background image

Barbara Boswell NAJMŁODSZA SIOSTRA

1

- Hej, Jack! Kazorowski chce cię widzieć u siebie, natychmiast.
Jackson Blackledge nie odwrócił głowy od ekranu komputera, a jego palce, zwinnie tańczące po klawiaturze, nie 

opuściły nawet jednej litery.

- Później, chłopcze - burknął do zbyt gorliwego młodego człowieka, chyba praktykanta, przysłanego do redakcji z 

college’u. Skip Jakiśtam, nazwisko wyleciało mu z pamięci. - Teraz znikaj. Jestem zajęty, nie widzisz?

- Kazorowski mówi, że to bardzo ważne. - W głosie Skipa dawał się wyczuć lekki niepokój. Wszyscy w redakcji  

Buffalo Times-Gazette znali Jacka z całkowicie nieprzewidywalnych, gwałtownych wybuchów furii.

- Zaczęła się wojna? - Jack przerwał pisanie i spojrzał na posłańca. - A może drużyna Buffalo Bills wyniosła się z  

naszego miasta?

- No nie, ale...
- W takim razie to nie jest aż tak ważne, prawda? - Blackledge ponownie zwrócił się ku klawiaturze, dając 

nieszczęsnemu gońcowi sygnał do odwrotu...

... którego ów nie wykonał.
- Przykro mi, Jack, ale Kazorowski kazał mi cię przyprowadzić do swojego gabinetu. O rany... - ton głosu Skipa 

przybrał nagle przymilny odcień - przecież i tak ci już przerwałem, no nie?

Jack   powoli   uniósł   się   z   krzesła   i   stanął   wyprostowany:   sto   osiemdziesiąt   pięć   centymetrów   potężnie 

umięśnionego   mężczyzny.  Trzasnął   obiema   dłońmi  w  blat   stołu i  nie  bez  satysfakcji  obserwował,   jak  chytry  
uśmieszek szybko blednie i znika z twarzy gońca.

Jack   był   w   pełni   świadomy   wrażenia,   jakie   wywiera   na   ludziach   jego   sylwetka.   W   czasie   swojej   kariery 

sportowej często wykorzystywał ten atut dla psychicznego załamania przeciwnika. Zerknął z ukosa na niskiego,  
chudego jak patyk dzieciaka i westchnął. To przecież nie boisko piłkarskie. Znajdują się w redakcji gazety, a młody 
Skip po prostu wykonuje polecenie, jak każdy inny tutaj.

- Prowadź mały. Damy Kazorowskiemu dziesięć minut.
Skip, czując wyraźną ulgę, uśmiechnął się szeroko.
- Tylko ty możesz gwizdać sobie na rozkazy naczelnego i zawsze uchodzi ci to na sucho. Chciałem powiedzieć, 

że on rządzi wszystkimi oprócz ciebie. Nie dajesz sobie w kaszę dmuchać, Jack. Bardzo cię za to podziwiam.

- Tak, niektórym to się podoba. Tylko nie mów Kazorowskiemu, że chcesz mnie naśladować. On sądzi, że moja 

osoba to dla niego kara boska. Jego wrzód żołądka nie wytrzyma dwóch takich typów.

Przeszli przez redakcję, jak co rano gwarną i pełną gorączkowo pracujących ludzi. Reporterzy siedzieli przed 

monitorami   komputerów,   pisząc   swoje   artykuły,   inni   rozmawiali   przez   telefon   lub   przerzucali   stosy 
korespondencji.   Mała   grupka   obradowała   w   wąskim   korytarzu   wokół   automatu   z   kawą   i   napojami.   Z   tyłu 
znajdowała się redakcja działu lokalnego.

W środku siedział Kazorowski - otyły, łysiejący, wyglądający na więcej niż swoje pięćdziesiąt lat - i palił. Na 

jego biurku leżała opróżniona w połowie paczka papierosów.

- Za dużo palisz. Kaz - zauważył Jack, wchodząc do gabinetu. - Pamiętasz, co ci mówił lekarz? Chcesz znowu 

wylądować w szpitalu?

- Jeśli ci tak zależy na moim zdrowiu, to mógłbyś mi oszczędzić tej kłótni, którą zaraz będziemy mieli - odciął się 

Kazorowski.

- Oho - Jack mimowolnie się naprężył. Podszedł do małego okna i wyjrzał na ulicę. Widok nie był zbyt piękny. 

Budynek mieszczący  Buffalo Times-Gazette  znajdował się w jednej z najstarszych  i najbardziej zaniedbanych 
części miasta. Siedziba gazety od początku jej istnienia, czyli od prawie siedemdziesięciu pięciu lat, była równie  
wiekowa i sfatygowana jak cała okolica.

Wrzesień jest wspaniałą porą roku w zachodniej części stanu Nowy Jork. Liście właśnie zaczynały zmieniać  

kolor, a zieleń i kwiaty wciąż nęciły wzrok soczystymi barwami. Ulica widoczna z okien gabinetu Kazorowskiego  
była jednak odpychająco ponura, piękno zmieniającej się przyrody nie miało do niej dostępu.

Jack odwrócił się i obrzucił naczelnego jednym z tych słynnych spojrzeń Black Jacka, nieruchomym i świdrują-

cym.

- Dawaj te złe wieści. Kaz. Nie, sam zgadnę: wydawca znowu ocenzurował mój felieton.
Kazorowski przypalił papierosa od niedopałka poprzedniego.
- Nic z tych rzeczy, dzięki Bogu. - Z wysiłkiem przełknął ślinę. - Jack, chciałbym z tobą porozmawiać o twojej 

umowie z syndykatem ogólnokrajowym...

- O co chodzi tym razem? - zapytał powoli Jack wojowniczym tonem, a w jego oczach pojawiły się groźne 

błyski.

-   Zdaję   sobie   sprawę,   że   dla   dziennikarza,   który   całe   życie   pracuje   w   Buffalo   -   i   to   dla   naszej   gazety   - 

przystąpienie do syndykatu współpracującego z dwustu dwunastoma gazetami w całym kraju to wielka szansa - 
wyrzucił z siebie Kaz. - W innych miastach są felietoniści znani w całych Stanach, ale w Buffalo ty jesteś pierwszy 
i jedyny! Załoga naszej Times-Gazette pieje z radości. Wszyscy mamy nadzieję, że twoja sława zwiększy sprzedaż 

1

background image

T-G.  Jack,   wiesz,   jakie   to   przygnębiające,   kiedy  pracujesz   w   jedynej   w   mieście   codziennej   popołudniówce   i  
widzisz, że ludzie przestają ją kupować, bo wolą oglądać telewizję.

- Ale... - bąknął Jack, niespokojnie zerkając na szefa. Musiało być jakieś „ale”. Kazorowski nigdy nie chwalił lu-

dzi bez jakichś własnych, ukrytych powodów.

Naczelny wziął głęboki wdech.
- Jack, podpisałeś umowę na trzy artykuły tygodniowo dla syndykatu, ale my potrzebujemy pięciu na tydzień do 

naszej gazety.

-   Przykro   mi,   Kaz.   Przystąpiłem   do   syndykatu   tylko   dlatego,   że   przez   ostatnie   pięć   lat   pisywałem   po  pięć 

felietonów na tydzień. Chciałbym poprzestać na trzech, ale takich, które interesowałyby czytelników w całym  
kraju, a nie tylko tutaj.

- Ale  przecież  twoja  rubryka  jest  tak  popularna  właśnie  ze  względu  na  lokalny  charakter  i  tematykę,  Jack.  

Rozumiem twoje ambicje, ale nasi czytelnicy chcą kogoś, kto komentuje lokalne wiadomości, plotki i anegdoty.

- W takim razie oczekujesz ode mnie trzech kolumn tygodniowo dla publiczności ogólnokrajowej i dwóch na te -

maty lokalne, tak? Jezu, Kaz, wykończysz mnie. Wiesz, że nie płacisz za dużo - dodał Jack sucho.

- Nie jestem bez serca, Jack. Rozumiem, że praca w syndykacie zabierze ci więcej czasu i energii. Dlatego też po-

zwoliliśmy sobie... to znaczy ja pozwoliłem sobie... zatrudnić dla ciebie asystenta.

Jack postąpił krok do przodu.
- Kogo?
- No wiesz, kogoś do pomocy. Za jakiś czas mógłby przejąć wtorkową i czwartkową rubrykę... oczywiście, pod 

twoim kierownictwem i tak dalej - dodał szybko. - Nigdy nie znajdziemy kogoś, kto by tobie dorównał, a rubrykę  
nadal podpisywałbyś swoim nazwiskiem.

-   Tak   jest   taniej,   co?   -   skrzywił   się   Jack.   -   Nie   możesz   sobie   pozwolić   na   zatrudnienie   jeszcze   jednego  

felietonisty.

- Cóż, masz rację... - Kaz spróbował się uśmiechnąć. Zawsze szczycił się umiejętnością oszczędzania. - A wraca-

jąc do sprawy, Jack, musisz jedynie...

- Nauczyć jakiegoś gówniarza prosto po szkole dziennikarskiej, jak się pisze nadający się do czytania felieton? 

Przygotować się na ciągłe poprawki i przeróbki? Do diabła, Tom, niańczenie go zajmie mi  więcej czasu, niż  
gdybym to wszystko pisał sam.

- Jej - poprawił go Kazorowski, bawiąc się ołówkiem.
- Co?
- Jej. Twój asystent jest kobietą, Jack.
Jack roześmiał się.
- Dobra, Kaz, skończ te żarty. Kobiety nadają się do pisania o posiłkach, ślubach, dzieciach albo o psychologii na 

co dzień czy o obchodach jakiejś rocznicy, jeśli są bardziej zainteresowane światem. Ja piszę o sporcie, polityce i 
najważniejszych wydarzeniach. Drukuję felietony satyryczne. i poważniejsze rzeczy, ale...

- Mnóstwo kobiet czytuje twoją rubrykę, Jack.
- Zgoda, ale to nie znaczy, że któraś z nich umiałaby coś takiego napisać. Jeśli chcesz mieć kobietę-felietonistkę, 

to wsadź ją do redakcji kobiecej i niech pisze o przedszkolach albo o najnowszej diecie-cud, czy o dziesięciu 
najlepszych metodach flirtowania, ale na tym koniec.

- Nie wiedziałem, że z ciebie aż taki męski szowinista, Jack. Nic dziwnego, że żadna z kobiet pracujących u nas  

nie przyjęła oferty pracy z tobą.

Jack otworzył szeroko swoje czarne jak onyks oczy.
- Żadna?
- Żaden z mężczyzn też nie chciał tej posady - dodał Kaz. - Starsi dziennikarze mają już swoje stałe miejsca, a 

młodsi wcale się nie palili, żeby grać przy tobie drugie skrzypce albo służyć za chłopca do bicia trudnemu we 
współżyciu... - chrząknął głośno -...czy słowo „tyran” będzie tu odpowiednie?

- Tyran? Ja? - Jack poczuł się urażony. - To prawda, że umiem postawić na swoim, ale...
- Niektórzy używali innych sformułowań. Na przykład „terrorysta” lub „furiat”.
- Jestem po prostu pewny siebie. Wiem, na co mnie stać.
- Jack, granicę między pewnością siebie a arogancją przekroczyłeś już wiele lat temu.
- Lubię ryzyko - powiedział Jack gorzko. - Sam ustanawiam reguły i nie mam zamiaru podporządkowywać się 

czyimś rozkazom, nawet szefów czy dyrektorów, to wszystko.

-  A   ludzie,   którzy  cenią   sobie   spokój   w  pracy,   chcą   się   trzymać   od  ciebie   jak  najdalej.   Dlatego  musiałem  

poszukać   kogoś  spoza   gazety,  nawet  spoza  Buffalo,  jeśli  mam   być  szczery.   Jesteś swego  rodzaju legendą   w  
środowisku dziennikarskim, Jack.

Kazorowski przygotował się na eksplozję, co do której był pewien, że zaraz nastąpi.
Jack rzeczywiście miał zamiar wybuchnąć, kiedy uświadomił sobie, że dopiero co nazwano go furiatem. Kazoro-

wski z pewnością oczekiwał, że zrobi mu awanturę. Jedyna rzecz, która nie podobała mu się bardziej niż perspe-
ktywa  jajogłowej panienki, piszącej artykuły pod jego nazwiskiem, to świadomość, że ktoś potrafi z łatwością 

2

background image

przewidzieć jego zachowanie. Dlatego uśmiechnął się. Nie był to może ten rodzaj uśmiechu, który zachęca drugą  
stronę do odwzajemnienia go, niemniej jednak ten grymas przypominał uśmiech.

- Opowiedz mi o tej asystentce, za którą ponoć uganiałeś się po całym kraju, Tom - wycedził słodkim głosem. - 

Pozwól, że to i owo sam odgadnę: była na tyle naiwna, że zgodziła się na przeraźliwie niską pensję, nawet jak na 
branżę dziennikarską.

- Trafiłeś, chłopcze. - Kazorowski zatarł dłonie. - Wiesz, jak u nas krucho z forsą. Jeżeli mam być do końca  

szczery, to praca z tobą nie była jedynym powodem, dla którego wszyscy tutaj odrzucili ofertę. Zaproponowaliśmy 
bardzo   niską   płacę.   Bałem   się,   że   będę   musiał   ją   podnieść,   aż   tu   nagle   dostałem   podanie   tej   dziewczyny. 
Przejrzałem kilka z jej prób dziennikarskich i rozmawiałem z nią. Ona jest dobra, Jack. Zamierzałem wygłosić 
przed nią kazanie o tym, jak niskie są płace w gazetach i tak dalej, ale ona wzięła tę posadę od razu. Z pierwotną 
stawką!

-   Myślisz,   że   to   bogata   panienka,   która   pracuje   dla   przyjemności,   a   żyje   z   ogromnego   konta   bankowego, 

założonego   przez   kochającego   tatusia?   -   Ciemne   oczy   Jacka   zwęziły   się   w   szparki   w   nagłym   przypływie  
zainteresowania.

- Przykro mi, ale cię rozczaruję, Blackledge. Jeśli ona jest bogata, to ja napiszę te dwa artykuły tygodniowo sam i 

to za darmo. Nie wygląda mi na zamożną, nie zachowuje się ani nie mówi jak bogate córeczki. Jestem pewien, że  
to dziewczyna z klasy średniej, a jej mieszkający w małym domku rodzice ledwo wiążą koniec z końcem, żeby 
pomóc dziecku rozpocząć karierę zawodową.

- Mogłeś przynajmniej załatwić mi forsiastą panienkę na wydaniu - zakończył Jack, nie całkiem żartując.
- Nadal planujesz małżeństwo dla pieniędzy? - Kaz uśmiechnął się. - Powodzenia. Przyda ci się parę dolarów. 
Jack wzruszył ramionami.
- Już raz ożeniłem się z tak zwanej miłości i skończyło się to kompletną klapą. Następnym razem, o ile w ogóle  

będzie jakiś następny raz, poślubię worek pieniędzy. Bogata narzeczona z dużą forsą - tylko to mnie interesuje.

Na krótką chwilę z twarzy Jacka zniknął wyraz cynicznej obojętności, a pojawiło się na niej coś w rodzaju  

rozczarowania.

- Tu masz próbkę jej zdolności - głos Kazorowskiego wyrwał Jacka z nieprzyjemnych wspomnień. Szybko zerk-

nął na kartkę maszynopisu, którą wręczył mu szef.

- To przecież wypracowanie typu „Jak spędziłam swoje letnie wakacje”. Przyjąłeś ją na podstawie takich bzdur?
- Przeczytaj to uważnie. To jest świetne, dużo humoru. Ona rokuje wielkie nadzieje. Pracowała w Disney...
- Zatrudniłeś Myszkę Miki, żeby pisała za mnie artykuły?
- Podczas wakacji pracowała w Disneylandzie. Oni wynajmują ludzi i przebierają ich za bohaterów filmów, żeby 

zabawiali turystów - wyjaśniał Kaz cierpliwie. - Była jednym z siostrzeńców Donalda.

Jack przewrócił oczami.
- No to pięknie. Mam pozwolić eks-kaczce pisać pod moim nazwiskiem. Kaz, bądź ze mną szczery. Ona jest  

pełna entuzjazmu, odważna i pyskata, prawda? I do tego ładna?

- Jack, na miłość boską...
- Więc jest! Wiesz doskonale, że nie znoszę tego typu osóbek. Nic z tego szefie. Sam będę pisał felietony.  

Potrzebne mi to jak dziura w moście, ale nic mnie nie zmusi do pracy z jakimś ptasim móżdżkiem - używam tego 
określenia zupełnie dosłownie w tej sytuacji - który...

- Został przyjęty i jutro zaczyna - przerwał Kaz. - Ma na koncie ponad rok współpracy z gazetami w Houston i w  

Waszyngtonie,   a   to   już   jakieś   doświadczenie,   więc   nie   jest   kompletnie   zielona.   To   dobry   interes,   Jack.   Nie 
zamierzam zostawić jej tylko dla ciebie. Redakcja kulinarna i rozrywkowa też prosiły o jakąś pomoc: w takim razie 
podzielicie dziewczynę między siebie. Zatrudniłem trzy osoby za niecałą jedną pensję!

- Co z ciebie za facet. Kaz. - Jack pokręcił głową, oburzony i rozbawiony zarazem. - Jesteś dusigrosz i straszny 

spryciarz, ale ostrzegam cię już teraz, że zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby tej panience odechciało się ze 
mną pracować.

Zadzwonił telefon i Kaz wyraźnie zadowolony, że ma tę rozmowę za sobą, pośpiesznie sięgnął po słuchawkę.
Jack skierował się ku drzwiom.
- Kiedy tu jutro przyjdzie, przyślij ją do mnie. Zamierzam pracować w domu. - Miał taką możliwość dzięki kom-

puterowi   osobistemu,   zainstalowanemu   w   mieszkaniu,   chociaż   zwykle   wolał   przychodzić   do   redakcji.   Dzień 
jutrzejszy będzie wyjątkiem. Musi skutecznie odstraszyć tę małą, a gdzież można to zrobić lepiej niż we własnym  
domu.

Kaz zakrył dłonią mikrofon słuchawki.
- Jack - ryknął - ani mi się śni posyłać dwudziestotrzyletnią dziewczynę do twojego mieszkania. Spotkasz się z  

nią tutaj w redakcji i nie będzie żadnych problemów z nagabywaniem seksualnym.

- Dwadzieścia trzy lata? - Jack uderzył się w czoło otwartą dłonią. - To znaczy, że jest młodsza ode mnie o dzie -

sięć lat! Dziesięć lat! Kiedy ja dojrzewałem płciowo, ona zaczynała chodzić do żłobka. Kiedy ja uczyłem się pro-
wadzić samochód, ona uczyła się czytać! Kaz, to śmieszne, ja...

- Będzie tu jutro punktualnie o siódmej, Blackledge.

3

background image

- Dobra, przyjdę  z nią pogadać - wysapał Jack. Tę rundę przegrał, ale nie miał zamiaru przyznawać się do  

porażki. - Jak się nazywa to słodkie, małe kaczątko? - Jego uśmiech był więcej niż diaboliczny.

Kaz nie wyglądał na uszczęśliwionego.
- Colleen Brady - wyrzucił z siebie i powrócił do przerwanej rozmowy telefonicznej, nerwowo unosząc brwi.

Colleen Brady weszła do redakcji Buffalo Times-Gazette o szóstej trzydzieści. Tak spieszno jej było zacząć nową 

pracę, że musiała się powstrzymać, by nie przyjechać godzinę wcześniej.

W trakcie oczekiwania na przybycie Jacksona Blackledge została przedstawiona wszystkim pracownikom, a ci 

przyjęli ją miło i ciepło. Obawiała się, że jej nowi koledzy mogliby źle potraktować kogoś z zewnątrz, kto sprzątnął 
im sprzed nosa świetną posadę asystenta felietonisty drukowanego w całym kraju. Samodzielne pisanie artykułów, 
oczywiście pod czujnym okiem pana Blackledge’a, stanowiło spełnienie jej wielkich marzeń. Nie zdziwiłaby się 
więc, gdyby ktoś z redakcji okazał jej zazdrość bądź nawet otwartą wrogość.

Ku   swojemu   zaskoczeniu,   została   przyjęta   z   otwartymi   ramionami.   Dostała   kubek   kawy   z   ekspresu 

zainstalowanego w holu. Kiedy pociągnęła łyk  i spróbowała go przełknąć, ktoś zażartował na temat mocy tej  
czarnej, gęstej smoły. Colleen śmiała się ze wszystkimi, ale zanotowała sobie w my ślach, aby przynosić własną 
kawę w termosie.

- Już jest - wyszeptał jakiś głos. - Black Jack właśnie wysiadł z windy.
Colleen nadstawiła uszu. Pan Blackledge swoje artykuły podpisywał pseudonimem „Black Jack”.
Nagle przez tłumek przebiegł pomruk lekko podnieconych głosów, rozległo się kilka sapnięć i Colleen poczuła na 

sobie powłóczyste spojrzenia. Nie rozumiała, co się dzieje, ale w swym krótkim życiu już kilka razy grała rolę 
nowicjuszki, więc potraktowała tę sytuację jako coś normalnego. Każda grupa razem pracujących ludzi ma swoje  
własne dowcipy, swój język, swój własny kod. Wiedziała z doświadczenia, że nie mogłaby zrobić nic gorszego niż 
zapytać o powód zamieszania.

Z  natury  ostrożna   i  czujna,   Colleen  udała,   że   nie   zauważyła   nagłego  wzrostu  napięcia   i   spokojnie   popijała 

śmiercionośną   ciecz,   tutaj   zwaną   kawą.   Niestety,   stała   tyłem   do   drzwi,   więc   musiałaby   się   odwrócić   o   sto  
osiemdziesiąt stopni, żeby zobaczyć, kto wchodzi do pokoju.

Wolała tego nie robić. Lepiej nie niszczyć oczekiwań grupy na... na co? Colleen nie wiedziała, ale z pewnością 

wszyscy wkoło na coś czekali. Na pozór spokojnie kontynuowała rozmowę z jednym z młodszych reporterów, 
udając brak zainteresowania.

- Hej, Jack, ona jest tutaj! - zawołał ktoś śpiewnym głosem. - Twoja asystentka jest gotowa i czeka na ciebie.
Colleen   poczuła   gorąco   czerwieniejących   policzków.   Ten   facet   wypowiedział   zwykłe,   niewinne   słowo 

„asystentka” tonem sugerującym jakiś sprośny podtekst!

- Dobra, gdzie ona jest? - usłyszała szorstki, mocny głos, pełen zniecierpliwienia i złości.
- Tam, Black Jack - padła wesoła odpowiedź. - Ta mała śliczna blondynka.
Colleen postawiła kubek z kawą na brzegu biurka i umyślnie powoli odwróciła się w stronę drzwi.
Jacka Blackledge’a dzieliło od niej kilka kroków. Bez wątpienia zauważył ją natychmiast. Nie tylko była jedyną  

nie znaną mu osobą w biurze, ale też naprawdę wyglądała jak „śliczna mała blondynka.”

Zmierzył   ją   wzrokiem.   Jej   rozpuszczone   jasnoblond   włosy   opadały   nieco   na   ramiona.   Patrzyła   na   niego 

ogromnymi brązowymi oczami. Dostrzegł słodkie, miękkie i zmysłowe usta. Jej skóra przywodziła na myśl lody 
brzoskwiniowe, taka gładka i bez skazy jak porcelana w najlepszym gatunku.

- Colleen Brady? - wyrzucił z siebie, chcąc zyskać na czasie. Dał się zaskoczyć, a nie zdarzało mu się to zbyt czę -

sto. Kaz nie uznał za koniecznie poinformować go, że jego asystentka jest również piękną kobietą. Niezła laska, jak 
powiedzieliby niektórzy z jego kolegów. Fala ciepła, która przebiegła przez jego ciało, nie ucieszyła go w naj-
mniejszym stopniu.

- Tak, proszę pana - odpowiedziała Colleen. Usłyszała za sobą stłumiony chichot i drgnęła. Poczuła wewnętrzne 

napięcie   jak   nowy  rekrut,   stojący  przed   najbardziej   znienawidzonym   instruktorem   musztry.   Zmusiła   ciało   do 
częściowego choćby rozluźnienia napiętych mięśni, zdołała wykrzywić wargi w grymasie, który, miała nadzieję, 
przypominał oficjalny uśmiech i wyciągnęła rękę na powitanie.

Jack zamknął jej dłoń w swojej, tak wielkiej, że wchłonęła jej małą rączkę całkowicie. Jego palce były długie, 

silne i twarde.

Colleen usiłowała nie gapić się na niego, ale nowy szef bez wątpienia podziałał na jej zmysły. Dotąd wyobrażała 

sobie pana Blackledge’a, jako lustrzane odbicie łysiejącego, otyłego, pięćdziesięciokilkuletniego Kazorowskiego. 
Ujrzała przed sobą jego dokładne przeciwieństwo: młody, wysoki i przystojny w bardzo męskim, surowym typie. 
Miał dość długie, czarne i niemożliwie gęste włosy, oczy swą barwą przypominały bezksiężycową noc, a usta o  
zmysłowych kształtach w tej właśnie chwili wykrzywiał nie wróżący nic dobrego uśmiech.

Kiedy tak stali na wprost siebie, wyglądali jak olbrzym i krasnoludek. On, potężnie zbudowany, wysoki jak 

wieża, i ona, która przy swoich stu sześćdziesięciu centymetrach wzrostu i drobnokościstej budowie stanowiła z  
nim uderzający kontrast. Ubrany był w wypłowiałe czarne dżinsy, co tylko podkreślało jego szczupłe biodra, płaski 
brzuch   i   onieśmielającą,   przytłaczającą   męskość.   Czarna   koszulka   i   skórzana   kurtka   przydawały   ogólnemu 

4

background image

wrażeniu nieokreślonej aury zagrożenia.

„Ubiera się raczej jak gangster, a nie jak dziennikarz” - pomyślała nerwowo Colleen. Z całą pewnością nie odpo -

wiadał ideałowi osoby, która ma innych przyuczać do zawodu. Emanował seksem i był nieprzystępny: klasyczny 
przykład niebezpiecznego i trudnego we  współżyciu mężczyzny,  którego to typu  Colleen, klasyczny przykład  
grzecznej dziewczynki, konsekwentnie unikała.

-   Miło   mi   panią   poznać,   panno   Brady   -   rzekł   Jack   fałszywie   uprzejmym   tonem,   który   wywołał   wśród 

obserwatorów zduszony śmiech. - Jestem Jack Blackledge.

Już wczoraj, wiedząc, że publiczność dopisze, zaplanował sobie scenę niby grzecznego przywitania, a po nim za-

mierzał kontynuować schemat pod tytułem „Black Jack poznaje i niszczy nie chcianą asystentkę.” Nie miał nic 
przeciwko zabawianiu innych, o ile nie stało to w sprzeczności z jego własnymi celami. Nie przewidział jednak, że 
„nie  chciana  asystentka”  będzie taka... pociągająca.  Nie  spodziewał  się również,  że  dotyk  jej małej,  ciepłej  i 
miękkiej dłoni okaże się tak miły.

Colleen z trudem przełknęła ślinę.
- Cała przyjemność po mojej stronie. - To zdanie padło z jej ust automatycznie. Nie ulegało wątpliwości, że 

podobnie zachowałaby się, witając samego diabła. Dobre maniery

 wpajała jej matka, a potem najstarsza siostra Shavonne, która przyjęła na siebie ciężar wychowania Colleen po  

śmierci rodzicielki.

„Brak pieniędzy nie usprawiedliwia braku dobrych manier.”
Ta zasada, powtarzana tak często przez matkę i siostrę, wręcz wdrukowała się w jej pamięć. Kiedyś rodzina 

Bradych cierpiała straszliwą nędzę i chociaż ten problem przestał istnieć, gdy cztery siostry Colleen poślubiły 
bogatych braci Ramseyów, to kindersztuba pozostała. „Posiadanie pieniędzy nie usprawiedliwia braku dobrych 
manier” - brzmiało nowe zawołanie bojowe Shavonne.

- A więc spotkanie ze mną sprawia pani przyjemność, Colleen? - Zjadliwość jego tonu poruszyła dziewczynę do  

głębi. - Czy zawsze tak łatwo pani sprawić przyjemność, panno Brady?

Colleen poczerwieniała na twarzy. Ktoś z tłumu skomentował to głośno i poczuła, że jej policzki robią się coraz 

gorętsze. W myślach przeklęła jasną karnację swej skóry, która zdradziła ją właśnie wtedy, kiedy chciała zachować  
pozory zimnej obojętności.

Wysunęła rękę z jego dłoni. Właściwie tylko spróbowała to uczynić, bo Jack nie zwolnił uścisku. Pozostało jej 

jedynie wyrwanie ręki z kleszczy nowego szefa, ale i to wydawało się daremne w obliczu silniejszego przeciwnika, 
który nie miał najmniejszego zamiaru do tego dopuścić. Zamierzał natomiast ją zirytować, rozzłościć, zmusić do  
bitwy o odzyskanie własnej dłoni i tym sposobem ośmieszyć przed kolegami.

Oczy Colleen i Jacka spotkały się. Wyczytała w jego spojrzeniu wyzwanie i zdecydowała się je przyjąć.

2

- Czy mógłby pan puścić moją rękę? - zapytała Colleen z wymuszonym,  drewnianym uśmiechem. Jeżeli nie  

udało się jej wyglądać na zimną  i obojętną, może  chociaż tak zabrzmią  te słowa. Miała nadzieję, że nikt nie 
zauważył lekkiego drżenia w jej głosie.

- Nie. - Jack uśmiechnął się złośliwie. Wiedział, że wyprowadził ją z równowagi. To dobrze. Postanowił trzymać 

jej rękę tak długo, aż straci resztkę opanowania i pobiegnie do Każą z żądaniem uwolnienia jej od jakichkolwiek  
kontaktów z tym paskudnym Jackiem Blackledge’em.

Za jego decyzją krył się jeszcze jeden powód. Podobało mu się dotykanie tej dziewczyny.
Colleen nie była jednak ani tak naiwna, ani tak słaba psychicznie jak przypuszczał. W końcu przecież jej siostry 

poślubiły   czterech   braci   Ramseyów,   z   których   żadnemu   nie   brakowało   agresywności,   ciągot   dyktatorskich   i 
męskiej przewrotności. Siostry Colleen nauczyły się, jak postępować z Ramseyami, co w żadnym razie nie było  
łatwe, a Colleen miała oczy i uszy otwarte i również sporo sobie przyswoiła.

Wiele razy widziała, jak siostry z humorem rozbrajały pola minowe małżeńskich nieporozumień. Zawsze warto 

spróbować   dowcipu,   kazała   więc   wargom   przybrać   kształt   najbardziej   promiennego   uśmiechu   i   zaprzestała 
wysiłków, by uwolnić dłoń.

- Nie sądziłam, że tak szybko osiągniemy etap trzymania się za ręce, Jack. Więc zakochałeś się od pierwszego  

wejrzenia?

Tłumek wybuchnął śmiechem. Jack zarejestrował aprobatę widzów i zmarszczył brwi. Niezła z niej zawodniczka, 

skoro zdołała zażartować z jego taktyki zastraszania. Powinien teraz puścić jej dłoń i śmiać się ze wszystkimi. 
Zmarszczył brwi jeszcze bardziej. Nie lubił czuć się wystrychnięty na dudka, zwłaszcza przez blondynkę o twarzy 
dziecka.

Colleen  Brady  będzie   musiała   nauczyć   się   podstawowych   reguł,   z   których   pierwsza   brzmi:   on  tu  dowodzi. 

Kobiety przychodziły i odchodziły stosownie do jego zachcianek. Zawsze wszystko przebiegało zgodnie z jego 
warunkami. Raz nawet podziękował jednej z rozwścieczonych dziewcząt, która nazwała go zimnokrwistą żmiją; 
uznał to za komplement.

Łatwo przyszło, łatwo p o s z ł o. Tak brzmiało, kredo i zdecydowanie odrzucał możliwość zmiany swych  

5

background image

poglądów z powodu jakiejś tam laleczki Barbie. Zuchwale otaksował ją spojrzeniem. Ze zdumieniem stwierdził,;; 
przełknięcie śliny sprawia mu trudność.

Jej   figura   posiadała   wszystkie   ponętne   krzywizny,   zagłębienia   i   wypukłości   dokładnie   tam,   gdzie   należy. 

Ciemnopurpurowej   sukienki,   którą   założyła   tego  ranka,   nie   woźna   by  nazwać   seksowną,   ale   miękki   materiał  
uwydatniał znacząco jej kobiecość. Kształtne stopy obute były w, lekkie pantofelki na niskim obcasie, a ciemne  
rajstopy opinały smukłe łydki.

„Wspaniałe  nogi”  -   przyznał   Jack,  wyobrażając   sobie  jej   uda,   z  pewnością   jędrne  i  zaokrąglone.   Następnie  

spróbował ujrzeć w myślach barwę i wielkość brodawek jej piersi, co zaowocowało, rzecz jasna, narastającym  
podnieceniem.  „Pozbycie się małej panny Brady za pomocą  uwiedzenia zapowiada się całkiem przyjemnie”  - 
pomyślał.

- Nazwijmy to pożądaniem od pierwszego wejrzenia, kochanie - wycedził. Uniósł jej dłoń do ust przyciągając ją 

tym   samym   ku   sobie.   Kiedy  odwrócił   jej   rękę   i   przycisnął   do   niej   wargi,   do   jego   nozdrzy  dotarła   subtelna  
kwiatowa woń jej perfum.

W uszach Colleen zabrzmiało echo jej przeraźliwie głośno bijącego serca. Co ma teraz zrobić? Poczuła silną 

pokusę, żeby wyrwać rękę i trzasnąć go na odlew w twarz, ale przecież obserwuje ich cała redakcja, czekając z 
niecierpliwością na jej następne posunięcie. Jeden fałszywy ruch może ją kosztować sympatię nowych kolegów, a 
może nawet wzbudzić w nich niechęć czy wrogość.

Co gorsza, dotknięcie warg Jacka na wrażliwej skórze dłoni wprowadziło ją w jeszcze większe pomieszanie. Całe 

ciało Colleen ogarnął ten szczególny rodzaj fali gorąca, płynącej z okolic żołądka, która wnet dotarła do policzków 
i oblała je krwistym rumieńcem.

Szybko zerknęła na jego prawą rękę. Nie dojrzała na niej obrączki ślubnej. Niespodziewana, a przy tym ani 

trochę nie pomocna w wyplątaniu się z tego ambarasu, myśl przeraziła ją tak samo; jak dreszcz emocji wywołany  
dotykiem jego dłoni.

Witamy w Times-Gazette - krzyknął ktoś z tłumu - i na posadzie z piekła rodem. Jesteś odważniejsza niż kto-

kolwiek z nas.

- Black Jackowi potrzebna asystentka jak, nie przymierzając jak ślubna małżonka - wymamrotał ktoś inny.
Tę ostatnia uwagę potwierdziły chóralne potakiwania i szepty. Colleen pojęła ją w lot: Jack Blackledge nie chciał  

się   żenić   i   nie   zamierzał   pracować   z   kimkolwiek.   Naraz   zobaczyła   swą   wymarzoną   posadę   z   zupełnie   innej 
perspektywy.

- Pan Kazorowski przyjął mnie dość entuzjastycznie - wybuchnęła Colleen, zbyt poruszona najświeższym odkry-

ciem, by utrzymać język na wodzy. - Ale to nie był entuzjazm, prawda? To był akt desperacji?

Usłyszała pojedyncze oklaski i śmiechy. Z uczuciem, jakie zwykle towarzyszy tonącemu, Colleen zdała sobie 

sprawę ze swego rzeczywistego położenia. Ten szczęśliwy los na loterii, jej wspaniała nowa praca okazała się  
niewypałem.  Prawdopodobnie propozycję  jej podjęcia odrzuciło mnóstwo ludzi, także wszyscy obecni w tym 
pokoju, zanim ona miała nieszczęście przysłać swoje podanie. Czy Kazorowski w ogóle czytał próbki jej tekstów?

Nagle Jack puścił jej dłoń. Kiedy ich oczy niechcący się spotkały,  dostrzegła w jego wzroku gniew zamiast  

wcześniejszej złośliwej satysfakcji.

- Do tego kupił cię tanio - wycedził zimno Jack. - Mam nadzieję, że nie łudziłaś się, że to z powodu twoich  

talentów dziennikarskich. 

- Umiem pisać - odrzekła Colleen.
P o m o c y - zawołała bezgłośnie w myślach. Nie lubiła walczyć, a walka z mężczyzną, w dodatku tak silnym,  

wysokim   i   tak   bardzo   męskim,   przerażała   ją   bardziej   niż   cokolwiek   innego.   Obserwowała   swoje   siostry,   ich 
zmagania z przyszłymi wówczas mężami z klanu Ramseyów i już wtedy czuła wielką ulgę, że była tą panną Brady,  
której oszczędzono podobnych przejść.

Jednak przyglądając się siostrom, zapamiętała dobrze jedną ważną rzecz. Pewien typ mężczyzny: dominujący, 

agresywny,  promieniujący magnetyzmem seksualnym osobnik - a Jack Blackledge bez wątpienia należy do tej  
kategorii - każdego, kto ustępuje mu z drogi, natychmiast rozgniata jak pchłę. Jack Blackledge rozumie i szanuje  
tylko siłę i władzę. Uległa, nieśmiała kobieta nie ma w walce z nim żadnych szans.

Musi mu teraz udowodnić, że trafił na równego sobie przeciwnika. Ruszaj, jeżeli zamierzasz iść naprzód. Tak 

brzmiała dewiza Ramseyów, mająca uzasadnić konieczność nieustannego panowania nad sytuacją, a Colleen zbyt 
często oglądała tych, którzy wycofali się bez walki. W atmosferze powszechnego lekceważenia tracili możliwość  
decydowania   o   własnej   przyszłości.   To   właśnie   spotkałoby   ją   w  Times-Gazette,  gdyby   pozwoliła   Jackowi 
Blackledge’owi sterroryzować się na dobre.

- Umiem pisać - powtórzyła jeszcze dobitniej.
- Umiesz pisać?! - zawołał kpiąco Jack. - Spędziłaś wakacje przebrana za kaczuszkę. Co to ma wspólnego z pisa-

niem? Zaliczyłaś kilka egzaminów z dziennikarstwa na jakimś zakichanym uniwerku...

- Nie studiowałam dziennikarstwa - przerwała mu Colleen, a jej piwne oczy zaczęły jarzyć się gniewnym bla-

skiem. - Skończyłam filologię angielską.

- Jeszcze lepiej! - krzyknął Jack z pogardą.

6

background image

Colleen wpadła w konsternację. Usiłowała odpowiadać ciosem na cios i stępić jego ostry język, ale Blackledge  

najwyraźniej postanowił ją znokautować. Nie była pewna, jak długo utrzyma się na ringu.

- Och, daj jej spokój, Jack - odezwał się jeden z dziennikarzy sportowych. Przypuszczalnie, wczuwając się w jej 

położenie, pragnął w ten sposób podtrzymać ją na duchu.

- Ona jest w porządku - dodał któryś z reporterów, uśmiechając się nerwowo.
Zgodził się z nim ktoś jeszcze i szala zwycięstwa zaczęła się powoli przechylać na stronę Colleen. Czyżby zdała 

nieformalny egzamin i zdobyła sympatię nowych kolegów? Kiedy dwie z młodszych reporterek podeszły do niej i 
zaprosiły ją na lunch w czasie przerwy, pomyślała, że chyba tak.

Jack   doszedł   do   tego   samego   wniosku.   Rzucił   Colleen   złowróżbne   spojrzenie   i   pomaszerował   sztywno   w 

kierunku swojego biurka.

- Idziesz tutaj czy zamierzasz sterczeć tam i plotkować cały dzień?! - zawołał ze złością. - Nie jesteś w wesołym  

miasteczku. W tym miejscu wydaje się gazetę.

- Spróbuj się nie przejmować, Colleen - szepnęła jedna z jej nowych przyjaciółek, z którymi miała zjeść lunch. -  

To nawet lepiej, że cię nie znosi. Będziesz bezpieczniejsza i popracujesz tu o wiele dłużej.

Colleen była wdzięczna za słowa otuchy,  lecz nie dodały jej one odwagi. Podeszła do biurka Jacka w pełni  

świadoma, że nie cieszy się łaską swego szefa.

- Dotąd miałem ten kąt wyłącznie dla siebie - powiedział kwaśno - ale widzę, że wstawiono już mebel dla ciebie. 

- Wskazał na stary, odrapany blat, wciśnięty pomiędzy jego wielkie, błyszczące biurko a ścianę. - Siadaj i do  
roboty - rozkazał.

Colleen usiadła na starym drewnianym krześle. Nie mogła nie zauważyć, że obrotowe krzesełko Jacka jest zaopa-

trzone w miękkie poduszki, podczas gdy jej stary grat wyglądał jak wyrzucony na śmietnik z liczącej sobie sto lat 
wiejskiej szkółki. Po kilkudziesięciu sekundach siedzenia na nim jej ciało potwierdziło tę ocenę. Zastanawiała się, 
jak wytrzyma na nim przez kilka godzin.

Colleen powstrzymała westchnienie. Na szczęście biurka ustawiono tak, że dzieliła ją od Jacka szerokość dwóch 

blatów. Cóż, należy być wdzięcznym choćby i za to. Gdyby biurka stały tyłem do siebie, nie dałoby się uniknąć  
przypadkowych dotknięć.

Pomyślała o jego dużej, silnej i ciepłej ręce, o jego wargach na swej skórze i dziwny dreszcz przebiegł jej po 

kręgosłupie. Tak, musi za wszelką cenę uciekać przed dotykiem tego człowieka.

- Wiesz, jak włączyć komputer? - zapytał Jack, udając troskliwość i obserwując ją przy tym uważnie. - Tam z 

boku jest taki kluczyk, który musisz przekręcić. Może ci pomóc?

- Nie, dziękuję. Poradzę sobie. - Poprzysięgła w duchu, że nie skorzysta z pomocy Jacka, nawet gdyby to miało  

oznaczać ślęczenie przed czarnym ekranem przez cały dzień. Przeszukała klawiaturę, znalazła przełącznik i po  
chwili komputer ożył, sygnalizując to cichym brzęczeniem.

Jack zdawał się jej nie zauważać, więc w końcu zebrała się na odwagę i chrząknęła.
- Nie chciałabym panu przeszkadzać, ale co właściwie mam robić?
- A może ty mi powiesz, moja mała, co cię skłoniło do zabawy w dziennikarstwo?
Colleen popatrzyła mu prosto w oczy. Wtedy coś trudnego do uchwycenia, silnego jak wyładowanie elektryczne 

przebiegło między nimi.

Po prostu hormony, czysta chemia - pomyślał Jack. Ekscytujące, ale w obecnej sytuacji zupełnie nie na miejscu. 

Przecież starał się jej pozbyć, a nie zaciągnąć do łóżka. Ku swemu niezadowoleniu skonstatował, że ma ochotę na 
jedno i drugie jednocześnie.

Mniej doświadczona Colleen zinterpretowała powstałe napięcie jako wrogość z jego strony. Z historii burzliwego 

narzeczeństwa swoich sióstr zapamiętała także tę naukę: jedyny sposób radzenia sobie z wrogością to stawić jej 
czoło.

Odmówiła w myśli krótką modlitwę, wdzięczna za czysto zawodowy charakter swych stosunków z Jackiem.  

Wyobraziła sobie, że musiałaby utrzymywać osobiste kontakty z takim seksownym, wymagającym, agresywnym, 
trudnym mężczyzną! To... przerażające.

- Nie bawię się w dziennikarstwo - odrzekła, dumna ze swego opanowanego, zimnego tonu. Bez onieśmielającej 

asysty obserwatorów łatwiej się z nim rozmawiało. - Zawsze chciałam pisać. Kiedy pan Kazorowski przyjął mnie 
do pracy, ledwo uwierzyłam w swoje szczęście.

- Jak się dowiedziałaś, że nikt w redakcji nie reflektował na tę posadę?
- Po takim miłym powitaniu z pańskiej strony nie miałam żadnych wątpliwości. - Ucieszyła się z udanej repliki. 

Tak, słowna potyczka z panem Blackledge’em okazała się dla niej dużo prostsza, kiedy rozmawiali sam na sam.

- A dlaczego szukałaś pracy właśnie w Buffalo? - Ogarnęło go rozdrażnienie, gdy jej żałosne próby odcinania się 

naprawdę odniosły skutek. - Tak się składa, że ja kocham to miasto. Tutaj się urodziłem i wychowałem, ale nie 
mogę  nie  dostrzegać,  jaką  złą  reputacją  cieszy się  Buffalo w  całym   kraju.  Nikt  bez  specjalnego  powodu nie 
przyjeżdża tutaj.

Colleen zastanawiała się, czy on czeka na odpowiedź, czy tylko sposobi się do kolejnej złośliwości. Postanowiła 

wziąć jego pytanie za dobrą monetę i odpowiedzieć.

7

background image

- Osoba, z którą wynajmuję mieszkanie...
- Mężczyzna czy kobieta? - Znów zastawiał na nią pułapkę.
Colleen zdecydowała, że ominie ją z daleka. Rzuciła mu pobłażliwe spojrzenie. 
- Kobieta - rzekła. - Ma na imię Nicola. Nicola Shakarian. Byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami przez całe studia,  

więc po dyplomie...

- Mieszkałaś kiedyś z mężczyzną?
- Nie! - Zaraz pożałowała, że jej głos ujawnił tyle przerażenia. Znowu zamierzał ją zirytować, a ona połknęła 

przynętę. Musi odzyskać utracone terytorium.

- Mieszkał pan kiedyś z kobietą? - Po raz pierwszy w życiu zadała takie pytanie mężczyźnie. Miała nadzieję, że  

wygłosiła je niedbałym tonem osoby doświadczonej.

- Oczywiście. Przez dwa lata byłem żonaty. Oprócz tego i przed ślubem, i po rozwodzie zdarzało mi się przez  

czas dłuższy gościć kobiety w swoim mieszkaniu.

- Ach tak. - No i co teraz powinna powiedzieć? Kiedy dochodziło do niedbałej wymiany zdań osób doświadczo -

nych, Jack miał nad nią co najmniej tysiąc lat przewagi.

- Pozwól, że uprzedzę twoje kolejne pytanie. Nie, w tej chwili mieszkam sam. - Jack uśmiechnął się w sposób, ja -

kiego nie powstydziłby się wilkołak. - Powszechnie uważa się mnie za doskonałą partię.

- Kto tak uważa i z jakich powodów? - zareplikowała natychmiast Colleen. Niestety, znów zaczęła się rumienić.  

Jak on odgadł, że właśnie zastanawiała się nad jego obecną sytuacją?

- Punkt dla ciebie. - Tym razem zaśmiał się szczerze. - Czy w twoim życiu jest jakiś mężczyzna, Colleen? Może 

miły chłopiec z college’u, który nawet teraz, kiedy sobie gawędzimy, haruje jak wół, żeby kupić ci pierścionek  
zaręczynowy z jednokaratowym diamentem?

Sztywno pokręciła głową i w tym samym  momencie nagle odzyskane poczucie humoru dodało jej pewności 

siebie. Ze zdziwieniem stwierdziła, że się uśmiecha.

- Wygląda na to, że właśnie ten brak pierścionka rzucił mnie i Nicolę do Buffalo. Przez pierwsze miesiące po 

studiach próbowałyśmy mieszkać w Houston, ale na dłuższą metę okazało się to niemożliwe. Moja rodzina wciąż  
organizowała dla mnie i dla Nicoli randki z chłopcami, których wcześniej nie widziałyśmy na oczy. A kiedy nie  
usiłowali nas wydać za mąż, to bez przerwy nas odwiedzali, zapraszali na obiady i raczyli kazaniami na temat  
zagrożeń   i   pułapek   czyhających   na   dwie   samotnie   mieszkające   dziewczyny.   Doszłyśmy   do   wniosku,   że 
powinnyśmy   wyjechać   z   miasta.   Znalazłyśmy   zajęcie   w   Waszyngtonie.   Tam   mieszkają   krewni   Nicoli.   - 
Uśmiechnęła się jeszcze szerzej. - No i proszę sobie wyobrazić: cała historia powtórzyła się od początku do końca,  
tym razem z rodziną Nicoli w roli głównej. Znowu doprowadzali nas do szału nadopiekuńczy wujowie i swatające 
ciotki.

Wcale nie pragnął odwzajemnić jej uśmiechu, jednak zrobił to bez udziału woli.
- Więc postanowiłyście poszukać wolności i niezależności w Buffalo?
- Zależało nam na wolności gdziekolwiek. Starałyśmy się o pracę we wszystkich miastach w całym kraju, byle z 

daleka od Bradych i Shakarianów. Nicola jest pielęgniarką i chciała zatrudnić się w szpitalu pediatrycznym, a ja w  
gazecie. Umówiłyśmy się, że pojedziemy tam, gdzie będzie praca dla nas obu.

- I była w Buffalo.
Colleen przytaknęła.
- Nicola dostała etat pielęgniarki w szpitalu dziecięcym. Myślę, że spodoba nam się to miejsce. Wiem, że tak 

będzie   -   poprawiła   się,   a   w   jej   oczach   błysnęła   radość.   -   Nareszcie   jesteśmy   na   swoim,   mamy   przyjemne 
mieszkanko i obie znalazłyśmy dobre posady.

- Może twoja przyjaciółka znalazła dobrą posadę, ale ciebie wpuszczono w maliny, moja droga. Masz na głowie  

trzy różne zajęcia za niecałą jedną pensję.

- Trzy? - Wpatrzyła się w niego spłoszona.
- Oprócz pracy ze mną, która będzie ciężką torturą, mogę ci to obiecać, przyjdzie ci recenzować bzdurne komedie  

dla nastolatków i rzygawiczne horrory, bo nasza recenzentka od idiotycznych filmideł idzie na urlop macierzyński. 
Laura Berman,  szefowa działu rozrywki,  kategorycznie  odmówiła  oglądania tych  śmieci. A Stefania Doebler,  
redaktorka działu kulinarnego, poprosiła o kogoś do pomocy przy rubryce wymiany przepisów od czytelników, w 
czwartkowym poszerzonym wydaniu. Wysil mózg i zgadnij, kto zajmie się tym wszystkim.

- Ja? - Colleen rozwarła szeroko oczy.
- Brawo.
- Wymiana przepisów kulinarnych? Czy będę musiała też gotować?
- Skąd, u diabła, mam wiedzieć? - Jack wzruszył ramionami. - Nie miałem dotąd nic wspólnego z czymś takim. Z 

pomocą boską może nigdy nie będę miał.

- Ale ja nienawidzę gotowania. Jestem okropną kucharką.
-   W   takim   razie   żywię   nadzieję,   że   każą   ci   nie   tylko   wypróbować   każdy   przepis,   ale   także   zjeść   to,   co 

przygotujesz. I nie spodziewaj się, że zaryzykuję przełknięcie choćby kęsa z tej brei.

- Ani mi to w głowie. - Zagryzła dolną wargę. - Pan Kazorowski nic nie wspominał o przepisach i recenzjach fil -

8

background image

mów.

- O recenzjach głupich filmów - poprawił ją Jack radośnie. - Oczywiście, że nie wspomniał. Jak słusznie za-

uważyłaś, był zdesperowany. Nie powiedział ci także, że w dziennikarskim światku Buffalo uważa się mnie za  
plagę egipską i dopust boży, prawda?

Colleen przyjrzała mu się w zamyśleniu.
- Najwyraźniej nie jest ci przyjemnie, że nikt nie chce z tobą pracować, a mimo to wcale nie próbujesz traktować  

ludzi uprzejmie i po przyjacielsku...

- Uprzejmie i po przyjacielsku?- huknął Jack.- Za długo przebywałaś w magicznym świecie Disneya, moja panno. 

W realnym świecie nie ma miejsca na „uprzejmie i po przyjacielsku”. Każdy układa sobie grafik własnych celów i 
robi wszystko, żeby je osiągnąć kosztem pozostałych. Chodzi tylko o to, żeby wysforować się daleko przed innych 
i utrzymać na czele wyścigu, to wszystko.

Colleen skrzywiła się.
- Jakbym słyszała teścia moich sióstr. To znaczy ojca moich szwagrów - wytłumaczyła.
- Co? - Jack najwyraźniej potrzebował dalszych wyjaśnień.
- Mam cztery siostry: Shavonne, Erin, Tarę i Megan, które poślubiły czterech braci: Slade’a, Rada, Jeda i Ricka. 

Oni...

- Zaraz, zaraz, chcesz, żebym się nauczył tych wszystkich imion na pamięć? - przerwał jej znowu. - Czy na ko-

niec szykujesz jakiś konkurs?

Colleen obrzuciła go zimnym jak lód spojrzeniem.
- Moje siostry mają tego samego teścia, bo ich mężowie są synami tego samego ojca. Większość ludzi uważa ten 

fakt za interesujący.  Ten człowiek to rekin w ludzkiej skórze. Zgodziłby się z tobą co do filozofii typu „rób 
wszystko, byle tylko utrzymać się na szczycie” i podobnych bzdur. Ja się nie zgadzam, jeśli chcesz wiedzieć - 
zakończyła. W jej brązowych oczach zajaśniały iskierki buntu.

Jack popatrzył na nią surowo. Sytuacja zaczęła wymykać się spod mojej kontroli - pomyślał z niepokojem. Ta 

dziewczyna jest zbyt ładna i zbyt pociągająca... i za młoda dla niego. Co gorsza, w jej towarzystwie czuł się o wiele 
za dobrze. Czas skończyć koleżeńską pogawędkę i to natychmiast.

- To nie bzdury, to uniwersalna prawda - rzucił ostro. - Poza tym nie interesuje mnie historia twojej rodziny, więc  

jeśli w ten sposób usiłujesz zachowywać się uprzejmie i po przyjacielsku, to na mnie to nie działa, Colleen.

Jej   policzki   przybrały   barwę   głębokiej   purpury.   Nie   dość,   że   co   chwila   z   niej   drwił,   to   jeszcze   wymówił 

„Colleen” takim tonem, jakby chciał powiedzieć „ty idiotko”.

Doprowadził ją do ostateczności.
- Dlaczego jesteś taki... taki nieznośny! - wybuchnęła.
- Nieznośny? - warknął Jack. - Nie jestem nieznośny! Tak możesz nazwać dzieciaka, który nie chce iść spać po  

dobranocce. Uprzejmie, po przyjacielsku, nieznośny...Jeżeli twoje słownictwo dziennikarskie brzmi tak przyziem-
nie, jak to, co słyszę, to radzę ci jak najszybciej zainwestować w dobry słownik, dziecinko.

- Nie lubię, kiedy nazywa się mnie dziecinką albo panienką - rzekła ostro Colleen. - Nie jestem dzieckiem.
-   Oho,   witamy   nową   feministkę.   No   dalej,   powiedz   mi,   jak   bardzo   nienawidzisz   mężczyzn,   i   jak   to   my,  

mężczyźni, niszczymy was, piekielnie utalentowane kobiety. Już czekam na przemówienie z cyklu „Jakiż ten świat 
byłby wspaniały, gdyby rządziły nim kobiety”.

Zmierzyli się wzrokiem ponad blatami dwóch biurek.
- Wcale nie nienawidzę mężczyzn - zaprzeczyła Colleen gorąco - ale dla ciebie chyba uczynię wyjątek.
- A zatem Colleen lubi mężczyzn - odezwał się przesłodzonym głosem, zastawiając na nią kolejną pułapkę. - 

Założę się, że wielu mężczyzn lubi Colleen. Czy spędzasz czas jako imprezowa seksowna panienka co wieczór z 
innym   przyjacielem,   Colleen?  Bawią  cię  zaloty  kilku  facetów  naraz,  kiedy  ty możesz  wybrać  sobie  tego  lub 
tamtego w zależności od nastroju?

- Odpowiedź na oba pytania brzmi „nie” - odrzekła z kamienną twarzą.
-   Nie?   Nie   chodzisz   na   przyjęcia,   nie   flirtujesz,   nie   mieszkasz   z   przyjacielem.   Co   ty   właściwie   robisz   z 

mężczyznami, moja droga?

Zignorowała złośliwy podtekst tego pytania. Ich rozmowa, czy raczej kłótnia, coraz bardziej przypominała wszy-

stkie  te  nieprzyjemne  wymiany  zdań,   do jakich  dochodziło w  trakcie   randek  z  amantami  myślącymi   tylko  o  
wciągnięciu jej do łóżka. Przywołała w pamięci rezultaty tych nudnych, żałosnych dialogów.

- Więc powiesz mi czy nie, Colleen? - nalegał Jack. - Czekam na odpowiedź z zapartym tchem.
Usta Colleen wykrzywiły się nagle w kwaśnym uśmiechu. Skoro chce się dowiedzieć, to proszę bardzo.
- Mogłabym odpowiedzieć, że tak osobiste szczegóły to nie twój interes i że zbliżasz się do granicy nagabywania 

seksualnego. Odniosłam jednak wrażenie, że to by cię tylko zachęciło do dalszego włażenia z butami w moje  
prywatne życie. Może nawet zachęciłoby cię do ponownego bajdurzenia o moim feminizmie.

- Hm, nie mylisz się - zgodził się, a jego czarne oczy zaczęły błyszczeć.
-   W   takim   razie   usłyszysz   prawdę.   -   Głęboko   odetchnęła.   Oto   nastąpi   wyznanie,   które   zawsze   odstrasza 

mężczyzn. Nigdy dotąd jej nie zawiodło. - Jeśli chodzi ci o seks, to mam niewiele wspólnego z mężczyznami.  

9

background image

Czasem   tylko   pocałunek   na   dobranoc,   jeżeli   spędziliśmy   razem   kilka   miłych   wieczorów   i   jeśli   zdołałam   go 
polubić. To wszystko. Dotąd sięga moje doświadczenie z płcią przeciwną.

- Mówisz poważnie? - Jack wyglądał na zakłopotanego. - Chcesz powiedzieć, że jesteś dziewicą?
Colleen skinęła głową, rozpaczliwie walcząc z wpełzającym na jej twarz rumieńcem.
Jack gapił się na nią baranim wzrokiem.
- A co... co z seksem?
Rumieniec pogłębił się. Zaczęła się wiercić na niewygodnym krześle.
- Nie jestem pewna, czy powinnam uprawiać seks przed ślubem, czy dopiero po wyjściu za mąż - wyznała cicho. 

- Moje dwie siostry spały ze swoimi mężami przed ślubem, a dwie pozostałe wytrzymały z tym do nocy poślubnej. 
Wiem jedynie, że aby podjąć taką decyzję, musiałabym być bardzo zakochana i absolutnie pewna swoich uczuć,  
tak jak moje siostry.

Przez kilka chwil Jack nie był w stanie wykrztusić ani słowa.
- Naprawdę nie zamierzasz - wydukał w końcu - iść do łóżka z mężczyzną, dopóki się z tobą nie ożeni?
Wstał z krzesła i rozpoczął wędrówkę w tę i z powrotem,  środkiem wąskiego pasa wolnej podłogi między  

biurkiem a oknem.

- Toż to średniowiecze! Co za wariactwo, żeby nie rzec, kompletne... - Z trudem złapał oddech. - Nawet nie  

potrafię   znaleźć   na   tyle   dosadnych   słów,   żeby   ci   powiedzieć,co   myślę   o   takich   staroświeckich,   obłąkanych 
poglądach.

- Och, jak dotąd nieźle sobie radzisz.
Jego reakcja nie jest zaskakująca ani tym bardziej oryginalna - pomyślała Colleen wzdychając. Przywykła już do 

takich scen. Zdarzały się zawsze, kiedy sytuacja zmuszała ją do wyłuszczenia powodów tego, że „nie idzie na  
całość”, jak to uroczo określali jej niedoszli kochankowie.

- Dlaczego was, mężczyzn, tak to denerwuje? - zapytała, czując narastającą wściekłość. - Nie potępiam nikogo,  

kto ma inne zapatrywania na seks. Ja nie chcę nakłaniać innych do podejmowania jakichkolwiek decyzji, zanim 
będą gotowi. Dlaczego więc ludzie tak łatwo potępiają i wyszydzają moje decyzje?

- Dlatego, że... że... - Jack zamilkł. Chociaż ciężko przyszło mu to przyznać, Colleen miała rację. Zastanawiał się  

gorączkowo, czemu tak go to ubodło. Przecież nie namawiała go do życia w celibacie, po prostu przedstawiła 
swoje stanowisko w pewnej kwestii.

Jego wzrok, jakby niezależnie od woli, po raz kolejny spoczął na zmysłowych krągłościach piersi, ukrytych pod 

miękką włóczkową sukienką. Na piersiach, których nie zobaczył ani nie dotknął żaden mężczyzna.

Jest dziewicą! Te słowa nadal dźwięczały mu w uszach. Dlaczego ten prosty fakt poruszył go aż tak mocno?  

Czemu nie mógł przestać myśleć o tym,  że każde miłosne dotknięcie i każda pieszczota okazałyby się dla tej 
dziewczyny czymś zupełnie nowym? Zmusił się, żeby wypchnąć z umysłu prowokacyjne myśli i skoncentrować 
się na głównym celu tej rozmowy: tłamszeniu i odstraszaniu niepożądanej asystentki.

- Cóż, więc nie jesteś zbyt doświadczona - mruknął. - Pozwól, że udzielę ci małej lekcji na temat życia we współ -

czesnym   świecie.   Otóż   dziewictwo   straciło   dziś   na   atrakcyjności.   Jeśli   kiedykolwiek   poweźmiesz   zamiar 
zainteresowania sobą mężczyzny, to nie wyskakuj ze swoimi rewelacjami.

- Waśnie o to chodzi. Nie muszę cię sobą zainteresować, dlatego postanowiłam powiedzieć ci trochę prawdy -  

odparła natychmiast Colleen. - Teraz, mam nadzieję, dasz sobie spokój z niewybrednymi uwagami na temat seksu. 
Jak już wiesz, w przypadku mojej osoby to strata czasu.

Podszedł do jej biurka i zawisł nad nią jak sekwoja nad kępą paproci, znów próbując taktyki onieśmielenia.
-   Być   może   popełniłaś   strategiczny   błąd,   moja   słodka.   Przypuśćmy,   że   potraktuję   twą   niewinność   jako 

wyzwanie? Przypuśćmy,  że nie spocznę, dopóki nie będę cię miał w łóżku? Nigdy jeszcze żadna kobieta nie 
wymknęła się z moich sideł. Gdybym zdecydował się na ciebie, spotkałby cię ten sam los. Z całą pewnością.

Colleen  na   chwilę   zesztywniała,   czując   falę   dreszczy.   Z   przerażeniem   skonstatowała,   że   nie   był   to   dreszcz  

strachu,   tylko   podniecenia.   Natychmiast   opanowała   to   uczucie.   Zakończenia   tego   typu   dyskusji   znała   już   na 
pamięć.

- Na pewno ci się odechce - powiedziała matowym głosem. - Stracisz mnóstwo czasu i energii. Szybko dojdziesz 

do wniosku, że niepotrzebnie marnujesz siły.

- Zdarzało się tak przedtem?
Kiwnęła głową.
- Ale nigdy dotąd nikogo nie kochałam i nikt nie zakochał się we mnie. Redy to się stanie, kiedy zakocham się w 

kimś, kto pokocha mnie...

- Wylądujesz w jego łóżku, nie oglądając się na nic - dokończył Jack.
- Chciałam powiedzieć, że on nie potraktuje mnie jak prehistorycznego potwora ze względu na moje poglądy. 

Uszanuje je i pozwoli mi podjąć decyzję bez ciągłego ponaglania - odparowała cios.

- Teraz rozumiem, dlaczego tak polubiłaś Disneyland. Kraina śpiących królewien, szlachetnych książąt i bajko-

wych ślubów w długiej białej sukni. - Pokręcił głową. - Obudź się, dziewczyno. Życie to nie bajka.

- Czasem życie wydaje się dziwniejsze nawet od bajki - sprzeciwiła się. - Moje życie...

10

background image

- Oszczędź mi opowieści o swoim życiu, jeśli łaska - przerwał jej z sardonicznym uśmiechem na twarzy.
- Nie bój się, nie będę cię zanudzać. Zresztą ktoś tak mocno osadzony w rzeczywistości jak ty i tak by mi nie 

uwierzył.

- Niełatwo zbić cię z pantałyku, co, Colleen?
Wiedziała, że nie był to komplement.
Rzeczywiście,   nie   był.   Cała   ta   rozmowa   o   ślubach   i   małżeństwie   podziałała   Jackowi   na   nerwy.   Wywołała 

nieprzyjemne wspomnienie z czasów, kiedy sam, zamroczony sukcesami bohater stadionów, wierzył w historie 
typu „żyli długo i szczęśliwie”. Mimo woli zobaczył w myślach swój ślub sprzed dziesięciu laty, pannę młodą. 
Donnę, w długiej białej sukni.

Sekundę później na ten obraz nałożył się inny, późniejszy o niecałe dwa lata. Oto Donna upychająca sukienki w 

walizce   i   oznajmiająca   mu   lodowatym   tonem,   że   odchodzi.   Poczuła   się   oszukana,   kiedy   jej   mąż,   wspaniały 
sportowiec, złamał warunki umowy, kończąc swą bardzo dochodową karierę. Jack, z ręką w gipsie od nadgarstka 
aż po ramię, a więc bez szans na dalsze występy w piłkarskiej ekstraklasie, po prostu słuchał.

Długo i szczęśliwie. Ha! Od tamtej pory zdążył  zmądrzeć, dlatego idealizm Colleen wydał  mu się irytującą  

dziecinadą. Jack wrócił do swego biurka i usiadł.

- Dlaczego nie pobiegniesz do Każą ze skargą na moje podłe zachowanie? - zaproponował z chytrym uśmiesz -

kiem.

- Nie byłeś podły - odpowiedziała spokojnie. - Byłeś... hmmm... waham się użyć tego słowa znowu, ale zrobię to 

mimo wszystko. Byłeś nieznośny. Nie zamierzam rozpłakać się z te go powodu.

- Obrażałem cię i dręczyłem od pierwszej chwili naszego spotkania - wycedził Jack przez zaciśnięte zęby. - Jeśli 

tego nie zauważyłaś, to jesteś najbardziej nieczułą albo najgłupszą kobietą, jaką znam.

Desperacko próbował wyprowadzić tę dziewczynę z równowagi, sprawić, by rzuciła się na niego z pięściami albo 

wybuchnęła płaczem. Uważał siebie za mistrza w manipulowaniu reakcjami ludzi i władza płynąca z tego daru 
zawsze dawała mu ogromną satysfakcję. Na nieszczęście, Colleen Brady najwyraźniej odmawiała współpracy w  
tym względzie. Nie pamiętał, kiedy po raz ostatni strawił tyle czasu i energii na okiełznanie kogoś, kto jak ta mała  
wszedł mu w drogę. Ani też, kiedy poniósł klęskę.

Colleen ze zdziwieniem zdała sobie sprawę, że zaistniała sytuacja nie jest jej niemiła. Z przyczyn, których jak  

dotąd nawet nie zaczęła sobie uświadamiać, nie bała się swego szefa. Na przekór wszelkim oczekiwaniom jego 
towarzystwo działało na nią stymulujące, a nawet sprawiało jej pewną przyjemność.

- Wiesz, to bardzo podniecające nie dać się wyprowadzić z równowagi komuś, kto stara się to zrobić tak uparcie i  

bez ogródek - zaszczebiotała wesoło. - Może to wyprowadzi ciebie z równowagi, Jack. Nie wzięłam sobie do serca 
ani jednego twojego słowa. Wszystkie te nieznośne uwagi spłynęły po mnie jak...

-... jeśli powiesz „jak woda po kaczym zadku” to nie ręczę za siebie - wtrącił Jack.
- Ach tak? No to nic nie powiem.
Ku swemu  zaskoczeniu o mało się nie uśmiechnął. Szczęściem w porę opanował tę pokusę. Nie podda się 

urokowi tej zuchwałej, pewnej siebie, pyskatej baby. Niedoczekanie! Niestety, pyskata baba jest również śliczna i z 
pewnością zbyt sympatyczna. Po raz pierwszy od stu lat stracił panowanie nad sytuacją. Co za potworne uczucie!

Nigdy więcej żadna kobieta nie zrobi mu t e g o, przysiągł po raz n-ty. Żadnej kobiecie nie da się oszukać, zranić, 

pozbawić choćby pięciu minut spokojnego snu. Już nigdy więcej.

Wstał z krzesła z impetem.
- Często pracuję w domu, tylko dziś, z powodu nalegań Każą, przyszedłem cię powitać. No to powitałem, a teraz 

wychodzę. Jeżeli chcesz się na coś przydać, możesz poczytać trochę na temat Buffalo albo przejrzeć kilka z moich 
felietonów.  Albo  pójść   do działu rozrywki  czy kulinarnego,   żeby  się   przedstawić.  Mnie   jest  wszystko  jedno. 
Wychodzę.

Chwycił swą poobijaną dyplomatkę i wymaszerował z redakcji. Nie wycofuję się - przekonywał sam siebie - nie 

uciekam przed panną Brady. Jack Blackledge nie czmyha przed wygadanymi, seksownymi dziewicami, nawet gdy 
nie dają się zastraszyć.

Szedł do domu, bo miał ochotę tam iść, a zawsze robił to, na co miał ochotę.
Przez całą drogę powtarzał te zdania jak modlitwę.

3

Tego popołudnia Colleen wróciła z pracy tuż przed czwartą, objuczona stosem przepisów kulinarnych, opra-

wionym  zbiorem wszystkich artykułów  Black Jacka i grubym  brulionem zapisanym  notatkami.  Nicola, której 
zmiana trwała od siódmej do wpół do czwartej, zdążyła przyjść do domu pierwsza.

- Wskakuj w dżinsy i sweter, Colleen. - Nicola już je miała na sobie. - Idziemy na randkę.
- Na randkę? - powtórzyła Colleen bez entuzjazmu.
- Mój jest stażystą na chirurgii dziecięcej. Robi specjalizację i dopiero po pięciu latach może zostać zatwierdzony. 

A twój to jego kumpel.

Colleen ciężko westchnęła.
- Znowu randka z nieznajomym. Uciekłyśmy z Houston i z Waszyngtonu, żeby tego uniknąć, pamiętasz?

11

background image

- To będzie co innego - paplała Nicola radośnie. - Mamy się z nimi spotkać w pizzerii niedaleko szpitala.
- Pracujesz w szpitalu dopiero jeden dzień i już znalazłaś sobie chłopaka. Jesteś niesamowita, Nicola. Ale czy ja 

naprawdę muszę iść z tobą? - Colleen westchnęła ponuro. - Powinnam sporo przeczytać na jutro, a poza tym czuję  
się tak zmęczona, że najchętniej wskoczyłabym do łóżka i spała aż do rana.

- To do ciebie niepodobne, Colleen. Co cię tak wykończyło? Czy coś źle poszło? Jaki jest ten Blackledge?
- Zupełnie inny niż myślałam - wymamrotała posępnie. Nie spodziewała się także, że po wyjściu Jacka ogarnie ją 

taka chandra. Podczas lunchu jej samopoczucie pogorszyło się znacznie, gdy zapoznano ją z pełną listą miłosnych  
podbojów szefa. Wyszła z redakcji zdruzgotana.

- Co to znaczy? Lepszy, gorszy, jaki? - nalegała Nicola.
- Nie chcę rozmawiać o Blackledge’u. Opadłam z sił, a ten temat jest dla mnie wyjątkowo męczący. - Żeby nie 

powiedzieć kłopotliwy i denerwujący,  ale z domieszką... czegoś jeszcze. Nie chciała o nim myśleć,  nie tylko 
mówić.

Weszła do swego pokoju, żeby się przebrać, a Nicola pośpieszyła za nią.
- Opowiedz mi o tym chirurgu, Nickie.
Nicola   przeczesała   palcami   długie,   kruczoczarne   włosy.   Była   tego  samego   wzrostu  i   wagi,   co  Colleen,   ale  

odróżniała się czernią włosów i oliwkową karnacją. Choć obie patrzyły na świat brązowymi oczami, to często  
żartowały, że oczy Colleen mają barwę czekolady mlecznej, a oczy Nicoli przypominają raczej gorzką.

- Poznaliśmy się na oddziale intensywnej terapii. Opiekuję się dwoma jego pacjentami - zaśpiewała Nicola, dając 

nura na łóżko. - Zaprzyjaźniliśmy się natychmiast i zaprosił mnie na lunch. Potem zaproponował mi kolację w tej  
pizzerii. Koło szpitala, bo dzisiaj ma dyżur.

- A ten mój amant? - zapytała Colleen zrezygnowanym głosem.
- Internista na pediatrii. Pochodzi z Pakistanu czy z... Nie pamiętam dokładnie. Nie mówi za dobrze po angielsku,  

ale dużo rozumie i...

- Idę na randkę z głuchoniemym? Nicola, jak ja się z nim dogadam? Nie mogę przez cały wieczór porozumiewać 

się z facetem na migi!

- Nie przejmuj się - rzuciła beztrosko Nicola. - Wszystko pójdzie dobrze. W końcu Kamal i ja też tam będziemy. 

Mój chirurg nazywa się Kamal. Kawał chłopa. Ciemnowłosy, czarnooki, śniady. Jest taki inteligentny i oddany 
swojej pracy. Żebyś tylko widziała, jak cudownie obchodzi się z dziećmi. Och, Colleen, on jest niesamowity!  
Mamy takie same gusta muzyczne, lubimy te same książki i filmy. Och!

- Oczywiście, ten twój mówi po angielsku - domyśliła się Colleen. Po chwili zapytała:
- Nicola, czy twój poprzedni chłopak nie miał na imię Kamal? Tak, na pewno. Wtedy jeszcze mieszkałyśmy w 

Waszyngtonie. Twoja rodzina wychodziła z siebie, bo to Turek, a Turcy i Ormianie  uchodzą za najgorszych  
wrogów na świecie. Nigdy nie przykładałam się do historii, ale z opowieści twoich rodziców wiem wszystko o 
krwawej wendecie turecko-ormiańskiej.

- Tamten nazywał się Kemal, przez „e” - poprawiła Nicola, choć w wymowie różnica była ledwie słyszalna. - 

Kamal nie pochodzi z Turcji, tylko ze Związku Radzieckiego. - Spuściła głowę. Dokładnie rzecz ujmując, z jednej 
z republik, z Azerbejdżanu - dodała.

- O tym też słyszałam od twojej rodziny! - Colleen wpatrzyła się w przyjaciółkę surowym wzrokiem. - Armenia i 

Azerbejdżan prowadzą teraz wojnę. Nicola, pamiętasz, jak w zeszłym roku twoi Ormianie organizowali pomoc 
dla...

- Jak mogłabym zapomnieć - przerwała jej Nicola. - Tylko co to ma wspólnego z Kamalem i ze mną? Nigdy w 

życiu nie zbliżyłam się nawet do granic Armenii, a on przyjechał do Stanów piętnaście lat temu, bo tu mieszkali je-
go   wujostwo.   Poszedł   do   college’u,   potem   na   Akademię   Medyczną   w   Buffalo   i   chce   przyjąć   obywatelstwo 
amerykańskie.

- Nie musisz się przede mną tłumaczyć, Nickie. Ja też nie uważam, żeby w Ameryce pochodzenie czy różnice  

religijne miały jakieś znaczenie. Ale kiedy chodziłaś z Kemalem, wszyscy twoi krewniacy dostawali szału, więc na 
Kamala pewnie zareagują podobnie.

Nicola zaśmiała się.
- Colleen, pamiętasz? Przeniosłyśmy się do Buffalo, żeby przed nim uciec, prawda?

Telefon dzwonił już od dłuższego czasu. Jack, zajęty cyzelowaniem puenty felietonu, postanowił go zignorować. 

Natręt prędzej czy później będzie musiał dać za wygraną.

Na jego nieszczęście ten ktoś nie grzeszył brakiem cierpliwości. Monotonne dzwonienie nie milkło. Tok myśli 

Jacka został brutalnie przerwany.

- Tak?- warknął do słuchawki.
Przez moment panowała cisza, po czym chłodny, starannie modulowany kobiecy głos powiedział:
- Jack Blackledge? Mówi Ariel Morgan. Moja ciocia Polly przyjaźni się z twoją matką i ciotkami. Jest klientką 

ich sklepu na Florydzie.

Tylko najwyższym wysiłkiem woli Jack powstrzymał przemożną chęć trzaśnięcia słuchawką o widełki. Zanim 

12

background image

Ariel Morgan zdołała wydusić słówko, już wiedział, co usłyszy. Następne zdanie, które w jego rodzinie zrobiło 
karierę godną hymnu państwowego, bezgłośnie wymówił wargami jednocześnie z panną Ariel.

- Kiedy się okazało, że mieszkamy w tym samym mieście, zaczęły nalegać, żebym do ciebie zadzwoniła.
Matka i jej dwie siostry, także już wdowy, wspólnie prowadziły w Orlando sklepik z kartkami, upominkami i 

zabawkami.  Wśród krewnych  i znajomych  niestrudzenie poszukiwały kobiet, które według nich stanowiły dla 
Jacka dobrą partię, po czym udostępniały delikwentce numer telefonu w Buffalo, a Jack regularnie zmagał się z 
pełnymi nadziei konkurentkami.

- Wykładam literaturę angielską na uniwersytecie w Buffalo, zajmuję się też warsztatami poetyckimi - konty-

nuowała dziewczyna, a Jack pozwolił sobie na cichy jęk.

Oczywiście, ciocia Dorothy, ciocia Judy i mama zrobiły to znowu. Panią profesor od literatury, i to babrającą się  

w poezji, dzieliła od wziętego dziennikarza niezmierzona przepaść.

- Ponieważ oboje paramy się pisaniem. nasze matki pomyślały, że moglibyśmy się spotkać. - W tonie Ariel po-

brzmiewało rozbawienie, mające oznaczać rzekomy brak zainteresowania.

„Tak jakby telefonowała jedynie po to, by nie zrobić przykrości starszym paniom” - pomyślał Jack złośliwie. 

Wiedział, że to nieprawda. Dzwoni, bo wiąże z tym pewne nadzieje. Dokładnie tak, jak to wyjaśnił Colleen: każdy 
układa sobie grafik własnych celów.

- Czytuję twoją rubrykę - ciągnęła Ariel. - Masz... niezły styl. Przy odrobinie starania i niewielkiej pomocy mógł-

byś spróbować sił w powieści.

No proszę. Jack skrzywił się. Kolejny dobrze znany schemacik, czyli: „Kiedy wreszcie przestaniesz pisać bzdury 

dla roboli i dołączysz do nas. Intelektualistów, tworząc Wielkie Dzieło Literackie”. Słyszał to już wcześniej od  
sobowtórów panny Ariel. Ziewnął, wysłuchując jej wersji coraz nudniejszego monologu.

Jack prawdopodobnie nie odbiegał poziomem od swych czytelników, ponieważ nigdy nie pociągała go wizja 

Wielkiej Powieści Amerykańskiej ani żaden inny rodzaj tak zwanej literatury pięknej. I chociaż zdawał sobie 
sprawę z dobrych chęci matki i ciotek, to wizja Ariel Morgan nie pociągała go ani odrobinę bardziej.

Wymówił się, kiedy zaproponowała wspólną kolację w tym tygodniu. Miał jednak do czynienia ze szczególnie 

wytrwałym   przypadkiem  -  powinien był   się  tego  domyślić   po  siedemnastym  dzwonku  telefonu -  więc  dostał 
zaproszenie na przyszły tydzień, a potem jeszcze na następny. Pokręcił głową. Będzie musiał ją przekonać, że jest 
zajęty do końca życia, i w dodatku zrobić to taktownie. Gdyby tylko nie maczały w tym palców ciocie i mama! W 
sercu Jacka krył się jeden czuły zakątek, zarezerwowany właśnie dla tych trzech kobiet.

- Posłuchaj, Ariene...
- Ariel - poprawiła go. - To imię duszka z Burzy Szekspira i elfa z Pukla Belindy Pope’a. Jestem urodzoną na-

uczycielką literatury.

Tak jak ja urodzonym piłkarzem - zadumał się Jack. A kiedy rozwiał się sen o karierze sportowej, Jack wylądo -

wał w świecie dziennikarskim, z dala od literackiego świata Ariel Morgan.

- Ariel, nie chciałbym cię urazić, ale... ostatnio spotykam się z pewną dziewczyną. To zaczyna wyglądać poważ-

nie,   zdecydowaliśmy   się...   -   Przełknął   ślinę.   Tej   wymówki   dotąd   nie   stosował.   Jak   to   sformułować?   - 
Zdecydowaliśmy nie spotykać się z nikim innym. Taki kontrakt na wyłączność, rozumiesz?

Zadziałało. Ariel Morgan uwierzyła. W jej głosie dała się wyczuć najpierw obojętność, a potem zdenerwowanie. 

W końcu szybko odwiesiła słuchawkę.

Zadowolony ze swej pomysłowości, Jack wrócił do artykułu, lecz przedtem zdjął słuchawkę z widełek. Przez 

resztę wieczoru nie będą go nękać żadne telefony.

Około północy przed położeniem się do łóżka odłożył słuchawkę na miejsce. W tym samym momencie rozległ 

się dzwonek.

- Jack, próbuję się do ciebie dodzwonić od ładnych paru godzin. - Słyszalny z drugiego końca linii głos matki po-

brzmiewał nietrudną do uchwycenia naganą. - Znowu zdjąłeś słuchawkę, tak?

- Jasne, że tak, mamo - powiedział wesoło i wcale nie przepraszająco. Gdyby chodziło o złe wieści, matka nie tra-

ciłaby czasu na wymówki. - Co nowego?

- To ty mi powiedz, co nowego. Polly Morgan zadzwoniła do mnie, bo jej siostrzenica dzwoniła do niej z wiado-

mością, że dzwoniła do ciebie i że ją poinformowałeś o swojej dziewczynie.

- Ariel Morgan telefonowała do ciotki, żeby jej o tym powiedzieć?! - wykrzyknął Jack z niedowierzaniem. - Dla -

czego? Po co? - Psiakość był pewien, że Ariel uwierzyła w jego wytłumaczenie. Wygląda na to, że nie i wypaplała 
wszystko rodzinie dla uzyskania stamtąd poparcia.

- Czuła się nieco urażona, że dostała od ciotki numer telefonu mężczyzny już zaangażowanego w związek z kimś 

innym. Polly natychmiast zadzwoniła z pytaniem, co się dzieje. No właśnie, co się dzieje, Jack? - Matka nawet nie 
starała się ukryć coraz większego podniecenia. - Kim ona jest, ta dziewczyna? Ciocia Dorothy, ciocia Judy i ja 
jesteśmy takie podekscytowane. Musisz nam wszystko opowiedzieć.

Kto pod kim dołki kopie, ten sam w nie wpada. - Jack przypomniał sobie kolekcję dzierganych po duszek z 

sypialni matki. To przysłowie zostało wyszyte na jednej z nich. Szkoda, że nie pamiętałem o nim wcześniej - 
pomyślał, gorączkowo próbując wymyślić opis swojej nie istniejącej ukochanej.

13

background image

Na nieszczęście fantazjowanie nie należało do jego mocnych stron.
- Ona... hmmm... ona jest nie do opisania, mamo. - Kiepsko, panie Blackledge, ale tylko tyle mógł powiedzieć, 

pozostając na bezpiecznym gruncie.

- Jestem przekonany, że polubicie ją od pierwszej chwili - dodał, mając nadzieję, że zabrzmiało to wiarygodnie. 

Ku jego uldze, matka najwyraźniej wzięła te rewelacje za dobrą monetę.

- Och, Jack, tak się cieszę. Jakże mi u l ż y ł o, że w końcu znalazłeś sobie kogoś takiego. Po tym wszystkim, co  

przeszedłeś, kiedy Donna...

- Nie wracajmy do przeszłości, mamo - przerwał Jack zdecydowanie. - Mimo wszystko rozwód z Donną to nic  

strasznego. To się musiało stać prędzej czy później i...

- Masz rację, synku. Było, minęło - tym razem przerwała matka. - Jutro zarezerwuję dla nas bilety na samolot do 

Buffalo. Jeśli dopisze nam szczęście, to zobaczymy się pojutrze. Twoi kuzyni zajmą się sklepem w czasie naszej 
nieobecności.

- Słucham?
- I tak zamierzałyśmy cię odwiedzić - paplała matka radośnie. - Twoje częste wizyty w Orlando rozleniwiły nas 

niemożliwie.   Teraz   nasza   kolej,   żeby   ruszyć   się   z   domu.   Nie   przejmuj   się,   nie   zwalimy   ci   się   na   głowę. 
Wynajmiemy pokój w hotelu, ale oczywiście chcemy poznać twoją ukochaną i spędzić z wami trochę czasu.

Moją ukochaną? Jack osłupiał. Przez kilka minut usiłował odwieść matkę od niefortunnego pomysłu, ale wszelkie 

wysiłki spełzły na niczym. Natychmiast po odłożeniu słuchawki, matka i ciotki zaczęły liczyć godziny dzielące je 
od spotkania z Jackiem i jego nową, prawdziwą miłością.

Która nie istnieje.
Jack leżał, spoglądając w sufit, i wpadał w coraz czarniejszą rozpacz.

Następnego ranka, wszedłszy do biura redakcji, Colleen zastała w nim Jacka. Kiedy szła w kierunku swojego  

biurka, Jack nie odrywał oczu od jej jasnej twarzy i błyszczących źrenic, a po sekundzie jego wzrok ześlizgnął się  
na gibką, zgrabną figurę asystentki.

Miała na sobie długi czarny wełniany sweter, bluzkę w czarno-białe pasy, czarne rajstopy i czarne buty, a włosy 

związała wysoko w koński ogon, który podskakiwał przy każdym kroku. Sweter sięgał tylko kilka centymetrów 
poniżej kolan, więc Jack po raz kolejny zachwycił się kształtnością nóg Colleen. Małe wysokie piersi, intrygująco  
wąska talia rozszerzająca się w biodra o pięknej krzywiźnie coraz bardziej przykuwały jego uwagę. Było w niej coś  
nieuchwytnie erotycznego i kuszącego, lecz jednocześnie emanowała z niej młodość, świeżość i niewinność.

I taka też się wydawała. Bardzo amerykański typ porządnej i miłej dziewczyny, którego dotąd unikał jak ognia, 

nawet kiedy sam był młody, porządny i miły. Wówczas jego myśli obracały się stale wokół jednego pragnienia.  
Chciał stracić swą niewinność i szybko odkrył, że istnieją wesołe dziewczynki o dużych piersiach oraz niewielkich  
zahamowaniach,   które   mogą   pomóc   w   osiągnięciu   celu.   Lata   mijały,   a   on   nie   widział   powodu   do   zmiany 
upodobań.

Być   może   inni   mężczyźni   szukali   charakteru,   głębi,   inteligencji   bądź   zrozumienia   u   kobiet,   z   którymi   się 

spotykali, ale Jackowi wystarczała rozrywka. Jego krewni od lat ostrzegali go, że jeśli wkrótce nie ustatkuje się z 
kimś odpowiednim u boku, to „wszystkie porządne dziewczyny wyjdą za mąż, a ty zostaniesz sam albo z taką,  
której nikt inny nie zechciał”.

Jack nie przejmował się tego rodzaju proroctwami, a uwagi na ten temat zbywał żartami.
Kiedy złośliwa i interesowna Donna opuściła go, żegnając się jedynie obojętnym wzruszeniem ramion, wiedział, 

że niektórzy mogliby stwierdzić, że dostał dokładnie to, na co zasłużył. Ale od matki ani ciotek ani razu nie  
usłyszał niczego w rodzaju „A nie mówiłam?” Doceniał to, ponieważ w rzeczy samej mówiły mu i ostrzegały na 
długo przed ślubem z Donną.

Colleen witała miłym uśmiechem, uprzejmie i po przyjacielsku wszystkich, których mijała. Tę właśnie cechę 

bezlitośnie   wyśmiewał,   ale   Colleen   stanowiła   uosobienie   narzeczonej,   którą   dobry  syn   powinien   przedstawić 
matce. Gdyby z  n i ą właśnie powitał mamę i ciotki, byłyby zachwycone, a zarazem spokojne o jego szczęście. Co  
więcej, prawdopodobnie szybciej wróciłyby na Florydę i zaprzestały tego piekielnego swatania.

Plan wyglądał doskonale, bo od momentu jego powstania, czyli od wczorajszego wieczoru, Jack bezustannie do-

pracowywał szczegóły, z których nie był pewien tylko jednego: jak namówić Colleen do współpracy? Postanowił 
się tym nie przejmować. Mała, słodka panna Brady nie oprze się zniewalającemu urokowi Black Jacka.

- Cześć - Colleen z trudem łapała oddech. Przekonywała sama siebie, że zmęczyła się, biegnąc z samochodu na  

piętro do redakcji, i że jej puls nie zwielokrotnił się dopiero na widok Jacka, siedzącego za biurkiem w nader 
zmysłowej pozie. Dzisiaj ujrzała go w niebieskich wytartych dżinsach i granatowej koszuli, ale zmiana koloru  
ubrania nie wpłynęła na niepokojącą aurę erotyzmu otaczającą tego mężczyznę. Mimowolnie zesztywniała.

Jack przywołał na twarz najbardziej kuszący uśmiech Blackledge’a.
- Dzień dobry, Colleen.
Colleen ostrożnie powiesiła torebkę na oparciu krzesła, położyła na biurku plastykową teczkę z notatkami i otwo -

rzyła ją.

14

background image

- Twoja teczuszka wygląda na bardzo poręczną - zauważył Jack uprzejmie. - Kolor kanarkowy, hm. Ładniutka.
Colleen patrzyła na niego uważnie i czekała. Jack uśmiechnął się szerzej, więc zmarszczyła brwi.
- No, proszę. Powiedz to - zażądała.
- Co mam powiedzieć?
- Ten złośliwy dowcip na temat mojej teczki, który masz na końcu języka.
- Podoba mi się, to wszystko.
- Chyba nie sądzisz, że ci uwierzę?
- A czemuż to miałabyś mi nie wierzyć? Masz ochotę na wodę sodową albo kawę z automatu? Przyniosę ci.
- Nie, dziękuję. Zaopatrzyłam się we własną kawę w termosie. - Wyciągnęła z torebki kubek o barwie zżółkłej 

trawy i nalała do niego gorącej kawy.

- Założę się, że parzysz wspaniałą kawę - zawołał z entuzjazmem. - Mogę dostać odrobinę? - Wydobył z szuflady 

swój kubek, ozdobiony symbolem drużyny Buffalo Bills, i podszedł do biurka dziewczyny. Nadal uśmiechał się 
promiennie.

Dłonie Colleen nieznacznie drżały, gdy nalewała mu aromatycznego płynu z termosu.
- Ach, tak jak myślałem. Ta kawa jest cudowna - oznajmił już po pierwszym łyku. Posłał jej, kolejny słoneczny 

uśmiech. Colleen cofnęła się o kilka kroków.

- Dlaczego to robisz? - zapytała niepewnie.
Jego mina wyrażała szczere zaskoczenie.
- Nie wiem, o co ci chodzi.
- Uśmiechasz się do mnie. To... to jakiś fałsz. - Koniuszkiem języka oblizała spieczone wargi.
- Ja się uśmiecham fałszywie? - Jack był urażony. I obrażony. Zawsze komplementowano jego zniewalający 

uśmiech. W końcu zaczął wierzyć bez zastrzeżeń w jego moc. A ona mówi, że jest fałszywy?

- Chyba wiem, co knujesz - wykrztusiła.
- Niby co?
- Niekonsekwencja to zasada twojej gry. Wczoraj byłeś sarkastyczny i złośliwy, więc dziś przygotowałam się na  

kolejne kpiny. A tu uśmiech od ucha do ucha, i to szczery jak, nie przymierzając, podrobiony czek. Następnym  
razem będę oczekiwać od ciebie uśmiechu, a ty wyskoczysz z nową sztuczką. Liznęłam trochę psychologii i wiem, 
że ludzie i zwierzęta przystosowują się niemal do wszystkiego z wyjątkiem niekonsekwencji. Chcesz mnie zmusić, 
żebym poleciała do Kazorowskiego z prośbą o przeniesienie do innego działu.

- Sprytna mała Colleen - jęknął Jack. - Myślisz, że rozwiązałaś całą zagadkę, co? - Zirytował się, że tak szybko 

przejrzała go na wylot. Nie odkryła motywów, ale rozszyfrowała tę nieszczerą uprzejmość.

- Mam rację, prawda?
Wydał z siebie krótkie szczęknięcie, mające imitować chichot, ale nie był rozbawiony w najmniejszym stopniu.
- Jak dotąd mój szczery uśmiech i urok osobisty działały na każdego.
- Ja nie jestem każdy. - Colleen usiadła na swoim twardym drewnianym krześle. Sięgnęła do teczki i wydostała 

stamtąd paczkę listów i wycinków prasowych.

- Co to jest? - zapytał Jack, niechcący zdradzając zaciekawienie.
- Rubryka wymiany przepisów od czytelników z ostatnich dwóch miesięcy i listy, w których przysyłają te przepi-

sy.   -   Wzięła   jeden   ze   stosika.   -   Ktoś   pisze   na   przykład   tak:   „Moja   babcia   często  piekła   ciasto   z   czekoladą.  
Pamiętam, że dodawała oleju i proszku kakaowego. Czy ktoś zna przepis?” Teraz ja muszę przekopać się przez te 
wszystkie odpowiedzi i znaleźć przepis na ciasto czekoladowe z olejem i proszkiem kakaowym.

Jack skrzywił się.
- To przecież nie dziennikarstwo, tylko gastronomia.
- Stefania Doebler twierdzi, że nie muszę wypróbowywać przepisów sama. Dzięki Bogu i za to! Chociaż niektóre 

brzmią nawet interesująco. Posłuchaj tego, nazywa się to Deser Niebiański: składa się zmiksowanych owoców, 
kwiatów malwy, bitej śmietany, dwóch rodzajów budyniu i trzech rodzajów galaretki, poukładanych warstwami w 
głębokiej salaterce.

- Brzmi okropnie. Na twoim miejscu przemianowałbym to świństwo na Deser Wymiotny.
Colleen posłała szefowi surowe spojrzenie.
- Przysłała go pewna dama z Tonawanda, gdziekolwiek to jest. Zamierzam zamieścić ten deser w czwartkowym 

wydaniu. Poza tym dwa przepisy na ciasto czekoladowe i dwie prośby o nowe przepisy.

Włączyła komputer i zabrała się do pracy. Jack zaniepokoił się. Nic nie poszło zgodnie z jego planem. Założył, że 

ona ulegnie jego czarowi do tego stopnia, że natychmiast przyjmie zaproszenie na mały lunch we dwoje, a wtedy 
on przedłoży swą najdziwniejszą w świecie prośbę. Zaproponuje, żeby podczas pobytu matki i ciotek udawała 
„poważne zainteresowanie” jego osobą. W nocy był całkowicie pewien, że oczaruje Colleen w dziesięć minut. 
Teraz po raz pierwszy zaczął wątpić w jej uległość.

Cóż, jeżeli nie udało się za pierwszym podejściem... Nie zdobyłby obecnej pozycji, gdyby zawsze poddawał się 

po pierwszej próbie. Oparł się stopą o biurko dziewczyny tak, że zwisał ze swojego krzesła. Jeśli nie zdziałał nic 
uprzejmością, to zagra na jej współczuciu. Ten sposób nigdy go nie zawiódł. Należy tylko delikatnie, ostrożnie 

15

background image

zdążać do celu...

- Wczoraj skończyłem mój ostatni artykuł dla prasy ogólnokrajowej. Dzisiaj ukaże się w porannych wydaniach 

dzienników - zaczął pozornie obojętnym tonem. - Czytałaś?

Wzrok Colleen spoczął na muskularnym udzie, które prawie jej dotykało. Przygryzła wargę.
- Tak - bąknęła, szybko odwracając głowę. - Całkiem niezły. Pouczający i rozrywkowy zarazem. Nie śledziłam 

sporu między związkiem zawodowym Narodowej Ligi Futbolu a właścicielami drużyn, ale zrozumiałam wszystko. 
Naprawdę myślisz, że będą strajkować, czy umyślnie grasz rolę advocatus diaboli w tym felietonie?

- Niestety, chyba będziemy mieli strajk przed końcem miesiąca. - Z błyskiem w oku, Jack wyłuszczył swoje  

stanowisko w tej sprawie. Jego entuzjazm okazał się zaraźliwy.

- Bardzo mi się spodobało, że nie poparłeś żadnej ze stron. - Colleen nie kryła uznania. - Stwierdziłeś, że jedni i  

drudzy kierują się li tylko chciwością, ale uniknąłeś tonu kaznodziei na rzecz satyry, i to dobrej.

- A co sądzisz o motcie? „Co jest moje, to jest moje, a co twoje, to się dopiero okaże.” Idealnie pasuje do  

wszystkich zachłannych maniaków, poczynając od zawodowych sportowców i gwiazd, a kończąc na popularnej 
odmianie eks-żony, także mojej - powiedział najzupełniej obojętnym tonem.

Colleen drgnęła. Nigdy jeszcze nie rozmawiała z mężczyzną o jego byłej żonie. Chłopcy, z którymi umawiała się 

na randki byli w jej wieku, zbyt młodzi na małżeństwo, a co dopiero na rozwód. W tym momencie przypomniała 
sobie, że ma przed sobą szefa, a nie podrywającego ją chłopaka. Zarumieniła się lekko.

- Rozumiem - rzekła cicho.
A jednak połknęła tą wymyślną przynętę - pogratulował sobie Jack.
- Cóż, moja żona chorowała na ciężki przypadek chciwości. - Wzruszył ramionami. - Kiedy braliśmy ślub, mia-

łem świetny, bardzo dobrze płatny kontrakt jako zawodowy piłkarz. Byłem całkiem niezły na boisku. Rozstając się 
ze mną. Donna chciała zabrać wszystko.

- Dostała to, czego chciała? - Colleen wstrzymała oddech, mając nadzieję, że nie weźmie jej za ciekawską plot-

karkę. Jednak życie tego człowieka zbyt ją intrygowało, by mogła darować sobie to pytanie.

-   Sąd   uznał   za   stosowne   darować   jej   wolność   i   nic   więcej   -   odrzekł   Jack   spokojnie.   -   Kilka   okoliczności 

świadczyło na moją korzyść. Byliśmy małżeństwem tylko przez dwa lata, nie mieliśmy dzieci, a od dnia ślubu 
Donna pozostawała na moim utrzymaniu. Oczywiście, z pieniędzy zarobionych moimi występami na boisku nie  
zostało wiele. Donna lubiła wystawne życie. W czasie naszego małżeństwa wydawali śmy prawie wszystko, co 
zarobiłem. A poza tym ja także wytoczyłem jej proces, chodziło o zdradę małżeńską. Sąd przyznał mi rozwód - 
dodał jakby mimochodem.

Colleen siedziała nieruchomo, milczała i zastanawiała się, co powiedzieć. Rozwód z niewierną żoną, która w do-

datku wydała jego wszystkie pieniądze, musiał być bolesnym przejściem, choć Jack sprawiał wrażenie, jakby go to 
zupełnie nie obeszło. Nie wiedziała, czy już przetrawił tę sprawę, czy jedynie dusił w sobie gorycz i niemiłe wspo-
mnienia. Była w rozterce, a on milcząc nie pomagał jej w doborze odpowiednich słów.

- To musiało być dla ciebie ciężkie przeżycie - wyjąkała w końcu ostrożnie. Zwierzył się właśnie jej. Pochlebiało 

jej to i jednocześnie czuła rosnącą ciekawość. Przy tym wewnętrzny instynkt, jak dotąd niezawodny, nakazywał jej, 
by się miała na baczności. Było w tym wszystkim jeszcze coś... tylko co?

Jack wzruszył ramionami.
- Koniec kariery na boisku zabolał mnie sto razy bardziej niż odejście Donny. - Ich oczy spotkały się i mieszanina  

uczuć, jakie dostrzegł w jej spojrzeniu zaskoczyła go. Współczucie, to prawda, ale przede wszystkim podejrzli-
wość.

Zmarszczył  brwi  i pochylił  się  tak,  że wyczuł  słabą  woń jej perfum.  Pamiętał  ten zapach i pragnienie nim  

wywołane. Na jedną krótką chwilę zakręciło mu się w głowie, a umysł stracił zdolność myślenia. Zwalczył w sobie 
perwersyjną ochotę, by dotknąć alabastrowo gładkiego policzka Colleen.

Był  blisko, bardzo blisko. Colleen zadrżała  i wzięła głęboki oddech. Serce  waliło jak oszalałe,  wnętrzności 

zamieniły się w płynny miód.

- Jak to się stało, że przestałeś grać? - Jak przez mgłę usłyszała to pytanie, zadane miękkim, gardłowym głosem,  

który z trudem rozpoznała jako swój własny.

Pytanie wyrwało Jacka z otchłani erotycznego rozmarzenia. Trzeba dalej przeprowadzać plan, napomniał się. 

Jeśli zamierza zwyciężyć, a tak jest, to musi trzymać rękę na pulsie.

-  Miałem  wypadek   samochodowy.   Wyszedłem   z   tego  ze   zdruzgotanym   ramieniem   -   rzekł,   przysuwając   się  

jeszcze bliżej i nagle poddał się nieodpartemu pragnieniu, by dotknąć związanych w koński ogon włosów. W 
dotyku okazały się tak samo miękkie, jak wyglądały. Ścisnął kosmyk między dwoma palcami i potarł go powoli.

- W dwóch miejscach miałem skomplikowane złamania i w związku z tym porażenie kilku nerwów - ciągnął 

ochryple. - Lekarze stwierdzili, że odzyskam władzę w ręce, ale nigdy już nie będę mógł grać. Nie mylili się, ale  
ten wyrok był dla mnie stokroć trudniejszy do przyjęcia niż wyrok rozwodowy.

Dreszcze   wywołane   dotknięciem   męskich   palców   głaszczących   jej   włosy   przywróciły   Colleen   świadomość. 

Wstała i odeszła kilka kroków. Jack znajdował się o wiele za blisko, a Colleen prześladowało przeczucie, że robi to  
celowo jako część jakiegoś planu. Tylko jakiego?

16

background image

- Dokąd idziesz? - wykrztusił chrapliwie. Nie powinien był jej dotykać. Najbardziej jednak wyprowadziło go z 

równowagi to, że nie potrafił się powstrzymać. Na krótką chwilę Jack Blackledge stracił panowanie nad sobą.

- Będę stała tutaj. - Colleen ulokowała się po drugiej stronie biurka, ręce skrzyżowała na piersiach. Wyglądała na 

kruchą i delikatną, a jednocześnie zdecydowaną bronić się wszelkimi środkami.

- Dlaczego? Przecież tylko rozmawialiśmy. - Kłamał i oboje o tym wiedzieli, lecz nie zamierzał się do tego przy-

znać.

- Pochyliłeś się nade mną, wisiałeś nade mną. - Colleen trzęsła się ze wzburzenia. - Bawi... - przerwała, by z 

trudem przełknąć ślinę. - Bawiłeś się moimi włosami. Dlaczego opowiedziałeś mi tyle o sobie? Wczoraj kazałeś mi 
zatrzymać szczegóły mego życia dla siebie, a dzisiaj częstujesz mnie swoją historią. Co ty knujesz, Jack?

Jack zaczerwienił się od szyi aż po końce uszu. Ta sytuacja była śmieszna, żeby nie powiedzieć żenująca. Nie 

przywykł do tego, by kobiety, które postanowił oczarować, wywodziły go w pole.

- Może posłuchałem twojej rady i zacząłem się zachowywać uprzejmie i po przyjacielsku? - burknął.
- Nie wierzę ci - odparowała natychmiast Colleen. - Sądzę, że chciałeś, żebym ci współczuła. Ale nie rozumiem, 

dlaczego.

Jack westchnął przeciągle.
-   Wygląda   na   to,   że   nie   jesteś   tak   naiwna,   jak   myślałem.   Cóż,   masz   rację.   Próbowałem   zagrać   na   twoim 

współczuciu.

Zaskoczona tym wyznaniem, Colleen wróciła na miejsce.
- Ale po co? - zapytała, szeroko otwierając oczy.
- Bo chcę cię prosić o przysługę. - Zmieszał się jeszcze bardziej, ponieważ Colleen roześmiała się głośno. - Co w  

tym śmiesznego.

- Ty jesteś śmieszny. Dlaczego po prostu nie poprosiłeś?
- Bo to najgłupsza prośba, jaką słyszałaś w życiu. Pomyślałem, że będę miał większą szansę, jeśli twoje małe 

miękkie serduszko uroni kroplę krwi z mojego powodu.

-   Jack,   po   prostu   powiedz,   o   co   chodzi.   Mimo   wszystko   jesteś   moim   szefem.   Musiałabym   zgłupieć,   żeby 

odmówić szefowi, no nie?

Jack skrzywił się.
- Mając na uwadze twoje ostatnie słowa: czy przyjęłabyś zaproszenie na jutrzejszy wieczór, to znaczy na wspólną 

kolację?

Jej   serce   przestało   bić.   Proponował   jej   randkę.   Podniecenie,   które   przeszyło   ją   na   wskroś,   było   równie 

przerażające, jak odkrywcze: dotąd nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo tego pragnie.

- Nie przejmuj  się, nie chodzi o zwykłą  randkę - pośpiesznie wyjaśnił Jack. - Jestem w pełni świadom,  że 

zupełnie do siebie nie pasujemy, nie mamy żadnych wspólnych poglądów ani ochoty, żeby... no... kontynuować 
znajomość na płaszczyźnie towarzyskiej.

Colleen poczuła się jak balon napełniony helem, który właśnie wpadł na kaktus. Nagle i niespodziewanie uszło z 

niej całe powietrze. Zmusiła mięśnie twarzy do przyjęcia wyrazu, choć w przybliżeniu przypominającego chłodną  
obojętność.

- Masz całkowitą rację - powiedziała cicho. Ma rację - próbowała sobie wmówić. Musiała na chwilę postradać 

rozum, jeśli myślała co innego. - W takim razie dlaczego zapraszasz mnie na kolację?

- Ponieważ nie tylko ty cieszysz się posiadaniem życzliwych, acz wścibskich krewnych. Moja matka i dwie ciotki 

marzą   jedynie  o tym,  żebym  się  ustatkował  u boku miłej  dziewczyny.  Mimo  że  mieszkają   na  Florydzie,   nie 
przestają   nasyłać   na   mnie   jednej   kandydatki   za   drugą.   Problem   polega   na   tym,   że   nasze   wyobrażenia   miłej 
dziewczyny różnią się diametralnie.

- Chyba to rozumiem. - Wizja Jacka na łasce swatających go starszych pań przedstawiała się dość zabawnie. 

Przydawało mu to nieco ludzkich cech.

- Krótko mówiąc: popełniłem błąd, zapewniając je, że jestem związany z miłą, porządną dziewczyną. Matka i 

ciotki przyjeżdżają jutro do Buffalo specjalnie po to, żeby poznać ten wzór wszelkich cnót. O to właśnie chodzi, 
Colleen.   Czy  zgodziłabyś   się   zagrać   tę   rolę?   Uszczęśliwisz   trzy  sześćdziesięciokilkuletnie   wdowy,   a   do  tego 
zarobisz dodatkowe punkty u swego szefa.

- Ależ z pewnością znasz wiele kobiet, które mógłbyś o to poprosić zamiast mnie - zaprotestowała Colleen. 
Pokręcił głową.
- Kobiety,  z którymi  zwykle  się spotykam,  nie nadają się, żeby je pokazywać  rodzinie. Dlatego się z nimi  

spotykam. Nie chcę się z nikim wiązać, nie chcę ich przedstawiać mojej rodzinie ani też poznawać krewnych tych 
kobiet. Powiedz, że robisz to dla mnie, Colleen - poprosił.

- Nie podoba mi się pomysł oszukiwania twojej matki. Dlaczego ci na tym zależy?
- Chciałbym, żeby wróciły do domu szczęśliwe, że zmądrzałem i porzuciłem niemoralny żywot. Żeby myślały, że 

miłość odpowiedniej kobiety zmieniła mnie na lepsze. Żeby przestały rozdawać mój numer telefonu na prawo i 
lewo każdej niezamężnej kobiecie, która wejdzie do ich sklepu.

- A potem, kiedy zaczną pytać o plany na przyszłość, a wiesz że to zrobią, co im odpowiesz?

17

background image

- Że nadal się spotykamy,  ale nie spieszno nam do ołtarza. Mógłbym używać tej wymówki latami. Poza tym 

oszczędzone   mi   będzie   ciągłe   wysłuchiwanie   matczynych   napomnień   i   dobrych   rad   od   obu   ciotek,   a   co 
najważniejsze, koniec ze swataniem i randkami na oślep. Z drugiej strony, one odpoczną od zamartwiania się o  
mnie i spokojnie zajmą się sklepem, moimi kuzynami i resztą rodzinki.

- Sama nie wiem, Jack.
- Tobie też się to opłaci - dodał szybko. - Jeżeli kiedykolwiek będziesz potrzebowała kogoś do podobnej roli na  

wypadek wizyty twojej rodziny, to służę w każdej chwili.

Colleen przyjrzała mu się w zamyśleniu. Przekonany, że ludzie działają tylko z grafikiem własnych celów w 

ręku, zaproponował jej wymianę usług. Co by się stało, gdyby jej rodzina zaczęła zabawę w swatanie na odległość? 
Jeśli matka z ciotkami zdołała doprowadzić Jacka do takiej depresji, to czego dokonaliby potężni Ramseyowie,  
gdyby wpadli na pomysł podsyłania jej kandydatów aż do Buffalo?

- Nie spodziewam się takiej konieczności, ale biorę to pod uwagę - przyznała. - Nie mam nic do roboty jutro wie-

czorem,   a   jeśli   się   zgodzę,   Nicola   nie   wyciągnie   mnie   znowu   do   miasta.   Mam   dosyć   randek   ze   znajomymi  
chłopaka Nicoli. Wczorajsza była koszmarna!

- Poszłaś wczoraj na randkę.? - zapytał szybko, zbyt szybko. Zmarszczył brwi.
Colleen niczego nie zauważyła. Wspominała wczorajszą przeprawę.
- Mój partner nie spał od trzydziestu godzin. Jest internistą i miał dyżur. Prawie nie mówi po angielsku, nawet 

kiedy nie odczuwa zmęczenia. Przez cały wieczór nie wykrztusił ani jednego słowa. Po prostu gapił się na swoją 
pizzę szklanym  wzrokiem,  a w końcu zasnął głębokim snem.  Zwyczajnie położył  głowę na stole i zachrapał. 
Nicola   i   Kamal   byli.   oczywiście,   zbyt   zajęci   sobą,   żeby  to  zauważyć.   Przez   trzy  godziny  siedzieli   w  boksie  
naprzeciwko naszego, aż Kamala wezwano do szpitala. Umierałam z nudów. Wciąż od nowa rozwiązywałam tę 
samą krzyżówkę.

- Ze mną nie spotka cię nic takiego, obiecuję. - Jack uśmiechnął się uspokajająco. - Moja matka, ciocie i ja świet -

nie mówimy po angielsku i nigdy nie zasypiamy w restauracjach. Powiedz, że się zgadzasz, Colleen.

Pochyliła głowę.
- Cóż, dobrze - rzekła w końcu. - I tak jutro nie ma nic ciekawego w telewizji.
- Jestem ci wdzięczny, ale żywię nadzieję, że przy moich starszych paniach okażesz więcej entuzjazmu.
- Poinstruuj mnie dokładnie, na ile entuzjazmu liczysz?
- Po prostu zachowuj się tak, jakbyś była zakochana we mnie po uszy, a ja zachowam się tak samo.
- Dla ciebie to będzie łatwe: ty jesteś zakochany sam w sobie.
Uniósł swoje ciemne brwi.
- Ufam, że powstrzymasz się jutro od takich uwag. Powinnaś być miłym, zakochanym dziewczęciem.
- Chyba zapiszę się do szkoły aktorskiej.
Uśmiechnęli się do siebie, najpierw z wahaniem, później już ciepło i wesoło.
- Umowa stoi, tak? - Jack wyciągnął rękę.
- Stoi. - Colleen podała mu dłoń do uściśnięcia.

4

- Mamy się z nimi spotkać na tarasie Górnej Restauracji przy wodospadzie Niagara - oznajmił posępnie Jack,  

kiedy tylko Colleen otworzyła przed nim drzwi swego mieszkania. - To miejsce wygląda dokładnie tak, jak się  
nazywa.   Zemdli   nas   od   cukierkowej   elegancji.   Zrozum,   matka   i   ciotki   zawsze   były   niepoprawnymi 
romantyczkami.   Prawdopodobnie   wymyśliły   sobie,   że   jeśli   będziemy   jeść   i   tańczyć,   obserwując   wodospad   z 
wysokości dwudziestu pięter, to z miejsca padnę na kolana i poproszę cię o rękę.

- Czy mam przyjąć oświadczyny? - zapytała Colleen ze złośliwym uśmieszkiem.
- Tak, jeśli chcesz za mnie wyjść. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby panie wzięły ze sobą formularze aktu ślubu i  

przyprowadziły sędziego pokoju na wypadek, gdybym się zająknął na temat oświadczyn.

Colleen roześmiała się.
- Aż tak im zależy na twoim ożenku?
-   Nie   mam   rodzeństwa,   a   matka   marzy   o   wnukach.   Ciotki   już   się   ich   doczekały,   więc   ona   czuje   się 

niedowartościowana.

- A doczeka się? - zainteresowała się Colleen. - To znaczy wnuków?
- Kiedyś, być może. - Jack wzruszył ramionami. - Lubię dzieci. Jeżeli spotkam kobietę na tyle zamożną, żeby 

warto było ją poślubić, to zrobię to, i będą dzieci.

- Na tyle zamożną, żeby warto było ją poślubić!? - powtórzyła Colleen z niedowierzaniem.
- Nie jestem zachłanny. Milion czy dwa wystarczą w zupełności. - Uśmiechnął się drapieżnie. - 1 oczywiście 

żadnego kontraktu ślubnego.

- „Co jest moje, to jest moje, a co twoje, to się dopiero okaże?”
- Szybko się uczysz, moja mała. Szkoda, że nie śmierdzisz groszem. Miałabyś u mnie szansę.
- Na szczęście nie mam szans - odpaliła Colleen lodowatym tonem.
Jej uczucia nie były bynajmniej równie lodowate jak słowa. Znała Jacka od sześciu dni i jak na razie nie znalazła 

18

background image

okazji, aby wspomnieć, że mężowie jej sióstr należą do obrzydliwie bogatego rodu Ramseyów, który władał ogro-
mnym imperium finansowym. Ramseyowie zajmowali się budową i prowadzeniem centrów handlowych. Dotąd 
założyli już sto trzydzieści supernowoczesnych centrów w trzydziestu dwóch stanach. O takich sprawach nie mogła 
przecież wspomnieć ni stąd, ni zowąd w trakcie rozmowy o czym innym, szczególnie po uwadze Jacka, że nie  
interesuje go historia jej rodziny.

Tym  bardziej   teraz,   kiedy  Jack  wyjawił  jej   swe   małżeńskie  plany,  nie  byłoby  rozsądnie   opowiedzieć   mu  o 

nieżyjącej już Auguście Ramsey, sąsiadce rodziny Bradych z Zachodniej Wirginii, która w swym testamencie nie 
pominęła osieroconych dziewcząt. Część spadku należąca do Colleen dzięki mądrym inwestycjom jej szwagrów 
wzrosła niemal do pięciu milionów dolarów. Mimo to Colleen nie zapomniała szesnastu lat życia w ubóstwie. 
Nigdy nie pozbyła się uczucia, że niespodziewana fortuna może w każdej chwili rozpłynąć się w powietrzu tak 
szybko i niespodziewanie jak się pojawiła. Nie zmieniła tego przekonania nawet po rozmowach z siostrami i ich 
mężami, którzy usilnie próbowali wybić jej z głowy takie nastawienie. Poszła na uniwersytet i nie zmarnowała ani  
jednej chwili. Studiowała pilnie, żeby zdobyć zawód i jednocześnie pracowała, nie pozwalając sobie na luksus 
życia z pieniędzy w banku. Wypłacano jej, co prawda, procenty, ale Colleen rzadko z nich korzystała. Nie raz 
słyszała od Ramseyów o kobietach polujących na bogatych mężów. Zwykle gratulowali sobie, że nie dali się złapać 
łowczyniom fortun. Ale aż do tej chwili Colleen nie zdawała sobie sprawy, że sama może stać się ofiarą podobnej  
intrygi. Wyjść za mąż za kogoś, kto poślubi ją po prostu w wyniku zimnej kalkulacji, dla konta bankowego...  
Przeszły jej ciarki po plecach.

Do niczego podobnego nie dojdzie - przyrzekła sobie solennie. Być może dotąd nie była świadoma niebezpie-

czeństwa, ale teraz Jack mimowolnie otworzył jej oczy. Dzięki Bogu, zrobił to w porę.

- Wyglądasz jak bojowniczka ruchu na rzecz praw zwierząt przed sklepem futrzarskim. - Jack jak zwykle prawił 

złośliwości. - Rozumiem, że nie aprobujesz finansowej strony moich planów małżeńskich

Zgorszona mina Colleen tylko go rozbawiła, co spotęgowało wzburzenie dziewczyny.
- Oczywiście, że nie. Już wiesz, jak czuje się człowiek wykorzystany dla pieniędzy. Twoja żona postąpiła tak z  

tobą. Nie pojmuję, jak mogłeś choćby pomyśleć o zrobieniu tego samego komuś innemu.

Uśmiech na twarzy Jacka przybladł.
- Umówiliśmy się, że będziesz grała rolę mojej dziewczyny, a nie spowiednika, więc oszczędź sobie kazań. A że-

by wszystko było jasne, to dowiedz się, że moja eks-żona nie wyszła za mnie dla pieniędzy. - Skrzywił się. -  
Wyszła za gwiazdę sportu, bo to dawało jej wstęp do wielkiego świata sław futbolu. Kiedy to się skończyło,  
odeszła.

- I wtedy skończyły się też pieniądze - uściśliła Colleen, choć Jack sprawiał wrażenie, jakby za chwilę miał ją 

udusić. Nie zamierzała pozwolić mu przemilczeć tej prawdy.

W pokoju zaległa gęsta, pełna napięcia cisza; atmosfera stała się nie do wytrzymania.

Kiedy  Nicola,   opatulona   w   szlafrok   kąpielowy  i   z   ręcznikiem  okręcanym   wokół   głowy,   wpadła   do   salonu, 

Colleen wydała ciche westchnienie ulgi.

- Colleen, dzwonił ktoś do mnie, kiedy się kąpałam? - zapytała z miejsca.
- Dzwonił Kamal. Powiedział, że wpadnie po ciebie za godzinę.
- Za godzinę! - wrzasnęła przeraźliwie. - Nie zdążę się przygotować. - Zniknęła w swojej sypialni.
- To była Nicola - zwróciła się Colleen do Jacka. - Przedstawiłabym cię, ale...
- Rozumiem. Za godzinę przybywa Kamal, każda sekunda jest droga. A propos, kto to jest?
-   Stażysta   na   chirurgii   w   Szpitalu   Dziecięcym,   a   poza   tym   zwiastun   wojny   ormiańsko-azerbejdżańskiej   w 

Buffalo.

- Co?
Wyjaśniła   mu   patriotyczne   poglądy   Shakarianów,   następnie   historię   związku   Nicoli   z   Turkiem   Kemalem   i 

perspektywy nowego romansu z Kamalem Veli.

- Rodzina! - Jack wyrzucił ramiona w górę. - Nie można bez niej żyć, ale jest o niebo łatwiej, kiedy mieszka  

tysiąc kilometrów od granic twego miasta.

- Nawet wtedy nie daje o sobie zapomnieć - wtrąciła Colleen. - Nasza dzisiejsza kolacja, czyż to nie kliniczny 

przypadek?

Spojrzeli na siebie.
- Mam wiać płaszcz? - spytała Colleen, celowo zmieniając temat. Dyskusja o pieniądzach, małżeństwie i seksie 

stawała się zbyt niebezpieczna. - Po południu było dość ciepło, ale teraz już prawie noc i ten wiatr...

- Daj spokój, mamy świetną pogodę. Zostaw płaszcz.
Przebiegł po niej oczyma. Ubrała się elegancko i ze smakiem, tak jak powinna się ubrać dziewczyna idąca na 

spotkanie   z   matką   narzeczonego:   dwuczęściowy   komplet   z   kremowego   jedwabiu   w   jasnoniebieskie   groszki. 
Bardzo skromny dekolt, rękawy do łokci i krótka, marszczona spódniczka.

Matce i ciotkom jej wygląd nie wyda się seksowny: to jego rozpasana wyobraźnia wywołała przeszywającą go na 

wskroś falę pożądania. Nie potrafił się opanować, by nie przyglądać się jej kształtnym nogom w zwykłych kremo -

19

background image

wych rajstopach i jasnoniebieskich pantofelkach na wysokim obcasie. Przyłapał się na rozmyślaniu, co też ona nosi 
pod spodem i serce zabiło mu mocniej.

Czy założyła zmysłową, skąpą bieliznę, reklamowaną w sex-shopach? A może wolała staromodne tasiemki i ko-

ronki,   które   na   swój   sposób   mogą   być   równie   kuszące   jak   krótkie   i   przezroczyste   haleczki?   Oblizał   nagle  
wyschnięte wargi.

Nic z tego. Powinien przypomnieć sobie, że zdecydował się wytrzymać cały wieczór z purytanką o beznadziejnie 

niedzisiejszych poglądach tylko po to, by wyprowadzić w pole matkę i jej siostry.

-   Nie   znoszę   eleganckich   ciuchów   -   jęknął   i   dla   potwierdzenia   tych   słów   ściągnął   ramiona   do   tyłu,   jakby 

próbował walczyć z nienawistną mu marynarką.

-   Przypominasz   mi   moich   małych   kuzynów.   Connora   i   Christophera,   którym   kazano   założyć   niedzielne 

garniturki. - Colleen uśmiechnęła się na to wspomnienie. - Nienawidzą eleganckich ciuchów tak samo jak ty.

Na tym jednak kończyło się podobieństwo do małych łobuziaków. W Jacku nie było nic dziecinnego. Wręcz 

przeciwnie - pomyślała Colleen, a jej puls nagle przyśpieszył. Po raz pierwszy widziała go w garniturze. Wyglądał  
w nim niewiarygodnie  wspaniale, roztaczał wokół siebie szczególną aurę bez względu na swój strój. Colleen 
poczuła, jak jej ciało ogarnia mimowolne podniecenie.

Skarciła się w duchu. Przecież ten łowca posagów powinien wzbudzać nudności, a nie przyśpieszone bicie ser ca. 

Pojedzie na tę kolację, bo tak obiecała. Będzie miła i uprzejma, ale na tym koniec. I już nigdy, ale to nigdy więcej 
nie popełni błędu i nie da się zaprosić temu gorylowi na randkę. Za żadne skarby.

Jack jeszcze raz przygładził krawat, a twarz Colleen rozjaśnił przesłodzony uśmiech.
- Jestem pewna, że twojej matce i ciotkom spodoba się, że założyłeś garnitur, szczególnie jeśli wiedzą, jaka to dla 

ciebie tortura.

Jack nachmurzył  się znowu. Kiedy się śmiała, w jej lewym policzku ukazywał się dołeczek. Boże, jest zbyt 

pociągająca. Ma miękkie, kuszące usta, bardzo wyraziste, i wielkie brązowe oczy. Urzekł go ich blask i czujne  
inteligentne spojrzenie. Zastanawiał się, jak wyglądałyby te oczy rozpalone namiętnością lub senne po spełnieniu.

Ciało Jacka przeszył mocny tętniący ból niepohamowanej żądzy. Zmusił się do powrotu z gwiazd na ziemię: 

przecież ta dziewczyna liczy sobie całe dziesięć lat mniej niż on. Kiedy brał ślub z Donną, Colleen chodziła jeszcze 
do podstawówki.

Mimo   to   nadal   wpatrywał   się   chmurnymi   oczami   w   łagodne,   tak   bardzo   kobiece   krzywizny   jej   figury. 

Nieskuteczność tej argumentacji polegała na tym, że Colleen w niczym nie przypominała smarkatej uczennicy.  
Stała przed nim dorosła, w pełni dojrzała i piękna kobieta. A także niebezpieczna, bo hołdująca zupełnie innym 
wartościom niż on. Raptem Jacka ogarnęła wściekłość na Colleen. To uczucie było konieczne dla zachowania 
między nimi dystansu.

- Mam tylko jeden garnitur, właśnie ten. Noszę go chyba wyłącznie na pogrzeby - dodał ponuro.
- Widzisz jakieś podobieństwo między kolacją w moim towarzystwie i pogrzebem? - Sądząc po sposobie, w jaki 

to wypowiedziała, nie należało uznać tego za żart. - Cóż, zakarbuj sobie w pamięci, że wyświadczam ci grzeczność  
i nic poza tym - wyrzuciła z siebie Colleen. Ostatni raz przeczesała włosy, po czym wsunęła szczotkę do torebki 
obok szminki i portmonetki.

Jack przyglądał się złotym kaskadom jej włosów oczami błyszczące i pełne wargi. Chęć dotknięcia Colleen stała 

się tak ogromna, że sprawiła mu ból.

- Chodźmy już - zarządził. - To prawie pół godziny jazdy stąd. Jeszcze chwila, a z pewnością się spóźnimy.
Zbiegł po schodach, wyprzedzając ją o kilka metrów. Wypadł przez drzwi pozwalając, by zatrzasnęły się przed 

nosem Colleen, która z wyrazem niesmaku na twarzy pchnęła je i podążyła jego śladem na parking. Jack wskoczył  
do swego sportowego czarnego pontiaca, usadowił się za kierownicą i uderzył w klakson, żeby ponaglić gramolącą  
się po wysypanej żwirem ścieżce Colleen, której wysokie i cienkie obcasy uniemożliwiały szybki krok.

Wiał  wiatr,  a  temperatura  najwyraźniej   spadła  o  dziesięć  stopni.  Colleen  trzęsła  się  z  zimna.  Niewątpliwie, 

powinna była wziąć płaszcz, ale on poradził zostawić go w domu. Świetna pogoda, tak powiedział. Pewnie dla 
niedźwiedzi polarnych!

Nie zadał sobie nawet trudu, żeby się przechylić w fotelu i otworzyć przed nią drzwi. Oczy Colleen zaczęły  

miotać błyskawice, kiedy sama otwierała drzwi i wsiadała do samochodu. W tej samej chwili rozpaczliwie złapała 
jakiś uchwyt, ponieważ Jack natychmiast włączył silnik i ruszył do przodu. Colleen rzuciło na przednią szybę, aż 
wsparła się o nią obiema rękami. Posłała mu mordercze spojrzenie. Ten człowiek ma maniery neandertalczyka.

- Twoje szczęście, że to randka na niby, bo inaczej już by się skończyła - wypaliła.
- Zaczniemy nasze przedstawienie nie wcześniej, niż ujrzysz moją matkę i ciotki. - Jack zdawał sobie sprawę, że 

zachowuje   się   obrzydliwie.   Z   powodów,   których   nie   chciało   mu   się   zgłębiać,   nie   odważył   się   zmienić  
postępowania.

- Nicola uważa, że to bardzo głupi pomysł - powiedziała Colleen drętwo. - Mówi, że nikogo nie oszukamy, że nie  

można udawać tego, czego się nie czuje.

-   Nieprawda.   Czytałaś   kiedyś   Williama   Jamesa?   James   twierdzi,   że   to   działania   kierują   uczuciami,   a   nie 

odwrotnie.

20

background image

Colleen uniosła brwi.
- Więc jeśli zachowujemy się tak, jakbyśmy byli zakochani, to w końcu naprawdę się pokochamy? - Zrobiła 

zdziwioną minę. - Chyba powinniśmy zmienić plany. Nie chcę się zakochać w pozbawionym ludzkich uczuć łowcy 
posagów.

- A ja nie zamierzam tracić głowy dla naiwnej dziewicy bez posagu. Na przekór Williamowi Jamesowi jesteśmy  

nawzajem uodpornieni na siebie.

Nigdy przedtem Colleen nie spotkała nikogo o równie skostniałych poglądach.
Jack zatrzymał samochód na czerwonym świetle i posłał współpasażerze chłodne, taksujące spojrzenie.
- Nie próbuj się teraz wycofać, Colleen. Zgodziłaś się odegrać rolę mojej słodkiej narzeczonej i zrobisz to. I masz  

być przekonująca, moja panno.

- Zaczyna to wyglądać nie na przysługę, a bardziej na wykonywanie rozkazów. Ja nic nie muszę, Jack. W pracy  

jesteś moim szefem, a i tam tylko wtedy, gdy piszę felietony, do czego mnie zresztą nie dopuszczasz.

- Mam w zapasie dziesięć gotowych artykułów, zatem na razie nie potrzebuję asystentki.
- Założę się, że nigdy nie będziesz potrzebował. W ogóle nie zamierzasz kiedykolwiek dopuścić mnie do swojej  

rubryki, dlatego zawsze będziesz trzymał kilka felietonów niby na zapas.

- Zgadłaś. Dlaczego więc nie pójdziesz do Kazorowskiego i nie poprosisz o stały przydział w redakcji dodatku  

dla kobiet?

- Dodatek dla kobiet nie istnieje już od jakichś dwudziestu lat - odcięła się Colleen.
- A, tak. Przemianowali go na Twój Styl czy inny Styl Życia, i to ma jakoby interesować wszystkich. Tyle że nie 

interesuje. Nadal czytają te bzdury tylko kobiety.

- Mylisz się, ale nie zamierzam tracić energii na dyskusje z tobą. - Ten facet posiada wyjątkowy dar drażnienia jej 

na sto różnych sposobów. Najlepiej zrobi, jeśli zacznie go ignorować. Umyślnie odwróciła głowę ku oknu.

Jednocześnie założyła nogę na nogę. Na ułamek sekundy oczom Jacka ukazał się rąbek białej koronkowej halki. 

Usłyszał też cichy szelest, który wydały ocierające się o siebie uda w nylonowych  pończochach. Tętno znów 
przyśpieszyło i na nowo wezbrało w nim pożądanie. Po raz nie wiadomo który pogrążył się w świecie marzeń 
erotycznych z Colleen Brady w roli głównej.

Pragnął jej, nie mógł dłużej temu zaprzeczać, ale nie mógł też jej mieć, bo Colleen nie należy do gatunku kobiet  

uznających seks bez miłości za rzecz właściwą. Tylko pewien typ dziewczyn z werwą zgadza się na taki układ:  
sympatyczne   małe   dziewice   snują   sieci   gęstsze   niż   pająki.   Ich   nadzieje,   ich   pragnienie   miłości,   oddania,  
małżeństwa i posiadania dzieci wiążą mężczyznę silniej niż stalowe liny.

Pomyślał o wolności i niezależności, które tak bardzo sobie cenił, o planach ożenku z bogatą kobietą. Ewentualna 

zażyłość z Colleen Brady wykluczyłaby i jedno, i drugie. A jednak siedział za kierownicą, z trudem dusząc w sobie  
głód jej ciała. Dzisiejszy wieczór był dużym błędem, widział to wyraźnie już teraz.

- Wiesz, może twoja przyjaciółka ma trochę racji. Jak mogę... - urwał w pół zdania. Jak mogę zachowywać się 

jak dżentelmen, jeżeli przez cały czas chcę tylko jednego: zerwać z niej tę jedwabną sukienkę!...

Powstrzymał się od zakończenia tej niebezpiecznej myśli. Na szczęście zapaliło się zielone światło i musiał zająć 

się prowadzeniem samochodu.

-   Chciałeś   zapytać,   jak   możesz   się   zachowywać,   jakbyś   mnie   kochał,   skoro   mnie   nawet   nie   lubisz?   -  

podpowiedziała mu Colleen. - Zanosi się na to, że drogą doświadczeń praktycznych  obalimy teorię Williama 
Jamesa.

Jack nie palił się, by wyjaśniać teraz zawiłości miotających nim emocji. Nie podaje się wrogowi oręża!
- Co za śmieszna sytuacja - mruknął. - Udawać miłość do kogoś, kto nie jest w moim typie i nigdy nie będzie, nie  

mogę być, nie mógłbym być...

Uświadomił sobie, że przesadził z lamentowaniem i momentalnie ucichł. Co za ulga, że Colleen nie dokończyła 

zdania jakąś kąśliwą uwagą. W nagłym olśnieniu pojął, że nie dostrzegła prawdziwego sensu jego słów, bo nie  
zdawała sobie sprawy z siły swej kobiecości. Colleen Brady codziennie przeglądała się w lustrze i na pewno wie, 
że jest atrakcyjna, ale nie ma pojęcia, jak bardzo zmysłową posiada urodę. Jest niewinna, nie rozbudzona i zupełnie  
nieświadoma tego, że mężczyzna może pożądać jej tak mocno, jak on w tej chwili.

Na szczęście dla niego! Jack westchnął z ulgą.
Colleen słysząc westchnienie, wzięła je za wyraz zniecierpliwienia i zdenerwowania tą „śmieszną sytuacją”.
- Przecież to twój pomysł, nie mój, ta dzisiejsza maskarada, pamiętasz jeszcze? - powiedziała. - Jeżeli się rozmy-

śliłeś, to ja się nie obrażę. Możesz odwieźć mnie do domu. Mam coś do zrobienia dziś wieczorem.

- Mianowicie co? Randka z następnym nieznajomym, który nie mówi po angielsku i zasypia z nosem w talerzu?
Colleen zachmurzyła się. Niepotrzebnie opowiedziała mu tę historię.
- Sądzisz, że nie mogłabym wyjść z kimś, kogo znam i kto mnie lubi?
Pewnie, że to możliwe. Bardzo możliwe. Ta wizja przyprawiła go o kolejną falę wściekłości, sączącej się z 

nerwów do mięśni. Którą to wściekłość postanowił wylać na Colleen.

- Być może się mylę, ale z tego, co wiem, miałaś w Buffalo zaledwie dwie randki i obie na ślepo. Pierwsza z tą  

śpiącą królewną z Afganistanu, druga to nasza dzisiejsza maskarada. Małe dziewice o średniowiecznych poglądach 

21

background image

nie liczą się na giełdzie, nie wiedziałaś o tym?

Colleen uniosła podbródek ruchem pełnym dostojeństwa i gracji. Ostatnia uwaga ubodła ją, ale nie da tego po 

sobie poznać.

- Ten chłopak pochodzi z Pakistanu, a nie z Afganistanu - rzekła wyniośle.
- Niech będzie. Przyznaję się do pomyłki.
Jechali w milczeniu przez parę chwil, które zdawały się wiecznością, choć zegar na desce rozdzielczej odmierzył  

niecałe dziesięć minut.

- W takim razie co chciałabyś dziś robić? - zapytał w końcu Jack. Jego głos niemal odbijał się echem wśród za -

legającej wkoło ciszy.

- Pracować - odparła od razu Colleen. Milczenie dało się jej we znaki. Sama miała ochotę je przerwać, ale nie  

wiedziała, jak się do tego zabrać. - Po południu obejrzałam Krwawą betoniarkę i nie skończyłam jeszcze recenzji 
do jutrzejszego wydania.

Krwawą betoniarka. - Jack uśmiechnął się wbrew sobie. - Żartujesz, tak?
- Chciałabym. To się składa ze stu jedenastu minut wypełnionych krwią, flakami i urwanymi kończynami. Żadnej 

akcji, żadnych efektów specjalnych, tylko scena za sceną zwariowana betoniarka i jej ofiary. Nie grzeszę wiedzą w 
dziedzinie krytyki filmowej, ale nie trzeba być krytykiem, żeby uznać ten film za jedną wielką ohydę.

- Zwariowana betoniarka idzie na całość, co? Z pewnością zrobi furorę wśród niedorozwiniętych nastolatków. 

Mam nadzieję, że zrecenzujesz Krwawą betoniarkę 2, a potem 3 i 4. Hej, oni to mogą ciągnąć w nieskończoność.

Colleen jęknęła. Jack zarechotał głośno.
- Przed nami Tęczowy Most - oznajmił, zatrzymując samochód. - Granica Stanów Zjednoczonych i Kanady.
Colleen rozejrzała się wokoło z niekłamanym zaciekawieniem.
- Nigdy nie wyjeżdżałam za granicę, nawet do Meksyku, kiedy mieszkałam w Teksasie. Nie mogę się doczekać  

widoku Niagary.

Jack wychował się w Buffalo i traktował wodospady jako rzecz całkiem zwyczajną, ale pokazując je gościom 

spoza miasta odczuwał coś na kształt lokalnego patriotyzmu i dumy.

- Kiedy się patrzy na Niagarę po raz pierwszy, to zawsze robi wrażenie. Z restauracji zobaczysz wodospady po 

obu stronach granicy.

Strażnik graniczny machnął tylko ręką, więc wjechali na wysoki most łączący miejscowość Niagara Falls w 

Stanach   z   miejscowością   Niagara   Falls   w   Kanadzie.   Z   parkingu,   na   który   skręcili,   był   doskonale   widoczny 
wodospad kanadyjski, przypominający kształtem podkowę.

- Niewiarygodne! Wspaniałe! - zachwycała się Colleen w drodze do restauracji hotelowej.
Jack chwycił dziewczynę za nadgarstek i wprowadził do windy.
- Ze szczytu zobaczysz więcej.
Oprócz nich w windzie nie było nikogo. Colleen szybko zerknęła na swoją dłoń uwięzioną między długimi  

palcami Jacka. Mężczyzna o jego wzroście i sile mógł zrobić z nią wszystko, co chciał. Trwający krótką chwilę 
brak kontroli nad własnymi odczuciami zaowocował intrygującym podekscytowaniem, którego źródło tkwiło w 
kobiecej słabości. Natychmiast udzieliła sobie nagany. Żyje w końcu dwudziestego wieku i nie powinna szukać 
romantyzmu   na   poziomie   jaskiniowców.   Poza   tym   ten   szczególny   jaskiniowiec   choruje   na   ciężki   przypadek 
gorączki złota.

Dlaczego   więc   tak   ją   fascynuje?   Colleen   rozpaczliwie   próbowała   znaleźć   odpowiedź.   Miał   więcej   wad   niż 

jakikolwiek mężczyzna, którego dotąd znała: arogancki, nieuprzejmy, złośliwy... a jednak zawsze, kiedy rzucał jej 
jakiś ochłap, zapominała o ciągle tlącej się między nimi wrogości i nie wiedzieć czemu brała wszystko za dobrą 
monetę.

Kiedy zamknęły się drzwi i winda ruszyła ostro w górę, Jack nadal ściskał jej nadgarstek.
- Boli mnie ręka - rzekła chłodno Colleen. Chociaż wcale nie bolała. Tylko to niewymowne napięcie, które 

spinało klamrą całe ciało, popchnęło ją do kłamstwa.

- Naprawdę? - spytał niskim gardłowym głosem. Rozluźnił nieco palce i powoli zaczął wodzić kciukiem wzdłuż  

jej dłoni.

W dole brzucha Colleen poczuła nagle silny ucisk.
- Nie...- wykrztusiła.
- Drży ci ręka, Colleen. - Jack splótł swoje palce z palcami dziewczyny. - Ciekaw jestem, dlaczego?
- Pewnie dlatego, że miewam napady klaustrofobii, czasami także w windzie.
- Bardzo dobrze, Colleen! - Jack zaśmiał się z uznaniem. - Szybko myślisz. Mam wiele szacunku dla takich  

umiejętności.

Spojrzał na nią z góry. Delikatna skóra zaczęła pokrywać się rumieńcem. Trzymając ją za rękę, mógł nawet  

wyczuć przyśpieszone tętno. Był zbyt doświadczony, by nie zauważyć pewnych subtelnych oznak i nie odczytać 
ich właściwie:  jako zwiastunów budzącego się pożądania. W odpowiedzi w lędźwiach poczęła  pulsować, nie 
mająca szans na spełnienie, żądza.

- Chyba już czas, żeby wejść w role. - Czarne oczy błyszczały jak dwie świece. - Co zrobiłaby para śmiertelnie 

22

background image

zakochanych ludzi, gdyby znalazła się sam na sam w windzie?

- Porozmawiałaby - brzmiała szybka odpowiedź. - Ona denerwowałaby się przed spotkaniem z jego rodziną, więc 

on próbowałby podtrzymać ją na duchu.

- Błąd, Colleen. - Jak może być rozzłoszczony i podniecony zarazem? W dodatku jedno tylko potęguje drugie. - 

Nic dziwnego, że nadal cieszysz się dziewictwem. Kobieta nie pozbawiona choćby odrobiny uczuć wiedziałaby,  
kiedy trzeba przestać gadać i zacząć...

- Obmacywanie? - Naburmuszyła się. - Być może brak mi odrobiny namiętności, ale za to mam sporo rozsądku. 

Nie zamierzam obściskiwać się z tobą w windzie, wiedząc na twój temat to, co wiem.

- A co takiego o mnie wiesz?
- Że wykorzystujesz kobiety i że tyle w tobie głębi i czułości, co w... scenariuszu Krwawej betoniarki
 
Jack zaniósł się śmiechem.
-   Mała   kaczuszka   przystępuje   do   kontrataku.   Pewnie   powinienem   się   obrazić,   ale   zbyt   doceniam   twą 

pomysłowość. Raczono mnie już porównaniem mojej osoby do szczura i węża, ale pierwszy raz w życiu ktoś mnie  
nazwał...

- Próbowałam skruszyć  trochę twoje wybujałe  ego, a nie dawać ci powód do śmiechu - przerwała Colleen, 

unosząc brwi.

- A ja potraktowałem to jako dowcip, a nie obelgę. Biedna Colleen.
Winda zatrzymała się.
- Proszę. - Jack ujął Colleen pod rękę i podprowadził do oszklonych drzwi. Otworzył je przed nią i przytrzymał,  

dopóki nie weszła do środka, po czym podążył za nią.

- Z pewnością patrzy na nas twoja mama - zauważyła sucho Colleen. - Inaczej wbiegłbyś przede mną i puścił mi 

drzwi prosto w twarz.

- Siedzi przy stoliku z lewej strony i obserwuje każdy nasz krok - wycedził przez zaciśnięte zęby Jack, uśmiecha-

jąc się z przymusem. - Mama jest w czerwonej sukience, ciocia Judy na niebiesko, a ciocia Dorothy na żółto.

- Pewnie ubrały się tak celowo, żebym ich bez przerwy nie myliła.
Wymuszony uśmiech Jacka przekształcił się w naturalny.
- Przestań, Colleen. Masz być ujmująca, a nie dowcipna.
- Aha, więc powinnam trzepotać rzęsami, wzdychać i rzucać ci powłóczyste spojrzenia?
- Tak, coś w tym rodzaju.
- W takim razie czeka mnie bardzo długi wieczór.
- Colleen, umówiliśmy się, że odegramy zakochaną parę, pamiętasz? To oznacza, że znamy się dłużej niż kilka 

dni. Gdyby cię o to zapytały, powiedz, że mieszkasz w Buffalo od paru miesięcy.

- A dokładnie? - właśnie podchodzili do stolika. Oczekujące ich starsze panie wstały i pośpieszyły naprzeciw.
- Nie wiem. Pół roku? Rok? - zdążył szepnąć Jack, zanim ciocia Judy, ta na niebiesko, chwyciła ich kolejno w 

niedźwiedzi uścisk.

Jack dokonał prezentacji, a potem przez chwilę wszyscy stali i starali się nawiązać rozmowę. Nikt z pozostałych 

gości nie zwracał na nich uwagi: zawitali tu głównie turyści, którzy wędrowali od okna do okna i fotografowali 
wodospad. Po drugiej stronie sali, przy długim stole, siedziała grupa dzieciaków i zabawiała się wydawaniem  
straszliwych wrzasków. Tak jak przewidywał, starsze panie zakochały się w Colleen od pierwszego wejrzenia. A 
Colleen była czarująca, uśmiechnięta, słodka i naturalna i udzielała najwłaściwszych odpowiedzi.

- Ona jest kochana, Jack! - wykrzyknęła ciocia Dorothy.- Po prostu ujmująca.
Matka promieniała.
- Zupełnie inna niż Don...
- Helen, nie wracajmy do przeszłości - upomniała siostrę Judy. Zniżyła głos do szeptu, który i tak słyszalny był  

dla wszystkich. - Nie wiemy, co ona wie, no, wiecie o czym.

- Och, wiem wszystko o Donnie, tej zapalonej miłośniczce futbolu. - Na obliczu Colleen malował się niewinny 

uśmieszek.

Usłyszała, że Jack wstrzymał oddech i uśmiechnęła się szerzej.
- Jack opowiadał mi ze szczegółami o swym małżeństwie i rozwodzie.
Helen Blackledge przysunęła się bliżej.
- Tak bardzo martwiłyśmy się o niego po tym, co... - szepnęła konspiracyjnie.
- Mamo - przerwał Jack ostro. Posłał Colleen zdesperowane spojrzenie. W jej oczach natomiast pojawiły się 

iskierki, jak gdyby siłą powstrzymywała się od śmiechu. Zacisnął zęby. - Może byśmy usiedli?

Helen wzięła Colleen za rękę.
-   Usiądź   tutaj,   kochanie,   między   mną   i   Jackiem.   -   Wszyscy  zajęli   miejsca   przy  stoliku   pod  oknem.   -   Czy 

pochodzisz z Buffalo? Jak poznałaś Jacka? - Pani Helen strzelała pytaniami jak karabin maszynowy.

Zanim Colleen zdołała cokolwiek powiedzieć, do przesłuchania włączyła się ciocia Dorothy.
- Od jak dawna się spotykacie?
- Od sześciu miesięcy - odparła Colleen.

23

background image

- Od roku - powiedział Jack dokładnie w tej samej chwili. Zerknęli na siebie, wymieniając zbolałe spojrzenia.
- No to pół roku czy rok? Nie rozumiem - drążyła ciocia Judy.
Talent  Jacka  do wymyślania   romansów  wystarczył   tylko   na  początek,  a  teraz  opuścił  go  zupełnie.  Chwycił  

szklankę z wodą i zajął się opróżnianiem zawartości.

Colleen na moment się wyprostowała, po czym pochyliła się nad stolikiem.
- Cóż, to zależy. Jack wyznał mi, że zakochał się we mnie od pierwszego wejrzenia, kiedy spotkaliśmy się w re -

dakcji. Czyli właśnie rok temu, zaraz po moim przyjeździe do Buffalo. - Jej aksamitne oczy lśniły. - Tylko że przez  
sześć miesięcy nie miał odwagi zaprosić mnie na randkę, więc ja liczę od naszej pierwszej wspólnej kolacji pół  
roku temu.

Jack prawie zakrztusił się wodą.
- Colleen - syknął ostrzegawczo.
- Zawsze się wstydzi, kiedy opowiadam tę historię, bo nigdy przedtem nie był nieśmiały wobec kobiet - ciągnęła  

Colleen wesoło.

- Mogłam się tego domyślić! - wykrzyknęła triumfalnie ciocia Dorothy. - Całe życie wiedziałam, że gdy nasz 

Jack się zakocha, przestanie udawać napuszonego koguta.

- Och, nie, przy mnie nigdy nie udaje napuszonego koguta - zaprzeczyła gorąco Colleen. - Jest czuły, uprzejmy i 

opiekuńczy. - Szukała innych epitetów na określenie mężczyzny marzeń każdej feministki, a dla Jacka zmory z  
koszmarnych snów.

- Czuły, uprzejmy i opiekuńczy - powtórzył jak echo Jack. Wyglądał na przerażonego. Colleen ukazała zęby w 

uśmiechu. Jack uniósł brwi.

- Poza tym jest taki troskliwy i nigdy nie zapomina o okazjach - kontynuowała swą litanię Colleen. - Przynosi mi  

kwiaty i czekoladki, czasem małe prezenciki i... zdarza mu się płakać w kinie - zakończyła niespodziewanie.

-   Płakać?!   -   wrzasnął   kompletnie   znokautowany   Jack.   -   Ja?   -   Mama   i   ciocie   wpatrywały   się   w   niego   z  

zainteresowaniem, więc zmusił się do krzywego uśmiechu. - Oto moja mała Colleen, uwielbia stroić sobie żarty. 
Dobrze wiecie, że ostatni raz płakałem w przedszkolu.

- Jest taki wrażliwy, tylko wstydzi się do tego przyznać - poczyniła wyznanie Colleen.
- Tak się cieszę, że przy tobie nauczył się okazywać uczucia, Colleen - rzekła matka Jacka poważnym tonem. - 

Jego ojciec był wspaniałym człowiekiem, ale wierzył niezłomnie w teorię, według której płacz przystoi wyłącznie 
kobiecie. Jack naśladował go od czwartego roku życia. Nie płakał nawet na pogrzebie ojca trzynaście lat temu. 
„Tatuś nie chciałby żebym płakał” - powiedział mi.

- Nie ukrywamy przed sobą naszych uczuć - uspokoiła ją Colleen. - Przenigdy. - Zignorowała Jacka, który kopnął  

ją pod stołem.

Trzy starsze panie na moment  oniemiały z zachwytu,  po czym  jęły szczebiotać jedna przez drugą o swoim 

przekonaniu, że odpowiednia dziewczyna będzie umiała się przebić przez mur obojętności drogiego małego Jacka. 
Skoro udało się to Colleen, trudno marzyć o lepszej partnerce dla niego.

Z rogu sali dobiegły ich pierwsze dźwięki muzyki tanecznej, granej przez mały zespół instrumentalny. Zaczęli 

grać dokładnie w przerwie między przekąskami i głównym daniem.

- Przecież to moja ulubiona piosenka - rzekła rozmarzonym tonem Helen Blackledge. - Dama w czerwieni. Taka 

romantyczna, taka wzruszająca.

- Sentymentalna, głupia i banalna - mruknął Jack pod nosem.
Colleen z ledwością stłumiła chichot.
- Oho, dają o sobie znać różnice pokoleniowe.
- Colleen, Jack, powinniście pójść zatańczyć - zarządziła ciocia Dorothy. - Świece, muzyka, Niagara w tle... czy 

można sobie wyobrazić lepszą atmosferę?

- Niestety, Colleen cierpi na ból w kolanie - odpowiedział gładko Jack. - Nie może tańczyć.
Colleen wstała.
- Pamiętasz te gorące kompresy i tabletki od doktora Johnsona? Bardzo mi  pomogły,  kolano jest jak nowe.  

Chodźmy.

- Nic z tego - warknął Jack.
- Przecież tak świetnie tańczysz, Jack - zaprotestowała matka. - Brałeś lekcje w Akademii Tańca panny Wilcroft.  

Chyba od szóstej klasy nie widziałam cię tańczącego - dodała smutno.

- Rusz się, Jack, tylko jeden taniec - włączyła się Colleen, ciągnąc go za rękaw marynarki. Miała przy tym dość 

szatańskie błyski w oczach. - Na pewno przypomnisz sobie parę kroków, jeśli dobrze poszperasz w pamięci.

- Och, do diabła. - Jack rzucił serwetkę na stół i wstając, z impetem odsunął krzesło. - Jeden taniec, a potem nie 

chcę nawet słyszeć tego słowa.

5

- Cały czas robisz ze mnie zaślinionego mięczaka! Aż tak cię to bawi? - wypalił Jack, otaczając Colleen ramie -

niem. - Wyglądasz na zadowoloną z siebie.

- Lubię uszczęśliwiać ludzi. Popatrz na mnie, Jack. - Colleen uśmiechnęła się i pomachała w stronę rozradowanej  

24

background image

trójki. Starsze panie odpowiedziały tym samym. - Więc brałeś lekcje tańca? - Pokręciła głową i zachichotała. - 
Całkiem nieźle ci idzie. Panna Wilcroft byłaby z ciebie dumna.

Tańczyli  w  sposób tradycyjny.   Ona  oparła   lewą  rękę   na  jego ramieniu,  a   prawą   wsunęła   mu  w  dłoń.   Jack 

obejmował ją lekko potężnym ramieniem. Ich ciała nie stykały się, właściwie w odstęp między nimi z łatwością, 
wszedłby ktoś trzeci.

- Panna Wilcroft wyglądała jak stupięćdziesięciokilogramowy orangutan, a jej lekcje ledwo znosiłem. Wyobraź  

sobie chłopca, który żyje i oddycha tylko sportem, w sali balowej. Tak mi to dało w kość, że przez wiele lat 
nienawidziłem tańca. Dopiero później zorientowałem się, że wolny taniec pomaga zaciągnąć kobietę do łóżka.

Jack wyczuł jej napięcie i uśmiechnął się triumfująco. Znęcała się nad nim niemiłosiernie i to w obecności matki i  

ciotek, więc teraz nadszedł czas na staromodną słodką zemstę.

- Oczywiście to, co robimy w tej chwili, nie przypomina moich zwykłych lubieżnych numerów. Mam ci pokazać  

różnicę?

- Lubieżnych numerów? - Serce podskoczyło jej w piersi. — Nie! Patrzą na nas!
- Chciałaś uszczęśliwiać ludzi - przypomniał jej Jack. - W takim razie nasza spragniona romantyzmu widownia 

dostanie zamiast tego dużą porcję namiętności.

Jednym ruchem przyciągnął ją do siebie. Pragnął tulić tę dziewczynę, a jeden taniec, nawet pod okiem rodziny,  

nie stanowił żadnego niebezpieczeństwa.

- Zarzuć mi ręce na szyję - zarządził, a sam oplótł mocno rękoma jej talię.
Nie miała  wyboru,  musiała się podporządkować. Skonstatowała ten fakt z niejakim przestrachem,  bo objęta 

została tak silnie, że trudno byłoby wcisnąć pomiędzy nich choćby szpilkę. Nie mogła pozwolić rękom, by zwisały 
swobodnie po bokach, jeśli wolała uniknąć długiego tłumaczenia się przed widownią w postaci trzech starszych  
pań. Czując to samo, co czuje mysz złapana w pułapkę, z wahaniem oparła ręce na jego barkach, nie ważąc się  
jednak go objąć.

Tańczyli tak przytuleni, że nie pozostał ani jeden wolny skrawek jej ciała, który by nie dotykał ciała Jacka.  

Colleen ze świstem wciągnęła powietrze. Jack napierał na nią twardymi mięśniami, gorącym oddechem ogrzewał 
jej włosy.

- Rozluźnij się - szepnął Jack prosto w ucho Colleen. - Za bardzo się napinasz. Mam wrażenie, że tańczę ze  

szczotką do podłogi. No, prawie - poprawił się chichocząc. - Jesteś za miękka i zbyt zaokrąglona tu i ówdzie jak na  
szczotkę. Tak czy inaczej, powinnaś się rozluźnić.

- Ja... ja zawsze sztywnieję na parkiecie - wymamrotała Colleen. Jack wydawał się jej taki wysoki, silny i taki  

ciepły. Ledwie oparła się niepokojącemu pragnieniu, by opuścić powieki i stopnieć w jego potężnych ramionach. 
Potknęła się lekko, a Jack troskliwie objął ją jeszcze mocniej.

- Nie tańczę za dobrze. Wciąż się martwię, że w końcu zacznę komuś deptać po palcach. - Nigdy nie była  

ślamazarna   i   nigdy   nie   miała   trudności   z   wolnym   tańcem,   aż   do   dzisiaj.   Za   to   nabyła   chyba   zdolność 
prowokowania, bo ostra szpilka jej pantofla prawie przeszyła na wylot stopę Jacka, który zdążył zwinnie uskoczyć 
w bok. - No widzisz? - spytała z nerwowym śmiechem.

Czekała, aż nazwie ją słonicą z dwiema lewymi nogami. Ostatnią rzeczą, której mogła się spodziewać, było to, że 

objął dłonią jej szyję i zaczął delikatnie masować kręgosłup.

- Dobrze ci idzie - mruknął ciepłym głosem. Ręką opartą na jej biodrze uciskał wrażliwe miejsce na plecach.  

Colleen dotąd nie uświadamiała sobie jego istnienia, ale najwyraźniej należało ono do niezwykle erogennych. Po-
czuła się tak, jakby zewsząd otoczyły ją płomienie.

W rzeczywistości każdy nerw jej ciała odpowiadał na tę szczególną pieszczotę. Cała płonęła; piersi ocierające się  

o muskuły Jacka zdawały się wielkie i pełne, sutki wyprężyły się i nabrzmiały. Silny, instynktowny odruch, by 
otrzeć się o Jacka, przyprawił Colleen o zawrót głowy. W uszach słyszała łomot, harmonizujący z grzesznym, lecz 
nieokiełznanym i podniecającym pulsowaniem w dole brzucha.

Napięcie   i   opór   stopniały   jak   ciepły  miód.   Rozluźniła   się,   pozwalając   miękkim   krągłościom   swej   sylwetki 

przylgnąć  do  twardego,   męskiego  ciała.   Nie  potknęła  się  już  więcej.  Poruszała  się  idealnie   w  takt  powolnej, 
usypiającej muzyki, kołysała się zgodnie z rytmem płynącym  z ich obojga. Powieki Colleen drgnęły, a potem 
opadły. Drżąc, wzięła głęboki oddech.

Jack był sprężysty, silny i ocierał się o nią, lecz zamiast uciekać przed tą przytłaczającą męską potęgą, Colleen  

przysunęła się bliżej. Nigdy dotąd nie zaznała równie intensywnego rozbudzenia, nigdy dotąd nie uświadamiała 
sobie żywiej swej kobiecości. Kiedy na karku poczuła dotknięcie jego warg, z piersi wyrwało się jej bezgłośne 
westchnienie.

- Jack... - wyszeptała, tonąc w błogim świecie marzeń. Szczypał wargami jej kark i gładził skórę szyi, a podniece -

nie   Colleen   sięgało   zenitu.   Odrzuciła   głowę   w   tył,   by   umożliwić   mu   lepszy   dostęp   do   ramion,   i   ponownie 
westchnęła.

Jack niemal oszalał. Głęboko odetchnął, by się nieco uspokoić, ale z następnym wdechem delikatny, acz podnie -

cający zapach perfum Colleen uderzył go w nozdrza. Podziałał na niego jak haust stuprocentowej whisky i zmącił 
mu myśli. Wydawała się taka drobna, jak to tylko możliwe, pragnął jeszcze większej bliskości, bez ograniczenia w 

25

background image

postaci ubrań, by mógł dotykać jej jedwabistej skóry swym nagim ciałem. Wyobraził sobie, że zdejmuje z niej tę 
elegancką sukienkę, obejmuje nagą, uległą postać ramionami...

Piosenka się skończyła, a muzycy uderzyli w struny i klawisze, prezentując zdecydowanie nieromantyczny temat 

z filmu Pogromcy duchów. Dzieci z końca sali rozwrzeszczały się na całe gardło. Colleen i Jack wypuścili się z 
objęć i wymienili oszołomione spojrzenia. Żadne z nich nie wyrzekło ani słowa. Oboje oddychali z trudem i drżeli.

- Jack! Hej, Jack! - Jowialny męski głos zdawał się dochodzić z innego świata.
Jak na komendę zwrócili się w stronę, z której dobiegało wołanie. Wysoki mężczyzna o bujnej blond fryzurze 

zmierzał prosto w ich kierunku.

- O nie!- jęknął Jack.
- Kt... kto to jest?- wyjąkała Colleen. Ku swemu zaskoczeniu, z ledwością formułowała słowa. Zamglony umysł z 

wielkim   wysiłkiem   znajdował   właściwe   określenia,   wargi   lekko   drżały.   Głośna   muzyka   i   jazgot   dzieciaków 
przydawały całej scenie elementu dość surrealistycznego.

- Hej, Blackie, to naprawdę ty! - Olbrzymi blondyn poczęstował Jacka niedźwiedzim klepnięciem w plecy. - Tak  

myślałem, ale nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Co ty robisz tu sam? To nie jest twój typowy teren. - Za niósł 
się gargantuicznym rechotem, lecz nagle spostrzegł Colleen. Szeroki uśmiech zbladł i zmienił się w wyraz nie-
dowierzania. - Zazwyczaj balujesz z innym typem panienek... to znaczy... z innymi kobietami. Stary, co jest grane?

Colleen zerkała to na rozognioną twarz Jacka, to na pełną niedowierzania fizjonomię blondyna. Podniecenie, 

które ogarnęło ją w uścisku Jacka, odpłynęło równie nagle jak woda z umywalki po wyciągnięciu korka. Balujesz z  
innym typem panienek. Ta fraza nadal dźwięczała jej w uszach. Przypominała o realnym świecie, w którym part-
nerki Jacka Blackledge’a nie nadają się do zaprezentowania rodzinie. O świecie, w którym Jack za najważniejszy 
powód małżeństwa uważa pieniądze.

Przerażająco żywe wspomnienie tańca i sposobu, w jaki tańczyli, stanęło jej przed oczami. Jak się do niego kleiła,  

jak się poruszali, co czuli... wszystko to jego sprawka. Zarumieniła się od czubka głowy po koniuszki palców.

- Hej, co z wami? Zamurowało was, czy jak? - pokrzykiwał muskularny blondyn.
- Czy jak - odpowiedziała Colleen. Odzyskała właśnie panowanie nad swym układem nerwowym.  Chwilowa 

utrata zmysłów, wywołana lubieżnym, szalonym tańcem, litościwie odeszła w niepamięć. - Nazywam się Colleen 
Brady - przedstawiła się, wyciągając rękę na powitanie. - Pracuję w Times-Gazette razem z Jackiem. Zastałeś nas w 
trakcie odgrywania przedstawienia specjalnie dla jego rodziny. Udajemy zakochanych. Jak nam poszło?

- Rodd Garrett. - Blondyn uniósł dłoń Colleen do ust i złożył na niej pocałunek w czysto europejskim stylu. W ze-

stawieniu   z   jego   potężnymi   kształtami,   ten   gest   wydawał   się   cokolwiek   śmieszny.   -   Tak,   nadzwyczaj   udany 
występ. Niesamowity widok. Wykombinowałem, że jeśli Black Jack obściskuje się z ładną dziewczyną w takim 
miejscu, to ani chybi zbliża się wesele.

Jack obserwował tę dwójkę zamglonymi oczyma. Zauważył natychmiast, że Garrett trzymał dłoń Colleen nieco 

za długo. A ona nie przestawała szczebiotać; żywe, brązowe oczy błyszczały humorem, kiedy żartowała sobie z  
Garrettem. Jakiż to bzdurny pomysł wziąć ją i Jacka za parę kochanków!

Zirytowało go, że Colleen tak szybko i radykalnie zmieniła nastrój, podczas gdy on nadal tkwił w żelaznych 

okowach podniecenia. Jego umysł potrzebował nieziemsko długiego czasu, by się przejaśnić. Denerwował go jej  
śmiech, słowa, jej flirtowanie - tak, flirtowała sobie w najlepsze! - a on stał jak oniemiały,  usiłując odzyskać  
kontrolę nad myślami.

- Dla ciebie to też nie jest typowy teren, Garrett - burknął Jack. - Z kim przyszedłeś?
Rodd Garrett wyszczerzył zęby.
- Słyszysz tę bandę bachorów? Drą się jak stare prześcieradła.
- Musiałbym być głuchy jak pień, żeby nie słyszeć.
- No to właśnie z nimi tu jestem. Przyjęcie urodzinowe mojego siostrzeńca, no wiesz, dzieciaka mojej siostry 

Rity. Chłopiec mnie ubóstwia. Zawsze chwali się wujkiem Roddem, który gra w drużynie Buffalo Bills. - Garrett 
wzruszył ramionami. - Wiesz, jakie są dzieci. Nie mogłem go zawieść.

- To miło z twojej strony - powiedziała ciepło Colleen. - Na jakiej pozycji grasz?
- W ataku - odparł Rodd. Natychmiast zaczął rozprawiać o drużynie i swojej roli w zespole. Colleen słuchała z 

uwagą.

Garrett zapomniał dodać, że zwykle siedzi na ławce rezerwowych i że w tym sezonie prawie wyleciał z drużyny - 

pomyślał Jack z mroczną miną. Chociaż prawdopodobnie dla Colleen nie stanowi to żadnej różnicy. W końcu  
Rodd jest nadal zawodowym piłkarzem, choćby nawet u końca kariery, a Jack znał nazbyt dobrze z własnego 
doświadczenia ten rodzaj fascynacji, która ogarnia dziewczęta na widok znanego sportowca. Kiedyś sam korzystał 
z tego równie nierozważnie, jak teraz Rodd. Przez kilka chwil Jack przysłuchiwał się ich rozmowie i czuł się coraz 
bardziej ignorowany, a przez to wściekły.

- Zgrabny z ciebie podrywacz,  Garrett - wreszcie włączył  się do konwersacji. - Najpierw zmiękczasz  serce 

kobiety historyjką o dobrym wujaszku, a potem niby przypadkiem rzucasz, że jesteś zawodowym piłkarzem i liczy.  
na to, że rozdziawi gębę z zachwytu.

Colleen i Rodd odwrócili się i spojrzeli na Jacka, a on zaczerwienił się jak burak. Gorzki ton tych stów zaskoczył 

26

background image

nawet jego samego. Zmusił się do uśmiechu, żeby jakoś zatuszować horrendalną gafę.

- Chodź, przywitasz się z moją mamą i ciotkami, Rodd. - Ucieszą się na twój - widok.
Położył dłoń na ramieniu Rodda w przyjacielskim geście i skierował go ku stolikowi. Trzy siostry wpadły w  

szczery zachwyt, widząc dawnego kolegę swego pupila.

- Chodziliśmy do tej samej szkoły. Jack kilka lat wyżej ode mnie - poinformował Rodd Colleen, gdy reszta pogrą-

żyła  się we wspomnieniach o dawnych  dobrych czasach. - Przez jakiś czas szliśmy ramię  w ramię: najpierw 
przewodziliśmy chłopakom z sąsiedztwa, później dostaliśmy się do drużyny i...- urwał nagle.

Cisza trwała, a Colleen spoglądała to na Jacka, to na Rodda. Karierę Jacka zakończył wypadek samochodowy, a 

Rodd ciągle grał. Zastanawiała się, jak Jack zniósł to doświadczenie. Zmiany,  jakie wprowadziło ono do jego 
życia, były co najmniej tak głębokie, jak zwrot w życiu Colleen po skojarzeniu rodziny Bradych z wszechpotężnym 
klanem Ramseyów. Jednak oboje stawili czoło wyzwaniu i zdołali zbudować sobie nowy świat. Łączy ich więcej, 
niż mogło się wydawać na pierwszy rzut oka.

Zerknęła ponownie na Jacka i stwierdziła, że się jej przygląda. Znowu zapłonął w niej ogień podniecenia. Przypo-

mniała sobie twardość jego mięśni, wielkie, lecz czułe dłonie, wargi pieszczące kark...

Jack   pierwszy   odwrócił   wzrok,   przerywając   dopiero   co   nawiązany   kontakt.   Colleen   poczuła   się   jakby 

rozczarowana, kiedy chcąc nie chcąc zwróciła się ku reszcie towarzystwa.

- Jack, ten to ma łeb na karku - perorował Rodd zawzięcie, może zbyt zawzięcie. - Robi coraz większa karierę  

dziennikarską, a ja nadal dostaję kopniaki na boisku. A propos, czytałem twój ostatni artykuł, Jack. Ten, w którym 
oskarżyłeś związek piłkarzy o to, że są tak samo chciwi, jak właściciele klubów. Co to za bzdury,  podstępny 
zdrajco?

Podczas gdy dwaj mężczyźni gawędzili sobie przyjaźnie o teorii kopania piłki, przyniesiono główne danie. Przez 

resztę wieczoru Rodd siedział z nimi, tylko od czasu do czasu zaglądał do gości siostrzeńca.

- Jak to miło, że Colleen i Rodd znaleźli wspólny język - zauważyła Helen Blackledge, a Jack spode łba obserwo -

wał Rodda, który wyciągał opierającą się i chichoczącą Colleen na parkiet. - Pewnie widujecie się często? Nie 
zanosi się na to, żeby Rodd też ustatkował się z jakąś miłą dziewczyną jak Colleen? Jego matka byłaby taka  
szczęśliwa.

Jack nie odpowiedział, ale wewnątrz gotował się coraz bardziej. Wszystko wskazywało na to, że Rodd nie miałby 

nic przeciwko temu, żeby ustatkować się właśnie z Colleen. Po prostu ślinił się na jej widok. Jack nie dał się 
oszukać: Rodd Garrett nie przysiadł się do nich ze starej przyjaźni ani dla snucia wspomnień. Nie uczynił tego dla  
pogawędki ze szkolnym kumplem czy choćby po to, by uwolnić się od watahy ryczących dzieciaków. Rodd Garrett  
dołączył do nich w jednym celu, któremu na imię Colleen.

Wieczór zamieniał się w noc, a nastrój Jacka pogarszał się z minuty na minutę. Za każdym razem kiedy zerkał na  

Rodda i Colleen, odczuwał niespodziewane ukłucie zazdrości, która stale rosła. Nie pomagało tłumaczenie sobie, 
że nie ma ani prawa, ani powodu, by czuć coś podobnego.

Rodd został nawet wtedy, gdy przyjęcie urodzinowe siostrzeńca dobiegło szczęśliwego końca. Zatańczył raz z 

każdą ze starszych pań i więcej niż parę razy z Colleen. Jack nie wstawał od stołu. Siedział i rozmawiał z matką i  
ciotkami o sklepie w Orlando, o czterech zamężnych kuzynkach, czyli córkach Judy i Dorothy, mieszkających z 
rodzinami na Florydzie, o sławnych na cały kraj młynach zbożowych w Buffalo i o planach uczynienia ze starych  
elewatorów pomnika kultury narodowej.

Nigdy jeszcze nie odgrywał roli dobrego syna tak gorliwie. Każdy nowy temat odwracał jego myśli od Rodda i 

Colleen, którzy śmiali się, tańczyli i w ogóle zachowywali się jak para niesfornych nastolatków.

Minęła już jedenasta, kiedy Jack, Colleen i Rodd odprowadzili starsze panie do wynajętego przez nie samochodu 

i pożegnali się.

- No co, Jack. Przedstawienie skończone. Przestańmy udawać. Może bym odwiózł Colleen do domu - wypalił 

Rodd ze śmiałością, która omal me sprowadziła mu na szczękę pięści Jacka.

- Ja ją przywiozłem i ja ją odwiozę - oświadczył. Chwycił Colleen za rękę zupełnie niestosownym w tej sytuacji 

gestem właściciela i już jej nie wypuścił.

- Tam stoi moje ferrari. - Rodd napuszył się jak paw. Właśnie pokazał swą atutową kartę, tak przynajmniej sądził,  

i teraz oczekiwał radosnego przyjęcia swojej propozycji przez Colleen...

... która w ogóle nie zareagowała. Ramseyowie mieli hyzia na punkcie sportowych samochodów, więc Colleen w 

ciągu ostatnich siedmiu lat napatrzyła się na najbardziej egzotyczne i najdroższe modele świata. Przejażdżka ferrari 
nie stanowiła dla niej żadnej atrakcji. O wiele mocniej intrygowało ją zdecydowanie Jacka, by do owej przejażdżki  
nie dopuścić. Wybrała towarzystwo Jacka.

- Dlaczego nie chciałeś, żebym pojechała z Roddem? — zapytała go, gdy wjeżdżali na most, a Rodd Garrett 

został sam na sam ze swoim ferrari.

- Powiedzmy, że to mój kaprys - odrzekł. Nie posiadał się z radości, triumfował. Co chwila wspominał, jak to 

Colleen wybrała jego i rozklekotanego pontiaca zamiast lśniącego ferrari z Roddem w środku i cieszył się coraz 
bardziej, choć nie znał powodu tej radości i nie miał ochoty go szukać. - Facet typu Rodda może być bardzo 
niebezpieczny dla szanującej się dziewczyny.

27

background image

- Coś mi się widzi, że powinnam bać się raczej ciebie - burknęła Colleen. - To nie Rodd dobierał się do mnie w  

tańcu. - Zdziwiła ją własna bezpośredniość, ale musiała porozmawiać o tym, co się między nimi wydarzyło. Czy 
dla niego ma to jakiekolwiek znaczenie?

- Dotrzymywałaś mi kroku przez cały czas, złotko - odciął się Jack.
Colleen zarumieniła się. Chyba jednak wolałaby o tym nie dyskutować.
- Polubiłam twoją rodzinę - powiedziała szybko, przenosząc się na bezpieczniejszy grunt. - Bardzo miłe starsze 

panie.

- Tak, to prawda.
- Uwielbiają cię.
Uśmiechnął się.
- Ciebie też, wcale nie mniej. Colleen, hmm, chciałbym ci podziękować za dzisiejszy wieczór. Uszczęśliwiłaś je i  

jestem ci za to wdzięczny.

Colleen tylko kiwnęła głową. Gdyby to była prawda, pomyślała ze smutkiem. Na pewno nie, odpowiedziała sobie 

z pozbawioną złudzeń szczerością. Dzisiejsza randka to jedynie maskarada, nie wolno ignorować faktów i oddawać 
się fantazjowaniu. To najkrótsza droga do tragedii.

- Czy Rodd zaprosił cię na kolację?
Pogrążona w rozmyślaniach ledwo usłyszała pytanie, wypowiedziane głosem tak beznamiętnym. Odpowiedziała 

po prostu:

- Tak, na przyjęcie w piątek za tydzień.
- I jaką dałaś odpowiedź?
- Że się zastanowię i żeby zadzwonił, to mu powiem.
- Bardzo sprytne, Colleen. Umiesz zastawić sidła, co? Dobrze wiesz, że facet pokroju Rodda nie poleci na każdą 

babę, więc skazujesz go na niepewność i...

- Nie zastawiam żadnych sideł! - zaprzeczyła gorąco. - Nie bawię się w żadne gierki czy intrygi. Powiedziałam,  

że się zastanowię, bo jeszcze nie podjęłam decyzji.

- Dlaczego? Przecież on ci się podoba. Przez ładnych parę godzin obserwowałem, jak wodzisz za nim oczami i 

chichoczesz z jego żartów jak pensjonarka. Pewnie nie możesz się doczekać, żeby pochwalić się przyjaciółce 
nowym amantem. W Buffalo latają za nim tabuny panienek, wiedziałaś o tym?

- Nie wiedziałam i guzik mnie to obchodzi. Poza tym wcale nie wodziłam za nim oczami i nie... chichotałam jak 

pensjonarka.

- Od lat mam do czynienia z kobietami, które na widok zawodowego sportowca tracą resztki rozsądku. Tak było 

zawsze, kobiety lgną do sławy. Niektóre jeżdżą po świecie za zespołami muzycznymi, inne polują na piłkarzy...

- Nie lgnę do Rodda Garretta! - ucięła Colleen. Kipiała złością, ale pod tym wzburzeniem kryła się mała obawa.  

Czy Rodd odebrał jej zachowanie tak samo opacznie jak Jack? Co za ironia losu, że Jack wziął jej uprzejmość w  
stosunku do Rodda  za  umizgi,  podczas gdy ona  była   tak  zafascynowana  Jackiem właśnie,  że  brała  udział  w 
przyjęciu niemal nieświadomie, automatycznie grając swoją rolę.

- Nie interesuję się sportem i nie zachwycają mnie piłkarze... ani byli piłkarze - dodała gniewnie.
-   Niemniej   jednak   pójdziesz   z   Roddem   na   przyjęcie.   Kobieta,   która   by  odrzuciła   zaproszenie   zawodowego 

piłkarza na wydaniu, i to posiadacza ferrari, jeszcze się nie narodziła.

- Nieprawda! Właśnie z nią rozmawiasz!
- Uwierzę dopiero wtedy, kiedy powiesz to jemu - ciągnął Jack przekornie.
- Zrobię to, gdy tylko zadzwoni - warknęła Colleen. - To ty polujesz na posagi, nie ja.
Jack dawno nie był tak zadowolony z siebie. Kilka razy próbował zagaić rozmowę, lecz Colleen odpowiadała naj-

częściej monosylabami.

Mając w pamięci jego zachowanie, gdy zabierał ją z mieszkania przed przyjęciem, teraz oczekiwała, że zahamuje 

pod blokiem, lekko tylko przygasi silnik, da jej trzy sekundy na opuszczenie samochodu i zniknie wśród nocnej  
ciszy. Ku zaskoczeniu Colleen, Jack odprowadził ją do drzwi mieszkania i otworzył je przed nią.

- No to... - Colleen stała w progu i gapiła się na gumową wycieraczkę. Nieoczekiwanie ogarnęło ją wewnętrzne 

napięcie. Nerwy zaczęły odmawiać posłuszeństwa, a świadomość, że Jack stoi tuż obok, nie pozwoliła zebrać 
myśli na powrót.

- To był... bardzo miły wieczór.
- Zgadzam się całkowicie.
Zrobiła   krok   do   ciemnego   przedpokoju.   Serce   roztrzepotało   się   szaleńczo,   kiedy  Jack   podążył   jej   śladem   i  

zamknął za sobą drzwi.

- Myś... myślę, że Nicola zapomniała włączyć światło - wyjąkała piskliwym ze zdenerwowania głosem. - A może 

już wróciła i poszła spać. Przy framudze jest włącznik... och!

Nie spostrzegła, kiedy do niej podszedł. Poczuła tylko objęcie silnych ramion i ciepło jego ciała. Po chwili jej 

wargi zostały wręcz zgniecione przez szerokie, męskie usta.

Gdyby pochwycił ją w ciemności ktoś obcy. przeraziłaby się i próbowała wyrwać. Lecz Jack nie napotkał oporu.  

28

background image

Szaleństwo zmysłów zawładnęło Colleen całkowicie. Zdawało się, że chwili obecnej nie dzieliły nawet sekundy od 
tamtego momentu przebudzenia, którego doświadczyła, tańcząc z nim parę godzin temu. Pragnęła Jacka. Pożądała 
go.

Jęknęła, kiedy ich języki się zetknęły i przechyliła głowę w tył, by nie uronić ani odrobiny z palącego pocałunku.  

Zarzuciła ramiona na szyję Jacka i zatonęła w mrocznym, wzburzonym oceanie zmysłowości.

Jack przyciągnął ją bliżej i przechylił, penetrując językiem coraz to głębiej, a ona drżała w słodkiej, gorącej na-

miętności pocałunku. Szybkim ruchem doświadczonego kochanka sięgnął ku jej piersiom.

Colleen wydała urywane westchnienie, czując, jak wielkie dłonie ściskają jej piersi, a długie palce rozpoczynają 

delikatną zmysłową pieszczotę. Potarł brodawkę, która zdążyła już stwardnieć i stała się aż do bólu wrażliwa, a 
teraz słała małe gorące iskierki do najsekretniejszego miejsca kobiecego ciała.

Jack w coraz większym uniesieniu rozedrganym pożądaniem ciałem napierał mocno na Colleen. Fale gorąca 

przelewały się w niej, sprawiając, że miękła i słabła; ulegała, kiedy zsunął ręce, by gładzić i pieścić jej pośladki, po  
czym podniósł ją wysoko i tak trzymał.  W tym  momencie kobiece ciało przeszył  erotyczny spazm.  Czuła go 
między udami, gdzie centrum jej płci płonęło, powiększone i gorące. Nigdy przedtem nie doświadczyła tak palącej  
żądzy, której intensywność zaskakiwała ją i przerażała zarazem.

Całował ją tak, jak jeszcze nikt; mocno, głęboko i namiętnie wsuwał język w jej usta i wyjmował na powrót, 

coraz   szybciej,   w  swoistej,   rozdzierająco  erotycznej   symulacji   zbliżenia,   pragnąc   uległości   i   otrzymując   ją   w 
najbardziej pierwotnym, namiętnym zapamiętaniu...

Późno w nocy, leżąc samotnie w łóżku, Colleen przewracała się z boku na bok i rozmyślała, co mogłoby się 

wtedy zdarzyć, gdyby nie nagły, zaskakujący błysk światła, a zaraz po nim zdziwiony okrzyk:

- Ojojoj! - i zakłopotany chichot.
Jackowi i Colleen zajęło kilka chwil, by się zorientować, że nie są już sami, że ktoś włączył lampę, że słychać  

zduszony śmiech i sapnięcia.

Jack opuścił ręce i jednym susem odskoczył od Colleen, jakby uciekał przed niewypałem. Colleen oparła się o  

ścianę. Wszystko w niej drżało,! osłabło tak, że obawiała się osunięcia na podłogę.

- Tak mi przykro, przepraszam - zawołała Nicola. - Nie wiedziałam... - Urwała, po czym przełknęła ślinę i konty -

nuowała komicznie uprzejmym tonem: - Kamal, znasz już Colleen. Chciałabym ci przedstawić Jacka Blackledge’a, 
yyy, szefa Colleen.

Jack bezgłośnie zaklął. Cały się trząsł; intensywność niedawnej namiętności i gwałtowne zakończenie dawały o 

sobie znać. Oddychał ciężko i z trudem. Omiótł Colleen rozmarzonym wzrokiem, dostrzegł rozległy rumieniec i 
lekko spuszczone, lecz błyszczące oczy.

- Miło mi pana poznać, panie Blackledge. - Niewysoki mężczyzna o nadzwyczaj bujnej, kruczoczarnej czuprynie 

i krzaczastych wąsach wyciągnął rękę na powitanie. - Kamal Veli - przedstawił się. - Proszę nam wybaczyć to 
przedwczesne wtargnięcie. Nicola zaprosiła mnie na kawę. Dołączy pan do nas?

Jack podziwiał zimną krew młodego człowieka. Czy praktyka medyczna przygotowuje lekarza do radzenia sobie 

w każdej sytuacji? Uścisnął jego dłoń i zmusił się do słabego uśmiechu.

- Może nie tak przedwczesne, jak pan sądzi - wymamrotał.
Być może pojawienie się Nicoli i Kamala było łaską opatrzności. Jego odczucia, niewiarygodna intensywność 

żądzy, prawie bolesnej w płynącej z niej rozkoszy... szalone odruchy ciała... reakcja Colleen, za którą pewnie 
poszłaby uległość...

Nie pamiętał już, kiedy ostatni raz pożądanie opanowało go tak szybko, a przecież tylko się całowali! Pójście do 

łóżka z czarującą, nieznośnie piękną dziewicą byłoby na pewno początkiem, a nie końcem szeregu zdarzeń. Począt-
kiem   tego,   co   dzisiaj   jedynie   udawali   przed   matką.   Poważny  związek,   ślub,   dzieci   i   ich   hałaśliwe   przyjęcia 
urodzinowe...

Zaczął się pocić. Jego odczucia przypominały spadanie w czarną otchłań bez dna. Związek z Colleen oznaczałby 

zaangażowanie emocjonalne; więzy, których zawsze pragnął uniknąć. Jednak z Colleen nie da się inaczej, ona po-
trzebuje i wymaga tego. Ma prawo do własnej wizji, lecz on żyje życiem wolnego ptaka, bez ograniczeń i zobowią-
zań. Wolność albo śmierć, tak brzmiałoby jego motto, do tego on ma prawo.

Spojrzał na Colleen, która od momentu pojawienia się Nicoli i Kamala nie podniosła oczu. Pragnienie objęcia jej, 

pocieszenia, uspokojenia wyprowadziło go z równowagi. Gdyby uległ i zrobił to, wieczór zakończyliby przy kawie 
i  plotkach  z   Nicolą   i   Kamalem;   potem  nastąpiłyby   kolejne,   coraz   intymniejsze   kontakty,   a  z   nimi   obietnice,  
przysięgi...

- Już późno, a ja muszę wstać przed szóstą. - Jack odwrócił się ku drzwiom jak ktoś umykający przed duchem. - 

Nie mogę zostać na kawie, ale cieszę się, że cię poznałem, Kamal. Miło było cię zobaczyć, Nicola. Colleen, no to 
trzymaj się, mała. Na razie.

Zniknął, nim ktokolwiek zdołał wydukać choćby słowo.
- Trzymaj się, mała? - powtórzył Kamal ze zdziwieniem.
- To takie powiedzonko - wyjaśniła Nicola. - Slangowe.
- Wiem. - Kamal nie ukrywał zmieszania. - Ale czy to jest coś, co mężczyzna mówi kobiecie po tym, gdy...

29

background image

- Padam ze zmęczenia, pójdę już spać - przerwała mu Colleen. Słuchanie interpretacji nagłego odwrotu Jacka w 

wykonaniu Kamala, było ponad jej siły.

- Colleen? - Nicola pobiegła za nią do sypialni. - Dobrze się czujesz? Nie... nie gniewaj się...
- Nic się nie stało. - Colleen położyła rękę na ramieniu przyjaciółki w siostrzanym geście. - Dobrze, że weszliście 

tak niespodziewanie.

Nicola uśmiechnęła się niepewnie.
- To bardzo uprzejme z twojej strony, ale nie wierzę ci ani trochę. - Jej oczy błyszczały. - Colleen, czy to nie cu -

downe? Nawet nam się nie śniło, że po tygodniu w Buffalo zakochamy się obie, i to jednocześnie.

- Nie kocham Jacka Blackledge’a - zaprzeczyła Colleen żarliwie.
- Colleen, znamy się od pięciu lat. Przez cały ten czas nie zdarzyło się, żebyś była z mężczyzną... no... tak blisko.  

I to na pierwszej randce. Wierz mi, to na pewno miłość.

6

- Nie jestem zakochana w Jacku - powtórzyła Colleen chyba po raz dziesiąty tego ranka. Wczoraj w nocy mamro-

tała te słowa zasypiając. Teraz, jadąc do pracy, próbowała skoncentrować się na znakach drogowych, ponieważ nie  
znała jeszcze zbyt dobrze tej trasy.

Nicola   myliła   się.   Ogromnie   to   miłe,   że   przyjaciółka   uważała   za   powód   zachowania   Colleen   uczucie   tak 

szlachetne jak miłość, ale Colleen nie kochała Jacka Blackledge’a. Nie mogłaby! On nie należy do opiekuńczych,  
delikatnych, wyrozumiałych i otwartych mężczyzn, a takiego dla siebie wymarzyła. Jest za to kapryśny, trudny, 
cyniczny i arogancki. Nigdy nie zakocha się w kimś takim, to pewne.

Czy miłość nie opiera się na uczciwości i zaufaniu? W przypadku Jacka nie ma mowy o uczciwości, wystarczy 

wspomnieć jego plany małżeńsko-finansowe. Żadna kobieta przy zdrowych zmysłach nie wyjdzie za kogoś, kto od 
miłości wyżej ceni jej konto bankowe.

Dlaczego zatem całowała go tak namiętnie, dlaczego pozwalała się dotykać  i budzić w sobie dotąd uśpione 

emocje? Nicola zadała jej to trudne pytanie podczas zwykłej porannej krzątaniny po kuchni, kiedy każdy próbuje  
coś zjeść i nie spóźnić się przy tym do pracy. A Colleen musiała stawić czoło wstydliwej prawdzie.

Chciała iść z nim do łóżka. Nawet przed samą sobą trudno jej było się do tego przyznać. Ona, Colleen Elizabeth 

Brady, grzeczne dziewczę z dobrego domu, pragnęła, mężczyzny, który ani nie udawał miłości, ani nie zawahałby 
się wykorzystać ją, a potem porzucić, albo nawet gorzej: ożenić się z nią dla pieniędzy, o ile zorientowałby się, że  
je posiada.

O tym się nie dowie, poprzysięgła Colleen. Nie wyzna Jackowi swych powiązań z jedną z najbogatszych rodzin 

w kraju.

Wyleczy się z tego ryzykownego seksualnego zauroczenia, trzymając się jak najdalej od Jacka. Do zakochania 

potrzeba ciągłego, bliskiego przebywania ze sobą. Postara się w miarę możliwości nie podchodzić do swojego 
biurka, kiedy on będzie siedział przy swoim, i ograniczy do zera kontakty poza pracą. Zacznie prowadzić tak 
intensywne życie towarzyskie, że nie starczy jej czasu ani energii na jedną choćby myśl o Jacku Blackledge’u.  
Nawet   jeśli   będzie   musiała   poprosić   Nicolę   o   zorganizowanie   paru   randek   z   nieznajomymi   zaspanymi 
cudzoziemcami.

Rychło okazało się, że efekt tych rozmyślań i postanowień był mierny. Jack nie przyszedł do redakcji, a Colleen 

zamiast ulgi doznała rozczarowania.

Kazorowski właśnie nalewał sobie kawy.  Colleen - dołączyła do niego w nadziei na kubek brunatnej smoły, 

umyślnie zostawiając termos z nadającą się do picia kawą na biurku.

- Gdzie jest Jack? - zapytała niby mimochodem.
- Dzisiaj pracuje w domu - odrzekł Kaz, krzywiąc się między jednym a drugim łykiem brei, którą pewnie uważał 

za kawę. - Czy on, hmm, pomaga ci trochę, wprowadza cię w rolę?

Colleen pojęła, że naczelny pyta o to, czy Jack zmiękł i pozwolił jej napisać artykuł. Właściwą odpowiedzią było-

by oczywiście „nie”.

- Codziennie czegoś się uczę - odrzekła równie ostrożnie, jak ostrożnie ją zapytano.
Kazorowski zrozumiał. Uśmiechnął się niewesoło.
- Trzymaj się, mała - rzucił i wyniósł się do swojego gabinetu.
Policzki Colleen przybrały barwę zachodzącego słońca. Znów usłyszała frazę, którą poczęstował ją Jack wczoraj 

na odchodnem. Pamiętała, jak się śpieszył, jak odmówił najniewinniejszej w świecie propozycji wypicia filiżanki  
kawy.  i uciekł. Zrobił to, bo mu  nie zależało na niej ani trochę. Skorzystał z jej towarzystwa... i z jej ciała, 
ponieważ miał w tym interes, i na tym koniec.

Naga  prawda   bolała.  Być  może   nie   kocha   Jacka,  ale  zaangażowała  się   głębiej,  niż  przypuszczała,  a   to  źle. 

Zbuntowawszy się przeciwko własnym myślom, zmusiła się, by zapomnieć o Jacku, i rzuciła się w wir pracy.

Najpierw   zakopała   się   w   notatkach   i   korespondencji   działu   kulinarnego,   przygotowując   kolejną   wymianę 

przepisów   między   czytelnikami.   Potem   szef   działu   rozrywki   polecił   jej   uzupełnić   klepsydry   kilku   aktorów   z 
telewizji i filmu. Robienie klepsydr ludziom, którzy żyją i mają się dobrze, zawsze wprawiało ją w wisielczy 
humor, choć rozumiała potrzebę zbierania podobnych informacji. Jednak godzina wypełniona pisaniem o żywych 

30

background image

w czasie przeszłym nie poprawiła jej nastroju.

Ucieszyła się, kiedy Susan Farley i Christina Fusco, dwie reporterki, z którymi  jadła lunch pierwszego dnia,  

zaprosiły ją ponownie, tym razem do restauracji Befsztykowy Raj. Tam uraczyła się wysokokalorycznym stekiem  
na   serze   z   dodatkami,   nie   dopuszczając   do   siebie   ani   na   chwilę   wyrzutów   sumienia.   Wróciła   do   redakcji 
odświeżona   i   zabrała   się   do  pracy  z   nowym   optymizmem.   Dziś   przepisy  i   klepsydry,   jutro  własne   artykuły, 
powiedziała sobie. Może, jeśli dożyje... Uśmiechnęła się do tej myśli.

- Wyglądasz na rozbawioną. Czy też mógłbym usłyszeć ten dowcip?
Głowa Colleen na dźwięk głosu Jacka podskoczyła jak gumowa piłka. Stał opodal i patrzył. Bardzo uważała, 

żeby nie zaczerwienić się albo nie zblednąć,- ani w żaden inny sposób nie dać po sobie poznać, że jego obecność 
robi na niej wrażenie.

- Właściwie zbieram się do wyjścia - powiedziała, wzruszając ramionami. Umyślnie obojętny ton ostro kontrasto-

wał z wewnętrzną burzą. Zerknęła na zegarek. - Minęła druga, a siedzę tu prawie od szóstej rano.

Pochyliła   się   i   wyłączyła   komputer.   Reszta   klepsydr   może   poczekać   do   jutra.   Gdyby   któraś   z   gwiazd 

zdecydowała   się   nagle   wyzionąć   ducha,   to   przy   odrobinie   szczęścia   może   będzie   należała   do   tych   już 
załatwionych.

- Dobrze, że cię jeszcze zastałem - powiedział Jack, postępując krok do przodu.
Colleen pozwoliła sobie na krótkie zerknięcie w jego stronę. Znowu miał na sobie dżinsy, te mocno sprane, i 

żółte włóczkowe polo. Promieniował siłą i zmysłowością. Szybko odwróciła wzrok.

- Dlaczego? - zapytała i pochwaliła się w duchu za idealnie beznamiętny ton.
Jack   uśmiechał   się   tym   swoim   słodkim   uśmiechem,   którym   bez   wątpienia   omamił   już   wiele   niewinnych 

duszyczek. Nie mogła się mylić, bo nawet znając motywy Jacka, nie potrafiła oprzeć się mocy jego uśmiechu i 
musiała zwalczyć w sobie chęć odwzajemnienia go.

Wygrała bitwę.
- Dlaczego? - powtórzyła, zachowując kamienne oblicze.
Uśmiech Jacka nieco zbladł.
- Wygląda na to, że mama i ciotki zapałały ochotą, żeby wybrać się na wycieczkę statkiem. Oczywiście, chcą 

zabrać nas ze sobą, a potem zjeść z nami kolację.

Colleen popatrzyła na niego zimno. A więc tak to rozegrał. Próbuje udawać, że ich namiętne interludium nigdy 

się nie zdarzyło, że po prostu realizowali pewien ustalony plan. Nic więcej.

- Nie - burknęła. - Przepraszam, ale nic ż tego. Przeproś ode mnie mamę i ciocie.
- One liczą na ciebie, Colleen. Poza tym mamy przecież umowę.
- Tak. Umowę polegającą na oszukiwaniu trzech miłych pań, które na to nie zasługują. Przestań na mnie liczyć,  

Jack.

Ignorując   go,   zajęła   się   porządkowaniem   biurka   i   zbieraniem   notatek.   Cały   czas   jednak   pamiętała   o   jego 

obecności.

Dwoma krokami pokonał dzielącą ich odległość.
- Nie dowierzasz sobie po tym, co się stało wczoraj, prawda? - rzekł niskim, sztucznym głosem.
Żołądek Colleen wykonał salto ze śrubą. Już wolała udawanie, że nic się nie zdarzyło, od otwartej rozmowy na 

ten temat. Cóż, trzeba podjąć rękawicę.

- Wczoraj? Masz na myśli swoją ucieczkę przed Nicolą, Kamalem i mną, jakbyśmy byli grupą trędowatych?
- Tak to mogło wyglądać, przyznaję - zaśmiał się nerwowo. - Ale ja mówiłem o tym, co się działo, zanim...
- Wybiegłeś jak nieokrzesany gbur? - dokończyła z jadowitą słodyczą w głosie.
- Widzę, że od wczorajszej kolacji zmieniłaś opinię o mnie dość diametralnie. Przedtem uważałaś mnie za wra -

żliwego, opiekuńczego, uprzejmego i, zaraz, już nie pamiętam, aha, czułego.

- Fantazjowałam, ale na więcej nie starczy mi talentu.
- A nawet gdyby, to nie marnowałabyś go na mnie?
Uniosła brwi.
- Trudno to ująć lepiej.
Podszedł jeszcze bliżej, tak że dzieliły ich tylko centymetry i czuła ciepło emanujące z jego ciała. Serce kołatało 

jej wściekle.

- Bądźmy ze sobą szczerzy: obraziłaś się, bo nie odegrałem swojej roli przed twoją przyjaciółką i jej chłopakiem. 

- Powoli odzyskiwał zwykłą wojowniczość. - Chciałaś, żebym został i do tego udawał, że tworzymy parę tak samo 
jak oni. Żebyśmy pożartowali coś o randkach we czwórkę, opowiedzieli kilka starych dowcipów, coś o sobie, i tak 
dalej.

Cała sytuacja wyglądała śmiesznie, kiedy przedstawiał to w ten sposób. Ona wyglądała śmiesznie.
- Jestem na ciebie wściekła, bo jedynie umiesz wykorzystywać ludzi. Przy mojej pomocy oszukałeś matkę i... nie-

wiele brakowało, żebyś wykorzystał mnie także inaczej.

- Jeżeli ja wykorzystałem ciebie, to ty mnie również. I nadal to robisz. - Sięgnął palcami do zwisającego nad jej  

uchem kosmyka włosów. Odtrąciła jego rękę.

31

background image

- Nie próbuj sugerować, że...
- Straciłaś głowę od mojego pocałunku? - podsunął jej uprzejmie. - O to chodzi, prawda? Dlatego jesteś zła. Bo  

byłaś gotowa pożegnać tak długo pielęgnowane dziewictwo...

- Nieprawda! - przerwała z furią. - Nigdy bym...
- Kotku, gdyby twoi kumple przyszli trochę później, zastaliby nas w łóżku.
Wściekła i upokorzona Colleen przestała panować nad sobą. Wyciągnęła rękę, gotowa go spoliczkować.
- Proszę bardzo - szydził Jack. - Uderz mnie. Publiczność czeka, damy im cały spektakl, choć to kiepski melodra-

mat. Na parę miesięcy staniemy się głównym obiektem plotek dla wszystkich w redakcji.

Przerażająca perspektywa w mgnieniu oka przywróciła jej zdolność panowania nad nerwami. Opuściła rękę i 

ukradkiem   rozejrzała   się   po   pokoju.   Niepokojąco   wiele   osób   przyglądało   się   im   z   nie   ukrywanym 
zainteresowaniem. Chociaż nie słyszeli rozmowy,  to sam widok Colleen i Black Jacka stykających się prawie 
guzikami wystarczył, by rozbudzić ich ciekawość.

Colleen odwróciła się powoli i z wysiłkiem przyoblekła twarz w, jej zdaniem, neutralną minę. Spakowała swoje 

rzeczy.

- Koniec przedstawienia? - zapytał Jack z promiennym uśmiechem.
- Jesteś próżny, złośliwy... karaluch - syknęła.
- Karaluch - powtórzył jak echo Jack. - To nawet oryginalniejsze niż „szczur” albo „wąż”, ale jeszcze niezbyt mą-

dre. Nie mogłabyś się dla mnie postarać o jakąś naprawdę niepowtarzalną zniewagę? Masz w końcu pisać artykuły.

- Ostatnio nieczęsto zajmuję się pisaniem artykułów. Właściwie wcale ich nie piszę. Sortuję przepisy na kluski z 

serem, oglądam najgorsze filmy i uzupełniam klepsydry zamiast pracować nad rubryką, do której mnie przyjęto. 

Odwróciła się do wyjścia, ale Jack zastąpił jej drogę.
- Czy zgodziłabyś się... popracować ze mną nad jakimś artykułem? - Obserwował ją z napięciem.
Colleen próbowała go obejść, ale on zręcznie blokował każdy jej ruch i wciąż znajdowała go przed sobą.
- Mam parę nowych pomysłów - ciągnął - ale mógłbym skorzystać z twojej pomocy co do ostatecznego kształtu.  

Co ty na to, Colleen? Zrobimy burzę mózgów i zobaczymy, co z tego wyniknie.

- Usiłujesz mnie przekupić, żebym wybrała się na ten statek. Tylko dlatego wyskoczyłeś z ofertą...
- Najważniejsze, że proponuję ci współpracę. Jeśli chcesz pisać, to nie rezygnuj z szansy i daj sobie spokój z  

analizowaniem motywów.

Spojrzała na niego niepewnie.
- Naprawdę pozwolisz mi napisać artykuł, jeśli zgodzę się pojechać z twoją rodziną na wycieczkę?
- Jeżeli uda ci się stworzyć coś ciekawego i nadającego się do druku, to czemu nie?
Colleen pomyślała o danej sobie obietnicy, aby trzymać się z dala od Jacka Blackledge’a. Na drugiej szali złożyła 

niespodziewaną szansę na początek prawdziwej kariery dziennikarskiej, co z kolei oznaczałoby ciągły kontakt z  
szefem. Starała się nie zważać na coraz większy przypływ entuzjazmu. Powinna teraz podjąć decyzję o charakterze 
ściśle zawodowym, tłumaczyła sobie. Ściśle zawodowym. Patrząc z tej strony, musiałaby być niespełna rozumu,  
żeby odrzucić pierwszą, a może jedyną szansę na własny felieton.

- Nie wiem, czy powinnam ci wierzyć, że dotrzymasz przyrzeczenia. Czy w ogóle przeczytasz to, co napiszę? -  

zapytała oschle. - Nie wycofasz się jutro, kiedy nie będziesz już potrzebował mojej pomocy?

W jej oczach błyskały wojownicze iskierki.
- W odróżnieniu od ciebie nie łamię obietnic, Colleen.
- Ja nie... - zaprzeczyła gorąco.
- Przed chwilą prawie zerwałaś umowę, odmawiając udziału w wycieczce - przerwał, ucinając jej protesty. -  

Ustaliliśmy, że zagrasz rolę mojej przyjaciółki aż do wyjazdu matki i ciotek z Buffalo. Nawet podaliśmy sobie 
wtedy ręce, pamiętasz?

O tak, pamiętała. Wówczas przedstawiało się to prosto i niewinnie. Teraz jednak... Colleen odwróciła wzrok. 

Dość negocjacji na dzisiaj.

- Czy powinnam się przebrać przed zaokrętowaniem, czy mogę iść tak, jak stoję? - spytała z kamienną twarzą.
Jack zlustrował, jej bawełniany kombinezon w kolorze piasku. Ubiór podkreślał każdą krągłość jej szczupłego 

ciała, a duże obciągane guziki, rozmieszczone pomiędzy dekoltem a pępkiem wzbudzały w nim pragnienie, by 
rozpiąć je jeden po drugim. Z trudem przełknął ślinę.

- Wyglądasz doskonale. Chodźmy już.
Nim minęła godzina, cała piątka płynęła statkiem, który powoli zbliżał się do wodospadu Niagara. Pasażerom 

rozdano grube gumowe płaszcze, kapelusze i kalosze dla ochrony przed tryskającymi z góry miriadami lśniących 
kropelek.

- Cudownie! Pięknie! - wykrzykiwała Colleen, zwisając z poręczy okalającej pokład i chłonąc oczyma okryty  

całunem wodnej mgiełki wodospad.

- Lepiej niż w Disneylandzie? - zapytał kpiąco Jack.
- Co najmniej równie przyjemnie - odparła. - Moi mali kuzyni i siostry też byliby zachwyceni. Nie mogę się 

doczekać ich odwiedzin.

32

background image

- Ostrożnie, moja droga - przestrzegł ją Jack. - Takie życzenia spełniają się czasem w najmniej oczekiwanym mo-

mencie. Rodzina często pojawia się jak duch, wiesz przecież.

Colleen zachichotała.
- Bardzo bym chciała ich zobaczyć, o ile zostawią w spokoju mój stan cywilny.
- Hej, wyraziłaś moje uczucia najdokładniej jak można.
Roześmiała się na całe gardło. Poranne przygnębienie i złość zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. 

Znała   oczywiście   powód:   zostawiła   daleko   stąd   klepsydry,   a   w   perspektywie   widziała   swoje   nazwisko 
wydrukowane w gazecie u dołu rubryki. Świetny nastrój Colleen przesłaniał jej to, że znajduje się w centrum 
uwagi   Jacka,   który   dotrzymywał   jej   towarzystwa   na   pokładzie.   Stali   przy   barierce,   on   luźno   obejmował   ją 
ramieniem. Starsze panie zajmowały miejsca na ławce pod daszkiem. Chociaż ulokowali się poza zasięgiem ich 
wzroku, nadal prowadzili lekką, miłą konwersację o wszystkim i o niczym. Żadne z nich nie próbowało sugerować, 
że z dala od oczu publiczności nie muszą odgrywać pary kochanków.

- Co robią ci ludzie? - Zdziwiona Colleen wskazała postacie na brzegu, które wspinały się ścieżką prowadzącą 

pod wodospad.

- Idą do Jaskini Wiatrów - wyjaśnił Jack. - Wciskają się w gumowy kombinezon i wchodzą pod Niagarę.
- Och! Ja też chcę tam pójść! - wykrzyknęła Colleen.
- Przemokniesz do suchej nitki. Kombinezon i kalosze niemal nie chronią przed wodą, bo już są mokre, kiedy je 

zakładasz.

- Nieważne! Chodźmy tam, Jack! - Uśmiechnęła się do niego, ukazując twarz jaśniejącą radością.
Jack poczuł ukłucie bólu w dole żołądka. Miał przed sobą młodą, radosną i bezgranicznie piękną dziewczynę.  

Nawet w śmiesznym płaszczu nieprzemakalnym i za dużych butach rozsiewała wokół siebie aurę zmysłowości; 
kusiła słodkimi, pełnymi wargami i błyszczącymi źrenicami. Miotały nim sprzeczne pragnienia: aby posiąść jej 
ciało i  jednocześnie   chronić  przed  niebezpieczeństwami  tego świata.  Z  powodu  tych   rozterek  chwilami  tracił 
zdolność jasnego formułowania myśli.

Od   momentu,   kiedy  wybiegł   z   jej   mieszkania   wczoraj   w   nocy,   uciekając   przed  szarpiącymi   nim  emocjami 

wywołanymi  bliskością Colleen, głowę wypełniała mu  tylko ona. Nie zareagował ze zwykłym  sarkazmem na  
propozycję  matki, by wybrać się na wycieczkę statkiem,  lecz natychmiast uchwycił się dodatkowej szansy na 
spędzenie paru chwil z Colleen. Kiedy odmówiła, zmartwił się bardziej, niż byłby skłonny to przyznać, więc skusił  
ją perspektywą felietonu.

I   zamierzał   dotrzymać   przyrzeczenia.   Jakkolwiek   wydawało   mu   się   to   dziwne,   nie   przerażała   go   wizja 

współpracy z asystentką, nawet gdyby okazała się kompletną grafomanką. Od dnia jej przybycia do gazety zmienił 
poglądy o sto osiemdziesiąt stopni, ale nie zastanawiał się nad przyczynami.

- Przepraszam,  czy mogliby państwo odsunąć się na chwilę?! - zawołał obładowany sprzętem wideo chudy 

mężczyzna. Obejrzeli się i zobaczyli zmierzającą w ich kierunku parę w podeszłym wieku, a obok kobietę i dwoje 
nastolatków, chłopca i dziewczynę. Wszyscy uśmiechali się i machali do kamery.

Nagle chłopak wspiął się na barierkę i usiadł na poręczy.
- Hej, tato! - zawołał i zaczął wymachiwać obiema rękoma. Rodzina obserwowała go, nadal szczerząc zęby. 

Ojciec spokojnie trzymał kamerę i filmował syna.

Jack i Colleen spojrzeli na siebie z niedowierzaniem.
- Jack, przecież on może wypaść za burtę - zauważyła z niepokojem Colleen w tej samej chwili, w której Jack  

krzyknął do nastoletniego akrobaty.

- Złaź stamtąd! Chcesz wylądować w wodzie?
Ułamek sekundy później chłopiec zachwiał się i zaczął przechylać  się w tył.  Colleen wrzasnęła. Ojciec nie  

przerywał filmowania. Ze zwinnością i refleksem zawodowego sportowca Jack pochwycił nogę młodzieńca w 
momencie, kiedy ten już spadał w głębię. Natychmiast podbiegli dwaj inni pasażerowie i pomogli wytaszczyć  
niedoszłego topielca na pokład.

- Bałwan! - ryknął Jack na chłopca i zwrócił się do jego ojca: - Nigdy w życiu nie widziałem takiej gromady  

wariatów. Pan...

- Zepsuł pan nam film - przerwała Jackowi siostra chłopaka. - Chcieliśmy posłać go do programu Rodzina amery-

kańska na filmie wideo. Pewnie pokazaliby nas dzisiaj w telewizji. Mark miał spaść do wody. Spadanie do wody to 
gorący temat, a z tego statku jeszcze nikt nie wypadł. Na pewno puściliby film dziś wieczorem.

Colleen rzuciła badawcze spojrzenie na pełną niedowierzania twarz Jacka i ująwszy go pod ramię, szybko odciąg-

nęła z miejsca wydarzeń. Amatorami wideo już się zajęli dwaj marynarze z załogi.

- Jack, jesteś bohaterem! - wykrzyknęła, odruchowo rzucając mu się na szyję. - Skoczyłeś jak błyskawica, urato -

wałeś tego chłopca.

- Całą tę nienormalną rodzinkę powinni wsadzić do więzienia za krańcową głupotę. - Jack dyszał ze złości. - 

Tutaj woda aż się roi od wirów. Gdyby ten dzieciak wypadł, momentalnie znalazłby się na dnie.

Czuł w sobie nadmiar energii. Niebezpieczeństwo i konieczność szybkiej reakcji oznaczały potężny zastrzyk 

adrenaliny, która nadal krążyła w jego żyłach. Istnieją teorie naukowe, wedle których zagrożenie, a właściwie jego 

33

background image

pokonanie, wiąże się ze wzrostem popędu płciowego, ale Jack nie myślał  o eksperymentach medycznych.  Po 
prostu czuł na szyi ramiona Colleen. Szybko objął ją i przytulił.

Trzymanie Colleen w uścisku wydawało mu się najnaturalniejszą rzeczą na świecie. Kiedy opuściła ręce i chciała  

się odsunąć, przycisnął ją do siebie jeszcze mocniej.

- Ci dumie ryzykowali życiem dziecka, żeby na pięć minut pokazać się w telewizji! - wybuchnął oburzony. - 

Pewnie następnym razem zrzucą go w beczce z wodospadu i też to sfilmują.

- To już było - zauważyła sucho Colleen. - Telewizja mogłaby im tego nie puścić. W końcu tylko spadanie do  

wody to gorący temat - dodała, imitując głos żującej gumę nastolatki.

- Nieładnie naśmiewać się z kretynów, którzy za wszelką cenę chcą wystąpić w telewizji, Colleen. - Pochylił  

głowę tak, że dotknął jej czoła swoim. - Więc jestem bohaterem, tak? - Nazwała go w ten sposób i spodobało mu  
się to, choć mężczyzna pozujący na zimnego drania o kamiennym sercu nie powinien zwracać uwagi na takie  
komplementy.

Colleen zadrżała, ale nie z powodu tryskających zewsząd pióropuszy zimnych kropli.
- Jesteś bohaterem - szepnęła. - Nie powinieneś się wtrącać, ale pomogłeś temu chłopcu.
W jej serce sączyła się nadzieja. Czy nie jest to dowód, że matka i ciocie Jacka mówiły prawdę? Pod maską Black 

Jacka kryje się ktoś inny: otwarty, wrażliwy i opiekuńczy.

Ich usta znalazły się tak blisko, że oddechy się mieszały.
- Byłeś odważny i tak silny - powiedziała cicho.
- Nie zrobiłem niczego nadzwyczajnego, Colleen - mruknął Jack. Musnął wargami jej usta, odsunął się i dotknął  

ich ponownie.

- Zrobiłeś. - Stała na palcach i lekko odchylała głowę. Tym razem ona otarła wargami jego usta. - Ciągle udajesz  

nieczułego cynika, ale ja ci na to nie pozwolę. Czasami trzeba cię nieco utemperować.

Spojrzeli sobie w oczy i patrzyli tak przez dłuższą chwilę, aż podniecenie ogarnęło ich oboje. Jednocześnie  

przywarli do siebie mocno.

- To nie ma sensu - burknął Jack, wsuwając dłoń pod gęstwę jej włosów i obejmując kark. - Płyniemy statkiem 

wycieczkowym, do diabła. Dzieli nas ze trzy kilo nieprzemakalnej gumy. - Popatrzył na swój płaszcz z odrazą.

- Mój waży co najmniej pięć - zamruczała Colleen, ściskając go za szyję.
Głaskał palcami jedwabistą skórę na karku Colleen i wpatrywał się w dziewczynę.
- Jeszcze jedno. Prawdopodobnie jakiś wariat z kamerą wideo trzyma nas na muszce. - Dotknął kciukiem kącika 

jej ust i obrysował je wkoło. - Nie wyszedł mu film o topieniu syna. to może spróbować sił. kręcąc choćby nas.

W odpowiedzi na jego pieszczoty rozchyliła wargi.
- Sądzisz, że zainteresowalibyśmy kogokolwiek w telewizji? - Niełatwo podtrzymywać rozmowę, kiedy marzy 

się jedynie o zamknięciu oczu i poddaniu się nastrojowi chwili. - Przecież tylko spadanie do wody to gorący temat.

- Och, cóż za niezwykła zachęta - zaśmiał się Jack. - Mogę ci wymienić z tuzin rzeczy, które są gorące. - Nadal 

muskał ustami jej wargi. - Mógłbym też zdradzić, kto jest gorący.

Colleen przylgnęła do niego, wciąż walcząc z ciężkimi, sennymi powiekami. Po całym ciele rozlewał się żar, 

jakby  w   trzewiach   zapłonęło   ognisko.   Ten   żar   oznaczał   pragnienie,   oznaczał   pożądanie.   Dotąd   nie   znała   tak 
lubieżnych, tak erotycznych myśli, jak te, które teraz opanowały bez reszty jej umysł. Chciała, żeby ją pocałował,  
naprawdę pocałował, tak jak zrobił to wczoraj: powoli, mocno i głęboko. Pragnęła, by ją tulił, gładził skórę, 
dotykał piersi, pieścił brodawki, sięgnął niżej...

Statek   przyhamował   tak   niespodziewanie,   że   stracili   równowagę.   Jack   odruchowo   złapał   poręcz,   drugim 

ramieniem   silnie   przytrzymał   Colleen.   Ona   uwiesiła   się   na   barku   Jacka,   czując   lekki   zawrót   głowy,  
zdezorientowana, jakby zbudzono ją w środku bardzo plastycznego snu. Tuląc się do Jacka, zapomniała, że na 
świecie istnieją jeszcze prócz nich inni ludzie.

- Lepiej... lepiej pójdę zapytać, jak się bawią nasze panie - wyjąkała, odsuwając się od Jacka.
Jack pozwolił jej odejść, ponieważ wyglądała na tak samo poruszoną, jak on. W zamyśleniu oparł się o barierkę.  

Głębokie   pożądanie,   jakiego   doświadczył   wczoraj   wieczorem,   nie   było   chwilową   zachcianką   ani   wytworem 
rozgorączkowanej wyobraźni. Dziś kiedy przytulił ją do piersi, namiętność i szaleńcza żądza powróciły.

Pytanie brzmiało: Co z tym począć? Rysowały się przed nim dwie możliwości, jak sądził. Po pierwsze, postąpić 

jak przystało na dżentelmena i zejść jej z drogi, ograniczając kontakty do minimum. Taka młoda, miła i niewinna 
dziewczyna zasługiwała na stały, poważny związek. A Jack nie przepadał za stałymi związkami. Najlepsze, co  
mógłby dla niej zrobić, to trzymać się od niej z daleka.

Jednakże Black Jack nie słynął z dobrych uczynków. Brał od życia to, czego potrzebował. A teraz potrzebuje  

Colleen. Drugie wyjście z obecnej sytuacji polegało na pójściu z nią do łóżka i zaspokojeniu palących żądz. Ta  
opcja przemawiała do Jacka z dużo większą siłą.

Przez chwilę opanowały go wyrzuty sumienia, przypomniał sobie bowiem zapatrywania Colleen na sprawy miło-

ści i seksu. W końcu miała dwadzieścia trzy lata: już czas, by zamienić dziewczęce ideały na rozkosz miłości  
fizycznej. Tak, najwyższy czas, przekonywał się. Właściwie zrobi jej przysługę. Nauczy, jak odróżnić miłość od 
zwyczajnego pożądania, tak że gdy spotka kiedyś mężczyznę swego życia, będzie umiała go rozpoznać.

34

background image

Nagle przerwał rozmyślania. W wizji Colleen z jej przyszłym narzeczonym coś mu się wyraźnie nie podobało. 

Jak zwykle, nie miał ochoty zagłębiać się w sens i przyczyny tego odczucia. O ileż przyjemniej snuć marzenia o 
Colleen w jego łóżku.

A zatem klamka zapadła. Przywołał na twarz swój najbardziej czarujący uśmiech i poszedł poszukać Colleen.

7

Colleen spoglądała na Jacka niepewnym wzrokiem, gdy wprowadzał samochód na podjazd swego domu z białej 

cegły. Po wycieczce do Jaskini Wiatrów i obfitej kolacji odprowadzili trzy starsze panie do hotelu. Do Jaskini 
poszli tylko we dwoje, bo matka i ciotki wolały poczekać na ławce w parku. Idąc pod Niagarą, Colleen i Jack  
ubawili się setnie; najpierw bez przerwy ślizgali się i potykali na ścieżce, a potem, gdy podstawiali ręce pod 
spadające z nieba kaskady i zaśmiewali się jak para zachwyconych dzieciaków albo może beztroskich kochanków,  
przemokli do suchej nitki.

Jack zahamował przed drzwiami garażu.
- Nie chce mi się wprowadzać wozu do środka. Od lat zamierzam kupić jakiś elektroniczny zamek z pilotem, ale 

ciągle wylatuje mi to z głowy, no i zostawiam samochód pod chmurką.

Drobny kapuśniaczek zaczął bębnić o dach i szyby pontiaka, Colleen odwróciła się do Jacka.
- Gdzie my właściwie jesteśmy? - spytała, choć doskonale znała odpowiedź.
- U mnie.
Czy   lekkie   napięcie   przebijające   z   jego   głosu   jest   wytworem   jej   wyobraźni,   czy   naprawdę   coś   wisiało   w 

powietrzu? Niepokojąca mieszanka obawy i podekscytowania: tak musiałaby określić swój stan psychiczny.

- Powiedziałeś mamie, że chcesz już jechać z powodu zmęczenia, bo miałeś ciężki dzień, i że odwieziesz mnie do 

domu.

- Byłem zmęczony. Zmęczony towarzystwem trzech przyzwoitek naraz. A teraz przywiozłem cię do domu, do  

mojego domu. - Obserwował, jak skuliła się nieznacznie i przygryzła górną wargę. Doskonale sobie uświadamia,  
jakie konsekwencje wiążą się z przebywaniem ze mną tête-à-tête, pomyślał. Bardzo dobry znak. - Dopiero ósma,  
chyba moglibyśmy jeszcze dziś popracować nad artykułem.

Przywiózł ją do siebie. Colleen siedziała nieruchomo niczym żona Lota zamieniona w słup soli i w milczeniu pa-

trzyła   na   Jacka,   który  wysiadł,   okrążył   samochód   i   sięgnął   do  klamki   drzwiczek   po  stronie   Colleen.   Deszcz 
rozpadał się na dobre, więc kiedy otworzył drzwi i podał dłoń, by mogła się na niej wesprzeć, do środka chlusnęła  
struga zimnej wody. Odebrała to jako złowieszczy omen.

- Tutaj nikt cię nie obserwuje, Jack. Nie musisz udawać ani dżentelmena, ani narzeczonego - powiedziała. - Daj  

sobie spokój z przesadną uprzejmością.

Uśmiechnął się.
- Może po prostu chcę być uprzejmy. I może wcale nie udaję. - Kiedy nie przyjęła jego pomocnej dłoni, sam  

chwycił ją za rękę i lekko pociągnął. Wysiadła z auta bez oporu, ale sztywna jak automat.

Nadal ściskając jej dłoń, Jack pobiegł do drzwi, więc podążyła za nim. Wpadli do środka i zaczęli strząsać z 

płaszczy krople deszczu, a Jack pstryknął wyłącznikami światła.

- Najpierw oprowadzę cię po całej posiadłości - rzucił wesoło. Poszli od pokoju do pokoju, a on przyjął na siebie 

rolę przewodnika i przez cały czas komentował wystrój i przeznaczenie oglądanych pomieszczeń.

Na   szczęście,   Colleen   nie   musiała   odpowiadać   ani   robić   żadnych   uwag.   Ani   w   wielkiej,   nowocześnie  

wyposażonej kuchni, ani w salonie wyłożonym pluszowym dywanem, w którym znajdowała się ogromna narożna 
kanapa i ceglany kominek z pagórkiem miękkich poduszek, ułożonych w półkole przed paleniskiem. Milczała 
nadal, zwiedzając utrzymaną w jasnozielonych i szarych barwach sypialnię, której centrum stanowiło olbrzymie  
łoże z mosiężnymi kratami i w wyłożonej lustrami łazience z wanną wbudowaną w podłogę.

Wreszcie dotarli do gabinetu gospodarza, gdzie wszystkie ściany zajmowały regały z książkami, a pośrodku 

królował sprzęt komputerowy najnowszej generacji. Stało tam również szerokie biurko, wyściełane krzesło, czarna 
skórzana sofa i mała lodóweczka na napoje. O szyby miarowo stukał deszcz.

- Czego się napijesz? - zapytał Jack. - Mam wszystko: wodę sodową, piwo, wino, aperitify. Może coś gorącego?  

Kawa, herbata?

- Nie, dziękuję.
- W takim razie spróbuj któregoś z tych egzotycznych koktajli, jakie się pija na Hawajach. No wiesz, wysoka 

szklanka, kolorowy płyn, słomka z papierową parasolką.

Zaskoczona Colleen uniosła brwi.
- Umiesz przyrządzać coś takiego?
- Tak, z wyjątkiem parasolki. Jeszcze kiedy grałem w piłkę, między sezonami często pracowałem jako barman w  

San Francisco. Potrafię przygotować każdy koktajl i nawet czasem wymyślam nowe mieszanki.

- Mimo wszystko dziękuję, nie będę nic piła. Lepiej bierzmy się do roboty.
- Tak. - Jack opadł na sofę. - Masz rację. Usiądź, proszę.
Colleen wybrała krzesło przy biurku. Odważyła się zerknąć na Jacka i stwierdziła, że przypatruje się jej bacznie. 

35

background image

W tej chwili przypominał kota jej siostry Erin, który identycznie przyglądał się rybkom pływającym w akwarium. 

Z trudem przełknęła ślinę.
- Podo... podoba mi się twój dom - wykrztusiła nerwowo.
- Dziękuję, Colleen. - W dalszym ciągu zachowywał się jak najlepiej wychowany dżentelmen i nawet mogłaby  

wziąć jego uprzejmość za dobrą monetę, gdyby nie dostrzegała w tych ciemnych oczach figlarnych błysków. 

Wzruszyła ramionami.
- Prawdę mówiąc, spodziewałam się czegoś innego - kontynuowała nieco wyzywającym tonem.
- A mianowicie czego? Jaskini starego erotomana? Luster na suficie i...
- Z tego, co mówiłeś o swoich finansach, oczekiwałam raczej wynajętej klitki bez mebli, prądu i łazienki - 

przerwała mu. - A tu widzę przytulny, pięknie umeblowany dom ze wszelkimi wygodami. Twoja eks-żona nie  
wydała wszystkiego co do grosza, zapewne nie zdążyła.

Jack uśmiechnął się, wstał i rozpoczął powolny spacer po pokoju.
- Nie, Donna nie wydała wszystkiego. Lubiłem tę willę i udało mi się schować to i owo do skarpety.
- Mieszkaliście tutaj? - Colleen nie umiała powstrzymać ciekawości.
- Donna w Buffalo? - Jack roześmiał się, choć tym razem bez cienia goryczy, którą wywoływało w nim zwykle 

wspomnienie byłej żony. - Nie ma mowy. Kiedy jeszcze grałem, mieszkaliśmy w Kalifornii. Potem wróciłem do 
Buffalo i kupiłem ten dom, już po rozstaniu z Donną.

- I od razu wzięli cię do gazety jako sprawozdawcę sportowego. Po kilku latach awansowałeś na felietonistę, tak? 

- Colleen referowała to, co usłyszała od kolegów w redakcji. - Teraz piszesz do prasy ogólnokrajowej i zarabiasz  
jeszcze więcej. Nie mam pojęcia, po co ci bogata żona - zakończyła nieco ostrzej, niż zamierzała.

- Kochanie, j e ż e l i, a to jest bardzo duże jeżeli, kiedykolwiek zdecyduję się na ponowne małżeństwo, to chcę 

coś z tego mieć, a nie tylko nic nie znaczące przysięgi miłości, wierności i posłuszeństwa. Najbardziej odpowiada 
mi gotówka. Będziemy żyli z pieniędzy nowej pani Blackledge, a moja pensja w całości powędruje do banku.

-  Poczekaj,  niech  zgadnę:  masz   na  myśli  swoje   prywatne  konto,   nie   wspólne,   prawda?   -  rzuciła   ze   złością  

Colleen. - Wszystko dla ciebie, bo co jest twoje, to jest twoje, a co jej, to się dopiero okaże. A zrobisz każdą rzecz,  
żeby „sprawiedliwość” była po twojej stronie.

Jack skinął głową.
- Dokładnie tak, kotku - zgodził się, nie urażony ani trochę.
Colleen wydała odgłos mający wyrażać obrzydzenie i skoczyła na równe nogi.
- Jesteś najbardziej interesownym, wyrachowanym, chciwym...
- Hej, uspokój się. Nie musisz się unosić z powodu przyszłej pani Blackledge. - Jack chichotał rozbawiony. - Kto 

wie zresztą, kiedy się taka pojawi. A jak już to się stanie, to możesz  mi  wierzyć,  nie będzie jakąś niewinną  
dzierlatką, która wyjdzie za mnie wyłącznie z miłości. Uczyni to pewnie z paru innych powodów.

Drań, kreatura - myślała Colleen z furią. Skierowała się ku drzwiom. Jack chwycił ją w talii i okręcił tak, że 

znalazła się w jego objęciach.

- Puść mnie - zażądała. Pomasował jej szyję.
- Puściłbym, gdybym choć przez chwilę przypuszczał, że właśnie tego chcesz.
- Tak! Masz mnie puścić. - Szamotała się, próbując uwolnić dłoń.
Jack znów się roześmiał.
- Colleen, przestańmy udawać. Oboje wiemy, po co tu przyszliśmy.
- Mogę mówić tylko za siebie, a ja jestem tutaj, żeby pracować nad artykułem. Obiecałeś mi to. - Wierciła się w 

jego uścisku, aż nagle znieruchomiała. Poczuła na swym ciele oznakę rosnącego podniecenia Jacka.

-  Widzisz,  jak na   mnie  działasz  -  mruknął,   napierając  na   nią   jeszcze   mocniej.  Wycisnął  pocałunek  na  szyi 

dziewczyny i uśmiechnął się, spostrzegłszy, że wprawiło ją to w drżenie. - Twoja bliskość odbiera mi zmysły. 
Pragnę cię, Colleen.

Jego zęby zwarły się lekko na delikatnej małżowinie i w tym samym momencie dłoń odnalazła przykrytą mięk-

kim materiałem pierś.

- Jack, przestań - poprosiła Colleen niskim, schrypniętym głosem i zastanowiła się przez chwilkę, czemu mówi 

tak cicho. - Nie mogę... nie chcę...

- Chcesz - powiedział. - Możesz. Zaraz się przekonasz.
Jest bardzo pewny siebie - pomyślała Colleen - o wiele bardziej niż ja. Mimo słabych protestów coraz mocniej 

lgnęła do niego, zamiast się wyrywać. Chociaż usiłowała odpychać jego dłonie, one uwalniały się i wędrowały bez 
przeszkód po jej ciele, tuliły ją, a Colleen położyła głowę na jego ramieniu.

Trzeba to przerwać, natychmiast. Wiedziała o tym, ale nim zdążyła wykrztusić choćby słowo, trzy guziki swetra 

zostały rozpięte, a męska dłoń znalazła się pod spodem. Dotyk jego palców na nagiej skórze sprawił, że zaczęła 
dygotać.

- Jack - szepnęła ochryple. Chciała go powstrzymać, kazać mu przestać, lecz słowa uwięzły jej w gardle.
- Ciii, kochanie, wszystko będzie dobrze. - Jego głos uspokajał i uwodził, wprowadzał ją w pomieszanie. - Cało -

wał jej kark, delikatnie chwytając zębami skórę, co troszeczkę ją bolało. Dłonie Jacka kontynuowały wędrówkę po 

36

background image

nagim ciele, aż w końcu spomiędzy jej warg wyrwał się cichy jęk.

- Przyjemnie, prawda? - Głos Jacka był równie podniecający, jak jego lubieżne ręce, które odnalazły zapięcie biu-

stonosza i z łatwością pokonały tę przeszkodę.

Głowa Colleen kręciła się i przechylała bezustannie. Powieki ciążyły, coraz trudniej było utrzymać oczy otwarte. 

Dotyk mocnych, dużych dłoni na nagich piersiach budził doznania silniejsze niż jakiekolwiek przeżycia, których 
doświadczyła dotąd. Pieścił ją; głaskał i masował tak, że brodawki z każdą chwilą twardniały i stawały się coraz 
wrażliwsze. Pragnęła, by ich dotykał, pragnęła tak zachłannie, że zaczęło ją to przerażać.

- Jack, proszę! - odwróciła głowę w niemym proteście, ale on najwyraźniej zrozumiał ją opacznie.
- Tak, kochanie, tak. - Sięgnął jej ust, językiem rozsunął wargi i wepchnął go głębiej, podczas gdy dłońmi  

pocierał pełne, nabrzmiałe sutki. Ściskał je delikatnie i masował, aż wygięła się w łuk, zwisając mu w ramionach i  
ulegając w końcu potędze jego pożądania.

Przegrała bitwę o utrzymanie otwartych oczu. Pogrążyła się w otchłani nowych, do tej pory nie znanych, odczuć 

tak głęboko, że nie uświadamiała sobie poczynań Jacka, który prawą ręką wciąż ściskał jej pierś, lewą odpiął resztę 
guzików i obnażył ją aż do pępka.

Colleen powitała westchnieniem jego dłoń na nagiej skórze brzucha. Kciuk Jacka odnalazł pępek, a strumień 

gorąca z czubka jego palca dotarł do sekretnego ośrodka jej kobiecości, od paru chwil wilgotnego, nabrzmiałego i 
pulsującego oczekiwaniem. Kiedy palce mężczyzny, podpełzły do granicy chronionej bielizną, Colleen wstrzymała 
oddech. Całe ciało wpadło w niemożliwe do powstrzymania drżenie.

Wtedy wysunął  rękę spod swetra i uniósł ją w ramionach. Kroczył,  trzymając  ją wysoko przy piersi, a ona 

widziała   wokół  rozkołysany  pokój.  Odczuła  to jako brutalne  przejście   od zmysłowej  abstrakcji   uniesienia  do  
sytuacji pozbawionej wszelkich dwuznaczności. Zesztywniała.

- Co robisz? - zapytała przerażonym, piskliwym głosem, który ledwie rozpoznała jako własny.
Jack nie zamierzał zboczyć z kursu, u którego końca czekała czarna skórzana sofa, więc przeoczył wzburzenie w 

jej tonie.

- Połóżmy się, malutka. Będzie nam o wiele... wygodniej. - Umieścił ją na sofie i położył się na dziewczynie. 

Zdała sobie sprawę z tego. Co się stanie, i ledwo powstrzymała wybuch paniki. Namiętność wypełniająca ją do tej  
chwili zniknęła, a w jej miejsce pojawiła się chęć walki; potrzeba obrony.

- Zejdź ze mnie!- Odepchnęła go obiema rękami.- Dusisz mnie, nie mogę oddychać! - Co nie do końca zgadzało 

się z prawdą. Pełne zmysłowości omdlenie, którego doznała, dało jej tak nieoczekiwaną rozkosz, że o mały włos  
poddałaby się narkotycznej, zapierającej dech w piersiach namiętności. Nawet teraz nie odzyskała jeszcze zupełnie 
jasności umysłu. Ta myśl wprawiła ją w przerażenie. Colleen jęła się rzucać i wierzgać jak dziki mustang.

Jack podparł się na łokciach i spojrzał na nią z góry zamglonymi, nieobecnymi oczami.
- Kochanie, my...
-  Nie  chcę  lego,   Jack!  -   Colleen wykorzystała  chwilową  słabość   przeciwnika   i  wyślizgnęła  się   spod niego, 

spadając z hukiem na podłogę. Szybko wstała i wyprostowała się.

- Kochanie, oczywiście, że. chcesz. - Jack usiadł na kanapie. - Pośpieszyłem się zanadto i przestraszyłem cię. 

Chodź do mnie, to...

- W tej chwili odwieź mnie do domu.- Jej głos dygotał ze zdenerwowania. Błyskawicznie, choć trzęsącymi się rę-

kami, zapięła wszystkie guziki. Nawet nie próbowała poprawić biustonosza. Zatrzaski wymagały nieco zręczności, 
a tej brakowało jej teraz niewątpliwie, więc zwisał luźno pod swetrem, przypominając o niedawnych wypadkach.

- W co ty grasz, Colleen? - Jack westchnął ze zniecierpliwieniem. - Przed sekundą byłaś taka chętna, a...
- W nic nie gram! - ryknęła Colleen. Jej twarz okryła się purpurą. - Za to ty grasz, ale ja nie należę do twojej  

drużyny.

- Oszczędź mi sportowych porównań! - Jack wydał udawany jęk. - Wszystkie możliwe już słyszałem, niektóre 

sam stworzyłem, od porównań z pierwszą, drugą i trzecią ligą aż po strzelanie bramek ze spalonego. Wystarczy.

- Zgadzam się. Żartujesz sobie z... z... - Urwała. Czy istniał odpowiedni termin dla opisania tego, co zdarzyło się 

miedzy nimi? Gorączka namiętności, podniecenie, i strach, strumień dzikich emocji... A on to wszystko obraca w 
żart! Oczy zaszły jej łzami i kontury przedmiotów rozmazały się, kiedy ruszyła do drzwi.

- Colleen! - zawołał Jack. Trzęsąc się wstał z sofy i spróbował przezwyciężyć paraliżujące całe ciało pożądanie. 

Nie pamiętał, by kiedykolwiek przeżył tak piekącą i bolesną frustrację. Coś wewnątrz niego, jakiś głos sumienia, 
mówił mu, że zasłużył na to w zupełności. Zamierzał przecież uwieść młodą, niedoświadczoną dziewczynę, której  
myśli krążyły wokół małżeństwa, nie seksu.

Usłyszał   trzaśniecie   kuchennych   drzwi.   Wydawszy   dziwne   pół   westchnienie,   pół   warknięcie,   wybiegł   na 

zewnątrz i zastał Colleen siedzącą w jego samochodzie. Obejmowała się ciasno rękami i czekała z twarzą chmurną 
jak burza gradowa.

Jack otworzył drzwiczki.
- Wróć do środka, Colleen. - Deszcz zdążył już zamienić się w ulewę i teraz wlewał mu się za kołnierz. - Natych-

miast.

- Nie! Chcę wracać do domu. Natychmiast - dodała, idealnie naśladując jego ton i mimikę.

37

background image

- Colleen, chciałaś się zająć artykułem. Wróć do mieszkania! zacz...
- Sądzisz, że jestem aż tak głupia? - przerwała mu z wściekłością. - Drugi raz nie dam się nabrać na a k ą  

sztuczkę. Nie miałeś najmniejszego zamiaru pozwolić mi napisać choćby linijki. Obiecałeś mi to, bo potrzebowałeś 
mojego udziału w tej wariackiej maskaradzie i... żeby zwabić mnie tutaj i wciągnąć do łóżka!

Czuła się wykpiona i pozbawiona złudzeń. Jednak najgorsze było to, że tak łatwo, tak bezmyślnie uległa jego 

zakusom. Zatrzęsła się na samo wspomnienie o tym, jak pozwoliła mu się dotykać, jak pragnęła więcej...

W jakiś sposób zapomniała, że jego uczucia ograniczają się do czysto fizycznego popędu, że niczym nie różniła  

się w jego oczach od wszystkich innych kobiet, które przywoził tu na jeden czy dwa szybkie numerki. Z plotek 
zasłyszanych w pracy wiedziała, że było ich mnóstwo! Nie darzył jej żadnym szacunkiem ani jako kobietę, ani jako 
dziennikarkę i asystentkę.

Zachował się jak łajdak, to prawda, ale jak uczciwy łajdak, przyznała niechętnie. Zrobił z niej kompletną idiotkę, 

bo poleciała na niego mimo wszystko. Nie mogła nawet powiedzieć, że ją oszukał słodkimi słówkami i miłosnymi 
zaklęciami.

- Nie chcę stać na deszczu całą noc i kłócić się z tobą, Colleen. Dostanę zapalenia płuc - rzekł Jack przymilnie. 
Colleen siedziała nieporuszona.
- Nie wysiądę z tego samochodu. Skoro nie odpowiada ci stanie na deszczu, to odwieź mnie do domu.
Jack zaklął pod nosem i wślizgnął się na fotel kierowcy.
- Powinienem pójść spać i pozwolić ci spędzić noc w wozie - parsknął. Uruchomił silnik i samochód ożył.
- Nie wyświadczasz mi teraz grzeczności - odgryzła się Colleen. - Miałeś wcześniej odwieźć mnie do domu, ale...
- Tak, tak. Popełniłem niewybaczalny grzech, bo chciałem się z tobą kochać. W takim razie powiem ci, że nie 

musiałem się usilnie starać, ponieważ pragnęłaś tego równie mocno, jak ja. I nadal pragnę - dodał z krzywą miną. -  
Boli mnie wszystko, od pięt po czubek nosa.

- Pewnie mam ci współczuć? To ty...
Nie pozwolił jej skończyć.
- To ty najpierw ulegasz, dajesz mi odczuć, że tego chcesz, a potem uciekasz.
Colleen zaczerwieniła się. Może ma rację, ale nie powtórzy błędu i nie pozwoli mu zrzucić całej winy na siebie.
- To ty nie dałeś mi odczuć jednej rzeczy, mianowicie, że ci na mnie zależy, że jestem czymś więcej niż kolejną  

zdobyczą Black Jacka.

Jack westchnął przeciągle.
- Przemawiasz jak zaprzysięgła dziewica, Colleen. Chyba nie planujesz zostać nią do końca życia, co? Zbyt łatwo 

ulegasz i poddajesz się zmysłom, by żyć bez miłości.

- Nie zamierzam żyć bez miłości, ale seks to nie miłość i...
- Ratunku! Przestań. Oszczędź mi kazań na temat seksu i miłości. Szkoda twojego czasu, znam to już na pamięć.
- Wobec tego nie mam nic do dodania.
- Cieszę się.
Milczeli przez resztę drogi. Na parkingu przed swoim blokiem Colleen otworzyła drzwi na oścież, nie czekając 

nawet, aż Jack zahamuje. W chwili gdy wyskakiwała na chodnik, Jack złapał jął za ramię.

- Pomimo twojego skandalicznego zachowania nie cofam swego słowa - wygłosił tonem sprawiedliwego, co do-

prowadziło Colleen do furii.

- Mojego skandalicznego zachowania?! - wybuchnęła. - Jeśli któreś z nas zachowało się skandalicznie, to na 

pewno nie ja. Podszedłeś mnie jak oszust, a wiedziałeś, co sądzę...

- Przyrzekłem ci artykuł i dotrzymam słowa - ciągnął z niezmąconym spokojem, nie zwracając najmniejszej uwa -

gi  na jej  wściekłą tyradę.  - Przynieś  jutro jakiś kawałek,  to rzucę  nań okiem.  Dobranoc,  Colleen - dodał na  
zakończenie i rozluźnił uchwyt.

Colleen zdusiła w sobie chęć zrewanżowania się zniewagą. Namiętność przeistoczyła się w furię. Teraz pragnęła 

walczyć z nim tak samo gorąco, jak przedtem się kochać. Ale opanowała się i powstrzymała mordercze instynkty.  
Wyskoczyła z auta jak z procy.

Wszedłszy do mieszkania, zatrzasnęła drzwi z taką siłą, że huk odbił się echem w całym budynku. Nicola wpadła  

do salonu i Colleen miała właśnie rozpocząć długie przemówienie, kiedy dostrzegła zalaną łzami i spuchniętą od 
płaczu twarz przyjaciółki.

- Nicola, coś nie tak?
- Och, Colleen, wszystko ni? tak - wyjąkała Nicola między jednym a drugim spazmem. Rzuciła się na kanapę.- 

Kamal ma narzeczoną. Dzisiaj się dowiedziałam. Jedna z pielęgniarek, z którą chodził przedtem, zapytała mnie, 
czy o tym wiem. Jest zaręczony z kimś w Aber... Adżer...

- Azerbejdżanie - powiedziała Colleen. Być może Nicola nie uważała, kiedy jej krewni opowiadali o zbrodniach 

popełnionych na Ormianach przez sąsiadów, ale Colleen pamiętała wszystko.

- Nieważne - chlipała Nicola. - Z początku myślałam, że kłamie, bo zwyczajnie zazdrości. Powiedziała, że w ja-

kiejś wiosce w górach mieszka dziewczyna, której rodzina podpisała kontrakt zaręczynowy z rodziną Kamala.

- Kontrakt? To brzmi jak średniowiecze. Nicola, zastanów się. Dziewczyna z gór w Azji ma poślubić lekarza z 

38

background image

Buffalo. To niemożliwe.

- Ale to prawda, Colleen! Zapytałam Kamala. Zaręczył się jakieś pięć lat temu. Jego wujek przyśle ją do Stanów 

w przyszłym roku, kiedy będzie pełnoletnia. Wtedy wezmą ślub.

- Boże, przecież to jeszcze dziecko! - żachnęła się Colleen. - I są zaręczeni od paru lat? Toż to średniowiecze, że-

by nie rzec barbarzyństwo!

- Kamal nigdy jej nie widział! Jego krewni wszystko ukartowali, a on tylko się zgodził. Chętnie! On chce młodej 

zacofanej dziewczyny z wioski w Azercośtam. Uważa, że amerykańskie kobiety są zbyt niezależne, zblazowane i  
za bardzo wyzwolone seksualnie.

-   Ale   nie   pogardzi   amerykańską   dziewczyną,   którą   może   wykorzystać   dla   zabicia   czasu   dzielącego   go   od 

spotkania z nieletnią narzeczoną!- Oczy Colleen miotały błyski  oburzenia. - Nicola, tak mi  przykro.  - Objęła 
przyjaciółkę.

- Colleen, jaka ja byłam głupia. Kamal chciał wykorzystać mnie i moją skłonność do niego, żeby złapać trochę 

nadprogramowego  seksu.  A cały czas miał  narzeczoną! - Nicola rozpłakała  się  znowu.  - Umówiliśmy się  na 
najbliższy weekend, żeby pojechać do Toronto. To tylko godzina drogi stąd, no i Kamal chciał mi pokazać miasto.

- Pewnie chciał ci pokazać coś jeszcze - wymamrotała Colleen ponuro.
- Wiem. Gdybym pojechała, wkrótce by się przekonał, że nie jestem tak wyzwolona seksualnie, jak to sobie  

wyobrażał.

- Co za świństwo! - stwierdziła Colleen. Sama ledwo powstrzymywała się od płaczu. - Może należało zostać w 

Houston albo w Waszyngtonie. Może nasze rodziny mają rację, może przydałaby się nam opieka mądrzejszych od  
nas.  Może  powinnyśmy  pozwolić,   żeby  znaleźli  dla  nas chłopaków,  którzy  nie   ośmielą  się  nas wykorzystać,  
choćby ze strachu przed Ramseyami i Shakarianami.

-   Colleen,   z   tego,   co   mówisz,   odnoszę   wrażenie,   że   tobie   też.   się   coś   dzisiaj   przytrafiło   -   rzekła   nieco 

spokojniejszym głosem Nicola, chwilowo zapominając o swoich przejściach i koncentrując się na minie Colleen. -  
Coś niedobrze z Jackiem, tak?

Colleen popatrzyła przed siebie niewidzącymi oczyma.
- Jack nie chowa w zanadrzu żadnej młodocianej oblubienicy,  ale jest absolutnie zdecydowany,  żeby,  jak to 

ujęłaś, złapać trochę nadprogramowego seksu, chociaż mnie nie kocha i nawet tego nie udaje.

- Pokłóciliście się? Zamierzasz z nim zerwać?
- Tak, na oba pytania. - Colleen przełknęła pierwsze oznaki szlochu, na który zbierało się jej od dłuższej chwili. 

Cóż za głupota płakać z powodu kogoś, komu na tobie nie zależy i nigdy nie będzie zależało.

Nicola westchnęła smutno.
- Aż trudno sobie wyobrazić, że jeszcze wczoraj obie byłyśmy szczęśliwe, pełne nadziei i zakochane, a dzisiaj 

tylko płacz i zgrzytanie zębów, tyle że dalej jesteśmy zakochane. Nienawidzę tego, Colleen. Nienawidzę miłości. 
Ech! Jedynie w książkach wszystko idzie jak z płatka. Pewnie powinnam się cieszyć, że nie poszłam do łóżka z 
Kamalem. Wyobrażasz sobie, jak bym się czuła, gdybym odkryła dopiero potem, że mu wcale nie zależy na mnie, 
tylko na mojej...

Jeszcze gorzej wiedzieć to przedtem i zrobić to mimo wszystko - pomyślała Colleen posępnie. Jeśli natychmiast  

nie zacznie dotrzymywać danej sobie obietnicy, żeby unikać tego typa, to pewnie wcześniej czy później wyląduje  
na czarnej skórzanej sofie. Od chwili gdy Jack wyzwolił drzemiącą w niej namiętność i pasję, ryzyko niepomiernie  
rosło. Namiętność i pasja wciągają i bawią, kiedy się o tym czyta, ale żyć z tym nie jest łatwo. Od tej pory koniec z 
pobłażaniem sobie, koniec z iluzjami.

Zadzwonił telefon i Nicola skoczyła na równe nogi. Podniosła słuchawkę niemal natychmiast.
- Do ciebie, Colleen - powiedziała z nutką zawiści w głosie. Serce Colleen zabiło mocniej. Jeżeli to Jack dzwoni z 

przeprosinami, a może nawet żeby porozmawiać o dzisiejszych nieporozumieniach...

Niestety. W słuchawce odezwał się Rodd Garrett. Przez kilka chwil wymieniali zdawkowe uprzejmości, aż w  

końcu Colleen oznajmiła, że nie może mu towarzyszyć na przyjęciu w piątek z powodu nieoczekiwanej wizyty 
starych przyjaciół. Było to kłamstwo, ale dość niewinne, za to oszczędzało długich i bolesnych wyjaśnień, czemu 
straciła ochotę na jakiekolwiek przyjęcia.

Rodd   zareagował   na   jej   odmowę   spokojnie,   potem  zapytał   czy  może   zatelefonować   ponownie   za   parę   dni. 

Zgodziła się, lecz wstrętne insynuacje Jacka bezustannie kłębiły się jej w głowie.

- Rodd Garrett wygląda na miłego faceta. Nie bawię się z nim w kotka i myszkę i nie zamierzam go złapać tylko 

dlatego, że jest zawodowym piłkarzem - oznajmiła Nicoli, jakby broniła się przed zarzutami Jacka.

Nicola spojrzała na nią, nie pojmując przyczyny dziwnego oświadczenia.
- Ktoś ci zarzucił, że łapiesz tego Rodda?
- Jack. On... - Colleen urwała. Nie miała ochoty rozmawiać o Blackledge’u. Obiecała sobie, że nie będzie nawet o 

nim myśleć i zwierzyła się ze swoich ślubów Nicoli.

- Dobrze. W takim razie ja przestanę mówić i myśleć o Kamalu - rzekła twardo Nicola. - Gdybyśmy się zapo -

mniały, to możemy się nawzajem hamować, prawda? Utworzymy towarzystwo wzajemnej pomocy. Nazwiemy się 
na przykład tak: Niedoszłe Ofiary Mężczyzn Wykorzystujących Kobiety. Jak to brzmi?

39

background image

Wymieniły nieszczęśliwe uśmiechy.
- Właśnie podsunęłaś mi temat artykułu, Nicola. Chciałabyś pomóc mi trochę?
- Jeśli chodzi o to, żeby dołożyć wszystkim facetom, a Kamalowi i Jackowi w szczególności, to możesz na mnie  

liczyć! - zawołała Nicola w nagłym podekscytowaniu. - Będziemy mogły zapomnieć o naszym garbatym losie na  
godzinę albo dwie.

Colleen przyniosła papier i pióro.

Jack ułożył się w wannie z gorącą wodą i zajął się obserwowaniem stukających o szybę kropli deszczu. Gdzieś w 

pobliżu strzelił piorun, błyskawica rozdarła niebo, a deszcz przeistoczył się w oberwanie chmury, zalewające okna 
potokami chlupiącej wody.

Gorąca kąpiel działała niewymownie kojąco, choć na zewnątrz szalała burza. Napięcie skuwające całe ciało żela -

znymi obręczami poczęło stopniowo rozpuszczać się w parującej wodzie. Miał nadzieję, że jego nerwom zrobi to 
równie dobrze, lecz niestety. Myśli nadal wirowały i kłębiły się z zawrotną szybkością wewnątrz czaszki.

Wszystkie dotyczyły Colleen Brady. Jej obrazy stały mu przed oczami jak żywe: Colleen wybucha śmiechem pod 

tryskającym jej w twarz prysznicem rozpylonej wody Niagary w czasie wycieczki do Jaskini Wiatrów; Colleen na 
statku rzuca mu się na szyję i nazywa bohaterem; jej kwadratowy ze złości podbródek; zmatowiałe z rozmarzenia 
oczy, gdy trzymał ją w ramionach...

Jego myśli dryfowały dalej, ku wspomnieniom z ostatniej godziny, kiedy tulił ją, a ona reagowała naturalnie i z  

pasją, czego w swej niewinności nie umiała ukryć. Pamiętał każdy szept i jęk, dotknięcie miękkich, spragnionych  
warg. Wyobraził sobie, że jest tu z nim teraz i krew w nim zawrzała.

Odprężenie   zniknęło.   Jack   wyjął   korek   z   dna   wanny  i   zaczął   się   wycierać.   Ciało   nie   dawało   mu   spokoju. 

Dzisiejszy wieczór wcale nie musiał się zakończyć w ten sposób. Będąc człowiekiem czynu, podszedł do telefonu i 
wykręcił numer Colleen.

Wróci tu szybko, przekonywał się. Chciała tego tak samo jak on. Nie zawsze zachowywał się wobec niej jak 

dżentelmen,   to   fakt,   ale   można   to   naprawić   kilkoma   słodkimi   słówkami.   Podjechałby   nawet   po   nią   do   jej 
mieszkania,  a to już wielkie ustępstwo. Zazwyczaj  adresatka nocnego wezwania  sama  musiała  martwić  się  o 
transport.

- Colleen nie ma ochoty z tobą rozmawiać - poinformował go po chwili zimny głos Nicoli. - Nie podejdzie do 

telefonu.

- Co? - Jack był tak. zaskoczony, że prawie rzucił słuchawkę. - Dlaczego? Przez moment w słuchawce panowało 

milczenie, a Nicola przekazywała pytanie Colleen.

- Mówi, że wiesz, dlaczego - padła lodowata odpowiedź.
- Nie, nie wiem - warknął Jack i rozłączył się. Ale przecież wiedział. Colleen nie pozwoli traktować się jak obiekt 

przelotnego flirtu. Jeżeli chce ją mieć, musi przejść przez wszystkie etapy udawania, że się w niej zakochał.

Jakaś część jego świadomości podpowiadała mu, żeby posłać całą tę historię do diabła i zadzwonić do innej 

dziewczyny, która wykorzysta go w takim samym stopniu, co on ją. Bez cienia żalu czy większych wymagań. 
Która niczego nie oczekuje i nie daje w zamian niczego prócz możliwości skorzystania z jej ciała.

Jednak zamiast do telefonu poczłapał do łóżka. Bezgłośnie wyjąc do księżyca, zastanawiał się, czemu ten sposób  

zapomnienia o Colleen nie kusi go ani trochę. Zmartwił się swoją reakcją.

Sen długo nie przychodził.  Kłębiły mu  się  w głowie  najdziwniejsze  myśli.  Przyłapał  się  na rozważaniu, że 

skończył  właśnie trzydzieści  trzy lata, a jego ojciec w tym  wieku miał  już syna,  jego samego.  Ojciec często  
żartował, że został tatusiem bardzo późno, dopiero po trzydziestce.

Późno? Jack usiadł na łóżku. Dobry Boże, przecież przeżywa swoje najlepsze lata. Przed nim jeszcze tyle czasu  

na poczęcie i wychowanie potomka, na przyjęcie roli głowy rozrastającej się rodziny. Tak jak ojciec.

Coś ścisnęło mu gardło. Nie potrafił wyobrazić sobie lepszego ojca niż jego własny. Wspominał niezliczone 

godziny, które poświęcił mu ojciec, ucząc, jak trzeba rzucać, łapać i kopać piłkę. Wszędzie chodzili razem: na 
ryby, na polowania, na mecze, wyścigi samochodowe i zbiórki skautów. Żaden ojciec nie szczycił się swym synem 
bardziej niż Bob Blackledge Jackiem. Obejrzał wszystkie mecze syna, od ligi podwórkowej aż do ekstraklasy.

Nagle powróciła cała nienawiść do pijanego kierowcy, który trzynaście lat temu pewnego ciepłego wiosennego 

popołudnia, wjechał na przeciwległy pas jezdni i zmiażdżył samochód ojca. Śmierć ojca była najgorszą rzeczą, jaka 
kiedykolwiek spotkała Jacka. Spędził z nim tylko dwadzieścia lat, a chciałby o wiele, wiele więcej.

Po raz pierwszy Jack pozwolił sobie na rozważanie, jak wyglądałoby jego życie, gdyby ojciec nie odszedł tak  

nagle. Jedna rzecz nie ulegała wątpliwości: nigdy nie ożeniłby się z Donną. Ojciec nie polubił jej, Jack wiedział to 
zawsze, ale zmusił  się, by o tym  zapomnieć. Gdyby  nie kilkuletnia żałoba,  pewnie  także zachowałby więcej 
spokoju i rozwagi. Może nie pędziłby tamtej nocy po autostradzie wiodącej do Kalifornii i jego samochód nie 
wpadłby   w   poślizg,   nie   przewróciłby   się   na   dach   i   Jack   uniknąłby   obrażeń,   które   przekreśliły   jego   karierę 
sportową.

Ale to wszystko zdarzyło się n a p r a w d ę, a on jest tym, kim jest: samotnym mężczyzną siedzącym w ciemnym 

pokoju i rozpamiętującym przeszłość, ponieważ pewna drobna blondynka tak inna od wszystkich kobiet, które 

40

background image

znał, nie pozwoliła zwabić się do łóżka na parę godzin pospiesznego, łatwego seksu.

Jack wykrzywił usta w kwaśnym uśmiechu. Colleen nie da się oszukiwać i zwodzić. Jak dotąd udowodniła, że 

potrafi się bronić, i uczyniła to. Zmusiła go, by traktował ją jak godnego przeciwnika. Uśmiechnął się szerzej. 
Ojciec polubiłby ją od pierwszego wejrzenia, to prawda.

8

Proszę, tu jest tekst, który miałam przynieść - oznajmiła chłodno Colleen następnego ranka, wręczając Jackowi 

maszynopis. Przyszła do pracy wcześniej, żeby siedzieć już za biurkiem, kiedy wejdzie Jack. Najwyraźniej on  
wpadł na identyczny pomysł. Wchodząc do redakcji, zastała go przy komputerze.

Jack zerknął na kartki.
- To jest tytuł? „Seks, kłamstwa i mężczyźni?” - Uniósł brwi i lekko poczerwieniał na twarzy. - Przecież to gazeta 

dla całej rodziny, zapomniałaś?

- Przeczytaj to. Żadnej pornografii, po prostu kilka starych prawd uporządkowanych i sklasyfikowanych tak, jak 

ja to widzę. Nie żebym choć przez sekundę wierzyła, że to wydrukujesz w swojej nieskalanej rubryce. Nigdy nie 
wydrukujesz niczego, co napiszę. I nigdy nikomu nie pomożesz, tak jak pomagano tobie swego czasu. - Wysunęła 
górną szufladę biurka i zaczęła wrzucać zawartość do przyniesionej w tym celu torby.

-,,Mężczyźni oczekują, że zapłatą za zaproszenie na randkę będzie seks. Im droższa kolacja, tym większa presja,  

by zakończyć wieczór w łóżku” - czytał Jack. Spojrzał znad tekstu na Colleen i przez dłuższą chwilę nie odrywał  
wzroku od jej kamiennego oblicza.

- Oho - wykrztusił zdumiony.
- Wreszcie zrozumiałam, że nigdy nie zostanę felietonistką w tej gazecie. Postanowiłam wziąć pełny etat w dziale  

kulinarnym i rozrywkowym - poinformowała Colleen, jednocześnie opróżniając kolejną szufladę.

- „Mężczyźni domagają się seksu bez zobowiązań” - Jack czytał dalej, marszcząc przy tym brwi. - „Żaden nie za-

waha się skłamać, by dostać to, czego pragnie, szczególnie jeśli chodzi o seks.”

- Mam parę nowych pomysłów na rubrykę wymiany przepisów, a przed Świętem Dziękczynienia i Bożym Naro -

dzeniem pojawi się masa filmów najpośledniejszego gatunku, w sam raz do moich recenzji, a to już za kilka 
miesięcy. - Słowa wylewały się z jej ust tak gwałtownie, że nie miała czasu odetchnąć.

- „Mężczyźni używają seksu jako broni” - kontynuował Jack. - „Mężczyźni tracą resztki dobrych manier, gdy  

tylko usłyszą od kobiety odmowę pójścia do łóżka.”

- Poza tym zawsze zostają klepsydry - trajkotała Colleen jak nakręcona. - Nigdy nie wiadomo, kiedy która się  

przyda. Wystarczy dla mnie roboty. Cieszę się, że nie będę musiała się martwić o nowy artykuł co tydzień czy dwa 
tygodnie. - Chwyciła torbę z rzeczami i zarzuciła pasek torebki na ramię. - Do widzenia, Jack.

- Gdzie ty się, do diabła, wybierasz?! - zawołał Jack.
- Idę uzgodnić wszystko z Kazorowskim. Poproszę, żeby przeniósł mnie na górę do rozrywki już na stałe. Może 

uda mi się dostać biurko i krzesło nowsze niż z zeszłego stulecia. - Rzuciła wymowne spojrzenie na rozklekotane 
biurko i krzesło, przytargane chyba ze śmietnika.

-   Więc   uciekasz   i   nie   dasz   ani   mnie,   ani   innym   mężczyznom   szansy  obrony  przed   twoim   feministycznym 

pamfletem? Albo żeby któryś z nas odpowiedział czymś podobnym? - Jack upuścił kartki na blat biurka. - Nie, 
Colleen, nie zrobisz tego.

Stanął na wprost niej, blokując przejście dokładnie tak jak wczoraj.
- Wsyp rzeczy z powrotem do szuflady, siadaj do komputera i przepisz tekst. Panno Brady, wydrukujemy pani 

artykuł  we wtorek, a na czwartek ja przygotuję  replikę z punktu widzenia mężczyzny.  Potem poczekamy,  aż 
włączą się do bitwy czytelnicy. Powinniśmy dostać tyle listów, że przez dobry tydzień będziemy mogli zamiast  
artykułów pisać odpowiedzi na nie.

Colleen  stała   nieruchomo,   kompletnie   zaskoczona.   Była   tak   pewna,   że   jej   tekst   zostanie   odrzucony,   że   nie  

poświęciła jednej myśli na zastanawianie się, co zrobi w przeciwnym wypadku. Wykoncypowany wczoraj w nocy  
plan trzymania się z dala od Blackledge’a przedstawiał się nadzwyczaj sensownie. Lecz teraz, tutaj...

- Ja nie, to znaczy... - zaczęła, ale Jack ruszył ku niej, wymuszając, by cofała się krok po kroku, jeśli pragnęła  

uniknąć zderzenia.

Za wszelką cenę nie chciała dopuścić do kontaktu z nim. Rzuciła torbę na biurko i powoli obeszła je wkoło.  

Trzymanie się z dala od szefa nadal ma sens - pomyślała nerwowo.

- Sądziłam, że wyrzucisz tekst do kosza.
- Taki też miałem zamiar, zanim go przeczytałem, ale jest dobrze napisany. Niezły styl: lekki i dowcipny, nawet  

kiedy poruszasz tak śliski temat jak seks, kłamstwa i mężczyźni. Czytelnicy zasypią nas listami, to gwarantuję. Na  
dodatek podsunęłaś mi świetny pomysł. Zaraz siadam i piszę felieton na czwartek.

Rzeczywiście usiadł, lecz po chwili wstał, mrugnął kilkakrotnie i w zamyśleniu potarł podbródek.
- Jak ci się podoba pierwsze zdanie? Posłuchaj: „Kobiety odmawiają uprawiania seksu, ponieważ próbują w ten 

sposób zdobyć to, na czym im zależy. Niektóre chcą nowej sukienki czy zmywarki do naczyń, a inne wycieczki do 
Europy lub obrączki ślubnej”.

41

background image

- To obraźliwe, a do tego nieprawda - odrzekła Colleen krótko.
- Ale przyciąga uwagę, zmusza do refleksji, każe zająć jakieś stanowisko. Co najważniejsze, nie pozwala odłożyć
gazety, zanim nie dowiesz się, jakie inne oszczercze opinie znalazły się w felietonie. Dokładnie tak, jak w twoim 

tekście, Colleen.

- Ale przecież ja tego nie pisałam w ten sposób - wyznała szczerze. - To są moje autentyczne sądy. Wczoraj 

wieczorem Nicola i ja...

- Świetnie się bawiłyście, mieszając mnie z błotem, jak przypuszczam.
- Nie  tylko  ciebie  -  przyznała  Colleen.  -  Kamalowi   też  się  oberwało,  i  każdemu   innemu   facetowi  waszego 

pokroju.

-   Ajajaj,   zaczyna   się   Forum   Feministyczne.   Szczęście,   że   spałem   w   domu,   poza   polem   rażenia.   Dobrze,  

rozumiem moją rolę, ale co tu zawinił Kamal? Wygląda na sympatycznego, grzecznego chłopaka.

- Sympatyczny? Grzeczny? Ha! Hoduje w Azerbejdżanie siedemnastoletnią narzeczoną!
- Ach tak. No to mamy następną złotą myśl do mojego felietonu. „Kobiety łudzą się, że uprawianie seksu i kocha -

nie się z mężczyzną to to samo. Sądzą, że jeśli chcą iść z kimś do łóżka, to znaczy, że są zakochane.”

- Bo mężczyźni robią wszystko, żeby je utwierdzić w tych złudzeniach - odcięła się Colleen.
- Ja nie. A ty pragniesz mnie i tak, Colleen. Gdybyś nie wpadła wczoraj w panikę, dziś nie trzęślibyśmy się z  

frustracji i nie kłócili na temat seksu, tylko wspominalibyśmy miło spędzoną noc.

-   To   mi   przypomina   o   pewnym   banale,   który   przeoczyłam,   pisząc   artykuł:   „Mężczyźni   uważają,   że   seks 

rozwiązuje wszystkie problemy”.

- To prawda, kotku - powiedział Jack z uśmiechem.
- Może na krótką metę - żachnęła się Colleen. - Raczej na b a r d z o krótką. Och, Jack, po co tracić czas? Nie mo -

żemy razem pracować. To niemożliwe. Idę do Kazorow...

- Siadaj i bierz się do roboty - zarządził Jack. - Ja tymczasem zamówię nowe biurko dla ciebie i postaram się jesz-

cze dziś o porządne krzesło. To, na którym siedzisz, mogłoby służyć hiszpańskim inkwizytorom podczas awarii  
fotela tortur.

Odwrócił   się   na   pięcie,   miarowym   krokiem   przemierzył   redakcję   i   wyszedł,   a   ona,   ogłupiała   i   zła,   długo 

wpatrywała się, w drzwi, które zamknął za sobą.

- Dlaczego nic nie dzieje się tak, jak przewidujemy? - zapytała wieczorem Colleen swą przyjaciółkę, gdy zajadały 

na kolację przyniesionego z baru pieczonego kurczaka. - Zeszłej nocy byłam święcie przekonana, że skończyłam  
jakąkolwiek współpracę z Jackiem, i nieodwołalnie postanowiłam się przenieść na górę do działu kulinarnego i 
rozrywkowego. A dzisiaj on chwali mój  artykuł  i biega po wszystkich piętrach, żeby znaleźć dla mnie  nowe 
biurko. Nic z tego nie rozumiem.

- Czasem dzieje się dokładnie tak, jak przewidujemy - rzekła ponuro Nicola. - Na przykład dzisiaj w szpitalu 

Kamal i ja unikaliśmy się wzajemnie przez cały czas, chyba że chodziło o zajęcie się jakimś chorym dzieckiem.  
Potem usłyszałam, że już umawia się z kimś z radiologii, kto pewnie ani odrobinę nie dba o azerską narzeczoną. 
Och. Colleen, chciałabym go znienawidzić, ale nie potrafię. Nie mogę przestać myśleć o nim i o tym, jak by było,  
gdyby... - Upuściła udko kurczaka i rozpłakała się.

Colleen zerwała się, by ją pocieszyć, ale nagle usłyszała głośny dzwonek do drzwi. Nicola złapała ją za rękę.
- Jak myślisz, może to on? - szepnęła z tak głęboką nadzieją w oczach, że Colleen zapragnęła całą duszą, żeby to 

był właśnie Kamal. Pobiegła do drzwi.

Otworzyła je gwałtownie i ujrzała niedbale opartego o framugę Jacka Blackledge’a we własnej osobie.
-  Trzeba   zawsze   zerknąć   w   judasza,   zanim  się   otworzy  drzwi.   Nawet   w  spokojnym   Buffalo  mieszka   kilku  

kryminalistów. - Przywołał na twarz ciepły, zmysłowy uśmiech, który mógłby stopić cały lód Antarktydy.

- Co ty tu robisz? - Ze zdenerwowania powiedziała to piskliwym głosem.
- Jadłaś już deser? - Oczywiście, odpowiedział pytaniem na pytanie. A potem sam udzielił sobie odpowiedzi:
- No to czeka cię sławna pieczona alaska sióstr Jackson. Jackson to panieńskie nazwisko mojej matki; dlatego,  

jeśli jeszcze się nie domyśliłaś, nazwano mnie pięknym imieniem Jack. Mama i ciotki odlatują jutro na Florydę, no  
i na pożegnanie postanowiły uhonorować cię swoim wspaniałym deserem. Czekają na nas w moim domu.

Colleen straciła zdolność poruszania się. Sprzeczne myśli przelatywały przez jej głowę jak błyskawice. Złość,  

podniecenie, niepokój i zakłopotanie kolejno brały górę w bitwie o ostateczną decyzję. W końcu oprzytomniała na  
tyle, by wykrztusić odpowiedź.

- Jack, nie pojadę do ciebie.
- Bo sądzisz, że zastawiłem na ciebie pułapkę? Że postanowiłem zwabić cię do mojej  jaskini i zdradziecko 

uwieść,   tak?   Uwierz   mi,   dom   jest   pełen   przyzwoitek.   Mama,   ciocia   Judy,   ciocia   Dorothy   i   cała   kuchnia 
obrzydliwych zapachów, czyli masz zapewnione bezpieczeństwo.

- Ta pieczona alaska na pewno nie jest obrzydliwa - zaprotestowała Colleen. - Jadłam ją tylko kilka razy, ale za-

wsze smakowała doskonale.

- Skoro tak ją lubisz, to oddam ci mój kawałek. Mogłabyś nawet wydrukować przepis w gazecie. Chodź, urządzi-

42

background image

my staruszkom wieczór spełnionych marzeń.

Powinna kazać mu natychmiast się wynosić, powinna dotrzymać danego sobie słowa i unikać Jacka jak ognia. A 

już na pewno nie powinna stać tak i uśmiechać się, mimo ogromnych wysiłków, by tego nie robić, lecz stała tak 
nadal i nie posłała go do diabła.

- Muszę być przy Nicoli - broniła się. - Ona jest bardzo roztrzęsiona i wolałabym nie zostawiać jej samej.
Jack wzruszył ramionami.
- Niech jedzie z nami. Im większe towarzystwo, tym weselej... i tym mniejsze porcje tej kulinarnej katastrofy.
- Chyba nie zechce pójść...
-   No   to   trzeba   ją   przekonać,   prawda,   Colleen?   -   Wszedł   wreszcie   do   przedpokoju,   wciąż   uśmiechając   się 

promiennie.

Po upływie mniej niż dziesięciu minut Nicola, Colleen i Jack wyruszyli w drogę.
- Szkoda, że nie zdążyłam się przebrać. - Colleen zmartwiła się, zerkając na swe dżinsy i wymiętą bluzkę.
- Eee tam. Nie musisz ubierać się specjalnie, żeby zrobić wrażenie na matce. Wszystkie trzy i tak zachwycają się  

tobą bezustannie. Mama nawet już się zastanawia, czy ślub urządzić w Houston, czy w Buffalo, i marzy o poznaniu 
twoich starych.

- Colleen nie ma starych, o ile myślisz o rodzicach - odezwała się Nicola, wtłoczona na tylne siedzenie. - Ma sio -

stry, ale za to całe mnóstwo. I szwagrów, i słodkich siostrzeńców, i siostrzenicę. Wszystkich oprócz mamy i taty.

- Jesteś sierotą? - spytał zaskoczony Jack. Colleen wzruszyła ramionami.
- Na to wygląda, w pewnym sensie. Moja mama zmarła na zapalenie płuc, zanim skończyłam jedenaście lat.  

Ojciec zostawił nas, kiedy byłam jeszcze niemowlęciem. Od tamtego czasu nic o nim nie słyszałam.

-   Kto  cię   wychowywał   po   śmierci   matki?   -   pytał   dalej   Jack,   nie   mogąc   dojść   do  siebie   po  tak  szokującej  

informacji. Oczyma duszy widział maleńką, osieroconą Colleen.

Znał   nazbyt   dobrze   ból   po   stracie   ojca   i   niszczący  wpływ   takiej   tragedii   na   niedojrzałą   psychikę   młodego  

człowieka. Colleen przeżyła to nieszczęście o wiele wcześniej niż on i wcześniej została bez rodziców.

Zmarszczył brwi. W takim razie trudno się dziwić, że Colleen lęka się związku opartego na seksie, tak jak trudno  

się dziwić, że on swe kontakty z kobietami  ograniczył  właściwie wyłącznie do seksu. Jedna i druga postawa 
zapewniła im konieczny dystans.  Oboje zbudowali wokół siebie mury obronne i kierowały nimi  zadziwiająco 
podobne motywy.

A jednak coś przyciąga ich do siebie. Chociaż zwalczają w sobie to przyciąganie, choć starają się trzymać od  

siebie z daleka, to ich drogi i tak stale się krzyżują. Jack obrzucił Colleen ukradkowym spojrzeniem. Być może  
dzieje   się   tak  dlatego,  że   tylko  on  może   przełamać  bariery otaczające   namiętną   młodą  kobietę,  teraz  jeszcze 
zamkniętą   w   duszy  Colleen,   i   tylko   jej   pisane   jest   dotarcie   do   samotnego   i   nieco   zgorzkniałego   mężczyzny  
ukrywającego się wewnątrz skorupy Black Jacka.

Pokręcił głową. Nie lubił takich nagłych olśnień, wprowadzały go w pomieszanie.
- Jej najstarsza siostra Shavonne miała zaledwie osiemnaście lat - plotkowała w najlepsze Nicola, która znała hi-

storię rodziny Bradych nie gorzej niż Colleen dzieje Shakarianów. - Potem wszystko jak w bajce o Kopciuszku! 
Siostry Colleen, wszystkie cztery, wyszły za mąż za Ram...

- Już mówiłam Jackowi o ich ślubie z czterema braćmi - wtrąciła szybko Colleen. Należało ostrzec Nicolę, żeby 

nie wypaplała sekretu o bogactwie Ramseyów. - Zanudziłam go na śmierć pierwszego dnia w redakcji.

- Już w ciągu pierwszych dwudziestu minut - poprawił Jack, a po chwili położył dłoń na kolanie Colleen. - Ale 

wcale mnie nie zanudziłaś. Nie sądzę, żebyś umiała zanudzić kogokolwiek.

- Za to bez przerwy działam ci na nerwy - odrzekła spokojnie, strącając rękę Jacka z kolana. Nie wierzyła w czuły 

ton pobrzmiewający w jego głosie, to nie w jego stylu.

Zmieniła temat.
Trzy wdowy wpadły w zachwyt na widok przybyłych. Natychmiast rozdzieliły kopiaste talerzyki z alaską.
- Tak się cieszę, że Colleen przyprowadziła koleżankę. - Matka Jacka promieniała radością. - Miło poznawać  

przyjaciół naszych przyjaciół.

- Pani syn ma niewątpliwy dar przekonywania - odparła Nicola, zerkając w zamyśleniu na Jacka i Colleen, którzy  

zajmowali wielki, wyłożony poduszkami fotel w rogu salonu.

„To mało powiedziane” - pomyślała Colleen. Siedziała na kolanach Jacka. Zaraz po wejściu do pokoju Jack 

usadził ją tam i otoczył ramionami jak żelazną obręczą. W ten sposób miał zajęte obie ręce i nie mógł jeść alaski. 
Colleen  zastanawiała  się,  czy  zrobił  to  umyślnie,   właśnie  po  to,  by  się  wykręcić  od,  jego zdaniem,  wybitnie 
nieapetycznego deseru z przeraźliwie słodkiej bezy przekładanej masą lodową.

Jednakże po uprzątnięciu talerzy nadal trzymał ją na kolanach. Przesiedziała tak całe dwie godziny aż do końca 

wizyty. Jego ręce ani na chwilę nie pozostały bezczynne, ale pod czujnym okiem starszych pań zachowały umiar i 
nie przekroczyły granic pełnej czułości, a zarazem szacunku niewinnej pieszczoty.

W pewnym momencie Nicola nie wytrzymała i opowiedziała smutną historię o zamorskiej narzeczonej Kamala, a 

starsze panie natychmiast pośpieszyły z wyrazami współczucia i mnóstwem dobrych rad, uwalniając tym samym 
siedzącą w fotelu parę od stałego nadzoru. Jack bez namysłu skorzystał z okazji i jął szeptać do ucha Colleen raczej  

43

background image

jednoznaczne uwagi, głaszcząc ją jednocześnie tam, gdzie nie powinien sięgać dżentelmen.

Colleen chwyciła jego obie dłonie i przytrzymała je z całą siłą, na jaką było ją stać.
- Co robisz? - syknęła zdenerwowana.
- Chyba widzisz - wycedził jeszcze ciszej. - Próbuję cię podniecić. Myślałem, że nawet ktoś tak niedoświadczony  

jak ty pojmie, w czym rzecz.

- Jack, na miłość boską, twoja matka...
- Rozpacza nad niedolą panny Shakarian. Nie zauważa nas wcale, ale to wcale, i ciotki też. Widzisz, one uważają  

nas za parę przyszłych  małżonków,  więc spokojnie zajęły się kimś  innym.  - Musnął ją zuchwale wargami.  -  
Pocałuj mnie, Colleen.

Odchyliła głowę.
- Zwariowałeś? - Zaczęła się wiercić i wyrywać z jego objęć.
Jęknął cicho, ale nie rozluźnił uścisku.
- Zaczynam myśleć, że tak. Siedź spokojnie, Colleen, albo będziesz musiała się liczyć z konsekwencjami.
Jej policzki przybrały kolor purpury.
- Jack, chyba posuwamy się za daleko z tą maskaradą. Jutro twoje panie wyjadą i wtedy koniec z udawaniem.
- Zastanawiałem się nad tym - przemówił ochrypłym szeptem, od którego setki maleńkich ostrych igiełek prze-

defilowały   wzdłuż   kręgosłupa   Colleen.   Kiedy   męska   dłoń   prześlizgnęła   się   wokół   jej   krzyża,   spontanicznie 
wygięła się w pałąk jak głaskana kotka.

- To nie musi być udawanie, Colleen. Nie chciałbym, żebyś tak myślała.
Znieruchomiała.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Że bardzo lubię być z tobą. Do tej pory nie mogłaś się tego nie domyślić. Ja... - przerwał i z trudem przełknął  

ślinę. - Chcę być z tobą. Chcę spotykać się z tobą także po ich wyjeździe.

Serce Colleen na sekundę przestało bić, ą potem ruszyło z ogłuszającym tąpnięciem.
- Czy to nowa sztuczka, żeby zaciągnąć mnie do łóżka? - Jej ciemne oczy błyszczały.
- Jeśli pytasz o to, czy wciąż mam ochotę kochać się z tobą, to odpowiedź brzmi „tak”. - Uśmiechnął się leniwie. 

- Wolałabyś, żebym ci zaproponował po prostu przyjaźń? Albo żebyśmy się zachowywali jak brat i siostra?

Colleen zmartwiała. Wargi jej wyschły i z trudności ą przełknęła ślinę.
- Powiedziałeś, że lubisz być ze mną. - Wymawiała słowa powoli, jakby z wysiłkiem.- Czy to znaczy, że chcesz 

się ze mną spotykać tylko z jednego powodu... wyłącznie seksualnego?

Uśmiechnął się perfidnym, zdradzieckim uśmiechem.
- A jak myślisz, kotku?
- Myślę... - Powędrowała oczami do znów rozszlochanej Nicoli. Trzy panie otaczały ją, oferując chusteczki. - 

Myślę, że w artykule napisałam prawdę. Mężczyźni kłamią, aby dostać to, czego pragną, szczególnie jeśli chodzi o 
seks.

Zamiast się obrazić, Jack wybuchnął lubieżnym rechotem.
- Jestem pewien, że będziemy się razem świetnie bawić, Colleen. - Pogłaskał jej szyję i patrzył na nią spod  

półprzymkniętych powiek. - Obiecuję ci, kochanie. - Potarł kciukiem jej dolną wargę.

Colleen  pamiętała   niejasno,   że   w   artykule   pisała   również   o   męskich   obietnicach;   że   wszystkie   obietnice   to 

kłamstwa  albo odwrotnie. Nie przypominała  sobie dokładnej wersji, ale teraz nie miało to chyba  specjalnego 
znaczenia, nawet jeśli Jack zachowywał się zbyt swobodnie i zuchwale, nawet jeśli ona poddawała się zbyt łatwo  
jego koguciemu urokowi.

Mogłaby wyrecytować listę wszystkich logicznych i opartych na zdrowym rozsądku powodów, dla których nie 

powinna wiązać się z Jackiem Blackledge’em, lecz nagle przestały się one liczyć. Przez całe życie kierowała się 
logiką i zdrowym rozsądkiem. Nawet jedna jedyna,” uwieńczona zresztą sukcesem, próba buntu, kiedy odmówiła  
mężczyźnie wybranemu przez rodzinę, nie wzięła się z kaprysu ani chwilowego nastroju, ale została drobiazgowo 
przemyślana   i   zaplanowana.   Teraz   ma   swoją   pracę,   mieszkanie,   skromny   budżet   i   życie   na   poziomie   daleko 
niższym od możliwości finansowych. Brakuje jej jedynie jakiegoś bodźca, ożywienia czy... miłości.

- Dlaczego masz taką dziwną minę? - wymamrotał Jack, przesuwając ją na swych kolanach tak, że prawie stykali 

się   ustami.   Musnął   jej   wargi   i   poczuł   gorący  dreszcz   podniecenia.   Już   zapomniał,   jak   przyjemne   może   być 
oczekiwanie.

- Właśnie zastanawiałam się... - zaczęła, ale on położył dwa palce na jej ustach.
- Nie, nie zastanawiaj się, kochanie. Twój problem polega na tym, że za dużo myślisz. Już czas, żebyś pozwoliła 

kierować sobą uczuciom. Rozluźnij się, przestań się dręczyć. Spokojnie zdjęła jego dłoń ze swoich ust.

- Być może masz rację. O tym właśnie myślałam: jaka jestem ponura, jaka poważna. Zawsze kroczyłam drogą 

rozsądku; mówiłam to, co należy; robiłam to, co powinnam. W wieku dwudziestu trzech lat czuję się, jakbym  
miała sześćdziesiąt. I to zmarnowanych smutnych sześćdziesiąt lat. - Popadła w jeszcze głębszą zadumę.

- Rozumiem cię doskonale, moja droga. Na szczęście spotkałaś właściwą osobę we właściwym czasie. Przy mnie 

odzyskasz to, czego dotąd brakowało w twym życiu: radość, wzruszenia i seks.

44

background image

Spojrzała na niego z ukosa.
- Ja szukam radości i wzruszeń, ale w prawdziwym związku, w prawdziwym uczuciu, a seks bez zobowiązań  

mnie nie interesuje.

Wykrzywił twarz w komicznie groteskowym grymasie.
- W takim razie przykro mi, mała. Chyba trafiłaś pod zły adres.
Popatrzyli na siebie i naraz wybuchnęli śmiechem.
- Nie sądzę, Jack - powiedziała Colleen. Z nieoczekiwaną śmiałością potarła knykciami jego twardy kwadratowy 

podbródek. Zdradziłeś się, Jack. Dobrze wiesz, że nie uznaję seksu bez miłości, a jednak nadal tu jesteś. Tak samo,  
jak ja marzysz o tym, żeby się zakochać. Już niedługo...

-   A   więc   przejmujesz   moje   zasady  gry  -   rzekł   na   poły  kuszącym,   na   poły  wyzywającym   tonem.   Grunt   to  

cierpliwość, a ja jestem cierpliwy. Tak samo jak ja marzysz o tym, by pójść ze mną do łóżka. Już niedługo...

Wymienili triumfujące spojrzenia, każde przekonane o swoim zwycięstwie nad przeciwnikiem.

Oczekiwanie na seks z Colleen sprawiło Jackowi taka przyjemność, że postanowił nie śpieszyć się z wciąganiem 

jej   do   łóżka.   Odkąd   był   pewien,   że   może   to   uczynić,   kiedy   tylko   zapragnie,   przestał   się   tak   niecierpliwić. 
Zdecydował,   że   nie   będzie   jej   ponaglał   i   da   jej   trochę   czasu,   tak   by   potem   myślała,   że   robi   to   z   własnej  
nieprzymuszonej woli. Pogratulował sobie świetnego pomysłu i zaczął napawać się coraz bliższą, nie pozbawioną 
erotycznego podtekstu zażyłością z Colleen.

Colleen przeżywała ich związek jak panna przyjmująca zaloty konkurenta. Zaloty może niezbyt konwencjonalne, 

bez płonących świec i pęków róż, romantycznych kolacji we dwoje i wieczornych wizyt w teatrze. Zwariowany na 
punkcie sportu Jack dysponował biletami na wszystkie mecze Buffalo Bills, chętnie oglądał futbol i baseball w 
telewizji, a w kinie uznawał wyłącznie sensację i mordobicie.

Colleen to nie przeszkadzało. Została zagorzałym kibicem Buffalo Billsów do tego stopnia, że z ulgą przyjęła za-

kończenie  dwutygodniowego   strajku  piłkarzy.  Kiedy wieczorem  Jack  siadał   przed  telewizorem  i  z  ogniem  w 
oczach obserwował kopanie piłki, ona sadowiła się koło niego i robiła na drutach albo wyszywała, jednocześnie 
oglądając  mecz.  Także sensacyjne  filmy jej  nie odstraszały,  bo klasą  znacznie  przerastały to świństwo,  które  
musiała recenzować dla gazety. Zaczęła nawet trochę lubić różnych szpiegów i najemnych żołnierzy z ekranu.

Kiedy   Jack   nie   oglądał   sportu,   to   sam   go   uprawiał.   Często   wyciągał   Colleen   i   Nicolę   na   mecze   tenisa   i 

koszykówki, w których grał z podobnymi sobie sportowymi maniakami. Trenował Colleen przed rozgrywkami, w 
których mieli wziąć udział dziennikarze  Buffalo Times-Gazette.  Od czasu do czasu wybierali się na wycieczki 
rowerowe. Colleen, która nigdy nie zażywała zbyt wiele ruchu, ku swemu zaskoczeniu zauważyła, że daje jej to 
sporo radości i zadowolenia.

Oddawali się również innemu rodzajowi ćwiczeń fizycznych. Jack bezustannie wyszukiwał powody, by mocować 

się   z   nią   na   rękę.   Colleen   niezmiennie   przegrywała,   co   kończyło   się   pocałunkami   i   pieszczotami,   zwykle  
przekraczającymi granicę między zabawą a erotyzmem. Za każdym razem Colleen powstrzymywała jego i siebie, 
aczkolwiek coraz łatwiej wyobrażała sobie, że się poddaje intensywnym zmysłowym doznaniom, wywoływanym 
dotknięciem jego dłoni.

Jack jej nie ponaglał, a ona z czasem zaczęła mu ufać. Miała w pamięci swą teorię, wedle której zakochany męż-

czyzna nie potraktuje jej jak staroświeckiej pensjonarki tylko dlatego, że nie wskoczy mu natychmiast do łóżka; ale 
uszanuje jej potrzebę upewnienia się, zrozumienia swoich uczuć, czekania na właściwą chwilę. Czyż  Jack nie 
zachowywał się dokładnie w ten sposób?

Wrzesień niepostrzeżenie przeszedł w październik. Wiatr od niedalekiego jeziora Erie hulał po ulicach i owiewał  

twarze   przechodniów  lodowatym   tchnieniem.   Ochłodziło  się.   W   redakcji   prześcigano  się   w  przewidywaniach 
nadejścia pierwszej śnieżycy. Niektórzy robili zakłady o to, ile śniegu spadnie na Buffalo tego pierwszego dnia 
zimy. Colleen, która od przeprowadzki do Teksasu siedem lat temu nie widziała śniegu, dotąd sądziła, że jego 
opady mierzy się w centymetrach i nigdy w październiku. Teraz przygotowywała się do ciężkiej zimy na północy.

Widywali się codziennie, w pracy i po pracy. Jack pozwalał jej napisać artykuł raz na dwa tygodnie. Opatrywał 

go zwykle kilkoma zdaniami wstępu, a dalej pozostawiał jej wolną rękę.

- Stajesz się znana - zauważył na widok sterty listów piętrzącej się na biurku Colleen. Ta świadomość napełniła 

go dumą. Jack zawsze się starał dystansować wszelką konkurencję, lecz teraz udany występ Colleen na łamach 
Buffalo Times-Gazette sprawił mu niekłamaną przyjemność.

- Chyba już pora, żebyś drukowała swój felieton raz na tydzień. Powiedzmy we wtorki.
Twarz Colleen rozświetliła się.
- Byłoby wspaniale, Jack. Już wiem, o czym napiszę w tym tygodniu.
Pochyliła się ku niemu, a on ku niej, ale blaty biurek odgradzały ich zbyt szeroką granicą. W redakcji panował 

hałas; musiałaby krzyczeć,  żeby coś zrozumiał. Nie mając innego wyjścia, wstała i podeszła do biurka szefa. 
Nachyliła się do jego ucha i mimowolnie napięła się lekko, jak zwykle, gdy znajdowała się w pobliżu Jacka.  
Ostatnio uzależniła się od słodkiego, pulsującego bólu, który odczuwała w jego bliskości, tak że coraz trudniej 
znosiła brak kontaktu z Jackiem. A kiedy już była przy nim, chciała... musiała... dotknąć go...

45

background image

Spojrzeli sobie w oczy: ona w ostro błyszczącą czerń, on w miękki, matowy brąz.
- Usiądź mi na kolanach - powiedział Jack z wyzywającym, prowokacyjnym uśmiechem.
Pragnęła to zrobić. Powstrzymała się ostatkiem siły woli.
- Przestań. Zaraz posypałyby się niewybredne plotki - przypomniała mu.
- Chyba już się sypią. Do diabła, właśnie teraz przydałby się mały prywatny gabinet, w którym moglibyśmy...
- Taki jak Kazorowskiego? - Colleen udała przerażenie.
Oboje roześmiali się, bowiem obskurny, zaśmiecony pokój Każą nadawał się raczej na areszt niż na miejsce 

potajemnych schadzek.

- Wymyśliłam, że napiszę składankę dowcipów o kandydatach na prezydenta - wyznała Colleen, a Jack nie mógł 

wyjść   z   podziwu   nad   łatwością,   z   jaką   przechodzili   od   tryskającej   iskrami   zmysłowości,   poprzez   obniżający 
napięcie śmiech do spraw zawodowych. Uświadomił sobie, że właśnie dlatego ich współpraca i znajomość układa 
się tak gładko.

-   Wybory   dopiero   za   rok,   ale   kandydaci   już   się   pokazują   na   arenie   -   ciągnęła.   -   Prezydent   Lipton   kończy 

kadencję, więc mają szerokie pole do popisu.

- Kiedy Lipton  i jego  rodzinka  znikną  ze  sceny,  to będzie  ogromna  strata  dla  satyryków  -  dorzucił  Jack  z 

komicznie poważną miną. - Wyczerpie się kopalnia tematów, a nikogo równie zabawnego nie widać na horyzoncie. 
Pamiętasz, jak Lucas Lipton uciekł ze striptizerką? Cóż za uczta dla felietonistów! Albo jak rozkoszna Laynie 
Lynn   czekała   na   łóżku   Lincolna   na   ducha   starego   Abrahama?   Z   tajnymi   agentami   rozstawionymi   wokół   i 
gapiącymi się na panienkę jak z rozkładówki Playboya, o przepraszam, na szacowną synową pana prezydenta.

- To były czasy - westchnęła Colleen.
- Tak czy inaczej pomysł jest niezły. Obraziłabyś się, gdyby twój szef ci go podkradł?
- Tylko spróbuj, a wieczorem przy mocowaniu się na ręce przegrasz z kretesem - odparła z groźną minką.
Jack uśmiechnął się zawadiacko.
- Kochanie, kiedy mocuję się z tobą, wygrywam nawet wtedy, gdy przegrywam.

Z czasem przywykli do codziennych wspólnych kolacji, to u Jacka, to w mieszkaniu Colleen, to w którejś z  

licznych restauracji Buffalo. Często towarzyszyła im Nicola. Żadne z nich nie przepadało za gotowaniem, więc 
zwykle  przynosili do domu gotowe dania z barów. Co jakiś czas Colleen testowała ciekawy i zarazem łatwy 
przepis ze swojej rubryki wymiany przepisów od czytelników. Czasem nawet dawało się to zjeść.

Pewnego listopadowego wieczoru cała trójka siedziała w Barze Harry’ego i zajadała kurze udka z sałatką, gdy 

nagle do baru wkroczyła grupa olbrzymów.  Przez salę przebiegł szmer  podekscytowania. Po chwili ożywione 
rozmowy   zagłuszyły   dźwięk   telewizora,   na   którego   gigantycznym   ekranie   oglądano  Poniedziałkowy   wieczór  
piłkarski.
 Kilku stałych bywalców podeszło do nowo przybyłych.

- To obrońcy z Buffalo Bills - wyjaśnił Jack. - A wśród nich ktoś, kogo powinnaś poznać, Nicola. Mój stary 

kumpel Rodd Garrett. Gra w ataku, ale ostatnio rzadko wychodzi na boisko. Znamy się tak długo...

- Rodd Garrett? - powtórzyła Nicola. - Czy to nie ten, który dzwoni do ciebie czasem, Colleen?
Colleen skinęła głową. Jackowi opadła szczęka.
- Rodd Garrett dzwoni do ciebie? - Brzmiało to raczej jak oskarżenie, a nie jak pytanie. - Od kiedy? Po co?
- Odkąd się poznaliśmy w Niagara Falls. Telefonuje co jakieś dwa tygodnie. - Colleen wzruszyła ramionami. - 

Rozmawiamy przez chwilę i...

- Zapraszał cię na kolację? - spytał Jack ostro. Głupie pytanie, skarcił się zaraz. Oczywiście, że Garrett ją za -

praszał. Colleen to miła, piękna i sympatyczna dziewczyna. Który mężczyzna nie chciałby się z nią umówić?

Nie dał jej czasu na odpowiedź.
- Czy kiedykolwiek wyszłaś z nim? - naciskał dalej. Na myśl, że ktoś inny mógł spędzić z nią wieczór, aż zatrząsł  

się od przypływu niepohamowanej zazdrości.

- Wiesz, że nie - zaprzeczyła Colleen spokojnie. - Większość czasu spędzam z tobą.
- Większość, ale nie cały czas - warknął. Zdawał sobie sprawę, że zachowuje się nierozsądnie, lecz nie był w 

stanie temu zaradzić. - Skoro nie wiedziałem o telefonach, to równie dobrze mogę nie wiedzieć o jego randkach z 
tobą, Colleen.

- Nigdzie z nim nie chodziłam. - Tym razem Colleen warknęła jak on przedtem. - On dzwoni, rozmawiamy  

chwilę, on zaprasza mnie do restauracji, ja odmawiam. Bo nie mam na to ochoty. Poza tym miałabym pełne prawo 
pójść, gdybym chciała - dodała zdecydowanie. - Nigdy nie stawialiśmy sobie warunków co do spotykania się z 
kimś innym.

- No i masz babo placek - jęknął Jack. - Ograniczenia i zakazy kobiety, z którą widziałeś się raptem kilkakrotnie, 

a która już próbuje tobą rządzić.

- Mam wrażenie, że to ty próbujesz rządzić mną - wytknęła mu Colleen chłodnym tonem. - Ty dostajesz histerii 

na samą myśl o tym, że mogłabym wyjść z kimś innym.

Twarz Jacka przybrała kolor ceglastoczerwony. Zwrócił się ku Colleen z jadowitym błyskiem w oku.
- Który to Garrett? - wtrąciła Nicola w desperackiej próbie zapobieżenia nadciągającej burzy.

46

background image

- Ten przerośnięty małpolud. Wygląda tak, jakby w dzieciństwie zamiast mleka ssał z matczynej piersi steroidy. - 

Jack prychnął z pogardą.

- Oni wszyscy tak wyglądają - zauważyła Nicola.
- Może ty wskażesz swego fatyganta, Colleen? - rzucił Jack wściekłym i złośliwym tonem, którego nie słyszała z  

jego ust już od dłuższego czasu. Teraz trudno było uwierzyć, że potrafił się pozbyć  tego irytującego sposobu 
dyskutowania. Sprawił jej ból tak dotkliwy, jak ból rany zadanej ostrą brzytwą.

- Dajmy temu spokój - powiedziała szybko Nicola. - Nie zamierzam spotykać się z żadnym z tych dryblasów. Nie  

przepadam za wielkoludami, nie poszłabym na randkę ze słoniem. A Karna! twierdzi, że siła i agresja może...

- Kamal? - przerwała Colleen, wdzięczna losowi za okazję zmiany tematu. Nie chciała kłócić się z Jackiem w 

obecności Nicoli. W ogóle nie chciała kłócić się z Jackiem. Inaczej niż w pierwszych dniach znajomości, kiedy  
sprzeczki wybuchały bez przerwy, w ciągu minionych tygodni jakoś dopasowali swe usposobienia i kłócili się 
rzadko. Na samą myśl o Jacku wpadającym w furię łzy napłynęły jej do oczu. Mrugnęła kilka razy, żeby się nie 
rozpłakać.

- Znowu rozmawiasz z Kamalem, Nicky? - spytała, odwróciwszy się od Jacka i skupiwszy uwagę na przyjaciółce.
- Jakieś trzy tygodnie temu zaczęliśmy jadać razem lunch - przyznała się Nicola. - Rozmawiamy, trochę żartu-

jemy. Zawsze dobrze się rozumieliśmy. Jesteśmy przyjaciółmi, to wszystko.

- Ha! Nie wierzę w to ani na jotę - wtrącił się Jack. - Mężczyzna i kobieta nie mogą się przyjaźnić ot tak sobie. Je-

żeli tak sądzą, to po prostu sami się oszukują. Każdy to wie.

- Ja nie...- zaczęła Colleen.
- Każdy prócz Colleen Brady - uciął zjadliwie Jack.
Nicola zerknęła na zegarek.
- Czy mielibyście coś przeciwko temu, żebyśmy już poszli? Moja kuzynka Dana ma zadzwonić, bo musimy 

omówić przygotowania do rocznicy ślubu dziadków. To ważne, więc nie mogę się spóźnić.

Cała trójka wstała i pomaszerowała do samochodu Jacka. Wiał przenikliwy wiatr, pojawiły się też pierwsze płatki  

śniegu. W miarę jak jechali, śnieżynki zamieniły się w spore płaty, wirujące na wietrze szybciej i gęstniejące z  
minuty na minutę. Dziewczyny rozmawiały o niespodziewanej zmianie pogody, świadome obecności milczącego, 
lecz kipiącego niemą złością Jacka.

Colleen ledwie zdawała sobie sprawę z tego, co mówi. Nie umiała odwrócić wzroku ani myśli od ponurego, za-

mkniętego   w   sobie   Jacka.   Bo   rozmawiała   z   Roddem   przez   telefon?!   oto   siedziała   smutna   i   przestraszona, 
zastanawiając się, co się stanie po powrocie do domu. Próbowała znaleźć sposób na załagodzenie sporu, w końcu 
chciała nawet wybuchnąć płaczem i błagać go, by przestał się złościć.

Nagle wszystko to wydało jej się mocno niesprawiedliwe. Przecież to o n zachował się niewłaściwie, a ona chce 

go przepraszać i głaskać po głowie? Widziała podobne sceny ze swoimi siostrami i ich narzeczonymi w rolach 
głównych i o ile pamiętała, to zazwyczaj panny Brady prowadziły negocjacje pokojowe. Wiele razy miała nadzieję, 
że siostry powiedzą swym mężczyznom parę słów prawdy, że zmuszą ich do przejęcia inicjatywy,  przerwania  
ognia i wywieszenia białej flagi.

Cóż, być może nadszedł czas, by wyrzec się rodzinnego pacyfizmu Bradych.

9

- Możesz nas po prostu wysadzić przed blokiem - rzuciła chłodno Colleen, kiedy zbliżali się do celu. - Nie musisz 

wjeżdżać na parking.

Albo wchodzić do środka, dodał Jack w duchu. Zerknął szybko na Colleen. Skrzyżowała ramiona na piersiach i 

przybrała buntowniczą minę. Jakże różniła się od niemal szlochającej, pełnej poczucia winy dziewczynki, która 
wsiadła do samochodu po opuszczeniu baru.

Niezadowolony z tej przemiany, uniósł niecierpliwie brwi.
- I co potem? Każesz szoferowi iść do diabła?
- Idź, gdzie ci się podoba - odpaliła Colleen - ale najpierw jesteś winien Nicoli przeprosiny. Twój chamski wy-

buch w restauracji postawił ją w bardzo niemiłej sytuacji. Dlatego chciała wyjść tak szybko.

- Chciała wyjść, bo czeka na telefon od kuzynki Dany - warknął Jack.
- Zwykła wymówka. - Colleen ani myślała ustąpić. - Dana dzwoniła wczoraj.
- Czy mogłabym zostawić was samych? - zapytała sucho Nicola. - Jack, dzięki za podwiezienie. Nie musisz prze-

praszać, nie było mi aż tak nieprzyjemnie. Lecę na górę, bo naprawdę czekam na telefon, choć nie od Dany. Ona 
rzeczywiście dzwoniła wczoraj.

Colleen natychmiast odłożyła kłótnię na bok.
- Nicola, czekasz na telefon od Kamala, tak? - zapytała pośpiesznie.
Nicola skinęła głową i wyskoczyła z samochodu.
- Kłóćcie się dalej beze mnie. Cześć.
Colleen chciała wybiec za nią, ale Jack chwycił ją za rękę i przytrzymał.
- Jeszcze nie skończyliśmy dyskusji, moja droga. - Jego głos stracił całą jadowitość, teraz wyzierała z niego  

47

background image

obojętność, nie wściekłość.

- Wybacz, ale nie będę marnowała czasu na jałowe spory z tobą. Muszę powstrzymać Nicolę, bo jeśli uwierzy w 

to, że ma jakieś szansę u Kamala, to on złamie jej serce.

- Może naprawdę ma jakieś szansę. - Jack wzruszył ramionami. - Azerbejdżan jest tak daleko, a Nicola mieszka 

tutaj,   w   Buffalo.   Tak   czy   siak,   to   nie   twój   interes,   Colleen.   Pozwól   Nicoli   samej   kierować   swym   życiem  
uczuciowym, a ty skoncentruj się na swoim.

- Moje życie uczuciowe, jak na razie...
Nie dał jej skończyć.
- Jak na razie? - powtórzył. Nadal trzymając ją za ramię, wyciągnął drugą rękę i ujął Colleen pod brodę, przez co  

musiała spojrzeć w jego ciemne, głębokie źrenice. - Mogłabyś to wyjaśnić?

- Co tu wyjaśniać? - Colleen szarpnęła się nerwowo. Udało jej się wyswobodzić tylko dlatego, że on postanowił 

ją puścić. Wiedzieli o tym oboje. Na zewnątrz wyła wichura, o szyby uderzały coraz silniejsze porywy śnieżycy.  
Colleen zadrżała i otuliła się szczelnie płaszczem.

- Lepiej już pójdę, a ty jedź do domu. Drogi mogą zostać zasypane...
- Drogi zostaną zasypane, gwarantuję ci. - Jack zapuścił silnik. - Ale zanim to nastąpi, my będziemy bezpieczni u 

mnie. - Błyskawicznie wykonał skręt kierownicą i zawrócił, nic sobie nie robiąc z protestów Colleen.

- Zaczęłaś coś mówić o swoim życiu uczuciowym - rzekł chłodno. - Odnoszę wrażenie, że robisz ze mnie durnia.  

Rzuciłaś rękawicę, a ja muszę ją podnieść, inaczej okazałbym albo obojętność, albo słabość. Nie jestem obojętny i 
słaby też nie, Colleen.

Colleen nerwowo otwierała i zamykała torebkę.
- Nie wiem, o co ci chodzi.
- A zatem powinienem ci wyjaśnić, czyż nie? Kiedy kobieta mówi „życie uczuciowe, jak na razie” takim tonem, 

jak ty przed chwilą, to znaczy, że nie ma żadnego życia uczuciowego, o którym warto byłoby wspominać. Skoro w 
twym życiu nie ma innego mężczyzny poza mną, to chyba naturalne, że czuję się dotknięty.

- Nie ma innego mężczyzny? Więc nie wierzysz, że spotykam się z Roddem Garrettem na boku? - Gniew zdążył 

już stopnieć, a jego miejsce powoli zajmowało kipiące podekscytowanie.

- Nie zmieniaj tematu, Colleen. Rozmawiamy o...
- Moim życiu uczuciowym. - Jack zatrzymał wóz na czerwonym świetle i przyjrzał się dziewczynie badawczo.  

Colleen wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczami.- Jak na razie.

Czarne oczy Jacka zwęziły się w szparki. Przez kilka sekund nie był w stanie ruszyć samochodem, choć wokół 

nich ulica świeciła pustkami.

- Powinienem był wziąć cię do łóżka parę tygodni temu - syknął przez zaciśnięte zęby. - Mogłem to zrobić,  

dobrze wiesz.

- Na pewno? - odcięła się buńczucznie,
- Bez cienia wątpliwości. Nie powstrzymałabyś mnie, nie umiałabyś.
Uśmiechnęła się słodko.
- Zgódźmy się co do tego, że się nie zgadzamy, Jack.
- Wyhodowałem żmiję na własnej piersi - poskarżył się Jack. - Oto, co mnie spotyka za to, że nie zaspokoiłem  

swoich żądz seksualnych. Zasługuję na takie traktowanie, bo nie naciskałem cię, nie ponaglałem, bo dałem ci czas 
na... - urwał i siedział sztywno, mocno ściskając kierownicę.

- Zakochanie się w tobie? - spróbowała zgadnąć Colleen.
W samochodzie zaległa skrząca napięciem cisza.
- Nigdy nie widziałem tak zaśnieżonych ulic - odezwał się nagle Jack szorstkim głosem. - Prawie nie można 

przejechać. Muszę się skoncentrować na prowadzeniu.

Czy istnieje skuteczniejszy sposób, żeby wykręcić się od rozmowy? Colleen posmutniała. Wyjrzała przez okno. 

Drogi wcale nie wyglądały tak źle, przynajmniej jeszcze nie teraz. Ale ona już nie potrafiła się powstrzymać.

- Bo to się stało, Jack - powiedziała cicho. - Zakochałam się w tobie.
Co za ulga wypowiedzieć to wreszcie na głos! Poczuła, jak serce wypełnia jej radosna lekkość, a ciało zaczyna  

pulsować pożądaniem. Wszystko zrobiło się takie prawdziwe, cudowne i na swoim miejscu. Kocha Jacka, a miłość  
wzbudziła i spotęgowała pragnienie fizycznego kontaktu. Miłość uczyniła z namiętności, którą do niego czuła, coś 
głębokiego   i   ważnego.   Do   chemii   i   hormonów,   które   dały   o   sobie   znać   u   obojga   od   pierwszej   chwili   ich 
znajomości, miłość dodała uczucie i głębię. Teraz nie musi się już wstydzić tlącego się wewnątrz niej pożądania.

- Kocham cię, Jack - wyszeptała, wsłuchując się w brzmienie swoich słów. Całe życie czekała na moment, kiedy  

powie to odpowiedniemu mężczyźnie.

Jack  rzucił   jej  ukradkowe   spojrzenie  i  zamyślił   się.   Słyszał  wyznania  miłosne  wiele  razy:  od  Donny,  która 

kochała właściwie jego karierę sportową i płynące z niej korzyści, od mnóstwa innych kobiet, które usiłowały w 
ten sposób nim manipulować.

Jednak jego cynizm stopniał na dźwięk tych słów wypowiedzianych głosem Colleen. Wiedział, że mówi prawdę.  

Nie wykrztusiła ich przecież podczas zbliżenia, gdy w gorącej atmosferze można łatwo pomylić „Kocham cię” z 

48

background image

„Lubię się z tobą kochać”.

Uświadomił sobie, że spędzili razem sporo czasu, że zdążyli już dobrze się poznać, że widziała go w najlepszym 

wcieleniu jako ciepłego i wyrozumiałego opiekuna i w najgorszym jako wściekającego się, niecierpliwego samca. 
To wszystko eliminowało możliwość pomylenia ciągot seksualnych z prawdziwym uczuciem. Czy podświadomie 
szukał takiego zabezpieczenia? Ta myśl poraziła go jak grom z jasnego nieba.

- Jack? - zaniepokoiła się Colleen. - Powiedz coś, powiedz cokolwiek. Siedzisz koło mnie i milczysz jak grób 

od... - z trudem przełknęła ślinę - odkąd wyznałam, że cię kocham. - Nieprzyjemne ukłucie zwątpienia sprawiło, że 
skuliła się na fotelu. Może jej wyznanie zaskoczyło go i przestraszyło? Może ciąży mu, zamiast go cieszyć?

Jack wprowadził samochód na podjazd do garażu.
- W takiej chwili zabrzmi to pewnie strasznie prozaicznie, ale muszę wyjść i otworzyć garaż. Przysięgam, że jutro 

kupię ten elektroniczny zamek z pilotem.

Pośpiesznie wyskoczył z auta w gęsty śnieg, lecz myślami był daleko od elektronicznych zamków do garaży. 

Słowa Colleen nadal dźwięczały mu w uszach. Kocha go i musiał przyznać, że doprowadziło do tej sytuacji jego 
zachowanie   w   ciągu   ostatnich   tygodni.   Chciał   wzbudzić   w   niej   miłość,   a   nie   tylko   pożądanie.   Zatopiony  w  
rozważaniach, nie zwracał uwagi na przenikliwie zimny wiatr i wirujące wokół płatki śniegu.

Czy kocha Colleen? Po historii z Donną  postanowił traktować miłość  jako termin,  którego ludzie, sami  się 

okłamując, używają na określenie związku opartego na seksie lub wzajemnych korzyściach, a czasem na jednym i 
drugim jednocześnie. Ale z Colleen nie uprawiał seksu, a ich związek nie przyniósł specjalnych korzyści żadnej ze 
stron. Jack jeszcze nigdy tak się nie namęczył, jak ostatnio z Colleen, by zdobyć czyjeś zaufanie.

Wrócił myślami do teorii Williama Jamesa. Wszyscy sądzili, że Jack i Colleen kochają się, bowiem zachowywali 

się   tak,   jak   każda   zakochana   para.   Spotykali   się   codziennie,   śmieli   się,   żartowali,   rozmawiali,   dotykali   się   i  
całowali, rzucali sobie powłóczyste spojrzenia. Czy w takim razie jest zakochany? Cóż za dziwaczny temat do 
rozmyślań dla takiego cynika jak on. A jednak...

Colleen obserwowała go, kiedy otwierał ciężkie odrzwia, a potem odwrócił się i z wysiłkiem prąc pod wiatr, na 

powrót skierował się ku autu. Jakież rozczarowanie, jakiż zawód przyniosło jej szczere wyznanie! Jack wyglądał  
na oszołomionego i milczał, zamiast odpowiedzieć po prostu „Ja też cię kocham”.

Nie powiedział tego, bo jej nie kocha. Zrobiła z siebie kompletną idiotkę. Rozprawiał o zaśnieżonej drodze i 

drzwiach do garażu, wszystko po to, by uniknąć rozmowy o tym, co od niej usłyszał.

Jack wrócił do samochodu, wjechał do środka i na nowo podjął długą procedurę mocowania się z drzwiami.  

Colleen zignorowała go. Siedziała nieruchoma i milcząca, aż otworzył drzwiczki, wziął ją na ręce i wyniósł z 
samochodu.

- Co robisz? - pisnęła. - Postaw mnie na ziemię.
- Sądziłem, że będzie szalenie romantycznie, jeżeli mężczyzna, któremu właśnie wyznałaś miłość, wniesie cię na 

górę na rękach.

Popatrzyła na niego z obrzydzeniem.
- Nie zamierzam już dłużej wprawiać cię w zakłopotanie swoją obecnością, Jack. Byłabym wdzięczna, gdybyś  

uczynił to samo. - Dość trudno zachować dumną wyniosłość, kiedy ktoś niesie cię na rękach, lecz Colleen starała  
się jak mogła, rzucając złowieszcze spojrzenia i krzyżując dłonie na piersiach.

Wypuścił ją z objęć dopiero w kuchni. Natychmiast podeszła do wiśniowego aparatu telefonicznego.
- Do kogo dzwonisz? - zainteresował się Jack.
- Do Nicoli. Mam nadzieję, że starczy jej odwagi, żeby tu po mnie przyjechać.
-   Nie   odwagi,   tylko   samobójczej   desperacji.   Nikt   nie   powinien   wyjeżdżać   w   taką   śnieżycę.   -   Jack   wyjął 

słuchawkę z dłoni dziewczyny i odłożył na widełki. Zaczął rozpinać jej płaszcz.

- Nie będziesz nigdzie dzwonić i nigdzie nie pojedziesz, Colleen.
Colleen spróbowała zapiąć płaszcz z powrotem, ale bez skutku.
- I nie chodzi tu bynajmniej o śnieg na ulicach. - Zdjął z niej okrycie i upuścił je na podłogę. - Chciałbym, żebyś  

ze mną została, Colleen. - Wziął ją za obie dłonie.

- Bo ci mnie żal? Dlatego, że ja cię kocham, a ty mnie nie?
- To świetnie, bo nie zamierzam się nad tobą litować. - Jack westchnął niecierpliwie. - Chyba nie idzie mi za do -

brze. Nigdy w życiu nie namieszałem aż tyle.

- Z pewnością masz rację. Można by sądzić, że tak doświadczony podrywacz jak ty przywykł do tego, że kobiety 

zakochują się w nim bez pamięci i od razu wyznają swą miłość. Powinieneś mieć na podorędziu jakąś gotową 
odpowiedź. Na przykład: „Jestem w tobie zakochany, ale cię nie kocham”. Jeden z moich szwagrów zwierzył mi  
się, że dzięki tej frazie doskonale sobie radził z kobietami, oczywiście przed ślubem z moją siostrą.

- Oczywiście. - Jack skrzywił się. - Sam to mówiłem parę razy.
- Dziękuję, że mnie tym nie uraczyłeś. Czuję się wystarczająco upokorzona.
- Uwierz mi, Colleen, upokorzenie to ostatnia rzecz na świecie, jaka mogłaby cię ode mnie spotkać. - Wciągnął 

powietrze ze świstem. - Wygląda na to, że się z tego nie wykręcę. Po prostu powiem ci to, co chcesz usłyszeć. Ja... 
- urwał i z trudem przełknął ślinę. - Kocham cię, Colleen.

49

background image

Czekała na te słowa tak długo, lecz nie w ten sposób wypowiedziane. Spojrzała na niego spod oka.
- Mówisz to tylko dlatego, że chciałam to usłyszeć. Sam się do tego przyznałeś.
- Mówię to, bo to prawda. Szaleję za tobą, Colleen. Kocham cię od dawna, ale byłem za głupi albo zbyt uparty, 

żeby przestać się z tym kryć przed sobą, a co dopiero przed tobą. Ale to prawda, kocham cię.

Wpatrywała się w niego uważnie, jeszcze nie wierząc w szczerość ostatnich zdań.
- Na... naprawdę? - wykrztusiła.
- Sądzisz, że zrobiłbym z siebie takiego durnia, gdybym cię nie kochał? - Twarz Jacka powoli rozjaśniła się w  

uśmiechu. Naraz wszystko stało się tak oczywiste, tak oślepiająco jasne. - Oczywiście, że cię kocham, Colleen.

Wciąż trzymając ją za ręce, wolnym ruchem przyciągnął ją ku sobie.
- Łatwo być zimnym cynikiem, kiedy ci nie zależy. Ale mnie zależy na tobie tak bardzo, najdroższa. Kocham cię.
- Och, Jack! - krzyknęła Colleen głosem ochrypłym ze szczęścia. Rzuciła mu się na szyję i objęła go mocno, pła-

cząc i śmiejąc się na przemian.

Wielkie dłonie Jacka chwyciły ją w pasie, uniosły w górę i okręciły wkoło. Colleen pisnęła cienko i oboje 

wybuchnęli śmiechem pełnym szczęścia.

- To wcale nie było takie straszne. - Jack uśmiechnął się. - Dlaczego nie poddałem się i nie powiedziałem ci tego 

przed miesiącem?

- Cieszę się, że zwlekałeś tak długo. Miesiąc temu prawdopodobnie bym ci nie uwierzyła. Och, Jack, chyba nigdy 

nie byłam taka szczęśliwa, nawet na ślubie moich sióstr, nawet po narodzinach ich dzieci.

Oczy Jacka pociemniały. Pozwolił jej ześlizgnąć się ze swojej potężnej klatki piersiowej i ostrożnie postawił ją na  

ziemi. Tym sposobem samo wypuszczanie jej z ramion przerodziło się w długą, intymną pieszczotę.

- Odkąd cię spotkałem, jestem szczęśliwszy niż kiedykolwiek przedtem - wyznał cicho. - Wniosłaś światło w mo-

je życie, Colleen. Dałaś mi wszystko, czego pragnąłem, nawet o tym nie wiedząc.

Złączyła dłonie na jego karku i spojrzała mu w oczy.
- Wszystko prócz jednego - poprawiła go miękko. - Jack, chcę się z tobą kochać.
Przez   chwilę   patrzyli   na   siebie,   lecz   zaraz   usta   Jacka   wpiły   się   w   jej   namiętne,   łakome   i   wilgotne   wargi. 

Odpowiadała na jego pożądanie tym samym, rozchylała usta, błądziła językiem po jego podniebieniu, wzniecając 
w sobie coraz większy żar. Im mocniej ją całował, tym więcej chciała pocałunków. Kiedy wreszcie oderwali się od 
siebie, Colleen szepnęła:

- Tak bardzo cię pragnę, Jack.
Miękki, matowy głos przeszył go jak prąd elektryczny. Przeogromna siła narastającego pożądania ogarnęła wszy-

stkie zakamarki jego mózgu, a pierwotny instynkt samca podpowiadał, by zaciągnąć ją do najbliższego pokoju, 
rzucić na dywan i posiąść w szaleńczym ogniu żądzy.

Ale przeważyło w nim coś silniejszego niż prymitywne nakazy płci. Powstrzymał wybuch namiętności, wziął Co-

lleen na ręce i zaniósłszy do sypialni, delikatnie ułożył  na środku mosiężnego łoża. Blask księżyca wpadł do 
pokoju, napełniając  go nieziemskim,  srebrnobłękitnym  światłem.  Po raz  pierwszy w życiu  nie tyle  oczekiwał 
przyjemności, co pragnął ją dawać. Colleen potrzebowała czasu i łagodności, więc zrobi to dla niej. Nie będą  
uprawiali seksu: będą się kochać.

Ostrożnie zdjął jej buty, masując małe stopy i krążąc palcami wokół jej kruchych kostek.
- Nareszcie rozumiem, co ludzie widzą w noszeniu bransoletek na nogach - powiedział, gładząc swą wielką 

dłonią kostki Colleen. - Kupię ci taką, żebyś ją nosiła tylko dla mnie. Masz najbardziej seksowne kostki na świecie.

Szybkim ruchem zrzucił swoje buty i położył się obok Colleen, która wtuliła się w jego bark i przesuwała palec  

wzdłuż linii jego ust.

- W końcu jesteśmy razem - szepnęła cichutko. Jej uśmiech promieniował miłością.
Jack przyjrzał się jej po raz nie wiedzieć który.
- Jesteś piękna, Colleen i taka słodka. - Zaczął rozpinać guziki niebieskiej bluzeczki ze sztucznego jedwabiu. 

Krótka, obcisła spódniczka podwinęła się w górę, odsłaniając kształtne, jędrne uda.

- I seksowna. - Jęknął przesuwając dłoń po jej udzie. Powoli, centymetr po centymetrze, podnosił spódniczkę 

coraz wyżej. Natknął się na przymocowaną do pasa podwiązkę i pogładził nad wyraz wrażliwą skórę nad brzegiem 
pończoch, a Colleen w odpowiedzi zadrżała.

- Bardzo seksowna. - Nadal głaskał to czułe miejsce. - Masz najgładszą skórę na świecie - wychrypiał. - Jak je -

dwab.

Colleen wciągnęła powietrze w płuca. Wiedziała, że się rumieni, a krew w jej żyłach zdawała się kipieć jak lawa  

w wulkanie.

- Nie... nie mogę uwierzyć, że tu jestem - wyjąkała z trudem. - Pragnęłam cię od dawna, ale bałam się, że mnie  

nie zechcesz.

Jack roześmiał się.
- Jak w ogóle mogło ci to przyjść do głowy? Od pierwszego dnia wiedziałaś, że cię pragnę.
- Wiedziałam, że chcesz mnie wziąć do łóżka. Bałam się, że chcesz tego tylko dla sportu, a nie... Z miłości.
Wzory, które wypisywał po wewnętrznej stronie jej ud, odczuwała jak wyładowania elektryczne, rozchodzące się 

50

background image

błyskawicznie po całym ciele i osiągające szybko swój cel: tajemne centrum kobiecości. Wydała z siebie stłumiony  
jęk i pogrążyła się we mgle przenikających ją emocji.

- Chcę ciebie z miłości, tylko z miłości - poprzysiągł. Pochylił głowę i objął wargami jej usta. Wsunął język w  

wilgotne wnętrze i poruszał nim miarowo w pierwotnym rytmie, który odpowiadał pulsacji między udami Colleen.

Pocałunki przybrały na sile, stały się bardziej dzikie i łapczywe. Colleen przywarła do Jacka, błądząc rękoma na 

oślep po całym jego ciele, pragnąc być tak blisko niego, jak to tylko możliwe. Dłonie Jacka wślizgnęły się pod  
spódniczkę i objęły pośladki. Kiedy dotarły do koronkowego obrzeża fig, Colleen wstrzymała oddech, a wtedy 
wsunęły się zuchwale pod jedwabistą materię i poczęły głaskać miękką skórę podbrzusza.

Jack wcisnął ją silnym  ruchem w kołyskę  utworzoną z jego twardych  ud i Colleen poczuła nacisk tętniącej 

napięciem męskości. Nie przestawał masować i pieścić miękkiej krągłości jej ciała. Zwinnymi  pociągnięciami  
palców uwolnił pończochy z podwiązek. Muskając dłońmi załamania i wypukłości ud, a potem łydek zrolował 
pończochy do samego dołu. Po drodze zdążył obrysować palcami kolana, nauczyć się kształtu łydek i jeszcze raz  
popatrzeć na zachwycające kostki jej stóp.

Zręczność, z jaką odpiął podwiązki, nieco zaskoczyła Colleen. Sama nie zrobiłaby tego lepiej i szybciej”.
- Masz za sobą sporą praktykę - zauważyła. Nawet w jej własnych uszach słowa te zabrzmiały niepewnie i  

nerwowo.

- Nie bój się mnie, Colleen - rzekł cicho, patrząc jej przy tym w oczy. Sprawiała wrażenie onieśmielonej, nieco 

zagubionej,   ale   niewiarygodnie   seksownej,   co   wydaje   się   dość   karkołomną   kombinacją,   lecz   w   Colleen   te 
przeciwstawne   cechy   harmonizowały   ze   sobą   całkiem   naturalnie.   Ogarnęła   go   fala   czułości.   -   Kocham   cię. 
Pamiętaj o tym.

Jego   głos   uspokajał   i   kusił.   Kochają.   Kiedy   patrzyła   nań,   niemal   wyczuwała,   jak   niepewność   i   zagrożenie 

odpływają   w   niebyt,   i   zostawiają   jej   tylko   wolność,   swobodę   i   pragnienie,   by   dać   szczęście   kochanemu 
mężczyźnie. Jackowi Blackledge’owi, który kochał ją równie szczerze.

Ośmielona, poszukała zamka jego dżinsów i natrafiła na twardą, męską wypukłość pod szorstkim materiałem. Jej 

uszu dobiegł zduszony jęk Jacka i uśmiechnęła się lekko. Natychmiastowa reakcja mężczyzny dodała jej pewności 
siebie, przyniosła poczucie cudownej władzy, a jednak chciała ofiarować mu radość i zaspokojenie. Oto paradoks,  
który powinien wprowadzić ją w pomieszanie, ale tak się nie stało. Była rozgrzana namiętnością, chciała dawać i 
brać, Chciała doświadczać, chciała wiedzieć.

Delikatnie odsunął jej rękę, ucałował wszystkie palce, wnętrze dłoni i nadgarstek, by nagle chwycić ją za ramię i 

unieść do pozycji siedzącej.

- Zdejmij bluzkę, Colleen - poprosił łagodnie, pożerając ją głodnym wzrokiem. Poprzednia Colleen uciekłaby 

przerażona, lecz ta nowa, przebudzona, zapomniała o wstydzie. Guziki Jack rozpiął już wcześniej, więc zsunęła  
bluzkę z ramion bez przeszkód.

Miała na sobie koronkowy staniczek w kolorze ecru, z którego wyłaniały się powiększone, pełne piersi. Spod cie-

mnej tkaniny prześwitywały twarde, wyraźnie zaznaczone brodawki. Jack sięgnął ku nim i pieścił palcem jedną, a  
potem drugą, oczarowany ich kształtem i wielkością.

Colleen zwilgotniała w środku. Musnęła jego wargi swymi z początku lekko, potem z rosnącym pożądaniem. I 

kiedy całował ją długo, mocno i głęboko, swą wielką dłonią ściskając delikatnie pierś i pocierając brodawki, 
poczęła drżeć z podniecenia.

Colleen wsłuchiwała się we własny ciężki, chrapliwy oddech. Nagle odsunęła się od Jacka, nie mogąc znieść zbyt 

gwałtownych   doznań.   Zmysłowy   żar   ogrzewał   jej   skórę   tak   silnie,   że   nawet   cienki   staniczek   zdawał   się  
przeszkadzać, jakby stanowił nieprzebytą barierę, którą należało jak najrychlej usunąć. Ściągnęła go czym prędzej 
przez głowę. Jack padł na plecy i przyglądał się jej zamglonym, lecz intensywnym spojrzeniem.

- Masz piękne piersi, Colleen - rzekł w końcu ochryple. - Mlecznoróżowe, takie jędrne i wysokie, tak cudownie  

okrągłe. Uwielbiam na nie patrzeć. Uwielbiam ich dotykać.

Colleen przyglądała się spod omdlewających powiek, jak jej piersi wypełniają wnętrze jego dłoni. Kiedy wargi  

Jacka   zamykały   się   gorącymi,   wilgotnymi   pocałunkami   na   sztywnych,   zaróżowionych   brodawkach,   czuła 
przenikające całe jej jestestwo płomienie żądzy, wrzące napięcie, graniczące wręcz z bólem.

Uwolnił   ją   ze   spódniczki   tak   zręcznie,   że   zdziwiłaby   się   gdyby   była   tego   świadoma.   Ale   jej   świadomość  

rozpuszczała   się   powoli   w   oparach   namiętności.   Zmysły   odbierały   jedynie   sygnały   od   pieszczonych   piersi   i 
nerwów targanych odrętwiającą pulsacją. Krzyknęła krótko, przywarła do niego i wpiła się paznokciami w grubą 
wełnę swetra.

Sweter. Nagle zdała sobie sprawę, że ubranie Jacka przeszkadza jej. Chciała czuć ciepło jego ciała na swej 

skórze, chciała widzieć jego nagość, dotykać go...

Wsunęła dłonie pod sweter, pod koszulę i odnalazła twarde, nagie, napięte sploty mięśni. Zadygotała z przypływu 

żądzy. Zachwyciło ją jego ciało, takie silne, muskularne i męskie. Przeszyła ją rozżarzona strzała namiętności. 
Błądziła dłońmi po jego torsie, czochrała gęste owłosienie, a potem powędrowała wyżej, by dotknąć sztywnych,  
napiętych brodawek.

Jack chwycił jej ręce i odepchnął delikatnie.

51

background image

Gwałtownie otworzyła oczy i spojrzała na niego z obawą.
- Zrobiłam coś złego?
- Nie, kochanie. Radzisz sobie doskonale. Tylko że ja mam na sobie za dużo ubrania. Już czas, by się pozbyć tego 

i owego.

- A może wszystkiego naraz? - zapytała Colleen zduszonym, namiętnym tonem, którego nigdy wcześniej u siebie 

nie zauważyła.

Podniósł się do klęczek i ściągnął sweter. W przypływie odwagi Colleen uklękła również i pomogła mu rozpiąć  

guziki koszuli. Ich palce przeszkadzały sobie nawzajem i w rezultacie więcej guzików przeoczyli, niż odpięli. 
Upadli na materac chichocząc.

- Pamiętasz stare przysłowie? Jak się człowiek śpieszy, to się diabeł cieszy - rzuciła Colleen ze śmiechem. Przez 

krótką chwilę zastanowiła się nad ich niewiarygodną poufałością. Klęczy na łóżku w samych tylko majteczkach i 
próbuje rozebrać Jacka, a jednak wcale się nie wstydzi. Jack nadal jest Jackiem, z którym może się droczyć i 
żartować.

- Niestety, przysłowia często mówią prawdę - powiedział Jack z lekkim odcieniem smutku w głosie, mocując się  

ponownie z guzikami. Tym razem wyszedł z potyczki zwycięsko, zdjął koszulę i rzucił ją na podłogę.

Colleen pożerała go wzrokiem. Skóra Jacka rozbłyskiwała drobniutkimi kropelkami potu. Miał szeroką klatkę 

piersiową, porośniętą gęstymi ciemnymi włosami, które rzedły na brzuchu, acz rosły także niżej, ukryte jeszcze 
przed   jej   spojrzeniem.   Zapragnęła   go   dotknąć   i   uczyniła   to.   Wczepiła   palce   w   gąszcz   ciemnego   owłosienia,  
podziwiając jego miękkość. Lekko piżmowy zapach męskiego ciała dotarł do jej nozdrzy i zamroczył ją jak dym 
opium.

Obserwowała spod przymkniętych powiek, jak rozpina klamrę paska i opuszcza suwak w swoich spodniach. 

Wstrzymała   oddech,   zafascynowana   widokiem   mężczyzny,   który   zdejmował   spodnie   i   bieliznę   zwinnymi,  
precyzyjnymi ruchami. Serce roztańczyło się w piersi, gdy ujrzała go nagiego; potężnego i oszałamiającego.

Nagle ogarnął ją lęk. Porażająca w swej potędze męskość Jacka sprawiła, że zobaczyła siebie jako małą, kruchą i 

bezbronną istotę. Wiedziała, na czym polega miłość fizyczna, ale ta wiedza okazała się żałośnie niewystarczająca.

Zrozumiał jej wahanie i po raz kolejny pohamował gorejącą w nim namiętność.
- Nie bój się, Colleen - szepnął, pociągając ją za sobą na materac. - Nic się nie stanie, póki sama  tego nie 

zechcesz.

I znów cierpliwość i wyrozumiałość Jacka oddaliły jej strach, przywracając spokój. Nagi, ułożył się przy niej, a  

ona mocno go objęła. Fala gęstego gorąca rozlała się po całym ciele Colleen. Jack przybliżył usta do jej twarzy, 
lecz tym razem ona przejęła inicjatywę. Jej język przystąpił do śmiałego ataku. Całowała go z intensywnością, 
jakiej dotąd nie doświadczyła.

Dłoń Jacka wędrowała figlarnie po jej płaskim brzuchu, a po chwili wkradła się pod cienką tkaninę majteczek, na 

co   Colleen   odpowiedziała   gwałtownym   westchnieniem.   Dotykał   jej   czule,   aż   znalazł   miejsce   wilgotne   i 
nabrzmiałe, Colleen zadrżała.

Jack zsunął jej majteczki, a ona, naga i drżąca, przylgnęła do niego. Głaskał jej brzuch i biodra, choć wiedział, że  

czeka   z   zamkniętymi   oczami,   by   sięgnął   niżej.   Drgnęła,   a   powódź   namiętności   jak   rzeka   miodu   wypełniła 
wszystkie zakamarki jej ciała, czyniąc ją wilgotną i uległą.

- Jack! - wykrzyknęła w niewiarygodnym przypływie podniecenia. - Jack, proszę.
- Chcesz, żebym cię dotknął? - spytał nienaturalnie niskim głosem. Brakowało jej doświadczenia, by umiała 

ukryć swe potrzeby, ale jemu sprawiało przyjemność ich zaspokajanie. Trzymał w ramionach kobietę cudownie 
naturalną i zmysłową. Mógł wziąć ją teraz, lecz wolał przedłużyć grę miłosną, aż zbudzi się w niej taki głód  
namiętności, że zapomni o wszystkich obawach i uprzedzeniach.

-   Gdzie   mam   cię   dotknąć,   Colleen?-   wyszeptał.   -   Tutaj?   -   Szorstką   dłonią   nakrył   jedwabisty   trójkąt 

ciemnozłotych włosów u szczytu ud.

Cicho pisnęła i uniosła powieki. Wpatrywał się w nią wzrokiem zamglonym z namiętności.
- Tak - zdołała szepnąć, dygocząc z niecierpliwości.
- Proszę, rozsuń nogi, Colleen - poprosił łagodnie, co rozpaliło ją jeszcze bardziej. Tępy ból w środku i tętniące  

podniecenie natychmiast przełamały wszelkie bariery.

Śmiało rozluźniła mięśnie ud i lekko rozchyliła nogi. Palec wskazujący wniknął pomiędzy nabrzmiałe fałdy. 

Jednocześnie   Jack   zaczął   ją   całować,   nie   przerywając   badania   nie   znanych   jeszcze   żadnemu   mężczyźnie  
przestrzeni. To, jak ją dotykał... To, co czuła dzięki niemu... pragnęła, by ta noc trwała w nieskończoność; a  
jednocześnie coś w niej narastało, coś nieuchwytnego i szaleńczo ekscytującego, co nagliło, by...

Oderwała wargi od całujących ją ust Jacka.
- Jack, ja...
Cokolwiek   zamierzała   powiedzieć,   zostało   zapomniane   gdy   powolnym   ruchem   wsunął   palec   wewnątrz   jej  

kobiecości.   Colleen   drgnęła   konwulsyjnie.   Instynktownie   zacisnęła   mięśnie   i   poczuta   coś   tak   niewiarygodnie 
porywającego, że zrobiła to raz jeszcze.

- Jesteś taka miękka, taka wilgotna i cudowna - usłyszała niski, gardłowy głos Jacka. Całe jego ciało pulsowało. - 

52

background image

Nigdy nie śniłem, że można pożądać kogoś jak ja ciebie, Colleen.

- Czuję to samo - wykrztusiła. - Teraz, kiedy jestem z tobą...
Rosło w niej napięcie, a wraz z nim gorączka wszystkich zmysłów. Wtuliła się w niego, bezwiednie wprawiając 

biodra w naturalny, falujący rytm. Między udami odczuwała pustkę, która musiała być natychmiast wypełniona.

- Kochaj mnie, Jack - poprosiła cicho. - Kochaj mnie teraz.
- To może zaboleć. - W ciszy nocy jego głos zabrzmiał ochryple.
Colleen poczuła, jak Jack przegina się od szalejącego w nim pragnienia; zrozumiała też, że ostatkiem sił trzyma  

swe żądze na wodzy.

- Nie szkodzi - szepnęła, muskając go ustami. - Kocham cię bardzo, pragnę cię tak bardzo, że nie boję się bólu.
- Musimy być ostrożni - powiedział. Usłyszała szelest rozrywanej folii. Była wdzięczna, że o tym pomyślał, bo 

jej zupełnie wypadło to z głowy. Własny brak doświadczenia w zestawieniu z jego wyrafinowaniem chwilami  
nieco ją deprymował.

Jack wślizgnął się między jej nogi i Colleen wstrzymała oddech, czując napór twardego, rozpalonego ciała. Ich 

oczy spotkały siei tak pozostały, utrzymując nieme porozumienie w przyćmionym blasku księżyca.

Wszedł w nią, pchnął delikatną przeszkodę, cały czas szepcząc jej do ucha słowa miłości i pożądania, słowa czułe 

i podniecające, które w jej myślach wirowały w szaleńczym tańcu. Leżała spokojnie, pozwalając mu wnikać głębiej 
i raz tylko wyprężyła się w spazmie bólu.

- Rozluźnij się, maleńka - mruczał Jack słodko. Jego głos działał jak uspokajające polecenia hipnotyzera. Roz -

grzanym  oddechem owiał jej twarz, ucałował i zebrał wargami słone łzy bólu. - Już dobrze, kochanie. Tylko 
spróbuj się rozluźnić.

Colleen odetchnęła głęboko i wtuliła się w niego, czując silny nacisk wewnątrz. Mała, przestraszona część jej 

jaźni chciała odepchnąć go i uciec, lecz Colleen nie poddała się lękowi. Wsłuchała się w melodię słów Jacka, 
skoncentrowała   na   miłości   do   niego   i   powoli,   stopniowo   rozluźniła   mięśnie.   Jej   ciało   zaczęło   oswajać   się   z 
obecnością Jacka, który wsunął się głęboko w jej wnętrze.

Kiedy jął poruszać się miarowo,  zesztywniała,  oczekując ukłucia bólu, lecz ono nie nadeszło. Zamiast  bólu  

ogarnął ją żar i surowe, prymitywne podniecenie, które wciąż rosło i rosło. Przywarła do kochanka, oplotła go 
ramionami i udami tak ciasno, jak zdołała, a on wypełniał jej miękką głębię, sprawiając, że krzyczała i jęczała z  
czystej, dzikiej, przeogromnej rozkoszy.

Poruszali się we wspólnym rytmie, który stawał się coraz szybszy i gwałtowniejszy. Colleen poczuła, jak gorąca 

spirala napięcia głęboko w jej wnętrzu skręca się mocno, coraz mocniej, aż wreszcie wybucha i, rozwijając swe 
skręty, rozsyła fale pulsującej, kipiącej rozkoszy. Kiedy wpłynęła w nią fala męskiej siły, a jej ciało ogarnęły 
konwulsje, usłyszała swe imię szeptane zdyszanym  głosem, i wtedy już znała radość spełnienia: radość, jakiej 
dotąd nie przeżyła.

Przez   dłuższą  chwilę   leżeli   w milczeniu,  odczuwając   taką   bliskość,  że   żadne   słowa   nie   były  im potrzebne. 

Wtulając   się   w   pierś   Jacka,   Colleen   powitała   rozlewającą   się   po   całym   ciele   ciepłą,   usypiającą   ociężałość.  
Westchnęła spokojnie i przysunęła się do niego jeszcze bliżej.

- Mam wrażenie, że w końcu wiem, co to jest seks z miłości - powiedział Jack czule. Delikatnie wodził palcami  

po kosmykach włosów Colleen. - Czegoś tak wspaniałego dotąd nie przeżyłem.

Uśmiechnęła się do niego, ukazując twarz jaśniejącą rozczuleniem.
- To druga najpiękniejsza rzecz, jaką chciałam od ciebie usłyszeć, Jack.
- A ta pierwsza?
- Już ją słyszałam wcześniej. - Westchnęła ze szczęścia. - Kocham cię.
- Wobec tego powiem to jeszcze raz. Kocham cię, Colleen.
Pocałowali się leniwie i przeciągle. Chwilę później oboje zasnęli, przytuleni do siebie jak małe kocięta.

10

Następnego ranka obudził ich przeraźliwie głośny dzwonek telefonu. Jack otworzył jedno oko, spojrzał na budzik 

i jęknął. Dochodziło wpół do ósmej. Kto, u diabła, budził go o tak pogańskiej porze w sobotę rano?

- Tak - warknął do słuchawki.
Colleen usiadła na łóżku. Wielkimi brązowymi oczami rozejrzała się po obcym wnętrzu. Po raz pierwszy w życiu  

przebudziła się w łóżku mężczyzny i w jego ramionach.

Spędziła tę noc wtulona w pierś Jacka, pod grubą kołdrą z gęsiego puchu. W porannym słońcu wspomnienie  

namiętnej nocy zdawało się tak odległe, jak czerń północnej godziny. Wczoraj...

Na samą myśl o wczorajszych wydarzeniach poczuła w środku gorąco i słabość. Owinęła się szczelnie kołdrą, na-

gle świadoma swojej nagości. Była taka bezbronna, taka onieśmielona.

Kiedy Jack wydał z siebie rozdzierający jęk, zesztywniała i zacisnęła palce na brzegu nakrycia.
- Do ciebie. To Nicola - oznajmił niezadowolonym tonem. Wręczył jej słuchawkę, po czym przekręcił się na 

brzuch i przykrył głowę poduszką.

Serce Colleen zabiło mocniej.

53

background image

- Nicola? Coś się stało?
- Na dworze ponad metr śniegu, a ty pytasz, czy coś się stało - odparła sucho Nicola. - Całe miasto zasypane,  

niektóre zaspy mają nawet po dwa metry. Wyjrzyj przez okno, jeśli jeszcze tego nie zrobiłaś.

- Jeszcze nie - wymamrotała. - Hej, zadzwoniłaś, żeby mi przekazać wiadomości o pogodzie?
- Gorzej. Mam ci przekazać wiadomości o Bradych i Ramseyach. Wiesz, oni wcześnie wstają. Prawdopodobnie 

usłyszeli w telewizji informacje o metrowych zaspach w Buffalo. Najpierw dzwoniła Shavonne, potem Erin i Tara. 
Wszystkie chcą wiedzieć, jak sobie radzisz wśród śniegów północy, i oferują bilet do Houston, gdy tylko samoloty 
znowu zaczną latać.

Colleen siedziała jak skamieniała.
- Co im powiedziałaś, Nicky? Że gdzie jestem? - W sobotni ranek w mieście zasypanym śniegiem po dachy nie 

ma zbyt wielu możliwości.

- Powiedziałam, że poszłaś na kolację do koleżanki z pracy, że rozhulała się śnieżyca i nie mogłaś wrócić do do -

mu, ale telefonowałaś do mnie i czujesz się świetnie.

Colleen westchnęła z ulgą.
- Stokrotne... nie, milionowe dzięki, Nicola. Ja...
- To jeszcze nie koniec, Colleen. Z naszymi rodzinami nigdy nie idzie tak gładko. Twoje siostry zażądały numeru 

telefonu   i   nazwiska   tej   koleżanki.   Koniecznie   chciały   do   niej   zadzwonić,   aby   się   upewnić,   co   do   twojego 
samopoczucia.

Colleen z ledwością przełknęła ślinę.
- Ojej, Nicola.
- Udałam, że nie pamiętam nazwiska tej dziewczyny, więc nie mogę podać im numeru. Tylko że one tego nie ku-

piły. Przed sekundą dzwoniła twoja siostra Megan. Oświadczyła, że starsze siostry szaleją z niepokoju i że ich 
mężowie zaraz zajmą się tą sprawą. Są pewni, że w coś wdepnęłaś. Prawdopodobnie uważają, że ja zawsze wiem,  
gdzie i z kim jesteś. Oto, co cię spotyka za to, że całe życie postępujesz uczciwie i odpowiedzialnie. Jedynie Megan 
zachowała   resztkę   rozsądku.   Powiedziała,   że   na   pewno  jesteś  u   chłopaka,   ii   żebyś   zadzwoniła   do   Houston   i 
uspokoiła rodzinkę.

Colleen obrzuciła spojrzeniem długi kształt pod kołdrą. Nie wystawał spod niej ani centymetr kwadratowy Jacka,  

ale   była   przekonana,   że   słyszał   każde   słowo.   Zdenerwowana   potarła   dłonią   czoło.   Po   długiej,   wypełnionej 
namiętnością nocy nie bardzo umiała wymyślić coś sensownego, co można by powiedzieć siostrom.

- Zadzwonić natychmiast? - Zniżyła głos. - To może być trochę kłopotliwe.
- Serdecznie ci współczuję - równie cicho odrzekła Nicola. - Mój brat Alex zadzwonił o szóstej rano i Kamal ode -

brał telefon. Nawet sobie nie wyobrażasz, co przeżyłam! Powiedziałam Alexowi, że to dozorca sprawdza, czy rury 
nie popękały od mrozu.

- Kamal jest w naszym mieszkaniu? Spędził u nas noc?
- Zadzwonił wczoraj i zaraz przyszedł. Martwił się, jak sobie poradzę przy takiej śnieżycy. Colleen zakaszlała.
- Rozumiem. Dobra, dzięki za telefon. Zadzwonię później.
Czy Nicola wiedziała, co robi? W tym konkretnym momencie Colleen nie miała pewności, czy sama wie, co robi, 

ponieważ ostrzeżenie Nicoli wydobyło na światło dziennie wszystkie problemy, które wczoraj w nocy nie zostały 
rozwiązane... Plany Jacka co do ożenku z kontem bankowym, jeśli w ogóle planuje ślub z kimkolwiek. A także  
istnienie jej własnego konta bankowego i fortuny Ramseyów.

Przechyliła się nad Jackiem, żeby odłożyć słuchawkę.
- Jack, miałbyś coś przeciwko temu, żebym wykonała... yyy... parę zamiejscowych telefonów?
Usiadł na łóżku, chwycił ją za nadgarstki i przewrócił na siebie, jednocześnie padając na poduszkę.
- Oczywiście, że miałbym coś przeciwko temu.
Wtoczył się na nią, zawisając ustami nad jej twarzą. Jego ciemne oczy błyszczały.
- Teraz nie ma czasu na rozmowy telefoniczne. Jesteś w łóżku z rozgrzanym mężczyzną, więc poświęć mu trochę  

uwagi.

-   O   Boże.   -   Colleen   zagryzła   wargę.   Nigdy   jeszcze   nie   musiała   przedkładać   czegokolwiek   ponad   sprawy 

rodzinne, a teraz Jack żądał właśnie tego. - Ja... ja naprawdę muszę zadzwonić do moich sióstr. - Jack już szczypał 
wargami jej szyję, a ciężar męskiego ciała podziałał na dziewczynę jak afrodyzjak. - Ale może... mogłyby jeszcze 
chwilę zaczekać...

- Dłuższą chwilę - poprawił ją Jack.
Jego usta pochłonęły usta Colleen w żarłocznym pocałunku, a ona odpowiedziała z całą mocą świeżo przebudzo-

nej namiętności.

Płomienie rozbłyskiwały i wybuchały w nich z ogromną  siłą, przenosząc ich gdzieś w inny świat i w inny,  

zmysłowy i ekstatyczny wymiar. Colleen poruszała się z nim i dla niego, wirująca rozkosz i żar wynosiły ją wciąż 
wyżej i wyżej, poza ciało, na wysokie równiny szarpiącej duszę pasji. Jack towarzyszył jej przez cały czas.

Minęły dobre dwie godziny, zanim była w stanie wykręcić numer do Houston. Przedtem ucięła sobie drzemkę w 

ramionach Jacka, a potem oboje moczyli się w wannie z gorącą wodą. Później Jack poszedł do kuchni przygotować 

54

background image

śniadanie - naleśniki i kawę - a ona pobiegła zadzwonić do najstarszej siostry, Shavonne.

- Nic mi nie jest, Shavonne. To miło, że tak się o mnie troszczycie, ale naprawdę wszystko w porządku. - Miała  

nadzieję, że jej głos brzmi szczerze i niewinnie, jednocześnie ciągle zerkała w kierunku drzwi sypialni.

Jack był w kuchni, ale nie chciała, żeby wszedł i usłyszał jej rozmowę. Oświadczyła bowiem siostrze, że noc 

spędziła u Susan Farley. Czuła się winna, kłamiąc siostrze, i winna wobec Jacka, że zataiła prawdę o nim. W jego  
ramionach rozkwitała w dój rżała kobietę, ale teraz, ściskając słuchawkę w spoconej dłoni, znowu była  małą 
dziewczynką, która napsociła i boi się do tego przyznać.

- Colleen, może jednak zmienisz zdanie i wrócisz do domu? - poprosiła Shavonne. - Tęsknimy za tobą wszyscy. 

A przy takiej pogodzie...

- Shavonne, mnie się tu podoba, naprawdę - broniła się Colleen. - Ja też tęsknię za wami wszystkimi, wierz mi,  

ale...

- Masz tam chłopaka, prawda? - domyśliła się Shavonne. - Dlaczego nic nam nie powiedziałaś?
Colleen westchnęła. Dlaczego? Było mnóstwo powodów, które wiązały się ze sobą. Jack nie miał pojęcia o 

pieniądzach Ramseyów i nie wiadomo, jak przyjąłby taką rewelację. Po drugie, nie ulegało wątpliwości, że w ciągu 
godziny po otrzymaniu informacji o mężczyźnie w jej życiu cała rodzina wsiadłaby do samolotu lecącego do 
Buffalo. Dokładnie tak, jak rodzina Jacka zrobiła to wcześniej; z tą różnicą, że trudno porównywać trzy przemiłe  
starsze panie z wpływowym klanem Ramseyów.

- Ja... yyy... spotykam się z kimś - wyznała w końcu Colleen.
- Wiedziałam! - krzyknęła Shavonne głosem aż drżącym z ciekawości. - Opowiedz mi o nim, Colleen.
Colleen nie umiała się powstrzymać. Mówienie o ukochanym sprawiało jej taką przyjemność, że niespodziewanie 

dla siebie samej zaczęła opowiadać.

Shavonne słuchała uważnie, nie robiąc uwag i nie zadając zbyt wielu pytań. Pozwoliła Colleen się wygadać.
- Uczepiłaś się tego faceta, co, Colleen? - rzekła w końcu zatroskanym tonem.
- Nie uczepiłam się - zaprzeczyła Colleen. To wyrażenie pasowało bardziej do Nicoli i jej związku z Kamalem. - 

Ja się w nim zakochałam, Shavonne.

Usłyszała, jak siostra ze świstem wciąga powietrze.
- Colleen, jesteś jeszcze za młoda i nic nie wiesz o tym człowieku. Za krótko się znacie, przecież mieszkasz w 

Buffalo dopiero...

-   Mieszkam   w   Buffalo   na   tyle   długo,   żeby   wiedzieć,   czy   kocham   Jacka,   czy   nie   -   wyrzuciła   z   siebie  

zdenerwowana  Colleen. - Megan była  o wiele młodsza  niż  ja teraz, kiedy wychodziła  za  mąż  za  Ricky’ego. 
Pamiętam,  jak próbowaliście ich rozdzielić, więc jeśli wy albo Ramseyowie  chcecie zabawiać się w podobny 
spisek, żeby rozdzielić Jacka i mnie...

- Colleen, nie dramatyzuj. Jak moglibyśmy zabawiać się w spisek przeciwko tobie?
- Po prostu dajcie sobie spokój - powiedziała Colleen stanowczo.
W drzwiach pojawił się Jack.
- Śniadanie! - zawołał. - Chodź tutaj, zanim naleśniki zamienią się w kamień. Chyba wyciągnąłem je z kuchenki  

mikrofalowej odrobinę za późno.

- Colleen, czy słyszę męski głos? - zapytała wzburzona Shavonne.
- To... on jest... to dozorca, - szybko odparła Colleen, w duchu składając dzięki Nicoli za podsunięcie pomysłu. - 

Przyszedł sprawdzić, czy rury nie popękały od mrozu. Tutaj w Buffalo rury często pękają.

Jack zaśmiał się. Colleen poczerwieniała i pośpiesznie zakończyła rozmowę.
- Nie stać mnie na taką odwagę, żeby ni stąd, ni zowąd zakomunikować własnej siostrze, że siedzę w sypialni  

mężczyzny, w której zresztą spędziłam noc.- przyznała z zawstydzeniem.

- Rozumiem cię doskonale. Też mam rodzinę, pamiętasz? - Otworzył ramiona, a ona przypadła do niego, wtuliła 

twarz w jego pierś i uścisnęła mocno.

- Tak bardzo cię kocham, Jack.
- Ja ciebie też, kochanie. - Uśmiechnął się, a potem ucałował ją czule.
Kiedy wreszcie znaleźli się w kuchni, musieli wyrzucić stwardniałe naleśniki, a zamiast nich wpakowali do 

kuchenki dwa gotowe zestawy,  składające się z kanapki z pieczonym  serem i kubka zupy pomidorowej. Jack 
oświadczył,   że   jedno   i   drugie   smakuje   doskonale,   a   Colleen   zawyrokowała,   że   to   najlepsze   śniadanie,   jakie  
kiedykolwiek jadła.

Do   końca   weekendu   nie   wysuwali   nosa   z   zasypanego   śniegiem   domu   Jacka   i   cieszyli   się   każdą   chwilą 

cudownego uwięzienia.

Przez cały listopad Colleen miała wrażenie, że śni najwspanialszy sen o miłości. O każdej porze dnia byli razem, 

o każdej porze nocy również. W garderobie Jacka znalazło się trochę miejsca na jej ubrania; w łazience pojawiły  
się jej kosmetyki  i szczoteczka do zębów. W lodówce obok naleśników Jacka leżały teraz także jej ulubione 
ciasteczka i zapiekanki z kurczaka, a gabinet zaczął służyć do pracy dwóm osobom.

Zazwyczaj przez cale dni nie odczuwała potrzeby, aby zaglądać do swojego mieszkania. Czasem wpadała tam 

55

background image

tylko na chwilkę, a i to jedynie po to, żeby zabrać trochę swoich rzeczy i przewieźć je do domu Jacka. Właściwie to 
u niego czuła się jak w domu, szczególnie, odkąd w swoim mieszkaniu bez przerwy natykała się na szczoteczki do 
zębów, kosmetyki, książki i ulubione potrawy Kamala Veli. A raczej w swoim byłym mieszkaniu, które ostatnio 
Nicola dzieliła z Kamalem równie nieoficjalnie, jak Colleen dzieliła dom z Jackiem.

Czasami   Colleen   w   zupełności   zadowalała   się   tym   układem,   a   czasem   marzyła,   by   przekształcił   się   on   w 

całkowicie oficjalny. Owe pragnienia przybrały na sile w tygodniach poprzedzających Święto Dziękczynienia. Cała 
czwórka planowała urządzenie tradycyjnej świątecznej kolacji u Jacka. Dania chcieli przygotować sami, żeby choć 
raz obejść się bez gotowych posiłków podgrzewanych w kuchence mikrofalowej. Colleen dysponowała grubym 
zeszytem   pełnym   przepisów   od   czytelników,   a   oprócz   tego   nie   omieszkała   zasięgnąć   porady   u   nieocenionej 
szefowej działu kulinarnego, Stefanie Doebler.

Niestety,   kiedy   zawiadomiła   rodzinę,   że   spędzi   święta   w   Buffalo   i   nie   przyjedzie   na   tradycyjną   ucztę 

Dziękczynienia   do   rodowej   posiadłości   Ramseyów   w   River   Oaks,   siostry   podniosły   straszny   lament.   Nicola 
spotkała się z nie mniejszą falą protestów ze strony swoich krewnych.

Colleen  i  Nicola  twardo trzymały  się  ustalonych  planów,  lecz  radość  oczekiwania  na  święta  została  mocno 

przytłumiona.

- Za nic w świecie nie chciałabym zrobić przykrości siostrom - zwierzyła się Nicoli w trakcie zestawiania listy 

świątecznych zakupów.

- Nieprawda - wytknęła jej przyjaciółka. - Za nic w świecie nie chciałabyś pojechać do Houston i zostawić Ja cka 

samego na święta.

„Nic nie zmusi mnie do zmiany decyzji” - poprzysięgła Colleen po ostatnim telefonie od sióstr. Ani wieści o pier-

wszej ciąży Tary, ani to, że jej siostrzenice, Carrie Beth i Courtney, grają główne role w przedstawieniu. Ani  
zamierzenia Megan i jej męża Ricka co do wspólnego studiowania prawa, ani nawet zapewnienia Erin i Shavonne, 
że Święto Dziękczynienia bez Colleen to zupełnie nie to samo.

Mimo wszystko, rozmyślała  Colleen, pojedzie na tydzień do Houston w Boże Narodzenie. Obejrzy sztukę z 

udziałem Courtney i Carrie Beth. Dziecko Tary przyjdzie na świat dopiero za osiem miesięcy, a Megan i Rick w 
zeszłym roku planowali studia medyczne. Jak na razie wszyscy zgodnie pracowali w dziale handlowym firmy 
Ramsey i Synowie.

Cierpliwie i grzecznie wyjaśniła siostrom, że klan Bradych-Ramseyów świetnie obejdzie się bez niej podczas 

świąt. Jack i ona pragnęli spędzić je razem, musieli być razem w Święto Dziękczynienia.

- To było najlepsze Dziękczynienie w moim życiu. - Colleen westchnęła radośnie, stojąc wraz z Jackiem w 

drzwiach  i   machając   na   pożegnanie   Nicoli   i  Kamalowi.   -   Kolacja   udała   się   nadzwyczajnie   i  tylko   dwa   razy 
dzwoniłam do Stefanie Doebler po pomoc. 

- Przygotowałaś świetne jedzenie - zgodził się Jack, pochylając się nad nią i całując ją lekko w usta.
Colleen westchnęła raz jeszcze. „Tak właśnie musi wyglądać małżeństwo” - zadumała się. Przyjmowanie przyja-

ciół w domu, potem krótka rozmowa o ich wizycie, później gaszenie świateł i do łóżka. Poszli do sypialni ręka w 
rękę, gawędząc o tym i owym, czując narastające podniecenie, wymieniając spojrzenia, pocałunki i czułe słówka.

Colleen chciałaby, żeby się pobrali albo zaręczyli, albo przynajmniej o tym porozmawiali. Ale żyli z dnia na 

dzień i żadne z nich nie wspominało o małżeństwie. Niekiedy Colleen zastanawiała się, jak poruszyć ten temat na 
tyle delikatnie, by Jack nie posądził jej o naciskanie lub usiłowanie złapania męża. Albo o jedno i drugie naraz. I  
jak ma się przyznać do swej majętności? Przecież nie mogła ni stąd, ni zowąd zapytać: Czy nadal chcesz poślubić  
bogatą kobietę? No to wiesz co? Ja jestem bogata.

Nie, nie może podcinać gałęzi, na której siedzi. Nie ma potrzeby. Kocha Jacka, on kochają i to uważa za rzecz 

najważniejszą. Musi wierzyć, że wszystko ułoży się jak najlepiej. Wie, że tak się stanie, skoro tak mocno go kocha. 
I on kochają.

Spojrzała na niego zakochanymi oczyma, a Jack uniósł ją i położył na łóżku.
- Jesteś taka piękna. Nie potrafię ci się oprzeć - szepnął łagodnie, nadal zadziwiony intensywnością swych uczuć.  

Bez względu na to, ile czasu spędzali ze sobą, ona nigdy nie przestawała go pociągać i oddziaływać  na jego 
zmysły. Bez względu na to, jak często się kochali, wspólne uniesienia stawały się coraz bardziej ekstatyczne i 
dawały im coraz więcej rozkoszy.

- Śpij dalej, moja słodka. Możesz dziś popracować w domu. Ja pojadę do biura, ale tylko na jakieś dwie godzinki. 

- Jack pochylił się i pocałował ją, drzemiącą w wielkim mosiężnym łożu. 

W redakcji urzędowały jedynie nędzne niedobitki dziennikarskiej załogi, jak to w piątek po Święcie Dziękczynie-

nia. W większości reporterzy ukończyli swoje artykuły zawczasu i tym sposobem zyskali dodatkowy wolny dzień.

Jack   siedział   właśnie   za   biurkiem,   zgarbiony   nad   drugą   już   filiżanką   kawy   i   pierwszą   przeróbką   nowego  

felietonu, gdy spostrzegł przed sobą wysokiego siwowłosego mężczyznę w płaszczu wyglądającym  na bardzo 
drogi.

- Jackson Blackledge? - usłyszał.

56

background image

- We własnej osobie. - Popatrzył na nieznajomego.
- Jestem Quentin Ramsey. - Ciemnoszare oczy mężczyzny były zimne i bezwzględne jak stal. Nie wyciągnął ręki 

na powitanie, tylko stał nad Jackiem, przytłaczając go lodowatym spojrzeniem.

Zmieszany i nieprzyjemnie zaskoczony, Jack podniósł się z krzesła.
- Czym mogę panu służyć? - Ledwo powstrzymał się od ukłonu, bowiem Ramsey roztaczał wokół siebie aurę 

władzy i potęgi. Ale Jack zorientował się, że tamten próbuje go zastraszyć, więc postanowił nie ustąpić mu ani na 
krok, nawet najmniejszy.

- Proszę nie udawać, że nie słyszał pan o mnie - warknął Quentin Ramsey. - Proszę oszczędzić nam obu tej  

obrzydliwej farsy. Przejdę do rzeczy. - Sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyciągnął stamtąd wypisany 
czek, który rzucił na biurko Jacka.

Był to czek na okaziciela opiewający na milion dolarów. Jack uśmiechnął się krzywo.
- Jesteśmy w ukrytej kamerze, tak? Filmujecie ludzi, jak robią wielkie oczy i ślinią się na widok fałszywego  

czeku?

- Ten czek nie jest fałszywy. Jest prawdziwy i należy do pana - wycedził Ramsey lodowatym tonem. - Może pan 

iść do banku i zamienić go na gotówkę w każdej chwili.

- Tak, rozumiem. Daje mi pan czek na milion dolarów, a w zamian za to ja... - urwał i czekając na dalszy ciąg,  

zastanawiał się, o co w tym wszystkim chodzi. Wciąż uważając całą sprawę za kiepski dowcip, nie przestawał się  
bezczelnie uśmiechać. - Zapewne wiążą się z tym jakieś konsekwencje.

- Zgadł pan - odparł Ramsey bez ogródek. - Trzymaj się z daleka od Colleen Brady.
Jack otworzył usta ze zdumienia. Dowcip nagle okazał się całkiem niezabawny.
- Ejże - zaczął - co tu jest...
- My, Ramseyowie, znamy cię dobrze, Blackledge. Wiemy, kim jesteś, więc skończ te nędzne gierki - przerwał 

mu ostro Ramsey. - Kiedy Colleen odmówiła przyjazdu do domu na święta, jej siostry, a moje synowe, szalenie się 
zmartwiły; a ja nie chcę, żeby matki moich wnuków były zmartwione. Sam bardzo lubię Colleen, ona należy do 
rodziny. To naiwna, porządna dziewczyna, Blackledge, i nie pozwolę ci jej zdeprawować. Wynająłem prywatnego  
detektywa, żeby cię śledził. Nikomu z nas nie spodobało się to, czego się dowiedział. Wiesz, o co mi chodzi: że 
jesteś pozbawionym  skrupułów kobieciarzem i łowcą posagów. Sam mówiłeś różnym  ludziom wiele razy,  że 
zamierzasz ożenić się z kupą forsy.

Jack chciał zaprotestować, lecz w ostatniej chwili zrezygnował. Rzeczywiście, mówił  to wszystkim,  ale czy 

kiedykolwiek brał pod uwagę ewentualne konsekwencje takiej gadaniny? Niestety nie, należało to przyznać. Teraz 
rozumiał, że były to tylko przechwałki, pusta mowa, podbudowywanie swojej osobowości po ciosie zadanym mu 
ręką   Donny.   Dzisiaj   problemy   psychiczne   miał   już   za   sobą.   Po   raz   pierwszy   zakochał   się   we   wspaniałej 
dziewczynie i...

- Zrobię wszystko, co w mojej mocy - doszedł go cichy, acz nie skrywający pogróżki głos Quentina Ramseya -  

mam po temu wystarczające środki, Blackledge, nie pozwolę, by Colleen Brady padła ofiarą takiego nędznego  
łowcy posagów jak ty.

- Cześć! - zawołała radośnie Colleen. słysząc, że Jack wraca z pracy. Pobiegła ku niemu, gotowa rzucić mu się na  

szyję. I wtedy dostrzegła jego minę.

- Jack, co się stało? - zapytała z przestrachem. Nigdy jeszcze nie widziała go takiego... takiego obcego, nawet w 

pierwszych, burzliwych dniach ich znajomości.

- Nic się nie stało, Colleen - podał jej czek. - Jestem bogatym człowiekiem. Nie muszę nawet bawić się w nużące 

ceremonie ślubne z bezbronnymi córkami milionerów. Sam Quentin Ramsey pofatygował się dziś do mego biura, 
żeby wykupić cię z niewoli Jacka Blackledge’a.

- Quentin Ramsey! - pisnęła Colleen. - Jest w Buffalo? - Serce podeszło jej do gardła, a żołądek wykonał potrójne 

salto w tył.

- Był.  Wpadł tylko na chwilę, korzystając z rodzinnego odrzutowca. - Przyjrzał się jej zmienionej twarzy z 

zimnym szyderczym uśmiechem. - Kiedy, jeśli w ogóle, zamierzałaś mnie poinformować o swoich koligacjach z  
jedną   z   najbogatszych   rodzin   w   tym   kraju?   Zapewne   dopiero   wtedy,   kiedy   odkryłbym   wysokość   twojego 
osobistego konta, co?

- Jack, chciałam ci powiedzieć, ale czekałam na właściwy moment, i...
- Colleen, przebywaliśmy ze sobą dwadzieścia cztery godziny na dobę, od tygodni, od miesięcy! Rozmawialiśmy 

o wszystkim prócz, jak się okazuje, twojego małego oszustwa.

- Nie oszukiwałam cię! - krzyknęła Colleen.
- A jak mam nazwać to, że pracujesz na marnie płatnej posadzie, że mieszkasz z ciężko pracującą, składającą 

grosz do grosza pielęgniarką? A może Nicola też dysponuje tajnym sejfem z walizką banknotów w środku? Że 
łapiesz faceta, który daje się nabrać na twoje piękne oczy? A cały czas masz w ręku tyle forsy, że mogłabyś kilka 
razy kupić mnie i całą gazetę, w której pracuję. Żyjesz sobie ze mną, choć dla ciebie to pewnie jak dobroczynna 
wycieczka do slumsów dla ubogich, ale gdy tylko ci się znudzę, wrócisz na skrzydłach do swojej bogatej rodzinki. 

57

background image

I do swojego bogatego życia, i do bogatego narzeczonego, którego wybierze ci bogaty papa Ramsey.

- Jack, przecież wiesz, że to nieprawda - wyjąkała Colleen łamiącym się z przerażenia głosem. - Nie wiem, co ci  

powiedział Quentin, ale...

- Dał mi czek i kazał trzymać się od ciebie z daleka. Jego prywatny detektyw zdobył niezbite dowody, że jestem 

łowcą posagów. Ma nazwiska ludzi, którzy słyszeli ode mnie, że zamierzam ożenić się dla pieniędzy.

- Przecież oboje wiemy, że nie miałeś pojęcia o... majątku mojej rodziny - powiedziała Colleen z wypiekami na 

twarzy. - Dlaczego po prostu nie podarłeś tego czeku i nie kazałeś Quentinowi pilnować własnego nosa?

- Ostrzegł mnie, żebym nie robił żadnych „teatralnych gestów”, jak to określił, w nadziei na zdobycie większej 

forsy przez małżeństwo z tobą. Ramseyowie mają przyjaciół na wysokich stołkach. Wielki wódz Quentin może w 
każdej chwili wykonać parę telefonów, po których nigdy i nigdzie nie znajdę pracy jako dziennikarz. Zrobi to, jeśli  
nie zostawię cię w spokoju raz na zawsze.

Colleen osunęła się na najbliższe krzesło. Czuła się zbyt wstrząśnięta i zdruzgotana, by móc się rozpłakać.
- Więc postanowiłeś pójść po linii najmniejszego oporu? Wziąć czek, zachować posadę w gazecie i rzucić mnie, 

tak?

- A co mam robić z małą rozpieszczoną panienką, która nie ufa mi na tyle, żeby powiedzieć prawdę o swojej  

rodzinie?

Colleen zamknęła oczy. To wszystko jest zbyt straszne, żeby o tym myśleć, to po prostu jakiś koszmarny sen!
- Nie... nie chcesz mnie już? Wolisz czek Quentina ode mnie?
Jack odwrócił się i wyszedł z pokoju.
Kilka minut później wpadła Nicola, żeby zabrać blaszkę do ciasta i salaterkę, które zostały tu po świątecznej  

kolacji. Na widok przyjaciółki Colleen wybuchnęła płaczem, chwyciła poły jej kurtki i wśród szlochu wyznała, że  
chce wracać z nią do ich mieszkania. 

Spędziła noc w swojej sypialni, usiłując nie zwracać uwagi na raczej bezowocne wysiłki Nicoli i Kłamała, którzy 

w sąsiednim pokoju próbowali kochać się bezszelestnie. Oboje przyjęli ją bardzo ciepło; pocieszali i starali się ją  
rozweselić. Kamal powiedział nawet, że cieszy się z jej powrotu, bo Nicola strasznie za nią tęskniła. Było to 
kłamstwo, choć w dobrej wierze, i Colleen rozpłakała się znowu.

Czyniła wysiłki, żeby okazać nieco radości na wieść o zerwaniu zaręczyn Kamala z azerską narzeczoną i o tym,  

że Nicola opowiedziała o całej sprawie rodzinie, a ta nie wyklęła jej mimo wszystko. Skoro nie jest Turkiem i nie 
brał osobiście udziału w wojnie ormiańsko-azerskiej, to Shakarianowie zgodzą się go zaakceptować.

Radowało ją, że w życiu Nicoli nastąpiły zmiany na lepsze, nawet jeśli jej własne życie właśnie waliło się w 

gruzy. Nigdy nie należała do osób, które w nieszczęściu nie potrafią dojrzeć szczęścia innych.

Za każdym razem, kiedy dzwonił telefon, powtarzała Nicoli to samo: że nie chce rozmawiać z Jackiem i że nie 

życzy sobie od niego więcej telefonów, ale mówiła to na próżno, bo nie zadzwonił ani tamtego wieczoru, ani 
następnego   dnia,   ani   kolejnego.   Telefonowały  za   to   siostry  z   Houston,   lecz   Colleen   z   nimi   także   odmówiła  
rozmowy.

- Wasza interwencja zrujnowała jej życie - usłyszała, jak Nicola dyskutuje zawzięcie najpierw z Shavonne, potem 

z Erin, potem z Tarą, potem z Megan, a w końcu z samym Quentinem Ramseyem. - Jak po tym wszystkim możecie  
się dziwić, że nie chce słyszeć o Ramseyach?

W niedzielne przedpołudnie Colleen wysłała Nicolę z Kamalem po swoje rzeczy do domu Jacka. Dała im klucz  

do drzwi wejściowych, modląc się w duchu, żeby Jack zabronił im dotykać jej rzeczy, żeby natychmiast przyjechał  
i zabrał ją do siebie. Żeby powiedział, że ją kocha i że przeklęty czek Quentina Ramseya,  podarty na tysiąc 
kawałków, wrócił pocztą do właściciela.

Jednak Nicola i Kamal przywieźli walizkę pełną jej ubrań i kosmetyków. Jacka nie było w domu. W stanie 

krańcowej rozpaczy Colleen wstawiła swoje mienie do kąta.

Kiedy zadzwonił telefon i Nicola poinformowała ją, że to Rodd Garrett, w pierwszej chwili nie chciała podejść,  

ale   Nicola   zdołała   namówić   ją   do  tego.   Rodd  był   jak  zwykle   miły,   zabawny  i   łatwo  się   z   nim  rozmawiało. 
Zapraszał ją na wieczór do Baru Harry’ego, gdzie miał się spotkać z kilkorgiem przyjaciół.

Instynktownie Colleen prawie odmówiła. Nagle stanęła jej przed oczami naga prawda o okrutnej rzeczywistości. 

Została porzucona, a Jacka nie było w domu. Czy spędzał urocze chwile z inną kobietą, tak jak i wczoraj w nocy? 
Serce ścisnęło się jej z rozpaczy. Kamal i Nicola wybierali się wieczorem do teatru.

Czy naprawdę chce zostać sama w domu, próbując oglądać telewizję i kontemplując pustkę swego życia?
Przyjęła zaproszenie Rodda Garretta.

11

Pożałowała swojej decyzji, już kiedy wsiadała do samochodu Rodda. Garrett sprawiał wrażenie zamkniętego w 

sobie, posępnego i niechętnego do rozmowy. Wsunął kasetę do kieszeni magnetofonu i nastawił go tak głośno, że  
jakakolwiek konwersacja! tak nie byłaby możliwa. Muzyka wypełniła nieuniknioną wskutek jego milczenia ciszę.

Bar Harry’ego pękał w szwach od ożywionego, hałaśliwego tłumu ludzi, którzy wszyscy najwyraźniej dobrze 

znali Rodda. Oprócz kolegów z drużyny, którzy przyszli z żonami lub dziewczynami, przy stolikach zasiedli także 
niezliczeni   wielbiciele   talentu   piłkarskiego   Rodda   Garretta.   Colleen   niezbyt   skutecznie   próbowała   zwalczyć 

58

background image

kolejne fale żalu, kiedy ogarniały ją wspomnienia godzin spędzonych  tu w towarzystwie  Jacka. Pierwszy raz 
kochali się właśnie po kłótni w Barze Harry’ego. Po kłótni o Rodda. Zauważyła w tym jakąś symetrię, pokrętną  
logikę zdarzeń, prowadzącą do tej nieszczęsnej, łamiącej serce randki z Garrettem.

Nieprzerwana defilada ludzi przysiadała się do stołu Rodda. Powtarzali te same dowcipy, śmiali się i częstowali 

kopiastymi talerzami kurzych skrzydełek, które Rodd co chwila zamawiał. Nikt nie zdradzał ochoty, żeby zamówić 
normalną, pełną kolację. Wciąż tylko półmiski kurzych skrzydełek i tacka za tacką frytek.

I piwo. Morze piwa.
Colleen szybko przestała liczyć podchodzących do stolika piłkarzy i szklanki napełniane piwem, w mgnieniu oka 

osuszane i napełniane ponownie. Próbowała dostosować się do panującej wokół atmosfery. Wymieniała żartobliwe 
uwagi z przyjaciółmi Rodda; śmiała się z ich dowcipów, które stawały się coraz głupsze z godziny na godzinę. Nie 
lubiła   piwa   i   zamiast   niego   niezmiennie   prosiła   o   kolejne   kubki   dietetycznej   coca-coli,   co   najwyraźniej   nie 
przypadło do gustu Roddowi. Kiedy zrozumiał, że nie złamie oporu Colleen i nie namówi jej na zmianę napoju,  
przestał na nią zwracać uwagę i zajął się wyłącznie głośną dyskusją z kolegami. Po trzech godzinach, które dla niej  
ciągnęły się jak trzy tygodnie, Colleen uznała, że już najwyższy czas na powrót do domu. Piwo działało na Rodda 
w dziwny sposób: nie tylko go upijało, ale także zdawało się zmieniać całą jego osobowość. Pod wpływem trunku 
Rodd stał się arogancki, zgryźliwy i skory do awanturowania się; tak inny od tego miłego, uprzejmego Rodda, 
którego znała. Postanowiła zadzwonić do Nicoli i poprosić, by zabrała ją z tego okropnego miejsca. Miała nadzieję,  
że Nicola i Kamal wrócili już z teatru, choć w zasadzie było to mało prawdopodobne. Ale kiedy wstała od stołu,  
usłyszała ryk Garretta.

- Gdzie ty się, do ciężkiej cholery, wybierasz?!
- Zadzwonić - odpowiedziała. Poczuła ucisk w żołądku i zdała sobie sprawę, że boi się Rodda Garretta. Im 

szybciej stąd wyjdzie, tym lepiej.

Rodd wyciągnął przez stół swoją wielką łapę i pchnął Colleen z powrotem na krzesło.
- Siadaj, Belinda. Nigdzie nie pójdziesz. - Zaśmiał się chrapliwie, jednym haustem opróżnił szklankę z piwem i  

natychmiast krzyknął na zabieganą kelnerkę, żeby przyniosła następną porcję.

- Hej, Rodd, to nie Belinda - poinformował go jeden z kompanów. - To jest, yyy, jak ci na imię, mała?
- Colleen - wymamrotała. Jej serce biło jak oszalałe; teraz naprawdę była przerażona. Rodd Garrett umięśnieniem 

przypominał tura, a na samą myśl o sile, z jaką popchnął ją przed chwilą, zatrzęsła się ze strachu.

- Kto to jest Belinda? - odważyła się zapytać.
- To dziwka! - wrzasnął Rodd, po czym nastąpił straszliwie długi stek przekleństw.
- Belinda chodziła z Roddem przez parę lat - wyjaśniła Tina, przyjaciółka jednego z obrońców liniowych o postu -

rze mamuta. - Przez jakiś czas wyglądało to poważnie, ale parę miesięcy temu zerwała z nim. - Tina zniżyła głos 
do ledwie słyszalnego szeptu. - Powiedziała, że ma dosyć ciągłego imprezowania. Rodd przeżył to ciężko, chociaż 
nie przyznaje się do tego. A propos, jesteś trochę podobna do Belindy.

„Imprezowanie musiało oznaczać picie, i, to w potwornych ilościach” - pomyślała Colleen. Współczuła nieznajo-

mej Belindzie. Jednocześnie wzmianka o jej podobieństwie do byłej dziewczyny Rodda sprawiła, że poczuła się  
nieswojo. W tym świetle zachowanie Garretta nabrało cech zdecydowanie demonicznych. Colleen odsunęła się 
wraz z krzesłem od stołu i błyskawicznie wstała, uskakując poza zasięg ręki Rodda.

- Muszę już iść - sapnęła nerwowo.
- Dobra, dobra. - Rodd wstał również. - Podwiozę cię.
Colleen otworzyła szeroko oczy ze strachu.
- On nie może prowadzić w takim stanie. - Spojrzała błagalnie na Tinę, jedną z niewielu trzeźwych osób w tym  

towarzystwie.

Tina kiwnęła głową ze zrozumieniem.
- Lepiej zabierz mu kluczyki i sama poprowadź.
Colleen skrzywiła się. Raczej inne rozwiązanie miała na myśli.
- Przecież on nie da mi kluczyków - odparła z niepokojem.
- Trane, zabierz Roddowi kluczyki i daj je Colleen. Ona odwiezie go do domu - zwróciła się Tina do swego  

narzeczonego.

Trane swym umięśnieniem przewyższał nawet Rodda, który najwyraźniej nie był aż tak pijany, żeby ryzykować  

szamotaninę z atletą rozmiarów sporej kamienicy. Oddał mu kluczyki, a ten przekazał je Colleen.

Colleen zagryzła wargi.
- Nie wiem, gdzie on mieszka. - Zerknęła na Rodda, który przed sekundą zmiażdżył puszkę po piwie na własnym 

czole, a teraz pohukiwał z zadowolenia.

Pamiętała go z kolacji przy Niagarze. Wtedy, w obecności krewnych Jacka i małych gości swojego siostrzeńca, 

zachowywał się tak uprzejmie i grzecznie. A jak ujmująco rozmawiał z nią parę razy przez telefon! Nigdy nie 
przypuszczała, że może zamienić się w hałaśliwego, zapijaczonego prostaka.

- On raczej nie będzie w stanie pokazać mi drogi - dodała posępnie.
- Ja wiem, gdzie on mieszka.- Tina westchnęła.- Pojadę przodem samochodem Trane’a, a ty jedź za mną. Trane, 

59

background image

daj mi kluczyki, kotku, muszę wziąć twój wóz. Zostań tu i poczekaj na mnie.

Trane posłusznie wypełnił jej polecenie.
- Chodź, Rodd. Colleen zawiezie cię do domu - zarządziła Tina głosem nie uznającym sprzeciwu.
Ku uldze Colleen, Rodd nie zaprotestował. Bez oporów wyszedł z baru i wtoczył się na tylne siedzenie swojego 

ferrari. Colleen wylewnie podziękowała Tinie i postarała się nie myśleć, co by się stało, gdyby nie pomoc tej 
dziewczyny.

Na całe szczęście Colleen zdarzyło się parę razy w życiu prowadzić sportowe samochody szwagrów, inaczej za  

kierownicą   superszybkiego   ferrari   straciłaby   głowę.   Jechała   z   prędkością   niższą   od   dozwolonej,   na   co   Rodd 
zareagował   niewybrednymi   uwagami   na   temat   jej   tchórzostwa,   lecz   po  chwili   zapadł   w   niespokojną,   pijacką 
drzemkę.

Wreszcie  Tina  zwolniła  przed  piętrowym  domem  z  czerwonej  cegły.   Znajdowali  się  w  spokojnej  dzielnicy, 

zamieszkanej przez zamożnych, mogących sobie pozwolić na utrzymanie dużych posiadłości, ludzi.

- To tu! - krzyknęła Tina, wysuwając głowę przez okno auta. Zanim Colleen zdążyła opuścić szybę, wychylić się 

i poprosić o podwiezienie do domu, Tina zapuściła silnik i zniknęła za rogiem.

Colleen obejrzała się na rozwalonego wzdłuż siedzenia, głośno chrapiącego Garretta. I co teraz? Narastający w  

ciągu   ostatniej   godziny  niepokój   zastąpiła   irytacja.   Co  za   okropny  wieczór!   Idealne   zakończenie   najgorszego 
weekendu w jej życiu. Przyszłość także nie zapowiadała się różowo. Czekała ją pustka i samotność bez Jacka.  
Miała wrażenie, że jej życie stacza się po prowadzącej wprost na dno rozpaczy spirali, a podziękowania za to 
należały się Quentinowi Ramseyowi i jego wojowniczemu, wścibskiemu klanowi.

Wzdychając raz po raz, Colleen wprowadziła samochód na podjazd do garażu, ale wokół kierownicy nie znalazła  

pilota   do   automatycznego   otwierania   drzwi.   Najwyraźniej   Rodd   zapomniał   o   zainstalowaniu   takiego   zamka,  
podobnie jak Jack.

Tak niewinne z pozoru wspomnienie wycisnęło jej z oczu łzy żalu. Z trudem opanowała spazm szlochu. Niech 

Rodd zostanie w samochodzie i prześpi się trochę, zdecydowała i skoncentrowała się na walce z cisnącymi się do 
oczu   łzami.   Nie   miała   już   siły   płakać.   Powieki   jej   spuchły,   a   gardło   bolało   od   ciągłych   wybuchów   płaczu. 
Zdecydowanie za dużo płakała, odkąd Jack wyrzucił ją ze swojego życia. Z trzęsącym się podbródkiem, Colleen 
ruszyła w stronę domu, skąd miała nadzieję zadzwonić do Nicoli i poprosić o zabranie z tego miejsca.

Wśród kluczy Rodda znalazł się jeden pasujący do zamka drzwi wejściowych. Weszła do środka. Wewnątrz 

panowały totalne ciemności. Przez kilka chwil, zanim wzrok przystosował się do mroku, poruszała się po omacku. 
Potem szybko nacisnęła pierwszy włącznik światła, na jaki udało jej się trafić.

Dziwnie się czuła, sama w domu Rodda, w miejscu zupełnie jej obcym. Szła od pokoju do pokoju, szukając 

aparatu telefonicznego, i narastało w niej surrealistyczne wrażenie, że zachowuje się jak włamywacz w filmach 
kryminalnych.  W końcu odnalazła telefon w ogromnej, czarno-czerwono-białej sypialni na piętrze. Na środku 
pokoju królował gigantyczny materac wodny umieszczony na podwyższeniu, nad którym wisiał przymocowany do 
sufitu trapez.

Colleen wpatrzyła się w ten ostatni przedmiot. Nawet nie chciała się zastanawiać, do czego mógł być używany!  

Najchętniej uciekłaby stąd natychmiast, ale musiała skorzystać z telefonu. Chwyciła słuchawkę i drżącą dłonią 
wykręciła numer swego mieszkania. Jeżeli Kamal i Nicola nie wstąpili nigdzie w drodze powrotnej z teatru...

Czekała przez dziesięć, jedenaście, dwanaście sygnałów. W końcu poddała się. Kamal i Nicola albo utknęli w 

jakiejś kawiarni, albo z pewnych powodów nie podnoszą słuchawki. Niepokój powrócił z dawną siłą. Zadzwoniła 
do informacji po numer radio-taxi. Podano jej numery dwóch firm, ale telefony do obu przyniosły taki sam rezultat: 
na taksówkę trzeba czekać co najmniej dziewięćdziesiąt minut.

Odwiesiwszy słuchawkę, Colleen uświadomiła sobie, że nie zna adresu Rodda. Jadąc tu nie zwracała uwagi na  

tabliczki z nazwami ulic, tylko koncentrowała się na prowadzeniu niebezpiecznego sportowego ferrari.

Zdruzgotana osunęła się na materac wodny i nagle musiała chwycić się jego krawędzi, bowiem zachybotał i 

zapadł się pod jej ciężarem. Wszystko wskazywało na to, że zostało już tylko jedno wyjście. Zadzwonić do Jacka.  
Koniecznie trzeba się stąd wydostać, a jedynie Jack na pewno zna adres Garretta. Czy pozostał jej jakiś wybór?  
Próbowała przekonać samą siebie, że nie szuka po prostu pretekstu, by się z nim zobaczyć. Mimo wszystko miała  
swoją dumę i nie zamierzała rzucać się na szyję mężczyźnie, który ją odtrącił. Teraz jednak potrzebuje pomocy, a 
nie należy łączyć prośby o pomoc z jakimikolwiek sprawami osobistymi. Palce się jej trzęsły, lecz jakoś wykręciła 
numer Jacka.

Odebrał telefon po trzecim sygnale.
- Tak? - usłyszała.
Jego głos nigdy dotąd tak jej nie ucieszył jak w tej chwili. Cała miłość, którą do niego czuła, zapłonęła jak 

pochodnia i roznieciła w jej sercu iskierkę nadziei.

- Jack, tu Colleen - rzuciła bez tchu.
- Nie musisz się przedstawiać - wycedził. - Jeszcze nie zapomniałem twojego głosu tak zupełnie.
Czy oczekiwał chłodnej, gładkiej repliki? Jeśli tak, to Colleen go rozczaruje.
- Jack, mam... mam kłopoty i muszę cię o coś prosić - wyjąkała nerwowo. - Utknęłam... gdzieś i potrzebuję pod-

60

background image

wiezienia.

Natychmiast zareagował na wyraźnie obecne w jej głosie podenerwowanie.
- Gdzie jesteś, Colleen?
Wessała powietrze w płuca.
- W domu Rodda Garretta. Nie znam adresu.
Zapadło długie, pełne napięcia milczenie.
- Niech Rodd cię odwiezie - odrzekł wreszcie. - Nie prowadzę firmy przewozowej dla jego panienek - dodał 

zjadliwie.

- Jack, błagam, nie odkładaj słuchawki! - Głos jej się załamał. - Boję się. On zasnął w samochodzie i...
- Belinda! - To imię odbiło się echem po całej willi. Na dole trzasnęły drzwi, potem rozległ się odgłos upadku, a  

po nim wiązanka najgorszych przekleństw.

Colleen zmartwiała.
- To on! Jest w środku.
- Gdzie się chowasz, dziwko? - darł się Rodd na całe gardło. Nawet Jack słyszał jego wrzaski przez telefon.
- Colleen, co się dzieje? - zapytał stanowczo Jack.
- Upił się i wszystko mu się pomieszało - szeptała przerażona Colleen. - Boję się, Jack. Proszę, przyjedź po mnie. 
Jack zaklął pod nosem, a później powiedział:
- Wyjeżdżam natychmiast, Colleen. Trzymaj się od niego z daleka. Zamknij się gdzieś.
Colleen ledwie zdążyła odłożyć słuchawkę i pobiec do łazienki, gdy Rodd, zataczając się, wpadł do sypialni.
- Cho tu! - ryknął niewyraźnie, zamroczony alkoholem. - Zatrzasnęła drzwi łazienki i przekręciła klucz w zamku.
Rodd rzucił się za nią i zaczął bębnić pięściami w drzwi.
- Otwieraj, Belinda. Otwieraj, bo pożałujesz!
- Tu nie ma Belindy. Jestem Colleen - pisnęła ze środka. - Byliśmy dzisiaj razem w Barze Harry’ego.
- Wyłaź, dziwko! W tej chwili! - Walenie przybrało na sile, a drzwi zatrzęsły się w futrynie.
Rzuca się jak nacierający baran - pomyślała ledwo żywa  ze strachu Colleen. Czy drewniane drzwi, do tego  

niezbyt grube, wytrzymają uderzenia tak silnego taranu jak Rodd Garrett?

- Zaraz wyłamię te cholerne drzwi - usłyszała wykrzyczane rozwścieczonym głosem ostrzeżenie. Rozległ się ra-

niący uszy trzask, drzwi wygięły się do środka, ale na szczęście utrzymały się w futrynie.

Nie na długo, Colleen wiedziała o tym doskonale. Wskoczyła do wanny, a właściwie do ogromnego basenu z 

kafelków i marmuru, który znajdował się w drugim końcu łazienki, z dala od kruszących się drzwi. Nigdy w życiu 
nie była tak przerażona. Trzęsła się jak osika, i z trudnością łapała powietrze. Za każdym wdechem czuła wbijające 
się w płuca ostre noże.

Nie minęła nawet minuta, kiedy drzwi dosłownie wleciały na środek łazienki, a za nimi poszybował w powietrzu 

Rodd. Siła, z jaką wkopał drzwi do łazienki, rzuciła go na przeciwległą ścianę, co dało Colleen kilka cennych  
sekund na próbę ucieczki. Zdołała przebiec parę metrów, kiedy złapał ją po długim, futbolowym skoku. Colleen 
całym ciężarem upadła na podłogę, a w ułamek sekundy później obok niej zwalił się z głuchym tąpnięciem Rodd.

- Aha, lubisz ostre numerki, mała. - Zarechotał i wycisnął na jej szyi jeden, a potem kolejne mokre, cuchnące pi-

wem pocałunki. Gwałtowność upadku ogłuszyła ją i przez parę sekund Colleen leżała nieruchomo, wpatrując się w  
sufit szklanym wzrokiem. Łazienka zdawała się wirować jak oszalała, przyprawiająca o mdłości karuzela, ale już w  
następnej chwili przypływ adrenaliny dodał tyle sił dziewczynie, że zaczęła kopać i walić pięściami napastnika. 
Wykręcała głowę w prawo i w lewo, żeby uniknąć dotyku zaślinionych warg.

Rodd   roześmiał   się   chrapliwie.   Najwyraźniej   podniecony   jej   oporem,   bez   trudu   parował   uderzenia   małych  

piąstek, przygwoździwszy ją do podłogi udami grubości pnia drzewa i stalowymi mięśniami ramion.

Do jej nozdrzy wtargnął odór potu pomieszany ze smrodem piwa, co o mały włos przyprawiłoby ją o wymioty. 

Kiedy nachylił się nad nią z otwartymi szeroko ustami, oszalała ze strachu i bólu Colleen z całej siły ukąsiła go w  
język.

Rodd zaskowyczał wściekłym, oburzonym wyciem, stoczył się ze swej ofiary i usiadł.
- Ugryzłaś mnie! - ryknął. Jego oczy wyglądały jak wąskie szparki w czerwonej, wykrzywionej furią twarzy. We-

tknął palec w głąb ust i wrzasnął na widok krwi.

- Ja krwawię - kwiknął i trzepnął ją na odlew w twarz.
Na kilka sekund oślepiły ją snopy białych iskier bólu, ale skorzystała z chwilowej wolności i chwiejnie wstała na 

nogi. Rodd ociężale potoczył się za nią, lecz alkohol spowolnił jego i tak nie skoordynowane ruchy, podczas gdy 
ona umykała z rączością gazeli.

Wybiegła  przez  frontowe drzwi,  słysząc  za sobą przekleństwa  i tupot  ciężkich stóp prześladowcy.  Niestety, 

świeże powietrze otrzeźwiło go nieco, bo rzucił się w pogoń zwinnie i z rosnącą szybkością.

Płucami dziewczyny wstrząsnął suchy spazm dzikiej trwogi. Nie miała żadnych szans, żeby mu umknąć. Równie 

dobrze można by próbować uciec przed rozpędzonym spychaczem; jedynym wyjściem z takiej opresji jest skok w 
lewo bądź na prawo, byle z drogi przejazdu maszyny. Szarpnęła drzwiczki samochodu Rodda i zanurkowała do  
środka, po czym dokładnie zamknęła wszystkie drzwi. Ułamek sekundy później mięsiste łapsko Rodda zacisnęło 

61

background image

się na klamce.

Targnął klamką tak mocno, jakby chciał wyrwać całe drzwi. Wóz zakołysał się w przód i w tył, ale zawiasy i za -

mek ani drgnęły. Colleen podziękowała w duchu ludziom, którzy zaprojektowali i wyprodukowali ten samochód.

- On jest mój! - wrzeszczał Rodd, waląc pięściami o dach swojego ferrari. - Mój samochód!
Przypomina teraz rozwydrzonego dzieciaka podczas napadu złości - przemknęło przez myśl Colleen. Skuliła się 

na siedzeniu jak bezbronny ptak w klatce.

- Sprowadzę policję! - pieklił się dalej Garrett. - Będziesz musiała mnie przejechać, żeby ukraść moje ferrari.
Kusząca idea - pomyślała Colleen, ale niestety nie miała kluczyków. Ogarnęła ją nowa fala paniki. Gdzie są 

kluczyki? Pamiętała, że użyła ich do otwarcia frontowych drzwi. Czy zostały w zamku? Zrobiło się jej zimno, a  
potem gorąco od palącego strachu. Jeżeli Rodd odkryje je w drzwiach, to dostanie się do samochodu...

Po raz pierwszy tego wieczora ucieszyła się, że umysł Garretta został dokładnie zmącony alkoholem. Napastnik 

dysponował siłą oszalałego słonia, ale nie był  zdolny logicznie myśleć.  Jego przesiąknięty trucizną mózg nie 
pojmował, dlaczego nie odjechała; nie wykoncypował, że należy poszukać kluczyków. Łomotał pięściami w dach 
samochodu, biegał wokół niego i szarpał za klamki, a siedząca wewnątrz Colleen umierała z przerażenia.

Czas stanął. Nie miała pojęcia, jak długo kuliła się na siedzeniu, zanim usłyszała przenikliwy dźwięk, klaksonu i  

zobaczyła  światła  wozu  zatrzymującego  się   obok ferrari.  Zerknęła   w lusterko i   ujrzała  Jacka,   który wysiadał 
właśnie z czarnego pontiaca. Zamknęła oczy, spod opuchniętych powiek popłynęły łzy niewymownej ulgi.

- Rodd, co jest grane?- zawołał Jack z udawaną nonszalancją.
- Jack! Musisz mi pomóc, psiakrew - zawył Rodd. - Ona próbuje ukraść moje ferrari. - Posypała się kolejny raz  

wiązanka niewybrednych przekleństw. Tym razem Rodd kopnął także oponę.

Jack zajrzał do środka i zobaczył płaczącą, skuloną na siedzeniu kierowcy Colleen. Zacisnął wargi w jedną, siną  

kreskę.

- Rodd, uspokój się - powiedział łagodnie. - Nie weźmie auta, nie dam jej zabrać auta. Teraz wrócimy do domu i 

ustalimy jakiś plan działania - dodał tonem konspiratora.

Colleen patrzyła, jak obaj znikają we wnętrzu willi. Kiedy tylko zatrzasnęły się za nimi drzwi, wyskoczyła z 

ferrari i natychmiast zamknęła się w samochodzie Jacka. W tej samej chwili przyszła jej do głowy straszna myśl: a 
jeśli Jack znalazł się w niebezpieczeństwie? Kto mógł zaręczyć, że nieobliczalny Rodd Garrett nie wpadnie nagle 
w szał? Spróbowała uporządkować rozbiegane myśli i wykoncypować sensowny plan ratunku.

Jednak Jack zaledwie po kilku minutach pojawił się cały i zdrowy i pomaszerował do samochodu.  Colleen 

odblokowała drzwi i wpuściła go do środka.

- Och, Jack - jęknęła. Jego bliskość wywołała kolejną fontannę łez. - To było takie potworne! Nigdy w życiu tak  

się nie bałam.

Jack spojrzał na nią z góry. Światełko u sufitu uwypukliło zaczerwienioną opuchliznę na jej policzku. Włosy  

opadały w bezładnych, potarganych splotach, a bluzka wisiała w strzępach. Chwycił Colleen za ramiona.

- Colleen, czy on...
- Próbował to zrobić - chlipnęła, nieporadnie ścierając płynące strumieniami łzy. - Uderzył mnie... on... on zacho-

wywał się tak, jakby zwariował. Nawet nie wiedział, kim jestem. Myślał, że goni swoją dziewczynę, Belindę.

Jack dotknął jej spuchniętego policzka. Będzie z tego siniak; już na mlecznobiałej cerze pojawiły się niewyraźne, 

fioletowe pręgi.

- Taki silny facet jak Garrett mógł ci złamać kość policzkową... - urwał. Lista rzeczy, które pijany, lecz nadal pie-

kielnie mocarny Rodd mógł zrobić Colleen, nie miała końca.

Przeszyła go straszliwa, paląca jak rozżarzony do białości pręt, żądza zemsty.
- Łajdak! Powinienem był  wbić mu  wszystkie zęby do gardła. - Otworzył  drzwi kopniakiem.  - Zabiję tego  

bandytę.

- Nie! Nie! - Colleen wychyliła się i chwyciła go za ramię. - Nie chcę bijatyki. Proszę cię, zabierz mnie stąd 

zaraz. Do domu... - Szlochała tak gwałtownie, że ledwie widziała przez zatopione we łzach źrenice, ale kurczowo 
ścisnęła jego rękę i nie pozwoliła mu odejść.

Jack z ponurą miną zatrzasnął drzwi i wyjechał na ulicę. W tym momencie Colleen spostrzegła wybiegającego z  

domu Garretta. Zbladła jak śmierć.

- A jeśli pojedzie za nami? - wykrztusiła.
- Nie pojedzie - uspokoił ją Jack. - Mam jego kluczyki. - Klepnął się po kieszeni kurtki. - Dyndały sobie w zamku 

drzwi frontowych. Nie chciałem, żeby wsiadł do wozu i zabił kogoś po pijanemu.

Odjechali, zostawiając z tyłu wrzeszczącego wniebogłosy Rodda Garretta.
Colleen   zamknęła   oczy   i   spróbowała   się   uspokoić.   Jest   teraz   bezpieczna,   powtarzała   sobie   raz   za   razem. 

Wstrząsnęły nią dreszcze, czuła lodowate zimno w sobie i wokół siebie. Nawet zęby dzwoniły jej bez przerwy.

- Nie... nie mogę powstrzymać dreszczy. Strasznie mi zimno. - Nie mogła także powstrzymać łez.
- To tylko reakcja nerwowa. Jesteś w szoku. - Podkręcił ogrzewanie i podmuch gorącego powietrza owionął jej 

twarz. Jack ściskał kierownicę tak mocno, że kostki dłoni stały się białe jak naga kość.

- Colleen, na pewno nic ci nie jest?- zapytał niskim, nerwowym głosem. - Zawiozę cię do szpitala i...

62

background image

- Nie! Nie ma potrzeby. Poza stłuczeniem policzka nic mi nie zrobił. - Zdusiła kolejny spazm płaczu.
- Podarł ci bluzkę - powiedział Jack z napięciem.
Colleen spojrzała w dół i po raz pierwszy zauważyła rozdarcie.
- Ale nie... nie zrobił... - to słowo nie przeszłoby jej przez gardło.
- Nie zgwałcił cię, ale napadł i pobił. - Ton Jacka dorównywał bezwzględnością oskarżeniu. - Masz siniaka, 

możemy to udowodnić i zaskarżą go, Colleen. Moglibyśmy od razu pojechać na policję.

- Nie! Och, nie! - Zawładnęła nią mieszanina szoku, strachu i rozpaczy. Przez chwilę z trudem łapała powietrze 

jak ryba wyrzucona na brzeg morski. - Chcę jechać do domu i zapomnieć o tym wszystkim. Proszę, cię, Jack!

- Nie pozwolę, żeby draniowi uszło na sucho. To, co ci zrobił i co... próbował zrobić. - Podniósł głos prawie do  

krzyku, kiedy wyobraził sobie Colleen w łapskach Garretta. - Muszę go ukarać, nawet więcej niż ukarać. Do  
diabła, zrujnuję bydlaka.

- Nie, Jack, proszę! Nie zniosę więcej pogróżek i złości.
- Za każdym razem, kiedy pomyślę, że cię gonił, że cię uderzył... rozerwał ci ubranie... - Jack przełknął ślinę.  

Czuł   się   tak,   jakby  w   gardle   utkwił   mu   kawał   lodu   o   ostrych   krawędziach.   -   Nie   mogę   ścierpieć   myśli,   że 
ktokolwiek podniósł na ciebie rękę. Dostaję szału na samo wspomnienie.

- Zachowywał się zupełnie inaczej niż Rodd, którego znałam przedtem - szepnęła. - To dziwne... jakby alkohol  

odsłonił jego drugą osobowość. Od samego początku, od kiedy zabrał mnie z domu - był inny niż zawsze. Pewnie 
zaczął pić jeszcze wcześniej, tylko że ja nie miałam o tym pojęcia.

- Alkohol wpływa zabójczo na niektórych, ale nie wiedziałem, że na Garretta też - powiedział Jack. - Po co, u 

diabła, wyszłaś z nim dzisiaj?

- Bo ty mnie nie chcesz - wybuchnęła Colleen. - Nicola i Kamal poszli do teatru, a ja czułam się taka samotna...  

Dlatego z nim wyszłam. Tak mi przykro, Jack. - Starła kapiące po policzkach łzy.

Wydawało się jej, że dosłownie po kilku minutach wjechali na podjazd do garażu Jacka.
- Jesteśmy w domu - oznajmił, a Colleen rozejrzała się wokół z nieśmiałą nadzieją, z na nowo rodzącą się wiarą. 

W domu. W jego domu, w ich domu.

- Wysłałam Nicolę i Kamala po moje rzeczy - rzekła cicho. - Nie było cię, kiedy zabierali walizki.
- Pojechałem do apteki po proszki od bólu głowy.  Łeb mi  pękał, odkąd uciekłaś stąd w piątek wieczorem. 

Wróciłem   i   zauważyłem,   że   twoje   rzeczy   zniknęły,   ale   na   wypadek   gdybym   tego   nie   zarejestrował,   Nicola 
zostawiła mi jadowity liścik. - Jack wysiadł z samochodu i władczym gestem pochwycił Colleen w ramiona.

Nie opierała się. Przerażenie przeistoczyło się w dziką zapamiętałą ekscytację, która ożywiła jej wymęczone 

ciało. Po chwili cała płonęła podnieceniem.

Jack zaniósł ją prosto do sypialni i ułożył na łóżku.
- Jesteśmy znowu razem? - zapytała, a jej serce biło trzy, cztery razy szybciej niż normalnie.
Nie odpowiedział. Zamiast tego zmierzył ją wzrokiem i wyszedł z pokoju. Wrócił prawie natychmiast, z kopertą 

w dłoni. W środku znajdowały się skrawki papieru.

- To czek, prawda? - odgadła w tej samej chwili, w której padła twierdząca odpowiedź. - Nie boisz się groźby 

Quentina?

- Do diabła z nim i jego pogróżkami. Nie zdoła wyrzucić mnie z pracy. Wystarczy, że opiszę go w gazecie, a  

każdy  prawnik  w   tym   kraju  zniszczy  go   bez   mrugnięcia   powieką.   Ani   przez   sekundę   nie   zamierzałem   ulec, 
Colleen. - Pochyliła głowę. - Przyniosłem ten czek do domu i pokazałem ci go, bo byłem na ciebie wściekły.  
Wpadłem w furię, bo nie powiedziałaś mi prawdy o sobie...

-   Byłeś   urażony  i   rozgoryczony   -   poprawiła   go   Colleen.   Choć   w   kącikach  oczu   drgały  krople   łez,   to  usta  

rozchyliły   się   w   słabiutkim,   niemal   niedostrzegalnym   uśmiechu.   Podniosła   się   nieco   i   powoli   podpełzła   do 
krawędzi łóżka, bliżej Jacka.

- Nie, nie, byłem wściekły - ciągnął z ponurą miną. - Chciałem cię ukarać. - Otworzył szeroko ramiona i zamknął  

ją w nich, kiedy przysunęła się jeszcze bliżej. - Wiesz, jak łatwo tracę panowanie nad sobą - dodał ze skruchą i  
musnął wargami czubek jej głowy. - Kochanie, wcale nie myślałem, że mnie opuścisz albo że mogłabyś sądzić, że  
tego chcę. Nigdy przedtem nie bałaś się moich napadów gniewu, zawsze walczyłaś jak równy z równym. Między 
innymi dlatego tak dobrze do siebie pasujemy. Jesteś dość silna, żeby poradzić sobie ze mną, kiedy tracę rozsądek. 
A odkąd się znamy, to zdarza się coraz rzadziej. Jesteś dla mnie taka dobra, Colleen. Razem jesteśmy dobrzy, w 
każdym sensie tego słowa.

- Wiem - szepnęła i przytuliła się do niego. Wciąż płacząc, podziękowała niebiosom za to cudowne pojednanie. - 

Nigdy nie przerażały mnie twoje humory, ale wtedy wyglądało to poważniej niż zwykła kłótnia. Sądziłam, że masz 
prawo mnie nienawidzić. Oszukałam cię, nie mogę zaprzeczyć. Powinnam była opowiedzieć ci o Ramseyach i 
swoich finansach już dawno temu. Chciałam to zrobić, ale...

- Nie ułatwiałem ci tego szczeniackimi  przechwałkami, że szukam bogatej żony.  - Jack westchnął ciężko. -  

Przepraszam cię, Colleen. Prawda jest taka, że byłem wściekły jak diabli, ale nie zamierzałem z tobą zrywać. 
Myślałem, że pokłócimy się strasznie, potem upokorzę cię troszeczkę...

- A może bardziej niż troszeczkę? - wtrąciła Colleen z drżącym uśmiechem.

63

background image

- Tylko że ty poczułaś się upokorzona, zanim zdążyłaś rozgniewać się na mnie - wyjaśniał dalej Jack. - Potem za -

miast pogonić mnie do sypialni, jak planowałem, odjechałaś z Nicola. Postanowiłem, że nie dam się złamać i przez 
cały weekend czekałem, aż zadzwonisz i poprosisz o zabranie z powrotem do domu, ale ten cholerny telefon ani  
myślał dzwonić.

- To śmieszne - rzekła cicho Colleen. - Ja czekałam na telefon od ciebie, ale dzwonił tylko Quentin, potem moje  

siostry, a w końcu Rodd Garrett. - Dojrzała cień na twarzy Jacka, więc postanowiła nie poruszać więcej tematu 
Rodda. - Odmówiłam rozmowy z Ramseyem i siostrami, ale za to wysłuchali długiego wykładu Nicoli o wtykaniu  
nosa w cudze sprawy. Nadal się dręczę, że tak bezceremonialnie weszli pomiędzy nas.

Pochylił się i drżącymi wargami pocałował ją delikatnie i czule. - Nie wiń ich za to, że próbowali cię chronić,  

kochanie. Ja na ich miejscu postąpiłbym tak samo. Rozumiem, że Quentin Ramsey chce dla ciebie jak najlepiej. 
Teraz tylko muszę ich przekonać, że to ja jestem dla ciebie najlepszy.

Westchnęła uspokojona.
- Bo j e s e ś najlepszy. Kocham cię, Jack. Na zawsze.
- Powtórzyłabyś to przed ołtarzem, wobec mojej i twojej rodziny, gdy tylko załatwimy formalności?
- Och tak, tak!
- Bardzo cię kocham, Colleen. Nie wiedziałem, że można kochać aż tak. Zmieniłaś moje życie, moje poglądy,  

cały mój świat, a wszystko na lepsze. Na tym świecie nie istnieje dla mnie inna kobieta.

Ich wargi zetknęły się. Głęboki, miłosny pocałunek szczęścia przerodził się w gwałtowną namiętność, która  

rozbudziła w nich pożądanie. Opadli na wielkie mosiężne łoże, zdarli z siebie ubrania, całowali siei pieścili wśród  
łagodnej muzyki jęków i westchnień. Żadne z nich nie potrafiło się powstrzymać, połączyli się nagle i gorączkowo. 
Wszedł w nią silnym pchnięciem, a ona przywarła do niego, objęła go, a zjednoczone ciała związały ich dusze na 
zawsze.

- Poproszę Quentina Ramseya, żeby sporządził żelazną, bezwarunkową umowę przedślubną, zgodnie z którą nie 

będę  miał  prawa uszczknąć  ani  centa z  twojego majątku -  powiedział  Jack, kiedy pół godziny później  leżeli 
zmęczeni i zadowoleni, tuląc się do siebie.

- Nie podpiszę tego - ostrzegła Colleen.
- Ech, Colleen. Oczywiście, że powinnaś to podpisać. Nie wychodzisz za mąż za łowcę posagów, a ja chciałbym 

o tym przekonać twoją rodzinę.

- Sami się przekonają, kiedy cię poznają i zobaczą, jak się kochamy. - Oparła się na łokciu i popatrzyła na niego 

surowo. - Nie traktuj mnie jak trzpiotkę o ptasim móżdżku, która dałaby się omotać łowcy posagów. Jeśli moi 
krewniacy jeszcze nie są tego świadomi, to wkrótce się o tym dowiedzą.

- Ta dyskusja nie ma sensu. Podpiszesz umowę i kropka.
Potrząsnęła głową.
- Co jest moje, to jest nasze, a co jest twoje, to też jest nasze.
- Kochanie, nie chcę się z tobą spierać...
- To dobrze, bo mnie nie przekonasz - uśmiechnęła się kusząco.
- Colleen, przecież ty wcale nie zachowujesz się jak uległa, potulna, słodka...
-... idiotka? Mam nadzieję, że nie!
Jack zaśmiał się wesoło i przyciągnął ją ku sobie.
- Przyrzeknij, że nigdy taka nie będziesz.
- Przyrzekam - szepnęła. Była bezgranicznie szczęśliwa, bo mogła tulić się do niego, całować go i kochać całym 

swoim sercem.

64