background image

Suzanne Carey

Spadkobiercy

background image

Rozdział 1

Dzień był bardzo piękny. A jednak ani błękit nieba, ani rzadkie o tej porze roku ciepło nie 

rozwiały  ogarniającego  Hattie  Lawford  niepokoju.  Właściwie  zawsze  się  tak  czuła,  gdy  miała 

rozpocząć pracę nad nowym projektem. A może nie chodzi o strach przed nowym zadaniem? –

przemknęło jej przez myśl. Może jestem obieżyświatem, który szuka domu?

Już z mostu nad rzeką Ashley, który dopiero co minęła, widać było stare domy Charlestonu. 

Jasne  i  lekkie,  sprawiały  wrażenie  mniejszych,  niż  zachowały  się  w  jej  pamięci  z  okresu,  gdy 

mieszkał tu jej ojciec. Od tej pory minęło jednak wiele lat.

Dla  kogoś,  kto  jak  ona  przybywał  z  tętniącej  życiem  Florydy,  gdzie  wszystko  ulegało 

ciągłym  zmianom,  te  domy,  których  spora  część  pochodziła  z  osiemnastego  wieku,  stanowiły 

niewiarygodne zjawisko.  Fakt, iż wciąż tu  stały  i tworzyły scenerię  życia  codziennego, był dla 

Hattie cudem trwałości.

Wiele  mieszkających  tu  rodzin  szczyci  się  historią  równie  dawną  jak  ich  domy,  ostrzegał 

Charley Daniels, szef Hattie, kiedy rozmawiała z nim w biurze w St. Petersburgu.

– Dziś w Charlestonie wiele się zmienia – wyjaśniał. – Ale nie wszystkim starym rodzinom 

się to podoba. Uważają, że najważniejszą sprawą jest ocalenie własności i tradycji dla następnych 

pokoleń.  Taka  postawa  jest  typowa  dla  ludzi  takich  jak  Summerfieldowie...  Ashe  nazwał  ich 

„braminami z Głębokiego Południa”.

Paul Ashe sam był charlestończykiem i członkiem rodziny Summerfieldów.

– To po co  właściwie  mam tam jechać?  – spytała.  –  Dlaczego myślisz, że  w ogóle zechcą 

słuchać  moich  rad,  jak  najlepiej  przekształcić  ich  rodzinną  plantację  w  kompleks 

wypoczynkowy? Nawet jeżeli rzeczywiście jest to dla nich najlepsze rozwiązanie.

–  Jedziesz  tam,  bo  takie  ci  dałem  zadanie,  moja  droga  –  uśmiechnął  się  nieznacznie.  –  I 

dlatego, że spodobało mi się to, co usłyszałem od Ashe’a. Pewnie masz zresztą rację, ale gdyby 

udało  nam  się  ubić  interes  z  Summerfieldami...  –  przerwał,  jego  spojrzenie  rozjaśniło  się.  –

Shadows  to  skarb,  nawet  jeśli  będziemy  musieli  włożyć  okrągły  milion  w  remont  domu. 

Otrzymanie tego zlecenia dodałoby nam chwały.

Hattie  wiedziała,  że  gdyby  udało  im  się  zdobyć  prawo  przebudowy  posiadłości 

Summerfieldów,  standard,  jaki  osiągnęłoby  to  miejsce,  nie  miałby  sobie  równych.  Stara 

konstrukcja harmonijnie połączyłaby się z nową i historyczne miejsce ożyłoby.

A jednak, zagłębiając się w labirynt wąskich uliczek zabudowanych uroczymi willami, Hattie 

nie  była  pewna,  czy  chce,  aby  jej  misja  się  powiodła.  Gdyby  któryś  z  tych  domów  należał  do 

mnie, myślała, zatrzymałabym go za wszelką cenę... zwłaszcza gdyby był własnością rodziny od 

pokoleń. Wyobrażała sobie, jakiej mocy nabierały podobne odczucia w przypadku plantacji – jak 

wielkie poczucie więzi z historią i miłość do ziemi musieli odczuwać ich właściciele.

background image

Parkując  obok  ogrodów  White  Point  naprzeciwko  hotelu,  zaczęła  rozmyślać  o  rodzinie 

Summerfieldów.  Paul  Ashe,  który  parę  tygodni  wcześniej  przyjechał  na  Florydę,  aby 

zaproponować  Charleyowi  pracę  nad  projektem,  był  jedynym,  jak  dotąd,  członkiem  rodziny, 

którego  poznała.  Razem  ze  swym  kuzynem  Jayem,  trzydziestoośmioletnim  pośrednikiem  w 

sprzedaży  nieruchomości  i  sześćdziesięciotrzyletnią  ciotką  Sarą  Summerfield  Ra  wis,  był 

spadkobiercą właścicielki Shadows. Mariah Ashe, młodsza siostra Paula, również uczestniczyła 

w spadku, ale jedynie Jay miał prawo do mieszkania w posiadłości.

Podobnie jak Hattie, Paul Ashe był architektem. Trzydziestokilkuletni, średniej budowy, miał 

lekko siwiejące  ciemne włosy, wyraźne  rysy i  w  sumie sprawiał  sympatyczne  wrażenie. Hattie 

nie  mogła  jednak  nabrać  do  niego  przekonania.  Nie  zjednał  jej  usilnym  pragnieniem 

dysponowania  rodzinnym  majątkiem  jeszcze  przed  śmiercią  swej  babki.  Frances  Summerfield 

bowiem wciąż żyła, chociaż prawdopodobnie niedługo już miała walczyć z rakiem.

Świadom  sytuacji,  Charley  prosił  Hattie,  aby  działała  ostrożnie,  mając  wzgląd  na  uczucia 

poszczególnych  członków  rodziny.  Takie  uwagi  nie  były  jej  potrzebne.  Tym,  co  najbardziej 

podobało  jej  się  w  firmie  prowadzonej  przez  Charleya,  była  stosowana  przez  niego  żelazna 

zasada: nie rozpoczynał on żadnych prac, dopóki wszystkie zainteresowane osoby nie czuły się 

zadowolone z projektu.

Sytuacja  Summerfieldów  była  jednak  wyjątkowo  skomplikowana.  Szalone  przywiązanie, 

jakim Frances Summerfield darzyła rodzinną siedzibę, nie dawało jej jednak prawa do zakazania 

sprzedaży majątku po swojej śmierci. Ale zrobiła wszystko, aby tę sprzedaż utrudnić.

Gdyby majątek pozostał w rodzinie, Jay  Summerfield, najstarszy spadkobierca,  otrzymałby 

dożywotnie  prawo  rezydenta.  Gdyby  jednak  zdecydowano  się  na  sprzedaż,  Jay  musiałby  się 

podzielić zyskiem z Sarah Rawls, Mariah i Paulem.

Pani  Rawls  była  wygodnie  urządzona,  a  rodzina  oczekiwała,  że  poślubi  owdowiałego 

sędziego,  który  dotrzymywał  jej  towarzystwa.  Nie  potrzebowała  pieniędzy  i  prawdopodobnie 

podporządkowałaby  się  woli  matki  odnośnie  Shadows.  Mogła  jednak  zostać  przekonana,  że 

sprzedaż  leży  w  interesie  plantacji;  Resorts  America  było  w  stanie  przywrócić  jej  dawną 

świetność.

Siostra  Paula,  Mariah,  nie  osiągnęła  jeszcze  pełnoletności  i  nad  jej  majątkiem  sprawował 

nadzór brat. Prawdziwy problem stanowił Jay Summerfield; w przypadku sprzedaży Shadows, on 

straciłby najwięcej.

Paul nieznacznie wzruszył ramionami, gdy Charley poruszył sprawę pozycji Jaya.

–  Nie  mam  pojęcia,  jak  on  się  zachowa.  Nie  jesteśmy...  w  bliskich  stosunkach.  Jay  to 

zagorzały konserwatysta, który zezwoli na zmiany tylko wobec braku realnej alternatywy. Sądzi, 

że Bóg stworzył Shadows, a dopiero później resztę świata. Ale kto wie? Jest prezesem zarządu 

Komitetu Odnowy Historycznej i nieraz podejmował dość liberalne decyzje.

background image

Nie w tym przypadku, o ile instynkt mnie nie myli, pomyślała Hattie, dźwigając bagaże do 

hotelu. Postara się jednak spełnić  polecenia  Charleya. Po południu spotka się z Paulem, a rano 

zwiedzi plantację. Za kilka dni telefonicznie przekaże uwagi Charleyowi. Pragnęła przekonać go 

jednak, że gdyby zdecydował się przyjąć projekt, rozmowy z rodziną powinien podjąć dopiero po 

śmierci Frances.

Hattie  szybko  rozpakowała  się  i  stanęła  przed  lustrem,  by  poprawić  makijaż.  Energicznie 

rozczesała  kręcone,  rozjaśnione  słońcem  włosy  i  spięła  je  w  luźny  węzeł.  Opalona  słońcem 

Florydy twarz nie wymagała różu, Hattie wytuszowała wiec tylko rzęsy okalające duże, zielone 

oczy i musnęła szminką wargi o lekko opadających kącikach.

Daleko  mi  do  piękności,  pomyślała.  Wyglądam  wciąż  dziecinnie,  mimo  dwudziestu 

dziewięciu lat.

Wiatr  rozwiewał  włosy  Hattie,  gdy  jechała  wzdłuż  East  Battery,  opuściwszy  dach  swego 

mustanga. Zgodnie ze wskazówkami Paula skręciła w lewo na stary rynek, który zdawał ciągnąć 

się przez kilka przecznic. Towary i sprzedawcy znajdowali cień pod stiukowymi łukami.

Zdołała znaleźć miejsce naprzeciw Henry’ego, znanej charlestońskiej restauracji. Paul czekał 

już w barze. Na jej widok poderwał się z miejsca.

– Mam nadzieję, że miała pani dobrą podróż. Czego się pani napije?

Hattie zdecydowała się na gin z tonikiem. Obserwowała Paula, gdy składał zamówienie i po 

raz kolejny ogarnęła ją myśl, że Paul niemal odpowiada jej ideałowi mężczyzny. Bogu dzięki za 

to „niemal”, pomyślała, patrząc na złotą obrączkę na jego lewej dłoni. Nie zniosłabym myśli, że 

mężczyzna moich marzeń jest już żonaty.

Nietrudno  było  zauważyć,  że  on  też  uważał  ją  za  atrakcyjną  dziewczynę.  Spojrzał  na  nią 

ciepło, zapalając papierosa i Hattie zaczęła się zastanawiać, czy Paul zamierza ją poderwać.

– Jak się czuje pana babcia? – spytała. – Rozmawiał pan już z rodziną o projekcie?

–  Najpierw  drugie  pytanie  –  uśmiechnął  się.  –  Przygotowałem  grunt  w  rozmowie  z  ciocią 

Sulky, jak ją nazywamy, ale nie poruszyłem jeszcze sprawy naszego projektu. Nie chcę o niczym 

mówić Jayowi, dopóki nie obejrzy pani plantacji.  Co do babci,  koniec może nastąpić  w  każdej 

chwili. Niech pani nie myśli, że jestem gruboskórny, ale to będzie dla niej najlepsze.

Nawet jeśli jest zgryźliwą, starą kobietą, troszczę się przecież o jej dobro.

Czy moja dezaprobata była aż tak widoczna?

– pomyślała Hattie .

– Nie mam co do tego wątpliwości – odpowiedziała.

– I zgadzam się, że na razie lepiej jest trzymać nasz projekt w tajemnicy. Dużo myślałam o 

pańskim kuzynie. Z tego, co mówił pan w St. Petersburgu, wnioskuję, że może on przeszkodzić 

w realizacji naszych planów. Czy mogłabym coś więcej o nim usłyszeć?

– Proszę bardzo. – Paul wzruszył ramionami. – Co chciałaby pani wiedzieć?

background image

–  Stan  cywilny  –  odparła  bez  wahania.  –  Czy  ma  dzieci,  które  będą  po  nim  dziedziczyć. 

Osobowość... czego można się spodziewać w kontaktach z nim.

– Jeśli chodzi o pierwsze pytanie, to Jay jest kawalerem. Typ samotnika. O ile wiem, jedyną 

kobietą, której zaproponował małżeństwo, była moja żona.

Hattie  spojrzała  na  niego  ze  zdumieniem.  Nie  umknęła  jej  uwagi  duma  Paula  związana  z 

faktem, iż zdobył kobietę, o której względy zabiegał także jego kuzyn.

Paul  obserwował  ją,  jakby  był  ciekaw  reakcji,  jaką  wywołała  ostatnia  wiadomość.  Może 

spodziewał się, że Hattie zechce drążyć temat stosunków rodzinnych. To jednak nie nastąpiło.

– Nie odpowiedział pan na moje kolejne pytanie – przypomniała. – Jaki jest pański kuzyn? 

Spokojny? Rozsądny? Czy on w ogóle będzie chciał nas wysłuchać?

–  Na  wszystkie  te  pytania  mogę  odpowiedzieć:  tak.  Gdybym  nie  widział  możliwości 

przekonania go o celowości naszych planów, nie zaczynałbym całej sprawy. Jeśli chodzi o Jaya, 

najważniejszą rzeczą, jaką trzeba sobie uświadomić, to fakt, że jest on arystokratą... poczynając 

od  jaguara,  a  kończąc  na  kucykach  do  gry  w  polo,  które  hoduje.  Bardzo  poważnie  traktuje 

tradycję.  Jest  przekonany,  że  stare  rezydencje  powinny  pozostać  w  rękach  odwiecznych 

właścicieli.  I  tylko  świadomość,  że  jedynym  ratunkiem  dla  domu  może  być  taka  firma  jak 

Resorts America, sprawia, że ewentualnie rozważy sprzedaż Shadows.

Hattie  nie  odzywała  się,  analizując  portret  naszkicowany  przez  Paula.  Coraz  bardziej 

intrygowała ją perspektywa spotkania z owym kuzynem.

– Jak pan wie – spojrzała w końcu na Paula i swobodnie zmieniła temat – zdecydowaliśmy 

się  przeprowadzić  własną  wycenę  posiadłości.  Chciałabym  obejrzeć  majątek  już  jutro. 

Wspominał pan, że mogę otrzymać klucze od furtki i głównego budynku.

– Tak, pożyczę pani mój komplet. Ale myślałem, że zwiedzimy Shadows razem i omówimy 

projekt  utworzenia  kompleksu  wypoczynkowego  i  centrum  konferencyjnego.  Chciałbym  też 

usłyszeć pani zdanie na temat przekształcenia rezydencji w klub.

Słuchając  Paula  Hattie  wychwyciła  entuzjazm  i  szczerość  brzmiące  w  jego  głosie. 

Zaskoczyło ją to, ponieważ do tej pory zdawał się kierować jedynie względami finansowymi, a 

teraz  odniosła  wrażenie,  że  zależy  mu  też  na  jak  najlepszym  wykorzystaniu  rodowej  siedziby. 

Jednak wstępną ocenę wolała przeprowadzić samotnie.

– Oczywiście oglądałam pańskie plany i uważam, że są ciekawe i twórcze – powiedziała. –

Zazwyczaj jednak na pierwszy rekonesans idę sama. Będziemy mieli jeszcze mnóstwo okazji do 

dyskusji.

– Jak pani sobie życzy. – Paul podał jej klucze.

– Lorelei,  moja żona, miała nadzieję gościć panią  dziś na  kolacji. Niestety,  zadzwoniła do 

mnie  przed  godziną  z  wiadomością,  że  zebranie  zarządu  przeciągnie  się  do  późna.  Może 

zjedlibyśmy więc kolację tutaj we dwoje?

background image

Hattie  zdawała  sobie  sprawę,  że  zaproszenie  Paula  mogło  stanowić  pierwszy  krok  „ku  ich 

lepszemu  poznaniu”  albo  wynikało  z  chęci  kontynuowania  dyskusji  o  warunkach  sprzedaży 

posiadłości.  Mogło  też  wypływać  ze  zwykłej  życzliwości.  Właściwie  powód  nie  był  istotny. 

Hattie nie cierpiała jeść samotnie w nowych miejscach. Zjedli więc razem kolację, później jednak 

Hattie kategorycznie oświadczyła, że chce wracać do siebie.

– Mam za sobą długą drogę – powiedziała tłumiąc ziewanie. – A chcę pojechać na plantację 

wcześnie rano.

– Dobrze, Hattie – powiedział ze śmiechem, zamykając za nią drzwi samochodu. – Rób, jak 

chcesz. Nie będę ci się narzucał, dopóki nie zobaczysz Shadows. Ale obiecaj mi jedno... że jak 

tam  przyjedziesz,  poddasz  się  po  prostu  urokowi  tego  miejsca.  Przez  Sha–  dows  nie  można 

przejechać obojętnie, nawet jeśli się nie jest Summerfieldem...

Hattie  wspomniała  te  słowa  następnego  ranka,  gdy  opuściła  przedmieścia  Charlestonu  i 

skręciła  w  Ashley  River  Road.  Nie  potrzebowała  Paula  ani  nawet  Charleya,  aby  wiedzieć,  że 

Shadows  nie  jest  jeszcze  jednym  z  tych  uroczych  domów,  które  mijała.  Widziała  zdjęcie  tego 

budynku w którejś z książek o architekturze, zanim w ogóle Paul pojawił się w biurze Charleya. 

Zdawała  sobie  sprawę,  że,  podobnie  jak  pobliski  Drayton  Hall,  siedziba  rodu  Summerfieldów 

stanowi jeden z najpiękniejszych przykładów palladianizmu georgiańskiego w Ameryce.

Zastanawiała  się,  czy  przywiązanie  do  rodzinnej  siedziby,  które  Paul  Ashe  mimochodem 

zdradził,  nie  było  jeszcze  jedną  przyczyną,  dla  której  pragnął  utworzyć  tam  kompleks 

wypoczynkowy i centrum kongresowe.

Wątpię, czy kuzyn Paula ujrzy całą sprawę w tym samym świetle, pomyślała. Nie sądzę też, 

abyśmy zdołali go przekonać.

Hattie  zatrzymała  samochód  i  wysiadła,  aby  otworzyć  bramę.  Chwilę  później  jechała 

szeroką,  zaniedbaną  aleją  porośniętą  dębami.  Wokół  słychać  było  głosy  ukrytych  w  gałęziach 

ptaków.

Hattie zwolniła, zauroczona pięknem tego miejsca. Zatrzymała się, gdy u końca alei ukazał 

się  dom.  Jego  czerwone  cegły  lśniły  łagodnym,  różowym  blaskiem  w  promieniach  słońca. 

Poprzedniego dnia Hattie rozmyślała o uczuciu „przyjazdu do domu”, ale nie sądziła, że dozna 

go właśnie tutaj. A jednak odniosła teraz wrażenie, że Shadows zawsze na nią czekało; ze swym 

urwiskiem, bagnami i szeroką, błękitną rzeką.

Jej  oko  architekta  rozkoszowało  się  elegancją  detali,  odnajdywało  klasyczną  symetrię  i 

równowagę konstrukcji.

A jednak wszystkie te myśli przysłoniło spontaniczne wzruszenie. Paul uprzedził ją, że dom 

stoi pusty, odkąd kilka lat temu Frances Summerfield przeniosła się do miasta. I teraz, patrząc na 

odsłonięte okna starego domu, Hattie zapragnęła objąć Shadows ramionami, przywrócić je życiu, 

zgłębić  jego  historię.  I  zamieszkać  tu  razem  z  ukochanym  mężczyzną,  podpowiedział  jakiś 

wewnętrzny głos.

background image

Nie ma nikogo, kogo bym kochała, pomyślała.

W  tej  chwili  usłyszała  stuk  młotka.  Spostrzegła  też  starą  półciężarówkę  zaparkowaną  koło 

podwójnych, symetrycznych schodów, wznoszących się do głównego wejścia. Ktoś najwyraźniej 

przeprowadzał jakieś naprawy, pewnie na polecenie Jaya Summerfielda, który chciał przywrócić 

dom do stanu używalności. Hattie sądziła, że po śmierci babki planuje on zamieszkać tu na stałe.

Miała  w  portfelu  wizytówkę  Paula  Ashe.  Jeśli  robotnicy  będą  mieli  obiekcje  co  do  jej 

obecności  na  terenie  posesji,  powie  im,  żeby  zadzwonili  do  Paula.  Nie  przewidywała  jednak 

trudności.

Próbując otrząsnąć się z marzeń, Hattie pieszo ruszyła w stronę domu. W tafli niewielkiego 

jeziorka  ujrzała  odbicie  budynku,  tworzące  całość  z  olbrzymim,  pewnie  tysiącletnim  dębem. 

Pomyślała  nagle,  że  zamienić  to  miejsce  w  kompleks  wypoczynkowy  i  klub  byłoby 

świętokradztwem.  Zrozumiała,  że  jeśli  chce  obiektywnie  ocenić  projekt  przebudowy,  musi 

zapanować nad emocjami. Wciąż jednak stała w miejscu snując marzenia, gdy naraz nieruchomy 

obraz w tafli jeziora został zakłócony. Obok niej pojawił się siwiejący mężczyzna w dżinsach i 

niebieskiej,  roboczej  koszuli.  Hattie  uświadomiła  sobie,  że  nie  słychać  stukania  młotka,  doszła 

więc do wniosku, że stoi przed nią majster, ciekaw, co ona tu właściwie robi.

– Mogę spytać, kim pani jest i co pani tu robi?

– spytał grzecznie, potwierdzając jej przypuszczenia.

Miał miły głos.

Ale kiedy odwróciła się, aby na niego spojrzeć, zrozumiała, że mężczyzna ten na pewno nie 

jest robotnikiem, chociaż z pewnością umiał posługiwać się narzędziami stolarskimi.

Mimo siwiejących włosów,  gęstych  i prostych, nie wyglądał na  więcej niż trzydzieści parę 

lat. Był dobrze zbudowany i miał gładką, jakby rzeźbioną twarz. W kącikach piwnych oczu kryły 

się drobne zmarszczki zdradzające wesołe usposobienie. Miał stanowcze, ruchliwe usta, trochę za 

szerokie,  którym  najwyraźniej  nieobca  była  czułość  czy  śmiech.  Hattie  odniosła  wrażenie,  że 

emanuje z niego siła, ciepło i pewna wytworność. Czuł się prawdopodobnie równie swobodnie w 

koszulach  Diora,  jak  i  w  roboczym  stroju,  który  właśnie  miał  na  sobie.  Nie  był  przystojny  w 

tradycyjnym rozumieniu, ale miał w sobie coś, czemu nie sposób było się oprzeć.

– Ta posiadłość jest zamknięta dla zwiedzających – zauważył grzecznie, a Hattie uchwyciła 

błysk rozbawienia w ciemnych oczach.

– Ja... – poczuła nagle, że się rumieni – mam klucz.

– Doprawdy? – spojrzał zdziwiony. – A kto był tak miły, że go pani użyczył?

–  Jeden  z  właścicieli.  –  Zwilżyła  wargi.  –  Pan  Paul  Ashe  z  Charlestonu.  Jestem...  jego 

współpracowniczką.

–  – Rozumiem. A więc musi być pani architektem?

Przytaknęła.  Kim  jest  ten  mężczyzna,  zastanawiała  się.  Jest  dobrze  wychowany,  a 

równocześnie ma w sobie coś władczego.

background image

– Jako gość mojego kuzyna  jest tu pani oczywiście  mile widziana – odezwał się głębokim, 

miękkim głosem. – Nazywam się Jay Summerfield. Z przyjemnością oprowadzę panią i opowiem 

trochę o historii tego miejsca.

background image

Rozdział 2

Hattie nie odpowiadała. A więc jednak nie zwiedzi Shadows samotnie. Zamiast Paula Ashe’a 

będzie miała za przewodnika jego kuzyna Jaya, tego samego Jaya, który miał się przeciwstawić 

projektowi zmian.

Nie powinna się dziwić. Teraz, wiedząc już, z kim ma do czynienia, Hattie zastanawiała się, 

jak  mogła nie  zauważyć  podobieństwa  między Jayem  a  Paulem.  Paulowi  jednak brakowało  tej 

nieokreślonej  siły,  którą  spostrzegła  u  jego  kuzyna.  Porównanie  tych  dwóch  mężczyzn 

przypominało wychwytywanie różnic między dziełem sztuki a imitacją. Jay Summerfield budził 

też zaufanie.

A  jednak  Hattie  poczuła  się  niepewnie  na  wieść,  kim  jest  nieznajomy.  Zgodziła  się  nie 

rozmawiać z Jayem na temat projektu, dopóki nie przeprowadzi wyceny Shadows. Znalazła się 

więc w trudnym położeniu, ponieważ nie wyjawiła charakteru swej wizyty.

Muszę mu powiedzieć prawdę, pomyślała. To nie będzie miłe.

– Nie dosłyszałem pani nazwiska – powiedział, biorąc ją pod rękę.

– To dlatego,  że  go panu  nie podałam. – Hattie  z trudem  stłumiła  śmiech.  –  Nazywam się 

Harriet Lawford i pracuję dla Resorts America. Jak pan widzi, nie jestem szpiegiem na usługach 

związków zawodowych.

– Informacja o jej miejscu pracy zdawała się jednak do niego nie docierać.

–  Może  jest  więc  pani  toryską  –  zastanawiał  się,  patrząc  na  nią  z  uśmiechem.  –  Przez 

Shadows przewinęli się już różni szpiedzy.

To  był  najwłaściwszy  moment,  aby  powiedzieć  mu,  że  może  co  prawda  niezupełnie 

szpiegowała,  jednak  nie  pomyliłby  się  zupełnie,  gdyby  tak  właśnie  sądził.  Ale  dotyk  jego 

ramienia działał na nią tak, że nie była w stanie nic powiedzieć.

–  Mieszkałam  kiedyś  w  Anglii  –  wyznała.  –  Sam  musi  pan  zdecydować,  czy  jestem 

niebezpieczną osobą, czy nie.

– Musiałbym  w  takim  razie  lepiej  panią  poznać  –  Jay  roześmiał  się.  –  Instynkt  mi 

podpowiada, że jest pani niebezpieczna, choć w innym sensie. W każdym razie oprowadzę panią, 

ponieważ zakładam, że jest pani wielbicielką architektury palladiańskiej.

–  Przynajmniej  w  tej  sprawie  się  zgadzamy  –  podsumowała  łagodnie,  dając  się  prowadzić 

przez trawnik na tyły domu.

Powiedz mu, podpowiadał wewnętrzny głos. Może ci być potem bardzo  przykro, jeśli tego 

nie zrobisz.

Przecież  nie  skłamałam.  I  powiem  mu...  dziś,  zanim  odjadę.  Ale  czuję,  że  spotkałam 

mężczyznę,  na  którego czekałam  od  lat.  I chcę  jego  towarzystwa,  choćby przez  krótką  chwilę. 

Potem może mnie wyrzucić. Ale... zawsze też mogę mieć nadzieję, że poprosi, abym została.

background image

– Pomyślałem, że może zechce pani obejrzeć Shadows od strony rzeki, zanim wejdziemy do 

środka,  panno  Lawford.  – Jay Summerfield  prowadził  ją po spadzistych  kamiennych stopniach 

do  ogrodów  i  w  stronę  dwóch  sztucznych  jezior  otoczonych  przez  pola  ryżowe,  dziś  już  nie 

uprawiane. – Czy mogę zwracać się do pani Harriet?

– Harriet to moja cioteczna babka, a ja jestem Hattie – odpowiedziała z uśmiechem. – Co to 

za cudowny zapach, przypominający woń dojrzałych moreli?

– Herbaciane oliwki. Jedne z najstarszych krzewów w całej posiadłości.

Przystanęli bez słowa,  spoglądając  w  górę na  dom.  Widzieli go  takim, jakim  ukazywał  się 

gościom  przybywającym  drogą  wodną.  Hattie,  która  pisała  pracę  dyplomową  z 

wczesnoamerykańskiego budownictwa, nie zaskoczył fakt, że Shadows miało dwie równorzędne 

fasady;  jedną  zwróconą  ku  rzece,  drugą  ku  drodze.  W  połowie  osiemnastego  wieku,  gdy  dom 

został  zbudowany,  Ashley  River  Road  nie  była  wiele  większa  niż  szlak  indiański,  a  rzeka 

stanowiła główną arterię komunikacyjną.

Jay Summerfield opierał lekko rękę na jej ramieniu i Hattie kątem oka spostrzegła, że skóra 

jego dłoni i palców jest stwardniała, jakby sam wykonywał wiele prac renowacyjnych. Ale zaraz 

potem zwróciła całą uwagę ku domowi, chłonąc jego czar, jak radził Paul, podziwiając klasyczny 

kształt złamany jedynie dwupiętrowym portykiem z doryckimi i jońskimi kolumnami. Uważnie 

śledziła  prosty  i  elegancki  fronton.  W  porównaniu  z  innymi  domami,  jakie  widziała,  a  które 

pochodziły sprzed wojny domowej, Shadows wydawało się niemal małe.

Jay zdawał się czekać na jej reakcję.

– To byłoby trywialne  powiedzieć,  że jest  tu pięknie  – odezwała  się w  końcu.  – Traktując 

sprawę z zawodowego punktu widzenia, mogłabym wyliczyć szczegółowo jego zalety. Ale... już 

to przecież słyszałeś, prawda? Może bardziej by cię zainteresowało, co poczułam przyjeżdżając 

tutaj?

– Bardzo by mnie zainteresowało, panno Lawford – odpowiedział, a w jego oczach pojawiły 

się iskierki.

– Hattie – przypomniała łagodnie. – Pewnie pomyślisz, że jestem szalona, ale kiedy ujrzałam 

ten dom po raz pierwszy, zapragnęłam otoczyć go ramionami. Miałam wrażenie, że on czeka na 

kogoś,  kto  znów napełni  jego  wnętrze marzeniami  i śmiechem... ożywi przeszłość codziennym 

życiem. I przez chwilkę, tam na drodze, zapragnęłam być tą osobą.

Hattie nie potrafiłaby określić, co wyrażało spojrzenie Jaya. Nie odezwał się jednak.

– Widzisz? – Hattie roześmiała się. – Mówiłam, że uznasz mnie za nienormalną.

Powoli  potrząsnął  głową.  Stali  tuż  koło  siebie  i  do  Hattie  doleciał  nagle  zapach  wody  po 

goleniu,  której  Jay  musiał  użyć  wiele  godzin  wcześniej.  Nagle  pomyślała,  że  mógłby  ją 

pocałować. I chociaż tego nie uczynił, w jego przeciągłej, charlestonskiej mowie dała się słyszeć 

wyraźna ciepła nuta, kiedy się w końcu odezwał.

background image

–  Nie  jesteś  szalona.  Nie  masz  pojęcia,  ilu  ludzi  mówiło  mi,  zechciałoby  „naprawić” 

Shadows, uczynić z niego elegancki dom, nadający się do reklamy w folderach. Lecz przeważnie 

nie rozumieli oni, ile takie miejsce znaczy dla wszystkich dusz, które tu znalazły schronienie.

– Zwłaszcza dla Summerfieldów.

-Zwłaszcza.  –  Uśmiechnął  się.  –  Ludzie  są  jedynymi  zwierzętami,  które  nadają 

romantycznego charakteru miejscom zamieszkania.

Hattie  odpowiedziała  uśmiechem.  Podobało  jej  się  to,  co  mówił  i  fakt,  że  nie  krył  swych 

myśli.  A  poza  tym  podobał  jej  się  on  sam.  Zdawała  sobie  jednak  sprawę,  że  bliższe  stosunki 

między nimi nie mogłyby oznaczać zwykłego romansu.

Być  może  Jay  też  to  rozumiał  i  dlatego  właśnie  określił  ją  jako  „niebezpieczną”.  Niestety, 

przyjechała  tu,  aby  namówić  go  do  realizaq’i  projektu,  który  miał  na  zawsze  pogrzebać  jego 

marzenia. I dlatego trudno było jej grać rolę osoby, która je akceptuje.

Nie, pomyślała, to nie tak. To, co powiedziałam, płynęło prosto z serca, chociaż później Jay 

nigdy mi w to nie uwierzy.

Uwierzysz mi? Patrzyła na niego pytająco, mrużąc oczy w świetle słońca. Milczenie między 

nimi przeciągało się.

–  Ależ  jesteśmy  gadatliwi,  Hattie  –  odezwał  się  w  końcu  Jay.  –  Chociaż  żadne  z  nas  nie 

odezwało się ani słowem.

– Nie każ mi formułować pytania. Po prostu odpowiedz: tak.

Jay roześmiał się i objął Hattie jedną ręką.

– Bez względu na to, w co się pakuję?

– Właśnie dlatego.

–  W  takim  razie  mówię  „tak”.  A  teraz  tylko  od  ciebie  zależy,  czy  odpowiesz  na  moje  nie 

wypowiedziane pytanie.

– Co byś chciał usłyszeć: „tak” czy „nie”? – Hattie udawała, że się waha.

Jay zmarszczył lekko brwi, jak wówczas, gdy pytał, kto jej dał klucz. Skrywane rozbawienie 

taiło się w kącikach ust.

– Powiedz po prostu coś pasującego do sytuacji.

– Dobrze. „Tak” do niej pasuje. Skinął lekko głową i spytał:

– Chcesz usłyszeć pytanie?

– Jeśli nie będę musiała zadać ci mojego – odparowała.

– Hmm... – Ciemne tęczówki jego brązowozłotych oczu rozszerzyły się. – Zgodzę się na to... 

pod warunkiem, że obiecasz zadać je wówczas, gdy uznasz to za stosowne.

– Raczej nie będę mogła tego uniknąć. – Poczucie winy przelotnie przytłumiło blask jej oczu, 

tak, że nie zdołał nic z nich wyczytać.

–  Dobrze.  Żałuję  teraz,  że  nie  wykorzystałem  pytania  do  jakiegoś  lepszego  celu. 

Zastanawiałem  się,  czy  przypadkiem  nie  jesteś  piękną  zjawą,  która,  jak  kiedyś  wierzyłem, 

background image

nawiedzała Shadows... Nazywała się Elizabeth i miała takie same cudowne, niesforne włosy jak 

ty i ten sam gołębi odcień oczu.

– Zjawa? – Hattie wstrzymała oddech.

–  Była  żoną  Aynsleya  Summerfielda,  który  jako  pierwszy  z  naszej  rodziny  przybył  w  te 

strony  i  wybudował  dom. Była  znacznie  młodsza  od  niego.  Tak  naprawdę  wcale nie  nawiedza 

rodzinnego  majątku...  robi  to  tylko  w  mojej  wyobraźni.  A  ponieważ  potwierdziłaś  moje 

przypuszczenia, pokażę ci jej portret. Wisi w młynie, nad moim łóżkiem. Ale najpierw chodźmy 

na górę i obejrzyjmy Shadows.

Hattie bez słowa pozwoliła  mu się prowadzić w stronę domu. Co to za młyn, zastanawiała 

się. Czy Jay ma tam jakieś kawalerskie mieszkanie na terenie posiadłości? Oczy mu błyszczały, 

gdy  proponował  jej  obejrzenie  portretu  wiszącego  w  sypialni.  Wahała  się;  z  jednej  strony 

obawiała  się  tej  wizyty,  z  drugiej  ciekawiła  ją  ta  Elizabeth.  Czy  rzeczywiście  jest  do  niej 

podobna?

Żelazna  balustrada  schodów  przed  głównym  wejściem  rozgrzana  była  przez  wrześniowe 

słońce.

–  Pochodzi  ze  Szwecji.  –  Jay  bezbłędnie  odgadł,  jakim  detalem  domu  właśnie  się 

zainteresowała, po czym dodał: – Tak, tak, naprawdę jesteś podobna do tej damy z portretu.

– Skąd wiesz, że o niej myślałam? – Hattie nie potrafiła ukryć zdumienia.

– Summerfieldowie zawsze byli znani z umiejętności czytania ludzkich myśli.

Tonąc  w  rozmyślaniach  Hattie  podążyła  za  człowiekiem,  który  wprowadzał  ją  do  starego 

domu o niezwykłej historii. Schody wewnętrzne, wznoszące się prawdopodobnie do sali balowej 

na  drugim  piętrze,  tworzyły  idealnie  wyważoną,  dwuskrzydłową  konstrukcję.  Prowadziły  do 

szerokich,  delikatnie  rzeźbionych  drzwi,  teraz  jednak  w  bardzo  złym  stanie.  Jay  podparł  je 

prowizorycznymi stemplami z surowego drewna.

–  Obawiam  się,  że  te  wszystkie  rusztowania  utrudnią  ci  zwiedzanie.  Gdy  przyjechałaś, 

stawiałem właśnie kolejne.

Wskazał  jej  drogę  do  wielkiej,  pustej  sali,  gdzie  niegdyś  Summerfieldowie  przyjmowali 

gości. Ściany były tu wyłożone boazerią i pokryte wyblakłą farbą. Podłoga z sosnowego drewna 

miała brązowy, zmatowiały kolor, jakby od dziesiątków lat nikt jej nie froterował.

Wokół  kominka  o  wspaniałej,  choć  zrujnowanej  fasadzie  stały  rusztowania,  a  obok  na 

podłodze pudło na narzędzia, magnetofon i termos. Hattie spostrzegła, że strop nad paleniskiem 

był  bardzo  zniszczony,  miejscami  prześwitywały  nagie  listwy.  Część  najwyraźniej  groziła 

zawaleniem. Gdyby tak się stało, pomyślała, odpadłby również gipsowy medalion umieszczony 

pośrodku.  A  jednak,  mimo  wszystkich  zniszczeń,  pokój  ten  zachował  dawne  piękno.  Światło 

wlewało się przez wysokie od podłogi do sufitu okna.

–  Wnętrze  domu  malowano  ostatni raz tuż po zakończeniu wojny  z Północą  – odezwał się 

Jay.

background image

– Blachę z dachu przerobiono na kule dla konfederatów, a kiedy dach zaczął przeciekać do 

środka,  przeprowadzono  trochę  prac  remontowych.  Ale  podobnie  jak  większość  mieszkańców 

Południowej Karoliny, moja rodzina była wówczas niemal bez środków do życia. Całe pokolenia 

Summerfieldów żyły tu w nędzy.

–  Ale  to  już  przeszłość,  prawda?  –  Hattie  spojrzała  na  niego  przeciągle.  –  Ty  jesteś 

biznesmenem, któremu się powiodło.

– Mój  kuzyn tak  ci  powiedział?  – Przez  chwilę patrzył na  nią uważnie,  po czym  wzruszył 

ramionami.

– Tak, to chyba prawda. Ale potrzebna mi będzie prawdziwa fortuna, jeśli kiedyś zdecyduję 

się przeprowadzić tu taki remont, o jakim marzę.

Hattie,  której  zadanie  stanowiła  właśnie  precyzyjna  wycena  kosztów  potrzebnych  do  tego 

celu,  wiedziała,  że  Jay  nie  przesadza.  Odwróciła  się  zamyślona  i  uchwyciła  ich  odbicia  w 

wielkim, zmętniałym lustrze, oprawionym w pozłacane ramy, które umieszczone było w drugim 

końcu sali.

– To jedna z rzeczy, których nie wywieźliśmy, gdy kilka lat temu babcia przeprowadziła się 

do miasta.

-Jay podążył za jej wzrokiem. – Jest przymocowane do ściany i nie sądzę, aby komuś udało 

się je stąd ruszyć.

Stali blisko siebie, choć nie tak blisko jak wcześniej nad rzeką. Właściciele Shadows nieraz 

musieli tak właśnie stać, pomyślała Hattie. Aynsley Summerfield mówił swej młodej żonie, jak 

bardzo ją kocha, a potem prosił, aby podążyła za nim po cudownych, mahoniowych schodach na 

górę.  A  ona  w  odpowiedzi  wyciągnęła  delikatną  dłoń,  aby  dotknąć  jego  posiwiałych  skroni  i 

wyszeptała, że się zgadza...

– Powiedz mi, jak tu było dawniej – poprosiła.

– Pięknie.

Jakiś specjalny, miękki ton kazał Hattie zastanowić się, czy Jay nie myślał o tym samym.

– Niegdyś te ściany miały kolor kości słoniowej.

Pilastry  malowano  tak,  aby  przypominały  marmur,  a  podłogę  szorowano  aż  do  uzyskania 

perlistej bieli, by stanowiła odpowiednie tło dla chińskich dywanów, które Elizabeth przywiozła 

z Anglii.

Hattie przymknęła oczy, próbując wyobrazić sobie wyściełane jedwabiem kanapy i chińskie 

bibeloty  na  obramowaniu  kominka.  Czy  potrafię  żyć  dalej  w  zgodzie  z  sobą,  pomyślała,  jeśli 

zamienimy tę uroczą salę w miejsce do popijania koktajli podczas jakichś konferencji?

–  Skąd... skąd  to  wszystko  wiesz?  –  spytała nagle,  próbując  pozbyć się  smutnych  myśli.  –

Czy przypadkiem nie jesteś duchem Aynsleya?

Pytanie  wywarło  zamierzony  efekt.  Jay  roześmiał  się  i  Hattie,  przynajmniej  na  moment, 

poczuła się lepiej.

background image

–  Niewykluczone.  Jak  widzę,  nie  tylko  Summerfieldowie  potrafią  czytać  cudze  myśli.  Ale 

dysponuję  też  bardziej  namacalnym  źródłem  wiedzy.  Przez  pewien  czas,  żyjąc  tutaj,  Elizabeth 

pisała pamiętnik. Brandon Summerfield również czyni wzmianki na temat domu w swych listach, 

żaląc się na brak środków, aby przeprowadzić remont.

– Kim był Brandon Summerfield?

– Właścicielem posiadłości podczas owych tragicznych wydarzeń.

– Masz na myśli wojnę secesyjną? – Hattie zmarszczyła brwi.

–  Możesz  tak  to  nazywać.  –  Jay  nie  przestawał  się  uśmiechać.  –  My  nie  używamy  tego 

określenia  zbyt  często.  Jeśli  unosi  nas  gniew  z  powodu  zniszczenia  lub  utraty  rodzinnego 

dziedzictwa, mówimy raczej o napaści jankesów.

– Postaram się uważać na dobór słów.

– Nie jesteś z Południa, prawda? Jestem tego niemal pewien. Ale nie potrafię określić twego 

akcentu.

–  Nic  dziwnego.  Obecnie  mieszkam  na  Florydzie,  więc  jak  sądzę, czyni  mnie  to  w  jakimś 

sensie  obywatelką  Południa.  Ale  urodziłam  się  w  Wirginii,  a  potem  mieszkałam  pewnie  w 

dwudziestu  różnych  stanach,  włączając  w  to  Południową  Karolinę,  a  także  w  trzech  innych 

państwach.

– W takim razie jesteś dzieckiem żołnierza.

– Żołnierza tułacza  – sprostowała. – Ojciec zgłaszał  się na ochotnika  do  przewozów. Zazd 

roszczę  ci  twych  korzeni.  To  musi  być  cudowne  mieszkać  w  domu,  który  zawsze  należał  do 

rodziny, prowadzić rozmowy o przodkach z osiemnastego czy dziewiętnastego wieku.

Hattie nagle zagryzła wargi. I znowu to zrobiłaś, zganiła sama siebie. Zmarnowałaś kolejną 

okazję, aby wyznać prawdę. Skończ ten flirt i powiedz mu, po co naprawdę przyjechałaś.

– To jest cudowne – przyznał. – Ale nie uważam tego za rzecz oczywistą. A kiedy nie można 

zrobić nic dla takiego miejsca jak Shadows, to ma się złamane serce. I zaczyna się myśleć... że 

jest  się  ostatnim  męskim  przedstawicielem  rodu  i  nazwiska,  o  tym,  że  jest  się  kawalerem...  a 

także o odpowiedzialności za przyszłe pokolenia.

Hattie  słuchała  niezbyt  uważnie,  próbując  znaleźć  odpowiednie  słowa,  aby  wreszcie 

wytłumaczyć mu cel swej wizyty.

– Jay – zaczęła – jesteś cudownym przewodnikiem. Wierz mi, doceniam to. Ale jest coś, co 

powinieneś wiedzieć...

– Pst – położył palec na jej ustach. – Będziemy mieli jeszcze mnóstwo czasu, aby mówić o 

rzeczywistości. Pozwól mi żyć w iluzji jeszcze przez kilka chwil.

Hattie wiedziała, o jakiej iluzji mówi. Odnosiła podobne wrażenie, wrażenie, że właśnie oni 

dwoje są pierwszymi właścicielami Shadows.

– Chciałabym – wyszeptała. – Ale nie powinnam.

background image

–  Poddaj  się...  moja  piękna  zjawo.  –  Jay  wcisnął  klawisz  magnetofonu  i  salę  wypełniła 

osiemnastowieczna muzyka, delikatna i słodka. Hattie rozpoznawała dźwięki klawikordu i lutni.

Musiał tego słuchać, pomyślała, gdy pracował na rusztowaniach. I nie była wcale zdziwionia, 

gdy chwilę później Jay wziął ją w ramiona.

– Żałuję, że podłoga w sali balowej wymaga naprawy, panno Hattie – wyszeptał jej do ucha. 

– Będziemy musieli zatańczyć tutaj.

Nawet kiedy się zestarzeję, pomyślała Hattie, pozostanie w mej pamięci ten taniec z Jayem 

Summerfieldem w wielkiej, zakurzonej, pustej sali. Od pierwszej chwili tańczyli tak naturalnie, 

jakby robili to razem od wieków. I nawet jeśli wyglądali śmiesznie w swych strojach, poruszając 

się w takt kameralnego utworu, który chyba w ogóle nie był przeznaczony do tańczenia, to nie 

miało  to  żadnego  znaczenia.  Zdawało  się,  że  tych  dwoje  przekroczyło  barierę  czasu,  jakby 

spotykali się już wcześniej i łączyli po wielekroć w tańcu. Jej szare oczy tonęły w brązowej głębi 

jego spojrzenia, oddechy mieszały się. Tak jakby byli kochankami z innego stulecia.

Hattie wolno rozchyliła usta, przeczuwając, czego zażądają wargi Jaya, palce wkradły się w 

jego  włosy,  aby  zatonąć  w  ich  gęstwinie.  Czuła,  że  co  nieuniknione,  stać  się  musi  i  gdy 

przyciągnął  ją  ku  sobie,  wiedziała,  że  żaden  inny  ruch  nie  byłby  możliwy,  że  mogą  jedynie 

zbliżać się do siebie. Czuła bicie jego serca, wdychała niepokojący zapach, wyczuwała jego siłę, 

energię i umięśnione, cudownie uformowane ciało.

Dom  stanowił  idealną scenerię  dla tego,  co  się  między  nimi  działo. Dawał  im  schronienie, 

ograniczał miejsce i czas, które należały tylko do nich, gdzie zapominali o rzeczywistości i śnili 

sen, który wiązał się z historią tego domu.

Nagle  taśma  przewinęła  się  do  końca  i  magnetofon  z  trzaskiem  zatrzymał  się.  Ale,  mimo 

nagłej ciszy, czar nie prysnął. Przystanęli naprzeciw wielkiego lustra i Jay otoczył ją ramionami. 

I  tak  jak  przeczuwała,  pochylił  ku  niej  usta,  łagodnie,  miękko,  z  czułością,  która  mogła 

przerodzić się w pasję.

Stojąc na palcach, tuż obok smugi światła spływającej od okna, Hattie przytuliła się do Jaya i 

bez  wahania  podała  mu  usta.  Zatopił  palce  w  jej  gęstych  włosach  i  całował  coraz  namiętniej. 

Rozbudzone pożądanie gorącą i nagłą falą przeniknęło całe jej ciało.

Brakowało jej  tchu,  drżała,  kiedy  w  końcu  odezwał  się  i  ujął  jej  podbródek  w  swe  długie, 

zręczne palce.

–  Mój  Boże,  Hattie,  doprowadzasz  mnie  do  szaleństwa  –  wyszeptał,  a  drżenie  jego  głosu 

wskazywało, że czuje takie samo podniecenie jak ona. – Powiedz prawdę, skarbie. Powiedz, kim 

naprawdę jesteś.

background image

Rozdział 3

Hattie  poczuła,  że  łzy  napływają  jej  do  oczu,  nie  mogła  się  jednak  rozpłakać.  Czuła  się 

zdruzgotana tą nagłą prośbą, ukryła więc twarz w jego miękkiej, spranej koszuli.

– Jay – szepnęła – nie chcę, żebyś mnie nienawidził.

-Nienawidzić cię? – W jego głosie usłyszała niepokój i niedowierzanie. Przytulał ją i gładził 

dłonią włosy.

– Dlaczego miałbym cię nienawidzić? Chciałem tylko wiedzieć, czy coś ukrywasz. Przyszło 

mi  nagle  do  głowy,  że  może  też  jesteś  potomkinią  Elizabeth...  z  jej  drugiego  małżeństwa  z 

Ravenalem,  po  śmierci  Aynsleya.  Wyprowadziła  się  stąd  w  1790  roku,  gdy  jej  syn  William 

dorósł  i  przeniosła  się  do  sąsiedniego  majątku  należącego  do  Wesleya  Ravenala.  Miała  z  nim 

dwoje dzieci. Ravenalowie opuścili tę ziemię kilka pokoleń temu... – przerwał, widząc zmienioną 

twarz Hattie. – Co się stało? – spytał.

– Czy powiedziałem coś, co sprawiło ci przykrość?

– Och, Jay... Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałabym być dla ciebie współczesną Elizabeth. 

Ale nie mogę. Sam zrozumiesz, że nie ma na to żadnych szans, gdy dowiesz się, dlaczego tu dziś 

przyjechałam.

– A więc dlaczego przyjechałaś? – spytał ostrożnie, jakby wreszcie w jego głowie odezwał 

się dzwonek alarmowy. – Czy przysłał cię Paul? Reprezentujesz firmę...

–  Resorts  America.  –  Hattie  nie  mogła  powstrzymać  drżenia.  –  Proszę...  chodźmy  na 

werandę. Usiądziemy, będziemy patrzeć na rzekę i tam ci wszystko wyjaśnię.

– Dobrze.

Siedział koło niej w milczeniu. Hattie spoglądała ponad bagnami i błękitną wodą Ashley na 

gąszcz zieleni rozciągający się po drugiej stronie rzeki. Jay nie ponaglał jej, czekał spokojnie, aż 

sama zacznie mówić.

–  Kilka  tygodni  temu  Paul  przyjechał  do  St.  Petersburga,  aby  spotkać  się  z  moim  szefem, 

Charleyem  Danielsem  –  odezwała  się  w  końcu  Hattie.  –  Miał  projekty  dotyczące  przebudowy 

Shadows i chciał je z nami omówić. Podobała mu się praca, jaką wykonaliśmy w New Jersey.

– W majątku MacArthura, niedaleko Camden?

– Słyszałeś o tym? – Rzuciła mu ostrożne spojrzenie.

– Jako przewodniczący komitetu architektonicznego w mieście muszę wiedzieć o podobnych 

przedsięwzięciach.  Wykonaliście  bardzo  staranną  pracę.  Ale  niech  będę  przeklęty,  jeżeli  chcę, 

aby  mój  rodowy  majątek  został  przekształcony  w  kompleks  wypoczynkowy.  Czy  takie  są 

zamiary Paula?

Hattie skinęła głową, nie śmiąc na niego spojrzeć. Jay jęknął.

– Nie rozumiem, skąd mu to przyszło do  głowy – odezwał się po chwili. – Shadows może 

sprawiać  wrażenie  wielkiej  siedziby,  z  tymi  pokojami  i  wysokimi  sufitami.  Ale  daleko  mu  do 

background image

rozmiarów posesji MacArthura. Nadaje się akurat dla małżeństwa z dziećmi. W jaki sposób Paul 

chce zmodernizować tę posiadłość?

–  Rezydencja  MacArthura  to  prawdziwy  pałac.  Utworzyliśmy  tam  dwadzieścia 

apartamentów o  najwyższym  standardzie i  zostało  jeszcze dość  miejsca  do  –  ogólnego  użytku. 

Paul nie planuje tutaj niczego podobnego. Zależy mu przede wszystkim na nowych budynkach. 

Chce postawić w lesie luksusowy kompleks hotelowy na sto osób, niewidoczny ze starego domu, 

a poza tym centrum konferencyjne, również zasłonięte stąd drzewami.

– A sam dom? – spytał Jay ponurym głosem.

Ta część projektu najmniej przypadła Hattie do gustu, ale cóż, musiała mu odpowiedzieć. I 

tak by się w końcu dowiedział.

– Chce go wyremontować i utworzyć tu kłub.

Jay  ponownie  zaklął,  po  czym  zerwał  się  i  zaczął  obmacywać  kieszenie  w  poszukiwaniu 

papierosów.  Hattie  pomyślała,  że  niedawno  musiał  rzucić  palenie,  a  teraz  nagle  potrzebował 

uspokajającego działania dymu nikotynowego. Jay westchnął głęboko i spojrzał w górę na dom, 

jakby upewniając samego siebie, że należy go chronić przed zapędami kuzyna.

– Po moim trupie – powiedział. – Przypuszczam, że Paul opowiedział ci o testamencie naszej 

babki. Tylko ja jestem spadkobiercą z prawem zamieszkiwania w rezydencji. I nawet jeśli ciotka 

Sulky  zrezygnuje  z  dziedzictwa  Summerfieldów,  w  co  zresztą  wątpię,  j  a  nigdy  się  na  to  nie 

zgodzę.

Hattie wstała z ławeczki. Czuła się fatalnie. Stali teraz naprzeciw siebie jak wrogowie, gdy 

jeszcze kilka minut temu  trzymali się w objęciach.  Zachowałam się jak  idiotka, pozwalając się 

tak całować, pomyślała. Zawsze już będę czuła smak tych ust.

Nagle  z  ogrodu  położonego  nad  rzeką  dało  się  słyszeć  wołanie.  Po  kamiennych  schodach 

wdrapywał się niemłody robotnik, sapiąc z wysiłku.

– Panie Jay, pan Paul dzwoni – krzyknął. – Mówi, że ma do pana pilną sprawę.

– Dobrze,  Willie, już idę. –  Jay schwycił  Hattie  za rękę. – Ty też  możesz  pójść.  Sądzę, że 

masz z nim sprawy do omówienia.

Ciągnął  ją  za  sobą  przez  trawnik  w  stronę  niewielkiego  kamiennego  budynku  stojącego 

między  rzeką  a  jednym  z  dawnych  poletek  ryżowych.  Hattie  musiała  biec,  aby  dotrzymać  mu 

kroku.

– I co teraz? – wydusiła z siebie.

– Plan B, czyli zastosujesz nową strategię, skoro plan A w ewidentny sposób nie wypalił.

– Może zechcesz mi łaskawie wyjaśnić, co rozumiesz pod pojęciem planu A – zaatakowała.

– To chyba zbyteczne, nie sądzisz? – Patrzył na nią z góry i Hattie po raz kolejny pomyślała, 

że jest w nim coś, czemu trudno się oprzeć.

– Może po prostu chcę cię przekonać, do jakiego stopnia się mylisz – powiedziała miękko.

background image

–  Wątpię,  czy  się  mylę.  Ale  być  może  to  Paul  wpadł  na  pomysł,  abyś  mnie  uwiodła. 

Wiedział, że kobieta taka jak ty musi mi się spodobać. A teraz przepraszam, ale na mnie czeka 

rozmówca.

Hattie ogarnęła wściekłość namyśl, że czułe, spontaniczne chwile, jakie niedawno przeżyli, 

zostały uznane za zaplanowane. Trzy razy pomyśl, ofuknęła się, zanim powiesz, czy zrobisz coś, 

czego będziesz później żałować. Szanse na bliższy związek z Jayem praktycznie już nie istnieją. 

Ale mogę też zostawić projekt i wrócić na Florydę, jeśli mamy wkroczyć na ścieżkę wojenną.

W  naturze  Hattie  nie  leżało  jednak  zbyt  długie  obwinianie  się.  Toteż  nim  Jay  skończył 

rozmowę, postanowiła, że sprawę wyjaśni do końca.

Na  razie,  stłumiwszy  emocje,  zaczęła rozglądać  się  po  wnętrzu młyna,  w  którym  mieszkał 

Jay Summerfield. Podziwiała kamienny kominek, stojący tu pewnie od paru wieków. Patrzyła na 

czarne,  skórzane  krzesła  i  wschodni  dywan  pokrywający  kamienną  podłogę.  Ciężki  żelazny 

żyrandol  zwisał  z  niskiego,  belkowanego  sufitu.  Poza  tym  uwagę  Hattie  przykuł  stary  sejf, 

którego  powierzchnia  pokryta  była  rzeźbą  przedstawiającą  postacie  czerwonych  i  czarnych 

żołnierzyków. W rogu pokoju stał oryginalny chippendalowski stół  z krzesłami, a na  kredensie 

pysznił się wielki, mosiężny samowar.

Kręte  mahoniowe  schody  wiodły,  jak  przypuszczała,  do  sypialni,  gdzie  wisiał  portret 

Elizabeth.  Zastanawiała  się,  czy  znajdujące  się  tu  przedmioty  należały  do  rodziców  Jaya. 

Przypomniała  sobie  to,  co  mówił  Paul;  zginęli  oni  w  katastrofie  lotniczej  na  początku  lat 

siedemdziesiątych, razem z matką Paula.

Nagle jej uwagę przykuła rozmowa, jaką Jay prowadził przez telefon.

– Co powiedział doktor? – Na twarzy Jaya malowało się napięcie. – Jak długo?

Chodzi o babcię, pomyślała Hattie. Jej stan musiał się pogorszyć.

–  Dobrze  –  powiedział,  rzucając  równocześnie  spojrzenie  w  jej  stronę.  –  Jest  tutaj  twoja 

znajoma. A może powinienem powiedzieć: wspólniczka w interesach.

Chcesz z nią porozmawiać?

Paul widocznie odpowiedział twierdząco, ponieważ Jay wyciągnął ku niej słuchawkę.

– Wiesz, którędy wyjść – powiedział. – Ja muszę pójść na górę, żeby się przebrać.

Hattie przywitała Paula niezbyt entuzjastycznie.

–  Przyłapał  cię,  tak?  –  Paul  roześmiał  się.  –  Mogłem  się  spodziewać,  że  się  tam  na  niego 

natkniesz. Zawsze jedzie do Shadows, gdy ma wolny dzień.

Hattie milczała. Nie  podobał  jej  się sposób,  w jaki Paul wyrażał się o  wysiłku wkładanym 

przez Jaya w ukochany dom.

–  Jesteś  tam?  –  Paul  wciąż  był  rozbawiony.  A  gdy  w  odpowiedzi  usłyszał  mruknięcie, 

kontynuował: – Szkoda, że Jay już teraz dowiedział się prawdy. He mu powiedziałaś?

– Sporo.

– Nie możesz swobodnie rozmawiać?

background image

Z góry dał się słyszeć szum wody i Hattie nie mogła się powstrzymać od wyobrażenia sobie 

Jaya Summerfielda nagiego pod prysznicem.

– Mogę.

– Jak zareagował?

– Jest zdecydowanie przeciwny.

– Spodziewałem się  tego.  Zmieni zdanie,  gdy obejrzy  szczegółowe projekty.  Powiedz... co 

myślisz  o  Shadows?  Czy  jest  warte  tej  całej  pracy,  jaką  trzeba  włożyć  w  realizację  naszego 

projektu?

–  Kocham  je  –  odpowiedziała  spontanicznie,  wspominając  pierwsze  wrażenie,  jakiego 

doznała na widok posiadłości. Ale nie potrafiłaby powiedzieć Paulowi tak, jak Jayowi, że miała 

ochotę przytulić dwustuletni, ceglanokamienny dom. – Na razie przeszłam się jedynie w stronę 

rzeki – dodała – i obejrzałam główny hol.

– Robi wrażenie, prawda? Powiedz mi, gdzie spotkałaś mojego kuzyna?

– Pracował na rusztowaniach, gdy przyjechałam.

- Poczciwy stary Jay. A  więc  oprowadził  cię,  racząc swymi  romantycznymi opowieściami, 

dopóki nie dowiedział się, dlaczego właściwie interesuje cię ten dom?

– Tak, mniej więcej. – Hattie czuła wstręt na myśl o tym, co sugerował jej Paul.

W  telefonie  coś  zaszumiało  i  Hattie  odniosła  wrażenie,  jakby  dotarło  do  niej  nie 

wypowiedziane  przypuszczenie  Paula:  A  więc  Jay  przystawiał  się  do  ciebie.  No  i  co  z  tego? 

pomyślała. Mogę być spokojna, to już się nie powtórzy.

– Jay musi wracać do miasta. – Paul zmienił temat. –  Frances zapadła w śpiączkę i doktor 

mówi, że pozostało jej tylko kilka godzin życia. Może jednak obejrzyj dzisiaj resztę posiadłości. 

Jeśli  będziesz  miała  jakieś  pytania,  odpowiem  ci  na  nie  później.  O  ile  sytuacja  nie  ulegnie 

zmianie, myślę, że zdołam wyrwać się na drinka.

Nie mogę być dla niego nieuprzejma, pomyślała Hattie. Nie zasługuje na to. Ale nie mam też 

zamiaru  przekształcić  stosunków  handlowych  w  towarzyskie,  zwłaszcza  gdy  Frances 

Summerfield jest umierająca.

– Potrzebuję czasu, aby sobie wszystko uporządkować. Lepiej zadzwoń później do hotelu.

Na  górze  Jay  zakręcił  już  wodę  i  Hattie  zastanawiała  się,  czy  usłyszał  jej  ostatnie  słowa. 

Pewnie  pomyśli,  że  umawiam  się  na  randkę  z  jego  żonatym  kuzynem  z  myślą  o  osiągnięciu 

handlowych korzyści.

– Dobrze – powiedział Paul. – O szóstej?

– Tak, powinnam już wrócić do tego czasu. Do widzenia.

Hattie odłożyła słuchawkę. Słyszała kroki Jaya na górze. Wtulona w róg sofy czekała, aż on 

zejdzie. Cóż z tego, że nie chciał się z nią widzieć? Wysłucha jej części opowieści jeszcze raz, 

zanim wyrobi sobie o niej fałszywe mniemanie.

background image

Znów  zaczęła  rozglądać  się  po  pokoju.  Fascynował  ją;  tworzył  znakomitą  całość.  Tak  jak 

Jay,  pomyślała.  Jay  Summerfield  był  kimś  wyjątkowym,  mężczyzną,  który  nie  obawiał  się

sentymentalizmu  ani ulegania pokusom. Dlaczego  nie spotkałam go w innych  okolicznościach, 

myślała z żalem. Dlaczego los ustawił mnie w tym sporze przeciw niemu?

Jay  w  końcu  zszedł  szybkim  krokiem  na  dół.  Był  gładko  uczesany,  miał  na  sobie  ciemne 

spodnie, marynarkę i krawat.

– Wciąż jesteś tutaj? – zapytał oschle. – Chyba już powiedzieliśmy sobie wszystko?

–  Niezupełnie.  –  Hattie  wstała  z  miejsca  wytrzymując  jego  zimne  spojrzenie.  –

Rzeczywiście,  pracuję  dla  Resorts  America  i  moim  zadaniem  jest  opracowanie  projektu 

przekształcenia  tej  posiadłości  –  czy  ci  się  to  podoba,  czy  nie.  Ale  ostateczna  decyzja  należy 

właśnie do ciebie. Powinnam była od razu ci to powiedzieć i dlatego teraz cię przepraszam. Ale 

nie masz prawa  mówić, że próbowałam  cię uwieść, abyś poparł plany kuzyna. To nie w moim 

stylu. Wszystko, co powiedziałam o tym domu, wynikało z moich prawdziwych odczuć. A to, co 

stało się między nami, po prostu się stało.

Patrzył  na  nią  przez  chwilę,  jakby  oceniając  szczerość  jej  słów.  W  końcu  wzruszył 

ramionami, traktując dalszą dyskusję jako zbyteczną.

– Jeżeli już skończyłaś - powiedział, sięgając równocześnie po kluczyki do samochodu – to 

mam  nadzieję,  że  mi  wybaczysz,  ale  muszę  natychmiast  wracać  do  miasta  i  domyślasz  się, 

dlaczego. Nie mogę dłużej uczestniczyć w tej miłej pogawędce.

Hattie zaczerwieniła się. Chwilę później patrzyła, jak wyprowadziwszy z garażu srebrzystego 

jaguara zniknął w tumanie kurzu. Tak bym chciała, aby sprawy potoczyły się inaczej, pomyślała 

ze smutkiem. Tak bym chciała móc cię naprawdę poznać.

Jedyną odpowiedź stanowił trel ptaka dochodzący spomiędzy gałęzi starego dębu.

Wzywana poczuciem obowiązku, Hattie ruszyła z powrotem przez trawnik. Magnetofon Jaya 

wciąż stał na  podłodze  w  głównym holu.  Kierując się nagłym impulsem  wcisnęła klawisz i po 

chwili rozległy się łagodne dźwięki muzyki odbijające się echem po pustych, wysokich salach Po 

chwili  wzięła  się  w  garść  i  zaczęła  robić  notatki  na  temat  materiałów  potrzebnych  do  odnowy 

domu. Podłoga w sali balowej była w jeszcze gorszym stanie, niż się spodziewała. Potrzebny był 

nowy dach,  przeprowadzenie  instalacji  elektrycznej,  naprawa urządzeń  hydraulicznych,  a także 

instalacji grzewczych i wentylacji. W tym celu trzeba będzie usunąć boazerię, myślała. Należało 

również  urządzić  nowe  toalety  i  znaleźć  miejsce  na  kuchnię  dostatecznie  obszerną,  aby 

przygotowywać  w  niej  potrawy  na  duże  przyjęcia.  Dawna  kuchnia,  jak  opowiadał  jej  Paul, 

mieściła się w przybudówce, która spłonęła przed czterdziestu laty. Hattie doszła do wniosku, że 

teraz w tym celu najlepiej będzie wyremontować suterenę.

Oczywiście  po  remoncie  potrzebne  będą  fundusze  na  urządzenie  wnętrz.  W  tej  dziedzinie 

Charley  nie  szedł  na  żadne  kompromisy.  Jay  ma  rację,  pomyślała  Hattie  przemierzając  dom, 

trzeba prawdziwej fortuny, aby to miejsce przywrócić do stanu dawnej świetności.

background image

Hattie  kierowała  się  rozsądkiem  i  zmysłem praktycznym, notując  wszelkie  uwagi na  temat 

remontu,  ale  sercem  buntowała  się  przeciw  wprowadzeniu  zamierzonych  zmian.  To  po  prostu 

dom, pomyślała, i widzę go tak, jak Jay; „nadaje się akurat dla małżeństwa z dziećmi”.

Dobrze  by  było  mieszkać  tutaj  z  ukochanym  mężczyzną,  kochać  się  z  nim,  mieć  dzieci... 

Szaleństwo, pomyślała, zatrzaskując tym samym drzwi fantazji.

Nie  pozostawało  jej  nic  innego, jak  wyjść  na  dwór  i  przespacerować się  po  całym  terenie. 

Musi znaleźć najlepsze miejsce na kompleks wypoczynkowy.

Kilka  godzin  później  wyczerpana  i  podrapana  znalazła  się  znowu  w  pokoju  hotelowym. 

Kiedy  o  umówionej  godzinie  zadzwonił  Paul,  nie  podniosła  słuchawki.  I  dopiero  następnego

ranka dowiedziała się, że Frances Summerfield umarła.

Zawstydzona,  że  nie  odpowiedziała  na  jego  telefon,  Hattie  przekazała  Paulowi  swe 

kondolencje, gdy nazajutrz rano zadzwonił do niej ponownie.

– Pamiętasz o czym rozmawialiśmy ostatnio?

– przypomniał.

Pogrzeb miał się odbyć za dwa dni w kościele Summerfieldów.

–  Obrządek  zostanie  dopełniony  w  zrujnowanej  świątyni,  taka  była  jej  wola.  Zostanie 

pochowana pośród swoich przodków. Niektóre groby Summerfieldów pochodzą z osiemnastego 

wieku.

– W ruinach? Przeszłam chyba przez całą posiadłość, ale niczego takiego nie zauważyłam.

–  Stary  kościół  graniczy  z  Shadows,  ale  stoi  na  terenie  należącym  do  państwa.  To  tylko 

romantyczna  kupa cegieł,  ale przeżyła kawał historii.  Kościół dwukrotnie  był spalony. Zresztą, 

może zechcesz przyjechać w czwartek? Sama zobaczysz, jak to wygląda.

– Przyjść na pogrzeb?

– Miałabyś okazję, aby ujrzeć resztę rodziny.

Pomysł pojawienia się na pogrzebie Franceś wydawał jej się wysoce niewłaściwy, ale jednak 

następne dwa dni i tak musiała spędzić w Charlestonie, aby uporządkować materiały dotyczące 

projektu.  Wstępny  projekt  miał być  przedstawiony Charleyowi,  a  w  przypadku  jego  akceptacji 

należało rozpocząć szczegółowe prace.

Nie wrócę tu, zdecydowała, gdy nieco później przeglądała plany Paula, siedząc nad kawą i 

rogalikami. Paul myli się zasadniczo, jeśli sądzi, że wszystkie zmiany można przeprowadzić  w 

ciągu kilku tygodni. A jak znam Jaya, nie pozwoli mi drugi raz nawet zbliżyć się do Shadows.

Ostatecznie jednak nie odrzuciła zaproszenia Paula. Ponowił je, gdy spotkali się przelotnie w 

środowe  popołudnie.  W  czwartek,  jadąc  przez  Ashley  River  Road,  próbowała  wyperswadować 

sobie ten niepotrzebny gest. Ale nie potrafiła. Chciała zobaczyć Jaya po raz ostatni, bardziej, niż 

zależało jej na zachowaniu pozorów.

Spóźniona  o  kilka  minut  zaparkowała  samochód,  mając  nadzieję,  że  nikt  nie  zauważy  jej 

przybycia. Zrujnowany kościółek, przysłonięty częściowo dzikim winem, wznosił się pomiędzy 

background image

dębami z dumą, tak charakterystyczną dla wszystkiego, co wiązało się z tą plantacją. W porosłej 

trawą  nawie  zgromadziło  się  około  czterdziestu  osób,  aby  oddać  ostatni  hołd  właścicielce 

Shadows.  I  nawet,  jeśli  nie  ogarniał  ich  przesadny  smutek,  to  stali  jednak  w  postawie  pełnej 

szacunku,  słuchając  pastora  czytającego  fragmenty  z  Biblii.  Jedyny  akompaniament  muzyczny 

stanowił  szum  gałęzi  poruszanych  wiatrem  i  świergot  ptaków.  Hattie  zachwycał  spokój  tego 

miejsca, z którym harmonizowały czytane przez pastora wiersze z Księgi Eklezjastesa.

Stała  z  tyłu,  nie  zdejmując  ciemnych okularów.  Z  tego  miejsca  dokładnie  widziała  Paula  i 

smukłą, znakomicie uczesaną blondynkę u jego boku. Musiała za to wyciągnąć szyję, aby dojrzeć 

Jaya.  Ubrany  w  ciemny  garnitur,  stał  pomiędzy  starszą  kobietą,  zapewne  ciotką,  a  szczupłą, 

ciemnowłosą dziewczyną. To jego kuzynka Mariah, domyśliła się Hattie. Ciekawe, dlaczego nie 

szuka  pociechy  u  własnego  brata.  W  tej  chwili  Mariah  spojrzała  na  Jaya,  a  on  otoczył  ją 

ramieniem i uścisnął. Nic dziwnego, że w takiej chwili chce być blisko niego, pomyślała. Jay ma 

w sobie tyle ciepła i czułości, jest taki dobry.

Wkrótce potem  żałobnicy  ruszyli  w  stronę  grobu.  I  gdy  cała  ceremonia  zbliżała  się  już  ku 

końcowi, niespodziewanie  Jay spostrzegł  obecność  Hattie. Poczuła, że  robi  jej się na  przemian 

zimno i gorąco, gdy oderwał się od reszty rodziny i skierował w jej stronę.

– Przypuszczam, że to Paul wpadł na pomysł, abyś tu przyszła – zaczął bez żadnego wstępu. 

Wzrok miał nieodgadniony.

– Jestem już spakowana i wracam dziś na Florydę.

– Starała się mówić normalnym tonem. – Wierz mi, współczuję ci z powodu śmierci twojej 

babci.

Czy nie rozumiesz, że jestem tu, bo musiałam cię jeszcze zobaczyć? dodała w myśli. Tego 

przecież pragnęliby Aynsley i Elizabeth.

–  Nadszedł  jej  czas  –  odezwał  się  w  końcu  Jay,  bezbłędnie  wyrażając  myśli  Hattie  sprzed 

kilku minut.

–  Radzę  ci,  żebyś  nie  wracała  do  Shadows  jako  przedstawicielka  swojej  firmy.  Ale  jeśli 

jednak  chciałabyś  obejrzeć  portret,  o  którym  rozmawialiśmy...  i  moją  sypialnię  w  młynie...  to 

chętnie cię tam ulokuję.

background image

Rozdział 4

Miesiąc  później  na  wspomnienie  obraźliwej  propozycji,  jaką  złożył  jej  Jay,  na  policzkach 

Hattie  wciąż  pojawiał się rumieniec.  Spacerowała  boso  po  plaży  na  Marco  Island.  Niech  mnie 

diabli, dlaczego nie mogę o nim zapomnieć? myślała uskakując przed napływającą falą.

Chociaż  całą  duszą  angażowała  się  w  pracę  nad  nowym  projektem,  nie  potrafiła  przestać 

myśleć o Jayu. Wspominała jego wargi, oczy i arystokratyczne maniery. I zawsze nachodziło ją 

wspomnienie ciętej odprawy, jakiej jej udzielił.

Nawet podczas  ostatniego  spotkania w  kościele  musiał widzieć,  jak bardzo  mi  się  podoba, 

pomyślała ze smutkiem, podnosząc muszelkę i wrzucając ją do wody. Prawdopodobnie wiedział, 

jak chętnie skorzystałabym z jego propozycji.

To  już  i  tak  nie  miało  znaczenia.  Marzenia  Paula  o  kompleksie  wypoczynkowym  w 

Summerfield Shadows stały się nierealne, zanim w ogóle spróbowano je urzeczywistnić. A Jay 

Summerfield ze  swoimi  siwiejącymi włosami  i  nienagannymi  manierami nie jest przeznaczony 

dla  niej.  Hattie  nie  miała  więc  zamiaru  w  najbliższym  czasie  odwiedzać  Charlestonu.  Ale  tam 

było  tak  dobrze,  pomyślała.  Całe  życie  spędziłam  w  podróży,  a  tam  miałam  wrażenie,  że 

przyjeżdżam do domu.

Gdy dotarła do biura, natrafiła na Russa Warrena, nadzorcę budowlanego.

–  Niektóre  materiały  przyjechały  uszkodzone  –  poinformował  ją.  –  Rozmawiałem  z 

Charleyem, dałem mu o tym znać. Aha, prosił, żebyś się z nim skontaktowała. Zdaje się, że znów 

chodzi o ten projekt w Charlestonie.

O wilku mowa, pomyślała Hattie i szybko wykręciła numer Charleya.

–  Chcę,  żebyś  na  kilka  dni  przekazała  projekt  w  Marco  Russowi,  dopóki  Jeff  tam  nie 

przyjedzie.

Potrzebuję  cię  jak  najszybciej  w  Charlestonie.  Mamy  opracować  bardziej  szczegółowy 

projekt modernizacji Shadows. Zdaje się, że Ashe namówił kuzyna, aby przynajmniej zastanowił 

się nad naszą propozycją.

Hattie milczała przez chwilę. Zaledwie kilka minut wcześniej była pewna, że nigdy już nie 

ujrzy Jaya Summerfielda. A teraz okazuje się, że ma jechać prosto do niego.

– Jesteś tam? Podejrzewam, że musisz być zdziwiona tą wiadomością.

– Delikatnie to określasz. Ale nie wierzę, by Jay Summerfield poważnie potraktował naszą 

ofertę. Naszą czy czyjąkolwiek.

– Znasz go lepiej niż ja – roześmiał się Charley. – Pewnie masz rację. Jay postawił pewne 

warunki  dotyczące  naszego  projektu.  Masz  to  z  nim  omówić  w  poniedziałek  w  jego  biurze.  I 

może cię to zainteresuje... Jay nalega, żebyś właśnie ty z nim rozmawiała. Chyba nieźle dałaś mu 

się we znaki.

Hattie roześmiała się. Charley znał ją tak dobrze! Ogarnęło ją podniecenie.

background image

– Podejrzewam, że przyzwyczaił się wyładowywać na mnie gniew i trudno byłoby mu urobić 

sobie inną osobę.

Rozmowa skoncentrowała się na szczegółach związanych z wyjazdem Hattie do Charlestonu 

i realizacją projektu na Marco Island.

–  Wiem,  że uważasz Shadows  za stracone dla nas  – powiedział Charley na  zakończenie. –

Ale nie zgadzam się z tobą. Coś mi mówi, że to będzie jeden z naszych największych sukcesów. 

Idź na ustępstwa, jeśli nie zaakceptują projektu w całości. Zrób, co w twojej mocy, aby dogadać 

się z Summerfieldami.

Hattie przypominała sobie te słowa w poniedziałkowe popołudnie, gdy zbliżała się do biura 

Jaya,  położonego  w  zabytkowej  dzielnicy  Charlestonu.  Jego  firma  Historyczne  Posiadłości 

mieściła się w szarym, trzypiętrowym budynku. W recepcji nie spotkała nikogo, usiadła więc na 

czarnej  skórzanej  kanapie,  aby  zebrać  myśli.  Nie  była  pewna,  czy  jest  gotowa  na  spotkanie  z 

Jayem.

Chwilę później on sam zszedł po schodach, niosąc pod pachą rulon projektów.

– Ach, jesteś już – powitał ją. – Wcześnie przyjechałaś.

– Nie miałam nic innego do roboty. – Hattie próbowała się uśmiechnąć.

Wzruszył ramionami, jakby nie dowierzał jej słowom.

–  Właśnie  miałem  zanieść  te  plany  klientowi  –  odezwał  się  w  końcu.  –  Ale  to  może 

zaczekać. Pójdziemy na górę do mojego gabinetu.

Wskazał  jej  drogę.  Hattie  otarła  się  o  niego,  wchodząc  po  wąskich  schodach.  Kontakt  ten, 

wydawałoby się tak nieistotny, sprawił, że ugięły się pod nią kolana.

Zapach  Jaya,  ciepło  skóry,  gdy  musnęła  ręką  jego  dłoń,  wspomnienie  wszystkiego,  co 

wydarzyło  się  między nimi  dawniej,  spowodowało, że  zakręciło się  jej w  głowie. Niemożliwe, 

żeby on nie dostrzegał, co się z nią dzieje, pomyślała, choć po Jayu nie było znać żadnej reakcji.

–  Napijesz  się  herbaty?  –  spytał,  gdy  dotarli  do  biura  na  trzecim  piętrze,  a  kiedy  kiwnęła 

głową, podniósł słuchawkę i przez chwilę rozmawiał z sekretarką rezydującą piętro niżej. – Earl 

grey – dorzucił i odłożył słuchawkę.

Hattie  rozejrzała  się  po  pokoju;  mahoniowe  biurko,  stosy  książek  i  slajdów.  Ciężki 

kawaleryjski pałasz wiszący na ścianie podkreślał klasę, styl i pańskość.

Otrząsnęła się. Przyjechałaś tu w interesach, powiedziała sobie. Charley wspominał o jakichś 

warunkach.  Trzeba  się  dowiedzieć,  o  co  dokładnie  chodzi.  Trudno  jednak  było  jej  zachować 

spokój,  gdy  Jay  usiadł  obok  i  położył  rękę  na  oparciu  kanapy.  Najwyraźniej  czekał,  aż  Hattie 

odezwie się pierwsza.

–  Panie  Summerfield  –  zaczęła  w  końcu  oficjalnym  tonem  –  muszę  przyznać,  że  jestem 

zdumiona,  iż  zgodził  się  pan  zapoznać  z  propozycją  dotyczącą  Shadows.  Po  naszym  ostatnim 

spotkaniu... – przerwała, przypominając sobie pewnie po raz setny, jakich słów wtedy użył.

background image

– A więc... dziś nasze rozmowy handlowe nie będą poprzedzone romantycznym wstępem? –

zapytał,  a  w  jego  tonie  dała  się  słyszeć  sarkastyczna  nuta.  –  To  chyba  prawda,  co  się  mówi  o 

mieszkańcach  Florydy  –  że  stali  się  tak  zuchwali,  jak  większość  Jankesów.  Ale  wcześniej  w 

kontakcie z tobą nie odniosłem takiego wrażenia.

–  Może  więc  odniósł  pan  mylne  wrażenie  –  zareplikowała  spiesznie,  pragnąc  skierować 

rozmowę  na  bezpieczniejsze  tory.  –  Byłabym  wdzięczna,  gdybyśmy  zapomnieli  o  naszym 

poprzednim  spotkaniu  i  zajęli  się  sprawą,  dla  której  zostałam  tu  dziś  wezwana.  Charley 

wspominał o pewnych warunkach związanych z rozpatrzeniem przez pana naszego projektu.

–  Zgadza  się.  Dotyczą  one  osobiście  pani,  panno  Lawford,  czy  też  Hattie,  jak  kiedyś 

proponowałaś, abym cię nazywał. Ale zapomnieć? Wątpię, czy ci się to udało. Mnie zresztą też 

nie.

Hattie  zarumieniła  się,  a  w  tym  momencie  weszła  sekretarka,  niosąc  herbatę  w  biało-

błękitnym chińskim dzbanku na srebrnej tacy. Hattie miała nadzieję, że mile wyglądająca, starsza 

kobieta  policzy  ten  rumieniec  na  karb  zmęczenia  wywołanego  wspinaczką  po  stromych 

schodach.

Jay podziękował i nalał herbatę do filiżanek takim ruchem, jakby spożywanie podwieczorku 

podanego na srebrnej tacy było dla niego rzeczą codzienną. Pewnie tak właśnie jest, pomyślała 

Hattie.

– Dobrze – mruknął, sadowiąc się ponownie.

– Wracajmy do interesów. Powiedziałem kuzynowi, że pozwolę, abyś przeprowadziła pełną 

ocenę  posiadłości.  Możesz  tam  spędzić  tyle  czasu,  ile  potrzebujesz,  żeby  zweryfikować  plany, 

które  on  przedstawił  i  przygotujesz  szczegółowy  raport.  Zgodziłem  się  nawet  na  poważne 

rozpatrzenie projektu, o ile odwdzięczysz się w sposób, jaki zaproponuję.

Hattie spojrzała zdumiona i uchwyciła wyraz satysfakcji w jego oczach.

– Odwdzięczę się – Nie wyciągaj od razu pochopnych wniosków.

– Leciutki  uśmiech  na  jego  wargach  zdradzał  rozbawienie.  –  I  nie  uważaj  tego  za 

jakąkolwiek  obietnice  z  mojej  strony.  Raczej  nie  przypuszczam,  abym  mógł  zmienić  zdanie, 

nawet  jeśli  Paul  ma  rację  i  twoja  firma  dysponuje  lepszymi  środkami  niż  ja,  aby  uratować 

Shadows.

– A więc dlaczego...

– Wysłuchaj mnie.

– Dobrze. – Hattie założyła ręce na kolanach, czekając na dalszy ciąg.

– Będę uczciwy i dokładnie przeanalizuję wasz projekt. Ale w zamian musisz mi dać szansę 

przekonania cię o słuszności mojego stanowiska.

– Masz na myśli zachowanie Shadows jako prywatnego domu, nawet jeśli brak ci środków, 

by przeprowadzić niezbędny remont?

– Wolałbym nie roztrząsać teraz tej kwestii.

background image

–  Co  to  jest  właściwie  za  warunek?  Jakie  ma  znaczenie,  co  ja  o  tym  wszystkim  myślę? 

Jestem przecież dla ciebie obcym człowiekiem.

– Wydawało mi się, że tę sprawę już kiedyś wyjaśniliśmy, Hattie – powiedział łagodnie i tym 

razem w jego głosie nie słychać było sarkazmu.

– Co masz na myśli?

–  To,  że  może  nie  jesteś  mi  tak  zupełnie  obca.  Pozwól,  że  coś  wyjaśnię.  Charleston  nie 

przypomina  New Jersey  ani  Florydy,  ani żadnego  z tych miejsc, gdzie twoja  firma realizowała 

swoje  projekty.  Tutejsze  stare  rody są dumne  ze  swego pochodzenia.  Ta  duma rozciąga  się  na 

historyczne  budowle,  które  są  świadkiem  naszej  przeszłości.  Obecnie  wmieście  istnieją  dwa 

przeciwne sobie  obozy...  zachowawcza  stara  gwardia,  którą ci właśnie  opisałem i  „postępowa” 

większość,  –  która  marzy  o  przekształceniu  najbardziej  uroczych  pamiątek  w  obiekty 

przynoszące  konkretny  zysk.  Ja  jestem  realistą.  Wolałbym  przekazać  stary  dom  uczciwym 

ludziom, czy nawet jakiejś instytucji, niż patrzeć, jak rozpada się w gruzy. Bądź co bądź często 

pośredniczę w sprzedaży takich domów. Ale nigdy mnie nie przekonasz, że nie jest tragedią, jeśli 

takie  miejsce  jak  Shadows  bezpowrotnie  opuszcza  rodzinę.  –  Jay  zamilkł  i  siedział bez  słowa, 

patrząc na Hattie.

–  Chyba  rozumiem  –  odezwała  się.  –  Ale  wciąż  nie  wiem,  dlaczego  moja  opinia  ma 

jakiekolwiek znaczenie.

–  Powiedzmy,  że  wyczułem  w  tobie  ciche  zrozumienie  dla  mojej  sytuacji.  Chyba  miałem 

nadzieję,  że  gdy  ktoś  taki  jak  ty,  wrażliwy,  wykształcony  i  zaangażowany  w  sprawę  zrozumie 

mój punkt widzenia,  to  tym samym zada cios  mojemu staromodnemu  podejściu.  I może nawet 

uda mi się uaktualnić wiele rzeczy, które są dla mnie ważne.

Hattie zdawała sobie sprawę ze znaczenia tych słów. Ale nie były one do końca zrozumiałe. 

Coś zostało też nie dopowiedziane, czuła to. Czy wezwał mnie do Charlestonu, bo chciał się ze 

mną  zobaczyć?  zastanawiała  się.  Czy  budził  się  czasem  w  nocy,  jak  ja  i  wspominał,  jak 

tańczyliśmy naprzeciw lustra, niczym para kochanków?

– A więc, Hattie? – Jay patrzył na nią uważnie.

– Robimy interes?

Muszę  tym  razem  być  zupełnie  uczciwa  albo  stracę  ostatnią  szansę,  jaka  mi  jeszcze 

pozostała, pomyślała.

–  Charley  Daniels,  prezes  Resorts  America,  kazał  mi  iść  na  ustępstwa,  jeśli  to  będzie 

konieczne,  o  ile  nie  naruszą  one  istoty  projektu  –  wyznała.  –  Ma  nadzieję,  że  dojdzie  do 

porozumienia z tobą i twoją rodziną.

– Więc będziesz działać zgodnie z jego poleceniem i powiesz: tak?

– Powiem: tak. Ale nie dlatego, że Charley mi kazał.

– Czy mogłabyś mi więc zdradzić prawdziwy powód swojej decyzji? – poprosił cicho.

background image

– Nie próbuję uniknąć odpowiedzi. Ale moje powody nie są ani trochę bardziej logiczne niż 

twoje. Chyba po prostu na to właśnie mam ochotę.

– Dobrze. A więc zgoda... będziemy próbowali nawzajem się inspirować – uśmiechnął się i 

wyciągnął rękę, aby uścisnąć jej dłoń. Po chwili wrócił do normalnego, przyjacielskiego tonu. –

Mogę zapalić?

– spytał, szukając papierosów po kieszeniach.

A  więc  znów  zaczął  palić,  pewnie  podczas  długich  nocy,  o  których  dopiero  co  myślała. 

Podobały jej się opanowane, łagodne ruchy jego rąk.

– Jeśli nie masz nic przeciwko, Hattie, chciałbym, abyś już dzisiaj przystąpiła do realizacji 

swojej części naszej umowy. O siódmej zaczyna się posiedzenie Komitetu Odnowy Historycznej, 

któremu przewodniczę. Chcę, żebyś tam ze mną poszła.

Hattie starannie przygotowała się na tę okazję. Najpierw wykąpała się, potem wtarła w skórę 

swój  ulubiony  balsam  z  aloesu  i  skropiła  się  perfumami.  Włożyła  cienkie  wełniane  spodnie, 

turkusową  jedwabną  bluzkę  i  ciężki  srebrny  pas.  Jej  szare  oczy  patrzyły  z  rozmarzeniem,  gdy 

wsuwała  maleńkie  srebrne  kolczyki  i  ściągnęła  loki  w  luźny  kok.  Nie  mam  zamiaru  udawać 

przed samą sobą, pomyślała, chcę wyglądać jak najlepiej właśnie dla niego, nawet jeśli okaże się, 

że będzie to tylko oficjalne spotkanie.

Zupełnie jednak na to nie wyglądało, kiedy parę minut później spotkała sie z Jayem na rogu 

ulicy. Przeciwnie, czuła się jak kobieta idąca na  spotkanie z kochankiem. Podniecające uczucie 

nie  minęło,  gdy  weszli  do  holu  budynku,  w  którym  miało  się  odbyć  zebranie.  Hattie  czuła  się 

dumna i szczęśliwa, gdy Jay przedstawił ją kilku swoim znajomym – członkom Komitetu. Kiedy 

zebranie wreszcie się rozpoczęło, Hattie usiadła w tylnym rzędzie i starała się skupić uwagę na 

omawianych zagadnieniach. Dotyczyły one projektu przebudowy kilku starych domów na Queen 

Street.  Projekt  ten  stwarzał  pewne  zagrożenie  dla  historycznej  dzielnicy.  Jeśli  miał  zostać 

zaakceptowany,  należało  ściśle  określić  granice  przebudowy.  Hattie  była  pewna,  że  zostanie 

jednak  odrzucony.  Toteż  ze  zdumieniem  wysłuchała  opinii  Jaya,  który  opowiedział  się  za 

udzieleniem wstępnej aprobaty i przygotowaniem szczegółowych planów.

On rzeczywiście jest realistą, jak to określił, pomyślała. Chociaż z Shadows to zupełnie inna 

historia. To jego dom, więc reaguje emocjonalnie.

Hattie  podobał  się  sposób,  w  jaki  Jay  prowadził  obrady.  Nawet  o  wyjątkowo  spornych 

kwestiach  dyskutował  spokojnie  i  z  cierpliwością.  To  chyba  prawda,  co  się  mówi  o 

charlestończykach, pomyślała, ich słynne dobre wychowanie jest im przekazywane w genach.

– I jak? – zapytał Jay, podchodząc do niej po zakończonym zebraniu. – Co o tym sądzisz? 

Nie, nie odpowiadaj teraz. Powiesz mi przy drinku.

Podeszli do jaguara zaparkowanego z tyłu budynku. Jay z gracją otworzył przed nią drzwi i 

Hattie opadła na wygodny, skórzany fotel. Sadowiąc się za kierownicą, Jay rzucił jej zagadkowe 

background image

spojrzenie. Po chwili włączył silnik i wyjechał z parkingu, kierując się w stronę Meeting Street.

Siedząc  przy  Jayu,  Hattie  poddała  się  urokowi,  jaki  z  niego  emanował.  Zapach  płynu  po 

goleniu,  męskiego  ciała  i  tytoniu  mieszały  się,  pobudzając  jej  zmysły.  Mogłaby  tak  jechać 

godzinami. Zbyt szybko skręcili w wąską aleję i zaparkowali za solidnym budynkiem z cegły.

– Razem z kilkorgiem przyjaciół włożyłem pieniądze w odnowę tego miejsca – powiedział 

cicho Jay.

– To tawerna pochodząca jeszcze z czasów wojny o niepodległość. W dziewiętnastym wieku 

urządzono tu teatr i dom sportu. Ostatnio służył jako magazyn.

Gdy  weszli  do  środka,  Jay  dodał,  że  na  parterze  mieści  się  restauracja.  Ceglane,  pokryte 

tkaniną ściany, antyczne kredensy stwarzały czarującą atmosferę. Hattie wyraziła swój podziw.

– Dziękuję. – Jay uśmiechnął się i wziąwszy ją za rękę poprowadził po szerokich, dębowych 

schodach.

- Ale  właściwie  nic  jeszcze  nie  widziałaś.  Przywróciliśmy  tawernie  jej  dawny  wygląd  i 

urządziliśmy w niej prywatny klub.

To,  co  Jay  nazywał  tawerną,  miało  zupełnie  inny  charakter  niż  restauracja  na  dole. 

Eleganckie, choć skromne, wnętrze tchnęło duchem przeszłości.  Stały tu  teraz stoły nakryte do 

kolacji, ale Hattie  natychmiast pomyślała,  że można by tu urządzać bale i wspomniała taniec z 

Jayem w Shadows.

– Wspaniałe wnętrze, prawda? – zapytał Jay i Hattie po raz kolejny odniosła wrażenie, jakby 

czytał  w  jej  myślach.  –  Staraliśmy  się,  aby  wyglądało  tak,  jak  wówczas,  gdy  podejmowano 

Washingtona  w  1791  roku.  W  1825,  kiedy  La  Fayette  powrócił  do  Charlestonu  jako  gość 

honorowy,  wzniesiono  tu  piętnaście  toastów,  a  każdemu  towarzyszył  salut  armatni.  Mój 

praprapradziadek  pisał  o  tym  wydarzeniu.  Można  powiedzieć,  że  ta  sala  to  część  historii 

Charlestonu.

W  głosie  Jaya,  choć  mówił  cicho, brzmiały  duma  i  satysfakcja  z dobrze  wykonanej pracy. 

Hattie  wspomniała,  co  Charley  mówił  jej  o  Jayu  i  ludziach  mu  podobnych,  działających  jako 

strażnicy historii zmyślą o przyszłych pokoleniach. W głębi duszy całkowicie godziła się z taką 

postawą.

Ale nie mogłaby wyrazić tego głośno, zabrzmiałoby to jakby mówiąc tak, miała jakiś inny, 

ukryty  cel.  Bez  słowa  dała  się  poprowadzić  do  miejsca,  które  w  teatralnych  czasach  tawerny 

służyło jako scena,  a teraz urządzono tu świetlicę dla członków klubu. Jay poznał ją ze swymi 

przyjaciółmi, charlestońską elitą, jak zgadywała.

Hattie usiadła na jednej z beżowych kanap i zaczęła rozglądać się po wnętrzu.

– Niezłe, co? – zagadnęła ją młoda kobieta o czarnych kręconych włosach, której wzrok bez 

ustanku  podążał  za Jayem.  –  To  najbardziej  elitarny  klub w  mieście. Trzeba być  kimś,  aby  do 

niego należeć.

background image

– Odpowiednie pochodzenie też może mieć znaczenie – dorzucił jej towarzysz. – Jay musiał 

ci  wspominać,  że  kiedyś  był  tu  teatr.  Zarażeni  jesteśmy  jego  bakcylem  i  czasem  musimy  być 

gotowi  do  odegrania  jakiejś  roli.  „Nawet  jeśli  cierpisz  wzloty  i  upadki  nieokiełznanej  fortuny, 

jeśli twej publiczności nie będzie się to podobać, wstaw innego komedianta z kompanii”.

– Albo postąp tak, jak Hamlet radził Ofelii – wyszeptał Jay podając Hattie drinka.

–  Idź  do  klasztoru?  –  spytała,  a  w  brązowych  oczach  wyczytała  aprobatę,  że  odgadła  jego 

myśl.

– Rozmowa zeszła na sprawy polityczne. Hattie i Jay sączyli drinki, rzadko się odzywając. W 

końcu Jay odstawił szklankę.

– Chodź – powiedział. – Pokażę ci taki widok na miasto, jakiego nie zapomnisz.

Weszli na trzecie piętro, a stamtąd  na płaską  platformę dachu.  Noc była  piękna i pogodna. 

Miasto,  widziane  z  góry,  sprawiało  wrażenie  niewielkiego  i  starego,  tak,  jak  je  odebrała 

przejeżdżając jego ulicami po raz pierwszy.

– Och, Jay. – Zbliżyła się do krawędzi dachu. – Tu jest cudownie.

– Ostrożnie – ostrzegł. – Nie ma balustrady. Pozwól... przytrzymam cię.

Chwilę później otoczyły ją mocne ramiona i Hattie przestała myśleć o historii i architekturze. 

Czuła jego usta w swoich włosach i mocne ciało coraz bliżej swojego.

– Hattie, Hattie – wyszeptał, tuląc ją. – Naprawdę sądziłaś, że mogę o tobie zapomnieć?

background image

Rozdział 5

Pod wpływem dotyku jego rąk czuła, że płonie, że ogień rozpala jej żyły. Drżała z rozkoszy, 

każdą komórką swego ciała pragnęła, aby dotknął jej znowu.

–  Ja też  nie  mogłam ciebie  zapomnieć –  wyznała,  zwracając ku niemu  twarz. –  Choć  Bóg 

wie, że próbowałam...

Nie usłyszała odpowiedzi, bo w tym momencie zbliżył usta do jej warg, łącząc się z nią w 

gorącym  pocałunku.  Przytuliła  się  do  niego  mocniej  i  zanurzyła  dłonie  w  gęstych  siwiejących 

włosach, które tak bardzo jej się podobały.

– Jay – wyszeptała, gdy wreszcie mogła złapać oddech. – Nie wiesz, jak często... leżałam nie 

śpiąc i wyobrażałam sobie tę chwilę.

– Wiem. – Jego głos drżał. – Ze mną było tak samo. Nic nie mów. Chcę cię po prostu czuć.

Po  chwili  jego  ręce  były  już  pod  jej  bluzką  i  dotarły  do  pełnych  piersi.  Czuję  się  tak, 

pomyślała  Hattie,  jakbym  marzyła  o  nim  od  wieków.  Pragnę  go  tak  bardzo,  że  mogłabym 

umrzeć.

W tym momencie od strony wejścia na dach rozległ się zimny kobiecy głos:

– Jay, jesteś tam? Tracey Cameron widziała, jak wchodziłeś tu ze swoim gościem.

Serce  Hattie  zamarło,  a  Jay  zastygł  bez  ruchu,  po  czym  odsunął  się  od  niej  i  starł  z  ust 

szminkę.  Tracey Cameron  to  ta  czarnowłosa dziewczyna,  która  ze mną  rozmawiała,  pomyślała 

Hattie. Ale kim jest ta kobieta o tak władczym głosie? Kimś, kto ma prawo wpaść w złość, jeśli 

znajdzie mnie w jego ramionach? Pośpiesznie poprawiła bluzkę.

–  Jesteśmy  tutaj,  Lorelei  –  powiedział  Jay  zwykłym  tonem,  choć  Hattie  uchwyciła  w  nim 

pewną oschłość.

– Mogłeś przynajmniej wziąć latarkę, mój drogi.

–  Kobieta  roześmiała  się,  ale  w  jej  głosie  brzmiało  niezadowolenie.  Skierowała  się  w  ich 

stronę.

Chociaż  brakowało  dobrego  oświetlenia,  Hattie  zdołała  dojrzeć,  że  jest  to  prawdziwa 

piękność; szczupła, z  klasycznymi rysami  i długimi do ramion blond włosami. Było w niej też 

coś znajomego. Hattie zastanowiła się i nagle przypomniała sobie, że widziała ją już na pogrzebie 

Frances. To była żona Paula, kobieta, którą Jay prosił niegdyś o rękę.

–  Hattie,  to  żona  mojego  kuzyna,  Lorelei  Ashe  –  Jay  potwierdził  te  przypuszczenia 

dokonując prezentami.

–  Lor,  to  Hattie  Lawford,  architekt  z  Resorts  America,  która,  jak  ma  nadzieję  twój  mąż, 

przekona mnie do sprzedaży Shadows.

– Tak... – Lorelei wykrzywiła usta w uśmiechu.

– Widzę, że już coś osiągnęła – dodała spoglądając na Hattie.

Jay nie odezwał się, zapalając papierosa.

background image

–  Jay  robił  właśnie  co  w  jego  mocy,  aby  przekonać  mnie  do  przejścia  na  jego  stronę  –

stwierdziła Hattie poirytowana, że żona Paula nie uznała za stosowne choćby skinąć jej głową na 

powitanie. Miała nadzieję, że Jay nie potraktuje tej uwagi zbyt serio.

– Na twoim miejscu byłabym ostrożna – Lorelei po – raz pierwszy zwróciła się bezpośrednio 

do Hattie. – Jay potrafi być bardzo przekonywający.

Przez  kilka  chwil  toczyła  się  niezręczna  rozmowa.  Jay  prawie  się  nie  odzywał.  Sprawiał 

wrażenie  zniecierpliwionego,  najwyraźniej  chciał  jak  najszybciej  zejść  na  dół  i  dołączyć  do 

reszty towarzystwa. Jeśli chodzi o Hattie, to mogła jedynie stawiać sobie kolejne pytania co do 

zaistniałej sytuacji. W każdym razie, jak przyznała szczerze przed samą sobą, szanse na to, aby 

polubiła  Lorelei,  raczej  nie  istniały.  Wydawało  się  to  nieprawdopodobne,  ale  jednak  zamężna 

Lorelei  najwyraźniej  była  zazdrosna  o  swą  dawną  miłość.  A  w  tej  chwili  robi,  co  może,  aby 

zepsuć nam wieczór, doszła do wniosku Hattie, obserwując równocześnie twarz Jaya. Teraz już 

nie  byłby  w  nastroju,  aby  się  kochać.  Ale,  jeśli  jego  zachowanie  mogło  służyć  za  wskazówkę, 

Lorelei niczego nie zyskała, przerywając im to sam na sam.

– Wracajmy do środka – powiedział gwałtownie Jay i wyrzucił papierosa zaledwie po kilku 

zaciągnięciach się. – Skoro Paul tu jest, chcę z nim zamienić parę słów.

Rozmowa  z  kuzynem  zajęła  mu  niecałą  minutę,  po  czym  szybko  się  pożegnali.  Hattie 

uchwyciła spojrzenie Paula i odniosła wrażenie, jakby on dokładnie wiedział, co wydarzyło się 

między nią a Jayem na dachu.

–  Niezależnie  od  tego,  jak  bardzo  się  różnimy  w  poglądach,  muszę  przyznać,  że  Paul  jest 

znakomitym architektem – zauważył Jay, kiedy wsiadali do samochodu. Te ciche słowa zdumiały 

Hattie.  Stosunki  między  Jayem,  Paulem  i  jego  żoną  wydawały  jej  się  coraz  bardziej 

skomplikowane.

Jechali  dalej  w  milczeniu,  pogrążeni  we  własnych  myślach.  Po  kilku  minutach  Jay 

zaparkował przy krawężniku naprzeciw zajazdu, w którym zatrzymała się Hattie.

– To była dla mnie wielka przyjemność – stwierdził. – Nie będę pytać, czy cię przekonałem. 

Na to trzeba więcej czasu.

Zabrzmiało  to  tak,  jakby  ich  współdziałanie  było  sprawą  przesądzoną.  A  więc  nie  myśli  o 

tym,  co  wydarzyło  się  na  dachu,  Hattie  poczuła  rozczarowanie.  Liczyła  na  pocałunek  na 

dobranoc.

– Dałeś mi wiele do myślenia – odpowiedziała.

– Mam nadzieję.

– A więc dobranoc. I dziękuję.

Pochylił się, aby otworzyć jej drzwi samochodu i nagle położył rękę na jej ramieniu.

– Nic z tego nie wyjdzie, prawda?

– Z czego? – spytała miękko.

–  Z  tego,  żebyśmy  zostali  przyjaciółmi.  A  może  czymś  więcej...  Przynajmniej  dopóki 

background image

będziesz pracowała w Shadows i stosowała się do naszej umowy. Jest zbyt wiele komplikacji.

Tylko  dlatego,  że  Lorelei  widziała  nas  i  pewnie  zacznie  plotkować,  pomyślała  Hattie. 

Niestety,  rozumiała,  jakie  to  może  stworzyć  problemy.  Jak  to  będzie  wyglądało,  jeśli  Jay 

zdecyduje  się  sprzedać  Shadows?  Ludzie  już  zawsze  będą  myśleć,  że  dobiłam  z  nim  targu  w 

łóżku. O n zresztą też tak może myśleć. A to jest ostatnia rzecz, jakiej bym sobie życzyła. Czekał 

wciąż na odpowiedź, więc skinęła niepewnie głową. Po chwili Jay wyjął z portfela wizytówkę.

–  Chciałbym,  żebyś  skontaktowała  się  z  moją  znajomą  –  powiedział.  –  Tatę  Marlowe  jest 

szefową  personelu  w  Towarzystwie  Ochrony  Zabytków.  Nie  mogła  dziś  przyjść  na  zebranie. 

Sądzę, że łatwo nawiążesz z nią kontakt, a ona może ci naświetlić sprawę ochrony i przebudowy 

historycznych obiektów w tym mieście.

Następnego  ranka,  popijając  znakomitą  czarną  kawę  na  dziedzińcu  zajazdu,  Hattie 

rozmyślała  o  wydarzeniach  poprzedniego  dnia.  Zastanawiała  się,  jak  ułożyłyby  się  stosunki 

między  nią  a  Jayem,  gdyby  teraz  opowiedziała  się  przeciwko  zmianom  w  Shadows.  Czy 

powtórzyłoby się to, co miało miejsce na dachu? Czy zostaliby kochankami?

Poprzedniej nocy, w ramionach Jaya, takie zakończenie wydawało jej się nieuniknione. Tego 

zresztą  pragnęła  i  wtedy,  i  teraz.  Pomyślała,  że  Jay  jest  człowiekiem,  w  którym  bardzo  łatwo 

byłoby się zakochać.

No  cóż,  nie  mogę  zaniedbywać  obowiązków  tylko  dlatego,  że  wolałabym  z  nim 

współpracować,  pomyślała,  dopijając  kawę.  A  nawet  dlatego,  że  w  głębi  serca  bardzo  tego 

pragnę. Mam pracę do wykonania.

Ale miała też do wypełnienia swoją część umowy, jaką wczoraj z nim zawarła. Wróciła do 

pokoju, wykręciła numer Tatę Marlowe i umówiła się z nią na lunch.

Hattie  wyłowiła  wzrokiem  jasnowłosą  przyjaciółkę  Jaya  w  chwili,  gdy  ta  wchodziła  do 

niewielkiego baru na King Street.

– Ty musisz być Hattie. – Tatę wyciągnęła ku niej rękę. – Jay mi ciebie opisał: „włosy koloru 

miodu i wielkie szare oczy”.

–  A  ty  jesteś  Tatę.  –  Hattie  nie  mogła  powstrzymać  się  od  uśmiechu,  słysząc  tę 

charakterystykę. – I co – powinnam teraz zrobić? Chyba zarumienić się i spuścić wzrok?

– Nie musisz. – Tatę roześmiała się. – Jak ci się tu podoba? To jedno  z moich ulubionych 

miejsc.

Hattie  zgodziła  się,  że  przytulne  stoliki,  jasne  nakrycia  i  rozwieszone  na  ścianach  plakaty 

sprawiają  przyjemne  wrażenie.  Kuszące  wyglądem  wypieki  wystawione  w  szklanej  gablocie 

zdecydowanie  zyskały  jej  uznanie.  A  ponieważ  zbliżała  się  właśnie  godzina  lunchu,  złożyły 

szybko zamówienie i usiadły, aby porozmawiać.

background image

Początkowo  rozmowa  skoncentrowała  się  na  temacie  zasugerowanym  poprzedniego  dnia 

przez Jaya. Tatę opowiadała o ochronie zabytków; widać było, że lubi swoją pracę. Zależało jej 

na  sprawie  ochrony,  chociaż  przyznawała,  że  czasem  staje  po  stronie  tych,  którzy  dążą  do 

przemian.

– Większość naszych członków jest przeciwna jakimkolwiek zmianom – mówiła. – Spora ich 

część  to  przemiłe,  starsze damy,  ale  wyjątkowo  konserwatywne, gdy  sprawa  zaczyna dotyczyć 

ich własnych rezydencji. Jednak czasem wykorzystanie starej posiadłości do nowych celów jest 

jedynym  sposobem  jej  ocalenia.  Jay  też  doszedł  do  tego  wniosku,  chociaż  nie  podziela  tego 

zdania w sprawie Shadows.

– Powiedział mi, że jego wielkim marzeniem byłoby przenieść się do tego domu i mieszkać 

tam z rodziną.

– To prawda – potwierdziła Tatę.

Jestem  okropna,  pomyślała  Hattie.  Ale  nietrudno  spostrzec,  że  są  bliskimi  przyjaciółmi. 

Muszę się dowiedzieć, czy między nimi jest coś więcej.

– O ile wiem, przyjaźnisz się z Jayem od dawna – odezwała się, równocześnie z całą uwagą 

krojąc kanapkę. – Mówił o tobie z ogromnym uznaniem.

W oczach Tatę błysnęło zrozumienie. Nie przestawała patrzeć na Hattie z życzliwością.

–  Zawsze  czułam  do  niego  coś  więcej  niż  sympatię  –  potwierdziła,  zmuszając  się  do 

uśmiechu.  –  Nie  dziwi  mnie,  że  to  odgadłaś.  Ale  on  nigdy  nie  odwzajemnił  się  tym  samym. 

Jesteśmy  więc  po  prostu  przyjaciółmi.  Mamy dużo  wspólnych  zainteresowań  i  dobrze  nam  się 

razem pracuje.

– Nie miałam zamiaru się wtrącać. – Hattie czuła się zmieszana bezpośredniością Tatę.

– Miałaś. – Tatę przechyliła się przez stół i poklepała ją po ręku. – W porządku. Myślę, że 

kobiety, które interesuje ten sam mężczyzna, zawsze się rozpoznają. Ale w naszym przypadku to 

wcale nie oznacza, że nie możemy się zaprzyjaźnić. Wręcz przeciwnie.

– Mam nadzieję. – Hattie spojrzała Tatę prosto w oczy. – Ja już cię bardzo lubię.

– Ja ciebie też. – Tatę przez  chwilę siedziała zamyślona. – Jay  chyba nigdy  nie natrafił na 

właściwą kobietę – powiedziała. – Może ty mu w końcu zawrócisz w głowie.

Uszczęśliwiona po spotkaniu z Tatę, Hattie przez godzinę spacerowała po King Street. Cóż z 

tego,  że  rozstała  się  poprzedniej  nocy  z  Jayem  nie  wiedząc,  kiedy  go  znów  zobaczy?  W  jakiś 

sposób słowa Tatę Marlowe sprawiły, że widziała przyszłość w jaśniejszych barwach.

W pewnym  momencie  z  wystawy sklepowej  zachęcająco błysnął  ku  niej  niewielki srebrny 

serwis do herbaty. Kierując się impulsem, Hattie weszła do środka i spytała o cenę. A po kilku 

minutach,  ku  własnemu  zdumieniu,  wyszła  na  zewnątrz  ze  starannie  obwiązanym  pakunkiem. 

Hattie zarabiała niemało w Resorts America, ale bardzo rzadko wydawała pieniądze na domowe 

zbytki. Chyba dlatego, że nigdzie nie mieszkam na stałe, pomyślała. Wygląda jednak na to, że w 

końcu uległam domatorskiemu instynktowi.

background image

Późnym  popołudniem  zaparkowała  samochód  naprzeciwko  rezydencji  należącej  do  Sulky 

Rawls. Trzypiętrowy, różowy dom z potrójną werandą ozdobioną kolumnami według greckiego 

porządku wzbudził  podziw  Hattie. Zgodnie  z życzeniem Paula została  zaproszona  do  Sulky na 

herbatę.  Mam  nadzieję,  że  Lorelei  tu  nie  będzie,  pomyślała  wchodząc  do  środka.  Została 

powitana niezwykle ciepło.

–  A  więc...  podoba  ci  się  nasze  miasto  –  wykrzyknęła  jasnooka,  mniej  więcej 

sześćdziesięcioletnia Sulky,  gdy Paul dokonał prezentacji. – Nie dziwi  mnie to. Oczywiście, ty 

doceniasz  piękną  architekturę,  a  Charleston  to  najbardziej  angielskie  miasto  na  Wschodnim 

Wybrzeżu. Proszę, wejdź. Napijemy się herbaty w salonie. Mariah naleje.

Hattie  po  raz  pierwszy  miała  okazję  przyjrzeć  się  dokładniej  siostrze  Paula,  smukłej, 

ciemnowłosej dziewczynie, którą Jay pocieszał podczas pogrzebu.

– Dzień dobry – odezwała się Mariah. – Usiądź proszę – wskazała jej miejsce, gdy weszły do 

salonu.  Sama  usiadła  przy  mahoniowym  stoliku  zastawionym  filiżankami  i  talerzami  pełnymi 

kanapek.  Smukłe  ręce  złożyła  na  kolanach.  Jak  naturalnie  i  dystyngowanie  wszystkie  trzy 

wyglądamy w tym saloniku, pomyślała Hattie. I jak bardzo Jay by tu pasował. Kupując serwis do 

herbaty,  który  ostrożnie  umieściła  w  bagażniku  samochodu,  Hattie  miała  nadzieję  zaznać 

wreszcie  nieco  innego  życia;  życia,  jakie  toczy  się  w  salonie  z  pięknym  dywanem  i 

wypolerowanymi meblami.

Dobre  maniery  Summerfieldów  ułatwiły  nawiązanie  rozmowy.  Ani  się  spostrzegła,  gdy 

wdała  się  w  ożywioną  dyskusję  z  gadatliwą  ciotką  Sulky  i  śmiała  się  z  podanej  przez  nią 

charakterystyki charlestończyków: „Oni są jak Chińczycy; jedzą ryż i wielbią pamięć przodków”.

Słuchała z zainteresowaniem, gdy nieśmiała Mariah wyjaśniała jej, dlaczego jest tak niewiele 

okien po północnej stronie domu.

–  Nazywamy  to  „północnymi  manierami”  –  powiedziała  dziewczyna,  po  raz  pierwszy 

uśmiechając  się  do  Hattie.  –  Ta  część  bowiem  wychodzi  na  werandę  sąsiadów.  Dawniej,  gdy 

budowano  domy,  na  północnej  stronie  umieszczano  jedynie  niezbędne  okna,  aby  nie  naruszać 

prywatności innych. Nie powinno się przez nie wyglądać.

Rozumiem,  dlaczego  Jay  ją  kocha,  pomyślała  Hattie.  Jest  poważna,  bardzo  sympatyczna  i 

zna historię Charlestonu. A poza tym jest urocza. Rozumiem też, dlaczego Jay tak czule mówi o 

swej ciotce.

Sulky spytała, gdzie Hattie zatrzymała się w mieście i pochwaliła jej wybór. Po czym złożyła 

niespodziewaną propozycję.

–  Jeżeli  chcesz  tu  zostać  dłużej,  to  powinnaś  wynająć  umeblowany  pokój.  Mamy  taki  w 

odnowionej części z tyłu domu. Nie policzę ci drogo i jeszcze dodam domowe posiłki. Patsy i tak 

dla  nas  gotuje.  Jeśli  masz  wątpliwości,  pomyśl,  że  już  niedługo  nie  będziesz  mogła  nawet 

spojrzeć na restauracyjne jedzenie.

background image

–  Ja...  –  Hattie  czuła  się  naprawdę  zakłopotana  –  nie  jestem  pewna,  czy  powinnam, 

zważywszy na okoliczności...

– Nonsens. Lubię towarzystwo. Powiedz jej, Paul.

Czy nie tak?

-Z pewnością tak – przytaknął bratanek, uśmiechając się i kiwając z aprobatą głową.

– Hmm... – Hattie zastanawiała się. Sądziła, że Paul popiera ten pomysł, bo uważa, że w ten 

sposób  prędzej  ruszy  do  przodu  praca  nad  projektem.  Hattie  musiała  jednak  przyznać,  że 

niezmiernie pociągają możliwość bliższego poznania rodziny Jaya.

–  Powiedz:  tak,  Hattie.  –  Marian  niespodziewanie  zaczęła  ją  namawiać  do  przyjęcia 

zaproszenia. – To byłoby świetnie mieć gościa.

Hattie roześmiała się, ustępując, chociaż wcale nie wiedziała, co na to powie Jay.

– Dobrze – powiedziała. – Namówiliście mnie. Pojadę po swoje rzeczy.

– A ja ci pomogę – zaproponował Paul.

Hattie jednak grzecznie odmówiła, wymawiając się niewielką ilością bagażu.

–  Nie  sądziłam,  że  zatrzymam  się  tu  tak  długo  –  stwierdziła. –  Musisz  być  czarownikiem, 

skoro sprawiłeś, że Jay zgodził się przynajmniej na rozważenie sprawy.

–  Ty jesteś  czarownicą  –  odpowiedział  Paul.  –  Zabawię się  w  dżentelmena  i  nie  spytam o 

szczegóły. A przy okazji, cieszę się, że zaprzyjaźniłaś się z Sulky.

Nim  Hattie  zdążyła  odpowiedzieć,  Paul  pożegnał  się  już  z  ciotką  i  zaraz  potem  odjechał. 

Może  po  prostu  żartował  wspominając  Jaya,  pomyślała.  W  każdym  razie  miała  nadzieję,  że 

Sulky tego nie słyszała.

–  Czy  Mariah  tu  mieszka?  –  spytała,  gdy dziewczyna  wbiegła po  schodach  na  górę,  gdzie 

prawdopodobnie znajdowały się pokoje obu pań. – Sądziłam, że mieszka z bratem.

–  Paul  i  Lorelei  mają  duży,  wiktoriański  dom  po  południowej  stronie  Broad  Street  –

odpowiedziała  Sulky.  –  Remontują  go  od  kilku  lat.  W  związku  z  tym  utrzymuje  się  mit,  że 

Mariah jest u mnie wygodniej. Tak naprawdę ona i Lorelei nie mogą się ze sobą dogadać.

Mariah  siedziała  na  ławce  w  ogrodzie,  gdy  wieczorem  Hattie  wyszła  na  dwór,  aby 

zaczerpnąć  świeżego  powietrza.  Widząc  zamyśloną  twarz  dziewczyny  podeszła,  aby 

porozmawiać.

– Coś nie tak? – spytała. – Może przeszkadzam?

Pewnie snujesz marzenia o swoim chłopcu.

Wyglądało na to, że trafiła w sedno.

–  Jestem  teraz...  na  etapie  między  chłopcami  –  wyznała  nieśmiało.  –  Ale  rzeczywiście 

myślałam  o  kimś.  Pewnie  i  tak  niedługo  o  tym  usłyszysz...  Kilka  tygodni  temu  zerwałam  z 

facetem o nazwisku Brad Moss. Jay i ciocia Sulky zupełnie go nie aprobowali.

background image

– Tak, znam to – zauważyła Hattie łagodnie. – Ja też miałam kilku chłopców w liceum. Mój 

ojciec był oficerem marynarki i wszystkich ich przepędzał z domu.

– Nie skarżyłam się. – Mariah spojrzała na nią. – Sama chciałam z nim zerwać. Niestety oni

mieli rację.

– A więc to nie o nim myślałaś?

–  Nie.  O  kimś  znacznie  sympatyczniejszym.  Cieszę  się,  że  tu  jesteś,  Hattie.  Lubię  mieć  w 

pobliżu  kogoś  niemal  w  moim  wieku,  żeby  pogadać.  Ale  teraz  lepiej  już  pójdę  na  górę.  Nie 

skończyłam jeszcze wypracowania na jutro.

Gdy Mariah odeszła, Hattie wolnym krokiem minęła furtkę, przeszła przez ulicę i dotarła do 

muru, skąd roztaczał się widok na oświetlony księżycem port.

Stała oparta o balustradę, tonąc w marzeniach, gdy naraz pojawił się przy niej Jay.

– Z mojej werandy na trzecim piętrze jest lepszy widok szepnął. – A poza tym mam teleskop.

Hattie odwróciła się i spojrzała mu w oczy.

– Z jakiej werandy na trzecim piętrze? – spytała.

Ruchem  głowy  wskazał  dom  Sulky  po  drugiej  stronie  ulicy,  najwyraźniej  rozbawiony  jej 

zdziwieniem.

– Wynająłem u niej całe piętro, zamiast u kogoś obcego w mieście.

– Nikt mi o tym nie powiedział. – Hattie patrzyła na niego.

–  Pewnie uważali,  że  wiesz.  No  więc  jak?  Skoro  jesteśmy sąsiadami,  może  jednak  rzucisz 

okiem na kolebkę Konfederacji z lepszego punktu obserwacyjnego?

Jesteśmy  tylko  sąsiadami,  pomyślała.  Znowu  chcesz,  abym  ci  uległa,  a  potem  zaczniesz 

mówić o komplikacjach? Przecież chcesz z nim być, podpowiedział wewnętrzny głos. Taka jest 

prawda.

Jay  czekał  na  odpowiedź.  Jej  odpowiedź,  coś  w  rodzaju  „innym  razem”  i  wyjaśnienie,  że 

rano  jest  umówiona  na  przejażdżkę  konną  po  Shadows  razem  z  Paulem,  nie  była  tą,  której 

oczekiwał. Zamyślony odprowadził ją przez ulicę i pożegnał na werandzie.

Ale mimo świadomości, że postąpiła słusznie odrzucając jego propozycję, Hattie nie mogła 

zasnąć. Gdy późną nocą wyszła na taras swojego pokoju, ujrzała ognik papierosa na werandzie 

Jaya. Najwidoczniej jego też męczyła bezsenność.

background image

Rozdział 6

Może powinnam była przyjąć jego zaproszenie, pomyślała Hattie, cofając się trochę, aby Jay 

jej nie zauważył. Przecież na to właśnie miałam ochotę. Szczerze jednak wątpiła, czy Jay dobrze 

by się czuł następnego ranka, kiedy uświadomiłby sobie, iż kochał się z nią w domu swej ciotki.

Tak  by  się  przecież  stało,  myślała  wracając  do  łóżka.  Stalibyśmy  sami  na  werandzie, 

spoglądając  na  przystań,  a  potem  skierowalibyśmy  teleskop  ku  gwiazdom.  I  nikt  by  nas  nie 

powstrzymał przed zrobieniem tego, czego pragniemy. Hattie westchnęła i przycisnęła głowę do 

poduszki.

Nie mogę przestać go pragnąć, pomyślała, gdy ochłonęła już trochę i zaczął ją ogarniać sen. 

Ale on ma rację; sytuacja nam nie sprzyja. Nie może pozwolić, aby to, co dzieje się między nami, 

wpłynęło na jego decyzję, tak samo, jak nie może to oddziaływać na moją pracę. Trudno będzie 

mieszkać z nim pod jednym dachem i nie zostać jego kochanką.

Rankiem  Hattie  włożyła  bluzę,  bryczesy  w  kolorze  khaki  i  wysokie  buty  do  konnej  jazdy, 

które  pożyczyła  od  Marian.  Starannie  umalowała  się,  zastanawiając  się,  czy  spotka  Jaya  przy

śniadaniu. Ale nie było go, gdy weszła do słonecznej jadalni i zajęła miejsce przy stole.

Sulky przedstawiła jej sędziego Horacego Plemmonsa, którego gościła na śniadaniu. Ujął on 

dłoń Hattie i ze staroświeckim wdziękiem przywitał ją, mówiąc, że to prawdziwy honor dla niego 

poznać tak czarującą damę. Hattie jednak miała świadomość, że samozwańczy strażnik interesów 

Sulky poddaje ją uważnej ocenie. Mimo tego Hattie podobały się jego jasne oczy, siwe wąsy i 

pięknie  modulowany  południowy  akcent.  Założę  się,  że  tworzą  z  Sulky  parę,  pomyślała. 

Nietrudno było zauważyć, że dla tego wiekowego, lecz przystojnego sędziego słońce wschodziło 

i zachodziło w domu Sulky Summerfield Rawls.

Mariah cicho zajęła swoje miejsce przy stole i przystąpiono do posiłku. Nikt nie wspomniał o 

Jayu i Hattie doszła do wniosku, że musiał wcześnie wstać. Prawdopodobnie nieczęsto będę go 

widywać mieszkając tutaj, pomyślała.

Chwilę później poderwała się na dźwięk kroków przed domem. Ale to był tylko Paul, który 

przed wyjazdem do Shadows wpadł do ciotki na poranną kawę. Wyglądał na odprężonego i był 

w dobrym humorze. Może dlatego, że Jaya nie ma w domu, pomyślała Hattie. Jakikolwiek byłby 

powód  jego  niefrasobliwego nastroju,  Hattie  cieszyła  się,  że  nie  przyszło  mu  do  głowy  znowu 

żartować przy niej z Jaya.

Siedząc  pośród  Summerfieldów  i  popijając  kawę  ze  srebrnej  filiżanki,  podczas  gdy  Paul, 

Sulky i sędzia omawiali jakieś lokalne problemy, a Mariah bez apetytu dziobała jedzenie, Hattie 

nie potrafiła stłumić w sobie pragnienia, aby stać się jedną z nich. Stać się żoną Jaya, poprawiła 

się.  Może  jeszcze  sama  przed  sobą  do  tego  się  nie  przyznałaś,  ale  jesteś  w  nim  bezgranicznie 

zakochana.

background image

– Jesteś dziś bardzo milcząca, Hattie – zauważył Paul, wycierając usta i odkładając serwetkę. 

–  Mam  nadzieję,  że  z  równą  chęcią  jak  ja  pojedziesz  do  Shadows,  aby  przeprowadzić  wizję 

lokalną.

– Jestem już gotowa do drogi.

Im  wcześniej  projekt  będzie  ukończony,  tym  szybciej  wyjaśni  się  sytuacja  między  nią  a 

Jayem.

– Dobrze, a więc spotkamy się na miejscu – uśmiechnął się.

Szpaler, jaki tworzyły dęby wzdłuż Ashley River Road, wyglądał już znajomo, kiedy jechała 

za  czarnym  porsche  Paula  w  stronę  plantaq’i.  Nie  spodziewała  się  zastać  Jaya  w  Shadows, 

sądząc, że wyjechał rano w sprawach służbowych. Nie chciałaby go nawet napotkać, gdy razem z 

Paulem przemierzać będą posesję omawiając projekt. Ale gdy dojechali na miejsce, Hattie ujrzała 

srebrnego jaguara parkującego obok żółtego alfa romeo.

– Ciekaw jestem, co Lor tutaj robi – zauważył Paul, gdy wysiedli z samochodów, po czym

wzruszył  ramionami.  –  Podejrzewam,  że  pomaga  swemu  ulubionemu  kuzynowi  w  tresurze 

kucyków.

Hattie  nie  odezwała  się.  Ulubiony  kuzyn,  myślała  z  lekką  ironią.  Jak  możesz  być  tak 

obojętny wiedząc, że żona ugania się za dawnym kochankiem?

Traf chciał, że Lorelei i Jay wrócili konno do stajni właśnie w chwili, gdy Paul i Hattie mieli 

zamiar wyruszyć. Hattie z niechęcią musiała przyznać, że Lorelei świetnie trzyma się w siodle. 

Tego  ranka  elegancka  blondynka  zrezygnowała  z  klasycznego  stroju  do  konnej  jazdy  na  rzecz 

znakomicie dopasowanych dżinsów i żółtego swetra z szetlandzkiej wełny, dokładnie w kolorze 

jej  limuzyny.  Fakt,  że  Jay  również  miał  na  sobie  dżinsy  i  szary  kaszmirowy  golf,  tylko 

potwierdzał trafność jej wyboru.

– Cześć, kochanie. – Lorelei podeszła do Paula i pocałowała go lekko w policzek. – Panno 

Lawford, wygląda na to, że dość często się spotykamy, prawda?

– Dzień dobry, pani Ashe – odpowiedziała, dostosowując sie do oficjalnego tonu, po czym 

szybko przywitała się z Jayem.

Odpowiedział  krótko i mruknął coś na  temat trenowania koni do  sobotniego meczu. Hattie 

odniosła wrażenie, że czuł się skrępowany faktem, iż przyłapała go sam na sam z żoną kuzyna.

To  nie  moja  sprawa,  jak  spędzasz  poranki,  pomyślała,  czując  jednak  narastającą  irytację. 

Odwróciła się  i przy pomocy stajennego  dosiadła  konia. Kiedy  oboje z  Paulem odjeżdżali, Jay 

rozmawiał z Lorelei przy samochodach.

Nie będę o nim myśleć, postanowiła, jadąc z Paulem w dół cypla. Zjechali ku rzece i ruszyli 

ścieżką prowadzącą do miejsca, w którym miał stanąć kompleks budynków. Jestem tu służbowo. 

Jeśli  on  chce spędzać czas  z  żoną  kuzyna,  to  jego  sprawa.  W  każdym  razie  ja  nie  mam  prawa 

osądzać tego, co się tu dzieje.

background image

Ale w głębi serca zdawała sobie sprawę, że nic się nie zmieniło od chwili, gdy znalazła się w 

jego ramionach na dachu  tawerny, czy nawet od momentu, gdy tego ranka w jadalni  przyznała 

sama przed sobą, że go kocha.

Shadows było jednak  zbyt piękne,  aby  miała  się  pogrążać w smutnych  myślach. Plantacja, 

położona wśród lasów, gdzie zapach sosen i dębów mieszał się ze słodką wonią magnolii, sięgała 

aż do szerokiej, błękitnej rzeki. W powietrzu roznosił się aromat, który Jay określił jako zapach 

herbacianych oliwek. Hattie starała się nie myśleć zbyt wiele, ale chwilami wyobrażała sobie, że 

to nie Paul, lecz Jay jedzie koło niej.

Hattie oczywiście była już tu, spacerując po posiadłości tego dnia, gdy spotkała Jaya po raz 

pierwszy.  Ale  teraz  spędziła  tu  dużo  więcej  czasu,  omawiając  różne  możliwości  lokalizacji 

kompleksu.

Ku swemu zdumieniu doszła do wniosku, że zaczyna lubić Paula i szanować jako kolegę po 

fachu. Z całą szczerością opowiadał o swym marzeniu związanym z rozbudową Shadows tak, jak 

Jay mówił o jego ocaleniu.

Wykonali  kawał  dobrej  roboty  i  Hattie  miała  już  w  głowie  końcową  wizję  projektu.  Paul 

pożegnał się z nią i ruszył z powrotem do Charlestonu. Nie widząc samochodu Jaya przy stajni, 

Hattie doszła do wniosku, że on też musiał opuścić plantację. Mam czas, aby przejść się po domu 

i dokonać kilku brakujących pomiarów, pomyślała. Już się na niego nie natknę. Toteż gdy kilka 

minut później usłyszała skrzypienie skórzanych butów, zdumiona uniosła głowę.

– Myślałam, że już odjechałeś – wyrwało jej się i natychmiast pożałowała, że zdradziła się, iż 

w ogóle o nim myślała.

Jay nie wyglądał na zdziwionego. Jego poranna irytacja zniknęła. Uśmiechnął się.

– Pomyślałem, że może chciałabyś przejechać się ze mną konno do kościoła Summerfieldów, 

jeśli już skończyłaś pracę – powiedział. – Będę mógł opowiedzieć ci do końca historię Elizabeth, 

a po powrocie pokażę ci jej portret.

Wzmianka o Elizabeth Summerfield natychmiast przypomniała Hattie obraźliwą propozycję, 

jaką złożył jej podczas pogrzebu swej babki. Czy teraz ponawiał zaproszenie do intymnej wizyty 

w sypialni?

– Dobrze. – Hattie podniosła się i otrzepała spodnie. – Chętnie z tobą pojadę.

Przystanęła  zdumiona,  gdy  przed  wejściem  ujrzała  przywiązaną  do  poręczy  parę  koni.  A 

więc Jay nie brał pod uwagę jej odmowy. Pewnie po prostu wie, co do niego czuję, pomyślała. 

Ale wszystko mi jedno. W tej chwili pragnę jedynie być z nim.

Spoglądała,  jak  z  gracją  dosiadał  konia.  Patrzył  na  nią  przez  chwilę,  uśmiechając  się, 

najwyraźniej  zadowolony,  że  przyjęła  jego  zaproszenie.  I  chociaż  musiał  zmrużyć  oczy  w 

promieniach  słońca,  Hattie  zdołała  dojrzeć  w  ich  brązowej  głębi  obietnicę  czegoś  więcej  niż 

tylko zwykłej przejażdżki. Odpowiedziała uśmiechem. Było tak, jakby zawarli cichą umowę, że 

trzeba po prostu pozwolić, aby to, co ma się stać, stało się.

background image

–  Jedziemy! – zawołał  Jay.  –  Pani pierwsza,  panno  Hattie. Prosto,  a potem  skręć  w prawo 

przy bramie, jeśli nie pamiętasz trasy.

Zdecydowana  pokazać  mu  taką  klasę  jeździecką,  jaką  prezentowała  Lorelei,  Hattie  ruszyła 

ostrym kłusem. Szkoda, że nie jedzie przede mną, pomyślała, tak pięknie prezentuje się na koniu. 

Tylko raz w życiu spotyka się takiego mężczyznę. W tej chwili należał do niej.

Po paru minutach minęli granicę posiadłości i skręcili na dziedziniec kościoła. Dziś nie było 

tu  żadnych  samochodów.  Zsiedli  z  koni  i  przywiązali  je  do  drzewa.  Hattie  czuła 

wszechogarniający spokój i ciszę. Słychać było tylko śpiew ptaków dochodzący z koron drzew.

Cała przeszłość jest tutaj,  pomyślała nagle, wszystkie dusze,  które zamieszkiwały plantację 

od ponad dwustu lat. Teraz nadszedł nasz czas. Co poeta powiedział o skrzydlatych rydwanach? 

Przemknęły koło nas, jak kochankowie samotni w swych grobach.

Jay podszedł do niej i stanął tak blisko, że czuła jego obecność każdym nerwem ciała.

–  Myślałam  o  tym,  co  powiedział  Marvell  –  odezwała  się  cicho,  zwracając  ku  niemu 

spojrzenie.

– Naprawdę ? – W jego oczach uchwyciła przebłysk zdziwienia i aprobatę. – Cytat z niego 

pasuje do takiego miejsca jak to, prawda? No chodźmy. „Bawmy się, póki możemy”. Tam leży 

płaski kamień, na którym moja dama może spocząć.

Rozsypujący się blok kamienny był nagrzany słońcem i Hattie oparła się na nim, spoglądając 

na Jaya, który leniwie wyciągnął się pod drzewem i zapalił papierosa.

–  Aynsley  i  panna  Elizabeth  tworzyli  znakomitą  parę,  chociaż  dzieliła  ich  duża  różnica 

wieku,  prawie  dwadzieścia  lat.  Spotkali  się  w  Londynie.  Aynsley  pojechał  tam,  aby  zamówić 

meble  do  domu  i  załatwić  sprawy  handlowe  z  importerami  tutejszego  ryżu.  Pobrali  się  rok 

później w Charlestonie, kiedy przyjechała, przywożąc ze sobą wiele rodzinnych antyków, w tym 

ten wspaniały dywan, o  którym ci opowiadałem. Pierwsze lata ich związku upłynęły w błogim 

szczęściu,  jak twierdzi  Elizabeth  w swych  pamiętnikach,  i wciąż żyli w  harmonii,  mimo że po 

narodzinach  syna  Williama  kolejnych  dwoje  dzieci  umarło.  Dopiero  wojna  zmieniła  stosunki 

między nimi.

– Co się stało? – spytała Hattie.

–  Aynsley  na  długo  opuścił  dom  i  poszedł  walczyć  pod  dowództwem  Francisa  Mariona. 

Sądzę, że słyszałaś o Bagiennym Lisie.

– -To jeden z pierwszych partyzanckich dowódców, o ile wiem.

–  Właśnie.  Mimo  że  Aynsley  miał  już  wtedy  przeszło  pięćdziesiąt  lat,  był  znakomitym 

strzelcem i posiadał wiele traperskich umiejętności nabytych podczas polowań na moczarach i w 

leśnych ostępach. On i Marion przyjaźnili się. Walczyli razem i bezgranicznie sobie ufali. – Jay 

przerwał  na  chwilę,  ale  Hattie  go  nie  ponaglała.  –  Aynsley  był  wyjątkowo  zazdrosny  o  swoją 

żonę, pewnie z powodu istniejącej między nimi różnicy wieku. A ona była piękna, sama zresztą 

zobaczysz.  W  każdym  razie  na  podstawie  wiadomości,  które  do  nas  dotarły,  pewnego  dnia 

background image

Marion  podjął  samodzielną  wyprawę  i  natknął  się  na  Brytyjczyków.  Musiał  się  gdzieś  skryć  i 

wybrał Shadows, przynajmniej tak się mówi.

– Nie jesteś tego pewien?

–  Niezupełnie.  Dziennik  Elizabeth  z  tego  okresu  zaginął.  A  może  go  po  prostu  nie 

zachowała, ze względu na zawarte w nim wydarzenia. Miejscowi historycy utrzymują, że gościła 

u  siebie  Anglików  przez  dwa  tygodnie.  Legenda  obarczają  dość  podłym  zarzutem.  Podobno 

Elizabeth poddała Shadows. Marion, przebrany za służącego, zdołał zbiec.

Hattie siedziała zamyślona, gładząc kamień. – A Aynsley był zazdrosny, że Marion w czasie 

jego nieobecności uwiódł mu żonę?

– W każdym razie twierdził, że oddała Shadows wrogowi, aby uratować Mariona – ciągnął 

Jay. – Ale dawał do zrozumienia, że między nimi coś było. Ja wierzę w jej niewinność. Jednak 

czytając  późniejszy  dziennik  ma  się  wrażenie,  że  stosunki  między  Elizabeth  a  Aynsleyem 

ochłodziły się.

Hattie  wyobraziła  sobie,  jak  zmieniło  się  życie  w  Shadows,  poprzednio  pełne  szczęścia  i 

miłości.

–  To  smutne  –  powiedziała  w  końcu.  –  I  jaka  szkoda,  że  chociaż  tak  bardzo  się  kochali, 

rozdzieliło ich nieporozumienie.

– Jakakolwiek była prawda – Jay wzruszył ramionami – Elizabeth ocaliła dom dla przyszłych 

pokoleń  i  jestem  jej  za  to  wdzięczny.  –  Podniósł  się  i  pomógł  Hattie  wstać.  –  Ona  jest  tu 

pochowana. Jeśli chcesz, możemy obejrzeć to miejsce.

Na grobie Elizabeth Hattie ujrzała pęknięty, omszały kamień. Stali, trzymając się za ręce, a 

po  kilku  minutach  bez  słowa,  zgodnym  krokiem  ruszyli  dalej.  Kiedy  wracali  konno  do  stajni, 

czuła, że wiąże już ich bardzo wiele.

– A teraz portret. – Jay poprowadził ją w stronę kamiennego domku.

Obraz,  który  tak  pragnęła  zobaczyć,  widoczny  był  już  ze  szczytu  krętych  schodów 

prowadzących do sypialni Jaya.

Pokryty  patyną  wieków  portret  przedstawiał  pierwszą  panią  Shadows  o  bardzo  kręconych 

włosach koloru miodu. Zarumieniona cera świadczyła o tym, że dużo przebywała na powietrzu. 

Tylko nos miała inny niż Hattie – orli nos brytyjskiej arystokratki z osiemnastego wieku.

–  To  prawda,  co  mówiłeś  –  odezwała  się  cicho  Hattie,  zwracając  twarz  ku  Jayowi.  –

Jesteśmy bardzo do siebie podobne... mogłybyśmy być siostrami.

Jay  patrzył  na  nią  przez  chwilę  i  nagle  Hattie  poczuła  napięcie,  które  się  między  nimi 

wytworzyło.

– Nie – powiedział w końcu stłumionym głosem.

–  Doszedłem  właśnie  do  wniosku,  że  nie  jesteś  duchem  z  osiemnastego  wieku.  Jesteś 

niezależną, piękną istotą.

background image

Nie wiedziała, co powiedzieć, a wtedy on zbliżył się do niej i chwycił jej dłonie w swe ręce.

–  Pamiętam  naszą  umowę  –  powiedział,  patrząc  jej  w  oczy.  –  W  tych  okolicznościach 

najmądrzej byłoby dać sobie spokój. Ale nie potrafię. Powiedz, że chcesz się ze mną kochać.

background image

Rozdział 7

–  Jayu  Summerfield  –  powiedziała  miękko.  –  Czy  nie  wiesz,  że  właśnie  tego  pragnę 

najbardziej?

Jay otoczył ją ramionami i przyciągnął ku sobie. Ich usta spotkały się i zatonęli w słodkich 

pocałunkach, pocałunkach, które wzbudzały w Hattie ogień pożądania.

Sięgnął do jej pleców, wyciągnął bluzkę spod paska i wreszcie dotknął jej skóry.

–  M  ój  Boże,  jakże  ja  cię  pragnę  –  wyszeptał  z  ustami  w  jej  włosach.  –  Nie  mogłem 

pracować ani spać... ani myśleć o niczym innym.

– Wiem – szepnęła. – Wiem.

– Ach, Hattie... – Rozpinał guziki jej bluzki, równocześnie całując nos,  usta, szyję. – Chcę 

cię rozebrać, skarbie, patrzeć na ciebie, całować...

Starała  się  mu  pomóc,  ich  palce  złączyły  się,  podobnie  jak  usta.  Jay  zsunął  bluzkę  z  jej 

opalonych  ramion,  przezroczysty  stanik  niewiele  już  zakrywał.  Położył  dłonie  na  jej  piersiach, 

zakreślając kciukami zarys sutków.

–  Jesteś  piękna.  –  Powoli,  z  namaszczeniem  pocałował  zagłębienie  między  piersiami  i 

dopiero wtedy rozpiął zapięcie stanika. – Połóż się na łóżku, kochanie. Będę mógł cię całować 

tak, jak pragnę.

Naga do pasa i drżąca z pożądania zrobiła, o co  prosił i wyciągnęła się na miękkiej, jasnej 

narzucie.

– Jesteś wspaniała. – W jego zamglonych oczach płonęły bursztynowe ogniki, gdy pochylił 

się,  aby  zdjąć  jej  buty.  Zaraz  potem  był  już  przy  niej,  z  twarzą  ukrytą  na  jej  piersiach.  Ssał 

wilgotne, stwardniałe sutki, masował je językiem i czubkami palców. Hattie miała wrażenie, że 

umiera z pożądania wzbudzanego każdym jego dotykiem.

– Rozbierz się, Jay – szepnęła błagalnie.

Ale  on  nie  spełnił  tej  prośby.  Objął  ją  tylko  i  odnajdując  jej  usta  równocześnie  zaczął 

zataczać palcami delikatne  koła wokół szczytu  jej  piersi.  W  końcu  pozwolił, aby ściągnęła  mu 

sweter  i  zaczęła  całować  jego  płaską,  umięśnioną  klatkę  piersiową.  Coraz  żarliwszymi 

pocałunkami pokrywała jego ramiona i brzuch.

– Proszę – jęknęła. – Chcę ciebie całego.

Rozpiął  zamek  jej  spodni  i  ściągnął  je  razem  z  majteczkami.  Potem  wyprostował  się, 

szybkim ruchem odpiął skórzany pas i zsunął dżinsy. Przytulił ją do siebie.

– Wiesz, że nie potrafię ci odmówić – powiedział.

Wciąż  jednak  nie  łączył  się  z  nią,  nie  przycisnął  swym  ciałem  do  materaca,  jak  pragnęła. 

Ukląkł przy łóżku, aby wargami i dłońmi pieścić jej ciało, poczynając od bioder, poprzez uda, aż 

dotarł do stóp. Wtedy uniósł głowę i ponownie pochylił do kwiatu jej kobiecości, rozchylającemu 

się ku niemu.

background image

– Jay – szepnęła zdumiona. – Och, Jay.

Zdawało jej się, że sięgnęła szczytu rozkoszy. Jestem  w raju, pomyślała  nagle.  I cała jego, 

tylko jego.

Instynktownie wyczuł, że ogarniająca ją żądza osiągnęła punkt najwyższy. Powrócił na łóżko 

i posiadł ją jednym głębokim ruchem.

Hattie jęknęła coś niezrozumiale.

– Co, kochanie? – spytał ochryple.

– Kołysz mnie... kołysz...

– Powoli, skarbie. – Całował jej czoło, usta, włosy. – Chcę, aby to trwało jak najdłużej.

Ona jednak była jak odurzona, upojona pożądaniem i nie potrafiła czekać. Płonąc, Hattie z 

całej siły zacisnęła wokół niego nogi, przyciskając go jak mogła najmocniej.

–  Jay...  Jay...  kocham  cię.  –  Z  jej  warg  niemal  bezgłośnie  wydobywały  się  słowa.  –  Chcę 

wszystkiego, co możesz dać.

Później,  przytuleni,  leżeli  cicho  koło  siebie.  Hattie  złożyła  głowę  w  zagłębieniu  jego 

ramienia.  Ogarnęła  ją  słodka  niemoc.  Czuła  rozkoszny  ból  spełnienia.  To  tak,  jakby  stał  się 

częścią mnie, pomyślała. I nic nigdy nie może już nas rozdzielić.

Spojrzał na nią sennie, gdy kilka chwil później uniósł się, aby poprawić koc, po czym opadł z 

powrotem na materac.

– Zostań ze mną, Hattie – poprosił, głaszcząc jej włosy i całując w czoło. – Śpij dziś ze mną 

w Shadows.

W  odpowiedzi  przytuliła  się  do  niego  mocniej.  Sulky  się  dowie,  Paul,  nawet  Mariah, 

pomyślała,  gdy  żadne  z  nas  nie  wróci  na  noc.  Ale  nic  mnie  to  nie  obchodzi.  Nic  mnie  nie 

obchodzi poza tym, że jesteśmy razem.

Kiedy  się  obudzili,  było  już  późno.  Długie  promienie  stojącego  nisko  słońca  wsunęły  się 

przez story i rozjaśniły pokój. Zegarek wskazywał, że spali dwie godziny.

– Dzień dobry. – Szare oczy Hattie lśniły radością, że są razem.

– Wciąż nie wierzę, że jesteś moja. – Dotknął lekko jej ramienia.

A więc on też czuł to samo. Jestem twoja, skarbie, pomyślała. Bardziej niż mógłbyś sądzić. 

Ale nie była jeszcze gotowa, aby mu o tym powiedzieć, jeszcze nie teraz.

– A ja mam ciebie – zażartowała – dokładnie tam, gdzie chcę.

– Ach tak? – Jay błyskawicznie znalazł się nad nią, przyciskając tors do jej klatki piersiowej i 

siłą wsunął uda między jej nogi. – Teraz co byś powiedziała: kto ma przewagę?

Hattie roześmiała  się.  Pamiętała  spontanicznego,  obdarzonego fantazją  mężczyznę,  którego 

spotkała pierwszego dnia w pobliżu stawu. I teraz pragnęła zgłębić tę właśnie część jego natury 

tak,  jak  miała  nadzieję  któregoś  dnia  poznać  tę  drugą,  tajemniczą,  o  zmiennych  nastrojach, 

osobowość rasowego potomka starej rodziny z Południa.

background image

– Ty – przyznała. – Aleja trwam przy swojej opinii.

Ich drugie zbliżenie było potyczką przepełnioną  żartami i  śmiechem, które ucichły dopiero 

pod wpływem jego namiętnych pocałunków. I już po chwili tworzyli unisono, oboje w ekstazie, 

która mogła zaistnieć jedynie wówczas, gdy byli razem.

Jakże  uwielbiam  go  tak  dotykać,  myślała  później,  gdy  leżeli  koło  siebie,  trzymając  się  za 

ręce. Pragnęłabym być z nim już na wieki.

Nic jednak nie wskazywało na to, aby taka myśl i jemu przyszła do głowy. Nie wspomniał 

nawet,  że  ją  kocha.  Ona  jednak  też  nie  zdradzała  się  do  końca  ze  swymi  uczuciami.  Jest 

pomiędzy nami tyle nie wyjaśnionych spraw, pomyślała. Na razie wystarczy, że w ogóle mogę z 

nim być.

– Chyba czas wstawać i powrócić do cywilizowanego świata – odezwał się Jay, przeciągając 

się z zadowoleniem. – Seks pobudza mój apetyt, moja droga Hattie.

Weźmy prysznic i potem zejdziemy na dół. Wprowadzę cię w tajniki prawdziwej karolińskiej 

kuchni.

Prysznic był nową przyjemnością. Jay z czułością mydlił jej piersi, plecy, uda, czyniąc z tego 

jakby rytuał.  Potem  nadeszła  jej  kolej. Objęli  się  później,  a  woda  spłukiwała mydło  z  ich ciał. 

Hattie czuła, że ogarniają żądza, jakiej nie doświadczyła nigdy przedtem.

– Jeśli się zaraz nie wytrzemy, to nie sądzę, abyś miał szansę cokolwiek zjeść – stwierdziła. –

Jeszcze chwila i nie ręczę za siebie.

– Kochana dziewczyna. Z jednej strony czuję się, jakbym był twoim pierwszym kochankiem, 

który  zadziwia  cię  czymś,  czym  jeszcze  możemy  się  dzielić,  a  z  drugiej,  jesteś  taka  kobieca, 

namiętna.

Wytarli się jednym dużym ręcznikiem, pokrywając nawzajem swe ciała pocałunkami, jakby 

nie  potrafili  znieść  myśli,  że  znów  przyjdzie  im  się  rozdzielić.  Później  Jay  zawinął  ją  w  swój 

szlafrok i przewiązał paskiem.

– Nie musimy być oficjalni, prawda? Zostajesz tu przecież na noc – powiedział z uśmiechem. 

Był już prawie zmierzch, gdy zeszli po krętych schodach na dół. Wieczór zapowiadał się piękny, 

choć  zimny.  Jay  rozpalił  ogień  w  kominku,  po  czym  przyrządził  swoją  własną  odmianę 

klasycznej  tutejszej  potrawy:  szynkę  z  czerwonym  ryżem.  Następnie  przygotował  znakomicie 

wyglądającą sałatę z liśćmi szpinaku, czerwoną cebulą i cząstkami pomarańczy.

Hattie, która siedziała przy stole, poczuła, że jest głodna.

- Jesteś zdumiewająco dobrym kucharzem – zauważyła kilka minut później.

– Jak na kawalera, oczywiście.

– Zgadza się.

– Gdy jestem w mieście, często jadam u Patsy. Zresztą w Charlestonie jest mnóstwo dobrych 

restauracji. Ale przez sporą część tych moich trzydziestu ośmiu lat musiałem sam troszczyć się o 

siebie. Tylko raz sądziłem, że się ożenię...

background image

–  Z  Lorelei – podpowiedziała,  zaciskając  usta.  Cały jej  dobry  nastrój  prysnął.  Jay  ściągnął 

brwi.

– Ciekaw jestem, czy to Paul o tym wspominał. Co ci powiedział?

– Tylko to, że ożenił się z kobietą, o którą ty zabiegałeś.

– Niezupełnie tak było. – Jay wstał i zaczął zbierać talerze. – Lorelei jest bardzo atrakcyjna i 

rzeczywiście dawno temu mieliśmy . romans. Zaproponowałem jej nawet małżeństwo. Ale zanim 

się zainteresowała Paulem, zniknąłem ze sceny.

Hattie  widziała,  że  Jay  nie  zamierza  powiedzieć  nic  więcej.  Nie  otrzymawszy  wciąż 

odpowiedzi  na  większość  pytań  dotyczących  Lorelei,  poszła  za  nim  do  kuchni,  aby  pomóc  w 

zmywaniu. Wycierając naczynia i odstawiając je do staromodnego kredensu mogła jedynie starać 

się  nie  myśleć  o  przygodzie  Jaya.  Nie  potrafiła  jednak  zapomnieć,  że  określił  Lorelei  jako 

„atrakcyjną” i że użył tego określenia w czasie teraźniejszym. Nie mogę się spodziewać, że nagle 

oślepnie, pomyślała.

Oboje  byli  niezwykle  spokojni,  gdy  później,  siedząc  na  kanapie,  rozmawiali  o  historii 

Shadows.

– Co ocaliło dom przed Shermanem podczas wojny z jankesami? – zapytała, pamiętając, aby 

użyć określenia właściwego na Południu. – Czy pojawiła się kolejna Elizabeth?

– Nie – uśmiechnął się i Hattie nagle poczuła się znacznie lepiej. – Ale była chytra Alisha, 

żona  Brandona  Summerfielda.  Podobnie  jak  Elizabeth  była  jedyną  strażniczką  majątku,  gdy 

żołnierze  stanęli  u  bram.  Miała  już  wtedy  opracowaną  strategię.  Posłała  ku  nim  kilku 

niewolników w łachmanach i z żółtymi flagami. Wystarczyło, że powiedzieli tylko dwa słowa, a 

oficer z mety zawrócił konie.

– Jak brzmiały te słowa?

– Żółta febra.

Elizabeth  i  Alisha  Summerfield,  myślała  później  Hattie,  gdy  leżeli  już  w  łóżku.  Dwie 

kobiety,  które uratowały Shadows; Elizabeth  udając, że się  go wyrzeka,  Alisha stosując  mądry 

plan. Teraz ja jestem tutaj i kocham współczesnego właściciela tej posiadłości całym sercem. Czy 

będę tą, która ostatecznie odbierze Summerfieldom Shadows?

Rano  Jay  musiał  pojechać  do  McClellanville  w  sprawach  służbowych.  Hattie  też  wstała  i 

wypiła z nim kawę, po czym włożyła swoją koszulę w paski i bryczesy.

–  Zaczekaj  na  mnie,  Hattie  –  poprosił,  unosząc  jednym  palcem  jej  podbródek.  –  To  nie 

potrwa długo.

Masz tu przecież wiele do zrobienia, bo wczoraj nie dałem ci dokończyć.

Prośbę poparło głębokie spojrzenie brązowych oczu. Mój kochanek, pomyślała wspominając 

słodkie chwile. Nie potrafiła mu niczego odmówić, gdy tak na nią patrzył.

background image

– Dobrze – zgodziła się. – Będę gdzieś w pobliżu Nie mogła jednak pracować. Przemierzała 

pokoje,  oglądając  kolekcje  antyków.  Miała  niejasne  przeczucie,  że  poznając  rzeczy,  które  tak 

cenił,  może  zbliżyć  się  do  niego  jeszcze  bardziej.  Jej  uwagę  przykuł  zwłaszcza  sekretarzyk  z 

drzewa  różanego.  Była  pewna,  że  stoi  tu  od  czasów  Aynsleya  i  Elizabeth.  Macocha  Hattie, 

Marvette Lawford, sprawiła sobie podobny przed kilku laty, niedługo po tym, jak razem z ojcem 

Hattie  przenieśli  się  do  Londynu.  Ojciec  rozbawił  wszystkich,  odnajdując  w  nim  sekretny 

schowek. Niestety okazał się pusty.

Hattie  delikatnie  sprawdziła  ozdobne  obicie  pomiędzy  niewielkimi  szufladkami,  dokładnie 

tak,  jak  zrobił  to  jej  ojciec.  Ze  zdumieniem  stwierdziła,  że  biurko  było  bliźniaczym 

odpowiednikiem tego,  które należało do Marvette. Skrytka  z trzaskiem otworzyła się, ukazując 

oczom  Hattie  cienką,  rozpadającą  się  księgę,  pokrytą  pleśnią.  Przyglądając  się  z  bliska,  Hattie 

zdołała  odczytać  nazwisko  napisane  ozdobnym,  pochyłym  charakterem  pisma.  Poczuła  lekki 

dreszcz  podniecenia,  gdy  zrozumiała,  że  trzyma  w  ręku  jeden  z  dzienników  Elizabeth 

Summerfield, a dokładnie  jeden z tych,  które pochodziły z okresu,  gdy w Shadows przebywali 

Anglicy i Francis Marion.

Płonąc  z  chęci  przeczytania  dziennika,  lecz  równocześnie  nie  chcąc  uszkodzić  delikatnych 

kartek, Hattie odłożyła zeszyt na miejsce, postanawiając zaczekać na Jaya. Resztę ranka spędziła 

włócząc się po ogrodach i słuchając śpiewu ptaków. O projekcie przebudowy, nad którym miała 

pracować, zapomniała zupełnie.

Siedziała  właśnie  na  niskim  murku  koło  szpaleru  azalii,  gdy  usłyszała  warkot  samochodu. 

Chwilę  później była już  przy Jayu,  bez tchu  opowiadając  mu,  co  się stało.  Podniecony jeszcze 

bardziej niż ona, natychmiast kazał się zaprowadzić do skrytki.

– Nie mogę w to uwierzyć – powiedział, ostrożnie wyjmując pamiętnik. – Dokonałaś tego, 

czego  ja  próbowałem  od  lat;  odnalazłaś  miejsce,  gdzie  Elizabeth  ukrywała  dziennik.  Byłem 

pewien, że go zachowała.

–  Nie  mogę  przypisywać  sobie  zasług  –  odpowiedziała.  –  Moja  macocha  ma  identyczny 

sekretarzyk z taką samą skrytką. Zajrzałam do niej.

Siadając  na  łóżku  obok  Hattie,  Jay  delikatnie  przewrócił  kartki  dziennika.  Zapisane  przez 

Elizabeth  Summerfield  strony  były  gdzieniegdzie  nieczytelne,  ponieważ  atrament  zdążył  już 

zblaknąć, a rogi kartek uległy zniszczeniu. Pamiętnik rzeczywiście pochodził z czasów wojny o 

niepodległość.

Niebezpiecznie  jest  teraz  jeździć  do  miasta,  nawet  jeśli  wyruszamy  łodzią  –  przeczytali  w 

jednym z pierwszych fragmentów. – Ale nie lubię siedzieć w domu teraz, gdy Aynsleya nie ma. 

William zachorował na krup. Jestem pewna, że do jego pogarszającego się stanu przyczynia się 

złe  powietrze  dochodzące  znad  bagien.  Jak  mam  mu  pomóc  bez  lekarstw,  z  wyjątkiem  tych 

niewystarczających  porcji  przygotowywanych  przez  służbę?  Wesłey  Ravenal  twierdzi,  że 

Brytyjczycy kierują się ku nam i spalą dom, jeśli odmówię im schronienia.

background image

Jay przerzucił kilka stron.

– O, tu jest wzmianka o Marionie.

Dziś  wieczorem  przybył  generał  Marion.  Było  bardzo  późno.  Jedynie  Bessie  i  Tom 

spostrzegli  jego  przybycie.  Oczywiście  od  razu  go  rozpoznali,  gdyż  wielokrotnie  gościł  przy 

naszym stole w szczęśliwszych czasach. Nie pisną nikomu ani słówka, dopóki im nie zezwolę. Jest 

tu  naturalnie  miłym  gościem,  mimo  niebezpieczeństwa.  Natychmiast  zabrałam  go  do  naszej 

sypialni, gdzie może znaleźć bezpieczne schronienie.

– Przyjęła go we własnym pokoju – odezwała się Hattie. – Nic dziwnego, że nie chciała, aby 

Aynsley ujrzał te zapiski.

– Przeczytajmy wszystko, zanim ją osądzimy.

– I Jay dalej czytał na głos pamiętnik Elizabeth.

Kiedy został już nakarmiony i opatrzono rany, jakie odniósł na bagnach, opowiedział mi, co 

się teraz dzieje. Wesley Ravenalmiał rację. Żołnierze brytyjscy wkrótce wkroczą w nasze progi. 

Sam  generał  niewiele  ich  wyprzedził.  Odpocznie  przez  noc  w  czystym,  suchym  łóżku  i  będzie 

musiał wracać do swoich oddziałów, przynosząc informacje o ruchach wojsk.

Hattie słuchała  zafascynowana,  jak  Elizabeth  spędziła  noc  na  krześle przy oknie,  czuwając 

nad  snem  dowódcy  swego  męża  i  recytując  po  cichu  psalmy,  aby  nie  zasnąć.  W  sypialni 

Williama, z drugiej strony domu, Tom – najbardziej zaufany służący – pełnił podobną wartę.

Rankiem to, czego się obawiała, stało się nieuniknione. Przybył wysłannik od Ravenala, aby 

ją ostrzec. Mieli godzinę, aby przygotować się na przyjęcie żołnierzy wroga. Las rozbrzmiewał 

już ich głosami.

Oświadczyłam,  że  zdołam  go  ukryć,  mimo  ich  obecności  – Jay  czytał  dalej.  – Daliśmy  mu 

ubranie ekonoma, przybrudziliśmy twarz i dłonie, aby wyglądał na osobę, która wraca z pracy w 

polu.  Wiedziałam  już,  co  powinnam  zrobić,  aby  uratować  generała  Mariona  i  Shadows. 

Musiałam  przyjąć  Brytyjczyków  z  otwartymi  ramionami,  udając,  że  moje  sympatie  leżą  po  ich

stronie. Bessie przyniosła wodę. perfumy i jedwabną suknię, w której po raz ostatni tańczyłam w 

ramionach mego drogiego męża.

Gdy  brytyjski  dowódca  zażądał  natychmiastowego  poddania  się  Shadows,  Elizabeth 

oczekiwała go przy stole zastawionym najlepszym srebrem, jakby w ogóle nie brała pod uwagę 

możliwości  zniszczeń  czy  kradzieży  kosztowności.  Fortel się  udał.  Marion  uciekł  tej  nocy  pod 

pretekstem,  że  musi  w  mieście  zdobyć  leki  dla  Williama.  Oczywiście  wysłano  razem  z  nim 

background image

brytyjskiego żołnierza. I oczywiście żaden z nich już nie powrócił.

Jay przerwał czytanie i spojrzał na Hattie.

–  Rozumiesz,  co  to  znaczy?  –  spytał.  –  Bagienny  Lis  był  gościem  tutaj  podczas  pobytu 

Anglików. Ale Elizabeth nie miała z nim romansu. Co za głupiec z tego Aynsleya, że nie wierzył 

ani  jej,  ani  swojemu  przyjacielowi.  Z  takim  dowodem  nie  ma  wątpliwości,  że  ona  „poddała” 

Shadows z konieczności – aby ocalić dowódcę męża i dom, a nie, aby ochronić kochanka.

Tego  popołudnia  Jay  i  Hattie  nie  przygotowali  żadnego  porządnego  posiłku,  zrobili  tylko 

kanapki  i  otworzyli  dwie  puszki  piwa.  Siedzieli  na  łóżku,  chłonąc  kolejne  strony  dziennika. 

Kiedy skończyli, był już wieczór. Jay zamknął zeszyt i zwrócił się ku niej:

– Dziękuję, że to znalazłaś. Nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy.

– Cieszę się, że mogłam ci pomóc.

Patrzył na nią przez chwilę nieodgadnionym wzrokiem.

– Hattie? – W jego głosie zabrzmiała znajoma nuta.

– Tak, kochanie?

– Mam ochotę na coś bardziej szalonego niż nasz taniec wtedy, pierwszego dnia, w wielkim 

holu.

– O co ci chodzi? – Uwielbiała jego szaleństwa i ufała mu teraz bezgranicznie.

–  Chcę  zabrać  narzutę  z  szezlongu,  który  stoi  na  tarasie,  aby  móc  się  z  tobą  kochać  w 

sypialni  Elizabeth  i  Aynsleya.  Chcę  zatrzeć  chłód,  jaki  zapanował  w  ich  stosunkach  po  tylu 

latach szczęścia. Ale nie chcę, żebyś raniła plecy o twardą podłogę.

background image

Rozdział 8

Nie odpowiedziała od razu, a on położył obie ręce na jej ramionach.

– Pozwolisz mi, kochanie? – zapytał. – Czy masz dość moich ekscentrycznych pomysłów?

Hattie znów pomyślała, jak bardzo go kocha.

– Myślałam, że do tej pory już zrozumiałeś. Powinieneś wiedzieć, że wszędzie z tobą pójdę.

Objął ją i poprowadził na taras, aby zabrać narzutę. Może on nie zdaje sobie sprawy, że ja 

rozumiem,  pomyślała  Hattie.  Choć  wydaje  się  to  pozbawione  sensu,  to  jednak  przypominamy 

oboje  Elizabeth  i  Aynsleya  Summerfieldow.  Dlaczegóż  by  nasza  miłość  nie  miała  zmazać  ich 

smutnej historii?

Chwilę  później  weszli  do  domu.  Jay  poprowadził  ją  po  mahoniowych  schodach  dokładnie 

tak,  jak  wyobrażała  sobie,  że  Aynsley  prowadził  zapewne  dawno  temu  swą  młodą  żonę.  Gdy 

ułożyli prowizoryczne posłanie, Jay powoli rozebrał ją, szepcząc słowa zachwytu.

Po chwili ona rozpinała guziki jego  koszuli, pasek i zamek w spodniach.  Nie  miał nic pod 

spodem,  a  jego  ciało  było  już  rozbudzone  i  gotowe  do  miłości.  Hattie  bez  namysłu  uklękła, 

okrywając pieszczotami płaski brzuch i wąskie uda.

Jay stał z zamkniętymi oczami, kołysząc się lekko i głaskał jej włosy i ramiona.

–  Hattie,  Hattie,  przywodzisz  mnie  do  szaleństwa  –  wyszeptał,  osuwając  się  w  końcu  na 

kolana i biorąc ją w objęcia. – To ja powinienem przed tobą klękać.

Nie  wiedzieli,  jak  piękni  są  razem.  Jej  doskonale  gładkie,  krągłe  ciało  złączone  z 

umięśnionym ciałem Jaya wyglądało niczym rzeźba, a brązowa główka, pochylając się ku jego 

przedwcześnie posiwiałym włosom, zdawała się przywracać mu młodość, którą wydawałoby się 

– utracił. Hattie czuła jego wargi na swych ustach i zmysłowe ręce, pod którymi jej ciało płonęło.

Gdy  posiadł  ją  w  pustym,  zakurzonym  pokoju,  miała  wrażenie,  że  przeżywa  coś,  czego 

jeszcze nigdy nie doświadczyła, nawet w jego ramionach.

Jay, myślała nieskładnie, tuląc się do niego, teraz jesteś cały mój.  W pewien sposób, w tej 

starej  posiadłości  i  w  ramionach  Jaya  odnalazła  dom  i  bezpieczeństwo,  którego  nie  miała  w 

dzieciństwie, tułając się od jednej bazy wojskowej do drugiej.

Od początku oboje też czuli, że łączy ich więcej niż pożądanie, a sprawiało to podobieństwo 

do  historycznej  pary,  która  żyła  w  tych  murach.  Kochałam  Jaya  i  ten  dom,  nawet  zanim 

dowiedziałam  się,  że  istnieją,  myślała.  Myśli  te  kłębiły  się  w  jej  głowie,  ale  nie  potrafiła  ich 

uporządkować. W tym momencie pragnęła jedynie być z nim, czuć go w sobie i nie pamiętać o 

niczym  innym.  Później  leżąc  przy  nim  myślała  sennie,  że  musi  zrezygnować  z  projektu.  On 

wygra, powiedziała sobie. A ja razem z nim.

Rano, po kolejnej nocy spędzonej w ramionach Jaya, sprawy nie wydawały się już tak proste. 

Hattie  musiała  sobie  jasno  uświadomić,  że  jeśli  zrezygnuje,  to  nie  będzie  miała  żadnego 

wytłumaczenia,  aby  tu  pozostać.  Jay  przecież  nie  wymówił  słowa  „kocham”,  które  mogłoby 

background image

uczynić ich związek trwalszym.

Ciągle nie  wiem,  na  czym  polegają  nasze  stosunki,  doszła  do  wniosku,  wkładając  pomięte 

już bryczesy i jedną z niebieskich roboczych koszul Jaya.

Poprzedniego wieczoru, patrząc, jak nalewa wino i smaży steki, poczuła nagle, że łącząca ich 

więź  nabrała  domowego  charakteru.  Nie  zapomni  tak  szybko  głębokiego,  cichego  głosu 

mówiącego jej półserio, że nie odprawili egzorcyzmów nad duchami, a jedynie ułożyli je do snu.

Ale nawet gdyby tego ranka Jay poprosił ją, aby zrezygnowała z projektu, pozostawała wciąż 

sprawa odpowiedzialności w stosunku do Charleya.

Od pięciu lat, czyli od kiedy zmarła jej matka, a ojciec wycofał się ze służby w marynarce, 

ożenił  z  Marvette  i  osiadł  z  żoną  w  Londynie,  zrzędliwy  marzyciel  o  miękkim  sercu,  który 

przewodniczył Resorts America, stał się dla niej niemal jednym z rodziców.

Muszę  się  nad  wszystkim  zastanowić,  myślała  schodząc  po  schodach  i  całując  Jaya  na 

pożegnanie, po czym wsiadła do samochodu i ruszyła w stronę miasta. Tak wiele zawdzięczam 

Charleyowi.  A  zresztą  co  powiedziałby  Jay,  gdybym,  wypatrując  szczęścia,  nie  dotrzymała 

zobowiązań? Chciałabym, żeby Jay sam zrezygnował z naszych usług, pomyślała spoglądając w 

tylne lusterko i widząc za sobą jego samochód. A potem poprosił, abym z nim została.

Sytuacja nie dawała jej spokoju przez cały następny tydzień, gdy wraz z Paulem i kreślarzem 

wykańczała projekt. Równocześnie jednak nie przestawała szukać sposobu, aby ocalić stary dom 

przed  jakąkolwiek  przebudową.  Nie  wydawało  się  to  jednak  możliwe.  Ta  piękna  ziemia  i 

historyczne  miejsce  zainteresowałyby  może  innego  przedsiębiorcę,  ale  Charley  nie  zamierzał 

zrezygnować  z  tak  unikalnego  obiektu.  Bezcenny,  osiemnastowieczny  dom  stanowił  dla  niego 

prawdziwy skarb. Chciał, aby stał się on centralnym obiektem w kompleksie, który rozsławiłby 

Resorts America, przynosząc liczne nagrody.

Niechętnie doszła  do  wniosku,  że  najlepsze,  co  mogła  zrobić,  to  zachować  część  Shadows 

dla Jaya, niewielką część w pobliżu starego domu i z dala od nowego kompleksu. Nie chodziło o 

luksusowe wnętrza, które planowała, lecz o miejsce, gdzie czułby się swobodnie i które mógłby 

nazwać  domem.  Pragnęła  zachować  ten  akr  ziemi,  na  którym  stał  młyn  wraz  z  dostępem  do 

wszystkich części posiadłości, w tym stajni.

Zdawała  sobie  jednak  sprawę,  że  taki  kompromis  nie  wystarczy.  Jay  nigdy  się  na  to  nie 

zgodzi, myślała, siedząc przy desce kreślarskiej w pracowni Paula. Każdego dnia widziałby przez 

okno swego pokoju, co stracił. Jak go znam, to pewnie wolałby na zawsze stąd odejść.

W czasie pracy nad projektem, Hattie rzadko widywała się z Jayem. Zajęty był interesami. A 

kiedy  już  spotkali  się  na  plantacji  albo  na  jego  trzecim  piętrze  w  domu  Sulky,  nigdy  nie 

rozmawiali o jej pracy. Jednak sprawa ta, choć pomijana milczeniem, kładła się cieniem na ich 

stosunkach.  I  chociaż  kochali  się  z  tą  samą  żądzą,  jak  za  pierwszym  razem,  to  jednak  coś  się 

między nimi zmieniło.

background image

W  końcu  prace  wstępne  zostały  ukończone,  a  kopia  projektu  przesłana  ekspresem  do 

Charleya. Gdy nadeszła jego aprobata, Paul nalegał, aby uczcić to lampką wina.

– Szampan poleje się wówczas, gdy ruszymy z budową – powiedział śmiejąc się.

– Nie sądzisz chyba, że Surnmerfieldowie to zaakceptują?

Jego zapał jednak nie osłabł.

– Może nie tak od razu – przyznał. – Ale uważam, że długofalowe plany są dobre. Wywarłaś 

znakomite wrażenie  na  Sulky,  której ani trochę  nie przeszkadzają  romantyczne historie pod  jej 

dachem. Ona ma duży wpływ na Jaya. Czy wspominałem, że wydaje w piątek rodzinną kolację 

połączoną z naszym pokazem?

Hattie siedziała zła z powodu tej zbyt wyraźnej aluzji do stosunków łączących ją z Jayem.

– Nie, nie wspominałeś – odcięła się, lekko zirytowana. – I jestem przekonana, że przyjazne 

uczucia, jakimi, twoim zdaniem, Sulky mnie darzy, nie wpłyną na jej decyzję.

Zdenerwowanie Hattie rosło wraz ze zbliżającym się pokazem. Momentalnie schudła i kiedy 

w piątkowy wieczór zeszła na proszoną kolację do jadalni, pasek u jej dwuczęściowej jedwabnej 

sukienki  w  kolorze  kości  słoniowej  był  nieco  za  luźny.  Ale  nie  pomyliła  się;  w  Charlestonie 

„rodzinny obiad” wymagał niedzielnego rynsztunku.

Jay  już  był.  Rozmawiał  właśnie  z  Mariah,  stojąc  przy  wspaniałym  starym  kredensie. 

Dziewczyna  miała  na  sobie  miękką,  żółtą  sukienkę,  która  podkreślała  jej  młodość  i  dodawała 

zmysłowości. A Jay, Jay chyba nigdy nie wyglądał tak elegancko jak dziś, pomyślała. Popielaty 

garnitur zdawał się być szyty na miarę. Śnieżnobiała koszula podkreślała opaleniznę i siwiejące, 

czarne włosy.

– Nie usłyszę miłej odpowiedzi? – Piwne oczy patrzyły na nią z rozbawieniem.

– Przepraszam, ale zamyśliłam się.

Mariah roześmiała się.

– On ci właśnie powiedział, że ślicznie wyglądasz.

Na twoim miejscu na pewno bym to usłyszała.

Do  jadalni  powoli  schodzili  się  goście; sędzia  Plemmons,  Paul  i  Lorelei  w  szarej  sukience 

podkreślającej  świetną  figurę.  Sulky  witała  się  z  każdym  i  zapraszała  do  zajęcia  miejsca  przy 

rodzinnym stole. Mimo dodających otuchy uwag Mariah i podziwu ze strony Jaya, Hattie czuła 

rosnące zdenerwowanie. Czuła też na sobie wzrok Lorelei. Bez wątpienia zimna blond piękność 

rozważała, ile upłynie  czasu,  zanim Jay  ją  rzuci,  gdy już  cała ta  szopka  ze sprzedażą  Shadows 

odegrana zostanie do końca.

No cóż, ja też się nad tym zastanawiam, pomyślała napotykając jego ogniste spojrzenie. On 

wciąż  mnie  pragnie  i  nie  robi  z  tego  tajemnicy.  Kiedy  skończymy  z  wykresami  i  projektami, 

pewnie po prostu prześpi się ze mną jeszcze parę razy, zanim będę musiała odejść.

Zdała sobie sprawę, że sama wciąż jeszcze nie podjęła decyzji, tak jak mu to obiecała. Mam 

nadzieję,  że  nie  poruszy  tego  tematu  dziś  wieczorem,  pomyślała.  Nie  wiem,  co  bym  mu 

background image

odpowiedziała.

W  końcu  posiłek  został  zakończony.  Hattie  wzięła  się  w  garść  i  starała  się  zachowywać 

swobodnie,  gdy  w  salonie  pomagała  Paulowi  ustawiać  projektor  do  slajdów  i  stojak  do 

wykresów. Nie patrzyła na Jaya, który zaciągnął kotary i zajął miejsce obok Lorelei. Wyciągnął 

nogi i zapalił papierosa.

Mariah, która z pewnością wolałaby zająć miejsce swej szwagierki, usiadła obok Sulky.

– W porządku. – Paul zgasił światło. – Możemy zaczynać.

Zaczęli od slajdów przygotowanych przez jednego ze współpracowników Paula. Pokazywali 

posiadłość  taką,  jaka  jest  w  tej  chwili  i  omawiali  propozycje  lokalizacji  nowych  budynków. 

Sporządzono również zdjęcia z lotu ptaka, więc i te zostały pokazane.

Hattie, która dokonywała objaśnień czystym, spokojnym głosem, nie potrafiła wyczuć żadnej 

reakcji u  widzów. Czuła  jedynie grzeczne zainteresowanie  i  rozluźnienie,  jakby nikt  z nich tak 

naprawdę nie wierzył, że jej propozycje należy traktować serio.

No  cóż,  muszę  uzupełnić  moje  wystąpienie,  pomyślała.  W  końcu  prezentujemy  doskonały 

projekt, z którego mamy prawo być dumni. Powinni o tym wiedzieć, a potem będzie co Bóg da. 

Zaczęła  więc  przedstawiać  dodatkowe  slajdy,  które  sama  przygotowała,  aby  zilustrować 

problemy związane z remontem starego domu.

Później  Paul  zapalił  światło  i  Hattie  zaczęła  mówić  o  wykorzystaniu  ziemi,  a  także  o 

sprawach  prawnych.  Pokazywała  kolejne  kartony,  sucho  je  omawiając.  Następnie  poruszyła 

sprawy  finansowe,  zwłaszcza dotyczące  renowacji  starej  rezydencji.  Odniosła  wrażenie,  że Jay 

wzdraga  się,  słuchając  jej,  chociaż  nie  odezwał  się  ani  słowem.  Przepraszam,  kochanie, 

pomyślała. Ale musisz temu stawić czoło, jeśli zdecydujesz się nieść sam ten ciężar.

Bez przerwy na komentarze, nakreśliła ofertę swej firmy dotyczącą zakupu prawa własności. 

Podała  warunki  finansowe  i  zaproponowała  metody  płatności,  po  czym  przedstawiła  plan 

prywatnych części zarezerwowanych dla wszystkich członków rodziny.

Pokaz był zakończony, z wyjątkiem krótkiego wystąpienia Paula i odpowiedzi na pytania.

Paul,  będąc  najwyraźniej  d  obrej  myśli,  w  przeciwieństwie  do  Hattie,  krótko  podsumował 

założenia projektu.

– Jeśli się na to zdecydujecie, Shadows nie będzie stracone dla rodziny – zakończył. – Wręcz 

przeciwnie.

Szczerze wierzę, że to, co proponujemy, to jedyny sposób, aby je ocalić.

Pytań nie zadano wiele. Większość postawił sędzia Plemmons, który reprezentował interesy 

Sulky. Kilka innych zadały sama Sulky i Lorelei. Mariah nieśmiało poprosiła o wyjaśnienie kilku 

punktów, których dobrze nie zrozumiała.

Jay,  nastawiony  najbardziej  krytycznie,  prawie  się  nie  odzywał.  W  oszczędnych  słowach 

pogratulował  Hattie  i  Paulowi  dobrze  wykonanej  pracy  i  staranności  projektu.  Najwyraźniej 

starał się patrzeć na ich pracę bez emocji.

background image

–  Mam  nadzieję,  że  mi  wybaczycie  –  powiedział  w  końcu  wstając  i  rzucając  okiem  na 

zegarek  –  ale  niestety  muszę  wcześniej  wyjść.  Jak  wiecie,  jutro  ma  się  odbyć  mecz  polo. 

Obiecałem drużynie, że spotkamy się w tawernie, aby omówić strategię. – A ponieważ wszyscy 

mu się przyglądali, dodał po chwili milczenia:

– Zastanowię się nad projektem przez weekend i dam wam odpowiedź.

Jay niejako dał znak do zakończenia narady. Hattie zrozumiała, że tego wieczoru pokaz nie 

doczeka się podsumowania.

Już przy drzwiach, Jay odciągnął ją na stronę.

– Nie zapomnij, że obiecałaś przemyśleć swoje  stanowisko – przypomniał, zaciskając  dłoń 

na jej ramieniu.

Jay  wyszedł.  O  nic  nie  zapytał,  pomyślała.  Tak  jak  sądziłam,  już  podjął  decyzję.  Zdawała 

sobie  sprawę,  że  wszyscy  słyszeli  wypowiedziane  do  niej  słowa,  bo  poczęli  wymieniać 

zdziwione spojrzenia.

Nie miała jednak zamiaru wyjaśniać zasad ich prywatnej umowy. Pomagając Paulowi zebrać 

wykresy  i  slajdy,  wspominała  gorące  noce,  jakie  spędziła  w  ramionach  Jaya.  Nie  chcę,  aby  te 

noce kiedykolwiek się skończyły, pomyślała.

Paul  i  Lorelei  wyszli  w  końcu  odprowadzani  przez  Mariah,  która  wyraziła  Hattie  gorący 

podziw dla pracy, jaką wykonała. Potem przeprosiła ją, że musi wyjść, ale umówiła się na spacer 

z przyjacielem.

Sulky poklepała Hattie po ramieniu.

– Ten pokaz robi  wrażenie, młoda damo  –  powiedziała. – Naturalnie  mam zamiar omówić 

sprawę z moim sędzią, z tym, że nieco później, bo na razie zamierzamy obejrzeć pewien film. A 

tobie radzę teraz przebrać się i odpocząć.

Ta  propozycja  brzmiała  rzeczywiście  kusząco.  Hattie  wróciła  do  swego  pokoju,  włożyła 

spodnie, po czym boso zeszła do ogrodu, ciesząc się piękną, księżycową nocą. Siedziała wciąż w 

zamyśleniu  na  stopniach  werandy,  gdy  Mariah  powróciła  ze  spaceru  z  młodym  człowiekiem, 

którego przedstawiła jako Pete’a Carrolla.

Hattie taktownie odwróciła głowę, gdy Pete i Mariah pocałowali się na dobranoc przy furtce. 

O  ile  mogła  się  zorientować,  nowy  przyjaciel  Mariah  był  obiecującym  następcą  poprzedniego 

konkurenta.

– Pete i ja chodziliśmy ze sobą, zanim Brad wyjechał do Clemson we wrześniu – wyjaśniła 

dziewczyna kilka minut później, siadając na stopniach schodów koło Hattie.

– Jest przystojny i wygląda sympatycznie. – Hattie nie bardzo wiedziała, co powiedzieć.

– To prawda – Mariah z aprobatą skinęła głową.

– Pamiętasz, jak spytałaś, czy myślę o Bradzie, a ja odpowiedziałam: „Nie, o kimś znacznie 

sympatyczniejszym”. Chodziło mi o Pete’a.

background image

Rozmawiały  jeszcze  przez  chwilę  i  Hattie  odniosła  wrażenie,  że  Mariah  wciąż  nęka  jakiś 

problem. Była spięta i roztargniona.

– Chyba już pójdę do łóżka – Mariah odezwała się w końcu. Zwlekała jednak, najwyraźniej 

będąc myślami gdzie indziej. – Wybierasz się jutro na mecz?

– spytała tłumiąc ziewanie. – Sądzę, że Jay chciałby, abyś go obejrzała.

– Nie wiem jeszcze. Rozmawialiśmy o tym. Ale po dzisiejszym wieczorze... może wolałby, 

abym nie przychodziła.

–  Och,  nie!  To  zupełnie  nie  tak.  Jay  cię  kocha  –  wyrwało  się  Mariah  i  zaraz  potem 

dziewczyna zaczerwieniła się.

–  Przepraszam.  Wiem,  że  to  nie  moja  sprawa.  Jeśli  zdecydujesz  się  pójść,  czy  mogłabym 

wybrać się z tobą?

Muszę się gdzieś wyrwać, aby przemyśleć pewne sprawy.

O pierwszej po południu  następnego dnia Hattie  zaparkowała swego mustanga przy boisku 

do gry w polo w Boone Hall. Nigdy jeszcze nie widziała Mariah tak rozentuzjazmowanej.

– Chodźmy – schwyciła Hattie za rękę. – Chodźmy zobaczyć konie.

– Dobrze. – Hattie niechętnie podążyła za swoją towarzyszką ku odległemu krańcowi pola.

–  Jay,  we  wspaniałych  butach,  szmaragdowej  koszuli  i  wąskich  białych  spodniach, 

natychmiast  do  nich  podszedł.  Jego  oczy  w  świetle  słońca  wydawały  się  bardziej bursztynowe 

niż brązowe.

–  Dziękuję,  że  przyjechałaś,  Hattie  –  powiedział  z  tym  swoim  lekkim  południowym 

akcentem,  który  tak  bardzo  jej  się  podobał.  –  I  za  przyprowadzenie  Mariah.  Ona  mi  przynosi 

szczęście.

Był jednak  zbyt  podniecony zbliżającą się  grą,  aby dłużej z nimi  rozmawiać. Zamiast tego 

poprosił  je  obie  o  pomoc;  Mariah  do  ujeżdżania  jednego  z  koni,  Hattie,  aby  przytrzymała  i 

uspokajała innego, którego trzeba było jeszcze podkuć.

Wszędzie dokoła rozmawiano na temat polo, plotkowano, który koń ma wady i o zastępstwie 

na pozycji oznaczonej numerem trzecim w drużynie przeciwnika.

Hattie  wiedziała,  że  Jay  gra  z  numerem  trzecim  w  teamie  charlestońskim.  To  była 

najważniejsza  pozycja,  wymagająca  największej  odpowiedzialności,  ogromnych  umiejętności  i 

przezorności. Hattie, która uczestniczyła w przygotowaniach, porwał w końcu żywioł i urok tej 

gry. Twarz jej płonęła, kiedy Jay zbliżył się ku niej na lśniącym kasztanie. Miał teraz na głowie 

kask, a w ręku drewniany młotek i bat. Nagle pochylił się ku niej z siodła.

– Pocałuj  mnie na  szczęście,  kochanie. –  I nie  czekając na odpowiedź  musnął  wargami jej 

usta.

Uśmiechając się promiennie, Hattie pomachała mu ręką. Usiłowała nie rozglądać się dokoła, 

aby nie widzieć zaciekawionych spojrzeń. To była najbardziej spektakularna oznaka uczucia, na 

background image

jaką  się  kiedykolwiek  zdobył  i  chciała  myśleć  jedynie  o  tym.  Ale  nie  tutaj,  nie  teraz,  gdy 

zawodnicy właśnie czekali na prezentację i gra miała się zaraz rozpocząć.

background image

Rozdział 9

Hattie podniosła do oczu pożyczoną od Sulky lornetkę akurat w chwili, gdy Jay wjeżdżał na 

boisko.

– Numer trzeci z Charlestonu, Jay Summerfield z Summerfield Shadows – ogłoszono.

Hattie  wiedziała,  że jej  uczucia  dla  Jay  a nie  stanowią  tajemnicy,  oczy  jej  płonęły,  gdy na 

niego patrzyła. Zanim opuścił kask, zdołała uchwycić jego uśmiech i wiedziała, jak bardzo Jay 

cieszy się na nadchodzącą walkę. Obrócił się w siodle, aby powitać czwartego zawodnika, który 

właśnie wjeżdżał na boisko.

– Chodź, usiądziemy na samochodzie – powiedziała Mariah. – Stamtąd będzie lepiej widać.

Zanim  dotarły  do  mustanga,  obie  drużyny  zdążyły  już  ustawić  się  w  dwóch  rzędach 

naprzeciwko  siebie.  Sędzia  wrzucił  piłkę  z  autu.  Rozległ  się  stukot  drewnianych  młotków  i 

rozpoczął  się  pierwszy  mecz  w  polo,  jaki  Hattie  kiedykolwiek  widziała.  Równo  przed  chwilą 

ustawieni zawodnicy ruszyli gwałtownie, w szaleńczym, zapierającym dech w piersiach pędzie.

Kilka  dni  wcześniej  Hattie  spytała  Jaya  o  reguły  gry,  ale  teraz  musiała  zrezygnować  ze 

śledzenia wzrokiem piłki i po prostu obserwowała przebieg akcji.

Ze zdziwieniem stwierdziła,  że polo jest  raczej cichą  grą; słychać było jedynie tętent koni, 

szybkie  uderzenia  młotkiem  o  piłkę  i  czasem  krzyk  któregoś  z  zawódników:  „zostaw!”, 

„naprzód!”. Czasem też  dolatywało jej uszu przekleństwo,  gdy popełniono  błąd albo chybiono. 

Spostrzegła, że siłą motoryczną tej gry jest kontrolowana agresja, a także chęć ryzyka. Stopniowo 

docierało  do  niej,  że  strategia  i  umiejętność  szybkiego  przemyślenia  sytuacji  odgrywały  tu 

niemałą  rolę.  Twierdzenie  Jaya,  że  polo  to  „szachy  grane  z  prędkością  sześćdziesięciu 

kilometrów na godzinę” uznała teraz za niezwykle trafne.

Mniej  więcej  w  połowie  pierwszej  części  meczu  drużyna  charlestońska  zdobyła  pierwsze 

punkty  po  podaniu  piłki  przez  Jaya  i  świetnym  przejęciu  przez  brata  Lorelei,  Buzza  Phillipsa, 

który grał rozstawiony z numerem pierwszym.

Szmer  aprobaty  rozszedł  się  wśród  publiczności,  a  Hattie  ujrzała,  że  Jay  śmieje  się  i 

poklepuje jednego z przyjaciół po ramieniu.

Gdy po chwili gra została podjęta, strzał jednego z przeciwników posłał piłkę w stronę, gdzie 

siedziały  Hattie  i  Mariah.  Wszystkich  ośmiu  graczy  ruszyło  do  przodu.  Hattie  teraz  dopiero 

mogła  z  bliska  przyjrzeć  się  koniom.  Jay  opowiadał  jej,  że  prawdziwe  pony  tak  samo  pragną 

walki jak ich panowie  i że psychika  zwierząt  może dodać sił, albo  załamać jeźdźca. Jeździec  i 

koń stanowią jedność.

Obserwując ich teraz, Hattie lepiej rozumiała te słowa. Oni są jak centaury, pomyślała nagle, 

uderzona  podobieństwem  sportowców  do  tych  legendarnych  istot.  Jay  przywodził  jej  na  myśl 

boga w siodle, kiedy nieomylnie prowadził konia poprzez plątaninę kopyt i młotków.

– Jest wspaniały, prawda? – spytała Mariah, która przyglądała jej się od dłuższej chwili.

background image

– Jay? – Hattie uśmiechnęła się. – Oczywiście, że jest.

Do przerwy team charlestoński prowadził cztery do trzech, ale Hattie już się nie uśmiechała. 

W tłumie otaczającym jeźdźców dostrzegła Lorelei. Przez lornetkę ujrzała, jak bratowa zbliża się 

do Jaya i podaje mu termos.

– Chcesz tam pójść? – Mariah podążyła za jej wzrokiem.

– Umieram z głodu. – Hattie uścisnęła jej rękę. – Chodźmy raczej na hot doga. Ja stawiam.

Aby  zjeść,  musiały  udać  się  w  przeciwległy  koniec  boiska.  Później  dołączyły  do  grupy 

widzów porządkujących teren w czasie przerwy.

Resztę  gry  Hattie  obserwowała  jak  przez  mgłę.  I  chociaż  postanowiła  się  nie  martwić,  to 

jednak  wspomnienie  Jaya  przyjmującego  termos  od  Lorelei  sprawiło,  że  czuła  się  strasznie 

nieszczęśliwa. Jej zwykła wiara w siebie została poważnie zachwiana. Zdawała też sobie sprawę, 

że trudno jest na dłuższą metę żyć tak jak ona; z głębokiej euforii popadać w czarną rozpacz. Nie 

dała  jednak  po  sobie  poznać  targających  nią  emocji,  gdy  po  zakończonej  grze  obie  z  Mariah 

wmieszały się  w tłum radujący się  ze zwycięstwa  Charlestonu. Kiedy  znalazła się dostatecznie 

blisko Jaya, pogratulowała mu cicho, a on porwał ją w objęcia.

Kiedy po chwili rozdzieliła ich fala ludzi, Mariah zaproponowała, aby pójść do koni, którym 

trzeba było pomóc w drodze do stajni. Hattie zdołała jeszcze kątem oka dostrzec żółty sportowy 

strój Lorelei, oddalającej się wąską dróżką w stronę rezydencji Boone Hall.

Kilka minut później  Jay wydostał  się  z  ciżby sympatyków  i  znienacka  zacisnął  rękę  na  jej 

ramieniu.

–  Czy  dasz  się  namówić  na  spotkanie  ze  mną  wieczorem  w  klubie?  –  zapytał,  mrugając 

jednocześnie  do  Mariah.  –  Świętowanie  zwycięstwa  zaczynamy  o  siódmej.  Przyprowadź  tę 

młodą damę i Pete’a też, jeśli wyrazi chęć. A jeszcze lepiej, niech oni ciebie przyprowadzą. W 

ten sposób będę mógł cię odwieźć.

– Dobrze – odpowiedziała.

Spocony,  brudny  i  bardzo  z  siebie  zadowolony,  był  najpiękniejszym  mężczyzną,  jakiego 

znała. Jay, pomyślała, nie zasługuję na ciebie. I cieszę się, że nie zawsze potrafisz czytać w mych 

myślach.

Nie kochali się już od kilku dni i Hattie tęskniła za nim, gdy tego wieczoru szykowała się do 

wyjścia.  Próbowała  zmienić  fryzurę  i  nie  mogła  zdecydować  się,  w  co  się  ubrać.  Mariah 

uprzedziła ją, że spotkanie w klubie w sobotni wieczór ma charakter oficjalny. W końcu upięła 

włosy,  pozostawiając  kilka  luźnych  kosmyków  wokół  twarzy.  Włożyła  długą  białą  suknię  z 

dżerseju  i  naszyjnik  opadający  prawie  do  talii.  Nie  wiem,  czy  to  nie  zbyt  odważny  strój, 

pomyślała. Suknia przylegała do bioder i podkreślała linię ciała. W tej chwili Mariah zastukała 

do drzwi i weszła w króciutkiej różowej sukience odsłaniającej zgrabne nogi.

background image

– Hej! – W jej głosie brzmiał podziw. – Jeśli Jay cię w tym zobaczy, nie będzie w stanie ci 

się oprzeć.

Widział mnie, kiedy miałam na sobie znacznie mniej, pomyślała Hattie, uśmiechając się do 

Mariah w podziękowaniu za komplement. Ale doskonale zdawała sobie  sprawę, że dziewczyna 

miała rację. Ta suknia spodoba się Jayowi, bo łatwo zsunąć ją z ramion.

Gdy  jechali  samochodem  Pete’a  na  James  Island  do  klubu,  ulubiony  program  rockowy 

Mariah  został  przerwany  prognozą  pogody.  Hattie  zmarszczyła  brwi  słysząc,  że  tropikalny 

huragan,  o  którym  zaledwie  napomknięto  poprzedniego  dnia,  podwoił  szybkość.  Nazwany 

Henry,  kierował  się  prosto  w  stronę  Wysp  Bahama  i  spodziewano  się  jego  ataku  następnego 

ranka.

Kilka takich  nawałnic nawiedziło wybrzeże  Florydy ostatniego  lata. Zdarzyło  się to  po  raz 

pierwszy, odkąd  Hattie tam mieszkała. Pamiętała huragan, który napotkała w drodze służbowej 

do Fort Myers; nie było to najmilsze przeżycie.

–  Wschodnie  Wybrzeże  na  razie  nie  znajduje  się  w  niebezpieczeństwie  –  dodał  spiker.  –

Następne wydanie naszego magazynu o godzinie dwudziestej.

– Czy nie sądzisz, że ten huragan dotrze i tutaj? – Mariah zwróciła się do przyjaciela.

– Nie sądzę. – Pete wzruszył ramionami. – W tym roku było więcej cyklonów niż zazwyczaj, 

ale teraz nie ma się czego obawiać.

Była pogodna, piękna noc i huragan Henry zdawał się być setki  kilometrów stąd. Wszyscy 

zapomnieli o nim, gdy Pete zaparkował przy wejściu do charlestońskiego klubu. W środku zebrał 

się już tłum gości. Mariah i Pete poprowadzili Hattie w stronę baru, gdzie spodziewali się zastać 

znajomych.  Hattie  wciąż  nie  widziała  Jaya.  Rozglądała  się  po  sali  i  ku  swemu  przerażeniu 

spostrzegła, że Paul macha ku nim, zapraszając, aby przysiedli się do stołu, przy którym siedział 

wraz z Lorelei, jej bratem i Randym Barnettem, zawodnikiem charlestońskiej drużyny.

– Jay dzwonił, aby uprzedzić, że się spóźni – powiedział Paul, podsuwając Hattie krzesło, po 

czym zamówił drinki dla trojga nowych gości.

W sali grała muzyka i Pete pociągnął Mariah na parkiet tak szybko, jak tylko pozwoliła mu 

na  to  troska  o  zachowanie  dobrych  manier.  Mariah  wstała  z  przepraszającym  uśmiechem  i 

ruszyła za przyjacielem, pozostawiając nie dopitą colę.

Hattie kiepsko się czuła siedząc przy jednym stole z żoną Paula, ale miała nadzieję, że dobrze 

maskuje swoje uczucia. Jednak gdy Randy Barnett poprosił ją do tańca, nie potrafiła całkowicie 

ukryć uczucia ulgi.

– Nie przepadasz za Lor, prawda? – spytał cicho.

– Nie, nie przecz. Doskonale cię rozumiem.

Później  do  tańca  poprosił  ją  Paul,  co  najwyraźniej  rozbawiło  jego  żonę.  Mariah  i  Pete’a 

nigdzie nie było widać.

background image

– Żadnych przewidywań  co do decyzji Jaya?  – spytał, gdy przeciskali się przez zatłoczoną 

salę.

– Prawie się z nim nie widziałam. – Potrząsnęła głową.

– Ale jak sądzę, spędzisz z nim niemało czasu dziś wieczorem.

Hattie najeżyła się i Paul natychmiast porzucił kpiący ton.

–  To  prawda,  że  bezlitośnie  żartuję  sobie  z  ciebie  od  samego  początku  –  przyznał.  –  Ale 

naprawdę cię lubię, Hattie i podziwiam twoją pracę. Jeśli mój ekscentryczny kuzyn może dać ci 

szczęście, to ja się z tego będę cieszył. Uważam, że nie mógł wybrać lepiej.

Hattie przystanęła i spojrzała na niego ze zdziwieniem.

– Dokładnie tak – dodał, uśmiechając się. – Doskonale zdaję sobie sprawę z gier, które lubi 

prowadzić Lorelei. Zrobisz mi jedynie przysługę, zabierając jej Jaya.

Słowa  te,  świadczące  o  głębokiej  znajomości  drapieżnej  natury  Lorelei,  ukłuły  ją  w  serce. 

Kontrastowały  z  przechwałkami,  którymi  uraczył  Hattie  podczas  jej  pierwszej  wizyty  w 

Charlestonie.

– Paul... – zaczęła, pragnąc się wytłumaczyć. – Nie wolno ci myśleć, że...

–  Ciii...  –  Położył  palec  na  jej  ustach.  –  Unikaj  banałów,  proszę  cię.  Chodź  na  taras,  tam 

zaczekamy  na  twojego  bohatera.  Pokażę  ci  miasto  podczas  zachodu  słońca  i  pozostałości  z 

czasów wojny z jankesami.

Wieże i dachy Charlestonu, widziane z daleka, poprzez rzekę, zdawały się płonąć w świetle 

zachodzącego  słońca.  Poprzez  muzykę  dobiegającą  z  sali  słychać  było  brzęczenie  owadów  i 

senne głosy ptaków.

Przez  długi  czas  stali  oparci  o  balustradę,  nie  odzywając  się,  a  jedynie  chłonąc  wzrokiem 

roztaczający  się  widok.  Jakże  kocham  to  miejsce,  pomyślała  Hattie,  tak  jak  kocham  pewnego 

piwnookiego mężczyznę. I tak romantycznie jest tu, na tarasie. Gdyby jeszcze to Jay, a nie Paul, 

stał koło mnie.

– Ładnie, prawda? – spytał Paul ze smutkiem, jakby odgadł jej myśli. – Chodźmy na drugi 

koniec tarasu, pokażę ci bunkier z czasów wojny. Oczywiście konfederacki.

Gdy  zbliżali  sie  do  porośniętego  krzewami  wzgórza,  doleciały  ich  rozgniewane  głosy. 

Chwilę  później  przebiegła  koło nich  zapłakana  Marian, a  z  niewielkiego  zagajnika  doszedł  ich 

trzask zapałki. To Pete zapalał papierosa. Hattie zwróciła się do Paula.

– Porozmawiam z nią.

– Daj mi znać, jeśli będę mógł pomóc.

Odnalazła  Mariah  w  toalecie  damskiej,  skuloną  na  taborecie,  naprzeciw  lustra.  Próbowała 

doprowadzić do porządku makijaż. Gdy Hattie weszła, dziewczyna znów wybuchnęła płaczem.

Stało się coś naprawdę złego, pomyślała Hattie, siadając przy niej i przytulając ją do siebie. 

Przez kilka minut nie padło ani jedno słowo, a Mariah szlochała rozpaczliwie z głową wtuloną w 

ramię  Hattie.  W  końcu  emocje  trochę  opadły  i  Mariah  wyprostowała  się,  pocierając  oczy  jak 

background image

dziecko.

– Już lepiej? – spytała Hattie, podając jej kubek z wodą.

Mariah wypiła ją małymi łyczkami. Skinęła głową, a później potrząsnęła przecząco.

– Chcesz mi o tym opowiedzieć?

– Nie... nie wiem. Nic nie możesz na to poradzić.

Rozpacz w głosie Mariah jedynie pogłębiła niepokój Hattie.

–  Czasem  samo  opowiedzenie  komuś  o  zmartwieniach  przynosi  ulgę  –  odpowiedziała. 

Bardzo  pragnęła  pomóc  Mariah,  ale  nie  chciała  się  narzucać.  –  Nie  dowiesz  się,  dopóki  nie 

spróbujesz.

Nastała długa cisza. Mariah w końcu uniosła głowę i rozejrzała się, jakby chcąc sprawdzić, 

czy nikt nie słyszy.

– Pete znów usiłował mnie nakłonić do wyjazdu jesienią do Clemson – odezwała się cicho. –

Tylko o tym mówi, odkąd... znów zaczęliśmy się widywać. Mówi, że zawsze mnie kochał i chce, 

abyśmy byli razem.

– Czy to  właśnie tak  cię  martwi?  – spytała Hattie  z niedowierzaniem. –  Według  mnie, nie 

powinnaś  się  –  tym  tak  przejmować.  Jeżeli  Pete  naprawdę  cię  kocha,  to  będzie  chciał,  abyś 

uczęszczała do takiej  szkoły,  jaką sama sobie  wybierzesz  i  która najbardziej  odpowiada  twoim 

potrzebom...

Słowa zamarły jej na wargach, gdy spojrzała na twarz Mariah. Łzy leciały jej ciurkiem, choć 

próbowała je powstrzymać.

–  To  zupełnie  nie  o  to  chodzi  –  powiedziała  żałośnie.  –  Bardzo  bym  chciała  pojechać  do 

Clemson.

– Więc gdzie problem? Jeśli chodzi o pieniądze, w co wątpię, to są przecież stypendia.

– Masz rację. To nie pieniądze. Spróbuj mnie zrozumieć – powiedziała. – Być może nawet 

nie uzyskam zgody na ukończenie liceum. Czy pamiętasz Brada Mossa, mojego byłego chłopaka, 

o  którym  ci  opowiadałam?  Eksperymentowaliśmy  którejś  nocy  i  nie  zabezpieczyliśmy  się. 

Jestem w ciąży od przeszło dwóch miesięcy. Wiesz o tym tylko ty i doktor Freitag.

–  Oj,  dziecinko.  –  Ramiona  Hattie  objęły  znów  młodziutką  kuzynkę  Jaya,  jakby  dając  jej 

schronienie  przed  resztą  świata.  –  Są  ludzie,  którzy  cię  kochają,  malutka.  Nie  powinnaś  była 

próbować przejść przez to samotnie.

Mariah załkała i trzymając kurczowo Hattie, wylała z siebie całą tajemnicę, która od dawna 

zatruwała jej życie.

–  Nie  chciałam,  aby  moi  krewni  o  tym  się  dowiedzieli,  nie  chciałam  ich  rozczarować  –

wyszeptała. –  I nie chciałam,  żeby  Lorelei uśmiechała się  głupio i powtarzała  Paulowi: „A nie 

mówiłam”. Ale najgorsze jest to, że ja naprawdę kocham Pete’a. Chyba zawsze go kochałam. Ta 

historia z Bradem była głupotą. Ale Pete tego nie zrozumie, tak jak nie zrozumie tego Paul i nikt 

z  moich  przyjaciół.  Dowiedzą  się  i  tak,  prawda?  Nie  chcę  pozbyć  się  dziecka,  nawet  jeśli  to 

background image

dziecko Brada. Co ja mam teraz zrobić?

Przez  chwilę  Hattie  jedynie  trzymała  ją  w  objęciach,  próbując  przekazać  tyle  ciepła  i 

przyjaźni, ile tylko mogła. Wciąż zastanawiała się nad odpowiedzią.

– Powiemy o tym Jayowi – odezwała się w końcu.

– On cię kocha. Jeśli będzie zły, to tylko na Brada za nieostrożność. Jay będzie wiedział, co 

zrobić.

Po raz pierwszy Mariah trochę się uspokoiła.

– Tak,  chciałam  mu wszystko opowiedzieć  – wyznała.  – Ale  wiesz...  on  jest mężczyzną.  I 

czułam się zakłopotana. Nie chciałam stracić jego szacunku.

– Mogę z nim porozmawiać, jeśli tobie jest trudno.

– Naprawdę?

– Obiecuję. Ale nie dzisiaj. W tej chwili chcę, żebyś coś dla mnie zrobiła... poszukaj Pete’a i 

pogadaj  z  nim.  Powiedz,  że  chciałabyś  pojechać  do  Clemson,  ale  zanim  podejmiesz  decyzję, 

musisz rozwiązać kilka problemów. Później nakłoń go, aby z tobą zatańczył i proszę, spróbuj się 

dobrze bawić. Obiecujesz?

Mariah uśmiechnęła się drżącymi wargami.

– Myślisz, że mam prawo? Odkąd to się stało, czuję, że cały czas muszę o tym myśleć, bo 

inaczej ogarnie mnie poczucie winy, że traktuję sprawę tak lekko.

– Myślę, że masz prawo trochę się odprężyć – zapewniła Hattie. – Zaufaj mi.

Rozgrzeszona w ten sposób, Mariah powróciła do poprawiania makijażu.

– Nie pozwolisz, aby Lorelei dowiedziała się, dobrze? – poprosiła.

–  Nie  martw się  –  Hattie  pogładziła  ją  po  włosach  –  i  starła smugę tuszu  z jej  policzka. –

Lorelei raczej nie należy do grona moich najbliższych przyjaciół.

Gdy wreszcie opuściły toaletę, na dworze było już zupełnie ciemno. Jay przyjechał jakiś czas 

temu i czekał na nią zniecierpliwiony.

– Coś się stało? – spytał, prowadząc ją na parkiet.

–  Powiem ci później.  –  Z  uczuciem ogromnej  ulgi  Hattie  przytuliła się  do  niego. – Co  cię 

zatrzymało, kochanie?

– Kłopoty z koniem. Ale już wszystko w porządku.

–  To  dobrze.  –  Przytuliła  się  jeszcze  mocniej,  z  przyjemnością  wdychając  jego  zapach. 

Opiekun, pomyślała, i obrońca. Ktoś, komu i ja, i Mariah możemy ufać.

–  Wiesz  co? – Otoczył  ją ramionami, grano akurat sentymentalną  melodię. – Niezła jest ta 

twoja sukienka. Tęskniłem za tobą przez ostatnie dni, kochanie.

Po powrocie z parkietu wymienili toasty z pozostałymi zawodnikami drużyny, po czym Jay 

poprowadził ją na taras, a stamtąd przez trawnik w stronę parkingu.

– Chcę być z tobą sam na sam – powiedział, pomagając jej wsiąść do jaguara. – Będziemy 

dziś spali u mnie na Folly Beach... to tylko kilka kilometrów stąd.

background image

Nie dał jej żadnego wyboru, ale też nie miała zamiaru protestować. Pragnęła jedynie kochać 

się z nim, dać mu wszystko, czego pragnął.

– Aha – dodał, zapalając silnik. – Dzięki mojej przezorności nie będziesz musiała wracać do 

miasta jutro rano w tej cudownej, ale zdradliwej sukience.

– Nie?

– Nie. Patsy pozwo\i\ami wejść do twojego pokoju.

Podwędziłem dżinsy,  tenisówki  i jeszcze kilka  rzeczy, w tym  coś, co  przypomina  bieliznę. 

Wszystko jest w torbie za siedzeniem.

Hattie zarumieniła się, wyobrażając sobie Jaya szperającego w jej rzeczach w poszukiwaniu 

najbardziej intymnych fragmentów garderoby. Wyjątkowo lubiła przezroczystą bieliznę.

Przysunęła się bliżej i położyła mu rękę na kolanie, a on objął ją ramieniem.

– Jesteś dość pewny siebie, nieprawdaż?

– Może. – Uśmiechnął się lekko, nie przestając patrzeć na drogę. – Ale sama pani wie, panno 

Hattie, jak bardzo to się pani we mnie podoba.

Chwilę  później  jego  dłoń  znalazła  się  za  dekoltem  sukienki  i  Hattie  poczuła,  że  pod  jego 

dotykiem ogarnia ją płomień, a sutki prężą się.

– Jesteśmy na miejscu, kochanie. – Jay zatrzymał samochód. Pocałował ją, po czym wysiadł 

i przeszedł dokoła, aby otworzyć jej drzwi. – Chyba jednak wygodniej nam będzie w domu niż w 

samochodzie, jak myślisz?

Objęci  poszli  w  stronę  niewielkiego  domku  na  palach,  wzniesionego  na  piasku  wśród 

karłowatych  palm,  niebezpiecznie  blisko  niewidocznych  teraz,  ale  głośno  bijących  o  brzeg  fal 

przybrzeżnych.  Wnętrze  urządzono  w  stylu  lat  pięćdziesiątych,  tak  jakby  całość  została  tu 

przeniesiona z kompletnym umeblowaniem i nikt już niczego nie zmieniał.

Łóżko, pokryte staromodną kapą, stało na oszklonej werandzie. Jay otworzył okno i szum fal 

natychmiast stał się głośniejszy.

Hattie wstrzymała oddech, gdy odwrócił się w jej stronę.

–  Zabawię  się  w  gościnnego  gospodarza  i  poczęstuję  cię  kieliszkiem  wina,  zanim  pójdę  z 

tobą do łóżka – powiedział. – Ale nie chcę długo czekać. I nie chcę za dużo alkoholu, aby nie 

stępił tego, czym mamy się podzielić...

– Ja też nie chcę czekać – stwierdziła i miała wrażenie, że słowa te wymawia wbrew własnej 

woli.

– Bardzo cię kocham.

– Och, Hattie – W jego głosie brzmiała czułość.

– Obiecałem sobie, że tak szybko ci tego nie powiem.

Ale przecież sama wiesz, że ja też bardzo cię kocham.

Powoli skinęła głową.

background image

–  Bardziej  niż  życie.  –  W  jego  oczach  widziała  uwielbienie,  gdy  wziął  ją  w  ramiona,  aby 

obsypać pocałunkami jej odkryty dekolt.

– Masz taką piękną skórę – powiedział. – Jest gładka jak satyna i taka ciepła w dotyku. Chcę 

poznać każdy milimetr twego ciała...

Hattie przechyliła się lekko, gdy zsunął biały dżersej z jej ramion. Suknia opadła na podłogę. 

Hattie rozchyliła usta, patrząc na dłonie Jaya, tak ciemne na tle jej mlecznej skóry, którą bikini 

osłoniło przed słońcem Florydy.

Stała  naga,  płonąc  z  pożądania  pod  wpływem  jego  dotyku.  Długo  trwało,  zanim  wreszcie 

pozwolił,  aby  go  rozebrała.  Z  podziwem  patrzyła,  jak  wspaniale  jest  zbudowany,  po  czym 

położyła mu ręce na piersi.

– Och, Jay – szepnęła podniecona usłyszanym niedawno wyznaniem miłości i oczekiwaniem 

na zbliżającą się chwilę rozkoszy. – Jesteś taki piękny...

– To ty jesteś piękna... mleko i róże. Połóż się koło mnie, kochanie.

Położyła się na łóżku, a jej włosy rozsypały się na poduszce. Zaraz potem zatraciła się w nim 

całkowicie. Kołysała jego głowę, gdy pochylił się do jej piersi. Wstrząsał nią dreszcz pożądania, 

gdy czuła jego usta na swym brzuchu, a później pieszczące jej kobiecość.

– Jay, na miłość boską – jęknęła. – Chodź do mnie...

proszę.

– Wiesz, że nie umiem ci odmówić, gdy prosisz.

– Wsunął nogi między jej kolana. – Gdy jesteśmy razem właśnie tak, dajesz mi cały świat, 

kochanie.

Hattie uniosła się na jego spotkanie.

Pragnę go całego, myślała, zaciskając ręce na jego prężnych, silnych pośladkach. Usta Jaya 

znalazły się na jej wargach, ręce pewnie zacisnęły na jej ciele i dokonały obrotu, tak że po chwili 

ona już była na górze, a rozpuszczone włosy opadły na jego twarz.

Spoglądając  na  niego  z  góry  czuła  się  jak  rozpustnica  i  równocześnie  jak  bogini.  Była  z 

Jayem Summerfieldem, czułym i silnym mężczyzną, którego spokojna siła przypominała potęgę 

lawiny. Wiedziała, że tylko na moment poddał się jej w tych miłosnych zapasach, by po chwili 

odzyskać dominację, przed którą mogła jedynie ustąpić.

– Co mogę dla ciebie zrobić, kochanie – wyszeptała, wiedząc już, jaką otrzyma odpowiedź.

– Doprowadź mnie do szaleństwa – szepnął, zbliżając wargi do jej spragnionych ust.

background image

Rozdział 10

Kiedy później leżeli koło siebie w ciemnościach, Jay znów powiedział, jak bardzo ją kocha.

– Nie chciałem tego mówić, dopóki sprawy między nami jakoś się nie ułożą – przyznał.

– Ja też nie – powiedziała cicho Hattie. – Ale nie mogłam się powstrzymać.

– Wiem. – Pocałował ją łagodnie. – Ja także próbowałem kochać się z tobą, starając się nie 

myśleć o rachunku, jaki przyjdzie za to zapłacić. Ale wiesz, cieszę się, że prawda właśnie w ten 

sposób wyszła na jaw. Nie chcę, żebyś starała się wpłynąć na sprawy, które mnie dotyczą.

Hattie  nie  odpowiedziała,  rozmyślając  nad  usłyszanymi  słowami.  Chwilę  później,  jakby 

chcąc  uprzedzić  jakąkolwiek  dyskusję  na  temat  Shadows,  Jay  zapalił  papierosa  i  zaczął 

opowiadać, w jaki sposób stał się właścicielem chatki.

–  Właściwie  odkryła  ją  Lorelei,  chociaż  to  ja  zajmuję  się  nieruchomościami  –  zauważył, 

wypuszczając  niewielkie  kółko  dymu.  –  Stwierdziła,  że  jest  dostatecznie  obskurna,  aby  mi  się 

podobać. A ja wiedziałem,  że  to  będzie korzystna inwestycja. Oczywiście działo się  to jeszcze 

wtedy, gdy żyła babcia i mieszkała wciąż w Shadows.

Na wspomnienie Lorelei Hattie odwróciła głowę.

Czy nigdy nie możemy o niej zapomnieć? myślała. Nawet w takiej chwili?

– Hattie? – usłyszała głęboki szept tuż koło ucha. – Coś nie tak, kochanie?

– Nie, zupełnie nic.

–  To  odwróć  głowę  i  spójrz  na  mnie.  –  Łagodnym  ruchem  zmusił  ją  do  spojrzenia  mu  w 

twarz. – Chodzi o Lor, tak? – zaryzykował. – Spytałaś o nią, gdy po raz pierwszy byliśmy razem 

i nie powiedziałem ci zbyt wiele. Czy mówiła ci coś podczas meczu?

Hattie z trudem powstrzymywała łzy. I choć tak bardzo kochała Jaya, w tej chwili pragnęła 

jedynie siedzieć w ubraniu w drugim końcu pokoju.

– Nie – przyznała. – Nawet z nią tam nie rozmawiałam.

– A więc o co chodzi? – spytał. – Widziałaś, jak do mnie podeszła, prawda? Tak samo jak 

wtedy na plantacji.

–  Nie  ma  powodów,  abyście  nie  mogli  się  przyjaźnić.  –  Nie  potrafiła  powstrzymać 

opryskliwego tonu.

–  Przeciwnie,  istnieje  niemało  powodów,  dla  których  Lorelei  i  ja  nie  powinniśmy  się 

przyjaźnić...  w  każdym  razie  nie  w  sposób,  którego  iluzję  usiłuje  ona  czasem  stworzyć.  –  Jay 

zgasił papierosa i przytulił Hattie do siebie, tak że jej policzek spoczął na jego piersi. Hattie czuła 

głośne bicie jego serca. – Nie wierzę, że chciałabyś mieć ze mną cokolwiek wspólnego, gdybyś 

naprawdę sądziła, że mogę oszukiwać Paula.

– Nie... nie wierzyłam w to. Ale nie potrafię zabić w sobie uczucia zazdrości, nawet jeśli nie 

sądzę, że mógłbyś mieć romans z żoną kuzyna.

background image

–  Mamy  jeszcze  niejedną  sprawę  do  omówienia,  kochanie.  Ale  jak  pewnie  sama  się 

domyślasz, nie przywiozłem cię tu dziś na plażę, aby je poruszać. Możesz mi jednak wierzyć, że 

Lorelei nie jest naszym problemem. Gwarantuję ci to.

Nie odpowiedziała i Jay po chwili ciągnął dalej:

– To, co ci mówiłem o romansie z nią i propozycji małżeństwa, zdarzyło się czternaście lat 

temu.  Byłem  zwykłym  dwudziestoczterolatkiem  na  przepustce,  bardzo  spragnionym  kobiety. 

Gdy wróciłem do bazy, już po przygodzie z Lorelei, dotarły mnie słuchy, że sypiała też z synem 

bogatego  hodowcy  koni  z  Aiken.  Zadzwoniłem  do  niej  i  powiedziałem,  że  może  zatrzymać 

brylant, który jej podarowałem, oprawić go albo wrzucić do rzeki, jeśli chce – przerwał na chwilę 

i  Hattie  nie  mogła  powstrzymać  uśmiechu.  –  Zamiast  tego  zaczęła  go  nosić  jako  przynętę  na 

Paula, który zawsze pragnie tego, czego, jak sądzi, ja pragnę. – W jego głosie dało się wyczuć żal 

i Hattie zrozumiała, że Jay boleje nad tym, iż kuzyn staje z nim właśnie do takich zawodów.

– Głupio mi – przyznała – że w ogóle tyle o niej myślałam.

–  Nie  smuć  się,  skarbie.  Ja  przecież  też  nie  zniósłbym,  gdyby  inny  facet  zaczął  kręcić  się 

koło ciebie.  W każdym razie twoje podejrzenia powstały właściwie z  mojej winy. Powinienem 

był  ci  wszystko  wyjaśnić.  Myślę,  że  stało  się  tak  na  skutek  pewnej  niepotrzebnej  lojalności 

wobec Paula, która nie pozwoliła mi opowiedzieć ci wcześniej tej historii.

– Jest w pewnym sensie bohaterem, prawda? Wie przecież, jak ona się zachowuje.

– Prawdopodobnie masz słuszność.

Zasypiając, Hattie znów pomyślała o Mariah i koniecznosci porozmawiania o jej kłopotach z 

Jayem. To będzie pierwsza rzecz, którą załatwię rano, postanowiła, troszkę jednak zła na siebie, 

że  egoistycznie  zdecydowała  nie  psuć  miłego  wieczoru  problemami  innych.  Kilka  godzin 

niczego  nie  zmieni,  tego  przecież  była  pewna.  I  całkowicie  ufała,  że  Jay  będzie  wiedział,  co 

trzeba zrobić.

Niebo było ponure i pokryte chmurami, gdy rankiem brali prysznic i ubierali się. Zeszli po 

rozchwianych schodach i ruszyli plażą, a ślady ich stóp były niemym świadectwem, że stanowią 

teraz prawdziwą parę.

Niespotykanie liczne stada mew przelatywały nad głowami, a ich krzyki przypominały hałas 

robiony przez dzieci bawiące się na szkolnym boisku. Hattie  szukała w myślach odpowiednich 

słów,  aby  rozpocząć  rozmowę  o  Mariah.  Jednak  dziwne  napięcie  panujące  w  otaczającej  ich 

przyrodzie  zdawało  się  uniemożliwiać  zebranie  myśli.  Zimny  wiatr  rozwiewał  jej  włosy. 

Rozbijające się o granitowe głazy fale wyglądały wyjątkowo groźnie. Jednak wciąż jeszcze nie 

było zbyt zimno.

– Pewnie zbliża się burza – zauważył Jay przystając, aby nałożyć Hattie kaptur na głowę. –

Wszystkie oceaniczne ptaki kierują się w stronę lądu, szukając schronienia.

background image

Hattie nagle przypomniała sobie prognozę pogody, którą usłyszała poprzedniego wieczoru w 

samochodzie Pete’a i zrozumiała, że jej dziwne samopoczucie wiąże się ze wzrostem ciśnienia. 

Doświadczyła  już  podobnego  uczucia  poprzedniego  lata,  kiedy  do  Fort  Myers  zbliżał  się 

huragan.  Po  chwili  zastanowienia  doszła  jednak  do  wniosku,  że  nie  ma  powodu  do  alarmu. 

Huragan, o którym rozmawiali poprzedniego dnia, szalał setki kilometrów stąd. Poza tym spiker 

zapowiedział, że rejonowi Charlestonu nic nie grozi.

–  Kochanie,  jest  coś,  o  czym  muszę  z  tobą  porozmawiać  –  odezwała  się,  starając  się 

dostosować do kroku Jaya. Teraz szli już pod wiatr.

– Mam nadzieję, że nie chodzi o projekt. Zawarliśmy umowę, że nie poruszamy tego tematu 

aż do poniedziałku.

–  Wiem.  Ale  nie  o  to  chodzi.  Zastanawiam  się...  czy  zauważyłeś,  że  Mariah  jest  ostatnio 

roztargniona? Jakby coś zaprzątało jej myśli?

Spojrzał na nią przelotnie.

–  Chodziła  ostatnio  z  głową  w  chmurach,  ale  nie  sądzę,  aby  to  cokolwiek  znaczyło. 

Nastolatki zakochują się i odkochują dwa razy w miesiącu, tak w każdym razie utrzymuje Sulky. 

Powiem  ci  coś  jednak:  cieszę  się,  że  Pete  Carroll  znów  pojawił  się  na  horyzoncie.  Chłopak,  z 

którym spotykała się, gdy Pete wyjechał do Clemson, nie był jej wart.

– Mariah wspominała, że go nie lubiłeś. I jak się okazuje, miałeś rację...

Jay jednak nie słuchał. Uwagę jego przykuł starszy mężczyzna, który zbliżał się w ich stronę, 

podpierając się laską. Koło niego kręcił się spaniel.

–  Dzień  dobry,  panie  Harris  –  zawołał  Jay.  –  Co  pan  tu  jeszcze  robi  o  tej  porze  roku? 

Powinniście już być z żoną w Greenville i grzać się przy kominku.

– To samo jej powtarzam. – Mężczyzna przystanął, opierając się ciężko na lasce. Pies węszył 

koło ich nóg, po czym popędził za stadkiem mew. – W dodatku zbliża się ten cholerny huragan...

–  Jaki  huragan?  –  Jay  zmarszczył  brwi,  a  Hattie  wstrzymała  oddech.  –  Ostatnio  słyszałem 

jedynie o huraganie u wybrzeży Florydy.

– A wiec nie słuchał pan dzisiaj wiadomości. Henry w nocy zmienił kierunek. Wzdłuż całego 

wybrzeża trwa stan podwyższonej gotowości. Pozamykaliśmy już okiennice i wyjeżdżamy, gdy 

tylko ja i Dixie skończymy naszą poranną przechadzkę.

Hattie i Jay wymienili spojrzenia.

– Lepiej wracajmy i włączmy radio – powiedział Jay. – Niech państwo uważają na siebie.

Jay przyspieszył kroku, gdy skierowali się w stronę domu, tak że Hattie musiała prawie biec, 

aby nie zostać w tyle.

–  Ciekawe,  jak  się  przedstawia  sytuacja  –  powiedziała,  podnosząc  głos,  aby  przekrzyczeć 

szum fal.

– Zaraz się dowiemy.

background image

Na  razie  sprawa  Mariah  została  zawieszona.  Gdy  Jay  szukał  stacji  nadającej  informacje  o 

pogodzie, Hattie nalała do filiżanek gorącą kawę, po czym usiadła naprzeciw niego przy małym, 

kuchennym stole.

Najnowsze wiadomości nie należały do pomyślnych. Sąsiad Jaya miał rację; huragan zmienił 

kierunek. O wpół do dziesiątej rano nawałnicę obserwowano na obszarze od Przylądka Hatteras 

do  Jacksonville.  Gdyby  cyklon  posuwał  się  dalej  w  ich  kierunku,  niewątpliwie  otrzymaliby 

ostrzeżenie.  Silnych  porywów  wiatru  należało  się  spodziewać  na  całej  drodze  od  Norfolk  do 

Vero Beach.

Hattie zadrżała lekko, gdy spiker dodał, że jeśli cyklon będzie zmierzał w dalszym ciągu w 

tym  kierunku,  to  najbardziej  zagrożony  będzie  obszar  Kiawah  Island.  Byli  więc  dokładnie  na 

drodze nawałnicy. Spojrzała w górę i napotkała pociemniały wzrok Jaya.

– Jeśli oni się nie mylą – powiedział – to ta chatka zostanie zrównana z ziemią.

Hattie jednak wiedziała, że nie chatką się martwił.

Spiker poradził mieszkańcom nisko położonych obszarów na wybrzeżu, aby w poniedziałek 

rano byli gotowi do ewakuacji i przenieśli się na wyżej położone tereny, gdy tylko zajdzie taka 

potrzeba. Henry przesuwał się w stronę wybrzeża ze wzrastającą prędkością. Burzy towarzyszył 

silny  wiatr  dochodzący  w  porywach  do  prawie  dwustu  kilometrów  na  godzinę.  Należało  się 

również spodziewać spotęgowania jego siły.

Jay  położył  rękę  na  dłoniach  Hattie,  gdy  podano  najnowsze  informacje  o  huraganie. 

Następnych wskazówek należało się spodziewać tuż po południu.

–  Powinniśmy  wszystko  pozamykać  –  odezwał  się  Jay  wyłączając  radio  –  i  wracać  jak 

najszybciej  do  miasta.  Być  może  Sulky  czegoś  potrzebuje.  Po  południu  trzeba  pojechać  na 

plantację. Jeżeli huragan dotrze aż tutaj, czeka nas powódź, o ile równocześnie nastąpi przypływ.

Chociaż Hattie zdawała sobie sprawę, że Jay  martwił się o elegancki dom Sulky tak samo, 

jak  o  rodzinną  siedzibę  Summerfieldów,  to  jednak  w  jego  ostatnich  słowach  usłyszała  jakiś 

szczególnie  ciepły  ton.  Pomagała  mu  przymocować  przeciw burzowe,  aluminiowe  rolety  i 

przenieść do samochodu kilka wartościowych przedmiotów, które znajdowały się w tym domku. 

Nawet przez jedną chwilę nie przyszło jej do  głowy pozostawić  go samemu sobie. Uważała za 

naturalne, że połączą swe siły, aby ochronić przed huraganem dom, który tak bardzo kochał.

Czy po to, aby mógł go sprzedać mojej firmie w nienaruszonym stanie? zadała sobie pytanie, 

gdy  ulokowali  się  w  samochodzie  i  pojechali  do  miasta.  Czy  też  po  to,  by  chronić  go  i 

urzeczywistnić  marzenia  Jaya?  Wiedziała,  też  że  pomimo  wszelkich  prób  zachowania 

obiektywizmu, jej jedynym marzeniem było dzielenie tego marzenia razem z nim.

Zawarliśmy przecież umowę, przypomniała sobie, wracając myślą do dnia,  gdy siedziała w 

jego biurze i słuchała wyjaśnień, dlaczego jej opinia ma znaczenie. „Nigdy mnie nie przekonasz, 

że nie jest tragedią, jeśli takie miejsce jak Shadows bezpowrotnie opuszcza rodzinę” – powiedział 

jej.  „Chyba  miałem  nadzieję,  że  gdy  ktoś  taki  jak  ty  zrozumie  mój  punkt  widzenia...  to  tym 

background image

samym zada cios mojemu konserwatyzmowi”.

Teraz stali się kochankami i w całej sprawie podstawowego znaczenia nabrała lojalność, jej 

lojalność wobec Jaya i odpowiedzialność w stosunku do firmy.

Wkrótce  poprosi  o  odpowiedź,  pomyślała  Hattie,  jeśli  nie  w  poniedziałek,  to  za  kilka  dni. 

Muszę  wybrać.  I  jeśli  ostatecznie  uznam,  że  jedynym  sposobem  uratowania  domu  jest  jego 

przebudowa, to mogę stracić Jaya na zawsze. Bo jeśli zgodzi się sprzedać Shadows, ta decyzja 

zaciąży na naszych stosunkach. Przestanę być jego Elizabeth, a on nie będzie grał roli Aynsleya, 

próbując zadośćuczynić dawnym cierpieniom.

A  tak  świetnie  umie  to  robić...  łagodzić  cierpienia  jej,  Mariah...  Z  poczuciem  winy  Hattie 

przeniosła  uwagę  z  własnych  kłopotów  na  problemy  jego  młodej  kuzynki.  Jay  jechał  ze 

wzrokiem utkwionym w drogę, najwyraźniej zatopiony we własnych myślach.

To okropne, że akurat teraz musi mu powiedzieć o zmartwieniu Mariah. Wiedziała jednak, że 

to nieuniknione.

– Jay... – zaczęła niepewnie.

– Tak? – Rzucił jej szybkie spojrzenie i znów skoncentrował się na prowadzeniu samochodu.

– Naprawdę muszę porozmawiać z tobą o Mariah.

– Mam nadzieję, że to nic poważnego?

– Hmm... tak i nie. Z twoją pomocą poradzi sobie.

– Czy nie moglibyśmy w takim razie odłożyć tego do wieczora? Muszę się teraz zastanowić 

nad wieloma sprawami.

No cóż, Hattie sądziła, że kilka godzin nie zmieni sytuacji, a Jay i tak miał teraz wiele innych 

zmartwień. Mariah przecież od dawna zwlekała z rozmową. Będzie jednak musiała porozmawiać 

z  dziewczyną,  gdy  dojadą  do  Charlestonu  i  zapewnić,  że  dotrzyma  obietnicy  złożonej 

poprzedniego dnia.

– Dobrze – zdecydowała. – Powiedz, jak mogę ci pomóc.

Na prośbę Jaya Hattie wyjęła ze skrytki kartkę i ołówek. Zaczęła spisywać listę rzeczy, które 

należało  kupić  w  sklepie  z  artykułami  żelaznymi  na  James  Island.  Kilka  minut  później 

pośpiesznie wybrali parę rolek przylepca, zapas nafty do lampy i wzmocnione baterie do latarki.

W  mieście  większość ludzi  zdawała się  być zajęta  normalnymi sprawami,  chociaż w  starej 

dzielnicy niektórzy mieszkańcy zabijali okna deskami. Najwidoczniej służby miejskie otrzymały 

odpowiednie  rozkazy,  ponieważ  umacniano  workami  z  piaskiem  tamę  wzdłuż  Battery,  aby 

zabezpieczyć przed wzburzonymi falami.

Sulky  powitała  ich  w  kiepskim  nastroju.  Pod  czujnym  okiem  sędziego  Plemmonsa 

siostrzeniec  Patsy  wraz  z  kilkoma  młodymi  mężczyznami przygotowywał  jej  stary,  wspaniały, 

georgiański dom na spotkanie z huraganem. Bezcenne antyki przenoszono na drugie piętro, aby 

uchronić  je  przed  ewentualnym  zalaniem.  Całe  metry  taśmy  zużywano  dla  wzmocnienia 

delikatnych  szybek.  Rzadko  używane  okiennice  skrzypiały,  gdy  je  zamykano  i  zabijano

background image

gwoździami, aby wytrzymały napór wiatru.

Zanim Hattie zdążyła odszukać Mariah, dziewczyna sama ją odnalazła i odciągnęła na bok.

– Rozmawiałaś z nim? – spytała z niepokojem.

–  Jeszcze  nie.  –  Hattie  nagle  ogarnęło  olbrzymie  poczucie  winy.  –  W  nocy  to  nie  był 

najlepszy  moment,  a  dziś  rano...  ten  huragan...  Było  tyle  rzeczy,  o  których  należało  pomyśleć. 

Obiecuję, że powiem mu dziś wieczorem, bez względu na to, jak bardzo będzie zajęty.

Ku jej zdumieniu słowa te najwyraźniej sprawiły Mariah ulgę.

–  W  porządku,  Hattie  –  powiedziała  szybko.  –  Miałam  nadzieję,  że  w  tej  sytuacji  nie 

zechcesz  go  dodatkowo  martwić.  Myślałam  o  tym...  to  chyba  jednak  ja  powinnam  mu  o 

wszystkim powiedzieć.

Hattie milczała zaniepokojona tą nagłą determinacją dziewczyny. Trudno było nie spostrzec 

drżenia w jej głosie i ogromnego napięcia.

–  Jesteś  pewna,  że  tego  właśnie  chcesz?  –  spytała.  –  Bo  ja  naprawdę  mogę  z  nim 

porozmawiać.

– Jestem pewna. – Mariah próbowała się uśmiechnąć, ale niezupełnie jej się to udało. – W 

każdym  razie  dziękuję  za  pomoc.  I  jestem  wdzięczna,  że  miałam  z  kim  pogadać  o  swoich 

kłopotach.

Mariah ścisnęła ramię Hattie, po czym wbiegła po schodach z lekkością małej dziewczynki, 

lekkością, którą niedługo już miała zachować, bo w jej ciele rosło dziecko Brada Mossa. Nie dała 

Hattie szansy na odpowiedź, ani nawet na obietnicę, że nie porozmawia z Jayem.

Cieszę się, że jej tego nie obiecałam, pomyślała Hattie, spoglądając w ślad za nią. Jest coś w 

jej dzisiejszym zachowaniu, co mnie martwi. Nie powiem Jayowi o niczym, dopóki sytuacja się 

nie uspokoi, tak jak prosiła. Ale jeśli onamu jednak o niczym nie powie, ja to zrobię... nawet jeśli 

Mariah będzie się na mnie za to gniewać.

Po  południu  Jay  pożegnał  się  z  ciotką,  przestrzegając,  aby  stosowała  się  całkowicie  do 

poleceń  sędziego  Plemmonsa.  Znowu  tylko  we  dwoje  skierowali  się  jaguarem  przez  Ashley 

River  Road  ku  plantacji.  Silniej  niż  kiedykolwiek  Hattie  wyczuwała,  jakie  znaczenie  miał  dla 

niego stary dom i jakie budził uczucia. To jego korzenie, pomyślała, wspominając, jak kochali się 

któregoś  dnia  w  sypialni  Elizabeth  i  Aynsleya.  Bez  niego  życie  Jaya  straciłoby  sens.  Nagle 

poczuła na sobie badawcze spojrzenie.

–  Wróć  tu,  Hattie  –  powiedział,  otaczając  ją  ramieniem.  –  Jeśli  musisz  siedzieć  taka 

zamyślona, to przynajmniej siedź bliżej mnie.

–  Chyba  nie  jest  możliwe,  aby  huragan  poczynił  wielkie  szkody  tak  daleko  od  oceanu  –

zauważyła, kładąc dłoń na jego udzie. – Największe spustoszenia chyba zwykle czyni na plaży i 

traci siłę rozpędu, gdy dociera na stały ląd?

background image

– Masz rację, że huragany są mniej gwałtowne na lądzie – przytaknął. – Ale Ashley to rzeka 

pływowa...

–  prawdziwe  ramię  oceanu.  Cyklony  już  nieraz  dotknęły  Shadows.  W  swym  pierwszym 

dzienniku  z 1761 roku,  Elizabeth, która była żoną  Aynsleya zaledwie  od  roku, opisuje szkody,

jakie  w  domu  wyrządziły  woda  i  wiatryHattie  milczała,  próbując  wyobrazić  sobie,  jak  pierwsi 

właściciele Shadows razem stawili czoło huraganowi. Tak samo, jak to będzie z Jayem i ze mną, 

pomyślała i bezwiednie pogłaskała go po kolanie.

Jay pochylił się i pocałował ją w skroń.

– Później były inne cyklony – dodał. – Kilka lat temu Hazel wyrządziła poważne szkody w 

górnej części wybrzeża. Ale już od jakiegoś czasu nie mieliśmy prawdziwej nawałnicy.

– I teraz myślisz, że znów nadeszła kolej na Charleston.

Jay  skinął  głową  i  objął  ją  mocniej.  Oboje  milczeli  przez  resztę  drogi.  Gdy  minęli  aleję 

dębów,  oczom  ich  ukazało  się  Shadows,  które  wyglądało  bardziej  krucho  i  delikatnie,  niż 

kiedykolwiek jej się wydawało.

Gdy parkowali koło młyna, powitał ich Willie, najęty przez Jaya robotnik.

– Wyjąłem te okiennice ze schowka w magazynie. Czy chce pan, żebym zaczął je przybijać?

–  Jeszcze  nie.  –  Jay  potrząsnął  głową.  –  Na  razie  potrzebuję  cię  do  przenoszenia  rzeczy. 

Młyn może zostać zalany – powiedział, po czym zwrócił się do Hattie: – Kochanie, twoja pomoc 

też jest potrzebna.

Przez  pozostałe  godziny  gorącego,  parnego  popołudnia  wszyscy  troje  spoceni  i  zmęczeni 

przenosili  wartościowe  przedmioty  z  młyna  do  domu.  Na  podstawie  ostatniej  prognozy  mieli 

jeszcze dość czasu, aby umocować okiennice i zajrzeć do koni.

Zapadał już zmierzch, gdy ramię przy ramieniu stali w alei, dziękując Willie’emu za pomoc i 

życząc mu dobrej nocy.

– Wrócę rano – powiedział. – Nic nie zdmuchnie Shadows, skoro stoi tu od przeszło dwustu 

lat.

Willie  wsiadł do półciężarówki, tej samej, którą Hattie zauważyła pierwszego dnia. Chwilę 

później odjechał w tumanie kurzu, a oni zostali sami.

Jay otoczył ją ramionami, a ona uniosła głowę, aby spojrzeć mu w oczy.

– Czy rozumiesz, kochanie, co to dla mnie znaczy mieć tu ciebie przy sobie? – zapytał. – Nie 

myliłem  się  zbytnio,  gdy  myślałem,  że  jesteś  moją  ukochaną,  współczesną  Elizabeth,  która 

przybyła, aby pomóc mi i dodać otuchy.

background image

Rozdział 11

Wiatr  się  wzmógł  i  informacje  ogólnikowe  zamieniły  się  w  ostrzeżenia.  Nakaz  ewakuacji 

objął już Kiawah, Folly Beach, Sullivan’s Island i inne wyspy osłaniające wybrzeże Karoliny. W 

mieście ulewy spodziewano się wczesnym popołudniem, a najsilniejsze wiatry miały nadciągnąć 

w nocy. Poziom wód miał się podnieść o przeszło półtora metra.

Willie pojawił się, gdy świtało, tak jak obiecał. Natychmiast też przystąpił z Jayem do pracy, 

zabijając gwoździami okiennice. Hattie chodziła po wysokich pokojach z drabiną, nożyczkami i 

taśmą, którą oklejała antyczne szybki, aby wytrzymały podmuchy wiatru.

Pracując myślała o Mariah. W nocy, gdy już mieli iść spać, Jay przypomniał sobie o kuzynce 

i  spytał,  o  czym  chciała  z  nim  porozmawiać.  Wbrew  sobie  musiała  go  jednak  zbyć,  chociaż 

uważała,  że  należy  powierzyć  mu  tajemnicę  dziewczyny.  Mariah  potrzebowała  pomocy  i  rady 

Jaya.  Będzie  musiała  mu  wkrótce  powiedzieć...  albo  ja  postąpię  zgodnie  z  własnym 

postanowieniem,  zdecydowała  Hattie.  Gdy  Jay  i  Willie  skończyli  pracę,  w  domu  zapanowała 

ciemność. Powietrze stało się ciężkie i zrobiło się ponuro.

–  Teraz  do  młyna.  –  Jay  pracował  bez  chwili  przerwy.  –  Po  południu  przede  wszystkim 

będziemy musieli przetransportować konie.

– Dokąd je zabieramy? – spytał Willie.

–  Do  Gila  Dubuya.  To  spory  kawałek  od  rzeki  –  zwrócił  się  do  Hattie  –  ale  on  ma  nową 

stajnię.

Prawdę mówiąc, wątpię, czy nasza w ogóle przetrzyma nawałnicę.

Hattie  pamiętała  Dubuya,  był  członkiem  Charlestońskiego  Klubu  Polo  i  zaledwie  dwa  dni 

temu  świętował  wraz  z  nimi  zwycięstwo.  Wydaje  się,  że  minęły  dziesiątki  lat  od  tego  czasu, 

pomyślała podgrzewając zupę z puszki na lunch.

Gdy  rozpoczęli  transport  koni,  deszcz  już  kropił.  Zwierzęta  prawdopodobnie  wyczuwały 

spadek ciśnienia, a może też niepokój ludzi, bo były wyjątkowo nieposłuszne.

–  Powinny  z  nami  współpracować  w  takiej  chwili  –  żaliła  się  Hattie,  uskakując  przed 

mającym zamiar ją ugryźć zwierzęciem.

Twarz Jaya na chwilę rozjaśnił uśmiech.

– Mają charakter – powiedział. – Tak, jak ty.

– Ale ja nie kopię ani nie gryzę... na razie – odpowiedziała z uśmiechem.

Ładowanie i transportowanie koni okazało się wyczerpujące. Gdy skończyli, Hattie marzyła 

jedynie  o  kąpieli.  Deszcz  padał  coraz  silniej,  pragnęła  więc  znaleźć  się  wreszcie  w  jakimś 

czystym i suchym miejscu.

Nie boję się burzy, pomyślała, nie tutaj, tak daleko od wybrzeża w górę rzeki. Nam raczej nic 

nie  grozi.  Ale  Shadows  być  może  tak.  Dach  jest  w  opłakanym  stanie.  Spojrzała  na  rozłożyste 

dęby i zaczęła się zastanawiać, czy nadchodząca burza może im zrobić krzywdę. Gdyby runęły 

background image

na dom, spowodowałyby straszne szkody.

Willie przeprosił ich, że musi odjechać, ale obiecał zaopiekować się swą owdowiałą siostrą i 

jej dziećmi.

– Panie Jay, panno Hattie – powiedział. – Wrócę, jak tylko będę mógł.

–  Dziękuję  za  pomoc.  –  Jay  uścisnął  mu  rękę.  –  Naprawdę  doceniam,  ile  dla  nas  dziś 

zrobiłeś.

– To nic takiego. Da pan sobie radę? – Willie odwzajemnił uścisk dłoni swego pracodawcy.

Gdy  odjechał,  Hattie  i  Jay  trzymając  się  za  ręce  ruszyli  do  młyna:  jedyni  stróże  starego, 

dumnego majątku.

– Umyjmy się i zjedzmy kolację, zanim pójdziemy spać – powiedział Jay. – Idź pierwsza do 

łazienki. Ja zadzwonię do Sulky i dowiem się, jak sobie radzi.

Później mogą być problemy z połączeniem.

Nie chce, abym widziała, jak bardzo się martwi, pomyślała, wchodząc po krętych schodach 

do  sypialni.  Z  żalem  myślała,  że  nie  powtórzą  się  tej  nocy  ich  erotyczne  igraszki  w  łazience. 

Doszła jednak do wniosku, że są tak zmęczeni, iż prawdopodobnie w ogóle nie będą się tej nocy 

kochać, gdy już ułożą się na materacach, które Jay przygotował w Shadows. Pewnie będą spać w 

ubraniach, jeśli w ogóle uda im się zasnąć.

Właściwie nie przeszkadzało jej, że tej nocy będą raczej przyjaciółmi niż kochankami. Zdjęła 

z  siebie  brudne  rzeczy  i  stanęła  pod  orzeźwiającym  strumieniem  wody,  po  czym  wytarła  się 

jednym z prześcieradeł kąpielowych Jaya. Stosunki między nimi stały się tak zażyłe, że chwilami 

czuła się, jakby stanowili jedność.

Siedząc  na  brzegu  łóżka  i  susząc  włosy,  Hattie  patrzyła  na  portret  Elizabeth  i  wspominała 

słowa  opisujące  taniec  „z  drogim  mężem”.  Myślała,  że  bardzo  kocha  współczesnego 

Summerfielda,  który  wciąż  jeszcze  siedział  przy  telefonie  i  sprawdzał,  jak  sobie  radzi  jego 

rodzina.  Obiecuję  ci  jedno,  powiedziała  do  podobizny  Elizabeth,  bez  względu  na  to,  co 

zadecyduję, gdy już huragan minie, nie zawiodę  go. On znaczy dla mnie więcej niż cokolwiek

innego na tym świecie. Gdy zeszła na dół, Jay właśnie odkładał słuchawkę.

– Cholera – powiedział ze złością. Hattie natychmiast pomyślała o Mariah.

– Coś nie tak? – spytała. – Coś z Sulky i Mariah?

– Nie, w zasadzie wszystko w porządku. – Jay sięgnął po papierosa. – Zbliża się przypływ i 

nie  mogę  ich  przekonać,  że  powinny  się  ewakuować.  Mogłyby  przynajmniej  przenieść  się  do 

Paula  i  Lorelei.  Mam  problem  –  wyznał  bezradnie.  –  Powinienem  być  w  dwóch  miejscach 

jednocześnie.

– Sędzia Plemmons nie pozwoli, aby stało im się coś złego. – Hattie delikatnie pogłaskała go 

po szyi.

– Mam nadzieję – powiedział. – Liczę na niego.

background image

Chippendalowski stół o wielkiej wartości został już przeniesiony do dużego domu. Gdy Jay 

wyszedł spod prysznica, zjedli kolację przy kuchennym blacie. W Jayu odezwała się fantazyjna 

natura i nalegał, aby otworzyli do posiłku najlepsze wino St. Julien, zdecydowanie zbyt dobre na 

tę  okazję.  Druga  identyczna  butelka  z  tego  samego  rocznika,  razem  z  paczką  krakersów, 

przegotowaną wodą i owocami czekała na zabranie do rezydencji.

–  Zanim  pójdziemy  do  starego  domu,  mam  zamiar  przejść  się  nad  rzekę  –  oznajmił  po 

zakończonym posiłku, sięgając po płaszcz nieprzemakalny.

Hattie, która przez cały dzień prawie nic nie jadła, czuła, że wypite wino uderza jej do głowy. 

Stwierdziła jednak, że pójdzie razem z nim.

Przez chwilę Jay wyglądał tak, jakby chciał zaprotestować. Bez słowa jednak podał jej drugi 

płaszcz. Trzymał ją mocno za rękę, gdy zapaliwszy światła na podwórzu ruszyli w drogę.

Ogromne drzewa wokół nich szumiały groźnie we wzmagającym się wciąż wietrze. Deszcz 

lał  się  strumieniami.  Hattie  ze  zdziwieniem  spostrzegła,  że  w  tym  czasie,  gdy  przebywali  w 

młynie, rzeka przybrała. Jeziora, których malownicze brzegi podziwiała jeszcze niedawno, stały 

się teraz częścią wezbranej  rzeki. Dawne pola  ryżowe zniknęły zupełnie, a woda zaczynała już 

podchodzić do schodów prowadzących na dziedziniec.

Przypuszczenia  Jaya  okazały  się  słuszne;  zanosiło  się  na  to,  że  pierwsze  piętro  młyna 

zostanie  zalane.  Niestety,  przypływ  sprawiał,  że  wody  wciąż  przybywało.  Według  zapowiedzi 

radiowych sytuacja mogła ulec zmianie dopiero po północy.

Przez kilka minut Jay po prostu patrzył na wzbierającą wodę, nie zważając na deszcz, który 

strugami zalewał mu twarz.

– Powinniśmy przenieść  się na  górę – odezwał się  w końcu. –  Zabierz,  kochanie, rzeczy  z 

kuchni. I weź latarkę. Zamierzam wyłączyć elektryczność.

Przejechali samochodem do rezydencji. Wiatr wydymał płaszcz Hattie, gdy wypakowywała 

zapasy i przenosiła je na górę, a Jay w tym czasie parkował samochód tak, by ochronić go przed 

wichurą.

Meble i antyki, przeniesione z młyna, stały zgromadzone w dwóch pokojach na pierwszym 

piętrze, które w przeszłości służyły jako salon i gabinet. Gdy Hattie weszła na górę do sypialni, 

przypomniała jej się historia, którą Jay czytał z pamiętnika Elizabeth.

Wyobraziła  sobie  pierwszą  właścicielkę  Shadows,  czuwającą  przy  oknie  podczas  snu 

Francisa Mariona.

Usłyszała, że Jay zamyka ciężkie podwójne drzwi na dole, a chwilę później znalazł się przy 

niej. Obszedł przedtem cały dom, aby upewnić się, czy wszystkie okiennice dobrze się trzymają i 

teraz mokre włosy przyklejały mu się do czoła. Krople skapywały z brwi i nosa, a trzymana w 

ręku lampa naftowa rzucała cienie na jego twarz. Hattie pomyślała, że bardzo go kocha.

– Jay – powiedziała po prostu, otaczając go ramionami.

– Moje kochanie. – Niezręcznym ruchem postawił lampę na podłodze. – Będziesz tak mokra, 

background image

jak  ja.  –  Ale  gdy  przylgnęła  do  niego,  przycisnął  ją  do  siebie  bardzo  mocno,  jakby  i  on 

potrzebował teraz jej bliskości.

Stopniowo  melancholia  zaczęła  ją  opuszczać,  chociaż  wciąż  czuła  niepokój  o  losy  domu  i 

bała  się  o  Mariah.  Sprawiłeś,  że  czuję  się  tak,  jakbym  nosiła  nazwisko  Summerfield,  myślała. 

Przez swoją miłość, łagodność i siłę. Z wielką radością zajęłam to puste miejsce, które wyczułam 

już pierwszego ranka. I zostanę tu tak długo, jak będziesz chciał.

Odsuwając się nieco, aby na  niego spojrzeć, Hattie  nagle z ulgą i  zdziwieniem zdała sobie 

nagle  sprawę,  że  podjęła  już  decyzję.  Nawet  jeśli  Jay  nie  miał  racji  i  najlepszym  sposobem 

uratowania Shadows było przekazanie posiadłości jej firmie, to wiedziała już, co ma zrobić. Jej 

lojalność  należy  się  przede  wszystkim  Jayowi.  Odmówi  udziału  w  realizacji  projektu 

przebudowy  tego  domu  i  będzie  wspierać  Jaya,  gdy  zacznie  sam  remontować  posiadłość,  bez 

względu na to, jakie trudy to za sobą pociągnie.

Mam  nadzieję,  że  on  tego  również  pragnie,  pomyślała.  Bo  teraz  już  nie  przeżyłabym 

rozstania.

– Co tam huragany, powodzie i inne kataklizmy zesłane przez Boga – powiedział nagle Jay 

uśmiechając się. – Jesteś taka piękna w tej chwili, bez makijażu, w tym okropnym ubraniu. Nie 

wiem, co bym tu dziś bez ciebie robił.

– Czy nie zauważyłeś, że właśnie tutaj pragnę być?

Uniósł brwi, jakby nie był pewien, czy ufać tym słowom.

– Chcę w to wierzyć, kochanie – powiedział.

Pomógł jej zdjąć płaszcz, potem sam się rozebrał  i rozwiesił wszystkie mokre ubrania, aby 

wyschły.  Gdy  siedzieli  później  obok  siebie  susząc  włosy,  słuchali,  jak  stary  dom  skrzypi  i 

trzeszczy w zawodzącym wietrze. Deszcz bębnił w okiennice i blaszane rynny.

– To będzie długa noc – powiedział Jay patrząc na Hattie. Sięgnął do kieszeni dżinsów, wyjął 

korkociąg i zaczął otwierać butelkę wina.  –  Myślałem wcześniej, że mamy aż nadto  picia.  Ale 

oboje  wytrzeźwieliśmy  na  deszczu.  A  teraz  jestem  w  nastroju  na  urządzenie  huraganowego 

przyjęcia z kobietą, która kocham.

W  migoczącym  świetle  lampy  wino  mieniło  się  rubinową  barwą.  Unieśli  kieliszki  i  lekko 

stuknęli się nimi.

– Za nas – powiedział Jay. – I za Shadows, żeby stawiło czoło nawałnicy.

– Za nas – powtórzyła Hattie z powagą. – I za Shadows.

Pili wino, patrząc na siebie i myśląc o własnych sprawach. Później Jay odstawił kieliszek i 

ujął jej dłonie.

– Nie miałem zamiaru mówić tego teraz – zaczął, patrząc na nią tak przenikliwie, że Hattie 

miała wrażenie, iż sięga do dna jej duszy – kiedy jeszcze nie wyjaśniliśmy wielu rzeczy. Ale nie 

chcę, aby ta chwila, właśnie w tym miejscu, minęła bez echa. Proszę cię, abyś za mnie wyszła, 

Hattie, abyś została przy mnie już na zawsze, niezależnie od tego, co mnie czeka.

background image

– Och, Jay... – Oczy Hattie natychmiast wypełniły się łzami.

Czy  on  naprawdę  tego  właśnie  chce?  spytała  samą  siebie  zdumiona.  Czy  naprawdę  już  na 

zawsze będzie mój?

– Powiedz: tak – poprosił. – Bo inaczej pomyślę, że to była dla ciebie jedynie przygoda, że 

po  zakończonej  pracy  spakujesz  walizki  i  odjedziesz  bez  żalu...  ode  mnie,  od  Shadows  i 

wszystkich jego duchów.

– Och, nigdy. – Nagle znalazła się w jego ramionach.

–  Więc  powiedz  –  nalegał,  przytulając  ją.  –  Powiedz,  że  zawsze  pozwolisz  mi  się  kochać, 

obdarzysz mnie dziećmi, aby te stare mury znów rozbrzmiewały radością i śmiechem.

To  prawda,  pomyślała,  poddając  się  jego  uściskowi.  On  pragnie  tego,  czego  ja  zawsze 

pragnęłam, zanim go w ogóle poznałam...

– Tak, Jay – szepnęła. – Czy nie wiesz, że kocham cię tak bardzo, że wprost nie panuję nad 

swoimi uczuciami?

Przez chwilę, która zdawała się nie mieć końca, siedzieli trzymając się w objęciach; dwoje 

ludzi,  którzy  nagle  poczuli  się  bezpiecznie,  wiedząc, że  należą  do  siebie.  Nagle  Jay  rozpiął  jej 

bluzę i zsunął z ramion.

– Gdy rozpakowywaliśmy zapasy – powiedział – nie sądziłem, że będziemy się dziś kochać. 

Pragnąłem  jedynie,  abyś  wlała  we  mnie  otuchę  swoją  obecnością,  gdy  mam  tyle  trosk.  Ale 

teraz... teraz, gdy jesteś już moja...

–  Tak?  –  spytała,  pokrywając  jego  twarz  pocałunkami  i  czując  jego  dłonie  na  swych 

piersiach.

–  Teraz  pragnę  cię  tak  bardzo,  że  mam  wrażenie,  iż  trawi  mnie  ogień...  i  uniemożliwia 

panowanie nad sobą.

Tej nocy, w świetle lampy naftowej, w fortecy, jaką stanowił dla nich stary dom, Hattie i Jay 

złączyli swe ciała w całkowitej ekstazie.

Nigdy nie sądziłam, że miłość może istnieć w takim wymiarze, pomyślała, tuląc się do niego 

pod starym  kocem. To tak, jakby każda komórka mego ciała zmieniła się. Teraz mogę już być 

jedynie częścią Jaya.

Najbardziej  pragnęła  wyjaśnić  mu,  że  dokonała  wyboru,  zanim  on  zaproponował  jej 

małżeństwo.  Miała  zamiar  zadzwonić  do  Charleya  i  zrezygnować  z  pracy  nad  projektem 

natychmiast,  gdy  powrócą  do  Charlestonu.  Ale  teraz  ogarnęło  ją  znużenie,  zadowolenie  i 

senność.

–  Jesteśmy  tu  bezpieczni,  kochanie  –  szepnął,  gdy  pogrążyła  się  już  w  półśnie.  –  I  nie 

pozwolę, aby coś nam się stało.

background image

Jakiś czas później obudził ich huk. Zegarek Jaya wskazywał za kwadrans drugą.

–  To  dach!  –  wykrzyknął,  zrywając  się  i  wciągając  dżinsy.  –  Jedno  z  drzew  musiało  go 

uszkodzić.

Hattie natychmiast otrząsnęła się ze snu. Na dworze wiatr zawodził, jakby zwiastując śmierć, 

deszcz  tłukł  w  okiennice.  Zanim  w  pełni  pojęła,  co  się  dzieje,  Jaya  już  nie  było  w  pokoju. 

Dobiegł ją tupot jego bosych stóp. Jay pędził po schodach, przeskakując po dwa stopnie.

– Jay... nie idź tam! – krzyknęła jeszcze za nim, wkładając na siebie ubranie.

Nie  było  odpowiedzi.  Kiedy  dotarła  na  pierwsze  piętro,  zobaczyła,  że  podwójne  drzwi  do 

głównego holu są otwarte. Gwałtowny podmuch wiatru niemal ją przewrócił.

– Jay! – krzyknęła znowu przerażona, ale mimo strachu odważyła się wyjrzeć za próg.

Kamieniami, gałęziami i powyrywanymi z korzeniami krzakami miotał wiatr. Dęby, domowi 

strażnicy,  trzeszczały  niebezpiecznie.  Naraz  rozległ  się  ogłuszający  huk  i  stojące  w  pewnej 

odległości  drzewo  runęło  na  ziemię.  Wycie  wiatru  przypominało  huk  pędzącego  pociągu  i 

zdawało się, że słychać było też szum rzeki wylewającej się z brzegów.

Po chwili, słaniając się na nogach, powrócił Jay. Zatrzasnął i zaryglował drzwi, napierając na 

nie całym ciałem. Nagi tors ociekał wodą, dżinsy były przemoknięte. Miał zdartą skórę na ręce i 

zadraśnięty policzek.

– Miałem rację – powiedział, gromadząc resztki sklejki i część materiałów przygotowanych z 

myślą o remoncie, a także zabierając drabinę. – Olbrzymi konar złamał się i runął na dach nad 

dawnym pokojem dziecinnym.

Hattie  zdawała  sobie  sprawę,  że  padający  z  tak  wielką  siłą  deszcz  zaleje  niższe  piętra  i 

spowoduje ogromne szkody.

– Co zamierzasz zrobić? – spytała prawie bez tchu.

– Dostanę się do dziury tylnymi schodami.

– Pomogę ci.

– Dobrze – powiedział po chwili wahania. – Weź latarnię i narzędzia.

Wdrapali się wąskimi  ukrytymi schodami prowadzącymi  z głównej sypialni  na przepastny, 

zniszczony  strych.  Hattie  trzymała  latarnię,  a  Jay  usunął,  na  ile  mógł  ciężki  konar,  który 

spowodował szkodę, i przybił kilka desek, aby jako tako zasłonić dziurę.

– Wystarczy – powiedział – aby nie dostała się tu woda.

Kiedy zeszli na dół, Jay był wyjątkowo milczący. Nie odzywał się nawet wtedy, gdy leżąc na 

posłaniu patrzyli w sufit i słuchali odgłosów burzy.

– Nie martw się, kochanie – odezwała się Hattie.

– Dom to przetrzyma.

Uścisnął  ją  lekko.  Rozluźnił  się  trochę,  choć  Hattie  wiedziała,  że  wciąż  jest  bardzo 

zdenerwowany.

– Może – rzucił. – Rano się okaże.

background image

Po raz drugi obudzili się bladym, świtem. Burza już minęła. Wiatr znacznie zelżał, a deszcz 

przestał padać. Huragan Henry załamał się na Wybrzeżu Karoliny.

Jay  włożył  spodnie  i  sięgnął  po  buty.  Nie  chcąc,  aby  sam  oglądał  zniszczenia  poczynione 

przez burzę, Hattie również ubrała się pośpiesznie i zbiegła, za nim po schodach.

Nawałnica pozostawiła za sobą ruinę. Wiele drzew leżało na ziemi. Konary sękatych dębów i 

wyrwane  z  korzeniami  krzaki  tworzyły  bezładną  plątaninę.  Przypływ  co  prawda  już  się 

zakończył,  ale  w  młynie  pozostała  masa  wody.  Hattie  wolała  się  na  razie  nie  zastanawiać  nad 

ogromem prac, jaki ich czekał.

Jay miał ponurą twarz. Uszkodzenie dachu, niemożliwe do dokładnego zbadania nocą, teraz 

okazało się poważniejsze, niż sądzili. Dach należało w całości wymienić. Stajnia, już dawniej w 

kiepskim  stanie,  teraz  runęła  zupełnie,  tak  jak  przewidywał  Jay.  Hattie  bez  słowa  podążała  za 

nim, gdy odkrywał kolejne szkody poczynione przez burzę. W myśli starała się oszacować koszty 

niezbędne do przywrócenia tu porządku.

Ubezpieczenie pewnie tego nie pokryje, pomyślała z bólem serca. Z naprawą schodów, sufitu 

i podłogi trzeba będzie zaczekać, aż wykona się najbardziej niezbędne prace. Zastanawiała się, 

czy Jay zgodziłby się oddać konie na przechowanie albo nawet je sprzedać, by uniknąć stawiania 

nowej stajni.

Cokolwiek  zadecyduje,  wiedziała  jedno;  w  ciągu  najbliższych  kilku  lat  trzeba  będze  żyć 

wyjątkowo skromnie, przeznaczając każdy grosz na odbudowę domu, niezależnie od wysokości 

zarobków. Cóż robić, tak musi być, pomyślała. Dla mnie to nie ma znaczenia.

Niestety miało to znaczenie dla Jaya.  W świetle poranka był zmuszony inaczej spojrzeć na 

propozycję złożoną  przez  Resorts  America.  Hattie  rozumiała,  jak fałszywie  zabrzmiałyby teraz 

jej słowa, gdyby namawiała go do odrzucenia oferty Charleya albo gdyby zaoferowała mu swoją 

pomoc w odbudowie Shadows.

Nikt  już  nie  wspominał  obietnic  złożonych  poprzedniej  nocy.  Jay  wydał  się  nagle 

nieosiągalny. Czuła, że oddala się od niej, borykając z wyborem, którego teraz musiał dokonać.

Pragnęła  go  pocieszyć,  ale  nie  odzywała  się.  Pomagała,  jak  mogła,  gdy  umacniał 

prowizoryczną  osłonę  dachu  i  spłukiwał  rzeczny  muł  z  kamiennej  posadzki  w  młynie.  Kiedy 

skończyli, spoza  chmur  przezierał już  błękit  nieba. Telefon  nie działał,  ruszyli  więc  do  miasta, 

aby sprawdzić, co się dzieje z resztą jego rodziny.

Musieli co chwila omijać pnie drzew blokujące drogę na każdym zakręcie. Jay wciąż się nie 

odzywał.

W końcu spojrzał na nią takim wzrokiem, jakiego jeszcze nigdy u niego nie widziała.

– Wygrałaś – powiedział obojętnym tonem. – Potrafię przyznać się do porażki.

Hattie zrobiło się zimno z obawy.

– Co to znaczy „wygrałam”?

background image

– Ty, Paul i Resorts America – wyjaśnił bez złości. – Potrzeba było do tego aż huraganu, ale 

jednak pobiliście mnie. Nigdy nie sądziłem, że będę musiał to przyznać. Jeśli będziesz tak dobra, 

aby przygotować dokumenty dotyczące sprzedaży Shadows, to przejrzę je razem z adwokatem.

Hattie nie była w stanie wydobyć z siebie głosu.

– Sprzedać Shadows? – spytała w końcu nie dowierzając.

– Chyba to właśnie proponowaliście z Paulem?

– Po to mnie wysłano do Charlestonu. Ale myślałam...

– Nie ma już o czym myśleć. Kocham Shadows i pragnę, aby ocalało. Teraz nie powiesz mi,

że mam choćby najmniejszą szansę, aby dokonać tego, co mogłaby osiągnąć twoja firma.

Chociaż marzenia Jaya stały się jej marzeniami, Hattie nie potrafiła już znaleźć argumentu. 

Fundusze Resorts America zagwarantują szybką odbudowę zniszczonej posesji.

– Może nie – upierała się. – Ale ty znaczysz dla mnie wszystko. I nie chcę, żebyś sprzedawał 

Shadows... już nie.

Jay patrzył na nią, jakby nie wierzył jej słowom.

–  No  cóż,  to  będzie  jak  ciężka  operacja  bez  znieczulenia,  panno  Lawford  –  powiedział, 

patrząc znów na drogę. – Ale nie mogę jej uniknąć.

background image

Rozdział 12

Z cichym okrzykiem bólu Hattie położyła rękę na jego ramieniu. Jay strząsnął ją lekko.

–  Nie  teraz  –  powiedział  i  Hattie  miała  wrażenie,  że  słowa  te  docierają  do  niej  z  bardzo 

daleka. – Nie sądzę, abym potrafił to tee»z znieść.

Z  rozpaczą  w  sercu  Hattie  pogrążyła  się  w  milczeniu.  Jaką  byłabym  żoną,  jeśli  w  takiej 

chwili  nie  mogę  cię  dotknąć?  pomyślała.  A  co  z  naszymi  przyrzeczeniami?  Czy  naprawdę 

pragnąłeś, abym zawsze była przy tobie, niezależnie od tego, co cię czeka?

Nawet jeśli Jay wyczuwał jej cierpienie, to nie dał tego po sobie poznać. Hattie pogrążała się 

w  coraz  większym  smutku.  Wcześniej,  gdy  jeszcze  miała  zamiar  namówić  go  do  sprzedaży 

majątku,  obawiała  się,  że  stanie  to  na  przeszkodzie  ich  wspólnemu  szczęściu.  Teraz,  gdy 

zdecydowała  się  zrezygnować  dla  niego  z  pracy  nad  realizacją  projektu,  wichura,  a  nie  ona, 

przekonała  go do sprzedaży. Na domiar  złego Hattie  czuła, że Jay począł się odnosić do niej z 

pewną rezerwą.

Nie chcę wierzyć, że to, co się dzieje między nami, jest prawdą. Chcę wierzyć, że jeśli teraz 

go  nie  opuszczę,  teraz,  gdy  wszystko  się  źle  układa,  to  nasza  miłość  przezwycięży  wszelkie 

przeszkody.  Rozumiała  jednak,  że  nie  potrafiłaby,  jak  Elizabeth,  zbyt  długo  znosić  jego 

oziębłości.

Sulky zastali w kuchni wydającą polecenia dotyczące porządków. Jej zwykle młodzieńcza i 

pogodna twarz była zmizerowana, jakby Sulky w ogóle nie spała.

– Dzięki Bogu, że nic wam się nie stało – przywitała ich. – Chodźcie, napijemy się herbaty... 

należy się nam chwila relaksu. Muszę wam o czymś powiedzieć.

Deszcz nie dostał się do salonu i pokój wyglądał tak, jak przed dwoma dniami. O niedawnym 

huraganie przypominały wciąż zamknięte okiennice.

Jednak nie jest tak samo, pomyślała Hattie. I już nigdy nie będzie, jeśli Jay sprzeda Shadows. 

Nagle uświadomiła sobie nieobecność Mariah, która zazwyczaj nalewała herbatę.

Sulky nawiązała do jej nieobecności.

–  Właśnie  wróciłam  ze  szpitala  –  oznajmiła.  –  Obawiam  się,  że  muszę  powiedzieć  wam 

wprost... Mariah nic nie grozi, jej dziecku też nie. Ma jednak brzydkie guzy i siniaki po wypadku. 

Jechała moim samochodem drogą  międzystanową do Columbii. Musicie  też wiedzieć... jechała 

tam, aby dokonać aborcji.

Na twarzy Jaya malowało się zdumienie.

– Aborcji? – powtórzył. – Dziecko?-Z dzikim wzrokiem obrócił się ku Hattie. – Wiedziałaś o 

tym?

– spytał.

Skinęła głową, czując, że robi jej się niedobrze.

background image

– Prosiła, aby ci o tym nie mówić – odpowiedziała drżącym głosem. – Nalegała... że sama ci 

powie.  Nie  powinna  była  zaufać  właśnie  mnie...  –  Głos  jej  się  załamał,  gdy ujrzała  udręczony 

wzrok Jaya.

Przez chwilę panowała cisza.

– Czyje to dziecko? – spytał obco brzmiącym głosem. – I kiedy to się stało?

Sulky, żelazna dama z Południa, wiedziała, jak radzić sobie w chwilach kryzysu.

– Wypadek zdarzył się wczoraj – powiedziała spokojnie. – Wyjechała wczoraj przed burzą. 

Ojcem dziecka jest Brad Moss, ale Mariah nie chce mieć z nim już więcej nic wspólnego. O ile 

dobrze  rozumiem,  zdecydowała  się  na  aborcję  tylko  dlatego,  żeby  nie  stracić  miłości  Pete’a 

Carrolla.

– O mój Boże... – Jay chwycił się za głowę. – To śliczne, niewinne dziecko...

Chwilę później weszła Patsy z herbatą.

– Ja nie piję, dziękuję. – Jay podniósł się. – Jadę do szpitala zobaczyć się z Mariah.

Nie  sprzeciwił  się,  gdy  Hattie  poszła  za  nim  do  samochodu.  Ale  też  nie  odezwał  się  ani 

słowem. Rozumiejąc, że nie pragnie jej towarzystwa, została w tyle, gdy on skierował się do sali, 

w której leżała Mariah. Widziała, jak z czułością przytulił drobną istotkę.

Mariah  miała  sińce  pod  oczami, a  na  twarzy  skaleczenia  i  zadrapania.  Jedną  rękę  miała  w 

gipsie.

– Ciocia Sulky ci powiedziała? – wyszeptała, kryjąc twarz na ramieniu Jaya.

Przytaknął, na jego twarzy malowały się czułość i smutek.

– Dlaczego nie chciałaś, żebym wiedział, kochanie? – spytał. – Nie musiałabyś znosić tego 

wszystkiego w samotności.

– Więc... ty mnie nie nienawidzisz?

– Nigdy nie mógłbym cię znienawidzić. – Miał wilgotne oczy, gdy z niezwykłą delikatnością 

przytulał swą młodziutką kuzynkę. – Ale chyba nie przeżyłbym, gdybyś poddała się zabiegowi –

dodał.  –  Twoje  dziecko  to  Summerfield.  I  nawet  jeśli  nie  będziemy  mieli  Shadows,  będziemy 

mieli siebie nawzajem. Tego nie mogą nam zabrać.

Hattie poczuła, że oczy jej napełniają się łzami i odwróciła głowę. To o mnie myślał, mówiąc 

„nie  mogą  nam  zabrać”.  Szlochała  bezgłośnie,  schodząc  do  poczekalni  dla  odwiedzających. 

Myślał  o  mnie,  o  Paulu  i  firmie,  którą  reprezentuję.  Przypomniała  sobie  słowa,  które 

wypowiedział  w  drodze  powrotnej  z  plantacji:  „Wygrałaś.  Pobiliście  mnie”.  Była  dla  Jaya 

wrogiem, należała do spisku, którego celem było pozbawienie go ukochanego domu.

Ktoś,  pewnie  pielęgniarka,  zajrzał  przez  otwarte  drzwi  i  Hattie  ukryła  twarz  w  dłoniach. 

Niech myślą, że umarł mi ktoś bliski, myślała, a łzy spływały miedzy palcami. W pewnym sensie 

to prawda. Już rankiem, gdy wyszliśmy, żeby zobaczyć, co zrobiła burza, czułam, że go tracę.

Nie będzie żadnego ślubu. Dzieci nie będą śmiać się ani biegać po wielkich pokojach. Trzeba 

jedynie  zakończyć  sprawy  służbowe,  spakować  walizki  i  odjechać.  Z  bólem  w  sercu,  który 

background image

jedynie Jay mógłby uleczyć.

Przynajmniej sprawa Mariah dobrze się zakończy, pomyślała. Nie załatwiłam jej właściwie i 

powinnam być wdzięczna, że mała jest teraz bezpieczna. Gdy kilka minut później Jay zszedł na 

dół, Hattie mogła już spojrzeć mu w twarz suchymi oczyma.

– Idę porozmawiać z lekarzem – rzekł takim tonem, jakim rozmawia się z obcym. – Mariah 

pytała o ciebie.

– Jeśli nie masz nic przeciwko, chętnie ją zobaczę.

Starając  się  panować  nad  sobą,  Hattie  ruszyła  przez  hol  w  stronę  sali,  gdzie  leżała 

dziewczyna. Ale gdy Mariah wyciągnęła ku niej rękę, znów poczuła łzy pod powiekami.

– Hattie... – Opadła na poduszki, gdy j’uż się uściskały. – Przepraszam, że nie poczekałam, 

aż porozmawiasz z Jayem tak, jak chciałaś.

– I tak powinnam mu była powiedzieć. – Spróbowała się uśmiechnąć. – Ale teraz to już bez 

znaczenia. Ty i twoje dziecko jesteście bezpieczni pod jego opieką.

Mariah odetchnęła głęboko.

–  Wiem.  Cieszę  się,  że  ostatecznie  nie  straciłam  dziecka.  Ale  boję  się,  że  zamiast  tego 

straciłam Pete’a. – Po policzku spłynęła jedna wielka łza.

– Może nie – Hattie starła ją – jeśli on cię naprawdę kocha. Daj mu trochę czasu.

– Jeśli ty dasz czas Jayowi. Ja wiem, że on teraz zachowuje się dziwnie, ale to dlatego, że ten 

dom  tak  wiele  dla  niego  znaczy.  Ale  on  cię  naprawdę  kocha,  Hattie.  Znam  go.  Wszystko  się 

ułoży.

– Obawiam się, że nie. Strata Shadows bardzo skomplikuje nasze stosunki.

– Mylisz się. Będzie cię jeszcze bardzo potrzebował. Hattie ze smutkiem potrząsnęła głową.

– W innych warunkach może istniałyby jakieś szanse. Ale nie w tej sytuacji. Najlepiej zrobię 

wracając do St. Petersburga. Moja praca tutaj jest zakończona.

Na  dźwięk  przy  drzwiach  Hattie  odwróciła  się  i  ujrzała  Jaya.  Jego  twarz  zdawała  się  być 

wykuta w kamieniu. Niewątpliwie usłyszał ostatnie  słowa jej wypowiedzi, te, które wyrwane z 

kontekstu, mogły świadczyć o jej wyrachowaniu i dwulicowości.

Dobrze, a więc uważa, że wypełniłam swoją misję, pomyślała, czując narastający gniew. Nie 

będzie musiał sam mi tego powtarzać.

–  Nie  zdołałem  skontaktować  się  z  doktorem  Ferrisem  –  powiedział  spokojnie.  –

Powiedziano mi, że Mariah potrzebuje odpoczynku.

Oboje po kolei ucałowali ją na pożegnanie.

– Już cię nie zobaczę? – wyszeptała Mariah, ściskając dłoń Hattie.

–  W  najbliższym  czasie  pewnie  nie.  –  Teraz  już  nie  miało  znaczenia,  czy  Jay  słyszy  jej 

słowa. – Ale napiszę, jeśli obiecasz, że ty też to zrobisz.

Gdy Mariah nie mogła już ich usłyszeć, Jay zwrócił się do niej z zimną furią:

background image

– A więc teraz wyjeżdżasz, wykorzystawszy moje zaślepienie, aby dostać to, czego chciałaś 

–  wściekał  się,  chociaż  panował  nad  głosem,  bo  wciąż  jeszcze  byli  na  terenie  szpitala.  –

Powiedziałaś  kiedyś,  że  nigdy  w  ten  sposób  nie  załatwiasz  interesów.  To  było  jedno  wielkie 

kłamstwo.

–  Tak,  wyjeżdżam.  Bo  dla  ciebie  dom  znaczy  więcej  niż  ja,  a  także  dlatego,  że  do  tego 

stopnia żyjesz przeszłością, iż nie potrafisz myśleć o przyszłości, nawet teraz, gdy zdecydowałeś 

się zrezygnować z marzeń.

Ale on jej nie słuchał, tak jak nie słuchał jej podczas pierwszego spotkania, gdy próbowała 

przekonać go o swej szczerości.

–  Myślałem,  że  przypominasz  Elizabeth  –  powiedział.  –  Ale  myliłem  się.  Ona  poddała 

Anglikom Shadows, aby je uratować.

Hattie czuła się, jakby jej wymierzono policzek.

– Byłabym wdzięczna, gdybyś odwiózł mnie do swej ciotki – powiedziała w końcu, starając 

się mówić zwykłym tonem.

Nie  odpowiedział,  zachowując  całkowitą  obojętność.  Nie  odezwał  się  aż  do  chwili,  gdy 

stanęli przed bramą domu Sulky.

– Wracam do Shadows, aby dokończyć sprzątanie.

-W  jego  głosie  zabrzmiała  pewna  sugestia.  –  Zostawię  cię  tutaj,  Hattie...  jeśli  sobie  tego 

życzysz.

Ona jednak była rozgoryczona, zbyt wściekła i pokrzywdzona, aby zrozumieć tę aluzję.

– Dziękuję – odpowiedziała, siląc się na grzeczność i unikając jego spojrzenia.

Gdy  pochylił  się,  aby  otworzyć  drzwi,  musnął  jej  kolano  i  na  jedną  rozdzierającą  serce 

chwilę  powróciło  uczucie  namiętności,  które  ich  łączyło.  Ale  zaraz  potem  Hattie  wysiadła  z 

samochodu i Jay odjechał.

Szybko pożegnała się z Sulky i Paulem. Sama zadzwoniła do jego biura i poinformowała o 

zamierzonej przez Jaya sprzedaży Shadows. Nim Paul zdążył pogratulować jej sukcesu, szybko 

opisała  mu  szkody,  jakie  spowodowała  wichura  i  dodała,  że  osobiste  stosunki  między  nią  a 

Jayem zostały zerwane.

–  Wieczorem  wracam  do  St.  Petersburga  –  powiedziała.  –  Będziemy  w  kontakcie.  Nasz 

adwokat sformułuje ostateczną wersję umowy w ciągu kilku dni.

W słuchawce przez chwilę panowała cisza.

– Nie wiem, co zaszło między tobą a moim kuzynem, Hattie – odezwał się w końcu Paul. –

Ale jeśli prawidłowo oceniam twoje obecne uczucia, to sądzę, że popełniasz błąd.

– Może – odpowiedziała cicho. – Ale nie wiem, co innego mogłabym zrobić.

Sulky również nie wnikała w przyczynę zerwania.

background image

– Będzie nam ciebie brakowało, Hattie – powiedziała jedynie, ściskając ją serdecznie. – Gdy 

wrócisz do Charlestonu, pamiętaj o nas.

W  porze  kolacji  Hattie  była  już  w  drodze.  Minęła  Ashley  River  Road  i  skierowała  się  na 

autostradę  prowadzącą  na  południe.  Mogłabym  równie  dobrze  pojechać  byle  gdzie,  myślała 

pogrążona  w  bolesnych  wspomnieniach.  Nie  potrafiłabym  teraz  nic  przełknąć.  A  gdybym 

próbowała zasnąć, marzyłabym o Jayu.

Następnego popołudnia  w swym biurze w Resorts America Charley gratulował jej z całego 

serca.

– Wiedziałem, mała, że ci się uda – powiedział, a jego jasnoniebieskie oczy błyszczały dumą. 

– Wykonałaś kawał dobrej roboty.

Hattie uścisnęła mu rękę. Miała podpuchnięte oczy, chociaż ostatecznie udało jej się zasnąć, 

gdy już dotarła do własnego mieszkania. Przespała aż dziesięć godzin.

– Trzeba zmienić nasz projekt – powiedziała bez ogródek, od razu pragnąc przedstawić plan, 

który  obmyśliła  w  czasie  drogi  z  Charlestonu.  Skoro  Jaymiał  zamiar  sprzedać  Shadows,  nie 

mogła  protestować.  Ale  przestępstwem  byłoby  całkowite  pozbawienie  go  domu,  nawet  jeśli

musiał on pozostać centralnym elementem planowanego przedsięwzięcia.

– Chciałabym, aby według umowy rodzina...

a  zwłaszcza  Jay  Summerfield  zachował  prawo  własności  do  głównego  obszaru  plantacji, 

włączając w to stary dom – powiedziała. – Odnowimy go tak, jak to było planowane i będziemy 

mieli  prawo  wykorzystywania  niektórych  pokoi  na  zebrania  co  dwa  miesiące.  Równocześnie 

chcę, aby pokoje te były otwarte dla zwiedzających za opłatą dwa razy w tygodniu. Te pieniądze 

wykorzysta się na  utrzymanie posiadłości. Jeśli w  przyszłości rodzina chciałaby sprzedać dom, 

mielibyśmy prawo pierwokupu. Reszta projektu zostanie zrealizowana w sposób przedstawiony 

w początkowej wersji.

– To wbrew przepisom. – Charley był całkiem zdezorientowany. – Nie jestem pewien, czy to 

przejdzie.

– Mam nadzieję, że tak. Resorts America słynie z dobrego serca i zasad moralnych, których 

brakuje  konkurencji.  Ale  jeśli  nie  możesz...  –  przerwała  –  to  obawiam  się,  że  będę  musiała 

zrezygnować z naszej współpracy.

W końcu Charley niechętnie przystał na jej żądanie.

– Mam nadzieję, że skończy się to korzystnie dla wszystkich – powiedział. – Zakochałaś się 

w Jayu Summerfieldzie, prawda? Nigdy jeszcze cię takiej nie widziałem.

Hattie przytaknęła.

– Między nami wszystko skończone – dodała.

–  A  jeśli  chcesz  coś  dla  mnie  zrobić,  Charley,  to  daj  mi  nowe  zadanie...  tak  daleko  od 

Południowej Karoliny, jak to tylko możliwe.

background image

Hattie  spędziła  dwa  i  pół  tygodnia  w  Luizjanie,  przeprowadzając  wstępną  analizę  dość 

prostego  i  nie  przysparzającego  problemów  projektu.  Po  powrocie  wymogła  na  Charleyu 

dziesięciodniowy  urlop  i  pojechała  odwiedzić  ojca  i  macochę  w  Londynie.  Ale  niezależnie  od 

tego,  jak  daleko  wyjeżdżała  i  gdzie  się  próbowała  ukryć,  wspomnienie  ciemnych  oczu  Jaya, 

siwiejących  włosów  i  szerokich  ramion  zdawało  się  wszędzie  za  nią  podążać.  Gdy  z  Marvette 

robiła  zakupy na  Picadilly Circus  Knightbridge,  wydało  jej  się,  że  nagle  ujrzała  go  w  tłumie  i 

serce jej na moment zamarło. Okazało się jednak, że był to kto inny.

Powróciła do domu z ciężkim sercem, pewna, że będzie za nim tęsknić przez resztę życia.

W skrzynce czekały na nią dwa listy; jeden od Jaya, a drugi od Mariah. Przez chwilę patrzyła 

jedynie na adres zwrotny, a potem usiadła przy niedużym stoliku, na którym stał nie pasujący tu 

srebrny serwis do herbaty i otworzyła list Mariah.

Droga Hattie – pisała Mariah – mam cudowne wieści. Aż trudno mi uwierzyć, ale nie myliłaś 

się co do Pete’a. Najpierw czuł się strasznie zraniony, ale po kilku dniach przyszedł i powiedział, 

że on też nie chce mnie stracić. A później stała się najcudowniejsza rzecz. Poprosił, abym wyszła 

za niego za mąż i powiedział, że tak mnie kocha, że będzie wychowywał moje dziecko jak swoje 

własne.

Na  gwiazdkę  odbędzie  się  nasz  cichy  ślub  (mam  nadzieję,  że  przyjedziesz!),  a  później 

pojedziemy razem do Clemson. Ostatni semestr skończę pod kierunkiem prywatnego nauczyciela, 

a  w  przyszłym  roku  za  część  pieniędzy,  jakie  otrzymam  po  sprzedaży  Shadows,  będę  mogła 

zatrudnić niańkę i pójść do college’u, tak jak planowałam Na list Mariah spadła łza i Hattie starła 

ją, zanim zaczęła czytać dalej.

Jestem teraz taka szczęśliwa, a przecież częściowo zawdzięczam to i tobie. Bez twojej zachęty 

pewnie  nigdy  nie  odważyłabym  się  wyznać  Pete’owi  prawdy.  I  teraz  już  tylko  jedna  rzecz 

mogłaby uszczęśliwić mnie jeszcze bardziej – gdybyście ty iJay byli znowu razem. Ostatnio mój 

kuzyn jest bardzo smutny, chociaż poczuł taką wdzięczność i ulgę, gdy dowiedział się, że według 

nowego projektu może zachować Shadows. Wiem, jak bardzo za tobą tęskni.

Mariah zakończyła list ucałowaniami. Jej relacja z wydarzeń wzruszyła Hattie. Cieszę się, że 

wszystko  dobrze  się  skończyło,  pomyślała.  Natomiast  jej  własny  nieudany  związek  z  Jayem 

przysparzał jej  wiele  bólu.  Drżącymi  palcami  rozerwała  drugą  kopertę, prawie  bojąc  się  rzucić 

wzrokiem na kilka linijek skreślonych ukośnym pismem.

Kochanie – napisał – jak mam ci dziękować za genialny sposób, w jaki uratowałaś Shadows 

dla  przyszłych  pokoleń  Summerfieldów?  Sama  Elizabeth  nie  wykazałaby  się  większą 

pomysłowością. Gdy zrozumiałem, co zrobiłaś, chociaż nikt cię przecież o to nie prosił, poczułem 

się  jak  łajdak...  i  głupiec,  że  pozwoliłem  ci  odejść.  Wiele  razy  próbowałem  się  do  ciebie 

background image

dodzwonić, ale nikt nie odbierał telefonu, więc pewnie wyjechałaś. Gdy wrócisz, czy zgodzisz się 

do mnie zadzwonić i powiedzieć, że mi przebaczasz i że znów gotowa jesteś dzielić ze mną życie?

List  podpisany  był  po  prostu:  Jay,  a  pod  spodem  widniało  postscriptum:  Czy  wiesz,  jak 

bardzo cię kocham, najdroższa?

Hattie  czuła  się,  jakby  wbito  jej  nóż  w  serce.  Zrobiło  jej  się  słabo  z  tęsknoty.  Dlaczego 

miałabym nie pojechać do niego? spytała samą siebie. Albo nie zadzwonić? Przecież bez niego 

umierałam. I wiem, że właśnie tego pragnę.

Na przeszkodzie marzeniom stanęło nagle zimne, logiczne myślenie. Nietrudno było Jayowi 

wyznać, że ją  kocha teraz,  gdy dom został ocalony. A  gdyby Charley się nie zgodził? Czy Jay 

równie usilnie próbowałby naprawić wyrządzoną krzywdę?

Ostatecznie nie sięgnęła  po telefon, ale okazało się, że nie uniknie tak łatwo konfrontacji z 

Jayem.

Następnego  ranka  siedziała  właśnie  nad  wykresami  dotyczącymi  projektu  z  Luizjany,  gdy 

zadzwonił Charley prosząc, aby przyjechała do biura.

–  Prace  w  Shadows  rozpoczęły  się  trzy  dni  temu  i  już  pojawiły  się  problemy  –  obwieścił, 

zagłębiając  się  w  papierach  tak,  że  nie  mogła niczego  wyczytać  z jego  twarzy.  –  Summerfield 

chce rozmawiać  tylko z  tobą.  Obawiam  się,  że  chwilowo  musisz  porzucić projekt  z  Luizjany i 

jechać jutro do Shadows.

– Ale... jutro jest sobota.

Nie  pomogły  żadne  wymyślone  przez  nią  przyczyny,  które  mogłyby  opóźnić  wyjazd  albo 

sprawić, że kto inny pojechałby zamiast niej. Charley pozostał niewzruszony.

– Przykro  mi, złotko, ale to  jest  interes – powiedział, ucinając wszelką  dyskusję. –  Musisz 

jechać.

Z  mieszanymi  uczuciami  Hattie  pakowała  bagaże.  Gdy  następnego  popołudnia  zbliżała  się 

do Charlestonu, doszła do wniosku, że w sobotę biuro Jaya jest na pewno zamknięte i skręciła w 

drogę prowadzącą wzdłuż rzeki. Najlepiej jechać od razu na plantację, pomyślała, drżąc z emocji, 

które bezskutecznie usiłowała stłumić. Prawdopodobnie go tam znajdę. Gdy minęła aleję dębów, 

ukazało się jej oczom Shadows, lśniące różowym blaskiem w promieniach zachodzącego pomału 

słońca.  Dziś  jednak  stary  dom  zdawał  się  emanować  spokojem  i  po  raz  pierwszy  Hattie  nie 

odczuła panującego tu dawniej smutku. Zauważyła, że rozpoczęto już prace na dachu.

Jaya nie było nigdzie widać. Może jest na dole w młynie, pomyślała. To dobrze, bo nie czuję 

się jeszcze gotowa na spotkanie z nim. Najpierw dowiem się, o jakie problemy chodzi.

Duży hol wyglądał tak samo, jak wówczas, gdy widziała go po raz ostatni. Światło wlewało 

się przez wielkie okna, tworząc na podłodze ruchome plamy.

Podeszła  do  wielkiego  lustra,  które  kiedyś  odbijało  ich  złączone  w  tańcu  sylwetki.  Przez 

chwilę na tafli widniała jej samotna postać. Nagle jednak ujrzała za sobą Jaya i na chwilę straciła 

background image

oddech. Miał na sobie dżinsy i szary sweter, który pamiętała i Hattie poczuła wielki ból w sercu. 

Jak  ja  go  kocham,  pomyślała,  obracając  się.  Bardziej  niż kiedykolwiek.  Nie  wiem,  jak  zdołam 

przebywać tu i nie być jego kochanką. Jay odezwał się pierwszy.

– Wiec jednak... masz zamiar dotrzymać obietnicy.

–  Nie  jestem  pewna...  o  której obietnicy  mówisz  –  odpowiedziała.  –  Charley wspominał  o 

jakichś kłopotach. O co dokładnie chodzi?

Jay zbliżył się do niej, jego oczy zdawały się mówić coś, w co nie mogła uwierzyć.

– Nie wie pani, panno Hattie? – Patrzył na nią tak, że nie potrafiła odwrócić wzroku. – Czy 

zapomniałaś  już,  co  wydarzyło  się  tutaj  w  nocy,  kiedy  szalała  burza?  Dałaś  mi  słowo...  że 

pozwolisz zawsze się kochać i dzięki nam narodzi się następne pokolenie Summerfieldów, które 

zamieszka w tym domu.

– Och, proszę...

Jak zawsze dom był dla niego najważniejszy. Nie wiedziała, czy poskromić dumę i rzucić mu 

się  w  ramiona,  czy  pozostać  tam,  gdzie  stała.  Jedno  było  pewne:  jeśli  Jay  zacznie  wspominać 

porzucone marzenia, to ona tego nie zniesie.

–  O  co  prosisz,  Hattie?  –  spytał.  –  Proszę,  weź  mnie  w  ramiona?  Bo  właśnie  taki  mam 

zamiar.

– Nie, Jay. Gdybym... gdybym mogła uwierzyć, że – pragnąłbyś tego, nawet gdybyś stracił 

Shadows... wtedy może... Aleja w to nie wierzę. I jeśli nie uda nam się pokonać takich właśnie 

przeciwności, to jaka przyszłość nas czeka?

Nie odpowiedział wprost.

–  Powiedz  mi,  kochanie...  gdyby  Aynsley  zrozumiał  i  wyznał  swój  błąd,  czy  uważasz,  że 

Elizabeth by mu przebaczyła?

– Wiesz, że tak uważam – odpowiedziała drżącym głosem.

– Więc dlaczego ty nie chcesz wybaczyć mężczyźnie, który cię kocha?

Nagle wydało jej się całkowicie bezsensowne to, że rozmawiają stojąc z dala od siebie, gdy 

mogłaby znaleźć schronienie w jego ramionach. Jakie to miało znaczenie, że Jay był obsesyjnie 

przywiązany do swej rodowej siedziby, skoro znów mogli być razem?

– Och, Jay – szepnęła. – Ja też popełniłam błąd, wyjeżdżając.

Po chwili była już w jego ramionach, w uścisku tak mocnym, że zaczęła obawiać się o całość 

swych żeber.

– Boże drogi, Hattie – powiedział całując jej oczy i usta. – Nie potrafię żyć bez ciebie. I choć 

tak kocham ten dom... żyłbym z tobą w jakiejś chałupie, gdyby nie było innej możliwości.

To  stwierdzenie  rozwiało  wszelkie  jej  wątpliwości.  Czuła  się  lekka  i  wolna,  bardziej 

szczęśliwa niż kiedykolwiek marzyła.

–  Gdyby  nie  intryga,  którą  uknułem  z  Charleyem  –  dodał  –  musiałbym  pojechać  do  St. 

Petersburga i przywlec cię tu siłą.

background image

– Intryga? – powtórzyła zdumiona. – Więc Charley o wszystkim wiedział?

Jay nie odpowiedział. Znów zatracili się w sobie, odnajdując zagubioną drogę do spełnienia 

marzeń.

– Hattie, kochanie – powiedział, gdy ich pocałunki stały się już tak palące, że Hattie prawie 

odchodziła od zmysłów. – Mam w młynie czyste prześcieradła na łóżku i butelkę schłodzonego 

wina... wszystko czeka gotowe. Powiedz, że pójdziesz tam ze mną i będziesz się ze mną kochać.

– Tak, Jay. – Tym razem się nie wahała. – O, tak. Pójdę.

– I wyjdziesz za mnie za mąż... tak szybko, jak to możliwe?

–  Wyjdę.  Ale  pamiętaj,  kochanie  –  stanęła  na  palcach,  aby  pocałować  go  w  usta  –  to  jest 

teraz nasz dom i oboje tworzymy własną historię. Mamy przed sobą dużo czasu.