania mówiąc, że moja matka 
zmarła,  kiedy  byłem  mały  i  że  dorastałem  w  Lanrvig,  pod 
opieką starej, surowej ciotki. 

Przez  chwilę  milczeli.  Blanche  zastanawiała  się,  co 

powiedzieć. Jak rozmawiać z człowiekiem, który okazał się jej 
bratem? Jak go poznać? 

- Może przyjedziesz za kilka dni do Lille Bjerkely? - zapytała 

niewiele myśląc. Czuła po prostu, że chciałaby spotkać się z 
nim w jakimś innym miejscu, nie w domu rodzinnym.  - Mo-
glibyśmy jeszcze porozmawiać. 

Friedrich skinął głową. Uśmiech w jego oczach zdradzał, że 

cieszy się na kolejne spotkanie. - Chętnie. 

Pożegnali się w napięciu, nie potrafili odna- 
 

background image

leźć odpowiednich słów. Potem odszedł ścieżką prowadzącą 

do bramy. Nim zamknął ją za sobą, spojrzał jeszcze w stronę 
Blanche, uśmiechnął się zawadiacko i ukłonił się lekko. 

Opadła na fotel, wyczerpana, pusta. 
Zjawił  się  tak  nagle.  Owszem,  pragnęła  odnaleźć  brata,  ale 

spadło  to  na  nią  tak  niespodziewanie.  Była  jednocześnie 
zaskoczona, szczęśliwa, ciekawa i... 

Sama nie wiedziała. Cieszyła się, że wreszcie dowiedziała się, 

kim jest jej brat, cieszyła się, że będzie mogła poznać go bliżej. 
Jednocześnie historia jego dzieciństwa napełniła ją ogromnym 
smutkiem. Czy rzeczywiście winił ją za śmierć matki? Może to 
dlatego dopiero teraz ją odwiedził, choć już od jakiegoś czasu 
wiedział, że są rodzeństwem? 

Ta myśl nie dawała jej spokoju. Dlaczego od razu do niej nie 

przyszedł?  Miał  tyle  okazji,  by  jej  powiedzieć,  kiedy  ją 
malował! 

Od  pewnego  czasu  wiedziała  już,  że  ma  brata,  nie  siostrę. 

Zastanawiała się, jak wygląda, jaki jest. Friedrich nie pasował 
do tego obrazu. 

 

background image

Może oczekiwała, że brat będzie bardziej podobny do niej? 
Zewnętrznie mieli wiele wspólnych cech. Oboje byli wysocy i 

szczupli, mieli takie same ciemne włosy. I oczy - najbardziej 
charakterystyczne. W tym samym odcieniu zieleni. 

Charakterem  jednak  chyba  bardzo  się  różnili.  Friedrich  był 

skomplikowaną  osobą.  Kiedy  ją  malował,  zauważyła,  że  ma 
bardzo zmienne usposobienie. W jednej chwili był radosny, pe-
łen entuzjazmu, w następnej zachmurzony i poirytowany, tak 
jak podczas tej rozmowy. 

Wstała z miejsca. Wszyscy pewnie się zastanawiają, gdzie się 

podziewa. Ruszyła przez ogród, zamyślona. 

Czemu  nie  czuła  radości?  Była  pewna,  że  będzie  ogromnie 

szczęśliwa, kiedy wreszcie dowie  się, kto jest jej  bratem czy 
siostrą. 

Poza  tym  Friedrich  skontaktował  się  z  nią  dopiero  po  pół 

roku. Pewnie  minęłoby jeszcze więcej  czasu, gdyby nie pani 
Matre. Widocznie domyśliła się, że ich wizyta nie była czysto 
towarzyska. 

 

background image

Już wiedziała, co czuje. Rozczarowanie. 
Musiała  natychmiast  skarcić  się  w  myślach.  Nie  miała 

przecież pojęcia, co znaczyło dla Friedricha dowiedzieć się, że 
pani Angelsten nie jest jego matką i że ma siostrę. 

Przez chwilę zastanawiała się nad tym. Jednego była pewna, 

Friedrich nie krył się z rozgoryczeniem, smutkiem i tęsknotą. 

Postanowiła  odsunąć  od  siebie  wszystkie  przykre  myśli  i 

uczucia.  Dziś  po  raz  pierwszy  rozmawiali  ze  sobą  jako 
rodzeństwo. Ten dzień miał na zawsze odmienić jej życie. 

Musiała się uśmiechnąć. 
Miała brata. Nie była sama. 
Tak jak zawsze o tym marzyła. 

background image

18 
 
Jak długo już tak stała? Dziesięć minut? 
Spojrzała  w  bladozłote  niebo.  Słońce  chyliło  się  ku 

zachodowi. 

Jeszcze  raz  rozejrzała  się  dokoła.  Nie  wiedziała,  kto  mógł 

skraść jej ubranie. Może jacyś rozdokazywani chłopcy? Może 
uboga kobieta? A może ktoś chciał ją w ten sposób upokorzyć? 
A teraz obserwował ją z ukrycia, czekał, aż pokaże się naga? 

Nie wiedziała dlaczego, ale coś jej mówiło, że słuszne jest to 

ostatnie  przypuszczenie.  Uboga  złodziejka  zabrałaby  też 
trzewiki. Jakoś nie chciało jej się też wierzyć, że to żart jakichś 
wyrostków. 

Godzinę? 

background image

Jak długo jeszcze tak wytrzyma? Strasznie marzła, szczękała 

zębami z zimna, czuła, że w obu nogach zaczyna  chwytać ją 
skurcz, wcześniej kilka razy wykręcał jej palce u stóp. 

Zatrzymała spojrzenie na sosnowym zagajniku, przy którym 

się  rozbierała.  Czy  siedział  tam  ukryty,  patrząc  na  nią?  Jeśli 
tak, nie miało znaczenia, czy dalej będzie stała w wodzie, czy 
od  razu  z  niej  wyjdzie.  Była  pewna,  że  łotr,  który  zabrał  jej 
ubranie, miał jeden cel - zobaczyć ją nago. Cel ten osiągnął, na 
pewno  zdążył  jej  się  dokładnie  przyjrzeć,  kiedy  wcześniej 
wyszła z wody i szukała ubrania. 

Ogarnęła ją wściekłość. Czuła się jak zwierzę w pułapce! 
Tylko  co  się  stanie,  jeśli  wyjdzie  teraz  z  wody?  Może 

podglądacz ją zaatakuje? A jeśli nawet nie, jak tu się dostać do 
domu? 

Chciało jej się płakać, ze złości i strachu. 
Może  wkrótce  zaczną  jej  szukać?  Chyba  powinni  się 

zaniepokoić, że tak długo jej nie ma? Może ojciec pomyśli, że 
potrzebuje pomocy przy owcach? 

 

background image

Postanowiła podpłynąć bliżej brzegu, była już zmęczona. 
Po chwili poczuła muliste dno pod stopami. Wstała, skulona, 

tak by nie widać było jej nagości. Próbowała nie pamiętać tych 
wszystkich przerażających opowieści o tym, jakoby jezioro nie 
miało dna i potrafiło wessać człowieka, a podwodne stwory... 

Abelone, weź się w garść! 
Nigdy  nie  wierzyła  w  takie  historie  i  nie  zamierzała  w  nie 

wierzyć. 

Nagle  jakiś  dźwięk  wyrwał  ją  z  zamyślenia.  Czy  to  koń 

parsknął? Wstrzymała oddech. Nasłuchiwała przez chwilę. W 
lesie panowała cisza. 

Serce  zaczęło  mocniej  bić  jej  w  piersi.  Czy  patrzy  na  nią? 

Może  stoi  za  jakimś  drzewem  i  tylko  czeka,  żeby  wyszła  z 
wody. 

Rozejrzała się jeszcze raz i nastawiła uszu. 
Teraz  znów  coś  usłyszała.  Pobrzękiwanie  uprzęży,  stukot 

końskich kopyt na twardo udeptanej ścieżce. 

Dochodziły  zza  niewielkiego  wzniesienia  po  południowej 

stronie jeziora. 

 

background image

Zaczęła  płynąć  powoli.  Wkrótce  jeździec  powinien  pokazać 

się na ścieżce. 

Próbowała  nie  wynurzać  ciała  nad  wodę.  Może  to  nie  ten 

człowiek, może to ktoś, kogo mogłaby poprosić o pomoc? 

Modliła się, żeby to był ojciec. Albo ktokolwiek, byle nie on. 
Usłyszała gwizd, głośny i wyraźny. 
Zesztywniała. Na chwilę jej nos znalazł się pod wodą. Zaczęła 

gorączkowo płynąć. 

Znała ten dźwięk. Sama gwizdała w ten sposób na Wilmę. 
Aslak  Sorensen.  Czy  to  on  ukradł  jej  ubranie?  Czy  to  on  ją 

podglądał? 

Marzła,  całe  ciało  miała  zlodowaciałe,  a  jednocześnie 

rozpalone. Była śmiertelne przerażona. 

Próbowała się skurczyć, zniknąć, poruszać się jak najciszej, 

oddychać bezgłośnie. 

Jak  on  śmiał?  Był  przestępcą,  uciekinierem,  wyrzutkiem 

społecznym! 

Nagle na ścieżkę wystrzelił jak pocisk Shep. Zatrzymał się i 

zaczął wietrzyć. 

 

background image

Shep, nie, nie teraz, biegnij dalej! 
Wiedziała,  że  Shep  ma  doskonały  węch.  Wiedziała,  że  już 

złapał jej zapach. Nagle rzucił się do wody i już po chwili był 
przy niej. 

- Shep! Shep, do nogi! 
Pies zawrócił do brzegu, ale było za późno. Sorensen już ją 

zauważył. 

Podjechał nad samą wodę i wstrzymał konia. Shep wyszedł na 

brzeg  i  otrząsnął  się,  ochlapując  konia,  który  niespokojnie 
przestąpił z nogi na nogę. 

Dlaczego stoi tak i patrzy na nią? Czy to on zabrał jej ubranie? 
Postanowiła zaryzykować. Nie miała wielkiego wyboru. Poza 

tym  czuła  się  bezpiecznie,  kiedy  Shep  był  w  pobliżu,  choć 
jednocześnie  zdawała  sobie  sprawę,  że  to  raczej  złudne 
uczucie. 

Podpłynęła do brzegu, postawiła stopy na dnie. Czekała. 
-  Proszę  mi  powiedzieć,  pani  Ladefoss  -  zaczął,  skinieniem 

głowy  pokazując  kamień,  przy  którym  zostawiła  trzewiki.  - 
Czy to cała pani garderoba? 

background image

Spojrzała  na  niego.  Trudno  było  się  zorientować,  co  o  tym 

wszystkim sądzi. Bawiła go ta sytuacja? Nic w brodatej twarzy 
tego  mężczyzny  nie  zdradzało,  jakie  myśli  kłębią  się  w  jego 
głowie.  Poza  tym  skąd  wiedział,  że  jej  ubranie  zniknęło?  A 
może położyła je w innym miejscu? 

- Dlaczego pan sądzi, że moje rzeczy powinny leżeć akurat w 

tym miejscu? - odparowała. 

Shep  znów  rzucił  się  do  wody,  wyraźnie  uradowany,  że  ją 

widzi. 

-  Cóż  -  odparł  Sorensen  -  tego  rzeczywiście  nie  wiem.  Ale 

chyba dość dużo czasu spędziła już pani w wodzie, prawda? 

To musiał być on. Inaczej by tego nie powiedział. 
-  Tego  też  jest  pan  pewien?  -  zapytała  z  wściekłością. 

Dlaczego tak ją upokarzał? 

Sorensen uniósł nieco brwi. 
- Ma pani sine usta, pani Ladefoss - odparł krótko. - Na pani 

miejscu  zastanowiłbym  się,  czy  nie lepiej  wyjść  już  z  wody. 
Ale proszę wybaczyć, nie zamierzam pani przeszkadzać. 

 

background image

Chwycił wodze i już zamierzał zawrócić konia. 
Abelone ogarnęła panika. 
- Proszę zaczekać! 
Sorensen obejrzał się przez ramię. 
Abelone posłała mu rozpaczliwe spojrzenie. - Moje ubranie... 

Ktoś je zabrał i... 

Sorensen wstrzymał konia. - To dlatego nie chce pani wyjść z 

wody? 

Czy  coś  się  kryło  za  tymi  słowami?  Jeśli  wcześniej  jej  nie 

obserwował, skąd mógł wiedzieć, ile czasu spędziła w wodzie? 

Zeskoczył  z  konia.  Abelone  drgnęła  z  przerażenia.  Zrzucił 

kurtkę i przewiesił ją przez siodło, po czym ściągnął koszulę 
przez głowę. Zaczął szukać czegoś w torbie przytroczonej do 
siodła. 

Cofnęła  się  o  kilka  kroków.  Sorensen  był  wysoki  i  mocno 

zbudowany, przeraził ją widok jego muskularnej piersi, ramion 
i szerokich pleców. Gdyby chciał ją zaatakować, nie miałaby 
najmniejszej szansy. 

Wyciągnął  z  torby  spodnie  i  razem  z  koszulą  rzucił  na 

kamień. Kurtkę włożył z powrotem na gołe ciało. 

background image

- Teraz może pani wrócić do domu, nie narażając się na wstyd 

-  stwierdził  i  wskoczył  na  konia.  Jego  głos  brzmiał  teraz 
łagodniej,  ale  czarne  oczy  wyglądające  spod  potarganej 
czupryny patrzyły w sposób równie obojętny i nieodgadniony, 
co przedtem. 

Objęła się ramionami. Drżała. Do oczu cisnęły się łzy, choć 

przecież powinna się cieszyć. 

- Dziękuję - wydusiła, jakby nadal nie była pewna, czy akurat 

ten mężczyzna na to zasługuje. - Dziękuję, panie Sorensen. 

Nie odpowiedział, popatrzył tylko na nią. Odwróciła wzrok. 
- Niestety, nie mogę pani odprowadzić - powiedział nagle. - 

Ze zrozumiałych, jak sądzę, powodów. 

Ścisnął  łydkami  końskie  boki  i  po  chwili  zniknął  między 

drzewami.  Shep  wahał  się  przez  chwilę,  ale  popędził  za 
właścicielem, kiedy ten gwizdnął na niego. 

Poczekała, aż tętent kopyt ucichł w oddali, po czym zrobiła 

kilka niepewnym kroków w stronę brzegu. 

 

background image

A  jeśli  ten  podglądacz  nadal  tu  jest?  Jeśli  to  nie  Sorensen 

ukradł jej ubranie? Miałby najpierw je zabrać, żeby potem dać 
jej swoje? Coś tu się nie zgadzało. 

Lekki  powiew  zmarszczył  powierzchnię  wody.  Abelone 

wstrząsnęła się z zimna. 

Nie miała siły dłużej tak stać. Była bardziej zmarznięta i zła, 

niż przerażona. Jeśli za krzakami stał jakiś obłąkaniec i czekał, 
by napawać oczy widokiem jej nagiego ciała, to trudno. A jeśli 
rzuci się na nią, będzie krzyczeć, kopać i drapać z całych sił. 

Zdecydowanie ruszyła do brzegu, nie próbując już się zakryć, 

nie  rozglądając  się.  Patrzyła  na  ubranie,  które  zostawił  jej 
Sorensen. 

Wciągnęła  spodnie,  które,  oczywiście,  okazały  się  za  duże. 

Przytrzymując  je,  włożyła  koszulę,  również  pokaźnych 
rozmiarów. 

Spojrzała  w  dół.  Cienki  materiał  przyklejał  się  do  mokrej 

skóry.  Spodnie  były  za  długie  i  za  szerokie  w  pasie,  ale 
najważniejsze, że nie musiała wracać nago do domu. 

Ukucnęła, by zasznurować trzewiki, kie- 

background image

dy  wpadł  jej  do  głowy  pewien  pomysł.  Prędko  wyciągnęła 

sznurówki,  związała  je,  podciągnęła  spodnie  i  obwiązała  się 
nimi w pasie. Koszulę wcisnęła do środka. Zadowolona, wzięła 
buty do ręki i podniosła się. 

Na chwilę znowu ogarnął ją strach. A jeśli tamten pójdzie za 

nią? A jeśli czeka tylko na odpowiedni moment, by się na nią 
rzucić? 

Jeszcze raz spojrzała na siebie. Chyba żaden mężczyzna nie 

mógłby  uznać  za  atrakcyjną  kobiety  w  męskim  stroju? 
Próbowała  odgonić  strach.  Wyprostowała  się.  Teraz  chciała 
tylko jednego - znaleźć się w domu. 

Zmierzała przed siebie wąską ścieżką wiodącą od stawu. Do 

siedzib  ludzkich  było  daleko,  las  gęstniał  ciemno  dokoła, 
słońce zaszło już dawno temu. Oby tylko dotrzeć do drogi, póź-
niej będzie już lepiej. 

Próbowała nie myśleć o tym, co się wydarzyło, ale nie było to 

proste. Kto postanowił zabawić się ten sposób jej kosztem? 

I co robił w lesie Sorensen? Uciekł przecież 

background image

z aresztu, dziwne, że nadal znajdował się w okolicy. Chyba 

lensmann sprawdził jego chatę? 

Zdawała sobie sprawę, że Sorensen jest niebezpieczny. Kiedy 

go zobaczyła, bała się, że zechce wykorzystać jej bezbronność. 
To  byłoby  bardzo  proste.  A  on  dał  jej  własne  ubranie.  On, 
którzy sam miał tak niewiele. 

Nie  walczyła  już,  pozwoliła  myślom  płynąć  swobodnie. 

Lepsze to, niż zastanawiać się, czy za chwilę coś nie wyskoczy 
na nią z krzaków. 

Sorensen  nie  był  bogaty,  ale  miał  przecież  konia.  Może  go 

ukradł? 

Trochę  dziwne  to  wszystko.  Nie  bał  się,  że  go  znajdą? 

Przecież  musiał  zdawać  sobie  sprawę,  że  ona  opowie 
wszystkim o tym spotkaniu. 

Odetchnęła  z  ulgą,  kiedy  wreszcie  zobaczyła  przed  sobą 

drogę. 

Za chwilę będzie bezpieczna. 
Zaczęła  biec.  Drogą  jechał  wóz.  Rozpoznała  sylwetkę  na 

koźle i o mało nie popłakała się z radości. 

-  Anders!  -  wykrzyknęła.  Nie  mogła  pozwolić,  by  pojechał 

dalej bez niej. 

 

background image

Spojrzał na nią z wyraźnym zdumieniem, ale zatrzymał konia. 
Zdyszana, zwolniła nieco kroku. - Nie masz pojęcia, jak się 

cieszę, że cię widzę - wystękała. 

- Muszę przyznać, że w pierwszej chwili cię nie poznałem - 

powiedział i zeskoczył na ziemię. - Co się stało? 

Utkwił  w  niej  pytające  spojrzenie.  Z  trudem  łapiąc  oddech, 

zaczęła opowiadać swoją nieszczęsną przygodę. 

-  A  kiedy  wyszłam  na  brzeg,  okazało  się,  że  moje  ubranie 

zniknęło - zakończyła. 

- Resztę opowiesz w domu, jedziemy - powiedział. 
Jak  dobrze  było  usiąść  koło  niego  na  koźle.  Dał  jej  swoją 

kurtkę,  zrobiło  jej  się  ciepło  i  przyjemnie.  Dopiero  teraz 
poczuła, jaka jest zmęczona. Ciało miała zupełnie bezwładne. 
Oparła  głowę  na  ramieniu  Andersa.  Kołysanie  wozu  działało 
na nią usypiająco. 

- Ubranie należy do Sorensena - podjęła. Chciała opowiedzieć 

o wszystkim, mimo zmęczenia. - Akurat tamtędy przejeżdżał. 

 

background image

- Co? - wykrzyknął Anders. - Sorensen? Przytaknęła. 
- Ten łotr odpowie nie tylko za napaść na staruszkę - wysyczał 

Anders. 

Abelone siadła prosto. Byli już niedaleko Gimle, nie chciała, 

by ktoś ją zobaczył z głową na ramieniu Andersa. W ogóle nie 
chciała, żeby ktoś ją teraz oglądał, w tym stroju. 

- Nie sądzę, by to on skradł mi ubranie. Po co w takim razie 

pomógłby mi potem? 

-  To  nieobliczalny  człowiek.  Nigdy  nie  wiadomo,  co  mu 

chodzi  po  głowie.  Anders  zerknął  na  nią  z  boku.  -  Właśnie 
dlatego jest taki niebezpieczny. 

Nie miała siły dłużej o tym myśleć. Najpierw musi dotrzeć do 

domu.  Zdawała  sobie  sprawę,  że  pewnie  wzbudzi  niezłą 
sensację 

Anders zajechał przed dom. Hilmar gapił się na nią zupełnie 

otwarcie, podobnie jak jeden z dzierżawców z żoną i Elisabeth, 
młodsza siostra Andersa, która bawiła się z Marie przy studni. 
Dała swej towarzyszce kuksańca w bok. 

 

background image

Oczy Marie zrobiły się wielkie jak spodki. Abelone nie miała 

siły  się  teraz  tłumaczyć.  Marzyła  tylko  o  tym,  by  zrzucić 
wreszcie to ubranie i włożyć własne. 

- Abelone! - wykrzyknęła dziewczynka. Anders ruchem ręki 

pokazał Abelone, by weszła do środka. 

- Opowiem im, co się stało - powiedział. -Jeśli chcesz? 
Skinęła  głową,  wdzięczna  za  jego  troskę.  -Dziękuję, 

Andersie. 

Wbiegła po schodach i wpadła do środka. Miała nadzieję, że 

przemknie  na  górę  niezauważona,  ale  niestety,  w  tej  samej 
chwili otworzyły się drzwi do salonu i stanął w nich ojciec. Zza 
jego  pleców  wyglądała  przerażona  twarz  Sofie.  Abelone 
domyśliła  się,  że  dziewczyna  zobaczyła  ją  przez  okno  i 
powiadomiła ojca. 

-  Abelone!  Obrzucił  ją  zdumionym  spojrzeniem,  ale  prędko 

odwrócił  wzrok,  zakłopotany.  -  Porozmawiamy,  kiedy  się 
przebierzesz - wymamrotał i wycofał się do salonu. 

 

background image

Wbiegła  po  schodach,  wpadła  do  pokoju.  Mały  Erik  spał 

spokojnie w swoim łóżeczku. 

Nagle zobaczyła swoje odbicie w lustrze. Ogromne spodnie 

przewiązane w talii sznurowadłem, kurtka Andersa, za szeroka 
w ramionach i biała koszula pod spodem. Zrzuciła z siebie to 
wszystko. 

Stanęła naga przed lustrem. To właśnie widział podglądacz. 

Jej nagie ciało. Nie dotknął jej, nie zrobił jej krzywdy, a mimo 
to tak właśnie się czuła. 

Zaczęła drżeć. Zmęczenie wróciło ze zwielokrotnioną mocą. 

Nie miała siły ubierać się i tłumaczyć ojcu, dlaczego wróciła do 
domu w męskim stroju. 

Dowlokła  się  do  łóżka  i  wsunęła  się  pod  rozkosznie  ciepłą 

kołdrę. 

Spać - to jedyne, czego w tym momencie pragnęła.