Sandra Field
Zabawa w randki
Rozdział 1
Teal Carruthers stał w korku przed skrzyŜowaniem, na którym taksówka
zderzyła się z cięŜarówką. Czuł narastającą złość. Zniecierpliwiony spojrzał na
zegarek. Dochodziła piąta, więc nie ulegało wątpliwości, Ŝe spóźni się do domu.
Był poniedziałek, czyli dzień, w którym pani Inkpen przychodziła sprzątać i
pilnować Scotta do powrotu ojca z pracy. Obaj darzyli ją sympatią, chociaŜ
Carruthers miał pewne zastrzeŜenia co do jej umiejętności kulinarnych. Pani
Inkpen była bardzo przywiązana do ich domu, ale nie tolerowała Ŝadnych spóźnień.
Teal wyjrzał przez okno. Policjant skończył spisywać zeznania kierowców. Zaczęto
usuwać szkło z jezdni i po chwili samochody ruszyły. Czarne BMW przejechało
kilka metrów i znów stanęło, a Teal Carruthers niecierpliwił się coraz bardziej.
Miał za sobą długi i cięŜki dzień w sądzie, teraz się spóźni do domu, a na domiar
złego zabrał z sobą tyle akt, Ŝe będzie zmuszony siedzieć nad nimi do późnej nocy.
Sprawa, którą prowadził wraz z Mike'em dotyczyła Willie'ego McNeilla. On sam
gotów był prawie ręczyć głową za to, Ŝe Willie jest niewinny, lecz niestety Mike
popełnił dwa błędy proceduralne i w związku z tym zaistniała konieczność
opracowania linii obrony niemal od początku. NaleŜało przedstawić takie
argumenty, by sędzia pozbył się zastrzeŜeń i wydał wyrok uniewinniający.
Carruthers postanowił, Ŝe jeszcze tego samego wieczora skontaktuje się z dwoma
ś
wiadkami, a z pozostałymi przeprowadzi rozmowy następnego dnia. To
oznaczało, Ŝe do środy nie będzie miał czasu dla syna.
Przed dom zajechał dopiero dwadzieścia pięć po piątej. Pani Inkpen juŜ stała na
werandzie, ubrana do wyjścia. Była to kobieta w podeszłym wieku i miała
niedomagającego męŜa. Bardzo lubiła Scotta i dlatego zawsze zdecydowanie
oponowała, gdy Teal Carruthers nieśmiało proponował, by przestała przyjeŜdŜać
do niego, a zajęła się męŜem.
– Panie Teal – zawołała i ostentacyjnie postukała palcem w zegarek – policzę
sobie za nadgodziny! Gdybym wiedziała, Ŝe tak się pan spóźni, byłabym
przygotowała coś smacznego na kolację.
Carruthers bardzo się ucieszył, Ŝe ominęło go „coś smacznego" i pospieszył z
wyjaśnieniem:
– Przepraszam, ale na skrzyŜowaniu Robie i Coburg zdarzył się wypadek.
W oczach pani Inkpen pojawiło się Ŝywe zainteresowanie.
– Byli ranni?
– Nie, tylko stłuczka, no i oczywiście długi korek.
– To przez te narkotyki – oświadczyła kobieta z przekonaniem. – Wszystko
przez narkotyki, ot co. Nie dalej jak wczoraj mówiłam męŜowi, Ŝe teraz za duŜo
tego, i Ŝe zrobiło się bardzo niebezpiecznie. Człowiek się wszystkich boi, bo nie
wiadomo kiedy i od kogo moŜe dostać w głowę. No, ale pan jako prawnik
oczywiście wie o tym lepiej ode mnie.
Carruthersowi nie uśmiechało się słuchanie dalszych wywodów na ten temat,
więc przerwał, pytając:
– Czy mogę panią podwieźć, Ŝeby zadośćuczynić za spóźnienie?
– Nie trzeba. Muszę czasami trochę rozruszać stare gnaty – odparła pogodnie
pani Inkpen. – Czy czuje pan zapach bzu? Ślicznie pachnie, prawda?
Elizabeth posadziła krzew purpurowo-fioletowego bzu w roku, gdy urodził się
Scott i postanowiła, Ŝe kiedy urodzi się córka, zasadzi biały bez. Nie doczekali się
córki, a teraz Ŝona nie Ŝyła... Twarz Teala Carruthersa przebiegł skurcz.
– Tak, pachnie bardzo pięknie... A więc do zobaczenia za tydzień, pani Inkpen.
Kobieta uśmiechnęła się porozumiewawczo.
– Dzwoniła pani Thurston, a potem pani Patsy Smythe. Musi panu być
przyjemnie, Ŝe ma takie powodzenie. Pan chyba jeszcze nigdy nie spędził
sobotniego wieczoru samotnie, co? – Pokiwała głową. – To dlatego, Ŝe pan taki
przystojny. Jak aktor. Gdybym miała ze dwadzieścia lat mniej, to mój Albert
mógłby być zazdrosny.
Carruthers nachmurzył się, gdyŜ jego zdaniem taka opinia była daleka od
prawdy. Powodzenie nie sprawiało mu Ŝadnej przyjemności, a wręcz przeciwnie,
było kulą u nogi. Odprowadził panią Inkpen do furtki, zabrał aktówkę z samochodu
i wszedł do domu.
– Scott! JuŜ jestem! – zawołał.
W kuchni panował powierzchowny porządek. Wkrótce po śmierci Elizabeth
okazało się, Ŝe sprzątanie pani Inkpen polega na zgarnianiu wszystkiego do
najbliŜszej szuflady lub wpychaniu na półki. Carruthers mógłby wysunąć to jako
argument do wymówienia, ale dotychczas się na to nie zdobył.
Ciszę przerwał telefon stojący na szafce pod oknem. Teal podejrzewał, Ŝe
dzwoni któraś z wielbicielek, więc niechętnie podniósł słuchawkę. Niekiedy
odnosił wraŜenie, Ŝe w mieście nie ma ani jednej kobiety poniŜej pięćdziesiątki,
która chciałaby zostawić go w spokoju. KaŜda była przekonana, Ŝe potrzebna mu
jest albo Ŝona, albo matka dla syna, albo chociaŜby kochanka. Być moŜe nawet
wszystkie trzy w jednej osobie. A tymczasem bardzo się myliły. Carruthers
doskonale sobie radził z wychowywaniem syna i nie widział powodu, dla którego
miałby powtórnie się Ŝenić. Swe ciało zdołał poskromić do tego stopnia, Ŝe
chwilami miał wraŜenie, iŜ mógłby zostać mnichem.
– Słucham?
– Teal? Mówi Sheila McNab. Poznaliśmy się na spotkaniu w ubiegłym
tygodniu. Pamiętasz mnie? – Przypomniał sobie, Ŝe jej śmiech bardzo go draŜnił. –
Dzwonię głównie po to, Ŝeby zapytać, czy jesteś wolny w sobotę i czy zechcesz
pojechać ze mną do Chester. Będziemy piec barana z okazji urodzin mojej
znajomej.
– Niestety, nie mogę, juŜ zaplanowałem coś innego – odparł zgodnie z prawdą.
– No to moŜe innym razem?
– Raczej nie, jestem ostatnio bardzo zajęty. Mam dość odpowiedzialną pracę, a
poza tym sam wychowuję syna... Miło mi jednak, Ŝe o mnie pomyślałaś. MoŜe
jeszcze kiedyś się spotkamy – i szybko odłoŜył słuchawkę.
Miał nieprzyjemne uczucie, Ŝe nawet we własnej kuchni czyhają na niego
kobiety. Niekiedy zastanawiał się, czy miałby więcej spokoju, gdyby ogolił głowę i
przytył co najmniej dwadzieścia kilogramów. Rozmyślania przerwał mu tupot na
piętrze. Scott zjechał po poręczy na dół i z hukiem wylądował na podłodze. Wpadł
do kuchni, wymachując kartką papieru.
– Tato, nie zgadniesz, co ci powiem! – zawołał podniecony. – W czwartek
odbędzie się spotkanie nauczycieli i rodziców, więc będziesz mógł poznać mamę
Danny'ego, bo ona teŜ przyjdzie.
Ojciec drgnął i uśmiech zamarł mu na ustach. Tylko jeszcze tego mu brak!
Kolejna wielbicielka! W dodatku taki wzór cnót jak matka Danny'ego!
– Sądziłem, Ŝe w tym roku nie będzie juŜ spotkań z nauczycielami – rzekł i
pogładził syna po głowie.
Scott zrobił unik i uderzył prawym sierpowym, a ojciec nie pozostał mu dłuŜny.
Po chwili obaj przewrócili się i stoczyli ustaloną rytuałem walkę.
– Czy to twoja jedyna sportowa koszulka? – spytał ojciec nieco zasapany. –
Koniecznie trzeba ją wyprać.
– Po co? PrzecieŜ zaraz znowu się pobrudzi – logicznie zauwaŜył syn, siadając
mu okrakiem na piersi. – W czwartek rodzice będą mogli poznać naszych
nauczycieli i obejrzeć róŜne rzeczy, które zrobiliśmy. Tatusiu, pójdziesz, prawda?
Moglibyśmy po drodze wstąpić po Danny'ego i jego mamę – dodał z nadzieją w
głosie. – Jest bardzo miła i na pewno ci się spodoba. Pozwoliła mi wziąć dla ciebie
kilka droŜdŜówek, które dzisiaj upiekła.
Niedawno Carruthers otrzymał w prezencie od jednej wielbicielki kwiaty, a
butelkę koniaku od drugiej. Teraz zaś ciastka, na które wcale nie miał apetytu.
– Wolałbym, Ŝebyśmy poszli sami – oznajmił. – A teraz jedziemy na kolację,
więc idź zmienić koszulę.
– Mama Danny'ego jest piękna jak aktorka – rzucił Scott, wychodząc.
Ojca ogarnęło zdumienie, Ŝe ośmioletni chłopiec zauwaŜył, iŜ matka jego
przyjaciela jest piękna. Jednocześnie poczuł, Ŝe budzi się w nim coraz większa
niechęć do nieznajomej kobiety.
– Jest ładniejsza od pani Janinę! – krzyknął syn juŜ z korytarza.
– Na pewno spotkamy się w szkole! – zawołał ojciec i cięŜko westchnął.
Wiedział, Ŝe chłopcy juŜ się zaprzyjaźnili, więc postanowił być wyjątkowo
uprzejmy, lecz nie widział Ŝadnego powodu, dla którego nieznajoma miałaby
automatycznie zająć jakieś miejsce w jego Ŝyciu. UwaŜał, Ŝe i bez tego ma
wystarczająco duŜo problemów.
Pół godziny później ojciec i syn siedzieli przy stoliku w Burger King i Scott
wybierał swoje ulubione dania.
Julie Ferris nastawiła płytę i podśpiewywała sobie, mimo iŜ nie mogłaby
konkurować z tak niedoścignionym wzorem, jak John Denver czy Placido
Domingo. Śpiewała o miłości, jednocześnie myśląc z przykrością o tym, Ŝe wśród
jej adoratorów nie ma ani jednego lubiącego muzykę. Pocieszała się jednak tym, Ŝe
i tak z nikim nie chce się wiązać, nawet z melomanem. Obecna sytuacja miała
wiele plusów, a bolesne wspomnienia o rozwodzie były zbyt świeŜe.
Wstawiła kurczaka do piecyka i wyjrzała przez okno. Ogród przed domem był
geometrycznie rozplanowany i starannie utrzymany, aŜ do przesady. Dziwne, Ŝe
nie odstraszał wszystkich ptaków. Julie miała zamiar w najbliŜszych dniach kupić
kwiaty i wprowadzić trochę barw oraz nieładu wśród prostokątnych grządek,
starannie przyciętych krzewów i nudnie prostych rzędów czerwonych tulipanów.
Właścicielka domu oficjalnie tego nie zabroniła, a jedynie dała do zrozumienia, Ŝe
chce, aby dom i ogród były utrzymane w idealnym porządku. Idealnym! Julie
uśmiechnęła się na myśl o tym, jaki jest jej ideał.
Usłyszała telefon i wybiegła z kuchni, w chwili gdy Einstein rzucił się na kabel
przy słuchawce. Szarobury kocur przybłęda zjawił się tuŜ po przeprowadzce i przez
pierwszy tydzień zupełnie ignorował swych nowych właścicieli, a następnie poczuł
się panem całego domu. Nazwali go Einsteinem, bo potrafił mknąć z szybkością
ś
wiatła.
– Julie? Mówi Wayne.
Dzwonił lekarz odbywający praktykę w tym samym szpitalu. Niedawno
spędzili razem sobotni wieczór. Najpierw obejrzeli ciekawy film, a potem poszli do
kawiarni i przy lampce wina podzielili się wraŜeniami. Około północy adorator
odwiózł Julie do domu, a gdy zatrzymał samochód, nagle objął ją i zaczął całować.
UraŜona tym, Ŝe Wayne pozwala sobie na niewczesne pieszczoty, Julie wyrwała się
z jego ramion. Nie lubiła takich wielbicieli, więc uznała, Ŝe to koniec ich
znajomości.
– Julie, słyszysz mnie? MoŜe w piątek pójdziemy znowu do kina, co?
– Niestety, nie mogę skorzystać z zaproszenia – odparła, Ŝałując, Ŝe jest zbyt
dobrze wychowana, by powiedzieć coś ostrzejszego.
– Grają juŜ ten film, o którym rozmawialiśmy, a którego jeszcze nie widziałaś.
Wiedziała, Ŝe najlepiej byłoby oznajmić, Ŝe ma juŜ na ten dzień jakieś plany,
lecz postanowiła powiedzieć prawdę.
– Nie mam ochoty nigdzie z tobą iść. Nie lubię męŜczyzn, którzy zachowują się
tak jak ty.
Zapadło krótkie milczenie. Po chwili Wayne odezwał się obraŜonym tonem:
– Jak ja się zachowuję? O czym ty mówisz?
– Wyobraź sobie, Ŝe lubię decydować o tym, z kim się całuję.
– No wiesz, nie bądź taka obraŜalska. PrzecieŜ nic się nie stało... Nie chcesz
chyba powiedzieć, Ŝe uwaŜasz za zbrodniarza kaŜdego, kto tylko na ciebie spojrzy.
Julie ucięła niemiłą rozmowę.
– Widzę, Ŝe mój syn wraca ze szkoły, więc muszę kończyć.
– A co z filmem?
– Nic – odparła i odłoŜyła słuchawkę.
Rozległ się głośny zgrzyt hamulców i pisk opon dwóch rowerów, co oznaczało,
Ŝ
e Danny przyjechał z kolegą, Scottem Carruthersem. Julie uśmiechnęła się,
zadowolona, Ŝe chłopcy przypadli sobie do gustu. Jej syn łatwo się
zaaklimatyzował po przeprowadzce ze wsi do miasta głównie dzięki temu, Ŝe tak
prędko znalazł kolegę.
– Cześć, mamo! – Danny wpadł do domu jak burza, krzycząc od drzwi: –
Scottowi leci krew, bo spadł z roweru. Opatrzysz mu nogę?
Julie umyła ręce i obejrzała rozbite kolana.
– Przynieś mi apteczkę z szafki w łazience – poleciła synowi. – Scott, mocno
się potłukłeś?
– Trochę – odparł malec, patrząc spode łba.
Trudno byłoby znaleźć dwóch chłopców tak diametralnie róŜnych. Danny był
jasnowłosym, nieśmiałym dzieckiem, które lubiło samotność i dlatego matka miała
powaŜne wątpliwości, czy ma prawo wyrwać go z otoczenia na wsi, z którym zŜył
się od urodzenia. Scott był ciemnowłosym, ruchliwym ekstrawertykiem, entuzjastą
piłki noŜnej i ręcznej. Natychmiast wciągnął nowego ucznia w krąg swych
kolegów i zainteresowań.
– Dlaczego spadłeś?
– Chciał mi pokazać, jak się jeździ na tylnym kole – wyjaśnił Danny. – Ale
wjechał na kamień.
– Mam nadzieję, Ŝe nie byliście na jezdni – zaniepokoiła się Julie.
– Nie – rzekł Scott. – Ojej, boli... Tata powiedział, Ŝe mi skonfiskuje rower,
jeśli będę jeździć po jezdni. Skonfiskować znaczy zabrać – dodał. – Mój tatuś jest
prawnikiem, więc zna duŜo takich powaŜnych słów.
Julie wzdrygnęła się na wspomnienie swoich adwokatów i wolała pominąć tę
informację milczeniem. Po chwili rzekła:
– No, juŜ kończę. Przykro mi, Ŝe to trochę bolesne.
– Czy jak pielęgniarki coś robią, to zawsze boli? – spytał Scott zaczepnym
tonem.
Zaskoczona Julie bacznie popatrzyła na dziecko. Wyczuła, Ŝe za owym
pytaniem kryje się coś więcej niŜ zwykła ciekawość i to ją zaintrygowało.
– Wiesz – zaczęła ostroŜnie – pielęgniarki zawsze się starają, Ŝeby pacjenci nie
cierpieli, ale czasami nic nie mogą poradzić na to, Ŝe sprawiają ból.
Chłopiec patrzył na nią nieprzyjaznym wzrokiem.
– Danny mówił mi, Ŝe pani pracuje w szpitalu.
– Tak, to prawda.
– A moja mama tam umarła.
Julie odsunęła się i przyjrzała Scottowi. Syn opowiadał jej duŜo o koledze, lecz
niewiele o jego rodzicach. Wspomniał wprawdzie o jakiejś pomocy domowej, lecz
to mogło oznaczać, Ŝe oboje rodzice pracują i dlatego ktoś obcy zostaje z
dzieckiem w domu.
– Przykro mi. Nic nie wiedziałam. Kiedy to się stało?
– Dwa lata temu – mruknął, najwidoczniej Ŝałując, Ŝe wspomniał o matce.
– Ogromnie mi przykro. Na pewno bardzo ci jej brakuje.
– Czasami tak... ale zawsze tylko z tatusiem jeździłem na mecze i to się nie
zmieniło, więc nie jest tak źle.
Julie skończyła przemywanie kolan, wycisnęła trochę maści na dwa opatrunki i
przylepiła je plastrem.
Po chwili Scott wstał i skrzywił się z bólu. Danny to zauwaŜył i natychmiast
zaproponował:
– Chcesz loda?
Julie uśmiechnęła się.
– To świetny pomysł. I jeszcze dostaniecie ciastka.
– Potem pójdziemy do ciebie i pobawimy się w domku na drzewie.
Scott się rozpromienił.
– To lepiej ciastka wziąć jako zapasy.
– Tylko pamiętaj, Danny, Ŝe masz wrócić do domu przed szóstą – powiedziała
Julie, pakując ciastka i sok.
Po ich wyjściu zamyśliła się. Dopiero teraz zrozumiała, dlaczego chłopcy tak
się zaprzyjaźnili. Danny nie miał ojca, a jego kolega matki. Julie nie lubiła
prawników, lecz musiała przyznać, Ŝe ojciec Scotta dobrze wychowuje syna.
W środę Teal Carruthers musiał zawieźć syna do dentysty na godzinę czwartą.
Wyszedł z sądu natychmiast po zakończeniu rozprawy. Dzięki temu, Ŝe nie
dopuścił Mike'a do głosu, udało mu się osiągnąć to, co chciał. Uznał, Ŝe wszystko
jest na dobrej drodze. Zajechał przed dom i nacisnął klakson, ale Scott nie wyszedł,
mimo Ŝe miał być gotowy o wpół do czwartej. Carruthers spojrzał na zegarek i
ponownie zatrąbił, tym razem znacznie głośniej. Podejrzewał, Ŝe chłopcy siedzą w
ulubionym domku na drzewie, a w takim wypadku nie przyjdą od razu. Najpierw
sprawdzą, czy w okolicy nie ma jakiegoś wroga, a dopiero potem spuszczą
sznurową drabinę i ostroŜnie zsuną się na ziemię, trzymając w pogotowiu proce
udające strzelby. Carruthers wysiadł i poszedł do ogrodu.
– Scott! – krzyknął. – Pospiesz się, bo juŜ późno!
Nie otrzymawszy odpowiedzi, zawrócił w stronę domu i wbiegł po schodach.
Drzwi były zamknięte, a na klamce wisiała kartka:
Wruciliśmy wcześniej, bo pajda rdra. Ide teraz do danny 'ego.
Teal skrzywił się na widok błędów. Wszedł do domu, odszukał numer telefonu
Danny'ego i zadzwonił. Zajęte. Spojrzał na zegarek i po chwili jeszcze raz wykręcił
numer. Telefon nadal był zajęty, co zapewne oznaczało, Ŝe matka chłopca z kimś
rozmawia. Zirytowany pomyślał, Ŝe moŜe to trochę potrwać. Postanowił pojechać
po syna bez uprzedzenia.
Danny mieszkał kilka domów dalej. Carruthers wyskoczył z samochodu i
zadzwonił do drzwi, lecz nikt mu nie otworzył. Zadzwonił ponownie, ale i tym
razem nie było odpowiedzi. Ze środka dobiegała głośna muzyka, która zagłuszała
dzwonek. Otworzył drzwi siatkowe i mocno zastukał, a wtedy drzwi wewnętrzne
same ustąpiły. Zdenerwował się, Ŝe matka Danny'ego zapomina o korzystaniu z
zasuwy. Diana Ross, której nie lubił, jeszcze powiększała jego irytację. Ponad
dźwiękami głośnej muzyki przebijał się hałas dochodzący z kuchni, więc Teal
skierował kroki w tamtą stronę i stanął w otwartych drzwiach.
Nikt go nie zauwaŜył, poniewaŜ wszyscy byli odwróceni plecami. Danny,
oparty o szafkę, udawał, Ŝe gra na trąbce, Scott siedział obok i oblizywał palce
umazane ciastem. TuŜ przy makutrze czyścił sobie łapy szary kot. Koło piecyka
stała młoda kobieta o puszystych, jasnych włosach przewiązanych czerwoną
wstąŜką.
Gość otworzył usta, lecz nie zdąŜył powiedzieć ani słowa, bo akurat zadzwonił
minutnik. Kobieta nałoŜyła kuchenne rękawice i otworzyła drzwiczki piecyka.
Miała na sobie skąpe niebieskie szorty i przykrótką bluzkę bez rękawów, nie
dochodzącą do talii. MęŜczyzna nie mógł oderwać oczu od wysmukłych opalonych
ud i obcisłych szortów. Czuł, Ŝe ogarnia go niezrozumiała irytacja. Kobieta
odwróciła się, chcąc postawić ciastka na szafce i wtedy spostrzegła nieznajomego.
Krzyknęła przeraŜona i wypuściła blachę z rąk. Wystraszony kot zeskoczył na
podłogę, przy czym potrącił szklankę z sokiem. Rozległ się brzęk tłuczonego szkła,
a wtedy równieŜ chłopcy się odwrócili.
– Kim pan jest? Jak pan śmiał wejść bez pukania? – rzuciła kobieta ze złością.
Teal patrzył bez słowa i w duchu przyznawał rację Scottowi, który twierdził, Ŝe
matka kolegi jest piękna. Była wprost olśniewająco piękna, mimo iŜ miała nos
umazany mąką i strój mocno podniszczony. Rzadko kiedy brakowało mu słów, a
teraz stał przed nią oniemiały.
– Witaj, tato – odezwał się Scott – Ale przestraszyłeś kota!
Ojciec przełknął ślinę i zdołał powiedzieć dość opanowanym głosem:
– Nazywam się Teal Carruthers i jestem ojcem Scotta. Dzień dobry, pani Ferris.
– Julie Ferris... Czy dzwonił pan do drzwi?
– Tak, ale Diana Ross wszystko zagłusza. Powinna pani porządnie zamykać
drzwi. Najlepiej na zasuwę lub klucz – dodał, patrząc jej prosto w oczy.
– WciąŜ zapominam, Ŝe nie mieszkam juŜ na wsi.
Julie przyglądała się niespodziewanemu gościowi, Ŝałując, Ŝe nie wiedziała, iŜ
ojciec
Scotta
jest
tak
zniewalająco
przystojnym
człowiekiem.
Był
najatrakcyjniejszym męŜczyzną, jakiego w Ŝyciu spotkała. Wysoki, ciemnowłosy,
pełen nieświadomej elegancji.
– Czy ten kot często siedzi na szafce? Myślałem, Ŝe pielęgniarki zawsze bardzo
dbają o higienę.
– Zawsze robi pan takie krytyczne uwagi? – odcięła się Julie.
– Skoro mój syn przesiaduje u pani, wolałbym, Ŝeby drzwi wejściowe były
dobrze zamykane – dodał, nie odpowiadając na pytanie.
– MoŜe i racja – przyznała niechętnie.
Wzięła serwetkę i przykucnęła, by zgarnąć odłamki szkła.
– Ja pani pomogę – zaproponował Scott.
– Dochodzi juŜ czwarta, synu, spóźnimy się do dentysty. – Następnie zwrócił
się do pani domu: – Usiłowałem się dodzwonić, ale telefon był zajęty.
– Och – westchnęła Julie. – Pewnie Einstein znowu zrzucił słuchawkę.
– Zapomniałem o dentyście – mruknął Scott.
– Musimy jechać – oświadczył ojciec i dodał z uprzedzającą grzecznością: –
Pani Ferris, dziękuję za opiekę nad moim synem dzisiaj i za to, Ŝe wczoraj
obandaŜowała mu pani kolana. Widać fachową rękę.
– Rachunek juŜ wysłałam. Proszę nie zwracać się do mnie po nazwisku. Na
imię mi Julie.
Zdobyła się na swój najbardziej czarujący uśmiech, któremu jeszcze Ŝaden
męŜczyzna, się nie oparł. A tymczasem Carruthersowi nawet nie drgnęła powieka.
– Do widzenia – rzekł chłodno i wyszedł razem z synem.
Julie poszła za gośćmi, zamknęła drzwi na klucz i ściszyła muzykę. Wyjrzała
przez okno. Czarny samochód idealnie pasował do zimnego właściciela o wąskich
ustach, surowym spojrzeniu i oschłym sposobie bycia.
Rozdział 2
Wybierając się na spotkanie z nauczycielami, Julie Ferris włoŜyła skromny
niebieski kostium i gładko zaczesała włosy. Wyszła z domu juŜ po szóstej,
poniewaŜ chciała pojawić się w szkole punktualnie. Były po temu dwa powody: po
pierwsze miała za sobą aŜ trzy nocne dyŜury i marzyła o tym, by połoŜyć się
wcześnie, a po drugie podświadomie łudziła się, Ŝe dzięki temu nie spotka Teala
Camithersa. Wprawdzie w związku z tym, Ŝe Scott i Danny się zaprzyjaźnili,
sporadyczne kontakty z nim i tak były nieuniknione, lecz nie naleŜało ich
prowokować.
Niewiele osób przyszło o wpół do siódmej. Julie najpierw obejrzała nieudolne
rysunki syna, mające przedstawiać samoloty odrzutowe i zwierzęta afrykańskie, a
następnie zwróciła się z kilkoma pytaniami do jego wychowawcy, miłego młodego
człowieka. Po chwili podszedł do nich dyrektor, potem nauczyciel gimnastyki, a
jeszcze później dwóch przedstawicieli zarządu. Julie uśmiechnęła się w duchu,
widząc, Ŝe znowu znalazła się w typowej sytuacji. Jak zawsze i wszędzie,
przyciągała wszystkich męŜczyzn. Rozejrzała się i dostrzegła ojca Scotta
otoczonego kobietami. Humor jeszcze bardziej się jej poprawił, poniewaŜ nie
ulegało wątpliwości, Ŝe oboje są w podobnej sytuacji. Wokół niej stale skupiali się
męŜczyźni, a wokół Carruthersa kobiety.
– Pani Ferris, czy zechciałaby pani obejrzeć naszą nową salę komputerową? –
zapytał dyrektor.
– Jestem przekonany – natychmiast wtrącił nauczyciel gimnastyki – Ŝe sala
gimnastyczna jest znacznie ciekawsza.
– Jeśli mam być szczera – powiedziała Julie – chciałabym zapytać o coś
nauczycielkę muzyki. Przepraszam panów na chwilę.
Uśmiechnęła się czarująco i podeszła do grupy kobiet stojących wokół
Carruthersa.
– Dobry wieczór panu – rzekła z chłodnym uśmiechem na ustach.
Teal Carruthers postąpił tak, jak ona wobec panów.
– Przepraszam panie na chwilę – powiedział do otaczających go kobiet i
podszedł do Julie. Ujął ją pod ramię i odprowadził na bok, mówiąc: – Widzę, Ŝe
oboje mamy podobne zmartwienie.
– Ale przewaga jest po pana stronie, bo pańskich wielbicielek było więcej niŜ
moich adoratorów – zauwaŜyła Ŝartobliwym tonem.
– Tylko dlatego, Ŝe pani mieszka tu dopiero od miesiąca.
– Czy to znaczy, Ŝe będzie gorzej? – zapytała nieco speszona.
– Nie mam co do tego Ŝadnych wątpliwości – odparł z całą powagą i mocniej
zacisnął palce na jej ramieniu.
– Proszę mnie puścić – mruknęła. – Nie ucieknę.
Carruthers Ŝachnął się i przeprosił, zły, Ŝe tak się zdradził.
Nawet nie zauwaŜył, Ŝe wciąŜ trzymał ją pod rękę. Patrząc jej w oczy,
zrozumiał, dlaczego przyciąga do siebie wszystkich męŜczyzn. Była nie tylko
oszałamiająco piękna, ale i nieodparcie pociągająca. Miała gęste, jasne włosy,
pełne, zmysłowe wargi i dziwnie intrygujące oczy, ni to szare, ni niebieskie. Jej
uśmiech krył w sobie odwieczną tajemnicę.
– Czuję, Ŝe nie darzy mnie pan sympatią. Zgadłam? – spytała spokojnie.
– Czy pani zawsze mówi to, co myśli?
– Tak. Nie lubię tracić czasu, bo Ŝycie jest takie krótkie. Carruthersowi
przemknęło przez myśl, Ŝe ma do czynienia z kobietą zupełnie inną niŜ te, które go
zwykle uwodziły.
– Muszę przyznać pani rację.
Julie niczym nie zdradziła, Ŝe te słowa sprawiły jej przykrość. Pragnąc ukryć
zmieszanie, rzekła:
– Wie pan, bałam się, Ŝe Danny będzie miał trudności z przystosowaniem się do
nowej szkoły i do Ŝycia w mieście, i dlatego cieszę się, Ŝe tak szybko znalazł
kolegę. To, czy my przypadniemy sobie do gustu jest bez znaczenia. Nie
chciałabym jednak, Ŝeby nasze uczucia przeszkodziły przyjaźni naszych dzieci.
– UwaŜam, pani Ferris, Ŝe najlepiej będzie, gdy nasze spotkania ograniczymy
do niezbędnego minimum – oświadczył Teal i z nie skrywaną satysfakcją
zauwaŜył, Ŝe jej oczy aŜ pociemniały z gniewu.
– Nie mam najmniejszego zamiaru postępować inaczej.
– Miło mi, Ŝe tak doskonale się rozumiemy. O, widzę wychowawczynię Scotta.
Muszę z nią porozmawiać o błędach ortograficznych mojego syna. Dobranoc, pani
Ferris.
Julie gniewnym wzrokiem patrzyła w ślad za męŜczyzną, który był zbyt
inteligentny, by nie zauwaŜyć, Ŝe zwrot „pani Ferris" bardzo ją irytuje, a mimo to
tak się do niej zwracał. Widocznie robił to z premedytacją, co mogło jedynie
oznaczać, Ŝe jej rzeczywiście nie lubi.
Wróciła myślami do pierwszego spotkania, gdy Teal Carruthers wydał się jej
najatrakcyjniejszym ze znanych męŜczyzn. Teraz uznała, Ŝe słowo „atrakcyjny" nie
oddaje prawdy, gdyŜ nowo poznany sąsiad tak ją pociągał, Ŝe zaczęła się o siebie
bać. Przeszył ją dreszcz. WciąŜ jeszcze całym ciałem czuła jego obecność. To był
zły znak. JuŜ raz związała się z człowiekiem mającym nieodparty urok i wiedziała,
do czego to prowadzi. NaleŜało czym prędzej wyciągnąć wnioski z popełnionych w
przeszłości błędów i naprawdę ograniczyć spotkania z Tealem Carruthersem do
minimum.
Pod oknem dostrzegła nauczycielkę muzyki. Uśmiechnęła się i podeszła do
niej. Pół godziny później wróciła z Dannym do domu i wcześnie połoŜyła się spać.
Następnego ranka obudziła się z rozkoszną świadomością, Ŝe ma przed sobą
dwa dni wolne. Za oknami świeciło słońce i śpiewały ptaki, więc świat wydawał
się piękny. Wyekspediowała syna do szkoły, nalała sobie kawy, usiadła na
werandzie i oddała się wspomnieniom.
Postąpiła słusznie, przeprowadzając się do miasta i była zadowolona ze zmiany
w Ŝyciu. Pamiętała jednak, Ŝe długo nie mogła powziąć ostatecznej decyzji. Trudno
jej było rozstać się z domem, w którym przez kilka lat mieszkała z męŜem i synem.
Chciała jednak zapewnić Danny'emu lepszą szkołę, sobie zaś stałą pracę. Ale
przede wszystkim pragnęła uwolnić się od wszystkiego, co przypominało jej zdradę
męŜa i jego odejście. Marzyła o nowych ludziach i ciekawszym Ŝyciu, lecz niestety
okazało się, Ŝe z ludźmi, a ściśle mówiąc, z męŜczyznami, miała kłopoty.
Po wypiciu kawy wybrała się do sklepu ogrodniczego, skąd przywiozła pół
samochodu bratków, petunii oraz lwich paszczy. WłoŜyła stare ubranie i
wyciągnęła nieskazitelnie czyste narzędzia pani LeMarchant. śałowała, Ŝe musi je
zabrudzić, ale po chwili wahania energicznie zabrała się do kopania dołków na
geometrycznych grządkach. Wkrótce ogród stał się bardziej kolorowy, natomiast
Julie była cała obsypana grudkami ziemi. Nucąc ulubioną melodię, wysiewała
właśnie nasturcję, gdy usłyszała:
– Dzień dobry, pani Ferris.
Jedyną osobą, poza Tealem Carruthersem, która w ten sposób się do niej
zwracała, był sąsiad, emerytowany generał. Julie była pewna, Ŝe taki dŜentelmen
jak on nigdy nie wystąpi z propozycją randki.
– Dzień dobry. Ale dzisiaj wspaniała pogoda, prawda?
– Bardzo piękna – przyznał generał, a następnie chrząknął zakłopotany i
nieśmiało zerknął na wynik pracy Julie. – Nie udało się pani posadzić kwiatów w
prostych rzędach...
Grządki w ogrodzie generała były bliźniaczo podobne do grządek u pani
LeMarchant.
– Ja wolę trochę dziki ogród – przyznała się Julie z miną winowajcy. – Czy
sądzi pan, Ŝe pani LeMarchant będzie mieć zastrzeŜenia?
– SkądŜe znowu – zapewnił generał bardziej przez grzeczność niŜ z
przekonania.
Porozmawiali chwilę o tym i owym, a następnie oboje zajęli się pracą. Wkrótce
Danny i Scott wrócili ze szkoły, zwinęli węŜa, zanieśli go do schowka i zaraz
pobiegli na górę, a Julie poszła do kuchni. W progu stanęła jak wryta. Na środku
siedział Einstein, a w łapach trzymał szczura. PrzeraŜona zauwaŜyła, Ŝe szczur się
rusza, więc powoli, tyłem, wycofała się z kuchni i rozdygotana zamknęła drzwi.
– Mamo! – zawołał Danny, pędząc na dół. – Chcemy się bawić w kowbojów.
– Nie wchodź do kuchni – szepnęła Julie. – Einstein złapał szczura.
– Szczura? Naprawdę?
– śywego... Co ja mam zrobić? – spytała, załamując ręce.
Wiedziała, Ŝe moŜe poprosić o pomoc generała, lecz obawiała się, Ŝe on
przyjdzie albo z bronią w ręku, albo dostanie apopleksji.
– Danny, przyniesiesz te olstra czy nie?! – zawołał Scott, zbiegając z piętra.
– Mamy szczura – powiadomił go zachwycony Danny. – I wcale nie jest
zdechły. Einstein go złapał.
– Nie bujasz? Prawdziwy szczur?!
– Ja tam za nic nie wejdę – szepnęła Julie. – Wiem, Ŝe jestem beznadziejna, ale
panicznie boję się szczurów.
Scott wydał okrzyk bojowy i zawołał:
– Biegnę po mojego tatę! On się tym zajmie!
– Nie, w Ŝadnym wypadku...
Chłopcy wypadli z domu, nie czekając na koniec zdania. Julie zdecydowanie
wolałaby poprosić generała. Wiedziała, Ŝe nie zdąŜy się przebrać, a była brudna od
stóp do głów i miała na sobie najgorsze ciuchy. Skąpe szorty oraz dziurawe
trampki nadawały się juŜ tylko do wyrzucenia, a bawełniana bluzka, ciasno
opinająca jej bujne piersi, nosiła dwuznaczny napis: „Liszt dla ciebie",
umieszczony nad podobizną kompozytora.
Niebawem przed dom zajechał czarny samochód, z którego zaraz wyskoczyli
chłopcy, a za nimi bez pośpiechu wysiadł Teal Carruthers. On teŜ miał na sobie
szorty, ale zupełnie nowe, i koszulkę ściśle przylegającą do ciała. Julie poczuła, Ŝe
dostaje zawrotu głowy.
– Słyszę, Ŝe ma pani jakiś kłopot – rzekł męŜczyzna bez powitania.
– Einstein złapał szczura.
– Jest pani pewna, Ŝe to nie mysz?
Julie w lot zrozumiała podtekst. Carruthers zapewne uwaŜał, Ŝe szczur był tylko
pretekstem do spotkania i otwarcie dawał do zrozumienia, Ŝe ona postępuje tak jak
wszystkie inne kobiety.
– Najzupełniej – odparła ze złością. – Kiedyś zatrzasnęły się za mną drzwi do
piwnicy i przez kilka godzin siedziałam na dole sama z dwoma Ŝywymi szczurami.
Zaręczam panu, panie Carruthers, Ŝe to nie jest Ŝadna mysz.
MęŜczyzna popatrzył na nią podejrzliwie.
– Dwa spotkania w ciągu jednej doby trudno nazwać minimum – zauwaŜył
chłodno.
– Wcale pana tu nie prosiłam! – syknęła. – To pomysł pańskiego syna. Jeśli o
mnie chodzi, moŜe pan natychmiast wracać do domu. Poproszę generała, który
będzie zachwycony, Ŝe nadarza się okazja, by uŜyć broni.
– Skoro juŜ i tak tu jestem, zobaczę, o co chodzi.
Widząc, Ŝe Julie jest naprawdę przeraŜona i cała drŜy, Teal poczuł lekkie
wyrzuty sumienia. NiezaleŜnie od tego, czy to był szczur, czy mysz, ta kobieta
rzeczywiście się przestraszyła.
– Tatusiu, moŜemy iść z tobą? – odezwał się Scott błagalnym głosem.
– Nie, wy zostajecie tutaj. To nie potrwa długo.
Chłopcy usiłowali coś zobaczyć przez szparę przy drzwiach, natomiast Julie
odeszła na bok i głęboko oddychała, Ŝeby się uspokoić. Po kilku minutach
Carruthers wyszedł ze szczurem w ręce.
– Gdzie jest łopata? – spytał. – Chcę to zakopać.
– Zaraz przyniosę – zaofiarował się Danny. – Czy urządzimy prawdziwy
pogrzeb?
– Chyba nie – rzucił Teal przez ramię i wyszedł.
Julie nie mogła ruszyć się z miejsca. Czuła, Ŝe uginają się pod nią nogi.
Myślami wróciła do dnia, gdy Robert po raz ostatni przyjechał do domu. Prosiła go
wtedy, Ŝeby nastawił łapki na szczury, które widziała w piwnicy, a których
panicznie się bała. MąŜ wyśmiał ją, nie spełnił prośby i właśnie tego wieczoru
oświadczył, Ŝe odchodzi do innej kobiety. Dwa dni później zatrzasnęły się drzwi do
piwnicy i Julie przez cztery godziny siedziała na dole ze szczurami. Na samo
wspomnienie o tym jeszcze teraz robiło się jej niedobrze.
Teal zastał ją w tym samym miejscu.
– Ma pani koniak? – zapytał oschle.
Julie zaprzeczyła bez słowa.
– Wobec tego jedziemy do mnie.
– Nie, dziękuję panu. Zaraz mi przejdzie.
Teal wzruszył ramionami i zwrócił się do Scotta:
– Synu, skocz do domu po koniak. Przynieś tę ciemnozieloną butelkę z czarną
nalepką. WłóŜ ją do jakiejś torby i nie zapomnij zamknąć drzwi na klucz.
– Chodź, Danny! – krzyknął Scott, wskakując na rower. – Będziemy udawać, Ŝe
jedziemy karetką.
Wrzeszcząc jak opętani, chłopcy zniknęli za rogiem.
– Wolałabym, Ŝeby i pan wrócił do domu. PrzecieŜ nie jesteśmy zachwyceni
tym, Ŝe się znowu spotkaliśmy.
Carruthers, przyzwyczajony do półprawd i kłamstw, był mile zaskoczony
szczerością Julie.
– Ale pani tak wygląda, jakby miała lada chwila zemdleć albo zwymiotować.
Albo zrobić jedno i drugie. Jeszcze nie wytarłem podłogi w kuchni. Chodźmy. –
Ujął ją pod rękę i poczuł, Ŝe cała drŜy. – Posiedzi pani chwilę i zaraz się uspokoi –
powiedział łagodniejszym tonem.
Julie czuła łzy napływające do oczu, ale była zbyt dumna, by płakać przy
obcym męŜczyźnie. Pochyliła więc głowę i zdołała się opanować. Teal otworzył
drzwi, zza których wypadł Einstein.
– Cholera! Gdzie pani znalazła takiego zbója?
– Sam się znalazł. To przybłęda, ale jakoś do nas przylgnął – odparła Julie i
uśmiechnęła się blado.
Usiadła przy oknie i odwróciła głowę, by nie widzieć krwi na podłodze. Zanim
Teal ją wytarł, wrócili chłopcy i postawili na stole butelkę bardzo drogiego
koniaku. Po kilku łykach Julie poczuła się zdecydowanie lepiej.
– Dziękuję – powiedziała z niekłamaną wdzięcznością.
– Drobiazg. Proszę zadzwonić w razie następnej wizyty szczura. Dobrze mi
zrobi, gdy czasem oderwę się od akt sądowych.
Chłopcy wybiegli do ogrodu, więc dorośli zostali sami.
– Czy pan uwaŜa, Ŝe udawałam strach po to, Ŝeby pana tu ściągnąć? – spytała
Julie, której koniak rozwiązał język. – Jeszcze jedna kobieta, która się za panem
ugania, tak?
– Jest pani bardzo domyślna.
– Oboje, pan jako prawnik, a ja jako pielęgniarka, mamy do czynienia z ludźmi
w sytuacjach stresowych. Przy odrobinie praktyki moŜna się nauczyć czytać w
twarzach.
MęŜczyzna przez chwilę przyglądał się jej uwaŜnie.
– Byłbym bardzo zarozumiały, gdybym sądził, Ŝe pani zagięła na mnie parol.
– Istotnie – przyznała Julie.
– Wierzę, Ŝe pani rzeczywiście boi się szczurów.
– Wprost panicznie.
– Dlaczego?
– Nie mogę panu powiedzieć, bo to dla mnie zbyt osobiste przeŜycie.
Carruthers spojrzał na nią z ukosa i rzekł:
– Chyba pani nie usiłuje mnie złowić, ale zastanawiam się, co ma znaczyć to
zdanie na bluzce.
Julie oblała się gorącym rumieńcem. Zapomniała, Ŝe ma na piersiach
dwuznaczny napis.
– To... – zająknęła się – to jedyna ciemna bluzka, jaką mam, a przy pracy w
ogrodzie zawsze się usmaruję jak nieboskie stworzenie.
– ZauwaŜyłem... No, czas na mnie. Mam jeszcze sporo pracy. śegnam panią,
Julie Ferris.
– Bardzo jestem panu wdzięczna za zabicie tego szczura – powiedziała z ulgą w
głosie.
Teal się uśmiechnął i jego twarz nagle zmieniła się wprost nie do poznania.
Julie miała wraŜenie, Ŝe widzi zupełnie innego męŜczyznę. Młodszego,
beztroskiego i godnego poŜądania. Poczuła się nieswojo.
– MoŜna na mnie liczyć, ale niech pani będzie ostroŜna i nie naduŜywa mojej
dobroci.
Przez kilka następnych dni Julie z radością myślała o zaplanowanej wycieczce
jachtem, lecz okazało się, Ŝe chirurg, który ją zaprosił, jest Ŝonaty. Wobec tego
wycofała się, nie słuchając jego wywodów o wolności w małŜeństwie i o
staroświeckich poglądach niektórych kobiet. Po zmianie planów, sobotni wieczór
spędziła z anestezjologiem. Przed kilkoma miesiącami opuściła go Ŝona, więc był
w sytuacji, którą Julie znała z własnego doświadczenia. Jednak po kolacji miała juŜ
najzupełniej dość słuchania jego skarg, tym bardziej Ŝe nie dał jej dojść do słowa i
teŜ się wyŜalić.
Następnym razem umówiła się z pielęgniarzem z onkologii, który, podobnie jak
ona, sam wychowywał dzieci. Okazało się, Ŝe zaprosił ją głównie po to, Ŝeby
poznała jego dzieci, dała im kolację i połoŜyła spać. Kiedy zostali sami, męŜczyzna
zaczął się rozwodzić nad tym, jak bardzo dzieci potrzebują matki. Po czym, ni stąd,
ni zowąd, chciał pokazać, jak bardzo on potrzebuje Ŝony. Julie uciekła w popłochu.
Wracając do domu, poprzysięgła sobie, Ŝe w najbliŜszej przyszłości nie będzie
się z nikim umawiać. Zdecydowanie sprzykrzyły się jej randki. Chciała wybrać się
do kina, Ŝeby obejrzeć film, który ją od dawna interesował, lecz w końcu
postanowiła, Ŝe pójdzie sama. Miała najzupełniej dość adoratorów, którzy
narzucają się juŜ podczas pierwszego spotkania. Z przykrością uświadomiła sobie,
Ŝ
e Ŝaden męŜczyzna poznany w Halifaksie nie zainteresował się nią jako osobą.
Była dla nich jedynie kobietą, która ma piękną twarz i wspaniałe ciało. Nawet
zastanawiała się, czy zachowuje się prowokująco i czy wobec tego wina leŜy po jej
stronie. Lecz pocieszyła się myślą, Ŝe po prostu nie spotkała dotąd właściwych
męŜczyzn.
Carruthers był w podobnej sytuacji. Na jedną sobotę umówił się z Janinę, którą
poznał na przyjęciu dla prawników. Popełnił wtedy niewybaczalny błąd, gdyŜ
zaproponował jej pójście na doroczną uroczystość organizowaną przez jego zespół
adwokacki. Samotne pojawienie się na tej imprezie, połączonej z dansingiem, było
ź
le widziane i dlatego postanowił zaprosić Janinę, która przy pierwszym spotkaniu
zrobiła na nim korzystne wraŜenie. Na nieszczęście dla niego dziewczyna
zakochała się w nim bez pamięci.
On sam nie Ŝywił wobec niej Ŝadnych uczuć i nigdy nawet nie napomknął, Ŝe
mogliby zostać kochankami. Kiedy zorientował się, Ŝe Janinę marzy o bliŜszym
związku, usiłował sprowadzić ją na ziemię, lecz jego zabiegi na nic się nie zdały.
Uparta kobieta najpierw bezustannie dzwoniła do niego do domu, a potem
zaczęła naprzykrzać się równieŜ w pracy. Wobec tego Carruthers postanowił
definitywnie zakończyć znajomość. Był pewien, Ŝe Janinę prędko się pocieszy.
Poza tym kaŜdy musi się kiedyś nauczyć, Ŝe miłość fizyczna to nie wszystko, co
powinno łączyć dwoje ludzi.
Właśnie w tę sobotę Janinę postanowiła sama coś przygotować na kolację, więc
umówili się w jej mieszkaniu. Podczas posiłku Carruthers dyplomatycznie poruszał
jedynie bezosobowe tematy. Jednak po deserze zdecydowanie oświadczył, Ŝe to ich
ostatnie spotkanie i Ŝe nie Ŝyczy sobie nawet kontaktów telefonicznych. Cierpliwie
zniósł łzy i zaklęcia Janinę i wrócił do domu przed dziesiątą.
Nalał sobie brandy, usiadł w fotelu i pogrąŜył się w rozmyślaniach o Julie
Ferris. Widział wyraźnie, jak walczyła z sobą, by się przy nim nie rozpłakać. W
przeciwieństwie do Janinę, łzy nie były jej bronią, ale przecieŜ Julie Ferris go nie
kochała. A nawet wręcz go nie lubiła. Musiał przyznać przed samym sobą, Ŝe nieco
rozminął się z prawdą, gdy oświadczył, Ŝe jej nie lubi. Niewątpliwie podobała mu
się jej szczerość. Ale czy tylko szczerość? Oczyma wyobraźni ujrzał jej puszyste
włosy połyskujące w słońcu, pełne piersi pod napisem „Liszt dla ciebie" oraz
cudownie smukłe nogi. Poczuł ogarniające go poŜądanie i skrzywił się
niezadowolony. Postanowił przecieŜ, Ŝe nie będzie się zbliŜał do Julie Ferris.
Przez dwa tygodnie udało się to o tyle, Ŝe jej nie spotkał. Mimo to stale o niej
myślał. Któregoś dnia Marylee i Bruce, z którymi był od dawna zaprzyjaźniony,
zaprosili go do swego domku nad cieśniną Northumberland.
– Czy moglibyśmy zabrać Danny'ego? – spytał Scott, gdy o tym usłyszał. –
Miałbym z kim pływać i grać w tenisa. Tatusiu, czy on moŜe pojechać z nami?
– Wykluczone.
– Dlaczego? – Dziecko miało łzy w oczach.
Ojciec zawahał się, nie chcąc wyjawić prawdziwych powodów. Dopiero po
chwili rzekł:
– Kochanie, nie wypada, Ŝebyśmy wszędzie zabierali Danny'ego. Jego mama
mogłaby być niezadowolona, Ŝe jedziemy tak daleko i Ŝe późno wrócimy do domu.
MoŜe pojedziemy gdzieś innym razem.
Scott przygryzł wargę i wybiegł, trzaskając drzwiami. Teal wiedział, Ŝe
powinien natychmiast skarcić syna za złe zachowanie, ale w tej chwili nie miał na
to ochoty. Wrócił myślami do matki Danny'ego i uznał, Ŝe byłaby idealną
towarzyszką na taką wyprawę. Nie sądził, aby potem bez przerwy do niego
dzwoniła lub Ŝeby chciała od razu się z nim przespać. Nagle poraziła go myśl, Ŝe
we czworo wyglądaliby jak rodzina z dwójką dzieci i właśnie to uznał za
najistotniejszy powód, by nie zapraszać Julie na tę wycieczkę.
Słoneczny czerwcowy dzień nad zatoką był cudowny. Dzieci pływały w
basenie, natomiast dorośli wyciągnęli się na leŜakach i rozmawiali o wspólnych
znajomych. W pewnym momencie Marylee zapytała:
– Teal, czy masz jakąś sympatię od serca?
Teal przecząco pokręcił głową, a przyjaciółka przysunęła się nieco bliŜej i
uwaŜnie mu się przyjrzała.
– Od śmierci Elizabeth minęły juŜ dwa lata... Czy to nie dość?
– Mam duŜo czasu – odparł Carruthers, zadowolony, Ŝe załoŜył ciemne okulary
i nie widać jego oczu.
– Nawet przyjmując, Ŝe nie masz ochoty z nikim się wiązać na stałe, to jeszcze
nie powód, Ŝeby unikać towarzystwa kobiet – zauwaŜyła Marylee.
– Wcale nie unikam – oświadczył nieco dotknięty. – W przyszły piątek
wybieram się na elegancką uroczystość w towarzystwie chirurga płci Ŝeńskiej.
Nie zdradził, Ŝe w skrytości ducha łudził się, iŜ dzięki temu spotka Julie Ferris.
– ZałoŜę się – rzekła Marylee, zabawnie marszcząc nos – Ŝe to będzie wasza
pierwsza i ostatnia randka.
– Randki mnie nie interesują.
– A propozycje pewnie się sypią.
– Jak z rękawa.
– Nic dziwnego. Jesteś bardzo seksownym męŜczyzną, a twój urok wprost
zniewala kobiety. Wiadomo teŜ, Ŝe jesteś dobrym ojcem oraz doskonałym
prawnikiem. Fakt, Ŝe masz silny charakter teŜ nie jest bez znaczenia.
– No, to ostatnie chyba nie jest dla kobiet takie waŜne – mruknął Teal, nieco
speszony pochwałami.
– Masz rację – odezwał się Bruce. – Liczy się przede wszystkim twoje ciało i
konto bankowe.
– Przestańcie kpić – oburzyła się Marylee. – Teal, Ŝal Ŝalem, ale dziecku
potrzebna jest matka. A poza tym męŜczyzna, taki jak ty, nie powinien Ŝyć jak
mnich.
Carruthers w duchu przyznał, Ŝe istotnie takie Ŝycie staje się coraz trudniejsze,
głośno zaś powiedział:
– Jestem bardzo wymagający w sprawach sercowych, Marylee. Nie odpowiada
mi byle kto. – Wstał i przeciągnął się. – Idziemy popływać?
– Och, ci męŜczyźni – westchnęła kobieta. – Nigdy was nie zrozumiem,
choćbym Ŝyła sto lat.
Bruce wstał i pochylił się nad nią.
– Rybko, nie zawracaj sobie tym główki. Masz być piękna i rodzić dzieci, to
twoja misja Ŝyciowa.
Objął Ŝonę i namiętnie pocałował.
Teal poczuł dotkliwy ból przeszywający serce. Czym prędzej odwrócił wzrok.
Wiedział, Ŝe małŜeństwo przyjaciół przechodziło jakieś kryzysy, lecz był
przekonany, Ŝe teraz jest trwałe. Nie ulegało wątpliwości, Ŝe Bruce'a i Marylee
łączy głęboka miłość. Miłość... to najbardziej zagadkowe i nieuchwytne uczucie
oraz główny powód, dla którego on sam nie chciał się angaŜować.
Rozdział 3
Teal myślał o Julie przez cały piątek, szczególnie zaś w chwili, gdy w
towarzystwie doktor Deirdre Reid wchodził na salę bankietową. Natychmiast
zaczął rozglądać się w poszukiwaniu kobiety o pięknych jasnych włosach, ale nie
dostrzegł jej nigdzie i teraz usiłował dociec, czy ów fakt ucieszył go, czy teŜ
rozczarował. Zatopiony w myślach, nie usłyszał słów wypowiedzianych przez
Deirdre, a oprzytomniał dopiero wtedy, gdy pociągnęła go za rękaw.
– Teal, kogo tak wypatrujesz? – spytała oschłym tonem.
– Zawsze jestem ciekaw, ilu znajomych spotkam na takim przyjęciu – odparł
wymijająco. – Czy wiesz, gdzie będziemy siedzieć?
– PrzecieŜ ci mówiłam – odparła poirytowana. – Jestem przewodniczącą
stowarzyszenia, więc siedzimy przy głównym stole.
Zaczęła przeciskać się przez tłum. Teal podąŜył za nią, uśmiechając się do
siebie. Cieszyła go świadomość tego, Ŝe Deirdre Reid na pewno się w nim nie
zakocha. I to był powód, dla którego chętnie przyjął jej zaproszenie. Doktor Reid
albo doskonale panowała nad swymi namiętnościami, albo naleŜała do osób mało
uczuciowych, o czym mogło świadczyć jej cierpkie poczucie humoru. Była za to
doskonałą partnerką w dyskusji, inteligentną i dobrze zorientowaną w polityce.
Po licznych przemówieniach, na ogół krótkich, a niekiedy nawet dowcipnych,
rozległy się dźwięki muzyki. Dopiero wtedy Carruthers ujrzał na parkiecie kobietę,
na którą podświadomie czekał przez cały wieczór. Julie Ferris, w powłóczystej
wieczorowej sukni, tańczyła z wysokim, niezwykle przystojnym młodym
męŜczyzną. Sprawiała wraŜenie, jakby zapamiętała się w tańcu i zapomniała o
całym świecie. Z jej pełnych wdzięku ruchów emanowała taka radość Ŝycia i
zmysłowość, Ŝe Carruthersa ogarnęła zazdrość. Poczuł się tak, jak gdyby utracił
coś, co tancerka uosabiała, ale czego nawet nie umiał ująć w słowa.
– Kim jest ten wysoki rudowłosy męŜczyzna? – zapytał. Deirdre spojrzała we
wskazanym kierunku i uśmiechnęła się złośliwie.
– To nasz najmłodszy i najzdolniejszy specjalista, neurochirurg. Okropny z
niego kobieciarz. Dlaczego pytasz?
– Bo znam jego partnerkę.
Deirdre wzruszyła ramionami i pogardliwie rzuciła:
– Jestem przekonana, Ŝe niedługo znikną i pójdą do łóŜka. Ona na pewno mu
się nie oprze. Dość ładna ta kobieta, prawda? Czy my teŜ zatańczymy?
Po tym, co usłyszał, Carruthers pomyślał, Ŝe Deirde nie róŜni się od innych
uwodzących go kobiet i zapewne seks jest dla niej tylko rozrywką. Uznał, Ŝe
widocznie gustowała w innym typie męŜczyzn i tylko dlatego on jej nie pociągał.
Przestał o niej myśleć, gdy zaczął tańczyć. Doskonale prowadził swą partnerkę,
która tańczyła bezbłędnie, lecz sztywno niby manekin. Kiedy walc się skończył,
Julie i jej partner, obejmujący ją duŜo poniŜej talii, znaleźli się w pobliŜu.
– Dobry wieczór, pani Julie! – zawołał Teal.
Julie odwróciła głowę.
– ZauwaŜyłam pana na samym początku – rzekła i przesunęła dłoń chirurga
nieco wyŜej.
– Pozwoli pani, Ŝe jej przedstawię panią doktor Deirdre Reid. Pani Julie Ferris.
Nasi synowie są kolegami.
– My juŜ się znamy – powiedziała Julie chłodno i uśmiechnęła się zdawkowo.
– Pani Ferris? – powtórzyła Deirdre równie chłodnym tonem. – A tak,
przypominam sobie. Z chirurgii, prawda? Nie poznałam pani, bo wszystkie
pielęgniarki są takie do siebie podobne. – Uśmiechnęła się do partnera Julie. –
Witaj, Nick. Panowie się nie znają, prawda? Pan Teal Carruthers... Doktor Nicholas
Lytton.
Młody chirurg miał bladoniebieskie oczy. Teal natychmiast poczuł do niego
antypatię. W tym momencie zagrała orkiestra, więc zwrócił się do Julie:
– Czy mogę prosić panią do tańca?
– Dziękuję – odparła krótko.
Włosy miała zaczesane wysoko do góry, a w uszach błyszczały misterne złote
kolczyki. Rumieńce na jej policzkach mogły oznaczać, Ŝe poczuła się dotknięta
uwagą Deirdre lub po prostu była podniecona. Nie naleŜało więc wykluczać, Ŝe
Julie spędzi noc w łóŜku neurochirurga. Teal objął ją i natychmiast poczuł, jak
bardzo róŜni się ona od Deirdre. Jej gibkie ciało całkowicie poddawało się
zmysłowym i tęsknym rytmom. Po chwili milczenia zapytał:
– Czy pani wie, Ŝe przyszła w towarzystwie największego kobieciarza w całym
szpitalu?
Julie uniosła głowę i spojrzała na niego oczyma pociemniałymi z gniewu.
– Kto ma o nim taką opinię?
– Doktor Reid.
– Czy mówiła na podstawie własnego doświadczenia?
Carruthers z trudem zachował powagę.
– Takie pytanie nie jest w pani stylu.
– Pan nie ma pojęcia, jaki jest mój styl.
Teal nie mógł się powstrzymać od następnego pytania, które go dręczyło:
– Czy ma pani zamiar się z nim przespać?
– No wie pan, teŜ pytanie...
– Całkiem proste, moim zdaniem.
– Nie jest pan w sądzie, a tu nie miejsce na przesłuchanie – rzekła Julie i
przygryzła wargę. Usta miała tak ponętne, Ŝe Teal mimo woli przyciągnął ją
mocniej do siebie. – Niech mnie pan tak nie ściska – dorzuciła z gniewem.
– Czemu? Czy dlatego, Ŝe nie jestem genialnym neurochirurgiem, jakich mało,
a tylko zwykłym prawnikiem, jakich pełno?
– O, widzę, Ŝe jest pan w wojowniczym nastroju. Co mnie zresztą wcale nie
dziwi. Kilka godzin w towarzystwie doktor Reid nawet świętego wyprowadziłoby z
równowagi.
– Jest inteligentną i atrakcyjną kobietą.
– Czy ma pan zamiar się z nią przespać? – Julie niemal dosłownie powtórzyła
jego pytanie.
– Nie – oświadczył Teal spokojnie. – Dlaczego zachowała się wobec pani tak
obcesowo?
– Podczas mojego ostatniego dyŜuru skrzyczała mnie w obecności kilku
staŜystów i dwóch lekarzy za błąd, którego nie popełniłam. Wytknęłam jej to, ale
wcale mnie nie przeprosiła. – Julie skrzywiła się z niesmakiem. – Dla niej pacjenci
to tylko właściciele narządów do usunięcia, a pielęgniarki to zwykłe popychadła.
Carruthers gotów był uwierzyć w prawdziwość jej słów.
– No, to jesteśmy zgodni przynajmniej w jednej sprawie – szepnął.
– W jakiej? – spytała nieufnie.
– Nasi partnerzy nie wzbudzają w nas zachwytu.
– Pan nie ma powodu, by nie lubić doktora Lyttona.
– Danny zasługuje na kogoś lepszego niŜ on.
– Mój syn nie ma z tym nic wspólnego!
– A więc nie zaprasza pani do domu męŜczyzn, z którymi śpi? Proszę, jaka
dyskrecja!
Powiedział to szyderczym tonem, mając jednak świadomość, Ŝe zachowuje się
karygodnie.
– Co pan ma przeciwko mnie? – spytała Julie ostro. – Od pierwszej chwili czuje
pan do mnie antypatię.
Bo jesteś piękna, pełna Ŝycia i doprowadzasz mnie do szału... – Carruthers
przeraził się, Ŝe wypowiedział te słowa na głos. Na szczęście jednak tylko tak
pomyślał.
– Po prostu nie Ŝyczę sobie – rzekł chłodnym tonem – Ŝeby mój syn był
ś
wiadkiem scen miłosnych w pani domu. To prawie rozkaz. Scott bardzo panią
lubi, a ja nie chcę, Ŝeby zaczął uwaŜać, iŜ rozwiązłość jest rzeczą normalną.
– Obiecuję, Ŝe kiedy pójdę na ulicę, Ŝeby szukać partnerów, nie będzie to ulica,
przy której pan mieszka – syknęła Julie. – Nie mogę pojąć, jakim cudem ma pan
tak miłe dziecko! PoniewaŜ, jak większość męŜczyzn, nie widzi pan świata poza
swoją pracą, jedynym wytłumaczeniem jest fakt, Ŝe to pańska Ŝona tak dobrze
wychowała syna.
Poczuła, Ŝe Carruthers drgnął i lekko się odsunął.
– Proszę nie mieszać w to mojej Ŝony – wykrztusił. – Nie Ŝyczę sobie tego
rodzaju uwag. A teraz odprowadzę panią do doktora Lyttona, bo nie chciałbym,
Ŝ
eby państwo przeze mnie tracili czas.
Szybkim krokiem przemierzył parkiet.
– Oddaję panu partnerkę – rzekł do chirurga, a do Deirdre uśmiechnął się
cieplej, niŜ zamierzał i zapytał: – Czy masz ochotę napić się czegoś?
Odwrócili się i odeszli bez słowa poŜegnania.
Przy barze spotkali znajomych, z którymi wdali się w dyskusję na temat
reformy senatu.
Kiedy po godzinie wrócili do sali balowej, Julie i Nicka juŜ nie było. Carruthers
uśmiechnął się złośliwie, gdy pomyślał, Ŝe na pewno są juŜ w domu chirurga, ale
natychmiast spowaŜniał, gdy sobie uświadomił, Ŝe owa myśl go zabolała.
– MoŜe pojedziemy teraz do mnie, Teal? – spytała Deirdre, jak gdyby przejrzała
go na wylot. – Przyznam się, Ŝe mam juŜ dość tego przyjęcia.
Chcąc mieć pewność, Ŝe została właściwie zrozumiana, dotknęła jego ust
pieszczotliwym gestem i uśmiechnęła się uwodzicielsko, lecz zarazem nieco
szyderczo.
Teal odwrócił głowę.
– Nie lubię przypadkowych stosunków.
– PrzecieŜ tylko takie są coś warte.
– To nie dla mnie... przykro mi.
– Dzięki mnie mógłbyś zmienić zdanie.
Uśmiechnął się, a w jego oczach zalśniły drwiące iskierki.
– CzyŜbyś nie wiedziała, Ŝe „nie" znaczy „nie"?
– Proszę, jaki nowoczesny męŜczyzna! – rzekła Deirdre z lekką ironią. –
Przyznaj się lepiej, Ŝe gdyby na moim miejscu była Julie Ferris, twoje „nie"
znaczyłoby „tak". W tej chwili wolałbyś być na miejscu Nicka, co? Zgadłam?
Carruthersa zalała fala nieopisanej wściekłości. Wycedził przez zaciśnięte zęby:
– Odwiozę cię do domu.
W duchu przysiągł sobie, Ŝe nigdy więcej nie przyjmie zaproszenia od Deirdre
Reid.
Wracając kwadrans później do siebie, zauwaŜył przed domem Julie tylko jeden
samochód, a to oznaczało, Ŝe wróciła sama. Pomyślał niechętnie, Ŝe być moŜe
Deirdre ma rację i przypadkowe kontakty są najlepszym rozwiązaniem.
W następnym tygodniu Julie pojechała do Dartmouth, Ŝeby obejrzeć film, na
który od dawna zamierzała się wybrać. Wyświetlano jednocześnie kilka filmów,
więc przed kasą była długa kolejka. Julie stanęła za dwoma wyrostkami w
jaskrawych koszulkach i otworzyła torebkę, by wyjąć pieniądze. W tej chwili ktoś
ją potrącił. Uniosła głowę i zobaczyła tuŜ przed sobą twarz jednego z wyrostków.
Jego nieprzyjemne, blisko osadzone oczy miały bezczelny wyraz.
– Cześć, lalunia. Jesteś sama?
– Jak widzisz – odparła i zamknęła torebkę.
Drugi wyrostek, w koszulce z bardzo nieprzyzwoitym napisem, roześmiał się
nieprzyjemnie.
– No, to my idziemy z tobą – powiedział głośno, ciszej zaś dorzucił ordynarny
epitet.
Obaj wyglądali najwyŜej na siedemnaście lat, ale byli potęŜnie zbudowani i
niezbyt trzeźwi. Julie odwróciła głowę.
– Hank ma rację. Usiądziemy koło ciebie. Kto by tam siedział samotnie w taki
wieczór.
– Właśnie ja chcę być sama – oświadczyła zdecydowanym tonem.
– Na jaki film idziesz, mała? – spytał Hank i wziął ją pod rękę, a przy tym
umyślnie dotknął jej piersi.
Julie ogarnęła wściekłość.
– Odczepcie się, bo kaŜę was wyrzucić z kina!
– A kto się ośmieli nas ruszyć? – szyderczo zapytał Hank.
– MoŜe ja – odezwał się ktoś z tyłu.
Julie nie miała wątpliwości, czyj to głos. Nie opodal stał Teal Carruthers i
spokojnie patrzył na Hanka. Było w jego postawie coś, co sprawiło, Ŝe chłopak
zaniemówił. Julie pomyślała, Ŝe choć Teal jest zupełnie opanowany, wygląda sto
razy groźniej od wyrostka.
– Zamknij się i zostaw tę panią w spokoju. A najlepiej będzie, jeŜeli wyjdziecie
z kolejki. No, na co się decydujesz?
– My tylko Ŝartowaliśmy – powiedział Hank niepewnym głosem. – Nie...
– To wcale nie wyglądało na Ŝarty – przerwał mu Carruthers. – Decydujcie się
na coś.
Towarzysz Hanka, jak kaŜdy pospolity chuligan, najwyraźniej nigdy nie
zadzierał z silniejszymi od siebie. Natychmiast pospiesznie wtrącił:
– Wcale nie chcieliśmy siedzieć obok tej pani. Mówiliśmy tak dla hecy.
– Radzę, Ŝebyście swoje poczucie humoru zarezerwowali dla siebie – warknął
Teal.
– JuŜ zostawimy tę panią w spokoju – mruknął Hank niechętnie i odszedł.
– Bardzo panu dziękuję – zwróciła się Julie do Carruthersa. – Niech pan wraca
do swojej towarzyszki.
– Przyszedłem sam.
– Coś podobnego! Zepsuł się panu telefon?
– Nie zauwaŜyłem. A dlaczego pani jest sama? CzyŜby Einstein wciąŜ strącał
słuchawkę?
– Nie. Postanowiłam wreszcie spędzić spokojny wieczór bez czyjegokolwiek
towarzystwa, i to dotyczy równieŜ pana.
– Widzę, Ŝe ratowanie pani z opresji wchodzi mi w nawyk – zauwaŜył
Carruthers. – Jest pani chodzącym źródłem kłopotów.
– Ośmiela się pan twierdzić, Ŝe sama jestem sobie winna?
– W gniewie jest pani jeszcze piękniejsza – wyrwało mu się znienacka.
– Och! – syknęła Julie przez zaciśnięte zęby. – Nie cierpię męŜczyzn! A juŜ
szczególnie pana! Proszę stąd natychmiast odejść!
Patrzył na nią rozbawiony, po czym uznał, Ŝe wieczór zapowiada się doskonale
jeszcze przed rozpoczęciem filmu.
– Przepadło mi miejsce w kolejce.
– I myśli pan, Ŝe to się dobrze składa, co?
– Wie pani, ja teŜ miałem ochotę samotnie spędzić ten wieczór – rzekł
spokojnie.
– Niech mi pan tylko nie wmawia, Ŝe nie cierpi kobiet. Nie uwierzę panu.
– Ale ja mam uwierzyć, Ŝe pani nie lubi męŜczyzn, tak? Chyba Ŝe ma pani
jakieś uprzedzenia do mojej płci...
– TeŜ coś! Niedawno oskarŜał mnie pan o rozwiązłość!
Carruthers wsunął ręce do kieszeni.
– Przepraszam. Nie powinienem był tego mówić.
– No, to dlaczego się pan ośmielił?
– Julie, powiedziałem, Ŝe jest mi przykro.
Popatrzyła na niego uwaŜnie i rzekła z ociąganiem:
– No dobrze. Ale więcej proszę tego nie robić.
– Czy naprawdę mam usiąść na drugim końcu sali?
– Najpierw proszę mi odpowiedzieć na pytanie, czy pańskim zdaniem
rzeczywiście ponoszę winę za zachowanie tych dwóch wyrostków. Nie lubię
uchodzić za źródło kłopotów. Proszę spojrzeć na mój strój... chyba nie powie pan,
Ŝ
e ubrałam się wyzywająco?
Carruthers jednym spojrzeniem obrzucił całą jej postać. Miała na sobie luźne
dŜinsy i obszerną koszulową bluzkę. Gładko zaczesane włosy przewiązała zwykłą
aksamitką. Popatrzył na pięknie wykrojone usta, potem na rysujące się pod bluzką
bujne piersi.
– Strój jest najzupełniej bez znaczenia, bo ma pani w sobie coś, co się nazywa
seksapilem. Jest pani tak pociągająca, Ŝe nawet męŜczyzna stojący nad grobem teŜ
by się pani nie oparł.
Julie zmarszczyła brwi.
– Czyli Ŝe to moja wina?
– AleŜ skąd! Nie oskarŜam pani, tylko usiłuję to wytłumaczyć. Zajmowałem się
zawodowo sprawami o zgwałcenie i nie zgadzam się z powszechnie pokutującym
mniemaniem, Ŝe kobieta prowokuje męŜczyznę, a on sam jest niewinny.
– Rozumiem. – Julie przyjrzała mu się uwaŜnie. – Cieszyłabym się, gdybym
mogła być pewna, Ŝe pan wierzy w to, co mówi, bo sądownictwo potrzebuje
właśnie tak myślących ludzi. Ale jeśli jest inaczej, to dał się pan złapać. Bo, myśląc
tymi samymi kategoriami, fakt, Ŝe Nick jest kobieciarzem nie oznacza, Ŝe ja jestem
rozpustna.
– Przyznaję, Ŝe nie powinienem był tak mówić. Jeszcze raz przepraszam, ale juŜ
po raz ostatni.
Julie zauwaŜyła dziwny wyraz jego oczu i poczuła niezrozumiały niepokój.
– Twierdzi pan, Ŝe mam nieodparty urok, ale to samo mogę powiedzieć o panu
– wyznała. – W dodatku pan ma go tysiąc razy więcej niŜ ja. I niech mi pan nie
zacznie wmawiać, Ŝe jestem pierwszą kobietą, która to panu mówi.
Carruthers przypomniał sobie, Ŝe Marylee niedawno ujęła tę sprawę inaczej,
lecz to samo miała na myśli.
– Wobec tego proponuję, Ŝebyśmy jednak usiedli obok siebie. Ze względu na
obopólne bezpieczeństwo.
ZauwaŜył, Ŝe twarz Julie nareszcie zaczyna rozjaśniać się w uśmiechu.
– Tylko pod warunkiem, Ŝe pan lubi praŜoną kukurydzę.
– Czy muszę od razu przyznać się do wszystkich grzechów? Czy konieczna jest
aŜ tak wysoka cena za to, Ŝe mi pani pozwoli usiąść obok siebie?
Julie roześmiała się serdecznie.
– Idę kupić największą porcję.
Odeszła, kołysząc biodrami, a Teal nie mógł oderwać od niej wzroku. Kupili
dwie paczki kukurydzy oraz dwie butelki coca-coli i zdąŜyli zająć miejsca tuŜ
przed zgaszeniem świateł. Film natychmiast pochłonął całą uwagę Julie, a po jego
zakończeniu odezwała się:
– Koniecznie muszę teraz porozmawiać. Pójdziemy gdzieś na kawę?
– Bardzo chętnie.
Wstąpili do pobliskiej kawiarni i znaleźli wolny stolik. Julie oceniała film
bardziej uczuciowo niŜ Teal, lecz uwaŜnie słuchała jego wraŜeń i z jednymi
spostrzeŜeniami się zgadzała, z innymi nie. Jej sposób bycia był ujmujący, lecz
jednocześnie budził niepokój, poniewaŜ Carruthers czuł, Ŝe rosnąca sympatia do
Julie moŜe pokrzyŜować plan, jaki przyszedł mu do głowy podczas oglądania
filmu. Pomysł sam w sobie był bardzo interesujący, lecz nieco ryzykowny, więc
rozsądniej byłoby najpierw przemyśleć go w spokoju. Teal w pełni zdawał sobie z
tego sprawę, a mimo to nagle oznajmił:
– Mam dla pani propozycję.
Oczy kobiety błysnęły wrogo.
– Dziękuję. Ciągle otrzymuję jakieś propozycje i właśnie dlatego chciałam iść
do kina sama.
– Nie jestem taki jak doktor Lytton.
– No, to proszę nie zachowywać się podobnie!
Carruthers zacisnął palce na filiŜance tak mocno, Ŝe aŜ mu zbielały kostki. Na
ogół był bardzo opanowanym człowiekiem, więc zaskoczyło go to, Ŝe teraz tak
łatwo daje się prowokować.
– Moja „propozycja" to tyle co pomysł, projekt. Bez dwuznacznych
podtekstów. Gdybym wiedział, Ŝe pani jest tak przewraŜliwiona, określiłbym to
jako „plan".
– Proszę sobie wyobrazić, Ŝe rozumiem słowa mające więcej niŜ dwie sylaby!
A po tym, co zaszło w kolejce, mógłby pan juŜ mieć lepsze pojęcie o mojej tak
zwanej wraŜliwości.
Chcąc zyskać na czasie, Teal podniósł filiŜankę do ust. Julie widziała wyraźnie,
Ŝ
e jest coraz bardziej speszony. Sama teŜ była zdenerwowana, chociaŜ jeszcze nie
dowiedziała się, jaka to propozycja. Przygotowała się na najgorsze.
– Zanim przedstawię swój plan, muszę otrzymać odpowiedź na jedno pytanie.
Czy jest pani związana z doktorem Lyttonem?
– Z najgorszym kobieciarzem w całym szpitalu? Nie bardzo mi pan pochlebia.
– Czekam na tak albo nie.
Patrzył na nią takim wzrokiem, Ŝe Julie spuściła oczy.
– Nie – wyznała zmieszana. – Nie lubię przelotnych romansów. Z nikim.
Z tobą teŜ, dodała w duchu.
Carruthers bardzo pragnął uwierzyć w jej słowa.
– To znaczy, Ŝe po przyjęciu nie spędzili państwo nocy razem?
– Tego juŜ za wiele. Nie ma pan prawa wtrącać się w moje najbardziej osobiste
sprawy. Ja nie pytam, czy pan się przespał z doktor Reid.
– Nigdy z nią nie spałem. Jej odpowiada seks bez miłości, a mnie nie.
Taka zadziwiająca szczerość zdecydowanie przemawiała na korzyść
męŜczyzny. W głębi serca Julie poczuła ulgę, słysząc, Ŝe Teal Carruthers nie jest
zakochany w jej przełoŜonej.
– Nigdy nie byłam w łóŜku z Nickiem Lyttonem i nie mam najmniejszej
ochoty, aby to zrobić – oświadczyła, patrząc mu prosto w oczy.
Tym razem Teal uwierzył jej bez zastrzeŜeń i z wielką ulgą.
– Ja teŜ nie jestem zwolennikiem przelotnych miłostek. Wiem, Ŝe nie potrafię
tego dobrze i jasno wyrazić, ale odnoszę wraŜenie, Ŝe pani nie jest zachwycona
tym, iŜ tylu męŜczyzn ugania się za panią. Czy mam rację?
– Najzupełniej.
– A mnie z kolei duŜo energii kosztuje to, Ŝeby się opędzić od kobiet, które są
ś
wiecie przekonane, Ŝe potrzebna mi Ŝona lub matka dla syna, albo chociaŜby
kochanka. Wie pani, co powinniśmy zrobić?
– Nie mam pojęcia – ostroŜnie powiedziała Julie.
– Powinniśmy stworzyć jeden front i zacząć pokazywać się razem. Szybko
rozejdzie się wieść o tym, Ŝe stanowimy parę, a wtedy będziemy mieć święty
spokój. Pani przestaną naprzykrzać się męŜczyźni, a mnie kobiety.
Uśmiechnął się tak, jakby miał pewność, Ŝe rozwiązał wszystkie problemy.
– Pan chyba zwariował!
– Wcale nie. Proszę się przez chwilę zastanowić. Jakiś facet startuje do pani i
słyszy: „Proszę wybaczyć, ale juŜ mam narzeczonego". Do mnie dzwoni nowa
wielbicielka, a ja jej mówię: „Nie moŜemy się spotkać, bo jestem juŜ umówiony z
moją sympatią".
Julie patrzyła na niego z niedowierzaniem, lecz widziała wyraźnie, Ŝe nie
Ŝ
artuje.
– Mowy nie ma. Nawet na próbę.
– Dlaczego? Coś takiego powinno się udać.
– Nie. Po pierwsze dlatego, Ŝe właściwie wcale się nie znamy.
– Kilka randek wystarczy, Ŝeby się bliŜej poznać.
– Ale tylko powierzchownie.
– PrzecieŜ powierzchowna znajomość nam starczy, a zresztą tylko o tym mowa.
– Carruthers coraz bardziej zapalał się do swego projektu. – MoŜemy napisać
krótkie Ŝyciorysy, to by trochę uprościło sprawę. Miejsce urodzenia, data,
rodzeństwo albo brak takowego. JeŜeli będziemy wiedzieć o sobie podstawowe
rzeczy, nie zdradzimy się z niczym przy znajomych.
– Zaraz, zaraz. PrzecieŜ nie chodzi o to, Ŝeby się starać o paszport czy pracę.
Mamy udawać parę, czyli ludzi, których ze sobą coś łączy.
– To tylko dla innych. Po to, Ŝeby nas wreszcie zostawili w spokoju.
Julie zaczynała się przekonywać do tego nieprawdopodobnego projektu, lecz
nadal miała obiekcje.
– Nie, nie moŜemy czegoś takiego zrobić. Choćby dlatego, Ŝe się nie lubimy.
– Tym lepiej. PrzecieŜ to powaŜna umowa. Rozsądna. Racjonalna.
Jakiekolwiek cieplejsze uczucia tylko by przeszkadzały.
Julie przypomniała sobie, jak wyglądał Teal Carruthers, gdy zobaczyła go po
raz pierwszy na progu kuchni. Wystąpił w ciemnym garniturze, powaŜny,
krytycznie usposobiony i bardzo oficjalny.
– Czasem mam wraŜenie, Ŝe jest pan pozbawiony wszelkich uczuć – szepnęła
zdenerwowana.
MęŜczyzna drgnął, niemile zaskoczony.
– To, czy mam jakieś uczucia, czy teŜ nie, nie ma tu nic do rzeczy. Umawiamy
się dla obopólnej wygody i tylko po to, Ŝeby Ŝyć w spokoju. Ale widzę, Ŝe mój
pomysł wcale się pani nie podoba, więc zapomnijmy o nim. Czy odwieźć panią do
domu?
Julie rozumiała, Ŝe owym pytaniem daje jej szansę, by zakończyła rozmowę na
tak ryzykowny temat i się poŜegnała. Zamiast wykorzystać okazję, zapytała:
– Jak długo to... ten nasz związek miałby trwać?
– AŜ pani znajdzie sobie drugiego męŜa albo ja drugą Ŝonę.
– W moim wypadku moŜe to trwać bardzo długo – powiedziała głosem pełnym
goryczy.
– W moim teŜ.
Carruthers zacisnął usta i popatrzył w bok. Julie poŜałowała swej niewczesnej
uwagi o jego chłodnym usposobieniu.
– Przepraszam, Ŝe podejrzewałam pana o brak uczuć. Pan teŜ ma za sobą jakieś
bolesne przeŜycia, prawda?
– Wyjaśnijmy sobie jedno – rzekł Teal nieprzyjemnym tonem. – Ten mój plan
to jedynie gra i tylko dla pozoru. Nie Ŝyczę sobie, Ŝeby pani dopytywała się o moją
przeszłość i ja teŜ nie będę pytać o pani przeŜycia.
– To o czym będziemy rozmawiać? – Julie bezwiednie podniosła głos. – O
pogodzie i artykułach w prasie?
Carruthersa zaczęło irytować, Ŝe jest tak mało pojętna.
– Nie będziemy musieli się tak często pokazywać razem. Halifax jest małą
mieściną, gdzie prawie wszyscy się znają, więc wiadomość o nas chyba prędko się
rozejdzie. Wystarczy, Ŝe kilkakrotnie wybierzemy się gdzieś razem i powiemy
znajomym, Ŝe jesteśmy parą. Potem juŜ będziemy mieli więcej swobody, bo
powinna wystarczyć jedna randka raz na jakiś czas.
Julie nie mogła zrozumieć, dlaczego w ogóle bierze pod uwagę taką nieuczciwą
i na zimno wykalkulowaną propozycję.
– Nie moŜemy tego zrobić takŜe ze względu na chłopców. Oni na pewno
uznają, Ŝe zamierzamy się pobrać.
– Dzieciom trzeba będzie powiedzieć prawdę albo coś zbliŜonego do prawdy.
Na przykład, Ŝe się zaprzyjaźniliśmy i Ŝe chcemy sobie trochę nawzajem ułatwić
Ŝ
ycie.
– A co będzie, jeśli któreś z nas spotka kogoś, z kim zechce się związać?
– Wtedy się rozstaniemy. PrzecieŜ to jasne.
– Jakie to wyrachowane. Jakbyśmy byli robotami, a nie ludźmi.
– To ma być wyrachowane i poŜyteczne, bo tylko wtedy ułatwi nam Ŝycie.
Przyjmując za warunek, Ŝe nie będziemy się do siebie wtrącać, ale teŜ nie wolno
nam umawiać się z nikim innym.
– O! A co z naszym Ŝyciem seksualnym?
Carruthers rozzłościł się nie na Ŝarty.
– To nie jest Ŝaden podstęp, Ŝeby zaciągnąć panią do mojego łóŜka.
– PrzecieŜ sam pan mi mówił, Ŝe mam nieodparty urok i jak magnes
przyciągam męŜczyzn... Wcale nie mam pewności, Ŝe moŜna panu ufać.
Teal uśmiechnął się nieznacznie.
– To samo słyszałem od pani o moim uroku i sile przyciągania kobiet.
Julie nie miała ochoty na Ŝarty.
– Większość męŜczyzn sądzi, Ŝe wystarczy na mnie spojrzeć, a juŜ jestem
gotowa się z nimi przespać. A to nie tak. MąŜ doprowadził mnie do tego, Ŝe
znienawidziłam sprawy łóŜkowe. Najlepszą rzeczą, jaką dało mi małŜeństwo, jest
Danny, a ostatnią, jakiej teraz pragnę, jest romans. Czy wyraŜam się dość jasno?
Carruthers doceniał tak wyjątkową szczerość, lecz nie mógł się zdobyć na to, by
odpłacić tym samym. Nie nawykł do mówienia o najbardziej osobistych sprawach,
a poza tym jego ból wciąŜ jeszcze był zbyt dotkliwy.
– Z mojej strony nie grozi pani Ŝadne niebezpieczeństwo – zapewnił powaŜnym
tonem.
– Czy dlatego, Ŝe mnie pan nie lubi?
– MoŜe... – Był zadowolony, Ŝe nie mówi pod przysięgą.
– Inne powody nie powinny panią interesować.
Po chwili milczenia Julie powiedziała:
– Proponuję jeszcze jedną zasadę, która będzie nas obowiązywała. W kaŜdej
chwili moŜemy zerwać umowę albo wprowadzić poprawki.
– Ale powinniśmy umówić się przynajmniej na trzy miesiące, Ŝeby sprawdzić,
jak nasz plan się rozwinie.
– To przecieŜ całe lato!
Carruthers dostrzegł niechęć malującą się na jej twarzy i rzekł poirytowany:
– PrzecieŜ to nie jest doŜywocie.
– Ale prawie, bo tak długo będziemy musieli udawać. A ja nie znoszę fałszu! –
rzuciła z pasją.
– Czy inne randki były naprawdę duŜo mniej fałszywe niŜ to, co ja proponuję?
– Widząc, Ŝe się Ŝachnęła, dorzucił: – Tak właśnie myślałem.
Julie wpatrywała się w niego, przekonana, Ŝe gdyby istotnie tak bardzo nie
lubiła fałszu, juŜ dawno by odeszła. Natomiast fakt, iŜ została, być moŜe świadczy
o tym, Ŝe jest podobna do innych kobiety i ów intrygujący męŜczyzna nieodparcie
ją pociąga.
– Muszę dorzucić jeszcze jedną zasadę – rzekł Teal najzupełniej powaŜnie. –
Dzienna dawka jednej paczki kukurydzy jest nieprzekraczalna.
– Ale przyznaje pan jedną całą paczkę na głowę? – spytała w tym samym tonie.
– Oczywiście. – ZauwaŜył, Ŝe oboje starają się opanować rozbawienie. – No,
Julie, umawiamy się czy nie?
Wyciągnął do niej dłoń, lecz ona uparcie trzymała ręce na kolanach.
– PrzecieŜ sama rozmowa o czymś takim jest czystym szaleństwem.
– CzyŜbym był aŜ tak odpychający?
– Nie dopraszaj się komplementów – rzuciła z przekornym uśmiechem, równieŜ
przechodząc na ty. – Tego ci nie skąpią inne kobiety.
– Jeśli zaakceptujesz mój plan, nie będzie Ŝadnych innych kobiet.
Julie pomyślała, Ŝe i ona uwolni się od natrętów, którzy zatruwają jej Ŝycie.
– Wiesz, doszłam do wniosku, Ŝe moŜna to potraktować jak wakacje.
– Ścierpła mi juŜ ręka.
– Chyba zupełnie oszalałam – westchnęła Julie, podając wreszcie dłoń.
Teal z przyjemnością zauwaŜył, Ŝe jej uścisk jest zdecydowany, a dłoń
przyjemnie ciepła; nie lubił galaretowatych rąk.
– Więc załatwione. Czy moŜesz iść na koncert benefisowy w przyszłym
tygodniu? Jeśli tak, to zaraz jutro kupię bilety. Kiedy będziecie organizować coś w
szpitalu?
– Niedługo ma się odbyć zjazd pielęgniarek. Cały personel został zaproszony –
odparła niechętnie.
– Wspaniale. Ale pamiętaj, Ŝe obowiązuje podstawowa zasada: nie wolno ci
tańczyć z Nickiem Lyttonem.
– Dorzucam jeszcze jedną: juŜ nie wolno dodawać Ŝadnej zasady. – Wstała. –
Czas na nas. Umowa stoi, ale musisz przyznać, Ŝe chyba oboje zwariowaliśmy.
– Przypadek chwilowej niepoczytalności? Taki numer nie przejdzie.
Julie spojrzała na zegarek i krzyknęła:
– O BoŜe! To juŜ tak późno? Od dziesięciu minut powinnam być w domu.
– Odprowadzę cię do samochodu.
– Nie trzeba...
– Nie dyskutuj ze mną. Niedawno popełniono tu niedaleko morderstwo.
Wyraz jego twarzy ostrzegł Julie, Ŝe nie warto się sprzeciwiać. Kiedy doszli do
samochodu, natychmiast otworzyła drzwi i wsiadła, po czym, skromnie
spuszczając oczy, powiedziała:
– Będziesz musiał mocno się starać, Ŝeby nasza pierwsza prawdziwa randka
była tak interesująca, jak dzisiejsze spotkanie. Dobranoc.
– Postaram się. A jutro przedzwonię w sprawie koncertu. Dobranoc, Julie.
– Idę do pracy wieczorem, na siódmą trzydzieści.
Jadąc do domu, rozmyślała nad tą dziwaczną grą. Jedna z zasad, na które się
zgodzili, mówiła, Ŝe nie będzie seksu. To, co powiedziała o sobie i Robercie było
zgodne z prawdą, a jednak miała wilgotne dłonie i sucho w ustach. Nie rozumiała,
dlaczego sama myśl o koncercie wywołuje w niej niepokojące podniecenie i jakiś
dziwny strach.
Umowa była szalona, zwariowana i niepojęta.
To samo moŜna byłoby powiedzieć o Julie, bo zapewne nikt przy zdrowych
zmysłach nie przystałby na tak niesłychaną propozycję.
Rozdział 4
W poniedziałek po południu Scott i Danny poszli na boisko po drugiej stronie
ulicy. Carruthers siedział w gabinecie nad dokumentami przyniesionymi z sądu.
Akurat czytał o zawiłych dowodach opartych na analizie DNA, gdy usłyszał krzyk
Scotta. Natychmiast zostawił wszystkie papiery i zbiegł na dół, przeskakując po
dwa stopnie. W kuchni zastał chłopców w towarzystwie młodej dziewczyny. Scott
miał podrapaną i umorusaną twarz, Danny podbite oko, rozciętą wargę I
zakrwawiony nos, a dziewczyna łzy w oczach.
– Co się stało?
– Bawiliśmy się spokojnie na boisku – zaczął Scott wzburzonym głosem – gdy
zaczepili nas chłopaki z szóstej klasy. I zanim Sally nas rozdzieliła, zdąŜyli
Danny'emu podbić oko.
– Miałam pilnować Danny'ego – dorzuciła Sally, pociągając nosem – ale
zagadałam się ze znajomym i nie od razu spostrzegłam, Ŝe chłopcy się biją. Pani
Ferris mi tego nie daruje.
Teal odwrócił się od niej i pochylił nad Dannym.
– O co poszło?
– Krzyczeli, Ŝe jestem śliczny. – Danny męŜnie walczył ze łzami
napływającymi mu do oczu. – Wołali na mnie „laluś", „maminsynek" i jeszcze coś,
czego nie rozumiałem. O mamusi teŜ coś wykrzykiwali, więc jednego uderzyłem,
no i zaraz wszyscy zaczęliśmy się bić.
Carruthers był rad, Ŝe Danny nie wszystko zrozumiał.
– To na pewno jakieś głupie wyrostki – powiedział uspokajająco. – Zaraz ci
zrobię okład z lodu na oko i wargę. Zobaczysz, Ŝe natychmiast poczujesz się lepiej.
– Tato, powinieneś nauczyć Danny'ego, jak się bić – wtrącił przejęty Scott. –
On nie ma zielonego pojęcia, jak walczyć.
– Właśnie, Ŝe mam! – zaperzył się Danny.
– Ja teŜ się biłem, a nie oberwałem tyle co ty – oświadczył Scott.
– PrzecieŜ temu duŜemu naprawdę mocno dołoŜyłem.
– Spokojnie, chłopcy, spokojnie – rzekł Teal i uśmiechnął się pod nosem. –
Tylko nie zaczynajcie bójki tutaj. Wiesz, Danny, Scott miał na myśli tylko to, Ŝe
mógłbym ci pokazać kilka chwytów obronnych... Nie ruszaj się, przecieŜ lód nie
gryzie.
ObraŜenia nie były zbyt groźne, więc juŜ po chwili chłopcy pocieszali się
sokiem i ciastkami.
– Danny, gdzie jest mama?
– Pewnie śpi, bo miała nocny dyŜur i dziś znowu idzie na noc. Dlatego
poszliśmy na boisko.
Carruthers zwrócił się do Sally:
– Jeśli pani chce juŜ iść do domu, to ja zajmę się teraz chłopcami.
– Dziękuję bardzo, ale pani Ferris prosiła, Ŝebym ją obudziła, gdyby się coś
stało, więc muszę iść i wszystko dokładnie opowiedzieć.
– Ja teŜ pójdę.
– Po co, tato? – spytał zdumiony Scott.
– Chcę zapytać, czy mogę Danny'ego trochę poduczyć samoobrony – odparł,
zastanawiając się, czy jest to jedyny powód, dla którego nagle postanowił pójść.
Dochodząc do domu Julie, odniósł wraŜenie, Ŝe coś się zmieniło. Rozejrzał się
uwaŜnie i stwierdził, Ŝe ogród wygląda zupełnie inaczej, Ŝe duŜo w nim barwnych,
nieregularnie rosnących kwiatów. Uśmiechnął się z aprobatą.
Sally natychmiast poszła na górę, a w chwilę później Julie wpadła do kuchni,
podbiegła do syna i mocno go przytuliła.
– Danny, kochanie, co się stało? – zapytała z niepokojem. Teal zauwaŜył, Ŝe
jest uroczo potargana i ma na sobie jedwabną podomkę w kwiaty, dość skąpo
okrywającą jej piękne kształty.
– O co się pobiliście? – pytała zatrwoŜona. – PrzecieŜ prosiłam cię, Ŝebyś się z
nikim nie bił. Masz zakrwawioną bluzę i spodnie.
– Walka była na całego – krzywo uśmiechnął się Danny.
– Nie cierpię bójek – oświadczyła matka.
Carruthers chrząknął i Julie dopiero teraz go zauwaŜyła.
– A ty, co tu robisz? – spytała i natychmiast mocniej otuliła się podomką.
– Chłopcy przybiegli najpierw do mnie, bo było bliŜej. Trochę opatrzyłem
Danny'ego.
– Ach, tak. Dziękuję.
– Wydaje mi się, Ŝe dobrze byłoby nauczyć go kilku chwytów dla samoobrony.
– Jestem pewna, Ŝe moŜe się bez tego obejść.
– Nie zrozumiałaś mnie – upierał się Teal, tym samym jeszcze zwiększając
irytację Julie. – Mówię o odpieraniu ataku, a nie o atakowaniu innych.
– Tak czy owak to walka.
– Scott teŜ się bił, a nie ma podbitego oka.
– Dlaczego męŜczyźni zawsze myślą, Ŝe opanowanie kilku chwytów wszystko
załatwi?
– Nie pakuj mnie do jednego worka z innymi męŜczyznami – rzekł uraŜony. –
Jestem prawnikiem, a nie bokserem. Nigdy nie uczyłem Scotta, by stosował
przemoc wobec innych, ale jako odpowiedzialny ojciec uznałem, Ŝe powinienem
go nauczyć, jak się bronić. Jeśli zajdzie taka potrzeba. Oboje dobrze wiemy, jak
ostatnio rozpanoszyło się chamstwo.
Zorientował się, Ŝe ta rozmowa nie powinna być prowadzona przy dzieciach,
więc zwrócił się do Sally:
– Proszę zabrać chłopców na dwór. Pani Ferris i ja musimy porozmawiać w
cztery oczy.
Sally uśmiechnęła się promiennie.
– Oczywiście, proszę pana.
Ledwie zamknęły się za nimi drzwi, Julie wybuchnęła:
– Jak śmiesz tak się rządzić w moim domu?
Była blada i miała podkrąŜone oczy.
– Wyglądasz na bardzo zmęczoną – zauwaŜył Teal.
– Nie zmieniaj tematu!
Carruthers widział, Ŝe ta kobieta, w przeciwieństwie do innych, nie jest w
nastroju do płaczu, mimo Ŝe niewątpliwie się zdenerwowała. Zaczął podejrzewać,
Ŝ
e za chwilę skoczy mu do gardła.
– Chciałbym zabrać chłopców do siebie – powiedział, siląc się na zachowanie
spokoju. – Ty mogłabyś przyjść później. Wtedy, jeśli zechcesz, mógłbym ci
pokazać, czego nauczyłem twego syna. Do piątej chyba zdąŜysz się jeszcze trochę
przespać. No co, zgoda?
Julie popatrzyła mu prosto w oczy.
– Czy wiesz, o co chłopcy się pobili?
– Tamci wyzywali Danny'ego od „lalusiów" i wykrzykiwali inne epitety,
których na szczęście nie zrozumiał. Uderzył jednego z nich, dopiero gdy rzucił
wyzwisko pod twoim adresem.
– O cholera!
– MoŜe wolałabyś, Ŝeby to ojciec nauczył go, jak ma się bić? – zapytał z
wahaniem.
– Robert nigdy nie ma dla niego czasu – rzekła Julie w zamyśleniu.
Teal zorientował się, Ŝe ogarnia go podniecenie.
– Nie martw się – powiedział czym prędzej. – Teraz idź się połoŜyć, a ja do
piątej zajmę się dziećmi. Gdy przyjdziesz, zjemy razem kolację.
– Nie mogę go cały czas pilnować – wybuchnęła rozŜalona. – Chyba mam
prawo wyspać się po nocnych dyŜurach.
– Rozumiem cię doskonale, bo moja sytuacja jest podobna. Kiedy jestem w
sądzie albo w zespole, teŜ nie pilnuję syna.
– Mówisz tak, Ŝeby mnie pocieszyć i Ŝebym nie miała wyrzutów sumienia. –
Julie skrzyŜowała ręce na piersi. – Ja jednak czuję się winna. Tak czy owak nie
widzę powodu, Ŝebyś nas zapraszał na kolację.
– Ale juŜ to zrobiłem.
Popatrzyła na niego nieufnym wzrokiem, a jednocześnie poczuła wkradający
się do serca niepokój.
– PrzecieŜ w naszej umowie nie ma nic o wspólnych posiłkach – oświadczyła. –
Po co to wszystko? Nikt nas nie zobaczy przy tej kolacji. Chyba Ŝe jakaś twoja
wielbicielka, która stale cię podgląda przez lornetkę.
– Ale ty masz cięty język – odparował Teal, czując, Ŝe ta sytuacja zaczyna go
bawić.
– Tym bardziej nie powinnam przyjmować twojego zaproszenia.
– Dzisiejsza propozycja nie ma nic wspólnego z naszą umową. Przećwiczę z
Dannym kilka chwytów, a jak przyjdziesz, syn ci pokaŜe, czego się nauczył. Na
pewno z przyjemnością się pochwali, bo kaŜde dziecko to lubi. Szczególnie przed
własną matką.
– Dopiero co mówiłeś, Ŝebym sobie nie robiła wyrzutów, a teraz mówisz co
innego. Czy prawnicy zawsze odwracają kota ogonem?
– W twoich słowach brzmi uprzedzenie do mojego zawodu.
– To nie uprzedzenie, a wręcz obrzydzenie.
Carruthers roześmiał się, podszedł bliŜej, ujął Julie pod brodę i zajrzał jej
głęboko w oczy.
– Idź spać i nastaw budzik na wpół do piątej... Czekam o piątej, ale nie licz na
Ŝ
aden deser.
– Nareszcie się wydało, o co ci chodzi! Masz apetyt na moje wypieki, a ja
wcale się nie liczę.
– Oczywiście.
Odsunął się i opuścił ręce. Palcami wciąŜ jeszcze czuł jedwabistość jej skóry, a
nozdrzami wdychał delikatny zapach kwiatów, jaki roztaczała wokół siebie. Jedno i
drugie wydawało mu się piękne, lecz był pewien, Ŝe mimo to nie poŜądał tej
kobiety.
– Do zobaczenia. Zamknij za mną drzwi na klucz.
Julie uśmiechnęła się przekornie, lecz posłusznie wykonała polecenie.
Punktualnie o piątej zadzwoniła do drzwi domu Teala Carruthersa, lecz nikt nie
odpowiedział. Nacisnęła klamkę, uchyliła drzwi i zawołała, ale nadal nikt sienie
odzywał. Zamknęła drzwi, weszła do pokoju i rozejrzała się uwaŜnie. Ściany były
białe, meble popielate, obrazy zaś wyłącznie czarno-białe. Postanowiła, Ŝe
następnym razem – jeśli w ogóle taki się zdarzy – przyniesie bukiet róŜnobarwnych
kwiatów, aby rozweselić nieco ten ponury pokój.
Na piętrze rozległ się radosny śmiech Danny'ego oraz pokrzykiwania Scotta, a
na schodach głośny tupot. Drzwi się otworzyły i biegnący z całym impetem wpadł
prosto na Julie, która się zachwiała i upadła na dywan. Teal teŜ stracił równowagę i
przewrócił się na nią. Miał na sobie tylko spodnie, był rozgrzany i cięŜko dyszał.
Julie leŜała przygnieciona jego cięŜarem, otoczona jego ramionami. Nie mogła się
ruszyć, mimo iŜ nagle sobie uświadomiła, Ŝe ogarnia ją poŜądanie, jakiego od
dawna nie zaznała. Teal uniósł się na łokciu i zapytał z niepokojem w głosie:
– Czy mocno się potłukłaś?
W tej chwili do pokoju wpadli obaj chłopcy.
– Tato, dlaczego leŜysz na podłodze?! – krzyknął Scott.
– I na mojej mamie? – zdumiał się Danny.
Julie zarumieniła się ze wstydu. Nie dość, Ŝe straciła równowagę ducha i ciała,
to jeszcze na domiar złego dzieci są świadkami takiej sceny.
– Przewróciliśmy się, gdy tak nagle wbiegłem do pokoju – odparł Carruthers
głucho. – Nie spodziewałem się, Ŝe kogoś tu zastanę. Julie, nic ci nie jest?
– Nie – odparła, ciesząc się, Ŝe nie jest podłączona do wykrywacza kłamstw.
Teal zerwał się na nogi i pomógł jej wstać. Julie, czując bliskość jego
muskularnego ciała, była coraz bardziej podniecona. Czym prędzej się odsunęła i
powiedziała:
– Wołałam was, ale nikt mnie nie słyszał.
– Przepraszam cię – rzekł Teal nieswoim głosem. – Najmocniej przepraszam.
Chłopcy, nakryjcie stół w ogrodzie, a ja skoczę do kuchni.
Kiedy wszyscy wyszli, Julie poczuła, jak bardzo jest roztrzęsiona. Ogarnęło ją
wielkie podniecenie, a raczej poŜądanie przywodzące na myśl dzikie zwierzę
szykujące się do skoku. Mimo to nie chciała słuchać głosu rozsądku, który
ostrzegał ją i kazał natychmiast wracać do domu. Wiedziała, Ŝe nie powinna ulegać
takim emocjom, gdy chodziło o Carruthersa. Nie zdąŜyła się opanować, gdy Teal
wrócił i ujął ją za rękę, patrząc jej w oczy z niepokojem.
– Czy nic ci się nie stało? Usiądź na chwilę, bo wyglądasz trochę podejrzanie.
– Nic mi nie jest – mruknęła, odwracając oczy od jego nagiego torsu. – Po
prostu bardzo mnie zaskoczyłeś.
– Usiądź tutaj. Zaraz przyniosę ci kieliszek koniaku.
Do pokoju wpadł Danny i usiadł obok matki.
– Mamuś, czujesz się lepiej?
– DuŜo lepiej – odparła Julie i przytuliła syna do piersi. – Jak było na lekcji?
– Wspaniale – zapewnił Danny z entuzjazmem. – Scott, chodź, pokaŜemy mojej
mamie, co robiliśmy.
Chłopcy zaczęli się popisywać. Po chwili wrócił Teal, postawił kieliszki na
stoliku i podszedł do nich. W mgnieniu oka wszyscy trzej zwarli się w walce i
zaczęli mocować. Julie poczuła przeszywający ból serca, gdy sobie uświadomiła,
Ŝ
e Robert nigdy tak się nie bawił z synem. Teraz widziała, jak to jest Danny'emu
potrzebne. MoŜliwe, Ŝe było równie niezbędne jak matczyna miłość, jak jedzenie i
dach nad głową.
Chłopcom udało się unieruchomić Teala, a Julie nie mogła oderwać oczu od
jego obnaŜonego po pępek torsu porośniętego gęstymi czarnymi włosami.
Pomyślała o umowie zawartej na trzy miesiące i juŜ zaniepokoiła się, Ŝe nie moŜe
przewidzieć, czym to się skończy. Teal zaczynał być potrzebny nie tylko jej
synowi. Chcąc się opanować, od razu opróŜniła kieliszek.
– Chłopcy – odezwał się Carruthers, sapiąc głośno – macie ochotę na kurczaka?
Jeśli tak, to radzę traktować kucharza z większym szacunkiem. Wstawajcie.
Przynieście sałatę i bułki. No, jazda.
Podniósł się, podciągnął spodnie i palcami przeczesał włosy. Nagle przyjrzał się
Julie i natychmiast spowaŜniał.
– Co ci jest?
– Nic.
– Przyzwyczaiłem się juŜ do tego, Ŝe mówisz prawdę, a to nie jest szczera
odpowiedź.
Julie wstała i dumnie uniosła głowę.
– Zgodziliśmy się, Ŝe nasz układ będzie miał powierzchowny charakter, a to nie
zakłada bezwzględnej szczerości.
MęŜczyzna skrzywił się. Widocznie nie spodziewał się takiej odpowiedzi.
– Czy to ma oznaczać, Ŝe jestem głupcem?
– Mówiłam raczej o sobie – rzekła Julie i zmieniła temat. – No, co z tym
kurczakiem? Umieram z głodu.
W duchu dopowiedziała, Ŝe wcale nie tylko ze zwykłego głodu.
Carruthers widział, Ŝe coś przed nim ukrywa, lecz trudno mu było zgadnąć, o co
chodzi. Odwrócił się i wyszedł, czując, Ŝe Julie idzie za nim krok w krok.
Zasiedli przy drewnianym stole ustawionym w cieniu klonu, na którym
gnieździła się cała gromada sikorek. Pozornie panowała najzupełniej beztroska
atmosfera, lecz mimo to Julie miała wraŜenie, Ŝe Teal bacznie ją obserwuje. Nie
mogła jednak nic wyczytać z jego twarzy i miała nadzieję, Ŝe i ona ma
nieodgadniona minę. Przy kawie zostali sami.
– Wspaniały aromat – zauwaŜyła Julie, podnosząc filiŜankę do ust.
– Kupuję ją w naszych delikatesach. Musimy tam kiedyś pójść razem, bo
właścicielka chce mnie wyswatać z jedną ze swoich czterech córek.
W tej chwili usłyszeli podejrzany hałas.
– Nasi synowie o coś się kłócą. Czas najwyŜszy, Ŝebym zabrała Danny'ego do
domu.
Weszli do pokoju, gdzie chłopcy oglądali telewizję i usłyszeli podniesiony głos
Danny'ego:
– To naprawdę mój tatuś!
– Pewnie! – szyderczo krzyknął Scott. – KaŜde dziecko z naszej ulicy ma ojca,
który pracuje w telewizji.
– Mój tata jest aktorem i dlatego tam pracuje!
Julie spojrzała na ekran i zobaczyła Roberta i Melissę. Stanęła jak wryta i z
trudem wykrztusiła:
– Danny ma rację. To jego ojciec z drugą Ŝoną. – Przytuliła syna, który miał
oczy pełne łez. – Widziałam tę sztukę niedawno, gdy ty juŜ spałeś. Tatuś dostał
nagrodę za tę rolę.
– Robert Ferris – odezwał się Teal półgłosem. – Jakoś nigdy nie skojarzyłem,
Ŝ
e to to samo nazwisko.
– Bo i nie warto – rzekła Julie chłodno.
– Jest świetnym aktorem.
– Tak, aktorem jest świetnym.
– Masz szczęście, Danny, Ŝe twój tata jest taki sławny – zauwaŜył Scott.
Julie uśmiechnęła się ze smutkiem.
– Ale ty nie wiesz, Ŝe cena za sławę jest bardzo wysoka. Aktor nie ma czasu ani
dla rodziny, ani dla przyjaciół, ani Ŝeby czegoś nauczyć własne dziecko. Zawsze
musi robić coś dla swej kariery.
Kątem oka dostrzegła, jak Robert bierze Melissę w ramiona.
– Scott, obejrzyjmy jakąś kreskówkę – zaproponował Danny drŜącym głosem.
– Dobrze. I pobawimy się samochodami.
Teal ujął Julie pod ramię i szepnął:
– JuŜ się pogodzili. Chodź, naleję ci świeŜej kawy.
Julie nie miała ochoty na kawę. Jedyne, czego w tej chwili pragnęła, to się
wypłakać. Prędko wyszła z pokoju.
– Teal, ja tak nie mogę – wyznała, gdy tylko usiedli. – Ten twój plan jest
niebezpieczny i chcę się wycofać, zanim na dobre się rozwinie. Zanim
wtajemniczymy nasze dzieci.
– Najpierw powiedz mi, o co tak naprawdę chodzi.
– Nie potrafię utrzymać się w takiej roli. Nie lubię powierzchownych
kontaktów. Nie jesteśmy w sądzie, gdzie padają bezosobowe pytania i odpowiedzi.
Jesteśmy Ŝywymi ludźmi z krwi i kości, a przynajmniej ja jestem. I chłopcy teŜ.
Boję się, Ŝe Danny za bardzo się do ciebie przywiąŜe.
– To i tak się zaczęło przez chłopców. Skoro są przyjaciółmi, Danny będzie
spotykał się ze mną, a Scott z tobą i to nie ma nic wspólnego z tym, czy my
czasami umówimy się na randkę. Dobrze o tym wiesz.
– To takie egoistyczne i nieodpowiedzialne. Tylko ktoś pozbawiony uczuć
mógł wpaść na tak zwariowany pomysł.
– Zapominasz, Ŝe się zgodziłaś.
– Zmieniłam zdanie.
– Rozwód jeszcze przed zawarciem małŜeństwa, tak? Robisz unik.
– Nie! Ja...
– Przesadzasz. Uspokój się.
– śądam zwolnienia z umowy – wycedziła przez zaciśnięte zęby.
– Umówiliśmy się na trzy miesiące, a jeszcze nie minęły nawet trzy dni i ty juŜ
chcesz się wycofać.
– Nie podpisywałam cyrografu!
– Przyznaję. A ty się przyznaj, o co ci właściwie chodzi.
– Boję się, Ŝe Danny cię pokocha.
– To samo moŜna by powiedzieć o moim synu i o tobie; on zresztą i tak juŜ cię
bardzo lubi. Czuję, Ŝe tu nie chodzi jedynie o chłopców. Julie, powiedz mi całą
prawdę.
– Jeśli to zrobię, uznasz, Ŝe jestem podobna do innych. Taka, jak te wszystkie
kobiety, które ci się naprzykrzają. – Zamyśliła się głęboko i po chwili dodała: –
Dobrze, skoro sam tego chcesz, to ci powiem. Chodzi mi o sprawy łóŜkowe.
Teal był najwyraźniej zaskoczony tym, co usłyszał.
– UwaŜam cię za męŜczyznę, dla którego mogę stracić głowę – wyznała cicho.
– Kiedy leŜeliśmy razem na podłodze, chciałam, Ŝeby to trwało wieki.
– Nie wierzę.
– Jesteś nieodparcie pociągający, godny poŜądania i posiadania – powiedziała z
szelmowskim uśmiechem na ustach. – Jeśli nie chcesz, Ŝebym zaczęła ci się
narzucać, musimy zerwać umowę. Teraz i zaraz.
Teal ujął jej rękę i ścisnął aŜ do bólu.
– Nie igraj ze mną, bo tego nie znoszę.
– KaŜdy przeciętny męŜczyzna byłby zachwycony tym, Ŝe go poŜądam.
– Ale ja nie jestem „kaŜdym przeciętnym męŜczyzną" i juŜ ci mówiłem, Ŝebyś
mnie za takiego nie uwaŜała.
– Jedno z naszych postanowień stwierdza, Ŝe nie będzie mowy o seksie między
nami. W związku z tym, co ci przed chwilą wyznałam, umowa musi ulec zerwaniu.
– Pomyliłaś myśl o czynie z samym czynem.
– Och, przestań gadać i rozumować jak prawnik.
– Do jasnej cholery! Jestem prawnikiem i nie będę stale za to przepraszać.
Zapewniam cię, Ŝe nie pójdziemy do łóŜka, więc nie ma powodu, by zrywać
umowę.
Julie zmarszczyła brwi i nieoczekiwanie spytała:
– Wolisz męŜczyzn?
– SkądŜe! I nie mam Ŝadnej wstydliwej choroby, jeśli o to teŜ mnie posądzasz.
– Więc uwaŜam, Ŝe naprawdę jesteś pozbawiony uczuć.
– Przestań, bo dłuŜej tego nie zniosę.
Julie rozzłościła się. Spojrzała na zegarek i wstała.
– Czas na mnie.
– Cieszę się, Ŝe mamy tę rozmowę za sobą, bo dzięki niej oczyściła się
atmosfera. Teraz wiem, Ŝe ci się podobam, a oboje wiemy, Ŝe nic z tego nie
wyniknie. Pamiętaj, Ŝe spotykamy się w sobotę przed koncertem. A przedtem,
moŜe w czwartek, powinniśmy zapoznać się z naszymi Ŝyciorysami... Co ty na to?
Julie nie mogła nic wyczytać z jego twarzy. Miała ogromną ochotę zobaczyć,
co się kryje za maską, którą Teal przybrał i co jest jego czułym punktem. Nie
wątpiła, Ŝe ma jakieś uczucia, lecz pozostawało tajemnicą, dlaczego je tak głęboko
ukrywa. NaleŜało znaleźć klucz do owej zagadki.
Rozdział 5
Po czterech dyŜurach nocnych Julie postanowiła nieco unormować swój tryb
Ŝ
ycia. W czwartek po południu zabrała się do pielenia ogrodu. Sąsiad, który
właśnie kosił trawę, odstawił maszynę, wytarł spoconą twarz i podszedłszy bliŜej,
oparł się o płot.
– Dzień dobry. Pani ogród wygląda coraz ładniej. Ethelda na pewno się ucieszy,
Ŝ
e jest tyle kwiatów.
– Czy pani LeMarchant wybiera się tu w najbliŜszym czasie?
– Za dwa tygodnie. JuŜ nie mogę się doczekać. – Generał rozejrzał się i zniŜając
głos, dodał porozumiewawczym szeptem: – Muszę pani powiedzieć, Ŝe się jej
kiedyś oświadczyłem, ale kosztowało mnie to duŜo nerwów. Chyba wolałbym
stanąć do walki z całą armią wroga. Ethelda odrzuciła moją propozycję – wyznał z
filozoficznym spokojem. – To nawet i lepiej, bo nie jest zbyt wyrozumiała i nie
pozwalałaby mi chodzić na piwo.
– Bardzo mi przykro. Odniosłam wraŜenie, Ŝe państwo mają z sobą duŜo
wspólnego.
– Sąsiadujemy juŜ prawie dwadzieścia lat. Ale co robić? – Generał wyprostował
się i dumnie wypiął pierś. – MoŜe lepiej, Ŝe mnie nie przyjęła. Moja fajka teŜ ją
denerwowała, więc stale opróŜniała popielniczki, chociaŜ wcale nie były pełne... O,
moja droga, ma pani gościa.
Julie obejrzała się i zobaczyła nadchodzącego Carruthersa. Przyszedł na
spotkanie, o którym zupełnie zapomniała. Uśmiechnęła się niepewnie i
przedstawiła obu panów. Teal objął ją, pocałował w policzek i rzekł:
– Stęskniłem się za tobą. JuŜ nie mogłem doczekać się czwartku.
Julie oniemiała ze zdumienia, lecz po chwili zrozumiała, Ŝe on udaje przed
sąsiadem. Prędko odwzajemniła pocałunek i zapewniła gorąco:
– Ja teŜ się stęskniłam.
Generał chrząknął zakłopotany.
– Państwo wybaczą, ale muszę wracać do pracy. Do widzenia.
Po jego odejściu Teal zauwaŜył:
– Nie od razu się zorientowałaś.
– Przyznaję, Ŝe wolno dzisiaj myślę, ale od dwudziestu ośmiu godzin jestem na
nogach. Na śmierć zapomniałam o Ŝyciorysie.
– Chodźmy do domu – zaproponował, obejmując ją wpół. – W takim hałasie
nie moŜna rozmawiać.
Kiedy weszli do kuchni, Julie natychmiast się odsunęła, nie chcąc ulec
ogarniającemu ją poŜądaniu.
– Jestem zmęczona – rzekła poirytowanym głosem. – Nie mam nastroju na
rozmowę o naszej przeszłości.
– To nie potrwa długo, przecieŜ mamy zapamiętać tylko kilka podstawowych
faktów.
Usiedli przy stole i Teal podał Julie wydruk komputerowy.
– Po co mam to czytać? Wolę, Ŝebyś mi sam o sobie coś powiedział.
– No, dobrze – zgodził się, odwracając wzrok od jej długich opalonych nóg i
bosych stóp. – Mam trzydzieści cztery lata, urodziłem się w Ontario i jestem
jedynakiem. Rodzice rozwiedli się, gdy miałem sześć lat, ale oboje zachowali
prawo do opieki nade mną. Kontakty z domem, a raczej domami, praktycznie się
skończyły, gdy miałem siedemnaście lat. W wieku dwudziestu czterech lat
ukończyłem prawo i wkrótce potem się oŜeniłem. Zamieszkaliśmy w Halifaksie i
tu urodził się Scott. Elizabeth zginęła dwa lata temu. To wszystko.
Julie siedziała wpatrzona w kostki lodu pływające w kieliszku.
– Przed trzydziestu laty przyznawanie opieki obojgu rodzicom nie było zbyt
często praktykowane, prawda?
– Nie, ale moi rodzice nigdy nie mogli się zgodzić w Ŝadnej sprawie, więc nic
dziwnego, Ŝe nie ustalili, które z nich ma mieć prawa rodzicielskie.
– Widocznie oboje bardzo cię kochali.
– Tak – przyznał Teal po chwili wahania.
– Kłamiesz.
– Tyle faktów z mojego Ŝycia powinno ci wystarczyć.
– Ani matka, ani ojciec nie chcieli cię wziąć do siebie, prawda?
– Daj spokój, Julie. Nasza umowa nic nie wspomina o tym, Ŝe będziemy się
bawić w psychoanalityków. Będę ci wdzięczny, jeśli...
– Nie będę wchodzić głębiej, tak? – spytała z nie ukrywaną złością. – PrzecieŜ
to nie twoja wina, Ŝe rodzice cię nie chcieli.
– Nie wściubiaj nosa w nie swoje sprawy – syknął. – Teraz twoja kolej. Kiedy i
gdzie się urodziłaś?
– Najpierw ci powiem jedną rzecz. OtóŜ jak długo Ŝyję, przez całych
dwadzieścia osiem lat, nie spotkałam człowieka, który by mi tak działał na nerwy
jak ty.
Carruthers uśmiechnął się ironicznie.
– Zdradziłaś aŜ dwie rzeczy.
Julie poderwała się i zaczęła nerwowo chodzić po kuchni.
– Urodziłam się na wsi, w New Brunswick i mam dwie starsze siostry. Moi
rodzice jeszcze Ŝyją. Roberta poznałam, gdy byłam tu, w Halifaksie, na praktyce.
Wyszłam za mąŜ mając siedemnaście lat, a rozwiodłam się siedem miesięcy temu.
Mam nadzieję, Ŝe porobiłeś sobie notatki, bo powtarzać tego nie będę.
– Pamiętam, Ŝe w małŜeństwie nabrałaś obrzydzenia do seksu.
– Ta informacja nie naleŜy do podstawowych faktów. Dowiedziałeś się
wszystkiego, co trzeba, a teraz cię Ŝegnam.
Teala ogarniał gniew, a jednocześnie chciało mu się śmiać. Wiedział, Ŝe
najrozsądniej byłoby natychmiast wyjść, a mimo to został.
– W poniedziałek wyznałaś mi, Ŝe masz ochotę się ze mną przespać, a teraz ja
wyznam tobie, Ŝe nie rozumiem, jak moŜna pragnąć kogoś, kogo się tak nie cierpi.
– W tej chwili pragnę jedynie tego, Ŝebyś się stąd wyniósł. Carruthers wstał,
lecz nie miał najmniejszego zamiaru ustąpić z pola walki i przyznać się, Ŝe Julie ma
nad nim przewagę. Ugodzony do Ŝywego, wypadł z narzuconej sobie roli i przestał
logicznie myśleć.
– Przez całe moje Ŝycie, czyli przez trzydzieści cztery lata, nie spotkałem
kobiety tak pięknej jak ty.
Julie obojętnie rozejrzała się po kuchni i oświadczyła:
– Nie widzę tu nikogo obcego, przed kim naleŜy udawać, więc się nie wysilaj.
Zachowaj wszystkie komplementy na sobotni wieczór, kiedy będziemy otoczeni
tłumem ludzi.
Popatrzył na nią rozbawiony.
– Potrzebuję trochę praktyki – rzekł i podszedł bliŜej.
– MoŜesz ćwiczyć u siebie w domu. Powtarzaj sobie wszystkie moje zalety, na
przykład podczas golenia. Ale teraz zejdź mi z oczu.
– Są rzeczy, których nie muszę ćwiczyć. A ty nie zapominaj, Ŝe nie znoszę, gdy
mi ktoś kaŜe coś robić.
– Pewnie, Ŝe nie, bo lubisz panować nad innymi. A juŜ najbardziej nad swoimi
uczuciami.
– Zachowaj swoją opinię o mnie do czasu, gdy cię o nią poproszę.
Mówiąc to, objął Julie, przyciągnął mocno do siebie i, nim zdąŜyła się
zorientować, o co mu chodzi, pocałował ją w usta. Powodował nim jakiś
prymitywny instynkt, chęć, by udowodnić, Ŝe jest panem sytuacji. W chwili jednak,
gdy ich ciała się zetknęły i poczuł słodycz jej ust, stracił całe panowanie nad sobą,
o które Julie tak go oskarŜała. Objął ją jeszcze mocniej, pieszczotliwym gestem
przesunął dłoń na jej biodra i całował coraz' namiętniej. Podświadomie pragnął
poruszyć ją do głębi. W pewnym momencie poczuł, Ŝe zarzuciła mu ręce na szyję i
odwzajemnia pocałunki. Ogarnęło ich tak wielkie poŜądanie, Ŝe zapomnieli o
całym świcie. Nagle Teal przypomniał sobie Elizabeth i czarną rozpacz, w jakiej
się pogrąŜył po jej śmierci. I to, Ŝe juŜ raz dał się usidlić, Ŝe juŜ wiedział, do czego
moŜe doprowadzić miłość. Odsunął się od Julie niechętnie. Oboje mieli rozpalone
oczy i z trudem oddychali.
– Przepraszam, Ŝe się zapomniałem – odezwał się po chwili matowym głosem.
– Przysięgam, Ŝe to się nie powtórzy.
Julie nie od razu odzyskała równowagę po tak namiętnych pocałunkach. Teal
wpatrywał się w nią wzrokiem pełnym zachwytu.
– To wcale nie ćwiczenia – szepnęła. – To były najprawdziwsze pocałunki.
– Nie – zaprzeczył nieszczerze.
Drgnęła nerwowo i bezradnie opuściła ręce.
– Całowałeś mnie tylko dlatego, Ŝe jestem taka, jaka jestem, tak? Czyli to samo,
co zawsze. Jest we mnie coś, co doprowadza męŜczyzn do szału, ale co tak
naprawdę nie ma nic wspólnego ze mną. Nikogo nie interesuje to, co się kryje pod
moją powierzchownością.
Carruthers z przeraŜeniem spostrzegł, Ŝe Julie ma oczy pełne łez. Odwróciła się,
wyjęła chusteczkę i głośno wytarła nos.
– Od śmierci Ŝony z nikim się nie kochałem – wyznał jakby pod przymusem.
Julie błyskawicznie się odwróciła i popatrzyła na niego z niedowierzaniem.
– Coś ty powiedział?
ś
ałował wypowiedzianych słów, lecz juŜ nie mógł ich cofnąć.
– To, co słyszałaś – mruknął. – A teraz idę sobie, do jasnej cholery. Nie
zapomnij, Ŝe spotykamy się w sobotę o wpół do ósmej.
– Widzę, Ŝe bardzo kochałeś Ŝonę.
– W sobotę o wpół do ósmej – powtórzył Carruthers i nieomal wybiegł z
kuchni.
W drodze do domu poprzysiągł sobie, Ŝe nigdy więcej nie pocałuje Julie Ferris i
nie weźmie jej w ramiona. Nigdy w Ŝyciu i za Ŝadne skarby.
W sobotni wieczór Julie miała nerwy napięte do ostatnich granic. Nie mogła
zapomnieć bolesnego niepokoju w oczach Teala, gdy wyznał, Ŝe od śmierci Ŝony z
nikim się nie kochał. Nie ulegało wątpliwości, Ŝe owe słowa wymknęły mu się
mimo woli i Ŝe najchętniej by je cofnął. Dręczyło ją pytanie, dlaczego tak
przystojny męŜczyzna nie związał się z nikim przez całe dwa lata. Najprostszym
wyjaśnieniem byłoby przypuszczenie, Ŝe zbyt mocno kochał Ŝonę i nie mógł jej
zapomnieć, lecz to jednak nie tłumaczyło wszystkiego. Zastanawiała się, czy przez
trzy miesiące zdoła poznać najgłębsze uczucia tego zagadkowego męŜczyzny.
Czekała teraz na niego, gotowa juŜ od dziesięciu minut. WłoŜyła wieczorową
suknię pokrytą perłowymi cekinami, głęboko wyciętą z przodu i z tyłu, a z boku
rozciętą aŜ do połowy uda. Julie nie miała wątpliwości, Ŝe w takiej toalecie zwróci
na siebie uwagę wszystkich obecnych. Wyglądała w niej jak kobieta, której
poŜądają prawie wszyscy męŜczyźni i którą przeklinają prawie wszystkie kobiety.
Nagle ogarnęło ją przeraŜenie, Ŝe moŜe ubrała się zbyt wyzywająco, lecz na zmianę
sukni było juŜ za późno. Teal przyjechał wcześniej, niŜ zapowiedział.
Idąc otworzyć mu drzwi, zerknęła do lustra wiszącego w korytarzu i
uśmiechnęła się. Nigdy nie lubiła udawać, ale w tak wystrzałowej sukni powinno to
być łatwe. Odrzuciła wszelkie wątpliwości i postanowiła, Ŝe przyjemnie spędzi
wieczór z najbardziej pociągającym męŜczyzną w całym mieście.
Otworzyła drzwi i ogarnęło ją dziwne onieśmielenie. Opuściła wzrok.
Promienie zachodzącego słońca lśniły w jej rozpuszczonych włosach i mieniły się
wszystkimi barwami tęczy na cekinach. Teal stał bez słowa, oczarowany.
– O BoŜe – szepnął po chwili.
Julie spojrzała spod rzęs i uśmiechnęła się. W smokingu i olśniewająco białej
koszuli wyglądał wprost zabójczo.
– Mam ochotę powtórzyć twój okrzyk.
Teal opanował się z widocznym wysiłkiem.
– Jesteś gotowa?
– Tylko wezmę szal.
Kiedy weszli do pokoju, wręczył jej eleganckie pudełko z kwiaciarni i rzekł
dość oschłym tonem:
– Nie wiem, czy na sukni znajdzie się jeszcze jakieś miejsce, Ŝeby przypiąć to,
co przyniosłem.
Julie powoli otworzyła pudełko, w którym leŜała gałązka z dwoma
przepięknymi bladoróŜowymi storczykami.
– Po coś się tak szarpnął? To wcale nie było konieczne – mruknęła, zła, Ŝe
zachowuje się tak nieelegancko i bez wdzięku.
– Nie lubisz storczyków?
– Są bardzo piękne, ale...
– Ale co, Julie?
Popatrzyła mu prosto w oczy.
– Robert nie uznawał dawania prezentów, natomiast wszyscy męŜczyźni, z
którymi się umawiałam na randki, zawsze mi coś przynosili. Upominki, które
miały wywołać moją wdzięczność. I nie tylko.
– Czyli cię podniecić?
– Oczywiście.
Tealowi z gniewu pociemniały oczy.
– Powiedziałem ci w czwartek, Ŝe więcej cię nie dotknę i dotrzymam słowa.
– Więc dlaczego dajesz mi storczyki? – spytała głosem drŜącym ze wzruszenia.
– To bezinteresowny podarunek, dany ze szczerego serca. Jeśli nie moŜesz
szczerym sercem przyjąć, wyrzuć go na śmieci.
– Trudno mi uwierzyć, Ŝe... Ŝe tak po prostu miałeś ochotę mi je dać.
– Czy to ma jakieś znaczenie?
– Ogromne.
– Gdybym powiedział, Ŝe ich piękno przypomina mi ciebie, zaraz byś na mnie
naskoczyła, prawda? A to rzeczywiście był jeden z powodów, dla których je
kupiłem.
– MoŜesz zdradzić pozostałe?
Teal wsunął ręce głęboko do kieszeni.
– Na przykład bardzo podziwiam twoją szczerość i prostolinijność.
Julie miała łzy w oczach.
– Jeśli się rozpłaczę, rozmaŜe mi się tusz i nie zdąŜymy na koncert.
Pochylił się nad nią i szepnął, nie mogąc powstrzymać dręczącego go pytania:
– Czy mąŜ cię nie kochał?
– Nie. On kochał wyłącznie siebie, a ja byłam tylko ozdobą, dowodem jego
dobrego smaku. Podejrzewam, Ŝe nie kochał nawet Danny'ego.
– Kompletny idiota.
Julie wzruszyła ramionami.
– Chodźmy juŜ.
Teal połoŜył dłonie na jej obnaŜonych ramionach i zapytał:
– A co ze storczykami? Przypniesz je do sukni, czy wyrzucisz?
– Z przyjemnością się nimi pochwalę, ale wepnę je we włosy, bo na sukni nie
ma juŜ miejsca.
– Wiesz, za kaŜdym razem, gdy się spotykamy, coś jest nie tak. Myślałem, Ŝe
się ucieszysz, podziękujesz mi i na tym sprawa się skończy. Większość kobiet
przyjmuje prezenty jako coś, co się im naleŜy. Szczególnie od kogoś, z kim idą na
randkę.
– Ale ty chyba nie dałeś mi kwiatów tylko dla mojej urody?
– Czy na wszystko masz gotową odpowiedź?
– Przy tobie nie mam gotowych ani pytań, ani odpowiedzi. Wpięła kwiaty i
spytała:
– Jak wyglądam?
– Jakbyś zstąpiła z obrazu Gauguina – odparł Teal zduszonym głosem. –
Wyglądasz egzotycznie... jak pogańska bogini.
– Boję się, Ŝe mnie znienawidzisz.
– Nie mam najmniejszej ochoty ani cię znienawidzić, ani pokochać. No,
idziemy, bo naprawdę się spóźnimy.
– Chwileczkę – szepnęła Julie i wybiegła.
Wróciła, niosąc bladoróŜową, lekko rozwiniętą róŜę, którą włoŜyła Tealowi do
butonierki. Stał nieruchomo i z zachwytem wpatrywał się w jej twarz. Podziwiał
cerę delikatną i aksamitną jak płatek róŜy. Zapragnął ujrzeć, jak Julie otwiera się ku
niemu niby róŜa do słońca. Serce zabiło mu mocniej.
– No, nareszcie jest dobrze – powiedziała i nieco się odsunęła.
– Czy Robertowi często dawałaś prezenty?
– Na początku tak, ale potem przestałam. – Przygryzła wargę. – Boje rzucał
byle gdzie albo wcale nie oglądał. Potem nawet nie zauwaŜył, Ŝe przestał
cokolwiek dostawać i to zabolało mnie najbardziej. – Zamilkła na chwilę. – Kiedy
mi powiedział, Ŝe odchodzi, uświadomiłam sobie, Ŝe juŜ od dawna go nie kocham.
Oczywiście czułam się upokorzona, bo mnie zdradził i tak długo oszukiwał, ale nie
złamał mi serca... A tuŜ po ślubie świata poza nim nie widziałam.
Teal przypomniał sobie, Ŝe on teŜ oŜenił się z miłości. Poczuł wyrzuty
sumienia, Ŝe zadaje Julie pytania, na które sam by nie chciał odpowiadać. Nie była
to uczciwa gra. Chcąc zakończyć sprawę, powiedział z chłodną uprzejmością:
– Dziękuję ci za róŜę, Julie... A teraz naprawdę musimy juŜ iść.
Jego nieoczekiwany chłód dotknął Julie do Ŝywego. Bez słowa wzięła szal i
posłusznie wyszła z domu.
Rozdział 6
Pierwszymi osobami, które spotkali w hotelu byli Nick i Deirdre. Julie
pomyślała, Ŝe tych dwoje doskonale do siebie pasuje i uśmiechnęła się ze złośliwą
satysfakcją. Wsunęła Tealowi rękę pod ramię i z niewinną miną powiedziała:
– Dobry wieczór państwu.
– Od kiedy łączy cię taka zaŜyłość z panem Carruthersem? – spytał zdumiony
Nick.
– Wyobraź sobie – odparła Julie Ŝartobliwym tonem – Ŝe Teal i ja stanowimy
idealną parę, o czym się niedawno przekonaliśmy. Prawda, kochanie?
Przytuliła policzek do ramienia swego towarzysza. Teal był wyraźnie spięty,
lecz mimo to w jego głosie zabrzmiały ciepłe tony.
– Idealnie... jakbyśmy naprawdę byli dla siebie stworzeni.
– Bardzo szybko dokonali państwo tego odkrycia – nieco ironicznie zauwaŜył
Nick.
– W tempie wprost błyskawicznym – przyznała Julie. – I dlatego mamy
pewność, Ŝe się nie mylimy.
– Więc nie zatańczysz ze mną ani razu?
– No, moŜe jeden jedyny raz.
– Na więcej nie pozwalam – wtrącił Teal głosem nie znoszącym sprzeciwu.
– No wiesz, Teal – odezwała się Deirdre – nie podejrzewałabym cię o to, Ŝe tak
prędko stracisz głowę dla czyjejś urody.
– Moja droga, Ŝycie jest pełne niespodzianek. A poza tym to za mało
powiedziane, Ŝe straciłem głowę dla czyjejś „urody". – Spojrzał na Julie z
niekłamanym zachwytem w oczach. – A teraz państwo nam wybaczą, ale musimy
poszukać przyjaciół, z którymi się umówiliśmy.
Julie uśmiechnęła się promiennie, a Teal szepnął jej do ucha:
– PrzecieŜ jedna z zasad wyraźnie mówi, Ŝe nie wolno ci tańczyć z Nickiem.
– On jest nam potrzebny, bo zna bardzo wiele kobiet i właśnie dzięki niemu
najszybciej będziesz miał spokój.
– Podziwiam twoją logikę i muszę ci przyznać rację, ale pamiętaj, Ŝe nie wolno
mu obejmować cię poniŜej talii.
– Pańskie Ŝyczenie jest dla mnie rozkazem.
– Nie przesadzaj zanadto, bo juŜ cię trochę znam – rzekł z rozbawieniem.
Julie zrobiła wielkie oczy i lekko wydęła wargi.
– PrzecieŜ mieliśmy udawać.
– Nie omieszkam pamiętać o tym w obecności twojej przełoŜonej. O, tam widzę
moich przyjaciół.
Julie od pierwszego wejrzenia poczuła sympatię do Marylee i Bruce'a i dlatego
bardzo jej zaleŜało, by dobrze wypaść w ich oczach. Było to trudne zadanie,
poniewaŜ nie lubiła nikogo zwodzić, a poza tym Teal zupełnie jej nie ułatwiał
zadania. Zachowywał się poprawnie, jak na dobrze wychowanego człowieka
przystało, lecz ani trochę nie udawał, Ŝe jest szalenie zakochany. Kiedy orkiestra
zagrała walca, Julie pogłaskała go po dłoni i poprosiła:
– Zatańcz ze mną, kochanie. Uwielbiam walce.
– Proszę cię bardzo.
Natychmiast zaczęła robić mu wyrzuty:
– Wcale nie zachowujesz się jak człowiek zakochany po uszy. Co ci się stało?
Jest mi głupio, bo ciągle zwracam się do ciebie „kochanie" i „misiu"... Zresztą nie
wiedziałam, Ŝe tak nie cierpię tego „misia"... A ty siedzisz, jakbyś kij połknął i
opowiadasz o łowieniu pstrągów.
– Przepraszam. CzyŜbym zapomniał ci powiedzieć, Ŝe Bruce i Marylee wiedzą
o naszej umowie i Ŝe przed nimi nie musimy udawać?
– Chcesz powiedzieć, Ŝe niepotrzebnie tak się wygłupiałam? – syknęła z
wściekłością.
– To są moi najlepsi przyjaciele, więc nie mogę ich oszukiwać.
– A to dobre. Mam nadzieję, Ŝe Nick na nas nie patrzy i nie widzi, Ŝe juŜ się
kłócimy. Teal, nałoŜyliśmy maski i nie moŜna ich co chwila zrzucać. Albo
jesteśmy zakochaną parą, albo nie.
– Jeszcze raz cię przepraszam. Powinienem był cię wcześniej uprzedzić.
– Czuję się jak ostatnia idiotka.
– Potraktuj to jako wprawkę. MoŜe ci się przydać, gdy będziesz tańczyła z
Nickiem.
– Do diabła, przecieŜ tu chodzi o nas, a nie o Nicka.
– Uśmiechnij się. Nick i Deirdre tańczą niedaleko nas.
– Czasami mam ochotę cię udusić.
– Na razie wracamy do stolika. MoŜesz juŜ nie wysilać się na tego „misia", bo i
mnie to słowo draŜni.
– Za to epitet, jakiego chciałabym w tej chwili uŜyć, jest zupełnie
niecenzuralny.
Bruce i kilku innych znajomych prosiło Julie do tańca, ale przewaŜnie tańczyła
z Tealem. Był doskonałym partnerem i prowadził rzeczywiście bez zarzutu, lecz
tańczył jakby z przymusem i sprawiał wraŜenie, Ŝe robi to bez serca. Około
północy Julie, która uwielbiała taniec i oddawała mu się całą duszą, miała juŜ dość
takiego sztywnego partnera i pomyślała z rozpaczą, Ŝe dłuŜej go nie zniesie. Nagle,
bez większego zastanawiania, wypaliła:
– Wiesz, jakie są przejrzałe banany, prawda? Obrzydliwie miękkie i sflaczałe.
Lubisz takie?
– Nie bardzo.
– To dlaczego trzymasz mnie tak, jakbym była przejrzałym bananem? Albo
czymś jeszcze gorszym, co budzi w tobie obrzydzenie?
– Nie podoba ci się, jak tańczę?
– Twojej technice nie mogę nic zarzucić, ale to nie to. O, idzie Nick.
– Zatańczysz ze mną, Julie?
– Z rozkoszą.
Tym razem, po raz pierwszy tego wieczoru, Julie tak bardzo zapamiętała się w
tańcu, Ŝe gdy orkiestra umilkła, rozległy się oklaski na cześć tancerki. Rozejrzała
się, szukając Teala i z przykrością zauwaŜyła, Ŝe bardzo oŜywiony rozmawia z
Deirdre. Podchodząc, zorientowała się, Ŝe z trudem nad sobą panuje. Natychmiast
przeprosił Nicka i Deirdre i skierował się w stronę najodleglejszego kąta sali, gdzie
stały wysokie palmy. Z chwilą gdy znaleźli się za osłoną roślin, brutalnie odwrócił
Julie twarzą do siebie i patrząc jej prosto w oczy, zimno wycedził:
– A więc jednak z nim spałaś!
– Bredzisz.
– Nie kłam! Obserwowałem was w tańcu i wszystko stało się dla mnie jasne.
– Nick mnie nigdy nie pociągał seksualnie i juŜ raz ci to mówiłam. Cały
problem polega na tym, Ŝe dopatrujesz się czegoś tam, gdzie nic nie ma, a nie
widzisz tego, co masz przed nosem.
– Co chcesz przez to powiedzieć?
– Wiesz dobrze, Ŝe ty mi się podobasz.
– Na pewno nie to miałaś na myśli.
– Niech ci będzie, masz rację. Wyznam ci, Ŝe kiedy mnie niedawno całowałeś,
miałam wraŜenie, Ŝe całe niebo jest usiane gwiazdami, a jednocześnie świeci
słońce. Czy ciebie teŜ ogarnęły podobne uczucia? SkądŜe! Ty mnie nagle
odepchnąłeś, jakbym była jadowitą Ŝmiją, i chłodno przeprosiłeś za to, co się stało.
Właśnie o to mi chodzi i to chciałam ci powiedzieć.
– Mówiłem ci, Ŝe nie chcę się z nikim wiązać i to dotyczy równieŜ ciebie.
Kiedy to wreszcie zrozumiesz?
– Więc dlaczego Nick tak ci przeszkadza?
– Bo jest rozpustnikiem.
– Za to ty jesteś mnichem.
– Chcesz mnie sprowokować do tego, Ŝebym ci udowodnił, Ŝe jestem
stuprocentowym męŜczyzną, tak? Nic z tego, moja droga.
– Dlaczego tak nienawidzisz seksu?
– To samo pytanie mógłbym postawić tobie.
– Więc skończmy tę rozmowę. Obiecuję, Ŝe nigdy juŜ nie zatańczę z Nickiem,
ale ty przestań mnie trzymać w ramionach, jakbym była kimś zupełnie ci obcym i
obojętnym.
– Bruce teŜ mi powiedział coś w tym stylu.
Julie westchnęła.
– Wiesz, jeszcze nigdy nie spotkałam człowieka, który by tak bardzo nad sobą
panował. Nie rozumiem cię.
– Nie ma tu nic do rozumienia. Umówiliśmy się dla wspólnej wygody i to
powinno wystarczyć. Koniec, kropka.
– Nic z tego nie będzie, bo oboje jesteśmy kiepskimi aktorami – rzekła z
rezygnacją i wzruszyła ramionami.
Teal przyjrzał się jej uwaŜnie i zapytał:
– Jesteś juŜ zmęczona, prawda? Zatańczymy jeszcze jeden raz, a potem
pojedziemy do domu.
– Dobrze. Rzeczywiście męczy mnie takie udawanie dla setek osób.
Orkiestra właśnie zagrała ulubioną melodię Teala.
– Uwielbiam tę piosenkę – szepnął. Nieoczekiwanie ujął jej dłoń i podniósł do
ust. – Czy zechce pani ze mną zatańczyć?
Julie zauwaŜyła, Ŝe w pobliŜu nie ma nikogo. Serce jej zabiło mocniej, gdy
pomyślała, Ŝe tym razem chyba niczego nie udawał.
– Z przyjemnością – szepnęła uszczęśliwiona. – Dziękuję panu.
Teal objął ją mocno i ustami musnął jej włosy. Julie oparła mu głowę na
ramieniu, przymknęła oczy i nareszcie była szczęśliwa, jak gdyby po długiej
podróŜy znalazła się w wymarzonym miejscu. Ogarnęło ją poŜądanie, więc
przytuliła się jeszcze mocniej i natychmiast poczuła, Ŝe oboje są bardzo podnieceni.
Łudziła się, Ŝe nie jest to udawanie. Nareszcie była nieomal pewna, Ŝe nie jest
Tealowi obojętna, więc oddała się marzeniom, które przyspieszyły bicie jej serca i
pulsowanie krwi w skroniach.
– Przez tych kilka minut zrozumiałem więcej niŜ przez cały wieczór – szepnął,
gdy muzyka umilkła.
– Ja teŜ – wyznała. – Tym razem nie udawałeś, prawda?
– Czy znowu zgłaszasz zastrzeŜenia do tego, jak tańczę?
– Nie. Ale odpowiedz na moje pytanie.
Jeszcze nie mógł się zdobyć na to, by szczerze powiedzieć, co czuje. Nie
wiedział, jak to ująć w słowa. Po chwili rzekł chłodno:
– Chodźmy poŜegnać się z Marylee i Bruce'em, Julie nie chciała wracać do
domu; pragnęła na zawsze pozostać w jego ramionach, w których czuła się
bezpieczna, a jednocześnie podniecona. Podniosła na Teala pytający wzrok.
– Dopiero ten taniec był prawdziwy i przynajmniej ja nic nie udawałam.
Przyznaj, Ŝe ty teŜ.
– Przestań! Zapominasz, Ŝe wszelki seks został wyłączony z naszej umowy.
Zrozumiała, Ŝe Teal znowu ją od siebie odpycha.
– Muszę wiedzieć, kiedy gramy, a kiedy nie. Muszę!
– MoŜe według ciebie Ŝyję jak mnich – zaczął przytłumionym głosem – ale to
nie znaczy, Ŝe nie miewam potrzeb normalnego męŜczyzny. Musiałbym być
dzieckiem lub starcem, by ciebie nie pragnąć, ale to nie oznacza, Ŝe coś z tym
fantem zrobię.
Julie łudziła się, Ŝe usłyszy coś innego, ale uznała, Ŝe lepszej odpowiedzi nie
otrzyma. Zrozumiała, Ŝe to ona się narzuca i Ŝe jest wyzywająca w sukni, która
podkreśla wszystkie uroki jej ciała. Nic dziwnego, Ŝe Teala ogarnęło poŜądanie.
Chyba nawet kamień nie pozostałby obojętny. PoŜałowała, Ŝe tak się przed nim
obnaŜyła fizycznie i psychicznie. On zaś z niczym się nie zdradził, a jego uczucia
nadal były dla niej zagadką. Chcąc zachować resztki godności, uśmiechnęła się
uwodzicielsko i przytuliła, pytając:
– Czy kiedykolwiek uwiodłeś kogoś na parkiecie?
– Nigdy. A ty?
– Ja teŜ nie, ale lubię nowe doświadczenia.
– CzyŜby? Ośmielam się w to wątpić. Ale pewnie jestem czymś nowym dla
ciebie, bo nie oszalałem na twoim punkcie zaraz od pierwszego wejrzenia. Nie
spotkałaś jeszcze takiego męŜczyzny, prawda? I widzę, Ŝe cię to szalenie irytuje.
Poczuła, jakby wymierzono jej policzek. NajwyŜszym wysiłkiem woli zdobyła
się na blady uśmiech i oświadczyła:
– Mam tego naprawdę dość. Wracam do domu.
– Nie zapominaj, Ŝe wszyscy na nas patrzą.
Julie uprzejmie poŜegnała Marylee i Bruce'a, chociaŜ miała ogromną ochotę
powiedzieć im, co myśli o ich przyjacielu. Przez całą drogę powrotną nie odezwała
się ani słowem. Kiedy stanęli przed domem, rzekła lodowatym tonem:
– To była nasza pierwsza i ostatnia randka. śegnam.
– Sama nie wierzysz w to, co mówisz. Dobranoc – spokojnie odparł Carruthers.
Dziesięć minut później Julie siedziała przed lustrem w łazience i zmywała
makijaŜ. Czuła się fatalnie, lecz musiała uczciwie przyznać, Ŝe w tym, co
powiedział Teal, było ziarnko prawdy. Rzeczywiście taki męŜczyzna jak on był dla
niej wyzwaniem. Bardzo pragnęła zedrzeć maskę, którą nosił i poznać
ukrywającego się za nią człowieka. W czasie balu przekonała się niezbicie, Ŝe ma
do czynienia nie z prawdziwym człowiekiem, lecz z aktorem, który od początku do
końca igra z jej uczuciami. Z prawnikiem do szpiku kości, który myśli paragrafami
i wprawdzie jej poŜąda, lecz nie ma Ŝadnych względów dla jej uczuć. Przez
dziewięć lat miała do czynienia z jednym aktorem i nie potrzebowała drugiego.
PoŜądanie mogłaby zaspokoić z Nickiem i to powinno jej wystarczyć. Uznała, Ŝe
umowa między nią a Carruthersem została definitywnie zerwana.
Teal nie odezwał się przez cały tydzień. Julie wmawiała sobie, Ŝe jest z tego
bardzo zadowolona. Mimo to jej serce biło mocniej za kaŜdym razem, gdy odzywał
się telefon. Tyle Ŝe teraz nie dzwonił tak często jak dawniej, więc widocznie
koncert i bal zrobiły swoje. Zaczęła gorzej sypiać, a w ciągu dnia więcej zajmowała
się synem, chociaŜ Danny stale zapraszał Scotta, którego szare oczy i ciemne włosy
zbyt boleśnie przypominały Julie jego ojca.
We wtorek po południu uznała, Ŝe musi wyjść z domu, Ŝeby być jak najdalej od
telefonu. Postanowiła wziąć syna na lody do jego ulubionej kawiarni. Kłopot
jednak polegał na tym, Ŝe Danny akurat był u kolegi i Julie nie bardzo wiedziała,
jak ma go stamtąd zabrać. Miała dwie moŜliwości: mogła zadzwonić i poprosić
Teala, by odesłał chłopca do domu, albo osobiście iść po dziecko. Uznała, Ŝe
drugie rozwiązanie jest lepsze, gdyŜ pozwoli uniknąć rozmowy z Carruthersem.
Nie namyślając się długo, poszła się przebrać. WłoŜyła marszczoną turkusową
spódnicę oraz bluzkę z długimi rękawami. W takim stroju wyglądała bardzo
skromnie, zupełnie inaczej niŜ w balowej sukni. Poprawiła fryzurę i wyszła z
domu.
Wspaniały dzień miał się ku końcowi, lecz promienie słońca wciąŜ jeszcze
oświetlały barwne kwiaty w ogrodach, które mijała po drodze. Przystanęła na
chwilę, by móc podziwiać wyjątkowo piękne holenderskie irysy, a jednocześnie
zyskać na czasie. Po chwili, z dumnie uniesioną głową, otworzyła furtkę przed
domem Teala. Minęła BMW zaparkowane w cieniu, przedarła się przez gęste
krzewy na tyłach domu i zawołała syna. Nikt się nie odezwał, więc doszła do
wniosku, Ŝe chłopcy są w domu. W pierwszej chwili chciała się niepostrzeŜenie
wycofać, lecz natychmiast uznała, Ŝe nie moŜe się okazać tchórzem. Znacznie
lepiej było dzielnie stawić czoło sytuacji, jakiej nie przewidziała. Poczuła, Ŝe
oblewa ją zimny pot, a mimo to nie uległa panice. Weszła na schody i zastukała do
uchylonych drzwi. Usłyszała wołanie Teala:
– Scott, zobacz, kto przyszedł!
Julie gorąco pragnęła, by Scott zjawił się jak najszybciej. Niestety, nie
doczekała się nikogo. Zastukała więc po raz drugi i tym razem usłyszała tupot
bosych stóp. Ktoś zbiegał na dół, przeskakując po dwa stopnie. Drzwi otworzył
Teal Carruthers.
– Julie! – zawołał zdumiony i poczuł przyspieszone bicie serca.
I tym razem miał na sobie tylko spodnie od dresów. Julie usiłowała nie patrzeć
na jego potęŜny, obnaŜony tors. Spojrzała Tealowi prosto w oczy i wyrecytowała
słowa, które sama kiedyś od niego usłyszała:
– Skoro mój syn ma przebywać w pańskim domu, proszę, Ŝeby drzwi były
zamknięte na klucz. – I dodała: – Przyszłam po Danny'ego.
– KaŜda samotna kobieta zawsze powinna zamykać dom na klucz. MęŜczyzna
to co innego.
JuŜ miała ochotę się odciąć, lecz ugryzła się w język i tylko powtórzyła:
– Przyszłam po syna. Mam mu coś do powiedzenia.
– Wejdź do środka, musisz chwilę zaczekać. Chłopcy pewnie są na strychu.
Zaraz ich zawołam.
– Nie będę czekać. Powiedz mu, proszę, Ŝeby przyszedł do domu.
– Przestań, Julie – rzekł Teal zniecierpliwiony. – Zapewniam cię, Ŝe nie gryzę,
więc moŜesz spokojnie wejść na chwilę.
Posłusznie weszła do kuchni, w której panował nieopisany bałagan.
– Przepraszam za rozgardiasz. Pani Inkpen nie mogła wczoraj przyjść, a ja mam
sprawę, nad którą siedzę dzień i noc.
– Proszę, jaki wzorowy prawnik – rzuciła ironicznie.
– Nie lubisz nas, prawda?
– Nie cierpię. Zapłaciłam adwokatowi mnóstwo pieniędzy za to, Ŝeby zajął się
alimentami, a Robert i tak nic nie płaci. Powinnam wziąć innego adwokata, a
najlepiej dwóch, ale sama oczywiście musiałabym ich opłacić.
– Nie wszyscy jesteśmy tacy.
Julie zrobiła minę pełną niedowierzania.
– CzyŜby?
– Oczywiście! – Teal zacisnął pięści i dorzucił z pasją: – Zajmuję się teraz
sprawą czternastoletniego chłopca, który strzelił do ojca i go zranił. Podobno zrobił
to z zimną krwią, aleja uwaŜam, Ŝe było inaczej. Podejrzewam, Ŝe ojciec
maltretował syna, a prawdopodobnie i matkę, tak długo, Ŝe dziecko juŜ nie mogło
tego znieść, więc go zaatakowało. Moim zadaniem jest nakłonić chłopca, Ŝeby
powiedział całą prawdę najpierw mnie, a potem sędziemu. Powinienem mu takŜe
zapewnić jakiegoś doradcę i opiekuna, a poza tym zaleŜy mi, Ŝeby ta sprawa stała
się początkiem końca maltretowania dzieci. – Był tak wzburzony, Ŝe przerwał na
chwilę. – Przyznaję, Ŝe nasze sądownictwo nie jest idealne i Ŝe resocjalizacja
pozostawia wiele do Ŝyczenia, ale na razie jest jak jest. Poruszę niebo i ziemię,
Ŝ
eby uratować tego chłopca.
– Więc jednak nie jesteś pozbawiony uczuć – szepnęła Julie.
– Do diabła, ty znowu swoje.
– Widzę, Ŝe angaŜujesz się wyłącznie w sprawy zawodowe.
Teala ogarniała coraz większa wściekłość; na nią i na samego siebie.
– Wyobraź sobie, Ŝe mam równieŜ duŜo ciepłych uczuć dla syna. CzyŜbyś tego
jeszcze nie zauwaŜyła?
– Wiem, Ŝe jesteś bardzo dobrym ojcem – przyznała szczerze. – Ale o jedną
osobę zupełnie nie dbasz. O siebie. – Rozejrzała się dookoła. – Jeśli chcesz,
pomogę ci posprzątać.
– PrzecieŜ przyszłaś tylko po syna.
– Chciałam zabrać go na lody, ale właściwie moglibyśmy iść wszyscy. Tylko
najpierw trzeba tu posprzątać.
– Julie, pamiętaj, Ŝe cię ostrzegałem!
– Tym razem ośmielę się zignorować twoje ostrzeŜenie.
– MoŜesz poŜałować, bo ja się na pewno nie zmienię.
– Nie wierzę.
– UwaŜam, Ŝe postępujesz bardzo nierozsądnie.
– Twierdzisz, Ŝe podoba ci się moja szczerość, a jednocześnie masz mi za złe,
Ŝ
e mówię to, co myślę. Właśnie się przekonałam, Ŝe jesteś człowiekiem, którym
miotają potęŜne namiętności... I wcale nie mam na myśli seksu. Przyłapałam cię
bez maski.
Carruthers uderzył pięścią w stół tak mocno, Ŝe aŜ zadźwięczało szkło.
– Zapamiętaj sobie, Ŝe nie mam zamiaru się z tobą wiązać!
PrzeraŜona jego wybuchem, Julie miała ochotę czym prędzej uciec. Opanowała
się jednak i rzekła spokojnie:
– Pytałeś mnie kiedyś, czy kochałam męŜa i otrzymałeś szczerą odpowiedź na
swoje bezceremonialne pytanie. Teraz ja bezceremonialnie pytam i Ŝądam
odpowiedzi. Czy kochałeś Ŝonę. Czy byłeś w Elizabeth zakochany?
– Nie chcę o tym z nikim rozmawiać. Z tobą teŜ nie.
W tym momencie z góry dobiegł głos Danny'ego:
– Czy to ty, mamusiu? Chodź do nas na górę. PokaŜemy ci, jaką twierdzę sobie
zbudowaliśmy.
Julie odetchnęła głęboko i powiedziała cicho:
– Pójdę zobaczyć, co zrobili, ale zaraz wracam.
Idąc na górę, zauwaŜyła, Ŝe wnętrze domu jest architektonicznie piękne, lecz
zupełnie pozbawione obrazów i kwiatów. Na piętrze musiała zaczekać, gdyŜ
Danny nie pozwolił jej iść dalej. Stanęła akurat naprzeciw otwartych drzwi sypialni
i jej wzrok padł na olbrzymie łóŜko. Wiedziona niepohamowaną ciekawością,
podeszła bliŜej i zajrzała do środka. Okna pokoju wychodziły na ogród, a przez
firanki widać było gęste, zielone liście drzew. Sufit i ściany były białe, meble z
jasnego drzewa, a narzuta na łóŜku bladoniebieska. Pokój sprawiał dziwne
wraŜenie i Julie wzdrygnęła się, nie mogąc zrozumieć ogarniających ją uczuć.
CzyŜby była zazdrosna o nieŜyjącą juŜ kobietę? Rozejrzała się i na toaletce
zauwaŜyła zdjęcia Scotta oraz surowej, pięknej kobiety. Przed nimi, w
kryształowym wazoniku, stała róŜa, którą Teal dostał przed balem. Kwiat był juŜ
zwiędnięty, a mimo to go nie wyrzucono. Julie poczuła ucisk w gardle. Wiele by
dała, Ŝeby się dowiedzieć, dlaczego Teal postawił tę róŜę w swojej sypialni.
Rozdział 7
– Mamo, gdzie jesteś?! – zawołał Danny.
Julie weszła na górę wąskimi, krętymi schodami. Do namiotu-twierdzy musiała
wczołgać się na czworakach, tam chwilę poleŜała na łóŜku polowym i spróbowała,
jak smakują zgromadzone smakołyki, odłoŜone na czarną godzinę. Przeciskając się
z powrotem do wyjścia, rzekła:
– Teraz pomogę trochę posprzątać w kuchni, a potem zabiorę was na lody. Co
wy na to?
– Hurra! Idziemy! – krzyknęli zachwyceni chłopcy.
Julie zeszła na dół. Zastała Teala w fartuchu, zajętego zmywaniem naczyń.
– JuŜ ci pomagam. – Zabrała się do ustawiania talerzy i jakby od niechcenia
powiedziała: – ZauwaŜyłam, Ŝe nie wyrzuciłeś tej róŜy, którą ode mnie dostałeś.
Teal gwałtownie się odwrócił i spytał gniewnie:
– Czy zawsze zaglądasz do cudzych sypialni?
– Chciałam zobaczyć, czy jest tak samo bezbarwna jak reszta domu.
– To Elizabeth urządziła wszystko, zanim się tu wprowadziliśmy osiem lat
temu. Ja w tej sprawie nie miałem nic do powiedzenia.
– I nic nie zmieniłeś po jej śmierci?
– Nie.
Miała ochotę zapytać, czy głównym powodem takiego postępowania była
wielka rozpacz po śmierci ukochanej Ŝony.
– Dlaczego postawiłeś tę róŜę u siebie w sypialni? – spytała cicho.
– Myślę, Ŝe fakt, iŜ mi ją podarowałaś, duŜo dla ciebie znaczył i dlatego
uznałem, Ŝe nie mogę jej wyrzucić.
– Dziękuję ci – szepnęła ledwie słyszalnie. – To bardzo ładnie z twojej strony.
Zamilkła na chwilę. Teal obejrzał się i zauwaŜył zmarszczkę na jej czole.
– Nad czym się zamyśliłaś?
– Powinniśmy trochę zmienić tę naszą umowę. Nie mam siły stale z sobą
walczyć.
Carruthersowi przemknęło przez myśl, Ŝe mówienie prawdy niekiedy bywa
ryzykowne.
– Widzę tylko jeden sposób na to, Ŝeby się nie miotać: musimy przestać się
spotykać.
– To kiepskie rozwiązanie, a przecieŜ wszystko jest proste. Mnie bardzo jest
potrzebna miłość i choć wiem, Ŝe tobie nie, myślałam, Ŝe gdy zobaczysz mnie w
wystrzałowej balowej sukni, zrzucisz maskę obojętnego męŜczyzny. Jednak
niewiele wskórałam, bo tylko zrobiłeś mi awanturę z powodu Nicka, ale nie
zdobyłeś się na to, by mi udowodnić, Ŝe jesteś stuprocentowym męŜczyzną. Miałeś
jednak rację, Ŝe nie tędy droga. Masz zdumiewająco silną wolę, więc rzeczywiście
nie ma sensu, Ŝebym próbowała cokolwiek w tobie zmienić.
Otworzyła szufladę ze sztućcami i zaskoczona spytała:
– Dlaczego trzymasz róŜne narzędzia razem ze sztućcami?
– To sprawka pani Inkpen. Ma taki zwyczaj, Ŝe przy sprzątaniu wrzuca
wszystko do najbliŜszej szuflady. Nie zmieniaj tematu.
– Całkiem niezły pomysł. – Julie roześmiała się. – O czym to mówiłam?
– O sprawach łóŜkowych. O tym, Ŝe tobie potrzebny jest seks, a mnie nie. Czy
mam rozumieć, Ŝe właśnie ze mną chciałabyś się kochać?
– Tylko i wyłącznie... Robert był jedynym męŜczyzną w moim Ŝyciu, bo
wierność jest dla mnie duŜą wartością. Ale wracam do umowy. Teraz
wstrzemięźliwość płciowa znowu zaczyna być w modzie, więc na pewno i mnie nie
zaszkodzi. Tylko Ŝe w związku z tym wykluczam wszelkie pocałunki i tańce jak
ten ostatni. Musimy ograniczyć się do najniewinniejszych rozrywek.
– Jakich?
– Na przykład takich, , jak pójście na lody albo na plaŜę, jak wycieczki piesze
lub rowerowe. Coś w tym rodzaju.
– Jesteś pewna, Ŝe nie będzie powodów do scysji?
Julie komicznie zmarszczyła nos.
– Gdy jestem przy tobie, niczego nie jestem pewna, ale przecieŜ warto
spróbować. Mamy przed sobą jeszcze ponad dwa miesiące.
Teal postanowił natychmiast poddać ją próbie. Popatrzył na nią namiętnym
wzrokiem i powiedział gorącym szeptem:
– WłoŜyłaś bluzkę, która cudownie podkreśla kolor twoich oczu. Mają teraz
odcień morskiej toni.
– Przestań! – krzyknęła. – Właśnie tego ci zabraniam! Kiedy patrzysz na mnie
takim wzrokiem, chcę natychmiast znaleźć się w twoich ramionach i kochać się z
tobą do szaleństwa. A ubrałam się tak, bo chciałam ukryć swoje ciało.
– Moja droga, nawet gdybyś włoŜyła worek pokutny, teŜ byłabyś warta
grzechu.
– Miałeś nie mówić takich rzeczy! To niezgodne z poprawioną umową.
ś
adnych najmniejszych aluzji do seksu. Ani słowem, ani spojrzeniem, ani gestem.
– Czyli mamy być jak rodzeństwo? – spytał z niewinną miną.
– Tak będzie najlepiej – odparła, mimo iŜ nie mogła go sobie wyobrazić w roli
brata. – Jeśli będziemy chodzić z dziećmi na lody i na plaŜę, to i tak ludzie nas
zobaczą razem, a przecieŜ tylko o to nam chodzi. Prawda?
W tej chwili do kuchni wbiegli chłopcy. Danny od razu zwrócił się do matki:
– Czy juŜ moŜemy iść?
– Pójdziesz z nami, tatusiu? – spytał Scott.
– Tak. Za pięć minut będę gotów.
Chłopcy pobiegli do ogrodu, a Carruthers poszedł się przebrać. WłoŜył dŜinsy i
jasną koszulę.
– No, idziemy.
– Muszę po drodze wstąpić do domu po portmonetkę.
– Ja wszystkich zapraszam.
– Wolałabym sama zapłacić za Danny'ego i siebie.
– Mieliśmy się nie sprzeczać! Zapomniałaś?
– Pamiętam, ale to wcale nie oznacza, Ŝe zawsze postawisz na swoim. Nie mam
zamiaru rezygnować z mojej niezaleŜności.
– Dzisiaj musisz – oświadczył Teal i połoŜył dłoń na jej ramieniu.
– Miałeś mnie nie dotykać!
Julie bała się, Ŝe zmiany w umowie, jakie sama wprowadziła, wcale jej nie
ustrzegą przed nią samą. W towarzystwie takiego męŜczyzny zawsze będzie
podniecona i nie wiadomo, czy i w jakim stopniu zdoła nad sobą zapanować.
Kawiarnia była przepełniona, więc kupili lody, wrócili do domu i usiedli przy
stole w ogrodzie. Danny zaczął opowiadać o rozbudowaniu domku na drzewie i w
ferworze mocno wymachiwał łyŜeczką. Nagle krzyknął przestraszony:
– Mamo, poplamiłem ci sweter! Plama była tuŜ nad lewą piersią.
– Fatalnie, bo to nowiuteńki sweter. Muszę iść do domu i natychmiast coś z tym
zrobić.
Carruthers teŜ wstał od stołu.
– Dam ci czysty ręcznik.
Kiedy znaleźli się w kuchni, zaproponował:
– Poczekaj, pomogę ci.
Zmoczył ręcznik i delikatnie zaczął usuwać plamę. Musiał się pochylić, więc
ich głowy niemal się stykały. Julie nie mogła oderwać oczu od ciemnych śladów
zarostu na jego twarzy. Nagle Teal znieruchomiał i rzekł przytłumionym głosem:
– Stanowczo nie mogę cię uznać za siostrę.
Poczuła jego gorący oddech na policzku i prędko odwróciła głowę.
– Musimy wracać do dzieci – szepnęła.
Teal wypuścił jej sweter z rąk.
– MoŜe... – zająknął się – chyba udało mi się wszystko zetrzeć.
Julie odsunęła się od niego i z wypiekami na twarzy wyznała:
– Ciekawa jestem, czy walcząc z poŜądaniem, wyrobię sobie silny charakter.
– Ostatnio poznałaś bardzo wielu męŜczyzn. Nie pojmuję, dlaczego upatrzyłaś
sobie akurat mnie.
– Bo jesteś inny. W towarzystwie tamtych zawsze się czułam osamotniona i
niezaleŜnie od tego, jak blisko byliśmy fizycznie, odnosiłam wraŜenie, Ŝe nie
mamy z sobą nic wspólnego. A przy tobie czuję się tak, jakbyśmy istnieli dla
siebie, a nie tylko byli obok siebie. Prawie cały czas to wraŜenie mnie nie
opuszcza.
– Czy u podłoŜa leŜy współczucie dla mnie?
– Nie, to nie takie proste. Jest w tobie coś, co do mnie głęboko przemawia. Ale
zmieńmy temat, bo oboje wiemy, czego chcemy i tylko szkoda, Ŝe nie pragniemy
tego samego.
– Dopiero teraz zaczynam sobie uświadamiać, jakie błogie Ŝycie miałem z
poprzednimi wielbicielkami. Ty mi je komplikujesz przez sam fakt, Ŝe znajdujesz
się w pobliŜu. Rzeczywiście lepiej juŜ iść do dzieci... Z lodów pewnie zrobiła się
zupa.
Pół godziny później Julie i Danny wrócili do domu.
W czwartek Carruthers i chłopcy przyjechali wieczorem rowerami. Następnego
dnia wybierali się na ryby, więc Scott i Danny mieli za zadanie przygotować
robaki, a Teal chciał zaproponować Julie wspólne pójście na plaŜę w sobotę rano.
Chłopcy zeskoczyli z rowerów i natychmiast pobiegli do ogrodu, natomiast Teal
zapukał do drzwi. Po chwili usłyszał „proszę" wypowiedziane poirytowanym
głosem.
W kuchni panował bałagan, a Julie miała na sobie jakieś stare ubranie i głowę
owiniętą ręcznikiem.
– O, Teal. Jak się masz? Nie...
W tej chwili do kuchni weszła elegancka i starannie uczesana kobieta.
– Pozwoli pani, Ŝe jej przedstawię mojego znajomego, pana Teala Carruthersa.
Teal, to jest pani LeMarchant, od której wynajęłam dom.
– Witam pana.
Kobieta obrzuciła przybyłego uwaŜnym spojrzeniem i nie uszło jej uwagi, Ŝe
Teal jest potargany, a przy koszuli nie ma jednego guzika. Po krótkiej,
niezobowiązującej rozmowie pani LeMarchant zaczęła się Ŝegnać. W tym
momencie do kuchni wpadli chłopcy w zabłoconych butach i ze słoikiem pełnym
robaków.
– Mamo, popatrz, ile nazbieraliśmy! Czy tego największego mógłbym sobie
zostawić? Będę go trzymać u siebie w pokoju.
– Danny, przywitaj się z panią. A to jest Scott Carruthers, kolega syna.
Pani LeMarchant z niesmakiem popatrzyła na umorusane dzieci i wychodząc,
zaproponowała:
– MoŜe spotkamy się innego dnia i spokojnie porozmawiamy? śegnam
państwa.
Z chwilą gdy za gościem zamknęły się drzwi, Julie opadła na najbliŜsze krzesło,
ukryła twarz w dłoniach i wybuchnęła płaczem. Danny natychmiast podbiegł i
zarzucił jej ręce na szyję.
– Mamusiu, nie płacz! Takie robaki nie gryzą, więc nie ma się czego bać. To
nie szczury.
Julie uśmiechnęła się przez łzy.
– Kochanie, twoje robaki nic tu nie zawiniły.
– Chłopcy, proponuję, Ŝebyście sobie obejrzeli film przyrodniczy, który właśnie
się zaczął, a ja przygotuję herbatę i dowiem się, o co chodzi.
Popatrzyła na Teala z wdzięcznością.
– Przepraszam, Ŝe się rozkleiłam. Zaraz mi przejdzie. Danny, to naprawdę nie
twoja wina.
– Mamusiu najdroŜsza – szepnął chłopiec, obejmując ją jeszcze mocniej.
– Wiem, synku, Ŝe mnie kochasz. Ja ciebie teŜ najmocniej na świecie, ale teraz
idź do Scotta.
Teal nastawił wodę, popatrzył z troską na Julie i przyciągnął ją do siebie.
Uległa mu bez oporu, objęła i szepnęła z westchnieniem:
– Jak dobrze jest mieć cię przy sobie, takiego oparcia mi najbardziej potrzeba. –
Czując, Ŝe pocałował ją w czubek głowy, przekornie dodała: – Ale bez zalotów.
– Powiedz mi, dlaczego się rozpłakałaś.
– Bo dzisiaj wszystko jakby się sprzysięgło przeciwko mnie. Miałam bardzo
cięŜki dzień w szpitalu; najpierw pokłóciłam się z jednym staŜystą, potem ścięłam
z doktor Reid, a na dodatek mój ulubiony pacjent dostał zawału.
– Nie zazdroszczę ci.
– Pewnie, Ŝe nie ma czego. Wróciłam do domu zmordowana i zaraz wzięłam
prysznic. Jeszcze się dobrze nie wytarłam, kiedy zadzwoniła pani LeMarchant.
Miała przyjechać pod koniec tygodnia i myślałam, Ŝe zdąŜę posprzątać, a
tymczasem patrz, jak tu wygląda. To coś dla takiej pedantki!
– Płacisz komorne i masz prawo sprzątać, kiedy chcesz. A ona nie miała prawa
przyjść bez zapowiedzi.
– Racja. Szkoda, Ŝe wcześniej o tym nie pomyślałam. Płacę jej osiemset
dolarów miesięcznie, więc nie tak mało. Ale prosiła mnie, Ŝeby wszystko było pod
sznurek.
– PrzecieŜ nawet najlepszy sznurek moŜe się poplątać.
Julie odsunęła się i uśmiechnęła.
– Znowu muszę ci przyznać rację i dziękuję za wsparcie. Czuję się tak, jakby
trochę twojej energii przeszło na mnie. Wystarczyło, Ŝe oparłam głowę na twoim
silnym ramieniu.
– Zawsze do usług – odparł Teal i z przeraŜeniem uświadomił sobie
wieloznaczność tego, co powiedział. Czym prędzej zmienił temat. – Wpadłem do
ciebie, Ŝeby zapytać, czy Danny moŜe jutro jechać z nami na ryby i czy w sobotę
moglibyśmy wszyscy wybrać się na plaŜę.
– Masz jutro wolne?
– Tak, wygrałem sprawę – pochwalił się i uśmiechnął wyraźnie zadowolony.
– Sprawę tego chłopca? To świetnie. Gratuluję!
Julie zarzuciła mu ręce na szyję i serdecznie go ucałowała. Była szczerze
uradowana i bez wahania to okazała. W przeciwieństwie do Elizabeth.
Umowa wprawdzie zabraniała wszelkich pieszczot, lecz Teal postanowił ją
zignorować. Objął Julie i zaczął delikatnie całować. Słodycz jej ust i bliskość ciała
od razu go rozpaliły. Zapomniał, Ŝe w sąsiednim pokoju są chłopcy i mogą wejść w
kaŜdej chwili. Przede wszystkim jednak zapomniał, Ŝe przed dwoma laty
poprzysiągł sobie, iŜ będzie panował nad swymi namiętnościami. Teraz wszystko
to poszło w niepamięć, a do głosu doszło pierwotne poŜądanie i pragnienie kobiety,
która przylgnęła do niego całym ciałem. Wsunął dłoń pod sweter Julie i zaczął
pieścić jej wspaniałe piersi.
– Julie... – szepnął z zachwytem i pochylając się, zajrzał głęboko w jej
pociemniałe oczy. – Ty naprawdę mnie pragniesz. .. chyba tak gorąco jak ja ciebie.
Przytrzymała jego dłoń na swoim sercu i oboje wsłuchali się w jego bicie.
– Tylko i wyłącznie ciebie – szepnęła. – Dlaczego nie wierzyłeś?
Czuł się zupełnie bezradny i tak wzruszony, Ŝe głos uwiązł mu w gardle. Wtulił
twarz we włosy Julie. Walczył z sobą jak nigdy dotąd.
– Powiedz mi, co cię dręczy. MoŜesz mi zaufać.
– Gdybym chciał komuś zaufać, to na pewno tobie. Ale jeszcze na to za
wcześnie. Jeszcze nie teraz.
– Będę cierpliwie czekać.
Teal nie wierzył, Ŝe kiedykolwiek zdobędzie się na wyznanie. Największym
wysiłkiem woli opanował się i mruknął niechętnie:
– Chłopcy pewnie się zastanawiają, co my tu tak długo robimy.
Julie drgnęła rozczarowana.
– Znowu odgrodziłeś się ode mnie, tak jakbyś zatrzasnął za sobą bramę.
Błagam cię, nie rób tego.
– Nie mogę się powstrzymać. Taki juŜ jestem. To silniejsze ode mnie i sto razy
ci o tym mówiłem.
Julie rozgniewała się, odsunęła raptownie i skrzyŜowała ręce na piersi.
– Kiedy planujecie jechać na ryby? – spytała nieprzyjaznym tonem.
– Chciałbym wyruszyć jak najwcześniej, więc proponuję, Ŝeby Danny spał u
nas. Kajak juŜ mam gotowy, a jedziemy w takie miejsce, gdzie prawie na pewno są
pstrągi. Obiecuję, Ŝe nie spuszczę chłopców z oka ani na chwilę.
– Mam do ciebie pełne zaufanie.
Teal pragnął zapytać, czy we wszystkich sprawach. Jednocześnie zaś marzył o
tym, by znaleźć się jak najdalej od tej kobiety, która daje mu odczuć, Ŝe zmarnował
kilka ostatnich lat. A moŜe i całe Ŝycie.
Na długo przed świtem byli juŜ w lesie. Zaraz po przyjeździe popłynęli
kajakiem i przez kilka godzin wytrwale łowili ryby. Po śniadaniu zostali juŜ na
brzegu, lecz i tu zarzucili wędki. Scott i Danny odeszli nieco dalej i wybrali sobie
miejsce osłonięte skałami, Teal zaś został bliŜej samochodu. Kiedy zaczęły mu
coraz bardziej dokuczać komary, postanowił wracać do domu. Podniósł się i ruszył
w stronę chłopców. Nagle stanął jak wryty, poniewaŜ usłyszał głos syna.
– Czy oni się pobiorą?
– Kto? Moja mama i twój tata? Na pewno nie.
– Dlaczego? Ja bym tego chciał.
– Słyszałem, jak mama mówiła mojemu tacie, Ŝe ma dosyć małŜeństwa i Ŝe juŜ
nigdy nie wyjdzie za mąŜ – w głosie Danny'ego brzmiało głębokie przekonanie.
– Wiesz, Ŝe wymyślili sobie jakąś umowę? Mnie tata juŜ o tym powiedział.
– Wiem. To dlatego, Ŝeby od mamy odczepili się ci wszyscy faceci, których nie
cierpi.
– Ale dlaczego tak się wczoraj całowali?
– MoŜna się całować bez ślubu – powaŜnie oświadczył Danny tonem znawcy.
– A jak będą mieli dziecko?
Danny stracił pewność siebie.
– Po to, Ŝeby mieć dziecko nie wystarczy tylko się całować. Zapomniałeś, co
robiły te psy na boisku?
– Hmm, takie to dziwne – mruknął Scott. – Ja bym jednak chciał, Ŝeby się
pobrali. Lubię twoją mamę.
– Patrz, patrz! – krzyknął nagle Danny. – Ryba bierze! Mam rybę!
– Trzymaj mocno wędkę, a ja zawołam tatę!
Teal podszedł do chłopców i pomógł Danny'emu wyciągnąć zdobycz. Złowiony
pstrąg miał dwadzieścia centymetrów.
– Dzielnie się spisałeś – pochwalił podnieconego chłopca I pogłaskał go po
głowie.
Uświadomił sobie, Ŝe juŜ polubił to dziecko i Ŝe wszyscy czworo są jakoś ze
sobą związani. Fakt, Ŝe owe więzy mogłyby się zacieśnić napełnił go niepokojem, a
pomysł z pójściem na plaŜę razem z Julie przestał być taki dobry i niewinny.
Następnego dnia pogoda dopisała, więc nie było powodu do zmiany planów.
Teal się nieco spóźnił. Julie juŜ czekała przed domem. Widząc nadjeŜdŜające
BMW, przyjęła nieco wyzywającą pozę i zaczęła machać ręką niby
autostopowiczka. Carruthers roześmiał się, a z przejeŜdŜającej cięŜarówki wychylił
się kierowca i rzucił Julie jakiś komplement.
Teal miał ochotę krzyknąć, Ŝe piękna dziewczyna naleŜy do niego, lecz to
przecieŜ nie było prawdą. Nie naleŜała do niego i nie powinien się oszukiwać.
Opanował się i gdy podjechał, juŜ mógł względnie obojętnie się przywitać, choć
serce biło mu mocno i miał ochotę ją objąć. Zrobił to za niego Scott, który nawet
ucałował Julie, po czym pobiegł po Danny'ego.
– Czy on zawsze cię tak wita? – spytał Teal, czując ukłucie zazdrości.
– Dzisiaj zdarzyło się to po raz pierwszy. Proponujesz jeszcze jakieś zmiany w
umowie?
– Uchodzę za bardzo dobrego prawnika, a z tą sprawą nie umiem sobie
poradzić.
– Brniemy coraz głębiej – ostrzegła Julie.
– Widzę. Ale na razie jedziemy się opalać i popływać. Dziś mam wolne, więc
zabraniam ci wspomnieć choćby jednym słowem o jakiejkolwiek umowie.
– Zgoda. Pogoda jest wymarzona, więc naleŜy z niej korzystać i niczym się nie
martwić – powiedziała Julie i wystawiła twarz do słońca.
Teal zapakował wszystkie rzeczy do bagaŜnika i zawołał chłopców. Godzinę
później byli juŜ na miejscu. Scott i Danny wyskoczyli z samochodu, natychmiast
się rozebrali i pobiegli do wody. Julie rozłoŜyła ręcznik i rozejrzała się wokoło,
zachwycona tym, Ŝe jest dość pusto. Następnie, nieco zaŜenowana, zdjęła spódnicę
i bluzkę. Miała na sobie skąpe turkusowe bikini, które nie zasłaniało rozstępów na
brzuchu. Widok ten napełnił Teala czułością pomieszaną z zazdrością.
– Nasmaruję ci plecy, chcesz?
Spojrzeli sobie w oczy i wyczytali w nich poŜądanie.
– Pod warunkiem, Ŝe ja teŜ będę mogła cię posmarować.
– W tej chwili nie jestem w stanie czegokolwiek ci odmówić.
– Więc ogromnie Ŝałuję, Ŝe to nie jest prywatna plaŜa.
Teal wycisnął olejek i zaczął smarować plecy Julie. Rozpiął jej stanik, Ŝeby mu
nic nie przeszkadzało i pieścił aksamitną skórę. Nie chciał się oszukiwać.
Doskonale wiedział, Ŝe smarowanie było jedynie pretekstem, a tak naprawdę
chodziło mu o to, by móc dotykać jej nagiej skóry i obejmować piękne kształty.
Gdy zaczął smarować jej uda, Julie odwróciła głowę i szepnęła:
– Pragnę, nie zwaŜając na nikogo, nawet na nasze dzieci, tutaj się z tobą
kochać. Pierwszy raz w Ŝyciu mam ochotę tak się zapomnieć. Chcę wiedzieć, Ŝe
nie tylko mnie ogarnęło takie poŜądanie. Proszę cię, przyznaj się, Ŝe i ty czujesz to
samo.
– A jak myślisz, dlaczego przyklęknąłem? – Teal uśmiechnął się krzywo. –
Muszę ukryć to, Ŝe pragnę cię jeszcze bardziej niŜ ty mnie.
Julie oblała się szkarłatnym rumieńcem.
– To dobrze.
– Dobrze? Chyba Ŝartujesz. Jest mi niewygodnie, a w dodatku jestem
przeraŜony sam sobą.
– To teŜ dobry znak, bo juŜ najwyŜszy czas, Ŝebyś się przyznał do jakichś
uczuć.
– W ciągu kilku ostatnich tygodni odsłoniłem się bardziej niŜ przez całe Ŝycie.
Julie przyglądała mu się w zamyśleniu.
– Wreszcie wyznałeś choć trochę prawdy. Czy zawsze byłeś tak bardzo
zamknięty w sobie?
– Daj spokój z psychoanalizą. Mam dzisiaj wolne i nie chcę Ŝadnych pytań.
– Pieszczot teŜ nie chcesz?
Roześmiał się i to rozładowało napięcie.
– Byłbym hipokrytą, gdybym powiedział „nie". Julie teŜ się uśmiechnęła,
zapięła stanik i wstała.
– No, teraz ja nasmaruję ci plecy.
Teal połoŜył się i poddał pieszczocie ciepłych dłoni rozprowadzających
chłodny olejek do opalania. Uznał, Ŝe nie będzie dłuŜej ze sobą walczył i nie będzie
się bronił przed namiętnością.
– Uwaga, wracają chłopcy.
– Kiedy wreszcie do nas przyjdziecie!? – krzyknął Scott.
– Woda jest bardzo ciepła – zapewnił Danny i uśmiechając się szelmowsko,
dotknął Teala lodowatymi rękoma. Teal wzdrygnął się, a chłopcy wybuchnęli
ś
miechem.
– Ja pójdę z wami pierwsza, a tatuś Scotta nas dogoni – zaproponowała Julie.
Teal był jej wdzięczny za to, Ŝe dała mu moŜliwość opanowania się. Z dala od
niej zawsze wydawało się to łatwe, lecz wystarczyło, by jej tylko dotknął, a
natychmiast tracił kontrolę nad sobą. Nad swoim ciałem i nad uczuciami. Zabrnął
rzeczywiście bardzo daleko i nie było juŜ odwrotu.
W poniedziałek przypadały urodziny Julie. Miała znowu bardzo cięŜki dyŜur,
więc po pracy jechała do domu wolniej niŜ zwykle, gdyŜ po drodze chciała trochę
się odpręŜyć. Wiedziała, Ŝe rodzice i siostra zadzwonią z Ŝyczeniami, lecz ich
słowa nie ukoją tęsknoty, jaka zwykle ją w ten dzień ogarniała. Jeszcze rok, a
ukończy trzydzieści lat! I minie dziesięć od dnia, gdy poślubiła Roberta. Skręciła
do domu i raptem zahamowała zdumiona. Ogród był pełen róŜowych plastykowych
flamingów otaczających napis: „Wszystkiego najlepszego, Julie". Ptaszydła były
wyjątkowo brzydkie, ale Julie uśmiechnęła się wzruszona. Wysiadła z samochodu i
weszła na werandę, na której siedział Einstein przystrojony róŜową kokardką. Był
najwidoczniej wściekły i prychał gniewnie, gdy przechodziła koło niego. W kuchni
porozwieszane były róŜnokolorowe baloniki.
– Sto lat, mamusiu! – krzyknął Danny.
Scott wcisnął jej na głowę papierowy kapelusz, wrzeszcząc z całych sił:
– Niespodzianka! Niespodzianka!
Teal, z kieliszkiem szampana w ręce, podszedł i pocałował ją w same usta. Julie
zakręciły się łzy w oczach.
– Nie spodziewałam się – szepnęła. – Kto poustawiał te flamingi na trawniku?
– Einstein – odparł Danny, chichocząc. – Teraz pojedziemy do restauracji, a po
powrocie będą prezenty.
– Dziękuję ci, Teal – powiedziała Julie z wdzięcznością i uniosła kieliszek.
Po raz pierwszy uśmiech rozświetlił mu całą twarz. Było to otwarte zaproszenie
do zbliŜenia, o którym Julie marzyła, a którego jednocześnie się bała. Z winy
Roberta znienawidziła seks i nie wiedziała, czy starczy jej odwagi, by jeszcze raz
zawierzyć miłości. Pragnęła jednak Teala całą sobą; zdawał się wymarzonym
kochankiem i on sam byłby najlepszym prezentem urodzinowym.
Rozdział 8
Kilka dni później Teal siedział w gabinecie nad aktami sądowymi, lecz nie
mógł się skoncentrować na sprawie. WciąŜ miał przed oczyma urodziny Julie,
która bez skrępowania cieszyła się ze wszystkiego szczerze i entuzjastycznie jak
dziecko. Danny z własnych oszczędności kupił tort, na którym postawił
dwadzieścia dziewięć czerwonych świeczek. Solenizantka wzruszyła się do łez. Na
wieczór Teal zaangaŜował dwie opiekunki do dzieci i zaprosił Julie na dansing.
Przez cały wieczór, mimo ogarniającego go niezwykłego poŜądania, doskonale
nad sobą panował. Do tego stopnia, Ŝe przy poŜegnaniu ograniczył się do jednego
tylko pocałunku. Był to jednak długi i namiętny pocałunek, który tak go podniecił,
Ŝ
e potem długo nie mógł zasnąć. Ostatnio coraz częściej zdarzały mu się bezsenne
noce. Zaczynał zdawać sobie sprawę z tego, Ŝe na dłuŜszą metę takie Ŝycie jest
niemoŜliwe. Mimo to zawsze oblewał się zimnym potem na samą myśl, Ŝe mógłby
zostać kochankiem Julie. W dodatku chłopcy na pewno zaraz by się czegoś
domyślili i zaczęli starać o to, by doprowadzić rodziców do ołtarza. Danny
wprawdzie słyszał zapewnienia matki, Ŝe nigdy powtórnie nie wyjdzie za mąŜ, ale
nie było wiadomo, czy Julie nadal jest tak bardzo przeciwna małŜeństwu.
Natomiast niechęć Teala była ogromna.
Carruthers ukrywał swe uczucia bardzo głęboko i łudził się, Ŝe jego syn nic o
nich nie wie. Sytuacja byłaby znacznie prostsza, gdyby chodziło tylko o dwoje
ludzi, nie zaś czworo. MoŜe nawet i sześcioro, jeśli brać jeszcze pod uwagę
przystojnego i uwodzicielskiego męŜa Julie oraz surową, zamkniętą w sobie
Elizabeth. Teal Ŝałował, Ŝe nie moŜna wymazać przeszłości i tego, Ŝe jego chłodne
małŜeństwo pozostawiło tak głębokie, wciąŜ nie zabliźnione rany. Rany, które
teraz, gdy w jego Ŝyciu pojawiła się Julie, stawały się coraz bardziej dokuczliwe.
NaleŜało koniecznie znaleźć jakieś rozwiązanie.
Jako prawnik Teal był człowiekiem, który wie, jak ma postępować. Dzięki
swojej inteligencji i doświadczeniu nabytemu podczas długoletniej praktyki
codziennie podejmował wiele róŜnych decyzji. Prawie zawsze były słuszne, a
mimo to teraz, w tej najbardziej osobistej sprawie, inteligencja nie wspomagała
intuicji i Carruthers czuł się bezradny. Rozum kazał mu uciekać czym prędzej i jak
najdalej od kobiety o pięknych włosach i szaroniebieskich oczach. Intuicja
podpowiadała, Ŝe właśnie ta kobieta jest dla niego bardzo waŜna I Ŝe drugiej
podobnej szansy Ŝycie juŜ mu nie zaoferuje.
Rozmyślania przerwał mu tupot na schodach. Teal westchnął z ulgą i wsunął
papiery do szuflady. Do gabinetu wpadł Scott.
– Tato, czy moŜesz pojechać ze mną do sklepu? Zabrakło nam cukru do
lemoniady, którą będziemy sprzedawać, bo chcemy zarobić na nowe modele
samolotów.
– Pojedziemy rowerami – zadecydował Teal, wstając i przeciągając się.
Uznał, Ŝe ruch na świeŜym powietrzu dobrze mu zrobi, pozwoli odpręŜyć się, a
potem skoncentrować na pracy. Dzięki temu skończą się rozwaŜania o problemach
związanych z nie istniejącym Ŝyciem seksualnym.
– Ciekawe, dlaczego Scott tak długo nie wraca – niecierpliwił się Danny.
– MoŜe jego tatuś nie mógł od razu przerwać pracy, Ŝeby go zawieźć do sklepu
– uspokoiła go Julie.
Przed godziną wróciła ze szpitala po dość spokojnym dyŜurze, w czasie którego
nawet zdołała uporać się z zaległą pracą papierkową. Postanowiła, Ŝe wreszcie
nadrobi duŜe zaległości w spaniu i wcześnie się połoŜy. Ostatnio nie spała zbyt
dobrze. Marzyła o tym, by nie spędzać nocy samotnie. Pragnęła bliskości Teala.
– Czy mogę pojechać rowerem do Scotta i zobaczyć, co się dzieje? – przerwał
jej rozmyślania syn.
– Oczywiście, ale jedź tylko po chodniku.
Julie zaparzyła sobie ulubioną herbatę Earl Grey i wyszła z filiŜanką na
werandę. Ledwo usiadła, wrócił Danny, wołając z rozgoryczeniem:
– Scotta nie ma w domu! Jego tata chyba nie zabrał go na lody beze mnie,
prawda?
– Na pewno by tego nie zrobił... ale moŜe po drodze spotkali kogoś znajomego.
Jak chcesz, to pójdziemy na boisko i tam na nich poczekamy.
– Świetnie! – rozpromienił się Danny.
Pobiegł się przebrać, a Julie piła herbatę i rozmyślała nad tym, jak to się stało,
Ŝ
e chłopcy tak bardzo się zaprzyjaźnili. Ostatnio trochę zaniepokoił ją fakt, Ŝe
sprawiali wraŜenie, jakby nie mogli się bez siebie obejść. Kiedy syn wrócił, wypiła
ostatni łyk herbaty i powiedziała:
– Idę włoŜyć tenisówki i zaraz wracam.
Była juŜ gotowa do wyjścia, gdy zadzwonił telefon.
– Słucham?
– Pani Julie? – usłyszała dziecięcy głos.
– Tak. Czy to ty, Scott? Mów trochę głośniej, bo prawie wcale cię nie słyszę.
– Mój tatuś... – Dziecko nie dokończyło zdania.
Julie ogarnęła niezrozumiała trwoga. Zacisnęła palce na słuchawce i
wykrztusiła:
– Scott, gdzie jesteś? Co się stało?
Usłyszała najpierw jakiś szum, a potem kobiecy głos:
– Czy mówię z panią Julie Ferris?
– Tak... proszę mi powiedzieć, co się stało.
– Mówi Rita Glassco z ostrego dyŜuru. Pan Carruthers wpadł pod samochód i
ma obraŜenia głowy oraz klatki piersiowej. MoŜe jeszcze coś, nie wiem, ale lekarze
juŜ się nim zajęli. Scott chciał do pani zadzwonić.
Julie lubiła Ritę, która teŜ była samotną matką.
– Zaraz przyjadę – rzekła pełna niepokoju. – Czy mogę jeszcze zamienić kilka
słów ze Scottem? – Po chwili usłyszała cięŜkie westchnienie dziecka. – Scott –
powiedziała, z trudem zachowując spokój – zaraz jedziemy. W szpitalu będziemy
najdalej za dziesięć minut. Zapewniam cię, Ŝe tatusiowi nic nie grozi. Słyszysz
mnie?
– Tak – odparł Scott drŜącym głosem.
Julie rzuciła słuchawkę, wybiegła na werandę i w kilku słowach wyjaśniła
Danny'emu, co się stało.
– Wsiadaj do samochodu, natychmiast jedziemy do szpitala.
Wybrała najkrótszą drogę, lecz i tak miała wraŜenie, Ŝe nigdy nie dojedzie.
Zaparkowała przed szpitalem i trzymając syna za rękę, wbiegła do środka. Rita
akurat rozmawiała przez telefon, ale dała znać, Ŝe naleŜy iść do drugiej poczekalni.
Julie szybkim krokiem minęła korytarz i weszła do poczekalni, w której
znajdowało się kilka osób. Scott siedział skulony, wpatrzony w podłogę. Na jego
twarzy malowała się bezgraniczna rozpacz, jakby juŜ stracił resztki nadziei. Julie z
przeraŜeniem pomyślała, Ŝe Teal nie Ŝyje.
– Scott, juŜ jesteśmy.
Chłopiec podniósł głowę i z takim impetem rzucił się w jej ramiona, Ŝe aŜ się
ugięła pod jego cięŜarem. Mocno objęła dziecko i poczuła, Ŝe całe drŜy.
– Czy byłeś u tatusia? – spytała niespokojnie.
Scott pokręcił głową.
– Czy ci powiedziano, jaki jest jego stan?
Chłopiec znowu zaprzeczył, bez słowa.
– Znam tę pielęgniarkę w rejestracji, więc pójdę i zapytam, co się dzieje.
Scott jeszcze mocniej się do niej przytulił. Widać było wyraźnie, Ŝe jest
przeraŜony.
– Pójdziemy wszyscy razem – zadecydowała szybko Julie. – Chodź, kochanie.
Rita znowu rozmawiała przez telefon, ale zakryła mikrofon i powiedziała:
– Pana Carruthersa zabrano na prześwietlenie, a potem przewiozą go do
dziewiątki.
Julie stała niezdecydowana, zastanawiając się, gdzie najlepiej zaczekać. Nie
podjęła jeszcze decyzji, gdy przywieziono Teala. LeŜał z zamkniętymi oczyma i
był śmiertelnie blady. Miał zdartą skórę z policzka, ręki i klatki piersiowej.
Widząc, Ŝe jednym z lekarzy jest Nick Lytton, Julie przeraziła się. Wiedziała
bowiem, Ŝe neurochirurgów wzywa się tylko do najpowaŜniejszych wypadków.
Nick podszedł z uśmiechem, jakim obdarzał wszystkie kobiety od szesnastu do
sześćdziesięciu lat.
– Julie, nie spodziewałem się ciebie... Co tu robisz?
Obojętność, z jaką mówił, była bardzo irytująca.
– Teal... – zająknęła się – co z nim?
– O czym ty mówisz?
– Na litość boską, Nick, przestań. Na noszach leŜy Teal, a ja nie wiem, co się
stało. Musisz mi powiedzieć prawdę!
– To nie mój pacjent – obojętnie poinformował ją Nick.
– Nie jest twoim pacjentem?
Nick wziął ją pod ramię i odprowadził na bok.
– Wyglądasz, jakbyś miała za chwilę zemdleć. Siadaj, tu jest krzesło. – Zwrócił
się do drugiego lekarza: – Co jest Carruthersowi?
– Wstrząs, trzy złamane Ŝebra, stłuczenia i siniaki. Musimy go zatrzymać na
parę dni.
– Czyli nic powaŜnego – orzekł Nick i zwrócił się do Julie: – Muszę przyznać,
Ŝ
e mnie zaskoczyłaś. Tego wieczoru, gdy byliście razem na koncercie, odniosłem
wraŜenie, Ŝe się mocno pokłóciliście.
Julie zignorowała Nicka i zwróciła się do drugiego lekarza:
– Czy powiedział pan całą prawdę? Niczego pan przede mną nie ukrywa?
– MoŜesz obejrzeć kartę – chłodno wtrącił Nick.
Julie uświadomiła sobie, Ŝe zachowuje się irracjonalnie, więc szybko się
opanowała.
– Słyszałeś wszystko, prawda? – zwróciła się do Scotta. – Tatusiowi nie grozi
Ŝ
adne niebezpieczeństwo. PoleŜy w szpitalu kilka dni, a potem wróci do domu
zdrów jak ryba.
Chłopiec wpatrywał się w nieprzytomnego ojca szeroko otwartymi oczami i
zdawał się w ogóle nie słuchać.
– Tatuś Ŝyje – dorzuciła Julie nieco głośniej.
Scott popatrzył na nią niewidzącym wzrokiem, ale nic nie powiedział.
Zrozpaczona tym, Ŝe dziecko nie reaguje, Julie ujęła jego rękę i połoŜyła ją na
piersi ojca.
– Przekonaj się, Ŝe tatuś oddycha. Czujesz?
Z natęŜeniem wpatrywał się w ojca i wreszcie szepnął:
– Tatuś nie umarł?
– PrzecieŜ oddycha, dziecino. Na pewno szybko wyzdrowieje.
– Myślałem, Ŝe umarł – ciągnął Scott bezbarwnym głosem. – Tak jak mamusia.
Julie serce ścisnęło się z Ŝalu. Nie wiedziała, co powiedzieć, więc tylko objęła
chłopca i mocno przytuliła.
– Przesuń się, Julie – odezwał się Nick urzędowym tonem. – Zatarasowałaś
przejście.
Chorego przewieziono do sali zabiegowej.
– Zaraz przyjdzie tu ortopeda, a potem zabierzemy pacjenta na górę. To nie
potrwa długo – wyjaśnił drugi lekarz.
– Czy pan wie, doktorze, jak to się stało?
– Kierowca samochodu nie zauwaŜył znaku i wjechał na rowerzystę. Obaj mieli
szczęście, bo mogło skończyć się o wiele gorzej.
Czyli Teal mógł ponieść śmierć na miejscu! Julie poczuła, Ŝe zalała ją fala
miłości, która na chwilę zagłuszyła przeraŜenie. Kiedy marzyła o narodzinach
wielkiego uczucia, wyobraŜała sobie piękną, księŜycową noc w ogrodzie pełnym
kwitnących róŜ. Nigdy nawet nie przypuszczała, Ŝe miłość moŜe się objawić w
surowym pomieszczeniu szpitalnym i Ŝe pierwszy raz ją sobie uświadomi, gdy
będzie stała przy nieprzytomnym ukochanym, w towarzystwie dwojga
przeraŜonych dzieci.
W chwilę później lekarze wyszli, Julie zaś usiadła i przygarnęła do siebie obu
chłopców.
– Złamanie Ŝeber jest bardzo bolesne, ale to nic groźnego – zwróciła się do
Scotta. – Lekarze muszą zatrzymać tatusia w szpitalu, Ŝeby obserwować skutki
wstrząsu, ale na pewno szybko wyzdrowieje.
Scott wpatrywał się w ojca i znowu sprawiał wraŜenie, jakby nic nie słyszał.
– Mówię ci szczerą prawdę – zapewniła Julie.
– Policjant teŜ mi mówił, Ŝe mamusia wyzdrowieje – rzekł Scott, nie
odwracając głowy.
Julie zrobiło się jeszcze bardziej Ŝal dziecka i nie wiedząc, co powiedzieć,
pogłaskała je po głowie. Po chwili milczenia zwróciła się do Danny'ego:
– Usiądź tu koło nas.
Objęła obu chłopców i siedziała w milczeniu. Nie odezwała się, gdy wpadła
pielęgniarka i szybko obejrzała pacjenta. Ortopeda przyszedł dopiero pół godziny
później. Miał podkrąŜone oczy i potargane włosy.
– Julie – rzekł zdumiony – co ty tu robisz?
Przyjechałam, bo kocham tego człowieka, pomyślała, na głos zaś powiedziała:
– Pan Carruthers jest... jest moim znajomym. A to, Steve, jest jego syn.
Lekarz długo i dokładnie oglądał zdjęcia.
– Złamania bez przemieszczeń – stwierdził. – Chory wygląda na silnego
męŜczyznę, więc długie leczenie nie będzie konieczne. – Popatrzył na Scotta i na
jego zmęczonej twarzy pojawił się uśmiech. – Twój tata niedługo będzie zdrów,
synu.
Chłopiec nie zareagował, a Julie cięŜko westchnęła. Widziała, Ŝe dziecku
potrzebna będzie troskliwa opieka i była zadowolona, Ŝe akurat ma trzy wolne dni.
Wychodząc, Steve zapytał:
– Czy wiesz, na jakiej sali go połoŜą?
– Nie.
– Dzisiaj jest tu istny dom wariatów, więc sam postaram się dowiedzieć i ci
powiem. Do widzenia. – Uśmiechnął się znów do Scotta i ostrzegł: – Na razie nie
ma mowy o rowerach, pamiętaj.
Teala przewieziono na piąte piętro do separatki. Zrobiło się juŜ dość późno i
chłopcy powinni iść spać, lecz Julie nie chciała odejść, zanim Scott nie zobaczy, Ŝe
ojciec odzyskał przytomność. Po jakimś czasie pacjent drgnął i usiłował coś
powiedzieć. Julie pochyliła się nad łóŜkiem.
– LeŜ spokojnie, Teal... jesteśmy przy tobie – szepnęła.
Teal poruszył ręką i skrzywił się z bólu. Otworzył oczy i przez chwilę patrzył
nieprzytomnie.
– Julie? – szepnął ledwo dosłyszalnie.
Zanim zdąŜyła odpowiedzieć, w jego oczach pojawiło się przeraŜenie.
– A Scott? Gdzie jest Scott?
Poderwał się, by usiąść, lecz przeszył go taki ból, Ŝe jęknął głucho i opadł na
poduszkę.
– Jest tutaj. Nic mu się nie stało. Teal, słyszysz mnie? Scott stoi przy łóŜku.
Chory cierpiał tak wyraźnie, Ŝe Julie poczuła łzy napływające do oczu.
Wiedziała jednak, Ŝe nie moŜe się rozpłakać, więc odwróciła się i prędko
opanowała. Teal po chwili znowu otworzył oczy. Julie przysunęła Scotta bliŜej i
ojciec go zauwaŜył.
– Scott – szepnął – tak się bałem, Ŝe samochód ciebie teŜ potrącił...
Chłopiec potrząsnął głową. Cały drŜał, lecz z jego twarzy nie moŜna było nic
wyczytać. Oczy ojca napełniły się łzami. Julie była bardzo zdenerwowana, ale
mimo to odezwała się opanowanym głosem:
– Zabiorę Scotta do siebie... Mam teraz wolne, więc będę mogła opiekować się
nim równieŜ w ciągu dnia.
– Dziękuję – rzekł Teal i z widocznym wysiłkiem długo patrzył synowi prosto
w oczy. – Bardzo cię kocham, synu – powiedział cicho.
Zamknął oczy i przez chwilę cięŜko oddychał.
– Scott – szepnęła Julie – myślę, Ŝe powinniśmy iść do domu. Tatusiowi
potrzebny jest idealny spokój i teraz będzie mógł zasnąć, bo wie, Ŝe tobie nic się
nie stało. W domu napijecie się gorącej czekolady i zaraz pójdziecie spać.
– Dobrze – zgodził się chłopiec.
– Rano zadzwonimy i dowiemy się, jak się tatuś czuje.
– Jeśli chcesz, moŜesz spać w moim łóŜku – zaproponował Danny.
Scott uśmiechnął się nieznacznie, wziął Julie za rękę i wyszedł, nie oglądając
się za siebie. Julie poprosiła dyŜurną pielęgniarkę, Ŝeby natychmiast zadzwoniła,
jeŜeli stan chorego się pogorszy.
Po powrocie do domu pościeliła Scottowi w pokoju Danny'ego, przyniosła
chłopcom gorącą czekoladę i przeczytała im kilka rozdziałów z ulubionej ksiąŜki
syna.
Danny zasnął prawie natychmiast. Julie otuliła Scotta, pocałowała go na
dobranoc i szepnęła:
– Będę w pokoju obok, więc w kaŜdej chwili moŜesz mnie zawołać. Zostawię
ś
wiatło na korytarzu. Spij spokojnie, mój mały.
Wykąpała się i połoŜyła, sądząc, Ŝe długo nie zaśnie, a tymczasem prawie
natychmiast zapadła w głęboki sen. Obudziła się nagle i nie mogła zrozumieć, co
się dzieje. Po chwili usłyszała rozpaczliwy płacz dziecka. Szybko wyskoczyła z
łóŜka i pobiegła do sypialni obok. Danny spał spokojnie, a Scott rzucał się i płakał
przez sen. Julie schwyciła go za ramiona i potrząsnęła.
– Obudź się, obudź! Nie płacz.
Scott otworzył oczy, objął Julie kurczowo i przytulił się, jak gdyby nigdy nie
miał jej puścić. Zaczął płakać i powtarzać urywanym głosem:
– Chcę do mamy, chcę do mamy...
Julie połoŜyła się obok, objęła go i przytuliła.
Chłopiec długo płakał, w końcu jednak zasnął. Julie nadal leŜała bez ruchu.
Postanowiła dowiedzieć się, jak zginęła Elizabeth, bo nic nie wiedząc o
okolicznościach jej śmierci, nie będzie umiała pomóc dziecku.
Następnego dnia przed południem Scott był wprost nieznośny, lecz juŜ w
drodze do szpitala zamilkł, a gdy weszli do budynku, kurczowo schwycił Julie za
rękę. Teal siedział podparty poduszkami i wyglądał bardzo mizernie. Julie ścisnęło
się serce, ale głos miała opanowany.
– Wyglądasz jak śmierć na urlopie. A jak się czujesz?
– Jak śmierć na urlopie... – odparł, a jego twarz przebiegł skurcz. – Nie
rozśmieszaj mnie, bo mnie wszystko boli. Witajcie, chłopcy. Jak się masz, synu?
Usiądź tu blisko i przytul się do mnie.
Julie zostawiła ich samych, a Danny'ego zabrała na lody. Po powrocie wysłała
chłopców na korytarz, tłumacząc, Ŝe musi porozmawiać z Tealem w cztery oczy.
Wiedziała, Ŝe nie powinna męczyć chorego i chciała jak najszybciej przeprowadzić
konieczną rozmowę. Opowiedziała o zachowaniu Scotta i zakończyła, mówiąc:
– Chcę mu pomóc i dlatego muszę wiedzieć, jak zginęła twoja Ŝona.
– Ten idiotyczny wypadek zdarzył się w styczniu. Idąc do sklepu, Elizabeth
pośliznęła się i uderzyła głową o krawęŜnik. Miała pęknięcie czaszki i zmarła w
wyniku krwotoku. Scott szedł z matką, więc był świadkiem tego, co się stało.
– Czyli Ŝe przeŜywa podobną sytuację po raz drugi – szepnęła Julie. – To
wyjaśnia jego zachowanie i teraz się nie dziwię, Ŝe mi nie wierzył, gdy go
zapewniałam, Ŝe wyzdrowiejesz. Zupełnie zrozumiałe, Ŝe męczą go jakieś złe sny.
– Zdarzyło się to tej nocy?
Julie bez słowa kiwnęła głową.
– Nie moŜesz być obarczona moimi kłopotami – rzekł Teal poirytowanym
tonem. – To nie twoje dziecko, więc opieka nad nim nie powinna spaść na twoją
głowę.
– A ty byś mi nie pomógł w podobnej sytuacji? – spytała dotknięta do Ŝywego.
– To nie ma nic do rzeczy... Masz akurat wolne i naleŜy ci się odpoczynek.
– Nie narzekam – powiedziała Julie dość ostro. – Musiałam się dowiedzieć, jak
zginęła twoja Ŝona, Ŝeby jakoś pomóc twojemu synowi. I to wszystko.
Teal zmienił pozycję i aŜ syknął z bólu.
– Chyba źle mnie zrozumiałaś. Jestem daleki od tego, by nie doceniać, co dla
nas robisz. Oczywiście jestem ci bardzo wdzięczny.
Wdzięczność nie była tym, czego Julie oczekiwała od męŜczyzny, którego
pokochała. Nie była to jednak odpowiednia pora, by rozmawiać o innych
uczuciach.
– Dziękuję, Ŝe mi powiedziałeś o okolicznościach śmierci Ŝony. Czy chcesz,
Ŝ
ebyśmy jeszcze raz dzisiaj do ciebie przyjechali?
Teal wiedział, Ŝe jest zdany na jej pomoc, lecz ta świadomość nie poprawiała
mu nastroju. Ogarniające go uczucie bezradności jeszcze zwiększało i tak mocno
dokuczliwy ból głowy.
– Mógłbym zadzwonić do Marylee... moŜe by wzięła Scotta na kilka dni.
– Nie masz do mnie zaufania?
– Tu nie chodzi o brak zaufania. Po prostu nie chcę cię wykorzystywać.
– Panie Carruthers – syknęła ze złością – jest pan tak tępy, jak większość
męŜczyzn. Wyjątkowo tępy. Zapewniam pana, Ŝe chętnie zaopiekuję się Scottem i
wcale nie odnoszę wraŜenia, Ŝe mi ktoś cokolwiek narzuca. Czy jasno się
wyraŜam?
– Przedyskutujemy tę sprawę, gdy będę miał więcej siły – odparł Teal
wymijająco.
Julie podniosła się i ruszyła ku drzwiom.
– Przyjedziemy wieczorem... Twój problem polega na tym, Ŝe nie chcesz mieć
wobec mnie Ŝadnych długów wdzięczności.
– Gdybym nie był przykuty do łóŜka, nie uszłoby ci to na sucho. Zapamiętaj
sobie!
– Dobrze, dobrze – odparowała i przesłała mu całusa. Wiedziała, Ŝe zachowuje
się dziecinnie, ale ów gest przyniósł jej ulgę.
Obudziła się o trzeciej nad ranem, poniewaŜ Scott znowu krzyczał przez sen.
Prędko wstała, zbudziła go, mocno objęła i szepnęła:
– Tatuś powiedział mi o twojej mamusi, więc teraz rozumiem, dlaczego byłeś
taki przeraŜony po tym wypadku. Opowiedz mi, jak to się stało, Ŝe tatusia uderzył
samochód.
– Jechaliśmy spokojnie, ale na skrzyŜowaniu wyskoczył ten wielki czarny
samochód i tata krzyknął, Ŝebym zahamował. Zaraz stanąłem i tatuś teŜ
zahamował, ale samochód i tak na niego najechał. Policjanci powiedzieli mi
później, Ŝe kierowca był pijany i dlatego pewnie nie zauwaŜył znaku. Tata leŜał na
ziemi w kałuŜy krwi. Zaraz zebrał się tłum ludzi, wezwano karetkę i policję i
zabrano nas do szpitala. Stamtąd zadzwoniłem do pani.
– Dobrze zrobiłeś – zapewniła Julie. – To musiało być straszne, naprawdę
straszne... Ale teraz wiesz juŜ, Ŝe tatuś wyzdrowieje, więc postaraj się zasnąć. Na
pewno jutro poczujesz się znacznie lepiej.
– Tak strasznie się bałem – wyznał Scott, tuląc się do niej z dziecięcą ufnością.
Julie leŜała nieruchomo, czekając, aŜ chłopiec zaśnie. Czuła, Ŝe pokochała nie
tylko ojca, ale zaczyna kochać jego syna, jakby był jej własnym dzieckiem. To
dlatego słowa Teala tak bardzo ją zabolały. Marzenia o tym, by został jej
kochankiem nagle wydały się jej nieco infantylne. Oczywiście nadal pragnęła
fizycznego zbliŜenia, ale teraz nie była to jedyna forma miłości, o jakiej marzyła.
Chciała, by Teal jej zaufał. Chciała poznać jego najgłębsze uczucia i pragnęła, by
wreszcie zrzucił maskę.
Następnego dnia aŜ do południa Julie robiła porządki w domu Teala. Potem
przyniosła całe naręcza kwiatów, które poustawiała w kuchni, jadalni i sypialni.
Scott nie odstępował jej ani na krok i usta mu się nie zamykały. Przed lunchem
Julie pojechała do szpitala i przywiozła chorego do domu. Carruthers z trudem
wszedł po schodach i natychmiast usiadł na najbliŜszym krześle.
– Czuję się jak stuletni staruszek. W takim tempie chyba do wieczora nie zajdę
do sypialni.
Scott wyszczerzył zęby w radosnym uśmiechu.
– Pani Julie przygotowała lunch i jeszcze zrobi nam kolację. Wczoraj upiekła
pyszne ciastka, a dzisiaj odkurzyła cały dom. Jest bardzo dobra, prawda?
Julie skrzywiła się, niezadowolona.
– Dzięki temu miałam wymówkę, Ŝeby odwołać spotkanie z panią LeMarchant
– wyznała.
Teal rozejrzał się i zatrzymał wzrok na duŜym bukiecie margerytek i dalii,
których piękne barwy oŜywiły kuchnię.
– Pani Inkpen mogłaby wiele się od ciebie nauczyć – powiedział i wstał. –
Wstyd się przyznać, ale czuję, Ŝe muszę się połoŜyć. Scott, pójdziesz ze mną na
górę?
– Oczywiście. Ale potem muszę pomóc nakryć do stołu.
Kiedy wyszli, Julie zabrała się do przygotowywania kanapek. Przykro jej było,
Ŝ
e Teal tak wyraźnie unika bliŜszego kontaktu. Nie chciał mieć wobec niej Ŝadnych
zobowiązań. I nawet chyba nie podobało mu się, Ŝe kuchnia jego Ŝony nabrała
weselszego charakteru. Zupełnie moŜliwe, Ŝe wcale Julie nie pragnął. Zdawała
sobie sprawę z tego, Ŝe fakt, iŜ ona go kocha, nie oznacza, Ŝe jest to miłość ze
wzajemnością.
Scott zaniósł ojcu lunch i po godzinie wrócił z pustą tacą.
– Tatuś powiedział, Ŝe się teraz prześpi.
Julie zabrała chłopców na basen i długo zwlekała z powrotem do domu. Kiedy
wrócili, Scott natychmiast pobiegł na górę, Danny poszedł do ogrodu, natomiast
Julie zabrała się do pieczenia kurczaka i robienia sałatki. Tym razem sama zaniosła
jedzenie. Ojciec drzemał, a syn leŜał obok niego i czytał ksiąŜkę.
– Teal, przyniosłam ci kolację – powiedziała półgłosem.
Carruthers ocknął się i popatrzył na nią niezbyt przytomnym wzrokiem.
Właśnie śniło mu się, Ŝe Julie wiezie go duŜym czarnym samochodem i traci
panowanie nad kierownicą. Zbudził się oblany zimnym potem.
– Dziękuję – rzekł dość oschle.
– Scott, chodź na kolację.
– Chcę zjeść tutaj, razem z tatusiem.
– Pozwól mu. Będziesz miała jeden kłopot mniej.
Julie wiedziała, jak bardzo Danny'emu brak towarzystwa kolegi, lecz nie
powiedziała ani słowa. Zeszła na dół, przygotowała jeszcze jedną porcję, którą
zaniosła na górę, po czym zasiadła z synem do kolacji przy stole w ogrodzie.
Danny wybrzydzał, a i ona nie miała apetytu. Czuła się nieswojo i miała mocno
napięte nerwy. Po kolacji Danny zniknął w domku na drzewie, Julie zaś zabrała się
do sprzątania i zmywania. Scott przyniósł tacę i stanął obok zlewozmywaka, jakby
niezdecydowany. Julie rozumiała, Ŝe chłopiec chce być stale z ojcem, lecz chciała
jakoś dać mu do zrozumienia, Ŝe Danny czuje się zupełnie opuszczony. Nim
zdecydowała się, jak to powiedzieć, Scott odezwał się.
– Czy mogę panią o coś poprosić?
– Oczywiście.
– Ale mam wielką prośbę. Ogromną – rzekł z powagą.
– Postaram sieją spełnić, jeśli tylko będę mogła.
– Chcę, Ŝeby pani wyszła za tatusia.
Julie z wraŜenia wypuściła talerz, który spadł na podłogę.
– Tego nie mogę zrobić – wykrztusiła zmieszana.
– Dlaczego?
PoniewaŜ twój tatuś mi sienie oświadczył, pomyślała, zbierając odłamki szkła.
– MałŜeństwo jest bardzo powaŜną sprawą – rzekła na głos. – Ja się
rozwiodłam, a twój tatuś owdowiał i nasze rany jeszcze się nie zabliźniły... Chyba
trochę za wcześnie na powtórne małŜeństwo.
– PrzecieŜ chyba pani lubi mojego tatę. Widzieliśmy, jak się pani z nim
całowała.
– Rzeczywiście go lubię, ale nie moŜna poślubić wszystkich ludzi, których się
lubi.
– To znaczy, Ŝe pani nie chce wyjść za tatusia?!
Julie wiedziała, Ŝe gdyby chciała powiedzieć prawdę, musiałaby wyznać, Ŝe
poślubiłaby Teala, gdyby tylko on ją kochał. .. gdyby przestał być tak opanowany,
gdyby okazało się, Ŝe ma jakieś cieplejsze uczucia. Zamiast tego rzekła:
– Teraz nie mogę ci tego wytłumaczyć, bo wiem, Ŝe nie zrozumiesz. Nie lubię,
kiedy dorośli mówią dzieciom, Ŝe czegoś nie zrozumieją, ale czasami nie ma
innego wyjścia. Zrozumiesz, kiedy dorośniesz.
Z twarzy Scotta wyczytała, Ŝe zanosi się na wybuch, którego wolałaby uniknąć.
– To wszystko pani wina! Lubię, kiedy pani jest u nas, bo czuję się wtedy tak,
jakby pani była moją mamą. I nie rozumiem, dlaczego pani nie chce wyjść za
tatusia.
Był bliski łez, więc Julie tylko zapytała:
– Czy rozmawiałeś z tatusiem na ten temat?
Scott popatrzył na nią spode łba i mruknął:
– Po co? To wszystko pani wina. Danny mi powiedział, Ŝe pani nie chce wyjść
za mąŜ. Szkoda, Ŝe pani się tu przeprowadziła!
Wybiegł, trzaskając drzwiami. Julie stała bezradna i niezdecydowana. Uznała,
Ŝ
e rozsądniej nie dyskutować w chwili, gdy dziecko nie przyjmie Ŝadnych
argumentów. Była tak zdenerwowana i tak się jej trzęsły ręce, Ŝe zbiła szklankę i
jeszcze jeden talerz. Po skończeniu zmywania postanowiła pójść na górę.
Teal stał przed lustrem i z widocznym trudem wkładał koszulę. Widząc, Ŝe Julie
chce mu pomóc, odezwał się zirytowany:
– Zostaw. Poradzę sobie.
Zacisnęła pięści, Ŝeby nie wybuchnąć i dopiero po chwili zapytała opanowanym
głosem:
– Czy nie sądzisz, Ŝe dobrze byłoby, gdybym została na noc? Jesteś wciąŜ
bardzo słaby. – Uśmiechnęła się z lekka. – Będę twoją osobistą pielęgniarką.
Carruthers właśnie tego nie chciał, za nic na świecie.
– Dziękuję ci, Julie, ale to zbyteczne. Nic mi nie grozi. A ty juŜ jutro idziesz do
pracy, prawda?
– Mogłabym pojechać prosto stąd.
Nie patrząc na nią, oświadczył:
– Musisz wrócić do domu i trochę odpocząć. NaleŜy ci się po tych kilku
nerwowych dniach.
Julie nie mogła wyznać, Ŝe zrobiła wszystko tylko i wyłącznie z miłości.
– Znowu mnie odpychasz.
– Dochodzę do wniosku, Ŝe chyba nie byłem przy zdrowych zmysłach, kiedy
zaproponowałem tę przeklętą umowę. To ty miałaś rację. Jest nas czworo, a nie
tylko dwoje i bardzo łatwo moŜna zranić uczucia naszych dzieci.
Zrobiło się jej bardzo przykro.
– Do czego zmierzasz? – spytała, czując, Ŝe coś dławi ją w gardle.
– Tylko do tego, Ŝe powinnaś wrócić do domu. •
Najchętniej wyznałaby szczerze i uczciwie, Ŝe jest zakochana, lecz wiedziała,
Ŝ
e nie powinna tego robić. Dlatego zapytała cicho:
– Czy mówisz tak ze względu na swoją Ŝonę? Dlatego, Ŝe wciąŜ ją kochasz?
– Julie – zaczął Teal z pasją – nie chcę cię okłamywać, więc na litość boską
przestań mnie męczyć.
– Przepraszam... Powinnam była zadzwonić po panią Inkpen. Wracam do
domu. Do widzenia.
Zeszła do kuchni, wzięła torebkę i w tej chwili usłyszała podniesione głosy
dzieci.
– To wszystko przez twoją mamę! – krzyczał Scott. – Bo ona nie chce wyjść za
mojego tatę!
– To nie jej wina – gorąco zaprzeczył Danny.
– Właśnie, Ŝe tak.
– ZałoŜę się, Ŝe twój tata wcale jej się nie oświadczył. To męŜczyzna musi
zaproponować małŜeństwo.
– Nawet gdyby się oświadczył, twoja mama i tak by go odrzuciła! – wrzeszczał
Scott. – Sam mi tak powiedziałeś. Mówiłeś, Ŝe była nieszczęśliwa z twoim ojcem i
Ŝ
e dlatego nie chce powtórnie wyjść za mąŜ.
– Jestem pewien, Ŝe twój tata mógłby mamę nakłonić, Ŝeby zmieniła zdanie –
zauwaŜył Danny smętnie. – Gdyby tylko chciał i się postarał.
Julie usłyszała kroki na schodach i po chwili do kuchni wszedł Teal.
– To nie tatusia wina! – krzyknął Scott. – Tylko twoja mama nie chce się
zgodzić na ślub.
– Zamknij się! – wrzasnął Danny.
Chłopcy zaczęli się bić, więc Julie natychmiast wybiegła i rozdzieliła
walczących.
– Nienawidzę cię! – krzyczał Scott przez łzy. – Nienawidzę...
Danny zerwał się na równe nogi i nie patrząc, uderzył matkę zamiast kolegi.
– Mam dość przyjaźni z tobą! – wrzasnął. – Ja teŜ cię nienawidzę!
Odwrócił się na pięcie i wybiegł na ulicę.
– Scott! – zawołał Teal stojący na werandzie. – Chodź do domu! Julie, musimy
porozmawiać, ale teraz goń Danny'ego.
Dogoniła syna dopiero na progu domu, gdy z całej siły walił pięściami w drzwi.
– Przestań, Danny – powiedziała, wyciągając z torebki klucze. – MoŜesz się
złościć, ale nie niszcz drzwi. Porozmawiamy, kiedy się uspokoisz.
Danny pobiegł na piętro, natomiast Julie przysiadła na najbliŜszym krześle,
zrozpaczona, Ŝe znowu popełniła niewybaczalny błąd. Zakochała się w człowieku,
którego nie umiała rozszyfrować. I znowu zapłaci za to nie tylko ona.
Rozdział 9
Wieczorem, gdy zadzwonił telefon, Julie odebrała go pełna obaw.
– Słucham?
– Tu Teal. Co robi Danny?
– Zasnął. A Scott?
– TeŜ śpi. Godzinę temu dzwoniła Marylee. Właśnie przyjechała do miasta i
dowiedziała się o wypadku. Jutro zabierze nas do swego domku letniskowego.
Myślę, Ŝe przez kilka dni wydobrzeję, a chłopcy zdąŜą się uspokoić. Zadzwonię po
powrocie.
– Jesteś pewien, Ŝe ten wyjazd to dobry pomysł?
– Oczywiście. W przeciwnym razie bym nie wyjeŜdŜał.
– Nie wydaje ci się, Ŝe uciekasz przed kłopotami?
– Nasi synowie muszą się nauczyć, Ŝe nie oni są najwaŜniejsi i nie oni rządzą.
– A kto tak naprawdę nami wszystkimi rządzi, Teal? Czy wciąŜ jeszcze twoi
rodzice, dlatego, Ŝe cię nie chcieli? Albo twoja Ŝona, mimo Ŝe od dwóch lat nie
Ŝ
yje? A moŜe tylko twój strach przed głębszym uczuciem?
– Widzę, Ŝe chcesz przeforsować swój punkt widzenia.
– Chyba nie sądzisz, Ŝe tylko ty masz do tego prawo? Znowu mnie odpychasz. I
tak jest zawsze!
– Myślę, Ŝe po moim powrocie trzeba będzie zerwać naszą umowę –
oświadczył Teal przytłumionym głosem. Stwierdzenie to zabrzmiało jak wyrok
sądu ostatecznego.
Julie natychmiast poczuła, Ŝe jej wściekłość ustępuje miejsca głębokiej,
bezgranicznej rozpaczy. Była jednak zbyt dumna, by się do tego przyznać.
– Doskonale – rzuciła. – Baw się dobrze. śegnam.
OdłoŜyła słuchawkę i zalała się łzami.
Następne dni były bodaj najgorsze z tych, jakie ostatnio przeŜyła. Czuła się tak,
jak gdyby wewnątrz obumarła. Na domiar złego musiała wziąć trzy nocne dyŜury,
więc nie mogła zająć się synem akurat wtedy, gdy bardzo jej potrzebował. Danny
chodził osowiały i tęsknił nie tylko za Scottem. Któregoś dnia, ni stąd, ni zowąd,
powiedział:
– Pan Carruthers jest bardzo podobny do taty.
– Dlaczego tak myślisz?
– Bo sobie wyjechał, a tatuś teŜ stale był poza domem.
Julie poczuła łzy napływające do oczu. Musiała przyznać synowi rację,
poniewaŜ Robert rzeczywiście niewiele czasu spędzał z nimi. Najpierw nazywało
się to, Ŝe robi wszystko dla ugruntowania swej kariery, a później wyszło na jaw, Ŝe
opuszczał dom dla Melissy.
– Wiesz co, Danny, przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Następne cztery dni
będę miała wolne, więc jeśli chcesz, pojedziemy na Wyspę Księcia Edwarda.
Będziemy codziennie chodzić na plaŜę, obejrzymy sobie „Anię z Zielonego
Wzgórza" i wszystkie tamtejsze atrakcje. Co ty na to?
– Kiedy moŜemy jechać?
– Choćby jutro.
– Hurra! – krzyknął Danny z radością.
Następnego ranka przeprawili się promem na wyspę i Danny natychmiast
znalazł sobie kolegów, a wieczorem z przyjemnością obejrzeli film o rudowłosej,
pełnej fantazji sierotce. Pobyt był tak udany, Ŝe Julie zadzwoniła do szpitala i
poprosiła o jeszcze jeden dzień urlopu.
Po pięciu dniach oboje wracali wypoczęci, a Danny był jakby nie ten sam. Po
drodze wstąpili do schroniska i odebrali Einsteina. Kocur był w wyjątkowo złym
nastroju i prychał nawet na Danny'ego. Kiedy zajechali przed dom, natychmiast
wyskoczył z klatki i schował się wśród najgęstszych krzewów i zarośli.
Julie otworzyła drzwi i stanęła w korytarzu. Zewsząd powiało nieprzyjemną
pustką. Odniosła wraŜenie, Ŝe wcale nie wróciła do domu. Ogarnęły ją złe
przeczucia i przygnębienie, poniewaŜ nie zastała Ŝadnej wiadomości od Teala.
Wyglądało na to, Ŝe Carruthers nie chce jej więcej widzieć. Wyszła, Ŝeby przynieść
wiadro z krabami kupionymi na wyspie i wtedy usłyszała zgrzyt hamulców. Przed
dom zajechał czarny samochód, z którego wyskoczył Scott i podbiegł do
Danny'ego. Stanął przed przyjacielem i pospiesznie zaczął mówić:
– Przepraszam za to, co powiedziałem, bo to nieprawda. Czy nadal będziesz
moim kolegą? Pogodzimy się?
Danny uśmiechnął się i wyszczerzył szczerbate zęby.
– Jasne... moŜe pobawimy się w twoim domku na drzewie?
Chłopcy natychmiast pobiegli do ogrodu Scotta, Julie zaś została sama z
ciemnowłosym męŜczyzną w szarym eleganckim garniturze. Zrobiło się jej
przykro, Ŝe nie zdąŜyła się przebrać i ma na sobie przybrudzony strój podróŜny.
Kiedy Teal podszedł bliŜej, zorientowała się, Ŝe jest wściekły i z trudem nad sobą
panuje.
– Do jasnej cholery, gdzieś ty była?
– PrzecieŜ zostawiłam wiadomość, Ŝe jedziemy na Wyspę Księcia Edwarda.
– Ale miałaś wrócić juŜ wczoraj!
– Poprosiłam o zastępstwo i zostałam dłuŜej.
– A czy pomyślałaś, Ŝeby mnie zawiadomić?
– Nie. Nie przyszło mi to do głowy. Nie na darmo stale mi powtarzałeś, Ŝe nie
chcesz się angaŜować. CzyŜbyś o tym zapomniał?
– Niestety, widzę, Ŝe jest za późno – wycedził Teal. – JuŜ się zaangaŜowałem.
Czy chcę, czy nie, to się stało. Od wczoraj ledwo Ŝyję. WyobraŜałem sobie, Ŝe
miałaś wypadek albo Ŝe cię porwano. Bałem się, Ŝe spotkałaś kogoś, z kim
postanowiłaś wziąć ślub. Jak na człowieka uznającego tylko fakty, wcale się nie
popisałem.
– Sprawiasz wraŜenie, jakbyś wcale nie był z tego zadowolony – zauwaŜyła
Julie, czując, Ŝe jej serce bije jak szalone.
– JuŜ raz się tak zaangaŜowałem, Ŝe potem zrobiło się z tego piekło.
– Elizabeth...
– Oczywiście.
– No i co teraz zrobimy?
– Wiem, co ja chcę zrobić.
Julie przypomniała sobie straszne dni przed wyjazdem i rozpacz, jaka ją
ogarniała na wyspie.
– Chyba oboje wiemy – rzuciła ze złością. – Chcesz się wycofać i zerwać
umowę. Chcesz uciec, Ŝeby się nic a nic nie zmienić. No, więc, proszę, wolna
droga. Ja cię nie będę zatrzymywać!
– Bardzo się mylisz, ja tylko pragnę cię kochać.
Julie nie wierzyła własnym uszom.
– Co takiego?
– MoŜesz się ze mnie śmiać – w jego głosie brzmiała gorzka autoironia – ale to
wymaga ode mnie więcej odwagi niŜ skok z wysokiej skały w spienione fale.
– Nie będę się z ciebie śmiać – zapewniła.
– Czy spędzisz ze mną noc? Czy zdecydujesz się na to?
Nadal nie wierzyła w to, co słyszała.
– Trzeba będzie zmienić umowę, bo przecieŜ zastrzegłam sobie, Ŝe nie będzie
Ŝ
adnych amorów.
– Ta umowa to najgłupsza rzecz, jaką w Ŝyciu wymyśliłem. – Teal zacisnął
palce na jej ramieniu. – Powiedz, Ŝe pragniesz tego, co ja. Powiedz wreszcie „tak".
Julie uśmiechnęła się nieśmiało.
– Przywiozłam ci prezent – szepnęła. – Otwórz go i obejrzyj w domu, ale bez
ś
wiadków. Ten prezent jest moją odpowiedzią na twoje pytanie.
Teal z napięciem wpatrywał się w jej twarz, lecz nic nie mógł z niej wyczytać.
Nie rozumiał, w jaki sposób prezent moŜe stanowić odpowiedź na tak powaŜne
pytanie. Nie znajdując słów, objął Julie i zaczął namiętnie całować. Zrazu biernie
poddała się pieszczotom, ale po chwili przytuliła się do niego całym ciałem i
obsypała gorącymi pocałunkami.
– Powiedz mi – szepnął Teal między jednym pocałunkiem a drugim – powiedz
mi, Ŝe się zgadzasz. Nie dręcz mnie...
Julie jeszcze mocniej go objęła i poczuła, Ŝe drgnął.
– Przepraszam, zapomniałam o twoich złamanych Ŝebrach.
– Ja teŜ o nich zapomniałem. WciąŜ nie odpowiadasz na moje pytanie.
Popatrzyła mu prosto w oczy i nagle pocałowała, jak nigdy dotąd.
– Niech to będzie moja odpowiedź. Powinieneś posłuchać głosu serca.
Teal wreszcie zaczynał wierzyć, Ŝe jeszcze jej nie stracił. Odetchnął z ulgą.
– Dlaczego nie mogę otworzyć prezentu w obecności Scotta?
– Przekonasz się – odparła z przewrotnym uśmiechem na ustach.
– Kiedy teraz będziesz miała wolne?
– Dopiero za pięć dni. Muszę odpracować jeden dodatkowy dyŜur.
– Czekałem na taką chwilę trzydzieści cztery lata... Nie pojmuję, dlaczego tych
pięć dni wydaje mi się wiecznością. No trudno, wracam do domu, Ŝeby sprawdzić,
co porabiają chłopcy.
– Jak to dobrze, Ŝe się pogodzili.
– Nie masz pojęcia, jak ja się z tego cieszę. – Teal znowu ją pocałował. – Nie
zasłuŜyłem na tyle szczęścia. I nie mogę sobie darować własnej głupoty. Po co ci
powiedziałem, Ŝe chcę zerwać umowę?
– Bardzo mnie to zabolało. Bardzo.
Teal od dawna wiedział, Ŝe jest zdolny podniecić Julie, lecz nawet przed samym
sobą nie chciał się przyznać, Ŝe równieŜ moŜe sprawić jej ból. Poczuł, Ŝe osaczają
go wszystkie dawne obawy. Otrząsnął się prędko i zapytał:
– Czy masz w domu coś do jedzenia? Pewnie nie, więc zapraszam cię do
restauracji.
– Wspaniale. Dziękuję.
– Gdy cię nie widzę, zapominam, jaka jesteś piękna. Nie chce mi się wierzyć,
Ŝ
e jesteś taka jak w mojej wyobraźni.
Widząc wyraźny podziw w jego oczach, Julie uznała, Ŝe dobrze zrobiła,
przywoŜąc tajemniczy prezent. Uśmiechnęła się uszczęśliwiona.
– Gdy tak na mnie patrzysz – szepnął Teal zduszonym głosem – wszystko
wydaje się proste. I nie mogę się z tobą rozstać. – Pocałował ją delikatnie. – Ale juŜ
idę. Kiedy będziesz gotowa?
– Za godzinę. – Julie podeszła do samochodu i wyjęła duŜe pudło zawinięte w
kolorowy papier. – Mam nadzieję, Ŝe to jest to, czego pragniesz – rzekła z powagą.
– MoŜe pozwolisz mi jednak teraz otworzyć?
– O nie, tutaj w Ŝadnym wypadku – odparła przestraszona.
– Wobec tego obejrzę zaraz po powrocie do domu. Do zobaczenia o siódmej.
Julie przez chwilę stała rozmarzona. Nareszcie Teal wyznał jej miłość, a to
niewątpliwie oznaczało, Ŝe się bardzo mocno zakochał.
Teal poszedł od razu do sypialni i zaczął rozpakowywać prezent. Najpierw
znalazł wyjątkowo dekoracyjną świecę, a obok niej taśmę z nagraniem „Lara's
Theme". Następnie odwinął z papieru przejrzystą błękitną koszulę nocną i na ten
widok serce zaczęło mu bić jak oszalałe. Ostatnim upominkiem było ogłoszenie
oferujące domek nad morzem, na którym Julie dopisała: „Ten prezent będzie
wspólny... jeśli tylko zechcesz".
Poczuł ucisk w gardle. Z trudem się opanował. Przez całe Ŝycie uwaŜał, Ŝe
dorosłym nie wypada płakać. Nawet gdy ogarnia ich tak wielkie wzruszenie, jak
jego w tej chwili. Zdał sobie sprawę z tego, Ŝe prawdziwym prezentem Julie jest
ona sama.
Dziesięć po siódmej Julie zapukała do drzwi. Otworzył jej Scott.
– Dobry wieczór – powiedział i mocno ją objął. – Tak się za panią stęskniłem.
Po chwili przybiegł Danny, a za nim wszedł Teal. Julie niepewnie spojrzała mu
w oczy. Bała się, Ŝe jej prezent oznaczał, iŜ zachowuje się tak, jak inne kobiety i Ŝe
się narzuca. Teal podszedł i pocałował ją w same usta.
– Czy wszyscy gotowi? – spytał.
Kolację zjedli w pobliskiej restauracji, po czym wrócili do domu Carruthersa.
Chłopcy wybiegli do ogrodu, a Teal nalał brandy i podając Julie kieliszek,
powiedział:
– Chciałbym podzielić się z tobą tym prezentem.
Serce podskoczyło jej z radości.
– Och, to cudownie.
– JeŜeli chcesz, zamówię miejsca w tym nowym ośrodku koło Chester. Jest
niedaleko stąd, a domki stoją tuŜ przy plaŜy.
– Doskonale... ale co zrobimy z dziećmi?
– Marylee często mi proponowała, Ŝe weźmie Scotta do siebie. Zapytam ją, czy
moŜe zająć się obydwoma chłopcami przez dwa-trzy dni.
– To byłoby idealne rozwiązanie – szepnęła Julie, wsłuchana w szum pulsującej
krwi. Nie rozumiała, dlaczego nagle ogarnia ją jakiś dziwny niepokój.
– Załatwione. Zaraz jutro zarezerwuję domek.
Wypiła łyk brandy i zamyśliła się. Kochała Teala i niedługo spędzi z nim całe
dwa dni nad morzem. Będą się kochać wsłuchani w szum fal i moŜe wreszcie tam
wyjaśnią sobie wszystko, co ich dzieli. Nie powinna się martwić na zapas.
Godzinę później była z powrotem w domu. Po kąpieli obejrzała się dokładnie w
lustrze. Zawsze była zdania, Ŝe ma za duŜe piersi, a teraz jeszcze krytycznym
okiem obejrzała rozstępy na brzuchu. Wiedziała, Ŝe Roberta przestała pociągać
niedługo po ślubie, ale dopiero w czasie jego ostatniej wizyty w domu dowiedziała
się, Ŝe Melissa od lat jest jego kochanką. Teraz obawiała się, Ŝe skoro nie była
wystarczająco atrakcyjna dla Roberta, z pewnością nie zdoła utrzymać męŜczyzny
tak skomplikowanego jak Teal. Nie powinna była dawać mu takiego prezentu. Nie
powinna wywoływać wilka z lasu.
Następnego dnia rano Teal zarezerwował domek na dwie doby i zadzwonił do
Marylee, by poprosić ją o opiekę nad chłopcami.
– Bardzo chętnie ich zabierzemy – zapewniła przyjaciółka. – Nawet sama
chciałam do ciebie zadzwonić, bo dziś wieczorem wybieramy się z dziewczynkami
na konie. Czy chłopcy mogliby pojechać razem z nami? Dzięki temu wcześniej
zapoznamy się z Dannym i potem nie będziemy dla niego zupełnie obcymi ludźmi.
ą
Teal był wdzięczny Marylee za takt i Ŝyczliwość.
– Serdecznie ci dziękuję, Marylee, jesteś wspaniała. O której chłopcy mają być
gotowi?
– Przyjadę o szóstej, a do domu wrócimy dopiero koło dziewiątej, bo stadnina
jest dość daleko. Czy to nie za późno?
– Chyba nie, ale zadzwonię do Julie i zapytam. Jeszcze raz dziękuję i do
zobaczenia o szóstej.
OdłoŜył słuchawkę i pomyślał, Ŝe klamka zapadła. Wiedział, Ŝe Julie ma dyŜur
od siódmej do siódmej, więc zatelefonował do niej dopiero z pracy. Od razu się
zorientował, Ŝe dzwoni w niezbyt odpowiednim momencie.
– Czy Marylee moŜe wziąć Danny'ego dziś wieczorem na konną przejaŜdŜkę?
– Oczywiście. Danny juŜ kiedyś trochę jeździł podczas lekcji w szkole i był
zachwycony. Czy moŜesz wyłoŜyć za mnie pieniądze?... JuŜ idę, Shirley...
Przepraszam, muszę kończyć. Do widzenia.
Punktualnie o szóstej Marylee zabrała obu chłopców. Danay rozbawił
dorosłych, poniewaŜ przyniósł całą torbę marchwi dla konia. Carruthers pomachał
ręką odjeŜdŜającym i wszedł do domu. Tego dnia pani Inkpen zrobiła większe
porządki, więc wszędzie było czysto, lecz właśnie teraz Teal doszedł do wniosku,
Ŝ
e Julie miała rację. Jego dom rzeczywiście był nieprzytulny. Uznał, Ŝe skoro nie
lubi tego, co podobało się jego Ŝonie, powinien wprowadzić tu więcej koloru, o
trochę Ŝywszych barwach.
Stanął przed czarno-białą fotografią, którą Elizabeth wyjątkowo lubiła. Na
pierwszym planie znajdował się staruszek siedzący samotnie na ławce w parku.
Wokół niego sunął tłum bezbarwnych i anonimowych postaci. Nie ulegało
wątpliwości, Ŝe tych ludzi zupełnie nic nie łączy, Ŝe wszyscy są osamotnieni i
nieszczęśliwi.
Uderzyła go myśl, Ŝe Julie jest zupełnie inna, Ŝe nosi w sobie radość Ŝycia,
samą jego kwintesencję. Wiedział juŜ, jak Julie tańczy, a teraz zaczął się
zastanawiać, jaka będzie w miłości. W sobotę się przekona, czy zachowa się tak
samo Ŝywiołowo. Pragnął się tego dowiedzieć, a jednocześnie czuł ogarniające go
obawy. Bał się samego siebie.
Zrobił sobie sałatkę i zasiadł do pracy, lecz nie mógł się skupić. O wpół do
ósmej przestał z sobą walczyć, zamknął dom i poszedł do Julie z zamiarem
powiedzenia jej o zarezerwowanym domku i o tym, Ŝe Marylee zgodziła się
zaopiekować chłopcami.
We wszystkich oknach paliło się światło, a zza drzwi dobiegała głośna muzyka.
Zadzwonił. Julie prawie natychmiast mu otworzyła.
– Cześć, Teal – powiedziała uszczęśliwiona jego widokiem. – Wejdź.
Ubrana była tak samo jak tego dnia, gdy Carruthers zobaczył ją po raz
pierwszy. Jej nogi wydawały się jeszcze dłuŜsze niŜ wtedy.
– Mam nadzieję, Ŝe ci w niczym nie przeszkodziłem – rzekł, czując
przyspieszone bicie serca i pulsowanie krwi w skroniach. – Wpadłem tylko na
chwilę.
– Jak to dobrze, Ŝe przyszedłeś. Sprzątam właśnie pokój Danny'ego i znalazłam
zdechłą mysz. To pewnie sprawka Einsteina. Wiesz, jak lubię gryzonie, prawda?
– Jeśli chcesz, zaraz ją wyrzucę.
– Będę ci bardzo wdzięczna. Weź sobie piwo z lodówki.
Wyjął piwo i poszedł na górę. Pokój Danny'ego był naprzeciw sypialni Julie.
Przez uchylone drzwi widać było duŜe łóŜko z róŜową narzutą oraz zasłony we
wzór przypominający rajski ogród. Dominowały tu odcienie czerwieni i błękitu.
Teal odstawił piwo i zajrzał pod łóŜko. Na szczęście mysz leŜała w zasięgu ręki.
Natychmiast poszedł ją wyrzucić. Umył ręce i wrócił na górę, w chwili gdy Julie,
wychodząc z pokoju, potknęła się o sznur od odkurzacza i przewróciła.
Teal pochylił się, Ŝeby jej pomóc, a kiedy ich ręce się zetknęły, poczuł, Ŝe
ogarnia go poŜądanie. Zajrzał w przymglone oczy Julie, potem obrzucił
spojrzeniem jej ciało.
– Julie... – szepnął, obejmując ją i całując. – Nie chcę czekać do soboty. A ty?
– Ja teŜ nie.
Wstała i podała mu rękę. Przeszli do sypialni i przystanęli niezdecydowani,
jakby onieśmieleni. Julie ściągnęła narzutę; pościel była w kolorowe kwiaty. Teal
zdjął koszulę, a Julie bluzkę. Była bez stanika. Dotknął jej piersi i momentalnie
stracił panowanie nad sobą. Zaczęli się kochać natychmiast, gorączkowo. Teal od
dawna Ŝył samotnie i tak długo pragnął kobiety, a ostatnio stale marzył o Julie.
Teraz pieścił jej aksamitną skórę. Odniósł wraŜenie, Ŝe cały świat zmalał, a jej
ciało jest wszystkim. Wreszcie odnaleźli siebie i ulegli odwiecznej namiętności,
która wyrwała głuchy jęk z ich piersi. Ale wszystko skończyło się nagle, stanowczo
za szybko. Teal opadł bez sił. Ogarnęły go, tak jak dawniej, nieprzeniknione
ciemności i znowu czuł, Ŝe jest sam. Tak osamotniony jak zawsze, jak przez całe
Ŝ
ycie.
Po chwili powróciła świadomość, a z nią zapomniane wraŜenia, które jedynie
pogłębiły jego uczucie osamotnienia. Julie nie myliła się, mówiąc, Ŝe przez całe
Ŝ
ycie nie wychodził ze swej samotni. MałŜeństwo z Elizabeth miało go z niej
wyrwać, a tymczasem pogrąŜyło jeszcze bardziej. Przestał wierzyć, Ŝe uczucie
zjednoczenia moŜe przetrwać akt fizyczny. Sam czegoś takiego nigdy nie
doświadczył i był przekonany, Ŝe wszystkie historie, jakie słyszał o miłosnych
uniesieniach, to wyłącznie bajki mające pocieszyć człowieka w jego samotności.
Uniósł się na łokciu i popatrzył na Julie. Jeszcze czuł na skórze ciepło jej ciała,
lecz pomyślał z rozpaczą, Ŝe tak się zachował, jakby to nie była ona, ale jakaś
obojętna mu kobieta. Być moŜe nawet zupełnie obca. Jednocześnie uświadomił
sobie, Ŝe nie zabezpieczyli się przed ciąŜą. Odsunął się i cichym głosem
powiedział:
– Nie powinienem był tak postąpić... zapomniałem się i nie myślałem, co robię.
Julie leŜała bez ruchu, więc nie od razu się zorientował, Ŝe płacze. Nie rozumiał
dlaczego, bo Elizabeth nigdy zbyt wiele od niego nie oczekiwała. Pragnęła jedynie
zajść w ciąŜę i nie chciała nic więcej. Czuł, Ŝe rozpacz ustępuje miejsca jakiemuś
innemu uczuciu.
– Czego nie powinieneś robić? – spytała Julie przez łzy.
– Nie powinienem był się z tobą kochać.
– PrzecieŜ wcale się nie kochałeś!
Jej szczerość wzbudziła w nim gniew – emocję, którą doskonale znał i która go
niepokoiła.
– Masz rację, to nie była miłość. Mogłoby się to zdarzyć z kaŜdą inną kobietą...
i właśnie dlatego tak się przed tobą broniłem.
Julie usiadła. Jej oczy ciskały błyskawice.
– Więc to ja jestem winna, tak?
– Nie, do jasnej cholery! To tylko moja wina! Jak myślisz, dlaczego tak mi
zaleŜało na naszej umowie? Wyłącznie dlatego, Ŝeby nie znaleźć się w takiej
właśnie sytuacji. Niech to wszyscy diabli!
– Nie klnij.
– Jeśli tylko chcesz, moŜesz bez skrupułów odwołać nasz wyjazd.
– Nigdy o niczym tak nie marzyłam, jak o tym, Ŝeby się z tobą kochać. I co
mam z tego? Nic od ciebie nie dostałam.
– Dostałaś tyle, ile potrafię z siebie dać!
– Więc to znaczy, Ŝe jesteś taki sam jak Robert. Teal poczuł się, jakby mu
wymierzono policzek.
– Stosunki z męŜem nie sprawiały ci przyjemności, prawda?
– Nie. – Z bezsilnej wściekłości mocno zacisnęła pięści. – Co z tego, Ŝe jestem
piękna i pociągająca? Co z tego, Ŝe kaŜdy facet chce iść ze mną do łóŜka? Mnie
sam seks nie wystarcza, bo to tylko instrumentalne traktowanie drugiej osoby. Tak
jak teraz.
– Przepraszam cię, Julie... – szepnął zdumiony.
– JeŜeli nie moŜesz mi nic z siebie dać, to nigdzie z tobą nie jadę – ciągnęła
bezbarwnym głosem.
Jej słowa wywołały ból w sercu Teala.
– Nie chciałem cię zranić, wierz mi.
– Wszystko między nami skończone, prawda? To koniec. W tym momencie
zaczął bić zegar.
– JuŜ dziewiąta! – krzyknęła przeraŜona Julie. Natychmiast wyskoczyła z łóŜka
i zaczęła się ubierać. – Marylee moŜe tu być w kaŜdej chwili.
Teal schwycił ją za rękę.
– Nie moŜemy się tak rozstać...
– Przestań! – rzuciła gniewnie. – Zaraz tu będą chłopcy! Nie powinni nas zastać
w łóŜku, bo i tak nie bardzo wiedzą, co się dzieje. Puść mnie! I wkładaj ubranie!
Sama ubrała się w mgnieniu oka i wybiegła z sypialni. Teal powoli zapinał
koszulę i starał się uporządkować myśli. Jedyne, co wiedział na pewno, to to, Ŝe nie
mogą się tak poŜegnać. Po prostu nie mogą.
Gdy zszedł na dół, Julie była w łazience i zimną wodą chłodziła rozpaloną
twarz.
– Musimy porozmawiać... – zaczął.
– Nie warto – rzuciła gniewnie. – Czyny mówią więcej niŜ słowa.
– Nie wyjdę stąd bez wyjaśnienia!
– Musisz, bo ja wychodzę i będę czekać na Danny'ego przed domem. Nie chcę
się z tobą kłócić w obecności dziecka.
Tealowi zabrakło słów. Nie wiedział, co powiedzieć. Nie poznawał samego
siebie. Przygładził włosy, wyszedł na werandę i uwaŜnie popatrzył na Julie.
Uświadomił sobie, Ŝe jest nie tylko zła na niego, ale równieŜ przestraszona. Wręcz
przeraŜona. Poczuł ucisk w gardle. Z trudem przełknął ślinę i powiedział
stanowczym tonem:
– PrzyjeŜdŜam po ciebie w sobotę po południu.
– Nigdzie nie pojadę.
– Pojedziesz, pojedziesz. Twoje łzy oznaczają, Ŝe moje postępowanie nie jest ci
obojętne. Wreszcie zaczynam to rozumieć. Proszę cię tylko, Ŝebyś mi dała jeszcze
jedną szansę i obiecuję, Ŝe juŜ się więcej nie powtórzy to, co się stało dzisiaj.
– A jeśli jednak jesteś taki jak Robert? Nie chcę drugi raz przechodzić przez to
samo.
– Nie jestem taki jak on, przysięgam.
– JuŜ naprawdę nic nie wiem – szepnęła zrezygnowana.
– Obiecaj mi tylko, Ŝe pojedziesz.
– Dobrze, pojadę – mruknęła, nie podnosząc oczu.
Teal odetchnął z ulgą.
Po chwili zajechał samochód, z którego wyskoczyło czworo dzieci. Pół godziny
później Teal wracał z synem do domu, zadowolony, Ŝe Julie zgodziła się wyjechać
z nim na dwa dni. Dalszy bieg wypadków zaleŜał wyłącznie od niego.
Rozdział 10
Do ośrodka wypoczynkowego zajechali późnym popołudniem. Rano, po
powrocie z nocnego dyŜuru, Julie połoŜyła się, Ŝeby odpocząć, ale nie mogła
zasnąć. I teraz, z braku snu, była jednym kłębkiem nerwów.
Wysiadła z samochodu i się rozejrzała. Wokół domku rosły świerki i brzozy;
pomiędzy srebrzystobiałymi pniami połyskiwała szmaragdowa woda. AŜ tutaj
dochodził monotonny, kojący szum fal. Julie wciągnęła głęboko w płuca oŜywcze
słone powietrze i poczuła, Ŝe zaczyna się odpręŜać. Od poniedziałku przez cały
czas była podenerwowana i nie wiedziała, czy dobrze postąpiła, zgadzając się na
wyjazd we dwoje.
– Jak tu pięknie.
Teal nie mógł jeszcze zbyt duŜo dźwigać, więc pomogła mu wnieść walizki.
Stanęła w progu i rozejrzała się. Gdyby była w lepszym nastroju, pokój wzbudziłby
jej zachwyt. Przed kominkiem stał stolik, na nim wazon z bukietem świeŜych róŜ,
weneckie okno wychodziło na ocean, a olbrzymie łóŜko było nakryte
ciemnozieloną narzutą, która doskonale harmonizowała z jasnozielonym dywanem.
Teal postawił walizkę i wyszedł. Po chwili wrócił, niosąc pudło od Julie i
zaczął wyjmować prezenty. Świecę postawił na nocnym stoliku, a koszulę połoŜył
na poduszce. WłoŜył taśmę i włączył magnetofon, więc zaraz popłynęła znana,
smętna melodia.
– Chodźmy od razu do łóŜka, dobrze? – rzekł półgłosem. Instynktownie
zaproponował to, co było najwaŜniejsze.
Julie miotały sprzeczne uczucia; chciała znaleźć się w ramionach Teala, a
jednocześnie pragnęła jak najdalej od niego uciec. Dlatego w tej chwili nie
mogłaby iść na spacer, grać w tenisa lub spokojnie rozmawiać przy lampce wina.
Uśmiechnęła się niepewnie i wzięła koszulę.
– Zaraz wrócę – szepnęła.
W łazience prędko się rozebrała, włoŜyła koszulę, rozczesała włosy i, dla
dodania sobie odwagi, skropiła się ulubionymi perfumami. Patrząc w lustro,
pomyślała, Ŝe najwaŜniejsza jest miłość do Teala, a wszystko inne powinno samo
jakoś się ułoŜyć.
Kiedy wróciła do pokoju, zasłony były zaciągnięte, a świeca płonęła jasnym
płomieniem. Teal, z nieprzeniknionym wyrazem twarzy, stał przy łóŜku. Julie nie
potrafiła odgadnąć, co myślał i czuł. Wstępowała w nieznane, lecz widziała, Ŝe
ukochany męŜczyzna wpatruje się w nią z zachwytem. Był przekonany, Ŝe tak
piękna kobieta zasługuje na najpiękniejsze storczyki. Na cały bukiet storczyków.
W poniedziałek poprzysiągł sobie, Ŝe następnym razem zrobi wszystko, by
uszczęśliwić Julie. Wielokrotnie powtarzał romantyczne słowa i gesty, które uznał
za najodpowiedniejsze, lecz teraz wszystko zapomniał i szepnął tylko:
– Julie, nie rozumiem, dlaczego tu jesteś. Po tym, jak cię potraktowałem, nie
zasługuję na ciebie.
Rzuciła mu spojrzenie spod rzęs.
– Jestem tu dlatego, Ŝe cię kocham. WciąŜ jeszcze tego nie widzisz?
Teal poczuł ukłucie w piersi.
– Nie, jeszcze nie zauwaŜyłem.
– Ale przynajmniej juŜ wiesz, bo ci to powiedziałam.
Była tak spięta, Ŝe nie miała odwagi spojrzeć mu w oczy.
Teala ogarnęło wzruszenie podobne do tego, jakiego doznał, gdy po raz
pierwszy wziął na ręce syna. Zalała go taka fala czułości dla drugiej ludzkiej istoty,
Ŝ
e nie potrafił tego wyrazić. PołoŜył dłonie na ramionach Julie.
– Niczym nie zasłuŜyłem na tyle szczęścia.
– Na miłość się nie zasługuje. Ona jest albo jej nie ma.
– A dowody miłości?
Julie czuła się dziwnie onieśmielona. W dalszym ciągu nie mogła na niego
spojrzeć. Lekko dotknęła plastrów na piersi Teala.
– Nie mam wielkiego doświadczenia, ale... Ale chcę, Ŝebyśmy byli naprawdę
razem. I Ŝeby nic nas nie dzieliło. Chcę, Ŝebyśmy połączyli się tak mocno, jak to
tylko moŜliwe. Lepiej przyznam się od razu, Ŝe nie mam pojęcia, jak to osiągnąć.
Teal teŜ tego nie wiedział. Wdychając zapach jej perfum, miał wraŜenie, Ŝe
Julie zaczyna otwierać się niby kwiat. I Ŝe daje mu coś, czego nigdy nie otrzymał
od Elizabeth. Świadomość, Ŝe jest dla Julie kimś bardzo waŜnym była niepokojąca,
wiedział bowiem, Ŝe jego postępowanie nie pozostanie bez echa. Oboje mieli nie
zabliźnione rany i oboje chcieli o nich zapomnieć. Teal pragnął dać Julie tyle, na
ile zasługiwała i ile od niego oczekiwała.
– Poprzednio zapomniałem o antykoncepcji – powiedział.
– Nie szkodzi. Jestem zabezpieczona, bo muszę wyleczyć jakieś kobiece
kłopoty – rzekła, zabawnie przekrzywiając głowę. – To dobrze, prawda? Teraz nie
potrzebujemy Ŝadnych dodatkowych komplikacji.
– A więc jesteśmy tu tylko dla siebie? – Teal z trudem poznał własny głos. –
Tylko i wyłącznie my dwoje?
– Oczywiście, Ŝe jesteśmy tu dla siebie. A dla kogo mielibyśmy być?
Zmusił się do tego, by zburzyć pierwszą przeszkodę, która ich dzieliła.
Zaczerpnął powietrza i wyznał:
– Mojej Ŝonie byłem potrzebny wyłącznie z jednego powodu. .. ona tylko
chciała zajść w ciąŜę.
Zdumienie Julie nie miało granic. Nie potrafiła uwierzyć, by coś podobnego
mogło być prawdą. Spojrzała Tealowi prosto w oczy i wyczytała z nich, Ŝe nie
kłamał.
– Nie jestem taka jak Elizabeth – zapewniła gorąco. – Ja pragnę ciebie,
wyłącznie ciebie, i nic więcej nie chcę. – Zarumieniła się, lecz nie spuściła oczu.
Odsunęła się i obrzuciła go zachwyconym spojrzeniem. – Jesteś wspaniale
zbudowany. – Uśmiechnęła się filuternie. – Nawet się nie domyślasz, w jakich
sytuacjach mi się śniłeś.
Teal nieśmiało i delikatnie powiódł palcem po jej ustach.
– Z Elizabeth nigdy nie byłem naprawdę blisko – wyznał. – Nie zdarzyło się to
przez siedem lat małŜeństwa. Nawet kiedy urodził się Scott, nie zbliŜyła się do
mnie i to, co było w niej najwaŜniejsze zachowała dla siebie.
– Tę swoją samotność – szepnęła Julie.
Teal kiwnął potakująco.
– Ty jesteś zupełnie inna i dlatego tak bardzo cię potrzebuję.
Nigdy nie przypuszczał, Ŝe kiedykolwiek uczyni takie wyznanie, a tymczasem
słowa popłynęły same, zupełnie naturalnie. Julie miała oczy pełne łez. Powiedziała
przez ściśnięte gardło:
– Skoro się juŜ spowiadamy, wyznam ci, Ŝe ja Robertowi teŜ nie byłam
potrzebna. Nasze całe małŜeństwo okazało się udawaniem od początku do końca.
Dla niego było jak gdyby próbą generalną, podczas której mógł studiować stany
emocjonalne. Celowo doprowadzał mnie do wściekłości, by potem chłodno
obserwować moje reakcje, jakbym była zwierzęciem doświadczalnym.
Znienawidziłam go za to!
– Dla mnie jesteś najwspanialsza na świecie. Oczywiście podziwiam twoją
urodę, bo jesteś tak piękna, Ŝe aŜ dech mi zapiera i byłbym kłamcą, gdybym
twierdził, Ŝe jest inaczej. Ale to twoja odwaga i szczerość, i namiętna natura... –
Głos na chwilę go zawiódł. – To one sprawiły, Ŝe cię pokochałem.
Julie wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczyma.
– Co ty powiedziałeś?
– Mówię, Ŝe cię kocham – powtórzył Teal i roześmiał się uszczęśliwiony. –
AleŜ ze mnie bałwan! PrzecieŜ to było jasne jak słońce, od samego początku. Julie,
najdroŜsza, kocham cię.
Ujął jej twarz w obie dłonie i obsypał pocałunkami.
Była tak oszołomiona, Ŝe w ogóle nie reagowała. Pocałunki najpierw były tak
delikatne, jak muśnięcia skrzydeł motyla. Z wolna jednak stawały się coraz
bardziej namiętne i dopiero wtedy Julie odpowiedziała na nie nieśmiało.
– Wydaje mi się, Ŝe śnię – szepnęła. – Czy naprawdę powiedziałeś, Ŝe mnie
kochasz?
Teal zaśmiał się cicho.
– Skarbie mój, to nie jest sen. Naprawdę cię kocham.
– Ja ciebie teŜ! – zapewniła wzruszona. Nawet w najśmielszych marzeniach nie
spodziewała się, Ŝe usłyszy takie wyznanie. Zarzuciła Tealowi ramiona na szyję. –
Wiesz co? JuŜ się tak nie boję, jak pięć minut temu.
Teal znowu się roześmiał, chociaŜ nigdy nie przypuszczał, Ŝe pieszczotom
moŜe towarzyszyć radosny śmiech.
– Nie błagasz o litość?
Teal powoli przesuwał dłonie coraz niŜej.
– Panie Carruthers, błagam, ale nie o litość.
– Czy to ma znaczyć, Ŝe za duŜo mówię, a za mało robię? – Gdy juŜ leŜeli,
szepnął: – Mamy przed sobą całe dwa dni. Dwa dni razem. Chyba zdąŜymy
nauczyć się, jak się nawzajem uszczęśliwiać.
– Niczego bardziej nie pragnę.
Teal zajrzał jej głęboko w oczy i dostrzegł w nich wyznanie miłości. Poczuł, Ŝe
ogarnia go wielkie poŜądanie domagające się natychmiastowego zaspokojenia.
NajwyŜszym wysiłkiem woli zdołał się jednak opanować. Postanowił bowiem, Ŝe
da Julie to, czego od niego oczekuje i dlatego musi panować nad sobą.
Instynktownie czuł, Ŝe jest to coś więcej, niŜ dziecko, którego pragnęła Elizabeth.
Julie chciała go mieć całego, z ciałem i duszą, z radościami i smutkami, ze
wszystkim. Na tym polegała intymność, której Elizabeth tak uparcie unikała.
Zaczął ją pieścić i dotykać, jakby chciał, aby jego palce zapamiętały wszystkie
linie jej pięknego ciała, prześwitującego uwodzicielsko przez przezroczystą
koszulę. Ujął w dłonie jej piersi i wtulił twarz we włosy. Kiedy zaczął pieścić jej
brzuch i uda, ciało Julie przebiegł dreszcz. Teal podniósł głowę i wyczytał w jej
oczach wielkie poŜądanie. Pięknie wykrojone usta bez słów mówiły o miłości.
Wpatrywał się w nią, czując, Ŝe ten obraz na zawsze pozostanie w jego pamięci.
Julie jednym wdzięcznym ruchem ściągnęła koszulę i szepnęła:
– Teraz moja kolej.
Teal połoŜył się na plecach zaskoczony, Ŝe ona równieŜ pragnie poznać
wszystkie tajniki jego ciała. Pieściła go ustami, dłońmi i całą sobą, wywołując
rozkosz, jakiej nigdy nie zaznał. Kiedy oplotła go udami, szepnął:
– Jeszcze nie, Julie... jeszcze zaczekaj.
Obsypał ją najbardziej intymnymi pieszczotami, zdumiony, Ŝe potrafi tak
bardzo ją podniecić. Julie przyciągnęła go mocno do siebie i wtedy uznał, Ŝe bez
reszty naleŜy do niego. Jest jego ukochaną i jedyną kobietą na świecie. Pragnął dać
jej bezgraniczną rozkosz. Nagle gorącym szeptem kilkakrotnie powtórzyła jego
imię, co napełniło go uczuciem dumy i jednocześnie pokory. Nieopisana czułość,
jaka go zalała, znalazła wyraz w kilku słowach. Najprostszych, a zarazem
najwspanialszych słowach na świecie.
– Julie, najdroŜsza moja, kocham cię.
Julie połoŜyła jego dłoń na swym oszalałym ze szczęścia sercu i szepnęła:
– Ja teŜ cię bardzo kocham.
Przez kilka chwil leŜała z przymkniętymi oczami, jakby jeszcze przebywała w
krainie rozkoszy, do której ją zawiódł. Teal czekał, delikatnie pieszcząc jej piersi.
Miał pewność, Ŝe Julie juŜ zawsze będzie do niego naleŜała.
– Jestem bardzo szczęśliwa – szepnęła.
Pieszczotliwie przesunęła dłonie po jego plecach i pośladkach i oplotła go
udami.
– Teraz chcę cię bez reszty – powiedziała namiętnym szeptem. – Teraz, Teal.
– Pragnę, Ŝeby to trwało całą wieczność.
– PrzecieŜ to dopiero początek... Nigdy cię nie opuszczę. Jeśli tylko chcesz
mnie mieć przy sobie.
– Chcę. Na zawsze.
Znowu obsypał ją pocałunkami i dopiero teraz wyraził nimi całą namiętność,
jaka drzemała w nim przez lata. Wyzwolił się dzięki Julie, a właściwym prezentem,
jaki mu ofiarowała był on sam. Stał się męŜczyzną, jakim od dawna mógł być.
Pieścił ją przepełniony miłością i wdzięcznością. Wreszcie nabrał pewności, Ŝe
wie, jak sprawiać rozkosz i wie, Ŝe potrafi ją dać. Nareszcie zrozumiał, czego Julie
najbardziej pragnie.
– Proszę cię, Teal... proszę – usłyszał namiętny szept.
Ciałem Julie wstrząsały dreszcze rozkoszy, a na jej twarzy malowała się
najwyŜsza ekstaza. Teal czuł, Ŝe w tej chwili stanowią jedno ciało i Ŝe właśnie tak
być powinno. Nigdy w Ŝyciu nie doświadczył takiego uniesienia i tak pełnego
zespolenia. I nie był równie szczęśliwy.
– To, co teraz czuję, jest zupełnym przeciwieństwem osamotnienia.
Julie zarzuciła mu ręce na szyję.
– Jak moŜna być samotnym, gdy się jest naprawdę razem?
– Dałaś mi najcudowniejszy prezent pod słońcem.
Uśmiechnęła się, przytuliła i oparła policzek o jego ramię.
Po chwili zasnęła. On natomiast leŜał wsłuchany w spokojny rytm oddechu
ukochanej.
Z chwilą gdy Julie się przebudziła, znowu ogarnął ich szał miłości. Po jakimś
czasie poczuli głód, lecz nie chciało im się wychodzić, więc zamówili obiad do
domku. Po skończonym posiłku Teal objął Julie i mocno przytulił.
– Jesteś erotomanem – zaśmiała się rozbawiona.
– CzyŜbyś miała jakieś zastrzeŜenia?
– Nie. – SpowaŜniała. – KaŜda minuta spędzona z tobą była pełnią szczęścia.
Tutaj zobaczyłam cię takiego, jakiego nie znałam. Podejrzewałam cię tylko o
głębokie uczucia, ale nie byłam pewna, bo wciąŜ trzymałeś mnie na dystans.
Przez kilka ostatnich godzin Ŝycie Teala nabrało nowych, zupełnie innych barw.
Teraz wrócił wspomnieniami do swego małŜeństwa.
– Myślę, Ŝe osamotnienie Elizabeth było większe niŜ moje, ale nigdy juŜ się nie
dowiem, czy mam rację. Początkowo byłem w niej bardzo zakochany. Kiedy się
pobieraliśmy, wiedziałem, Ŝe chce mieć dzieci i to mi najzupełniej odpowiadało.
Wkrótce się zorientowałem, Ŝe Ŝona nie lubi seksu, ale byłem młody i sądziłem, Ŝe
z czasem to się zmieni. Potem urodził się Scott, którego od pierwszej chwili gorąco
pokochałem, bo wiedziałem, Ŝe przynajmniej przy nim nie będę samotny. Miałaś
rację, podejrzewając, Ŝe rodzice mnie nie chcieli. Byłem jedynie pionkiem na
szachownicy, na której rozgrywali swoje partie. – Zamilkł na chwilę. – Elizabeth
od razu chciała mieć drugie dziecko, a ja teŜ uwaŜałem, Ŝe dobrze byłoby mieć
córkę. Ale minął rok, potem dwa i nic. śona zaczęła się leczyć. Nawet ja dałem się
przebadać, bo wiedziałem, jakie to dla niej waŜne. Nie wykryto u mnie Ŝadnego
defektu. Elizabeth uznała, Ŝe wina leŜy wyłącznie po jej stronie.
Zapatrzył się w dal.
– Uparła się, Ŝe chce mieć drugie dziecko, więc zaczęliśmy chodzić od lekarza
do lekarza, od kliniki do kliniki. Ale problem polegał równieŜ na tym, Ŝe ona nie
lubiła pieszczot i nigdy nie mogła się naprawdę rozluźnić. Myślę, Ŝe po prostu bała
się namiętności i Ŝywiołowych uczuć. Całą energię i uwagę skupiła na tym, by
zajść w ciąŜę, więc nasza miłość stała się mechaniczna. Nie było w tym nic
spontanicznego, ani odrobiny prawdziwego uczucia. Znienawidziłem seks i nawet
chciałem zostawić Ŝonę. Ale jakoś nie mogłem się na to zdobyć. No, a potem
zdarzył się ten wypadek.
Wyraz jego twarzy świadczył o tym, jak bolesne były te wspomnienia, a mimo
to mówił dalej:
– Mój Ŝal był wielki i naprawdę szczery. PrzecieŜ przeŜyliśmy z sobą siedem lat
i Elizabeth była matką mojego syna. Mimo Ŝe przestałem ją kochać, nadal była
moją Ŝoną i umarła duŜo za wcześnie. W dodatku czułem się winny i wyrzucałem
sobie, Ŝe ją zawiodłem. Gdybym się bardziej starał, moŜe byśmy się do siebie
zbliŜyli. Ale najgorsze w tym wszystkim było niejasne uczucie ulgi. Zwyczajnej
ulgi. Tyle Ŝe nie mogłem się do tego przyznać i nigdy w Ŝyciu nikomu o tym nie
wspomniałem.
– Jestem pewna, Ŝe robiłeś wszystko, by zbliŜyć się do Ŝony – wtrąciła cicho
Julie.
– Owszem, próbowałem, ale mi się nie udało.
– PrzecieŜ ona teŜ była częściowo odpowiedzialna.
– Pieszczoty nic dla niej nie znaczyły i dziecko teŜ tego nie zmieniło, więc
zacząłem robić awantury. Ale ona tylko milczała. Potrafiła nie odzywać się do
mnie całymi dniami. Doprowadzało mnie to do szału.
– Teraz się nie dziwię, Ŝe uciekałeś przed bliŜszymi kontaktami z innymi
kobietami. I umowa, jaką wymyśliłeś, staje się bardziej zrozumiała.
– Była logiczna, owszem. – Teal uśmiechnął się krzywo. – Od pierwszej chwili,
gdy cię poznałem, podświadomie czułem, Ŝe jesteś mi bardzo potrzebna... I nasza
umowa miała mi pomóc zbliŜyć się do ciebie.
– Dzięki mnie zacząłeś inaczej widzieć kontakty między kobietą i męŜczyzną,
prawda? My nigdy nie byliśmy powierzchowni ani zamknięci w sobie, mimo Ŝe się
o to staraliśmy.
– Twoja szczerość była pierwszą rzeczą, która mi się w tobie spodobała – rzekł
Teal i po raz pierwszy uśmiechnął się bez przymusu.
– Chodźmy do łóŜka – powiedziała Julie, zalotnie patrząc spod rzęs.
– Co? Znowu? I kto tu bardziej szaleje?
– Czy nie wiesz, Ŝe łóŜka słuŜą równieŜ do spania?
– Dobrze, Ŝe juŜ mam za sobą te zwierzenia. Chciałem, Ŝebyś mnie
zrozumiała... i Ŝebyś czuła, Ŝe moŜesz mówić o swoim męŜu. Jest ojcem
Danny'ego, więc nie moŜna go wykreślić z pamięci. Oboje musimy zmienić naszą
opinię o małŜeństwie.
Na ustach Julie igrał uwodzicielski uśmiech.
– Polubiłam seks – wyznała.
– ZdąŜyłem to zauwaŜyć. – Obrzucił jej ciało wzrokiem pełnym poŜądania. –
Przed chwilą słyszałem coś o spaniu, ale mam inne zdanie na ten temat.
– Jestem przyzwyczajona do nocnych dyŜurów. Ale najpierw zapalimy ogień w
kominku, dobrze?
– Zgoda. A potem podsycimy płomień w naszych sercach.
Wrócili w poniedziałek o siódmej, czyli godzinę później, niŜ się umówili z
Marylee. Teal zajechał przed dom i zatrąbił. Chłopcy wybiegli natychmiast i rzucili
im się w ramiona.
– Wracamy do normalnego Ŝycia – zauwaŜył Teal.
– Mam wraŜenie, Ŝe nie było nas cały miesiąc. Witaj, Danny.
– Jak się bawiliście? – niewinnie zapytała Marylee. Julie oblała się rumieńcem,
a Teal odparł spokojnie:
– Cudownie. A wy?
– Chłopcom tak się spodobało, Ŝe chcą do nas znowu przyjechać. Co wy na to?
Julie jeszcze mocniej się zarumieniła.
– Pomyślimy – rzekł Teal i zwrócił się do syna: – Scott, pomoŜesz mi zanieść
walizkę na górę?
– Słyszałam, Ŝe plaŜa jest tam przepiękna. Czy to prawda? – spytała Marylee.
Nie byli na niej ani razu.
– Skały są szare, woda błękitna, a plaŜa piaszczysta – odparł Teal. – Chodźcie,
musimy się czegoś napić.
Zasiedli pod klonem, chwilę porozmawiali, po czym Marylee odjechała.
– Tęskniłeś za mną, Danny? – spytała Julie.
Chłopcy wymienili porozumiewawcze spojrzenia.
– Trochę... Mamy dla was niespodziankę.
– Jest w piwnicy – dorzucił Scott.
– Znowu coś się zepsuło? – zapytał Teal.
– Nie. – Chłopcy z trudem hamowali śmiech. – Pospieszcie się, bo chcemy
wam koniecznie pokazać.
Teal wstał i wyciągnął rękę.
– No, to chodźmy od razu.
Chłopcy przystanęli przy drzwiach, a Danny wyjaśnił:
– Niespodzianka leŜy w kącie koło pieca. Na pewno się wam spodoba. Musicie
po nią iść razem.
– A czy to gryzie? – podejrzliwie spytała Julie.
– Nie bój się, mamo, nie gryzie. A zresztą pan Teal cię obroni.
– Danny, chyba nie znalazłeś jakiegoś przybłędy? Wiesz, Ŝe pani LeMarchant
nie zgodzi się na Ŝadnego psa.
– Idźcie zobaczyć.
Julie i Teal wzruszyli ramionami i zeszli na dół. W piwnicy było mroczno i
brudno. Kiedy podeszli do pieca, usłyszeli trzask zamykanych drzwi.
– A ci co tam wyprawiają? – spytał zaskoczony Teal.
– Nie wiem. – Julie miała uraz na punkcie piwnic, więc natychmiast krzyknęła:
– Danny, otwórz drzwi!
– A czy juŜ znaleźliście niespodziankę?
– Popatrz, Julie. Chyba dano nam ultimatum.
– Czy na pewno nie ma tu szczurów? – Julie rozejrzała się niespokojnie.
– Nigdy ich tu nie widziałem, więc chyba nie ma. – Teal uśmiechnął się. – Ale
jeśli Einstein się tu przeniesie, na pewno nie będzie ani jednego.
– Co to ma znaczyć? O czym ty mówisz? Danny nigdy się z tym kotem nie
rozstanie.
– NajdroŜsza moja, ostatnio stale powtarzałem, Ŝe cię kocham, ale jednej rzeczy
nie powiedziałem ci ani razu. Chcesz wiedzieć, co to takiego?
– Ani razu nie zaproponowałeś, Ŝebyśmy poszli na plaŜę.
– Rzeczywiście. Ale przede wszystkim nie zaproponowałem ci małŜeństwa.
Uśmiechał się, lecz w oczach miał niezwykłą powagę.
– Nie miałeś kiedy, bo prawie nie wychodziliśmy z łóŜka.
– Julie, czy mogę prosić cię o rękę?
– Najlepszym dowodem, Ŝe mnie kochasz jest to, Ŝe chcesz wziąć Einsteina.
– Pani Ferris, proszę o powaŜną odpowiedź na moje pytanie.
– Panie Carruthers, zgadzam się poślubić pana, ale pod warunkiem, Ŝe
podpiszemy nową umowę. Taką, która nie będzie zabraniać amorów.
Teal złoŜył na jej ustach gorący pocałunek.
– To najlepsza pieczęć – zauwaŜył. – Ja teŜ dorzucę nowy warunek: musisz
polubić prawników.
– Dobrze. A teraz pokaŜ mi tę niespodziankę.
Teal wyciągnął z kieszeni pogniecioną kartkę papieru ze słowami: „Chcemy,
Ŝ
ebyście się pobrali. Wypuścimy was dopiero wtedy, gdy się zdecydujecie. Koło
pieca jest chleb i woda. Szczurów nie ma".
Julie skrzywiła się.
– Rozczarowałeś mnie. Widzę, Ŝe mi się oświadczyłeś tylko dlatego, Ŝeby tu
nie umrzeć z głodu.
– Zgadłaś. Ale poza tym kocham cię, pragnę i potrzebuję. To nie ma nic
wspólnego z naszymi synami i z głodówką, jaką nam zagrozili. Powinnaś juŜ być o
tym przekonana. A ślub moŜemy wziąć jeszcze w tym miesiącu.
– Dobrze – zgodziła się uszczęśliwiona.
– No to załatwione – rzekł Teal i znów ją pocałował. – Powiemy chłopcom od
razu, czy trochę ich przetrzymamy w niepewności?
– Od dzisiaj będę inaczej patrzeć na piwnice, ale jednak wolałabym jak
najszybciej stąd wyjść.
– Chłopcy! – krzyknął Teal. – MoŜecie nas wypuścić. Postanowiliśmy się
pobrać.
– Ale szybko! – W głosie Danny'ego brzmiała nuta rozczarowania. –
Myśleliśmy, Ŝe to będzie jak w tym filmie o rycerzach...
Miesiąc później odbył się ślub.