background image

 

background image

St. Claire Roxanne 

Nad brzegiem morza 

Nicole   Whitaker   jest   właścicielką  starego   pensjonatu   nad

morzem.   Jej   marzeniem   zawsze   było,   by   zabytkowy   hotelik

powrócił  do dawnej  świetności. Niestety, z powodu huraganu i

bankowych matactw wpadła w tarapaty finansowe. 

Z niepokojem oczekuje więc wizyty prawnika, który zamierza

przejąć  jej   majątek.   Jednak   zamiast   niego   w   upadającym

pensjonacie pojawia się nieoczekiwany gość - bardzo przystojny i

atrakcyjny mężczyzna... 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Quinn   McGrath   stał   oparty   o   smukły   pień   palmy   i   oddychając   z

rozkoszą   słonym   morskim   powietrzem,   wpatrywał   się   w   spokojne,

szafirowe fale Zatoki Meksykańskiej. 

Ognista kula, która przez cały dzień przypiekała turystów na plaży,

sturlała   się   już   na   ciemnoniebieską   linię   horyzontu.   Pierzaste   obłoczki

miały teraz słodki brzoskwiniowy odcień, a powietrze zrobiło się parne. 

Jednak   Quinn   miał   w   nosie   takie   ckliwe   pocztówkowe   widoczki.

Przyjechał na Wyspę św. Józefa leżącą u wybrzeży Florydy z powodu

pewnej rudery, do której stał teraz odwrócony plecami. 

Podwijając rękawy koszuli i gratulując sobie w duchu, że marynarkę i

krawat zostawił w wynajętym samochodzie, odwrócił się i po raz kolejny

otaksował doświadczonym spojrzeniem pensjonat Mar Brisas. 

Dach był w opłakanym stanie, balkony wyglądały, jakby miały zaraz

odpaść,   a   okna   zasłonięte   żaluzjami   pochodziły   co   najmniej   z   lat

pięćdziesiątych dwudziestego wieku. Nic dziwnego, że właściciel odwołał

grzecznie sformułowanym mailem ich popołudniowe spotkanie. 

Chociaż Quinn nie znał tego faceta osobiście, wiedział już o Nicku

Whitakerze wszystko, czego mu było trzeba. Powiedziały mu to połamane

poręcze,   popękane   dachówki   i   futryny   eleganckich   łukowatych   okien.

Właściciel Mar Brisas najwyraźniej wydawał pieniądze z odszkodowania

na jakieś inne cele niż naprawy szkód spowodowanych przez huragan. 

Quinn   wcale   się   nie   przejął   odwołaniem   spotkania.   Uznał,   że   to

znakomita   okazja,   by   rozejrzeć   się   incognito   po   okolicy,   bez   asysty

właściciela pensjonatu, który na pewno starałby się go zagadać i odwracać

jego uwagę od drażliwych kwestii. 

background image

Korporacja deweloperska Jorgensena poradziłaby sobie ze wszystkimi

tutejszymi problemami śpiewająco, pomyślał, mijając pusty, zaniedbany

basen. A on musi teraz tylko przekonać Dana Jorgensena, że też potrafi

śpiewać.   Szef   dał   mu   jasno   do   zrozumienia,   że   zdobywając   pozycję

partnera w firmie, trafi na żyłę złota i będzie mógł wreszcie zaspokoić swe

wybujałe ambicje. 

W   holu   pensjonatu   nie   było   ani   trochę   chłodniej   niż   na   zewnątrz.

Widocznie Whitaker oszczędzał też na klimatyzacji. Kroki Quinna odbiły

się   echem   na   hiszpańskiej   terakocie.   Przytulny   hol   świecił   pustkami.

Niezapowiedziany   gość   musiał   przyznać,   że   pomimo   pewnych   śladów

zniszczeń, wszędzie jest bardzo czysto. Ale to za mało. 

Quinn wszedł na kręte schody i, przeskakując po dwa stopnie, dotarł

na drugie piętro.  Gdy zamknęły  się  za nim drzwi prowadzące z klatki

schodowej, usłyszał odgłos zatrzaskującego się zamka i zaklął cicho pod

nosem. 

Na końcu ciemnego korytarza stała drabina oparta niedbale o ścianę.

Obok niej walała się biała plandeka i kawałki papy. Pewnie gdzieś tam w

pobliżu   kręcili   się   robotnicy,   którzy   najwyraźniej   zrobili   sobie

odpoczynek. 

Quinn   ruszył  w  przeciwnym  kierunku,   do  staroświeckiej   windy,  w

której mogły pomieścić się najwyżej dwie osoby z bagażem. Zauważył, że

drzwi są niedomknięte, a gdy pociągnął je lekko, otworzyły się niemal

bezgłośnie. 

Wtedy stanął jak wryty. Z otworu w suficie windy wystawały dwie

kobiece nogi, które majtały z półtora metra nad podłogą; Były to długie,

szczupłe, opalone i gołe nogi, które wyłaniały się z niebieskiej spódniczki

background image

tak krótkiej, że odsłaniała zgrabne uda i kawałek pupy w koronkowych

niebieskich majteczkach. 

- Szlag by to trafił! 

Quinn odchylił się, by nie dostać śrubokrętem, który właśnie wyleciał

z   dziury   w   suficie.   Wylądował   na   podłodze   windy,   tuż   obok   dwóch

niebieskich sandałków na obcasach, niebieskiego żakieciku i torebki. 

Okazało się, że właścicielka spódniczki i pasujących do niej majteczek

umie mówić, a nawet kląć. I rozporządza skrzynką z narzędziami. 

- Słucham? - zapytał Quinn, odchrząknąwszy znacząco. 

Rozległ się pisk, a spódniczka podjechała nieco w górę. Quinn był

oszołomiony.   Bez   wątpienia   nie   miał   do   czynienia   z   typowym

mechanikiem naprawiającym windy. 

- Czy mogę w czymś pomóc? 

Ręka z pomalowanymi na różowo paznokciami zsunęła się w dół i

nerwowym ruchem obciągnęła spódniczkę, zakrywając figi, ale nie uda.

Niewątpliwie   kobiecy   tyłeczek   zaczął   się   nerwowo   wiercić,   a   potem

znowu rozległ się miaukliwy jęk, gdy spódniczka podjechała do góry. 

- O, nie! Zaklinowałam się! 

Quinn uchylił się przed kopniakiem, którego o mały włos nie zadała

mu   jedna   ze   zgrabnych   nóżek,   a   potem   patrzył,   jak   niebieski   materiał

marszczy   się   i  niebezpiecznie   napina,   gdy   właścicielka   spódniczki   fika

nogami i na próżno usiłuje wydostać się z potrzasku. 

Odruchowo wyciągnął ręce, by jej pomóc, po czym zamarł na chwilę,

jakby się bał, że dotknie niechcący tego miękkiego, kobiecego ciała. Z

trudem   zdołał   się   opanować   i   złapał   kobietę   za   biodra,   uważając,   by

dotykać tylko spódniczki. 

background image

- Hej, co robisz! - pisnęła. 

- Próbuję wyciągnąć panią z dziury. - Chwycił mocniej za biodra, ale

spódniczka   lekko   się   zadarła   i   niechcący   dotknął   jedwabistej   skóry   na

udzie. - Jeśli się pani nieco odpręży, na pewno mi się to uda. 

- Mam się o d p r ę ż y ć? - w głosie słychać było niedowierzanie, a

mięśnie, których dotykał, stężały jeszcze bardziej. 

- Właśnie tak - powiedział spokojnie, wsuwając drugą rękę głębiej w

otwór w dachu windy. 

Usłyszał jęk, a potem: 

- Okej. 

- Dobrze, trzymam - sapnął. 

Nie   była   ciężka,   ale   przydały   mu   się   trening   na   siłowni   i   wysoki

wzrost, gdy delikatnie ściągał ją na dół. Nie omieszkał przy tym dokładnie

zlustrować zgrabnego tyłeczka oraz kolejnych partii ciała, wyłaniających

się powoli z dziury przy akompaniamencie cichych pojękiwań: wąskiej

talii,   szczupłych,   opalonych   pleców   okrytych   skąpą   bluzeczką   na

ramiączkach w tym samym kolorze, co spódniczka i... reszta garderoby. 

Gdy   w   windzie   znalazła   się   wreszcie   również   głowa,   ujrzał   masę

gęstych,   jasnych   włosów   zawiniętych   w   niedbały   kok   podtrzymywany

żółtym ołówkiem. Dlaczego ołówkiem? 

Stanęła pewnie na podłodze bosymi stopami, nie odwracając się do

Quinna, i obciągnęła ze złością spódniczkę. 

- Dziękuję - powiedziała drżącym głosem. 

- Nie ma za co. - Chętnie robiłby to codziennie, z wielką chęcią, a

jakże. 

Stała   wciąż   tyłem,   a   on   miał   ochotę   odwrócić   ją   delikatnie,   by

background image

wreszcie zobaczyć, jaka twarz może stanowić dopełnienie tak cudownego

ciała. Jednak ona wciąż trwała nieruchomo, ze sztywnymi ramionami i

tym idiotycznym ołówkiem wetkniętym we włosy. 

Odchrząknął   i   powiedział,   stukając   w   tabliczkę   ze   staroświeckimi

przyciskami: 

- Na które piętro pani sobie życzy? Parter? Stoisko z bielizną damską? 

Sztywne   plecy   zatrzęsły   się   lekko   i   rozległo   się   miłe   parsknięcie.

Świetnie. To byłby koszmar, gdyby kobieta z takimi biodrami i nogami nie

miała poczucia humoru. 

- Proszę się nie przejmować  - ciągnął dalej. - Nie zobaczyłem nic

takiego, czego nie widziałbym już wcześniej. Teraz po prostu oglądałem to

pod innym kątem. 

Znowu zachichotała. 

- Chętnie bym to robił częściej. 

- Czyżby? - spytała, odwracając się gwałtownie. 

- Tak - wyjąkał, bo zatkało go na widok jej błękitnych, wielkich oczu

ocienionych czarnymi rzęsami. 

Zachwyciła go jej brzoskwiniowa cera, a na koniec zatrzymał wzrok

na   zabójczym  dołeczku   w  brodzie.   Gdy   zobaczył  do   tego   wszystkiego

olśniewający uśmiech, miał ochotę powiedzieć po prostu: chodźmy gdzieś

i zróbmy to jak najszybciej. 

Gratulacje,   pomyślał.   Trzydziestotrzyletniemu,   podobno   dojrzałemu

facetowi przez sekundę mignęły majtki i napala się jak nastolatek. 

Przepastne niebieskie oczy zwęziły się w podejrzliwe szparki, gdy ich

właścicielka spytała: 

- A co pan właściwie robi na tym piętrze? 

background image

Cofnął   się   o   krok,   w   obawie,   że   jeśli   tego   natychmiast   nie   zrobi,

zacznie również zachowywać się jak nastolatek. 

-  Tak   tylko,   rozglądałem   się   wokół...   -  powiedział   niepewnie.   -  A

czasem spoglądałem do góry - dodał, wskazując na otwartą klapę w suficie

windy. 

-   Utknęłam   -   powiedziała   z   naciskiem,   wygładzając   spódniczkę   ze

spuszczonymi oczami. 

- Zauważyłem. 

- To znaczy... winda się zacięła i w niej utknęłam - dodała, z trudem

powstrzymując się od śmiechu. 

Nagle urządzenie ruszyło gwałtownie w dół, a dziewczyna poleciała

na niego. On z kolei oparł się o tablicę z przyciskami. Winda stanęła, a

drzwi zaczęły wolno się zamykać. 

- O, nie! Znowu utkniemy! - zawołała, rzucając się w stronę drzwi. 

Był   szybszy,   zdążył   je   przytrzymać,   choć   gumowa   osłona

drewnianych drzwi wpiła mu się boleśnie w ramię. 

- Otworzę je - powiedziała, wsuwając dłoń w szparę, która powstała

dzięki jego szybkiej interwencji. 

Z bardzo skupioną miną zaczęła manipulować przy drzwiach, a on w

tym czasie spuścił wzrok, co dało mu możliwość podziwiania jej dekoltu.

Czy w tej kobiecie nie ma nic przeciętnego, pomyślał, czując, że znów

zaczyna tracić panowanie nad sobą. 

Dziewczyna zaklęła pod nosem, mamrocząc coś o zepsutym kablu, a

wyciągając   dalej   rękę,   nieumyślnie   wsunęła   mu   udo   między   nogi.   Nie

musiała długo czekać na reakcję. Speszona, odskoczyła, wydając znowu

ten sam pisk, co wcześniej, gdy tkwiła w dziurze. 

background image

Quinn zdołał jakoś zapanować nad sobą, wykręcił ramię i szarpnąwszy

z całej siły, rozsunął drzwi windy. Okazało się, że kabina zjechała jakiś

metr w dół. 

- Wyjdę, a potem pomogę pani się stąd wydostać - zaproponował. 

Nie   miał   wprawdzie   nic   przeciwko   temu,   żeby   tkwić   z   nią   w   tej

ciasnej przestrzeni, ale chyba po jakimś czasie zabrakłoby im powietrza. A

on na pewno w końcu straciłby kontrolę nad sobą. 

-   Chyba   wystarczająco   już   mi   pan   dzisiaj   pomógł   -   powiedziała

surowym tonem,  ale  w jej oczach pojawił się wesoły  błysk. Uroczy. -

Proszę iść, a ja zajmę się tym zepsutym kablem. 

- Nie ma mowy - odparł i jednym szybkim ruchem podciągnął się w

górę i wyskoczył z kabiny. - To zbyt niebezpieczne. 

-   Chyba   ma   pan   rację   -   westchnęła,   chwyciła   sandałki   za   paski   i

podała mu rękę, a on z łatwością wyciągnął ją z windy. - Dziękuję. - Znów

posłała mu ten zabójczy uśmiech. - Winda lubi płatać figle. Ale to jeden z

uroków tego miejsca. 

On uważał, że jedyny urok tego miejsca stanowi obecność błękitnego

anioła z żółtym ołówkiem we włosach i ciałem, które każdego mężczyznę

rzuciłoby na kolana. 

Wetknąwszy   ręce   do   kieszeni,   by   dodać   sobie   nieco   pewności,

spojrzał aniołowi prosto w oczy i spytał: 

- Stróżuje pani tutaj na nocnej zmianie, czy też zajmuje się naprawami

w tej ruderze? 

Zarumieniła się lekko, upuściła sandałki na podłogę i wsuwając stopę

w jeden z nich, powiedziała urażonym tonem: 

- To wcale nie jest rudera. 

background image

- Ale na pewno nie pałac. 

Tym razem jego dowcip nie wywołał uśmiechu. 

- To miejsce ma wiele zalet - powiedziała poważnie, nie patrząc na

niego. 

- Proszę wymienić choć jedną - parsknął. 

- Mogę nawet więcej. Jest pełne autentyzmu, zabytkowe. 

- Niektóre zabytki mogą być niebezpieczne - rzucił kpiąco, skinieniem

głowy wskazując na windę. 

- Pokoje są śliczne. 

- Ale budynek się rozpada. 

Skrzyżowała ręce pod bujnym biustem, a on pomyślał, że ten gest

powinien być karalny. 

-   W   łazienkach   stoją   wanny   na   zabytkowych,   lwich   łapach   -

oświadczyła triumfalnie. 

- Jeśli krany i rury też są zabytkowe, to dziękuję uprzejmie. 

- Okna wychodzą na plażę. - Nie dawała za wygraną. 

- A to akurat dobrze się składa, bo przecież klimatyzacja nie działa -

zaśmiał się. 

Spojrzała na niego ponuro. Gdy znikł jej uśmiech, poczuł się, jakby

chmury przesłoniły słońce. 

- Widać, że lubi pani to miejsce. A może pracuje tu pani? 

- Jedno i drugie. 

A więc stąd ta lojalność. Kontakt z pracownicą może być tym, czego

mu   trzeba.   Może   uda   się   wyciągnąć   z   niej   coś,   co   pogrąży   Nicka

Whitakera, bo przecież widać, że kombinuje coś z pieniędzmi z polisy

ubezpieczeniowej. 

background image

Dobra będzie rozmowa przy kolacji. A potem przy śniadaniu... 

- Ale nie odpowiedział mi pan na pytanie. - Oskarżycielski ton wyrwał

go z marzeń. - Co pan właściwie tutaj robi? To piętro jest przeznaczone

wyłącznie dla personelu. 

Nie miał ochoty jej okłamywać, ale skoro tu pracowała, nie chciał

zdradzać, że reprezentuje firmę, która zamierza przejąć nieruchomość. To

pewnie zamknęłoby jej usta. 

-   Zgubiłem   się   -   skłamał   gładko.   -   Mój   pokój   jest   na   pierwszym

piętrze i po prostu zapędziłem się, idąc po schodach. 

- Jest pan gościem? - spytała z niedowierzaniem. 

Wynajmie pokój, jak tylko zejdą na dół. Wtedy nie będzie musiał już

więcej kłamać. I tak miał przenocować w innym pensjonacie na wyspie,

należącym  do  firmy   Jorgensena,   a  potem  zerwać  się  przed  świtem,  by

zdążyć na kolejne oględziny w Minneapolis. 

- Jutro wyjeżdżam - odparł wymijająco. 

- W takim razie życzę miłego pobytu - powiedziała, schylając się, by

zapiąć sandałek, i nie dając mu tym samym możliwości zobaczenia, czy

przez jej twarz przemknął choćby cień rozczarowania. - Proszę koniecznie

pójść na plażę. Roztacza się stamtąd niesamowity widok na morze. 

- Och, podziwiałem  już  dziś  dość  pięknych  widoków  - powiedział

znacząco. 

Oderwała   spojrzenie   od   drugiego   buta,   który   właśnie   zapinała,   i

uniosła wzrok. Spojrzenie było pytające, nieco kpiarskie i wyzywające, a

Quinn poczuł nagle, że coś go ściska w środku. Zawsze mógł ufać tej

dziwnej intuicji, która poprzedzała różne ważne wydarzenia, a tym razem

objawiła mu, że... to „ta jedyna"! 

background image

Quinn   McGrath   nigdy   nie   lekceważył   tego,   co   podpowiadał   mu

instynkt. 

- A może pokaże mi pani tę plażę? - spytał, opierając się o ścianę i

krzyżując ręce na piersiach. - Może pozwoli się pani zaprosić na kolację? 

Uśmiechnęła się szelmowsko, ale zanim zdążyła odpowiedzieć, drzwi

windy zatrzasnęły się z hukiem za jej plecami. 

- Moja torba! - zawołała, rzuciwszy się do drzwi, ale było za późno.

Zaklęła cicho i bezradnie walnęła pięścią w drewniane drzwi zewnętrzne. 

- Mam nadzieję, że zostawił pan otwarte drzwi na klatkę schodową? 

Pokręcił przecząco głową. 

- Proszę nic nie mówić. Widzę po minie, że klucze są w pani torebce. 

- Dobrze, nie powiem - wzruszyła ramionami. 

- Czy jest jakieś inne wyjście? 

- Balkon. Potrafi pan zejść z drugiego piętra? 

Właściwie   to   potrafił,   ale   perspektywa   uwięzienia   z   bosonogą

contessą   na   pustym   piętrze   pensjonatu   wydawała   mu   się   niezmiernie

podniecająca. 

- Czy nikt nie będzie pani szukał? 

-   Dziś   jest   niewielu   pracowników   -   odparła   z   westchnieniem.   -

Możemy jedynie mieć nadzieję, że ktoś ściągnie windę i nią wjedzie. 

- Ale skąd będzie wiedzieć, że tu jesteśmy? 

- Ma pan komórkę? - spytała z nadzieją w głosie. 

Przypomniał sobie, że zostawił ją w samochodzie, i pokręcił głową. 

- W takim razie pozostaje nam jedno... - zawiesiła głos, a jemu serce

zabiło z nadzieją. - Walenie w drzwi, może usłyszy ktoś z obsługi. - To

mówiąc,   zaczęła   tarabanić   pięściami   w   drzwi   windy.   -   Proszę   się

background image

przyłączyć - rzekła, przerywając na chwilę. 

Rad nierad, wykonał jej polecenie. 

ROZDZIAŁ DRUGI 

- Pomocy! Jesteśmy uwięzieni! 

Nicole Whitaker waliła w drzwi z całej siły, o wiele mocniej, niż było

trzeba.   Jednak   solidny   raban   był   jedyną   szansą   na   uwolnienie   się   z

potrzasku - udało jej się w ten sposób odzyskać wolność trzy tygodnie

temu, gdy utknęła na parterze - a intensywny ruch dobrze jej robił, bo

pozwalał pozbyć się napięcia, jakie wywołała wymuszona bliskość tego

mężczyzny.   Jeszcze   jeden   seksowny   uśmiech   i   dowcipna   uwaga,   a

zupełnie straci dla niego głowę. 

- Na pomoc! - wrzasnęła i znowu załomotała w drzwi, a potem natarła

na nie ramieniem, aż ołówek wysunął jej się z włosów. 

Na dźwięk jego śmiechu za plecami znieruchomiała. 

- Czy uważa pan, że to rzeczywiście takie zabawne? 

Spiorunowała   go   wzrokiem,   głównie   po   to,   by   ukryć   uśmiech.

Właściwie to chciało jej się jednocześnie śmiać i płakać. To okropne, że

ten gość - którego jakimś cudem nie udało jej się wcześniej spotkać -

uważał, że jej pensjonat to rudera. 

- Nie mogę się powstrzymać - odparł, wzruszając ramionami. Jego

brązowe oczy iskrzyły się humorem. - Jest pani przezabawna. 

Przezabawna! Rzeczywiście,   boki można   zrywać,  jak  się   widzi,  że

ktoś zwisa półnagi z dziury w suficie. Na myśl o tym, jak wysoko zadarła

się jej spódniczka, zrobiło jej się gorąco z zażenowania. Niezłe powitanie

dla gościa. 

background image

Dzięki Bogu, że odwołała to spotkanie z nowojorskim rekinem od

nieruchomości. Jeszcze tylko tego brakowało, żeby wszechpotężny Quinn

McGrath z Korporacji Deweloperskiej Jorgensena zobaczył szwankującą

windę   i   jednego   z   jej   dwóch   -   no,   powiedzmy   -   trzech   gości

przechadzających się wokół i nazywających jej pensjonat „ruderą". 

Ale jak to możliwe, że ten gość zapisał się w księdze hotelowej, a

Sally Chambers nie przybiegła do biura Nicole z informacją, że właśnie

zjawił   się   boski   facet,   który   zszedł   chyba   prosto   z   hollywoodzkiego

ekranu. 

Przygryzła   wargę   i   oparła   czoło   o   ciepłe   drewno   drzwi,   próbując

odzyskać poczucie równowagi, które opuszczało ją, ilekroć spojrzała na

nieznajomego. Nie może się przed nim zdradzić z tym, że jest właścicielką

tej „rudery". To zbyt żenujące. 

Co za dzień! Dzień? Raczej rok. Wszystko wymknęło się jej spod

kontroli czternaście miesięcy wcześniej, gdy huragan Dante zagościł na

sześć godzin na Wyspie Św. Józefa. 

Na szczęście nikt nie zginął, ale marna polisa ubezpieczeniowa nie

pokryła   szkód,   jakie   wyrządził   wiatr,   i   z   tego   powodu   pensjonat   Mar

Brisas, zaprojektowany i zbudowany przez jej pradziadka, ledwie zipał po

sześćdziesięciu latach ekskluzywnego życia. 

-   Na   pewno   ktoś   wkrótce   się   zjawi   -   powiedział,   postukawszy   od

niechcenia i o wiele za lekko w drzwi, i wskazując głową koniec holu. -

Robotnicy zostawili tam przecież swoje rzeczy. 

- Śmiem wątpić... - Jacy znowu robotnicy? Właśnie patrzył na jednego

z nich. A właściwie jedynego. Ponieważ firma ubezpieczeniowa wypłaciła

po katastrofie żałośnie niskie odszkodowanie, ciężar wyremontowania Mar

background image

Brisas spoczął na dumnych, lecz biednych barkach właścicielki. 

Z   powodu   dramatycznej   sytuacji   finansowej,   pod   naciskiem

pracownika   banku,   zgodziła   się   na   spotkanie   z   potencjalnym   kupcem.

Jednak w ostatniej chwili się wycofała. 

- Możesz mi wierzyć, Mac, że niewielu ludzi zagląda na drugie piętro.

Trochę tu sobie posiedzimy. 

-  Skąd   pani  zna   moje   imię?   -  spytał,   z   zaciekawieniem   marszcząc

brwi. 

- Mac? - spytała, przewracając oczami. - Zwracam się tak do każdego,

kto w pierwszej kolejności widzi mój tyłek. 

Znowu   się   roześmiał.   Niski,   podniecający   śmiech   wywołał   dziwne

sensacje w jej brzuchu. 

- Chyba nie myśli wciąż pani o tamtym? Proszę o tym zapomnieć. Ja

już to zrobiłem - skłamał. 

- Nie zapomnę o tej przygodzie z panem do końca życia. 

- Bardzo mi to pochlebia - odparł, błyskając zębami w uśmiechu. 

-   Niesłusznie.   Będę   sobie   o   niej   przypominać   tylko   w   trakcie   tej

głupiej gry towarzyskiej: „Opowiedz o najbardziej żenującej sytuacji, jak

ci się przydarzyła". 

Oparł   się   jednym   ramieniem   o   drzwi   windy   i   skrzyżował   ręce   na

piersiach. Chociaż wcale nie zamierzał walić w drzwi i wzywać pomocy,

nie   skomentowała   tego,   pogrążona   w   kontemplacji   jego   szerokiego,

umięśnionego torsu i kilku ciemnych włosków, które były widoczne przy

rozpiętej koszuli. 

-   A   może   opowie   mi   pani   jeszcze   inne   takie   historie?   Już   samo

słuchanie jego głosu wprawiało ją w oszołomienie. 

background image

- A może to pan mi coś opowie? - odparła. 

- Nic za darmo... - powiedział cicho, przysuwając się nieco bliżej. 

Wzięła głęboki oddech, speszona jego bliskością, i pochwyciła lekki

zapach mięty i świeżego męskiego potu, o którym świadczyły też lekko

wilgotne   czarne   kosmyki   włosów   nad   czołem.   To   przypomniało   jej

nieprzyjemny komentarz o braku klimatyzacji. 

- Już dałam fan ta, widział pan moje majtki - mruknęła, siląc się na

żartobliwy ton. 

- Niedokładnie. 

Uniosła brwi z powątpiewaniem. 

- Tylko kawałeczek koronki - zapewnił. 

Poczuła, że się czerwieni. Ten cały Mac nie zamierzał pozwolić jej się

odprężyć.   Przysunął   się   jeszcze   bliżej,   przekraczając   ogólnie   przyjętą

granicę   bliskości.   Nie   uśmiechał   się   już,   ale   jego   ciemne   jak   gorzka

czekolada oczy dosłownie ją oblepiały spojrzeniem, które zatrzymało się

na dłużej na bluzeczce, a potem, pełznąc powoli w górę, zatopiło się w

końcu   w   jej   oczach.   Rozchylił   usta,   a   ona   poczuła   prawdziwy   zawrót

głowy. 

- Niebieski to twój kolor - szepnął, pochylając się nad nią. - Bielizna,

która pasuje do oczu. Mogłabyś wylansować taki trend. 

Próbowała się uśmiechnąć, ale jej usta zadrżały. Był tak blisko, że

mógł ją pocałować. Serce jej waliło, jakby krzyczało rytmicznie: „Całuj,

całuj". 

- Całuj - szepnęła, zanim dotarło do niej, że to zrobiła. 

Zbliżył delikatnie usta, ale gdy tylko ich wargi się zetknęły, przeszedł

natychmiast do działania. Położył ręce na jej biodrach i odwrócił ją ku

background image

sobie.   Całując   namiętnie,   przyciskał   mocno   do   siebie,   aż   poczuła,   jak

bardzo jest podniecony. Oderwała się od niego, ale wciąż obejmował ją

mocno w biodrach. Schylił się i delikatnie przesunął wargami po jej uchu. 

- Powiedziałaś „całuj" - szepnął, a jego gorący oddech poruszył włoski

nad jej karkiem. 

Przeszedł ją dreszcz. 

- Nie, powiedziałam „żałuj", bo te majtki są bardzo ładne. - Delikatnie

odepchnęła   go  od   siebie   i  położyła   dłonie   na  umięśnionych  ramionach

przystojniaka.   Wciąż   trzymał   ręce   na   jej   biodrach.   -   A   może   ktoś   się

zaniepokoi, że tak długo cię nie ma,  i zadzwoni do recepcji? - rzuciła

szybko, by zmienić temat. 

Pokręcił głową, wpatrując się w nią z uśmiechem. 

- Jestem tu sam. 

- No, ale może ktoś będzie dzwonił z domu... żona na przykład. -

Chciała się upewnić, że można brnąć w to dalej. 

Znów pokręcił głową, a na jego wargach zaigrał tajemniczy uśmiech. 

- Nie mam żony. 

To było zbyt piękne, by mogło być prawdziwe. On zresztą też. 

- A jak jest z tobą? - spytał, rytmicznie zataczając kciukami kółka na

jej biodrach, co było bardzo podniecające. 

Najwyraźniej pytał, czy jest zamężna albo zaanagażo-wana w jakiś

związek,   by»  wiedzieć,   czy   może   kontynuować   to,   co   właśnie   zaczęli.

Poza   dwoma   nieistotnymi   związkami,   gdy   ledwie   przekroczyła

dwudziestkę, nie było w jej życiu żadnego mężczyzny. 

Czy powinna mu o tym powiedzieć? Miała szansę powstrzymać teraz

to   szaleństwo,   udowodnić,   że   ludzie   kierują   się   rozsądkiem,   w

background image

przeciwieństwie   do   zwierząt   polegających   na   instynkcie.   Miała   teraz

szansę   uwolnić   się   od   tego   nieznajomego   mężczyzny.   Czy   z   niej

skorzysta? O, nie! 

- Nikt na mnie nie czeka - odparła, zgodnie z prawdą. 

- Więc pozwól mi się jeszcze raz pocałować. - Jego seksowny głos był

równie podniecający, co pieszczota jego dłoni. - Drzwi windy mogą się

otworzyć w każdej chwili, a ja nie lubię straconych okazji. 

Przesunęła wzrok z jego oczu na piękny prosty nos, szczupłe policzki i

zatrzymała go na ustach, których smak właśnie poznała. Ona również nie

zamierzała   stracić   takiej   okazji.   Wspięła   się   na   palce   i   wyszła   mu   na

spotkanie, a on od razu zaczął całować ją bardzo namiętnie, przyciskając

mocno do siebie. 

Zarzuciła mu ręce na szyję i poddawała się bez żadnych oporów. Nie

chciała się zastanawiać, co właściwie wyprawia. Zamiast siedzieć teraz na

dole i rozważać największy dylemat zawodowy i osobisty, jaki spotkał ją

w jej dwudziestoośmioletnim życiu, całowała się z jakimś nieznajomym

Makiem na drugim piętrze swojego pensjonatu. 

To było czyste szaleństwo. Ale również czysta rozkosz. Oparł ją o

drzwi windy i poczuła na plecach dwie pionowe listwy. Jednym szybkim

ruchem jego dłonie powędrowały w górę i zatrzymały się po zewnętrznej

stronie jej piersi. Czekały na pozwolenie. 

Gdy   dała   mu   je   w   wyrazistym   języku   ciała,   zaczął   kontynuować

pieszczoty. Nagle jednak rozległ się cichy szczęk i drzwi windy raptownie

się otworzyły. Pochwycił ją szybko, dzięki czemu nie wpadli oboje do

kabiny. 

-   A  niech   to   -  szepnął,   chwytając   lekko   jej   dolną   wargę   zębami   i

background image

jeszcze mocniej ją przytulając. - Jesteśmy uratowani. 

Nicole jednocześnie przeklinała i błogosławiła swój ruchomy antyk.

Dlaczego nigdy nie działał sprawnie, gdy jej na tym zależało, a teraz... 

Z ociąganiem wysunęła się z jego ramion i weszła do windy. Ledwie

opanowując przyspieszony oddech, schyliła się, by sięgnąć po torebkę i

żakiet. 

-   Jedziesz   do   siebie?   -   spytała,   siląc   się   na   niedbały   ton,   ale

odpowiedział jej znaczącym uśmiechem. 

Wsiadł do środka, a ona uruchomiła przycisk pierwszego piętra. 

- Mam lepszy pomysł - szepnął, pochyliwszy się do jej ucha. - Może

zatrzymamy tego grata na dłużej, gdzieś pomiędzy pierwszym piętrem a

niebem? 

Sama już wcześniej na to wpadła, jednak odegnała tę myśl. 

- Przepraszam - powiedziała niepewnie - ale mój mózg działa mniej

więcej tak jak ta winda. 

Cofnął się o krok i czarująco uśmiechnął. Potem ujął ją pod brodę i

uniósł jej twarz do góry. 

- Mój przestał działać, gdy tylko ujrzałem Błękitną Damę. 

Winda   zatrzymała   się   z   łomotem   na   pierwszym   piętrze.   Nicole

pomyślała, że jeśli natychmiast tego nie przerwie, zrobi coś, czego później

będzie żałować. Choć na pewno tego nie zapomni. 

- To twoje piętro - powiedziała, gdy drzwi otworzyły się z hukiem. 

- Niezupełnie - odparł, wodząc palcem po jej podbródku. - Jeszcze się

nie zameldowałem. 

-   Jak   to?   -   Zesztywniała   i   cofnęła   się   nieco   w   stronę   tablicy   z

przyciskami. - Aha, bo to taka „rudera"? 

background image

-   No   cóż,   musisz   przyznać,   że   to   raczej   trzeciorzędny   hotelik.   -

Mrugnął   do   niej   i   nacisnął   guzik   zamykający   drzwi.   -   Chociaż   trzeba

przyznać, że obsługa tu jest bardzo miła... 

Do diabła z nim. Obsługa nie jest miła, tylko głupia. Nicole dźgnęła ze

złością przycisk uruchamiający drzwi i zmroziła nieznajomego wzrokiem. 

- Tu wysiadasz, Mac - powiedziała z uśmiechem, kładąc mu rękę na

ramieniu   i   lekko   popychając   w   stronę   otwartych   drzwi.   Wyszedł   na

korytarz,   a   na   jego   twarzy   odmalowało   się   zdziwienie,   rozbawienie   i

oczekiwanie. Czyżby myślał, że za nim pójdzie, po tym jak ją okłamał i

jeszcze nazwał jej pensjonat ruderą? 

Zamknęła   drzwi   za   pomocą   przycisku,   zadowolona,   że   tym   razem

winda   lojalnie   nawiązała   współpracę.   Najbardziej   niesamowity   facet,

jakiego   spotkała   -   i   całowała   -   w   życiu,   a   wszystko   zdarzyło   się   w

przeciągu pięciu minut, gapił się na nią z niedowierzaniem przez szybkę w

drzwiach kabiny. 

Nicole wyskoczyła szybko z windy do holu i podeszła do recepcji,

która   świeciła   pustkami,   bo   brakowało   pieniędzy   na   opłacenie

pracowników   na   nocną   zmianę.   Otworzyła   gwałtownie   szufladę   pod

blatem   i   zaczęła   w   niej   gorączkowo   szperać   w   poszukiwaniu   czegoś,

czego nie potrzebowała już od bardzo długiego, czasu. 

Wreszcie   triumfalnie   postawiła   na   kontuarze   tabliczkę   z   napisem

„Brak   miejsc   wolnych".   Następnie   nacisnęła   jeszcze   guzik   windy,   by

odesłać ją na pierwsze piętro, po czym szybko opuściła pensjonat. 

Ostatnie smugi księżyca zniknęły ze srebrzystych fal zatoki. Zamiast

nich   pojawiły   się   pierwsze   promienie   wschodzącego   słońca,   które

ogrzewały leniwe falki pluskające dwieście metrów od werandy Nicole.

background image

Spędziła   całą   noc   skulona   na   jednym   ze   swych   rattanowych   foteli   i

wpatrzona w wodę rozpamiętywała wydarzenia wieczoru i swoje nazbyt

dramatyczne wyjście z pensjonatu. 

Nie była to jej pierwsza bezsenna noc pod gwiazdami, poświęcona

rozmyślaniom.   Przed   atakiem   huraganu   często   siadywała   tutaj,

wspominając   swoich   rodziców.   Przypominała   sobie,   jak   strasznie   się

czuła, gdy jako ośmiolatka przyjechała na Wyspę św. Józefa. Była niby

jakiś zagubiony kociak. Nie miała wtedy nic oprócz wspomnień o dwojgu

wspaniałych ludziach i pełnej fantazji nowej „mamy", która miała na imię

Freddie. 

Jednak   po   ataku   huraganu   Dante   niemal   każda   bezsenna   noc

poświęcona   była   rozważaniom   nad   tym,   jak   wydostać   się   z   ruiny

finansowej. Wiele godzin zajęło jej samo zaakceptowanie faktu, że cała

Wyspa   św.   Józefa   mogła   sobie   zafundować   dzięki   pieniądzom   z

odszkodowań coś na miarę liftingu twarzy, a Mar Brisas - dla porównania

- plaster z opatrunkiem. 

Oczywiście wcale nie chciała zamienić swojego uroczego pensjonatu

w stylu hiszpańskim w pałacową szklaną wieżę ze stiukami, jakich wiele

powstawało ostatnio przy najładniejszych plażach Florydy. 

Jednak   polisa   ubezpieczeniowa   Mar   Brisas   miała   w   sobie   lukę

wielkości Zatoki Meksykańskiej. Dlatego właśnie Nicole nie miała teraz

pieniędzy   na   odnowienie   frontowej   części   pensjonatu,   której   okna

wychodziły na zatokę, i domów na plaży, które kupiła pięć lat wcześniej

za swoje oszczędności i pieniądze ze spadku. 

Teraz groziło jej zajęcie nieruchomości przez bank, który już zaczął

pertraktować z potencjalnymi nabywcami. 

background image

Musiała jednak przyznać sama przed sobą, gdy szła plażą do biura, że

nie o pieniądzach myślała ostatniej nocy. Była ubrana jak zwykle w dżinsy

i   rozciągnięty   podkoszulek.   Niebieski   kostiumik,   w   którym   wystąpiła

poprzedniego   dnia,   był   przeznaczony   na   spotkanie,   które   na   szczęście

odwołała. 

Zamiast łazić po swojej posiadłości z jakimś niedoszłym Donaldem

Trumpem z Nowego Jorku, wylądowała w ramionach najbardziej godnego

pożądania mężczyzny, jakiego spotkała w życiu. Który okłamał ją, że jest

gościem hotelowym, i powiedział prawdę o pensjonacie. I dlatego właśnie

go spławiła. 

Akurat. Wypchnęła go z windy z tego samego powodu, dla którego

uciekała do tej pory od wszystkich mężczyzn, którzy jej się podobali -

zresztą niewielu ich było. Jeden w college'u, a drugi tuż przed kupieniem

Mar Brisas. Chociaż byli jej kochankami, to jednak nie stali się jej bliscy. 

Bliskość oznaczała stałość. A to z kolei oznaczało stratę. Czyż nie

taką lekcję otrzymała od życia dwadzieścia lat temu, gdy jej rodzice wyszli

na kolację i nigdy nie wrócili? 

Pokręciła głową i pchnęła drzwi prowadzące do holu. Nie mogła sobie

teraz   pozwolić   na   rozklejanie   się,   trzeba   zmierzyć   się   z   bieżącymi

problemami. Na przykład porozumieć z Tomem Northcottem. 

Na   razie   zachowywał   się   dość   wyrozumiale,   ale   był   przecież

wicedyrektorem   banku   i   obowiązywała   go   lojalność   względem   Marinę

Federal. Będzie wściekły, jak się dowie, że w ostatniej chwili od-wołała

spotkanie z pupilkiem firmy Jorgensena. 

Sztywnym   krokiem   minęła   nieznośną   windę,   nie   zaszczycając   jej

nawet spojrzeniem. I tak pewnie stała zacięta. Gdzieś między pierwszym

background image

piętrem a... niebem. 

Ostatnia   z   pełnoetatowych   pracownic   była   już   na   miejscu.

Olśniewający uśmiech Sally Chambers i jej ruchliwe zielone oczy zawsze

stanowiły miły widok, a dziś dziewczyna promieniała bardziej niż zwykle. 

- Jakiś dowcipniś postawił wczoraj w recepcji tabliczkę z napisem, że

nie   ma   miejsc   wolnych   -   powiedziała   Sally,   wychodząc   z   recepcji   i

kierując się za szefową do jej biura. 

- No coś ty? - spytała Nicole, rzucając torbę pod biurko.-Ale numer. 

Sally wzruszyła ramionami. 

-   Nic   nie   szkodzi.   Dobrze,   że   się   znalazła.   Wkrótce   będziemy   jej

potrzebować. 

-   Co   ty   powiesz?   -   Nicole   zaśmiała   się   sardonicznie   i   opadła   na

oparcie krzesła, patrząc z ironicznym uśmieszkiem na Sally. - Czyżbyś

znalazła kilkaset tysięcy dolców w tylnej kieszeni spodni? 

Sally klapnęła na fotel przeznaczony dla gości i skrzyżowała ręce na

piersiach. 

- Prawie. 

Nicole   oderwała   wzrok   od   komputera,   który   właśnie   zaczęła

uruchamiać, i spojrzała pytająco na przyjaciółkę. 

- No to wal. 

- Możemy mieć darmową reklamę. 

-  W  życiu  nie  ma   nic  za  darmo,   kotku.  -  Nicole  z  westchnieniem

poruszyła myszą, a potem usadowiła się w fotelu, podwinąwszy nogi pod

siebie. - Ale nie należy się tym zniechęcać. No więc? 

-   Mój   tata   zarezerwował   billboard   przy   drodze   numer   jeden,   żeby

reklamować  swój  sklep  z  materacami,  ale   przez  najbliższy  miesiąc   nie

background image

zamierza   go   wykorzystywać,   bo   zrobi   to   dopiero   wtedy,   gdy   zacznie

wyprzedaż   podwójnych   materaców.   Wykupił   billboard   wcześniej   ze

względu na promocyjną ofertę w tym miesiącu. 

- I...? 

- Przez cały miesiąc billboard będzie pusty i ojciec pozwala nam go

wykorzystywać. Możemy zareklamować Mar Brisas. 

Nicole   pokręciła   wolno   głową.   Było   jej   przykro,   że   musi   zgasić

entuzjazm   Sally,   ale   jej   młoda   recepcjonistka   nie   znała   najwyraźniej

wszystkich aspektów reklamowania. 

- Sally, do reklamy dochodzą jeszcze inne koszty. Projekt graficzny,

tekst copywritera... 

-   Już   o   tym   rozmawiałam   z   tatą   -   przerwała   Sally,   potrząsając

niecierpliwie   rudymi,   krótko   ostrzyżonymi   włosami.   -   Wystarczy,   że

napiszesz tekst, a facet od marketingu z firmy ojca zajmie się resztą. Jeśli

będzie sam tekst, bez ilustracji, i w jednym kolorze. 

- Taka reklama chyba nie zdobędzie żadnej nagrody. 

- Ale zdobędzie gości. Wystarczy, że wymienisz w tekście parę zalet

Mar Brisas. - Zielone oczy Sally płonęły entuzjazmem. 

- Mianowicie? - Nicole uśmiechnęła się kpiąco. 

- Autentyczna hiszpańska terakota, wykończenia z drewna różanego... 

-   Pięćdziesięcioletnia   instalacja   elektryczna,   winda   sprzed   drugiej

wojny światowej. - Nicole nie było wcale przyjemnie przemawiać głosem

rozsądku, ale miała już dosyć mrzonek. - Daj spokój, Sally, Mar Brisas to

rudera. 

Czy nie tak właśnie powiedział? 

Sally skrzywiła się i pochyliła nad Nicole. 

background image

- Co cię dziś ugryzło? 

- Przepraszam - westchnęła. - Miałam kolejną bezsenną noc. 

Sally sięgnęła ponad biurkiem i wzięła Nicole za rękę. 

- Wiem, jak ci ciężko, ale się nie poddawaj. Mamy szansę. To będzie

świetna reklama. I całkiem za darmo. 

Nicole uniosła brwi, wyrażając powątpiewanie. 

- Teraz zadzwoń do banku, do Toma Northcotta, i powiedz mu, że

wczoraj stchórzyłam. Poproś o ustalenie nowego terminu spotkania z tym

całym McGrathem. 

-   Dobrze.   -   Sally   z   trudem   ukryła   rozczarowanie.   -   Albo   może

zaczekajmy z tym jeszcze tydzień... 

- A co nam to da? - spytała z westchnieniem Nicole. 

-   Wystarczy   parę   rezerwacji,   a   będziemy   mieć   na   opłaty   za   ten

miesiąc. Sama mi to mówiłaś w zeszłym tygodniu. 

Nicole poczuła przypływ nadziei. A może Sally ma rację? 

- Nie przeznaczyłyśmy jeszcze ani centa na reklamę - powiedziała,

bardziej po to, by przekonać siebie samą niż Sally. - To na pewno nie

zaszkodzi. 

Sally złapała żółty brulion i wcisnęła Nicole do ręki ołówek. 

- Do roboty! - powiedziała. - Jesteś kreatywna. Zaczynamy kampanię

reklamową. 

- Nie mam pojęcia o reklamie, Sal. 

- Bzdura. - Sally poruszyła ołówkiem, jakby to od niego zależało, co

zostanie napisane. - Wszyscy wiedzą, co napędza reklamę. Seks. 

Nicole   wytrzeszczyła   oczy   na   przyjaciółkę.   Czyżby   czytała   w   jej

myślach   i   wiedziała,   co   jej   wciąż   chodzi   po   głowie?   By   pokryć

background image

zmieszanie, strzeliła palcami i oświadczyła rześko: 

- Masz rację. Mogę zwisać nago z billboardu. 

Sally bez cienia uśmiechu uniosła jedną brew. 

- Tak jakbyś kiedykolwiek chciała pokazać światu, co ukrywasz pod

tymi rozciągniętymi łachami. 

Nicole przypomniała sobie wyraz twarzy Maca, gdy jego spojrzenie

spoczęło na jej dekolcie. Dlaczego zdjęła ten cholerny żakiet? Na ogól

ukrywała swój bujny biust pod luźnymi podkoszulkami. Nie spodziewała

się przecież, że jakiś cudowny nieznajomy wtargnie do windy, zatopi w

niej spojrzenie brązowych oczu, a potem będzie całował, aż do zatracenia. 

-   Hej,   obudź   się!   -   Sally   pomachała   ręką   przed   nosem   Nicole.   -

Widzisz? Już się pogrążyłaś w mgle kreatywności. 

Nicole   się   roześmiała.   Owszem,   we   mgle,   ale   z   kreatywnością

niewiele miała wspólnego. Co Sally powiedziała? Seks napędza reklamę? 

- Seks napędza reklamy piwa i perfum - mruknęła. - Ale czy można

wykorzystać go w reklamie ośrodka wypoczynkowego? 

- Jasne, i to jak! 

No pewnie, gdyby mogła przyrzec kilka minut takich przeżyć, jakie

miała zeszłego wieczoru w windzie, pensjonat pękałby w szwach. 

-   Może   masz   rację,   Sal.   -   Usadowiła   się   wygodnie   w   fotelu,

podgarnęła włosy do góry i przymknęła oczy. - Gdyby tak udało nam się

wpoić   ludziom   przekonanie,   że   w   atmosferze   Mar   Brisas   jest   coś

niezwykłego. Romantyczność. Moc wzbudzania emocji. 

- Tak, właśnie! - Podekscytowana Sally uderzyła dłonią w biurko. -

Nasz pensjonat tworzy intymną atmosferę, ma osobisty charakter... 

- Właśnie ! - Nicole wskazała Sally ołówkiem. - Ogłoszenie musi być

background image

osobiste. Nie, nie jedno ogłoszenie. - Wstała, pstrykając szybko palcami,

ożywiona swym pomysłem. - Cała seria. 

- Seria? 

- Tak - ciągnęła Nicole, patrząc na Sally, widząc w wyobraźni już

gotową   reklamę.   -   Reklama   musi   mieć   charakter   ogłoszenia

towarzyskiego, ale będzie w subtelny sposób zachwalać uroki Mar Brisas. 

Możemy  co  tydzień  zmieniać  reklamę,   jakbyśmy  opowiadały  jakąś

historyjkę. Wystarczy więc sam tekst bez ilustracji, i to w jednym kolorze. 

Sally z roziskrzonymi oczami przysiadła na rogu biurka. 

- Wiem, o co ci chodzi. Ludzie, którzy jeżdżą tą drogą, będą śledzili

naszą historię miłosną, a tym samym reklama Mar Brisas będzie wciąż

wzbudzała zainteresowanie. 

Nicole   odwróciła   notatnik   tak,   by   ułożenie   prostokąta,   który

naszkicowała, naśladowało billboard. 

-   Możemy   wykorzystać   jako   motywy   fale,   wieczorną   bryzę,   a

wszędzie   przemycać   informacje,   że   pensjonat   jest   zabytkowy,

autentyczny, co sprzyja nawiązaniu głębokiej więzi i tak dalej. 

Odezwał   się   telefon   Sally,   więc   skierowała   się   do   recepcji,   by   go

odebrać.. 

- Pisz, zaraz wracam - rzuciła szybko w drzwiach. 

Gdy   przyjaciółka   wyszła,   Nicole   wpatrzyła   się   w   żółtą   kartkę,   w

poszukiwaniu   inspiracji.   Niestety,   krótkotrwałe   natchnienie   ją   opuściło.

Podeszła   do   okna   i   otworzyła   je,   by   zaczerpnąć   świeżego   morskiego

powietrza o znajomej woni soli, kokosu i hibiskusa. 

Jak ona kochała to miejsce! Kochała całą piękną Wyspę św. Józefa,

ciocię Freddie i tych wszystkich wspaniałych ludzi, którzy uratowali ją,

background image

gdy była dzieckiem. Teraz ona musi uratować Mar Brisas. 

Potrzebowała   natchnienia.   Gdzie   je   znaleźć?   Postukała   palcem   w

notatnik.   Co   by   ją   poruszyło?   Ach   tak,   jego   pocałunki,   niespieszne

pieszczoty. 

- Daj spokój, wymyśl coś - zbeształa siebie półgłosem. 

Ale czyż pisarze nie czerpią natchnienia z życia? Dobra, to ma być

FIKCYJNE   ogłoszenie   towarzyskie.   ONA   nie   szukała   wyśnionego

królewicza, bo nie wierzyła w bajki. Ale gdyby wierzyła, tym facetem

byłby Mac. Musiała przyznać sama przed sobą, że właśnie dlatego przed

nim zwiała. 

Przygryzła gumkę na końcu ołówka. Do diabła z Makiem. Ale Sally

miała rację, że trzeba w ogłoszeniu użyć wabika seksualnego, więc niech

Mac będzie jej inspiracją. Opuścił wyspę i nigdy tu nie wróci, więc nie

zobaczy billboardu. Zaczęła pisać. 

Szukam   tajemniczego   mężczyzny   poznanego   w   pensjonacie   Mar

Brisas, aby odbyć z nim kolejną podróż do nieba. Spotkajmy się na białej

piaszczystej   plaży   i  poszukajmy   drogi   do  raju.   Znajdziemy   go   w  Mar

Brisas... 

Zastygła z ołówkiem nad kartką. Jak ma podpisać to „ogłoszenie"?

Oczywiście!   Uśmiechnęła   się   i   złożyła   zamaszysty   podpis:   „Błękitna

Dama". 

ROZDZIAŁ TRZECI 

Była   niedziela   i   dochodziła   północ,   gdy   Quinn   mknął   wynajętym

mustangiem   po   drodze   numer   jeden.   Zamierzał   znaleźć   się   tu   o   wiele

wcześniej, ale lot był opóźniony. Gdy zbliżał się do drogi przez groblę,

background image

przyspieszył i zacisnął ręce na kierownicy. Musi jak najszybciej dostać się

na Wyspę św. Józefa. 

Jak ona go przyjmie? Zadawał sobie to pytanie przez okrągły tydzień,

nagabując wciąż Nicka Whitakera, żeby ustalił nowy termin spotkania w

Mar Brisas, który da mu możliwość wyjazdu służbowego na Wyspę św.

Józefa. Nie wiedział, jak ona zareaguje na jego pojawienie się, ale był

przekonany, że to właśnie TA JEDYNA. 

Quinn McGrath, zaprzysięgły kawaler, zagorzały kobieciarz, typowy

pracoholik,   ucieleśnienie   wszelkich   męskich   cnót,   miał   pewien   sekret,

który pewnie by wyjawił, gdyby spędził chociaż godzinę z pewną kobietą.

Był niepoprawnym romantykiem. Wierzył, że gdzieś istnieje jego „druga

połowa". TA JEDNA JEDYNA kobieta. 

Jego pełna temperamentu irlandzka babka zapewniała go, że „każdy

ma swoją drugą połowę", że czeka gdzieś na niego „ta jedyna". I Quinn jej

uwierzył. Co nie przeszkodziło mu w wypróbowaniu „tych innych". 

I wreszcie ją znalazł. Zwisającą z sufitu w windzie. Gdyby chociaż

znał jej imię! 

Uśmiechnął się z zadowoleniem, gratulując sobie w duchu pomysłu

połączenia urlopu z wyjazdem służbowym. Przekonał Dana Jorgensena, że

dzięki   temu   dobrze   pozna   interesujące   ich   miejsce.   Szef   nie   poparłby

przecież pomysłu wyjazdu wakacyjnego. 

Bo,   jak   wiadomo,   lepiej   jest   pracować.   Gdy   tylko   Quinn   uzyskał

zgodę, zabukował jeden z domów na plaży na nazwisko MacDougall. Nie

chciał, żeby właściciel wiedział, że się u niego zatrzyma, bo zamierzał

zabić mu klina na spotkaniu. 

Z drugiej jednak strony zależało mu na tym, żeby ktoś z personelu

background image

zareagował na „Mac". Robiąc rezerwację, upewnił się, że w sypialni jest

duże podwójne łóżko. 

Gdyby tylko wiedział, jak ona się nazywa... 

Nagle   wcisnął   hamulec.   Usłyszał   za   sobą   pisk   opon   i   gniewne

naciśnięcie klaksonu. Jednak jego obchodził tylko wielki niebieski napis

na billboardzie, podświetlony od dołu. Gapił się na ogłoszenie z zapartym

tchem.   Nie   zwracał   uwagi   na   klaksony   i   pogróżki,   jakimi   raczyli   go

kierowcy,   którzy   napotykali   na   niespodziewaną   przeszkodę   na   drodze.

Jeden z przejeżdżających zwolnił i zawołał przez otwarte okno: 

- Co jest? Potrzebujesz pomocy? 

- Nie, dziękuję. Wszystko w porządku! - Quinn szybko pomachał ręką

i ruszył z miejsca z piskiem opon. 

- Tak! - krzyknął do gwiazd, uderzając ręką w kierownicę, gdy skręcił

na groblę. 

Błękitna Dama go poszukiwała! Chciała szukać z nim drogi do raju!

Czekał trzydzieści trzy lata na swoją bratnią duszę, całując po drodze setki

chętnych   kandydatek.   Ale   wreszcie   znalazł   tę   wymarzoną   i   ona   go

pragnęła. Dojeżdżając do Mar Brisas, przekroczył wszystkie ograniczenia

prędkości, jakie napotkał po drodze. 

Oczywiście mało operatywny Whitaker nie zadbał o to, by ktoś był w

recepcji   na   nocnej   zmianie.   Quinn   sięgnął   ze   zniecierpliwieniem   po

słuchawkę   telefonu   wewnętrznego,   ale   w   tej   samej   chwili   zauważył

kopertę z napisem „Państwo MacDougall". 

W środku był klucz do domu z numerem 1601, który Quinn wrzucił

do kieszeni. Kopertę zmiął w kulkę i cisnął do kosza na śmieci. Rozbawiło

go przypuszczenie, że przyjechał z żoną. No cóż, nie miał nic przeciwko

background image

temu, by z nią wyjechać. 

Przeciął hol, rzucając szybkie spojrzenie na windę. Nie mógł się już

doczekać kolejnej podróży do nieba z przystankiem w dziale bieliźnianym.

Stanęły mu w oczach te dyndające, cudowne nogi, przypomniał sobie jej

czarujący uśmiech, perlisty śmiech. Tak, zapowiadały się cudne wakacje! 

Gdy wszedł po schodkach do domu na wysokich palach, zobaczył, że

w środku zostawiono zapalone światło, koszyk z przekąskami, owoce i

wino   na   stole.   W   sypialni   były   świeże   kwiaty   i   cukiereczki   leżące   na

poduszkach w wielkim łożu. 

Było bardzo czysto, ale dało się zauważyć pewne oznaki zniszczenia.

Okna nosiły ślady napraw, niezbyt udanych, a jedna część odsuwanych

drzwi prowadzących na werandę zacinała się. 

Był   zbyt   zmęczony,   by   dokonać   dokładniejszych   oględzin.   Rano,

przed   spotkaniem   z   Whitakerem,   postanowił   pobiegać   po   plaży,   a

następnie przeczesać Mar Brisas, by znaleźć to, po co tu przyjechał. 

Dół   długiej,   niebieskiej   sukienki   plażowej   Nicole   zmoczyła   fala,

zabarwiając   przezroczysty   materiał   na   granatowo.   Zaraz   po   wschodzie

słońca w poniedziałek wybrała się na swój zwykły długi spacer po plaży. 

Zawsze   zawracała   przy   różowej   szkaradzie   o   nazwie   Jadeitowa

Wieża,   zastanawiając   się,   dlaczego   nie   pomalowano   tego   kiosku   na

zielono,   skoro   zamierzano   go   tak   nazwać.   Dawniej   budka   należała   do

Jimmy'ego Millera, który sprzedawał tu swoje warzywa i owoce. Była w

ładnym, neutralnym kolorze, który pasował do otoczenia. Jak Mar Brisas. 

Chłodna woda i miękki piasek, w którym Nicole niespiesznie brodziła

stopami, poprawiały jej nastrój. Jednak czuła się lepiej przede wszystkim

background image

dlatego, że spędziła niedzielę z ciocią Freddie. Szkoda tylko, że ciocia

zażyczyła   sobie   obejrzeć   billboard   reklamujący   Mar   Brisas.   Nicole

okłamała ukochaną ciocię po raz pierwszy od dnia, gdy stanęła na progu

Freddie Whitaker jako ośmioletnia sierota. 

- Jak wpadłaś na ten pomysł? - spytała Freddie. 

- A tak jakoś sam mi przyszedł do głowy, kiedy naprawiałam windę -

odparła   wymijająco   Nicole,   mając   nadzieję,   że   obdarzona   niezwykłą

intuicją Freddie nie wyczuje kłamstwa. 

Nie   chciała;   by   ciocia   dowiedziała   się,   że   odbiło   jej   na   punkcie

jakiegoś   nieznajomego,   spotkanego   przed   tygodniem.   Nieznajomego,   o

którym myślała mniej więcej dwadzieścia godzin na dobę. Aby zmienić

temat,   Nicole   opowiedziała   cioci   o   spotkaniu,   które   czekało   ją   w

poniedziałek rano, a Freddie sprawiła, że zaczęła myśleć o nim bardziej

optymistycznie. 

Ciotka wysnuła przypuszczenie, że być może Quinn McGrath zgodzi

się,  by  nadal prowadziła   pensjonat.  Nie  jest to  oczywiście  rozwiązanie

idealne,   ale   dzięki   temu   Nicole   będzie   przynajmniej   mogła   próbować

zachować w ośrodku atmosferę dawnej Florydy i zostać w miejscu, które

stało się jej prawdziwym domem. 

Prawdopodobnie   nie   pozwolą   jej   nadal   mieszkać   w   willi   1801,

najładniejszej w całym kurorcie, ale przynajmniej nie straci pracy. Może

nowy   właściciel   pomyśli   nawet   o   przywróceniu   temu   miejscu   dawnej

świetności. 

Postanowiła dać Quinnowi McGrathowi szansę. Miał się zjawić w jej

biurze o dziewiątej rano. Postara się więc przekonać go do swego planu,

wyniszczając wszystkie potencjalne korzyści. 

background image

Gotowa do pływania, zatrzymała się na wysokości swej willi i zdjęła

sukienkę.   Zauważyła   jakieś   poruszenie   na   werandzie   domu   1601   i

ucieszyła się, że państwo MacDougallowie jednak dotarli. Była dumna ze

swego chwytu reklamowego. 

Ogłoszenie wisiało od paru dni, a od razu zaczął się ruch w interesie.

Jedna z pracownic powiedziała, że MacDougall dzwonił, by upewnić się,

że   w   zarezerwowanym   przez   niego   domu   jest   duże   podwójne   łóżko.

Uśmiechnęła się i przeciągnęła z rozkosznym westchnieniem. O tak, w

atmosferze Mar Brisas było coś romantycznego. 

Nicole przeszła łachę piasku, za którą zaczynała się głębsza woda, i z

przyjemnością zanurzyła się w chłodnych falach. Przez chwilę pozwoliła

im się łagodnie kołysać, a potem popłynęła szybko wzdłuż plaży. 

Po   dwudziestu   minutach   wyszła   na   brzeg   lekko   zdyszana,   lecz

odświeżona i, wyżymając włosy, ruszyła w kierunku swego domu. Kątem

oka zauważyła mężczyznę stojącego nad wodą, który patrzył w jej stronę.

Otarła wodę z oczu i przyjrzała mu się uważniej. Mężczyzna miał nagi

tors, szorty, był wysoki, ciemnowłosy i... dziwnie znajomy. 

Podeszła  kilka   kroków w jego stronę   i zamrugała.  O mało  się   nie

potknęła, jakby stanęła na ostrej muszelce. 

Mężczyzna schylił się i podniósł z piasku jej niebieską sukienkę. 

- Witam nieznajomą damę - odezwał się tonem słodkim jak czekolada.

- To chyba pani kolor. 

Nicole   zamarła,   poczuła,   że   ma   kompletną   pustkę   w   głowie.

Mężczyzna pozwolił, by wiotki materiał wysunął mu się z ręki i opadł na

piasek, a sam ruszył w kierunku Nicole. 

Wczesne promienie słońca, które oświetlały go od tyłu, sprawiały, że

background image

wyglądał,   jakby   wyszedł   z   ram   olejnego   obrazu.   Kilka   ciemnych

kosmyków   opadło   mu   na   czoło,   a   poranny   zarost   zaostrzał   rysy   jego

twarzy. Mięśnie pięknego torsu prezentowały się doskonale. Wydał jej się

jeszcze przystojniejszy niż poprzednio. 

-   Przeczytałem   twoje   ogłoszenie   -   powiedział   ciepło,   podchodząc

całkiem blisko. 

Ogłoszenie? Przypomniała sobie billboard i zrobiło jej się słabo. To

nie mogło się dziać naprawdę. 

Stała bez ruchu, a on był tuż przy niej. Woda obmywała im stopy,

słońce   wschodzące   za   jego   plecami   ogrzewało   jej   twarz.   Dotknął

koniuszkami palców policzka Nicole, a następnie zanurzył dłonie w jej

mokrych włosach tuż nad karkiem. 

Otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale nie mogła wydobyć z siebie

żadnego   dźwięku.   On   również   bez   słowa   uniósł   jej   twarz   w   górę   i

pocałował namiętnie  w usta. Gdy się wreszcie od niej oderwał, Nicole

czuła się tak, jakby miała zaraz utonąć, porwana przez potężną falę. 

- Myślałem o tobie, Błękitna Damo - szepnął. 

- Mac? 

Spojrzał przez ramię na dom, który wynajął. 

- Widziałem, jak wchodzisz do wody, i zjawiłem się natychmiast na

białej plaży, zgodnie z instrukcją. 

A więc to on był panem MacDougallem. 

- Wynająłeś willę numer 1601 dla pary? 

- Wynająłem dla siebie. - Uśmiechnął się i przesunął dłonie po jej

nagich, mokrych ramionach, pozostawiając wszędzie gęsią skórkę. - Mając

nadzieję, że znajdę tu kogoś do pary - dodał. 

background image

Trudno   było   uwierzyć,   że   to   wszystko   dzieje   się   naprawdę.

Zamieszkał w 1601. Wrócił. Niesamowita radość Nicole została raptownie

stłumiona   przez   inne   uczucie.   Wstyd.   Widział   ogłoszenie   i   sądził,   że

umieściła je po to, by go odnaleźć. 

Przyjrzał się jej uważnie i powiedział: 

- Tym razem naprawdę wynająłem miejsce w tym ośrodku, więc nie

powinnaś być na mnie zła. 

Jak miała mu wytłumaczyć, że wcale nie z powodu złości opuściła go

poprzednim razem? Nie mogła przyznać się do tego, jak wielkie zrobił na

niej wrażenie. 

- Nie jestem zła - wymamrotała. 

-   Jasne,   że   nie.   -   Uśmiechnął   się   uwodzicielsko.   -   Przecież   nie

kupowałabyś takiego ogłoszenia. 

- Och, nie bierz tego na serio - rzuciła, siląc się na niedbały ton. 

Splótł mocno jej palce ze swoimi i przyciągnął Nicole bliżej ku sobie. 

- Ależ ja biorę to bardzo na serio. Lubię, kiedy kobieta dąży do tego,

czego pragnie. Zwłaszcza gdy ja pragnę tego samego. 

- A... pragniesz? 

Uśmiechnął się szelmowsko. 

- Jasne. Podróż do raju. Tylko w Mar Brisas. Czyż nie to obiecałaś w

ogłoszeniu? 

- A tak, rzeczywiście - przytaknęła z roztargnieniem. 

Mężczyzna   zaczął   wodzić   spojrzeniem   po   jej   ciele,   uświadamiając

Nicole, że ma na sobie jedynie mokry kostium. 

- W białym wyglądasz równie dobrze jak w niebieskim - mruknął. 

Zawstydziła   się   nagle,   miała   ochotę   czymś   się   okryć.   Nigdy   nie

background image

pokazywała się publicznie w tym mocno wyciętym kostiumie, używała go

tylko podczas porannych kąpieli. 

- Przestań - powiedziała szorstko, wyswobadzając się z jego objęć i

zakrywając biust skrzyżowanymi rękami. 

Ze zdziwioną miną cofnął się o krok, podnosząc ręce w żartobliwym

geście poddania. 

- Ale przecież dałaś ogłoszenie... 

- To nie było zaproszenie do seksu. 

Wiedziała, co teraz usłyszy: a więc do czego? Czy ma mu powiedzieć

prawdę? 

Jednak on tylko się uśmiechnął i powiedział: 

- To dobrze. 

- Dobrze? - zdziwiła się. 

- Bardzo dobrze. - Przechylił głowę, spoglądając na nią spod rzęs, tak

samo jak wtedy w windzie. 

- A co w tym takiego dobrego? - spytała, trochę rozdrażniona. 

- Wcale nie chcę seksu. 

- Nie chcesz? - Poczuła rozczarowanie zmieszane z ulgą. - Więc czego

chcesz? 

- Chcę cię bliżej poznać. 

O, nie. To nierealne. To czysta fantazja, jak jego nagi tors i seksowne

spojrzenie. Temu facetowi nie można ufać. 

- Jesteś kłamcą. 

- Słucham? - Parsknął śmiechem. 

- Okłamałeś mnie wtedy, że jesteś gościem hotelowym. 

- Chciałem wynająć pokój, ale wyglądało na to, że wszystkie są zajęte

background image

- na jakichś dziwnych zasadach. 

- Wtedy skłamałeś i teraz też kłamiesz, mówiąc, że nie masz ochoty na

seks. 

Wzruszył ramionami i posłał jej zabójczy uśmiech. 

- Trafiony zatopiony. Ale to, że chcę cię bliżej poznać, jest akurat

prawdą. 

Zmierzyła go nieufnym spojrzeniem. Tak chciałaby mu wierzyć. Bo

ona też chciałaby go poznać. 

- Pewnie myślisz, że gdybyśmy jeszcze trochę dłużej byli zamknięci

na drugim piętrze, to... 

- Owszem. - Jego ciemne oczy zamgliły się pożądaniem. 

- Nie bądź taki pewien... - mruknęła, choć sama myślała tak samo jak

on. - Wcale mnie nie znasz. I ja nie znam ciebie. 

- W tym właśnie problem - powiedział, biorąc ją za rękę. - Chcę cię

poznać. Wcale nie kłamię. - Podniósł jej dłoń do góry i położył sobie na

sercu, które waliło mocno i szybko jak jej własne. 

-   Nasze   spotkanie   zrobiło   na   mnie   wielkie   wrażenie   -   szepnęła

zakłopotana. 

- Na mnie też. Myślałem o tobie bez przerwy. 

Jego słowa ogrzewały ją niczym promienie słońca, które wschodziło

za jego plecami. 

- O mało nie spowodowałem wypadku, gdy zobaczyłem ten billboard.

- Uśmiechnął się poufale. Może aż za bardzo. - Ucieszyłem się, że tak

bardzo chcesz mnie zobaczyć. 

Zrobiło jej się głupio. 

- Mac, posłuchaj. Mylisz się. Nie jestem aż tak zdesperowana, żeby... 

background image

Uniósł jej palce do ust i ucałował ich koniuszki. 

- Ciii... Nie przepraszaj. 

Przez jedną szaloną minutę Nicole pomyślała, że mogłaby nie mówić

mu   prawdy.   Czy   to   naprawdę   takie   straszne,   że   pomyślał,   iż   dała

ogłoszenie, aby go odnaleźć? Pomysł był skuteczny. Odnalazła go. 

Spojrzał jej głęboko w oczy. 

- Zapewniam cię, że nie jestem maniakiem napadającym w windach

na kobiety, tak jak ty nie jesteś ekshibicjonistką zwieszającą się z sufitów. 

-   Myślę,   że   musimy   zacząć   wszystko   od   nowa   -   powiedziała,

obiecując sobie przytomnie, że później wszystko mu wytłumaczy. 

- Jasne, pozwól zaprosić się na randkę. 

Cofnęła się o krok. 

- A jaką? 

- Taką przepisową: siódma wieczór, ładna sukienka, droga kolacja,

spacer po plaży i tak dalej. 

- Hmm - przygryzła dolną wargę. - Założę się, że wyglądasz ślicznie

w ładnej sukience. 

Roześmiał się i ujął ją za ręce, przyciągając do siebie. 

- Na pewno nie tak ładnie jak ty - szepnął, otaczając się jej ramionami

i przytrzymując dłonie tak, by nie mogła się wyswobodzić. Jego tors i

brzuch były twarde i gorące, musiała zadzierać głowę, by patrzeć mu w

oczy. 

Nachylił się i pocałował ją w nos. 

- Powiedz „tak". 

Trzeźwość umysłu, która pojawiła się przed chwilą, znikła bez śladu.

Oszołomiona skinęła głową. 

background image

- W takim razie o siódmej. Gdzie mam po ciebie przyjść? A może

wystarczy zastukać w sufit windy? 

Zerknęła   nad   jego   ramieniem   na   willę   1801   i,   skinąwszy   głową,

powiedziała: 

- Mieszkam tam. 

- Mieszkasz? 

Przypomniała sobie nagle o umówionym spotkaniu i aż podskoczyła

w miejscu. 

- Muszę już iść - powiedziała szybko. - Mam coś do załatwienia. - Nie

pójdzie przecież na spotkanie z McGrathem w kostiumie kąpielowym i z

mokrymi włosami. 

Wyglądał na niemile zaskoczonego jej nagłym otrzeźwieniem. 

Postanowiła, że wszystko mu wytłumaczy wieczorem. Całe jej życie

waliło się w gruzy i nie mogła sobie pozwolić na to, by się rozpraszać,

nawet przez tak cudownego faceta jak on. Ale wieczorem wszystko mu

wyjaśni, powie nawet, jak było z tym ogłoszeniem. 

- Naprawdę muszę już iść - powtórzyła, gdy wciąż jej nie puszczał. 

- Dobrze. - Z ociąganiem puścił jej ręce i pozwolił się wyswobodzić. -

Zatem do zobaczenia wieczorem, na naszej randce. 

-   Nie   mogę   się   doczekać.   -   Słowa   te   wywołały   tak   seksowny,

oszałamiający uśmiech na jego twarzy, że znowu ogłupiała na chwilę. Co

za niesamowity facet, pomyślała. Ale niepotrzebnie się go tak obawiała.

Jest uczciwy. A dziś wieczorem dowie się o nim wszystkiego. 

Podniosła   swoją   przejrzystą   sukienkę   z   piasku   i   ruszyła   pędem   w

stronę domu. Gdy dobiegła do schodków, odwróciła się i zobaczyła, że on

stoi wciąż w miejscu i na nią patrzy. 

background image

- Do zobaczenia! - zawołała. 

- Czekaj! - krzyknął. - Jak masz na imię? 

Chichocząc wbiegła na schodki i oparłszy się o balustradkę popatrzyła

na niego. Pod wpływem impulsu przesłała mu pocałunek obiema dłońmi.

Czuła się jak Julia na balkonie. 

- Do wieczora! - zawołała. 

Uśmiechnął   się   i   dotknął   ustami   palców,   a   potem   też   posłał   jej

pocałunek.   O   tak,   Mar   Brisas   to   miejsce   stworzone   do   romansów,

pomyślała Nicole. 

- Gdzie on jest, u diabła? 

Nicole postukała palcami w biurko i kolejny raz zerknęła na zegarek.

Powoli   mijała   jej   chęć   na   polubowne   pertraktacje   z   tym   gościem.   Po

powrocie z plaży wzięła błyskawiczny prysznic, umalowała się, ubrała w

ekspresowym tempie i popędziła do biura. 

Tym razem zrezygnowała z kostiumiku mini na rzecz długiej spódnicy

i   luźnej   bluzki,   które   skrywały   jej   wdzięki.   Jakoś   nie   miała   ochoty

czarować   nimi   tego   całego   McGratha.   Który   był   już   piętnaście   minut

spóźniony. 

- Sally! - zawołała, nie widząc swej pracownicy zza przymkniętych

drzwi. - Zadzwoń, proszę do tego aroganckiego bałwana i powiedz mu, że

mój czas jest tak samo cenny jak jego. 

W tej samej chwili w drzwiach pojawiła się dziwnie pobladła Sally i

wydusiła z trudem: 

- Właśnie przyszedł. Z panem Northcottem. 

Nicole zrzedła mina, gdy usłyszała śmiech za ścianą. 

background image

- Proszę się nie przejmować. Nazywano mnie już gorzej. 

Zanim zdołała uświadomić sobie, do kogo należy ten głos, jej gość

stanął w drzwiach, a ona zamarła. To był Mac! Miał na sobie granatowy

garnitur, białą koszulę, krawat i minę chyba równie zaskoczoną jak ona. 

- Nicole? - odezwał się Tom Northcott pytająco, widząc wyraz jej

twarzy. - Pozwól, że przedstawię ci pana Quinna McGratha. 

Wstała   powoli   zza   biurka,   z   trudem   utrzymując   się   na   miękkich

nogach. Wyciągnęła drżącą dłoń, ledwie rejestrując fakt, że ją uścisnął. 

- Quinn, poznaj Nicole Whitaker. 

Słysząc   jej   nazwisko,   Quinn   wzmocnił   uścisk,   a   na   jego   twarzy

pojawił się wyraz zrozumienia. 

-   Jest   właścicielką   ośrodka   i   na   pewno,   jadąc   tutaj,   zauważyłeś  tę

świetną, wymyśloną przez nią reklamę Mar Brisas. 

Oczy   Quinna   pociemniały,   gdy   wypuścił   jej   dłoń   i   wbił   w   Nicole

nieruchome spojrzenie. 

- Reklamę Mar Brisas? 

Miała   ochotę   uciec.   Przeskoczyć   biurko   i   uderzyć   go   w   twarz.

Wrzeszczeć. A więc to był Quinn McGrath? Facet, który chciał ukraść jej

wspomnienia i zryć buldożerami jej przyszłość? 

Tom zbliżył się do biurka, spoglądając to na jedno, to na drugie z

wyrazem zakłopotania na twarzy. 

-   Trzeba   przyznać,   że   reklama   jest   dość   niekonwencjonalna   -

powiedział, sadowiąc się na krześle dla gości. - Ale liczba rezerwacji od

razu się zwiększyła, a taki właśnie był cel. 

- Gratuluję - odparł Quinn chłodno, siadając na drugim krześle. Bez

cienia uśmiechu wpatrując się w twarz Nicole, położył na jej biurku teczkę

background image

z   dokumentami.   -   Jednak   nie   sądzę,   by   jedno   takie   ogłoszenie   mogło

rozwiązać wszystkie problemy Mar Brisas, panno Whitaker. 

Zniknął ciepły ton jego głosu, który był teraz zimny jak stal, gdy po

raz pierwszy wymówił jej nazwisko. Nicole poczuła, że coś ją ściska za

gardło. 

Tom pochylił się i spytał pojednawczym tonem: 

- Ale musi pan chyba przyznać, że reklama Nicole jest bardzo dobra? 

- O tak, od razu zwróciłem na nią uwagę - odparł Quinn, przesuwając

wreszcie wzrok na teczkę z papierami. - Myślałem nawet, że to prawdziwe

ogłoszenie. - Znów uniósł wzrok i spojrzał Nicole prosto w oczy. - Przez

chwilę - dodał cierpko. 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Po   raz   pierwszy   w   dorosłym   życiu   Quinn   zawiódł   się   na   swoim

instynkcie. Nie był zły na Nicole Whitaker. Był wściekły na siebie, bo

założył z góry, że właściciel jest mężczyzną. Wszystkie spotkania ustalała

jego sekretarka z sekretarką Northcotta, a Quinn po prostu się zasugerował

i nikt nie wyprowadził go jak dotąd z błędu. 

Nie, to nie była wina Nicole. Chociaż był na nią wściekły, wiedział, że

tylko   do   siebie   może   mieć   pretensje.   Zupełnie   ogłupiał   przez   to   jej

niesamowite   ciało,   uśmiech,   oczy.   Jej   ogłoszenie.   Ale   Quinn   McGrath

nigdy już nie popełni podobnego błędu. 

Wyglądało na to, że Nicole też jest bardzo głupio. Jej brzoskwiniowa

cera pobladła, błyszczące niebieskie oczy poszarzały. Wyglądało na to, że

czuje się winna, a do tego jeszcze jest nieźle wkurzona. 

Przypomniały mu się własne wyobrażenia na temat rzekomego Nicka

background image

Whitakera.   Uznał,   że  to  pewnie  jakiś hultaj,   który  eksploatuje   sprytnie

system ubezpieczeniowy. Taka charakterystyka nie pasowała wcale do...

Błękitnej Damy. 

Tom Northcott odchrząknął, czując, że musi przerwać krępującą ciszę,

jaka zapadła. Quinn wyprostował się, oparł wygodnie i przyjął pozę, którą

zwykle   zachowywał   w   trakcie   negocjacji   z   klientami.   Chłodny   i

skoncentrowany. Łatwo wchodził w tę rolę i nigdy jeszcze się w niej nie

zblamował. 

- Panno Whitaker - zaczął, nie dopuszczając bankiera do głosu. Uniósł

z powątpiewaniem brew i spytał: - Panna, dobrze mówię? 

Spiorunowała go wzrokiem. 

- Tak. A pan nazywa się McGrath, prawda? Nie MacDougall? 

Nie uśmiechnął się na tę złośliwość. Skrzyżował nogi w kostkach i

przez   chwilę   uważnie   przyglądał   się   swoim   butom,   jakby   ich   czystość

obchodziła   go   bardziej   niż   transakcja,   którą   właśnie   miał   zamiar

sfinalizować. 

-   Panno   Whitaker,   zamierzamy   złożyć   pani   bardzo   korzystną

propozycję   -   pani,   bądź   bankowi.   Ponieważ   grozi   pani   zajęcie

nieruchomości   przez   bank,   jako   że   nie   zamierza   pani   usunąć   szkód

poczynionych przez huragan... 

- Co takiego? - wtrąciła, cała oblewając się rumieńcem. - Jak to „nie

zamierzam".   -   Spojrzała   pytająco   na   Toma.   -   Nie   wyjaśniłeś,   w   jakiej

jestem sytuacji? 

Tom pokręcił głową, a Quinn zauważył ostrzegawcze spojrzenie, jakie

bankier rzucił Nicole. 

- To informacje poufne, nie udzielam ich potencjalnym nabywcom. 

background image

Otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale Tom pochylił się do przodu i

dodał z naciskiem: 

- Sugeruję, abyś ty również tego nie robiła... 

Zamilkła,   skonfundowana.   Quinn   rzucił   spojrzenie   na   Northcotta,

typka o wyglądzie yuppie, o przerzedzonych ciemnych włosach i oczach,

których wyrazu nie można było dostrzec za grubymi szkłami okularów.

Wygląda na to, że ona mu ufa. 

Nicole przygryzła dolną wargę, a Quinn wpatrzył się w jej pełne usta,

przypominając sobie ich słony smak, gdy całował je tego ranka na plaży.

Natychmiast jednak przywołał się do porządku i postanowił nie ulegać

więcej   czarowi  tej   kobiety.   Musi   zdać   się   teraz   na   swe   doświadczenie

zawodowe. Ma tu wykonać określone zadanie. A potem się stąd wyniesie. 

-   Panno   Whitaker,   naszej   firmie   jest   obojętne,   czy   kupujemy

nieruchomości   od   pani,   czy   od   banku.   Jestem   przygotowany,   by

natychmiast zawrzeć z panią umowę, ale jest ona uwarunkowana pracami

remontowymi, które musi pani przeprowadzić. 

- O jakie prace chodzi? - spytała, nerwowo przełknąwszy ślinę. 

- Czy widział już pan całą posiadłość? - spytał Northcott. 

- Prawie - odparł wymijająco Quinn. - W każdym razie zdążyłem już

się   zorientować,   że   trzeba   będzie   naprawić   dach   pensjonatu,   odnowić

elewację, wymienić okna i - spojrzał jej prosto w oczy - naprawić windę. 

Zaczerwieniła się gwałtownie, a Quinn poczuł, że jest mu głupio. Nie

chciał jej zrobić przykrości ani zawstydzić. Ale dlaczego ona to zrobiła?

Dlaczego potraktowała lekceważąco coś, co dla niego było ważne? 

Odpowiedź brzmiała: bo dla niej nie było to ważne. Zabawiła się nim

tylko. 

background image

- A co będzie, jeśli nie dam rady... jeśli nie przeprowadzę tych prac

remontowych? - spytała cicho. 

Quinn odwrócił papier w swojej teczce z dokumentacją. 

- Wówczas zaoferujemy pani o wiele niższą cenę, bo będziemy chcieli

zrekompensować sobie koszty wyburzenia pensjonatu. 

Westchnęła ciężko. 

Tom pochylił się do przodu i wtrącił szybko: 

- Ta suma nie pokryłaby twej pożyczki, Nicole. 

Quinn   zamaszystym   ruchem   zatrzasnął   teczkę   z   papierami.   Był   to

wielokrotnie sprawdzony chwyt obliczony na zastraszenie przeciwnika. 

- Jeśli dokona pani napraw, zapłacimy tyle, że starczy na pokrycie

pożyczki - oświadczył wyniośle. - Oczywiście może pani zdecydować się

jeszcze na przejęcie nieruchomości przez bank. 

Zmarszczyła brwi, z trudem ukrywając rozpacz, jaka malowała się na

jej twarzy, ale on nieubłaganie ciągnął dalej: 

- Wówczas możemy zapomnieć o tej rozmowie. 

- Nic z tego nie rozumiem. - Nicole spojrzała na Quinna, a potem na

Toma. - Dlaczego domagają się ode mnie napraw, skoro zamierzają... -

przełknęła ślinę, nim to wydusiła - zburzyć pensjonat? 

Zanim Northcott zdążył odpowiedzieć, Quinn wzruszył ramionami i

rzucił niedbale: 

-  Chcemy   mieć   różne   opcje.   -  Firma   chciała   pokazać   bankowi,   że

będzie z nim współpracować po to, by pożyczka została spłacona, ale im

mniejszą cenę Quinn wynegocjuje, tym bardziej zadowolony będzie Dan. 

- A to, czego ja chcę, wcale się nie liczy? - Drżenie jej głosu zbiło

Quinna z tropu. 

background image

- A czego pani chce? 

- Na pewno nie chcę sprzedawać Mar Brisas, panie McGrath. I nie

chcę, by je zburzono. Ani żeby przejęła je pańska firma. 

- Dlaczego więc nie zrobiła pani remontu? 

Spojrzała nerwowo na Northcotta, ale nie odpowiedziała na pytanie.

Quinn czuł, że coś tu nie gra. Postanowił wytoczyć działo. 

-   Chciałbym   mieć   wgląd   w   księgi   rachunkowe,   przestudiować

dokumenty hipoteczne i polisy ubezpieczeniowe - oznajmił. 

- Słucham? - spytała, wytrzeszczając oczy z niedowierzaniem. 

-   Interesuje   mnie   też   budżet   i   całościowy   projekt   kampanii

reklamowej,   którą   pani   rozpoczęła.   -   To   ostatnie   wcale   nie   było   mu

potrzebne, ale chciał jej dać do zrozumienia, że nie zapomniał, iż zakpiła

sobie z ich krótkiej znajomości i zrobiła z niego idiotę. 

-   Nie   ma   pan   prawa   tego   ode   mnie   żądać,   panie   McGrath   -

powiedziała z oburzeniem w głosie. - Odmawiam. 

-   No   cóż...   -   zaczął   Northcott,   poprawiając   na   nosie   okulary   w

naśladującej szylkret oprawie. - Formalnie rzecz biorąc, twój limit czasu

się już skończył i bank może wystąpić o zajęcie nieruchomości w każdej

chwili. Potencjalny nabywca ma prawo do analizy tych dokumentów. 

Bankier rzucił krzywe spojrzenie na Quinna. 

-   Oczywiście   nie   mam   przy   sobie   wszystkich   papierów.   Poza   tym

sądzę,   że   jeszcze   nie   miał   pan   możliwości   dokładnego   obejrzenia   tej

pięknej   posiadłości,   co   pozwoliłoby   panu   ocenić   w  pełni   jej   potencjał.

Może teraz obejrzy ją pan sobie z bliska i podda subiektywnej ocenie. 

Quinn   obejrzał   już   sobie   i   poddał   bardzo   subiektywnej   ocenie

zarówno pensjonat, jak i jego właścicielkę. Quinn spojrzał na Nicole, a ona

background image

pochwyciła jego wzrok. Pomyśleli o tym samym i nie wiedzieć czemu,

bardzo go to zabolało. A niech to, tak do siebie pasują! 

- Proszę  przejść się   po okolicy, a  my   przygotujemy   dokumenty, o

które panu chodzi - nalegał Northcott. - Te dotyczące reklamy są w gestii

Nicole. Zajmuje się nią osobiście. 

Quinn   znów   poczuł   przypływ   urazy.   Dlaczego   poświęcała   czas,

energię i pieniądze, by zrobić z niego idiotę? 

Nicole uderzyła dłońmi w biurko z taką samą siłą, jakiej on użył, by

spektakularnie zatrzasnąć teczkę. 

- Chwileczkę, Tom. Nie mogę uwierzyć, że on ma prawo wtargnąć tu i

żądać pokazania moich dokumentów hipotecznych. 

-   Ta   dokumentacja   nie   jest   objęta   klauzulą   tajności   -   wpadł  jej   w

słowo Quinn. - Równie dobrze mogę „wtargnąć" do urzędu hipotecznego i

zażądać tych dokumentów, albo może mi to pani ułatwić. Dzięki temu

szybciej się mnie pani pozbędzie. Dostanie pani swoje pieniądze i będzie

pani mogła stąd uciec. 

Odwróciła się do niego gwałtownie i przeszyła wzrokiem. 

- Zupełnie mnie pan nie zna. 

-   Nie   muszę   znać   osoby,   z   którą   zawieram   transakcję,   panno

Whitaker. 

Northcott wstał i odchrząknął znacząco. 

- Ale bez wątpienia powinien pan znać posiadłość, panie McGrath. A

Nicole   jest   najlepszym   przewodnikiem,   bo   wie   o   niej   wszystko.   -

Uśmiechnął się tak, że jego oczy nie zmieniły swego chłodnego wyrazu. -

Może pana zabrać na dach, zwieszać się z balkonów, zaprowadzi pana,

gdzie tylko pan zechce. 

background image

- A co z tą windą? - spytał kpiąco. 

Northcott zaśmiał się jowialnie. 

-   Och,   Nicole   jest   znana   z   tego,   że   sama   się   wspina   na   kabinę   i

naprawia kable, prawda? 

- Tylko w chwilach desperacji - powiedziała, wzdychając. 

Gdy Tom odwrócił się w kierunku drzwi, Nicole zaczęła protestować,

ale on uniósł rękę w uspokajającym geście i powiedział: 

- Zaufaj mi, Nicole. Czy kiedykolwiek źle tobą pokierowałem? 

Quinn zastanawiał się, co może znaczyć ta uwaga. Bank dbał przede

wszystkim o własne interesy, dobro klienta schodziło na daleki plan. Tyle

wiedział o świecie finansów. Ale nie wiedział, jak bliska zażyłość łączy

tych dwoje... 

- Tom, proszę... - Rzuciła mu błagalne spojrzenie. Quinn wiedział, że

nie   mógłby   się   oprzeć   tym  niebieskim   oczom.   -  Jest   sporo   rezerwacji.

Ogłoszenie przynosi efekty. To może być punkt zwrotny. 

Na   wzmiankę   o   ogłoszeniu,   które   uraziło   jego   ego,   Quinn   wstał

raptownie z miejsca. 

- Nie sądzę, panno Whitaker. Chciałbym obejrzeć pośladki.

Odwracając   się,   pochwycił   porozumiewawcze   spojrzenie,   jakie

Northcott   posłał   swojej   klientce.   Nie,   pomyślał.   Coś   tu   jest   nie   w

porządku. 

Gdy   Northcott   zaniknął   za   sobą   drzwi,   Nicole   zaczęła   nerwowo

układać papiery na biurku. 

- Dobrze, panie McGrath - powiedziała zjadliwym tonem. - Chodźmy

więc na obchód ośrodka. - Oderwała wzrok od papierów i spojrzała mu w

oczy. - Ale windę możemy sobie darować. 

background image

Powoli   omiótł   ją   wzrokiem,   zatrzymując   spojrzenie   na   biuście   i

biodrach.   Chociaż   miała   na   sobie   jakąś   beznadziejną   bluzkę,   i   tak

wiedział, co się pod nią kryje. 

- Ale ja nie chciałbym niczego przegapić, panno Whitaker. Zwłaszcza

że pani słynna winda jest przedmiotem tak udanej kampanii reklamowej. 

Wygładziła spódnicę drżącymi dłońmi. 

- W takim razie muszę przebrać się w coś bardziej odpowiedniego. 

Przez   krótką   oszałamiającą   chwilę   zastanawiał   się,   co   ona   ma   na

myśli.   Czyżby   to   oznaczało   zachętę?   Powrót   do   błękitnej   bielizny?

Opanował się i posłał jej chłodne, pytające spojrzenie. 

- Mam ze sobą dżinsy - wyjaśniła. - Może pan też chce się przebrać?

W garniturze może być niewygodnie. 

-   No,   ja   myślę   -   powiedział   znacząco,   sięgnął   po   swoją   teczkę   z

dokumentami leżącą na biurku Nicole i spojrzał w jej oczy. Figlarny błysk

zniknął bezpowrotnie. Przywitało go czujne, nieprzyjazne spojrzenie. 

Kto powie to pierwszy? Jak długo jeszcze będą bawili się w kotka i

myszkę? 

- Quinn... 

- Nicole... 

Odezwali się jednocześnie. Uciszyła go gestem podniesionej dłoni. 

-  Spotkajmy   się   w  holu   za  piętnaście   minut.   Załatwmy   to   szybko,

żebyś mógł jak najszybciej się stąd wynieść. 

- Właśnie o to mi chodzi. 

Nicole wzięła głęboki oddech, by się nieco uspokoić, ale w powietrzu

wciąż unosił się zapach wody kolońskiej i jego rozgrzanego ciała, więc

podziałało to na nią odwrotnie. 

background image

Odwróciła   się,   by   spojrzeć   przez   okno   na   zatokę,   ale   tam   ujrzała

oczami wyobraźni scenę, która odbyła się kilka godzin wcześniej. 

Nagle łzy trysnęły jej z oczu, a w gardle, poczuła grudę wielkości piłki

tenisowej. Cóż, nie było jej pisane szczęście - nawet przez jeden jedyny

wieczór.   Chwyciła   chusteczkę,   by   otrzeć   zapłakaną   twarz,   i  próbowała

opanować szloch. 

- Nicole! 

Nie   słyszała,   kiedy   weszła   Sally.   Natychmiast   przyskoczyła   do

przyjaciółki i objęła ją mocno. 

- Nie płacz, coś wymyślimy! Nie stracisz tego miejsca. 

- Nie chodzi o... - Nie mogła powiedzieć Sally o tym, co się stało. 

Lepiej niech myśli, że Nicole rozpacza z powodu konieczności utraty

Mar Brisas, a nie utraty  godności, szacunku do samej siebie, jedynego

bajkowego przeżycia, jakie jej się przydarzyło, a przede wszystkim utraty

złudzeń. 

- A niech to! - Walnęła płaską dłonią w ścianę. 

On nie jest żadnym tam księciem z bajki. To zwykły oszust. Dowiódł

tego już kilka razy. Przecież mówiła mu, że tu pracuje. Dlaczego więc nie

przyznał się, że jest potencjalnym nabywcą posiadłości? 

Czy   naumyślnie   wprowadził   ją   w   błąd?   No   jasne,   odpowiedziała

sobie.   Nie   był   żadnym   Romeo,   lecz   bezwzględnym   biznesmenem   z

teczuszką pełną mających ją wykończyć dokumentów. 

Sally złapała ją za rękę, nim zdążyła ponownie walnąć w ścianę. 

- Uspokój się, Nicole. Tom powiedział mi, wychodząc, że zagrał na

zwłokę. Miał wszystkie potrzebne dokumenty w teczce, ale jeśli uda ci się

przekonać   McGratha,   że   pensjonat   jest   wart   zachowania,   jego   firma

background image

zapłaci więcej za całą posiadłość. Wystarczy na pokrycie zadłużenia. W

przeciwnym razie będziesz w trudnej sytuacji. 

Nicole pokiwała głową. Sama się już tego wszystkiego domyśliła i nie

chciała nawet myśleć, co zrobi w najgorszym razie. 

- Weź się w garść, Nicole. Potrafisz wskazać wszystkie mocne strony

posiadłości. Musisz wynegocjować jak najwyższą cenę. 

Nicole wpatrzyła się w zielone oczy Sally, przypominając sobie, co

tak zaniepokoiło ją na spotkaniu. 

-   Tom   zachował   się   naprawdę   dziwnie   -   powiedziała   powoli.   -

Zupełnie nie rozumiem, dlaczego nie pozwolił mi powiedzieć prawdy o

ubezpieczeniu. McGrath myśli, że zgarnęłam pieniądze z odszkodowania,

ale nie wykorzystałam we właściwym celu. 

- Też tego nie rozumiem, ale widocznie Tom ma swoje powody. Jest

przecież po naszej stronie. Po prostu zrób to, o co cię prosił. Pokaż temu

facetowi posiadłość. 

- Ale co mam mu pokazać, Sally? 

-   Bądź   kreatywna.   -  Sally   dźgnęła   ją  łokciem   w  żebro.   -  Przecież

potrafisz.   Mamy   trzy   nowe   rezerwację!   Same   pary.   Jedna   w   podróży

poślubnej, chcą wynająć willę! Tylko że 1601 i 1701 są już zajęte. 

- Wyniosę się z 1801, jeśli trzeba. - Nicole nie chciała mówić Sally, że

„MacDougallowie" wkrótce wyjadą. Byłoby wspaniale, gdyby udało się

obsadzić wszystkie trzy wille. - Kiedy przyjeżdżają ci nowożeńcy? 

- Za kilka dni. Może przeniosę cię do pensjonatu? Myślisz, że jakoś to

zniesiesz? 

- Żartujesz? Za taką nagrodę? Zresztą większość rzeczy i tak trzymam

u cioci Freddie. Spakuję się w godzinę. 

background image

-   Jak   na   dziewczynę,   która   jest   tak   przywiązana   do   historii   tego

miejsca, nie zapuszczasz zbyt głęboko korzeni, co? 

-   W   dzieciństwie   nauczyłam   się,   że   łatwo   je   wyrwać   -   przyznała

Nicole z westchnieniem. 

- To smutne. 

- Nie, smutne jest to, że muszę spędzić ranek z... 

- Aroganckim bałwanem? 

- Właśnie. - Nicole skrzywiła się. - Co za kreatura. 

-   O,   tak   -   Sally   w   zamyśleniu   pokiwała   głową.   -   Ma   obrzydliwe

mięśnie,   obrzydliwe   brązowe   oczy,   obrzydliwy   uśmiech   i   obrzydliwy

tyłek. 

Nicole spojrzała na nią zdziwiona. 

-   Zdjął   marynarkę,   wychodząc   -   wyjaśniła.   -   Przyjrzałam   mu   się

dokładnie. - Wykrzywiła twarz. - Obrzydliwy! 

Nicole uśmiechnęła się bez słowa. 

Skręciła za róg holu przy windzie, spodziewając się niemal, że go nie

będzie. Ale nie. Stał tam w spranych dżinsach, opinających się na jego

szczupłych   biodrach,   granatowy   T-shirt   podkreślał   ładnie   muskulaturę

torsu. Chociaż był ubrany na luzie, jego mina mówiła, że wcale się tak nie

czuje. 

Bez słowa dotknął guzik windy, a Nicole poczuła ucisk w żołądku. 

- Zacznijmy na zewnątrz - zaproponowała. 

Znowu dźgnął guzik. 

- Wolę zacząć tutaj. 

-   Potrzebuję   świeżego   powietrza   -   powiedziała   szybko,   czując

przypływ paniki. 

background image

Rozległ się dzwonek windy. 

-   Nasz   pojazd   zajechał   -   powiedział,   patrząc   na   nią   wyzywająco,

podczas gdy stare drzwi otworzyły się bezszelestnie. - Pani pierwsza. -

Ironicznym gestem zaprosił ją do środka. 

Poczuła suchość w ustach, gdy wszedł za nią do kabiny. Drzwi, nagle

niezawodne, zamknęły się szybko za nimi. Nie odwróciła się do niego. 

- Przyjęte jest, że w windzie stoi się przodem do drzwi - powiedział

cicho. 

- Przyjęte jest, że zna się czyjeś imię, zanim się mu niszczy życie. 

Starając   się   go   nie   dotknąć,   sięgnęła   ręką   do   tablicy   z   guzikami   i

wybrała   przycisk   drugiego   piętra.   Skrzyżował   ramiona   na   piersiach   i

cofnął się o krok, czekając na ruch windy. Niecierpliwie sięgnęła ręką do

guzika, chcąc nacisnąć go po raz drugi, ale Quinn złapał ją za nadgarstek. 

- Dlaczego to zrobiłaś? - spytał ze złością. 

- Musimy wjechać na drugie piętro, by dostać się na dach - odparła,

zaskoczona. 

- Dlaczego mnie wykorzystałaś? 

- Jak to „wykorzystałam"? 

- Do ogłoszenia. 

-   To   proste   -   odparła,   wzruszając   ramionami   i   rzuciła   okiem   na

światełko nad jego głową. Nie ruszyli z poziomu holu. 

- Słucham? 

- Musiałam wymyślić coś na billboard, i to szybko. Powiedziano mi,

że seks napędza reklamę, więc oczywiście pomyślałam o tobie. 

- Oczywiście. 

- No tak... spotkałam ciebie, a następnego dnia dowiedziałam się o tej

background image

wolnej powierzchni reklamowej, więc... 

- I myślałaś tylko o własnych potrzebach, więc nie obchodziło cię, że

zakpisz z „jakiegoś „aroganckiego bałwana".

- Nie wiedziałam, że to ty jesteś Quinn McGrath z firmy Jorgensena.

Przecież odwołałam spotkanie. Właściwie skąd się tu wtedy wziąłeś? 

- A gdybyś wiedziała, kim jestem, co to by zmieniło? 

- Jak to co? Przecież nie sypia się z wrogiem. 

- Dlaczego uznajesz mnie za wroga, Nicole? Przywożę ci bilet, który

umożliwi porzucenie tej rudery... 

- To nie jest żadna rudera! Mógłbyś przestać tak mówić? 

- Zniszczona przez huragan staroświecka rudera, która najwyraźniej

nie jest warta tego, by zainwestować w nią pieniądze z odszkodowania,

które wraz ze swoim koleżką Tomem chomikujesz z przeznaczeniem na

inne cele. 

Poczuła   uderzenie   krwi   do   głowy,   tym   razem   nie   z   powodu   jego

elektryzującej obecności. Zaciskając zęby ze złości, podeszła do niego i

puknęła go palcem w twardą jak granit klatkę piersiową. 

-   Powtórzę   jeszcze   raz,   McGrath   -   zupełnie   mnie   nie   znasz.   Mar

Brisas to mój dom. To część mojej przeszłości i cała moja przyszłość. Jest

teraz w strasznym stanie, ale nie z mojej winy. 

Cholerny Tom Northcott i jego ostrzeżenia. Musi powiedzieć temu

facetowi, jak się sprawy mają. 

-   Nie   dostałam   żadnych   pieniędzy   od   firmy   ubezpieczeniowej.

Gdybym   dostała,   zmieniłabym   dach,   wyremontowała   apartamenty,

wymieniłabym   szyby   na   wiatroodporne,   zrobiłabym   porządne   schody   i

poręcze. I na pewno naprawiłabym tę zwariowaną windę - przerwała na

background image

chwilę, na próżno starając się opanować drżenie głosu. 

- I wolałabym się całować z samym diabłem zamiast sprzedawać tę

posiadłość   jakiemuś   cwanemu   nowojorczykowi,   który   zamieni   ją   w

kolejny plastikowy pałac pozbawiony charakteru, bez żadnej przeszłości. 

Stał nieruchomo i patrzył na nią bez słowa. 

- Nicole - powiedział wreszcie cicho. - Winda się zacięła. - Nacisnął

parę guzików, ale nic to nie pomogło. 

- O, nie, tylko nie to - jęknęła i spytała z nadzieją: - Masz telefon? 

-   Nie   przy   sobie.   -   A   gdy   spojrzała   na   niego   z   niedowierzaniem,

poklepał   się   po   kieszeniach   i   dodał:   -   Po   zakończeniu   spotkania

rozpocząłem wakacje, więc... 

- Wakacje? 

-   Tak,   mam   tygodniowy   urlop.   Ale   nie   martw   się,   pojadę   gdzie

indziej. 

Przełknęła   ślinę   i   odwróciła   wzrok,   by   ukryć   rozczarowanie.   Musi

jakoś przeboleć te wszystkie stracone możliwości. 

- To co robimy? - spytał, stukając lekko w drzwi. - Walimy? 

Zakasłała, by opanować chichot. 

-   Możemy,   chyba   że   pomożesz   mi   się   tam   dostać   -   powiedziała,

wskazując klapę w suficie. - Zwykle udaje mi się podłączyć ten kabel. 

Omiótł ją pożądliwym wzrokiem. 

- Chcesz tam wejść w takim stroju? To do ciebie niepodobne. 

Włożyła   ręce   do   kieszeni   dżinsów,   by   nie   zauważył   ich   lekkiego

drżenia. 

- Czy moglibyśmy  wreszcie  puścić w niepamięć  tamto  spotkanie  i

postarać się wyjść z windy? 

background image

- Dobrze, ale zdejmiesz to ogłoszenie. 

Pokręciła przecząco głową, odczuwając swego rodzaju satysfakcję, że

może mu się sprzeciwić. 

- Nie. 

- Nie? 

- Gdy mówię „nie", to znaczy, że tak myślę. Nie zdejmę tej reklamy.

Denerwuje cię, bo jeśli zapewni mi dochody, nie będziecie mogli kupić tej

posiadłości. 

Przejechał dłonią przez włosy, a gdy pozostały zmierzwione, miała

wielką ochotę je przygładzić. 

- Nieprawda. Denerwuje mnie to, że reklama wyśmiewa to, co między

nami zaszło. 

- Mogłabym sądzić, że raczej łechce twoje męskie ego. 

- Wygląda na to, że ty też zupełnie mnie nie znasz - powiedział ze

smutkiem. 

Poczuła, że kolana się pod nią uginają, i musiała się oprzeć o ścianę.

Oho, pomyślała, pan Czaruś w akcji. Liczy na to, że ona straci głowę i

zdecyduje   się   na   szybki   numer   w   windzie.   Odchrząknęła   nerwowo   i

spojrzała na swoje stopy. Potem szybko zrzuciła z nóg sandały. 

- Co ty wyprawiasz? - spytał ze zdziwieniem. 

- Zdjęłam buty, by nie podrapać ci dłoni, kiedy stanę na nich, by nas

stad wydostać. - Splotła dłonie i pokazała mu, jak je trzymać. 

Gdy zrobił, jak kazała, wspierając się o jego ramiona, zgięła nogę i

postawiła stopę w koszyczku z jego dłoni. 

- Do góry! - zakomenderowała, a gdy wykonał polecenie, chwyciła

rączkę klapy w suficie i otworzyła ją jednym szarpnięciem. 

background image

Przytrzymał ją za uda. 

- Co robisz? 

- Przytrzymuję cię, żebyś nie spadła.- Przesunął delikatnie dłonią po

jej nodze. Czuła przez dżinsy ciepło jego skóry. 

Zaczęła nerwowo majstrować przy kablu, który się zawsze rozłączał. 

- Jeszcze chwilkę - sapnęła. 

- Mnie się nie spieszy - zapewnił. 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

- Udało się! 

Winda gwałtownie ruszyła z miejsca. Quinn, ostrożnie podtrzymując

Nicole, pomógł jej stanąć pewnie na podłodze. Wytarła dłonie o dżinsy i,

wciąż unikając wzrokowego kontaktu, długo zapinała sandały. 

Była zaróżowiona, a jej ruchy zdradzały napięcie. Zanim zdążył coś

powiedzieć, drzwi otworzyły się na drugim piętrze. 

- Zacznijmy od samej góry - powiedziała. - Możemy wejść na dach z

jednego z apartamentów. Jak zobaczysz, w jakim to wszystko jest stanie,

może nie będziesz chciał oglądać reszty. 

-  Zdaje  się,  że  masz  przekonać  mnie  do  kupna,  a  nie   odwrotnie  -

przypomniał, z trudem nadążając za jej szybkim krokiem. - Te wszystkie

zniszczenia są spowodowane przez huragan?! 

-   Gdy   nadszedł   huragan,   dach   miał   około   piętnastu   lat.   Wymagał

drobnych   napraw,   ale   poważne   szkody   wyrządził   dopiero   ten   wiatr.

Starałam się zrobić jakieś prowizoryczne naprawy, ale musiałam zamknąć

to piętro, bo w czasie silnego deszczu dach bardzo przecieka. Potrzebne są

nowe   dachówki.   W   wielu   miejscach   papa   jest   zerwana   i   drewniana

background image

konstrukcja jest wystawiona na deszcz. 

Gdy   dotarli   do   ostatniego   pokoju   w   korytarzu,   Nicole   wyciągnęła

klucz i otworzyła drzwi. 

Quinn natychmiast poczuł zapach wilgoci. Ciemny i chłodny pokój

był   zastawiony   komodami   i   szafkami   nocnymi.   W   rogu   stały   wiadra,

przygotowane   na   kolejny   deszcz,   a   drabina   była   oparta   o   ścianę   obok

materaca w plastikowym pokrowcu. 

Nicole wprawnym ruchem otworzyła drzwi prowadzące na balkon i

chwyciła drabinę, kierując się z nią w tamtą stronę. 

- To moje sprytne wyjście na dach - wyjaśniła. 

-   Daj,   ja   to   zrobię   -   powiedział   i   niechcący   położył   ręce   na   jej

dłoniach. 

Syknęła,   jakby   przeszedł   ją   prąd.   Na   chwilę   ich   spojrzenia   się

spotkały, a jego znów zadziwił intensywny błękit jej oczu. Nie spuściła

wzroku   i   patrzyli   tak   na   siebie   przez   chwilę,   która   wydawała   im   się

wiecznością. 

Quinn   natychmiast   przywołał   się   do   porządku.   Nie   może   ulegać

urokowi tej kobiety. Obejrzy jej posiadłość, złoży ofertę kupna i wyjedzie.

Zsunął ręce i chwycił metalową drabinę nieco wyżej. 

- Gdzie mam to postawić? - spytał obojętnym tonem. 

Podeszła do balustrady balkonu. 

- Tutaj, jeśli nie masz lęku wysokości. Ja zazwyczaj podciągam się do

tamtego parapetu i stamtąd przechodzę na dach. 

Powędrował wzrokiem we wskazane miejsce. 

-   Włazisz   na   ten   parapet,   by   dostać   się   na   dach?   -   spytał   z

przerażeniem. 

background image

- Oczywiście, nie sądzisz chyba, że po każdym deszczu przylatuje tu

Święty Mikołaj z rolką papy. - Przymrużywszy oczy, zaczęła przyglądać

się   uważnie   fragmentowi   nad   łukowatym  oknem.   -   O,   nie   -   jęknęła.   -

Znowu kawałek się oderwał. 

Bez dalszych wyjaśnień weszła do pokoju, by wrócić z rolką papy i

skrzynką na narzędzia. 

- Możemy to teraz umocować - oznajmiła. 

Dźgnęła go rolką w brzuch, o wiele mocniej, niż było trzeba. Mruknął

coś z niezadowoleniem. 

- Co jest, Mac? Rekin od nieruchomości boi się trochę upaprać? 

Zabrał   jej   rolkę   papy   i   spojrzał   na   nią   przymrużonymi   ze   złości

oczami. 

- Daj mi tę skrzynkę z narzędziami i sam się rozejrzę. Nie będziesz

tam wchodzić. 

- Słucham? - Upuściła skrzynkę z łomotem i już prawie pomyślał, że

zamierza mu przyłożyć za to, że zakwestionował jej sprawność. - To jest

wciąż jeszcze moja posiadłość i mogę sobie wchodzić, gdzie mi się żywnie

podoba. 

Rozłożyła   zręcznym   ruchem   drabinę,   założyła   haczyki

zabezpieczające i przesunęła sprzęt na krawędź balkonu. Zdecydowanym

ruchem   podniosła   skrzynkę   i   postawiła   stopę   na   pierwszym   stopniu,

spoglądając na Quinna przez ramię. Jego wzrok spoczął na jej zgrabnej

pupie opiętej przez dżinsy. 

- Chodź za mną - rzuciła. 

Gdziekolwiek   sobie   zażyczysz,   pomyślał,   a   wzruszając   ramionami,

powiedział: 

background image

- W porządku. Jak powiedziałaś, to twoja posiadłość. 

Ruszył   jej   śladem,   śledząc   zawiłą   trasę   na   dach,   którą   zręcznie

przemierzała   w   śliskich   sandałkach.   Wyglądało   na   to,   że   robiła   to

wcześniej   wiele   razy.   Jej   nieustraszoność   zrobiła   na   nim   wrażenie,   a

determinacja wręcz zadziwiła. 

Czegoś  takiego   nie   spodziewałby   się   po   „Nicku"   Whitakerze.   Gdy

wyjęła młotek i wsadziła w usta trzy gwoździe do przybijania papy, uznał,

że ją też źle ocenił. 

- Odetnij mi kawałek papy - powiedziała niewyraźnie, trzymając się

jedną ręką niepewnej dachówki, a drugą wskazując młotkiem na papę. 

Odwinął   kawałek   papy   i   wyjął   ze   skrzynki   nożyce   do   jej   cięcia.

Zapach   smołowanego   materiału,   gorąco   bijące   z   dachu   i   dziwne

nachylenie   ciała   wywołały   falę   wspomnień.   Przypomniały   mu   się   te

długie,   letnie   dni,   gdy   pracował   z   Colinem   i   Cameronem,   ich   ojciec

wykrzykiwał z dołu polecenia, a oni w pocie czoła kończyli konstrukcję

kolejnego domu na bogatych przedmieściach zachodniej Pensylwanii. 

Jakiż   był   wtedy   szczęśliwy.   Lubił   tę   ciężką   pracę,   ból   mięśni,

towarzystwo   swoich   braci.   Ku   swemu   zaskoczeniu   uświadomił   sobie

nagle, jak bardzo mu tego wszystkiego brakuje. 

-   Dobrze   by   było,   gdybyś   zdążył   to   zrobić   jeszcze   dzisiaj   -

powiedziała   niezbyt   wyraźnie,   ale   nie   wypuszczając   z   ust   ani   jednego

gwoździa. 

Omal   nie   parsknął   śmiechem.   Była   prawdziwym   dekarzem.   Przez

jakiś czas pracowali bez słowa, naprawiając uszkodzenie, które udało jej

się zlokalizować. Bez szemrania przytrzymywał papę, podczas gdy ona

waliła młotkiem, wbijając gwoździe wokół łaty i klnąc z dużą inwencją,

background image

gdy nie wcelowała we właściwe miejsce. 

W pewnej chwili zatrzymał wzrok na wycięciu jej białej bluzki, która

rozchyliła się na tyle, że mógł podziwiać zarys pięknych piersi. Gdy nagle

skończyła   przybijanie   gwoździ   i   uniosła   wzrok,   zauważyła,   gdzie

skierowane jest jego spojrzenie. Prostując się, obciągnęła bluzkę. 

-   Chcesz   przejść   się   po   dachu   i   policzyć   pęknięte   dachówki,   czy

widziałeś już dość? - spytała zaczepnie. 

- Bez oglądania dachu wiem już, że potrzebujesz nowego. - Zwinął

papę i omiótł wzrokiem popękane dachówki przetykane łatami z papy. -

Co najmniej siedemdziesiąt pięć tysięcy. 

-   Sześćdziesiąt   osiem,   jeśli   się   weźmie   standardowe   hiszpańskie

dachówki i nie wydziwia z importowanymi klejami. Mam kalkulację w

biurze. 

Patrzył,   jak   pakuje   narzędzia,   jednocześnie   schodząc   z   dachu   i   od

czasu do czasu ocierając wierzchem dłoni czoło. 

- Poza tym mam pewien zapas dachówek, które podarowano mi po

sztormie, przechowuję je w jednym z pokoi służących teraz za magazyny.

Szybko się je mocuje i wychodzi tanio, jeżeli nie płacisz za robociznę. -

Osłoniła oczy od słońca i spojrzała na niego. - Czy twoja firma mogłaby

zaproponować tę wyższą cenę kupna? 

Całkiem prawdopodobne. 

- A czy możesz mi wytłumaczyć, co to znaczy, że jak twierdzisz, nie

dostałaś pieniędzy z ubezpieczenia? 

Rzuciła mu ostre spojrzenie. 

- Jak staniemy na pewnym gruncie - mruknęła. 

Uklękła   i   zaczęła   ostrożnie   schodzić   z   dachu.   Gdy   znaleźli   się   na

background image

balkonie,   schował   drabinę,   a   ona   odłożyła   narzędzia   i   wytarła   ręce   o

dżinsy.   Odgarnęła   za   uszy   kosmyki   włosów   opadające   jej   na   twarz   i

zostawiła na policzku brudną smugę. Korciło go, by ją wytrzeć. 

- Padłam ofiarą niekorzystnie sformułowanej polisy ubezpieczeniowej

-   wyjaśniła,   zamykając   suwane   szklane   drzwi   i   biorąc   pęk   kluczy   z

szufladki komody stojącej pośrodku pokoju. - Chodź, pokażę ci basen. 

- O jakie sformułowanie chodziło? 

- Ogólnie rzecz biorąc, o to, że moja polisa pokrywała ewentualne

szkody   spowodowane   przez   wodę.   Huragan   zaś  ubezpieczyciel   określił

jako   „suchy   sztorm".   Było   dużo   deszczu,   ale   nie   podchodziło   to   pod

powódź czy zalanie. Trzy tygodnie po przejściu huraganu dowiedziałam

się,   że   nie   jestem   ubezpieczona   na   wypadek   szkód   wywołanych   przez

wiatr, a cholerny inspektor ubezpieczeniowy nie chciał w ogóle pójść mi

na rękę. 

Quinn zauważył, że tym razem Nicole wybrała schody. 

- Czy w ogóle dostałaś jakieś pieniądze? - spytał. 

Wzruszyła ramionami na zakręcie schodów. 

- Dziesięć procent tego, czego potrzebowałam. Poza tym oczywiście

straciłam   mnóstwo   forsy   przez   odwołane   rezerwacje   w   poprzednim

sezonie,   a   w   tym   też   jest   kiepsko,   bo   do   agentów   dotarły   pogłoski   o

marnym stanie budynku. 

- Teraz, gdy dałaś ogłoszenie, sytuacja chyba się trochę poprawiła. 

Zwolniła swój dziarski krok i z westchnieniem przymknęła oczy. 

- Zaproponowano mi darmową przestrzeń reklamową - powiedziała

cicho.   -   Nie   miałam   pieniędzy   na   projekt,   zdjęcia   czy   profesjonalny

copywriting. - Spojrzała mu w oczy, bez widocznego poczucia winy. -

background image

Zaryzykowałam. 

- Czy nie pomyślałaś, jak się poczuję, kiedy to zobaczę? 

Pokręciła przecząco głową. 

- Powiedziałeś, że wyjeżdżasz z samego rana, nie sądziłam, że jeszcze

kiedyś cię zobaczę. 

-   No   cóż,   myliłaś   się   -   powiedział   cicho,   przytrzymując   jej   drzwi

prowadzące na basen. - Bardzo chciałem cię odnaleźć. 

Bo myślałem, że jesteś „tą jedyną", dodał w myślach. 

Od tych słów zrobiło jej się bardziej gorąco niż od słońca Florydy,

które   zalało   ją,   gdy   wyszli   na   zewnątrz.  „Bardzo   chciałem   cię

odnaleźć..." . Czy to możliwe? I czy to prawda, że ogłoszenie zraniło jego

uczucia? 

No cóż, tego się już nie dowie, bo nie może pozwolić sobie na kolejną

intymną rozmowę z tym facetem. Z tego mogą być same kłopoty. Mogła

nienawidzić go jako potencjalnego kupca Mar Brisas, ale kobieca część jej

natury sprawiała, że co chwila rzucała na niego ukradkowe spojrzenia i nie

mogła uwolnić się od jego czaru. 

Gdy byli na dachu, o mało nie przybiła sobie własnych palców do

papy, co chwila spoglądając na duże, silne ręce przytrzymujące materiał.

Zbyt   dobrze   pamiętała   dotyk   tych   rąk.   Przyglądając   się   jego

wypielęgnowanym dłoniom biznesmena o ładnie przyciętych paznokciach,

nie mogła nadziwić się, jak sprawnie radziły sobie, gdy zażądała, by był

jej pomocnikiem. 

Tak, Quinn McGrath był cudowny. Sukinsyn, który zamierzał zabrać

jej szczęście, był najseksowniejszym facetem, jakiego kiedykolwiek znała.

Unikała takich mężczyzn jak on, którzy lecieli na przypadkowy seks bez

background image

zobowiązań. Zresztą tych, których interesowały zobowiązania, też unikała.

Po co jej jakieś więzy. 

-   Czy   tę   polisę   ubezpieczeniową   oglądał   jakiś   prawnik?   -   spytał

Quinn. 

Pytanie   wyrwało   ją   z   zamyślenia.   Przystanęła   przy   basenie,

zadowolona, że brat Sally oczyścił go z własnej inicjatywy i za darmo.

Przynajmniej to miejsce prezentowało się schludnie, choć przydałyby się

pewne naprawy. 

- Oglądał ją prawnik z banku. Powiedział, że nic się nie da zrobić. 

Quinn   wyjął   z   kieszonki   T-shirta   ciemne   okulary   i   nałożył   je,

zasłaniając swoje seksowne oczy. Teraz jeszcze bardziej niż poprzednio

przypominał   faceta   z   reklamy   w   kolorowym   magazynie.   Nicole

pożałowała,   że   sama   nie   ma   ciemnych   szkieł,   przez   które   mogłaby

bezkarnie pożerać go wzrokiem. Zamiast tego odwróciła się i wpatrzyła w

basen. 

- Przyjrzę się jej, jak dostanę te papiery z banku - powiedział tym

swoim oficjalnym tonem. 

- Dlaczego miałbyś oglądać moją polisę ubezpieczeniową? - spytała

niespokojnie,   wpatrując   się   w   ciemne   okulary,   przez   które   nie   mogła

wyczytać wyrazu jego oczu. Przypomniała sobie ostrzegawcze spojrzenie

Toma Northcotta. 

Wzruszył ramionami. 

- Takie są zasady w interesach. A ty nie możesz mi tego zabronić.

Jestem kupującym i prawo Florydy upoważnia mnie do tego. Skąd mam

wiedzieć, czy ta polisa nie jest sformułowana w ten sposób, że kupujący ją

dziedziczy? Jakie to jest towarzystwo ubezpieczeniowe? 

background image

Wymieniła nazwę i przygryzła dolną wargę, rozważając jego słowa.

On   naprawdę   zamierzał   kupić   jej   posiadłość.   Czuła,   jak   Mar   Brisas

wymyka jej się z rąk. Czuła, jak traci wszystko, co zdobyła ciężką pracą,

całą swoją przeszłość i plany na przyszłość. Ciocia Freddie wychowała ją

na   kobietę   czynu   i   brak   perspektyw   do   działania   wydawał   się   Nicole

przerażający. 

Rozejrzała   się   wokół,   uznając,   że   roślinność   wymaga   przycięcia,   a

meble stojące nad basenem są mocno podniszczone. 

- Wiem, że to wszystko jest teraz w kiepskim stanie, ale dostrzegasz

chyba   tkwiący   tutaj   potencjał?   -   spytała.   Była   zła   na   siebie,   że   nie

zapanowała nad drżeniem głosu. 

Zsunął okulary i spojrzał jej w oczy nad oprawkami. 

- Widzę tu ogromny potencjał - szepnął z dwuznacznym uśmiechem. -

Jednak nie jestem nim zainteresowany. Wiesz, jakie są zamierzenia firmy

Jorgensena wobec tego terenu. 

Tak, wszystko zostanie zrównane z ziemią, zanim zdąży rozpakować

rzeczy   u   cioci   Freddie.   Na   samą   myśl   o   tym   przyszła   jej   ochota,   by

wepchnąć Quinna do basenu. Zamiast tego skrzyżowała ręce na piersiach i

rzuciła mu twarde spojrzenie. 

- Powinno się budować piękne domy i chronić piękne zabytki, a nie

niszczyć   je   buldożerami   po   to,   by   stawiać   szklane   ohydztwa,   które

zasłaniają widok i rażą swoim wyglądem. 

Minął   ją   bez   słowa   i   wspiął   się   na   pozbawiony   kwiatów   krzak

hibiskusa   rosnący   obok   budynku.   Tuż   za   nim   było   okno   parteru,   przy

którym   zwisała   smętnie   drewniana,   ręcznie   wykończona   okiennica.

Poprawił ją, by wisiała jak należy. 

background image

- To łatwo da się naprawić - powiedział. - Wszystkie tak się obsuwają?

- Niektóre - odparła cicho. - Próbowałam naprawiać te, do których

mogłam dosięgnąć. Widocznie tę przeoczyłam. 

Odwrócił się do niej i przesunął okulary nad czoło. 

- Właściwie to wiem całkiem sporo o budowaniu pięknych domów,

Nicole. Pochodzę z rodziny, w której od pokoleń byli budowniczowie i

stolarze   czy   inni   rzemieślnicy,   którzy   tworzyli   takie   domy   jak   ten.   Po

prostu wybrałem bardziej lukratywny aspekt branży budowlanej. 

Lukratywny. No jasne. 

Chodziło   mu   wyłącznie   o   szmal.   W   końcu   aspirował   do   tego,   by

zostać kolejnym Donaldem Trampem. Na razie pracował dla kogoś w tym

stylu. Jak mogła zapomnieć o tym i Uczyć, że pod jego twardym torsem

kryje się czułe serce? Że może dbać o jakieś tam zabytki. 

Wyszedł zza krzaka hibiskusa i stanął na odległość wyciągniętej ręki. 

-   Powodzenia,   panie   McGrath.   Mam   nadzieję,   że   zarobi   pan   dużo

pieniędzy na tej transakcji. 

Ku   jej   zaskoczeniu,   dotknął   jej   koniuszkami   palców,   delikatnie

ścierając jakieś zabrudzenie z twarzy. 

- Tak właśnie zamierzam - odparł spokojnie. - Dlatego tu wróciłem. 

- Naprawdę? Dziś rano twierdziłeś, że przyjechałeś, by mnie odnaleźć.

-  No  i  znalazłem.  - Opuścił wolno  rękę, ale  pochylił się  bliżej  jej

twarzy. - A teraz zdejmij to głupie ogłoszenie, daj mi papiery, o które

prosiłem,   i   przestań   gapić   się   na   mnie   tak,   jakbyś   chciała,   żebym   cię

pocałował tak jak wtedy. 

- Ale ja wcale nie... - zaprotestowała. 

-  Owszem   -  przerwał   z   uśmiechem.   -  I   następnym  razem,   uważaj,

background image

skarbie, bo mogę to zrobić. 

Zsunął okulary na nos. 

- Gdybyś mnie potrzebowała, jestem na plaży. Dzięki za obchód. 

Patrzyła bez słowa, jak odchodzi. A niech go. Rzeczywiście chciała,

by ją całował tak jak wtedy. 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Po   południu   Quinn   nie   mógł   sobie   znaleźć   miejsca.   Próbował   się

trochę   zrelaksować   na   werandzie,   ale   dręczyły   go   niespokojne   myśli.

Pływał  długo  w  zatoce,  wciąż  mając  oko  na pustą   willę  Nicole.  Przez

chwilę zamierzał nawet wymeldować się z Mar Brisas, ale coś, czy raczej

ktoś powstrzymał go od tego. 

Zamiast tego postanowił przejechać się po wyspie. Na jej północnym

krańcu, gdzie po obecności sklepików i knajpek mógł się domyślić, że jest

w „mieście", ujrzał mały pawilon na plaży z siatkowymi drzwiami, który

wyglądał na pełne autentyzmu miejsce, omijane przez turystów. 

Quinn usiadł przy barze i zamówił piwo, które podano mu w sporym

oszronionym kuflu. 

- Mamy dziś dobre krewetki i ostrygi - zaproponował barman, którego

twarz była osmagana wiatrem tak jak ściany knajpy. Miał siwe gęste włosy

i taki sam dwudniowy zarost. 

- Nie, dziękuję - odparł Quinn. 

Barman szybko zmierzył go wzrokiem. 

- Gdzie się pan zatrzymał? 

- W Mar Brisas - powiedział Quinn, biorąc duży łyk zimnego piwa. 

- A, u małej Nicole? - Białe brwi uniosły się ze zdziwieniem. 

background image

- Tak, zna ją pan? - odpowiedział, zaskoczony, że ktoś może użyć w

stosunku do niej takiego określenia. 

- Jasne - rzucił, wycierając bar szmatką. - Znam też jej ciotkę, znałem

ojca i dziadków, a nawet raz spotkałem starego  Whitakera, gdy byłem

małym chłopcem. Wtedy Mar Brisas należało jeszcze do niego. 

Quinn znieruchomiał z kuflem w ręku. 

- Jak to? Jej dziadek był właścicielem tego ośrodka? 

- Jej pradziadek. Nie tylko był właścicielem, ale sam wybudował ten

pensjonat w latach trzydziestych. Właściwie to on odkrył tę wyspę. Jej

dziadek prowadził ten ośrodek przez jakiś czas, a potem sprzedał go w

latach sześćdziesiątych, chyba jak Freddie i Frank byli w szkole średniej. 

- Freddie i Frank? 

- Ojciec Nicole, Frank, i jej ciotka, Freddie Whitaker. 

Zaintrygowany Quinn pochylił się nad barem. Nie miał pojęcia, że

pensjonat należał do jej rodziny od pokoleń. 

- A co się stało później? 

Barman wzruszył ramionami. 

- Pensjonat zmieniał wielokrotnie właścicieli, ale zawsze był jakby

sercem tej wyspy. Freddie nawet tam pracowała przez jakiś czas, zanim

zaczęła wydziwiać z tym wymyślaniem ubrań. No, a Frank wyjechał do

Chicago i... no cóż. 

- Co się stało? - Quinn nagle koniecznie musiał wiedzieć, co się stało z

Frankiem   Whitakerem,   mężczyzną,   o   którym   barman   mówił   w   czasie

przeszłym. 

- Coś potwornego. Zginął wraz z żoną w wypadku samochodowym na

oblodzonej drodze, gdy Nicole miała jakieś osiem, dziewięć lat. Wtedy

background image

przyjechała na wyspę. - Pokręcił głową i wsparł się obiema rękami o bar. -

Freddie przyprowadzała tu czasem to biedactwo. Była taka chudziutka, z

oczyma wielkimi jak spodki, wystraszone chucherko. 

Quinn poczuł ucisk w sercu, gdy wyobraził sobie Nicole, osieroconą i

wysłaną do ciotki. Barman wrócił do teraźniejszości. 

- Nic dziwnego, że jak dorosła, kupiła ten pensjonat, skoro był częścią

jej rodzinnej historii, no ale teraz, cóż... 

- Co teraz? 

-  Została   wykiwana  przez   towarzystwo  ubezpieczeniowe,   które   nie

wypłaciło jej odszkodowania po zeszłorocznym huraganie. Będzie musiała

sprzedać to wszystko, biedactwo - pokiwał głową ze smutkiem, po chwili

jednak rozpogodził się i dodał: 

- Ale ona jest bystra jak jej ojciec i ładna jak ciocia Freddie, więc na

pewno   jakoś   sobie   poradzi.   Wszyscy   na   wyspie   ją   uwielbiają.   Wielka

szkoda, że większość starej gwardii została wyparta przez tych bogatych

deweloperów. Ja jeszcze się jakoś trzymam, ale dostaję wiele kuszących

propozycji. 

Quinnowi wydało się nagle, że piwo ma gorzki smak, i energicznie

odstawił kufel na ladę. Stary barman się zaśmiał. 

- Przepraszam, że nudzę pana tymi starymi historiami. Ale cieszę się,

że Nicole ma choć paru klientów. Jest pan pewien, że nie chce surowych

ostryg? Najlepsze na wyspie. 

Quinn przypomniał sobie, że są uznawane za świetny afrodyzjak, i

zdecydowanie odmówił, uznawszy, że go nie potrzebuje. Położył na barze

pięciodolarowy banknot i impulsywnie potrząsnął ręką barmana. 

- Miło się z panem rozmawiało. - W odpowiedzi otrzymał serdeczny

background image

uśmiech i mocny uścisk dłoni. 

- Może jeszcze jedno piwo? - zaproponował. 

Quinn zszedł ze stołka i spojrzał na zegar. 

- Nie mogę, dochodzi siódma - powiedział. I z nagłym uśmiechem

dodał: - Mam randkę. 

Nicole obudziła się nagle, nie wiedząc, czy usłyszała jakiś hałas, czy

obudziła ją migrena, z której powodu położyła się do łóżka o czwartej.

Pomiędzy gałęziami widocznymi przez okno widziała fioletowoniebieskie

smugi   światła,   po   których   domyślała   się,   że   słońce   musiało   już   zajść.

Nagle usłyszała głośne stukanie do drzwi. 

- Nicole? Jesteś tam? 

Zerwała się z łóżka i spojrzała na zegarek. Była dokładnie siódma.

Chyba   nie   przyszedł   na   randkę,   na   którą   to   niby   miała   włożyć   ładną

sukienkę. 

Tym razem użył dzwonka. Nicole zasłoniła usta dłonią, zastanawiając

się, co ma  robić.  Cały  dom był pogrążony  w ciemności,  nie paliła  się

żadna lampka. Jeśli nie będzie hałasować, on zaraz odejdzie. 

Miała   na   sobie   tylko   majtki   i   stanik,   bo   idąc   do   łóżka   z   mokrym

ręcznikiem,   rozebrała   się,   rzucając   rzeczy,   gdzie   popadnie.   Podjęła

błyskawiczną   decyzję:   przeczeka   go.   Przymknęła   oczy   i   siedziała   bez

ruchu z nogami podciągniętymi pod brodę. Wreszcie usłyszała kroki na

werandzie. Dobrze, pomyślała. Udało się. 

Jednak będzie musiała teraz siedzieć po ciemku, bo mógłby zauważyć

światła ze swojego domu. Wstała z łóżka i poczuła gwałtowne ssanie w

żołądku. Przypomniała sobie, że jeszcze nic tego dnia nie jadła, bo rano

background image

była zbyt zdenerwowana spotkaniem z Makiem, a potem z Quinnem. 

Wstrzymując   oddech,   złapała   pierwszą   rzecz,   jaka   leżała   na   kupie

ubrań,   i   włożyła   ją   na   siebie.   Była   to   ta   niebieska   bluzeczka   na

ramiączkach,   którą   miała   na   sobie,   gdy   pierwszy   raz   spotkała   Maca.

Zrobiło jej się smutno. 

Postanowiła znaleźć po ciemku coś do jedzenia. Po omacku dobrnęła

do   kuchni   i   uchyliła   drzwi   lodówki.   Ujrzała   trzy   butelki   piwa,   które

zostały po wizycie Sally i jej brata. Nie, nie przełknęłaby piwa. Przywiędła

sałata i twarożek też nie wzbudziły jej entuzjazmu. 

Z nadzieją otworzyła zamrażalnik. To jest to! - pomyślała na widok

kubełka z lodami. Bezszelestnie wyjęła łyżeczkę z szuflady i wymknęła

się na werandę. Księżyc rozpoczął już swą wędrówkę nad horyzontem i

rzucał srebrzyste błyski na wody zatoki. 

Usiadła   w   rattanowym   fotelu   i   wciągnęła   w   płuca   aromatyczne

tropikalne powietrze. Będzie tu sobie siedziała i jadła lody, niezauważona

przez Quinna. Otworzyła pojemnik i jęknęła z rozkoszy, gdy wzięła do ust

pierwszą łyżeczkę. Czekolada, banany i orzechy włoskie. Pycha. 

- Jaki smak? - usłyszała nagle. 

Z   piskiem   zeskoczyła   z   fotela,   upuszczając   kubełek   z   lodami   na

podłogę.  Zobaczyła,  że  ktoś  się   poruszył  na  skrytym  w  mroku  drugim

fotelu po przeciwległej stronie werandy. 

- A co ty tu robisz?! - wrzasnęła ze złością. 

Wysunął się z mroku i ujrzała jego kpiące spojrzenie. 

- Przepraszam, nie zamierzałem cię wystraszyć. Myślałem po prostu,

że   zaraz   wrócisz,   więc   poczekam   na   werandzie.   Umówiliśmy   się

przecież... 

background image

- Chyba sobie żartujesz! 

Nie   spuszczając   z   niego   oczu,   schyliła   się,   by   podnieść   kubełek   z

lodami.   On   za   to   zaczął   wędrować   leniwym   spojrzeniem   po   jej   ciele.

Nicole   uświadomiła   sobie,   że   przecież   ma   na   sobie   tylko   wyciętą

bluzeczkę i białe koronkowe majtki. 

- Czy to jest twój strój wyjściowy? - spytał Quinn z uśmiechem. -

Bardzo mi się podoba, ale jest dość... swobodny. 

Wyprostowała się, nie ukrywając się wcale przed jego spojrzeniem.

Stojąc   półnaga   przed   tym   facetem,   czuła,   że   ma   nad   nim   władzę,   i

sprawiało jej to przewrotną przyjemność. 

- Moja kolacja ma kameralny  charakter - odparła, unosząc w górę

lody. 

- Nie zaprosisz mnie na nią? - spytał, patrząc jej w oczy. 

- Niech pomyślę... - Przerwała i zaczerpnęła kolejną łyżeczkę, a potem

zmysłowo polizała lody, spoglądając spod rzęs na jego reakcję. Później

wzięła  do  ust  całą  łyżeczkę  i z  westchnieniem   rozkoszy  zjadła  lody. -

Raczej nie. 

Zapadł   się   w   pogrążony   w   mroku   fotel,   więc   nie   miała   okazji

zobaczyć jego reakcji. Ona też usiadła i zaczęła spektakularnie zajadać się

lodami. 

- Dlaczego mi nie powiedziałaś, że twój pradziadek wybudował Mar

Brisas? - odezwał się nagle. 

Zamarła z łyżeczką zawieszoną nad lodami. 

- Skąd wiesz? 

- Rozmawiałem z miejscowymi. 

Cała przyjemność, jaką czerpała z drażnienia się z nim, zniknęła. Nie

background image

chciała, by wiedział, jak ważne jest dla niej Mar Brisas. Nie chciała, by

miał nad nią jakąś władzę. 

- To stare dzieje - powiedziała, siląc się na obojętność. 

- Właśnie. Dlatego tak ci zależy na zatrzymaniu tej posiadłości. 

Wzruszyła ramionami i bagatelizującym tonem odparła: 

- Miło jest mieć jakąś więź z przeszłością, Mac. Ale widać musi być,

jak jest. 

- Ale chodzi też o to, że to miejsce stanowi łącznik z twoim ojcem,

który zginął, gdy byłaś małą dziewczynką... 

Odstawiła   gwałtownym   ruchem   pojemnik   z   lodami   na   stolik   przy

fotelu i odwróciła się ku niemu ze złością. 

- Co za różnica dla ciebie, Donaldzie Trump? To tylko posiadłość przy

plaży, którą można  zmienić  w kopalnię złota. To biznes, zapomniałeś?

Moja przeszłość i rodzina nie mają tu nic do rzeczy. 

- Może tak, a może nie - powiedział cicho. Usłyszała skrzypnięcie

fotela, który przesunął bliżej, tak że światło księżyca padło na jego twarz. -

Muszę rozważyć wszystkie aspekty sprawy. 

Zapadła się głębiej w fotel, podkuliwszy pod siebie gołe nogi. 

- A co tu rozważać, Mac? Co chcesz wiedzieć? Co mogłoby zmienić

twoją decyzję? 

Dotknął lekko jej ramienia. Jego ręka była gorąca, koniuszki palców

słały elektryzujące sygnały przez jej skórę. 

-   Czy   kupiłaś   ten   pensjonat   dlatego,   że   twój   pradziadek   go

wybudował? 

Wzięła głęboki oddech, próbując oprzeć się szczerości pytania w jego

oczach. 

background image

- Kupiłam go, bo reprezentował dla mnie serce wyspy. Duszę małego

miasteczka,   które   przygarnęło   mnie,   gdy   byłam   sierotą,   i   gdzie   się

wychowałam.   To,   że   pradziadek   wybudował   pensjonat,   też   miało

znaczenie, tak samo jak położenie, cała historia tego miejsca, wszystko

razem... 

Potrząsnęła głową, a potem, by uniknąć bliskości, wstała i przeszła na

pogrążoną w mroku część werandy. 

- Nie zrozumiesz tego... - zakończyła prawie szeptem. 

Nie wiedziała, kiedy znalazł się tuż przy niej. 

- Bardzo dobrze wszystko rozumiem - powiedział cicho. 

Popatrzyła na niego bez słowa. W świetle księżyca widziała wyraz

jego ciemnych oczu. Rozchylił lekko usta i myślała, że zaraz ją pocałuje.

Cofnęła się o krok i oparła o balustradę werandy. 

- Mój ojciec projektował i budował piękne domy - powiedział, łapiąc

pasemko jej włosów, którym zaczął bezwiednie się bawić. - Każdego lata

razem z braćmi mu pomagaliśmy, dosłownie od chwili, gdy potrafiliśmy

udźwignąć   pas  z   narzędziami.   Przyjemnie   było  potem  spojrzeć   na   taki

piękny, drogi dom i powiedzieć: proszę, ja to zbudowałem. 

Nicole wpatrywała się w niego bez słowa. Puścił kosmyk jej włosów i

złapał następny, przysuwając się bliżej. 

- Bardzo lubiłem tę pracę, ale mój ojciec uważał, że właściwy sukces

polega   nie   na   tym,   by   budować   takie   domy,   ale   w   nich   mieszkać.

Motywował mnie i braci do tego, byśmy się kształcili i mieli potem dobrze

płatne   prace,   biura,   do   których   chodzi   się   w   dobrych   garniturach,   z

czystymi paznokciami. 

Nicole   wstrzymywała   oddech.   Był   tak   blisko,   czuła   jego   ciepło.   I

background image

mówił z taką szczerością. 

- A więc odniosłeś ten sukces - wydusiła z trudem. 

- Tak, jeśli spojrzeć na to oczami mego ojca. - Przyglądał się przez

chwilę jej ustom, a potem znów spojrzał w oczy. - Ale szanuję to, co zrobił

twój pradziadek i... - zaczął gładzić ją po policzku - to, co ty próbujesz

robić. 

Drugą ręką objął ją w talii. Jego usta były bardzo blisko, czuła prawie

dotyk jego torsu. 

- Naprawdę bardzo chcę cię pocałować - szepnął. 

Czy   mogła   odmówić?   Jej   usta   same   się   rozchyliły,   poczuła

omdlewającą   słodycz   w   całym   ciele.   Zamknęła   oczy   i   zachwyciła   się

dotykiem jego warg, zanim zdążyła pomyśleć, co robi. 

- Mmm... orzechy włoskie... - mruknął. - I banan... 

Omal   nie   parsknęła   śmiechem,   ale   wyrwało   jej   się   tylko   ciche

westchnienie,   gdy   przycisnął   ją   całym  ciałem   do   poręczy,  przesuwając

dłońmi po jej nagich udach. 

-  Jestem  Mac.   A  ty   jesteś  Błękitną   Damą,   pamiętasz?   -  szepnął.   -

Tylko   na   tę   jedną   noc   zapomnij   o   wszystkim.   Jestem   Mac   i

odpowiedziałem na ogłoszenie. 

Nie mogła oddychać ani wydobyć z siebie słowa. Poddawała się jego

coraz śmielszym pieszczotom. 

- Czyż nie  było tam mowy   o podróży  do  raju?  -  szepnął,  wodząc

wargami po jej szyi. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

- Nie. 

Quinn na początku myślał, że się przesłyszał. Odsunęła nieco głowę,

uniemożliwiając mu dalsze rozkoszowanie się jedwabistą skórą na jej szyi.

Miała   wciąż   jeszcze   przymknięte   oczy,   a   oddech   tak   samo   szybki   i

urywany jak on. 

- Nie chcę z tobą spać. 

- Nie będzie żadnego spania, gwarantuję. 

Potrząsnęła głową. 

- Nie pójdę z tobą do łóżka. 

Poczuł gwałtowne rozczarowanie, ale usiłował żartować dalej. 

- Nie potrzebujemy łóżka, skarbie. Tutaj bardzo mi się podoba. 

Wreszcie udało mu się wywołać uśmiech na jej twarzy. Otworzyła

oczy. 

- Nie będę się z tobą kochać, Quinn. 

- Mówiłem ci przecież, że dziś w nocy jestem Mac. 

-   Czy   naprawdę   sądzisz,   że   udawanie   nieznajomego   może   coś

zmienić?   Czy   myślisz,   że   tarzanie   się   w   łóżku   albo   na   podłodze   i

odurzający seks, choćby przez całą noc, zmieni cokolwiek? 

- No wiesz, prawdę mówiąc... - powiedział, wsuwając ramiączka jej

bluzki na miejsce, choć miał ochotę zrobić coś wręcz przeciwnego. - Takie

doświadczenie może nawet doprowadzić dorosłego mężczyznę do płaczu. 

Roześmiała się, a jemu zrobiło się ciepło na sercu. Uświadomił sobie,

jak bardzo lubi ją rozśmieszać. Poprawił ramiączka do końca i cofnął się o

krok, by oderwać się od jej ciała. 

-   Jesteś   oszałamiająco   seksownym   dekarzem,   panno   Whitaker   -

background image

powiedział z podziwem. 

Patrzyła na niego przez chwilę, aż jej oczy zaciągnęły się smutkiem. 

- Lepiej, będzie, jak już pójdziesz, Quinn. 

- Zaczekaj. - Znów się do niej zbliżył i pogładził jej ramiona, a potem

ujął dłonie. - Jakoś to zniosę. Nie będę już się na ciebie rzucał. Obiecano

mi randkę z damą, więc oto jestem. 

Otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale położył na nich palec. 

-   No   dobrze,   nie   będziemy   nigdzie   wychodzić.   Ale   czy   nie

moglibyśmy... po prostu porozmawiać? 

Rzuciła mu sceptyczne spojrzenie. 

- My nie rozmawiamy. Walczymy ze sobą i... 

- Gramy - dokończył z uśmiechem. - Może spróbujemy spędzić czas

na kulturalnej rozmowie? Zjemy coś tutaj i pogadamy sobie. 

Potrząsnęła głową. 

- Nie mam nic na kolację. 

- Zamówimy pizzę. 

- Nie. - W jej głosie słychać było, że opór słabnie. 

- To ja coś przygotuję. - Nie dawał za wygraną. - Jestem świetnym

kucharzem. 

- Nie mam prawie nic do jedzenia i powinieneś... 

Miał   ją,   czuł   słodki   zapach   zwycięstwa.   Ale   musiał   postępować

bardzo ostrożnie. Cofnął się o krok i ogarnął ją wzrokiem. 

- Choć czynię to z prawdziwym bólem, czy wolno mi zasugerować,

żebyś coś na siebie włożyła? Przynajmniej szorty? Wówczas będę mógł

funkcjonować jak cywilizowany człowiek, a nie dziki samiec. 

Jej uśmiech rozjaśnił mrok. Dotknął jej ust palcem, patrząc jej w oczy.

background image

- Jesteś taka śliczna, Nicole - wyrwało mu się. 

-   Dziękuję.   -   Uśmiechnęła   się,   zdziwiona   niespodziewanym

komplementem. 

Pocałował ją w czoło. 

- Przygotuję kolację. 

- Daj mi kilka minut. Chcę wziąć prysznic. 

- Ja też - powiedział z uśmiechem, wyobrażając ją sobie nagą, mokrą i

namydloną. - Zimny. 

- Masz tu zostać - pogroziła mu palcem. 

- Słowo honoru - zapewnił, kładąc rękę na sercu. 

- Powodzenia w kuchni - rzuciła ze śmiechem, wysuwając się z jego

ramion. - Przygotuj się na rozczarowanie. 

- A ty  na  niespodziankę.  -  Patrzył za  nią,  jak  wchodzi do  środka,

światło księżyca obrysowywało jej zgrabną sylwetkę. Westchnął, ale nie

odrywał od niej oczu, dopóki nie znikła w mroku. 

Po   raz   pierwszy   od   chwili,   gdy   wszedł   rano   do   jej   biura,   Quinn

przypomniał sobie myśl, która budziła go każdego ranka, od kiedy spotkał

Błękitną Damę: „To ta jedyna". Jeśli to nie była ona, stanowiła na pewno

diabelnie dobrą imitację. 

Nicole puściła na ciało strumień ciepłej wody. W kłębach pary zaczęła

namydlać głowę szamponem. Jeszcze nigdy nie reagowała tak na żadnego

mężczyznę. Nie miała nawet pojęcia, że jest do tego zdolna. Do tej pory

miała tylko dwóch kochanków i obaj byli... przyjemni. Zadowalający. 

To, co z nimi przeżyła, było żałosnym doznaniem w porównaniu z

tym, które jej zafundował przed chwilą Quinn. A przecież były to tylko

background image

wstępne pieszczoty na werandzie. 

Wolała   sobie   nie   wyobrażać,   co   zrobiłby   w   łóżku.   Płucząc   włosy,

pomyślała,   że   zadowalający   kochankowie   są   o   wiele   bezpieczniejsi.

Większa dawka może  zaszkodzić.  Zakręciła  kran i długo wycierała  się

ręcznikiem, a potem szczotkowała włosy, by dać sobie czas na pozbieranie

myśli. 

Nałożyła trochę różu na policzki. Była taka blada. I lekko pociągnęła

rzęsy   tuszem.   Szminkę   sobie   daruje,   postanowiła,   zaciągając   mocno

zamek kosmetyczki. To nie była przecież żadna randka. 

O ładnej sukience także nie mogło być mowy. Włożyła biustonosz,

białą   podkoszulkę   i   cienkie   dresowe   spodnie,   przy   których   mocno

zaciągnęła sznurek. Współczesny pas cnoty, pomyślała, uśmiechając się

do siebie. 

Gdy wyszła z sypialni, ujrzała, że jadalnia jest pogrążona w mroku,

ale na małym stole w przylegającej bezpośrednio do niej kuchni palą się

dwie świeczki. Quinn stał z założonymi rękami, oparty o blat kuchenny.

Uśmiechał się z satysfakcją. 

Spojrzała   na  stół   i  zobaczyła,   że  jest  ładnie   nakryty,  przy   każdym

porcelanowym talerzu leżała serwetka, a na talerzach... kanapki. 

- Specjalność zakładu - powiedział zachęcająco, odsuwając dla niej

krzesło. - Masło orzechowe. 

- Masło orzechowe? - Parsknęła z rozbawieniem. 

- Oczywiście z dżemem. - Wziął płócienną serwetkę, strzepnął ją i z

galanterią ułożył na jej kolanach. 

Usiadł   naprzeciwko   i   z   pytającym   wyrazem   twarzy   uniósł   butelkę

piwa nad jej szklanką. 

background image

- Chyba skończyły nam się zapasy czerwonego wina. Czy pozwoli

pani, że naleję jej piwa? 

Skinęła głową z uśmiechem, czując dziwny ucisk w gardle. Był taki

miły. Cholera. Czy nie wystarczy, że jest oszałamiająco przystojny? 

Patrzyła, jak ostrożnie nalewa piwo, by nie było zbyt wiele piany. Gdy

rozlał napój do obu szklanek i wzniósł swoją w toaście, Nicole nerwowo

przełknęła ślinę. Co on teraz powie? - zastanawiała się, unosząc szklankę.

Za nas? Za udaną sprzedaż posiadłości? 

-   Za   prawdę   zawartą   w   ogłoszeniu   -   powiedział,   a   oczy   mu

pociemniały.   Nicole   wypiła   mały   łyczek.   -   Ponieważ   tajemniczy

nieznajomy odnalazł Błękitną Damę, ona może je już zdjąć. 

- Słucham? - spytała, krztusząc się lekko. 

- Teraz już możesz zdjąć ogłoszenie. 

- Niby dlaczego? - Postawiła szklankę na stole i spojrzała ostro na

niego.   -   Nikt   przecież   nie   wie...   co   je   zainspirowało.   A   jest   bardzo

skuteczne. 

- Nie podoba mi się. 

- Już mi to mówiłeś. Dlaczego niby miałabym przejmować się twoją

opinią? 

- Nicole, proszę cię, zdejmij je - powiedział łagodnie. 

Wzięła kanapkę i odgryzła mały kawałek. Potem otarła usta serwetką. 

- Pyszne,  maestro.   Jesteś  taki  utalentowany. Nie  dość,   że  potrafisz

przytrzymywać papę, to jeszcze świetnie gotujesz. 

- Nie zmieniaj tematu. Chcę, żebyś usunęła to ogłoszenie. 

Wycelowała w niego oskarżycielsko rękę z kanapką. 

-   Jak   już   mówiłam,   nie   podoba   ci   się,   bo   przynosi   efekty.   A   jak

background image

zarobię trochę forsy, będę mogła pozbyć się ciebie i twojej firmy. 

Na   jego   twarzy   pojawiło   się   rozczarowanie.   Widocznie   bardzo   mu

zależy na tej transakcji, pomyślała. 

- Nie chcę, żeby cały świat wiedział... 

Uśmiechnęła się, czując, że ma nad nim przewagę. 

- Nie martw się, Mac. I tak ma nastąpić zmiana instalacji. 

- Jakiej znowu instalacji? - spytał, zamierając z kanapką przy ustach. 

Spuściła oczy i wygładziła serwetkę spoczywającą na kolanach. 

-   Reklama   jest   pomyślana   jako   seria   ogłoszeń,   które...   hm...

opowiadają pewną historię miłosną. 

- A jak ona się kończy? - spytał podejrzliwie. 

Cudownym seksem i oświadczynami, pomyślała. 

- Jak każda banalna, fikcyjna historia.  Szczęśliwie. Obiecuję, że w

przyszłym tygodniu będzie wisiało coś innego - dokończyła pospiesznie,

bardzo chcąc zmienić temat. 

- Co tam będzie napisane? - spytał nieufnie. 

- Niespodzianka - odrzekła szybko. 

Odłożył kanapkę na talerzyk i popatrzył na nią poważnie. 

- Nienawidzę niespodzianek. 

-   Mówiłeś,   że   masz   dwóch   braci   -   powiedziała,   by   definitywnie

zmienić temat. - Jak mają na imię? 

- Cameron, który ma prawie trzydzieści pięć lat, i Colin, który właśnie

skończył trzydzieści jeden. 

- Żadnych sióstr? 

Z uśmiechem pokręcił głową. W jego oczach odbijały się rozigrane

płomienie świec. 

background image

- Żadnych. Dlatego kobiety są dla mnie tajemnicą. 

Bardzo wątpię, pomyślała, a głośno spytała: 

- Czym się zajmują? 

- Cam jest bankierem, opracowuje programy  inwestycyjne, a Colin

został architektem. 

- Ojciec musi być więc szczęśliwy - powiedziała cicho. - Żaden z was

nie nosi pasa z narzędziami. 

- Oni też wyglądają na zadowolonych - odparł, wzruszając ramionami.

- A ty nie? - spytała, słysząc w jego głosie nutę powątpiewania. 

- Ja też - zapewnił. - Praca daje mi wiele satysfakcji i stawia wciąż

nowe wyzwania. Dość szybko pnę się w górę. 

-   A   kiedy   sfinalizujesz   transakcję   z   Mar   Brisas,   jaka   cię   spotka

nagroda? Premia? Awans? 

- Zostanę partnerem w firmie. 

Poczuła   się,   jakby   ktoś   ją   spoliczkował.   Najbardziej   zabolała

pewność,   z   jaką   to   oświadczył.   I   to   wyzywające   spojrzenie,   jakim   ją

mierzył. 

- Naprawdę? - rzuciła, siląc się na nonszalancję. 

Rzucił okiem na nadgryzioną kanapkę i popił sowicie piwem. 

- Tak. W wieku trzydziestu trzech lat zostanę najmłodszym partnerem

w firmie Jorgensena - powiedział. 

- Nie mówisz tego ze zbytnim zapałem - zauważyła. 

Wzruszył ramionami i odstawił do połowy opróżnioną szklankę na

stoi. 

-   Lubię   tę   pracę...   -   zaczął   wolno.   -   Lubię   negocjować   warunki   i

doprowadzać   do   zawarcia   transakcji.   Ale   mój   szef   jest   oszalałym

background image

pracoholikiem. - Pochylił się i wygodnie wsparł na łokciach. - Nie chodzi

o to, że nie lubię ciężkiej pracy. Ale przeszkadza mi... - zawiesił głos. 

- Co? Nienormowany czas pracy? 

- Nie, pazerność. - Pokiwał z przekonaniem głową, jakby sam dopiero

to   zrozumiał.   -   Chodzi   o   tę   zajadłą   chęć   zdobywania   wciąż   nowych

kontraktów,   nowych   budynków,   nowych   pracowników,   pieniędzy.

Oczywiście mnie to także kręci. Ale czasem myślę sobie, że są sprawy

ważniejsze od forsy... 

- Łatwo mówić, jak się ją ma... - rzuciła sarkastycznie. 

Przez chwilę przyglądał jej się w milczeniu. 

- Tobie naprawdę zależy na tym pensjonacie - powiedział wreszcie ze

zdziwieniem, jakby dopiero to do niego dotarło. 

- Oczywiście. 

-   Źle   cię   oceniłem.   Myślałem,   że   właściciel   tego   ośrodka   to   jakiś

cwaniaczek,   który   zgarnął   forsę   z   ubezpieczenia,   a   teraz   czeka   na

korzystną okazję pozbycia się rudery. 

- Myliłeś się. 

- Jasne. Przede wszystkim nie jesteś Nicholasem Whitakerem - orzekł,

ześlizgując się spojrzeniem na jej biust. - Ale abstrahując od twojej płci,

nie   spodziewałem   się,   przyjmując   nadzór   nad   projektem   rozbudowy

wyspy, że właścicielowi Mar Brisas tak zależy na tej posiadłości. 

- Na czym mianowicie polega ten projekt? - spytała, cała jeżąc się w

środku. 

-   Jorgensen   postanowił   wykupić   tu   wszystkie   posiadłości,   które

ucierpiały   przez   huragan,   i   zabudować   całe   wybrzeże   -   rzucił

niefrasobliwie, jakby nie rozumiał, co dla niej znaczą te słowa. 

background image

Nicole poczuła, jak masło orzechowe i piwo buntują się w jej żołądku.

Powoli odsunęła krzesło i wstała, pragnąc się uspokoić. Zaniosła talerz do

zlewu, a potem odwróciła się, oparłszy oblat. 

-   Wiesz,   Mac,   spożywanie   posiłków   z   wrogiem   może   okazać   się

równie niedobre, jak spanie z nim. Chcę, żebyś już sobie poszedł. 

Błyskawicznie zerwał się z krzesła i stanął przy niej. 

-   To   tylko   interesy,   Nicole.   Czysta   ekonomia.   Postęp,   obrót

nieruchomościami - żadna tam wojna. 

Skrzyżowała   ręce   na   piersi,   by   stworzyć   barierę   wobec   jego

niepokojącej bliskości. 

- Nie rozumiesz mojego punktu widzenia. Chcecie zamienić ten rajski

przybytek   w   jakiś   koszmar.   Niszczycie   całą   historię   tego   miejsca,   w

którym wyrosłam. 

Przez długą chwilę przyglądał jej się w milczeniu, a wreszcie wziął ją

za rękę i powiedział: 

- Co zamierzasz  zrobić,  Nicole?  I  tak  przecież  musisz   sprzedać  to

wszystko,   nie   masz   innego   wyjścia.   Ja   przynajmniej   mogę   złożyć   ci

korzystną ofertę. 

Wyrwała mu rękę ze zniecierpliwieniem. 

- Nie chcę żadnych ofert! Chcę zatrzymać mój pensjonat. Chcę, by

odzyskał   dawną   świetność.   -   Nie   mogła   zapanować   nad   łamiącym   się

głosem. - Wiele dla mnie znaczy. To wszystko, co mam. 

Włożył ręce do kieszeni spodni i powiedział: 

- Naprawdę mi ciężko. Nie chcę ranić twoich uczuć ani rujnować ci

życia. 

-   Ale   masz   zadanie   do   wykonania   -   rzuciła   szyderczo.   -   Zostać

background image

partnerem. 

Bez słowa włożył talerzyk i szklankę do zlewu, po czym z wahaniem

odwrócił się w jej stronę. 

- Będę tu przez tydzień - oświadczył spokojnie. - Może coś wymyślę. 

Czekała w napięciu, co dalej usłyszy. 

- Może będę mógł ci jakoś pomóc. 

- W czym? - spytała, nic nie rozumiejąc. 

- Mówiłaś, że masz zapasowe dachówki. Mogę zrobić prowizoryczne

naprawy dachu i poprawić okna. Nie znam się na klimatyzacji, ale windę

na pewno umiem naprawić - dokończył z dwuznacznym uśmiechem. 

Nicole poczuła, że ogarnia ją wdzięczność, nadzieja i uczucie, którego

nigdy nie zaznała, lecz go się obawiała. 

- Nie mam forsy, żeby ci zapłacić. 

- Będę pracował za masło orzechowe - odparł z uśmiechem. 

- Dobra - odpowiedziała, sama się sobie dziwiąc. - Rób, co potrafisz.

Jesteś pewien, że tak właśnie chcesz spędzić wakacje? 

- Myślę, że będzie to fajne zajęcie, bylebyś tylko nie wspinała się na

dach w samej bieliźnie. 

- W takim razie zdejmę to ogłoszenie - zaproponowała spontanicznie. 

- Dzięki - mrugnął do niej. - Prawdziwa z ciebie dama, Nicole. 

Posłała mu niepewny uśmiech. 

- A ponieważ ja jestem dżentelmenem - dodał - zamierzam powiedzieć

ci dobranoc i się pożegnać. - Dotknął ustami dwóch palców i posłał jej

pocałunek. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Nicole   poczuła   charakterystyczny   zapach   perfum   ciotki,   zanim

Frederika   Whitaker   pojawiła   się   w   jej   biurze.   Ciotka   zatrzymała   się

pewnie na chwilę, by zamienić kilka ciepłych słów z Sally i pożartować z

innymi pracownikami. 

Jednak   zapach   jej   oryginalnych   perfum   oznaczał,   że   za   chwilę   w

drzwiach   ukaże   się   cudowna,   niezwykła   kobieta,   zapewne   w

zaprojektowanej przez siebie, pięknej sukience i rzuci parę spostrzeżeń na

temat Mar Brisas. 

Ponieważ tylko jedna zmiana rzucała się w oczy, Nicole spodziewała

się, co usłyszy. 

- Kogóż to, czy raczej cóż widzę na dachu, kochanie? 

Nicole odwróciła się od komputera i zawołała z entuzjazmem: 

- Ciocia Freddie! Ślicznie ci w tym kolorze! 

Ciotka Freddie zdjęła ciemnoróżowy kapelusz z szerokim rondem i,

odrzucając w tył kruczoczarne włosy, opadła na fotel dla gości niby jakaś

królowa   na  tron.   Potem  udrapowała   wokół  siebie   suto   marszczony   dół

sukni   z   białej   bawełny   ufarbowanej   na   różowo   metodą   wiązania

hipisowskich supłów. 

- Podoba ci się? - spytała z entuzjazmem. - Właśnie sprzedałam tuzin

takich sukienek do butiku Lily w Naples. 

Freddie zmrużyła oczy i przyjrzała się uważnie swej bratanicy. 

- Kto łazi po twoim dachu? Byłabym tu wcześniej, ale gdy wysiadłam

z samochodu, sporo czasu spędziłam, stojąc i gapiąc się na tego faceta. 

Nicole   rozumiała   ją   doskonale.   Przez   ostatnie   dwa   dni

wykorzystywała każdy możliwy pretekst, by opuścić biuro i kręcić się w

background image

okolicy pensjonatu, rzucając spojrzenia na dach. 

Raz o mało nie wpadła na pień palmy, gapiąc się na Quinna, który

pracował z nagim torsem, układając dachówki. Widać było, jak poruszają

się   jego   pięknie   wyrzeźbione   mięśnie,   a   gdy   przerywał  pracę   i   ocierał

twarz bandaną, a potem pił łapczywie wodę z butelki i polewał nią głowę,

pozwalając, by błyszczące w słońcu krople ściekały po jego torsie, Nicole

nie mogła powstrzymać się od rozkosznego fantazjowania na jego temat. 

- Kto to jest? - nie dawała za wygraną Freddie. 

-   To   Quinn   McGrath.   Reperuje   dach   -   odpowiedziała   Nicole

lakonicznie i zgodnie z prawdą. 

Freddie zastygła, a jej usta uformowały perfekcyjne różowe kółko. 

- Ten rekin od nieruchomości z Nowego Jorku? 

Nicole poczuła przykry ucisk w żołądku, ale jej twarz ani drgnęła. 

- Tak. Zaproponował mi pomoc. 

- No, no - mruknęła znacząco Freddie. - Widzę, że posłuchałaś mojej

rady i przeciągnęłaś go na swoją stronę. 

Nicole wzruszyła ramionami i wgapiła się w ekran swego komputera,

by uciec przed badawczym wzrokiem ciotki. 

-   Zależy   mu   na   tym,   żeby   posiadłość   dobrze   się   prezentowała,   a

ponieważ lubi dla odmiany popracować fizycznie, kiedy w poniedziałek

wieczorem dowiedział się, że mam te dachówki, zaproponował... 

- Wieczorem? - przerwała czujnie Freddie, której uwagi nie umykał

żaden szczegół. - Spotkanie chyba bardzo się przeciągnęło? 

- Niezupełnie - bąknęła Nicole. - Po prostu spotkałam go wieczorem i

wtedy mi to zaproponował. - Zmieszana wstała z miejsca. - Szkoda, że nie

umie naprawiać klimatyzacji. Nie pamiętam tak parnego sierpnia. 

background image

-   Gdzie   właściwie   go   spotkałaś?   -   drążyła   Freddie,   lustrując

podejrzliwie obcisłą koszulkę z lycry i białe dżinsy, które Nicole miała na

sobie. 

- Na plaży - odparła szybko coraz bardziej zmieszana bratanica. 

Nicole skręciła włosy w węzeł i wetknęła w nie ołówek. Stanęła w

otwartym oknie i zapatrzyła się na niebieskozieloną wodę i biały piasek,

którego   pas   widniał   pomiędzy   zamieszkanym   przez   nią   domkiem   a

domem nr 1601. 

- O, patrz! - Odwróciła się do ciotki z uśmiechem. - Przyjechali goście

do 1701. Widzę zaparkowany tam samochód. 

Freddie założyła nogę na nogę i zaczęła wachlować się kapeluszem. 

- Sally powiedziała, że jest dużo rezerwacji. 

- Dawno już tyle nie było! - rzuciła triumfalnie  Nicole i usiadła z

powrotem   na   swoim   krześle,   zadowolona,   że   rozmowa   zeszła   na

bezpieczny temat - Zabukowaliśmy dla gości nawet dom, który obecnie

zajmuję. Przeprowadzę się na tydzień do pensjonatu. 

-   To   wszystko   pewnie   dzięki   temu   sprytnemu   ogłoszeniu   przy

autostradzie - zauważyła ciotka, unosząc znacząco brew. 

Nicole poczuła, że znowu wkraczają na śliski grunt. Pochyliła się z

nienaturalnie szerokim uśmiechem i powiedziała: 

- Pewnie tak. Słuchaj, może pójdziemy na lunch? Umieram z głodu. 

- A może przedstawisz mi tego swojego dekarza? - zaproponowała

ciotka. 

- Ale po co, ciociu? W przyszłym tygodniu już wyjeżdża.

Freddie wstała i włożyła kapelusz na głowę. Nie wyglądała na swoje

pięćdziesiąt sześć lat. Żadnych siwych włosów, mało zmarszczek i bujne

background image

ciało spowite w kobiece szatki własnego projektu. Jej kolekcje odnosiły

taki sukces głównie dlatego, że sama Freddie prezentowała się świetnie w

swoich kreacjach. 

-   Przywiozłam   mnóstwo   domowej   lemoniady,   kanapki   i   sałatkę.

Zostawiłam wszystko w kuchni. Pomyślałam,  że zrobimy  sobie piknik.

Zaproś też tego swojego Quinna. 

Nicole wiedziała, że jak ciotka się na coś uprze, nic się  na to nie

poradzi, więc bąknęła tylko bez przekonania: 

- To nie jest „mój" Quinn. 

- Z takim ciałem powinien być „czyjś" - zauważyła rzeczowo Freddie.

Jaskraworóżowa plama przyciągnęła uwagę Quinna, ale natychmiast

przeniósł wzrok na obiekt jej towarzyszący. Nicole Whitaker w obcisłej

granatowej bluzeczce i białych spodniach stała dwa piętra niżej, obok stołu

przy basenie i wykładała jakieś rzeczy z przenośnej lodówki. 

Jednak   to   kobieta   w   różach   -   i   to   jakich!   -   pomachała   do   niego

zachęcająco i zawołała: 

- Zapraszamy na lunch! 

Czy chodziło jej o niego? Musiał wyzbyć się swych wątpliwości, gdyż

dama w różach zdjęła oszałamiający kapelusz i uczyniła nim zapraszający

gest. Quinn ostrożnie przemieścił się na balkon przy pokoju służącym za

magazyn.   Zanim   zdążył   umyć   ręce   i   twarz,   znalazł   czystą   koszulkę   i

zszedł nad basen, Nicole i Różowa nakryły sowicie stół. 

Ostatnio  rozmawiał z Nicole poprzedniego dnia, gdy pokazała mu,

gdzie   leżą   dachówki   i   narzędzia.   Jednak   potem   wciąż   kręciła   się   w

pobliżu, obserwując jego pracę. Jak na darmowego ochotnika miał bardzo

background image

surową kontrolę. 

Uśmiechnął się na tę myśl, patrząc na nią. Miała włosy upięte metodą

ołówkową, co pozwalało mu delektować się widokiem jej smukłej szyi i

odsłoniętego dekoltu. Nie mógł jednak przyglądać się zbyt długo, bo sam

był pod obstrzałem spojrzenia Różowej. 

- To jest Quinn - powiedziała Nicole, unikając jego wzroku podczas

zwijania serwetki. - Poznaj moją ciocię, Frederikę Whitaker. 

Wyciągnął rękę w jej stronę. 

- Miło mi panią poznać. 

Kobieta obrzuciła go otwarcie aprobującym spojrzeniem. 

- Cała przyjemność po mojej stronie, panie McGrath. 

-   Proszę   mi   mówić   po   imieniu.   Jestem   Quinn.   Choć   niektórzy

nazywają   mnie   Mac.   -   Rzucił   okiem   na   Nicole,   która   rozlewała   do

plastikowych kubeczków płyn tak różowy jak sukienka ciotki Freddie. 

- Mnie nazywają Freddie. Zapraszam do stołu. 

- Z przyjemnością - powiedział i odsunął dla niej krzesło. 

- Dziękuję - rozpromieniła się i spojrzała znacząco na Nicole. 

Potem zachował się z podobną galanterią wobec Nicole, która usiadła,

rzucając mu ostrożne spojrzenie. 

- Wiesz, Nicole, ten dach nie jest taki zły, jak myślałem - odezwał się,

gdy zajął trzecie miejsce przy stole. - Zachodnia strona, którą zaatakował

wiatr, jest zniszczona, ale od frontu wystarczą drobne naprawy. 

Ciotka Freddie zaczęła nakładać sałatkę ziemniaczaną na jego talerz,

ale Quinn skoncentrował się na pełnym nadziei spojrzeniu Nicole. 

-   Naprawdę?   Sądzisz,   że   mogę   przetrzymać   kilka   sezonów   bez

całkowitej wymiany dachu? 

background image

Quinn pomyślał o buldożerach Jorgensena, które czekały jak psy na

uwięzi, żeby rzucić się na cały budynek, a nie tylko dach. 

- Może gdybym miał jeszcze jakiegoś faceta do pomocy - powiedział

wymijająco. 

- A jak moje prowizoryczne łaty? 

-   Odwaliłaś   kawał   dobrej   roboty   -   powiedział   i   pociągnął   łyk

różowego specjału cioci Freddie. 

- Jakżeby inaczej! To najpracowitsza, najbardziej niezależna i uparta

dziewczyna, jaką spotkałeś w życiu. 

-   Odziedziczyłam   te   wszystkie   wspaniałe   cechy   po   mojej   cioci   -

wtrąciła gładko Nicole. 

- Jestem pewien, że to prawda, skoro sama wychowałaś tak dobrze

dziecko. 

-   To   prawda.   I   nie   chciałabym   nic   zmienić   w   swoim   życiu.

Przeżyłyśmy razem cudowne lata. - Spojrzała z melancholią na wodę. -

Właśnie   tu,   w   najładniejszym   zakątku   wyspy.   Ileż   urządzałyśmy   tu

pikników   z   innymi   miejscowymi,   wszystkie   zlewają   mi   się   w   jedno

szczęśliwe wspomnienie. 

Quinn zobaczył, że obie kobiety wymieniają ciepłe spojrzenia. 

-   Założę   się,   że   byłam   tu   w   każdy   weekend   i   letnie   popołudnie   -

powiedziała Nicole z westchnieniem. 

- Nic dziwnego, że wydała cały spadek i oszczędności na zaliczkę

przy kupnie posiadłości. Co do centa. 

Quinn   poczuł   ściśnięcie   w   żołądku   i   nie   był   to   efekt   działania

lemoniady   cioci   Freddie.   „Co   do   centa",   a   on   przyjechał   tu,   by

przyspieszyć przejęcie zadłużonej posiadłości przez bank. 

background image

A do tego jeszcze próbował ją uwieść. Ależ łajdak z niego. 

Freddie   pochyliła   się   ku   niemu,   emanując   perfumy   o   zapachu

cynamonu. 

- Może rozważysz ponownie tę transakcję? 

- To znaczy? - spytał ze zdziwieniem. 

- Ciociu - wtrąciła się Nicole. - To moja sprawa. 

Quinn spojrzał najpierw na jedną, potem na drugą. Och, gdyby tak

rzeczywiście miał jakiś wpływ na takie decyzje firmy. Nie chciał ranić tej

wspaniałej, pięknej kobiety. A jeśli to była „ta jedyna"? Co będzie, jeśli w

pogoni za awansem zrujnuje jej życie? 

- Trudno mi jeszcze coś powiedzieć - zaczął ostrożnie. - Może gdy

przestudiuję te papiery z banku... 

- Przynajmniej zatrzymaj Nicole. 

- Słucham? - Wytrzeszczył ze zdziwieniem oczy na Freddie. Nie miała

pojęcia, jak wielką miał na to ochotę. 

- Cioci chodzi o to, żebyś zatrzymał mnie na stanowisku kierowniczki

ośrodka   -   wyjaśniła   z   uśmiechem   Nicole.   -   Jeśli   nie   wyburzycie

wszystkiego, mogłabym tu pracować, gdy posiadłość... zmieni właściciela.

Widział,   jak   trudno   jej   było   wypowiedzieć   te   słowa.   Przeciągnął

palcami po mokrych włosach, unikając wzroku Nicole i jej ciotki. Będzie

musiał wypić to piwo, którego sam nawarzył. 

- Wspaniała uczta - powiedział, wstając i patrząc w stronę pensjonatu.

- Dziękuję bardzo. Chyba wrócę do pracy. 

- Ależ ciężko pracujesz - rzekła z podziwem ciotka  Freddie, która

osłoniła   przy   tym   oczy   przed   słońcem   i   bezceremonialnie   mu   się

przyglądała. - Jak mu płacisz, Nicole? 

background image

Nicole i Quinn popatrzyli po sobie bez słowa. 

- Masłem orzechowym - powiedział, dostrzegając błysk rozbawienia

w błękitnych oczach Nicole. 

Potem Quinn impulsywnie pochylił się i pocałował ciocię Freddie w

policzek. 

- Cieszę się, że cię poznałem, Freddie. Twój różowy napój czyni cuda.

Mrugnął   do   niej   i   ruszył   w   stronę   pensjonatu.   Nie   mógł   się

powstrzymać,  by  nie  spojrzeć  za  siebie.  Zobaczył,  że Nicole  śledzi  go

wzrokiem,   i   posłał   jej   pocałunek,   całując   koniuszki   swych   palców,   co

wywołało śliczny rumieniec na jej policzkach. 

- Niezła waluta - masło orzechowe - rzuciła po jego odejściu ciocia

Freddie,   bawiąc   się   frędzelkami,   którymi   była   obszyta   sukienka.   -

Wysokobiałkowa. 

Rumieniec wywołany przez pocałunek Maca pociemniał, lecz Nicole

nic nie powiedziała. 

- Zaczęłam coś podejrzewać, kiedy tylko zobaczyłam, że przestałaś się

chować   w   tych   workowatych   ciuchach.   Nie,   nawet   wcześniej   -   gdy

ujrzałam Apolla, który robi sobie prysznic butelką, i to w pełnym słońcu. 

- Niezły widok, co? - zaśmiała się Nicole. 

- Jednak coś mnie tknęło już wtedy, gdy zobaczyłam to ogłoszenie. -

Freddie   zerknęła   na   Nicole   spod   ronda   kapelusza.   -   To   dżentelmen.

Podoba mi się. 

- Próbuje mi zabrać Mar Brisas, więc lepiej żeby ci się nie podobał. 

-   Pójdzie   po   rozum   do   głowy.   Daj   mu   czas.   I   dużo   masła

orzechowego. 

- To taki nasz dowcip. 

background image

- Domyślam się. 

Nicole opadła na oparcie krzesła i popatrzyła na ciocię, czując ulgę, że

może wreszcie się komuś zwierzyć. 

- Jeszcze nigdy z nikim się tak nie czułam jak z nim... - zaczęła. -

Wszystko to jest dla mnie takim zaskoczeniem. 

-   Zaskoczeniem?   Spodziewasz   się   chyba,   że   kiedyś   wreszcie   się

zakochasz?   Masz   już   przecież   dwadzieścia   osiem   lat.   -   Freddie   ujęła

bratanicę za rękę i pogładziła ją po niej. - Zasługujesz na to, by przeżyć

miłość, namiętność czy choćby piękną przygodę, kochanie. Nie walcz z

uczuciami, które masz do tego faceta. Widać, że oszalał na twoim punkcie.

- Naprawdę? 

-   Patrzy   na   ciebie,   jakbyś   była   jedyną   kobietą   na   świecie   -

potwierdziła ciocia Freddie, znacząco unosząc brew. 

Nicole słuchała tych słów z przyjemnością. 

- Nicole! - Nerwowy okrzyk Sally rozwiał błogi nastrój. Rudowłosa

dziewczyna biegła w ich stronę, wymachując kartką papieru. - Właśnie

dzwonił   mój   wujek.   Potrzebuje   projektu   na   nowy   billboard.   Dziś   po

południu będą go zmieniać. 

Nicole zerwała się z krzesła. 

- Muszę wracać do pracy - powiedziała. 

- Co teraz będzie napisane? - spytała ciocia Freddie. 

- Niespodzianka - odparła Nicole z zagadkowym uśmiechem. 

Quinn   spędził   kolejną   samotną   noc   w   willi,   walcząc   z   chęcią

odwiedzenia Nicole. Rankiem, przybijając gwoździe o wiele mocniej, niż

było   trzeba,   postanowił,   że   to   ostatnia   taka   noc.   Nie   będzie   się

background image

przejmował, że nie dała mu żadnego zachęcającego znaku. Od kiedy to

Quinn McGrath czeka na inicjatywę ze strony kobiety? 

Obrzucił spojrzeniem dach, na którym zostało mu sporo do zrobienia.

Chciał  jeszcze   zająć   się   zniszczoną   stolarką   frontowej   części  budynku.

Brakowało mu do tego materiałów, więc postanowił się po nie wybrać do

miasteczka. 

Przy tym modelu wakacji, który wybrał, bardziej przydałaby mu się

półciężarówka, a nie sportowy mustang kabriolet. Jednak przyjemnie było

gnać szybko szosą i czuć wiatr we włosach. 

Skręcił na drogę numer jeden, włączył radio i rozmasował sobie kark.

Poranny telefon od Dana silnie go zestresował, bo przypomniał mu, po co

przyjechał do Mar Brisas. Przecież nie po to, by naprawiać dach. 

Nagle, gdy mijał jakiś billboard, zauważył znajome niebieskie litery.

Ale teraz napis był inny: 

Mac... Spotkajmy się dziś w nocy na plaży Mar Brisas, by podziwiać

razem morze osrebrzone blaskiem wschodzącego księżyca. 

Błękitna Dama 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Gdy Nicole weszła do biura, Sally rozmawiała właśnie przez telefon. 

-   Podam   pani   teraz   numer   rezerwacji,   pani   Young   -   powiedziała

uprzejmie,   wznosząc   kciuk   do   góry   i   uśmiechając   się   do   Nicole.

Podyktowawszy numer, zrobiła zdziwioną minę do słuchawki. - Piknik na

plaży? Cóż, myślę, że możemy coś takiego dla państwa zorganizować. 

- Gdzie jest Quinn? - spytała Nicole, gdy Sally skończyła rozmowę. 

- Pojechał do składu drewna. 

background image

-   Do   miasteczka?   -   Nicole   zakryła   ręką   usta.   A   więc   będzie

przejeżdżał drogą numer jeden! - A po co? - spytała, widząc zdziwione

spojrzenie Sally. 

-   Pewnie   po   drewno   i   inne   rzeczy,   które   faceci   kupują   w   tych

tajemniczych   sklepach.   Słuchaj,   mam   na   dziś   wieczór   dwie   nowe

rezerwacje. 

-   Świetnie   nam   idzie,   prawda?   -   powiedziała   Nicole,   biorąc

korespondencję z biurka Sally. 

- No jasne. Ta pani, która dokonała właśnie rezerwacji, dopytywała

się, czy możemy urządzić piknik na plaży. Co o tym sądzisz? - spytała

Sally, gdy Nicole zmierzała już w stronę swego gabinetu. 

-   Jak   się   nazywa   ten   nowy   bar   kanapkowo-sałatkowy,   o   którym

wszyscy teraz mówią? 

- Taste Sinsations. 

- Możesz znaleźć mi ich numer? 

- Tak, ale po co? Spróbujemy dziś urządzić ten piknik, a jak dobrze

nam pójdzie, możemy włączyć tę propozycję do naszej oferty. 

- Okej, ale mam tu jeszcze coś - powiedziała Sally ostrzegawczo. -

Kurier przywiózł papiery z banku, o które prosił Quinn. Widocznie Tom

Northcott nie mógł dłużej grać na zwłokę. Powiedział, że telefonowano w

tej sprawie z nowojorskiego biura Jorgensena. 

-   Naprawdę?   -   Nicole   poczuła,   jak   strumyczek   potu   ścieka   jej

pomiędzy łopatkami. 

-   Jest   wszystko,   co   trzeba.   Sprawdzałam   -   powiedziała   Sally,

wręczając grubą kopertę Nicole, która przyjęła ją z westchnieniem. 

Zapadł   zmierzch   i   nadeszła   obiecana   godzina   „wschodu   księżyca".

background image

Nicole miała jedzenie i wino, które zamówiła w Taste Sinsations, ale nie

zdążyła jeszcze wyprowadzić się ze swego domu. Dlatego wzięła szybki

prysznic, ubrała się i spakowała swoje osobiste rzeczy do jakichś toreb,

które wrzuciła szybko do bagażnika samochodu. Będzie musiała jeszcze

wziąć od Sally klucz do pokoju w pensjonacie. 

Przystanęła na drewnianych schodach i ogarnęła wzrokiem horyzont.

Słońce   zanurzyło   się   w   zatoce   i   na   pożegnanie   okrasiło   ją

pomarańczowymi   i   ciemnoróżowymi   smugami.   Nicole   dyskretnie

przemknęła   do   ogrodu   przylegającego   do   willi,   który   był  położony   od

strony niewidocznej dla Maka. 

Otaczały   go   palmy   i   żywopłot   z   krzewów   gardenii   i   oleandrów.

Pośród   zieleni   stał   okrągły   kamienny   stół.   Cudowne,   zaciszne   miejsce,

idealne na spotkanie z Makiem. Szkoda, że będą musieli je opuścić przed

dziesiątą, bo wtedy właśnie mają pojawić się goście. 

Nakrywszy stół, Nicole po raz ostatni weszła do domu, by pociągnąć

usta błyszczykiem i przejrzeć się w lustrze. Włożyła długą, białą spódnicę,

która opadała nisko na biodrach i była na tyle przezroczysta, że ukazywała

zarys nóg. Ponieważ chciała ubrać się trochę wyzywająco, zrezygnowała z

luźnej bluzki, która stanowiła komplet ze spódnicą, i zamiast tego wybrała

obcisły czarno-biały top, który odsłaniał brzuch. 

Miała nadzieję, że Mac nie naciskał bez jej wiedzy na biuro w Nowym

Jorku   w   sprawie   przyspieszenia   transakcji.   Właściwie   nie   miało   to

znaczenia w kontekście ich relacji. Pragnęła go. I on jej. 

Gdyby Mac nie przyjechał w sprawie kupna Mar Brisas, zrobiłby to

jakiś   inny   rekin   od   nieruchomości.   Dlaczego   miałaby   karać   siebie   dla

zasady? Bo bardzo zależało jej na tym, żeby wszystko było jak trzeba.

background image

Chciała mu ufać, a nie tylko go pożądać. 

Wreszcie chciała dać komuś szansę. Być może on wcale nie będzie

chciał z niej skorzystać, ale Nicole musiała dać szansę przede wszystkim

sobie. Trzeba słuchać Freddie. Miała dwadzieścia osiem lat i najwyższy

czas, by zaczęła cieszyć się życiem. 

Po   raz   ostatni   obejrzała   dom,   który   po   południu   dokładnie

wysprzątano. Na stoliku do kawy stały kwiaty, w lodówce była butelka

wina. Goście chyba powinni być zadowoleni. Dom był bardzo zadbany,

huragan nie wyrządził tu żadnych szkód. 

Nicole   wzięła   kopertę   z   dokumentami   z   kuchennego   blatu.   Miała

nadzieję, że nie popsuje wieczoru, gdy spróbuje na początku wyjaśnić tę

sprawę. 

Wyszła do ogrodu i zapaliła świece, by odstraszyć komary. Zobaczyła

go   wcześniej   niż   on   ją.   Szedł   plażą   w   płóciennych   spodniach   khaki   i

błękitnej koszuli z podwiniętymi rękawami. W jednej ręce trzymał buty, a

w drugiej jakiś zagadkowy przedmiot i maszerował po mokrym piachu z

wzrokiem utkwionym w  dom Nicole.   Wzruszył  ją  przejęty  wyraz  jego

twarzy, na której malowała się nadzieja. 

Nicole stała w cieniu domu, ukryta za jednym z wspierających go pali,

więc Quinn, nie zauważywszy jej, skierował się najpierw na schody. 

- Czy pan przyszedł w sprawie ogłoszenia? - spytała półgłosem. 

Odwrócił się i zbliżył do niej wolnym, kocim ruchem, przedzierając

się   przez   drewnianą   konstrukcję.   Stanął   bardzo   blisko,   uśmiechał   się

uwodzicielsko. 

- Szukam pewnej damy ubranej na niebiesko - szepnął. 

Jego   bliskość,   zapach   ciała,   pełne   pożądania   spojrzenie   całkiem   ją

background image

oszołomiły. 

- Nie jesteś na mnie zły o to ogłoszenie? - spytała po długiej chwili. 

Wyjął   zza   pleców   rękę,   w   której   trzymał   różę,   powiódł   miękkimi

płatkami po jej twarzy, odurzając słodkim zapachem. 

- Umiesz się bawić słowami, moja damo. Tym razem też wziąłem je

za dobrą monetę. 

-   Powiedzmy,   że   chcę   podziękować   swojemu   dekarzowi   za   ciężką

pracę. 

Zerknął przez jej ramię na ogród. 

-   Kolacja   przy   świecach?   Nie   oczekiwałem   żadnych   wykwintnych

dań. 

- A czego oczekiwałeś? 

-   Paru   ulubionych   smaków.   Na   przykład   tego   -   pochylił   się   i

pocałował ją. - Stęskniłem się za tobą - powiedział cicho, gdy się od niej

oderwał. 

Oblizała powoli usta. 

- Nie aż tak, żeby odwołać swoją sforę gończych psów z Nowego

Jorku. 

- O czym ty mówisz? - spytał, sztywniejąc. 

-   Dziś   przysłano   papiery   z   banku.   Ktoś   naciskał   wczoraj   Toma

Northcotta. 

- Nic o tym nie wiem. 

- Czyżby? 

-   Naprawdę.   Chociaż   to   możliwe.   -   Podniósł   buty,   niedbale   objął

Nicole ramieniem i skierował ją w stronę ogrodu. - Jutro je przejrzę -

zapewnił. 

background image

- Nie. 

Westchnął i zaśmiał się cicho. 

- Wiesz, że nie cierpię, jak mówisz „nie". 

Gdy stanęli przed stołem, Nicole sięgnęła po kopertę z dokumentami. 

- Chciałabym już mieć  to za sobą - powiedziała  stanowczo. - Czy

może tu być coś, co zmieni twoją decyzję? 

Powolnym spojrzeniem prześlizgnął się po krótkim topie, biodrach, z

których luźno opadała spódnica. Chwycił delikatnie materiał i uniósł go

nieco, by w księżycowym świetle ujrzeć zarys jej nóg. 

- Nie. Ale tu może być. 

- Nie jestem monetą przetargową, Quinn - powiedziała poważnie. 

Puścił delikatny materiał i uśmiechnął się do niej. 

- Żartowałem przecież.  Bardzo  chciałbym,  aby  te dwie sprawy nie

miały ze sobą nic wspólnego. 

- Jakie sprawy? 

Podniósł w górę kopertę. 

- To. - Ujął ją pod brodę i uniósł jej twarz ku sobie. - I my. 

Nicole wstrzymała oddech, a potem cofnęła się o krok i skrzyżowała

ręce na piersi. 

-   Dopóki   jest   to   -   powiedziała   z   naciskiem,   stukając   palcem   w

trzymaną przez niego kopertę - nie ma czegoś takiego jak „my". 

W jego oczach pojawiło się rozczarowanie, ale nie spuścił wzroku. 

- Poznałem cię na tyle dobrze, by nie wątpić w twoje słowa, Nicole. -

Podszedł do stołu i położył kopertę w plamie światła świec. - Zobaczmy,

co my tu mamy. 

Gdy Quinn zajął się papierami, Nicole zniknęła w domu,  po czym

background image

pojawiła się z wazonem, w którym w milczeniu umieściła różę i jakieś

zielone   gałązki.   Gdy   nalewała   wino   do   kieliszków,   Quinn   przebiegł

wzrokiem   list   przewodni   Northcotta.   Wziął   napełniony   kieliszek   i

automatycznie podniósł go do toastu. 

Potrząsnęła   głową.   Odmawiała   mu   nawet   przyjemności   dotknięcia

swego   kieliszka...   Westchnął   i   odstawił   kryształowe   naczynie,   nie

umoczywszy nawet ust w winie. W takim razie wzniesie toast później.

Wziął gruby plik papierów hipotecznych. 

Miała   jeszcze   sporo   do   spłacenia,   ale   raty   nie   były   takie   straszne.

Gdyby interes się kręcił, dałaby radę. Nicole usiadła obok niego, na tyle

blisko,   by   móc   śledzić   papiery   waz   z   nim,   na   tyle   daleko,   by   kontakt

fizyczny nie stał się zbyt intymny. 

Rzucił na nią szybkie spojrzenie. Przygryzła dolną wargę i wpatrywała

się w dokumenty. Quinn tak bardzo jej pragnął po tym jednym pocałunku,

że trudno mu było się skupić na studiowaniu papierów. Czy znajdzie w

nich coś, co zniechęci Dana do kupna posiadłości? 

Ale   do   czego   to   doprowadzi?   Że   będzie   miał   wakacje   okraszone

wspaniałym seksem z tą kobietą, a potem wróci do Nowego Jorku. Ona

przecież nie opuści tego miejsca. Cóż więc powinien robić? Westchnął

głęboko. 

- Co? - spytała zaniepokojona. - Znalazłeś coś? 

- Na razie nic - powiedział szybko, zmuszając się do koncentracji. 

Pochyliła się bliżej i poczuł drażniący zapach szamponu cytrynowego

i   bardziej   zmysłowych   perfum,   niż   używała   za   dnia.   Tak   pragnął   jej

dotknąć, znów poczuć smak jej ust 

- Mac... - Wyrwała go z zamyślenia, przewracając delikatnie kartkę. -

background image

To strona z wzorem podpisu. Dlaczego tak długo ją studiujesz? 

- Chciałem się tylko upewnić, że jest autentyczny - mruknął, wpatrując

się w równe rządki liter na następnej stronie. 

O tak, wszystko było jak najbardziej autentyczne i prawdziwe - to, co

teraz czuł, jego pożądanie, zastanawianie się nad przyszłością. Nawet nie

spał   -   jeszcze   -   z   tą   kobietą,   a   rozważał   w   myślach   dzielącą   ich   w

przyszłości odległość geograficzną. 

- O rany... - westchnął. 

- Wiem - powiedziała. - Polisa ubezpieczeniowa z piekła rodem. 

Zmusił się, by przeczytać ją słowo po słowie, a potem zaklął cicho

pod nosem. 

- Nicole, jak mogłaś podpisać coś takiego? - spytał z niedowierzaniem.

Popatrzyła na niego i wzruszyła bezradnie ramionami. 

- Myślałam, że wszystko jest w porządku. Wiesz, jak to jest, jak się

podpisujesz kilkadziesiąt razy, ustalając te wszystkie warunki z bankiem. 

- Który bank się zajmował tą sprawą? 

- Marine Federal. 

- Czyli ten palant Northcott? 

- On wcale nie jest palantem - zaśmiała się. - Po prostu jest bardzo

konserwatywny. 

-   Uważaj   na   tych   konserwatywnych.   Mogą   być   wilkami   w   stroju

bankierów. 

- Jaki tam z niego wilk. - Zaśmiała się. - Znamy się od szkoły średniej.

- Hm... - Musiała być niezłą szprychą. Już sobie ją wyobrażał w stroju

cheerleaderki. Nie, może lepiej nie. 

Obejrzał   papier   pod   światło,   czy   nie   ma   śladów   wymazywania

background image

korektorem.  Na dole strony  coś zwróciło  jego uwagę. Wskazał palcem

maleńkie literki. 

-   Widzisz?   Jest   tak,   jak   mówiłem.   Kupujący   przejmuje   posiadłość

wraz z tą polisą. 

- Co to znaczy? 

- Być może to, że moja firma nie zechce jej kupić. 

- Naprawdę? - W jej oczach błysnęła nadzieja. 

- Tak, ale nawet jak wyjadę i powstrzymam buldożery Dana, i tak

zostaniesz z dotychczasowymi problemami. 

Spojrzała na niego i westchnęła. W jej oczach rozpacz mieszała się z

nadzieją. Tak bardzo chciał ją pocałować. Zamiast tego jednak delikatnie

położył jej dłoń na ramieniu. 

- Posłuchaj, obiecuję, że z samego rana dokładnie przestudiuję całą tę

dokumentację. Jeśli wpadnę na coś, co pozwoli mi spowolnić działania

Dana, czy nawet go zniechęcić na dobre, zrobię to. 

-   Dlaczego?   -  spytała   ostrożnie.   -   Żebym  się   odczepiła   i   żebyśmy

mogli... no wiesz. 

Uśmiechnął się. O tak, wiedział. 

- Zrobię to po prostu po to, żeby ci pomóc. Zresztą, jak znajdę jakąś

minę,   Dan   rzeczywiście   się   wycofa.   Interes   to   interes.   -   Przejechał

delikatnie   palcem   po   wewnętrznej   stronie   jej   ręki   i   zaczął   pieścić

nadgarstek.   -   A   jeśli   uda   mi   się   przynajmniej   odkładać   sfinalizowanie

transakcji przez wiele miesięcy, będę mógł przyjeżdżać często do pewnej

Błękitnej Damy i wtedy wiesz... 

Uśmiechnęła się w odpowiedzi i uniosła kieliszek w górę. 

- Za odkładanie - powiedziała cicho. 

background image

- Czego? 

- No wiesz... - Poruszyła winem w kieliszku,  ale go nie wypiła. -

Tego, co nieuniknione. 

- Nie chce tego odkładać, choćby o minutę dłużej, Nicole. 

- Najpierw zjemy kolację - oświadczyła wesoło. 

Co za tortura. Nie wyobrażał sobie, że mógłby w tej chwili cokolwiek

przełknąć. 

Nicole   ustawiła   talerze,   co   chwila   zerkając   spod   rzęs   na   Quinna.

Widziała, jak bardzo jej pragnie. Wierzyła też, że ma dobre intencje wobec

niej. Mogła mu zaufać. „Przyjeżdżać często". No cóż, często to nie zawsze

i może właśnie tak byłoby najlepiej. Bezpieczniej. Nie ma miłości, nie ma

straty. Tylko... pożądanie. 

Nagle usłyszała trzaśnięcie drzwi samochodu. 

- Ojej, co to było? - przestraszyła się. 

- Goście? - spytał niedbale Quinn, popijając wino. 

Dobiegły   ich   ożywione   głosy   i   trzaśnięcie   kolejnych  drzwi  auta,   a

potem kroki na żwirowej ścieżce na tyłach domu. 

- O Boże! - Nicole wstała i wyjrzała pomiędzy  palarni na okrągły

podjazd za domem, na którym stał jej własny samochód ze spakowanymi

rzeczami. 

- Przyjechali wcześniej! 

- Kto? 

- Goście, którzy wynajęli 1801. 

- Słucham? 

- Wynajęłam na tydzień swój dom. Zabrakło nam miejsc, jest wiele

chętnych par. - Przewróciła oczami. - Moja reklama jest bardzo skuteczna. 

background image

-   Nicole...   -   powiedział,   zbliżywszy   się   do   niej.   Wsunął   rękę   pod

włosy na jej karku i lekko uniósł je w górę, a potem zaczął całować ją po

karku. - Skoro mam być twoim reklamowym żigolakiem, który zachęca

gości do uprawiania seksu, potrzebuję więcej zajęć praktycznych. 

Nicole oparła się lekko o stół, by nie stracić równowagi, bo od tych

podniecających pieszczot zakręciło jej się w głowie. 

- Musimy się stąd wynieść, Mac. Trzeba uszanować ich prywatność. 

-   Przecież   oni   właśnie   pogwałcili   moją   -   mruknął,   skubiąc   ją

delikatnie zębami po karku. 

Nagle   ogród   zalało   światło,   które   wydobyło   z   mroku   również   ich

sylwetki. Chwycił ją w talii i wciągnął za krzak oleandra. 

- Chodź, schowamy się na plaży, a jak wniosą bagaże i zainstalują się

w domu, wrócimy i przeniesiemy wszystko do mnie. 

Usłyszała, że rozsuwają się szklane drzwi prowadzące na werandę. 

- Spójrz, jaki widok, kochanie. Jest tak romantycznie. 

Nicole pozwoliła się przeprowadzić przez zarośla na plażę. Pociągnął

ją nad wodę, w której odbijało się światło księżyca. 

- Będziemy  stąd obserwować dom.  Jak nowożeńcy zgaszą światło,

wymkniemy się po prowiant na naszą przenośną kolację. 

- To czekanie może trwać godzinami! - jęknęła. 

-   Hm...   -   Objął   ją   mocniej.   -   Trzeba   będzie   coś   robić   dla   zabicia

czasu... 

Chmura przesłoniła księżyc i zrobiło się prawie całkiem ciemno. W

milczeniu,   ciasno   przytuleni,   podeszli   na   sam   skraj   wody.   Nicole   aż

pisnęła cicho, gdy zimna woda zalała jej stopy. Nagle Quinn odwrócił ją

do siebie i zaczął całować w usta, a potem pociągnął ją na piasek. 

background image

- Zaleje nas fala, Mac - broniła się bez przekonania. 

Jedyną   odpowiedzią   był   kolejny   pocałunek.   Potem   usłyszeli   pełen

entuzjazmu okrzyk kobiety: 

- Zobacz, Dave! Przygotowali dla nas nawet romantyczną kolację ze

świecami i winem! 

Spojrzeli po sobie i z trudem opanowali chichot. Usłyszeli szybkie

kroki mężczyzny, który na chwilę ukazał się na werandzie, a potem zbiegł

do ogrodu. 

- Och, Mac, przykro mi. Straciłeś taką dobrą kolację. 

- Nie szkodzi. Wystarczy mi ta zakąska, którą miałem przed chwilą.

Na główne danie chodźmy do mnie. Chyba że mój dom też wynajęłaś? 

- Nie, zarezerwowano go dla naszego żigolaka od reklamy. 

- Kocham swoją pracę - rzucił z uśmiechem. 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Leżeli   bez   ruchu,   wciąż   napawając   się   przeżytą   przed   chwilą

rozkoszą.   Quinnowi   zdawało   się,   że   trwają   tak   od   wielu   godzin,   choć

wiedział,   że   minęło   zaledwie   kilka   minut,   odkąd   zastygli   spleceni   w

uścisku.   Ich   oddechy   już   się   wyrównały,   ale   Quinn   czuł   nadal   silne

uderzenia serca Nicole. 

- Mac? 

Uśmiechnął się. 

- Wiesz, że tylko koledzy z drużyny baseballowej i starzy kumple tak

mnie nazywają? 

-   Powiedziałeś,   że   tak   masz   na   imię,   gdy   spotkaliśmy   się   po   raz

pierwszy, i zawsze tak o tobie myślę - odparła, patrząc mu w oczy. - Grasz

background image

w baseball? 

-   Dla   rozrywki,   w   amatorskiej   drużynie   sfrustrowanej   kadry

kierowniczej. 

Ułożyła się wygodnie na boku i podparła na łokciu. 

-   Myślałam,   że   kadra   kierownicza   po   długim  dniu   pracy   w   biurze

nawiązuje   przydatne   kontakty   zawodowe,   popijając   drinki   na   różnych

strategicznych przyjęciach. 

- Mój szef chciałby, żeby tak właśnie było. To świr, który pracuje

dwadzieścia   cztery   godziny   na   dobę,   siedem   dni   w   tygodniu.   -   Nagle

zapragnął, by Nicole zobaczyła go kiedyś na boisku. Podniósłby głowę i

spojrzał na trybuny, a ona siedziałaby wśród innych dziewczyn i... żon. -

Lubię przebywać na powietrzu. Mój brat, Cameron, też gra w tej drużynie.

Głównie chodzi o to, by odreagować. 

- Jesteś w tym dobry? 

- Mam swoje dobre chwile. 

- Wyobrażam sobie... - Zaczęła gładzić go po umięśnionym brzuchu,

powoli zsuwając rękę w dół. 

-   Nie   zaczynaj,   kotku,   chyba   że   naprawdę   chcesz   od   razu   to

powtórzyć - rzucił ostrzegawczo. 

- Jaką zajmujesz pozycję? - spytała z przekornym uśmiechem. 

- Możesz być na górze, jeśli tak wolisz. 

- W baseballu! - zaśmiała się. 

- Miotacza albo łapacza. 

Westchnęła rozkosznie i powędrowała dłonią po jego bicepsach. 

- Masz ciało baseballisty. Silne, umięśnione... 

- Mów dalej. 

background image

- I cudowne. 

- Czyżby? - Odwrócił się na bok, by móc na nią patrzeć, i przejechał

ręką po jej biodrze, zatrzymując ją w talii. 

-  A  ty   masz   ciało   jak   z   rozkładówki.   Bujne,   kształtne   i   cudowne.

Natura była naprawdę hojna wobec ciebie. 

- Raczej złośliwa - mruknęła, unosząc ironicznie jedną brew. 

Tak   naprawdę,   odkąd   jej   ciało   niespodziewanie   rozkwitło   w

czternastym   roku   życia,   po   raz   pierwszy   czuła   się   piękna   i   seksowna.

Dzięki niemu. Wcześniej spojrzenia mężczyzn ją onieśmielały, a kobiece

były pozbawione wszelkiej życzliwości. 

- Żartujesz sobie. Kobiety płacą trzymiesięczną pensję, żeby się choć

przybliżyć do takiego ideału. 

- Ja tam wolałabym mieć niewypaczone okna i barierki na wszystkich

balkonach - powiedziała z westchnieniem. 

Poczuł   przypływ   poczucia   winy.   Oparł   się   na   łokciu   i   spojrzał

poważnie na Nicole. 

- Gdybym wiedział, ile to dla ciebie znaczy... 

- To twoja praca - przerwała mu niecierpliwie. - A nawet więcej -

twoja kariera, pozycja partnera. To całe twoje życie. 

On też tak do niedawna myślał. Ale w tej chwili, gdy leżał z tą kobietą

w łóżku, wydawało mu się to głupie. 

- To wcale nie jest całe moje życie - powiedział po długiej chwili

milczenia. 

-   No   jasne.   Jest   jeszcze   przecież   drużyna   baseballowa   -   dodała

ironicznie. 

- Tam mi nie płacą. Przegrana drużyna stawia tylko wygranej piwo. 

background image

- A pieniądze są dla ciebie bardzo ważne - usłyszał oskarżycielską

nutę w jej głosie. 

- Owszem, lecz nie są najważniejsze. 

- A co jest? Ambicja? Sukces? Pozycja? 

- Nie znasz mnie - zaprzeczył. 

-   Jesteś   silnie   zmotywowanym   facetem,   Quinn.   -   Niechętnie

zarejestrował,   że   użyła   jego   oficjalnego   imienia.   -   Widziałam,   jak

wchodzisz  w rolę na naszym spotkaniu  z Northcottem.  Jesteś twardym

przeciwnikiem podczas negocjacji. 

Przyglądał jej się przez chwilę, zastanawiając się, co odpowiedzieć.

Nie chciał zaprzeczać jej słowom, chciał jednak, by zrozumiała, jakimi

kieruje się pobudkami. 

-   Tak,   Nicole.   Jestem   dobry   w   tym,   co   robię   -   przyznał   i,   wciąż

wsparty na łokciu, pochylił się nad nią, by widzieć jej twarz. - Nie tym się

chciałem zajmować, ale skoro tak wyszło, staram się jak najlepiej. I jest mi

przykro, że moje sprawy zawodowe stają pomiędzy nami. Jednak kariera

nie jest całym moim życiem. Po prostu tak, a nie inaczej na nie zarabiam. 

- Jak trafiłeś do tej branży? 

- Mówiłem ci, że mój ojciec tak nas wszystkich ukierunkował, byśmy

skończyli   dobre   studia   i   mieli   kierownicze   stanowiska.   -   Przerwał   na

chwilę,   czując,   że   musi   powiedzieć   jej   więcej,   wszystko   wytłumaczyć,

nawiązać z nią bliższy  kontakt. - Nie mam mu  tego za złe. Życie jest

łatwiejsze, gdy ma się forsę i prestiż. Ale dla mojego ojca tylko to się

liczy. 

- Dlaczego? 

Spojrzał na jej twarz, oświetloną blaskiem księżyca wpadającym przez

background image

okno.   Patrzyła   poważnie,   pytająco.   W   innym   czasie   i   miejscu,   z   inną

kobietą, Quinn zacząłby seksualne igraszki albo wyskoczył z łóżka, by

wziąć prysznic, albo zażartował, zmieniając temat. 

- Moi rodzice rozwiedli się, gdy Colin był jeszcze niemowlakiem -

wypalił,   ku   własnemu   zaskoczeniu.   -   Matka...   chciała   czegoś   więcej.

Naczytała się o wyzwoleniu kobiet i uznała, że nie znosi mężczyzn i nie

jest stworzona do zajmowania się trójką dzieci. Zostawiła nas i wyjechała

do Wyoming. 

Spojrzała na niego ze współczuciem. 

-   Babcia   pomagała   nas  wychowywać,   a   jest   najwspanialszą   osobą,

jaką znam, więc bez obawy - nie dopuściła do nieodwracalnych szkód. 

- Musiało być wam bardzo ciężko. 

-   Każdy   z   nas   znalazł   jakiś   patent,   by   sobie   radzić.   Cam   stał   się

twardzielem. Colin trochę świrował... 

- A Quinn? 

Uśmiechnął się. 

- Stroił sobie ze wszystkiego żarty. 

Odpowiedziała mu uśmiechem, ale miał wrażenie, że chce usłyszeć

więcej. Dlaczego miałby coś przed nią ukrywać? Jeżeli naprawdę była „tą

jedyną", powinna wiedzieć o nim wszystko. 

- Nawet z pomocą babci ojcu było bardzo ciężko, ale zawziął się, że

nas   wykształci   i   zapewni   dobrą   przyszłość.   Tak   jakby   chciał   pokazać

matce, ile dobry rodzic potrafi zrobić dla swoich dzieci. 

Przez chwilę patrzyła na niego w milczeniu, przygryzając wargę. 

- A więc byłeś grzecznym chłopcem i robiłeś wszystko tak, jak chciał

twój ojciec. Ale może wolałbyś inaczej pokierować swoim życiem? 

background image

- Sam dokonałem wyboru, Nicole - powiedział niedbale, wzruszając

ramionami.   -   Chociaż   może   rzeczywiście   wołałbym   pracować   na

budowach, jak mój ojciec. - Uśmiechnął się szeroko. - Dobrze się bawiłem

na tych wakacjach. 

Spojrzała   na   niego   z   czułością   i   wtuliła   się   w   niego,   natychmiast

odbierając mu ochotę do rozmowy. Noc jest długa, pomyślał, machinalnie

bawiąc się jej włosami. 

- Jestem ci naprawdę wdzięczna za ten dach, Quinn. 

- Wolę, kiedy nazywasz mnie Mac - szepnął. 

Pocałowała go w ramię i westchnęła, gładząc koniuszkami palców po

brzuchu. 

- Co ja teraz zrobię, Mac? - spytała bezradnie. 

- Mam nadzieję, że będziesz kontynuować to, co robisz teraz - odparł,

przesuwając jej dłoń nieco w dół. 

-   Nie   chcę   stąd   wyjeżdżać   -   powiedziała   poważnie.   -   Nie   chcę

opuszczać swego domu, tracić pracy, którą lubię, swego małego świata. 

-  Ciii...   -  Położył  jej palec   na  ustach.   -  Jutro   rano  zajmę   się  tymi

dokumentami.   I   porozmawiam   z   szefem   o   wyższej   ofercie   cenowej,   a

nawet spróbuję go przekonać, by nie wyburzał budynków. Ale nie mówmy

o tym wszystkim teraz. 

- Dobrze, ale muszę ci coś ważnego powiedzieć, i właśnie teraz. 

Przestraszył   się   nieco,   słysząc   te   słowa.   Jeszcze   większa   bliskość

budziła w nim niepokój. 

- Mar Brisas... ta transakcja... To nie dlatego poszłam z tobą do łóżka. 

Zaśmiał się, ubawiony jej naiwną szczerością. 

- Wiem - odparł, całując ją we włosy i przyciągając bliżej do siebie. -

background image

Poszłaś ze mną do łóżka, bo tak ofiarnie naprawiam twój dach. 

- No właśnie - zaśmiała się. - A zdążysz skończyć przed wyjazdem? 

- Muszę trochę czasu poświęcić na te papiery. I wszystko przemyśleć.

- O, i to jeszcze jak! 

Nagle podskoczyła nerwowo w jego objęciach. 

-   Zostawiliśmy   dokumenty   z   banku   przy   stole!   -   powiedziała   z

niepokojem. 

- Pójdę po nie później, jak nieproszeni goście zapadną wreszcie w sen.

I odbiorę nasz prowiant. 

- Dzięki. 

- Dekarz, goniec. Masz dla mnie jeszcze jakieś inne zajęcia? 

-   O,   tak   -   zapewniła,   tym   razem   zdecydowanie,   choć   wolno

przesuwając dłoń w dół jego brzucha. 

Nicole   obudziła   się,   czując,   że   obejmuje   ją   silne   męskie   ramię,

przyciskające ją do prężnego, ciepłego ciała. Słyszała równy oddech Maca.

Spojrzała   na   żaluzje,   by   ocenić,   która   może   być   godzina.   Uznała,   że

szósta, może szósta trzydzieści. 

Miała ochotę mruczeć jak kotka. Było jej tak dobrze! Spędzili całą noc

w   swych   objęciach.   Mac   wymknął   się   na   krótko   przed   świtem,   by

przynieść   kopertę   z   dokumentami   i   zwędzić   trochę   jedzenia   z   ich

niedoszłego pikniku. Zjedli w łóżku krakersy z serem, a potem kochali się

w pościeli pełnej okruchów. 

Uśmiechnęła   się   na   wspomnienie   tej   nocy.   Gdyby   tak   mogła

codziennie zasypiać z nim w jednym łóżku... Ogarnęło ją nagle zupełnie

nieznane uczucie. Poczuła ciepło w okolicach serca. 

background image

Swego   samotnego,   niezależnego,   chronionego   kurczowo   przed

zranieniem   serca.   Chronionego   przed   nieuniknionym   cierpieniem,   jakie

przychodzi z miłością. Jak wtedy, w zimowy poranek w Chicago.

Zamknęła oczy przed rażącym porannym światłem i pogrążyła się we

wspomnieniach, od których zwykle uciekała. Ujrzała dziewczynkę, która

je naleśniki przy okrągłym stole, w zalanej słońcem kuchni. 

A   potem   przypomniała   sobie   ślicznie   pachnącą   kobietę,   która

przytulała ją na sofie krytej niebieskim aksamitem, czytając jej bajkę. I

wysokiego,   ciemnowłosego   mężczyznę,   który   śmiał   się   głośno,

podrzucając ją w górę. 

Przełknęła,   by   pozbyć   się   grudy,   która   zaległa   w   jej   gardle,   i

zamrugała,   czując,   że   ma   mokre   oczy.   Dlaczego   pozwalała   swemu

umysłowi zapuszczać się w te zakazane rejony? 

To wszystko dlatego, że Quinn poruszył w niej jakąś nieznaną dotąd

strunę. Tę, której nie chciała sama nigdy dotykać. Czyż ciocia Freddie nie

radziła sobie świetnie sama, bez męża? 

Męża?   Co   jej   chodzi   po   głowie?   Westchnęła   głęboko,   zdziwiona

kierunkiem swych myśli. Ręka Maca powędrowała po jej ciele. Obudził

się. Bała się odwrócić, jakby sądziła, że może odgadnąć jej myśli z wyrazu

twarzy. Poczuła jego usta na łopatce. 

- O czym myślisz, moja ty jedyna? 

I co ma mu powiedzieć? 

- O polisie ubezpieczeniowej. 

Powoli odwróciła się do niego i, nie patrząc mu w oczy, wtuliła twarz

w jego szyję. Odsunął się nieco, ujął ją za brodę i przyjrzał jej się uważnie.

- Co ci jest? - spytał. - Płaczesz? 

background image

Ucisk w gardle jeszcze się zwiększył. Skinęła głową. 

Ujął jej twarz w dłonie i pogładził usta palcem. 

Już miał coś powiedzieć, gdy z drugiego  końca pokoju rozległ się

dzwonek jego telefonu. Nadal patrzył na nią bez ruchu. 

- Odbierz, Mac. 

Pokręcił głową. 

- To może poczekać. Powiedz, o co chodzi. 

Popchnęła go lekko. 

- Odbierz telefon. To może być coś ważnego, skoro ktoś dzwoni tak

wcześnie. 

- To mój szef. Dla niego jest już środek dnia. - Wstał i poszedł do

telefonu. 

Potem   usiadł   na   łóżku,   plecami   do   Nicole,   i   odebrał   telefon,

przedstawiając się sucho samym nazwiskiem. 

- Dziś? - odezwał się z niepokojem. - Dlaczego? Jeszcze nie wszystko

przygotowane. 

Poczuła niepokój. Chodziło o Mar Brisas. 

- Nie słyszałem, że jest jakiś inny kupiec. Northcott coś kombinuje,

Dan. 

Nicole   usiadła   na   łóżku   i   oparła   się   o   poduszki,   zakrywając   się

prześcieradłem. 

- Ile? - spytał z niedowierzaniem Quinn, przeciągając automatycznie

dłonią przez włosy. 

Spójrz   na   mnie,   Mac,   poprosiła   w   myślach.   Chciała,   by   był   jej

sprzymierzeńcem,   a   nie   przeciwnikiem,   który   znowu   przemawia   tym

koszmarnym   tonem   bezwzględnego   biznesmena.   Jednak   on   się   nie

background image

odwrócił i rozmawiał dalej, jakby jej w ogóle nie było w pokoju. 

- Ale dach jest naprawiony. Właścicielka znalazła kogoś, kto wykonał

szybko tę pracę. 

Wreszcie oparł się na ręce i odwrócił, by spojrzeć na nią. Jednak jego

twarz   była   bez   wyrazu,   nie   posłał   jej   żadnego   porozumiewawczego

uśmiechu. 

- Zaproponujmy wyższą cenę, Dan. Nie możemy się teraz wycofać.

Muszę jeszcze tylko przestudiować polisę ubezpieczeniową. Tam coś nie

gra. 

Nicole   poczuła,   że   ma   mdłości.   A   więc   wciąż   zależało   mu   na   tej

transakcji. Nic się nie zmieniło. Nie był po jej stronie. Myliła się co do

niego. 

- Spotkam się dziś z Northcottem - ciągnął rzeczowym tonem Quinn. -

Słuchaj, Dan, naprawdę powinniśmy zaoferować wyższą cenę. Dach jest

naprawiony. No, prawie. - Słuchał przez chwilę, co ma mu do powiedzenia

„świr".   -   Tak,   porozmawiam   z   nią.   Jesteśmy   w   dobrych   stosunkach.   -

Spojrzał na nią, tym razem lekko się uśmiechając. - Współpraca świetnie

nam się układa. 

Nicole chwyciła koniec prześcieradła, szarpnęła nim i owinąwszy się

tkaniną,  pobiegła  niepewnym krokiem  do łazienki.  Zatrzasnęła   za sobą

drzwi i oparła się o nie. Po chwili był już po drugiej stronie. 

- Nicole, musimy porozmawiać. 

-  Zadzwoń  do   mnie   do   biura   -  warknęła.   -  Ułożymy   sobie   dobrze

współpracę. 

- Daj spokój, co miałem powiedzieć  szefowi?  „Zaraz spytam,  leży

obok w łóżku"? 

background image

Nicole spojrzała na swoją pobladłą twarz w lustrze. Dlaczego tak ją to

zaskoczyło?   Myślała,   że   jak   się   z   nim   prześpi,   on   zmieni   zdanie   w

interesach? Gwałtownym szarpnięciem otworzyła drzwi. 

- Słyszałaś rozmowę, Nicole. Northcott ma nowego klienta. 

- No i co z tego? - spytała, starając się nie patrzeć na jego nagie ciało. -

Co to dla mnie za różnica? 

- Nicole, jeśli nasza firma kupi posiadłość, jest przynajmniej szansa,

że Dan przystanie na modernizację, nie wyburzy wszystkiego i będziesz

mogła dalej tu pracować. 

Widząc jej sceptyczny wyraz twarzy, ciągnął dalej: 

- Mam plan. Po pierwsze skończyć naprawę dachu i przekonać Dana,

że musi przebić ofertę tego drugiego klienta. Po drugie, muszę załatwić

zmianę tej polisy ubezpieczeniowej. 

- Jak zamierzasz to zrobić? 

- To jest właśnie punkt trzeci mojego planu. Zobaczysz. 

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Po jej wyjściu Quinn poczuł się bardzo samotnie. Snuł się po domu,

potem wyszedł na werandę i gapił się na małe fale leniwie liżące piasek.

Kawa w kubku, który w zamyśleniu trzymał w ręku, zdążyła ostygnąć,

nim wypił pierwszy łyk. 

Nie wiedział, co robić dalej. Nie z Mar Brisas, bo był pewien, że uda

mu   się   udaremnić   podchody   Northcotta,   a   nawet   przekonać   Dana,   by

zamiast burzyć pensjonat, zdecydował się na jego odnowienie. 

Nie wiedział jednak, co począć z Nicole Whitaker, Błękitną Damą.

Przymknął oczy i przypomniał sobie wyraz jej twarzy, gdy się kochali. Już

background image

na samą myśl o tym ogarnęło go podniecenie, jednak gdyby chodziło tylko

o łóżko, skupiłby się po prostu na tym, jak ją tam znowu zaciągnąć, i

kropka. 

Tymczasem on nie mógł przestać myśleć o Nicole z innych względów.

Jeszcze   przy   żadnej   kobiecie   nie   czuł   się   tak...   kompletny.   Jakby

zrozumiał,   co   to   znaczy   być   całością.   Jakby   przez   wiele   lat   szukał

zagubionego   elementu   układanki,   który   teraz   idealnie   wsunął   się   na

właściwe miejsce. 

Quinn ze świstem wypuścił powietrze z płuc. Co się z nim, u licha,

dzieje? Przecież ona mieszka na Florydzie. A on w Nowym Jorku. Ona

jest   właścicielką   małego   nadmorskiego   raju,   a   on   rekinem   od

nieruchomości, który połyka takie znakomite kąski i zgarnia za to grubą

forsę. 

A tak dobrze do siebie pasują! Wziął łyk wystygłej kawy i ponad

brzegiem kubeczka dostrzegł dwa delfiny, które z gracją wynurzyły się z

wody, a zatoczywszy nad jej powierzchnią łuk, zanurkowały ponownie w

fale. Czy delfiny  łączą się w pary  na całe życie? Chyba gdzieś o tym

czytał. Jednak teraz nie zaprzątała go kwestia łączenia się w stałe pary, co

o dziwo zdawało mu się nagle całkiem naturalne. 

Cóż więc go tak niepokoiło? Miał przecież określony plan. Najpierw

naprawa dachu. Łatwe. Potem lepsza oferta cenowa. Wykonalne. Potem

namówienie Dana na odnowienie pensjonatu i zatrudnienie Nicole. To też

da się zrobić. Czyli wszystko w porządku. 

Czyżby? W jakiej sytuacji znajdzie się Nicole, która jest tak głęboko

związana z tym miejscem? Ma być jednym z pracowników, wydanych na

pastwę kaprysów jakiejś niewidzialnej korporacji? 

background image

Czuł, jak bardzo zależy mu, by kobieta, która - był o tym przekonany -

jest „tą jedyną", była szczęśliwa. Oczywiście, chciał mieć ją też w swych

ramionach, w swoim łóżku, a nawet w swoim życiu, ale ponad wszystko

pragnął jej szczęścia. 

Quinn poczuł, że go ściska w gardle. Skoro bardziej mu zależało na jej

szczęściu niż na własnym, a tak właśnie było, to jak ma to rozumieć? Czyż

nie na tym właśnie polega... miłość? 

Odwrócił   się   gwałtownie   i   wszedł   do   domu.   Wziął   kopertę   z

dokumentami   i   wysypał   jej   zawartość   na   blat   stołu.   Odnalazł   polisę

ubezpieczeniową   i   wpatrzył   się   w   stronę   gęsto   zadrukowaną   małą

czcionką. 

Komu by się chciało przeczytać to nudziarstwo od deski do deski? A

jednak trzeba. Zrobi to, bo gdzieś w tym gąszczu słów tkwi jakiś błąd,

przeoczenie, luka, i on musi to znaleźć. Nicole Whitaker musi dostać to, na

co zasługuje, a nie jakiś ochłap. 

Jednak,   gdyby   mu   się   nie   udało,   musi   mieć   plan   awaryjny.   Wziął

telefon   i  z   pamięci   wybrał  numer,   uśmiechając   się   do  siebie.   Plan   był

genialny. Odebrano za drugim sygnałem. 

- Mam dla ciebie wiadomość - powiedział bez wstępów, wiedząc, że

zostanie rozpoznany po głosie. Wziął głęboki oddech i zamknął oczy. -

Zakochałem się - wyrzucił z siebie. 

Nicole odwróciła wzrok, gdy mijała billboard na drodze numer jeden,

którą mknęła do ciotki Freddie. Żałowała, że ciocia wyprowadziła się z

wyspy,   ale   było   oczywiste,   że   jej   dobrze   rozwijająca   się   firma

potrzebowała   przestrzeni,   a   tej   coraz   bardziej   brakowało   na   wyspie

background image

opanowanej przez potentatów od nieruchomości. 

Nieruchomości. Czy każda myśl musi wracać do tego samego punktu

wyjścia?   Nicole   przełknęła   nerwowo   ślinę,   przypominając   sobie,   jak

niezręczne było ich pożegnanie. Usiłował ją pocałować, a ona uchyliła się

i szybko zbiegła po schodach z werandy. 

Nicole czuła się tak rozstrojona, że nie zatrzymała się w pensjonacie

nawet po to, by się przebrać czy zostawić rzeczy w pokoju, który miała

tymczasowo   zająć.   Po   prostu   wskoczyła   do   samochodu   i   gnała   przed

siebie, byle dalej od Mar Brisas i Quinna, czy też Maca. 

Freddie uniosła głowę znad góry złotej lamy, która leżała przed nią na

stole. Włosy miała związane w kucyk, na twarzy ani śladu makijażu. 

- Lama... - powiedziała z rozmarzeniem.  - Trzeba ją nosić na gołe

ciało, z wdziękiem, oczywiście, jeśli ma się odpowiednią figurę. Cześć,

kotku. Co cię do mnie sprowadza w ten śliczny poranek? 

Nicole uśmiechnęła się, zadowolona, że dała nogę z wyspy. 

- Dwa zakochane gołąbki uwiły sobie gniazdko w moim domu i płacą

za to kupę forsy. Mogę pomieszkać u ciebie przez kilka dni? 

Freddie zrobiła dziwną minę i najwyraźniej chciała coś powiedzieć,

ale się rozmyśliła i rzuciła tylko: 

- Jasne, świetny pomysł. 

Aby   uciec   przed   uważnym  spojrzeniem   ciotki,   Nicole   podeszła   do

rzędu manekinów krawieckich, na których pyszniły się piękne, niezwykle

kobiece kreacje zaprojektowane przez Freddie. Ujęła delikatny, przejrzysty

materiał jednej z sukienek. 

- Jaka śliczna - powiedziała z niekłamanym zachwytem. 

- Mmm, podobna do tej, którą masz na sobie. 

background image

Nicole   spojrzała   na   swą   białą   spódnicę   i   przypomniała   sobie,   jak

Quinn ją rozpinał. 

- Może bym się przebrała - powiedziała szybko. - Przyniosę torbę z

samochodu. 

- Podoba mi się zestawienie z tym kusym topem. Ten komplet jest o

wiele   bardziej...   jak   by   to   powiedzieć...   śmiały,   niż   ten,   który

zaprojektowałam. Ładnie ci w tym. 

Nicole odwróciła się do drzwi. Za chwilę ciocia Freddie na pewno

będzie wiedziała, jak śmiały komplet sporządziła Nicole wczoraj, i z kim. 

-   Fajnie   jest   widzieć   cię   w   czymś,   co   podkreśla   twoją   wspaniałą

figurę, zamiast ją ukrywać - ciągnęła Freddie, więc Nicole nie wypadało

wyjść. - To na pewno Jowisz,  który  ma  teraz  duży  wpływ na Barana,

powoduje dużą zmianę w twoim życiu. 

Nicole   zaśmiała   się,   jak   zawsze,   gdy   słyszała   z   ust   Freddie

astrologiczne interpretacje. 

- Tak, na pewno Jowisz zmienia właśnie moje życie - powiedziała i

ruszyła do wyjścia. 

Freddie uniosła złocistą tkaninę w górę tak, że zasłaniała jej twarz, i

mierząc ją fachowym spojrzeniem, powiedziała powoli; 

- A może to Quinn McGrath właśnie je zmienia... 

- Cha, cha - odparła Nicole, po czym podeszła do stołu, przy którym

siedziała ciotka, i lekko opuściła zasłonę z lamy, by spojrzeć na Freddie. 

Ciotka położyła tkaninę na stole i wzięła Nicole za rękę. 

- Chcesz o tym porozmawiać? - spytała. 

- Nie ma o czym. 

Freddie zmarszczyła nos i teatralnie wciągnęła powietrze. 

background image

-   Czuję   kłopoty   -   powiedziała   tonem   wieszczki..   -   Nieszczęścia.   I

jeszcze coś. 

Dobrze, że wzięła prysznic u Quinna, bo Freddie poczułaby jeszcze

pewnie słodki zapach seksu. 

- Czuję... miłość - szepnęła Freddie, zbliżając swoją twarz do twarzy

Nicole, która odskoczyła jak oparzona. 

- Mylisz się. Nie ma mowy o żadnej tam miłości. Pożądanie, może

nawet namiętność - to tak. Ale nie zakocham się w mężczyźnie, któremu

nie ufam, facecie, który kłamie jak z nut, który mówi mi coś osobiście, a

po pięciu minutach przez telefon mówi już coś innego. 

Zwłaszcza   jeśli   to   coś   innego   oznacza   wyciągnięcie   mi   spod   nóg

dywanu, po którym stąpam. To nie jest miłość, ciociu. Nie potrzebuję być

zakochana, by czuć się spełniona. Po miłości można spodziewać się tylko

straty, a ja chcę zwyczajnie sobie żyć... 

- Zaraz, zaraz - wtrąciła ciotka Freddie, machając rękami. - Nic z tego

nie rozumiem. Co się właściwie stało? - spytała, obejmując Nicole. 

Nie było sensu dłużej się wykręcać. Ciotka naprawdę miała nosa do

„tych spraw". 

- Długo by mówić - bąknęła Nicole. 

-   Mam   czas,   nigdzie   mi   się   nie   spieszy   -   zapewniła   Freddie   z

uśmiechem. 

Nicole potrząsnęła głową i ukryła twarz w dłoniach. 

-   To   skomplikowana   historia.   Komedia   omyłek   z   tożsamością

bohaterów, sekretne wiadomości przekazywane w miejscu publicznym. -

Rozczapierzyła dłonie i spojrzała na ciotkę przez palce. - A nawet seks w

windzie. 

background image

- No, no - uśmiechnęła się szeroko Freddie. - Chyba dziś nie uszyję

nic   z   tej   lamy   -   westchnęła   i   usadowiła   się   na   stole   obok   Nicole.   -

Opowiedz mi wszystko od początku. 

Freddie nie dopytywała się o szczegóły, ale Nicole powiedziała jej

wystarczająco   dużo,   by   mogła   sobie   dośpiewać   resztę.   Gdy   bratanica

doszła do relacji na temat porannego telefonu, miała łzy w oczach. 

Po wysłuchaniu wszystkiego Freddie milczała przez długą chwilę, a

potem powiedziała: 

- Źle cię wychowałam, kochanie. Chciałam, żebyś była taka jak ja. 

- A cóż w tym złego? - spytała zdziwiona Nicole. 

- Pod wieloma względami to jest okej - westchnęła Freddie. - Jesteś

niezależna, umiesz się o siebie zatroszczyć. To jest dobre i jestem z ciebie

dumna. Ale twoi rodzice chcieliby, żebyś poznała taką miłość, jaka ich

połączyła. A oni się bardzo kochali, maleńka. 

Nicole znowu poczuła to wzruszenie, które ogarnęło ją rano. Znów

opadły ją nieproszone wspomnienia, które zazwyczaj odsuwała daleko w

głąb siebie. 

- Myślę, że twoje problemy z panem McGrath nie mają nic wspólnego

z ewentualną sprzedażą nieruchomości.  - Ciotka ujęła Nicole za ręce i

popatrzyła jej w oczy. - Wiesz to równie dobrze jak ja. 

Nicole przymknęła oczy. 

- Boję się - przyznała cicho. - Boję się, że ktoś, kogo kocham, może

pewnego dnia wsiąść do samochodu i już nigdy nie wrócić. 

Freddie westchnęła cicho, przytulając ją do siebie. 

- Och, kochanie, nic dziwnego, że masz takie lęki. Ale nie możesz

wiecznie uciekać przed życiem dlatego, że cię kiedyś dotkliwie zraniło.

background image

Musisz żyć. 

- Z Quinnem? - spytała Nicole, podnosząc oczy na ciotkę. 

- Wiesz, że mam nosa do tych spraw - powiedziała Freddie. - A ten

twój Quinn nieźle pachnie. 

Nicole z trudem powstrzymała dziwną mieszankę łkania i chichotu,

która zdławiła jej gardło. 

- O, tak, ciociu. On pachnie wręcz bosko. 

Freddie roześmiała się i otoczyła bratanicę ramionami. 

- Myślę, że pasujecie do siebie. Może nawet jest „tym jedynym" -

powiedziała, głaszcząc Nicole po włosach. 

- „Tym jedynym"? 

- No wiesz, twoją bratnią duszą, tym mężczyzną, który jest ci pisany. 

Quinn   użył   całego   swego   wdzięku,   aby   nakłonić   sekretarkę   Toma

Northcotta do umówienia go na spotkanie. Niestety okazało się; że nie ma

go w biurze, gdyż wyjechał do Country Club i ma być bardzo zajęty przez

najbliższych kilka dni. 

Quinn miał jednak w zanadrzu plan B. 

-   A   może   Denis   jest   teraz   wolny?   -   spytał   z   porozumiewawczym

uśmieszkiem,   wymawiając   imię   prawnika   tak   poufale,   jakby   znał   go

osobiście, a nie jedynie z podpisu na dokumentach, które studiował przez

cały ranek. 

- Pan Knox... - powiedziała z wahaniem, zaglądając do notatnika. 

- Wystarczy mi jakieś dziesięć minut, Rachel... - powiedział cicho,

pochylając się na tyle blisko, by odczytać jej imię na notce skierowanej do

niej. 

background image

Chyba jej nie przeszkadzało, że się zanadto spoufala, bo powiedziała: 

-   Zobaczę,   co   się   da   zrobić,   może   uda   mi   się   pana   umówić   -

powiedziała cicho, podnosząc słuchawkę. 

Pięć minut później szedł za Rachel do działu prawnego. 

- Panie Knox, przestudiowałem polisę ubezpieczeniową Mar Brisas -

powiedział Quinn, gdy już się przywitali i zostali sami. 

- Jest dość zawikłana - powiedział prawnik i nachmurzył się. 

- Owszem, nigdy jeszcze nie widziałem w ten sposób sformułowanej

polisy. 

- Ja też, a pracuję jako doradca prawny w tym banku od dwudziestu

dziewięciu lat - powiedział Knox, nakładając okulary do czytania i biorąc

papiery   do   ręki.   -   Jednak   ta   polisa   jest   nie   do   ruszenia.   Tom   robił

wszystko, co mógł, by nakłonić brata do jakichś zmian, ale nic nie dało się

zrobić. 

- Jakiego brata? 

Knox spojrzał na niego znad oprawki. 

- Bill Northcott był agentem ubezpieczeniowym, który załatwiał tę

polisę   -   uśmiechnął   się.   -   To   nie   Nowy   Jork,   panie   McGrath.   U   nas

wszyscy są spokrewnieni ze wszystkimi. 

Quinn przyjrzał się staremu prawnikowi i postanowił zdać się na swój

instynkt. 

- Panie Knox, czy naprawdę uważa pan, że sposób sformułowania tej

polisy   był   legalny?   Proszę   spojrzeć   na   paragraf   czternasty,   punkt

dziewiąty. 

Knox westchnął i odłożył papiery, nawet na nie nie spojrzawszy. 

-   Nic   się   nie   da   z   tym   zrobić.   Szkody   spowodowane   przez   wiatr

background image

zostały uznane za inny czynnik niż straty wywołane powodzią, a podczas

tamtego sztormu nie wystąpiło zalanie wodą. Agent wyceniający straty nie

mógł tego inaczej interpretować. 

Quinn zgarnął papiery z biurka i wsunął je do swojej aktówki. 

- Chyba porozmawiam z Billem Northcottem. Gdzie go znajdę? 

- Przeniósł się do Kalifornii. 

- Ach tak, a kto prowadzi sprawy jego klientów? 

-   Nie   jestem   pewien.   Klientami   banku   zajął   się   nasz   departament

hipoteczny.   Zaraz   sprawdzę,   kto   jest   odpowiedzialny   za   Mar   Brisas   -

powiedział i zaczął przeglądać kołonotatnik stojący na biurku. 

- Proszę się nie trudzić, pojadę do Country Clubu i porozmawiam z

Tomem. 

Knox zaśmiał się pod nosem. 

- W restauracji go pan nie znajdzie. Jakiś klient z Chicago zaprosił go

na golfa. 

- Doprawdy? - spytał chłodno Quinn. 

Teraz już wiedział, że nie ma czasu do stracenia. 

Nicole czuła się trochę winna, że spędziła z Freddie cały dzień i nawet

nie   zadzwoniła   do   Sally,   żeby   zapytać,   jak   sobie   radzi.   Po   obiedzie

postanowiła jednak wrócić do pensjonatu i sprawdzić coś, co można było

równie dobrze załatwić przez telefon. Freddie nie powiedziała tego głośno

i Nicole była jej za to wdzięczna. 

W   biurze   było   pusto,   ale   Sally   udało   się   zorganizować   chwilowe

zastępstwo w recepcji. W holu kręciło się paru gości. Telefon zadzwonił

dwukrotnie, gdy sprawdzała rezerwacje z tego dnia. Wyglądało na to, że

background image

wkrótce   wszystkie   miejsca   będą   zajęte.   Podniesiona   na   duchu,   Nicole

postanowiła przejść się po ośrodku, a potem sprawdzić pocztę mailową i

wrócić do Freddie. 

Gdy znalazła się nad basenem, jej wzrok natychmiast powędrował na

dach. Okrzyk zdumienia, który jej się wyrwał, wyraźnie zdziwił paru gości

siedzących   przy   stolikach.   Nowe   dachówki   pokrywały   prawie   całą

uszkodzoną część dachu. Jak zdołał tego dokonać? 

Nicole   ruszyła   biegiem   do   pensjonatu   i   wbiegła   po   schodach   na

najwyższe piętro. Miała w torebce klucz do pokoju, który pełnił funkcję

magazynu, więc wśliznęła się tam szybko i wyszła na balkon. 

Drabina   prowadząca   na   dach   była   na   miejscu.   Nicole   musiała

zobaczyć z bliska efekt pracy Quinna. Spojrzała na krótką spódniczkę i

sandałki na płaskim obcasie, które włożyła u Freddie. A co tam, wchodziła

już na dach w bardziej ryzykownym stroju. 

- Witam! 

Ze   zdziwienia   straciła   na   chwilę   równowagę,   ale   podtrzymało   ją

czyjeś silne ramię. 

Czy to Quinn? Nie, miał jaśniejsze włosy i ciemnoniebieskie oczy.

Ale   równie   piękne   ciało.   Bez   słowa   obejrzała   się   za   siebie.   Zobaczyła

jeszcze jednego przystojniaka. Ten miał włosy tak samo ciemne jak Quinn,

lecz długie i związane w kucyk, a w uchu złoty kolczyk. 

- Jestem Cameron - powiedział ten, który ją przytrzymał. - A to Colin. 

- A, jesteście braćmi... - wydukała. 

Colin   zaśmiał   się,   a   potem   niskim,   seksownym   głosem,   w   czym

również przypominał Quinna, powiedział: 

- A ty jesteś pewnie Błękitną Damą. Czytaliśmy twoje ogłoszenie. 

background image

- Gdzie jest Quinn? - spytała zażenowana. 

- Gra w golfa. 

- Jak to? Ściągnął was tutaj i kazał naprawiać dach, a sam poszedł grać

w golfa? 

- Tak, to bardzo w jego stylu, nie sądzisz? - odparł Cameron i puścił

do niej oko. 

- Nie znam go na tyle - bąknęła. 

-   Quinn   twierdzi   coś   wręcz   przeciwnego   -   zapewnił   Colin   z

przekornym uśmiechem. - Mówi, że... 

- Ma kłopoty - odezwał się Quinn, który właśnie wskoczył na dach. -

Mam kłopoty, bo obiecałem ekipie dekarzy obiad, ale się nieco spóźniłem.

Gdy omiótł ją wzrokiem, Nicole zrobiło się gorąco. Zwłaszcza że on

sam wyglądał bardzo pociągająco w białej, rozpiętej pod szyją koszuli z

podwiniętymi rękawami i skórą ozłoconą słońcem. 

- Jak się grało? - spytała sarkastycznie. 

- Jak zwykle. Tak, aby wygrać. - Wsadził rękę do kieszeni, wyjął z

niej klucz i rzucił Cameronowi, który złapał go w locie. - Macie fajrant,

chłopaki. W domu jest pizza i piwo. Ja muszę porozmawiać z Nicole. 

Pokręciła głową. 

-   Nie,   na   pewno   chcesz   spędzić   trochę   czasu   z   braćmi.   Ja...

wyjeżdżam. 

Quinn dosłownie przygwoździł ją wzrokiem do miejsca. 

- Wówczas nie dowiesz się, jak pokonałem Toma Northcotta. 

- Grałeś z nim w golfa?  - spytała, czując, jak wzbiera  w niej fala

niechęci i urazy. 

- Nie. Powiedziałem, że go pokonałem. Nie w golfie, w grze, którą

background image

sam prowadził. 

- Jakiej grze? 

- Niektórzy ludzie nazwaliby ją przekrętem z polisą ubezpieczeniową,

inni   oszustwem.   Jednak   uzgodniliśmy   z   Tomem,   że   to   nieumyślna

pomyłka   pewnego   przedstawiciela   banku   i   pewnego   agenta

ubezpieczeniowego, więc sprawa nie musi trafić do lokalnych gazet. 

- Nic nie rozumiem! 

- Ostrożnie, kochanie - powiedział, podtrzymując ją za ramię, bo aż się

zachwiała. - Chyba nie chcesz iść jutro po ten czek o kulach? 

- Jaki czek? 

- Odszkodowanie z tytułu polisy ubezpieczeniowej. Sto pięćdziesiąt

tysięcy dolarów. Za zniszczenia spowodowane przez huragan. 

- Mac! Jak tego dokonałeś?! Och, jak mam ci dziękować? 

- Już ja coś wymyślę... 

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

Ledwie zdążył musnąć jej usta w pocałunku, o którym marzył przez

cały dzień, gdy odskoczyła od niego i zasypała go pytaniami: Jak? Kiedy?

Co? Dlaczego? 

- Ciii... - Położył palec na ustach i odwrócił się do Camerona, który

szczerzył się jak głupek. - Miałeś rację, że straty poniesione z powodu

huraganu podlegają specjalnej klasyfikacji i trzeba złożyć podanie w tej

sprawie do władz stanowych. 

Cameron skinął głową. 

- Tak właśnie pomyślałem - skoro obowiązuje w stanie Nowy Jork,

dlaczego nie tutaj. 

background image

- A jak tam przepisy budowlane? Czy kąt nachylenia dachu mógł być

podstawą do odrzucenia roszczeń? 

Quinn   zauważył   zdezorientowany   wyraz   twarzy   Nicole,   która

przenosiła spojrzenie z jednego brata na drugiego, ale tymczasem odparł: 

-   Miałeś   rację,   braciszku,   wszystko   jest   OK.   -   Uśmiechnął   się   do

Nicole.   -   Nieźle   jest   mieć   w   rodzinie   bankiera   z   dyplomem   prawa   i

architekta. 

-   Zwłaszcza   takich,   co   umieją   jeszcze   naprawiać   dachy.   -   Nicole

uśmiechnęła się radośnie. 

- Musiałem wyciągnąć wszystkie asy z rękawa na raz - odparł Quinn,

z   trudem   opanowując   chęć   pocałowania   jej.   -   Gdyby   zawiodły   moje

przypuszczenia   co   do   tej   cholernej   polisy,   musielibyśmy   się   szybko

uwinąć z naprawą dachu. 

- A tak w ogóle, to wyjątkowo piękny dach. Doskonałe proporcje i

spadek. Architekt miał świetne oko do hiszpańskiego stylu. 

- Ten dom zaprojektował i zbudował mój pradziadek - powiedziała

Nicole z dumą w głosie. - Zawsze mi się podobał. 

Quinn   skrzyżował   ręce   na   piersi   i   posłał   Cameronowi   wymowne

spojrzenie. Chociaż był bardzo wdzięczny braciom, że rzucili wszystko, by

służyć mu radą i konkretną pomocą przy pracy, nie zamierzał sterczeć w

nieskończoność na dachu i podziwiać jego linie. 

Cameron  bez słowa zaczął zbierać narzędzia, a Colin się do niego

przyłączył. Po kilku minutach Quinn wyprowadził ich z pokoju-magazynu

i obiecał spotkać się z nimi za parę godzin. Ignorując porozumiewawcze

uśmieszki, zamknął za nimi drzwi. 

Wspiął się po drabinie i wyjrzał na dach. Nie mógł się doczekać, kiedy

background image

zostaną   sam   na   sam.   Zobaczył   ją,   jak   siedzi   na   oknie   mansardowym,

krótka spódniczka zadarła się, odsłaniając piękne uda. Nicole wyglądała

na szczęśliwą - oparła się na łokciach i wpatrywała w zatokę oświetloną

ostatnimi błyskami słońca, na jej ustach igrał uśmiech. 

Pomyślał,   że   to   dzięki   niemu   tak   się   uśmiecha.   Zdołał   więc   ją

uszczęśliwić. Nic innego się nie liczy, nawet to, że ten ruch zaszkodzi jego

karierze. Nawet to, że będzie musiał wyjechać, teraz, gdy nie ma tu już

żadnych spraw do załatwienia. 

Odwróciła głowę i zauważyła, że Quinn się jej przygląda. 

-   A   więc   jednak   nie   jesteś   Donaldem   Trumpem   -   powiedziała   z

czułym uśmiechem, przymrużywszy oczy i przechyliwszy głowę na bok. -

Pomyliłam się co do ciebie. 

Wstała i podeszła do drabiny. Zszedł szybko na balkon, a potem z

zapartym tchem śledził jej powolne ruchy, gdy zbliżała się ku niemu z

wdziękiem kota. Gdy weszli do pokoju, zadzwonił telefon. 

- Świr? 

Quinn   pokiwał   głową   i   odebrał.   Nawet   nie   zdążył   wypowiedzieć

swego nazwiska do końca, gdy mu przerwano. Przez dłuższą chwilę Quinn

słuchał,   tylko   co   jakiś   czas   pomrukując   coś   na   potwierdzenie   tego,   że

słucha.   Nicole   pomyślała,   że   może   Quinn   chce   porozmawiać   bez

świadków, więc zrobiła krok w stronę wyjścia, ale ją zatrzymał. 

-   Teraz   ty   mnie   posłuchaj,   Dan   -   powiedział   tym   swoim

bezwzględnym tonem. - Brat Toma Northcotta wcisnął właścicielce polisę

ubezpieczeniową,   która   wcale   nie   ubezpieczała,   a   za   swoje   pokrętne

sformułowania zgarnął forsę z kompanii ubezpieczeniowej. Bank z kolei

nie   przesłał   kopii   tej   polisy   władzom   stanowym,   co   jest   wymogiem

background image

prawnym tego stanu, więc polisa jest nieważna. 

Nicole zatkało. Jak Tom mógł jej coś takiego zrobić? 

- Northcott krył brata, a zajęcie Mar Brisas przez bank zamknęłoby

całą   sprawę.   A   ponieważ   zamierzałeś   podpisać   z   nim   kolejne   umowy

hipoteczne, bardzo mu zależało na sfinalizowaniu tej transakcji. 

Quinn zawiesił głos, bo reszta już była jasna. 

- Nie, to nie jest nielegalne, ale jest nieetyczne - powiedział ze złością.

- Tak, wiem, interes to interes - westchnął cicho, przymykając oczy. 

Nicole nie chciała słuchać dalszego ciągu rozmowy. Wyszła na balkon

i zamknęła  za sobą drzwi. Przechyliwszy się  przez barierkę,  zobaczyła

ludzi  pływających w  basenie  i  dwóch  mężczyzn  grających na  plaży   w

piłkę. Cameron i Colin, niezawodni muszkieterowie. 

Uśmiechnęła się, zamknęła oczy i wystawiła twarz na ciepły powiew

bryzy. Pomyślała, że trudno jej będzie się rozstać z Quinnem. A przecież

musi. To była tylko piękna przygoda, przelotna znajomość. Czyżby? 

Uwielbiała   dźwięk   jego   głosu,   podobało   jej   się   to,   co   miał   do

powiedzenia. Lubiła jego ironiczne poczucie humoru i wzruszyła ją jego

troska. Podobał jej się styl jego pracy, jego poczucie odpowiedzialności.

Kochała jego śmiech, jego usta i oczy. Kochała... Maca. 

Tylko czegóż mogła oczekiwać? Na pewno będzie miał problemy w

firmie. Ale ma jeszcze inne perspektywy pracy, przyjaciół, nowojorskie

mieszkanie, swój zespół baseballowy. Ona zostanie w Mar Brisas, które

odzyskała   dzięki   niemu.   Nie   mają   wspólnej   przyszłości,   pomyślała   z

bólem. Cóż, ale mają tę noc. I resztę weekendu. 

Usłyszała odgłos odsuwanych drzwi balkonowych, w których pojawił

się Quinn. 

background image

- Wszystko załatwione? - spytała. 

- Ja będę załatwiony, jeśli za dwie godziny nie znajdę się w samolocie.

-   Co   takiego?   -   Poczuła   przypływ   paniki.   -   Dlaczego,   zostań

przynajmniej do końca swego urlopu... 

- W moim zawodzie nie ma urlopów. 

- I nie ma etyki - dodała z goryczą. - Nie jesteś wściekły na szefa, że

nagrał to wszystko? - spytała, mrużąc oczy z wściekłości. 

- On tylko chciał wykorzystać okazję. Interes to interes. 

Nicole poczuła wściekłość. 

-   Jednak   nie   myliłam   się   co   do   ciebie   -   syknęła.   -   Interesy   są

najważniejsze. 

- Nieprawda - zachmurzył się i pokręcił głową. 

- A co niby jest? 

Czekała na jedno magiczne słowo: „ty", które pchnęłoby ją w jego

ramiona, pozwoliło mieć nadzieję. 

- Muszę wrócić do domu i załatwić parę spraw - powiedział wreszcie

poważnym tonem. 

Spojrzała na niego i wyobraziła sobie, jak to będzie, kiedy on wróci do

domu.   Wyjdzie   ze   swego   mieszkania   na   Manhattanie,   siądzie   za

kierownicą   jakiegoś   ekskluzywnego   samochodu,   pójdzie   na   piwo   z

kumplami z drużyny baseballowej, ułoży sobie sprawy w pracy... a Nicole

Whitaker będzie wtedy już tylko miłym wspomnieniem.

 Łzy zakręciły jej się w oczach, więc ominęła go szybko i ruszyła do

pokoju, by nie zauważył jej wzruszenia. Chwycił ją za rękaw bluzki. 

- Nicole, zaczekaj. Jak możesz tak po prostu mnie opuszczać? 

-   Mogłabym   zadać   ci   to   samo   pytanie,   Quinn   -   rzuciła,   po   czym

background image

wybiegła pędem z pokoju, czując już łzy na policzkach. 

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

Ciocia Freddie robiła, co mogła, by pocieszyć Nicole. Przestudiowała

jej aktualny  układ planet, dogadzała jej aromaterapią  i ciasteczkami  na

miodzie, próbowała rozweselić żartami - wszystko na nic. 

Nicole   wiedziała,   że   powinna   się   cieszyć.   Odzyskała   Mar   Brisas.

Obiecała   sobie,   że   w   poniedziałek   uczci   zwycięstwo   i   zajmie   się

organizowaniem remontu. 

Jednak   do   tego   czasu   będzie   remontować   swoje   złamane   serce.

Dlatego zaszyła się samotnie na małym patio położonym na dachu domu

ciotki Freddie i patrząc w gwiazdy, oddawała się wspomnieniom. 

Gdy usłyszała kroki ciotki na schodach, spodziewała się kolejnej akcji

z serii „uśmiechnij się". Jednak to Freddie uśmiechała się od ucha do ucha,

gdy oświadczyła: 

- Przyjechała twoja brygada dekarzy. Chcą się pożegnać w drodze na

lotnisko. 

Zaskoczona   Nicole   zeszła   na   dół   i   przywitała   się   z   wypoczętymi,

ogorzałymi braćmi McGrath. 

-  Przyjechaliśmy   się   pożegnać   -  powiedział   Cameron,   świdrując   ją

niebieskimi oczyma. - Skończyliśmy robotę. 

- Dach? - spytała zaskoczona. - Och, nie trzeba było, przecież teraz

mogę   zapłacić   komuś   za   naprawę.   Co   ja   wygaduję,   wam   właśnie

powinnam zapłacić. 

- Nie ma o czym mówić - przerwał Colin. - To były świetne wakacje.

Daj znać, gdybyś potrzebowała architekta przy odnawianiu budynku. Mam

background image

parę pomysłów. 

- Dziękuję - powiedziała, wiedząc, że nigdy nie zwróci się do brata

Quinna. 

- Wyjeżdżamy, Nicole - powiedział Cameron, przestępując z nogi na

nogę. - Chcieliśmy zobaczyć, jak się masz. 

- Dobrze - odparła zdziwiona. 

Colin przyjrzał się jej uważnie, a Nicole uświadomiła sobie, że ma

zaczerwienione od płaczu oczy. 

- Chcieliśmy zobaczyć, czy jesteś w tak kiepskim stanie jak Quinn,

kiedy wyjeżdżał. Był bardzo przygnębiony. 

- Naprawdę? - spytała, czując, że robi jej się ciepło na sercu. - Więc

nie powinien był wyjeżdżać. 

- Musiał - wyjaśnił drugi brat. - Quinn jest odpowiedzialny. Zawsze

postępuje tak, jak potrzeba. 

- W każdym razie, dziękuję za wszystko, co dla mnie zrobiliście -

powiedziała, by zmienić temat. - Naprawdę to doceniam. 

- Jak moglibyśmy odmówić? - spytał Colin. - Gdy Quinn zadzwonił i

powiedział... 

- Musimy już jechać - Cameron położył rękę na ramieniu brata. 

-   Chciałabym   was   jeszcze   tylko   o   coś   zapytać   -   wyrwało   się

spontanicznie Nicole. - Co znaczy według was słowo: „jedyna"? 

-   W   naszej   rodzinie   oznacza   bratnią   duszę,   osobę,   która   jest   ci

przeznaczona. Nasza irlandzka babcia święcie w to wierzy. Że na każdego

czeka jakaś druga osoba. 

- A gdy się ją znajdzie, a potem opuści... 

- Tego się nie robi - powiedział Cameron i uściskał ją na pożegnanie. 

background image

-   Widziałem   twój   billboard   reklamowy.   Jest   świetny   -   powiedział

Colin, całując ją w policzek. 

Gdy Nicole zamknęła drzwi, myślała o tym, co powiedział Cameron.

Że „tej jedynej" się nie opuszcza. Widocznie nie jest tą osobą. 

Jak Quinn sobie coś postanowił, nic nie mogło go już powstrzymać.

Tak było i tym razem. Gdy przybył do Nowego Jorku, zadzwonił do braci,

którzy zostali w Mar Brisas, i przedstawił im swój plan. Cameron miał

pewne opory, ale Colinowi pomysł bardzo się spodobał i nawet wiedział,

jak zdobyć potrzebne materiały. 

Drugi   punkt   planu   polegał   na   tym,   by   wejść   do   gabinetu   Dana

Jorgensena i powiedzieć jedno słowo: odchodzę. Warto było przylecieć do

Nowego Jorku już choćby po to, by zobaczyć jego minę. Jednak uczucie

ulgi,   lekkości   było   nie   do   przecenienia.   W   sobotę   wieczorem   Quinn

zadzwonił do babci, a potem się spakował. 

- Skoro ją znalazłeś, nigdy nie pozwól jej odejść - powiedziała babcia. 

Gdy Quinn pędził na spotkanie z Nicole drogą numer jeden, spojrzał

na billboard i uśmiechnął się. Przypomniał sobie, jak zobaczył go po raz

pierwszy. 

- Och, co za niespodzianka - powitała go Freddie, gdy stanął w jej

progu, choć wcale nie wyglądała na zaskoczoną. 

- Cześć, Freddie, szukam Nicole. 

- Dziesięć minut temu wyjechała do Mar Brisas. 

- Czy jedzie swoją hondą, tym czerwonym kabrioletem? 

- Tak, możesz zadzwonić do niej na komórkę. 

-   Nie,   chcę   jej   zrobić   niespodziankę.   Do   widzenia!   -   zawołał   i

background image

wskoczył do samochodu. 

Nicole   jechała   wolno,   rozkoszując   się   bezchmurnym   niebem   i

łagodnym ciepłem słońca. 

Wyłączyła   radio,   bo   na   każdym   kanale   ktoś   zawodził   smętnie   o

miłości. Nie, ona ma to w nosie. Stawia na niezależność. Zawsze chciała

być sama,  wolna, nie chciała mieć  nikogo, by go nie stracić.  Od jutra

zajmie się remontem Mar Brisas i całkowicie się temu poświęci. 

Usłyszała za sobą w oddali klakson. Że też ludziom ciągle się gdzieś

spieszy, nawet w niedzielę. No tak, może jedzie do kochanki albo żony.

Albo na obiad rodzinny. Jej nie spieszy się do nikogo, bo jedyna osoba, z

którą chciałaby być, nie chce być z nią. 

Zamrugała, by pozbyć się łez, które napłynęły jej do oczu. Nagle, gdy

mijała swój billboard, zauważyła napis z tęczowych liter na czarnym tle.

Widać było, że jest wykonany amatorsko, ręcznie, i to jeszcze dodawało

mu uroku: 

Błękitna Damo! 

Wracam do Mar Brisas i nigdy już nie opuszczę tego raju. Jesteś TĄ

JEDYNĄ. 

Mac 

Usłyszała   za   sobą   klakson   i   pisk   hamulców.   Jednak   musiała   się

zatrzymać.   Zaciągnęła   hamulec   ręczny   i   stanęła   na   siedzeniu.   Nie

obchodziło jej, co sobie wszyscy pomyślą. Nie zwracała uwagi na krzyki

przejeżdżających obok kierowców ani trąbienie. 

- Hej, moja damo! - zawołał ktoś. 

Odwróciła rozanieloną twarz od billboardu i zobaczyła Maca, który

background image

zahamował na sąsiednim pasie. Wyskoczył z samochodu i nie zważając na

nic, przybiegł do niej. 

- Nie mogę uwierzyć, że to zrobiłeś! - zawołała, zaśmiewając się. 

- Ja tylko to wymyśliłem i zleciłem braciom. A wiesz przecież, że

wierzę we wszystko, co jest napisane na reklamie. - Objął ją i przyciągnął

do siebie. - Jesteś kobietą, z którą chcę żyć. Kocham cię, Nicole. 

- Ja też cię kocham, Mac - szepnęła. 

Pocałowali   się,   długo   i   namiętnie,   co   chwila   przerywając,   bo

rozśmieszały ich klaksony i krzyki przejeżdżających kierowców. 

- Ożeń się z nią, koleś! - zawołał jakiś facet z ciężarówki. - I tak już

jesteś stracony! 

- Tak właśnie zrobię! - odkrzyknął Mac, a potem z poważną miną

zwrócił się do Nicole: - Jeśli mnie zechce. 

Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu, nie zwracając uwagi na

zamieszanie wokół, którego byli sprawcami. 

- Wyjdziesz za mnie? - zapytał wreszcie cicho. 

- A co z Nowym Jorkiem? Twoim życiem, pracą? 

- Chcę mieszkać tutaj. A ty jesteś całym moim życiem. - Pocałował ją

w czoło. - Co do pracy, myślę, że w Mar Brisas znajdzie się dla mnie jakaś

robota. O ile pamiętam, miałaś problemy z windą. 

Nicole roześmiała się i wtuliła w jego ramiona. Jeszcze nigdy w życiu

nie czuła się tak szczęśliwa.