background image

WIESŁAW WERNIC

ŁAPACZ

Z SACRAMENTO

background image

Stary traper

Huk ogłuszył go na kilka sekund, a błysk prawie oślepił. Znajdował się 

przecieŜ w półmrocznej ciaśninie górskiej, w której kaŜdy dźwięk 

zwielokrotniało gromowe echo.

Gdy oszołomienie minęło, zdał sobie sprawę z oczywistego teraz faktu: 

strzelono tuŜ nad jego głową, a owoc tej palby spoczywał teraz na skal-

nym rumowisku, kilka kroków przed nim — złocisto-brązowy kuguar, 

czyli puma. Zwierz runął w chwili, w której podrywał się do skoku. 

Gdyby zdąŜył...

Irvin oczami wyobraźni ujrzał siebie leŜącego tak samo nieruchomo jak 

Betsy, gniada klacz z białymi łatami na karku i kłębach.

— JuŜ po wszystkim.

Odwrócił się raptownie, usłyszawszy te słowa.

— JuŜ po wszystkim, synu...

— Po wszystkim... — powtórzył jak automat.

“Jeszcze chwila, a zwariuję" — pomyślał. Poczuł w nogach niepokojące 

drŜenie, więc usiadł na najbliŜszym głazie. I nagle całe ciało ogarnęła 

gwałtowna fala słabości. Z trudem powstrzymał wybuch histerycznego 

ś

miechu. Broń, wyśliznąwszy mu się z dłoni, cicho stuknęła o ziemię. Z 

wysiłkiem uniósł głowę, by wreszcie przyjrzeć się nieoczekiwanemu 

wybawcy.

Tamten stał nie opodal, z rękami opartymi na długiej lufie dwururki, w 

jakimś dziwnym stroju, pomiętym, pofałdowanym na wysokiej i chudej 

postaci.

— Dziękuję — powiedział Irvin starając się ukryć drŜenie głosu. Nie 

bardzo mu się to udało wobec klęski tak nieoczekiwanej, tak katastro-

background image

falnej.

Dopiero teraz zauwaŜył brodę białą jak śnieg i wąsy tej samej barwy. 

Nad wąsami — twarz spalona górskim słońcem i wiatrem rozległych 

przestrzeni, pokryta siatką drobniutkich zmarszczek. Niebieskie, 

wyblakłe oczy spoglądały trochę badawczo, trochę kpiąco. Nie mógł 

znieść tego wzroku, więc dźwignął się cięŜko i podszedł do Betsy. 

Zwierzę leŜało pośród krzepnącej krwi.

— Betsy... Betsy... — wyszeptał. — Co teraz będzie?...

Pochylił się i począł zdejmować uprząŜ. Chrzęszczały rzemienie, 

pobrzękiwały błyszczące jak srebro strzemiona. Kiedy odwrócił się, 

zobaczył, Ŝe siwowłosy traper — bo chyba to był traper — klęczy nad 

złocistym futrem pumy, z noŜem w ręku. Ostrze migotało w blasku 

słońca.

— Niewiele teraz warta ta skóra... — zaczął i zaraz dorzucił ochrypłym 

głosem: — Nie ma tu jakiego konia? Muszę mieć konia...

— Tu są tylko góry, synu — usłyszał. — Tylko góry i doliny, skały, lasy 

i... drapieŜniki. Nic więcej. Powędrujesz na własnych nogach, ale 

najpierw odpoczniesz u mnie. Nie odmówisz, prawda? Przyda ci się taki 

odpoczynek, sądzę...

Nie odpowiedział. Zwalił na jeden stos rzemienie i siodło, którego cięŜar 

wydał mu się teraz nie do uniesienia. Po cóŜ zresztą dźwigać, gdy nie ma 

wierzchowca? Siadł na tym skrzypiącym stosie i ukrył twarz w dłoniach.

— Nie mógłbyś mi pomóc, synu?

Mimo woli uśmiechnął się.

— Pomogę — odparł krótko. 

Z zadowoleniem stwierdził, Ŝe głos jego brzmi juŜ normalnie.

Nie miał wielkiej wprawy w ściąganiu skór. Starzec od razu to zauwaŜył, 

ale tylko coś mruknął do siebie, a potem wypowiadał zwięzłe polecenia: 

“Mocniej trzymaj!... Teraz ciągnij, synu... dosyć".

background image

Mdły odór buchał mu prosto w twarz, więc kiedy wreszcie (jakŜe długo 

to trwało) futro, podobne do zwiotczałego worka, spoczęło na sąsiednim 

głazie, zerwał się z klęczek i odszedł kilka kroków, aby wciągnąć w 

płuca podmuch rzeźwego wiatru, tak cudownie pachnącego górskim 

lasem. Nie dane mu było jednak długo odpoczywać.

— Idziemy, synu.

— A co będzie z Betsy? — spytał.

— Betsy? Ach... tak nazywał się twój koń. CóŜ? Spójrz w niebo.

Uniósł głowę. Wysoko, wysoko ponad turniami, na niebieskim tle wśród 

niewielkich białych chmurek dwa czarne, ruchome punkty zataczały 

koła. Po chwili przyłączył się do nich punkt trzeci. ZniŜały się coraz 

bardziej, aŜ dojrzał sylwetki potęŜnych ptaków.

— Sępy — mruknął siwowłosy traper. — Chodźmy.

— Nie!

Skoczył ku usypisku drobnych kamieni spływających niby nieruchomy 

strumyk 

ze Ŝlebu przekreślającego stromą ścianę. Począł zgarniać Ŝwir na leŜące 

szczątki konia, gorączkowo, pośpiesznie, nie bacząc, Ŝe poczynają mu 

krwawić dłonie. Zasypać Betsy tym Ŝwirem — to praca na długie 

godziny. Poczuł nagle szarpnięcie tak mocne, Ŝe o mało nie upadł.

— Oszaleliście! — wrzasnął. Odpowiedzią był grzmot — głos 

staroświeckiej dwururki. Dopiero po nim nastąpiły słowa:

— Popatrz, człowieku. Niewiele brakowało, a spocząłbyś obok swej 

Betsy.

Spojrzał. Na szarym piargu leŜał kształt długi a wąski, czerwonorudy. 

Kula prawie go przepołowiła tuŜ przy nasadzie trójkątnej, złotawej 

głowy.

Poczuł krople potu na czole. Zbyt wiele wraŜeń jak na tak krótki okres 

czasu.

background image

— Miedzianogłowa * — wyjaśnił traper. — Sporo tu Ŝmij, pamiętaj o 

tym.

— Drugi raz uratowaliście mi Ŝycie...

— Ale nie wiem, czy udałoby się to za trzecim razem, więc chodź!

Cała energia nagle go opuściła. Zarzucił siodło na plecy i poczłapał jak 

automat za przewodnikiem. Posuwali się początkowo skalistym 

wąwozem, później skręcili raptownie w miejscu, w którym pionowa 

ś

ciana przechodziła w łagodną pochyłość. Wspinali się powoli, uwaŜnie, 

bo chwilami płaskie głazy 

przypominały taflę lodową, tak wygładziły je wiosenne wody. Stopy nie 

znajdowały oparcia, dłonie nie miały czego się chwycić. Idącemu mogło 

się wydawać, iŜ pochyłość nie ma końca, Ŝe sięga wiszących nad odległą 

granią obłoków. Tak dotarli do poprzecznie biegnącej ścieŜki. Za nią 

dźwigała się szara turnia, niedostępna ani dla człowieka, ani dla zwierzę-

cia. Jakiś czas szli tą ścieŜką, aŜ skała rozstąpiła się, jakby przerąbana 

gigantycznym toporem. Zagłębili się w jej przełom i ruszyli dalej po 

piargach, jakby w mrocznym 

tunelu. Na koniec słoneczny blask padł im pod nogi. Zniknęły skały, 

ś

cieŜka zginęła w zieloności górskiej hali. Przybyszowi wydała się 

wielką, chociaŜ w rzeczywistości była małym spłachciem urodzajnego 

gruntu otoczonego zębatym wieńcem gór. Po przeciwległej stronie, u 

podnóŜa niedostępnego zbocza wznosił się kształt dziwaczny, ni to chat-

ka, ni szałas. Szpiczastym dachem przypominał namiot, prostymi 

ś

cianami — dom.

— Jesteśmy na miejscu — stwierdził siwowłosy traper. — Ot, i moje 

rancho!

Przeszli przez łączkę, a wówczas wędrowiec zauwaŜył drugi, jeszcze 

dziwniejszy budynek: bez okien, z dachem poziomym, na którym bujnie 

rosło 

background image

zielsko. Drzwi składały się z drewnianej ramy, w którą włoŜono 

nierówno poprzycinane belki. śeby wejść, naleŜało te szczapy, jedną po 

drugiej, powyjmować. Błysk nadziei przemknął mu przez głowę.

— Macie konia? — zapytał podnieconym głosem.

— Konia? Nie. Coś znacznie lepszego w tych górach, muła. Pilnuję go 

jak oka w głowie. Widzisz to zamknięcie? Długo rozmyślałem, ale takich 

drzwi nie wyłamią nawet puma i niedźwiedź. Chodź.

Stanęli przed dziwaczną chatką. Pociągnięte wrota skrzypnęły 

zgrzytliwie, z wnętrza buchnęła fala chłodnego powietrza.

— Sprzedajcie muła albo... poŜyczcie. 

Siwowłosy jakby nie usłyszał. Popchnął lekko gościa w głąb mrocznego 

wnętrza, wprost za stół wbity w glinianą polepę tuŜ obok legowiska 

pełnego futer o nastroszonych włosach.

Miedzianogłowa (Copperhead) — Ŝmija jadowita, sięga 76 cm długości.

— Witaj w moich progach. Nazywam się Abraham Lamb i jestem 

rzeczywiście łagodny jak baranek.* Siadaj, chłopcze.

— Irvin. Vincent Irvin — mruknął przybysz.

— Westman? Nie wyglądasz na to. Raczej... farmer.

— Macie bystry wzrok.

— śadna sztuka. Im rzadziej ogląda się ludzi, tym łatwiej odgadnąć ich 

zawód, a ja od sześciu miesięcy nie widziałem Ŝadnego dwunoga. AŜ do 

wczoraj. Dwójka urwisów, Ŝeby nie powiedzieć gorzej.

Irvin drgnął i spojrzał pytająco:

— Kto to był?

— Nie przedstawili się. Głodny jesteś?

— Czy któryś z nich nie był rudy jak marchew?

— Dobrze określiłeś. Jeden rudy, drugi czarny jak kruk. Jeśli to twoi 

background image

przyjaciele, poradź im, aby nie zaglądali do cudzych stajni. Mieli konie 

zmęczone, ale to nie powód, by kraść muły-

— Ukradli?

— Gdzie tam! Wydaje mi się, Ŝe jednego lekko zraniłem, ale nie mogłem 

sprawdzić. Uciekali dość szybko.

— Lamb, poŜyczcie mi swego muła!

— Ho, ho! Co za nieoczekiwana propozycja! JakŜe to sobie wyobraŜasz? 

Abraham Lamb daje nieznajomemu swego jedynego muła! A co ja 

pocznę bez zwierzęcia?

— Zwrócę, przysięgam...

— Daj spokój... Skąd ty właściwie jesteś?

— Z Teksasu.

— Tu jest takŜe Teksas, jeśli się nie mylę. Te góry zwą się Sacramento.* 

Chyba wiesz o tym?

Lamb (ang) — baranek, jagnię.

Nie mylić z miastem Sacramento, stolicą Kalifornii.

— Wiem.

— No więc... skąd przybywasz?  

— Z północnego Teksasu.

— Wcale niezła wycieczka. Dookoła pustyni.

— Nie. Jechałem przez Llano *...

— Lubisz niebezpieczne przejaŜdŜki?

— To nie ja. To oni. Co za piekielny teren. Nigdy jeszcze czegoś 

podobnego nie oglądałem.

Kiedy to mówił, stanął mu przed oczami kraj płaski i bezludny, znaczony 

gdzieniegdzie kępami kaktusów. Szarymi od kurzu, o kolcach jakby z 

Ŝ

elaza. Ujrzał wysokie i nagie niby słupy telegrafu pnie jukki, a na ich 

czubach stercząca twarde, wąskie i długie, ostre jak sztylety liście. W 

górze — słońce, w dole — ani krzty cienia.

background image

— Ryzykowałeś, chłopie. Widziałem ja kości ludzkie na piaskach Llano. 

Niejeden raz. Mogłeś łatwo zabłądzić.

— Nie mogłem. Trop był świeŜy i wiódł prosto ku Pecos.*

— Gonisz przyjaciół?

— Ścigam ludzi, którzy właśnie tędy uciekali. Tych dwu: rudego i 

czarnego. Pewno nie wiecie, co oni zmajstrowali.

— Na pewno — zgodził się siwowłosy. — Ale mnie przestały obchodzić 

wasze ludzkie spory. Tu się liczy tylko niedźwiedź, kozica, antylopa i 

jeszcze to, czy słońce świeci, czy pada deszcz.

— Nie pojmuję, jak tak moŜna Ŝyć — mruknął Irvin i wzruszył 

ramionami. — 

Ci dwaj, którzy wam chcieli ukraść muła, mają na sumieniu coś więcej. 

Llano Estacado (hiszp.) lub Staked Palin (ang.) — Pustynia Palikowa, bezwodny obszar o 

pow. 130 tys. km-, rozciąga się na terenach stanów; Teksas i Nowy Meksyk, między rzekami 

Canadian i Pecos. Jest to płaskowyŜ wysokości 1000-1500 m. Nazwą jego niektórzy wy-

wodzą od palików wbijanych w piasek dla wyznaczania dróg, inni — od pni rosnącej tam 

gdzieniegdzie jukki, 

przypominających pale.

Rozesłano za nimi listy gończe. Od szeryfa do szeryfa, jak świat długi i 

szeroki.

Abraham Lamb roześmiał się cicho:

— Tu nie dotarły.

— Ale ludzie potrafią dotrzeć wszędzie, nawet w to pustkowie.

Jak ja, jak tamci dwaj. AŜ dziwne, Ŝe poprzestali tylko na próbie 

kradzieŜy, bo mogli się wziąć za was...

— Wówczas i ty byś nie Ŝył, mój synu. Najpierw puma, później Ŝmija. 

Jak na jednego kiepskiego strzelca... to zbyt wiele. Daj spokój ściganiu. 

Oni nie mają nic do stracenia, a ty drugi raz się nie urodzisz.

Odszedł w kąt mrocznej izdebki i coś tam przewracał wśród naczyń, bo 

background image

Irvin słyszał pobrzękiwanie.

— Masz — powiedział po chwili i wsunął mu do ręki twardy i wielki jak 

talerz podpłomyk, na którym leŜał kawał mięsa. — Spróbuj.

Irvin poczuł ostry zapach ziół. Pieczeń miała smak nieznany.

— Nigdy czegoś podobnego nie jadłem — wyznał szczerze zdumiony.

— Takie niedobre?

— Takie wspaniałe! Jak to przyrządzacie? .

— Trzeba znać się na roślinach. Upiec polędwicę potrafi byle partoła, ale 

przyprawić ją to dopiero sztuka.

Irvin jadł powoli i rozmyślał, ale jakoś leniwie. Strata wierzchowca 

pozbawiła go energii. Albo po prostu był bardzo zmęczony. A gdyby tak 

siłą zabrać muła? MoŜe podstępem? Nie znał się na podstępach. Nie był 

traperem, chytrym jak tropione zwierzęta, ani zwiadowcą skradającym 

się po tropach czerwonoskórych, ani kowbojem pilnującym stad przed 

dwunoŜnymi i czworonoŜnymi napastnikami. Był tylko rolnikiem,

— Nie strzelam źle — rzekł bez związku, byle coś powiedzieć. — 

Ujrzałem strumień, więc zeskoczyłem z konia, Ŝeby się ochłodzić. Puma 

zbliŜyła się tak cicho... 

— One zawsze nadchodzą cicho.

— I dopiero jak usłyszałem kwik Betsy...

— Widziałem wszystko. Mało nóg nie pogubiłem zbiegając z góry. 

Popełniłeś duŜy błąd rzuciwszy broń daleko od siebie.

— Byłem tak zmęczony, Ŝe nie zwaŜałem na nic — westchnął głęboko. 

— Kiedy skoczyłam do strzelby, puma znajdowała się tak blisko, Ŝe 

wydało mi się niemoŜliwością spudłować. Więc nawet nie celowałem...

— I to był błąd drugi. NaleŜało sekundę odczekać, konia juŜ nic nie 

mogło uratować. Pamiętaj o tym na przyszłość, zwłaszcza jak będziesz 

wędrował piechotą. I omijaj Llano. Przejechałeś, ale nie przejdziesz.

— Nie mam zamiaru.  Llano wcale mi nie po drodze. PrzecieŜ ja ich 

background image

muszę dognać! — wykrzyknął. — Przepraszam — zmitygował się. 

Strzepał okruszyny ze spodni. — Dziękuję. To było wyśmienite.

— Cieszę się. Ci ludzie musieli mieć z tobą na pieńku. Chyba się nie 

mylę. Napadli? Okradli?

— Nic podobnego. Nie zabrali mi nawet guzika od spodni.

— CzyŜbyś był szeryfem?

— I to nie... Siwowłosy pokręcił głową.

— Gadasz wielce tajemniczo, ale to twoja sprawa. Na piechotę nigdy ich 

nie dogonisz.

— PoŜyczcie mi muła. Na tydzień.

— Ani na jeden dzień. CóŜ bym począł bez zwierzęcia? I skąd mogę 

wiedzieć, jak daleko pragniesz pojechać?

— Muszę ich złapać przed granicą meksykańską. Tydzień mi starczy. 

Jeśli się spóźnię, wszystko na nic.

— Powiadasz, Ŝe musisz. Co to za “mus"? — spojrzał na Irvina 

przenikliwie: — Tylko nie myśl, Ŝe muła zabierzesz siłą. Tamci takŜe 

próbowali...

Przybysz pochylił głowę, poczuł, Ŝe krew mu napływa do twarzy. Ten 

starzec dobrze czytał w cudzych myślach.

— Nie ukradnę — odparł — chociaŜ... o tym myślałem — wyznał 

szczerze.

— Wierzę. Powiedz: po co ich ścigasz? Czy jesteś ich towarzyszem? A 

moŜe i za tobą rozesłano listy gończe? Chodźmy na łąkę.

Wyszedł pierwszy z nieodstępną dwururką w garści. PołoŜył się na 

trawie.

— Siadaj — rozkazał.

Pachniało ziołami. Z okolicznych wysoczyzn spadał wiatr niosąc woń 

leśnej Ŝywicy. Dokoła głośno buczały trzmiele.

— Prawda, jak tu przyjemnie?

background image

— Nie wytrzymałbym nawet tygodnia w tej samotni.

— Taka to radość Ŝyć wśród ludzi? Nie wyglądasz na szczęśliwego. 

Szczęśliwcy nie gonią po wąwozach Sacramento.

— To prawda — mruknął w odpowiedzi. — Ale dotychczas Ŝyłem w 

gromadzie.

— Po co ich ścigasz?

— Ciągle pytacie. Co was to obchodzi?

— Nic a nic. Mnie interesuje tylko muł. Rozumiesz?

— Jakoś nie...

— Lubię ludziom pomagać, chociaŜ od nich uciekam. Coraz dalej i dalej. 

Wędruję aŜ znad Missisipi. A tu juŜ chyba zostanę. Rolnik mnie nie 

przepędzi, złota i srebra nie ma w tych górach.

Irvinowi ta paplanina wydała się całkiem niepotrzebna, ale słuchał nie 

przerywając — widocznie siwy samotnik musi się wygadać. On sam nie 

czuł chęci do zwierzeń, mimo Ŝe przez tyle dni wędrował tylko w 

towarzystwie Betsy. Betsy... leŜy teraz martwa za skalną ścianą. I co 

dalej? Pieszy marsz? A moŜe Lamb zdecyduje się jednak poŜyczyć muła?

— Czy tamci mieli konia jucznego? — zapytał niespodziewanie dla 

samego siebie.

— Tamci? Ach, masz na myśli moich wczorajszych gości. A jakŜe, mieli. 

Wszystkie trzy zwierzęta piekielnie zmordowane. Dlatego próbowali 

zamienić.

— Nie mówili, dokąd jadą? 

Traper roześmiał się cicho:

— Nikt u mnie nie zostawia swego adresu, a ja się o nic nikogo nie 

pytam. Bo i po co? Sam powiadałeś, Ŝe kierują się ku granicy Meksyku.

— Mogę się mylić.

— Chyba się nie mylisz. — Lamb podniósł się i wyciągając rękę 

powiedział: — Tam właśnie leŜy Meksyk. Jeśli prosto jechać tą steczką, 

background image

na którą trafiłeś, dojedziesz do El Paso * nad Rio Grandę, a po drugiej 

stronie masz Ciudad Juarez. JuŜ w Meksyku. Ale droga niełatwa. MoŜna 

się zapchać w jakiś diabelski kąt i zabłąkać na amen. Trzeba uwaŜać na 

ś

cieŜkę, jechać ostroŜnie. Jeśli ci, których gonisz, nie znają tego przej-

ś

cia...

— Nie wiem, czy znają, czy nie — przerwał mu Irvin — ale na pewno 

nie wiedzą, Ŝe ich ścigam.

— Jak to?

— To taka dziwna historia, długo o niej gadać. Gdybym miał 

wierzchowca...

— Ale nie masz. Tym lepiej dla ciebie. Sądzę, Ŝe tamci są gorsi od pumy.

Irvin zerwał się z ziemi i krzyknął:

— CóŜ moŜecie wiedzieć?! Tylko ja znam prawdę.

— To czemu ją przede mną ukrywasz? Boisz się? Wstydzisz?

— A dacie muła?

— Do niczego cię nie zmuszam, synu. I niczego nie obiecuję.

Irvin usiadł. JuŜ się uspokoił. Podkulił nogi, wsparł głowę na rękach.

— Nie ma innej rady — szepnął. — Powiem wam. Ukradłbym muła, ale 

nie potrafię. Więc muszę opowiedzieć.

— Szczery jesteś. To dobrze o tobie świadczy...

Irvin tylko machnął ręką.

— Będę się streszczał — zaczął. — Długa to opowieść, ale jakoś sobie z 

nią poradzę...

Starzec skinął głową.

El Paso — graniczna miejscowość Stanów, połoŜona nad rzeką Rio Grandę del Norte.

Historię spotkania na odludziu, w sercu gór Sacramento, opowiedział mi 

po latach, po bardzo wielu latach, sam Vincent Irvin. Wówczas juŜ

nie farmer, ale szeryf Fort Benton — małego miasteczka leŜącego blisko 

background image

granicy Stanów i Kanady. Półtora tysiąca mil od chatki siwego trapera, 

który nosił dziwne nazwisko (a moŜe przezwisko) — Lamb.

Co wydarzyło się przed opisanym spotkaniem, co nastąpiło później — o 

tym dowiedziałem się nie tylko z ust Irvina. Bardzo mi pomógł w za-

spokojeniu ciekawości Karol Gordon, ongiś młodziutki westman, później 

farmer, jeszcze później traper, a w końcu — mój serdeczny przyjaciel.

Tak oto narodziła się — a raczej została odtworzona — opowieść o 

człowieku, który stracił wszystko, lecz nie zgubił (jak wielu innych w 

podobnej sytuacji) swej Ŝyciowej ścieŜki.

Nieco w tej historii dodałem od siebie, aby sprawa stała się bardziej 

zrozumiała. Musiałem się wczuć w sytuację, o których Irvin mówił 

półgębkiem — były zbyt przykre dla niego, chociaŜ tak juŜ odległe w 

czasie.

Wreszcie rzecz całą — gdy juŜ została utrwalona na papierze — 

odczytałem (z pewnym strachem) obu głównym bohaterom. Przyznali 

zgodnie, iŜ to, co napisałem, nie mija się z prawdą. To mi wystarczyło.

background image

Początek początku

Noc była duszna i parna. Karol kładł się więc spać z nadzieją w sercu. 

Wszystko zapowiadało burzę. Kiedy zasypiał, wydało mu się, nawet, Ŝe 

słyszy dalekie grzmoty nadciągającej nawałnicy. Wczesnym świtem 

wyskoczył na dwór pełen radosnego oczekiwania. Spodziewał się ujrzeć 

dokoła czarne kałuŜe i nie wyschłe jeszcze błoto.

Ranek był przyjemnie chłodny, słońce dopiero czerwonym rąbkiem 

wyjrzało ponad horyzont, ale dokoła, przed domem i dalej, leŜała ta sama 

co wczoraj płaszczyzna zeschniętej w skorupę ziemi, spękanej w 

malutkie przepaście i kaniony. Od studni, wznoszącej się między stajnią 

a domem, przyczłapał chudy wyrostek w rozpiętej koszuli, z piersią 

spaloną na brąz i z twarzą jeszcze ciemniejszą.

— Napoiłeś konia?

Chłopak brzęknął metalowym wiadrem.

— Same błoto — powiedział. — Nic się nie da nabrać.

— Idź do Irvinów. Tam chyba jeszcze coś znajdziesz. Weź dwa wiadra. 

Tylko nie rób hałasu, pewnie jeszcze śpią.

Spojrzał w niebo, które powoli zmieniało barwę. Ustępowała szarość, 

błękit stawał się coraz bardziej intensywny. Karol westchnął. Zapowiadał 

się dzień taki sam, jak wszystkie poprzednie tej wiosny: suchy i gorący.

— Ani jednej chmurki — mruknął do siebie. — Ani jednej chmurki — 

powtórzył i zawrócił do chaty. Wziął mały kubeczek, z osmolonego 

czajnika nalał nieco wody i stanąwszy przed lustrem począł się golić. 

Wolno, metodycznie. Nic go nie nagliło. Nie było nic do roboty w polu. 

Skawalona gleba nie poddawała się ani motyce, ani łopacie. Ostrze 

pługa, gdy z trudem wbiło się w ziemię, odwalało tylko zeschłe bryły, 

background image

twarde jak kamienie. JakiŜ sens rzucać ziarno w taką rolę?

— Chyba naleŜy stąd wiać — powiedział ścierając palcem mydło z 

lśniącego ostrza brzytwy.

Ale powiedziawszy to, zdziwił się sam sobie. Nigdy dotąd nie zaświtała 

mu w głowie taka myśl. Odkąd osiadł w tych stronach. To znaczy — 

zastanowił się chwilę — przed pięcioma, nie, przed czterema laty. 

Właśnie wówczas przybył tu z gromadą innych, w czasie gdy zielony 

step ciągnął się milami od nowiutkich jeszcze, kolejowych torów hen, 

zdawałoby się, w nieskończoność. Ziemia była tania, prawie za darmo. 

Towarzystwo kolejowe otrzymało olbrzymie obszary połoŜone po obu 

stronach Ŝelaznego szlaku i starało się ściągnąć przyszłych pasaŜerów i 

producentów płodów rolnych, które miała transportować.

Tak narodziła się osada w południowo-zachodnim Teksasie * w roku 

głośnego na całą Amerykę powstania Dakotów, zwanych Siouxami, pud 

wodzą Sitting Bulla *. ChociaŜ walki te nie toczyły się na terenie 

Teksasu, lecz znacznie dalej na północ, w rejonie Czarnych Gór, na 

pograniczu Montany i Południowej Dakoty, ich zakończenie wydało się 

niektórym początkiem ery wiecznego pokoju.

Osada powstała z... niczego. Najpierw przybysze mieszkali w 

prymitywnych ziemiankach o ścianach skleconych z grubej darni. W 

takich samych budowlach gnieździły się konie i krowy. Nikt nie 

oczekiwał zresztą wygodnego Ŝycia

i nikt nie myślał zaczynać od wygód. Mieszkało się byle jak, jadło byle 

co, maksimum energii poświęcając ziemi. Wczesną wiosną ostrza płu-

gów po raz pierwszy w dziejach tej krainy zagłębiły się w twardą glebę. 

CięŜka to była orka i dosłownie potem ludzkim zroszona. Za to jesienią!

Cudowne było wtedy lato: w miarę suche, w miarę mokre. Ale jeszcze 

Sitting Bull — wódz plemienia Dakotów (Siouxów), przywódca powstania. W 1876 r. rozbił 

oddziały generała Custera w bitwie nad rzeczką Little Bighorn.

background image

Teksas — drugi co do wielkości stan Ameryki Płn. Ponad 692 tys. km, Prawa stanowe 

uzyskał juŜ w 1845 r.

cudowniejszą okazała się ta ziemia. Pszenica obrodziła, dając kłosy 

wielkie i cięŜkie, jakich nigdy przedtem nie widzieli przybysze ze 

wschodu. A kolby kukurydzy przypominały — jak zauwaŜył któryś z 

osiedleńców — pękate flaszki whisky.

Potem nadszedł drugi rok, równie wspaniały. I trzeci, nie ustępujący 

dwom poprzednim. Farmerskie wozy, załadowane plonami, ciągnęły 

długim szeregiem do kolejowego przystanku odległego stąd o cztery 

mile. Kupcy płacili gotówką, farmerzy zbierali w swych kuferkach 

brzęczące i szeleszczące pieniądze, towarzystwo kolejowe odbijało sobie 

na transporcie wartość za bezcen odstąpionych gruntów. Wtedy nadano 

osadzie nazwę i wybrano szeryfa. Przedtem nikt na takie głupstwa nie 

miał czasu. Miejscowość nazwano — przy zgodnym aplauzie wszystkich 

mieszkańców — Green Field, ale z tych dwu słów utworzono 

natychmiast jedno: Greenfield *. Nazwa była jak najbardziej 

odpowiednia. Okoliczne pola kaŜdej wiosny pokrywały się zieleniejącą 

runią młodych siewów. Przez te kilka lat zmieniało się wszystko. Ze 

wzrostem zamoŜności rosły potrzeby. Pękate mieszki farmerów sprawiły, 

Ŝ

e w Greenfield powstał pierwszy saloon, luksusowo wyposaŜony jak na 

tutejsze warunki. Prawie w tym samym czasie otworzono duŜy skład, 

oferujący nabywcy rozmaite towary, od pługów aŜ po bieliznę damską. 

KtóŜ to dawniej o takiej “rozpuście" myślał? W przeciwieństwie do 

saloonu, stanowiącego własność Brian Fullera (rodem z dalekiego 

Kansas City nad Missouri), skład był wynalazkiem jakiejś kompanii 

handlowej ze znacznie bliŜszego Houston nad Zatoką Meksykańską. 

Zarządzał nim agent mający do pomocy Ŝonę Mulatkę i dwoje 

niedorostków o nieokreślonej barwie skóry. Agent nazywał się — 

background image

zabawny zbieg okoliczności! — bardzo podobnie do właściciela saloonu, 

a mianowicie: Fulk Bryan. Stanowiłoby to na pewno okazję do 

nieporozumień * gdyby nie fakt, Ŝe nazwisk tych uŜywano potocznie 

bardzo rzadko, wystarczały: “saloon" i “skład".

Green field (ang.) — zielone pole. Brian (imię) i Bryan (nazwisko) wymawiają się iden-

tycznie.

Przez pierwsze miesiące istnienia obu handlowych placówek Brian 

Fuller obrotami bił na głowę Fulk Bryana. Wyposzczeni farmerzy mu-

sieli odbić sobie lata niedosytu, mimo Ŝe saloon nie udzielał kredytu, a 

skład — wręcz przeciwnie — przy większych zakupach rozkładał na-

leŜność na raty. Gdy jednak odpowiednia suma gotówki została przepita, 

atrakcyjność nowych narzędzi rolniczych i nowych strojów odniosła 

decydujący sukces. Do przegranej saloonu przyczyniła się równieŜ 

niespodziewana konkurencja w postaci tak zwanej “drug-story", jednej z 

tych zdumiewających placówek handlowych, znanych chyba tylko w 

Ameryce. Są to sklepy stanowiące

coś pośredniego między apteką, drogerią a barem. Nabyć w nich moŜna 

lekarstwo, pachnące mydło, cukierki, ale równieŜ... wypić koktejl z 

piorunującej mieszaniny wysokoprocentowych trunków. Te ostatnie 

cieszyły się w Greenfield duŜym powodzeniem, póki nie przestały być 

nowością.

Jednocześnie z powstawaniem placówek handlowych zmieniało się 

oblicze osiedla. Znikały budy-ziemianki. Pojawiały się domki, ba, nawet 

wille z werandkami i kolumienkami — powielane wzory drewnianej 

architektury miasteczek dalekiego wschodu Ameryki. Wzrastała zamoŜ-

ność i nie sprawdzały się przepowiednie pesymistów, Ŝe Teksas jest 

krajem wyłącznie uprawy bawełny, a nie zboŜa, i Ŝe wszelkie próby 

zmiany charakteru płodów rolnych zakończyć się muszą klęską 

gospodarczą. Właśnie pszenica stała się źródłem rozwoju Greenfield. 

background image

Wszystko jej tutaj sprzyjało. W pobliŜu nie istniały gospodarstwa 

hodowlane, nie przepędzano tędy wielkich stad bydła tratujących 

zasiewy, co stawało się przyczyną zatargów (niekiedy kończących się 

krwawo) między rolnikami a gromadami półdzikich kowbojów 

strzegących bydła. Tradycyjne juŜ szlaki przepędu, o ustalonych 

nazwach: “Zachodni" i “Chisholm" biegły na wschód i na zachód od 

Greenfield. Całe szczęście.

Ludzi w okolicy nie było wiele, mimo Ŝe ziemie Teksasu zamieszkiwało 

juŜ prawie 700 tysięcy białych i Murzynów, nie licząc plemion in-

diańskich. CóŜ to jednak znaczyło wobec 267 tysięcy mil kwadratowych 

* powierzchni? Tak więc Greenfield leŜało na uboczu od niebezpie-

czeństw groŜących osadzie ze strony zwierząt i ze strony włóczęgów. 

Zapowiedź klęski przyszła niespodziewanie, zupełnie nieoczekiwanie 

przez farmerów. Zdawało im się, Ŝe poznali juŜ doskonale klimat i nabyli 

umiejętności przepowiadania pogody nie tylko na najbliŜsze dni, ale na 

tygodnie, na miesiące. AŜ nastała wiosna, prawie bezdeszczowa. Siewów 

dokonano, później jednak gleba stwardniała na kamień. Ani jedno ziarno 

nie zakiełkowało. Przez długie miesiące nie spadła z pogodnego nieba 

nawet kropla deszczu. Sytuację poprawiły burze topniejącego na-

tychmiast gradu. Niestety, wydarzyło się to dopiero w połowie teksaskiej 

zimy, przy temperaturze 32 stopni *. Ziemia nieco rozmiękła, ale nie 

poprawił się humor farmerom. Wprawdzie nie popadli w rozpacz. Nadal 

mieli w swych spichrzach pełno dorodnego ziarna, którego nie pozbyli 

się zgodnie z tradycją zapobiegliwego i przewidującego gospodarzenia, 

przekazaną im jeszcze przez ojców we wschodnich stanach. Gdy jednak 

podobna sytuacja meteorologiczna powtórzyła się w roku następnym, 

troska o jutro zaciąŜyła nad umysłami mieszkańców Greenfield. 

Skamieniała gleba nie nadawała się do uprawy. Otaczające osadę dalekie 

przestrzenie prerii zmieniły swą barwę. Z zielonych stały się 

background image

brudnobrązowe. Szumiące trawy przeobraziły się w twardy jak kamień 

pokrowiec skołtunionych, wbitych w ziemię uschłych łodyg. Skończyła 

się świeŜa pasza. Trzeba było powybijać krowy i owce. Oszczędzano 

tylko koni. Na suszy wyszły one najlepiej, otrzymując teraz zamiast siana 

cenną kukurydzę i jeszcze cenniejsze ziarno pszeniczne. Ale cóŜ 

poczęliby farmerzy bez koni, gdyby wreszcie spadły strumienie wody na 

bezpłodną ziemię?

Sygnałem gospodarczego kryzysu stała się likwidacja “drug-story". 

Nastąpiła bez Ŝadnej zapowiedzi, z dnia na dzień. Któregoś ranka miesz-

kańcy Greenfield 

Dokładnie 267 333 mil', co równa się ok. 692 tys. km.

Mowa o termometrze Fahrenheita. 32 stopnie F — to 0 stopni Celsjusza.

ujrzeli drzwi i okna sklepu na głucho zamknięte, ale dopiero w kilka 

godzin później osiedle obiegła wieść o wyjeździe właściciela i 

pomocnika. Do kolejowego przystanku odwiózł ich na swym wozie stary 

Abel Meredith. Opowiadał później, Ŝe bagaŜy mieli niewiele. Wyglądało 

więc na to, Ŝe powrócą, kiedy się czasy poprawią. Klęska suszy skłoniła 

ludzi do oszczędności, “drug-story" stracił klientelę na długo przed 

likwidacją.

Zawiadomiony o wydarzeniu szeryf przybył natychmiast pod domek, 

raczej barak z werandką, w którym mieścił się sklep. Stwierdził, Ŝe 

wszystkie okna zabito deskami, a na drzwiach zawieszono potęŜnych 

rozmiarów kłódkę. Fakt nie ulegał wątpliwości. Odtąd szeryf codziennie 

odwiedzał opuszczony budynek, moŜe w nadziei, Ŝe ujrzy go na nowo 

zamieszkałym przez dotychczasowych uŜytkowników, a moŜe dlatego, 

Ŝ

e pragnął skontrolować stan okien i drzwi. Wewnątrz przecieŜ musiały 

się znajdować towary. Tak zresztą powszechnie sądzono, ale nikomu nie 

background image

przyszło do głowy łasić się na te “skarby". Greenfield przez lata mogło 

słuŜyć za przykład najbardziej spokojnego osiedla ze wszystkich 

najbardziej spokojnych osiedli całego świata.

Likwidacja (raczej: samolikwidacja) “drug-story” nie była przecieŜ 

tragedią. Tragedia narodziła się wtedy, gdy mieszkańcom Greenfield 

poczęło brakować jedzenia, poczęło brakować pszenicy i pieniędzy. 

Gdyby nie Fulk Bryan, który okazał się człowiekiem dobrego serca i 

chyba dobrym kalkulatorem, połowa ludności przymierałaby głodem. 

Oto Fulk Bryan rozszerzył kredyt, chociaŜ nie odwoŜono juŜ ziarna do 

kolejowych wagonów. Wręcz przeciwnie: transportowano mąkę, 

kukurydzę i szereg innych artykułów spoŜywczych ze stacji do osady. W 

ten sposób przetrwano jako tako okres zimy. Wszyscy farmerzy zadłuŜyli 

się u Bryana “po czubek nosa". Ale nie było wyjścia z tej sytuacji, chyba 

ucieczka w inne strony kraju. Wówczas nikt tego jeszcze nie pragnął.

Właściciel saloonu — “bezkredytowy" Brian Fuller postanowił 

naśladować Fulk Bryana. Uznał, Ŝe lepiej handlować na kredyt niŜ 

wcale. Ludzie nie świecili groszem, za to saloon coraz częściej świecił 

pustką. Zamknięcie “drug-story" nie przysporzyło klienteli saloonowi. 

Co prawda i otwarcie kredytu nie zapełniło przestronnej sali oberŜy 

tłumem rozkrzyczanych farmerów. JednakŜe w sobotnie wieczory i 

późne niedzielne popołudnia ściągała tu garstka desperatów uwaŜając, Ŝe 

nic im nie pomoŜe ani nie zaszkodzi, czy dług będzie większy, czy 

mniejszy o kilka dolarów. Byli to przewaŜnie ludzie młodzi i samotni, 

gotowi — jeśli sytuacja nie ulegnie poprawie — pierwsi czmychnąć z 

Greenfield, zostawiając na łasce losu ziemię, budynki i sprzęt 

gospodarski. Bo nawet nikt nie marzył, Ŝe znalazłby się nabywca ich 

nieruchomości. Tak więc w saloonie weselono się, jak kto jeszcze 

potrafił, a kiedy gospodarz zamykał lokal na noc, spóźnieni wędrowcy, 

wracając do domowych pieleszy, zadzierali głowy, by ujrzeć na niebie 

background image

upragnione chmury. Niestety, świeciły gwiazdy. Bardzo jasno, 

przeraźliwie ostro, beznadziejnie...

Karol Gordon, chociaŜ samotny jak kaktus na pustyni, nie odwiedzał juŜ 

od dawna saloonu. Był w ogóle nieco dziwnym człowiekiem. W maleń-

kim Greenfield, w którym ludzie zdąŜyli dobrze się poznać i 

poinformować wzajemnie o wszystkim, co przeŜyli, a takŜe o swych 

planach na przyszłość — o przeszłości Karola Gordona nikt nic pewnego 

nie wiedział. Szeptano, Ŝe nawet jeśli kiedykolwiek zajmował się uprawą 

roli, to juŜ dawno zdąŜył o tym zapomnieć. Jednak wystarczyło tylko 

przyjrzeć się obmawianemu, aby dostrzec oczywisty nonsens tego 

twierdzenia. Gordon był zbyt młody. MoŜe nigdy nie orał i nie siał?... 

Mówiono — nie wiadomo na jakiej podstawie — Ŝe Gordon jeszcze jako 

chłopak włóczył się po Dzikim Zachodzie, wprawiał w strzelaniu do 

futerkowej zwierzyny i tylko dlatego zerwał z zawodem, Ŝe zniechęcił go 

do tamtych stron tragiczny koniec wyprawy generała Custera w roku 

1876, kiedy to w walce z Dakotami Sitting Bulla zginął i generał, i cały 

oddział kawalerii, którym dowodził *. Złośliwi dodawali, Ŝe nie 

wiadomo, po której stronie brał udział w walce: białych czy czerwonych. 

W tamtych czasach, gdy dobrze pamiętano krwawą historię, która się 

rozegrała nad brzegami mało przedtem znanej rzeczki, postawienie 

publicznego zarzutu współuczestniczenia w masakrze białych było 

sprawą niebezpieczną albo dla pomawianego o taki postępek, albo dla 

pomawiającego. PoniewaŜ jednak farmerzy z Greenfield naleŜeli do 

kategorii ludzi spokojnych, nie znoszących burd i awantur — nikt głośno 

nie powtarzał plotki.

Na uprawie roli Karol Gordon istotnie niewiele się znał. Będąc jednak 

zdolnym naśladowcą i chętnym słuchaczem, po kilku latach nauczył się 

korzystać z rad doświadczonych rolników. Najwięcej pomógł mu bliski 

sąsiad, Vincent Irvin, młody farmer, który sprzedał swe podupadające 

background image

gospodarstwo w Północnej Karolinie i wraz z Ŝoną powędrował na 

południowy zachód szukać szczęścia.

Tak to wszystko wyglądało aŜ do pamiętnego ranka, w którym Gordon 

stwierdził, Ŝe i w jego studni, wykopanej przed domem, nie ma ani kropli 

wody. Wtedy po raz pierwszy pomyślał o opuszczeniu Greenfield.

— Hallo, boss! * — zawołał z głębi sieni ciemnowłosy chłopak. — Jest 

woda!

— Świetnie. Przynieś tutaj i nalej do miski.

— Nie będzie się pan mył na dworze? Zanosi się na upał.

— Wielka mi nowina. Od tygodnia pieczemy się Ŝywcem. Nalej do miski 

i idź napoić konia.

Usłyszał brzęk wiadra, plusk wody, potem oddalające się kroki. Skończył 

golenie, przeszedł do sionki i zaczął się myć w duŜej blaszance, pełnej 

wody. Woda była zimna. Od razu poczuł się lepiej.

 “Co począć z Robertem? — rozwaŜał w dalszym ciągu projekt 

opuszczenia Greenfield. — Brać go z sobą na niepewne? A jeśli nie 

będzie chciał? Zostawić samego?..."

Była to bitwa nad rzeczką Little Bighorn w dn. 26 czerwca 1876. Padło w niej 276 Ŝołnierzy i 

oficerów siódmego pułku kawalerii.

Boss — moŜna przetłumaczyć: szef.

Zreflektował się nagle: “Po co mam stąd uciekać, do licha? Co mi do 

głowy strzeliło? Wszystko przez tę parną noc. PrzecieŜ to nie ma sensu. 

Zapytam Roberta, co o tym sądzi... Nie, nie będę pytał. Chłopak się 

przestraszy."

Z Robertem spotkał się zupełnie przypadkowo przed laty, gdy przyłączył 

się do karawany ludzi, wozów i bydła, ciągnącej ku południowemu 

zachodowi. Zdarzyło się to niedaleko Abilene, w Kansas, gdzie kończył 

się wielki szlak przepędu bydła, zwany Szlakiem Chisholm, wiodący z 

background image

południa aŜ do Rio Grandę. Robert właśnie przewędrował ten szlak jako 

jeden z kowbojów i znajdował się u kresu sił. Wyglądał tak, jakby mu 

pozostało tylko parę godzin Ŝycia. Gordon zainteresował się chłopakiem, 

po krótkiej rozmowie Robert został umieszczony, jako dodatkowy 

pasaŜer, w jednym z farmerskich wozów. Później, na ziemiach 

przyszłego Greenfield, okazał się nieocenionym pomocnikiem świeŜo 

upieczonego farmera. Gordon dowiedział się o nim tylko tyle, Ŝe nazywa 

się Dreer. Chłopak był skryty i nigdy nie mówił za wiele. Być moŜe, iŜ 

fakt ten zjednał Robertowi przychylność Gordona, który nie znosił 

plotkarzy i gadułów.

Znowu metalicznie zabrzęczało wiadro. Robert pojawił się w jasnym 

prostokącie drzwi.

— Jeszcze raz idę po wodę — zakomunikował.

— Dobrze, ale zostaw trochę dla Irvina. 

Rozległ się cichy śmiech:

— Nie zabraknie, bo w dołku...

Rzeczywiście, posiadłość Irvina leŜała we wklęśnięciu gruntu i 

podziemne źródła musiały sobie torować tam drogę.

Gordon wytarł się szorstkim ręcznikiem, przywdział koszulę i zajrzał pod 

palenisko kuchennego pieca. Nie potrzebował rozgrzebywać 

wczorajszego popiołu, juŜ tlił się mały ogienek rozniecony przez 

Roberta. Dorzucił kilka patyków, a potem zajął się przyrządzaniem 

jajecznicy na boczku i przygotował pszenne suchary (wszystko dzięki 

kredytowi Fulk Bryana).

— Słyszał juŜ pan, szefie?

— Nie wrzeszcz. Wejdź i powiedz, o co chodzi. Chłopak ukazał swe 

zaczerwienione oblicze.

— Spotkałem starego Abla. Gadał, Ŝe Hamm Harris i Jim Perry znikli tej 

nocy.

background image

— Plotka.

— Abel wie na pewno. Chodził do nich. Gordonowi zrobiło się jakoś 

przykro. Ci dwaj ludzie siedzieli w Greenfield od samego początku. A 

teraz... zwiali. Mogło to się stać sygnałem do masowej ucieczki. 

Zresztą...

— Oni byli mocno zadłuŜeni u Bryana — powiedział półgłosem.

Chłopak roześmiał się.

— Nie widzę powodu do radości. Jak tak dalej pójdzie, Bryan zamknie 

kredyt. Wówczas nie będzie innego wyjścia... Chciałbyś stąd wyjechać?

— Nie.

— Więc widzisz, Ŝe nie ma się z czego cieszyć. MoŜe to jednak 

nieprawda? Co więcej słyszałeś?

— Pan Irvin juŜ wstał.

— śadna nowina.

— Powiedział, Ŝe weźmie konia, strzelbę i pójdzie polować.

Z kolei roześmiał się Gordon.

— TeŜ ma pomysły? W ciągu kilku lat potrafiliśmy wystraszyć stąd 

wszystkie zwierzaki.

— Pan Irvin mówił, Ŝe teraz zaczną ciągnąć na północ bizony.

— Bizony! Wielki BoŜe! JuŜ ja mu wybiję to z głowy. PrzecieŜ on nigdy 

nie polował na bizony! No, idę — zdecydował się nagle. — Jakby 

zaczęło padać...

Chłopak zachichotał:

— ... to zaraz postawię naparstek, Ŝeby nałapać deszczówki.

Gordon wcisnął na głowę podniszczony kapelusz i wyszedł na szeroką 

drogę, twardą i spękaną w grube rysy tak jak cała ziemia dokoła. Za-

trzymał się w miejscu, gdzie droga spadała łagodnie ku nizinie 

przypominającej kształtem gigantyczną miskę. W środku tej miski 

wznosiły się zabudowania otoczone półokręgiem wysokich drzew. Nad 

background image

kominem największego z domostw pięła się ku beznadziejnie czystemu 

niebu wąska nitka dymu. Zwiastowała pogodę, przeklętą pogodę.

Gordon westchnął i przyspieszył kroku. Skręcił w prawo, minął furtkę w 

płocie, który otaczał Irvina — co uwaŜano za luksus nawet w zamoŜnym 

dotąd Greenfield — potem studnię z korytem do pojenia bydła. Zajrzał w 

otwór. Głęboko, głęboko widniało odbicie nieba. Znak, Ŝe jest jeszcze 

woda.

— Halo, Karolu! Chcesz się utopić?

— Właśnie. Dlatego kawał bizoniej pieczeni we. — Jutro moŜe być juŜ 

za późno. U mnie studnia wyschła.

— Ale ta nie wyschnie. Mierzyłem wczoraj, nic a nic nie ubywa. Gdzieś 

tu jest źródło. Na szczęście. Co nowego, Karolu?

Gordon uśmiechnął się do wysokiego, szczupłego męŜczyzny o spalonej 

na brąz twarzy, niebieskich oczach i jasnych włosach. — Gdyby nie 

twoja studnia, nie mógłbym się dziś umyć. Nie wiem, jak sobie radzą 

inni...

— Nie jest tak źle. Tu w dole wszyscy mają wodę.

— Słuchaj, Vincent, mówił mi Robert, Ŝe się wybierasz na polowanie. 

Czy to prawda?

— Myślałem o tym. Widzisz... moje długi u Bryana wciąŜ rosną. Z 

przeraŜającą szybkością.

— Mnie równieŜ zbrzydło solone mięso, ale trudno domagać się czegoś 

lepszego w takiej sytuacji... — machnął ręką Gordon.

— Właśnie — odpowiedział podnosząc głowę —-bardzo by się przydał. 

A skórę moŜna sprzedać.

— Kto tu kupi?

— MoŜe Bryan.

— Wybij sobie z głowy bizonie mięso. Będzie teraz chude i Ŝylaste, jeśli 

w ogóle będzie.

background image

— Opowiadałeś o bizonich szlakach, czy tak trudno je odnaleźć?

— Szlaki bizonie istnieją, ale...

Między kolumienkami ganku ukazała się kobieca głowa. Melodyjny głos 

zawołał:

— Jak się masz, Karolu! Nie odchodźcie, zaraz przygotuję śniadanie.

Znikła w głębi budynku.

— Ale co? — podjął przerwaną rozmowę Irvin.

— To, Ŝe bizony szukają dla swego marszu terenów obfitujących w 

paszę i w wodę. Doprawdy nie wiem, gdzie takich szukać. A jeśli chodzi 

o inne zwierzęta, zdąŜyliśmy przepłoszyć wszystkie płowe czworonogi. 

Nawet antylopy się stąd wyniosły. Raz tylko jeden daleko, daleko stąd 

widziałem pieski preriowe.*

— Nie kpij.

— Ani mi to w głowie. Jestem pewien, Ŝe bizony takŜe zmieniły swój 

szlak.

— Ostatecznie deszcze muszą gdzieś padać.

— I mnie się tak wydaje. Tylko gdzie? O tym nie wiemy ani ty, ani ja. A 

prócz tego, Vincent, nie jesteś przecieŜ dobrym strzelcem. Z antylopami 

to Ŝadna bieda, po prostu zmarnujesz nieco ładunków, a zwierzęta 

czmychną. Ale z bizonami, jeśli na nie trafisz, moŜe być kłopot. Zranio-

ny byk staje się niebezpieczny. Nie podoba mi się twój projekt.

— Wybierzemy się razem.

— Po to, aby cię pilnować na kaŜdym kroku? Nic nie wyjdzie z takiego 

polowania.

W drzwiach domu ukazała się kobieca głowa.

— Chodźcie...

Weszli do sporej izby, której środek zajmował prostokątny stół, 

zastawiony połyskującymi w smudze słońca talerzami. Przy jednym z 

nich, na wysokim stołku, siedział chłopczyk trzy-czteroletni, o rumianej 

background image

buzi i jasnej jak bawełna czuprynie. Jadł właśnie owsiankę, ale na widok 

wchodzących zerwał się:

Pieski preriowe— amerykańskie świstaki.

— Dzień dobry, wuju Karolu, dzień dobry, wuju Karolu! — zaśpiewał 

jakąś swoją własną melodię.

— Dopóki nie zjesz — odparł sztucznie powaŜnym głosem Gordon — 

nie będę z tobą rozmawiał.

— Siadajcie — poprosiła gospodyni.

— Dziękuję, Becky — odsunął nieco talerz. — Jadłem juŜ. Ale jeśli 

mnie poczęstujesz kubkiem dobrej kawy, na pewno nie odmówię. A 

nawet nie musi być dobra. I gorszą wypiję. Bryan się psuje. Mięso coraz 

bardziej słone. Nie uwaŜacie, Ŝe przydałoby się zmienić dostawcę?

Irvin uśmiechnął się, a jego Ŝona przytaknęła pół serio, pół Ŝartem:

— Właśnie, moŜe ty byś go zastąpił, Karolu? — A po chwili dodała 

powaŜnie: — Nie moŜna narzekać na człowieka, dzięki któremu wszy-

scy, jak tu jesteśmy, nie umieramy z głodu...

— Poddaję się, Becky. Nie powiem więcej złego słowa na Bryana, 

chociaŜ zdziera z nas dziesiątą skórę.

— Znowu zaczynasz? Jaki on jest, taki jest, ale właśnie... jest! Nie 

wyjechał.

— Niewiele ryzykuje, to przecieŜ tylko agent.

— Jednak ma nie zapłacone kwity — wtrącił się Irvin — będzie 

odpowiadał przed swym przedsiębiorstwem.

— Słyszeliście, Ŝe Harris i Perry znikli tej nocy? Oni byli u Bryana 

porządnie zadłuŜeni.

— No właśnie! Masz, Karolu, kawę, i moŜe nie będzie taka zła.

Podała Gordonowi kubek, podsunęła męŜowi talerz z jajecznicą i siadła 

przy malcu, który zaraz począł szybciej obracać łyŜką.

Karol spojrzał na kobietę kątem oka. Becky Irvin, jego zdaniem, nie 

background image

pasowała na Ŝonę farmera. Bardzo róŜniła się od Ŝon innych rolników, 

jakie spotkał na swej Ŝyciowej ścieŜce. Tamte — pionierki osadnictwa 

Dzikiego Zachodu — były zazwyczaj wysokie, mocno zbudowane, o 

silnym głosie, a nierzadko silnej... pięści. Obeznane z bronią palną, 

jeździły konno jak najlepszy kowboj i dosłownie trzymały w garści całe 

gospodarstwo. A Becky?

Szczupła, drobna, o głowę niŜsza od swego małŜonka, niezbyt zaradna, 

zdająca się ze wszystkim na decyzję Vincenta.

W kilka miesięcy po przybyciu na te pustkowia urodził im się syn. 

Gordon — jako najbliŜszy sąsiad — mimo woli stał się współuczestni-

kiem radości i zmartwień rodzinnych. Bywał częstym gościem u 

Vincenta, który nie skąpił mu Ŝyczliwych, gospodarskich rad, zwłaszcza 

w pierwszym okresie pobytu, najtrudniejszym. Przybyli tu przecieŜ 

wczesną wiosną, aby zdąŜyć jeszcze z siewami jarymi. Ale przed tym 

naleŜało jako-tako domy urządzić; postawić choćby prymitywne 

lepianki, budynki gospodarcze, studnie, zagrody dla bydła i koni. Roboty 

było huk. Karol Gordon — z wdzięczności za fachowe porady — zaczął 

pomagać Irvinom. Na orce i siewie znał się tyle co kura na pieprzu. Za to 

budowniczym i kucharzem okazał się doskonałym. Gdy więc Vincent 

Irvin zabrał się do orki, Gordon stanął u boku pani Becky i wraz z 

Robertem oporządzał inwentarz, sprowadzał drzewo na opał, nosił wodę 

dla obu gospodarstw. A przede wszystkim wzniósł dwa budynki 

mieszkalne: dla Irvinów i dla siebie. Później, gdy przyszedł na świat 

mały Clem, Karol nadal był wiernym pomocnikiem sąsiadów. W czasie 

Ŝ

niw, sianokosów i młocki pracował za trzech, ale nauczył się przez to 

tyle, ile nie dałby mu najlepszy wykładowca najlepszej szkoły rolniczej. 

Więc nie uwaŜał czasu poświęconego sąsiadom za zmarnowany.

— Będzie z ciebie znakomity farmer — stwierdził juŜ po kilku 

miesiącach Irvin. — Jeszcze roczek, a poznasz tajniki gospodarki. Tylko 

background image

Ŝ

onę musisz sobie poszukać. Bez kobiecego oka nie upilnujesz 

wszystkiego, kiedy ci się gospodarstwo rozrośnie. A Ŝe się rozrośnie, to 

juŜ teraz widać. Co za szczęście, Ŝeśmy się tu przenieśli!

Gordon odparł na to, iŜ na oŜenek ma czas, a do pomocy chłopaka, i to 

tak tęgiego, jak Robert Dreer. Pomyślał przy tym, Ŝe małŜeństwo Irvina 

nie jest znowu takim wielkim szczęściem i pomocą w pracy. Po 

narodzinach Clema Becky Irvin bardzo długo nie mogła wrócić do sił. 

Dopiero późną zimą zajęła się gospodarstwem. Ale gdy nadeszła kolejna 

wiosna, gdy nadciągnęły tropikalne upały, Becky znów poczuła się źle. 

Karol dostrzegł to szybciej od Vincenta i pod pozorem, Ŝe się śmiertelnie 

nudzi, śpieszył z pomocą Irvinowi albo osobiście, albo przysyłając 

Roberta. Lecz stan zdrowia Becky Irvin wciąŜ pogarszał się.

O tym wszystkim rozmyślał Karol siedząc za stołem Irvinów, pijąc kawę 

i stwierdzając, Ŝe pani Becky nie zdołała nic a nic opalić się w słońcu, 

przeciwnie: wydawała się coraz bledsza.

background image

Nieznajomi

Vincent Irvin dobrze pamiętał dzień, w którym musiał rozstać się z 

długorogim teksaskim wołem. Nie starczało paszy na okres zimy. W 

kilka miesięcy później sprzedał jednego ze swych koni, a z końcem 

drugiego roku suszy — krowę. Mimo Ŝe Karol odradzał mu, decydując 

się nawet sprzedać własnego konia, by odstąpić część paszy sąsiadom. 

Ofiara nie została przyjęta. śywy inwentarz obu sąsiadujących ze sobą 

gospodarstw zmniejszył się do liczby trzech koni, z których jeden 

stanowił własność Roberta. Deszcz wreszcie spadnie, a bez zwierząt nie 

moŜna przecieŜ uprawiać roli. Lepiej więc zadłuŜyć się u Bryana i 

karmić czworonogi drogą kukurydzą. Tak zresztą postępowali wszyscy 

farmerzy Greenfield. I chyba słusznie. Szło więc pod nóŜ bydło, konie 

oszczędzano. Pod koniec trzeciego roku suszy nie było w osadzie ani 

krów, ani owiec, ani świń. Drób został zjedzony juŜ wcześniej, więc 

gdyby nie kredyt Bryana, nie pozostałoby nic innego, jak uciekać z osady 

albo... umrzeć z głodu.

PogrąŜony w niewesołych myślach szedł obok Gordona milcząc.

— JuŜ i drzewa poczynają schnąć — Karol wskazał na wątłe drzewko o 

pokurczonych, zŜółkłych, powiędłych listkach. — CzyŜ cała ta część 

Teksasu ma się zamienić w pustynię? Dokąd wtedy pójdą ludzie, i tak juŜ

doprowadzeni do bankructwa?

Przed nimi ciągnęło się pole, spopielała i spękane. Dalej widać było 

domy i domki osiedla, a przed nimi tu i tam stojących bezczynnie ludzi. 

Rzecz nie do pomyślenia w dawnych, normalnych dniach wiosny, gdy 

kaŜdy niemal dwoił się i troił przy pracy w polu.

— Dokąd tak wędrujecie? — zagadnął ich Abel Meredith.

background image

— A tak, przed siebie, dowiedzieć się, co słychać...

— Czy to prawda — zapytał Gordon — Ŝe Harris i Perry wyjechali?

— Raczej znikli, jak mary. Jeszcze wieczorem ich widziałem, rano... ani 

ś

ladu! Pewne jest jedno: juŜ nie wrócą. Bo i po co? Wolni są jak ptaki, 

gdzie indziej sobie gniazda uwiją. Nie tak, jak my — stwierdził z lekką 

nutką goryczy. — Ale i ty takŜe — stuknął Karola w piersi kościstym 

palcem — nie masz nic do stracenia.

— O nie, ojcze, ja się stąd nie ruszę! Chyba... — dodał po chwili — 

gdyby Bryan odmówił dalszego kredytu.

Abel Meredith spojrzał na niego uwaŜnie. Był najstarszym wśród 

mieszkańców osady. Kiedyś w saloonie Fullera, po którejś tam 

szklaneczce (Abel nie stronił od rozgrzewających napojów) oświadczył 

zebranym, Ŝe mógłby być ojcem ich wszystkich. Od tej pory poczęto go 

nazywać “ojcem". Najpierw dla Ŝartu, później z przyzwyczajenia. 

Meredith przyjął ten zwyczaj jako coś naturalnego, naleŜnego jego 

wiekowi. Wielu zresztą wątpiło, by mógł mieć — jak zapewniał — 

dziewięćdziesiąt lat, bo Abel potrafił nie tylko dobrze wypić, ale i 

ś

wietnie trzymał się na siodle, a strzelał do celu jak sam szatan. 

Oczywiście tylko do martwego celu, gdyŜ — rzecz zadziwiająca — nikt 

w Greenfield nie nosił przy pasie ani wielostrzałowych coltów, ani 

Ŝ

adnej broni palnej. Wszyscy byli spokojnymi rolnikami (poza Karolem 

Gordonem i Robertem) ze wschodnich stanów, gdzie od pokoleń nie gro-

ziły ludzkiemu Ŝyciu ani tomahawki czerwonoskórych, ani strzelby 

półdzikich awanturników. A poniewaŜ w Greenfield i w najbliŜszej 

okolicy — rzecz jeszcze dziwniejsza — nie wydarzył się Ŝaden napad, 

nic nie zmuszało rolników do obciąŜania swych pasów, pleców czy 

kieszeni niepotrzebnym Ŝelastwem. Strzelby, sztucery i dubeltówki, 

nabyte przed wyruszeniem w długą drogę na zachód, wisiały sobie 

spokojnie w izbach, elegancko — trzeba przyznać — wyczyszczone i 

background image

naoliwione. Gdy Lucasa Fawkesa wybrano miejscowym szeryfem — 

bardziej z poszanowania dla tradycji niŜ z potrzeby (bo szeryf nic nie 

miał tu do roboty) — był jedynym człowiekiem w Greenfield noszącym 

za pasem dwa colty, ale jedynie od parady i dla podkreślenia godności.

Gordon i Vincent chcieli juŜ odejść, gdy Abel tajemniczo na nich skinął i 

stłumionym szeptem oznajmił:

— Jedyna okazja. Idźcie zaraz do saloonu Fullera.

— A cóŜ to za nowy kawał? — zaśmiał się gorzko Irvin.

— Dlaczego ostatnia okazja? — Gordon powaŜniej potraktował 

informację.

— Bo Brian Fuller zwija budę. Nikt jeszcze o tym nie wie, a on sam 

udaje, jakby tu chciał zostać do końca świata.

— Nie do wiary — mruknął Irvin. — Chce stracić tyle pieniędzy?

— Sza, nie tak głośno. Fuller widać uznał, Ŝe susza nieprędko się 

skończy, więc postanowił skończyć z handlem. Jutro juŜ go nie zobaczy-

cie. No, idźcie.

Poszli, bardziej zdziwieni wieścią niŜ zmartwieni, bo z kredytu w 

saloonie nie korzystali.

— No tak — mruknął Vincent — wczoraj Harris i Parry, jutro Fuller. 

Ludzie zaczynają uciekać i innym dadzą przykład.

— Nic na to nie poradzisz.

— A jeśli i Bryan się stąd wyniesie?

— Wtedy i my będziemy musieli odejść... Wyjedziemy razem.

— MoŜe Abel tylko nas nabiera?

— Abel nie ma takiego zwyczaju. Pamiętasz, Vincent, jak Abel 

opowiadał o szlaku przepędu bydła? Nazwał go szlakiem 

Goodnightloving *. Myśleliśmy, Ŝe z nas kpi, i ryczeliśmy ze śmiechu, a 

przecieŜ Abel mówił prawdę. Sprawdziłem. Taki szlak istnieje od 1866 

roku. Ciągnie się przez nasz Teksas, od górnej Brazos do Pecos *, a 

background image

stamtąd prościutko na północ do Denver i Cheyenne.*

Good night (ang.) — dobranoc; loving (ang.) — kochający. Nazwa tego szlaku pochodzi od 

dwu, nieco zabawnych nazwisk ludzi, którzy szlak wytyczyli: Goodnighta i Lovinga.

Rzeki przepływające przez Teksas. Brazos wpada do Zatoki Meksykańskiej, Pecos jest 

dopływem rzeki Rio Grandę del Norte, stanowiącej w swym środkowym i dolnym biegu 

granicę między Stanami Zjednoczonymi a Meksykiem.

Denver i Cheyenne — miasta w północnych stanach.

— Skąd ty o tym wiesz? — zdziwił się Vincent.

— Pojechałem kiedyś na stację razem z Bryanem odbierać towary. 

Wtedy spotkałem jakiegoś włóczęgę, który pomógł nam załadować wóz. 

Kiedy juŜ wszyściutko zostało pięknie ułoŜone, Bryan zaprosił nas do tej 

budy, tuŜ obok przystanku. Wiesz, przecieŜ...

— Nie wiem. Przed trzema laty nie było tam Ŝadnej budy, a od tamtego 

czasu nie mam po co jeździć na stację — westchnął.

— Mniejsza z tym, dość Ŝe teraz stoi buda, kilka jardów od toru, z 

płaskim dachem i napisem na wielkiej desce: “Green Saloon".

— Piliście?

— Bardzo skromnie. Bryan nigdy nie był hojny. Nasz pomocnik zaczął 

się wówczas chwalić, Ŝe był kowbojem i pędził bydło z Teksasu. Przy-

pomniałem sobie wtedy, co opowiadał Abel, i zagadnąłem o ten 

ś

mieszny szlak. Wszystko się zgodziło. Drogę przepędu przetarli Karol 

Goodnight i Oliver Loving.

Tak gwarząc doszli pod zabudowania Fullera. Przed saloonem stała 

grupa farmerów, a kiedy zajrzeli do wnętrza, zdumiał ich ścisk dawno nie

oglądany na tej sali. Wycofali się przed budynek.

— Wydaje się — zauwaŜył Vincent — Ŝe Abel nie tylko nam zdradził 

tajemnicę. A moŜe to zmowa z Fullerem, aby mu napędzić gości?

— PrzecieŜ wiesz sam, Ŝe Abel by tak nie postąpił. MoŜe wstąpimy na 

piwo? Pewno ostatni raz tutaj...

— Jeśli Fuller rzeczywiście zwieje... Czulibyśmy się jak złodzieje.

background image

— On tu wróci, nie ma obawy.

— Taki jesteś pewien? JeŜeli trafi gdzie indziej na popłatniejszy interes, 

machnie na wszystko ręką. Zresztą, jutro się okaŜe.

JakoŜ i okazało się!

Brian Fuller zniknął, jak duch. Prawdopodobnie opuścił osadę przed 

ś

witem albo późno w nocy. Wszyscy Ŝywo komentowali ten wyjazd: jed-

ni, ci najbardziej zadłuŜeni, Ŝartowali z Fullera, inni martwili się 

szczerze, uwaŜając zamknięcie saloonu, w którym tyle długich zimowych 

wieczorów przebyli, za złą prognozę na przyszłość.

Tak samo tę sprawę ujął Vincent Irvin podczas rozmowy z szeryfem, 

Lucasem Fawkesem, i z ojcem Ablem.

— MoŜe i masz rację — odparł Meredith — a moŜe nie masz.

Irvin zaśmiał się.

— Nie śmiej się, chłopcze (to “chłopcze", niekiedy: “synu" — było 

ulubionym zwrotem Abla, stosowanym do wszystkich męŜczyzn bez 

względu na wiek). Zbyt wiele widziałem w swym Ŝyciu, aby bawić się w 

przepowiednie. MoŜe za przykładem Fullera pójdą inni, a moŜe nie. 

Zawsze jednak ktoś zostanie. 

— A wy, ojcze?

— Wiesz, synu, Ŝe nie gospodarzę. Siedzę tu z Jerrym (to był syn 

Mereditha), jego Ŝoną i z wnukami. Pójdą oni, pójdę i ja.

Wszystko to była prawda. Abel Meredith nigdy nie zajmował się rolą, 

lecz polowaniem na skórki. W ostatnich latach zaprzestał wędrówek po 

Górach Skalistych i osiadł przy rodzime. Prawdopodobnie to on namówił 

syna, aby rzucił nędzny spłacheć gruntu w Marylandzie i ruszył na 

zachód. Słowo “zachód" działało jak magnes na człowieka, który tyle lat 

na tym Dzikim Zachodzie spędził.

Tak więc rozmowa z Ablem nic nie wyjaśniła, nikogo o niczym nie 

background image

przekonała. A co sądzili inni? Sporo znalazło się takich, którzy ani mar-

twili się, ani cieszyli. Poczęli coś tam kalkulować, obliczać, nie mówiąc 

o wynikach tych obliczeń nikomu. Ale wyniki wkrótce same dały znać o 

sobie. Wkrótce po ucieczce Fullera wyjechali — nie Ŝegnając się z nikim 

— trzej młodzi, samotni farmerzy. W kilka tygodni później uciekły dwa 

młocie, bezdzietne małŜeństwa. Widać mieli nadzieję, Ŝe uda im się 

znaleźć przyjemniejsze miejsce pod amerykańskim niebem. Niebo 

wiszące nad Greenfield było bezlitosne. Słońce nadal spalało pola i 

drogi, gwiaździste noce nie dawały ochłody. Wilgotne koryto rzeczki 

zmieniło się w smugę piachu. I tylko w dole, tam gdzie znajdowało się 

gospodarstwo Vincenta Irvina, lustro wody jakimś cudem nie opadło. 

Kiedy w ciągu następnego miesiąca znów uciekły dwie rodziny, szeryf 

zwołał ogólną naradę mieszkańców Greenfield.

— MoŜecie stąd odjechać wszyscy — powiedział po kilku słowach 

wstępu. — KaŜdy moŜe odjechać — powtórzył;— i nikt go nie będzie 

zatrzymywać. Więc po cóŜ te ucieczki nocą, w sekrecie, w tajemnicy?

Głos szeryfa buczał coraz donośniej. Rzecz niezwyczajna, bo Fawkes 

uchodził zawsze za człowieka spokojnego i nikt nigdy nie widział, by był 

aŜ tak zdenerwowany.

— Po co uciekają nocą, jak złodzieje? No? — rozejrzał się dokoła. — 

Nie wiecie? Ojcze Meredith, moŜe wyjaśnicie tym niewiniątkom, o co 

chodzi?

Siwowłosy ekstraper skinął głową.

— Brian Fuller był winien Fulkowi Bryanowi pieniądze — stwierdził 

spokojnie. — I... nie zapłacił. Ale Fullerowi winni byli Harris i Perry. 

Uciekli nocą. Tak, tak, moi ludzie — natęŜył głos — wy wszyscy, jak tu 

stoicie, wiecie o tym bardzo dobrze. Tylko wstyd wam mówić. Czterech 

następnych, którzy wyjechali, raczej uciekli jak tchórze, było 

zadłuŜonych u Bryana po dziurki nosa. Powiedzcie, czy to nieprawda?

background image

Rozległ się potakujący szmer.

— CóŜ jeszcze, szeryfie?

— Dziękuję, ojcze. To wszystko, czego od was chciałem, ale z innymi 

jeszcze nie skończyłem. Ludzie! — wrzasnął. — Czy jesteśmy bandą 

złodziei? Czy Greenfield to zbójeckie gniazdo?

— Tak źle nie jest — zaprotestował ktoś z tłumu.

— Kto to powiedział? Ach, to ty, Rowlison. Twierdzisz, Ŝe nie jest tak 

ź

le? Pewnie, jeszcze nikt nie napadł na skład Bryana. Dopiero go 

okradziono.

Przerwał, a po chwili mówił juŜ spokojniejszym tonem:

— Oświadczam wam, Ŝe kaŜdy moŜe opuścić Greenfield. Śmiało, w 

biały dzień. Nie jak tchórz kluczący w ciemnościach, Ale niech najpierw 

spłaci długi, niech jakoś ureguluje swe pienięŜne zobowiązania. Jeśli 

dalej tak będzie się działo jak dotąd, Bryan zamknie nam kredyt i sam 

wyjedzie. A ja palcem nie ruszę, by mu w tym przeszkodzić. Czy chcecie 

go zrujnować za to, Ŝe wszystkim pomaga? Wstyd mi za was. Wybierzcie 

sobie innego szeryfa. Nie chcę, Ŝeby później i mnie mówiono: “Patrzcie! 

To Lukas Fawkes z Greenfield, on był szeryfem tej bandy, która 

zniszczyła Fulk Bryana i o mało sama przez to z głodu nie zdechła".

Czy mówił szczerze? Karol nieco w to powątpiewał, ale na słuchaczach 

groźba rezygnacji wywarła wraŜenie.

— Bryan robi na nas dobry interes — powiedział ktoś półgłosem, a Ŝe 

akurat nastała cisza, słowa zostały usłyszane przez wszystkich, zapewne 

nawet wbrew intencji mówiącego. Natychmiast rozległ się szmer, nie 

wiadomo: aprobaty czy sprzeciwu.

Wtedy stary traper przedostał się poprzez tłum na malutki, pusty krąg, 

gdzie stał szeryf. Popatrzył na zgromadzonych i otarł pot z czoła.

— Są tu między nami tacy — zaczął — którzy chętnie zajęliby miejsce 

Fawkesa.

background image

— Nie! Nie! — rozległy się protesty.

— Wiem ja coś o tym. Dlatego powiadam, iŜ nie znajdziecie nikogo tak 

dobrego dla nas, jak właśnie Lucas Fawkes. Ja się znam na ludziach.

Nastąpiły stłumione potakiwania.

— No, właśnie! Sami to dobrze rozumiecie. Przed chwilą szeryf 

powiedział, Ŝe zrzeknie się stanowiska, jeśli tak dalej będziecie się 

prowadzić. Słyszałem, jak ktoś krzyknął, Ŝe Fulk Bryan robi na nas 

interes. Teraz wszyscy muszą u niego kupować. Pewnie! Ale komu się to 

nie podoba, niech kupuje u innych. Nie ma przymusu.

Z głębi tłumu buchnął śmiech. Powiedzenie Abla uznano za Ŝart, 

wprawdzie niezbyt wesoły. KtóŜ by im sprzedał teraz Ŝywność? W całym 

Greenfield moŜe dałoby się zebrać w sumie kilka dolarów najwyŜej.

Meredith odczekał, aŜ gwar ucichnie.

— A teraz wam powiem: jeŜeli Bryan zamknie swój skład, nie będziecie 

mogli pozostać tu nawet kilku dni. Bo co tu jeść? JuŜ i trawa nie rośnie...

— Ale zostały jeszcze kamienie! — krzyknął ktoś.

Znów tłum rozweselił się — nic dziwnego, zbyt rzadko śmiano się 

ostatnio w Greenfield, aby nie pofolgować sobie przy okazji.

— śyczę ci — odparł Meredith — abyś tych kamieni zawsze miał pod 

dostatkiem. Zamiast chleba.

Znowu się roześmiano.

— Ale dla tych, którzy nie kamieniami się Ŝywią, mam radę: jeśli 

Greenfield ma znowu stać się “green field", a nie pustkowiem walących 

się chałup i porośniętej chwastami roli, nie wolno naciągać Bryana na 

poŜyczki, których nie ma się zamiaru zwrócić. Kto chce jechać — niech 

jedzie, lecz najpierw trzeba zwrócić pieniądze. Ja tu zostanę. PrzeŜyłem 

wiele i niejeden raz oglądałem spalone słońcem pola i opuszczone domy. 

Ale powiadam wam, spotykałem i takie, których mieszkańcy przetrwali i 

dziś są znowu zamoŜnymi farmerami, nie obawiając się suszy.

background image

— Zawarli układ z chmurami — wyrwało się komuś.

Tym razem nikt się nie roześmiał, przeciwnie zaraz go uciszono: “Nie 

przerywać!"

— Dowcipniś i mądrala — zauwaŜył Abel. — Mniejsza z nim. OtóŜ 

tamci rolnicy zbudowali głębokie studnie, zmontowali pompy, przepro-

wadzili przez swe pola rowy, które moŜna napełnić wodą. Stary to 

sposób, stosowany przez dawną ludność tych ziem, jeszcze przed naszym 

przybyciem. Nie zapominajcie o tym, gdy znowu spadną deszcze i 

Greenfield się zazieleni.

Ostatnie słowa zabrzmiały jak proroctwo. Nikt nie odwaŜył się juŜ 

dowcipkować. Lucas Fawkes uścisnął dłoń Mereditha. Meredith 

poklepał szeryfa po ramieniu. Ludzie zaczęli się powoli rozchodzić.

Zebranie było tematem rozmów przez kilka następnych dni. Nazajutrz w 

domu Irvinów równieŜ komentowano wystąpienie ojca Abla.

— To zapobiegnie ucieczkom — stwierdził Vincent. — Ludzie się 

zawstydzili, a i mnie jakoś zrobiło się raźniej.

Rzeczywiście, przez następne tygodnie nikt nie opuścił Greenfield. Ani 

jawnie, ani potajemnie. Niestety, do domu Irvina zawitało nowe, bole-

ś

niejsze nieszczęście. Zachorowała pani Becky. Osłabła tak bardzo, Ŝe 

nie mogła zająć się gospodarstwem i dzieckiem. Karol Gordon raz jesz-

cze okazał się wiernym przyjacielem. Nikt się nie dowiedział, w jaki 

sposób tego dokonał, ale udało mu się poŜyczyć od Bryana okrągłą sum-

kę dolarów. Pojechał do Amarillo i sprowadził lekarza. Doktor zbadał 

sumiennie chorą.

— CóŜ, proszę pana — powiedział Irvinowi — choroba jest powaŜna i 

przewlekła. Tutejszy klimat nie sprzyja zdrowiu pańskiej Ŝony. Radzę 

przenieść się gdzie indziej. Tymczasem naleŜałoby ją umieścić w 

szpitalu. Proszę przywieść chorą do Amarillo. Pod dobrą opieką dojdzie 

do siebie, W tej chwili to jeszcze nic groźnego, ale tu przecieŜ nie ma 

background image

warunków, by ją leczyć.

Abel Meredith odwiózł doktora na stację swą staroświecką bryką i 

pewnie wówczas dowiedział się o wszystkim.

Vincent Irvin nadrabiał miną w obecności Ŝony, ale kiedy się znalazł sam 

na sam z Karolem, nie ukrywał przeraŜenia. Wysłać Becky do Amarillo? 

A skąd pieniądze? Trzeba by niemałej sumy: na podróŜ, na opłacenie 

szpitala... Obaj przyjaciele długo nad tym radzili, wreszcie zdecydowali 

się sprzedać konia. Zamiar okazał się jednak nie do wykonania, bo 

jedyny człowiek, o którym sądzono, iŜ posiada nieco gotówki, czyli Fulk 

Bryan, odmówił kupna.

— Chyba, Ŝe dostarczycie mi siana i owsa na pół roku...

Karol uznał słuszność tego argumentu. Próbował więc namówić 

właściciela składu na kolejną poŜyczkę, tym razem jednak chodziło o 

sumę znacznie większą.

Czy Fulk Bryan istotnie nie rozporządzał taką kwotą, czy bał się ryzyka 

— trudno sprawdzić. Dość, Ŝe wyraził Ŝal, iŜ tym razem nie moŜe słuŜyć 

pomocą.

Irvin i Gordon udali się z kolei do szeryfa. Tam po krótkiej naradzie 

doszli do wspólnego wniosku, Ŝe w Greenfield nie sposób zdobyć kilku 

setek dolarów. Wrócili więc do domu przygnębieni i przez kilka 

następnych dni Ŝaden promyk nadziei nie rozjaśnił czarnych myśli obu 

przyjaciół. Niespodziewanie zdarzył się wypadek, który zawaŜył na 

dalszych losach Irvina i Gordona.

Któregoś wieczoru Karol usłyszał stukot końskich kopyt po stwardniałej, 

kamienistej drodze, który ucichł nagle przed jego domem. Wyszedł na 

podwórko i ujrzał Roberta stojącego obok wyschłej studni. Przy nim — 

dwu męŜczyzn, a parę kroków dalej — trzy wierzchowce, dwa osiodłane, 

trzeci dźwigał juki.

— Co takiego?

background image

— Szukają wody — powiedział Robert.

— Wodę ma sąsiad — wyjaśnił Karol. — Zaprowadzę was.

— Daleko? — zapytał wyŜszy z nieznajomych. Głos miał dźwięczny, 

melodyjny, a oblicze mile uśmiechnięte.

— U sąsiada — powtórzył Karol. — Kilka kroków. Przejdziemy 

piechotą.

Zawrócili konie i ruszyli prowadząc je za uzdy. Na końcu człapał Robert 

zaciekawiony niespodzianą wizytą. Nieczęsto trafiali do Greenfield 

przyjezdni z dalekiego świata.

Przed zagrodą Irvina uwijał się tylko mały Clem w towarzystwie dwojga 

dzieci któregoś z farmerów. Na widok tylu ludzi przerwali zabawę i 

uciekli za naroŜnik domu.

— Robert — polecił Karol — poproś o wiadro.

Chłopak znikł w sieni, a po chwili pojawił się na progu razem z Irvinem. 

Wodę nabierano aŜ pięciokrotnie. Dwa pierwsze wiadra posłuŜyły do 

napełnienia skórzanych worów, jakie mieli ze sobą przybysze.

— Nie ma tu w pobliŜu rzeki? — zagadnął ten wyŜszy.

Robert roześmiał się.

— Wszystko spalone na popiół — wyjaśnił Irvin. — Wszystkie rzeczki i 

strumienie dawno wyschły. Nigdzie w pobliŜu nie znajdziecie wody, 

chyba w górach, ale to kawał drogi.

— Jakoś damy sobie radę. 

— Jedziecie na noc?

— To najlepsza pora. No, czas na nas.

— Daleko? — zdąŜył jeszcze zapytać Karol. Zamiast odpowiedzi — 

nieokreślony ruch ręką, który równie dobrze mógł wskazywać północ, 

południe, wschód lub zachód. Wskoczyli na siodła i wkrótce znikli w 

tumanie kurzu.

Stali we trzech ciągle jeszcze wpatrzeni w bury obłok kotłujący się nad 

background image

drogą.

— Dziwne — powiedział Gordon.

— Co masz na myśli?

— Wygląda na to, Ŝe przybyli z południa i odjechali na... południe.

— Szukali wody.

— Tak. Podejrzewam jednak, Ŝe przybyli z północy i okrąŜyli 

Greenfield. Dlaczego? Myślę, Ŝe zawrócili spostrzegłszy wyschniętą 

rzeczkę. To jednak dziwne, gdy na takim bezludziu unika się osad 

ludzkich, a przede wszystkim zajazdu.

— Nasz saloon i tak zamknięty, Karolu.

— Ale oni o tym nie mogli wiedzieć. Powiadam ci, Vincent, ta dwójka 

przed kimś ucieka i czegoś się lęka. Dlatego unikają ludzi.

Irvin wzruszył ramionami:

— A cóŜ to moŜe nas obchodzić?

— Przypatrzyłeś się ich twarzom?

— Tak. Nie dostrzegłem nic ciekawego.

— A mnie się nie podobały.

— To chyba nie ma Ŝadnego znaczenia — machnął ręką Irvin i odwrócił 

się w stronę domu: — Ciem, wracaj, juŜ na ciebie pora!

background image

Próba ratunku

— Vincent! Jesteś tam?

Głowa Irvina wynurzyła się z mrocznego wnętrza sionki.

— To wy, ojcze? U mnie jeszcze wszyscy śpią. Czy coś się stało?

Abel Meredith oparł się o poczerniałe belki studziennej cembrowiny.

— Chodź tu bliŜej, Vincent. Wstałem dziś wcześniej, Ŝeby nikt nie 

zauwaŜył, Ŝe do ciebie idę.

— O co chodzi, ojcze?

Abel począł grzebać w rozlicznych kieszeniach swej sfatygowanej kurty.

— Gdzieś mi się zapodziało — mruknął. — A przecieŜ musi być. O, jest!

Wydobył jakąś pomiętą złoŜoną kartkę. Gdy ją rozwinął, okazała się 

sporej wielkości, jednostronnie zadrukowanym arkuszem.

— Jest — powtórzył starzec. — Pamięć mam dobrą i wiem, gdzie co 

trzymam.

Irvin uśmiechnął się.

— Nie śmiej się, synu. To waŜna sprawa. Wiesz, co to takiego? — 

zapytał zniŜając głos do szeptu.

Farmer wzruszył ramionami.

— Taki papier nazywa się listem gończym. Niejeden raz miałem z tym 

do czynienia. No, popatrz. Tu na dole podpisany szeryf z Lubbock. Po 

tysiąc dolarów nagrody za dostarczenie Ŝywych lub martwych, ot, tu... 

Popatrz. Za odzyskanie łupu... dwa tysiące. Rozumiesz?

— Nie bardzo — wyznał Irvin. — Dajcie mi to, ojcze, niech sam 

przeczytam.

— Masz, czytaj!

Wręczył mu druk, ale dalej tłumaczył, podniecony:

background image

— Widzisz? Napadli na urząd poczty w Lubbock. DyliŜans z Wichita 

przywiózł pieniądze do banku. Czterdzieści tysięcy. Rozumiesz, chłopie? 

Nie pojmuję, dlaczego nie napadli na dyliŜans w drodze. MoŜe się 

spóźnili? Dopiero jak pocztmistrz wynosił torby z pieniędzmi z wozu, 

skoczyli przed budynek poczty. Jak tam było dokładnie, tego nie wiem. 

Woźnica został trafiony, pocztmistrz równieŜ i zdaje się jeszcze ktoś. 

Godzina była ranna, przechodniów mało, więc napastników nikt nie 

mógł zatrzymać.

Vincent oderwał wzrok od zadrukowanej kartki.

— O tym nic tu nie ma. Skąd tak dobrze wiecie, ojcze?

— Od ludzi, synu. Od ludzi.

— MoŜna sądzić, Ŝe Greenfield leŜy na rojnym szlaku, a przecieŜ od 

miesięcy poza tymi dwoma, co tu przedwczoraj prosili o wodę, nie 

widziałem nikogo obcego,

— Tak, tak, i właśnie o nich mi chodzi...

— Mówicie bardzo zawile.

— Jak ci się, zdaje, Vincent: skąd szeryf w Lubbock dowiedział się 

nazwisk napastników?

— Nic mi się nie zdaje.

— A więc, mój chłopcze, napastnicy nie zasłonili twarzy, a pocztmistrz 

ich znał. Źle to o nich świadczy, bardzo źle.

— Dlaczego? — zdumiał się Vincent.

— Dlatego, Ŝe widać mieli zamiar pomordować wszystkich świadków. 

Bo jak wytłumaczyć inaczej?

— Mało mnie to obchodzi — odparł Irvin zniecierpliwionym tonem. — 

Mam waŜniejsze kłopoty na głowie.

— Mylisz się, synu. Chyba przydałoby ci się dwa tysiące dolarów?

— O czym wy mówicie, nie rozumiem...

— Zastanów się chwilę, a zrozumiesz.

background image

— Jak to, wy uwaŜacie, Ŝe powinienem ruszyć za nimi? Chyba 

Ŝ

artujecie? To tyle co gonić wiatr po polach. śebym ich chociaŜ kiedy 

przedtem spotkał!

— A spotkałeś, spotkałeś. Nawet im pozwoliłeś konie napoić.

— Co?! — krzyknął farmer. — Więc to byli oni? Skąd wiecie? To 

niemoŜliwe.

— MoŜliwe. Przyjrzałeś się im dokładnie, chłopcze?

— Tak.

— No, to porównaj rysopisy. Pocztmistrz został tylko raniony i wszystko 

opisał.

Irvin znowu uniósł papier ku oczom. Czytał po raz drugi i bardziej 

uwaŜnie.

— Niby się zgadza — odezwał się po chwili. — I kolor włosów, i z 

grubsza wygląd twarzy. Ten pocztmistrz to bystry chłop!

— JuŜ ci mówiłem, Ŝe ich znał.

— Jeśli nawet... PrzecieŜ takich ludzi mogą być miliony. Znaki 

szczególne — pochylił głowę nad arkuszem — James Coffin... — 

Przerwał czytanie i spojrzał na Abla. — To chyba przezwisko. Coffin! * 

Brr, aŜ mnie ciarki przechodzą. Dobry musi być gagatek.

— Czytaj dalej.

— Znaki szczególne: głęboka szrama na prawej piersi, prawdopodobnie 

od cięcia noŜem. Włosy czarne. Rzeczywiście! Wystarczy teraz nakazać 

ludziom, aby chodzili bez kurtek, ojcze Ablu, a w mig znajdziemy pana 

Coffina!

— Nie kpij. Zobacz, co dalej.

— Edwin Wong. Znaki... brak środkowego palca u lewej dłoni. Hm, to 

juŜ lepiej. Włosy rude. Nieźle, chociaŜ rudych moŜna liczyć na tysiące. 

W sumie... tyle, co nic. Nie wróŜę sukcesu poszukiwaczom, jeśli nie 

znają osobiście obu gagatków. Dziękuję, ojcze. Nic mi z tego — wes-

background image

tchnął i oddał arkusz Ablowi.

— Nie, nie, zatrzymaj sobie. I dobrze się namyśl, Vincent. Z całego 

Greenfield tylko ty jeden ich widziałeś.

— Gordon ich widział równieŜ. I jego chłopak. Jeśli to są oczywiście ci 

sami ludzie. — Zamyślił się chwilę: — Wiecie co, ojcze? Wpadnijmy do 

Gordona.

Abel nie dał się prosić. Ruszyli pod górkę, a potem przez mostek. Po 

drodze minęli się z Robertem gnającym z pustymi wiadrami. Gordon 

siedział na ganeczku i ćmił fajkę.

Coffin (ang.) — trumna.

— Co nowego? — zaniepokoił się widząc Irvina o tak wczesnej porze.

— I wiele, i nic. Niech ci ojciec Abel opowie, ale najpierw popatrz na to 

— wsunął mu w rękę list gończy.

Gordon przeczytał pobieŜnie:

— Chyba nie zamierzacie ich ścigać?

— Tysiąc dolarów postawiłoby mnie na nogi — odparł Vincent — ale...

— Ale nie ruszysz się stąd. Nie moŜesz zostawić Becky samej. TeŜ 

pomysł!

— Zastanówcie się — powiedział Abel Meredith. — Nikt jeszcze, poza 

naszym szeryfem, o tym nie wie. A tamci nie odjechali daleko.

I powtórzył to, o czym juŜ rozmawiał z Irvinem. Karol pokiwał głową.

— MoŜe to oni, moŜe nie oni. Historia prawie beznadziejna. Bardzo wam 

jestem wdzięczny, ojcze, ale Ŝaden z nas nie wplącze się w taką 

awanturę.

Ojciec Abel nic na to nie rzekł. Poklepał jednego i drugiego po plecach i 

odszedł.

Siedzieli w milczeniu, obserwując oddalającą się sylwetkę starego 

trapera. Pierwszy odezwał się Karol:

— To jednak interesująca sprawa. MoŜe naleŜałoby sprawdzić, kim byli 

background image

ci dwaj spragnieni wędrowcy? Nie mam tu nic do roboty, po prostu 

nudzę się. Myślę, Ŝe gdyby tak spróbować... Przypomniałbym sobie 

dawne lata.

— Boss — odezwał się Robert zbliŜywszy się niepostrzeŜenie. — Abel 

się nie myli.

— Patrzcie go! A ty skąd wiesz?

— Ojciec Abel pytał się mnie, czy któryś z tamtych ludzi nie miał... palca 

u ręki.

I rzeczywiście, nie miał! ZauwaŜyłem, kiedy brał wiadro.

— Trzymaj język za zębami — zwrócił się Karol do Roberta. — Nikomu 

ani słowa.

— Pan mnie z sobą zabierze, prawda?

— To i o tym juŜ wiesz? Nie, mój chłopcze. Za bardzo cię lubię. 

Zostaniesz, Ŝeby pilnować domu, a teraz idź napoić konia.

— Karolu, to nie ma sensu — szepnął Vincent, gdy Robert znikł im z 

oczu.

— Sam się nad tym zastanawiałeś.

— Prawda. Mógłbym umieścić Becky w szpitalu.

— Pomyślałem o tym samym. Ty jednak... wybacz... kiepsko strzelasz, 

nie znasz się na tropach, zabłądzisz i wrócisz z niczym. W najlepszym 

wypadku. Bo jeŜeli to są naprawdę oni i jakimś cudem byś ich dognał, 

mogłoby być gorzej.

— Przesada. Po końskich śladach nie zabłądzę, a co się tyczy strzelania... 

Pamiętasz? Dwa lata temu zająłem pierwsze miejsce w konkursie 

strzeleckim Greenfield.

— Ale ja nie brałem w nim udziału. Jeśli nawet jesteś wśród farmerów 

najlepszym strzelcem, to jeszcze nie powód do dumy. Byle zabijaka ma 

pewniejszą rękę od ciebie. I lepsze oko. Wybij sobie to z głowy. Nie 

pojmuję, jak Abel, zdawałoby się taki rozsądny człowiek, mógł ci 

background image

podobną myśl podsunąć? Widać się starzeje.

— Po prostu zna moje kłopoty.

— Dlatego wysyła cię na tak wątpliwą wyprawę? A niech go... Co mu 

odpowiedziałeś?

— śe to beznadziejna sprawa.

— Słusznie! A teraz zmieniłeś zdanie. Polowanie, na które mnie 

namawiałeś, to dziecinna zabawka, w porównaniu z tym...

— Karolu — przerwał gwałtownie Irvin — to moŜe ostatnia szansa dla 

mnie! Coraz lepiej to dostrzegam. Nie pojmujesz?

— Tylko bez paniki! Pośpiech to zły doradca, a strach... jeszcze gorszy.

— WskaŜ mi jakieś inne wyjście z sytuacji.

— Będziesz je miał. Moja w tym głowa.

— Uczyniłeś dla nas wystarczająco duŜo. Teraz kolej na mnie. Zrozum, 

od wizyty doktora ja tu miejsca sobie nie mogę znaleźć. Jeśli mnie nie 

puścisz, zabieram Becky i Clema i wyjeŜdŜam.

— Uspokój się, Vincent. W zdenerwowaniu zaczynasz gadać głupstwa. 

Dokąd wyjedziesz, za co wyjedziesz? Zastanów się!

Irvin odetchnął głęboko, chwilę siedział w milczeniu, potem podniósł się 

z ławy:

— Przepraszam cię. Wszystkiemu winne gorąco. Idę juŜ, muszę to 

przemyśleć...

Gdy zniknął na drodze, Karol przywołał Roberta.

— Słuchaj — powiedział — wygląda na to, Ŝe będziemy musieli się 

rozstać. Nie rób takiej grobowej miny. To na krótko. MoŜe na tydzień, 

moŜe na dwa. Przez ten czas będziesz pomagał Irvinowi. Pani Becky jest 

chora, jeśli spadnie deszcz, Irvin nie da sobie rady z robotą w polu.

— Czy to pana ostatnie słowo, boss?

— Nie ostatnie, ale najwaŜniejsze.

— A gdybym wyruszył za panem?

background image

— Zapomnij o tym. Musielibyśmy się rozstać raz na zawsze. To powaŜna 

sprawa, Robercie. Nie pora na Ŝarty. Musisz trzymać język za zębami aŜ 

do mego powrotu. Tylko Irvin moŜe wiedzieć, dokąd wyruszyłem, innym 

gadaj, Ŝe na polowanie. A teraz oczyść konia i obejrzyj mu dobrze nogi.

Robert pomaszerował do stajenki, a Karol zamknął się w izbie. Otworzył 

wielki drewniany kufer i z jego wnętrza wydobył od dawna nie uŜywany 

pas i dwa rewolwery, a potem zdjął ze ściany swój czternastostrzałowy 

winchester. Rozebrał broń na części, oczyścił starannie, uwaŜnie złoŜył. 

NaleŜałoby wypróbować, jak ta broń się spisuje — nie uŜywał jej od lat. 

Po krótkim namyśle zrezygnował jednak z zamiaru. Huk strzałów 

ś

ciągnąłby ciekawskich. Schował więc rewolwery do skrzyni, sztucer z 

powrotem umieścił na gwoździu i poszedł do stajni, gdzie Robert w 

pocie czoła szczotkował Karolowego bułanka. Gordon obejrzał konia od 

pęcin po kark i pokiwał smętnie głową: koń zbyt rzadko był 

wyprowadzany, no i niewiele wart jest koń, którego uŜywa się i pod 

siodło, i do zaprzęgu.

— Jakoś to będzie — mruknął.

— Co pan mówi?

— Mówię, Ŝe to nie najlepszy mustang — odparł Ŝartobliwie. — Zbyt 

często chodził przed pługiem.

— I ja tak myślę. — Robert westchnął. — To niech juŜ pan weźmie 

mojego. On się jeszcze nie odzwyczaił od galopu.

Chłopak mówił prawdę. Jego koń nigdy nie był uŜywany do robót w 

polu. Robert często na nim jeździł, aby wierzchowiec — jak mówił — 

“nie zastał się".

— Nie będziesz Ŝałował?

— Niech pan bierze, inaczej nie moŜna...

W drugim kącie stajni stał konik, którego bez trudu moŜna by rozpoznać 

wśród tysiąca innych: czarny w białe łatki. Obejrzeli go dokładnie, potem 

background image

ś

ciągnęli siodła wiszące pod pułapem i równie dokładnym poddali 

oględzinom.

Wieczorem Karol odwiedził Irvina i jak najbardziej swobodnym tonem 

oświadczył, Ŝe jutro o świcie wyrusza. Zaskoczyła go, a nawet zanie-

pokoiła, reakcja przyjaciela. Irvin przyjął wiadomość bez protestu, 

prawie apatycznie.

— Kazałem Robertowi mówić, Ŝe wyjechałem na polowanie. O to samo 

ciebie proszę. A teraz czas na mnie, muszę się dobrze wyspać.

Wyszli na drogę.

— Karolu, jak widzisz, nie spieram się więcej. Ale musisz mi przyrzec, 

musisz mi dać słowo, Ŝe jutro przed samym wyjazdem wpadniesz do 

mnie.

— Ruszam przed świtem.

— Nie szkodzi. I tak będziesz tędy przejeŜdŜał.

— Ale o co chodzi? — zaniepokoił się Gordon. — MoŜe ty chcesz ze 

mną jechać?

— Nie. Obiecuję ci to. Więc przyrzekasz? 

Gordon zdziwiony przyrzekł, ale później nie spał pół nocy rozmyślając 

nad dziwnym Ŝądaniem przyjaciela. Jeszcze o szarówce zerwał się i 

polecił Robertowi osiodłać konia. Sam pognał wśród mroku do zagrody 

Irvina. Na drzwiach domu, na głucho zawartych, wisiała biała kartka. 

Zerwał ją, przysunął do oczu i z trudem odczytał:

“Idź koniecznie do szeryfa. Opiekuj się Becky i Clemem. Powiedziałem 

im, Ŝe ruszam na polowanie. Nie zdradź mnie. Vincent."

W Karola jakby grom strzelił. Przeczytał kartkę kilka razy, sądząc, Ŝe go 

wzrok myli. Nie budząc nikogo wrócił do domu. Irvin wyruszył ścigać 

bandytów! To jasne! Ale nie mógł odjechać daleko. Wystarczy popędzić 

konia, aby doścignąć wariata (tak go Karol w myślach nazwał) i 

zawrócić z wariackiej wyprawy. Ale najpierw — szeryf. Karol 

background image

zdecydował się iść do Fawkesa natychmiast. KaŜda minuta jest cenna.

Długo łomotał do drzwi — Lucas Fawkes miał mocny sen. Wreszcie 

przebudził się. Wyszedł rozespany, z wielkim coltem w prawicy. Sądził, 

Ŝ

e to napad, bowiem nigdy mu się w Greenfield nie zdarzyło, aby go 

ś

ciągano z łóŜka przed świtem.

— Gordon! — krzyknął zaskoczony. — Co się stało?

— Przepraszam, szeryfie — odezwał się Karol moŜliwie 

najspokojniejszym głosem. — Rzeczywiście, pora trochę zbyt ranna...

— Ranna! — wybuchnął Fawkes. — PrzecieŜ to jeszcze noc.

— Noc — zgodził się potulnie Karol — ale na drzwiach domu Irvina 

znalazłem przed chwilą kartkę, której treść mocno mnie zaniepokoiła.

Podał szeryfowi papier. Ten przetarł oczy, przeczytał.

— Wiem o tym — stwierdził. — Wszyscy powariowali. Jeden budzi 

mnie w środku nocy, drugi w kilka godzin później.

— Co z Irvinem?

— Pojechał ścigać tych bandytów.

— Jak mogliście, szeryfie, zgodzić się na to?

— On się mnie nie pytał o pozwolenie.

— PrzecieŜ to samobójstwo! — zirytował się Karol. — Muszę go 

dogonić.

Fawkes pokiwał głową:

— Szukaj wiatru w polu. Nie dogonisz. Wyjechał przed północą. 

Zresztą... myślę, Ŝe Irvin nie dogoni tamtych. Na to najbardziej liczę. Bo, 

prawdę mówiąc, Irvin to kiepski strzelec i kiepski traper.

— Muszę go dogonić — powtórzył Gordon. — Nie wiecie jeszcze, 

szeryfie, Ŝe to ja właśnie miałem jechać...

— Hm, to by bardziej pasowało. śebym wiedział...

— Ruszam za nim natychmiast.

— Nie rób tego, Gordon. Jesteś nie tylko jego sąsiadem, ale i jego 

background image

przyjacielem. Pani Becky nie da sobie rady bez twojej pomocy. Irvin, jak 

tu był w nocy, prosił, abym ci o tym przypomniał. Prosił równieŜ, by o 

prawdziwym celu wyprawy nikomu nie mówić, nawet jego Ŝonie.

— Sądzę, Ŝe dognam go w ciągu kilku godzin i zawrócę. Do zobaczenia, 

szeryfie!

Nie czekał na odpowiedź i pognał do swej zagrody. Stracił juŜ sporo 

cennego czasu.

— Robercie — powiedział zadyszanym głosem, wskakując na siodło — 

Irvin ruszył ścigać bandytów. Jadę za nim. Jeśli go dziś dopadnę, zmuszę 

do powrotu. Powiedz pani Becky, Ŝe pojechałem popolować i ani słowa 

więcej nikomu.

Kopyta zadudniły po stwardniałym gruncie. Początkowo jechał stępa, 

dopiero kiedy minął ostatnie gospodarstwo, zmusił konia do galopu. 

Jechał prosto na południe, na los szczęścia i na własne — jak to sam 

określił — wyczucie. Ciągle jeszcze otaczał go mrok. Dzień walczył z 

nocą. Raz po raz nad ziemią przepływały tumany ciemności 

przesłaniające wszystko dokoła. Wówczas Karol hamował bieg konia. 

Wiejska droga dawno juŜ się skończyła, a samotny jeździec gnał teraz 

ledwie wydeptaną ścieŜką albo zupełnym bezdroŜem, prerią, na której 

łatwo trafić na zryte przez świstaki nory. I gdyby koń wpakował nogę w 

taki dół... Karol spocił się na samą myśl o tym. Niebo i ziemię poczęła 

wreszcie rozjaśniać przedranna szarówka. Zatrzymał wierzchowca. 

Zeskoczył. Schylony, przyglądał się spopielałym trawom i ceglastej 

glebie. Kolumna czerwonego blasku wystrzeliła zza horyzontu — jak 

okiem sięgnąć, ciągnęła się przed nim bezkresna przestrzeń koloru krwi. 

Przystanął, przeszedł kilkadziesiąt kroków raz w prawo, raz w lewo.,. 

Gdyby był zwykłym farmerem nic by nie zauwaŜył, ale młodość Gordona 

nie upłynęła na orce, bronowaniu i siewach. Dlatego potrafił dostrzegać 

to, co uchodziło oczom innych. Tak właśnie i teraz: o jakieś dwa jardy w 

background image

bok ujrzał stratowany pas ziemi. Odbicia kopyt nie znalazł, gleba była 

zbyt sucha, ale skamieniała glina została pokruszona. Ślad ten biegł w 

południowo-zachodnim kierunku. Deszcz zatarłby go natychmiast, burza 

piaskowa by go zasypała, tak był nikły. Ale Karol stwierdził, Ŝe był to 

ś

lad nie jednego konia. A ilu? Na takie pytanie nawet najdoskonalszy 

tropiciel nie potrafiłby odpowiedzieć. A czy ślad prowadził z Greenfield? 

Zbyt daleko musiałby się wracać, aby to sprawdzić. Liczył jednak na 

odrobinę szczęścia i postanowił trzymać się tego tropu, jedynego zresztą, 

na jaki trafił.

Dzień wstawał jasny i zapowiadał gorące godziny. Białe obłoczki na 

niebie odpływały coraz dalej i dalej, jakby w panicznej ucieczce przed 

nadciągającym słońcem, które podnosiło się nad tą wymarłą krainą. 

Gdzieś o sto mil ku południowemu zachodowi zaczynały się granice  

Llano Estacado — obszaru jeszcze bardziej wrogiego człowiekowi. Czy 

wydeptany szlak powiedzie w głąb tej pustyni, czy teŜ okrąŜy ją — od 

tego zaleŜało bardzo wiele. Karol przewidywał, Ŝe bandyci kierują się ku 

granicy meksykańskiej. PrzecieŜ tylko w ten sposób zdołaliby uratować 

swe głowy i skorzystać z łupu. KaŜdy inny kierunek prowadził w głąb 

bezdroŜy, na których moŜna było ukrywać się nieskończenie długo, ale 

gdzie pieniądz nie przedstawiał Ŝadnej wartości. A listy gończe, mimo Ŝe 

wędrowały powoli, musiały wreszcie dotrzeć do wszystkich szeryfów 

Teksasu, a nawet sąsiednich terytoriów i stanów: Nowego Meksyku, 

Arkansasu, Luizjany. KaŜdy przybywający na te rzadko zaludnione 

ziemie musiał zwrócić uwagę zasiedziałych tu mieszkańców. Tak więc 

bezpieczne Ŝycie czekało rabusiów tylko na drugim brzegu Rio Grandę 

del Norte, a najbliŜsza do tej rzeki droga wiodła właśnie przez pustynię  

Llano, przez koryto Pecos i dzikie pasmo gór Sacramento. Gdyby jednak 

bandyci z obawy przed zbłądzeniem wybrali szlak okręŜny, dłuŜszy, 

miałby więcej szans, by ich doścignąć, a przede wszystkim podąŜającego 

background image

za nimi Irvina.

Niestety, nadzieja zawiodła. Dobrze juŜ po południu Karol zauwaŜył, Ŝe 

smuŜka pokruszonej gliny wiodła wprost ku  Llano. W dwie godziny 

później dostrzegł na horyzoncie, tuŜ nad ziemią, pasemko szarości. 

Ś

wiatło słoneczne zbladło, niebo zaciągnęło się ciemną mgłą, a w końcu 

dmuchnął suchy i gorący wiatr. Nadciągała burza piaskowa.

Karol natychmiast zawrócił. Gładka płaszczyzna nie dawała Ŝadnego 

schronienia. Zmusił konia do galopu, lecz huragan doścignął go i 

ogarnął. Musiał zeskoczyć z siodła, usiąść na ziemi tyłem do wiatru i 

czekać. Nic, tylko czekać. Jak długo? Godzinę, dwie, trzy... cały dzień, 

całą noc? I co chwila strząsać z siebie warstwę dokuczliwych, miałkich 

jak mąka ziarenek, które wciskały się za ubranie, zatykały uszy, zalepiały 

oczy.

Miał jednak szczęście. Po trzech godzinach huragan minął, rozwidniło 

się. Ale to było ostatnie szczęście Karola podczas tej wędrówki. Gdy 

wiatr ucichł, powierzchnia ziemi wyglądała jakby dokładnie omieciona 

gigantyczną szczotką. Znikła wydeptana ścieŜka, znikły pod warstwą 

pyłu wszelkie ślady.

— Chciało mi się płakać — stwierdził Karol opowiadając Irvinowi po 

wielu, wielu dniach historię swego pościgu. — Gdybym cię wówczas 

spotkał, rzuciłbym się chyba na ciebie z pięściami! Taki byłem wściekły, 

taki zrozpaczony!

Trudno się dziwić. Burze piaskowe nie tylko zacierają wszelkie ślady, ale

wywołują w człowieku niesłychane napięcie nerwowe, zwiększają 

pobudliwość.

Jeszcze przez kilka godzin Karol krąŜył tu i tam, bez rezultatu. Późną 

nocą kopyta jego konia na nowo zatętniły na ubitej drodze Greenfield. 

Kiedy zeskoczył z siodła, nogi się pod nim ugięły. Siadł na obramowaniu 

studni, niezdolny do zrobienia jednego nawet kroku. Odpoczywał tak, 

background image

dysząc, aŜ otworzyły się drzwi domostwa i Robert stanął na progu.

background image

Spotkanie

Gdy skończył opowiadać, Abraham Lamb przez dobrą minutę milczał i 

kiwał głową.

— PokaŜ mi swą pukawkę, synu — odezwał się wreszcie.

Wziął strzelbę, popatrzył, otworzył zamek, zajrzał do środka.

— Nabij i chodź ze mną. 

Irvin spełnił Ŝądanie.

— Stań tutaj. Widzisz tamtą plamkę?

Zatrzymali się na środku zielonej hali. Plamka była niewielkim, 

czerwonym kółkiem występującym na szarym tle litej, pionowej skały, 

ograniczającej kotlinkę.

— Spróbuj trafić. Chcę wiedzieć, jak strzelasz.

Irvin złoŜył się i pociągnął za cyngiel. Pierwszy pocisk chybił. Wpadł w 

ś

cianę poza czerwonym rąbkiem plamy. Drugi poszedł śladem 

pierwszego, dopiero trzeci musnął skraj czerwonego kółka.

— Jeszcze raz — rozkazał Lamb.

Irvin znowu przycisnął kolbę do ramienia. Teraz kula przebiła sam 

ś

rodek celu. 

— Dosyć. Na cztery strzały tylko jeden taki, jaki być powinien. Co z tego

za wniosek?

— Nie wiem — odparł farmer i uśmiechnął się. Po raz pierwszy odkąd tu 

przybył.

— Jesteś zdolny, masz dobre oko i Ŝadnej wprawy. Po miesiącu ćwiczeń 

stałbyś się niezłym strzelcem, ale teraz...

— Ale teraz? — powtórzył Irvin i uśmiechnął się po raz drugi.

— Nie powinieneś ich ścigać, bo moŜesz doścignąć tylko własną śmierć. 

background image

Bądź wdzięczny pumie, Ŝe pozbawiła cię konia. Tak, tak — Lamb 

bacznie spoglądał na Irvina. — Więc co masz zamiar czynić, mój synu?

Uśmiech zniknął z twarzy farmera.

— Jeśli mi nie dacie muła, ruszę dalej piechotą — odparł twardo — i 

nigdy wam tego nie zapomnę.

— Uparty — mruknął traper.

— Wracać piechotą czy iść naprzód to jeden trud. MoŜe właśnie w ten 

sposób zdobędę konia? JakŜe mógłbym bez niego wlec się przez piaski  

Llano?

— Lepsze to niŜ śmierć.

— Nie wrócę. Mój powrót niczego nie zmieni.

— Powiadałeś, Ŝe twój przyjaciel...

— Mówiłem — przerwał gwałtownie Irvin — i dlatego właśnie... — 

odetchnął głęboko. — Nie potraficie zrozumieć? Karol chciał jechać za-

miast mnie i na pewno tak postąpi, jeśli przerwę pościg, ale wówczas 

będzie za późno. Zanim dowlokę się do Greenfield, minie kilka dni.

— Prawda. Słuchaj, synu... — traper jak gdyby rozwaŜał kaŜde słowo. — 

Ja ci... poŜyczę muła.

— PowaŜnie mówicie?! — Irvin nie mógł uwierzyć w nagłą zmianę 

decyzji.

— Tak. Dasz słowo, Ŝe na tym mule wrócisz do Greenfield. Wierzę, Ŝe 

mnie nie oszukasz. Zgoda?

— Nie! — Irvin krzyknął, aŜ echo poszło po skałach.

— Co za upór, co za upór? Hm, podobno upartym szczęście sprzyja. 

Chodź.

Podniósł się z ziemi i skierował się ku drzwiom prymitywnej stajenki.

— Zabieraj muła. Mam juŜ ciebie dosyć! Ale pamiętaj: jeśli nie 

zwrócisz, skrzywdzisz mnie, a ta krzywda kiedyś na tobie się zemści.

Irvin zaniemówił na chwilę.

background image

— PoŜyczacie? — szepnął zdławionym głosem. — Niech we mnie 

piorun strzeli, jeśli wam nie zwrócę!

— Bardzo się z nim zŜyłem. To moŜe się wydawać nieprawdopodobne, 

ale ja wolę to zwierzę niŜ człowieka.

W ciemnym wnętrzu stajenki rozległo się potupywanie.

— Przyjrzyj mu się, Irvin. Widzisz, chciałem cię przekonać, nawet 

nastraszyć. A teraz wierzę, Ŝe ruszyłbyś w pościg piechotą, bezsensownie 

i głupio. Wyprowadź muła i jedź. Do zachodu masz sporo godzin.

Pomógł osiodłać zwierzę i napełnić skórzane wory wodą. A później, gdy 

Irvin znajdował się juŜ na siodle, rzekł:

— To tresowany muł. Gdy go będziesz chciał przywołać, gwizdnij. Ot, 

tak — wykrzywił śmiesznie wargi i wydał wysoki, przenikliwy, 

tremolujący ton. — Ładnie, co? To nie jest zwykłe gwizdanie i dlatego 

nie kaŜdy potrafi przywołać mego muła. Spróbuj. Nie, nie tak. Posłu-

chaj...

— Nie szkoda czasu? Chciałbym juŜ ruszyć.

— Nie szkoda. Zbyt małą wagę przywiązujesz do drobiazgów. Takie 

gwizdanie uratowało mnie kiedyś od pala męczarni. Wpadłem w łapy 

Komanczów. Związali tak, Ŝe czubkami palców nie mogłem ruszać. 

Rankiem planowali ćwiczyć się na mej skromnej osobie w strzelaniu z 

łuków i rzucaniu tomahawków. Rozumiesz, nie mogłem na to przystać. I 

zanim ranek wstał, byłem wolny i daleko, daleko od nich. W nocy począ-

łem przywoływać swego muła. Cicho, cichuteńko, ale przecieŜ usłyszał. 

Podszedł do mnie i po-przegryzał rzemienie. On to potrafi. No, spróbuj 

gwizdnąć. O... znacznie lepiej. Teraz posłuchaj...

Z kim innym Irvin nie robiłby ceregieli, po prostu zaciąłby wierzchowca 

i skoczył przed siebie. Nauka gwizdania była śmieszna i denerwująca 

równocześnie, a jemu tak się spieszyło! JednakŜe wobec Lamba — 

któremu przecieŜ zawdzięczał i Ŝycie, i moŜność pościgu — musiał 

background image

uzbroić się w cierpliwość i tyle razy próbował oryginalnego gwizdu, aŜ 

go wargi rozbolały. Doczekał się wreszcie pochwały.

— Nieźle. MoŜesz ruszać. UwaŜaj: zjedziesz tym samym wąwozem aŜ 

do miejsca, w którym leŜy twoja klacz. Później prosto, prosto. Zresztą 

tam nie ma gdzie skręcić. Bywaj, synu!

— Dziękuję... Nikt dla mnie tyle nie zrobił...

— Nie przesadzaj — Lamb klepnął muła po zadzie.

Irvin ruszył w poprzek hali. Kamienistym wąwozikiem wśród rozpękłych 

skał aŜ ku znajomej ścieŜce. Muł stąpał pewnie po wyślizganych głazach. 

Irvin odwrócił głowę, aby nie widzieć Betsy. Usłyszał łopot potęŜnych 

skrzydeł. “Sępy" — pomyślał. Muł zastrzygł uszami. Po pewnym czasie 

skalista ściana, wyrastająca z lewej strony, urwała się raptownie, 

odsłaniając widok na rozległą, zieloną równinę. Drzewa rosły kępkami, a 

im dalej, tym było ich więcej. Ku odległym szczytom górskim ciągnął się 

juŜ jednolity gąszcz leśny. Wszystko to mieniło się w słońcu tysiącem 

odcieni.

Vincent Irvin nigdy dotąd nie zapuszczał się w głąb gór, był 

mieszkańcem równin. Dlatego zachwycił go ten widok tak róŜny od 

monotonnych płaszczyzn otaczających Greenfield. A powietrze? JakŜe 

inne, przesycone wilgocią i wonią jakichś roślin.

Jechał kłusa, głęboko oddychając. ŚcieŜka znowu poczęła się zwęŜać, 

więc posuwał się teraz stępa, ciągle obserwując daleką łąkę i daleki las, 

tam w dole. Śladów nie dostrzegał, dróŜka była kamienista, ale — jak 

twierdził Lamb — jedyna, która wiodła tędy na południe.

IleŜ to juŜ dni minęło, odkąd opuścił Greenfield? Przebył  Llano 

Estacado po wyraźnych tropach dwóch uciekających. Widział chmurę 

piaskowej burzy, która go ledwie musnęła bokiem, a później wspinał się 

na płaskowzgórze omywane przez wody Pecos, gdzie odciski kopyt były 

wyraźne, a czarny krąg wypalony ogniem świadczył o miejscu 

background image

obozowiska. Jeszcze cztery razy napotykał takie czarne koliska, wokół 

których walały się kości, resztki sucharów i fusy po kawie. Na koniec 

wjechał w węzizny gór Sacramento i to była ostatnia droga Betsy...

“A jednak los mi sprzyja — pomyślał i nadzieja wstąpiła w jego serce. — 

Spotkanie z Abrahamem Lambem to cud prawdziwy i chyba najgorsze 

juŜ minęło."

Przynaglił muła do biegu, ale wkrótce znów ściągnął cugle, zaskoczony 

nowym widokiem. Tam w dole daleką ścianą lasu przerzynała biała 

wstęga, u stóp której połyskiwała srebrna smuga rzeki, ciśnięta jak 

kowbojski pas między zielone trawy łąki. Mgła unosiła się nad 

wodospadem i wydało się Irvinowi, Ŝe czuje na policzkach kropelki 

wilgoci. A wyŜej, półkolem, oba krańce boru łączył powietrzny most — 

siedmiobarwna tęcza. Farmer odwykł od takich widoków. Zapomniał o 

nich na równinach Greenfield, w spiekocie bezwodnych, bezlistnych, 

beztrawiastych lat suszy. Wpatrzony w daleki obraz, oglądał szczegół po 

szczególe, aŜ dostrzegł coś nowego. NiŜej, znacznie niŜej tęczowego 

mostu i wodnej kurzawy, na tle ciemnej zieleni drzew płynęła ku niebu 

szara, wąska smuŜka. Ktoś o słabszym wzroku na pewno by jej nie 

zauwaŜył. Ala Irvin miał oczy sokole. W następnej chwili wykryły 

malutkie ciemne punkciki ruszające się to tu, to tam i wśród traw.

“Konie — pomyślał. — A ludzie? Chyba siedzą przy ognisku." Policzył 

ciemne punkciki. Siedem. A więc to nie ci, których ścigał. Indianie czy 

biali?... “Do licha! Tracę tylko czas. Czy to biali, czy Indianie, nic mi 

zrobić nie mogą. Zbyt są daleko."

Klepnął muła po szyi i ruszył naprzód. Raz szybciej, raz wolniej, w 

zaleŜności od stanu drogi. Zielona płaszczyzna niedługo towarzyszyła 

mu w wędrówce. Podbiegły ku niemu zbocza porośnięte czarnym lasem. 

Jednocześnie z prawej strony dźwignęła się stroma ściana, a ścieŜka 

poczęła spadać w dół, aŜ zgubiła się w bezdroŜach pierwotnego boru. 

background image

Owiał go wilgotny oddech puszczy. W głębi, wśród gęsto rosnących 

drzew i krzewów panował półmrok. Irvin zatrzymał wierzchowca, 

spojrzał za siebie i dostrzegł dalekie wierzchołki gór, za które krył się 

powoli czerwony krąg słońca. Postanowił rozbić obozowisko na skraju 

puszczy. Nie miało sensu jechać dalej. JuŜ teraz gęstniała wokół 

nieprzenikniona ściana ciemności.

Rozsiodłał muła, przywiązał go na długim rzemieniu do pnia, strzelbę — 

nauczony bolesnym doświadczeniem — wetknął pod pachę i zajął się 

przyrządzaniem wieczornego posiłku. Muł szczypał sobie raz trawę, raz 

liście. Irvin wygasił ognisko, podsunął siodło pod głowę, a lufę strzelby 

pod ramię i usiłował zasnąć, ale sen nie nadciągał. Tak działo się 

kaŜdego wieczoru, kiedy po trudach dnia zaczynał myśleć o swoich bli-

skich pozostawionych w Greenfield. Jak Becky znosi tę nagłą rozłąkę? 

Powiedział jej, Ŝe wybiera się na polowanie. Czy szeryf nie wydał tajem-

nicy? Bo Karola był pewien. Ale nie przewidział, Ŝe pościg będzie trwał 

tak długo... Dopiero teraz uświadomił sobie, jak bardzo się pomylił w 

obliczeniach. CóŜ, nie miał doświadczenia. Wędrówka ze wschodu na 

zachód, w wielkiej gromadzie ludzi — och, to było zupełnie co innego! 

Teraz mógł liczyć tylko na siebie...

Zapatrzony w srebrny rąbek księŜyca, długo jeszcze nie mógł się opędzić 

od niewesołych myśli. Wreszcie zapadł w sen bez marzeń i widziadeł.

Obudził go dziwny, nieznany głos ptaka, do złudzenia przypominający 

tony drewnianej fujarki. Dostrzegł muła stojącego spokojnie pod 

sąsiednim drzewem, dostrzegł na wschodzie róŜowe zorze bijące ku 

niebu zza gór. Wyszedł na skraj lasu, rozejrzał się. Było pusto i cicho. 

Nawet ptak umilkł. Poczuł chłód w kościach, bo noc była zimna jak 

zwykle w górach. Rozpalił ognisko, napoił muła, pokrzepił się gorącą 

kawą i postanowił spenetrować głąb puszczy. Jeśli nie ma innej drogi 

wiodącej ku granicy Meksyku, oni musieli równieŜ tędy jechać. Szedł 

background image

brzegiem lasu, wytęŜając wzrok i przywołując w pamięci wszystkie 

skromne doświadczenia nabyte podczas wielkiej wędrówki na Dziki 

Zachód. W pewnej chwili dostrzegł złamaną gałązkę, a kilka kroków 

dalej, na gęstym poszyciu, widniał pas zdeptanych traw i mchów. Ślady 

wydawały się zupełnie świeŜe. Ale Vincent Irvin zdawał sobie sprawę, 

Ŝ

e nie jest doświadczonym traperem — co zresztą stawiało go wyŜej od 

innych, słabo doświadczonych, lecz zadufanych w sobie — i zbytnio nie 

ufał swym oczom. W kaŜdym razie był to nieomylny znak, Ŝe idzie dobrą 

drogą i za dzień, za dwa dopadnie uciekinierów. A wówczas? Co 

wówczas?

Dziwne, ale Irvin nie zastanawiał się nad tym dotychczas. W chwilach 

odpoczynku myślał o Greenfield, o tych, których opuścił, a nie o tych, z 

którymi ma się spotkać. A podczas jazdy uwagę jego zajmowało 

wyłącznie śledzenie tropów.

Osiodłał muła, zadeptał ognisko i ruszył w głąb lasu. Otworzyła się przed 

nim zielona brama. Gdy ją przekroczył, znalazł się w świecie cieni i 

blasków, zielonych smug przesączających się przez liście i między 

konarami. Jechał wolno, z oczami utkwionymi w ziemię. Tropy to nikły, 

to pojawiły się na nowo.

Dobrze juŜ po południu wybrnął z leśnej plątaniny na skraj małej 

polanki, której środek zajmowało jeziorko o toni czarnej jak atrament. Po 

przeciwległej stronie bez trudu odnalazł ciąg dalszy wydeptanej 

kopytami ścieŜki — uciekający nie zatrzymywali się. Jechał więc tak, aŜ 

kolumny pni poczęły się stapiać w nieprzenikliwą ścianę ciemności. 

Irvin z niepokojem pomyślał, Ŝe przyjdzie mu nocować w tym gąszczu, 

gdy dojrzał w niewielkiej odległości róŜowawy blask zachodzącego 

słońca. Drzewa rzedły, w końcu Irvin wstrzymał wierzchowca. Kilka 

jardów przed nim ciągnęła się długa, piaszczysta wydma, dalej pluskała 

drobną falą szeroko rozlana rzeczka, czerwona od blasku wieczornej 

background image

zorzy. Przeciwległy brzeg dźwigał się gwałtownie i stromo znad nurtu, 

cały porośnięty starodrzewem. Na skraju wydmy Irvin odnalazł, wyraźne 

jak nigdy dotąd, odciski butów i podków, wielokrotnie krzyŜujące się z 

sobą. Prawdopodobnie pojono tu konie, a jeźdźcy równieŜ zaspokajali 

pragnienie i nie rozbijając obozowiska wjechali w rzekę. Tak głosiły 

tropy urywające się dopiero na granicy lądu i wody. Czy jednak 

uciekinierzy pojechali prosto do przeciwległego brzegu, czy ruszyli 

ś

rodkiem nurtu? Abraham Lamb wspominał o jednej tylko drodze 

wiodącej na południe. Ba, ale tu nie widać nawet śladu drogi. Po drugiej 

stronie rzeczki brzeg był zbyt stromy, aby go moŜna sforsować konno. 

Niestety, zapadła noc i farmer musiał odłoŜyć do następnego ranka 

zbadanie brzegów. Na drugi dzień wjechał w pluszczącą, chłodną wodę i 

ruszył z biegiem nurtu, upatrując dogodniejszego miejsca. Na koniec 

dostrzegł malutki parów zbiegający ku rzece łagodną pochyłością. 

Wjechał szybko pod górę między szpalerem drzew rosnących na 

krawędziach piaszczystych ścian. Ściany te malały z kaŜdym krokiem, 

wreszcie znikły. Irvin wydostał się na obły, nikłą trawą porosły pagórek i 

wówczas — zamiast ruszyć galopem — szarpnął gwałtownie cugle. 

Ujrzał po drugiej stronie pagórka, w leśnej przerywce, grupę ludzi na 

małych, chudych konikach z długimi grzywami.

“Indianie!" — pomyślał.

W pierwszym odruchu chciał zawrócić, ale zaniechał zamiaru. Wiedział, 

Ŝ

e zanimby osiągnął przeciwległy brzeg rzeki, zostałby pojmany. Nie 

sięgnął po broń, to nie miało sensu. Podniósł rękę z otwartą dłonią — 

tradycyjny znak pokojowych zamiarów. Jadący na czele kawalkady 

zatrzymał się tak blisko Irvina, Ŝe farmer poczuł ostrą woń końskiego 

potu, źle wyprawionej skóry i dymu, którym nasiąkła odzieŜ 

czerwonoskórego. Irvin ujrzał oczy badawczo weń wpatrzone, a nad nimi 

czoło przewiązane zbrudzoną chustą. Twarz poradlona głębokimi 

background image

bruzdami nic nie wyraŜała: nieruchoma jak wyrzeźbiona w kamieniu. 

Pierś okrywała bawełniana licha koszula, poplamiona i miejscami 

naddarta, przewiązana w pasie czymś, co przypominało kowbojski 

rzemień, i chyba tylko mokasyny były dziełem indiańskich rąk.

Wszystko to dostrzegł Irvin w mgnieniu oka, ale Ŝe nie znał się nic a nic 

na indiańskich plemionach, nie mógł odgadnąć, kim byli napotkani 

wojownicy.

— Dokąd jedziesz? — Pytanie padło nagle, wypowiedziane w zupełnie 

poprawnej angielszczyźnie, głębokim, gardłowym głosem.

Farmer uznał, Ŝe najlepszą odpowiedzią będzie stwierdzenie prawdy. Po 

cóŜ miał ją ukrywać?

— Do Meksyku.

— Pójdziesz z nami.

Irvin nie naleŜał do ludzi bojaźliwych, ale przy tym posiadał 

odpowiednią dozę rozsądku, co strzegło go przed bolesnymi skutkami 

porywczości. Więc i tym razem, chociaŜ go ogarnął uzasadniony gniew 

na to bezczelne Ŝądanie, zapytał bardzo spokojnie:

— Dlaczego?

— Blade twarze napadły na moich wojowników, Ŝeby im porwać konie.

— Nie kradłem waszych koni — zaprotestował farmer.

— Pojedziesz z nami — powtórzył Indianin — tak rozkazał...

Tu padło niezrozumiałe dla Irvina i trudne do zapamiętania słowo. 

Najpewniej imię jakiegoś wojownika, ale Irvin nic się nie znał na in-

diańskich dialektach.

Otoczyli go podczas tej rozmowy, ujęli muła za cugle i powiedli z 

powrotem ku rzece w zupełnym milczeniu. Irvin równieŜ się nie odezwał 

rozmyślając, jak by tu się wymknąć. Nie sądził jednak, aby cokolwiek 

mogło mu zagraŜać.

Przebyli koryto rzeczki, przejechali złocistą plaŜę, aŜ zatrzymali się w 

background image

cieniu pierwszych drzew. Jadący na czele krzyknął coś niezrozumiale, 

wojownicy zeskoczyli z wierzchowców. Irvin poszedł za ich przykładem. 

Paru Indian zaprowadziło zwierzęta do rzeczki, inna grupa przyniosła z 

lasu naręcza suchych gałęzi. Farmer siadł pod pniem, mając widok na 

rzekę, na plaŜę i na uwijających się czerwonoskórych. Ilu ich było? 

Starał się policzyć, ale Ŝe znajdowali się w ciągłym ruchu, rachunek 

mylił się. Począł więc rozmyślać. Co to byli za złodzieje indiańskich 

koni? MoŜe w ogóle nie istnieli? MoŜe to tylko pretekst dla grabieŜy? 

Nabrał takiego podejrzenia stwierdziwszy, iŜ napastnicy wyglądali na 

gromadę łachmaniarzy, konie mieli chude, broń byle jaką i robili 

wraŜenie głodomorów. Słowem — w niczym nie przypominali nieledwie 

elegancko odzianych Apaczów, z którymi Irvin spotkał się przypadkowo 

podczas wędrówki na nowe ziemie. Wówczas rozstano się pokojowo. 

Być moŜe dlatego, Ŝe osadników była spora gromada, a wszyscy dobrze 

uzbrojeni; być moŜe dlatego, Ŝe napotkani wojownicy nie mieli zamiaru 

staczać walki. Ale ci? Dotychczas wprawdzie nie związano go i nie 

odebrano broni. Irvin nieraz jednak słyszał o luźnych watahach 

czerwonoskórych, złoŜonych ze zbieraniny uciekinierów z rozmaitych 

plemion, ludzi wyjętych spod prawa za czyny uznane przez 

współplemieńców za przestępcze. Karol Gordon, mimo Ŝe młody, a 

przecieŜ obieŜyświat, nieraz opowiadał o takich “bezplemiennych" 

grupach Indian stanowiących groźne niebezpieczeństwo nawet dla 

większych gromad wędrowców. CóŜ, byli to zwykli rabusie Ŝyjący z dnia 

na dzień. Niekiedy wśród takich zbójeckich watah znajdowali się Metysi, 

Mulaci, ba, nawet biali —

obiboki nie wiadomo z czego i jak Ŝyjący. MoŜe właśnie napotkany 

oddział naleŜał do tej “bezplemiennej" zbieraniny?

“JeŜeli zabiorą mi broń i muła — rozumował Irvin — to znaczy: skaŜą na 

ś

mierć z głodu."

background image

Rozejrzał się dokoła. Nikt go nie pilnował. Wojownicy nadal znosili 

chrust i poili mustangi. ZauwaŜył jednak, Ŝe pod sąsiednim drzewem 

siedział wódz tej zbieraniny, ze strzelbą między kolanami. Kiepsko. Irvin 

nie zdąŜyłby podbiec do swego muła, Ŝeby nie wywołać alarmu. Niby go 

nie pilnowali, a przecieŜ na pewno kaŜdy jego ruch był bacznie śledzony.

— Czego ode mnie chcą moi czerwoni bracia? — zapytał.

Twarz Indianina nawet nie drgnęła.

— Nie zrobiłem nic złego Ŝadnemu wojownikowi.

Cisza. Irvin zaciął zęby i postanowił wytrwać w milczeniu do 

niewiadomego końca. Oparł się jeszcze wygodniej o pień i 

przymruŜonymi oczami spoglądał na mieniące się w słońcu lustro rzeki. 

Indiańskie konie wytarzały się na piaskowej ławicy i teraz pociągnęły 

gromadą na skraj lasu, parskając i szczypiąc rzadkie kępki traw. Ognisko 

juŜ się paliło, a zapach pieczonego mięsa docierał aŜ tutaj. I nagle... 

Zagrzmiał głos strzału, echo poszło po wodzie, odbiło się o ścianę lasu i 

zgasło. Sekunda ciszy i wrzask czerwonoskórych.

Irvin zerwał się i skoczył za pień. Zagrzmiało po raz drugi i trzeci. 

Farmer ujrzał, jak siedzący pod drzewem wódz pochylił się na bok, a 

później wolno rozciągnął na ziemi. Strzelba o długiej lufie upadła na 

piasek.

background image

Old Gun

CóŜ to za dziwny człowiek! Nigdy do tej pory Irvin takiego nie spotkał.

Siedzieli obaj przy niewielkim ogieńku, pod skalną ścianą, od której 

padał szary cień zachodu.

— MoŜna się było obejść bez takiej strzelaniny — powiedział farmer 

nawiązując do przerwanej rozmowy. — Czterech zabitych, jeśli nie 

więcej. Okropność!

Nieznany towarzysz spojrzał nań, a twarz wykrzywił mu lekki grymas. 

Nie otworzył ust, ale Irvin poznał po oczach, Ŝe śmieje się jakimś dzi-

wacznym, bezgłośnym śmiechem. Nieznajomy jakby odgadł jego myśli.

— Nie dziw się — powiedział. — Takiego śmiechu nauczyłem się na 

Dzikim Zachodzie. Niekiedy dźwięk ludzkiego głosu równa się kuli albo 

strzale wypuszczonej z łuku, a przecieŜ nie zawsze moŜna się 

powstrzymać od wesołości, gdy przy wieczornym ognisku zbierze się 

gromada i pocznie gadać, i to jak gadać! Boki zrywać. Wówczas trzeba 

się śmiać... po cichu. Nauczyłem się tego doskonale. Jakem Old Gun *.

Old Gun? Aha, to przezwisko nieznajomego — Irvin skierował oczy na 

jego strzelbę. Old Gun natychmiast to zauwaŜył.

— Tak mnie nazwali jeszcze w Montanie — wyjaśnił. — Trochę dlatego, 

Ŝ

e strzelałem, nie chwaląc się, wcale nieźle. Ale przede wszystkim z 

powodu tej pukawki, bardzo starej. Zobacz.

Od pierwszej chwili spotkania Old Gun mówił na “ty", co zresztą Irvina 

wcale nie zaskoczyło.

Old Gun (ang.) — dosłownie: “Stara Strzelba".

background image

Broń była cięŜka, cięŜsza od wszystkich — nielicznych zresztą — 

strzelb, jakie farmer dotąd przykładał do ramienia. Ale broń Old Guna 

wprawiłaby w zdumienie nawet doświadczonego trapera. I to nie z 

powodu wagi, gdyŜ kolba była tak potęŜna, Ŝe jej uderzeniem moŜna 

chyba było zabić bizona. Uwagę zwracała lufa! Ściśle: trzy lufy 

zespolone z sobą w kształt trójkąta. Wszystkie nabijane z przodu, 

wyposaŜone w kurki i dające iskrę zapalającą proch.

— Nie uwierzysz — mówił Old Gun — Ŝe kiedy zima nastała i złapała 

mnie w tych przeklętych górach, a zabrakło kul, strzelałem kamykami. 

Nie sposób chybić.

Irvin Ŝywił nieco wątpliwości, czy rzeczywiście tak łatwo trafić z tej 

kolubryny, ale nie zaprzeczył.

— A gdy skończył mi się proch — ciągnął dalej traper — sam go sobie 

przyrządziłem.

Irvin roześmiał się.

— Wcale nie Ŝartuję. Od dawna znałem miejsce, w których znajdują się 

pokłady siarki. Znalazłem przez zwykły przypadek nieco saletry, a 

węgiel drzewny sam wyprodukowałem *.

Farmer nic na to nie odrzekł, bowiem na wyrobie prochu znał się tyle 

samo co na topografii... księŜyca.

— Cały kłopot wynikł na samym początku. Moja pukawka nie zawsze 

strzelała, niekiedy strzelała z sekundowym opóźnieniem. A zwierzęta nie 

lubią czekać na kulę. Później zacząłem mieszaninę przyrządzać lepiej i 

jakoś przetrwałem do wiosny. Za skórki nabyłem proch fabryczny. Jest 

jednak duŜo lepszy, a ołowiane kule niosą takŜe lepiej od najbardziej 

wygładzonych kamyków. Ale pewnie ciebie nudzę?

Jest to tak zwany proch dymny. Do jego wyrobu słuŜą istotnie trzy wymienione i w 

odpowiedniej proporcji bardzo dokładnie zmieszane składniki.

background image

Irvin zaprzeczył.

— Jesteś rolnik. To widać, mimo Ŝe włóczysz się po górach. W jakim 

celu? No i dałeś się złapać tej bandzie!

— Zaskoczyli mnie — odparł farmer. A mówiąc to znów zobaczył przed 

oczami, jak siedzący pod drzewem Indianin wali się na ziemię, jak jego 

towarzysze skaczą między zarośla, inni gnają na plaŜę chwytać rozbiegłe 

mustangi, jak ponownie ozwał się głos strzelby, jeden z wojowników 

padł twarzą w piach, a pozostali nurknęli w las. Nawet nie próbowali 

odpowiedzieć strzałami na strzały, taki ogarnął ich popłoch. W istocie 

rzeczy nie było jednak do kogo strzelać. Przeciwległy brzeg wydawał się 

zupełnie wymarły i tylko błękitny dymek ścielący się nad wodą 

ś

wiadczył, Ŝe ktoś uŜył tam palnej broni.

Irvin zastanawiał się, co ma uczynić. Jego muł osiodłany, ze strzelbą 

wepchniętą w futerał zwisający z kulbaki, przyplątał się nie wiadomo 

kiedy i stanął spokojnie w pobliŜu. CóŜ, moŜna by wskoczyć na siodło, 

zmusić zwierzę do galopu i szybko wycofać się z pola walki... JednakŜe 

to zbyt wielkie ryzyko, pędząc po otwartej przestrzeni łatwo oberwać 

kulę w plecy od czerwonoskórych albo dostać ładunek w piersi od nie-

znanego strzelca. Rozejrzał się dokoła. Indianie pochowali się, Ŝadnego 

nie było widać. Zaczął więc ostroŜnie przemykać się w bok, od drzewa 

do drzewa. Nie było to łatwe, bo musiał jednocześnie ciągnąć muła za 

uzdę, a zwierzę szło opornie, jakby w przeczuciu groŜącego niebez-

pieczeństwa. Po mozolnym przebyciu paru jardów Irvin usłyszał tępe 

stuknięcie, po nim drugie, trzecie... Padł na ziemię. Dwie pierzaste 

strzały utkwiły w pniu drzewa, które przed chwilą minął. Puścił cugle i 

począł czołgać się, ale zaniechał takiej wędrówki, bowiem muł nie ruszył 

jego śladami. Został w tyle, wraz z jedyną bronią, jaką Irvin posiadał. 

Irvin leŜał więc bez ruchu, na próŜno starając się wymyślić inny sposób 

background image

wybrnięcia z sytuacji. Wówczas ujrzał, jak z przeciwległego brzegu 

wypadł jeździec i skoczył w koryto rzeczki, aŜ srebrzyste bryzgi 

zasłoniły na chwilę i człowieka, i konia. Zanim zdołał przebyć nurt, 

zeskoczył z wierzchowca, który natychmiast połoŜył się na piasku, two-

rząc jakby Ŝywą tarczę dla strzelca, trzykrotnie zagrzmiał głos strzelby. 

Do kogo mierzono? Irvin nie mógł się zorientować. Teraz zobaczył, jak 

kryjący się za koniem człowiek w paru susach dopadł drzew, niedaleko 

miejsca, gdzie spoczywał. Znowu huknęła strzelba, a zaraz po niej ozwał 

się głos jej właściciela:

— Zabieraj się stąd! Skacz na siodło i wiej za rzekę. Ja przytrzymam tę 

bandę.

Irvin podniósł głowę.

— No, ruszaj się! Do ciebie mówię! Szybciej!

Łatwo mu było wołać, ale Irvin pamiętał o strzałach utkwionych w pniu 

drzew... Wówczas przypomniał sobie rady Abrahama Lamba. Zagwizdał. 

Udało się — muł podbiegł. Irvin podniósł się ostroŜnie. Idąc tuŜ przy 

głowie zwierzęcia znalazł się na granicy lasu. Wskoczył na siodło i w 

panicznym galopie przebył piaszczystą łachę. Oblała go fontanna wody 

tryskającej spod kopyt wierzchowca. Zupełnie przemoczony wjechał w 

parów i zatrzymał się dopiero za wzgórzem, w tym samym miejscu, w 

którym spotkał Indian. Zaraz usłyszał huk strzału, wrzask 

czerwonoskórych, tętent kopyt, plusk wody, znowu tętent, na koniec 

rozkazujący głos:

— Naprzód, kolego! Naprzód!

Zaciął muła i ruszył prosto przed siebie. Tak to wówczas wszystko się 

odbyło. Później jechali jeszcze bardzo długo, klucząc wśród zarośli, 

przekraczając rzeczkę raz i drugi, aŜ dobrze nad wieczorem zaniechali 

wreszcie dalszej wędrówki.

— Ta banda — powiedział Old Gun — ma na sumieniu wielu samotnych 

background image

wędrowców. Nie musisz Ŝałować czterech zabitych.

— Jeśli było ich tylko czterech — wyraził wątpliwość Irvin.

— Na pewno — stwierdził traper. — Ja się nie mylę. Tamte strzały w las 

oddałem dla postrachu. To tchórzliwa banda, ale Ŝe z ciebie, jak widać, 

prawdziwy greenhorn, nie wywinąłbyś się cało z tej zabawy.

— Obchodzili się ze mną dobrze. Ani mnie nie związali, ani nie zabrali 

muła.

— Wiem, wiem. Przypadkowo byłem świadkiem waszego spotkania. 

Zjawiłem się w samą porę, a nawet mi nie podziękowałeś.

Irvin zawstydził się: ale takie to wszystko było niespodziewane...

— Dziękuję... Jednak myślę — dodał przekornie — Ŝe wkrótce puściliby 

mnie. Ten ich dowódca podejrzewał, Ŝe brałem udział w napadzie na ich 

konie. Wkrótce wszystko by się wyjaśniło.

— Och, ty naiwniaku! — Old Gun znowu zaśmiał się swym bezgłośnym 

ś

miechem. — Te konie to tylko pretekst mający usprawiedliwić 

zwyczajny zbójecki napad.

— Nie rozbroili mnie — protestował Irvin.

— Uczyniliby to nieco później i bez ryzyka. Zostawiłeś przecieŜ fuzję 

przy siodle. Było to największe głupstwo z wielu innych, jakie musiałeś 

popełnić przedtem.

— Mówicie bardzo pewnie — obruszył się farmer — ale co moŜecie 

wiedzieć o mnie?

— śe jesteś spokojnym rolnikiem i Ŝe niepotrzebnie wyruszyłeś w te 

przeklęte góry.

— A wy? Co tu robicie?

— Och, to zupełnie inna sprawa. Ja się ciebie nie pytałem, co tu robisz.

Irvin skromnie przyznał rację.

— No widzisz. Ale wracam do rzeczy: kolejne głupstwo popełniłeś nie 

nadstawiając uszu. Indianie byli tak samo zaskoczeni spotkaniem, jak ty. 

background image

Miałeś takie same szansę, ale ich nie wykorzystałeś. Oni się szybko 

zorientowali, jaka łatwa zdobycz wpada im w łapy.

— Zdobycz? — zdziwił się farmer.

— Pewnie. Wszystko, co masz na sobie, stałoby się ich łupem, a na 

dodatek muł z uprzęŜą i broń. MoŜe i puściliby cię Ŝywego, ale bez 

odzienia, butów, strzelby. Oni niczym nie gardzą. To najzwyklejsi zbóje.

— Z jakiego są plemienia?

— Z jakiego plemienia? — powtórzył traper przedrzeźniając głos Irvina. 

— Z Ŝadnego, mój niespodziewany towarzyszu. Ta banda się rozdzieliła 

przed kilku dniami. Jedna grupa przeszła na meksykańską stronę 

próbować szczęścia.

— Dziwne — wyznał farmer.

— A dziwne, dziwne, mój ty naiwniaczku. Irvin pominął przytyk:

— Więc z tym gadaniem o napadzie na konie to było tylko kłamstwo?

— Prawie kłamstwo.

— Jak to: prawie?

— Widzisz, to właśnie oni, nie dalej jak wczoraj, chcieli zrabować konie 

i zdmuchnąć jeźdźców. Ale się im nie udało. Tamci byli szybsi. Dali 

błyskawicznie drapaka. To nie lada sztuka, gdy ma się ze sobą jucznego 

konia.

— Juczny koń! — wykrzyknął Irvin.

— Nie tak głośno — ostrzegł Old Gun. — CóŜ cię tak zdziwił juczny 

koń? Wiele jucznych koni stąpa po tej ziemi.

— To prawda — uspokoił się Irvin. — Widzieliście tamtych ludzi?

— Niezbyt dokładnie. Dwu ich było i trzy konie.

Irvin o mało nie krzyknął. Głos rozsądku kazał mu jednak zachować 

ostroŜność wobec człowieka poznanego zaledwie przed kilku godzinami. 

Więc udając obojętność zapytał:

— A jak oni wyglądali?

background image

— Interesują cię tamci ludzie?

— Interesuje mnie kaŜdy spotkany na tym bezludziu. Chyba zrozumiałe?

— Słusznie. Widzisz, ja się od nich znajdowałem na odległość strzału 

mej trójrurki.

— Braliście udział w walce?

— Nie było potrzeby. Wszystko przebiegło błyskawicznie. Tu biali, tam 

czerwonoskórzy. Paf. paf! Dwu Indian wali się na ziemię, a tamci w 

galop. Musieli jechać wprost na południe, na meksykańską granicę, ale 

skręcili natknąwszy się na tę bandę. Byli czujniejsi od ciebie, mój 

poczciwy człowieku.

— Nie jestem “poczciwym człowiekiem" — Ŝachnął się Irvin — ale i wy 

nim nie jesteście.

— Czemu to?

— Bo przyglądaliście się walce dwu ludzi przeciw całej gromadzie. Ja 

jestem zwyczajnym farmerem i znam się tylko na uprawie roli, ale w 

takim wypadku nie potrafiłbym być biernym widzem.

— I palnąłbyś głupstwo. Nie było potrzeby. Indianie wcale ich nie 

ś

cigali. Moja interwencja nic by nie pomogła, a tylko ściągnęła na mnie 

nieszczęście. Ty zaś leŜałbyś teraz na piachu, martwy jak kamień, albo 

szczękał zębami golutki jak nasz praojciec Adam.

— A jednak wystąpiliście w mojej obronie.

— Bo dla ciebie nie było ratunku. Nie potrafiłeś uciec, a ja nie potrafię 

przyglądać się, jak kogoś łupią ze skóry. Rozumiesz?

Irvin nie mógł odmówić słuszności takiemu rozumowaniu, więc umilkł.

— Dlaczego nie nosisz rewolwerów? — zagadnął Old Gun.

— Nigdy ich nie miałem.

— PokaŜ swą pukawkę.

Farmer wyciągnął z kulbaki lśniącą broń. Old Gun obejrzał strzelbę.

— Ładna — powiedział tonem, w którym brzmiała drwina. — Pewnie 

background image

jeszcze nie uŜywana.

— Miałem ją ze sobą podczas wędrówki na zachód. Od tamtego czasu 

wisiała u mnie w domu na ścianie.

Traper zachichotał:

— Znakomity uŜytek z broni, no, ale jak na rolnika... W kaŜdym razie 

jesteś nieźle wyposaŜony. Czternastostrzałówka.

— Winchester.

— Widzę, ale nie zamieniłbym się, chociaŜ czternaście kul to nie byle co. 

Bo moim zdaniem lepsza jedna kula, byle trafiła do celu, od setki 

robiących tylko dziury w powietrzu. Nie wiem, jak strzelasz, ale 

próbować teraz nie będziemy. Zbyt głośne tu echo.

Przez cały czas tej gadaniny twarz Old Guna, poczerniała od wichru i 

słońca, wyraŜała zupełną powagę, tylko siwe oczy błyskały wesołością. 

Nie przestając mówić, nie przestawał jednocześnie strugać małym 

kozikiem patyka, który trzymał w lewej dłoni.

— Taki juŜ mam zwyczaj — wyjaśnił dostrzegłszy zaciekawione 

spojrzenie farmera. — śeby ręce nie próŜnowały. Nauczyłem się tego 

podczas bezsennych nocy, właśnie po to, Ŝeby nie zasnąć. Zbyt mi się 

podobają moje włosy, aby je naraŜać na niebezpieczeństwo.

Po tych słowach zsunął na tył głowy pomięty i poplamiony kapelusz. 

Istotnie, czuprynę miał bujną, lekko szpakowatą, spadającą na czoło gę-

stymi kosmykami.

— Nie rozumiem — wyznał Irvin.

— A to proste. PrzecieŜ moŜna się obudzić bez skalpu.

Farmer wzdrygnął się lekko.

— Ale mam i inne rozrywki — opowiadał Old Gun. — Układam 

piosenki. To teŜ zapobiega drzemce.

Irvin uśmiechnął się tylko.

— Od lat myślę o kupnie gitary.

background image

Słuchacz zmierzył krytycznym wzrokiem pocerowane, pełne łat spodnie 

trapera, nie mniej sfatygowaną kurtkę i prawie rozlatujące się buty. 

Jedynie wielkie, meksykańskie ostrogi wyglądały imponująco, błyszcząc 

jak srebro i pomyślał, Ŝe Old Gun nieprędko będzie mógł sobie nabyć 

gitarę. Ale myśli tej nie wyjawił, rzekł tylko:

— Pewnie ostatniej zimy nie udało się polowanie na skórki?

— Skórki? Hm, uwaŜasz, Ŝe nie obłowiłem się i dlatego taki kiepski 

noszę przyodziewek? Rzeczywiście, ostatniej zimy niezbyt się napra-

cowałem. Uciekłem w cieplejsze strony. Do Meksyku. A wiesz 

dlaczego? Pewnie, Ŝe nie — odpowiedział sam sobie. — Skądbyś mógł 

wiedzieć? Znalazłem inną skórkę. Zobaczysz.

Dźwignął się z ziemi z młodzieńczą lekkością, a potem ukląkł przy 

siodle i długo gmerał w jukach.

— Masz — powiedział i rzucił długi, pękaty przedmiot.

Farmer schwycił cięŜki woreczek.

— Co to?

— RozwiąŜ.

Irvin z trudem rozsupłał rzemienny węzeł, sięgnął w głąb dłonią i 

wydobył na wierzch parę kanciastych, Ŝółtych bryłek. Największa sięgała 

rozmiarów włoskiego orzecha.

— Złoto? — zapytał zdumiony.

— Nugget. Najprawdziwsza Ŝyła-samoródka. Wcale jej nie szukałem, 

sama mi wlazła w ręce.

— Ile to warte?

— Trudno ocenić bez wagi, ale myślę, Ŝe ze dwa tysiące dolarów.

— Dwa tysiące!... — westchnął Irvin.

W pogoni za dwoma tysiącami dolarów wjechał w ten dziki i obcy mu 

ś

wiat, a końca sprawy nie widać. IleŜ to juŜ dni?

Old Gun zrozumiał westchnienie.

background image

— Nie musi się u ciebie przelewać — stwierdził — chociaŜ broń masz 

piękniejszą od mojej, a jeden twój but jest więcej wart niŜ wszystkie 

moje łachy. Ciągle się zastanawiam, dokąd ty jedziesz?

— Do Meksyku.

— Do Meksyku przez Sacramento? MoŜna i tak, ale raczej naleŜało 

skierować się bardziej na południe — pokiwał przecząco głową. — Nie, 

nie. W tym tkwi coś innego, ale to twoja sprawa. Posłuchaj.

Tu przyciszonym, nieco chrypliwym, ale przyjemnym głosem zanucił:

Gdzie wiatr, gdzie wiatr wiosenny dmie 

I wali kamienie w Ŝlebach, 

Tam noc, tam noc, gdy cicho śpią,. 

Rozpala gwiazdy nieba.

JuŜ płomień błyska na nowo,

ś

arzy się węgiel jak wiśnie.

LeŜę pod drzewem z siodłem pod głową

I czekam, co mi się przyśni...

Przerwał i spojrzał na Irvina.

— No co? — zagadnął. — Jak ci się podoba?

— Nadzwyczajnie — odparł farmer pełen szczerego podziwu. — Ja bym 

tak nie potrafił.

— Potrafiłbyś, potrafił. Trzeba się tylko do rzeczy przyłoŜyć. Spróbuj. Z 

początku pójdzie ci nieco trudno, ale potem...

— A skąd melodia?

— Trzeba posłuchać, jak szumi wiatr i jak trzaska drewno w ogniu. Z 

tego się rodzi moja melodia. Gdy ktoś ma kapinkę tego, co nazywają 

słuchem, szybko da sobie radę.

background image

— MoŜecie śpiewać w takich róŜnych lokalach w mieście — stwierdził z 

przekonaniem Irvin. — Pewnie zresztą tam powędrujecie. Ta Ŝyła złota, 

to muszą być grube pieniądze.

— Do miasta? Chyba po zakup prochu i kul i tej mojej gitary. Ale na 

dłuŜej? CóŜ bym tam robił? — Zajął się na nowo obstrugiwaniem pa-

tyka.

— Zaśpiewajcie jeszcze — poprosił farmer.

— Nie teraz. Późno juŜ, a jutro czeka mnie daleka droga. Ciebie równieŜ, 

jak się domyślam.

Przeniósł siodło pod potęŜny pień, połoŜył się i otulił nieco dziurawym 

kocem. Irvin równieŜ zajął się moszczeniem swego legowiska.

— Usiądź przy ogniu. Nie powinniśmy spać obaj. Ktoś musi czuwać.

— Po co? Tamci juŜ nas nie dogonią.

— Na pewno — przytaknął traper. — Wątpię, czy nawet próbowali 

ś

cigać po takiej nauczce, ale... — ziewnął — mogą znaleźć się inni.

— No, to co robicie, jak jesteście sami?

— Trochę drzemię, trochę czuwam i uwaŜam na swą starą.

— Na kogo?

— Tak nazywam klacz. Bestia ma wyostrzony słuch. Nic jej nie ujdzie. 

Potrafi parskaniem zbudzić mnie z najgłębszego snu albo łapie za but i 

ciągnie. No, dosyć gadania. Jak zobaczysz księŜyc nad tamtym szczytem 

— wskazał palcem — obudź mnie. UwaŜaj na moją starą. Jakby zaczęła 

się niepokoić, rób alarm. I dokładaj do ognia, nie za wiele, ale i nie za 

mało. Noce są tu chłodne.

Udzieliwszy tylu praktycznych rad, Old Gun przewrócił się na bok i 

jeszcze raz otulił kocem. Irvin pozostał samotny, (wydany na pastwę 

własnych myśli i kłopotów, o których zapomniał słuchając paplaniny 

trapera. Teraz na nowo opadły go wątpliwości. Pierwsza: w jaki sposób 

odnaleźć zagubiony trop uciekinierów? Old Gun powiódł go przecieŜ 

background image

gdzieś w bok i tak poplątał drogę, Ŝe Irvin nie potrafiłby wrócić do 

rzeczki. Druga: czy naleŜy poprosić trapera, aby pomógł? Ale wówczas 

wyjdzie na jaw, Ŝe kogoś ściga. Czy wolno się z tym zdradzić?

Z kolei myśli jego zwróciły się ku dalekiemu Greenfield, do Ŝony i syna. 

Co porabiają, jak Ŝyją? Karol na pewno dba o nich i zabiega o Ŝywność u 

szczodrobliwego wierzyciela, Fulk Bryana. Ale pewno niepokoją się o 

niego.

Dwa tysiące dolarów... Gdyby tak Old Gun poŜyczył tę sumę? I zaraz 

zadrwił z tej myśli. Podobna propozycja wyglądałaby na kpinę! MoŜe 

jednak poprosić, aby traper podprowadził go kawałek ku zagubionym 

tropom...

Dorzucił wiązkę patyków do ognia, a później zerknął na szczyt skały. 

Gwiazdy mrugały na bezksięŜycowym niebie, a Irvinowi wydawało się, 

Ŝ

e wartuje od wielu godzin. “Jak to on śpiewał? — wspomniał 

zadzierając głowę. — Chyba tak..."

Gdzie wiatr, gdzie wiatr wiosenny dmie 

I wali kamienie w Ŝlebach, 

Tam noc, tam noc, gdy cicho śpię, 

Rozpala gwiazdy nieba.

Nucąc tak bezgłośnie, obszedł wielokrotnie ognisko, zataczając coraz 

większe kręgi, aŜ znalazł się w zupełnych ciemnościach lasu. Przystanął, 

słychać było tylko narastający szum wiatru spływającego ze szczytów ku 

dolinom. Wysoko w górze gięły się niewidoczne czuby drzew. Kamienna 

iglica, ostra jak grot indiańskiej strzały, zamigotała srebrzystym 

blaskiem. Z przeciwległej strony dźwigał się po niebie okrągły talerz 

księŜyca. Czas zbudzić Old Guna.

Zawrócił. Przeszedł obok kościstej szkapy trapera, która stała 

nieruchomo z pochylonym łbem. Muł zdawał się równieŜ drzemać w 

background image

odległości paru kroków dalej.

— PrzywiąŜ go na lince — radził Old Gun. — Moja stara jest wybredna i 

nie znosi nieproszonego towarzystwa.

Sprawdził teraz linkę, czy aby mocno trzyma jego wierzchowca w 

bezpiecznym oddaleniu od wybrednej klaczy, a w myślach słał najlepsze 

Ŝ

yczenia dla Abrahama Lamba. Bez jego pomocy szybko i katastrofalnie 

zakończyłaby się wędrówka: puma, Ŝmija, no i ten muł... W sumie — bez 

przesady — warte dozgonnej wdzięczności.

Irvin dotknął lekko ramienia śpiącego trapera.

— Co? — siadł natychmiast i zapytał półgłosem. — Trochę za wcześnie 

— stwierdził spojrzawszy na niebo. — Jeszcze cały księŜyc nie wylazł 

zza skały, ale niech tam... Kładź się na moim miejscu, dobrze je 

wygrzałem, a ranek będzie chłodny.

Irvin nie potrzebował zachęty. Przysunął własne siodło, a gdy otulał się 

pledem, Old Gun powiedział nieoczekiwanie:

— Nie trap się. Jutro podprowadzę cię kawałek, a potem zobaczymy…

Farmer zdumiał się — Old Gun chyba czytał; w jego myślach!

background image

Znowu samotny

Irvin otworzył oczy. Ujrzał słońce wiszące nad lasem, czerwony płomień 

ogniska i trapera z poczerniałym garnkiem w ręku.

— JakŜe się spało, towarzyszu niedoli? Nie budziłem, chociaŜ słonko 

wysoko. Odpoczywaj, bracie, bo czeka nas droga daleka i trudna. Później 

się rozstaniemy.

Irvin wstał, przeciągnął się, ziewnął i zajął miejsce po drugiej stronie 

ogniska. Ciągle jeszcze był tak senny, Ŝe sens słów trapera dopiero po 

chwili dotarł do jego świadomości.

— Zdaje się — powiedział niezbyt pewnym głosem — mówiliście 

wczoraj, Ŝe chcecie mnie podprowadzić? Nie znam dobrze drogi do Me-

ksyku, a teraz wszystko przez tych Indian jeszcze bardziej mi się 

poplątało.

— Do Meksyku?

Traper coś mieszał w garnku, aŜ dokoła rozszedł się mocny zapach kawy.

— Dzisiaj będzie uczta — dodał bez Ŝadnego związku z poprzednim 

pytaniem. — Normalnie jadam na śniadanie mięso, ale ostatnio nie upo-

lowałem. Daj no jaki garnczek, to naleję.

Gdy kawa została rozdzielona, a równieŜ i suchary, Old Gun wrócił do 

poprzedniego tematu:

— Powiedziałeś, Ŝe się wybierasz do Meksyku. Ale teraz twoja droga 

powiedzie w nieco innym kierunku.

— Jak to?

— Nic mnie nie obchodzi, dokąd się udajesz. MoŜe być Meksyk, moŜe 

nie być Meksyk. Ale... przecieŜ ty jedziesz za tamtą dwójką, a oni skrę-

cili w bok.

background image

— Co wam przyszło do głowy? — Irvin był zaskoczony.

— Przyszło, przyszło. O nic się ciebie nie pytam. Nie potrzebujesz 

kłamać, ale przecieŜ sam się wygadałeś. Nie zaprzeczaj. Ścigasz tamtych 

dwu. MoŜe jesteś ich przyjacielem i dlatego oburzyłeś się, Ŝe nie 

ruszyłem im z pomocą. Doprowadzę cię do ich tropów, później się 

rozstaniemy. Zgoda?

— Ja, ich przyjacielem! — powiedział z goryczą Irvin. — Nawet nie 

wiecie, co to za typki, ale... wyjaśnię.

— Po co?

— Nie chcę, aby ktokolwiek sądził, Ŝe jestem ich wspólnikiem.

Pogrzebał po kieszeniach swej kurty i wydobył pomiętą, poszczępioną, 

złoŜoną we czworo kartkę.

— Przeczytajcie — podał ją traperowi.

— List gończy — Old Gun gwizdnął przeciągle. — Przeczytaj. Moje 

oczy odwykły juŜ od liter.

Irvin skwapliwie spełnił prośbę.

— To właśnie oni — powiedział na zakończenie.

— Hm, to duŜo i mało równocześnie. Skąd wiesz, Ŝe uciekający są tymi, 

których wymienia list gończy?

Irvin odetchnął głęboko. Zbyt późno było się cofnąć. Opowiedział więc o 

przypadkowym spotkaniu rabusiów w Greenfield. Old Gun nie przerwał 

mu ani razu, chociaŜ opowiadanie wypadło dość rozwlekle. Dopiero gdy 

farmer skończył swą relację, zauwaŜył:

— Najprawdopodobniej są to właśnie oni. Wieją do Meksyku. To 

zupełnie moŜliwe. Gdyby ich chwycili czerwonoskórzy, nie miałbyś po 

co dalej wędrować. Ale tak się nie stało. Hm, co cię skłoniło do tej 

pogoni? Nie masz wobec nich Ŝadnych szans. Zjedzą cię na surowo. Czy 

z twojej osady nikt inny nie złakomił się na nagrodę?

Irvin zawahał się. Nie wie, lecz sądzi, Ŝe nie...

background image

— To ta twoja osada jest mądrzejsza, niŜ moŜna by sądzić z 

postępowania jednego jej przedstawiciela — tu oskarŜającym ruchem 

wyciągnął palec w stronę Irvina. — Mają rację twoi sąsiedzi nie goniąc 

za dolarami. Rolnik niech pilnuje swej zagrody, a pogoń za przestępcą 

pozostawi szeryfowi, ostatecznie: westmanom. Oni się znają na tych 

sprawach.

— Nasz szeryf — odparł Irvin — zna się na tym nie lepiej niŜ ja, więc...

— PrzekaŜ mu wyrazy mego uznania, jeśli zdołasz wrócić. To musi być 

bardzo rozsądny człowiek. Dziwię się tylko, Ŝe ciebie puścił.

— Nie miał prawa zatrzymać.

— Pewnie, pewnie. Ale są inne sposoby. Gdybym ja był waszym 

szeryfem... ech, co tu duŜo gadać! Co cię skłoniło do tej wariackiej 

wyprawy? Siedzisz tutaj, a tam pewnie twoje pole jeszcze nie obsiane.

— Nie obsiewamy od paru lat.

— Oo... — mruknął traper — to coś nowego? Od ciebie trzeba słowa 

wyciągać jak ryby z sieci. I za kaŜdym razem nowa niespodzianka. 

Czemu to zaniechaliście uprawy roli?

Więc Irvin powrócił myślami do pierwszych lat suszy, gdy jeszcze się 

łudzono, Ŝe lada dzień spadną deszcze i ziarno rzucone w ziemię wyda, 

jak przedtem, stokrotne plony. Ale ziarno więdło i przepadało w glebie, 

która coraz bardziej zamieniała się w twardą, gliniastą polepę.

Old Gun wysłuchał opowieści w milczeniu.

— Rozumiem. Nie bardzo miałeś z czego Ŝyć. JednakŜe lepiej było 

wywędrować w jakieś deszczowe strony niŜ ryzykować Ŝyciem za marne 

dwa tysiące dolarów.

Irvin wyjaśnił, Ŝe wszyscy tak bardzo się zŜyli i przywiązali do tamtej 

okolicy, Ŝe nikt nie przypuszczał, aby susza mogła trwać tak długo, więc 

postanowili przeczekać zły okres. Tu wtrącił parę słów o pomocy, jaką 

niósł osadnikom Fulk Bryan.

background image

— Tym bardziej nie miałeś powodu wyjeŜdŜać zamiast siedzieć we 

własnej chałupie, na własnym gruncie. Z tego, co mi powiedziałeś, 

widzę, Ŝe nie groziła ci głodowa śmierć. Tak się złakomiłeś na nagrodę?

Farmer energicznie zaprzeczył.

— Coraz mniej rozumiem. Jesteś kawalerem, przypuszczam.

— Nie.

Wyraz zdziwienia na twarzy trapera skłonił Irvina do mniej zwięzłych 

odpowiedzi.

— Mam Ŝonę i dziecko — wyjaśnił. 

Old Gun znów gwizdnął przeciągle.

— Zostawiłeś ich na łasce losu — powiedział surowym tonem. — 

Przyznaj się, po prostu zwiałeś!

— Nie uciekłem przed rodziną — zaprzeczył energicznie Irvin. — 

Uciekłem... dla rodziny.

— To brzmi bardzo tajemniczo. Jeśli pragniesz, abym ci pomógł, 

powinieneś teraz wszystko wyśpiewać do końca. Tylko bez bajek. Zaraz 

się na nich poznam. I mów szybko, czas upływa, a nie mamy go obaj za 

wiele.

Irvin zdecydował się błyskawicznie. Streścił historię minionych dni i 

czekał z niepokojem, co na to odpowie. Ale Old Gun nic nie odpowiadał. 

Wstał i rzucił zdecydowanym tonem:,

— Siodłaj muła. Jesteś greenhorn, ale z tych greenhornów, z których 

wyrastają prawdziwi męŜczyźni.

Dopiero gdy kopyta wierzchowców pocięły stukać na kamieniach 

ś

cieŜki, dodał:

— Gdybym był twoim przyjacielem, bez względu na powodzenie czy na 

niepowodzenie wyprawy, sprałbym cię po powrocie do Greenfield tak, 

Ŝ

ebyś przez dwa dni ani ręką, ani nogą nie mógł ruszyć. Rozumiesz? A 

twojego szeryfa takŜe bym zbił, Ŝe cię nie zatrzymał!

background image

— Miałem swoje powody...

— Miałeś, miałeś, ale teraz nie gadaj. Jedź za mną i postępuj dokładnie 

tak, jak ja.

W milczeniu posuwali się skrajem lasu. Skała o czubku zaostrzonym w 

iglicę została daleko poza nimi, gdy Old Gun, zamiast skręcić w głąb 

boru, jak tego oczekiwał Irvin, skierował konia wprost na kamienisty 

Ŝ

leb, jaki otworzył się tuŜ przed nimi. Spod kopyt poczęły się obsuwać 

drobne kamyki, z grzechotem tocząc się w dół.

Irvin spojrzał ku górze. Nad kamiennym wałem piętrzyły się jedna przy 

drugiej i jedna nad drugą szare krzesanice poprzegradzane czarnymi 

plamami krzewów.

“Tędy nie przejedziemy — pomyślał czując, jak kopyta jego muła 

obsuwają się na ruchomych piargach. — Za chwilę runiemy obaj."

Coraz wyŜej dźwigał się przed nim kościsty zad traperskiej klaczy. 

“Stara" stąpała jak górska kozica, a jej pan puścił cugle zdając się cał-

kowicie na roztropność zwierzęcia. Spojrzał za siebie i aŜ znieruchomiał 

z wraŜenia. Las, którego skrajem jechali, znajdował się obecnie bardzo, 

bardzo nisko, jakby bezkształtna, ciemna plama. Na prawo i na lewo, 

poza granicami Ŝlebu leŜała gładka i stroma lita skała, rozgrzana słońcem 

i dmuchająca ciepłym oddechem. Jeden fałszywy krok zwierzęcia groził 

jeźdźcowi niechybną śmiercią. Irvin postanowił nie patrzeć ani za siebie, 

ani na boki.

Robiło się coraz gorącej. Od tego gorąca, ale równieŜ i z wysiłku grzbiet 

muła począł lśnić wilgocią. Na szczęście dotarli na platformę, za którą 

łagodne juŜ zbocze, porosłe rzadkimi krzakami i trawą, wiodło ku 

przełęczy dzielącej całe pasmo górskie. Zdobyli tę przełęcz, gdy słońce 

sięgnęło szczytu, a w jego blasku Irvin ujrzał krainę daleką, porzniętą 

wąwozami, poprzecinaną srebrnymi nitkami strumieni, nad którymi — tu 

i ówdzie — wisiała kurzawa wodospadów. Na prawo i na lewo dźwigały 

background image

się zielone połoniny, a odległy horyzont zamykały postrzępione turnie. 

Old Gun zeskoczył z konia.

— Trzeba dać odsapnąć zwierzętom — powiedział.

Irvin usiadł cięŜko na wielkim głazie. Czuł w kościach trud wspinaczki, 

w łydkach nieprzyjemne drŜenie.

— Popatrz — ręka trapera zakreśliła półkole. — Za tamtym lasem płynie 

nasza rzeczka, a za rzeczką powinniśmy odnaleźć zagubiony trop. No 

cóŜ? Cieszysz się, stary chłopie?

— Sam nigdy bym do niej nie trafił.

— Pewnie. Ale teŜ nigdy nie objechałeś całego pasma Sacramento jak ja. 

Gdy pobędziesz tu dłuŜej...

— Och nie! Za skarby świata.

— Marzysz juŜ o powrocie do Greenfield? MoŜemy zawrócić.

— Nie! — Irvin krzyknął.

— Nie wrzeszcz, lepiej połóŜ się i odpoczywaj,

Po pół godzinie zaczęli zjeŜdŜać w dół. Ciągle w dół, aŜ ku dolinie, 

ś

rodkiem której sennie ciurkał płytki strumyczek. Tu rozbili obozowisko. 

Irvin zajął się zbieraniem patyków i uschłych traw. Old Gun wyciągnął 

swą trójrurkę i począł krąŜyć tu i tam, po obu brzegach strumienia, 

wreszcie zawrócił.

— Znalazłem bardzo ciekawy trop — oświadczył.

— Ludzie?

— Kozice i antylopy. Nie mam ani kawałka mięsa. Tobie równieŜ 

przydałby się kęs pieczeni. Siedź tutaj, oczy miej otwarte, a broń pod 

ręką. Przede wszystkim zwracaj uwagę na moją starą. Gdyby parsknęła, 

łap za pukawkę i chowaj się w krzaki. Wrócę za dwie, trzy godzinki.

Machnął ręką i począł się oddalać, wolniutko, wolniutko, aŜ zmalał w 

oczach Irvina do wielkości małego punkcika poruszającego się daleko w 

górze. Na koniec i punkcik zniknął.

background image

Irvin tak zdąŜył się przyzwyczaić do obecności trapera, Ŝe teraz poczuł 

się bardzo samotnie. Zgromadził sporo paliwa, ale ognia nie rozniecił. 

Obejrzał muła: sprawdził kopyta, podkowy, obmacał nogi. Z kolei w ten 

sam sposób chciał zająć się klaczą trapera, ale zaledwie do niej podszedł, 

połoŜyła uszy po sobie, uniosła głowę szczerząc poŜółkłe zęby. 

Natychmiast odstąpił od zamiaru. Znał się na koniach przynajmniej tyle, 

Ŝ

e dobrze wiedział, czym mogą grozić tego rodzaju objawy końskiego 

humoru. Kiedyś narowisty koń chwycił go zębami za ramię i gdyby nie 

gruba kurta, pewnie złamałby kość. Zapamiętał to sobie dobrze. Więc 

teraz odsunął się pospiesznie od zwierzęcia.

Powałęsał się tu i tam, na koniec — z nudów — wspomniał piosenkę 

trapera i spróbował sklecić jakąś własną. Wyszła koślawo i niezdarnie. 

Począł ją poprawiać męcząc się, jakby wykonywał cięŜką, fizyczną 

robotę. Od tego trudu oderwał go dźwięk strzału, ani daleki, ani bliski. 

Zahuczał echem nad doliną i rozpłynął się w górskiej ciszy. Strzał 

najprawdopodobniej pochodził ze znanej mu trójrurki, ale mógł być 

równieŜ sygnałem niebezpieczeństwa. Spotkanie Indian uczyniło Irvina 

podejrzliwym. Przykucnął pod krzakiem i ze strzelbą w ręku tkwił tam 

przeszło godzinę. W końcu ujrzał Old Guna schodzącego po zboczu. 

Traper szedł mocno pochylony, jakby coś niósł na plecach. Irvin ruszył 

pomóc i... osłupiał: Old Gun dźwigał antylopę. Dwu ludzi z trudem 

dałoby sobie radę z takim cięŜarem.

Przyskoczył, chwycił zwierzę za tylne nogi i tak donieśli je do rzeczki.

— Do licha! Gdybym nie widział, nie uwierzyłbym. Ale z was siłacz!

Traper chwilę oddychał cięŜko i ocierał pot z czoła.

— Mogłem wykroić tylko polędwicę, jest najsmaczniejsza, ale Ŝal mi 

było zostawiać tyle mięsa sępom i pumom. No, rozpal ogień. Widzi mi 

się, Ŝe dziś niedaleko juŜ ujedziemy.

— Oni uciekną — zmartwił się Irvin.

background image

— Nie uciekną. Jak byś ich ścigał, nie mając czego do gęby włoŜyć? A 

na polowanie nie starczy ci czasu. Bierz się do ognia, ja ściągnę skórę.

W pół godziny później na zastruganych patykach wędziły się i 

równocześnie piekły długie pasy krwistego mięsa. Old Gun rozpalił 

jeszcze dwa ogniska, a przy nich umieścił dalsze zaimprowizowanie 

roŜny. Mięso suszyło się przez całą noc, kolejno go pilnowali. Gdy świt 

rozjaśnił niebo, juki siodeł wypełniły twarde jak deski, szczerniałe i 

pokurczone kawałki antylopiej szynki, antylopiej polędwicy, antylopiego 

podgardla, nie róŜniące się zresztą w tej postaci ani wyglądem, ani 

smakiem. Lecz tak przyrządzone mięso znosiło świetnie zarówno gorąco, 

jak mróz, nie psuło się nigdy. MoŜna je było gotować we wrzątku, moŜna 

było Ŝuć, odłamując drobne kęsy.

Ze śniadaniem uwinęli się prędko i nim zorze zgasły, jechali kłusem 

wzdłuŜ brzegu, z biegiem strumyka. Strumyk doprowadził ich do więk-

szej rzeczki, toczącej fale wśród piasków i kamieni. Tu zdjęli 

wierzchowcom uprząŜ, aby mogły wytarzać się w wodzie, i znów ruszyli 

dalej.

— Jesteśmy prawie u celu — stwierdził Old Gun, gdy znaleźli się na 

przeciwległym brzegu. — Teraz poznajesz tę rzeczkę?

Irvin nic nie poznał. Takich rzeczek mógł spotkać mnóstwo i nie 

odróŜniłby jednej od drugiej, powiedział tylko:

— Ale to nie tamto miejsce.

— Oczywiście — zgodził się traper. — Jeszcze mamy kawałek drogi do 

“tamtego", jak powiadasz, miejsca. Nie będziemy tak daleko się za-

puszczać. Nieroztropnie.

— Indianie?

— Właśnie. Pewnie kręcą się po okolicy i szukają naszych tropów. 

Jestem pewien, Ŝe tych twoich bandytów znajdziemy bliŜej. A teraz patrz 

pilnie w ziemię, jeśli nawet nic nie dostrzeŜesz, przyda ci się taka 

background image

wprawka.

Farmer wziął to do serca i jadąc krok w krok za klaczą trapera przyglądał 

się kaŜdemu krzaczkowi, kaŜdej trawce, kaŜdej kępce mchu. Wkrótce 

zwątpił w moŜliwość doszukania się czegokolwiek, a gdy Old Gun 

wstrzymał konia, doszedł do wniosku, Ŝe i jego przewodnik równieŜ nie 

odnalazł tropów.

Znajdowali się wówczas na środku naturalnego amfiteatru — 

płaszczyzny otoczonej koliście pasmem wzniesień.

— Popatrz no, znakomity rolniku. Coś tak wygląda, jakby tu tańcowało 

stado bizonów.

Irvin spojrzał we wskazanym kierunku. Ziemia między dwoma iglastymi 

drzewkami była mocno zdeptana.

— Znaleźliśmy trop — radośnie stwierdził farmer.

— Na pewno, ale czy to jest ich trop? Jak myślisz? Chyba warto 

sprawdzić?

Irvin dobrze wiedział, Ŝe jego opinia w niczym nie wpłynie na decyzję 

trapera. Więc tylko mruknął pod nosem, Ŝe “słusznie" i ruszył za Old 

Gunem.

Ś

lady kopyt wikłały się, to z prawej, to z lewej strony, jednak nadal były 

zupełnie wyraźne, aŜ dotarli do miejsca, w którym jeszcze ich przybyło.

— To właśnie tu — stwierdził Old Gun. — Tu się spotkali.

— Ci dwaj i Indianie?

— A któŜ by inny? Zapamiętałem sobie to miejsce. Jakby dobrze 

poszukać, znalazłyby się i plamy krwi, ale po co nam to? Wracamy.

— Dlaczego? — nie wytrzymał Irvin.

— śeby skrócić drogę.

Cofnęli się kilkanaście jardów, wjechali w bór, ale wkrótce zarośla 

poczęły rzednąć, coraz mocniejszy blask słońca roztapiał leśny półmrok, 

aŜ wreszcie twarze jeźdźców owiał ciepły wiatr przesycony wonią 

background image

kwiatów i traw. Otworzył się widok na łąkę. Puścili wierzchowce 

galopem. Irvin znów ujrzał stary trop. Pomyślał, Ŝe Old Gun jest chyba 

jasnowidzem, jeśli potrafił tak bezbłędnie odgadnąć kierunek ucieczki 

tamtych ludzi.

Po godzinie pospiesznej jazdy traper zatrzymał klacz.

— Co się stało? Nie jedziemy dalej?

— Owszem, jedziemy. Tylko kaŜdy w inną stronę — uśmiechnął się 

traper.

— Jak to?

— Obiecałem, Ŝe podprowadzę kawałek. Więc podprowadziłem. Masz 

trop tak wyraźny, Ŝe ślepy by dostrzegł. Pędź teraz na skrzydłach wiatru, 

a osiągniesz cel, nim jutrzejszy dzień minie. Jeśli będziesz miał tyle 

szczęścia, ile dotychczas, capniesz jednego, albo nawet obu, i wrócisz w 

blasku chwały i ku podziwowi wszystkich zacnych rolników. Ruszaj!

— Myślałem... — zaczął Irvin.

— NiewaŜne, coś myślał. Dalej nie będę ci towarzyszyć. No, bywaj!

Spiął konia ostrogami i zawrócił w miejscu. Irvin przyglądał się pędzącej 

sylwetce jeźdźca, aŜ znikła w głębi lasu.

“Szkoda — westchnął. — Nie mógł jechać ze mną?"

Ale natychmiast zawstydził się tej myśli. JakieŜ miał prawo domagać się 

czegokolwiek od człowieka, który tak bardzo mu pomógł? Stwierdził ze 

zdziwieniem, Ŝe góry Sacramento pełne są dobrych ludzi i wcale nie 

takie puste... Widać szczęście mu sprzyja.

Uderzył muła piętami. Nadal ciągnęła się przed nim płaszczyzna łąki 

znaczona ścieŜką tropów tak wyraźnych, Ŝe moŜna było pędzić galopem 

bez obawy. I tak teŜ Irvin postąpił. Zwolnił biegu dopiero wówczas, gdy 

zwierzę poczęło chrapać ze zmęczenia. Pozwolił mu więc na lekki kłus, 

nawet na jazdę stępa. Ale po jakimś czasie znów wrócił do galopu. Paliła 

go niecierpliwość. Niech się wreszcie rozstrzygnie!

background image

Zakończył jazdę niespodziewany widok czarnego kręgu wypalonych 

traw. Dokoła rośliny zostały powyrywane, widać było suchą, piaszczystą 

glebę. Irvin zeskoczył z siodła, ukląkł i dotknął dłonią popiołu. Gdy ją 

uniósł, była pokryta czarną warstwą spalenizny niby błotem — a więc 

gospodarze obozowiska zaleli ogień wodą, a wilgoć jeszcze nie 

wyparowała. Mimo gorącego dnia! Stwierdzenie to wprawiło Irvina w 

stan podniecenia. JakŜe blisko musieli znajdować się uciekinierzy! 

Wspomniał Old Guna i westchnął. Ten by wiedział, jak teraz postąpić. 

Jechać dalej? Zatrzymać się do wieczora? Na otwartej równinie nie było 

gdzie się skryć.

Rozsiodłał muła, bez większego trudu odkrył małe jeziorko wśród traw i 

zdecydował spędzić tu noc.

Obudził się rankiem pełen przeraŜenia, Ŝe zasnął tak mocno w bliskim 

sąsiedztwie wrogów. CóŜ, nie był przecieŜ traperem, lecz rolnikiem, 

uczciwie przesypiającym noce we własnym łóŜku.

Szybko zagotował wodę, napoił muła, pracowicie przeŜuł kawał 

wysuszonego mięsa i ruszył w drogę. Słońce określiło kierunek jego 

jazdy. Pasma gór malały oddalając się coraz bardziej. Pędził teraz na 

wschód, nie na południe, nie w stronę granicy Meksyku. Szczęśliwie się 

złoŜyło, Ŝe ścigani przestępcy zmienili trasę. Gdyby nie spotkanie z 

Indianami znajdowaliby się zapewne juŜ poza Rio Grandę, na ziemi, na 

której nie obowiązywały zarządzenia szeryfów, gdzie nic nie znaczył list 

gończy, jeśli nie został potwierdzony przez miejscowe władze.

Upływały godziny, minął dzień, a na horyzoncie nie dostrzegł ruchomej 

sylwetki. Następnego dnia ujrzał znów ślad ogniska — i nic więcej. Tak 

minął jeszcze jeden i jeszcze... Skończyła się łąka, zrzedły trawy, coraz 

częściej kopyta muła grzęzły w sypkim, czerwonym piachu. Ukazały się 

kaktusy — samotni straŜnicy jałowej gleby. Dokoła krajobraz prawie 

pustynny, smutny, przypominający beznadziejne przestrzenie  Llano 

background image

Estacado. Piach, raz twardy, kiedy indziej sypki tak bardzo, Ŝe nogi muła 

zapadały się w nim po pęciny, uniemoŜliwiał szybszą jazdę. Irvin 

przypomniał sobie zasłyszaną niegdyś (juŜ nie pamiętał, od kogo) 

opowieść o ruchomych piaskach pochłaniających — bez Ŝadnych 

moŜliwości ratunku — konia wraz z jeźdźcem. Wzdrygnął się. Ale 

przecieŜ jego poprzednicy tędy przejechali...

Wieczorem czekał go znowu — jak kartka kalendarza — kolejny ślad po 

ognisku. Niewiele róŜnił się od poprzednich, tyle Ŝe otoczenie było 

odmienne. Bardziej zielone, pełne krzewów. Nałamał gałązek i począł je 

układać na starym popielisku. I nagle przerwał zajęcie — tuŜ przy 

czarnym kręgu, wśród rzadkiej trawy, leŜał mały stosik ostróŜyn.

Zdumiony, drŜącymi palcami począł zbierać białe ścinki, cienkie i 

wąskie. Znalazł ich pełną garść. Potem zbadał jak najdokładniej odciski 

stóp i kopyt. Nie był mistrzem w tej dziedzinie, ale przecieŜ zorientował 

się, iŜ obozowało tu kilku ludzi, nie jeden. A dokoła pasło się kilka koni. 

CóŜ więc porabiał w tym miejscu Old Gun? Tak. Old Gun! To on, to 

przecieŜ on miał zwyczaj, siedząc przy ogniu, strugać kozikiem patyczki. 

CzyŜby to miało znaczyć, Ŝe traper przyłączył się do bandytów?

Odkrycie było przeraŜające. Stary traper wyprzedził Irvina, jadąc inną 

drogą, i teraz znajdował się przed nim, nie za nim. Na pewno zawiadomił 

uciekających o pogoni!

“CóŜ za łotr! — pomyślał. — Odebrał mi wszystkie szansę..."

Tak, teraz nie pozostawało nic więcej do zrobienia, jak tylko zawrócić. 

Jeden przeciw trzem? I to przygotowanym na wszystko i nie cofającym 

się przed niczym. CzyŜby nie istniała juŜ Ŝadna moŜliwość wygranej? 

Kiedy tak zapytywał sam siebie, powziął ostateczną decyzję. Właśnie, Ŝe 

nie zrezygnuje! Nie zawróci! Niech się dzieje co chce. On juŜ pokaŜe 

tym bandytom! A przede wszystkim temu zdrajcy Old Gunowi.

Rozsiodłał muła, zajął się rozpalaniem ogniska. I zaraz ogarnęły go 

background image

wątpliwości. Czy to moŜliwe, aby traper był wspólnikiem bandytów? 

Wobec tego po co pomagał Irvinowi? Czemu zaopatrzył go w Ŝywność 

na dalszą drogę i naprowadził na szukany trop? A moŜe po prostu chciał 

przywieść do zguby?

A gdyby Old Gun sam zamierzał schwytać zbiegów? To wyglądało 

bardziej prawdopodobnie. Złakomił się na pieniądze, które zrabowali. 

CóŜ za wstrętny człowiek! I pewno da sobie radę. A potem czmychnie do 

Meksyku lub gdziekolwiek indziej. KtóŜ będzie o tym wiedział, kto go 

będzie ścigał? Ale co w takiej sytuacji czynić?

Dumał nad tym długo podczas nocy. Podświadomie odczuwał, Ŝe jego 

zarzuty i podejrzenia jakoś nie pasują do osoby Old Guna, fakty jednak 

same oskarŜały. A moŜe Irvin błędnie je tłumaczył?

— Ach, gdyby tu znajdował się Karol! — westchnął. — A chociaŜby 

Abraham Lamb, poczciwy samotnik.

background image

Jeszcze jedno spotkanie

Następny dzień zapowiadał się ponuro od samego ranka. Niebo, 

zaciągnięte szarymi, nisko wiszącymi chmurami, zdawało się przygniatać 

ziemię i samotnego jeźdźca. Począł siąpić drobny, przenikliwy deszczyk, 

widoczność jeszcze bardziej zmalała. Irvin jechał poprzez drŜącą zasłonę 

wilgoci, rozpostartą między niebem a ziemią, gęstniejącą w dali w 

ciemną, nieprzeniknioną oponę. Po godzinie i farmer, i jego muł 

wyglądali tak, jakby wyszli właśnie z wody.

Kraina była pagórkowata, sprzyjająca rozmaitym niespodziankom. Irvin 

zdawał sobie z tego sprawę; rozglądał się uwaŜnie dokoła i objeŜdŜał 

niebezpieczne wzniesienia. Czujność przydała się. Dostrzegł w dali siną, 

bardziej siną od deszczowej mgiełki smugę wijącą się od ziemi ku niebu. 

Co pewien czas smuga nikła, aby po chwili wybuchnąć kłębami prawie 

czarnego dymu. Ktoś rozpalił ognisko bardzo mokrym drzewem. No bo 

gdzieŜ tu znaleźć choćby kawałek suchego patyka?

Irvin z palcem na cynglu przebył z pół mili, aŜ dostrzegł wśród 

deszczowej szarugi daleki, przymglony pas wody. Wtedy dopiero 

zeskoczył z siodła i klucząc między pagórkami obserwował coraz 

wyraźniejszą smugę dymu. Niemal juŜ czuł ostry zapach spalenizny. 

Zatrzymał się. Uwiązał muła na bardzo krótkiej lince, a sam schylony i 

baczny na wszystko, począł posuwać się ostroŜnie między 

nierównościami gruntu. Nagle usłyszał odgłos wystrzału, przytłumiony 

deszczową mgłą, a przecieŜ wyraźny i bliski. Nurknął w zarośla, 

przeczołgał się poprzez gąszcz i ostroŜnie wysunął głowę juŜ po 

przeciwnej stronie.

Pas zarośli kończył się na wysokim brzegu rzeki, nad obrywem, za 

background image

którym bardzo nisko, na samym skraju rzecznego nurtu, leŜał szmat 

piachu. Na takiej to właśnie plaŜy dymiło ognisko, a obok — trzech 

ludzi. Jeden leŜał nieruchomo jak pień zwalonego drzewa, z rękami wy-

rzuconymi na boki, z głową dziwnie przekrzywioną. Drugi klęczał obok, 

grzebiąc w jukach siodła. Trzeci stał ze strzelbą w ręku, z gołą głową, 

która świeciła jak płomień. Miał włosy rude, niemal czerwone.

Irvin poczuł gwałtowne bicie serca. Pojął, Ŝe nadeszła z dawna 

oczekiwana chwila. Rudzielcem był jeden z dwu bandytów ściganych 

gończym listem. Ukryty w krzakach, gorączkowo myślał, jak ma teraz 

postąpić.

— No, co tam? — usłyszał głos, ten sam głos, który pytał o wodę 

pamiętnego wieczoru w Greenfield.

— Oni, oni... — szepnął do siebie. — Ale kim jest ten trzeci?

— Co tam? — powtórzył rudzielec. — Znalazłeś?

Klęczący przy siodle podniósł się. W ręku trzymał sporej wielkości 

przedmiot, przypominający wypchany woreczek.

— Nie odgadniesz — odparł.

— Co takiego?

— Złoto. Stary musiał trafić na Ŝyłę.

— Mamy szczęście.

Rudy roześmiał się. W uszach Irvina ten uśmiech zabrzmiał przeraŜająco. 

Tak cieszyć się mogli tylko diabli w piekle.

Teraz farmer zrozumiał wszystko. LeŜąca postać — to Old Gun. CięŜko 

ranny albo zabity. Jak to się stać mogło, Ŝe doświadczony westman dał 

się podejść bandytom? Zamiast zabrać im łup — sam stracił wszystko. 

“Oto do czego prowadzi chciwość" — szepnął w głębi swej duszy 

farmer. JednakŜe próba morderstwa tak jak morderstwo jest 

przestępstwem zasługującym na najwyŜszą karę, a Irvin zrządzeniem 

losu stał się teraz jedynym, choć nieoficjalnym, przedstawicielem 

background image

sprawiedliwości. Poczuł na sobie cięŜar odpowiedzialności, a 

jednocześnie jakby uczucia dumy. Strach go opuścił. Musi przystąpić do 

akcji. Przeczekał, aŜ człowiek z woreczkiem zbliŜy się do człowieka o 

rudej głowie. Teraz miał ich obu na muszce. Wolniutko wyszedł z 

zarośli, z kolbą przyłoŜoną do ramienia. Chybić było niepodobieństwem, 

ale nie miał zamiaru strzelać. Wykalkulował sobie, Ŝe pod groźbą lufy 

zmusi jednego z opryszków do związania drugiego, a pierwszego sam 

skrępuje. Plan był niesłychanie prosty...

— Ej, wy tam! Ręce do góry!

Nie zawahali się ani sekundy. MoŜe mieli doświadczenie, a moŜe... po 

prostu nic do stracenia. Rudy okręcił się bokiem, na pół schylony.

To trwało mgnienie oka. W tym ruchu musiał wyszarpnąć rewolwer zza 

pasa, bo grzmotnął strzał, kula bzyknęła nad uchem farmera. Nim huk 

przebrzmiał Irvin trzykrotnie, a moŜe czterokrotnie pociągnął za cyngiel. 

To był raczej odruch, a nie przemyślany akt woli. Po latach wspominał o 

nim Irvin, bardziej wstydząc się swego czynu, niŜ stawiając go za 

przykład odwagi — Dziś postąpiłbym inaczej — stwierdzał za kaŜdym 

razem.

Ale to “dziś" dzielił od tamtego zdarzenia długi okres nabytych 

doświadczeń w rozmaitych nie mniej groźnych okolicznościach.

Po pierwszym strzale “rudy" zachwiał się, po drugim — zwalił na 

ziemię. Wielki, lśniący colt wypadł mu z dłoni i zarył w piasku. 

Wówczas człowiek trzymający woreczek wrzasnął przeraźliwie i rzucił 

się w bok. Irvin zeskoczył z urwiska, ale uczynił to zbyt późno. Tamten 

juŜ gnał przed siebie z szybkością antylopy ściganej przez pumę. Farmer 

— za nim. Ale nogi miał zesztywniałe po całodziennej jeździe. Dał się 

wyprzedzić o kilka jardów. Dostrzegł osiodłane konie. I to zadecydowało 

o ostatecznej przegranej. Uciekający wskoczył w biegu na wierzchowca i 

ruszył galopem. Jeszcze odwrócił się, strzelił dwukrotnie. Później i 

background image

jeźdźca, i konia zakryły nierówności gruntu. Zawrócił. Przy ognisku spo-

czywały nieruchomo dwa ludzkie ciała. CóŜ za okropny widok!

Ukląkł przy traperze, poszukał rany. Kula przebiła kapelusz i utkwiła w 

tyle głowy. Old Gun był martwy. Rudy bandyta równieŜ nie dawał znaku 

Ŝ

ycia. Irvin powstał z klęczek.

Oto koniec wyprawy. Nie przypuszczał, Ŝe będzie tak tragiczny. 

NaleŜało zająć się pochówkiem.

Piasek plaŜy był sypki, ale czym go kopać? Farmer wdrapał się na 

wysoki brzeg w poszukiwaniu jakiegoś grubszego patyka, który mógłby 

zastąpić łopatę. Nie była to jednak prosta sprawa — wszystkie gałązki 

krzewów uginały się pod naciskiem dłoni. Na nic.

Szukał bezskutecznie, wędrując wzdłuŜ zielonego urwiska. Nagle 

zawrócił, prawie pędem, bo przeraziła go nieoczekiwana myśl, Ŝe 

podczas jego nieobecności mógłby tu przybyć jakiś samotny wędrowiec, 

albo grupa wędrowców. Mogli zabrać konie... Pod Irvinem nogi 

zadygotały. Strach przeniknął go od czubka głowy do pięt. Ale plaŜę 

ujrzał pustą i cichą. Siadł, raczej osunął się na zboczu skarpy, cały mokry 

od potu, z trudem łapiąc oddech. PrzecieŜ gdyby ktokolwiek zjawił się 

teraz, widok dwu martwych i jednego Ŝywego świadczyłby niechybnie 

przeciw niemu, jako sprawcy zbrodni. Czy potrafiłby się wytłumaczyć? 

Czy uratowałby go list gończy?

Co za szczęście, Ŝe nie ma nikogo! Szara, zamazana przestrzeń 

wypełniona kropelkami deszczu: ni ludzi, ni zwierząt. Czuł jednak, Ŝe się 

nie uspokoi, póki nie oczyści pobojowiska, póki — wreszcie stąd nie 

odjedzie. Ukląkł na plaŜy i rękami począł kopać głęboki dół. Trwało to 

bardzo długo, tym bardziej Ŝe co kilka minut przerywał robotę, 

wdrapywał się na wysoki brzeg i bacznie obserwował horyzont.

Kiedy wreszcie dopełnił smutnego obowiązku, poczuł się tak słaby, Ŝe 

background image

przez dłuŜszy czas nie miał siły dźwignąć się z klęczek.

Potem znów wdrapał się na skarpę i wytęŜał oczy, czy w dali nie 

dostrzeŜe jeźdźca zdąŜającego ku rzece. CóŜ to była za rzeka? Jeśli go 

zapytają, gdzie ich dopadł, cóŜ odpowie? Mimo Ŝe tyle lat przesiedział w 

Teksasie, nie orientował się w geografii tego stanu. Karol na pewno po-

trafiłby bezbłędnie określić nazwę tej rzeki. Irvin wiedział tylko tyle, Ŝe 

duŜych rzek nie było w tych stronach wiele. Ta — kto wie? — to chyba 

Kolorado. Południowa Kolorado wpadająca do Zatoki Meksykańskiej. 

Zresztą, pal licho! Nagle przyszło mu na myśl, Ŝe uciekający bandyta 

mógł zabrać wszystkie zrabowane pieniądze. Pognał na plaŜę, dopadł 

koni. Stały spokojnie, choć nie były spętane. Prawdopodobnie bandyci 

gotowali się do drogi, gdy ich zaskoczył. ZałoŜył kawałki rzemieni na 

przednie nogi jucznego podjezdka i drugiego, przeznaczonego do jazdy 

wierzchem. Kościstą szkapę starego trapera odnalazł ukrytą w krzakach. 

Nie była osiodłana, podobnie jak i luzak. Zostawił ją w spokoju i począł 

przeglądać zawartość juków. Najpierw rozwiązał tobołki. Znalazł w nich 

dwie pary nowiutkich butów, kompletny i chyba jeszcze nie noszony 

strój traperski. Wyciągnął kilka pudełek nabojów rewolwerowych i 

ładunków do winchestera, dwie butelki whisky, spory zapas suszonego 

mięsa, sucharów i kilka puszek zmielonej kawy, sól, ba, nawet cukier! 

Była to istna spiŜarnia. Ale obfitość zapasów wcale nie poprawiła 

nastroju Irvina. Wśród tych przedmiotów nie znajdowało się przecieŜ to, 

co mogłoby w oczach szeryfa wyglądać na dowód toŜsamości zabitego 

bandyty. A więc ta cała wyprawa nie przyniesie mu Ŝadnych korzyści...

PrzeraŜony, drŜącymi ze zdenerwowania dłońmi począł badać wnętrze 

drugiego z juków. Odetchnął z ulgą, gdy wyciągnął pierwszy z brzegu 

pakuneczek, dość cięŜki, owinięty grubym papierem, z wyglądu 

przypominający sporej długości kiszkę. Końcem noŜa rozpruł opako-

wanie. Na piach posypały się czerwonozłote krąŜki. Monety! Powtórnie 

background image

sięgnął dłonią do wnętrza skórzanej torby. Jeszcze raz i jeszcze raz. 

Pełna była złota. Dlaczego rabusie wieźli łup w jukach luźnego konia, a 

nie przy sobie? Odpowiedzi na to pytanie udzieliła mu dokładna rewizja 

siodła drugiego wierzchowca. Zostało ono dosłownie nafaszerowane 

papierowymi banknotami i paroma funtami srebrnych dolarówek. Ile 

tego było?

Przeliczenie skarbu postanowił Irvin odłoŜyć na później. Szybko 

pochował pieniądze, załoŜył uprząŜ na luzaka i przywiązał go do siodła 

swego muła. Co miał uczynić z pozostałymi dwoma końmi? Dla kaŜdego 

rolnika koń przedstawia duŜą wartość, ale prowadzenie takiego stada 

czworonogów musiałoby znacznie przedłuŜyć powrót. Zdecydował się 

więc na zabranie tylko jednego, najlepszego wierzchowca. Za takiego 

uwaŜał, wbrew zewnętrznym pozorom, klacz Guna. Niestety, próba jej 

osiodłania spełzła na niczym. Zwierzę kładło uszy, szczerzyło zęby, 

wspinało się niebezpiecznie. Trzykrotnie ponawiał próbę i trzykrotnie 

musiał odstępować. To była dzika bestia.

Podszedł do drugiego z wierzchowców, rozsiodłał go i mocno klepnął po 

zadzie. Zwierzę wierzgnęło i ruszyło kłusem brzegiem rzeki. Teraz Irvin 

dosiadł muła i z luzakiem na lince ruszył ku zachodowi, mimo Ŝe dzień 

się kończył, a do zapadnięcia zmroku niewiele brakowało. Nie chciał 

nocować w tym miejscu. Jechał zresztą niezbyt długo i po kilku milach 

rozbił obozowisko nad brzegiem tej samej rzeki. Rozpalając ogień 

myślał, Ŝe dwa pozostawione konie na pewno lepiej sobie dadzą radę od 

niego: albo przyłączą się do stadka mustangów, jeśli takie w tych 

stronach istnieją, albo same staną się mustangami. Mimo wszystko 

Ŝ

ałował utraconej zdobyczy, która — jak sądził — słusznie mu się 

naleŜała. W przeciwieństwie do pieniędzy. Ciągle jeszcze nie wiedział, 

ile ich było, nie to jednak wydawało mu się najwaŜniejsze. Nie to. 

Stanowiły przecieŜ niezbity dowód, Ŝe zwycięsko zetknął się z 

background image

rabusiami. Gdyby nawet nie dano wiary, Ŝe zabił jednego z bandytów, na 

pewno otrzyma nagrodę za odzyskanie zrabowanych pieniędzy. MoŜe 

nawet wyŜszą od ogłoszonej w liście gończym? Bardziej to Irvinowi od-

powiadało. Bo chociaŜ działał we własnej obronie, niemiłą wydawała mu 

się nagroda za taki czyn.

Rozkulbaczył konie, zagotował kawę na ogniu i pozwolił sobie na sutą 

wieczerzę, składającą się z sucharów i mięsa. PogrąŜony w zadumie 

rozmyślał nad losem Old Guna. JuŜ teraz nie Ŝywił do niego Ŝalu. Ale 

nadal nie mógł pojąć, jak to mogło się stać, Ŝe odkrywca złotej Ŝyły, 

człowiek gardzący miejskimi uciechami, nagle złakomił się na 

zrabowane pieniądze. Po co mu były potrzebne? CzyŜby Old Gun grał 

przed nim komedię? A moŜe...

Irvina nagle zaskoczyła myśl nowa, pozornie nieprawdopodobna, nie do 

wiary. A przecieŜ, przecieŜ... moŜliwa. Bo jeśli Old Gun zapragnął Irvina 

wyręczyć? Odebrać bandytom zdobycz, pojmać ich samych i przekazać 

farmerowi? KtóŜ odgadnie, co zaplanował sobie stary traper?

Do tych myśli Irvin powracał wielokrotnie. JednakŜe ani teraz, ani 

później, po latach, nie zdołał sobie wyrobić jasnego poglądu.

Całą noc przesiedział czekając z niepokojem, czy drugi bandyta nie 

powróci. Na szczęście nie doczekał się. Przestępca albo uwiózł z sobą 

część łupu, albo nie chciał ryzykować Ŝyciem. Prawdopodobnie 

pieniądze znalezione w jukach siodeł stanowiły jedynie część 

zrabowanej sumy. A zagarnięty woreczek ze złotem zapewne wyrównał 

stratę. Rano Irvin czym prędzej ruszył w powrotną drogę. Przypominał ją 

sobie dokładnie, więc mógłby nawet posuwać się szybko, gdyby nie 

juczny koń. Ale Irvin nie mógł go się pozbyć. Po pierwsze dlatego, Ŝe 

zamierzał zwrócić muła Abrahamowi Lamb; po drugie — poniewaŜ 

odzyskana kwota pieniędzy nie zmieściłaby się w jukach jednego siodła 

bez opróŜnienia ich z pokaźnej części zapasów Ŝywności.

background image

Stary trop, ciągle jeszcze widoczny, poprowadził farmera na nowo w 

góry. Tu ślady znikły zmiecione przez wiatr. Odtąd naleŜało orientować 

się tylko przy pomocy krajobrazu. A pamięć okazywała się zawodna. 

JuŜ, juŜ Irvin sądził, Ŝe w tym właśnie miejscu poprzednio się zatrzymał, 

Ŝ

e tą ścieŜką jechał — gdy nagle jakiś nieznany szczegół zmuszał do 

zatrzymania się z obawy przed zbłądzeniem. Kłopoty z odnalezieniem 

właściwego kierunku mnoŜyły się. Wielokrotnie musiał zawracać, 

trafiając na wąwozy bez wyjścia lub na dolinki zamknięte pniami drzew 

powalonymi przez wichury albo lawinami kamieni.

Być moŜe Vincent Irvin wyjechałby wreszcie z tego labiryntu szczytów i 

przepaści, nagich skał i pierwotnych borów. Być moŜe nie wyjechałby 

nigdy, zmoŜony wysiłkiem ponad ludzką wytrzymałość. Ale raz jeszcze 

los się doń uśmiechnął. I to w najodpowiedniejszej chwili, bo po dniu 

niezwykle wyczerpującym, podczas którego aŜ trzykrotnie trafił na 

zawalone skalnym piargiem ścieŜki, zmuszające do nadkładania drogi o 

wiele mil, aby znowu trafić na plątaninę naturalnych szlaków i 

zastanawiać się długo, który z nich wybrać. Było to coś w rodzaju loterii. 

KaŜda ścieŜka kryła niespodziankę.

Pechowego dnia, gdy zmrok począł okrywać ziemię, a farmer rozglądał 

się, gdzie by najlepiej rozbić biwak, ujrzał daleki blask ognia. 

Początkowo sądził, Ŝe padł ofiarą złudzenia. Chyboczący płomyczek to 

ukazywał się, to nikł w przedwieczornej szarówce jak duch gór. Dopiero 

gdy zjechał ze ścieŜki w małą dolinę, ujrzał go zupełnie wyraźnie. 

KaŜdego innego wieczoru Irvin — na taki widok — zawróciłby konie i 

czym prędzej się oddalił, pamiętając o jukach pełnych pieniędzy. 

KaŜdego innego wieczoru, ale nie po tak morderczej wędrówce! Irvin 

ledwo trzymał się na siodle, był ocięŜały, senny, zrezygnowany. Bał się, 

Ŝ

e lada chwila pogrąŜy się w niebezpiecznej drzemce. A ognisko 

wyglądało tak zachęcająco! Ruszył wprost na nie. Potem zsiadł z muła i z 

background image

ręką opartą na kolbie rewolweru (zdobycznego rewolweru) wolno 

pomaszerował przed siebie aŜ do miejsca, w którym blask ognia padł na 

jego buty. Przy malutkim ognisku siedział jeden tylko człowiek.

— Dobry wieczór — powiedział siląc się na beztroski i rzeźwy ton 

głosu.

— Dobry wieczór. Siadajcie. Mnóstwo tu miejsca, a i na ząb takŜe coś 

się znajdzie. Spóźniony towarzysz lepszy od Ŝadnego. Obserwowałem 

was od dawna i zgadywałem: przyjdzie, nie przyjdzie...

Irvin bez słowa, jak automat, zdjął uprząŜ, złoŜył przy ognisku.

— Jest tu gdzie woda? — zapytał.

— Mnóstwo wody. Konie wskaŜą wam do niej drogę. Popatrzcie.

Farmer odwrócił się. Jego oba wierzchowce biegły lekkim truchtem w 

kierunku krzaków na skraju dolinki. Natychmiast pospieszył za nimi. 

Strumień płynął bezszelestnie zaraz za zieloną zagrodą. Poczekał, aŜ 

zwierzęta zaspokoją pragnienie, później kilka razy zanurzał głowę w 

nurcie. Odeszła go senność. Wstał i pognał konie z powrotem.

— Weźcie je na linki — poradził nieznajomy. — W pobliŜu znalazłem 

ś

lady pumy. Cieszę się, Ŝe noc spędzimy razem. Sam jeden nie mógłbym 

oka zmruŜyć.

— A wasz koń?

Nieznajomy wskazał palcem za siebie.

— Siadajcie.

Farmer osunął się na ziemię i oparł plecami o zwaloną uprząŜ i siodło.

— Teraz sobie podjemy — mówił nieznajomy. — Czekałem na was z 

pieczenią.

Wstał. Irvin spostrzegł, Ŝe przypadkowy towarzysz był wyjątkowo 

małego wzrostu. śeby nie glos, twardy i męski, moŜna by go wziąć za 

chłopca.

Przyjął płat dymiącego mięsa rozłoŜony na wielkim liściu. Spopielały z 

background image

wierzchu, ale soczysty i pachnący pod skorupą spalenizny. A smak? 

JakŜe róŜnił się od tej zupki na suszonym mięsie, którą przez tyle dni się 

Ŝ

ywił!

— Znakomite — stwierdził nie mogąc ukryć zadowolenia.

— Wygłodnieliście?.

— Nie trafiła mi się Ŝadna zwierzyna, a suszone mięso to niezbyt 

przyjemna potrawa.

— Z daleka droga prowadzi?

— Jadę do Greenfield — odparł Irvin, co nie było odpowiedzią na 

zadane pytanie, ale widać zadowoliło nieznajomego.

— Nie wiem, gdzie to jest — stwierdził. — W Teksasie?

Farmer skinął głową.

— Na wschodzie, na zachodzie?

— Na północy.

— Byliście juŜ tam kiedy?

— Ja mieszkam w Greenfield.

— I cóŜ porabiacie w tym Greenfield?

— Jestem rolnikiem.

— Ho, ho! Kto by myślał? Spotkało się dwu rolników.

— Tak? — uradował się Irvin. — Gdzie macie gospodarstwo?

— Teraz to juŜ... nigdzie. Zajmowałem się rolą do czasu, aŜ cisnąłem ją 

w diabły!

— Susza? — zagadnął Irvin mając na myśli przyczynę swych nieszczęść.

— Jaka tam susza! Wody miałem cały czas pod dostatkiem. Co innego 

mnie wygnało. Ech, farma była zupełnie dobra. W Albercie. W Kanadzie 

— dodał. — Ziemia jak złoto, pszeniczna. I gdyby nie tamta piekielna 

pogoda...

— Deszcze?

— Nie deszcze. Ani deszcze, ani susza. Coś znacznie gorszego.

background image

— Nie ma nic gorszego od suszy — stwierdził Irvin z całą powagą.

— Jest, jest.

Zamilkł i zajął się gorliwie ogrzaniem wielkiej kości obrośniętej mięsem.

— To kozica — wyjaśnił. — Wolę antylopy, ale ich ostatnio w tych 

stronach nie spotkałem. Chyba z powodu tej pumy. Włóczy się za mną 

bestia od trzech dni. Jak się nie odczepi, wezmę pukawkę i zrobię 

porządek.

— Więc co to było w Albercie? — nawiązał Irvin do przerwanej 

rozmowy.

— W Albercie... W tych stronach nikt mi nie wierzy. I wy nie 

uwierzycie. Ale powiem. Tam jest taki dziwny klimat. Niczego, 

człowieku, nie potrafisz przewidzieć. Same niespodzianki, co jedna to 

gorsza.

Przerwał. Irvin cierpliwie czekał, aŜ skończy ogryzać kość i rzuci ją w 

sam środek Ŝarzących się głowni, z których natychmiast wystrzelił 

czerwony język ognia.

— Wyobraź sobie, towarzyszu, Ŝe siejesz pszenicę. Gdzieś w kwietniu. 

Ciepło, ziemia w sam raz, deszcz pokropi, słonko przygrzeje. I ani się 

spostrzeŜesz, a tu zieleni się dokoła twoja rola. Zmordowałeś sie, bo 

zmordowałeś, ale teraz moŜesz czekać spokojnie do Ŝniw. Zbierzesz 

ziarno, pojedziesz do miasta i wypchasz pieniędzmi wszystkie kieszenie. 

Tak właśnie wtedy myślałem. Nadszedł czerwiec. Widzę, łodygi wysokie 

na pięć stóp, a na nich kłosy na pięć cali długie Zacieram ręce. Jeszcze 

miesiąc, półtora i zacznę sypać ziarno do worków. KaŜdego ranka 

gnałem na swoje pole, Ŝeby popatrzeć, jak zboŜe rośnie a rośnie. Moje 

zboŜe! A któregoś ranka, z róŜowym świtem, co pogodę zapowiada, 

wybiegłem z chałupy i nogi mi wrosły w ziemię. Czy to sen? Oczy 

przecieram, ale nic się dokoła nie zmienia. CóŜ to za diabelskie figle? 

Przez cale moje złote pole przeszedł jak gdyby cięŜki walec, jakim 

background image

ubijają kamienie na drogach. Co za dziw? Na prawo i na lewo równą 

linią stoją kłosy, jak wojsko na paradzie. A środek, szeroko na trzy jardy, 

zboŜe leŜy. Zdeptane, wbite w ziemię. splątane łodygi. Zacząłem je 

podnosić. Na nic. Tylko poczułem pod palcami jakby szron. Skąd szron 

w lipcu? Nie mogłem zrozumieć. Dopiero: później mi wytłumaczono. 

Gdzieś od północy, w samym środku upalnego lata, przyleci taki 

piekielnie zimny wiatr i zwarzy na swej drodze wszystko, co napotka. 

Zwarzy, połamie, wdepcze w grunt i pogna dalej.

— Dziwne — mruknął Irvin nie wiedząc, czy opowiadanie uznać za Ŝart.

— Piekielny klimat — mówił dalej nieznajomy. — Nadal nie pojmuję, 

jak to się dzieje, Ŝe ten mroźny wiatr dmie jakby przez tunel. W środku 

takiego tunelu kilkadziesiąt stopni mrozu, po bokach kilkadziesiąt ciepła.

— Ale całej pszenicy nie wymroził przecieŜ — wtrącił się Irvin.

— Tym razem. Bo w tydzień później nadleciał innym szlakiem i połoŜył 

drugą partię zboŜa. Z ocalałej resztki zebrałem mniej niŜ zasiałem. W 

roku następnym wszystko powtórzyło się bardzo dokładnie. Machnąłem 

ręką na gospodarkę i uciekłem. Prawdziwy rolnik długo tam nie wy-

trzyma. Bo na przykład... Na przykład jest zima siarczysta i palisz w 

piecu. Kładziesz się spać i nakrywasz koŜuchem na dodatek. Jest luty, 

sam środek tamtejszej zimy. Mróz. Budzisz się nad ranem. Duszno i 

gorąco, cały jesteś oblany potem. Ani chybi choroba. Więc nakrywasz się 

jeszcze szczelniej, Ŝeby wypocić z siebie gorączkę, i pocisz się jeszcze 

bardziej aŜ do samego świtu. Wreszcie wychodzisz na dwór. I co wi-

dzisz?

Kiedy kładłeś się spać, twoją chatę otaczała bezkresna płaszczyzna 

ś

niegu, wysokiego na chłopa. A teraz? Myślisz, Ŝeś znalazł się na wy-

spie. Dokoła woda, prawie sama woda. Płyną strumienie i rzeki 

pochyłościami gruntu. A w zagłębieniach jeziorka, stawy, jeziora. Błoto 

się lepi do butów, a w twarz dmie gorący wiatr. Wydaje ci się, Ŝeś 

background image

przespał zimę. Zrzucasz z siebie jeden przyodziewek po drugim, aŜ 

zostajesz w samej koszuli. I juŜ wiesz, Ŝe w nocy wcale nie chorowałeś, 

Ŝ

e to po prostu chinook, o którym ci kiedyś ktoś mówił. Ale albo 

zapomniałeś, albo nie wierzyłeś.

— Co to jest: chinook? — zagadnął Irvin.

— Wiatr, który w samym środku zimy potrafi dmuchnąć warem. Zrywa 

się od zachodu, od Gór Skalistych. W ciągu godziny moŜe podnieść tem-

peraturę o dziewięćdziesiąt stopni *. Takie są tamte strony. Dlatego 

przeniosłem się gdzie indziej.

— AŜ tu?

— O, nie! Po drodze zawadziłem o kilka innych miejscowości...

Rozgadał się na dobre. A Irvin uznał, Ŝe będzie najlepiej przeciągnąć 

rozmowę do świtu, bo bał się zasnąć z powodu swych “skarbów".

Nieznajomy przerwał na chwilkę, wydobył fajkę.

— Palicie?

Na przeczącą odpowiedź schylił się nad ogniem, wygrzebał czerwony 

węgielek i palcami połoŜył go na główce fajki. Zaciągnął się i wypuścił 

kłąb dymu.

— RóŜnie się bywało i w róŜnych stronach — nawiązał do przerwanej 

opowieści. — Opowiadano mi o złocie. Trochę było w tym łgarstwa, ale 

i nieco prawdy. Słyszałem o takim, który w Brytyjskiej Kolumbii * 

znalazł nugget * wagi 60 funtów*. Tkwił w szczelinie skalnej. A inny 

znowu farmer, jadąc wozem w prowincji Victoria, wjechał na głaz 

sterczący z ziemi. Zatrzymał konie, Ŝeby obejrzeć, czy nie uszkodził 

koła. I wówczas zwrócił uwagę na dziwnego koloru rysę, jaką koło 

wyŜłobiło w kamieniu. Spróbował kamień wydobyć. Machnął łopatą raz, 

drugi i zrobił dwie dodatkowe rysy, Ŝółtej barwy. To był dziwnie miękki 

kamień. Wykopał go. Zawiózł do domu. No i co powiecie? Bryła złota 

waŜąca ponad dwieście funtów! Nasłuchałem się takich historyjek, a 

background image

nasłuchałem. I postanowiłem sam poszukać szczęścia. Ale nie w 

Kanadzie. Zbrzydła mi do cna. Zasłyszałem, Ŝe w Kalifornii odkryto w 

kilku miejscach złotonośne Ŝyły. Postanowiłem tam się wybrać, ale Ŝe z 

pieniędzmi było krucho, powędrowałem najpierw na północ. Zimą. 

Wróciłem z tobołem 

Mowa o skali termometru Fahrenheita. 

Brytyjska Kolumbia — prowincja Kanady. 

Nugget — bryłka rodzimego złota.

Funt angielski równa się 0,453 kg.

skórek, a było wśród nich kilka srebrnych lisów. Za jedną taką skórkę 

płacono wówczas w mieście 50 dolarów. Dopiero nakupiłem Ŝywności, 

broń, konia jak się patrzy, siekierę, patelnię i tak obładowany ruszyłem 

na południe. Trochę prerią, trochę górami. Namęczył się wtedy człowiek 

i nagłowił nieraz.

Westchnął. Kawałkiem patyka począł czyścić fajkę.

— No i co? Znaleźliście złoto?

— Znalazłem i nie znalazłem. Długa to historia.

Irvin spojrzał w niebo. Świeciły gwiazdy, jedna przy drugiej. Nocna 

cisza rozpostarła się dokoła.

— Opowiedzcie — poprosił, ciągle myśląc o swym “skarbie" i o tym, 

aby nie zasnąć.

— Niech tam! Opowiem. Ta włóczęga tylko na dobre mi wyszła. KaŜda 

włóczęga napędza człowiekowi rozumu. Jak sobie dłuŜej pojeździ, zaraz 

innymi oczami spogląda na świat. Spróbujcie kiedy.

— Nie, nie! — zaprotestował Irvin. — Nie mam zamiaru nigdzie więcej 

jeździć, chyba do stacji kolejowej, Ŝeby zboŜe dostawiać.

— No to po co wybraliście się na te pustkowia? — zagadnął znienacka.

Irvin na chwilę zapomniał języka w ustach. Coś jednak naleŜało 

background image

powiedzieć. Więc zaczął od suszy, jaka gnębiła Greenfield, i znalazł 

wdzięcznego słuchacza, który zrozumiał go i współczuł.

— Wybrałem się na polowanie, Ŝeby trochę mięsa przywieźć do domu — 

zakończył niezręcznie.

— I niczego nie upolowaliście.

— Niewiele. Ledwie samemu starczyło.

— Hm, to ta wasza osada gdzieś niedaleko musi leŜeć, co?

Irvin zląkł się. Jeśli tamten zacznie go wypytywać, zapłacze się w 

kłamstwach albo wygada. AŜ się spocił z przejęcia. Na szczęście 

nieoczekiwane wydarzenie przerwało rozmowę. Nieznajomy szybko 

dorzucił drzewa do ogniska, buchnął wysoki płomień.

— Słyszeliście? — zapytał półgłosem.

— Nie.

— Koń parsknął. Ta puma znowu się tu włóczy. Chodźmy — powiedział 

sięgając po fuzję. — Dobrze strzelacie?

Irvin przyznał, Ŝe nie jest mistrzem w tej sztuce.

— Wobec tego nie moŜemy się rozdzielać.

Poszli w czarniejszy od nocy gąszcz krzaków. W ciszy stuknęły kopyta.

— Tam stoi mój koń. Idziemy dalej. 

Poczęli pomykać między zwartą ścianą zarośli a górskim zboczem.

— Ona gdzieś tu krąŜy — zauwaŜył szeptem mały traper. — Nie róbcie 

tyle hałasu! — syknął, gdy Irvin nieopatrznie nastąpił na suchą gałąź.

— Widzę ją. Kładź się i nie strzelaj.

Irvin ukląkł za niewielkim wzniesieniem gruntu. Wytrzeszczył oczy, ale 

niczego nie dojrzał. Mały traper rozciągnął się obok, ze strzelbą przy-

łoŜoną do ramienia. Nadal trwała cisza, tylko wiatr szeleścił w liściach. 

Na koniec ten sam wiatr przyniósł na swych skrzydłach woń ostrą, cuch 

zwierzęcy. Dopiero teraz farmer spostrzegł cień kroczący to tu, to tam. 

Teraz — z lewej — parsknęły konie. Po chwili — niby odzew — 

background image

nadpłynęło z mroku krótkie, przytłumione warknięcie.

Irvinowi mocniej zabiło serce. Cień ogromniał. Wiatr dął od strony 

zwierzęcia i drapieŜnik nie wyczuł obecności ludzi. ZbliŜał się. Szedł w 

stronę koni zwrócony bokiem do myśliwych. Pochylony ku ziemi łeb, 

nabrzmiały kark, przygięte łapy.

— Teraz — szepnął traper.

Irvin zobaczył błysk, cienkie pasemko ognia, a zaraz po nim głos strzału, 

przypominający pęknięcie uschłego konaru! Raczej trzask niŜ huk. 

Przycisnął kolbę do ramienia, nacisnął cyngiel.

Raz, drugi, trzeci... Czternastostrzałowy winchester stwarzał ogromne 

moŜliwości! Po pierwszym strzale puma ryknęła ochrypłym basem, 

podskoczyła i runęła drapiąc pazurami ziemię. Po czwartym — 

znieruchomiała.

— Dosyć — zakomenderował mały traper. Zerwał się i z bronią 

skierowaną w stronę zwierzęcia wolno, wolniutko ruszył ku bez-

kształtnej, szarej masie. Irvin stąpał tuŜ za nim.

— Martwa jak głaz — stwierdził traper trącając lufą nieruchomy łeb. — 

Jeśli jej nie połoŜyłem na miejscu, to wy dostatecznie naszpikowaliście 

ją kulami. Futro podziurawione pewnie jak sito, ale i tak o tej porze mało 

warte. Chyba Ŝe chcecie je zabrać...

Irvin odmówił. Wrócili do ogniska. Traper dorzucił kilka patyków.

— Trzeba się nieco przedrzemać — stwierdził, po czym owinął się 

kocem i legł z nogami zwróconymi ku ognisku. — A wam radzę to samo 

— dodał. — Nic nas juŜ nie będzie niepokoić, do ranka niedaleko. 

Patrzcie, gwiazdy gasną.

Ziewnął i odwrócił się bokiem.

— A jak było z tym złotem? — zapytał Irvin.

— Nie teraz. Jutro.

Ale farmer nigdy nie dowiedział się o eksplorerskich wysiłkach 

background image

nieznajomego. Zapewne nie dały nadzwyczajnych "rezultatów, jeśli ten 

dziwny rolnik nadal włóczył się po bezdroŜach gór Sacramento 

szukając... właściwie nie wiadomo czego.

Irvin siadł w bliskości dogasającego ogniska, oparł się plecami o siodła. 

Myślał, myślał, aŜ mu się myśli zmieszały i... zasnął.

background image

Napad

Siwy wieczór opadał na ziemię po dniu gorącym jak wnętrze 

piekarskiego pieca. RozŜarzone powietrze drgało.

Irvin wracał w rodzinne strony. Coraz lepiej rozpoznawał krajobraz. 

Wiedział, Ŝe za godzinę, dwie, nim noc rozjaśni niebo gwiazdami, ujrzy 

pierwsze zabudowanie Greenfield.

Wbrew złowróŜbnym prognozom Karola Gordona, Abrahama Lamba i 

— na koniec — Old Guna wracał osiągnąwszy cel. Bo chociaŜ nie wiózł 

Ŝ

adnego ze sprawców napadu na pocztę, to przecieŜ w jukach koni 

spoczywała powaŜna suma odzyskanych pieniędzy. Jechał i dumał nad 

tym, jak go przyjmą w rodzinnej osadzie. Jechał i układał w myślach plan 

działania na przyszłość: Becky umieści w szpitalu, Clema zatrzyma przy 

sobie, spłaci długi... Gdyby katastrofalna susza trwać miała nadal, opuści 

niegościnną ziemię. MoŜe Karol równieŜ da się namówić? Spłaci takŜe 

długi zaciągnięte u Bryana przez Karola. Będą obaj mogli w biały dzień, 

nie chyłkiem i nocą, opuścić Greenfield. Odtąd wszystko się zmieni — 

przekonywał sam siebie. Na zachodzie leŜą jeszcze odłogiem dziewicze 

grunta. Łatwo wybrać teren pod zagospodarowanie. Najlepiej w pobliŜu 

większej rzeki, która nigdy nie wysycha, i w nieduŜej odległości od 

kolejowej linii. Tam, gdzie klimat mniej ostry, a niebo łaskawsze dla 

rolnika. Marzył o złocistych łanach pszenicy, o worach ziarna, o stadzie 

krów pasących się wśród bujnej zieleni łąk. Do licha z Greenfield! 

OdŜałuje tę ziemię. Zostawi ją, bo nie łudził się, Ŝe komukolwiek mógłby 

sprzedać. Nie znajdzie amatora ani na stwardniały jak kamień ugór, ani 

na budynki. Spośród mieszkańców Greenfield nikt się na to nie połasi.

Tak przedstawiał się Ŝyciowy plan Irvina. Układał go podczas ostatnich 

background image

dni podróŜy, nadal pełnych niespodzianek.

Mały traper obiecał wyprowadzić Irvina z plątaniny ścieŜek gór 

Sacramento. Nęcąca propozycja! Ale Irvin nie mógł na nią przystać, 

chyba Ŝe droga miałaby prowadzić obok chatki Abrahama Lamba. 

Musiał przecieŜ zwrócić poŜyczonego muła. Dlatego na propozycję 

odpowiedział odmownie, nie kryjąc zresztą przyczyny tej odmowy.

— Abraham Lamb! — wykrzyknął mały traper. — PrzecieŜ go znam. 

Polowaliśmy razem, a któregoś roku spędziłem z nim calusieńką zimę. 

Moja najbezpieczniejsza droga właśnie niedaleko jego chałupy wiedzie.

I tak oto Irvin doprowadzony został do celu drogą najkrótszą. Lamb, gdy 

go ujrzał, tylko pokiwał głową.

— Widzę, Ŝe się udało — powiedział. — Konik wcale niezły. A co z 

resztą?

Irvin zerknął nieznacznie na swego towarzysza.

— Nie chcesz, nie mów, ale nim się nie krępuj.

Ręczę jak za siebie.

— Tyle wam zawdzięczam... — zaczął farmer. Lamb machnął ręką:

— Bez takich wstępów. Rozkulbaczcie konie. Pogadamy później. CóŜ 

tam u ciebie słychać, stary włóczęgo? — zwrócił się do towarzysza 

Irvina.

Objęli się ramionami i weszli do chatki. Tę chwilę samotności farmer 

postanowił wykorzystać. Zdjął uprząŜ z muła, zdjął siodło ze zdo-

bycznego konia. RozłoŜył na trawie jedno obok drugiego i począł 

przekładać pieniądze do swoich juków. NaleŜy pozbyć się zbędnych 

drobiazgów, a nawet części Ŝywności. Ale decyzja, co naleŜało wyrzucić, 

by cały skarb zmieścić w jednym siodle, nie była wcale łatwa. AŜ spocił 

się z wysiłku. Klęczał nad swym dobytkiem, ocierając wilgotne czoło i 

zastanawiając się, jak rozwiązać skomplikowany problem, gdy Abraham 

Lamb z towarzyszem stanęli nad nim.

background image

— U licha! Co za fura pieniędzy? śebym wiedział, jakiego milionera 

prowadzę...

— To co? — zaśmiał się Lamb.

— Policzyłbym sobie za kaŜdy dzień drogi. Sądzę jednak, Ŝe teraz 

milioner okaŜe się hojny dla biednego przewodnika.

Irvin podniósł się z klęczek.

— Mylisz się, Little. To nie są jego pieniądze. Nic ci się nie naleŜy poza 

dobrym wspomnieniem. Wierz mi, Little*.

JakŜe to nazwisko — moŜe przezwisko — pasowało do “małego". 

Irvin odetchnął z ulgą i rzekł do Lamba:

— Dziękuję.

— MoŜna zdradzić tajemnicę, Irvin? NaleŜy mu się chyba wyjaśnienie.

Farmer kiwnął głową. Przysiedli na trawie, a Vincent zajął się na nowo 

pakowaniem swego dobytku. Rozkładał i układał, wyjmował i do-

pasowywał, nie bardzo zwracając uwagę na to, co Lamb opowiada. Na 

koniec rozłoŜył ręce w bezradnym geście:

— Nie dam rady — poskarŜył się głośno. Rozmowa została przerwana.

— Dostaniesz worek, Irvin — odezwał się Lamb. — Piękny worek z 

koźlej skóry. Jeden warunek: powiesz, jak zakończyła się twoja wy-

prawa.

Spełnił Ŝądanie. O świcie obaj odprowadzili go jeszcze szmat drogi, a 

przed samym rozstaniem Lamb zapowiedział surowym głosem:

— Pamiętaj, Irvin! Gdybyś jeszcze kiedy zawitał w te strony...

— Będę pamiętał! — odkrzyknął i ruszył galopem, dokładnie 

poinformowany, którędy ma jechać, by ominąć  Llano Estacado.

I oto teraz nadchodził kres wędrówki. Zakurzona droga, zakurzone pola, 

skwar wiszący nad ziemią i posępny, czerwonoszary krajobraz. Teraz to 

wszystko wydawało mu się rajskim widokiem. Becky, Ciem, Karol, Abel 

Meredith, szeryf Fawkes, Robert Dreer, Fulk Bryan — ileŜ czasu ich nie 

background image

widział? DopieroŜ to zaczną wypytywać! Klepać po plecach, ściskać 

dłonie i szczycić się, Ŝe w Greenfield znalazł się taki śmiałek. A przecieŜ 

nigdy nie dokonałby przedsięwzięcia, 

Little (ang.) — mały.

gdyby nie Lamb, który mu nie ocalił Ŝycie; gdyby nie Old Gun, który 

wybawił od niewoli, a moŜe nawet... śmierci. Dziwny Old Gun, 

pochowany na przybrzeŜnym piasku Kolorado. Czemu ruszył za 

bandytami?

Dwu ludzi tak bardzo mu pomogło, ale przecieŜ on sam w tej 

zwariowanej wyprawie odegrał główną i decydującą rolę. Miał prawo 

być dumny!

Ukazała się czarna linia zabudowań, a na skraju tej linii — jego własna 

zagroda. Popędził konia. Na drodze nie spotkał nikogo. Osadził wierz-

chowca tuŜ przed studnią. Zeskoczył z siodła. CóŜ tu tak cicho? Podszedł 

do drzwi. śelazna kłódka wisiała na skoblu. Zajrzał przez okno: pusto.

“Chyba przenieśli się do Karola" — pomyślał, ale równocześnie 

niepokój ścisnął mu serce.

Ujął konia za uzdę i prawie biegnąc dotarł do sąsiedniej zagrody. Wtedy 

usłyszał znajomy głos:

— Pan Irvin przyjechał!

To Robert. Biegł w jego stronę.

— Myśleliśmy, Ŝe pan juŜ nigdy nie wróci. Wszyscy się niepokoili, a 

najbardziej mój boss...

— PrzecieŜ wróciłem — zdobył się na uśmiech, bo niepokój rósł w nim z 

kaŜdą chwilą. — Gdzie moja Ŝona?

Robert otworzył usta i zamknął je.

— Gdzie Clem? Odpowiadaj! — zdenerwował się Irvin.

background image

— To juŜ mój boss panu powie.

— Karol! Gdzie on?

Irvin ciągle jeszcze nie mógł nic zrozumieć. CzemuŜ to dopiero Karol 

miał go poinformować o losach rodziny?

A wtedy otworzyły się drzwi domostwa Gordona:

— Vincent! JakŜe się cieszę! Witaj, stary druhu.

Ale głos Karola nie zabrzmiał radośnie...

Piszę o tym, jak juŜ poprzednio wspomniałem, po latach, po wielu łatach, 

które w pamięci uczestników, aktorów wydarzeń, przytępiły ostrość 

odczucia. Wiedziałem o tym, jednak nie starczyło mi odwagi pytać Irvina 

o tamten wieczór. Opowiedział mi o wszystkim Karol Gordon.

— Nie było sensu niczego dłuŜej ukrywać — mówił wracając do starych 

wspomnień. — Niepełne informacje mogłyby być jeszcze boleśniejsze. 

Ech, Becky Irvin do końca wierzyła, Ŝe jej mąŜ udał się tylko na 

polowanie i Ŝe wkrótce wróci. Dziwiła się, Ŝe mu nie towarzyszyłem. 

Odparłem, Ŝe polowanie moŜe potrwać kilka, nawet kilkanaście dni, a ja 

zostałem właśnie na prośbę Vincenta, aby jej słuŜyć pomocą. Po pewnym 

czasie poczęła się niepokoić. Uspokajałem, jak mogłem, bagatelizując 

niebezpieczeństwa wyprawy, chociaŜ sam pełen byłem najgorszych 

myśli. W drugim tygodniu nieobecności Vincenta Becky powaŜnie się 

rozchorowała. Nie wstawała juŜ z łóŜka, chwilami traciła przytomność i 

poczynała majaczyć. Posadziłem przy niej Roberta, a sam poleciałem do 

Abla Mereditha po pomoc. Ten stary miał najtęŜszą głowę w naszej 

osadzie. Przejął się moją informacją i w mig zorganizował kobiece 

dyŜury przy chorej. Ale nie mogły one zastąpić leczenia. Od dawna 

wiedziałem, Ŝe Becky Irvin cierpiała na płuca i Ŝe upały Greenfield nie 

słuŜyły jej zdrowiu. A przecieŜ brak pieniędzy nie pozwalał na 

wypełnienie poleceń lekarza.

Sądzę, Ŝe Abel Meredith odczuwał wyrzuty sumienia. I ja teŜ nie czułem 

background image

się najlepiej, chociaŜ nieco tłumaczyła mnie przeklęta piaskowa burza. 

Gdyby nie ona — ściągnąłbym Vincenta z powrotem do Greenfield. Czy 

jednak ten fakt przywróciłby zdrowie Becky? PrzecieŜ nie! Tylko 

zmalałaby moja odpowiedzialność. Tak sobie wówczas rozmyślałem, 

chociaŜ dziś rozumiem, Ŝe nie miało to Ŝadnego sensu. Katastrofa nastą-

piła szybciej, niŜ moŜna było przypuszczać. Czwartego dnia choroby 

Becky Irvin dostała krwotoku i zmarła. Myślałem, Ŝe ziemia rozstąpiła 

się pode mną. Tak oto zaopiekowałem się Ŝoną przyjaciela! Okropny to, 

zaiste, dramat, gdy z braku pieniędzy człowiek traci Ŝycie.

Pochowaliśmy Becky Irvin zaraz za granicami Greenfield, w samotnej 

mogiłce. Na pogrzeb stawili się wszyscy. Takiej solidarności w Ŝałobie i 

współczuciu nie wykazali rolnicy Greenfield juŜ nigdy później...

Małego Clema przyjęła do siebie rodzina Abla Mereditha. Chłopcu 

potrzebna była przecieŜ kobieca ręka.

Nie zdąŜyliśmy jeszcze oprzytomnieć po tamtej katastrofie, gdy rozeszła 

się nowa wieść: Clem zachorował. Dziecko bardzo tęskniło za matką, 

cały dzień ponure i ciche, kryjące się po kątach. Straciło dawne 

rumieńce, a wreszcie tak osłabło, Ŝe trzeba je było nosić. Gromada kobiet 

rodziny Mereditha debatowała, jakie by tu zastosować lekarstwo. 

Obmyślano najrozmaitsze wywary z najrozmaitszych ziół, stosowane ja-

koby od setek lat i zawsze niezawodne w skutkach. Ale gdzie znaleźć 

zioła na spalonej ziemi?

Wraz z Ablem Meredithem i szeryfem Fawkesem udałem się do Fulk 

Bryana molestować go o pienięŜną poŜyczką. To był porządny człowiek. 

Miał prawo wyrzucić nas za drzwi, a przecieŜ poŜyczył! Pognałem na 

stację, złapałem pociąg i pojechałem znowu do Amarillo. ZmitręŜyłem 

tam dwa dni i dwie noce, czekając na lekarza, który został wezwany na 

jakąś odległą farmę. Wróciłem z nim dnia trzeciego. Za późno. Clem 

zmarł. Dziś mówię o tym spokojnie, ale wówczas... Nie, nie będę tego 

background image

wspominał. Kobiety Meredithów chodziły z zapłakanymi oczyma, Abel 

zaś — głowa rodziny — chociaŜ to człek twardy i niejedno w swym 

długim Ŝyciu widział, łaził ponury jak noc i milczący jak głaz. Tak go 

wzięło!

W kilka dni później zjawił się Vincent.

Pamiętam, gdy mnie wysłuchał, jego twarz, pobladłą nagle, zszarzałą, w 

jednym momencie postarzałą o lata całe. Cichym głosem zapytał tylko, 

gdzie są groby, i zaraz poszedł na ten maleńki cmentarzyk. Zostawiłem 

go samego. Uznałem, Ŝe tak będzie lepiej. Pamiętam... razem z Robertem 

zajęliśmy się koniem Vincenta. Oczyścili, napoili i zaprowadzili do 

stajni. Konik prezentował się wcale nieźle, był tylko mocno zmordowany 

i chudy. Nie wiedziałem jeszcze, skąd Irvin go wziął i co zrobił ze swoją 

Betsy.

Wkrótce Abel Meredith przywlókł się do mej chałupy.

— Irvin wrócił? Jak mu się udało? 

Wzruszyłem ramionami.

— Tyle wiem co i wy, ojcze. Zgubił gdzieś swą klacz, a przyprowadził 

karego konika. Poza tym nosi przy pasie colta.

— Nie pytałeś, gdzie go zdobył?

— Jeszcze na to nie pora.

— Słusznie. Jakby wydarzyło się coś nowego, daj mi znać.

I odszedł.

Siodło Irvina jeszcze leŜało na progu. Podniosłem, aby przenieść do izby. 

Wydało mi się niezwykle cięŜkie. Kiedy cisnąłem je na ławę — 

zadźwięczało metalicznie. Coś tam Vincent naładował, ale nawet przez 

myśl mi nie przeszło, by zajrzeć do juków. Pomacałem tylko pękaty wo-

reczek z koźlej skóry, przymocowany rzemieniami w tyle siodła. Był 

twardy jak Ŝelazo. CzyŜby natrafił na złotą Ŝyłę? Eee, gdzie tam, Vincent 

nie był przecieŜ eksplorerem i nic się nie znał na skarbach ziemi. 

background image

NaleŜało uzbroić się w cierpliwość.

AŜ dziwne, Ŝe w mej pamięci utrwaliło się tyle szczegółów z tamtego 

dnia. Pamiętam, Ŝe razem z Robertem zajęliśmy się pitraszeniem obiadu. 

Kiepskiego. Na dobry nie było nas stać. Co tu duŜo gadać! Cała ludność 

Greenfield po prostu dziadowała.

Irvin zjawił się dopiero o zmierzchu, ponury jak gradowa chmura. Siadł 

za stołem i razem spoŜyliśmy nasz jałowy posiłek. W całkowitym 

milczeniu. Dopiero gdy Robert sprzątnął miski, Vincent powiedział:

— Muszę iść do szeryfa. Pójdziesz ze mną?

— Oczywiście.

— Hm... gdyby tak szeryf zechciał przyjść do nas, byłoby jeszcze lepiej. 

MoŜe spróbujesz go namówić.

Odparłem, Ŝe zaraz pójdę do Fawkesa i poproszę go tutaj. Wówczas 

sądziłem, Ŝe Irvin po prostu nie chce pokazywać się ludziom, lękając się 

moŜe ich współczucia. JednakŜe wkrótce okazało się, Ŝe przyczyna była 

inna.

Lucas Fawkes ze swą gwiazdą szeryfoską i dyndającym u pasa coltem 

niezbyt pewnie wkroczył do domostwa Gordona. W swym nie-

zdecydowaniu wybrał formę powitania w danym wypadku najlepszą z 

najlepszych, uścisnął przybyłemu dłoń i dodał:

— Jesteśmy wszyscy z tobą, Vincent...

Później siadł cięŜko za stołem, nie bardzo wiedząc, po co go wezwano. 

Wówczas Irvin przeniósł siodło z ławy na stół.

— Karolu — poprosił — niech Robert popilnuje drzwi i nikogo nie 

wpuszcza. Albo... niech nas zamknie od zewnątrz.

Zdziwili się obaj.

— O co chodzi? — spytał Fawkes. — Jakaś tajemnica?

Irvin skinął głową.

— Musimy pewną sprawę załatwić bez świadków. Dlatego was tu 

background image

poprosiłem, szeryfie.

Robert wytrzeszczył oczy:

— Co to ma znaczyć, boss?

— Sam nie wiem — mruknął Gordon. — ZałóŜ kłódkę na skobel i w 

razie czego mów, Ŝeśmy wyszli.

Kiedy z łoskotem zatrzaśnięto drzwi, Irvin odwiązał koźli woreczek od 

siodła, rozsupłał rzemyki i począł wykładać na stół szare ruloniki 

papieru. Z jednego, na pół przedartego, wysypały się na deski złote 

monety. Fawkes i Gordon aŜ podnieśli się z ławy.

— Znalazłeś skarb... — stwierdził przejętym głosem szeryf.

— śaden skarb — zaprotestował właściciel. — To są pieniądze 

zrabowane na poczcie. Ile ich? Nie wtem. Nie miałem okazji przeliczyć.

— Ale... ale jakim sposobem... — Fawkes nie mógł opanować 

zdziwienia.

— Później opowiem. Teraz musimy sprawdzić, ile tego jest.

OpróŜniwszy woreczek, otworzył z kolei skórzane klapy juków. Stół 

pokryły równym rzędem poukładane paczki banknotów oraz stos 

srebrnych dolarowych monet. Gordon obserwował w milczeniu ruchy 

przyjaciela. Przez cały czas nie otworzył ust. GdybyŜ ta góra pieniędzy 

znalazła się na tym samym stole przed kilku tygodniami!

— Liczmy — zarządził Irvin.

Zabrali się do tej Ŝmudnej roboty, lecz ukończyli ją szybciej, niŜ 

ktokolwiek mógłby przypuszczać. Okazało się bowiem, Ŝe rulony zawie-

rały po jednakowej liczbie monet kaŜdy, a paczki banknotów równieŜ 

były jednakowe. Więcej roboty przysporzyło segregowanie monet srebr-

nych. Po dwukrotnym sprawdzeniu rachunku okazało się, Ŝe w sumie 

Irvin przywiózł dziewiętnaście tysięcy pięćset dolarów, a więc prawie 

połowę zrabowanych pieniędzy.

— Schowaj to, Karolu. Potem szeryf zadecyduje, co dalej robić.

background image

— Chyba odtąd nie będę mógł opuścić domu na krok. To niebezpiecznie 

duŜa suma, jak na Greenfield. W jaki sposób to zdobyłeś?

— Sprzątnij wszystko, a później niech nas Robert odrygluje.

Gdy Ŝądania zostały spełnione, Irvin dokładnie streścił historię swej 

wędrówki. Słuchali nie przerywając. Milczeli, nawet gdy skończył opo-

wiadać. Tak nieprawdopodobnie zabrzmiały w ich uszach dzieje 

samotnej wyprawy. Skromny farmer urastał do postaci dzielnego 

westmana. Ale przecieŜ wiadomo, Ŝe Vincent Irvin nie kłamał ani nawet 

nigdy nie koloryzował. Nie był blagierem. Więc co opowiedział, musiało 

być prawdą.

— Pamiętam — kończył opowieść — jeszcze ten wiersz:

Gdzie wiatr, gdzie wiatr wiosenny dmie 

I wali kamienie w Ŝlebach. 

Tam noc, tam noc, gdy cicho śpię, 

Rozpala gwiazdy nieba.

— Zmęczony jestem — dodał przygaszonym głosem. — Zabiłem 

człowieka. Zapewne przeze mnie zginął Old Gun. I wszystko na nic...

Opadł na ławę, zgarbił się, zwiesił głowę na piersi.

— Vincent — odezwał się szeryf — człowieku, wiesz, czegoś dokonał? 

Tego nie powstydziłby się najbardziej doświadczony tropiciel śladów! 

To ty powinieneś być szeryfem w Greenfield, nie ja!

— Dajcie spokój — szepnął farmer. — Nie chcę być ani szeryfem, ani 

tropicielem śladów. Moja robota nikomu nie przyniosła szczęścia. 

Bodajbym nigdy nie ruszał w drogę. Miałeś rację, Karolu... Wszystko na 

nic, ale nagrodę muszę otrzymać. Nie dla siebie. Co mi tam teraz po 

pieniądzach... Trzeba Bryanowi zwrócić swoje i wasze poŜyczki...

Przerwał i znowu popadł w zadumę.

background image

— Lękam się — zaczął niepewnie szeryf — czy tam w Lubbock nie 

zaŜądają stwierdzenia toŜsamości.

— JakŜe to! — oburzył się Karol. — Czy miał wieźć ze sobą trupa?

— Oczywiście, Ŝe nie — zaprzeczył skwapliwie Fawkes — i nie to 

miałem na myśli. Inaczej nie sposób było postąpić, ale w Lubbock mają 

tępe głowy. Mogą zaŜądać okazania zwłok, albo innych dowodów, Ŝe 

zabity był właśnie poszukiwanym listami gończymi przestępcą. A tego 

przecieŜ Vincent nie ma. Słyszysz, Vincent? Obudź się!

Irvin spojrzał niewidzącymi oczyma na szeryfa:

— To wszystko doprawdy nie miało sensu — stwierdził jakimś 

drewnianym głosem.

— Nie, nie, Vincent. Nie masz racji. Opanuj się, chłopie. Działałeś za 

moją zgodą, niejako z mego polecenia, i moja w tym głowa, aby nie stała 

ci się krzywda. I albo oni wypłacą ci nagrodę za odzyskane pieniądze, 

albo... ja tych pieniędzy im nie oddam. Jutro ruszymy do Lubbock. We 

trzech. Taki skarb wymaga odpowiedniej opieki. No i oczywiście, nikt 

poza nami nie moŜe dowiedzieć się o tych pieniądzach. Słowo? Do czasu 

aŜ załatwimy cały interes.

Zgodnie przyrzekli, jednak Karol wyraził wątpliwość:

— Był tu juŜ Meredith. Na pewno zjawi się znowu i zacznie pytać. Jest 

chytry jak lis i nie zadowoli się byle czym.

— OkaŜemy się jeszcze chytrzejsi — stwierdził Fawkes. — Wszystko 

mu opowiesz, Vincent...

— Nie! — zaprotestował zagadnięty. — Niech mi dadzą spokój!

— Dobrze. Wobec tego Gordon ciebie wyręczy. Opowie wszystko 

zgodnie z prawdą, ale o odzyskaniu pieniędzy ani słówka! Zgoda?

— Zgoda — odpowiedział Karol.

Na tym się rozstali. Fawkes obiecał dnia następnego o świcie zajechać 

wozem przed dom Gordona, zabrać skarb, obu przyjaciół i ruszyć na 

background image

kolejową stację. Na wniosek Karola dobrano do towarzystwa jeszcze 

Roberta, aby dopilnował wozu, który mieli pozostawić na stacji.

Fawkes odszedł do swej zagrody wielce zamyślony i z tajemniczą miną. 

Odkąd wybrano go szeryfem, nic podobnego nie wydarzyło się w 

Greenfield. CóŜ za niebywała historia! A z Vincenta jaki zuch! 

Delektował się w myślach, jak to będzie opowiadał w gronie znajomych, 

przy kuflu piwa i kolejce whisky, gdy wrócą stare, dobre czasy! A Ŝe 

wrócą — szeryf nie miał wątpliwości. Jeszcze zazielenią się łąki, a nowy 

przedsiębiorca otworzy nowy saloon w osadzie. Wyczyn Irvina 

opromieni równieŜ i jego — szeryfa — osobę, doda mu powaŜania. 

Dowiedzą się w Lubbock, jakich to Greenfield ma ludzi. Tak dumając, 

ledwo dostrzegł mijaną właśnie grupkę gwarzących o czymś w 

wątpliwym cieniu bezlistnego drzewa. ZauwaŜył tylko, Ŝe Abel Meredith 

zmierza w jego stronę. Fawkes postanowił nie dać się zaskoczyć ani 

wciągnąć w rozmowę. Kiedy więc sędziwy farmer zaczepił go swoim: 

“Halo, szeryfie, podobno Irvin wrócił!" odparł krótko:

— A wrócił, wrócił, ale ja się bardzo spieszę — i wyminął zaskoczonego 

starca.

Szeryf nie przeczuł, Ŝe swą odpowiedzią wcale nie wywiódł w pole 

chytrego farmera, lecz tylko zaostrzył jego ciekawość. W lakonicznym 

odezwaniu się szeryfa Abel Meredith wyczuł jakąś tajemnicę i 

natychmiast ruszył prościutko do chaty Gordona. Robert Dreer ujrzał go 

na drodze.

— Wyjdę i zagadam go — zaproponował Karol.

— PrzecieŜ nie zabronisz mu wstępu?

— Chcesz z nim rozmawiać?

— Nie. Ucieknę oknem. śe teŜ nie chcą dać mi spokoju...

— Bądź co bądź to wydarzenie, jak na naszą osadę — usiłował 

wytłumaczyć Karol.

background image

Ale Irvin juŜ przesadził okienny parapet i zniknął za węgłem domostwa. 

W ostatniej dosłownie sekundzie, bo oto juŜ na progu stanął stary farmer.

— Halo, Gordon! Co tam nowego?

— Nie wiem, co macie na myśli — odparł gospodarz zastanawiając się 

jednocześnie, jak by tu najszybciej pozbyć się nieproszonego gościa.

— MoŜna? — zagadnął stary przekraczając próg.

— Proszę...

— O... myślałem, Ŝe zastanę u ciebie Irvina. Gdzie on?

— Nie wiem — skłamał Gordon. — Włóczy się gdzieś, unika ludzi.

Meredith pokiwał głową:

— Pewnie, pewnie. Wcale mu się nie dziwię. Ale przede mną nie 

potrzebuje się ukrywać. Wszyscy współczujemy Vincentowi w jego nie-

szczęściu. GdybyŜ mu się chociaŜ udała ta wyprawa... Powiedz mi, synu, 

jak tam było?

Gordon westchnął z rezygnacją.

— Siadajcie — podsunął ławę. — Powiem wam tyle, ile mi Vincent 

wyjawił.

— Był u was szeryf — stwierdził Abel. — Czego to chciał?

— Tego samego, co i wy.

— Aha, no to słucham. Gadaj, synu, dokładnie i niczego nie ukrywaj. 

PrzecieŜ to ja go namówiłem na tę jazdę i teraz trochę mi głupio... — 

westchnął. — Ale któŜ mógł przewidzieć? Opowiadaj.

— Więc — zaczął Karol — kiedy wróciłem z pogoni, gdy mnie burza 

piaskowa zaskoczyła, o tym juŜ wiecie...

— Wiem wiem...

— ...więc Irvin zdołał jakoś ją ominąć. W ogóle miał szczęście w tym 

całym nieszczęściu...

Teraz streścił, jak mógł najskładniej, dzieje wyprawy przyjaciela, nic 

jednak nie wspominając o odzyskanych pieniądzach. Wyszło więc na to, 

background image

Ŝ

e usiłowania Irvina spełzły na niczym. Abel Meredith mocno się 

zasępił.

— I co na to szeryf? — zapytał.

— Powiada, Ŝe mogą nie uwierzyć w zabicie jednego z rabusiów i nie 

wypłacić nagrody.

— Tak mówi szeryf?

— Właśnie tak.

— Obawiam się, Ŝe ma rację.

Stwierdziwszy ten smutny fakt Meredith wyszedł na drogę ze spuszczoną 

głową. Czuł się współwinnym nieszczęściu Irvina, a teraz na pewno 

podwójnie.

Karolowi cięŜar spadł z serca. Wywiązał się z misji, jak umiał najlepiej. 

Poszedł odszukać Irvina. Przesiedzieli do wieczora juŜ tylko we dwóch, 

a świtem zaturkotały koła bryczki. Szeryf Fawkes okazał się słownym. 

Przemknęli przez śpiącą jeszcze osadę, potem pognali ledwie przetartym 

pustkowiem do miejsca nazwanego szumnie kolejową stacją. Był nią 

wydeptany stopami ludzkimi i kopytami koni wąziutki pas zszarzałych 

traw, ciągnący się wzdłuŜ kolejowych torów. Na drewnianym słupie 

widniała tabliczka z napisem “Greenfield". Nieświadomy rzeczy pasaŜer, 

popatrzywszy dokoła, nawet by nie podejrzewał, Ŝe parę mil od tego 

napisu istnieje rzeczywiście osada o nazwie “Greenfield". Kiedy 

wznoszono pierwsze chaty-lepianki, kolej znajdowała się dopiero w 

budowie i mieszkańcy osady (jeszcze bez nazwy) sądzili, Ŝe Ŝelazne tory 

przebiegną tuŜ obok pierwszych jej domostw. To im obiecywano, 

oferując równocześnie za bezcen, ile kto chciał, akrów ziemi. Później się 

okazało, Ŝe tory minęły Greenfield w sporej odległości. Bardzo na to 

sarkali, ale musieli pogodzić się z losem. W porównaniu z przebytą dro-

gą ze wschodu na zachód odległość między osadą Greenfield a stacją 

Greenfield praktycznie nie liczyła się. Urodzajne pola sypały co roku 

background image

złocistym ziarnem, które transportowano na tę niby-stację, gdzie czekały 

juŜ towarowe wagony i kupiec czy agent z portfelem wypchanym pie-

niędzmi. W tych warunkach łatwo było przeboleć kiepski Ŝart, jaki im 

wyrządziło towarzystwo budowy Ŝelaznego szlaku. Dopiero później, w 

bezdeszczowe lata, znikły z torów towarowe wozy, przestali przyjeŜdŜać 

agenci i kupcy. Nikt juŜ tu nie wysiadał z wagonów i nikt do nich nie 

wsiadał. Właśnie dlatego Gordon, Irvin i Fawkes byli jedynymi ludźmi 

czekającymi na pociąg, a Robert Dreer — jedyną osobą odprowadzającą 

podróŜnych.

Czekali jeszcze z godzinę, zanim w dali ukazał się czarny słup dymu. 

Otoczona obłokiem pary, mała lokomotywa z wielkim kominem minęła 

ich z wolna i zatrzymała się piszcząc hamulcami. Palacz wychylił się 

przez okienko, kierownik pociągu zeskoczył ze stopni wozu pocztowego 

i donośnym głosem obwieścił: “Greenfield!"

Odpowiedziała mu cisza przerywana poświstywaniem wiatru, pędzącego 

po spalonej ziemi chmurki kurzu. Trzy czy cztery głowy wyjrzały 

ciekawie z okien dwu pasaŜerskich wagonów, bo tyle ich liczył pociąg.

Wsiedli. Parowóz zagwizdał i smutny krajobraz prerii począł się 

przesuwać, coraz szybciej uciekać do tyłu.

W wagonie znajdowało się zaledwie kilka osób. Senne, zakurzone — 

przypominały zapomniane eksponaty muzealne. Gordon rozejrzał się cie-

kawie. Dwu pasaŜerów naleŜało na pewno do licznego jeszcze wówczas 

klanu łowców skórek. MoŜna było poznać, Ŝe ich kurty uszyte były ze 

skór upolowanych zwierząt. Trzymali rusznice między kolanami — 

traperski zwyczaj nie rozstawania się z bronią — i drzemali kołysani ryt-

micznym stukotem kół po szynach.

Nieco dalej, w kącie wagonu, tkwił jakiś obszarpaniec o twarzy 

nałogowego pijaka, o złośliwym spojrzeniu malutkich oczu, zaciętych 

ustach. Karol pomyślał, Ŝe nie chciałby spotkać takiego typa w ustronnej 

background image

okolicy.

TuŜ obok siedział podróŜny ubrany na czarno, w czarnym kapeluszu o 

płaskim denku, przewiązanym srebrzystą wstęgą spadającą na lewe 

ramię. Elegant! Czarne spodnie, czarna kurta, rozpięta i ukazująca 

równie czarną kamizelkę, kończyła się w pasie srebrzyście mieniącym się 

szalem, poniŜej którego opadał luźno na biodra szeroki pas skórzany z 

dwiema kaburami, z których sterczały hebanowej barwy głowice re-

wolwerów. Zaiste odzieŜ jak gdyby przed chwilą zdjęta z wieszaka 

magazynu mód.

Gordon obserwował przybysza. Czarno odziany zerkał raz po raz ku 

oknu, a jego prawa dłoń poruszała się to w jedną, to w drugą stronę ru-

chem półkolistym, który powodował bądź nawijanie się, bądź rozwijanie 

ze wskazującego palca krótkiego, srebrnego łańcuszka, zakończonego 

malutkim, błyszczącym kluczykiem. Właściciel kluczyka musiał dostrzec 

spojrzenie Gordona, bo nie przestając poruszać dłonią wstał z ławki.

— Pozwolicie, dŜentelmeni? — zapytał. — Widzę, Ŝe tu jest wolne 

miejsce, a mnie juŜ się znudziła samotna jazda.

Nie czekając na odpowiedź usiadł naprzeciw. Szeryf poruszył się 

niespokojnie i zerknął na zawiniątko spoczywające na półce, tuŜ nad jego

głową. Tam przecieŜ znajdował się majątek, którego nie dało się 

upakować po kieszeniach.

— Daleko jedziecie, panowie? — zagadnął elegant.

— Do Wichita Falls — odparł Gordon.

— ZauwaŜyłem, jak wsiadaliście w Greenfield. Myślałem, Ŝe nikt nie 

mieszka na takim pustkowiu.

— To nie pustkowie — obruszył się Fawkes. — Trzy mile od stacji leŜy 

prawdziwe Greenfield i mogę zaręczyć, Ŝe wcale niezła to miejscowość.

— Kto by myślał? Coraz więcej ludzi ciągnie na zachód i tam, gdzie 

przed rokiem była preria, teraz pługi znaczą ziemię, a domy wyrastają jak 

background image

grzyby. Dziwny to kraj — mówił nie przestając kręcić łańcuszkiem. — 

Jedziesz na wiosnę pustym stepem i szukasz bizonich tropów, wracasz w 

to samo miejsce na jesieni i zamiast śladów stada znajdujesz wcale niezłe 

miasteczko. Bardzo ci się podoba. W następnym roku postanawiasz je 

odwiedzić. I co znajdujesz? Jak sądzicie, dŜentelmeni? — uczynił 

efektowną pauzę. Ba, któŜ by odgadł? Domy stoją, jak stały, ale 

wewnątrz tych domów... nikogo! śadnego stworzenia w stajniach, puste 

stodoły i cisza. Tylko wiatr szeleści piaskiem. Wiele widziałem takich 

miasteczek. Nazywają je miastami duchów.

— A gdzieŜ się podzieli ludzie? — zagadnął Irvin.

— Odeszli.

— Dokąd?

— Kto ich tam wie? Niekiedy na skrzydłach wiatru przyleci sygnał 

odkrycia złotonośnych Ŝył i spokojni rolnicy poczynają wariować. 

Zaprzęgają konie do wozów, ruszają po skarby. Odjedzie jeden, po nim 

drugi, trzeci, aŜ wreszcie cała ludność gna na złamanie karku w 

poszukiwaniu tego, co nazywamy szczęściem. W ciągu kilkunastu dni 

osada pustoszeje, nikt juŜ do niej nie wraca. I tylko przypadkowy 

wędrowiec natrafi na takie wymarłe miasto. Dziwi się opuszczonym 

domostwom, pozostawionym meblom * sprzętom gospodarskim, a potem 

wskakuje na siodło i galopem ucieka. Powiadają, Ŝe w takich 

miasteczkach straszą duchy pomarłych osadników.

— A tamci? — wtrącił się Irvin przypomniawszy sobie woreczek Old 

Guna pełen nuggetów. — Znajdują złoto?

— Jeden na tysiąc coś znajdzie, jeden na sto tysięcy dorobi się niezłego 

majątku, ale zaledwie jeden na milion potrafi mądrze gospodarować 

odkrytym złotem i zapewnić sobie i rodzinie niezłe Ŝycie. Inni 

przewaŜnie przepijają albo przegrywają złoty piasek. Później szukają go 

na nowo i tak bez końca. Kogo złoty diabeł opętał, temu niełatwo 

background image

wyrwać się z jego szponów. Ech. naprawdę złote interesy robią wcale nie 

odkrywcy złota, ale ci, którzy po prostu handlują Ŝywnością i zaopatrują 

w nią poszukiwaczy skarbów.

— A pan nie próbował? — zagadnął znowu Irvin.

— Nie, nigdy. I nigdy nie będę próbował. Widziałem kości ludzkie na 

przełęczach Gór Skalistych, połamane wozy i szkielety końskie. Wielu 

przedarło się nad Pacyfik, ale wielu pozostało w drodze na zawsze. Padło 

na niedostępnych ścieŜkach szukając złotych Ŝył. Jednych zaskoczyła 

zima, innych brak wody, jeszcze inni pomarli z głodu lub od indiańskich 

strzał. Ci ryjący w ziemi są tak opętani, Ŝe braknie im czasu na 

polowanie. Później płacą po pięć, dziesięć dolarów za funt mięsa, za 

kilka funtów mąki. Po kilkanaście centów za szczyptę soli. Gdy skończą 

się pieniądze, mrą z głodu i wyczerpania. PrzecieŜ ginęły całe rodziny. 

Okropność! Znałem i takich, którzy wysupłali się z resztek gotowizny i 

wędrowali do miast po byle jaką robotę, Ŝeby zebrać nieco dolarów i 

znowu wyruszyć na eksplorerską mordęgę. A przecieŜ istnieje tyle lep-

szych sposobów, by dojść do majątku!

— Jakich to? — spytał podejrzliwie Fawkes.

— Bardzo rozmaitych. MoŜna na przykład hodować bydło w Teksasie, a 

później pędzić je na północ, chociaŜby do takich górniczych osad. Za-

robek pewny i wcale nielichy. Nie ma nic gorszego jak pogoń za złotym 

piaskiem, wierzcie mi, panowie.

Wygłosiwszy tak pouczające stwierdzenie umilkł i począł wyglądać 

przez okno, za którym nadal przesuwała się wciąŜ ta sama, monotonna 

płaszczyzna.

— Od jednego z takich nieszczęśliwych eksplorerów — czarny elegant 

odwrócił twarz od szyby i znów nawiązał do przerwanej rozmowy — 

otrzymałem nie byle jaki prezent. W podzięce za to, Ŝe wydobyłem go z 

nie byle jakich tarapatów.

background image

Wyciągnął z kabury lśniący srebrzyście colt.

— Proszę obejrzeć — powiedział wręczając broń Gordonowi.

Rewolwer na pozór nie róŜnił się niczym od innych tej samej marki 

fabrycznej. Ale tylko na pozór. Bowiem kolba wykładana była mahoniem

obrzeŜonym sznurkiem pereł — rzecz niespotykana. Broń 

przewędrowała przez trzy pary rąk i wróciła do właściciela. Nie 

wepchnął jej jednak do kabury. Przekręcił magazynek, sprawdzając, czy 

tkwią w nim wszystkie naboje. Dokonawszy tego wydobył drugi 

bliźniaczy colt.

— No — powiedział wesoło — pogadaliśmy sobie, a teraz czas na 

robotę.

Siedząca na tej samej ławce trójka ujrzała nagle przed sobą dwa czarne 

otwory dwu luf.

— Ręce do góry!

Zgodnym ruchem unieśli dłonie. Gordon dojrzał, jak w przeciwległym 

krańcu wagonu przebudziło się dwu drzemiących traperów, jak po-

derwali się z ławy, ale przygwoździł ich okrzyk:

— Rzucić pukawki! Siedźcie spokojnie! Nic wam się nie stanie. 

Ktokolwiek się ruszy, zastrzelę!

To wołał ten obszarpaniec z pijacką twarzą. Trzymał po jednym 

rewolwerze w kaŜdej dłoni.

— Odwróć się — rozkazał Gordonowi czarny elegant. — Nie opuszczaj 

rąk. Tak, dobrze. A teraz zdejmij z półki zawiniątko. Muszę tam zajrzeć.

Karol wyprostował palce: 

— Nie dosięgnę — odparł.

— Wejdź na ławę. Szybko!

Karol natychmiast wykonał polecenie. Sięgnął na półkę, ale 

równocześnie jego prawa noga ugięła się w kolanie i cięŜki but 

wylądował na piersi Czarnego. Kopnięcie było tak silne, Ŝe uderzony 

background image

zachwiał się, upuścił jeden z rewolwerów i zwalił się na podłogę. W tej 

samej prawie chwili z krańca wagonu ozwały się jednocześnie dwa 

strzały. Irvin odwrócił się błyskawicznie, schylił, podniósł leŜący 

rewolwer, a drugi wytrącił z dłoni dźwigającego się napastnika. Z końca 

wagonu dobiegł rumor, trzasnęły drzwi, ktoś krzyknął:

— Uciekł!

Szeryf Fawkes schwycił Czarnego za ramię, ale otrzymał cios pięścią 

prosto w szczękę, upadł na Gordona, z kolei Karol zatoczył się na Irvina.

Czarny wykorzystał ten moment: skoczył do drzwi, szarpnął za klamkę, 

wybiegł na platformę wagonu. Wszystko to rozegrało się w ciągu kilku 

zaledwie sekund. Irvin zerwał się, dwukrotnie pociągnął za cyngiel 

zdobycznego colta. Parowóz przeraźliwie zagwizdał i pociąg zwolnił 

biegu. Irvin, stojąc na stopniach strzelił jeszcze dwa razy w kierunku 

czarnej sylwetki kluczącej wśród płaszczyzny prerii, aŜ znikła mu z oczu 

za jakimś wzniesieniem. Teraz zapiszczały hamulce i pociąg stanął. 

Grupka pasaŜerów stłoczyła się na platformie, w oknach ukazały się 

głowy. Przybiegł kierownik pociągu. W chaotycznej wymianie słów 

wyjaśniono mu przebieg wypadków. Okazało się, Ŝe strzały, które padły 

z końca wagonu, oddał ze swej broni siedzący tam obdartus. Gdy rzucili 

się nań obaj traperzy, wyrwał się im z rąk, wybiegł na platformę i 

skoczył. Tak to w skrócie wyglądało.

— Co chcecie teraz, panowie, robić? — zapytał kolejarz. — Pociąg jest 

spóźniony, nie moŜemy czekać...

— Na nich? — powiedział ktoś z gromadki. — Oni nie wrócą!

Zabrzmiał śmiech. Szeryf Fawkes zabrał głos:

— KaŜdemu z nas jednakowo się spieszy. Myślę, Ŝe nie będziemy ich 

ś

cigać. Gdybyśmy chociaŜ mieli konie... ale tak... Niech pan kaŜe ma-

szyniście ruszać — dla potwierdzenia wagi swych słów dodał: — Jestem 

szeryfem z Greenfield — tu odsłonił, zakrytą dotąd kurtką, srebrną 

background image

gwiazdę przypiętą do koszuli na lewej piersi. — No, dŜentelmeni — 

powiedział — zapraszam wszystkich do szeryfa w Lubbock, Ŝebyście 

złoŜyli zeznania. A jak nie będzie chętnych, sam zrobię to za was.

Taka decyzja bardzo przypadła obecnym do gustu. Dalszą część drogi do 

Lubbock naleŜało odbyć dyliŜansem. KomuŜ mogła się uśmiechać taka 

wędrówka, jeśli do Lubbock się nie wybierał? I nikt się jakoś nie zapytał, 

czemu to zeznania trzeba złoŜyć aŜ w Lubbock, a nie w Wichita Falls, 

krańcowej stacji kolejowej. Nie zapytał, poniewaŜ w ogóle nie było 

chętnych do stawania przed obliczem jakiegokolwiek szeryfa. Po prostu 

— strata czasu, a moŜe i inne nieprzyjemności?

Parowóz zagwizdał, wagony drgnęły.

— Jakem szeryf — powiedział Fawkes zajmując na nowo miejsce przy 

oknie — jeszcze nic podobnego mi się nie wydarzyło...

Istotnie, ale w Greenfield w ogóle przecieŜ nic się nie działo (chociaŜ o 

tym juŜ nie wspomniał).

background image

Czarny Jack

Krótka przerwa w podróŜy miała swoje konsekwencje. Ostatni dyliŜans z 

Wichita Falls do Lubbock umknął im dosłownie przed nosem. Trzeba 

było czekać do najbliŜszego ranka. Bardzo to popsuło całej trójce 

humory, bo i wzrastały koszty podróŜy, i tracili bezpłodnie czas, i byli 

juŜ zmęczeni.

— To chyba, szeryfie, złoŜymy zeznania o napadzie tutaj — 

zaproponował Irvin. — Myślę, Ŝe tak nawet wypada. Wichita leŜy bliŜej 

miejsca napadu od Lubbock..

Ale Fawkes zaprotestował energicznie.

— Od razu proponowałem Lubbock — odparł. — Sądziłem, Ŝe zdąŜymy 

na dyliŜans, ale i teraz, chociaŜ dyliŜans juŜ odjechał, upieram się przy 

Lubbock.

— Dlaczego?

— Dlatego, Ŝe trochę się poznałem na szeryfoskiej pracy. Jeśli trafimy na 

skrupulanta, moŜe nas tu przytrzymać i dwa dni. Po co to nam? A w 

Lubbock i tak musimy przecieŜ iść do szeryfa, więc za jednym 

zamachem...

Irvinowi nie bardzo to trafiło do przekonania, ale poniewaŜ Karol go nie 

poparł, ustąpił. Teraz naleŜało przede wszystkim postarać się o nocleg. 

Ruszyli więc na poszukiwanie hotelu czy jakiegoś przyzwoitego zajazdu. 

Irvin szeroko wytrzeszczał oczy na wspaniałości miasteczka, w 

porównaniu z którym Greenfield przedstawiało się jako najnędzniejsza 

osada ze wszystkich najnędzniejszych i zaniedbanych. CóŜ to za luksus 

w tej Wichita Falls! Kiedy zmrok zapadł, rozbłysły na drewnianych 

słupach naftowe lampy, a przed dwoma budynkami hoteli i czterema 

background image

lokalami saloonów zapalono dodatkowe światła.

Bez specjalnych trudności wynajęli pokój w hotelu “Pod Gwiazdą 

Południa" i tam złoŜyli swój drogocenny bagaŜ. Niestety, na dalsze zwie-

dzanie miasta Fawkes się nie godził. Posiłek w saloonie jedli we dwóch: 

szeryf i Irvin. Karol stróŜował w pokoiku, aŜ go zluzowano, a kiedy 

wrócił, połoŜyli się spać.

Irvin leŜał z otwartymi oczyma. Wypadki ostatnich kilku godzin 

przytłumiły w nim na pewien czas pamięć minionych wydarzeń. Teraz 

wróciła, jak fala morskiego przypływu, świadomość Ŝyciowej klęski. 

Ujrzał na nowo wszystko, co doprowadziło go aŜ do Lubbock. Zdał 

sobie, nie pierwszy juŜ raz, sprawę ze swej całkowitej samotności, 

zmarnowania połowy Ŝycia i westchnął na wspomnienie skromnego 

kawałka roli tam, na wschodzie. Gdzie moŜna było Ŝyć spokojnie, bez 

takich kłopotów i klęsk, jakie nań spadły w Greenfield. Feralny to musiał 

być dzień, w którym zdecydował się przyłączyć do gromady wędrującej 

na zachód.

Nie mógł zasnąć przez całą prawie noc i dopiero przed samym świtem 

nieco się zdrzemnął. Wstał, energicznie zbudzony przez bardzo ener-

gicznego tego ranka Fawkesa, w jeszcze gorszym humorze, z którego nie 

wyrwała go nawet szklaneczka whisky, w przypływie nagłej hojności 

postawiona przez szeryfa.

Zjedli po porcji boczku z fasolą, za co wypadł rachunek tak wysoki, Ŝe 

Fawkes poŜałował swej rozrzutności (chociaŜ wydatki pokrywali oczy-

wiście ze zdobytych przez Irvina pieniędzy). Potem wgramolili się do 

wnętrza zakurzonej budy, którą ciągnęły dwie pary koni. Stary wehikuł, 

trzeszcząc w spojeniach, ruszył na utarty szlak do Lubbock. Oprócz 

naszej trójki jechało jeszcze dwu tylko podróŜnych: jeden 

przypominający z wyglądu duchownego, drugi — jak się sam wygadał 

— handlarz bydłem. Minęli ostatnie domostwa Wichita Falls, woźnica 

background image

trzasnął z bicza, gwizdnął przeraźliwie, konie nabrały tempa i dyliŜans 

zaczął podskakiwać na nierównościach drogi. Pierwsze pół godziny 

minęło w ciszy przerywanej tylko tupotem końskich nóg i trzeszczeniem 

pudła, zapewne jeszcze pamiętającego czasy indiańskich napadów w 

tych stronach. Wspomniał o tym — ni z tego, ni z owego — Karol 

Gordon. Handlarz widać tylko czekał na okazję, bo natychmiast się 

rozgadał.

— Tak, tak — powiedział. — Czerwonych juŜ w tych stronach nie ma. 

Wynieśli się bardziej na zachód, ale co się tyczy napadów... ho, ho, tego 

nam wcale nie brakuje. Jechałem wczoraj pociągiem do Wichita i 

wyobraźcie sobie, dŜentelmeni, dokonano napadu na pociąg!

— Był pan tego świadkiem? — zagadnął Fawkes.

— Prawie. Siedziałem w następnym wagonie, ale sprawa tak szybki 

wzięła obrót, Ŝe nie zdąŜyłem przyjść z pomocą napadniętym. Zresztą, 

sami sobie dali radę. Napastników było pięciu, ale źle się wybrali. Trafili 

na śmiałków i zostali wyrzuceni z pociągu. Uciekali, aŜ się za nimi 

kurzyło. Była nawet pukanina i dwu bandytów raniono. Myślę, Ŝe 

nieszkodliwie. Tak, tak, moi panowie. Zawsze mam lekkiego stracha, bo 

nigdy nie wiadomo, z kim się jedzie — tu spojrzał na

nich wymownie. Szeryf odczuł to jako coś w rodzaju obelgi, bo 

natychmiast rozpiął kurtkę ukazując gwiazdę.

— A napastników było dwu, nie pięciu — oświadczył.

— Doprawdy, szeryfie? — ucieszył się handlarz. — Był pan przy tym?

— A jakŜe.

— Wyrzuciliście ich oknem?

— Nic podobnego. Wyskoczyli sami nie przez okna, to zbyt trudne, lecz 

przez drzwi i z platformy wagonu. Czego to ludzie nie wymyślą!

— Właśnie, właśnie. Więc jakŜe się to stało? 

background image

Fawkes wcale nie miał zamiaru relacjonować przebiegu zdarzeń. Kto 

wie, kim naprawdę jest ten jegomość podający się za handlarza? I gdyby 

podróŜ trwała krócej, na pewno trzymałby aŜ do końca język za zębami. 

Ale droga, mimo szaleńczego galopu koni, zdawała się nie mieć końca. 

Wewnątrz budy czyniło się coraz goręcej, a nuda krajobrazu 

przesuwającego się za oknami była nie do zniesienia. I Fawkes począł 

gadać.

Zrazu niechętnie, cedząc słówko po słówku, ale stopniowo rozgrzał się 

własnym opowiadaniem i odmalował cały przebieg napadu bardzo 

jaskrawymi barwami. Być moŜe właśnie ta jaskrawość nieco zmieniła 

obraz wypadków. Irvin słuchał tego ze zdziwieniem, a Gordon raz po raz 

nieznacznie się uśmiechał. CóŜ, Fawkes dał się unieść temperamentowi i 

nieco wyolbrzymił własną rolę, nie zapomniał jednak i o towarzyszach. 

W sumie opowieść wypadła imponująco. Poruszony do głębi kupiec 

zapomniał — jak to się mówi — języka w gębie i kiedy szeryf skończył, 

długo przyglądał się całej trójce z nieukrywanym podziwem.

Korzystając z przerwy Karol szepnął Irvinowi:

— Nigdy dotąd nie podejrzewałem naszego szeryfa o takie zdolności.

Wreszcie handlarz odzyskał mowę.

— Wszyscy trzej braliście udział w tej awanturze! Kto by pomyślał? To 

nadzwyczajne! Mało teraz takich ludzi, jak wy. Dopiero będę miał o 

czym opowiadać. Cała Wichita się dowie! Bandyta w czarnym ubraniu! 

Powiadacie, Ŝe elegant. Zaczną go szukać, a jak znajdą, cała zasługa 

spadnie na was, szeryfie.

Fawkes pomarkotniał. Zorientował się, Ŝe nieco przesolił. NaleŜał 

bowiem do gatunku ludzi spokojnych i nie lubił zbytniego rozgłosu. 

Zwłaszcza takiego, który mógł nań ściągnąć nieprzewidziane kłopoty. 

Gdyby wieść, Ŝe to on właśnie stał się pogromcą bandyty, dotarła do 

uszu zainteresowanego, czarny elegant na pewno starałby się zmyć 

background image

plamę niesławy. W jaki sposób? O tym Fawkes nawet nie chciał myśleć. 

Pocieszał się, Ŝe Greenfield leŜy na uboczu wielkich traktów. ChociaŜ... 

takie ciemne typy lubią wszelkie ubocza. Niech to piorun strzeli!

Szeryf postanowił rzecz jakoś naprawić i począł tłumaczyć handlarzowi, 

Ŝ

e sprawa wcale nie wymaga rozgłosu, Ŝe — wręcz przeciwnie — 

wskazane jest zachowanie najgłębszej tajemnicy. Zbytnia gadatliwość 

moŜe zaszkodzić gadającemu. A Ŝe współpasaŜer wydał mu się w końcu 

nastraszony, odzyskał humor. Nie pomyślał jednak, Ŝe po paru dniach 

handlarz o strachu zapomni, natomiast dobrze zapamięta sobie barwne 

opowiadanie, no i swą obecność jako świadka napadu. CóŜ za temat do 

gawęd w pierwszym lepszym gronie podróŜnych: w wagonie, dyliŜansie, 

czy wnętrzu saloonu, gdzie przy kolejce whisky zawsze się znajdzie 

łakomych na nowinki słuchaczy.

Do Lubbock dotarli wieczorem. Miasteczko nie było tak imponujące jak 

Wichita Falls, ale w porównaniu z Greenfield przedstawiało się okazale. 

PoŜegnali się szybko z handlarzem bydła i z drugim pasaŜerem o 

wyglądzie duchownego,

który przez cały czas jazdy nie odezwał się ani słówkiem.

Biuro szeryfa Lubbock wskazał im pierwszy napotkany przechodzień.

— Mc Intosh — powiedział. — Pójdziecie prosto, jak strzelił. Parterowy 

domek z czerwoną tabliczką i mocnymi okiennicami.

Podziękowali i ruszyli przed siebie. Niezbyt zresztą daleko, ale na 

próŜno. Był domek, była tabliczka, tylko Ŝe drzwi i okna zaryglowane, a 

na pukanie nikt nie odpowiedział. Wrócili z nosami spuszczonymi i 

chociaŜ w zajeździe podano im domowy adres szeryfa, zdecydowali, Ŝe 

jest juŜ zbyt późno, by niepokoić w domowych pieleszach 

przedstawiciela miejscowej sprawiedliwości. Uczynili to dopiero 

rankiem.

Mc Intosh przyjął ich bez zwłoki w wielkiej izbie o okratowanych 

background image

oknach. Wysłuchał w milczeniu najpierw relacji Fawkesa, później Irvina. 

O przygodzie w pociągu nie pisnęli ani słówkiem, uzgodniwszy, Ŝe 

przede wszystkim naleŜy załatwić sprawę, dla której tu przybyli.

Szeryf Lubbock zapytał zwięźle:

— A gdzie pieniądze?

— Czy nikt nam tu nie przeszkodzi? — zaniepokoił się Fawkes zerkając 

na nie domknięte drzwi od ulicy.

Mc Intosh wrzasnął w głąb lokalu:

— Hawley! Chodź no tu! — a kiedy skrzypnęły wąskie drzwiczki, dodał: 

— Zamknij wejście od ulicy na rygiel, stań przy oknie i jakby się kto 

dobijał, powiedz, Ŝe jestem zajęty. Niech przyjdzie za godzinę.

Gdy polecenie zostało wykonane, Fawkes złoŜył na biurku pękaty 

skórzany woreczek i drugie zawiniątko. Oba związane jednym i tym 

samym lassem. Z kolei cała trójka opróŜniała kieszenie swych kurtek. 

Powierzchnię biurka zapełniły rulony monet i paczki banknotów.

— śe teŜ nie baliście się wieźć takiej fury pieniędzy!

— Owszem, baliśmy się, nawet bardzo — odpowiedział milczący dotąd 

Gordon. — Ale to jest juŜ zupełnie inna historia.

— Co takiego?

— Jak załatwimy, szeryfie, pierwszą sprawę, przejdziemy do drugiej — 

odezwał się Fawkes. — Nie naleŜy pakować zbyt wielu róŜności do 

jednej miski, bo potrawa stanie się niejadalna.

Mc Intosh uśmiechnął się:

— Nie bardzo rozumiem, ale niech tak będzie. Więc powiadacie, Ŝe tu 

leŜy dziewiętnaście tysięcy.

— Dziewiętnaście tysięcy pięćset — sprostował Fawkes. — Tyle było 

wczoraj. Dziś trochę mniej, trzeba sprawdzić.

— Jak to? — zaniepokoił się szeryf. — Zgubiliście? Ukradli wam?

— Ani jedno, ani drugie. W całym Greenfield nie moŜna było zebrać ani 

background image

dolara na koszty podróŜy. Wzięliśmy z tej sumy na przejazd koleją i 

dyliŜansem i na noclegi w hotelach. To się potrąci z nagrody.

— Nie bardzo w porządku — zatroskał się Mc Intosh. — To nie wasze 

pieniądze, ale poczty. Nie mieliście prawa. A co się tyczy nagrody... Hm, 

muszę przecieŜ... posiadać dowód, Ŝe ten rudy drab, jak się on nazywał? 

Aha! Edwin Wang, został naprawdę przez was zastrzelony...

— Miałem wieźć trupa? — oburzył się Irvin.

— No... nie. Oczywiście, Ŝe nie. Trochę daleko. Ale jakieś inne 

dowody...

— Jakie?

— Hm... rzeczywiście, moŜe coś, co widzieli u niego inni? Takie, jak to 

się nazywa, świadectwo toŜsamości.

Gordon wzruszył ramionami i mruknął:

— A cóŜ on takiego mógł mieć?

— Jako szeryf Greenfield zaświadczam, Ŝe zeznanie Vincent Irvina jest 

zgodne z prawdą — powaŜnym głosem stwierdził Fawkes.

— Ja wam wierzę, ale inni mogą nie uwierzyć. Jak się wieść rozniesie, 

co dzień będę tu przyjmował róŜne typy twierdzące, Ŝe zlikwidowały 

takiego lub innego przestępcę, poszukiwanego listami gończymi. Nie, 

moi panowie, to na nic!

— Nie jesteśmy Ŝadne “róŜne typy" — wtrącił się znowu Gordon.

— Oczywiście, Ŝe nie — pośpiesznie wycofał się Mc Intosh. — Nie was 

miałem na myśli. Kłopotliwa sytuacja i doprawdy nie wiem, jak po-

stąpić?

— A pieniądze? — wtrącił Fawkes. — A te pieniądze — powtórzył — o 

niczym nie świadczą? Zresztą... niech tam! Nie będziemy Ŝądali nagrody 

za tego tam Wanga. To nawet nieprzyjemnie brać zapłatę za wyprawienie 

człowieka na tamten świat. Prawda, Vincent? — i nie czekając na 

odpowiedź mówił dalej: — Więc mniejsza z tym Wangiem. Kto chce, 

background image

niech wierzy, Ŝe on jeszcze Ŝyje i niech go... ściga. Nie będziemy się o to 

spierać, chociaŜ znamy prawdę.

— Więc o cóŜ jeszcze chodzi? — zdziwił się

takim nieoczekiwanym zwrotem w sprawie Mc Intosh.

— O drobiazg: wypłacenie nagrody za odzyskane z rabunku sumy.

— AleŜ... — zakłopotał się szeryf Lubbock — ja nie mogę o tym 

decydować. To są pieniądze poczty.

— Tak? Dobrze. Pójdziemy do sędziego, niech on rozstrzygnie. JuŜ 

dosyć straciliśmy czasu na nie swój interes.

— No, trochę swój. PrzecieŜ chodzi wam o nagrodę, a poza tym jesteście 

szeryfem i to był wasz obowiązek.

— Nikt nie ma prawa uczyć mnie obowiązków — obruszył się Fawkes i 

począł starannie ładować rulony monet z powrotem do worka. — 

Zabieramy się, chłopcy. Jak nam sędzia nie pomoŜe, trafimy i do 

gubernatora.

Na Irvinie skóra ścierpła — jeszcze jedna, i to znacznie dalsza wędrówka 

aŜ do odległej stolicy Teksasu! A poza tym... ogarniało go coraz większe 

obrzydzenie. Handel trupami! Tfu! Przeliczanie jego, Irvina, ryzyka na 

pieniądze!

— Ludzie, co robicie? — zaniepokoił się Mc Intosh widząc, jak Fawkes i 

Gordon pakują pieniądze.

— Zabieramy się z całym bagaŜem — oświadczył Fawkes.

— Dokąd? Napad wydarzył się w Lubbock, więc cała sprawa podlega 

mnie. Po co w to mieszać gubernatora? Zastanówcie się! A obraŜać się 

nie ma o co.

— Znajdźcie jakieś rozsądne rozwiązanie, a rozstaniemy się w zgodzie 

— odparł Fawkes. — Sprawa jest przecieŜ dla kaŜdego oczywista. 

Wypłacicie nagrodę za odzyskaną część pieniędzy. Dziesięć procent, 

zgodnie z prawem. To znaczy: tysiąc dziewięćset pięćdziesiąt dolarów, a 

background image

od tego potrącicie koszty naszego przejazdu, Ŝeby nie było sporu. 

ChociaŜ, prawdę mówiąc, tę naszą wędrówkę powinniście pokryć z wła-

snych funduszów, szeryfie.

— Raczej wy macie chyba na ten cel jakieś fundusze w Greenfield.

— JuŜ mówiłem, Ŝe nie mieliśmy na koszta podróŜy.

— To z czego wy tam Ŝyjecie?

Gordon zorientował się, Ŝe rozmowa zbacza w zupełnie nie 

odpowiednim kierunku. Postanowił ją przerwać.

— Szeryf Fawkes mówi prawdę — wtrącił szybko. — A z czego my 

Ŝ

yjemy, to nie ma nic do rzeczy. Wypłaćcie nagrodę i rozstańmy się w 

zgodzie.

— To są pieniądze poczty — wahał się Mc Intosh. — JakŜe mogę je 

naruszyć?

— Poczta na pewno potwierdzi wypłatę. PrzecieŜ w ten sposób odzyska 

prawie połowę straty.

— Łatwo wam to mówić. Wy odjedziecie, a ja zostanę. CięŜka jest dola 

szeryfa — westchnął.

— CięŜka, cięŜka — potwierdził Fawkes. — Wiem coś o tym. Zwłaszcza 

teraz. No, więc jak będzie? Kończmy szybciej, bo mamy wam przekazać 

jeszcze jedną interesującą wiadomość.

— Jeszcze coś nowego? — zaniepokoił się Mc Intosh.

— Ale nie ma Ŝadnego związku z naszą nagrodą.

— Decydujcie się, szeryfie! — ponaglił Gordon.

— Muszę się poradzić sędziego. Najlepiej zaraz pójdziemy.

— Nigdzie nie pójdziemy — sprzeciwił się Fawkes. — NajwyŜej na 

stację dyliŜansów... I z pieniędzmi.

Mc Intosh podrapał się w głowę.

— Mógłbym was zatrzymać... — powiedział, ale niezbyt pewnym 

głosem.

background image

— Spróbujcie — wsparł Fawkesa Gordon. — Spróbujcie zatrzymać 

szeryfa Greenfield. Za dwa dni będziecie mieli na karku całą naszą 

osadę. Chcecie awantury?

Była to czcza pogróŜka, ale o tym wiedziała tylko trójka przybyłych. Mc 

Intosh przestraszył się.

— Hawley! — wrzasnął na człowieka wartującego przy oknie. — 

Słyszałeś?

— Słyszałem.

— Jak byś postąpił na moim miejscu?

— Wypłaciłbym.

— Tyle, ile Ŝądają?

— Właśnie tyle. Nie potrzebujecie się lękać, szeryfie. Sprawa jest jasna 

jak słońce.

— Ale co na to powie poczta?

— Będzie musiała zgodzić się. A jak się nie zgodzi, nie oddacie ani 

centa. Znam dobrze sędziego, przyzna wara rację. A jeśli sprawa trafi do 

gubernatora, moŜe być duŜo kłopotów.

Ta ostatnia groźba poskutkowała.

— Dobrze — westchnął Mc Intosh. — Opiszmy to wszystko, dla 

porządku.

Opisywanie trwało bardzo długo. Drobiazgowe liczenie pieniędzy — 

równie długo. Na koniec szeryf odczytał protokół, podsunął do 

podpisania i wypłacił kwotę tysiąca dziewięciuset pięćdziesięciu dolarów 

minus koszty przejazdu.

— To wszystko — stwierdził nie bez ulgi, lokując “skarb" w głębinach 

swego biurka. — KtóŜ wie, jakie kłopoty ściągam na swą głowę? — 

stwierdził melancholijnie. — Być moŜe poczta będzie chciała odebrać od 

was nagrodę.

Nic na to nie odpowiedzieli, tylko Gordon mruknął pod nosem: — Niech 

background image

no tylko spróbuje...

Szeryf Lubbock dźwignął się z fotela:

— Tośmy wszystko załatwili.

— Nie wszystko — sprzeciwił się Fawkes. — Posłuchajcie...

I opowiedział o przygodzie w pociągu. Mc Intosh bardziej się zakłopotał 

niŜ zdziwił.

— Słyszysz, Hawley?

— Czarny Jack — odparł zapytany. — Dawno nie słyszeliśmy o nim. 

Myślałem, Ŝe się przeniósł w inne strony albo Ŝe go zabili.

— A tymczasem wrócił — wnikliwie zauwaŜył szeryf Lubbock. — Ale, 

ale, dlaczego — tu zwrócił się do trójki gości — zawiadamiacie mnie 

właśnie? To się wiąŜe z koleją, a u nas kolei ani śladu. Czy daliście znać 

szeryfowi Wichita Falls? Nie? To bardzo niedobrze!

— Nie mieliśmy czasu — skłamał Fawkes.

— Z tego wynikła niepotrzebna zwłoka. Źle. Czarny Jack to diabeł 

wcielony.

— Interesujący jegomość — wtrącił się Gordon. — Wyglądał wcale, 

wcale porządnie,

— On wszystkich łapie na swój wygląd — odezwał się spod okna 

Hawley.

— Kto to jest? — zapytał Fawkes.

— Elegancik, który ma na sumieniu więcej przestępstw niŜ ja włosów na 

głowie. Były za nim rozsyłane listy gończe. Niejeden raz.

— Nigdy takiego nie otrzymałem — stwierdził Fawkes.

— Jakieś niedopatrzenie. Ale teraz to juŜ wiecie.

— A jego nazwisko? — zagadnął Gordon. — Bo, Ŝe czarny, tośmy 

stwierdzili własnymi oczami.

— Kto tam wie, jak się on nazywa. Ale wszyscy wiedzą, Ŝe zawsze się na 

czarno nosi, hiszpańską modą. Na przykład ja — stwierdził Mc Intosh — 

background image

nie oglądałem tego gagatka, ale poznałbym go z opisu. Jest elegancki, 

czysty, schludny. Jakby nie włóczył się po prerii, ale przebywał w 

wielkim mieście.

— A ten drugi? Jego pomocnik? — zapytał Gordon.

Mc Intosh wzruszył ramionami.

— Zapewne przygodny pomagier. Przypadkowo schwytaliśmy kilku 

takich wspólników Jacka. I co się okazało? Nigdy nic o nim nie wiedzą! 

Właśnie dlatego tak trudno go schwytać. Działa zawsze sam, nie ma 

przyjaciół ani znajomych. Niekiedy werbuje róŜne podejrzane typy, ale 

tylko do konkretnej roboty. Potem wynagradza ich częścią łupu i znika. 

Słyszałem, Ŝe kiedyś zastrzelił przygodnego pomocnika tylko dlatego, Ŝe 

tamten uparł się iść za Jackiem. To straszny człowiek. Wszystko, co 

mówiliście o nim, zgadza się z ogólną opinią. Jest grzeczny, miły w obej-

ś

ciu, potrafi się zachować jak dŜentelmen. W rzeczywistości to 

bezwzględny okrutnik, nie dający się niczym wzruszyć. Dlaczego was 

wybrał na ofiary? Myślę, Ŝe pewnie gadaliście w wagonie o swym 

skarbie. Przyznajcie się?

— Nic podobnego — zaprzeczył Fawkes. — O pieniądzach i o naszej 

podróŜy nie wiedział nikt w Greenfield, a w drodze nie zdradziliśmy się 

ani słówkiem.

— Hm, moŜe to tylko zbieg okoliczności? Czarny Jack widać uznał was 

za ludzi majętnych. Musiał być w potrzebie, kiedy poszedł na takie 

ryzyko. Zresztą, po was zająłby się innymi pasaŜerami.

— Taki z niego kolejowy złodziej? — zapytał Fawkes.

— Owszem, owszem. Ma w swym dorobku kilka napadów na pociągi, 

ale równie często poluje na dyliŜanse i na samotnych gości hotelowych. 

No, opiszmy tę całą historyjkę.

Począł skrobać piórem po papierze, po czym odczytał swoje dzieło i 

podsunął do podpisania. Uścisnąwszy dłoń szeryfa wyszli na zakurzoną 

background image

ulicę. Fawkes był bardzo z siebie zadowolony, Gordon zamyślony, a 

Irvin w posępnym nastroju. Pieniądze nic a nic nie poprawiły mu humo-

ru. Wzdrygał się wiedząc, Ŝe teraz udadzą się do Greenfield. Chętnie by 

tam nie wracał, ale cóŜ miał czynić?

ZdąŜyli złapać popołudniowy dyliŜans do Wichita Falls, a w Wichita — 

ten sam malutki pociąg, którym tu przybyli.

Na przystanek kolejowy w Greenfield przybyli późnym wieczorem, a do 

osady — gdy księŜyc osiągnął szczyt nieba. Musieli wędrować piechotą. 

Miało to i swą dobrą stronę: Greenfield spało od wielu godzin. W ten 

sposób uniknęli zbędnych pytań i plotek.

Nazajutrz Irvin pognał do Fulk Bryana, brzęcząc kieszeniami pełnymi 

dolarów. Bryan mieszkał w niepozornym domku, dokoła którego jeszcze 

moŜna było dostrzec ślady kwiatowego ogródka. Tylko ślady, bo 

wszystkie rośliny wypaliło słońce. Obok domu wznosił się barak ze 

sklepem i magazynem towarów. Teraz prawie zawsze na głucho 

zamkniętym. Odwiedziny klientów zdarzały się rzadko i nie napełniały 

kupca radością. Powodowały przecieŜ tylko wzrost kredytu udzielanego 

kupującym, juŜ niebezpiecznie dla Bryana wysokiego. W pierwszym 

roku suszy udzielał go licząc na szybką zmianę sytuacji. W drugim — 

wysłał obszerne pismo do centrali przedsiębiorstwa, którego był 

agentem, z zapytaniem, co ma czynić. JednakŜe przedsiębiorstwo robiło 

złote interesy w innych częściach wielkiego kraju i uznało, Ŝe wolno 

zaryzykować. W roku trzecim — udzielanie kredytu stało się dla Bryana 

koniecznością. Gdyby go cofnął — uciekłaby z Greenfield cała ludność, 

oczywiście nie spłaciwszy długów. A tak istniała przecieŜ nadzieja. Ba, 

Bryan nawet pocieszał się, Ŝe im dłuŜej trwa susza, tym pewniejsze są 

deszcze. Kto mógłby przypuszczać, Ŝe okoliczna preria moŜe się zmienić 

w jałową pustynię? JuŜ teraz, gdy zrywał się upalny, porywisty wiatr, 

kłęby kurzawy wisiały nad ziemią jak nieprzenikliwa zasłona, z krańca 

background image

po kraniec horyzontu.

Tego ranka jak zwykle Bryan stał przed swym domkiem, z głową 

zadartą, wypatrując obłoków. Nie tych białych, kłębiastych, wróŜących 

długotrwałą pogodę, ale tych sunących nisko nad ziemią, szarych i 

cięŜkich, mogących lada godzina zlać ziemię rzęsistymi strugami wody. 

Ale niebo było jasnoniebieskie.

— Halo, Irvin! — zawołał na widok farmera. — Powiadają — zaczął ni z 

tego, ni z owego — Ŝe poŜary ściągają deszcze. Gdyby tak podpalić step? 

Co sądzisz o tym?

— śeby spalić Greenfield? Dziwne, Ŝe do tej pory samo nie spłonęło. 

Drewno jest suche jak pieprz.

— MoŜna by zaorać dokoła szeroki pas.

— Ale preria się nie zapali. Więcej na niej piachu niŜ traw.

Bryan westchnął cięŜko.

— Co u ciebie słychać? — zmienił temat rozmowy. — Opowiadano, Ŝe 

wróciłeś z wyprawy? Jak się powiodło?

— Chcę uregulować długi.

— Cooo? — agent szeroko otworzył usta ze zdumienia.

— No więc? — ponaglił Irvin.

— Poczekaj, nie chce mi się wierzyć... Poczekaj, pójdę po klucze do 

kantorka. Tam będzie spokojniej.

To ostatnie stwierdzenie zapewne wiązało się z gromkim wrzaskiem 

chłopięcych głosów dobiegających z wnętrza domu, przerywanym baso-

wym ujadaniem dwu psów, które na noc agent przywiązywał na długich 

łańcuchach przy magazynie.

Irvin poczuł ucisk serca słysząc ten gwar. Jego dom był pusty, głuchy, 

samotny. Cmentarz pogrzebanych nadziei.

— Chodźmy — Bryan pojawił się podzwaniając pękiem kluczy.

Przeszli do magazynu. Agent odemknął dwie wielkie kłódki, a potem 

background image

otworzył solidne, wzmocnione Ŝelaznymi sztabami drzwi. Za nimi wid-

niała sklepowa lada, za ladą — mroczna przestrzeń. Pachniało kurzem, 

skórą, mąką, jakimiś ziołami. Było duszno i gorąco.

Bryan wydobył spod lady wielką księgę dłuŜników. Przewracał z 

szelestem karty, aŜ odszukał stronę, na której widniało nazwisko Irvina.

— Czy wszystko chcesz uregulować?

— Wszystko.

Agent wyciągnął ćwiartkę papieru, coś zapisywał, podliczył, wreszcie 

podał papier Irvinowi.

— Sprawdź. To jest suma z procentami. Irvin uwaŜnie przejrzał 

kolumienkę cyfr.

— Dobrze — stwierdził. — A teraz proszę policzyć, co jest winien 

Gordon.

Bryan nic nie rzekł, tylko brwi uniosły mu się nad oczami na znak 

niepomiernego zdziwienia. Natychmiast pochylił głowę nad kartkami 

księgi, w której począł szukać nazwiska Gordona. W końcu i to 

obliczenie zostało dokonane. Irvin jeszcze raz sprawdził.

— Teraz Fawkes — powiedział.

— Co takiego?!

— Fawkes, powiadam. Ale chodzi mi tylko o tę sumę, którą poŜyczył 

podczas mojej nieobecności, na wyjazd Gordona.

— Rozumiem...

Znowu szelest kart, juŜ bez kolumienki cyfr, bo rzecz dotyczyła tylko 

jednej pozycji. Wreszcie Irvin zapłacił, odebrał kwity dłuŜne wystawione 

przez siebie, Gordona i Fawkesa, poŜegnał się spiesznie i wyszedł. Lękał 

się, Ŝe Bryan pocznie mu składać kondolencje lub wypytywać o 

szczegóły wyprawy. Wrócił do zagrody Gordona i wręczył przyjacielowi 

plik skryptów.

— Zapłaciłem za ciebie i za siebie, za Fawkesa równieŜ to, co poŜyczył 

background image

na wyjazd do Amarillo.

— Jestem twoim dłuŜnikiem, Vincent. Ale po coś to zrobił? Jeszcze za 

szeryfa... rozumiem, ale za mnie? Będę się teraz kłopotał, z czego ci od-

dać.

— Nie martw się, zostało mi kilkaset dolarów. Powinno starczyć do 

najbliŜszych deszczów, a jeśli nie starczy, wskoczymy na konie i pogna-

my, dokąd wiatr nas skieruje. Skoro uregulowałem rachunki, moŜemy 

wyjechać kaŜdego dnia i nikt nie powie, Ŝe uciekamy.

Gordon nigdy więcej nie poruszył tej sprawy. A Irvin? Wymykał się z 

domu, biegł w zakurzoną prerię, byle uniknąć natrętnych pytań, byle 

usunąć się sprzed oczu ciekawskich, dla których stał się obecnie jakimś 

cudacznym eksponatem, jakie w małych miasteczkach pokazują gapiom 

wędrowni sztukmistrze.

Abel Meredith znowu przywędrował przed drzwi domostwa Gordona. 

Dowiedział się o spłaceniu długów przez Irvina, a Fawkes uznał, Ŝe nie 

ma co dłuŜej zachowywać tajemnicy. Rozniosła się wieść po całym 

Greenfield o nieprawdopodobnym sukcesie Irvina. Pędziła z zagrody do 

zagrody na skrzydłach wiatru, obrastając po drodze w szczegóły, 

zaleŜnie od humoru opowiadającego i od łatwowierności kolejnego 

słuchacza. W ostatecznym wyniku powstało kilka odmiennych wersji. 

CóŜ więc dziwnego, Ŝe prawie

kaŜdy chciał dowiedzieć się prawdy z ust samego bohatera.

Nastąpiło wiele, wiele wizyt i trwało tak chyba przez tydzień. MoŜna 

sobie wyobrazić, jakie to było przyjemne dla Irvina. Parokrotnie nie 

zdąŜył ukryć się przed ciekawskimi i został wystawiony na mękę 

wysłuchiwania rozmaitych pytań i rad. Odpowiadał krótko, prawie nie-

grzecznie, aŜ ludzie się poobraŜali. Gromadne wędrówki do chaty 

Gordona ustały. Obaj przyjaciele odetchnęli. Ale na krótko.

Znaleźli się w Greenfield ludzie zazdrośni. Częściowo o sławę Irvina, 

background image

częściowo o pieniądze. Złe języki zapoczątkowały złośliwą robotę. 

Czego to nie wymyślono? śe Irvinowi w głowie się przewróciło, Ŝe stał 

się dumny, nieprzystępny... Dziwnie szybko zapomniano o tragedii far-

mera. Ba, znaleźli się i tacy, którzy twierdzili, Ŝe Irvin dorobił się 

majątku na... morderstwie, Ŝe wcale nie oddał, komu naleŜy, wszystkich 

odzyskanych pieniędzy. Szeryf, gdy usłyszał pierwszą tego rodzaju 

plotkę, wybuchnął słusznym gniewem. Zgromił przypadkowego 

informatora, aŜ ten, zawstydzony, unikał odtąd spotkań z Fawkesem. Ale 

plotkujących było wielu i chociaŜ ten i ów spośród rozsądniejszych brał 

w obronę Irvina, chętniej wierzono w kłamstwo niŜ w prawdę.

Karol, gdy po raz pierwszy dowiedział się o wszystkim, o mało nie pobił 

ś

miałka, który, ubolewając nad “złymi ludźmi", wyraził wątpliwość, czy 

Irvin słusznie otrzymał nagrodę “za zabicie człowieka". Zapomniano, 

kim w rzeczywistości był “zabity człowiek". Za to świetnie pamiętano o 

fakcie spłacenia przez Irvina długów. Potem zaczęto analizować 

charakter Irvina. Bo chyba “krwawy, okrutny charakter" musiał mieć 

człowiek, który przez nikogo nie zmuszony podjął się — w zastępstwie 

szeryfa — pogoni za przestępcą. Taka opinia była zresztą w tamtych 

czasach niemal powszechna na ziemiach Dzikiego Zachodu. Gdy szeryf 

chwytał lub w jakikolwiek inny sposób unieszkodliwiał przestępcę, 

spotykał się z powszechnym uznaniem. Jeśli jednak zupełnie to samo 

czynił ktokolwiek inny, w najlepszej nawet intecji, poczynano uwaŜać go 

za... mordercę, tyle tylko, Ŝe zalegalizowanego, a pieniądze wypłacone w 

nagrodę — za ,,brudne, hańbiące pieniądze". I tak właśnie się stało. 

Najpierw Irvina uznano za bohatera Greenfield, ale bardzo szybko tym 

bohaterem być przestał. Dopóki unikał ludzi, nie orientował się w 

sytuacji. JednakŜe później, kiedy zaczął pokazywać się na głównej i 

jedynej ulicy osady, stwierdził ze zdumieniem, Ŝe role się zmieniły: gdy 

on przestał unikać ludzi, ludzie poczęli unikać jego. Próbował dojść 

background image

przyczyny. Uzyskiwał wyjaśnienia wykrętne, zaprzeczające 

rzeczywistości. Zdenerwowany i zły, udał się do starego Abla Mereditha. 

Ten mu wreszcie wyjaśnił, co się stało.

— Nie przejmuj się tym, synu — dodał na zakończenie. — Jest tu trochę 

ludzi mądrych i oni nigdy nie uwierzą plotkom. A głupcy? Pluń na nich. 

Zresztą głupcy szybko zapomną o swych głupstwach.

— CóŜ więc mi radzisz, ojcze?

— Hm... jak by tu powiedzieć? Nie szukaj towarzystwa durniów, unikaj 

ich przez pewien czas.

Irvin spokojnie wysłuchał rady, ale kiedy o niej opowiadał Karolowi, aŜ 

trząsł się z oburzenia.

— Zupełnie jakbym to ja popełnił przestępstwo, a nie tamci... A moŜe 

lepiej by było zniknąć stąd?

— Co masz na myśli?

— No, choćby wycieczkę. Dokądkolwiek. Chcę zejść ludziom z oczu.

— Pomysł niezły. Pojadę z tobą. Irvin przecząco pokręcił głową:

— Nie gniewaj się, Karolu. MoŜe innym razem skorzystam z twej 

propozycji, ale teraz... teraz chcę być sam. śeby wrócić do równowagi.

— I dokąd to masz zamiar...

— Pojadę do Wichita, moŜe do Lubbock. Przyszło mi do głowy, Ŝe 

gdyby tak znalazł się amator na moje gospodarstwo...

— Chcesz porzucić Greenfield?

— No... nie wiem. WciąŜ jeszcze nie wiem...

— Nie będziemy omawiać tej sprawy. Przemyśl wszystko. Jak wrócisz, 

pogadamy. MoŜe i ja się zdecyduję na sprzedaŜ? Pamiętaj, lepiej z 

rozmysłem popełnić głupstwo niŜ dokonać mądrego czynu bez 

zastanowienia.

Irvin uśmiechnął się:

— To jakaś dziwna filozofia.

background image

— Rzecz polega na tym, aby jak najlepiej wszystko przewidzieć i 

uniknąć zaskoczenia. Kiedy chcesz ruszać?

— Jak najprędzej. Kupię jeszcze trochę Ŝywności na drogę u Bryana, a 

później na siodło i w świat!

background image

W Wichita Falls

Lokal szeryfa w Wichita Falls nie miał sobie równego w bliŜszej i dalszej 

okolicy. To był luksus! A jakŜe. Dla wielu — szczyt wytworności, 

wobec którego stawali onieśmieleni.

Gdy po trzech stopniach wchodził do wnętrza, przybysza wcale nie 

witała typowa w tamtych stronach obskurna izba, prymitywne umeblo-

wana, z szeryfem rozpartym niedbale za niezbyt czystym stołem 

(niekiedy — za biurkiem, co juŜ świadczyło o wyŜszym stopniu 

szeryfoskiej elegancji).

W Wichita Falls było zupełnie inaczej! Izba, owszem, dość przestronna. 

Pod trzema ścianami stały proste ławy, między nimi krzesło z poręczami. 

Na tym niby fotelu siedział zazwyczaj młody człowiek w 

szerokoskrzydłym kapeluszu na głowie, w kolorowej koszuli i długich 

spodniach opadających fałdami na Ŝółte buty o wysokich obcasach. Buty 

zawsze lśniły jak słońce — podobno tak je czyszczono na Ŝądanie 

samego szeryfa, który nie cierpiał zaniedbania i niechlujstwa.

Irvin, wkroczywszy do izby, stanął zaskoczony jak kaŜdy nowy 

interesant. Długo stał niezdecydowanie.

— O co chodzi?

Młodzieniec z krzesła podciągnął nogi, aŜ zadzwoniły srebrne koła 

ostróg przypiętych do olśniewających butów.

— Czy jest szeryf?

— Szeryf zajęty. 

— Na długo? 

Wzruszenie ramion.

— Poczekam — rzekł Irvin siadając na ławie.

background image

— To potrwa bardzo długo.

— Nie szkodzi. A czy ty, młodzieńcze, takŜe masz interes do szeryfa?

Zagadnięty poczerwieniał na twarzy i wyprostował się na krześle.

— Ja jestem człowiekiem szeryfa — powiedział dumnym głosem — a 

nie Ŝadnym... interesantem.

— Przepraszam. Nie wiedziałem. Trudno poznać po ostrogach 

pomocnika szeryfa. Nie dostrzegam gwiazdy.

Chłopak poczerwieniał jeszcze bardziej.

— Dostanę za kilka dni.

Spostrzegł, Ŝe się tłumaczy, więc Ŝeby jakoś zatrzeć wraŜenie swej 

słabości — jak uwaŜał — dodał szybko:

— Co was to obchodzi? Szeryf jest zajęty i zakazał wpuszczać.

Irvin kiwnął tylko głową i wpatrzył się w ścianę. Zapanowała cisza 

mącona jedynie odgłosami ulicy. Nie trwało to jednak długo. 

Młodzieniec z krzesła albo nudził się setnie, albo teŜ pragnął podkreślić 

wagę swej funkcji.

— Mogę wam poradzić — rzekł niedbałym głosem — nie warto ze 

wszystkim chodzić do szeryfa.

— Lękam się — odparł Irvin — Ŝe mógłbyś się rozchorować, a szeryf 

straciłby tak cennego pomocnika.

— Rozchorować?

— Tak. Z nadmiernego wysiłku. Moja sprawa nie jest łatwa i wymaga 

tęgiej głowy.

— Co takiego?! — wrzasnął chłopak i zerwał się z krzesła. — To 

obraza!

— Nie. Nauka, aby nie zadzierać nosa powyŜej własnych moŜliwości.

— Wynoście się!

— A jeśli tego nie uczynię?

— Wyrzucę was!

background image

— Spróbuj.

Chłopiec wyciągnął rewolwer, ale wyglądało na to, Ŝe nie wie, co dalej 

robić.

— Chcesz strzelać? Niedobra to sprawa. Morderstwo w biurze szeryfa?

— Wynoście się!

Irvin nie zdąŜył odpowiedzieć. Ujrzał bowiem, jak w bocznej ścianie 

bezszelestnie otworzyły się drzwi.

— Co to za krzyki, Bob? Wiesz, Ŝe tego nie znoszę.

Chłopak odwrócił się plecami do Irvina.

— Ten człowiek mnie obraził. On mówi...

— Nie kończ.

Człowiek stojący w uchylonych drzwiach uniósł rękę gestem sprzeciwu.

— Przypadkowo słyszałem całą rozmowę. Nie była zbyt przyjacielska, 

ale Bob... sam sobie jesteś winien. Nie czyń ze mnie próŜniaka i nie 

zmuszaj ludzi za kaŜdym razem do czekania na-

wet wtedy, gdy łapię muchy na ścianie. Ale i wy — zwrócił się do Irvina 

— nie naleŜycie do kategorii grzecznych, jeśli się nie mylę. Macie do 

mnie sprawę?

— Do szeryfa.

— No właśnie. Wejdźcie.

Przepuścił farmera i cicho zamknął drzwi. Ten pokój jeszcze bardziej 

zdumiał przybysza. Przede wszystkim dlatego, Ŝe od progu do stojącego 

daleko, daleko w głębi biurka wiódł szeroki, ciemnoczerwony, włochaty 

chodnik. Jeśli ktoś

nosił przesadnie duŜe ostrogi, musiał uwaŜać, by nie zaczepić o chodnik 

i nie upaść. Zdarzyło się to juŜ kilku interesantom wpadającym zbyt po-

spiesznie do gabinetu szeryfa. Tak więc włochaty chodnik był elementem 

uspokajającym i wcale nie przypadkowym. Biurko szeryfa równieŜ 

background image

wyglądało niezwykle. Olbrzymie, lśniące jak lustro, a na nim wspaniała 

lampa z metalowym zbiornikiem i kulistym kloszem. Dwa cięŜkie, kryte 

skórą fotele utrudniały dostęp do tego biurka, a okazała szafa pod 

przeciwległą ścianą prezentowała poprzez szyby drzwiczek grzbiety 

pokaźnych tomów ustawionych na półkach.

— Siadajcie.

Irvin skorzystał z zaproszenia i zapadł się w głębinach fotelowej 

przepaści.

— Słucham.

— Będziecie na pewno zdziwieni, szeryfie...

— Ja się niczemu nie dziwię. Mówcie bez wstępów.

— OtóŜ... chodzi o to... Nie śmiejcie się ze mnie...

— Śmiało, śmiało. Ani mi to w głowie. Mam nadzieję, Ŝe nie przyszliście 

opowiadać mi dowcipów?

— Na pewno nie — pospieszył z odpowiedzią Irvin. — Ja, szeryfie, 

przyszedłem zapytać się, czy nie poszukujecie ludzi.

— Nie bardzo rozumiem. Mam was przyjąć do pracy?

Irvin energicznie pokręcił głową.

— Pytam o ludzi poszukiwanych listami gończymi.

— Ooo...

Wydało się farmerowi, Ŝe pociągła, sucha, jakby ptasia twarz szeryfa 

wydłuŜyła się jeszcze bardziej, a głębokie bruzdy biegnące od policzków 

do ust stały się jeszcze głębsze.

— KogóŜ to szukacie?

— Nikogo, specjalnie... Tak w ogóle.

— Tak w ogóle — powtórzył szeryf i nagle rzucił tonem pytania: — 

Kandydat na... łapacza? Kto was do mnie skierował?

— Nikt.

— Mieszkacie w Wichita Falls?

background image

— Nie.

— Skąd przybyliście?

— Z Greenfield.

— Greenfield... Greenfield... Gdzie to jest?

Irvin postarał się w przybliŜeniu określić połoŜenie osady. Czy szeryf coś 

z tego zrozumiał, czy nie — trudno było odgadnąć. Dość, Ŝe nie pytał 

więcej. Zainteresował się natomiast zawodem przybysza.

— Rolnik? — zdumiał się usłyszawszy odpowiedź. — Straciliście 

ziemię? — zawyrokował.

— Mam ją nadal.

— Co u licha? Teraz to juŜ niczego nie pojmuję. Początkowo sądziłem, 

Ŝ

e jesteście jednym z takich, co to z wiatrem w zawody idą, raz tu, raz 

tam. U nich się zdarza, ale Ŝeby farmer?! Co wam do głowy strzeliło?

— KaŜdy ma prawo ścigać przestępcę.

— Pewnie, ale ja wam odradzam. Gra idzie o wielką stawkę: o własną 

głowę. Trzeba mieć doświadczenie, a jakieŜ doświadczenie w tej sprawie 

moŜe posiadać rolnik?

— Schwytałem jednego, za którym rozesłano listy gończe. Schwytałem 

go — Irvin zaciął się — to jest... zabiłem go.

— Taak? No proszę, kto by się spodziewał?

Z samego tonu głosu wynikało, Ŝe szeryf nie wierzy informatorowi.

— To się stało po napadzie na pocztę w Lubbock — pospieszył wyjaśnić 

farmer. — Dognałem obu, jeden zdołał uciec, drugi został na miejscu.

Szeryf poruszył się niespokojnie.

— Nam zaleŜy raczej na chwytaniu przestępcy niŜ na jego śmierci — 

zauwaŜył surowym głosem. — Nie lubię rewolwerowców.

— Gdybym nie uŜył broni, nie siedziałbym teraz przed wami. On strzelił 

pierwszy.

— Ach tak... I gdzieŜ się to wydarzyło?

background image

— Nad Kolorado. Południową Kolorado. Odzyskałem część 

zrabowanych pieniędzy. Szeryf z Lubbock moŜe poświadczyć.

— Znam tę sprawę. Przepraszam, jak się nazywacie?

— Vincent Irvin.

— Vincent Irvin — powtórzył szeryf. — Vincent Irvin... Przypominam 

sobie. A co to była za historia z Czarnym Jackiem? Mc Intosh lubi duŜo 

mówić. Jego słowa są jak gąbka pełna wody, gdy ją wycisnąć, niewiele 

zostaje.

Irvina zaskoczyło pytanie, ale musiał odpowiedzieć. Więc opisał 

przygodę w pociągu.

— Było was tam trzech i Ŝaden nie zgłosił się do mnie. Dziwię się. 

PrzecieŜ napad wydarzył się w okolicy Wichita, a nie Lubbock? Dla-

czego nie przyszliście tutaj?

Irvin pomyślał, Ŝe odpowiedzialność za to obciąŜa przede wszystkim 

Lucasa Fawkesa, ale tego nie powiedział. Wyjaśnił natomiast, Ŝe oba-

wiali się o pieniądze, które wieźli.

— To mogło przyjść was dwu — zauwaŜył logicznie szeryf. — No, ale 

przepadło. Czarny Jack długo będzie pamiętał o takim spotkaniu. Radzę 

wam nie kręcić się w tych stronach. Licho nie śpi.

OstrzeŜenie nie trafiło Irvinowi do przekonania. PrzecieŜ nie po to tu 

przyjechał, aby się bać Jacka. I zaraz to głośno stwierdził. A na za-

kończenie dodał:

— Chcę się dowiedzieć, za kim rozesłano listy gończe.

Szeryf spojrzał nań tak, jakby chciał go wzrokiem na wylot przewiercić.

— Szukacie guza — stwierdził. — Ale niech będzie... Zaraz zobaczę.

Wysunął szufladę, pogrzebał chwilę w jej wnętrzu i wyciągnął plik 

zadrukowanych kartek.

— To nasz pięcioletni dorobek — wyjaśnił. — Listy gończe z czterech 

stron świata. Najpierw — podniósł arkusik — jakiś Goldwin. Po-

background image

szukiwany przez szeryfa z Pine Bluff. W Arkansasie. Stara sprawa. Jak 

mi wiadomo, nikt u nas tego Goldwina nie widział i mam nadzieję, Ŝe nie 

zobaczy.

— Co on zrobił?

Szeryf pochylił swój długi nos nad papierami.

— Bagatela — mruknął, a potem, podnosząc głowę: — Rabunek 

połączony z podpaleniem farmy. Trzy osoby zastrzelone albo spalone. 

Co na jedno wychodzi.

Irvin wzdrygnął się, ale szeryf nie zwrócił na to uwagi.

— Nie ma co sobie tym głowy zawracać. Goldwina dawno musiało 

wywiać na koniec świata.

Wziął następną kartkę.

— A tu szanowny pan Abraham Curtis, szuler. Ale to jeszcze nie 

wszystko. W gospodzie “Pod Jeleniem" w Omaha zastrzelił gracza, gdy 

usiłował wyciągnąć mu karty z rękawa. To się stało przed czterema laty. 

Gdzie go tam teraz szukać! Patrzmy dalej. Ben Josiah, nawet z naszych 

stron, z Denton. Zabił wspólnika podczas przepędu stada. Woły sprzedał 

i czmychnął. Przed trzema laty. A tu znowu... Dawid Humphry: napad na 

pociąg, raczej na wagon pocztowy. Nie udało mu się. Próbował drugi raz 

i zabił kierownika pociągu pod Shreverport w Luizjanie, przed dwoma 

laty. Co wy na to?

— Myślę — odparł wolno Irvin — Ŝe nasza sprawiedliwość bardzo jest 

nierychliwa. CóŜ warte są te wszystkie listy gończe?

— Warte, warte, człowieku. Wielu nie schwytano, ale równie wielu 

dzięki tym papierkom — tu stuknął palcem w blat biurka — siedzi dziś 

za kratkami albo... gorzej. śe nie wszyscy? CóŜ, nie mamy odpowiednich 

ludzi. Praca szeryfa jest cięŜka, ochotników do pomocy brak. Taki Bob, 

na przykład.

— Kto?

background image

— No ten chłopak, co sterczy przy wejściu. Pewnie się wyrobi, ale dziś 

jest jeszcze zupełnie zielony. Czy mogę go posłać do jakiej roboty? 

KaŜdy z tych ludzi, których nazwiska odczytałem, zdmuchnąłby go jak 

ś

wiecę. To właśnie dlatego wyznacza się nagrody. Was równieŜ 

złakomiły, co? Nie jest to takie dziwne, ale dziwi mnie, Ŝe farmer łapie 

się za coś takiego. Gospodarstwo wam nie wystarcza?

Irvin zaśmiał się gorzko.

— Dochód z mej farmy da się zmieścić w naparstku j jeszcze coś niecoś 

moŜna tam wetknąć.

— To tak?

Szeryf zamyślił się chwilę.

A co byście rzekli, gdybym zaproponował pracę u mnie?

Irvin przez sekundę wyobraził siebie w roli chłopaka pilnującego drzwi.

— Dziękuję — odparł energicznie. — Nie!

— Moglibyście zostać moim zastępcą. Oczywiście, nie tak od razu.

— Nie.

— Wolicie występować jako łapacz? Ano, cóŜ? Co kto lubi.

Słowo “łapacz" nie było Irvinowi obce. Słyszał je kiedyś i wiedział, Ŝe 

nie jest pochwałą ani nawet określeniem obojętnym uczuciowo. Ale teraz 

zadźwięczało jakoś wyjątkowo pogardliwie. AŜ skrzywił się zabawnie.

— Widzę, Ŝe wam ta nazwa nie smakuje. Więc jednak moŜe...

— Nie — zaprotestował Irvin po raz trzeci. — Siedzieć w Wichita Falls? 

To prawie to samo co tkwić w Greenfield. A ja muszę jeździć. Nie po-

trafię usiedzieć w jednym miejscu.

— To coś nowego. Praca na roli przestała was interesować?

Irvin z ironicznym uśmieszkiem wyjaśnił, jak obecnie wygląda “rola" w 

Greenfield.

— O do licha! Rzeczywiście niewesoło. Powinniście przenieść się w 

inne strony. Nie wszędzie jest susza, a o ziemię nietrudno.

background image

— MoŜe to uczynię, ale nie teraz. Nie potrafiłbym ani orać, ani siać, ani 

Ŝąć

.

— Przesada. Najgorsza nawet posucha...

Przerwał i wpatrzył się w twarz farmera.

— W tym waszym Greenfield wydarzyło się chyba coś gorszego. Coście 

tam zrobili? MoŜe się da naprawić?

— Nie w ludzkiej to mocy odmienić, szeryfie.

— AŜ tak źle?

— Znienawidziłem... znienawidziłem tych łotrów! — krzyknął Irvin w 

porywie pasji. — To przez nich! Gdyby nie napad w Lubbock, nie 

ruszyłbym się z Greenfield. I ciągle mi się wydaje, Ŝe... uratowałbym 

swoją rodzinę — dokończył juŜ cichszym głosem. — Dlatego postano-

wiłem na pewien czas, o, nie na zawsze, zostać łapaczem. Wcale nie dla 

pieniędzy. Dlatego Ŝeby jakoś... Ŝeby jakoś... — umilkł nie mogąc 

znaleźć odpowiednich słów.

To był krzyk rozpaczy. Tak go ocenił — i trafnie — szeryf z Wichita 

Falls. Wiele tragedii oglądał w swym Ŝyciu, a oto teraz miała się 

rozsunąć kurtyna i ukazać mu nawy dramat człowieczy.

— Czy moŜecie mi to jakoś wyjaśnić?

Irvin oddychał głośno, a wargi mu lekko drgały. Szeryf wolno podniósł 

się z krzesła, wolno pomaszerował w kierunku szafy. Odemknął szklane 

drzwiczki, spoza równego szeregu ksiąŜek wyciągnął kwadratową 

butelkę i dwie szklanki o zielonkawym połysku. Postawił na biurku, 

ostroŜnie wyciągnął korek. Złotawy płyn zabulgotał dźwięcznie.

— Wypijcie — podsunął szklankę gościowi. Irvin skinął głową, 

przytknął szkło do ust i wypił powoli, aŜ do dna. Odstawił puste na-

czynie.

— No co, lepiej? — zainteresował się szeryf.

— Dziękuję... — Irvin poczuł w Ŝołądku miłe ciepło, a w głowie miły 

background image

szmerek.

— To świetne lekarstwo na wszelkie bóle i choroby. Byle uŜyć w 

odpowiedniej chwili i nie za często. Wtedy przestaje skutkować i robi z 

człowieka wariata. A teraz słucham.

Opowieść wypadła zwięźle. Szeryf pojął wszystko, bo czego zabrakło w 

relacji farmera, tego się domyślił. Westchnął lekko i począł przewracać 

zadrukowane kartki udając, Ŝe czegoś w nich szuka. W ten sposób dał 

czas Irvinowi, by przyszedł do siebie. I cel ten osiągnął. MoŜe szklanka 

whisky, moŜe chwila szczerej rozmowy, a najprawdopodobniej jedno i 

drugie razem przywróciło Irvinowi równowagę ducha i umysłu, bo 

zapytał juŜ zupełnie spokojnym głosem:

— Więc jak ze mną będzie, szeryfie? Znajdzie się jakiś list gończy?

— Znajdzie się, uparty człowieku, jeśli... — kiwnął głową nie kończąc 

zdania. — No więc — zaszeleścił papierami — któŜ tu jeszcze jest? Aha, 

Ben Bendick. Przezwano go “dwa be". Mieszkaniec Wichita Falls. 

Ś

wietnie faceta pamiętam. Mały, chudy, drobny. Nie dałbyś centa za 

niego. Nie wiem, jak on to zrobił, aŜ trudno uwierzyć, ale w gospodzie 

“Czarny Bizon" przewrócił bufet wraz z całą zastawą. Siedział u mnie 

później i pewnie miałby do czynienia z sędzią, gdyby się nie ugodził z 

Bennet Heywoodem, właścicielem “Bizona". Bendick zapłacił co do 

centa za wszystkie zniszczenia. I to wydało mi się podejrzane. Bendick 

nigdzie nie pracował. Niekiedy, chyba dla fantazji, wynajmował się jako 

poganiacz bydła przy przegonach z Teksasu do Deadwood w 

Południowej Dakocie. Potem zawsze tu wracał. AŜ w końcu wszystko się 

wydało. Poznali go podczas napadu na kantor bankierski w Shreverport 

w Luizjanie. Miał dwu pomocników, cała trójka zamaskowana, jak to 

zwykle bywa. Zorganizowali wszystko starym sposobem: jeden pilnuje 

wejścia, drugi ludzi na sali, trzeci kasjera. Tak właśnie wszystko się 

odbyło. Ale Bendick jednego nie przewidział: Ŝe chustka zawiązana pod 

background image

oczami rozpłacze się i spadnie. A spadła, gdy wkładał pieniądze do 

torby. Kasjer krzyknął, Bendick strzelił i chybił. Tak się tym 

zdenerwował, Ŝe uciekł. MoŜe zresztą sądził, Ŝe kasjer go nie poznał, ale 

grubo się pomylił. Ten urzędnik bankowy pracował przed tym w Wichita 

Falls i niejeden raz spotykał Bendicka. Poszły listy gończe, ale od roku o 

Bendicku nic nie słychać. Chcesz go odszukać?

— To na nic. Musiałbym chyba przewędrować cały kraj. DuŜo zrabował?

— Około sześćdziesięciu tysięcy.

— Starczyło na wyjazd do Kanady lub Meksyku.

— I ja tak myślę, ale — znowu zaszeleścił kartkami — nic lepszego nie 

mam. Ostatnio nie zdarzyło się nic powaŜniejszego.

— Poza Czarnym Jackiem — zauwaŜył Irvin.

— Czarny Jack nie dla ciebie.

— JuŜ się z nim spotkałem.

— Miałeś szczęście zaiste wyjątkowe. Przy drugim spotkaniu, jeśli cię 

pozna, nie wymigasz się. Pomyśl o tym.

Irvin coś mruknął do siebie.

— A jak ze strzelaniem? PokaŜ no swoją broń.

Farmer niechętnie wydobył srebrnego colta i połoŜył na biurku.

— To twój? Potakujące skinienie głowy.

Szeryf ujął rewolwer za lufę i bacznie przyjrzał się rękojeści. Po czym 

cicho gwizdnął.

— Jeśli się nie mylę, słyszałem o tych coltach. Srebrne colty Czarnego 

Jacka, nie?

— Zgadza się.

— Czemuś tego nie oddał szeryfowi w Lubbock? Widział kto kiedy 

takiego wariata? Nikt tu nie posiada podobnej broni. Jeśli Jack ciebie nie 

pozna, to pozna rewolwer. Gdzie jest drugi?

— W Greenfield. Podzieliliśmy się zdobyczą. Szeryf połoŜył colt na 

background image

biurku.

— Wyrzuć to. Prawie jakbyś śmierć przy sobie nosił. Jeśli nie chcesz 

wyrzucić, zostaw u mnie. Dam ci inny. Zgoda?

— Nie, szeryfie. To musi być dobra broń.

— Jak dla kogo. Chętnie wypróbowałbym... Wyciągnął z kieszeni gruby 

zegarek przyczepiony do błyszczącej dewizki.

— Dzisiaj juŜ nie. Zagadaliśmy się, ale jutro rankiem gotów jestem 

sprawdzić, jak strzelasz. No? Jeśli się zgodzisz, opowiem ci coś o zwy-

czajach Czarnego, a moŜe nawet o tym, gdzie go szukać. Ręczę słowem, 

Ŝ

e ci się przyda. Nawet jeśli go zaniechasz. Nigdy nic nie wiadomo.

Podniósł się zza biurka.

— Czekam cię jutro o szóstej.

— Będę — odparł farmer.

— Świetnie. Idź juŜ, a po drodze przyślij mi Boba.

Irvin opuścił gabinet, pełen najsprzeczniejszych uczuć. W hallu nadal 

tkwił samotny chłopak, rozwalony niedbale na krześle. Klepnął go po 

ramieniu, a kiedy tamten poderwał się, rzekł:

— Słuchaj, jak on się nazywa?

— Murphy, Denis Murphy...

— Doskonale, A teraz idź do szefa. Wiesz, co ci powiem? Twój szeryf 

jest całym wodospadem mądrości. Jeśli choć kropla spadnie z niego na 

twą łepetynę, wygrasz wielki los na Ŝyciowej loterii.

Bob wybałuszył oczy.

— No, idź do szeryfa. Później się zastanowisz nad tym, co ci 

powiedziałem. A przemyśl dobrze!

Reszta dnia upłynęła Irvinowi dość nudno. Odnalazł hotel, ten sam, w 

którym uprzednio we trzech nocowali, wynajął pokój i umieścił wierz-

chowca w hotelowej stajni. Potem pogadał z właścicielem na temat 

ewentualnej sprzedaŜy gospodarstwa w Greenfield. Hotelarz zanotował 

background image

sobie wszystko, ale niczego nie obiecał. Irvin nie nalegał, nie był jeszcze 

zdecydowany na sprzedaŜ. Wrócił do swego pokoju, połoŜył się w ubra-

niu na łóŜku, nogi oparł na poręczy i począł dumać nad obecną sytuacją.

Następnego ranka zgodnie z umową stawił się przed szeryfowskim 

lokalem. Boba nie było, ale przed drzwiami stał szeryf. Kiwnął głową na 

powitanie i powiedział krótko:

— Chodźmy.

Przeszli przez miasteczko, prawie jeszcze puste o tej porze, a później 

skręcili w bok wąską droŜyną, wiodącą polami prościutko ku rzece. 

Szeryf wiódł gościa samym brzegiem wód Wichita (od niej przyjęło 

nazwę miasteczko), aŜ natrafili na strome urwisko spadające ku pokrytej 

Ŝ

wirem plaŜy.

— Jesteśmy na miejscu — stwierdził Murphy, nieco natęŜając głos, jako 

Ŝ

e szum wody zagłuszał słowa. — To wodospady — dodał tonem wy-

jaśnienia.

Wydobył z kieszeni ćwiartkę papieru, przybił ją patykiem do piaskowej 

ś

ciany. Potem odmierzył krokami odległość, na koniec ustawił Irvina na 

samej krawędzi plaŜy.

— No, moŜemy zaczynać. Nikt nam tu nie przeszkodzi. Widzisz ten 

punkt? — wskazał palcem na czarne kółko wymalowane pośrodku 

kartki.

— Nie jestem ślepcem — obruszył się Irvin.

— No, to staraj się trafić.

Farmer wydobył srebrny colt. JeŜeli kiedy w Ŝyciu posługiwał się bronią, 

to tylko strzelbą, ale nawet o tym nie wspomniał.

— Na co czekasz? 

Irvin strzelił.

— Dalej!

Nacisnął cyngiel jeszcze trzy razy.

background image

— Dosyć! Zastanawiam się — rzekł Murphy — jakim to nadzwyczajnym 

sposobem zabiłeś tamtego bandziora?

— Wtedy miałem strzelbę.

— A ja myślę, Ŝe po prostu urodziłeś się pod szczęśliwą gwiazdą, ale w 

spotkaniu z Czarnym Jackiem nic ci ona nie pomoŜe. Popatrz teraz.

Wyszarpnął błyskawicznym ruchem rewolwer z pochwy u pasa. Nie 

mierzył. Błysk i huk nastąpiły jednocześnie z podniesieniem dłoni.

— No?.

— W sam środek — przyznał Irvin nie kryjąc zdziwienia. — Takich, jak 

wy, szeryfie, nie ma chyba wielu?

— Bardzo wielu i jeszcze lepszych. Do roboty!

— Co? — zdumiał się farmer.

— PrzecieŜ muszę cię nauczyć. Wyciągnij rękę. Nie tak, zupełnie źle. W 

ogóle nie umiesz celować.

Stanął z boku i ujął farmera za przegub.

— Patrz, ot tak. Strzelaj. 

Irvin pociągnął za cyngiel.

— No widzisz. JuŜ lepiej, chociaŜ to pewnie przypadek. Kula trafiła w 

skraj plamy.

— Przed dwoma laty — odezwał się Irvin podniesiony na duchu 

skromnym sukcesem — zająłem pierwsze miejsce w konkursie 

strzeleckim. Co prawda najlepszy strzelec nie brał w nim udziału.

— A wszyscy inni byli najgorsi — stwierdził nieco złośliwie szeryf. — 

GdzieŜ się to odbyło?

— W Greenfield.

— Daj spokój. Zwycięzca! A niech cię. Myślę, Ŝe jesteś najlepszym 

strzelcem wśród rolników i najlepszym rolnikiem wśród strzelców. No, 

jazda, jeszcze raz!

Nauka trwała tak długo, aŜ zabrakło naboi.

background image

— Na dziś będzie dosyć — zawyrokował Murphy.

— Na dziś... — stropił się farmer.

— Na dziś. Jutro będziemy znów próbować. Nie wyobraŜaj sobie, Ŝe cię 

tak puszczę. Nie zwykłem wrzucać małych kociąt na głębinę. A z tobą 

byłoby jeszcze gorzej.

— No to co będzie? — zafrasował się Irvin.

— Nauczysz się strzelać.

— Przez dwie godziny dziennie. A co z resztą dnia? Tyle zmarnowanego 

czasu.

— Lepiej marnować czas niŜ stracić Ŝycie. Zresztą gdzieŜ ci tak pilno? 

Do twojej skamieniałej roli? Nauczę cię róŜnych sztuczek, a poza tym 

masz się ćwiczyć sam. Człowieku! Zrozum, Ŝe jako strzelec jesteś 

zupełnie zielony. No, wracamy.

Wydostali się na wysoki brzeg i ruszyli ku miasteczku. Szeryf 

pogwizdywał, Irvin szedł ponury i milczący.

— Nie mogę tak siedzieć bezczynnie — odezwał się nagle — za dwa dni 

nie będzie mnie tutaj. Nie macie prawa...

— Prawa nie mam — odparł wesoło Murphy — ale bez Ŝadnego prawa 

potrafię tak cię zbić, Ŝe tydzień poleŜysz w łóŜku. To nie przelewki, mój 

drogi. Zresztą... nie będę cię zatrzymywał, jeśli dasz mi słowo, Ŝe prosto 

z Wichita udasz się do swojego Greenfield. Zgoda?

— Łatwowierni jesteście, szeryfie. Mógłbym dać słowo i wcale go nie 

dotrzymać.

— Wiedziałem, Ŝe tak odpowiesz. Ale ja troszkę znam się na ludziach. 

NaleŜysz do tych uczciwych z kościami. Zresztą... bez mojej pomocy nie 

odnajdziesz Czarnego. Nie przypuszczałem, Ŝe tak kiepsko strzelasz, i 

dopóki się nie nauczysz, dopóty niczego nie powiem o Jacku. Czekam 

cię jutro o szóstej. Jeśli się nie zjawisz, moŜesz więcej nie przychodzić.

I tak się rozstali. Szeryf nadal wesoło pogwizdujący, Irvin nadal ponury. 

background image

Co miał teraz czynić? Opuścić Wichita Falls? Na własną rękę po-

szukiwać Czarnego Jacka? Wracać do Greenfield czy tkwić tutaj nie 

wiadomo jak długo? A moŜe nauka strzelania ma na celu jedynie 

zniechęcenie go do planowanej wyprawy? Jaka szkoda, Ŝe nie ma tu 

Karola! Ten znalazłby radę. Do licha z tym wszystkim!

Zdesperowany wszedł do pierwszego spotkanego po drodze saloonu. JuŜ 

na schodkach spostrzegł szyld: “Czarny Bizon". Przypomniał sobie 

opowieść szeryfa. To właśnie tu jakiś tam Bendick przewrócił bufet. 

Skierował się prosto do tego bufetu.

Kazał nalać szklaneczkę whisky i dopełnić ją wodą sodową, czym 

wywołał błysk zdziwienia w oczach sprzedawcy. Potem siadł przy 

stoliku w pustej sali. O tej rannej godzinie mieszkańcy Wichita Falls 

załatwiali swe interesy handlowe, a obiboki i lenie odsypiali nocne 

zabawy.

Wysączył zawartość szklaneczki i podszedł do bufetu.

— Jeszcze raz — powiedział — ale moŜe coś lepszego.

— Ma pan jakąś ulubioną markę?

Irvin zastanowił się chwilę, ale nic mu nie przyszło do głowy.

— Nie, ale to jest... bardzo kiepskie. Butelka z inną nalepką pojawiła się 

na ladzie. Szklaneczka została napełniona. Irvin oparł się, jak mógł 

najwygodniej, o metalowy blat.

— Znaliście Bena Bendicka? — zapytał.

— O co chodzi?

— Głupstwo. Powiadają, Ŝe przewrócił ten bufet.

— Wie o tym całe miasto.

— Nie jestem tutejszy.

— Tak sobie od razu pomyślałem. A moŜe widzieliście Bena? — 

zagadnął zniŜając głos. — MoŜecie mówić śmiało. Nie jestem papla.

Irvin roześmiał się.

background image

— Nie znam Bena, nigdy go nie widziałem.

Podobno był małym, szczupłym człowieczkiem, dlatego dziwię się, Ŝe 

dał radę temu bufetowi.

Z kolei roześmiał się karczmarz.

— Prawda — przytaknął. — Na oko Ben waŜył tyle, co mucha, ale 

wówczas taki był ścisk przy ladzie, Ŝe to raczej ludzie niŜ on zwalili ten 

cały interes. Ben zapłacił jednak wszystko, bardziej za innych niŜ za 

siebie. Honorowy z niego chłopak.

Po wyjściu z saloonu Irvin począł zwiedzać miasteczko. Przewędrował 

kilka uliczek przystając przed witrynami sklepu i obserwując prze-

chodniów, osiołki czekające nie wiadomo na kogo, kowbojów 

przejeŜdŜających na narowistych rumakach, jakichś traperów w zupełnie 

fantastycznych ubraniach, obdartusów i elegantów w lśniących 

cylindrach, farmerów w długich butach i zakurzonych opończach, którzy 

ś

ciągali tu, by dokonać niezbędnych zakupów i zabawić się. Wreszcie 

natrafił na warsztat rusznikarza, który nie tylko reperował, ale i 

sprzedawał broń nową i uŜywaną, wszelkiego rodzaju i kalibru. Zajrzał 

do wnętrza. Rusznikarz okazał się człowiekiem gadatliwym. Pokazał 

przybyszowi pełny asortyment towaru i usiłował sprzedać cudaczny, 

trójlufowy pistolet. Ale Irvin kupił tylko kilka paczek nabojów do colta, 

w związku z “nauką strzelania".

Nazajutrz stawił się punktualnie o szóstej w umówionym miejscu, nad 

rzeką. Tym razem miał strzelać nie do czarnego kółka na białym 

papierze, ale do błyszczącej, blaszanej puszki wbitej w stromą ścianę. 

Blacha migotała w słońcu, Irvin trafił dopiero przy czwartym strzale, co 

wywołało na twarzy szeryfa grymas niezadowolenia.

— Okropność — stwierdził. — Takiego ucznia dawno nie miałem! Nie 

puszczę, dopóki sześć razy nie podbijesz tego pudełka w górę.

— Niby jak?

background image

— A tak.

Wyciągnął blaszankę z piachu, cisnął ją ku niebu i nim spadła zdąŜył 

wyszarpnąć rewolwer. Strzelił sześć razy i za kaŜdym strzałem spadająca 

puszka podskakiwała.

— Widziałeś?

— Wspaniale! Nie jestem ślepy.

— Mam nadzieję, chociaŜ... sądząc z twojej umiejętności trafiania do 

celu... Ech, Irvin, staraj się, człowieku, aby mój czas nie został zmar-

nowany.

— PrzecieŜ nie prosiłem... — burknął Irvin pod nosem.

— Wiem, wiem i na kogo innego machnąłbym ręką, ale ty jakoś mi 

przypadłeś do serca. Nie mogę puścić cię tak bardzo bezbronnego.

Znów wetknął blaszankę w piasek, a Irvin podjął swe strzeleckie 

ć

wiczenia. Skutek był raz lepszy, raz gorszy, aŜ wreszcie szeryf uznał, Ŝe 

na dziś dosyć.

— Jutro przyjdziesz o tej samej porze — zarządził.

Irvin nie zaprotestował. Na podobnej pukaninie zeszedł ranek następny i 

popołudnie. Irvin nabrał humoru — szeryf juŜ nie kiwał nad nim głową 

tak Ŝałośnie. Po kilku dniach stwierdził:

— jesteś zdolny. Inny nie doszedłby do takich rezultatów.

— Będę mógł wyruszyć?

— Oho, nie tak zaraz. Bo widzisz, celnie strzelać to jeszcze nie 

wszystko.

— Szeryfie — odezwał się Irvin, a twarz mu się wydłuŜyła. — Któregoś 

dnia zrezygnuję z waszych wiadomości o Jacku i po prostu ucieknę z 

Wichita.

— Czy nie rozumiesz, chłopie, Ŝe czuwam nad twoim Ŝyciem?

— Jak duch — mruknął farmer i skrzywił się zabawnie.

— No właśnie, ale musisz przyznać: dobry duch. A teraz zrobimy jeszcze 

background image

jedną próbę. Jeśli wypadnie pomyślnie...

Ustawił Irvina na skraju wody, naprzeciw blaszanki.

— UwaŜaj — powiedział. — Dam znak i natychmiast masz strzelać.

Farmer sięgnął po rewolwer.

— Nie, nie, mój kochany. Opuść rękę, opuść! — Wydobył z kieszeni 

wielki zegarek z sekundnikiem. — Strzelaj! — zawołał.

Irvin szarpnął za uchwyt broni i nacisnął cyngiel. Kula ugrzęzła gdzieś w 

piasku.

— Sam widzisz, jak źle... Zbyt długo i kulą w plot! Przez taki czas twój 

przeciwnik mógłby cię trafić ze trzy razy.

— Przestańcie mnie straszyć! W kółko jedno i to samo, a to: “trafi cię", a 

to “zabije cię" — rozŜalił się Irvin. — Albo chcecie ze mnie uczynić 

tchórza, albo... — zawahał się.

— Albo kogo?

— Wyszkolonego mordercę. Nie odpowiada mi ani jedno, ani drugie.

— Raczej rewolwerowca — chciałeś powiedzieć.

— Na jedno wychodzi.

— Kto chce się mierzyć z rewolwerowcami, musi posiąść ich 

umiejętności, Irvin. To znaczy: dorównać szybkością i celnym okiem. 

Pamiętaj, chłopcze, Ŝe ja cię do niczego nie namawiałem i nie 

namawiam. Raczej odradzam.

— Dobrze, juŜ dobrze. Mówiliście juŜ o tym...

— Nigdy nie za wiele. A teraz popatrz. Stanął odwrócony plecami do 

blaszanki.

— Licz głośno.

Irvin powiedział: “Jeden", “dwa" juŜ nie zdąŜył, bo w tej krótkiej chwili 

szeryf odwrócił się i strzelił. Nawet nie dostrzegł, kiedy wyciągnął broń 

zza pasa. Strzał był celny.

— Ja się takiej sztuczki nigdy nie nauczę — oświadczył zdesperowany 

background image

farmer.

— Nauczysz się, nauczysz. JuŜ powiedziałem, Ŝe jesteś zdolny, tylko 

brak ci wprawy. No, do roboty. Teraz nie będziesz strzelał, tylko wyj-

mował colta. Na czas.

I zaczęła się nowa lekcja, i trwała tak długo, aŜ Irvinowi dłoń omdlała. 

Szeryf to zauwaŜył.

— Na dziś dość. Irvin odetchnął:

— Tylko nie myślcie, Ŝe po tej całej szkole przystanę do was na słuŜbę.

— MoŜe się jeszcze przekonasz. Taki wybór byłby najmądrzejszy. Ale 

nie będę nalegał.

— Kiedy wreszcie dowiem się czego o Czarnym Jacku?

— Za kilka dni, myślę. Jak się lepiej wprawisz. Wracamy.

Irvin widać wprawił się, bo szeryf dotrzymał obietnicy. I tak oto 

zakończył się pobyt farmera w Wichita Falls. Ale ani szeryf, ani Irvin nie 

przypuszczali, Ŝe jego rolnicza kariera została właśnie przez to raz na 

zawsze zakończona.

background image

Noc w jarze

To był stary trakt. Bardzo stary. Gdyby go nawet Denis Murphy o tym 

nie uprzedził, Irvin zauwaŜyłby to swym doświadczonym okiem farmera. 

Bo rolnik moŜe się nie znać na tropach płowej zwierzyny, ale w mig 

pozna drogę, po której toczyły się wozy ciągnione przez woły, 

stratowaną końskimi kopytami. Zwłaszcza taki rolnik, który przebył 

szlak wielkiej wędrówki ludów ze wschodu na zachód, A przecieŜ stary 

trakt nie tak łatwo dostrzec. Po roku, po dwu latach, jeśli nikt juŜ 

tamtędy nie jeździ, pokrywa się trawą. Pod kobiercem zieleni znikają od-

ciski podków, koleiny po kołach i wydeptane stopami tysięcy 

wędrowców łyse placki ubitej ziemi. I na pozór nic nie przypomina 

uczęszczanej niegdyś drogi. Ale Irvin nie dał się zwieść. Na starym 

trakcie, na podłoŜu rozmytego deszczami końskiego i krowiego nawozu 

wyrosła trawa nieco wyŜsza niŜ w sąsiedztwie i bujniejsza. Nie kaŜdy by 

to dostrzegł, ale farmer natychmiast zauwaŜył róŜnicę. To była właśnie ta 

droga, o której mówił Murphy, zanim się rozstali. Rozmowa była długa i 

przeciągnęła pobyt Irvina w Wichita Falls o cały dzień. Ale tego dnia 

farmer nie uwaŜał za stracony. Zresztą, Ŝeby szczerze wyznać, nie 

Ŝ

ałował i dni poprzednich, mimo Ŝe tyle razy denerwowały go przestrogi, 

rady i rozkazy szeryfa. “Strzelaj, odwróć się, wyciągnij broń..." — i tak 

zdawałoby się bez końca. Teraz miał to juŜ za sobą. Potrafił wyszarpnąć 

colta w mgnieniu oka i prawie natychmiast nacisnąć cyngiel. Poczuł coś 

w rodzaju dumy, a jednocześnie zabolało serce na wspomnienie 

wydarzeń, które przywiodły go do gabinetu szeryfa w Wichita Falls.

Zatrzymał konia na pustkowiu zapomnianego szlaku i pomyślał, Ŝe ta 

droga, wiodąca nie wiadomo skąd i nie wiadomo dokąd, dziwnie pasuje 

background image

do jego sytuacji.

Jak to mówił Murphy?

— ...później trafisz na przetarty niegdyś szlak*. UwaŜaj, Irvin, 

wytrzeszczaj oczy, abyś nie prześlepił.

— Drogi nie zauwaŜę? — oburzył się wówczas Irvin.

— To była droga przed laty. Dzisiaj niewiele z niej zostało...

Cmoknął na konia.

Szeryf mówił prawdę. Niewiele śladów zostało, ale jak dla Irvina — 

wystarczająco duŜo. Byle tylko nie zjechać w bok.

— Ona biegnie ku Górom Skalistym — wyjaśnił wtedy Murphy. — A 

gdzie się kończy.., któŜ to wie? A gdzie się zaczyna... teŜ nie mam 

pojęcia. Od lat nikt tamtędy nie jeździł.

— To moŜe w ogóle nie ma tej drogi? — wtrącił wówczas Irvin.

— Jest. Jak słońce na niebie. Przebyłem jej spory odcinek, więc wiem.

Ta droga musiała więc być jedynym przewodnikiem, wiodącym Irvina do 

celu.

— Tylko uwaŜaj — znowu wspomniał słowa szeryfa — nie przeocz jej, 

bo zaczniesz się kręcić jak kot wokół własnego ogona.

Irvin dobrze wiedział, Ŝe zdać się musi wyłącznie na własne oczy. Miał 

odnaleźć na tym gładkim pustkowiu, na tej bezkresnej równinie — 

zapadlinę, jar. Sprawa pozornie łatwa. No, bo jeśli teren gładki jak stół, 

to jak moŜna nie zauwaŜyć wąwozu 

— Nic nie zauwaŜysz — przestrzegał go szeryf. — Będziesz się 

znajdował o kilka jardów od uskoku, nadal przekonany, Ŝe przed tobą 

równe pole aŜ po horyzont. Opowiadano mi o takim, który w biały dzień 

skręcił kark zwaliwszy się w dół. Jechał pewno kłusem, a moŜe galopem, 

i zbyt późno dojrzał krawędź. Mówiono mi o takich, którzy krąŜyli 

dokoła jaru, a później opowiadali, Ŝe nic nie znaleźli, Ŝe z tym jarem to 

bajka...

background image

Więc teraz Irvin uwaŜnie rozglądał się dokoła, zwłaszcza w drugiej 

połowie dnia. Szeryf zapewnił go, Ŝe powinien dotrzeć do celu, zanim 

mrok okryje ziemię. Jeśli będzie jechał normalnie, to znaczy: raz stępa, 

raz kłusem, raz galopem.

— W ten sposób moŜesz gnać od świtu do wieczora i nie zmęczysz 

konia. Wie o tym kaŜdy westman — dodał szeryf.

Niestety, Irvin nie był westmanem. I dlatego właśnie lękał się, Ŝe przy 

zbyt powolnej jeździe nie dotrze do jaru przed wieczorem. Przy zbyt 

szybkiej, minie go... Ten przeklęty jar miał się znajdować po prawej 

stronie zapomnianego traktu, w odległości kilku jardów. A w jarze?

Rzecz dotyczyła właśnie Czarnego Jacka, który — według słów szeryfa 

— nie był “takim sobie zwykłym" bandytą.

— Widzisz — tłumaczył Irvinowi — tak jakoś się składa, Ŝe teksański 

rewolwerowiec z reguły ma wygląd odpychający. A twarz taką, jakby na 

niej wycisnęły swe piętno wszystkie dokonane przestępstwa. Ci ludzie to 

stali bywalcy saloonów, zapici nałogowcy, okrutnicy o odraŜającym 

obliczu. Wystarczy spojrzeć, a juŜ wiadomo, czego po takim typie moŜna 

oczekiwać. A poziom umysłowy? A sposób wyraŜania się? Co dwa 

słowa to trzy plugawe przekleństwa. Ale Czarny Jack? Ho, ho! On jest 

zupełnie inny. Elegancko ubrany, gładki w słowach i w sposobie bycia. 

Prawdziwy, zdawałoby się, dŜentelmen. Dlatego tak mu się wszystko 

udaje. KtóŜ by podejrzewał człowieka wyglądającego na zamoŜnego 

ranczera czy posiadacza tysięcy akrów urodzajnej ziemi za bandytę? 

Dzięki temu potrafi dotrzeć wszędzie. Była taka głośna historia, Czarny 

Jack dostał się do salonki któregoś ze wschodnich miliarderów. Przez 

połowę przebytej pociągiem drogi czarował jegomościa swym miłym 

głosem, a później... ulotnił się z wagonu wraz ze szkatułką zawierającą 

grubszą gotówkę. To zostało bardzo elegancko wykonane. Ale nie sądź, 

Irvin, Ŝe Jack jest zawsze taki łagodny. Potrafi być okrutnikiem, potrafi 

background image

mordować na zimno. Ci, którzy mieli nieszczęście z nim się zetknąć, 

twierdzą, Ŝe Jack to prawdziwy diabeł, na ludzkie nieszczęście 

wypuszczony z piekła, i Ŝe dlatego ubiera się na czarno.

Irvin, słuchając tych słów, poczuł dreszcz trwogi. No, bo jeśli Czarny 

Jack zapamiętał sobie jego twarz?

— Gdybyś z nim jechał sam — zastanawiał się głośno szeryf — 

powiedziałbym, Ŝe cię na pewno rozpozna, ale was było tam trzech. Cała 

historia nie trwała długo. Sądzę, Ŝe musiałby bardzo dokładnie przyjrzeć 

się twojej twarzy, aby móc rozpoznać towarzysza podróŜy. Za to... z całą 

pewnością zwróci uwagę na twego srebrnego colta. Takie rewolwery to u 

nas rzadkość.

Tak, Irvin nie musi być od razu poznany i to daje mu pewną przewagę. 

Ale...

— To nie jest prawdziwy, rzetelny westman — przypomniał sobie słowa 

szeryfa. — Wbrew pozorom. To nie westman, powtarzam, który nie 

strzeliłby w plecy, bo taki czyn uwaŜa za haniebny. To nawet nie 

rewolwerowiec, który wyzwie cię na pojedynek wobec świadków. Nic z 

tych rzeczy. Czarny Jack zastrzeli cię i nawet nie będziesz wiedział, 

kiedy. To właśnie on przed czterema laty podpalił farmę Winkfielda. 

Wiesz, dlaczego? Dlatego, Ŝe farmer miał kiedyś nieszczęście spotkać go 

w Wichita, w saloonie Billa Havaya. Rozpoznał Jacka i głośno o tym 

powiedział. Jack nie mrugnął okiem. Wybiegł z lokalu, skoczył na konia 

i odjechał. NajbliŜszej nocy podpalił jego dom, a kiedy przeraŜeni 

mieszkańcy, zbudzeni ze snu, wybiegli na dwór, powystrzelał 

wszystkich: starego farmera, jego Ŝonę i dwu synów. Jeden tylko parobek 

nocujący w stajni zdołał uciec. Stąd wiem o wszystkim.

— Potwór! — wykrzyknął Irvin. — Jednak nie pojmuję jednej sprawy...

— Czego?

— Czarny Jack był tu, pod waszym nosem. Nie potrafiliście go 

background image

zatrzymać? I w ogóle... jak on ośmielił się przyjść do Wichita, jeśli go 

wszyscy znają?

— OtóŜ mylisz się, Irvin. Nie wszyscy go znają. Najlepszy dowód, Ŝe ty 

go nie poznałeś ani twoi towarzysze. Ośmielę się nawet powiedzieć, Ŝe 

mało kto potrafi go rozpoznać. Zaledwie kilka, moŜe kilkanaście osób go 

widziało, i to przelotnie. Stąd utarło się przekonanie, Ŝe Jack zawsze 

ubiera się na czarno i stąd jego przydomek, bo nazwiska nikt nie zna. 

CóŜ w tym dziwnego, Ŝe zjawił się w Wichita Falls? Mało to osób ubiera 

się na czarno? A Ŝe go nie zatrzymałem? Dobre sobie! Zła sława Jacka 

obezwładnia ludzi jak jad grzechotnika. Wtedy, w saloonie Billa, nikt 

nawet palcem nie ruszył. Winkfield zrobił głupstwo. Pewnie sądził, Ŝe 

cała gromada rzuci się i obezwładni łotra. Na pewno daliby radę, ale ich 

strach sparaliŜował. O tym wypadku powiadomili mnie dopiero w 

godzinę później. Podobno ludzie bali się wyjść na ulicę, wyobraŜając 

sobie, Ŝe tam czatuje na nich Czarny Jack z rewolwerem w dłoni.

— I nigdy nie ścigaliście go?

Szeryf przymruŜył jedno oko.

— ścigałem... nie ruszając się z miejsca. Ja idę tylko na pewniaka, Irvin, 

zapamiętaj to sobie.

— W ten sposób musicie odnosić wielkie sukcesy. To nawet całkiem 

bezpieczne.

— Nie kpij. Nic nie rozumiesz. W Wichita Falls skończyły się napady 

bandyckie i nawet Czarny Jack niczego juŜ nie będzie tu próbował. Zbyt 

wiele ma rozsądku. Niestety.

— Gadanie... — zniecierpliwił się farmer.

— Tak sądzisz? A ja o Czarnym Jacku wiem więcej niŜ ktokolwiek inny. 

ChociaŜ go nigdy nie spotkałem. MoŜna mieś uszy i oczy nie tylko 

własne.

— Nie rozumiem.

background image

— Widzisz, cóŜ ze mnie byłby za szeryf, gdybym nie wiedział nie tylko o 

tym, co się dzieje w Wichita Falls, ale i w dalszej okolicy? Pomocników 

mam zaledwie trzech, i to wliczając tego chłopca, Boba. Ale są inni.

— Kto taki?

— Po co mam cię wtajemniczać w szczegóły? Wystarczy, Ŝe są znajomi i 

znajomi znajomych. Są ludzie, którym wyświadczyłem taką lub inną 

przysługę, a oni w zamian za to potrafią zbierać potrzebne wiadomości.

— Spryciarz z was, szeryfie — przyznał Irvin.

A teraz pomyślał: nie tylko spryciarz, ale i człowiek rozumny. Zatrzymał 

po raz drugi konia. Siady drogi nagle urwały się. Zeskoczył z siodła. 

Badał uwaŜnie ziemię, krąŜył dokoła jak pies gończy. Na koniec znalazł. 

Po prostu trakt skręcał raptownie. MoŜe kto inny, stwierdziwszy ten fakt, 

beztrosko pojechałby dalej. Irvin był bardziej przezorny. Pomyślał: 

dlaczego trakt skręca tak raptownie, jeśli dokoła nie widać Ŝadnej 

przeszkody, którą musiałby ominąć?

Ujął konia za cugle i począł posuwać się linią kolistą. To była Ŝmudna 

wędrówka, ale doprowadziła do celu. Nieoczekiwanie.

“JakŜe łatwo mogłem skręcić kark!" — pokiwał głową, gdy na krok 

przed nim urwała się płaszczyzna prerii. PołoŜył się i spojrzał w dół. 

Stroma ściana spadała głęboko, przeraŜająco głęboko. To był właśnie jar!

— Tam właśnie musisz powędrować — mówił szeryf.

— Dlaczego?

— Powiadają, Ŝe Czarny Jack jest tak nieuchwytny, poniewaŜ potrafi 

nagle zniknąć. Na całe tygodnie, ba... na miesiące. Zastanawiałem się 

nad tym i doszedłem do prostego wniosku: jeśli znika, to musi mieć jakąś 

kryjówkę nikomu nie znaną. No, i gdzieś przecieŜ magazynuje swe łupy. 

Dowiedziałem się.

— O czym?

— O tym, Ŝe Jack ma swoje kryjowiska. I wcale nie jest tak samotny, jak 

background image

powiadają. Posiada wspólników, a raczej podwładnych, moŜe nawet nie 

zawsze wtajemniczonych, komu słuŜą i czym się trudni ich chlebodawca. 

Dobrze wiesz, Irvin, bo juŜ o tym mówiłem, Ŝe Czarny dokonuje 

napadów albo sam, albo w towarzystwie przygodnych pomocników, po 

czym natychmiast z nimi się rozstaje. To jedna z przyczyn, dla których 

tak trudno go schwytać. Któraś z kryjówek Jacka znajduje się o dzień 

drogi do Wichita Falls.

Tak mówił Denis Murphy, a później opisał bardzo dokładnie wnętrze 

jaru.

— Byliście tam? — zagadnął Irvin.

— Oczywiście. 

— I co?

Szeryf roześmiał się.

— I nic. Przypuszczam, Ŝe jegomość, który tam stale mieszka, poznał we 

mnie szeryfa. Dlatego drugiej wizyty nie składałem. Czarny Jack na 

pewno zostałby wówczas uprzedzony, jeśli to juŜ się nie stało.

— A kto jest tym mieszkańcem jaru?

— Powiedział, Ŝe trudni się traperstwem.

— A jeśli to prawda? MoŜe w tym jarze Jack nie bywa?

— Za kogo mnie masz, Irvin? Taki naiwny to ja nie jestem.

Teraz farmer leŜał z głową wysuniętą poza krawędź przepaści i patrzał. 

Jak tam się dostać? Przeciwległe zbocze było równie strome, a po lewej 

stronie przepaść kończyła się półkolistą, pionową ścianą. Natomiast na 

prawo Irvin nie mógł dostrzec kresu rozpadliny. Nie pozostało mu nic 

innego, jak tylko wędrować skrajem urwiska. Nie przewidział jednak, Ŝe 

wędrówka potrwa bardzo długo. W końcu odnalazł wąską ścieŜynkę 

spadającą w głębiny jaru. Począł nią schodzić prowadząc konia za cugle. 

Wolał nie ryzykować jazdy po tak nieznanej i niepewnej drodze.

Na dole znajdziesz taki niby-domek, niby-blokhaus, podobny do tych, 

background image

jakie stawiali pogranicznicy. W nim mieszka stary traper.

Tak mówił Murphy. I w rozmowie z szeryfem wszystko wydawało się 

bardzo proste. Ale jak teraz ten niby-domek odnaleźć?

Wolno, wolniutko schodził. Ciemniało coraz bardziej. Dotarł do samego 

dna jaru. Skąpa trawa i sporo piasku. Nie było tu nawet krzaczka, za 

który — w razie czego — moŜna by uskoczyć.

Wydostawszy się na równą, gładką drogę, szedł teraz śmiało i rozglądał 

się dokoła w nadziei, Ŝe dostrzeŜe opisany przez szeryfa blokhaus. 

Zgodnie z planem — miał odegrać rolę wędrowca przypadkowo 

zbłąkanego i szukającego bezpiecznego noclegu. Ściemniało się coraz 

bardziej. Brnął więc przed siebie w mroku. O radości! Ujrzał wreszcie 

czerniejącą ścianę, a w chwilę później wąziutkie wycięcia okiennych 

otworów, które tym tylko róŜniły się od strzelnic pogranicznej fortalicji, 

Ŝ

e miały szyby w oknach. Farmer zastukał, raz, drugi, potem załomotał 

do drzwi. Na koniec pociągnął za zwisający skobel. Skrzypnęło 

przeciągle i głośno. Wsunął głowę w szparę.

— Jest tu kto? — zapytał.

Milczenie. Pewnie tajemniczy traper wyruszył na łowy, a odwiecznym 

zwyczajem panującym na preriach nie zaryglował wejścia. Stare prawo 

gościnności, skrupulatnie w tych stronach przestrzegane, wymagało, aby 

strudzony wędrowiec mógł znaleźć dach nad głową nawet podczas nie-

obecności gospodarza. Chowano więc lub zabierano tylko broń. 

Sprzętów kuchennych, opału, a nawet Ŝywności nikt nie zabezpieczał, 

aby niespodziewany gość mógł z nich korzystać. I Ŝeby oddać 

sprawiedliwość ludziom Dzikiego Zachodu, nie zdarzył się wypadek 

naduŜycia takiej gościnności. Napadano i rabowano samotnych wę-

drowców i całe karawany, ale nigdy nie okradziono domu, którego 

właściciel pozostawił otwarte drzwi.

Irvin doszedł do wniosku, Ŝe naleŜy noc spędzić moŜliwie wygodnie. 

background image

Pusty blokhaus bardzo do tego zachęcał. Bieda, Ŝe panowały tam nie-

przeniknione ciemności. Wszedł omackiem i począł krąŜyć po izbie w 

poszukiwaniu kawałka drewna. Gdy wzrok nieco oswoił się z czarnym 

mrokiem, począł rozróŜniać szczegóły. Odnalazł suchą szczapę. Bardziej 

dymiła, niŜ świeciła, ale poszukiwanie naftowej lampki nie dało rezulta-

tów. Wetknął zaimprowizowane łuczywo między kamienie paleniska i 

rozejrzał się po izbie. Prymitywny stół wbity w ziemię, ława... Wyglą-

dało na to, Ŝe nikt tu nie mieszkał, i to juŜ od dawna. Jakiś stęchły, 

niezdrowy zapach, aŜ wiercił w nosie. Nagle usłyszał, Ŝe nie domknięte 

drzwi przeciągle, głośno zgrzytnęły. Odwrócił się błyskawicznie. Cisza. 

Nikogo. Pociągnął za skobel — drzwi nie ustąpiły. Szarpnął raz i drugi. 

Na próŜno.

— Co u licha? — mruknął i naparł na belki całym cięŜarem ciała. Ani 

drgnęły. — Bez głupich kawałów — powiedział głośno. — Otwórz!

Cisza. Zbadał jedno z trzech wąskich okienek. O przedostaniu się — ani 

marzyć. Znowu powrócił do drzwi. Kto zamknął go w tym starym 

blokhausie. A moŜe z dachu zsunęła się jakaś belka i tak niefortunnie 

zatarasowała wyjście? Dach! Pułap nie znajdował się wysoko. Gdy 

podniósł rękę, dotykał palcami chropowatych, nierównych desek. 

OstroŜnie wszedł na stół, dostrzegł szpary między deskami, przez które 

przeciskały się grudki ziemi. Na deskach leŜały zapewne płaty darni — 

najlepsze zabezpieczenie przed poŜarem, a jednocześnie doskonała 

ochrona przed deszczem. Irvin dobrze znał takie dachy. Swój pierwszy 

domek w Greenfield teŜ tak zbudował.

Stercząc na stole, zastanawiał się, czym podwaŜyć deski. 

Najporęczniejsza do tego celu byłaby siekiera, w ostateczności długi nóŜ 

myśliwski, ale miał przy sobie tylko rewolwery.

Z energią wetknął między deski lufę colta. Nacisnął raz i drugi, aŜ 

drewno trzasło. Szpara powiększyła się, mógł zmieścić w niej dłoń. 

background image

Szarpnął — odpadł kawał spróchniałego drzewa, posypała się ziemia. 

Kiedy obluzował sąsiednią deskę, kawał darni stoczył się do wnętrza 

izby. Ujrzał nad głową czarne, znaczone gwiazdami niebo. Dźwignął się 

na rękach i wypełzł na wierzch. LeŜał chwilę, głęboko oddychając. Pa-

trzał i słuchał. Nic. Nikogo. Zeskoczył na ziemię lekko, prawie bez 

szmeru. Ściskając w prawicy kolbę rewolweru, wolniutko, ostroŜnie, tuŜ 

przy samej ścianie podsunął się do drzwi. Były na pół uchylone. Zdumiał 

się. Szarpnął za skobel i jednym skokiem znalazł się we wnętrzu.

— Brawo, Irvin! Spisałeś się doskonale. No, cóŜ cię tak zatkało?

— To wy, szeryfie?

— Pewnie Ŝe ja, a nie mój duch.

— śebym nie spotkał Czarnego Jacka, pomyślałbym teraz, Ŝe to wy 

przebieracie się w jego skórę. Co to wszystko znaczy?

— Pytanie rzeczowe, owszem. Widzisz, jeszcze przed tobą tutaj 

przybyłem, nie przypuszczając, Ŝe tu nikogo nie ma. Doszedłem bowiem 

do wniosku, Ŝe naraŜam ciebie na zbyt wielkie niebezpieczeństwo. 

Stwierdziłem juŜ, Ŝe blokhaus jest pusty, a dokoła ni Ŝywej duszy. Wów-

czas zawróciłem, aby zobaczyć, jak sobie dajesz radę. I jestem pełen 

uznania. Mówię powaŜnie.

— I co dalej? — zapytał farmer przez zaciśnięte zęby.

PrzecieŜ to wszystko wyglądało na kpiny! Jak to? Szeryf trzyma go w 

Wichita Falls, uczy strzelać, wtajemnicza w sprawy Czarnego Jacka, po-

tem kieruje na nieznaną drogę ku nieznanemu jarowi, a kiedy Irvin 

pokonuje wszystkie trudności, okazuje się nagle, Ŝe to, co uczynił, nie 

miało Ŝadnego sensu! Lucas Fawkes nigdy by nie pozwolił sobie na coś 

podobnego. Szanował ludzi.

— I co dalej? — powtórzył.

— Poczekałem, aŜ zejdziesz na sam dół — opowiadał spokojnie Murphy 

— a później krok w krok za tobą. Potrafię stąpać bardzo cicho. Kiedy tu 

background image

wszedłeś, znajdowałem się zaledwie kilka kroków dalej. Przyszło mi do 

głowy, aby cię zamknąć...

— Co to za kpiny? — Irvin zadał pytanie głosem, w którym słychać było 

hamowaną wściekłość.

— Kpiny i nie kpiny jednocześnie — odparł powaŜnym tonem szeryf. — 

Chciałem sprawdzić, na ile cię stać, Irvin. Czy dałbyś sobie radę w 

podobnej sytuacji. Pamiętaj, Ŝe będziesz miał do czynienia z Czarnym 

Jackiem, a to diabeł wcielony. Potrafi róŜne sztuczki wyczyniać. Ale... 

dałeś radę. Jeden tylko popełniłeś błąd: nie naleŜało tak szybko i z takim 

hałasem zeskakiwać.

Gdyby tu stał Jack, łatwo by cię zdmuchnął. Rozumiesz?

Irvin, mimo całego szacunku dla szeryfa, zerwał się gwałtownie. Ale 

zaraz opadł na ławę. Rozumiał, Ŝe jeśli spowoduje awanturę, nie po-

zostanie mu nic innego, jak tylko wracać do Greenfield albo wędrować 

do innych miasteczek w poszukiwaniu innych szeryfów rozporządza-

jących gończymi listami. Stłumił wybuch gniewu, ale warknął przez 

zęby:

— Dobra zabawa dla szeryfa, co? 

Szeryf wzruszył ramionami:

— Wierz mi, Irvin, albo nie, ale daleki byłem od takiego zamiaru. Jeśli 

jednak zrezygnujesz z poszukiwania Czarnego Jacka, nie zmartwię się 

tym. Masz wspaniałe zadatki na westmana. Za rok, za dwa, po dalszej 

wprawie, mógłbyś zostać doskonałym szeryfem. JuŜ ci raz propo-

nowałem.

— Nic z tego. Ani szeryfem, ani szeryfowskim pachołkiem!

— Ho, ho! AŜ tak ostro? Taki “szeryfowski pachołek", jak mówisz, 

bardziej jest ceniony przez ludzi niŜ zwykły łapacz, jakim upierasz się 

zostać.

Nie było tonu urazy w słowach Murphy'ego, ale Irvin nawet tego nie 

background image

zauwaŜył.

— Zakpiliście ze mnie — stwierdził raz jeszcze. — Czy zasłuŜyłem na 

to? Mydliliście mi oczy tym Czarnym Jackiem, nie wiem po co.

— Uspokój się, Irvin. Tak nie dojdziemy do ładu. Jeszcze chwila, a 

powiesz, Ŝe chronię Czarnego.

— Przepraszam, szeryfie — opamiętał się wreszcie.

— Mniejsza z tym. Dam dowód, Ŝe nie próbowałem wyprowadzić cię w 

pole, tylko pomóc. Ode mnie nikt się nie dowie o dzisiejszej wyprawie. 

Bo i nie byłoby to bezpieczne. Czarny Jack ma długie uszy. A ta chata to 

naprawdę jego schronisko, jedno z wielu. Zabierajmy się stąd. Szczapa 

juŜ gaśnie, a poza tym... — podniósł się z ławy — poza tym wolę 

nocować gdzie indziej. Mimo, Ŝe w tej chwili w jarze nie ma nikogo 

oprócz nas.

Rzekłszy to ruszył ku drzwiom.

background image

Przyjaciel Denisa

KaŜdy nieświadomy rzeczy musiałby zdumieć się na widok takiego 

budynku. Nie dlatego, Ŝe wznosił się w szczerym polu. Na Dzikim Za-

chodzie trafiają się samotne domy farmerskie. Ale na tym domu widniał 

napis: “Saloon". KogóŜ u licha obsługiwał właściciel samotnego lokalu?

Pytanie takie zadał sobie Vincent Irvin, gdy ujrzał napis. Zeskoczył z 

konia, zatupotał butami na drewnianych stopniach wejścia. Przez chwilę 

podejrzewał, Ŝe nikogo tu nie ma, a budynek przetrwał jako ostatni relikt 

kwitnącego ongiś miasteczka, które znikło bez śladu. Zdarzały się 

przecieŜ takie wypadki. Albo — jeszcze dziwniejsze — kiedy ruchome 

osiedla, wyrastające nagle przy budowie kolejowego szlaku, przesuwając 

się w miarę jak przedłuŜały się szyny, rozrastając się lub kurcząc, gubiły 

po drodze pojedyncze swe budowle. Ten właśnie saloon mógł być takim 

zagubionym elementem większej całości. Tylko Ŝe w pobliŜu nie było 

ani śladu kolejowego nasypu, ani szyn, no i ten saloon posiadał szyby w 

oknach. Wcale nie wyglądał na opuszczone domostwo.

Stwierdziwszy to wszystko pchnął drzwi i odetchnął z ulgą: nie ulegało 

wątpliwości, dom był zamieszkały. Na szczęście. Bowiem w przeciwnym 

wypadku musiałby wracać do Wichita Falls, a zaprawdę miał tego dosyć.

Wędrował do samotnego saloonu wypatrując znaków. Niekiedy 

drogowskazem był potęŜny głaz, niekiedy — samotne drzewo lub 

bagnisty strumień ciurkający sennie dnem malutkiej dolinki. Takich 

“drogowskazów" musiał się Irvin nauczyć na pamięć. Denis Murphy i 

pod tym względem okazał się nieubłagany. Niefortunna wyprawa do jaru 

nie stała się bowiem — wbrew przypuszczeniom Irvina — kresem 

poszukiwań Czarnego Jacka.

background image

Gdy o świcie farmer i szeryf wracali — kaŜdy oddzielnie do miasteczka, 

Irvin pełen juŜ był nowych nadziei. Wybaczył szeryfowi wszystko. 

Murphy nie tylko przekonał Irvina o słuszności swego postępowania, ale 

przekazał mu dalszą część swej zadziwiającej wiedzy o Czarnym Jacku. 

Kolejna informacja dotyczyła pewnej karczmy, połoŜonej o trzy dni 

jazdy z Wichita Falls, prosto na południe.

— Nazywa się “Old Bison". Maleńka klitka z paskudnymi napojami. Ale 

przecieŜ nie po to tam jedziesz — wyjaśniał na poły powaŜnie, na poły 

Ŝ

artobliwie Denis Murphy, kiedy opuścili jar.

A później zatrzymał konia.

— Nikt nas juŜ nie powinien widzieć razem. Zaczną się niepotrzebne 

domysły. Wiadomo, jak to u ludzi. Kto odgadnie, co z tego moŜe dotrzeć 

do Czarnego Jacka? Wiesz juŜ wszystko, Irvin. Wrócimy do Wichita 

osobno. Objedziesz miasteczko dokoła, wjedziesz z przeciwnej strony. I 

więcej nie pokazuj mi się na oczy bez istotnej przyczyny. Bywaj!

Później był i głaz, i drzewo, i strumyk rozdeptany racicami jakichś 

wielkich czworonogów. Wszystko się zgadzało z informacjami szeryfa. 

A na koniec wędrówki: saloon “Old Bison"*

Koniec? Bodajby to koniec! Irvin nie łudził się ani na sekundę. “Old 

Bison" miał być jedynie przystankiem w drodze.

— Podejdziesz do karczmarza — przykazywał szeryf — i powiesz: 

“Denis, szary bizon cię pozdrawia". Zapamiętasz?

— Szary bizon? — powtórzył Irvin. — MoŜe to wasze przezwisko?

— Nie słyszałeś o szarych bizonach?

— Nigdy.

— Ludzie powiadają, Ŝe to bajka, Ŝe to indiańska legenda. Bo 

czerwonoskórzy wierzą, Ŝe od czasu do czasu wśród bizonich stad 

pojawiają się pojedyncze sztuki nie brązowej, lecz siwej barwy. To mają 

być duchy prerii. Wyobraź sobie, Ŝe natrafiłem na takiego “ducha" i 

background image

połoŜyłem go jednym strzałem. Polowałem wówczas z tym właścicielem 

“Old Bison" i on o tym nie zapomniał. Ile razy przesyłam mu jakąś 

poufną wiadomość, kaŜę posłańcowi powiedzieć: “Denis, szary bizon cię 

pozdrawia".

Izba, do której wszedł Irvin, była pusta. Z boku, tuŜ obok jednego z dwu 

okien, stał szynkwas, tyle Ŝe bez blatu krytego blachą, bez błyszczących 

kranów od piwa i tym podobnych wspaniałości. Ot, po prostu zbity ze 

starych desek, bardzo wysłuŜony sprzęt. Pod ścianą półki, na nich 

zaledwie kilka butelek. Po przeciwnej stronie.

 równie nędzny stół, na oko jakiś koślawy. I to było wszystko.

Irvin chrząknął raz i drugi, a kiedy nie poskutkowało, zawołał:

— Halo? Jest tam kto?

Dopiero teraz usłyszał kroki. Otworzyły się małe drzwiczki i na progu 

stanął człowiek chyba w wieku szeryfa z Wichita Falls. Ale cóŜ to był za 

człowiek! Prawdziwy olbrzym i — najprawdopodobniej — siłacz. 

Przerastał Irvina

o głowę, a przez postrzępioną koszulę widać było mięśnie atlety. Taki 

rzeczywiście mógł prowadzić saloon na odludziu i gwizdać na najwięk-

szych zabijaków.

— Co podać?

— Cokolwiek... Denis, szary bizon cię pozdrawia.

Ani słowa odpowiedzi. Irvin ujrzał potęŜne bary olbrzyma, gdy — 

odwrócony — sięgał po butelkę. Brzękły dwie szklanki postawione na 

ladzie. Płyn zabulgotał w przejmującej ciszy.

— Napiję się z wami.

Irvin spróbował i zakrztusił się. Ogień przepłynął mu przez gardło, a 

oczy zaszły łzami.

— Mocne, co? Innych nie trzymam. Dla moich gości to jeszcze za słabe.

background image

Farmer wypił do dna. Bardziej dla honoru, niŜ dla przyjemności, a Ŝe nic 

prawie nie miał w ustach przez cały dzień, poczuł zawrót głowy.

— Co u Denisa? — zagadnął karczmarz sięgając powtórnie po butelkę.

Irvin pośpiesznie odsunął szklankę:

— Od rana nie jadłem — wyjaśnił.

— O, to tak? Zaraz coś upitraszę.

Znowu zniknął za drzwiami, a Irvin, któremu nagle zrobiło się bardzo 

wesoło, usiadł na ławie za koślawym stołem. PołoŜył kapelusz obok, a 

strzelbę, roztropnie zabraną z siodła, umieścił między kolanami. Przez 

zamazaną szybę okienka widział teraz swego wierzchowca, jak szczypał 

trawę przywiązany do kołka. Przyjemnie było tak siedzieć, odpoczywając 

po długiej jeździe,

i rozmyślać o wszystkim i o niczym.

“On ci powie, gdzie masz szukać Czarnego Jacka — wspomniał słowa 

szeryfa. — On ci powie... jeśli Czarnego wcześniej nie spotkasz. 

Wszystko jest moŜliwe, Irvin i dlatego właśnie na wszystko musisz być 

przygotowany..."

W tej chwili farmer wcale nie czuł się “przygotowany", raczej — 

zmęczony. Poza tym wściekle głodny, więc gdy na stole pojawiła się 

spora miska jajecznicy i bochen chleba, zabrał się ochoczo do jedzenia. 

Kiedy dokładnie wyskrobał naczynie, karczmarz zapytał:

— Jeszcze?

— Dosyć. Co się naleŜy?

— Jak powiadacie?

— Pytam, ile mam płacić?

— Nic. Kto przybywa od Denisa, jest moim gościem.

— Chyba się wam nie przelewa...

— Czy się przelewa, czy nie, to tylko moja sprawa. Ale nie martw się, 

chłopie, niech cię nie zwodzi dzisiejsza pustka. Trafiłeś w taką porę. 

background image

Spróbuj na wiosnę albo jesienią. Nie mógłbym cię wówczas tak dobrze 

obsłuŜyć ani pogadać. W tej izbie jest wtedy ciasno, Ŝe szpilki nie 

wsuniesz. Człowiek o człowieka plecami się opiera. A dym, a gwar!

— Na tym bezludziu? — zdumiał się Irvin. — Tu nawet nie ma drogi.

— Bo nie zauwaŜyłeś. Zresztą trawa juŜ zdąŜyła się podnieść. PrzecieŜ 

tędy wiedzie szlak.

— Jaki szlak? — powtórnie zdziwił się przybysz, bo mu szeryf nic a nic 

nie wspominał o Ŝadnym szlaku.

— Człowieku! Gdzieś się narodził? Chyba nie w Teksasie?

— A nie.

— No to wiedz, Ŝe tędy przebiega droga przepędu bydła.

— Goodnight-Loving — przypomniał sobie Irvin opowiadanie starego 

Abla Mereditha.

— Więc jednak coś słyszałeś. Ale nie Goodnight-Loving. On ciągnie się 

bardziej na południe stąd. Tu mamy Szlak Zachodni. Z San Antonio 

przez Fort Griffin, Dodge w Kansasie aŜ do Deadwood w Dakocie. I tu 

się zawsze zatrzymują. Tysiące sztuk bydła: krowy i długorogie woły 

teksaskie. Widziałeś kiedy? Nie? To Ŝałuj. Dzień, dwa bawią się 

kowboje w tej chałupie, aŜ ściany trzeszczą, a później ruszają w świat. 

Potem nadciąga druga, trzecia, czwarta partia. Nim zima nadejdzie, juŜ 

mam puste półki i ogołoconą spiŜarnię, chociaŜ oni więcej piją niŜ jedzą. 

A teraz gadaj: co u Denisa?

Siadł po przeciwnej stronie stołu, aŜ ława zatrzeszczała. Irvin pragnął jak 

najlepiej wywiązać się z zadania, ale cóŜ? Wichita Falls mało znał, a 

szeryfa Murphy'ego — właściwie teŜ niewiele. Nawet nie wiedział, czy 

jest kawalerem, czy Ŝonaty... Czy ma dzieci, czy nie? Odparł więc tylko 

tyle, Ŝe szeryf cieszy się znakomitym zdrowiem, Ŝe przesyła 

pozdrowienia, a jego — Irvina — poleca specjalnej opiece karczmarza. 

Ta krótka relacja niezbyt zadowoliła gospodarza. Coś tam mruknął do 

background image

siebie, a głośno zauwaŜył:

— Ale rozmowny to ty nie jesteś. Mniejsza z tym. Na pewno nie na 

rozmowę tu przyjechałeś. Gadaj, o co chodzi.

— Nie ma tu nikogo więcej? — upewnił się Irvin.

— Nikt nas nie usłyszy, chyba wiatr na prerii.

Irvin zawahał się chwilkę, nabrał odwagi i rzekł półgłosem:

—Denis powiedział, Ŝe znacie miejsce pobytu Czarnego Jacka.

Karczmarz gwizdnął cicho.

— Gdyby to kto inny przysłał ciebie z taką sprawą, wyleciałbyś za drzwi. 

Nie wiem, kto jesteś, i nie chcę wiedzieć. Myślę, Ŝe im krócej tu 

zabawisz, tym lepiej dla nas obu.

— Boicie się? Sądziłem — dodał tonem nie pozbawionym złośliwości — 

Ŝ

e taki olbrzym jak wy potrafi jednym palcem rozłoŜyć Czarnego Jacka.

— Myślałeś... Wolno myśleć. Widziałeś go?

— Tak.

— Jak strzelał?

— Nie.

— A szkoda. Nikt nie jest szybszy od niego. Nikt na świecie. Pewnie, 

gdybym go tknął, rozleciałby się. Bieda z tym, Ŝe nim zdąŜyłbym go 

ruszyć, juŜ leŜałbym cięŜszy o jedną kulę z jego srebrnego colta.

Irvin juŜ chciał się pochwalić — a miał powód do dumy — Ŝe Jack 

stracił oba swe rewolwery, ale powstrzymał się. Mruknął tylko:

— Taką ma dobrą broń?

— Świetną, a oko jeszcze lepsze, a rękę tak chybką jak huraganowy 

wiatr. Strzela z prawej lub z lewej, albo dwiema jednocześnie. Znajdź 

drugiego takiego!

Irvina nieco rozzłościły te słowa. Co u licha? PrzecieŜ widział sławnego 

Jacka, gdy zmykał z pociągu jak zając!

— A ja myślę — odparł powoli — Ŝe to ludzka przesada. Ludzie lubią 

background image

przesadzać, a Czarny Jack na pewno sam się postarał umocnić tę wiarę, 

Ŝ

e jest niepokonany. CzegóŜ on takiego dokonał? Szeryf Murphy 

opowiadał mi o jego wyczynach: najzwyklejsze napady rabunkowe na 

zaskoczonych, podpalenie zagrody, rabunki w pociągach. Znowu nie 

taka to sztuka jak się ma pomocników.

Olbrzym popatrzał na Irvina z ironicznym uśmieszkiem.

— Tak uwaŜasz? Dobrze, nie moja sprawa, a Denis wie równieŜ, co robi. 

— Przysunął się bliŜej farmera. — To duŜe ryzyko z mej strony, ale 

skoro Denis... Poczekaj.

Spojrzał w okienko, a później otworzył drzwi, aby zerknąć na dwór.

— Nie ma nikogo — stwierdził siadając obok farmera. — Słuchaj — 

powiedział ściszonym głosem. — Jack ma w całym Teksasie sporo kry-

jówek.

— Wiem o tym.

— Denis ci mówił?

— Tak.

— On zna tylko jedną.

— W jarze? 

Olbrzym skinął głową.

— Czarny Jack moŜe się ukryć w kaŜdej chwili. śe on ma niedostępne 

skrytki, wielu się domyśla, ale gdzie się znajdują te skrytki, nikt nie wie. 

Rozumiesz?

Znowu spojrzał w okno odwróciwszy się plecami do Irvina i siedział tak 

dłuŜszą chwilę, jakby nasłuchując. Ale Ŝaden dźwięk dalekiej przestrzeni 

nie zmącił ciszy.

— Więc gdzie teraz przebywa Czarny Jack? — podjął rozmowę farmer.

Nie wiem. Nikt chyba nie wie. Słyszałem o nieudanym napadzie na 

pociąg. Jeśli to prawda. Czarny miał pecha albo trafił na godnego siebie 

przeciwnika. A moŜe jego słońce gaśnie?

background image

— Znasz Czarnego? — zagadnął Irvin.

— On mnie odwiedza od czasu do czasu i sądzi, iŜ nie wiem, kim jest.

— Dawno tu był?

— Niezbyt dawno. W kilka dni po jego odjeździe kowboje przynieśli mi 

wiadomość o napadzie na pociąg. Czarny Jack, zwykle taki gadatliwy, 

ostatnio był milczący jak skała i ponury jak noc. Wydało mi się 

wówczas, Ŝe jest ranny. To znaczy, Ŝadnej rany nie widziałem, ale zau-

waŜyłem, Ŝe dość niezręcznie rusza lewą ręką. MoŜe to zresztą było tylko 

zwichnięcie?

— A jego broń? — zapytał Irvin. — Miał broń?

Olbrzym zaśmiał się cicho:

— Człowieku! Co ty sobie wyobraŜasz? Czarny bez broni? Oczywiście, 

Ŝ

e był uzbrojony.

— W rewolwery?

— Rewolwery jak zwykle dyndały mu u pasa. Ta informacja nie 

zaskoczyła farmera. Od dnia napadu na pociąg dość upłynęło czasu, w 

którym Jack mógł zaopatrzyć się w nowe colty.

— Dokąd stąd ruszył?

Karczmarz zawahał się. Spojrzał przenikliwie na Irvina.

— Denis uczynił dla mnie wiele, więc i ja dla Denisa zawsze zrobię 

wszystko, co potrafię. Ale czy tobie moŜna ufać?

Farmer uznał, Ŝe nie naleŜy się ani obraŜać, ani zaprzysięgać, jakby na 

jego miejscu uczynił niejeden. Powiedział po prostu;

— Czy sądzisz, Ŝe gdybym był inny, Denis Murphy skierowałby mnie 

tutaj?

— Prawda. Człowiek niekiedy głupieje na tym odludziu. Słuchaj: nie 

znam wszystkich kryjówek Czarnego. Nawet nie wiem, ile ich ma. MoŜe 

trzy, moŜe cztery, a moŜe... dziesięć. Na pewno sporo. W przeciwnym 

wypadku juŜ dawno trafiłby za kratę albo musiał uciekać daleko stąd. A 

background image

tymczasem on ciągle siedzi w Teksasie,

— I cieszy się opinią niezwycięŜonego — wtrącił Irvin.

— Jack potrafi zniknąć na tydzień, na dwa, na kilka miesięcy. 

Przeczekuje burzę po kaŜdym napadzie. Kiedy szeryfowie ochłoną, a 

ludzie zdąŜą zapomnieć o kolejnym liście gończym, zjawia się na nowo. 

Nie wiem, co tam Denis zamyśla, Ŝe ciebie tu przysłał. Denis jest mądry, 

nawet mądrzejszy od Jacka, chociaŜ go nie złapał. Siedzę tu na odludziu, 

ale zimą uciekam czasem do Wichita Falls i stąd wiem, Ŝe Denis uplata 

jakąś sieć na Czarnego i w końcu go złowi. Kto wie, moŜe nawet przy 

pomocy cudzych rąk?

Spojrzał pytająco na Irvina, a farmerowi jakby błyskawica rozjaśniała 

najciemniejsze zakamarki mózgu. Nagle zrodziło się w nim podejrzenie, 

Ŝ

e to, co wziął za przejaw Ŝyczliwości szeryfa z Wichita, jest tylko 

cząstką wielkiego, na zimno obmyślanego planu. Bo niby skąd nagle ta 

Ŝ

yczliwość dla zupełnie obcego człowieka? Ciekawe, ilu dotychczas 

zgłosiło się amatorów nagrody wyznaczonej w listach gończych? Za-

pewne wszystkich w podobnie przyjacielski sposób traktował szeryf. 

Dlaczego jednak, jego — Irvina — próbował odwieść od zamiaru? MoŜe 

dlatego, Ŝeby sprawdzić, czy nie jest to tylko słomiany ogień. MoŜe, by 

podniecić ambicję do wytrwania w przedsięwzięciu? Jednak — spra-

wiedliwie trzeba przyznać — szeryf uczynił wieje w tak krótkim czasie, 

aby przysporzyć Czarnemu Jackowi jednego z wartościowszych prze-

ciwników. Mocne oczko w tej sieci, o której wspominał karczmarz. 

Gdzieś tam na prerii i po miasteczkach ochotnicy Denisa Murphy'ego po-

lowali na bandytę.

Irvin poczuł Ŝal do szeryfa. Prawie tak, jak gdyby go tamten okłamał, ale 

równocześnie zdumiał się nad Ŝyciową mądrością Denisa.

— AleŜ on ma głowę! — powiedział.

— Denis? Ba! Zobaczysz, wybiorą go kiedyś gubernatorem i wtedy 

background image

Teksas będzie najbezpieczniejszym stanem w całej Unii. Oby! Ale zanim 

to nastąpi, spełnię jego prośbę. Słuchaj, przybyszu, jak się tam zowiesz... 

— Nie, nie... — uprzedził odpowiedź Irvina. — Nie mów, jak się 

nazywasz. To zbyteczne. Jeśli pojedziesz tym samym szlakiem przepędu, 

który cię aŜ tu doprowadził, dotrzesz do rzeki. Ona ci przetnie drogę. 

Dalej posuwaj się z jej biegiem aŜ do miejsca, gdzie płaski brzeg 

poczyna się dźwigać. Wówczas weź oczy w ręce! Znajdziesz się blisko 

celu. Między wodą a kamienistą skarpą leŜy piaszczysta plaŜa. Idź tą 

plaŜą aŜ do miejsca, gdzie rośnie samotny klon. Niedaleko drzewa 

wznosi się chatka rybaka. Czarny Jack niekiedy do niej zagląda.

— A jeśli go tam nie zastanę?

— MoŜesz czekać, a moŜesz wędrować dalej.

— Dokąd?

— Za rzekę. Tam jest bród. Po drugiej stronie trafisz na las. Posuwaj się 

jego skrajem, ciągle z biegiem wody. Kiedy samotny klon zniknie ci z 

oczu, obserwuj puszczę. Milę dalej, między pierwszymi drzewami stoi 

szałas trapera. To jest druga kryjówka Czarnego Jacka.

— A jeśli i tam go nie zastanę?

— Wówczas wrócisz do mnie, wskaŜę ci trzecie miejsce. I to wszystko.

Karczmarz cięŜko dźwignął się z ławy.

— Myślę, Ŝe twój koń odpoczął. Jeśli chcesz wody, nabierz jej ze studni. 

Potrzebujesz jedzenia, dam ci je zaraz, ale dłuŜej nie moŜesz tu po-

zostawać. W twoim własnym i moim interesie. Ja jestem spokojny 

człowiek, a Jack naleŜy do takich, którzy potrafią nagle się pojawiać, jak 

spod ziemi. Nie Ŝyczę tu sobie Ŝadnej strzelaniny.

— Dziękuję za wszystko. Na waszym miejscu jednak...

— Ani słowa więcej. Co byś zrobił na moim miejscu, wcale mnie nie 

interesuje. Bywaj zdrów, a jak przeŜyjesz, wpadnij tu jeszcze.

Irvin nic na to nie odpowiedział. Potem jechał bezdroŜem, na którym 

background image

gdzieniegdzie tylko zdeptane trawy znaczyły szlak przepędu bydła.

Minął jeden dzień, minął drugi, trzeci. Wbrew słowom karczmarza 

nigdzie nie mógł dojrzeć ani rzeki, ani drogi. Bezkresna równina 

ciągnęła się przed nim i za nim. Irvin wciąŜ posuwał się na południe. 

Szlak przepędu gdzieś zniknął, a moŜe stał się tak niewyraźny, Ŝe nie 

sposób go było odróŜnić od jednakowo zielonego poszycia traw — na 

lewo, na prawo, na wprost. I nigdzie cienia. Więc gdy na horyzoncie 

zamajaczył jakiś kształt niewyraźny, wyrastający ponad płaszczyznę, 

Irvin popędził konia. Wkrótce stwierdził, Ŝe ten niewyraźny kształt to 

połatane dachy domów. Widać je było coraz lepiej. A takŜe zarysy ścian i 

opłotków. Po jakimś czasie zatrzymał się na małym placyku przed 

domem odsuniętym nieco od drogi, obok studni z kołowrotem. 

Zeskoczył z konia.

—Hej! — krzyknął w stronę drzwi domostwa — Czy mogę napoić 

konia?

Pytanie to stanowiło raczej grzecznościowy zwrot, bo wiadomo, Ŝe Ŝaden 

gospodarz na Dalekim Zachodzie nie odmówi ani wiadra, ani wody 

wędrowcowi.

Irvin nie czekając więc na odpowiedź, chwycił za wiadro, ale w tym 

samym momencie rozległ się suchy trzask, klepki rozsunęły się i 

rozpadły.

— Co u licha?

Przyjrzał się resztce wiadra, jaka mu wraz z kabłąkiem pozostała w dłoni. 

Drewno było suche, jakby go nigdy nie zanurzano w wodzie.

Dziwne. CzyŜby woda z tej studni nie nadawała się do picia? Podszedł 

do drzwi domu, zastukał, odczekał chwilę, wreszcie pchnął — rozwarły 

się z przeraźliwym piskiem. Z wnętrza buchnęło chłodem.

— Jest tam kto? Cisza.

Powtórzył pytanie. Nikt nie odpowiedział. Przekroczył próg. Za tym 

background image

progiem ciągnęła się długa i wąska sionka. Irvin przeszedł aŜ na zaplecze 

gospodarstwa, na puste podwórko zamknięte wielką długą szopą z 

szeroko rozwartymi wrotami. Zajrzał do wnętrza, zawrócił do sieni. 

Zapukał do pierwszych drzwi — cisza. Pchnął je. Ujrzał pomieszczenie 

kuchenne: stół, ławy, wystygły piec.

— Halo! — krzyknął, odczekał chwilę i wrócił do studni. Wziął konia za 

uzdę i postanowił poszukać wiadra w sąsiedztwie.

Zaledwie kilkadziesiąt kroków dalej stał drugi budynek mieszkalny, a 

obok studni — blaszane wiadro. Podprowadził wierzchowca do koryta 

dla pojenia bydła, opuścił wiadro w głąb studni. Ale gdy je wyciągnął, na 

brudnej powierzchni wody pływały strzępy słomy, gnijące liście, a nawet 

ziarenka piachu. Z tej studni chyba nikt od miesięcy nie czerpał wody — 

a moŜe wszędzie tu woda jest niedobra?

Zaczerpnął dłonią nieco wilgoci i podniósł ją do warg. Smak normalny, 

więc dlaczego nie korzystano ze studni?

Zostawił wiadro i ruszył w kierunku domu. Jedno z okien było otwarte. 

Stuknął palcem w szybę — zabrzęczała głośno. Po chwili zajrzał do 

ś

rodka. Nasłuchiwał i rozglądał się. Ujrzał wnętrze izby mieszkalnej: 

typowy stół, kilka drewnianych zydli, metalowe łóŜko pod ścianą, ale 

bez pościeli, otwartą szafę, w której widać było puste półki. Tu nikt nie 

mieszkał! Wniosek ten potwierdzała gruba warstwa kurzu na meblach i 

podłodze. Irvin cofnął głowę. Dokoła panowała zupełna cisza. I nawet z 

głębi osady nie dobiegał jego uszu Ŝaden hałas, Ŝaden gwar rozmów, nie 

szczekały psy.

Zaniepokojony wskoczył na siodło i stępa ruszył szeroką drogą. Koń 

szarpnął się, gdy między opłotkami przemknęło, skacząc, jakieś 

niewielkie zwierzę. Irvin natychmiast poznał dzikiego królika. Dziki 

królik w samym sercu osady! CzyŜby wszyscy tu wymarli?

Przejechawszy kilka jardów znowu zeskoczył z siodła. Dokładnym 

background image

oględzinom poddał trzy kolejne domostwa, stajnie i stodoły. Wszędzie 

witała go pustka i kurz. Dlaczego mieszkańcy nie zabrali ze sobą 

sprzętów? Ba, w kuchniach zauwaŜył nawet garnki, a w stodołach — 

brony i pługi! Jak to wytłumaczyć? MoŜe jakąś paniką powstałą w 

obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa? Ludzie zabrali wozy (nigdzie 

Ŝ

adnego nie zauwaŜył), rzucili na nie to, co dało się załadować, i uciekli. 

Na meble nie starczyło im czasu, a moŜe i miejsca?

CóŜ stało się przyczyną ucieczki? Napad Indian? Nie, na pewno nie. 

Nigdzie nie widać było śladów walki, Ŝadnych szczątków ludzkich ani 

zwierzęcych. Więc — nie napad. Prawdziwa zagadka, której Irvin nie 

potrafił rozwiązać. Postanowił jednak odpocząć tu po nuŜącej drodze. 

Lepszy dach nad głową nawet w bezludnej osadzie od noclegu pod 

gołym niebem na twardej powierzchni ziemi. Począł się rozglądać za ja-

kimś porządniej wyglądającym domkiem, w którym — kto wie? — moŜe 

nawet znajdzie spręŜynowe łóŜko? Śmieszna zachcianka, a jednak... 

Szedł drogą między zabudowaniami róŜnej wielkości, róŜnego kształtu i 

róŜnej barwy, aŜ ujrzał domek, który uznał za najbardziej odpowiedni: z 

duŜą werandą obrośniętą zielonymi pnączami. Wyglądał miło i 

schludnie.

Przywiązał konia do słupka werandy, wkroczył do wnętrza. Oczywiście, 

jak się tego spodziewał, i tu było tak samo pusto, a kurz tak samo 

pokrywał sprzęty i deski podłogi. Irvin zawędrował aŜ do kuchni, w 

której wśród licznych garnków, kotłów, misek i warząchwi znalazł 

blaszane wiadro. Skoro woda dobra, trzeba zaspom koić pragnienie i 

napoić konia. Trzykrotnie nabrał wody ze studni i trzykrotnie ją musiał 

wylać — tyle było w niej śmiecia i brudu. Dopiero czwarte wiadro 

zaniósł koniowi. Potem siadł na stopniach werandy, wpatrzony w pustą 

drogę, w puste domy po przeciwległej stronie. O tej osadzie ani 

słówkiem nie wspomniał mu szeryf. Czy nie wiedział, czy po prostu Irvin 

background image

zmylił drogę? Wszystko wyglądało raczej na tę drugą moŜliwość. 

Dlatego musiał teraz zastanowić się, jaki obrać kierunek dalszej 

wędrówki, gdzie poszukać informatora? WaŜne pytania, na które nie 

znajdował odpowiedzi. Chyba tylko liczyć na szczęśliwy traf.

Wstał, ujął wierzchowca za cugle i zaprowadził go na tyły domostwa, do 

stajni, której ubita, gliniana polepa pokryta była rozsypanym ziarnem 

kukurydzy i pszenicy. Jeszcze jeden dowód pośpiechu, z jakim 

wyprowadzali się stąd gospodarze. Zdjął uprząŜ i przeniósł do kuchni. 

Tu zajął się pitraszemem posiłku w warunkach... niemal luksusowych. 

Uśmiechnął się — rozporządzał nie tylko kuchennym piecem, ale i na-

czyniami, a nawet sporym stosem wyschniętych szczap. Z zadowoleniem 

zauwaŜył, jak woda wrze w garnku. Wyjął suchary, kawę, suszone mięso, 

i siadł przy oknie, mając widok na podwórko i stajnię, w której umieścił 

wierzchowca.

background image

Celia Canning

Kiedy odstawiał kubek, wydało mu się, Ŝe słyszy czyjeś kroki. Lekkie i 

delikatne, a przecieŜ zupełnie wyraźne. Czyjeś buty uderzały cicho w 

zakurzone deski podłogi. Na sekundę zastygł w bezruchu, po czym 

wyciągnął rewolwer z kabury i w dwu susach znalazł się za framugą 

drzwi. Odgłos kroków rozbrzmiewał coraz bliŜej, aŜ wreszcie Irvin 

dojrzał jednym okiem postać idącą z głębi domostwa. Natychmiast 

schował broń i wyszedł z ukrycia.

To była kobieta. Skąd się tu wzięła? CzyŜby jak on, z prerii? Sama? 

Dostrzegła go. Stanęła.

— Halo! Co pan tu robi?

Miała na sobie sutą, kolorową spódnicę, opadającą na cholewy długich 

butów. Bluzka była równie kolorowa, o barwie czerwieni przechodzącej 

w purpurę. Tyle dostrzegł Irvin juŜ z daleka. A z bliska, gdy podeszła, 

ciemną twarz i czarne oczy spoglądające nań nieufnie, mimo Ŝe usta się 

uśmiechały. Nad oczami ciemne włosy opadające na czoło.

— A co pani tu robi?

— Mieszkam — odparła wesoło.

— Tu?

— Nie, nie w tym domu, ale niedaleko w samym środku Dawn*.

— Co?

— Ta osada taką nosi nazwę.

— Piękną — odparł — ale bardziej pasowałaby Dusk.* Tu nikogo nie 

ma! Co się stało z ludźmi?

Dawn (ang.) — świt, dusk (ang.) — mrok

background image

— PrzecieŜ ja jestem. A co się tyczy innych, rzeczywiście, odeszli.

— Dlaczego? CzyŜby woda była zła? Piłem ją, ja i mój koń, ale jakoś 

czujemy się dobrze.

— Zła woda? CóŜ za pomysł?

— Zaglądałem do kilku studni. We wszystkich pełno śmieci i kurzu.

— Ach, to dlatego. Myślał pan, Ŝe nie czerpano wody, poniewaŜ nie 

nadaje się do uŜytku. To nie dlatego. Po prostu nie miał kto jej czerpać.

— A mieszkańcy? GdzieŜ się podzieli?

— Wyjechali.

— Zostawiając meble i nawet to...? — wskazał na porzucone na kuchni 

garnki.

— Zabrali tylko niezbędne przedmioty. Jak kto siedzi na jednym miejscu 

przez całe lata, to później i dziesięcioma wozami nie wywiezie tego, co 

nagromadził.

— Pewnie — przytaknął Irvin.

— A im się bardzo spieszyło.

— Dokąd?

— Do Kalifornii. To się nazywa: gorączka złota.

Sprawa stała się jasna, ale Irvin nadal nie mógł pojąć, jak moŜna rzucać 

ziemię, własną ziemię, dla miraŜu złotego piasku. Przypomniał sobie 

opowiadanie Czarnego Jacka o “miastach duchów". Teraz sam natrafił na 

takie “miasto": niczyje domy, niczyja rola. Gdyby lak przeprowadzić się 

z Greenfield? Przyjść na gotowe? I z myślą o tym, zapytał:

— A ziemia tu dobra?

Otworzyła szeroko wielkie, czarne oczy, aŜ stały się jeszcze większe.

— Ziemia? — powtórzyła zdziwiona.

— No ziemia, rola..

Wzruszyła ramionami:

background image

— Nic a nic się na tym nie znam. Dawniej musiało coś tu rosnąć, teraz… 

tylko trawa.

— A wtedy gdy oni jeszcze mieszkali?

— Wtedy mnie tu nie było.

— To skąd pani wie?

— Od innych, od ludzi, którzy tu przyjeŜdŜali sądząc, Ŝe Dawn w 

najlepsze nadal prosperuje, i od tych, którzy znając historią ucieczki 

przyjechali popatrzeć, jak to teraz wygląda, ale Ŝaden z nich nie został. 

No — zakończyła raptownie — nie ma sensu siedzieć w tym 

opuszczonym domostwie. Niech pan idzie do nas.

— Kto tu jeszcze jest?

— Mój brat. Siedzimy we dwójkę i nie narzekamy, chociaŜ niekiedy robi 

się bardzo nudno. Proszę zabrać konia — dodała spostrzegłszy siodło 

ciśnięte na podłogę — i chodźmy.

Irvin zastanowił się chwilkę:

— Chętnie — odparł — jeśli nie zrobię kłopotu...

— Głupstwo. Ciekawa jestem, co słychać na dalekim świecie, chyba mi 

pan opowie?.

— Oczywiście. Zaraz będę gotów.

Poszedł do stajni po konia, nałoŜył nań uprząŜ, spakował swe drobiazgi i 

ruszył za tą dziwną mieszkanką dziwnej osady.

— Dokąd się pan udaje? — zagadnęła, gdy kroczyli pustą, zasypaną 

piaskiem drogą.

— Nie zawsze odpowiada się na takie pytanie — zauwaŜył Ŝartobliwie, a 

w myśli począł gorączkowo szukać jakiegoś fikcyjnego celu drogi.

— Przepraszam, jeśli to tajemnica...

— Och, nie. Tak sobie powiedziałem. Jadę do Greenfield, ale zdaje się, 

Ŝ

e zabłądziłem.

— Greenfield? Nigdy nie słyszałam. MoŜe mój brat zna właściwą drogę.

background image

— Prowadzicie tu gospodarstwo?

JuŜ mówiłam, Ŝe nie rozumiem się na roli.

— Wiec co pani tu robi? Z czego Ŝyjecie?

— Trochę z polowania, trochę ze sprzedaŜy skórek, a najwięcej z 

przepędu bydła.

— Tędy wiedzie szlak?

— Nie, bardziej na wschód, o dzień jazdy. 

Nie ulegało juŜ wątpliwości, Ŝe Irvin zjechał ze szlaku, sam nie wiedząc 

kiedy. Ale ta informacja ucieszyła go. Wskazała mu kierunek, w którym 

powinien szukać właściwej drogi.

Szli wolno, mijając milczące, ciche zagrody domki i jakieś budy bez 

okien. Niektóre z nich miały wejścia na głucho zawarte, inne ukazywały 

opustoszałe wnętrza.

— Nie rozumiem — zainteresował się Irvin. — Jeśli szlak leŜy o dzień 

drogi, jak moŜecie z niego Ŝyć?

— Brat wynajmuje się jako poganiacz, czasem jako przewodnik. 

Niekiedy i ja.

— Pani? — Irvin roześmiał się. — Nigdy nie brałem udziału w takim 

przepędzie, ale wiem jacy to ludzie są zazwyczaj kowbojami. Półdzicy 

ludzie.

— Nie zawsze i nie wszędzie, zresztą... potrafię się bronić.

— Dałbym radę jedną ręką — zaŜartował. — Chyba nie waŜy pani 

więcej niŜ 90 funtów?

— Nigdy się nie waŜyłam, ale waga to jeszcze nie wszystko. No, 

jesteśmy u celu.

Irvin przyjrzał się bacznie budynkowi, przed którym stanęła. Był 

mniejszy od sąsiednich, za to stał na duŜej parceli porośniętej z rzadka 

owocowymi drzewkami. Teraz przekwitały i biało-róŜowy kobierzec 

płatków pokrywał ziemię. Ogród otaczały sztachety pomalowane na 

background image

zielono. Mała furteczka otwierała drogę wprost ku brązowemu gankowi. 

Przed tą furtką Irvin zatrzymał się niepewnie.

— Stajnia jest za domem — wyjaśniła. — Proszę poczekać na ganku, 

zajmę się sama koniem. Na tym to znam się bardzo dobrze.

Kiwnął głową na zgodę. Ujęła cugle. Irvin wkroczył na werandę.

Coś mu się w tym wszystkim nie spodobało, ale nie wiedział dobrze, co. 

Uznał więc, Ŝe takie odczucie jest wynikiem całodziennego zmęczenia i 

przestał na ten temat myśleć. Siadł na ławce i spoglądał na pustą drogę i 

puste okienne ramy domostwa po przeciwnej stronie drogi.

Kobieta wracała. W ciszy Irvin juŜ z daleka usłyszał skrzyp piasku pod 

jej stopami.

— Siodło zawiesiłam na belce, a koniowi dałam owsa.

— Skąd tu owies?

— Kupujemy od kowbojów. Mamy dwa wierzchowce. Proszę, niech pan 

wejdzie.

Z werandy do sionki, a z sionki do pokoju pachnącego miętą, jakimiś 

kwiatami i sianem. Czysto tu i schludnie — stwierdził z zadowoleniem 

farmer. Nie dała mu się zatrzymać, lecz poprowadziła dalej, do obszernej 

kuchni, gdzie na poczesnym miejscu widniała potęŜna, blaszana 

miednica. Chlusnęła wodą z wiadra.  — Niech się pan odświeŜy po takiej 

drodze.

— Wystarczyło wskazać mi studnię.

— Tak będzie wygodniej. Mydło leŜy na oknie, a ręcznik tu — wskazała 

na długi, biały płat zawieszony na gwoździu wbitym w ścianę.

Wyszła, lekko przymykając drzwi. Irvin zdjął kurtkę, ściągnął koszulę i 

zanurzył zakurzone, brudne dłonie w chłodnej wodzie. CóŜ mogło być 

przyjemniejszego w takiej chwili?

Bryznął sobie na kark, na piersi, aŜ struga pociekła po czystych deskach 

podłogi. Rozejrzał się za ścierką, ale bezskutecznie. Wilgotnych plam na 

background image

podłodze przybywało, w miarę jak mył się i pluskał. Poczuł się rzeźwo, 

ś

wieŜo i radośnie. Nawet wspomnienie Greenfield, które skojarzyło się z 

widokiem tej kuchni, nie przygasiło dobrego samopoczucia.

Zapinając koszulę przyglądał się bacznie półkom pełnym błyszczących 

garnków, szafce z białymi talerzami. Prawdziwe gospodarstwo far-

merskie w tej wymarłej osadzie.

“Ciekaw jestem — pomyślał — czy oni z sobą przywieźli, czy teŜ 

odziedziczyli po poprzednich właścicielach?"

Wciągnął na grzbiet kurtkę, poprawił pas z rewolwerami.

“Trzeba obejrzeć stajnię — zdecydował. — A przede wszystkim zabrać 

strzelbę. Nigdy nic nie wiadomo" — przypomniał sobie słowa szeryfa 

Murphy'ego.

Ale nie dane mu było spełnić tego zamierzenia, bo gdy otworzył drzwi, 

ujrzał stół przykryty obrusem, a na nim talerze, szklanki, noŜe i widelce. 

Gospodyni stała przy oknie, wyglądając na dwór. Odwróciła się.

— Przepraszam — powiedział niepewnie Irvin — rozlałem trochę wody, 

a nigdzie nie znalazłem ścierki.

— Głupstwo. Proszę siadać. Rzadko trafia się okazja przyjmować ludzi z 

dalekiego świata.

— Tęskni pani? — zapytał odsuwając krzesło.

— Niekiedy — zbliŜyła się do stołu. — Myślę, Ŝe dzisiaj juŜ pan nigdzie 

nie wyruszy?

Nie czekając na odpowiedź, uniosła duŜą czarną butelkę i wlała do dwu 

szklanek nieco złocistego płynu.

— To dobrze panu zrobi. Mnie równieŜ. Niepokoję się o brata. Wyjechał 

o świcie i juŜ dawno powinien był wrócić.

Irvin wytrzeszczył oczy. W jego farmerskim środowisku kobiety nie piły 

whisky. Zwłaszcza z nieznajomymi. A jeśli juŜ piły — to tylko przy 

okazji wielkiego rodzinnego święta lub zabawy. I zawsze alkohol 

background image

rozcieńczony wodą.

— Co się pan tak patrzy? — siadła do stołu. — Z powodu tej kropelki 

whisky? — roześmiała się —Widzi pan, człowiek tu dziczeje i zapomina 

o tym... — zacięła się i twarz jej spochmurniała — o tym, co wypada, a 

co nie wypada kobiecie. No!

Stuknęło szkło. Irvin podniósł szklankę do ust — płyn pachniał jabłkami, 

smak miał ostry, a równocześnie nieco słodkawy. Pił wolno, z 

przerwami, aŜ odstawił puste naczynie. PołoŜyła mu na talerz potęŜny 

kawał zimnej pieczeni.

— Antylopa — wyjaśniła. — Teraz przybyło zwierzyny w tych stronach, 

odkąd ubyło ludzi.

Jadł zerkając od czasu do czasu na gospodynię. Przypominała mu nieco 

kobiety, jakie moŜna spotkać w niektórych saloonach Dalekiego 

Wschodu: ubrane w krzykliwe suknie, bardzo swobodne w rozmowie i 

zachowaniu...

Gdy skończył jeść, sprzątnęła nakrycie.

— Jeszcze daleko do wieczoru, chce pan zobaczyć, jak wygląda całe 

Dawn?

Wyszli na pustą drogę.

— Nazywam się Celia Canning — powiedziała niespodziewanie — a 

pan?

— Vincent Irvin — odparł i jednocześnie pomyślał, ze dziewczyna 

musiała spędzić długie lata w miastach. KtóŜ tu się przedstawia?

— I pan mieszka w tym, jakimś... Przepraszam, zapomniałam.

— W Greenfield.

— Czym się pan zajmuje?

— Uprawą roli.

— Ach, farmer — rzekła to takim tonem, Ŝe Irvin nie wiedział, czy jest 

rozczarowana, czy zachwycona. I zaraz zapytała znowu: — Skąd pan 

background image

przybywa?

Wydało się Irvinowi, Ŝe tych pytań jest zbyt wiele, odparł więc bardzo 

ostroŜnie:

— Och, głupstwo. Zwykła farmerska wyprawa dla zbadania cen bydła i 

zboŜa. Niech mi pani opowie coś o sobie. To będzie na pewno 

ciekawsze.

— Jak na farmera jest pan nieźle uzbrojony: winchester przy siodle, 

rewolwery przy pasie.. Dobrze pan strzela?

— Dobrze, jak na... farmera.

— A ja podobno nieźle. Kiedyś z tego Ŝyłam.

— Ze strzelania? — zaniepokoił się. 

Parsknęła śmiechem:

— O czym pan myśli? Ja tylko występowałam jako strzelec w cyrku.

— Strącając butelki ustawione na drabince? Oglądałem to kiedyś.

— To bardzo łatwe. Miałam trudniejszy cel. Moją koleŜankę 

przywiązywano do deski, a ja strzelałam tak, aby kule obramowały jej 

sylwetkę.

— Niebezpieczna sztuka!

— Tylko pozornie. Przywiązana do deski nosiła pod kostiumem 

koszulkę ze stalowych drucików, a rewolwery, z których strzelałam, 

miały kule zrobione ze specjalnie miękkiego metalu. Prochu było 

niewiele, więc siła uderzenia bardzo słaba. Gdybym nawet źle trafiła, 

mogłam spowodować co najwyŜej siniec,

— i takie kule wbijały się w deskę? — wyraził wątpliwość Irvin.

— To nie była prawdziwa deska, tylko gruba i miękka tektura imitująca 

deskę.

— Ach tak. I nigdy pani nie chybiła?

— Nigdy, z wyjątkiem... jednego razu.

— Ja takim doskonałym strzelcem nie jestem.

background image

— Spróbujmy. Jeszcze dość widno. Tam dalej wznosi się taka stara 

rudera, znakomity cel. 

— Czy nie za wielki?

— Och, nie będziemy strzelać do ścian, tylko do gwoździ.

Przeszli w milczeniu jeszcze kilkadziesiąt kroków.

—To tu — powiedziała przystając.

Przed nimi stała pokrzywiona, ledwie trzymająca się stodoła.

— Widzi pan ten ćwiek?

Irvin chwilę wpatrywał się w poszarzałe od deszczu i słońca deski, 

wreszcie zauwaŜył zardzewiałą główkę potęŜnego bretnala wbitego w 

sam naroŜnik.

— Widzę — odparł.

— Teraz niech pan uwaŜa.

Sięgnęła ręką między fałdy spódnicy, wyciągnęła dłoń i nim Irvin zdąŜył 

mrugnąć, padł strzał. Czerwonoruda główka gwoździa błysnęła jasną 

szramą.

— Świetnie! — stwierdził Irvin. — Z jakiej to zabawki pani strzelała?

Wręczyła mu broń. Ten rewolwer istotnie przypominał raczej dziecinną 

zabawkę.

Nigdy nie widziałem czegoś podobnego — stwierdził szczerze. — 

Wygląda tak niewinnie...

— Na pumę z nim bym nie wyruszyła, ale gdyby na przykład człowiek 

na mnie napadł...

Tu spojrzała znacząco na Irvina, a jemu zrobiło się jakoś nieswojo.

— Wracajmy — powiedział. — Do zmierzchu leszcze parę godzin, a mój 

koń na pewno juŜ odpoczął.

— AleŜ... to nie ma Ŝadnego sensu — zaprotestowała. — Tu pan się 

wyśpi świetnie. Chyba miał pan taki zamiar?

— Rzeczywiście, ale sądziłem, Ŝe będę samotny.

background image

— Bzdura! — krzyknęła. — Kogo się pan krępuje? Mnie? Od razu 

widać, Ŝe farmer. Nigdzie dziś nie puszczę! Nie mówmy więcej o tym. 

Widzi pan? Obok sterczy drugi gwóźdź. Proszę spróbować.

Nie było sensu się spierać. Irvin wyciągnął srebrny colt. Pierwsza kula 

chybiła, druga — równieŜ. Dopiero trzecia trafiła w zardzewiałą główkę 

gwoździa.

— Widzi pani? Nie potrafię tak... Pani koleŜankę, tę z cyrku, pewnie 

zabiłbym mimo stalowej koszulki. Dlaczego pani rzuciła cyrk? Jeśli to 

nie tajemnica.

— śadna. DuŜo o tym było gadania. Ja ją... zabiłam.

— Co?!

Irvin poczuł, jak mu zimne ciarki przebiegają po krzyŜu.

— Ach, to był wypadek. Nieszczęśliwy wypadek. Ktoś włoŜył do 

pistoletu normalny nabój, no i trzeba pecha, ręka mi zadrŜała — wes-

tchnęła cięŜko. — Później miałam mnóstwo kłopotów. Szeryf prowadził 

ś

ledztwo. Mówiono, Ŝe

ja umyślnie... bo się z nią pokłóciłam poprzedniego dnia.

— I jak to się skończyło?

—Ano cóŜ, musiałam rzucić pracę. Nikt nie chciał zostać moim 

partnerem. Ale dajmy temu spokój. Proszę pokazać tę swoją armatę.

Podał jej srebrny colt.

— Skąd pan to ma? — zapytała podniesionym nagle głosem.

Irvin aŜ drgnął, ale opanował się natychmiast.

— Kupiłem — odparł spokojnie.

— Dawno?

— Nie tak bardzo... ale o co chodzi?

— Od kogo? — pominęła jego pytanie.

— Od wędrownego handlarza. O co chodzi? —-powtórzył.

— Przepraszam. Widziałam kiedyś taki rewolwer i sądziłam, Ŝe nie 

background image

istnieje podobny. Widać się pomyliłam.

Zwróciła mu broń.

“CzyŜby zetknęła się kiedy z Czarnym Jackiem? — pomyślał Irvin. — 

Gdybym tak znalazł w niej sprzymierzeńca... Ale nie. Lepiej nie pró-

bować, to moŜe być niebezpieczny sprzymierzeniec. Ta cyrkowa 

historia..."

— Chodźmy — powiedziała Celia — chcę zobaczyć, jak preria wygląda.

Ruszyli wolno, milcząc, aŜ dotarli do krańców osiedla. Wyznaczały je 

szczątki rozwalonego domu. Dalej biegła pusta przestrzeń, ciemniejąca 

na horyzoncie od nadciągającego wieczoru. Siwa mgiełka powoli 

zacierała kontury.

— Na jutro murowana pogoda — stwierdziła. — Wracajmy.

Zanim doszli do domu, mocno juŜ poszarzało. Celia zapaliła naftową 

lampkę i znikła w kuchni. Irvin słyszał, jak się krzątała pobrzękując tale-

rzami. Ten odgłos znowu przypomniał mu rodzinny dom, ale nie czas 

było teraz na rozmyślania. Cicho, jak potrafił najciszej, opuścił jadalnię, 

wyszedł na dwór, obszedł zabudowania dokoła, aŜ odnalazł stajnię. Stały 

w niej dwa konie, ale miejsca starczyło chyba na dziesięć. Mimo zmroku 

Irvin natychmiast rozpoznał swego wierzchowca, a wierzchowiec — 

swego pana. Dał znak cichym parsknięciem. Farmer obmacał pęciny i 

kłęby, przesunął dłonią po karku i grzywie. Koń dmuchnął mu w twarz 

ciepłym oddechem, a później opuścił głowę nad Ŝłobem. Irvin sięgnął 

ręką poza deski.

— Owies i kukurydza — mruknął wyczuwając pod palcami twarde i 

gładkie ziarna.

Dobrze im musi powodzić się na tym pustkowiu. Mówiła, Ŝe kupują od 

kowbojów. A co w zimie? No, mniejsza z tym. Gdzie siodło? Począł 

szukać omackiem. Nigdzie nie zauwaŜył, czyŜby schowała? Zirytowany 

zawrócił i spotkał Celię na ganku.

background image

— Myślałam, Ŝe pan uciekł.

— Chyba na oklep — powiedział nieco ostrym tonem — bo konia nie 

mam czym osiodłać. Gdzie pani schowała uprząŜ?

— W bardzo tajemniczej kryjówce — zaŜartowała. — Po prostu... 

przeniosłam do kuchni.

— Przepraszam — zmitygował się.

Weszli do wnętrza. Istotnie, w kącie kuchni leŜała zwalona cała uprząŜ. 

Schylił się i dźwignął siodło z podłogi.

— Tu nie przeszkadza...

Potrząsnął głową.

— Zabieram do stajni. Mam zwyczaj spać obok własnego konia — 

wyjaśnił.

Spojrzała na Irvina niezbyt przyjaźnie:

— A cóŜ to za pomysł?

— Bardzo dobry — odparł spokojnie. — Nie jest tu tak bezpiecznie, jak 

pani mówiła.

— Co się stało?

— No... jeśli pani sama przyniosła uprząŜ do domu to znaczy, Ŝe ze stajni 

mógłby ją ktoś ukraść. A wobec tego konia teŜ. Nie mam racji?

Roześmiała się:

— W stajni są szczury. Kiedyś pocięły moje siodło na kawałki. Ot, i cała 

przyczyna. Chce pan spać ze szczurami? Mamy taki ładny gościnny 

pokoik. Proszę, zaraz panu pokaŜę.

— Szczury? Tutaj? — zdziwił się Irvin. — Szczury uciekają razem z 

ludźmi, bo z nich Ŝyją.

Wzruszyła ramionami:

— Nie wiem. MoŜe tu są jakieś inne szczury, dzikie.

Irvin nie oponował dłuŜej. Wyjął winchestera ź pochwy siodła i poszedł 

za Celią po wąskich, trzeszczących schodach, aŜ na poddasze. Tam 

background image

znajdował się mały pokoik z drewnianym łóŜkiem, siennikiem i stołem. 

Na więcej nie starczało miejsca.

— Tu będzie panu wygodniej niŜ w stajni. Światła chyba nie potrzeba — 

zakłopotała się. — U mnie krucho z naftą.

Podziękował. Kiedy wyszła, dokładnie zbadał drzwi, i to z obu stron. 

Nigdy później nie potrafił wyjaśnić źródła swego niepokoju. “To chyba 

było przeczucie" — opowiadał Gordonowi.

Na zewnątrz, od strony strychu, drzwi nie miały klamki, ale od wewnątrz 

zaopatrzono je w mocny haczyk. Z kolei zbadał okno i znajdującą się 

pod nim ścianę domu. Była zupełnie gładka, niemoŜliwa do sforsowania 

bez pomocy drabiny.

Uspokojony przymknął nieco okno i — na pół tylko rozebrany — 

rozciągnął się na sienniku.

Jak długo spał? Na pewno kilka godzin, nie więcej. Kiedy się zbudził, 

trwała jeszcze noc. Co go wyrwało ze snu? Chyba blask księŜyca wy-

pełniający cały pokoik. Siadł na łóŜku i nasłuchiwał, ale z wnętrza domu 

nie dobiegał Ŝaden głos. Podszedł do okna i wychylił się. W dole 

widniały, bardzo wyraźnie, słupki ogrodzenia oraz furtka. Za 

ogrodzeniem leŜała pusta droga, a jeszcze za nią — ciemna masa 

domostwa spoglądająca na drogę pustymi oczodołami okiennych 

otworów. Jedyna ulica Dawn lśniła srebrzyście przy księŜycu, drzewka 

ogrodu rzucały długie cienie na ziemię. Irvin spojrzał w lewo, spojrzał w 

prawo — pustka, zupełna pustka. Ani człowieka, ani zwierzęcia. Nawet 

głos kujotów tutaj nie dobiegał. Ziewnął półgłosem i postanowił wrócić 

na siennik. Uczynił pierwszy krok w kierunku łóŜka i znieruchomiał. 

Zdawało mu się?:... Powrócił ku oknu i znowu słuchał. Nie, nie mógł się 

mylić. Z dalekich głębin srebrnej nocy dobiegł jego uszu niewyraźny, 

zamazany odgłos końskich podków. Irvin oparł się o okienną framugę i 

czekał. Rozpoznawał juŜ zupełnie wyraźnie galop. Galop samotnego 

background image

jeźdźca. KtóŜ to tak gnał w samym środku nocy? Rytmiczne uderzenia 

biegły na skrzydłach ciszy. Później galop przeszedł w kłus. Nieznany 

przybysz znajdował się coraz bliŜej. Irvin wreszcie go dojrzał na szarej 

wstędze drogi jako ruchomy, bardzo jasny punkt. Oto juŜ sylwetka 

człowieka i zwierzęcia — cień skakał po ziemi, wydłuŜał się i skracał na 

przemian. W końcu znieruchomiał i rozpadł się na dwa cienie: jeździec 

zatrzymał wierzchowca i zeskoczył z siodła, tuŜ przed furtką.

“To chyba brat tej Celii — pomyślał i cofnął się pół kroku w bok. — 

Teraz powinien wprowadzić konia. Ciekaw jestem, co to za facet?"

Mimo niewielkiej odległości i blasku księŜyca nie mógł dojrzeć zarysów 

twarzy. Przybysz był średniego wzrostu, szczupły, w kapeluszu rzu-

cającym cień na oblicze, w bardzo jasnym ubraniu, bo błyszczało teraz, 

jakby utkane ze srebra.

“Wprowadzi konia" — powtórzył w myślach Irvin i... omylił się.

Usłyszał przeciągły zgrzyt drzwi, tych na dole. Drobna sylwetka ukazała 

się na ścieŜce. Poruszała się szybko, jakby biegła.

“Dobra siostra — pomyślał. — Czekała na brata."

Celia znalazła się tuŜ przy koniu i jeźdźcu, A koń nie został 

wprowadzony, a jeździec nie przekroczył progu furtki. Dwie postaci 

tkwiły nieruchomo, jedna obok drugiej. Rozmawiały. Łatwo było 

odgadnąć po gestykulacji rąk, ale słów Irvin nie słyszał. Nagle Celia 

odwróciła się w stronę domu. Uczyniła to tak gwałtownie, aŜ Irvin 

przestraszył się, Ŝe go spostrzegli. Ale nie. Kobieta powróciła do 

przerwanej na chwilę rozmowy.

“Opowiada o mnie —- wywnioskował Irvin. — Na pewno musiała 

powiedzieć: on tam śpi na górze, i właśnie wówczas odwróciła się. Ale 

czemu ten braciszek nadal sterczy na dworze?"

To nie był koniec zdziwienia Irvina. Oto bowiem ujrzał, jak przybysz 

ujął swego wierzchowca za cugle i począł oddalać się drogą. Kobieta 

background image

pozostała przy uchylonej furtce, coś jeszcze zawołała, ale i tym razem 

Irvin nie dosłyszał, co. Idący odwrócił głowę i nie zwalniając kroku 

pomachał ręką. Oddalał się coraz bardziej i coraz bardziej cichło 

człapanie końskich kopyt, aŜ wreszcie i konia, i jeźdźca zakryła ściana 

któregoś z mijanych domostw.

Celia zamknęła furtkę, przeszła ścieŜką ku werandce. Irvin usłyszał 

zgrzyt zamykanych drzwi. Nie odchodził od okna, lecz na dworze nie 

ukazał się więcej nikt, a z głębi domu nie ozwał się Ŝaden nowy dźwięk.

Wrócił do łóŜka, siadł na sienniku i zadumał się. Co to wszystko mogło 

znaczyć? Czy nocny przybysz był bratem gospodyni, o którym wspo-

minała, czy kimś innym? Dlaczego nie został tu na noc? No i czy to 

wszystko mogło mieć jakikolwiek związek z jego — Irvina — osobą?

Wszystko razem — tyle pytań i tyle wątpliwości — wydało się obecnie 

Irvinowi bardzo podejrzane, prawie niebezpieczne.

Wydobył rewolwery z pasa ciśniętego na stół, sprawdził, czy są nabite, a 

potem połoŜył je w głowach łóŜka. Podobnie postąpił ze strzelbą. 

Umieścił ją między łóŜkiem a ścianą. Wreszcie zbadał zamknięcie drzwi. 

Teraz nie wydało mu się dostatecznie mocne. Przeniósł więc stół spod 

okna i postawił go w poprzek wejścia. Tę słabą barykadę łatwo było 

sforsować, ale jaki przy tym powstałby hałas!

Zabezpieczywszy się w ten sposób przed nieprzewidzianymi 

wydarzeniami, jeszcze raz ostroŜnie wyjrzał oknem. Nikogo. Cicha, 

srebrzysta noc rozpostarła się nad całym bezludnym osiedlem. Wrócił na 

siennik. PołoŜył się i zasnął.

background image

Ranek w Dawn

Musiał spać bardzo mocno, poniewaŜ nie obudził go ani czerwony 

brzask rannych zórz, ani nawet pierwszy znak dnia — słońce, które po-

częło dźwigać się nad horyzontem.

Zerwał się z łóŜka dopiero wówczas, gdy w głębi domostwa głośno 

trzasnęły drzwi. Siadł i natychmiast spojrzał na broń. Znajdowała się 

tam, gdzie ją postawił. Stół barykadujący drzwi równieŜ stał nie 

poruszony. Odetchnął z ulgą i podszedł do okna. Wyjrzał ostroŜnie, by z 

zewnątrz nikt tego nie mógł zauwaŜyć, ale droga była pusta.

Ubrał się pospiesznie, odstawił stół pod okno i z winchesterem w ręku 

wąskimi schodami powędrował na dół.

“Ciekaw jestem, czy mi powie o nocnej wizycie? — zastanawiał się. — 

Jeśli nie, to znaczy, Ŝe coś się tu knuje."

W pokoju nie zastał nikogo, ale spoza przymkniętych drzwi kuchni 

dobiegało stukanie garnków. Zapewne Celia przygotowywała ranny 

posiłek. Po chwili usłyszał jej głos:

— Czy to pan?

— Ja — odparł. — Dzień dobry.

— Proszę usiąść i cierpliwie czekać.

Zanim wykonał polecenie, podszedł do okna — wciąŜ pod wraŜeniem 

nocnej wizyty. Dostrzegł rzędy małych drzewek, parkan z zamkniętą 

furtką i ponury dom po drugiej stronie drogi. Wszystko to tonęło w 

słońcu i ciszy poranka. Pierzaste obłoczki wędrujące po niebie drgały na 

ziemi ciemnymi plamami, które przesuwały się bardzo szybko wśród 

cieni drzew i płotu. Znudzony, postawił strzelbę w kącie pokoju i siadł za 

stołem, twarzą ku oknu. Rozmyślał teraz o drodze, która go czekała, i o 

background image

przewidywanym spotkaniu z Czarnym Jackiem. Jakoś przestał się 

niepokoić. Zupełnie na zimno układał plan dalszego postępowania. 

Patrzał w okno, a myślami juŜ gnał w przyszłość. Pewnie dlatego dopiero 

po kilku minutach dostrzegł, Ŝe za płotem ktoś stoi. Przetarł oczy. To nie 

było złudzenie. “Ktoś" opierał się plecami o ogrodzenie: męŜczyzna w 

jasnym, prawie białym ubraniu, w kapeluszu podobnej barwy. Czy ten 

sam człowiek, który był tu w nocy?

Irvin siedział nieruchomo na krześle i patrzał.

“Biały jegomość" — pomyślał i natychmiast nazwa ta skojarzyła mu się z 

Czarnym Jackiem.

A tymczasem “biały jegomość" sterczał nieruchomo jak przydroŜny słup 

i tylko jego lewa ręka — tę Irvin widział bardzo wyraźnie — bez 

przerwy poruszała się ruchem półkolistym, raz w jedną, raz w drugą 

stronę. Irvin wpatrzył się w tę rękę, nie potrafił od niej oczu oderwać. 

Gdzieś juŜ widział takie ruchy... Czarny Jack! PrzecieŜ to Czarny Jack 

siedząc w wagonie odwijał i nawijał na wskazujący palec długi, srebrny 

łańcuszek zakończony kluczykiem.

“Czarny Jack — powtórzył raz jeszcze w myśli. — Czy to on? Mimo 

białego ubrania? Gdyby tak ujrzeć twarz. MoŜe krzyknąć? Wówczas nie-

znajomy odwróci się. Na pewno się odwróci. A jeśli to jest właśnie 

Czarny? Dlaczego tu sterczy? Nie mogę tak siedzieć bezczynnie!"

NapręŜył mięśnie nóg, prawa dłoń powoli obsunęła się ku kolbie 

rewolweru. Postanowił zerwać się raptownie i poprzez sionkę szybko 

wyskoczyć na dwór. Ba, gwałtowność takiego działania na pewno 

wywoła hałas. To na nic. Trzeba działać spokojnie i rozwaŜnie. Nie 

spieszyć się. Tamten, nieświadomy niczego, ciągle jeszcze podpiera płot.

Farmer wstał powoli, ale znowu siadł. Bo oto za jego plecami cicho 

skrzypnęły drzwi.

— Podnieś ręce!

background image

Poczuł pod lewą łopatką mocny ucisk twardego, okrągłego przedmiotu. 

Natychmiast wykonał polecenie Celii Canning. To był jej głos. Ale jakŜe 

zmieniony? JuŜ nie ten roześmiany, beztroski i miły dla ucha. Głos 

dobrze wychowanej gospodyni przyjmującej gościa. Lecz słowa wy-

powiedziane ostro, szorstko, tonem nakazującym bezwzględny posłuch.

Jej dłoń wyrwała mu po kolei oba rewolwery tkwiące w futerałach pasa.

— Opuść ręce. Daj je do tyłu.

Spełnił Ŝądanie bez sekundy zwłoki i tylko pomyślał: “Ty idioto! 

Wlazłeś w pułapkę jak mysz".

Poczuł, jak mu wiązano przeguby rąk, jak mocno przykrępowano je do 

oparcia krzesła. Wreszcie ujrzał twarz Celii, pełną napięcia i jakiegoś 

okrucieństwa, ostro zarysowaną.

“GdzieŜ ja miałem oczy? — westchnął i równocześnie ogarnęła go złość. 

— Poczekaj... ty... wiedźmo..."

Ale natychmiast opanował się. Złość jest złym doradcą. Więc zapytał 

sztucznie spokojnym głosem:

— Czego chcesz?

Uznał, Ŝe osoba tak haniebnie łamiąca uświęcone zasady gościnności nie 

zasługuje, by zwracać się do niej uprzejmiej.

— Ty głupcze — odparła. — Po co chwaliłeś się swym coltem? Zaraz się

okaŜe, czy go kupiłeś, czy ukradłeś. Jack! — krzyknęła w stronę okna. 

— Chodź!

,Biały jegomość" odwrócił się, minął furtkę. Irvin słyszał jego spieszne 

kroki tupocące w sieni. Potem uchyliły się drzwi i stanął o krok od 

związanego farmera. Nie było wątpliwości, to Czarny Jack, tyle Ŝe na 

biało ubrany.

“Wpadłem" — pomyślał Irvin.

— Obejrzyj, Jack.

Celia podała srebrny colt.

background image

— Masz rację — przyznał Jack. — To mój, a gdzie drugi?

— Miał tylko jeden. Powiada, Ŝe go kupił.

— Kupił? Muszę się przyjrzeć facetowi.

Na taką zapowiedź Irvin nawet nie mrugnął okiem, ale zimny dreszcz 

przebiegł mu po krzyŜu.

“Koniec — zmroził go dreszcz. — Teraz mi dopiero da łupnia."

Przyglądanie się nie trwało długo, a jego wynik był zgodny z 

przewidywaniami Irvina.

— Ten sam — stwierdził Jack. — Kropka w kropkę ten sam pasaŜer z 

pociągu. Najwięcej ze mną rozmawiał i najbardziej był ciekaw z całej 

trójki. MoŜe ta ciekawość aŜ tu go przywiodła? Rewidowałaś go?

— Zaglądałam do juków. Nic interesującego.

— Hm... ciekawe. Przybył tu samotny. Zbadałem okolicę: tylko 

pojedynczy trop, a szkoda. Chętnie spotkałbym się z twoimi — zwrócił 

się do Irvina — towarzyszami, zwłaszcza z tym, który mnie kopnął. 

Gdzie twoi kumple? Gadaj!

O, to juŜ nie był ten uprzejmy towarzysz podróŜy.

— Jacy kumple? — powtórzył pytanie Irvin pragnąc w tak mało sprytny 

sposób zyskać na czasie.

— Nie udawaj półgłówka! — krzyknął Jack i ująwszy srebrny colt za 

lufę machnął nią tuŜ przed nosem jeńca. — JeŜeli będziesz się wykręcał, 

dostaniesz tym... To mój wypróbowany sposób. Natychmiast przywraca 

pamięć.

— Nie ma ich tutaj.

— Wiem, Ŝe ich nie ma. Nie wykręcaj się! Gdzie oni są?

— W Greenfield — odparł farmer wiedząc, Ŝe taką odpowiedzią w 

niczym nie zaszkodzi ani Gordonowi, ani Fawkesowi. — MoŜesz spraw-

dzić — dodał kpiąco.

— śartujesz? Zaraz ci te Ŝarty wypędzę z głowy. Greenfield — 

background image

powtórzył. — Gdzie to jest? Ach, pamiętam. To tamten przystanek na 

odludziu. Tam wsiedliście do pociągu, A to całe Greenfield jak daleko od

przystanku?

— Ponad trzy mile — mruknął Irvin.

— A stąd?

Ile było “stąd" — tego oczywiście nie mógł wiedzieć. PrzecieŜ nigdy 

jeszcze nie przebył drogi dzielącej Dawn od swej rodzinnej osady. Ale... 

chyba piekielnie daleko. Uznał jednak, Ŝe bezpieczniej będzie mówić niŜ 

milczeć, więc powiedział:

— Pięć dni, jak się szybko jedzie. Zdejmijcie mi więzy — odparł — to 

was zaprowadzę.

Oczekiwał kolejnego wybuchu gniewu, ale Czarny Jack milczał.

— Co z nim zrobisz?

To pytała Celia Canning. Siostra Jacka? Co do tego Irvin miał powaŜne 

wątpliwości. Stali obok siebie i farmer mógł stwierdzić, Ŝe nie było mie-

rzy nimi nawet cienia podobieństwa.

— JeŜeli go puścisz — mówiła Celia — trzeba będzie stąd się zabierać. 

Słyszysz, Jack?.

Milczenie.

—Ja umywam ręce od wszystkiego, wracam do cyrku.

Denerwowała się coraz bardziej.

— Jeśli na to ci pozwolę — odezwał się wreszcie Czarny.

— Za kilka dni siądą ci na kark wszyscy szeryfowie świata.

— Przesadzasz.

Powiedział tylko tyle i nadal świdrował oczami jeńca. Wyglądało to 

bardziej niepokojąco od najbardziej niepokojących słów. Na koniec od-

wrócił się i począł przemierzać pokój od ściany do ściany. Było cicho, a 

w tej ciszy odgłos kroków i pobrzękiwanie ostróg brzmiały w uszach 

farmera dziwnie złowrogo.

background image

“Gdyby tak się zerwać... — myślał gorączkowo. — Nogi mam 

wprawdzie wolne, ale ręce?"

Czuł, jak mu powoli drętwieją ściśnięte przeguby i dłonie. Jak tu “zerwać 

się", będąc przywiązanym do krzesła? Spróbował rozluźnić pęta. Nic z 

tego. Rzemień jeszcze boleśniej werŜnął się w skórę.

— RozwiąŜ go — nieoczekiwanie rozkazał Czarny.

— Co?! — krzyknęła. — Oszalałeś? Prędzej go zastrzelę, niŜ uwolnię.

— Nie bądź głupia. Kto ci powiedział, Ŝe go chcę uwolnić? No, prędzej, 

rozwiązuj! A ty — zwrócił się do Irvina — siedź spokojnie.

I lufę srebrnego colta skierował ku jeńcowi. Farmerowi po raz drugi 

mrówki przebiegły po plecach. Od napastnika dzielił go tylko cięŜki, 

masywny stół.

Celię stracił z oczu, lecz czuł jej palce na swych dłoniach, rozplątujące 

supły rzemienia. Wreszcie więzy opadły, ale zgodnie z poleceniem 

siedział sztywny i nieruchomy. Znowu ujrzał Celię. Obeszła stół, ruszyła 

w stronę drzwi. Powinna była minąć Jacka za jego plecami, popełniła 

jednak błąd. Na sekundę znalazła się między wylotem srebrnego colta a 

jeńcem. Jack krzyknął na nią, ale za późno. Irvin poderwał się bły-

skawicznie, błyskawicznie uniósł cięŜki stół i rzucił nim w Celię. Nie 

byle jakiej wymagało to siły...

Stół zwalił z nóg i gospodynię, i Jacka. Zawadził jednym rogiem o okno 

— z brzękiem posypały się szyby — i runął przygniatając leŜących. 

Czarny Jack zerwał się natychmiast, ale w tej samej chwili otrzymał cios 

pięścią w szczękę i zwalił się na nowo. Irvin chwycił colt, odpiął 

leŜącemu pas, skrępował nim nogi. Porwał ciśnięty przez Celię rzemień i 

jak mógł najszybciej związał bandycie ręce. Czarny Jack nie poruszał się. 

CzyŜby zemdlał?

Irvin przyskoczył więc do Celii leŜącej pod zwalonym, połamanym 

stołem. Nieprzytomna, z szeroko rozrzuconymi rękoma, ściskała w garści 

background image

swój mały damski rewolwer. Irvin wyrwał go z jej palców, podniósł 

leŜącą, zerknął na nieruchomego Jacka, kopnięciem nogi rozwarł drzwi 

wiodące do kuchni i tam połoŜył Celię na podłodze. Chlusnął jej na 

twarz strugą wody, raz i drugi, aŜ otworzyła oczy. Chwilę spoglądała 

nieprzytomnie, po czym szepnęła:

— Gdzie Jack?

— Pod oknem. Nic mu nie będzie. Spostrzegł, Ŝe odetchnęła głęboko.

— Aleś nas urządził — stwierdziła, a w głosie jej zabrzmiała nutka 

podziwu — Silny z ciebie chłop... Stół taki cięŜki... MoŜesz teraz jechać, 

dokąd chcesz...

— Na pewno pojadę — przytaknął Irvin — ale razem z Jackiem.

Wytrzeszczyła oczy.

— Z Jackiem? Dlaczego z Jackiem? Masz z nim jakieś porachunki? 

Zastanów się. Raz ci się udało, ale za następnym razem...

Farmer roześmiał się:

— Dwa razy udało się — stwierdził.

— Prawda — przyznała. — Wtedy, w pociągu. On mi opowiadał. Czy to 

ty go zraniłeś?

Teraz zdumiał się Irvin. Nic nie wiedział o zranieniu Czarnego.

— Jack mi opowiadał — powtórzyła Celia — Ŝe strzelano, jak 

wyskakiwał z pociągu. Kto ty jesteś? — mówiła dalej Celia. — Kowboj, 

rewolwerowiec?

— Pomagam szeryfowi w Wichita Falls.

— Pracujesz u szeryfa?

— Aha — mruknął. — Chyba wiesz, Ŝe za Jackiem rozesłano listy 

gończe?

— Wiem. Czy moŜna tam zajrzeć? — skinęła głową w stronę 

uchylonych drzwi. — Coś ty z nim zrobił?

— Związałem, ale zajrzę ja sam. Odwrócił się i wychylił głowę poza 

background image

framugę.

Ujrzał obok szczątków stołu i kawałków potrzaskanej szyby nieruchomą 

sylwetkę. Ta krótka chwila o mało nie stała się przyczyną zguby — strzał 

padł w tym momencie, gdy Irvin znowu spojrzał na Celię. Błysk, huk i 

jakby smagnięcie biczem w lewe przedramię. Musiała mieć drugi 

rewolwer. Popełnił głupstwo.

“Dostałem" — zdąŜył pomyśleć i błyskawicznie podbił jej dłoń, wyrwał 

rewolwer, schwytał dziewczynę w pasie. Poczęła się szarpać, kopać i 

próbowała nawet gryźć. Ścisnął ją mocniej, aŜ krzyknęła, i gorączkowo 

rozejrzał się za jakimkolwiek postronkiem. Wpadł mu w oko tylko 

ręcznik. Nie było sprawą łatwą związać ręce wyrywającej się, ale 

wreszcie dopiął swego. Potem skrępował nogi kuchenną ścierką.

— Jeszcze nigdy nie postąpiłem tak z Ŝadną kobietą — powiedział 

cięŜko oddychając — ale na ciebie nie było innej rady.

Dopiero teraz poczuł ciepłą, nieprzyjemną wilgoć pod lewym rękawem 

kurty. Stanął w drzwiach łączących oba pomieszczenia tak, aby nie tracić 

z oczu swych jeńców, i począł ściągać zwierzchnią odzieŜ. Koszula była 

mocno zakrwawiona, a czerwone krople poczęły teraz znaczyć deski 

podłogi. Gdyby jakiś czysty gałgan... Znalazł coś lepszego — bandaŜ. 

Czarny Jack widać naprawdę był ranny, jemu miał zapewne słuŜyć.

Irvin zlał ramię wodą i stwierdził z ulgą, Ŝe kula nie naruszyła mięśni, 

jedynie zerwała pas skóry. Krwawiło nadal mocno. Przypomniał sobie o 

flaszce whisky, odnalazł ją wśród szczątków stołu. Była cała i nadal 

mocno zakorkowana. Chlusnął ognistym płynem na ranę — zapiekło 

wściekle. ObandaŜował ramię, jak mógł najciaśniej. Spróbował poruszyć 

lewą ręką — bolało.

— śmija — mruknął.

Co teraz począć, u licha! Zasępił się. PrzecieŜ nie moŜe ciągnąć ich oboje

ze sobą. Jeśli jednak zostawi Celię na wolności, wyruszy za nim w trop i 

background image

dopadnie, gdy tego najmniej będzie się spodziewał. Ten dom z 

pewnością nafaszerowany jest bronią. Zbójeckie gniazdo. Miała drugi 

rewolwer, ma na pewno i trzeci, czwarty lub piąty. Siadł na krześle. 

Ujrzał, jak Czarny Jack poruszył się, a w chwilę później otworzył oczy. 

Irvin juŜ nie czuł do bandyty takiej urazy jak przedtem. Cała złość jak 

gdyby skoncentrowała się na Celii, więc odezwał się:

— No, jak się czujesz? Musiałem cię stuknąć, ale nie było innego 

wyjścia.

Jack zamrugał powiekami. Usiłował wstać i dopiero wówczas spostrzegł, 

Ŝ

e jest skrępowany. Więc tylko odwrócił się bokiem.

— Czego ode mnie chcesz? — warknął. 

Irvin zaśmiał się gorzko:

— To ja powinienem pytać. Dwa razy na mnie napadłeś.

— Ale nie strzelałem.

— Boś nie zdąŜył.

— Zrobiłem głupstwo. Wtedy, w wagonie.

— Na pewno. Ale ja cię ścigam wcale nie z powodu tamtego napadu.

— Ty mnie ścigasz?

W głosie bandyty zabrzmiało nieukrywane zdumienie.

— Ścigam — powtórzył farmer.

— Jeśli nie za napad, to za co?

— Za twe listy gończe...

— Aha, to tak... Rozumiem. Gonisz za nagrodą. Słuchaj, dam ci ten 

tysiąc dolarów. Odpadnie kłopot chodzenia do szeryfa. Zgoda?

Irvin roześmiał się po raz drugi:

— Ja ciebie dobrze poznałem, Jack. Nie miałbym tego tysiąca dłuŜej od 

jednego dnia. NajbliŜszej nocy, moŜe nawet we śnie, zostałbym bogatszy 

o jedną kulę w plecach. Ty to umiesz, Jack.

— Zostawisz mnie związanego. Zanim się uwolnię, będziesz daleko. 

background image

Pozwalam ci związać i Celię.

— Pozwalasz? CóŜ za łaska! Celia juŜ leŜy związana w kuchni.

Jack tylko łypnął oczami w kierunku drzwi.

— Dam ci półtora tysiąca.

— Nic z tego, pojedziesz ze mną do szeryfa.

— Dokąd?

— O tym porozmawiamy w drodze, a teraz... Ŝebyś nie nadweręŜał sobie 

gardła...

— Dam ci trzy tysiące!

Farmer tylko wzruszył ramionami. Wstał, urwał kawał pozostałego 

bandaŜa, zwinął go w kłąb i wepchnął — nie bez trudu — w usta 

bandyty. Podobnie postąpił z Celią. ZaleŜało mu, aby para wspólników 

nie mogła się porozumiewać podczas jego nieobecności. Musiał bowiem 

ruszyć do stajni, Ŝeby osiodłać konie.

W mrocznym wnętrzu znalazł ich aŜ trzy. Wierzchowiec Jacka został 

więc równieŜ tutaj przyprowadzony. Zastanowił się chwilkę, na koniec 

załoŜył uprząŜ całej stadnince i wyprowadził ją na dwór. Postanowił 

Celii nie zabierać z sobą, ale zdecydował, Ŝe pozbawi ją konia, na 

pewien czas. Puści go po pierwszym dniu jazdy i zwierzę chyba samo 

jakoś trafi do Dawn. A jeśli nie? Ano, cóŜ? Celia nie umrze tu z głodu i 

pragnienia. Zresztą szlak przepędu nie jest zbyt odległy. Trafi doń i 

wreszcie kogoś spotka.

Tak się uspokajał, ale spokoju nie doznał.

Tfu, do licha! Czarny takiego musiał sobie dobrać pomocnika!

Ręka dała znać o sobie, gdy dopinał popręgów. Przywiązał konie do 

płotu i wrócił do izby. Jack leŜał nadal bez ruchu, ale Celia spoczywała 

kilka kroków bliŜej drzwi. Irvin zrozumiał: przetoczyła się w kierunku 

pokoju. Widocznie liczyła na to, Ŝe znalazłszy się jedno obok drugiego, 

jakimś sposobem zrzucą pęta.

background image

—Daliby mi szkołę... — westchnął, a jednocześnie Ŝal mu się zrobiło tej 

kobiety.

— Celia — odezwał się półgłosem — nic ci nie zrobię, ale musisz zostać 

w pętach. Wiem przecieŜ, Ŝe gdybym je zdjął, zastrzeliłabyś mnie, zanim 

minąłbym róg domu. Na pewno masz ukrytą niejedną jeszcze pukawkę. 

Prawda?

Spojrzała na niego wściekłym wzrokiem, aŜ mu ciarki przeszły po 

plecach.

— Słuchaj — odezwał się hamując wzburzenie — rozluźnię twoje pęta. 

Za godzinkę będziesz wolna. Przy takim sprycie i takiej zręczności. AŜ 

szkoda!

Jej twarz nieco złagodniała. Wydało mu się nawet, Ŝe dostrzegł przelotny 

uśmiech, a juŜ oczy na pewno się śmiały. Z czego tak się cieszyła? 

Zastanowił się chwilę. I bezbłędnie odgadł. To takie proste. Godzinka 

zwłoki nie była dla Celii Ŝadnym problemem. Na pewno jeździła konno 

lepiej od Irvina. Godzinkę opóźnienia wyrównałaby bardzo szybko i 

jeszcze przed wieczorem dopędziłaby go. Dlatego Irvin, który początko-

wo chciał poinformować Celię o wypoŜyczeniu jej wierzchowca, teraz 

postanowił rzecz przemilczeć. Powiadomiona o wszystkim, umiałaby z 

pewnością obmyślić na poczekaniu jakąś inną “sztuczkę", której on nie 

potrafiłby zapobiec.

— Muszę ci zabrać nieco jedzenia. To, co mam, nie starczy dla dwu. Ale 

nie martw się, nie zginiesz z głodu, taki okrutny nie jestem.

Nic na to nie odpowiedziała. Począł szukać w kuchennych zakamarkach i 

nagle zorientował się, Ŝe Celia bez przerwy wodzi za nim oczami.

“Ona znowu coś knuje — pomyślał. — Trzeba wzmóc czujność i 

pospieszyć się."

Znalazł blaszane pudło pełne fabrycznych sucharów (skąd je mieli na 

tym pustkowiu — nawet nie próbował odgadnąć) i kilka funtów 

background image

pemikanu — suszonego, startego na proszek mięsa. Irvin znał dobrze 

wartość tego produktu, tak drogiego, Ŝe farmer zaledwie kilka razy go 

próbował. Teraz miał go całą furę. W coś go trzeba przesypać. 

Rozejrzawszy się zauwaŜył jakiś skórzany woreczek, mocno pękaty. Gdy 

rozplatał rzemyki, wysypały się, brzęcząc, złote monety. Same złote 

monety! Dostrzegł wtedy oczy Celii wlepione w stos złota. Bandycki 

dorobek. Oto dlaczego tak czujnie go obserwowała. Nie odezwał się. 

Wypełnił worek sproszkowanym mięsem, zabrał suchary i wyszedł na 

dwór. Pemikan i część sucharów upchał w torby własnego siodła, resztę 

wpakował w juki jednego z dwu obcych koni. Zaczerpnął wody ze 

studni, wypełnił nią skórzane wory podróŜne, napoił konie, a później 

całą zdobytą broń: dwa rewolwery Jacka, dwa rewolwery Celii i jeden 

znaleziony winchester — wrzucił do studni. Miał ochotę przeszukać 

jeszcze dom, ale powstrzymał się — nie było czasu. Słońce wspinało się 

coraz wyŜej, a Irvin zamierzał jednym tchem dotrzeć do ostatniego 

obozowiska, w którym nocował przed przybyciem do Dawn. To był 

szmat drogi. Liczył się zresztą z tym, Ŝe w wymarłym osiedlu mógł 

zjawić się w kaŜdej chwili nieoczekiwany i niepoŜądany gość. A 

wówczas komu uwierzy? Irvinowi czy Jackowi i Celii? MoŜe właśnie 

Irvina uzna za przestępcę rabującego dwoje niewinnych ludzi, dwoje 

spokojnych mieszkańców Dawn?

NaleŜało stąd uciekać, i to jak najszybciej. Wrócił do Celii, rozluźnił 

nieco jej więzy, wyjął knebel z ust. Odetchnęła z ulgą.

— Mógłbym cię zabrać — powiedział. — Jesteś przecieŜ wspólniczką 

rabusia i wielokrotnego mordercy. Sądzę jednak, Ŝe rozmyślnie nikogo 

nie zastrzeliłaś i nie obrabowałaś, Ŝe ten cyrk to był istotnie tylko 

wypadek. Więc cię puszczam wolno. Ale przemyśl to sobie dobrze, bo na 

drugi raz...

Wydęła pogardliwie wargi, Irvin odwrócił się i wyszedł.

background image

— Słuchaj uwaŜnie, Jack — powiedział do jeńca — teraz rozwiąŜę ci 

nogi. Pójdziesz ze mnę. Nie próbuj nawet uciekać.

Przetrząsnął jeszcze kieszenie leŜącego, a później rozciął pęta.

— Wstawaj i wychodź na dwór. I ciągle uwaŜaj, uwaŜaj, Jack, na swoje 

zdrowie.. No, ruszaj.

background image

Droga powrotna

Irvin później opowiadał, Ŝe w swym Ŝyciu raz jeden przebył taką drogę i 

Ŝ

e nigdy jej nie zapomni. W tym twierdzeniu nie było przesady.

Jazda z jeńcem, który w kaŜdej chwili, korzystając z sekundy nieuwagi 

dozorcy, mógł stać się katem — wymagała spostrzegawczości, szybkiego 

refleksu i błyskawicznych decyzji. A to z kolei wzmagało napięcie 

nerwów, trudnego do zniesienia przez tak wiele dni.

Czy Czarny Jack równieŜ odczuwał coś podobnego — nie sposób było 

stwierdzić.

Wyjechali przed samym południem. Pierwszy kłusował Jack na koniu, do 

którego Irvin przywiązał linką drugiego wierzchowca. Ta linka 

uniemoŜliwiała Jackowi szybką jazdę, a więc i nagłą ucieczkę. Irvin 

jechał nieco z boku i nieco w tyle, mając po prawej ręce jeńca, niezbyt 

blisko, ale i niezbyt daleko. OstroŜność wielce wskazana, zabezpieczenie 

przed ciosem pięścią w głowę lub przed ściągnięciem z siodła.

Mimo to — prowadzili ze sobą rozmowę, ba, nawet niemal przyjacielską 

pogawędkę.

Na początku drogi, zanim wydobyli się z opłotków Dawn, Ŝaden z nich 

nie odezwał się słowem.

I później, gdy zapadły za horyzontem dachy domostw, milczeli nadal. 

Jack zapewne dumał nad swym pechem. Irvin pilnie przepatrywał prerię, 

aby nie przeoczyć szlaku. Tym razem taka nieuwaga mogła zakończyć 

się znacznie gorzej niŜ poprzednio.

Po godzinie milczącej jazdy Czarny Jack odezwał się zupełnie 

niespodziewanie:

— Słuchaj, dam ci trzy tysiące.

background image

— Co mówisz? — Irvin ocknął się z zadumy.

— Dam ci trzy tysiące.

— Aleś uparty! Znalazłem w waszym domu cały worek złotych 

pieniędzy. Pewnie jeszcze tam leŜą, jeśli Celia nie rozplatała swych po-

stronków.

Znowu obaj pogrąŜyli się w milczeniu. Zielony step przesuwał się pod 

końskimi kopytami, dął wiatr ciepły i niósł zmieszane zapachy ziół. Nie-

kiedy pojawiały się zarysy obłych, niskich pagórków. Gdy je mijali, 

horyzont nagle ogromniał, dalekim kołem wyznaczając nieosiągalne 

krańce świata, łącząc ziemię z niebem. A na tym niebie pierzaste 

obłoczki płynęły poniŜej słońca i rzucały wokół jeźdźców ruchome 

cienie.

— Słuchaj — odezwał się znowu Jack — znam pewną bonanzę *...

— Kłamiesz.

— Zawróćmy do Dawn, a pokaŜę ci próbki złota i dokładną mapkę.

— Za kogo mnie bierzesz, Jack? Nuggety moŜe i masz. Zdobyte w 

rabunku, ale bonanzę to pewnie tylko na księŜycu.

— Czemu tak sądzisz?

— Gdybyś posiadał kopalnię złota, nie czyhałbyś na cudze złoto.

Jack zadumał się chwilę.

— A moŜe ja to czynię tylko dla przyjemności?

— OtóŜ to właśnie. Dlatego nie puszczę cię nawet za sto bonanz.

— CóŜ ci na tym zaleŜy?

Tyle tkwiło szczerości w tym pytaniu, Ŝe Irvin aŜ zaniemówił. 

Zdziwienie i przeraŜenie — te dwa uczucia opanowały go całkowicie. 

Czarny Jack nie był normalnym człowiekiem, rozróŜniającym jakoś zło 

od dobra. Nie było w nim ani poczucia sprawiedliwości, ani krzywdy 

wyrządzanej innym. Nic z elementarnych, niemal wrodzonych 

człowiekowi zasad moralnych.

background image

Bonanza — wyraz pochodzenia hiszpańskiego, oznaczający Ŝyłę złota.

“On jest gorszy od najgorszego zwierzęcia — pomyślał z przeraŜeniem 

Irvin. — Nawet puma poluje tylko wtedy, gdy jest głodna. Jack morduje 

dla chęci mordu, rabuje dla samego rabunku i uwaŜa to za coś zupełnie 

naturalnego!"

Opanował się i rzekł twardo:

— Na nic zda się jakiekolwiek tłumaczenie. Ty, Jack, nie rozumiesz. Nie 

wiesz, co to jest zbrodnia i co to jest uczciwe Ŝycie. Wierzę, Ŝe 

powiedziałeś prawdę: Ŝyjesz tylko dla własnej, okropnej przyjemności. A 

teraz lepiej zamilcz, bo nie dojedziesz cało do Wichita!

Czarny Jack nie otworzył juŜ ust aŜ do końca dnia. Być moŜe 

przestraszył się, być moŜe po raz pierwszy w Ŝyciu...

Irvin trafił bezbłędnie na miejsce swego obozowiska. Czarna plama 

spalenizny, kilka krzaczków i sennie ciurkający strumyk. Kawałek 

niedojedzonego suchara leŜał wśród niedopałków zwęglonych 

drewienek. Kazał zejść z siodła Jackowi, później uczynił to sam, 

wreszcie skrępował jeńca. Dopiero wówczas zajął się rozkulbaczeniem i 

pojeniem koni, rozpaleniem ognia i przyrządzeniem wieczerzy. Mimo 

zachowania wszelkich środków ostroŜności — prawie nie spał. 

Podrzemywał tylko, z jednym okiem otwartym, pełen nieustającej 

obawy, Ŝe więzień jakimś sobie tylko znanym sposobem rozpłacze 

rzemienie. Myślał równieŜ o Celii, Ŝe lada chwila się pojawi tu na koniu, 

którego gdzieś potrafiła ukryć w Dawn.

Nie sprawdziły się ponure przewidywania, noc upłynęła w ciszy, ranek 

przyniósł uspokojenie. Irvin doszedł do wniosku, Ŝe trzeciego wierz-

chowca w Dawn na pewno nie ma, postanowił więc puścić wolno 

background image

zbędnego czworonoga.

— Słuchaj — zwrócił się do Jacka — czy koń tej twojej... — zawahał się 

— ...siostry trafi stąd do Dawn?

— Powinien trafić, ale to nie jest pewne.

— Pewne, niepewne, ale go puszczę, tyle Ŝe bez uprzęŜy. Jeśli nie 

odnajdzie drogi do Dawn, z siodłem na grzbiecie zmarnuje się.

Tak zadecydowawszy obarczył swego towarzysza obowiązkiem 

czuwania nad dodatkową uprzęŜą. Jack usiłował protestować, 

proponował równieŜ porzucenie zbytecznego pakunku, ale Irvin 

powiedział krótko:

— Albo będziesz dźwigał uprząŜ i jechał jak normalny człowiek, albo 

razem z tą samą uprzęŜą przytroczę cię do siodła. Przekonasz się, jak to 

smakuje. Wybieraj, tylko szybko!

Czarny Jack jeszcze świeŜo w pamięci zachował obraz Irvina 

rzucającego cięŜkim stołem i... skapitulował.

Odtąd jechali prawie obok siebie, tylko Ŝe teraz Jacka opasywała pętla 

lassa, którego koniec przymocowany był do siodła Irvinowego konia. 

KaŜde napręŜenie rzemienia groziło, Ŝe Jack wyskoczy z siodła. A do 

tego jeszcze uprząŜ, którą bandyta musiał dźwigać na plecach... Kiepsko 

przedstawiała się jazda z takim cięŜarem, ale na pewno była 

wygodniejsza od leŜenia brzuchem na grzbiecie wierzchowca.

Koń Celii został odegnany, a oni ruszyli wprost na północ. Jechali tak — 

jedynie z krótką przerwą na południowy odpoczynek — aŜ do zmierzchu.

Noc minęła spokojnie, ale rankiem Jack sprawił Irvinowi niemiłą 

niespodziankę: oświadczył, Ŝe nie ruszy się stąd ani krokiem dalej. 

Farmer początkowo uznał to za Ŝart, póki rozwiązany juŜ jeniec nie 

rzucił się do ucieczki. Oczywiście, nie mógłby uciec daleko. Irvin, na 

koniu, dognałby zbiega bez trudu. Chyba więc Czarnemu chodziło tylko 

o opóźnienie wyjazdu.

background image

Irvin był juŜ pewien, Ŝe koń Celii zdołał powrócić do Dawn i Ŝe Czarny 

Jack dobrze zdawał sobie z tego sprawę. Liczył, Ŝe Celia natychmiast 

wyruszyła w pogoń, i to dobrze uzbrojona. NaleŜało jej ułatwić zadanie 

przewlekając odjazd z kaŜdego postoju. Ale w planach Jack nie 

przewidział reakcji swego dozorcy. Prawdopodobnie przypuszczał, Ŝe 

dojdzie do jakiejś dłuŜszej walki na pięści. I tu się pomylił. Irvin 

dopędził uciekiniera, rzucił lassem, a gdy pętla zacisnęła się na barkach 

zbiega, gwałtownie zawrócił. Potem nie miał juŜ Ŝadnego kłopotu z 

jeńcem. Jack został dostatecznie oszołomiony upadkiem i przebyciem 

kilku jardów w mocno niewygodnej, leŜącej pozycji. A potem Irvin po 

prostu przytroczył go do siodła. Po trzech godzinach takiej jazdy Czarny 

począł błagać o powrót do normalnej dla jeźdźca postawy.

— Zgoda. Nie jestem mściwy, Jack. Mam nadzieję, Ŝe sobie dobrze 

zapamiętasz dzisiejszą nauczkę.

Czarny Jack szybko wrócił do fizycznej i psychicznej równowagi. Tak 

szybko, Ŝe aŜ zadziwił Irvina. Przy wieczornym ognisku zagadał do far-

mera jak do najlepszego towarzysza podróŜy:

— Świetnie rzucasz lassem. Zupełnie jak kowboj. I jeździsz znakomicie. 

Ja dawniej równieŜ umiałem róŜne sztuczki robić przy pomocy lassa. 

Łapałem mustangi. Wiesz, jak się to robi? Na pewno nie wiesz. 

Niektórzy twierdzą, Ŝe stado moŜna podejść piechotą, ale to bajka. 

Nawet konno nie zbliŜysz się do nich, takie są czujne. A w pojedynkę w 

ogóle nie dasz rady. Trzeba działać we dwu i mieć pod ręką zapasowe 

wierzchowce.

Irvin nastawił uszu. Sam nigdy w Ŝyciu nie gonił za mustangami, a lassa 

uŜywał tylko do chwytania zdziczałego bydła.

— KaŜde stado — mówił Jack — ma swego przewodnika. Jeśli go 

zdołasz schwytać albo odpędzić, reszta zwierząt dziwnie głupieje i wtedy 

właśnie moŜna się zbliŜyć i łapać wybrane sztuki albo, najlepiej, 

background image

zapędzić całą gromadę do przygotowanej zawczasu zagrody. Ach, to 

ś

wietny interes!

— Jeśli taki świetny, czemuś go zaniechał? Nie wiózłbym cię teraz do 

szeryfa.

— Dlaczego zaniechałem? Bo mustangów coraz mniej i pewnie wkrótce 

znikną z prerii *. A poza tym wydarzył mi się taki pechowy wypadek. 

Gnałem za stadem i ani rusz nie mogłem odpędzić przewodnika. 

Liczyłem na to, Ŝe mustangi szybciej się zmęczą ode mnie, więc nie 

rezygnowałem.

— W ten sposób — mruknął farmer — moŜna przejechać pół Ameryki.

— Nic się na tym nie znasz. KaŜde dzikie zwierzę ma swój ulubiony 

teren, którego stale się trzyma, wyjątek stanowią chyba tylko bizony, 

które dwa razy w roku wędrują z południa na północ i z powrotem, ale 

mustangi tak nie czynią. Stwierdziłem to wielokrotnie. Stado, nazywają 

je z hiszpańska “manada", krąŜy zawsze po tej samej przestrzeni, jakieś 

25 mil długości, i nigdy jej nie przekracza. Ostatnim razem gnaliśmy we 

dwóch za stadem juŜ drugi tydzień. Niezłe stadko było, jakieś trzydzieści 

sztuk. Nasze zapasowe konie były juŜ do niczego, a mustangi wciąŜ 

trzymały się w przyzwoitej odległości. Wreszcie dojechaliśmy do jakiejś 

kotlinki. JuŜ, juŜ zdawało się, Ŝe im zamkniemy drogę. Objechałem 

szerokim półkolem, Ŝeby nie dać moŜliwości odwrotu, i wjechałem 

między osiedle piesków preriowych. Wiesz, co to znaczy?

— Wiem — odparł Irvin. — Preria zdawałoby się gładka jak stół, a w 

rzeczywistości podziurawiona norami jak rzeszoto. Nawet pieszy, gdy 

nie uwaŜa, moŜe łatwo zwichnąć nogę, a cóŜ dopiero bydło!

— Właśnie! — potwierdził Czarny Jack. — Mój wierzchowiec złamał 

nogę, a ja o mało karku nie skręciłem wyleciawszy z siodła jak z procy. 

Odtąd dałem spokój łowom na mustangi.

— Trzeba było próbować szczęścia z bizonami — zauwaŜył Irvin. — 

background image

Wszystko było lepsze od tego, coś później zaczął.

— Tak sądzisz?

— Sądzę — odparł ostro farmer, któremu minęła chęć dalszej rozmowy. 

Zajął się ścieleniem nocnego legowiska.

— Nie mogę ciebie zrozumieć — wyznał Jack. — Co by ci szkodziło 

puścić mnie wolno?

— Na własną i innych zgubę. Jesteś jak grzechotnik, albo jeszcze gorzej, 

bo przed grzechotnikiem kaŜdy ucieka, a twoje grzeczne słówka i 

układna mina to lep na muchy. Milcz i kładź się spać.

Jack nie odezwał się juŜ aŜ do świtu, co jednak nie przyniosło Irvinowi 

wypoczynku. Zasypiał, budził się i znowu zasypiał. Widma uciekającego 

więźnia i nadciągającej Celii dręczyły go do białego rana. CięŜar spadł 

mu z 

Czarny Jack mylił się. Mustangi Ŝyją po dziś dzień, chociaŜ juŜ tylko w Newadzie i 

Montanie.

serca, kiedy ujrzał rąbek słońca na horyzoncie.

Tego ranka zdecydował się ominąć samotny saloon, w którym mieszkał 

przyjaciel Murphy'ego. Nie dlatego, by nie ufał właścicielowi saloonu, 

ale dlatego, Ŝe obawiał się spotkania z gromadą półdzikich kowbojów, co 

przecieŜ mogło się zdarzyć, gdyby przypadkiem trafił na przepęd bydła. 

Decyzja była słuszna, bo jak się okazało, Czarny Jack wiązał jakieś swe 

nadzieje z samotną karczmą. Następnego dnia począł tłumaczyć 

farmerowi, Ŝe “gdzieś blisko" znajduje się bardzo wygodny zajazd, w 

którym moŜna dobrze wypocząć i dobrze zjeść. Irvin udał, Ŝe o czymś 

podobnym nigdy nie słyszał i Ŝe “nie

ma zamiaru błąkać się po prerii" w poszukiwaniu nie istniejącej chałupy. 

Kiedy jednak zjechał ze szlaku, którym dotąd posuwali się, Jack zaraz 

background image

zwrócił na ten fakt uwagę.

— Zboczyłeś. Trzymaj się tej drogi, a zobaczysz, jak prościutko 

dojedziemy do karczmy.

Powiedziawszy to zatrzymał konia, a lasso, którym był opasany, 

niebezpiecznie się napięło.

— Naprzód — ponaglił go Irvin. — Moja droga wiedzie prosto.

— AleŜ posłuchaj — usiłował go przekonać więzień.

— Popędź konia, Jack, bo znajdziesz się na ziemi.

W obliczu takiej groźby Czarny ustąpił i pogrąŜył się na cały dzień w 

ponurym milczeniu. Irvin zauwaŜył, Ŝe coraz częściej tracił humor. Czy 

znowu coś knuł, czy teŜ zdał sobie sprawę, Ŝe tym razem perspektywa 

więziennych krat staje się zupełnie realna?

Irvin postanowił zdwoić czujność, co było dlań sprawą coraz trudniejszą. 

Po tylu dniach drogi i prawie bezsennych nocach czuł zwiększające się 

zmęczenie. Marzył o zakończeniu wędrówki, o przekazaniu więźnia w 

ręce szeryfa Murphy'ego i o powrocie do Greenfield. Rodzinną osadę 

wspominał jak utracony raj pełen słońca i spokoju. Począł gnać, jak mógł 

najszybciej i jak na to pozwalały warunki, co zmuszało Czarnego Jacka 

do ciągłej uwagi na przeklęty rzemień łączący go z Irvinowym siodłem.

“Jeszcze dzień, jeszcze dwa!" — krzepił się nadzieją Irvin, a 

jednocześnie rosła w nim obawa, Ŝe pod koniec drogi bandyta zdobędzie 

się na jakiś desperacki czyn. To była jego ostatnia chyba szansa, bo 

szeryfowski areszt nie dawał juŜ takich moŜliwości ucieczki.

Czuwał więc farmer nad swym podopiecznym w stałym napięciu. Co 

wieczór krępował jeńca długim i mocnym lassem, kaŜdego ranka pedan-

tycznie przestrzegał ustalonych kolejno czynności: siodłał oba 

wierzchowce i nigdy nie pozwolił Czarnemu Jackowi wskoczyć na 

konia, zanim sam przedtem nie znalazł się w siodle.

Ale wydarzyła się rzecz przez Irvina nie przewidziana. Pewnego ranka, 

background image

zaledwie o dzień drogi od Wichita Falls, gdy obaj tkwili juŜ w siodłach, 

Irvin z wysokości końskiego grzbietu dostrzegł, Ŝe ognisko niezupełnie 

wygasło, Ŝe tu i ówdzie błyskają rubinowe światełka Ŝarzących się 

patyków. Niemal odruchowo zeskoczył na ziemię — ot, stary nawyk, 

wdroŜona przez lata całe obawa przed poŜarem prerii. Szybko począł 

zadeptywać niebezpieczne głownie, ale w tym momencie, gdy odwrócił 

się plecami do towarzysza, usłyszał nagle łomot kopyt. Obrócił się — o 

sekundę za późno. Czarny Jack uciekał na swym wierzchowcu, ciągnąc 

uwiązanego lassem Irvinowego konia.

background image

Tak się zakończyło

— Schudłeś, ale wyglądasz zdrowo — stwierdził Karol Gordon w 

pierwszych słowach powitania. — Powiem, Ŝe wyglądasz wspaniale, 

Vincent, jak sam wielki traper. Wszyscy cię tu opłakiwali, ale ja byłem 

pewien, Ŝe wrócisz.

— Ja takiej pewności nie miałem. Chwilami. Bardzo mnie zmęczyła ta 

cała eskapada i muszę nieco odsapnąć, a gdzieŜ lepiej się odpoczywa jak 

nie w Greenfield?

Tu jego uśmiechnięta twarz nagle spowaŜniała, bo wspomnienia wróciły 

niepowstrzymaną falą. Musiały powrócić, skoro znalazł się w Greenfield, 

gdzie kaŜda stopa wyschniętej ziemi przypominała przeszłość.

Karol udał, Ŝe nie dostrzega tej zmiany, klepnął przyjaciela po ramieniu i 

kazał Robertowi przynieść czym prędzej wody, całą rzekę wody, bo “pan 

Irvin musi się dobrze umyć". Z kolei sam, robiąc przy tym duŜo hałasu, 

zajął się roznieceniem ognia w kuchennym piecu.

— Nic nie padało? — zagadnął Vincent, chociaŜ juŜ wjeŜdŜając w 

zabudowania naocznie stwierdził, Ŝe nawierzchnia drogi była tak samo 

beznadziejnie sucha, jak przed kilkoma tygodniami.

— Nic a nic — odparł Karol podsuwając szczapki drewna do małego 

ogieńka.

— Studnia jeszcze nie wyschła?

— Zadziwiające, ale wyobraź sobie, Ŝe nie. Na szczęście... — Chciał 

jeszcze dodać, Ŝe obecnie mniej osób czerpie z niej wodę, ale w porę 

ugryzł się w język.

Robert przydźwigał pełne wiadro, śpiesząc się bardzo, aby jak najmniej 

uronić ze słów Irvina. Przybysz z dalekiego świata na pewno miał o 

background image

czym opowiadać. Chłopak istotnie nie stracił ani słowa, bo Gordon o nic 

nie pytał przyjaciela, czekał cierpliwie, aŜ Irvin sam zacznie mówić.

I cierpliwość została wynagrodzona.

Gdy sprzątnięto ze stołu brzęczące miski, noŜe i widelce, Irvin się 

rozgadał. W jego opowieści, w jego tonie, Karol dostrzegł jakieś nowe 

akcenty, dotąd nie znane. Zdumiał się wysłuchując opisów przyrody. 

GdzieŜ on się tego nauczył?

— Kiedy opuszczałem Wichita Falls — mówił Irvin — niebo było 

jeszcze czerwone, jakby gdzieś w dali płonęła preria, a później czerwień 

zmieniła się w fiolet, w zieleń, w Ŝółtozłocisty odblask wstającego 

słońca. Niczego takiego dotychczas nie widziałem.

Gordon chrząknął ze zdziwienia. Z Vincentem przegadał wiele lat, ale 

nigdy, przenigdy w słowach przyjaciela nie było miejsca na kolorowe 

obrazy. Istniały tylko fakty, proste i zrozumiałe, interesujące kaŜdego 

rolnika, tak bardzo zŜytego na co dzień z przyrodą, Ŝe jej... nie 

dostrzegał. Ale to nie wszystko: Vincent mówił wolniej, znacznie 

wolniej niŜ jeszcze przed kilku tygodniami. Jak gdyby zastanawiał się 

nad kaŜdym słowem. Taka maniera przypomniała Gordonowi starych 

traperów-filozofów, którzy zęby zjedli (w przenośni i dosłownie) wśród 

prerii, lasów, równin i gór. Tych zadziwiających ludzi, odkrywców 

tajemnic ziemi i tajemnic pierwotnego jej ludu. Traperów — przyjaciół 

kolorowych plemion, których jedno słowo więcej znaczyło i więcej 

rozstrzygało niŜ długie i niezrozumiałe decyzje dalekiego Waszyngtonu. 

To oni, oni właśnie (Karol we wczesnej młodości był pilnym ich 

słuchaczem) gawędzili w taki sposób, przyswojony chyba od Indian. Ale 

co tak zmieniło Irvina? MoŜe samotność dalekich wędrówek? “Coś w 

nim przefermentowało — myślał Karol. — Oby na wino, nie na ocet!"

A Vincent opowiadał. Jego przyjaciel widział barwne obrazy, raz 

oświetlone słońcem, raz księŜycem. Wszystkie bardzo wyraźne, bardzo 

background image

plastyczne.

— Nigdy nie słuchałem z większym skupieniem i z większą 

niecierpliwością — wyznał Gordon po latach. — I niczego chyba lepiej 

nie zapamiętałem od tamtej rozmowy. ChociaŜ to nie była rozmowa. 

Milczałem prawie cały czas.

Opowieść osiągnęła swój dramatyczny szczyt. Tak to określił później 

Karol Gordon dodając, Ŝe wówczas zacisnął pięści tak silnie, aŜ paznok-

cie wbiły się w dłonie.

Oto — jeździec próbujący poderwać do galopu dwa konie splątane z 

sobą lassem i piechur zwrócony plecami, do spopielałego ogniska i 

prawie skamieniały z wraŜenia. 

— Nie wiedziałem, co począć — wyznał Irvin. — Ten łajdak dobrze 

wykorzystał okazję, przecieŜ nie dlatego, Ŝe był łajdakiem. Na jego 

miejscu postąpiłbym podobnie. Mogłem wyciągnąć rewolwer i strzelić. 

Czarny Jack znajdował się ode mnie zaledwie o kilka kroków. Jednak 

uznałem, Ŝe nie mam prawa wymierzać aŜ takiej kary za próbę ucieczki. 

Wszystkie sprawki tego człowieka naleŜały do szeryfa, nie do mnie. Stąd 

moje wahanie. Ty chyba to rozumiesz, Karolu? Ale widać szczęśliwa 

gwiazda Jacka nagle zgasła. Jedno niepowodzenie po drugim od chwili 

nieudanego napadu na pociąg. Zupełne czary.

Gordon wtrącił się:

— Czary polegały na tym, Ŝe Jack nigdy nie był naprawdę takim, za 

jakiego go uwaŜano, ale opowiadaj...

— Stałem z wydobytym coltem nie waŜąc się pociągnąć za cyngiel. 

Strzelać do bezbronnego człowieka? Do konia? Wiesz dobrze, Karolu, 

jak lubię konie. Wówczas przypomniałem sobie, Ŝe przy moim siodle 

wisi przecieŜ winchester. Wystarczy, aby Jack wyciągnął rękę i jakąŜ 

osiągnie nade mną przewagę! Ale nie zdąŜył ujechać daleko. Mój 

wierzchowiec skoczył nagle w bok. ZdąŜyłem właśnie wsunąć broń za 

background image

pas, a Czarny Jack, szarpnięty pętlą lassa, zatoczył łuk w powietrzu. 

Dosłownie jakby frunął. Upadł na ziemię jak worek pełen pszenicy i 

poszorował po nierównościach gruntu. Bo mój koń przeraził się tego 

upadku i ruszył kłusem. Pobiegłem. Na szczęście zwierzę zawróciło w 

kierunku ogniska. Schwytałem za cugle i zatrzymałem. Czarny Jack był 

bardzo oszołomiony i nie próbował juŜ oporu. Pojechaliśmy dalej...

Jak wynikało z dalszych słów Irvina, odjazd nie odbył się tak gładko. 

Najpierw naleŜało schwytać drugiego wierzchowca, spłoszonego 

upadkiem jeźdźca, a później jakoś dodatkowo zabezpieczyć się przed 

powtórną próbą ucieczki. To wszystko zabrało nieco czasu, nie za wiele, 

ale wystarczająco duŜo, aby pokrzyŜować plany Irvina. Pragnął przybyć 

do Wichita Falls o świcie dnia następnego, kiedy wszyscy by jeszcze 

spali. Chciał uniknąć, jak się wyraził, “ulicznego cyrku" i dotrzeć do 

siedziby szeryfa przez nikogo nie zauwaŜony. Nieprzewidziana zwłoka 

przekreśliła te zamierzenie. Wieczorem nie zdąŜył juŜ przybyć do 

zaplanowanego miejsca. Wyliczył, Ŝe zjawiłby się w Wichita nie o 

ś

wicie, ale w samo południe. A więc naleŜało przedłuŜyć jazdę o cały 

dzień i prawie całą noc następną. Na szczęście, kłopotów z Czarnym 

Jackiem juŜ nie miał. Wbrew protestom wiózł go teraz dokładnie 

przykrępowanego brzuchem do siodła. Wieczorem po takiej jeździe Jack 

nie mógł ruszyć ani ręką, ani nogą. Opowiadając o tym zdarzeniu 

Karolowi dodał:

— Znasz mnie i wiesz, Ŝe nie jestem okrutnikiem, ale w takim 

wypadku...

Karol roześmiał się tylko i wzruszył ramionami.

— Więc nie ustąpiłem — mówił dalej Irvin. — ChociaŜ Czarny Jack 

bardziej wówczas przypominał ścierkę niŜ rewolwerowca, przed którym 

drŜał cały świat. I nawet nie był czarny ani biały, tylko zupełnie szary. 

JuŜ ci mówiłem, Ŝe w Dawn spotkałem go ubranego w niepokalaną biel. 

background image

Po tylu dniach jasny strój zmienił się w brudne łachmany. Elegancki zbój 

jakby pod ziemię się zapadł i kto go dawniej poznawał po czarnym 

garniturze, musiałby teraz dobrze mu się przyjrzeć, Ŝeby się nie pomylić.

Wreszcie wędrówka dobiegła upragnionego końca. Wczesnym świtem, 

który kładł długie cienie na ściany domostw, na wydeptane uliczki 

Wichita Falls.

Klaskały głośno kopyta na kamieniach, budząc śpiące echa, ale nie ludzi. 

Budynek szeryfa drzemał jeszcze za zamkniętymi okiennicami i za Ŝe-

laznymi sztabami drzwi na głucho zawartych. Długo musiał w nie 

łomotać Vincent Irvin. Zielono-czerwono-fioletowe zorze zdąŜyły juŜ 

sięgnąć krańców nieba, gdy wreszcie uchyliła się okiennica. Odetchnął z 

ulgą. Mogło się bowiem

zdarzyć, Ŝe w szeryfówce nie byłoby nikogo. Ale spoza krat ukazała się 

lufa strzelby, a za nią znajoma twarz.

— Bob! — zawołał półgłosem. — Otwórz! MoŜe to preriowy wiatr, a 

moŜe po prostu brud odmienił twarz Irvina, bo tamten tylko wytrzeszczył 

oczy. — Czego chcecie? Szeryfa nie ma.

— Obudź się, Bob, i przyjrzyj dokładnie. JeŜeli będziesz mnie trzymał 

przed drzwiami, przetrzepię ci skórę przy najbliŜszej okazji, a szeryf 

jeszcze mnie za to pochwali. No, Ŝywo!

— Czy to pan Irvin? — wykrzyknął chłopak w zdumieniu.

— Nareszcie odgadłeś. Otwieraj. Przywiozłem bagaŜ, który naleŜy 

szybko umieścić za kratkami.

Poskutkowało. Zawiasy zgrzytnęły, rozespany Bob ukazał się na progu.

— Szeryfa nie ma — powtórzył.

— JuŜ to słyszałem, ale ty co tu robisz?

— Pilnuję — odparł z dumą. — Mamy więźnia. Ach! — coś nagle sobie 

przypomniał. — Pan go musi znać. To ten sam jegomość, który brał 

udział w napadzie na pociąg. Tak twierdzi szeryf.

background image

— Co? — zdumiał się Irvin.

Przyszła mu do głowy nieprawdopodobna myśl, Ŝe schwytano jakiegoś 

drugiego Czarnego Jacka albo Ŝe ten osobnik, którego taszczył z Dawn, 

wcale nie jest Jackiem.

— Co ty gadasz?

— Najświętszą prawdę.

— Niech i tak będzie, a teraz odłóŜ pukawkę i chodź pomóc.

Wezwanie było uzasadnione. Jeniec na pół zdrętwiał w swej 

niewygodnej pozycji na siodle i musieli go wnieść do wnętrza budynku. 

Tam Bob, na Ŝądanie Irvina, otworzył kluczem furtkę solidnego 

pomieszczenia — Ŝelaznej kraty — przegradzającej dalekie wnętrze 

szeryfowskiego lokalu. Za Ŝelaznym płotem drzemał na drewnianej 

pryczy jakiś człowiek okryty po uszy pledem. Czarnego Jacka złoŜyli na 

sąsiednią pryczę. Nie odezwał się ani słowem i robił wraŜenie 

omdlałego.

Teraz Irvin ostroŜnie uchylił koc i przyjrzał się twarzy śpiącego więźnia. 

Och, nie był to sobowtór Czarnego Jacka! Nic a nic niepodobny do 

bandyty. Ale zarośnięte oblicze nie było farmerowi obce.

— To ten? — upewnił się szeptem.

— A któŜ by inny? Trochę włóczęga, trochę złodziejaszek. On pomagał 

Czarnemu Jackowi.

To rzekłszy Bob z namaszczeniem zamknął drzwi aresztu.

— Do licha! — Irvin klepnął się dłonią w czoło. — Wszystko przez to, 

Ŝ

e jestem taki zmęczony. Teraz wiem: ten włóczęga siedział w drugim 

końcu wagonu. CóŜ za dziwne zrządzenie losu? Pomocnik spotkał swego 

mistrza.

— Mistrza? Nie rozumiem. Kogo pan tu sprowadził? Czy szeryf nie 

będzie się gniewał, Ŝe go zamknąłem?

— Ale jednak zamknąłeś, chłopcze. I słusznie. Biorę na siebie pełną za 

background image

to odpowiedzialność. Pilnuj go dobrze, to nie lada ptaszek. Ja muszę 

odejść, ledwie juŜ na nogach stoję, a mój koń podobnie. Jak się prześpię, 

wrócę.

— Co mam powiedzieć szeryfowi, gdy zapyta, kto to jest?

— Nie zapyta. Wystarczy, jak spojrzy. Pozna Czarnego Jacka.

To powiedziawszy Irvin wyszedł na dwór zostawiając Boba z szeroko 

otwartymi ustami.

Wkroczył w ciągle jeszcze pustą ulicę, wiodąc konie za uzdy. Skierował 

się ku znanemu sobie hotelowi.

— Nie masz pojęcia, Karolu, jaki byłem zmachany. ChociaŜ ostatni etap 

drogi był najkrótszy. Zupełnie jakbym w sobie zmagazynował cały trud 

przebytej drogi i on dopiero w Wichita dał znać o sobie.

— To jasne — zauwaŜył Gordon. — Tak bywa, gdy nadchodzi nerwowe 

odpręŜenie, człowiek zaczyna się czuć słaby jak flak.

Hotel odnalazł Irvin bez trudu, stajnię i pokój w tym hotelu równieŜ. Mył 

się długo i dokładnie. Kiedy wreszcie doprowadził swą odzieŜ do 

jakiegoś porządku, na ulicach Wichita Falls poczęły juŜ turkotać 

pierwsze farmerskie wozy, a pierwsi kowboje z wysokości siodeł swych 

wierzchowców rozglądali się za sklepami, w których chcieli dokonać 

niezbędnych zakupów. A przecieŜ naleŜało jeszcze coś przekąsić. Po ran-

nych ablucjach Irvin poczuł głód. Ostatecznie zjawił się w siedzibie 

Murphy'ego gdzieś koło południa. Bob tkwił w drzwiach i wyglądał na 

znacznie mniej śpiącego niŜ przedtem.

— Szeryf kazał pana szukać, ale nie wiedziałem, jak...

— Oczywiście. PrzecieŜ w Wichita jest aŜ tyle hoteli! — zauwaŜył 

ironicznie Irvin. — No, gdzie szeryf?

— U siebie. Nigdy nie widziałem go tak podnieconego — dodał 

szeptem.

— Ba! — powiedział tylko farmer zatrzymując się na sekundę przed 

background image

zawartymi drzwiami szeryfowskiego “gabinetu".

W tym jednym “ba!" zawarta została spora porcja osobistej dumy.

— Szeryf był podniecony — opowiadał Irvin — a co ja czułem? Do 

tamtej chwili... nic. Nie miałem czasu na rozwaŜania. Dopiero uwaga 

Boba rozjaśniła moją mózgownicę. Schwytałem nieuchwytnego Jacka. 

Nawet dla Murphy'ego był to powód do dumy, a cóŜ dopiero dla mnie! 

Tak to nagle odczułem.

— Mieliśmy kłopot z nimi — powiedział chłopak.

— Z kim? — zapytałem.

— Z Czarnym Jackiem i tym drugim. To heca, panie! Nie wiem, jak się 

nazywa naprawdę Czarny Jack i jak ten drugi. Czy są ludzie bez na-

zwisk? Jak sobie z tym poradzi szeryf?

— Na pewno sobie poradzi — odparłem. — To nie Ŝaden kłopot.

— Ale oni się pobili.

Zdziwiło mnie. PrzecieŜ Czarny ledwo się ruszał.

— NaleŜało ich rozdzielić — powiedziałem.

— Nie mamy oddzielnych klatek.

Bob się rozgadał i nieprędko by skończył, gdyby nie otworzyły się drzwi.

— Znałem go bardzo krótko — opowiadał później Irvin — a przecieŜ 

wówczas, co za nieoczekiwane uczucie!... wydał mi się starym, wiernym 

przyjacielem. Oczywiście, tego po sobie nie pokazałem. Jeszcze by mnie 

wyśmiał. PrzecieŜ on, szeryf, a ja farmer na kawałku jałowej ziemi!

— Nie bądź taki skromny — zauwaŜył Karol tonem nagany. — MoŜesz 

zawsze zostać takim samym szeryfem, a wątpię, czy ten twój Murphy 

potrafiłby gospodarować na roli. To znacznie trudniejsza sztuka.

— Irvin — powiedział krótko szeryf — wejdź — i zamknął drzwi przed 

nosem rozgadanego chłopaka. — Siadaj. Wyglądasz znakomicie — 

stwierdził zajmując miejsce po przeciwnej stronie biurka. — Znakomicie 

— powtórzył. — A teraz opowiadaj. Wszystko. Bob!

background image

Krzyknął tak gromko, Ŝe głos musiał dotrzeć poprzez zamknięte drzwi. 

— Słucham, szeryfie.

— Nie ma mnie dla nikogo. Czy Bentley ich pilnuje?

— Siedzi za kratą bez przerwy.

— To dobrze. Idź i nie wracaj, póki cię nie zawołam.

Kiedy Bob zniknął, szeryf rozparł się wygodnie w fotelu.

— Teraz zamieniam się w słuch — oświadczył.

Później, przez cały czas wypełniony opowiadaniem Irvina, nawet się nie 

poruszył. Gdy farmer skończył, Murphy podniósł się, uścisnął mu dłoń.

— Nie mam słów dla ciebie, Irvin. To było wspaniałe, wprost nie do 

wiary. Zupełnie jak bajka któregoś z tych starych gawędziarzy, gdy 

wspominają dawne dzieje przy ognisku. AŜ mi się wierzyć nie chce. A 

przecieŜ Czarny siedzi za kratą, kilka kroków stąd!

Irvin nigdy dotychczas nie widział szeryfa tak poruszonego, odczekał, aŜ 

Murphy się uspokoi. Szeryf, jako człowiek zrównowaŜony, aŜ ponad 

przeciętną miarę, szybko się opanował. I tym razem praktyczny jego 

umysł skierował myśli Irvina ku aktualnym sprawom.

— Mówił ci Bob o tej bójce? — zapytał farmera.

— Tak. Nie sadziłem, Ŝe Czarny Jack po tak cięŜkiej drodze będzie miał 

jeszcze tyle energii.

— Czarny Jack? Co ci ten chłopak nagadał? To przecieŜ tamten, 

rozumiesz? Tamten oberwaniec o mało nie zabił twego więźnia.

— Co?!

— No tak, właśnie tak! Miał jakieś pretensje do Czarnego. Zdaje się, Ŝe o

ten nieudany napad na pociąg, bo to wspólnik...

— O tym juŜ mi Bob mówił.

— Ale coś pokręcił. Jack jest słaby jak mucha i gdyby nie nasza 

interwencja... zresztą mniejsza z tym. Niech się sędzia martwi. Słuchaj, 

Irvin! Proponuję ci stanowisko mego zastępcy, z pensją...

background image

— Proszę o tym nawet nie myśleć. Czy rzeczywiście w Wichita Falls tak 

łatwo zostać wiceszeryfem?

— Łatwo! — oburzył się Murphy. — Gadasz głupstwa. Masz za sobą 

dwa nie byle jakie sukcesy: odzyskanie pieniędzy (“części pieniędzy" — 

wtrącił skromnie farmer) zrabowanych poczcie, no i Jacka. śebym cię 

tak dobrze nie znał, sądziłbym, Ŝe z ciebie zawodowy łapacz. Ale ty 

masz jakieś wrodzone zdolności. Zdarza się. I szkoda byłoby je 

zmarnować. Posiadasz nos jak tropiciel śladów, to się w naszym 

zawodzie ciągle jeszcze bardzo przydaje.

— Być moŜe, ale ja wracam do Greenfield.

— Na swoją skamieniałą rolę?

— Wreszcie spadnie deszcz, a przyznam się... jestem odrobinę 

zmęczony.

— Oczywiście, Ŝe musisz być zmęczony, Irvin. Niejeden na twoim 

miejscu wyciągnąłby nogi. Wcale się nie dziwię, Ŝe musisz odpocząć. 

Mam jednak nadzieję, Ŝe jeszcze mnie odwiedzisz.

— I ja tak sądzę — zapewnił Irvin. Chwilowo jednak miał tego 

wszystkiego zupełnie dosyć.

— Kiedy ruszasz?

— ChociaŜby jutro.

Okazało się to jednak niemoŜliwe, i to z dwu powodów. Pierwszy — 

zmęczenie konia, który przebył przecieŜ szmat drogi, do Dawn i z po-

wrotem, i musiał kilka dni odpocząć, by nie paść w drodze do 

Greenfield. Co prawda wierzchowca moŜna było wymienić (choć Irvin 

myślał o tym z prawdziwym smutkiem), ale drugi powód okazał się 

przeszkodą nie do usunięcia. Stanowiły ją przepisy prawne, bardzo 

rygorystyczne: otóŜ trzeba było zaświadczyć przed sędzią, Ŝe człowiek 

przebywający w areszcie jest właśnie słynnym Czarnym Jackiem, a nie 

kimś innym! Świadkiem był zresztą nie tylko Irvin. Do Wichita Falls 

background image

ś

ciągnięto kilka osób, które miały nieszczęście spotkać się oko w oko z 

bandytą, oraz kilka innych, które przelotnie go widziały. Rzecz jasna — 

bohaterem długiego przesłuchania był Vincent Irvin, na którego spoglą-

dano z nieukrywanym podziwem.

— Ledwie wytrzymałem do wieczora, mając nadzieję, Ŝe mnie wreszcie 

zwolnią — przyznał się Karolowi.

Nadzieja jednak zawiodła. Nazajutrz wezwano Irvina do sędziego po raz 

drugi. I znów rozmowa przeciągała się, chociaŜ nie to najbardziej iry-

towało farmera, ale powszechna uwaga, jaką na siebie ściągał. Nawet na 

ulicy przechodnie kierowali spojrzenia w jego stronę. Wieść o złapaniu 

Czarnego Jacka rozchodziła się coraz szerzej, budząc zrozumiałą 

sensację. Co śmielsi zaczepiali nawet Irvina proponując “małą whisky". 

Wyglądali na bardzo obraŜonych, gdy odmawiał. Ale w saloonie, dokąd 

się udał na wieczorny posiłek, sprawa okazała się powaŜniejsza, 

proponujący “małą whisky" byli bardziej agresywni.

— Zacząłem się lękać o własną skórę — wyznał później Irvin 

przyjacielowi. — To zabawne i trudno uwierzyć, ale daję ci słowo, Ŝe na 

widok tych zapijaczonych twarzy z sympatią wspomniałem Czarnego 

Jacka.

— Przesadzasz!

— Na pewno, zdaję sobie z tego sprawę, ale... rzadko odwiedzałem 

saloony. Pewnie dlatego nie przywykłem do ich atmosfery. Zatłoczona 

sala w Wichita po prostu mnie przeraziła. Przyszedłem dość późno i 

gościom nieźle kurzyło juŜ się z głów. Ktoś mnie poznał i... zaczęło się! 

To jeden, to drugi, to trzeci poczęli przepychać się w moim kierunku. 

Zanim się spostrzegłem, zostałem otoczony Ŝywym murem mniej lub 

bardziej trzeźwych twarzy, ale raczej... mniej. No, i oczywiście jak to 

zwykle... “kolejka whisky". Jedna, druga... Dla świętego spokoju 

wypiłem dwa razy i miałem zupełnie dosyć. Ale tamci o odmowie nawet 

background image

nie chcieli słuchać. Wrzeszczeli, Ŝe zdrowie takiego chłopa jak ja 

(uwaŜasz, Karolu!) naleŜy pić przez całą noc. Począłem zerkać ku 

wyjściu wiodącemu na ulicę. Ale gdzie tam! Zanim przepchnąłbym się 

do drzwi, moi

nowi przyjaciele sto razy by to zauwaŜyli. Westchnąłem w tym 

strapieniu, a tu juŜ mi trzecią szklankę pchają w garść. I to pełną po 

brzegi. Powiadam ci, Karolu, Ŝe spociłem się jak mysz! Ścisk powstał 

jeszcze większy, bo akurat na salę wkroczyła nowa partia przybyszów. 

Zrobiło się zamieszanie, a ja, korzystając z tego, wylałem całą zawartość 

szklanki. BodajŜe do kieszeni najbliŜszego sąsiada. Tak było ciasno. 

Ledwie tego dokonałem, a tu pakują mi następną szklaneczkę. 

Przypuszczam, Ŝe paru cwaniaków musiało się zmówić, aby mnie jak 

najszybciej upić. Zupełnie nie wiedziałem, co robić. Na szczęście 

spostrzegłem za szynkwasem wąziutkie drzwi. Ściskam szklankę w dłoni 

i zmierzam ku bufetowi. Wolno, wolniutko, Ŝeby się nikt nie domyślił. 

Przepuścili mnie. Pewnie sądzili, Ŝe teraz ja zacznę stawiać. Krok za 

krokiem zmierzałem ku zbawczym drzwiczkom udając, Ŝe niby kogoś 

szukam, za kimś się rozglądam. I juŜ, juŜ, bliski byłem wolności, gdy 

spostrzeŜono moją ucieczkę. Złapało mnie jakichś dwu pod ramiona i 

wówczas wybawił mnie z opresji jeden jedyny strzał. Nie, nie, Karolu, to 

nie ja strzeliłem ani nie do mnie strzelano. Ktoś tam w przystępie 

dobrego humoru palnął do jednej z lamp wiszących pod sufitem. Mimo 

gwaru huknęło jak z armaty. Niezły musiał mieć kaliber. Posypało się 

rozbite szkło, gdzieś tam w środku zaczęła się szamotanina, co 

natychmiast odwróciło uwagę moich napastników. Dotarłem do 

drzwiczek, pchnąłem je i znalazłem się w mrocznym korytarzyku. Reszta 

poszła gładko, ale faktem jest, Ŝe tamtego wieczoru połoŜyłem się spać 

głodny. CóŜ jeszcze dodać? Murphy mnie zwolnił, uzyskawszy ode mnie 

obietnicę, Ŝe go odwiedzę. A oto, Karolu, mój łup — sięgnął za pazuchę 

background image

i wyjął zwitek banknotów. — Nagroda. Wahałem się, czy przyjąć, ale 

szeryf ani słyszeć nie chciał o odmowie. Powiedział, Ŝe kaŜda praca jest 

wynagradzana, a cóŜ dopiero taka, podczas której ryzykuje się Ŝyciem. 

Przyjąłem. Chyba słusznie?

— Oczywiście!

— No, więc juŜ po wszystkim. JakŜe z tego się cieszę.

— Nie ciesz się przedwcześnie. 

— Jak to?

— Kłopoty wcale się nie skończyły. Powiedz: co zamierzasz dalej? Sam 

widzisz, Ŝe w tym roku nic juŜ nie wyrośnie na naszej ziemi. Ta przeklęta 

susza dojadła wszystkim. Ludzie potracili cierpliwość, denerwuje ich 

byle co. Jeśli jeszcze nie doszło do masowej bójki z jakiejś błahej 

przyczyny, to chyba tylko dlatego, Ŝe w tym upale trudno się zdobyć na 

jakikolwiek wysiłek fizyczny. Jednym słowem... Greenfield stało się nie 

do wytrzymania.

— Kiedy wyjeŜdŜałem, nie było tu najprzyjemniej.

— Wierz mi, teraz jest jeszcze gorzej.

— Wierzę — stwierdził posępnie Irvin. — Łudziłem się, Ŝe po kilku 

tygodniach mojej nieobecności sprawy jakoś się ułoŜą... Karolu — 

powiedział prostując się nagle — to przecieŜ nie ma sensu...

— Co nie ma sensu?

— Tkwić tu i czekać na deszcz, który prawdopodobnie nigdy nie 

spadnie. Przeklęta ziemia!

— Przesadzasz. Zgadzam się jednak z tobą, Ŝe dalszy pobyt w Greenfield 

nic dobrego nam nie przysporzy. Trzeba jak najprędzej sprzedać grunta i 

zmykać. Byleby znaleźć nabywcę...

Irvin znowu pogrąŜył się w ponurej zadumie.

— Tak, trzeba sprzedać ziemię — powtórzył — Wracam do Wichita, 

szeryf pomoŜe znaleźć kupca...

background image
background image

AŜ wreszcie spadł deszcz

Denis Murphy przyjął nieoczekiwanego gościa z otwartymi ramionami.

— Czarnego Jacka juŜ tu nie ma — oświadczył na powitanie. — Zabrali 

go do Abilene, na sąd. Chcesz tam jechać?

— Nie. O Czarnym Jacku staram się zapomnieć, ta historia wcale nie 

była przyjemna.

— Więc co cię sprowadziło? Masz kłopoty? MoŜesz na mnie liczyć. 

Jesteś najlepszym z moich ludzi, chociaŜ... nie jesteś. No, gadaj. Wyglą-

dasz jak gradowa chmura.

— Przyjechałem szukać kupca na ziemię. Niewiele ona teraz warta, ale 

są budynki i to się liczy. Dobrze się w nich Ŝyło przez długie lata...

— Oczywiście, sprzedaj i chodź do mnie!

— Dziękuję, nie skorzystam z propozycji. Umówiłem się z przyjacielem. 

On równieŜ chętnie pozbędzie się swego gospodarstwa. Potem ruszymy 

na północ.

— Na północ? Albo tu źle?

— Dla mnie... źle. Znajdę kawałek gruntu wśród lepszych ludzi i pod 

bardziej pochmurnym niebem. Słońce Teksasu dość mi juŜ dopiekło.

— Więc to tak — zasępił się szeryf. — Zapamiętaj sobie, Irvin: ludzie 

wszędzie są jednacy. Później moŜesz Ŝałować...

— Myślę, Ŝe niewielu będę Ŝałował, jednak na pewno was, szeryfie.

— Zastanów się. Jeśli twój przyjaciel taki sam zuch, jak ty...

— O, duŜo lepszy — stwierdził z zapałem Irvin. — On był kiedyś 

traperem, tropicielem. Bóg wie jeszcze kim!

— No, właśnie. Chodźcie obaj do mnie! Wichita stanie się 

najspokojniejszym miastem świata.

background image

Irvin uśmiechnął się. Ponure wspomnienia z Greenfield na chwilę znikły.

— Uparty z was człowiek, szeryfie. Ale Karol nie przystanie na taką 

propozycję. Ani ja. Skoro mamy się stąd ruszyć, to juŜ daleko, jak najda-

lej.

— Długo będziesz w Wichita?

— Dopóki nie znajdę kupca. Liczę, Ŝe mi w tym pomoŜecie.

— Zgoda. Bardzo ci pilno?

— śeby rzec szczerze: bardzo

— Hm, pojmujesz chyba, Ŝe to się nie da załatwić od ręki... Zejdzie kilka 

dni. Musisz uzbroić się w cierpliwość.

Irvin westchnął.

— Nie w smak ci bezczynne czekanie?

— Zgadliście.

— Słuchaj... — szeryf przymruŜył oczy. — A nie chciałbyś zająć się 

czymkolwiek? Ot, Ŝeby się nie nudzić?

— O co chodzi?

— Nie zechciałbyś przypadkiem zabawić się jeszcze raz w... łapacza?

— Znowu?

W okrzyku tym zabrzmiał protest, co szeryf natychmiast zauwaŜył.

— No — powiedział — przecieŜ ja ciebie nie zmuszam. Tylko tak sobie 

wykalkulowałem, Ŝe na siodle łatwiej zapomnieć o kłopotach.

— Nowe listy gończe? I uganianie się tygodniami po wertepach?

— Tak źle nie będzie. To blisko. Taka mała historyjka. Posłuchaj...

Historyjka — jak nazwał ją szeryf — sprowadzała się do skutków 

zatargu między dwoma, dotąd sobie obcymi ludźmi. Zetknęli się po raz 

pierwszy w jednym z saloonów Wichita Falls. O co tam poszło — Ŝaden 

z przygodnych świadków nie potrafił wyjaśnić. OtóŜ niejaki Smitch, 

stały mieszkaniec Wichita, pokłócił się z kowbojem przybyłym z rancho 

leŜącego w odległości paru mil od Wichita.

background image

— On się nazywa Tom Sidney — wyjaśniał Murphy. — Wyciągnął 

rewolwer i strzelił do Smitcha. Powiadam ci, Irvin: nie będzie spokoju w 

tych stronach, póki broń będzie moŜna kupować w pierwszym lepszym 

sklepiku. Ale ja na to nie mam wpływu...

— No i co z tym Sidneyem?

— Chciałeś powiedzieć: Smitchem. Dostał tylko w ramię, na swoje i 

Sidneya szczęście. Chirurg zjawił się w porę, kulę wydobył, a rannego 

zostawił na domowej kuracji. Ale Sidney nie czekał końca. Musiał się 

dobrze nastraszyć. Wskoczył na siodło przekonany, Ŝe zabił człowieka, i 

odjechał. Czy daleko? Myślę, Ŝe nie. śe co najwyŜej do rancho Freda 

Cartera, u którego pracuje. Bliziutko, tylko ręką sięgnąć. Pojedziesz tam 

uspokoić Sidneya i sprowadzić. Nie mogą przecieŜ patrzeć przez palce 

na jawne naruszenie prawa. Sidney musi dostać za swoje, ale niewiele 

tego będzie.

— Sprowadzić tego kowboja moŜe równieŜ wasz Bob.

— Czy wiesz, ilu ludzi mam do pomocy? Zaledwie trzech. Dwu w tej 

chwili ściga pewnego fałszerza pieniędzy, a Boba nie mogę nigdzie 

posłać. Chłopak jeszcze nie wyrobiony i zbyt nieopanowany. Powiadam 

ci, Irvin, spadłeś mi jak z nieba. No, nie krzyw się. Daję słowo, Ŝe znajdę 

ci kupca na ziemię. Solidnego kupca, nie Ŝadnego oszusta.

Irvin pojechał, a sprawa była tak łatwa, Ŝe nie warto o niej wspominać. 

Skruszonego Sidneya przekazał szeryfowi, pełen nadziei, Ŝe teraz wróci 

do Greenfield razem z amatorem jego i Karola ziemi. Ale okazało się, Ŝe 

szeryf jeszcze kupca nie znalazł. MoŜe niezbyt gorliwie szukał, a moŜe 

po prostu tak się złoŜyły okoliczności.

Na ujęciu Tima Sidneya ochotnicza akcja Irvina wcale się nie 

zakończyła. Denis Murphy potrafił przekonać nie byle kogo i nie byle o 

czym. Przekonał więc raz jeszcze Irvina. śe powinien wolny czas (,,... 

tylko kilka dni, Irvin! Za znalezienie kupca... ręczę!") zuŜytkować z 

background image

dobrym skutkiem zamiast — jak powiadał — nudzić się i próŜniaczyć. 

Irvin natychmiast się domyślił, co to znaczyło. Wracać do Greenfield bez 

nabywcy ziemi nie chciał, więc raz jeszcze przystał na nowe propozycje 

Murphy'ego.

Tak więc przyszła kolej na Neda Huddlestona, złodzieja koni, a po nim 

na Billa Cherokee, metysa ściganego za szereg napadów rabunkowych, 

którego Vincent równieŜ dostarczył szeryfowi. W końcu uznał, Ŝe ma 

tego dość, Ŝe juŜ czeka na kupca za długo. Pewnego wczesnego 

popołudnia zdecydowanym krokiem pomaszerował do Murphy'ego.

Kiedy otworzył drzwi szeryfowskiego budynku, znieruchomiał. Bob i 

Robert Dreer siedzieli jeden obok drugiego, w przyjacielskiej komitywie, 

zajęci głośną i zapewne bardzo interesującą rozmową. Tak interesującą, 

Ŝ

e nie dostrzegli przybywającego.

— Robert! — krzyknął Irvin. — Co tu robisz? Przez głowę przemknęła 

mu myśl, Ŝe w Greenfield wydarzyło się jakieś nieszczęście, Ŝe moŜe 

Karol Gordon uległ wypadkowi...

Odetchnął z ulgą, gdy chłopak oznajmił wesołym głosem, Ŝe przybyli do 

Wichita przed godzinką: on i jego “szef".

— Ale co się stało?

— Nic się nie stało, proszę pana. Wszystko po staremu.

— Spadł deszcz?

— Och, nie. Jest tak sucho, jak na pustym talerzu.

— A gdzie pan Gordon?

— Siedzi u szeryfa — uprzedził odpowiedź Bob. — Gadają bez przerwy 

i pewnie im dobrze, bo nie mogą się rozstać.

Irvin wzruszył ramionami i bez słowa skierował się ku drzwiom 

gabinetu. Nadal nie mógł pojąć, co skłoniło przyjaciela do tak 

niespodziewanej wizyty.

— Jak się masz, Karolu? — a równocześnie powitał Murphy'ego 

background image

podniesieniem ręki, indiańskim zwyczajem.

Tamci dwaj urwali rozmowę w połowie zdania, a Gordon spojrzał na 

przybysza bardzo ponurym wzrokiem.

— Mam się wściekle — odpowiedział. 

Irvin osunął się na wolny fotel.

— Nie rozumiem...

— PrzecieŜ miałeś szukać kupca na ziemię, a ty co robisz?

— Pański przyjaciel bardzo mi pomógł — wtrącił się Murphy.

— JuŜ mówiliśmy o tym — zauwaŜył ironicznie Gordon. — Gdyby 

tkwił, jak ja, w Greenfield, niecierpliwił się jak ja właśnie i na dobitkę 

wszystkiego doświadczał uszczypliwych uwag sąsiadów...

— AleŜ, Karolu! Bardzo cię przepraszam, doprawdy... Jakim cudem 

znalazłeś mnie tutaj?

— Cudem? A to dobre. Trafić do szeryfa nie jest znowu tak trudno, a 

wiedziałem, Ŝe tu zdobędę najdokładniejsze informacje. Zresztą... stałeś 

się niezwykle sławny, Vincent! Wszyscy o tobie mówią.

— Nie kpij!

— Nie kpię, chociaŜ bardzo bym chciał. Zanim tu dotarłem, nasłuchałem 

się od róŜnych włóczęgów zadziwiających bajęd o obrońcy uciśnionych 

i... (słuchaj, słuchaj!)... “karzącym mieczu sprawiedliwości". Początkowo 

nie wiedziałem, o kogo chodzi, ale zwróciłem uwagę, Ŝe nazywano go: 

“Łapaczem z Sacramento". A kiedy powtarzano mi fantastyczną historię 

pościgu samotnego jeźdźca za bandą rabusiów pocztowych pieniędzy, 

domyśliłem się, o kogo tu chodzi.

— Co za bzdura! — wykrzyknął Irvin. — PrzecieŜ w górach Sacramento 

byłem tylko raz!

— Dwa razy — poprawił Gordon. — Opowiadano mi o tym łapaczu jako 

o postrachu przestępców, cwałującym na czarnym rumaku, w czarną noc 

i spadającym na nic nie przeczuwających bandziorów (aŜ mi ich Ŝal 

background image

było!) niczym jastrząb na jagnię! Jeszcze ci brak, Vincent, długiej, 

czarnej peleryny i czarnej maski na oczach...

— Karolu! — Ŝachnął się Irvin.

— Przepraszam, ale to tylko rozwinięcie legendy i jej uzupełnienie: 

tajemniczy mściciel sprawiedliwych.

— Karolu! — krzyknął Irvin po raz drugi. — Nie zasłuŜyłem na takie 

kpiny.

— Jeszcze raz cię przepraszam. Ja tylko powtórzyłem...

— I o tej pelerynie?

— No, nie. To juŜ mój dodatek. Jeśli jednak i w resztę nie wierzysz, 

zapytaj szeryfa.

— Nie znoszę tego! — rozzłościł się farmer. — Nie przypuszczałem, Ŝe 

stanę się bohaterem... niby z kiepskiego romansu...

— Och, Vincent! Sam opowiadałeś o swych tarapatach w saloonie. To 

wszystko było do przewidzenia. Ale ty nadal jesteś po prostu poczciwym 

rolnikiem.

— Takim się urodziłem. Ludzie miasta byli zawsze dla mnie czymś 

niezrozumiałym.

— Wierzę, ale dajmy temu spokój. Nie przyjechałem tu, aby ci 

opowiadać bajki. Znalazłeś kupca na ziemię?

— Na pewno się juŜ dowiedziałeś, Ŝe nie — odparł Irvin nieco 

zgryźliwym głosem.

— Wprost przeciwnie, dopiero ty mi o tym mówisz. PrzecieŜ przez tyle 

tygodni,  które upłynęły od twego wyjazdu z Greenfield...

Tu urwał i spojrzał groźnie na szeryfa, uznawszy go widać za jedną z 

przyczyn przedłuŜającej się nieobecności Irvina. Murphy uśmiechnął się.

— W imię bezstronności — powiedział łagodnie — muszę stwierdzić, Ŝe 

pański przyjaciel, panie Gordon, juŜ parokrotnie mnie prosił o narajenie 

kupca na ziemię. To nie było łatwe, ale mam świetną dla was obu 

background image

wiadomość. Wczoraj wieczorem porozumiałem się z pewnym amatorem 

waszych gruntów. Powiem szczerze: przez cały czas namawiałem Irvina, 

aby przystał do mnie na słuŜbę. Stale odmawiał i dlatego juŜ nie 

nalegam. Przyjdźcie tu jutro, poznacie tego kupca. Chyba teraz jesteście 

zadowoleni?

Karol natychmiast rozchmurzył się.

— Jeszcze jak! — odparł.

PoŜegnali się i wyszli zabierając z sobą Roberta, tak zagadanego z 

Bobem, Ŝe trzeba go było pociągnąć za rękaw, aby wreszcie zauwaŜył, Ŝe 

“szef" (czyli: Karol Gordon) opuszcza lokal.

— To dopiero jest Ŝycie! — odezwał się chłopak, kiedy mu Karol polecił 

wziąć za cugle oba konie i prowadzić je skrajem ulicy. Karol nie zwrócił 

uwagi na ten wykrzyknik, ale Irvin zagadnął:

— O jakim Ŝyciu myślisz?

— Szeryfa. Tamten chłopak mi opowiadał. O panu takŜe mówił. śe pan 

taki sławny...

Irvin roześmiał się, ale niezbyt szczerze.

— Ruszajmy — powiedział. — Mieszkam niedaleko stąd.

Poszli w trójkę w takt człapiących kopyt koni.

— Słuchaj, Karolu — Irvin ściszył głos do szeptu. — Co masz zamiar 

zrobić z Robertem? PrzecieŜ nie sposób zostawiać go w Greenfield.

— Na pewno. Myślałem o tym. JeŜeli będzie chciał jechać z nami, 

bardzo mnie to ucieszy. To dobry chłopak, ale wciąŜ jeszcze potrzebuje 

opieki.

— A jeśli nie zechce?

— PrzecieŜ go nie zmuszę!

— Nawet gdyby się uparł przy pozostaniu w Greenfield?

— A cóŜ by tam robił? Nie, nie! Wprawdzie Robert niewiele ma 

doświadczenia Ŝyciowego, lecz nie jest aŜ tak nierozwaŜny.

background image

— Mówiłeś mu, Ŝe chcemy sprzedać ziemię?

— Mówiłem.

— I co on na to?

— Nie zmartwił się zbytnio. MoŜe mu dopiekło siedzenie w jednym 

miejscu? Zresztą... pogadam z nim.

Poszli do hotelu, w którym zakwaterował się Irvin, i resztę dnia spędzili 

na komentowaniu opowieści Gordona o tym, co się ostatnio działo w 

Greenfield, i o tym, jak wraz z Robertem wędrował do Wichita Falls. 

Nazajutrz we trzech pomaszerowali do szeryfa.

— JuŜ miałem po was posłać — oświadczył na przywitanie Murphy. — 

Przedstawcie się, panowie! Oto — wyciągnął rękę w kierunku fotela 

zajętego przez nieznanego męŜczyznę — pan James Hood, którego wam 

polecam, kandydat na kupno waszych gospodarstw. Ze swej strony 

gwarantowałem, Ŝe jesteście posiadaczami ziemi i budynków nie na 

księŜycu, ale w Greenfield. A teraz radźcie sobie, jak umiecie. Wrócę za 

godzinę. Albo później.

Machnął ręką i skierował się ku drzwiom, bardzo zadowolony z siebie, 

pogwizdując.

Murphy zatrzymał się, juŜ z dłonią na klamce.

— W razie czego — powiedział — butelka z whisky stoi w szafie. Zły to 

interes, gdy się go nie obleje. Aha... jeszcze jedno: gdzie wasz chłopak?

— Na pewno rozmawia z Bobem — odparł Irvin. — Zdaje się, mają 

wspólne zainteresowania.

— JuŜ o tym słyszałem. No, do zobaczenia!

Znakomity humor Murphy'ego nie był oczywiście spowodowany 

znalezieniem kupca na ziemię. To wydarzenie nastrajało szeryfa raczej 

melancholijnie. Zwątpił ostatecznie w moŜność skaptowania Irvina na 

słuŜbę i wiedział, Ŝe tylko tale długo potrafi zatrzymać znakomitego 

“łapacza", jak długo greenfieldzkie gospodarstwo nie zmieni właściciela. 

background image

Ź

ródłem humoru Murphy'ego był list otrzymany tego właśnie ranka od 

gubernatora stanowego, wyraŜający podziękowanie szeryfowi Wichita 

Falls za energiczną walkę z przestępczością.

….

Musieli jeszcze wrócić do Greenfield. James Hood chciał dokładnie 

obejrzeć oba gospodarstwa. Co sobie o nich myślał — pozostanie tylko 

jego tajemnicą. Stawiał fachowe pytania, co skłoniło Irvina do 

przypuszczenia, Ŝe nabywca jest rolnikiem, a nie pośrednikiem 

handlowym. Kiedy jednak doszło do ustalenia ceny, James Hood 

targował się z energią i sprytem właściwym raczej handlowcom niŜ 

farmerom. Cena zresztą nie była wysoka. I Irvin, i Gordon dobrze 

zdawali sobie sprawę, Ŝe lepiej zgodzić się nawet na stratę niŜ pozostać 

— nie wiadomo jak jeszcze długo — w Greenfield. Zapewne James 

Hood zorientował się w sytuacji podkreślając i nieco wyolbrzymiając 

skutki suszy. (“PrzecieŜ to kamień, moi panowie! Skamieniała glina, na 

której nic nie wyrośnie!")

— Spadnie jeszcze deszcz — bronił siebie i swego przyjaciela Karol 

Gordon. — Proszę się zapytać sąsiadów, jakie z tego kamienia zbierali 

plony.

— Wierzę. Jak równieŜ w to, Ŝe kiedyś spadnie deszcz. Tylko... nie 

wiadomo, kiedy. I na tym właśnie polega moje ryzyko.

Po jednodniowym pobycie w Greenfield i nocy spędzonej w chacie 

Gordona we czwórkę (Robert Dreer wziął równieŜ udział w tej 

eskapadzie) wrócili do Wichita Falls i w obecności szeryfa spisali 

umowę kupna-sprzedaŜy. Wreszcie otrzymali czek na oddział banku 

Campbell & Co w Wichita.

Karol Gordon poweselał, kiedy te czynności zostały przeprowadzone. 

background image

Usunięte zostały wszystkie przeszkody na drodze do opuszczenia 

Teksasu. JednakŜe Irvin zwlekał z wyjazdem. Karol początkowo nie 

nalegał, doskonale rozumiejąc, co jest przyczyną tej zwłoki. Niełatwo 

rozstawać się ze wspomnieniami szczęśliwych lat. Milczał więc, chociaŜ 

Wichita Falls do cna mu zbrzydła razem ze swoimi sklepami, saloonami, 

awanturującymi się kowbojami i nocnymi śpiewkami pijaków.

Trzeba było jeszcze załatwić sprawę Roberta. Okazało się, Ŝe chłopak 

zapragnął przystać na słuŜbę do szeryfa, ale nie starczyło mu odwagi 

wspomnieć o tym Gordonowi. Wobec Murphy'ego okazał się bardziej 

ś

miały. Szeryf — dotkliwie odczuwający niedostatek ludzi — sprytnie 

wybadał chłopca, a uznawszy go za dobrze zapowiadający się “materiał", 

podjął się roli pośrednika.

Karola wcale nie ucieszyła decyzja Roberta, ale ostatecznie wszystko 

zostało omówione podczas poŜegnalnej wizyty u szeryfa Wichita Falls. 

Robert, wezwany do gabinetu, bardzo się zmieszał stanąwszy wobec 

całej trójki i o mało nie rozpłakał, gdy mu “szef" oświadczył, Ŝe wie o 

wszystkim i decyzji chłopca wcale nie potępia. Przeciwnie, szeryf 

Murphy stanowi gwarancję, Ŝe Robert nie zboczy z uczciwej drogi Ŝycia.

Na drugi dzień po tej rozmowie Karol zdołał namówić Irvina na wyjazd, 

zgadzając się na jego prośbę, by raz jeszcze, ostatni, odwiedzić 

Greenfield. Wyruszyli więc do osady po serdecznym poŜegnaniu się z 

szeryfem. (“Pamiętajcie, Ŝe zawsze was przyjmę jak starych przyjaciół, a 

o chłopaka nie martwcie się!") i nieco smętnym rozstaniu z Robertem 

Dreer.

PodróŜ trwała w miarę krótko, w miarę długo, bez Ŝadnych 

niespodzianek. Pobyt w Greenfield upłynął prawie wyłącznie na 

rozmowie z Ablem Meredithem, który pierwszy ze wszystkich zna-

jomych odwiedził chatę Karola Gordona, tak określając sytuację:

— Czułem, Ŝe do tego wreszcie dojdzie, i muszę wam obu wyznać, Ŝe 

background image

cieszę się i martwię jednocześnie. Tak, tak — pokiwał głową. — Wi-

dzisz, Vincent — tu zniŜył głos, chociaŜ wokół nie było nikogo — dla 

ciebie będzie lepiej, jak nas opuścisz. — A widząc, Ŝe Irvin wyraźnie 

pomarkotniał, dodał szybko. — Wiem, wiem i pamiętam, ale ja nie o tym 

myślałem... Przeszedłeś swoje i juŜ niczego tu nie odmienisz. Jedź więc. 

Będą cię wspominać Ŝyczliwe dusze. Dlatego mi smutno, Vincent, bo się 

do nich zaliczam. Dobrze, Ŝe Karol z tobą jedzie. WyjeŜdŜacie dzisiaj?

— Za godzinę lub dwie — Irvin uprzedził odpowiedź Gordona i 

dźwignął się z ławy. — Mam jeszcze coś do załatwienia, ojcze. 

Posiedźcie tutaj, zanim wrócę.

Wcisnął kapelusz na głowę i wolnym krokiem ruszył ku drodze.

— Okropna to była historia i nigdy jej nie zapomnę — pokiwał głową 

ojciec Abel.

— Ojcze — odezwał się Karol — myślę, Ŝe byłoby mu lŜej na sercu 

opuszczać Greenfield, gdyby miał pewność, Ŝe ktoś zaopiekuje się...

— Nie kończ, synu. Wiem, o co chodzi, i daję ci swoje farmerskie słowo, 

iŜ obu grobów na cmentarzu sam będę doglądał.

Siedzieli odtąd w milczeniu aŜ do chwili, w której wielki cień padł na 

drogę błyszczącą do tej pory rudawym odbiciem słonecznych promieni. 

Cień rozszerzał się, wydłuŜał, a przed nim uciekały jasne plamy światła. 

Szybko, coraz szybciej... Meredith zerwał się z ławy.

— Karolu! Widzisz?

— O co chodzi, ojcze?

— Spójrz w górę! Greenfield nie oglądało takiego nieba od przeszło 

trzech lat! Co za dziwo! CzyŜby kończyły się nasze złe dni?

Starzec tkwił w miejscu z głową zadartą, gestykulując rękami, podobny 

do chudego ptaka próbującego zerwać się do lotu. Gordon spojrzał. 

Słońce, które stało jeszcze dość wysoko, przypominało czerwoną kulę, 

przesłoniętą ledwie przenikliwą powłoką mgieł. A wciąŜ jeszcze napły-

background image

wały wąskimi pasmami postrzępione, coraz ciemniejsze chmury.

— Deszcz — powiedział Karol. — Deszcz albo burza.

— I ja tak myślę. Jeśli tylko wiatr nie przegna tego wszystkiego...

— Nie ma wiatru. Popatrzcie!

Istotnie, nawet najmniejszy obłoczek kurzu nie unosił się nad 

rozdeptaną, pokruszoną powierzchnią gościńca.

— Zobaczymy, synu, co z tego wyniknie. Jednak... jeśli dziś macie 

ruszyć w drogę, radzę nie zwlekać, chyba Ŝe odłoŜycie do jutra.

Karol przecząco potrząsnął głową:

— Nie, dziś odjedziemy. Czekam tylko na Vincenta.

Ale Irvin nie nadchodził. Za to przybył szeryf Fawkes, Fulk Bryan, 

właściciel składu towarów, i jeszcze dwu najbliŜszych sąsiadów. 

Obsiedli ławy, dopytywali się o Irvina i wyrazili Ŝal, Ŝe dwu takich 

“tęgich chłopów" opuszcza Greenfield. Gdy ten temat został wyczerpany, 

pojawił się nowy — dosłownie z nieba — bo właśnie niebo poczerniało 

groźnie. W Greenfield — rzecz nieprawdopodobna. Poczęli mówić o 

deszczu, bo jakŜe o tym nie mówić, skoro deszcz zapowiadał plony, a 

plony zapowiadały spłacenie długów i inne Ŝycie...

— Czy nie za wcześnie zdecydowaliście się na sprzedaŜ? — zagadnął 

Abel Meredith Karola.

— Nie, ojcze. Wiecie dobrze, Ŝe nie wyjeŜdŜamy z powodu suszy...

Ostatnie chaty Greenfield znikły im z oczu. Jechali bez przerwy 

płaszczyzną nakrytą, jak kloszem, czarną kopułą nieba, coraz bliŜszą 

ziemi, coraz bardziej ponurą, bo i dzień się kończył, i warstwa chmur 

stawała się coraz grubsza. Wreszcie srebrna błyskawica oślepiła 

jeźdźców i konie, zahuczał daleki grzmot. Potem uczyniło się jeszcze 

ciemniej i jeszcze ciszej.

Wtedy spadły pierwsze drobniutkie kropelki. Irvin zatrzymał 

background image

wierzchowca, wyciągnął przed siebie dłoń. Natychmiast pokryła się 

wilgocią.

— Karolu! Deszcz, prawdziwy deszcz!

— Deszcz — powtórzył Gordon. — CóŜ, musiał w końcu spaść. No, 

ruszajmy. Trzeba poszukać jakiegoś schronienia, będzie ulewa, Ŝe ha!

Ale Irvin odwrócił głowę i długo jeszcze spoglądał za siebie, w coraz 

bardziej gęstniejący mrok.

Ruszyli. Najpierw stępa, później kłusem. A deszcz padał coraz gęstszy, 

walił z szumem na spaloną glebę, rozmywał wyschłe rozpadliny i 

pęknięcia, bulgotał rwącymi strumieniami poprzez prerię, aŜ błyszcząca 

kurtyna zakryła jeźdźców, spłukała odciski kopyt, zatarła wszelki ślad.

Niebo przywracało Ŝyciu umączoną ziemię.

background image

Spis rozdziałów

Stary traper……………………………3

Początek początku …………………. 15

Nieznajomi…………………………..30

Próba ratunku………………………..41

Spotkanie…………………………….51

Old Gun ……………………………..61

Znowu samotny ……………………...76

Jeszcze jedno spotkanie ……………...88

Napad . …………………………….. 101

Czarny Jack ………………………. .121

W Wichita Falls……………………. 138

Noc w jarze . ……………………… .157

Przyjaciel Denisa……………………168

Celia Canning……………………… 181

Ranek w Dawn………………………195

Droga powrotna ……………………..207

Tak się zakończyło ………………… 215

AŜ wreszcie spadł deszcz ...................227