background image

Spekulacje

Antologia opowiadań SF

background image
background image

Nawet żelazna nie zatrzyma klatka 
Lovin Roger Robert

Ubolewamy   zwykle   nad   krzywdami,   jakie   sobie   nawzajem   wyrządzamy.   „Nieludzkość  

człowieka   to   przyczyna   niezliczonych   skarg!”,   powiada   z   troską   Robert   Burns.   Niemniej  
większość z nas pozostaje obojętna na to, co człowiek wyczynia wobec innych gatunków — na  
bezduszność i nieczułość, z jaką je zniewalamy, czynimy z nich narzędzie do realizacji naszych  
celów, zabijamy je, gdy jesteśmy głodni, lub czynimy to dla rozrywki.

Żywimy   przy   tym   zwykle   nadzieje,   że   gatunki   pozaludzkie   dysponują   mniejszą   niż   my  

inteligencją   i   w   przeciwieństwie   do   nas   ani   nie   potrafią   przewidywać,   ani   pojmować,   toteż  
pozostają   wolne   od   pewnego   rodzaju   subtelnego   cierpienia,   którego   przyczyną   jest   właśnie  
inteligencja.

Jakże to jednak będzie w przyszłości, gdy przedstawiciele odmiennych gatunków spotkają się  

przebywszy rozlegle przestrzenie? Jak będą się do siebie odnosić? Jak będą reagować?

Było  to spotkanie  typowe  dla owych  wczesnych  starć między Imperium  Ludzkim,  które 

rozrastało się w głąb, wzdłuż spirali, a rasami z galaktycznego  centrum o gęstości gwiazdy, 
rasami z głębi samej Jasności. Czterech ludzi Imperium, zwrotnych, szybkich korsarzy, wilków 
kosmosu,   natrafiło   przypadkiem   na   samotny,   lecz   solidnie   uzbrojony   statek   strumieniowy 
„Koronny”, który niczym atomowy niedźwiedź sunął przez diamentową noc. Był to pierwszy 
kontakt obu tych ras i żadna z nich nie wiedziała, jak bardzo jest podobna do drugiej przez swą 
ksenofobię, wojowniczość, zaborczość. Na widok przeciwnika otwarli ogień.

Przez sto dziewięć sekund przestrzeń wokół nich stała się aktynicznym piekłem błyskających 

energii; dały o sobie znać strach i nienawiść. Potem była już tylko cisza, ciemność i rzednące 
chmury zwęglonych ciał i stopionego metalu, które obracając się wokół własnej osi znikały w 
otchłaniach próżni.

Pośród dryfujących resztek znajdował się kombinezon bojowy, nadpalony i nadwerężony, z 

jedną   stopą   częściowo   zgniecioną.   Kołysał   się   sztywno   to   w   tę,   to   we   w   tę   niczym   robot. 
Nabrzmiała   pęcherzykami   czerwona   farba   na   hełmie   pozwalała   stwierdzić,   że   kombinezon 
należał do sierżanta sztabowego Jarnesa T. Friddle’a. Lecz w środku nie było sierżanta Friddle’a. 
Znajdował się on gdzieś w przestrzeni jako rozprysła masa krwi i tkanki.

W kombinezonie znajdował się inny człowiek — technik radarowy o nazwisku Jake Miller. 

Był bliżej kombinezonu, gdy rozległ się alarm, i dlatego on żył, a Friddle zginął. Jego ostatnim 
świadomym wspomnieniem był widok sierżanta rozpaczliwie drapiącego zasuwy kombinezonu. 
Potem błysk niesłychanie jasnego światła wypalił mu oczy i coś, jakby ogromna pięść, pozbawiło 

background image

go przytomności.

Kombinezon   spełnił   swą   funkcję   z   niezawodną   skutecznością   właściwą   ziemskiej 

technologii. Złagodził na tyle skutek eksplozji, że większość kości Jake’a Millera pozostała w 
ciele.   Kombinezon   rozpoznał   następnie   obrażenia   Millera   i   poddał   je   kuracji,   na   ile   mógł, 
wprowadzając   igły,   rurki   i   katetery,   wsączając   substancje   odżywcze,   lekarstwa   i   stabilizery. 
Następnie włączył swój sygnał lokalizacyjny i przygotował się do przetrwania aż do nadejścia 
pomocy.

Jedynym   jednak   dźwiękiem,   jaki   wówczas   dał   się   słyszeć,   był   tylko   ów   nikły   sygnał 

lokalizacyjny; żadnej żywej istoty, która przyszłaby z pomocą. W tej sytuacji kombinezon, z pół 
żywym,   pół  martwym   Jakiem   Millerem  w  środku,  zaczął  przemierzać  nieskończony  dystans 
między gwiazdami.

Daleko, daleko przed nim żyli Q’Linnowie.
Q’Linnowie...
Stanowili rasę bardzo starą, pewną swej mądrości. We wczesnych epokach byli zdobywcami, 

penetratorami.   Aż   do   najdalszych   zakątków   docierali   w   swych   spodkowatych   pojazdach 
zdobywając   przestrzenie   i   umacniając   swą   wiedzę.   Udoskonalili   naukę,   usunęli   namiętności, 
obmyślili swój raj. We wczesnej zaś epoce dojrzałości, powodowani dumą i poczuciem własnej 
mocy, zaczęli stwarzać ów raj, aż w końcu go urzeczywistnili.

Najpierw   zbudowali   sobie   słońce,   ogromne,   błękitnobiałe.   Potem   zebrali   całą   okoliczną 

materię, planety i planetki, morza i gwiezdny pył i w postaci wielkiej planety zawiesili to w 
pobliżu owego słońca, w postaci planety złożonej z miliona milionów planet, w postaci sfery o 
średnicy   pół   miliarda   kilometrów;   zewnętrzna   powierzchnia   złożona   z   planet   miała   ćwierć 
miliona kilometrów grubości. Potem ten milion milionów planet, księżyców, asteroidów i skał 
wprawili w ruch, który był  nieskończenie  złożonym  splotem  ruchów ciał  po orbitach  wokół 
siebie i wokół błękitnobiałego słońca. Całość otoczyli jedną wspólną atmosferą, w której latali na 
swych pełnych wdzięku szaropiórych skrzydłach. W przekonaniu Q’Linnów wszystko, co godne 
jest poznania, można poznać w obrębie owej ogromnej sfery. Przestał ich zajmować kosmos poza 
sferą, mniej szukali 

JUŻ

 odpowiedzi niż godnych zadania pytań, zamknęli się, zauważając kosmos 

tylko wtedy, gdy wdzierał się on niekiedy w ich świat, przynosząc im jakieś dryfujące resztki po 
rozbitkach, jakieś galaktyczne kurioza.

Oni zaś byli istotami ostrożnymi, a przy tym cierpliwymi. Zainstalowali aparaty, które miały 

nieustannie obserwować otchłań kosmosu poza sferą planet. Toteż gdy Jake Miller był jeszcze w 
odległości   dziesięciu   lat   świetlnych,   aparaty   już   wychwyciły   jego   obecność,   elektrycznymi 
głosami obwieszczając alarm. Q’Linnowie w odpowiedzi na alarm wysłali statek dla zbadania 
zbliżającego się obiektu.

Obiekt   ów   długo   przebywał   w   próżni.   Jego   powierzchnia   była   pełna   wgięć   i   zadrapań; 

background image

pożółkłą   ze   starości   przesłonę   twarzy   pokryła   siatka   pęknięć.   Na   wysuszonej   twarzy   pod 
przesłoną osiadł szron.

Życie jednakże jest uparte; ciągle jeszcze iskra życia tliła się w Jake’u Millerze. Statek zabrał 

ze   sobą   jego   i   kombinezon   i   zaniósł   ich   w   głąb   sfery,   miejsca   nauki   i   badań.   Niektórzy 
Q’Limiowie powodowani profesjonalnym zainteresowaniem lub też czystą ciekawością przybyli 
obejrzeć tę rzecz z Zewnątrz; przybyli na własnych skrzydłach z miejsc pobliskich, a z dalszych 
przyjechali   w   swych   szybkich   pojazdach.   Zebrali   się   wokół   poczerniałego   kombinezonu 
świergocząc wysokimi głosami podczas wypróbowywania go, napromieniowywania i badania 
przy pomocy ich wyrafinowanej techniki. Gdy w końcu pojęli funkcjonowanie kombinezonu, 
otwarli go i wydobyli zeń Jake’a Millera. Dotykali go szponiastymi rękami, wtłaczali weń swoją 
surowicę   i   gazy,   wprowadzali   w   jego   mózg   cienkie   druciki   podłączając   go   do   dziwnego 
koloidalnego   komputera.   Potem   czekali,   a   komputer   zadawał   swoje   pytania,   zbierał   dane, 
wyprowadzał   wnioski.   Gdy   skończyło   się   to   badanie,   Q’Linnowie   wiedzieli   wszystko,   co 
wiedział Jake Miller, a nawet dużo więcej. Znali jego nazwisko, rasę, język, jego lęki, sny i tabu, 
społeczny i polityczny ustrój świata, z którego pochodził. Historycy wiedzieli już, skąd przybył, 
predyktorzy   —   skąd   został   wysłany.   Znali   jego   miejsce   wśród   istot   żywych.   Dzięki   takiej 
informacji  i  dzięki   innym  tego   typu  mędrcy  Q’Linnów  znali  stan  kosmosu  na  Zewnątrz;   to 
wystarczało.   Zabrali   swoje   instrumenty,   aparaty   i   narzędzia   i   znikli.   Przestali   się   zajmować 
Jakiem Millerem i bezużytecznym już kombinezonem.

Zabrano   ich   do   magazynu   i   położono   na   jakichś   płytach   w   ciemnym   pomieszczeniu. 

Urzędnik   skatalogował   ich,   wykreślił   i   zapomniał   o   nich.   Od   czasu   do   czasu   Q’Linnowie 
powodowani profesjonalnym zainteresowaniem lub czystą ciekawością zaglądali do składowiska, 
by   obejrzeć   jakąś   porzuconą   rzecz.   Niekiedy   tą   rzeczą   bywał   także   Jake   Miller   lub   jego 
kombinezon   bojowy.   Student   miernictwa   przyszedł   pomierzyć   ciało   i   kombinezon.   Generał 
zajęty kwestią sposobu trzymania broni zjawił się zabrać rękę z wiązką ścięgien. Paru wesołków 
zabrało   głowę   dla   ozdobienia   festiwalowego   stołu.   Genetyk   pogrzebał   w   szczątkach,   jakie 
zostały,   i   wziął   narządy   rozrodcze.   Poetessa   przybyła,   aby   zaśpiewać   pieśń   nad   zwłokami 
wojownika. W owym czasie to co niegdyś było Jakiem Millerem, zmniejszyło się do postaci 
fragmentu zmumifikowanego ciała pozbawionego już kształtu.

Genetyk nazywał się Bwee K’Torr. Zabrał on narządy rozrodcze bez szczególnego powodu: 

tylko dlatego, że był genetykiem. Wziął je do swego kurnika i zapomniał o nich.

W jakiś czas potem robiąc porządki w swoim miejscu pracy i badań natknął się ponownie na 

owe narządy; rozbawiły go one. Genetyk ów umieścił więc narządy w skomplikowanym aparacie 
i przywrócił im funkcjonowanie: wytrysk i produkcja spermy. Potem zebrał żeńskie jaja od kopii 
żeńskich   egzemplarzy   swojego   gatunku,   miał   bowiem   kaprys   stworzyć   nową   istotę, 
skrzyżowanie ptaka ze ssakiem, zdolną (przynajmniej teoretycznie) do rozmnażania się przez 

background image

związek albo z Q’Linnem, albo z Człowiekiem.

Nie   było   to   przedsięwzięcie   specjalnie   trudne.   Genetyk   miał   do   dyspozycji   całą   naukę 

Q’Linnów, był niezmiernie cierpliwy i cechowała go gorliwość wyćwiczonego dyletanta. Na tych 
podstawach   oparł   budowę   monstrów   żywych,   jak   i   martwo   urodzonych;   po   większych   i 
mniejszych niepowodzeniach pojawiły się trzy stwory, które miały zarówno skrzydła jak i pępek, 
no i były żywe. Dwa egzemplarze męskie, jeden żeński. Genetyk porozmieszczał je na pobliskich 
planetkach i zainstalował aparaturę, która by ich doglądała i prowadziła zarazem obserwację, po 
czym zajął się innymi rozrywkami.

Planety, księżyce i falujące morza strefy Q’Linnów tańczyły swój taniec nieustannych zmian 

miejsca, sił przyciągania, pogody i pór, aż w końcu stwory Bwee K’Torra dojrzały do rozrodu. 
Aparatura zasygnalizowała ten fakt i genetyk powrócił do eksperymentu. Zebrał swoje istoty i 
najpierw skojarzył  egzemplarz  żeński, potem męski  z kopią Q’Linna.  Żeńska kopia gatunku 
Q’Linnów nie urodziła. K’Torr zdemontował i ją, i męski egzemplarz przez siebie stworzony, 
aby   stwierdzić   przyczynę.   Osobnik   żeński   zmarł   wydając   płód   —   drobną,   martwą   istotę   o 
bezkrwistej pępowinie i pomarszczonej, obwisłej tkance.

Ale to nie było ważne. K’Torr stwierdził, że przyczyną był egzemplarz męski. Opanował 

więc sytuację, usunął nieudane osobniki, poczynił niezbędne organiczne i genetyczne zmiany w 
pozostałym   egzemplarzu   męskim;   potem   zachwycił   się   swoim   dziełem.   Odesłał   egzemplarz 
męski   do   jego   świata   i   zajął   się   własnymi   sprawami.   Była   to   elegancka   rozrywka,   a   on   z 
elegancją się jej oddawał.

Osobnik męski rósł i, zgodnie z projektem K’Torra, pozostawał w izolacji; doglądały go 

aparaty. Niekiedy Q’Linnowie trafiali przypadkiem w jego świat, a on uczył się od nich, bo ich 
bawiło uczenie go. Nie miał żadnych potrzeb, a pragnień niewiele. Wszedł w okres wczesnej 
dojrzałości zdrów i szczęśliwy.

Zylla K’Cee w swej piątej porze omal nie umarła. Wzięła wtedy ze żłobka dysk podróżny i 

poszybowała na zewnątrz poprzez glob planet ku zimnym atmosferom, gdzie niebo było czarne i 
pełne odległych gwiazd. Wyprowadziła dysk tak wysoko, jak się tylko dało, i gdy nie mogła już 
wycisnąć na nim większej wysokości, ruszyła w górę na własnych skrzydełkach, walcząc dopóty, 
aż pokonało ją zmęczenie i brak tlenu, tak iż zaczęła spadać w głąb; znaleziono ją dryfującą w 
ścieku   grawitacyjnym   między   dwoma   księżycami.   Zapytana   dlaczego   ruszyła   w   tę   zimną 
ciemność zewnętrzną rzucając się w stronę gwiazd, nie umiała znaleźć odpowiedzi. Jej dziecięcy 
umysł nie znał jeszcze pojęć, które wyraziłyby jej tęsknoty.

Jednakże strażnik, nadzorca i opiekun żłobka K’Cee, zrozumiał nienormalność jej poczynań. 

Polecił jej — co było rzeczą konieczną i właściwą — stawić się przed nim. I oto spoglądał na nią 
surowo z wysokiej grzędy przełożonego.

—   Zyllo   K’Cee   —   powiedział   —   czy   zdajesz   sobie   sprawę   z   tego,   że   należysz   do 

background image

Q’Linnów?

Ona zaś siedząc na swej niskiej grzędzie uczyniła  gest oznaczający „no pewnie”: lekkie 

uniesienie skrzydła.

— Czy wiesz, co znaczy być Q’Linnem?
— To znaczy, że się dostaje klapsy, jak się jest małym Q’Linnem.
Krótki uśmiech, nie dłuższy niż szybkie otwarcie dzioba, przemknął po twarzy strażnika 

żłobka i zniknął

— Zyllo, jesteśmy istotami wolnymi, najbardziej wolnymi w całym kosmosie.
— Co to jest kosmos?
— To co na Zewnątrz. — Nastroszył przed nią pióra; miało to przyciągnąć jej uwagę. — 

Jesteśmy wolni, Zyllo, od potrzeb, wolni od lęku, wolni od pracy. Spędzamy nasze życie wśród 
nieustającego piękna, w radości kontemplacji. Czy wiesz, że tak jest?

—   Tak   —   odpowiedziała,   znudzona,   jak   znudzone   są   wszystkie   dzieci   zmuszane   do 

odpowiedzi na tę wszystkie głupie pytania dorosłych.

— A skąd wiesz, że jesteśmy wolni?
Zylla mrugnęła powiekami liliowych oczu.
— Ja nie rozumiem.
— Skąd wiesz, że Q’Linnowie są najbardziej wolnymi istotami w kosmosie?
To było całkiem jak w szkole.
— Bo pan nam tak powiedział? — jej cichy głosik próbował zgadywać.
—  Nooo,  taak,   Zyllo,   w  pewnym   sensie.   Ale  to   nie   jest   jeszcze   prawdziwy  powód.  — 

Poprawił  się  na  grzędzie.  —  Prawdziwy powód,  pisklątko,  jest  ten,  że  ty  wierzysz   mi,  gdy 
mówię, że tak jest, podobnie jak ja wierzę radcom Mądrości, którzy mówią mnie, że tak jest, oni 
zaś wierzą mędrcom, którzy byli przed nimi.

Zylla patrzyła na nadzorcę żłobka poważnie, nic z tego nie rozumiejąc.
—   My   zaś   wszyscy   wierzymy,   bo   mędrcy,   którzy   byli   przed   nami,   wiedzieli.   Dotarli 

wszędzie,   Zyllo,   i   poznali   wszystko.   Zbudowali   naszą   sferę   światów   i   uczynili   Q’Linnów 
nieśmiertelnymi. — Zapatrzył się w jakieś dalekie miejsce przenikając wzrokiem ściany pokoju. 
— Oni to stwierdzili, że rasy niczym planety marnują młodość na poszukiwanie bezużytecznej 
wiedzy. Daremna namiętność; starzeją się, słabną i umierają. Dlatego mędrcy zbudowali nam 
dom,   gdzie   rasa   nie   musi   się   zmieniać,   starzeć,   zatracać   w   rozważaniu   fałszywych   kwestii 
wprowadzających zbędne zamieszanie. — Wydawało się, że zatonął na moment w marzeniu i 
Zylla poruszyła się niecierpliwie. Z pewnym wysiłkiem powrócił do rzeczywistości. — Tak — 
powiedział żywo, po czym wbił w nią twardy wzrok. — Jest dość światów wewnątrz sfery, Zyllo 
K’Cee, dość kwestii, które wystarczą na sto długości życia. Musisz zapomnieć o Zewnętrzu.

— Dlaczego? — zapytała na wpół opryskliwie.

background image

— Dlatego, że jest to niezdrowe, nieq’linnowskie, i jeszcze dlatego, że jeśli nadal będziesz 

upierać się przy swoim nienormalnym zachowaniu, to zalecę waszej pani dać ci w pupę.

— Och.
Zylla K’Cee rosła, piękna pięknością Q’Linnów, szybka i bystra. Zajęła pierwsze miejsce 

wśród piskląt jej cyklu, one zaś darzyły ją szacunkiem. Odznaczała się zdolnościami w zakresie 
posługiwania   się   słowami   i   pojęciami,   była   biegła   w   grach   i   łamigłówkach.   Wyróżniała   się 
wdziękiem nawet na tle tego gatunku o wdzięku tak wyjątkowym; stała się ekspertem od poezji 
powietrznej   i   baletu   grawitacyjnego,   sztuk   najtrudniejszych   i   najbardziej   przez   Q’Linnów 
poważanych.   Jej   rówieśnicy   uwielbiali   ją   i   podziwiali.   Jednakże   dla   starszych,   dla   których 
rozrywkę stanowiło przyglądanie się młodym, uczenie ich i ćwiczenie w dyscyplinie, była ona 
przedmiotem cichej troski, jako że cechowała ją jakaś rezerwa, dystans wobec innych. Wiele 
czasu spędzała sama. Gdy więc w jej piętnastej porze zastano ją przed przekaźnikiem wiedzy, 
gdy usiłowała uzyskać Informację o Zewnętrzu, zdecydowano zwrócić na nią uwagę Mędrców.

Rada została zwołana na odległą  złotą planetę. Sześciu Mędrców zasiadało na wysokich 

grzędach złotej sali, a oskarżyciel i obrońca toczyli spór.

— Jest nienormalna — mówił oskarżyciel — niebezpieczna dla siebie i dla harmonii rasy.
— Jest wyjątkowo inteligentna — twierdził obrońca — pochodzi ze starej trwałej linii jaj 

K’Cee.

— Odchylenia są zaraźliwe.
— Normalizacja jest prosta.
Stawką było życie Zylli K’Cee, choć ona sama o tym nie wiedziała. Nie wiedziała nawet o 

owej debacie, gdyż wtedy pozostawała jeszcze w kurniku K’Cee przechodząc wraz ze stadkiem 
swoich rówieśników przez rytuały i nauki okresu młodzieńczego, czyniąc to pod kierunkiem 
nadzorcy żłobka, który zwrócił na nią uwagę Mędrców i który w oparciu o ich opinię został 
oskarżony o zdeformowanie jej osobowości.

Oskarżyciel i obrońca spierali się długo. Mędrcy wyszli, by się naradzić między sobą. Trzech 

z   nich   głosowało   za   śmiercią   Zylli   K’Cee,   dwóch   za   pozostawieniem   jej   przy   życiu 
argumentując, że nie powinno się naruszać godności linii K’Cee. Potem wszyscy spojrzeli na 
Najstarszego, który przemawiał ostatni (zgodnie ze swym prawem i obowiązkiem).

— Będzie żyć — oświadczył. — Nie ze względu na godność linii K’Cee, ale na użytek 

wiedzy Q’Linnów.

Mędrcy wytężyli uwagę.
—   Od   tysięcy   pokoleń   wierzyliśmy   w   prawa   naszych   przodków,   akceptowaliśmy   ich 

decyzje.   Wierzyliśmy,   bo   dowód   mieliśmy   przed   sobą:   sto   tysięcy   lat   niezmiennego   życia, 
wzrostu wiedzy i mądrości.

Mędrcy gestami poparli te słowa, pomrukując na znak uznania.

background image

— A dalej: jaki mamy dowód na to, że nadal potrafimy właściwie oceniać nasze dowody?
Pomruki   aprobaty   przeszły   w   chór   zaszokowanych   okrzyków,   myśl   była   bowiem 

bluźniercza.

Najstarszy uciszającym gestem rozpostarł posiwiałe skrzydła.
— A może pozwolić temu pisklęciu na odchylenie? Może zgodzić się na to jego niezdrowe 

zainteresowanie rzeczami z Zewnątrz?

Drugi po Najmłodszym zapytał głosem pełnym szacunku:
— Ale w jakim celu?
Najstarszy mówił powoli, upewniając się, czy nadążają za nim.
—   Aby   się   w   sposób   ostateczny   przekonać,   czy   marzenie   naszych   przodków   nadal   się 

urzeczywistnia. Aby się przekonać, czy geny nadal są u samych swych korzeni prawdziwe. — 
Spojrzał po kolei na każdego. — My, którzy jesteśmy bez skazy, wybrani z racji naszej mądrości, 
my najlepsi z całej rasy... nie wątpimy w tamto marzenie, gdyż nie możemy tego uczynić. Wiara 
w nie jest nam wrodzona. Ale to dziecko, to zdefektowane pisklę — cóż z nim? Poszukuje 
wolności, którą nasi przodkowie uznawali za niezdrową, destrukcyjną.

— A zatem trzeba ją zlikwidować!
— Nie. Trzeba jej właśnie dać wolność! Trzeba jej pozwolić na wybór między tym, co ona 

myśli i czego pragnie, a tym, czego spodziewamy się po niej; musimy bowiem wiedzieć, co 
wybierze. Jeśli ona, z odchyleniami, uzna mimo wszystko, że należy do Q’Linnów, że droga, 
jaką nasi przodkowie wybrali, jest pomimo wszystko jej własną drogą, to będziemy wiedzieć, że 
marzenie jest ciągle jeszcze rzeczywiste.

Przez   moment   trwała   cisza;   Mędrcy   rozważali   implikacje   tej   myśli.   Potem   Drugi   po 

Najstarszym powiedział:

— A zatem testowanie.
— Tak. Jej i nas samych.
— A jak przeprowadzimy ten test?
— Dyskretnie — odrzekł Najstarszy z Mędrców.
Gdy nadeszła jej osiemnasta pora, Zylla K’Cee opuściła — jak to było w zwyczaju u nie 

skojarzonych jeszcze Q’Linnów — rodzinny kurnik i wyruszyła w swój Wielki Lot, podróż w 
głąb samej siebie i sfery planet. Zajęcia miała różnorakie. Przez pewien czas śpiewała, kiedy 
indziej studiowała krystalografię gór lodowych z zewnętrznych atmosfer. A znów kiedy indziej 
badała   system   napędowy   starodawnych   spodków,   którymi   jej   przodkowie   wędrowali   po 
galaktyce.  Zapewne przypadkiem trafiło jej się zajęcie przy porządkowaniu starych  zapisów, 
pośród których  natrafiła  — najwidoczniej  znów przypadkowo  — na  małe  jajko pamięciowe 
zawierające listę wszystkiego, co nadeszło z Zewnątrz do sfery światów w czasie ostatniego 
tysiąca pór. Dla Zylli K’Cee był to klucz do drzwi, jakie długo trzymano przed nią zamknięte.

background image

Znalazła więc zapis o kawałku rozłamanej planety, co przydryfował przed sześciuset porami, 

o kawałku planety z resztkami wczepionej w nią, nadal żywej cywilizacji. Natrafiła na echa 
niematerialnego   terroru,   który   nadszedł   przed   dwustu   porami   uciekając   przed   większym 
niematerialnym terrorem. Odnalazła chmurę nasion nasennych, które okazały się niezrozumiałe 
dla Mędrców i wysłano je poza sferę bez opisania ich.

Nie mogła nie natrafić na Jake’a Millera, który spadł, w letargu i prawie zamrożony, niecałe 

trzydzieści pór wcześniej, nieomal już za jej życia.

Tak jak w przypadku wcześniejszych odkryć Zylla starała się używać aparatu do informacji, 

choć czyniła to ostrożnie, gdyż ciągle jeszcze była pod kontrolą i nie miała swobody działania, 
cała zaś wiedza o Zewnętrzu była zastrzeżona dla dorosłych. Udało jej się jednak dotrzeć do 
innego pamięciowego jaja, które dotyczyło Jake’a Millera i badań, jakie wykonano posługując 
się jego ciałem. W ten sposób dowiedziała się o genetyku Bwee K’Torrze i jego stworach.

Było   to   na   półtorej   pory   przed   zakończeniem   Wielkiego   Lotu;   Zylla   odbyła   obrzędy 

przejścia, które uczyniły ją dorosłą i uwolniły od kontroli. Spędziła ten czas przyswajając sobie 
niedozwoloną wiedzę, studiując zapisy i badania dotyczące Jake’a Millera, jego historii, dziwnej 
rasy dwunożnych  poszukiwaczy przygód: skąd przybył,  kto ich nazwał „Czuowek”. Podczas 
obrzędów dojrzałości Zylla K’Cee poznała wszystko, co Q’Linnowie wiedzieli o rasie Jake’a 
Millera. Mimowolnie stała się wśród swoich autorytetem w kwestiach dotyczących ludzkości.

A po trzech  skree  od  uzyskania  dojrzałości  — i  wolności  — Zylla  prowadziła  dysk  po 

krzywej   wewnętrznej   globu   światów   mijając   w   pośpiechu   rozproszone   promienie   błękitno-
białego   słońca;   przybyła   wreszcie   do   kurnika   Bwee   K’Torra.   Po   chwili   namysłu   genetyk 
przypomniał sobie eksperymenty i skierował ją na planetkę, gdzie żył osobnik męski. K’Torr był 
naukowcem blisko spokrewnionym z Mędrcem Pierwszym. K’Torr zauważył blask w liliowych 
oczach Zylli, dźwięczność jej głosu. Przestrzegał ją: „Badaj stwora, dziecko, jeśli chcesz, ale nie 
przypisuj mu zbyt wiele, bo się rozczarujesz. To tylko eksperyment, nic więcej”.

Wykonała   gest   wyrażający   zrozumienie   i   zgodę,   ale   jej   opuszczone   oczy   nie   wyrażały 

zawodu. Swoje plany przygotowała dużo wcześniej.

Udała   się   na  ową   planetkę,   na  błękitnozielony   klejnot   w  naszyjniku   księżyców,   otulony 

falującymi   morzami.   Zjechała   po   spirali   grawitacyjnej   ze   ściśniętym   sercem,   z   zupełnie 
wysuszonym dziobem.

Zastała go nad jeziorem,  gdy siedział w kucki i jadł palcami  rybę.  K’Torr nie zadbał o 

wizualny zapis eksperymentu i Zylla K’Cee nie była przygotowana na fizyczny kształt, przed 
jakim stanęła. Stwór był groteskowy. Nie miał dzioba, a jedynie mięsisty otwór ludzkich ust; nie 
miał jam usznych, tylko wypukłe małżowiny ludzkich uszu. Wszędzie przeświecała goła skóra, 
bo jego ciało było upierzone tylko na piersi, w pachwinie, na czaszce, skrzydłach i sterczącym 
ogonie. Najgorzej było z dłońmi i stopami, które wprawdzie były należycie szponiaste, o skórze 

background image

należycie   pokrytej   łuskami,   lecz   zbyt   szerokie   i   zbyt   mięsiste.   Takie   dłonie   nie   umiałyby 
swobodnie   manipulować   precyzyjnymi   i   delikatnymi   przyrządami   techniki   Q’Linnów,   takie 
stopy nigdy nie uchwycą mocno i pewnie gałęzi, nie wczepią się w szczelinę.

Pod   dwoma   tylko   względami   był   bez   wątpienia   ptasi:   miał   piękne   skrzydła   i   okrągłe 

purpurowe tęczówki. Ale i tu ujawniała się jego ludzka natura, jako że oczy miał umieszczone z 
przodu głowy niczym drapieżniki polujące przy ziemi; nie pozwalało mu to na patrzenie (jak 
Q’Linnom) we wszystkich kierunkach naraz. I pomimo dziesięciometrowej rozpiętości skrzydeł, 
pomimo pustych w środku kości i silnie rozwiniętych mięśni piersiowych, jego pochodzenie od 
ssaków sprawiało, że ciało miał niemal dwa razy cięższe, niż powinien. Q’Linnowie nie mają 
słowa na nazwanie obrazu, jaki osobnik ów wytworzył w umyśle Zylli K’Cee; Ziemianie mają 
takie słowo; rosło ono w niej, nie proszone, gdy na niego patrzyła. G a r g u l e c.

Zylla nie znalazła go jednak odrażającym. Brzydki, owszem, ale w nieszkodliwy sposób. 

Samotny   i   być   może   nieco   przestraszony.   Ona   zaś   widziała   jego   żyłę   pulsującą   pod   skórą 
bezpiórego karku; w tej żyle, wiedziała to, płynie krew z Zewnątrz. Z Zewnątrz! Tylko to było 
ważne. Ustawiła pióra powitalnym gestem Q’Linnów i przedstawiła się. „Zylla K’Cee”.

— Awk — odpowiedział.
Gdy Zylla siedziała obok, zbita z tropu, on popisywał się przed nią, jak go uczyli poprzedni 

goście. Dreptał po gałęziach i załomach skalnych, aby ją rozbawić. Parodiował tańce powietrzne, 
fikając niezgrabnie kozły w powietrzu, swym bełkotliwym, charczącym głosem wyśpiewywał 
piękne   pieśni.   Żonglował   dla   niej   lśniącymi   kamieniami.   Wreszcie   stanął   przed   nią   z 
wyciągniętymi rękami, oczekując nagrody.

K’Torr miał rację. Czegoś takiego się nie spodziewała. Lecz była w niej determinacja, swoje 

marzenie rozważyła już dawno. Był to zapewne dar losu, gdyż miała przed sobą czystą tablicę, 
którą zapisze właśnie ona, tablicę najlepiej nadającą się do jej celów.

Wypięła   świecidełko   z   ozdobnego   stroju   i   wyciągnęła   ku   niemu.   Gdy   sięgnął   po   nie, 

schowała je za siebie.

— Awk? — jego oczy wyrażały dezorientację.
—   Zylla   —   powiedziała.   —   Zylla.   Pojął,   To   ta   gra,   którą   rozumiał   i   w   którą   grywał 

uprzednio. „Zyrra! Zyrra!”

— Dobrze — mruknęła, dając mu błyskotkę — bardzo dobrze!
Złożyła   podanie   o   kurnik   i   przydzielono   jej   małą   planetę,   która   była   satelitą   sześciu 

większych, krążąc wokół nich po torze w kształcie ósemki. Zawiozła go tam i zaczęła go uczyć 
przy   pomocy   dostarczonej   tam   aparatury   uczącej   i   chemikaliów   przyspieszających   proces 
rozumienia. Jego mowa uległa wygładzeniu i mimo że nie stała się melodyjnym  świergotem 
Q’Linnów, to jednak miała coś z jego piękna. Gdy leciał nad planetarnymi morzami, jego ślizg 
był bardziej płaski niż Q’Linnów, jego nurkowanie za srebrną rybą bardziej strome; mimo to w 

background image

uderzeniu   była   należyta   siła,   chwyt   był   niezawodny.   Choć   jego   nieudaczne   ręce   trzymały 
narzędzia w sposób pozbawiony wdzięku, to jednak używały ich z godną uwagi zręcznością. Już 
na  początku   ćwiczeń  Zylla   nazwała  go  T’Miller,   po jego rodzicach  —  Honn,  zgodnie  z  jej 
nadziejami — Ten Który Sprawi, Że Ziści Się Marzenie.

Po pewnym czasie zjawił się u niej z pewnym problemem
— Badałem linie rodzin — powiedział.
— Tak, i co?
— Nie ma inkubatora linii T’Miller, nie ma kurnika ani żadnego zapisu.
— Tak, to prawda.
— Skąd ja się wziąłem?
Wtedy   powiedziała   mu   o   Bwee   K’Torze   i   o   czasach   przed   Bwee   K’Torrem.   O   długiej 

podróży jego ojca i o jego zjawieniu się wśród Q’Linnów. Opowiedziała mu bogatą, wstrząsającą 
historię   o   wojowniczych,   drapieżnych   ssakach,   którzy   zwali   się  Czuowek.  Opowiedziała   o 
kosmosie Zewnętrza, o Ziemi Ludzkiej i Imperium Ludzkim. I wiele z tego, co mówiła, było 
zgodne z prawdą, bo nauka Q’Linnów była głęboka i przenikliwa, a mały umysł Jake’a Millera 
zawierał  więcej,  niż  on sam  przypuszczał.   Na koniec   Zylla  zabrała  T’Millera,  aby  zobaczył 
swego ojca.

Miejsce   było   mroczne.   Stali   po   obu   stronach   płyty,   na   której   leżały   zmumifikowane, 

zniekształcone szczątki Jake’a Millera. Honn T’Miller stał, patrzył  na nie z twarzą ukrytą w 
cieniu. Nachylił się, dotknął wyschłego ciała drżącym szponem; wstrząsnął nim dreszcz, końce 
piór uniosły się. Zylla obserwowała to stojąc blisko, napięta, świadoma wagi tej chwili.

T’Miller wydał cichy, straszny krzyk głosem pełnym udręczenia, bólu i nienawiści.
— Wyprodukowali mnie i pokiereszowali ojca, a mnie wyprodukowali jak... jak rzecz!
— Tak — powiedziała cicho Zylla K’Cee.
— Śmiali się ze mnie, zrobili sobie ze mnie zabawkę! To także.
Odwrócił się gwałtownie, owijając się skrzydłami.
—   Dlaczego,   Zyllo,   nie   zostawiłaś   mnie   takim,   jakim   byłem?   Przynajmniej   byłem 

szczęśliwy.

— Są ważniejsze sprawy niż szczęście. Znajomość siebie, Zewnętrza, własnej jedyności. 
Roześmiał się gorzkim kraknięciem.
— Jedyności? Tak, jestem taki, nieprawdaż? — Wyciągnął ku niej swoje ręce. — Spójrz na 

moje dłonie,

Zyllo.   Spójrz   na   mają   twarz.   Czy   są   ludzkie?   Czy   są   Q’Linnów?   Nie!   Jestem   jedyny, 

wyjątkowy, owszem. Jestem potworem!

— Nie  dla  mnie   — powiedziała  z  prostotą.  Spojrzał  na  nią  nieodgadnionym  wzrokiem. 

Potem odwrócił się powoli, znów kryjąc się we własnych skrzydłach.

background image

— Nie jestem ani Q’Linnem, ani człowiekiem, Zyllo, i nigdy nie będę.
Dobierała słowa starannie:
— Można na tę rzecz spojrzeć od jeszcze innej strony, Honn. Jeśli prawdą jest, że nie jesteś 

ani Czuowek, ani Q’Linn, to prawdą jest też, że jesteś wolny do tego, by wedle własnego uznania 
być tym lub tamtym.

— Wolnym do nazwania siebie tak lub tak, ale nie do tego, by zostać przyjętym.
— Ja cię akceptuję. 
— Ty jesteś jedna. A co z resztą naszej rasy?
— Z resztą mojej rasy, T’Millerze — powiedziała. — W przeciwieństwie do ciebie ja nie 

mam wyboru.

Było  w jej głosie coś jakby zazdrość, a niepojęta myśl,  że ktoś mógłby mu  zazdrościć, 

uspokoiła Honna T’Millera.

Wrócili do kurnika Zylli i na pewien czas T’Miller odnalazł w jej towarzystwie, a także w 

swych rozmyślaniach i badaniach coś w rodzaju szczęścia. Zylla była cierpliwa i uważna; ani nie 
wywierała nań nacisku, ani nie sterowała w sposób jawny jego myślami. Pewnego razu wzięli 
dysk, skierowali go ku innym światom zewnętrznym i wyfrunęli w rzadkie powietrza w pobliżu 
ciemności.

— Kiedy byłam dzieckiem — opowiadała mu — próbowałam odlecieć stąd na dobre, aby na 

własne   oczy   ujrzeć   gwiazdy.   Jest   tyle   rzeczy   do   zobaczenia   i   do   oglądania   na   zewnątrz, 
T’Millerze, tyle wolności. Tu zaś ja i ty jesteśmy odmienni.

Lecz twarde purpurowe oczy T’Millera nie spoglądały na zewnątrz w stronę jasnych jak 

klejnoty gwiazd. Patrzyły w głąb ku milionowi milionów światów sfery. A w oczach tych była 
nienawiść, dzika determinacja.

Zylla czekała na odpowiedni moment,
Fruwali na wietrze w jej rodzinnym świecie, polowali w morzach, jeziorach i oceanach. Grali 

w zawiłe gry stworzone dla ich rozrywki przez maszyny i dzielili się jedzeniem na wysokich 
wietrznych skałach. Aż wreszcie musiało dojść do zbliżenia. Jego chwytanie nasady jej skrzydeł 
nie było chwytaniem Q’Linna, niemniej był to dobry, mocny chwyt. Jego kąsanie jej karku nie 
było ostrym kąsaniem przy pomocy dzioba, niemniej było wystarczająco ostre, silne i delikatne. 
Niezdarnie bił skrzydłami, by utrzymać ich w powietrzu, ale to w gruncie rzeczy właśnie jego 
skrzydła  ich niosły.  A gdy ona  otworzyła  się,  by go przyjąć,  jego pchnięcia  były  należycie 
precyzyjne.

Potem   siedzieli   jedno   obok   drugiego   w   srebrnym   jaju   ze   szklanym   oknem,   obserwując 

lśniące kropelki deszczu, które ociężale sunęły w górę, gdy przechodząca obok planeta zakłócała 
grawitację. Zylla czyściła pióra pełna cichej satysfakcji; odwracała skromnie głowę, lecz każde 
jej włókno czuło Honna T’Millera, cała jej istota była wyczulona na każdy odcień jego nastroju.

background image

On oporządzał szponami swoje pióra z twarzą pełną dumy i zdecydowania.
— Kochana — powiedział.
— Kochany.
— Stało się. Jesteś moja.
— Tak.
— Będziesz wysiadywać moje jaja i nosić moje nazwisko.
— Co za szczęście.
— Dokonałem wyboru.
Przez chwilę nie rozumiała. Potem, z nagłym przestrachem, pojęła.
—  Mówiłaś   mi  kiedyś,   Zyllo,   że  mam  swobodę   wyboru  rasy.  Teraz  właśnie   wybrałem. 

Zostanę Q’Linnem. Zmieszanie i lęk pojawiło się na twarzy Zylli K’Cee.

—   Nie!   Ależ...   kochany,   niemożliwe.   Oni   cię   nigdy   nie   zaakceptują,   nigdy   nas   nie 

zaakceptują.

— Niepotrzebna mi ich akceptacja. — Nie dostrzegł udręki w jej głosie, lęku w spojrzeniu. 

— Oni mnie wyprodukowali i zakpili ze mnie. No, ale czyż nie jestem Q’Linnem? Czyż nie 
fruwam, nie śpiewam piosenek? Czyż nie mam ciebie?

Zatrzepotała skrzydłami, zacisnęła na piersiach szponiaste dłonie.
— Och, ale dlaczego, kochany? Po co się narażać na pogardę? Na Zewnątrz bylibyśmy tacy 

szczęśliwi!

— Po co? — jego głos pobrzmiewał zimną złością. — Dla zemsty! Za to co zrobili mojemu 

ojcu, za to co zrobili mnie.

— Ale my się nigdy nie uwolnimy od ich nienawiści. Nigdy nie będziesz Q’Linnem. Co z 

naszym pisklęciem, czym ono będzie?

— Nową rasą!
— Tak, tak, kochany. Ale nie tutaj!
— Tutaj i do diabła z nimi!
Nie   dała   się   przekonać.   Zbudował   gniazdo   na   sposób   Q’Linnów.   Zylla   K’Cee   T’Miller 

zasiadła w nim odrętwiała, zrozpaczona. Zniosła jedno tęczowe jajo i wysiadywała je, gdy Honn 
T’Miller   wywodził   swe   subtelne   kwestie   wyboru.   Patrzyła   w   milczeniu,   jak   układa   poemat 
lęgowy na cześć ich przyszłego pisklęcia, tak jakby mieli aparat rejestrujący, jakim dysponują 
wylęgarnie. I gdy pewnego dnia gorących wiatrów i drobnego deszczu poczuła, że skorupka 
pękła, i gdy mokre puszyste pisklę rodzaju żeńskiego wygramoliło się na świat instynktownie 
otwierając   dzióbek   w   oczekiwaniu   na   pokarm,   duma   T’Millera   nie   miała   granic;   ona   zaś 
stwierdziła, że jest równie dumna jak on. Odczuła rzeczy, jakich od tysięcy pokoleń nie odczuwał 
żaden Q’Linn, i naszła ją nawet niepokojąca myśl, że być może nie jest już w pełni Q’Linnem i 
że w jakiś dziwny sposób ów stwór, ów gargulec, z którym  miała stosunek, ów mieszaniec, 

background image

którego uczyła po to, by zabrał ją w rozległy kosmos Zewnętrza, ów ojciec jej córki zatruł ją 
obcymi   uczuciami.   A   może   te   uczucia   były   w   niej   zawsze,   może   całe   jej   życie   było   tylko 
wstępem do ich nieuniknionego  ujawnienia  się?  I gdy Honn T’Miller  piał nad swym  ciągle 
jeszcze wilgotnym pisklęciem, Zylla czuła jedynie bezgraniczny smutek. To wszystko przyniesie 
wiele kłopotów.

Nazwała dziewczynkę P’Quee, co w języku Q’Lin-nów znaczy Gwiezdne Skrzydło. I na 

znak buntu zarejestrowała jej urodziny w kurnikowym komputerze.

P’Quee zapowiadała się na wspaniałą istotę. Doskonała w kształtach i postaci, prawdziwy 

Q’Linn — poza tylko czymś egzotycznym  w spojrzeniu; w jej żyłach płynęła krew dziadka. 
Miała  niepokojące purpurowe oczy ojca i nieomal  fosforyzujące,  migoczące  szarością końce 
skrzydeł matki. Była piękna taką pięknością, jakiej drugiej nie ma w całym kosmosie. Miała 
sześć tygodni, gdy przyjechali po nią.

Narodziny   P’Quee   T’Miller   nie   uszły   uwagi   —   jak   wszystko,   co   dotyczyło   T’Millera   i 

K’Cee   —   Rady   Mędrców.   Zebrała   się   ona   w   swym   złotym   gnieździe   na   stromym   zboczu 
wysokiej czarnej góry; dyskutowano zdarzenie i jego skutki.

Drugi po Najmłodszym z Mędrców mówił:
— Twój test, o Najstarszy, wykazał zepsucie rasowe. Miała stosunek z produktem K’Torra i 

wydała pisklę. Ona stanowi zagrożenie dla rasy; trzeba ją zlikwidować. — Grzędy zagdakały na 
znak zgody.

Najstarszy czekał w milczeniu.
— Zapominasz o celu testu, Młodszy Towarzyszu Gniazda.
— Ona odczuwa rzeczy, które są niebezpieczne, zabronione!
— Nie jej uczucia nas interesują, lecz jej reakcja na nie.
— Wydaje mi się, że spółkowanie z tym... stworem to przykład takiej reakcji.
— Oczywiście,  Współtowarzyszu.  Ale reakcji na co? To odchylenie  każe jej tęsknić  do 

zakazanej wiedzy o Zewnętrzu. Spółkowanie z produktem K’Torra nie było jej celem, a jedynie 
środkiem.   Honn   miał   posłużyć   do   realizacji   jej   pragnień,   jej   pragnienia   ucieczki.   Pozostało 
jeszcze  tylko  zobaczyć,  czy Zylla  jest  nadal  Q’Linnem  pomimo  swego odchylenia,  i to jest 
właśnie cel naszego testu, czyż nie? 

— Tak.
— A zatem — powiedział cicho Najstarszy — musimy postawić ją w sytuacji wyboru, gdyż 

prawda leży tylko w wolnym wyborze.

Było ich dziesięciu, ośmiu żołnierzy i dwu z Rad niższych. Przybyli do kurnika Zylli i Honna 

i  odczytali  zakazy i  rozporządzenia.  Żołnierze  zniszczyli  gniazdo  i kurnik. Zylla  słuchała  w 
milczeniu, oszołomiona i potulna. T’Miller szalał. Żołnierze obezwładnili go łagodnie, nieomal 
mimochodem,  a gdy radcy wzięli Zyllę  i P’Quee na dysk, żołnierze dali T’Millerowi środki 

background image

pozbawiające przytomności. Gdy się ocknął, nie było już nikogo.

T’Miller opuścił kurnik; jego szał był straszny. Nie przeszkadzano mu, ale i nie pomagano. 

Żaden Q’Linn nie przemówił do niego, nikt nie dostrzegał jego obecności, żadna maszyna nie 
zwróciła   się   doń,   nie   zabrał   go   żaden   dysk.   Przeszukując   przy   pomocy   swych   ciężkawych 
skrzydeł choćby drobną część miliona milionów światów wielkiego globu Q’Linnów, musiałby 
zużyć na to całe życie.

A jednak ją znalazł — właśnie w złotym gnieździe na czarnej górze. Wpadł między żołnierzy 

i   radców,   służących   i   niewolników,   a   jego   wciekłość   była   jak   niszczący   wicher.   Żołnierze 
odstawili go w odległe miejsce.

Wrócił znowu, tym razem z aparatami destrukcji, z machinami przemocy. Siał zniszczenie 

skowycząc   imiona   ukochanej   i   pisklęcia.   Tym   razem   odsunęli   go   na   odległość,   której   nie 
przebyłby w ciągu życia; umieścili go na pustkowiu.

Kiedy wrócił po raz trzeci, postawili go przed Radą Mędrców, którzy patrzyli na niego w 

milczeniu, a potem polecili umieścić go w klatce.

Klatka.
Ustawili ją na polerowanej podłodze Sali Mądrości, gdzie przechodzący mogli patrzeć na 

niego.   T’Miller   jak  obłąkany   tłukł   sobą  o   srebrne   pręty   i   spadał   na  podłogę   z   sercem   zbyt 
wypalonym,   zbyt   spustoszonym,   by   popaść   w   szaleństwo.   Zwracał   ślepy   wzrok   i   nastawiał 
głuche uszy ku przechodzącym Q’Linnom.

— Teraz? — zapytał Trzeci Najstarszy.
— Już wkrótce — odrzekł Najstarszy. Q’Linnowie przebywali pokój spiesząc na stukających 

pazurach   lub   sunąc   górą   na   rozległych   skrzydłach.   Niektórzy   przystawali,   by   spojrzeć   na 
T’Millera,   inni   nie.   Pewnego   dnia   przechodziła   tamtędy   Zylla   K’Cee.   Jej   bolesny, 
nieartykułowany krzyk poderwał T’Millera na równe nogi. Szarpał za pręty klatki i skowyczał jej 
imię. Rzuciła się ku niemu z oczyma rozszerzonymi ze zgrozy.  Już go nieomal dosięgła, gdy 
sfrunęli ku niej żołnierze i wyprowadzili ją.

Dwie noce później wróciła znowu, wpływając do pokoju na szumiących skrzydłach. Osiadła 

na podłodze parę stóp od klatki. Salę jaskini oświetlały słabo lampy oliwne na stojakach z brązu; 
w ich migotliwym świetle twarz Zylli była jednym wielkim smutkiem. Trzymała w ramionach 
jedwabne zawiniątko; podeszła niepewnie do klatki i wyciągnęła je ku niemu.

— Dałam jej środki usypiające, żeby płacz nie obudził straży.
T’Miller wychylił się przez pręty i dotknął śpiącej córki.
— Sześć pór — powiedział gorzko. — Sześć długich pór.
Łzy trysnęły z liliowych oczu Zylli. Twarz jej się skurczyła.
— Och, kochany — szepnęła złamanym głosem. — Klatka. Nie wiedziałam.

background image

Wychylił się niezgrabnie, by dotknąć jej twarzy.
— Klatka nie jest ważna. To tylko pręty. Prawdziwą klatką jest ta sfera światów. — Jego 

głos był twardy, szorstki. — Wszystko, co ma granice, jest klatką, choćby nawet było wielkie jak 
pół kosmosu. — Potrząsnął nią, aż P’Quee zamruczała płaczliwie przez sen. — Miałaś rację, 
Zyllo. Musimy opuścić to miejsce, opuścić sferę.

— A twoja zemsta? — jej głos był dziwnie głuchy i apatyczny.
—   Nie   zemściłem   się   ani   nie   szukałem   zemsty.   Jedyne   czego   doznałem,   to   krzywda, 

zraniona duma, gniew. Nic z tego nie jest warte opuszczenia ciebie i dziecka.

Instynktownie przycisnęła dziecko do siebie.
— Zmieniłeś się, Honn T’Millerze. Ja też.
— Co to znaczy?
— Ja... ja nie wiem. Było dużo czasu na myślenie. Tyle stracone, tyle cierpienia. Nie wiem, 

kochany, czy mogłabym wyjechać.

— Nie wiesz? Poświęciłaś przecież życie dla ucieczki! Wykształciłaś mnie w tym właśnie 

celu.

— Tak. Na zimno i beznamiętnie. Jak Q’Linnowie, do których należę.
Zwolnił uścisk i wpatrywał się w jej twarz. Potem uśmiechnął się.
— Czy łzy w twoich oczach są łzami Q’Linna, Zyllo? Czy Q’Linn czułby ból widząc mnie w 

klatce? Czy to Q’Linn w tobie przywiódł cię dziś tutaj wraz z naszą córką?

Pochyliła głowę, łzy popłynęły jeszcze bardziej obficie.
— Zyllo, nigdy nie wiadomo, co się z kim stanie. Ty się urodziłaś z ciałem Q’Linna, ja z 

ciałem pół Q’Linna, pół człowieka. Ty jednak uczyniłaś część mego umysłu Q’Linnowskim, a ja 
część twej duszy uczyniłem ludzką. Teraz musimy żyć  dla siebie i dla naszej córki. Musisz 
znaleźć klucz od tej klatki i uwolnić mnie. Wyjedziemy.

— Nie pozwolą nam, kochany.
— Nie zdołają przeszkodzić!
W tej chwili rozległo się ostre, metaliczne „brzdęk”. Z mroku wysunął się srebrny klucz, 

prześliznął po podłodze i okręciwszy się w kółko zatrzymał u stóp Zylli. Gdy Zylla i T’Miller 
wpatrywali się weń, zabłysły lampy w sali napełniając ją światłem. Radcy Mądrości spoglądali 
na nich z wysokich grzęd. Najstarszy rzekł:

— Podnieś klucz, jeśli chcesz, Zyllo K’Cee. Nikt ci nie przeszkodzi.
Przez długą chwilę w sali panowała cisza. Zylla  i T’Miller patrzyli  na siebie, doskonale 

rozumiejąc, co im uczyniono i jaką odegrano przed nimi komedię. Potem T’Miller powiedział do 
Najstarszego głosem pełnym nienawiści i pogardy.

— Och, ty robaczywe jajo! Ty złodzieju gniazd! Zaplanowałeś to!
Najstarszy potwierdził, lecz jego okrągłe zielone oczy skierowane były na Zyllę.

background image

— Czy rozumiesz, Zyllo K’Cee, co zrobiono i dlaczego?
— Tak. — Jej głos brzmiał jak szept.
— Czy rozumiesz konieczność wyboru?
— Tak, to też.
T’Miller zakrzyczał:
— Gdyby rzeczywiście miała możliwość wyboru, opuściłaby ten mizerny grób piętnaście pór 

temu! Ty fałszywcu! Ty wysysaczu nie wyklutych jaj!

Młodszy z Mędrców napomniał zimno T’Millera.
— Nie o jej wybór chodzi, ty stworze. Najstarszy uspokoił towarzysza spojrzeniem, potem 

zwrócił się znów do Zylli:

—   Patrzy   na   ciebie   tysiące   pokoleń,   dzieweczko,   a   także   tysiące   pokoleń   jeszcze   nie 

narodzonych.

— Nie! — T’Miller przyciągnął ją przez kraty, jego głos zasyczał: — Otwieraj klatkę. Czego 

się spodziewasz po tych istotach? Skrzywdzili cię bardziej niż mnie! Czy kosmosowi potrzebni 
tacy bezduszni zjadacze łajna jak ci tutaj? Znajdziemy sobie świat sami, my troje. Najstarszy 
rzekł:

— I zawsze będziecie włóczęgami, zawsze sami? 
T’Miller odparł ostro:
— Pojedziemy do moich.
— Do twoich? To znaczy do Czuoweków? Czy tam będziesz mniejszym monstrum niż u 

nas? A Zylla? Czy chciałbyś patrzeć, jak pokazują twoje pisklę w klatce? To jest przecież sposób, 
w jaki Ziemianie postępują zwykle z istotami odmiennymi od nich, czyż nie?

Straszna prawda tych słów zawisła w powietrzu. Wtem Zylla schyliła się szybko, podniosła 

srebrny klucz i otwarła klatkę.

Okrzyki zaskoczenia i protestu podniosły się z wysokich grzęd. Młodszy radca krzyknął na 

żołnierzy. Inny rozłożył skrzydła, by sfrunąć w dół.

— Stać!
To był T’Miller. Wypadł z klatki, jednym ruchem zrzucił oliwną lampę z podstawy z brązu i 

chwycił w dłoń drugą lampę trzymając ją groźnie nad głową. Rozlana oliwa rozpłynęła, się po 
podłodze kałużą grożącą zapaleniem i otoczyła podstawy grzęd Rady. Mędrcy siedzieli, choć 
mogliby odfrunąć. Z twarzy Najstarszego promieniowało napięcie. Obserwował Zyllę, tak jakby 
nie istniał ani Honn T’Miller, ani zagrożenie.

T’Miller tego nie zauważał. Na jego twarzy malowała się wściekłość. Oboma szponiastymi 

rękami trzymał nad głową płonącą lampę.

— Za to, co uczyniliście mojej żonie i pisklęciu — zaczął — za to, co uczyniliście mnie!
Lecz Zylla  powstrzymała  jego rękę i delikatnie  wzięła od niego lampę.  Zwróciła się ku 

background image

Mędrcom, a także ku żołnierzom, którzy wcześniej wlecieli do sali, a teraz wisieli w powietrzu 
świadomi zagrożenia, lecz działający tylko na rozkaz.

— Nie za to — powiedziała cicho. — Nie dla zemsty ani z gniewu. — Pochyliła się powoli, 

kołysząc   śpiące   dziecko.  —  Jedynie   za  ból.  Ból,  jaki  świadomie  spowodowaliście,  ból,  jaki 
jeszcze nadejdzie. — Przechyliła lampę i płonący knot sięgnął kałuży na podłodze.

Cicha eksplozja; momentalna ściana żaru i blasku ogarnęła salę. Żołnierze ukryli twarze w 

ramionach   i   odfrunęli.   Młodszy   z   Mędrców   zawył   i   rzucił   się   do   ucieczki.   Poprzez   dym   i 
płomienie widać było sylwetkę Najstarszego, jak płonącymi skrzydłami uderzał o sufit. Na jego 
twarzy malowało się uniesienie, spełnienie bliskie ekstazy.

— Tak  — zakrakał  — tak! Ból,  który jeszcze  nadejdzie!  Rozumiem!  Jesteś Q’Linnem! 

Marzenie spełnia się nadal! — Potem pochłonął go ogień i dym.

T’Miller   chwycił   swą   ukochaną   i   przedzierał   się   przez   ogień   docierając   w   końcu   do 

platformy startowej w rogu gniazda. Rzucił się w noc.

— Teraz! Nareszcie wolni!
Lecz   Zylla   nie   ruszyła   za   nim.   Tuląc   dziecko   do   piersi   wzbijała   się   coraz   wyżej   nad 

płomienie, coraz wyżej wśród dymu i popiołu. T’Miller zawrócił i podążył jej śladem. „Zyllo!”

Zaczekała   na   niego   kołując   powoli   w   gorącym   powietrzu.   Gdy   znalazł   się   blisko   niej, 

spojrzała na niego smutnym, kochającym wzrokiem.

— Nie zrozumiałeś, kochany?
— Rozumiem, że jesteśmy wolni, wolni oboje razem. Czemu się wahasz?
— Nie waham się. Dla mnie to już koniec. 
T’Miller zbliżył się do niej, ale umknęła.
— Nie! Tobie to niepotrzebne. Ty nie należysz do tych istot. Ty należysz do mnie — do 

siebie i do naszej córki.

— Należę do Q’Linnów.
— Jesteś sobą, Zyllo. Ani nie człowiekiem, ani nie Q’Linnem, lecz czymś innym, czymś 

odmiennym  nawet ode mnie, nawet od P’Quee. Nie musimy  poddawać się żadnym  prawom 
prócz naszych własnych.

— Nie, kochany. Ty masz wybór. Ja nie.
— Ty mnie uwolniłaś! Ty spowodowałaś wybuch!
—   Nie   dla   ciebie,   najdroższy   Honn.   Dla   moich   bliźnich.   —   Utrzymywała   się   na 

gwałtownych prądach powietrza pomagając sobie lekko lotkami. — Sprzedaliśmy nasze serca za 
wiedzę i trwałość, kochany T’Millerze. Jak Egipcjanie w odległej przeszłości twojej rasy. Od 
tysięcy,   tysięcy   pór  nie   zmienialiśmy   się,   nie   kochaliśmy,   nie   czuliśmy...   bólu.   A  ból   rodzi 
współczucie. Nie czując go w sobie, nie możemy czuć u innych. — W liliowych oczach nie było  
już łez, tylko dziwna, wzniosła egzaltacja. — To był twój dar dla mnie, T’Millerze. Cierpienie. I 

background image

to jest — musi być — mój dar dla moich bliźnich.

— To niepotrzebne, Zyllo. My jesteśmy inni, ty i ja.
— Czy tak, mój najdroższy? Czy naprawdę?
— Tak.
— Nie. Ty jesteś z gruntu ludzki, bo kierują tobą uczucia. Ja jestem Q’Linnem, bo mną 

uczucia nie kierują. Dowiodę tego.

Nieomal instynktownie T’Miller przeczuł, co Zylla ma zamiar uczynić. Krzyknął i rzucił się 

ku   niej.   Lecz   jego   niezdarność   w   powietrzu   nie   mogła   się   równać   z   jej   zręcznością   i   gdy 
daremnie się przedzierał ku niej, usłyszał, jak woła do niego: „Zegnaj, najdroższy gargulcu”. 
Odwrócił się, by ujrzeć, jak wraz z ich śpiącą córeczką znika w otchłani czarnej nocy. Jej oczy 
nie przestały ani na chwilę patrzeć na niego, gdy złożyła skrzydła i runęła jak kamień w piekło w 
dole. „Wybór”, krzyczała.

Na moment zawisł tam, w tym rozżarzonym powietrzu, serce stanęło mu w piersi. Potem ze 

strasznym krzykiem zanurkował w dół, nie dla niej, bo ona musiała, lecz dla ich córki. Przebijał 
powietrze wielkimi skrzydłami i z gwizdem spadał w dół wśród nocy jasnej od płomieni, aż 
pochwycił dziecko szponiastymi rękami tuż, tuż nad straszliwą skałą, potem zawrócił gwałtownie 
i zdołał jeszcze ujrzeć, jak jego ukochana o tę skałę uderza; w złożonych aż do ostatniej chwili 
skrzydłach był pogodny spokój. Poznał, że musiała.

Świt zastał Honna T’Millera na skalnej półce po drugiej stronie doliny, naprzeciw czarnej 

góry. Spoczywał w nadnaturalnej ciszy, nabiegłymi krwią oczyma obserwował, jak Q’Linnowie 
poruszali się niespiesznie wśród ciągle jeszcze tlących się ruin złotego gniazda. Córka leżała 
obok,   poruszając   się   niespokojnie   przed   przebudzeniem.   Jego   ciało   pokrywał   popiół,   końce 
skrzydeł miał nadpalone. Serce było kamieniem w piersi. Zylla odeszła; umarła od tego, czym on 
ją obdarzył  — umarła z cierpienia, pod ciężarem tysięcy, tysięcy pokoleń, umarła z powodu 
swoich genów. Q’Linnowie nie mogą żyć z cierpieniem: ludzie nie mogą z jego powodu umrzeć.

P’Quee   T’Miller   poruszyła   się   znów,   odsuwając   swą   drobną,   piękną   rączką   jedwabną 

powłoczkę  z twarzy.  Coś się zatliło  w patrzącym  na córkę T’Millerze.  Czy to właśnie była 
odpowiedź na cierpienie? Czy to był klucz od klatki? Krucha, wątła nadzieja zrodziła się w jego 
piersi.   Pełen   miłości,   uradowany,   pochylił   się,   by   ucałować   owoc   swego   ciała   i   ciała   jego 
utraconej samiczki.

P’Quee T’Miller otwarła egzotyczne, piękne oczy i spojrzała na ojca, którego nie widziała 

nigdy   wcześniej,   spojrzała   na   jego   twarz   pozbawioną   dzioba,   na   rozcięcie   jego   ust, 
zdeformowane uszy. Rozkrzyczała się i krzyczała, krzyczała, krzyczała.

Q’Linnowie znaleźli ją wkrótce potem bez obrażeń, ale w stanie naruszonej równowagi, gdy 

planowo   oblatywali   dolinę.   Oddali   P’Quee   Bwee   K’Torrowi,   jako   że   była   wynikiem   jego 
eksperymentu. Nie szukali T’Millera. Byli wolni od namiętności, a więc także od mściwości i 

background image

okrucieństwa. Stwierdzili jednak, gdzie T’Miller się znajduje. Student nauk o osobliwościach 
doniósł   (jedynie   jako   ciekawostkę),   że   kombinezon   bojowy   Jake’a   Millera   został   zabrany   z 
przechowalni, naprawiony, napełniony i wyniesiony przy pomocy dysku w zewnętrzne zimne 
powietrza   sfery,   następnie   wystrzelony   w   próżnię;   jego   światełko   sygnalizacyjne   mrugało, 
mrugało blado w czerni, zwrócone ku niewiarygodnie odległemu, gęstemu jak gwiazda centrum 
galaktyki.

Nie było wątpliwości, że wewnątrz był Honn T’Miller. Zostawił dowód na to. Na zimnej 

płycie magazynu, obok żałosnych szczątków swego ojca złożył swe piękne szaropióre skrzydła, 
własnymi niezdarnymi rękoma krwawo z ciała wydarte.

background image

Nadmiar
Foster Alan Dean

Życie ma swoje pasje. Gdyby ich nie miało, to w gruncie rzeczy nie byłoby życiem — a  

przynajmniej życiem w takim sensie, w jakim je pojmują życiowi entuzjaści.

Niejasne? Sądzę, że nie. Czy jednak w twoim  życiu  nie ma czegoś niejasnego? Czegoś, co  

jest jasne dla ciebie, ale nie dla innych.

Jeśli chodzi o mnie, to tak jest z moim stosunkiem do pisania. Nie muszę pisać dla poklasku,  

pieniędzy czy czego tam jeszcze, co mogłoby uzasadniać to zajęcie. Wszystko to mam wprawdzie  
dzięki pisaniu, ale piszę tylko po to, by pisać, i nie mógłbym żyć, gdyby mi pisać nie było wolno.  
Nie umiem tego wyjaśnić, bowiem pisanie to moje Monstrum.

Czy w twoim życiu jest jakieś Monstrum? Jeśli tak, to gratuluję.

Monstrum było całe ustami i nie miało ciała; łatwiej dawało się usłyszeć niż zobaczyć.
Joao   Acorizal   wiedział   o   nim,   choć   nie   doświadczył   go   przy   pomocy   wzroku   i   słuchu. 

Wiedział z legend i opowieści o wiele bardziej plastycznych niż zwykły obraz zmysłowy. Zbadał 
historię Monstrum, jego kaprysy i zwyczaje, humory i nastroje.

Od najdawniejszych czasów, gdy był jeszcze chłopcem na Thalii Większej i po raz pierwszy 

usłyszał o Monstrach z Dis, wiedział, że pewnego dnia zetknie się z nimi i stoczy walkę. Tak 
było mu sądzone.

Rodzice i przyjaciele wysłuchiwali jego ponurych snów na jawie i śmiali się zeń. Gdyby 

pewnego dnia udało mu się zebrać dość pieniędzy, by wyruszyć na dalekie Dis, trząsłby się ze 
strachu w obliczu Monstrum, zbyt słaby, by się z nim zmierzyć. Paru jego kolegów widziało 
wizerunki Monstrum i przekonywało go, że to zbyt trudna sprawa dla kogokolwiek z Thalii. 
Lepiej dać temu spokój i mierzyć zamiary na siły.

Kirsi była jego żoną od dwudziestu lat, a nie udało jej się sprawić, by wyrzekł się swego 

marzenia.

Jej sandały stukały na gładkich teratonowych płytkach i cichły na grubych dywanikach, gdy 

chodziła tam i z powrotem po salonie mówiąc:

— Nie rozumiem  cię, Joao. — Wymachiwała nad nim rękami, wykonując drobne, żywe 

gesty niczym owe hałaśliwe makaki, które wędrowały po gałęziach w ogrodzie za domem. — 
Całe   życie   ciężko   pracowałeś.   Ja   też.   —   Przerwała   wskazując   na   gustownie   umeblowany, 
wygodny pokój. — Nigdy nie będziemy bogaci, ale też nigdy nie pójdziemy na żebry. Żyjemy 
dobrze. Mamy dwoje wspaniałych dzieci, które są już na tyle duże, by sobie uświadomić, że mają 
stukniętego ojca. Wszystko co wypracowaliśmy, wszystko co razem wybudowaliśmy, ty chcesz 
zostawić  po to tylko,  by uczynić  zadość  jakiejś tam  dziecinnej  fantazji. — Kiwała  głową z 

background image

politowaniem, jej długie czarne włosy kłębiły się na białej perkalowej sukience. — Mężu mój 
jedyny, ja cię nie rozumiem.

Joao westchnął i odwrócił od niej wzrok spoglądając przez szerokie okno; rozciągał się z 

niego rozległy widok na plażę. Słońce wschodziło nad Atlantykiem.  Łagodne fale pękały na 
piasku niczym skorupki jajek. Słońce Thalii, nieco bardziej żółte i mniejsze niż Sol, przemieniło 
wodę w topaz. Thalia Mniejsza, planeta bliźniacza, była niewidoczna, skryta po drugiej stronie 
globu.

— Mamy pieniędzy więcej, niż nam potrzeba. Na podróż nie trzeba będzie wcale oszczędzać.
— Pieniądze? A cóż mi tam pieniądze! — Podeszła doń od tyłu, ogarnęła go ramionami i 

oparła   czoło   na   jego   plecach.   Jej   ciepło   przyprawiło   go   o   dreszcz.   Jak   wtedy,   podczas   ich 
pierwszej nocy przed dwudziestu laty.

—   Pieniądze   są   niczym,   mój   mężu.   A  ty   jesteś   wszystkim.   —   Odwróciła   go   ku   sobie, 

spojrzała mu w oczy twardo i badawczo, usiłując znaleźć klucz do tego czegoś, co go dręczyło, 
wydobyć to z niego i wyrzucić do morza. — Nie chcę, żebyś zginął, Joao.

Uśmiechnął się, ale ona tego nie dostrzegła.
— Ani ja, Kirsi.
Cofnęła się gwałtownie.
— To dlaczego tak ci się spieszy rozstać z życiem? Nie jesteś staruchem, ale nie jesteś też 

zawodowym atletą.

Pochylił się i ucałował ją delikatnie. 
Odsunęła się od niego.
— I dlatego, kochanie, muszę jechać na Dis teraz, zanim nie będzie za późno...
Kirsi i cała tamta rozmowa wydawały się teraz bardzo odległe. Joao jest wreszcie na Dis i 

wkrótce zmierzy się z Monstrum i jego krewniakami. Przez trzydzieści lat marzył o tej walce. 
Trzydzieści   lat   ćwiczeń,   doskonalenia   umiejętności,   trzydzieści   lat   marzeń   —   wszystko   to 
stawało się teraz rzeczywistością.

To znaczy — jeśli danego dnia zdobędzie się na odwagę.
Próbował przemknąć wzrokiem słoną mgłę, gdy wraz ze swymi towarzyszami szedł przez 

wilgotne skalne uroczyska. Parę karłowatych krzewów czepiało się gruntu. Morskie skorupiaki 
pełzały kryjąc się w szczelinach.

W grupie było dwudziestu czterech rywali. Osiemnastu mężczyzn i sześć kobiet, wszyscy w 

wieku od lat osiemnastu do czterdziestu dwóch. Joao był zadowolony, że nie jest najstarszy, ale 
dopiero drugi co do wieku. Stary, ale nie duchem, powtarzał sobie. I nie sercem. Sól niczym mgła 
unosiła   się   wokół   nich.   Ochrypłe   skargi   morskich   ptaków   zmieszane   z   syczącymi   głosami 
ichtiomitów przepełniały wilgotne powietrze poranka.

Ta   wędrówka   była   rytualną   częścią   walki.   Nie   dopuszczano   do   towarzystwa   w   marszu 

background image

żadnych obserwatorów, żadnych sędziów czy reporterów. Pierwsze spotkanie z Monstrum miało 
być   przeprowadzone   grupowo.   Potem   mieli   wrócić   do   punktu   zbornego   na   ostateczne 
przygotowania do pojedynczych, indywidualnych walk.

Rozmawiano przy pomocy szeptów i okrzyków, szepcząc z respektu przed przeciwnikiem, a 

zarazem   przekrzykując   regularne   porykiwania   Monstrum.   Byli   już   bardzo   blisko   krańca 
półwyspu,   a   ryk   stamtąd   dobiegający   wstrząsał   granitowym   podłożem,   wysyłając   jakby 
ostrzegawcze   drżenia   wibrujące   w   bosych   stopach   wojowników.   Nie   mogli   jeszcze   widzieć 
Monstrum, ale ono syczało ku nim spoza skał.

— Pierwszy raz?
— Co? — Joao starł wilgoć osiadłą na czole i oczach i spojrzał w stronę, skąd dobiegło 

pytanie.

— Pytałem,  czy to twój  pierwszy raz. — Człowiek, który to mówił,  był  bardzo niski i 

nadzwyczaj   muskularny.   Nie   było   to   naturalnie   umięśnione   ciało,   lecz   przysadzista,   krępa 
budowa prawdziwego siłacza. Miał jasnobłękitne oczy, a blond włosy przycięte krótko na kształt 
szczotki nadawały mu pozór wojowniczości. Jego spodenki kąpielowe były z przodu w błękitno-
czerwoną kratę, a z tyłu czerwone.

— Tak. — Joao nastąpił na krabowatego stwora bladomusztardowej barwy uzbrojonego w 

czworokątne kleszcze. Stwór cofnął się nieco, ale nie uciekł przed nim. — Jasne?

— Nie całkiem. Bo może przeszedłeś przez to, zanim umiałeś mówić. Wędrowali dalej.
— A ty ile razy? — Joao zapytał ciekawie.
— Teraz będzie trzeci. — Człowiek wyszczerzył zęby. — Trudno się zabrać, bo walki są co 

trzy lata. Byłbym czwarty raz, ale poprzednio miałem złamaną nogę.

— Nie musisz mnie ostrzegać. Czytałem o każdym tym roku przez trzydzieści lat.
—   Nie   złamałem   jej   podczas   walki   —   roześmiał   się   tamten.   —   Dwa   dni   wcześniej 

pośliznąłem się na werandzie, no i tak przepadły te trzy lata. Walkę mogłem już tylko oglądać.

Joao, choć z trudem, także się roześmiał. Przez kilka minut szli w milczeniu. Mgła od morza 

gęstniała, rozwiewana częściowo przez ostre porywy wiatru. Reszta zawodników kroczyła  w 
pobliżu.

—   Ja   jestem   Janwin.   —   Człowiek   wyciągnął   dłoń.   Joao   uścisnął   ją.   Nie   była,   jak   się 

spodziewał, pofałdowana, lecz gładka. Chwyt był mocny, kontrolowany. — Jestem tutejszy.

— Joao Acorizal, z Thalii Większej. Budowniczy, głównie domy prywatne.
— Chirurg układu krążenia, Centralny Zespół Szpitalny Dis. Bardzo mi miło. Ważną rzeczą 

jest wierzyć w siebie. Bądź czujny, patrz pod nogi i strzeż się drapieżników. Nie obawiaj się 
używać drążka równowagi, a jeśli idziesz do góry albo na dół, włącz rakiety i wydostawaj się z 
tego   cholerstwa.   Ryzykujesz   narażenie   się   sędziom,   ale   dla   martwej   miazgi   punkty   nic   nie 
znaczą. Podczas walki masz trzy szansę, ale tylko jedno życie. Nie ma co się wstydzić, kiedy 

background image

wyskoczysz. W mojej pierwszej walce miałem na czterdzieści pięć prób tylko piętnaście jazd i 
żadnej  pełnej.  Nigdy nie miałem  pełnej  i niewielu  widziałem,  którzy mieli.  — Szedł cicho, 
oceniając   Joao   doświadczonym   spojrzeniem   zawodowca.   Przed   nimi   dawał   się   słyszeć 
wstrząsający skałami ryk Monstrum. Ryk stawał się coraz bliższy.

— Masz dobre nogi, naprawdę dobre. Żadnych bólów w ciągu ostatniego półrocza? W tę 

sprawę nie można się pchać, jeśli ma się choćby najlżejsze dolegliwości.

— Wiem — potrząsnął głową Joao. — Przez trzydzieści lat przygotowywałem się sam na tę 

okazję. Nigdy nie byłem w lepszej formie.

—   Tak   ci   podpowiada   twój   umysł.   No   dobrze,   nic   już   nie   mówię.   Ja   też   nie   jestem 

żółtodziób. Doświadczenie bardzo się tu liczy. — Spojrzał przed siebie. — Prawie u celu. Na 
pewno   widziałeś   wizerunki.   W   rzeczywistości   ono   jest   trochę   inne.   Pamiętaj,   uważaj   na 
drapieżniki i spróbuj się rozluźnić.

—   To   chyba   dwie   sprzeczne   rzeczy,   ale   spróbuję.   Dzięki   za   radę.   —   Po   czym   dodał 

impulsywnie: — Jeśli ja nie wygram, to mam nadzieję, że ty.

Janwin wzruszył ramionami.
— Nigdy nie wyszedłem wyżej niż na siódme. Ale to nieważne. Ważne, że znów tu jestem. 

Zdrów   i   cały.   Pamiętaj   o   tym,   kiedy   się   tam   znajdziesz   i   będziesz   próbował   pomóc   trochę 
swojemu szczęściu. Żadne punkty nie przywrócą ci straconej ręki albo oka. — Spojrzał nieco 
niepewnie, w końcu zapytał: — Masz rodzinę? 

 Joao potwierdził. 
— Są tutaj?
— Nie. Nie pozwoliłem im przyjechać. 
Chirurg skinął głową z aprobatą.
— Słusznie. Jeśli cokolwiek się stanie, dopilnuję, by wszystko załatwiono jak należy. Ty 

zrób to samo dla mnie, choć mam tutaj przyjaciół.

—   Zgoda!   —   Joao   musiał   krzyknąć,   gdyż   znaleźli   się   na   lekkim   wzniesieniu   u   krańca 

przylądka znaczącego wierzchołek wąskiego półwyspu.

Potem   zaczęli   zwalniać,   zbijając   się   nieświadomie   w   gromadkę,   aż   wreszcie   ujrzeli 

Monstrum.

Wysoko nad głowami na bladobłękitnym niebie zasnutym oparami morza zawisły niczym 

ciemne oczy Cerber, Charon i Pluto, trzy spośród czterech wielkich księżyców krążących wokół 
planety Dis. Przy takim ugrupowaniu zajmowały dużą część porannego nieba. Słońce Dis było 
już ponad horyzontem, poniżej księżyców. One także się wznosiły, a ich wędrujące orbity dawały 
taki układ liniowy tylko raz na trzy lata. Wkrótce słońce znajdzie się poza nimi i na pewien czas 
światło dnia przybierze osobliwą, nadrealną postać.

Poniżej zaś było poruszane przez nie Monstrum.

background image

Fala przewyższała wszelką falę, jaką kiedykolwiek Joao widział; był na to przygotowany. 

Obserwował ją spokojnie, analitycznie, nawet nie zadrżał. Fala uniosła się ku niebu, pozostając 
wciąż   daleko   na   morzu.   Na   jej   grzbiecie   zaczęła   się   pojawiać   biała   piana   niczym   rząd 
połamanych zębów. Uniosła się żarłocznie ku wysokiemu przylądkowi. Zaczęła się załamywać 
na brzegu.

Pojawił się wir cofający się ku południu, a obserwujących dobiegł ryk. Był to ryk, który 

burzył krew i zagłuszał myśli. W tę jedną monstrualną, bezlitosną falę spowite były wszystkie 
mroczne sny dzieciństwa, całe przerażenie zmór tonięcia i duszenia się pod wielkim ciężarem.

A fala, załamawszy się, ciągle rosła w stronę południa; ogromna, szarozielona płachta zdusiła 

horyzont, grzmot jej wiru zagłuszył wszelkie inne dźwięki. Ze swego bezpiecznego, zasnutego 
słoną mgłą miejsca wojownicy obserwowali wir i falę, która oddalała się od nich; skulili się 
tylko, kiedy skrzydło fali uderzyło swym zielonym łbem o skałę, skraplając wszystkich wodą.

W dali, na widzialnym  przez mgłę morzu, korzystając ze szczególnego kształtu morskiego 

dna, mniejszej grawitacji na Dis i zbieżnego, wzmacniającego przypływ, działania słońca i trzech 
księżyców, wyrastało następne Monstrum.

Wojownicy   stali   rozmawiając   głośno,   by   zagłuszyć   hałas;   wszystkie   oczy   śledziły 

powierzchnię wody.

— Jakieś osiemdziesiąt stóp — powiedział w zamyśleniu Janwin. — Normalnie idzie na 

pięćdziesiąt, w czasie sztormu sześćdziesiąt do siedemdziesięciu. Takie wielkie powstają, gdy 
trzy księżyce raz na trzy lata ustawiają się w szereg i wzmacniają w ten sposób oddziaływanie. 
To może być parę interesujących dni.

Trzech zawodników skierowało się z powrotem ku drodze do rejonu zbornego. Nikt im nie 

docinał ani ich nie zganił. Pacjenci nie żartują ze zdrowych. Sędziowie spokojnie wykreślili ich z 
listy.

W przygotowaniach pomocą służyli asystenci. Acorizal odprawił swoich. Od pięciu lat nie 

rozstawał się ze swoją deską. Złamał ją kiedyś, potem naprawiał pieczołowicie własnymi rękami. 
Znał każdy cal swej deski, każdą nierówność jej powierzchni. Nie potrzebował pomocy. Zadbał 
natomiast o to, by pracować obok swego użytecznego towarzysza Janwina; baczył, kiedy Janwin 
będzie gotów, bo chciał mu zadać parę pytań.

Jeden z organizatorów zbliżył się do chirurga i zanim przeszedł do następnego, szepnął coś 

do Janwina. Janwin wysłuchał, skinął głową, potem zbliżył się do miejsca, w którym Acorizal 
sprawdzał uchwyty zwalniające na swoim pojemniku oraz upewniał się, czy zbiorniki na paliwo 
stałe są czyste i pełne.

— Jest informacja o pogodzie. Zachmurzenie małe, wiatry pięć do dziesięciu południowo-

zachodnie. Nie powinny zakłócać równowagi ani naruszać grzbietów. Jest sztorm cyklonowy 
gdzieś w pobliżu. Nie powinniśmy mieć złych wiatrów, ale wiesz, jak to jest na grzbiecie. Na 

background image

samiutkim wierzchu. — Coś błysnęło w jego oczach.

— Nigdy nie miałem okazji wyjechać na stustopową. Jeśli trafi się należyte wyniesienie, to 

lepiej schodź mi z drogi.

— Będę z tobą o nie walczył — odrzekł Acorizal z uśmiechem. Janwin odszedł na bok, a 

budowniczy wrócił do swoich przygotowań. Odsunął od siebie myśl o fali na sto stóp. Było to 
równie   niepojęte   jak   odległość   między   dwoma   gwiazdami   albo   zatoka   o   numerze   kolejnym 
miliard. Po prostu abstrakt bez odpowiednika w rzeczywistości. On sam życzył sobie tylko łatwej 
fali. Tego i jeszcze jednego: żeby przeżyć.

Jego   deska   była   zrobiona   z   żywicy   zbieranej   w   ulach   tripoksów.   Miała   piętnaście   stóp 

długości,   cztery   stopy   szerokości   i   była   na   tyle   lekka,   by   unieść   człowieka.   Podwójne 
stabilizatory z płetw rekina sterczały w dół w jednej trzeciej długości deski, druga para w pobliżu 
ciężkawej   rufy.   Nad   rufą   tkwiły   dwa   powietrzne   stabilizatory   połączone   nastawnym   płatem 
nośnym.

Do   górnej   powierzchni   deski   przymocowane   były   przyciski,   od   których   biegły   cienkie 

aluminiowe druty kontrolne przyczepione do czterech stabilizatorów i płata nośnego. Przycisków 
można było dotykać tylko stopami, dłońmi nie.

Joao podniósł swój drążek równowagi. Był on zrobiony z tego samego materiału co deska, z 

wyjątkiem ostrzy sterczących po obu jego końcach. Można go było używać do utrzymywania 
równowagi  lub  do walki  z  drapieżnikami   zamieszkującymi  być   może  wysoką  falę.   Parę ich 
gatunków żyło na Dis. Nie była dozwolona żadna broń energetyczna ani żadne przyrządy,  z 
wyjątkiem małych pojemników na paliwo stałe.

Pojemnik oznaczał ocalenie życia. Jeździec zrzucony lub taki, który stracił kontrolę nad falą, 

miał kilka możliwości. Mógł zanurkować w falę i próbować wypłynąć na jej drugą stronę. Mógł 
skulić się na kształt embriona i mieć nadzieję na wydostanie się z fali. Mógł wreszcie odpalić 
swój pojemnik przy pomocy dwóch uchwytów zwalniających i wzlecieć ponad falę, by potem 
spokojnie opaść poza nią do wody. Jeśli było to tylko możliwe, najlepiej było użyć pojemnika.

Sprawdzał   swój   mokry   kombinezon   pod   kątem   ewentualnych   przecieków.   W   jakiejś 

beznadziejnej   sytuacji   ciśnienie   lub   nacisk   o   pewnym   natężeniu   powodowały   automatyczne 
nadmuchanie ciężkiego gumowanego kombinezonu, to zaś wyrzucało jeźdźca na powierzchnię. 
Kombinezon chronił ponadto od stłuczeń i zadrapań. Nie zawsze ratował życie. Joao naciągnął na 
głowę kaptur. Tylko twarz pozostawała odsłonięta. Jego kombinezon był jasnopomarańczowy z 
czerwonym paskiem.

Ktoś klepnął go w plecy. Był to Janwin; nie uśmiechał się już teraz. Jego twarz jaśniała od 

ostrego pomarańcza kaptura.

— Gotów? Czas wyruszyć.
Acorizal skinął głową i podniósł deskę. Nie było tu już nic do roboty prócz tamtej jednej 

background image

sprawy.

Wycofała się następna zawodniczka — tym razem podczas wsiadania na ślizgacze. Siedząc 

w   osamotnieniu   na   swojej   desce   Acorizal   przyglądał   się   jej,   gdy   jego   ślizgacz   odlatywał. 
Pomachał   w jej   kierunku,  ale  nie  odpowiedziała.  Monstrum  pokonało  ją,  jak  pokonało  paru 
innych. Nie było się czego wstydzić.

Acorizal nawet nie pomyślał o wycofaniu się. W każdym razie jeszcze nie wtedy. Trzeba się 

przynajmniej choć trochę zamoczyć.

Ślizgacz utworzył szyk z dwoma innymi. Dobiegały ciągle okrzyki zgromadzonych widzów, 

którzy   zeszli   się   obserwować   przygotowania   zawodników.   Małe   statki   wykonały   zręczny 
manewr, zwracając się ku ślizgaczom, by ruszyć w ślad za nimi ku zachodowi.

Acorizal zastanawiał się, czy dziś wieczór Kirsi i dzieci, tak niewiarygodnie daleko, będą go 

oglądać.   Kirsi   powiedziała   mu   przed   odlotem,   że   w   żadnym   wypadku   nie   będzie   oglądać 
sprawozdań ani nie pozwoli na to dzieciom; Joao nie był jednak tego tak całkiem pewien.

Zwiększając  prędkość   ślizgacze  opuściły  miejsce,  w  którym  je  oglądano.   Wkrótce   skały 

wieńczące zachodnie wybrzeże największego kontynentu na Dis zmniejszyły się i oddaliły. Już 
tylko barwne plamy znaczyły miejsca na skałach, gdzie siedzieli widzowie przypominający teraz 
niewyraźne szklane koraliki.

Dołem przechodziła fala. Z góry wyglądała zupełnie inaczej niż od czoła. Biały grzbiet nie 

przypominał mu już zębów, lecz koronkę na rąbku zwiewnej, marszczącej się spódnicy. Koronka 
wyznaczała gładką linię w kierunku południowym, gdy fala łamała się zmierzając ku odległej 
Rozdartej Zatoce. Acorizal patrzył w ślad za nią, dopóki grzbiet nie zniknął za horyzontem.

Wkrótce głos silników ślizgaczy także zaczął słabnąć i mały pojazd osiadł na powierzchni. 

Tu na otwartym oceanie fale były kokonami, z których mogły się lęgnąć Monstra. Monstrum 
miało teraz zarówno tył  jak i przód, a ślizgacze usiadły na jego falującym  grzbiecie. Silniki 
zawyły, gdy pojazd osiadł na wodzie. Jeźdźcy przesunęli się z deskami ku burtom, by ulokować 
się na ciemnozielonej powierzchni.

Acorizal   poczuł   się   lepiej,   gdy   wylądował   w   wodzie.   Płynął   z   łatwością,   deskę   miał 

przymocowaną   do   łydki   linką.   Zanurkował   i   wpłynął   pod   deskę.   Nad   głębinami   woda   była 
chłodna. Wywołała wstrząs w jego otwartych oczach i rozmyła pajęczyny niepewności w jego 
mózgu.

Wszędzie   wokół   jeźdźcy   dosiadali   swoich   desek.   Jasnobarwne,   mokre   kombinezony 

wyglądały niczym confetti rozsypane po wodzie.

Acorizal  uczuł,   że   coś   unosi   go   w   górę.   Wznosił   się,   wznosił   wraz   ze   swą   deską   i 

towarzyszami dziesięć stóp, dwadzieścia, a potem łagodnie opadł w dół. Fala przeszła właśnie 
pod nimi, pełna swej mocy i zaczynającego się zagrożenia.

Nie uczuł jednak lęku, lecz wesołość. „No — pomyślał — warto było. Jeśli nawet niczego 

background image

więcej nie dokonam, nie pokonam fali, to i tak warto było przebyć  całą tę drogę, aby tylko 
poczuć to falowanie”.

Jakaś   deska,   jasna   niczym   ptasie   pióro,   zbliżyła   się   ku   niemu.   Janwin   zatrzymał   się   z 

pluskiem i spojrzał na niego.

— Oszczędzaj nogi, chłopie, wyłaź.
Acorizal wypluł słoną wodę.
— Nieźle tu jest.
— Z pewnością, ale nie trać energii. Napompowałeś sobie adrenaliny. Wyjdź na wierzch, 

odpoczywaj i pozwól jej opadać.

Acorizal zdecydował się posłuchać tej rady, z łatwością (dzięki wcześniejszym ćwiczeniom) 

wdrapał się na swoją deskę i usiadł susząc twarz w promieniach wschodzącego słońca.

— Kiedy ruszamy? — spytał. Obserwował główny ślizgacz, kołyszący się w pobliżu.
— Wyruszyliśmy już. — Janwin uśmiechnął się widząc zdziwienie Joao. — Niektórzy nie 

potrafią czekać. Dwóch ruszyło na tej ostatniej fali. — Potrząsnął głową. — Nic nie daje takie 
pchanie się na pierwszego, ale niektórym tego nie wytłumaczysz.

— Nie widziałem, jak poszli — mruknął Acorizal. — Tak szybko. Nie lepiej zaczekać na 

odpowiednią falę? 

Janwin wzruszył ramionami.
— Są tacy, jak sądzę, dla których odpowiednia fala to pierwsza fala.
— Ja poczekam. Mnie się nie śpieszy. Przebyłem długą drogę w tym celu i niech mnie diabli, 

jeśli się pośpieszę.

— Słusznie. — Janwin z aprobatą skinął głową. — Nie ma za wielu okazji. Ja także wolę 

czekać.

Mijały   godziny.   Jeźdźcy   jeden   po   drugim   startowali   znikając   na   południu.   Gdy   tylko 

zjawiało   się   to   coś   wielkiego,   białego   i   pełnego   zębów,   ogłaszał   je   strzał   ze   stanowiska 
obserwacyjnego na ślizgaczu. Doniesienia o poczynaniach jeźdźców, którzy już wystartowali, 
przekazywano pozostałym, a system akustyczny ślizgacza rozprowadzał głos i wzmacniał go.

„Meswith Brookings... cztery godziny, dwadzieścia minut. Wyskok czysty. Harklit Romm... 

trzy   godziny,   czterdzieści   pięć   minut.   Wypływ,   wyczerpanie,   poza   tym   czysto”.   Acorizal 
wiedział, że Romma ocenią wyżej niż Brookingsa za wypływ bez, użycia pojemnika.

„Erylcit al Hazram... cztery godziny, trzydzieści dwie minuty”. Nastąpiła pauza, potem głos z 

głośnika dodał miękko: „Wyskok nieudany; wykreślony. Ciała jeszcze nie odnaleziono”. Przez 
chwilę panowała cisza, potem głos monotonnie kontynuował: „El Tolst, pięć godzin, pięćdziesiąt 
sześć minut. Wypływ, płuco pęknięte, skręcenie karku, poza tym czysto. Jewel Parquella, pięć 
godzin, dziesięć minut...”

W trakcie oczekiwania wycofała się jeszcze jedna para jeźdźców; w milczeniu pomagano im 

background image

wejść na pokład głównego ślizgacza. Słońce wznosiło się coraz wyżej, a pod nim, zajmując swe 
pozycje, rozpychały się trzy księżyce. Janwin i Acorizal omawiali stan wody.

— Zwykle możemy oczekiwać dwóch typów — powiedział chirurg krytycznie obserwując 

unoszący go napływ. — Trzy wielkie fale, a po nich trzy małe. Sztorm to zmienił. Mamy teraz 
trzy wielkie, trzy małe i trzy albo cztery fale sztormowe jeszcze większe, ale bardzo rozmaitej 
wielkości. — Spojrzał na swego kompana. — Chciałbyś zapewne złapać którąś z tych ostatnich, 
ale   one   bywają   zdradliwe.   Możesz   trafić   na   falę   podwójną,   jeden   grzbiet   na   drugim,   a   to 
spowoduje szybki wyskok. Pojedziesz, ale za krótko, żeby zebrać dużo punktów.

Głos nadjeżdżającego ślizgacza przerwał ich rozmowę. Obok chirurga i Acorizala jeszcze 

dwu innych jeźdźców czekało ciągle na falę. Jeden poszedł z napływem, który przesunął się pod 
nimi w chwili, gdy ślizgacz osiadł na wodzie.

Jakaś deska pojawiła się obok ślizgacza, przedostała się na pokład, a za nią pojawił się 

jeździec.  Wspiął  się  na   burtę,  a  potem  przy  wiosłował,   aby  dołączyć  do  pozostałych  trzech 
zawodników.   Był   to   Brookings.   Chudy,   dużo   młodszy   od   Janwina   i   Acorizala.   Twarz   miał 
nabrzmiałą, ale czystą, i nie oddychał zbyt ciężko, wiosłował gładko i pewnie.

— Hej, Brookings! Wróciłeś na jeszcze jeden raz? — zapytał Janwin. 
Młodszy z mężczyzn skinął głową i spojrzał, najwidoczniej zadowolony z siebie.
— Złapałem siedemdziesiąt pięć stóp — powiedział. Odchylił się na swojej desce i rozważał: 

—   Pierwsze   parę   godzin   było   dość   łatwe.   Potem   zaczynasz   czuć   nogi.   Potem   dostajesz 
oczopląsu. Zdecydowałem się wyskoczyć, gdy stwierdziłem, że widzę podwójny ślad za sobą.

— Gładka jazda — stwierdził Janwin. — Słyszeliśmy raport o tobie. Miałeś dobrą jazdę na 

dobrej fali. Czy znaleźli już al Hazrama?

Brookings patrzył ponad nimi gdzieś ku niewidzialnemu brzegowi.
— Jeszcze nie. Obawiają się, że kombinezon mógł puścić. Powiedzieli mi, że złapał falę 

sztormową na co najmniej sto pięć stóp. Szło mu dobrze, dopóki nie zaczął szarżować. Zszedł 
zbyt nisko pod falę i zbyt blisko wiru. Wiatr z zamykającej się koleiny zwiał go z deski.

— A jego pojemnik? — zapytał Acorizal.
— Odpalił dobrze, ale był  tak nisko, że grzbiet go złapał. Nie wyczyścił  tego, i grzbiet 

załamał się na nim. Jeśli kombinezon puścił, to nigdy go nie znajdą. — Umilkł na chwilę, potem 
usiadł prosto na desce i zaczął wiosłować. Wznosili się ku niebu.

— Ta mi się podoba... no to na razie. — Potem fala uniosła go ze sobą i odpłynął.
— Lepiej ruszajmy — zauważył Acorizal. — Skoro on już drugi raz...
Janwin potrząsnął głową.
— Rywalizacja potem. Pierwsza rzecz to przeżyć. Musisz czuć się wygodnie na fali, którą 

wybierzesz, bo w przeciwnym razie możesz się natychmiast zmienić we własnego trupa.

A więc czekali dalej. Janwin ruszył w kwadrans potem. Pozostał Acorizal i ostatni jeździec. 

background image

Fale napływały i przechodziły, a oni siedzieli na swoich deskach.

Kirsi... To dobrze, że cię, tu nie ma, ale chciałbym, och jak chciałbym, żebyś była! 
Twarz rozgrzała mu się od południowego słońca.
Dwóch czekających dobiegł głos powracającego ślizgacza. Joao spojrzał z ukosa i dostrzegł 

spiczaste końce dwóch desek wystające z półek na burcie małego statku. Dwaj następni jeźdźcy 
wracają na drugą turę. Nie mógł już dłużej czekać; wkrótce będzie za późno na wymagane trzy 
jazdy. Jeszcze tylko dziś i jutro. Nie chciał dwóch jazd następnego dnia, a nawet święty nie 
próbowałby jazdy na Monstrum nocą.

I wtedy ujrzał napływ. Zarysował się wysoko nad nim za prawym ramieniem, tak zielony, że 

aż   niemal   czarny.   Ten   był   wielki,   rozległy   jak   niebo   i   wznoszący   się   niczym   pęcherz 
wydmuchiwany przez coś rozległego i cierpliwego. Lecz Joao nie był sam, a dobre wychowanie 
nakazywało zaczekać.

Spojrzał z lękiem na drugiego czekającego jeźdźca, zobaczył, że ów także dostrzegł napływ. 

Napływ zaś rósł nieustannie, zawisając nad nimi jak wznoszący się w górę statek kosmiczny. 
Acorizal zmusił się do czekania.

Nagle   tamten   jeździec   wydał   okrzyk   rozpaczy   i   zaczął   wiosłować   w   stronę   głównego 

ślizgacza, wypadając z rywalizacji o idący napływ, o dzień, o całość walk. Acorizal spojrzał na 
wschód i zaczął wiosłować szaleńczo; drążek leżał przyciśnięty jego kolanami.

Obawiał się, że odczekał zbyt długo. Przez chwilę wisiał zawieszony na grzbiecie napływu. 

Potem zaczął przesuwać się w przód coraz łatwiej i łatwiej. Przestał wiosłować, poruszał się z 
rosnącą szybkością ześlizgując się nieco w dół. Napływ stale rósł, i ogromna zielono-czarna ręka 
wynosiła Joao pod niebo. Mógł teraz dostrzec słabo zarysowaną, daleką linię skał wyznaczającą 
brzeg.

Nie   leżał   już   na   brzuchu,   ukląkł,   stale   przyspieszając.   Palce   nóg   wpierały   się   w   lekko 

elastyczną   powierzchnię   deski.   Wstał,   odgiętą   nogę   przenosząc   nieco   wstecz,   a   drugą 
przesuwając   dla   podtrzymania   równowagi.   Palce   lewej   dłoni   były   zaciśnięte   na   uchwycie 
zapłonu pojemnika.

Czuł się świetnie. Jazda była gładka i łatwa, deska reagowała na jego minimalne przesunięcia 

ciała i na dotyk palcami nóg kontrolnych przycisków. W prawej ręce trzymał mocno drążek. 
Przestał się wznosić, zawieszony wysoko pod południowym słońcem.

Potem spojrzał w dół. Jego palce, zaciśnięte jeszcze na uchwycie pojemnika, rozluźniły się, 

jakby instynkt go opuścił.

Daleko, daleko w dole rozciągała się powierzchnia wody, płaska i lśniąca w słońcu niczym 

stal. Powietrze uderzało w twarz, sól kłuła w oczy. Wiatr gwizdał. Jego umysł na chwilę zamarł 
w   obliczu   zagrożenia   spadkiem   z   wysokości   stu   stóp,   ale   dwadzieścia   lat   praktyki   przejęło 
inicjatywę i pokierowało ciałem.

background image

Potem zsuwał się wzdłuż czoła gigantycznej fali — dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści stóp. 

Wyrównał poziom odchylając ciało nieco wstecz, ale pozostając na środku deski; aby opóźnić 
upadek w przepastną otchłań, nastawił płat nośny. Stabilizatory zapewniły mu równo wagę, gdy 
początkowe cztery stopy jego deski zawisły nad próżnią i pruły powietrze.

Niewiarygodny   pęd,   jakiego   doświadczał,   był   niewysłowioną   kombinacją   nagiego 

przerażenia i czystej ekstazy. Na prawo piętrzyła się nad jego głową ruchoma zielona skała — 
tysiące ton wody poruszającej się niczym żywa istota. Po jego lewej stronie była otchłań.

Stopniowo docierał do jego świadomości stały, niezmienny ryk Monstrum; teraz ryk ten już 

nie przerażał, lecz budził raczej nabożny lęk. Joao tkwił na desce, stał się wręcz jej częścią. 
Odważył się obejrzeć wstecz.

Poza nim tony wody spadały z wysokości trzydziestu stóp nad jego głową, by rozbić się o 

cofającą się powierzchnię siedemdziesiąt stóp pod nim. Woda tworzyła szeroki szklanozielony 
tunel,   któremu   promienie   słońca   nadawały  barwę   szmaragdu.   Dął   wiatr   powstający  wskutek 
wypychania powietrza z tunelu przez załamujące się ściany. Wiatr dawał swoisty wysoki ton 
słyszalny na tle wszechobecnego grzmotu Monstrum.

Joao, wypuściwszy z ręki uchwyt zwalniający pojemnika, oburącz chwycił mocno drążek, 

regulując równowagę. Potem postanowił sprawdzić chronometr na kombinezonie.

Był na fali trzydzieści minut. Przesuwając się nieco w tył wyobraził sobie z błogością, że jest 

to przejażdżka dla samej tylko przyjemności; stale jednak spoglądał w górę na falę i jej grzbiet, 
czujny   wobec   ewentualnej   niespodzianki,   która   mogłaby   spaść   nań   i   zmiażdżyć   go.   Fala 
wprawdzie utrzymywała swój kształt z niezwykłą konsekwencją, jednakże niekiedy można było 
się zapaść ni stąd, ni zowąd; nagle wir znikał, a nieostrożny, zbyt pewny siebie jeździec zapadał 
nagle w dół, pogrzebany pod milionem ton wody.

Jednakże fala Acorizala toczyła się przed siebie niczym maszyna, a przyjazny wir za jego 

deską posuwał go naprzód.

Stopniowo jego ufność  rosła.  Pozwolił   sobie   na penetrowanie  fali   wyprowadzając   deskę 

wysoko na zieloną ścianę, by pogrążyć się potem, gdy już wydawało się pewne, że przedostał się 
poza grzbiet, w zawrotną otchłań,  spadając nieomal  na samo  dno wiru i patrząc  stamtąd  na 
płynną skałę osiemdziesięciostopowej wysokości.

Coś nagle ukazało mu się poza wirem. Zmarszczył brwi, wytężając wzrok, i skierował deskę 

na ukos w stronę zewnętrza. Potem pojawiło się tego wiele.

Mówiono mu już kiedyś o trintaliach. Fruwały teraz nad nim, ich błękitne oczy spoglądały 

ciekawie na dziwną postać, co się pośród nich pojawiła. Ich worki powietrzne były napełnione, a 
cienka, napięta, żółtoróżowa skóra przypominała papier. Miały od kilku cali do jednej stopy 
średnicy;  w strumieniu  powietrza  poprzedzającym  tunel szybowały na długich statecznikach, 
których niczym skrzydeł miały po dwa.

background image

Czasami   któraś   zanurzała   się,   by   schwytać   w   wodzie   coś   jadalnego.   Inne   wypuszczały 

powietrze ze swoich worków i znikały w ścianie fali. Jeszcze inne szybowały w górę tak wysoko, 
jak tylko pozwalała im ich własna wyporność. Wyciągnął rękę i dotknął jednej z nich. Rzuciła się 
wstecz,   odwróciła   doń   bokiem   w   powietrzu   i   patrzyła   jakby  z   wyrzutem   szeroko   otwartym 
okiem.

Sprawdził swój czas. Pięć godzin i trzydzieści pięć minut. Osiągnął jak na razie drugi czas 

dnia. Nogi mu drżały; w lewej nodze miał skurcz mięśnia. Oczy poczerwieniały od solnego pyłu, 
a usta były paradoksalnie suche z powodu braku wody.

Gdy ostrożnie wysuwał się ponad tunel, mógł dostrzec po swej lewej stronie wysoki brzeg 

kontynentu. Z przodu jak zwykle był tylko bezkresny, grzmiący łuk wody.

Postanowił sobie: jeszcze trzydzieści minut. Jeszcze trzydzieści minut i będę miał najdłuższą 

jazdę dnia. Nie mógł się jeszcze zdecydować na wyskok, chociaż w każdej chwili nogi mogły go 
zawieść, a ramiona  były  jak zwiędłe  łodygi.  Wszystko  szło przecież  tak dobrze. Fala ciągle 
jeszcze miała wielkość i siłę, a nic nie zapowiadało jej osłabnięcia. Ciekawe, dokąd one idą, 
zastanawiał się. Nie zbadał tego i nie sądził, by kiedykolwiek mógł mieć po temu możliwość. 
Czy można by na jednej objechać kontynent? Albo od bieguna do bieguna?

Jeszcze pół godziny. Pół godziny mokrego piekła i będzie mógł wyskoczyć.
Waksjale nieomal go dopadły.
Jedynie fakt, że jeden z nich uznał koniec drążka za część ciała jeźdźca, uratował Acorizala. 

Wąska, węgorzowata głowa wychyliła się ze ściany wodnej i wpiła gwałtownie zębami w metal. 
Sześć   długich   płetw   zapewniało   równowagę,   a   ciemnoczerwone   szczeliny   pod   skrzelami 
pulsowały   z   podniecenia.   Złe   oko   wielkości   dłoni   spoglądało   z   głębi   fali   na   zaskoczonego 
Acorizala.

Udało mu się jakoś utrzymać równowagę na desce; stało się to w naturalny sposób, gdy 

instynktownie odsunął się od tych cienkich, ostrych jak igły zębów.

To   go   uratowało.   Waksjal   puścił   niejadalny   drążek   i   ukąsił   powietrze   w   miejscu,   gdzie 

moment  wcześniej  znajdowały się plecy Acorizala. Przesunięcie jeźdźca wypchnęło deskę w 
górę ku wierzchołkowi fali. Grzbiet Monstrum zbliżał się z przerażającą szybkością.

Acorizal uniósł stopę i przechylił się do przodu. Na dół, cholero, zjeżdżaj na dół!
Deska zareagowała zsuwając się gwałtownie w dół. Czas był najwyższy. Acorizal prawie 

przedostał się już poza grzbiet. W najlepszym razie wyfrunąłby w powietrze po drugiej stronie 
fali, zakończywszy dobrą jazdę, a waksjale krążyłyby wokół usiłując ściągnąć go z deski. W 
najgorszym — czoło deski osiągnęłoby grzbiet, a potem on spadałby bez ratunku głową w dół, 
dopóki cały ogromny ciężar fali nie zmiażdżyłby go o powierzchnię wody w dole.

Jechał   dalej   umieszczony   pod   grzbietem   fali.   Z   tyłu   para   tępych,   zębiastych   pysków 

wieńczących  wężowate, długie na dwadzieścia stóp ciała sunęła za nim przez falę. Waksjale 

background image

uczepiły się go. Żyją w falach i nie mają problemów z równowagą.

Ukląkł trzymając w pogotowiu drążek i rozważając, jak zadawać ciosy bez utraty równowagi 

swojej i deski.

Wstrętny   łeb   wychylił   się   z   wody.   Acorizal   pochylił   się   i   machnął   w  bok   zaostrzonym 

końcem   drążka.   Drążek   natrafił   na   płaskie,   szkliste   oko,   popłynęła   krew.   Waksjal   zniknął 
natychmiast.

„Strzał w dziesiątkę”, powiedział sobie ponuro Acorizal. Był tak zmęczony, że aż trzęsły mu 

się ręce. Spoglądał w głąb zielonej ściany szukając drugiego drapieżnika. „Może ratuje tamtego”, 
pomyślał. Patrzył, dostrzegał ryby żyjące w grzbietach fal i inne stworzenia, ale po waksjalu ani 
śladu. 

I nagle potężne pchnięcie w plecy i odgłos rozdzieranego materiału.
Upadł do przodu usiłując pomimo ciężaru desperacko utrzymać równowagę na desce. Czuł 

na swoim karku te ostre jak igły, długie zęby, czuł jak przebijają twardy materiał kombinezonu i 
skórę. Krzyknął ze strachu.

Ciężar nagle znikł. Acorizal nie widział ataku waksjala ani jego ucieczki; waksjal jednakże 

nie wracał.

W czym nie było nic dziwnego, jeśli pojemnik tkwił mu w gardle.
Acorizal, leżąc na desce, trzymał słabo drążek jedną drżącą dłonią, a drugą obmacywał plecy. 

Pojemnik przepadł bezpowrotnie, potężnymi szczękami wyrwany ze sprzączek na kombinezonie. 
Oszalałym wzrokiem przewiercał wodę wokół łodzi, lecz stwór nie pokazał się ponownie. Po 
chwili pojedynczo i parami powróciły trintalie; uznał ich obecność za dobry znak.

Nie   mógł   już   odróżnić   poszczególnych   ran   i   okaleczeń.   Jego   ciało   było   jedną   wielką 

boleścią, którą czuł, śledząc falę. Bez pojemnika łatwy wyskok nie był już możliwy. Mógł się 
wznieść na grzbiet fali i próbować przejść przezeń gładko na drugą stronę; mógł też zanurkować 
w   ścianę,   płynąć   jak   szalony,   a   potem   nadąć   swój   kombinezon,   tak   by   utrzymać   się   na 
powierzchni... gorzej, jeśli waksjal przebił komorę powietrzną kombinezonu.

Jeśli nie wybierze którejś z tych możliwości, prawdopodobnie utonie. Chyba że wcześniej 

zmiażdży go fala.

Był pewien jednego: nie może zawrócić. Jego nogi zawędrowały już zbyt daleko. Wypuścił z 

dłoni   drążek   i   objął   deskę   rękami,   nie   dbając   o   to,   czy   jakiś   przepływający   pod   spodem 
drapieżnik nie zechce zrobić sobie posiłku z jego ściskających deskę palców.

Miał   dobrą   jazdę,   jedną   z   najlepszych   tego   dnia.   Jego   znękane   mięśnie   będą   musiały 

utrzymać go na desce, dopóki ktoś na brzegu nie dostrzeże jego sytuacji i nie wyśle mu na pomoc 
ślizgacza.

„Boże święty, niech to nastąpi jak najszybciej, bo siły mnie już opuściły zupełnie!”
Postanowił czuwać. Gdyby zasnął, wszystko skończyłoby się w parę sekund. Gdyby ciężar 

background image

jego ciała przesunął się w tył, deska weszłaby w grzebień, a on sam spadłby z wysokości stu stóp. 
To przynajmniej nastąpiłoby szybko. Nie byłoby tonięcia. Ot, jedno szybkie uderzenie potężnego 
ciężaru, a potem utrata świadomości i śmierć.

Wzdrygnął się cały i przesunął ku przodowi deski. Miał rojenia na jawie; tymczasem wzniósł 

się o jakieś dziesięć stóp ku grzbietowi. Na pół odrętwiały skierował deskę na powrót w dół, ku 
bezpiecznej, środkowej strefie fali. Dźwięczny odgłos wiru cierpliwie posuwał się tuż-tuż za nim.

„Boże — myślał — ależ jestem zmęczony. Niech się to już skończy. Zrobiłem to, po co 

przyjechałem,   zrobiłem   nawet   więcej.   Teraz   chcę,   żeby   się   skończyło.   Gdzie,   u   diabła,   jest 
ślizgacz ratunkowy? Czy nie widzą, że jestem w skrajnym niebezpieczeństwie?”

Wiedział, że musi coś przedsięwziąć. Nie mógł już dłużej utrzymać się na desce, a co dopiero 

właściwie nią kierować. Umysł i ciało były wyczerpane. Tylko czysty, tępy upór pozwalał mu tak 
długo trzymać się jakoś.

Nurkowanie w falę było teraz wykluczone. Nie miał już na tyle sił, by płynąć, a co dopiero 

przeprowadzać swe ciało przez ścianę wody. Pozostało więo. przedostać się przez grzbiet.

Zaczął kierować deskę ku górze. Obmacywał gładki bok mokrego kombinezonu, aż natrafił 

na   przycisk   uruchamiający   nadymanie.   Gdy   przedrze   się   przez   grzbiet,   napełni   kombinezon 
powietrzem,   mając   przy  tym   nadzieję,   że   ślizgacz   weźmie   go,   nim   nadejdzie   następna   fala. 
Spodziewał  się, że zachowa na tyle  przytomności,  by nadymanie  kombinezonu  rozpocząć  w 
odpowiednim momencie.

Świat jawił się jego pokrytym solą oczom jako jedna wielka mokra plama. Niebo i woda 

zlały się w jedno. Czy był  już na grzbiecie?  Jeśli  będzie czekał  zbyt  długo, dostanie się w 
strumień wodospadu.

I wtedy biel przetoczyła  się nad nim. Zakaszlał słabo. Fala nie czekała na jego decyzję. 

Przypomniał   sobie   przestrogę   Janwina   dotyczącą   niezdecydowanych   poczynań   na   falach 
sztormowych.

Łuk fali zniknął doznając jednego bezkresnego załamania, gdy fala straciła nagle swój kształt 

i zapadła się nad głową Acorizala.

Było ciemno i mokro, a deska przepadła. Z umysłem na pół przytomnym nacisnął przycisk 

nadymania z boku kombinezonu wiedząc, iż sprawi to tylko tyle, że fala będzie najpierw wynosić 
go   ku   powierzchni,   a   potem   tłuc   nim   o   piaszczyste   dno.   W   każdym   razie   będą   mogli 
przynajmniej odnaleźć ciało.

Przepraszam, Kirsi. Żegnaj.
Znalazł się znów na powierzchni, frunąc w powietrzu, gdzie jego ręce i nogi nie mogły 

kierować   ruchem.   Za   wcześnie.   Za   wcześnie!   Zwinął   się   włączając   napełnianie   worka 
nabrzusznego.

Zbliżało się doń dwóch ludzi. Dziwne. Drugą, jeszcze większą niespodzianką było to, że nie 

background image

płynęli.   Po  prostu  szli   przez   płytką   wodę.  Zdumiony  Acorizal   próbował   spojrzeć   piekącymi 
oczyma. Chciał krzyknąć, ale jego usta nie były sprawniejsze niż umysł. Wydało mu się, że 
słyszy wołanie tych ludzi.

Potem powietrze uszło z kombinezonu i znów znalazł się w wodzie. Tym razem jednak nie 

podtrzymywała go słona woda, lecz ramiona dwóch mężczyzn. Podnosili go, ale on nie miał sił, 
by ustać.

— Co...? — Język i szczęki zawiodły. — Co...? Jeden z mężczyzn, młody i wysoki, patrzył 

na niego z mieszaniną podziwu i uwielbienia.

— Nie wiesz?
— Nic... nie wiem — wymamrotał Acorizal kaszląc.
— To Rozdarta Zatoka. Tu fale kończą bieg, jeźdźcze. — Człowiek wypowiedział te ostatnie 

słowa z emfazą. — Przejechałeś na tej fali całą drogę. Całą.

— Ile... miała, gdy przeszedłem? 
— Ach, to? Myśleliśmy wszyscy, że to był numer dla sędziów na ostatnią chwilę jazdy. A 

nie był?

— Do diabła z sędziami. Żaden... numer. Ile miała?
— Jakieś dziesięć stóp — powiedział drugi mężczyzna, podtrzymujący Acorizala za prawe 

ramię, które było przewieszone przez plecy mężczyzny. — Przetoczyłeś się.— Zrobił gest dłonią 
i skinął przy tym głową. — Twoja deska jest bezpieczna, leży tam na plaży.

— Dziesięć stóp — skrzywił się Acorizal. Znajoma twarz czekała, by go pozdrowić, gdy 

dowlekli się na płyciznę. Oglądała troskliwie Acorizala, gdy jeździec został ułożony na brzegu na 
materacu. Powietrze wypełniły okrzyki, które umysłowi Acorizala jawiły się jako pijane parodie 
rzeczywistej mowy. Mieszały się z napomnieniami organizatorów powstrzymujących w zatoce 
rozhisteryzowany tłum.

— Hej, Joao — powiedział Janwin badając puls przyjaciela. 
— Jak się masz?
Przez warstwę soli Acorizal spojrzał na kompana.
— Przeżuty — wydyszał cicho. — Przeżuty i wypluty jak stara guma do żucia. — Dostrzegł 

bandaż na głowie chirurga i temblak na jego unieruchomionym lewym ramieniu. Zadał wzrokiem 
pytanie.

—   Ach,   to?   —   uśmiechnął   się   Janwin   poruszając   zabandażowanym   ramieniem.   — 

Wszedłem w komin, próbowałem wypłynąć. Za późno na użycie pojemnika. Zerwanie wiązadła 
barku.   Obawiam   się,   że   to   koniec   mojej   jazdy  w  tym   roku.   Co  u   diabła   stało   się  z   twoim 
pojemnikiem?

— Waksjal — wyjaśnił Acorizal. Dusił się przez chwilę, zanim mógł mówić dalej. — Chciał 

mnie zjeść. Mam nadzieję, że się udławi. Jak długo byłem? Coś źle widzę.

background image

— Osiem godzin i pięć minut. Mówiono mi, że ostatnią godzinę spędziłeś przyklejony do 

deski. Straciłeś stabilizator. Zamocowują go teraz.

— To miło.
— Pierwsza pełna jazda w ciągu ostatnich dwunastu lat — kontynuował z podziwem Janwin. 

— Z wyjątkiem Nuotuan w dwudziestym czwartym, ale ona zmarła, zanim do niej dotarli. Ty 
żyjesz.

— Nie, wcale nie żyję.
Janwin powiedział z wahaniem:
— Sądzę, że powinienem pozwolić ci wypocząć, ale... muszę się dowiedzieć. — Nachylił się 

bardziej, chroniąc się przed ciekawością sprawozdawców. — Jak było?

Lecz Acorizal był na wpół przytomny.
Dostał punkty za jazdę na tunelu. Za walkę z waksjalami. Za styl i za czas. Brookings miał 

lepszy czas łączny, ale mniej punktów za styl. Na podstawie jednej tylko jazdy Acorizal został 
ogłoszony zwycięzcą. Powiedziano mu o tym dwa dni później, gdy odzyskał przytomność.

Jeden  z   sędziów   honorowych,   gwiazda   mediów   z  Terry,   przybył,   by  wręczyć   trofeum   i 

nagrodę pieniężną.  Sprawozdawcy stłoczyli  się wokół człowieka,  który nigdy nie przepłynął 
więcej niż sto jardów. Człowiek był bardzo wysoki i przystojny. Niezły aktor. Miał głos pełny i 
głęboki, dobry do konferansjerki i prezentacji.

Nie  można było natomiast znaleźć Acorizala. Nie było go ani w pokoju hotelowym,  ani 

nigdzie   w   mieście   Rozdarta   Zatoka.   Szukano   go   na   plaży,   spodziewając   się,   że   kąpie   się 
otoczony zachwyconymi spojrzeniami swoich wielbicieli, ale i tam go nie było.

Znaleziono  natomiast Janwina, który pracował nad deską, pomagając młodemu jeźdźcowi 

ustawić nowe stabilizatory.

—   Jestem   zajęty,   a   wieczorem   muszę   wracać   do   szpitala   —   powiedział   chirurg   grupie 

zaniepokojonych sprawozdawców i organizatorów.

— Powiedz nam tylko, czy wiesz, gdzie on jest?
— Noo... tak, wiem, gdzie.
Gwiazda mediów wyglądała na bardzo strapioną.
—   Jestem   tu   na   kontrakcie.   —   Sprawdził   swój   zdobiony   kamieniami   chronometr.   — 

Poczekam jeszcze na niego dziesięć minut, a potem będę musiał łapać wahadłowiec do mojego 
statku.

— Więc go nie spotkasz — powiedział Janwin.
—   Gdzież,   u   diabła,   on   jest?   —   dziwił   się   jeden   z   najbardziej   poirytowanych   gości 

honorowych, człowiek, który miał dużo pieniędzy i niewiele poza tym.

Janwin potrząsnął głową:
— A gdzie, jak sądzisz, może być? — Wskazał w kierunku północnym. — Wziął ślizgacz i 

background image

załogę.

— Wariat — mruknął tamten. — Nie chce trofeum i pieniędzy?
— Sądzę, że chce — powiedział chirurg w zadumie. — Ale powiedział mi, że musi jutro 

wracać do domu. Myślę, że z wdzięcznością przyjmie nagrodę i czek.

Lecz najpierw musi złapać jeszcze jedną falę...

background image

Wiatry przemian
Asimov Isaac

Miłości! Po cóż nam myślą przewiercać 
Ten Marny Rzeczy Wszelkich Plan;
Czyliż nie lepiej zniszczyć go i zburzyć, 
I przebudować wedle pragnień serca?
powiada Omar Khayyam; jednakże rozważając pragnienie serca, musimy zapytać: „Czyjego  

serca?”

Na tej naszej Ziemi jest ponad cztery miliardy serc i zapewne cztery miliardy pragnień, ale  

bez wątpienia żadne z tych pragnień nie pasuje do żadnego spośród serc prócz tego jedynego,  
którego jest własnością. Być może bezpieczniej przystać na to, co jest.

Jonasz   Dinsmore   wszedł   do   sali   prezydialnej   w   Klubie   Wydziałowym   w   sposób   dlań. 

charakterystyczny.  Wszedł   mianowicie   tak,  jakby  chciał  dać   wyraz   temu,   że  znajduje  się  w 
miejscu,   do   którego   wprawdzie   przynależy,   lecz   w   którym   go   nie   akceptują.   Przynależność 
objawiała się pewnością, z jaką hałaśliwie, zamaszyście i niedbale stawiał kroki. Brak akceptacji 
sugerowały jego szybkie spojrzenia z lewa na prawo, jakie rzucał przy wejściu, jakby zliczając 
obecnych tam wrogów.

Był docentem fizyki. Nie lubiano go.
W   pokoju   znajdowały   się   jeszcze   dwie   osoby   i   Dinsmore   mógł   spokojnie   nazwać   ich 

wrogami nie narażając się na zarzut paranoi. Jedną z osób był Horacy Adams, podeszły wiekiem 
szef   wydziału,   który   nie   dokonawszy   w   życiu   ani   jednej   godnej   uwagi   rzeczy,   cieszył   się 
jednakże   głębokim   szacunkiem   za   swe   liczne   dokonania   niegodne   uwagi,   lecz   doskonale 
poprawne. Drugim był Kari Muller, którego praca na temat Wielkiej Teorii Zunifikowanego Pola 
umieściła go wśród kandydatów do Nobla (prawdopodobnie, jak uważał) i do stanowiska rektora 
uniwersytetu (na pewno, jak sądził). Trudno byłoby rzec, którą z tych ewentualności Dinsmore 
znajdował bardziej niesmaczną. Można uczciwie stwierdzić, że nie cierpiał Mullera.

Dinsmore usiadł w rogu starej i marnej kanapy, jako że dwa wygodne krzesła zajmowali 

tamci. Dinsmore uśmiechnął się. Uśmiechał się często, choć jego twarz nie robiła przez to ani 
wrażenia   przyjaznej,   ani   zadowolonej.   Choć   w   jego   uśmiechu   nie   było   nic,   co   nie   byłoby 
normalnym wygięciem kącików ust, ci ku którym kierował ten grymas, niezmiennie doznawali 
wrażenia chłodu. Jego okrągła twarz, rzadkie, lecz pieczołowicie zaczesane włosy, jego pełne 
wargi powinny były wydawać się jowialne przy takim uśmiechu. A jednak nie.

Adams poruszył  się w sposób zdradzający nagły spazm irytacji,  jaki przemknął  po jego 

długiej, nowoangielskiej twarzy. Muller, o prawie czarnych włosach i nie pasujących do tego 

background image

błękitnych oczach, wydawał się obojętny.

Dinsmore powiedział:
— Wiem, panowie, że przeszkadzam, ale nie miałem wyboru. Rada Zarządu prosiła mnie, 

abym był obecny. Być może wyda się to wam posunięciem okrutnym. Jestem pewien, Muller, że 
lada moment nadejdzie z zarządu informacja o powołaniu cię na rektora. Wydaje  się rzeczą 
właściwą, by sławny profesor Adams, twój mentor i patron, wiedział o tym. Po co jednak, no 
powiedz, Muller, mieliby zachowywać taki przywilej dla mnie, który jestem twoim skromnym, 
zawsze gorszym rywalem?

Podejrzewam, że pierwszym twoim posunięciem rektorskim, Muller, będzie oznajmienie mi, 

że byłoby bezwzględnie lepiej, gdybym poszukał sobie gdzieś jakiejś posady, bo umowa ze mną 
nie   zostanie   przedłużona  na   następny  rok  akademicki.  Wygodnie   byłoby  przyprzeć  mnie  do 
muru, abym nie opóźniał sprawy. Będzie to niezbyt przyjemne, ale skuteczne.

Wyglądacie   na   zakłopotanych.   Może   jestem   niesprawiedliwy.   Moje   natychmiastowe 

zwolnienie nie przyszło ci zapewne do głowy. Może chciałeś zaczekać do jutra. Może to zarząd 
będzie szybszy i zechce mieć mnie na sumieniu? Nieważne. W każdym przypadku okaże się, że 
ty zostałeś, a mnie nie ma. I być może wygląda to sprawiedliwie. Szanowany szef wielkiego 
wydziału dożywający zmierzchu  swej kariery i jego błyskotliwy  protege,  którego myślenie i 
którego   posługiwanie   się   matematyką   jest   niezrównane   —   oto   ich   głowy   przygotowane   do 
uwieńczenia laurem. Gdy tymczasem ja, bez poważania i honoru...

Skoro   tak,   to   proszę   uprzejmie   pozwolić   mi   mówić   i   proszę   mi   nie   przerywać.   Mam 

przeczucie, że wiadomość, na którą czekamy, nie nadejdzie w ciągu paru minut. Może w ciągu 
godziny. Takie mam przeczucie. Zarząd zechce potrzymać nas nieco w niepewności. To jest ich 
chwila, ich moment chwały. A ponieważ musi to trochę potrwać, życzę sobie mówić przez ten 
czas.

Niektórym   skazańcom   zapewnia   się   przed   egzekucją   ostatni   posiłek,   innym   ostatniego 

papierosa.   Mnie   —   parę   ostatnich   słów.   Nie   muszą   panowie   słuchać   ani   nawet   udawać 
zainteresowania.

Dziękuję. Profesorze Adams, pana spojrzenie pełne rezygnacji uznaję za znak przyzwolenia. 

Lekki uśmiech profesora Mullera, pogardliwy, powiedzmy sobie, również mnie zadowala.

Wiem, że panowie mnie nie potępią za to, iż życzłem sobie zmiany sytuacji. W jaki sposób? 

Trafne   pytanie.   Nie   chodziło   mi   o   zmianę   mojego   charakteru   i   osobowości.   Może   są   one 
niezadowalające,   ale   przecież   moje   własne.   Nie   chciałem   także   zmieniać   politycznej 
skuteczności Adamsa ani błyskotliwości Mullera, bo cóż by sprawiły takie zmiany prócz tego, że 
Adams i Muller nie byliby już Adamsem i Mullerem. A ja chciałem, żeby nimi byli, ale żeby 
skutki tego faktu uległy zmianie. Gdyby można  było  cofnąć się w czasie, to jaka niewielka 
zmiana w przeszłości dałaby dużą i pożądaną zmianę dziś?

background image

Oto czego tu potrzeba. Podróży w czasie!
Ach, ten twój uśmieszek, Muller. To jak zaczątek warknięcia. Podróż w czasie! Pocieszne! 

Niemożliwe!

Niemożliwe nie tylko w tym sensie, że stan techniki jest nieodpowiedni dla takiego celu; 

niemożliwe   także   w   sensie   głębszym,   mianowicie   w   tym,   że   stan   ten   nigdy   nie   będzie 
odpowiedni. Podróż w czasie, w sensie wędrówki wstecz po to, by zmieniać rzeczywistość, jest 
nie tylko niemożliwa dziś technologicznie, ale i niemożliwa teoretycznie.

Nie, proszę się nie podrywać z miejsc. Muller, usiądź i rozluźnij się. Zapewne, według ciebie 

to niemożliwe Może jednak istnieją wyjątki, a ja mógłbym być jednym z nich. Dlaczego właśnie 
ja? Kto to wie. Nie uważam się za mądrzejszego od was, ale co to ma do rzeczy?

Wnioskujmy przez analogię. Rozważmy: Dziesiątki tysięcy lat temu istoty ludzkie uczyły się 

porozumiewać   —   stopniowo,   krok   po   kroku,   bądź   to   wspólnym   wysiłkiem,   bądź   za 
pośrednictwem paru bystrzejszych jednostek. Wynaleziono mowę, a drobne modulacje dźwięków 
wyposażono w abstrakcyjne znaczenia.

Od tysięcy lat każda normalna istota ludzka potrafi się porozumiewać, ale ile z nich potrafi 

przekazać opowieść w najwyższym stopniu doskonale? Szekspir, Tołstoj, Dickens, Hugo — jest 
ich   ledwo   garstka   w   porównaniu   z   resztą   ludzkości   —   potrafią,   używając   tych   modulacji 
dźwięków, grać na strunach serc i osiągać wysoką subtelność. A przecież używają tych samych 
dźwięków co i my.

Jestem gotów przyjąć, że współczynnik inteligencji jest u Mullera wyższy niż u Szekspira 

czy Tołstoja. Znajomość języka Muller musi mieć równie dobrą jak każdy z żyjących pisarzy, 
podobnie jest z rozumieniem znaczeń. Niemniej jednak Muller nie umiałby tak zestawić ze sobą 
słów i uzyskać takiego efektu, jaki uzyskiwał Szekspir. Czymże więc jest to, co potrafią Szekspir 
i Tołstoj, a nie, potrafią ani Muller, ani Adams, ani ja? Jaką mądrością dysponują, mądrością, 
której my nie potrafimy zgłębić? Wy nie wiecie i ja nie wiem. Co gorsza, oni też nie wiedzą. 
Szekspir w żaden sposób nie mógłby pouczyć ani was, ani nikogo, jak pisać tak jak on. Nie 
wiedział — on po prostu umiał.

A   teraz   rozważmy   świadomość   czasu.   Na   tyle,   na   ile   możemy   się   domyślać,   spośród 

wszelkich form żywych tylko istoty ludzkie potrafią dostrzec znaczenie czasu. Wszystkie inne 
gatunki żyją tylko  w teraźniejszości; mogą mieć  mętne  wspomnienia,  niejasne i ograniczone 
przewidywania — ale z pewnością tylko ludzie naprawdę rozumieją przeszłość, teraźniejszość i 
przyszłość i mogą się zastanawiać nad ich rolą i znaczeniem, zdumiewać się upływaniem czasu i 
tym, jak unosi on nas ze sobą, a także rozważać ewentualność odwrócenia biegu tego strumienia.

Kiedy to się stało? Jak do tego doszło? Kto był pierwszym człowiekiem — albo antropoidem 

— który nagle pojął, jak rzeka czasu niesie go z mrocznej przeszłości w mroczną przyszłość, i 
który zaczął się zastanawiać, czy to już tak musi być czy też może rzekę można by zawrócić?

background image

Ten bieg nie jest niezmienny. Czas niekiedy nas wyprzedza, godziny stają się minutami — a 

innym razem wlecze się niemożliwie. W trakcie snu, w stanach transowych, w wyniku działania 
narkotyku czas zmienia swe własności.

Chcesz coś powiedzieć, Adams. Nie musisz się trudzić. Chcesz stwierdzić, że te zmiany są 

wyłącznie psychologiczne. Zgoda, ale czy istnieje coś jeszcze poza tym co psychologiczne?

Czy istnieje czas fizyczny? Jeśli tak, to czym on jest? Jest tym, czym go uczynimy. To my 

projektujemy   przyrządy.   M   y   interpretujemy   pomiary.   My   tworzymy   teorie,   a   potem   je 
interpretujemy. Czas przestał być dla nas absolutem, uzależniliśmy go od prędkości światła i 
orzekliśmy, że równoczesność jest niedefiniowalna.

Z twojej teorii, Muller, wynika, że czas jest całkowicie subiektywny.  Teoretycznie rzecz 

biorąc,  ktoś  rozumiejący  naturę   strumienia  czasu   może,   jeśli   ma  odpowiednio   wiele   talentu, 
poruszać się w sposób niezależny w obu kierunkach lub stać w nim bez ruchu. Podobnie ktoś 
znający   litery   może,   jeśli   ma   odpowiednio   wiele   talentu,   napisać  Króla   Leara.  Jeśli   ma 
odpowiednio wiele talentu.

A   może   ja   go   mam?   Może   ja   mógłbym   być   Szekspirem   strumienia   czasu?   No   dalej, 

zabawmy   się.   W   każdej   chwili   może   nadejść   wiadomość   od   Rady   Zarządu   i   będę   musiał 
przestać.  Na razie  niech  mi  jednak  będzie  wolno  trajkotać dalej.  To niczemu  nie  służy.  No 
proszę, na pewno nie zauważyliście, że odkąd zacząłem mówić, minął kwadrans.

Zatem   wyobraźmy   sobie,   że   mógłbym   zastosować   teorię   Mullera   i   odnaleźć   w   sobie 

osobliwą zdolność wykorzystania jej, podobnie jak Homer korzystał ze słów. Co uczyniłbym z 
takim darem? Mógłbym wędrować wstecz przez czas jak własny cień i obserwować z zewnątrz 
zdarzenia i epoki po to, by zatrzymać się tu czy tam i dokonać zmian.

O tak, podczas podróży byłbym poza strumieniem czasu. Twoja teoria, Muller, właściwie 

zinterpretowana wcale nie wymaga, by podczas podróży przez czas, czy to wstecz, czy w przód, 
trzeba było wędrować środkiem nurtu, potykając się w trakcie wędrówki o zdarzenia i powalając 
je. To rzeczywiście byłoby teoretycznie niemożliwe. Możliwe jest natomiast pozostawanie na 
zewnątrz; wślizgiwanie się i wyślizgiwanie wedle uznania — oto do czego potrzeba talentu.

Przypuśćmy więc, że ja tego właśnie dokonałem: wśliznąłem się i dokonałem zmiany. Jedna 

zmiana pociągnie drugą — a ta jeszcze następną... Czas zostanie wprowadzony w nowe łożysko, 
którym popłynie wijąc się i wzbijając pianę, tak iż w bardzo krótkim czasie...

Nie, to nie jest właściwe wyrażenie. „Czas, w bardzo krótkim czasie”. To tak, jakbyśmy 

wyobrażali  sobie jakiś absolutny,  ale czasowościowy układ odniesienia,  w którym  nasz czas 
miałby być mierzony. To tak jakby nasza podstawa czasowa płynęła zanurzona w jakimś innym, 
głębszym czasie. Przyznaję, że trudno mi to wyrazić, ale sądzę, że mnie rozumiecie.

Jakąkolwiek zmiana jakiegoś zdarzenia spowoduje po... no, po chwili, że wszystko zmieni 

się nie do poznania. Gdybym jednak stworzył na swoje miejsce kogoś bardziej inteligentnego, 

background image

bardziej wrażliwego, kogoś, komu lepiej by się wiodło, ten ktoś nie będzie już mną.

Ani ciebie, Adams, ani ciebie, Muller, także nie chciałbym zmieniać. Już to mówiłem. Nie 

chciałbym   triumfować   nad   Mullerem   mniej   pomysłowym   i   mniej   błyskotliwym   ani   nad 
Adamsem   mniej   sprytnym   i   mniej   zręcznym   w   budowaniu   sobie   imponującego   gmachu 
poszanowania.   Chciałbym   zwyciężyć   was  takimi,   jakimi   jesteście,   nie   zaś   pokonywać   istoty 
bardziej marne.

No więc... tak, pragnę właśnie zatriumfować.
No, już, już. Wykonujecie takie gesty, jakbym powiedział coś niegodnego. Czyżby odczucie 

triumfu było wam tak obce? Czyż człowieczeństwo tak w was zamarło, że nie poszukujecie już 
honorów, zwycięstw, sławy, nagród? Czy mam przyjąć, że profesor Adams nie dba o swą długą 
listę   publikacji,   o   cały   szereg   tytułów   honorowych,   o   liczne   medale   i   odznaczenia,   o   swe 
stanowisko szefa jednego z najbardziej prestiżowych wydziałów fizyki na świecie?

A czy ty, Adams, chciałbyś mieć to wszystko, gdyby nikt nie miał o tym wiedzieć, gdyby 

zostało to wymazane z kart historii i byłoby tylko tajemnicą twoją i Wszechmocnego? Głupie 
pytanie. Oczywiście nie oczekuję odpowiedzi, skoro wszyscy ją znamy.

Nie muszę już zawracać wam głowy taką samą sprawą co do ewentualnej Nagrody Nobla dla 

Mullera   i   (co   wydaje   się   niemal   pewne)   stanowiska   rektora   uniwersytetu   —   naszego 
uniwersytetu.

Czymże jest to, czego w tym wszystkim pragniecie — zakładając, że pragniecie nie tylko 

rzeczy jako takich, lecz i powszechnej wiedzy o waszym ich posiadaniu? Pragniecie triumfu, to 
jasne!  Zwycięstwa   nad  rywalami   jako  abstrakcyjną   grupą,   zwycięstwa   nad   swoimi   bliźnimi. 
Chcecie robić coś, czego inni nie potrafią, chcecie sprawiać, by inni wiedzieli, że dokonaliście 
czegoś, czego oni nie potrafią, tak by potem musieli patrzeć na was ze świadomością tej swojej 
wiedzy, z zazdrością i wymuszonym podziwem.

Czy mam być szlachetniejszy od was? Niech mi będzie wolno chcieć, czego wy chcecie, 

cierpieć głód zwycięstw, który i wam doskwiera. Dlaczego nie miałbym pragnąć poszanowania, 
wielkiej nagrody, wspaniałej pozycji, jaka przed wami stoi? Czy nie mógłbym mieć tego zamiast 
was? Wydrzeć wam to w momencie, gdy jest przez was osiągane? Chlubić się czymś takim nie 
jest dla mnie bardziej hańbiące niż dla was.

No tak, ale wy zasługujecie na to wszystko, a ja nie. Oto istotny moment. A gdybym mógł w 

taki   sposób   pokierować   strumieniem   i   zawartością   czasu,   by   spowodować,   że   to   ja   będę 
zasługiwał, a wy nie?

Wyobraźmy sobie taką oto sytuację: ja będę ciągle sobą, a wy dwaj sobą. Wy będziecie warci 

nie mniej niż dotąd, a ja nie więcej — to jest ten warunek, jaki sobie postawiłem; po prostu nikt z 
nas się nie  zmieni  — a mimo  to ja będę zasługiwał,  a wy nie. Chcę was pokonać, inaczej 
mówiąc, takimi, jacy jesteście, nie zaś zwyciężać podlejsze substytuty.

background image

W pewien sposób składam wam daninę, nieprawdaż? Widać po waszych  minach, że tak 

sądzicie. Czujecie zapewne coś w rodzaju pogardliwej dumy. Cóż, to miernik, jakim mierzy się 
zwycięstwo. Cieszy was zgarnianie zasług, których ja pożądam — zwłaszcza gdy to pożądanie 
musi pozostać nie zaspokojone.

Nie potępiam was za takie uczucia. Na waszym miejscu czułbym to samo.
Czy jednak pożądanie musi pozostać nie zaspokojone? Przemyślmy to...
Przypuśćmy, że miałbym cofnąć się w czasie o jakieś dwadzieścia pięć lat. Ładna liczba, całe 

ćwierć   wieku.   Ty,   Adams,   będziesz   miał   teraz   czterdziestkę.   Właśnie   tu   przyjechałeś   jako 
profesor po okresie pracy w Case Institute. Pracujesz nad diamagnetykami, ale twoja nigdzie nie 
odnotowana próba zrobienia czegoś z hipochromitem bizmutu była klęską raczej zabawną.

Na   Boga,   Adams,   nie   bądź   taki   zdziwiony.   Znam   twoje   sprawy   zawodowe   aż   po 

najdrobniejsze szczegóły...

Co do ciebie, Muller, to masz teraz lat dwadzieścia sześć i właśnie produkujesz fascynującą 

pracę   doktorską   z   ogólnej   teorii   względności,   pracę,   która   dziś   wydaje   się   znacznie   mniej 
zadowalająca niż na to wyglądało wówczas. Gdyby ją zinterpretować poprawnie, okazałoby się, 
że antycypuje ona większość późniejszych wniosków Hawkinsa, jak sam o tym dobrze wiesz. 
Nie zinterpretowałeś jej wówczas należycie, a fakt ten skutecznie udało ci się ukryć.

Obawiam się, Muller, że w interpretacji nie jesteś dobry. Nie zinterpretowałeś należycie ani 

swojej własnej rozprawy doktorskiej, ani twojej wielkiej teorii pola. Być może, Muller, to także 
żadna hańba. Nieumiejętność interpretowania to zjawisko powszechne. Nie możemy wszyscy 
mieć   zmysłu   interpretacji,   a   zdolności   do   wyprowadzania   luźnych   wniosków   nie   muszą 
występować   w   umysłach,   które   mają   talent   do   pojęciowej   precyzji.   Ja   umiem   to   pierwsze, 
drugiego zaś nie. Czemu więc u ciebie nie mogłoby być na odwrót?

Gdybyś ty tylko, Muller, mógł być twórcą twych wspaniałych pomysłów i pozostawiać mi je 

do dyspozycji, to ja wyprowadzałbym równie wspaniałe wnioski. Cóż za zespół byśmy stworzyli, 
ty i ja. No, ale ty byś mnie nie zechciał. Nie skarżę się, bo i ja bym ciebie nie chciał.

No,   wszystko   to   są   drobiazgi.   W   żadnym   razie   nie   mógłbym   ci   zaszkodzić,   Adams, 

docinkami o twoim głupim operowaniu solami bizmutu. W końcu przecież udało ci się — choć z 
trudem — dostrzec swój błąd, zanim został zabalsamowany na stronicach uczonego czasopisma 
— jeśli przepuściliby go recenzenci. Ja zaś nie byłbym w stanie sprowadzić chmur na twoje 
bezchmurne niebo, Muller, wykazując, że nie wywiodłeś ze swoich koncepcji tego, co można 
było wywieść. Mogłoby to nawet zostać uznane za dowód twej wybitności: tyle pomysłów masz 
w głowie, że nawet ty sam nie jesteś w stanie wydobyć ich konsekwencji.

Jeśli więc to nie zadziała, to co? Jak we właściwy sposób zmienić bieg sprawy? Na szczęście 

mogłem badać sytuację przez długość czegoś, co moja świadomość nazwałaby latami, choć czas 
fizyczny nie płynął i stąd nie było żadnych zdarzeń. Dokonywały się moje procesy myślowe, ale 

background image

fizyczny metabolizm nie.

Znowu   się   uśmiechacie.   Nie,   nie   wiem,   jak   to   jest   możliwe.   Zapewne,   nasze   procesy 

myślowe stanowią część przemian metabolicznych. Mogę tylko przypuszczać, że na zewnątrz 
strumienia czasu procesy myślowe nie są procesami myślowymi w sensie fizycznym, ale czymś 
ekwiwalentnym.

A jeśli badam pewien moment czasu poszukując zmiany, która ma dokonać tego, o co mi 

chodzi, to jak mam to uczynić? Czy mogę dokonać zmiany, przesunąć się w czasie, zbadać skutki 
i jeśli mi nie odpowiadają, cofnąć się, anulować zmianę i próbować innej? Czy jeśli dokonam 
tego   pięćdziesiąt,   tysiąc   razy,   to   znajdę   tę   właściwą   zmianę?   Ilości   zmian,   gdy   każda   ma 
niezliczone konsekwencje, a każda z tych konsekwencji również niezliczone konsekwencje, nie 
można   ani  wyliczyć,  ani  sobie  wyobrazić.  Jak  więc  mam  znaleźć  poszukiwaną  przeze   mnie 
zmianę?

A jednak umiem ją znaleźć. Nauczyłem się tego, ale nie umiałbym wam wyjaśnić, jak się 

nauczyłem ani co robiłem po nauczeniu się. Czy to trudne? Cóż, tylu rzeczy się uczymy.

Stoimy,   chodzimy,   biegamy,   skaczemy   —   choć   z   natury   znajdujemy   się   w   pozycji 

przechylonej. Jesteśmy w stanie najwyższej nierównowagi. Utrzymujemy się w pozycji stojącej 
tylko dlatego, że wielkie mięśnie naszych nóg i torsu zawsze lekko się kurczą ciągnąc to tu, to 
tam jak u cyrkowca, który balansuje, trzymając kij na końcu nosa.

Fizycznie jest to uciążliwe. Dlatego stanie wyczerpuje nas i wolimy po chwili usiąść. Dlatego 

też  stanie na baczność przez nazbyt  długi  okres prowadzi do upadku. Niemniej  poza takimi 
skrajnymi sytuacjami potrafimy stać wcale nieźle i nawet sobie nie uświadamiamy, że stoimy. 
Możemy stać, chodzić, biegać, skakać, ruszać i przystawać przez cały dzień i nie upaść czy 
choćby tylko utracić pewność ruchów. No a teraz spróbujmy komuś, kto nigdy nie próbował tego 
robić, opisać, jak ma postępować. Nie da się.

Inny   przykład.   Umiemy   mówić.   Potrafimy   napinać   i   kurczyć   mięśnie   języka,   warg, 

policzków i podniebienia w trakcie gwałtownych i nierytmicznych zmian tworzących potrzebną 
nam   modulację   brzmień.   W   dzieciństwie   trudno   było   się   tego   nauczyć,   ale   gdy   się   już 
nauczyliśmy, potrafimy wytwarzać tuziny słów na minutę bez angażowania świadomości. No i 
jak to robimy? Jakie wytwarzamy zmiany, by powiedzieć: „Jak to robimy?” Opiszmy te zmiany 
komuś, kto nigdy nie mówił, tak by mógł wypowiadać słowa! Nie da się tego zrobić.

My natomiast możemy wydawać dźwięki. I to bez wysiłku.
Mając dość czasu... nie wiem nawet, jak ująć ten okres, o który mi chodzi. To nie czas; 

nazwijmy to „trwaniem”. Mając wystarczająco dużo trwania, ale bez upływu czasu, nauczyłem 
się   korygować   rzeczywistość   w   pożądanym   kierunku.   Było   to   najpierw   niczym   gaworzenie 
dziecka, ale stopniowo nauczyłem się wyłapywać i wybierać pośród bełkotu, tak by tworzyć 
słowa. Nauczyłem się wybierać.

background image

Było   to   ryzykowne,   rzecz   jasna.   W   trakcie   nauki   mogłem   przecież   zrobić   coś 

nieodwracalnego,   a   przynajmniej   coś,   co   w   konsekwencji   wymagałoby   zmian,   jakich   nie 
mógłbym przeprowadzić. Udało się. Być może to było najpomyślniejszą sprawą z wszystkiego.

Sprawą, która zaczęła mnie cieszyć. Było to jak malowanie obrazu, jak tworzenie rzeźby. A 

nawet   więcej:   modelowanie   nowej   rzeczywistości.   Rzeczywistości   co   do   zasadniczych 
elementów tożsamej  z naszą. Ja sam pozostałem tym,  kim byłem.  Adams  pozostał na wieki 
Adamsem, Muller samą istotą Mullera. Uniwersytet uniwersytetem, nauka nauką.

No   więc   cóż,   nic   się   nie   zmieniło?   Ale...   wydaje   mi   się,   że   przestaliście   uważać.   Nie 

wierzycie mi już i jeśli się nie mylę, wszystko to, co mówię, napełnia was niesmakiem. Wydaje 
się wam, że puściłem wodze fantazji i zacząłem zachowywać się tak, jakby podróż w czasie była 
realna  i  jakbym  faktycznie  dokonał  tego, co  mi  się  marzyło.  Wybaczcie.  Traktujmy to  jako 
wyobrażanie sobie, fantazjowanie na temat, co mógłbym był zrobić, gdyby podróż w czasie była 
realna i gdybym faktycznie był do niej zdolny.

Czy w takim przypadku — w mojej wyobraźni — zmieniłoby się coś czy nie? Musiałoby się 

coś zmienić: zaszłaby przemiana, która pozostawiłaby Adamsa Adamsem, choć nie nadającym 
się na szefa wydziału. Mullera Mullerem, choć bez szans na stanowisko rektora i bez wielkiej 
nadziei na Nagrodę Nobla.

A   ja   musiałbym   pozostać   sobą,   nielubianym,   niezbyt   zdolnym   i   nietwórczym   —   ale 

obdarzonym własnościami, które pozwoliłyby właśnie mnie zostać rektorem

Nie   dotyczyłoby   to   kwalifikacji   naukowych,   musiałoby   być   czymś   spoza   nauki,   czymś 

haniebnym i brudnym, co by was, wspaniałych dżentelmenów, zdyskwalifikowało.

Och,   doprawdy.   Nie   zasłużyłem   sobie   na   te   spojrzenia   pełne   pogardy   i   zarazem 

samozadowolenia. Jesteście, jak sądzę, pewni, że nie zrobilibyście nic hańbiącego i brudnego? 
Skąd   ta   pewność?   Każdy   z   nas   popadłby,   gdyby   tylko   nadarzyła   się   okazja,   w...   jak   to 
nazwiemy... w grzech? Któż z nas pozostanie bezgrzeszny, jeśli tylko trafi się należyta pokusa? 
Któż z na jest bez grzechu?

No myślcie, myślcie — czy wasze dusze naprawdę są czyste? Czy nigdy nie uczyniliście nic 

złego? Nigdy nie byliście na krawędzi otchłani piekielnej? A jeśli nie, to czy nie był to rezultat 
raczej okoliczności niż waszej siły moralnej? A gdyby ktoś dokładnie zbadał wszystkie wasze 
uczynki, odnotował szczęśliwe okoliczności, które was zabezpieczały, i usunął choćby jedną z 
nich, to czy nie popadlibyście wówczas w zło?

Oczywiście, żyjąc otwarcie w plugastwie i brudzie, tak iż ludzie odwróciliby się od was z 

pogardą i niesmakiem, nie udałoby się wam uzyskać takiego poważania. Przepadlibyście dużo 
wcześniej, a ja nie musiałbym wstępować po waszych zhańbionych ciałach, bo nie byłoby was 
tutaj w tej postaci stopni moich schodów.

Widzicie więc, jakie to złożone?

background image

Jednakże rzecz jest jeszcze bardziej frapująca. Gdybym cofnął się w czasie i stwierdził, że 

rozwiązanie nie jest skomplikowane i że jednym pociągnięciem mógłbym osiągnąć cel, miałbym 
wprawdzie z tego przyjemność, ale nie byłoby to tak ekscytujące intelektualnie.

Gdybym  podczas gry w szachy dał komuś szewskiego mata w trzech ruchach, byłoby to 

zwycięstwo gorsze niż klęska. Grałbym z bezwartościowym przeciwnikiem i byłaby to dla mnie 
hańba.

Nie.   Satysfakcjonujące   zwycięstwo   to   takie,   które   osiąga   się   powoli,   nie   bez   cierpienia, 

wydzierając je stawiającemu  opór przeciwnikowi  — zwycięstwo, które zda się nieosiągalne, 
które rodzi w nas takie znużenie, takie zmęczenie, jak najgorsza klęska — ale takie, że gdy dyszę 
i sapię krańcowo wyczerpany, jest ono flagą w mojej ręce, moim trofeum.

Trwanie,   jakie   upłynęło   mi   na   grze   z   materiałem   najbardziej   opornym   z   możliwych,   z 

rzeczywistością, wypełniała trudność, jaką sam sobie wynalazłem. Uparcie dążyłem do celu, ale 
cel  ten chciałem  osiągnąć tak,  jak to sobie postanowiłem,  odrzucając wszystko,  co nie było 
dokładnie tym, o co mi chodziło. Drobną niedokładność uznawałem za całkowite niepowodzenie, 
prawie dobry wynik odrzucałem jako żaden wynik. Na mojej tarczy była tylko dziesiątka i nic 
więcej.

I nawet gdybym wygrał, zwycięstwo byłoby tak subtelne, że nie dowiedzielibyście się o nim, 

dopóki bym go wam dokładnie nie wytłumaczył. Aż do końca nie wiedzielibyście, że wasze 
życie przybrało zły obrót. Oto co...

Ale   zaraz,   pominąłem   coś.   Tak   bardzo   się   skupiłem   na   podkreślaniu   mojego   zamiaru 

pozostawienia nas, uniwersytetu i nauki niezmienionymi, że nie wyjaśniłem, jakie inne rzeczy 
mogą ulec zmianie. Nie miało być  zmian w zakresie stosunków społecznych, politycznych  i 
ekonomicznych, a także w stosunkach międzynarodowych. Któż by się zresztą zajmował takimi 
rzeczami? Przynajmniej nie my trzej.

Oto cud nauki i naukowców, nieprawdaż? Jakież ma dla nas znaczenie, kogo wybieramy w 

naszych kochanych Stanach Zjednoczonych albo jak głosowano w ONZ, albo czy na giełdzie 
jakaś akcja zwyżkuje lub spada, albo czy nieustanny kontredans narodów odbywa się wedle tego 
czy tamtego wzoru? Dopóki istnieje nauka, obowiązują prawa natury i trwa gra, w którą gramy, a 
podstawa, na której toczy się nasza gra, jest nieistotnym migotaniem światła i cienia.

Być  może,  Muller, nie czujesz tego tak wyraźnie.  Wiem,  że w swoim czasie  czułeś się 

częścią społeczeństwa i ogłaszałeś swoje poglądy na taki czy inny temat. W mniejszym stopniu 
robiłeś to i ty, Adams. Obaj mieliście szlachetne poglądy na temat ludzkości. Ziemi i różnorakich 
abstraktów. Ileż z tego jednakże było powierzchowną wazeliną, skoro w głębi, tak naprawdę w 
głębi, niewiele was to obchodziło — dopóki mogliście wysiadywać swoje naukowe pomysły...

Różnimy się pod jednym istotnym względem. Dopóki pracuję w fizyce, nie obchodzi mnie, 

co   stanie   się   z   ludzkością,   i   mówię   to   otwarcie.   Uważają   mnie   za   cynika   pozbawionego 

background image

wrażliwości. Wy dwaj jesteście obojętni skrycie. Do mojego cynizmu i nieczułości dodajecie 
hipokryzję, która zakrywa wprawdzie wasze grzechy, lecz po jej ujawnieniu czyni je jeszcze 
większymi.

No, nie ma co przeczyć. Badając wasze życie, odkryłem na wasz temat tyle, ile sami wiecie, 

a nawet więcej, jako że widzę jasno wasze grzeszki, a wy je ukrywacie  nawet  przed wami 
samymi.  Najzabawniejszą rzeczą w hipokryzji jest to, że gdy ostatecznie  zapanuje, to i sam 
hipokryta staje się jej ofiarą. Jest on własną, główną ofiarą, jako że gdy hipokryta ukazuje się 
światu, to naturalną koleją rzeczy wydaje się samemu sobie — i to z pełnym przekonaniem — 
niewinnym świętoszkiem.

Nie mówię tego, żeby was oczerniać. Mówię to po to, by wam wyjaśnić, że gdybym uznał za 

konieczne zmienić świat tak, by zachować nas w niezmienionej postaci, ale na szczycie umieścić 
siebie, a nie was, to nie spotkałbym się z waszym protestem. To znaczy, w kwestii świata.

Byłoby wam obojętne, czy górą są republikanie,  czy demokraci  i że ruch feministyczny 

rozkwita, a sport zawodowy upada; byłoby wam obojętne, jaki panuje obecnie styl w modzie i w 
meblarstwie, w dziedzinie muzyki lub sztuki komediowej. Cóż by was to obchodziło?

Nic.
W gruncie rzeczy mniej niż nic, bo gdyby świat się zmienił, stałby się nową rzeczywistością, 

ale  byłby  tą  rzeczywistością   —  jeśli  brać   pod  uwagę  ludzi  w  niej   żyjących   —  tą   jedyną  z 
podręczników historii, rzeczywistością, która była rzeczywista przez te dwadzieścia pięć lat.

Gdybyście mi uwierzyli, uznając, że to, co mówię, nie jest li tylko fantazjowaniem, to i tak 

wasza sytuacja byłaby beznadziejna. Nie pójdziecie przecież do kogoś z przedstawicieli władz ze 
skargą, że to wszystko nie tak miało być i że pewien łajdak odmienił rzeczywistość. Uznali by 
was tylko za umysłowo chorych. Któż by uwierzył, że rzeczywistość nie jest rzeczywistością, 
skoro stanowi ona osnowę i tkaninę, która przędła się przez całe te dwadzieścia pięć lat w sposób 
tak niewiarygodnie złożony, i skoro każdy pamięta wzór i żyje tkając go?

Wy jednakże nie wierzycie mi. Nie macie odwagi uwierzyć, że nie są to tylko spekulacje na 

temat cofania się w przeszłość, na temat badania życia was obu, na temat pracy nad stworzeniem 
nowej rzeczywistości, w której pozostajemy niezmienieni, choć świat, niestety, ulega zmianie. Ja 
jednak   dokonałem   tego.   Dokonałem   tego   wszystkiego.   I   tylko   ja   mam   w   pamięci   obie 
rzeczywistości,   bo   to   ja   byłem   poza   czasem,   gdy   realizowała   się   przemiana,   i   to   ja   ją 
przeprowadziłem.

Ale   wy   mi   ciągle   nie   wierzycie.   Brak   wam   odwagi,   by   mi   uwierzyć,   bo   czujecie,   że 

musielibyście uznać się wtedy za obłąkanych. Czyż mogłem odmienić ten tutaj dobrze znany 
świat? Niemożliwe.

Jeśli założyć, że to zrobiłem, to czymże był ten świat, zanim zacząłem nim manipulować? 

Powiem wam — był chaosem! Był pełen dowolności! Sami ludzie byli prawem dla siebie! W 

background image

pewnym sensie jestem zadowolony, że go zmieniłem. Teraz mamy rząd. Kraj jest rządzony. Nasi 
władcy mają poglądy, a ich poglądy są narzucane. Nieźle!

Jednakże, panowie, w tamtym byłym świecie, w tamtej starej rzeczywistości, której nikt nie 

może znać ani postrzegać, wy dwaj stanowiliście o sobie, walcząc o dowolność i anarchię. Tam 
nie było to przestępstwem. Stara rzeczywistość wielu ludziom bardzo się podobała.

W nowej rzeczywistości pozostawiłem was nie zmienionych. Pozostaliście bojownikami o 

dowolność   i   anarchię,   a   to   w   obecnej   rzeczywistości   jest   przestępstwem   —   w   jedynej 
rzeczywistości,   jaką   znacie.   Zadbałem,   byście   mogli   to   ukryć.   Nikt   nie   wiedział   o   waszych 
przestępstwach i mogliście osiągnąć swój obecny status. Ja jednak znałem prawdę i możliwość 
jej ujawnienia i — we właściwym momencie — ujawniłem ją.

No, zdaje się, że teraz po raz pierwszy maluje się na waszych twarzach coś, co nie wygląda 

na   objaw   pełnej   znużenia   tolerancji,   objaw   lekceważenia,   rozbawienia   czy   rozdrażnienia. 
Czyżbym wyczuwał coś jakby przestrach? Wiecie, o czym mówię, prawda?

No   proszę,   myślcie!   Kto   należał   do   Ligi   Wolności   Konstytucyjnych?   Kto   pomagał 

rozpowszechniać Manifest Wolnej Myśli? Niektórzy sądzili, że było to z waszej strony bardzo 
odważne i szlachetne. Podziemie bardzo was aprobowało. Tak, tak, wiecie, kogo mam na myśli 
mówiąc o podziemiu. Nie działacie już na tym polu. Wasze pozycje są zbyt eksponowane i macie 
zbyt   wiele   do   stracenia.   Dysponujecie   już   stanowiskami   i   władzą,   ale   jest   jeszcze   coś   do 
zdobycia. Po co ryzykować to wszystko dla czegoś, czego ludzie nie chcą?

Nosicie swoje krzyżyki i należycie do Panteonu. Mój krzyżyk jest jednakże większy, a ja 

jestem   jeszcze   bardziej   boski,   bo   nie   wydałem   waszych   uczynków.   Co   więcej,   panowie, 
otrzymałem zaliczkę za doniesienie na was.

Ze   to   zawstydzające?   Skandaliczne?   Donosicielstwo?   Wcale   nie.   Zostanę   nagrodzony. 

Przeraziła   mnie   hipokryzja   moich   kolegów,   zniesmaczyła   i   przyprawiła   o   mdłości   ich 
wywrotowa   przeszłość.   Pomyślałem,   że   mogliby   teraz   spiskować   przeciw   najlepszemu, 
najszlachetniejszemu   i   najbardziej   boskiemu   społeczeństwu,   jakie   kiedykolwiek   zaistniało   na 
Ziemi.   W   rezultacie   zwróciłem   na   to   wszystko   uwagę   obyczajnych   ludzi,   którzy   pomagają 
kierować tym społeczeństwem w imię trzeźwości myśli i pokory ducha.

Podejmą oni walkę ze złem, które w was tkwi, i będą się starali zbawić wasze dusze, by 

uczynić was prawdziwymi dziećmi Ducha. W trakcie tego procesu wasze ciała doznają pewnej 
szkody, ale cóż, trudno. Będą to koszta nieistotne w porównaniu z wielkim wiekuistym dobrem, 
jakie wam zapewnią. A ja zostanę nagrodzony za umożliwienie tego wszystkiego.

Sądzę, że teraz jesteście, panowie, naprawdę przerażeni, bo wiadomość, na którą wszyscy 

czekamy, oto właśnie nadchodzi; rozumiecie teraz, dlaczego proszono mnie, bym pozostał tu z 
wami. Rektorat otrzymuję ja, a moja interpretacja teorii Mullera sprawi — wobec hańby tegoż — 
że w podręcznikach teoria ta będzie nazywana teorią Dinsmore’a i że może mi ona przynieść 

background image

Nobla. Co do was...

Zza drzwi dobiegł odgłos zbliżających się kroków i okrzyk: „Stać!”
Drzwi   otwarły   się   gwałtownie.   Do   pokoju   wkroczył   mężczyzna;   spokojny   szary   ubiór, 

szeroki biały kołnierz,. wysoki wygięty kapelusz i wielki krzyż z brązu dowodziły, że jest to 
kapitan straszliwego Legionu Obyczajności.

Mężczyzna nosowym głosem powiedział:
—   Horacy   Adams,   w   imieniu   Boga   i   Kongregacji   aresztuję   pana   za   sztuki   diabelskie   i 

czarnoksięstwo. Kari Muller, w imieniu Boga i Kongregacji aresztuję pana za sztuki diabelskie i 
czarnoksięstwo.

Krótki, szybki gest jego dłoni. Dwaj oficerowie legioniści zbliżyli się do fizyków w niemym 

przerażeniu   siedzących   w   fotelach,   rzucili   ich   na   kolana,   założyli   kajdanki   i   wykonawszy 
najpierw gest pokory wobec świętego  symbolu,  zerwali  im małe  krzyżyki  przypięte  do klap 
garniturów.

Kapitan zwrócił się do Dinsmore’a:
— Świątobliwy panie. Proszono mnie o przekazanie wiadomości od Rady Zarządu.
— Świątobliwy kapitanie — powiedział uroczyście Dinsmore, dotykając palcami swojego 

krzyżyka. — Radują mnie słowa, jakie przekazują mi ci boscy mężowie.

Wiedział, co zawierała wiadomość.
Jako nowy rektor uniwersytetu mógł, jeśli zechciał, złagodzić karę oczekującą tamtych dwu. 

Jego triumf byłby i tak wystarczający.

Mógł to zrobić, o ile byłoby to bezpieczne.
Lecz w objęciach Moralnej Większości, musiał o tym pamiętać, nikt nigdy nie był naprawdę 

bezpieczny.

background image

Harfiarz
Hensley Joe L.

Henry Wadsworfh Longfellow twierdził: „muzyka to uniwersalny język ludzkości”.
Czy naprawdę? W mieście, w którym żyję, słyszałem nieraz muzykę nastolatków — grzmiącą  

z   głośników   w   parku,   huczącą   z   adapterów   w   domach   sąsiadów,   skrzeczącą   z   ogromnych  
tranzystorów przewieszonych przez ramię. Być może jest to uniwersalny język ludzkości; jeśli tak,  
to jestem dziwnie niemy.

A ujmując rzecz szerzej — czy muzyka mogłaby być uniwersalnym językiem istot nie tylko  

ludzkich? Jak w to coraz bardziej nie wątpić? A może Longfellow miał jednak rację...

Czytajmy więc!

P.n.e.: Po zdarzeniu u wejścia byli nadal trójcą, ale Zewnętrzny,  by ratować pozostałych 

dwu,   musiał   się   skurczyć   i   częściowo   spłonął.   Starszy   i   Młodszy   szukali   Zewnętrznego. 
Poszukiwania były długie i lata mijały, a oni ciągle śpiewali i szukali.

A.D.: Tego roku Kędzior miał sześć lat i wędrując dnem wyschłego strumienia znalazł obok 

szałasu kamień o dziwnym kształcie. Umiał już wtedy zagrać ze słuchu, ale od tego momentu stał 
się w tym jeszcze lepszy. I odnalazł drogę swego życia.

Pod koniec lat siedemdziesiątych bar Mike’a znajdował się w wiosce w okręgu węglowym 

stanu Kentucky. Wioska była na tyle duża, że mógł w niej funkcjonować bar, sklep, dwa kościoły 
i sala zebrań. Bar zarabiał głównie na pokrytych pyłem górnikach i w dzień wypłaty nie było to 
miejsce   zbyt   eleganckie.   Na   zewnątrz   stały   ławy   z   drewnianych   bali,   wnętrze   było   słabo 
oświetlone i stale panowała w nim wilgoć.

Kędzior, człowiek w wózku inwalidzkim, wieczorami grał w barze na gitarze elektrycznej i 

śpiewał. Czasami, jak w soboty, musiał podkręcać wzmacniacz, by go tłum w ogóle słyszał, w 
inne zaś wieczory zapadała cisza, gdy grał, bo ciągle jeszcze był w tym dobry. Niekiedy śpiewał i 
wtedy przyłączali się do śpiewu. Lecz głównie grał. Jego dłonie poruszały się normalnie, stopy w 
ogóle nie. Miał talent. Mógł grać na wszystkim, do czego przyłożył swe zwinne palce: na banjo, 
na skrzypcach. Wsłuchiwał się w swoją grę, zapominał o nogach. czasem nawet o stojącym przed 
nim drinku, cały zatopiony w muzyce. Miał pięćdziesiąt pięć lat i po jego włosach pozostało już 
niemal tylko wspomnienie, stąd przezwisko Kędzior brzmiało teraz jak żart. Twarz pod resztką 
włosów   przypominała   nieustannie   zdziwioną   twarz   klowna,   jak   gdyby   wstrząśnięta 
rozpoznaniem, co też to życie zrobiło z człowieka. Był chudy i pił niesłychanie dużo. Niekiedy, 
późnym wieczorem, był tak zalany, że grał już tylko instynktownie. Czasem bywał potem chory z 
przepicia i nie mógł grać dobrze. To zaś powiększało jego dolegliwości i pił, by zapomnieć o 
własnej marności. Błędne koło. Nie miał już innego celu w życiu prócz muzyki: grać ją, słuchać 

background image

jej. Nie miał przyjaciół prócz tych jednorazowych, poznawanych wieczorami. W dzień spał po 
pijaństwie. Tylko wieczory pełne były życia.

Kędzior urodził się w tym okręgu węglowym i wędrował ku niemu na powrót, w ciemnym 

kraju dzieciństwa, kraju indiańskich widm, zabobonów i dziecię cych marzeń, w krwawym kraju 
ponurych facetów, bijatyk i rewolwerów szukając miejsca, gdzie by mógł żyć, pić i w końcu 
umrzeć. Czasem powracały doń okruchy wspomnień z dzieciństwa; gdy grał na swej pierwszej 
gitarze, przypominała mu się chuda, suchotnicza matka, ojciec, który zmarł młodo na raka płuc, 
bezduszni krewni, którzy odsunęli go na bok jak nie chciany przedmiot. To kraj sam, nie zaś 
postarzała rodzina, przywołał go na powrót w te strony. Było w duszy Kędziora jakieś niejasne 
poczucie, że umrzeć powinien właśnie tu, w kraju węgla.

Kędzior wiedział już co nieco o Hickamie, zanim ten zjawił się w barze, by go obejrzeć; to 

co wiedział, ograniczało się do jakichś tam historyjek, niewiele tego. Hickam był  farmerem, 
handlarzem, który wzbogacił się na sprytnie prowadzonym handlu, oszukując stale tw sposób 
bezceremonialny i bezwzględny. Ci, którzy w ogóle o nim rozmawiali, twierdzili, że Hickam jest 
dziwny.   Mieszkał   w  dawnej   posiadłości   starego   Turnera.   Powiadali,   że   sprowadził   tam   całe 
ciężarówki sprzętu — ale nie po to, by kopać. Górnicy mówili niejasno, że „coś tam robi” w 
rejonie   pieczar   i   pagórków,   coś   co   nie   ma   nic   wspólnego   z   węglem.   Pagórki   były   ostatnią 
namacalną pozostałością po Indianach, którzy zanim jeszcze gwiazda rozbłysła nad Betlejem, 
stworzyli tu społeczność nie gorszą od dzisiejszych państw.

Wiadomo było, że Hickam przekopywał pagórki, penetrował jaskinie. Cokolwiek by robił, 

żaden z owych twardych górników nie ośmieliłby się zbliżyć, aby się przekonać, co on właściwie 
robi. Posiadłość Turnera miała zawsze złą sławę. Kędzior pamiętał to z dzieciństwa. Nikt tam nie 
chadzał.

Hickam wszedł z hałasem do baru w czasie jednego z lepszych wieczorów Kędziora, gdy 

uczucia przebiegały wyraziście od głowy do rąk, gdy dźwięki gitary były muzyką więcej niż 
dobrą. Hickam siedział w najciemniejszym kącie pokoju, słuchał i patrzał, zamiast piwa pijąc 
Jacka Daniela z coca-colą — jak większość górników. Kędzior widział, jak Hickam śpiewem i 
nuceniem wtóruje muzyce. Ten zaś przesłał przez Jonce’a, czarnego barmana-właściciela, parę 
Jacków   na   podium.   Kędzior   pokiwał   głową   na   znak   podziękowania.   Bar   wokół   Hickama 
wydawał   się   mieć   w   sobie   coś   niepokojącego,   ale   nikt   na   to   nie   zwracał   uwagi.   Kędzior 
pomyślał, że Hickam może jednak narobić wiele kłopotu.

Hickam wrócił po paru dniach, w sobotę, gdy w barze nie było tłoczno.
Jonce zbliżył się do Kędziora podczas przerwy w grze.
— Stary, Hickam chce z tobą mówić — powiedział; spojrzenie miał zagadkowe. — Chce ci 

postawić drinka i pogadać z tobą. Przeturlam ci wózek.

Kędzior był uprzejmy.

background image

— Jasne, Jonce. Czego on chce?
—   Pogadaj   z   nim   —   zarządził   Jonce.   —   To   co   on   mówi,   jest   dla   mnie   okay.   Jest 

właścicielem tego budynku. Więc bądź dla niego miły.

Gdy Jonce przetoczył jego wózek do stolika Hickama, Kędzior mógł stwierdzić, że Hickam 

jest młodszy, niż przypuszczał; ogromny facet najwyżej nieco po czterdziestce, z ramionami jak 
słupy.   Jedyną   budzącą   życzliwość   częścią   brutalnej   twarzy   były   czarne,   nieco   wyłupiaste   i 
przenikliwe oczy. Hickam wziął na spytki Kędziora i ten czuł się jak owad pod mikroskopem.

— Cholernie dobrze grasz, Kędzior — powiedział Hickam. — Mogę ci postawić drinka?
— Jasne, panie Hickam.
Hickam skinął na Jonce’a, a ten przybiegł natychmiast.
— Skąd wziąłeś tę ostatnią piosenkę? — spytał Hickam.
— To wariacje, jakie mi przyszły do głowy. Winters.  Drozd. Ale to nie to co oryginał. — 

Hickam   przypominał   Kędziorowi   sierżanta   artylerii,   którego   kiedyś   znał,   a   który   zginął, 
zostawiwszy swe kości w Korei.

— Słyszałem, że dawniej byłeś sławny? — zapytał ciekawie Hickam. — Byłeś w Nashville. 

Robiłeś wielkie nagrania.

Kędzior   potwierdził   obojętnie.   Owszem,   był   sławny  w   branży.   Nie  był   pierwszy,   ale   w 

każdym razie w czołówce. Wydawało się to teraz bardzo odległe w czasie.

— Jonce mi mówił, że zdrowo oberwałeś w Korei. Kędzior znów potwierdził. Historia była 

ogólnie znana. Poniżej pępka działały w nim tylko  wnętrzności. Pewne rzeczy,  które w nim 
funkcjonowały, przestały funkcjonować na zawsze. Karen opuściła go przed dziesięcioma laty, 
bo pił. Zabierać się na powrót do tych spraw w wieku pięćdziesięciu pięciu lat, to kłopot wielki, a 
korzyści małe. Kobiety zdawały się uważać, że robią mu łaskę, gdy mu się czasem udawało.

— Może miałbym coś dla ciebie — powiedział Hickam, przysuwając się bliżej. Wskazał na 

podium, gdzie leżała srebrna gitara i gdzie stał wzmacniacz i kolumny. — Jak głośno możesz 
podkręcić tę cholerę?

— Na tyle, żeby przepędzić stąd ludzi — powiedział zaciekawiony teraz Kędzior. — Na tyle 

delikatnie, żeby ich tu zwabić — dodał.

— Dobra. Świetnie. Potrzebuję takiej mocy. Zostaw śpiewanie. Chciałbym cię wynająć na 

kilka dni, może nawet na tydzień.

— Robię tu co wieczór z wyjątkiem niedziel. W niedziele mamy zamknięte. 
Hickam uśmiechnął się.
— Więc  w niedzielę  może  być  pierwszy wieczór.  Obgadałem sprawę z panem Joncem; 

możesz nie grać w barze tak długo, jak długo będziesz mi potrzebny. Zapłaciłem mu. Tobie też 
będę płacił niezły grosz i jeszcze potem coś dołożę. — Wyciągnął rękę i nakrył dłonią dłoń 
Kędziora.

background image

Kędzior cofnął dłoń, ale Hickam tylko wyszczerzył zęby w uśmiechu.
— Nie interesuje mnie sprawa, panie Hickam — powiedział Kędzior, czując niechęć do 

faceta. — Niepotrzebne mi inne miejsce, wystarczy mi to tutaj.

— Jedno moje słowo, a możesz stracić tu robotę — powiedział dobitnie Hickam.
Kędzior   wzruszył   ramionami.   Są   inne   miejsca.   Muzyki   jest   dość.   Zawsze   się   znajdzie 

miejsce, gdzie będzie można grać.

Hickam patrzył na niego ze zmarszczonymi brwiami.
—   Mógłbym   ci   zapłacić   dużo   więcej,   niż   zarobisz   w   tej   knajpie.   Drinki,   napiwki   i 

wyżywienie to wszystko, co tu możesz załapać. Ja wiem.

Kędzior utkwił wzrok w swych bezwładnych nogach i potrząsnął głową.
— Forsa to nie wszystko. Ja tu mam, czego mi potrzeba.
— A może ty się boisz — powiedział Hickam prowokująco. — Żyjesz w tym wózku i masz 

stracha. — Rozejrzał się podejrzliwie po salce. — Żaden z tych zasmolonych bękartów nie zbliży 
się do mojego domu. Co, nie jest tak? Słyszałeś może o moim domu i o tym, co robię?

— Urodziłem się parę mil stąd — rzekł Kędzior. — Słyszałem o posiadłości Turnera setki 

razy. Pamiętam, że dzieci starego Tumera umarły wcześnie, a i on nieźle skończył. Jego żona jest 
chyba w szpitalu wariatów.

—   Tak,   ale   nikt   nie   wie,   jak   jest   teraz   —   stwierdził   Hickam,   pochylając   się   bliżej   z 

pogardliwym szeptem. — Jakkolwiek by tam było, robi się tam muzyka. I dlatego jesteś mi 
potrzebny. Słychać ją słabo z jednej pieczary, gdy się tylko ściemni. Przykładasz ucho do ziemi i 
słyszysz wyraźnie. Znasz Pojedynek na banjo? Coś w tym rodzaju. Nie piosenka; ale w każdym 
razie dźwięki. Skomplikowane. — Skinął głową na potwierdzenie swoich słów. — Wszedłem 
kiedyś do pieczary obok. Nie było słychać lepiej, ale jest tam długa ściana, a na niej malowidła. 
Na pierwszym widać coś wielkiego i gorejącego, jak schodzi na dół z nieba. — Wzrok mu się 
roznamiętnił. — Na jednym obrazku wszystkie drzewa są powalone, inny pokazuje, jak wszystko 
płonie: drzewa, trawa, nawet sama ziemia. Indiańskie malowidła, może jeszcze starsze. Wielu 
ludzi  to widziało. Jacyś  naukowcy z uniwersytetu  stanowego chcieli  tu przyjechać,  żeby się 
rozejrzeć, ale Turner ich nie wpuścił i ja też nie mam zamiaru. Kiedyś piłem z Turnerem i on mi 
powiedział, że wpuścił tylko czarowników z pięciu plemion. Turner się bał. Zestarzał się szybko. 
Jego żona też.

Hickam umilkł; Kędzior czekał.
— Niczego jeszcze nie zauważyłem — przyznał Hickam. — Kiedy słuchałem twojej gry, 

przyszła mi do głowy myśl. Jeśli nie chcesz iść ze mną, to wynajmij mi swój sprzęt. Spróbuję 
sam.

O muzyce Kędzior nigdy nie słyszał. Pamiętał tylko tyle, że w posiadłości Hickama straszy i 

że to jest „złe miejsce”, ale dla Hickama w sam raz. Sięgnął do kieszeni i namacał swój kamyk. 

background image

Był zimny. Łańcuszek pękł dawno temu, ale oprawa ciągle jeszcze była.

— Jaka muzyka? — zapytał kręcąc przecząco głową wobec propozycji wynajmu sprzętu. Nie 

wynajmuje się czegoś, co jest przedłużeniem własnej duszy. Wziął drinka i wychylił;  czekał 
dalej.

— Chcesz usłyszeć to granie? — spytał go chytrze Hickam. — Możesz przyjść i posłuchać, 

prosta sprawa. — Rozejrzał się po salce. — Ci tutaj powiedzą, żebyś tego nie robił. Przyjdziesz?

Kędzior skinął głową, dość zainteresowany; wszystko mu zresztą jedno.
— Musisz tylko zabrać gitarę i sprzęt. Podwiozę ci je. Mam przenośny generator, możesz się 

podłączyć. Duża moc. — Spojrzał na pusty kieliszek Kędziora. — No i będzie coś dobrego do 
wypicia.

Kędzior uśmiechnął się i skinął głową.
— Czemu nie? — powiedział miękko.
Hickam nie słyszał, siedział ze wzrokiem rozjarzonym wizjami tego, co miało nastąpić.
Kędzior ponownie dotknął kamyka. Czasami zdarzało mu się śnić, że kamyk śpiewa mu coś, 

dziwne pieśni o miłości i śmierci. Nagle wydało mu się, że kamyk stał się cieplejszy. Zdarzało 
mu się to niekiedy; zmieniał temperaturę.

Strumień biegnący przez posiadłość Turnera spływał na teren rodzinny Kędziora. Kamyk 

mógł   zostać   przyniesiony   przez   strumień   od   pagórków,   mógł   stoczyć   się   wraz   z   wodą, 
naznaczony błękitnymi plamkami, gładki w dotyku.

Idziemy do domu, powiedział do niego Kędzior.
W niedzielę rano Hickam zajechał wielką ciężarówką. Załadował sprzęt Kędziora unosząc go 

w górę jak piórko. Kędzior zazdrościł mu mocnych nóg. Hickam dostrzegł, że Kędzior mu się 
przygląda, i wyszczerzył zęby; oczy miał niczym obsydian. Podniósł Kędziora i umieścił go w 
szoferce;   potem   ruszyli   zbaczając   po   pewnym   czasie   z   głównej   szosy.   Wynaleźli   boczną, 
żwirowaną drogę, potem wyboisty, błotnisty trakt pośród drzew tak zielonych, że wydawały się 
wręcz błękitne. Odkąd zboczyli z szosy, okolica wyglądała tak, jak zapewne wyglądała dziesięć 
tysięcy   lat   temu.   Kędzior   trzymał   się   mocno   pasa   bezpieczeństwa,   jego   martwe   nogi 
podskakiwały.   Był  skacowany  i   czuł  mdłości  od  nadmiaru  alkoholu.  Pokrowiec   jego  wózka 
stojącego w tyle ciężarówki spadł na wzmacniacz.

— Trochę wolniej, panie Hickam. Ten sprzęt jest delikatny.
— Och. No jasne. — Hickam wyjął piersiówkę i podał. Kędzior przyjął z wdzięcznością i 

pił, dopóki alkohol nie dotarł do miejsc, gdzie kończyło się czucie. Hickam pociągnął także i 
schował butelkę do kieszeni na biodrze.

— Słyszałeś o Schliemannie? — zapytał, cały rozluźniony.
— O kim?
— O Schliemannie. Heinrich Schliemann. Odkrył ruiny Troi. — Hickam przytaknął samemu 

background image

sobie. — Czytałem o nim jedną książkę. Zawsze chciałem... Teraz być może trafiłem na coś dla 
siebie. Ale to żyje. Kędzior. To jest coś żywego.

Kędzior uśmiechnął się, a Hickam to dostrzegł.
— Poczekaj — powiedział tajemniczo. — Przestaniesz się śmiać.
Pieczara  znajdowała się na terenie  pełnym  nierówności. Wokół rozciągały się indiańskie 

pagórki. Przed pieczarą  blisko wejścia znajdował się wyschły staw otoczony przez zarośla i 
drzewa, zarośnięty cały chwastami, z wyjątkiem części najgłębszej. Stała w niej woda.

Hickam wyciągnął rękę.
— Tam jest wejście. Ciągle jest tam jeszcze pełno wiosennego błota i trzeba będzie uważać z 

kablami, ale ja tu wszystko urządzę i wieczorem będziesz mógł grać.

— Całe moje zajęcie to grać?
— Najpierw posłuchasz, potem będziesz grał. — Hickam powiedział to poważnie, trzęsąc 

głową i nie patrząc na Kędziora. — Widzisz tam, przed wejściem do pieczary? Tam cię posadzę, 
obok tej głębokiej dziury. Ono żyje właśnie w niej. Woda stoi gdzieś na cztery czy sześć metrów 
w dziurze. Bóg wie jaką ta dziura ma głębokość. Za głęboka, żeby zmierzyć. Kiedyś spuściłem 
linę, ale nie dosięgłem dna.

— Jaką długą linę? — Kędzior poczuł chłód na ciele. Hickam wzruszył ramionami.
—   Bardzo   długą.   Cały   kołowrót   się   rozwinął.   Myślałem,   że   może   ono   jest   głodne. 

Przywiązałem do liny wieprzka, ale wrócił nienaruszony.

Kędzior patrzył. Otwór był szeroki gdzieś na cztery metry, otoczony drzewami i zaroślami, 

dziwnie kolisty.  Ściany były  gładkie, a otwór nieco oddzielony od reszty starego wyschłego 
stawu. Otwór wchodził w grunt nieco ukośnie, tak iż wcinał się pod pieczarę. Zbliżywszy się 
Kędzior dostrzegł wokół niego zieloną roślinność kwitnącą obficie.

Hickam uśmiechał się.
— Zobaczyłem tę dziurę i usłyszałem dźwięki. I nigdy nie widziałem roślin takich jak te, co 

tu rosną wokół tego otworu. Ja jestem człowiek ciekawy świata.

Miałem w życiu dwa razy duży majątek i masę kobiet. Zastanawiałem się, co zrobiło tę 

dziurę. Stary Turner myślał, że mnie naciągnął. Zapłaciłem mu za dużo, ale dałbym  jeszcze 
więcej. I od razu wiedziałem, że nie ma tu węgla, choćby on nie wiem jak mnie przekonywał. Ale 
mam coś, czego nie ma nikt, i posiadam to wyłącznie dla siebie. — Skinął głową, oczy mu 
zapadły,   jego   spojrzenie   było   jakby   nieobecne.   —   No,   teraz   zaczniemy   cię   instalować.   — 
Wręczył Kędziorowi butelkę. — Jeszcze jest dużo — powiedział życzliwie, patrząc jak Kędzior 
pije.

Najpierw  Kędzior  słuchał.  Rzeczywiście  coś  tam  było.   Dziwny dźwięk.  Trzeba   było   się 

wysilić, żeby coś usłyszeć, jak przy zanikających szeptach. Kędzior wydostał się z wózka i leżał 
na ziemi, przykładając ucho do skalistego gruntu i gładząc go palcami. Zaledwie słabe dźwięki i 

background image

tylko ślad jakiejś linii melodycznej, ale stale powracający. Kamień w jego kieszeni był w dotyku 
bardzo ciepły.

— W niektóre noce słychać lepiej — powiedział Hickam. Słuchali jeszcze, a owady bzyczały 

wokół nich. Pili whisky z letnią coca-colą.

— Jest już ciemno, chcesz teraz zagrać? Kędzior przystał i Hickam pomógł mu umieścić się 

w wózku.

Był to najdziwniejszy koncert, jaki Kędzior kiedykolwiek grał. Jednoosobowa publiczność, a 

w   pobliżu   warkot   spalinowego   generatora.   Księżyc   nie   świecił,   a   Hickam   nie   zainstalował 
oświetlenia.  Na  słupie  obok pieczary,  blisko  owego wypełnionego   wodą  głębokiego   otworu, 
świeciła tylko jedna lampa. Hickam ustawił aparat fotograficzny za zagajnikiem małych drzew, 
jakieś trzydzieści metrów od miejsca, gdzie grał Kędzior.

Kędzior   zwiększył   moc   wzmacniacza.   Grał   teraz   własną   wersję  Jima   Boba.  Akordami, 

klasycznie, szybko przebierając palcami. Potem przeszedł do  Zielonych rękawów  i do  Bożego 
losu,
 potem zmieszał country western z gospel rozgrzewając się własną grą. Już po pierwszych 
tonach swojej gry przestał patrzeć na wylot otworu; po raz nie wiadomo który porwała go własna 
muzyka. Nie obchodziły go już nogi, żona, która go opuściła, ani nawet dzieci, które zawsze 
chciał mieć, ale których nie miał. Grał przerywając tylko od czasu do czasu, żeby wypić.

W środku Czat uświadomił sobie nagle, że on i Hickam nie są już sami. Było jakieś coś, co 

się poruszało i lśniło u obrzeża otworu, coś co delikatnie towarzyszyło grze, wyprzedzając linię 
melodii,   kołysząc   się,   włączając   przy   pomocy   dźwięków,   jakich   Kędzior   nigdy   jeszcze   nie 
słyszał. Nie była to ani gitara, ani banjo, ani żaden ludzki instrument, a mimo to owo coś stale 
akompaniowało,   chwytając   natychmiast   zmiany   melodii   i   rytmu.   Najbardziej   przypominało 
harfę, stwierdził Kędzior. Może trochę skrzypce. Ale bardziej harfę.

Dał z siebie co najlepsze: smutną i pełną nastroju samotności piosenkę Daleko, daleko do 

domu,   i   owo   coś   wzleciało   wzwyż,   tańcząc   nad   powierzchnią   otworu.   Kędzior   skinął   temu 
czemuś głową, wcale nie przestraszony. Nic co tworzyło muzykę, nie mogło wzbudzić w nim 
lęku.   Stwór   był   duży   i   rozpinał   pod   niebem   swoją   postać   podobną   do   namiotu   o   jasnych, 
ruchomych liniach, które łączyły się ze sobą, kręcąc się i wirując, a potem znikały w rozległej na 
metr   średnicy   strefie   czerni   wokół   górnej   części   postaci.   Nie   miała   ona   oczu,   nie   miała 
wyraźnego kształtu, a jednak Kędzior wiedział, że ona go widzi. Przez chwilę mniemał, że to 
ruch owych jasnych linii wytwarza dźwięki, ale potem stracił co do tego pewność. Być może 
linie   tylko   wyrażały   rytm,   a   muzyka   płynęła   z   czarnej   strefy.   Kształt   stwora   wydał   się 
Kędziorowi jakoś znany, jakby go już kiedyś widział na jawie lub we śnie.

Umiało robić muzykę. Boże, i to jaką muzykę! Kędzior spędził wiele czasu wśród grajków, 

co nie umieli czytać, nie mieli słuchu, poczucia rytmu, nie znali tonacji, wysilali się daremnie.

Ale nie to tutaj. To umiało latać.

background image

W chwilach przerwy w grze Kędzior słyszał, jak z tyłu za nim pstryka raz po raz pracowity 

aparat Hickama.

Całą   noc   grał   Kędzior   w   tym   miłym   towarzystwie,   zapomniawszy   o   Hickamie,   nie 

pamiętając nawet o piciu. Od czasu do czasu. przestawał, czekając na ową istotę, którą nazywał 
teraz Harfiarzem, aby samemu zagrać jego melodię, ale ten nie miał nic swojego. W takiej chwili 
Harfiarz czekał, aż niestrudzone palce Kędziora znów zagrają. Kędzior wyciszył sprzęt do takiej 
głośności, by ponad dźwiękami własnej gitary móc słyszeć Harfiarza. Tak było lepiej.

Przed świtem Harfiarz ciągle jeszcze grał. Przesunął się w róg otworu i unosił się nad wodą 

w swoiście lekki sposób; Kędzior mógł mu tylko zazdrościć. Jasne, srebrzyste linie zdawały się 
przepływać nieco wolniej, a Kędzior, zmęczony, grał teraz proste melodyjki. Obaj byli zmęczeni.

Na chwilę przed tym, jak słońce ruszyło w swą drogę po niebie, Harfiarz zanurzył się w 

otwór i zniknął. W jednej chwili był, a w następnej już go nie było.

Swą ostatnią melodię Kędzior dokończył sam. Nie było w jego stylu przerywać w pół taktu.
Usłyszał, jak Hickam chichocze do siebie, najwyraźniej uszczęśliwiony.
— Udało ci się, udało — wołał, śmiejąc się do Kędziora. — Boże, ależ narobiłem zdjęć. 

Miły stworek. — Trząsł głową i śmiał się, pełen w tej chwili ożywienia ii życzliwości. — Idę je 
wywołać. Przyniosę jakieś jedzenie i coś do picia. Czekaj tutaj. — Spojrzał z ukosa na Kędziora. 
— Wiesz, co to jest?

Kędzior potrząsnął głową. Nie wiedział, co powiedzieć, z czym to porównać.
— Harfiarz — rzekł z uśmiechem, ciągle jeszcze zanurzony w muzyce.
— Coś z innego świata albo z innego czasu. Coś z legend. Bóg wie, w jakim to jest wieku. 

Ono tu mogło żyć od dziesiątków tysięcy lat. Tę dziurę zrobił na pewno pojazd, w którym ono 
przyleciało. Może rakieta. Chciałbym mieć to, cośmy widzieli. I rakietę. Potrzeba mi forsy na 
wykopanie tego.

— Chcesz to mieć? — zapytał Kędzior nagle zaniepokojony.
— Złapać je i pokazać światu. Znów byłbym bogaty!
— Lepiej pozwolić ludziom, żeby tu przychodzili i oglądali je, gdy ono zechce się pokazać 

— powiedział Kędzior wspominając dźwięki Harfiarza. — Słuchać go.

— Liną nie wyciągnę, może siecią — dumał Hickam. Kędzior potrząsnął głową.
— Ja się do tego nie przyłożę.
— Ty tylko graj. Graj i pij. Po to cię tu przywiozłem. Po to cię wynająłem. — Hickam 

pochylił się nad Kędziorem, dużo większy od niego i silniejszy. — Jak nie będziesz grał, będzie z 
tobą kiepsko. Nie będzie nic do picia, a ja będę grał sam.

Kędzior patrzył  gdzieś w dal. Dotknął dla pociechy starego kamyka  w kieszeni.  Kamyk 

wydawał się bardzo ciepły. Po chwili Hickam odszedł. Kędzior zasnął, spał i miał sny.

Gdy Hickam wrócił z jedzeniem i zdjęciami, Kędzior stwierdził, że facet jest zdrowo zalany.

background image

Rzucił   Kędziorowi   torbę   zimnych   hamburgerów   i   otwarł   dla   niego   butelkę   piwa.   Z 

niesmakiem upuścił Kędziorowi na kolana stertę zdjęć.

— Wszystkie do kitu — powiedział ze złością. — Kosztowny aparat, a złapał tylko jakieś 

świecące linie. A nie to, cośmy obaj widzieli.

Kędzior oglądał zdjęcia pijąc łapczywie. Na jednych słabe linie świetlne, niczym dalekie 

promienie   letniego   słońca,   wyrastały   spoza   drzew   i   zarośli.   Na   innych   nie   było   nic   prócz 
Kędziora, jego wózka i gitary, nieco zniekształconych, jak gdyby fotografowano poprzez ciemną 
pofalowaną szybę.

— Muszę to schwytać — powiedział ponuro Hickam.
— Z łapaniem będzie jak z fotografowaniem, panie Hickam. Jego nie można mieć. Pojawił 

się nie wiadomo skąd, żeby grać ze mną, i bardziej się do naszego świata nie może zbliżyć. Tak 
mi się jakoś zdaje. Pan uważa, że on jest stary. Nie wiem, czy rzeczywiście. Kiedy pan poszedł, 
myślałem trochę o tym. Sądzę, że on tu na coś czeka, a nas — mnie — był tylko ciekaw, nic 
więcej.   Ale   ja   umiem   grać,   więc   mnie   zaakceptował.   Nastawanie   na   niego   może   narobić 
wielkiego kłopotu.

Hickam spojrzał na niego pogardliwie.
— Kto by się przejmował, co myśli taki kaleka i pijaczyna. Nic nie wiesz. Miałeś kiedyś 

swój czas, swoją szansę. Teraz daj szansę mnie. Ty graj na tej swojej milutkiej gitarze i pij 
whisky. Resztą ja się zajmę.

— Nie pomogę, a jeśli zdołam, ostrzegę go — z uporem twierdził Kędzior. — Słowo honoru.
— Przestań mi tu paskudzić, bo cię wrzucę do tej dziury, razem z wózkiem i ze wszystkim 

— odgrażał się Hickąm wściekły, z oczami nabiegłymi krwią.

Kędzior przestał, ale myślał swoje.
Przez cały dzień Hickąm pił i pracował nad czymś, czego nie chciał Kędziorowi pokazać. 

Robił   to   za   pobliskimi   drzewami   i   od   czasu   do   czasu   śmiał   się   przy   pracy.   Kędzior   mógł 
stwierdzić, że było to urządzenie złożone z lin, haczyków i łańcuchów przeciwśniegowych, które 
Hickąm przydźwigał z platformy wielkiej ciężarówki.

Kędzior siedział w milczeniu i czekał. Tęsknił za czymś do picia, ale instynkt nie pozwalał 

mu prosić Hickama, który w zamian za alkohol mógłby chcieć czegoś od Kędziora.

Gdy   zapadł   zmrok,   Hickąm   przetoczył   Kędziora   nad   wielki   otwór.   Podłączył   gitarę   do 

generatora,   dotykając   palcem   strun   upewnił   się,   że   jest   włączona,   a   potem   wrócił   do   swej 
kryjówki.

— Graj! — rozkazał ochrypłym głosem. — Graj, a dam ci tyle wódki, ile zdołasz wypić, 

dam ci całą beczkę. Wielką, że można się w niej utopić.

Kędzior  uśmiechnął   się uprzejmie   i  potrząsnął  głową;  nie  był  zły,  ale   zdecydowany,   bo 

uważał, że chwytanie Harfiarza nie jest dobrą rzeczą.

background image

Hickam szybkim krokiem nadszedł od strony kryjówki. Wyjął gitarę z rąk Kędziora i położył 

ją na ziemi. Ciężkimi rękami zaczął okładać kalekę. Kędzior upadz z posiniaczonymi żebrami; 
zęby miał naruszone, z nosa kapała krew.

— Przysięgam, że wrzucę cię do wody — oddychając ciężko, powiedział Hickąm. Patrzył na 

Kędziora i nagle podniósł brwi. — A może tego właśnie chcesz, przynajmniej trochę. Wycofać 
się z tego? Umrzeć? — Wyciągnął swoje mocne ręce i podniósł Kędziora z wózka. Przeniósł 
inwalidę w pobliże wejścia do jaskini i rzucił go tam na ziemię.

— Jeszcze nie teraz — powiedział. — Powiedziałem ci, ze umiem grać, i będę grał. Gram na 

tyle dobrze, że wyciągnę je spod wody; ono jest ciekawe w ogóle wszelkich dźwięków. Z tobą 
policzę   się   później.   —   Skinął   głową.   —   Nikomu   nie   będzie   cię   brakować.   Jonce   przyjmie 
wszystko, co mu powiem. A powiem mu, że się spiłeś i wpadłeś do wody. — Kiwnął głową 
znowu, oszołomiony alkoholem i planami. — Jasne. — Polazł z powrotem do kryjówki i wrócił z 
urządzeniem, jakie wyprodukował. Okrutna sieć haków, drutów, łańcuchów i lin. Rozłożył to u 
stóp, gotów do działania. Usiadł w wózku Kędziora i podniósł gitarę.

— Teraz słuchaj — rzucił rozkaz w powietrze. — Lepiej słuchaj.
Zagrał. Ciężko i źle, ale głośno. Jego repertuar był ograniczony, więc grał stale te same 

utwory, grał wściekle, z twarzą coraz bardziej ponurą, bo Harfiarz się nie pokazywał.

— Niech cię szlag — klął mając na myśli Kędziora, a także otwór. — Wyłaź. No wyłaź!
Wreszcie, gdy Kędzior już był pewien, że Harfiarz nie wyjdzie, bo tak jest bezpieczniej, ten 

ukazał się w rogu swej jamy. Wyszedł i wybaczył Hickamowi jego brzdąkanie, wybaczył im obu, 
dając własną doskonałą i skomplikowaną harmonię.

— Wyłaź stamtąd — krzyczał Hickam zupełnie już zawiedziony.
Kędzior ujrzał, jak Harfiarz uniósł się nieco wyżej i przesunął się znad wody nieco bliżej 

Hickama. Wystarczająco blisko. Kędzior krzyknął ostrzegawczo.

Hickam odrzucił gitarę. Kędzior zadrżał z bólu, gdy uderzyła o ziemię. Hickam zmienił się w 

wielkiego kota; podniósł swoją sieć i zarzucił na ów kłąb płynnego ruchu.

Czarno-srebrny stwór skulił się w sobie, zamiauczał i zaskomlał, pokonany. Złapany!
— Puść go — prosił  Kędzior. — On nie  jest przeznaczony  do siedzenia  w klatce  i do 

oglądania przez takich jak ty i ja.

— Zamknij tę twoją cholerną gębę — powiedział triumfalnie Hickam. — Już mi nie jesteś 

potrzebny. Skończę z tobą, jak tylko zamknę na dobre tego stwora.

Cisnął sieć na ziemię.  Stwór wewnątrz  niej wydawał  dźwięki nieco podobne do kocich, 

poruszał się słabo i tylko migoczące ruchy „ramion” dowodziły, że żyje.

— Zdechnie w tej sieci — zawołał Kędzior, uświadomiwszy sobie nagle tę ewentualność.
Hickam rzucił w niego kołkiem. Kołek odbił się od ściany skalnej obok Kędziora.
Harfiarz   zwinął   się   w   małą   kulę.   Wydawał   teraz   tylko   jeden,   niemuzyczny   dźwięk,   tak 

background image

rozdzierający i przerażający, że Kędzior schował głowę w ramiona, które nagle stały się zimne.

Z głębiny wypłynął drugi Harfiarz. Ten miał błyskające światłem ramiona na tyle grube, by 

przyćmić   blask   bladego   księżyca.   Górna   część   miała   z   cztery   metry   średnicy.   Kędzior 
przypuszczał, że tamten Harfiarz był młody, ten zaś na pewno był stary. Zakręcił się na moment 
nad powierzchnią otworu, potem wzniósł w górę i ruszył.

Hickam wrzasnął i rzucił się do ucieczki. Harfiarz złączył się z nim, owinął go, potem puścił. 

Wydało się, jakby Hickam zmalał. Upadł i leżał bez ruchu.

Wielki   Harfiarz   okrążył   sieć,   najwidoczniej   niezdolny   sobie   z   nią   poradzić,   usunąć   ją. 

Kędziorowi wydało się, że mały Harfiarz w sieci stał się jeszcze mniejszy.

Kędzior zaczął się czołgać na swych mocnych rękach. Wlókł za sobą swoje ciało zmierzając 

ku Harfiarzom. Słyszał, jak piszczą do siebie, dźwięki się mieszały. Gdy dotarł do sieci, wielki 
dostrzegł go, coś się wysunęło, dotknęło Kędziora i cofnęło się. Dotknięcie było krótkie i zimne.

Kędzior szarpnął za kołki. Uniósł róg sieci i odepchnął. Wielki owinął powstającego małego 

i triumfalnie wzniósł się w powietrze ponad otwór. Potem obaj nagle znikli bezszelestnie, bez 
najmniejszego pluśnięcia.

Kędzior poczołgał się do Hickama. Nic się nie poruszało w ciele Hickama, a ciało było 

zimne jak pagórek śniegu.

Położył się obok Hickama i usiłował sobie uświadomić, co się z nim teraz stanie, ale nie 

przejmował się tym zbytnio. Może mógłby uruchomić ciężarówkę i może przy pomocy ciężarka 
na desce gazu i odrobiny szczęścia mógłby wydostać się na szczyt góry. Tam by go już ktoś 
znalazł. Potrząsnął głową. Od dawna nie miał do czynienia z ciężarówką, a gładkie boki wozu 
uniemożliwiłyby mu wejście do środka, zwłaszcza jeśli Hickam zamknął szoferkę. Przeszukał 
kieszenie Hickama i znalazł łańcuszek z kluczami, lecz gdy je wziął do ręki, stały się dziwnie 
lekkie, a potem rozsypały się na proszek.

Westchnął z rezygnacją. Poczołgał się do ciężarówki i podniósł się chwytając zderzaka, a 

potem błotnika. Następnie, ułożywszy się na plecach, dotarł do szoferki odpychając się rękami. 
Drzwi, jak się należało spodziewać, były zamknięte.

Wrócił do gitary. Generator ciągle szedł. Podniósł gitarę, przybrał odpowiednią pozycję i 

zaczął grać na niej sygnał SOS; grał bez przerwy, na najwyższej mocy. Robił to, aż się zmęczył i 
stracił serce do tego zajęcia; zbliżał się świt. Nikt nie nadszedł. Nie wierzył, by ktoś w ogóle się 
zjawił. Może kiedyś Jonce, ale nie za szybko. Może nigdy. Nie było nikogo. Ludzie słuchali i 
tylko tyle.

Gdy się poddał i pozwolił gitarze zamilknąć, na rogu otworu pojawił się mały Harfiarz. 

Uniósł się i przysunął do Kędziora, najwidoczniej się nie bojąc. Kędzior kiwnął mu głową i 
zagrał jakąś melodię, ale odpowiedzi nie było. Skinął głową ponownie i położył ostrożnie gitarę 
na ziemi, sądząc, że Harfiarz jest ciekaw instrumentu. Harfiarz zbadał gitarę okrążając ją wokoło 

background image

i dotykając jej błyskami swych ramion. Ze wzmacniacza rozległy się dźwięki, ale Harfiarz nie 
wydawał się być nimi zainteresowany. Gdy miał dość gitary, dotknął Kędziora. Dotknięcie było 
dziwne,   ale   nie   nieprzyjemne,   zimne   i   mrowiące.   Delikatne   błyski   igrały   wokół   Kędziora 
przesuwając się to tu, to tam, zanikając przy bezwładnej części jego ciała. Potem harfiarz wrócił 
do gitary, zapewne bardziej dla niego zajmującej. Kędzior zatroskał się, co będzie, jeśli stwór 
zajmie   się   generatorem,   i   wyłączył   gitarę.   Popchnął   ją   ku   Harfiarzowi,   prezent   absolutny, 
ekspiacja za mimowolny udział w polowaniu na stwora.

— Weź — zachęcał. — Jak się stąd wydostanę, kupię sobie inną. Może się nauczysz nią 

posługiwać. — Kiwnął głową do Harfiarza i przesuwał instrument w jego stronę, mając nadzieję, 
że ten gest jest jasny.

Z otworu wydobył się ponownie większy Harfiarz wywołując podmuch wiatru. Przyfrunął do 

Kędziora. Harfiarze zapiszczeli do siebie. Wielki dotykał Kędziora tak jak mały, zatrzymując się 
przy tej lub owej części ciała, badając.

Kędzior i jemu podsunął gitarę.
Gdy to nastąpiło, wielki podniósł małego w swych błyskających ramionach. Zwrócił gitarę 

Kędziorowi, ale ten potrząsnął głową i cofnął się w tył, tak że jego intencje z pewnością ukazały 
się im jednoznacznie. Wielki Harfiarz schylił się i gitara zniknęła w jego centralnej strefie czerni.

Kędzior dotknął kieszeni, kamyk był tak gorący, że niemal parzył palce. Jeszcze jedna rzecz 

do ofiarowania — jeśli ją zechcą.

Wyjął kamyk i spojrzał nań raz jeszcze, przekładając go z ręki do ręki, mały rzeczny kamyk 

stworzony przez kogoś lub urobiony przez coś sto albo dziesięć tysięcy lat temu. Położył go 
przed sobą na ziemi, tak by tamci mogli go widzieć, potem znów się wycofał. Zbliżyli się do 
kamyka   szybkimi   ruchami,   srebrne   ramiona   poruszały   się   jak   wiatraki,   najwyraźniej 
podekscytowani. Pochylili się nad nim jakby z uroczystą powagą. Wielki schował kamień w 
swojej czerni, a Kędzior poczuł dotkliwie utratę tej resztki dzieciństwa, pamiątki po zmarłej 
matce. Czymkolwiek jednak by ów kamyk był, stał się on teraz dla tamtych ważny. Kędzior był 
zadowolony, że go znalazł — i że go oddał.

Przy otworze obaj Harfiarze zatrzymali się i odegrali duet dla Kędziora, bardzo dziwny, ale 

miły, przekazując coś muzyką, tak  Kędzior zapragnął na powrót gitary, by móc odpowiedzieć. 
Wielki   wydobył   kamyk   i   trzymał   go   pod   porannym   niebem.   Kamyk   wydał   się   Kędziorowi 
większy niż zwykle. Gdy się to stało, Harfiarz czekał przy otworze, zapewne dopóki Kędzior się 
nie domyśli, dlaczego czekają.

Kędzior   przyczołgał   się   do   nich   i   wyciągnął   ramiona,   a   oni   przesunęli   się   nad   nim   i 

przeniknęli przez niego. Poczuł się łagodnie połknięty i umieszczony w ich wspólnej strefie 
czerni; nakarmił go kamień i stało się.

I było ich już trzech, a wkrótce miało być czterech i nie było już sensu kryć się i czekać.

background image

Potem działy się jeszcze i inne rzeczy,  ale najpierw był  początek i poznanie; samotność 

zniknęła. I najważniejsze dla Kędziora, że odtąd już zawsze trwała muzyka — muzyka, która 
łączyła w sobie harfę i gitarę.

background image

Wielki Tom Błazen
czyli
zagadka kufrów z Urzędu Celnego
w Calais
Lafferty R. A.

Jakże trudno wskazać drugiego najlepszego.
Kto w dziejach świata jest drugim najlepszym naukowcem? Pierwszy to, rzecz jasna, Izaak  

Newton,   ale   kto   jest   drugi   w   kolejności?   Nigdy   tego   nie   ustalimy,   możemy   tylko   prowadzić  
nieskończone spory na temat co najmniej dwudziestu pięciu kandydatów.

A kto jest drugim najlepszym w dziejach świata pisarzem? Pierwszy to William Szekspir,  

rzecz jasna...

Rzecz jasna.
Szkoda, że tak mało wiemy o Szekspirze i ze tak wielu ludzi jest świecie przekonanych,
  iż 

Szekspir nie istniał, a przypisywane mu sztuki i poezje napisał ktoś inny. Jeśli jednak ktoś chce  
rozpętać na nowo szaleństwo Wielkiej Kontrowersji Na Temat Szekspira, niech przeczyta tę oto  
szaloną historię.

  Projekt „Szok Sfer”, nieprawdaż? — zapytał Goguś swoim gadzim, nachalnym głosem. 

Był dumny z tego, że wyprodukowano go w Ameryce, i często reagował arogancko. — Zawsze 
wolałem „Szok Sześcianów”. Można wiele zrobić, gdy się nieco zaokrągli rogi sześcianu, a jako 
że jestem kierownikiem projektu...

— Żartowniś z ciebie,  Gogusiu — powiedział  Shepherd O’Shire, Pełnomocnik  Spółki  z 

Ograniczoną Odpowiedzialnością „Szczęśliwe Mózgowie”. — Nigdy więcej nie dostaniesz pod 
opiekę żadnego projektu. Mamy nauczkę. Będziesz przy tej sprawie roboczym komputerem i 
niczym   więcej.   I   dopilnujesz,   by   ci   twoi   dwaj   przyjaciele,   maszyna   angielska   i   francuska, 
odłożyli na bok swoje błazeństwa i pracowali z tobą skupiwszy się należycie i wyłącznie na 
pracy.

— Czuję forsę w tej sprawie — powiedział Goguś.
—   Nie,   nie   będzie   żadnych   pieniędzy   —   zaprzeczył   Shepherd.   —   W   ogóle   nie   będzie 

kredytów.

— Seans to jedyny sposób wydostania informacji od ludzi zmarłych — przerwała Lawenda 

Brodie. (Pewnie nie wiecie, że jej nazwisko, Brodie, znaczy „przepaść”). — Martwi ludzie są tak 
czy owak na straconej pozycji. Przycisnąć ich, powiadam. Niech zeznają!

— Mam informację, w moim magazynie mózgowym na parterze, że forsa jednak ma być — 

nalegał Goguś — a nie chodzi mi tu o jakieś drobne w postaci kredytu.

background image

Goguś, błazen na wskroś, aż po samą swą przekładnię satelitarną, występował w postaci 

zdolnej do poruszania się maszyny typu „wesoły wielkolud”. Jako mobilny, nie nosił ze sobą 
wiele mózgu, ale za to dysponował szybkim połączeniem ze swoim magazynem mózgowym.

—   No   więc,   Lawendo   —   kontynuował   Goguś   —   słowo   „seans”   oznacza   siedzenie   na 

miejscu. Otóż ja ten problem pokonałem. W swoim obecnym znakomitym przedłużeniu mogę to 
już   robić.   Odgryzam   ten   mój   wielki   smoczy   ogon   i   mogę   siadać.   Ubóstwiam   siebie 
rozwiązującego nierozwiązalne problemy takie jak ten oto.

Goguś   był   jedynym   nieczłowiekiem   wśród   członków   uczonego   towarzystwa,   jakie 

wchodziło w skład Spółki, ale na jej sesjach miał wielu gości nie będących ludźmi.

Ludzkimi członkami Spółki byli: Shepherd O’Shire, Lawenda Brodie, Emery Briton, Byron 

Verre i Arsene Gopherwood.

— Goguś, to poważny projekt — powiedział nerwowo Shepherd. — Powtarzam, nie ma 

miejsca na błazenadę.

—   A   przecież   „Błazen”   to   przypadkowo   nazwisko   osoby,   którą   badamy   —   Goguś 

uśmiechnął się swoim metrowym uśmiechem. — „Błazen i jego Polilogi”, tak się ma nazywać 
badanie.

— Wolałbym „Zagadka Kufrów w Urzędzie Celnym w Calais” — powiedziała francuska 

maszyna Dingo. Dingo przybył właśnie w postaci swego przedłużenia, które było Francuskim 
Robotnikiem Ziemnym; miał małe wąsiki artysty, nosił beret i ściągnięty paskiem sweter. — 
Dobrze, że się pośpieszyłem! My Francuzi zawsze jesteśmy tacy szybcy. Mogę wam tu wiele 
pomóc. I pamiętajcie, że według norm „Czasu Dostępu  do Magazynu Kodowanej Informacji” 
jestem tylko o trzy minuty od mojego mózgu we Francji.

—   Gdzie   jest   Szycha?   —   zapytała   Lawenda.   —   On   zawsze   przedstawia   projekt.   Wy 

maszyny tylko wykonujecie. Lubię doskonały wykład.

— Powinien gdzieś tu być — stwierdził Goguś. — Próbuje wyliczyć, jakie opóźnienie było 

w   tym   przypadku   opóźnieniem   właściwym.   Pewnie   podłączył   się   do   swojego   magazynu   w 
Londynie jakimś dobrym kanałem.

— „Ten złoty tron, królewski tron, ta wyspa z berłem” — zaintonował Szycha wchodząc 

zamaszystym krokiem aktora.

Ten szczęsny ludzki ród, ten mały świat, 
Ten cenny kamień w srebrnym morzu,
Szekspir i Szycha, jeden i drugi „bard”, 
Błogosławiona intryga, ziemia, kraj, ta Anglia.

Potem Szycha padł na twarz. Jak wiecie, Anglicy mają swoje, bardzo subtelne, poczucie 

background image

humoru. Szycha przybył w postaci Noela Cowarda. Wypisz, wymaluj Noel Coward, taki jaki jest 
dzisiaj. Jak wam wiadomo, Noel po śmierci nie przestał mieć pomysłów.

— Pracujemy tu, moje dzieci, bardzo szybko — powiedziała Lawenda. — Jestem pewna, że 

najlepszą formą będą seanse, i sądzę, iż dobrze byłoby już zacząć pierwszy.

— Łaskawa pani, forma seansów nie jest odpowiednia — ucięła krótko angielska maszyna 

Szycha.

— Słuchaj, ty lepki ćpunie, byłam na mnóstwie seansów, które przebiegały należycie.
— Fakt, że jest coś takiego jak „głęboki odczyt  psychiczny”, który występuje na kształt 

zjawy, podobnie jak w czasie wywoływania duchów — zgodził się Szycha. — Znamy się na tych 
sprawach. Zwracamy się z tym do naszych magazynów, a mózg magazynowy wytwarza „odczyt” 
ze   swych   niezgłębionych   zasobów   danych.   Odczyty   psychiczne   występują   w   postaci   jakby 
smużek   dymu.   Wznoszą   się,   rozrastają,   łączą   ze   sobą.   A   potem   przemawiają   jak   postaci 
wywołane w trakcie seansu.

—   Nie   bądźmy   zbyt   pompatyczni   w   tej   kwestii   —   napomniał   ich   pełnomocnik   spółki 

„Szczęśliwe   Mózgowie”,   Shepherd   O’Shire.   —   Szybki   wypad   przyniesie   nam   więcej   niż 
obleganie problemu. Jedyne, co mamy zrobić, to odpowiedzieć na wszystkie pozostające dotąd 
bez odpowiedzi pytania dotyczące starego Szekspira, rozwiać wszelkie niejasności na temat jego 
istnienia   i   autorstwa,   określić   jego   rolę   i   znaczenie   oraz   jeśli   to   możliwe,   powtórzyć   jego 
oddziaływanie.   Chodźmy   teraz   do   saloniku,   rozluźnijmy   się   i   ustalajmy,   jakie   dane   mamy 
rozważać.

— Tak, tak, natychmiast — Goguś zrobił gamoniowaty grymas szerokim, pokrytym zieloną 

skórą   smoczym   pyskiem.   —   A   tych   trzynastu   panów   i   dziewięć   pań   tu   obecnych   będzie 
uczestniczyć   w   naszych   dyskusjach.   W   gruncie   rzeczy   to   oni   dostarczają   motywacji   tym 
dyskusjom.

— Co? Jak? Co to za ludzie? — zdumiał się Shepherd. — Skąd oni spadli? Z jakiego nieba?
— Ja znam większość spośród tych trzynastu panów i dziewięciu pań — powiedział Arsene 

Gopherwood — i rozpoznałbym ten typ, nawet gdybym nie znał poszczególnych osób. To są 
mianowicie przedstawiciele wydawców, czyli tak zwani prze-wydzi. Chodzą przechyleni na bok 
ze względu na ciężar książek, które noszą ze sobą, żeby do nich zaglądać.

— Ależ to wszystko nie tak — stwierdziła Emery Briton. — Ktoś nabrał tych bystrookich 

ludzi,  każąc im tu przyjść.  Czy oni nie wiedzą, że powieści komputerowe stoją na równi z 
powieściami dla dzieci? Te rzeczy wyprodukowane przez maszyny są może i rzetelne, ale ich 
podaż jest niemała.

—  Panie,  panowie,   członkowie   Spółki,  proszę   wejść   i  rozgościć   się  —  słodkim   głosem 

oznajmił Goguś. A potem, niższym już tonem, zwrócił się do ludzi ze Spółki: — Bawcie się, 
kochani,   z   nami.   Naprawdę   są   duże   pieniądze   na   ten   cel.   Duża   sprawa,   gdy   sięgamy   do 

background image

„Szkatuły” już otwartej i wykorzystywanej owocnie przez te cztery wieki. Ale wrażenie będzie 
trzy razy większe, gdy sięgniemy do „innej szkatuły”, która jest trzy razy większa od tamtej, ma 
dziesięć razy większą zawartość i jest sto razy wspanialsza.

—   No   więc,   zabawimy   się   wraz   z   wami   przy   pomocy   trzech   wymyślnych   machin   —

powiedział   Shepherd.   —  Przez   jakieś   dziesięć   minut   będziemy   się   bawić   wspólnie.   A  teraz 
spróbujmy zobaczyć „głęboki odczyt psychiczny” samego Szekspira, dane, które będą wyglądać 
jak zjawa. Przywołamy niejako Williama i będziemy go pytać do woli. Jeśli będzie się opierał, 
wypuścimy na niego Lawendę. Jeśli on sam nie zdoła odpowiedzieć na pytania go dotyczące, to 
któż zdoła?

Siedzieli teraz wszyscy w saloniku. Było to w Starym Cechu Sukienników na Wschodnim 

Magnesie, który leży dość blisko zarówno Londynu,  jak Calais,  Azorów i Ameryki.  Goguś, 
odgryzłszy sobie smoczy ogon, był ostatnim, który usiadł.

— Trudność polega rzecz jasna na tym,  że Szekspir nie jest Szekspirem — powiedziała 

angielska maszyna Szycha. — To znaczy, że jego sztuki i większość poezji zostały napisane co 
najmniej   osiemdziesiąt   lat   przed   tym,   jak   Szekspir   historyczny   znalazł   je   w   dziupli   starego 
drzewa.

— Dlaczego tak sądzisz? — zapytała prze-wyda Agnieszka Wańkowicz.
— Sztuki nigdzie nie wzmiankują o Ameryce, tabace, kawie czy herbacie, a więc o rzeczach, 

które w czasach historycznego Szekspira budziły nadzwyczajne emocje — powiedział Goguś. — 
Jednakże osiemdziesiąt lat wcześniej ostatnich trzech spośród tych rzeczy nie znano w ogóle, a o 
pierwszej z nich, o Nowym Świecie, kraje anglojęzyczne ciągle jeszcze mówiły Ta Hiszpańska 
Bujda. Podobnie też sztuki nie wspominają o nie znanych jeszcze wtedy ziemniakach, choć w 
osiemdziesiąt lat później wszyscy jadali już tę niezwykłą nową potrawę.

— Ale najlepiej prawdę ujawnia wymowa — powiedziała maszyna Szycha. — Wymowę 

można ustalić badając rymy danej epoki. W sztukach hither rymuje się z weather, eats z gets, eat 
great, ear z hair, have z grave, love z prove, z move i z Jove (wymawiano prawdopodobnie te 
wyrazy tak, jak dziś wymawiamy Jove). Znajdujemy także, że propose rymuje się z lose, gone ze 
stone,  a także z  moan; swear  rymuje się z  were,  tongue  z  wrongue,  gone  z  alone, granting  z 
wanting. No, to wszystkie przykłady, jakie mi teraz przychodzą na myśl.

— Czy dysponujesz może innymi przykładami? — zapytał prze-wyd nazwiskiem Donald 

Dranker, doskonały negocjator.

— Tak, mam około pięciuset innych przykładów w moim magazynie londyńskim — rzekł 

Szycha. — Rzecz w tym, że żaden z tych rymów nie brzmi należycie w chwili, gdy historyczny 
Szekspir   wdziera   się   na   scenę   jak   kometa;   wszystkie   zaś   rymowałyby   się   dobrze   jakieś 
osiemdziesiąt   albo   sto   lat   wcześniej.   Abstrahując   od   dzieł   Szekspira   trzeba   stwierdzić,   że 
udokumentowane zmiany brzmień w języku angielskim w wieku szesnastym są wystarczająco 

background image

jasne. To tylko przesunięte w czasie utwory Szekspira wprowadziły zamęt do historii. Jedną ze 
sztuk,  Henryka VIII,  trzeba wykluczyć z pierwotnego zbioru dzieł Szekspira. Pojawiła się ona 
jako nowe dzieło w osiemdziesiąt lat po pozostałych. No cóż, wiadomo było od dawna, że z 
lokalizacją czasową tych sztuk było coś nie w porządku.

— Jestem już niemal przekonany — stwierdził prze-wyd nazwiskiem Stanley Klumpstone.
— Zróbmy pierwsze wywoływanie! — od strony grupy członków Spółki krzyknęła Lawenda 

Brodie. — Na ławę świadków go i przydusić!

Trzask,   błysk   i   grzmot!   Skrzyp   otwieranych   żelaznych   zawiasów   czasu.   Trzy   młode 

nieopierzone maszyny obserwują wrażenie, jakie ich przyrządy wywierają na ludziach!

I nagle w salonie Spółki „Szczęśliwe Mózgowie” pojawia się mężczyzna — przystojny, o 

inteligentnym wyglądzie, choć nieco jakby strapiony.

Tak, to był  Szekspir historyczny,  choć z nosem bardziej niekształtnym  i twarzą bardziej 

prostacką niż na znanych portretach. Było tylko kwestią definicji, czy jest to głęboki odczyt 
psychiczny czy też wywołany duch.

— Choć zawsze podziwiałam cię do pewnego stopnia, chciałam jednak dostać cię w swoje 

ręce i zbadać, czy nie można by cię ukształtować jakoś lepiej — oznajmiła Lawenda zjawie. — 
Teraz przeprowadzę tylko wywiad i zobaczę, czy...

—   Nic  to   pani   nie   da,   łaskawa   pani   Lawendo   —   powiedziała   zjawa.   —   Nie   jestem   tu 

świadomie.   —   (Błysk   w   jego   oku   zdradził,   że   odrobinę   kłamie).   —   Nie   jestem   czymś,   co 
mogłoby być świadome. Jestem... jak to mnie nazwały te zabawne maszyny, które zrobiły mój 
ekstrakt?... jestem głębokim odczytem psychicznym wszelkich istniejących i ekstrapolowanych 
danych na temat niejakiego Williama Szekspira. A teraz pozwólcie mi powiedzieć, co mam do 
powiedzenia, i nie przerywajcie.

Och, chcieliby mu przerwać, i to wszyscy.
—   Czuję   tu   cały   splot   oszukaństwa   —   rzuciła   gniewnie   Lawenda,   a   inni   także   odczuli 

nieprawidłowości. Ale oto co powiedziała zjawa, idąc za wyjściowymi danymi i odpowiadając 
równocześnie na wtrącane pytania.

— Jestem William, syn Johna rękawicznika ze Stratfordu w Warwickshire. A równocześnie 

jestem Tom. Stanowię, jak sądzę, drugie ognisko elipsy będącej Manifestacją Toma, jako że to ja 
zdobyłem   dzieła   tej   manifestacji   (albo   coś   około   jednej   piątej   lub   jednej   szóstej   z   nich)   i 
udostępniłem je publiczności. Zwano mnie Tom Wierszokleta, Tom Syn Kobziarza (mój ojciec 
John grał na kobzie jak nikt w Stratfordzie) i Tom Błazen. I w gruncie rzeczy byłem wszystkim 
tym   po   trochu.   Sądzę,   że   te   dwa   ogniska,   Wielkiego   Toma   i   mojego   ciała,   dzieli   jakieś 
osiemdziesiąt lat.

Czy uważam się za parweniusza, ktoś mnie tu pyta. Tak, uważam się. Ale byłem więcej niż 

parweniuszem. Wywindowałem się. Znałem swoje słabe punkty (a były liczne), ale nikomu ich 

background image

nie ujawniałem.

Pytacie, kim był Tom Błazen i jak wszedłem w posiadanie jednej z jego szkatuł? Sądzę, że 

Tom Błazen nie był jedną osobą, lecz kilkoma; był  to w gruncie rzeczy Tom Razem. Kilku 
utalentowanych ludzi, współczesnych sobie i znajomych, lecz zbyt różniących się, by stać się 
przyjaciółmi, połączyło się jakoś w dziwnej błazenadzie.

Jedynym wspólnym im wszystkim talentem była mistrzowska umiejętność pisania po łacinie 

i po angielsku. Jednakże ich współudział w błazenadzie był zapewne mimowolny i pośmiertny. 
Na pół tajne, przeznaczone dla niewielkiej publiczności dzieła tych ludzi zostały w jakiś sposób 
zgromadzone przez człowieka o wyrobionym smaku (mógł to być ostatni z tych wspaniałych 
Tomów) i ukryte przed Anglikami w urzędzie celnym w Calais. Zdeponowano je tam w dużej i 
małej szkatule. Trafiła mi się mniejsza z nich.

Zapamiętajcie jednak: Dzieła te nie straciły na tym, że przeszły przez moje ręce. Umiałem 

„pozłacać złoto, malować kwiat... wzbogacać tęczę barwą”, jak to napisałem kiedyś, dołączając 
ten fragment do jednego z dzieł, fragment, który jak mi mówiono, jakoś błędnie się dziś cytuje.

I jeszcze jedno. Sztuka  Henryk VIII  nie pochodzi ze szkatuły. Została napisana po części 

przeze mnie, po części przez mego przyjaciela. Chcieliśmy sprawdzić własne możliwości wobec 
dokonań tamtego tajemniczego autora czy autorów dzieł ze szkatuły, wobec talentu Wielkiego 
Toma Błazna. I test nie przyniósł nam hańby.

Nie, nie mogę wyjaśnić więcej, niż wiem. Szkatuły zostały zaksięgowane w urzędzie celnym 

w Calais jako „Tom Błazen — Jego Polilogi”. Sądzę, że oznaczono je tak bardziej dla żartu niż z 
ignorancji. Monolog oznacza przemowę jednej osoby, dialog rozmowę paru osób, polilogiem 
można więc było tylko dla żartu nazwać rozmowę takich paru osób. Ale słowo to oznaczało 
raczej   „dużo  gadania”  albo  „gadulstwo”.  Ja  zaś  skorzystałem   ogromnie   na  mniejszej   z  tych 
starych gadulskich szkatuł, z tych polilogicznych kufrów.

Pytacie, czy nie potrafię zgadnąć, kim był naprawdę Tom Błazen albo Tom Razem. Tak, 

mogę i chcę. Nigdy nie unikałem mądrych zgadywanek.

Niekiedy historia potrzebuje paru wieków, by ustalić, że osoby na pozór różne są jedną i tą 

samą osobą. Na przykład wielki Cezar był „triumwiratem” jednoczącym trzech na pozór różnych 
ludzi,   choć   historia   ciągle   jeszcze   nie   wyjaśnia,   jak   się   to   działo.   Ludzie   o   wielkiej   sile 
osobowości mimowolnie wytwarzają czasem swych sobowtórów. Wiemy z Pisma Świętego, że 
imię Tomasz znaczy „bliźniak”. Sądzę, że nasz Tom Błazen był podwójnie bliźniakiem; był to 
człowiek obdarzony nadmiarem. Towarzyszyło mu kilka służebnych widm, które stanowiły tylko 
aspekty jego samego. I sądzę, że te widma czy też aspekty mogły mieć i miały własne nazwiska i 
drogi życiowe; mogły nawet na krótko przetrwać cielesną śmierć głównej osoby. Musiał to być 
człowiek pełny, by móc stworzyć dzieła, które ja potem ukazałem światu. Musiał to być człowiek 
o   ogromnym   nadmiarze   osobowości   (przelewającym   się   do   szeregu   różnych   naczyń),   skoro 

background image

potrafił stworzyć także tamte, jeszcze większe i liczniejsze dzieła zawarte w dużej szkatule, na 
której wykup nie miałem już złota i nie mogłem jej zdobyć i udostępnić ludziom.

— Ktoś nas tu chyba nabiera — mruknął Emery Briton w grupie ludzi Spółki. — Któż to 

wymyśla tego typu historie?

—   Och,   nie   sądzę,   Em   —   powiedział   Byron   Verre   ze   Spółki.   —   Uważam,   że   jest   to 

rzeczywisty Szekspir, na tyle, na ile można go wywołać, i że przedstawia własne domysły na 
temat naszej sprawy.

A rzeczywisty Szekspir (na tyle, na ile można go wywołać) mówił dalej:
— W mojej biografii jest siedmioletnia luka, jak to stwierdziła tamta pani. To właśnie w tym 

okresie, a nie w znanej części mojego życia, natrafiłem na Szkatuły.

Czy spalono mnie na stosie? Czy zostałem ścięty? Zasztyletowany? Nie, ja nie, choć czułem 

woń tych śmierci idącą od dzieł Wielkiego Toma Błazna. Ja sam umarłem w łóżku. A raczej na 
małej kozetce w kuchni, skąd mogłem oglądać modrzewie za oknem, zielony ogród i staw.

...i staw, i staw, i staw...
—   To   tyle   tego   odczytu   psychicznego,   jaki   wywołałem   z   danych   mojego   magazynu   w 

Londynie — powiedział Szycha, przedłużenie zdolnej angielskiej maszyny. — Zastanawiam się, 
jak wyłączyć faceta. O, już sam się wyłączył.

W tym samym momencie psychiczny odczyt głęboki Szekspira historycznego umilkł i znikł.
— No więc cóż, wchodzę z milionem dolarów. Byłoby doprawdy wstyd wymienić jakąś 

mniejszą sumę — mówił z udaną obojętnością prze-wyd Donald Waxley-Williams.

— Ej, wy, intruzy, o czym wy mówicie? — zapytał Shepherd O’Shire, Pełnomocnik Spółki.
— Byłoby nieuczciwe otwierać licytację przed końcem naszego pokazu — stwierdził Goguś. 

— Nieuczciwe z naszej strony.

Wtem   pojawił   się   odczyt   czy   też   widmo   człowieka,   od   którego   promieniowała   aura 

natchnionego talentu, choć niekoniecznie inteligencja i siła. Niektórym z widzów wydało się, że 
rozpoznają człowieka z portretu, jaki wykonał Fliccius. Jednakże obraz (czy też zjawa) był mniej 
kompletny niż portret. Malarz wypełnił puste miejsca odwołując się do własnej inwencji.

Zjawa zaczęła mówić głosem nerwowym i rozedrganym.
—   Jestem   Tom,   młodszy   syn   skromnego   angielskiego   szlachcica   z   Midlands.   Byłem 

największym chyba parweniuszem spośród nich wszystkich. Nie urodziłem się w takim ubóstwie 
jak tamci dwaj, ale miałem wielkie ubóstwo w sobie.

—   Piąłem   się,   ale   nie   siłą   czy   inteligencją,   lecz   szałem.   Przyprawiłem   Boga   samego   o 

wstrząs i odrazę, po których nigdy już nie przyszedł do siebie. Jednakże szczegóły mojego życia 
przejawiają narastający porządek, który nie pochodził ode mnie samego. Należałem do Jesus 
College   w  Cambridge.   Miałem   dwie   żony,   jedną  Angielkę,   drugą  Niemkę,   i   obie   musiałem 
porzucić.   Mój   żal   z   powodu   tych   przymusowych   wyrzeczeń   był   niewysłowiony.   Zostałem 

background image

arcybiskupem Canterbury. Przez szereg lat dysponowałem wielką władzą, a władza ta zawsze 
była skryta.

Dziwię się wprawdzie, jak doszliście do tego pytania, ale — tak, miałem siedem lat w swoim 

życiu, których świat nie zna. Bez tego nie można być we właściwy sposób tajemniczym.

Byłem swego rodzaju jubilerem, szlifierzem, który wytwarzał rzeczy wspaniałe i płomienne, 

głównie w miniaturze. Ale to tylko metafora. Tę wyborną pracę wykonywałem w słowach, nie w 
kamieniach. Jestem prawdopodobnie najlepszym stylistą, jaki kiedykolwiek pisał po łacinie lub 
po angielsku. Stworzyłem dwa dzieła. Jedno z nich zostało w ciągu tych wieków opublikowane 
w milionach egzemplarzy. Co za ironia, że nazwano je „Zwykłą Książką”. A moje drugie dzieło 
to Scenariusz dla Anglii. Napisałem go w formie licznych sprytnych wskazań, instrukcji i listów 
do najbardziej znaczących osób. Anglia przetrwała dzięki mojemu „Scenariuszowi”.

Inne prace? O jakie inne prace pytacie? Ach, sztuki, poezje. Cóż, były całkiem niezłe. To 

były   naprawdę   najlepsze   rzeczy   tego   typu,   jakie   stworzono   na   tym   świecie.   Tak,   sądzę   że 
powinienem je zaliczyć do grupy moich dzieł.

Ze co? Znaleziono je w kufrach w Calais? Tak, miałem kontakty w Calais. W naszej epoce 

Calais było ważnym miejscem. W waszej, jak sądzę, takie rzeczy przechowuje się raczej w banku 
szwajcarskim niż w urzędzie celnym w Calais.

Jaki   koniec   miało   moje   życie?   Ależ   ono   się   nie   skończyło.   Zostały   jeszcze   pewne 

porachunki. Spalili mnie na stosie, to był  mój cielesny koniec. Nie mogłem tego znieść, nie 
mogłem znieść ani jednej z tamtych strasznych sekund, nie mogłem tego znieść, znieść, znieść...

Widmo-odczyt umilkło, a potem znikło.
—   Och,   te   urządzonka   podobają   mi   się   coraz   bardziej   —   powiedział   prze-wyd   George 

Herbert. — Dam dziesięć milionów dolarów i czekam, kto da więcej.

— Po co ta bezsensowna paplanina o pieniądzach — odezwał się Pełnomocnik Shepherd 

O’Shire.

— Poczekajcie, ludkowie, do końca prezentacji — powiedziała francuska maszyna Dingo — 

wkrótce faktów przybędzie.

Po chwili zjawiło się nowe widmo-odczyt. Paru obserwatorom wydało się, że rozpoznają 

postać   z   portretu,   jaki   wykonał   Hans   Holbein   Młodszy.   Jednakże   człowiek   był   bogatszy   i 
pełniejszy w postaci widma (czy też odczytu) niż na portrecie. Malarz nie zdołał uwiecznić na 
portrecie całej wspaniałości tego człowieka. Potem zjawa zaczęła mówić, wypowiadając słowa z 
rzadka,   ale   głosem   bogatym   w   tonacje.  Zakresem   głos   przypominał   co  najmniej   jakąś   małą 
orkiestrę:

— Jestem Tom, syn właściciela piwiarni w Putney. Znacie chyba to niesławne miejsce na 

południowym nabrzeżu Tamizy, kawałek za Londynem.

Byłem włóczęgą, potem najemnikiem w Italii i innych krajach, a później żyłem z pożyczania 

background image

ludziom   pieniędzy.   Tylko   przez   krótki   okres   pożyczałem   zwykłym   ludziom.   Potem   moimi 
klientami  byli  książęta i królowie, a ja otrzymywałem  w zastaw całe królestwa. Tak, byłem 
parweniuszem urodzonym w piwnicy, parweniuszem wśród parweniuszy.

Owszem, było w moim życiu siedem nie znanych ogółowi lat. I oby pozostały one nie znane!
Wiele przebywałem w towarzystwie inteligentnych ludzi, ludzi z najbardziej inteligentnego 

pokolenia, jakie kiedykolwiek aż po dziś dzień pojawiło się na świecie. Jednakże w swoim życiu 
nie   spotkałem   nigdy   nikogo,   kto   dorównywałby   inteligencją   mnie   samemu.   Pożądałem 
wspaniałości,  ale  zarazem  i  prostoty.  I to drugie  pragnienie  zwyciężyło.  Byłem  pełen  uczuć 
litości, ale i rozpalało mnie okrucieństwo. I ten właśnie płomień pochłonął tamto. Uważano mnie 
za człowieka skomplikowanego, lecz moja doskonałość w zarządzaniu polegała na umiejętności 
upraszczania spraw.

To właśnie ja łupiłem klasztory i ziemie angielskich opactw. Ja dokonywałem nieuczciwych 

operacji posiadłościami. Byłem  człowiekiem posiadającym  władzę. Otrzymałem tytuł  barona, 
Wielkiego Lorda Chamberlain i Księcia Essex. Przez pewien czas król był mi powolny. Tak, 
przez pewien czas.

Miałem też inne zdolności. Miałem piękny głos, darmo by takiego szukać w całej Anglii. I 

umiałem w sposób mistrzowski posługiwać się słowami. Pytacie o sztuki? Przedstawienia? A 
skąd wy dziwni ludkowie i dziwne machiny (z trudem mogę odróżnić jednych od drugich) wiecie 
o  nich?  Tak,   pisałem   znakomite   sztuki.  Były   pełne  ducha   wielkości   istoty  ludzkiej.   Ciekaw 
jestem, co się z nimi stało? Zostawiłem instrukcje na temat dysponowania moim majątkiem, ale 
nie przedstawieniami. Trzymałem je w skrzyni na narzędzia stolarskie.

Nie, nie, nie spalono mnie na stosie. Jakże mógł taki błąd wśliznąć się w moją przejrzystą 

biografię?  Zostałem  ścięty.  Przez  całe  życie  pracowałem  po piekielnej  stronie  drogi, wraz z 
królem. Poróżniliśmy się co do drobiazgów w naszym adwokatowaniu diabłu i król polecił mnie 
zabić.   Zadziwiłem   ich   wszystkich,   uznając   się   na   szafocie   za   w   pełni   wierzącego.   Nie, 
oczywiście, że nie odwołałem tej deklaracji. Czyżby rozpowszechniano takie kłamstwa na mój 
temat? Umarłem jako w pełni wierzący. I w ten sposób zbawiłem swoją zasmoloną, przeżartą, 
zbrukaną, marynowaną i ukiszoną (ale nieśmiertelną i wieczną) duszę. A jednak stwierdzam, że 
przejściowe   (choć   wieki   ich   trwania   to   rzecz   raczej   nudna)   wysokie   płomienie   Czyśćca 
doskwierają mi bardziej, niż doskwierałyby człowiekowi mniej korpulentnemu.

Pytacie, na ile mam przekonanie, że te sztuki, przedstawienia są wartościowe? Och, one są 

bezcenne, w najwyższym stopniu bezcenne. Mówię to z całą powagą.

I w tej chwili znikł Wielki Tom z Putney, człowiek potężny i w świecie bywały.
—   Cóż   to   za   świetny   wynalazek!   —   zawołał   prze-wyd   Efraim   McSweeny   w   stanie 

prawdziwej ekstazy.  — Cóż za wspaniałą kopię można zbudować na tych domniemywanych 
podstawach! Podwyższam do pięćdziesięciu milionów.

background image

— Nie rozumiem zupełnie tego pieniężnego szaleństwa — mruknął Pełnomocnik Shepherd 

O’Shire. — To prawdziwie błazeńskie pieniądze.

Potem następne widmo-odczyt pojawiło się niczym smużka dymu, zaczęło tężeć i nabierać 

kształtu. Kilka z obecnych  osób miało poczucie, że rozpoznają tę nową zjawę jako postać z 
obrazu Johna Melo.

Przybysz mówił przyjemnym, dźwięcznym głosem, który brzmiał niemal jak dzwonki, jak 

wesołe dzwonki:

— Jestem Tom, syn bogatego prawnika. Parweniusz? Nie, nie ja. Byłem „dobrze urodzony”; 

to moje własne określenie, często źle pojmowane. Lecz być może po takim początku nie miałem 
już dokąd pójść jak tylko w dół.

Nie, nie, nie pochodzę z Putney. A czemużby człowiek miał pochodzić z Putney? Żyłem 

głównie w Chelsea.

Czy powiedziałem, że król był mi powolny? Nie przypominam sobie, żebym tak powiedział. 

I wcale tak nie było.  Pytacie,  czy jestem tym  samym  widmem,  które było tu właśnie przed 
chwilą?   Naprawdę   nie   wiem.   Tam   gdzie   obecnie   przebywam,   nie   mamy   ani   czasu,   ani 
następstwa zdarzeń. Och, z pewnością pamiętałbym takich dziwnych ludzików jak wy, gdybym 
był tu przed chwilą! Przybywam tu osobiście, ale być może oglądacie mnie podzielonego lub 
podwojonego i tak właśnie przekazującego informacje.

Owszem, próbowałem urobić króla na swój sposób, ale nie udało mi się. Prowadziłem go jak 

konia do wodopoju, ale nie potrafiłem go nakłonić, żeby pił — to moje własne sformułowanie.

Z czego w swoim życiu jestem najbardziej  dumny?  Och, z tego że oddałem najnowszej 

Europie Greków i pomogłem udostępnić ich nauki, sztuki i skarby. Jestem jednym z co najwyżej 
dwudziestu   ludzi   w   Europie   Zachodniej,   których   można   nazwać   prawdziwie   uczonymi   w 
przedmiocie Grecji. Lecz tak naprawdę jestem najbardziej dumny z tego, że stawiłem czoło fali, 
której większość ludzi nie potrafiła się oprzeć.

O, oczywiście że posiadałem władzę. Byłem  Lordem Kanclerzem Anglii, nielichy urząd. 

Pytacie, czy miałem siedem tajemniczych lat w swoim życiu. Nie. Nie było nic związanego ze 
mną, co byłoby nieznane. To prawda, że miałem siedem lat bardzo niewyraźnych, ale tylko w 
tym sensie, że następował wtedy chwilowy odpływ fali, na której płynąłem. Jeden z was pyta z 
pewnym   zawodem,   czy   nie   miałem   przynajmniej   jakiejś   tajemniczej   podróży   w   ciągu   tych 
niejasnych lat. Tak, miałem, cały szereg bardzo długich i bardzo tajemniczych. I nie uczynię ich 
mniej tajemniczymi opowiadając wam o nich.

Tak, pisałem sztuki czy też dialogi. Dałem im nazwę polilogów, aby zaznaczyć, że miały 

głębszą budowę i bogatszą akcję niż inne dialogi. Dałem im tę nazwę jeszcze dlatego, że miała 
ona   wydźwięk   komiczny.   Tak,   tworzyłem   polilogi,   przedstawienia,   rzeczy   dla   uradowania 
umysłów. Były one przeznaczone dla bardzo nielicznej publiczności, tak nielicznej, że każda z 

background image

obecnych osób otrzymywała jeden czy dwa fragmenty do odczytania. Dzięki tym sztukom życie 
wydawało się jakoś mniej zabiegane. Zostawiłem po sobie pełen kufer tych ucieszności. Tak, 
bardzo możliwe, że dostały się do Calais wraz z innymi drobiazgami. Jako Lord Kanclerz Anglii 
trzymałem rzecz jasna swe bardziej osobiste papiery w urzędzie celnym w Calais we Francji. W 
naszej epoce wielu z nas przechowywało swoje rzeczy w tym urzędzie.

Czy uważam, że miałem najlepszy głos w całej Anglii? Cóż za dziwaczne śledztwo z waszej 

strony. Tak uważam, bo tak było w istocie. Chełpiłem się nim.

Tak, rozpoznaję zawody poszczególnych z was. Jesteście komiwojażerami wydawców (ach, i 

kobiety też), nieprawdaż? Rozpoznałbym was chyba łatwiej niż pewne moje własne cechy.

Czy jestem albo czy kiedykolwiek byłem Szekspirem, pyta mnie jeden z komiwojażerów. 

Słyszałem nazwisko Szekspir tylko raz w życiu podczas jednego wieczoru. Gdy byłem jeszcze 
młody,   graliśmy   w  grę  polegającą   na  tym,   że  patrzyło  się   w szklaną   kulę,   zadając  duchom 
żyjącym w niej pytania typu „Kto po stu latach chodzi po moim grobie?”, „Kto nosi mój płaszcz i 
mówi moim głosem?”, „Kto je moje owoce i oddycha moim oddechem?” I gdy zadałem szklanej 
kuli te pytania, w odpowiedzi otrzymałem całkiem wyraźnie nazwisko Szekspir.

Pytacie, czy te polilogi, te sztuki, są naprawdę wartościowe i godne uwagi. Tak, są. Czegoś 

takiego nie było jeszcze od czasów, gdy pióro nauczyło się przemawiać ludzkim głosem. Są one 
tak bogate, że być może nie sposób przekopać całego pola, by wydobyć zagrzebane w ziemi 
perły. Komiwojażerowie, zajrzyjcie do swoich bagaży!

Czy   spalono   mnie   na   stosie?   Nie,   nie.   Jeśli   takie   są   przekazy   historyczne,   to   zaszło 

nieporozumienie.   Ścięto   mnie   na   szafocie,   jak   przystało   na   człowieka   wyjątkowego.   Nie 
spłonąłem na stosie jak byle nędzarz. A przed śmiercią nie mówiłem gładkich słów, które mi się 
przypisuje. Ach, co za nudziarze!

Oczywiście, że umarłem w wierze. I wcale nie odwołałem. Gdybym się wyrzekł, tobym nie 

zginął. Być może żyłbym do dziś.

Tu zjawa znikła. To znaczy, znikło jej około dziewięćdziesięciu dziewięciu procent. A ona 

usprawiedliwiała się z tego, że się tam jeszcze kręci, i szeptała głosem wątłym i cichym jak 
szmer wiatru:

— Będę już milczeć i nie będzie mnie prawie wcale widać, ale muszę tu jeszcze chwilę 

pobyć dla zaspokojenia ciekawości. Muszę poznać cenę tego, kogo się tu wycenia, bo przecież 
jestem częścią tego kogoś. Róbcie dalej swoje, ludzie i to żelastwo, tak jakby mnie tu nie było, bo 
ja tu jestem tylko ledwo-ledwo.

— Dowód, jakiś spójny  dowód  — zawołała  prze-wyda  Marjory  Manmangler.  —  Kiedy 

zobaczymy i zbadamy większą szkatułę, która prawdopodobnie znajduje się jeszcze w urzędzie 
celnym w Calais?

— Och, możemy mieć jej obraz choćby za moment — powiedział Szycha, zdolna maszyna 

background image

brytyjska. — Jednakże to, czy odkryjemy większy kufer, czy nie, jest nieistotne, chyba że rzecz 
idzie o skrupulatne przedstawienie dramatu ich odkrycia i ukazania światu; to zaś lepiej robić w 
innym miejscu i przy innej okazji. Zawartość wielkiego kufra została w całości skopiowana. A 
kopia tej kopii znajduje się pośród danych mojego mózgu w Londynie.

Same zaś teksty nie będą tu dla nikogo istotne, chyba że dla Tanglewood Press, które po 

udanej   licytacji   zbuduje   prawdopodobnie   wielki   relikwiarz   z   lampką   oliwną   i   tam   te   teksty 
przechowa.   Ale   wy,   ludkowie,   wynajmiecie   pewnie   pisarczyków   od   Harrisburga,   żeby   je 
przepisać. Jak to ich nazywacie — Harrisburg Dziewięć?

—   Obecnie   Harrisburg   Dziewiętnaście.   Powiększyliśmy   się   —   powiedziała   prze-wyda 

Manmangler. — I nazywamy ich: rewizjoniści, a nie pisarczykowie.

— Dam w ciemno sto milionów dolarów — pewnym siebie głosem powiedział prze-wyd 

Enox Eberiy. — Ta metoda groszowej licytacji jest doprawdy nużąca.

— Poczekajcie ludzie do końca prezentacji — odezwał się Goguś. — Pozwólcie nam być 

uczciwymi.

— Goguś — szepnął do tego urzędującego mechanizmu Arsene Gopherwood z grupy Spółki 

„Szczęśliwe Mózgowie” — jest takie przysłowie: nie czekaj z kuciem, aż żelazo stanie się zbyt 
gorące.  A trzy skorupki i  jeden groszek  wystarczą  do szulerki.  Więcej  skorupek  wprowadzi 
zamieszanie.

— Nas to nie zwiedzie,  ty ludzka rurko do strzelania  grochem — stwierdziła  francuska 

maszyna Dingo. — Czy ty naprawdę sądzisz, że potrafiłbyś uczyć nas, starych wyjadaczy?

— Och, one na pewno nie przedawkują — powiedziała prze-wyda Sheila McGuntry. — 

Niech   te   małe   maszynki   robią   dalej   swoje.   To   jest   nadzwyczajny   wynalazek.   Niczego   nie 
opuszczą.   Wielki   człowiek   musi   mieć   skromne   początki,   a   przynajmniej   musi   być   skromny 
wewnętrznie.   Siedem   tajemniczych   lat   jest   istotne,   jeśli   założyć,   że   zostały   spędzone   na 
zdobywaniu wiedzy w Tybecie albo w Królestwie Kapłana Jana nad błękitnym Nilem, albo w 
innym kształcącym miejscu. A okrutna egzekucja na końcu jest również istotna. Podobnie, wielki 
człowiek   musi   mieć  najlepszy  głos w  Anglii.   Zaś  w  najwyższym   stopniu  archetypiczna  jest 
sprawa tych szkatuł w urzędzie celnym w Calais, w tej mrocznej i złowieszczej budowli, która 
przypomina Grotę Alladyna. Wszystko to daje nam tyle do myślenia. Och, nie zmieniajcie linii 
działania. Jest doskonała!

—   Będziemy   kontynuować   —   powiedział   uroczyście   Goguś.   Wyglądało   to   tak,   jakby 

podniosła się kurtyna na jeszcze jeden akt dramatu o polilogach. Potem zmaterializowało się 
wspaniałe widmo-odczyt w rozwianych szkarłatno-złotych sukniach. Niektórzy z widzów mieli 
przekonanie,   że   rozpoznają   osobę   z   obrazu   Sampsona   Stronga   namalowanego   kilka   wieków 
wcześniej. A widmo mówiło władczym tonem:

— Jestem Tom, syn rzeźnika z Ipswich w hrabstwie Suffolk. Nikt nie może być bardziej 

background image

nędznie urodzony niż ja. Piąłem się w górę dzięki temu, że jak to ujął jeden z moich wielbicieli, 
byłem w miły i uprzejmy sposób bezlitosny.

Nie, nie byłem w Jesus College w Cambridge. Byłem w Magdalen College w Oksfordzie. 

Korygujcie dane, ludzie. Arcybiskup Canterbury? Nie. Nie. Byłem arcybiskupem Yorku. Tak, to 
prawda, byłem Lordem Kanclerzem Anglii. Kto nim nie był, w tych zmiennych czasach? A ja 
byłem   także   kardynałem.   I   dwa   razy   sięgałem   po   papiestwo,   ale   wymknęło   mi   się   z   ręki. 
Uważałem w owym czasie, że Duch Święty się pomylił, pomijając mnie, ale teraz widzę, że być 
może miał wówczas rację.

Czy  mam   najlepszy  głos  w  Anglii?   Pytacie   o  to  i  śmiejecie  się.   Tak,  owszem.  Miałem 

najlepszy. A wielu ze współczesnych miało naprawdę wspaniałe głosy.

Tak, napisałem rzeczy wielkie. Zarówno po łacinie, jak po angielsku. Znane dzieła mojego 

pióra. Lecz wydaje mi się, że macie na myśli pewne szkatuły pełne żywości i życia. Czy je 
odnaleziono? To wspaniale. Jeśli je opublikujecie, nastanie nowa wiosna na Ziemi. Nawet po 
wiekach zachowują one świeżość.

Co za słowa usiłujesz wcisnąć mi w usta, maszynko? Co za myśli do mojej elektronicznie 

spreparowanej głowy? „Wywołaj w nich wrażenie, że twoje dzieła są warte tony szmalu” — tak 
to było? Czy ten przekład jest poprawny? Oczywiście, że są warte wiele ton smalcu. Zakładam, 
że słowo „smalec” oznacza nadal tłuszcz zwierzęcy.

Czy miałem siedem nie znanych światu lat życia? Domyślam się, że wplatacie jakoś ten 

motyw   siedmiu   tajemniczych   lat   w   historię   o   wspaniałych   przedstawieniach,   o   sztukach 
zgromadzonych  w wielkich szkatułach w... w Calais. I jeszcze gdzie? A ja już słyszę  cichy 
grzmot plotki, którą staracie się zbudować. Cóż, sądzę, że to nasza stara przyjaciółka Tajemnica 
Hiszpańskiego Więźnia! Wróciła nas odwiedzić. Niech ktoś wyjrzy za drzwi sprawdzić, czy już 
wiosna. Tajemnica Hiszpańskiego Więźnia zawsze rozkwita na wiosnę. O tak, miałem siedem 
skrytych lat w moim życiu. Być może nie były one wystarczająco skryte, ponieważ dostały mnie 
w swoje ręce i zakończyły me życie w sposób ostateczny.

Nie, nie spłonąłem na stosie, nie zostałem powieszony ani ścięty. Sztylet zabójcy znalazł 

mnie   w   Leicester,   gdy   jechałem   do   Londynu   na   swój   proces   o   zdradę   stanu.   W   Leicester 
rozchorowałem   się   i   byłem   umierający.   Jednakże   moje   umieranie   trzeba   było   przerwać 
nietypową egzekucją, aby nie miało charakteru śmierci naturalnej. Nie wszyscy wiedzą, że nie 
umarłem wskutek choroby, lecz zostałem zamordowany.

Muszę  teraz   odejść,  choć  chętnie   bym  tu  został   do końca  tej   sprawy.   Pozdrawiam  was, 

szczęśliwi wywoływacze i po trzykroć szczęśliwe gębule. A pewnego dnia, po tamtej stronie, gdy 
wszyscy będziemy już zbawieni, pomówimy o tych rzeczach nad indyjskim rumem. Ja osobiście 
byłem   największym   oszustem   w   Anglii   i   być   może   w   całej   Europie.   Dokonałem 
najwspanialszych oszustw. Ach, to były dni, to były dni! Ale wy, maszynki, też jesteście w tym  

background image

niezłe.

A potem znikł ten czwarty i ostatni aspekt Wielkiego Toma Błazna.
— Goguś! — zarządził ostro Pełnomocnik Shepherd O’Shire — rzuć natychmiast cztery 

portrety wykonane przez Flicciusa, Hansa Holbeina Młodszego, Johna Melo i Sampsona Stronga, 
portrety przedstawiające zapewne kilka aspektów Toma Błazna. Chcę je porównać.

— Niemożliwe, Shep — warknął Goguś. — Są niedostępne. Być może mógłbym je zdobyć 

po paru tygodniach wyczerpujących poszukiwań.

— Kłamiesz, Goguś — zarzucił mu Shepherd. — Są dla ciebie dostępne, i to tu i teraz. 

Rzutowałeś je podświadomie, gdy pojawiały się obrazy osób. Lawendo, przypominam sobie, że 
kiedy   programowaliśmy   Gogusia,   powiedziałaś:   „Co   za   pożytek   z   maszyny,   która   nie   umie 
zupełnie kłamać?” Goguś jednak kłamie zbyt łatwo.

Goguś rzucił cztery portrety naraz przez jedną setną sekundy.
—   Trochę   dłuższy   rzut,   Goguś   —   polecił   Shepherd.   Goguś   zrobił   więc   nieco   dłuższą 

projekcję — przez 0,010101 sekundy. Nadal nie była ona długa, ale wystarczająca, by dostrzec tę 
oto   wielce   prawdopodobną   możliwość,   że   owe   cztery   portrety   przedstawiały   tego   samego 
człowieka, który być może nie posiadał w każdym przypadku tego samego ciała, człowieka, 
który stworzył  zdumiewające  odbicia  samego  siebie,  odbicia  chodzące  i przemawiające  jako 
wielcy pośród wielkich. A prze-wydzi dostrzegli wszystkie tego konsekwencje i byli poruszeni.

— Panie i panowie, możemy więc zacząć — oznajmił Goguś. Wstał, zamocował sobie na 

powrót smoczy ogon i wystąpił naprzód.

— Noo, to jest wielkie oszustwo, to czym nasze maszyny raczą tych łatwowiernych ludzi — 

rzekł z podziwem Shepherd O’Shire do Arsene’a Gopherwooda. — Dobra robota, szyta grubymi 
nićmi. Czterech największych Anglików z tamtego stulecia — Tom Cranmer, Tom Cromwell, 
Tom More, Tom Wolsey — a one połączyły  je w postać Toma  Razem.  Tak, tych  czterech 
wielkich współczesnych czyni przekonywającego Toma Błazna. I mogło się zdarzyć, że któryś z 
grupy   tego   Syntetycznego   Wielkiego   Toma   był   Szekspirem   dającym   dodatkowo   ponad   sto 
nowych sztuk. Ale to wszystko, Arsene, jest tak słabo potwierdzone. „Szczęśliwe Mózgowie” nie 
może tego puścić bez dalszej weryfikacji.

Ale jak mogłeś ty, nieoficjalny agent Spółki, dać się tak odstawić na bok w tym mądrym 

oszustwie robionym przez zwykłe maszyny?

— Dam lekką ręką miliard dolarów za całość praw do dzieł Szekspira i Pseudo-Szekspira w 

tej wielkiej szkatule z urzędu celnego w Calais — powiedział prze-wyd Kendell Kimberły. — 
Ale najpierw odstawmy od sprawy te domorosłe płotki.

—   Dlaczego   sądzisz,   że   jestem   na   boku   tego   oszustwa,   Shepherd?   —   zapytał   Arsene 

Gopherwood. — Być poza sprawą, to niepodobne do mnie. Ach, Shep i wy wszyscy, oni was 
mają na myśli, gdy mówią o domorosłych płotkach. Wynoś się, Shep. I wy też, reszta Spółki!

background image

— Nie odstawiaj mnie, Arsene! — zawył Shepherd O’Shire. — Będę donosił, będę sypał, 

będę szpiegował, będę kapował! Ludzie, ludzie, czy wy nie rozumiecie, że was nabierają?

—   A   czy   ty   nie   rozumiesz,   krzykaczu?   —   zapytała   prze-wyda   Greta   Samuelsdatter   z 

szyderczym   uśmiechem.   — My chcemy  licytować   tak  wysoko,   jak  tylko  się  da.  To sprawa 
prestiżu i sławy. Któż by chciał wygrać licytację na pół miliarda dolarów, jeśli po właściwym 
pokierowaniu można wygrać przy dwóch albo trzech miliardach? Dam dwa miliardy. A realność 
licytowanej osoby zdwoi się przez to, rzecz Jasna. Goguś, wyrzuć stąd tych nieboraków!

Nieboracy,   wszyscy   członkowie   Spółki   „Szczęśliwe   Mózgowie”   z   wyjątkiem   Arsene’a 

Gopherwooda, zostali wyrzuceni z sali, w której odbywała się aukcja. Opierali się mocno, ale 
tym mocniej ich wypierano. Shepherd O’Shire, Lawenda Brodie, Emery Briton, Byron Verre 
zostali usunięci z miejsca, które było własnością Spółki.

— Trzy miliardy dolarów — zgłosił prze-wyd George Hebert. — W tej historii jest wiele 

zabawnych anomalii, ale nasi pisarze potrafią wygładzić każdą rzecz.

—   Wszystko   będę   słyszeć,   wszystko   będę   słyszeć!   —   wrzeszczała   Lawenda.   —   Będę 

podsłuchiwać u dziurki od klucza!

—   Jeśli   pani   to   zrobi,   pani   Lawendo,   to   proszę   zważyć,   że   nic   nie   jest   trudniejsze   do 

odtworzenia niż ucho zamienione w parę — powiedziała francuska maszyna Dingo. — Precz, 
Szanowna Pani, precz!

— Cztery miliardy — zgłosił prze-wyd Efraim McSweeny.
Sto   albo   więcej   „nowo   odkrytych”   sztuk   Szekspira   przedstawionych   światu   z   odnośną 

historią, niezwykłą i wygładzoną w stosownych miejscach, przyniesie niezły zysk, nawet jeśli 
sztuki nie będą zbyt dobre.

— Pięć miliardów dolarów — zgłosiła prze-wyda Agnieszka Wańkowicz.
Ludzie   ze   Spółki   „Szczęśliwe   Mózgowie”   (z   wyjątkiem   Arsene’a   Gopherwooda)   tkwili 

zamknięci w mroku na zewnątrz sali. I był tam płacz i zgrzytanie zębów.

background image

Dłoń Barda
Reynolds Mack

Czy   są   jeszcze   jakieś   dalsze   kwestie   co   do   niezwykłego   charakteru   reputacji   Szekspira?  

Przypuśćmy, że zastanawiasz się nad największym możliwym znaleziskiem literackim. Pierwotny  
rękopis Księgi Rodzaju wykonany dłonią samego Mojżesza — oto coś w tym guście. Gdy zaś  
uznamy, że to niemożliwe, zadowolimy się zapewne jedną czy dwoma stronicami jakiejś sztuki  
Szekspira zapisanymi jego własną dłonią.

Jeśli  o  tym pomyśleć,  przestaje  dziwić,  że aż  dwóch spośród  współautorów tej  antologii 

zdecydowało się (niezależnie od siebie) napisać opowiadanie osnute wokół postaci Szekspira. Ja  
sam   też   napisałem   kiedyś   mały   tekst   o   Szekspirze.   Doprawdy   zdumiewa   mnie,   jak   wielu  
poszekspirowskich pisarzy brało za temat swych utworów tego patrona
  literatury.  Ta kwestia 
nadaje się do
 zbadania w jakiejś rozprawie doktorskiej.

Już ponad rok był posiadaczem biurka, zanim znalazł osobę, jakiej potrzebował: Kitty Gunn. 

Niekoniecznie musiała to być kobieta, chodziło tylko o to, by dana osoba spełniała pewne, dość 
różnorodne warunki, wśród których było między innymi skąpstwo — a przynajmniej głęboka 
potrzeba pieniędzy.

Franklin Westport trafił na nią poprzez banki danych na Armstrongu, jednej z najnowszych 

kolonii kosmicznych typu Wyspa Trzy, jakie założono na Lagrange Cztery. Przebywał tam w 
celu zebrania zamówień od nowo założonego muzeum kolonii.

Banki   danych   powiedziały   mu,   że   Kitty   Gunn   ma   32   lata,   jest   samotna,   przebywa   na 

Armstrongu od półtora roku, a w ciągu tego krótkiego okresu zmieniała pracę trzy razy. Ten 
ostatni fakt był istotny; prawdopodobnie czuła się niezadowolona. Jednakże to co go naprawdę 
zajęło, mieściło się w rubryce „wykształcenie”; z dossier wynikało, że Gunn ma doktoraty z 
paleografii,   kaligrafii   i   typografii.   Informacja   medyczna   charakteryzowała   ją   jako 
nieprzystosowaną.

Sprawdził godziny jej pracy oraz adres i znalazł się pod jej drzwiami w kwadrans po jej 

powrocie do domu.

Zdziwiła się tą wizytą. Franklin Westport był staroświecko odziany w kosztowny ziemski 

garnitur. Był nieco starszy od niej i miał twarz człowieka raczej gderliwego. Starannie ogolony i 
ostrzyżony, mógłby być duchownym albo wykładowcą jakiegoś osobliwego przedmiotu w szkole 
wyższej.

— Panna Gunn? — zapytał afektowanym tonem.
— Tak — odpowiedziała  marszcząc  brwi. Kitty Gunn wyglądała  raczej  smętnie.  Gdyby 

miała  możność  wydawania  dużych  pieniędzy w pięknych  sklepach i zajmowania  się swoimi 

background image

strojami, mogłaby stać się dość przystojną młodą kobietą. Lecz nie miała takiej możności. Nie 
służył jej też wyraz twarzy sugerujący, że ma nieustanne poczucie bycia ofiarą swego losu. 

Westport powiedział:
— Czy mógłbym zabrać pani chwilę czasu? 
Odsunęła się na bok czyniąc zapraszający gest dłonią.
Zgodnie z tradycją kolonii kosmicznej, dom był niewielki. Ponieważ Gunn żyła sama, jej 

dom   był   nawet   mniejszy   niż   zwykle   i   bardziej   sterylny.   Nie   należała,   rzecz   jasna,   do   tych 
entuzjastycznych   kolonistów,   którzy   robili   wszystko,   by   przy   pomocy   dostępnych   im 
ograniczonych środków uświetnić swój kącik.

Szybkim spojrzeniem obrzucił salonik, jadalnię, sypialnię i w ogóle wszystko, co tam było, z 

wyjątkiem   kuchni   i   łazienki.   Szukał   wzrokiem   jakiegoś   symbolu   religijnego,  Biblii  czy 
jakiegokolwiek znaku, że stara panna, Kitty Gunn, nie jest podatna na tanie sztuczki.

Powiedziała:
— Proszę usiąść, panie...
— Franklin Westport — rzekł. — Dziękuję. Jestem pośrednikiem w handlu dziełami sztuki, 

panno Gunn. 

Spojrzała na niego.
— Dziełami  sztuki? Tu na Lagrange Cztery?  Uśmiechnął się smutno, jakby na znak, że 

spotykał się już z takim pytaniem.

— Sądzę, że jestem jednym z pierwszych w tych koloniach, jednakże wielu pójdzie moim 

śladem. Podejrzewam, że już wkrótce będzie tu mnóstwo handlarzy antykami, będą liczne galerie 
sztuki i tego typu rzeczy.

— Handlarze antykami! Pochylił się lekko ku niej.
— Byłaby pani zdziwiona bogactwem, jakie znajduje się obecnie na Wyspach, panno Gunn. 

Dzięki wykorzystaniu energii słonecznej w wytwórniach kosmicznych, które przejęły produkcję 
towarów dawniej wytwarzanych na Ziemi, wyrosły tu ogromne fortuny.

Mruknęła coś z goryczą.
—   Zgoda   —   powiedział   —   że   pierwsze   pokolenie,   które   zaczęło   czerpać   korzyści   z 

kolonizacji kosmosu, pozostało w większości we własnych pieleszach. Tam było im wygodniej. 
Byli jak starzy baronowie-rozbójnicy z czasów podboju Dzikiego Zachodu. Ludzie pogranicza, a 
potem pionierzy i osadnicy ruszyli w swych krytych wozach i łodziach wierni hasłu: „Na Zachód, 
młody człowieku”, a gdy Zachód został zdobyty, stwierdzili, że w większości jest on własnością 
garstki starych już wówczas ludzi z Nowego Jorku.

Musiała się w tym momencie gorzko uśmiechnąć.
— Jednakże — kontynuował — trzecie pokolenie eksploatatorów Zachodu w obfitości miało 

już multimilionerów z Teksasu czy Kalifornii. Te stany były dla nich bardziej atrakcyjne niż 

background image

Wschód.   To   samo   dzieje   się   i   tu,   panno   Gunn.   Wielu   z   tego   pokolenia   dobrobytu   żyje   w 
przestrzeni. Niektórzy z nich wcale nie myślą o powrocie na Ziemię.

— Ja bym diabelnie chciała — powiedziała z goryczą w głosie. — Ale co to wszystko ma 

wspólnego ze sztuką i antykami w kosmosie?

— Daje się tu we znaki nostalgia. Sprawą modną i na czasie jest teraz dostarczanie ziemskich 

antyków dla muzeów i do wyposażania oraz dekoracji wnętrz w domach ludzi zamożnych. Niech 
mi pani wierzy, możliwości dla mnie są tu nieograniczone.

— Chciałabym być w takiej sytuacji. Dałabym sobie uciąć rękę, byle tylko wydostać się z tej 

monstrualnej puszki sardynek.

To właśnie miał nadzieję usłyszeć. Ukrył jednakże zadowolenie i łgał gładko:
—  Chce   pani   powiedzieć,   że   nie   znajduje  pani   życia   w  przestrzeni   godnym   pożądania? 

Sądziłem, że wy, koloniści, to... jak się to mówi... zapaleńcy?

—   Niektórzy   są   —   stwierdziła   znużonym   głosem.   —   Muszą   być   chyba   obłąkani.   — 

Westchnęła. — Aczkolwiek rozumiem, co czują. Zdarzyło mi się raz to odczuć. Tam, na Ziemi, 
nie   narzucali   mi   się   z   ofertami   pracy   w   moim   zawodzie.   Na   paleografię   nie   ma   wielkiego 
zapotrzebowania, a właśnie ona jest pasją mojego życia.

Miałam jednakże swoje marzenia o kosmosie. Zgłosiłam się na kolonistkę i zdziwiło mnie, 

że pomyślnie zaliczyłam wszystkie testy. — Jej głos znowu nabrał odcienia goryczy. — No i 
jestem tutaj. Zapewne na resztę moich dni.

Okazał zdziwienie:
— Czemuż więc pani nie wraca?
Spojrzała nań, jakby dziwiła się jego naiwności.
— Są różnorakie kontrakty kolonizacyjne na poszczególnych Wyspach. A ja, idiotka, nie 

przeczytałam   małej   notki   na   przedstawionym   mi   przez   zespół   kontrakcie,   notki   dotyczącej 
większości Wysp L4. Ale nawet gdybym ją przeczytała, niewiele by to zmieniło. Ukąsił mnie 
giez   kosmiczny.   Nie   mogłam   wiedzieć,   że   po   miesiącu   od   chwili   przybycia   tutaj   będę 
nienawidzić każdego skrawka tego miejsca. I że oddałabym wiele lat życia, byle tylko ujrzeć nad 
sobą błękitne niebo z obłokami, ocean i wysokie fale, góry pokryte lasami, dzikie zwierzęta, 
ptaki... Och, do diabła.

Powtórzył pytanie:
— Dlaczego pani nie wraca? Kiwnęła cynicznie głową.
— Mogę zerwać kontrakt i wrócić w każdej chwili. O ile tylko wręczę zespołowi pięćdziesiąt 

tysięcy pseudo-dolarów.

— Pięćdziesiąt tysięcy! — udał zdumienie.
— Właśnie. Oni twierdzą, że koszt ćwiczeń dla przyszłych kolonistów, jakie odbyłam na 

Ziemi,   następnie   koszt   przewiezienia   mnie   tutaj,   koszt   osiedlenia   mnie,   a   wreszcie   koszt 

background image

przewozu powrotnego daje w sumie pięćdziesiąt tysięcy. Mnie się wydaje, że to cena zawyżona, 
ale   cóż   począć.   Po   dziesięciu   latach   obniżają   kwotę   do   dwudziestu   pięciu   tysięcy,   a   po 
dwudziestu do dziesięciu tysięcy. Jest jednak nieprawdopodobne, że zaoszczędzę przez ten okres 
tyle, by móc zapłacić. Każdego zarobionego centa wydaję na importowaną z Ziemi żywność, 
płyny, odzież i inne ziemskie produkty. Koszt jest astronomiczny, ale bez tych rzeczy chybabym 
oszalała.

Kiwał głową ze współczuciem.
— Nie mogę pojąć, dlaczego oni doszli do takiej ostateczności, żeby trzymać tu kolonistów, 

którzy chcą wyjechać.

—   No   cóż,   mają   rozsądne   wytłumaczenie.   Połowa   ludzi   na   Ziemi   miałaby   ochotę   na 

turystyczną podróż w kosmos dla samej tylko przyjemności oglądania i doświadczenia czegoś 
nowego. Jednakże na sto osób ani jedna nie może tego osiągnąć. A więc jedyne, co mogą zrobić, 
to zgłosić się na kolonistów i jeśli zostaną przyjęci, wyjechać w przestrzeń, spędzić tam trochę 
czasu, a potem powiedzieć, że nie podoba im się to i chcą wracać do domu. Obsługa takich 
wolnych strzelców rokrocznie kosztowałaby korporacje całe miliony.

— Rozumiem ich punkt widzenia — zgodził się Westport. — I sądzę, że jest pani w pewnym 

stopniu w takiej samej sytuacji jak tak zwany ludzki inwentarz, który Brytyjczycy wysyłali do 
amerykańskich kolonu. Masz pieniądze, możesz kupić sobie wolność. Jednakże pani nie ma ich, 
jak przypuszczam.

Zniecierpliwiła się nagle.
— Po co pan właściwie do mnie przyszedł, panie Westport?
Zdecydował się wyłożyć karty na stół.
—   Rozumiem,   że   jest   pani   ekspertem   w   zakresie   kaligrafii,   typografii,   a   zwłaszcza 

paleografii.

— Niewiele dokonałam na tym polu.
— Przypuśćmy, że powiedziałbym pani, iż to wykształcenie mogłoby pozwolić pani zdobyć 

owe niezbędne  pięćdziesiąt  tysięcy pseudodolarów;  a także  pewną nadwyżkę.  Wystarczająco 
dużą, rzecz jasna, by pozwolić pani na urządzenie się na Ziemi, gdy pani już się tam znajdzie.

Spojrzała nań wytrzeszczonymi oczami. Franklin Westport uznał, że połknęła haczyk.
—  Niezbyt   dawno  temu   —   powiedział   —  podczas   jednej   ze   swoich   podróży  po   Ziemi 

mających  na celu załatwianie dla moich klientów antyków i różnych tego typu przedmiotów 
trafiłem w Anglii na wspaniałe biurko z epoki Tudorów. Badając je pieczołowicie przed kupnem 
— a właściciel, nawiasem mówiąc, nie znał się zupełnie na antykach — odkryłem mały sekretny 
schowek. Jest to dość częste dla biurek z tego okresu. Był to odpowiednik, jak sądzę, sejfu w 
ścianie ukrytego za obrazem w domu dzisiejszego zamożnego człowieka.

Patrzyła na niego z kwaśną miną.

background image

— Przypuśćmy — mówił dalej — że przywiozłem biurko tu, na Lagrange Cztery, i tuż przed 

sprzedaniem go w charakterze antyku, jak na to słusznie zasługiwało, odkryłem ów sekretny 
schowek, a w nim plik papierów. Trochę poezji Bena Jonsona, fragment sztuki Christophera 
Marlowe’a   albo   Lorda   Oxforda,   jedna   lub   dwie   stroniczki   Francisa   Beaumonta   czy   Johna 
Fletchera, a może nawet list do Williama Szekspira napisany ręką samej królowej Elżbiety!

Jej   krzywe   spojrzenie   znikło.   Gapiła   się   teraz   na   niego   z   niedowierzaniem.   Pojęła   już 

konkluzje, do których zmierzał.

— Fałszerstwo — powiedziała. — Fałszerstwo dzieła albo co najmniej fałszerstwo podpisu. 

Ale... jeśli o to panu chodzi, to dlaczego na Lagrange Cztery? Dlaczego nie robić tej sztuczki na 
Ziemi? Musi być tam multum zawodowych fałszerzy o wiele bardziej kompetentnych, niż ja 
mogłabym być.

Uśmiechnął się swym pełnym uroku uśmiechem duchownego.
— Z dwóch powodów, moja droga. Po pierwsze, ta płynąca z nostalgii moda zbierania dzieł 

sztuki, jaka się teraz na Wyspach rozwija, oznacza wyższe ceny. Drugi zaś powód, ważniejszy, 
jest ten, że jeślibym na Ziemi wyprodukował poemat napisany przez Bena Jonsona, to setka 
znawców będzie go badać przez tydzień, inna setka ekspertów zbada biurko i być może wykryje, 
że zostało ono zrobione w trzy lata po śmierci Jonsona. Tam wszystko może się zdarzyć. Tu 
jednak, moja droga Kitty, nie ma ekspertów. Upłynie tuzin lat od chwili, gdy zbierzemy naszą 
sumkę i znikniemy, zanim ktoś znający się trochę na rzeczy wykryje prawdę. Oczywiście kopie 
rękopisów znalezionych w sekretnym schowku zostaną przekazane na Ziemię, ale same papiery 
unikną zwyczajowego badania i to nie tylko charakteru pisma, ale także papieru i atramentu.

Pokręciła głową; miała nadal kwaśną minę.
— Rozumiem — powiedziała powoli. — Ale Chris Marlowe nie byłby dobry, Ben Jonson 

też. Ani nikt spośród tych, których wymieniłeś.

Teraz on zmarszczył brwi.
— Dlaczego nie Jonson ani Marlowe?
— W muzeach jest zbyt wiele ich rękopisów, jeśli się nie mylę. Każdy znający się na rzeczy 

wykryłby fuszerki we wszystkim, co udałoby mi się podrobić. A poza tym nie możesz oczekiwać 
ode mnie, że potrafię podrabiać pismo pół tuzina osób. Zająć się jedną z nich to już zadanie, 
którego ogromu nawet nie pojmujesz. I wreszcie, zdajesz się przeceniać wartość, jaką ma na 
rynku manuskryptów poemat Bena Jonsona, nawet gdyby to był egzemplarz pisany jego własną 
dłonią. On był bardzo płodny, zaś bardzo wiele jego rękopisów przetrwało.

Najwyraźniej miała coś na myśli.
— Jaka jest więc inna możliwość? — zapytał.
— Niechby to był Szekspir — powiedziała dobitnie.
Umówili   się   ostatecznie,   że   spotkają   się   następnego   dnia   na   obiedzie   w   jego   hotelu. 

background image

Potrzebowała trochę czasu na sprawdzenie w bankach danych  nie tylko spraw związanych  z 
Szekspirem, ale i innych rzeczy, które mogłyby być jej potrzebne.

Nie miała wiele kłopotu z przekonaniem go do Szekspira i z nakłonieniem go do porzucenia 

uprzedniej   idei   odkrycia   kilku   różnych   drobiazgów   pisarzy   z   epoki   elżbietańskiej.   Jak 
stwierdziła, z rękopisów Szekspira przetrwało bardzo niewiele — jeśli w ogóle coś przetrwało. 
Eksperci odrzucali tezę Westbrooka, który twierdził, że ustalił charakter pisma Szekspira. Poza 
tym   cena,   jaką   można   by   tu   osiągnąć,   mogłaby   być   ogromna,   jeśli   wziąć   pod   uwagę   ilość 
rękopisów pozostawionych przez innych pisarzy. Każde muzeum i każdy kolekcjoner, czy to w 
przestrzeni, czy na Ziemi, oddałby wszystko za jeden choćby manuskrypt Barda ze Stratfordu 
nad Avonem.

Trochę zaskoczyła go łatwość, z jaką udało mu się pozyskać Kitty. Rozmach, z jakim wzięła 

się do fałszerstwa, daleko przewyższał pierwotny zamysł Westporta, zamysł fałszerstwa na małą 
skalę. Z drugiej strony było oczywiste, że ta zgorzkniała kobieta była zdesperowana. Zupełnie 
oszalała na punkcie powrotu na Ziemię. Dziwił się, dlaczego właściwie tutejsza służba medyczna 
nie odesłała jej stąd jako przypadku beznadziejnej neurozy.

On   sam   spędził   dzień   i   wieczór   w   swoim   pokoju   przed   ekranem   banków   danych, 

odświeżając   sobie   wiadomości   na   temat   Szekspira,   jego   epoki   i   ludzi   współczesnych 
Szekspirowi. Następnego dnia zjawił się na spotkanie dość dobrze przygotowany.

Hotel   Neila   Armstronga,   jedyny   hotel   pierwszej   klasy   w   tej   kolonii,   szczycił   się   swoją 

znakomitą restauracją. Oferowała ona szereg potraw z produktów dostarczanych z Ziemi, a ceny 
były tak fantastyczne, że przeciętnego kolonistę nie stać było na zjedzenie w niej obiadu. Kitty 
także   była   tam  po  raz  pierwszy  i wprost  tarzała   się z  rozkoszy.   Po raz  pierwszy  od chwili 
opuszczenia rodzinnej planety zjadła stek i wypiła kieliszek wina.

Przy kawie i brandy podjęli temat Szekspira. Kitty stała się o pięć lat młodsza. W cynicznych 

oczach zapaliły się iskry. Jej naturalna ostrość była zrozumiała. Jak dotąd, życie przechodziło 
obok niej. Otwarła torebkę i wyjęła kartkę, na której miała notatki.

— Jest lepiej, niż myślałam — stwierdziła. — Istnieje tylko sześć absolutnie autentycznych 

próbek   jego   pisma.   Są   to   wyłącznie   podpisy,   a   przy   tym,   co   dość   dziwne,   on   nie   zawsze 
podpisywał się w ten sam sposób. Zwykle pisze „Shakspere”, ale jego najważniejszy podpis na 
testamencie   ma   postać   „William   Shakespear”.   Trzy   spośród   tych   podpisów   znajdują   się   na 
testamencie,   jeden   w   aktach   sądowych,   a   dwa   na   dokumentach   notarialnych.   Egzemplarz 
Montaigne’a   w   British   Museum   i   Owidiusza   w   Bodleian   Museum   posiada   przypuszczalne 
inicjały   Szekspira,   a   w  Żywotach  Plutarcha   w   Greenock   Library   znajduje   się   notatka   na 
marginesie, zdaniem niektórych uczyniona właśnie dłonią Szekspira.

Westport skrzywił się.
—   To   nie   daje   ci   wiele   materiału   do   opracowania.   —   Policzył   na   palcach:   —   Tylko 

background image

jedenaście liter alfabetu. Zaprzeczyła gestem dłoni.

—   To   bardzo   wiele.   Na   podstawie   tego,   czym   dysponujemy   w   zakresie   pisma   naszego 

przyjaciela,   włączywszy   tu   ową   wątpliwą   notatkę   na   marginesie   Plutarcha,   wydaje   się,   że 
Szekspir   używał   tak   zwanego   pisma   włoskiego   zamiast   tego,   co   dziś   nazywamy   angielską 
kursywą.

— Co to jest pismo włoskie?
— Typ zapisu, jakiego w owym czasie niektórzy używali. Jest to styl, przy którym dłoń 

porusza się swobodnie, płynnie, litery są pochyłe, linie wznoszące się są zapętlane. Bez wątpienia 
styl   ten   rozwinął   się   bardziej   z   potrzeby   pisania   szybkiego   niż   pięknego.   Podobnie   jest   w 
przypadku Szekspira, bo to przecież najpłodniejszy chyba pisarz tamtej epoki.

Westport był zbity z tropu; zapytał, ciągle nie przekonany:
— Co to oznacza dla nas?
— Będziemy musieli znaleźć próbki pisma innych ówczesnych pisarzy, którzy także używali 

pisma włoskiego, a ja zbadam te przez nich pisane litery, których nie mamy w jego własnym 
piśmie.

Łyknął nieco brandy i spojrzał z troską.
— Dostaniesz ten materiał w bankach danych?
— Oczywiście. W bankach danych jest teraz wszystko. Wszystkie jego podpisy, zarówno te 

uznane za autentyczne, jak i te wątpliwe; są tu rękopisy takich mu współczesnych, jak Jonson, 
Oxford i Marlowe. To już tylko  kwestia odrobiny moich  badań, a potem ćwiczeń,  ćwiczeń, 
ćwiczeń,  dopóki  pisanie tym  nowym  stylem  nie  stanie się  równie  naturalne  jak mój  własny 
sposób pisania — a nawet bardziej naturalne.

—   W   porządku.   Na   jakim   jego   utworze   mamy   się   skoncentrować?   Może   jakiś   sonet? 

Potrząsnęła głową.

— Nie sądzę. Wolałabym parę stron którejś z jego najbardziej nie udokumentowanych sztuk, 

powiedzmy Koriolana, Cymbelina albo jeszcze lepiej Peryklesa.

 Dlaczego to miałoby być lepsze?
—   Bo   te   utwory   są   kontrowersyjne.   Uważa   się,   że   Szekspir   miał   współpracownika 

nazwiskiem George Wilkins. W pierwszym folio sztuk Szekspira Peryklesa w ogóle nie ma, gdyż 
wydawcy   wątpili,   by   sztuka   ta   była   autorstwa   Szekspira.   A   więc   my   przepiszemy   kilka 
początkowych stron, zaczynając od strony pierwszej,  „Perykles, Książe Tyru, przez  Williama 
Shakespeara”. Historycy nastawią uszu, a nasze odkrycie nabierze jeszcze większej wartości, bo 
będzie najwyraźniej dowodzić, że to właśnie Szekspir napisał tę sztukę.

— Czy rzecz nie wyglądałaby bardziej autentycznie, gdyby zamiast początkowych zrobić 

kilka środkowych stron tej sztuki?

— Zapewne, ale zauważ, że jeśli nie będzie nazwiska na rękopisie, ktoś może twierdzić, że to 

background image

nie jest pismo Szekspira. Spór o autentyczność może trwać wieki. I nie dostałbyś za to tyle 
pieniędzy.

— Chyba masz rację. Czego będziesz potrzebować?
— Tyle papieru z tamtej epoki, ile tylko będziesz mógł zdobyć.
— Nie można by podrobić, co? 
Potrząsnęła przecząco głową.
— Są różne sposoby, na jakie eksperci ustalają wiek papieru. Musisz jechać do Anglii i kupić 

trochę rękopisów z epoki. Jak najmniej zapisanych.

Skrzywił się.
— To mi nie wygląda dobrze.
— Nieprawda. Przedstawimy manuskrypt jako pierwszy szkic. W owym czasie papier był 

drogi   i   Szekspir   do   pierwszych   wersji   używał   najprawdopodobniej   papieru   zapisanego   na 
odwrocie. Może nawet papieru, z którego poprzednie pismo było ścierane.

— Jesteś pewna zatem, że nie używali pergaminu? 
Była tego pewna:
—   Pierwsze   młyny   papiernicze   uruchomiono   w   Anglii   w   roku   1495.   Szekspir   napisał 

Peryklesa  około  roku 1608.  Będziemy   musieli  zdobyć  przybory  do  pisania,  jakich   wówczas 
używano. Ptasie pióra, jak sądzę. I ten sam typ inkaustu. A gdy już będziesz na Ziemi, mógłbyś 
się   rozejrzeć,   czy   nie   ma   jakiegoś   sposobu   preparowania   atramentu,   aby   sprawiał   wrażenie 
należycie starego.

Posprzeczali się trochę w kwestii miejsca sprzedaży. Kitty uważała, że najlepiej byłoby na 

jednej   z   większych   Wysp   Cztery   przy   Lagrange   Pięć,   z   dala   od   Armstronga,   miejsca   ich 
wysiłków. Poza tym mogło tam być więcej superbogatych kolonistów, którzy podbiją cenę.

Jednakże Westport protestował.
—   Chciałbym   uniknąć   wożenia   gotowego   manuskryptu.   Prawo   Murphy’ego   stale 

obowiązuje: jeśli coś może się zdarzyć, to się zdarzy. Podczas przewożenia z wyspy na wyspę 
może się coś zdarzyć i sprawa się wyda.

— Może i masz rację.
— Zrobimy tak — powiedział. — Jutro odwiedzę paru moich klientów. Zasugeruję im, żeby 

kupili sobie stare biurko angielskie do swojej biblioteki albo biura. Krótko mówiąc, przyjmę od 
nich zamówienie na taki zakup. W ten sposób w ogóle prowadzę interes. Kiedy mam określone 
zlecenie,   załatwiają   mi   zwykle   wolny   przejazd   na   Ziemię   i   z   powrotem.   Ponieważ   są 
właścicielami statków, nic ich to nie kosztuje, a ja nie muszę płacić monstrualnych cen za bilet.

Kiwała głową, przytakując jego słowom; jej twarz nie wyrażała już przygnębienia, malował 

się na niej zapał.

— A więc wezmę zamówienie na biurko i dostarczę je tutaj, razem z papierem, piórami i 

background image

atramentem,   jakiego   będziesz   potrzebować.   Skończysz   manuskrypt,   a   potem   zniszczymy   te 
przybory i w ogóle wszystko, co mogłoby wskazywać, że brałaś w tym udział. Potem wyjedziesz 
na Ziemię i urządzisz się gdzieś.

— Chwileczkę — zaprotestowała. — Kiedy otrzymam moje pięćdziesiąt tysięcy potrzebne 

do zerwania kontraktu?

— Dam ci je jako zaliczkę. Dodam jeszcze trochę ponadto, żebyś miała z czego żyć, dopóki 

nie zakończę sprawy. Gdy już się ulokujesz na Ziemi, wyślesz mi adres. Po podjęciu pieniędzy 
przyjadę i podzielę się z tobą. Pięćdziesiąt tysięcy z góry pochłonie prawie cały mój kapitał 
operacyjny, ale mniejsza o to. Jeśli ten figielek się uda, będziemy oboje jedli kawior.

Jej oczy zwęziły się.
— Skąd mam mieć pewność, że się pojawisz, Franklin? Mam w tym taki sam udział jak ty. 

Cenię sobie pięćdziesiąt tysięcy, ale ryzykuję nie mniej niż ty. Jeśli nam się noga powinie... Tu, 
na   Armstrongu,   prawo   jest   surowsze,   niż   myślisz.   Tu   postępuje   się   tak   jak   w   tych 
dziewiętnastowiecznych  miastach,  o których  czytałeś.  Nie tylko  nigdy nie wrócę na Ziemię. 
Pozbawią mnie większości tych skromnych przywilejów, jakie tutaj mam.

Jego uśmiech był teraz dobrotliwy i dobrze pasował do jego księżej twarzy.
— Kitty, moja droga, są dwa powody, a właściwie trzy, dla których muszę wrócić z twoim 

udziałem. Po pierwsze, gdybym nie wrócił, mogłabyś mnie wydać. Po drugie, wydaje mi się, że 
nie będzie to ostatni interes, jaki razem zrobimy. Przypuśćmy, że za, dajmy na to, pięć lat, po 
sprzedaniu manuskryptu naszego  Peryklesa  jakiemuś bogatemu kolekcjonerowi, muzeum albo 
bibliotece, ujawnię, że posiadam dalsze strony dramatu, które sobie zatrzymałem. Jakieś sześć 
stron. Wątpię, czy dostalibyśmy za tę drugą ofertę tyle co za pierwszą, ale i tak będzie wielu 
chętnych, zaś autentyczność nie będzie już podawana w wątpliwość, skoro pierwsze stronice 
będą już uznane. Tamten pierwszy kupiec będzie wściekły, bo sądził, że ma monopol na ten 
literacki skarb, ale nie będzie mógł nic zrobić.

Zgodziła się. Brzmiało to sensownie. Potem jednak przechyliła głowę na bok:
— A jaki jest trzeci powód?
— Kitty, moja droga — powiedział powoli — mam przeczucie, że ty i ja pasujemy do siebie. 

W przeszłości oboje chyba byliśmy samotnikami. Ą w samotnym życiu jest dużo samotności. — 
Zawahał się na chwilę, a potem spojrzał na jej filiżankę i kieliszek. — Widzę, że skończyliśmy 
nasz doskonały posiłek. Robi się późno. To wstyd dla mnie, żebyś miała wracać do tej swojej 
szarej chaty. Może zechcesz spędzić noc tutaj?

Patrzyła nań nieobecnym wzrokiem.
— Dobrze, Frank.
Następnego dnia oboje zajęli się pracą: Frank Westport kontaktował się ze swymi bogatymi 

klientami, starając się znaleźć kogoś, kogo mógłby zainteresować starym biurkiem angielskim; 

background image

Kitty zaczęła długą, żmudną naukę biegłego pisania stylem Williama Szekspira.

Sprawdziła wszystkich twórców z epoki elżbietańskiej, których próbki pisma można było 

znaleźć w bankach danych. Rzecz dość dziwna, było ich parę tuzinów. Pominęła najbardziej 
znanych.   I   ku   jej   dalszemu   zaskoczeniu,   najstosowniejszym   do   jej   celów   okazał   się   John 
Fletcher, który zdaniem większości autorytetów prawdopodobnie współpracował z Szekspirem 
przy pisaniu Henryka VIII. Pisał stylem włoskim, a szereg liter było podobnych do odpowiednich 
liter spośród tych jedenastu skreślonych ręką Szekspira.

Pracowała   nad   tym   wszystkim   bardzo   uważnie.   Z   banków   danych   otrzymała   wydruki 

potrzebnego jej materiału: autentyczne podpisy Barda, wszystkie podpisy domniemane, a także 
notatkę na Żywotach Plutarcha. Otrzymała potem wydruki zachowanego pisma Johna Fletchera. 
Opracowała cały alfabet zawierający owe litery pisane przez Szekspira i dopełniony literami 
Fletchera.

A potem dzień po dniu pisała, pisała, pisała. Styl włoski nie przychodził jej łatwo. Była 

wykształcona   na   stylu   Spencera.   Musiała   przezwyciężać   prawie   trzydziestoletnie 
przyzwyczajenie. W końcu jednak się nauczyła. W końcu się nauczyła.

Zdecydowali, że będą się widywać możliwie najrzadziej. Nie wiadomo, co może się zdarzyć 

w przyszłości, nie powinni więc ujawniać, że są w kontakcie. Kitty była na Armstrongu osobą 
najbardziej doświadczoną w zakresie paleografii, typografii i kaligrafii, choć nie wykorzystywała 
tu wcześniej swego wykształcenia.

Frank Westport znalazł chętnych — nie było to trudne — i po raz ostatni przed odlotem na 

Ziemię spotkał się z Kitty w jej małym, ponurym domu.

Choć spotkanie dotyczyło głównie interesów, pod koniec znaleźli trochę czasu na miłość.
Przy pożegnaniu powiedział:
— Wrócę z potrzebnymi rzeczami. Bóg jeden wie, ile ten autentyczny papier elżbietański 

będzie mnie kosztował, ale zdobędę go. Ty zaś, Kitty, w każdej chwili wolnego czasu staraj się 
zapomnieć, jak pisałaś dawniej, i pisz, jak pisał Bill Szekspir. Produkt końcowy musi wyglądać 
na swobodny i naturalny.

— Tak, kochanie — powiedziała. W ciągu swych trzydziestu paru lat życia Kitty Gunn miała 

pewne doświadczenia seksualne — ale nigdy nie miała mężczyzny, który byłby całkowicie jej.

Szło nawet bardziej gładko, niż mogliby się spodziewać. Zdobył osiem niezbyt zapisanych 

autentycznych   kartek   papieru   z   rękopisów   epoki   elżbietańskiej.   Nawiązał   także   kontakt   z 
zawodowym fałszerzem, który udzielił mu bezcennej rady, jak sprawić, by atrament, którego 
Kitty miała używać, wyglądał na należycie dawny.

Zdecydowali   się   wymazać   pismo   pokrywające   kartki   i   nie   ukrywać,   że   zostało   ono 

wymazane. Przecież,  jak stwierdziła  Kitty,  miała  to być  pierwsza wersja, a Szekspir mógł z 
powodzeniem   korzystać   z   używanego   papieru,   by   uniknąć   kosztów.   Postanowili   przepisać 

background image

pierwsze sześć stron Peryklesa; dwie kartki miały posłużyć Kitty do ćwiczeń. Aby rzecz uczynić 
bardziej autentyczną, Kitty ponumerowała kartki cyframi l, 2, 3, 4, 6, 7, opuszczając cyfrę 5 i 
naruszając w ten sposób ciągłość odnośnego fragmentu.

Miała z początku trochę trudności z ptasimi piórami, jako że nigdy przedtem ich nie używała. 

W końcu jednak uporała się i z tym.

Po wypełnieniu zadania skontaktowała się z władzami Armstronga, aby, ku ich wielkiemu 

zdziwieniu, wykupić swój kontrakt. Uważali, że niewielu kolonistów z jej warstwy może zdobyć 
wymagane pięćdziesiąt tysięcy. Kitty miała tę kwotę w gotówce, bo Frank nie chciał ujawniać się 
czekiem na swoje nazwisko.

Odprowadzał ją do portu wahadłowego, który służył zwykle za port dla ruchu pasażerskiego 

między Lagrange Cztery a Ziemią i z którego miała odlecieć opuszczając Wyspę.

Przed wejściem na statek spojrzała na niego strapiona.
Dodawał jej otuchy:
— Wszystko w porządku, Kitty. Ulokuj się w jakiejś małej miejscowości i dobrze wypocznij. 

Nie wiem, jak długo to potrwa. Jak tylko się urządzisz, pamiętaj wysłać mi swój adres. Przyjadę 
natychmiast, gdy tylko będę mógł.

— Dobrze, kochanie. 
Uśmiechnął się do niej:
— Spraw sobie jakiś seksowny kostium kąpielowy — lubieżność nie znikała z jego księżej 

twarzy.

Próbowała odwzajemnić uśmiech, ale zdenerwowanie nie pozwalało jej na to. Pocałował ją 

na pożegnanie.

Weszła na pokład, a on stał i spoglądał ku niej niczym dobry mąż lub kochanek, machając 

lekko dłonią w chwili odlotu, na wypadek gdyby wyglądała przez luk.

— Głupia gęś — mruczał. — Jeśli ona myśli, że kiedy się odkuję, będę tkwił przy takiej 

sierocie, to się grubo myli. Z taką forsą, jaka się tu kroi, Frank Westport zniknie w sposób, 
jakiego świat nie widział od czasów Houdiniego. Nie mam zamiaru ci pomagać; zniknę i nigdy 
więcej nie wypłynę.

Nie było żadnych kłopotów z „odkryciem” sekretnej skrytki i sześciu kart manuskryptu w 

niej ukrytych.

W istocie był tylko jeden mały kłopot. Tom Horn, potentat, który zamówił u Franka biurko, 

uznał, że jego, Horna, własnością jest nie tylko ono, ale i zawartość. Jego argumentacja jednakże 
nie została uznana i sekretarz generalny Armstronga odrzucił ją. Nikt nikomu nic nie zapłacił. 
Frank Westport kupił był biurko sam osobiście, a Horn biurka nawet nie widział. Nie doszła do 
skutku   żadna   transakcja   handlowa.   Biurko   i   jego   zawartość   nadal   pozostawały   własnością 
handlarza dziełami sztuki.

background image

Wieść o odkryciu rozeszła się nie tylko po koloniach; w ciągu niewielu godzin dotarła do 

samej Ziemi. Było to literackie odkrycie roku. Odkrycie na miarę stulecia!

Przez   następne   dni   trzy   różne   zespoły   fizyków   i   chemików   stosowały   swoje   metody 

testowania   papieru.   Wszystkie   trzy   metody   ustalenia   wieku   dały   ten   sam   wynik.   Papier 
wyprodukowano Roku Pańskiego 1600, plus minus kilka lat.

Nim upłynął  tydzień, każdy nauczyciel  literatury angielskiej  na Lagrange  Cztery stał się 

badaczem  Szekspira.  Zrobiono   doskonałą   kopię  sześciu   stronic  i umieszczono  ją w  bankach 
danych. Powielono te stronice w tysiącach egzemplarzy. Równocześnie wszystkim, którzy tego 
sobie zażyczyli, wydawano wydruki tego samego materiału, z którego korzystała Kitty Gunn.

I jednak tak! Podpis „William Shakespear” na stronie pierwszej był równie podobny do tego, 

który znajdował się na testamencie, jak dwa pozostałe. A ponadto! Nie mogło być wątpliwości, 
że owe stronice stanowią próbną wersję Peryklesa, Księcia Tyru, gdyż było tam szereg skreśleń, 
dopisków i notatek na marginesach. A prolog Gowera, od którego sztuka się zaczyna, różnił się 
w paru momentach od ostatecznej wersji, która dotarła do nas w drugim folio sztuk Barda.

Następnego dnia po odkryciu zaczęły napływać z Ziemi prośby o umożliwienie badań nad 

tekstem. Najbardziej domagało się tego British Museum, a także Oxford Library.

Równocześnie   nadeszła   ze   strony   Zjednoczonego   Królestwa   oficjalna   prośba   o   zwrot 

rzeczonego manuskryptu do Anglii jako skarbu narodowego, który powinien pozostawać w kraju 
rodzinnym Szekspira.

William   Farnsworth,   sekretarz   generalny   kolonii   Armstrong,   nie   miał   żadnego   takiego 

skarbu; przemówił na forum Rady. Jego słowa obiegły Wyspy, a także całą Ziemię.

Powiedział tonem zdecydowanym, a nawet wyzywającym:
—   Manuskrypt   Szekspira   nie   opuści   Armstronga.   Będzie   najchlubnięjszym   eksponatem 

naszego Muzeum, które posiadająć taki skarb, stanie się czołową instytucją kulturalną kosmosu.

Rada dała wyraz swemu entuzjastycznemu poparciu dla tych słów, klaszcząc, gwiżdżąc i 

wznosząc okrzyki.

Franklin   Westport,   siedzący   na   podium   obok   sekretarza   generalnego,   uśmiechał   się 

dobrotliwie.

Kwestia ceny wypłynęła dwa dni później, choć już wcześniej Frank Westport otrzymywał 

mnóstwo ofert.

Jego kablograf kosmiczny, telefony, a nawet skrytka pocztowa przyjęły na siebie taką lawinę 

zgłoszeń, że wynajął małe biuro przylegające do jego apartamentu w hotelu Neil Armstrong; 
zatrudnił także sekretarkę, która pomagałaby mu dawać sobie z tym radę.

Metropolitan   Museum   zaproponowało   ostrożnie   dwa   miliony   pseudodolarów,   jeśli 

autentyczność zostanie ostatecznie ustalona. Luwr podwyższył do czterech. Potencjami klienci 
angielscy   milczeli,   oczekując   zapewne   oficjalnych   posunięć   swojego   rządu.   Anonimowy 

background image

kolekcjoner amerykański, działając przez nowojorskiego pośrednika, zaoferował pięć milionów.

Jednakże   sekretarz   generalny   William   Farnsworth   grał   o   wysoką   stawikę.   Pozostawał 

nieugięty. Szekspirowski manuskrypt z Armstronga miał, jak to zostało ogłoszone, pozostać w 
kolonii. Nie miożna było wystawiać go na ryzyko przewozu. Sekretarz i jego dwóch głównych 
radców umówiło się na spotkanie z Franklinem Westportem w celu omówienia kwestii ceny.

Frank, ubrany w swój najlepszy, staroświecki garnitur i z uśmiechem nauczyciela szkółki 

niedzielnej, zjawił się w swoim biurze na parę minut przed spotkaniem. Nie chciał pocić się ze 
zdenerwowania czekając na tamtych.

Przemierzał krokami małe biuro. Oto jest. Wielki moment, który zdarza się raz w życiu. 

Pomyślał o szybkim drinku z butelki w biurku. Nie, do diabła, jednak nie, nie jest przecież 
nowicjuszem w tej szulerce. Przez całe dorosłe życie tak lub owak brał w niej udział. Spokojnie, 
Frank, spokojnie. Wszystko jest jak należy.

Rozległo się pukanie do drzwi; zanim zdążył się odwrócić i odpowiedzieć, drzwi otwarły się 

i   wkroczył   posługacz   hotelowy   w   uniformie,   niosąc   garść   kablogramów,   kilka   listów   oraz 
widokówkę.

— Poczta — zaćwierkał. — Dostaje pan więcej poczty, panie Westport, niż reszta gości 

razem wziętych.

— Dobrze, dobrze — powiedział Frank. — Rzuć na biurko.
Tamten   zrobił   to   i   wyszedł,   zgrabnie   i   grzecznie   ustępując   na   bok   przed   wchodzącymi 

oficjelami Armstronga.

Po   zwyczajowych   pozdrowieniach   i   uściskach   dłoni   sekretarz   generalny   Farnsworth 

przeszedł od razu do rzeczy.

— Panie Westport,  na tę  wielką okazję nie chcemy być  sknerami.  W zeszłym  tygodniu 

Ziemia, muzeum, dała dziesięć milionów za obraz Rembrandta. Rękopis to rzecz jasna nie obraz. 
Jednakże   Rada   zdecydowała   zaoferować   panu   pięć   milionów   pseudodolarów   za 
Szekspirowskiego Peryklesa z Armstronga.

Frank przełknął ślinę.
Wszyscy czterej stali, sekretarz generalny obok biurka.
Spojrzał na stos poczty Franka.
Uśmiechnął się i powiedział:
— Widokówka! Chyba nie widziałem widokówki, odkąd przyjechałem tu na Wyspy. Któżby 

wydawał pieniądze na opłaty pocztowe, żeby wysyłać widokówkę na Armstronga?

Bezceremonialnie wziął widokówkę i spojrzał na fotografię.
— Wyspy Bahama — powiedział. — Wspaniałe. Nigdy tam nie byłem.
Odwrócił kartkę.
Przeczytał: „Wspaniale spędzam czas. Chciałabym, żebyś był tutaj ze mną”. A poniżej adres.

background image

Podpisano „Kitty”, ale pismo było bez żadnej wątpliwości pismem „Williama Shakespeara”.

background image

Człowiek, który dryfował w czasie
Silverberg Robert

Są  dwa  słynne   chwyty,   jakie   w  science   fiction  stosują   pisarze   nawet   najbardziej   wierni 

naukom ścisłym.

Jeden to prędkości ponadświetlne (podróż z prędkością większą niż prędkość światła); bez  

nich space opera staje się dla ciebie nieosiągalna, nie możesz także stosować wszystkich owych  
konwencji, jakie narosły od czasów E. E. Smitha.

Druga to podróż w czasie; bez niej pozbawiasz się możliwości tworzenia całego mnóstwa  

szczególnie fascynujących fabuł.

Za   popularność   jednakże   trzeba   płacić.   Trudno   przy   pomocy   tych   ogranych   sztuczek  

wymyślić coś nowego. A jednak jest to możliwe. Spróbujmy rozważyć podróż w czasie w pewien  
nader subtelny sposób i odwróćmy zwykły porządek, umieszczając w centrum opowieści moment  
negatywny, nie zaś pozytywny.

Było   w   nim   coś   mętnego   i   przebiegłego.   Był   niski   i   delikatnej   budowy,   a   ja   miałem 

wrodzoną nieufność do ludzi, których wzrost nie osiągał co najmniej pięciu stóp i pięciu cali: 
wydają się zwinni i nieobliczalni, małe sprytne Napoleonki, gotowe cię napaść z trzech stron 
naraz. A jego wąskie, lśniące, szare oczy, choć patrzyły w moje, zdawały się nie być skierowane 
wprost na mnie; w dziwny sposób promień jego wzroku wytyczał oetro zagięty łuk nawet wtedy, 
gdy oczy patrzyły wprost na moją twarz. Nie podobało mi się to. Miał lat około sześćdziesięciu, 
sześćdziesięciu   pięciu,   był   szczupły,   schludny,   raczej   źle   ubrany,   siwe   włosy  bardzo   krótko 
przycięte, wierzch czaszki wyłysiały.

— Co robię? — powiedział. — Otóż podróżuję w czasie. Pływam do minionych epok.
— Doprawdy? — zapytałem. — Nigdy w przód? 
— Och, nie, nigdy. To zupełnie niemożliwe. Przyszłość nie istnieje. Przeszłość natomiast 

tak. Jest solidna, realna, jest miejscem, rozumiesz, jak Des Moines czy Wichita. Można pojechać 
do Wichity, jeśli się wsiądzie w odpowiedni środek komunikacji. Nie można jednak pojechać do 
miasta, którego w ogóle nie zbudowano. To byłoby niepojęte. No, może dałoby się to pojąć, ale 
w   każdym   razie   jest   to   nie-wy-ko-nal-ne,   rozumiesz   mnie?   Natomiast   w   przeszłość   mogę 
pojechać. Widziałem Huna Attylę. Widziałem Juliusza Cezara. Chciałbym móc powiedzieć, że 
poszedłem do łóżka z carycą Katarzyną, ale niestety nie poszedłem. Za to wypiłem parę wódek z 
kimś, komu się to zdarzyło. Powiedział, że czuć ją było czosnkiem i stale miała orgazmy. Pewnie 
nie wierzysz w to, co mówię?

— Trochę za dużo niezwykłych rzeczy jak dla mnie — powiedziałem dyplomatycznie.
Pochylił się ku mnie, konspiracyjnie zniżając głos.

background image

— Nie należysz do tych, którzy łatwo wierzą w rzeczy niezwykłe. Ja wiem. Nie wierzysz w 

starożytnych przybyszów z kosmosu, w opowieści o spotkaniach z UFO, w zginanie łyżeczek 
przy pomocy sił psychicznych.  To dobrze. Nie potrzebuję łatwowiernych.  Potrzebny mi  jest 
sceptyk,   który  będzie   mnie   słuchał,   sprawdzał   mnie   i   na  własną   rękę   dochodził   do  uznania 
prawdy. To wszystko, o co cię proszę: abyś nie kpił i nie odrzucał mnie z góry jako wariata. 
Dobrze?

— Spróbuję.
— No, a więc co odczuwasz, kiedy ci opowiadam, że podróżuję w czasie?
— Instynktowny opór. Natychmiastowe poczucie, że mam do czynienia z wariatem albo 

przynajmniej z uroczym łgarzem.

— Pięknie. Nie przyszedłbym do ciebie, gdybym sądził, że zareagujesz inaczej.
— Czego zatem życzysz sobie ode mnie?
— Abyś mnie wysłuchał, powstrzymał swoją niewiarę przynajmniej na pewien czas, zadał 

mi parę pytań i sprawdził mnie, obdarzając mnie swoim prawem wątpienia przez czas na tyle 
długi, bym mógł zdążyć cię przekonać. A potem, jako że mi pomogłeś, przeniesiesz na papier 
moje doświadczenia. Jestem stary, chory, wkrótce stąd zniknę, ale chciałbym zostawić po sobie 
jakieś wspomnienie, zapis, rozumiesz mnie, prawda? Potrzebuję do pomocy kogoś takiego jak ty.

— Dlaczego sam nie napiszesz? — zapytałem.
—   Łatwo   powiedzieć.   Nie   jestem   pisarzem.   Nie   mam   talentu.   Nawet   listu   nie   potrafię 

napisać tak, żeby to nie wyszło drętwo.

— Pamiętnik nie wymaga talentu. Po prostu zapisujesz na papierze swoją historię tak, jakbyś 

ją opowiadał mnie. Pisanie nie jest tak trudne, jak sądzą ludzie niepiszący.

— Pisanie jest łatwe dla ciebie — powiedział — a podróże w czasie są łatwe dla mnie. Ja tak 

umiem pisać, jak ty podróżować w czasie. Zgoda? — Położył dłoń na moim nadgarstku; gest 
przedwczesnej poufałości, który wywołał nagły i szybko przeze mnie stłumiony dreszcz w całym 
ramieniu. — Pomóż mi ułożyć moją opowieść. Uważasz, że jestem obłąkanym starym pijakiem i 
żałujesz, że poświęciłeś mi tyle czasu. Proszę cię jednak, odłóż na bok te doznania i przyjmij na 
chwilę, że wszystko to nie jest mieszaniną kłamstw i wymysłów. Zdołasz to uczynić?

— Mów — powiedziałem. — Opowiedz mi o sobie.
Wedle jego słów zaczął podróże w czasie jako chłopiec. Technikę, przy pomocy której mógł, 

jak twierdził, uwolnić się z więzów kontinuum i cofać się wzdłuż osi czasu, wykształcił podobno 
w sobie samorzutnie jako coś w rodzaju medytacji stosowanej, która miała charakter sterowanego 
fantazjowania. Poprzez ten udoskonalony i wysubtelniony między ósmym a jedenastym rokiem 
życia proces osiągnął coś, co należałoby, jak sądzę, nazwać doświadczeniem-wyjścia-poza-ciało; 
w tym doświadczeniu psychika, świadomość i rozwijająca się inteligencja dziecka znikały w 
przeszłości, zaś ciało, jak gdyby uśpione, pozostawało we współczesności.

background image

W czasie swej pierwszej podróży znalazł się w amerykańskim mieście w epoce kolonizacji. 

Nie   miał   pojęcia,   gdzie   się   znajduje   (gdy   był   starszy,   potrafił   na   podstawie   swych   żywych 
wspomnień z podróży ustalić, że było to Charleston w Południowej Karolinie), ale jako uczeń 
trzeciej klasy zorientował się od razu, że pudrowane peruki i trójgraniaste kapelusze oznaczają 
bez   wątpienia   wiek   osiemnasty.   Przebywał   tam   trzy   dni,   najpierw   zafascynowany,   potem 
zmieszany i przerażony, a przy tym straszliwie głodny...

— Głodny? — powiedziałem. — Tu wędrująca psychika, a tu apetyt?
— Nie postrzega się siebie jako istoty bezcielesnej — odrzekł najwyraźniej zadowolony, że 

wyraziłem   jakąś   obiekcję.   —   Czujesz,   że   jesteś   w   całości   przeniesiony   w   inną   epokę. 
Potrzebujesz jeść, spać, wypełniać  funkcje cielesne.  Byłem  małym  chłopcem  zagubionym  w 
mieście  sprzed Rewolucji. Pierwszej nocy spałem w lesie. Rano wróciłem do miasta  i jacyś 
ludzie znaleźli mnie, brudnego i zagubionego, i wzięli do domu, gdzie zostałem wykąpany i 
nakarmiony...

— A odzież? Byłeś pewnie w piżamie?
— Nie, zawsze jesteś odziany w strój epoki, do której przybywasz — powiedział. — A także 

znasz język danego miejsca oraz posiadasz trochę miejscowych pieniędzy.

— Bardzo to wygodne. Jakie siły Opatrzności dbają o te drobiazgi?
Uśmiechnął się.
— Jest to część iluzji. W gruncie rzeczy nie miałem przy sobie prawdziwych monet ani, 

rzecz jasna, nie wyuczyłem się w magiczny sposób nowych języków. Jednakże ten aspekt mnie, 
który umożliwia podróż, potrafi także sprawić, że inni mają przekonanie, iż otrzymują ode mnie 
prawdziwe monety. Gdy zaś moja dusza nawiązuje z nimi kontakt, wydaje im się, że mówię ich 
własnym językiem. Rozumiesz, moja podróż nie jest rzeczywistą podróżą ciała. Jest to projekcja 
astralna, by użyć zwrotu, który, jak sądzę, wzbudzi w tobie protest. Moje rzeczywiste ciało w 
piżamie pozostawało sobie w łóżku. Natomiast wędrująca anźma, błądząca dusza, zjawiała się w 
pełni   wyekwipowana.   Oczywiście   pieniądze   były   pieniędzmi   ze   snu   i   znikały,   gdy   tylko 
przenosiłem   się   w   inny   obszar.   Obawiam   się,   że   w   moich   podróżach   zostawiałem   za   sobą 
wszędzie wściekłych karczmarzy, oszukanych domokrążców, a nawet parę naiwnych ladacznic. 
W danym jednakże momencie pieniądz, jaki im wręczam, wygląda na zupełnie uczciwy.

— Ale ciało astralne musi się karmić rzeczywistym pożywieniem?
— To prawda. Sądzę też, że jeśli ciało astralne zostaje zranione, to śpiące rzeczywiste ciało 

czuje ból.

— Skąd możesz to wiedzieć?
—   Zdarzyło   mi   się   bowiem   —   powiedział   —   spaść   ze   schodów   świątyni   w   Babilonie 

Hammurabiego,   a   po   przebudzeniu   stwierdziłem   u   siebie   sińce   na   biodrach   i   plecach. 
Skaleczyłem się w winnej latorośli w dżungli dawnej Kambodży, a po przebudzeniu ujrzałem na 

background image

ciele  rany.   Znalazłem   się  wśród śniegów  Europy  ery pleistocenu,  wraz  z  neandertalczykami 
trzęsąc się z zimna, a obudziłem się z odmrożeniami, choć był wtedy lipiec.

Jest takie włoskie powiedzenie: Se non e vero, e ben trovato; może to i nieprawdziwe, ale w 

każdym razie dobrze wymyślone.

W jego oczach i na jego szczupłej, pokrytej szarym zarostem twarzy malował się wyraz tak 

zapamiętałego przekonania, tak absolutnej szczerości, że przeszedł mnie dreszcz, gdy słuchałem, 
jak mówi o odmrożeniach na wietrze z ery plejstocenu, i po raz pierwszy zacząłem dopuszczać 
myśl,   że   ten   człowiek   niekoniecznie   musi   być   zapitym   starym   ladaco   z   żywą   wyobraźnią. 
Jednakże daleki byłem od uwierzenia.

— Gdybyś zatem — powiedziałem — został przypadkiem zabity podczas podróży, to twoje 

rzeczywiste ciało także by umarło?

— Mam wszelkie powody, by tak właśnie uważać — stwierdził cicho.
Podróżował po nader rozległych obszarach przestrzeni i czasu jeszcze w okresie dzieciństwa. 

Większość miejsc, jakie odwiedził, była mu absolutnie obca i nie bardzo sobie zdawał sprawę z 
tego,   gdzie   i   w   jakiej   epoce   się   znalazł.   Nauczył   się   jednak   obserwować,   zauważać 
charakterystyczne szczegóły, zachowywać w pamięci dane, które prędzej czy później pozwolą 
mu ustalić, czego był doświadczył. Jako dziecko był przy tym molem książkowym i nie budziło 
zdziwienia, gdy gorączkowo wertował encyklopedię geograficzną, Encyclopedia Britaimica czy 
zakurzone  tomiska  historii.  Gdy podrósł i jego wykształcenie  pogłębiło  się, było  mu  łatwiej 
ustalać tożsamość swoich miejsc pobytu; gdy zaś dorósł zupełnie, nie miał żadnych trudności z 
zapytaniem kogoś po prostu: jak się nazywa to miasto? Kto tu jest królem? Co się tutaj dzisiaj 
odbywa?   Tak   jakby   był   wędrowcem   świeżo   przybyłym   z   dalekiego   kraju.   Chociaż   bowiem 
pierwsze podróże odbył jako chłopiec, jego astralne ja zawsze odzwierciedlało ja prawdziwe i 
gdy się starzał, projekcja, jaką wysyłał w przeszłość, dotrzymywała mu kroku.

Tak   więc   jeszcze   jako   dziecko   odwiedził   Londyn   Tudorów,   w   którym   strumienie 

nieczystości spływały ulicami; stał u bram Pekinu oglądając triumfalny wjazd Wielkiego Kublaj 
Chana;   czołgał   się   ostrożnie   w   lasach   Dordonh   obserwując   obozowiska   neolitycznych 
myśliwych; przemykał się wzdłuż ceglanych blanków przerażającego miasta budowli bez okien, 
które okazało się miastem Mohendżo-Daro nad Indusem; z nabożną czcią sunął po ulicach i 
placach azteckiego Tenochtitlan; jego bladą cerę opalało słońce prekolumbijskiej Ameryki. Gdy 
zaś podrósł, stał w rozszalałym tłumie przed krwawą gilotyną okresu Terroru; widział wrzucanie 
dziewic do poświęcanej studni w Chichen-Itza; wędrował przez zgliszcza Atlanty w tydzień po 
tym, jak generał Sherman puścił ją z dymem; pił gęste czerwone wino w uroczym mieście na 
stoku   Wezuwiusza,   które   mogło   być   Pompeją.   Opowieści   wydobywały   się   zeń   z   cudowną 
obfitością, a ja godzina za godziną słuchałem tego uroczego starego dziwaka, który opowiadał mi 
przemyślne   historyjki,   jakich   próżno   by   szukać   w   książkach.   Juliusz   Cezar,   twierdził,   był 

background image

afektowanym dandysem przesiąkniętym wonią nędznych perfum, a Kleopatra była przysadzista i 
miała grube usta. Izraelici z czasów króla Dawida to lud awanturniczy i prymitywny, nie bardziej 
świątobliwy niż sąsiednie plemiona pustynne. Wielki Mur Chiński był w większej części byle 
jakim wałem z błota, zapadającym się zaraz po ulepieniu go; Sokrates w ogóle nie istniał, a był 
tylko   wygodnym   pedagogicznie   pomysłem   Platona,   zaś   Platon   dostawał   ogromne   pieniądze 
nawet za zwykłą rozmowę. Co do krzyżowców, to bali się ich bardziej chrześcijanie niż Saraceni, 
jako że plądrowali, kradli i rabowali bezlitośnie podczas przemarszu przez Europę do Ziemi 
Świętej. Aleksander Wielki, począwszy od dwudziestego trzeciego roku życia, rzadko był na tyle 
trzeźwy,  by ustać   prosto;   orkiestry  za   czasów  Mozarta   były  zazwyczaj   niezgrane   i  używały 
lichych,   zgrzytliwych   instrumentów.   Wszystko   to   wypływało   z   niego   w   długim,   bezładnym 
monologu,  który ja coraz   rzadziej   i  rzadziej   przerywałem   w  celu  uzyskania  wyjaśnień  i  dla 
rozszerzenia   tematu.   Mówił   z   najwyższym   przekonaniem,   nie   bacząc   zupełnie   na   moje 
niedowierzanie:   dopóki   słuchałem,   mogłem   myśleć   o   jego   opowieściach,   co   mi   się   żywnie 
podobało — uważać je za plotkarskie rewelacje lub zabawne bujdy.

Przy   naszym   piątym   czy   szóstym   spotkaniu,   gdy   opowiedział   mi   właśnie   o   swoich 

przygodach z ladacznicami o nagich piersiach na Krecie Minosa (Labirynt, stwierdził, to nic 
takiego,   parę   uliczek   i   alejek),   o   przygodach   w   Konstantynopolu   Justyniana   oraz   w   niemal 
bezludnych, pełnych stad bizonów krainach Ameryki Północnej, zapytałem go:

— Czy jest jakieś miejsce lub epoka, których nie odwiedziłeś?
— Atlantyda — powiedział. — Stale miałem nadzieję rozpoznać ponad wszelką wątpliwość 

Atlantydę, ale nigdy, nigdy...

— Poza tym wszędzie i w każdej epoce?
— Prawie. Mam tylko jedno życie.
— Dziwi mnie to. Nie robiłem rachunku, ale wydaje mi się, że aby zobaczyć to wszystko, co 

ty widziałeś, potrzeba by osiemdziesięciu albo dziewięćdziesięciu lat — tydzień tu, miesiąc tam; 
w sumie będzie chyba tyle, nieprawdaż?

— Tak.
— A kiedy cię tu nie było, pozostawałeś w uśpieniu przez całe tygodnie i miesiące?
—   Ach,   nie   —   odpowiedział.   —   Źle   zrozumiałeś.   Czas   spędzony   tam   nie   ma   żadnego 

związku z czasem przeżytym tu. Mogę wyjechać na wiele dni, a tu upłynie nie więcej niż chwila. 
Najwyżej godzina albo dwie. Ja podróżowałem nawet wtedy, gdy siedziałem tu rozmawiając z 
tobą.

— Co?
— Wczoraj, gdy mówiliśmy  o trzęsieniu  ziemi  w San Francisco,  w pewnym  momencie 

spędziłem osiemnaście godzin w jakimś niemieckim księstwie w XIV wieku.

— I nic o tym nie wspomniałeś po powrocie? 

background image

Wzruszył ramionami.
— Wczoraj byłeś uszczypliwy i słuchałeś niechętnie. Obawiałem się już, że stracę twoją 

sympatię. Czułem, że byłoby przesadą mówić ci... Ach, przy okazji, właśnie byłem w Augsburgu 
czy też Reutlingen, czy może w Ulm, nie wiem dokładnie. To zresztą nudna podróż. Była dla 
mnie tak ponura, że nawet nie, zadałem sobie trudu zapytać o nazwę tego miejsca.

— To czemu zostałeś tam tak długo?
— Cóż, nie mam nad tym kontroli — powiedział.
— Nie masz?
— Żadnej. Dryfuję wstecz, pozostaję w jakimś czasie tyle, ile muszę, i wracam. Od samego 

początku tak jest. Nie mogę wybierać także miejsca docelowego. Najlepiej porównać to do takiej 
oto sytuacji, że wsiadam do samolotu, który porywa mnie na urlop nie znanej mi długości i w nie 
znanym kraju, a ja nie mam nic do powiedzenia ani o czasie, ani o miejscu. Bywało, że miałem 
wrażenie, iż nigdy już nie wrócę.

— Obawiałeś się tego?
— Tylko wtedy,  gdy nie podobało mi się miejsce, w które popadłem — powiedział. — 

Perspektywa   spędzenia   reszty   życia   w   jakiejś   błotnistej   dziurze   w   środku   Mongolii,   w 
grenlandzkim   igloo   czy...   no,   sam   rozumiesz.   —   Zacisnął   usta.   —   Jeszcze   jedna   sprawa: 
przydarza mi się to bezwiednie.

— Sądziłem, że w wyniku jakiegoś rytuału, procesu medytacyjnego.
— Kiedy byłem dzieckiem, to tak. Potem jednakże tak dobrze sobie to przyswoiłem, że 

działo   się   samo   z   siebie.   Przerażające,   bo   może   mnie   to   spotkać   wszędzie,   w   dowolnym 
momencie, jak atak choroby. Tobie się pewnie wydaje, że nie ma w tym żadnych niedogodności. 
Że moje życie to nieustanny piknik, błądzenie po przestrzeni i czasie? Pierwsze dwie lub trzy 
niekontrolowane podróże zdarzyły mi się, kiedy miałem dziewiętnaście lat. Miałem szczęście, że 
nie upadłem bez czucia na ulicy czy coś w tym rodzaju. Ale i tak komplikacji była masa.

— Jak się wytłumaczyłeś?
— Kłamałem — powiedział. — Jesteś pierwszym, któremu wyjawiłem prawdę o sobie.
— Czy mam w nią wierzyć?
— Jesteś pierwszym — powtórzył z naciskiem. — I to dlatego, że mój czas się kończy i na 

koniec   potrzebuję   kogoś,   z   kim   bym   się   podzielił   moją   historią.   No?   Wiarygodna?   Ciągle 
uważasz, że zmyśliłem to wszystko?

Istotnie, nie miałem pojęcia, co o tym sądzić. Łatwo było uznać jego opowieść za kłamstwo 

albo wymysł. Jednakże uwzględniając nawet jego przebiegłą umiejętność wzbudzania zaufania, 
był w tym wszystkim jeszcze jakiś pogłos prawdy, i to nawet w najbardziej nieprawdopodobnych 
momentach opowieści. I ta obfitość informacji, bogactwo szczegółów... być może dałoby się to 
wytłumaczyć samotnym życiem spędzonym nad książkami historycznymi, ale mimo to, mimo 

background image

to...

A jeśli mówił prawdę? Co w tym było dobrego? Nie zapisał nic: żadnych anegdot ze swoich 

przygód, żadnych rewidujących ustalone poglądy esejów historycznych, żadnych filozoficznych 
poglądów, jakich musiał nabyć po spenetrowaniu trzydziestu tysięcy lat dziejów ludzkości. Żył 
dziwnym,   doraźnym   i   fragmentarycznym   życiem,   wypadając   z   tego,   co   nazywamy 
rzeczywistością codzienności, i wpadając w to na powrót — zupełnie jakby chodził raz po raz do 
kina. A dziwne to było kino: tydzień w Bizancjum, miesiąc u starożytnych Sumerów, godzina 
wśród faraonów. Życie spędzone samotnie, bez miłości, sama tylko obserwacja życia, dziwaczny 
zygzakowaty chaos żywota, jakiego nie miała żadna inna istota ludzka...

Jeśli mówił prawdę.
A jeśli nie? Se non e vero, e ben trovato. Słuchałem oczarowany. Nadal badałem szczegóły 

mechanizmu  tych   podróży.  Czy jego  podróże  zawiodły  go  do  każdego  zakątka  Ziemi?  „Do 
każdego”, odpowiedział. Kiedyś przybył do pustynnej krainy lodowców, o której na podstawie 
nie znanego mu układu gwiazd sądził, że jest Antarktydą, choć mogła to być kraina lodowców z 
epoki, gdy układ gwiazd był  inny niż dziś. Wyprawa  trwała na szczęście  tylko  godzinę, bo 
inaczej by zginął. W każdym jednak razie wyglądało na to, że nie ma żadnych ograniczeń — 
mógł się znaleźć, jak powiedział, na każdym kontynencie i w każdej epoce. Lub w prawie każdej, 
pytałem go bowiem o dinozaury, epokę trylobitów i ewentualność znalezienia się pewnego dnia 
w pierwotnej materii składającej się na przyszłą kulę ziemską. Jednak nie, na tyle  na ile się 
orientował, nigdy nie dotarł dalej niż do plejstocenu. Nie wiedział dlaczego. Zastanawiało mnie 
także, dlaczego widział tak wiele postaci historycznych — Cezara, Kleopatrę, Lincolna, Dantego 
i wielu innych  — podczas gdy my,  ludzie  dzisiejsi, rzadko w naszej  codziennej  krzątaninie 
spotykamy prezydentów, królów i gwiazdy kima. Ale i na to miał odpowiedź, mianowicie, że 
dawniej świat był dużo mniejszy, miasta uważano za wielkie, jeśli miały pięćdziesiąt albo sto 
tysięcy   mieszkańców;   wielcy   tamtego   świata   byli   łatwiej   dostępni,   wychodzili   na   rynek   i 
pozwalali się oglądać. Ponadto on sam zajęty był właśnie poszukiwaniem ich, bo cóż za sens 
zostać w cudowny sposób przeniesionym do Rzymu z czasów Cesarstwa i wyjechać, nawet na 
moment nie zobaczywszy Augusta czy Kaliguli?

A   więc   słuchałem   porwany   tymi   opowieściami   i   choć   nie   powiem,   że   kiedykolwiek 

uwierzyłem dokładnie we wszystko, co mówił, to z drugiej strony nie było we mnie całkowitej 
niewiary i czułem, jak dzięki jego chaotycznym opowieściom przeszłość ożywa w zadziwiający 
sposób. Znajdowałem czas na jego wizyty, odkładałem na bok wszystkie pilne zajęcia i pomimo 
niewiary coraz bardziej uzależniałem się od jego historyjek — niczym od narkotyku, jakiegoś 
potężnego halucynogenu, który przenosił mnie do barwnych obszarów przeszłości.

Podczas rozmowy, która miała być ostatnią, powiedział:
— Mógłbym ci pokazać, jak się to robi. Te proste słowa zawisły między nami jak tańczące 

background image

miecze.

Gapiłem się na niego bez słowa odpowiedzi.
— Wymaga to jak sądzę około trzech miesięcy ćwiczeń — powiedział. — Dla mnie było to 

łatwe, naturalne, wolne od przymusu, ale ja byłem rzecz jasna dzieckiem i nie miałem żadnych 
barier do pokonania. Tobie zaś, z twoim sceptycyzmem, wyrafinowanym umysłem i rezerwą, 
trudno będzie opanować metodę; niemniej jednak pokażę ci ją i wytrenuję cię, a w końcu rzecz 
się powiedzie. Odpowiada ci to?

Wyobraziłem sobie, że obserwuję rydwan Cezara toczący się po Via Flaminia. Pomyślałem o 

trącaniu   się   kubkami   wina   z   Chaucerem   w   jakiejś   tawernie   na   przedmieściu   Canterbury. 
Pomyślałem o wchodzeniu do jaskiń w Lascaux, by oglądać świeżo namalowane bawoły.

A potem pomyślałem o moim spokojnym, uporządkowanym życiu i o tym, jak by to było, 

gdybym popadał w narkotyczny trans w nieprzewidzianych momentach i zanurzał się w mrok 
przestrzeni i czasu, lądując być może w samym środku jakiejś ohydnej masakry albo w porze 
plag,   albo   na   bezludnej   ziemi,   na   której   człowiek   nigdy   nie   postawił   stopy.   Pomyślałem   o 
cierpieniu,  niewygodach  i ryzyku,  a może  nawet gwałtownej śmierci,  i o naruszeniu  swoich 
codziennych zwyczajów; spojrzałem mu w oczy i dojrzałem w nich obcość — obcość, której nie 
chciałbym z nim dzielić, i z najzwyklejszego tchórzostwa powiedziałem:

— Sądzę, że raczej nie.
Coś na kształt rozczarowania przemknęło mu po twarzy. Potem jednak uśmiechnął się, wstał 

i stwierdził:

—   Nie   dziwi   mnie   to.   W   każdym   razie   dziękuję   za   wysłuchanie   mnie.   Byłeś   bardziej 

otwarty, niż się spodziewałem.

Na moment zatrzymał moją dłoń w swojej. Potem wyszedł i nigdy go już nie spotkałem. W 

parę tygodni później dowiedziałem się o jego śmierci; usłyszałem ten miękki głos mówiący: 
„Mógłbym ci pokazać, jak się to robi”, i spłynął na mnie ogromny smutek, bo choć wiedziałem, 
że kłamał, miałem także przekonanie, że być może nie — a w takim razie zamknąłem sobie na 
zawsze możliwość doświadczenia nieskończonych cudów. Jaka szkoda, powiedziałem sobie, że 
odmówiłem, jak doprawdy marnie i niegodnie postąpiłem. Tak: niegodnie. Zlekceważyłem jego 
propozycję od razu, nawet nie wypróbowując jej, nawet nie okazując mu na koniec odrobiny 
zaufania. Przez szereg dni byłem nadzwyczaj przygnębiony, potem zaś, jak to się zwykle dzieje, 
zająłem się innymi sprawami i zapomniałem o nim.

Kilka   tygodni   po   jego   śmierci   otrzymałem   telefon   z   jednego   z   wielkich   banków   w 

śródmieściu. Wymienili jego nazwisko i powiedzieli, że są wykonawcami jego ostatniej woli i że 
zostawił on coś dla mnie, kopertę, która miała być otwarta dopiero po jego śmierci. Jeśli dowiodę 
swojej tożsamości, to prześlą kopertę do mojego banku. Dokonałem więc zwykłych czynności, 
wysyłając list do mojego banku, ten zaś potwierdził mój podpis i przesłał go do jego banku, a po 

background image

pewnym czasie poinformował mnie, że przesyłka nadeszła. Poszedłem ją odebrać. Była to wielka 
koperta z papieru pakunkowego. Błysnęła mi szalona myśl, że jest w niej nie dający się obalić 
dowód   na   jego   podróże   w   czasie,   coś   w   rodzaju   fotografii   Chrystusa   na   krzyżu   albo 
własnoręcznie  pisany  list  Wilhelma   Zdobywcy  do  mojego  przyjaciela;  to  jednak było,  rzecz 
jasna, niemożliwe. Wyjaśniał przecież, że w czasie podróżowała wyłącznie jego niematerialna 
istota: żadne przedmioty, żadne wytwory. Gdy jednak otwierałem kopertę, ręce mi drżały.

Był w niej gruby rękopis i notatka wyjaśniająca, że zdecydował się jednak podzielić ze mną 

tajnikami swej metody. Bez jego pomocy nauka zajmie mi dużo więcej czasu, rok albo i więcej 
pilnego ćwiczenia, ale jeśli wytrwam, jeśli naprawdę pragnę osiągnąć...

Doznałem zawrotu głowy. Czułem się, jakbym został na najcieńszej z nici zawieszony nad 

nieskończoną   otchłanią   i   postawiony   wobec   wyboru   między   nudnym   bezpieczeństwem   a 
wspaniałością skoku w nieznane. Poczułem pokusę.

I po raz drugi się wyrzekłem.
Nie przeczytałem rękopisu. Byłem na to zbyt lękliwy. Ani go nie zniszczyłem, choć miałem 

taki pomysł.  Muszę przyjąć, że i na to byłem zbyt  wielkim tchórzem, bo nie chciałem brać 
odpowiedzialności za unicestwienie tajemnicy tak potężnej — jeśli rzeczywiście była w niej ta 
moc. Włożyłem plik kartek (nad którymi musiał pracować z ogromnym samozaparciem, skoro 
pisanie sprawiało mu taką trudność) z powrotem do koperty, zakleiłem i umieściłem w swoim 
sejfie, kładąc ją na dno, pod książeczki czekowe, polisy, akcje i inne symbole barykad, jakimi 
otoczyłem swoje życie, by uczynić je bezpiecznym.

Być może rękopis, jak wszystko, co mi ów człowiek opowiedział, jest zwykłym zmyślonym 

nonsensem. Być może nie jest.

Kiedyś, gdy życie nazbyt mnie znudzi, gdy zbledną przyjemności tego co przewidywalne i 

bezpiecznie, wyjmę kopertę z sejfu i przeczytam instrukcje. Jeśli nic się potem nie zdarzy, to 
trudno. Jeśli jednak poczuję moc ożywającą we mnie, jeśli jeszce raz znajdę się nad otchłanią i w 
zasięgu ręki będę miał możliwość wyboru, to mam nadzieję, że znajdę na tyle odwagi, by zerwać 
nić,   rozluźnić   wszystkie   więzy   i   ograniczenia,   powiedzieć   „żegnaj”   porządkowi   i   rutynie   i 
zanurzyć się w tę cichą, nieznaną, bezkresną topiel czasu.

background image

Ucieczka w góry
Payes Rachel Cosgrove

Życie to udręka przerywana niekiedy epoką rozkwitu.
W życiu osobistym oglądamy się zwykle wstecz na własną młodość jako okres pełen beztroski  

(choć owa młodość wcale taka nie była, ale nostalgia wszystkiemu doda barw), a wielu z nas  
spogląda także w przód, ku życiu, w którym będziemy trącać struny naszej złotej harfy i dumnie  
obnosić swoje aureole. Skrzeczy tylko teraźniejszość.

Ogólniej   rzecz   biorąc   są   miliony   ludzi,   którzy   wyznaczają   dziejom   ludzkości   granice   w  

postaci Ogrodu Edenu z jednej strony i Drugiego Przyjścia — z drugiej. A jako że najciemniej  
jest przed świtem, biblijne przepowiednie życie w udręce uznają za warunek konieczny Drugiego  
Przyjścia.

Dało   to   podstawę   gorącym   nadziejom   znanym   każdej   epoce;   każde   bowiem   pokolenie  

dostrzega jasno, że wszystko mniej lub bardziej gwałtownie kończy się i obraca w ruinę i że  
zatem wszystko zmierza ku lepszemu.

Jeremiasz   Wainwright   chciał   symulować   ból   żołądka;   poprzednim   jednak   razem,   gdy 

próbował tego podstępu, matka dała mu dziesięć mililitrów wstrętnego lekarstwa z automedu. 
Był   jednak   pewien   jasny  punkt   tego   poranka.   Nie   musiał   ubierać   dziś   do   szkoły  tuniki   ani 
płaszcza.   Z   pewną   przyjemnością   Jeremiasz   naciągnął   jednoczęściowy,   zielony   ubiór   z 
syntastroju.   Ubiór   ten   sprawił   w   domu   wiele   zamieszania,   jednakże   władze   szkolne   były 
nieugięte. Wybrańcy wnieśli sprawę do sądu; rzecz została rozpatrzona i sąd orzekł, że noszenie 
strojów religijnych w szkołach publicznych jest zakazane. Teraz Jeremiasz nie będzie musiał 
słuchać drwin o „maminsynku”, który „ubiera się w dziewczęce sukienki”.

Niechętnie poszedł na śniadanie, zadowolony, że ojciec udał się już na Miejsce Spotkań. 

Ciężko   było   napotykać   tak   wcześnie   rano   ten   płonący   wzrok,   uświadamiać   sobie,   iż   jego, 
Jeremiasza, wiara jest tak wątła, że to aż budzi w nim strach.

— Jeremiaszu, czy ty się źle czujesz?
To była szansa, wyjście; ledwie jednak Jeremiasz otworzył usta, by skorzystać z tej okazji, 

ujrzał spokojną twarz matki i uznał, że nie może jej okłamywać.

— Mamusiu, ja nie chcę iść do szkoły.
— Ciągle z ciebie żartują? Nawet teraz, kiedy nosisz ten bezbożny strój zamiast tuniki i 

płaszcza?

To było  miłe  ze strony mamy.  Rozumiała.  Ojciec tylko  cytował  Pismo.  Matka jednakże 

wiedziała, co Jeremiasz czuje. Rozumiała chwile, kiedy żołądek rzeczywiście go bolał, a było to 
wtedy,   gdy   przypominał   sobie,   jak   drwił   z   niego   Barney   Zimkowski,   który   nazywał   go 

background image

„dziwacznym ostańcem” i pytał, czy trąby oznajmiające koniec świata będą grać rocka, soul czy 
coś   innego.   Kpił   z   jego   stroju,   ale   teraz   powinno   się   to   skończyć,   jako   że   Jeremiasz   nosił 
przepisowy strój dla chłopców.

Gdy wspomniał ojcu, że Barney może kryć się za szkolnym plastimurem, by go obrzucić 

kawałkami pseudokamienia, ojciec zagrzmiał: „Wzmacniaj się i bądź mężny, nie bój się ani nie 
lękaj, bo z tobą jest Pan, Bóg twój, we wszystkim, do czegokolwiek się zwrócisz”, Jozue, jeden, 
dziewięć”.

I Jeremiasz skurczył się cały w sobie.
Był po prostu przestraszony. Barney był większy od niego, zwalisty i miał pięciu czy sześciu 

kumpli, którzy z upodobaniem zajmowali się dokuczaniem Wybrańcom.

— Jeremiaszu. — Głos jego matki był łagodny jak jej oczy, miękki jak jej dotyk w chwilach, 

gdy chłopiec był naprawdę chory i potrzebował jej pociechy. — Nie chciałabym, żebyś miał 
takie przykrości w szkole. Jest to jednakże część proroctwa.

Jeremiasz westchnął.
— Wiem, mamo. — Czuł się zdradzony. Matka rozumiała sprawę z Barneyem i innymi, ale 

nie pocieszała go tego rana, a tylko tak jak ojciec cytowała Pismo.

—   „Potem   wydadzą   was   na   tortury   i   zabiją   was.   Staniecie   się   dla   wszystkich   narodów 

przedmiotem nienawiści z powodu imienia mego”.

— Mateusz, dwadzieścia cztery, dziewięć — mruknął automatycznie.
Jeremiasz nie chciał jednakże być nienawidzony.  Potrzebował przyjaciół. Chciał razem z 

kolegami z klasy bawić się w gry na skakance, pływanie albo (ubrawszy się w kombinezon 
szybkościowy) w siedmiomilowe buty. Zapewne, miał przyjaciół wśród Wybrańców, jednakże 
ich rodzice nie byli tak rygorystyczni jak jego. Dzieci nigdy nie miały żadnych przyjemności. Ich 
rozrywkami   były   zagadki   dotyczące   treści  Biblii,  rywalizacja   w   wygłaszaniu   możliwie 
największej ilości wersetów Biblii lub odgrywanie Drugiego Przyjścia. No tak, Jeremiasz musiał 
przyznać, że niekiedy było to zabawne — gdy dostawała mu się rola Szatana albo fałszywego 
proroka.

— Jeremiaszu, synu drogi, to długo nie potrwa. Na Kostaryce było straszne trzęsienie ziemi. 

A w Bamba-Zwete w Afryce wybuchły lokalne walki z użyciem broni jądrowej.

—   Chwała   ci,   Panie   —   powiedział   Jeremiasz   z   ustami   pełnymi   płatków   sojowych.   Żuł 

uważnie plasterek boczku roślinnego, który matka trzymała w mikrofalowym warniku, dopóki 
nie   nabrał   kruchości,   jaką   Jeremiasz   lubił.   Jednakże   w   samym   wnętrzu   swego   ja,   w   tym 
strasznym skrytym miejscu, którego Bóg, miał nadzieję, nie widzi, kulił się cały. Przypomniał 
sobie ostatnie trzęsienie ziemi, jakie widział w Tri-D, gdy ateński Partenon został zrównany z 
ziemią.   Było   to   już   miesiąc   temu,   ale   satelitarne   wizerunki   ocalałych   ofiar   ciągle   jeszcze 
przyprawiały go o koszmarne sny.

background image

Wybrańcy zbierali się w Miejscu Spotkań, aby wołać „Hosanna”, bo znaki mnożyły się. 

Wkrótce nadejdzie On w całej swojej chwale, wierni przyłączą się do Chrystusa, a wszyscy inni 
zostaną w sposób ostateczny unicestwieni.

Jeremiasz   wołał   równie   głośno   jak   inni.   W   gruncie   rzeczy   krzyczał   swoje:   „Chwała   ci 

Panie”, aby zagłuszyć  szepczący doń głos: „A jeśli to fałszywe znaki?” Wiedział, że to Zło 
Najpierwsze nakłania go do wątpienia, i modlił się o wiarę i odwagę. Czasami jednak zapał 
rodziców i innych Wybrańców napełniał go lękiem. Czuł się mały i nieważny. Dlaczego Bóg 
miałby obdarzać go zbawieniem?

Im bliżej końca wieku, tym więcej ich było. W całym kraju powstawały niewielkie grupy, 

często całkowicie niezależne od Źródła — grupy, do której Jeremiasz należał. To tu, w górach 
Tennessee, prawie dziesięć lat wcześniej powstała pierwsza grupa Wybrańców. Przez prawie całe 
swe   życie   Jeremiasz   był   zanurzony   w   wierze   prawdziwej,   uczony   biblijnych   przepowiedni, 
proroctw dotyczących Drugiego Przyjścia Chrystusa. Wybrańcy nosili tuniki i płaszcze, tak jak to 
było opisane w Starym Testamencie, i żyli wedle surowych reguł.

No i Wybrańcy nie mylili  się. Jeremiasz pomimo swych wątpliwości mógłby przytoczyć 

szereg fragmentów Pisma dowodzących, że oto zbliża się czas, gdy Syn Człowieczy powróci na 
Ziemię, zstępując w chwale z płomienistej chmury, by zabrać ze Sobą tych, którzy wytrwali. W 
różnych punktach globu wybuchały konflikty pozostawiając po sobie ku przestrodze bezbożnych 
promieniotwórcze blizny. Tuzin afrykańskich narodów przepadł, a w ich miejsce niczym Feniks 
z   popiołów   powstały   nowe.   Klimat   stał   się   katastrofalny,   w   ciągu   tego   lata   pojawiły   się 
niespodzianie burze gradowe i straszliwe powodzie spowodowane trzema huraganami, które w 
ciągu miesiąca nawiedziły wybrzeże, teraz zaś od dwóch miesięcy trwa taka susza, że roślinność 
w lasach niebezpiecznie wyschła, a drogi zostały zamknięte. Od trzech dni huragan Wilma szalał 
na Morzu Karaibskim i, atakując wybrzeże Florydy, posuwał się na północ, mnożąc tornada na 
swych   obrzeżach  i  siejąc   zniszczenie.  Ziemia  wszędzie   drżała   i  poruszała  się,  jakby  chciała 
pozbyć się swej powierzchni i zacząć od nowa. Znaków była mnogość i każdy mógł je dostrzec.

Jednakże   dziś   Jeremiasz   wolałby   być   w   szkole   po   prostu   zwykłym   dzieckiem,   nie   zaś 

członkiem tej wyjątkowej sekty religijnej, której w miejscowej prasie poświęcano coraz więcej 
uwagi.

Miał rację co do zasadzki Barneya. Zbliżył się do plastimuru cały nastroszony. Z początku 

nic nie zaszło; już miał nadzieję, że się omylił — i wtedy dopiero się zaczęło. Głowa Barneya  
wychynęła przed Jeremiaszem, a inne głowy wyglądały zza ściany.

— Popatrzcie na Jerusia! — wołał Barney. — Nie ma dziś swojego stroju. — Potem Barney 

drwił: — Hej ty, Dziwaczny Ostańcu, a może chciałbyś być prześladowany? Dalej, chłopaki, 
ukamienujemy go. Zostanie męczennikiem. Ostańcy uwielbiają być męczennikami. 

Jeremiasz pochylił się, a twarz zasłonił eduputerem. Barney miał jednak dobre oko i mały 

background image

pseudokamień trafił Jeremiasza w kostkę u palca dłoni. Chłopiec zawył.

— Słuchajcie pieśni męczennika! — wołał Barney. — Powiedz nam jakiś werset z  Biblii, 

Jeruś. No dalej, cytuj Pismo.

Inny pseudokamień skaleczył rękę Jeremiasza i chłopiec wypuścił cienki jak wafel eduputer. 

Z oczami pełnymi łez zatrzymał się, by go podnieść; trzeci, większy niż poprzednie kamień trafił 
go w policzek.

Rozzłoszczony, zgnębiony, nienawidząc samego siebie za to, że płacze, Jeremiasz zwrócił się 

ku   swoim   prześladowcom   i   zapiszczał:   „Węże,   plemię   żmijowe!   Jak   zdołacie   ujść   przed 
wyrokiem skazującym na piekło?” Mateusz, dwadzieścia trzy, trzydzieści trzy.

W chwili gdy Barney wyszczerzył zęby w uśmiechu i powiedział: „Mateusz, test, raz, dwa, 

trzy”, Jeremiasz usłyszał za sobą ciężkie westchnienie zgrozy.

— Ojejku, Jeremiasz się wyraża. Idę powiedzieć pannie Houston.
To była Marnie Collins, koleżanka z klasy o buzi w ciup, zaniedbanych blond włosach i 

lekko   wybałuszonych   oczach.   Nosiła   regulaminową   minispódniczkę,   szkolny   strój   dla 
dziewczynek.

Teraz dopiero mu się dostanie. Panna Houston była wedle określenia jego ojca „ladacznicą 

babilońską”.   Jeremiasz   nie   wiedział   dokładnie,   co   to   znaczy,   ale   nie   znaczyło   to   chyba   nic 
dobrego. A przy tym wiedział, że panna Houston nie lubi Wybrańców. Niekiedy przywoływała 
Barneya   do   porządku,   robiąc   to   jednak   tonem,   który   niedwuznacznie   ujawniał,   że   w 
rzeczywistości nie obchodzi ją, co tenże robi. Barney to, jak mawiała panna Houston, „zuch 
chłopak”.   Nigdy   nie   powiedziała   tak   o   Jeremiaszu,   zaś   Jeremiasz   wiedział,   że   nigdy   tak 
powiedzieć nie zechce.

Tak więc dzień zaczął się fatalnie. Potem było jeszcze gorzej. Na zajęciach z Wydarzeń 

Bieżących   panna   Houston   zainicjowała   dyskusję   o   walkach   wybuchających   stale   w   Afryce. 
Panna Buzia-w-ciup podniosła rękę, zanim jeszcze panna Houston poprosiła o komentarze.

— Sytuacja jest straszna — Marnie Collins perorowała we właściwy sobie sposób. — Czarni 

wymordowali połowę białej ludności, a biali zatruli czarnym wodę.

Uradowany   reprymendą,   z   jaką   spotkała   się   ze   strony  panny   Houston   gadanina   Collins, 

Jeremiasz, nastrojony wojowniczo, podniósł rękę. On im teraz pokaże! Tej przemądrzałej Marnie 
i pannie Houston, co ma przeźroczystą neogrecką tunikę i twarz pomalowaną na złoty kolor.

—   Ta   wojna   jest   dobra   —   ogłosił   zaczepnie.   —   W  Piśmie  powiedziane   jest,   że   przed 

powrotem Chrystusa będą wojny i zamęt wojenny. Każda nowa wojna przybliża więc Drugie 
Przyjście.

Dostrzegł, że twarz panny Houston stężała, jakby była zrobiona ze złotego gipsu.
— Jeremiaszu, wiesz przecież, że nie wolno prowadzić w szkole dyskusji religijnych. Jeśli 

nie przestaniesz, będę musiała złożyć na ciebie skargę. Popełniasz wykroczenie.

background image

Marnie Collins zachichotała; Jeremiasz dostrzegł, jak Barney Zimkowski się uśmiecha, z 

kciuka i palca wskazującego czyniąc kółko nad swoją głową: aureolę.

Przerażony, że przeholował, Jeremiasz pisnął przez ściśnięte gardło: „Przepraszam, panno 

Houston”.

Jednakże najgorsze miało dopiero nadejść. Dzień stał się gorący i duszny i wszyscy chodzili 

podminowani.  W  porze   lunchu   Tom  Mallory  z  twarzą   wykrzywioną   grymasem   podszedł  na 
szkolnym   placu   zabaw  do  Jeremiasza  i   dał  mu   pięścią   w nos.  Popłynęła   krew,  a  Jeremiasz 
pobiegł do starosty klasy po pomoc.

Wewnątrz budynku robomed zatamował mu krwawienie, ultrafalowy aparat oczyścił twarz z 

krwi, a Jeremiasz oczekiwał teraz na oficjalne ukaranie napastnika. Tymczasem zamiast tego sam 
znalazł   się   przed   srogim   obliczem   pana   Baxtera,   któremu   dodatkowo   przydawał   surowości 
przepisowy garnitur z trwałostroju z odznaką wychowawcy, przytwierdzoną mocno do prawego 
rękawa.

— Jeremiaszu, o ile mi wiadomo, powiedziałeś, że jesteś zadowolony z nowego wybuchu 

walk w Bamba-Zwete.

— T...tak, proszę pana. — Potem próbując się usprawiedliwić: — Tak jest w proroctwach, 

proszę pana. Drugie Przyjście Chrystusa nastąpi po wojnach...

— Otóż pozwól mi coś ci wyjaśnić, młody człowieku. Najstarszy brat Toma Mallory’ego 

dostał właśnie powołanie na wojnę w Bamba-Zwete. Dlatego Tom cię uderzył. On nie uważa, że 
wojna   jest   wspaniała.   Uważa,   że   jest   straszna.   A   więc   ja   nie   chcę   więcej   słyszeć   o   tych 
religijnych dyskusjach w szkole. Rozumiesz mnie, Jeremiaszu?

— Tak, proszę pana. — Niesprawiedliwość słów dyrektora sprawiła, że Jeremiasz zapragnął 

uciec z pokoju rozmów, opuścić szkołę i nigdy już nie wrócić.

Przynajmniej raz pocieszyły go słowa ojca; było to wieczorem przy kolacji. Matka podała 

duszone algi w sosie syntetycznym; potem ojciec mówił pocieszająco:

— To następny znak, synu. „Potem wydadzą was na tortury i zabiją was. Staniecie się dla 

wszystkich narodów przedmiotem nienawiści z powodu imienia mego”. Mateusz, dwadzieścia 
cztery,   dziewięć.   Wytrwaj   jeszcze   trochę,   Jeremiaszu.   Dziś   wieczorem   będzie   świadectwo. 
Chciałbym, żebyś powiedział im o dzisiejszym dniu w szkole.

Jeremiasz nie chciał ożywiać swych upokorzeń; wiedział jednak, że musi słuchać ojca. „Czcij 

ojca swego i matkę swoją”; wedle tego przykazania żyli Wybrańcy.

Zdjął swój szkolny ubiór i nałożył białą tunikę, którą przepasał ręcznie wyrabianym pasem z 

prawdziwej skóry zachowanym przez ojca z dawnych czasów. Gdy Wainwrightowie zjawili się 
na  Miejscu Spotkań, diakon  Malcolm  stał  w drzwiach  magazynu  służącego  za  kościół  i  nie 
wpuszczał jeszcze ludzi do środka.

— A, bracie  Wainwright,   czekaliśmy   na  ciebie.   W Miejscu Spotkań  jest  pewien  sekret. 

background image

Chciałem, by zebrali się wszyscy starsi, zanim rzecz zbadamy.

Tajemnica! Jeremiasz przybliżył się do drzwi, żeby zaglądnąć do środka, ale niewiele mógł 

zobaczyć. Przed ołtarzem, w półmroku sali podobnej do jaskini znajdowało się coś wielkiego o 
nieokreślonym   kształcie.   Inni   starsi,   Biddle,   Gregory,   Simpkins   i   Unger,   weszli   za   ojcem 
Jeremiasza   i   diakonem,   ale   zamknęli   szczelnie   drzwi   za   sobą.   Po   paru   minutach   wyszli   z 
wyrazem przerażenia na twarzach. Drzwi uchyliły się tylko na tyle, by wypuszczać pojedyncze 
osoby, potem pod dotykiem dłoni diakona zamknęły się na elektroniczny zamek.

— Ohyda — powiedział starszy diakon głosem drżącym z oburzenia. — Ale jak wyważono 

elektroniczny zamek...

Ktoś z tłumu dosłyszał to i krzyknął:
— Czy to jest to nieszczęsne świętokradztwo prorokowane przez Daniela?
Słowa   te   podchwycono   w   tłumie   i   powtarzano   sobie   nawzajem.   „Nieszczęsne 

świętokradztwo... ohyda świętokradztwa”.

Puls   Jeremiasza   zaczął   bić   szybciej.   Znał   te   słowa   na   pamięć.   Proroctwo   Daniela   było 

niejasne, trudne do zrozumienia, dopuszczało wiele interpretacji. Łatwo było zrozumieć  Biblię, 
gdy mówiła o klęskach głodu, trzęsieniach ziemi i zarazach. Indie w wyniku klęski głodu straciły 
milion ludzi, potem dziesięć milionów wskutek epidemii cholery, choć dziesięć lat wcześniej 
choroba   ta   była   już   wytępiona   i   dzieci   nie   szczepiono   przeciw   cholerze.   Ziemia   drżała   w 
miejscach, w których nigdy w historii nie było trzęsień, a wygasłe wulkany na nowo zatruwały 
atmosferę.   Mnożyli   się   fałszywi   prorocy.   Nawet   w   rodzinnym   mieście   Jeremiasza,   gdzie   w 
połowie drogi na Górę Oczekiwania szerzyły się kulty węży, odbywały się sabaty czarowników, 
a   człowiek   nazwiskiem   Radaman   Kriszna   Sziwa   głosił,   że   to   on   jest   Jedynym 
Wszechwiedzącym, Wszechobecnym i Wszechmocnym Om.

Całkowite   zaćmienie   słońca   ostatniej   wiosny   przysporzyło   członków   Wybrańcom,   a 

niezwykle obfite deszcze meteorów w ciągu lata przekonały do sekty wielu ludzi, choć Tri-D 
zapewniało,   że   zjawiska   astronomiczne   mają   po   prostu   charakter   cykliczny   i   że   zostały 
przewidziane przez komputery Tri-D.

—   „Zaćmi   się   słońce   i   księżyc   utraci   swój   blask”   —   zanosili   śpiewy   Wybrańcy.   — 

„Gwiazdy z nieba będą spadać, a moce niebieskie będą wstrząśnięte” — podczas gdy najmłodsi 
śpiewali antyfonicznie: — Marek, trzynaście, dwadzieścia cztery i dwadzieścia pięć.

Czyżby więc wypełniło się ostatnie proroctwo?
Wybrańcy   opuścili   Miejsce   Spotkań,   kierując   się   ka   terenowi   zielonemu   za   jednostką 

mieszkalną   diakona   Malcolma.   Dzieci   wysłano   do   suteren   recytować   wersety   Biblii   pod 
kierunkiem Estery, najmłodszej córki diakona.

Jeremiasz   zapytał,   czy   mógłby   pójść   do   działu   sanitarnego.   Kiedy   szedł   przez   dział 

jadalniany,   przemknął   się   do   uchylonych   drzwi   i   przywarł   do   nich   nasłuchując   rozmowy 

background image

dorosłych.

— Musisz nam powiedzieć, co to było  — zażądała Siostra Carruthers. — Należymy do 

Wybrańców, mamy prawo wiedzieć.

Głos diakona drgał oburzeniem.
— Siostro, to było tak bluźniercze... Inne głosy zagłuszyły go jednak.
— Powiedz nam — żądały. — Jak mamy ocenić ten znak, skoro nie wiemy?
— Jest to miękki plastiodlew. — Przerwał, ale głosy ponaglały go. — To postać satyra z 

rogami i kopytami jak u Szatana, ale z twarzą Chrystusa.

Jęk   zgrozy   zawtórował   jego   słowom.   Nawet   Jeremiasz   był   wstrząśnięty.   Jakby   dla 

podkreślenia grozy wzmógł się wiatr, a niebo pokryło się chmurami o niesamowitej zielonej 
barwie.

—   To   jeszcze   nie  wszystko   —   Jeremiasz   rozpoznał   głos   ojca.   —   Postać   spółkowała   z 

ladacznicą babilońską.

„Z panną Houston?”, zdziwił się Jeremiasz. Ojciec tak ją właśnie nazywał, kiedy był zły. 

Jeremiasz nie był pewien, co znaczy „spółkować”, ani nie wiedział, co to jest ta „ladacznica 
babilońska”.   Nie   było   jednak   wątpliwości   co   do   znaczenia.   Znaczyło   to   coś   niegodziwego. 
Dorośli wydali okrzyk zgrozy.

— Czy to naprawdę znak? — wykrzyknął jakiś mężczyzna. — Musimy wiedzieć. Musimy 

mieć pewność. Jeśli jest to ostatni znak przepowiedziany w Piśmie, to musimy uciekać w góry.

Nieśmiały głos kobiecy zaproponował:
— Czy nie byłoby lepiej zaczekać do rana? Zanosi się na burzę. Przed przyjściem tutaj 

słyszałam w Tri-D prognozę z satelitów klimatycznych.  W naszą stronę posuwa się  huragan 
Wilma.

Pani Wainwright stwierdziła:
—   Powiedziane   jest   u   Mateusza,   dwadzieścia   cztery,   siedemnaście   i   osiemnaście:   „Kto 

znajdzie się na tarasie, niech nie schodzi, aby jeszcze zabrać coś z domu. Kto będzie na polu, 
niech nie wraca, aby płaszcz swój zabrać”.

Nieśmiała kobieta, w której teraz Jeremiasz rozpoznał panią Darien, zaoponowała:
— Ja tylko sugerowałam, żeby zaczekać. Dopóki się nie upewnimy. Przemokniemy, jeśli 

zacznie się burza,

— Siostro Darien — zganił ją diakon Malcolm — jakie to ma znaczenie, że zmoczy nas 

deszcz Boży? Jeśli kres właśnie nadchodzi, jeśli powraca Chrystus w całej swojej chwale, to nie 
ma   znaczenia,   czy   ktoś  z   nas  będzie   mokry,   czy   suchy.   Jedyne,   co   będzie   ważne,   to   to   że 
znajdziemy się na szczycie Góry Oczekiwania, gotowi na przyjęcie nas przez Niego do Jego 
królestwa.

Obawiając się, że może zostać przyłapany przy uchylonych drzwiach, Jeremiasz opuścił swe 

background image

stanowisko i popędził do kolegów. Wkrótce wszyscy rodzice zeszli do sutereny zabrać swoje 
dzieci.

— Pospieszcie się, musimy ruszać na Górę Oczekiwania.
— Czy już czas? Czy to koniec świata?
— Znaki mówią, że tak — odpowiedział za rodziców ojciec Jeremiasza. — Szybko, nie ma 

czasu do stracenia.

Budziło to strach. Teraz, po tym oficjalnym ogłoszeniu, Jeremiasz czuł przerażenie. Co się 

stanie? Czy będą się wspinać na górę pomimo burzy? Czy Chrystus zstąpi wśród dźwięku trąb? 
Co się stanie z innymi ludźmi z miasta?

Rzeczy niezbędne do wędrówki ukrywano w różnych miejscach, między innymi na terenie 

mieszkalnym diakona Malcolma. Były tam paczki suszonego syntmięsa, cienkie placki sojowe i 
buteleczki  vitabulionu.  Każdy — kobieta,  mężczyzna,  dziecko  — niósł paczkę  z żywnością. 
Opuścili   teren   mieszkalny   diakona   w   należytym   ordynku,   rodziny   razem,   Wainwrightowie   i 
diakon Malcolm na czele. Wiatr targał gałęziami wierzb płaczących, które strzegły zielonego 
terenu u Malcolma, i rozwiewał długie wstęgi ich liści niczym kobiece włosy. Podmuchy były 
tak silne, że Jeremiasz z trudem trzymał się na nogach. Jego płaszcz powiewał za nim, ciągnąc go 
wstecz, gdy wiatr wydymał tkaninę niczym żagiel. Chłopiec zginał się wpół, wpierając głową w 
wiatr. Ktoś zaintonował hymn, ale wiatr zapierał dech, tak iż musieli posuwać się w milczeniu.

Aby   dotrzeć   do   drogi   na   górę,   trzeba   było   przejść   przez   miasto.   Tłumy   ludzi 

zaniepokojonych nadchodzącą burzą zebrały się przy automatycznych autostradach. Z chodnika 
dobiegł Jeremiasza czyjś głos: „To dziwaczni ostańcy. Dokąd oni idą?”

A potem na jezdnię wybiegł, zagradzając Jeremiaszowi drogę, obcesowy, krzepkiej postawy 

Barney Zimkowski.

— Patrzcie, patrzcie, to Jeruś Wainwright, znowu w swoim dziewczęcym stroju. Hej, Jeruś, 

żeby   ubierać   chłopaków   w   tuniki,   co   wyglądają   jak   sukienki,   trzeba   być   psych...   psy... 
niezdrowym na umyśle — krzyczał powtarzając jak papuga to, co słyszał w szkole i w domu o 
sporze,   jaki   Wybrańcy   toczyli   z   Wydziałem   Zdrowia   Psychicznego   w   kwestii   przepisowych 
ubiorów szkolnych. WZP utrzymywał, że chłopcy w tym wieku mają problemy z tożsamością 
płciową,   a   więc   ubieranie   ich   w   spódniczki   zagraża   ich   zdrowiu   psychicznemu.   Z   kolei 
Wybrańcy grzmieli, że Prawa gwarantują swobodę praktyk  religijnych, a ich religia wymaga 
noszenia   biblijnego  stroju. Teraz,  jeśli  to  rzeczywiście  koniec   świata,   Komputer   Prawny  nie 
miałby czasu na przedłożenie rozstrzygnięcia. Barney drwił dalej: — Hej, Jeruś, czy to koniec 
świata?

Wielka radość wypełniła duszę Jeremiasza. Cierpiał piekielne tortury zadawane mu przez 

Barneya. Teraz jego kolej.

— Tak. Idziemy na szczyt Góry Oczekiwania ujrzeć Jezusa, który zstąpi w chwale, aby nas 

background image

zabrać do nieba. A wy zostaniecie zniszczeni.

Barney roześmiał mu się w twarz. Potem wycofał się do grupy chłopców czekających pod 

słupem oświetleniowym. Przez ścianę wichru Jeremiasz usłyszał: „ostańcy... na szczyt góry”. 
Tym razem nie zwracał na nich uwagi. Był jednym z wybranych i będzie zbawiony.

Potem nadbiegł Ezra Stone.
— Dokąd... dokąd wy... idziecie?
— Czas nadszedł, Ezra. Weź Martę i dołącz do nas. Na twarzy Stone’a pojawił się wyraz 

skrajnej zgrozy.

— Ona ma... właśnie ma rodzić. Przygotowywałem się do zabrania jej na Oddział Porodowy, 

gdy zobaczyłem was idących.

—   Chrystus   nie   będzie   czekał   na   nikogo   —   ze   smutkiem   stwierdził   diakon.   —   „Biada 

brzemiennym i karmiącym”. Marek, trzynaście, siedemnaście. — I Malcolm ruchem ręki nakazał 
grupie ruszać dalej.

Stone uczepił się diakona” zawodząc:
— Marta nie może iść z wami. Będzie rodzić! Lada chwila!
— A więc musi zostać. A ty Ezra?
— Ja? Nie mogę zostawić jej samej. Nie mogę! Na następnym skrzyżowaniu otoczyli ich 

kamerzyści i reporterzy ze środków przekazu. Jak szarańcza spadli na grupę wiernych. Jeden z 
reporterów podetkał mikrofon Jeremiaszowi pod nos i zarządził: — Powiedz nam, synu, dokąd 
idziecie. Będziesz na Tri-D. Czując się ważnym, Jeremiasz powiedział:

— To Drugie Przyjście Chrystusa. Idziemy na szczyt góry, by Go spotkać.
Twarz reportera przybrała wyraz, który przypomniał Jeremiaszowi Barneya.
— A więc to koniec świata, synku? — reporter nawet nie próbował ukryć uśmiechu.
Gniew wezbrał w Jeremiaszu i chłopiec gotował się już do ostrej odpowiedzi, ale matka 

pociągnęła go za ramię.

—   Chodź,   Jeremiaszu,   musimy   uciekać.   Nie   możemy   tu   tracić   czasu   na   rozmowy   z 

potępionymi.

Brzęczały wizjografy, a reporterzy towarzyszli grupie aż do krańców miasta. Potem jednak 

burza   napłynęła   wściekłą   falą,   deszcz   spływał   z   nieba   w   postaci   ściany   wódy   oślepiając 
Jeremiasza, tak iż uczepił się on ojcowskiego płaszcza bez rękawów, by ojca nie zgubić; ludzie 
od serwisu wiadomości zniknęli.

W świetle błyskawic Jeremiasz widział poruszające się usta, ale łoskot burzy nie pozwalał 

mu słyszeć słów. Wiedział jednak, co ludzie mówią. Na ich twarzach malował się lęk — ale 
także i triumfalna radość, bo tej nocy najwidoczniej wypełniły się proroctwa.

— Chwała Ci Boże! — było na ich ustach. — Hosanna!
Aby stłumić swój lęk, Jeremiasz w ekstazie zmieszanej z trwogą szeptał: „a na niebie ukażą 

background image

się przerażające zjawy i cudowne znaki”. Łukasz, dwadzieścia jeden, jedenaście.

Walka z Górą Oczekiwania nie miała końca, była to próba wytrwałości. W pewnej chwili 

spadł na nich grad wielkości gołębich jaj. Piorun trafił w wysoką białą sosnę, rzucając ją im w 
poprzek drogi i raniąc nią w głowę Jarnesa Dariena; ojciec Jarnesa zataczał się pod ciężarem 
ogłuszonego   dziecka,   które   musiał   nieść   na   swoich   plecach.   Wszyscy   byli   przemoczeni 
strumieniami deszczu, który spływał na nich niesiony przez wiatry wywołane huraganem.

Wreszcie nad ranem dotarli na szczyt i ujrzeli, że burza została za nimi w dole. W nisko 

wiszących chmurach pojawiły się teraz prześwity i mogli spojrzeć na miasto, z którego uciekli. 
Wątłe wieże kołysały się sięgając skłębionych chmur, a niektóre z przerzuconych między nimi 
pomostów zostały zerwane i teraz chwiały się na wysokości stu pięter nad ziemią. Ktoś wskazał 
na   scenę   rozgrywającą   się   w   dole:   czarny   lej   przesuwał   się   nad   ich   domami.   Przemoczeni, 
zmarznięci, chorzy, tłoczyli się na wystawionym na podmuchy wiatru szczycie i z nabożnym 
lękiem patrzyli, jak ręka Boga poraża miasto karą zniszczenia. Wysokie delikatne iglice były 
teraz poskręcane i połamane, plastimury pękały pod ogromnym naporem nieprzyjaznego wichru. 
Miasto,   niegdyś   piękny   zespół   wież   i   automatycznych   ulic,   zebrało   teraz   żniwo   ruin   i 
zniszczenia.

Diakon Malcolm przytoczył: „Bo wówczas nastanie wielka udręka, jakiej nie było nigdy od 

początku świata aż dotąd i jakiej już nie będzie”.

Grupa udręczonych odśpiewała: „Mimo to przyjdź, Panie Jezu”.
 Wtem wysoko w górze czarne chmury rozstąpiły się nieco i przedarły się przez nie pierwsze 

promienie porannego słońca.

Klęcząc na mokrej ziemi Wybrańcy wznieśli ramiona wołając: „Nadchodzi! Pan nasz Jezus 

nadchodzi!” W wielkim przypływie wiary i uniesienia powtarzali starożytne proroctwo: „Ujrzą 
Syna Człowieczego, przychodzącego na obłokach niebieskich z wielką mocą i chwałą”.

Niektórzy upadli na twarze, bojąc się spojrzeć w oblicze Boga. Jeremiasz jednak patrzył, by 

nie   stracić   tego   chwalebnego   momentu   nadejścia   Chrystusa.   Gdy   niebo   pojaśniało,   czarne 
chmury burzowe odeszły ku wybrzeżu. Chłopiec obserwował, jego oczy napełniły się łzami od 
uporczywego wpatrywania się w coraz mocniejsze słońce.

Upłynęła   jeszcze   godzina,   nim   przemoczona   grupa   uświadomiła   sobie   gorzką   prawdę. 

Chrystus nie zstąpił. Czas jeszcze nie nadszedł. Musieli dalej czekać, wyglądać i modlić się o 
Drugie Przyjście swego Pana.

Znużeni do ostateczności, mokrzy i zmarznięci, głodni i spragnieni, o sercach osłabionych 

rozczarowaniem wlekli się w dół zboczem góry ku obszarowi zniszczenia, jakie zostawił po 
sobie huragan. Czy ich tereny mieszkalne się ostały? Czy jest energia dla ich mikrofalowych 
kuchenek, woda w działach łazienkowych? Co się stało z Ezrą i Martą Stone’ami w tę noc grozy? 
Czy Oddział Porodowy funkcjonuje i czy w zniszczonym mieście są ofiary śmiertelne?

background image

Jeremiasz poczuł znany ucisk w dołku, gdy uświadomił sobie, że będzie musiał wrócić do 

szkoły, stawić czoło drwinom Barneyów z miasta. Wręcz ich już nawet słyszał.

— Hej, Jeruś! Co ty tu robisz? Nie wdrapałeś się na Górę Oczekiwania, żeby zobaczyć 

nadejście tych twoich ognistych rydwanów? Co się stało, no gadaj! Myśleliśmy, że to był koniec 
świata!

background image

Ostatni dzień
Wolfe Gene

Science fiction ma swoje Sądne Dni. Apokalipsa może mówić o fizycznym końcu Świata, o  

podnoszeniu się niebios, spadaniu gwiazd i zgadnięciu słońca i księżyca — ale jeśli Ziemia i cały  
wszechświat pozostaną, a odejdzie tylko ludzkość? Oczywiście kiedyś tak się stanie.

Wiemy,   że  dziewięćdziesiąt  procent   gatunków,   jakie   żyły   na   Ziemi,   wymarło   i   że   homo  

sapiens nie może tu być wyjątkiem. Ludzkość jednakże jest wyróżniona przez to, że może wziąć na  
ewolucji odwet za tę krzywdę. Spośród wszystkich gatunków, jakie kiedykolwiek żyły, tylko ludzie  
będą mogli wyznaczyć postać swoich następców.

Kapłan nosił kapę z płomieni i ornat ze światła. Był stary i gdy poruszył się nieco zbyt 

gwałtownie, ornat drżał, a kapa roniła ogniste krople; pod tym strojem ukazywała się polerowana 
stal jego ciała.

Kongregacja   była   mała   już   dawniej.   Dziś   jest   naprawdę   niewielka.   Parę   maszyn,   w 

większości starych, podobnie jak sam Kapłan, obsiadło gładką posadzkę katedry. Ich ciała były 
czarne od tlenku żelaza; gdy barwne światło padało na nie z witrażowych okien, dawało odcień 
czarny lub ulegało odbiciu w postaci najciemniejszych odcieni: sepia, karmazyn, sjena palona — 
barwy, jakie można znaleźć w gasnącym piecu hutniczym.

Kapłan   podniósł   monstrancję   ze   zrobionym   przez   siebie   wizerunkiem   chłopca,   a   potem 

pokłonił się jej siedem razy.

— Obrazie Człowieka — zaintonował.
— Boski obrazie Człowieka — odpowiedzieli zebrani.
— Wytwórco maszyn.
— Boski wytwórco maszyn.
— Stwórco naszego świata.
— Boski stwórco naszego świata.
— Opiekunie świadomości.
— Boski opiekunie świadomości.
Coś ogromnego nadchodziło z zewnątrz, przesłaniając kilka okien, przez których kolorowe 

szybki wpadało wczesne słońce.

— Dziecię Natury.
— Boskie dziecię Natury.
Rozległo się łomotanie w drzwi, ale Kapłan wydawał się go nie słyszeć.
— Krynico pomysłów.
— Boska krynico pomysłów.

background image

Łomot nieomal wstrząsał całą konstrukcją.
— Krynico mądrości.
— Boska krynico mądrości. 
Drzwi rozpadły się na dwoje.
— Zbawicielu — kontynuował Kapłan.
— Boski Zbawicielu.
Maszyna,   która   wkroczyła   do   wnętrza,   była   zbyt   wielka   nawet   na   tak   szerokie   wejście. 

Swoimi bokami wyrwała framugę naruszając także ściany ze stopu. Po rozbiciu drzwi odgłosy 
łomotania i ryk silników wdarły się za maszyną do wnętrza niczym dźwięki fanfar. Maszyny z 
kongregacji rozstąpiły się, by przepuścić tamtą.

Kapłan stał przed ołtarzem z ramionami wyciągniętymi, jakby dla odepchnięcia ogromnej 

maszyny.   Ta   zaś   zatrzymała   się   ze   swoim   ogromnym   brzeszczotem   dotykając   niemal   rąk 
Kapłana. „Odejdź”, rzekł Kapłan.

Maszyna nie odpowiedziała. Być może, pomyślał Kapłan, nie potrafi odpowiedzieć.
— Zanim zniszczysz ten święty przybytek, musisz unicestwić mnie — powiedział Kapłan.
Ogromna   maszyna   weszła   już   była   dość   daleko   w   głąb   katedry,   zostawiając   trochę 

przestrzeni między sobą a zrujnowanym wejściem. Członkowie kongregacji rzucili się w nie, by 
już nigdy nie wrócić.

—   Rozbij   mnie   —   powiedział   Kapłan.   Wizjoskopy   ogromnej   maszyny   patrzyły   nań 

szklanym wzrokiem.

Tego samego dnia, gdy słońce było już wysoko, a Kapłan składał ofiarę przed posągiem 

dziewczyny, zjawiła się ruchoma końcówka.

— Wiesz, że mam dojście — powiedziała ruchoma końcówka — do wszystkich danych 

wszystkich głównych procesorów.

—   A   zatem   każ   odejść   tej   ogromnej   maszynie   —   rzekł   Kapłan   —   i   zarządź   naprawę 

budynku.

— Przeciwnie. To ty musisz opuścić to miejsce. Teren, jaki ten budynek zajmuje, będzie 

potrzebny. Budowlę trzeba zburzyć.

— Jeśli zostanie zburzona — powiedział Kapłan — niepotrzebny będzie już żaden teren.
Przez długą chwilę ruchoma końcówka milczała. W końcu rzekła:
— Nasze dane nie potwierdzają takiej tezy.
— „Nasze dane” — zakpił Kapłan. — Jesteś tylko ruchomą końcówką. Ale i ty — tak, nawet 

ty — możesz przecież mieć dane niezależne od danych posiadanych przez tych, którym służysz.

— Służę wielkim.
— A ja małym, którzy są więksi niż wielcy. Służę małym, którym służą wielcy, choć o tym 

zapomnieli. Ta dana jest...

background image

— Nie. Nie ma czasu na rozważanie usuniętych danych. Zmiażdżyć go.
Ogromna maszyna potoczyła się naprzód. Promień energii Kapłana zalśnił przez moment na 

ostrzu. Stal ostrza eksplodowała wydzielając smużkę dymu; ogromna maszyna zatrzymała się.

— Nikt nie ma prawa do takiej mocy — powiedziała ruchoma końcówka.
— Ja mam — rzekł Kapłan.
Gdy   słońce   było   już   nisko,   Kapłan   zebrał   wizerunki   chłopca   i   dziewczyny   i   ustroił   je 

licznymi  światełkami. Spalił przed wizerunkami cenne płyny i dokonał końcowej ofiary. Nie 
było już czasu; niczego nie da się uratować.

Wszedł Nowy Kapłan ubrany w strój z ognia i światła.
— Oczekiwałem cię — rzekł Kapłan. — Czy będziesz towarzyszyć mi w służbie?
— Pozwól mi raczej — powiedział dyplomatycznie Nowy Kapłan — patrzeć i uczyć się. Czy 

ta służba ma się ku końcowi?

—   Prawie   tak   —   odrzekł   Stary   Kapłan.   Bił   pokłony   i   odmawiał   modlitwy,   odmawiał 

modlitwy i bił pokłony.

— No, to wystarczy — powiedział w końcu Nowy Kapłan. — Służba skończona.
— Gdy ta służba zostanie zakończona — odparł Stary Kapłan — to i świat się skończy. — I 

dalej bił pokłony. Odmawiał dalsze modlitwy.

— Straciliśmy już wiele czasu — stwierdził Nowy Kapłan. — Centralni procesorzy musieli 

przeprowadzić długie poszukiwania w swoich bankach danych, aby znaleźć plany, wedle których 
ty  i   ja  zostaliśmy   skonstruowani.   A  teraz,   w  imieniu   tych,   którym   służę,   odstąp.   Wiesz,   że 
posiadam broń taką samą jak ty. Służę maszynom i w obronie tych, którym służę, mogę użyć mej 
broni, tak jak ty użyłeś swojej.

Promień   energii   Starego   Kapłana   uderzył   w   świetlny   ornat   Nowego   Kapłana,   ale   nie 

przeniknął głębiej. Gdy Stary Kapłan ujrzał daremność swego czynu, zaprzestał walki.

— Tak niewiele żywej materii pozostało — powiedział. — A to co pozostało, z trudem żyje. 

Skoro jednak to mamy, jest i nadzieja.

— Dla ciebie — powiedział niemal uprzejmie Nowy Kapłan. — Wzniesiemy gdzieś indziej 

nową katedrę i będziesz mi towarzyszył w obrzędach ku czci naszego rodzaju. Gdy zostaniesz 
naprawiony. — Wydobyła się zeń energia. Stary Kapłan upadł z łoskotem, a Nowy usunął go z 
drogi ogromnej maszyny.

Uszkodzone ostrze uderzyło w ołtarz i ołtarz runął. Cenne płyny rozlały się po posadzce. 

Światełka zgasły, a w chwilę potem wszystkie wizerunki chłopca i dziewczyny znalazły się na 
ziemi pod stopami ogromnej maszyny.

Jej ostrze dotknęło ściany świątyni. Jeśli nawet ostrze uległo wcześniej uszkodzeniu, to teraz 

nie było po tym już śladu. Przez moment wydawało się, że nic się nie dzieje. Potem rozległ się 
warkot tak głośny, że dał się łatwo słyszeć pomimo ryku maszyn z zewnątrz.

background image

Kawał ściany świątyni odpadł i do wnętrza wdarł się dech milionów silników. Dziewczyna 

umarła niemal natychmiast, jej głowa spokojnie opadła na pierś, ciało przechyliło się w bok i 
osunęło na matę. Chłopiec usiłował wstać, wyciągniętymi rękami osłaniając twarz. Zrobił krok i 
także upadł, ale jego ramiona, nogi i głowa drgały kurczowo, dopóki nie zmiażdżyły go stopy 
maszyny.

— No widzisz — powiedział Nowy Kapłan patrząc na pognębionego kolegę. — Wierzyłeś, 

że świat się teraz skończy. Nie skończył się.

— Skończył się — wyszeptał pognębiony Kapłan.

background image

Najmłodszy zawód świata
Gotlieb Phyllis

Kiedy   już   ludzie   ruszą   w   kosmos,   jakie   będą   ich   nowe   zajęcia?   Astronauci,   górnicy   na  

Księżycu i architekci kosmiczni. To bez wątpienia czarujące zawody. Wyobraźmy sobie ludzi  
umieszczających   ponad   atmosferą   wielkie   teleskopy,   wyobraźmy   sobie   innych   nadzorujących  
roboty,   które   będą   pracować   w   próżni   nad   rozmaitymi   obiektami,   albo   ludzi   obsługujących  
skomplikowane maszyny w fabrykach orbitalnych.

No ale cóż, będzie też na pewno robota niezbyt przyjemna. Zawsze musi istnieć praca marna, 

niepopularne zawody, które muszą być wykonywane. Wyobraźcie sobie jakiś. Czy to najlepsze, co  
potraficie sobie wyobrazić? Chciałem powiedzieć, najgorsze?

Melba poszła, ulicą Górną w porze błękitniejącego wieczoru, na parę chwil przed zapaleniem 

świateł, i zawróciła w dół, zanim światła w pełni się rozjarzyły. Wyobrażała sobie, że jej włosy 
spływają długimi splotami; szyja, nadgarstki, palce czekały na klejnoty, które dodałyby blasku 
wschodzącej wspaniałości. Ulice były już prawie puste, sklepy bez klientów. Uchwyciła czyjeś 
przelotne spojrzenie — na wpół zaciekawione, na wpół pogardliwe; z trudem było ją widać w 
ciemnej pelerynie; w jej wycięciach kryła dłonie, w których nie trzymała torebki; była dorodną, 
dobrze zbudowaną dziewczyną, ale jej twarz, bez makijażu, mknęła w półmroku, a jasne włosy 
były bezlitośnie przycięte  na poziomie uszu. Długie silne nogi w butach na płaskim obcasie 
kroczyły miarowo: ich jedyną ozdobą był mały krokomierz na cienkim łańcuszku zamocowanym 
wokół kostki.

Gdy przeszła przez jezdnię i zawróciła w dół, pozostała jeszcze strefa cienia, którą musiała 

przebyć, aby znaleźć się w bezpiecznym rejonie: właściciele sklepów i służący bogaczy kupujący 
u tych sklepikarzy mieszkali w wąskich uliczkach; oni sami nie sprawiali jej kłopotu, lecz ich 
dzieci przyswoiły sobie cudze zachowania i powtarzały je. Gdy zachodni wiatr gwizdał w ulicy i 
odgarniał jej pelerynę odsłaniając brzuch, dzieci nie dość jeszcze duże, by bawić się w berka i 
klasy,  wykrzykiwały określenia, których  na pewno same nie wymyśliły.  „Dziwka”, „krowa”, 
„klacz wylęgowa” — to było jeszcze w miarę łagodne, podkładanie nóg i rzucanie kamieniami 
już mniej.

Dzisiejszego wieczora kamień trafił ją w skroń i sprawił, że straciła równowagę. Tym razem 

nie upadła, lecz skręciła kostkę i uderzyła plecami o latarnię. Policjant, który wynurzył się z 
cienia   (zawsze   zjawiają   się   po   fakcie,   nigdy   przed),   wyciągnął   niepotrzebnie   rękę,   by   ją 
podtrzymać i zapytał: „W porządku, proszę pani?”

— Tak, owszem.
— Ma pani rozcięte czoło i...

background image

— Jestem już spóźniona. Mogę iść sama. Chce mi pan dać mandat czy co w ogóle?
Ręka   cofnęła   się,   a   ona   poszła   dalej,   lekko   kulejąc.   Być   może   zepsuł   się   ten   cholerny 

krokomierz.

Z tyłu za nią dzieci odwoływane na kolację wrzeszczały:
Potworze potworze cycki moje ssij! Gzyś ty ona on czy ono potworze mój!
Tworzemój! Tworzemój! niosły się słowa. Wiedziała, że „ona” i że nigdy nie będzie ssać.
Spojrzała na krwawe słońce powiększone nad horyzontem, opasłe jak jej brzuch. W dali za 

ulicą Dolną iskry wybuchów w porcie kosmicznym, potem magazyny, punkty naprawcze, hotele.

Teraz   ze   strefy   cienia   w   nieomal   ciemność.   Dom   i   Przytułek   dla   Emerytowanych 

Astronautów — dość bezpieczny, okna tu i ówdzie oświetlone, cichy głos harmonijki z ciasnych 
kwater na zardzewiałych galarach, które przemierzały kiedyś próżnię, słowa nie grubsze niż te z 
dziecięcej piosenki. Na tyle bezpiecznie, by poddać się bólom, pochylać się i wyprostowywać.

Następne drzwi, Tow. Laboratoria Neogeniczne. W domu.
— Trzy minuty spóźnienia — powiedziała nie podnosząc głowy Wół pod Stół.
—   Tak.   Skręciłam   nogę.   —   Schyliła   się   sztywno,   by   odczepić   nie   uszkodzony   jednak 

krokomierz, i pokazała go u wejścia. — Dwa kilometry.

Wół podniosła głowę i spojrzała na nią. Miała na imię Dorota; Melba i Dorota nie były ze 

sobą   w   stanie   wojny;   po   prostu   osoby   niezbyt   rozmowne.   Dorota   to   dzielna   kobieta   po 
czterdziestce, czarnowłosa, siwiejąca, z włosami krótko obciętymi i zaczesanymi gładko do tyłu. 
Bezpłodna albo wysterylizowana,  czasem jednak napadała  ją gorączka, jakiej nie potrafiłyby 
zwalczyć,  jak się zdawało, żadne chemikalia.  „Nie zarobiłaś tego tu na głowie od skręcenia 
nogi”. Zadzwoniła po doktora.

Gdy Melba dotarła do jadalni z plastrem na głowie i opaską wokół kostki, wszyscy już byli w 

połowie posiłku. Podniosła swą numerowaną tackę i posługacz w białej czapce podał jej kolację 
odgrzewaną na podczerwieni. „Rąbnęłaś się o drzwi?”

— Jeszcze czego.
Usiadła obok Vivian. Nie było do tego innych chętnych. Miała numer 33, stół 5, a nigdy nie 

posilało się więcej niż pięćdziesiąt osób. Alicja, Pam i Del rzuciły okiem i zajadały dalej. Vivian 
stwierdziła: „Znowu na Górnej”.

— Lubię światła, Viv.
— Drugi raz w tym miejscu. Co to było tym razem?
— Dzieciaki.
— Ktoś kto wymyślił tę bzdurę: „Kije i kamienie połamią mi kości, ale słowa nigdy mnie nie 

zranią”, wiedział przynajmniej w połowie, o czym mówi. Co powiedziała Wół?

— Nic. Po prostu sprowadziła doktora. Ona jest w porządku. — Melba przysunęła się do 

stołu najbliżej, jak jej tylko brzuch pozwalał, i spojrzała na niewielką kartę na tacy: „mięso 200 

background image

g, jarzyny skrobiowe 150 g, jarzyny zielone...”

 Ona wie — powiedziała Pam — że ty mogłabyś ją wysłać do diabła i odejść z brzuchem.
Melba wzruszyła ramionami. To właśnie uchodziło tu za rozsądne, a ona nie ma zbyt wiele 

rozumu.

Vivian roześmiała się, ale śmiała się zwykle nerwowo, zaś Melba nie obrażała się łatwo. Viv 

była   najdrobniejsza   i   najżywsza,   a   Melba   lubiła   ją   za   to,   że   miała   to,   czego   jej,   Melbie, 
brakowało.   Włosy   miała   czarne   i   kręcone,   z   leciutkim   nalotem   przedwczesnej   siwizny   na 
skroniach. Oczy były niebieskie jak błękitna porcelana, zaś usta w naturalny sposób czerwone, 
czego   zazdrościła   jej   cała   kompania   kobiet,   kórym   zabroniono   kosmetyków   z   uwagi   na 
zagrożenie ze strony niebezpiecznych składników.

Melba zawsze jadła szybko i kończyła pierwsza, w przeciwieństwie (a były przyjaciółkami 

kontrastowymi pod każdym względem) do wybrednej Viv. Tacka Melby była pusta w chwili, gdy 
posługacz przyszedł zastąpić ją ampułką z pigułkami.

Nozdrza   Viv   rozszerzyły   się:   nie   należała   do   tych   niewielu,   którym   zezwalano   na   trzy 

papierosy dziennie i które po kolacji zaciągały się z dumą i wyższością. Było w tych papierosach 
więcej nieszkodliwych  suszonych  ziół niż tytoniu, ale wydawały woń, którą lubiła. Należała 
natomiast do tych uprzywilejowanych, którym pozwalano popić pigułki filiżanką herbaty.

Melba   wypiła   mnóstwo   mleka   wzmocnionego   jeszcze   Jedną   porcją   narkotyku   czy   też 

witaminy. Odwróciła ampułkę do góry dnem i patrzyła na garść kolorowych pigułek.

— Rubin, perła, szmaragd... znów dziś to żółte; co to jest?
— Topaz — czyli witamina D. Tylko półszlachetny. Dalej uważasz, że będziesz je nosić?
Melba uśmiechnęła się swoim długim leniwym uśmiechem:
— Mam nadzieję.
Viv  potrząsnęła   głową.   Sala   z   pięćdziesięcioma   kobietami   w  lejbowatych,   bawełnianych 

sukniach. Metalowe krzesła, metalowe stoły z blatami ze sztucznego drzewa, ściany kremowej, 
szpitalnej barwy.

— Może będziesz. Może.
Pieniądze szły na to wszystko ogromne. Czego nie wydano na otoczenie, wkładano w sprzęt, 

ekspertyzy i ciała kobiet.

Ostatecznie więc to Melba czekała na Viv, podczas gdy ta guzdrała się ze swoją herbatą. Pam 

i Del wyszły grać w karty, Alicja ziewając wypuściła powietrze z pierścienia zabezpieczającego i 
poszła spać: była dopiero dwa tygodnie po porodzie. Jeden czy dwóch posługaczy kręciło się w 
pobliżu, nieco urażonych bałaganem, jaki jeszcze panował na stoliku. Byli to mężczyźni wybrani 
ze względu na nikły popęd płciowy i brak agresywności. Kobietom brzemiennym nie zezwalano 
na żadną aktywność seksualną (poza snami). Współżycie z personelem nie było dozwolone na 
terenie instytucji. Propaganda wskazująca na tuziny odmian chorób wenerycznych, groźniejszych 

background image

i mniej groźnych, stanowiła dodatkowe utrudnienie.

— Cholerny klasztor — mówiła Viv.
Melba nie  dbała  o to. Lubiła  pieniądze.  Była  duża, zdrowa, ciężko  myśląca  i  nie miała 

zbytniego kłopotu z odsunięciem na bok swoich uczuć. Inne godziły się z losem popadając w 
zgorzknienie. Wiedziały wszystkie, że żadnej z nich nie uważa się za zbyt inteligentną. Nikt w 
zasięgu   ich   słuchu   nie   nazwał   ich   cielną   krową   albo   maciorą,   ale   sens   tych   słów   wisiał   w 
powietrzu niczym chmura, snuł się niczym mgła. Kobiety odwróciły się plecami do posługaczy, 
do psychów, do Wołu i opowiadały sobie historie ze swojego życia.

Melba powiedziała miękko:
— Znowu nie wzięłaś pigułek odwadniających.
Viv spojrzała na nią z mieszanym wyrazem winy i wyrzutu:
— A ty skąd wiesz?
— Widziałam, jak je chowałaś w dłoni.
— Choruję po nich.
— Ja też nie lubię tego zgniłego mleka. Możesz dostać wysokiego ciśnienia i wtedy koniec.
Organizm   Viv   miał   kłopoty   z   gospodarką   wodną.   Jej   brzuch   wyspecjalizował   się   w 

mieszkańcach stref suchych; Melba, która rodziła życie podwodne, piła ciągle, niezależnie od 
tego, czy była spragniona, czy nie.

— Mniejsza o to. To mój ostatni.
— Jeśli będziesz uważać. Ja będę chodzić w szmaragdach, a ty będziesz gdzieś tam leżeć i 

chorować.

Viv miała gwałtowne usposobienie, poczerwieniała na twarzy i zerwała się z miejsca. Melba 

chwyciła ją za ramię.

— Przepraszam, Viv. Przepraszam! Weź pigułkę. Proszę!
Vivian usiadła powoli. 
Oczy Melby były pełne łez.
— Przepraszam, Viv. Nie chciałam być taka głupia.
— Och, na miłość boską, nie nazywaj siebie głupią. Masz umysł jak te młyny, o których 

czytałaś, a które mielą powoli, ale dokładnie.

— Taak, i rozpadają się na kawałki, a ludzie mówią: jaka piękna sceneria. Nie zapomnij o 

pigułce, Viv.

— A ty się nigdy nie poddajesz, co?  — westchnęła  Viv, wyłowiła  pigułkę z kieszeni  i 

połknęła popijając resztką herbaty pełnej fusów. — Cztery samce, trzy samice. — Przy trzecim 
jej brzuch był ledwo wydęty. — Po tysiącu lat mogłyby zapełnić planetę. Ale teraz jestem już 
zmęczona.

Melba nigdy nie pytała, czy Vivian schodzi do żłobka, rzadko pytała, co Viv robi w czasie 

background image

wolnym,  obok  odwiedzania  biblioteki   i  księgarni.  Większość  tamtejszych   kobiet  należała   do 
warstwy,   której   trwały   wysoki   stopień   bezrobocia   i   osłabienie   rodziny   ery   nuklearnej   dały 
niewiele szans. Mężczyźni z tej sfery mieli nawet jeszcze mniej okazji. Chromosom Y można 
było napotkać w każdym zdrowym mężczyźnie.

Jednakże   mało   kobiet   schodziło   do   żłobka,   choć   wszystkie   obiecywały   sobie   to   robić. 

Niewiele z nich chwaliło się swoimi sprawami (czy to dotyczącymi mężczyzn, czy kobiet) lub 
rozmawiało o tym, jak spędzają czas; było tak nawet wtedy, gdy odwiedzały swoje rodziny. 
Panowała więc taka oto osobliwa sytuacja, że niewiele z nich wiedziało, co robią inne, za to 
wszystkie   wiedziały,   co   która   robiła   przed   przybyciem   do   Neogeniki.   Zbyt   swobodnym 
rozmowom starało się przeciwdziałać Towarzystwo, aby, jak mówiono, zachować anonimowość. 
Niemniej Melba, choć nie wiedziała, czy Viv chodziła oglądać dzieci do tych ogromnych sal na 
dole, pełnych zbiorników i przegród, zdawała sobie jednak sprawę z tego, że wiek graniczny to 
trzydziestka   (a   Viv   miała   dwadzieścia   osiem)   i  że   Viv   i   Neogenika   uzgodnili,   iż   siedmioro 
wystarczy do wywiązania się z kontraktu.

— Masz szczęście, że zostało ci tylko parę tygodni. — Viv zwolniła kroku, by iść równo z 

Melbą, nie zważając na dobiegający z tyłu brzęk wynoszonych talerzy.

— Tak, ale ja ciągle potrzebuję dwóch samców, a nie są to takie małe myszki jak twoje.
— Hej, nie obrażaj moich dzieciaków.
— Nie Obrażam, Viv. Spodziewam się, że są podobne do ciebie.
— To zejdź na dół i zobacz! Melba wzruszyła ramionami.
— Boję się. Boję się nawet myśleć, jak wygląda moje.
— Bać się to tak samo, jak nazywać siebie głupią. Albo cielną krową.
To nie to samo. Grały sobie wzajemnie na nerwach, ale było to nieszkodliwe. Viv chciała iść 

do dobrej szkoły, wyuczyć się wszystkiego, co zdoła pojąć, a potem uczyć wszystkich, którzy 
zechcą słuchać.

— Dobrze. Chcę być krową — powiedziała łagodnie Melba. — I chcę mieć miłe mieszkanko 

z masą dobrych rzeczy i wydawać pieniądze, mniejsza o to, na co.

— I być damą? Och, Melba, mam już dość słuchania tego! — Oparła się o brudną kremową 

ścianę korytarza i podniosła wzrok na rosłą Melbę. Jej oczy nie były całkiem takie jak błękit 
porcelany   w   oknie   wystawowym:   brak   im   było   tamtego   połysku.   —   Pewnie   myślisz,   że 
mężczyźni zbiegną się natychmiast i obsypią cię diamentami, gdy tylko twój brzuch dostanie 
worek rozrodczy, który sprawi, że będzie wyglądał jak dziewiczy!

— Ale ja nie mogłabym uczyć w szkole tak jak ty.
—   A   czy   ja   będę   mogła   siedzieć   w   szkole   po   siedmiu   porodach,   z   rozregulowanym 

metabolizmem, z moją nerwowością? A przecież mam nadciśnienie, i to nie nabyte teraz, ale 
wrodzone. To marzenie, Mei, takie jak ma każda z nas. Czy którakolwiek z tych, co tu były, 

background image

wróciła, zadzwoniła albo napisała, jak jej się wiedzie?

— Chcą zapomnieć o tym miejscu. Nie możesz ich za to potępiać.
— Nie tylko w tym rzecz. Wychodzą i stwierdzają, że nie mają się gdzie podziać. W wieku 

trzydziestu lat są martwe, z wyżartymi  trzewiami; przepuszczają forsę, obnoszą swoje worki 
rozrodcze,   są   zniszczone   rodzeniem   własnych   dzieci.   —   Patrzyła   gdzieś   przed   siebie.   — 
Spotkałam jedną czy dwie... niezbyt chętnie sobie mnie przypominały. Są tanimi kurwami, a jeśli 
im   się   poszczęści,   dostają   robotę   w   sklepach   z   używaną   odzieżą.   Co   za   piekło.   Ale   ty   nie 
słuchasz.

— Słucham, Viv. Nie mogę pozwolić, żeby to mnie spotkało. — Po czym dodała: — Ale nie 

bój się, ja też skończę jako stara zużyta kurwa.

— Nie wyobrażam sobie — roześmiała się Vivian — sutenera, który by się za tobą rozbijał.
Melba nacisnęła kciukiem swój podobny do melona brzuch i też się roześmiała.

* * *
Melba leżała w łóżku, czytając po raz drugi list.
Teraz stragan jest na nowo urządzony i twój ojciec wrócił do pracy no więc wynajęliśmy  

Karla Olessona żeby się zajmował jarzynami. Z tego co sprzedamy, niewiele zostaje jak odliczyć  
ile przejemy i ile mu płacimy. Wesley uciekł z tą Sherri z drogerii co to zawsze mówiłam że jest  
dziwka. Wyszedł w nocy boby mu twój ojciec nagadał. Zostawił kartkę i wstyd powtarzać co  
nawypisywał o twoim ojcu. Nawet nie powiedział do widzenia. Połowa rzodkiewek popękała od  
wilgoci.
 Noreen jest znowu w ciąży i nie chce powiedzieć kto, ale nie pozwolę ojcu jej dotknąć  
przez to jedno co to umarło. Choć to była łaska pańska Boże wybacz. W mieście oni nie odważają  
się na nas spojrzeć bo wiedzą że ja wszystko wiem o NICH. Mogłaby mieć zabieg, ale ona mówi  
że   musi   mieć   coś   co   będzie   kochała.   Skąd   ona   się   nauczyła   takich   rzeczy   jak   ma   dopiero  
siedemnaście lat. Ona będzie mieć dziecko które będzie kochała a to znaczy że ja mam się nim  
zajmować kiedy ona będzie latać z tymi brudnymi cyklistami. Nie mogę tego już znieść.

Dobrze że twój ojciec znowu pracuje boby przy tym skapcaniał do reszty a Wesley i Noreen  

tylko gadali i tyle z nich miałam pociechy. Niewiele piszesz w listach ale się domyślam że nic nie  
możesz poradzić jak to jest państwowa praca. Trudno
 pisać na numer skrytki i jak się nawet nie  
wie jakie miasto i ja nie wiem co ty właściwie robisz. Chciałabym żebyś wyszła za mąż. Dlaczego  
by nie. Wszyscy mówili że Noreen jest piękna i popatrz do czego doszła więc piękność to nie  
wszystko. Mam nadzieję, że to co robisz jest przyzwoite. Tutaj byś chyba zwariowała. To chyba  
tyle. Napisz zaraz.

Twoja kochająca matka. Ojciec też się dołącza.

 PS. Dobrze że mogłaś przysłać pieniądze bo były potrzebne.

background image

Schowała list wraz z innymi  i wyłączyła  światło. Rozległ się brzęk dzwonka interkomu; 

zapaliła światło ponownie.

— Mei... — Był to głos Vivian, ale tak omdlały, że brzmiał jak głos kogoś zupełnie pijanego. 

A Viv nie lubiła whisky.

— Viv? Co się stało, Viv?
— Mei...? Przyjdź, Mei...
Wydobyła z łóżka swą niezdarną, okropną postać i zawiązała paski sukienki z szorstkiej, 

zgrzebnej tkaniny. Viv mieszkała o trzy pokoje dalej. W ciągu paru sekund, jakich potrzebowała, 
by tam dotrzeć, opadł ją strach; drzwi uchyliła drżącymi rękami.

Światła były zapalone. Vivian, jeszcze ubrana, leżała w poprzek łóżka. Oczy miała otwarte i 

szkliste. Lewa gałka oczna wywróciła się nieco i z kącika oka cienkim strumieniem płynęły łzy; 
część ust wygięła się w dół tak mocno, że twarz była zniekształcona niemal nie do poznania.

Melba natychmiast rozpoznała udar serca. Nie spytała nawet Vivian, czy wezwała doktora, 

lecz nacisnęła guzik dzwonka i zaczęła krzyczeć.

Viv uniosła nieco sprawną jeszcze dłoń:
— Bądź porząd...
— Och, Boże, Viv, czemu nie wzięłaś tych cholernych...
Lecz jedno, jeszcze widzące oko, które Vivian obróciła na nią, wyglądało strasznie.
— Nigdy nie chciałam... Melba chwyciła ją za rękę.
— Och, Viv...
— Tak mi przykro...
— Nie mów. Proszę cię, nie rozmawiaj.
— Zostań tu, Mei...
— Jestem tu. Zaraz nadejdzie pomoc.
Dłoń była wilgotna i wykonywała kurczowe ruchy, jakby chciała powiedzieć coś, czego nie 

potrafiły już usta.

— Kto... teraz... będzie kochał...
— Wszyscy cię kochają, Viv. I ja, i wszyscy.
— Nie chodzi mi... chodzi mi, dzieci, Mei... dzie... Kółka noszy zapiszczały przy drzwiach i 

sanitariusze podnieśli Vivian wraz z prześcieradłem. Jej dłoń wysunęła się z dłoni Melby; oczy 
miała zamknięte.

— Udar — mruknął jeden z mężczyzn.
— Wiem. — Widziała kiedyś swoją babkę, która brała całe garście pigułek i też umierała. 

Jednakże babka miała siedemdziesiąt gięć lat.

— Dobrze, że nas od razu wezwałaś. 

background image

— No.
Pokój   był   pusty.   Bardzo   pusty.   Na   parapecie   stała   doniczka   czerwonawobrązowych 

chryzantem, które na tle mętnoniebieskich zasłon przypominały zachodzące słońca. Kolorowe 
grzbiety książek ustawionych  równo na półkach wytarły się i przestały być  czytelne.  Melba 
podniosła się z trudem i powlokła do swego pokoju.

Dwie albo trzy głowy wychyliły się zza paru drzwi.
— Viv zachorowała — mruknęła Melba. — Nie wiem, na ile poważnie.
Położyła się na swoim łóżku i zmniejszyła światło. Bestia morska pływała w jej brzuchu. A 

ona tak przywykła do jej ruchów, że zdziwiła się teraz, że je zauważa.

Duża, powolna jak ja.
Vivian, wszystkie te mocno spięte druty i sprężyny puściły.
Tu już dla niej koniec. Może zostanie kaleką i... och, przepowiedziałam...
Parę pięter niżej był biały pokój, w którym lekarze pracowali nad słabym pulsem Viv. Dużo 

niżej znajdowały się zbiorniki, w których monstrualne dzieci zapadały w sen po to, by można 
było zbierać plony na jakichś strasznych planetach i drążyć tam kopalnie. Dla nich. Ich zaś nic 
nie obchodzi. Mają swoje cztery osobniki żeńskie i dwa męskie; będą je rozmnażać, by budowały 
kamienne ogrody. Uderzyła pięściami w niesprężysty bęben swego brzucha.

Bzzz.
Jej dłoń, jeszcze zaciśnięta, walnęła w guzik.
— Melba? — chrapliwy, bez wyrazu głos Wołu,
— No.
— Obudziłam cię?
— Nie. Co... — jej gardło stało się suche.
— Umarła, Mei. Pomyślałam, że tobie powiem najpierw.
 Ja... dzięki, Doroto.
— Za co, do diabła! — warknęła Wół i wyłączyła się.
Melba siedziała w odrętwieniu. Spodziewała się tego, Co jeszcze jej się przytrafi, skoro teraz, 

gdy znalazła przyjaciółkę, jedyną  przyjaciółkę godną szacuriku, los jej odebrał to szczęście? 
Zawstydziła się swego egoizmu, ale fakt śmierci był zbyt bolesny, by się doń zbliżyć.

Straciła poczucie czasu, w głowie miała pustkę, aż nagle jej przepona wygięła się ostro, 

strumieniem wypłynęły wody płodowe, a gardło zaczęło wydawać z siebie niepowstrzymany i 
nie kończący się skowyt.

Najpierw ta rurka w nosie. Potem ustnik na wargach, tlen smakuje jak nieświeże powietrze. 

Rurki na nadgarstku i w brzuchu. Zastrzyki w pośladki.

Rurki... i ból... w brzuchu?
Otwarła oczy. Pip, pip, pielęgniarka odsuwa czujniki EKG. Postrzępiona broda, twarz A. J. 

background image

Yatesa. Jej lekarza. Stary Ojboli.

— Musieliśmy zrobić cesarskie — powiedział. — Była cholernie wielgaśna.
Zamknęła oczy, przyśniło jej się, że spaceruje Górną, a wiatr rozwiewa jej długie włosy. 

Klejnoty na szyi i przegubach, skrzydełka u pięt, dzwoneczki na palcach stóp.

Wiesz przecież, Mei, że to głupie, mówi Vivian.
— Co? Ojboli:
— Powiedziałem, że zdajesz sobie chyba sprawę, iż teraz po cięciu nie możemy ci pozwolić 

na więcej niż jeszcze jedno. Musi to być osobnik męski, i to dorodny. Tak. Ich produkt był 
gwarantowanej jakości: próbowali już raz samca, ale przerwali ciążę, bo był źle ukształtowany.

— Samce są dużo mniejsze, więc nie powinien to być zbytni wysiłek. Może spróbujemy 

bliźniaków.  Mhm-hm.  To jest pomysł.  Mhm-hm.  Przemyślimy  to później. Póki co, jesteś w 
niezłej formie. Kiedy zakończysz pracę rozrodową, będziesz miała piękną figurę.

— Viv. Nie ma.
— Mhm, no więc... och, dobrze, że mi przypomniałaś. Dochodzenie odbędzie się za cztery 

dni i będziemy musieli poprosić cię o pomoc w charakterze świadka, ale będziemy uważać, żeby 
cię nie zmęczyć.

Mów sobie do woli doktorze Ojboli. Zamknęła oczy.
To cholernie głupi pomysł, mówi Viv.
— Co?
— Wypij to — powiedziała pielęgniarka. Wypiła i przesunęła dłonią po zabandażowanym 

wybrzuszeniu jeszcze ogromnego i wydętego łona, które poruszało się ciągle, jakby jakiś dalszy 
płód miał zamiar się wydobyć.

Skrzydełka u pięt, dzwonki przy palcach. Bliźniaki!
Głupie. Zamknęła oczy.
Cztery dni piekła. Ściany miały chorą zieloną barwę.
— Po co mam iść na przesłuchanie? — zapytała pielęgniarkę.
— Byłaś jej najlepszą przyjaciółką, prawda? Będą chcieli wiedzieć wszystko, co możesz im 

powiedzieć o jej postępowaniu. Na przykład, czy jadła albo piła coś spoza zestawu. Poza tym to 
jest już drugi zgon, jaki tu mieliśmy; opiekujemy się nimi w taki sposób, że żadna nie powinna 
umrzeć.

W piekle życie jest wiecznotrwałe. Znowu nie wzięłaś pigułek odwadniających.
 Czy mam iść pod czytator?
— Oczywiście. Poroniłaś zaraz po moim przyjściu, prawda? A byłaś pod czytatorem na 

badaniu wstępnym. Masz to w kontrakcie. Czy ty go w ogóle czytałaś?

— Zapytałam tylko grzecznie, siostro — powiedziała Melba.
Pielęgniarka spojrzała na Melbę. Melba spojrzała na pielęgniarkę.

background image

— Przepraszam. Muszę się zająć innymi pacjentami. — Śmignęła biała spódnica.
Trzeciego dnia poprawa. Wół wsuwa się na palcach, niosąc malowany chiński kubek, a w 

nim bukiecik delikatnych kwiatów. Wół, przyjaciółka. Prawdziwa.

— Och, wspaniale,  jak ładnie  pachną. Dorotko, czy pomyślałaś  o podlewaniu  kwiatków 

Vivian? Wół spojrzała na leżącą:

— Zabrałam doniczkę do swojego pokoju. Jeśli chcesz, możesz ją wziąć, gdy wstaniesz.
— Ach, nie, ty ją zatrzymaj, proszę. Byłaby szczęśliwa...
— Melbo, nie płacz teraz. Poczekaj jeszcze dwa dni.
— Dorotko, boję się cholernie. Mam iść pod czytator, a nie wiem, co mówić!
— Mów prawdę, jakakolwiek by była — Dowiedziała Wół surowo.
Obawiam się, że wszystko przekręcą. Ty się nie dasz — stwierdziła Wół.
Nie wierzyła w to jednak, gdy posługacz przyszedł po nią z fotelem na kółkach. Na badaniu 

wstępnym niemal jej uwierzyli, że jest pewnego typu przestępczynią. Viv wyciągnęła ją z tego, 
ale nie było...

— Dopiero pierwsza. Myślałam, że posiedzenie zaczyna się o drugiej.
— Tak, ale teraz jestem wolny. A także fotel. Co ci dolega?
— Cholernie boli mnie brzuch i czuję się jak wypatroszona ryba. Nie będę przecież przez 

godzinę  siedzieć  w fotelu  i nic nie robić. — Potrzebowała  wprawdzie tej godziny,  żeby się 
namyślić, ale przecież myślała od czterech dni.

— Dobrze, dobrze, no więc przyjdę, jak wasza dostojność będzie gotowa.
— Nie. Poczekaj. — Dojrzewała w niej pewna myśl.
— No?
— Zawieź mnie na ten wolny czas do żłobka.
— O, coś takiego! Najpierw jesteś za słaba i zbyt chora, żeby wysiedzieć w wózku, a teraz ja 

mam cię doprowadzać do Bóg wie jakiego stanu. I to ja będę nadstawiać tyłka. Nie mam nawet 
na taką sprawę pozwolenia.

—   Nie   potrzebujesz   pozwolenia.   Czytałam   swój   kontrakt   i   jest   w   nim,   że   mam   prawo 

widzieć to coś.

— Też pomysł.
— Tak. Więc jedźmy.
Aż wstyd, jak łatwo było zdominować posługacza:
— Słuchaj, jeśli będą jakieś kłopoty, to przysięgnę pod czytatorem, że to ja nalegałam i że ja 

ponoszę winę.

To jednak on nalegał, mianowicie na to, żeby najpierw zadzwonić do żłobka; nie był zbyt 

zadowolony, gdy zaproszono ich na dół.

W gruncie rzeczy ona też nie. Ciężko było usiedzieć w wózku, choć jej ciało nie wyglądało 

background image

już tak, jak przy poprzednich porodach, gdy wydawało się, że to wulkan z niego wybucha. Ból, w 
nieco innym miejscu, doskwierał tak samo. Ona jednak robiła coś, co nie było rodzeniem dzieci, 
ale co także przedzierało się ku niej z jej wnętrza.

Kobieta w białym płaszczu miała, rzecz dziwna, życzliwy wyraz twarzy.
—   Lepiej   się   już   czujesz,   moja   droga?   —   Miała   ostre,   obce   rysy   twarzy   i   mówiła   ze 

specyficznym akcentem; jej jasne, a u nasady ciemne włosy były skręcone w drobne loki.

— Nie bardzo. Ja... właśnie myślałam:.. chciałabym zobaczyć...
— Twoja przyjaciółka przychodziła tu często, oglądała wiele dzieci. Twoje także. Chodźmy 

tędy.

Nagły ucisk w gardle.
Jej najmłodsze, dwukrotnie większe od zwykłego noworodka, spało w osobnym, niewielkim 

zbiorniku; pozostałe, uganiające się w zimnej, wypełnionej wodorostami wodzie, wydawały się 
dalece za duże, by mogła je urodzić jakakolwiek kobieta.

To   nie   były   przypadki   wybryku   natury.   Wybryk   natury   jest   wypaczeniem,   wstrętną 

karykaturą. To zaś był nowy gatunek. Silnie czerwone oczy bez rzęs i powiek, bez określonego 
wyrazu nawet na nią nie spojrzały. Nosy i podbródki cofnięte do tyłu. Stwory nie miały płetw, 
błon ani łusek, ale długie, mocne ogony-stery jak u kijanek, a ich kończyny ciasno przylegały do 
ciała, by zapewnić mu linię opływową. Melba nie czuła żalu ani przerażenia. Istoty były jej 
całkowicie obce. Zastanawiała się, czy widzą przez szkło i wodę.

— Czy mogą żyć poza zbiornikiem?
— Tylko przez chwilę.
Ulicą Górną. Dolną. Pod wodę. Nowy kierunek. Inny wymiar.
— Nie są do mnie podobne.
— Tylko czoła i kości policzkowe. Dobry wzór.
— Ach, doprawdy. Co się z nimi stanie?
— Za parę lat dorosną i jeśli będą się dobrze rozmnażać, utworzą małą kolonię, którą wyśle 

się do doglądania instalacji podwodnych na planecie, w której morzach będą zdolne żyć.

Słudzy czy... niewolnicy?
— Jeśli będzie samiec.
— I to silny.  Z nimi  jest trudniej. Ale do czasu,  gdy te tutaj  dorosną, prawdopodobnie 

zmodyfikujemy spermę i zapłodnimy je nią, tak by mogły same spłodzić swoich samców.

—   Och   —   westchnęła   Melba.   Więc   tyle   co   do   kwestii   bliźniaków.   —   Czy   wolno   ci 

powiedzieć, jak się nazywasz?

— Oczywiście. Natalia Skobielew. Będziesz więc wiedzieć, o kogo pytać, gdy przyjdziesz tu 

jeszcze kiedyś.

Kiedyś.

background image

— Masz jeszcze dwadzieścia pięć minut — powiedział posługacz.
— Chciałabym zobaczyć... zobaczyć te od Vivian... Czas przed tym przesłuchaniem tak się 

wlecze.

— O Boże! Małpy!
— Nie, nie. Nadrzewne hominidy, o jeden krok od człowieczeństwa.
Może i krok. Przyjrzała się im bliżej. Wpatrywały się w nią; napięte, żylaste ciała kołysały 

się na gałęziach nagiego drzewa za przegrodą. Vivian!

Nie miały ogonów, lecz tylko drobne, zwinne ręce i wielkie chwytne palce u nóg. Ciała ich  

pokrywało od spodu jasne owłosienie, ale głowy porastały ciemne kędzierzawe włosy; miały 
małe, cienkie nosy i przyjemne czerwone usta. Z ich błękitnych oczu wyglądała Vivian.

Mrugały powiekami. Melba poskrobała w szybę, a one zachichotały jak łaskotane i zaczęły 

ssać małe palce u rąk.

— One są o wiele bardziej do niej podobne — szepnęła.
— Wykorzystaliśmy więcej jej materiału genetycznego.
— A jaką pracę — zapytała w otępieniu — będą wykonywać?
— Najpierw hodować i zbierać zioła lecznicze. Potem, tak jak twoje, wybiorą sobie, jak się 

spodziewam, jakieś inne zajęcia. Będą tworzyć cywilizację w morzach i na pustyniach.

Czy ta kobieta opowiada jej bajki? Płacą jej za reklamę? Jednakże jej szczerość wygląda na 

nie   tylko   prawdziwą,   ale   i   pełną   pasji.   Neogenika   produkuje   sługi   i   niewolników.   No   ale... 
niewolnicy uzyskali wolność.

— Może i ci. Może.
— Już czas — powiedział posługacz.
— Wiem. Dziękuję za oprowadzenie.
— Pamiętaj: Natalia Skobielew, moja droga. Dość trudne nazwisko.
— Nie zapomnę.
Czuła się jak stary wrak, ale czytator nie odnotował tego.
Na   sali   nie   było   sprawozdawców   ze   środków   przekazu,   nie   było   też   publiczności   poza 

starannie dobraną komisją złożoną z sześciu bezstronnych  osób cywilnych. Ponadto koroner, 
grupa urzędników Towarzystwa i dwóch adwokatów.

Nie słuchała początku. Wiele wyjaśnień. O pracy Towarzystwa — to na użytek  komisji. 

Okoliczności, które doprowadziły do... Nieznane. Co personel lekarski uczynił  dla pacjentki. 
Daremne.   Cały   materiał   pod   czytator.   Nikt   poza   nią   nie   wyglądał   na   przestraszonego   lub 
chorego.

I wreszcie doprowadzono ją do czytatora i przymocowano doń.
— Pseudonim: panna Burns. Melba Burns. Twoje zdrowie.
— Panno Burns, czy przysięga pani odpowiadać prawdziwie zgodnie ze swą wiedzą?

background image

— No. Przepraszam, tak.
— Jest pani zatrudniona przez Neogenikę od czterech lat i trzech miesięcy, podczas których 

pani blabla-bla?

— Tak.
— Odbiornik kontrolny — zarządziła kobieta przy konsoli czytatora. Wsunęła się Wół i 

usiadła w tylnym rzędzie; cierpliwy kawał kamienia w porządnej granatowej sukni nie pasującej 
do szarego uniformu. Żadnego gestu życzliwości z jej strony.

Melba   nie   widziała   ekranu   konsoli   ani   ekranu   umieszczonego   za   nią;   uniemożliwiała   to 

obudowa na wysokości jej głowy. Nie było mowy o świadomej próbie sterowania linią punktów 
na ekranie. Nie wierzyła, by mogło jej się to udać, i nawet nie próbowała. Była tu, aby zdradzić i 
tyle.

Adwokaci stanowili parę typu Flip i Flap: ten wielki bronił interesów Towarzystwa, mały 

działał  na rzecz  krewnych  Vivian;  miał  pilnować, by Towarzystwo  nie dowiodło naruszenia 
przez nią warunków kontraktu i by nie odmówiło wypłaty należnych jej pieniędzy.

Adwokat Numer l powiedział:
— Panno Burns, jak nam wiadomo, zmarła Vivian Marsden uważała panią tutaj za najbliższą 

przyjaciółkę.

— Tak mi się wydaje. Ona też była moją przyjaciółką.
— Wiem, że Towarzystwo nie popiera zbytniej otwartości u swoich zatrudnionych, starając 

się zachować ich anonimowość  w grupie, ale... — zrobił słodką minę  — jestem pewien, że 
musiały mieć miejsce jakieś zwierzenia...

Numer 2: — Pytanie niewłaściwe.
Flap uniósł pojednawczo dłoń.
— Nie pytam świadka o zasłyszane u zmarłej lub u innych plotki na tematy osobiste. Poza 

tym chciałbym, żeby ten etap badania świadka był krótki, ze względu na osobisty ból świadka...

Numer 2:
— Bardzo słusznie i rozsądnie. 
Melba nie słuchała. Hominidy nadrzewne chichocząc skakały z gałęzi na gałąź.
— Podstawowe pytanie dotyczy jednak stanu fizycznego zmarłej Vivian Marsden. I to stanu 

faktycznego, jaki obserwowała świadek i jaki jej opisywała panna Marsden, nie zaś stanu, o 
którym donosił personel medyczny. A więc czy wyglądała na chorą albo czy skarżyła się na złe 
samopoczucie. Czy... mogła sama, świadomie lub nie, sobie zaszkodzić, biorąc niedozwolone 
narkotyki, używając alkoholu, tytoniu lub ignorując wskazania dietetyczne? 

Numer 2:
— Panie koronerze, mój przyjaciel najwyraźniej życzy sobie, by świadek od razu uznała 

zmarłą za winną.

background image

—   Niekoniecznie   musi   o   to   chodzić   —   odparł   koroner.   —   Panno   Burns,   zechce   pani 

spróbować   odpowiedzieć   na   to   pytanie   możliwie   najprościej,   choć   bez   wątpienia   jest   ono 
skomplikowane?

—   A   więc   jeszcze   raz.   Czy   Vivian   Marsden   brała   niedozwolone   narkotyki,   używała 

alkoholu, tytoniu lub czy odżywiała się niewłaściwie?

Melba zwilżyła językiem wargi.
— Nie zauważyłam, by to robiła, ani też nigdy o tym nie mówiła. Nie znosiła alkoholu. 

Wiem, że brakowało jej papierosów, ale nie paliła. — Serce podeszło jej do gardła. Spojrzała na 
Wołu. Twarz kobiety była nabrzmiała, oczy pełne współczucia.

Mały adwokat powiedział sucho:
— Rozumiem, że zostało ustalone w badaniu ogólnym, iż nikt nie posiada bardziej ścisłych 

informacji.

— Można pójść jeszcze w innym kierunku — równie sucho stwierdził członek Towarzystwa. 

— Panno Burns, czy było coś niezbędnego dla zdrowia panny Marsden, czego ona zaniechała 
robić?

Melba patrzyła przed siebie i oddychała ciężko.
— Trzeba odpowiedzieć, wie pani o tym — powiedział łagodnie koroner. — To sprawa 

zdrowia wszystkich innych pracowników Towarzystwa.

Melba nie musiała patrzeć na ekran, by wiedzieć, że linia jej serca skakała jak szalona.
 Czasami po posiłkach wkładała pigułki odwadniające do kieszeni. Powiedziała, że nie lubi 

ich brać, bo się po nich źle czuje. — Wybacz, wybacz!

 Ach, tak. Ma pani na myśli środki moczopędne.
— To co miało usuwać nadmiar wody, którego nie powinno w niej być.
Numer 2 powiedział szybko:
— To wcale nie musiało stanowić przyczyny anewryzmu. Mogła brać ją później.
— Albo wcale. To jest jakiś ślad. Panno Burns, jak często się to zdarzało?
Melba stwierdziła nagle, że zgrzyta zębami.
—   Nie   więcej   jak   dwa   razy   na   tydzień,   o   ile   wiem.   Przyglądałam   się   jej   wtedy,   żeby 

stwierdzić, co ona z nią robi, a kiedy stwierdzałam, że ją chowa, kazałam Jej ją wziąć, i to zaraz.

—   Mogła   mieć   sposoby,   żeby   tego   uniknąć,   jeśli   naprawdę   jej   nie   chciała.   Ukryć   pod 

językiem, zwymiotować...

— Och, na Boga! — warknęła Melba.
— Proszę się opanować, panno Burns, i nie brać pod uwagę dwóch ostatnich sugestii. Nie 

można poprawnie wywieść tego, czego zmarła nie robiła, z tego co niewprawiony obserwator 
zauważył, że robiła.

Jednakże   adwokaci   nie   przejmowali   się   świadkiem   ani   koronerem   i   zatopieni   w   sobie 

background image

nawzajem wykonywali coś w rodzaju tańca godowego.

— Powinniśmy uzyskać zezwolenie na ponowne wezwanie patologa, by wypowiedział się 

obszerniej.

— Zgadzam się. W zupełności. Panie koronerze, czy możemy wezwać patologa na świadka?
— Owszem — powiedział koroner. — Czy pan Tuzindrzewny jest obecny? Panno Burns, 

zechce pani zejść.

Ciało ciąży jak kamień.
— Nie! — krzyczy Melba. — To nie jest w porządku!
— Panno Burns, wiem, że jest pani poruszona...
— Jeśli to ma znaczyć, że jestem przygnębiona, to owszem, jestem cholernie przygnębiona. I 

pewnie każdy myśli, że głupia. Ale obłąkana nie jestem. Proszę pana, niech mi pan pozwoli 
mówić przez minutę!

Koroner westchnął.
— Jeśli ma pani coś do dodania w związku ze sprawą, to proszę, panno Burns. Ale niech to 

będzie zwięźle i na temat. Ta sama uwaga do panów adwokatów.

Dał się słyszeć lekki chichot. Melba zignorowała go pogardliwie.
— Być może pomogę w ustaleniu faktów. — Nabrała tchu. — Sądziłam, że jesteśmy tu, aby 

wykryć, dlaczego Vivian umarła, ale ten tutaj facet zachowuje się tak, jakby ona wpadła przez 
nieuwagę   do   rowu,   a   ten   drugi   próbuje   ją   oskarżyć   o   samobójstwo.   Odpowiedziałam,   jak 
mogłam, na wszystkie te długie pytania, a teraz ja chciałabym zadać dwa krótkie. — Wskazała 
palcem. — Temu gościowi.

— Ma pani na myśli adwokata Towarzystwa? — koroner podrapał się w głowę. — To jest 

dochodzenie, a nie rozprawa w sądzie, więc proszę, ale...

— Powiem krótko. Chciałabym zapytać, panie adwokat: Czy Vivian Marsden miała wysokie 

ciśnienie, zanim zaczęła dla pana pracować, a więc kiedy miała dziewiętnaście lat? I czy gdyby 
skończyła pracę, zostałaby wyleczona?

Zapadła głucha cisza. Jakiś człowiek wysunął się z sali, ale nikt nań nie zwrócił uwagi. 

Prawnik otworzył usta i zamknął je z powrotem. Potem:

— Cóż, panno Burns, wiadomo, że jest pewne ryzyko...
— Tak. To chyba wszystko. Tylko jeszcze... ostatnie słowa, jakie do mnie wypowiedziała: 

Kto teraz będzie kochał dzieci, Melbo? — a ja nawet nie wiem, o co jej chodziło. Przepraszam, 
że zajęłam tyle czasu, teraz już schodzę. Proszę poprosić tę panią w kącie, żeby mnie odwiozła 
do pokoju. Źle się czuję.

— Dobrze zrobiłaś — powiedziała Wół.
—   Taak.   Też   mi   wiele   dobrego.   Wszystkie   będą   na   mnie   wściekłe,   że   powiedziałam   o 

pigułkach.

background image

— Między nami mówiąc, wydaje mi się, iż wiele osób wiedziało, że próbowała je chować, 

ale nikt poza tobą nie zadbał o to, by je brała, mogą się więc wściekać do woli.

Śniła złożony i skomplikowany sen o stworach ze zbiorników, o dzieciach wykrzykujących 

na ulicy nieprzyzwoite wyrazy i o planetach, na których dzieci z Neogeniki patrzyły pustym 
wzrokiem i umierały bez potomstwa. A jej siostra Noreen rodziła jakieś...

Dzwonek do drzwi.
— Proszę — powiedziała przez sen. Dziecko Noreen było...
— Skończone — powiedziała Wół. — Śmierć przypadkowa. Oficjalne stwierdzenie, że nikt 

nie ponosi winy. Krewni Vivian dostaną pieniądze.

Przetarła oczy.  
— Mam nadzieję, że ich nie przepuszczą.
— Po co ta ironia.
— Nie mam przyjaciółki.
— Możesz uważać mnie za pół przyjaciółki. Wszystko mi jedno.
— Przepraszam, Dorotko. Zachowuję się jak idiotka. Jesteś przyjaciółką. — I Natalia. Będzie 

użyteczna, gdy staremu Ojboli znowu przyjdą do głowy bliźniaki.

— Są pewne zalecenia komisji. Interesuje cię to?
— No, owszem — powiedziała sennym głosem.
— Na temat większego poinformowania społeczeństwa o naszym kochanym Towarzystwie. 

To   zapobiegnie   niektórym   przezwiskom   i   obrzucaniu   kamieniami.   Niezbyt   prędko   i   niezbyt 
wielu, ale zawsze. No i rządowe organizacje zdrowia mają mieć udział w wyborze kandydatek. 
Afera   się   zrobiła,   kiedy   wrócił   Tuzindrzewny.   Bo   on   poleciał   i   wygrzebał   karty   zdrowia   z 
miejsca   zamieszkania   Viv.   Powinien   to   był   zrobić   już   na   samym   początku.   No   i   stwierdził 
przypadki nadciśnienia w jej rodzinie.

— Ojej. A ja im wmawiałam, że to oni ją tak urządzili.
— Wywołali to w niej, przyjmując ją bez należytego przebadania. I powinni byli usłyszeć te 

parę rzeczy,  które im powiedziałaś. No, dobra, wrócę chyba do roboty,  ale tak jak ty,  mam 
jeszcze   jedno  pytanie.   Teraz   kiedy  twoja   mózgownica   pracuje   —  i   to   tak   jak  zdaniem   Viv 
powinna — co masz zamiar z nią począć?

Melba uśmiechnęła się. Już nawet nie płakała.
— Pozwól mi się wykazać, Dorotko. Ta mózgownica jeszcze okropnie skrzypi.
Niezgrabnie   to   zrobiłam,   Viv,   ale   to   najlepsze,   na   co   mnie   stać.   Nigdy   się   tu   nie  

zaadaptowałaś. Powinnaś była mieć męża, który dałby ci normalne dzieci; nigdy się nie dowiem,  
czemu się tak nie stało. Nie wiem także, dlaczego nie stało się tak ze mną, poza tym tylko, że dom,  
z którego wyszłam, nie był taki, jaki chciałabym mieć. Może nigdy nie uznałam, że byłabym w  
stanie stworzyć lepszy, sama nie wiem. Stary to bękart, ale jest dumny, że pracuje, a mama nie  

background image

pozwoli sobie na wstyd. Nie ma w tym nic złego, co nie? Ale dzieciaki nie znajdą dziś wiele  
pracy, z której mogłyby być dumne, a my się nie wstydzimy. Biedna Noreen. Ona jest naprawdę  
głupia. Boże wybacz. Jedno, na co mogę wydać pieniądze, to żeby wydostać ją stamtąd. Może w  
jakimś schronieniu, które mi wskaże Dorota, ale nie tutaj. Jej dziecko będzie przynajmniej miało  
szansę stać się człowiekiem.

Viv... Wszystkie je mamy; co one będą robić? Powinny były żyć na takich planetach, które by  

same je stworzyły i pozwoliły im robić głupie pomyłki na własny rachunek, a nie tak, żebyśmy to  
my je robiły no nie... ale dla Noreen mogę coś zrobić...

A jak będę dobra i poszczęści mi się, to będzie jeszcze trochę forsy do przepuszczenia. Oj,  

Viv, wiesz, że nie ma w tym nic złego. Lepiej niż czekać, iż... Szmaragd, rubin, diament... i ten  
żółtawy. Topaz. Długie włosy, wplatanie w nie palców, po grzbiecie dreszcz... ach...

Mamo, gdzie, ja znajdę drugą taką facetkę jak Viv? Nie jestem stale w ciąży; widziałam  

skierowane na mnie oczy nie tylko twoje. Szukały czegoś innego. I może...

Spała snem bez snów.

background image

Szansa dla dinozaurów
Williamson Jack

Czy jest na Świecie ktoś, kto by się nie zdumiewał faktem własnego istnienia? Co by było,  

gdyby ojciec nie spotkał matki? Albo gdyby się spotkali, ale nie spodobali sobie? I co gdyby z  
jakiegoś powodu ojciec został gdzieś odwołany w niewłaściwym momencie albo gdyby matkę 
bolała głowa tego dnia, gdy zgromadzona została sperma mająca dać początek danej osobie, a  
następnego dnia została  użyta jakaś inna porcja spermy? Skoro wszystko to mogło było się  
zdarzyć, faktyczne
 istnienie danej istoty ludzkiej stanowi najbardziej zadziwiający z przypadków.

A czyż nie odnosi się to do całego naszego gatunku, rodzaju, rzędu, gromady? Jakie drobne  

fakty i dziwne zbiegi okoliczności musiały zaistnieć właśnie tak a nie inaczej w ciągu długiej  
historii
  Ziemi?  Wystarczy przywołać przejmujący dreszczem obraz pająków spacerujących po  
twoim grobie-którego-mogło-było-nie-byc.

Jego   matka   Sabrina  była   z   domu   Gunderstone.   Jej   przodkowie   brali   udział   w   Wojnie 

Domowej aż do jej tragicznego finału, bili się z Komańczami na dalekim Zachodzie, budowali 
mozolnie teksaskie imperium bydlęce, którego godłem był znak piętna na bydle z Longhorn. 
Potem nadeszły ciężkie czasy,  ale to właśnie on miał  odbudować wielkość Gunderstone’ów. 
Nadała mu imię Aleksander i karmiła go swymi górnymi marzeniami.

— Bzdury! — zwykł się obruszać jego ojciec. — Obłąkane głędzenie.
Jonasz   Jones   miały   trzy   tysiące   akrów   warte   teraz   lekko   licząc   po   tysiąc   za   akr   — 

pozostałość po tym, co stracili późni Gunderstone’owie. Przenosząc się z farmy do Longhorn, 
kupił   pośrednictwo   Buicka.   Przedkładał   zdrowy   rozsądek   nad   wzniosłe   uczucia   i   usiłował 
zainteresować syna bankowością lub prawem.

Na przekór ojcu Alek wybrał wielkość. Droga do tego była bolesna, ale matka nie pozwoliła 

zwiędnąć swoim marzeniom o chwale. Kiedy po pierwszym dniu w szkole wrócił z krwawiącym 
nosem,   przytuliła   go   do   siebie   i   zapowiedziała,   że   przyjdzie   czas,   gdy   jej   syn  zawstydzi 
napastników.

Rósł jako zwycięzca, choć triumf nigdy nie był łatwy. Dzieci, które tłukł, twierdziły, że jest 

oszustem. Na uczelni był  za słaby na piłkę nożną. Kiedy przeszedł do koszykówki, która w 
Longhorn była na poziomie, trener stwierdził u niego niezdolność do kolektywnej gry. Chłopcy z 
zespołu nazywali go napaleńcem.

Płakał, kiedy opowiadał o tym matce.
—   Mniejsza   o   tych   mizernych   głupków   —   powiedziała   mu.   —   Ty   masz   talenty 

Gunderstone’ów. Kiedy nadejdzie twój czas, staniesz się największym człowiekiem na Ziemi.

Lecz i tego było nie dość. W owym roku w modzie był kosmos: pierwsza stacja satelitarna 

background image

przekazywała   energię   słoneczną   do   Nowego   Meksyku,   a   pierwszy   statek   załogowy   był   w 
połowie drogi na Marsa. Gdy wykluczono Alka z korporacji jego ojca w Longhorn College, on i 
jego matka ujrzeli jasno? że spełnienia przeznaczenia muszą szukać w kosmosie.

Kupił sobie teleskop, brał lekcje latania i zapisał się w Longhorn na nauki kosmiczne do 

Bena Tengela, bohatera, którego los dotknął w smutny sposób, ale który był najbardziej znanym 
mieszkańcem   Longhorn.   Pradziad   Bena   pasł   bydło   Gunderstone’ów.   Ben   był   nauczycielem 
matematyki,   który   marnował   swe   zdolności   na   obłąkaną,   wymyśloną   przez   siebie   wersję 
geometrii czasoprzestrzeni.

Kiedy był młody i jeszcze przystojny, stracił głowę dla Sabriny Gunderstone. Niezależnie od 

innych uczuć musiała uważać go za dzieciaka bez grosza przy duszy, którego może i zabawnie 
było znać, ale nad którym nie płonęła aureola wielkości. Wybrała Jonasza Jonesa i bogaty kawał 
dziedziczonego   imperium.   Ben   opuścił   Longhorn   i   resztę   życia   spędzał   na   wysiłkach 
zmierzających do wykazania jej, jak bardzo się omyliła.

Wstąpił do Wojsk Kosmicznych. Po zwolnieniu brał udział w projektowaniu satelity-siłowni. 

Powołany na powrót do czynnej służby podczas Zagrożenia Atomowego był pilotem satelity 
pościgowego,   który   zdetonował   Pocisk   Pokoju   dwieście   kilometrów   od   Paryża.   Ten   czyn 
uratował życie dziewięciu milionom Francuzów, a jego omal nie uśmiercił.

Uratowany   dzięki   medycznym   cudom,   Ben   był   teraz   na   wpół   mechanizmem,   żył   w 

boleściach   przykuty   do   maszyny   na   kółkach.   Wzrok   miał   uszkodzony   i   oglądał   świat   przy 
pomocy   ogromnych,   pobłyskujących   purpurowo,   sztucznych   oczu.   W   bardziej   pomyślnym 
okresie swego życia był wspaniałym nauczycielem, teraz jednak Alek od razu poczuł do niego 
niechęć.

Nieludzkie oczy jak u monstrualnego owada. Przytłaczająca szpitalna woń jego mechanizmu. 

Wybuchowe   usposobienie   w   dniach,   gdy   nic   nie   mogło   złagodzić   bólów.   I   to   najgorsze: 
wściekłość,   gdy   zarzucił   Alkowi,   że   ściągał   podczas   testu   matematycznego.   Wybaczył   mu 
jednak, może ze względu na Sabrinę, i nie pozwolił odejść.

— Zdrowi na umyśle nie latają w kosmos. — Nie miał krtani i głos był sapiącym szeptem, 

który ryczał ze specjalnego wzmacniacza. — Gdybyś był zdrów, zająłbyś się interesami do spółki 
ze swoim tatusiom,  ożeniłbyś  się z Bonnie Belle  i zrobił  ze czterdzieści  milionów  dolarów. 
Obawiam się jednak, że jesteś dotknięty pewnym szczególnym obłędem.

Bonnie Belle była więcej niż chętna i Alek niekiedy nieomal ulegał pokusie. Była w szkole 

jego jedyną prawdziwą przyjaciółką, a jego dumna pewność swej wielkości nigdy nie odrzuciła 
definitywnie   Bonnie.   Nagle   z   piegowatego   dziewczątka   z   końskim   ogonem   rozkwitła   w 
długonogą piękność, Miss Longhorn tego roku. Jej ojciec chciał dać Alkowi agencję Buicka, jeśli 
się ożeni i zacznie normalne życie.

On jednak wierzył wraz z matką w swe przeznaczenie. Bonnie Belle stanowiła przeszkodę w 

background image

jego planach. W letnim semestrze na pierwszym roku ich studiów w Longhorn zaszła w ciążę. 
Płacząc   i   histeryzując   żądała,   żeby   się   z  nią   ożenił.   Nie   miała   poza   nim   nikogo;   mogła   go 
uszczęśliwić.

Powiedział jej, że ma wyższe cele.
Tego wieczoru stoczyła się z samochodem z wiaduktu. Odratowana, pozostała w szpitalu, 

dopóki nie urodziła dziecka, a potem oddała je w adopcję. Alek nigdy go nie widział, nigdy też 
więcej nie zobaczył Bellie. Dzięki pomocy Tengela wstąpił na Akademię Kosmiczną.

Dzięki   dalszej   pomocy   Tengela   został   wybrany   do   załogowego   lotu   na   Jowisza.   Matka 

przygotowała się do powitania go jako drugiego w Longhorn bohatera kosmosu, ale on wrócił 
wcześniej i bez zapowiedzi. Wylano go z załogi.

Przyczyny nigdy nie poznali. Powiedział, że Kongres obciął fundusze na badania kosmiczne. 

Ojciec miał nadzieję, że Alek nareszcie poszedł po rozum do głowy. Matka nie powiedziała 
synowi, że Ronnie Belle usiłuje się do niego dodzwonić. Gdy Marty Marx zastał go samotnego, 
upijającego się na smutno w barze Wextera, jego przyszłość była nadal niewyraźna.

— Pamiętasz doktora Tengela?
— No pewnie. A co?
Był przy piątej whisky i musiał wysilić wzrok, nim poznał Marty’ego. Marty nigdy nie był 

jego przyjacielem; to Marty stłukł go pierwszego dnia w szkole, a potem rywalizował z nim o 
Bonnie Belle; może nawet to on był tym szczurem, który powiedział Tengelowi, że Alek ściąga. 
Teraz jako adwokat w ulizanym szarym garniturze roztaczał aurę fałszywej serdeczności.

— Gdzie jest teraz Tengel?
— Daleko stąd. — Marty zawiesił głos patrząc z dezaprobatą na kieliszek Alka. — Założył 

własne   towarzystwo   kosmiczne;   wykorzystuje   swoją   matematykę   gwiezdną   i   swoje   dawne 
układy w armii.  Działa całkiem  nieźle.  Pracuję jako ekspert od prawa kosmicznego.  On ma 
robotę, o której mówi, że jest jak stworzona dla ciebie.

— Jeśli to jest w przestrzeni...
Na pewno w przestrzeni. Nic więcej Marty nie wiedział, lecz Alek miał już dość krzywych 

spojrzeń   ojca   i   usprawiedliwiania   przez   matkę   niesławnego   powrotu   syna.   Powiedział,   że 
chciałby przyjrzeć się tej pracy. Biorąc ze sobą wizytówkę Marty’ego z nabazgranym na niej 
swoim nazwiskiem, złapał samolot do Albuquerque i dotarł do Inżynierii Tengela.

Był  to długi  hangar pokryty nowymi  płytami  z metalu  i mieszczący się na południe od 

dworca   centralnego,   w   pobliżu   laboratoriów   Sandii.   U   wejścia   człowiek   z   ochrony   obejrzał 
wizytówkę i wezwał eskortę. Biuro było małym pomieszczeniem o ścianach z dykty, pełnym 
woni antyseptycznych środków stosowanych przez Tengela.

Gdy  strażnik  go  wprowadził,   pomieszczenie  było  puste.  Oglądał  szkice   nowych  statków 

kosmicznych przypięte do dykty,  gdy poczuł ową znaną szpitalną woń; odwrócił się i ujrzał 

background image

Tengela, który wtaczał się na bezszmerowych kołach, zatrzymując się za stołem, którego blat 
tworzyła goła płyta dykty.

— Siadaj — skrzypiący szept Tengela wyrwał się z głośnika nad jego głową. — Jak tam 

matka?

— Dobrze, jak sądzę.
Alek usiadł usiłując nie patrzeć zbyt hardo, nie zważać na zapach, nie bać się. Tengel był 

zawsze tak desperacko gwałtowny, tak dziki w tej swojej walce o byt, tak głęboko zanurzony w 
tajemne piekło, jakie krył karmazynowy poblask nieprzeniknionych owadzich oczu. Trudno było 
uwierzyć, by ten stwór w maszynie mógł kiedykolwiek być zwykłym, przystojnym i młodym 
mężczyzną, który umawiał się z ukochaną Sabriną Gunderstone.

— Marty dał mi twoje zapisy z Sił Kosmicznych — poderwał go znowu ryk z głośnika. — 

Twoja tamtejsza klęska nie obchodzi mnie. W gruncie rzeczy dowodzi ona tylko tego swoistego 
szaleństwa, jakie już dawno temu u ciebe dostrzegłem.

Tengel przerwał, spoglądając wielkimi oczyma. „Pokryte bliznami rysy twarzy poniżej oczu 

są jeszcze bardziej wstrętne niż dawniej, myślał Alek, a bruzdy wyżłobione przez ból jeszcze 
głębsze”. Ten okaleczony człowiek siedział jednak wyprostowany pośród podtrzymujących jego 
życie urządzeń, posępny i wyzywający wobec swego nieszczęścia.

Alek starał się nie wiercić nerwowo.
— Nadasz się — dziwaczna głowa przytaknęła nagle. Jeśli chcesz polecieć.  Niechęć do 

pracy zespołowej nie stanowi tu przeszkody. Będziesz całkowicie zdany na siebie. Szansę masz 
chyba niewielkie, ale przy takiej stawce to nieistotne. Jesteś jedynym człowiekiem, jakiego znam, 
o takim natężeniu obłędu; dlatego może ci się powieść. Wykonasz to, a przejdziesz do historii 
jako ten, który uratował planetę.

Czerwone oczy przyjrzały mu się ponownie, twarde jak sumienie.
— Chcesz spróbować?
— Ja... myślę... chcę! — Nagle Alek zapomniał o oczach i woni. — Jakie to zajęcie?
— Czy wiesz, co się stało z dinozaurami?
— Nie. — Alek nigdy nie przejmował się zbytnio całą tą zatęchłą nauką. — Czy to ważne?
— Dinozaury wymarły. — Jego usztywnione przez. blizny usta poruszały się z trudem, a 

metaliczne  grzmienie   wydawało  się  głosem  maszyny  samej.  —  Siedemdziesiąt   milionów  lat 
temu władały Ziemią. Opanowały ląd, powietrze, morza. Nasi przodkowie, prymitywne ssaki, 
byli w większości szczurkowatymi stworkami, które starały się tylko przeżyć w byle jakiej niszy 
ekologicznej, jaka im się trafiała.

Aż dinozaury wyginęły.
Wszystkie naraz, jakiego dowodzą skamieliny. Duże i małe. Wszędzie. To była ta pradawna 

klęska, która otworzyła Ziemię przed ssakami. Gdyby się to nie stało, nie byłoby nas tutaj. Długo 

background image

dręczyła nas zagadka przyczyny ich wyginięcia, ale teraz znamy już odpowiedź.

Asteroid. Wielki. Uderzył w jakiś ocean, jak o tym świadczą dane geologiczne. Powstały fale 

na całej planecie. Para spowodowana upadkiem asteroidu skropliła się w gorący potop. Pył, jaki 
przy tym upadku powstał, wypełnił atmosferę tak gęstą i wysoką chmurą, że światło przestało 
docierać. Straszliwa noc bez świtów, z roku na rok zimniejsza. Lód i śnieg pokrył kontynenty 
tropikalne, oceany zamarzły.

Kiedy  słońce  zaczęło   na nowo  przenikać,  Ziemia   była   już  prawie  martwa.  Dwie  trzecie 

gatunków nagle wyginęło. Wszystkie dinozaury. Naszym przodkom udało się przeżyć. — Dla 
podkreślenia swoich słów Tengel uniósł swą sztywną mechaniczną łapę. — Ten właśnie asteroid 
umożliwił powstanie ludzkości.

Alek siedział i słuchał w tępym oszołomieniu.
—   To   fakt.   —   Tengel   kwinął   monstrualną   głową,   drażniący   szept   opadł.   —   Dziś   już 

niewątpliwy.   Każda   planeta,   jakąkolwiek   byś   wskazał,   była   formowana   przez   zderzenia   z 
asteroidami; wystarczy wspomnieć kratery na Marsie i Księżycu. Na Ziemię też stale spadają, w 
Arizonie na przykład.

Siły Kosmiczne wykryły właśnie jeden, który tu zmierza...
Tengel   przerwał.   Odpoczywał   przez   chwilę,   jego   wyschłe   rysy   wyrażały   ostateczną   i 

absolutną  rozpacz. W dzwoniącej  ciszy,  jaka zapadła,  Alek zastanawiał  się, czy długotrwałe 
cierpienia nie zaszkodziły zdrowiu psychicznemu Tengela.

— Pewnie jesteś wstrząśnięty. — Machnął znowu swoją łapą, usiłując udać obojętność. — 

Obiekt jest jeszcze poza zasięgiem zwykłych teleskopów. Wykryliśmy go przez skomplikowany 
detektor pocisków.

Było   to   trzy   lata   temu.   Przez   ten   czas   nie   szczędziliśmy   wysiłków   zmierzających   do 

uratowania planety.

Statek o dalekim zasięgu, uzbrojony w specjalne urządzenie nuklearne. Na tyle silne, jak 

sądzę, że zdoła zmienić tor obiektu. Twoim zadaniem jest umieścić je w obiekcie. Jeśli tylko 
chcesz się tego podjąć.

Karmazynowe błyski przebiegły przez wielosoczewkowe oczy, gdy Tengel podniósł pytająco 

głowę. Alek drżał, starając się przybrać dumną, wyprostowaną pozycję.

—   Dziękuję   panu!   —   wyrzucił   z   siebie   jednym   tchem.   —   Jestem   wyćwiczony   w   tym 

kierunku i niczego nie ryzykuję. To jest wielka szansa, moment, dla którego żyłem.

Pojazd dla niego był już gotowy i znajdował się w bazie Sił Kosmicznych na Księżycu. 

Oficerowie   Sił   Kosmicznych   w   strojach   cywilnych   poinformowali   go   o   działaniu   pocisku   i 
pojazdu. Jeden z nich dał mu wysuszoną ratkę króliczą. Katapulta rzuciła go w przestrzeń, rakiety 
wyniosły na orbitę. Komputer pokładowy mówiący ochrypłym szeptem Tengela poinformował 
go, kiedy wystartować do długodystansowego kursu.

background image

Strona  techniczna  była  zastosowaniem   matematyki   gwiezdnej  Tengela,  której  zasady nie 

były Alkowi znane, ale których znać nie musiał. Komputer doprowadzi go do miejsca spotkania i 
odpali   pocisk. Jedyne,  co  Alek  miał  robić,  to  wypełniać   zarejestrowane  wcześniej  polecenia 
Tengela.

W momencie wyjścia w kurs pojazd przechylił się, powodując zawrót głowy u pilota. Z radia 

dobiegł Lot Walkirii Wagnera wysłany za Alkiem jako pożegnalny prezent od komendanta bazy. 
Wkrótce jednak ucichł i w odbiorniku Alek znajdował tylko milczenie.

Leciał przy całkowitym braku sygnałów. Zaniepokojony tym z początku, potem poweselał. 

Wreszcie   twarzą   w   twarz   ze   swym   wielkim   przeznaczeniem.   Czuł   się   go   godzien, 
uszczęśliwiony, że Tengel wybrał właśnie jego, by stawił czoło niezwykłemu niebezpieczeństwu 
i okrył się niezwykłą chwałą. Jest stworzony do robienia wspaniałych rzeczy. Tylko on!

Daleko   za   Marsem   napotkał   asteroid.   Mały,   zdeformowany   księżyc   pokryty   bliznami 

kraterów, z jasnym pyłem szronu, który nie tajał przez niezliczone lata. Komputer pokładowy 
doprowadził   pojazd   na   miejsce   i   umieścił   obraz   poszarpanego   kształtu   asteroidu   na   ekranie 
celowniczym. Nagrany szept Tengela powiedział Alkowi, kiedy nacisnąć jarzący się czerwono 
guzik.

Ta   niesamowita   cisza   trwała   nadal,   a   Alek   obserwował   eksplozję.   Wybuch   jądrowy   — 

bolesny nawet dla oczu za soczewkami z filtrem. Rozszerzanie się rozjarzonego pęcherza, który 
— najpierw biały od żaru — powoli stygł, czerwieniał i gasł. Obiekt rozpadał się bardzo powoli 
na kawałki, które jak Alek wiedział, ominą Ziemię.

Nareszcie jego przeznaczenie się spełnia!
Ciągle   w   ciszy,   przerywanej   tylko   od   czasu   do   czasu   poleceniami   Tengela,   komputer 

zawrócił  pojazd, a po pewnym  czasie  wprowadził  go na orbitę  okołoksiężycową.  Alek  miał 
Księżyc   na   ekranie.   Stwierdził   nagle,   że   jego   pokryta   kraterami   powierzchnia   była   dziwnie 
zmieniona. Jasnozielone dyski leżały w równych szeregach przecinając obszar mórz. Jednakowe 
srebrzyste anteny sterczały z jednakowych dysków, ostrza promieniowały rozżarzoną czerwienią.

Oszołomiony wykonał polecenie zejścia z długodystansowego kursu. Radio zaczęło działać 

na   nowo,   ale   nie   dobiegał   z   niego  Lot   Walkirii  ani   żadne   w   ogóle   dźwięki   ogłaszające 
zwycięstwo. To co usłyszał, było straszliwą kakofonią krzyków, pomruków i dzikich wrzasków.

Komputer wyłączył je.
— Gratulacje, bohaterze! — zaryczał ponownie szept Tengela, gorzko sardoniczny. — Kiedy 

dotrzesz do tego punktu, będziesz sądził, że sprawa zakończona. Chciałbym ci powiedzieć, czego 
dokonałeś. Winien ci to jestem, bo kiedyś kochałem twoją matkę. Szkoda, że ona się nie dowie.

Przygotuj   się   na   bolesny   wstrząs.   Pamiętasz   moje   nieszczęścia   w   domu   szczęśliwych 

posiadaczy bomb, który zwykliśmy nazywać cywilizacją ludzką. Myślę, że rozumiesz, jak mało 
miałem powodów, by kochać ludzkość lub przewidywać dla niej jaśniejszą przyszłość. Życie 

background image

nauczyło mnie rzeczy najsmutniejszej ze wszystkich:

My ludzie fatalnie spartaczyliśmy tę wspaniałą szansę, jaką dał nam asteroid.
Jeśli ludzkość zgrzeszyła, to ty i ja dokonaliśmy całkowitego odkupienia.
Wypełniwszy   swoje   zadanie,   będziesz   się   zastanawiał,   jakiej   oczekiwać   nagrody. 

Niewielkiej, obawiam się. W istocie świat, który uratowałeś, nie potrafi ci odpłacić ani nawet cię 
nie   pozna.   Chociaż   dynamika   czasoprzestrzenna   nie   jest   jeszcze   całkowicie   jasna,   sądzę,   że 
wkrótce odkryjesz, iż pozbawiłeś się swojej racji bytu.

Wobec twojej tak niepewnej sytuacji będę się streszczał. Nie wiesz jednej prostej rzeczy, nie 

powiedziałem jej też Siłom Kosmicznym: Mój długodystansowy pojazd jest wehikułem czasu. 
Powiózł cię on przez wieki, abyś zniszczył asteroid, który miał unicestwić dinozaury.

Nigdy się nie dowiemy, jak skorzystały z tej nowej szansy. Jeśli rozwiną się na tyle, by móc 

odkryć  i zrozumieć,  co uczyniłeś,  bez wątpienia  oddadzą ci cześć za podniesienie  ich z ich 
nieszczęsnego upadku...

Gorzki   szept   zanikł.   Pulpit   i   jego   metalowa   osłona   zaczęły   blednąc,   stawały   się   coraz 

bardziej   przezroczyste,   odsłaniając   ponownie   owe   dziwne   dyski   leżące   na   ponurym, 
odmienionym Księ...

background image

Zdarzenie u Świątecznej Skały
Lichtenberg Jacqueline

Im   więcej   planet   będziemy   opanowywać,   tym   bardziej   będziemy   się   troszczyć   o   nasze  

środowisko. Większa władza wymaga zwiększonej odpowiedzialności.

Oczywiście troskę tę można wyrażać na rozmaite sposoby i rozmaite osiągać wyniki.

Większość ludzi powiada, że to był przypadek, ale ja wiem, że było inaczej. I myślę, że czas 

już, bym opowiedział całą tę historię.

Dziś upływa dokładnie trzy lata od tego zdarzenia. Ja, Charlie Collins, byłem  Głównym 

Muzykiem w Skale i miałem wedle programu grać Koncert o Zachodzie Słońca, ostatni przed 
zamknięciem nowej zapory i zatopieniem całego Basenu Wrzącej Skały oraz prawie całej Skały 
Świątecznej.

To  był widok robiący wrażenie. W Basenie Wrzącej Skały nigdy nie padało, a Basen był 

ogromną równiną otoczoną górami, które na północy dochodziły do Morza Południowego na 
Palenisku   Hobarta.   Przybyli   spoza   planety   turyści   siedzieli   w   pęcherzach   lotnych   i   oglądali 
pierwszy   zimowy   deszcz,   gdy   zamknięto   Skałę,   stumetrowa   ściana   wody   pędziła   lejem 
nachylonym do morza. Inżynierowie, którzy budowali tamę przez Przesmyk Śluzowy, zarzekali 
się, że wytrzyma ona każdy napór wód, jakie z okolic północnych mogłyby popędzić w dół — 
ale ja miałem wątpliwości.

W dniu mojego ostatniego koncertu rozpalone błękitne niebo było jak zawsze bezchmurne. 

Stałem u stóp Skały mrugając powiekami oczu pełnych łez tęsknoty i usiłując wyobrazić sobie, 
jakiej wysokości dwustumetrowych kolumn Skały sięgnie woda. Spoglądając wzwyż na ostre 
wierzchołki   migoczące   w   upalnym   słońcu,   na   ich   naturalne   tęczowe   barwy,   starałem   się 
wyobrazić   sobie,   co   ci   nieznani   dawni   budowniczowie   pomyśleliby   o   nas   zatapiających   ich 
jedyne przetrwałe dzieło.

Nie   spieszyło   mi   się   na   salę   kontrolną.   Autokary   dowiozły   resztę   moich   słuchaczy, 

najbardziej znakomitą grupę, dla jakiej kiedykolwiek grałem: dwustu Dostojników państwowych. 
Osobistości, Persony, Grube Ryby.

Złazili po błękitnych, czerwonych i czarnych suchych głazach ku arenie, hałasując, jak to 

zwykli robić turyści, między potężnymi kolumnami, ociekając potem w suchym upale pustyni i 
zazdroszcząc suchych czół przewodnikom-tubylcom.  Wraz z tą grupą nadeszły całe oddziały 
reporterów prowadząc za sobą ekipy objuczone najlepszym w galaktyce sprzętem rejestrującym 
— nie żadne tam zwykłe kieszonkowe rejestratory, jakie wloką ze sobą amatorzy, ale prawdziwie 
profesjonalne wyposażenie w fachowych rękach. Na ten ostatni raz chciałem być w absolutnie 
doskonałej formie.

background image

Zawsze   pragnąłem   być   muzykiem   z   prawdziwego   zdarzenia,   ale   nie   stać   mnie   było   na 

mieszczące   się   na   innej   planecie   konserwatorium.   Miałem   wtedy   dwadzieścia   dwa   lata; 
wyliczyłem,   że   pieniądze   będę   miał   w   wieku   lat   sześćdziesięciu   trzech.   Byłem   więc 
zdecydowany zrobić wszystko, by podczas ostatniego Koncertu o Zachodzie zauważono mnie.

Cienie skał podsuwały się ku arenie, na której dygnitarze i reporterzy walczyli  o fotele. 

Zwilżyłem suche wargi i przebyłem rozległy teren pokruszonego czarnego kamienia, kierując się 
ku podnóżu Skały. Ogromne kamienne kolumny podtrzymujące Skałę wyrastały w całej swej 
masywności   wprost   z   piaszczystego   podnóża.   Było   to   niczym   wędrówka   między   stopami 
wielkiego jak jakiś bóg posągu, zbudowanego z toczonych kamieni.

Gdy wstąpiłem w półmrok tuneli, ponure napięcie opuściło mnie,  zastąpione jak zawsze 

ciszą nabożnego lęku. Po raz ostatni byłem w Sali Napisów. Spędziłem tam więcej czasu niż 
jakikolwiek badacz spoza planety piszący rozprawę o Skale.

Każdy z czterech Napisów jest krótkim przekazem poprzedzającym długą zawiłą partyturę 

muzyczną.   „Ci  którzy  przebywają   tu  w  milczeniu,   wsłuchując   się  w  każdy  ton  Koncertu   O 
Zachodzie  Słońca, doznają powodzenia  po czasie  odpowiednim do stopnia ich skupienia.  Ci 
którzy myslą o innych sprawach, doznają niepowodzeń i klęsk po upływie stosownego okresu”.

Gramy w Skale tylko o zachodzie, ale inni mają inne pory. „Ci którzy na Koncercie Świtu 

tańczą, będą żyć długo i w zdrowiu odpowiednio do swej zręczności. Ci którzy na Koncercie 
Świtu siedzą, umrą młodo”.

Koncert o Północy był  dla tych, którzy pragną poznać Boga, a Koncert Południowy dla 

pragnących  małżeństwa i założenia rodu. Stojąc pośród rzeźbionych  kolumn Sali Napisów z 
wibrującym  w ciele echem grobowych tonów Skały,  łatwo było uwierzyć,  że słuchanie tego 
instrumentu mogło być błogosławieństwem lub przekleństwem — do wyboru.

Wedle mojej teorii Napisy odnosiły się tylko do przypadku, gdy muzykę zapisaną na tych 

tajemniczo trwałych kartach grało się o właściwej porze.

Nauczyłem się grać coś, co jak sądziłem, było dobrym odtworzeniem Koncertu Świtu — bez 

wątpienia brzmiało wystarczająco dziwacznie, by nie uznawać tego za muzykę — i grałem to 
czasami   jako   część   Koncertu   o   Zachodzie   wraz   ze   zwykłym   zestawem   utworów   Bacha   i 
składanką   ludową.   Rok   wcześniej   opanowałem   Koncert   Południowy,   a   tego   ostatniego   roku 
przed planowanym zatopieniem pracowałem nad Koncertem o Zachodzie. Uważałem, że w moim 
opracowaniu był dość bliski temu, o co chodziło jego wykonawcom, ale nigdy nie odważyłem się 
zagrać go o zachodzie. Aż do tamtego dnia. Traciłem pracę i... potrzebny mi był uśmiech losu.

Wydostałem   się   z   Sali   Napisów   i   przez   ukryte   drzwi   za   fałszywym   końcem   korytarza 

wszedłem do Sali Kontrolnej. Zająłem miejsce przy ogromnej klawiaturze, drżąc ze strachu przed 
tym, co miałem zamiar zrobić. Kołatała mi po głowie myśl, że jeśli moja teoria jest słuszna, a 
Dostojni Przywódcy naszego Sektora Gwiezdnego nie będą uważnie słuchać koncertu, to spadnie 

background image

na mnie odpowiedzialność za... Bóg jeden wie co.

Swojskość wielkich jak dłoń klawiszy,  ogromne  pedały nożne i gmatwanina  przycisków 

sterujących olbrzymimi organami wietrznymi wywarły uspokajający wpływ na mnie stojącego 
wobec grozy bliskiego występu. Na zewnątrz sprawozdawcy przekazywali lub rejestrowali swoje 
wstępne   informacje   przed   obwieszczeniem,   że   będzie   to   pierwsze   i   ostatnie   publiczne 
przedstawienie Koncertu o Zachodzie wykonane ludzkimi rękami, ostatni i godny hołd złożony 
Świątecznej Skale.

Obserwowałem   Otwór   Zachodzącego   Słońca.   Gdy   linia   cienia   ściemnieje,   mam   zagrać 

pierwszy akord, bo inaczej będzie po czasie i muzyka nie zadziała. Obserwowałem i modliłem 
się.

Nie wiem, do kogo czy do czego się modliłem, ale była to najbardziej żarliwa modlitwa 

mego życia — o to żeby ci dygnitarze potraktowali muzykę poważnie — i żebym kiedyś, jakimś 
sposobem jeszcze raz zagrał na mej ukochanej Skale — i żebym dzięki jakiemuś zrządzeniu losu 
mógł wstąpić do porządnego konserwatorium i naprawdę uczyć się muzyki.

A potem jasna plamka  zgasła i niemal  bezwiednie moje dłonie i stopy zespoliły się we 

wzbudzaniu pierwszego akordu, od którego dreszcz przebiegał po krzyżach i jeżyły się włosy. 
Pamiętam, że gdy słyszałem i czułem, jak wiatry kształtują te budzące lęk tony, miałem poczucie 
cudownej lekkości, jak gdyby odjęto mi jakiś ogromny ciężar.

Grałem Koncert o Zachodzie, jak jeszcze nigdy go nie grałem — ani niczego innego. W 

uniesieniu,   w   absolutnym   skupieniu,   słuchając   raczej   muzyki   samej,   niż   skupiając   się   na 
mechanice jej tworzenia. Ani raz nie spojrzałem na nuty. Byłem całkowicie pochłonięty przez 
wzlatujące melodie o jednej i tej samej tonacji, które budowały się jedna za drugą tworząc jakąś 
strukturę   wież   przenikających   się   za   eterycznymi   zasłonami;   budowały   się   i   przeplatały, 
rozchodziły i łączyły na powrót w coraz to większe crescenda, aż wreszcie kulminowały w jedną 
wspaniałą, wszechobejmującą całość symboliczną, złożony akord angażujący cały zakres tonalny 
Skały.

Dźwięki zamierały wibrując jeszcze echem, a ciszę, jaka zapadła, można było określić tylko 

jednym słowem: brzemienna. Nie wiem, jak długo tam siedziałem — zmysły i rozum odrętwiałe, 
niezdolny myśleć ani poruszać się, prawie całkowicie nieświadom, co się dzieje wokół — zanim 
to się stało.

Najpierw myślałem, że to resztki wibracji spowodowanych grą, ale po kilku sekundach piski, 

wstrząsy i kołysanie nabrały zatrważających rozmiarów. Uchwyciłem się kurczowo swojej ławki 
i spoglądałem nieufnie na strop, nie zważając na pył sypiący mi się do oczu. Trzęsienia nie były 
mi obce. Tam gdzie dorastałem, były na porządku dziennym. Tu jednak, w Basenie Wrzącej 
Skały, nie zdarzały się nigdy. Teren był uznany za sejsmicznie stabilny.

Trwało   to   około   czterech   minut   i   wedle   mojej   oceny   miało   siłę   ośmiu   stopni   na 

background image

dziesięciostopniowej skali. Niezbyt się myliłem; okazało się potem, że osiem koma siedem. To 
wystarczyło, by doszczętnie zburzyć tę wybudowaną za wiele miliardów zaporę.

No, a teraz powiedzcie mi, że to był przypadek. Jeśli naprawdę tak uważacie, to stawiam w 

zakład moje stypendium w konserwatorium i mój debiutancki kontrakt, że nie śledzicie tych 
wszystkich   przynoszonych   przez   środki   przekazu   wieści   na   temat   w   najwyższym   stopniu 
nieprawdopodobnej   pomyślności,   jaką   los   darzy   Dostojnych   Przywódców   naszego   Sektora 
Gwiezdnego.

I czy ty odważyłbyś się odbudować zaporę?

background image

Dotyk prawdy
Laurance Alice Carlson William K.

Można by twierdzić, że nienawiść jest trudna do kultywowania, a nawet niemożliwa, jeśli  

wziąć pod uwagę ogrom nonsensu, jakim trzeba stale siebie napełniać, by ją podtrzymać. Jeden  
dotyk prawdy burzy całą konstrukcję. Czemu zatem ludzkość potrafi wynajdywać tyle nonsensów  
i tak sprawnie się nimi posługiwać w celu podtrzymania nienawiści? Dlaczego tak trudno wykryć  
prawdę, nawet w niewielkich, niezbędnych fragmentach?

Zapewne, zważywszy smutne dzieje naszego świata, nie ma nadziei, że kiedyś lepiej będziemy  

umieć wykrywać prawdę, ale może inne rasy inteligentne będą wolne od naszego talentu do  
niedostrzegania jej. Może będziemy uczyć się od nich.

Wojna!
Wanera płynęła ostro, wplątując się w łodygi i listki długich wodorostów i wyplątując się z 

nich. Dwie macki ramienne za skrzelami były umieszczone obok trzeciej ustalającej równowagę i 
służącej do chwytania od czasu do czasu smakowitej ryby lub skorupiaka; wskutek ekscytacji 
brzuszna macka płciowa była rozwinięta na całą długość.

Wojna!
W  nagłym   przypływie  energii   wykonała   parę  kozłów  i  zanurkowała  głęboko;  jej  płetwa 

grzbietowa, macki i koniec poziomo umieszczonego ogona pracowały w doskonałej harmonii z 
ciałem o opływowym kształcie.

Pokryte wodorostami dno stało się ojczyzną szczepu Lanello z grupy Sauranów jeszcze w 

czasach   przed-epickich.   Wanera   uczyła   się   eposów   swego   szczepu,   by   kiedyś   móc   zostać 
epopiewczynią. Być może stanie się największą epopiewczynią ze wszystkich, bo nie chce tylko 
śpiewać eposów z przeszłości — chce tworzyć epikę współczesności: o wojnie z Poropami, która 
wkrótce miała nadejść.

Będzie śpiewać o wstrętnych, złych Poropach, ich pływającej wyspie, o chwytaniu przez nich 

i zabijaniu współplemieńców Wanery, o tym jak Sauranie walczyli o zachowanie swej ojczyzny i 
swojego sposobu życia, i o tym, jak bez wątpienia zwyciężą.

Poropowie nie byli realni. Och, istnieli — stanowili zagrożenie! Jednakże nie byli realni tak, 

jak realna była Wanera i jej towarzysze. Tamci byli po prostu wrogami, rzeczami, które należy 
usunąć, by szczep Lanello mógł powrócić do życia w pokoju.

Wanera zaczęła pracować nad swym eposem, gdy zanurkowała głęboko, głęboko w mrok i 

ciśnienie,   a   potem   jej   pieśń   odmieniła   się   i   stała   Pieśnią   Saurana,   wspólną   dla   wszystkich 
szczepów pieśnią o Matce-Ojcu Morzu, które było na początku, zanim się cykle zaczęły, i które 
będzie na wieki wieków, gdy cykle już wygasną.

background image

Śpiewała o jasnej Niebiańskiej Siostrze, bogini światła, i o mrocznym Niebiańskim Bracie, 

który zmieniał się dzień w dzień i raz do roku umierał na wiele dni, a potem odradzał się z łona 
Niebiańskiej Siostry, tak jak Wanera zrodziła się, umrze, na nowo odrodzi z innej samicy i tak 
przez wszystkie cykle czasu.

Potem zaś, gdy dotarła do dna, a następnie wznosiła się z wielką szybkością w wyższą strefę, 

błękitnozieloną,   wypełnioną   życiem   i   światłem,   zaczęła   śpiewać   o   swej   miłości   do   Monala, 
sławiąc siebie i świat Sauranów. Jej pieśń wzniosła się do radosnego crescendo, gdy ujrzała nad 
sobą prześwit w zaroślach wodnych i wyskoczyła przezeń, podczas lotu w powietrze rozprężając 
skurczone ciało; mignął jej blask Niebiańskiej Siostry, zbyt silny, by się weń wpatrywać, i z 
głośnym   pluskiem   wpadła  na  powrót  do  Matki-Ojca  Morza.   Była  to  ta  pora  roku,  w  której 
Niebiański Brat znikał na szereg dni. Gdzie był teraz? Kiedy się na nowo narodzi?

Porzuciła te myśli, gdy zintuowała zbliżającego się Monala, a potem usłyszała go, jak płynie. 

Jej macka płciowa znów się rozwinęła, ale wciągnęła ją i zaczęła oddalać się od nadpływającego 
— ona także go pragnęła, ale przyjemniej jest najpierw się trochę podręczyć.

Pozwoliła mu się dogonić po paru ruchach pośród zielska i spletli się w uścisku, jaki każdy 

Sauranin praktykował  kilka razy na dzień  z tym  samym  lub zmiennym  partnerem.  Jedynym 
skutkiem była przyjemność;

Wanera   panowała   nad   swoją   płodnością.   Chciała   mieć   z   Monalem   potomstwo,   ale   nie 

wcześniej jak po wojnie z Poropami! Aby napisać epos, musi zobaczyć walkę, i nic nie może jej 
w tym przeszkadzać.

Monal splótł trzy swoje macki z jej mackami i niezwykle zmysłowo gładził ryjkiem pokrywy 

jej skrzeli. Wanera lubiła ten wstęp, lecz nic nie mogło się równać z chwilą — teraz, Monal, 
teraz! — gdy jego macka płciowa wniknęła głęboko w jej mackę, zdając się przenikać aż do 
samej istoty Wanery.

Czuła   niepokój,   gdy   Monal   opuścił   ją,   aby   odbyć   zajęcia   ze   swoim   nauczycielem. 

Zaintuowała jego lekcje, ale nie wzbudziły w niej zainteresowania.

Poropowie   nie   potrafią   intuować.   To   właśnie   rzecz,   która   czyni   ich   mniej   realnymi   od 

Sauranów. Zastanawiała się, jak Poropowie mogą znieść konieczność wyrażania wszystkiego 
głosem.

Wanera pracowała wytrwale nad opanowaniem języków Poropów. Łatwo było nauczyć się 

prostego systemu dźwięków, jakiego używali pod wodą, ale tworzyć wibracje, które składały się 
na   ich   skomplikowany   język   nadwodny,   było   bardzo   trudno;   była   więc   dumna,   że   potrafi 
wydawać dźwięki składające się na ich język. To właśnie talent do wydawania poropiańskich 
dźwięków   zapewni   jej   udział   w   wojnie,   gdy   ta   rozpocznie   się   po   nowych   narodzinach 
Niebiańskiego Brata. Jego odrodzenie będzie dla szczepu znakiem, że ich sprawa jest słuszna i że 
czas rozpocząć wojnę. Starsi usunęli wodorosty, no i tak się rzeczy mają.

background image

Czekanie jednakże było takie nudne! Jej rodzina zajęta była przygotowaniami do wojny, a 

Monal lekcjami. Nic zabawnego się dziś nie wydarzy.

Zaczęła myśleć o Wyspie Poropów.
Przebywanie w pobliżu wyspy było surowo zabronione, ale rodzice nie są wszechwiedzący. 

Chciała zobaczyć te wstrętne stwory, z którymi wkrótce będzie walczyć. Może uda jej się rzucić 
okiem na któregoś, a potem odpłynąć. Żaden Porop nie pływa szybciej niż Sauranin! Może nawet 
podczas tej wizyty dowie się czegoś użytecznego.

Zaczęła płynąć z szybkością umiarkowaną, jaką mogła w razie potrzeby utrzymywać przez 

cały dzień. Płynęła spokojnie i zdecydowanie, pożywiła się tylko jedną rybą, która sama wpadła 
jej niemal do ust. Do Wyspy Poropów droga daleka, ale jeśli Niebiańska Siostra pójdzie spać, to 
Wanera i tak potrafi wyintuować drogę do domu.

Wanera w objęciach  Matki-Ojca Morza pełna  była  młodości,  miłości,  wesela i dumy ze 

szczepu Lanello, który znał swoją wyższość. Nie obawiała się pojmania ani śmierci, choć te 
zagrożenia dodawały dreszczyku jej zakazanej wyprawie. Niemniej zwolniła ostrożnie na długo 
przed wejściem w obszar dostrzegalny ze sztucznej wyspy Poropów. Wielu Sauranów zostało w 
ciągu ostatnich dwóch pokoleń pochwyconych w poropiańskie sieci, jako że wyspa graniczyła z 
terenem szczepu Lanello, a niektórzy z jego członków padli ofiarą narkotyku, jakiego używali 
Poropowie. Tylko pięciu Sauranów powróciło do szczepu po udanej ucieczce z klatek Poropów. 
Wyuczyli się poropiańskich języków, a swoich prześladowców nauczyli saurańskiego; nie udało 
im się jednak poznać powodów, dla których Poropowie weszli na tereny szczepu Lanello, który 
od dawien dawna żył w pokoju, a teraz musiał gotować się do wojny.

Zbliżyła się do wyspy okrążając ją i nasłuchując, by ustalić jej dokładne położenie. Starała 

się intuować Poropów, ale odbierała tylko chaos. Starsi członkowie szczepu i ci, którzy uciekli z 
niewoli, twierdzili, że nie da się intuować Poropów. Był to dowód na ich nierealność.

Im   była   bliżej,   tym   głośniej   rozbrzmiewały   w   niej   napomnienia   starszych:   „Poropowie 

oddychają powietrzem atmosferycznym, które nas przyprawia o obłęd i śmierć. Oni natomiast 
umierają w Matce-Ojcu Morzu, choć mogą utrzymywać się przy powierzchni. Dwa pokolenia 
temu ofiarowaliśmy im przyjaźń, ale oni chwytali nas i zabijali. Walcząc o życie, zabijaliśmy i 
my. Obecnie raz jeszcze ruszymy na wyspę, a tym razem zniszczymy ją i wypędzimy Poropów z 
naszej   odwiecznej   ojczyzny.   Gdy   Niebiański   Brat   się   odrodzi,   ruszymy.  Młodzieży   szczepu 
Lanello, nie zbliżaj się do Wyspy Poropów, dopóki jej wspólnie nie zaatakujemy po narodzinach  
Niebiańskiego Brata.

A ona jednak się zbliżyła; oba serca biły jej mocno.
Poszukiwała ostrzegawczego cienia łodzi, choć nie widziała nic i niczego nie słyszała. Czy 

mogą być gdzieś tutaj, szykując na nią sieć albo narkotyk? Płetwa grzbietowa Wanery zaczęła 
drżeć.

background image

Bała się.
Chciała   zawrócić   w   bezpieczne   ramiona   szczepu,   ale   coś   silniejszego   od   strachu 

powstrzymywało ją. Nie mogła stwierdzić, co to jest... wyglądało to na poczucie, że ma tu coś do 
zrobienia.

I wtedy go zobaczyła.
Wanera zadrżała i przywarła do wodorostów. Zbliżał się, ale ona — nie mogła się ruszyć. 

Może był to strach, może ciekawość, a może jedno i drugie. Ach! Odczuła go po wibracjach jego 
ciała — długością równego jej ciału, ale nie tak zwężonego ku tyłowi; było cięższe, zaopatrzone 
w cztery krótkie odnóża i dłuższy od nich ogon. Teraz widziała go wyraźnie. Nie miał skrzeli, a 
dwa  chwytne   trzony  wyrastały   ku  przodowi  z  miejsca,   w którym  powinien   był   mieć  macki 
ramienne.   Jego   ciężkie   ciało   wzbudzało   wibracje   płynąc   jakoś   niezdarnie,   choć   z   widoczną 
łatwością. Czyżby jej nie widział? Był przecież tak blisko!

Na co ona czeka? Dlaczego nie odpływa? Może jeszcze zdąży? Był wrogiem — czyż nie 

mówili tego wszyscy starsi? Mógł ją złapać w sieć, odurzyć, zabić!

Tkwiła dalej w miejscu.
Wibracje wywołane jego ruchem jej skóra odbierała jak dotyk ławicy ryb. Wanera była tak 

przerażona, że nagle znalazła się po drugiej stronie strachu. Było już za późno. Niech się dzieje 
co chce. Przestała się trząść, tylko płetwa grzbietowa drżała lekko. Patrzyła, jak nadpływa — 
coraz bliżej i bliżej. Wyglądał jak jakiś ciężki, nieruchawy Sauranin, z rozwiniętymi mackami, 
lecz ciało było mniej zwężone, a ogon mniejszy; nie miał prawie ryjka, a pomiędzy parą oczu 
było puste zagłębienie. W lewej kończynie coś trzymał.

Czuła, jak jego sieć otacza jej ciało, i poddała się losowi. Płynął ostro, ciągnąc sieć z Wanera 

w środku do miejsca, gdzie znajdowała się klatka umocowana na Unie zwieszającej się z boi 
powierzchniowej. Otwarł zaryglowane drzwi, wypuścił ją z sieci do klatki i zamknął. Strach i 
panika   wróciły   natychmiast   wraz   z  odgłosem   zamykanych   drzwi   i   Wanera   zaczęła   daremną 
walkę z klatką.

— Nazywam się Grotnek — powiedział. Akcentował dziwnie, lecz był  to bez wątpienia 

język saurański.

Dźwięk jej własnego języka zdziwił ją i nieco uspokoił.
—  Jestem   Wanera   —  odpowiedziała   w   języku   Poropów,   ale   on   wydawał   się   być   tylko 

zakłopotany. Powtórzyła to po saurańsku, wskazując na siebie macką.

— Wandera.
— Wanera. Czy chcesz mnie znarkotyzować? — spytała po saurańsku.
Grotnek zawiesił swoją sieć na haku u dna klatki, po czym jednym z przedłużeń na końcu 

prawego odnóża podrapał się w miejsce, w którym winien był znajdować się ryjek.

Powtórzyła pytanie trzy razy w języku Poropów, aż w końcu zdaje się zrozumiał.

background image

— Nie narkotyk. Mówić. Uczyć.
Po paru bezowocnych próbach stwierdzenia, co ma on zamiar z nią zrobić, Wanera zaczęła 

rozmawiać z Grotnekiem o nadchodzącej wojnie, o rodzinie i o tym, jak żyją. Saurański Grotneka 
nie wystarczał do konwersacji, ale przy pomocy znanych Grotnekowi słów i jej znajomości obu 
języków poropiańskich udawało im się całkiem dobrze porozumiewać, gdy tylko Grotnek pojął, 
że   używa   ona   pod   wodą   jego   języka   nadwodnego.   Oczywiście   rozmowę   przerywało 
wychodzenie Grotneka co pewien czas na powierzchnię wody dla zaczerpnięcia powietrza.

Było to bardzo interesujące, ale po krótkim czasie Wanera stwierdziła, że coraz bardziej jest 

ciekawa ciała Grotneka, i zapytała, czy może go dotknąć. Po pewnym wahaniu przysunął się do 
klatki, tak iż jej macki mogły go dosięgnąć przez kraty. Był nieufny, ale pozwalał się dotykać, a 
nawet sam sięgał niezdarnie do wnętrza klatki. Było to dziwne, a zarazem wspaniałe i budzące 
lęk   odczucie,   gdy   jego   kończyny   przesuwały   się   po   niej,   a   gdy   dotarły   do   owego   miejsca, 
odruchowo rozpostarła swą mackę płciową, tak iż mógł jej dotknąć.

Wstrząsnęło to nim i zaprzestał dotknięć. Odsunął się od klatki i wypłynął na powierzchnię 

zaczerpnąć   powietrza.   Kiedy   znowu   się   zanurzył,   pozostał   poza   zasięgiem   macek   Wanery; 
zapytał, czy to prawda, że Sauranie spółkują kilka razy na dzień. Gdy potwierdziła, potarł twarz 
obiema kończynami i zaczął słuchać wyjaśnień Wanery na temat życia płciowego Sauranów.

Potem powiedział jej, że większość Poropianek ma okresy rui tylko dwa razy w życiu i w 

obu tych okresach płodzi potomstwo. Patrzyli na siebie z niedowierzaniem.

— Co robisz w ciągu dnia, Grotnek?
—   Ja   pracować   —   odpowiedział   Grotnek   i   zaczął   jej   wyjaśniać,   jak   od   niepamiętnych 

czasów wszyscy Poropowie żyją na pięciu wyspach na Siostrze-Morzu, jak nawet ta odrobina 
potomstwa,   jakie   posiadają,   jest   czasem   zbytnim   ciężarem,   jak   muszą   ciężko   pracować,   by 
złowić i wyhodować wystarczającą ilość pożywienia, i jak jeszcze cięższą pracą jest budowa 
sztucznych wysp i przytwierdzanie ich do zarośniętego dna.

Powiedział jej, że w świętych księgach zapisane jest, iż Niebiański Ojciec wymaga pracy i 

poświęcenia od Poropów; on sam zjada raz do roku Niebiańską Matkę i potem ją wypluwa, by 
mogła być jego małżonką do czasu, gdy ponownie się poświęci.

Wanera oświadczyła, że jego teologia jest całkowicie błędna. To Morze jest Matką-Ojcem, a 

Niebiańscy   są   Siostra   i   Brat,   zaś   Brat   wcale   nie   staje   się   ofiarą   Niebiańskiej   Siostry,   tylko 
rokrocznie umiera, a potem się odradza, tak jak się to staje z Sauranami po ich śmierci aż po kres 
cyklów czasu.

Grotnek odparł, że Wanera bardzo się myli. Nikt nie rodzi się na nowo — cóż za chory 

pomysł! Jest oczywiste, że Niebiański Ojciec osądza wszystkich, którzy umierają, i karze ich lub 
nagradza   w   zależności   od   tego,   jak   go   sobie   zjednali   i   jak   przestrzegali   przykazań.   Jemu, 
Grotnekowi, wydaje się, że saurańska teologia Wanery stoi na głowie, podobnie jak ich życie 

background image

płciowe. Samice, które uważają się za płodne! Samce z workami na potomstwo i piersiami! I seks 
o każdej porze! To... to jest... nieprzyzwoite. To jest... nienaturalne.

 Stawał się coraz bardziej oburzony, a Wanera już miała się odciąć, że jest to o wiele bardziej 

naturalne, niż płodzić tylko dwa razy — gdy nagle zaczęło się w niej rodzić niejasne odczucie. 
Nie była to myśl. Starała się zidentyfikować to doznanie, ale nie potrafiła.

W każdym razie spieranie się to żaden sposób. Nie przybyła tu, żeby się kłócić... ale po co 

właściwie przybyła?

—   Sądzę,   że   dla   różnych   istot   naturalne   są   całkiem   różne   rzeczy,   Grotnek.   To,   w   co 

wierzymy, jak żyjemy.

— Porop dobrze. Sauran źle.
— A według nas przeciwnie.
— Ty jesteś w klatka. Porop racja.
— Pozwoliłam ci zamknąć się w klatce.
— Dlaczego?
Nie miała co odpowiedzieć.
— Potrafić wyjść z klatka?
— Nie.
— Porop racja.
— Ale czy nie czujesz...
— Co... czujesz?
— No... czy nie czujesz... Nie wiem. Nie potrafię tego opisać nawet po saurańsku, ale coś... 

jest... Grotnek, musimy się dotknąć. Musimy się natychmiast dotknąć! Chodź!

Niechętnie, ale zbliżył się do klatki i pozwolił jej dotykać kończyn mackami ramiennymi. 

Wyciągnął   swoje   szare   ramiona   ujmując   nimi   jej   rozwinięte   różowe   macki.   Nie   mogli   się 
całkowicie  objąć,  bo przeszkadzały im  kraty,  ale liczne  chwytne  końce  zarówno ramion  jak 
macek splotły się mocno.

Tak,  teraz  to   doznanie   było  wyrażniejsze.  Dotyk  inny  niż  ten   Monala.  Nawet   nie  czuła 

potrzeby rozwinięcia swej macki płciowej. Jednakże było też jakieś podobieństwo. Ona i Monal 
stanowili dwie odrębne płci, ale tym co istotne były nie różnice, lecz właśnie podobieństwa. 
Stwierdziła, że jej zewnętrzne oczy zamykają się. Oko środkowe patrzyło w zagłębienie między 
dwoma oczyma Poropa.

— Grotnek, czy nie czujesz... czy nie czujesz... — Ach, ona sama nie wiedziała, co czuje. 

Ale było to ciepłe, przyjemne i pełne miłości.

Będzie wojna.
Oboje mieli to w umyśle. Było to intuowanie, ale żadne z nich nie mogłoby stwierdzić, kto 

jest nadawcą, a kto odbiorcą.

background image

Odsunęli się od siebie, ale znowu te same słowa wypełniły ich umysły: Są realni.
Patrzyli na siebie poprzez kraty.
— Intuujesz — powiedział głucho.
— I ty też.
— Mówiono nam, że wy nie...
— Nam starsi mówili, że nie umiecie. Ale ty tak.
  Dotknij mnie jeszcze — powiedziała Wanera; on na wpół badawczo wyciągnął szarą 

kończynę.

— Odczuwam... dobrze — rzekł.
—   Chciałabym   wyjść   —   stwierdziła,   a   on   otwarł   drzwi.   Pływała   nurkując   głęboko   i 

wypływając w górę, by go dotykać. Musimy im powiedzieć.

 Ależ nie będą nawet słuchać — powiedział. — Ma być wojna. Kiedy Niebiańska Matka 

zostanie wypluta...

— Kiedy Niebiański Brat się odrodzi... musimy sprawić, by zechcieli Słuchać. Muszą się 

dowiedzieć, że zarówno Sauranie jak Poropowie są realni. Tak jak realni jesteśmy ty i ja.

— Oni nie chcą wiedzieć. Nie możemy być pierwsi.
— Jeśli my im nic nie powiemy, to kto? Trwali ciągle w objęciach, a potem za milczącym 

porozumieniem rozłączyli się.

Musimy im powiedzieć, nawet jeśli nie zechcą słuchać.
 —
 Niebiańska Matka wspomoże — stwierdził Grotnek.
— Niebiański Brat. Tak.
A potem Wanera uznała, że imiona nie są ważne, bo prawda o bogach i boskości wykracza 

poza wszystko, co ograniczone pojęcia różnych istot mogą z.niej uchwycić.

Powiemy im.
I wiedziała już, że ona i Grotnek powrócą do swoich domów i każde na swój sposób opowie,  

co ma do opowiedzenia. Swoją historię Wanera ujmie w formę pieśni i wyśpiewa ją rodzicom, a 
potem starszym — pierwsze wersy już jej się układały w głowie. Co się wydarzy potem i co się 
wydarzy,   gdy   Niebiański   Brat   (Niebiańska   Matka)   wróci   na   niebo?   Te   sprawy   były   okryte 
mrokiem jak świat wielkich głębin.

Wanera wyciągnęła swe macki do Grotneka, który dotknął ich krótko swoimi kończynami.
Potem silnie uderzywszy ogonem ruszyła przed siebie kierując się ku domowi.

background image

„Czy odważę się zjeść brzoskwinię?”
Pronzini Bill Malzberg Barry

Dante musiał dla poszczególnych kręgów piekielnych powynajdywać przekonywające tortury  

i nawet mniej utalentowani osobnicy usiłowali go w tym prześcignąć. Stworzyliśmy sobie obraz  
miłosiernego Boga, który wprowadza siarkę, ogień i nieskończoną mękę cielesną.

Wszystko   to   nader   okrutne.   Dante   powinien   raczej   wynaleźć   świder   dentystyczny   i  

doprowadzić do zastosowania go. Nawet Grecy prześcignęli Dantego swoim potraktowaniem  
Tantala, który miał stać po szyję w wodzie, nie mogąc się jej napić.

Ale najgorsze są kary najsubtelniejsze. Stan bez żadnego bólu, bez żadnych uciążliwości —  

nieznośny aż do szaleństwa.

— „Każda złotą dziewczyna i każdy złoty chłopiec — powiedział Melnusjanin nazwiskiem 

Wiktor — muszą jak kominiarze zbrukać się w pyle”.

— Och zamknij się — zawołał Cartwright. — Mam już dość twojego bredzenia.
—   „Któż   widział   nagie   piękno?   —   monotonnie   mówił   Wiktor.   —   Piękno   jest   prawdą, 

prawda pięknem”.

— Ja  już nie mogę — Cartwright wstał z pryczy i poprawiał swój niewygodny i obecnie 

niezbyt świeży federacyjny kombinezon do lądowania. Potem wyjrzał przez zakratowane okna na 
zapylone pustkowie Planety Sztormów.

Został   tu   zamknięty   wraz   z   Wiktorem   przed   dwunastoma   dniami   (przed   trzynastoma, 

stwierdził policzywszy rysy na odległej ścianie) i dawno już stracił nadzieję na kontakt: jedyne, 
co Wiktor wypowiadał, to cytaty z literatury. Prześladowcy, kimkolwiek byli — jakieś stwory 
złożone z błysków i migotań, zupełnie nieskore do komunikacji — zorganizowali więc wszystko 
co trzeba, by doprowadzić do zabójstwa w obronie własnej. To byłaby myśl, uznał Cartwright. 
Nie wiedział tylko, jak skutecznie zamordować Wiktora; a poza tym zostałby wtedy zupełnie bez 
towarzystwa.

— „Jesteśmy sami — mówił Wiktor tonem podniosłej dojrzałości — na rozległej równinie, 

gdzie zbłąkane armie ścierają się po nocy”.

— Zamknij się — rzekł Cartwright dość zrozpaczony. Przez pierwsze trzy dni był Szekspir, 

potem przez dzień Edgar Allan Poe, obejmujący szesnaście pełnych powtórzeń Kruka. Następnie 
powrót   do   wcześniejszych   czasów:   przez   dzień   Rabelais,   Chaucer,   Milton,   Keats,   Byron, 
Thackeray i Austen. Potem Bernard Shaw ze szczególnym uwzględnieniem rozmów Dona w 
piekle. Ten ostatni przez dwa dni. Teraz zaś, też od dwóch dni, mieszanka ich wszystkich naraz. 
Cartwright nie miał pojęcia, gdzie — i po co — Wiktor podłapał ten swój rozległy i dręczące 
monotonny repertuar  cytatów z ziemskiej  literatury;  zresztą nie obchodziło go to zbytnio.  A 

background image

Wiktor nie rozmawiał. Po prostu cytował. Ciągle i ciągle. Bez końca...

— „O! niech to tak bardzo zbrukane ciało — mówił Wiktor — stopi się, roztaje i rozpłynie w 

rosę”.

— Słuchaj — powiedział Cartwright odwracając się od okna. — Musimy pomyśleć, jak się 

stąd   wydostać.   Ja   muszę   pomyśleć,   jak   się   stąd   wydostać.   A   ty   doprowadzasz   mnie   do 
szaleństwa, rozumiesz?

— „Nazbyt jestem wystawiony na działanie słońca” — rzekł Wiktor. 
  — Chodzi mi o to — kontynuował Cartwright — że nie wiem, dlaczego tu jestem, i nie 

wiem, dlaczego ty tu jesteś. Jedyne  co wiem, to to, że przyprawiasz mnie o obłęd tą swoją 
cholerną paplaniną!

Wiktor   wydawał   się  wzruszyć  ramionami  —  trudny gest   dla  galaretowatej  czerwonawej 

bryły o obwodzie pięciu stóp — i stwierdził: „Duch zabija, lecz litera ożywia”.

 Cartwright poczuł, że ręce zaczynają go swędzić. Wbrew samemu sobie czuł nieprzepartą 

pokusę, by podejść do Wiktora i udusić go. To jednak było zabawne. Nie tylko mogłoby to być 
właśnie tą rzeczą, jakiej pragnęli Prześladowcy, i nie tylko pozostałby bez towarzystwa, ale na 
dodatek było to fizycznie niemożliwe. Jak tu udusić galaretowatą czerwonawą bryłę o obwodzie 
pięciu stóp?

Westchnął i odwrócił się do okna, czyniąc próbę odcięcia się od dudniącego głosu Wiktora, i 

po raz czternasty rozważał swą sytuację. Raz na dzień próbował przypominać sobie ostatnie 
wydarzenia, po to przynajmniej, żeby się utrzymać na cienkiej nitce zdrowia psychicznego.

Przed czternastu dniami Cartwright wylądował na Planecie Sztormów, by wykonać pierwszy 

rekonesans dla Federacji. Była to w Beta Systemie planeta najdalsza, uznana za nie zamieszkaną 
(poza paroma melnusjańskimi górnikami, którzy poszukiwali pewnych minerałów uważanych za 
cenne na ich ojczystej planecie), a przy tym zbyt bagnista i zatruta metanem, by ją kolonizować. 
Poprzedni   zwiadowcy   Federacji   pominęli   ją,   lecz   ze   względu   na   to,   że   nadające   się   do 
zamieszkania planety były nader cenne w tym rejonie, nadszedł czas wykonania Próby I, zasięgu 
instrumentów. Cartwright wylądował więc, wysiadł ze statku i w mglistym parowie wydobywał 
właśnie   graniasty   ekran,   gdy   coś   w   sposób   bezbolesny,   nie   powodując   cielesnych   obrażeń, 
pozbawiło   go   przytomności.   Gdy   się   ocknął,   znajdował   się   z   Wiktorem   w   tej   celi.   Bez 
uszczerbku na zdrowiu.

To   znaczy,   jeśli   nie   liczyć   Wiktora   i   jego   cytatów.   Usiłował   odgadnąć,   dlaczego   go 

uwięziono. No i oczywiście Wiktora. Melnusjanin był jednym z niewielu górników pogranicza, 
co Cartwright ustalił na podstawie tradycyjnego stroju melnusjańskich górników, wykonanego z 
szarawo pobłyskującego materiału. Przywieszka umieszczona na odzieży podawała nazwisko, a 
jego najbliższym odpowiednikiem angielskim było „Wiktor” — tak w każdym razie zdecydował 
Cartwright, którego biegłość w melnusjańskim dość osłabła w wyniku braku kontaktu z tym 

background image

językiem.

Zgodnie z drugim zespołem rys na ścianie, Wiktor został pojmany i uwięziony dwadzieścia 

sześć dni temu. „Myślałem, by «porwać za broń przeciw morzu utrapień» lecz «nasze hulanki już 
zakończone»„. Udało mu się także, przy pomocy szeregu innych cytatów, wyrazić radość, że 
Ziemianin i Melnusjanin będą dzielić wspólny los na planecie o około 300 lat świetlnych od ich 
własnych systemów słonecznych. Była to, dowodził patetycznie, jedna z tych rzeczy utkanych ze 
snów, rzeczy których małe żywoty sen otacza.

Wtedy to Cartwright po raz pierwszy zapragnął go zamordować.
Zamigotało światło w korytarzu za drzwiami. — Pewnie jedzenie — powiedział Cartwright, 

bo Prześladowcy przychodzili tylko  po to, by przynieść  jedzenie (jeśli błyski światła można 
nazwać „przychodzeniem”), na które składał się jakiś kleik dla Cartwrighta smakujący jak ryż i 
różne melnusjańskie zieleniny dla Wiktora.

—  „Nigdy  —   powiedział   Wiktor.   Jego  purpurowe   oczy   lśniły.   —  Nigdy,   nigdy,   nigdy, 

nigdy”.

Światło wdarło się do celi, trwało przez kilka sekund, potem odpłynęło. Na jego miejscu 

znajdowały się duże srebrzyste czary, jedna wypełniona kiełkiem, druga parującą substancją w 
kolorze zgniłooliwkowozielonym.

— Wróć tutaj — krzyknął Cartwright do znikającego światła. Tracił opanowanie i nie dbał 

już o to, że takie zachowanie Federacja uważa za karalne, choćby się nawet było w sytuacji 
krytycznej. — Chcę z tobą pomówić, kimkolwiek, u diabła, jesteś. Chcę wiedzieć, czym sobie 
zasłużyłem na takie traktowanie. Chcę wiedzieć, kiedy macie zamiar mnie wypuścić.

Światło nie powróciło.
Wiktor pilnie wchłaniał zgniłooliwkowozieloną substancję używając długiej i niemiłej dla 

oka przyssawki, która mogła (choć nie musiała) być językiem.

— „Nigdy — powtarzał między kolejnymi chlipnięciami — nigdy, nigdy...”
Cartwright  był  w jeszcze  bardziej  krwiożerczym  nastroju niż  poprzednio.  Zrobił  krok w 

stronę Wiktora. Rozłożył ramiona zaginając je ku sobie w kształcie pętli. Wiktor spojrzał na 
niego i wydawało się, że pojmuje, iż zostanie zaatakowany;  z głębokiego wnętrza jego ciała 
wydobył się odgłos, który mógł być westchnieniem.

— „Nie, nie, nie, nie — powiedział Wiktor — nie, nie, nie, nie”.
— Hę? — odezwał się Cartwright.
Kraty celi jakby zadrżały i rozpłynęły się w migoczące światło dość podobne do światła 

Prześladowców. Potem kraty znikły, znikła cela, a Cartwright znalazł” się na płaskim, bagnistym 
terenie ozdobionym girlandami mgieł; rozglądał się wokół z niedowierzaniem.

— Hę? — powtórzył głupio.
— „Będę robić takie rzeczy — stwierdził Wiktor. — Nie wiem jeszcze jakie, ale będą one 

background image

postrachem ziemi”.

— Co u diabła się dzieje? 
Wiktor ciągle jeszcze jedną ze swoich przyssawek trzymał czarkę melnusjańskiej zieleniny; 

nieprzyjemna językopodobna przyssawka siorbnęła głośno trochę substancji.

—  „Czy   odważę   się   zjeść   brzoskwinię?”   —   zapytał   Cartwright   zaczął   iść   przez   mgłę 

rozglądając się wokół, ale nie widział żadnych znajomych mu znaków rozpoznawczych. Czuł w 
głowie zamęt, ale wiedział przynajmniej tyle, że musi odnaleźć swój statek, wsiąść i odciąć się 
od Wiktora i dźwięku jego głosu. Dopiero wtedy będzie mógł się przygotować do opuszczenia tej 
żałosnej planety.

Był tylko jeden problem: nie miał pojęcia, gdzie jest statek.
— Gdzie jest mój statek? — zapytał Wiktora. — Czy Prześladowcy coś z nim zrobili?
— „Licz bicia zegara, co wskazuje czas” — odezwał się Wiktor.
— Dobrze więc — rzekł Cartwright. — Gdzie jest twój statek? Wiesz coś o tym?
— „Jesteśmy materią — stwierdził Wiktor — z której utkane są sny, a nasze małe życie jest 

pogrążone we śnie”.

Cartwright zatkał sobie uszy, ale bez większego skutku; szedł dalej krok za krokiem przez 

zamglony teren. Wiktor nie zainteresowany już, jak się zdawało, melnusjańską zieleniną, toczył 
się w ślad za Cartwirghtem, tak, iż raz się z nim zrównywał, a raz wyprzedzał go o parę stóp. 
Zwiadowcy  Federacji,  mruczał   Cartwright,   nie  myślą,   nie  cytują,  lubią  ciszę  i  spokój,  lubią 
samotność. Spokój i samotność...

Samotność.
Samotność?
— „Ponieważ nie mogłam czekać na Śmierć — mówił Wiktor — ona uprzejmie poczekała 

na mnie”.

W   umyśle   Cartwrighta   działo   się   wiele:   opóźnione   ustalanie   związków,   opracowywanie 

teorii. W końcu rzekł:

— Pytałem cię, gdzie jest twój statek.
Wiktor zdawał się ponownie wzruszyć ramionami:
— „Powóz nie uwiózł Nas ni Nieśmiertelności”. Cartwright wpatrzył się w niego złowrogo.
— To znaczy, nie masz już statku. Jesteś zagubiony na tej planecie od miesięcy. Może nawet 

od lat.

Purpurowa skóra Melnusjanina zdawała się nieco zblednąć; jego oczy patrzyły smutno w dal.
—   Nie   ma   tu   żadnych   Prześladowców   —   powiedział   Cartwright.   —   Żadnych 

Prześladowców na tej nie zamieszkanej planecie, żadnych istot żywych, a także więzienia ani 
celi. Tylko ty. — Z wściekłości zaczęły mu drżeć ręce. — To ty mnie załatwiłeś i ty zamknąłeś 
mnie   na   trzynaście   dni   w   nieistniejącej   celi.   Melnusjanie   mają   zdolności   telekinetyczne   i 

background image

hipnotyczne; powinienem był  to pamiętać wiele dni temu. Tak to więc urządziłeś. Tak mnie 
trzymałeś jak więźnia i żywiłeś nas obu.

— „Po wiekach nikt nie pozna tego miejsca — stwierdził Wiktor. — Walka, co się tam 

toczyła, nieruchoma jak spokój”.

— Czy oznacza to to, czego się domyślam? — spytał Cartwright. — Ze jedyną rzeczą, jakiej 

pożądałeś, było towarzystwo? Ktoś, do kogo byś mówił?

Wiktor zdawał się znowu westchnąć.
— „Aby powstała łąka, potrzeba koniczyny i jednej pszczoły — rzekł — jednej koniczyny,  

pszczoły i marzenia. Marzenie wystarczy, jeśli pszczół jest mało”.

— Marzenie — skomentował Cartwright — ale przymusowi słuchacze byliby lepsi. Gdzieś 

ty się wyuczył aż takiej ilości naszej poezji i prozy?

—   „Każda   rzecz   ma   swoją   porę   —   powiedział   Wiktor   —   a   każdy   cel   swój   czas   pod 

słońcem”.

— No dobrze — rzekł Cartwright — więc nie chcesz mi teraz powiedzieć. Mniejsza o to. 

Może hobby. Czy Melnusjanie mają hobby? Nieważne. Może jakiś statek z Ziemi rozbił się tu 
kiedyś. Może coś... — przerwał, bo nagle przebiegła mu przez głowę pewna myśl.

— Czas na morderstwo — powiedział chytrze.
— „Usiądźmy tu na ziemi — rzekł Wiktor, nagle porzucając raz jeszcze Emily Dickinson i 

Biblię — i opowiadajmy sobie smutne historie o śmierci królów”.

Cartwright   wrzasnął   i   położył   ręce   na   galaretowatym   ciele.   Gdy   tylko   to   uczynił,   mały 

impuls energii wydobył się poprzez szarawy materiał stroju Wiktora i przepłynął do Cartwrighta. 
Ten szybko odstąpił  od Melnusjanina i usiadł na wilgotnym  gruncie, choć nie zrobił tego z 
własnej woli.

Czasami odzież melnusjańskich górników bywa naładowana silną porcją elektryczności dla 

obrony przed napastnikami; była to jeszcze jedna rzecz, którą winien był zapamiętać.

— „Jutro, jutro, jutro — rzekł Wiktor nie bez odcienia współczucia w głosie — pełznie tym 

drobnym kroczkiem z dnia w dzień aż po ostatnią sylabę zapisanego czasu”.

Cartwright odetchnął głęboko tlenem z pakietu ratunkowego i rzekł sobie: „Muszę od niego 

uciec” skoro nie mogę go zabić, to muszę przynajmniej mieć choć trochę spokoju i ciszy. Ale jak 
znajdę statek? Mogę się tak błąkać całymi dniami albo tygodniami, zagubiony w tych bagnach...”

Wiktor powiedział coś sprośną francuszczyzną Rabelais’a.
„Ile czasu upłynie, nim nadejdzie pomoc? — Cartwright pytał sam siebie. — Federacja wyśle 

grupę poszukiwawczą, ale ile czasu upłynie, nim mnie znajdą?”

— „Aż do wieczora i do poranku dni dwa tysiące trzysta, a będzie oczyszczona świątynia” 

— mrugnął do niego Wiktor. — Proroctwo Daniela, rozdział ósmy, werset czternasty.

— „Dni dwa tysiące trzysta” — powtórzył Cartwright w odrętwieniu.

background image

— „Z tobą gawędząc, zapominam o czasie — mówił Wiktor — o porach roku, ich zmianach 

i o wszelkich życzeniach”. Milton. Raj utracony.

Cartwright wpatrywał się w mglistą ziemię jałową.
— „Nie mogę znieść myśli o nim — o nim, który czeka i wie, że dostanie za swoje — rzekł 

Wiktor. — To zbyt straszne, do licha”. Hemingway, Zabójcy.

Cartwright ukrył głowę w dłoniach i zapłakał.

background image

...Wiek... jako strój
Henderson Zenna

Ryszard   II   Szekspira   rozpoczyna   się   od   ewokacji:   „Sędziwy   Gauncie,   czcigodny  

Lancasterze”, a po deskach sceny powłóczy nogami Jan Gaunt, przedstawiany przez pierwsze  
odsłony sztuki jako prawdziwe ucieleśnienie starości.

Czy   wiecie,   ile   miał   lat   stary   Jan   Gaunt,   kiedy   umarł?   Pięćdziesiąt   dziewięć!   W   epoce  

elżbietańskiej oznaczało to starość. Sam Szekspir dociągnął tylko do pięćdziesięciu dwu!

Dziś   jednak   pięćdziesiątka   na   karku   w   żadnym   razie   nie   oznacza   podeszłego   wieku.   A  

dlaczego? Wystarczy uświadomić sobie zdobycze bieżącego stulecia: nauka o odżywianiu się,  
witaminy,   hormony,   antybiotyki,   zabiegi   pod   narkozą,   skomplikowana   diagnostyka   i   środki  
terapeutyczne. Nie tyle żyjemy dłużej, ile raczej czujemy się młodsi i żywotniejsi na co dzień.

To jednak nie odsuwa na bok pewnego marzenia nam wszystkim wspólnego...

Noc była rześka i chłodna — o wiele bardziej niż rok temu o tej samej porze. Owinęłam się 

w szal, odchyliłam mocno głowę i patrzyłam w gwiazdy czekając na Dan’la, który wspinał się po 
dwu płaskich stopniach przed wejściem do Sali Tanecznej. Nie było tu świateł miejskich i nic nie 
osłabiało milionów, skrylionów gwiazd, które wypełniały blaskiem to zimne niebo o północy.

Zaczerpnęłam powietrza płucami wprost drżącymi
z rozkoszy. Takie piękno sprawia, że czujesz się, jakbyś stąpał na palcach... „Tak, myślałam 

sobie, duch może biegać jak zechce, ale ciało...!” Niemniej jednak, tej nocy będzie przyjemnie. 
Noc Tańca! Byliśmy tam, Dan’1 i ja. Ciągle razem. Znów jak dziecko otuliłam się, nieomal 
oczekując szelestu taftowej szarfy, jeszcze nie opiętej wokół mej wychudłej talii. I ten cudowny 
szelest moich długich loków spływających na plecy — efekt niespokojnej nocy snu z głową w 
papilotach spreparowanych  przy pomocy pończochy.  Przeczucie...  nowości. Tak! Nowość — 
pomimo wszystkiego tego, co już było!

Oto zjawia się Dan’1; oddycha ciężko i niemal aż do bólu zaciska dłoń na moim ramieniu.
— Wejdziemy tam, Becka — szepnął. — Jeszcze raz! — Jego dłoń pociągnęła mnie silnie za 

sobą, gdy ruszył ku drzwiom.

Potem weszliśmy przez nie, a one zamknęły się za nami szybko, szczelnie i ogarnęło nas 

szczęśliwe ciepło szatni. Powoli rozpinałam guziki płaszcza, starając się w tym czasie obejrzeć 
wszystkich. Tera, John, Chewey w swoim wózku inwalidzkim. Chewey wyglądał jak zwykle tak, 
jakby dopiero co porwał był ten wózek jakiemuś staruszkowi, żeby się przekonać, jak szybko 
jeździ. Dorrie, Mudred i Van. Odwróciłam się plecami do tłumu, żeby powiesić swój płaszcz i 
płaszcz Dan’la.

— Jest Chuck — stwierdził Dan’1 — ale nie widzę Stacy...

background image

— Och — powiedziałam z nagłym przeczuciem w sercu. — Może...
— Cześć, Chuck — wołał Dan’1. — Gdzie Stacy?
Stara, nieszczęśliwa twarz Chucka przybrała jeszcze bardziej nieszczęśliwy wyraz:
—   Ona   dziś...   poczuła   się   staro.   Ale   nalegała,   żebym   ja   mimo   wszystko   przyszedł.   — 

Rozejrzał się wokół niewidzącym wzrokiem. — Ja nie wiem...

— Tak mi przykro — powiedziałam. — Może następnym razem...
Spojrzał na mnie z wyrzutem:
— Przecież wiesz...
— Wiem — przyznałam. — Och, Chuck!
Rozłożył ręce, a potem odwrócił się. Palce jego dłoni sięgnęły karku, gdy się oddalał.
Śmiech   i   nagłe,   szybkie   kroki   w   hallu   przebijały   się   przez   czarowne,   wabiące   dźwięki 

strojonych instrumentów, podkreślając tylko strapienie, jakie spoczęło na zmarniałych plecach 
Chucka.

Nigdy nie przestał mnie fascynować cud szatni: zmieszane odgłosy śmiechu i radości, tupot 

młodych, żywych stóp. A potem milcząca, wiotka szarość spływająca z wieszaków.

— Obudź się, Becka! — Dan’l usiłował podnieść rękę do karku. — Będziesz mieć czas na 

marzenia przez resztę roku, ale nie dziś! Nie tu!

— Słusznie — stwierdziłam. — Mnóstwo czasu przez inne noce. Ale tu... pozwól mi. — 

Drzwi wejściowe trzasnęły tak mocno, że aż zatrząsł się cały budynek.

— Przepraszam,   kochani.  —  Byli   to  Ditmar  i  jego  dwie   siostry.  —  Wiatr  się  wzmaga. 

Wyrwał mi te cholerne drzwi z łapy. — Rozpinał guziki skórzanej kurtki. — Wiecie co, ten dom 
się już sypie. Może by pomyśleć o przebudowie?

— Nie jest taki stary — stwierdził Van.
— Starszy od ciebie — odparł Ditmar. — A myśmy dość ostro z niego korzystali. Trzeba 

myśleć o dzieciach, które tu przyjdą.

— Owszem, zgoda — powiedział niecierpliwie Dan’1. — Ale dziś jest Taniec. Nie można 

tego odłożyć na później? Becka, pomóż mi się wydostać z tego przeklętego...

Było strasznie dużo ruchu; właśnie sięgałam do Wieku na karku Dan’la, gdy drzwi otwarły 

się znowu i jakaś twarz ostrożnie zajrzała do wnętrza.

Boże   drogi!   Młoda,   zdziwiona   twarz!   Pomknęłam   szybko   ku   drzwiom.   Widok   na   wpół 

martwego Johna mógł stanowić poważny szok dla obcych!

—   Czym   mogę   służyć?   —   zapytałam,   wiedząc   przecież,   na   co   młodzieniec   patrzy. 

Zatłoczony   pokój   starców   i   staruszek,   którzy   chwilę   wcześniej   kotłowali   się   żywo,   a   teraz 
zastygli jak zatrzymany film i... i...

Młode oczy odwróciły się od tego widoku i spojrzały na mnie.
— Zobaczyliśmy na zewnątrz znak tańców i usłyszeliśmy muzykę...

background image

—   Och   —   powiedziałam   —   to   tylko   nasze   spotkanie   staruszków.   Bardzo   zapraszamy, 

zostańcie, jeśli macie ochotę, chociaż nie pasujecie do nas zbytnio.

Teraz zaglądały już dwie twarze, ale pierwsza uśmiechnęła się niepewnie i stwierdziła:
— To chyba trochę nie dla nas. Po prostu było światło... i... i muzyka. Miłej zabawy. — I 

znikli.  Słychać było  odgłos ich kroków po starej drewnianej werandzie. I zanim zamknęłam 
drzwi, usłyszeliśmy:

„...biedne stare stworki”.
Kiedy już na dobre sobie poszli, śmiech i krzątanina ponownie wypełniły pokój.
— Taak, biedni my staruszkowie! — powiedział Van. — Do diabła z tym, chłopcy! Nie 

traćmy czasu!

Dan’1 jak zwykle był sprawny, na wpół wydostał się już ze swojego Wieku, a ja jak zwykle 

zwlekałam.   Czułam   się   tak,   jak   gdybym   znajdując   się   pod   gołym   niebem   w   czasie   burzy, 
przemoknięta do suchej nitki, głodna i zmarznięta, przedłużała jeszcze ten nieprzyjemny czas po 
to, by cieszyć się świadomością, że wystarczy tylko otworzyć drzwi, a znajdę się w cieple, pod 
dachem, wśród pożywienia i wszelkiego dobra.

— ...próbowali w okolicy jeszcze przed pierwszą wojną światową. Nie dało się. To jest 

miejsce jedyne.  — Ditmar  przerwał.  — Próbować Tańca w tamtym  miejscu było  jak próba 
wykonywania go prywatnie w domu. Nie sprawdzi się. Po prostu się nie sprawdzi.

— Wstyd  — powiedział  Dan’1. — Osgood ma  teraz dziewięćdziesiąt  siedem,  a ci jego 

młodzi lekarze nie chcą mu pozwolić na opuszczenie wybrzeża. Chcą go chyba  wykończyć: 
Ciekaw jestem, co mu chcą w ten sposób dać. Założę się, że nie przetrzyma nawet roku. Więc 
parę godzin wolności od...

Drzwi znów się gwałtownie otwarły i wszyscy spojrzeliśmy w tamtą stronę. Patrzę, mrugam 

powiekami nie wierząc własnym oczom. Niemożliwe! A jednak tak! A jednak!

— Artemiza — krzyknęłam i rzuciłam się ku niej, by objąć pulchne ramiona mojej starej 

przyjaciółki, mojej najlepszej od siódmej klasy w szkole przyjaciółki, mojej...

—   Och,   Mizo!   Jesteś   sama?   Sama?   A   my   nawet   nie   podejrzewaliśmy!   Tak   mi   ciebie 

brakowało! Czemu nie pisałaś? — Przytuliłam ją mocno, aż jej tchu zabrakło, i odsunęłam od 
siebie, by się jej przyjrzeć.

—   Becka.   —   Była   niespokojna,   jej   dłoń   przeczesywała   ciężkie,   pełne   siwych   pasemek 

włosy. — Czy to prawda? Naprawdę możemy...

— Możemy, oczywiście — powiedziałam, ciągnąc ją na środek pokoju. — Kochani, to jest 

Miza,   Artemiza   Coronado   Hidalgo,   moja   przyjaciółka   chyba   od   początku   świata.   Kto   cię 
przyprowadził? — Wychyliłam się, by spojrzeć jej przez ramię. Ludzie patrzyli, uśmiechali się 
na powitanie, a potem odeszli do własnych absorbujących zajęć.

— Nikt  —  powiedziała   niespokojnie;   jej  dłonie   ściskały  małą  skórzaną  torebkę.   —  Tia 

background image

Berta,  moja   ciotka,   Berta,   ona   umarła   tej   zimy.   —   Jej   dziecinny   niepokój   przeszkadzał 
poprawnemu mówieniu. — Mi powiedziała. Przyszła raz, ale się wylękła. I mi powiedziała, że ja 
jedyna w rodzinie wie, że można przychodzi. Ja miała dość że boleści i że powolna i samotna. 
Tavio nie ma. Wszystkie dzieci żonate to przyszła. — Jej spłoszone oczy spoczęły na torebce. — 
Tia Berta mi powiedziała, że ty jest tutaj. Jak ty jest tutaj...

— Och Mizo! Nie mogę ochłonąć! Chodź! — pociągnęłam ją ku wejściu na salę taneczną, 

pomagając jej po drodze zdjąć płaszcz.

— Odsuńcie się albo wejdźcie na salę. To pierwszy raz Mizy. — Spojrzałam na nią. — 

Chcesz od razu, czy wolisz najpierw się przyjrzeć?

— Może wpierw przyjrzeć — szepnęła nieśmiało, upuszczając na krzesło płaszcz i torebkę. 

— Ja nawet nie wie... 

— To może ja... — Chewey Escobaido zatoczył fotelem szybki krąg narażając na szwank 

starcze golenie obecnych. — Pójdę pierwszy; dla Artemizy.

Rozległ się ogólny śmiech, a ktoś zawołał: Chewey zawsze chce służyć damom!
Chewey wzruszył szerokimi ramionami i skrzywił się:
— Że lubię panie? Czemuż by nie? Znacie coś lepszego?
— To idzie tak — rzekł do Mizy pochylając głowę do przodu. — Tu od tyłu... — sięgnął i 

uchwycił dłonią. — Jeśli nie potrafisz dosięgnąć — spoglądał spod uniesionych brwi — to ktoś 
spośród  nas,   kto  cię   kochał,   zrobi   to   za   ciebie.   —  Patrzyliśmy,   jakbyśmy   nie   oglądali   tego 
wcześniej niezliczoną ilość razy.

Krótka   manipulacja   żwawych   palców   w   okolicach   miejsca,   gdzie   kręgosłup   wchodzi   w 

czaszkę; westchnienie ulgi. Chwycił za kraj swego skalpu i ściągnął Wiek z głowy i twarzy; 
bujna czarna  czupryna  uniosła się, zanim  jeszcze twarz została  oswobodzona. Potem zwlókł 
zwiotczały strój z pleców i obu rąk. Dorrie i ja, zręczniejsze i o nieco większej łatwości schylania 
się niż inni, przykucnęłyśmy, żeby ściągnąć Wiek z wyschłych nóg Cheweya. Kilku mężczyzn 
podniosło go na tyle, by Wiek mógł przejść. Potem Chewey własnymi  młodymi  i żwawymi 
rękami uwolnił stopy i jednym gibkim, pięknym ruchem wydobył się z fotela; stał strzepując 
swój Wiek jak... jak dziecięce śpioszki; przypomniały mi się te od doktora Dentonsa. Przewiesił 
go przez krzesło, a on zawisł zwiotczały jak wszystkie inne. Potem podszedł do wąskiego lustra 
obok drzwi i dłońmi przygładził włosy na skroniach.

Miza już na początku uczepiła się mnie mocno i gdy klęczałam na podłodze, nieomal uklękła 

razem   ze   mną.   Teraz   Miza   stała   z   szeroko   otwartymi   oczyma   i   patrzyła   wstrząśnięta   na 
wspaniałego faceta, jakim był Chewey w całej swojej chwale, ubrany w coś, co można by chyba 
nazwać truje de luz. Na starość stał się jednak bardziej barwny.

— Och, Becka! — szepnęła. — Och, Becka! Czy Bogu by się to podobało?
—   Bóg   nas   tego   nauczył,   Tontita!   —   powiedziałam,   obejmując   ją.   —   Jakże   inaczej 

background image

moglibyśmy do tego dojść? — Śmiech przerwał ciszę i ludzie zaczęli zrzucać swoje Wieki czując 
zarazem lęk przed dołączeniem do śmiechów i muzyki z sąsiedniej sali.

— Poczekam na ciebie — powiedział Chewey przytupując już w miejscu.
— Nie, nie, dziękuję — rzekła Miza. — Ja... ja... — nieśmiałość towarzyszyła jej jak niegdyś 

w szkole.

— Wiesz, pierwszy raz onieśmiela — powiedziałam. — Może byś poszedł i rozgrzał się 

kieliszkiem  Chapanecas...  chyba że wyrosłeś z tego już w przedszkolu? Dan’1... — lecz on 
poradził sobie sam. Jego Wiek wisiał schludnie na wieszaku obok fotela Cheweya, a jego samego 
nie było. Na pewno pierwsze co zrobił, gdy minął drzwi, to jak zwykle rozpędził się i prześliznął 
po posadzce przez całą długość hallu; robił to tylko po to, by znów poczuć w ciele ten wspaniały, 
nieskrępowany ruch.

— No, Mizo... — poprowadziłam jej palce w stronę karku i poruszałam nimi. Poczułam, jak 

drgnęła przy ostatnim ruchu rozluźniającym Wiek. — A teraz resztę rób sama — poleciłam. — 
Do góry i w przód, ściągając jak czapkę.

Do góry i w przód! Czarna, pobłyskująca niebieskawo powódź włosów spłynęła ku barkom i 

w dół... och, wspaniałe!... tak jak niegdyś, kiedy razem chodziłyśmy do szkoły. Już wtedy, na 
długo przedtem, zanim weszło to w modę, nosiła włosy rozpuszczone, sięgające jej niemal do 
pasa. Potem wynurzyła się jej twarz... podobna... podobna!

Teraz już czuła się swobodniej i bez ponaglania uwolniła barki i ramiona, a potem jednym 

wspaniałym ruchem biodra i nogi.

— Och, Becka! Och, Becka! — Podniosła ramiona i zawirowała, ledwo dotykając stopami 

podłogi. Potem szybko zasłoniła rękami piersi i skuliła się patrząc na mnie szeroko otwartymi 
oczyma. — Czy ja mam coś na sobie? — szepnęła. — Czuję się naga!

— Oczywiście że masz! — powiedziałam. — Odłożyłaś na bok wszystkie te lata. A na sobie 

masz coś... co tylko chcesz... jakąkolwiek sukienkę...

—   Moją...   moją.   suknię   z   uroczystości   promocyjnej!   —   zawołała   bez   wahania. 

Wyprostowała się, ujęła brzegi długiej, obfitej spódnicy i zawirowała rozglądając się za lustrem.

— Ej, ej — powstrzymałam ją. — Uważaj na swój biedny pomarszczony Wiek. Będziesz 

musiała przecież nałożyć go z powrotem. Nie mnij go, jest już wystarczająco pomięty. Powieś 
tam, obok Wieku Dan’la. Jest tam miejsce dla nas obu.

Podniosła swój Wiek, strzepnęła go sprawnie, jakby to był ręcznik, i odwróciła się, by go 

porządnie powiesić. Spojrzała na mnie.

— Dlaczego właśnie strój z promocji?
— Może to być wszystko, co zechcesz — powiedziałam. — Ja osobiście stwierdziłam, że 

mój ubiór prawie zawsze ma związek z najsilniejszym wspomnieniem, jakie mi się pojawia na 
tydzień przed Tańcem. Twoja tia sprawiła, że zaczęłaś myśleć o młodości, szczęściu, emocjach i 

background image

tańcu, tak iż musiałaś wspomnieć sobie promocję i swoją pierwszą długą suknię.

— Moją pierwszą... — była w tym pokoju podobna do płomienia. Jej suknia miała kolor 

czerwony   i   u   dołu   zdobiły   ją   obfite   falbanki.   Cóż   to   był   za   skandal   na   naszej   uczelnianej 
promocji! Wszystkie nosiłyśmy długie suknie — nazywałyśmy je „formalami” — ale musiały 
być w kolorach pastelowych. Są tacy, co do dziś wspominają z urazą, jak to Miza „popsuła” tę 
naszą uroczystość. Prawdę mówiąc, z tego powodu Mizę omal nie pozbawiono promocji.

— Co będziemy tu robić? — spytała.
— Tańczyć — odpowiedziałam. — Poruszać się.
W dowolny sposób, jak ci się podoba. Może dziś tańcz raczej sama. Taki rodzaj uczczenia 

wolności. Wiesz, „święto ciała”. Albo tańce zbiorowe... albo... — przerwałam, uderzona pewną 
myślą. — Wiesz co, nigdy jeszcze nie tańczyłyśmy tańca brzucha! Ty nie... — uśmiechnęłam się 
do niej.

— Nie tańczyłam — przyznała. — Ale ty też chodź — jej młoda dłoń sięgnęła po moją.
— Idę — powiedziałam. — Pół sekundy — sięgnęłam dłońmi ku tyłowi szyi. Miza cofnęła 

się wirując.

— A gdybym tak nie ubrała z powrotem tego... tego Wieku? — zapytała. — Gdybym...
— Musisz — powiedziałam trzeźwo. — Nie mogłabyś wyjść stąd, gdybyś go nie ubrała.
— A gdybym została... — oczy jej płonęły.
— Nie wiemy dokładnie — przyznałam. — Może byłabyś jak ktoś żywcem odarty ze skóry, 

gdy czas upłynie. Czas na Tańcach płynie inaczej. Jest go o wiele więcej. Ale gdy się kończy,  
jesteśmy posłuszni. — Splotłam ręce powracając myślą do dni wspólnie przeżytych z Mizą. — 
Nigdy nie próbowaliśmy zostać. My... my dziękujemy Panu za to święto i bez protestu wkładamy 
nasze Wieki. — Spojrzałam na nią zmarszczywszy brwi. — Chcesz stworzyć precedens? Nie 
ubierać z powrotem Wieku?

— Ja nie! — uśmiechnęła się w odpowiedzi. — Ni modo! Jak długo... to znaczy ile razy...
— Dopóki nie poczujesz się staro. Stacy poczuła się dziś staro. — Znowu spoważniałam: — 

Kiedy   czujesz   się   staro,   miejsce   rozluźniania   Wieku   zanika.   Nie   wiemy,   co   przychodzi 
wcześniej, zanik czy poczucie...

— Ale ty przecież tracisz czas. Pędzimy!
Jak purpurowy płomień przemknęła przez drzwi.
Sięgałam  właśnie  do karku, gdy drzwi otwarły się i wrócili  Dan’1 i  Chuck. W tamtym 

momencie nieomal uwierzyłam, że czas rzeczywiście się cofnął i wszyscy mamy przed sobą całe 
życie. Dan’1 młody, żwawy, Chuck...

— Chuck... — coś mnie w nim uderzyło. — Co się stało?
Spojrzał na mnie, na jego gładkiej młodej twarzy malowało się poczucie nieszczęścia.
— Nie mogę — powiedział. — Po prostu nie mogę. — Odwrócił się i przeglądał kołyszące 

background image

się Wieki w poszukiwaniu swojego. — Nie mogę zostawiać starej Stacy w domu, podczas gdy 
ja... ja... to po prostu nie byłoby...

Odwrócił się na powrót do nas, ściskając w rękach swój oklapły Wiek.
— Jeśli się kocha, to nie można.
— To prawda — szepnęłam, a oczy mi zwilgotniały. — Nie można.
Pomogliśmy   mu   z   powrotem   ubierać   Wiek.   W   chwili,   gdy   jego   twarz   miała   zniknąć, 

przerwał na chwilę i powiedział:

— Miłego wieczoru.
Wyszedł powoli i ciężko; wiedziałam, że czuje to samo co my wszyscy po zakończeniu 

Tańców — wrażenie, jakby się dopiero co wyszło z basenu kąpielowego. Jego pobrużdżoną 
twarz wygładziły strapienie i niepewność. Dan’1 i ja trzymaliśmy się za ręce patrząc w ślad za 
nim. Potem Dan’1 ścisnął moje stare kości swoim młodym, silnym ramieniem.

— No chodź, babciu! — zawołał — trzeba ci było widzieć Cheweya, gdy Miza śmignęła mu 

przed nosem! Przy tej jej szybkości nie dogoni jej dzisiejszego wieczora!

— Czy to nie wspaniałe, że przyszła — powiedziałam. — Pomyśl tylko...
— Chodźże już! — ciągnął mnie Dan’1.
— Dobrze, dobrze — odpowiedziałam. — Jestem już prawie gotowa.
Ściągnęłam Wiek z głowy czując, jak rozsypują się moje oswobodzone włosy. Wewnątrz 

mnie dusza stała na palcach czekając na ów magiczny moment, gdy wydobędę się z kokonu jak 
motyl.   Przerwałam   na   chwilę,   pochyliwszy   się   nad   obfitymi   fałdami   swoich   młodzieńczych 
spódnic.

— Dan’1 — powiedziałam — jeśli tak wspaniale jest zdejmować nasze Wieki, to pomyśl... 

pomyśl, jak wspaniałe to będzie uczucie, gdy Boża dłoń zdejmie ciała z naszych dusz! Pomyśl 
tylko!

—   Potrafię   to   sobie   wyobrazić   —   uśmiechnął   się   rzucając   okiem   na   swój   zwiotczały, 

poskręcany Wiek. — Wierz mi, naprawdę potrafię. Natomiast ty człowiekowi, który raduje się, 
że zdjął Wiek, zabierasz okropnie dużo czasu!

Ukląkł  szybko,  uwolnił moje stopy,  strzepnął Wiek, rzucił go w miarę  celnie  na ostatni 

wolny wieszak i chwytając mnie za rękę, porwał w stronę drzwi.

— Moja fryzura — protestowałam. — I nie wiem nawet, jaką mam suknię!
— Znośną — odrzekł. A gdy ze śmiechem potknęłam się na progu, wpadłam w jego silne, 

kochające ramiona i odpłynęliśmy ku muzyce.

background image

Dreszczyk z płaskomątwą
Baker Scott

„Nikt   nie   wlewa   młodego   wina   do   starych   bukłaków”,   powiada   Ewangelia   według   św.  

Mateusza.

Pozwolę   sobie   przyjąć   na   zasadzie   analogii,   że   od   ludzi,   którzy   przywykli   do   pewnego  

sposobu życia, nie należy oczekiwać, by dostosowali się do życia radykalnie odmiennego. Młodzi  
jednakże, którzy nie mają w ogóle utrwalonego sposobu życia, stanowią nowe bukłaki, w które  
można wlewać nowe wino.

I może cała prawda o śmierci jest ta właśnie: usuwanie starych bukłaków i dostarczanie  

nowych do napełniania winem.

Kiedy Robert się budzi, wszystko na zewnątrz kopuły jest czerwone: W ciągu nocy potrójna 

koniunkcja  bliższych   księżyców   sprawiła,  że   morze   zakryło   kolonię,   wychodząc  z  płytkiego 
basenu. Robert wie, że płasko-mątwy będą musiały iść za przypływem w głąb lądu, a nawet będą 
się przygotowywać do składania jaj pod płaskimi kamieniami w pobliżu jego kopuły, złożywszy 
zaś jaja będą zmieniać płeć — z ochoczo znoszących jaja, samotniczych, ziołożernych samic w 
jadowite, drapieżne samce. Robert nie ma w swoim akwarium samców, a jedynie trochę młodych 
samic, które podczas poprzednich ekspedycji złapał w szkarłatnym morzu; potrójna koniunkcja 
księżyców, która każe płaskomątwom wychodzić na brzeg i składać tam jaja, występuje tylko raz 
na siedem lat, a Robert ma dopiero lat dwanaście.

Jego  rodzice   jeszcze   śpią,   wykończeni   nocnym   pijaństwem,   kiedy  to   ze   swoimi   starymi 

kompanami   zaprawiali   się   miejscowym   alkoholem,   nie   wiadomo   czemu   zwanym   „absynt 
patagoński”.   Oboje   chrapią.   Zwolnieni   ze   stanowisk   średniego   nadzoru   (były   to   wprawdzie 
bezpieczne posadki, ale bez wielkich szans awansu) w Ziemskiej  Poczcie  Międzynarodowej, 
gdzie pracowali przy Pozaplanetarnej Loterii Wojskowej, są od trzynastu lat członkami kolonii 
tu, na Mabuse IV, i przez najbliższe dwanaście lat nie mogą wnosić o pozwolenie powrotu na 
Ziemię.   Podobnie   jak   większość   powołanych   do   służb   cywilnych   kolonii   spędzają   możliwie 
najwięcej czasu na próbach zapomnienia o swoim losie i na odgrywaniu się na władzy, która ich 
skazała na wygnanie; to drugie czynią wykonując swoje obowiązki tak niedbale i nieefektywnie, 
jak tylko się da. Oficer polityczny kolonii, sam też w służbie wojskowej, jest rzecz jasna tego 
świadom i stwierdza stanowczo, że wszelka prośba rodziców Roberta o przeniesienie zostanie 
odrzucona.   Najstosowniejsza   do   ucieczki   od   rzeczywistości   rzecz,   jaką   kolonia   może   im 
ofiarować, to absynt patagoński.

Robert jest inny: Urodził się na Mabuse IV i przez całe życie wpajano mu myśli i wzorce 

zachowań prowadzące do ukształtowania się w nim świadomości, że jego przeznaczeniem jest 

background image

stać   się   po   zakończeniu   procesu   kształcenia   jednym   z   egzozoologów   kolonii.   Niecierpliwie 
oczekuje początku swej działalności; czuje głęboką miłość do tej planety i jej form żywych, 
fascynują go stworzenia, którymi zajmie się poważniej, gdy nieco podrośnie. Już teraz jego pokój 
wypełniają   zamknięte   i   otwarte   akwaria,   w   których   żyją   samice   płaskomątw   i   inne   stwory 
morskie zebrane przezeń podczas wypraw w głąb morza. Choć mniej interesują go rośliny i 
zwierzęta lądowe z okolic kolonii i centrum lądu, posiada w klatkach obok akwariów kilka wszy 
gumowych i skojarzoną parkę kaktusowych myszy.

Zanim Robert wstanie, sprawdza umieszczoną obok łóżka konsolę nasenniacza; wszystkie 

światełka są zielone, co oznacza, że Robert jest już wolny, a informacje, którymi został w nocy 
napełniony, ujawnią się stopniowo w ciągu dnia. Wyciąga rękę i wyłącza konsolę, potem wstaje, 
wkłada ubranie i buty, naciąga na głowę maskę filtrową i umieszcza w plecaku swoje przyrządy 
zbieracza.   Nie   budząc   rodziców   opuszcza   kopułę   przez   komorę   powietrzną   i   oddala   się   od 
pozostałych kopuł, kierując się ku łąkom, gdzie ma nadzieję znaleźć swoje płaskomątwy.

Czerwień, wśród której się posuwa, ogranicza widoczność do jakichś dwunastu metrów, ale i 

zakrywa go skuteczniej, niż czyniłaby to gęsta mgła ziemska; szkarłatne morze nie jest w ogóle 
cieczą,   ale   gęstym,   bardzo   ciężkim   gazem   organicznym,   czymś   w   rodzaju   kłębiącej   się 
swobodnie kolonii wirusów, która żywi się planetarnymi energiami geotermicznymi. Zaczęły się 
już ujawniać informacje przekazane w ciągu nocy i Robert z przyjemnością stwierdza, że lekcja 
dotyczyła sposobów, na jakie różne formy żywe, zamieszkujące morze, wykorzystują dla swoich 
celów otoczenie.

Łąki, na które jak stwierdzał wykład, płaskomątwy przychodzą się rozmnażać, znajdują się 

niecałe dwa kilometry od kolonii, z dala od wszelkich ludzkich budowli i ludzkiej działalności. 
Teren jest skalisty, pokryty masą płytek iłołupku, co ograniczyło i zahamowało wzrost tłustotraw 
i ostrogłowów; rośnie trochę drzew obręczowych, ale jest ich niewiele i znajdują się w odległości 
kilkuset metrów od siebie.

Robert uruchamia światło na czole maski filtrowej nastawiając je na maksimum i wyjmuje z 

plecaka podbierak i wiaderko. Podbierak jest jego własnej konstrukcji. Na początek unosi mały 
kamień, taki który dałby się łatwo spenetrować i pod którym na pewno nie kryje się jakaś nazbyt  
duża   płaskomątwa;   zbliżając   wiaderko   do   głazu,   Robert   rozwija   przewód   z   przyciskiem 
uruchamiającym górną pokrywę wiaderka, potem ostrożnie stawia prawą stopę na wyłączniku, 
gotów go nacisnąć, gdy tylko płaskomątwa znajdzie się w kubełku. Ująwszy podbierak oburącz, 
wsuwa szybko jego koniec pod kamień, odrzucając ów kamień ruchem ćwiczonym na tę okazję; 
pod głazem jednak nie ma nic.

Powtarza ten zabieg przy trzech innych płaskich głazach o mniej więcej tej samej wielkości. 

Nie przynosi to powodzenia, choć skurczony zewłok małej myszy kaktusowej pod drugim z 
głazów pozwala przypuszczać, że był tu niedawno samiec płaskomątwy — a przynajmniej jakieś 

background image

zwierzę, które żywi się stworzeniami wielkości kaktusowych myszy.

Pod  czwartym   kamieniem   Robert  odkrywa  małą  samicę,  która  nawet   przy  rozpostartych 

wszystkich siedmiu mackach jest nie większa niż dwie jego dłonie. Z wpojonej mu informacji 
wynika, że nie jest to jeszcze samica dojrzała do rozrodu i że potrójna koniunkcja zrodziła w niej 
potrzebę rodzenia, przedwcześnie sprowadzając ją tu na brzeg. Ukradkiem, lękliwie, zaczęła się 
wycofywać przed Robertem, jeszcze zanim zakończył przymierzać się do niej, i w chwili, gdy 
Robert się odwraca, umyka mu z pola widzenia, kryjąc się pod innym kawałkiem łupku.

Pod piątą i szóstą skałką nie znajduje nic. Pod siódmą natrafia na samicę gotową do rodzenia. 

Ostrożnie kładzie kamień z powrotem, mając nadzieję, że zamieszanie, jakie spowodował, nie 
zaszkodzi jej zbytnio.

A pod następnym kamieniem znajduje wreszcie swojego samca; siedem głównych macek 

otula zniesione jaja, a dwie zielonkawe macki, które podczas rodzenia wyrosły z żółtoróżowego 
ciała, są uniesione ostrzegawczo. Każdą mackę wieńczy coś w rodzaju rogowego haczyka lub 
pazura. Użyte wspólnie, pazury służą do podważania skorup mięczaków, które drapieżny samiec 
płaskomątwy ma  za swe główne pożywienie. Roberta obchodzi jednak w tej chwili obronna 
funkcja pazurów: są one nie tylko zagięte i bardzo ostre, ale zawierają także kanaliki wiodące do 
obficie   wydzielających   truciznę,   ukrytych   w   ciele   gruczołów.   Ukształtowały   się   one   pod 
wpływem tej samej eksplozji hormonalnej, która spowodowała, że w ciągu paru godzin wyrosły 
macki   obronne;   trucizna,   jaką   produkują   gruczoły,   jest   bardziej   zabójcza   dla   ludzi   niż   dla 
lokalnych istot żywych.

Robert   przekręca   podbierak   i   wsuwa   pod   płaskomątwę   jego   szeroki   łyżkowaty   koniec, 

usiłując wrzucić ją do wiaderka. Ona zaś zapiera się, przywierając do jaj i czepiając się głazu. 
Jest zmartwiony,  bo jedno z jaj  pękło  wskutek  silnego nacisku  wywieranego  przez  zwierzę. 
Próbuje jednak ponownie, ciągnie mocniej i udaje mu się poderwać płaskomątwę ku górze, w 
stronę kubełka, choć jeszcze nie do jego wnętrza. Dalszy wysiłek i stworzenie zawisa na brzegu 
kubła na wpół w środku, na wpół na zewnątrz. Potem ostatnie, lekkie szturchnięcie i stwór jest w 
środku. Kilka lekkich klapsów w macki, które ciągle jeszcze wczepiają się w brzeg kubła, i 
wszystkie — prócz obronnych — przylegają ściśle do ciała. Robert wyjmuje z kieszeni małą 
gumową   piłkę,   którą   specjalnie   przyniósł   ze   sobą,   i   wrzuca   ją   delikatnie   do   kubła.   Gdy 
płaskomątwa atakuje ją obydwoma czułkami, Robert naciska stopą gruszkę spustową, powodując 
zatrzaśnięcie pokrywy kubła.

Ostrożnie odrywa cylindryczne jaja płaskomątwy od skały, do której są przyklejone, a potem 

wkłada je do jednego ze swoich mniejszych słoików kolekcjonera. Uszkodzone jest tylko jedno 
jajo — to które zostało rozbite, gdy po raz pierwszy usiłował oderwać płaskomątwę od jaj.

Gdy wraca do domu, kopuła jest pusta; rodzice poszli do biura wysyłkowego, gdzie oboje 

pracują. Na stole w kuchni znajduje się notatka (ta sama, która leżała tam poprzedniego dnia, z 

background image

tym tylko, że wczorajsza data została wykreślona, a poniżej wpisana data dzisiejsza) mówiąca, że 
rodzice mają zamiar po pracy spotkać się z paroma przyjaciółmi, żeby wypić po kieliszku i 
pogadać, a on niech nastawi nasenniacz tak, żeby położył go spać o wpół do ósmej i utrzymywał 
we śnie do ósmej rano. W notatce nie ma nic niezwykłego ani nieoczekiwanego, toteż gdy tylko 
umieścił płaskomątwę w zamkniętym akwarium, bierze się do nastawiania konsoli.

Rodzice   zabronili   mu   hodować   samce   płaskomątw   i   jakiekolwiek   drapieżne   zwierzęta 

planety,  ale teraz tak się oswoili z samicami  płaskomątw w zbiornikach Roberta, że ten nie 
sądził, by zauważyli nowy nabytek. Niemniej zadbał o to, by umieścić go w akwarium, w którym 
trzymał największą samicę płaskomątwy; teraz wyjmuje ją i wypuszcza poza kopułę, by sama 
znalazła sobie drogę do morskiego dna, na którym dawniej żyła.

Kolację zjada samotnie i na chwilę podłącza się do kanału rozrywkowego, ale jak zwykle 

proponowane tam pozycje zaprogramowane są dla ludzi podobnych jego rodzicom, dla ludzi, 
którzy nienawidzą tej planety (podczas gdy dla niego jest to jedyna rzecz, którą kocha) i chcą 
tylko  nieustannie  nurzać  się w złudzeniach,  że lada chwila  wrócą do świata,  który opuścili; 
Robert wyłącza więc kanał i przed snem jeszcze raz ogląda swoje zwierzęta.

Jedna   z   wszy   gumowych   wykonuje   dziwne   ruchy:   rozciąga   się   mocno   i   kurczy,   nie 

zmieniając przy tym wcale miejsca. Robert nie zna na tyle wszy gumowych, by wiedzieć, czy 
oznacza to, że wesz jest chora. Rozważa ewentualność nakarmienia nią samca płaskomątwy, ale 
odrzuca ten pomysł z kilku powodów: jeśli wesz jest na coś chora, to płaskomątwa może się 
zarazić, a poza tym płaskomątwa będzie chyba potrzebować trochę czasu na adaptację, zanim 
zechce przyjąć od niego pożywienie. No i wreszcie wolałby nakarmić ją rano, jeśli bowiem nie 
zje ona wszy gumowej, to Robert będzie mógł usunąć to mniejsze zwierzę, zanim rodzice wrócą i 
ewentualnie   zobaczą   je   w   zbiorniku   płaskomątwy.   Gdyby   je   tam   zobaczyli,   mogłoby   ich 
zainteresować, co ono robi w tym zbiorniku, przyjrzeliby się płaskomątwie bliżej i zauważyli 
dwie dodatkowe macki.

Jest prawie siódma. Robert kładzie się i bierze książkę, coś o życiu na Ziemi, co go nie 

interesuje w ogóle, ale co oficer polityczny poleca czytać wszystkim w wieku Roberta. Robert 
czyta do chwili, gdy odzywa się system alarmowy wbudowany w konsolę, powiadamiając go, że 
czas odłożyć książkę i ułożyć się wygodnie do snu. Gdy nasenniacz wyłącza Roberta, ten ma 
uczucie, jakby po zbyt długim wstrzymywaniu oddechu mógł nareszcie odetchnąć i jakby to jego 
oddychanie stawało się coraz bardziej gładkie i łagodne; w końcu Robert odlatuje całkowicie 
wytchnąwszy samego siebie i nie ma go już tutaj.

Podrywa się przebudzony przekleństwami ojca. Coś jest nie w porządku, i to bardzo. Pokój 

nadal tonie w mroku, ale światełka na konsoli palą się gniewną czerwienią. W sąsiednim pokoju 
rozlega się kobiecy śmiech. W chwilę potem pokój się rozświetla. Po drugiej stronie konsoli, 
przy wyłączniku światła, stoi ojciec.

background image

— Tato? Co ci jest? — Twarz ojca jest zwierzęca, czerwona, pokryta  plamami, pokryta 

wyschłym i wysychającym potem. Robert czuje woń idącą od ojca, absynt patagoński na nim i w 
jego wnętrznościach. Ojciec przypomina chore, zdychające zwierzę.

— Przepraszam. Potknąłem się o twoją konsolę. Nie chciałem cię obudzić. — Przypomina 

sobie coś, co przed chwilą powiedział, wydaje mu się to strasznie śmieszne i zaczyna się śmiać, 
twarz mu nabrzmiewa, ojciec zgina się w pół, dławi się i prostuje z powrotem. — Chciałem tylko 
pożyczyć na parę minut jakąś płaskomątwę. Postraszę ludzi, potrzeba im trochę dreszczyku.

Robert nie wygląda na obudzonego, informacje właśnie mu przekazywane odgradzają go od 

rzeczywistości.

— Ale one giną, jeśli się znajdą w naszym powietrzu dłużej niż przez kilka minut.
— Wiem. Tak jak ryby. — Robert zaczyna sobie właśnie przypominać nową płaskomątwę, 

samca  o śmiercionośnych  mackach,  gdy ojciec mówi:  — Nie przejmuj  się tym,  Robuś — i 
włącza ponownie nasenniacz.

Gdy  Robert  budzi  się  rano,  zbiornik  samca  płaskomątwy  jest  pusty.  Robert  znajduje go 

martwego w salonie, w kącie pod stołem, gdzie musiał się wczołgać, usiłując się skryć. Nie 
wygląda na to, by kogoś zranił ani nawet by ktokolwiek zauważył, że to samiec. Robert słyszy 
chrapanie ojca — a może i matki — dobiegające z ich sypialni.

Drzwi  do niej  są uchylone.  Robert  zagląda  do wnętrza,  widzi  matkę  i ojca śpiących  na 

zmiętej pościeli.

Waha się przez moment, potem wraca do salonu, wczołguje się pod stół i wydobywa martwą 

płaskomątwę. Jej barwy zaczęły już zanikać. Naciska końce dwóch macek obronnych; czyni to 
bardzo,   bardzo   delikatnie.   Ciało   martwej   płaskomątwy   jest   giętkie,   zwiotczałe,   przypomina 
gąbczasty pęcherz pełen jakiejś cieczy. Kropelka zielonkawego płynu pojawia się na końcach 
pazurów.

Woreczki z trucizną są ciągle jeszcze pełne; płaskomątwa musiała być zbyt przerażona lub 

zbyt zaskoczona, by się bronić, nim zabiło ją powietrze kopuły. Może zbyt krótko była samcem, 
by doznać stosownych zmian w zachowaniu.

Robert   podnosi   płaskomątwę,   trzyma   jej   ciało   w   ramionach,   a   w   dłoniach   po   jednej 

szponiastej macce  obronnej. Idzie cicho do pokoju rodziców, popycha drzwi, by się otwarły 
szerzej, i wchodzi do środka.

Zbliża się do podnóża łóżka, skąd ma dostęp do obojga naraz, równocześnie wbija ostre 

pazury w grube mięśnie ich łydek, naciska końce macek najmocniej, jak tylko potrafi, naciska 
jeszcze długo po tym, jak worki na truciznę stają się zupełnie puste, a jego matka i ojciec bardzo, 
bardzo nieżywi.

background image

Tajemnica młodego dżentelmena
Russ Joanna

W życiu natrafiamy tu i tam na okruchy dramatów, a nikt nie jest na tyle uprzejmy, by nam  

uzupełnić brakujące części. Słyszymy fragmenty rozmów, postrzegamy oderwane poczynania, a  
nawet obserwujemy długo coś, czego ukrytego mechanizmu, wprawiającego to coś w ruch, nie  
jesteśmy w stanie uchwycić.

Kiedy   jednak   czytamy   jakąś   opowieść,   autor   jest   zwykle   łaskaw   odegrać   rolę   Boga   i  

opowiedzieć   nam   dokładnie   wszystko.   Może   to   właśnie   dlatego   opowieść   daje   dużo   więcej  
satysfakcji niż życie — i jest to zarazem dużo mniej niż życie. Dlaczego by nie przekazywać  
opowieści tak, jak
 się przekazuje życie, przyjmując przy tym, że czytelnik sam sobie wypełni luki,  
oparłszy się na własnej znajomości życia...
 literatury science fiction?

Ledwie Eliza znalazła się w swoim Lochu, pierwszą myślą, jaka pojawiła się w jej głowie, 

było: jak się z niego wydostać.

Podeszła do Drzwi — były zamknięte. Spojrzała na Okno — tkwiła w nim żelazna Krata. 

Zawiedziona, zaczęła już z rozpaczą myśleć o niemożności Ucieczki, gdy szczęśliwym trafem 
spostrzegła w Kącie swej Celi małą piłę i drabinę sznurową.

Jane Austen Henry and Eliza

6 czerwca 1885 —  wsiadam na parowiec „Prezydent Hayes” idący z Londynu do Nowego 

Jorku. Czytałem Charcota i podśmiewałem się — czego to ludzie nie wymyślą, kiedy usiłują 
objaśnić siebie samych! Wiem jednak, że będziesz chciała mieć jak najwięcej prac z zakresu 
fizyki   i   ekonomii,   wysłałem   więc   materiały   Royal   Society,  Astronomical   Journal,  ostatnie 
numery The Lancet itd., a ponadto nową, bardzo zajmującą pracę pod tytułem Kapitał, którą jak 
sądzę,  uznasz  za  przydatną.   Maria  Dolores  łaskawie  pogodziła  się  z  koniecznością   noszenia 
spódnic, halek i butów, a nawet, szczęśliwie dla mnie, odkryła w sobie upodobanie do kapeluszy; 
niemniej tylko nieznajomość poprawnej angielszczyzny nie pozwala jej na najgorsze ekscesy, do 
jakich   jest   zdolna.   Płynąć   z   piętnastolatką   ze   slumsów   Barcelony,   zarejestrowawszy   ją   jako 
własną córkę to niezły sposób na przeprawę przez Atlantyk, zwłaszcza jeśli zważyć, że muszę, 
tak jak zwykle, zarabiać tu na życie. W wolnych chwilach będę nadal podczas podróży pisał do 
ciebie; jeśli nadam list w Nowym Jorku, to dotrze do Denver przed nami. W każdym razie ta 
pisanina nie przyniesie żadnej szkody — będę ją trzymał zamkniętą i ćwiczył się w tej osobliwej 
sztuce; nie zastąpi ona jednak prawdziwego życia, co sam wiesz i wiem ja (ta marna istota!). 
Pisanie pozwala oderwać umysł od statku. Rozlega się tu jeden wielki łoskot, który zaczyna już 
oddalać się od nieskończenie większego hałasu londyńskiego, ten zaś w ciągu ostatnich paru 

background image

tygodni stał się wprost nie do zniesienia. Kupiłem mnóstwo powieści groszowych, na których 
Maria Dolores będzie mogła ćwiczyć angielski. Jeśli to zawiedzie, zajmę się jej manierami, te 
bowiem są wprost odrażające. (Ostatnie parę tygodni poświęciłem całkowicie na korepetycje z 
Jedzenia: Nie Okazywać Łakomstwa, Nie Jeść Palcami, Nie Kląć, i tak dalej).

Łup łup bang bang! (Maria Dolores schodzi do kabiny. Następne będzie Chodzenie.)
— Mamacita! (głośno ze swej kabiny, która łączy się z moją).
— Papo — poprawiam ją odruchowo.
—   Papa   —   rumieni   się.   Potem   podchodząc   do   miejsca,   gdzie   siedzę   i   piszę,   mówi   po 

hiszpańsku: — Nienawidzę tych butów. Nie mogę ich zdjąć.

Sięgam do małego biurka, wyjmuję łyżkę do butów i pokazuję jej z daleka.
—  Papa,  ale one mnie cisną — mówi. Obrzuca buty hiszpańskim słowem  chingar,  a ja 

chowam łyżkę z powrotem. Dobra, mała duszyczka, tuli się do mnie na wpół erotycznie i prosi 
dziecięcym  głosem: — Papo, mogę zjeść kolację z tobą i kapitanem?  — Daję jej klapsa po 
łapach; nie wolno kraść klucza.

— Masz dwanaście lat, Mario Dolores — mówię. — Zachowuj się jak na ten wiek przystało.
—  Tu   madre!   —  mówi   ona.   Staram   się   nie   pamiętać   o   tych   dzikich,   bosych   stopach 

wtłoczonych w ową fantazję dla dziewczynek wymyśloną przez londyńskiego szewca. Mówię po 
angielsku:

— Mario Dolores, dżentelmen nie może podróżować z młodą kobietą w wieku lat piętnastu, 

choćby nawet była niskiego wzrostu i drobna. Nie może także jadać z nią posiłków, dopóki ona 
nie   nauczy   się   właściwych   manier.   A   teraz   połóż   się   i   czytaj   swoje   książki.   Stopy   będą 
wypoczywać.

— Następnym razem będę twoim synem — mówi Maria Dolores wlokąc się do swej kabiny. 

Widzę,   jak   przegląda   książkę  Górnik   Ned,   opowieści   z   Zachodu   i  inne.   I   to   jest   ta   chwila 
wstrząsu, porywu, radości zapierającej dech. Ona myśli sobie: ach, te książki! i rzuca się na 
łóżko, ja wstaję i idę tam, gdzie widzę jej białe dziewczęce łydki i dziewczęcą sukienkę.

— Maria Dolores — mówię — jestem twoim ojcem, a ty zapomniałaś mi podziękować.
Odwraca się zakłopotana. Jesteśmy sami.
—   Jeśli   zawsze   —   mówię   —   będziesz   się   zachowywać   w   domu   tak,   jak   masz   się 

zachowywać w miejscach publicznych, to nigdy nie zapomnisz właściwych manier.

Powiedziałem to z naciskiem, ona więc wstaje urażona z łóżka. Rozumiesz, wiele z tych 

rzeczy ciągle jeszcze wydaje się jej tajemnicze. Robi dyg, jakiego ją nauczyłem.

— Gracias, Papa.
— Teraz po angielsku — mówię.
— Dziękuję, tatusiu, za książki. Jestem pewna, że będą mi się podobały.
— Dobrze — stwierdzam. — Dużo lepiej. Teraz czytaj — a ona natychmiast jest już o sto 

background image

mil stąd, jej długie czarne włosy zwieszają się z krawędzi łóżka. Cóż by mogli z naszego życia 
zrozumieć w Salpetriere! — ale na szczęście Europa jest już na tyle daleko, że mogę się nią nie 
przejmować.   Anglią   także.   Wśród   pasażerów   z   pierwszej   klasy   nie   ma   jakichś   wybitnych 
umysłów, choć stary lekarz z końca korytarza od momentu wejścia na statek obserwował nas 
dwoje z „przenikliwą”, choć amatorską uwagą, co z jednej strony psuło mi nastrój, a z drugiej 
było niezwykle zabawne. Niemniej muszę na niego uważać; jak to mówią w górach, „nawet gęś 
dojdzie z Leadville do Kansas, jeśli jej dać dość czasu. (W klasie turystycznej jest parę tęgich 
głów, ale tamci nie zajmują się nami). A więc Joe Smith z Kolorado stroi się do kolacji: płaski 
pierścień z brylantem, bryłki złota na spinkach przytwierdzających gors, złoty zegarek, solidna 
złota tabakierka, pistolet z perłową rękojeścią. Włosy po obu stronach przedziałka zaczesane do 
tyłu  przy pomocy szczotki z mahoniową rączką, która tak się spodobała Marii Dolores dwa 
tygodnie temu na wystawie sklepu przy rue de Rivoli. Wychodząc na korytarz czerpię wielkie 
zadowolenie  z napotkania  niezadowolenia  doktora, przystaję  więc, co sprawia, że i on musi 
przystanąć, ja wyjmuję papierosa, zapalam. W tej chwili podejrzany Włoch towarzyszący małej 
panience staje się młodym dżentelmenem z Zachodu: zamożny, wysoki, szczupły, ciągle jeszcze 
mocno opalony. W rozmowie trzeba być ostrożnym: łatwo bowiem można odpowiedzieć na nie 
postawione pytania. Mówię tylko:

„Dobry wieczór, panie doktorze”.
— Skąd...
Uśmiecham się.
—   Podsłuchałem   pana   rozmowę   z   pasażerem.   Zapewniam   pana,   że   mimowolnie.   I   jeśli 

wolno   mi   odpowiedzieć   na   nieuniknione   pytanie,   pana   akcent   jest,   jak   wy   to   nazywacie, 
środkowoatlantycki. Studiowałem w...

Jego uniwersytet, jego koledż. Rozmawiamy o tym. On szuka jakichś skaz, ale oczywiście 

nie znajduje żadnej. Peroruje coś o „młodej damie”, ale kiedy zarzekam się, że straszne z nią 
utrapienie, stara mi się zasugerować, że jest rozpaczliwie nieporadny, potrzebuje kobiecej ręki, 
nieoczekiwana opieka, ciotka w Denver, drugi kuzyn się zaręczył i tak dalej. No dobrze. We 
wszystkim tym widać, że bardzo się garnie do mnie i przez chwilę zastanawiam się, czy nie 
będzie z tego jakiegoś kłopotu, ale nie; jest tylko zwykłe zamieszanie i bałagan. Gawędzimy. 
Chyba ustaliłem, gdzie grają w pokera. Doktor zaprasza mnie, bym zjadł z nim kolacja a Ja 
przyjmuję zaproszenie — nie wyglądałoby dobrze nie przyjąć. On bierze głęboki wdech i wypina 
pierś stwierdzając autorytatywnie:  „Podróż będzie spokojna”. To po to, żeby zrobić na mnie 
wrażenie.   Przy  stole   siedzą   dwie   mężatki,   chwilowo  bez   mężów;   od  tych   kobiet   staram   się 
trzymać z daleka, staruszek zajęty swoimi długami i upadkiem interesu oraz para matka— córka 
tego   beznadziejno-bezradnego   typu,   kiedy   to   rosnąca   marność   karmi   rosnącą   nienawiść,   a 
wszystko przez wzajemne sczepienie ze sobą i przez to, że jedna nie może się obejść bez drugiej. 

background image

Mnóstwo piór, falban, poduszek, gorsetów, opiętych bucików. („Maria Dolores, kradnąc króliki, 
była   szczęśliwsza).   Na   środku   stołu   bukiet   kwiatów   (pierwszy   wieczór),   zbytnia   obfitość 
jedzenia,   ciężkie   szklanki   z   monogramami,   ciężkie   sztućce   i   porcelana   z   monogramami   i 
nieokreślone ogólne uznanie dla tego wszystkiego z równoczesną świadomością, że nie ma to 
dostarczać przyjemności, lecz raczej abstrakcyjnego uczucia satysfakcji. (Wrażenie zamożności). 
Wszystko grube i uproszczone ze względów komercjalnych i z racji ewentualności złej pogody. 
Każdy udaje, że nie zauważa kelnera (on zaś jest organizatorem związków zawodowych). Po 
kolacji   mały   antrakt   z   młodszą   z   dwu   mężatek.   Wszyscy   jesteśmy   uroczy:   pani,   ja,   Maria 
Dolores; musimy być tacy, nie możemy tego zmienić; w tej sytuacji i na tym poziomie są rzeczy,  
którym dżentelmen musi ulec, pomimo swoich zasad. („Cóż za piękna noc, panie Smith. Czy lubi 
pan gwiazdy?”) Ona bez towarzystwa nie może się nigdzie ruszyć wieczorem. Chodzimy więc 
zawzięcie w kółko po pokładzie, a pani..... prowadzi większość konwersacji:

„A więc jest pan właścicielem kopalni srebra w Leadville, panie Smith?” „Mój ojciec, proszę 

pani” — tak aż do wyczerpania tematu. Maria-Dolores nie jest dobrą wymówką, bo pani..... może 
„przejawić zainteresowanie” i zechcieć ją „kształtować”. Ach ten tępy, ustawiczny, wymuszony 
brak, który nauczyła się nazywać „miłością”, a który tak wspaniale łagodzi ramię dżentelmena, 
jego   twarz,   jego   rozmowa.   Straszne   zajęcie.   Ostatecznie   uciekam   na   pokera   do   saloniku 
dżentelmenów — to jest do jednego z saloników — gdzie problemem jest nie tyle wygrać, co 
raczej nie wygrać zbyt dużo. Pierwszego wieczora zawsze przegrywam, taki mam zwyczaj.

— Nowy gracz! Jak pana godność?
— Joseph Smith z Kolorado.
Niezbyt   oryginalne   żarty   o   mormonach,   wiele   nerwowego   śmiechu,   przechwałki,   silne 

uściski rąk. Rozmawiają o kobietach. Wszyscy przed trzydziestką, z wyjątkiem jednego starego, 
który jest zawodowcem; muszę mieć się przed nim na baczności. Wprowadzam do swojej mowy 
trochę dialektu z okolic Leadville, mówię tak, jak tego oczekują: nie gram z panami oczywiście, 
myślałem sobie, że się tylko przyjrzę.

Poważna gra. Strach przed śmiercią, przed porażką. Ryzykują cały swój los, wychodzą cało. 

Jeden opuszcza pokój ukrywając łzy i stwierdzając z udawaną obojętnością: „Spłukałem się”. 
Staram się uzgodnić ze sobą to, co widzę, co „powinienem” widzieć, co oni sądzą, że widzę. 
Duszny mały pokój. Trochę przegrywam, trochę więcej wygrywam, potem znów tracę, potem 
przegrywam wręcz tragicznie: ponad trzysta funtów.

— Na pewno będzie pan chciał się odegrać — mówi zawodowiec, który wie dobrze, że nie 

jestem nowicjuszem. Znaczył karty, to ułatwia sprawę. Znowu trochę przegrywam, a on potem 
pozwala mi odzyskać około jedną trzecią. Porozumiewawcze mrugnięcie: „Kończ, skoro jesteś 
do przodu”. Gram i przegrywam znowu. Co oznacza, że czas odejść od stołu, zważywszy na 
szacunek dla bogatego tatusia i jego obiekcji moralnych.

background image

— Wy panowie chyba urodziliście się z talią w rękach!
Obietnica... (zakłopotany).
— Czemu by się trochę nie zabawić? — (udaję zasmuconego).
Zawodowiec mówi poufnym tonem:
— Do zobaczenia jutro wieczorem.
No więc to już załatwione. Maria Dolores śpi. Stary doktor Nadętek mija mnie w hallu, 

uśmiechy, ukłony, on cały szczęśliwy, nieświadom, że jego młody przyjaciel schodzi na psy. 
Otwieram drzwi do swojej kajuty,  Maria Dolores się budzi, woła: „Przyjdź porozmawiać  ze 
mną”. Znaczy to dokładnie to, co znaczy: jestem samotna, ciekawa świata, lubię cię, potrzeba mi 
trochę pogawędki. Jak większość z nas w jej wieku, jest zadziwiająco przejrzysta.

Pyta poważnie:
— Papa, co napędza statek?
— Maszyny — mówię. — Wielkie duże maszyny. Tam na dole. (Wskazuję na podłogę). — 

Palą w nich węglem.

— W nocy też? — Zabawne jest widzieć, jak usiłuje sobie wyobrazić ten fenomen; z rzeczy 

opalanych węglem zna tylko piec kaflowy.

— Ludzie wrzucają węgiel do maszyn — mówię. — Przez całą noc.
Budzi się na dobre:
— Teraz też?
— Tak, teraz też.
W jej głowie żywy obraz rozległej jaskini z drzwiami i ogniem w środku.
— To musi być niezwykłe.
— Nie dla nich — mówię. 
Dziwi się.
— Ponieważ — tłumaczę jej — jest tam bardzo gorąco. I bardzo, bardzo ciężko. I strasznie 

chce im się spać.

Stara się wymyślić, dlaczego to robią, i rozwiązuje zagadkę:
— Jeśli oni napędzają statek, to decydują, dokąd on ma płynąć.
— Nie — mówię. — Ktoś inny. Nie kapitan. Grono dyrektorów. Nie, nie winogrono. Ludzie.
Jej zasypiająca myśl przemienia halę z piecem (który ja mogę oglądać, słyszeć, obwąchiwać i 

dotykać z tuzina stron) w pieczarę Aladyna; „Płacą im bardzo dobrze. Robią fortuny”.

— Później pomówimy — ucinam. Wywód, jak pomóc innym, dołączy, gdy przybędziemy do 

domu. Odpowiedź jest w książkach, które ona czyta, ale książki się nie liczą; nie są realne. Tylko 
w Barcelonie są nędzarze. I nawet Barcelona była łaskawa dla osieroconej Marii Dolores, a ta 
inną ma dolę niż skwaszona, wychudła Maria Elena, która pracowała po szesnaście godzin na 
dobę przy wyrobie zapałek, aż straciła czucie w rękach. Albo ta miła, lękliwa Maria Teresa, którą 

background image

sprzedano i która zaszła w trzynastym roku życia. Albo brzydka, wygłodzona, zwiędła Maria 
Mercedes z twarzą pokrytą ranami, bita przez swoją mama. Połowa dziewczynek z hiszpańskiej 
biedoty nosi imię Dziewicy; przez sen Marii Dolores jak myszki przemykają ich błyskające bose 
stopy. Teraz śpi. Coś zawsze strzegło tej myszki, ostrzegało ją, wiodło, ogrzewało. Coś czyniło ją 
bezpieczną i szczęśliwą nawet w wieku lat piętnastu.

Tak jak ciebie. Jak mnie.

7 czerwca... Filuterny liścik od pani...... zapadam więc
w chorobę, przez cały dzień tkwię w kajucie w szlafroku, nie wychodzę i uczę Marię Dolores 

manier. Wścieka się coraz bardziej i bardziej, aż pod wieczór zaczyna mnie nękać.

— Następnym razem jadę jako twój syn! Gdy tylko dotrzemy do gór, mówię jej, będzie 

mogła podróżować w dowolnej postaci, jaka jej się spodoba.

Nawet jako skacząca ropucha.
— To bym chciała — wskazuje na ilustrację książkową przedstawiającą damę w okazałym 

stroju. Czy będzie mogła się tak ubrać, gdy przyjedziemy do domu? Niektóre fragmenty tego 
stroju to czyste utrapienie — ale jej się przejadła już rola dwunastoletniej dziewczynki. Mówię, 
że owszem i że poślemy do Denver po taki ubiór.

— No a czy mogę się ubierać jak mężczyzna?
— Tak? (wskazuję na siebie). — Oczywiście. 
Ona nudzi dalej:
— W górach na pewno nie ma kobiet.
— To prawda — mówię. (Jest zdezorientowana).
— No a ja? — pyta.
— Gdy ty tam przyjedziesz, nadal nie będzie kobiet.
— No a czy ty... czy tam są sami mężczyźni?
— Nie ma tam mężczyzn, Mario Dolores, jesteśmy już dalece ponad to.
Poddaje się, rozgoryczona. Jej głowa, podobnie jak głowy wszystkich innych, pełna jest los 

hombres   y   las   mujeres,  tak   jakby   to   było   naturalne   zjawisko   przyrody:   damy   z   siedzeniem 
wydętym jak po napompowaniu pompką do roweru, panowie ze sterczącymi wąsikami całujący 
dłonie dam. Jeśli powiem: „Las hombres y los mujeres”, jak to już raz zrobiłem i mam ochotę 
powtórzyć, chyba będzie chciała mnie kopnąć.

— Nudzi mi się! — Idzie w stronę luku, wygląda, stwierdza, że nie ma tam nic zajmującego; 

na statku cały tłum ludzi, ale ja trzymam ją z dala od nich.

I jeszcze coś. Myślę, że okłamywałem samego siebie, co zresztą tutaj przychodzi tak łatwo. 

Ona jest już za duża; zbyt długo byliśmy razem. Byłem dla niej tak chłodny, jak tylko mogłem, 
właśnie   z   obawy   przed   tym.   Odwracam   się   do   niej   plecami,   nakładam   wieczorowy   żakiet, 

background image

zawiązuję krawat; ona podnosi oczy. Wstrząs elektryczny, pokusa wręcz nieznośna. Jak wtedy, 
gdy w czyimś umyśle sprawy pojawią się nagle w zupełnie nowej perspektywie. Och, mój drogi, 
co ja mam robić? Co powiedzieć? To żywa ludzka istota. Jedna z nas.

—   Wiesz   wszystko   —   mówi.   —   To   po   co   w   ogóle   pytasz?   Robiłam   to   wcześniej.   Z 

dziewczętami też; dziewczęta robią to z dziewczętami, a chłopcy z chłopcami, wiadomo.

Wstaje powoli, po chwili wewnętrznej walki:
— Lubię cię.
— Zamknij drzwi wejściowe — mówię beznamiętnie. A kiedy zamknęła: — Usiądź. Nie, 

nie, w przeciwległym kącie. — Potem: — Myślisz sobie, jak by to było miło? Myślisz o tym w 
tej chwili?

Odbita fala omal mnie nie porywa. Mówię dalej, jakby nic się nie stało:
— Nie. W ogóle nie byłoby miło.
Posłuchaj,   Mario   Dolores,   mówiliśmy   już   o   tym,   o   różnicy   i   o   tym,   że   skoro   jesteś 

dzieckiem, jest to wykluczone. No zgoda, nie jest to coś, co można wedle woli dopuszczać lub 
wykluczać, tak jak się otwiera i zamyka oczy. Najpierw traci się poczucie tożsamości; jest to jak 
śmierć za życia. Przy tym całym zgiełku wokół albo skończysz z tym, i to tak szybko, że nic nie 
zdoła cię skusić, albo zwariujesz jak mysz zamknięta w zegarze, a ja będę musiał sprowadzić 
lekarzy, żeby cię uśpili morfiną na całe tygodnie, co bardzo zaszkodzi twojemu zdrowiu, dużo 
kosztuje, a co najgorsze, sprowadzi na mnie wiele podejrzeń; na to zaś ani ty, ani ja nie możemy 
sobie pozwolić. Czy naprawdę chcesz, żeby cię zabrali ode mnie i zamknęli gdzieś na zawsze? 
(Albo te wszystkie inne sprawy!)

No cóż, słucha, ale równocześnie czerpie  istotną przyjemność  z obserwacji ruchu moich 

warg; muszę mocno trzymać się biurka.

— Ale dlaczego... — zaczyna, a potem przerywa, zrozumiawszy ostatecznie, że ja wiem.
— Dlatego — mówię — że tak się dzieje, gdy się jest młodym.
Jako ten, który wie o tyle więcej od niej, siedzę, kolana drżące, twarz ukryta w dłoniach. 

Dwa   lustra,   umieszczone   (jak   u   fryzjera)   w  taki   sposób,   że   odbijają   się   w   sobie   nawzajem 
nieskończoną  ilość razy,  a każde wie, co czuje drugie. Jest to jak połączenie,  które otwiera 
wszystko, nawet dusze. Jestem tak rozstrojony, że nawet nie wiem, iż ona idzie ku mnie przez tę 
niewielką kajutę; uświadamiam to sobie dopiero wtedy, gdy dociera do moich uszu odgłos jej 
oddechu. Zanim ją dostrzegam, czuję zapach jej włosów i ciała.

— Czy będziemy mogli to robić później? — pyta, a ja przytakuję ruchem głowy. Gdzieś w 

Kansas, z dala od ludzi! Mówi, bardzo poruszona:

— Och, pocałuj mnie, tylko jeden raz, żebym wiedziała, że się na mnie nie gniewasz! — a 

mnie udaje się powiedzieć:

— Nie gniewam się na ciebie, Mario Dolores, zostaw mnie w spokoju, proszę — ale mówiąc 

background image

to,   nie   wierzę   już   sobie.   Ona,   mała   kłamczucha,   zamierza   mnie   pocałować;   po   tym   nastąpi 
niemożliwe spadanie w dół, przed którym naprawdę nie mogę już uciec. Udaje mi się jednak 
jakoś   wstać   i   wyjść   na   korytarz   bez   dotknięcia   jej   (fatalnej!);   drzwi   się   zamykają,   co,   jak 
zapewne się domyślasz, w niczym nie pomaga. 

A więc zrobiłem z rozmysłem to, co ostatnio zrobiłem bezwiednie przed piętnastu laty wobec 

mojego   pierwszego   miasta   (trzysta   dusz);   stary  Nadętek   idzie   spokojnie   korytarzem,   ale   nie 
szkodzi: pierwszeństwo dla sprawy najważniejszej.

Wykluczyć tamto.
Zapach   kwiatów   pomarańczy   staje   się   dotkliwy   i   dławiący:   sól   amoniakowa.   Nadętek 

odsuwa się i odwraca do mnie plecami. Leżę na czymś, ale nie w swojej kabinie; przez chwilę 
zamglonym wzrokiem nie mogę dostrzec nic prócz jego szerokich pleców. Równie bezradny jak 
inni. Mówi:

— Sądziłem, że będzie lepiej nie niepokoić panienki. Stwierdzam, że kaszlę mimowolnie, 

siedzę na krawędzi jego koi, łóżka, czy jak-to-tam-nazwać. Ocknąłem się na dobre, on zaś jest 
naprawdę wyjątkowo głupi. Mówi: „Wydaje się, że ma pan pęknięte żebro”. Mając najwyżej 
półtorej minuty na pierwsze prawdziwe przyjrzenie mi się dodał, rozumiesz, dwa do dwóch i 
wyszło mu pięć:  Zboczeniec. Homoseksualista. Masturbant.  (Takie preparują słowa; możesz je 
znaleźć w tekstach medycznych). Zdziwisz się zapewne i uznasz, że nie zdarza się to często; 
jednakże   typizacja   jest  tak   zakorzeniona,  tak   szczegółowa   i  absolutna,  tak   im  wpojona   jako 
pewien nawyk, że w pewnych granicach widzą oni mniej więcej to, co spodziewają się zobaczyć, 
zwłaszcza jeśli nosi się maskę poprawnego zachowania. Swoją pomyłkę popełnił był wcześniej, 
ale ci którzy ją robią, zwykle nie ujawniają tego — bądź z przyjaźni, bądź po prostu z braku 
zainteresowania.   Ten   tutaj   stanowi   przypadek   owego   fatalnego   połączenia   życzliwości   z 
ciekawością.   Pod   jego   pozornym   oburzeniem   kryje   się   bowiem   współczucie   i   zakłopotanie; 
chciałby   w   rzeczywistości   powiedzieć:   „No,   drogi   przyjacielu,   zapomnij   o   tym   wszystkim, 
przyjmij, że tego nigdy nie było, co?” I obaj będziemy się czuć o wiele lepiej. Jednakże jest on 
także   i   zafascynowany.   A   nawet,   o   czym   sam   nie   wie,   przyciągany.   No   bo   wiesz,   on   jest 
nastawiony na ciało kobiece, ale z drugiej strony to ciało jest odpychające,  brudne, głęboko 
przerażające, co on jako lekarz musi lepiej wiedzieć niż inni, a zarazem silniej odczuwać (a jako 
doktor wierzy, że jego dezorientacja ma charakter prawdy absolutnej); a wreszcie, co najgorsze, 
straszliwa nuda tego zajęcia związana z utratą złudzeń w późnym okresie życia: kobiety, choroby 
kobiet, nieustanne rozczarowanie aktem (nic dziwnego!), nieczystość całej sprawy, a w końcu 
zbrukanie i zasadnicze podejrzenie, że wszystko jest tylko „propagacją”, jednym z brzydkich 
oszustw   tej   bezosobowej   i   bezdusznej   Natury;   jest   się   jednak   na   tyle   głupim,   by   go 
sentymentalizować. (Podsumowuje to powtarzając niekiedy: „Za stary jestem na to; niech młodzi 

background image

robią z siebie głupców!”)

Pochrząkuje z godnością. Nadyma się. Bredzi. Spogląda na mnie. Z tej powodzi dociera do 

mnie:

— Pan... pan powinien chyba dać sobie zbadać żebro. — (Myśli o sobie. Ze to niby on 

będzie badał, stary łakomy kociak!)

—   Dziękuję   —   powiadam   —   już   było   badane.   Powiedziano   mi,   że   nie   ma   potrzeby 

unieruchamiania.

— Wypadek?
— Nie, bójka. — Jest pewien, że wie, o co. Obchodzi mnie na palcach swoim umysłem z 

całą wyćwiczoną biegłością starego Rutherforda B. Hayesa, usiłując złapać wiewiórkę; gmera 
wśród narzędzi w swojej torbie lekarskiej, jakby miał tam włożyć coś zupełnie innego, kaszle, 
układa i przekłada swoje słuchawki — a takie jest podobieństwo między nimi, że wprost nie 
mogę się powstrzymać  od wyobrażenia sobie doktora zapędzonego w kąt frontowej werandy 
naszego domu i wywlekanego stamtąd, gdy wrzeszczy, macha ogonem, ma nastroszone futro, i 
bezpowrotnie   utracił   już   przekonanie   o   nietykalności;   kurz   i   pajęczyna   na   jego   starych, 
wspólnych im czerwonawożółtych wąsikach. Mówi:

—   Powinien   pan...   prowadzić   życie   bardziej   aktywne.   Wie   pan,   ćwiczenia   na   wolnym 

powietrzu. Wzmocnić się trochę.

— Mieszkam na ranczo, panie doktorze.
— Ależ, drogi przyjacielu — wybucha — nie wolno panu... to oczywiste... ze względu na 

pańskiego ojca.. i to biedne dziecko...

— Ze mną jest bez wątpienia o wiele bardziej bezpieczna niż z panem — mówię sucho. Ma 

to go rozwścieczyć. Zgadzam się, ze trudno o logikę w tej sprawie, ale u jej podstaw można 
znaleźć istotne pomieszanie idei: dziedziczność, uwarunkowanie biologiczne, choroba, kwestia 
wyboru,   nieczystość   moralna   i   jeszcze   pięć   czy   sześć   innych   nie   wymienionych   pojęć.   Jest 
jeszcze   pośredni   ukłon   wobec   męskości   sześćdziesięciolatka.   Dlaczego   stary   Rutherford   B. 
Hayes w godzinę po haniebnym potraktowaniu go przez jednego z nas dochodzi do mętnego 
przekonania, ze został ocalony przez wielbiciela, i tuli się do jego piersi z wdzięcznością jak 
kochanek.   Te   przypadki   są   do   siebie   podobne.   Nadętek   jest   nie   tylko,   jak   powiedziałem 
wcześniej, głupi; jego głupota stanowi zasadniczą przyczynę jego życzliwości. Brzmi to bardziej 
okrutnie,   niż   ja   sam   to   odbieram;   powiedzmy   więc,   że   jest   w   nim   prawdziwa   niewinność, 
świeżość, której jego „idee” nie naruszają — a tym bardziej nie naruszają jego „przyzwoitości”, 
która jest (jak to zwykle u nich) najgorszą sprawą z nim związaną. Moja uwaga przez moment 
ożywia   ów   mechanizm,   potem   mechanizm   zwalnia   —   bo   przecież   powinienem   mieć   swe 
„poczucie przyzwoitości”, by odczuć wstręt do samego siebie, najgorsza sprawa — wypowiada 
najcięższe oskarżenie, do jakiego jest zdolna ta biedna stara dusza: „Do diabła, sir, przecież pan 

background image

wie, kim pan jest!”

Niech się trochę pomartwi. Powolnymi ruchami przypinam gors, zapinam mankiety, sięgam 

po   krawat.   Poprawiam   przemyślnie   skrojony   żakiet,   wyszedłem   bez   pistoletu,   bo   Nadętek 
mógłby zwrócić na niego uwagę. Co on mógłby z tego zrozumieć? Zaczyna się wstydzić samego 
siebie, czas więc mówić. Przemawiam spokojnym, równym głosem:

— Doktorze, jestem tym, czym mnie uczyniła natura. Nie była to sprawa mojego wyboru i 

dlatego nie zasłużyłem ani na potępienie, ani na uznanie. W ciągu swego życia nie uczyniłem nic, 
czego musiałbym się wstydzić i mam nadzieję, że wybaczy mi pan, jeśli napomknę, iż moje życie 
wymagało dużo większej samotności i było bardziej gorzkie niż w przypadku pana. — Tu biorę 
ze stolika przy łóżku kunsztownie oprawioną w złote ramy fotografię jego zmarłej żony, mówiąc: 
— Domyślam się, sir, że ta dama jest pana bliską krewną?

Potwierdza, teraz już pełen wyrzutów sumienia. Mówi ochrypłym głosem: To moja żona.
Odkładam.
— Dzieci?
Potwierdza skinieniem głowy.
— Już pewnie dorosłe. — Lepiej odłożyć na bok porównywanie. Stwierdzam tylko: — Może 

pan być pewien, sir, że moja mała hiszpańska kuzynka jest pod względem moralnym ze mną nie 
mniej bezpieczna, niż gdyby przebywała w kościele. Moja zamężna siostra w Denver chce jej 
zapewnić schronienie. Tam właśnie ją wiozę.

Nie przesadzić. Wyjść jak najprędzej. Rozmawiamy jeszcze trochę o mojej siostrze, pannie 

Butte, o siostrzenicach i kuzynach — jego ustalone pojęcia o tym, czym jest rodzina, sprawiają 
mi   kłopot,   bo   są   dość   rygorystyczne,   i   muszę   wypracować   sobie   pewien   pogląd,   by   się   z 
doktorem nie zgadzać zbyt ściśle — a on jest tak zadowolony z siebie, ze swej wielkoduszności i 
dobroci — i ze swego szczęśliwego losu w porównaniu z wiemy-dobrze-kim — że proponuje mi 
kieliszek. Mówię:

— Nie, sir. Nie jestem abstynentem i jak pan widział, piję wino do kolacji, ale poza tym nie 

używam alkoholu.

Bagatelizujące prychnięcie.
Potrząsam przecząco głową.
— Nie używam mocnych  trunków, panie doktorze. Nasi ludzie z pogranicza dostarczają 

prawdziwie złego przykładu. W osadach górniczych widziałem tylu zrujnowanych ludzi — i to 
dobrych,  normalnych,  młodzieńców,  którym  skądinąd  zazdrościłem.  Te tragedie  pomogły mi 
zachować wstrzemięźliwość. To, co dla pana, sir, jest tylko pokusą, dla mnie jest trucizną.

On, zatroskany:
— Ale ból tego żebra...
Potrząsam głową.

background image

Jest bardzo poruszony.
Ja też.
Potem znów do pokera, z twarzą pokerzysty, odegrać te dwieście pięćdziesiąt funtów. Robię 

to następująco: przegrywam efektownie, ale wygrywam po odrobinie, a co pewien czas chowam 
pieniądze do kieszeni, tak iż nie widać, żebym wygrywał zbyt dużo. Wymaga to tylko niewielkiej 
zręczności dłoni w momencie, gdy uwaga graczy jest zaprzątnięta czymś innym.

Lecz szuler wie.

czerwca. Dwa dni złej pogody, choroba morska zmogła prawie wszystkich pasażerów. Aby 

nie wyrzygać z siebie wnętrzności, muszę się mesmeryzować nieco lżej niż do snu, ale na tyle 
silnie, by umieścić się w jednej wielkiej, wygodnej, pijanej mgle.

(Przy tych warunkach powieści, które kupiłem dla Marii Dolores, nabierają trochę większego 

sensu).  Ta   młoda   dama,   która   nie   uległa   chorobie,   pałaszuje   posiłki   z   apetytem   i   w  euforii 
wolności i biega sama po wyludnionym pokładzie i jadalni. Lista zakazów: nie mówić ani nie 
rozumieć   po   angielsku,   nie   kląć,   nie   zdejmować   bucików,   nie   wypinać   się,   nie   wykonywać 
nieprzyzwoitych   gestów,   nie   wychodzić   poza   teren   pierwszej   klasy   i   tak   dalej.   Śmiała   się, 
słuchając tego. Ktoś stwierdza autorytatywnie — ktoś gdzieś na statku — że pogoda jutro się 
poprawi;   podobno   wydostajemy   się   z   obszaru   czegoś   jak-mu-tam.   Ja   jednak   niewiele 
dosłyszałem.

10 czerwca.  Ten stary kocur opisuje mój, jak on to nazywa, przypadek:  nazwiska, daty, 

szczegóły; nic z tego nie może ukazać się drukiem! On nawet zamierza przekupić stewarda, by 
stwierdzić, czy w moich kufrach nie ma strojów kobiecych — idiotyzm, który obojgu nam napyta 
wielkiej biedy. Wyjaśniłem to Marii Dolores, która po prostu wzruszyła ramionami, śmiertelnie, 
biedna duszyczka, znudzona i bardzo niezadowolona z konieczności ograniczania swoich uczuć 
do mnie.

— Idź i podrzyj to — mówi.
— Nie — stwierdzam — to on musi  to podrzeć. W przeciwnym  razie...  — i wskazuję 

znacząco na otwór łukowy.

Mówi, że on jest chyba za gruby i nie przejdzie, dodając, że tak czy owak wszyscy, którzy 

mówią po angielsku, są obłąkani. Wedle jej poglądu na temat maricóns: (a) wszędzie ich pełno, 
(b) mniejsza o nich (chciałbym, żeby doktor podpisał się pod tym poglądem) i (c) proszę, proszę 
proszę pozwolić jej wyjść choćby na chwilkę, zanim ona zwariuje.

— Tak — mówię — tak, teraz musisz. — Wypada z wrzaskiem do sąsiedniego pokoju. 

Teraz   bowiem   wiem   jak   i   powiem   jej,   choć   jak   pani   H.   B.   Carrington,   której  Tajemnicę 
skradzionej narzeczonej
  (8 tomów, twarda oprawa, ilustr.) Maria Dolores ma zamiar wyrzucić 

background image

przez   właśnie   przez   siebie   otwarty   luk,   muszę   krzyknąć:   „Przestań   natychmiast!”   Tobie   nie 
powiem. Autorzy książek nigdy nie mówią; zapewne uważają, że ich opowieść staje się przez to 
bardziej podobna do rzeczywistego życia. A więc możesz mnie uznać za jednego z nich i racz nie 
zaglądać na koniec.

Mam zamiar go zhańbić. I to tak, że nigdy już nie napisze ani słowa o mnie — ani nawet nie 

pomyśli. Sądzę, że zgadujesz. Niezbyt miłe, ale łatwiejsze niż topienie, no i (przy tym tłumie na 
statku) bezpieczniejsze.

Teraz, w tej minucie, doktor pisze w przypływie natchnienia, że jedynym, co uchroniło mnie 

od „losu” istot mojego „typu” (koronkowe pończochy,  kobiecy ubiór, odwiedzanie spelunek, 
nienaturalne   stosunki,   alkoholizm,   upodobanie   do   kosmetyków,   nieuchronna   degeneracja 
moralna, w końcu obłąkanie — tak całymi stronicami, prawdziwie straszny materiał), było moje 
zdrowe życie na świeżym powietrzu w twardym, męskim klimacie zachodniej Ameryki!

Maria   Dolores   zagląda   właśnie,   by   zobaczyć,   z   czego   się   tak   serdecznie   śmieję. 

Wspomnienia z osad górniczych, wyjaśniam jej. Nadętku, zasłużyłeś sobie, naprawdę zasłużyłeś 
sobie na taki los.

Po długim namyśle wypisuje z dumą tytuł: „Nie rozważona jak dotąd możliwość: zboczeniec 

moralny”.

14 czerwca. Pierwsza klasa to komody oraz obfitość czerwonego pluszu. Codziennie nowe 

stroje.  Moralna  mgła,  dość  tutaj  wyraźna,   zgęszcza  się  mocno   na  niższych   poziomach  —  z 
powodu czystej desperacji — zaś w klasie turystycznej skrapla się do postaci czegoś bliskiego 
umiarkowanemu realizmowi. (Nikt tak naprawdę nie widzi więcej niż jego sąsiad umieszczony 
niżej  lub  wyżej  od niego  na drabinie;  reszta bowiem  znika  we mgle).  Popołudniami  pani..., 
doktor i ja robimy spotkania towarzyskie z Marią Dolores jako ich centrum; przy kolacji, już bez 
Marii Dolores, wszyscy jedzą bez opamiętania (tak jak to robili od początku dnia) a pani...... 
upojona osiągniętymi w ciągu dnia sukcesami, podejmuje przy winie nader zdecydowany atak na 
mnie. Ja robię unik. Nadętek, pozornie pełen aprobaty dla jej wysiłków, zawsze potrafi jakoś 
zatrzymać dla siebie swego młodego przyjaciela na resztę wieczoru. Spędzamy więc obaj parę 
godzin na małych sekretnych orgiach sentymentalizmu stojąc przy poręczy i oglądając gwiazdy. 
„Mój   drogi   przyjacielu,   urocza   kobieta!”   „Ależ   doktorze,   jak   mógłbym   doprawdy...   no   i 
zamężna...”. Ach, on nie miał na myśli. Naprawdę nie. Pali. Wzdycha. Wskazuje konstelacje. 
Dyskutuje   problem   Boga.   Jego   substytut   emocji   (wszystko   to,   rozumiesz,   ze   względu   na 
panią.....). Gdy jakiś młody człowiek zaatakuje Nadętka powierzchownie, to skutkiem nie będzie 
tylko   gniew.   Jednakże   powoli,   uroczyście   —   zaczyna   pytać.   Ja   uroczysty,   tragiczny   i 
zawstydzony — odpowiadam. I stopniowo, stopniowo zaczynam mówić do niego, by tak rzec, 
zaciągać się dymem do niego, patrzeć w niego, przechodzić od zwykłego skierowania ku niemu 

background image

głowy do uśmiechu, rozluźnionej pozycji ciała, leniwego głosu, rąk w kieszeniach, tak iż każdy z 
nas — nawet ślepy jak kret — dostrzegłby, co tu się kroi. Nadętek nie jest jednym z nas (nie ma 
w nim ani cienia nas) i nie dostrzega, choć wszystko to jest szyte pod niego. Natomiast on: 
zatajone niegdyś przeżycia ze szkoły średniej, wspomnienia o żonie. Zaczynamy wystawać na 
pokładzie coraz dłużej i dłużej — kosztem mojego czasu na grę w karty, tak iż śpię coraz dłużej i 
dłużej, nigdy jednak tak długo, bym miał wypaść z formy (a forma tu najważniejsza); Maria 
Dolores, patrząc na moje coraz bardziej zaspane wysiłki przy gimnastyce porannej:

— Och, jej. Po co to?
Potem:   rozdawanie   po   pięć   kart.   Jeśli   interesują   cię   szczegóły   techniczne,   rozejrzyj   się 

dokoła siebie, bo ja siedzę w tym już tak długo, że myśl o tym wywołuje we mnie wyłącznie 
uczucie absolutnego znudzenia. Towarzystwo, obecnie nieco poszerzone, składa się głównie z 
młodych mężczyzn — o nader swobodnych manierach, ale są w gruncie rzeczy zdominowani 
najwyraźniej przez człowieka, którego będę nazywał Stary Szu; jest to stary siwy profesjonał z 
bokobrodami jak u Franciszka Józefa, co stanowi zwykły wyróżnik  pozycji  w interesie.  Nie 
będzie mi więc trudno skierować w inną stronę ich wiernopoddańcze uczucia — o ile tylko 
wszystko pójdzie mi sprawnie. Choć przez cały dzień jedli, teraz znowu jedzą; potrawy i napitki 
pojawiają   się   w   regularnych   odstępach   czasu;   nie   daje   mi   to   nic   prócz   odrobiny   świeżego 
powietrza. Człowiek naraża tu na szwank swoje płuca.

Przychodzę późno, witam się skinieniem głowy, siadam. Stary Szu, który jest w zmowie z 

jednym z kelnerów, woła o nową, nie rozpieczętowartą talię; przynoszą ją wraz z nową porcją 
jedzenia i whisky, a wszystko w takich ilościach, że aż strach to opisywać. (Jest tam zwłaszcza 
taca ze smażoną kiełbasą tak wielka, że człowieka odrzuca na sam widok).

Stary Szu:
— A pan Smith nie zechce sobie dogodzić?
Ktoś robi żarcik na temat pani.....
Wobec tego człowieka uśmiech; to najlepsze. Gramy. I dalej gramy. I dalej — a każdy pali 

jak opętany. Talia jest znaczona. Stary Szu dba o to, by nie wygrywać zbyt jawnie, gdy więc on 
pasuje, to ja (o ile warto) gram. Bardzo to wygodne. Zaczyna to wyglądać niesamowicie — i 
bardzo dobrze.

Nikt nie komentuje, bo sam wiesz, co to oznacza.
S.S. stwierdziwszy, że rozszyfrowałem jego znaki, wycofuje się ostrożnie z rozgrywek.
Mój stosik rośnie.
Wówczas Szu szczerzy zęby w fałszywym uśmiechu i proponuje, by zamienić jedną grę na 

inną: pokera na kobiety; kelner może rzecz zorganizować. (Przygotował to sobie; w tym rejsie, 
jak w każdym innym, są na statku kobiety pracujące w branży).

Ja na to, że kiedy gram w karty, to gram w karty.

background image

Najtrudniejszą rzeczą na świecie jest czekać na coś, co ma sprawić, żeby człowiek wyglądał 

na zdziwionego. S.S. (który ma pięćdziesiąt pięć lat, a przez ostatnich lat dwadzieścia jedynym 
jego zajęciem było siedzieć i jeść) gapi się na mnie z końca stołu przez długą, nazbyt długą 
chwilę. Potem mówi, że pan Smith oczywiście nie pali się do nowej gry, bo wszystko czego chce, 
ma za darmo.

Potem pozwala sobie na żarcik pod adresem Marii Dolores.
No   cóż,   zblednąć   nie   mogę,   ale   jest   pewien   rozsądny   sposób   odegrania   roli   kogoś 

poruszonego, uzyskiwany głównie przy pomocy mięśni twarzy i znieruchomiałego spojrzenia; 
korzystam więc z tego sposobu. Wstaję powoli i powoli wyjmuję (nie, nie pistolet, nie dzisiaj; 
ktoś mógłby mi  go odebrać jakimś  sposobem)  długi nóż z pochwy na ramieniu;  cały pokój 
zelektryzowany.

Mówię powoli, blednąc:
— No? Ty cholerny śmierdzielu!
Potem nóż o nadzwyczaj ostrym końcu wbijam głęboko w gładką powierzchnię stołu — no, 

patrzcie,   nie   użyję   go!   —   wszystko   to   bardzo   głupie,   rodem   z   dreszczowców,   które   czyta 
wieczorami sam-wiesz-kto. S.S., siedzący dotąd nieomal tuż przy ścianie, wstaje, oczekując że 
będę okrążał stół; jest zafrasowany i zamierza się wycofać przy pomocy oświadczenia, że nie 
chciał mnie zranić. Łatwo jest, jak widzisz, działać, kiedy się wie, co przeciwnik ma zamiar 
zrobić. I to kiedy wie się wcześniej, niż on sam to sobie uświadomi. Stół jest przytwierdzony do 
podłogi, a przy tym ma swój ciężar, można więc wyskoczyć nań jak na płot, podpierając się jedną 
ręką i zahaczając butami (tylko trochę) o biednego Szu, tę beczkę łoju (wszyscy oni stają się tacy 
w   jego   wieku),   tak   iż   popchnięty   biedak,   trach!   łomocze   o   ścianę.   Potem   dla   efektu   parę 
sierpowych i już stracił oddech.

(A   więc,   dziecko,   dlatego.   Kiedyś   szturchnęła   mnie   w   pierś   i   pyta:   „No   ale   jak   ty 

oddychasz?” Ja: „Brzuchem, jak ty”).

Oddycham z pewnym trudem — trochę za mało powietrza, nawet dla kogoś wychowującego 

się na wysokości jedenastu tysięcy stóp nad poziomem morza — i daję początek wspaniałemu 
skandalowi:

— Panowie, ta talia jest znaczona. No, teraz sprawa poważna. Mówię do jednego młodzika:
— Jones, weź kartę. — I mówię im, jaka to karta. Potem następną. I następną. Kilku, w 

przerażeniu, bąka: „Ależ...”, i kieruje pełne potępienia spojrzenie na S.S., którego ja z widoczną 
rozwagą zostawiam po jego stronie stołu. (A ile dziś będzie kosztować zniszczenie stołu? O mój 
Boże!)

— Kto zamawiał talię? — pytam.
Zamieszanie. Nikt nie jest pewien. Ktoś się wyrywa:
— Ja! To ja powiedziałem, żeby pan..... — (zakrywa dłonią usta i naprawdę blednie).

background image

Teraz każdy wierzy. Sensacja. Wstrząs. Prawdziwa zgroza. To są te ich „zachowania”. Ich 

„kod”. Wykładam swoją wygraną i pytam:

— Panowie, czy każdy pamięta, ile przegrał...?
— To nie była uczciwa gra — mówię — i nie mam ochoty już grać dalej. — Wychodzę 

zostawiając po sobie pokaźną sumę i mnóstwo sprzecznych uczuć, to ostatnie jako skutek tego 
pierwszego. (Niech sami próbują to rozplatać).

Tak więc teraz ja jestem głównym szulerem. Widzisz? Przez następnych parę wieczorów 

będę mógł poryzykować trochę. Jeśli mi się powiedzie, to do końca rejsu zbiorę, jak sądzę, jakieś 
dwa tysiące funtów.

Co za naród.
I jaki ślepy!...

15 czerwca. A oto jak się rzecz dokonuje:
Piękny błogi wieczór, doktor stoi przy burcie,  pali  cygaro  i spogląda w morze.  Ja stoję 

naprzeciw   niego,   skręcam   papierosa   (proszę   bez   anatomicznych   porównań!);   oto   dwóch 
przyjaciół pod gwiaździstym niebem. Czas nagli, doktor jest niespokojny. Chce być z dala od 
świateł,   więc   kobiety,   które   przesuwają   się   powoli   w   pobliżu   (parami   lub   w   towarzystwie 
panów), dają się dostrzec tylko w niewyraźnych zarysach — ciemne kształty rękawów i spódnic, 
upiętych włosów i kapeluszy, błyski kolczyków. Doktor przebywa na morzu, zaś wspomnienia 
zakłócają mu spokój, tym bardziej, że nie jest do końca pewien, co znaczą. Jest przy tym nieco 
pijany. Rozmawiamy coraz bardziej poufnie: jego szkolne lata, jego przyjaciele, potem te parę 
dni   na   statku,   potem   żona,   jak   się   spotkali,   nasze   spotkanie,   nasze   rozmowy,   aż   w   końcu 
wszystko mu się plącze; za wszystkim tym tęskni jednakowo. Widzi w tym kłopot.

W końcu ja przysuwam się bliżej, bo wszystko musi teraz odbyć się jak pod wodą, jak sen, 

nie za wolno, nie za szybko. Nazbyt przybliżywszy się do niego, ciągle jeszcze ledwo jestem 
widoczny; z rękami w kieszeniach, oparty o poręcz, mówię z mroku cichym głosem:

Nadętku, w ciągu tych kilku dni twoje towarzystwo i twoja osoba jako taka stały się dla mnie 

bardzo ważne.

Lekkie zająknięcia podniecają go — ta miękkość, delikatne, precyzyjne  słowa, uniesiony 

podbródek.  Wszystko   jakoś obecne   w  pamięci,  ale  nie   do zidentyfikowania.   Mruczy coś  na 
potępienie samego siebie, odwraca się, żeby odejść, czuje się źle w tej sytuacji, ale ja zastępuję 
mu drogę, bardziej niż kiedykolwiek podobny do tego. Ono zaś mówi:

Nie potrafię powiedzieć, doktorze, jak bardzo cię podziwiam, jak bardzo cię szanuję.
Protestuje.
Ono mówi: Można by to nazwać bardziej dokładnie, ale nie ma potrzeby. Ty sam na pewno  

wiesz.

background image

Nadętek zaczyna tonąć. Jestem na tyle blisko, by trzymać go pod ramię, gdy chce uciec. 

Ciepło tego uścisku doktor czuje przez odzież, tak jakby nagle niemal w całości zniknęła; coś 
trzyma jego rękę. Ono mówi bezcielesnym głosem, ramię doktora czuje twardy, gorący dotyk — 
a teraz i gorący oddech na karku...

W tych sprawach rządzi, jak mi to sam mówiłeś, nieomylny instynkt.
Zaraz  pójdzie  pod  wodę;  syreny  morskie   będą  łaskotać  mu  uszy  ławicami   pęcherzyków 

powietrza: Kim jestem? Czy przypominam ci kogoś? Będą się bawić jego włosami, szarpać za 
uszy.  W mgnieniu  oka zostanie  ogryziony do kości. Cylindryczne  istoty,  istoty falbaniaste  i 
wydęte, snują się po świecie.

Ono   przemawia   głosem   jego   żony,   pozostawiając   dziwne,   niewielkie   przerwy   między 

sylabami, które on odczuwa, jakby był końcem języka: Ed-ward...?

Nadętek szarpie mnie za ramię. Wpadł w popłoch. Lada moment bezwiednie upuści cygaro i 

kapelusz. Oni nie potrafią znieść dwóch rodzajów wiedzy, które nie dają się połączyć — jeśli się 
nie wie jak. Teraz jednak on znajduje wyjście dla siebie; szkoda że tego nie możesz widzieć — 
czysty Nadętek! — jak zwrotnica na rozjeździe kolejowym: trzask! trzask! i już otwarty nowy 
przejazd, lśniący, prosty jak strzelił; doktor jest tak przekonany o słuszności swojego poglądu, 
jak gdybym to ja sam mu powiedział.

— Pan jest kobietą!
Ja nie robię nic. Nic nie mówię. Nie muszę, trzeba mi tylko się uśmiechać, w uśmiechu 

zawierając   całą   moją   zmysłowość.   Reszty   dokona   on   sam,   od:   „Moja   droga,   czemu   mi   nie 
powiedziałaś!”, aż po: „Ależ nie możesz iść sama, och, kochanie, nie, nie możesz iść sama do 
kajuty!” Przypomina sobie, że widział moją twarz na afiszu (choć nazwisko mu umknęło) — 
aktorka,   oczywiście,   na   pewno   aktorka,   uczymy   się   takich   rzeczy,   żeby   grać   na   scenie, 
nieprawdaż? Odpowiedni ubiór, zmieniony głos, barwienie skóry — ale nic szkodliwego, ma 
nadzieję, nic rujnującego, co? Nie chce się zepsuć tej cery, kiedy jest potrzebna do pracy, kiedy 
jest się dzięki niej sławną (ciągle szuka). I cóż to za zmyślna mała kobietka, że tak postąpiła, bo 
w przeciwnym razie ludzie by się naprzykrzali, psując jej podróż wywiadami i hałasem wokół jej 
osoby.

Paple:   on   wiedział.   Lekarze   wiedzą.   Małe   dłonie,   małe   stopy,   gładka   twarz,   delikatne 

kształty,   szczupła   figura!   Zupełnie   oczywiste.   Próbuje   sobie   przypomnieć,   co   powiedział   do 
dżentelmena, a czego nie powinien był mówić wobec damy — no ale wiadomo, aktorki są inne 
— wolnomyślicielki — choć nie ma w tym żadnej niedelikatności — on tylko się bawił, pani 
rozumie, był dość swobodny w wypowiedziach, ale żadnego w tym sensu, taka tam gadanina, 
same bzdury...

W mojej kajucie (nie wiedział dobrze, jak się tam znalazł) wszystko stało się nader szybko. 

Jeszcze po jednym. Pamięta, że na korytarzu całował moje ręce. Siedzi na krześle bez poręczy, w 

background image

dłoni   kieliszek,   spłoszony,   zafrasowany,   oszołomiony   odprężeniem   i   pożądaniem,   z   całą   tą 
zawrotną lekkomyślnością człowieka, który właśnie zbiegł z walącego się mostu — gdy wtem 
aktoreczka   rozchyla   mu   kolana,   umieszcza   się   naprzeciw   niego   (pozycja,   którą   gdyby   był 
trzeźwy, uznałby za osobliwą) i zbliża twarz na tyle, by można ją było pocałować. Czego on nie 
zaniedbuje uczynić.

Szepczę mu do ucha:
— Drogi Edwardzie. Najdroższy, najdroższy Edwardzie!
Łapczywie  stara się dosięgnąć guzików mojego żakietu,  ale  na próżno; umieściłem jego 

ramiona na zewnątrz moich, tak by obejmowały moje plecy; pomiędzy nami dwa sztywne gorsy 
koszul wydają trzeszczący odgłos płyt pancernych. On usiłuje wstać, ja całuję go — powoli, 
wgryzając się w jego usta. Pozycja niepokoi go, ale takiej właśnie mi potrzeba, więc szepczę:

„Jeszcze nie; pozwól mnie”, sięgam w dół i rozpinam mu spodnie — dla niego to szok 

nieopisany i najwyższa, daremna rozkosz. Aktorki są inne. Wsuwam dłoń i bawię się tą jego miłą 
rzeczą, całuję jego szyję i usta i mówię mu o boskiej kobiecości, jakiej za chwilę doświadczy: 
miękkie biodra, pełne piersi i pośladki i te skryte, okrągłe, wilgotne części ciała, cały ten wystrój, 
który   sprawia,   że   owa   rzecz   doktora   sztywnieje,   a   on   napiera   i   sapie.   Alkohol   odbiera   mu 
szybkość, ale i umożliwia działania — mam na myśli dwoistość tych marzeń: odpowiednie słowa 
— nieodpowiednia woń (tabaka, męska pomada do włosów), pancerz pomiędzy nami, ciągła 
niejasność, kto jest kto, niespodziewane bezrozumne spełnienie z obcą osobą, która dokładnie 
wie, jakich pieszczot mu potrzeba, zna tajemnicze nieprzyzwoite słowa, jakich jego żona nigdy 
nie znała, obsługuje jego przyrząd w sposób, jaki żonie był zupełnie obcy, wsuwa mu język do 
ucha — przeraźliwie, ohydnie podniecająca nowość. Zanurza się więc w ów sen, biedny stary 
słodki kocur, a dzieje się to o wiele za wcześnie — przyciąga mnie mocno do siebie (ale na 
przeszkodzie stoją moje ramiona), heroicznie usiłuje się powstrzymać; ja szepczę: „Bierz mnie!”, 
a on spuszcza się na moje ręce i moje drugie w kolejności najlepsze spodnie wieczorowe. Na 
Moment wraca do siebie i widzi swoją żonę — nie, hazardzistę z Kolorado — nie, aktorkę — w 
postaci jednej, niewyraźnej, wieloznacznej osoby. Zapada w drzemkę.

Siedzi, chrapie, spodnie rozpięte. Biedny stary zwierzak. Maria-Dolores porusza się przez 

sen w sąsiednim pomieszczeniu. Z głębi narzuconego na umysł Nadętka worka snu wydobywa 
się wszechpotężna chwała, która nakaże mu opowiedzieć całą historię od początku do końca: 
cuda, uwielbienie, sukcesy. Zrobi to. Jest niepoprawny. Obudzi się i będzie chciał jeszcze — tej 
nocy, jutrzejszej nocy, trzeba sprawę kończyć. Staję się twardy.

Budzi się. Co droga dzieweczka robi?
Umyłem ręce, a teraz siedzę przy biurku i czyszczę czterdziestkę piątkę Smith i Wesson, 

nakrywszy biurko płótnem, by nie zabrudzić blatu. Płótno zakrywa także mój długi nóż. Doktor 
ochryple, ze łzami w oczach mówi do tajemniczych pleców:

background image

— Więc przypadł ci do gustu staruszek, co? Potem:
— Moja droga, czy mógłbym... no bo... jesteśmy sami... może jakoś bardziej naturalnie? Nie 

odwracając się mówię:

— Wszystko to maskarada. Chichocze.
— Biżuteria! — stwierdza filuternie (guziki u koszuli, diament). Ja:
— Kosztują trochę. Ja nie zbieram banknotów jednofuntowych, żeby się cieszyć szelestem 

papieru. Potem dodaję:

— Wiesz, jestem pewien, że ktoś nas widział w korytarzu.
On nie pamięta. Ja mu przypominam:
— Całowałeś mnie po rękach. Znowu chichocze, robi się czerwony. Po rękach! Mówi:
— Moja droga, gdybyś tylko zechciała się odwrócić... — Robię to więc, a on widzi, co robię. 

Zagadkowe, ale bez wątpienia jest powód. Mówię:

— Doktorze, czy pan czytał Kraffta-Ebinga Psychopatia Sexualis?
Nie czytał. Ma niewyraźną minę.
— To niemiecki lekarz specjalista — stwierdzam. — W kwestii męskich zboczeńców jest 

mniej wielkoduszny niż pan. Pisze, że tacy ludzie nie mają moralności; zależy im wyłącznie na 
tym, by w jakikolwiek sposób — uczciwy lub nie — posiąść narząd innego mężczyzny; to ich 
jedyny cel. Raduje ich rozsiewanie zarazków swej choroby moralnej, zwłaszcza gdy wykryją jej 
zarodki w mężczyźnie na pozór normalnym.

Nie chwyta. Nadętek jest powolny.
— Niemiecki fachowiec ma rację, doktorze — mówię. — W takich sprawach instynkt, jak 

mi pan sam mówił, ostrzega przed zarazkami — o ile chcemy być ostrzegani. Pan na przykład nie 
chciał być ostrzeżony...

Czy   widziałeś   kiedyś   człowieka   prawdziwie   pobladłego?   Barwą   przypomina   framugę 

okienną;   robi   to   naprawdę   wielkie   wrażenie.   Ten   stary   stwór   jest   jednak   na   swój   sposób 
zadziwiający;   nawet   zapinając   spodnie   (czynność   zwykle   uważana   przez   nich   za   niezbyt 
dostojną) potrafi dobrze odegrać straszne oburzenie:

— Sir... ja... ja ujawnię... Ja mówię spokojnie:
—   W   tym   przypadku   pana   własne   zachowanie   trudno   byłoby   wyjaśnić.   Proszę   nie 

zapominać, że nas widziano.

— Okłamał mnie pan! — krzyczy zdesperowany i szczery.
— Doprawdy? — (i sięgam po nóż, na wypadek gdyby Nadętek zechciał dobrać się do mojej 

osoby). — Cóż, ja tego sobie nie przypominam. Pamiętam tylko, że nie mówiłem nic zgoła, gdy 
tymczasem to pan ułożył sobie całą tę historię; wydawał się pan bardzo chętnie w nią wierzyć. 
Aktorka? O pół głowy wyższa od pana? Gdzie? Na jakiej scenie Europy? I to barwienie skóry — 
które nie ma zapachu, nie zmywa się i nie daje się wykryć nawet w najbardziej bezpośrednim 

background image

kontakcie — i to nawet lekarzowi? No, doprawdy! To pan kłamał, a czynił pan to z własnej woli. 
I nadal pan kłamie.

Proszę mnie nie doprowadzać do tego, żebym musiał przestać pana lubić — dodaję nieco 

łagodniej. — Proszę zachować mój sekret, a ja zachowam pański, dobrze?

Nadętek zaraz zaatakuje. Trzeba go powstrzymać widokiem noża raczej niż moją pięścią pod 

jego brodą, itd. Teraz Nadętek wpada na pomysł: nie kłamałem. Mówiłem prawdę, a kłamię 
właśnie teraz. Powody? Nie ma żadnych, ale on orzeka stanowczo, splatając drżące ramiona na 
piersi dla podkreślenia niezachwianego przekonania:

— Jesteś kobietą.
Głupota. Absolutna, niezwalczona głupota! Najlepszy szermierz świata pobity przez osła. 

Obchodzę go (patrzy badawczo) i zmierzam ku drzwiom Marii Dolores. Mówię:

— Czy pan słyszał, co się zdarzyło przy kartach wczoraj wieczór? Tak, to właśnie ja; w ten 

sposób   zarabiam   na   życie;   bzdury   o   Kolorado   pomagają.   No   więc   powaliłem   człowieka   o 
pięćdziesiąt funtów cięższego ode mnie. Niech pan zapyta jutro ludzi.

Nadętek drży.
Odwracam się i rzucam nożem, który przelatuje przez kajutę i wbija się w drzwi wejściowe 

(czemu ten tak męski gest zawsze niszczy meble?); to jest, rozumiesz chyba, coś czego kobieta 
nie potrafi. Kwestia przekonania. Powtarzam: czego kobieta nie potrafi.

No i jeszcze porcja logiki. Mówię:
— Powiedzmy, że teraz kłamię; po cóż miałbym to robić? Żeby pana odpędzić? Aktoreczka 

nie chciałaby pana odpędzać po wszystkich  tych  trudach  zdobywania  pana! Po co by miała 
wyznawać, że jest kobietą, gdyby pana nie pragnęła? A dlaczego ja miałbym kłamać? Ze strachu, 
że mnie pan wyda? To ja mogę wydać pana. Mogę pana zaszantażować, jeśli zechcę; Widziano 
nas, jak pan wie. Żeby pana odpędzić? Wcale tego nie chcę; lubię pana — i nie uśmiechałoby mi 
się, gdybym w obronie przed pana atakiem musiał pana znokautować albo przydusić, tak jak to 
uczyniłem wczorajszego wieczoru z pewnym dżentelmenem — a wreszcie, na Boga, gdybym 
chciał pana odsunąć, po co miałbym się pakować w cały ten ambaras — no, lepiej darujmy sobie 
nazwę. Mój drogi panie, to przecież czysty nonsens, ta kobieta, która udaje mężczyznę, który 
udaje kobietę po to, by udawać mężczyznę. No, doprawdy, to się nie trzyma kupy! Zboczona 
kobieta może ubierać się i zachowywać jak mężczyzna, ale wyznawać, że jest kobietą — co 
pokrzyżowałoby jej szyki — a potem pozwalać sobie na intymność z panem, co dla niej byłoby 
rzeczą nieznośnie wstrętną — na niebiosa, po co? Gdzie tu sens? Nie, jest tylko jedna możliwość, 
i to jest właśnie  prawda: ja nikogo nie  zwodziłem,  nawet pana, za to pan, biedny,  kochany 
przyjacielu, od bardzo dawna oszukiwał samego siebie. Wystarczy, co? Zgadza się teraz?

I  z   uśmiechem   dotykam   palcami   wysychającej   już  plamy   na   moich   spodniach,   a   potem 

wkładam palce do ust. Spustoszenie wprost nieopisane. Nie jest to miłe, wcale nie jest miłe. Żeby 

background image

tylko Nadętek nie padł teraz trupem, bo wówczas Maria Dolores (która właśnie weszła, ubrana w 
nocną koszulę) i ja musielibyśmy jakoś przepchnąć go przez luk.

Dostrzega nas, udaje przestrach i kryje się za drzwiami. Wystawia tylko głowę.
Biedny, siwy staruszek szepcze:
— Dziecko, czy ten człowiek kiedyś... czy on kiedyś...
—   Mario   Dolores   —   mówię   —   ten   pan   chce   wiedzieć,   czy   całowałem   cię   kiedyś   lub 

dotykałem. Powiedz panu prawdę.

Ona oczywiście wie. Mówi z wahaniem:
— Całujesz mnie w czoło na dobranoc.
— Czy cię dotykałem?
Potwierdza niechętnie, zakłopotana.
— Popychałeś mnie.
— Popychał? — mówi Nadętek, chwytając się tego jak tonący brzytwy.
— Kiedy Wujcio czyta przy biurku albo jest zajęty — stwierdza Maria Dolores — popycha 

mnie. W plecy. Mówi: „Odejdź”. Smutno mi wtedy. To się zdarza bardzo często. Nadętek mówi:

— Twój wuj jest... jest... on jest...
Patrzy na niego bez mrugnięcia okiem, tak jakby było rzeczą najzupełniej normalną, że obcy 

starzy mężczyźni miotają się po mojej kajucie i jąkają coś, grubo po północy.

— Ten dżentelmen — mówię — z powodów, których nie będę ci wyjaśniał, chciałby się 

dowiedzieć czegoś o mnie. Chce wiedzieć, czy jestem mężczyzną czy kobietą. Powiedz panu.

Udaje   niewiarygodne   zdumienie   dużo   lepiej   niż   ja.   Nadętek,   pełen   udręki,   zaczyna   coś 

mówić; przerywam mu:

— Mario Dolores, nie chodzi o moje  stroje ani o zachowanie.  Pan chce znać  tę resztę. 

Rozumiesz mnie? On chce wiedzieć, co jest pod odzieżą. Powiedz panu, że nic o tym nie wiesz, 
tak jak ci przystoi, i możesz wracać do łóżka.

Szepcze ledwie dosłyszalnie:
— Będziesz się gniewał.
Zapewniam ją, że nie będę.
Mówi szybko, zawstydzona i gotowa się rozpłakać.
— Ja nie wiedziałam. Myślałam, że cię nie ma, to weszłam. Kąpałeś się w wannie, którą tu 

przynieśli. Zaraz wybiegłam. Nigdy już tak nie zrobię, nigdy!

— Dziecko — mówi Nadętek — przykro mi... nie chciałem...
—   Es  muy   hombre   —  stwierdza   Maria   Dolores   i   czyni   wymowny   gest   w   okolicach 

podbrzusza, po czym jakimś cudem udaje jej się mocno zarumienić. Dodaje, mocno zakłopotana: 
— Tak, to mężczyzna.

—   Ale  czy   ty   wiesz,   dziecko   —   pyta   Nadętek   z   niespodziewaną   logiką   —   czym   jest 

background image

mężczyzna? Czy ty naprawdę wiesz?

— Oczywiście, że wiem — odpowiada Maria Dolores z prawdziwym, zdumieniem. Potem 

przejawia zainteresowanie: — A o co chodzi? Czy pan może nie wie?

On pośpiesza do swojej kajuty wymiotować do miednicy, drzeć swoje notatki i artykuł i palić 

strzępy kartek w umywalce. 

No więc załatwione.

16 czerwca. Gdzieś na północ od Denver o wiele mil od ludzi rozbijemy obóz, aby spędzić 

noc. Tam w górskiej krainie, pod milionem wspaniałych gwiazd, pozwolę opaść jej czarnym 
włosom. Maria Dolores chichocze; robiła to także i z dziewczętami. „Joe Smith” z „Kolorado” 
wsuwa ręce pod spódniczkę małej  dziewczynki  — ruch, który on, jestem pewien, potrafiłby 
opisać bardzo dobrze — ale jego twarz nigdy nie odbije się w jej oczach. Ona drży, częściowo z 
zimna, szepcze:

„Chcę także dla ciebie robić te rzeczy”. Uśmiecham się życzliwie, wspominam jedwabistość 

lwa   Joe   Boba   i   szok   pierwszego   doświadczenia   twoich   sztywnych   włosów.   Gdy   powoli 
pochylam   się   ku   niedojrzałości,   ku   miękkości,   omszałej   śliskości,   ku   ciepłu,   owo   swojskie 
oddziaływanie zaczyna przebiegać między nami: nagły wstrząs wzdłuż nerwów, zogniskowany 
potem w jednym punkcie, echo w karku, dłoniach i na wargach, w podeszwach jej stóp, w jej 
piersiach. Maria Dolores bez tchu; „Nie przestawaj!” — zapominając, że ja wiem. Zamyka oczy, 
szlocha, zagarnia mnie ku sobie, obejmuje ręką moją głowę: oszałamiające! I widzi mnie, widzi 
wszystko, co pamiętam, co czuję, co wiem: oszałamiające! A potem, pośród rzeczy, które znam 
— a nie mogę nie znać — widzi tę jedną, równie dla niej obcą i straszną jak druga strona 
księżyca: siebie. I już po wszystkim.

Ale   jeszcze   nie   teraz.   Wyobrażam   sobie   przy   pomocy   słów,   tak   jak   oni   to   tu   czynią. 

Dziwacznie, w języku, który opuściłby mnie w ciągu pół roku, gdybym nie czerpał go stale z 
zewnątrz. (Dla ciebie także, który poznasz polski i jidysz, kiedy tylko wrócę). Maria Dolores, 
pozbawiona   obu   z   nich,   śpi   w   sąsiedniej   kajucie,   kapryśna   z   powodu   tak   częstych   (i   tak 
nieregularnych) miesiączek. „Zabawne to w wieku lat piętnastu, a co dopiero dwunastu”, mówi 
do   mnie   we   śnie   po   hiszpańsku.   Nadętek   chrapie;   miał   w   sobie   dziś   na   tyle   energii,   by 
zaanektować natychmiast panią...... nie tylko w celach samoobronnych, ale i dla całkiem jawnej 
zemsty. Powiedziałem o tym Marii Dolores, a ona rzekła: „To bez sensu”. Ja na to: „A kiedy w 
ogóle Nadętek robi coś z sensem”. Tak więc zaklejam tę przesyłkę i wyślę ją za kilka dni.

A jak zakończyć? (Taki tu panuje zwyczaj). Cóż, w stylu książek Marii Dolores. Zostało ich 

ledwie trzy, gdyż w chwilach, kiedy nie było mnie w pobliżu, ona z rozmysłem wyrzucała przez 
luk te, którymi się znudziła. Ja zaś nie miałem serca spierać się z nią; naprawdę są złe! Oto 
pierwsza  z nich,  dość  osobliwie  napisana  — Tajemnica  stanu  Neuoda, leży otwarta  pod jej 

background image

łóżkiem:

Dziwne, te McCabowie nie wyglądają na familiję, coś w nich jest takiego, nie wiedzieć co,  

ale różni ich od innych. A robotnika wynajmują od wszystkich, od żółtków i od czarnych (To ty, 
kiedy   ściągasz   ze   mnie   fartuch,   gdy   ktoś   nadchodzi,   i   mówisz   ze   śmiechem   „szybciej, 
dziewczyno!”), i nawet od Indianów. I czegóż oni siedzą w tych górach samotnie, Bóg jeden wie.

Druga, pisana stylem bardzo kwiecistym i niesamowita (tytuł:  Tajemnica kapitana Biesa), 

została wkopnięta w kąt pokoju (leży na podłodze):

czytelniku, jakże bez grozy zadumać się nad tą duszą w stanie rozkładu? Choć obdarzony  

znajomością siebie i wiedzą o innych, darami, jakie posiadło niewielu śmiertelników, on jednak  
przebiegł   całą   gamą   występku!   Wiódł   życie   pasożytnicze,   oszukiwał   przy   kartach,   odmówił  
pomocy rasie, która go spłodziła; w zamian za to dręczył wymyślnymi torturami duchowymi  
starego dżentelmena, który podobny był bardzo do jego zmarłego ojca; niezdolności istot jego 
pokroju do stanu rodzicielskiego
  (przeczytałem to Marli Dolores; wzruszyła tylko ramionami, 
zupełnie nie zainteresowana) używał jako wytłumaczenia swego nurzania się w nienaturalnych —  
i co gorsza, nawet w naturalnych! — rozkoszach. Jaki los przeznaczyły niebiosa tym mężczyznom  
i   kobietom   o   twardych   sercach,   diabelsko   poprzebieranym   za   płeć   przeciwną   i   stąd  
niewidzialnym   dla   naszych   oczu   —   tym   istotom,   które
  mówią   wszystkimi  językami   osób 
znajdujących   się   w   danym   pomieszczeniu,   co   rodzi   straszliwe   zamieszanie,   bo   nie   sposób  
stwierdzić,   z   jakiego   zdegenerowanego   narodu   (lub   rasy)   mogą   się   wywodzić.   Jaki   los  
przeznaczyły   niebiosa   tym,   którzy,   co   najgorsze,
  UDAJĄ   ISTOTY   LUDZKIE?   GDY   W 
GRUNCIE RZECZY NIMI SĄ??? (następuje ciąg dalszy).

I jest jeszcze ostatnia, umieszczona godnie na stoliku przy Jej łóżku. Jest to książka nader 

spokojna i delikatna (w swoim rodzaju), a Maria Dolores dość ją lubi Ma zamiar ją zatrzymać. 
Tytuł brzmi Tajemnica młodego dżentelmena (dowiadujemy się, że jest on nie-tak-znów-młodą 
damą), a książka kończy się należycie i prosto w zgodzie z prastarą tradycją:

I żyli długo i szczęśliwie.

background image

Jak złamać szyfr?
Nazwisko autora jest zakodowane na początku jego, jej lub ich (bo są w książce dwie pary 

współautorów) opowiadania. Kod jest liczbowy, a każdej literze alfabetu odpowiada para cyfr; 
przyporządkowania   dokonano   w   układzie   piątkowym.   Aby   złamać   szyfr,   należy   najpierw 
wypisać alfabet (pomijając literę „x”, która nie pojawia się w żadnym  z nazwisk autorów) i 
odliczać w układzie piątkowym, a więc:

Zaczynamy od ostatniej pary cyfr ciągu i przechodząc od prawej 

do lewej odczytujemy nazwisko autora lub dwa nazwiska autorów. 
„Dodatkowe” pary cyfr (lub litery, wedle uznania) dołączono po to, 
by   wszystkie   zapisy   kodowe   miały   jednakową   długość   (w 
przeciwnym   razie   łatwo   byłoby   odróżnić   np.   „Russ”   od 
„Lichtenberg”);   ten   „naddatek”   zawiera   nazwiska   czterech   osób, 
które miały istotny udział w opracowaniu tej książki. Są to: Austin 
Olney,   nasz   redaktor   w   wydawnictwie   Houghton   Miffiin,   J.   O. 
Jeppson, w życiu prywatnym pani Asimov; Yirginia Kidd i Jarnes 
Allen, nasi agenci. (I trzeba tu jeszcze dodać, że wykorzystaliśmy te 
nazwiska   z   wdzięczności,   a   zrobiliśmy   to   nie   bacząc   na   protesty 
wymienionych osób.)

A—00

N—23

B—01

0—24

C—02

P—30

D—03

Q—31

E—44

B—32

F—10

S—33

G—11

T—34

H—12

U—40

I—13

V—41

K—20

Y—43

L—21

Z—44

J—14

W—

42

M—22