background image

SYLWIN ZABORSKI
CZEGO śĄDA CZERWONA PIWONIA?

Tower Press 2000
Copyright by Tower Press, Gdańsk 2000

Dzidce 
i wszystkim wyznawcom strachu 

I
Ostatni autobus
Pewnego lipcowego dnia 19… roku Sylwin Radzikowski, zwany „Dzikiem”, wbiegł 
do 
budynku dworca autobusowego i nie bez irytacji spojrzał w kierunku zegara. DuŜa 
wskazówka 
przeskoczyła właśnie kolejną minutę. Było jedenaście po szesnastej. Schyłek 
upalnego 
dnia nie przyniósł ochłodzenia. Przeciwnie, rozgrzane słońcem mury nie dopuszczały 
do 
wnętrza miasta nadmorskich powiewów. Szczególnie dotyczyło to gdańskiego 
dworca, którego 
nowoczesne budynki miały tę dziwną właściwość, Ŝe ogrzewały latem, natomiast 
chłodziły 
zimą. 
W kilku długich kolejkach stali ludzie nie zraŜeni dusznym klimatem hali. Ich 
spocone 
twarze wyraŜały zdeterminowane pragnienie nabycia tego skrawka papieru, przepustki 
poza 
mury miasta. Sylwin nie zatrzymał się przy Ŝadnej z kas. Poprzestawszy na kilku 
niezbyt pochlebnych 
myślach dotyczących zastanej sytuacji popędził dalej, czemu nie naleŜy się dziwić. 
Autobus, na który spieszył, odchodził zwykle o szesnastej dziesięć. Jednak pomiędzy 
teorią 
rozkładu jazdy a praktyką istniały rozbieŜności, o których ten i ów na tej trasie 
podróŜny wie-
dział. Wbiegł po schodkach prowadzących na peron i zgodnie z przewidywaniami 
ujrzał 
pstrokaty tłumek ludzi stłoczonych w oczekiwaniu na właśnie zbliŜający się do 
krawęŜnika 
pojazd. Był to stary Jelcz nie przypominający na pierwszy rzut oka autobusu. Jego 
silnik ki-
chał co chwila, jak gdyby mało jeszcze rozgrzany. W skwarnym powietrzu unosiły się 
kłęby 
czarnego dymu. Bez wątpienia był to „szesnastowy”, jak mawiano o tym autobusie 
kładąc 
akcent na trzecią sylabę od końca. Sylwin zajął dogodną pozycję, bowiem, 
„szesnastowy” 
wkroczył właśnie do akcji. 
– Miesięczne! – powiedział kierowca otwierając przednie drzwi. Był krępym 
męŜczyzną o 
wyglądzie budzącym zaufanie. Miał na sobie spodnie ze śladami zaprasowanych 

background image

kantów i 
rozpiętą koszulę z krótkimi rękawami. Jego władcza sylwetka widoczna nad 
falującym tłu-
mem przywodziła na myśl „wilka morskiego”. Na owłosionej piersi i równie 
zarośniętych 
rękach szukało się mimo woli tatuaŜu. Niedbałym ruchem strząsnął ze stopni 
autobusu pierwszych 
ś

miałków próbujących dostać się do środka poza ustaloną hierarchią, a następnie, 

wrzuciwszy w tłum swą maczugowatą rękę, utworzył przejście, którym pospieszyli 
posiadacze 
biletów miesięcznych. Za nimi szli szczęśliwi właściciele biletów „w ogóle”, a na 
końcu 
czaili się kandydaci do podróŜy, którzy nie nabyli jeszcze do niej uprawnień. Wśród 
tych 
ostatnich większość stanowiły wiejskie kobiety z niezliczoną ilością pakunków. 
Umiały one 
zabiegać o swoje prawa i Sylwin nie mógł pozbyć się niepokoju o losy dalszej 
podróŜy. 
„Szesnastowy” zgodnie z rozkładem jazdy przeznaczony był dla podróŜnych z 
biletami mie-
sięcznymi, niemniej nikt się tym faktem specjalnie nie przejmował. Kasy sprzedawały 
bilety 
kaŜdemu, kto chciał, a starzy bywalcy przychodzili wprost na przystanek. Sylwin nie 
był juŜ 
„starym bywalcem” od dawna. 
Teraz, popychany przez jakąś energiczną staruszkę kobiałką uplecioną z korzenia 
sosny, 
znajdował się juŜ w pobliŜu drzwi. 
– Full – stwierdził pogromca rozdygotanego pojazdu. Tym obcym słowem znanym 
najbardziej 
z etykietki od piwa dawał do zrozumienia, Ŝe autobus jest pełen. Szmer dezaprobaty 
przetoczył się po oczekujących. Kierowca dokonał niewielkiego manewru swym 
zwalistym 
ciałem, przez co drzwi utraciły właściwą im na ogół przelotowość. Wpuszczeni juŜ do 
ś

rodka 

szczęśliwcy w pełni popierali to postępowanie. Z niesmakiem spoglądali na Ŝądną 
podróŜo-
wania tłuszczę, która zagraŜała komfortowi ich jazdy. 
– Z gumy nie jest – perswadował kierowca. Pukając wielkim paluchem w blachę 
karoserii 
pokazywał zebranym, niczym jakąś kabalistyczną cyfrę, to miejsce, w którym 
wymalowano 
czarną farbą maksymalną liczbę pasaŜerów mogących podróŜować jego pojazdem. 
Wykazy-
wał niestosowność dalszych nalegań oraz nędzę moralną płaszczących się przed nim 
podróŜ-
nych, rysował pesymistyczną wizję przyszłości przez przypomnienie, Ŝe jest to ostatni 
w tym 
dniu autobus jadący do Wdzydz, aby pod koniec umiejętnie podkreślić własną 
dobroczynność 
i cechy ludzkie. – Paru jeszcze mogę wziąć – powiedział wreszcie. 

background image

Stojący poczęli jeden przez drugiego podsuwać i uzasadniać swoje kandydatury, ale 
umilkli 
wkrótce pod surowym spojrzeniem rozkazodawcy. Ten popatrzył badawczo, 
patriarchalnym 
gestem wyciągnął dłoń i w milczeniu wskazał kolejno pięć osób. Z niewiadomych dla 
niego samego przyczyn Sylwin okazał się czwartą z nich. Następnie drzwi zawarły się 
z trzaskiem 
pociągnięte ramieniem Temidy w męskim przebraniu, a piątka wybrańców 
zaopatrzona 
została w bilety. Pyrkający cały ten czas silnik zacharczał znów pełną siłą i autobus 
miał ru-
szyć, gdy nagle jego władca odwrócił się i ku zdumieniu publiczności wygłosił 
następującą 
mowę: 
– Panowie! śeby mi nie było pustych butelek i plucia na podłogę. Grać w karty 
moŜeta, ale 
czysto, bo sprzątaczka na urlopie. 
– Tak jest – odpowiedziano potulnie z kąta, gdzie kilku męŜczyzn zabierało się 
istotnie do 
partii „baśki”. Mieli wszyscy około czterdziestki i roztaczali łagodną woń piwa. Ich 
twarze, 
nie noszące juŜ śladów rannego golenia, wyraŜały dziecięce zakłopotanie, gdyŜ 
niespodziewanie 
stali się obiektem zainteresowania całego autobusu. Pochrząkiwali trącając się łokcia-
mi, gestami dawali do zrozumienia, Ŝe zachowają się porządnie. Wreszcie 
usatysfakcjonowany 
kierowca potoczył wzrokiem po głowach swych podopiecznych i odwróciwszy się 
przy-
stąpił do jazdy. 
Ostatni raz przemierzał Sylwin tę trasę kilkanaście lat temu, gdy zniechęcony 
wiadomością 
o budowie motelu we Wdzydzach postanowił szukać miejsc ustronniejszych i równie 
odpowiednich 
do letnich eskapad. Odtąd tęsknił do tych okolic wielokrotnie. Tajemnicze wezwanie 
Waldemara było stosownym pretekstem do przerwania cichego Ŝalu, jaki Ŝywił do 
wdzydzkiej strony za jej flirt z nowoczesnością. Na tyle stosownym, Ŝe aŜ dotąd nie 
zastana-
wiał się nawet, co mogło przyjacielowi podsunąć stylistykę tak przeciwną jego 
naturze: „Zaklinam 
– stop – przyjeŜdŜaj – stop – Czarliński oŜył”. Tej treści telegram obracał Sylwin w 
palcach na próŜno usiłując dojść do ładu ze swoją pamięcią i odszukać w niej owego 
Czarliń-
skiego. Tłok i gwar nie ułatwiały zadania. Koszula przylepiła mu się z upału do 
pleców, do 
koszuli zaś przywarła baba z kobiałką, gorąca jak stary piec, w którym diabeł pali. 
Machinalnie 
wsadził telegram do kieszeni podręcznej torby i zapadł w letargiczną zadumę. Jego 
umysł 
pracował na jałowych obrotach. W takich chwilach wydawało się, Ŝe w mózgu iskrzą 
poszczególne 
neurony. Jedyną, powracającą za to w róŜnych wariantach myślą była właśnie ta, 

background image

o odmienności stylu telegramu i usposobienia Waldemara Boruty. Przyjaciel Sylwina 
pomimo 
satanicznego nazwiska odznaczał się wielką łagodnością charakteru i oszczędnością 
emocjo-
nalną. Jego legendarna pracowitość szła w wyścigi z milkliwością, która w istocie 
była tylko 
sztuką powstrzymywania słów niepotrzebnych. Jeszcze w szkole, do której przez 
pewien czas 
chodzili razem, mówiono z przekąsem o Waldemarze, Ŝe idąc przez las z dwiema 
walizkami 
ksiąŜek, jeszcze chrustu na całą zimę przyniesie, a na pytanie, czy się nie zmęczył, 
pokręci 
tylko głową. Jeśli ten człowiek zaklinał, to znaczy Ŝe było co zaklinać. Taka była 
jedyna konkluzja, 
na jaką Sylwin w danym momencie się zdobył. 
Tymczasem autobus zdąŜył zatrzymać się na kilku przystankach, przez co jego ludzka 
za-
wartość uległa znacznemu zmniejszeniu. Wysiadło sporo osób z podmiejskich okolic 
Gdań-
ska, wracających „szesnastowym” z pracy. Autobus stawał się coraz bardziej 
regionalny. 
Swojskość nacierała na Sylwina ze wszystkich kątów pojazdu. PodróŜ zrobiła się 
nagle przyjemna. 
Strzępy rozmów dolatujące do niego z róŜnych stron wskrzeszały wspomnienia sprzed 
lat. Były niczym fragmenty mozaiki, która po złoŜeniu ukazuje niespodziewanie obraz 
takŜe 
po swojej przeciwnej stronie. Wśród tych kaszubskich słów widział Sylwin tamte 
Wdzydze i 
siebie nastoletniego w upalne noce bez snu. Inwazja letniej, rozbuchanej przyrody i 
narastają-
cej młodzieńczości nadawała Ŝyciu niesłychaną intensywność, do której juŜ nigdy nie 
wrócił. 
Po uciszonej wodzie płynęły wtedy słowa takie jak te. Teraz poczuł nagle tamtą 
ś

wieŜość i 

niepowstrzymany głód Ŝycia. 
Pod Kościerzyną rozluźniło się na tyle, Ŝe wśród podróŜnych mógł Sylwin rozpoznać 
kilku 
mieszkańców Wdzydz. Byli to młodzi męŜczyźni wracający z pracy. Kilkanaście lat 
temu, 
jako mali chłopcy, asystowali w jego wędkarskich poczynaniach, zauroczeni egzotyką 
sprzętu 
uŜywanego przez miastowych do „wandzenia”. Teraz nie poznawali go. W 
rutynowanej, pozbawionej 
wyobraźni rozmowie, jaką teraz prowadzili, trudno było odnaleźć ciągłość z tamtym 
rozgorączkowanym dzieciństwem. Nie przypominali swoich wielkomiejskich 
rówieśni-
ków, którzy pracując czy słuŜąc w wojsku długo jeszcze są chłopcami bawiącymi się 
w pracę 
i wojsko. Nie bawił się w wojsko przecieŜ ów „zlew” spod okna – Sławek od 
sołtysów, przebrany 
w mundur bosmański. Czy umiał jeszcze beztrosko łapać karaski w „kaszorek” albo 

background image

gołymi rękami wyławiać spod kamieni miętusy? – pytał retorycznie Sylwin. I zaraz 
rozłado-
wał tę nową falę nostalgii wizją Sławka – zawodowego marynarza, łapiącego ryby z 
pokładu 
kutra torpedowego. Rozumiał, Ŝe jego utopijna wizja wdzydzkiej strony nie 
wytrzymuje konfrontacji 
z rzeczywistością. Wdzydzkie piaski, tyle piękne co mało płodne, dawały często 
mniej ziarna, niŜ się zasiało. Bosonogim chłopcom pozwalały kochać się 
bezinteresownie, ale 
cóŜ miały do zaoferowania męŜczyznom? Wdzydze to piękna i zimna kobieta – 
pomyślał 
Sylwin. Mali boją się ją kochać, bo wysysa nie dając nic w zamian. Tych paru, którzy 
się na 
to odwaŜyli, pochodziło z zewnątrz. Mieli siłę wędrowców z niczym na stałe 
niezwiązanych. 
Nie dali się zwieść jak stolem Sorka, który w pogoni za ułudną Wdzydzaną wykopał 
wspa-
niałe, lecz zimne jezioro. Nie byli teŜ podobni tym kochającym, choć pozbawionym 
pasji; ci 
gospodarując wytrwale po jego brzegach, niezdolni byli do rozmachu i fantazji, jak 
gdyby 
zniewoleni zimnym pięknem, zastygłym w dumnej kaszubszczyźnie. Byli zupełnie 
inni. W 
jakiś sposób naleŜał do nich takŜe Waldemar Boruta, właściciel sporego gospodarstwa 
na 
największej z wdzydzkich wysp. Jakim cudem ten stateczny młodzieniec, z woli ojca 
inŜynier 
budowy maszyn, objawił nagle wolę gospodarowania ziemią, tego nikt nie wiedział. 
Tym 
bardziej nie było wiadomo, skąd świeŜo upieczony ziemianin zdobył dokumenty 
potwierdza-
jące jego rolnicze kwalifikacje, którymi musiał się wylegitymować kupując ziemię od 
poprzedniego 
właściciela Ostrowia. Ten ostatni z radością odstąpił większą część swojego po-
kaźnego gospodarstwa, obrabianego z dawien dawna przez rodzinę Ginterów. Pan 
Franciszek, 
„gbur” jak się patrzy, pomimo niezwykle cichego i łagodnego usposobienia 
gospodarzył z 
rozmachem. Jego pola na tle nieurodzajnej okolicy prezentowały się okazale i były 
przedmiotem 
podziwu sąsiadów za wodą. Weronika Ginter, Ŝona gospodarza, potrafiła potulnego i 
pracowitego męŜa oraz swych rosłych synów natchnąć energią, o którą trudno ich 
było podej-
rzewać. śelazna dama wyspy stanowiła mózg gospodarstwa, a „tatko” wraz z „trzema 
królami”, 
jak nazywała najmłodszych synów pozostałych jeszcze na Ostrowiu, jego moc 
napędo-
wą. Z czasem jednak siły obojga sędziwych juŜ gospodarzy zmalały. Synowie myśleli 
tylko o 
wyniesieniu się za wodę. Co roku nowy skrawek wyspy zdawano pod zalesienie 
państwu. 

background image

Wreszcie liczące juŜ około czterdziestu hektarów gospodarstwo rozpisano na dwóch 
synów. 
Trzeci utonął wiosną poprzedniego roku. Nad wyspą zawisła Ŝałoba i zdawało się, Ŝe 
nigdy 
juŜ nie powróci ona do dawnej świetności. Tymczasem jednak Waldemar Boruta 
dokonał 
cudu. Sylwin Ŝartował na temat studiów przyjaciela, Ŝe nie tyle mechanikę, co 
machinacje 
musiał zgłębiać, skoro gospodarstwo udało mu się od Gintera wytargować. Potrzebna 
w tym 
celu była przecieŜ nie tylko spora suma pieniędzy, ale teŜ siła perswazji, przekonać 
musiał 
bowiem pana Franciszka o sensowności wspólnego na Ostrowiu gospodarowania. Co 
się tyczy 
synów, Stacha i Jerzego, gospodarowali oni jeszcze ze starymi, ale bez entuzjazmu. 
Trzeba 
się było liczyć z moŜliwością, Ŝe za kilkanaście lat staruszkowie pozostaną na wyspie 
samotni, 
oddzieleni pasmem wody od udogodnień cywilizacyjnych. Waldemar musiał widać 
przekonać ich o swych opiekuńczych zamiarach, skoro w dobrej wierze przyjęli 
perspektywy 
nowego sąsiedztwa. Odtąd dwa domy stały kilkaset metrów od siebie: jeden 
zwyczajny, „tutejszy” 
i drugi pełen dziwacznych wymysłów, budzących w okolicy zrozumiałe poruszenie. 
NaleŜał do nich olbrzymi wiatrak, górujący nad lasem. W swe zachłanne skrzydła 
łapał on 
wdzydzkie wiatry i za pośrednictwem inŜynieryjnych uzdolnień Waldemara 
zmaterializowanych 
pod postacią pokaźnej prądnicy i baterii akumulatorów oświetlił po raz pierwszy w 
historii 
wyspy tamtejsze domostwa. Z tego dobrodziejstwa korzystały oba domy, jak równieŜ 

zapasów piwniczki Waldemara, którą umiał wypełniać ze znawstwem rozmaitymi 
produktami 
fermentacji miejscowych owoców leśnych. Nie sposób było natomiast zrozumieć, 
jakie było 
przeznaczenie wielkiego pokoju wypełnionego po brzegi ksiąŜkami, po co były 
potrzebne w 
domu Waldemara aŜ dwie łazienki – na kaŜdym piętrze jedna, czemu słuŜył wysypany 
Ŝ

wi-

rem placyk na zapleczu willi. Największe zdziwienie budziła jednak, licząca moŜe ar 
powierzchni, 
sadzawka wykopana na łące, z której właściciel czerpał w razie potrzeby ryby na 
swój stół. Tutejsi tak dalece ufali zasobom „wdzydzciego jezora” i nielegalnym 
praktykom 
rybackim, Ŝe taki sposób zapewniania sobie świeŜych ryb wydawał się nie lada 
wymysłem. 
Inna sprawa, Ŝe Waldemar, jako przyjezdny, nie miał nawet swojej działki jeziora, na 
której 
owym praktykom mógłby się oddawać i to go częściowo tłumaczyło. Tutejsi 
sankcjonowali 

background image

podział ustalony przed wiekami. Taka czy inna administracja jeziorem bynajmniej 
tego po-
działu dóbr nie burzyła. Nie starał się takŜe niczego burzyć Waldemar. A jednak jego 
gospodarstwo 
promieniowało jakimś materialnym ładem, który milcząc prowokował i nie chcąc – 
zmieniał. 
Było kilka minut przed osiemnastą, gdy autobus znalazł się w Kościerzynie. Kierowca 

werwą zajechał na odpowiednie stanowisko. 
– Koscerzyna! Weskakiwac! Bilety sztrajchowane czerwonym blajsztyftem nie 
rychtują – 
ogłosił, po czym zapowiedział przerwę na papierosa. Sylwin nie wysiadał. Patrzył 
przez okno 
na smutny plac, po którym kołatało się trochę niesionych wiatrem papierów. Ludzie 
przechodzili 
grupkami i gwarzyli między sobą. Dwóch „leśnych” przeszło tuŜ koło autobusu. Przy-
pomniał mu się dawny leśniczy wdzydzki. Ten umiał nosić swój mundur! Nie poznać 
było 
nigdy, ile „miał wypite”, taki dumny i wyprostowany chodził, a ewentualne potknięcie 
czy 
zatoczenie umiał zamienić na „dzień dobry” wypowiedziane z godnością. Potrafiła 
ludność 
wdzydzka cenić sobie przychylnego im „leśnego” aŜ do jego nieoczekiwanej śmierci. 
Tymczasem najwytrwalsi pasaŜerowie autobusu poczęli schodzić się przewidując 
rychły 
jego odjazd. Istotnie zjawił się wkrótce szef wehikułu. Obrzucił spojrzeniem 
podróŜnych, 
nowo przybyłym sprzedał bilety i ruszył. Od Wdzydz dzieliło Sylwina osiemnaście 
kilometrów. 
Wśród nowo przybyłych tylko trzy osoby były znane Sylwinowi. Jedną z nich był 
Józek 
zwany „bezpalcym”, z którym znajomość była jednostronna, z powodu notorycznych 
luk po-
wstających w pamięci tego ostatniego. Józek naduŜywał alkoholu, mówiąc delikatnie, 
nie 
najlepszej jakości. W kaŜdym razie obsługa okolicznych sklepów spoŜywczo-
przemysłowych 
na serio zastanawiała się nad wydaniem imiennego zakazu sprzedaŜy denaturatu. 
Utrata palca 
była Józkowi – jeśli moŜna tak powiedzieć – na rękę, gdyŜ spowodowała przyznanie 
mu renty 
inwalidzkiej. Nastąpiło to w dość dziwnych okolicznościach, w pobliskim tartaku. Na 
uwagę 
zasługuje fakt, iŜ pomimo intensywnych poszukiwań odciętego piłą tarczową palca 
nie odnaleziono. 
Stawiało to początkowo pod znakiem zapytania sprawę renty, jednak w końcu brak 
palca u ręki Józka uznano za znacznie waŜniejszy dowód, niŜ jego brak w trocinach 
zalegają-
cych pobliŜe maszyny. W wiosce Józek był postacią dość lubianą, aczkolwiek 
unikano z nim 
bliskich spotkań jakiegokolwiek rodzaju ze względu na kategoryczne Ŝądanie kupna 

background image

piwa, 
jakie ten wówczas wysuwał. Pozostałymi palcami ucapiał rozmówcę niezwykle 
mocno, niczym 
poeta Rydel, o ile jednak tamtemu zostawał zwykle tylko guzik od marynarki 
partnera, 
Józek pozostawał na placu z portfelem. 
Po przeciwległej stronie autobusu siedziały dwie osobistości zupełnie innego kalibru. 
Było 
to małŜeństwo w starszym wieku. Sylwin rozpoznał ich natychmiast, jeszcze na 
przystanku 
kościerskim. Weszli do autobusu razem z Józkiem, który być moŜe usiłował 
uprzednio bawić 
ziomków rozmową, ale zajęli miejsca odrębne. Uczynili to skromnie, z pełną prostoty 
godno-
ś

cią. Mieli siwe włosy zaczesane starannie, ich twarze emanowały spokojem. Na 

kolanach 
trzymali pakunki. Kobieta, o twarzy surowej i ogorzałej, zerkała dyskretnie na boki i 
wtedy w 
jej spojrzeniu dawało się dostrzec oznaki filuternej wesołości, którą pokrywała godna 
postawa 
gospodyni. Jedno oko było umieszczone cokolwiek asymetrycznie, czy teŜ pokryte 
delikatnym 
bielmem, co owo wraŜenie filuterności tylko powiększało. MęŜczyzna patrzył przed 
siebie 
oczyma niezwykłej łagodności, o barwie jasnoniebieskiej. Błyszczały matowo wśród 
zmarszczek twarzy niczym górskie sadzawki. Razem tworzyło to konstelację 
przepojoną ja-
kimś dziecięcym dobrem, melancholijnym uśmiechem. Stanowili parę dobraną na 
zasadzie 
uzupełniających się przeciwieństw. 
Po kilku minutach podróŜy niepozorny męŜczyzna siedzący za obserwowanym przez 
Sylwina 
małŜeństwem przechylił się do przodu i zagadał. 
– A my się z państwem musowo znamy! 
Miał inteligentną twarz z wąskimi ustami i charakterystycznym nosem. Uśmiechał się 
uprzejmie, aczkolwiek siedzący tyłem małŜonkowie nie mogli dostrzec wyrazu jego 
twarzy. 
Kobieta odwróciła się wolno i popatrzyła badawczo. 
– A skąd by? – zapytała. 
– Z wyspy. Skórki baranie targowałem. 
Twarz kobiety nie promieniała entuzjazmem, aczkolwiek dostojnym mruknięciem po-
twierdziła znajomość. Wtedy mąŜ obrócił się takŜe i coś zagadał. Sylwin przypomniał 
sobie 
tego człowieka równieŜ. Płacił za skórki „z dołu”, dzięki czemu niemiłosiernie 
gospodynię 
okantował. Przyjechał na wyspę z „dochtorką”, która była cała mokra na skutek 
stawania na 
rękach w łodzi i wypadnięcia z niej. Chcieli gorzałki, ale gospodyni nie dała, 
nadmieniając w 
dodatku, Ŝe jak taka głupia jest, to nie moŜna jej wódki dawać i Ŝe ona u takiej 
„dochtorki” 

background image

nawet by się nie leczyła. Teraz męŜczyzna prawił małŜeństwu jakieś komplementy, od 
których 
asymetryczne oko gospodyni błyskało coraz Ŝwawiej. 
– A pani młoda, jakby miała za mąŜ dopiero iść! 
– O, ja pierwsza przed tatkiem umrę. 
– To tatko sobie wtedy biełki poszuka. 
– Jo, jak ja kojfnę, on się wtedy od razu opartoli.
Tatko ucieszył się.
– Pewnie, pewnie – powiedział ugodowo. Miał minę Harry’ego Langdona. Mówił 
niewiele, 
gdyŜ nie wszyscy go rozumieli. Miał „skaŜoną mowę”. 
Autobus mijał właśnie Grzybowo. Droga wiła się coraz bardziej krętymi 
serpentynami. 
Kierowca poweselał. Niczym wilk morski za sterami rozkołysanego okrętu 
podśpiewywał 
dziarsko, a spracowane opony pojazdu popiskiwały na zakrętach. Przez dłuŜszą 
chwilę nie 
było słychać ani słowa z rozmowy prowadzonej na przodzie autobusu. Obcy 
wyciągnął w tym 
czasie jakąś pokraczną machinę i począł ją składać zachwalając jej zalety. Sylwin 
usiłował 
zrozumieć coś z gestów nieznajomego. Po chwili oczom obserwatorów ukazało się 
urządze-
nie przypominające wirówkę do mleka. Kierowca przywołał do porządku harcujący 
pojazd i 
takŜe obserwował scenę w lusterku. Na kolejnych zakrętach Sylwin czuł się nieswojo. 
– Nigdzie juŜ pani nie dostanie takiej – tłumaczył męŜczyzna. – JuŜ nie produkują. 
– Takiej to jo, boby zbankrutowali – odpowiadała gospodyni, akcentując słowo 
„zbankrutowali” 
na pierwszej sylabie. MęŜczyzna kręcił coraz szybciej korbą urządzenia. Rozległo się 
wycie przewyŜszające głośnością nawet warkot silnika. MęŜczyzna przestał kręcić i 
wsłucha-
ny z lubością w jednostajny turkot wykonywał gesty oburzenia. Tatko przybrał 
płaczliwą mi-
nę. Zdawał się zasypiać. 
– Przy takiej cenie to na pewno – potwierdził obcy – bo to jest cena specjalnie dla 
pani. 
– Na dobroczynność pieniędzy nie mam. 
– To ja pani dobroczynność robię i pół darmo daję maszynkę, jakiej nigdzie juŜ pani 
nie 
dostanie. 
– Za te pieniądze nową obstaluję. 
– Pięćset złotych spuszczę dla pani pięknych oczu. Za tyle nawet na blachę by nie 
star-
czyło. 
– A ja myślałam, Ŝe śydzi teraz nie handlują, ale pan jeden jeszcze jo. 
– Pani sama nie po chrześcijańsku pazerna. 
– Nie pan mnie chrześcijaństwa będzie uczył. Chrystus cierpiał za ludzkość i nawet 
czterdziestki 
nie doŜył, a ja juŜ sześćdziesiąt dobijam i nie wiem, za kogo cierpię. 
MęŜczyzna ujął maszynę dramatycznym gestem i wzniósł nad głowę. 

background image

– Jak ja mam tyle tracić, to juŜ lepiej mi się opłaca potłuc. 
– Tłucz pan, to ja panu jeszcze pomogę – dogadywała gospodyni sięgając takŜe do 
wirówki. 
– Pewnie, pewnie – dodawał tatko. Kierowca ku zaniepokojeniu Sylwina całkowicie 
prze-
rzucił się na obserwację zaplecza, podczas gdy samochód zjeŜdŜał samopas w dół 
pokonując 
zawrotne zakręty. Znajdowali się juŜ koło potoku zwanego Studzienicami. Gdy 
Sylwin jechał 
do Wdzydz po raz pierwszy, wiodła tędy stroma, ciągle osypująca się od deszczu, 
piaszczysta 
droga. Polano ją asfaltem i puszczono w ruch autobusy, które co i raz wpadały w tym 
miejscu 
do rowu, zanim ich kierowcy przywykli do owego górskiego fenomenu w sercu 
Kaszub. Na 
szczęście targ dobiegał końca. Gospodyni ładowała nabytek w przepastną siatkę, a 
męŜczyzna 
chował pieniądze ukradkiem je przeliczywszy. Kierowca na powrót zwrócił swoją 
uwagę na 
szosę. Na rozległych łąkach pokrywających brzegi Studzienic pasły się krowy. Pod 
lasem 
widniała sylwetka Jerzyka od Bratków. Autobus wspinał się teraz z powrotem do 
przeciętne-
go poziomu drogi. Na końcu ostatniej prostej widać juŜ było zabudowania Wdzydz. 
Zatrzymali 
się przy leśniczówce, gdzie większość osób wysiadła. Sylwin jechał do końca. Z 
„Krzy-
Ŝ

a”, jak nazywali miejscowi skrzyŜowanie odnóg jeziora, było na wyspę najbliŜej. 

Teraz mógł 
wstać ze swego miejsca i podejść do małŜeństwa. Byli to państwo Ginterowie, 
właściciele 
„gburstwa” na wyspie. Poznali go. Przez chwilę rozmawiali konwencjonalnie, 
ś

wiadomie 

prowadzili Ŝonglerkę utartymi schematami. Bez zakłopotanego milczenia, jakie 
praktykują 
ludzie w mieście, gdy nie mają tematów do rozmowy, poruszali się w bezpiecznej 
strefie pogody, 
zasiewów, zbiorów. Pogoda była nieustalona, termin Ŝniw jeszcze daleki, a Ŝyto – 
kiepskie. 
Ludzie coraz mądrzejsi, a Ŝyto coraz głupsze – mówiła pani Weronika. 
Sylwin oglądał przez szybę autobusu nie znane mu dotąd budowle. Nie widział 
przecieŜ 
jeszcze skansenu, w którym uciekające z wioski Ŝycie miało stać się obiektem 
muzealnym. 
Zza wzgórza po przeciwnej stronie szosy mignął dach motelu „Pod Niedźwiadkiem”. 
Jego 
nazwa poszła od niewielkiego jeziorka kryjącego się w leśnym uroczysku. Dziś 
Niedźwiadek 
niewiele róŜnił się od pierwszej lepszej miejskiej sadzawki. Końcowy przystanek 
wypadał 
koło stanicy PTTK. Przybyło tam domków, las namiotów pokrywał brzegi Jelenia – 

background image

północ-
nej odnogi jeziora. Kierowca zatrzymał pojazd, który w tym momencie z 
„szesnastowego” 
stał się „siódmowym”. Kilka osób czekało juŜ na ostatni autobus do Gdańska. Sylwin 
pomógł 
gospodarzom w wynoszeniu paczek. Szli milcząc wzdłuŜ drucianej siatki. 
W piwnym barze siedziało jeszcze kilka osób. SierŜant Jedziniak rozmawiał z dwoma 
cywilami 
w skórzanych kurtkach. Sylwin poznał go i pozdrowił. W rogu grupa młodych męŜ-
czyzn piła hałaśliwie swoje piwo. Dwóch nowych zjawiło się nagle na ryczących 
pełną mocą 
silnika motocyklach i przywitawszy się z cywilami przysiadło do ich kompanów. 
Koło kiosku warzywnego zeszli nad jezioro, gdzie czekała łódź. Sprzedawca warzyw, 
Antoni Celiniak, zamykał właśnie swój kiosk. 
Sylwin patrzył na zimne wody Wdzydzkiego Jeziora, które kochał miłością 
beznadziejną i 
nieodwzajemnioną. 

II
Dom
Nie opodal Bukowej Góry stał dom. Jego pobielone niegdyś ściany wyrastały z 
masywnych 
fundamentów ułoŜonych z granitowych głazów. Od strony jeziora teren obniŜał się i 
patrzący mógł odnieść wraŜenie, Ŝe budynek wzniesiono na nadbrzeŜnej skale. Z 
frontu wy-
glądał bardziej swojsko. Po podwórzu spacerował drób, z chlewika dobiegało 
ś

wińskie po-

chrząkiwanie. Sklecone dość niedbale obszerne budynki gospodarcze rzucały 
posuwiste cienie 
łagodzące ostre kontury domu. Wszystkie dachy pokryte były słomą. Wieczorem, gdy 
słoma stawała się jednolicie czarną masą strzechy, a trawnik porastający przestrzeń 
dzielącą 
dom od jeziora nie ujawniał swej soczystej zieleni, zabudowania miały w swoim 
wyglądzie 
coś naprawdę drapieŜnego. 
Nad czarną ławą lasów gasły ostatnie promienie słońca. Przed laty Waldemar Boruta 
stał 
na szczycie Bukowej Góry wpatrzony w to banalne, lecz zawsze podniosłe zjawisko. 
Północ-
ny wiatr gnał wody jeziora wzdłuŜ stromego brzegu wyspy. Przeciwległy brzeg, 
porośnięty 
gęstym lasem, był juŜ niewidoczny. Czarne czeluście zatok pozwalały tylko domyślać 
się ich 
prawdziwego wyglądu. Zdawało się, Ŝe las patrzy na Waldemara tymi zatokami, 
niczym pustymi 
oczodołami. Jego sylwetka sterczała na szczycie łysej góry dominującej nad całą 
okoli-
cą. Stojąc tam miało się ochotę pobiec w dół stromizny, aby po chwili wzlecieć 
wysoko nad 
powierzchnię wody i poszybować z wiatrem. Północny stok góry stanowiło urwisko 
poro-

background image

ś

nięte gigantycznymi bukami i dębami, pośród których rosły gęsto jałowce, świerki 

oraz 
mnogość rozmaitych krzewów. Ta otchłań wypełniona kolczastą gęstwą wabiła 
równieŜ, ale 
w inny, przewrotny i zdradliwy sposób. 
Ciemności rosły z minuty na minutę. Waldemar począł schodzić ku gospodarstwu, 
połoŜo-
nemu niespełna dwieście metrów dalej. LeŜało ono w dolinie, za którą teren ponownie 
się 
wznosił, ale nie na tyle, aby zasłonić taflę wody na wschodnim brzegu wyspy i dalekie 
Zabrody 
za wąskim przesmykiem. Z tej strony góra opadała łagodnie przechodząc w równinę 
łąki. WzdłuŜ zarośniętego jaru, nad jeziorem, ciągnęła się wątła ścieŜynka, nikły ślad, 
Ŝ

e ktoś 

tędy czasami chadza. Po łące pełzły juŜ mleczne opary wieczornej mgły. Waldemar 
poczuł 
chłód i przyspieszył kroku. 
Pas bujnych chwastów i karłowatych drzew owocowych oddzielał obejście od łąki. 
Przejść 
tędy moŜna było przez wąski tunel wyrobiony w roślinności częstym chodzeniem. 
Waldemar 
dał nura w otwór i znalazł się w kompletnej ciemności. Poczuł mdły zapach wilgoci, 
zieleni i 
gnijących liści. Pochylił się, gdyŜ rozwiane wiatrem włosy zaczepiały o gałęzie. Roje 
owadów 
szukających schronienia przed wiatrem krąŜyły w powietrzu zderzając się z twarzą 
Waldemara. 
Nareszcie ukazał się wylot przejścia. O mało nie wpadł na masywną glinianą kopułę 
ziejącą czarnym otworem, która okazała się chlebowym piecem. Teraz był juŜ w 
obejściu. 
Wiatr tutaj nie dochodził. Było słychać, jak pomyka gdzieś bokiem, nad dachami, tu 
zaś pa-
nowała napięta cisza, nasycona uporczywym brzęczeniem komarów unoszących się 
pod okapem 
domu. Z komina wydobywał się dym. Wiatr porywał go od razu, skłębiał i niósł w 
dale-
ką przestrzeń poza bezpiecznym azylem obejścia. 
Waldemar pchnął drzwi i znalazł się w niskiej sieni. Przez chwilę przyzwyczajał 
wzrok do 
ciemności łowiąc uchem odgłosy domu. Nie usłyszał Ŝadnych oznak ludzkiej 
obecności. Tylko 
sędziwe belki pułapu skrzypiały miarowo w takt podmuchów wiatru. Chrząknął dość 
gło-
ś

no i czekał, ale w głębi nadal panowała cisza. Nacisnął klamkę po prawej stronie 

sieni i uj-
rzał, a raczej tylko wyczuł w mroku przestrzeń sporej izby, z boku zaś zarys jeszcze 
jednych 
otwartych drzwi do innego pomieszczenia. W tej ciszy poczuł się niepewnie, jak 
intruz. Instynktownie 
cofnął drzwi, a potem otworzył je znów, ze sztucznym rumorem wydobytym 
ponad potrzebę i zaraz zawstydził się własnego udawania. 

background image

– Dobry wieczór – powiedział, ale w głębi nikt się nie odezwał. Puścił drzwi, które 
za-
mknęły się z trzaskiem tuŜ za jego plecami. Otworzył drzwi przeciwległe. Za nimi 
dostrzegł 
wnętrze kuchni, po którym snuły się odblaski ognia prześwitującego przez 
niedomknięte 
drzwiczki pieca. Fala gorąca wdarła się do sieni. Ogień palił się wyjątkowo 
niespokojnie, 
huczał w nagłych porywach albo przygasał wtłoczony w głąb pieca, to znów próbował 
wydo-
stać się szparami na zewnątrz. Waldemar odczuł nagle jakąś niestosowność tego 
ognia, który 
powinien być kojącym azylem, schronieniem przed chłodem panującym na zewnątrz. 
– Jest tu kto? – zapytał, a po chwili z braku odzewu zamknął i te drzwi. Pozostały 
jeszcze 
jedne, naprzeciw wejściowych. Były co najmniej o dwadzieścia centymetrów niŜsze 
od pozo-
stałych, a poza tym nie wyróŜniały się niczym szczególnym. Nacisnął klamkę i po 
chwili 
znalazł się w pomieszczeniu nader dziwnym. Była to komora o kwadratowej 
podłodze, której 
kaŜdy bok mierzył około dwóch metrów. Poczuł swąd dymu. Było tu, rzecz dziwna, 
słychać 
jednocześnie huczenie ognia i skowyt wiatru w innych pomieszczeniach 
przytłumiony, daleki. 
Waldemar postąpił krok naprzód i spojrzał w górę. Na wysokości trzech metrów 
pomieszczenie 
zwęŜało się gwałtownie przybierając kształt butelki. U samej góry widniał niewielki 
pro-
stokąt nie przypominający w pierwszej chwili niczego znanego. Wyglądał jak ekran 
filmowy, 
po którym na granatowym tle przesuwają się z wielką szybkością obłoki jakiegoś 
jasnego 
oparu. Nagle poczuł, Ŝe stęŜenie dymu w powietrzu stało się duszące. Pomyślał, Ŝe 
trzeba 
wyjść i zrobił pół obrotu w tył, gdy nagle zobaczył język ognia buchający ze ściany. 
W tym 
momencie zrozumiał, gdzie trafił, ale zanim zdąŜył uświadomić sobie to w pełni, 
poczuł nagle 
silne pchnięcie w pierś. Olbrzymia postać całym cięŜarem ruszyła na niego. Usiłował 
usko-
czyć do tyłu, ale potknął się o coś i upadł. JuŜ z ziemi, w blasku ognia, zobaczył 
niesamowitą 
twarz z białymi oczami. Z rozchylonych ust wyglądały dwa kły zachodzące aŜ na 
dolną war-
gę. Tyle zdąŜył zobaczyć, nim postać, wydawszy przenikliwe i głębokie stęknięcie – 
coś na 
kształt „Ooe” – skorzystała z wolnej przestrzeni i zniknęła w okamgnieniu. 
Zanim jeszcze Waldemar zdąŜył się podnieść, usłyszał w sieni nowe kroki. W szparze 
po-
między deskami pojawiło się światło. Nie było wyboru. Wstał czym prędzej i 

background image

moŜliwie najo-
ględniej, ale teŜ dość śmiało, by nie wyglądało, Ŝe robi to ukradkiem, otworzył drzwi. 
– Niech będzie pochwalony – powiedział w przypływie natchnienia. 
– A dyć co pan robi w kominie, na wieki wieków? – odparła kobieta stojąca w sieni. 

jednej ręce trzymała naftową lampę z osłoną przeciw wiatrowi, w drugiej zaś puste 
wiadro. 
Przypatrywała mu się bez strachu, bacznie i Ŝyczliwie jednocześnie, a moŜe i trochę 
ironicznie. 
Nie wykluczone jednak, Ŝe było to mylne wraŜenie wywołane faktem, Ŝe jedno oko 
kobiety 
było pokryte szelmowskim bielmem i lekko zezowało. 
– Myślałem, Ŝe ktoś tam jest – powiedział Waldemar. Gospodyni spojrzała nań 
uwaŜnie. 
– A kto by? 
– No, tak w ogóle! – odparł niezbyt składnie.
Kobieta uchyliła drzwi do kuchni i powiedziała:
– Ta tu przecieŜ siedzi. 
Waldemar ujrzał olbrzymią dziewuchę o okrągłej twarzy. Na jego widok zeskoczyła z 
zydla 
i próbowała ukryć się za tym sprzętem. Gdy to się nie powiodło, przybrała minę 
niezmiernie 
boleściwą i wypowiedziała z głębi piersi, tonem tragicznym, z przydechem i akcentem 
na 
pierwszej sylabie: 
– O BoŜe! 
– Dobry wieczór – powiedział Waldemar, speszony jako Ŝe rozpoznał w tym „Ooe” 
sprzed 
chwili. 
– Taak! – stęknęła dziewczyna z jeszcze większym przydechem i pokazała w 
uśmiechu 
dwa imponujące kły. 
– No proszę, niech pan wejdzie do pokoju – powiedziała gospodyni. – Jedyna córka, 
a… – 
machnęła ręką z widoczną rezygnacją. – A pan się w tym kominie pobrudził. 
Dopiero później dowiedział się, Ŝe takie kominy są powszechnie stosowane w 
tradycyjnych 
kaszubskich chatach. Pomieszczenie w kształcie butelki z kwadratowym dnem 
stanowi 
rdzeń budynku. Wpadają tam wyloty z poszczególnych pieców. Dym, zanim uleci 
górnym 
otworem przypominającym z zewnątrz normalny komin, oddaje swe ciepło ścianom 
domu. 
Wielu innych rzeczy miał się jeszcze dowiedzieć w ciągu lat, które upłynęły od tej 
pierwszej 
wizyty na wyspie. Nie spodziewał się nawet, Ŝe polubi tę ziemię i jej mieszkańców – 
Ginterów, 
a nawet Karusię, straszną dziewczynę z komina. Ani się obejrzał, jak zamieszkał na 
tym 
pustkowiu na stałe. Teraz siedział w bibliotece swego domu „Pod Lasem” i usiłował 
rozpro-

background image

szyć niewesołe myśli wspomnieniami. Tak samo jak wtedy wiatr wył w szparach 
okiennic. 
Niewielka lampka paliła się w rogu pokoju oświetlając grzbiety ksiąŜek na półkach. 
Pokój 
wyglądał dość zwyczajnie. WyróŜniał się tylko dość sporymi rozmiarami i natłokiem 
ksiąŜek. 
Ale w tej samotni sprawiał wraŜenie niezwykłego, urządzonego z przepychem salonu. 
Na 
kominku płonęły brzozowe szczapy, a w pokaźnym kielichu stojącym na biurku nie 
opodal 
Waldemara szklił się płyn o intensywnej karminowej barwie. 
Z zadumy wyrwało go nagłe ujadanie psów. Popatrzył nieufnie w okno, za którym 
wid-
niała jednak tylko zielona powierzchnia okiennicy. Wstał i niepewnym krokiem 
wyszedł na 
ganek. Dom otoczony był drewnianą palisadą monstrualnej wielkości. Naprzeciw, w 
odległo-
ś

ci moŜe trzydziestu metrów, rysowała się furtka, do której biegły rozsierdzone psy. 

JuŜ do-
sięgały jej Herod i Gruby, pręgowany dog i czarny nowofundlandczyk, juŜ dostojnym 
truchtem 
dobiegał basset Horacy, juŜ doskakiwał niczym pchełka genialny pudelek Genio. 
Nawet 
Przygłup, niefortunny pasterz miejscowych krów, cudem uratowany przez Waldemara 
przed 
karą śmierci za niedopełnianie obowiązków słuŜbowych w gospodarstwie Ginterów, 
teraz 
poszczekiwał chwacko wbrew swej nieporządnej i rozproszonej naturze. Przez 
okratowane 
okienko, umieszczone w furtce na wysokości oczu, moŜna było zobaczyć uzębione 
paszcze 
Heroda i Grubego, z których zionęło nienawiścią i zalatującym padliną gorącem. 
Sylwin, 
gdyŜ on to stał po drugiej stronie palisady, wzdrygnął się na myśl o bezpośrednim 
kontakcie z 
taką paszczęką, w której ogniście czerwienił się ochłap jęzora, a na tym tle bielały kły. 
Na 
szczęście nim furtka stanęła otworem, ktoś z drugiej strony wypędził bestie, 
niewybrednym 
słowem popierając rękoczyn. Zgrzytnęły zasuwy. Sylwin i Waldemar stanęli oko w 
oko. 
Przez krótką chwilę mierzyli się wzrokiem, potem padłszy sobie w ramiona uściskali 
się serdecznie. 
Podczas tego krótkiego zbliŜenia Sylwin poczuł ostry zapach alkoholu i skojarzył go 
natychmiast z tą dziwną miękkością, z jaką Waldemar oparł się o niego. Nic nie 
mówiąc szli 
w kierunku ganku. Odgonione brutalnie psy przybliŜyły się ukradkiem, aby nieufnym 
powarkiwaniem 
wyrazić swe wątpliwości co do reputacji gościa. Tylko Przygłup zapomniał nagle o 
swoim gniewie i wykonywał, nietypowe dla psa, koliste ruchy ogonem. 
– MistrzSylwin pozdrawia mistrza Waldemara – powiedział Sylwin. 

background image

Waldemar wprowadził gościa do środka i usadziwszy go w fotelu zajął się 
nalewaniem 
wina. Gdy juŜ siedzieli obaj trzymając w rękach kielichy, napięcie znikło z twarzy 
Waldemara 
ustępując miejsca sztubackiemu śmiechowi. 
– W pańskie ręce perswaduję – powiedział. 
– Bynajmniej, bynajmniej – mitygował Sylwin. Obaj wypili do dna i teraz znowu 
przyglą-
dali się sobie. 
– Czarna porzeczka? – zaryzykował Sylwin. 
– Z jeŜyną – sprecyzował Waldemar chwytając znowu za karafkę. 
Sylwin tymczasem rozglądał się po mieszkaniu. Wypite wino grzało przyjemnie. Czuł 
niemal, jak cząstki czerwonego nektaru dostają się do krwi wzbogacając ją swoim 
barwnikiem 
i napełniają ciało twórczym Ŝarem. 
Działanie alkoholu uwarunkowane jest nie tylko jego jakością, ale teŜ tym, co moŜna 
by 
nazwać aurą psychiczną biesiady. Ta zaś zaleŜy w równej mierze od ludzi, pogody i 
nieuchwytnych 
fluidów tworzących tak zwany nastrój. O ile pod wpływem znakomitego trunku 
mowa Sylwina stawała się bogatsza i pełna fantazji, o tyle Waldemar coraz 
widoczniej pogrą-
Ŝ

ał się w jakimś topielczym alkoholizmie, dając się zdradliwemu płynowi mamić i 

zamraczać. 
Jego masywna postać zdradzała słabość i bezradność poruszając się ocięŜale po 
pokoju. Ręce 
drŜały nieznacznie. Widać nie po raz pierwszy spędzał Boruta w ten sposób wieczór. 
Sylwin nie dawał po sobie poznać, Ŝe zauwaŜył to wszystko, a moŜe naprawdę nie 
zauwa-
Ŝ

ył, bo od momentu, gdy wraz z Ginterami począł przeprawiać się przez jezioro, trwał 

w ła-
godnej euforii. Gdy siedział tak delektując się miejscowym specjałem, oglądając go 
pod 
ś

wiatło, wąchając, pukając paznokciem w kieliszek, aby wreszcie upić mały łyk, jego 

chło-
pięca sylwetka wyraŜała pełne zadowolenie, pogodną Ŝyczliwość dla całego świata. 
Gdy 
wstawał, niby rosły i barczysty, ale jednocześnie jakiś efemeryczny, pokój napełniał 
się jego 
zapałem, promieniował jego ciepłem. W tym cieple odŜywał takŜe Waldemar, coraz 
bardziej 
upodabniając się do tamtego Waldemara, którym był, gdy się znali przed laty. Rwąca 
się po-
czątkowo rozmowa stawała się wartkim dialogiem przyjaciół. Niespokojne języki 
ognia rzu-
cały na pokój długie cienie. Twarze, a szczególnie oczy, nabierały niezwykłego, 
głębokiego 
wyrazu. 
– Siedzisz w tej samotni – mówił Sylwin – niczym jakiś prasłowiański ksiąŜę. Masz 
dom, 
parę hektarów ziemi, tyle to i radłem byś obrobił, no i masz palisadę z bali. Fosy 

background image

jeszcze nie 
masz, ale jak cię znam, będziesz miał. Zrobiłeś sobie skansen i masz gdzieś 
natrętnych turystów, 
ośrodki, nawet kryzysy energetyczne i wszelkie uciąŜliwości cywilizacyjne. A ja, cóŜ 
jak się to wszystko zaczęło, to wulgaryzowanie Wdzydz, wypędzanie do muzeum 
całkiem 
jeszcze krzepkiej tutejszej ludowości, nawiałem po prostu. 
– Napisałeś wtedy ten reportaŜ – przypomniał zdawkowo Waldemar. 
– Owszem. Naczelnemu wmówiłem co prawda, Ŝe jest to fantastyka naukowa 
nawiązująca 
do problemów współczesnej ochrony środowiska. Wierzysz w moc słowa pisanego? 
Waldemar mimowolnie powiódł wzrokiem po półkach. Były wypełnione po brzegi. 
Stos 
ksiąŜek piętrzył się takŜe na stole. Szczególnie przyciągał wzrok niewielki tomik 
oprawny w 
skórę. 
– Gospodarzę, działam – powiedział Boruta. – Nie moŜna liczyć na reguły, zasady. 
Musimy 
kształtować swoje przestrzenie psychiczne, a potem dopasowywać do nich te fizyczne 
obszary, nasze otoczenie. 
Sylwin spojrzał na pustą niemal karafkę. 
– Jeśli dalej w ten sposób będziemy kształtować te, jak mówiłeś, psychiczne i 
fizyczne 
przestrzenie, jutro cały ten las będzie miał kaca. – Milczał przez chwilę, a potem 
dodał: – 
Działasz, ale chronisz się teŜ w enklawie. Odgrodziłeś swoją przyrodę, swoje 
drzewka, 
kwiatki i co tam jeszcze, bo tylko sobie ufasz. 
Boruta słuchał nieuwaŜnie. Zdawał się błądzić myślami w zupełnie innych regionach. 
– Nie trzeba teorii – powiedział. – Nie trzeba ideału, nie trzeba Ŝadnych myślowych 
konstrukcji. 
Rzeczywistość jest pełna anomalii. – Schował twarz w dłoniach i trwał chwilę w tej 
pozycji. Potem spojrzał na Sylwina zmęczonymi oczami. – Osiągnąłem rodzaj 
pogodzenia, 
harmonii z rzeczywistością. Tą – wskazał w kierunku drzwi – a nie tą – zakreślił łuk 
obejmu-
jący bibliotekę. To tylko wygląda na utopię, ten dom w środku lasu, sad, ogród, no i 
palisada i 
inne wymysły. W rzeczywistości jest bardzo normalne, dalekie od naszego 
młodzieńczego 
katastrofizmu, od wybrzydzania na cywilizację, od burzycielskich min. Pewnie, Ŝe nie 
jestem 
jakąś tutejszą Siłaczką, ale teŜ daleko mi do dawniejszego surowego dąŜenia… ja 
wiem?… 
ascetycznego pragnienia radykalnej naprawy, nagłej zmiany świata. O tak, ktoś 
zawsze musi 
głosić katastroficzne ewangelie, bo to swoista prawda i to powstrzymuje. Ale ja nie 
mam predyspozycji 
na „głodomora”, za bardzo mi smakuje tyle rzeczy na tym świecie… 
Sylwin popatrzył z udaną uwagą na nieco pękate kształty Waldemara. 
– I owszem, na ascetę nie wyglądasz – powiedział. 

background image

Było jasne, Ŝe tematy ich młodzieńczych rozmów, w których egoistyczny Ŝal nad 
zakąt-
kiem świata, gdzie przeŜyli tak wiele, nim bezimienna masa ludzka przystąpiła do 
wyniszczania 
go, mieszał się z autentyczną refleksją nad wszystkim co w kulturze ulotne, straciły 
aktu-
alność. Trzeba było zrozumieć, Ŝe Waldemar po swoim antytechnologicznym 
przewrocie 
wewnętrznym stał się trzeźwym praktykiem. Ludzie najczęściej chcą być czymś 
przeciwnym, 
niŜ są, lub chociaŜ rozmawiać o tym. Gdy zaś przypadkiem ich pragnienie się 
zrealizuje, co 
innego mają wówczas w głowie. 
– A ty dalej „wolny strzelec”? – pytał Waldemar. 
Sylwin jak nigdy poczuł swoją chłopięcość. Poczuł nikłość wszystkiego, co robił 
dotychczas 
i o czym chciał Waldemarowi opowiedzieć. Bladły subtelne rozprawy literackie: „O 
klimacie, 
jako komponencie wizji człowieka kosmicznego w alchemii”, lub „O języku pogody”, 
traciły ostrze kampanie publicystyczne w sprawie połaci ziemi zagroŜonych wielkim 
przemy-
słem, a nawet reprezentowanie Polski na ostatnim międzynarodowym zjeździe 
poświęconym 
terenom bagiennym. Zrozumiał, Ŝe w swym troskliwym pochyleniu nad wszystkim co 
tradycyjne 
i naturalne nie dorówna ani przez chwilę konkretowi, jaki przypadł w udziale temu 
człowiekowi: obcowaniu z ziemią. Przypadł w udziale? Raczej wywalczył go sobie. A 
teraz 
siedzi tu, niby powalony gigant. 
– Kto to jest Czarliński? – zapytał nagle Sylwin. 
Przez twarz Waldemara przebiegł cień – lub tylko zdawało się tak Sylwinowi, bo po 
chwili 
odpowiedział lekko i niewymuszenie: 
– Czarliński? Poznasz go jutro. Dziś całe towarzystwo pojechało do Gdańska. 
– Ale kim był? Co znaczy „oŜył”?
Waldemar uniósł brwi. Był zdziwiony.
– Najstarsi ludzie pamiętają, Ŝe był lekarzem. Jest nim nadal. Nie rozumiem, co masz 
na 
myśli. 
Sylwin sięgnął do kieszeni spodni, gdzie ostatnio znajdował się telegram. Kartki 
jednak 
tam nie było. Nerwowo przetrząsnął pozostałe kieszenie. Bez rezultatu. 
Waldemar przyglądał się tym zabiegom sceptycznie. 
– Mocne wino – powiedział znacząco. 
– Musiałem zgubić w autobusie, był cholerny tłok… 
– Mhm – przytaknął Waldemar. Takim tonem przemawia się do groźnego wariata. 
– Do diabła, mówię o telegramie od ciebie – wybuchnął Sylwin. 
– A cóŜ tam pisało? – głos Waldemara był ironiczny.
Sylwin patrzył na niego nic nie rozumiejącym wzrokiem. Wreszcie zapytał:
– Nie wysyłałeś telegramu?
Boruta pokręcił przecząco głową. Był juŜ całkiem powaŜny.

background image

– Dostałem od ciebie telegram, przecieŜ czekałeś na mnie – powiedział Sylwin. 
– Na nikogo nie czekałem, to znaczy czekałem, od pewnego czasu, mówił mi Bartosz, 
Ŝ

jesteś w kraju, więc jakŜe byś miał mnie nie odwiedzić. Ale nie miałem pojęcia, Ŝe 
akurat 
dzisiaj. No, po prostu ucieszyłem się, ale gdybym wiedział, przecieŜ ucztę bym ci 
tutaj wy-
prawił. Nie puściłbym ferajny do Gdańska. 
– A to wino, przygotowane na stoliku, no i przecieŜ wcale się nie zdziwiłeś. 
– I owszem, jeszcze jak! Co do wina, takie u nas obyczaje, zawsze tu stoi. 
Sylwin patrzył na lekko dygocącą rękę przyjaciela, gdy ten nalewał wino. W jego 
spojrzeniu 
było widać coś szczególnego, gdyŜ Boruta nagle wybuchnął. 
– MoŜe myślisz, Ŝe wysłałem ten telegram po pijanemu?
Radzikowski zawstydził się swego spojrzenia. Machnął ręką i powiedział:
– Ktoś zrobił głupi kawał. Bardzo głupi kawał. 
– A cóŜ tam było napisane? – spytał Waldemar
Sylwin znów machnął ręką, ale po chwili powiedział niechętnie:
– Zaklinam, przyjeŜdŜaj. Czarliński oŜył. 
Teraz Boruta patrzył na niego jak na pijanego w sztok. On sam zresztą nie wiedział 
juŜ, 
czy telegram nie jest wytworem alkoholu, który zdobywał nad nim coraz bardziej 
przemoŜny 
wpływ. Kwestia telegramu stała mu się obojętna. Ktoś ściągnął go w ten sposób w 
gościnę, 
no i dobrze. 
– I ty myślałeś, Ŝe ja bym takim tandetnym stylem z zeszłowiecznego dramatu? Ty, 
pisarz… 
– Właśnie dlatego od razu przyjechałem. No, ale cóŜ, ktoś go musiał wysłać… 
– O ile w ogóle go dostałeś. 
– Ktoś go musiał wysłać – powtórzył uparcie Sylwin. – Ale pan doktor Czarliński 
zrobi 
minę, gdy się dowie, Ŝe ktoś go uśmiercił i wskrzesił w jednym telegramie! 
– Ach nie, nie rób tego – krzyknął Waldemar, po chwili jednak zmitygował się. – To 
egzaltowana 
figura bez poczucia humoru. Zresztą to brzmi tak cudacznie, Ŝe… Nie obraŜaj się, 
przecieŜ wierzę w ten telegram, ale inni pomyślą… Najlepiej popytam wśród gości, 
moŜe to 
„koza”? 
Sylwin spojrzał pytająco. 
– Ach, nie pamiętasz, ale ona ciebie owszem, bardzo jej zaleŜało na twoim przybyciu. 
– A ładna? – spytał Sylwin. 
Było mu dobrze. Cieszył się z przyjazdu nie wnikając w jego przyczyny. Kuzynka 
miała 
być podobno ładna i posiadać inne przymioty, o których Waldemar informował juŜ 
zza drzwi, 
gdyŜ udawał się do toalety. Potem jeszcze wymienił jej imię, Jolanta, ale tak 
niefortunnie, Ŝe 
sąsiadowało ono z grubym przekleństwem wypowiedzianym na skutek potknięcia się 

przedpokoju o torbę Sylwina. Ten ostatni w odpowiedzi począł bronić dobrego 

background image

imienia dzieweczki 
i nastąpiła kłótnia, ale gdy Waldemar wrócił, wypili na zgodę i uściskali się, i znowu 
wypili, a wszystko to pośród radosnej twórczości językowej uprawianej przez obu 
jednocze-
ś

nie. A potem, nie wiedzieć jak, psi weszli do pokoju, a oni się z nimi bratali, aŜ 

wszyscy po-
społu rozłoŜyli się na dywanie i juŜ Herod z Grubym mógł uszczknąć trochę 
ludzkiego ciepła, 
juŜ Genio wylizywał twarz Waldemara, a Horacy próbował bezczelnie połoŜyć się na 
brzuchu 
Sylwina, Przygłup zaś biegał wkoło tego Ŝywego obrazu i szczekał jak wariat. Wtedy 
to we-
szła Janka, która widać zagadała się u Ginterów, powiedziała: „A to ci dopiero” i 
rozpędziła 
towarzycho. Jak znalazł się w łóŜku, tego Sylwin juŜ nie pamiętał. 
W nocy obudził się nagle. Było duszno i całkiem czarno. Panowała niczym nie 
zmącona 
cisza. LeŜał bez ruchu myśląc nad tym, gdzie się znajduje. Natrętna obsesja 
dzieciństwa o 
zakopaniu Ŝywcem w grobie na skutek letargu powróciła na chwilę przejmując go 
nagłym 
dreszczem. Uniósł się gwałtownie aŜ do pozycji siedzącej, ale jego głowa nie uderzyła 

wieko trumny. Bolała, owszem, ale z całkiem innych powodów. Teraz Sylwin 
pamiętał juŜ, 
co działo się wieczorem i dlaczego boli go głowa. Dlaczego się obudził? Wąziutka 
granica 
pomiędzy jawą a snem była w jego wspomnieniu naznaczona czymś niezwykłym, co 
właśnie 
spowodowało obudzenie i cały niepokój. PrzezwycięŜając ocięŜałość członków wstał 
i począł 
po omacku poruszać się po całkowicie nieznanym sobie pomieszczeniu. Doszedłszy 
do ściany 
napotkał dotykiem jakąś wnękę, a w niej drewnianą powierzchnię desek. Zrozumiał, 
dlaczego 
w pokoju jest tak duszno. Skrzydła okiennicy nie były co prawda zaparte Ŝelazną 
sztabą, ale 
przysłaniały całkowicie okno, które poza nimi pozostawało ledwo odemknięte. 
Sylwin pchnął okno i stwierdził, Ŝe powietrze na zewnątrz wcale nie tchnie 
oŜywczym 
chłodem. Była parna, pochmurna noc, dość widna jednak, jako Ŝe zbliŜała się pełnia 
księŜyca. 
Panowała cisza, jedynie równomierny bzykot owadów dobiegał spod okapu, a moŜe 
spośród 
ś

wierków, które w cichej zadumie kłoniły swe niebosięŜne głowy ponad ostrym 

szczytem 
palisady. W dalekich Rybakach poszczekiwały psy. 
Nagle ciszę przeszył wysoki, nieludzko rozdzierający krzyk. Sylwin w jednej chwili 
zro-
zumiał, co wybudziło go ze snu i Ŝe jego niepokój był podświadomym oczekiwaniem 
na powtórzenie 

background image

wrzasku. Próbował racjonalizować porównując go z krzykiem Ŝurawi, ale w tym 
samym momencie rozległ się potworny, równie wysoki i przenikliwy chichot, który 
niczym 
ironiczne zaprzeczenie myśli Sylwina odbił się po lesie dalekim echem. Potem 
zapanowała 
dziwna, dygocąca cisza i tylko las trwał niczym nie poruszony. 
Obudził się, gdy promienie słońca wpadające przez okno sięgnęły jego łóŜka. Była 
jedenasta. 
Z zewnątrz dobiegały zwykłe odgłosy gospodarskie: gdakanie kur, dalekie 
porykiwanie 
bydła i naszczekiwanie Ginterowych psów. Piskliwy kobiecy głos śpiewał miejscową 
piosen-
kę: 
Dzysô takô mueda je na całym swiece, 
jeden mô za wiele, drëdŜich biéda gniece, 
dzysô takô mueda, wszëtkue jidze lotem, 
nôprzód robią chrzcënë, a wieselé puetém. 
W wysokich teŜ rejestrach ulokowały się głosy lasu, tworząc nieustające świergotliwe 
tło 
dla tamtych. Wstał z łóŜka i podszedł do okna. 
Pośród drobiu krzątała się Janka rozsypując wokół ziarno. Psy pokładły się w 
ocienionych 
miejscach, tylko Przygłup bez przekonania próbował jeść kurzą strawę. Wszystko co 
Ŝ

ywe 

zdawało się poruszać na zwolnionych obrotach. 
– Dzień dobry panu Sylwinowi – powiedziała Janka ujrzawszy go w oknie. – Jak się 
panu 
spało – dodała, a w jej głosie moŜna było wyczuć lekką ironię. 
– I owszem – odparł Sylwin ukłoniwszy się najpierw. – Tylko jakieś krzyki nie 
dawały mi 
spokoju. 
Janka pokiwała głową ze zrozumieniem i powiedziała: 
– Nie wszyscy mogą tyle pić co pan Waldemar. Lepiej radzę panu po lesie z nim się 
uga-
niać albo i po jeziorze, niŜ za stołem siadać. 
Waldemar, gdy nie jadł i nie pił, co jednako bardzo lubił, włóczył się często po 
okolicy – 
jeśli robota na to pozwalała. 
– A pani ma pokój po drugiej stronie? – zapytał Sylwin. 
– A mam – Janka spojrzała podejrzliwie. – Na co to panu? 
Popatrzyła nań hardo. Nagie, nie opalone ramiona, masywna postać tej mniej więcej 
trzydziestoletniej 
kobiety wsparta teraz o mur domu przywodziły na myśl marmurową kariatydę. 
– Nie, nic. Chciałem po prostu wiedzieć, czemu pani nie słyszała tych krzyków. 
– Ja wina nie piję – powiedziała Janka z godnością i odŜeglowała z gracją w kierunku 
ganku. 
– Niech pan zejdzie i zje sobie śniadanie. Wszystko pan znajdzie w kuchni, ale trzeba 
wziąć samemu. Ja sługą nie jestem. 
Faktycznie nie była. Na pierwszy rzut oka moŜna by przypuszczać, Ŝe gospodarstwo 
Waldemara 
roi się od słuŜby, ale był to w rzeczywistości tłum współpracowników dobranych z 

background image

najdziwniejszych indywiduów. Pasterzem owiec na przykład był stary, brodaty 
męŜczyzna, 
którego Waldemar spotkał niegdyś w gdańskiej antykwarni. Człowieka tego, jako 
stałego tam 
bywalca, tolerowano pomimo łachmanów, w jakie był odziany. Przesiadywał długimi 
godzinami 
wertując starodruki – przewaŜnie dotyczące nauk tajemnych. Od zaprzyjaźnionego 
sprzedawcy dowiedział się Waldemar, Ŝe ten obdarty clochard włada biegle 
kilkunastoma 
językami, w tym kilkoma wymarłymi. Na Ŝycie miał jakoby zarabiać sezonowym 
strzyŜeniem 
owiec. Upłynęło kilka miesięcy i męŜczyzna z antykwarni znalazł się na wyspie, 
dzieląc swój 
czas pomiędzy owce a Waldemarową bibliotekę, gdzie sporządzał indeks do prac 
ś

rednio-

wiecznych gnostyków i oddawał się lekturze. Wieczorami zwykł śpiewać pieśni 
cerkiewne, 
jako Ŝe był starego obrządku. Przypominając przekonaniami „świętego starca”, 
pieniędzy za 
pracę nie brał, korzystając tylko z dóbr naturalnych – strawy i ksiąŜek. Inaczej było z 
drugim 
„parobkiem”, niejakim Tadeuszem Tymoteuszem Słyszkto. Rodzice, którzy dziecko o 
tak 
niesfornym nazwisku obdarzyli jeszcze niepoślednim zestawem imion, musieli liczyć 
się z 
konsekwencjami. JakoŜ ich syn został malarzem. PoniewaŜ – jak sam utrzymywał – 
prawdziwemu 
artyście nie jest dane zaznać sławy za Ŝycia, klepał tedy biedę. Imał się zgoła innego, 
bo pokojowego rodzaju malarstwa, a w chwilach wyjątkowego kryzysu materialnego, 
ale 
teŜ i duchowego, puszczał się na wieś i wysługiwał za parobka w duŜych 
gospodarstwach. 
Będąc znajomym Waldemara od dawna, chętnie przystał na propozycję pracy z nim. 
Sprawiał 
się teŜ, jako stary praktyk, wyśmienicie, niejednego sekretu natury wyuczywszy 
początkują-
cego gospodarza. Potrafił nie tylko zająć się pracą polową, ale teŜ spełniał rolę 
domowego 
znachora lecząc ziołami, obficie występującymi w okolicy. Będąc Ŝywego 
usposobienia, 
wszczynał co i raz kłótnie dotyczące zarobków, zresztą dla samej przyjemności 
prowadzenia 
sprzeczki; jedynym jego stałym zakupem były farby i przybory malarskie. Stale 
bowiem ma-
lował. 
Tak więc od czasu do czasu kłócili się z Borutą zaŜarcie niczym dwa tokujące 
głuszcze. 
Ktoś pomyślałby, Ŝe oto prześladowany parobek usiłuje daremnie uzyskać od 
chciwego pana 
naleŜny zarobek. A przecieŜ dzielny malarz nie pobrał jeszcze pensji sprzed kilku 
miesięcy, 

background image

jako Ŝe pieniądze zwykł gubić natychmiast lub obcierać nimi pędzle. 
Było jeszcze kilku sezonowych pomagierów, o których szerzej rozprawiać nie 
potrzeba. 
Dość, Ŝe stanowili wszyscy solidarną społeczność, zjednoczoną wspólnotą pracy i 
dąŜeń oraz 
koleŜeństwem. Prym zaś wiodła w tym towarzystwie Janka, jedyna wieśniaczka z 
prawdziwego 
zdarzenia. Pozbawiona mityczno-literackich motywacji, trzeźwa racjonalistka i 
niezrównana 
organizatorka, była prawdziwą gospodynią w tym kawalerskim domu. Chodziły po 
okolicy, głównie w jej rodzimym Rowie, plotki, jakoby poprzez jej "słuŜbę" dom 
kawalerski 
zgoła przestawał być takim, nie będziemy wszak tych plotek powtarzać. 
Sylwin Radzikowski przyjął więc bez zmruŜenia oka zastrzeŜenia Janki, wkrótce teŜ 
zszedł 
do kuchni, gdzie w olbrzymim piecu płonął ogień. Było tam gorąco jak w piekle. 
Wbrew wła-
snym słowom, Janka podzwaniając fajerkami stawiała do zagrzania gar świeŜego 
mleka. Jednak 
postawiwszy – wyszła z kuchni, dzięki czemu mógł zaspokoić pragnienie 
skacowanego 
gardła, nie czekając końca podgrzewania. Za kuchnią mieścił się pokój jadalny z 
dwoma wej-
ś

ciami: od kuchni i od przedpokoju. Tam teŜ skierował się Sylwin nie mogąc dłuŜej 

wytrzy-
mać temperatury pomieszczenia. 
W jadalni znajdował się solidny, cięŜki stół nakryty białym obrusem, na którym stały 
róŜ-
ne gatunki serów, osełka masła, słój ciekłego jeszcze miodu oraz upleciona z korzenia 
sosny 
kobiałka wypełniona owocami. Stała równieŜ karafka z winem, dobrze mu juŜ znana, 
ale w 
tej chwili – nienawistna. Za stołem natomiast siedziała stara dama o profilu 
przypominającym 
Ŝ

ywo sępi dziób. Była to babcia Waldemara, niejaka Eryka Wegetariańska. W 

zamyśleniu 
spoŜywała wielką kromkę chleba tutejszego wypieku popijając kaŜdy kęs mlekiem. 
Chleb nie 
był posmarowany. Harmonizowało to z wyniosłą, ascetyczną postacią staruszki: 
filigranowa i 
krucha, jednocześnie wydawała się dziwnie masywna i Ŝylasta. W wątłej dłoni 
zaciskała wła-
ś

nie ucho kubka tak, Ŝe zdawało się jęczeć z bólu. Pomimo skromnego i cichego 

obejścia, 
budziła respekt. Niektórzy bali się jej nawet. Ci twierdzili, Ŝe bywa obcesowa i 
złośliwa. Kto 
jednak znał ją dobrze, temu zarzuty te wydawały się bezpodstawne. 
Przywitawszy się z wyniosłą damą Sylwin usiadł i spoŜywał w milczeniu obfite płody 
wyspiarskiego 
gospodarzenia. W tym czasie staruszka przyglądała mu się posępnie nie mówiąc 
ani słowa. Albo go nie poznawała, albo nie przywiązywała do jego osoby Ŝadnej wagi. 

background image


kaŜdym razie starał się zjeść śniadanie jak najszybciej. Nim jednak zdąŜył to uczynić, 
staruszka 
skończyła Ŝuć, wyjęła z torebki paczkę „Sportów” i załadowała swą szklaną lufkę pie-
czołowicie wybranym spośród innych papierosem. Zapaliwszy wstała i wyszła z 
wielkim do-
stojeństwem, otaczając się kłębami dymu. Niezadługo Sylwin takŜe opuścił jadalnię. 
Waldemar Boruta powracał właśnie z lasu. Jego twarz w świetle dziennym wydawała 
się 
bardziej jeszcze zmęczona niŜ wczoraj. Nie było jednak w nim widać śladów 
pijaństwa. Wy-
glądał na człowieka przemęczonego pracą i codziennymi kłopotami. 
– Chcesz zobaczyć ogród? – powiedział i nie czekając na odpowiedź ruszył pierwszy 

charakterze przewodnika. 
Ostrów Wdzydzki był podłuŜną wyspą ciągnącą się na trzy kilometry wzdłuŜ linii 
północ-
południe, pośrodku Wielkiej Wody. Południowy kraniec wyspy naleŜał do lasów 
państwo-
wych, północna zaś część dzieliła się między Ginterów i Borutę. Jej środkiem 
rozciągał się 
wysoki płaskowyŜ, który na wschodzie urywał się z nagła ku jezioru tworząc 
porośnięte 
chaszczami urwiska, zaś na zachodzie obniŜał łagodnie przechodząc w nadjeziorne 
płaszczy-
zny torfowisk i łąk. Waldemar gospodarzył na płaskowyŜu. Ze szczytu jego domu 
widać było 
długi pas ornej ziemi ciągnący się między dwoma lasami. Ku północy pas ten nagle 
wchodził 
w dziwne zakrętasy, jakieś polodowcowe spirale, aby zejść do jeziora w miejscu, 
gdzie stał 
dom Ginterów. Kierując wzrok w lewo moŜna było zobaczyć pełną wymarłych drzew 
zatokę 
zwaną Babą, a za nią Bukową Górę. Za tym – juŜ tylko jezioro. Dalej w lewo rysował 
się na 
drugim brzegu cypel, Sosnowy Nurt, jeszcze zaś dalej było widać Owcze Bagna i 
Wygodę 
połoŜoną w głębi zatoki Czystej. Patrząc w prawo moŜna było ujrzeć za wodą dalekie 
Zabrody 
i Lipę, wysepki Przyrośla z Cyronkiem, aŜ do samych Rybaków, leŜących za 
majestatycz-
ną Sorką. Gdzieś pomiędzy Lipą a Ostrowiem dno jeziora zapadało się pono tworząc 
siedem-
dziesięciometrową głębię. Tak powiadali geografowie, ale miejscowi twierdzili, Ŝe 
jeszcze 
głębiej jest pod Wdzydzami, gdzie jezioro rozcięte zostało wiatrami na kształt krzyŜa. 
Dom stał pośród lasu nie wytrzebionego wcale, przeciwnie, przypominającego dzikie 
uroczysko. 
Tylko wokół budynku przebiegał kawałek wykarczowanej ziemi tworząc obejście. 
Drewniana palisada sięgała duŜo dalej, zagarniając i część lasu, gdzie, bywało, 
nocowały 

background image

chowane półdziko indyki rozsiadłszy się w koronach drzew. Brama wjazdowa 
znajdowała się 
od zachodu, zaś w południowej stronie zagrody istniała furtka prowadząca do ogrodu 
wydzielonego 
osobno i chronionego przed natarczywością zwierząt domowych solidnym Ŝywo-
płotem. Dalej były tylko pola uprawne, ale to juŜ za palisadą zaopatrzoną z tej strony 
w do-
datkową bramę. 
Sam dom zbudowany został prosto. Fundamenty miejscowym zwyczajem 
uszykowano ze 
spojonych cementem głazów, dalej szedł zwykły mur. Piętro było sosnowe, boki 
domu natomiast 
w całości, od fundamentów po dach, wykonano z pruskiego muru – krzyŜówki 
czerwonej 
cegły z balami drewna. Spadzisty silnie dach pokrywała czerwona dachówka. 
Spojenia 
drewna z cementem świeciły Ŝółto miejscowym marglem, wypalonym w słońcu. We 
wnętrzu 
dom był przedzielony na dwie symetryczne połowy długim korytarzem, zakończonym 
drzwiami wychodzącymi na tyły domu. Trzeba jednak powiedzieć, Ŝe tę symetrię 
burzyło 
zagospodarowanie poszczególnych pokoi, które Janka miała za szczególnie 
ekstrawaganckie. 
O tym właśnie toczyła się rozmowa, gdy Sylwin z Waldemarem okrąŜywszy dom z 
lewa, 
przeszedłszy obok ogrodu z sadem, zapuściwszy spojrzenie przez północną bramę na 
płasz-
czyznę pól, docierali do „kuchennego wyjścia” po drugiej stronie domu. Tutaj rósł 
park, niewielki 
jeszcze, ale rokujący dobre nadzieje. Minąwszy go, skręcili pod południową ścianę i 
tam zatrzymali się. 
– Tu – powiedział Waldemar – przebiega granica. I województw, i mojej ziemi. Dalej 
nad 
wodą jest obniŜenie, zwane nawet przez tutejszych Granicą właśnie. Ale to miejsce 
zwie się 
częściej inaczej: Pod Lasem. 
– Pod Lasem? – zdziwił się Sylwin. – ToŜ tu wszędzie las. Raczej z drugiej strony 
bardziej 
ta nazwa pasuje. 
Waldemar pokręcił głową. 
– Nie, właśnie tutaj. Ten las, mój, sadzili Ginterowie. Tamten za płotem – robotnicy 
leśni. 
Tamten jest nieco starszy, a więc rósł, gdy mojego jeszcze nie było. 
– I wtedy mówiło się na to miejsce „Pod Lasem”? 
– Owszem, ale wątpię czy z tego powodu. RóŜnica między nimi wynosiła parę lat. 
Gdy tego 
jeszcze nie było, tamten był maleńkim zagajnikiem. Wątpię, Ŝeby o takim kurduplu 
mówili 
„las”! 
– Więc jeszcze wcześniej był tu jakiś las z prawdziwego zdarzenia. 
– OtóŜ to. Ginter jeszcze go pamięta. Podobno był wiekowy. Są teŜ róŜne 

background image

romantyczne 
bajędy. Na przykład niektórzy mówią, Ŝe był tu kiedyś Ŝeński klasztor, jeszcze 
drewniany. 
Jeszcze inni wiąŜą to miejsce z zamkiem i zaklętą królewianką… Eee – machnął ręką 
– nic w 
tym nie ma. 
– A jednak ta nazwa – zastanawiał się Sylwin. – Widzisz, takie nazwy trwają wbrew 
rze-
czywistości tylko wtedy, jeśli w takim miejscu znajdowało się coś waŜnego. Bywa, 
kawałek 
pustego pola potrafi zwać się Komorniki, bo dwa wieki wstecz mieszkali tam 
komornicy. To 
nie miasto, nie wystarczy przybić tablicę z nową nazwą. Tutaj, bracie, nazwa jest 
zabytkiem 
archeologicznym. Jeśli się zachowała, musiało tu coś być. 
– Z drewna, nie sprawdzisz – powiedział Waldemar. – Przypominasz mi księdza 
Knittera z 
Karsina. PrzyjeŜdŜał tu na wakacje. Ostatniego roku napisał poemat. Coś dla ciebie; 
on podtrzymuje 
tę legendę o zakonie, nawet przypisy do swojego poematu zrobił. UwaŜa to za 
pewnik, 
a dowody czerpie nawet ze „Starej baśni”. Nie dziwię się zresztą, Ŝe duchownemu 
zaleŜy 
na chrześcijańskiej przeszłości ulubionego miejsca. 
– Dajmy pokój Kraszewskiemu. CóŜ miał robić, kopać, szukać? PrzecieŜ sam 
powiedziałeś 
– drewno, zgniło i tyle. MoŜe miał wewnętrzną pewność, poczucie wyjątkowości tego 
miejsca. 
Takie, jakie mieli i inni: chociaŜby wtedy, gdy tu właśnie ustanowili granicę. 
Waldemar podniósł ręce pełen rezygnacji. 
– Poddaję się. O wierze się nie dyskutuje. 
Stali w milczeniu. Atmosfera była dziwnie uroczysta i pełna napięcia. Wydawało się, 
iŜ w 
dusznym powietrzu unosi się cały niepokój ostatniej nocy. Sylwin waŜył przez chwilę 
słowa, 
po czym powiedział: 
– Słyszałeś w nocy wrzaski? 
– Tak – Boruta wyglądał niezwykle powaŜnie. – Całą noc wrzeszczały białe myszki, 
pająki 
i węŜe. 
– Do jasnej cholery – nie wytrzymał Sylwin – przestańcie robić ze mnie pijaka! Po raz 
drugi chcesz zwalić coś na pijaństwo, a Janka teŜ robiła dziś jakieś głupie aluzje. 
Oświadczam 
więc po trzeźwemu… 
– Ale na kacu – wtrącił Boruta. 
– …po trzeźwemu, Ŝe telegram o śmierci Czarlińskiego miałem jeszcze w autobusie, 
a w 
nocy słychać było rozdzierające wrzaski. 
– Chłopie – perswadował Boruta – toŜ z tym Czarlińskim ci wierzę, dowiemy się w 
końcu, 
kto to wysłał, nie rozumiem, o cóŜ ci chodzi. To przecieŜ bagatelka. A wrzaski? 

background image

ś

ebyś ty sły-

szał, jak w tym lesie głośno wczesną wiosną! Tu moŜna ducha stracić z wraŜenia. 
Alkohol 
demonizuje takie nastroje. Wiem, wiem… no juŜ dobrze. Ale Ŝebyś się mógł wczoraj 
wi-
dzieć! Pod koniec nie mogłeś ustać na nogach, więc pokazywałeś, jak chodzą psy. Ja 
do ciebie: 
„czemu chodzisz na czworakach?”, a ty mówisz: „tak chodzi Herod”. A potem nie 
mo-
głeś juŜ unieść się na rękach i tylko pełzałeś. „Jestem Horacy” – głosiłeś, nawet 
mówiłeś do 
niego po angielsku. 
– Wiem – Sylwin machnął ręką. – Szekspira. 
– OtóŜ to. A gdy wróciła Janka, szczekałeś i ugryzłeś ją w łydkę, gdy tylko próbowała 
po-
stawić cię na nogi. I ty się dziwisz, Ŝe ona jakieś aluzje robi. 
– W porządku – powiedział Sylwin. – Nic nie było. – W głębi jednak czuł się bardziej 
niŜ z 
rana pewny, Ŝe jednak odgłosy były realne. W opowiadaniu Waldemara był nadmiar 
jakiejś 
sztucznej wesołości. Zresztą Sylwin przypominał sobie nieco przebieg wieczoru. 
Bardziej 
rządziła nim euforia, radość ze spotkania ze starym przyjacielem, nawrót dziecięcej 
swawol-
ności niŜ alkohol. Teraz utwierdził się w przekonaniu, Ŝe coś waŜnego jest z 
niewiadomych 
pobudek skrywane przed nim. 
Nie było jednak czasu zastanawiać się nad tym, gdyŜ od strony pola dała się słyszeć 
olbrzymia 
wrzawa. Wyszli przed furtę i zobaczyli Ginterowy wóz, zaprzęŜony w parę koni, 
raźno zbliŜający się w ich kierunku. Siedziało na nim spore towarzystwo osób, z 
których 
większość była wielce rozweselona. Na koźle znajdował się młody męŜczyzna 
przypominają-
cy satyra. AŜ tutaj słychać było jego hałaśliwy śmiech. 
Tymczasem z zagrody wybiegły psy i ujadając towarzyszyły przybyszom. Nienawykłe 
do 
takich przeŜyć konie płoszyły się, przyspieszały biegu. Wóz przemknął koło bramy 
nie za-
trzymując się. Waldemar z trudem przywołał psy i dopiero wtedy udało się zawrócić 
rozhukane 
konie. Wreszcie zaprzęg stanął. 
Pierwszy zeskoczył na ziemię woźnica, którym był Tadeusz Tymoteusz Słyszkto. 
Gadał 
nieustannie sam chyba siebie nie słysząc, taki gwar czyniła reszta przybyszów. 
Zachowywali 
się, jak gdyby podchmielili zdrowo po drodze. Wokół wozu biegał zdyszany wilczur, 
który 
przybył wraz z nimi. 
– Kogo mi asan tutaj przywiozłeś? – spytał ponuro Boruta, chociaŜ wszystkich znał. 
Na 

background image

wozie siedziała bowiem kompania doborowa. Rej wiodła tam zaŜywna niewiasta o 
czerstwej 
cerze i takiej posturze, która mówiła duŜo i głośno, jako jedyna na wozie dorównując 
w tym 
malarzowi. Gestykulowała przy tym obficie, czemu Tadeusz Tymoteusz nie mógł 
sprostać w 
Ŝ

adnej juŜ mierze. Na głowie nosiła fryzurę a la „kołtun”, zwaną teŜ czasami kopą 

siana. Po-
trząsała nią przy kaŜdej kwestii dla podkreślenia bezsporności swoich słów. Prawiła 
zaś z 
humorem i fantazją, krasząc najprostsze historyjki łatwostrawnym sosem przesady, 
frantowskiej 
bufonady, zawadiackiego szpanu. W tej chwili jednak nikt jej nie słuchał, z wyjątkiem 
cichej niewiasty o wydatnym nosie, czerwieniącej się przy lada okazji. Osoba ta nie 
miała 
prawdę mówiąc innej moŜliwości, gdyŜ siedząc w tylnym rogu wozu, wtłoczona w 
jego kąt, 
nie mogła się obrócić. Pierwsza z kobiet była matką Waldemara. Przypisane jej imię 
Zofia, 
oznaczające mądrość, zamieniła na Dzidkę. Pod tym wezwaniem znana była w 
niejednym 
miejscu. Mówiono do niej równieŜ Dzida, chociaŜ ze wszystkich rodzajów broni jako 
Ŝ

ywo 

najbardziej przypominała dynamit. Przymusową słuchaczką natomiast była Ŝona jej 
bratanka, 
Gabriela Wegetariańska. MąŜ jej, brat cioteczny Waldemara i wnuczek pani Eryki, 
siedział w 
pobliŜu zachowując jednakowoŜ powagę, a nawet surowość oblicza. Ich stosunki z 
Waldemarem 
opierały się głównie na tym, Ŝe mieli się nawzajem za wariatów, co nie przeszkadzało, 
Ŝ

mocno się lubili. Obok niego siedział, a raczej wiercił się na swoim miejscu, mniej 
więcej 
dziesięcioletni chłopak o niezwykle Ŝywym usposobieniu. Paplał razem z innymi, ale 
niezbyt 
głośno, gdyŜ mina ojca nie wróŜyła nic dobrego. Od czasu do czasu imieniem Czoper 
przy-
woływał wilczura nastroszonego nieufnie na widok miejscowych psów. 
Leszek Wegetariański, zwany czasami „szalonym Lesiem”, podpisywał się jako Lech, 
gdyŜ bardzo nie lubił zdrobnień. Wszelako jego postać była zdrobniała sama w sobie i 
na to 
nie było rady. Rekompensował to jednak wyćwiczonymi mięśniami i potęŜną dawką 
warcholstwa. 
Z byle powodu zwykł siec, rąbać, kłuć, miaŜdŜyć przeciwnika, chociaŜ, Bogiem a 
prawdą, nikt jeszcze nie widział spełnienia tych pogróŜek. Jego oblicze miało walory 
twarzy 
„pokerowej”. Na dodatek nosił zwykle przydymione okulary. Nad nimi rozciągała się 
rozległa 
płaszczyzna podanego nieco w tył czoła, dalej zaś, za rozległymi zakolami, zaczynały 
się 
twarde, wełniste i zmierzwione włosy, nasuwające podejrzenia o domieszce krwi 

background image

murzyńskiej 
w rodzie Wegetariańskich. Całość twarzy, razem z okularami, przypominała to, co 
rysownicy 
ksiąŜek dziecięcych podpisują „Pan DŜdŜownica” lub „Pan Gąsienica”. Pani Zofia 
uwaŜała 
dodatkowo, Ŝe jej bratanek przypomina barana lub kozła, jako Ŝe wybornie naśladuje 
ich gło-
sy i ma zbliŜone upodobania, ale dotyczyło to w szczególności zachowania Lesia. 
Związek 
ten przypisywała faktowi, Ŝe mąŜ ów jako dziecko Ŝywiony był mlekiem kozim. 
W tej chwili jednak najtrafniej byłoby porównać ponurego człeka do rozwścieczonego 
wę-
Ŝ

a okularnika. Nic dziwnego, Ŝe jego syn, zwany Kajtkiem, nie pokazywał jeszcze 

swych 
pełnych, iście diabelskich moŜliwości, popiskując tylko nieśmiało, jak zastraszona 
mysz. Ktoś 
niezorientowany podobnie mógłby sądzić o nieśmiałym zachowaniu jego małŜonki, 
ale tu 
myliłby się. W małŜeństwie tym bowiem przemyślna słabość zręcznie oplątywała 
męskie 
furie. 
Pozostałych dwóch osób Sylwin nie znał. Domyślił się jednak od razu, Ŝe ma do 
czynienia 
z doktorem Czarlińskim i rekomendowaną juŜ przez Waldemara studentką, Jolantą 
Ś

piewal-

ską. Przedstawiciel świata medycznego był eleganckim męŜczyzną o ujmującej 
powierz-
chowności i nienagannych, choć swobodnych manierach. Pochylał się z gracją nad 
dziewczy-
ną tłumacząc coś ściszonym głosem. Ta słuchała jednak mało uwaŜnie. Zdawała się 
być rozproszona, 
a jej unerwiona twarz wskazywała jakieś oderwanie od reszty grupy. W tym 
odosobnieniu 
była ujmująco ładna. 
Tymczasem wrzawa nie ustawała, przeciwnie, narastała, w miarę jak ujawniał się jej 
przedmiot. Oto bowiem chodziło o pretensje zgłoszone pod opinię publiczną w 
stosunku do 
woźnicy. OskarŜycielem publicznym była, jak się łatwo domyślić, pani Zofia. 
– Spójrzcie na tego człowieka – perorowała. – Gdyby jego sposób powoŜenia był tak 
dobry, 
jak złe są jego obrazy, gdyby jego mądrość była równie wielka, jak głupi jest jego 
ś

miech 

i gdybym ja, nie umiejąca malować, namalowała jego głupotę, to i tak jeszcze obraz 
ten nie 
będzie równie głupi jak on sam, a jego powoŜenie będzie gorsze od jego obrazów, 
których 
głupota – Bóg mi świadkiem – bije na głowę nawet jego śmiech. 
Malarz roześmiał się tylko na to, a Ŝe śmiech miał istotnie idiotyczny, wzbudziło to 
ogólną 
wesołość. Pani Zofia była jedyną specjalistką od brawurowego powoŜenia końmi. 
Niełatwo 

background image

rezygnowała ze swoich uprawnień. 
Wśród pokrzykiwań i dalszych wesołości towarzystwo zsiadło wreszcie z wozu. 
Sylwin 
witał się ze wszystkimi, ale jego wzrok uciekał co i raz ku skromnej panience stojącej 
na uboczu. 
Tak jak wcześniej wydała mu się jakaś krucha i dziecinna, teraz narzuciła się swoją 
doj-
rzałą kobiecością. Eteryczna talia przeczyła biodrom rozsadzającym dŜinsy, delikatne 
ramiona 
wyrastały nad piersiami zdającymi się łaknąć męskich rąk. Doświadczona powaga 
wyzie-
rała z jej spojrzenia, chociaŜ jednocześnie na zaróŜowionej twarzy występowały 
filuterne doł-
ki, ilekroć tylko uśmiechała się. Podała mu małą dłoń, którą przytrzymał nieco dłuŜej, 
niŜ 
naleŜało. Wtedy spojrzała na niego uwaŜniej i spłoszyła się. Widocznie we wzroku 
Sylwina 
musiało być coś niezwykłego. Puścił ją. Wtedy zauwaŜył, Ŝe od pewnego czasu jego 
usta coś 
mówią, wypowiadają jakieś komunały. Poczuł się speszony, ale nikt tego nie 
dostrzegał. Mo-
Ŝ

e jeden Czarliński, który teraz patrzył na niego mruŜąc ironicznie łagodne, 

migdałowe oczy. 
– Pan pierwszy raz w tych stronach? – zapytał doktor witając się z Sylwinem. Ten 
zaprze-
czył gorąco. Nic podobnego, zna te strony jak własną kieszeń, wychował się tu 
niemalŜe… 
„Co ja gadam”, pomyślał nagle, „dlaczego zaczynam ni stąd ni zowąd opowiadać to 
nieznajomemu?” 
Znów urwał jakoś niezręcznie i spojrzał ukradkiem w kierunku panny. W oślepia-
jącym słońcu południa świeciły ciemnym blaskiem palące oczy. „Apage”, pomyślał 
Sylwin i 
po raz pierwszy w swym blisko trzydziestoletnim Ŝyciu ucieszył się, Ŝe plecie duby 
smalone, 
Ŝ

e jest nieodpowiedzialny, Ŝe zachowuje się jak dziecko, Ŝe miłuje cały świat, a 

przede 
wszystkim – Ŝe sprawczyni tych wszystkich przypadłości, czarnobrewe półdiable, stoi 
tuŜ 
obok niego. 
Tymczasem w domu nakrywano juŜ pospiesznie do stołu, jako Ŝe nadeszła pora 
obiadu. 

III
Przerwany obiad
Prosto z podjazdu towarzystwo udało się na ganek, gdzie zmęczone upałem i 
ujadaniem 
psy rozkładały się juŜ pod ławkami ziając na wyścigi. Stamtąd ruszono na pokoje. 
Panie poczęły pomagać Jance w nakrywaniu stołu, czyniąc przy tym wiele 
rozgardiaszu, 
panowie zaś zanurkowali w chłodną głębię biblioteki Waldemara, skąd teŜ po chwili 
dobiegła 

background image

subtelna muzyka potrącanych kieliszków i otwieranych butelek. Wkrótce do biblioteki 
prze-
mieściła się takŜe pani Zofia, której czujnej uwagi wspomniane dźwięki nie uszły. 
Tymczasem Waldemar poszedł do lodowni, dla uzupełnienia zapasów. Była to 
wydzielona 
część piwniczki. LeŜały tam bryły lodu wyrąbanego zimą i przechowanego w 
trocinach. 
Wskutek dobrego odizolowania pomieszczenia topiły się bardzo wolno. Lodownia 
miała 
kształt piramidy i słuŜyła do przechowywania produktów szczególnie delikatnych. 
Prócz nasolonych 
mięs i wędzonych ryb spoczywały tam równieŜ niektóre bardzo lekkie gatunki win, 
a takŜe wyborny napój przyrządzany wiosną z soku brzóz zaprawionego rodzynkami. 
Ten 
wymagał zimna, gdyŜ inaczej rozrywał butelki. Chłodnia promieniowała swoim 
zimnem na 
piwniczkę, gdzie znajdowały się główne zapasy trunków. Waldemar zabrawszy 
wszystkiego 
po trochu wrócił zamykając skrzętnie pomieszczenie, którego musiał niestety strzec 
pilnie 
nawet przed najbliŜszymi. 
Strzeliły korki. Niektórzy próbowali mieszać musujący napój z lekkim winem 
malinowym, 
co dawało w rezultacie słaby, róŜowy szampan. Tak intensywne chłodzenie 
zmęczonych ciał 
oŜywiło, rzecz jasna, przygasający nastrój. Śmiech perlił się jak kropelki w 
oszroniałych 
szklankach i kieliszkach. Nagle obejście zaroiło się od owiec, które becząc bez miary 
skłoniły 
do zamilknięcia ludzi, zawstydzonych tą mimowolną parodią ich tłumnego 
rozgadania. Za 
owcami wszedł na podwórzec patriarchalny Maksym o surowej brodatej twarzy i 
zblakłych 
niebieskich oczach odbijających rozmarzone niebo. W ręku trzymał oprawne w cielę 
„Dzieje 
procesów o czary na Ukrainie” z wieku XVII, która to ksiąŜka przyszła właśnie w 
paczce i 
została dostarczona dzięki uprzejmości sąsiada z zabrzeŜnego Rowu. Wszedłszy do 
biblioteki 
niezwłocznie przekazał przesyłkę Waldemarowi. Obaj nie taili zapału. 
Wkrótce wszyscy znaleźli się w jadalni, gdzie w oczekiwaniu na główne danie 
raczono się 
gorzką wódką, zagryzaną dzwonkami wędzonego węgorza. Pito takŜe domorosły 
vermouth, 
którego jedynym brakiem, jak zapewniał twórca mikstury ziołowej do jego produkcji, 
Tadeusz 
Tymoteusz, była nieobecność piołunu alpejskiego, bogatego w absyntynę. 
Obiad podano. Najpierw stanęła na stole dymiąca waza flaczków pachnących 
imbirem, 
potem ziemniaki w mundurkach – młode jeszcze, gdyŜ późno w tych okolicach 
dojrzewały, a 

background image

na końcu szaszłyki baranie nanizane na druty, przetykane cebulą i boczkiem, 
posypane pa-
pryką. Pieczono je na niewielkim roŜnie przy kuchni, uŜywając do tego celu węgla 
drzewnego 
wygarnianego z chlebowego pieca. Jako dodatek do mięsa posiekano drobno mięsiste 
strąki 
papryki z niewielkim dodatkiem kiszonego ogórka. Był takŜe chrzan i ćwikła oraz 
grzyby 
marynowane, z zeszłorocznych wszakŜe zbiorów, bo w tym roku jeszcze nie 
wysypały. Jedzenie 
było ostre, toteŜ pito przy tym sporo wina, a Maksym z Tadeuszem Tymoteuszem, 
zatwardziali abstynenci, odszpuntowali baryłkę domowego słodowego piwa. 
Gwar przy stole był wielki, jednak nie wszyscy mówili. Na cały stół odzywała się 
jedynie 
pani Borutowa i niekiedy sam Waldemar. Sylwin czuł, Ŝe nic nie stoi na przeszkodzie, 
aby i 
on zabrał głos wobec ogółu, lecz wolał wieść ściszony dyskurs z panną Jolantą, która 
dobrze 
zaplanowanym przypadkiem usiadła obok niego. Pozostali mówili tylko między sobą, 
nie 
wyłączając Leszka Wegetariańskiego. Ten, zwykle wygadany i agresywny, teraz 
wyładował 
się szybko, strzeliwszy podwójnie w przystrzyŜoną glacę swego pierworodnego za 
wylanie 
ojcu wina, zinterpretowane jako wynik wiercenia się juniora. Teraz dzielny mąŜ 
siedział juŜ w 
pogodzie ducha ze świadomością spełnienia ojcowskiego obowiązku, smaczne i 
mocne wino 
wprawiło go w błogostan i ukojenie, pod wpływem czego przybrał minę 
zadowolonego idioty. 
Tak pomyślałby kaŜdy, kto nie znał pasji komedianckiej szalonego Lesia. 
Niektórzy wreszcie nie mówili nic, a naleŜała do nich dobrego, acz uszczypliwego 
serca 
Gabriela Wegetariańska, szepcząca coś zaledwie pod nosem na temat swego męŜa, 
przede 
wszystkim zaś grupa sezonowych pomagierów zaciągniętych spośród młodzieŜy 
róŜnej płci. 
Ci, siedząc u końca stołu, nic nie gadali, tylko pałaszowali ile wlezie. 
Szczególną w tym wszystkim rolę odgrywała Janka, która kierowała przebiegiem 
obiadu. 
Ze swojego stanowiska dowodzenia mówiła do jakiegoś pomniejszego konsumenta: 
„przynieś 
sobie nowe nakrycie, a przy okazji sól dla pani Wegetariańskiej”. NajtęŜszym opojom 
kazała 
usługiwać w tej materii wokół bardziej wstrzemięźliwych dam, aŜ Boruta był 
zmuszony jeszcze 
raz zejść do piwniczki. 
Najszczególniejszą natomiast rolę odgrywała przy stole sędziwa staruszka, Eryka 
Wegeta-
riańska. Co prawda nie mówiła ona nic, jedząc z niespotykanym nawet u młodych 
apetytem, 

background image

ale za to jeŜeli juŜ zechciała coś powiedzieć, przerywała bez pardonu kaŜdą 
wypowiedź. Za-
częte raz zdanie musiała bezwzględnie skończyć, nawet gdyby tymczasem 
zbombardowano 
wyspę. śując z wielką powagą nie zwracała Ŝadnej uwagi na otoczenie. Tak było 
właśnie 
teraz, a jednak staruszka odezwała się nagle, przerywając doktorowi Czarlińskiemu 
wypo-
wiedź o poŜytku płynącym z uprawy tytoniu, skierowaną do niej. 
– Córcia, czy ty zawsze musisz tak pierniczyć, jak sobie wypijesz? 
Pani Zofia, do której te słowa się odnosiły, zamarła z oburzenia i zacisnąwszy zęby 
wypo-
wiedziała przez nie kilka przekleństw. Rodzinny związek tych kobiet obfitował w 
nagłe erupcje 
tajonych uzaleŜnień, które ze strony „córci” przybierały postać teatralnej agresji, ze 
strony 
matki zaś – „maminego” strofowania. Była to mała rekompensata za uzaleŜnienie 
odwrotne, 
dominujące faktycznie w owym układzie. Tak więc pani Zofia rzekła w półudanej 
furii: 
– NoŜ kurcze… uwaŜaj lepiej, Ŝebyś nie udławiła się kością. 
– W szaszłykach ni ma kości – odparła staruszka z obraŜonym spokojem, po czym 
znów 
pochyliła się nad talerzem. 
Na stole zaś pojawił się właśnie „placek”, czyli dość skromne ciasto droŜdŜowe 
wypiekane 
w tych stronach na codzienny niemal uŜytek, oraz czarna kawa i herbata. Pojawił się 
takŜe 
nowy trunek w postaci wiśniaku na miodzie. 
Teraz pani Eryka takŜe zaŜądała kieliszka, co wywołało ze strony córki zjadliwe 
komentarze 
o niemieckiej jakoby naturze matki. Picie po jedzeniu było bowiem jej zdaniem 
najbardziej 
reprezentatywną i jednocześnie odraŜającą cechą tej nacji. Staruszka, która zaleŜnie 
od 
okoliczności przyznawała się do róŜnych domieszek krwi w swym rodzie, nie 
zaprzeczała, 
podkreślając, Ŝe dumna jest z tego przyzwyczajenia oszczędzającego jej Ŝołądek. 
– Znałam w Międzylesiu pewnego pijaka – ciągnęła dalej – który nabawił się nieŜytu 
Ŝ

o-

łądka właśnie pijąc na czczo. Wkrótce zaczął pluć krwią i flegmą… 
– AleŜ, babciu – odezwała się z cicha milcząca Gabriela, spiekłszy uprzednio raka. – 
Jeste-
ś

my przy deserze. 

– Mówię tylko, Ŝe pluł flegmą – wznowiła staruszka obraŜonym głosem, 
wypowiadając 
słowa tak flegmatycznie, Ŝe tamta wypluwana w opowieści flegma nabierała 
realności. 
– Babciu, proszę cię – zaczął Waldemar. 
– … i wymiotował jakąś zieloną papką – ciągnęła Eryka Wegetariańska. – Raz tylko 
by-

background image

łam przy tym i potem przez tydzień nie mogłam myśleć o jedzeniu. 
– Czy zauwaŜyłaś, babciu, Ŝe my teŜ jemy obiad? – zapytał Waldemar bardzo zimno. 
– ToteŜ nic nie mówię, dziecko – powiedziała dama zasępiając się. – JuŜ niedługo nie 
bę-
dzie mi wolno odezwać się. 
– Pijak umarł wkrótce w straszliwych męczarniach – próbował zakończyć sprawę 
Waldemar, 
ale staruszka znów się oŜywiła. 
– AleŜ, mój drogi, najpierw wypluł resztki Ŝołądka i wnętrzności!
Po czym zapadła cisza, którą przerwał nagle Tadeusz Tymoteusz.
– No to mamy i flaczki – powiedział i zaśmiał się niemądrze. 
Waldemar spojrzał na niego wzrokiem wisielca, a Sylwin popatrzył na zgrabną 
turystkę z 
sąsiedztwa i oboje parsknęli cichym śmiechem. 
– No, moi państwo – rzekł Czarliński. – Spróbujcie lepiej tego specjału!
Rozległo się mlaskanie i cichy głos Gabrieli Wegetariańskiej zapytał:
– Z czego ty robisz takie pyszności?
Pytanie było obliczone na połechtanie próŜności gospodarza. Utrafiło teŜ w sedno.
– Przepis jest bardzo prosty – objaśniał ze swobodną nonszalancją. – Bierze się 
pięćdzie-
siąt kilo wiśni i tyleŜ miodu, patoki, i zakopuje w dębowej beczce na rok. MoŜna 
dodać trochę 
rodzynek, Ŝeby lepiej fermentowało. 
– Faktycznie bagatelka, pięćdziesiąt kilo miodu! – wykrzykiwali goście, a Waldemar 
uśmiechał się skromnie. 
– Im dłuŜej beczka jest zakopana, tym wiśniak lepszy – objaśniał dalej. – Ten ma dwa 
lata. 
W zeszłym roku nie miałem miodu. Pszczoły poleciały na las po drugiej stronie 
jeziora i 
czymś się potruły. Teraz muszę zadbać, Ŝeby przez cały sezon wyspa obfitowała w 
odpowiednie 
kwiaty. Ale na to trzeba czasu. Zanim mi to wyrośnie… 
Zapadła pełna zrozumienia cisza, w której ozwał się zmieniony trochę głos staruszki. 
– Waldeczku, a czy ja juŜ próbowałam tych twoich ziółek? 
Nie czekając na odpowiedź doktor Czarliński nalał pani Eryce ziołowego wina, które 
piła 
drobnymi łyczkami zaciskając pewnie kieliszek w nieco drŜącej ręce. 
Wtedy na drugim skraju stołu rozległ się głos Leszka, powaŜny i namaszczony, jak 
gdyby 
wnikliwie rozpatrywał sprawy ostateczne. 
– Ty wiesz, Waldku, co ja bym robił z takimi, co trują las? 
Nie otrzymawszy odpowiedzi na to retoryczne pytanie, jako Ŝe znający go dobrze 
wiedzieli, 
co by robił, Lesio ciągnął dalej, patrząc zza przydymionych okularów w sposób 
straszliwy 
i wyszczerzając zęby w zimnym, pozbawionym wesołości uśmiechu. 
– Ja bym takiego wziął na osobność, wykroił mu skórę wokół pępka, a potem przybił 
ją do 
duŜego dębu. No i kazałbym mu biegać dookoła popędzając nahajem, aŜ by całe flaki 
dookoła 
okręcił. 

background image

– Nazywało się to darciem pasów – wtrącił fachowo Czarliński. 
– Takich flaków w człowieku jest kilkanaście metrów – próbował sobie wyobrazić 
rzecz 
Sylwin. 
Gabrysia popatrzyła na małŜonka jak na duŜe dziecko oddające się notorycznie 
zakazanej 
zabawie. 
– Ej, ty bohaterze – powiedziała. – Upiłeś się. On tak wcale nie myśli – zwróciła się 
do zebranych, 
jak gdyby ktoś mógł przypuszczać, Ŝe jej mąŜ zajmuje się na co dzień darciem pasów. 
– Waldeczku – powiedziała babcia. – Czy ja juŜ próbowałam tej nalewki? 
– Tak, próbowała babcia. 
– Taaak?Popatrz, wcale nie pamiętam. Nalej mi jeszcze kuśtyczek. 
– Tato jest zupełny pierwotniak – powiedział nagle młody Wegetariański. 
JuŜ ręka ojcowska dosięgała czupurnego łba Kajtkowego, gdy udało mu się 
zanurkować 
pod stół. W tym samym momencie Gabrysia wydała piskliwy okrzyk i zerwała się ze 
swego 
miejsca. 
– WąŜ – krzyknęła. 
Oczom zebranych ukazał się jednak tylko pełen powagi Horacy, który wytoczył się 
spod 
stołu, popatrzył smutno na krzyczącą kobietę i majestatycznie wyszedł do sieni. 
Przedziwna 
kreatura była podługowata ponad miarę, nie wyłączając ogona. Ten właśnie ogon 
musiał do-
stać się pod spodnie niewiasty, gdy wraŜliwy pies wycofywał się przed uciekającym 
Kajtkiem. 
Powszechnie znana niechęć Gabrieli do płazów, gadów, robaków tudzieŜ myszy miała 
się więc wzbogacić takŜe o psie ogony. 
Waldemar niezbyt poruszony zajściem zajrzał pod stół i wypędził stamtąd pozostałe 
zwierzaki, 
które przedostały się z sieni nie wiedzieć kiedy, wyjąwszy – ze zrozumiałych 
względów 
– Grubego i Heroda. Maksym oburzał się na to, bo przecieŜ „kaŜda Ŝywioła swoje 
prawo le-
Ŝ

eć pod stołem ma – w czas obiadu”, ale porządek musiał być. Gdyby to obiad 

ś

wiąteczny… 

– Więc tak wygląda dzień powszedni na Ostrowiu? – zapytał Czarliński, zapalając 
cygaro 
niezbyt wygórowanej jakości. 
– Powiedzmy – dzień szczególny, ale nie świąteczny przecieŜ. Goście nie mają, 
niestety, 
mocy ustanawiania świąt. 
– Czasami mają – śmiał się Czarliński – tylko trzeba wiedzieć, kogo zapraszać. 
– Waldemar wie, kogo zapraszać – powiedziała Janka, ale nikt nie wiedział, co to 
miało 
znaczyć, chociaŜ wypowiedziane było tonem znaczącym. 
Czarliński wypuścił kilka kłębów dymu i powiedział: 
– Wie pan, sądziłem kiedyś, Ŝe ta cała pana gospodarka, w dzisiejszych czasach – to 
utopia. 

background image

No bo postęp, produkcja, pośpiech, a pan wskrzesza jakiś patriarchalny ład, feudalizm 
niemal! 
– Ja teŜ „produkuję” – powiedział Waldemar – i nie jest to wcale taka utopia. Tu się 
na 
ogół pracuje, chociaŜ mógł pan jeszcze tego nie zauwaŜyć. To jest zwyczajna 
gospodarka, 
małorolna w dodatku i na kiepskiej ziemi, tyle Ŝe my tu wszyscy pracujemy 
normalnie, rozumie 
pan? – naturalnie, dla ziemi, nie dla postępu. I to się moŜe wielu wydać nienormalne, 
nienaturalne i dziwaczne. A przecieŜ to jest – zwyczajne. 
– Waldeczku, a tamtej nalewki próbowałam? – spytała babcia Wegetariańska. 
– To jest ta sama, którą babcia piła. 
– NiemoŜliwe! Jestem pewna, Ŝe tamta była w pomarańczowej karafce. 
– Więc naleję babci znowu – powiedział ulegle Waldemar i rzeczywiście nalał. 
– No, ale zgodzi się pan – podjął Czarliński – Ŝe gospodaruje pan w sposób 
anachroniczny, 
mało intensywny, no – nieoptymalny. Gdyby to ująć w karby nowoczesnej 
gospodarki, dopiero 
by było! 
– Nie znam się na nowoczesności – powiedział niechętnie Waldemar. – Wiem jednak, 
Ŝ

czasami tradycyjność staje się bardzo nowoczesna, postępowa – na czasie. My tu 
przede 
wszystkim Ŝyjemy, a nie funkcjonujemy jako cząstki machiny produkcyjnej. A 
Ŝ

yjemy intensywnie! 

Gospodarujemy teŜ proporcjonalnie do tego, więcej moŜna by ziemi tylko – wydrzeć. 
Ta zagroda to jest taka „czarna skrzynka”. Chłonie róŜne rzeczy z zewnątrz, potem 
wydala 
odpowiednią ilość produktów gdzie trzeba, ale nie warto się zastanawiać, co jest w 
ś

rodku. 

– Bo się odkryje feudalne praktyki w środku cywilizowanej Europy – śmiał się 
Czarliński. 
– Waldziu, miałeś mi nalać tej nalewki – powiedziała z pretensją Eryka 
Wegetariańska. 
– PrzecieŜ przed chwilą babci nalałem! – zirytował się Boruta. 
– Mnie?! – oburzyła się – przecieŜ widzisz, Ŝe mam pusty kieliszek. 
– No, bo babcia wypiła! 
– No wiesz, przecieŜ ja bardzo wolno piję. Chciałam tylko naparsteczek spróbować. 
– Mamo, wypiłaś juŜ kilka kieliszków – odezwała się pani Zofia z dezaprobatą. 
– A ty juŜ wypiłaś jedenaście kieliszków – rzekła starsza pani tocząc dokoła 
wzrokiem 
Ŝą

dnym podziwu dla jej ścisłości. Istotnie, staruszka miała manię liczenia. Liczyła 

wszystko, 
czy to były okna w mijanym domu, czy liście na pobliskim krzaku. 
– PrzecieŜ ty się upijesz, mamo! Co się z tobą zrobiło? PrzecieŜ kiedyś nie piłaś! 
– Moje dziecko – rzekła staruszka z godnością – i dzisiaj nie piję ponad miarę, tylko 
dla 
smaku: na spróbowanie. 
Nagle zrobiła minę złą i płaczliwą, po czym zatupała energicznie nogami w podłogę. 
– Ja chcę natychmiast nalewki – krzyknęła głosem nie znoszącym sprzeciwu. 
Waldemar spojrzał na matkę bezradnie, oboje wzruszyli ramionami. Napełniono 

background image

kieliszek 
babci. 
– Pan ma zupełną rację – zwrócił się do doktora Tadeusz Słyszkto. – To gospodarstwo
to 
haniebny przeŜytek feudalizmu, gdzie ludzie tacy jak my, słuŜący, jesteśmy skazani na
pańską 
samowolę. 
– Milcz, lokajczyku – powiedział Waldemar. 
Nie znający się na rzeczy zamilkli przestraszeni, pozostali zaś nastawili z ciekawością 
ucha. 
– Bo nie wyjdę na pańszczyznę – zagroził Słyszkto. 
– To wyjdziesz na chłopszczyznę – stwierdził Waldemar. – Wyrzucam cię. 
– Są jeszcze związki zawodowe – powiedział mściwie Tadeusz. 
– Malarzy pokojowych? 
– Jestem artystą! – rzekł z dumą malarz. – Mimo to nie moŜesz wyrzucić mnie z 
pracy. 
– Z pracy? Nie spodziewałem się nigdy, Ŝe znasz takie słowo. 
– Znam jeszcze inne słowa! 
– Wcale w to nie wątpię. 
– Tyy! 
– Co „ty”? 
– Tyy! – Tadeusz pogroził mu pięścią. 
– Czy my kiedyś piliśmy brudzia? PrzecieŜ ty jesteś abstynentem. 
– Aaaa! – powiedział Tadeusz i zrobił odraŜającą minę. 
– Tadeuszu Tymoteuszu, dwojga imion, Słyszkto. Przywołuję was do porządku, jako 
wasz 
pracodawca. 
– Zrzucimy twoje jarzmo – wykrzyknął malarz i wyciągnął rękę. – Oto karząca dłoń 
spra-
wiedliwości. 
To rzekłszy ruszył w dzikiej furii na Waldemara, wywołując popłoch w 
niezorientowanej 
części publiczności. Szalony Lesio zerwał się od stołu i chwycił biegnącego po 
nelsońsku, po 
czym obaj zastygli w tej głupiej pozie nie wiedząc, co dalej wypada czynić. 
– Panowie – rzekł nagle Sylwin – zbyt wiele przewrotów w dziejach ludzkości 
kończyło 
się morzem krwi. Proponuję, aby ta rewolucja pałacowa rozegrała się między dwoma 
zainteresowanymi. 
Ustawiono krzesła na rogu stołu i przeciwnicy poczęli zmagać się na ręce. Waldemar 
pa-
trzył na malarza z nieskończoną pogardą, ten zaś robił dalej upiorne miny i toczył z 
ust pianę. 
– Pamiętam, jak w 1915, w Sławiańsku, Cyganiewicz walczył z Darnałłą. To była 
walka – 
powiedziała babcia Wegetariańska, patrząc z politowaniem na zmagania męŜczyzn. 
Na koniec 
westchnęła i upiła łyk wiśniaku. 
Walczący, nic sobie z tego nie robiąc, zmagali się dalej, kultywując raczej formę, niŜ 
treść 
pojedynku. W pokoju panowała cisza, w której dał się nagle słyszeć wyraźny, choć 

background image

nieco dygotliwy 
ś

piew: 

Góralu, czy ci nie Ŝal, 
Odchodzić od stron ojczystych. 
MęŜczyźni przerwali pojedynek, a Waldemar zakrzyknął: 
– Babciu, ty się upiłaś!
Na co odrzekła:
– SkądŜe znowu, dziecko. Po prostu nie wiem, czemu tak ostatnio lubię tę piosenkę.
Na tle jej ostatniego słowa dało się słyszeć wyraźne czknięcie.
W ogólnym ferworze nikt nie zauwaŜył, Ŝe pani Zofii nie ma juŜ od dłuŜszego czasu 
w po
koju. 
Gdy w jadalni Waldemarowego domostwa rozległa się czkawka starszej pani, jego 
matka 
– zwana pieszczotliwie Dzidzią, znajdowała się juŜ o kilkaset metrów stąd, na 
zachodnim 
brzegu wyspy. 
Trudno dociec, w jakim celu się tam znalazła. MoŜna jednak przypuszczać, Ŝe 
stanowiło to 
cząstkę jej obyczajów biesiadnych. 
Pani Zofia była, wbrew pozorom, kobietą zahukaną Ŝyciem codziennym, jeŜeli jednak 
się 
bawiła, robiła to z całej duszy i na dwa zasadniczo sposoby: bądź wpadała w 
niepowstrzyma-
ną euforię i sadziła psikusy typu raczej cyrkowego wszystkim, nie zachowując Ŝadnej 
ś

więto-

ś

ci, bądź wpadała w nastrój topielczy w dosłownym tego słowa znaczeniu. Wtedy, 

bywało, 
właziła do wody i płynęła, ale nie gdzie bądź, tylko ku wyraźnie wytkniętemu celowi, 
sym-
bolizującemu ideał. W obu jednak wypadkach lubiła odejść od stołu przed wszystkimi 
i pu-
ś

cić się gdzieś samopas. Wsiadała wtedy na dowolny pojazd znajdujący się w zasięgu 

ręki i 
hajda, choćby to był czołg. Dobrze się więc stało, Ŝe Waldemarowy traktor stał akurat 
w za-
mknięciu. 
Cel takich eskapad nie był nigdy wiadomy, ale dla niej samej nie podlegał dyskusji. 
Była 
to ekspresja róŜnych cech osobowości zduszonych na co dzień, jak fantazja, swada, 
wyobraź-
nia, pieniactwo. O ile tam, w mieście, pani Zofia przemykała ukradkiem pośród 
betonowych 
ulic, bojąc się wszystkiego i wszystkich, a „pijaków” w szczególności, w takich 
okoliczno-
ś

ciach potrafiła okazać niespotykaną samodzielność i zadziorność, potrafiła dokonać 

czegoś 
ryzykownego i zwariowanego, potrafiła pójść i wypić butelkę wódki z robotnikami 
leśnymi, 
przed którymi w innych okolicznościach umknęłaby gdziekolwiek. Umiała jednym 
słowem 

background image

ujawnić drugą, rozbrykaną stronę swojej natury, co nie znaczy, Ŝe ta pierwsza ulegała 
wtedy 
zupełnej redukcji. Szła na wędrówkę jako ktoś chwilowo inny, rozdokazywany bądź 
tragiczny, 
ale zawsze jednakowo niesubordynowany i zbuntowany przeciw światu. Ktoś 
odkrywają-
cy niespodziane aspekty własnej osoby, będący pełnym butnej dumy z tego powodu. 
Na zachodnim brzegu, mniej więcej w połowie wyspy, rozciągała się olbrzymia 
podmokła 
łąka obrzeŜona bagnem. Kiedyś w całości stanowiła bagno, teraz jednak poziom wody 
opadł 
znacznie i od dwóch pokoleń wypasało się tam Ginterowe bydło. Tak czy owak tereny 
te nie 
zaŜywały dobrej sławy. Szczególnie najbardziej wysunięty na południe kraniec 
bagien, wpla-
tający się juŜ w samopas rosnącą puszczę, matecznik tutejszego lasu. Stamtąd właśnie 
najczę-
ś

ciej rozlegały się rozmaite wycia, stamtąd dobiegała pośród nocy tajemnicza jasność, 

stam-
tąd teŜ nadchodziła burza, która – o ile przeszła przez wodę, była straszliwa. 
Najgorsze zaś 
było to miejsce, w którym grzęzawisko przechodziło w bór plątaniną chaszczy 
złoŜonych z 
malin, jeŜyn, dzikiej róŜy i akacji. Złe, zagoniwszy człowieka w ten zakątek jak rybę 
w sieci, 
rzucało się na niego, podczas gdy szarpał się bezbronny, nie mogąc wyplątać rąk 
spośród 
krzewów obłapiających go jak Ŝywe. A potrafiło złe zapędzić! CzyŜ nie jeździł tatko 
po jeziorze 
całą noc, z jednego cypla na drugi, słysząc wołanie zza wody? Dopiero Ginterowa 
miała 
mu powiedzieć: „ej, ty głupi stary, to purtkowe stegny, diobeł tam pieniądze 
przesusza”. Wie-
dział o tym Ginter, ale Ŝeby głosem sąsiada nawoływał sam Purtk? Dowiedziawszy 
się jednak, 
kogo tatko słyszał, Ginterowa powiedziała: „na zimę będzie pięć lat, jak go chowali, 
toś 
ty nie wiedzioł?” „A uon stojoł i na mje Ŝdoł” – powiedział tatko, który w cięŜkich 
chwilach 
posługiwał się mową ojców. 
Nie wiedziała o tym wszystkim pani Zofia, gdy w swej nieplanowanej wędrówce 
wzdłuŜ 
nadbrzeŜnego pasa malin znalazła się nagle na Błotach. Dopiero gdy przy kolejnym 
kroku 
noga jej ześliznęła się z kępy trawy i przebiwszy cienką warstwę torfu zagłębiła z 
ostrzegaw-
czym klaśnięciem w przepastny muł, próbowała zawrócić. Jednak przestrzeń poza nią 
nie 
wzbudzała zaufania. Naruszona cięŜarem powierzchnia bulgotała i podchodziła wodą. 
CięŜki 
opar stęchlizny unosił się w powietrzu. 

background image

W tym momencie spostrzegła na środku bagna postać ludzką. Musiał to być Ginter, a 

pobliŜu na pewno pasły się jego krowy. Odetchnęła z ulgą i zawołała głośno po 
imieniu. 
Tamten odwrócił się i uczynił ruch, mogący być, dla znającego powściągliwość 
kaszubską, 
uwaŜany za znak. JakoŜ postać ruszyła z wolna przeskakując z kępy na kępę, jak 
gdyby 
wskazywała drogę wśród grzęzawiska. Dzidka ruszyła bez namysłu, posługując się tą 
samą 
metodą i stwierdzając z zadowoleniem, Ŝe postępuje po twardym gruncie. Gospodarz 
prowa-
dził w kierunku zwartej ściany matecznika. Biegła szybko, aby z bliŜszej odległości 
lepiej 
widzieć, gdzie przewodnik stawia nogi. Gdy dotarł do pierwszych krzaków, była juŜ 
nie dalej 
niŜ dziesięć kroków od niego. 
Wtedy męŜczyzna zatrzymał się i obrócił przodem do niej, schylając się jednocześnie 
i za-
słaniając twarz ramieniem. Lodowate zimno przeszyło jej ciało. Nie był to Ginter! 
Pośród 
bujnego siwego zarostu widniała chuda twarz z zapadniętymi policzkami. W głęboko 
osadzonych 
oczodołach paliły się jasno oczy obłąkańca. 
W tej samej chwili męŜczyzna cofnął się jakoś dziwnie i nagle – po prostu znikł. 
Rozwiał 
się na miejscu, a ona stała nie mogąc zrobić kroku. Wreszcie podeszła z wolna do 
tego miejsca, 
ale była tam tylko zwarta ściana ostrych, nieprzyjaznych zarośli. 
Nagle poczuła, Ŝe ogarnia ją gorąca fala paniki. Otaczająca przestrzeń zdawała się 
zacie-
ś

niać wokół niej niewidzialnymi mackami. Mdłe światło zamglonego słońca Ŝółciło 

zimno 
rdzawą powierzchnię Błot. Tajemnicze Ŝycie bagienne pulsowało dziwnymi 
odgłosami. Powietrze 
było przesycone smrodem trupiego jadu. Wydawało jej się, Ŝe smród ten dobiega do-
kładnie z miejsca, w którym zniknęła zjawa. Nawet odległe szczekanie psów mogło 
być zwy-
kłym mamidłem. Oddalało się, to przybliŜało, to znów dochodziło z góry. A tam, po 
niebo-
skłonie, przesuwały się psie zaprzęgi, watahy dzikich zwierząt umykały przed ich 
rozwartymi 
paszczami, z których skapywała piana drobniutkich obłoczków. Naraz pojawił się 
olbrzymi 
smok z rozpiętymi skrzydłami i ziejącą ogniem paszczą, który połknął nagle kulę 
słońca i 
zawisł złowrogo nad bagniskiem. 
Wtedy z zarośli uniósł się wysoki, rozdzierający krzyk. Wzleciał pod obłoki i 
powrócił 
zwielokrotniony, podczas gdy nagle zachmurzone niebo zdawało się spadać jej na 
głowę. Nie 

background image

bacząc na nic rzuciła się do ucieczki. Biegła, zapadając się co chwila, aŜ dopadła 
płytkiej i 
bagnistej Mielnicy. Tam rzuciła się na wodę w ubraniu i starając się nie dotykać 
obrzydliwego 
mułu, chaotycznymi ruchami opłynęła nieprzebyty pas kolczastych zarośli. Gdy 
wyczoł-
giwała się na brzeg, nad Błotami unosił się olbrzymi, majestatyczny Ŝuraw, ale nie 
mogła go 
widzieć, gdyŜ właśnie zagłębiła się w uroczysko matecznika i gnała potykając się o 
spróch-
niałe pnie, wpadając do przykrytych gałęziami wykrotów. Byle do drogi. 
Nagle zderzyła się z czymś miękkim i cięŜkim, dziwnie bezwładnym. Siła uderzenia 
ode-
pchnęła ją do tyłu i rzuciła na ziemię. Spojrzała w górę i zobaczyła postać ludzką 
bujającą się 
miarowo na sznurku. 
Posłyszała swój własny krzyk, a potem straciła pamięć wydarzeń. Musiała biec na 
oślep, z 
tym krzykiem, bo kiedy dotarła do domu, wszyscy stali na ganku i patrzyli na nią. W 
ich 
oczach zobaczyła własny strach. 
– Tam ktoś wisi – powiedziała, gdy przestała krzyczeć. 

IV
Matecznik
Przez chwilę na ganku panowała przejmująca cisza. Słychać było tylko podziemną 
pracę 
hydroforu pompującego wodę na ogród. 
– No, to trzeba tam pójść – powiedział bez entuzjazmu Czarliński, ale nie ruszył się z 
miejsca. 
– Pójdzie pan z nami – potwierdził Waldemar. – Jako lekarz. 
– Trzeba zawiadomić milicję – przerwał tamten. 
– Niech pan idzie do automatu, jest przy stole – zadrwiła Janka.
Czarliński uderzył się dłonią w czoło i zamilkł.
– Co, myszy – powiedział Leszek do kobiet i Kajtka. – Boicie się? Nie ma czego. 
MoŜna 
się bać Ŝywych, ale nie martwych. – Potoczył dookoła oczami. – Dzida! – wyrzekł z 
pieszczotliwym 
politowaniem, gdy wzrok jego spoczął na własnej ciotce. 
Była ona umazana od stóp do głów czarnym błotem. Z zadrapań sączyły się struŜki 
krwi, 
nawet poprzez podartą i poprzylepianą do mokrego ciała odzieŜ. Jej blada twarz 
drŜała, a 
oczy przebywały w jakimś obcym świecie. 
– No i co, panowie, tchórz was obleciał? – powiedział Leszek zaczepnie. – No 
chodźcie, 
pójdę pierwszy – dodał łaskawie i w istocie skierował się ku bramie. 
Ruszyli za nim Sylwin i Czarliński oraz Waldemar, który uprzednio wycofał się na 
chwilę 
do kuchni. Kobiety w tym czasie zajęły się troskliwie panią Zofią, zaś pozostali 
męŜczyźni, 

background image

zgodnie z poleceniem gospodarza, wrócili do zajęć. 
Gdy wyszli na drogę, Leszek, idący dotąd na przodzie, zboczył na chwilę do lasu, 
skąd 
wynurzył się z solidną pałką sosnową. 
– Taka pałka to dobra rzecz – powiedział nie pytany i zamachnął się w powietrzu parę 
razy. 
– Wisielcowi zwisa twoja pałka – rzekł Waldemar.
Wszyscy wzruszyli ramionami na ten mimowolny kalambur, a Leszek mruknął:
– Nigdy nic nie wiadomo.
Uplasował się teraz na samym końcu pochodu.
Las zamilkł juŜ uroczystą ciszą przedwieczorną. W powietrzu wisiał tylko lasu „ton 
pod
stawowy” 
– jednostajne buczenie i szelest. Było duszno. Słońce całkowicie skryło się w 
chmurach, które zatraciły juŜ indywidualne cechy, pokrywając niebo jednostajną 
kopułą. 
Nadrabiali minami, ale wewnętrznie czuli, Ŝe przerwanie idylli jest jakimś 
złowróŜbnym 
znakiem zawisłym nad spokojem ich Arkadii. Odczuli wszyscy nagle rozerwanie 
cienkiej 
jeszcze skorupki ładu i bezpieczeństwa. 
Doszli do matecznika. Jego wnętrze tonęło w półmroku. Stali przez chwilę 
przyzwyczaja-
jąc oczy do nowych warunków. 
– Zróbmy małą tyralierę – zaproponował Sylwin. 
– Ja będę ubezpieczał was od tyłu – zaofiarował się Leszek i istotnie pozostał 
wyraźnie w 
tyle. 
Matecznik był naznaczony złym, mrocznym pięknem. Pod spadzistymi strzechami 
ś

wier-

ków stały potworki karłowatych, wyrosłych bez słońca drzewek, których wzajemne 
sploty 
imitowały nieskończone szubienice. Trupy dawno zmarłych drzew kłoniły się w 
powietrzu 
przesyconym wilgotnym i zimnym oparem. Ta monumentalna świątynia przyrody całą 
swą 
budową zwrócona była w przeszłość. NajwyŜsze świerki i dęby rosły tu juŜ zapewne 
w 1258 
roku, gdy Sambor II zezwalał cystersom z Pelplina łowić ryby na „Lacus Widencze”; 
lub mo-
Ŝ

e wyrosły dopiero w dwadzieścia lat potem, kiedy Mściwój II pisał po raz pierwszy 

słowo 
„Costerina” – Kościerzyna. Później wyrosły te trochę mniejsze, a w niedalekim 
Gdańsku akurat 
wysadzano Aleję Hindenburga lipami na cześć Napoleona, w bliŜszej Kościerzynie 
Ŝ

ołnie-

rze pruscy i francuscy, na przemian, rabowali dobytek ludności cywilnej, zaś we 
Wdzydzach 
Kiszewskich rodziła się pięćdziesiąta dusza. Gdy malutki Franciszek Ginter igrał w 
sto lat 
później w młodniaku ledwo odrosłym od ziemi, tamte drzewa uczyły go szacunku dla 

background image

prze-
szłości, a małe samosiejki ginące pod wielkością przodków przypominały, Ŝe ludzie 
teraz 
nadejdą niepiękni, na podobieństwo zbliŜających się czasów. Te najpokraczniejsze, 
kaleko 
powykręcane porosty, nieśmiało podszywające się pod drzewa, pełzające zaledwie po 
powierzchni 
ziemi, dawały schronienie wdzydzkiemu Hindenburgowi – Alojzowi Grulkowskiemu, 
gdy drwił swą radiostacją z niemieckich porządków mających ogarnąć te nieporządne 
z gruntu lasy, jeziora i pola. Tak więc cały matecznik błyszczał na swej powierzchni 
dosko-
nałością i sławą, w głębi jednak kłębiły się Ŝywioły wszelkiego gatunku. Tylko 
nieliczne z 
nich miały kiedyś wyrwać się z trującego łona chaszczów i stanąć ramię w ramię ze 
smukłymi 
ś

wiadkami dziejów. 

Takim lasem posuwali się teraz czterej męŜczyźni, rozglądając się uwaŜnie wokoło. 
– Dzidzie mogło się coś przywidzieć – rzekł z nadzieją Leszek. – Ona jest straszna 
panikara. 
Odkąd krawędź lasu przestała jaśnieć za nimi, posuwał się naprzód w pobliŜu 
Waldemara. 
Mocno zaciskał w ręku swą broń, od czasu do czasu utrącając nią suche gałęzie w 
sposób 
zawadiacki. 
Nagle posłyszeli głuche pojękiwania dobiegające spośród gałęzi pokrzywionej olchy. 
Sta-
nęli niepewnie. Odgłos się powtórzył. 
– Panikarze – powiedział Leszek cicho i bez przekonania. 
Sylwin podszedł do drzewa i rozchylił jego gałęzie. Coś nadal jęczało z cicha, ale w 
mroku 
nie było nic widać. 
Wtem naprzeciw niego zajaśniał wąski sierp czegoś białego i począł się powiększać, 
niby 
księŜyc dąŜący do pełni. 
Waldemar rozchylał właśnie kurtynę gałęzi z drugiej strony. W nowym oświetleniu 
ich 
oczom ukazała się karykaturalnie krótka postać wisząca na sznurze, obracana wolno 
wokół 
własnej osi prądami powietrza. Jej twarz obracała się ku nim. 
W ciemności patrzyły na nich jarzące się oczy i spokojnie mrugały powiekami. 
– Na Boga, doktorze – krzyknął Sylwin. – On Ŝyje! 
– Trzeba go natychmiast odciąć! 
– Ma ktoś scyzoryk? 
– Jak mogliśmy nie wziąć noŜa? 
– Owszem, wzięliśmy – powiedział Waldemar wyciągając narzędzie. 
– Mmmm… – odezwał się nagle przez nos wisielec. 
– Panowie, on jest zakneblowany! 
Istotnie, mogli teraz dostrzec, Ŝe człowiek ów jest powieszony nie za szyję, lecz za 
pas od 
spodni oraz iŜ nie mógł powiesić się sam, gdyŜ był związany i zakneblowany. Jego 
ciało było 

background image

zgięte w kabłąk. Kolana podchodziły prawie pod brodę, a pięty dotykały z tyłu ud. W 
tej scenerii 
wyglądał jak wielki embrion zawieszony na pępowinie. 
– Przytrzymajcie go, Ŝeby nie upadł – powiedział Waldemar, a gdy to uczynili, 
przeciął 
sznur. 
Potem zdjęli więzy krępujące jego kończyny i knebel. Był wolny. 
– No i co, panikarze – odezwał się triumfalnie Leszek wchodząc pod kopułę drzewa. 
– 
Warto się było bać? 
Tymczasem nieznajomy stał rozcierając sobie ścierpłe członki. Był to młody chłopak 

ładnej, chociaŜ niesympatycznej twarzy, szarym, zimnym spojrzeniu i krótko 
ostrzyŜonych 
włosach. Ubrany był w dŜinsy i koszulę z surowego materiału. Nie wyglądał na atletę, 
ale 
twarda, łykowata budowa znamionowała siłę. Spoglądał na nich bardzo nieufnie i 
badawczo. 
– Co to za Ŝarty? – powiedział wreszcie. Spojrzeli na siebie w niemym zdziwieniu. – 
Kto 
mnie, do cholery, związał? – spytał niecierpliwie. Patrzył przy tym nader 
nieprzychylnie. 
– To samo pytanie ciśnie nam się na usta – rzekł Waldemar. 
– Jeśli to pan, panie Boruta… 
– Pan mnie zna? 
– Mniejsza o to – zmieszał się niespodziewanie chłopak. 
– AleŜ, drogi panie – przemówił jowialnie Czarliński, nadając swemu głosowi 
nienaturalnie 
pieszczotliwy odcień. – Właśnie pana uwolniliśmy i na równi z panem chcemy 
wiedzieć, 
kto dopuścił się tego okrutnego czynu. 
Chłopak patrzył nadal nieufnie. 
– Skąd wiedzieliście, Ŝe tu wiszę? – zapytał. 
– Przestraszył pan pewną kobietę! 
– Jak mogłem, do jasnej cholery, przestraszyć kobietę? PrzecieŜ wisiałem! To ta 
idiotka 
rąbnęła o mnie z całej siły, a potem darła się. 
– Tylko nie idiotka – powiedział z obowiązku Waldemar.
Młodzieniec zaśmiał się nieprzyjemnie.
– To od pana, co?
Waldemar nie odrzekł nic, oglądając sznurek, na którym tamten przed chwilą wisiał.
– MoŜna kawałek na szczęście? – zapytał Leszek z niezwykłą powagą.
Tamten spojrzał tępo i rzekł niepewnie:
– Coś pan… jak rany, przecieŜ Ŝyję, nie? Chyba nie jestem wisielec? 
– Idzie o to – wyjaśnił Waldemar – Ŝe pan powiesił się, to znaczy – powieszono go 
nader 
nieskutecznie, czyli pozostały po tym sznur nie ma wcale właściwości ogólnie 
przypisywanych 
sznurom pozostałym po odcięciu wisielców. 
– Bajer, to pan masz – pokręcił głową młodzian – ale kto mnie urządził, to pan nie 
wie? 

background image

– Nie mam pojęcia! Skąd miałbym wiedzieć? 
– To pana wyspa. 
– Tylko częściowo. 
– Diabła tam – machnął niecierpliwie ręką. – PrzecieŜ nic się nie dzieje na tej 
cholernej 
wyspie bez pana wiedzy! 
– Właśnie się coś zaczęło dziać – stwierdził zimno Waldemar. Tamten spojrzał na 
niego z 
zainteresowaniem. 
– CzyŜby? No załóŜmy, Ŝe tak. To ja panu coś powiem. To był wariat. Szaleniec! 
Rzucił 
się na mnie i nic juŜ nie widziałem. I pan nie wie nic o takim facecie? To na pewno 
jakiś z tej 
pańskiej ferajny. Wy tu wszyscy jesteście kopnięci! 
– Zdaje się, Ŝe ostatnie przeŜycia dość mocno podziałały na pana – powiedział 
Waldemar. 
– MoŜe pójdzie pan z nami i opowie wszystko dokładniej przy kolacji? 
– Wolałbym juŜ odejść – zaśmiał się drwiąco zaproszony. 
– Zrozumiałe, Ŝe jeśli pan chce, ale… 
– No to mogę czy nie? – przerwał z irytacją. 
– CóŜ za pytanie, a jakim prawem moŜemy pana siłą zatrzymywać? – wtrącił się 
Czarliński. 
– Jakim prawem? – roześmiał się złowrogo. – Prawem róŜnych zbirów i mętów, 
których tu 
stale pełno. 
Nie wiedzieli, co odpowiedzieć. Młodzian natomiast skłonił się ironicznie i z duŜą 
zręcz-
nością zniknął w najbliŜszych krzakach. Przez chwilę stali skonsternowani 
spoglądając na 
siebie, po czym Waldemar wzruszył ramionami i powiedział: 
– Nic nie rozumiem. 
– A ja częściowo – rzekł Czarliński. – Nie wiem co prawda, kto mógł dokonać tej 
przedziwnej, 
hmm… egzekucji, ale rozumiem lęk chłopaka przed nami. Jeszcze po takim szoku… 
– Co pan chce przez to powiedzieć? – zainteresował się Sylwin. 
– Nic szczególnego. Po prostu wyspa nie cieszy się dobrą sławą u ludzi, w 
szczególności u 
turystów. 
Sylwin zaŜądał dalszych wyjaśnień. Droga powrotna upłynęła więc na kilku 
anegdotach z 
Ŝ

ycia wyspy opowiedzianych przez Waldemara 

Owszem, było w tej „złej sławie” trochę i jego winy. W gościnę przyjmował często 
rozmaitych 
dziwaków (tu ukłon w stronę współtowarzyszy), a przynajmniej ludzi, których 
ekstrawagancja 
mogła szokować przypadkowych przechodniów – o ile na wyspie moŜna znaleźć 
się przypadkowo. Ale turyści nie są bez winy. W pewnym okresie, Sylwin o tym 
pamięta, 
skoro nawiał wtedy z tych stron, jezioro stało się tłoczne niebywale, przywoŜono 
ludzi całymi 
autokarami i puszczano na wodę w kajakach, choć wielu z nich znalazło się w takim 

background image

terenie 
po raz pierwszy. Jedyne, co im przychodziło do głowy, to upić się jeszcze po drodze, 
a potem 
poszukać miłego zakątka na hulankę i dojść do siebie. Oczywiście, Waldemar zna 
rozkosze 
biesiady, ale ci ludzie byli tu obcy, to znaczy nie cieszyli się naturą ani ona nimi, 
właściwie 
wyśmiewali się z niej: „popatrz, jaki ptak, ale ucieka” albo: „zobacz na tego okonia, 
dołóŜ mu 
wiosłem”, albo: „ale jaja, widziałeś takie mrowisko?” Dewastowali często bezmyślnie 
las, 
traktując go jako miejsce jednorazowego uŜytku i niewiele moŜna było zdziałać 
perswazją. 
Kiedyś przyjechali kutrem i w poszukiwaniu prawdziwków przeczesali tyralierą całą 
wyspę. 
Co prawda efekt był taki, jak gdyby w młodniakach zrobiono przecinkę, ale teŜ 
Ginterom 
zginęły dwie kury, a jego, Waldemara, gęsi złamano skrzydło. Ponadto pod drzewami 
wysypywali 
całe stosy grzybów zebranych w pierwszej chciwości, a potem wymienianych na te 
lepsze. CzyŜ to jego wina, Ŝe w przypływie desperacji namówił wtedy Tadeusza 
Tymoteusza, 
aby obaj, wysmarowawszy się sadzami, biegali nago po wyspie wznosząc obłąkańcze 
okrzyki? 
Czy to jego wina, Ŝe Ŝona przewoźnika okazała się kobietą zabobonną i następnego 
dnia 
w całych Wdzydzach wiedziano, Ŝe Smętek i Purtk, dwa diabły kaszubskie, 
zamieszkały na 
Ostrowiu? Albo czy to jego wina, Ŝe jedyną radą na dzikich spływowiczów 
rozbijających się 
bez pytania, niszczących w ciągu jednej nocy hektar kartofli w poszukiwaniu kilku 
wyro-
ś

niętych dostatecznie do upieczenia, a potem wrzeszczących dziko po nocy, okazało 

się posmarowanie 
Hektora i Grubego farbą fluoroscencyjną i puszczenie dwóch takich świecących 
potworów samopas? 
Tu wtrącił się Leszek i przytoczył chwalebną historię o tym, jak dwóch młodzieńców 
roz-
biło namiot na Ginterowej łące i nie chciało jej opuścić, metodycznie niszcząc trawę 
swymi 
igrcami, aŜ dopiero on sam im w tym dopomógł. OtóŜ młodzieńcy wracali pewnego 
dnia z 
nader wesołej zabawy w motelu wdzydzkim. Aby dostać się do swego namiotu, 
musieli opły-
nąć Bukową Górę, gdzie znajdowało się wtedy Lesia obozowisko. Waldemar takŜe 
był tam 
obecny. Siedzieli przy ogniu, gdy do brzegu przybiła łódź sterowana bardzo 
niezdarnie przez 
zawianych wioślarzy. Zachowując wielką pewność siebie, mimo oczywistej 
ignorancji, przy-
stąpili do wspólnego ognia, gadając przy tym duŜo i głupio, a takŜe przechwalając się 

background image

swą 
chytrością wobec głupiego chłopa, jakim ich zdaniem był Ginter pozwalający robić 
się w konia. 
Wysłuchano ich z tajoną niechęcią, a gdy zapytali o drogę do swego namiotu, Leszek 
powiedział: „nie znamy tych stron, Ŝadnej łąki w pobliŜu nie widzieliśmy”. Śmiejąc 
się z ich 
słabej orientacji, wsiedli młodzieńcy do łodzi i popłynęli zataczając ósemki na 
wodzie. Leszek 
zaś z Waldemarem natychmiast zwinęli Kajtkową „dwójkę” i pognali na łąkę, gdzie 
rozstawili 
ją w miejscu namiotu niepoŜądanych gości. Ci przyjeŜdŜają i wtarabaniają się do 
ś

rodka. Lesio im po oczach latarką, Ŝe nic w środku nie widzą i pyta: „Coście za 

jedni? Czego 
tu chcecie?” A oni: „Chcemy do namiotu”. „Niestety, jestem z kobietą” – powiada 
Lesio, a 
oni w krzyk: „W naszym namiocie?” Lesio na to zimno: „Ja juŜ tu dwa tygodnie 
jestem rozbity, 
a namiot mam od piętnastu lat”. Świecą latarką, oglądają, faktycznie. Spuścili więc z 
tonu i któryś pyta: „Najmocniej przepraszam w takim razie, ale nie wie pan, gdzie tu 
jeszcze 
druga taka łączka się mieści?” A co słowo powie, to mu się, pijakowi, odbija. Więc 
Lesio 
mówi: „Nie, Ŝadnej tu łąki więcej nie ma”. Oni zaś, słychać, coraz bardziej 
nagazowani, bo 
przy wiosłowaniu alkohol w krew musiał powchodzić, ale pytają: „JakŜe to, przecieŜ 
myśmy 
tu gdzieś się rozbijali, więc gdzie?” „MoŜe w innej okolicy?” – pyta grzecznie Lesio. 
„A 
skądŜe w innej – na Ostrowiu”. „A, to nie wiem, gdzie to jest – Lesio na to – bo to 
miejsce 
nazywa się Great Island”. „Panie – krzyczą – takiej wyspy na Wdzydzach nie ma!” 
„Wdzydz 
takŜe tu w pobliŜu nie ma” – bezlitośnie powiada Lesio, podczas gdy Waldemar dusi 
się ze 
ś

miechu w poduszce. „Czy to jakiś archipelag?” – dodaje bez większego 

zainteresowania. 
„Jaki tam archipelag, to jezioro!” „To na pewno nie tutaj”, kończy dyskusję Lesio, 
„bo tutaj 
jest Trójkąt Bermudzki. Idźcie juŜ, panowie, bo jak nadmieniłem, ja tu jestem z 
kobietą”. 
Tamci śmieją się pusto i płaczliwie. „Coś pan zwariował? Gdzie my do cholery 
jesteśmy?” 
„Na Great Island, dobranoc” – mówi Lesio, a Waldemar zaczyna popiskiwać jak 
podszczyp-
nięta sługa. „Panie, ale my przecieŜ jesteśmy w Polsce!” „Polska? Słyszałem. Czy to 
gdzieś w 
Azji?” Na zewnątrz znowu cisza, a potem pada ostatni argument: „Gdyby to było 
Great Island, 
to byśmy rozmawiali po angielsku, czy nie tak?” A Lesio na to bez mrugnięcia okiem: 
„ToteŜ właśnie rozmawiamy”. „Rozmawiamy po polsku!” „Wybaczcie, panowie, ale 
ja prze-

background image

cieŜ nie znam ani słowa w tym języku, sami więc widzicie, Ŝe jest to niemoŜliwe”. Na 
górze 
słychać odgłosy paniki, Lesio więc pociesza ich dobrotliwie: „No, nic takiego, jeśli 
rzeczywi-
ś

cie wczoraj byliście w jakiejś Polsce, to na pewno sprawka UFO. Radzę wam, gdy 

wypły-
niecie na wodę, posuwać się w kierunku latarni morskiej. Tam zgłosicie swój 
przypadek w 
Biurze Przesunięć w Przestrzeni i Czasie”. Słychać, jak wsiadają do łodzi, ale nagle 
któryś 
wraca. „A który rok mamy?”, pyta potulnie. „1938” – mówi Lesio. „To za rok będzie 
wojna” 
– powiada młodzian. Na to Lesio: ”NiemoŜliwe, kto wygra?” „Nasi”. „Dziękuję wam 
chłop-
cy, za wiadomość, będę musiał sprzedać trochę akcji”. Byli juŜ na wodzie, gdy któryś 
krzyk-
nął: „Ale my przecieŜ nie znamy angielskiego!”, ale Lesio nie daje za wygraną: 
„Słyszałem o 
facecie, który całe Ŝycie mówił prozą, sam o tym nie wiedząc” – odkrzykuje na całe 
gardło. 
„Jak moglibyście rozmawiać ze mną przez pół nocy, gdybyście nie znali języka, 
którym wła-
dam?” 
Na wodzie istotnie paliła się latarnia morska, a to z tej racji, Ŝe pewien emerytowany 
kapitan, 
mieszkający w niewielkim drewniaczku na Domarusowej Łączce, zapalał co wieczór 
lampę gazową. Było to niejako jego przyzwyczajenie zawodowe. Gdy nasi 
młodzieńcy przybyli 
do jego chałupki pytając, czy mogą zgłosić przemieszczenie w czasie i przestrzeni, 
przy 
czym upierali się, Ŝe staruszek rozmawia z nimi po angielsku, bo jakŜe inaczej moŜe 
mówić 
urzędnik na Bermudach, kapitan wskoczył do samochodu i wrócił z lekarzem 
psychiatrii 
mieszkającym na letnisku w Wygodzie. Ten zbadawszy „chorych” stwierdził manię 
prześla-
dowczą na tle omamów poalkoholowych i zastosował wodolecznictwo. Zaś swoje 
graty mogli 
odebrać na drugi dzień u Ginterów – zakończył Lesio, uśmiechając się do wspomnień. 
Tak, tak, powspominać było przyjemnie. „Zła sława” nie była niezasłuŜona. 
Waldemar 
takŜe się rozmarzył i z takimi, idiotycznie uradowanymi gębami, wkroczyli wszyscy 
czterej 
na podjazd, gdzie odchodzące od zmysłów panie czekały na wieści. 
– Na Boga, powariowali – powiedziała półgłosem Gabriela, szczypiąc się w policzek 
dla 
sprawdzenia wiarygodności obrazu. 
– Powariowali ze strachu – smutno uzupełniła pani Zofia, będąca juŜ najwidoczniej w 
lepszej 
formie. 
Psy, zawsze skore do radości, podjęły tę wesołość znudzone atmosferą panującą w 

background image

domu 
przez ostatnią godzinę. Skakały wokół kobiet liŜąc ich zatroskane twarze, a gdy 
wyczuwały w 
nich przygnębienie, wracały w prysiudach ku męŜczyznom. Oddawały im 
bezinteresownie 
swoje rozbawienie, a w zamian dostawały ciepłe, silne dłonie nadające się do 
polizania. Spojeni 
tą wewnętrzną solidarnością beztroski spoglądali pobłaŜliwie na wiecznie zatroskane 
kobiety, te zaś z coraz większą czułością patrzyły na wiecznie bawiących się 
chłopców. I 
wtedy Sylwin poczuł, Ŝe musi odtrącić kudłatą mordę Grubego szukającą jego dłoni, 
aby 
przyjąć wyciągnięte ku niemu pytająco ręce naleŜące do ponętnej panny z dołeczkami 
na buzi. 
Tak teŜ uczynił. A wytrzymawszy niemy wyrzut emanujący z psich oczu, ujął 
wreszcie 
dłonie dziewczyny i powiedział: 
– Wszystko w porządku. Fałszywy alarm. 
Ona uścisnęła go lekko i natychmiast puściła, jak gdyby niepokój i zagroŜenie, a nie 
pew-
ność i spokój, dawały jedynie prawo do intymności. 
Po odpręŜeniu, jakiego wszyscy doznali, nastał w domu okres idylliczny. Wszyscy 
korzystali 
z upalnej pogody, szczególnie zaś młodzi Wegetariańscy, których urlop kończył się 
juŜ 
niedługo. Waldemar takŜe zdecydował zrobić sobie mały odpoczynek, toteŜ przez 
parę dni 
trwała ta sielanka. 
Motywem przewodnim rozmów towarzyskich prowadzonych podczas pływania, 
opalania 
się i gry w tenisa, były głównie strachy minionego wieczoru, z których naigrywano się 
juŜ 
dość mocno, tym bardziej Ŝe wydarzenia bieŜące tworzyły nowe imitacje strachów 
rzeczywistych, 
łatwo okazujące swe racjonalne oblicze. Skoro tak, myślano, dowiemy się kiedyś, kto 
związał owego chłopaka i po co. NajwaŜniejsze, Ŝe zjawy zawsze okazują się czymś 
zwyczajnym, 
wyolbrzymionym wyobraźnią. 
Co do wspomnianych imitacji, to były one na przykład takie. 
W namiotach Wegetariańskich, którzy nad gościnny dach Boruty przedkładali 
bliskość 
wody i łagodne wiatry orzeźwiające obóz pod Bukową Górą, od kilku dni ginęły 
rozmaite 
produkty Ŝywnościowe. Sprawa nie byłaby warta zachodu, gdyby nie dziwna aura 
tych zda-
rzeń. Jak mógł na przykład zginąć pięciokilowy bochen chleba trzymany w namiocie 
gospodarczym 
i zawinięty w szczelny płócienny worek? Kto i gdzie wynosił słoiki z zawekowaną 
Ŝ

ywnością? Jeśli sprawczynią tych kradzieŜy miała być Psota – suczka Ginterów 

znana z takich 
skłonności, to gdzie ślady tego przestępstwa? A po cóŜ miałaby kraść konserwy, które 

background image

równieŜ ginęły. Dla psoty? Inną podejrzaną była Karusia, która w swej ciekawości 
często 
podchodziła nocą pod obóz i z pobliskich krzaków obserwowała siedzących przy 
ognisku. 
Umiała się doskonale maskować. śartowano, Ŝe łatwiej jest podejść na wyspie stado 
dzikich 
kaczek niŜ Karusię. Postronny obserwator mógł teŜ przypuszczać, Ŝe krowy Ginterów 
chodzą 
cały dzień samopas, tak dalece nieuchwytna była sylwetka pasterki, stale im przecieŜ 
towa-
rzyszącej. Jeśli jednak zdarzyło się, Ŝe taki postronny obserwator napotkał 
przypadkiem Ka-
rusię, i jeśli w pokątnej ucieczce przed nim dziewczyna zabrnęła w ślepy róg, to 
strach przed 
ludźmi nakazywał jej iść na całego i wtedy na nieświadomego turystę ruszała zjawa 
błyskają-
ca kłami i wydająca groźne pomruki. O efekcie takiego nagłego „objawienia” 
przekonał się 
kiedyś Waldemar na własnej skórze, toteŜ nie dziwił się plotkom o wampirze 
trzymanym jakoby 
na wyspie dla odstraszenia turystów. ChociaŜ więc niczego w sprawie znikającej Ŝyw-
ności nie ustalono, zbyt często jednak ostatnimi czasy wystraszała Karusia 
nieświadomych 
gości, aby nie dało to do myślenia. Często siedząc w kręgu ognia wyczuwało się jakiś 
wzrok 
wpatrzony w ciemności ciekawie i łapczywie. W kaŜdym razie panie chodziły „w 
krzaczki” 
parami. 
W ciągu tygodnia po niespodzianym wydarzeniu Ŝycie powróciło do normy. Leśne 
niesa-
mowitości, niewytłumaczalne pozornie zdarzenia, jakie przecieŜ zawsze wiąŜą się z 
Ŝ

ywio-

łem, od którego człowiek bezpowrotnie się oderwał, nabrały z powrotem właściwego 
wymiaru. 
A jednak tamto zdarzenie pozostawiło w umyśle Sylwina gorzki osad. Teraz wszystko 
było inne. Nocne odgłosy uroczyska nie straszyły juŜ jakimś naturalnym piętnem zła, 
ale wy-
dawały się przewrotne i w dwójnasób dzikie. Sylwin z dreszczem przypominał sobie 
okrzyk, 
który słyszał podczas pierwszego noclegu i zastanawiał się, jak zareagowałby na 
niego teraz. 
Nie znaczy to, aby Sylwin nie uczestniczył w atmosferze ogólnego odpręŜenia 
panującego 
teraz na wyspie. Owszem, oddawał się z pasją pływaniu, jeździł na ryby z Borutą i 
jego mat-
ką, powierzał się wraz z deską zaopatrzoną w Ŝagiel podmuchom południowego 
wiatru, go-
niącego spienione wody Morza Kaszubskiego od Sorki po Cyronek nawet w 
najupalniejsze 
dni. Wieczorami grywał w tenisa aŜ do upadłego, a potem zaŜywał długich spacerów 
z panną 

background image

Jolantą. Chodzili wtedy aŜ na koniec Ostrowia, skąd w odległości pięćdziesięciu 
metrów wi-
dać było przesławną wyspę – Glonek. Stali na ostrym cyplu kończącym wyspę i 
patrzyli na 
fale omywające go ze wszystkich stron. Przestrzeń między wyspami znana była ze 
zdradliwych, 
wiejących z róŜnych stron naraz wiatrów i ze sprzecznych z sobą prądów wody. To 
Glonek rozdzielał przychylny wiatr południowy i kazał mu być jednocześnie zefirem, 
odbitym 
nieco o Sorkę, ale teŜ i zachodnim wiatrem, dmuchającym gdzieś z Kniei i Przytarni. 
Ostrów z kolei, swym drapieŜnym jak pazur cyplem rozczesywał wody toczące się z 
północy. 
Korytem Wielkich Wód płynęły bowiem czarne wody Wdy i krystaliczne strugi 
ź

ródełek 

podwodnych, pokrywających dno zachodniego wybrzeŜa. Tutaj, między wyspami, 
mieszały 
się ze sobą nagle, na przekór wiatrom usiłującym odepchnąć je w tył. Patrząc na te 
tajemne 
walki podwodne opowiadał Sylwin sentymentalne i bohaterskie historie o Glonku, 
gdzie poznali 
się kochankowie, Teodora z Fethków z Izydorem Gulgowskim, gdzie mieszkał Król 
Jeziora, pan Zaborski, oraz Remus ze „skaŜoną mową”. A gdy wracali mając jeszcze 

uszach szum fal, chłonąc wdzydzkie powietrze, czyste i ostre, jak narkotyk odurzające 
wyziewami 
lasów, był rozmarzony i spokojny. WszakŜe potem nadchodziła noc i powracało 
uczucie nieznanego zagroŜenia, które przyczaiło się i odbywało gdzieś swój „okres 
wylęgu”. 
JakŜe przyjemnie było śmiać się z tych złudzeń nazajutrz, w porannym słońcu! Ale 
póki 
trwały duszne zmory nocne, wywołane gorącym i wilgotnym powietrzem, od kilku 
dni daremnie 
zapowiadającym burzę, trzeba było poddać im się bez zastrzeŜeń. Wydawało się 
wtedy, 
Ŝ

e kopuła nieba pokryta ołowiem chmur siada mu na piersiach, tamuje oddech, 

zniewala. 
Szedł do chłodnej biblioteki i czytał lub rozmawiał z Waldemarem i Maksymem, 
którzy z 
niewiadomych przyczyn takŜe mantykowali po nocach. 
Do najbardziej celebrowanych form Ŝycia towarzyskiego na wyspie naleŜały 
grzybobrania. 
Niestety, w tym roku na grzyby było za sucho. Był początek sierpnia, a przecieŜ nie 
było 
jeszcze nawet wysypu majowego! Nadaremnie pani Zofia, fanatyczka zbierania 
grzybów, 
przeczesywała wyspę. Wracała z pustym koszykiem. Na drugi dzień z rana zjawiła się 
u Waldemara 
delegacja, dająca do zrozumienia, w kuluarach podjęto decyzję udania się po grzyby 
„za wodę”, on sam zaś ma zorganizować przewóz tak wielkiej liczby osób. Daremnie 
tłuma-
czył, Ŝe skoro grzybów nie ma na wyspie, to nie ma ich takŜe za wodą. Daremnie 

background image

rozwodził 
się nad urodzajnością wyspy, przywołując jako przykład rok ubiegły, tak obfitujący w 
prawdziwki, 
Ŝ

e kaŜdy z grzybiarzy przynosił ich z lasu ponad sto za jednym wypadem. Daremnie! 

Kobiety uparły się, a na to nawet Boruta nie pomoŜe. Wyruszono więc niezwłocznie. 
Największy „czołen” Ginterów, płaskodenna łódź o nieszczególnym wyglądzie, 
cięŜka i 
niezwrotna, ale za to zupełnie pozbawiona wywrotności, przewiozła ich bezpiecznie 
na Sosnowy 
Nurt. Stamtąd rozsypali się po lesie. 
Lasy z tej strony wody były duŜe i rozległe, nie tak jednak piękne, jak lasy 
pokrywające 
wyspę. Wysokie sosny rosły równo, jak „pod linijkę”, tworząc na przemian z 
młodniakami i 
kwadratami wyrębów regularną szachownicę. Drzewostan był bardzo jednorodny. Dla 
po-
rządku drzewa sadzono grupami: tu sosny, tam świerki, tam trochę liściastych. Nie 
budził taki 
las zaufania. Na pograniczach poszczególnych działek stały gdzieniegdzie czerwone 
tablice 
informujące, Ŝe na tym akurat obszarze wytruto „sówkę” albo po prostu, Ŝe nie wolno 
po lesie 
chodzić ze względu na niebezpieczeństwo poŜaru. Poszycie lasu niezbyt dobrze 
ś

wiadczyło o 

respektowaniu tych tablic. KrzyŜowały się tam liczne ścieŜki wydeptane przez ludzi. 
Przy-
klapnięty mech teŜ zdradzał częstą ich obecność. Dopiero w głębi, z dala od 
uczęszczanego 
brzegu, ten nadmiernie uporządkowany, nudny las nabierał rumieńców, poczynał 
skrzyć się 
róŜnorodnością. 
Sylwin szerokim łukiem obszedł kroplistą połać bagna, na którym w sezonie zbierano 
Ŝ

u-

rawiny i łochynie. Na jego skrajach rosły, bywało, czerwone kozaki, a pod jałowcami, 
na 
stromych stokach okalających błota zagajników spotykało się i prawdziwki. Niestety, 
daremnym 
było wypatrywać ich teraz. Widać taki był juŜ nieurodzajny rok. 
Tam, gdzie bagno przechodziło w rozległą łąkę, na której stała ambona do nocnego 
strzelania 
dzików, skręcił w górę. Po chwili znalazł się na drodze prowadzącej z płęskiego 
pustkowia 
do Rowu. Był to piaszczysty trakt o poboczach obrośniętych wrzosem. Jeszcze dalej 
ciągnęły się młodniki pełne brzóz. I tutaj daremnie wypatrywało się kozaczych głów. 
Od Rowu dzieliło go nie więcej, jak pół kilometra. JuŜ miał zawrócić, gdy nagle z tyłu
rozległ się tętent galopującego konia. Zadziwiony przystanął i wtedy oczom jego 
ukazał się 
widok zadziwiający. Od strony Płęs pędziła na koniu dziewczyna z rozwianymi 
włosami. Koń 
był biały, z lekka tylko nakrapiany, włosy dziewczyny teŜ miały kolor zdecydowanie 
jasny, z 

background image

niewielkim poblaskiem miedzianym. Wpięta w nie była czerwona piwonia. Zanim 
Sylwin 
zdąŜył dostrzec coś więcej, koń zarył kopytami w ziemię tuŜ przed jego nosem. 
Patrzyły na 
niego czarne, śmiałe oczy. Na drobnej twarzy widniało parę piegów. Ruchliwe 
nozdrza oddy-
chały nerwowo, jak gdyby chcąc się dostroić do ruchów końskich chrap. 
– Pan jest ten „Dzik”? – zapytała niespodziewanie. W jej głosie brzmiała miła 
wibracja, 
chociaŜ pozbawiony był wystudiowania i kokieterii. Słychać w nim było swoistość 
tubylczej 
mowy, ale nie mówiła gwarą. 
Sylwin stał bez ruchu, zaskoczony tą sytuacją. Zanim zdąŜył powiedzieć cokolwiek, 
dziewczyna odrzuciła włosy z niecierpliwością i powiedziała: 
– Ach, to na pewno pan! Nie trzeba tak wytrzeszczać oczów. 
Powiedziała to z rozbawieniem i wewnętrzną pewnością, które pokryły jej widoczne 
zdenerwowanie. 
Miała w sobie jakąś naturalność, brak dystansu do siebie, co sprawiało, Ŝe błąd 
gramatyczny, który zrobiła, przemienił się w uroczą ignorancję. 
– Co za milczek – powiedziała i rozejrzała się szybko wokoło. Potem zniŜyła się ku 
Sylwinowi 
i powiedziała ciszej: – Niech pan powie Borucie, Ŝe jest źle. Niech zwróci uwagę na 
spalony dom. To nie Ŝarty – dodała, widząc jego nierozumiejące spojrzenie. 
– Kim pani jest? – zapytał. 
– Ach, on będzie wiedział – powiedziała niecierpliwie. Potem zmierzyła Sylwina od 
stóp 
do głów dość bezczelnym spojrzeniem, wcale się z tym nie kryjąc. – MoŜe jeszcze się 
spotkamy 
– powiedziała uśmiechając się nieznacznie. Następnie uderzyła konia w boki gołymi 
piętami i popędziła w dalszą drogę. 
Pozostał na drodze nic nie rozumiejąc, aŜ dalekie wołania z dołu lasu skłoniły go do 
powrotu. 

V
Spalony dom
Bukowa Góra wznosiła się tam, gdzie północny koniec wyspy przeginał się ku 
zachodowi, 
tworząc cypel o dziwnej nazwie: Ifranek. U stóp góry stały namioty Leszków. Gdy ich 
miesz-
kańcy wychodzili o zachodzie słońca na brzeg jeziora, widzieli, jak czerwona, cięŜka 
kula 
zapada za lasem po drugiej stronie wody. Tam właśnie znajdowała się Zatoka Płęska, 
a na jej 
brzegu – spalony dom. 
Waldemar z Sylwinem podpłynęli pod brzeg na samym krańcu cypla i przestali 
wiosłować. 
Kajak posuwał się jeszcze przez chwilę siłą rozpędu, potem znieruchomiał na wodzie 
w miejscu, 
gdzie dno opadało z nagła, a linia wodorostów urywała się. Na jeziorze panowała 
cisza, 
tylko zza góry dobiegały pokrzykiwania Kajtka i burkliwe basowe gderanie Leszka. 

background image

Patrząc 
na zachodzące słońce, Waldemar przypomniał sobie swój pierwszy przyjazd na 
wyspę. Wtedy 
czarne wcięcie w przeciwległym brzegu wydawało się daleko bardziej tajemnicze. 
Po chwili chwycili znów za wiosła i popłynęli w kierunku zatoki. Gdy przepłynęli 
kilka-
dziesiąt metrów, Waldemar obejrzał się. Promienie słońca oświetlały teraz wyspę, 
nadając jej 
zdecydowany kształt i jędrne barwy. Zagięty palec Ifranka zdawał się wskazywać 
prosto na 
wnętrze Zatoki Płęskiej. 
Północny brzeg zatoki wznosił się ostro ku górze. Łatwo było trafić na piaszczystą 
drogę 
prowadzącą do pustkowia Płęsy. Gospodarstwo to, wymienione ponoć juŜ w lustracji 
z 1664 
roku, pełniło funkcję sołectwa, chociaŜ faktycznie sołtys mieszkał jakieś cztery 
kilometry na 
południe, w Rowie. Te niezasłuŜone prerogatywy były solą w oku okolicznych 
mieszkańców. 
Gdy na przykład panią Weronikę Ginterową pytano o adres w kościerskim urzędzie, 
poda-
wała tylko nazwę macierzystej wyspy, a następnie milczała jak grób. „CóŜ to, 
gospodyni, tyle 
lat mieszkacie i nie wiecie, jaka to gromada?” – dziwiła się urzędniczka i biegła 
sprawdzić w 
księgach wieczystych. „Gromada Płęsy” – pouczała po chwili, ale Ginterowa tylko na 
to cze-
kała: „Płęsy? A cóŜ to za gromada! Dyć my na Ostrowiu nie gorsze gospodarstwo 
mamy, jak 
w Płęsach. Taka sama u nas gromada jak i tam!” Po czym wybuchała awantura, której 
nie 
powstydziłaby się nawet słynna niegdyś karczma Knitterów w Karsinie. Tak działo się 
nieodmiennie 
za kaŜdym razem. Przyczyny niechęci sąsiadów do płęskiego pustkowia były takŜe 
i inne, o tych jednak nie mówiono z obcymi, a i wśród swoich nikt nie potrafił 
powiedzieć 
niczego konkretnego. Ginterowa machała jedynie ręką i dawała do zrozumienia, Ŝe 
gospodarstwo 
to dotknęły takie same plagi, jak mieszkańców wioski. Znaczyło to, iŜ zaborcza ręka 
miasta sięgnęła i tutaj. Widziało się tam kobiety palące papierosy, a nawet pijące 
alkohol. 
Ludzie „byli tam słabe: jak we Wdzydzach, nic nie lepsze”. 
W jednej trzeciej drogi od jeziora do gospodarstwa stał spalony dom. O tym obiekcie 

okolicy wiedziano najmniej. Pobudowało go ponoć dwóch męŜczyzn. Było to w 
pozaprze-
szłym roku. W serce lasu zjechały naraz buldoŜery, dźwigi i wywrotki. Minęły dwa 
miesiące i 
w brzozowym zagajniku stanął piętrowy dom, zbudowany solidnie, choć bez smaku. 
Był cały 
z betonu, jedynie piętro wyłoŜono z zewnątrz drewnem, bardziej przez wgląd na modę

background image

niŜ na 
uŜyteczność. W oknach tkwiły grube kraty. Zbierający w okolicy grzyby widzieli 
czasami 
ludzi na tarasie domu, ale nikt nie wiedział, kto jest gospodarzem budynku. ChociaŜ 
nie ogrodzony, 
dom nie przyciągał jakoś, nie nęcił, nie zapraszał. Podobno kiedyś spragnionemu tury-
ś

cie odmówiono tam szklanki wody. Wiedzeni instynktem autochtoni omijali więc 

zabudo-
wania, których okolice zaczęły zresztą wkrótce straszyć wyniszczonym poszyciem i 
walają-
cymi się śmieciami. Zastanawiano się tylko wieczorami, jak w środku państwowego 
lasu mo-
gła powstać tak szybko ta budowla i „kto za tym stoi”. „Leśny” z Lipusza zachowywał
na ten 
temat powściągliwe milczenie. „Dejta mnie ludzie spokój – mawiał najwyŜej. – Za 
wysokie to 
dla mnie sprawy, niech ta się na górze martwią”. Dawał jednak do zrozumienia, Ŝe 
dom jest 
„dzikim lokatorem” na terenie jego lasów. 
JakoŜ po pewnym czasie istotnie ktoś „na górze” zaczął się tym martwić, a na dodatek 
okazało się, Ŝe właścicieli, niespodziewanie dla nich samych, takŜe ktoś przerasta, bo 
dom 
nagle opustoszał. CięŜkie kłódki wisiały na drzwiach budynku, a takŜe na bramie 
drewnianego 
hangaru stojącego nad brzegiem jeziora, gdzie trzymano łodzie. Ci, którzy znali 
jakoby 
właścicieli, twierdzili, Ŝe przestali oni pojawiać się w okolicy. W domu, pomimo jego 
za-
mknięcia, miały się natomiast dziać dziwne i tajemnicze rzeczy. MoŜe został 
zbudowany „po 
trupach”, przypuszczano, bo ze środka dobiegały często jakieś niesamowite dźwięki. 
A jakŜe! 
Wszyscy pamiętali tamten dom, daleko za Lipą, którego nazwy lepiej było nie 
wymawiać. 
Właściciel zamordował w szale Ŝonę i dwoje dzieci. Od tamtego czasu budynek był 
pusty. Bo 
chociaŜ spadkobiercy usiłowali go sprzedać, to przecieŜ nikt nie wytrzymał tam dłuŜej 
niŜ 
jedną noc. Uciekali z krzykiem i Ŝądali zwrotu pieniędzy. Niektórzy nawet prosto do 
wariatów 
trafiali – ci juŜ po forsę nie przychodzili. Dobry interes nawet był. Dopiero niedawno, 
trzecie czy czwarte pokolenie po tamtym dom sprzedało. Widać ofiara się spełniła. 
Ginterowa 
miała inną opinię: „panie, tych nowych ludzi to i duch się zalęknie!” Tak czy owak, 
skoro 
takie juŜ historie w okolicy się działy, tutaj sprawa mogła być podobna. 
– A jak jest naprawdę? – zapytał Sylwin.
Waldemar uśmiechnął się z naiwności przyjaciela.
– A skąd ja mogę wiedzieć, średniorolny gospodarz? Prędzej ty mógłbyś przywieźć 
jakieś 
plotki gdańskie! To są sprawy na poziomie metropolii – ciągnął ironicznie. – My tu 

background image

moŜemy 
tylko obserwować ich zewnętrzny kształt i poddawać się magicznym wyjaśnieniom. 
Sylwin spojrzał z niedowierzaniem. 
– Wierzysz w te opowieści? 
– Ach, nie! – skrzywił się. – One nie odpowiadają prawdzie, ale jakąś jednak prawdę 
mał-
pują. Te metafory, bracie. Tu się mówi o czymś przez coś innego. Takie – struktury 
homologiczne. 
– Zmieńmy temat – powiedział Sylwin ziewając. 
– A więc dobrze. Widzisz, chodzi pogłoska, Ŝe ta turystka, czy turysta, któremu 
odmówiono 
wody, głośno złorzeczył niegościnnym gospodarzom. No i widzisz, dom się spalił. 
Tylko 
jeden sezon w nim przemieszkali. A takie rzeczy ludzie chwytają – i to olbrzymieje… 
– Olbrzymieeeje! – przedrzeźniał Sylwin. – Jak tak dalej pójdzie, zmienisz się w 
ludowego 
maga – dodał. 
– A zmienię – powiedział twardo Waldemar i zamilkł. 
– Po diabła my tam płyniemy, panie Boruta – podjął Sylwin po chwili. – Jakaś 
powiatowa 
lady Godiva posyła mnie ni stąd ni zowąd na jakieś nocne eskapady, a ja na dodatek 
nie mogę 
się dowiedzieć, o co chodzi! 
– W tej sprawie wiem tyle, co i ty. 
– A w innych sprawach? 
– Inne sprawy, jak sama nazwa wskazuje, są inne. Po prostu nie naleŜą do tej sprawy 
– zi-
rytował się nagle Waldemar. 
– Jak taki betonowy dom mógł się w ogóle spalić?
Sylwin dyplomatycznie zmienił temat.
– OtóŜ to jest ciekawe – oŜywił się Boruta. – Mury się spaliły, ale las dookoła nie 
zajął się 
nawet. Chodzą słuchy, Ŝe ktoś musiał im pomóc, i to dość usilnie. MoŜe właściciel 
zoriento-
wał się, Ŝe sprawa zabrnęła za daleko i postanowił zaŜegnać ją usuwając przedmiot 
całej afery 
– dom. W końcu ubezpieczenie teŜ jest coś warte! 
Wpłynęli do zatoki, gdy słońce całkowicie zniknęło za ścianą lasu. Tafla wody była tu 
cał-
kowicie gładka. Kiedyś, gdy szczupaki występowały masowo we wdzydzkich 
wodach, tutaj 
przypływano na łowy. Zatoka była płytka. Jej bagniste dno porastała moczarka 
kanadyjska, a 
po wierzchu pływały nenufary. Brzegi porośnięte trzciną dawały dobre schronienie 
drapieŜni-
kom. Płynęli właśnie wzdłuŜ pasa trzciny. Dopiero gdy siedzący z tyłu Waldemar 
skręcił zdecydowanie 
w prawo, Sylwin dojrzał wąski korytarz, prowadzący do brzegu. U jego końca 
widniała nieudolnie sklecona z bali kładka. Dobili do niej z trudem, tak płytko było w 
tym 
miejscu. Dno kajaka szorowało o muł, dobywając spod niego bąble śmierdzącego 

background image

gazu. 
Wysiedli. Waldemar przywiązał kajak do pomostu i ruszyli w las. Wąska ścieŜka 
prowa-
dziła pod górę. Pięćdziesiąt metrów dalej ich oczom ukazały się kikuty spalonego 
domu. 
Górne krawędzie ruin były ostro postrzępione i czarne od spalenizny. Sterczały w 
niebo, 
przywalone gdzieniegdzie nadpalonymi belkami, zwalonymi bezładnie. Puste 
oczodoły okien 
czerniły się złowrogo. W niektórych były jeszcze kraty. 
– Ludzie wynieśli, co się dało – rzekł szeptem Waldemar. – Kraty, kaloryfery, piec od 
centralnego. Zostało to, czego nie mogli wyrwać ze ścian. Po poŜarze traktowali 
dom… 
Przerwał nagle. Sylwin juŜ wcześniej to zauwaŜył. 
Z lewej strony ruin świeciło się w oknie. Przez pozbawiony szyb otwór widać było 
cienie 
ludzkie kładące się na ścianach wewnątrz pomieszczenia. 
– To duchy tych twoich budowniczych – rzekł Sylwin. W jego głosie nie było nadziei, 
Ŝ

ta wypowiedź rozśmieszy rozmówcę. 
Kucnęli obaj przy krzaku rokitnicy. Przez dłuŜszą chwilę słyszeli tylko swoje 
oddechy. 
Potem dobiegły ich takŜe głosy z wnętrza. 
Spokojny, wibrujący głos męski wypowiadał miarowo słowa, których nie sposób było 
z tej 
odległości zrozumieć. Chwilami przypominało to melorecytację, chwilami dziwaczną 
mszę 
zbliŜoną do wschodniego obrządku. Odpowiedzią były nieartykułowane dźwięki, 
wypowiadane 
przez kobietę. A moŜe była to tylko sugestia, gdyŜ na ścianie pokoju widać było, na 
tyle 
wyraźnie, na ile pozwalało migotliwe światło świecy lub lampy naftowej, cień 
długowłosej 
dziewczyny. Włosy zwieszały się tworząc rodzaj klosza nad czymś, nad czym 
pochylała się 
przez cały czas. Jej ciało, zgięte pod kątem prostym, kołysało się miarowo w takt słów 
wypowiadanych 
przez męŜczyznę. On sam stał wyprostowany tuŜ za nią. Ich cienie stykały się 
na ścianie i zdawały jednoczyć w tym niesamowitym kołysaniu. Po chwili wszystko 
ucichło. 
Cienie zapadły się gdzieś w dół. Zdawało się, Ŝe ze środka dobiegają teraz szepty lub 
oddechy, 
a moŜe tylko łagodne powiewy wiatru szeleściły liśćmi. 
Nie wiadomo jak długo to trwało. Nagle rozległ się wyraźny łoskot i głos kobiecy 
powie-
dział: 
– MoŜna by sprzątnąć to Ŝelastwo.
Głos sprawiał wraŜenie sennego, a słowa rozwlekały się nienaturalnie.
Na ganku, a raczej tam, gdzie kiedyś znajdował się ganek, stała kobieta. Nie moŜna 
było w
ciemności dostrzec szczegółów jej wyglądu. Zeskoczyła na ziemię i zniknęła za 

background image

rogiem domu. 
Wróciła niedługo, ale nie weszła do środka, tylko powiedziała: 
– Chyba jadą. 
To samo pomyśleli ukryci obserwatorzy, gdyŜ istotnie dał się słyszeć warkot 
przybliŜający 
się z kaŜdą chwilą. Instynktownie poczęli wycofywać się w kierunku dalej 
połoŜonych krzaków. 
UwaŜali, aby nie zdradzić swej obecności, ale obawy ich były płonne. Dziewczyna 
stała 
przed spalonym domem i kołysała się lekko, jak gdyby nie mogąc uspokoić 
rozdokazywanego 
ciała. Nie przerwała tych ruchów nawet wtedy, gdy pod stopą Waldemara trzasnęła 
sucha 
gałązka. Początkowo zmroŜeni, a potem ośmieleni tym faktem, śmielej postąpili do 
tyłu i 
uplasowali się za rozłoŜystym krzakiem jałowca. Czas był najwyŜszy. 
Ś

wiatła reflektorów wdarły się raptem w uśpiony las przecinając go krzyŜowymi 

smugami. 
Rycząc silnikami motocykli na polanę wjechało kilku ludzi. Maszyn było chyba trzy, 
zaś 
przyjezdnych w sumie naliczył Sylwin pięciu. Po głosach moŜna było przypuszczać, 
Ŝ

e są to 

młodzi męŜczyźni. Siedzieli jeszcze na swoich opancerzonych rumakach i wydawali z 
nich 
groźne grzmoty silników. Władczo omiatali okolicę światłami reflektorów. 
Doprawdy, Sylwin 
z Waldemarem mogli sobie pogratulować, Ŝe wybrali kryjówkę tak gęstą. 
Nagle światło reflektora padło na dziewczynę. Z mroku wyłoniła się szczupła 
sylwetka. W 
tym oświetleniu wydawała się niemal chłopięca. WraŜenie to podkreślały krótko 
upięte, 
ciemne włosy i męska koszula zarzucona niedbale na nagie ciało. 
– Hej, Frania, komary cię potną – rozległ się młodzieńczy głos. Zawtórowały mu 
ś

miechy. 

Dziewczyna zgarniała niezręcznie poły koszuli i zakrywała bez przekonania małe, 
ostre piersi 
próbujące wydostać się na wolność. Koszula była za mała. Zakrywając jedno, 
odsłaniała drugie. 
Chłopcy jeszcze przez jakiś czas mieli powody do wesołości, ale ona, pogrąŜona w ła-
godnym transie, niewiele sobie z tego robiła. Odganiała złośliwe docinki, jak 
niedźwiadek 
uporczywą muchę. Wreszcie z wnętrza wyszedł męŜczyzna i śmiechy ucichły. 
Dziewczyna z 
ujmującą nieporadnością schowała się za jego plecami. Była to niezręczność 
rozkwitającej 
dopiero kobiecości, jak pomyślał Sylwin konstatując jej bardzo młody wiek. 
– Co za granda? – zapytał męŜczyzna, a poniewaŜ nie otrzymał odpowiedzi na to 
retoryczne 
pytanie, dodał: – Włazić do środka i nie hałasować. 
Gdy pojawił się przed domem, chłopcy przestali świecić w tym kierunku, toteŜ jego 
twarz 

background image

tonęła w półcieniu. Miał na sobie spodnie, ale za to był bez koszuli. Odwrócił się 
teraz i 
pchnąwszy dziewczynę w ciemną wnękę wejścia zatrzymał w ręku jej jedyne okrycie. 
Ktoś 
puścił za nią zachłanny strumień światła, ale w ciemności zabłysły jedynie chude 
plecy męŜ-
czyzny i jego ostrzegawczo uniesiona ręka. Reflektor zgasł natychmiast. Za chwilę 
nocni 
jeźdźcy takŜe poczęli wchodzić do środka. Lampa oświetlająca pokój rozbłysła teraz 
jaśniej, 
ale zaraz potem ktoś podszedł do okna i zasłonił je kocem. 
Jeszcze przez kilka minut pozostali w swej kryjówce, aŜ Waldemar dał znak do 
powrotu. 
Nie kryjąc się zbytnio schodzili w dół tą samą drogą, którą przyszli. 
Sylwin szedł z tyłu. Patrzył na barczyste plecy Waldemara, który, znając lepiej drogę, 
wy-
przedzał go coraz bardziej. Nurkował po krzakach, zostawiając bezradnego 
towarzysza w 
gąszczu. Ów zagłębiał się na chybił trafił w to miejsce zarośli, które zdradzało jeszcze 
koły-
saniem obecność człowieka i rzeczywiście – w głębi wiła się ścieŜka. A tymczasem 
niecierpliwy 
przewodnik juŜ forsował następny krzak; tak przynajmniej wynikało z odgłosów. 
Koło hangaru krzaki urwały się. Plecy Waldemara zniknęły za rogiem budynku, ale 
Sylwin 
nie musiał juŜ spieszyć za nim. Byli na brzegu jeziora; drogę do kajaka znał. Pamiętał 
nawet, 
Ŝ

e idąc w górę, obchodzili budynek z przeciwnej strony. Tamta dróŜka wydawała się 

wygodniejsza. 
Zanim jego mózg zdąŜył zarejestrować podejrzany szelest usłyszany z boku, potęŜne 
kop-
nięcie zwaliło go z nóg. Przeciwnik znał się na rzeczy! Jego noga wylądowała na 
prawej kostce 
Sylwina akurat wtedy, gdy lewa noga robiła krok w przód, a cięŜar ciała spoczywał na 
prawej. Przy kaŜdym kroku istnieje chwila, kiedy środek cięŜkości ciała wysunięty 
jest jak 
najdalej w bok, a człowiek balansuje na jednej nodze. Kto umie wykorzystać ten 
nieskończe-
nie mały moment nierównowagi, potrafi zwalić z nóg nawet olbrzyma. Przeciwnik 
Sylwina 
nie był jednak Dawidem uciekającym się do podstępu wobec Goliata. Przeciwnie, gdy 
Sylwin 
musnąwszy zaledwie umysłem całą sytuację, przekonał się, Ŝe jego spręŜyste ciało 
zerwało 
się z ziemi i samoistnie przyjęło pozycję obronną, zobaczył przed sobą męŜczyznę 
dorównu-
jącego mu wzrostem, lecz daleko bardziej krępego. I – do diabła: męŜczyzna ten 
trzymał w 
ręku strzelbę! O pomyłce nie było mowy. Najwidoczniej jednak nie zamierzał 
strzelać, gdyŜ 
teraz, gdy kluczyli wokół siebie na wąskiej ścieŜce niby zapaśnicy, ujął nagle broń za 

background image

koniec 
lufy i zadał cios. I znów ciało Sylwina przypomniało sobie dawny trening. Myśli 
odnalazły go 
dopiero wtedy, gdy jego tors wychylał się maksymalnie w lewo. Kolba strzelby 
przeleciała o 
parę milimetrów od głowy. Jego prawa noga dosięgła klatki piersiowej przeciwnika. 
Tamten, 
trafiony znienacka w momencie, gdy zataczająca łuk broń pozbawiła go równowagi, 
upadł 
natychmiast, a chcąc zamortyzować upadek, wypuścił strzelbę z ręki. Wykonał za to 
miękkie-
go kozła przez bark i juŜ stał gotowy do walki. Nie zwracał pozornie uwagi na leŜącą 
broń, 
ale Sylwin wiedział, Ŝe tak nie jest. KrąŜyli znów wokół siebie, aŜ Sylwin wyczuł 
moment i 
zadał cios, konstatując z zadowoleniem, Ŝe przeciwnik nie jest tak biegły w sztuce 
uników, 
jak on. CóŜ z tego! Cios nie zrobił na tamtym większego wraŜenia, chociaŜ Sylwin 
czuł jego 
siłę na własnych kostkach. Za to w następnym momencie, gdy odparował uderzenie 
przeciwnika, 
zdał sobie sprawę z jego mocy. Ręka zwisła na chwilę jak sparaliŜowana i gdyby nie 
zrobił uniku całym ciałem, walka zakończyłaby się dość marnie. Teraz wiedział 
przynajmniej, 
czego się trzymać. Przez jakiś czas pozwalał nieznajomemu zadawać ciosy w próŜnię. 
Był od 
niego o wiele szybszy, ale ciosy daremnie przeszywające powietrze wokół jego ciała 
budziły 
w nim grozę i szacunek. Gdy tak stali naprzeciw siebie, z wielkim rozmysłem 
manewrując 
spręŜonymi do skoku ciałami, dał się nagle słyszeć spokojny, w tonie konwersacji 
towarzyskiej 
utrzymany głos: 
– Witam pana doktora. 
Wystarczył ten krótki moment zdumienia, które nawet nie zdąŜyło odmalować się na 
twarzy 
przeciwnika, i noga Sylwina wylądowała w tym miejscu, które juŜ staroŜytnym było 
znane 
jako splot słoneczny. Nieznajomy zwinął się wpół, a głos Waldemara krzyknął: 
– Do kajaka!
W trakcie szaleńczego biegu posłyszeli okrzyk: „stój”, a w ślad za nim rozległ się 
donośny 
wystrzał. 
– Strzela w powietrze – wydyszał uspokajająco Sylwin. – Szybko, jeśli nie chcemy 
mieć 
całej tej bandy na karku! 
JuŜ byli jednak u celu. Waldemar brodząc ofiarnie po kolana w mule spychał kajak, w 
którym 
siedział Sylwin i pomagał mu odpychając się wiosłem od kładki. Ruszyli. Trzask 
pękają-
cego drzewa uświadomił im, Ŝe zapomnieli odwiązać cumę. 

background image

– Kajak czy pomost? – spytał Sylwin bez zbytniej ciekawości. 
Płynęli jednak bez przeszkód. Waldemar kierował w lewo, wzdłuŜ trzcin, gdzie 
wszystko 
tonęło w głębokim cieniu. Potem skręcili pod kątem prostym – na Ifranek. Za nimi 
kłębiły się 
wzburzone głosy, nie było jednak słychać, aby szykowano się do przeprawy przez 
wodę. Było 
to zrozumiałe, gdyŜ Ŝadna łódź nie stała przy brzegu, a wyciąganie jej z hangaru 
byłoby zbyt 
czasochłonne. Nie wiadomo nawet, czy mieli do niego klucze. 
Czarne kontury Bukowej Góry rysowały się na tle nieba. Wpływali stopniowo w 
zasięg jej 
działania. Niby magnetyczna góra z bajek wabiła ich pod skrzydła cienia rzucanego na
wodę, 
ale było to przyciąganie oparte o siły dobra i bezpieczeństwa emanujące z jej 
wiekowych 
drzew, a nie moc nieludzka. 
Musiało być około dziewiątej, gdyŜ wschodził juŜ księŜyc. Wczoraj jeszcze w pełni, 

dalszym ciągu oświetlał mocno jezioro. Na szczęście nie mogli być juŜ w Ŝaden 
sposób widoczni 
z drugiej strony. 
– Coś ty, u diabła, powiedział? – przypomniał sobie Sylwin. 
– Masz na myśli tego „pana doktora”? Doprawdy nic innego nie przyszło mi na myśl. 
Czy 
potrafiłbyś wymyślić coś bardziej zaskakującego? 
Istotnie. Nie potrafił. Efekt tych absurdalnych w głuszy leśnej słów był doprawdy 
zaska-
kujący. Pomyślał z uznaniem o refleksie i lotności przyjaciela. Jego umysł wydawał 
mu się 
dotąd solidny i rozległy, ale nieco przycięŜki. 
Tymczasem po drugiej stronie usłyszeli warkot motorówki. Więc jednak otworzyli 
hangar! 
Nie mogła to być inna motorówka. Jezioro od jakiegoś czasu stanowiło strefę ciszy i 
tylko 
nieliczni pozwalali sobie na łamanie przepisów. Nasłuchiwali z niepokojem, ale 
motorówka 
minęła koniec Ifranka i pomknęła w głąb Wielkiej Wody. Wkrótce warkot umilkł za 
Bukową 
Górą. Oni tymczasem dobijali juŜ do obozu Wegetariańskich. 
Przy ognisku siedziało parę osób. Nastrój był nieszczególny. Znać było, Ŝe 
pokrzepiono się 
niedawno jakimś dobrym trunkiem, ale nie poprawiło to wcale humorów. Gabriela 
trzymała 
nawet w ręku naczynie z jej ulubionym likierem z Ŝółtek, ale wydatny nos 
wpuszczony niemal 
w kieliszek współgrał z półgłośnym mamrotaniem skierowanym ku męŜowi. Ten zaś 
próbował opowiadać dowcipy korzystając z faktu, Ŝe Dzidka, mająca krótką pamięć, 
nie pa-
miętała ich z zeszłego roku. Osoby z lepszą pamięcią zaprotestowały jednak Ŝywo, 
twierdząc, 

background image

Ŝ

e zdarza im się słyszeć dany dowcip nawet po raz piętnasty. Wtedy Leszek począł 

nucić jed-
ną z trzech znanych sobie piosenek, a była to melodia góralska rozpoczynająca się od 
słów: 
„wzięli ją pod ręce”. Co powiedziała wtedy Gabriela, tego nikt nie usłyszał, ale Lesio 
przestał 
ś

piewać, a Kajtek zarŜał głupawym śmiechem. Głośne plaśnięcie ręki ojcowskiej o 

wystrzy-
Ŝ

oną pałkę syna rozległo się w ciszy wieczoru. 

Wtedy właśnie Sylwin i Waldemar zjawili się przy ognisku. Waldemar rozumiał 
dobrze 
powody kiepskich humorów. Młodzi Wegetariańscy wyjeŜdŜali juŜ jutro do swojej 
Złotoryi. 
Czynili to niechętnie, wyrzekając na krótki urlop. Pani Zofia takŜe miała wyjechać za 
parę 
dni. Dodatkową przyczyną złego humoru babci Eryki był fakt, Ŝe matka natura 
niedostatecznie 
wygładziła powierzchnię wyspy, przez co ona, wychodząc gdziekolwiek, ustawicznie 
się 
potykała. Starsza pani była zresztą stale podenerwowana moŜliwością zaistnienia 
burzy, a 
takŜe ciągłą obawą o dzień następny: co teŜ jej dzieci, wnuki i prawnuk wymyślą. Nic 
dziwnego, 
Ŝ

e Waldemara zasypano z punktu wyrzutami, które spływały częściowo i na Sylwina. 

Jak mogli gdzieś pływać, skoro to poŜegnalny wieczór Leszków? Jak mogli w ogóle 
pływać 
po nocy, argumentowała dodatkowo babcia, skoro po ciemku moŜna się gdzieś 
zaplątać? – tu 
staruszka wyciągnęła Ŝylasto-kościste, ale mocne piąstki i poczęła wywijać w 
powietrzu 
młynka dla zilustrowania swoich słów. 
Zaplątać? Owszem, zaplątali się! Waldemar w kilku słowach opowiedział o walce z 
nieznajomym 
napastnikiem, przemilczając jednak to, co widzieli w spalonym domu. 
– Szkoda, Ŝe mnie tam nie było – powiedział złowrogo Leszek. – A coś ty robił przy 
spalonym 
domu? 
Okazało się, Ŝe i Leszek zna to miejsce. Stamtąd przecieŜ przywiózł w zeszłym roku 
dwie 
pełne łodzie szczap brzozowych, które po spaleniu się domu pozostały bezpańsko w 
drewutni. 
AleŜ one się paliły! Kajtek aŜ westchnął na to wspomnienie. Czarliński, który właśnie 
zjawił 
się przy ognisku z Jolantą, takŜe przyznawał się do znajomości tego miejsca. Nawet 
Maksym 
wyznał, Ŝe zbłądził kiedyś w tamte strony, aby zerknąć, co teŜ „skatina” pobudował. 
Sylwin 
był do głębi rozczarowany tą powszechnością doświadczeń i powiedział, Ŝe cała 
przygoda 
wydaje mu się teraz o wiele mniej egzotyczna. 
– Ale walka pozostaje walką – powiedział Czarliński – bez względu na miejsce. 

background image

– Co teŜ pan mówi – oburzyła się Janka. – Na swoim walczy się o wiele lepiej i 
dzielniej. 
Czarliński uśmiechnął się z lekka i powiedział z przesadną ugodowością: 
– Tym większa chwała naszemu rycerzowi, Ŝe napadnięty na obcej ziemi, dzielnie 
stawił 
czoła. 
Wszyscy się teraz uśmiechnęli. Sylwin zamiast rozŜalenia poczuł do Czarlińskiego 
wdzięczność za zbagatelizowanie wydarzenia. Stanowczo zbyt łatwo ulegał jakiejś 
naturalnej 
magii tutejszej, która wszystko wyolbrzymiała. Napad chuligański, który w mieście 
był nader 
przykrym, niespodziewanym epizodem, tutaj samoistnie zaczynał obrastać w jakieś 
fantastyczne 
znaczenia. 
– Z tego co słyszę, zna się pan na mordobiciu – rzekł, tym razem powaŜnie, 
Czarliński. 
Sylwin wzruszył skromnie ramionami, za to Waldemar rzekł z niejaką przechwałką w 
głosie: 
– O, to państwo nie wiecie, Ŝe Sylwin… 
Nie mieli się jednak dowiedzieć, co mianowicie, poniewaŜ przedmiot tej wypowiedzi 
po-
trącił właśnie niechcący ramię pani Eryki, niosącej do ust szklankę tak zwanej 
„kowbojki” – 
herbaty parzonej wprost na ognisku, ta zaś wylała się na nogę jej córki. Podniósł się 
wrzask i 
obie kobiety wszczęły spór na temat poczucia winy. Sylwin z wytrwałością godną 
lepszej 
sprawy dowodził, Ŝe tylko on ponosi winę. 
– To państwo nie wiecie – ciągnął swoje Waldemar, ale tym razem Sylwin, czyszcząc 
usłuŜnie plamę na spodniach poszkodowanej, zawadził nogą o tacę z trunkami i 
przewrócił 
jedną z butelek. Co najmniej cztery pary rąk wyciągnęły się na ratunek, a tyleŜ par 
oczu z 
dezaprobatą spojrzało na Sylwina. 
– To państwo nie wiecie – zaczął po raz trzeci Waldemar spoglądając znacząco na 
przyjaciela 
i zanim doszło do nowego wypadku, dokończył: – Ŝe Sylwina nazywają „Dzikiem”? 
Wiadomość przywitano ze zdziwieniem. Panna Jolanta zaśmiała się nawet dźwięcznie 

zaklaskała w dłonie z radości. Niektórym wydawało się, Ŝe Waldemar miał 
powiedzieć coś 
innego, ale w ferworze zdarzeń zapomniano juŜ, o co chodziło, tym bardziej Ŝe na 
usilne 
prośby Czarlińskiego Waldemar opowiedział częściowo i o tym, co widzieli w 
spalonym domu. 
– Zaraz, zaraz – powiedział Leszek. – Mówiłeś, Ŝe kobieta wewnątrz budynku miała 
długie 
włosy, a teraz okazuje się, Ŝe jednak miała krótkie. Coś tu jest nie w porządku. 
– MoŜe były tam po prostu dwie kobiety? – zaproponował Czarliński. 
– Mogła teŜ włosy podpiąć – podsunął Sylwin. 
– Opowiadam, co widzieliśmy – rzekł Waldemar. – A widzieliśmy najpierw cienie. 

background image

Nietrudno 
się w takim wypadku pomylić. 
– Ja jednak sądzę, Ŝe wyraźnie… – zaczął Sylwin, ale przerwał mu okrzyk 
Waldemara. 
– Oj, bo znowu wyleje się herbata! 
Faktycznie, przestraszona krzykiem babcia uroniła parę kropel ze swej szklanki. 
Miała 
bowiem zwyczaj napełniać wszystkie naczynia aŜ po brzegi. 
– Pan coś zaczął mówić – upomniał się po chwili Czarliński. 
– Ach, nic takiego – zbagatelizował Sylwin. – Po prostu chciałem powiedzieć, Ŝe w 
tym 
skąpym oświetleniu wyraźnie nie było widać. Jakiś inny cień mógł nakładać się na 
cień 
dziewczyny imitując włosy. 
– Ech, te dziewczyny! – rozmarzył się nagle bez wyraźnego związku Leszek, 
przeciągając 
się lubieŜnie. Potem wyciągnął się jak długi, wsadzając nogi niemal w ogień i kładąc 
głowę 
na kolanach Ŝony. – Co, Gabrycha, gniewasz się? – zapytał przymilnie, ona zaś 
prychnęła jak 
pogłaskana pod włos kotka. 
Potem juŜ nie powracano do tych tematów. Rozmowa przybrała ton paranoiczny, tak 
chęt-
nie podejmowany przez mieszkańców wyspy. Waldemar z Lesiem, wodzireje takich 
rozmów, 
z chęcią dokooptowali na trzeciego Sylwina, takŜe lubującego się w absurdalnych 
rozwaŜa-
niach. ToteŜ rozmowa toczyła się teraz z wolna i o niczym, a wśród mielizn 
idiotycznego, 
chłopięcego paplania, nie bez udziału Kajtka, wybuchały czasem perełki czystego 
nonsensu. 
Kobiety nadąŜały za nimi swą wesołością, chociaŜ płynęła ona ze źródła bardziej 
naturalnego 
– z czystej radości Ŝycia. Doktor Czarliński uśmiechał się uprzejmie, mając na 
uwadze powa-
gę swojej osoby. Nawet Czoper merdał radośnie ogonem, gdy wybuchały salwy 
ś

miechu. 

Jedynie babcia Wegetariańska, nie mająca zrozumienia do tego typu humoru, kiwała z 
politowaniem 
głową i zasępiała coraz bardziej i tak juŜ podobne do sępiego oblicze. Gdy zaś 
ś

miech sięgał zenitu, gdy potęŜny ryk Leszka mieszał się z niedoścignionym rechotem 

Tadeusza 
Tymoteusza het, pod pułapem obłoków, babcia Wegetariańska wzdychała cięŜko i 
mó-
wiła: „oj, głupki, głupki”. 
Wracali późną nocą. Niebo, całkiem juŜ pokryte grubą warstwą chmur, przykrywało 
wyspę 
miękkim kloszem, odgradzało od świata zewnętrznego. Nie śmiali juŜ przerywać 
natchnionej 
ciszy panującej pod tą kopułą. Ich serca i umysły opanowała równieŜ cisza, tłumiąca 
niepo-

background image

kojące wraŜenia minionego dnia, kojąca myśl o rannym wyjeździe. 
Jolanta zbliŜyła się powoli do Sylwina i zaczęła wypowiadać półgłosem wiersz, 
którego 
nigdy wcześniej nie słyszał. 
Ciemno i sny ludzkie leŜą
w swych pudełkach na wystawie
cień skulony w lampie zamarzł
nad oknami zmartwionymi łódź przepływa
Smętek w chacie zasuszonej
pod pułapem sieci łata
mgiełka siwiutkiego Ŝycia
w dzieŜy z chleba opróŜnionej
Gra na skrzypcach paleniska diabeł stary
co w kapliczce ma przydroŜnej domu strzęp
w szybie zasłuchana olcha
zamyślony korzeń sosny u jej brwi
W oddali odezwał się niepokojąco puchacz. Sylwin poczuł głowę dziewczyny na 
swoim 
ramieniu. 

VI 
PoŜegnanie 
– Tak, tak, tak – powiedział w zadumie Waldemar. 
Siedział w swoim ulubionym fotelu obok kominka, w którym tej nocy nie płonął 
ogień. W 
bibliotece było jednak i bez tego bardzo gorąco. Sylwin przechadzał się z wolna 
wśród ksią-
Ŝ

ek, zatopiony w myślach. Jak nigdy przedtem wyglądał w tym otoczeniu obco, jak 

egzotyczne, 
leśne zwierzę zamknięte nagle w klatce. 
– Nalej mi jednego – powiedział Waldemar nie ruszając się z fotela.
Spojrzał z wahaniem i podszedł do stolika spełniającego funkcję barku.
– Ach, nie – zaśmiał się Boruta. – Nie powiesz mi, Ŝe za duŜo piję, bo to nie leŜy w 
twoim 
stylu. W tym stylu, do którego dzisiaj nagle powróciłeś. He, he – nie patrz tak na 
mnie. Mam 
na myśli całe twoje zachowanie. Chodzisz po tym dywanie jak dziki kocur. Te obrazy, 
ksiąŜ-
ki, gryzą się z tobą, jak dwa kolory nieodpowiednio dobrane. 
– Ja sam równieŜ napisałem ksiąŜkę – rzekł zdawkowo Sylwin. 
– Ach, wiem – łagodził Boruta – co nie zmienia faktu, Ŝe teraz jesteś dawnym 
Sylwinem, 
który ma, hm… – zdrowy stosunek do literatury. 
– Zgadzam się z tobą, cokolwiek przez to rozumiesz – powiedział Sylwin z wyraźnym 
zamiarem 
zakończenia tej rozmowy. 
Po raz drugi tego wieczoru nawiązywał Boruta do jego przeszłości, która, aczkolwiek 
burzliwa i romantyczna, nie zasługiwała z pewnością na miano nienagannej. CzyŜby 
wtedy, 
gdy rozlanie herbaty przerwało szczęśliwie jego wywód, miał zamiar zdradzić źródło 
niezwy-

background image

kłych umiejętności prowadzenia walki wręcz, których dowody złoŜył Sylwin? Jako 
jedyny 
znał je w całej okazałości. Pamiętał te czasy, gdy niespokojna natura Sylwina 
Radzikowskiego 
dawała sobie upust w awanturach wielkomiejskiego podziemnego światka, gdzie 
zwierzę-
ca sprawność fizyczna stanowiła podstawę podziałów społecznych. Gdzieś wysoko, 
bliski juŜ 
szczytów hierarchii tej społeczności, złapał nagle inny wiatr i szczęśliwie skierował 
swe Ŝycie 
w inną stronę. Pozostały mu jednak szczególne umiejętności udatnego rozbijania 
twarzy przeciwników 
i równie sprawnego chronienia swojego ciała przed ciosami tamtych. Pozostali teŜ 
przyjaciele, których przy największej oględności moŜna by nazwać dziwnymi. 
Doceniano 
wprawdzie fakt, Ŝe wielu z nich wchodziło pod jego wpływem na tak zwaną uczciwą 
drogę 
Ŝ

ycia, co traktował po części jako zadośćuczynienie swym młodzieńczym błędom, 

niemniej 
krąg znajomych autora poczytnej ksiąŜki i uczestnika powaŜnych zjazdów 
międzynarodo-
wych budził opory jego nowego otoczenia. 
– AleŜ nie, Dziku – powiedział Waldemar, czytając jakby w jego myślach – nie 
zdradził-
bym twojej andrusowskiej przeszłości. Nawet gdybyś nie potrącił tak perfidnie Bogu 
ducha 
winnej staruszki, rozlewając jej herbatę. 
– Ale zacząłeś mówić… 
– Och, chciałem tylko powiedzieć, Ŝe uczyłeś się na kursach samoobrony, czy coś w 
tym 
rodzaju. 
– I o tym lepiej było nie wspominać – odparł Sylwin, a na zdziwione spojrzenie 
przyjaciela 
dodał: – Nie wiem dlaczego, ale tak mi się wydaje. 
Waldemar wzruszył ramionami i rzekł: 
– Rozumiesz więc chyba, dlaczego nie chciałem prowadzić dalej tych rozwaŜań o 
włosach 
dziewczyny, czy była jedna, czy dwie. – Po chwili milczenia dodał: – Ale mnie się nie 
tylko 
w y d a j e. Ja mam powody, aby sądzić, Ŝe nie naleŜało wypowiadać swoich 
przypuszczeń. 
Od kilku chwil Sylwin stał przy pustym fotelu i zrzucał ubranie. Teraz był tylko w 
kąpie-
lówkach i oglądał swoje ciało pokryte gęsto sińcami i zadrapaniami. Bez ubrania jego 
chło-
pięca sylwetka stawała się nadspodziewanie barczysta, muskularna, zatracała 
smukłość i kru-
chość. W tej chwili przerwał badanie stanu uszkodzeń swej osoby i spojrzał na 
mówiącego. 
– JakieŜ to są powody? – zapytał. 
– Szkoda mówić, chociaŜ jeśli tak dalej pójdzie, kiedyś będę musiał ci powiedzieć. 

background image

– Do diabła! – wykrzyknął Sylwin w irytacji i podskoczył ku niemu. – A to jest dla 
ciebie 
mało? 
Podtykał mu pod nos siniaki i obtłuczone kostki rąk, aŜ Waldemar musiał cofnąć 
głowę, 
aby uniknąć uderzenia. 
– Co znaczy „kiedyś”?! – wściekał się dalej Sylwin. – Czy to moŜe znaczy, Ŝe 
powiesz mi 
o tym w mowie pogrzebowej nad moim grobem? 
– Weź te giry! – krzyknął Boruta, gdy zobaczył tuŜ przed swoim nosem nogę Sylwina 
na-
znaczoną kopniakiem napastnika. 
– Weź te giry – przedrzeźniał Sylwin. – A czemu wtedy nie kazałeś mi ich wziąć, gdy 
osłaniały twoje tajemnicze sprawy, o których nic nie wiem? Nie, albo się wreszcie 
dowiem, 
co tu się dzieje i dlaczego nadstawiam karku, albo wyjadę jutro. 
– AleŜ, człowieku! – twarz Waldemara wyraŜała bezbrzeŜne zdziwienie. – Jeśli 
chodzi o tę 
napaść, wiem równie mało, co ty. Nic nie wiem, rozumiesz? Ja mówię o czymś 
zupełnie innym. 
Popatrzył na Sylwina z wyczekiwaniem, ale tamten milczał zacięcie. 
– To są sprawy całkiem prozaiczne – ciągnął Waldemar. – Nie wiem, co sądzić o 
takich 
dziwnych wydarzeniach, jak telegram, który jakoby otrzymałeś, czy dzisiejsza napaść. 
Nie 
myślę jednak, aby miało to związek ze sprawą, dla której zabiegałem o ostroŜność w 
pochopnym 
wypowiadaniu niektórych uwag. Jest to, powtarzam, rzecz całkiem banalna, do której 
nie 
pasuje ta sensacyjna aura. Ona się jakby dobudowuje mimochodem, przypadkowo. 
Jeśli więc 
twoja ostroŜność wynika, jak się domyślam, z tej sensacyjnej wersji wydarzeń, jaką 
sobie 
budujesz, to moja – z prozaicznej. I zapewniam cię, Ŝe twoja interpretacja jest tworem 
wy-
obraźni opartym na przypadkowych zdarzeniach. 
– Ja nie mam Ŝadnej interpretacji – rzekł Sylwin. – Mnie się to po prostu nie podoba. 
– Zaraz nie podoba! To twoja słynna intuicja? 
– Nie podoba mi się tylko, gdy mnie biją – odparł Sylwin. 
– Mnie teŜ to nie zachwyca, ale przede wszystkim z innych przyczyn niŜ ciebie. Te 
przypadkowe 
zajścia mogą narobić zgiełku wokół wyspy, co nie wyjdzie na dobre sprawie, o której 
mówię. 
– A więc? Dowiem się wreszcie, za jakąŜ to prozaiczną i banalną sprawę brałem po 
pysku? 
Waldemar parsknął ze zniecierpliwienia i rzekł: 
– Mogę ci pokrótce opowiedzieć, o co chodzi. Sam zobaczysz, Ŝe to nie moŜe mieć 
nic 
wspólnego z tym napadem. OtóŜ doktor Czarliński… 
– Więc jednak Czarliński? 
– Co „jednak Czarliński”? Jeśli powiesz coś o telegramie, przestanę mówić. ChociaŜ 

background image

ma to 
i swoje dobre strony. Być moŜe dzięki temu zwrócisz na niego więcej uwagi i 
będziesz mógł 
mi pomóc. Ja nie mam właściwej perspektywy. Za długo go znam. To zasiedziały 
Kaszub. Po 
wojnie gdzieś zniknął. Wrócił w latach pięćdziesiątych. Leczy w Kościerzynie, w 
Lipuszu ma 
letni domek. No, a u mnie bywa częstym gościem z racji wspólnych działań. Trudno 
ci będzie 
w to uwierzyć, ale moje skromne próby, hm, pracy organicznej – tak to nazwijmy, nie 
umy-
wają się do jego poczynań. Jest znanym w regionie społecznikiem. 
– To ten Czarliński? – zdziwił się Sylwin. – AleŜ w takim razie wiem o nim coś 
niecoś. 
Całkiem inaczej go sobie wyobraŜałem, nie myślałem teŜ, Ŝe jest doktorem 
medycyny. Ot, 
myślałem, stary, wąsaty Kaszuba, doktorat przedwojenny z prawa, czy coś takiego. 
– Brawo – zaśmiał się Waldemar. – To nawet pasuje do jego starszego brata. Ale 
tamten 
jest zupełnie przeciwnym typem. Siedzi ponoć w Gdańsku i nie wystawia nosa ze 
swojej samotni. 
Podobno doktor nie widział się z nim od wojny. Ale do rzeczy. OtóŜ Czarliński po-
mógł mi trochę, gdy wpadłem na pomysł zamieszkania tutaj. Potem stoczyliśmy parę 
wspólnych 
batalii o zachowanie tych stron w jakim takim stanie naturalnym. 
Sylwin gwizdnął z ironicznym podziwem, jakby ostrzegając przed wchodzeniem w 
jego 
kompetencje, i zapytał: 
– Gdzie tu miejsce na nieufność, którą wobec niego przed chwilą objawiłeś? 
– Właśnie do tego zmierzam. Od pewnego czasu nasze drogi mimo woli rozeszły się. 
Do-
kładniej – od momentu, gdy postanowiono tu załoŜyć park krajobrazowy. Znasz ten 
model 
ochrony przyrody i zabytków: usuwa się ludzi z zabytkowych chałup i tworzy 
skansen. Te 
domy i przedmioty codziennego uŜytku, które przydawały się jeszcze na co dzień, 
stają się 
martwe. Wieś-muzeum. Koszmarne! Checz bez ludzi wali się w rok, więc zatrudnia 
się bry-
gadę ludzi. Smołują, nacierają, podtrzymują, a i tak nie mają do niej podejścia. Tam 
trzeba 
chłopskiej ręki. Na takiej chałupie wisi gaśnica, bosak, obok – skrzynia piasku. I 
straŜak na 
etacie, Ŝeby to się nie zapaliło. Bo Kaszub mieszkał w takiej chałupie dwieście lat i 
się nie 
ceregielił, a nasza kochana higieniczna cywilizacja musi ją ogrodzić, zamknąć pod 
kluczem, 
oswoić jak kaŜde dziwadło z groźnego dla niej świata natury. Postanowiono teŜ 
wysiedlić 
ludzi z lasów i takŜe je ogrodzić. Rolnictwo, jak wiesz, wywołuje skaŜenie 
ś

rodowiska, gospodarstwa 

background image

więc takŜe ulegną likwidacji. Czy pomyślał kto, Ŝe moŜna uprawiać ziemię sposobem 
biologicznym? 
– I owszem – wtrącił Sylwin. – Byłem ostatnio na zjeździe SECO. Większość 
europejskich 
rezerwatów zachowuje rolnictwo biologiczne. Uprawia się tam ziemię z 
powodzeniem metodami 
naturalnymi, bez środków chemicznych. 
– Ja teŜ tak uprawiam. Stąd ptaków u mnie coraz więcej, wyjadają szkodniki na 
całego. 
Sówka mi po lasach nie grasuje, bo ją dzięcioły likwidują. Rajska wyspa, bracie. CóŜ 
z tego, 
kiedy się uwidziało komuś, Ŝe człowiek z naturą nie moŜe Ŝyć. śe jeśli chce się 
zachować 
dzikość, to znów trzeba odczłowieczyć i ogrodzić. A co znaczy „środowisko naturalne 
czło-
wieka”? To znaczy miejsce, gdzie Ŝyje się w symbiozie z przyrodą. Jeśli więc chcą 
chronić to 
ś

rodowisko naturalne przez izolowanie go od człowieka, to juŜ nie jest Ŝadne 

ś

rodowisko naturalne, 

tylko muzeum przyrody. Tak jak gdyby chronić mrowiska przez usunięcie mrówek. 
„Idź stąd sobie – mówią mi. – Tu nie wolno wchodzić, bo tutaj jest twoje naturalne 
ś

rodowi-

sko”. 
– Chcą, abyś opuścił wyspę? 
– Właściwie tak. Gmina wykupuje wszystkie gospodarstwa w okolicy jeziora. Trzeba 
przyznać, Ŝe doskonale płaci za tę kiepską ziemię. ToteŜ wszyscy chętnie sprzedają. A 
ja nie 
mogę, bo wiesz dobrze, Ŝe nie sprowadziłem się tu dla robienia interesów na uprawie 
ziemi. 
– No, a Czarliński? 
– Właśnie. On jest rozdarty. IleŜ razy wspólnie przekonywaliśmy róŜnych ludzi do 
posu-
nięć, które wychodziły regionowi na dobre. Bo mieliśmy jednak pewien wpływ na 
admini-
strację regionu. Teraz ja znalazłem się nagle po przeciwnej stronie. Przedkładam, 
rozumiesz, 
interes prywatny nad dobro ogólne. A ja wcale nie uwaŜam, Ŝeby tak było. Tu, na 
wyspie, 
którą gmina chce odkupić za bajońskie sumy, ma powstać jakiś pensjonat, który moim 
zdaniem 
zrobi prawdziwe spustoszenie w przyrodzie, w przeciwieństwie do mojej naturalnej 
gospodarki. 
Czarliński jest w pewnym stopniu ze mną, ale nie moŜe być do końca. Nasze dzia-
łania są teraz róŜne: on chroni przyrodę dla ogółu, ja jakoby – z pobudek prywatnych. 
Na 
dowód tego przytacza się wariactwa, które jakoby dzieją się na wyspie. 
Sylwin skinął głową i rzekł: 
– Jaka jest oficjalna rola Czarlińskiego? 
– Oficjalnie nie ma Ŝadnej roli. Prywatnie natomiast jest czynnikiem mediacyjnym. 
Namawia 
mnie na sprzedaŜ, mówi o konieczności historycznej i tym podobnych pompatycznych 

background image

sprawach. Współczuje mi, ale – nie ma rady, powiada. „Musi pan sprzedać tę kiepską 
ziemię, 
z wielkim zresztą zyskiem, albo gmina zamieni panu na inną, Ŝyźniejszą gospodarkę 
za wodą. 
Przeminęło z wiatrem, powiedz pan sobie – nie pierwszy zresztą”. Kiedy indziej 
jednak, 
szczególnie gdy spędzimy parę wspólnych chwil przy kieliszku, nachyla się do mnie i 
mówi: 
„panie Waldemarze, nikt lepiej nie utrzyma tej wyspy w stanie naturalnym niŜ pan, 
który ją 
kocha. Zrobimy coś, aby pan tu został. Ubijemy razem interes”. Ale potem nie wraca 
do tego. 
– Ciągle jednak nie rozumiem, co do tego mają twoje dzisiejsze obawy. 
– To proste. Jestem pod wzmoŜoną obserwacją. Chodzi o to, Ŝeby mieć dodatkowe 
argumenty 
dotyczące mojej „prywaty”. śeby móc udowodnić, Ŝe jestem wilk-samotnik niechętny 
ludziom, Ŝe utrzymanie wyspy w moich rękach jest sprzeczne z interesem 
społecznym, Ŝe nie 
umiem Ŝyć z sąsiadami i tak dalej. Nie podejrzewam Czarlińskiego o złą wolę. Nie 
chcę jednak, 
aby ktokolwiek z zewnątrz znał do końca domowe sprawy wyspy, gdyŜ tam muszą się 
one czasami wydawać niezrozumiałe. W tym nie chcę takŜe, aby ktoś wiedział, co 
robiliśmy 
za wodą. W końcu podglądaliśmy sąsiadów, a teraz zaczęliśmy juŜ roznosić plotki. 
Muszę 
przyjąć zasadę niewtrącania się w sprawy sąsiadów, a będę Ŝądał, aby i oni nie 
wtrącali się w 
moje. 
– Po co więc tam jeździłeś? Czemu obserwowaliśmy to wszystko, cokolwiek to miało 
oznaczać? 
– Sylwia, mój drogi – roześmiał się Waldemar. – Ta dziewczyna na koniu. Trzeba 
słuchać 
Sylwii, bo ona wie więcej, niŜ wszyscy mieszkańcy gminy Dziemiany razem wzięci. 
Skoro 
mówiła, Ŝe to waŜne… 
– AleŜ zaprzeczasz sam sobie! PrzecieŜ właśnie próbowałeś mi udowodnić, Ŝe te 
dziwne 
przypadki nie mają związku z twoimi kłopotami, Ŝe tak powiem administracyjnymi. 
– No bo nie mają, ale mogły mieć. Sylwia teŜ jest omylna. MoŜe to jakieś 
nieporozumienie. 
Spodziewałem się na przykład, Ŝe przyjechał ktoś waŜny z Gdańska i razem z tymi z 
Płęs 
robią jakąś wizję lokalną. Zresztą nie wiem – wzruszył ramionami. – W kaŜdym razie 
na 
pewno to, co zobaczyliśmy, nie było tym, co mieliśmy zobaczyć. To jest bez sensu i 
związku. 
Jeden tylko związek istnieje: tajemnicze pozornie zdarzenia, które zawsze nawiedzają 
takie 
dzikie okolice i które zawsze dadzą wyjaśnić się w sposób naturalny, nie powinny stać 
się 
zbyt głośne, gdyŜ mogą być wykorzystane przeciwko mnie w rozgrywce o wyspę. 

background image

Jakieś 
przypadkowe zajścia mogą popsuć całą sprawę. 
– Przypadkowe zajścia? Zawsze się zdarzają? Dobre sobie! Chcesz mi wmówić, Ŝe 
wisielcy 
wiszą sobie po lasach jak gruszki na wierzbie, Ŝe w co drugim domu letniskowym 
odby-
wają się co noc jakieś wyuzdane sceny… 
– Dzieje się duŜo gorzej. Ale w tłumie miasta – i wtedy to jest naturalne. Natomiast 
natura 
dawno przestała juŜ być naturalna. Nie zauwaŜyłeś, Ŝe wszystko wokoło jest tu jakby 
natchnione, 
tajemnicze? Zapewniam cię, Ŝe przez okrągły rok w tej głuszy zdarzają się rzeczy 
dziwne dla mieszczucha, ale naturalne dla tubylca, Ŝe wszystko z czasem daje się 
zwyczajnie 
wytłumaczyć, poniewaŜ właściwością tej bujnej przyrody jest wyolbrzymianie 
wszystkiego 
wobec ludzi, którzy dawno się od niej oderwali. 
– Dobrze – Sylwin nie był wcale przekonany. – Jeśli więc spotkam jutro ducha 
przeora cystersów 
z Pelplina, którzy mieli prawo łowienia na tym jeziorze, powiem sobie: „To normalne,
w tej okolicy takie rzeczy się zdarzają. Taka juŜ przyroda, nie ma rady”. 
– Nawet dzisiaj moŜesz zobaczyć, bo juŜ od dawna „jutro” jest „dzisiaj”.
Waldemar pchnął okiennice. Rzeczywiście, dniało juŜ.
Ranek przyniósł pogodę równie parną i duszną, co dnia poprzedniego. Waldemar 
wstał 
dość wcześnie, gdyŜ naleŜało wyprawić w podróŜ Leszków Wegetariańskich. Sylwin 
takŜe 
nie spał długo. Włóczyli się teraz po śpiącym domu, ziewając z niewyspania i budząc 
irytację 
Janki. Niedługo zjawili się Leszkowie. Namioty ich były juŜ zwinięte, cały bagaŜ 
leŜał na 
brzegu u stóp Bukowej Góry i czekał na przetransportowanie. Oni sami natomiast 
przyszli 
zjeść proszone śniadanie, wypić strzemiennego i poŜegnać się z tymi, którzy nie mieli 
im to-
warzyszyć w drodze przez jezioro. 
Na dźwięk kieliszków obudziła się takŜe pani Zofia i niezwłocznie wstała, aby wziąć 
udział w poŜegnalnym poczęstunku. Mimo pozorów wesołości wszyscy – choć kaŜdy 
z innych 
względów – byli nieco skwaszeni, Leszek zaś szczególnie. Miał dzisiaj prowadzić 
samochód, 
a to uniemoŜliwiało wypicie strzemiennego. 
Niedługo trwała impreza poŜegnalna. Wegetariańskich czekała długa droga; musieli 
nie-
zwłocznie wyruszyć. Całe towarzystwo, w osobach wyjeŜdŜających, pani Zofii oraz 
Sylwina 
z Waldemarem, załadowało się w reprezentacyjną łódź napędzaną elektrycznym 
silnikiem 
pomysłu Waldemara. Była to wielka, waŜąca dwie tony – z powodu cięŜaru 
akumulatorów – 
kolubryna, poruszająca się wolno, lecz skutecznie. I cicho, na czym Waldemarowi 

background image

zaleŜało 
najbardziej. Z przystani, załoŜonej na północno-wschodniej części brzegu, zwanej 
niegdyś 
Wisiadłami, popłynęli po bagaŜe. Z mijanego Cyronka zerwały się dzikie kaczki. 
Znać nikt 
jeszcze nie przepływał tędy tego dusznego, leniwego dnia. Potem łódź skierowano 
prosto w 
gardziel pomiędzy Kozłowym Cuplem i Niwkami. Wkrótce byli na KrzyŜu. Przed 
nimi maja-
czyły w rozedrganym od gorąca powietrzu Wdzydze. 
Wylądowali w zatoce zwanej Kątem. Stąd wypływała wąska struga łącząca Gołuń z 
Jeziorkiem, 
tutaj przebiegała granica dwóch części Wdzydz: Nystrony i Wsi. Z prawej strony 
wznosiła się zalesiona góra, na której przewieziony z Glonka kamień pokrywał grób 
Gulgowskich, 
legendarnych kochanków i dobroczyńców wioski. Na lewo widniało gospodarstwo 
Trudzi i Agnieszki złoŜone z dwóch domów: drewnianej checzy, jednej z najstarszych 
w wiosce, 
i nowego budynku wzniesionego własnoręcznie przez obie siostry – począwszy od 
wyrobu 
pustaków, skończywszy na elewacji. Ta drewniana była przed laty niepisaną 
własnością 
RóŜy, pięknej pisarki, która w tutejszym krajobrazie odnalazła bezpowrotnie utracony 
pejzaŜ 
dzieciństwa. Teraz, po jej śmierci, dom uniknął wyburzenia tylko dzięki interwencji 
bratanka 
Trudzi i Agnieszki, Romana. Potrafił on przekonać ciotki, aby udostępniły mu checz 
jako 
domek letniskowy. W budynku natomiast, oprócz sióstr, mieszkał Klemuś z Ulą, a i 
wnuków 
juŜ nie brakowało. Dom stawał się z kaŜdym dzieckiem coraz mniejszy, toteŜ 
systematycznie 
dobudowywano nowe pomieszczenia. Nabierał wskutek tego kształtów przedziwnych, 
ale 
funkcjonalnych. 
– Sylwuś – krzyknęła Trudzia. – Dzień dobry, dzień dobry! Gdzieś ty się tyle lat 
podzie-
wał! 
Trudzia była niewielka i pękata. Toczyła się po obejściu niby balonik goniony 
wiatrem. 
Okrągłą główkę ozdabiały grube okulary błyszczące pod krótko przystrzyŜonymi 
włosami. 
Podobnie jak Agnieszka, Trudzia chodziła w spodniach. Pierwsze wprowadziły ten 
zwyczaj w 
wiosce, ku zgorszeniu innych kobiet. 
– To mnie jeszcze pamiętacie? – ucieszył się Sylwin.
Agnieszka teŜ stała juŜ na progu i patrzyła na niego surowo.
– Jak ty, Sylwuś, o nas przez tyle lat zapomniałeś, to nie myśl, Ŝe my tak samo o tobie 

powiedziała powaŜnie. 
– A gdzie to Klemuś? – dopytywał się Waldemar, gdy na zaproszenie sióstr wchodzili 

background image

do 
obszernego budynku. – Przywiózłbym mu do naprawy zbiornik na wodę. Dziury się 
zrobiły. 
Ale najpierw chcę się ugodzić… 
– A co ty będziesz się godzić! Jak pieniędzy nie masz, my tobie zawsze na borg 
zrobimy. 
Klemuś był kowalem. Obie siostry, pomimo niemłodego wieku, takŜe przyuczyły się 
do 
kowalskiego zawodu i przez parę lat pracowali wspólnie w samotrzeć zbudowanej 
kuźni. W 
ten sposób wypracowały sobie rentę. 
– Jeszcze tak źle to nie jest, Ŝebym na borg musiał, ale nie wiem, czy Klemuś zechce 
robić, 
jak mu powiem, ile tam dziur od rdzy wypadło. 
– JuŜ nasza głowa, Ŝeby zechciał – uspokajała Trudzia. – Klemuś do Kościerzyny 
pojechał. 
– Na kole? – spytał Waldemar. „Koło” to był rower. 
– Gdzie tam – Ŝachnęła się Agnieszka. – Na kozie pojechał. 
– Ludzie, nie róbcie ze mnie durnia – wtrąciła się pani Zofia. – Na kole w cyrku 
jeŜdŜą, ale 
na kozie – nie słyszałam! 
– Koza znaczy motorower – powiedział półgłosem Waldemar, a Trudzia zaoponowała 
ze zgorszeniem: 
– Koza to jest koza, i juŜ. Ty, Zośka, tyle lat nas znasz i nie wiesz, co to koza? 
Agnieszka prosiła juŜ na „arbatę”. Trudzia herbaty nie lubiła, ale poniewaŜ nie było 
nic 
mocnego… Co? Znalazło się, u Waldemara w kieszeni, więc Agnieszka i kieliszki 
postawiła, 
choć niechętnie, bo sama pić nie moŜe. 
– A co by było – rzekła Agnieszka – jakbyś ty kiedy zapomniał połówki? 
– To Trudzia by sznapsa nie wypiła – odparł Waldemar, a Trudzia machała pulchnymi 
rączkami dla odgonienia takich myśli. 
– Jo – drwiła z pomysłu Agnieszki – on by zapomniał! 
Potoczyła się rozmowa. O rybach przede wszystkim. IleŜ tu ryb kiedyś było! Jakie 
szczupaki 
pod Trzepcynem, a u nich, w Kącie, jakie leszcze łowił Sylwuś, kiedy jeszcze był cał-
kiem niedorosły. A RóŜyczka – całe miski okoni przywoziła spod błotka, na 
przeciwnej stronie. 
Na KrzyŜu zaś skakały trocie. Wysoko, na metr w górę. Kto je ujrzał, juŜ wsiąkł. Nie 
mógł Wdzydz zapomnieć. Sylwin pamiętał te czasy dobrze i coraz to potwierdzał, Ŝe 
Ŝ

adnej 

blagi w słowach sióstr nie ma. A teraz? Szkoda było mówić. A jednak mówili. W 
wodzie było 
coraz gorzej, cóŜ więc się dziwić, Ŝe i ludzie coraz marniejsi. Tutejsi coraz mniej 
pamiętają, 
Ŝ

e są Kaszubami. Turyści zaś nie lepsi. Ot, niedawno łąkę im stratowali, ten 

kawałeczek na 
cuplu, jak się wpływa w Kąt. 
– Nie chcieli zejść. Nawet namiot zamiarowali rozbijać, ale my ich zaczęły – 
kamniami! – 
Trudzia wykonała sugestywny gest, aŜ przewróciła swoją szklankę. 

background image

O tak! Sylwin pamiętał, czego potrafią dokonać wojownicze siostry w obronie swoich 
racji. 
On sam kiedyś omal nie został obrzucony gradem kamieni, gdy nie spytawszy o 
pozwolenie 
łaził po łączce, przez którą przechodziło się do miejsca, w którym zwykły Ŝerować 
olbrzymie 
jak łopata leszcze. Wtedy jeszcze pasła się tam koza – nie motorower, ale koza 
prawdziwa. Ocalał dzięki temu, Ŝe miał w siatce piękną sztukę. Tym zaskarbił sobie 
podziw 
Agnieszki. Następnego dnia uczył Trudzię rzucać spiningiem – nie znanym jeszcze w 
wiosce 
narzędziem. Trudzia wysłuchawszy wskazówek ujęła wędzisko i zamachnąwszy się 
potęŜnie 
wyrzuciła wysoko w górę cięŜką błystkę, za którą podąŜyła nie tylko Ŝyłka, ale teŜ 
wędzisko z 
kołowrotkiem. Próba na szczęście odbywała się na górze pod domem, dzięki czemu 
cały 
sprzęt wylądował w kartoflach. Trudzia nie pamiętała tego. Nie lubiła pamiętać takich 
rzeczy. 
Bo Trudzia z Agnieszką za co się wzięły, robiły to dobrze i Sylwuś nie powinien 
opowiadać 
takich bajd. 
– Ty tak mówisz, jakbyś nas nie znał. MoŜe i tak było, ale po co tak gadać? Chyba 
urazy 
do nich nie ma o ten spining, a jeśli ma – to one go przepraszają. 
– Trudzia – rzekła Agnieszka – Ale chyba to nie je prawda. Rzucać byś nie umiała? 
Trudzia od razu się rozpogodziła. JakŜeby nie umiała. A kto lepiej kamniami w 
szkodników 
trafiał! Agnieszka teŜ nie gorsza! Jak przed wojną, tak się złoŜyło, musiała pracować 

mieście u jednej pani, to tamta zaczęła półmiskami, talerzami miotać… 
– Ty, Agnieszka, uwaŜaj – krzyczy Trudzia ze śmiechem, ale trochę jest zła na siostrę. 
– 
To ty nie wiesz, Ŝe Sylwuś ksiąŜki pisze? On tylko słucha, uśmiecha się, a potem 
notuje i w 
ksiąŜce opisze! 
– A mnie to kole dupy lata! – stwierdza Agnieszka, ale przestaje opowiadać. 
– Ty tak mówisz – nie daje za wygraną Trudzia. – A pamiętasz, jak RóŜyczka 
przyniosła 
nam tę ksiąŜkę, co to ty z Franciszkiem rozmawiasz… 
– Jo! – zdenerwowała się Agnieszka. – Jak ja nią prasłam o ziemię, tylko strony 
fruwały! 
Bardzo rozeźlone juŜ są siostry, więc Waldemar zmienia temat, wypytuje o 
gospodarkę, 
chwali za zaradność. One teŜ pytają. Dlaczego Waldemar Ŝony sobie nie weźmie? 
Ludzie juŜ 
gadają, Ŝe stary kawaler, co gorsza podobno za białkami za wodę jeździ. A i u siebie, 
na wyspie, 
sam z młodą, fajną kobitą mieszka. O tej Jance teŜ mówią! No, a Leszek? Jak mu 
idzie? 
Czemu dzieciaka drugiego nie mają? Jednemu Kajtkowi przykro na świecie. 

background image

Gabrysia rumieni się lekko i powiada, Ŝe teraz jeszcze duŜo pracy, ale za parę lat… 
– Za parę lat? – przerywa szyderczo Agnieszka. – Wtedy juŜ dupa bandze weg!
Gabrysia milknie, a jej twarz przybiera kolor pąsowy.
Tymczasem jednak nadeszło południe, co po części ratuje Gabrysię z opresji. Trzeba 
się
zbierać. 
– To do przyszłego roku? – pyta Trudzia i całuje się kolejno ze wszystkimi 
Wegetariań-
skimi. Agnieszka nie. Ona jest powściągliwsza. ToŜ zanim Leszek sprowadzi 
taksówkę, zanim 
się załadują, pierwsza będzie. 
„Taksówka” to samochód Leszka, sędziwa warszawa, równie szalona jak on, zwana 
Garbusem, 
dla wydobycia charakterystycznych cech karoserii. W trakcie pobytu Wegetariańskich 
na wyspie samochód stał zwykle na dziedzińcu leśniczówki. 
Powściągliwość Agnieszki okazała się aŜ zanadto uzasadniona. Lesio wrócił po 
kilkunastu 
minutach – piechotą. 
– Znów coś się zepsuło? – zapytała Gabrysia twierdzącym tonem, jakiego uŜywają 
Ŝ

ony, 

chcąc powiedzieć: a nie mówiłam? 
– Olej mi wyciekł – powiedział Leszek niezbyt wyraźnie. 
– To dolej – rzekła Gabrysia wzruszając ramionami nad męską niezaradnością. 
– Dolałem – odparł z jakimś oczekiwaniem w głosie. 
– No więc o co chodzi? 
– Dalej wycieka – powiedział ze zjadliwą satysfakcją i wyszczerzył zęby w uśmiechu 
pozbawionym 
wesołości. 
– O mój BoŜe! – powiedziała Gabrysia i przez długi czas nie odzywała się więcej. 
Korzystając z tego Leszek podjął decyzję: pojadą oto z Waldemarem do Kościerzyny, 
gdzie moŜna naprawić uszkodzenie. Na tyle drogi oleju wystarczy. 
Wszyscy zgodzili się z łagodną rezygnacją, z wyjątkiem pani Zofii. Nie lubiła ona, 
gdy 
ktokolwiek z jej rodziny wsiadał do Garbusa. PoniewaŜ i Wegetariańscy stanowili jej 
rodzinę, 
nie lubiła w ogóle, gdy Garbus znajdował się w ruchu, a szczerze mówiąc najbardziej 
ucie-
szyłoby ją definitywne zniknięcie samochodu. Miała ku temu pewne podstawy. Pięć 
lat temu, 
w lipcu, Wegetariańscy zjawili się, aby zabrać ją na wyspę wraz z babcią 
Wegetariańską oraz 
ciocią Marysią z Wrocławia. Razem z nimi – sześć osób. Towarzystwo czyniło wielki 
tłok w 
nowoczesnym M-4 pani Zofii, o dziwo jednak zmieściło się nieźle w Garbusie, wraz z 
Czoperem 
i olbrzymim bagaŜem. Było to pierwszy raz, kiedy pani Zofia mogła ocenić 
umiejętności 
bratanka w prowadzeniu wozu oraz walory nowo kupionego samochodu. Trzeba od 
razu po-
wiedzieć, Ŝe o ile przed podróŜą cena samochodu wydała jej się śmiesznie mała, o tyle 
juŜ za 

background image

rogatkami miasta podjęła mniemanie zupełnie odwrotne. Jeśli mogła jeszcze 
cokolwiek 
mniemać. 
Stylu, w jakim Lesio prowadził Garbusa, z pewnością nie moŜna było nazwać 
rajdowym, 
ale na pewno postronnym wydawał się on niezwykle interesujący. Prawo jazdy 
otrzymał Le-
sio równie dawno jak i okulary, które nosił, toteŜ nie wiadomo było, co gorzej: widzi 
czy 
prowadzi. Podczas jazdy leŜał nieomal na kierownicy, zaś jego kamienna twarz 
opierała się 
prawie szkłami okularów o przednią szybę. Trudno ocenić tę postawę, wiadomo tylko, 
Ŝ

wywoływała ona wśród kierowców znaczną panikę. Gdańsk, w godzinach szczytu, 
stanowił 
dla niego nieodgadniony labirynt, w którym dawno zapomniane znaki drogowe 
migały chaotycznie. 
Jadąc przez miasto, szczególnie nocą, wymagał Leszek, aby go pilotowano. Nale-
Ŝ

ało to czynić bardzo rzeczowo, gdyŜ kaŜde słowo rozumiał dosłownie. Gdy na 

przykład 
mówiło się: teraz skręt w prawo, naleŜało to powiedzieć właśnie w momencie skrętu, 
gdyŜ 
samochód gwałtownie zjeŜdŜał w prawo natychmiast po komendzie. Sforsowawszy 
dajmy na 
to wysepkę przystanku tramwajowego Lesio wjeŜdŜał w końcu w bocznicę, w którą 
miał 
skręcić kilkanaście metrów dalej i pytał w sposób rozbrajająco niewinny: dobrze jadę? 
WspółpasaŜerowie odpowiadali, Ŝe dobrze, mając na myśli fakt, iŜ na przystanku 
jednak nie 
było na szczęście nikogo. W dzień łatwiej było trzymać się szosy, gdyŜ wystarczyło 
omijać 
ludzi. Ci ostatni jednak utrudniali znacznie zadanie, gdyŜ zamiast stać nieruchomo, 
wyzna-
czając w ten sposób trasę, łazili przez jezdnię, a nawet rozpierzchali się spod maski 
Garbusa 
na widok tragicznie napiętej twarzy Lesia, przylepionej do przedniej szyby i 
połyskującej 
złowrogo ciemnymi szkłami okularów. O tym jednak ani pani Zofia, ani inni 
pasaŜerowie nie 
wiedzieli jeszcze zbyt dokładnie. 
Spod wieŜowca na Kołobrzeskiej ruszyli całkiem zgrabnie. Nie dyskredytował 
przecieŜ ani 
samochodu, ani kierowcy fakt zapalania pojazdu korbą. Nie było teŜ, zdaniem pań, 
niczego 
raŜącego w trzykrotnym okrąŜeniu gdańskiej obwodnicy, spowodowanym 
niemoŜnością zjechania 
na prawy pas – co było warunkiem późniejszego skrętu w Kartuską. Ostatecznie tak 
solidny jak Garbus samochód musiał mieć trudności z włączeniem się do ruchu. 
Przyspieszenie 
osiągał niewielkie, ale czynił przy tym taki łoskot, Ŝe w końcu za czwartym razem, 
wy-

background image

płoszywszy sąsiada, zjechał na odpowiedni pas. Za chwilę zaczęły się wątpliwości 
pani Zofii, 
które nigdy nie miały zniknąć. 
Zaczęło się od zgrzytania w skrzyni biegów. Pani Zofia sama kiedyś prowadziła, toteŜ 
jej 
uwaga dotycząca tej nieprawidłowości zabrzmiała bardzo profesjonalnie. 
– To jeszcze nic – uspokoił Lesio. – Grunt, Ŝeby hamulce działały – dodał zawieszając 
głos. 
Bała się odpowiedzi, a jednak spytała: 
– A nie działają? 
– Jak czasem – powiedział Lesio i wyszczerzył się. – O ty w mordę – dodał, zapewne 
pod 
adresem któregoś z sąsiednich samochodów. 
– Nie pleć, tylko uwaŜaj na drogę – zgromiła go Gabrysia. 
– Gabryśka, wiem, co robię. 
Nie zabrzmiało to pokornie, bowiem podczas jazdy Leszek był hardy, czując się 
panem 
Ŝ

ycia pasaŜerów. I był nim istotnie. 

– Jak przejeŜdŜaliśmy przez Wrocław – ciągnął konfidencjonalnie – wylazła mi na 
drogę 
taka cipa. Lezie takie… Ja na hamulec. Nie działa. Pompuję parę razy – ni cholery. To 
ja na 
klakson. Niby zakaz trąbienia, ale lepiej mandat zapłacić, niŜ mieć babę na sumieniu. 
– Ja dziękuję – powiedziała pani Zofia siląc się na swobodny ton. – Jak jej zaryczałeś 
nad 
uchem… 
– Gdzie tam – machnął niecierpliwie ręką, aŜ samochód skręcił niebezpiecznie 
pozbawiony 
kierownictwa. – Cisnę i cisnę, a tu nic – nie działa. 
– Hamulec?
– Nie, klakson! Hamulec cisnąłem wcześniej. Teraz klakson i teŜ nic. A baba tuŜ i nic 
nie 
widzi. 
– Trzeba było hamować silnikiem! 
– A jak! Z góry jechałem, co miałem benzynę wypalać. Na wyłączonym. 
– To ona cię w ogóle nie słyszała! 
– No właśnie mówię! Więc chwytam za korbkę, Ŝeby spuścić szybę i krzyknąć, a tu 
korbka 
się kręci – i nic. 
– Jak to nic? 
– Normalnie. Szyba się nie chce spuścić. Dopiero jak szarpnąłem za ręczny… 
– Zahamowałeś ręcznym? 
– Gdzie tam. Tryby od razu poszły. Taki jazgot się zrobił, Ŝe zwiała, jak oparzona. 
Pani Zofia nie odzywała się, patrzyła tylko tępo przez okno na mijające ich pojazdy. 
Tymczasem 
dojechali do skrzyŜowania. Akurat zapaliło się czerwone światło. Za nimi ustawił się 
długi szpaler samochodów. 
– No widzisz? Działają – powiedział nie bez satysfakcji Leszek, mając na myśli 
hamulce. 
Ś

wiatło zmieniło się. Ruszyli kilkoma gwałtownymi podrygami, ale zaraz stanęli. Ci 

za 

background image

nimi czekali cierpliwie. Silnik piłował niemiłosiernie, a ze skrzyni biegów dobiegał 
potworny 
zgrzyt. 
– Dzida, co ty! – powiedział Lesio do lusterka, w którym bielała jej przestraszona 
twarz. – 
To tylko biegi… O cholera! 
Uniósł w górę dłoń, w której zaciskał urwaną dźwignię biegów. 
– Mówiłem, Ŝeby tego nie montować – wybuchnął. – Ale ty zawsze musisz mieć 
elegancko! 
Gabrysia cierpiała w milczeniu. Samochody za nimi trąbiły juŜ bez pardonu. 
– No, a jak chcesz przełączać biegi bez t e g o? – powiedziała cedząc słowa ciocia 
Marysia. 
Jej pseudoarystokratyczne maniery wyprowadzały z równowagi niejednego. 
– A jak? A tak! – wykrzyknął szalony Lesio i potęŜnym kopem zwalił blaszaną 
pokrywę 
skrzyni biegów. Zanurzył rękę w ciemnej czeluści i grzebał tam przez chwilę, a gdy 
wycią-
gnął ją z powrotem, umazaną czarnym smarem, samochód istotnie ruszył do przodu 
krótkimi 
skokami. 
Powtórnie zatrzymał się kilkadziesiąt metrów dalej, przed gmachem sądu. Z otwartej 
cze-
luści buchały teraz kłęby czarnego dymu. 
– To instalacja – wyjaśnił oględnie. – Trochę jest nie w porządku, trzeba będzie 
zrobić 
przegląd. 
– Pali się! – pisnęła ciotka.
Lesio spojrzał na nią z miną wisielca i wcisnął w otwór trochę szmat. Ruszyli znowu, 
ale 
dym gęstniał. 
– Leszku, przecieŜ palą się szmaty! – powiedziała Gabrysia przerywając milczenie dla 
dobra 
ogółu. 
Istotnie, zaoliwione szmaty tliły się juŜ ochoczo. Otworzył okno i wyrzucił je na ulicę. 
– Działa! – ucieszył się podnosząc i opuszczając szybę dla sprawdzenia tego 
fenomenu. 
Następnie wyjął podręczną gaśnicę i wpuścił w otwór strugę aerozolu. 
– To najlepszy sposób – wyjaśnił. – Zawsze tak robię. 
– Tatusiu! Zgubiliśmy część! – meldował z tyłu Kajtek, klaszcząc w ręce z uciechy. 
Kierowca 
nie reagował jednak, prąc stale do przodu. 
– On mówi prawdę – potwierdziła Gabriela. – MoŜe zatrzymasz, a ja się po nią 
wrócę? 
– PrzecieŜ jedziemy! Zawsze wmontują człowiekowi jakiegoś niepotrzebnego 
szmelcu, 
Ŝ

eby tylko skórę zedrzeć! 

Jechali, i to jak! Na piętnastym kilometrze za Gdańskiem zagotowała się woda w 
chłodni-
cy. Kajtka wysłano z wiadrem do pobliskiego gospodarstwa, ale wiadro było dziurawe 
i woda 
wyciekła po drodze. Po krótkich oględzinach Leszek stwierdził, Ŝe powodem 

background image

przegrzania 
były hamulce, które blokowały koła przez całą drogę – nawet wtedy, gdy nie wciskał 
pedału 
hamowania. 
– Mówiłem, Ŝe działają! – powiedział z dumą i dodał: – Garbus wcale nie jest taki 
zły! 
Wtedy, po raz pierwszy w trakcie tej podróŜy, odezwała się babcia Wegetariańska. 
– Sraluś mazgaluś, rewelentuś duptuś! – powiedziała z wielką mocą. Wszyscy 
oniemieli, 
choć nikt nie wiedział, co to ma oznaczać. 
Nic dziwnego, Ŝe obarczona tymi wspomnieniami pani Zofia była niechętna 
przejaŜdŜkom 
Garbusem. Waldemar pojechał wszakŜe nie pytając. 
W tym samym czasie Sylwin przechadzał się po wiosce. Najpierw poszedł w górę, 
tam 
gdzie wieś kończyła się pozornie, a gdy u wrót leśniczówki poŜegnał jadących do 
Kościerzy-
ny, ruszył dalej. Na skraju lasu i pól stało jeszcze Wiewiórkowo, potem ciągnęła się 
juŜ tylko 
leśna droga. Tędy miał iść ów Stolem, który przechodząc jezioro pod Komornikiem 
uronił z 
płachty szczyptę ziemi. Z niej powstała wyspa Trzepcyn, zaś z kropel wody, 
kapiących potem 
z materii, utworzył się długi ciąg coraz mniejszych i coraz rzadziej wzdłuŜ drogi 
połoŜonych 
jeziorek. Zwano je Wałachami. W pierwszym z nich Ŝyły pono spore szczupaki, ale 
na pewno 
nie dziś. Szerokim łukiem zawrócił do szosy i tropem wspomnień doszedł do 
Niedźwiadka. 
Niegdyś było to leśne „oko”, wabiące i tajemnicze, zdradliwie bagniste na krańcach. 
Był to 
teŜ matecznik legendarnych ryb monstrualnych wielkości. Jak mówiono w wiosce, 
Niedźwia-
dek łączył się z Wielką Wodą podziemnymi kanałami. Tamtędy, jeszcze przed 
wiekami, 
miały wpływać ryby, które potem, nie mogąc znaleźć wyjścia, tkwiły w tym 
naturalnym wię-
cierzu. Tylko najwytrwalsi widzieli ich omszałe grzbiety podczas tarła. Siecią ani 
wędką nie 
sposób ich było dosięgnąć, gdyŜ dno jeziorka pokrywały wykarczowane pieńki. 
Kiedyś był tu 
las, potem łąka z kikutami pozostałymi po drzewach. Gdy łąkę zalała woda, a było to 
wtedy, 
gdy pod Kościerzyną przeprowadzono meliorację łąk, drewno skamieniało, tworząc 
podwodne 
zasieki. IleŜ błystek urwał Sylwin na tych zawadach! śałował ich tylko do czasu, gdy 
na 
rozlewisku zobaczył szczupaka, o jakim się nawet w ksiąŜkach nie czyta. 
Sylwetka motelu „Pod Niedźwiadkiem” zbyt uporczywie przywoływała do realności. 
Za-
wrócił. Wycofał się tą samą drogą, którą przyszedł, by znów przeskoczyć wąski 

background image

strumień 
Studzienic i nurzać się po pas w bujnej trawie łąki obejmującej go troskliwie – aŜ do 
ujścia na 
Jeleniu. Nie wrócił jednak na szosę, lecz stromym brzegiem Jeziorka, po którym tak 
chętnie 
spacerowała RóŜa, doszedł do Wsi. Miał wielką ochotę posiedzieć w starej checzy, 
gdzie jako 
chłopak spędzał wiele godzin w towarzystwie starego Wiktora, zwanego we wsi 
kustoszem. 
Checz wchodziła teraz w skład skansenu i jak on była ogrodzona drutem. W środku 
kręciły 
się grupki turystów. Zabytkowe chałupy poustawiano w rzędzie na przystrzyŜonych 
trawnikach. 
Przed kaŜdą stała pomalowana na czerwono skrzynia z piaskiem i słup z przybitą 
gaśni-
cą. „Jego” checz trzymała się na uboczu, wśród drzew dorównujących jej wiekiem. 
ZbliŜając 
się zauwaŜył, Ŝe słyszalne na całą wioskę dźwięki dyskotekowej muzyki unoszą się 
właśnie 
stamtąd. Przed chałupą siedziała grupa młodych ludzi. Pili piwo. Z otwartych drzwi 
chaty 
ciągnęły się kable podłączone do magnetofonu stojącego na zewnątrz. Sylwin minął 
ich i 
wszedł do środka. Wszystko tam było w zasadzie takie jak dawniej, a jednak inne. 
Sprzęty 
zalegające wnętrze nie były juŜ przyjaznymi wytworami ludzkich rąk, lecz 
eksponatami. Po 
drabinie umieszczonej w sieni zaczął wchodzić na strych. 
– Dokąd? – usłyszał za sobą.
Młody męŜczyzna stojący w dole patrzył na niego wyzywająco.
– Chce pan zlecieć? My za to odpowiadamy. 
– Kto my? 
– No, uŜytkownicy tej chałupy. Urządzamy tu klub terenowy. 
– A zwiedzanie? 
– Na razie nie ma. Dopiero jak przyjmą przewodników. Ma być dwóch, magistrów. 
– A Wiktor? tutejszy kustosz. 
– Ten stary Kaszub? PrzecieŜ jego nikt nie rozumie! 
Czym prędzej wyszedł na dwór. Ścigały go słowa: „Jakby tak kaŜdy chciał 
indywidualnie 
włazić! Nie moŜna. Własność społeczna”. 
Idąc z powrotem w stronę KrzyŜa, Sylwin przypomniał sobie ostatnie plotki o 
libacjach w 
opuszczonym domu w Płęsach, o gangach młodzieŜowych działających jakoby w 
Wielu i 
pocieszał się, Ŝe taki klub teŜ ma swoje dobre strony. Znów przekroczył granicę 
Nystrony i 
wspiął się pod górę, aby w pustym obejściu szukać śladów siebie sprzed lat, aby na 
stoku 
prowadzącym do wody, wśród zachwaszczonego zboŜa tropić wyleŜałe, odparzone 
gnuśnymi 
i rozbuchanymi zarazem ciałami wiejskich dziewuch miejsca, w których jego ciało 

background image

budziło się 
niegdyś do zmysłowości. MęŜczyzna, który stojąc u szczytu góry patrzył na niego nie 
pozna-
jąc, był Jerzykiem. Wtedy co rano mówił: „o jeny, czas wstawajac”, gdy stara 
Bratkowa wy-
grzebywała go z siana, słuŜącego im za legowisko. Pod wieczór chodzili na 
„szczukę”. Nie 
było nic waŜniejszego niŜ wieczorne mgły nad Niedźwiadkiem. W nich tkwiło 
wszystko! Czy 
poszedłbyś tam teraz? – pomyślał Sylwin – gdyby Niedźwiadek Ŝył jeszcze? Czy 
poszedłbyś 
pomimo, Ŝe jesteś pijany i ledwie stoisz na nogach? Tamten jednak przestał się 
interesować 
osobą Sylwina i odszedł do chałupy starym, zmęczonym krokiem. Sylwin przedostał 
się przez 
dziurę w płocie na teren szkoły, w której przestano uczyć z chwilą otworzenia szkoły 
zbiorczej 
w Wąglikowicach, i wyszedł znów na szosę. W tym miejscu Nystrona przechodziła w 
Szydlice. Kiedyś w tej części wioski roiło się od psów, dopóki kierowcy pięknych 
wozów 
mknących do motelu nie postarali się o zmniejszenie ich liczby. 
Niedaleko spółdzielni stał zielony kiosk. Antoni Celiniak sprzedawał tam swoje 
warzywa. 
Był to cichy i niepozorny człowiek, chociaŜ niektórzy mówili, Ŝe przyszedł tu z 
wielkiego 
miasta, gdzie Ŝył sobie nawet nieźle i wesoło. MłodzieŜ kpiła z niego: „o takim to 
tylko wiersze 
pisać!” Sylwin wątpił, czy moŜna by napisać dobry wiersz o panu Antonim, lecz 
Waldemar 
zwykle wytykał mu, Ŝe nie zna się na poezji. „Być moŜe – odpowiadał wtedy. – Lecz 
znam się na Antonim Celiniaku”. 
Pan Antoni stał przy swoim straganie i układał jabłka. Co drugie zwracało się na świat 
swą 
czerwoną stroną, pozostałe zaś – zieloną. Gdy skończył, rozejrzał się wokoło i z 
pełnym 
obrzydzenia westchnieniem zabrał się do układania cebuli. Nie wiadomo, czy jego 
twarz w 
chwilę później wyraŜała radość z ujrzenia Sylwina, czy teŜ po prostu cieszył się z 
porzucenia 
prozaicznego zajęcia. 
– No co tu robisz, łaskawco – mówił, otwierając ramiona, w które Sylwin padł z 
ochotą. – 
Wiesz, miałem taki pomysł, Ŝeby tę cebulę jakoś niebanalnie ułoŜyć. Ja wiem? 
Warkoczyki 
jej zapleść, albo… 
– Nic pan się nie zmienił, panie Antoni – śmiał się Sylwin. – Kogo dziś obchodzi, jak 
pan 
cebulę układa? Trzeba im będzie, to kupią. Inaczej nie. A kupią, jak na wolną sobotę 
przyja-
dą, bo w Gdańsku podobno jakieś braki… Wtedy bez układania wezmą. 
– O, nie ma pan racji, panie Sylwinie. Tak nie moŜe, łaskawco, być, Ŝeby juŜ nikomu 

background image

na 
tym nie zaleŜało. MoŜe w Gdańsku… Pan wie, Ŝe ja tu przyjechałem, bo to miało 
znaczenie. 
O, mówili, Celiniak! Ten umie sprzedać, jakby na jarmarku w Wielu się szkolił! 
– Kolorowe jarmarki, co? – zaśmiał się Sylwin. 
– E, pan tak zaraz wszystko spłaszczy! 
– Samo się jakoś tak spłaszcza, panie Celiniak. 
– Wstydź się pan – powiedział surowo Celiniak patrząc mu w oczy. – Ja stary i 
miękki, ale 
się nie daję. Ot, widzisz pan, jarzynki sobie układam i Ŝeby nie wiedzieć co na świecie
się 
działo – ja swoje zrobię. 
– Bo pan jest wyjątkowy, panie Antoni. 
Zawstydził się po dziecinnemu. Jego pomarszczona twarz nie miała wieku. Między 
powa-
gą i uśmiechem był w niej dystans dzielący starca od niemowlęcia. 
– A pan u Boruty siedzi? – spytał po chwili i nie czekając na odpowiedź dodał: – 
Dzielny 
chłop, ale będzie musiał iść z wyspy. 
– Wie pan coś na ten temat? 
Celiniak wiedział duŜo i nigdy nie naleŜało lekcewaŜyć jego doświadczenia. Teraz 
jednak 
wzruszył bezradnie ramionami i odrzekł nie patrząc na Sylwina: 
– Wiem i nie wiem. PrzeŜyłem kawałek historii i czuję, Ŝe będzie musiał. Niczyja 
wina. 
Ot, układ – mechanizm taki, jak mówią. 
– Jest na to rada? 
– Jest. Powinien zostać na wyspie jako urzędowy opiekun obiektów rekreacyjnych, 
czy jak 
tam będzie to się nazywało. Niech pan patrzy: nic się w jego Ŝyciu nie zmieni, będzie 
siedział, 
gdzie siedzi, bez nerwów, bez napięcia. Nie będzie się martwił, czy wyrośnie alby czy 
się co 
nie spali. Te same przyjemności za mniejszą cenę – bez kłopotów, obaw, wielu 
obowiązków. 
– Panie Celiniak – powiedział Sylwin z wyrzutem. – Czemu pan nie wykorzystał tych 
przemyśleń sam kiedy… 
– W porządku – przerwał, podnosząc ręce. – Więc nie ma rady. 
– A Czarliński nie mógłby wpłynąć? 
– Przecenia pan chyba jego rolę. Zresztą, chociaŜ zdziałał wiele dobrego, w tym 
momencie 
jego kryteria dobra są inne niŜ pana Waldemara. Czarliński działa dla dobra ogółu, ale 
kto 
będzie działał dziś na rzecz jednostek? 
– Pan jest wielkim pesymistą, panie Celiniak – powiedział Sylwin bez przekonania. 
– Jestem wielkim realistą – powiedział Celiniak. 
Ś

miejąc się z cicha układał jędrne korzenie marchwi. Na soczystej powierzchni 

czerniły 
się jeszcze grudki świeŜej ziemi, które strzepywał z kaŜdej z osobna. Sylwin wracał 
juŜ w 
Kąt, ale ów mądry śmiech brzmiał mu jeszcze w uszach. 

background image

Tymczasem Garbus znajdował się juŜ gdzieś pod Wąglikowicami. Waldemar z 
niepokojem 
przyglądał się manewrom Leszka wśród zawijasów szosy. AŜ za dobrze pamiętał, jak 
podczas próbnej przejaŜdŜki do Gołunia Lesio próbował rozjechać rowerzystę – 
jedyny obiekt 
na pięciokilometrowej pustej szosie. Nawet na pustym polu istniała obawa, Ŝe Lesio 
wjedzie 
na jedyne tam rosnące drzewo. 
– Mamy szczęście, Ŝe tak szybko nam naprawili – powiedział Waldemar dla usunięcia 
niespokojnych 
myśli. 
– Łaski nie robią – odrzekł Leszek. – Inaczej mieliby ze mną do czynienia! 
Samochód wpadł przy tych słowach w poślizg niezupełnie kontrolowany, więc 
Waldemar 
zamilkł profilaktycznie. Począł ściągać spodnie – ostatnią część garderoby, jaką miał 
na sobie. 
– Tu moŜna się Ŝywcem upiec! – tłumaczył nie pytany. 
– Nie wyłączyłem ogrzewania – wyjaśnił skromnie Leszek. 
– Co? 
– No, nie wyłączyłem od zimy, zapomniałem. 
– Na Boga, jest lato, skwar! Jak Ŝeście tu przyjechali w tym piekarniku? 
– Miałem wstawiony kawałek dykty. 
– Nie uwaŜasz, Ŝe prościej byłoby wyłączyć ogrzewanie? 
– Kiedy mówię, Ŝe zapomniałem. 
– To po cholerę wstawiałeś dyktę? 
– W zimie wstawiłem, Ŝeby nie wiało. Potem nawet nie czułem, Ŝe włączone, no bo ta 
dykta nie wpuszczała do środka gorącego powietrza. A teraz, jak wymienili pompę 
olejową, 
to jakiś baran musiał ją wyjąć – no i masz skutki! 
Waldemar nic nie powiedział. Z przeraŜeniem stwierdził, Ŝe teraz, gdy zjeŜdŜali 
serpentynami 
w dół, tam gdzie Studzienice przecinają szosę, Ŝyczył sobie gorąco nagłego wypadku, 
aby uwolnić się czym prędzej z tego rzeŜącego, rozpalonego pudła, o którym nie 
wiadomo 
nawet było, czy w razie wypadku zechcą się w nim otworzyć drzwi! JakŜe przyjemnie 
byłoby 
wpaść na tę zieloną łąkę i nie zatrzymać się, aŜ na dnie potoku! Nic takiego się jednak 
nie 
stało i Garbus, mijając się z autobusem na grubość lakieru, wyjechał na prostą, z 
której juŜ 
widać było Wdzydze. 
Gdy wjechali na podwórze, Trudzia skromnie spuściła oczy, a Agnieszka wyraziła 
przypuszczenie, 
Ŝ

e „oni po drodze jeszcze mieli coś wypite”. Boruta ubrał się więc pospiesznie. W 

tym czasie Gabrysia mamrotała pod nosem słowa, które, aczkolwiek niesłyszalne, 
miały 
wielką moc sprawczą, bowiem Leszek nie zwlekając otworzył klapę samochodu i 
zabrał się 
do likwidowania ogrzewania. Pora była najwyŜsza, gdyŜ słońce miało się juŜ ku 
zachodowi. 
Na dachu wozu wiązano bagaŜe. Ceremonia poŜegnania przeciągała się w 

background image

nieskończoność. 
Sylwin zszedł na dół i patrzył na jezioro. Nad Kątem pojawił się klucz przedwcześnie 
od-
latujących na południe dzikich gęsi. 
Woda była dziwnie niespokojna. Migotliwe cienie tańczyły po powierzchni jeziora. 
Niekiedy 
wyglądało na to, Ŝe jakaś postać maszeruje wprost przez wodę. Przez chwilę wydało 
się 
Sylwinowi, Ŝe na podwodnej górce po drugiej stronie Gołunia, naprzeciw Kuczowego 
Błotka, 
majaczy sylwetka RóŜy Ostrowskiej, wędkującej z kajaka. Po chwili jednak wszystko 
roz-
wiało się i tylko woda przybierała coraz bardziej ponurą, ołowianą barwę. 

VII 
PowaŜne ostrzeŜenie 
Następnego ranka mieszkańcy domu pod lasem obudzili się bardzo wcześnie. 
Przyczyną 
tego niecodziennego zjawiska był ogromny warkot, od którego cały budynek dudnił i 
wibro-
wał. Wibracja brała początek gdzieś z dołu, obejmowała wpół cały dom i – bezsilna 
wobec 
spokojnie chrapiącej na parterze babci Wegetariańskiej i nieczułej na hałasy Janki – 
wzbijała 
się pod pułap, ku pokoikom „na górce”. Tam, w męskim pandemonium, czyniła 
niepowetowane 
szkody, niszcząc sprawiedliwy sen mieszkańców tego regionu domu. Wkrótce teŜ na 
schodach pojawiły się zaspane postacie Waldemara i Sylwina. 
Pani Zofia, gdy nie folgowała ziemskim uciechom, wpadała w manię przeciwną i – 
pełna 
w tym momencie rygoryzmu wobec siebie i bliźnich – oddawała się z pasją dziełu 
czyszczenia 
ś

wiata. Opanowana obsesją higieny fizycznej i duchowej wygłaszała wtedy pochwały 

ładu, porządku i czystości. śe łatwiej jednak wyczyścić posadzkę niŜ dusze bliźnich, 
ta apoteoza 
boskiego ładu przejawiała się w konkretnych działaniach, które pani Zofia nazywała 
sprzątaniem, zaś Waldemar – religijnym kultem podłogi. 
W prywatnej kosmologii pani Zofii niepoślednie miejsce zajmował kurz. Ta 
tajemnicza 
substancja, licho wie skąd się biorąca, o której Picasso ponoć napisał naukową 
rozprawę po-
chwalną, spędzała jej sen z oczu. Kurz, nie sposób dłuŜej ukrywać, był w jej 
koncepcji świata 
grzechem pierworodnym. Co dzień rano podejmowała krucjatę przeciwko niemu, a i 
tak nazajutrz 
bezszmerowy najeźdźca zalegał wszystkie kąty. 
Waldemar zatrzymał się u dołu schodów i patrzył z niemym zdziwieniem na ów 
widok dobrze 
mu znany, a przecieŜ dotąd szczęśliwie nie występujący na wyspie. Na środku 
korytarza 
stał spory sprzęt w kształcie wysokiego taboreta, oparty na trzech kółkach 

background image

obracających się 
we wszystkie strony. Na plastykowej ścianie widniał napis wymalowany sporymi 
„bukwami”: 
Ural. Dalej biegła pokarbowana rura zakończona jakąś zmyślną szczotką, a u jej 
końca szalała 
pani Zofia, niby czarownica na miotle. Walcowaty kształt toczył się Ŝwawo za nią, 
ilekroć go 
pociągnęła. Warkot, jaki przy tym stale wydawał, moŜna – w braku bardziej 
stosownych ze-
stawień – porównać do odgłosów silnika traktora lub samolotu odrzutowego. 
– Walkiria cwałująca na Uralu – powiedział półgłosem, gdy Sylwin stanął obok niego, 
ale 
tamten nie usłyszał ani słowa, więc powtórzył to samo wrzeszcząc mu prosto w ucho. 
W tym 
jednak momencie odkurzacz umilkł i donośny okrzyk rozniósł się po całym domu. 
– Czemu tak krzyczysz? – odezwała się pani Zofia, dając do zrozumienia swą miną, 
Ŝ

e nie 

lubi hałasów. Zastanawiała się, czy wypowiedziane słowa syna niosą ze sobą obrazę, 
czy teŜ 
jest to komplement. 
– Skąd to wzięłaś? – zapytał zimno Waldemar. 
– Ładny, prawda? – oŜywiła się. – Kupiłam w Kościerzynie. Ach, Ŝebyś widział jak 
on 
wciąga… 
– Czy musisz t o uŜywać tutaj? – indagował dalej Waldemar. 
– AleŜ nie bądź śmieszny – powiedziała z urazą w głosie. – Nie widzisz, ile tu kurzu?
Po czym włączyła silnik na powrót i oddała się sprzątaniu.
Boruta wykonał kilka nieskoordynowanych gestów, wreszcie zawrócił w górę 
schodów.
– Na cholerę zakładałem ten prąd! – krzyknął w Sylwinowe ucho. 
– Nie rozumiem! 
– Po co było zakładać światło! – wrzasnął. 
– Co? 
– Gówno!
Sylwin pokiwał głową i zrobił myślącą minę. Nic nie wskazywało na to, Ŝe zrozumiał. 
Waldemar machnął ręką i przyspieszył kroku. Dotarłszy do swego pokoiku, otworzył 
okno i 
począł wołać Jankę. 
– Czy agregat gotowy do naprawy? – zapytał, gdy znalazła się w polu widzenia. 
– Do jakiej naprawy?! – zdziwiła się. 
– Jak to, to nie wiesz, Ŝe zaraz przyjdzie mechanik? Trzeba natychmiast wyłączyć 
prąd, 
Ŝ

eby… – nie mógł znaleźć słowa, a Janka czekała z politowaniem. – śeby wszystko 

otęchło – 
dokończył wreszcie i zatrzasnął okno. Janka zaś wzruszyła ramionami i poszła spełnić 
polecenie. 
Wkrótce męŜczyźni chrapali znowu w swoich pokojach. Nie na długo jednak, gdyŜ 
juŜ po 
godzinie pojawił się gość. Nie był to wcale mechanik. 
SierŜant Jedziniak został przyjęty na pięterku – na tak zwanym „balkonie”, który w 
istocie 

background image

był oszklonym pomieszczeniem u końca korytarza. Tam trzymano kwiaty i 
przyjmowano 
niektórych gości. Na „balkonie” panował zdrowy bałagan, jak i na całej „górce”, 
gdzie ingerencja 
kobieca nie sięgała. Przyjęło się, Ŝe nie tylko nocowanie, ale nawet przebywanie tam 
kobiet jest cokolwiek dwuznacznym wydarzeniem. Tam wisiały strzelby, tam głównie 
wałko-
niły się psy, o ile juŜ pozwolono im wejść do domu, tam w naturalnym nieładzie 
porozrzucane 
były nie tak znów liczne trofea myśliwskie. Przychodziło się tam nie tylko spać, ale i 
po-
gawędzić w miłym towarzystwie, wypić sznapsa, pognuśnieć trochę. MoŜna było 
mieć zabło-
cone buty na nogach, siano we włosach i przekleństwa na ustach, a mimo to uwalić 
się bez 
Ŝ

enady na kanapce, która zapobiegliwie stała tuŜ przy szafce z trunkami na oszklonym 

tarasiku. 
Prócz kanapy były tam jeszcze trzy wysłuŜone fotele i stolik drewniany nie nakryty 
niczym 
– nawet warstwą lakieru, dawno startego z powierzchni blatu. W środku 
pomieszczenia 
panował cień. Zielona tkanina roślin odgradzała od promieni słonecznych i czyniła 
powietrze 
wilgotniejszym. 
SierŜant Jedziniak przysiadł na skraju fotela. Od chwili zdjęcia słuŜbowej czapki nie 
mógł 
się zdecydować, jaki sposób zachowania ma przyjąć: prywatny czy słuŜbowy. Znali 
się prze-
cieŜ z Waldemarem nie od dziś, z drugiej jednak strony kierowała nim obecnie 
wyraźna misja. 
Gospodarz ze swej strony takŜe czuł się nieswojo, głównie dlatego, Ŝe sierŜant 
Jedziniak 
odmówił wypicia „kieliszka” – co w Ŝadnym razie nie leŜało w jego zwyczajach. 
– Najpierw słuŜba – westchnął melancholijnie, czyniąc tym samym nadzieję na 
przyszłość. 
RozłoŜył przy tym podręczną torbę i wydobył z niej bardzo powaŜnie wyglądający 
notatnik. 
– Nazwisko? – zapytał. 
– Panie Jerzy – Ŝachnął się Waldemar – teraz Ŝeś pan przesadził. 
– No dobra – machnął ręką Jedziniak i począł wypełniać formularz korzystając z 
własnej 
pamięci. – Co ja mam za zawód panu wpisać? – przerwał nagle. – Rolnik? – pokręcił 
głową i 
dodał: – Pan jakiś nietypowy we wszystkim. Do formularza nawet nie pasuje, cóŜ 
dopiero do 
Ŝ

ycia… No dobra. Niech juŜ będzie – zadecydował desperacko uderzając się w kolano 

otwartą dłonią. 
Waldemar patrzył nie rozumiejąc. 
– Co ma być? 
– No ten tego – powiedział Jedziniak pociągając nosem. 
– Wódeczka? – zgadł gospodarz. 

background image

– O właśnie – odetchnął sierŜant. Nie musiał juŜ wypowiadać tego niestosownego 
słowa. – 
Wypił wprawnie, odchuchnął i odstawił kieliszek. – Ja się panu dziwię – podjął – Ŝe 
pan, magister 
inŜynier, chce się w tych naszych tutejszych piaskach grzebać. Studia pan skończył i 
nijakiego z tego poŜytku. Czas zmarnowany i pieniądze. Tutaj majątki całe by ludzie 
oddali, 
Ŝ

eby do duŜego miasta trafić, a za magistra to by chyba i duszę… no, tego – chciałem 

powie-
dzieć, ciało by własne zapisali. A pan chyba na złość tym ludziskom, na pośmiewisko: 
wszystko na odwyrtkę, Ŝeby tylko zadziwić. 
– Tu cię mamy – powiedział Boruta. – Co tam nowego, nakaz eksmisji?
Jedziniak zamachał szybko rękami.
– Nic z tych rzeczy! Ja w zupełnie innej sprawie, a to tak tylko… Zresztą, to nie te 
czasy, 
Ŝ

eby zaraz eksmisja! 

Nachylił się bliŜej i ciągnął poufnym tonem: 
– Ale tak między nami, po co to panu? Jak zaprojektowali skansen czy tam jaki 
ośrodek, to 
i tak go postawią i nic nie pomoŜe. A jak po dobremu nie wykupi się, to przecieŜ 
zawsze się 
jakiś sposób znajdzie. Niech pan się nie ogląda, tylko sprzedaje i bierze tę posadę 
dyrektor-
ską. Będziesz pan siedział dalej jak i teraz na tej swojej wyspie, tyle Ŝe kłopoty 
wszystkie 
spadną z głowy, ktoś inny za pana będzie się o nie martwił. 
– Kto? – zapytał Waldemar. 
– Tak w ogóle – powiedział zaskoczony sierŜant i umilkł wytrącony z rytmu. – No 
dobra – 
rzekł po chwili z namysłem. – Przystąpimy do rzeczy. – westchnął tęsknie, co zostało 
przez 
Waldemara zrozumiane prawidłowo. Odstawiwszy opróŜniony kieliszek, sierŜant 
Jedziniak 
rzekł: – Wpłynęła skarga. 
Waldemar nie wydawał się być specjalnie zdziwiony. Patrzył na Jedziniaka z 
uprzejmym 
zainteresowaniem. 
– Młody człowiek – ciągnął sierŜant nie doczekawszy się pytań ułatwiających – 
przyjechał 
na grzyby. Ktoś go pobił i związał. 
– Wiem – powiedział Waldemar. – Ja i moi przyjaciele uwolniliśmy go z więzów. 
– No dobra – waŜył słowa Jedziniak – ale on mówi, Ŝe… ten tego, Ŝe to ktoś od pana 
tak 
go urządził… 
– Dobre sobie – roześmiał się Boruta. – A kto na przykład? 
Dowódca posterunku milicji we Wdzydzach rozłoŜył ręce tak bezradnie, Ŝe Waldemar 
się-
gnął po flaszkę i napełnił kieliszki. 
– On sobie spacerował po lesie – ciągnął gość – gdy nagle jakiś niedźwiedź… 
– Panie sierŜancie – zapewnił nad wyraz powaŜnie Boruta – u mnie na wyspie nie ma 
niedźwiedzi. 

background image

Przez uchylone drzwi widać było pokaźną i zarośniętą sylwetkę pasterza Maksyma. 
Ze 
spokojem wlókł on przez korytarz jakieś wielkie pudło. 
– Maksym! – zawołał Waldemar. – Są u nas niedźwiedzie?
Pasterz zbliŜył się do nich z godnością i powiedział waŜąc kaŜde słowo:
– Sarny są. No niedźwiedzia – nie uświadczysz. 
SierŜant Jedziniak od pewnego czasu machał rękami, jak gdyby wyganiał z pokoju 
wypowiedziane 
słowa. 
– To taka, no, przerzutka – wyjaśnił spiesznie – to był jakiś olbrzym, zarośnięty jak… 
Urwał, a jego wzrok podąŜył za znikającą w głębi korytarza sylwetką Maksyma. 
– Jak? – ciekawił się Waldemar. 
– Nie przymierzając, jak ten tam – powiedział Jedziniak. 
– Maksym muchy nie skrzywdzi, to mistyk. 
– Kto? 
– Mistyk. Oddaje się medytacji religijnej, aby jego „ja” roztopiło się w duszy wszech-
ś

wiata, w Bogu. 

Jedziniak sięgnął pospiesznie po kieliszek i wychylił go tak, jakby połykał lekarstwo. 
– Panie Boruta – powiedział konfidencjonalnie – wszystkie pana kłopoty biorą się 
stąd, Ŝe 
jest pan dziwakiem i otacza się dziwakami. Pan Ŝyje… 
– Nienormalnie? 
– Tak. Wie pan, w wiosce mówią, Ŝe tu po wyspie biega wariat, a niektóre elementy, 
ten 
tego, zacofane, mówią nawet, Ŝe tu diabeł biega. 
– MoŜe i biega – powiedział Boruta w zamyśleniu. Rozmaite obrazy z niedalekiej 
prze-
szłości odwróciły na chwilę jego uwagę. Sprawiał wraŜenie nieobecnego. 
– Co proszę? 
– Nie, nic – roześmiał się. – PrzecieŜ pan, sierŜancie, nie wierzy w diabła? 
– No, ma się rozumieć, diabła wymyślili ludzie. 
– A wariata?
Jedziniak patrzył nie rozumiejąc.
– Wariat jest wariat – powiedział wzruszając ramionami. 
– Panie sierŜancie – uśmiechnął się Waldemar – czy ja na przykład wyglądam na 
wariata? 
– No nie – powiedział bez przekonania tamten. 
– Ale są tacy, którzy mówią, Ŝe jestem wariatem, czy tak? 
– A owszem, sameś pan temu winien… 
– A teraz pytam się pana, panie Jedziniak, kto ma wyrokować, czy jest się wariatem, 
czy 
nie? 
– Lekarz, rzecz jasna! 
– Zapytam więc Czarlińskiego – powiedział Waldemar z uśmiechem. Pragnął jak 
najszybciej 
zmienić temat. – A co to był za chłopak? – zapytał. 
– Przyjezdny – powiedział Jedziniak niechętnie. – Swój człowiek – dodał, jak gdyby 
chcąc 
zamknąć ten temat. Ale Waldemar nie ustępował. Wlepił w rozmówcę pytające 
spojrzenie i 
nie odzywał się. 

background image

– No dobrze – zasapał gość. – Przyjechała cała grupa, młode chłopaki jak się patrzy. 
Rozpiera 
ich ta młodość, to i rozrabiają trochę. 
– Legitymował ich pan?
Jedziniak zrobił obraŜoną minę i rzekł nad wyraz oficjalnie:
– PrzecieŜ mówię, Ŝe swoi. Skumali się z miejscowymi chłopakami – ciągnął 
łagodniej – i 
razem na wypady chodzą. Jak to młodzi. 
– W Płęsach, na prywatkach, teŜ bywają – bardziej stwierdził niŜ zapytał Boruta. 
Błysk 
zrozumienia prześwietlał jego twarz. 
– Ano właśnie – oŜywił się Jedziniak. – Byłbym zapomniał. Pan niepotrzebnie kręci 
się 
koło hangaru, wie pan, przy spalonym domu. 
– Wiem – potwierdził Waldemar. – Jeśli juŜ o tym mówimy, zostałem tam wraz z 
moim 
przyjacielem napadnięty przez jakiegoś osobnika. 
– Napadnięty, napadnięty – sierŜant machnął ręką, aby przepędzić ten wyraz. – Walek 

Płęs pilnuje hangaru, bo go właściciel prosił. A Ŝe trochę gorliwie… 
– On miał broń – powiedział Boruta. 
– Pewnie wracał z polowania – zbagatelizował sierŜant. – Trzeba było się nie kręcić. 
Pan 
nie lubi, inni teŜ. 
– W porządku – powiedział Waldemar. – Ale długo będzie musiał pan Walek 
warować 
przy hangarze, skoro właścicieli zasądzili… 
– Właścicieli? 
– No tych dwóch… 
– Panie Boruta – powiedział chłodno Jedziniak z miną, jaką musiał niewątpliwie 
przybrać 
Sfinks zadając Edypowi swe słynne zagadki. – Ja nie dostałem Ŝadnego rozkazu, Ŝeby 
się tą 
sprawą zajmować, a i panu osobiście odradzam. Ani to na moją głowę, ani na pańską, 
choć 
pan taki wykształcony – ale tym bardziej nie na pańską. 
Waldemar słuchał od niechcenia. Rozlał do kieliszków resztę wódki, a pustą flaszkę 
po-
stawił pod stół, aby nie denerwowała gościa. 
Jedziniak zdziwiony brakiem zainteresowania rzekł: 
– Jeden juŜ siedzi. 
ZłoŜywszy to intymne wyznanie czekał na jakąś reakcję, ale ku jego rozczarowaniu 
Waldemar 
powiedział tylko: 
– A drugi? 
– Jeden juŜ siedzi – powtórzył sierŜant Jedziniak w zadumie. – No dobra – ocknął się 
nagle 
i wstał. – Pora juŜ na mnie. 
Waldemar odprowadzał gościa aŜ do bramy: po części przez uprzejmość, ale teŜ 
dlatego, 
Ŝ

e pieski, jeŜąc sierść, krąŜyły wokół mrucząc nieprzyjemnie. 

background image

– No dobra – powiedział jeszcze raz Jedziniak, juŜ za bramą. – Wszystko będzie 
dobrze – 
dodał bez przekonania i westchnął. – Oj, niech no tylko zwierzchność sobie 
wyjedzie… Panie 
Waldemarze, nade wszystko spokój. Niech pan nie wywołuje zadraŜnień. PrzecieŜ 
jeszcze nic 
nie wiadomo… 
– Co nie wiadomo? 
– Tak w ogóle. A po wyspie mogą chodzić wszyscy, bo las to dobro, ten tego, 
publiczne. 
Po czym ruszył ścieŜką prowadzącą nad jezioro. Waldemar patrzył za nim dopóty, 
dopóki 
nie zniknął w owym „dobru publicznym”. Wtedy zamknął bramę i wrócił na górę. 
Tymczasem Sylwin, który znajdował się juŜ w jak najlepszej komitywie z panną 
Jolantą, 
zmierzał w kierunku Bukowej Góry, gdzie miał się właśnie z nią spotkać. Wybór tego 
miejsca 
był jej dziełem, a podyktowany został faktem, Ŝe na południowo-zachodnim stoku 
góry, aczkolwiek 
nie był on zalesiony, rosły w duŜych ilościach czerwone kozaki. Sylwin był nieco 
zazdrosny o te wspaniałe grzyby. To, Ŝe dziewczyna chciała upiec dwie pieczenie na 
jednym 
ogniu, świadczyło jego zdaniem o umiarkowanym zainteresowaniu nim samym. 
Zobaczył ją, gdy pochylona nisko wyrwała z ziemi duŜego mięsistego 
czerwonogłowca, a 
potem obejmując wzrokiem jego dumnie wyprostowany kształt, wydęła w pełnym 
uśmiechu 
olbrzymie od upału wargi. Usłyszawszy Sylwina odwróciła głowę i patrzyła na niego 
tym 
samym co przed chwilą spojrzeniem, a on podszedł uśmiechając się i po raz pierwszy 
poca-
łował ją w rozchylone, czerwone jak kapelusz grzyba usta. Przez chwilę oddawała 
pocałunek, 
potem wyśliznęła się lekko z jego ramion i pobiegła w dół. Za niewielką łączką, 
porośniętą 
pastewnymi smakołykami dla Ginterowych zwierząt, wysterczał na zachód 
piaszczysty cypel, 
odgrodzony od reszty wyspy gęstą zaporą łozin. PołoŜyli się na gorącym piasku nic do 
siebie 
nie mówiąc. Słońce zniŜyło się juŜ nieco. Koniec cypla zdawał się wskazywać 
miejsce, w 
którym za niedługo winno zapaść za las po przeciwległej stronie. Było parno, światło 
sło-
neczne nabierało chorobliwej, czerwonej poświaty. Jak od wielu dni, tak i teraz 
zapowiadało 
nadejście jakiejś meteorologicznej katastrofy. Rozleniwiona przyroda, tętniąca wkoło 
tajemnymi 
rytmami, groziła nie mogąc rozładować się w ostatecznym paroksyzmie. Sylwin poca-
łował lekko szyję dziewczyny. Potem całował inne obszary jej ciała. Jak wszystko 
wokół, 
wpadali w bolesne i radosne zatracenie, które domagało się spełnienia, ale zarazem 

background image

było zainteresowane 
w przedłuŜaniu własnego trwania. Wszedłszy raz w zdyszany rytm przyrody, 
trwali tak, dopóki słońce nie zapadło czerwono za zatoką Płęską. Wtedy ocknęli się i 
patrzyli 
na siebie nieśmiało jak przedtem, ale z nowym odcieniem: wspólnego 
wtajemniczenia, wzajemnego 
poznania. 
– Wysechł – powiedziała nagle Jolanta wskazując na grzyb porzucony na piasku. 
Roze-
ś

mieli się jednocześnie. 

– Znów zmarnowałaś owoc, Ewo – powiedział Sylwin. 
– To nie owoc, tylko grzyb – powiedziała Jolanta. – Zresztą my nie marnujemy 
owoców. 
Przetwarzamy je zgodnie z własnymi potrzebami. 
– W kaŜdym razie chodźmy, zanim pojawi się archanioł. 
Istotnie, horyzont przybrał amarantową barwę. Ciemna chmura o jaskrawo 
podświetlonych 
brzegach rzucała na wyspę złowrogi cień. Chwilami po powierzchni wody przebiegała 
ulotna 
bryza. Pochłodniało. 
Szli objęci wąską ścieŜynką u stóp Bukowej Góry, po jej północnej stronie. Urwiste 
zbocze 
porastały potęŜne drzewa. Było tu prawie ciemno, jako Ŝe i u góry, tam gdzie kawałki 
nieba prześwitywały pomiędzy gałęziami, zmierzchało się juŜ. Nagle wśród szumu 
drzew 
spadły na nich jakieś głosy. Wiele głosów. Wiele dziwnych głosów. 
Sylwin zatrzymał się. Dopiero teraz usłyszała głosy Jolanta. Stali w milczeniu. 
Odczuli 
nagle nieprzyjemny mokry chłód tego miejsca. Stali jeszcze przez chwilę, ale nie 
udało im się 
zrozumieć, o czym mówiono na górze. 
– Pewnie jakiś spływ – powiedział Sylwin. – Będą się rozbijać na noc. 
– PrzecieŜ tam jest szkółka. Waldek znów się wścieknie. 
– To górka Gintera. Nie naszego Franciszka, jego brata. Nie przepadają za sobą. 
– Mimo to się wścieknie – upierała się Jolanta. – Jemu chodzi o… 
Urwała szukając odpowiedniego słowa. Sylwin cmoknął ironicznie i wpatrzył się w 
jej 
oczy – po trosze z kpiną, po trosze z miłością. 
– O to, Ŝeby było gdzie mieszkać – powiedziała wreszcie, a Sylwin spowaŜniał, bo to 
była 
prawda. 
– Im teŜ o to chodzi – mruknął i ruszył w dalszą drogę, pociągając dziewczynę za 
sobą. 
– Im chodzi o mieszkanie na dzisiaj, Waldek martwi się o mieszkanie na jutro. 
Martwi się, 
Ŝ

e pewnego dnia wszyscy nie będziemy mieli gdzie mieszkać. 

– Naprzód, pani mądralińska – zakomenderował Sylwin, bo właśnie wyszli na łąkę, za 
któ-
rą widniał dom Ginterów. Pobiegli trzymając się za ręce. Zbite w gromadkę gęsi 
komento-
wały ten fakt wyciągając za nimi syczące szyje, niczym wielogłowy smok. 

background image

Zanim wrócili do domu pod lasem, pili jeszcze świeŜo wydojone mleko i rozmawiali 
chwilę z gospodarzem, którego mowy Jolanta nie rozumiała. Po drodze minęli 
Karusię. Stała 
za starą stodołą i wpatrywała się w nadchodzącą noc. Z rozwartymi rękami kołysała 
się miarowo, 
a podmuchy wiatru szarpały jej podarte odzienie. Na wzniesionej do góry twarzy 
błysz-
czały w świetle księŜyca dwa kły. Nie dostrzegła ich. Niewidzącymi oczami, których 
ź

renice 

uciekły ku górze pozostawiając same białka, wpatrywała się w księŜyc szepcząc przy 
tym coś 
w sobie tylko zrozumiałym języku. 
Po kolacji, która toczyła się w niezbyt oŜywionej atmosferze, wszyscy rozeszli się do 
swoich pokoi, jako Ŝe większość domowników samopoczucie miała kiepskie. Sylwin 
pokręcił 
się chwilę po pustym obejściu i poklepawszy Grubego i Heroda po rozradowanych 
mordach 
wyszedł na drogę. Godzina była niezbyt późna. W odległych wioskach na lądzie 
pulsowało 
jeszcze Ŝycie. KsięŜyc skrył się za gęstwą chmur tak, Ŝe wyspa pogrąŜona była w 
ciemności. 
Idąc płaskowyŜem w kierunku zabudowań Ginterów, Sylwin doszedł do takiego 
miejsca, z 
którego widać było Bukową Górę. Na górze płonęło wielkie ognisko. 
Po kwadransie marszu znalazł się na ścieŜce, gdzie po raz pierwszy usłyszeli z Jolantą 
owe 
głosy. Było je słychać i teraz. Wydawały się jeszcze bardziej nienaturalne. MoŜna 
było wy-
raźnie usłyszeć poszczególne głoski, a mimo to uchwycenie sensu słów, zdań, 
sprawiało Sylwinowi 
trudność. Był to jak gdyby chór odtwarzany na gramofonie, który co chwila zmienia 
szybkość obrotów. Falująca kakofonia spływała wśród drzew po urwistym zboczu i 
ś

cieliła 

się wokół, w niskich zaroślach, tworząc wraŜenie jak gdyby świat doznał obłędu. 
Sylwin słuchał przez chwilę, po czym ruszył pod górę niewielką rozpadliną wyrytą w 
zboczu 
przez spływające wody. Dno rozpadliny nie było zarośnięte, za to krzewy wyrastające 
na 
jej poboczach tworzyły rodzaj kopuły, tak Ŝe całość sprawiała wraŜenie tunelu. MoŜna 
się 
było w nim poruszać cicho i niespostrzeŜenie, choć z mozołem, zwaŜywszy ostre 
nachylenie 
zbocza. Dopiero u samego szczytu zarośla rzedniały i trzeba było zachować większą 
ostroŜ-
ność. Sylwin przypadł do ziemi i począł się czołgać. Wkrótce dotarł do niewielkiego 
zagłę-
bienia wieńczącego tunel. Przycupnął w nim i czekał, aŜ uspokoi mu się oddech. 
Potem wy-
chylił ostroŜnie głowę ze swojego schronienia. 
Nie opodal, w pobliŜu rosłego jałowca płonęło ognisko. W kręgu światła siedziało 
kilkana-

background image

ś

cie osób. Byli to młodzi męŜczyźni, prawie chłopcy, jeśli nie liczyć człowieka 

siedzącego 
najbliŜej ognia, którego głos dominował nad głosami reszty. Oparty o grubą Ŝerdź 
wbitą w 
ziemię, na której zawieszony był jakiś ciemny przedmiot, rzucał wkoło pytania 
dźwięczące 
jakimś groźnym zaśpiewem. Odpowiadał mu głuchy i niejednocześnie wydany przez 
młode 
gardła pomruk. Sylwin wsłuchiwał się w ten dialog, a im dłuŜej się wsłuchiwał, tym 
bliŜszy 
był myśli, Ŝe zwariował. Jeśli to był spływ, to z pewnością naleŜał do 
najdziwniejszych, jakie 
spłynęły przez ostatni wiek po wodach Europy Wschodniej. A jeśli… 
MęŜczyzna siedzący pod Ŝerdzią wypowiedział formułę, której intonacja jak gdyby 
koń-
czyła jakiś wątek. Istotnie wszyscy poczęli wstawać – nieporadnie, w transie. Teraz 
tworzyli 
rozchwiane koło otaczające ogień, Ŝerdź i starszego męŜczyznę. I coś jeszcze. Kogoś! 
Teraz dopiero, gdy zwarty krąg siedzących ciał przestał zasłaniać przestrzeń wokół 
ogniska, 
Sylwin zobaczył dziewczynę. Była naga. LeŜała na ziemi. Jedna z jej rozrzuconych 
nóg 
dotykała czubka buta męŜczyzny. Była chyba nieprzytomna, ale od czasu do czasu 
poruszała 
głową. 
Znowu rozległy się słowa, ale teraz, gdy mówili stojąc, nie płuŜyły się juŜ 
niezrozumiale 
po ziemi, lecz dotarły do uszu Sylwina ze względną wyrazistością. 
– Czego Ŝąda czerwona piwonia? 
– Pić, pić, pić – rozległo się w kole. 
– PrzecieŜ juŜ dostała to, co dostać miała. 
– Nie!
– CzyŜ nie piła, gdy „pić, pić” wołała? 
– Jedna z nich piła, druga nie zaznała! 
– Druga? 
– Czerwona na równi, piwonia ukryta! 
– A więc dajcie jej pić! 
– Damy ci pić! 
Psim gnatem, kobylim donatem! 
Tego się wszyscy źli ludzie spodziewajcie!
– Stój! Kani nie ruszajcie, zanim przewiny winny spłaci… 
– Tak, tak!
Sylwinowi od pewnego czasu wydawało się, Ŝe śni.
Młodzieńcy, niczym diabły, schwycili swą ofiarę za ręce i nogi i pobiegli w dół 
zbocza.
Pozostali rozbiegli się takŜe wyjąc dziko. Wkrótce wszyscy zniknęli w ciemności. 
Ognisko 
dopalało się powoli. Głosy ludzkie rozsypywały się po wyspie coraz dalszym 
wachlarzem. 
Sylwin wstał ostroŜnie i z wolna podszedł do ognia. Potknął się o drewniany podest 
sklecony 

background image

z kilku desek. To na nim, a nie, jak przypuszczał, na ziemi leŜała dziewczyna. 
Nasłuchując 
czujnie odpiął rozporek i zgasił resztki płomienia starym traperskim sposobem. Teraz, 
nie 
będąc juŜ w kręgu światła, poczuł się bezpieczniej. Wpatrzony w ciemność słyszał, Ŝe 
obława 
(tak to w myślach nazwał) przemieszcza się gdzieś w okolice Waldemarowego lasu, 
podczas 
gdy gospodarstwo Ginterów, na lewo, za łąką, tonęło w spokoju. Po prawej stronie 
połyski-
wała równie spokojna tafla jeziora i gdy tak stał z twarzą zwróconą na wschód, słyszał 
tylko 
wieczny poszum lasu za sobą – lasu, który przed chwilą dał mu schronienie – i 
oddalające się 
w głąb wyspy krzyki tych niewiarygodnych ludzi, będących tu przed chwilą. 
Sylwin podszedł do Ŝerdzi wbitej w ziemię i ujął w rękę to, co na niej wisiało. Było to 
ś

cierwo jakiegoś ptaka. Oderwał sznurek i wziął je ze sobą. 

Schodząc skrajem zalesionego urwiska zobaczył łunę. Rozświetlała wschodnią połać 
wyspy 
tak, Ŝe gdyby nie zbyt wczesna pora, moŜna by sądzić, Ŝe zbliŜa się wschód słońca. 
Syl-
win odrzucił ptasie truchło w pobliski gąszcz i ruszył do przodu. W tym momencie 
łuna 
przemieniła się w tęczę i zgasła raptownie. W ciemności migotały tylko jakieś 
oślepiające 
ś

wiatełka. Wszechwładny ból opanował wszystko. Potem nie było juŜ nic. 

Po chwili otworzył oczy. Słońce stało wysoko. Boleśnie skrzywiona twarz Karusi 
nachylona 
nad nim kazała mu na powrót zamknąć oczy. 
– O BoŜe! – usłyszał nad sobą. 
Nie śnił. Otworzył ponownie oczy. Karusia pokazała w uśmiechu dwa kły. Sięgnął 
pamię-
cią do minionych wydarzeń i pomyślał, Ŝe jeśli piekło jest nicością, to nie jest wcale 
takie 
straszne, gdyŜ nawet wieczna nicość trwa jedną chwilę. 
– Co się stało? – zapytał. 
Karusia wytrzeszczała się do granic moŜliwości i przewracała białkami. Była straszna 

ujmująca. Trzymała go wpół i niosła przed sobą wydając z siebie głuche 
postękiwania. 
– Do diabła, moja zalotna dzieweczko, dość czułości, bo pogruchoczesz mi wszystkie 
ko-
ś

ci – wykrzyknął Sylwin usiłując bezskutecznie uwolnić się z uścisku. Ponad 

stukilogramowa 
dziewoja nie dawała się tak łatwo zbić z tropu. 
– No, moja piękna, pójdziemy tańcować – zaryzykował wreszcie. 
– Tańcować! – wykrzyknęła Karusia i pozwoliła mu stanąć na ziemi. Zaraz jednak 
chwy-
ciła go z nieprawdopodobną siłą za przeguby i pytała podejrzliwie: 
– A dokąd to pany idą, co? 
– No przecieŜ tańcować trzeba w izbie, nie na polu. 

background image

– Tam nie chodzić, tutaj, tutaj, tam nie chodzić – krzyknęła ze strachem i pociągnęła 
go z 
nadludzką siłą. Z trudem oswobodził rękę i pobiegł przed siebie. Znajdował się gdzieś 
na 
wschodnim brzegu, w pobliŜu Cyronka. Teraz dopiero poczuł w głowie bolesne 
pulsowanie. 
Pomacał się po obolałej czaszce. Na ręku zostało trochę krwi. 
W kuchni Ginterów Ŝycie toczyło się codziennym torem. Pani Weronika przyjrzała 
mu się 
krytycznie i błysnąwszy oczkiem powiedziała: 
– Pan Sylwin chyba cięŜką noc miał, bo źle wygląda. 
– Co tu się w ogóle dzieje? – spytał niecierpliwie.
Patrzyła na niego powaŜnie i powiedziała:
– Ja juŜ nie wiem, gdzie pan po nocy buszuje, ale coś mi się widzi, Ŝe pan nawet nie 
wie. 
– O czym? 
– No wej, doprawdy? śe pan Waldemar się palił? 
– Jak to się palił? Wódka się w nim zapaliła? 
– No jawcale nie Ŝartuję. Zagroda mu się paliła. 
– Jak to! 
RozłoŜyła ręce i patrzyła na Sylwina, jakby oczekiwała, Ŝe zrozumie. Wreszcie 
powie-
działa: 
– My teŜ się kiedyś palili. Od burzy. A teraz czasy takie, Ŝe grom z jasnego nieba 
moŜe 
uderzyć. 
– PrzecieŜ nie było Ŝadnego gromu. Stałem wtedy na górce… 
– Całą noc pan stał?
– Do północy moŜe stałem, a potem leŜałem. Dostałem od kogoś w łeb. 
– Od kogo? 
– Diabli wiedzą! 
– Jo, oni to wiedzą. No i sam pan widzi, Ŝe z jasnego nieba moŜe strzelić. No to niech 
pan 
przejdzie się tam do pana Waldka, bo juŜ u niego i milicja, i rychtyk – urwanie głowy. 
Jeszcze 
jakichś turystów pobili, wie pan, tych co się rozbili na tym cuplu, pod Cyronkiem. 
– Nawet wiem, kto to mógł zrobić. 
– Jo – powiedziała z powątpiewaniem – pan wie tyla, Ŝe w głowa dostał i więcej panu 
nie 
potrzeba wiedzieć. 
– Trzeba pomóc władzom w wyświetleniu tej sprawy… 
– Oni juŜ sobie radę dadzą i bez pana. Zresztą jak pan chce. – Podeszła do rozpalonej 
kuchni, na której stał olbrzymi sagan buchający parą. Zamieszała w nim i rzekła: 
– A ja tu jak w piekle, sam pan widzi: wszystko czarne od sadzy, wiecznie gorąco… 
Ja juŜ 
mówia… 
Była to rozmowa z gatunku rytualnych, którą raczyła wszystkich odwiedzających 
dopuszczonych 
do Ŝycia kuchennego. 
– A ta moja, to ani pomoŜe, wiecznie się gdzieś włóczy, juŜ nawet z krowami nie 
pójdzie. 

background image

Nie widział jej pan gdzie? 
– I owszem – powiedział zdawkowo. – Mieliśmy tańcować.
Popatrzyła na niego mrugając jednym okiem i wzruszyła ramionami.
– No teŜ coś! 
Nie zwlekając dłuŜej Sylwin opuścił dom Ginterów i udał się w kierunku zabudowań 
Waldemara. 
Z trudem szedł pod górę. Głowę miał cięŜką i obolałą. W powietrzu moŜna było za-
wiesić siekierkę. Tak jak od wielu dni, zapowiadało się na burzę, która nie chciała 
nastąpić. 
– No dobra – powiedział sierŜant Jedziniak bez przekonania. – Przyzna pan jednak, Ŝe 
opowiada nam pan tutaj bardzo dziwne rzeczy. 
Spojrzał na kapitana siedzącego obok, szukając potwierdzenia. Tamten skinął 
patriarchalnym 
gestem i nic nie powiedział. To co tu ostatnio usłyszał i zobaczył, przekraczało jego 
wy-
obraŜenia o pracy dochodzeniowej na prowincji i wolał zachowywać powściągliwe 
milczenie. 
W pokoiku na górce, oprócz dwóch przedstawicieli milicji, siedzieli teraz Waldemar, 
doktor Czarliński i Sylwin. W ciągu ostatniej godziny przez pokój przewinęli się 
wszyscy 
mieszkańcy zagrody, a takŜe poszkodowani na ciele i dobytku młodzi mieszkańcy 
namiotów 
na pobliskim cyplu. Teraz cała uwaga zebranych skupiła się na Sylwinie. 
– AleŜ, panowie – perswadował – nie rozumiem, czemu moja opowieść was nie 
zadowala. 
PrzecieŜ ja widziałem napastników! 
– Hm, tak – powiedział oficer i spojrzał na Jedziniaka znacząco. – Więc najpierw, 
mówi 
pan, gadali w niezrozumiałym języku… 
– Panna Jolanta moŜe to potwierdzić, gdyŜ wcześniej słyszeliśmy ich razem. 
– Panna Jolanta ma głowę zawróconą czym innym – wtrącił z przekąsem Czarliński. 
– Co pan chce przez to powiedzieć? – uniósł się Sylwin. Tamten zrobił nieokreślony, 
ale 
bardzo elegancki gest i umilkł. 
Zapadła denerwująca cisza. Waldemar odchrząknął dwa razy i rzekł tonem 
konwersacyjnym, 
jaki gospodarz stosuje zwykle dla podtrzymania rozmowy: 
– Podobno diabły posługują się zwykle niezrozumiałym dla nikogo językiem zwanym 
beł-
kotem – wymyślanym zresztą na poczekaniu, natomiast w chwilach złego humoru 
uŜywają 
francuskiego z wyraźnym kaszubskim akcentem. Á propos, czy znasz, Sylwinie, 
francuski? 
– Dość tego – wybuchnął nagle oficer. – To są powaŜne sprawy. Pan opowiada bajki. 
Owszem, widział pan coś, co stało się podstawą dla pańskich fantastycznych rojeń. 
SierŜan-
cie, proszę jeszcze raz sprowadzić jednego z poszkodowanych. 
– Którego? 
– No, sam pan będzie wiedział najlepiej. 
Jedziniak wyszedł i po chwili wrócił prowadząc ze sobą młodego męŜczyznę. W 
pierwszej 

background image

chwili Sylwinowi wydało się, Ŝe jest to ten sam człowiek, którego niedawno znaleźli 
na uroczysku 
i uwolnili z więzów. Jednak był to ktoś inny. Inny, lecz jednocześnie taki sam, 
ulepiony 
z tej samej gliny, przedstawiciel tego samego gatunku. 
– Musi nam pan jeszcze raz opowiedzieć, co robiliście wczoraj wieczorem – 
powiedział 
kapitan. 
Młodzieniec wydął wargi w grymasie znudzenia. Poza tym jednak jego ładna twarz 
pozo-
stała nieruchoma. Popatrzył na kapitana i oszczędnym gestem wskazał pobliskie 
krzesło, co 
mogło znaczyć zarówno „czy mogę usiąść”, jak i „to ja sobie usiądę”. JakoŜ i usiadł, 
zwinnym 
kocim ruchem, a Jedziniak ratując sytuację powiedział: 
– No, siadajcie sobie, ma się rozumieć. 
Młody człowiek uśmiechnął się Ŝyczliwie i kiwnął obandaŜowaną głową. Chyba 
nawet coś 
powiedział, a moŜe był to tylko odgłos przesuwania gumy do Ŝucia z jednego kącika 
ust w 
drugi. 
– A więc gdzie panowie spędzili wczorajszy wieczór? 
– Na tamtej górze – powiedział, robiąc nieokreślony gest.
Sylwin siłą zapanował na sobą.
– Zaraz, chwileczkę. Na Ifranku?
Tamten wzruszył ramionami.
– A ja tam wiem? Jak się płynie z motelu, to potem nie na lewo, jak jesteśmy rozbici, 
tylko 
na prawo, tam jest taka łysa góra. 
Nie było wątpliwości, Ŝe mówi o Bukowej Górze. 
– Co Ŝeście tam robili? – zapytał znów kapitan. Było widoczne, Ŝe obaj odtwarzają 
przebieg 
rozmowy sprzed powrotu Sylwina. 
– Normalnie. Piekliśmy kiełbaski, wiara kupiła w wiosce parę win, trochę słuchaliśmy 
radia. 
– Czego dokładnie? 
– Radio Luksemburg. „Zis is e radio laksemberg, tu ou eit, tu-ru-tu-tu-tu” – 
sparodiował 
nieudolnie markując kilka tanecznych ruchów. 
SierŜant Jedziniak popatrzył wymownie na Sylwina i powiedział: 
– No to i ma pan ten swój język. 
– Czy były z wami jakieś dziewczyny? – kontynuował kapitan. 
– Nie – powiedział z Ŝalem. – Posucha. 
– Do której godziny siedzieliście przy ognisku? 
– MoŜe do północy. Potem nie było co wypić, zrobiło się drętwo, no i wróciliśmy do 
obozu. 
– I wtedy was napadnięto? 
– Tak.
W tym momencie na korytarzu rozległy się kroki i ktoś zapukał do drzwi. Do pokoiku 
wsunęła się głowa Antoniego Celiniaka. 
– Widzę, Ŝe przyszedłem w mało odpowiednim momencie – powiedział cicho i chciał 

background image

się 
wycofać, ale Waldemar stanowczą namową skłonił go do wejścia. 
– To jest nasz miejscowy sprzedawca warzyw – objaśnił sierŜant, na co kapitan 
uśmiechnął 
się ze zrozumieniem. 
– Badylarstwo, co? – zapytał mrugając wyrozumiale.
Pan Antoni zamachał szybko ręką, jak gdyby odpędzając dym snujący się po pokoju.
– GdzieŜ ja badylarstwo. Kiosk prowadzę w wiosce. Ale nie przeszkadzajcie sobie, 
panowie. 
Ja z interesikiem do pana Waldka, moŜe jednak poczekam na dole. 
– AleŜ nie przeszkadza nam pan, proszę usiąść – kapitan był bardzo wylewny. – Tylko
niewiele będzie pan wiedział, bo pewnie nie słyszał pan, co się wydarzyło. 
– A jakŜe, a jakŜe – zachichotał Celiniak. – JuŜ mi panna Janka wszystko 
powiedziała. śe 
się paliło i Ŝe ktoś panów turystów powiązał w pęczki. 
Oficer podniósł pytająco brwi, na co Jedziniak natychmiast objaśnił: 
– Słu… znaczy, tego – pomoc domowa. 
MęŜczyźni pokiwali ze zrozumieniem głowami. 
– Czego te kobitki nie wymyślą – przypieczętował sprawę pan Antoni i zaśmiał się 
bezgło-
ś

nie. 

– No dobra – rzekł sierŜant Jedziniak. – Stanęliśmy na tym, Ŝe was napadnięto.
Młodzian potwierdził niedbałym skinieniem głowy i mówił dalej:
– Więc właśnie. Ale juŜ powiedziałem, Ŝe dokładnie nie wiem, jak to było. Wyleciał 
ten 
szaleniec i wszystkich co do jednego. 
– Jeden człowiek?! – wykrzyknął Sylwin. 
– Chyba jeden – powiedział z zaŜenowaniem młodzian. – PrzecieŜ mówię, Ŝe to był 
szaleniec. 
Wyskoczył na mnie i nawet Ŝem nie pisnął, a juŜ leŜałem omotany jak… 
– Jak baleron – podsunął usłuŜnie Celiniak. 
– Jak co? – zdziwił się chłopak. 
– Do rzeczy – zirytował się Jedziniak. – Ad rem, jak to mówią. 
– I nie wie pan, jak wyglądał? – zapytał Sylwin. 
– A jakŜe. Mówię, Ŝe było ciemno. Jakiś taki kudłaty. 
– Dziś wszyscy kudłaci – rzekł sentencjonalnie sierŜant. 
– O nieprawda, to juŜ niemodne – oburzył się chłopak i machinalnie pogładził po 
krótko 
przystrzyŜonej fryzurze. 
– Ale dlaczego nikt panu nie pomógł. PrzecieŜ Ŝeby wszyscy, ilu was tam było… 
– Dziewięciu. 
– No właśnie, jeŜeli napastnik działał sam… 
– Niby tak. Ale my nie szliśmy razem. 
– Jak to? 
– Normalnie. Wiara rozproszyła się po lesie, kaŜdy miał trochę wypite, wie pan, jak 
jest. 
– Ale czemu pan jest taki pewny, Ŝe napadł was jeden człowiek, a nie na przykład cała 
banda?! 
– A czemu pan chce coś wmówić świadkowi – powiedział z irytacją kapitan. 
– Bo widziałem to, co widziałem – rzekł z naciskiem Sylwin. 
– Widział pan tych chłopców. PrzecieŜ słyszy pan, Ŝe tam byli, piekli kiełbaski, wypili 

background image

jabola, 
posłuchali radia – jak to młodzieŜ. Reszta jest tworem pańskiej chorej wyobraźni. 
Dzie-
więciu ludzi zeznało to samo, a pan chce forsować swoją wersję. Zeznali teŜ, Ŝe 
poszli stam-
tąd około północy. Czy pana zdaniem zaraz po nich przyszła jakaś nowa grupa – pan 
w tym 
czasie śnił o nagich kobietach – i zorganizowała napad na tamtych? 
Przez chwilę panowało milczenie, po czym oficer ciągnął dalej, znacznie juŜ 
spokojniej. 
– A teraz gdybym ja pana spytał, co robił pan pomiędzy północą a dziesiątą rano, bo z 
pana 
słów wynika, Ŝe o tej porze odzyskał pan przytomność? Wiem, wiem, dostał pan w 
głowę i 
nic nie pamięta. Ale dlaczego dostał pan w głowę na tej waszej górze, a ocknął się w 
pobliŜu 
zdemolowanych namiotów, hę? 
– Niosła mnie Karusia, mówiłem o tym… 
– Dobre sobie. Ile ona ma lat? 
– Osiemnaście chyba. 
– I ja mam uwierzyć, Ŝe ta dziewczyna przeniosła pana o dobry kilometr? 
– Obywatelu kapitanie – wtrącił Jedziniak – gdyby pan tę, hm, dziewczynę 
zobaczył… 
– Ja nie muszę widzieć, sierŜancie, są normy wiekowe siły… 
– Ale ona nie jest normalna. 
– Co? No właśnie, do tego zmierzam. Wszystko to jest nienormalne, a pana, panie… 
– Radzikowski. 
– … Radzikowski, przygoda w szczególności. Więc ja się nie pytam pana o to 
wszystko, 
chociaŜ mógłbym na przykład załoŜyć, Ŝe to pan w jakimś napadzie szału pobił tych 
chłop-
ców i stąd się wzięło pana stłuczenie głowy. 
Zapadła denerwująca cisza. Niespodziewanie dla wszystkich odezwał się 
przesłuchiwany 
chłopak. Mówił bez dotychczasowej nonszalancji, z zaciętym przekonaniem. Zwracał 
się teraz 
wyłącznie do oficera, jak gdyby między nimi a pozostałymi osobami zapadła nagle 
niewidzialna 
kurtyna. 
– To wszystko jedna sprawka… jak wtedy… kaŜdemu wolno chodzić po wyspie. 
Najpierw 
powiesili Józka, niby za co, kaŜdy ma takie samo prawo… To trzeba ukrócić… to 
siedlisko 
wariatów… 
Wszyscy milczeli, a chłopak, wadząc się nagle z tą ciszą, krzyknął: 
– Do diabła, niech pan posłucha, co mówią ludzie wokoło! 
Rozmówca patrzył na niego wzrokiem, w którym musiało błyszczeć niezrozumienie, 
bo 
wyrzucił jeszcze z siebie: 
– O Borucie! – i znów po chwili ciszy: – To jest zagroŜenie dla spokojnych obywateli! 
W ciszy, jaka znów zapadła, rozległ się, zza owej niewidocznej bariery, cichy głos 

background image

Antoniego 
Celiniaka. 
– A ja tu tyle, łaskawco, spaceruję, za grzybkami chodzę i jeszcze nikt mnie nie pobił. 
Rozległ się nieprzyjemny śmiech i chłopak powiedział, wracając do poprzedniego 
„luzu”: 
– Dobre sobie, kto by miał pana ruszać? Nawet pana tknąć nie trzeba, wystarczy 
wziąć na 
huki i zaraz się pan rozpadniesz. 
Celiniak uśmiechnął się smutno. 
– Nawet się nie obraziłem – powiedział cicho – ale trudno mi będzie nie zapamiętać 
pań-
skich, hm, wskazówek. 
Na tym skończyła się rozmowa z poszkodowanym. Jedziniak proponował Sylwinowi, 
Ŝ

powoła powtórnie jeszcze któregoś z pobitych chłopców, lecz ten nie zdradzał na to 
Ŝ

adnej 

ochoty. Od pewnego czasu popadł jakby w letarg i tylko znający go dobrze Waldemar 
wie-
dział, Ŝe jest to tylko pozór marazmu, któremu przyjaciel oddawał się wtedy, gdy czuł, 
Ŝ

działanie praktyczne jest chwilowo skazane na zagładę i naleŜy oddać się 
wewnętrznej pracy 
umysłu. Wobec tego milicjanci poŜegnali się wkrótce i odeszli, zaś w domu pod 
lasem rozpo-
czął się obiad pozbawiony zwykłej scenerii. Rozmowa albo nie kleiła się wcale, albo 
dotykała 
wydarzeń ostatniej nocy, a wtedy pani Zofia irytowała wszystkich snuciem 
najzupełniej fantastycznych 
wyjaśnień oraz katastroficznymi prognozami na przyszłość. Jedynym, który sta-
nął w jej obronie, okazał się doktor Czarliński. 
– Ma pani po części rację, wszystkiego w tej sytuacji moŜna się spodziewać. Nie 
ulega 
wątpliwości – zwrócił się teraz do Waldemara – Ŝe po pańskiej wyspie grasuje wariat. 
Co do 
tego nie mylił się nasz młody przyjaciel z namiotów, tyle tylko Ŝe w młodzieńczej 
zapalczy-
wości obrócił swą złość na najbliŜszy moŜliwy cel – przeciwko panu. 
– Do licha – rzekł Sylwin bez związku. – Zapraszam panów na mały spacer 
poobiedni. 
Wyspa stanowczo potrzebowała deszczu. Słońce praŜyło z taką Ŝywotnością, z jaką 
moŜe 
Ŝ

yć ten, kto umiera kaŜdego wieczora, a jednak rano zostaje mu darowany jeszcze 

jeden 
dzień. Czarliński zauwaŜył mimochodem, Ŝe dzisiaj na pewno będzie burza, ale 
oświadczenia 
tego typu były przyjmowane z rosnącą z dnia na dzień nieufnością. Po kilkunastu 
minutach 
marszu znaleźli się na stoku Bukowej Góry. Sylwin zatrzymał się w połowie jego 
wysokości. 
Nie było po co iść na górę: ślady po ognisku nie dowodziłyby niczego nowego. 
Gdzieś w tym 

background image

miejscu Sylwin pamiętał jeszcze, co się działo. Gdzieś niŜej, moŜe tutaj, jego 
ś

wiadomość nie 

stąpała juŜ po tej ziemi. 
W piaszczystej, suchej ziemi widać było wiele śladów, nie odróŜniały się one jednak 
od 
siebie, gdyŜ nie miały wyraźnych konturów. W tym jednak miejscu ziemia na 
krawędzi stoku 
obsunęła się w sposób jednoznaczny. Sylwin zniknął nagle z oczu swych 
współtowarzyszy w 
gęstwinie porastającej urwisko. Po chwili wynurzył się stamtąd trzymając w ręku 
ptasiego 
trupa. Teraz, w świetle dnia, widać było, Ŝe jest to ptak wypchany. Jego głowa 
dyndała nienaturalnie, 
jak gdyby była juŜ odrywana i przyszywana. 
Sylwin wzniósł nad głowę ten jedyny dowód wspierający jego nocne fantasmagorie i 
za-
pytał triumfalnie: 
– Co to jest?! 
– Milvus – powiedział spokojnie doktor Czarliński. 
– Co?! – krzyknęli równocześnie z Waldemarem. 
– Milvus – powtórzył tym samym tonem. – Po waszemu – kania. 

VIII 
Umarły powraca 
ZbliŜał się wieczór. Eryka Wegetariańska wstała z leŜaka stojącego w cieniu młodej 
ja-
błonki i poczęła przesuwać go po wysokiej trawie sadu. Znalazłszy się w ostrym 
ś

wietle nisko 

juŜ pochylonego słońca, usiadła z powrotem. Machinalnie policzyła kwiaty na 
klombie po 
drugiej stronie płotka. Pociągnąwszy parę razy nosem westchnęła w duchu, Ŝe inaczej 
niegdyś 
pachniała maciejka, po czym zamierzała powrócić do przerwanej lektury. Niestety, od 
furtki 
zbliŜał się pan Franciszek Ginter. 
Rozmowy babci Wegetariańskiej z panem Franciszkiem odznaczały się tym, Ŝe 
starsza pani 
nie rozumiała ani słowa z tego, co mówił tamten, zaś gospodarz, nawykły do 
nieokiełzna-
nych okrzyków niosących się het, po rozległych przestrzeniach jego wyspy, nie 
zawsze mógł 
dosłyszeć, co dystyngowana dama wypowiada pod nosem. ToteŜ teraz, nie znalazłszy 
w po-
bliŜu nikogo innego, podchodził do pani Eryki nieśmiało, z cicha pęk, niby to 
oglądając 
drzewka, popatrując na chmurki, ona zaś oczekiwała go nastroszona i zła. 
– Ładno pogoda – zagaił Ginter znalazłszy się w pobliŜu leŜaka. 
– A, dzień dobry – odparła na chybił trafił babcia Wegetariańska. 
– Dobry, dobry – przyznał dobrotliwie gospodarz. Bawił go nieodmiennie dziwny 
obyczaj 
turystów – uporczywego chwalenia dnia, trzeba czy nie trzeba. Oni woleli raczej przy 

background image

spotkaniu 
zagadnąć o zbiór, ocenić pogodę, wyjawić cel podróŜy – i to było ich powitanie. 
– Parno je – ocenił, nie dając za wygraną. 
– Owszem – zgodziła się dama. – Pod wieczór zawsze robi się chłodno. 
– Pewnie, pewnie – przyznał gospodarz, odznaczający się niezwykle zgodną naturą. 
Po 
chwili milczenia odezwał się znów. – śona prosi dziś z wieczora na poczanstunek – 
rzekł 
uroczyście. 
Słowo „poczęstunek” rozumiała babcia Wegetariańska w kaŜdym języku i w kaŜdej 
sytuacji. 
Nie wypadało jednak zgadzać się zbyt łatwo. 
– Ja chyba nie będę mogła – powiedziała z wahaniem – ale powtórzę córce. 
Ginter posłał jej rozpaczliwe spojrzenie i przestąpił z nogi na nogę. Co robić? 
Pamiętał 
wszak dobrze przykazanie Ŝony, które doścignęło go w chwilę potem, gdy wyszedł za 
próg 
chałupy. 
– Wszyscy, wszyscy, ta staro babko teŜ – powiedział wsłuchany głęboko w tamte 
Ŝ

onine 

słowa. 
Nos babci Wegetariańskiej wydłuŜył się raptownie i zagiął. Z gniewnym fuknięciem 
opa-
dła na oparcie leŜaka i stanowczym gestem uniosła przed oczy ksiąŜkę, nie bacząc, Ŝe 
trzyma 
ją odwrotnie. Pan Franciszek postał jeszcze przez chwilę myśląc, czy dobrze 
wywiązał się z 
powierzonej misji, po czym rzekł: „tedy jo” i oddalił się zadowolony z siebie. Zaś 
starsza pani 
trwała w swoim siedzeniu nieruchomo i tylko fala oburzenia wylewała się z niej i 
zdawała 
toczyć po całej wyspie. 
W klimacie Ostrowia były te rzadkie momenty, gdy przyroda, jak gdyby znudzona 
wiecznym 
trwaniem, cichła gwałtownie, wycofywała się poza krawędź bytu, pozostawiając pustą 
scenę dla człowieka. Wtedy podnosiła się kurtyna namiętności i to, co zwykle 
pozostawało 
gdzieś w środku, stłamszone przez bogactwo świata zewnętrznego, teraz nagle 
wypełzało 
wszystkimi otworami, znaczyło naturę ludzkim niepokojem, ludzkimi lękami, 
ludzkim stra-
chem. W takich chwilach wyspa zdawała się mówić całym swym ciałem, ale w 
rzeczywisto-
ś

ci ziemia była wtedy niema jak nigdy. I tylko człowiek pozostawiony sam sobie, 

zawieszony 
z nagła w próŜni, odnajdywał własne odbicie w niemej przyrodzie i przypisywał jej 
grozę 
będącą jego własną projekcją. 
I oto nadszedł wieczór. 
Wierzchołki drzew duŜego lasu porastającego koniec wyspy zastygły w niemym 
oczekiwaniu. 

background image

Wybuchające tu i tam z ziemi zagajniki, skupiska paproci, plantacje jagód, rozległe 
pajęczyny rozpięte pomiędzy drzewami – wszystko wydawało się martwe, sztuczne, 
powycinane 
z róŜnokolorowej materii. Rdzawe odcienie przypominające, Ŝe to juŜ schyłek lata, 
krople 
wieczornej rosy błyszczące w tym schyłkowym słońcu sprawiały, Ŝe las wyglądał, jak 
gdyby był skonstruowany z metali, minerałów, drogich kamieni. Jego sztuczność 
wydawała 
się wytworem najwspanialszej sztuki. Ale myśl ludzka nie znajdowała schronienia w 
tym 
pałacu, lecz odbijała się o jego zimne piękno nieskończonym echem, aby wreszcie 
nieodmiennie 
napotkać samą siebie. 
Sylwin i Jolanta zmierzali na kraniec wyspy krętą drogą wyjeŜdŜoną przez Ginterowy 
wóz. 
Ich głosy ogromniały, wielokrotniały pod ciemną kopułą konarów i wiły się miękko 
po 
mchowych materacach wyściełających podłogę tego nagle wymarłego lasu. Sylwin 
sadził 
wielkimi krokami, pogrąŜony w myślach tak, Ŝe dziewczyna biegła prawie u jego 
boku, chcąc 
za nim nadąŜyć. Obok dreptał mały pudelek Genio, który w ostatnich dniach bardzo 
polubił 
oboje i przedkładał ich towarzystwo nad prostackie maniery Heroda i Grubego, nad 
głupotę 
Przygłupa i filozoficzne oddalenie od rzeczywistości Horacego. W lesie Genio starał 
się nie 
oddalać więcej jak na dwadzieścia centymetrów od nogi Sylwina, gdyŜ trawa 
ograniczała mu 
widnokrąg tak, Ŝe pozostawiony samemu sobie biegał w kółko. 
Dotarłszy na koniec wyspy ujrzeli Glonek. Unosił się nad wodą na mglanej podusze. 
Zda-
wał się płynąć na obłoku, lecz była to tylko złudliwa gra cieni; wszystko wokół tkwiło 
nieruchomo 
pogrąŜone w sobie, dalekie, nierealne. 
Nie zabawili długo na cyplu. Jezioro nie miało dziś w sobie nic, co mogłoby 
wzbudzić 
ludzkie zainteresowanie. Było martwe i tylko zdawać się mogło w tej zawiesistej 
ciszy, Ŝe 
słychać, jak w dalekiej głębinie przetacza się leniwie, z północy na południe, ponura 
struga 
Czarnej Wody. 
Wracając milczeli. Przeistoczenia, jakim uległ las, nabrały teraz ostrości. Liście i 
szpilki 
pokryły się patyną rosy, kryształy mgły poosiadały na trawach i pajęczynach. 
NajlŜejszy szept 
dudnił wielokrotnym echem, niczym w olbrzymim hangarze. W głębi zamajaczyły 
sylwetki 
kilku młodych męŜczyzn zbierających grzyby. Rozmawiali głośno nie ulegając magii 
lasu. 
Sylwin miał przez chwilę absurdalne wraŜenie, Ŝe ich koszyki pełne są muchomorów. 

background image

Dalej w 
tyle, nie zauwaŜona przez nikogo z nich, przemykała dziwaczna postać odziana w 
czerwień z 
zielenią, z szyszkami wplecionymi w skołtunione włosy i kosturem w ręce. Wyglądała 
niczym 
Borowa Ciotka, mściwa opiekunka lasów, ale Sylwinowi bardziej jednak 
przypominała 
Karusię od Ginterów. 
Wkrótce weszli w maślakowy zagajnik znajdujący się na granicy gospodarstwa 
Waldemara. 
Droga wiła się teraz pomiędzy dwoma nieprzeniknionymi ścianami drzew. Ich kroki 
nie 
odbijały się juŜ tubalnym pogłosem, lecz wypływały z ciszy w postaci sprasowanych, 
zgrzytliwych 
skrzypnięć. O ile przedtem szli niczym w wielkiej, blaszanej hali, o tyle teraz znaleźli 
się jakby w długiej, Ŝelaznej rurze. Przy tym kaŜdy krok był przedrzeźniany przez 
chrzęst 
piasku wzbijanego przez ich stopy i opadającego w chwilę później na ziemię. 
Zdawało się 
ciągle, Ŝe ktoś za nimi podąŜa w niewielkiej odległości, ale wystarczyło się zatrzymać 
na 
chwilę, aby złudne kroki rozbrzmiewające z tyłu ucichły. 
W takiej ciszy, dzwoniącej w powietrzu lękami ich najskrytszych myśli, rozległ się 
nagle 
upiorny, zawodzący chichot, który przeszedł w jęk skargi i skonał gdzieś w gęstwinie 
zagajnika, 
pozostawiając w powietrzu wibrujące na najwyŜszej nucie strachu wspomnienie. 
Sylwin Radzikowski, który stanął niegdyś oko w oko z Księciem Oruni w barze 
„Kotwica”, 
poczuł wyraźnie, jak po kręgosłupie przebiega mu stado mrówek. W swoim 
burzliwym 
Ŝ

yciu miał do czynienia z wieloma sytuacjami krańcowymi, lecz uczucie strachu nie 

nawie-
dzało go zbyt często. Niebezpieczeństwo, z którym moŜna się było zmierzyć, 
pobudzało bardziej 
do działania niŜ do strachu. Teraz jednak poczuł, Ŝe tam, w wilgotnej gęstwinie czai 
się 
nieznane zło i Ŝe jest to to samo zło, którego tajemniczą obecność mieszkańcy wyspy 
czuli 
przez skórę juŜ od pewnego czasu. 
Gdy okrzyk zgasł zupełnie, na drodze zapanowała poprzednia cisza – tak 
wszechwładna, 
Ŝ

e to co usłyszeli przed chwilą, wydało się obojgu nierealnym złudzeniem. Teraz 

dopiero 
Sylwin spostrzegł, Ŝe ręka Jolanty zaciska się na jego dłoni aŜ do bólu, a Genio 
przywiera 
ciasno do jego stóp. Stojąc tak wsłuchiwali się w przestrzeń, ale las trwał 
nieporuszony. 
Wreszcie Sylwin poczuł, Ŝe jego ręka uwolniła się jakoś ukradkiem z jej dłoni. 
Pomyślał, Ŝe 
muszą wyglądać śmiesznie, zbici na tej drodze w gromadkę jak stado owiec, i poczuł 

background image

zawstydzenie. 
– Jakiś ptak – powiedział konwersacyjnym tonem. 
– MoŜe kania – odparła równie obojętnie. 
Zaniemówił na chwilę. Rozmawiał z nią o nocnych wydarzeniach bardzo ogólnikowo, 
a o 
porannym znalezisku wcale. Jeśli ktoś jej powiedział, to czemu teraz… 
– Dlaczego akurat kania? – spytał znów bez emocji.
Wzruszyła ramionami. Było to bardzo przekonywające wzruszenie ramionami.
– To takie drapieŜniki, bardzo podobne do sokołów. Podobno wydają takie 
przenikliwe 
wrzaski. 
– Hm, to bez wątpienia kania – rzekł bardzo autorytatywnie, chociaŜ pierwszy raz 
zoba-
czył tego ptaka dziś rano i nie wiedział nawet, czy w ogóle wydaje jakieś odgłosy. Tą 
zgodą 
chciał zrehabilitować swoją podejrzliwość. Pomyślał, Ŝe to wszystko robi się 
chorobliwe, 
skoro niewinna rozmowa tak nastraja jego czujność. 
W tym momencie przeraźliwy wrzask powtórzył się w całej okazałości, jak gdyby dla 
zilustrowania 
ich rozmowy. Ich reakcja powtórzyła się takŜe, teraz jednak wiedzieli, jak zaczaro-
wać niesamowitość, jak się odŜegnać od strachu. 
Ruszyli do przodu nie oglądając się za siebie. Sylwin spostrzegł, Ŝe musi się 
kontrolować, 
Ŝ

eby nie przyspieszać kroku. Wkrótce zagajnik pozostał za nimi. Z jednej strony 

drogi, na 
zboczu, ciągnął się teraz młodniak, nad którym znajdowało się Waldemarowe 
gospodarstwo, 
z drugiej strony stały wysokie sosny. Za nimi połyskiwała ciemna tafla jeziora 
oświetlona 
ostatnimi promieniami słońca. 
Sylwin skręcił ze ścieŜki i zatrzymał się pod pozorem zawiązania sznurowadła. 
Kucnąw-
szy wśród grubych pni sosen mógł widzieć dokładnie drogę, którą przed chwilą szli. 
Nic się 
tam nie działo. Za to niŜej, na granicy zagajnika i łąki porastającej brzeg jeziora, 
zobaczył 
sylwetkę człowieka, spieszącego się najwyraźniej. Miał na sobie obszerną kurtkę i 
niósł coś w 
ręku. Z tej odległości i przy tym oświetleniu trudno było rozpoznać nawet jego płeć. 
Sądząc z 
wielkich, kołyszących kroków, jakimi przemierzał przestrzeń łąki, mógł to być 
męŜczyzna. 
Wyglądał na grzybiarza. 
– Jego teŜ wypłoszyło – uśmiechnął się Sylwin. – Chodźmy, bo Ginterowa będzie zła, 
Ŝ

się spóźniamy. 
– ZałoŜę się, Ŝe będzie jajówa z kurkami – powiedziała Jolanta, lecz on nie przyjął 
zakła-
du, bo wiedział, Ŝe to prawda. 
Droga biegła coraz bliŜej jeziora. Teraz juŜ po lewej stronie nie było lasu, tylko wąski 

background image

pas 
łąki. Ciągnął stamtąd chłodny, wilgotny opar. Na prawo wznosiło się nadal zbocze 
porośnięte 
młodniakiem. 
I wtedy usłyszał ten szelest, a właściwie całkiem jawny chrzęst, i zanim uświadomił 
sobie, 
Ŝ

e słyszy kogoś przedzierającego się przez gęstwinę (chociaŜ myśli podsuwały mu, Ŝe 

moŜe 
któraś z krów gnanych zwykle przez Jerzyka górą zboczyła w gąszcz, on czuł 
obecność k o g 
o ś), zanim więc uświadomił to sobie, w powietrzu wibrował znów szaleńczy śmiech i 
krzyk 
rozkładający kaŜdy nerw ciała na strzępy, zawieszony w próŜni – poza rozumem, 
rozsądkiem, 
wolą. Najbardziej paraliŜująca była świadomość, którą właśnie posiadł, Ŝe to 
nieludzkie łka-
nie wydawane jest przez człowieka. A więc Czarliński miał rację: na wyspę 
przedostał się 
jakiś zbiegły szaleniec i teraz ściga ich z Ŝelazną konsekwencją. Jakie zadanie sobie 
postawił? 
Przepędzić ich ze swojego dominium, nastraszyć, zniszczyć? MoŜe mieli się stać 
obiektem 
zemsty za krzywdy, jakich doznał od ludzkości? MoŜe ucieleśnili niespodziewanie 
jakiegoś 
ś

miertelnego wroga z jego upiornych rojeń? 

Bezradność. To było jedyne słowo nadające się do określenia tej sytuacji. Wejść tam, 

czarną gęstwinę, gdzie czyhał obłąkany niczym osaczony odyniec? A zostawić sprawę 
wła-
snemu biegowi, oznaczało pozostać nadal z tajemnicą. 
– Chodź – powiedział cicho Sylwin. – On przyjdzie. 
Poszli prosto na zabudowania Ginterów. Lasek skończył się. Za nimi pozostawała 
pusta 
przestrzeń. Było juŜ prawie ciemno. Jedynie wody zatoki zwanej Babą jaśniały 
jeszcze wie-
czorną poświatą. 
Zatrzymali się pod jabłonką rosnącą na zapleczu Ginterowej obory. W pobliŜu stał 
pieniek 
do rąbania drzewa. Pachniało trocinami i nawozem. 
Na tle jaśniejącej powierzchni wody zobaczyli zgarbioną postać przesuwającą się 
zdecydowanie 
wzdłuŜ brzegu. Zmierzała w kierunku Bukowej Góry. W jej działaniu widać było 
niewiarygodne zdeterminowanie, które przejmowało lękiem. 
Sylwin podszedł do pieńka i wyjął zeń siekierkę. Potem ruszył w kierunku Bukowej 
Góry 
północnym brzegiem. U jej stóp, na polanie, zatrzymał się obok duŜego namiotu 
wojskowego, 
który był tam stale rozstawiony jako podręczny magazyn dla przyjaciół i członków 
rodziny 
Waldemara obozujących w tym miejscu. Wtedy usłyszał za sobą szelest i zobaczył, Ŝe 
Jolanta 

background image

podąŜa przez cały czas za nim. 
– Weź to i stój tutaj – powiedział szeptem oddając jej siekierę. 
W następnej chwili piął się pod górę gołym stokiem, rozglądając się na wszystkie 
strony. 
„NierozwaŜnie, ale skutecznie – i nawet w miarę bezpiecznie. W ten sposób musi 
mnie zoba-
czyć – myślał – i co z tego. Na otwartej przestrzeni nie zaskoczy mnie. A nawet jeśli 
pozostanie 
w ukryciu, to przecieŜ teraz nie on osacza, nie on ściga, tylko jego tropią”. 
Był juŜ na samym szczycie, ale nic nie dostrzegł, a i jego chyba jeszcze nie 
zauwaŜono. Na 
gołym brzegu od strony Baby nie widać było nikogo. Porastające łagodne zbocze 
jałowce 
tkwiły bezszelestnie w półmroku, zaświadczając swą wyniosłą obojętnością, Ŝe nikt 
się za 
nimi nie kryje. Nie, zło tkwiło po przeciwnej stronie, na przepaścistym zboczu 
północnym. 
MoŜe przekrada się juŜ wąską ścieŜką u stóp góry lub teŜ czai się w którymś z jarów. 
MoŜe w 
tym, w którym on sam zeszłej nocy… 
Zobaczył go. Był takŜe na szczycie góry. Szedł bardzo wolno i ostroŜnie wzdłuŜ 
urwiska, 
prawie niewidoczny na tle ciemnej ściany drzew. Schodził w kierunku polany. 
A więc miał jasno wytknięty cel. Ten nieznajomy szaleniec dąŜy na polanę, gdyŜ tam 
spodziewa 
się ich zastać. Po co? 
Tamten zobaczył go równieŜ. Przez tę krótką chwilę namysłu Sylwin jeszcze raz 
przekonał 
się, Ŝe w takich sytuacjach myślenie jest za wolne, więc nieskuteczne. śe trzeba 
reagować 
instynktownie albo w ogóle nie pakować się w to. Ba, ale gdzie niby miały się te 
odruchy 
wyrobić. Nie co dzień spotyka się szaleńca. A on był szalony – teraz nie było co do 
tego wąt-
pliwości. Zaplanował swoją akcję w kaŜdym szczególe, jak gdyby był jakimś 
tutejszym 
Monte Christo szykującym od lat plan zemsty – ale przecieŜ cały jego wysiłek był 
skierowany 
w próŜnię, gdyŜ nie znali się nawzajem. I właśnie ta Ŝelazna logika działań 
absurdalnych two-
rzyła jądro jego szaleństwa. Teraz obrócił się z wolna i wtedy jego sylwetka 
zarysowała się w 
mroku wyraźniej. Ale tylko sylwetka. Ten człowiek bowiem nie miał twarzy. 
Znów myśl nie nadąŜała za zdarzeniami. MoŜe miał maskę, moŜe zasłonił twarz 
chustką, a 
moŜe po prostu był zarośnięty jak małpa – o tym wszystkim Sylwin nie zdąŜył 
pomyśleć pa-
trząc na tamtego. Zobaczył coś, co nie podpadało pod myślenie. Ujrzał sylwetkę 
kanciastą, 
zakapturzoną, jakby zakutą w pancerz. Miejsce twarzy zajmowała bezkształtna plama. 
Na jej 

background image

tle jarzyły się upiornie białe, nieludzkie źrenice oczu. ZbliŜał się ku niemu 
nieprzerwanie, a 
gdy juŜ był dostatecznie blisko, Sylwin ujrzał w jego ręku osadzone na długim drągu 
widły. 
Wtedy zaczął się cofać. Tamten opuścił swą broń ostrzem w jego kierunku i 
postępował za 
nim. Nieludzki manekin, robot z elektrycznymi oczami, superkonsekwentna maszyna 
do 
mordowania. 
– Siekierę! – krzyknął w kierunku polany. – Daj mi siekierę! 
Wtedy usłyszał śmiech tamtego i inne śmiechy z polany poniŜej, a potem dobiegł go 
głos 
Jolanty: 
– Dajcie mu siekierę! No dajcie mu tę siekierę! 
I wtedy Sylwin zrozumiał juŜ wszystko, wiedział, kim jest człowiek napierający na 
niego. 
Ale to była wiedza myśli. Natomiast całe jego jestestwo cofało się nadal w kierunku 
tych 
ś

miechów, nie mogąc przyjąć do wiadomości tego, co oczy juŜ zobaczyły. 

A zobaczyły oczy Sylwina rzecz dziwną. Ujrzały mianowicie zakapturzoną postać 
Leszka 
Wegetariańskiego sunącą z obróconym ku niemu długim, rozwidlonym patykiem. 
Cofał się 
nadal w transie, jak zahipnotyzowany. I nawet wtedy, gdy Leszek zbliŜył się i 
odrzuciwszy kij 
poklepywał go po ramieniu rechocąc z uciechy – nawet wtedy najgłębsza istota 
Sylwina nie 
przyjmowała tego faktu do wiadomości. 
Następnego dnia z rana Sylwin opuścił wyspę. Wyjaśnienia, jakich udzielił, były 
mętne i 
fragmentaryczne, toteŜ ci, którzy nie znali go bliŜej, podejrzewali, Ŝe obraził się z 
powodu 
kawału wypłatanego mu przez Leszka. Prawdziwe powody były inne, chociaŜ on sam 
nie 
zaplanował jeszcze do końca celu podróŜy. 
Wczoraj, gdy wśród śmiechów i kpin osób niespodzianie zgromadzonych na polanie – 

byli to pani Zofia, Waldemar i doktor Czarliński, wysłani przez gospodynię, w celu 
odszukania 
spóźnialskich – nastąpiły wyjaśnienia, Sylwin zrozumiał kilka spraw. Słuchał niby 
tego, 
co mówił Leszek o pękniętym wale korbowym, o nadziei na szybką naprawę, o tym, 
Ŝ

e w 

oczekiwaniu na nią postanowili jednak wrócić na wyspę, no i oczywiście, Ŝe tak 
wybornie 
udało mu się ich podejść. I jeszcze o cmentarzu w Legnicy, na którym pod kierunkiem 
zdolnych 
koleŜków wyuczył się był w latach szczenięcych tego upiornego okrzyku. Tego 
wszystkiego 
słuchał Sylwin jednym uchem, a naprawdę zastanawiał się nad mechanizmem 
psychologicznym 

background image

tego, co się wydarzyło, nad działaniem ludzkiej wyobraźni. Jego własna wyobraź-
nia nie naleŜała do wybujałych. Była bogata, lecz panował nad nią, potrafił ją 
poskromić, gdy 
była niepotrzebna. A przecieŜ przed chwilą zobaczył to, co chciał zobaczyć, co 
podsunęła mu 
wyobraźnia wcześniej – zdeterminowanego szaleńczym rojeniem wariata, a nie to, co 
widział 
naprawdę. Owszem: trudno było go rozpoznać w kapturze zasłaniającym prawie całą 
twarz, 
spod którego tylko szkła okularów świeciły odbitą poświatą nocy, ale teŜ nie ulegało 
wątpli-
wości, Ŝe zobaczył w tej jednej sekundzie coś zupełnie innego niŜ obiekt, na który 
patrzył. 
Zachodziło pytanie, dlaczego jednak nie zobaczył Leszka, skoro tamten stał przed 
nim. Od-
powiedź była prosta. Dlatego, Ŝe Leszek wyjechał. Nie było go na wyspie. Nie był 
brany pod 
uwagę. Po prostu go nie było. I choćby stanął w lepszym świetle, bez kaptura, to w 
tych oko-
licznościach mógłby zostać nie rozpoznany, nie przyjęty do wiadomości. Jeśli fakty 
przeczą 
„zdrowemu rozsądkowi”, to tym gorzej dla faktów. MoŜna patrzeć i nie widzieć, jeśli 
wy-
obraźnia nie akceptuje tego, na co się patrzy. 
I w ten sposób Sylwin przypomniał sobie dokładnie, co widział poprzedniej nocy. 
Widział 
grupę młodych ludzi zachowujących się, delikatnie mówiąc, dziwnie – teraz juŜ był 
ostroŜ-
niejszy w formułowaniu pochopnych hipotez w oparciu o podsuwane przez 
wyobraźnię go-
towe tłumaczenia, więc nie nazywał tego, co widział – a ich przywódcą był nie kto 
inny, jak 
doktor Czarliński. Teraz, gdy przekonał się, jak własna wyobraźnia umie płatać figle 
fałszując 
fakty, potrafił spojrzeć prawdzie w oczy. Czarliński był tam, chociaŜ być go nie 
mogło, nie 
powinno, chociaŜ było to nie do pomyślenia. 
I jeszcze jedno waŜne odkrycie dokonało się w świadomości Sylwina pod wpływem 
wstrząsu. Przypomniał sobie, z kim skojarzył nazwisko Czarlińskiego wtedy, gdy po 
raz 
pierwszy przeczytał zagubiony później telegram od Waldemara, którego zresztą 
tamten się 
wyparł. 
Ginterowa nie zdziwiła się specjalnie powrotem Leszka. Powiedziała, Ŝe słysząc 
krzyki na 
wyspie, od razu pomyślała sobie, Ŝe wrócił ten wesoły pan. Kolacja upłynęła, jak to 
się pięk-
nie mówi, w miłej i pogodnej atmosferze. Jednak wesołość panująca w izbie 
wydawała się 
Sylwinowi mocno naciągana. On sam był roztargniony i pogrąŜony we własnych 
myślach, 

background image

przez co zasłuŜył kilkakrotnie na naganę gospodyni. Około dziesiątej wszyscy się 
rozeszli i 
tylko Sylwin pozostał do północy. Rozmowa, jaką przeprowadził z Ginterem, podczas 
gdy 
pani Weronika przysłuchiwała się w milczeniu, z rzadka wtrącając słowo lub 
tłumacząc nie-
zrozumiałe fragmenty, wyświetliła wiele spraw, ale teŜ wiele zaciemniła. Nazajutrz 
Sylwin 
wyjechał. 
ś

ar miasta buchnął mu prosto w twarz. Drzwi autobusu zatrzasnęły się za nim, 

zrywając 
ostatnią nić łączącą go z wyspą. Wraz z nim wysiadło kilku przyjezdnych z 
rozmaitych wiosek 
rozsianych na trasie autobusu. Niektórzy tu pracowali i ci wsiąkali w parny zaduch 
miasta 
z obojętnością. Inni robili wraŜenie ludzi śmiertelnych, którzy nagle znaleźli się 
wśród olimpijczyków. 
Włączeni w potok szarzyzny emanowali jeszcze przecieŜ energią prowincjonalnych 
słońc. 
Jadąc dziesiątką sprzed dworca kolejowego na Siedlce, Sylwin jeszcze raz pomyślał o 
współczesnym olimpie. Tam, w gmachach obejmujących szpalerem trasę przejazdu, 
w zaciszu 
gabinetów, kształtował się często kierunek przepływu gwarnej masy wypełniającej 
ruchliwie 
brzuch miasta. Tam, na bliźniaczych półkach, tkwił spisany i skatalogowany świat. 
Na którejś z rzędu było być moŜe miejsce na wyspę zamkniętą w urzędowych 
słowach. A 
moŜe leŜała juŜ na jakimś biurku? 
Radzikowski miał w mijanych gmachach kilku znajomych, co jak się moŜna 
domyślić, nie 
było wynikiem jego burzliwej młodości, lecz raczej pisarskiego wieku dojrzałego. Z 
jednym z 
nich miał się zobaczyć za parę godzin, z drugim za chwilę, w jego prywatnym 
mieszkaniu. 
Był to stosunkowo młody, ale przebywający na rencie męŜczyzna, którego telefon 
mimo to 
miał jeszcze więcej magicznej mocy niŜ wiele innych telefonów. Na skutek czarów 
tkwiących 
w tej czarnej skrzyneczce, modnie wystylizowanej na aparaty z początku wieku, 
Sylwin niespodzianie 
znalazł się po trzech kwadransach na schodach starej kamienicy przy ulicy Mariackiej, 
przed drzwiami z wizytówką: Jerzy Czarliński, magister praw. Odczekawszy chwilę 
w gabinecie, którego pobieŜny ogląd wyzwolił w nim pomruk: „liceum klasyczne”, 
ujrzał 
starego człowieka o znajomych rysach. Wkrótce miał się przekonać, jak waŜna miała 
się oka-
zać rozmowa, którą w chwilę potem odbyli. 
Drugie z planowanych spotkań odbyło się w chłodnej ciszy gmachu, w którym tu i 
ówdzie 
jeszcze działano nie bacząc na to, Ŝe jest po godzinach pracy. To spotkanie nasunęło 
Sylwinowi 

background image

sporo niewesołych myśli. Zaraz potem udał się z powrotem na dworzec. Po dziesięciu 
minutach był na miejscu, aby stwierdzić, Ŝe „szesnastowy” juŜ odjechał. Wykupił 
bilet do 
Kościerzyny. 
Gdy przybył na miejsce, okazało się, Ŝe tego dnia nie pojedzie juŜ do wioski Ŝaden 
autobus. 
Informacja ta krąŜyła wśród podróŜnych pocztą pantoflową, gdyŜ w oficjalnym 
rozkła-
dzie był jeszcze jeden kurs. Tym sposobem Sylwin znalazł się w pociągu jadącym do 
Czerska. 
Był to tak zwany „bumelant”, który dwunastokilometrową przestrzeń dzielącą 
Kościerzynę 
i Olpuch przebywał w całe trzy kwadranse. Sylwin stał przez kilka minut przy oknie i 
patrzył 
na mijane lasy, dopóki ciemność nie przykryła ich zupełnie. Potem skierował się do 
prze-
działu. Dwóch męŜczyzn awanturowało się na korytarzu. Jeden z nich utrzymywał, Ŝe 
obo-
wiązuje tam zakaz palenia, drugi uwaŜał, Ŝe owszem – wolno palić. Obaj, stojąc 
pośrodku 
korytarza w odległości dwóch metrów od siebie, wskazywali na odpowiednie symbole 
wyrysowane 
na ścianie i wymyślali sobie od analfabetów rysunkowych. Nadszedł konduktor i 
męŜczyźni odwołali się do jego zdania. Orzekł, Ŝe obaj mają rację, gdyŜ pół korytarza 
jest dla 
palących, pół zaś – dla niepalących. Sylwin wyszedł z przedziału i zapalił papierosa w 
bezpiecznej 
odległości od niepalącego podróŜnego, który siedział teraz na bocznym krzesełku i 
mruczał coś o alergii na dym i o absurdalności przepisów. Z toalety wyszła przystojna 
dziewczyna. 
Wyciągnęła papierosa i zwróciła się do siedzącego z prośbą o zapałki. Nieszczęśnik 
wstał i oddalił się do innego wagonu wyjąc z cicha. Sylwin znów wrócił do 
przedziału. Po raz 
kolejny wyjął z kieszeni zdjęcie, które wręczono mu przed paroma godzinami. 
Przedstawiało 
ono scenę z wystawnego pogrzebu. Krąg dobrze ubranych męŜczyzn otaczał otwartą 
trumnę. 
LeŜały w niej zwłoki jeszcze młodego męŜczyzny, którego rysy nie pozostawiały 
Ŝ

adnych 

wątpliwości. 
Był nim doktor Czarliński. 

IX 
Czerwona piwonia 
Z Olpucha do Wdzydz prowadziła droga, która – niegdyś leśna – dziś przebiegała 
pomię-
dzy ogrodzeniami ośrodków wypoczynkowych pobudowanych przez rozmaitych 
potentatów 
przemysłowych. Asfalt wcale nie ułatwiał sześciokilometrowego marszu, wpijając się 
swoimi 
nierównościami w stopy poprzez cienkie podeszwy tenisówek. 

background image

Kąt był cichy i spowity mgłą. Na mostku stała Trudzia i wpatrywała się w jezioro. 
Sylwin 
zobaczył, jak się zestarzała przez te lata. Zrozumiał niespodziewanie, Ŝe Kąt nie 
będzie juŜ 
nigdy tym samym Kątem. 
– No i co tam, Sylwuś – powiedziała cicho odwracając ku niemu okrąglutką twarz i 
bły-
skając okularami. – Spotkał ty są z Borówcą w lese, Ŝe jes taczi smutni? 
– Źle – odrzekł. – Trzeba będzie chyba iść z wyspy. 
– Ty se na to sroj – powiedziała z przyzwyczajenia, ale bez zwykłej werwy. Jej głos 
był 
zmęczony. 
Wsiadł w kajak pozostawiony rano przy pomoście i odbił od brzegu. Wir wodny 
pozostawiony 
po wiośle wzbił na powierzchnię wody kupę mułu, w którym gniły resztki dawnego 
bujnie rozkwitłego Ŝycia biologicznego zatoki. Zapachniało stęchlizną. 
Jezioro przykryte grubym płaszczem mgły wyglądało niezwyczajnie. Kontury 
brzegów i 
ostrowów unosiły się jakby w powietrzu łącząc z bryłami chmur w zaklęte zamki, 
królewianki 
i apokaliptyczne potwory zŜerające niebiańskie odbicia ziemskich rzeźb tego 
gigantycznego 
pałacu przyrody. Wydawało się, Ŝe jego sklepienie ledwo juŜ wisi i lada chwila 
pęknie, a 
przez szczelinę wyleje się na rozpalony wielotygodniowym upałem świat potok wody, 
która 
parując z sykiem rozsadzi do reszty niebieską kopułę – i jej ziemskie zwierciadlane 
odbicie. 
Przesmyk na Wielkie Wody spowity był śmiertelną ciszą. Opadłe liście – pierwsza 
zapo-
wiedź nadciągającej jesieni, niedostrzegalnie płynęły na południe niesione 
podskórnym prą-
dem Czarnej Wody. Olbrzymi cień Kozłowca przytłaczał wszystko, jakby to tu 
umiejscowiło 
się jądro nocy. 
Przybił do wyspy tuŜ przy gospodarstwie Ginterów, nie opodal szerokiej piaszczystej 
drogi, 
którą woŜono z jeziora pitną wodę. W checzy nie było nikogo. Rozwierał po kolei 
wszystkie 
drzwi i wzywał gospodarzy – bezskutecznie. Gdy juŜ wychodził z sieni, otworzyły się 
nagle drzwiczki od komina i niezmiernie czymś poruszona Karusia chwyciła go za 
rękę. Zaci-
skając palce w Ŝelaznym uchwycie krzyczała: 
– Nie chodzić, panie, nie chodzić tam!
Sylwin wyrwał się i wybiegł ścigany skowytem dziewczyny.
Na wyspie coś się działo. Psy ujadały za palisadą z pni otaczającą dom Waldemara. 
Gdzieś
z dołu las rozbrzmiewał polifonią zlewającą się w nieopisany harmider. W domu 
zastał jedynie 
babcię Wegetariańską, która machnąwszy zamaszyście ręką powiedziała: 
– Poszli łapać tego wariata! 

background image

– Jakiego wariata? – krzyknął porywczo Sylwin.
Staruszka stanęła bezradnie, mieląc językiem w ustach jakieś słowa, wreszcie 
odrzekła:
– No tego szaleńca, co biega po wyspie. 
Sylwin zaklął z cicha i wybiegł z zagrody. Przez niedomkniętą bramę wyskoczyły za 
nim 
psy. Herod i Gruby zamilkły statecznie wydalając z siebie tylko krwioŜercze rzęŜenie, 
za to 
Genio rozjazgotał się namiętnie wznosząc łeb do księŜyca. Głupek usiłujący 
przejechać się na 
ogonie Heroda płakał, skarcony, nad swoim nieszczęściem. Tylko Horacy po 
przebiegnięciu 
kilkunastu metrów zawrócił swe bez miary podługowate cielsko i oddalił się w innym 
kierunku 
wąchając po drodze kwiatki. Reszta biegła obok Sylwina, który sadził wielkimi 
susami, 
najpierw drogą prowadzącą w dół, potem podmokłym Błotkiem. Głosy dobiegały 
wyraźnie z 
matecznika, ale teŜ z lasu leŜącego powyŜej, na wzgórzu. 
Psy dobiegły pierwsze do ściany drzew i wkrótce było słychać, jak przedzierają się 
przez 
chaszcze obrastające matecznik. JuŜ były w środku i buszowały w tej otulonej ciasno 
przestrzeni. 
Ich szczekanie potęŜniało w łonie lasu i chociaŜ tłumione u spodu rozbrzmiewało 
donośnie w koronach drzew. 
Sylwin znajdował się teraz w odległości kilkunastu metrów od matecznika. Nie 
zdąŜył się 
jeszcze dobrze zastanowić, w jaki sposób sforsuje kolczastą barierę krzaków, gdy na 
krawędzi 
lasu wszczął się ruch. Szczupłe postaci wyskakiwały w róŜnych punktach 
„Ŝywopłotu” i nie 
zatrzymując się pędziły w jego kierunku. Byli to młodzi męŜczyźni. Wszyscy 
przypominali 
chłopaka uwolnionego przed paroma dniami z więzów. Rozbiegli się po równinie 
Błotka niczym 
młode pająki z pozostawionego w piasku plaŜy jaja. Głosy z góry dobiegały nadal. 
Były 
to głosy mieszkańców domu pod lasem. Rozbrzmiewały coraz niŜej, przybliŜały się. 
Jeden z młodzieńców zobaczył Sylwina i ruszył w jego kierunku. Czas był po temu 
naj-
wyŜszy, gdyŜ rozbisurmanione pieski wypadły na powrót z lasu i poczęły harcować 
po Błotku 
wielce zadowolone z takiego polowania. 
– Do jasnej cholery, kto wypuścił te psy! – wrzasnął męŜczyzna znajdujący się 
najbliŜej 
Sylwina. Ten zatrzymał się i odkrzyknął: 
– To dobre pieski do polowania z nagonką! 
– Ale one tylko przeszkadzają! 
– To mądre pieski – obstawał przy swoim Sylwin. 
– Do diabła! – odezwał się piskliwie inny głos. – To weź je pan zawołaj! 
Sylwin spełnił Ŝyczenie głosu, którego właściciel wyłonił się wkrótce z ciemności, 

background image

wska-
zując wymownie tu i ówdzie postrzępione spodnie. 
– śeby to chudy byk wyruchał! – ocenił zwięźle sytuację patrząc na Sylwina bez 
sympatii. 
Temu zaś wydawało się to być obojętne. Z niecierpliwością wpatrywał się w 
ciemność, usi-
łując przeniknąć ją wzrokiem. Albowiem w mateczniku nadal kotłowało się od ludzi. 
Teraz wypadł stamtąd doktor Czarliński i z wielkim wzburzeniem podszedł do 
Sylwina. 
– Do licha, młody człowieku, nie podejrzewałem pana o taką głupotę! Spłoszył pan 
gagatka, 
a nam uniemoŜliwił pościg! 
– Robiliście i tak wystarczający hałas – odpowiedział Sylwin spokojnie – a przecieŜ 
wam 
nie ucieknie. Jesteśmy na wyspie, doktorze. 
Czarliński zrobił ręką gest nieprzejednania, za to jeden z młodych ludzi poparł 
nieoczekiwanie 
Sylwina. 
– Racja! Będziemy się trzymać kupy, a te bestie wytropią faceta!
Czarliński milczał obraŜony.
Tymczasem z lasu wypadł Leszek siekąc kolczaste krzewy na prawo i lewo przy 
pomocy
wielkiej dębowej pałki. Chciał coś powiedzieć, lecz w tym momencie w lesie rozległ 
się nowy 
hałas. 
Wszyscy rozpoznali przyduszony, ale całkiem wyraźny głos pani Zofii. Sylwin 
skoczył w 
kierunku zarośli. W biegu dostrzegł, Ŝe Leszek równieŜ wraca w gąszcz. Droga 
przetarta 
przez niego znacznie ułatwiła zadanie. Mimo to Sylwin czuł, jak ostre kolce 
rozdrapują mu 
skórę i przytrzymują za ubranie. 
Pani Zofia była w pobliŜu. Zaplątana w wysoki krzak dzikiej róŜy, a nogami 
wczepiona w 
kępki jeŜyn, szamotała się z bluzką okręconą wokół głowy i wydawała spod niej 
stłumione 
okrzyki. 
– O, ty chamie! Puszczaj, bo ci łeb rozwalę! 
Uwolnili ją z trudem, gdyŜ gryzła i kopała, dopóki nie zdjęto jej z oczu zasłony 
oplątanej 
w kolcach krzewu. 
Tymczasem juŜ wprowadzono w Ŝycie projekt dalszego pościgu. Podjudzane ze 
wszystkich 
stron psy kręciły się nerwowo, ujadając na wiwat. Wreszcie, zrozumiawszy, czego się 
od 
nich oczekuje, pognały Błotkiem, wzdłuŜ kolczastej ściany, a potem przecięły drogę i 
po-
mknęły w górę. Cała czereda ludzi ruszyła za nimi. Krzyczeli. 
– Przeczeszemy cały las! 
– Złapiemy drania!
Sylwin uśmiechnął się.

background image

– Pieski wracają do domu i tyle – powiedział. – Chciałbym zobaczyć ich miny, nie 
piesków, 
rzecz jasna, tylko tych facetów. 
Pobiegł lekko za oddalającymi się głosami, zostawiając w ciemnościach panią Zofię z 
sio-
strzeńcem. 
Psy istotnie pobiegły w kierunku zagrody, ale nie umilkły, lecz przeciwnie – ujadały 
coraz 
zacieklej. „CzyŜby rzeczywiście kogoś opadły?” – pomyślał Sylwin i przyspieszył 
biegu. 
Nagle wyrosły przed nim dwie sylwetki. Wyłoniły się z krzaków bezszelestnie i 
zastąpiły 
mu drogę. Zanim zdąŜył pomyśleć, usłyszał znajomy głos. 
– A dyć nie wie pan, czemu tak latają? 
Sylwin zdał sobie nagle sprawę, Ŝe nie wie dokładnie, co się tutaj dzieje, Ŝe 
uczestniczy w 
jakiejś absurdalnej pogoni za cieniem, za miraŜem wybujałej wyobraźni. Powtórzył 
machinalnie 
to, co sam usłyszał. 
– No cóŜ – rzekł z wahaniem. – Łapią tu jakiegoś szaleńca. 
– A czy tu jest jaki? 
W ciemności błyskało filuternie oko Ginterowej. Taką minę miała zwykle, gdy 
rozmawiała 
z gminnymi urzędnikami. 
– Z jednym to ja jezdem Ŝonata, ale na to ani sam pan Bóg nie pomoŜe. 
– Pewnie, pewnie – powiedział tatko zza jej pleców. 
– Macie państwo szczęście – powiedział Sylwin – Ŝe ta hałastra pobiegła bokiem, bo 
mogliby 
was uszkodzić bez dania racji. Ta cała pogoń jest równie szalona jak złudzenie, za 
którym 
goni. 
– My Ŝadnej pogoni nie widzieli – powiedziała gospodyni z głębokim przekonaniem. 
Sylwin 
pomyślał z podziwem o jej umiejętności „palenia głupa”. Musieli stać ukryci za tym 
ja-
łowcem, gdy cała czereda przebiegała tędy, trzy metry od nich. Wiedział z 
doświadczenia, jak 
trudno jest zauwaŜyć w tym krajobrazie autochtona, gdy ten nie chce być zauwaŜony. 
– Pieski nas znają – powiedziała pani Weronika, pozornie bez związku. 
– UwaŜajcie na siebie – rzekł Sylwin. – Tak naprawdę nie wiadomo, co tu się dzieje. 
– Ja tera jezdem czysty gap – przyznała Ginterowa. 
– JaŜem wzął ten koł – zabulgotał z tyłu tatko. Istotnie, z ciemności wyłonił się drąg 
mo-
gący się ubiegać o nazwę belki. – Jak ja rąbna, z takim zaro bandze kunc! – ciągnął 
pan Franciszek. 
– No dobra, stary, chodź do dom – przerwała małŜonka chwytając za „koł” i ciągnąc 

kierunku drogi. – Nic tu po nas. 
– Ale tam coś się dzieje! – wykrzyknął Sylwin, gdyŜ hałasy na górze znowu przybrały 
na 
sile. 

background image

– To juŜ nie nasz interes – powiedziała jakoś twardo pani Weronika. – My tu przyszli 
sprawdzić, czy kto lasu nie podpala albo kartoflów nie depce. Pan nam opowie – 
dodała, jakby 
usprawiedliwiając się ze swego braku ciekawości. 
– UwaŜajcie – powiedział nie wiadomo czemu Sylwin. 
Oddalali się z prostotą i godnością jednocześnie, a on znów wspinał się ku górze, do 
ź

ródła 

niepokoju. 
Gdy znalazł się pod palisadą gospodarstwa, stało się dla niego jasne, Ŝe wydarzenia 
roz-
grywają się w tym momencie na zewnątrz, od południowej strony ogrodzenia, w 
miejscu 
zwanym „Pod Lasem”. Pobiegł dość szerokim duktem, który przypominał, gdzie 
niegdyś 
przebiegała granica między polem a lasem. Droga kończyła się ślepo – gęstym, 
zaniedbanym 
sosnowym laskiem. W tym kiszkowatym zakończeniu stali uczestnicy pogoni i 
naradzali się, 
podczas gdy ze środka lasku dobiegało histeryczne ujadanie. 
– Trzeba okrąŜyć! – radził Czarliński – Niech kilku z panów pójdzie tą ścieŜynką na 
prawo, 
a kilku na lewo. Tu tylko z pozoru jest trudno przejść – dalej one się poszerzają. A z 
tyłu 
jest wolna przestrzeń i zaraz jezioro. Nie ucieknie. No dalej! 
Wykonywano ochoczo jego polecenia, gdy nagle w krzakach rozległ się trzask i 
pojawiła 
się jakaś barczysta sylwetka. Dwóch młodzieńców rzuciło się na nią z pałkami. 
– Stać! – krzyknął Sylwin, a okrzyk ten uratował prawdopodobnie Waldemara Borutę 
przed niebezpiecznym ciosem. 
– Co pan tu robi? – po raz drugi tego wieczoru Czarliński był wyprowadzony z 
równowagi. 
– Do diabła – to samo co i pan! Ganiam za tym facetem! 
– Nie spotkał pan nikogo? – zapytał doktor, nieco udobruchany.
Waldemar wzruszył ramionami uznając pytanie za retoryczne.
– Tam się trudno przedrzeć. Jak psy nie poradzą, wtedy pójdziemy. 
– Lepiej zrobić to szybciej, jeŜeli ceni pan swoje pieski – rzekł Czarliński, a z lasu 
dobiegł, 
jakby na potwierdzenie tych słów, nienaturalny skowyt. – Panowie, obława! – 
dowodził doktor. 
– Rozstawić się! Ruszamy! 
– On jest w swoim Ŝywiole – rzekł Waldemar z niejakim zdziwieniem. 
– On tak – potwierdził Sylwin. – Ale czemu, do cholery, ty w tym uczestniczysz? 
– A ty? – odparował, a nie otrzymawszy odpowiedzi, zaczął mówić. – Wracałem 
kiedyś 
pociągiem z Bydgoszczy i wstąpiłem na piwo. Bufet pełen był kibiców. Wychwalali 
głośno 
grę swojego klubu, chyba „Arki”. Spytali mnie, czy jestem kibicem tej druŜyny. 
Powiedzia-
łem, Ŝe nie i zanim zdąŜyłem dodać, Ŝe w ogóle nie interesuje mnie piłka noŜna, 
zostałem 
nazwany „lechistą” – to chyba jakiś klub konkurencyjny – i dostałem po głowie. 

background image

Gęstwina rozbrzmiewała dzikimi okrzykami i trzaskiem łamanych gałęzi. 
– Musiałem się do tego przyłączyć, bo oni myślą, Ŝe jestem z n i m – powiedział 
cicho, a 
po namyśle dodał: – Albo n i m samym. 
– To znaczy kim?! Czy przypuszczasz, Ŝe on jest naprawdę? 
– Jest naprawdę, przynajmniej tylko w nas. Czy Lesio nie nauczył cię tego wczoraj? 
Uśmiechnął się sarkastycznie. Sylwin odgarnął włosy z czoła niecierpliwym ruchem i 
rzekł: 
– Bredzisz, jakbyś się objadł blekotu. Chcę wiedzieć, czy w tych krzakach siedzi ktoś 
na-
prawdę, czy ci wszyscy ludzie powariowali doszczętnie. 
– Zaraz dowiemy się tego. 
Istotnie w chaszczach zawrzało. Rozległy się krzyki wyraźniej artykułowane niŜ 
poprzednio. 
Podekscytowane głosy obwieszczały coś, czego nie moŜna było zrozumieć. Po chwili 
pojęli, Ŝe męŜczyźni przywołują ze środka lasku Waldemara. 
Przejście przez gęstwinę nie stanowiło juŜ takiego problemu. Tyraliera męŜczyzn 
spusto-
szyła zagajnik niczym stado słoni. Ciasno splecione suche gałęzie porastające dolne 
partie pni 
młodych sosen zostały poutrącane pałkami, w jakie zaopatrzyli się ścigający. Teraz 
między 
drzewkami zrobiło się całkiem luźno. 
Doszli szybko do miejsca, gdzie zgrupowała się większość uczestników obławy. O 
dziwo, 
nie pokrzykiwali juŜ, lecz wypowiadali ciche, wzburzone wewnętrznie kwestie 
wibrujące 
złowrogo w ciemności. TakŜe psy przestały ujadać. Sylwin oparł rękę o grzbiet 
Heroda. Pod 
dłonią poczuł zjeŜoną sierść. Po skórze zwierzęcia przelatywało falami nerwowe 
drŜenie. 
Koło stojących rozstąpiło się nagle. Weszli w powstałą lukę i zobaczyli to, co było 
dotąd 
niewidoczne, otoczone szeregiem ciał. 
Na ziemi leŜało równieŜ ciało, ale emanowało z niego coś świadczącego, Ŝe nie 
przynaleŜy 
juŜ ono do oŜywionej części natury. Porzuciwszy krąg niejasnych wraŜeń, Sylwin zdał 
sobie 
sprawę, Ŝe na ziemi leŜy po prostu trup młodej dziewczyny. 
Wydobyta nieskromnie ze schowka ciemności ostrym światłem latarek, zdawała się 
oskar-
Ŝ

ać tę głuszę o wspólnictwo w tej śmierci, a stojących wokół ludzi – o bezprawne 

wdarcie się 
w centrum tajemnicy. LeŜała przechylona na bok, skulona. Chude, dziewczyńskie 
nogi, wy-
stające spod przykrótkiej spódnicy, były podwinięte. Blada twarz, kontrastująca z 
ciemną 
smugą włosów, miała ascetyczny, surowy wyraz. Gdyby nie to przedziwne śmiertelne 
znieruchomienie, 
wyczuwalne intuicyjnie, mogłoby się wydawać, Ŝe dziewczyna śpi. 
Sylwin przypadł do niej i dotknął jej szyi łagodnym, prawie czułym ruchem. Nie mógł 

background image

się 
od tego gestu powstrzymać, tak bardzo wierzył w Ŝycie przesycające jeszcze to 
znajome 
skądś ciało. W następnej chwili nie miał juŜ wątpliwości. Nie Ŝyła. JednakŜe szok tej 
namacalnej 
prawdy okazał się owocny. Dotyk martwego ciała pozwolił Sylwinowi uprzytomnić 
sobie, kiedy widział je w pełnej krasie Ŝycia. Było to przed spalonym domem. 
Spojrzał wokoło i dostrzegł, Ŝe jego gest jest czymś wysoce nienaturalnym, 
nieprzystosowanym 
do okoliczności. Wbrew sobie, niejako machinalnie poprawiając tamten błędny ruch, 
ujął teraz rękę dziewczyny zrutynizowanym gestem i potrzymawszy przez chwilę 
orzekł: 
– Nie Ŝyje. Trzeba ją stąd wziąć w jakieś bardziej ludzkie miejsce.
Uniósł bezwładne ciało nad ziemię, gdy nagle powstrzymał go głos Czarlińskiego.
– Niech pan zostawi. To sprawa milicji. Nie moŜemy niczego ruszać, zanim oni nie 
przy-
jadą. 
Sylwin musiał przyznać mu rację. PołoŜył ciało z powrotem na ziemi. Jej głowa 
przekrę-
ciła się nagle na drugi bok jakby w geście niemej bezsilności. Włosy rozpełzły się po 
mchu. 
Oczom Sylwina ukazał się nagle nowy szczegół. 
W tych włosach tkwiła zmięta i zgnieciona czerwona piwonia. 
„Dziewczyna z Bukowej Góry” – pomyślał Sylwin, chociaŜ rozsądek podpowiadał 
mu, Ŝe 
niejedna piwonia rośnie na świecie, Ŝe twarzy tamtej dziewczyny nie widział ani przez
chwilę 
i Ŝe wreszcie wiarygodność tamtych zdarzeń wydaje się jemu samemu coraz bardziej 
nikła. A 
jednak, gdy patrzył na rozlane wokół włosy dziewczyny, zalewały one takŜe i jego 
wyobraź-
nię, łącząc ze sobą trzy punkty: spalony dom, Bukową Górę i to ciemne i wilgotne 
wnętrze 
lasu. Jej młodość, którą pamiętał z tamtych poprzednich spotkań, została nagle 
osaczona, zaszczuta. 
Tak, w lesie moŜna się obłąkać pośrodku drogi Ŝycia, ale wcześniej jest to zabójcze. 
Z zamyślenia wyrwało go delikatnie dotknięcie Waldemara. Przyjaciel pokazywał mu 
ruchem 
ręki kwiat we włosach dziewczyny. A więc pamiętał jego opowiadanie, te pozbawione 
sensu tyrady, które Sylwin przytaczał z pamięci, a które zostały przez słuchaczy 
przyjęte jako 
dowód pomieszania zmysłów. 
– Mamy teŜ czerwoną piwonię – powiedział nagle głośno rozglądając się wkoło. Nie 
zoba-
czył jednak Ŝadnej twarzy. Tylko reflektory świeciły mu oślepiająco w twarz, jak na 
przesłu-
chaniu. 
– Znów jakieś rojenia – rozległ się w ciemnościach spokojny głos doktora. – Wszyscy 
ją 
widzimy, ale cóŜ z tego wynika? Kwiat we włosach nie potwierdza jeszcze pańskich 
opowiastek, 

background image

tak jak rozpalenie ogniska przez młodzieŜ nie kojarzy się na ogół z okropnościami, 
które 
nam pan niedawno opisywał. Na szczęście nie wszyscy mają tak chorobliwą 
wyobraźnię. 
Milczał przez dłuŜszą chwilę. Sylwin czuł, jak krąg wrogości obejmuje go za szyję. 
– No cóŜ – powiedział Czarliński z rozwagą. – Wydarzenie, które właśnie zaistniało, 
zmienia na szczęście perspektywę, z jakiej dotychczas patrzyliśmy na to wszystko, co 
się tutaj 
wyprawia. Dzisiejsze czasy odznaczają się sporą tolerancją na róŜne wariactwa. 
MoŜna nawet 
mówić o kulcie nienormalności, o dyktaturze obłąkanych. Demokracja czyni nas 
bezsilnymi 
wobec wybryków natury. Zanika poczucie ładu publicznego, naleŜyte zrozumienie 
wartości 
społecznych. Dopiero gdy dojdzie do takich tragicznych wypadków, mamy prawo 
interwe-
niować. A wtedy jest zwykle za późno. 
– Co pan chce, u diabła, przez to powiedzieć! – krzyknął Sylwin, ale tamten 
zignorował 
pytanie. 
– Ja teŜ Ŝądam wyjaśnień – powiedział spokojnie Waldemar. 
– Phhh – parsknął drwiąco Czarliński – wyjaśnień! Niestety wszystko wyjaśniło się 
samo! 
Pańskie, hm, dziwactwo, tak długo tolerowane… Znamy te rozmowy: prawo do 
odrębności, 
do bycia sobą. Uszanować inność! A wie pan, co to znaczy? Pan jest pomyleńcem, 
tyle Ŝe 
łagodnym, ale jakie to ma teraz znaczenie? Stworzył pan warunki rozwoju dla 
rozmaitych 
mętów, obłąkańców, warchołów i kryminalistów! Oto są rezultaty! 
Szmer uznania przebiegł po zebranych. Sylwin wstał i próbował wyjść z kręgu 
ś

wiatła, 

lecz w murze ciał nie było Ŝadnej luki, w którą moŜna by się wcisnąć. Usłyszał głos 
Waldemara. 
– Więc twierdzi pan, Ŝe ja mam z tym coś wspólnego?! 
– AleŜ nie, to znaczy nie bezpośrednio… 
– A czemu nie? – wtrącił niespodzianie młody, arogancki głos. – PrzecieŜ gdy tu 
przyszli-
ś

my, on pierwszy wylazł z tych krzaków. Co tam robił? 

– Nie pańska sprawa – powiedział Waldemar. – To samo co kaŜdy z was. RóŜnica 
polega 
na tym, Ŝe wy biegaliście po krzakach stadem, ja natomiast chodziłem sam. A stado 
zawsze 
ma rację, droga stadna jest zawsze słuszna… 
– Co on gada? – zabrzmiał głos innego młodzieńca. 
– Przerwijmy tę dyskusję – rzekł niecierpliwie Czarliński. – Nie chodziło mi o takie 
bez-
pośrednie podejrzenia. Miałem na myśli to, Ŝe przez swój nadmierny liberalizm toruje 
pan 
drogę złu – oczywiście niechcący. To pańskie anachroniczne gospodarstwo od dawna 
wyma-

background image

gało likwidacji. 
– Niedawno był pan innego zdania… 
– O, bo pan umiał gadać! Jakich to ono owoców nie przyniesie! No i przyniosło. 
– Ale co ja ztym mam wspólnego, jeszcze raz pytam? 
– A to, Ŝe męt idzie zawsze tam, gdzie anarchia i warcholstwo, a nie tam, gdzie ład i 
po-
rządek. Rozumie pan? Jest pan człowiekiem wykształconym, tak jak i większość 
pańskich 
przyjaciół. Wam więcej wolno, bo rozumiecie wiele spraw, nie przekraczacie, Ŝe tak 
powiem, 
granicy. Ale dla maluczkich wasze teorie mogą być niebezpieczne. Przeciętny 
człowiek nie 
moŜe wiedzieć o wszystkim. Naszym zadaniem jest sterować jego wiedzą o świecie. 
Nie mo-
Ŝ

emy go do wszystkiego dopuszczać. Wszystkie piękne teorie są teŜ niebezpieczne, 

bo godzą 
w ład i porządek. MoŜe zajmować się nimi człowiek na poziomie, bo on nie 
przekroczy… 
– Skończ pan – powiedział niechętnie Waldemar. Pomimo ciemności Sylwin zobaczył
na 
jego twarzy wyraz bezradności, który dobrze znał. 
– Patrzcie go – odezwał się ktoś w grupie. – Ład i porządek! I kto to mówi? Nasz 
kochany 
doktor? 
– Milcz – powiedział ktoś twardym głosem i dopiero po chwili Sylwin zrozumiał, Ŝe 
jest to 
głos Czarlińskiego. – Niczego jeszcze nie rozumiecie. 
– Staramy się – zaśmiał się ktoś w ciemnościach śmiechem puszczyka. Zapanowała 
cisza. 
– Trzeba wiedzieć, kiedy moŜna się bawić, a kiedy trzeba być odpowiedzialnym za 
siebie 
– rzekł Czarliński. – Na wyładowanie się są przeznaczone w Ŝyciu człowieka 
odpowiednie 
chwile po to, Ŝeby potem mógł ująć się w karby i słuŜyć społeczeństwu. 
– śycie nie moŜe mieć karbów – powiedział Waldemar. – Musi być całe realizacją 
siebie, 
„wyładowaniem” – jak pan to zechciał nazwać. 
– No i proszę – wykrzyknął doktor z pełną wrogości pogardą. – Ten wciąŜ swoje. 
– Ma rację doktor, a jak! – krzyczano w grupie. – Po dobrej robocie zasłuŜony 
wypoczynek. 
Ktoś roześmiał się cynicznie, ale nie był to juŜ śmiech skierowany przeciwko 
Czarlińskiemu. 
Sylwin usiłował dociec intuicyjnie, na czym opierało się spięcie zaistniałe przed 
chwilą 
między doktorem i młodzieŜą. Szukał słowa, które niczym haczyk zaczepiony o 
zwartą tkani-
nę rozmowy, spruje ją nagle, ujawniając goliznę faktów. Ale słowo takie coraz 
bardziej się 
oddalało. Zamiast tego Sylwin poczuł, Ŝe ogarnia go fala nieposkromionej 
wściekłości, nad 
którą daremnie próbuje zapanować rozum. Na chwilę wyłączył się z czasu. 

background image

Oślepiająca ja-
sność rozświetliła go od środka. „Tak, słusznie to nazywają białą gorączką” – 
pomyślał, gdy 
odzyskał zdolność myślenia. 
Sylwin rzucił się w kierunku głosu Czarlińskiego roztrącając po drodze ludzi 
tworzących 
krąg, niczym bezwolne manekiny. Nim ktokolwiek zdołał zrozumieć, co się stało, 
Radzikowski 
wylądował obok doktora chwytając go w tym samym momencie za kurtkę i 
podnosząc 
bez wysiłku z ziemi. Nikt na wyspie nie widział jeszcze tego szczupłego męŜczyzny o 
chło-
pięcym wyglądzie w takim stanie. Jego oczy płonęły chorobliwie, ruchy zaś były tak 
brutalne, 
jak gdyby ten cherubinek zabierał się do koszenia rosnących wkoło drzew. 
Jednocześnie jednak 
były to ruchy bezbłędnie pewne, niezawodne. Przez chwilę zdawało się, Ŝe Sylwin, 
stoją-
cy teraz dumnie, niczym wybraniec bogów, ciśnie gdzieś ciało nieszczęsnego doktora 
jak 
wyŜętą cytrynę. On jednak stał nadal trzymając tamtego bez wysiłku i tylko w 
pewnym momencie 
usłyszano jego cichy, łagodny szept. Sylwin przybliŜył ramię, w którym zaciskał 
doktora Czarlińskiego, w kierunku swoich ust i mówił. Dopiero teraz wyszło na jaw, 
jaka 
cisza panowała tu przed chwilą. 
– Ty draniu. Zgrywasz tutaj moralistę, a zaraz ci powiem, jaką podwójną grę 
prowadzisz. 
– Puść go, na Boga! – krzyknął z boku Waldemar. – PrzecieŜ on się dusi! 
– O, przepraszam, zapomniałem pana postawić przez roztargnienie – zmitygował się 
Sylwin 
i Czarliński stanął na własnych nogach. 
– Cieszę się – wystękał doktor, ale głos odmówił mu posłuszeństwa i nie chciał 
wydoby-
wać się dalej ze sfatygowanej krtani. – Cieszę się – wycharczał powtórnie i znów 
utknął. 
– O? – zdziwił się uprzejmie Sylwin. – Z czegóŜ to? 
– Cieszę się – podjął po chwili zwracając się do Waldemara – Ŝe spotkało mnie to w 
obec-
ności świadków. Bo to potwierdza wszystko, co panu powiedziałem. Rozumie pan? 
Wszystkie 
zarzuty! Skoro ten tu, zdawałoby się, najspokojniejszy… Kryptowariat! – wybuchnął. 
– Kto? – zapytał anonimowy młody głos. 
– No taki wariat, co udaje normalnego – wyjaśnił Czarliński z niezadowoleniem. Po 
chwili 
mówił dalej, z rosnącą wściekłością. – Dobrze się stało, wyszło szydło z worka. No, 
ale ja 
was teraz urządzę! Pójdziecie za kratki. Do czubków albo do kryminału. Wedle 
zasług. 
Zamilkł. W ciemnościach było słychać tylko jego cięŜki oddech. – Teraz idę – 
powiedział 

background image

juŜ swoim zwykłym zdyscyplinowanym głosem. – Trzeba wysłać kogoś do wioski, 
Ŝ

eby za-

wiadomił milicję. I naprawdę cieszę się, Ŝe to zaszło i Ŝe jest tutaj tyle osób 
postronnych. – 
Nie! – roześmiał się nagle – nie wykręcicie się sianem. Idę. 
Odwrócił się i ruszył do przodu. Nagle jak gdyby stalowe kleszcze zacisnęły się na 
jego 
ramieniu i przeniosły go na powrót do punktu wyjścia. 
– Jeszcze nie – powiedział łagodnie Sylwin i puścił ramię doktora. – Nie omówiliśmy 
naj-
waŜniejszego. Rozumiem juŜ, jak cieszy pana ta tragedia, poniewaŜ spodziewa się 
pan zreali-
zować jakieś swoje knowania. Usiłuję właśnie domyślić się, jakie to są knowania i po 
co pan 
je podejmuje. OtóŜ wiem juŜ, panie Czarliński, o czym nikt inny z tu obecnych, prócz 
pana, 
jeszcze nie wie, Ŝe nasz doktor Czarliński jest tym samym człowiekiem co pewien 
awanturnik, 
który jako członek grupy konspiracyjnej sławnego Hindenburga brał udział w skoku 
na 
niemiecką pocztę pod Olpuchem. Prócz bezwartościowych banknotów niemieckich 
było tam 
równieŜ paręnaście kilogramów złota. Sam Alojzy, były pana przełoŜony, mówił mi 
kiedyś o 
tym. Wtedy nie kojarzyłem oczywiście faktów. Czarlińskich na Kaszubach do diabła i 
trochę. 
Wracając do złota: zniknęło, razem z młodym, brawurowo odwaŜnym Ŝołnierzem 
podziemia. 
Razem z panem, doktorze. Pamiętają o tym i tubylcy. Mówią, Ŝe zakopał pan złoto i 
uciekł do 
Ameryki. Potem miał pan jakoby umrzeć. A złoto zostało. Pierwsze po wojnie 
miejscowe 
władze tak się na to złoto napaliły, Ŝe chciano przejąć wyspę na skarb państwa i 
rozpocząć 
systematyczne poszukiwania. Nie uczyniono tego. Potem sprawę zaczęto traktować 
jak le-
gendę. Ale oto pan wraca. Nieboszczyk zmartwychwstaje. O, niech pan nie zaprzecza. 
Mam 
zdjęcie z pańskiego pogrzebu. Dlaczego tak panu zaleŜało na ukryciu się, a 
jednocześnie nie 
zmienił pan nawet nazwiska? 
– Nie zaleŜało mi na tym – rzekł Czarliński beznamiętnie. – MoŜe, w pewnym 
okresie, ale 
później nie. Dlaczego miałbym zmieniać nazwisko? To co pan mówi, to pomieszanie 
prawdy 
i bujdy. Musiałem emigrować. Bałem się. Był na mnie wyrok, jak i na Alojza. 
Ludność miejscowa 
bała się coraz częściej udzielać pomocy, ze względu na coraz większe represje. Wyje-
chałem. Natomiast z tym złotem to bujda. śe Alojz potwierdzał? AleŜ on w ostatnich 
latach 
plótł, co mu ślina na język przyniosła. Wyjechałem, wróciłem – to wszystko. I pracuję 

background image

sumiennie 
na ziemi, z której wyszedłem. 
– Dlaczego z taką konsekwencją próbuje pan spowodować wysiedlenie Waldemara? 
Najpierw 
działał pan metodą węŜowatą, z ukrycia. Teraz nadarzyła się okazja uknucia intrygi, z 
której trzeba skwapliwie skorzystać, czy tak? 
– Do człowieka tak przesiąkniętego prywatą nie trafią argumenty, którymi się 
powoduję. 
Złoto, co? To dla pana jedyny sensowny motyw działania. Niech się pan dowie więc, 
Ŝ

e ist-

nieją jeszcze inne względy: dobro ogółu… 
– Przestań pan – przerwał Sylwin. – Jest pan wrednym kłamcą. Mam tutaj zdjęcie z 
pań-
skiego pogrzebu. 
Czarliński istotnie przestał. 
– Skąd je pan ma? – zapytał zmienionym głosem. 
– Od pańskiego brata, drogi panie. Odwiedziłem go. Ucieszył się. Skoro rodzony brat 
go 
nie odwiedza, bo jakŜe mógłby odwiedzać, skoro od pięćdziesiątego czwartego leŜy w 
grobie… 
Pamięta pan te zdjęcia, które robiliśmy sobie tydzień temu? Panu tak tam do twarzy z 
panną Jolantą u boku… OtóŜ mam takie zdjęcie, a raczej miałem. Pana brat zatrzymał 
na pa-
miątkę. Nie chciał biedak uwierzyć, Ŝe to zdjęcie pochodzi sprzed tygodnia. W 
zamian dał mi 
tę fotografię z pańskiego pogrzebu. Wzruszające. Zachodni styl. Wygląda pan w tej 
trumnie 
niezwykle dystyngowanie… 
– Powieść układasz – mruknął Czarliński. – Ma pan dość specyficzną wyobraźnię. 
– O nie – roześmiał się Sylwin. – Tym razem nie pójdzie tak łatwo jak wczoraj. 
Większość 
ma zawsze rację i to jest pana atut. Jeśli kilku ludzi powie, Ŝe coś jest czarne, to 
jednostka 
musi w końcu przyznać rację – choćby było białe. Nie mogę panu udowodnić, Ŝe był 
pan 
wczoraj na Bukowej Górze, Ŝe była tam ta dziewczyna, jak to było? – „czego Ŝąda 
czerwona 
piwonia”, i tak dalej. Pan to mówił, chociaŜ nie mam pojęcia, co to wszystko 
znaczyło. Nie 
mam teŜ pojęcia, dlaczego zainscenizował pan swój pogrzeb, ale na to mam 
przynajmniej 
dowód: czarno na białym – dosłownie, bo fotografia jest czarno-biała. 
Sylwin wydobył z kieszeni zdjęcie pocztówkowego formatu i rozejrzał się w 
poszukiwaniu 
najbliŜszej latarki. Zanim jednak zdołał skierować snop światła na fotografię, ktoś 
nagłym 
ruchem wyrwał mu ją z ręki. Jednocześnie oślepił go snop światła skierowany prosto 
w twarz. 
Instynktownie jego ręce podąŜyły w kierunku, skąd przyszedł atak, ale napotkały tylko 
mur 
nieruchomych, ciasno stłoczonych ciał. 

background image

– Kto zabrał zdjęcie? – krzyknął, czując, jak głupio i dziecinnie zabrzmiało to pytanie. 
– Jakie zdjęcie? – zdziwił się Czarliński, a po chwili dodał: – Chłopcy, czy 
widzieliście u 
pana jakieś zdjęcie? 
Ś

wiat nie przewrócił się w tym momencie do góry nogami. Nie drgnęła ani jedna 

gałąź 
trwającego nieporuszenie lasu. Zdawało się tylko, Ŝe tęŜejące zwłoki zgięły się w 
jakimś bolesnym 
skurczu. 


Ś

cinanie kani 

– Czy my przypadkiem nie śnimy? – zapytał Sylwin po kilku minutach. 
– Wykluczone – odparł Waldemar macając boleśnie rozbite w niewiadomych 
okoliczno-
ś

ciach kolano. – Ta nielogiczna bzdura zdarza się nam naprawdę. 

Zostali przy zwłokach sami. Oddalające się głosy zacichły przed chwilą za lasem. 
Przera-
Ŝ

ona przyroda budziła się z wolna z martwoty. Po trawach rozlegało się coraz śmielej 

cykanie 
owadów. Nocne ptaki poczynały rozmawiać ze sobą. 
– Chodźmy – rzekł Waldemar i jakby przeczuwając skrupuły Sylwina, dodał: – Ona 
rze-
czywiście musi tu zostać. Teraz tym bardziej nie moŜemy niczego ruszać przed 
przybyciem 
milicji. 
Najkrótszą drogą wydostali się na zewnątrz lasku. Niebo pojaśniało teraz trochę, lecz 
cięŜ-
kie chmury nadal wałęsały się po widnokręgu. Od czasu do czasu przezierał spoza 
nich rąbek 
księŜyca, świecącego niezdrowym blaskiem. 
Nagle po lewej stronie leśnego duktu coś zatrzeszczało i jak spod ziemi wyrosła w 
ciemno-
ś

ciach jakaś postać. Sylwin zdołał uskoczyć w bok, jeszcze zanim Waldemar 

zauwaŜył zjawę. 
Z przyjemnością skonstatował powrót do dawnej formy. 
– Nie bij, łaskawco – rozległo się równocześnie w ciemności. – To ja, Celiniak. 
Snop światła z latarki Waldemara potwierdził prawdziwość tych słów. Z mroku 
wyłoniła 
się przestraszona sylwetka sprzedawcy warzyw. 
– A to pan – rzekł Boruta. – Co teŜ pana sprowadza do mnie? 
– Ano tak sobie zajechałem. Trochę za interesem, „Tygodnik” panu przy okazji 
przywio-
złem… 
– Niezbyt szczęśliwie pan trafił – przerwał Waldemar. – U nas dzisiaj sądny dzień. 
– Słyszałem, słyszałem. Niech się pan nie dziwi. Ja mam dobry słuch. Zajęczy. A po 
drodze 
spotkałem jakichś młodzieńców. Takich bardziej… jeźdźców apokalipsy. Tak, dobrze 
mówię, toŜ nawet paru bicyklistów z wioski dało się rozpoznać. A ja się skryłem i 
niejedno 
usłyszałem. MłodzieŜ dziś głośno mówić nawykła. 

background image

– Skoro pan wie o wszystkim, moje zadanie jest ułatwione. Zamierzam mianowicie 
prosić 
pana o przysługę. ZaleŜy mi na tym, Ŝeby po powrocie do wioski zameldował pan o 
zbrodni. 
Nie chcę, rozumie pan, aby taki meldunek wpłynął od osoby, która opatrzy go jakimś 
stronniczym 
komentarzem. 
– O, to drobiazg – zgodził się pan Antoni. – Zamienię tylko z panem kilka słów i 
zaraz 
pojadę. 
Tymczasem w domu panował niepokój i zamieszanie. Czarliński był tam przed 
chwilą i 
zawiadomiwszy panią Zofię o „znamiennym wypadku” poŜegnał się bardzo 
oficjalnie. Pomimo 
jednak katastroficznego nastroju nakryto do kolacji jak zawsze. Waldemar na widok 
zastawionego stołu, za którym siedzieli w komplecie wszyscy Wegetariańscy, pani 
Borutowa 
oraz pstrokata zbieranina sezonowych pomagierów z Maksymem i Tadeuszem 
Tymoteuszem 
na czele, wzruszył tylko ramionami i spytawszy pana Celiniaka, czy nie chce jeść, 
zabrał go 
do swego pokoju nie czekając na odpowiedź. 
Po kilku minutach wrócił sam i usiadłszy na swoim miejscu skubał po kawałku tej czy 
tamtej potrawy, nie mówiąc nic. Pani Zofia, zajmująca miejsce w tym końcu stołu, 
gdzie 
zwykły się grupować wszystkie stojące na nim butelki, takŜe nic nie mówiła, co było 
juŜ rze-
czą wyjątkowo dziwną. Natomiast babcia Wegetariańska nie odzywała się w 
całkowitej zgodzie 
ze swoim zwyczajem, co jak zwykle rekompensowała sobie niezwykłą jak na jej wiek 

ascetyczną postać, ilością pochłanianych potraw. 
Wkrótce pojawił się Sylwin z Jolantą, której zachowanie świadczyło o tym, Ŝe 
dowiedziała 
się o zajściu. Radzikowski czuł się całkiem nieźle. W jedzeniu konkurował z 
powodzeniem z 
babcią Wegetariańską, a pod względem samopoczucia wydawał się być maksymalnie 
zrelaksowany. 
Była to kwestia treningu. śycie w sytuacjach stresowych nastręczało wiele okazji do 
wyrobienia w sobie mechanizmów regulowania emocji. Właściwie doszło do tego, Ŝe 
w stresie 
odŜywał i przejmował inicjatywę. Przypomniał sobie o tym teraz, po kilku latach, 
podczas 
których nie miał okazji praktykować swoich psychicznych „zaworów 
bezpieczeństwa”. Sie-
dząc obok Jolanty prowadził z nią wyszukaną rozmowę na temat elementów erotyzmu 

sztuce młodopolskiej, odwołując się konwencjonalnie do zdania innych biesiadników, 
którzy 
patrzyli na niego jak na głupiego. Janka mruknęła nawet coś o bezeceństwach i 
chciała wyjść 

background image

z pokoju, wobec czego Sylwin zajął się koncepcją szatana w malarstwie bizantyjskim. 
Podczas 
tego monologu czuł, jak zmęczone całodziennymi zajęciami mięśnie wypoczywają, 
jak 
odŜywają te nieczynne chwilowo pokłady kory mózgowej, tak potrzebne w 
krańcowych momentach 
Ŝ

ycia, gdy intelektualizm musi ustąpić miejsca zwierzęcym instynktom. 

Pierwsze grzmoty rozległy się w chwili, gdy kolacja dobiegała końca. Ci, którzy 
spojrzeli 
w tym momencie w kierunku okna, ujrzeli w nim młode twarze przylegające do 
szyby. W 
ś

wietle dalekiej błyskawicy zabłysły ciekawe oczy obserwujące wnętrze 

pomieszczenia. Waldemar 
poderwał się z miejsca i wyszedł na ganek. Kilku chłopców z pobliskiego obozu 
pode-
szło do niego. 
– Czy doktor pojechał do wioski? – zapytał jeden z nich. 
– A wybierał się? 
– Tak. Mówił, Ŝe on to musi załatwić, Ŝeby uniknąć dalszych nieporozumień. 
– Nieporozumień? Jeśli miał na myśli to, co się wydarzyło, to uŜył dość dziwnego 
określe-
nia. W kaŜdym razie niepotrzebnie się trudził, gdyŜ ja juŜ zleciłem znajomemu z 
wioski 
sprawę zawiadomienia milicji. Co do Czarlińskiego, to tutaj go nie ma, więc pewnie 
pojechał. 
– Jak prędko moŜna się kogoś spodziewać? 
– Trudno powiedzieć. Mam nadzieję, Ŝe zdąŜą, zanim rozpęta się nawałnica. Burza 
idzie 
pod wiatr. Będzie niezła ruchawka, a jak przejdzie jezioro to… sami zresztą 
zobaczycie, jaki 
będzie kocioł na wyspie. 
Młodzieńcy popatrzyli na siebie z niedowierzaniem i jeden z nich rzekł: 
– Mówi pan, Ŝe aŜ tak będzie grzało? Ale chyba milicyjna łajba przejedzie. Z 
silnikiem od 
Lublina… 
– RóŜnie na tym jeziorze bywało – rzekł zdawkowo Waldemar. – A wracając do 
doktora 
Czarlińskiego, sądzę, Ŝe nie warto go w przyszłości szukać pod tym adresem. A 
nawiasem 
mówiąc, czy nie spotkali się panowie z moimi pieskami? 
Rozejrzeli się strachliwie dookoła. 
– Na szczęście nie – powiedział któryś. – Do diabła, zapomnieliśmy o tym. No to się 
zmywamy. Uszanowanie. 
– Pewnie biegają po wyspie – odezwał się Sylwin, który od paru chwil stał jak cień za 
plecami 
przyjaciela. – Strasznie się rozbisurmaniły w trakcie tej całej pogoni. 
Waldemar odburknął coś w odpowiedzi i wrócił do pokoju. Zaraz potem Maksym 
wyru-
szył w teren. Po lesie rozległo się śpiewne, jękliwe nawoływanie. Nie minął 
kwadrans, jak 
psy znalazły się na powrót w zagrodzie. Brama została zamknięta na noc. 

background image

Dalekie błyski pojawiały się to w tej, to w tamtej stronie wyspy. Były jeszcze na tyle 
odle-
głe, Ŝe pomruki grzmotów wydawały się czymś oddzielnym, nie związanym z 
błyskawicami. 
Jedne i drugie przetaczały się leniwie gdzieś za jeziorem, jak gdyby gotując się do 
osaczenia 
wyspy w krzyŜowym ogniu. Na tle tej przyciszonej walki Ŝywiołów łomotanie do 
furtki roz-
legło się całkiem wyraźnie. 
Psy nie szczekały. Przeciwnie, machały ogonami i krygowały się przed milczącą 
martwo 
bramą. Pomimo to w głębi domu usłyszano pukanie i wkrótce Waldemar wyszedł 
przed dom. 
Po drugiej stronie bramy stała Sylwia. 
Bez słowa wśliznęła się do środka, gdy tylko Waldemar uchylił furtkę, po czym nie 
cze-
kając na niego podąŜyła ku domowi. Poruszała się pewnie, ze znajomością rozkładu 
pomiesz-
czeń. Znalazł ją w bibliotece, siedzącą z podwiniętymi pod siebie nogami w fotelu. 
ZdąŜyła 
nawet napełnić sobie kieliszek. Karminowe wino kołysało się w rŜniętym szkle, 
rzucając niespokojne 
refleksy na jej Ŝywą twarz okoloną włosami, w których migotały jeszcze barwy 
słońca. Ale były to kolory słońca schylającego się ku jesieni. TakŜe oczy, zwykle 
połyskliwe, 
nabrały teraz barwy głębokiej, przepaścistej toni. 
– Wiem o Frani – powiedziała. – Kto to mógł zrobić? 
– Znałaś ją? – zdziwił się Waldemar.
Parsknęła ze zniecierpliwieniem i odrzekła:
– Chyba byłeś przy spalonym domu, kiedy ci radziłam przez twojego pięknego 
przyjaciela? 
No więc ją widziałeś. Byłeś tam, gdy wychodziła? 
– Byliśmy z moim „pięknym przyjacielem”. Ale skąd ty znasz takie szczegóły?
Roześmiała się machinalnie.
– PrzecieŜ ja teŜ tam byłam. W środku. 
– Ty? No i co wyście tam, u diabła, robiły? 
– Bawiłyśmy się – powiedziała zdawkowo.
Zamilkła. Zdawała się coś rozwaŜać. Wreszcie powiedziała:
– Z doktorem Czarlińskim.
Waldemar przestał chodzić po pokoju. Opadł na pobliski fotel i po chwili rzekł:
– Gdziekolwiek się obrócę, prześladuje mnie nazwisko tego człowieka. Gdybym 
wiedział 
do końca, o co w tym wszystkim chodzi! 
– Właśnie dlatego miałeś tam przyjść. Myślałam, Ŝe będzie mowa i o tym. 
– O czym? 
– No, o skarbie. On mówił, Ŝe ty siedzisz na skarbach, tylko, Ŝe tyle się pozmieniało, 
Ŝ

e on 

nie wiedział, w którym to było miejscu. 
– Oto potwierdziła się moja teoria – powiedział Radzikowski wchodząc do pokoju. – 
Oto 
masz swojego Czarlińskiego! 

background image

– Ale czy to był na pewno on? – dopytywał się Waldemar. 
– A któŜ by? Co to, pierwszy raz z nim byłam? 
– Ale coście robili w spalonym domu? 
– Ach, ty mój naiwny niedźwiadku, spędzaliśmy przyjemnie czas! 
– Z tymi młodziankami na motorach równieŜ? 
– Ach, nie, oni przyjechali pierwszy raz. Jakieś ograniczone typy. Nie wiem, skąd 
doktor 
ich wytrzasnął. Ale on był w ogóle jakiś inny. 
– Inny? 
– Tak. Irytujący. Płaski i chamowaty. Nie widziałam się z nim od tamtego czasu. Ale 
dlaczego 
my o tym mówimy? Czy nie ma waŜniejszych spraw? 
– Mówimy cały czas o sprawach zbieŜnych – wtrącił się Sylwin. – Jeśli boli panią ta 
ś

mierć, musimy rozpatrzyć wszystko, co moŜe mieć z nią związek. 

– A co to moŜe mieć wspólnego? – zdziwiła się arogancko, lecz spojrzenie rzucone 
przelotnie 
Sylwinowi zatrzymało się na nim i złagodniało jak wzburzone morze, na które wylano 
oliwę. – Mówmy sobie po imieniu – powiedziała innym tonem. – PrzecieŜ jesteśmy 
prawie 
imiennikami. 
– Do rzeczy – przerwał podejrzliwie Waldemar. – Sylwin był świadkiem dziwnej 
sceny. 
Proponuję, Ŝeby ci ją opowiedział. A nuŜ rzuci jakieś światło na sprawę? 
Sylwin istotnie zaczął opowiadać historię, która wydarzyła mu się na Bukowej Górze, 
ale 
po kilku zdaniach dziewczyna przerwała mu niecierpliwie. 
– Po co to opowiadasz, ja to znam na pamięć. To ścinanie kani. 
– Co?! – krzyknęli obaj, podczas gdy ona, zdziwiona tą reakcją, patrzyła na nich 
podejrzliwie. 
– No przecieŜ mówię. Ścinanie kani. Taki zwyczaj. Tutejszy zresztą. Ja dokładnie nie 
wiem, ale on mówił, Ŝe bardzo stary. No, ale on ma fioła na tym punkcie. On mówi, 
Ŝ

e to 

jeszcze w Grecji było, zanim Chrystus się urodził. Ale u nas tego nie pamiętają, 
zresztą tu 
Greków nie bywało. No więc to jest tak: jak pan Jezus ze świętym Piotrem wędrowali 
po 
ś

wiecie, raz zachciało im się pić. Weszli do jednej kobiety, ale ona im nie chciała dać 

wody. 
Więc zamienili ją w kanię. Teraz lata po świecie i woła pić. 
– A czemu się ją ścina? 
– Bo to zła kobieta. Czarownica. Przez nią wszystko złe w okolicy. Zbiory niszczy i 
biał-
kom spódnice podnosi. 
Mówiła prawie serio. Tylko wprawny obserwator mógł dostrzec, jak wiele 
ironicznego dystansu 
kryje się w tym mówieniu. 
– I ścina się kobietę? – spytał nagle Sylwin. 
– A skąd. Nawet kani się nie uŜywa, bo to rzadki juŜ ptak. Czasem wypchaną. Ale 
najczę-
ś

ciej – czerwoną piwonię. 

Sylwin i Waldemar popatrzyli na siebie, a Waldemar spytał: 

background image

– A jaka w tym rola kobiety? 
– Czarliński wszystko przerobił. Mówi, Ŝe tak jest bliŜej prawdy, niby tak, jak kiedyś 
się 
odbywało. U tych jego Greków czy Irańczyków. 
– MoŜe Indoeuropejczyków? – wtrącił Sylwin. 
– O, coś właśnie tak. Więc kobieta jest tutaj… ofiarowywana. Jako kapłanka diabła 
ponosi 
odpowiedzialność, eee… w planie lucyferycznym… 
Mówiła to z przekonaniem, a jednak trochę sztucznie, powtarzając jakby wyuczony 
wcze-
ś

niej tekst. Sylwin z Waldemarem znów popatrzyli na siebie z niedowierzaniem. 

– Co rozumiesz przez ofiarowanie? Jak to się odbywa? – spytał Waldemar. 
– To niby nie wiesz, niedźwiadku? – zaśmiała się gardłowo. – Ja teŜ tak całkiem nie 
wiem 
– dodała po chwili przepraszająco. – Tańczyliśmy do upadłego i piliśmy jakiś gorzki 
napój. 
On sam go przyrządza. Potem wszystko jest inne. 
– Kto w tym uczestniczył? 
– On sam, mmm… guru, kilku chłopaków, no i dwie, trzy dziewczyny. 
– Mówiłaś, Ŝe tam, w spalonym domu, chłopcy przyjechali pierwszy raz. 
– Ach, to byli zupełnie inni. – Machnęła ręką i dodała z prostotą: – Tamci byli mądrzy 

piękni. Jeden nawet czytał w… anskrykcie. 
– W sanskrycie? 
– O właśnie.
Sylwin objął głowę rękami i trwał w tej postawie pełnej rezygnacji.
– Co to znaczy ofiarowanie? – powtórzył pytanie Waldemara sprzed chwili. – Czy te 
kobiety 
ginęły? 
Spojrzała na niego z oburzeniem. 
– TeŜ wymyśliłeś! – krzyknęła. – PrzecieŜ to była zabawa. Nikt nie traktuje tego serio. 
Przynajmniej nie całkiem serio. 
– Posłuchaj więc do końca, co widziałem tamtej nocy – rzekł Sylwin – i tym razem 
nie 
przerywaj mi. 
Gdy skończył przerwaną opowieść, dziewczyna wykrzyknęła: 
– AleŜtobie się to chyba śniło! 
– Słyszałem juŜ kilkakrotnie taką opinię w ostatnich dniach – uśmiechnął się gorzko 
Sylwin. 
– Ale teraz wiele się zmieniło. 
Zatrzymała na nim pytające spojrzenie. 
– Zamordowali tę dziewczynę – rzekł beznamiętnie. – Tę samą, która uczestniczyła w 
tej 
waszej zabawie! 
– AleŜ to się nigdy nie odbywało tak, jak mówisz. Zamordowanie Franciszki to na 
pewno 
zupełnie inna sprawa. Przekonasz się. A zresztą skąd wiemy, Ŝe ona została 
zamordowana? 
– Wiesz, co ona ma we włosach? Czerwoną piwonię! A moŜe to takie symboliczne 
kwiatki 
ś

cina się zamiast prawdziwej kani? 

background image

– To czysty przypadek, zapewniam cię. Piwonię nosiłyśmy jako tajemny znak 
posiostrzenia. 
Czasem wpinała ją ta, która miała pełnić tego wieczoru rolę… Lucyferyssy. Mówię 
wam, 
Ŝ

e to była zabawa! Czy nie moŜecie się zająć tym, co naprawdę waŜne? 

– Właśnie to robimy – powiedział Sylwin. 
Drzwi do biblioteki otworzyły się i do środka weszła Jolanta. Dwa spojrzenia spotkały 
się 
na jej zgrabnej sylwetce ubranej w śmiały negliŜ, a następnie pobiegły ku sobie. 
Radzikowski 
dokonał prezentacji, po czym przeniósłszy wzrok z powrotem z Sylwii na Jolantę, 
pytał o 
przyczynę nocnego markowania. 
– Oni znów są – powiedziała głosem pełnym niepokoju. – Znów palą ogień na górze. 
Wi-
dać przez okno z mojego pokoju. 
Sylwia poderwała się z fotela i chwyciła Jolantę za rękę. 
– Chodź, zobaczymy – powiedziała niecierpliwie ciągnąc ją w kierunku drzwi.
Zabrzmiało to w taki sposób, Ŝe Waldemar spytał zdziwiony.
– To wy się znacie? 
– Owszem – Sylwia zaśmiała się gardłowo. – Wszyscy znajomi doktora znają się 
nawzajem. 
Stanowimy zwartą paczkę. 
Dopiero teraz Waldemar uświadomił sobie, Ŝe Jolanta przyjechała tu z Czarlińskim. 
Ten, 
uwaŜany prawie za domownika, często przywoził swoich gości. Cieszyli się oni w 
domu pod 
lasem równie duŜym zaufaniem, co sam doktor. Lecz co teraz? 
Podczas gdy obie dziewczyny wbiegały po schodach na górę, Waldemar patrzył 
bezradnie 
na Sylwina, zadając to nieme pytanie. Ten zaś rozumiejąc go bez słów, odpowiedział: 
– Znają się z „Nowych Kaszub”. To takie stowarzyszenie folklorystyczne. Jeśli nie 
masz 
nic przeciwko temu, teraz jest moim gościem. 
Waldemar zgodził się w milczeniu i obaj przyjaciele podąŜyli na górę. 
Sypialnia Jolanty połoŜona była nad gankiem. Janka początkowo protestowała 
przeciwko 
temu, aby „porządna panienka” spała na górce, lecz widząc jej kumoterskie stosunki z 
„dzikusami” 
z góry machnęła na to ręką. W ogóle z wielką przykrością musiała stwierdzić, Ŝe 
coraz 
większa liczba dam przedkłada zwariowaną górę nad dystyngowany dół. Widziała w 
tym 
zgubny wpływ pani Zofii, czemu niejednokrotnie dawała wyraz. 
Tak więc sypialnia Jolanty była połoŜona na górce i Sylwin znał drogę do niej. Z 
okna, 
wychodzącego na południe, widać było spory wycinek jeziora, od Zatoki Czystej po 
Bukową 
Górę. Ta ostatnia była przedmiotem zainteresowania grupki, która się teraz przy tym 
oknie 
skupiła. Istotnie, płonął tam ogień. Wokół niego uwijało się kilka postaci. Słychać 

background image

było dzikie 
krzyki. Dziewczyny sprawiały wraŜenie, jak gdyby widowisko takie było im dobrze 
znane. 
Sylwin równieŜ widział juŜ taki taniec, ale nie mógł myśleć o tym bez niepokoju. 
ToteŜ ze 
zdziwieniem obserwował beznamiętność Jolanty i Sylwii i wysłuchiwał ich 
rzeczowych 
uwag. 
– Czy ty równieŜ brałaś juŜ udział w czymś takim? – spytał dotykając ramienia 
Jolanty. 
– W ścinaniu kani? No jasne!
Sylwin wzniósł bezradnie oczy ku niebu, zaś Waldemar mruknął:
– MoŜna by sądzić, Ŝe w całym powiecie nie ma kobiety, która nie hasałaby z 
Czarlińskim 
przy ścinaniu kani. To juŜ nie kat, ale rzeźnik! 
– Na pierwszym roku studiów byliśmy na wycieczce z „Nowymi Kaszubami” – 
powie-
działa uraŜonym tonem – i w programie była inscenizacja tego obrządku. To było na 
ś

więtego 

Jana. Co w tym złego? 
– Nic – rzekł Sylwin nie spuszczając oka z ogniska. – Po prostu to za bardzo weszło 
niektórym 
w zwyczaj. Nie moŜna co dzień świętować. 
– Przejdę się tam – powiedziała w zamyśleniu blondynka z czarnymi oczami. – 
Dawno nie 
widziałam się z doktorem. MoŜe dowiem się czegoś? 
– Ani się waŜ! – krzyknął Waldemar. – Czy ty nie rozumiesz, co się dzisiaj stało na 
wyspie? 
– Tam będę bezpieczna. 
– A moŜe właśnie tam nie? 
– Głupi jesteś – powiedziała nagle bardzo naturalnie. – Znam doktora nie od dziś. 
Jesteś w 
dwójnasób podejrzliwy, bo zrobił ci świństwo. Ale z Franciszką nie ma nic 
wspólnego. To nie 
jego styl. 
– AleŜ poza tym wcale go nie ma. Pojechał do wioski, po milicję. 
– Musi być. Bez niego nie odbywa się wieczór. On jeden zna formuły. 
– A ja cię nie wypuszczę – zawyrokował Waldemar. – Pomijając wszystko za chwilę 
roz-
pęta się straszliwa burza. 
– No dobrze, juŜ nie nudź – powiedziała Sylwia ze zniechęceniem. – Twój dar 
przekonywania 
jest szalenie męczący. 
Waldemar nie przyzwyczajony do takiej uległości z jej strony mruknął coś pod nosem 

dodał: 
– Najlepiej zrobisz zostając na noc. Znasz rozkład pokoi gościnnych. 
– Na razie posiedzę z Jolantą – odburknęła Sylwia i obie popatrzyły wyczekująco na 
męŜ-
czyzn. Wkrótce zostały w pomieszczeniu same. Po półgodzinie, gdy hałasy w domu 
uciszyły 

background image

się zupełnie i jedynie pokrzykiwania tańczących na Bukowej Górze przeplatane coraz 
wyraź-
niejszymi grzmotami docierały do kaŜdego jego zakątka, zgasło takŜe światło w 
pokoju Jolanty. 
Gdyby jednak ktoś zechciał sprawdzić, czy dziewczyny juŜ zasnęły, zdziwiłby się 
bardzo 
zastawszy puste łóŜka. Usłyszałby zapewne ciche protesty psów, przekupionych po 
chwili dobrym słowem, a potem odgłosy otwieranej furty. Idąc dalej tym tropem 
natknąłby 
się po paru minutach na obie dziewczyny zmierzające w kierunku Bukowej Góry. 
Ognisko płonęło z mozołem. UłoŜone na metr wysoko co chwila podlegało kręconym 
wiatrom i presji zmieniającego się ciśnienia, wobec czego dusiło się własną 
okazałością. Skupieni 
wokół niego ludzie wyglądali groteskowo w swoim zapamiętaniu. Nie opodal ognia 
stał 
duŜy, okopcony kocioł, z którego uczestnicy dziwacznego tańca nabierali co pewien 
czas kubek 
napoju, zaraz przez nich wypijanego. Na drewnianym, niewysokim podeście stojącym 

pobliŜu leŜała czerwona piwonia. 
– Co oni piją? – spytała szeptem Jolanta. 
LeŜały obok siebie w tej samej rozpadlinie, z której dwie noce wcześniej Sylwin 
obserwo-
wał podobne widowisko. Wtedy jednak na podeście miała jakoby znajdować się 
kobieta. Czy 
to moŜliwe? 
– Zupę z muchomorów. 
– Z czego? 
– Ćśś! Z muchomorów. 
Jolanta wzruszyła ramionami i powróciła do obserwacji tańczących. Tymczasem w 
sposobie 
zachowania ludzi przy ognisku zachodziły jakieś zmiany. Jeden z nich stanął teraz 
przy 
kotle i bronił doń dostępu, przez co tamci zaprzestawali tanecznego krąŜenia wokół 
ogniska i 
skupiali się przy nim. Był to doktor Czarliński we własnej osobie. A więc nie pojechał 
za wo-
dę. Dlaczego chciał, aby wierzono, Ŝe nie ma go na wyspie? 
– Pić, pić! – wołano ze wszystkich stron. Czarliński uniósł ręce i przywrócił ciszę. 
Potem 
przemówił sam. 
– Na razie, bracia, musicie obejść się smakiem. Nasze źródło radości wyschło. 
Wśród młodzieŜy podniósł się szmer oburzenia. Nad nim górował donośny głos 
Czarliń-
skiego. 
– Ona go wysuszyła, bracia. O n a. Grzeszna czarownica, która dotąd spłacała grzechy 
swą 
uległością, zbuntowała się i zniszczyła naszą radość. 
– Biada! – krzyczeli młodzieńcy. 
– Jej siostra – kania takŜe nas zdradziła.
Rozległy się potakujące mruknięcia.

background image

– Wiecie, kto jest temu winien?
W tłumie potwierdzono, ale Czarliński zdawał się tego nie słyszeć.
– Ten, który zagarnia wspólną własność, który chce mieć wszystko dla siebie. On jest 
stronnikiem kani. On je buntuje. 
Wrzawa i podniecenie grupy rosło. Jolanta ze zdumieniem spostrzegła, Ŝe te płaskie i 
banalne 
słowa działają na młodych ludzi niczym czarodziejskie zaklęcia, wywołując na 
przemian 
dziecinny zachwyt lub dziki gniew. Spojrzała na Sylwię. Dziewczyna leŜała ciasno 
przytulona do niej. Przez cienką tkaninę czuć było wibrujące ciepło jej drobnego 
ciała. Była 
podekscytowana i wzburzona. 
– Nic nie rozumiem – wyszeptała napotykając w ciemnościach spojrzenie Jolanty. – 
Nigdy 
tak nie było. Ja… 
– Bracia! – rozległ się krzyk Czarlińskiego. – Niech się więc spełni egzekucja. Niech 
nas 
uwolni od win, które nie są nasze. 
Jeszcze nie skończyła rozbrzmiewać chóralna akceptacja, a juŜ Czarliński podszedł 
do 
drewnianego podium, na którym leŜała czerwona piwonia. W jego ręce zabłysnął nóŜ. 
Jeden z 
młodzieńców odebrał narzędzie rytualnym gestem i stanął w wyczekującej pozycji. 
– Giń, boś winna cudzych win i niech winny pójdzie za tobą! – krzyknął Czarliński. 
NóŜ 
spadł na dół, odcinając kwiat przy samej łodydze. Kilka rąk chwyciło go natychmiast i 
ponio-
sło w stronę ognia. Gdy wpadł bezpowrotnie w płomienie, uczestników obrzędu 
ogarnęła 
Ŝ

ywiołowa radość. Poczęli znów pląsać dookoła ognia, a kilku z nich podeszło do 

kotła z zamiarem 
zaczerpnięcia napoju. JednakŜe Czarliński zatrzymał ich powtórnie. 
– Stójcie! Ofiara nie spełniona! – Stanęli niechętnie. – Trzeba, aby winny 
pogwałcenia 
praw naszej wyłączności sądu nad kanią przez samowolne i zbyt surowe osądzenie, 
przez co 
pozbawiono was przywilejów związanych z jurysdykcją… 
– On chyba połknął kancelarię – szepnęła Sylwia. – Naprawdę nie rozumiem, o co tu 
chodzi. 
Wszystko inaczej. 
Tymczasem wśród młodzieŜy, pomimo wyraźnych oznak upojenia wywołanego 
prawdopodobnie 
przyjmowanym napojem, narastał najwyraźniej konflikt ze słowami przywódcy. 
– Znaczy się, kto ma beknąć? – zapytał bez ogródek ładny chłopak w skórzanej 
kurtce. 
Czarliński jak gdyby wypadł z roli szamana i poczuł się zakłopotany. 
– Jak to? Nasz wróg! Który nie uznaje praw większości, który… 
– Szefie, ale przecieŜ nie on ją rąbnął! – powiedział ktoś inny. 
– No, nie on sam, ale czy muszę wam tłumaczyć, skąd się na wyspie bierze zło? To on 
nie 
bacząc na dobro ogółu bierze w opiekę rozmaite indywidua. CzyŜby czynił to 

background image

bezinteresownie? 
Nie, na pewno ma w tym swe niecne cele… 
– Ale przecieŜ Frankę zadusił… – rzekł ktoś, ale natychmiast przerwał mu inny głos. 
– Cicho!
– No, niewaŜne – podjął tamten – ale jak pan kazał montować kolektyw, wtedy, co 
ona 
powiedziała, Ŝe juŜ ją to nie bawi, to… 
– To co? – wykrzyknął Czarliński wytrącony juŜ z roli całkowicie. 
– To my ten kolektyw, tego no, za mocno… 
Dwa okrzyki rozległy się na Bukowej Górze: jeden jawny, w kręgu światła, drugi 
zduszony, 
w ciemnościach. Pierwszy był raczej okrzykiem zakłopotania, drugi – zgrozy, toteŜ 
choć 
cichszy, został przez wszystkich usłyszany. Czarliński, autor odzewu zakłopotania, 
natychmiast 
odzyskał zimną krew. 
– Ktoś jest w parowie! – krzyknął. – Mówiłem, Ŝeby tym razem postawić straŜ! Dalej, 
za 
nim! 
– Uciekajmy! – krzyknęła Sylwia, której mimowolny okrzyk był powodem 
demaskacji. 
Było juŜ jednak za późno. Szok niespodziewanej wiadomości, a potem nagłego 
odkrycia 
sprawił, Ŝe zanim obie dziewczyny zdołały rzucić się do ucieczki, juŜ zostały 
pochwycone 
pomimo niepełnej sprawności prześladowców. Po chwili stały przy samym ogniu 
trzymane za 
silnie wykręcone do tyłu ręce. 
– O, stare znajome – powiedział Czarliński. Był na powrót zadowolony z siebie. 
NaleŜało 
się obawiać, Ŝe cierpi na nadmiar pomysłów. – Oto Lucyfer zsyła wam waszą 
nagrodę, chłop-
cy – rzekł wskazując ręką na więźniarki. Nie trzeba było lepszej zachęty. Las rąk 
wyciągnął 
się w ich kierunku. Jolanta poczuła nagle, Ŝe unosi się rozkrzyŜowana w powietrzu. 
Ręce 
trzymały ją za ramiona i nogi, inne ręce zdzierały juŜ sukienkę opiętą na szeroko 
rozwartych 
udach. 
– Hola! Stać! – Autorytet doktora musiał być jeszcze bardzo wielki, jako Ŝe poczuła 
pod 
stopami znowu ziemię. – Mówiłem wam o dzisiejszej ofierze, ale nie chcieliście dać 
wiary. I 
oto Lucyfer zsyła dowód i nagrodę w dwóch osobach, które otrzymacie po spełnieniu 
ofiary. 
Jakby na potwierdzenie tych słów dał się usłyszeć potęŜny, całkiem juŜ bliski grzmot. 
Jed-
nocześnie z nieba lunęły grube krople deszczu, a stłamszone do reszty ognisko 
gwałtownie 
przygasło. Wśród zgromadzonych przeleciał pomruk uległości. 
– A więc nieistotny jest bezwolny wykonawca, lecz sprawca właściwy. CzyŜ nie 

background image

zostali-
ś

my sprowokowani do tak drastycznych środków, przy których łatwo o wypadek? 

– A jak! – powiedziało kilka głosów. 
– Czy nie nasyła się na nas z premedytacją umysłowego, który w swym szaleństwie 
jest 
niebezpieczny? – znów rozległ się głos powszechnej aprobaty. – A nawet jeśli nie ma 
w tym 
jego rozkazu, to wystarczającą winą jest, Ŝe toleruje obecność wariata, ba! hołubi go 
na swojej 
ziemi! 
– Jasne! To jego wina! On nas sprowokował!
Kolejny grzmot przetoczył się gdzieś nad płęskim pustkowiem.
– Za chwilę więc przystąpimy do rozprawy, z wrogiem, a nagroda poczeka w naszym 
schowku. Napój mocy takŜe poczeka. Trochę deszczu mu nie zaszkodzi. 
Ulewa istotnie osiągnęła niebywały poziom. Ogniska juŜ prawie nie było widać. 
Tylko 
kłęby pary świadczyły o jego niedawnej obecności. Jolanta i Sylwia posuwały się w 
dół zbocza, 
prawie biegnąc, prowadzone przez Czarlińskiego i dwóch młodzieńców. 
Nagle, jak to bywa często w czasie gwałtownych burz, ulewa ustała na chwilę. Jest to 
zwykle krótki przerywnik, który nie wróŜy nic dobrego. Przeciwnie, wiadomo, Ŝe po 
chwili 
gdzieś blisko strzeli grom i na ziemię runie ściana wody ogromniejsza od poprzedniej. 
I teraz 
stało się podobnie. Zanim jednak rozległ się grzmot, w tej chwilowej, ulotnej ciszy 
zabrzmiał 
wysoki, przeraźliwie przenikliwy okrzyk. 
– Do diabła, to on! – krzyknął Czarliński. 
W istocie, musieli znać ten okrzyk nieźle, gdyŜ natychmiast przyspieszyli kroku. 
Tymczasem 
na górze, wśród pozostałej gromady, rozległy się krzyki przeraŜenia. W tym 
momencie 
gruchnęło znowu. Na tle rozświetlonego błyskawicą nieba ukazała się niepozorna 
sylwetka, 
która w monstrualnie wielkich skokach przemierzała przestrzeń dzielącą zarośla od 
byłego 
ogniska. Potem niebo zgasło i było słychać znów tylko krzyki. 
Sylwia i Jolanta, ośmielone nagłą odsieczą, poczęły stawiać gwałtowny opór swej 
eskorcie 
i wzywać pomocy. Nie na wiele to się jednak zdało. Prześladowcy zwiększyli dawkę 
przemocy, 
starając się na dodatek zasłonić im usta dłońmi. Niespodziewany pomocnik natomiast 
miał wiele roboty na górze. W blasku następnych błyskawic widać było, jak uwija się 
wśród 
zdezorientowanych postaci, które, o ile nie zdołały zbiec, nieodmiennie były 
ekspediowane 
przez drobnego napastnika w powietrze, skąd powrót okazywał się nader bolesny. 
CóŜ stąd! 
Zbawiciel nie widział w ciemnościach, gdzie zostały uprowadzone ani nie słyszał w 
szumie 
ulewy ich zduszonych krzyków. Jeszcze chwila i obie dziewczyny poczuły, Ŝe spadają 

background image

gdzieś 
w dół, na coś miękkiego. Potem dał się słyszeć trzask. Zapanowała ciemność, której 
nie prze-
rywało nawet światło błyskawic. Tylko deszcz bębnił gdzieś w górze. 
Na powierzchni zdołano wreszcie opanować panikę i skonsolidować siły. Nie zdołano 
jednak 
ująć napastnika, który rozdawszy kaŜdemu porcję solidnych razów zniknął bez śladu. 
Czarliński z niesmakiem przyglądał się swoim podopiecznym. Wreszcie 
doprowadziwszy ich 
morale bojowe do pewnego porządku, wzmocniwszy nadwątloną przez nagły napad 
histo-
ryczną wolę walki, rzekł: 
– A teraz idę na ostateczną rozmowę, po której nastąpi finał.
Po czym rzeczywiście zniknął w ciemności na wschodnim stoku góry.
Tymczasem w domu pod lasem panowało wielkie podniecenie. Obudzeni mieszkańcy
stwierdzili brak Jolanty, Sylwina i Waldemara, czego w Ŝaden sposób nie potrafili 
sobie wy-
tłumaczyć. Większość zebrała się na ganku. Wsłuchani w ryk burzy i dalekie 
nawoływania na 
Bukowej Górze poddawali się tchnieniu niesamowitości. 
– Gdzie oni wszyscy mogli pójść? – powiedziała cicho Janka. – W takiej chwili, po 
tym, 
co się stało na wyspie… 
– Właśnie – wtrąciła babcia Wegetariańska. – Jeszcze się przemoczą i dostaną kataru. 
– Babcia teŜ ma problemy – Ŝachnął się Lesio – przecieŜ im grozi niebezpieczeństwo, 

babcia o katarze… 
Zapadła cisza, a po chwili rozległa się seria grzmotów na Płęsach i Sosnowym Nurcie. 
– Boję się – powiedziała pani Zofia i instynktownie przytuliła się do swego 
siostrzeńca. – 
Jeszcze trochę, a umrę na serce. 
– Kto ze strachu umiera, temu bździnami dzwonią – powiedziała ze złością babcia 
Eryka i 
oddaliła się do swego pokoju. 

XI 
W głębi ziemi 
Sylwin Radzikowski obudził się w swoim łóŜku i stwierdził, Ŝe przespał zaledwie 
godzinę. 
Niewytłumaczalny niepokój kazał mu wstać i wyjść na korytarz. Próbował znaleźć 
Waldemara, 
ale nie było go w sypialni. Nie było go równieŜ w bibliotece. Nie było go w ogóle w 
całym 
domu. Wracając na górę pomyślał nagle, Ŝe trzeba zajrzeć do dziewczyn. Ale i tam go 
nie 
było. Dziewczyn zresztą teŜ. Sylwin wrócił do swojego pokoju i nałoŜył spodnie i 
koszulę. 
Były mokre, ale na dworze i tak lało jak z cebra. Przez chwilę pochodził jeszcze po 
sadzie i 
nie zobaczywszy nikogo wyszedł za palisadę. 
Tymczasem burza dotarłszy do jeziora usadowiła się naprzeciw wyspy, od Kniei po 

background image

Płęsy, 
i zbierała siły do dalszej ofensywy. Przestrzeń pomiędzy obydwoma pustkowiami 
zdawała się 
być poddana nalotowi dywanowemu, którego siła systematycznie rosła. JednakŜe 
woda nadal 
odpychała swą masą nawisy chmur. Za słaba była jeszcze ta burza na forsowanie 
Wielkiej 
Wody. 
Sylwin obszedł zagrodę zostawiając ją po lewej stronie i wszedł w las. Wybór takiej 
trasy 
nie był umotywowany niczym szczególnym. Początkowo miał zamiar pójść w 
kierunku Bukowej 
Góry, lecz nie płonęło tam juŜ ognisko, ani nie rozlegały się Ŝadne głosy. Nie wiedząc 
kiedy, skierował się ku miejscu, w którym rozegrały się dziś dramatyczne wydarzenia. 
Szedł wątłą granicą pomiędzy dwoma rodzajami lasu, zwaną przez miejscowych „Pod 
Lasem”, 
która teraz, gdy nie sposób było dostrzec, którędy prowadzi najekonomiczniejsza 
droga, 
wydawała się całkowitą fikcją geograficzną. Bo teŜ ciemności panowały całkowite. 
Sylwin 
trzymał w ręku latarkę gotową w kaŜdej chwili do uŜycia, ale na razie zgaszoną. Nie 
chciał być dostrzeŜony, nie chciał teŜ przyzwyczajać oczu do światła. Wolał widzieć 
w zarysach 
ogromniaste zwały drzew i krzewów, niŜ za cenę wąskiego kręgu światła wtrącić ota-
czający świat w nieprzeniknione ciemności. Świat i to wszystko, co mogło się w nim 
czaić. 
Wkrótce znalazł się w ślepym zaułku, gdzie droga kończyła się nieprzeniknioną 
ś

cianą gę-

stego zagajnika. Zdziwiony sam przed sobą uświadomił sobie, Ŝe od dłuŜszej chwili 
jego cel 
stał się jasny. Szedł do miejsca, w którym leŜała martwa dziewczyna. Motywacje tego 
odruchu, 
jakiekolwiek były, nie tkwiły na pewno w sferze racjonalnej, toteŜ po krótkim 
zastanowieniu 
przestał ich dociekać. Wszedł w zagajnik i z mozołem począł przesuwać się do 
przodu. 
Trzask łamanych gałęzi, słyszalny dobrze pomimo ulewy, zdradzał dokoła miejsce 
jego 
pobytu, ale teŜ gęstość lasu uniemoŜliwiała ewentualny niespodziany atak. Zapalił 
więc latar-
kę. Teraz odnalazł właściwą drogę o wiele szybciej. Została przetarta przez szereg 
osób prze-
chodzących tędy ostatnio. 
Jednak po chwili stwierdził, Ŝe droga, jaką obrał, jest fałszywa. Przemierzył kilka razy 
w tę 
i z powrotem labirynt dróŜek ogołoconych z gałęzi – bezskutecznie. Zatrzymał się i 
penetru-
jąc reflektorem otoczenie usiłował zorientować się w terenie. Nie było mowy o 
pomyłce. Ale 
tam, gdzie powinny leŜeć zwłoki, nie było ich. Tylko spora, podłuŜna kałuŜa 
chlupotała 

background image

przyjmując w siebie kolejne porcje deszczu. A moŜe…? 
Wrócił raz jeszcze w tamto miejsce. Idąc spoglądał na ślady odciskane przez niego 
samego 
w wysokim, poduchowatym mchu. Były głębokie i podchodziły wodą. 
KałuŜa miała rozmiary niewielkiego wzrostem człowieka. Powstała niedawno, gdyŜ 
była 
całkiem płytka. Po jej powierzchni pływała potrącana kroplami deszczu czerwona 
piwonia. 
Sylwin począł bacznie obserwować poszycie. Tędy szedł i tędy równieŜ, ale ta dziura 
wy-
pełniona wodą nie pozostała po nim. I ta dalej, równieŜ. To były ślady kogoś, kto 
szedł wcze-
ś

niej. Musiał być cięŜki; namokłe poszycie oddawało wodę chętnie i szybko. Ale 

ś

lady nie 

były zbyt szerokie. Miał małą stopę; nie był to Ŝaden olbrzym. Raczej niósł coś 
cięŜkiego. Na 
przykład zwłoki. Gałęzie na wysokości brzucha Sylwina były obłamane bardziej, niŜ 
mogłaby 
to uczynić jedna osoba. A więc niósł ją przed sobą, na wyciągniętych ramionach. Był 
niewysoki. 
Zagajnik skończył się i Sylwin znalazł się na polanie. Przed nim ciemniało półkole 
duŜego 
lasu. Zgasił latarkę i przez bardzo długą chwilę przyzwyczajał wzrok do ciemności. Z 
wolna 
zaczął posuwać się wzdłuŜ ściany lasu, w niewielkiej od niego odległości. Poszycie 
tłumiło 
wszelkie odgłosy. Było w tym miejscu twarde. Woda nie wsiąkała w nie, lecz 
spływała niŜej, 
do zagajnika. 
Gdyby nie błyskawica przebiegająca wysoko po nieboskłonie, nie zauwaŜyłby 
zapewne tej 
postaci przemykającej bezszelestnie w poprzek polany. Natychmiast włączył reflektor. 

ciemności wyłoniła się pochylona sylwetka. Człowiek ten dobiegał właśnie do rogu 
polany i 
w następnej chwili zniknął za wielką karpiną. Sylwin nie zauwaŜył jej wcześniej, 
gdyŜ znaj-
dowała się na granicy duŜego lasu. Drzewo, którego częścią była, nie zostało ścięte, 
lecz powalone 
starością. Był to olbrzymi buk nachylony pod kątem moŜe czterdziestu stopni i 
wsparty rozległymi konarami o pobliskie świerki. Karpina, wyschnięta i pozbawiona 
ziemi, 
wskazywała, Ŝe musiał upaść juŜ bardzo dawno. 
Sylwin zatrzymał się zdezorientowany. Nieznajomy rozpłynął się wśród drzew nie 
pozo-
stawiając śladu. Obszedł karpinę oświetlając ją podejrzliwie latarką. Nie stwarzała 
Ŝ

adnych 

moŜliwości ukrycia. Podczas tej czynności musiał przekroczyć pień powalonego 
drzewa. 
Wspinając się narobił sporo hałasu, toteŜ zgasił latarkę i przycupnął na mchu o parę 
metrów 

background image

dalej. Siedział tak moŜe z kwadrans nie wiedząc, co czynić dalej. 
Trzask, który dobiegł z okolic zwalonego drzewa, zarejestrował z opóźnieniem. 
Dopiero 
ś

wiadomość wydobyła go z szumu deszczu i zwróciła intuicji jako coś nienaturalnego.

Wypu-
ś

cił w tamtym kierunku snop światła i jednocześnie skoczył sam, jak gdyby ciągniony 

strumieniem 
fotonów. MęŜczyzna, którego w następnej chwili powalił na ziemię, krzyknął 
zduszonym 
głosem. Sylwin zastosował duszenie, po czym spokojnie oświetlił twarz leŜącego. 
Natychmiast teŜ rozluźnił chwyt. 
Człowiekiem, którego obezwładnił, był Waldemar Boruta. 
Sylwin oświetlił z kolei własną twarz wywołując tym drugi okrzyk napadniętego, tym 
razem 
radosny. 
– Skąd tu się wziąłeś? – powiedział Sylwin. 
– Mmm – odparł Waldemar i Sylwin spostrzegł, Ŝe nie rozluźnił uścisku do końca. 
Pomógł 
przyjacielowi wstać i ponowił pytanie. 
– Szukałem dziewczyn – powiedział Waldemar. – Zniknęły gdzieś. 
– Nie o to chodzi. Skąd się t u wziąłeś. Wyrosłeś jak spod ziemi. Nie słyszałem, aby 
ktoś 
się zbliŜał, a tu nagle – ty. 
Boruta machnął ręką ze zniecierpliwieniem. Teraz dopiero Sylwin odkrył wielkie jego 
zdenerwowanie, które początkowo przypisywał swojej napaści. 
– Och, nie bądź śmieszny. Znów czepiasz się szczegółów. To niewaŜne – skąd. 
WaŜne, co 
z tego wynika. Rzeczywiście miałeś rację co do Czarlińskiego. Więcej jeszcze: 
pomimo 
swojej podejrzliwości nie przewidziałeś wszystkiego. To wariat! Nie ten, którego 
szukają. 
Tamten jest wymyślonym kozłem ofiarnym. Doktor współdziała z chłopakami. Nie 
wiem 
tylko, jak zaaranŜowali to pobicie. Nie wykluczone, Ŝe pobili się nawzajem, Ŝeby 
mnie skom-
promitować i odwrócić uwagę od podpalenia. A głowę dam, Ŝe palisadę podpalił 
któryś z 
nich. Ale oczywiście, czy moŜe być podejrzany o podpalenie ktoś, kogo w tym samym 
czasie 
pobito? 
– Uspokój się. Skąd ci to wszystko przyszło do głowy? 
– Ktoś mi podpowiedział. Ktoś godny zaufania. Nie mogę ci powiedzieć, gdyŜ jestem 
związany przyrzeczeniem. Spotkałem się z nim właśnie. Nie podejrzewałem, Ŝe ten 
czło-
wiek… 
Waldemar mówił nienaturalnie głośno i bezładnie. Sylwin przerwał mu wpół zdania. 
– Do diabła, łŜesz! Dlaczego mnie okłamujesz? Jestem tu od kilkunastu minut i nie 
wi-
działem cię. Czy wiesz, Ŝe zniknęły zwłoki dziewczyny? Jakiś facet przebiegał tędy 
niedawno 
i nagle – jakby się zapadł pod ziemię. Potem ty wyrastasz ni stąd ni zowąd. I 

background image

wmawiasz mi, 
Ŝ

e się z kimś spotkałeś właśnie tutaj. ChociaŜ istotnie: przecieŜ ty znikąd nie 

nadszedłeś. 
Chyba Ŝe… 
Sylwin zbliŜył się do karpiny i począł oświetlać ją ze wszystkich stron. Obszedł ją 
dwukrotnie 
dookoła, a potem niezadowolony z siebie zanurkował pod skośnie połoŜony pień 
zwalonego drzewa. 
– Co ty robisz, bądź powaŜny – perswadował Waldemar próbując odciągnąć go za 
rękę. – 
Chodźmy do domu, opowiem ci wszystko dokładniej. 
Sylwin był jednak nieprzekupny. Zniknął prawie cały w dziupli zwalonego drzewa, 
które 
okazało się w środku całkiem spróchniałe i wydrąŜone. 
– Hej, co ty wyprawiasz! – krzyknął Waldemar z nagłym przestrachem. – Wracaj 
natychmiast! 
Ale w odpowiedzi usłyszał radosny okrzyk Sylwina gwałtownie przemieszczający się 

centrum pnia ku wnętrzu ziemi. Dźwięk modulował się niczym syrena karetki 
pogotowia 
gwałtownie mijającej słuchacza, aŜ wreszcie ugrzązł gdzieś w podziemiu. Waldemar 
wes-
tchnął cięŜko i takŜe wlazł pod pień, a potem do dziupli. Suche próchno świeciło w 
ciemno-
ś

ci. Było miękkie jak aksamit i miłe w dotyku. Niczym na dziecinnej zjeŜdŜalni ciało 

Waldemara 
pomknęło w dół i wylądowało obok stojącego tam Sylwina. Znajdowali się w 
niewielkim 
pomieszczeniu, którego ściany i sufit pokrywały bale z nieokorowanego drewna. 
Strop 
podparty był czterema słupami. Wylot „zjeŜdŜalni” wystawał prosto ze ściany. W 
pozostałych 
trzech ścianach widniały wnęki metrowej wysokości. 
– Wiedziałeś o tym? – spytał Sylwin. – Dlaczego nie chciałeś, abym tu wszedł? 
– Powiedziałem ci, Ŝe dałem słowo – burknął Waldemar niechętnie.
Sylwin powiódł spojrzeniem po ścianach i spytał:
– Jak się stąd wychodzi? 
– Tą samą drogą, tylko o wiele trudniej. 
– A dokąd prowadzą tamte wnęki? 
– Nie mam pojęcia – wzruszył ramionami Waldemar. – Słuchaj, sytuacja jest 
naprawdę 
dziwna. Powinniśmy wrócić do domu i pilnować zabudowań. 
– Nie martw się, zaraz przyjedzie milicja.
Waldemar pokręcił głową.
– Nie tak zaraz. Celiniak dopiero pojechał. Czekał, aŜ poprawi się pogoda, aŜ 
wreszcie 
odwaŜył się wyruszyć w tę zawieruchę. 
Sylwin popatrzył na niego uwaŜnie. Nie zadał pytania, które miał na końcu języka, 
powie-
dział natomiast: 
– Ale Czarliński pojechał i na pewno przywiezie milicję. To leŜy w jego interesie.

background image

Boruta roześmiał się złym śmiechem.
– JuŜ nie! Teraz poszedł na całego. Nie znałem tego człowieka. To szaleniec. Gdy 
przyja-
dą, moŜe się okazać, Ŝe mój dom spłonął „przypadkiem” podczas burzy. On potrafił 
zarazić 
swoim obłędem tych młodych ludzi! 
– Czy ty nie przesadzasz? Mówisz teraz dokładnie to samo co on. Wyszukujesz 
szaleńca! 
– Nie wiesz wszystkiego! On był kimś innym, niŜ znałem. 
– Był? 
– No tamten, który istniał w mojej wyobraźni, zanim pokazał pazury. 
Sylwin powstrzymał się od dalszych pytań i skierował ku wnęce znajdującej się po 
prawej 
stronie. Korytarz za nią miał wysokość człowieka i równieŜ był podstemplowany 
stosunkowo 
ś

wieŜym nieokorowanym drewnem. Waldemar poszedł za nim i po chwili obaj 

znaleźli się u 
końca tunelu. Skośna ściana, wyłoŜona deskami, zagrodziła im drogę. Sylwin 
spostrzegł na 
niej coś w rodzaju okiennic. Otworzył jedną z nich. Wiatr pomieszany z deszczem 
wdarł się 
do zacisznego pomieszczenia. 
Za prostokątnym otworem o dłuŜszym boku nie przekraczającym czterdziestu 
centymetrów 
kłębiła się gęsta roślinność. Trawa przeplatała się z kolczastymi pędami jeŜyny. 
Sylwin 
sięgnął po kij, który zobaczył juŜ uprzednio w rogu pomieszczenia, i rozgarnął 
zarośla. Po-
wiało jeszcze bardziej. W świetle błyskawicy wyłoniły się nagle z ciemności refleksy 
spienionego 
jeziora, zarys Sorki, dalekie zabudowania Rybaków i jeszcze odleglejsze Zabory. 
Potem znów zapanowała ciemność. 
– AleŜto jest wschodni stok wyspy! – wykrzyknął Waldemar. 
– Nigdy nie widziałeś z zewnątrz tych okien? 
– Skąd! Brzeg jest urwisty i porośnięty kłującymi krzakami. Sam widzisz zresztą.
Sylwin pokiwał głową i zamknął okiennicę. Ruszyli z powrotem.
Gdy znaleźli się w punkcie wyjścia, Sylwin skierował się ku lewemu otworowi. 
Waldemar
jednak chwycił go za rękę i pociągając gwałtownie krzyknął w zdenerwowaniu: 
– Doprawdy, tego za wiele! Nie moŜesz tego zwiedzić później? Dom jest w 
niebezpieczeń-
stwie! 
– Dom! Jedyna rzecz, która cię interesuje! Dlaczego nie miałeś nic przeciwko temu, 
abym 
zwiedził tamten korytarz, a teraz powstrzymujesz mnie tak uparcie? Muszę tam 
wejść! 
Wyrwał rękę i dał nura w ciemny otwór. Pierwsze dwa metry nowego korytarza 
wyglądały 
podobnie do poprzedniego, dalej jednak zaczynało się gwałtowne obniŜenie. Tunel 
opadający 
pod kątem czterdziestu pięciu prawie stopni miał ściany i półkoliste sklepienie 

background image

wybudowane z 
kamienia. Podłoga wysypana była Ŝółtym piaskiem. Widniały w nim wyraźne ślady 
pojedynczego 
człowieka. 
– Lochy urszulanek! – wyszeptał Waldemar stojący tuŜ za nim.
Skinął głową i zaczął schodzić w dół. Nic nie było juŜ w stanie go zdziwić.
– Stary ksiądz miał rację! – powiedział jeszcze Waldemar i podąŜył za nim. 
Tunel ciągnął się na przestrzeni około stu metrów i niespodziewanie urywał. Strome, 
kamienne 
schodki prowadziły w dół. Znaleźli się w niewielkiej, murowanej celi. I tu podłoga 
była wysypana Ŝwirem. Ślady stóp prowadziły do środka pomieszczenia i tam się 
kończyły. 
Stanęli przed okrągłą studzienką dwumetrowej średnicy. O pół metra niŜej 
połyskiwała ciemna 
tafla wody. 
Sylwin wstąpił na kamienne obramowanie studni i obszedł ją dookoła. Nigdzie nie 
było 
dalszych śladów. Oświecił latarką powierzchnię wody. Strumień światła przebił ją i 
wdarł się 
w głąb. Woda była czysta i nieruchoma, a dno niewidoczne. Smuga światłości 
omiatała z 
wolna ściany studni. Nagle w jej zasięgu ukazało się srebrzyste wrzeciono. NieduŜa 
ryba 
znieruchomiała oślepiona blaskiem i trwała tak wachlując się leniwie płetwami. 
– To się łączy z jeziorem! – wykrzyknął Waldemar. 
– Nie tylko z jeziorem, jak sądzę. Ślady urywają się tutaj. Więc co? Uleciał w 
powietrze? 
Poświecił latarką w górę, ale kamienny strop mówił sam za siebie. Sylwin zaczął 
zdejmo-
wać ubranie. 
– Człowieku, zwariowałeś! Co robisz! 
– To samo co mój poprzednik, tylko bez ubrania. Chcę być swobodniejszy. Nie próbuj 
mnie powstrzymać. 
Boruta machnął ręką i czekał zrezygnowany. 
– Trzymaj latarkę – rzekł Sylwin. – Będziesz nią świecił w głąb. Na razie prostopadle 
do 
powierzchni. 
To mówiąc wśliznął się delikatnie do wody opierając ręce na kamiennym obrzeŜu 
studni. 
Pluskał się przez chwilę, jak gdyby zaŜywał zdrowotnej kąpieli, po czym wywrócił 
kozła i dał 
nura pod wodę. Waldemar starał się podąŜyć za nim ze światłem, ale ciemny kształt 
ciała 
zniknął szybko w głębinie. Nie było go ponad trzy minuty. Waldemar liczył sekundy i 
pełen 
niepokoju szykował się juŜ do akcji ratowniczej, gdy nagle Sylwin wyprysnął spod 
wody. 
– Miałem rację – krzyknął oddychając cięŜko. – Tam niŜej jest przejście! Umiesz 
nurko-
wać? Prawda, umiesz, chyba Ŝe juŜ się całkiem odzwyczaiłeś. Ale nie trzeba 
nurkować zbyt 

background image

głęboko. NajwyŜej dwa metry. 
– Gdzie prowadzi to przejście? 
– Do takiej samej studni, tylko chyba większej. Dokładnie jej jeszcze nie oglądałem. 
– Co z latarką? 
– Do diabła! O tym zapomniałem! 
– Ale nie ja. Mam pomysł. – Waldemar rozebrał się szybko. Po zdjęciu spodni zabrał 
się 
za bandaŜ na swoim lewym kolanie. – Reumatyzm – wyjaśnił. – Przykładam 
kompresy. CóŜ 
zrobić, wyspiarski klimat. 
Pod bandaŜem znajdowała się spora cerata, w którą pospiesznie zawinął latarkę i 
zdjęty z 
ręki zegarek. 
– Myślałem, Ŝe jest wodoszczelny – zdziwił się Sylwin. 
– Owszem. Nie wypuszcza wody, która do niego nacieknie. 
Gotowy pakunek obwiązany paskiem od spodni schował pod kąpielówki i wskoczył 
do 
wody. 
– Gotowy – rzekł. W jego głosie wibrowała nagła wesołość lub teŜ tylko zdawało się 
tak 
Sylwinowi w ciemności. 
– Wejście jest po tej stronie – powiedział Sylwin. – Wystarczy opuścić się wzdłuŜ 
ś

ciany. 

Waldemar nie dosłuchał go jednak do końca i zanurzył się pod wodę. Odczekawszy 
chwilę 
Sylwin uczynił to samo. Macając brzegi studni odnalazł po chwili otwór i prześliznął 
się na 
drugą stronę. Szerokim wyrzutem rąk skierował się ku górze. Nad sobą słyszał plusk 
wody. 
Widocznie Waldemar… 
Nagle jego głowa zderzyła się z czymś duŜym i miękkim. Instynktownie wyciągnął 
ręce. 
To coś, czego tu przedtem nie było i co na pewno nie było ścianą, miało kształt 
ludzkiego 
ciała. Waldemar? Co się mogło stać? Nagle snop światła wdarł się w wodę 
przynosząc gwał-
towne rozwiązanie. Sylwin trzymał w ramionach sztywne ciało. Martwa twarz bielała 
upiornie 
w pomroce toni. 
Była to twarz doktora Czarlińskiego. 
Sylwin całym wysiłkiem woli zmusił się do tego, aby nie wypuścić trupa z rąk. 
Histerycznymi 
wyrzutami nóg wydostał się na powierzchnię wraz ze swoim bagaŜem. Krzyk 
Waldemara 
podziałał na niego trzeźwiąco. 
Wspólnymi siłami wyciągnęli sztywne ciało na brzeg studni. Sylwin dyszał cięŜko 
patrząc 
z uwagą na Waldemara, który juŜ nie krzyczał, ale trwał w niemym osłupieniu. 
Zwłoki ude-
rzyły głucho o piaszczyste podłoŜe. Ręce i głowa trupa wykonały kilka groteskowych 
ruchów, 

background image

zanim znieruchomiały. Był bladosiny, o gąbczastej skórze namokniętej wodą. Otwarte 
oczy wpatrywały się w nich matowym, pozbawionym wyrazu spojrzeniem. 
– LeŜy juŜ tutaj od dłuŜszego czasu – powiedział Waldemar. – Spójrz, jak wygląda. 
– Nie znam się na tym. Niedawno Ŝył, a więc pozory mylą. Widocznie woda tak 
szybko 
wyciąga ślady Ŝycia. 
– Trzeba by doktora… – zaczął Waldemar i urwał. Sylwin spojrzał na niego 
niechętnie. 
Zapadła cisza. 
– Wiem, co sobie myślisz – wybuchnął Boruta po chwili. – Wygadywałem na doktora, 
byłem wściekły w chwilę później, jak wyszedłem spod ziemi, ukrywałem przed tobą 
istnienie 
lochu, a potem usiłowałem cię powstrzymać przed wejściem tutaj. Ale… 
– Dajmy temu na razie spokój – przerwał Sylwin. – Eksperymentalnie uwierzmy sobie 
nawzajem 
i chodźmy dalej. Te ślady znów są widoczne. To jest atut dla ciebie. 
Z pomieszczenia bliźniaczo podobnego do tego, w którym byli wcześniej, weszli w 
korytarz 
biegnący płaskim łukiem. Był on zbudowany jak poprzedni, ale znacznie bardziej 
zaniedbany. 
Miejscami popękany mur nie wiązał juŜ wchodzących w jego skład głazów i pozwalał 
im wysypywać się w poprzek tunelu. Za nimi sypał się piach tworząc w sumie 
przeszkodę 
trudną do przebycia. Na podłodze nie było Ŝółtego piachu, lecz jeziorny muł i szlam 
naznaczony 
gdzieniegdzie resztkami wodorostów. Widocznie był czas, Ŝe wdarło się tu jezioro. 
– Tracę orientację – powiedział Sylwin. Rzeczywiście, nierównomierna krzywizna 
korytarza 
uniemoŜliwiała dokładnie określenie połoŜenia. O ile moŜna było mniej więcej 
określić 
połoŜenie studni – gdzieś na pograniczu matecznika i podmokłych łąk – o tyle teraz 
trudno 
było ustalić kierunek marszu. 
– Mam kompas – powiedział Waldemar. – Na pasku od zegarka – dodał widząc 
zdziwienie 
towarzysza. 
Zatrzymali się, Sylwin poświecił latarką. 
– Idziemy na północ – stwierdził Waldemar. – Ale droga systematycznie skręca na 
zachód. 
Podejrzewam, Ŝe ten tunel przebiega w tym stromym wyrębie nad drogą. Ma w 
kaŜdym razie 
takie samo zakrzywienie. 
Przeszli około dwustu metrów i droga poczęła się gwałtownie obniŜać. Napotkali 
znów 
kamienne schody, tym razem karkołomnie powykrzywiane. NiŜej korytarz rozszerzał 
się 
gruszkowato. Pod stopami chlupotała woda. Sączyła się takŜe ze ścian mocno tu 
nadwątlo-
nych. 
– Czy sądzisz, Ŝe jesteśmy tu bezpieczni? – zapytał Waldemar rozglądając się 
nieufnie do-

background image

okoła. 
– Nie mniej niŜczłowiek, którego tropimy – odrzekł Sylwin. 
– Ale przecieŜ ślady i tak się urwały. 
– Owszem, tylko Ŝe woda juŜ się kończy. 
Istotnie, tunel zwęŜał się znowu i wznosił ku górze. Miejscami ze stropu zwieszały się 
korzenie 
drzew świeŜo ogołocone z ziemi; znać, Ŝe lochy podlegały w tym miejscu wyjątkowo 
gwałtownej erozji. Po raz pierwszy teŜ od chwili wkroczenia pod ziemię usłyszeli 
odgłosy z 
powierzchni. Były to grzmoty. 
Ś

ladów stóp jednak nie było. Widocznie nieznajomy rozpłynął się w powietrzu lub 

utopił 
w wodzie zalegającej obniŜenie lochu. Mimo to szli dalej. Bliskość powierzchni 
działała na 
nich krzepiąco. 
Po kilkunastu krokach korytarzem, który nie był juŜ murowany, lecz jedynie 
zabezpieczony 
jak bądź drewnem przed osypywaniem, trafili na drewniane drzwi sklecone byle jak. 
Sylwin 
nacisnął na klamkę, ale drzwi okazały się zamknięte. Daremnie szarpnął nimi kilka 
razy i 
wtedy rozległ się chrzęst zamka. Zapora ustąpiła. Zanim zdołał poszerzyć uczynioną 
szparę, 
ktoś z drugiej strony szarpnął za klamkę i otwarł drzwi na ościeŜ. Blask silnego 
reflektora 
oślepił go na chwilę. Poczuł, Ŝe silne ręce chwytają go z obu stron pod ramiona i 
machinalnie 
strząsnął napastników. Usłyszał brzęk tłuczonego szkła. W tym samym momencie 
zręcznym 
kopnięciem wytrącił latarkę z rąk człowieka stojącego naprzeciwko. Teraz światło 
jego wła-
snej latarki było górą. Nowi napastnicy podbiegli ze wszystkich stron, ale Sylwin nie 
szyko-
wał się na ich przyjęcie. Jak urzeczony wpatrywał się w twarz widniejącą przed nim. 
Była to 
bowiem twarz doktora Czarlińskiego. Niczego więcej nie zdołał zauwaŜyć przed 
utratą przy-
tomności. Nie słyszał teŜ mimowolnego okrzyku przeraŜenia, jaki wydał Waldemar 
na widok 
zjawy, zanim nie został powalony na ziemię i związany. 
Jolanta i Sylwia, uwięzione w podziemnej kryjówce, daremnie nasłuchiwały 
odgłosów do-
biegających z góry. Oprócz grzmotów i jednostajnego szumu deszczu słychać było 
jedynie 
nieartykułowane okrzyki towarzyszące walce. Wkrótce, ku wielkiemu Ŝalowi 
więźniarek, 
odgłosy walki ustały. Posłyszały strzępki słów, zrazu niezrozumiałych, rozrywanych 
wiatrem, 
potem coraz pełniejszych, w miarę jak prześladowcy zbliŜali się do kryjówki. Ktoś 
odchylił 
klapę znajdującą się na górze. Wiatr, deszcz i struga światła wdarły się do środka. 

background image

Pojedyncze 
postaci, jedna za drugą, poczęły opuszczać się w dół po drabince ustawionej pod 
włazem. 
Gwar rozmów, od których Jolanta zadygotała ze strachu, wypełnił pomieszczenie. 
– Są tu nasze gołąbki? – zapytał ktoś świecąc po kątach latarką. 
– Pewnie Ŝe są – odpowiedział inny głos. – Zanim wyfruną, pogruchamy sobie trochę! 
– Nie wiem, czy po tym gruchaniu będą mogły jeszcze fruwać – roześmiał się 
pierwszy 
głos. – Chyba Ŝe z rozkraczonymi nogami. 
Roześmieli się wszyscy. Ktoś powiedział surowo: 
– Słyszeliście, co powiedział doktor? Najpierw robota, potem rozrywki. 
Odstąpili, nie tyle przez wzgląd na te słowa, ile przez pilniejsze potrzeby. PrzeraŜone, 
przemoknięte i ciasno do siebie przylegające, bardziej przypominały spłoszone owce 
niŜ go-
łąbki, dziewczyny nie stanowiły na szczęście dostatecznie silnej pokusy, gdyŜ 
młodzieńcy 
pospieszyli do swoich zajęć. Jeden zapalił lampę naftową wiszącą u stropu. Pozostali 
skupili 
się pod przeciwległą ścianą pomieszczenia. Teraz dopiero Jolanta i Sylwia mogły 
obejrzeć 
dokładnie swoje więzienie. A wyglądało ono nader dziwnie. Najbardziej rzucającym 
się w 
oczy szczegółem był wielki okrągłodenny kocioł znajdujący się po lewej stronie 
włazu. Nad 
nim zwisał ze stropu rozłoŜysty parasol z okopconej blachy zwęŜający się ku górze, 
zakoń-
czony rurą, prowadzącą prawdopodobnie gdzieś na zewnątrz. Pod kotłem mieścił się 
nieforemny 
piec ulepiony zapewne z miejscowej gliny, obok leŜały porozrzucane bezładnie 
fajerki. 
Całe palenisko było odsłonięte tak, Ŝe kocioł zawieszony na trzech łańcuszkach 
dotykał prawie 
Ŝ

arzących się węgli. Jego zawartość stanowiła bulgocząca ciecz, gęsta od pływających 


niej kawałków… Czego? To wyglądało jak grzyby, a i mdławy opar unoszący się nad 
kotłem 
i niknący w otworze metalowego parasola pachniał grzybami. MoŜna by pomyśleć, Ŝe 
gotuje 
się tutaj po prostu grzybową zupę. Ale równie dobrze zapach mógł pochodzić ze 
sterty muchomorów 
leŜących po drugiej stronie drabiny, a nie z wywaru, chyba, Ŝe… AleŜ tak – przy-
pomniała sobie Jolanta. – Sylwia mówiła coś o wywarze z muchomorów, lecz ona 
sądziła, Ŝe 
się przesłyszała! Ale przecieŜ to jest trujące! Jej wzrok lustrował dalsze rejony 
pomieszczenia, 
podczas gdy Sylwia, znająca juŜ je najwidoczniej, wpatrywała się w zamyśleniu w 
klapę 
włazu. Pod przeciwległą ścianą stała długa, drewniana ława, a na niej poustawiane 
nieporząd-
nie szkło laboratoryjne – pojedynczo lub w skomplikowanych zestawach. Zwłaszcza 
jeden z 

background image

nich był szczególnie imponujący: w kulistej szklanej kolbie tkwił termometr oraz 
prowadząca 
w bok spiralna rurka przykryta szklanym kołnierzem i wpadająca do drugiej, 
mniejszej kolby. 
Ta z kolei była zaopatrzona w pionową rurę napełnioną szklanymi kulkami i 
zakończoną ja-
kimś urządzeniem w kształcie litery Y. I w tej kolbie tkwił termometr, a pod 
obydwiema pa-
liły się płomyki lampek spirytusowych. Prócz tego ta konstelacja szkła opleciona była 
gumowymi 
węŜykami, podłączonymi tu i tam. Końce ich sięgały beczki z wodą zawieszonej pod 
pułapem, z drugiej zaś strony – koryta wyŜłobionego w ziemi, spełniającego widać 
rolę zlewu. 
Z prawej strony ławy widniały jakieś drzwi zbite ze świeŜego drewna, pod nią leŜał 
porzucony 
miech kowalski. Na ziemi gdzieniegdzie walały się deski, a na nich stare materace i 
koce. W wielu miejscach chodziło się po gołej ziemi. Tylko tam, gdzie stali teraz 
gospodarze 
tego przybytku – pod drewnianą ławą, podłoga była ułoŜona porządnie. 
– Wchodź cicho na drabinę i wiej do Ginterów – szepnęła Sylwia prosto w jej ucho. – 
Właz nie jest zamknięty. 
– A ty? – poruszyła wargami Jolanta. 
– Ja zdąŜę za tobą. Są zajęci. No dalej! 
Rzeczywiście, młodzieńcy z uwagą, choć nieudolnie wykonywali jakieś operacje przy 
sprzęcie, co chwila coś upuszczając lub przewracając. Jak tylko moŜna było 
najczęściej 
chwytali naczynie stojące w finalnej części całego procesu i wychylali z niego całą 
zawartość 
krzywiąc się przy tym. 
– Dobre, chociaŜ nie doprawione – odezwał się jeden z nich przecząc tym samym 
swojej 
minie. 
– Słuchajcie, chłopaki, nie wygłupiajcie się – powiedział ten sam, który stanął 
poprzednio 
w obronie dziewczyn. – To moŜe być jeszcze niedobre. 
– Zamknij się – poradził mu pijący. – Nie twój zasrany interes. 
– Dobrze mówisz, Józek – przypochlebnie poparł go drobny chłopak w skórzanej 
kurtce. – 
Kunus jak coś powie, to całkiem bez jaj. Doktorek by ci kazał, to byś nawet wypuścił 
te… O 
ty w mordę! 
Jolanta wspięła się juŜ niemal do samej góry drabiny, gdy usłyszała okrzyk, który ją 
ze-
lektryzował. Facet w kurtce pierwszy spostrzegł ich zamiary i rzucił się w kierunku 
drabiny. 
Za nim pospieszyli inni. Sylwia, która dopiero wstępowała na pierwszy szczebel, 
cofnęła się i 
usiłowała kopnięciem odpędzić pierwszego napastnika, jednakŜe ten chwycił ją za 
uniesioną 
nogę i zręcznym szarpnięciem pozbawił równowagi. Padając widziała, jak Jolanta 
pochwycona 

background image

za nogi i oderwana od drabiny trzyma się kurczowo brzegu włazu. Nie trwało to 
długo. 
Wkrótce i ona spadła pomiędzy napastników. 
– Widziałeś psiekrwie? – spytał retorycznie jakiś głos. Jolanta poczuła, Ŝe niosą ją 
trzy-
mając za ręce i nogi. Instynktownie zaczęła wierzgać, ale to tylko rozjątrzyło zapał 
przeciwników. 
Ramiona ugrzęzły w silniejszym uścisku, ręce trzymające ją za nogi powędrowały ku 
górze, zatrzymując się na wysokości ud w tym lubieŜnym, jak jej się zdawało, 
pełzaniu. Nie 
myliła się co do charakteru tych dotyków. Poczuła nagle, jak palec jednej z rąk 
pełznie jeszcze 
wyŜej i wyŜej i dotyka… O nie! Wierzgnęła teraz juŜ nie samymi kończynami, lecz 
całym 
ciałem, niczym płynący „delfinem” wyczynowiec. Niosący ją kondukt zafalował jak 
garść 
zŜętego zboŜa. Młodzi męŜczyźni szybko opanowali sytuację i poczęli prześcigać się 

chwackich odzywkach mających pokryć ich zmieszanie. 
– Ma dziewucha parę w nogach! 
– Jak taka ułapi udziskami, to zadusi człeka. 
– Związać najpierw, a potem się zobaczy, kto silniejszy: my czy ona. 
– Taka nawet pułk przetrzyma! 
– Ale do czego przy7wiązać? Tu nic takiego nie ma. 
– No, normalnie związać, ręce i nogi. 
– O ty głupi, wtedy moŜesz sobie w dziurkę od klucza. 
– Mam – powiedział nagle młodzieniec nazywany Józkiem i – o dziwo – kłótnia 
raptownie 
wygasła. – ZwiąŜemy je jedna do drugiej. – PoniewaŜ w pierwszej chwili nie 
zrozumieli, do-
dał: – No co za barany! Jedną do drugiej, plecami: lewa noga jednej do prawej nogi 
drugiej, i 
tak dalej. Nie będą mogły bić, kopać, uciekać, a nam to nie przeszkodzi. 
W radosnym uniesieniu zabrali się do dzieła. Wypity na nowo napój musiał juŜ 
podziałać, 
gdyŜ wszystko wydawało im się nieodparcie śmieszne i ekscytujące. Płacząca z 
bezsilności i 
upokorzenia Jolanta zobaczyła z przeraŜeniem, Ŝe resztki mokrej odzieŜy rwą się na 
niej pod 
gwałtownym dotykiem tych niecierpliwych rąk. 
– Te, harcerka! – krzyknął ktoś na widok jej dumnej rezygnacji. – Nie martw się, 
zaraz poharcujemy! 
Poczuła za sobą niŜsze, lecz szersze w ramionach ciało Sylwii i ta obecność, zamiast 
dodać 
jej otuchy, przytłoczyła ją niepomiernie. Uświadomiła sobie, Ŝe od jakiegoś momentu 
zaczęła 
traktować Sylwię jako ostoję bezpieczeństwa i obecna bezradność towarzyszki wydała 
jej się 
symptomem nieodwracalności tego koszmaru. Były związane ze sobą i rzeczywiście, 
gorszej 
tortury nie mogłyby obmyślić diabły w piekle. Jakkolwiek chciałyby walczyć z 

background image

napastnikiem, 
walczyły tylko z sobą. I wskutek tego zamiast nienawidzić prześladowcy, po pewnym 
czasie 
zaczynały nienawidzić siebie nawzajem. Metoda taka, znana od dawien dawna 
rozmaitym 
dyktatorom, zaowocowała po raz pierwszy, gdy Sylwia kopiąc na oślep rękę usiłującą 
pozba-
wić ją spodniej części garderoby, dopomogła Jolancie mimo woli w rozchyleniu nóg, 
które 
dziewczyna z róŜnych względów wolała trzymać zsunięte. 
– Jak moŜesz! – krzyknęła, czując na ciele nieodwracalne skutki postępku Sylwii. 
– Przestań – powiedziała nagle Sylwia spokojnym głosem. – PrzecieŜ im o to chodzi, 
Ŝ

eby 

nas poróŜnić. Nie róbmy im tej przyjemności. Stańmy na baczność, jak mumie, niech 
się sami 
martwią. To niezdarne dzieciaki, zobacz, jak śmiesznie podskakują! Koguciki! 
W głosie Sylwii jarzyła się wesołość tak autentyczna, Ŝe Jolanta takŜe roześmiała się 
gło-
ś

no, a młodzieńcy ulegli chwilowej konsternacji. Znów musieli nadrabiać miną. 

Chwycili 
związane ciała i przytrzymali je w pozycji, z której by strony nie patrzeć, 
nieprzyzwoitej. 
Właściciel skórzanej kurtki gwizdnął z cicha. 
– Ale kombajn! Nie wiadomo, skąd zacząć. Seks maszin, jak mówią Anglicy. – A po 
chwili dodał patrząc na prowodyra: – Józek to miał pomysł, co nie, Kunus? 
Adresat tych słów, milczkowaty chłopak tego samego wzrostu, nie odezwał się, gdyŜ 
wie-
dział, Ŝe prawdziwym adresatem jest kto inny. Reszta przywitała wypowiedź pełnym 
aprobaty 
rechotem. Krąg zacieśnił się. Jolanta znów poczuła, Ŝe nie ma dla nich ratunku. 
Nagle u góry rozległ się głos, którego brzmienie nigdy nie było jej tak miłe, jak w tej 
chwili. 
– A co tu się właściwie dzieje? – krzyknął doktor Czarliński. – Powariowaliście? 
Szarpanina ustała. Część grupy miała ochotę wcale nie posłuchać doktora, jednakŜe 
do-
mysł, Ŝe był on mimowolnym świadkiem ich niedawnej konfuzji, działał na nich 
konsternują-
co. Nie było wiadomo, jak długo jego głowa, zwisająca groteskowo z otworu w 
suficie, śle-
dziła akcję migdałowymi oczyma w dziwnej oprawie. Teraz głowa zniknęła na chwilę 
i w 
otworze ukazały się nogi. Doktor zszedł wolno na dół, zamykając za sobą klapę 
włazu. 
– Źle się bawicie, chłopcy – powiedział bez specjalnego gniewu. Skinął z zachętą, aby 
skupili się wokół niego. Mówił coś przez chwilę, póki nie uzyskał zbiorowego 
aplauzu nienaturalnie 
spotęgowanego działaniem narkotyku. 
– No widzicie! – powiedział z zadowoleniem i dodał: – One przecieŜ i tak są wasze! 
Jolanta nie miała Ŝadnych wątpliwości, kogo dotyczy to zdanie. Tymczasem doktor 
pod-
szedł do drewnianej ławy z aparaturą i zrzędził dobrotliwie. 

background image

– Oj, cepy jesteście. Aby się naćpać. O przyszłości nie pomyślą! No zobacz, jaka tu 
temperatura. 
PrzecieŜ za chwilę przejdzie ci muska… no, ta… 
– Muskaryna – powiedział ktoś. 
– A ty skąd wiesz? 
– No przecieŜ doktor tłumaczył. 
– MoŜliwe. No więc przejdzie muskarydyna i strzelicie kopytami w kalendarz. Zresztą 
nie 
lepiej raz a dobrze, niŜ tak po kropelce? 
Kiwali głowami całkiem ulegli. Jolanta zauwaŜyła, Ŝe narkotyk rozpina ich 
moŜliwości 
psychiczne pomiędzy skrajnościami buntu i uległości. Jak moŜna by to wykorzystać w 
ich 
sytuacji? 
W tym momencie doktor zamilkł. Ruchem ręki nakazał ciszę chłopakowi w skórze, 
który 
otworzył usta, aby poprzeć przedmówcę. W powstałej ciszy usłyszano chrobotanie. 
Wzrok 
Czarlińskiego powędrował w okolice nie uŜywanych drzwi po prawej stronie 
pomieszczenia. 
Wtedy Jolanta zrozumiała, Ŝe ktoś po prostu naciska klamkę z tamtej strony. 
Czarliński omiótł drzwi ostrym strumieniem światła swojej latarki i przekonawszy 
się, Ŝe 
istotnie ktoś jest z tamtej strony, powiedział: 
– Który idiota pozwolił się zamknąć w środku? A kto wam w ogóle pozwolił tam 
wcho-
dzić? 
I nie czekając na odpowiedź odsunął zasuwę zabezpieczającą drzwi. Natychmiast 
uchyliły 
się tworząc szparę na kilkanaście centymetrów i tak pozostały. Nikt nie wchodził. 
Czarliński 
szarpnął niecierpliwie za klamkę otwierając drzwi na ościeŜ. Do klamki z tamtej 
strony przy-
legała jakaś ręka. W oślepiającym blasku reflektora ukazał się jej właściciel: Sylwin 
Radzikowski. 
Jego nagie ciało wysmarowane było błotem, we włosach zaschły pasemka 
wodorostów. 
Doktor zaklął cicho i wykonał gest w stronę swoich siepaczy. Nie musiał tego czynić. 
Dwóch z nich podbiegło juŜ do przybysza i schwyciło go pod ręce wykręcając je do 
tyłu. Jolanta 
nie zdąŜyła zobaczyć, jak to się stało, ale niemal w tej samej chwili atakujący wyjąc z 
bólu polecieli w dwa przeciwległe kąty celi: jeden o mały włos nie wpadłszy w kocioł 
z wywarem, 
drugi rozbijając parę sztuk pustego laboratoryjnego szkła. Jolanta aŜ zaklaskała w 
dłonie, nie zwaŜając na protesty Sylwii, której ręce wykręciły się przy tym do tyłu. 
Dalsi napastnicy 
podbiegli do Sylwina, ale Jolanta bez zdenerwowania obserwowała rutyniarski 
spokój, 
z jakim oczekiwał atakujących. Na dodatek zza jego pleców wyłoniła się spora 
sylwetka 
Waldemara, który robił na placu bitwy bezsprzecznie dobre wraŜenie, chociaŜ sztuka 

background image

walki 
była mu obca. Tak więc Jolanta z Sylwią troszczyły się teraz tylko o połoŜenie ich 
podwójnego 
ciała, gdyŜ kaŜda z nich chciała widzieć, w co teraz wpadną pokonani prześladowcy. 

tym momencie latarka doktora Czarlińskiego zgasła nagle, a jej właściciel znalazł się 
sam w 
kręgu światła znacznie słabszej latarki Sylwina. Cofnął się machinalnie i wtedy zaszło 
coś 
niewytłumaczalnego. Sylwin bynajmniej nie skorzystał z tej przypadkowej przewagi, 
a strach 
doktora nie pobudził go do działania. Stał jak zamurowany i wpatrywał się w 
przeciwnika 
nieruchomym spojrzeniem. Z jego bladej twarzy wyzierał strach. Zdawał się nie 
dostrzegać 
ludzi obezwładniających go ze wszystkich stron, nie słyszał teŜ okrzyku, który wydała 
Jolanta, 
gdy jeden z napastników zamierzył się do ciosu drewnianą pałką. Ugodzony w głowę 
osu-
nął się bez przytomności. Dziewczyny usłyszały takŜe krzyk strachu wydany przez 
Waldemara, 
który dał się powalić i związać jak dziecko. Zamknęły oczy, aby oddalić absurdalne, 
jak z 
koszmarnego snu, przedstawienie. Triumfalne wycie dochodziło i tak do ich uszu. 
Około północy burza przekroczyła wody Morza Kaszubskiego i znalazła się na 
wyspie. 
Ładunek gromadzony przez wiele godzin, osaczający z przeciwległych brzegów, 
okazał się 
wreszcie dostatecznie silny. Po krótkiej ciszy, kiedy to nawałnica dokonywała 
desantu, z góry 
runęła lawina ognia. Pioruny siekły powierzchnię wyspy konsekwentnie i 
metodycznie. Nie 
słychać juŜ było pojedynczych grzmotów, ale nieustającą kanonadę towarzyszącą 
pulsujące-
mu rozjarzeniu nieba. Dziwne, Ŝe w tych warunkach jeszcze padał deszcz, zamiast 
wyparo-
wać razem z wyspą i jeziorem, potwierdzając tym jedynowładztwo ognia. 
W domu pod lasem od czasu odkrycia nieobecności gospodarza i dwojga 
mieszkańców 
nikt nie spał. Zebrano się w jadalni, gdzie dźwięki burzy dochodziły stosunkowo 
najsłabiej. 
Było to nie bez znaczenia, gdyŜ większość kobiet obawiała się grzmotów i błyskawic, 
a to co 
działo się w tej chwili przekraczało najśmielsze wyobraŜenia na temat burzy. Babcia 
Wegeta-
riańska zjawisk przyrody lękała się bardziej niŜ ludzi, toteŜ pogoda była dla niej 
sprawą 
pierwszoplanową. Borutowa paliła jednego papierosa za drugim, siedząc za stołem. 
Pani Zofia 
była i tak przeraŜona zaistniałą sytuacją: morderstwem (chociaŜ Waldemar lansował 
oficjalnie 

background image

wersję ataku serca, intuicja jej nie miała Ŝadnych wątpliwości), zniknięciem syna, nie-
pewnością sytuacji, a burza tylko podsycała, potęgowała ten niepokój, potwierdzając 
teorię 
Waldemara o obecności zjawisk pogody we wszystkim, co się wydarza człowiekowi. 
Leszek 
paląc chodził po pokoju. Jego Ŝona siedziała obok pani Zofii i nie mówiła nic, tylko 
czerwie-
niała i bladła na przemian. Najweselszy w kręgu rodzinnym pozostawał młody 
Wegetariański. 
Niecodzienna okazja nocnego mantykowania była dla Kajtka wystarczającym 
powodem do 
Ŝ

ywiołowej radości, którą zresztą przypłacił niejednym kuksańcem zadanym cięŜką 

ręką podenerwowanego 
ojca. Pozostali domownicy nie zdradzali zdenerwowania, ale był to tylko 
pozór spokoju wynikający z lepszej umiejętności opanowania się. Nawet sezonowi 
pomagierzy, 
nie zaangaŜowani pozornie w sprawy domu, byli przejęci. Nic dziwnego: chcąc nie 
chcąc 
znaleźli się na tym samym wózku, co ich szef. Jedynym człowiekiem, którego na 
pewno nic 
nie obchodziło, był stary Maksym. Zagłębiony w lekturze „Nowego Średniowiecza” 
Bierdiajewa, 
nie dostrzegał prawdopodobnie panującej paniki. 
– Jak mogli tak zniknąć bez uprzedzenia – powiedziała z goryczą pani Zofia. – 
Człowiek 
ma dorosłego syna, a ciągle musi się o niego martwić. Ciekawe, w kogo on się wdał. 
– No, ciekawe – powiedział Leszek. 
– Jak on mógł mi to zrobić – dodała nie zwaŜając na zaczepkę. 
– Ale, Dzida, on nie zrobił tego t o b i e. Po prostu miał jakieś waŜne powody. 
– śeby wychodzić w taką burzę i w takiej sytuacji. 
– I nie wziął ze sobą parasola – wtrąciła babcia Wegetariańska. 
– AleŜ, mamo! 
– Naprawdę! Widziałam, Ŝe stoi w sieni.
Pani Zofia zamilkła demonstracyjnie, ale nie wytrzymała tego zbyt długo.
– I jeszcze zabrał tego swojego przyjaciela. Zostałyśmy całkiem same. 
Leszek zaniechał na chwilę chodzenia po pokoju i zastygł w pozie pełnej oburzenia. 
Tadeusz 
Tymoteusz roześmiał się bez przekonania. 
– No nie całkiem – zgodziła się niechętnie pani Zofia. – Ale prawie. śeby wreszcie ta 
milicja… 
Brzęk tłuczonego szkła przerwał jej wpół zdania. Przez stłuczone okno wleciał do 
pokoju 
spory kamień. Zawierucha wdarła się gwałtownie do środka. Leszek podbiegł do okna 
i wyj-
rzał na zewnątrz. Usłyszał chrobot kamienia staczającego się po dachówkach. Inny 
kamień 
trafił w mur nie opodal niego, jeszcze inny opadł na ziemię, nie dolatując celu. 
Rzucano zza 
palisady, na oślep. Psy, pochowane przed deszczem w swoich budach, dopiero teraz 
usłyszały 
obcego. Ich ujadanie wzniosło się ku górze współzawodnicząc z rykiem nawałnicy. 

background image

Wszyscy porwali się z miejsc i skupili koło okna. Nawet Maksym przerwał lekturę. 
– Swołocz jakaś – powiedział oglądając podniesiony z podłogi kamień.
Panią Zofię ogarnęła histeryczna odwaga.
– Czego rzucasz, bydlaku!? – krzyknęła w noc. Za palisadą ktoś zachichotał i męski 
głos 
odkrzyknął: 
– Bo nie zabrałem procy! 
Rozległ się zbiorowy śmiech. Grad kamieni posypał się na budynek. Kilka wpadło do 
pokoju, 
nie wyrządzając jednak nikomu krzywdy. 
– Odsunąć się od okna – zakomenderował Leszek. – Czego chcecie? – krzyknął 
bardziej 
ugodowo pod adresem napastników. 
– Wykurzyć was, zanim podpalimy tę budę! – usłyszeli zza palisady. 
– Gospodarz popłynął po milicję. Zaraz tu będą. Radzę wam zabierać się stąd! 
– Gospodarz popłynął nie tam, gdzie chciał – odkrzyknięto. – Siedzi grzecznie 
związany 
razem z tym swoim zbirem z Gdańska. 
– Na Boga! Kto to jest? Czego oni chcą?! – powiedziała Zofia. 
– Trzeba popłynąć po pomoc – zawyrokował Leszek. – To nie są Ŝarty. Ale jak się 
stąd 
wydostać? 
– PrzecieŜ tata zawsze mówił, Ŝe da radę dwudziestu! – zaszczebiotał Kajtek w dobrej 
wierze. 
– Milcz, baranie! – Ojcowska ręka wylądowała na potylicy syna – i pozostała w tej 
nienaturalnej 
pozycji, gdyŜ jej właściciel popadł w nagłą zadumę. – Baran, baran – powtarzał cicho, 
jakby to słowo miało wyjątkową moc. 
– No co? – zaprotestował Kajtek, odnosząc tę monotonną serię wyzwisk do siebie. 
– Jajco! – odparł Leszek i przyłoŜył mu z drugiej strony – Mam pomysł! – obwieścił. 
– Ty wpadłeś na pomysł? – dziwiono się ze wszystkich stron. 
– Nie ja – odparł skromnie. – Odys. 
– Mój BoŜe, zwariował – powiedziała cicho pani Zofia. 
Tymczasem zamknięto okiennice, gdyŜ kamienie szybujące zza palisady padały coraz 
celniej. 
– On wpadł na pomysł – kontynuował Leszek – a ja go ulepszę. Nie mamy bowiem 
takich 
wielkich baranów. 
Udawano grzecznie, Ŝe nikt nie słucha tych bredni. Jedynie Tadeusz Tymoteusz 
Słyszkto 
zdawał się rozumieć intencję mówiącego. Po chwili obaj wyszli z jadalni. Pozostali w 
milczeniu 
wsłuchiwali się w złowróŜbne odgłosy z zewnątrz. 
Po kilku minutach Leszek wsadził głowę przez uchylone drzwi i rzekł: 
– Kajtek, nabij swój korkowiec! 
Pani Zofia wzniosła oczy ku niebu w bezradnej rozpaczy. Upłynęło jeszcze kilka 
minut. 
Na dziedzińcu rozległy się wystrzały. Pani Zofia, a za nią pozostali, wybiegli z 
pokoju. 
– Jeszcze wciągają w to dziecko! – mówiła pod nosem. 
Znalazłszy się na ganku, zobaczyli rzecz następującą. Po dziedzińcu biegały jak 

background image

oszalałe 
Waldemarowe owce i krowy. Podenerwowane burzą zwierzęta na odgłos strzałów z 
korkowca 
wściekły się ostatecznie. Gdy juŜ wydawało się, Ŝe niechybnie rozwalą ogrodzenie, 
Tadeusz 
Tymoteusz rozwarł bramę wjazdową. Wystarczyło, Ŝe jedna z krów skorzystała z tego 
wyjścia, a wszystkie zwierzęta poszły w jej ślady. Brzegi bramy zatrzeszczały pod 
naporem 
ciał. Nie było mowy, aby ktoś przedarł się w stronę przeciwną, pod prąd rozszalałej 
masy. 
Okrzyki z zewnątrz wskazywały, Ŝe to tam zapanowała panika z powodu nagłej 
inwazji tabunu 
bydła. 
Ledwo ostatnia sztuka zniknęła za bramą, Tadeusz Tymoteusz zatrzasnął pospiesznie 
wrota i zasunął stalowe sztaby zabezpieczające je przed wywaŜeniem. Rozległo się 
wściekłe 
łomotanie, na szczęście za późno. 
– Najlepiej zrobimy chroniąc się do piwnicy – rzekł Tadeusz Tymoteusz do 
zgromadzonych 
na ganku. Tam nas nie znajdą, nawet gdyby sforsowali mur. 
Istotnie, piwniczka wykopana na zapleczu domu była dobrym schronieniem. Jej 
wejście, 
obrosłe chwastami, kryło się przed oczyma niewtajemniczonych. Pod budynkiem 
istniała 
jeszcze jedna, podręczna piwnica, ale ta na zewnątrz była główna. Łatwiej tam było 
trans-
portować lód, który, przechowywany w trocinach, zastępował lodówkę. PoniewaŜ w 
piwnicy 
stały nieprzebrane zapasy domowych win i nalewek, Waldemar zwykł nosić klucz ze 
sobą. 
Na szczęście Maksym, jako abstynent obdarzony pełnym zaufaniem, posiadał drugi 
klucz, 
toteŜ szybko urzeczywistniono zamiar Tadeusza. Piwnica była obszerna i dobrze 
urządzona. 
Było nawet gdzie usiąść. Wejście zaparto od wewnątrz długim drągiem. Rozpoczęło 
się pełne 
napięcia oczekiwanie. 
Inwentarz Waldemara po wydostaniu się na zewnątrz długo jeszcze cwałował tratując 
wszystko, co stanęło na drodze. Nierozumna panika kazała zwierzętom biec dopóty, 
dopóki 
przedostawszy się brzegiem jeziora na koniec Ifranka, aŜ za Bukową Górę, nie stanęły 
w obliczu 
konieczności omijania krzewów zwisających tuŜ nad samą wodą. Chłodne fale jeziora 
ostudziły nieco ich temperament. Rozproszone w trakcie biegu, wałęsały się teraz 
zdezorientowane, 
porykując bezradnie. Nagle, ku milczącemu zdumieniu natury i pozostałych zwierząt, 
jedna z krów, stojąca po kolana w wodzie, przemówiła ludzkim głosem. 
– No i gdzieŜeś wlazła, bydlę jedno. Wyłaź natychmiast! 
Był to głos Leszka Wegetariańskiego. Dobywał się prosto spod brzucha poczciwej 
krowiny, 
której mina nie wskazywała zadowolenia z tego faktu. 

background image

– Wyłaź na brzeg, ty… ty… krowo! – zagrzmiał Leszek orientując się poniewczasie, 
Ŝ

obelga nie była w tym wypadku zbyt trafna. W jego ręce zabłysnął nóŜ. Ktoś mógłby 
pomy-
ś

leć, Ŝe szalony Lesio pragnie ukarać biedne zwierzę za domniemaną złośliwość, ale 

on po-
czął przecinać sznurek, którym został uwiązany do swego rumaka. Za chwilę opadł 
we wzburzone 
wody jeziora i pełen rezygnacji wyszedł na brzeg. – I tak leje jak z cebra – pocieszył 
się, a potem, z braku innych słuchaczy, zwrócił się do krowy: – Jesteś marnym 
wierzchowcem… 
Przerwał, zorientowawszy się, Ŝe zwierzę, p o d którym się podróŜuje, nie jest nawet 
wierzchowcem. Krowa popatrzyła smutno i zamuczała tęsknie, jak gdyby z pretensją 
do stworzyciela, 
który obdarzył ją tak nędzną kondycją. PoniewaŜ im bardziej Ŝałosne jest to, z czym 
się spotykamy, tym więcej mamy powodów do doceniania własnej wartości, Leszek 
oddalił 
się w dobrym nastroju, aby spełnić cel swojego wypadu. 
Biegł brzegiem zatoki, tą samą drogą, którą przebył niedawno pod brzuchem krowy. 
Co 
chwila zapadał się w rozmokły piach lub na odmianę ślizgał na mokrych kamieniach, 
którymi 
usłana była linia brzegowa. W świetle błyskawic groteskowe pnie zatopione w Babie 
szcze-
rzyły czarne zęby. Znalazłszy się w miejscu, gdzie Ifranek był najwęŜszy, skręcił w 
lewo i 
pobiegł w kierunku przeciwległego brzegu półwyspu. Łodzi naleŜało szukać właśnie 
na tamtym 
brzegu, gdzieś pomiędzy gospodarstwem Ginterów a cyplem pod Cyronkiem, gdzie 
do 
niedawna było jej miejsce postoju. 
PrzewęŜenie Ifranka było tak płaskie, Ŝe gdyby poziom jeziora podwyŜszył się 
chociaŜby o 
metr, cypel stałby się samodzielną wysepką, z przytłaczającym ją masywem Bukowej 
Góry 
pośrodku. Niewiele do tego brakowało. Leszek biegł po kostki w wodzie. Nie 
nadąŜała ona z 
wsiąkaniem w przesyconą wodą glebę. Dopiero na środku przewęŜenia, gdzie było 
najwyŜej, 
grunt wydawał się suchszy. Ale były to pozory. Leszek poczuł, Ŝe jego noga grzęźnie 
w bło-
cie, zapada się z dziwną, niespotykaną poprzednio miękkością. Stracił równowagę i 
oparł się 
na kolanie. Z całej mocy próbował wyciągnąć z ziemi uwięzioną kończynę, lecz 
zamiast tego 
poczuł, Ŝe zapada się w głąb takŜe jego kolano i druga noga, i on cały wreszcie spada 
gwał-
townie w dół wraz z tym kawałkiem ziemi, na którym przed chwilą ukląkł. W 
oblewanej 
strumieniami deszczu murawie powstała nagle przepaść, z której wzbił się pod 
rozszalałe niebo 

background image

okrzyk równie rozpaczliwy, co nieprzyzwoity. 
Wylądowawszy miękko o parę metrów niŜej, Leszek metodycznie sprawdził całość 
swojej 
powłoki cielesnej, po czym zajął się oględzinami miejsca, w którym znalazł się w 
przymusowy 
i niewytłumaczalny sposób. Siedział na ziemi, ale była to prawdopodobnie ziemia, 
która 
zarwała się pod nim, gdyŜ kawałek dalej namacał inną powierzchnię: gładką, oślizgłą, 
pofał-
dowaną nieco i gumiasto elastyczną. Wstał i poszukał w kieszeni niewielkiej latarki, 
którą 
przezornie zabrał ze sobą. Początkowo nie chciała się zapalić. Widać przemokła w 
kieszeni. 
Manipulując przy niej postąpił krok do przodu. Jego noga pośliznęła się na czymś 
miękkim. 
W tym momencie latarka wreszcie zaświeciła. Poświecił w dół i zrobiło mu się 
niedobrze. 
Pod jego butem połyskiwała blado stłamszona, wkopana w błoto twarz doktora 
Czarlińskiego. 
Nie panując nad sobą odskoczył w tył. Jego plecy uderzyły w ścianę, aŜ jęknęło. Cofał 
się 
teraz wzdłuŜ tej ściany potykając się co chwila o coś. Bez celu. Byle dalej od tego 
miejsca. 
Jego głowa zderzyła się z jakąś przeszkodą. Przejmujący ból zaćmił mu na chwilę 
ś

wiado-

mość. Coś uderzyło głucho o ziemię. Machinalnie poświecił latarką. Poczuł nagle, Ŝe 
zwa-
riował. Usłyszał wibrujący w powietrzu krzyk obłąkańca. Prawdziwy, nie udawany. 
Swój 
krzyk. Popatrzył jeszcze raz w dół, ale normalność nie wróciła. 
Ludzka głowa toczyła się w kierunku jego stóp. Teraz, gdy znieruchomiała, nie było 
wąt-
pliwości: z ziemi patrzyła na niego martwo jego własna twarz. 
XII 
Człowiek bez twarzy 
Upłynęła długa chwila, zanim Leszek przyszedł do siebie. To było po prostu 
niemoŜliwe, a 
więc nie mogło być straszne! Mimo to ukradkiem, wstydząc się samego siebie, 
pomacał się 
po głowie. Dopiero teraz odetchnął z ulgą. Rozejrzał się wokoło. TuŜ przy nim stała 
drewniana 
półka. To o nią musiał wyrŜnąć głową. Stamtąd teŜ spadła zapewne ta głowa, która – 
teraz 
zdał sobie z tego sprawę – była z gipsu. Nie zmieniło to jednak faktu, Ŝe była to jego 
głowa. 
Nie śmiał podnieść jej z ziemi; stał jak zahipnotyzowany wpatrując się w swoją twarz. 
– Dobry wieczór – usłyszał za sobą cichy głos i odwrócił się gwałtownie. Zobaczył w 
mdłym świetle swojej przemokniętej latarki niepozornego człowieka ubranego w 
baranicę 
przepasaną niedbale rzemieniem. Skóra była obrócona włosem na zewnątrz, tak Ŝe 
przybysz 

background image

sprawiał wraŜenie kosmatego potwora, który dopiero co wyskoczył z buszu. Leszek 
przy-
siągłby, Ŝe nieznajomy nosi brodę i bujne włosy. Dopiero z bliska przekonał się, iŜ to 
mylące 
wraŜenie powstało za sprawą kudłatego kołnierza jego dziwnego ubioru. Spod 
baranicy wy-
stawały gołe i szczupłe nogi zabłocone aŜ do kolan. Wskutek tego nie moŜna było 
stwierdzić, 
czy przybysz nosi w ogóle obuwie. – A raczej dobranoc – kontynuował dziwny 
osobnik zbli-
Ŝ

ywszy się ze swobodą salonowca – gdyby oczywiście to słówko chciało 

funkcjonować jak 
tamto lub jak „dzień dobry”. Niestety! Nasz język nie posiada nocnego pozdrowienia, 
lecz 
jedynie nocne poŜegnanie, które na dodatek stosuje się głównie u progu nocy. CóŜ za 
szkoda! 
Nocą, łaskawco, dzieje się tyle ciekawych rzeczy, jak pan zapewne miał sposobność 
zauwa-
Ŝ

yć. 

To jakiś wariat – pomyślał Leszek i jednocześnie spytał: 
– Kim pan jest? 
– Po cóŜ pytać? PrzecieŜ i tak na pewno zadał pan sobie to pytanie wcześniej i nie 
wątpię, 
Ŝ

e odpowiedział w sposób zadowalający. CzyŜ nie mam racji? 

Leszek spojrzał w spokojne, bladoniebieskie oczy przybysza i speszył się. On potrafi 
czy-
tać w myślach! – przyszło mu do głowy. 
– Ach, nie, niech się pan tylko nie boi, nie jestem jasnowidzem. Obserwuję ludzi i 
wycią-
gam wnioski. Repertuar myśli większości z nas jest ubogi… Zresztą jasnowidzenie 
nie moŜe 
istnieć. Ta właściwość jest tak kłopotliwa dla otoczenia, Ŝe z pewnością ewolucja 
wyelimi-
nowała ją w drodze doboru naturalnego. A jeśli nawet nie, to ludzie, którzy wymknęli 
się, jak 
panu wiadomo, doborowi biologicznemu, znaleźli doskonalsze sposoby selekcji. Ale 
ja pana 
nudzę. Jak pan znajduje swoją twarz? – Leszek spojrzał na obcego spode łba i 
nastroszył się. 
– Ach, rozumiem, nie musi pan odpowiadać. To niecodzienne przeŜycie stanąć oko w 
oko z 
własną facjatą, jakakolwiek by była. 
– Ja pana juŜ przecieŜ widziałem – powiedział Leszek przypatrując mu się uwaŜnie. 
– MoŜliwe – zgodził się – chociaŜ niech pan zbytnio nie ufa pamięci. Jestem podobny 
do 
wielu ludzi. 
– Ale przecieŜ… 
– Zmieńmy temat, łaskawco! 
– Drogi panie – powiedział Leszek. – Przyzna pan, Ŝe okoliczności są na tyle dziwne, 
Ŝ

mam prawo Ŝądać, aby pan przedstawił się. Jeśli idzie o mnie, odnoszę wraŜenie, Ŝe 

background image

pan mnie 
zna. 
– Nie myli się pan. Jestem mile zdziwiony rozpoznając w panu osobę przywiązującą 
wagę 
do takich spraw. ToteŜ zamiast odpowiedzieć: „moje nazwisko nic panu nie powie”, 
zdradzę 
panu swoją godność. Zaborski jestem. Mucha Zaborski. Świat nie zna mnie raczej pod 
tym 
nazwiskiem, o ile w ogóle świat mnie zna. 
– AleŜmnie to nazwisko nie jest obce! – wykrzyknął Leszek. – Tak jak i pańska twarz. 
– No cóŜ – powiedział z wahaniem. – MoŜliwe, Ŝe gdzieś je pan słyszał, ale z 
pewnością 
nie chodziło o mnie. 
– Mam! Waspan Mucha, Król Jeziora!
Zaborski spojrzał na niego zdumiony i w przypływie wylewności chwycił go za rękę.
– A więc słyszał pan? To oczywiście nie ja, lecz mój pradziad. Pan na Zaborach. To z 
tamtej strony, na tym wysokim brzegu przed Rybakami. Tylko nazwa pozostała. 
Patrzył na Leszka badawczo. Powracał juŜ do właściwego sobie dobrodusznego 
dystansu 
wobec rozmówcy. 
– Hm, niech się pan przyzna. Pewnie czytał pan ksiąŜkę dra Majkowskiego, o 
Remusie? 
Od razu wiedziałem. Innych źródeł nie ma. CóŜ, nafantazjował sobie nasz Majkowski, 
ale 
takie prawo powieści. – nachylił się konfidencjonalnie do Leszka i mówił dalej. – Ale 
lochy 
na Glonku były jak się patrzy. Pradziadek przez całe lata krył się przed Prusakami i 
nie mogli 
go znaleźć. Dopiero w parę lat po jego śmierci przyszła burza: wszystko się zawaliło, 
trudna 
rada. 
Po chwili milczenia ciągnął: 
– Jego syn umarł bezpotomnie, jeszcze za Ŝycia Króla Jeziora. Ale została córka. Ona 
wła-
ś

nie związała się z banitą Remusem, któremu pradziad umierając wręczył ten oto 

rodowy 
ryngraf, wyobraŜając sobie, Ŝe z tego związku narodzi się mściciel krzywd rodzinnych 
i kaszubskich. 
Istotnie, narodził się mój ojciec. TeŜ Zaborski, bo Remus nie wziął nigdy ślubu z 
babką; był juŜ Ŝonaty z jakąś Trąbiną. OwóŜ ojcu, oględnie mówiąc, daleko było do 
mścicie-
la. Próbował raczej postawić na nogi gospodarstwo. A w tym celu musiał jak najlepiej 
Ŝ

yć z 

okupantem… Zresztą co ja panu będę tłumaczył! 
Znów zamilkł na chwilę. 
– Nie rozpieszczano mnie opowieściami o pradziadku banicie i o, jeśli tak moŜna 
rzec, nie-
ś

lubnym dziadku Remusie, teŜ banicie i handlarzu jarmarczną literaturą. Ba! Ale od 

czegóŜ 
właśnie jest literatura! Dość powiedzieć, Ŝe nie tylko wiedziałem o nich wszystko 
jeszcze 

background image

jako chłopak, ale teŜ prędko dorobiłem się swoich lochów. Właśnie tych, po 
urszulankach. W 
czasie wojny przysłuŜyły się niejednemu, potem straciły jakby na popularności, 
chociaŜ kto 
wie, czyby się czasem nie przydały. Jak pan widzi, jestem raczej królem 
jednoosobowego 
podziemia aniŜeli jeziora. W kaŜdym razie nikt nie próbuje wydrzeć mi tego 
władztwa, bo teŜ 
i nikt o nim nie wie. Czasem tylko jakiś intruz… 
– O, przepraszam – oburzył się Leszek. – Ja się tutaj nie prosiłem. – wymownym 
gestem 
poświecił w otwór szybu prowadzącego na powierzchnię. 
– Ach, nie mówię o panu! Są inni, bardziej natrętni. Na przykład ten pan. 
Schylił się i wyciągnął z błota maskę doktora Czarlińskiego. Mlasnęło niechętnie 
oddając 
łup w ludzkie ręce. W pustych oczodołach bieliła się powierzchnia gipsowej atrapy. 
Zaborski 
jednym ruchem ściągnął z niej właściwą maskę. Zawisła w jego ręku Ŝałośnie, jak 
przekłuty 
balon. Przyglądał się temu kawałkowi kauczuku odartemu nagle z pozorów 
człowieczeństwa, 
aŜ wreszcie rzekł: 
– Nie sądzi pan, Ŝe niektórzy ludzie umierają w sposób pozbawiony dobrego smaku? 
Mam 
na myśli nie tyle jakość umierania, co ilość zgonów. Ale to tylko pozór! Zły smak jest 
wszak 
wynikiem braku imperatywów moralnych, a te z kolei… Ale znów pana nudzę. 
Trzeba czytać 
Kanta i tyle. Dlaczego pan się tak przygląda tej masce? 
– Myślałem, Ŝe tam leŜy trup, w błocie – wyjąkał Leszek. 
– Dlatego pan krzyczał? 
– Nie, potem ta głowa, moja głowa… 
– Rozumiem. Jeden obraz nałoŜył się na drugi, a skoro pan myślał, Ŝe tu leŜy trup 
Czarliń-
skiego… 
– Ja nie myślałem – wyznał Leszek. – Ja się stuknąłem o tę półkę… 
– Mniejsza o to. W kaŜdym razie zdrowo pan krzyknął. Mamy podobny głos. ZałoŜę 
się, 
Ŝ

e napędziło to strachu naszym junakom. Á propos: myślę, Ŝe czas skończyć 

pogawędkę. 
Czekają na nas. Pan prawdopodobnie wyszedł po pomoc? 
– Tak. To juŜ regularny napad. I jeszcze zniknął gdzieś gospodarz z przyjacielem i 
jedną 
dziewczyną… 
– Dwiema – przerwał Zaborski. – Są tu niedaleko. 
– I co oni tam robią? – wykrzyknął Leszek w zdumieniu. 
– Nic. Dokładnie nic, czyli tyle, ile moŜna robić mając związane ręce i nogi. Za to z 
nimi 
mogą zrobić coś z czego ani pan, ani tym bardziej oni, nie będziecie zadowoleni. 
Krótko mó-
wiąc: trzeba ich natychmiast uwolnić. 

background image

– My? We dwóch? 
– A czemu nie? 
– Ale ja miałem jechać po milicję! 
– Nie zdąŜy pan. Nawet gdyby udało się przeprawić przez jezioro przy tej wichurze. 
– A ilu ich jest? 
– W tej chwili trudno powiedzieć. Nie więcej jak pięciu. A moŜe mniej, jeśli 
przystąpili juŜ 
do ostatecznego ataku na dom. 
– Oni myślą o tym na serio? Taki mają cel? 
– Nie myślą na serio o niczym, ani nie stawiają sobie celu. Są poddani celom i 
myślom 
przywódcy. 
– Mówi pan: pięciu – powiedział w zadumie Leszek i oblizał nerwowo wargi. 
– Chyba nie przeraŜa to pana? Słyszałem, Ŝe niezły z pana osiłek. 
– Od kogo? 
– Sam Ŝeś pan się chwalił, aŜ się rozlegało. Przechodziłem właśnie lasem. No więc 
jak, 
idziemy? 
– A broń?
– Musimy się obyć bez niej.
Leszek zawahał się i rzekł niespodziewanie:
– MoŜe jednak, skoro pan tyle wie, zechciałby pan objaśnić mi, gdzie się właściwie 
znala-
złem i co to wszystko znaczy. 
– AleŜ nie ma na to czasu! Powiedziałem panu tylko to, co było konieczne, aby nabrał 
pan 
zaufania do mojej osoby. CóŜ mam powiedzieć? Tu się po prostu robi maski. Te 
urządzenia 
na półce za panem to prawdopodobnie matryce. Nie znam się na tym. A tam dalej, 
widzi pan, 
leŜy jeszcze kilka takich jak ta. 
– Ale po cóŜ w tym wszystkim moja głowa?! 
– Nie wiem. Zastanawiałem się nad tym. MoŜe ma pan paszport? 
– Mam! Skąd pan wie?
– Domyśliłem się. A teraz w drogę. 
– Czy mogę to wziąć ze sobą? – powiedział Leszek potrącając z szacunkiem swoją 
gipso-
wą głowę czubkiem buta. 
– Będzie panu przeszkadzać. 
– Nie sądzę – rzekł Leszek szczerząc zęby w jednym ze swych zimnych uśmiechów.
Zaborski popatrzył na niego z uwagą i powiedział:
– Na panu facet by się pośliznął. śadna maska nie uwzględnia takich min. Chodźmy. 
Powiem 
panu po drodze, jak to urządzimy. 
– No i co, moi panowie? – zapytał doktor Czarliński klepiąc się dłonią po eleganckich 
oficerkach, 
jakie miał na nogach. 
Siedział na drewnianej ławie, zrobiwszy sobie miejsce wśród stojącej tam aparatury. 
Był 
zadowolony z siebie i nie ukrywał tego faktu. Nie opodal niego, na brudnej i 
skotłowanej macie, 

background image

leŜeli więźniowie. Sylwia i Jolanta w dalszym ciągu były związane wspólnie; 
Waldemar i 
Sylwin leŜeli kaŜdy z osobna z rękami wykręconymi do tyłu i przywiązanymi do 
kostek nóg. 
Prócz nich w pomieszczeniu znajdowało się dwóch młodzieńców Ŝujących leniwie 
gumę i 
przysłuchujących się monologowi Czarlińskiego. 
– Moje słodkie mądrale! LeŜycie tutaj, a tam waszych łupią. Przynajmniej tyle macie 
ko-
rzyści, Ŝe was złupią na końcu. O nie! Nie mam zamiaru was zabić. Ale cóŜ poradzić, 
Ŝ

chłopcy się rozhulali? Panienkom to juŜ na pewno nie przepuszczą, jak ich znam. 
Albo kto 
moŜe ręczyć, co stanie się z domownikami, panie gospodarzu, jeśli zechcą się zbyt 
długo 
opierać? 
– Ty draniu! – wystękał Waldemar szarpiąc się bezskutecznie z więzami. – Po co ci 
to, 
szaleńcze? PrzecieŜ cię złapią! 
– Mylisz się. Jutro będę daleko i nikt mnie nie będzie podejrzewał. GdyŜ motywy, 
które 
mam teraz, nie będą juŜ moimi motywami. Skomplikowane? Wierzę. Być moŜe 
opatrzność 
zlituje się nad wami i pozwoli doŜyć chwili, gdy to pojmiecie. 
– Jakie motywy? Twoje działanie jest pozbawione sensu. 
– O nie! Chcę zdobyć skarb. Twój przyjaciel, który jest w tej chwili cokolwiek śnięty, 
miał 
kilka dobrych informacji, chociaŜ całość nie mogła się przyśnić nawet jego 
powieściopisar-
skiej głowie. Złoto – to motyw doktora Czarlińskiego. Spytasz, dlaczego nie zaleŜy mi
na 
waszej śmierci, skoro znacie prawdę? AleŜ właśnie dlatego, Ŝe za parę godzin to 
przestanie 
mieć związek ze mną. 
– Co ma skarb wspólnego ze mną? Dlaczego napadacie na mój dom? 
– A po co się tam pobudowałeś? – wyciągnął z kieszeni kartkę papieru i rozpostarł ją 
przed 
sobą. – O widzisz? Tu jest wszystko zapisane. Z dokładnością do pół metra. 
Naprawdę szkoda, 
Ŝ

e się tam pobudowałeś. Bo ja nie lubię się dzielić. Zresztą tam są ponoć róŜne 

złotnicze 
cudeńka, a to trzeba zaraz przetopić na sztabki, tak bezpieczniej sprzedawać. Nie na 
twoją 
idealistyczną głowę takie interesy. Kręciłbyś nosem. 
– I nie widziałeś innego sposobu zdobycia złota, jak regularny napad? 
– O, i owszem. MoŜna by poczekać, aŜ będziesz sam i zastosować, powiedzmy, 
delikatną 
narkozę. Ale ty masz stale kupę gości. MoŜna było teŜ poczekać, aŜ kaŜą ci się 
wynieść z 
wyspy – i ten pomysł brał ostatnio górę. Chodziło o to, Ŝeby cię skompromitować i w 
ten sposób 

background image

dopomóc władzom w decyzji. Niestety, ostatnio wiele rzeczy uległo zmianie. Park 
krajobrazowy 
nie przewiduje ośrodków ani pensjonatów. 
– Mówiłem! – wykrzyknął Waldemar zapominając o swoim połoŜeniu.
Czarliński spojrzał na niego ze zdziwieniem i ciągnął dalej.
– Pozostawała więc zorganizowana akcja, lecz nie tak ją sobie wyobraŜałem. 
– Nie bardzo to się trzyma kupy – rzekł Waldemar. – Nie chciałeś wspólnika, a tu 
nagle 
dobierasz sobie całą gwardię! 
– Oni? Są teraz w innym świecie. Meskalina robi swoje. Ich interesuje działanie, a nie 
ja-
kieś złoto, bo wszystko, co robią, czują tysiąckrotnie mocniej. 
– Hej, chłopcze – zwrócił się nagle Boruta do jednego z młodzieńców. – Nie słyszysz, 
Ŝ

tu się was nabija w butelkę. Robicie za kozły ofiarne i za darmo. Doktor wyjedzie, a 
wy pójdziecie 
siedzieć. 
Ale narkotyk działał juŜ zbyt mocno. Wyglądali jak maszyny z nagranym programem 
działania. Spojrzenia i ruchy mieli sprawne, lecz władza sądzenia opuściła ich. 
– Daj spokój – roześmiał się Czarliński. – Oni mają złoto gdzieś. Tamten krąg jest 
lepszy… 
– ZaleŜy, gdzie się ich pchnie, gdy są u progu. Ty ich pchnąłeś w zło! 
– Nieprawda! To miało być inne, zorganizowane! Oni mnie w to wepchnęli, mordując 
tamtą małą! A ja tylko chciałem, Ŝeby nie gadała, no chciałem… zmontować 
kolektyw. A 
teraz muszę być konsekwentny. 
Upiorny krzyk rozległ się gdzieś niedaleko, przytłumiony, ale wyraźny. Spłynął jakby 

góry, jednocześnie wypełniając podziemie. Czarliński drgnął mimo woli i skulił się w 
sobie. 
– Boisz się? – spytał szyderczo Waldemar. – Boisz się go jak śmierci – dodał tonem 
twier-
dzącym. 
– Czemu mam się go bać? Nie znam go – ochłonął Czarliński. 
– Ja teŜ go nie znam. Ale nie muszę się go bać. I to jest najgłębsza róŜnica między 
nami. 
Zapadła cisza. Słychać było ciche pojękiwania Sylwina, który prawdopodobnie pod 
wpły-
wem krzyku ocknął się do Ŝycia. Czarliński z tajonym niepokojem nasłuchiwał 
odgłosów z 
zewnątrz, ale krzyk juŜ się nie powtórzył. Tylko burza szalała z niesłabnącą siłą. 
Nagle klapa w suficie otworzyła się. W otworze ukazała się twarz okolona 
młodzieńczym 
zarostem. Czarliński skinął ręką i przybysz zszedł na dół. 
– Nie chcą wpuścić – powiedział bez wstępów. Był znacznie mniej oburzony od 
dwóch 
stale tu obecnych. Jego oczy płonęły za to emocją i szaleństwem. Waldemar ze 
strachem po-
myślał o tamtych pod domem, takich samych jak on: zapamiętale dąŜących do 
zaprogramowanego 
celu, niczym śnieŜna kula staczająca się nieomylnie ku swojej finalnej postaci – 

background image

lawinie. 
– Słyszałeś krzyk? – spytał Czarliński.
Młody pokręcił głową.
– Co dalej robić? – zapytał. Tylko ta jedna sprawa go interesowała. 
– No cóŜ – powiedział powoli Czarliński. – Sami sobie winni.
Zwracał się po części do Waldemara, nawiązując do rozmowy sprzed chwili.
– Chłopcy podpalają budę – powiedział chłopak.
Waldemar i doktor wydali jednoczesny okrzyk, chociaŜ kaŜdy z innego powodu.
– Czy wyście zwariowali? Zanim to ostygnie i będzie moŜna wejść, zrobi się dzień. A 
kiedy 
zdąŜę odnaleźć skarb? 
Argumentacja ta spadała jednak poza kręgami wyobraźni psychodelicznej. Jak lawina 
zmiata przeszkody ze swej drogi przypadkowo, gdyŜ jedynym jej celem jest spadanie, 
tak i 
oni działali juŜ poza wszelką przyczynowością, niszcząc dla niszczenia. Tak zostali 
pchnięci, 
w tę stronę polecieli – i teraz toczyli się bezwolnie i radośnie bez moŜliwości 
zatrzymania. 
Czarliński, którego ostatnie godziny nauczyły reagować bardzo elastycznie na to, co 
się wydarza, 
powiedział po chwili zastanowienia: 
– Dom jest murowany i ma piorunochron. Trudno przypuścić, Ŝe zapalił się od burzy. 
Lepiej 
jest podpalić las wokół domu. Ofiary takŜe rzucić w ogień, Ŝeby się trochę podpiekły 
– 
będzie wyglądało, Ŝe zginęli w poŜarze wywołanym burzą. 
– Więc jednak ofiary? – zapytał Waldemar. 
– A cóŜ pan myślał! KaŜde działanie wymaga ofiar. 
Młody przybysz słuchał wskazówek doktora bez specjalnego zainteresowania. Nie 
wyglą-
dało na to, aby miał się okazać dobrym kurierem. 
– Zostań tu – powiedział Czarliński. – Sam pokieruję tą akcją. 
Chłopak został nie bez sprzeciwów, skuszony wreszcie sporą miarką oszałamiającego 
napoju, 
a gdy Czarliński oddalił się spiesznie, siadł na miejscu doktora i patrząc na więźniów 
pociągał drobnymi łykami wydzieloną mu dawkę eliksiru. Upłynęło moŜe pięć minut, 
ale na 
kosmicznym zegarze Buddy pojawił się znak wieczności. Nie było dobra ani zła, 
wystarczyło 
zniszczyć bestię, o której mówił mistrz i która od tego czasu była obecna wszędzie, 
takŜe tutaj. 
Jej stutysięczne macki wypełzały z oczu i uszu więźniów, kłębiły się coraz gęściej w 
pomieszczeniu. 
NaleŜało je natychmiast poobcinać. Bez nich więźniowie będą czyści i neutralni. 
Bestia krzyczała przenikliwie, gdy skoczył ku niej z noŜem. I wtedy zobaczył inną 
bestię, 
czteroręką i dwugłową: to ona krzyczała, usiłując go powstrzymać. Była wcieleniem 
piękna 
kosmosu. Gdy przywarł do jej ciała, ujrzał, Ŝe jej cztery odnóŜa oplatają go i 
wpychają w 
przepaść bezgranicznego poŜądania, z którego nie ma wyjścia. I wtedy znów usłyszał 

background image

krzyk, 
ale inny, i poznał, Ŝe został zwiedziony, gdyŜ właściwa bestia przyszła dopiero teraz, 
spadła z 
nieba, odbiła się o ziemię jak piłka, aby roztrącić tamtych dwóch jak figury na 
szachownicy, 
potem zaś wbiegła na ścianę i stamtąd – na jego pierś, jak zmora nocna. Jego ciosy 
noŜem 
trafiały w próŜnię, zaś uniki na nic się nie zdawały, gdy zjawa materializowała się, 
aby zadać 
cios. Nagle zaczął spadać w dół. Stracił świadomość. 
Sylwin, leŜący z zamkniętymi oczami, spostrzegł postać pochylającą się nad nim 
dopiero 
wtedy, gdy zaalarmował go cień padający mu na twarz. Usiłował przeciwdziałać 
zagroŜeniu, 
podrzucając swe ciało w gwałtownych skurczach, lecz nie było realnej moŜliwości 
zadania 
skutecznego ciosu. Mógłby się od biedy potoczyć nadchodzącemu pod nogi, lecz 
między nimi 
leŜał Waldemar, niezdolny do takiej ekwilibrystyki. Nagle spostrzegł, Ŝe Jolanta i 
Sylwia 
wstają z trudem ze swego miejsca i kołysząc się karykaturalnie podchodzą do 
napastnika. 
Ten, na widok syjamskich sióstr, obrócił swą uwagę w ich kierunku. Do Sylwina 
dotarł dopiero 
teraz fakt, Ŝe obie dziewczyny krzyczą na całe gardło. 
– Przestańcie krzyczeć, bo was zabije – usiłował przekrzyczeć ich głosy. 
Istotnie, chłopak ruszył w ich kierunku trzymając nadal nóŜ. Przestały krzyczeć, ale 
on nie 
zatrzymał się. Nagle jakby zmienił zamiary. Stał się napastnikiem erotycznym. Rzucił 
się na 
podwójne ciało i po chwili cała trójka tarzała się w groteskowym tańcu. Gra toczyła 
się mię-
dzy pragnieniem połączenia, a potrzebą osobności. NóŜ trzymany przez napastnika 
cały czas 
czynił tę grę niebezpieczną i sprowadzał walkę na inne tory. Niespodziewanie z góry 
spłynął 
okrzyk szaleńca, znany juŜ dobrze wszystkim obecnym. W tym samym momencie, 
jakby na 
fali swojego głosu, wskoczyła do środka jakaś postać. Dwóch straŜników pochwyciło 
drewniane 
pałki i rzuciło się na przybysza. Ten jednak odbił się lekko od ziemi i wykonał w 
powietrzu 
przedziwny, niewymuszony szpagat, jak gdyby tańczył trepaka. Ugodzeni prawie 
równocześnie przeciwnicy zostali odrzuceni w przeciwległe rogi pomieszczenia, 
gdzie wy-
rŜnęli cięŜko o ściany, aŜ zadygotał podtrzymywany stemplami strop. Dopiero teraz 
wyszła 
na jaw prawdziwa siła tego wykonanego niby od niechcenia uderzenia stóp. 
Tymczasem 
przybysz był nadal w ruchu. Gdy ugodzeni podnosili się z ziemi, szykując się do 
ataku, on 

background image

wykonywał nowy skok, w kierunku trzeciego straŜnika. W pierwszej chwili wydało 
się, Ŝe 
jest to jawne samobójstwo, gdyŜ przeciwnik oczekiwał go z otwartym noŜem. Ale juŜ 
w powietrzu 
przybysz dokonał niewiarygodnej korekty lotu, jakiegoś cyrkowego przewrotu tak, Ŝe 
opadł po zgoła przeciwnej stronie chłopaka z noŜem. I znów się odbił w górę, trącając 
jakby 
przypadkiem swą lewą nogą dłoń z noŜem, która zwisła bezwładnie wypuszczając 
mordercze 
narzędzie. Zrobił to mimochodem, gdyŜ głównym jego celem była ściana, na którą 
niemalŜe 
wbiegł, tylko po to, aby znów zmienić kierunek i powrócić jak huragan do dwóch 
postaci 
stojących juŜ z powrotem na nogach. 
Sylwin przypatrywał się temu z wielkim zdziwieniem i niedowierzaniem. Zetknął się 
wiele 
razy z rozmaitymi przejawami wschodnich systemów walki, jednakŜe czegoś takiego 
nie wi-
dział. Była to mieszanina wszystkich stylów karate, kung-fu i dŜudo, zjednoczona 
jakimś nie-
zwykłym lokalnym szarmem, stylem wypracowanym na drodze chałupniczego 
mozołu, niby 
ś

miesznym w swej prowincjonalnej elegancji, ale zarazem niewiarygodnym, 

zapierającym 
dech, łamiącym bariery praw fizycznych. Zdawało się, Ŝe człowiek w baranicy, gdyby 
ze-
chciał, mógłby z łatwością pochodzić trochę po suficie, jednocześnie rozbijając 
wszystkim 
głowy paroma wytwornymi gestami, nie przerywając przy tym czyszczenia paznokci. 
Wyda-
wał się bawić walką i umyślnie, ponad potrzebę, popisywać cyrkowymi chwytami. 
Jak gdyby 
od wielu lat to była jedyna moŜliwość zyskania publicznej satysfakcji. Teraz 
przeprowadzał 
finałową szarŜę z okropnym krzykiem na ustach, od którego rozśpiewało się szkło 
przyrzą-
dów, a ze stropów posypał się piach. Jeszcze nie przebrzmiało jego echo, gdy walka 
uległa 
zakończeniu. Jeden ze straŜników stracił przytomność, pozostali patrzyli ze strachem 
na przybysza 
nie ponawiając ataku. 
W czasie walki nie moŜna było w słabym świetle lampy naftowej dojrzeć rysów 
człowieka 
w baranicy. Szybkość, z jaką się poruszał, uniemoŜliwiała to całkowicie. Teraz 
zatrzymał się 
na moment i wtedy Sylwin powiedział: 
– Na Boga, to pan? Stój! – krzyknął zgadując jego zamiary. 
MęŜczyzna odwrócił się błyskawicznie i skoczył do bocznych drzwi, tych samych, 
którymi 
przybyli Waldemar z Sylwinem. Ledwo jednak zdąŜył je otworzyć, gdy oczom 
obserwatorów 

background image

ukazał się widok szokujący. Oto nad stosunkowo nieduŜą sylwetką uciekiniera 
pojawiła się 
napuszona, blada jak papier głowa Leszka Wegetariańskiego. Tak musiał wyglądać 
Humpty 
Dumpty na swoim murze. Przez ułamek sekundy głowa kołysała się groteskowo na 
czymś, co 
przypominało szyję Ŝyrafy, aŜ spadła z wielkim trzaskiem, prosto na głowę ich 
wybawiciela. 
W tym momencie ujrzeli, jak głowa Lesia pęka na kilka części, które z chrzęstem 
osypują się 
na ziemię. Człowiek w baranicy zachwiał się na nogach, ale nie upadł. Zaklął tylko z 
cicha i 
złapał się za potylicę. 
– Lepiej późno niŜ wcale – odezwał się zadowolony głos Leszka i oto ukazał się on 
sam. 
Spod przymruŜonych oczu lustrował pomieszczenie. 
– Dejta mnie flinta! – wykrzyknął z wyraźnym kaszubskim akcentem człowiek 
zdzielony 
po głowie, ale zaraz powściągnął zdenerwowanie i odezwał się swym zwykłym 
tonem. – 
Zdurniałeś, łaskawco? 
Leszek stanął jak wryty i patrzył z miną wyjątkowo głupawą. 
– To pan? – wyjąkał wreszcie. – Nie wziąłem okularów – usprawiedliwiał się. – 
Myślę sobie: 
i tak ciemno. Dobrze chociaŜ, Ŝe moja głowa była pusta… 
– Jest nadal – stwierdził sarkastycznie rozmówca. – Mogłaby być pełniejsza. 
– Ja mam na myśli… 
Ale człowiek w baranicy nie dowiedział się, co miał na myśli szalony Lesio, gdyŜ 
zniknął 
w czeluści lochu. 
– Niech pan pamięta! Wszystko według planu – dobiegł ich stamtąd oddalający się 
głos. 
Leszek chwycił leŜący na ziemi nóŜ i niezwłocznie uwolnił więźniów. Potem wszyscy 
udali się w głąb korytarza. Po drodze Leszek wprowadził ich w sytuację, streścił 
opowieść 
Zaborskiego oraz przedstawił plan działania naszkicowany przez niego. 
– NaleŜy mu zaufać – powiedział Sylwin. – Nie mamy zresztą wyboru. Ten człowiek 
zna 
wszystkie elementy mozaiki, nam są dostępne tylko fragmenty. ChociaŜ wydaje mi 
się, Ŝe i ja 
zaczynam mieć obraz całości. 
Niedługo doszli do pomieszczenia ze studnią. Zwłok Czarlińskiego, pozostawionych 
na jej 
brzegu, nie było. LeŜała tu tylko porzucona baranica. Przeprawili się po kolei na drugą
stronę. 
Potem, idąc pod górę, dotarli do centralnego pomieszczenia pod bukową karpiną, 
skąd rozpo-
częła się podziemna wędrówka Sylwina i Waldemara. 
– To musi być ten korytarz – powiedział Leszek rozejrzawszy się bardzo dokładnie 
do-
okoła. 

background image

– Nie wątpię – powiedział Sylwin. – W pozostałych dwóch juŜ byliśmy. 
W piwnicy panowało milczenie. Po odejściu Leszka, jeśli tak moŜna nazwać jego rajd 
pod 
krowim brzuchem, nie było komu reagować na zaczepne tyrady pani Zofii, toteŜ i ona 
zamil-
kła wreszcie. Słychać było tylko nie słabnący szum deszczu, uderzenia piorunów i 
dzikie na-
woływania napastników. Czas płynął niezwykle wolno. ChociaŜ początkowo 
wydawało się to 
niemoŜliwe, popadli wkrótce w monotonię strachu, w nudę napiętego oczekiwania. 
Ludzkie 
odczucia mają nieprzekraczalne bariery. Tylko nagłe objawienie niewiadomego moŜe 
je zbu-
rzyć. Na dłuŜszą metę strach staje się po prostu atrybutem bytowania. śyć w 
osaczeniu moŜ-
na, chociaŜ nie tak dobrze jak na wolności. Bo Ŝycie zawsze upomina się o 
pierwszeństwo. 
Nic więc dziwnego, Ŝe otoczeni juŜ wkrótce zaczęli wieść zorganizowane Ŝycie 
piwniczne, 
mościć się coraz wygodniej, pociągać ze stojących na półkach butelek, palić 
papierosy. Niektórzy 
nawet podsypiali dla nabrania sił. Dopiero nowe zdarzenie wytrąciło zebranych z tej 
szczególnej stagnacji. 
– Pali się! – wykrzyknęła pani Zofia. 
Rzeczywiście, przez szpary w drzwiach sączyło się do środka monotonne, purpurowe 
ś

wiatło, które Ŝadną miarą nie mogło pochodzić od błyskawicy. Jego natęŜenie rosło 

wolno, 
lecz stale. 
– Koniec z nami! – odezwała się znowu. 
ChociaŜ wszyscy byli przyzwyczajeni do katastroficznego tonu jej wypowiedzi, tym 
razem 
zabrzmiało to wyjątkowo dramatycznie. 
– Piwnica nie spali się – pocieszył ktoś. 
– Ale się upieczemy Ŝywcem lub udusimy dymem! 
– Dom nie zajmie się tak prędko, przecieŜ leje deszcz. 
– Mają benzynę, bo inaczej niczego by nie podpalili. 
– Ale co właściwie płonie? Palisada? 
Wśród tych przypuszczeń, wyrzucanych z siebie w nerwowym pośpiechu, zabrzmiał 
nagle 
rozkazujący głos Janki. 
– Cicho!
– Co za cicho?! – oburzyła się pani Borutowa. 
W tej samej chwili dowiedziała się dlaczego, chociaŜ Janka nie zamierzała 
odpowiedzieć 
na jej retoryczne pytanie. Oto z rogu piwnicy dobiegło niezbyt silne, lecz 
zdecydowane chrobotanie. 
– To myszy – zbagatelizował sprawę Tadeusz. 
– Aaaa! – powiedziały niektóre z pań usiłując schronić się na najbliŜszych im 
półkach, co 
ze zrozumiałych względów okazało się niemoŜliwe. Nawet babcia Wegetariańska 
straciła swą 

background image

zwykłą flegmatyczność. Wpiła się w kark córki i zawisła na nim z nogami 
uniesionymi nad 
ziemią. Nic nie było w stanie jej stamtąd oderwać. 
– No, moŜe szczury – powiedział ugodowo Tadeusz Tymoteusz, zaskoczony reakcją 
kobiet. 
To jednak wywołało nowe piski, więc nie mówił nic więcej. 
Pani Zofia nie bała się myszy, tym bardziej jednak bała się w tej chwili. Rozumiała 
bowiem 
jasno, Ŝe dźwięki nie są spowodowane przez gryzonie. Odgłosy były co prawda przy-
tłumione, ale na pewno duŜego kalibru. Podkop! 
Chwyciwszy się tej myśli, pani Zofia poczuła, Ŝe robi jej się zimno ze strachu. Teraz, 
gdy 
dźwięki przestały być tajemnicze, w kaŜdym szurnięciu rozpoznawała nowy, coraz 
bliŜszy 
ruch łopaty, w kaŜdym tąpnięciu – spadek kolejnej bryły ziemi dzielącej ich od 
napastników. 
Jej przeraŜenie było tak silne, Ŝe pozornie nic nie mogło go zdystansować. 
– Wino z wiśni! – krzyknęła nagle rozdzierająco i nie zwaŜając na staruszkę 
uczepioną jej 
nadal, rzuciła się w kierunku padającej półki. ZdąŜyła jeszcze zgarnąć oburącz 
kilkanaście 
butelek, zanim drewniana konstrukcja przewróciła się. Zadźwięczało tłuczone szkło. 
Piwnicę 
wypełnił bachiczny aromat. W miejscu półek ukazała się teraz ściana ziemianki, a w 
niej 
czarny otwór. Po chwili rozbłysło w nim słabe światełko, na którego tle kłębił się dym 
tytoniowy, 
poruszony nagle wytworzonym przeciągiem. Wtedy dopiero z jaskini wyszły cztery 
półnagie, wymazane czarnym błotem postaci. 
– Diabły – krzyknęła Janka. 
W tym momencie ukazała się postać piąta, jako tako podobna do człowieka. Był to 
Leszek, 
który powiedział: 
– Przyprowadziłem ich. 
Burza, dostawszy się raz na wyspę, nie była juŜ w stanie jej opuścić. W pierwszym 
ataku 
bluznęła długo zbieraną furią, dzięki której przed chwilą przekroczyła wodę, a teraz 
nie miała 
siły pójść za jezioro. Jej przeznaczeniem było siedzieć tu dopóty, dopóki się zupełnie 
nie wyczerpie. 
Janek Gołuński spojrzał na niebo i powiedział: 
– Jeszcze godzyna i bandze kuńc! 
– Jo – potwierdził powaŜnie pan Męczykowski z Zabrodów. – A ostrowów i cupli – 
nie 
poznasz. 
– Ty, Manczykowsci, zawsze czarno myślisz! – powiedział Gołuński i zamilkli. 
Siedzieli w kilku chłopa pod jednym ze świerków-olbrzymów rosnących w 
mateczniku. 
Niektórzy kurzyli papierosy, inni podrzemywali. Pod gęstym kapturem świerkowych 
gałęzi 
było stosunkowo sucho i przytulnie. 

background image

– Jerzy, śpisz? – zapytał Janek Gołuński.
Młody Ginter zamruczał coś sennie, a potem powiedział dość wyraźnie:
– Grzenia na mie jidze! 
– Wypijeta sznapsa? – spytał ktoś w ciemnościach. 
– Jo! – oŜywili się. Grzenia natychmiast odeszła. 
– Cos mnie swandzi – powiedział Jerzyk. 
– Pewnie robok ci se wkrancył. 
– Tero takie roboki – machnął ręką stary Gliszczyński. – Jak jo był w pruskiej armii – 
tam 
były wszy! Raz ida sobie – coś mie kąsa. To ja bach o ziemię, patrze, wsza. Taka była 
jucha 
wielka, Ŝe psy na nią szczekały. – Zamilkł, sprawdzając, czy wszyscy naleŜycie 
ocenili rozmiary 
wszy, a po chwili dodał: – Taka to w godzyne babką zostaje! 
– Zamknijta sę, knopy! Ktos jidze – powiedział Janek Gołuński. ChociaŜ był młody – 
szanowano 
go, jak całą rodzinę Gołuńskich, z której wywodziła się teŜ Weronika Ginter. 
W ciemnościach zamajaczyła jakaś postać. 
– Waspan Mucha? – zapytał Gliszczyński. 
– JuŜ pora – powiedział przybysz.
Powstali z ziemi i ruszyli za nim w milczeniu. W rękach trzymali kosy, siekiery i 
bosaki.
Benzyna rozlana brzegiem lasku, wzdłuŜ drogi, zapaliła się gwałtownie. Czarliński 
scho-
wał zapalniczkę i patrzył, jak płomienie obejmują kolejne połacie mchu, jak 
przenoszą się na 
drzewka. Ulewa nie trwała jeszcze dostatecznie długo, aby zawilgocić poszycie po 
kilkunastodniowej 
suszy. Las wznosił się stromo, toteŜ ogień wspinał się w górę z błyskawiczną 
szybkością. 
– OkrąŜyć dom bokami! – krzyknął Czarliński. Jego ludzie ominęli płonący pas 
zagajnika i 
wyprzedzając ogień takŜe zaczęli piąć się ku górze. Od palisady domu Boruty dzieliło 
ich 
tylko kilkanaście metrów, gdy rozległ się dobrze im znany przenikliwy krzyk, 
paraliŜujący 
wolę swym nieludzkim brzmieniem. Przystanęli. Patrzyli w ciemność z zabobonnym 
strachem. 
– Naprzód! – krzyczał za nimi Czarliński. – Czego się boicie, Ŝe las ruszy na was? 
PrzecieŜ 
wszyscy są zamknięci w środku. 
W tym momencie las istotnie ruszył. Niektóre z drzew zaczęły schodzić w dół, 
kiwając się 
na boki. Rozległ się trzask łamanych gałęzi. 
Na ten widok młodzieńcy zamarli w panicznym strachu. Drzewa zaś skłaniały się 
coraz 
groźniej w ich stronę, z coraz większym chrzęstem i pobrzękiwaniem przedzierały 
przez las. 
Nagle usłyszeli głos: 
– Starczy, knopy! Teraz rozstawić się wzdłuŜ, wyciąć jakieś dwa metry zagajnika i 
usunąć 

background image

poszycie. Kto ma czym gasić, niech pójdzie niŜej. Będziemy próbować. 
Wtedy niektóre z ruchomych drzewek opadły, inne, najdłuŜsze, ruszyły w dalszą 
drogę. 
Były coraz bardziej podobne do bosaków. 
Gdy przeszywający okrzyk dotarł do wnętrza piwnicy, przybyła tu przed chwilą piątka 
nie 
posiadała się z radości. A więc zdąŜyli! JuŜ są pod palisadą. Ich podkop do piwnicy, z 
którą 
korytarz lochu mijał się zaledwie o dwa metry, okazał się niepotrzebny. Awaryjne 
wyjście się 
nie przyda! Sylwin, nie zwaŜając na protesty nie zorientowanych w sytuacji więźniów, 
otwo-
rzył drzwi piwnicy i wybiegł na dziedziniec. Zaraz za nim podąŜył Waldemar, 
skrzykując 
osoby zdatne do gaszenia poŜaru. Wkrótce ekipa uzbrojona w dość przypadkowe 
narzędzia 
dołączyła do ludzi uwijających się na zewnątrz. Uczyniono juŜ wyręb mający 
zapobiec rozprzestrzenianiu 
się poŜaru. Teraz próbowano ratować płonący kawałek. 
Napastnicy w obliczu uzbrojonych ludzi, nie atakujących w dodatku, lecz 
lekcewaŜących 
ich w sposób, w jaki męŜczyzna lekcewaŜy dokuczliwe dziecko, rozpierzchli się po 
lesie. W 
grupie zapanowała kompletna anarchia. Nawoływania Czarlińskiego unosiły się 
jeszcze przez 
pewien czas nad wyspą, ale nie przynosiły rezultatów. Wkrótce chmura przesunęła się 
nad 
zagajnik, a pioruny, jak to mają w zwyczaju, zaczęły bić wzdłuŜ linii ognia, 
ześlizgując się 
jakby po ścianie dymu. Potem obce głosy ucichły i było słychać tylko zdawkowe 
uwagi pra-
cujących ludzi. Tak zastał ich świt – na dymiącym pogorzelisku w samym sercu 
wyspy, wi-
tającej dzień w całkiem nowych kształtach. 
– Więc mówi pan, Ŝe było ich dwóch? – upewniał się sierŜant Jedziniak. 
– Owszem – mówił Waldemar. – To znaczy był jeden, a drugi potrafił się doskonale 
upodobnić. Prawdopodobnie teŜ zabił wpierw tego autentycznego. 
– No dobra, ale po co? 
Była godzina jedenasta. Dzień był dość pogodny, choć chłodnawy. Waldemar od 
dwóch 
godzin bezskutecznie usiłował wyłoŜyć przybyłemu sierŜantowi swoją wiedzę o 
zaistniałych 
faktach. Teraz znajdowali się pod Bukową Górą, w piwnicy uŜytkowanej przez 
Czarlińskie-
go. 
– O, tu produkowali narkotyk – objaśniał Waldemar. 
– Z tego? 
– Tak. To amanita muscaria. Zawiera meskalinę. 
– To? To przecieŜ muchomór! Trująca zaraza. 
– Zawiera teŜ muskarynę, którą moŜna oddzielić przy pomocy niezwykle 
skomplikowanych 

background image

zabiegów laboratoryjnych. Temu słuŜył sprzęt, który pan widzi. 
Jedziniak milczał przez dłuŜszą chwilę, po czym cmoknął z niedowierzaniem. 
– To niemoŜliwe – powiedział. 
– JakŜeŜ! PrzecieŜ są dowody. 
– Ja widzę – sierŜant ujął go pod ramię niemal pieszczotliwie. – Widzę, panie 
Waldku, ale 
to niemoŜliwe, Ŝeby takie rzeczy istniały na świecie. 
Wyszli na powierzchnię i wolno udali się do domu. W bibliotece zgromadzili się juŜ 
prawie 
wszyscy uczestnicy wydarzeń. Pojawił się nawet Antoni Celiniak, który uśmiechając 
się 
nieśmiało rzekł: 
– Pomyślałem, łaskawco, Ŝebyśmy zebrali się do kupy i spróbowali połączyć naszą 
wiedzę 
o zaistniałych wypadkach na uŜytek pana sierŜanta. 
– Wiem juŜ dość duŜo – powiedział sierŜant. 
– Ale nie więcej niŜ Waldemar. A on nie wie wszystkiego. Pozwolę sobie i ja 
dorzucić cokolwiek 
do obrazu sprawy. Informacje o przedwojennych i wojennych losach doktora Czar-
lińskiego, które zresztą są znane dzięki panu Sylwinowi, z pewnością gospodarz juŜ 
panu 
przekazał. Nie wiem jednak, czy ktokolwiek z panów orientuje się, co było dalej. 
OtóŜ doktor, 
wszechstronnie wykształcony i wyrafinowany umysł, a zarazem człowiek wraŜliwy na 
zmy-
słową urodę świata, związał się z instytucją znaną w Kalifornii pod nazwą Kościoła 
Satanicznego. 
Jej obecnym prezesem jest bodajŜe Anton la Vey. Doktor doszedł tam do dość znacz-
nych zaszczytów. Po powrocie do kraju, w latach pięćdziesiątych, rzucił się w wir 
rozmaitych 
działań pozytywnych, ale schyłkowy urok tamtej obrzędowości, kontakt ze sferą 
barbarzyń-
ską w sobie… 
– Do rzeczy – przerwał sierŜant Jedziniak. 
– Proszę bardzo. Krótko mówiąc doktor Czarliński zbudował sobie przedziwną, 
kaszub-
sko-grecko-prairańską mitologię i wykorzystując aurę Bukowej Góry, słuŜącej istotnie 
jako 
góra obrzędowa w prasłowiańszczyźnie, pokusił się o utworzenie własnej organizacji 
tego 
typu. Była ona bardziej umowna, traktowana z przymruŜeniem oka… ale zawsze. 
Skupiała się 
tam najczęściej młodzieŜ inteligencka z „Nowych Kaszub”, którą dyskretny urok 
doktora 
potrafił zakazić pokusą. Pokusą czego? No, nie były to orgie. Raczej połączenie 
prakaszubskiego 
ś

cinania kani z doktryną kościoła satanicznego i z estetyką schyłku wieku. Całkowity 

eklektyzm. Całość nosiła znamiona dość pikantnej zabawy towarzyskiej. Prawda, pani 
Sylwio? 
Dziewczyna przytaknęła, a stojąca w pobliŜu Jolanta nie wiadomo czemu spiekła 
raka. 

background image

– Ta postawa niezdecydowanego estety – ciągnął Celiniak – rzutuje zresztą na 
postępowa-
nie Czarlińskiego wobec zakopanego skarbu. Latami zwleka, nie moŜe się 
zdecydować na 
wysiłek związany z odnalezieniem i sprzedaniem złota, a gdy juŜ decyduje się to 
uczynić – 
pojawia się przeszkoda. Pański dom, panie Waldemarze. Czarliński poszukuje 
miejsca, gdzie 
ukrył złoto, i wypada mu, Ŝe pan się akurat tu pobudował. Znów nie wie, co robić: 
czekać? a 
moŜe pan odnalazł złoto w trakcie budowy? a moŜe wejść w spółkę z panem? Z 
kłopotu wybawia 
go przypadek. Spotyka swego amerykańskiego kumpla, byłego podwładnego z 
satanicznej 
sekty, który teraz piastuje dość eksponowane stanowisko. To umysł trzeźwy i 
praktyczny, 
nie skaŜony nadmiarem wiedzy. O skarbie dowiedział się od doktora w Ameryce, 
gdyŜ tamten nie planował wtedy powrotu. Teraz popycha go do czynu, a nawet 
ułatwia mu 
wiele spraw dzięki swoim stosunkom. Ale Czarliński zaczyna kręcić nosem na 
metody 
wspólnika. Próbuje uwolnić się od tej narzuconej współpracy. Nie jest to łatwe. 
Wspólnikowi 
akurat powinęła się noga. Musi się ukrywać. Zabija doktora i wchodzi w jego skórę. 
– NiemoŜliwe – powiedział sierŜant Jedziniak. – Słyszałem juŜ o tych maskach, ale 
powtarzam 
– niemoŜliwe! PrzecieŜ on miałby stale ten sam wyraz twarzy! 
– Gdyby załoŜył maskę odpustową. Ale on był akurat specjalistą w tym zakresie i 
dzięki 
temu zresztą – bo innych predyspozycji nie miał – został przyjęty do tamtej 
satanicznej organizacji. 
OtóŜ specjalizował się w charakteryzacji. Słyszeliście, łaskawcy, o generale 
Montgomerym? 
OtóŜ pewien aktor udawał go przez jakiś okres wojny w celach strategicznych. To 
najbardziej znany przypadek, lecz nie jedyny. Takich mistyfikacji było wiele. Nie 
kaŜdy jednak 
generał miał podobnego do siebie aktora. Posługiwano się wtedy maskami. Sobowtór 
doktora Czarlińskiego brał udział w takich akcjach dwukrotnie. 
Zapadła chwila ciszy. 
– Tak – powiedział Sylwin. – Po raz pierwszy przyszło mi do głowy, Ŝe to fałszywy 
Czar-
liński, gdy znaleźliśmy, nazajutrz po mojej przygodzie na Bukowej Górze, kanię. 
Pamiętasz, 
Waldek, co on powiedział? „Milvus. Po waszemu – kania”. Tak nie mówi Kaszub. A 
Czarliń-
ski był Kaszubem. Z fałszywym doktorem musieliśmy mieć do czynienia juŜ w 
spalonym 
domu. No i z jego nową ekipą. 
– Owszem – powiedział Celiniak. – Nowy Czarliński zmienił takŜe uczniów, 
stosownie do 
swoich predyspozycji. Tamci nie daliby się na niego nabrać. Przechwycił za to język 

background image

obrzę-
dów doktora. O ile jednak tamten był do pewnego stopnia prawdziwym magiem i 
alchemikiem, 
o tyle nowy był szarlatanem. Ta cała sceneria, w której Czarliński się lubował, była 
dla 
niego tylko sztafaŜem traktowanym instrumentalnie, dla materialnych celów. No i 
oczywiście 
– to właśnie się na nim zemściło. Przestał panować nad Ŝywiołem, który rozpętał. Gdy 
zamordowano 
Franciszkę, nie przypuszczał, Ŝe to skutek jego własnych zaleceń. Dziewczyna za 
późno zorientowała się w „przeprofilowaniu” grupy i odgraŜała się za to, co ją 
spotkało pod-
czas tego wieczoru, kiedy pan Sylwin dostał po głowie, a oni próbowali podpalić 
palisadę. 
Nasz sobowtór podszepnął komuś, aby przemówili jej do rozsądku – i przemówili! 
Wtedy, 
gdy jeszcze myślał, Ŝe kto inny ją zamordował, zamierzał to wykorzystać: pojechał 
jakoby na 
milicję, a w rzeczywistości został. Potem wyszłoby na to, Ŝe ci „szaleńcy z wyspy” to 
zrobili, 
skoro nikt nie zawiadomił władz. Podobnie niekontrolowany przebieg zaczęły mieć 
napady 
agresji wobec „zewnętrznego wroga”, wchodzące w skład kaszubskiego „ścinania 
kani”, które 
w tym wypadku przekroczyły ramy obrzędu. ToteŜ ujrzawszy, Ŝe przestał panować 
nad 
grupą, fałszywy Czarliński postanowił tę agresję wykorzystać i poszedł na całego. 
Resztę 
znamy. 
– No dobra. Ale gdzie są zwłoki! Ba, i to nie jedne! Skoro mówicie prawdę, 
powinienem 
znaleźć dwa ciała męskie, no i oczywiście tę dziewczynę. 
– Będzie pan miał swoje trupy, sierŜancie – zapewnił Celiniak. – To kwestia czasu. 
Zwłoki 
doktora, przechowywane w podziemnej studni dla uniknięcia szybkiego rozkładu, 
miały słu-
Ŝ

yć za kozła ofiarnego, w razie gdyby jednak wina Czarlińskiego wyszła na jaw. 

Wtedy milicja 
znalazłaby zwłoki winnego i zakończyła śledztwo. W innym wypadku pozostałyby w 
podziemiu. W momencie gdy przestępca zaczął się obawiać, Ŝe nie panuje nad grupą 
(było to 
w lesie, podczas rozmowy nad zwłokami Franciszki), i gdy pomyślał, Ŝe nie 
zawiadamiając 
na razie milicji skompromituje Borutę jeszcze bardziej, przyszło mu do głowy, Ŝe 
lepiej za-
brać zwłoki dziewczyny, aby dysponować nimi w stosownym momencie. Ów moment 
nad-
szedł, gdy jego podopieczni zaczęli podpalać las. Po spaleniu domu wszystkie ofiary 
wyda-
rzeń miały być tam podrzucone – oczywiście po solidnym osmaleniu ogniem. Brzmi 
to zapewne 

background image

dość mętnie, ale fałszywy Czarliński nigdy nie miał jednolitej koncepcji i działał w 
zaleŜności od bieŜących wydarzeń. Nie wiedział nawet, czy nie będzie musiał 
natychmiast 
uciekać, toteŜ wyszykował sobie gipsowy model głowy pana Leszka 
Wegetariańskiego, aby 
zrobić na tej podstawie maskę. Dzięki temu mógłby się posłuŜyć jego paszportem. 
Oczywi-
ś

cie, los pana Wegetariańskiego byłby wtedy jednoznacznie przesądzony. 

– Ale, panowie – powiedział sierŜant Jedziniak. – Nie gniewajcie się, ale te maski 
zupełnie 
do mnie nie trafiają. Gdybym obejrzał taką jedną… W jaki sposób na przykład 
przekazuje 
mimikę nie tracąc swoich rysów? 
– Jest odlana z niezwykle plastycznego tworzywa, o skóropodobnej konsystencji. 
Resztę 
załatwia makijaŜ. Zrobienie matrycy do takiej maski… Zresztą moŜe pan obejrzeć 
jego pra-
cownię. 
– Niestety – przerwał ponuro Leszek. – Byłem tam… chciałem znaleźć jeszcze jedną 
swoją twarz… no, na pamiątkę, zresztą – mniejsza o to. Tam się wszystko zawaliło. 
Cały ten 
loch. 
– A Zaborski? – wykrzyknęła pani Zofia. Leszek zdąŜył juŜ rozpowszechnić opowieść 

swym tajemniczym spotkaniu. 
– Pan Zaborski został zapewne w podziemiu, przysypało go – powiedział Antoni 
Celiniak. 
– No właśnie – podchwycił sierŜant. – Pan mi, panie Waldemarze, opowiadał o tym 
czło-
wieku, ale to brzmi najbardziej fantastycznie z całej tej historii. 
– To nie moja wina – rozłoŜył ręce Waldemar. – Rzeczywistość, im bardziej musi 
bronić 
się przed prozaicznością, w tym większą popada fantastyczność. Niewiele wiemy o 
panu Zaborskim. 
Był pierwszym, który spostrzegł, co się święci. Z niewiadomych pobudek zaczął 
działać. Próbował odstraszyć przybyszów. Tego chłopaka w mateczniku on schwycił i 
zwią-
zał. Widziała go wtenczas moja matka. Twierdziła, Ŝe miał brodę. Potem ten człowiek 
zjawiał 
się w rozmaitych miejscach jak duch, niosąc nam pomoc. Był prawdziwym 
postrachem bandy. 
Miał niewiarygodną siłę i umiał walczyć. To on, w przewidywaniu poŜaru, sprowadził 
kilku okolicznych gburów, bez czego spaliłby się cały las. Teraz przepadł bez śladu. 
– Jak wszystkie dowody w tej sprawie – zirytował się Jedziniak. – Opowiadacie o 
zbrodniach, 
ale nie ma zwłok. Opowiadacie o maskach, ale zasypało ich wytwórnię. Opowiadacie 

jakimś tajemniczym opiekunie – ale to istny duch! Zniknął, mówi jeden, został w 
podziemiu, 
mówi drugi. Na czym ja mam się oprzeć?! 
– Obiecałem panu te trupy – powiedział Celiniak – i będzie je pan miał. Dziewczyna i 

background image

prawdziwy doktor leŜą pod palisadą, od północnej strony. 
– Skąd pan wie? – zapytał sierŜant z zawodową podejrzliwością. 
– Przechodziłem tamtędy – rzekł skromnie Celiniak. 
Zapadła cisza. KaŜdy z obecnych porządkował sobie jak umiał chaos wydarzeń. Nagle 
Waldemar wykrzyknął: 
– A co z twoim telegramem? 
Sylwin usiłował zbagatelizować całą sprawę twierdząc, Ŝe to teraz nieistotne i Ŝe 
mógł go 
po prostu zgubić. Jednak wobec zainteresowania zgromadzonych opowiedział krótką 
historię 
telegramu. 
– Pan jest pisarzem? – spytał nagle bez związku Celiniak, a otrzymawszy odpowiedź 
twierdzącą mówił dalej: 
– I zapewne nosi pan duŜą i rozklapcianą torbę, bez której nie mógłby pan 
transportować 
ulubionych ksiąŜek? 
– Owszem. 
– Ale po przyjeździe tutaj stał się pan na powrót innym człowiekiem, dawnym 
Sylwinem-
włóczęgą, którego odruchy nie koncentrują się bynajmniej wokół torby z ksiąŜkami? 
– MoŜe – przyznał z wahaniem Sylwin. 
– NiechŜe więc pan idzie przeszukać kieszenie swej porzuconej i zapomnianej torby – 
po-
radził Celiniak. 
Sylwin wyszedł wzruszając ramionami i po chwili zjawił się wywijając odnalezionym 
telegramem. 
Rozległy się okrzyki uznania, na które pan Antoni odpowiadał zaŜenowanym 
uśmiechem. 
– Kto to mógł wysłać? – zapytał Waldemar obracając papier w ręku. 
– Zaborski, łaskawco – powiedział z przekonaniem Celiniak. 
– Jest pan pewien? – spytał Boruta. 
– Bardziej niŜ tego, Ŝe się nazywam Antoni Celiniak. 
– Wspominał pan o jakiejś fotografii z pogrzebu – przerwał sierŜant, który nie 
rozumiał 
ostatniej wymiany zdań. 
– Owszem – rzekł Waldemar z zaŜenowaniem. – Ale nie zachwyci pana okoliczność, 
Ŝ

e tej 

fotografii równieŜ nie ma. Zaginęła. Została wyrwana z ręki panu Radzikowskiemu 
przez 
członka bandy fałszywego Czarlińskiego. 
Jedziniak machnął ręką z lekcewaŜeniem i niedowierzaniem, dając do zrozumienia, Ŝe
wobec 
takich świadków i z braku dowodów nie moŜna tu w ogóle pracować. 
– Jeśli mógłbym pomóc… – odezwał się nieśmiało pan Antoni. – Tak się składa, Ŝe 
mam 
akurat tę fotografię. – Wyjął z kieszeni zdjęcie i podał Jedziniakowi. 
– Skąd pan je ma? – zapytał tamten. 
– Poprosiłem jednego z chłopców Czarlińskiego, aby mi je dał. Muszę przyznać, Ŝe 
bardzo 
szybko spełnił moją prośbę. 
– Skąd pan go zna? 

background image

– Kupował u mnie jarzyny.
Jedziniak machnął ręką w geście kompletnego niedowierzania i wpatrzył się w 
zdjęcie.
– A jak mam to rozumieć? 
– Najnormalniej w świecie – pospieszył z wyjaśnieniem Celiniak. – To nie ma 
związku ze 
sprawą. Zdjęcie przedstawia symboliczny pogrzeb starej powłoki cielesnej, stosowany 
w Ko-
ś

ciele Satanicznym jako inicjacja w sprawy sekty. Jest to więc zdjęcie pamiątkowe. 

– I pan mówi: „najnormalniej w świecie” – westchnął sierŜant. 
W tym momencie w pokoju pojawił się funkcjonariusz przywieziony przez Jedziniaka 
do 
pomocy i zameldował: 
– Znalazłem zwłoki, obywatelu sierŜancie! 
Wyszli przed dom i podąŜyli za milicjantem, który poprowadził ich prosto do spalonej 
po-
łaci lasu. Wśród osmalonych drzew leŜały zwłoki. Były tak zwęglone, Ŝe tylko z 
trudem moŜ-
na było rozpoznać rysy doktora Czarlińskiego. 
– AleŜ on został trafiony przez piorun! – wykrzyknął Sylwin. 
SierŜant Jedziniak po krótkich oględzinach pokiwał głową przyznając rację tej 
koncepcji i 
zapytał: 
– No więc, który to waszym zdaniem Czarliński? Prawdziwy czy fałszywy? 
– Oczywiście Ŝe fałszywy – rzekł Waldemar. 
– No więc ściągnijcie mu maskę – zaŜądał. – Niech ją wreszcie zobaczę. 
Waldemar kucnął z ociąganiem i próbował to uczynić. JednakŜe tworzywo przywarło 
najwidoczniej 
do skóry pod wpływem gorąca. 
– Nie da rady, wtopiło się – powiedział. 
– He, he – zaśmiał się Jedziniak. – Jeszcze jeden dowód, którego nie ma. 
W przypływie desperacji Waldemar szarpnął mocniej. Rozległ się zbiorowy okrzyk 
odrazy 
i przeraŜenia. Pod zerwaną maską nie było nic poza krwawym, bezkształtnym 
mięsem. 
– Mówiłem panu! – krzyknął Waldemar histerycznie. – PrzecieŜ jego trafił piorun. 
Parę 
milionów wolt! 
SierŜant nie próbował oponować. Był zaszokowany nie mniej od innych. Nagle tuŜ za 
nim 
rozległ się głos: 
– Dzień dobry. Czy tutaj potrzeba doktora?
I znów po spalonym lesie poniósł się krzyk. Za nimi stał doktor Czarliński.
– Więc pan Ŝyje? – wykrzyknął sierŜant. 
– AleŜ skąd – powiedział Antoni Celiniak zdejmując maskę. – Jest pan 
niedowiarkiem i 
właśnie dlatego byłem zmuszony do tej małej mistyfikacji. Oto maska: niech pan ją 
sobie 
obejrzy. Inaczej nigdy by pan nam nie uwierzył. A musi pan uwierzyć, gdyŜ mam 
jeszcze w 
zanadrzu jedną informację. OtóŜ poszukujecie z nakazu prokuratorskiego dwóch 

background image

osobników, 
byłych właścicieli spalonego domu, czy tak? 
– To juŜ na pewno nie ma nic do rzeczy – powiedział niechętnie Jedziniak. 
– A ma. Jeden z nich jest juŜ pod kluczem, drugi zaś pozostaje dotychczas na 
wolności. 
Nazywa się… 
– Ćććć… – przerwał sierŜant rozglądając się dokoła. 
– OtóŜleŜy on tutaj, przed panem – rzekł Celiniak pokazując trupa. 
– O BoŜe! – wyrwało się sierŜantowi, po czym cofnął się instynktownie w tył. 
– Tak więc ta sprawa pozostanie chyba nie bez znaczenia w pańskiej karierze, panie 
Jerzy 
– rzekł Waldemar przyjaźnie. 
Jedziniak nie mógł ochłonąć jeszcze przez dłuŜszą chwilę. Wreszcie rzekł: 
– A jakaŜ dla mnie moŜe być kariera? Gdzie mi będzie lepiej niŜ na tym jeziorze? 
W przyjaznym nastroju, uspokojeni nagle po natłoku koszmarnych przeŜyć, wracali 
do 
domu. JuŜ w obejściu odezwał się nagle mały Wegetariański. 
– Tatusiu, a kto nam kradł Ŝarcie spod namiotów?
Leszek pomyślał chwilę i odparł:
– Nie wiem, synu. KaŜda historia musi mieć swoją tajemnicę. Tylko autorom 
sensacyjnych 
powieści wydaje się, Ŝe wszystko, co się zdarza, musi mieć swoje wyjaśnienie. 
– No dobra – przypomniał sobie sierŜant. – Ja juŜ we wszystko wierzę, chociaŜ to 
niemoŜ-
liwe. Ale jak ja mam to wyjaśnić przełoŜonym? Jak ja mam napisać raport? 
– Mamy tu pisarza – rzekł Waldemar. – Sądzę, Ŝe panu pomoŜe, chociaŜ nie jest 
pisarzem 
gminnym. 
Zanim Sylwin zdołał zaprotestować, dobroduszny sierŜant wziął Ŝart Waldemara za 
dobrą 
monetę. Co było robić? 
Upłynął tydzień. Dom pod lasem opustoszał. Wyjechali Wegetariańscy, sezonowi 
pomagierzy 
zwolnili się z pracy, wyczerpani ostatnimi przeŜyciami. Zrobiło się cicho. śycie wra-
cało do normy. 
– No i co? – zapytał Sylwin. 
Waldemar ukazał się w otworze prowadzącym do piwniczki znajdującej się pod 
podłogą. 
Był powalany piaskiem i zły. 
– No i nic. Ten maniak musiał coś przekręcić, źle zrozumieć doktora. Albo tamten nie 
ufał 
dawnemu kumplowi i wprowadził go w błąd. To zupełnie moŜliwe, w końcu 
Czarliński nie 
był głupi. 
– Gdyby nie spłonął wraz z ubraniem ten papier, który widzieliśmy wtedy pod 
Bukową 
Górą… 
– Ba! Chyba jednak w tej sytuacji dam spokój. Skopałem całą przestrzeń pod domem, 
aŜ 
do fundamentów. Dalej nie mogę, bo mi się chałupa zawali! 
Zamknął właz i wyszli na dwór. Był cichy wieczór, słoneczny, choć naznaczony juŜ 

background image

jesiennym 
chłodem. Babcia Wegetariańska siedziała pod drzewkiem jabłoni i liczyła dojrze-
wające owoce. Za pierwszym razem wypadło jej o dwa mniej niŜ za drugim. Nie 
miała jednak 
ochoty liczyć ich jeszcze raz. Teraz powtarzała sobie dawno zapamiętane liczby. 
– Co babcia szepcze? – zapytał Waldemar. – Znów Toto-Lotek? 
Eryka Wegetariańska była fanatyczką tej gry. UwaŜała co tydzień, Ŝe wykryła system i 
zgrywała się do suchej nitki. 
– Nie, dziecko – odparła. – Powtarzam sobie takie numery, z kartki, którą ten wasz 
doktor 
zostawił kiedyś na stole. 
– Z jakiej kartki?! 
– No, poszedł prasować spodnie, a na wierzchu zostawił róŜne szpargały. Tę kartkę 
teŜ. 
Tam były same liczby, dlatego zapamiętałam. 
– Czy babcia moŜe je zapisać? – gorączkował się Waldemar. 
– Spokojnie – mitygował Sylwin. – To mogło być coś zupełnie innego. Zresztą 
okazuje się 
przecieŜ, Ŝe dane były nieścisłe i skarb nie znajduje się pod domem, jak przypuszczał 
oszust. 
– Jeśli to są liczby, to pewnie jakieś odległości… 
– A skąd wiesz, Ŝe nie szyfr? 
– … odległości, bo pomyłka jest wtedy moŜliwa: przez pomylenie jednostek miary. 
Czar-
liński przywykł… 
– Jeśli odległości, to od czego mierzone? 
– Nie wiem jeszcze! Napisała babcia? 
Sylwin uśmiechnął się wyrozumiale i odszedł w kierunku furtki. Psy, rozleniwione do 
ostatnich granic, szczerzyły się radośnie. Poszedł drogą w górę wyspy. Potem skręcił 
nad jezioro. 
Jesienne barwy podświetlane zachodzącym słońcem tworzyły na powierzchni wody 
zmysłowe refleksy. Pod krzakiem rokitnika zobaczył Jolantę. Podszedł i pocałował ją 
w usta. 
Roześmiała się i wskazała wzrokiem na coś, czego dotąd nie spostrzegł. Za krzakiem 
stała 
Sylwia i takŜe się uśmiechała. 
– A ja? – powiedziała zbliŜając się do nich. 
Łagodny podmuch zmarszczył powierzchnię wody. Włosy dziewczyn rozpłynęły się 

powietrzu muskając delikatnie roztańczone listki. Nitka babiego lata zasrebrzyła się w 
słońcu. 
– Czego Ŝąda czerwona piwonia? – zapytał powaŜnie. 
Sylwia wspięła się na palce i delikatnie musnęła jego usta wargami. Potem cała trójka 
we-
szła w złote mroki jesiennego lasu. 

Wdzydze – Gdańsk
sierpień 1979 – maj 1980