background image

 

background image

KRWAWE WALENTYNKI 

background image

Również  kochać  jest  dobrze:  bo  i  miłość  jest  trudna.  Dzielenie  miłości  z  innymi 

ludźmi to chyba najtrudniejsze z naszych zadań. 

- Rainer Maria Rilke, Listy do młodego poety 

(tłum. Justyna Nowotniak) 

 

 

Love is battlefield. 

- Pat Benatar 

background image

Dla moich Czytelników - jesteście wspaniali. 

background image

KOLEJNA NOC 

W WAMPIRYCZNYM MIEŚCIE 

Nowy Jork 

Listopad 

                                                

 Z przeprosinami dla Nicka Flynna. 

background image

Jeden 

Holiday Cocktail Lounge 

W barze Holiday Cocktail Lounge przy ulicy St. Mark's Place w East Village zawsze 

panowało  Boże  Narodzenie.  Z  belek  pod  sufitem  przez  cały  rok  zwieszały  się  mrugające 

lampki choinkowe, a srebrzyste łańcuchy oplatały bar i stojące z tyłu świąteczne drzewko, na 

którym  w  przyćmionym  świetle  lśniły  ozdoby.  The  Holidays,  jak  nazywali  to  miejsce  stali 

bywalcy, było barem z tradycjami. W czasach prohibicji sprzedawano tu potajemnie alkohol, 

a  lokal odwiedzali  zarówno  mieszkający po sąsiedzku poeta W. H. Auden,  jak  i przyjezdny 

Lew Trocki. 

Nikt  nie  był  pewien,  dlaczego  bar  przetrwał  tak  długo.  Jego  niegasnąca  popularność 

stanowiła  ewenement  w  mieście,  w  którym  normą  stały  się  ogrodzone  pluszowymi  linami 

oazy  luksusu,  serwujące  butelki  szampana  po  tysiąc  dolarów  za  sztukę.  Może  tajemnica 

tkwiła  w  robionych  na  zamówienie  koktajlach  -  barmanka  zawsze  wiedziała,  na  co  masz 

ochotę  -  a  może  w  ciepłym,  przytulnym  wnętrzu,  witającym  życzliwie  każdego  znużonego 

wędrowca,  który  stanął  w  drzwiach.  A  może  jeszcze  w  sposobie,  w  jaki  ze  starej  szafy 

grającej śpiewali  Rolling Stonesi, z uczuciem  i tęsknotą. Czas w The Holiday  nie zatrzymał 

się  po  prostu  -  czas  znieruchomiał,  zastygły  w  bursztynie,  gęstym  i  lepkim  jak  tutejsza 

wyrabiana na specjalne zamówienie whisky. 

Interesujące, ale przez całe swoje długie istnienie bar nigdy nie był kontrolowany. Ani 

razu  nie  zdarzyło  się,  żeby  stadko  nieletnich  klientów  zostało  wpakowane  do  samochodów 

policyjnych  i  odwiezione  na  najbliższy  komisariat.  Podczas  gdy  sąsiednie  lokale  regularnie 

traciły  zezwolenia  i  licencje,  The  Holiday  rozkwitało  niezagrożone,  obsługując  wierną 

klientelę: młodych i modnych, starych i zmęczonych, zaprawionych w bojach dziennikarzy z 

agresywnych tabloidów i tłumy turystów poszukujących „autentycznego” Nowego Jorku. 

Kończył  się  listopad  i  za  kilka  tygodni  całoroczny  wystrój  The  Holiday  miał  znowu 

okazać  się  najbardziej  na  czasie.  W  sezonie  świątecznym  właściciele  lokalu  lubili  dodawać 

nowe  akcenty:  intensywnie  zielony  wieniec  na  drzwiach,  barwne  makatki  na  ścianach, 

przedstawiające Świętego Mikołaja i jego elfy, czy elegancką menorę w oknie. 

Kiedy tego popołudnia, o wpół do szóstej, Oliver Hazard-Perry  wszedł do środka, w 

lokalu było pełno gości. Oliver odwiedzał ten bar, odkąd w wieku czternastu lat załatwił sobie 

pierwszy  fałszywy  dowód tożsamości.  Postawił  kołnierz  i  przeszedł  w  głąb,  mijając  stałych 

bywalców - mężczyzn o pociągłych twarzach i niskich głosach, którzy powoli sączyli drinki, 

background image

równie powoli rozpamiętując życiowe porażki. 

Oliver  zajął  miejsce  na  końcu  baru,  z  dala  od  rozpieranych  energią  dzieciaków  z 

college'u,  które  wcześnie  zaczęły  imprezę  i  gmerały  teraz  chwiejnie  przy  rzutkach.  The 

Holiday  nie  było  atrakcyjnym  miejscem  dla  rzeszy  młodych  speców  od  funduszy 

hedgingowych, uwielbiających popisywać  się czarnymi kartami  American Express

 (tak czy 

inaczej  tutaj  przyjmowano  tylko  gotówkę).  The  Holiday  było  bezpieczną  przystanią  dla 

szukających schronienia rozbitków, ponieważ niezależnie od tego, co działo się na zewnątrz - 

bankructwo,  apokalipsa,  zapaść  gospodarcza  -  każdy  mógł  znaleźć  pociechę  i  ukojenie  w 

serwowanych przy barze drinkach. 

Właśnie dlatego Oliver stale tutaj wracał. Sam pobyt w The Holiday sprawiał, że czuł 

się trochę lepiej. 

- To co zwykle? - zapytała barmanka. 

Oliver  skinął  głową,  wdzięczny  i  mile  połechtany  tym,  że  został  rozpoznany.  Nigdy 

wcześniej się to nie zdarzyło, ale z drugiej strony, nie licząc ostatniego tygodnia, nie bywał tu 

zbyt częstym gościem. Barmanka przysunęła mu szklaneczkę słynnej whisky z The Holiday. 

Oliver opróżnił ją, a potem następną i jeszcze następną. Pijąc whisky, przypomniał sobie, jak 

Schuyler kiedyś mówiła mu, że smak tego alkoholu jest najbardziej podobny do smaku krwi. 

Jak sól wymieszana z ogniem. Nieustannie rozdrapywał swój smutek, tak jak blizny na szyi. 

Zdarzało  mu  się  drapać  je,  aż  zaczynały  krwawić,  po to tylko,  żeby  zobaczyć,  o  ile  jeszcze 

gorzej  może  się  poczuć.  Naprawdę  powinien  przestać  pić  whisky.  Za  bardzo  mu  o  niej 

przypominała. Ale z drugiej strony wszystko w tym przeklętym  mieście przypominało mu o 

niej. 

Nie  było żadnej ucieczki. Nocami śnił o niej, o spędzonych razem  latach, o tym,  jak 

sypiali  plecami  do  siebie.  Przypominał  sobie,  jak  pachniały  jej  świeżo  umyte  włosy,  jak 

mrużyła  oczy,  uśmiechając  się.  Rankami  budził  się  jak  zombi,  apatyczny  i  niespokojny. 

Wyjechała zaledwie miesiąc temu i nie miała nigdy wrócić. Na pewno nie do niego, już o to 

zadbał. Praktycznie sam ją oddał, chociaż przecież nie należała do niego, ale inaczej nigdy by 

nie odeszła. Rozumiał ogrom jej przywiązania, równie głębokiego, jak jego własne. 

Zrobił właściwą rzecz - wiedział o tym - ale i tak bolało. Bolało, ponieważ wiedział, 

że go kochała, powiedziała mu to. Tylko że to nie wystarczało - to nie była taka miłość, jaką 

darzyła tamtego. Oliver nie chciał zajmować drugiego miejsca, być nagrodą pocieszenia, nie 

                                                

  American  Express  Centurion,  jedna  z  najbardziej  ekskluzywnych  kart  kredytowych  na  świecie 

(wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki). 

background image

pragnął lojalności i przyjaźni. Pragnął całego serca Schuyler, a świadomość, że nigdy go nie 

zdobędzie, była trudna do zniesienia. 

Gdyby  tylko  mógł  o  niej  zapomnieć.  Ale  nawet  krew  tęskniła  za  nią,  za  ciepłymi 

wargami na szyi, za kłami przebijającymi skórę, za obezwładniającą falą rozkoszy. Całe jego 

ciało odczuwało tę stratę. Pogrążało się w żałobie i rozpaczy wraz z jego duszą. Uniósł palec, 

zamawiając następną kolejkę. 

- Zwolnij,  kowboju  -  uśmiechnęła  się  barmanka.  -  To  już  czwarty?  Nie  ma  jeszcze 

szóstej. 

- Potrzebuję tego - mruknął Oliver. 

- Dlaczego? 

Potrząsnął  głową,  a  barmanka  odeszła,  żeby  zająć  się  klientami  po  drugiej  stronie 

baru. 

Oliver  dotknął  spoczywającej  w  kieszeni  wizytówki,  przesuwając  palcem  po 

tłoczonych  literach.  Wiodły  do  tajnego  miejsca  przeznaczonego  dla  takich  jak  on  - 

czerwonokrwistych  porzuconych  przez  wampiry,  familiantów  umierających  z  pragnienia. 

Przypomniał sobie własne odważne słowa, skierowane do Mimi, kiedy musieli odwiedzić to 

miejsce -  fałszywą  brawurę, na  jaką potrafił  się zdobyć.  Kłamał.  Wiedział, że  niedługo sam 

tam  wyląduje.  Potrzebował  choćby  jednego  ukąszenia  -  nie  miało  już  znaczenia,  że  to  nie 

będzie Schuyler, pragnął tylko znowu stać się kompletny. Pragnął, żeby ktoś sprawił, że ból 

przeminie.  Pomógł  mu  zapomnieć.  Oczywiście  zdawał  sobie  sprawę  z  niebezpieczeństwa,  z 

ryzyka  schizofrenii,  zakażenia,  uzależnienia.  Z  tego,  że  po  jednej  nocy  może  nie  zechcieć 

stamtąd  odejść.  Ale  musiał  spróbować.  Wszystko  było  lepsze  niż  życie  w  tej  okropnej 

samotności. Przełknął z nienawiścią whisky, gwałtownie odstawił szklankę i znowu skinął na 

barmankę. 

- Nawet  jeśli  myślisz,  że  tego  potrzebujesz,  nie  powinieneś  tego  robić  -  barmanka 

spojrzała na niego kątem oka, przecierając kontuar. Pracowała w The Holiday, odkąd zaczął 

się  tu  wślizgiwać  jako ósmoklasista,  a  Oliver  po raz  pierwszy  zauważył,  że  w  ogóle  się  nie 

zmieniła.  Zawsze  wyglądała  tak  samo,  najwyżej  na  osiemnaście  lat,  z  długimi,  kręconymi 

włosami  i  intensywnie  zielonymi  oczami.  Skąpa,  biała,  marszczona  bluzeczka  odsłaniała 

kawałeczek  płaskiego,  opalonego  brzucha.  Zawsze  mu  się  podobała,  ale  nie  miał  odwagi 

posunąć się dalej poza zostawianie szczodrych napiwków. Miał wrażenie, że podobnie byłoby 

kochać się w gwieździe filmowej - szansa na odwzajemnienie uczuć zdawała się bliska zeru. 

Ku jego zaskoczeniu, okazała mu zainteresowanie. 

- Jestem Freya - wyciągnęła rękę. 

background image

- Oliver  -  odparł,  ściskając  ją  mocno.  Miała  skórę  miękką  jak  kaszmir.  Próbował  się 

nie zarumienić. 

- Wiem. Dzieciak z  fałszywym dowodem z Hawajów - roześmiała się. - Dlaczego to 

zawsze  są Hawaje? Dlatego, że najłatwiej  je podrobić? Pewnie tak. No, nie patrz na  mnie  z 

takim zdziwieniem, wiem o tym od lat. 

- Nigdy was nie skontrolowano? 

- Niechby tylko spróbowali - Freya mrugnęła do niego. - Nie widziałam cię tu chyba 

od roku, a teraz bywasz każdego wieczora. Co się stało? 

Potrząsnął głową. 

- Gdzie twoja przyjaciółeczka? - zapytała. - Zawsze przychodziliście razem. 

- Wyjechała. 

- Aha - skinęła głową Freya. - Jej strata. Oliver zaśmiał się głucho. 

- Jasne. 

Jej  strata.  Nie  wątpił,  że  Schuyler  za  nim  tęskni,  miał  pewność,  że  tak  jest.  Ale 

wiedział, że z  Jackiem  jest szczęśliwsza. To była wyłącznie  jego strata. Sięgnął po portfel  i 

wyłowił kilka dwudziestodolarowych banknotów. 

Seksowna barmanka machnęła na nie ręką. 

- Dzisiaj  nie  potrzebuję  twoich  pieniędzy.  Zrób  mi  tylko  przysługę  i  cokolwiek 

zamierzasz, zrezygnuj. To ci nie pomoże. 

Potrząsnął głową i położył na barze kilka dolarów jako napiwek. 

- Dziękuję za drinki, ale nie mam pojęcia, o czym mówisz - mruknął, nie patrząc jej w 

oczy. Co wiedziała o jego planach? Czemu ją to obchodziło? 

Wyszedł  w  bezchmurną  nowojorską  noc.  Jeszcze  niedawno  w  taki  wieczór  on  i 

Schuyler włóczyliby się po mieście, prowadzeni tylko własnym widzimisię. Nie będą już pili 

w środku nocy cappuccino w Cafe Reggio. Nie będą już wślizgiwać się do maleńkich pubów, 

żeby  posłuchać  najnowszych  piosenkarzy  folkowych.  Nie  będą  już  kończyć  nocy  i  witać 

poranka śniadaniem w kawiarni Yaffa. Nie będą tego robić. Już nigdy. Naprawdę nigdy. 

To  nie  miało  znaczenia.  Jego  samochód  z  szoferem  czekał  przy  krawężniku.  Podał 

kierowcy adres. Po dzisiejszym wieczorze zapomni o wszystkim, nawet o tym,  jak  miała na 

imię. Przy odrobinie szczęścia zapomni, jak ma na imię on sam. 

background image

Dwa 

Zatrute jabłko 

Oliver  nie  spodziewał  się,  że  krwawy  dom,  który  przypominał  burdel  z  przełomu 

wieków,  z  pluszowymi  sofami  i  przyćmionym  światłem,  będzie  dysponować  tak 

nowoczesnym  sprzętem  medycznym.  Żująca  cygaro  burdelmama  odesłała  go  na  najwyższe 

piętro,  tłumacząc,  że  musi  przejść  badania,  zanim  zostanie  zarejestrowany  jako  tutejszy 

familiant. 

- Musimy  mieć  pewność,  że  nie  zarazisz  klientów  jakąś  nieprzyjemną  chorobą  - 

wyjaśnił lekarz, świecąc w głąb gardła Olivera. 

Oliver  chciał  skinąć  głową,  ale  miał  otwarte  usta,  więc  zrezygnował.  Potem  został 

pokłuty licznymi igłami pobierającymi jego krew. Po zakończeniu badania zaproszono go do 

innego pokoju, gdzie czekał miejscowy psychiatra. 

- Odwrócenie procesu  familiaryzacji, czyli usunięcie  naznaczenia przez wampira, nie 

jest procesem fizycznym - wyjaśnił lekarz. - Trucizna w twojej krwi jest manifestacją miłości, 

jaką  czujesz  do  swojego  wampira.  Musimy  wymazać  tę  miłość,  aby  usunąć  jej  wpływ  na 

twoją psychikę, a tym samym zlikwidować truciznę. Może to być bolesne, a efekty nie są w 

pełni  przewidywalne.  Niektórzy  familianci  doświadczają  wrażenia  utraty  podobnej  do 

śmierci.  Inni  tracą  wszelkie  wspomnienia  związane  z  ich  wampirem.  Każdy  przypadek  jest 

inny, podobnie  jak  inna  jest każda relacja  między wampirem  a  familiantem. - Lekarz zaczął 

notować coś w zeszycie. - Czy możesz mi opowiedzieć o waszej relacji? 

- Byliśmy przyjaciółmi - odparł Oliver. - Znałem ją przez całe moje życie. Byłem jej 

zausznikiem. - Z ulgą zauważył, że  lekarz  nie zareagował  na tę wiadomość. - Kochałem  ją. 

Nadal ją kocham. Nie tylko dlatego, że jest moją wampirzycą - jest w tym coś więcej. 

- To znaczy? 

- To  znaczy,  że  kochałem  ją,  zanim  mnie  ukąsiła.  -  Oliver  pomyślał  o  tym,  jak 

oszukiwał się, powtarzając, że zakochał się w Schuyler dopiero po jej przemianie. To nie była 

prawda. Kochał ją przez całe życie. Okłamywał sam siebie, żeby poczuć się lepiej. 

- Rozumiem. Czy inicjatywa świętego pocałunku wyszła od niej, czy od ciebie? 

- Chyba  od  nas  obojga.  Nie  pamiętam  dobrze...  Mieliśmy  to  zrobić  wcześniej,  ale 

stchórzyliśmy, a potem... to się po prostu stało. Nie planowaliśmy tego, nie wtedy. 

- Czyli to była jej inicjatywa. 

- Chyba tak. 

background image

Lekarz polecił mu zamknąć oczy, a Oliver posłuchał bez wahania. 

- Zaczniemy  od  początku.  Przypomnijmy  sobie  wszystkie  przyjemne  wspomnienia  i 

odrzućmy je jedno po drugim. Wyrzeczmy się ich. 

Głos lekarza rozbrzmiewał w jego głowie. Oliver uświadomił sobie, że działa na niego 

przymus. 

Nie jesteś z nią związany. 

Nie należysz już do niej. 

Wraz  z  monotonnym  głosem  lekarza  do  mózgu  Olivera  zaczęły  napływać  obrazy. 

Pięcioletnia  Schuyler  -  nieśmiała  i  milcząca.  Dziewięcioletnia  Schuyler  -  przekorna  i 

drażliwa.  Piętnastoletnia  Schuyler  -  piękna  i  spokojna.  Hotel  Mercer.  Niezręczność  i 

niepewność.  A potem  jej dziecinna  sypialnia, w  której to się w końcu wydarzyło. Jej słodki 

zapach - perfumy z jaśminem i kapryfolium. Ostrość kłów, przebijających jego skórę. 

Oliver  czuł  wilgoć  na  policzkach.  Płakał,  to  było  zbyt  wiele.  Schuyler  przenikała 

każdą  część  jego  duszy,  jego  krwi,  była  mu  równie  niezbędna  jak  skóra.  Nie  mógł  się  jej 

wyrzec. 

Co on w ogóle robił? To nie miejsce dla niego. To było sprzeczne z Kodeksem. Gdyby 

w  Repozytorium  dowiedziano  się  o  jego  działaniach,  zostałby  wyrzucony  z  pracy.  To 

upokorzyłoby jego rodzinę i zrujnowało ich reputację. Nie mógł sobie przypomnieć, po co w 

ogóle tu przyszedł. Zaczęła go ogarniać panika, rozejrzał się za wyjściem, ale litania ciągnęła 

się, miarowo wbijając przymus w jego umysł. 

Nie jesteś już jej familiantem. 

Jesteś nikim. 

Nie.  Nie.  To  nieprawda.  Oliver  czuł  się  nieszczęśliwy  i  zdezorientowany.  Nie  chciał 

się wyrzekać  miłości do Schuyler. Nawet jeśli  bolała go ona tak mocno, że nie  był w stanie 

spać  ani  jeść.  Pragnął  zatrzymać  swoje  wspomnienia.  Jego  szesnaste  urodziny,  na  które 

Schuyler  namalowała  jego  portret  i  kupiła  mu  tort  lodowy  ozdobiony  dwoma  sercami.  Nie. 

Musiał się trzymać. Musiał... Musiał... Mógł się tego wyprzeć. Mógł posłuchać tego miłego, 

spokojnego głosu i wszystkiego się wyprzeć. Pozbyć się tego. 

Był nikim. 

Nie było go. 

Kiedy się obudził, zobaczył twarze obserwujących go lekarzy. Głos - nie był pewien, 

czyj - powiedział: 

- Przyszły wyniki badań. Jest czysty. Można go dać do kolejki. 

Kilka minut później Oliver stał w holu wraz z grupą młodych familiantów. Chwiał się 

background image

na  nogach.  Głowa  go  bolała  i  nie  potrafił  sobie  przypomnieć,  co  robi,  ani  dlaczego  tu 

przyszedł. Ale nie miał czasu na zagłębianie się we własnych splątanych myślach, ponieważ 

zasłona nagle odsunęła się i do pomieszczenia weszła prześliczna wampirzyca. 

Bonsoir  -  przywitała  się.  Miała  figurę  modelki  i  królewską  pewność  siebie.  Oliver 

był pewien, że pochodziła ze Zgromadzenia Europejskiego, zdradzał ją nienagannie skrojony 

strój podróżny i zmysłowy francuski akcent. Tuż za nią wszedł jej partner, wysoki i szczupły, 

z szopą rozczochranych, ciemnych włosów i znudzonym wyrazem twarzy. Wyglądali jak para 

wysmukłych  kotów,  kanciaści,  w  czarnych  golfach,  z  papierosami  Gauloises  i  ciemnymi 

oczami. 

- Ty - zamruczała wampirzyca, patrząc wprost na Olivera. - Chodź ze mną. 

Jej partner wybrał oszołomioną nastolatkę i dwójka ludzi podążyła za parą wampirów 

do jednego z luksusowych pokojów na najwyższym piętrze. Większa część krwawego domu 

urządzona 

była 

skrajnie 

minimalistycznie, 

cienkimi 

kotarami 

oddzielającymi 

pomieszczenia.  Ale  ten  ogromny  pokój  przypominał  apartament  w  pięciogwiazdkowym 

hotelu,  z  futrzaną  narzutą  na  wielkim  łożu,  pozłacanymi  ramami  luster  i  barokowymi 

meblami... 

Wampir  pociągnął  dziewczynę  na  łóżko,  zsunął  z  niej  sukienkę  i  natychmiast  zaczął 

pić. Oliver patrzył, ale nie rozumiał. Nie był pewien, co robi w tym pokoju, wiedział tylko, że 

został wybrany i ktoś go zechciał. 

- Wina? - zapytała wampirzyca, unosząc kryształową karafkę ze szklanego blatu baru. 

- Nie trzeba, dziękuję. 

- Spokojnie, nie ugryzę cię - roześmiała się. - Jeszcze nie teraz. - Pociągnęła długi łyk 

z  kieliszka  i  popatrzyła,  jak  jej  partner  pije  krew  dziewczyny.  -  Wygląda  przepysznie.  - 

Zgasiła papieros w perskim dywanie, zostawiając małą brązową dziurkę. 

- Moja kolej - powiedziała, popychając Olivera na jeden z zabytkowych foteli. Usiadła 

mu okrakiem na kolanach i pocałowała go w szyję. Pachniała ciężkimi, oleistymi perfumami, 

a jej skóra przypominała pergamin. Nie była tak młoda, na jaką wyglądała. - Obróć się w tę 

stronę - powiedziała, przesuwając go w bok. - On lubi patrzeć. 

Zobaczył,  że  wampir  unosi  się  na  łokciach,  uśmiechając  się  lubieżnie.  Dziewczyna, 

nieprzytomna  i  naga,  leżała  obok  niego.  Oliver  nie  drgnął.  Teraz  pamiętał,  dlaczego  tu 

przyszedł. 

Wampirzyca  go  wybrała.  Kiedy  zatopi  kły  w  jego  skórze,  będzie  miał  to,  czego 

potrzebował...  Znowu  doświadczy  świętego  pocałunku...  Jego  ciało  tego  pragnęło...  Pragnął 

tego tak bardzo... 

background image

Zamknął oczy. 

Gorący  oddech  wampirzycy  pachniał  papierosami.  Miał  wrażenie,  że  całuje  się  z 

popielniczką, a gryzący zapach otrzeźwił go na moment. 

Cokolwiek zamierzasz, zrezygnuj. To ci nie pomoże. 

Zamrugał i zobaczył oczami duszy łagodną, życzliwą twarz. Kto to był? Przypomniał 

sobie - Freya.  Martwiła się o niego. Freya  była tak piękna, piękniejsza  niż siedząca  na  jego 

kolanach  wampirzyca,  której  wspaniały  wygląd  był  zaledwie  nędzną  fasadą,  kryjącą 

zrujnowane  wnętrze.  Freya  promieniała  wewnętrznym  żarem.  Miała  roziskrzone  oczy. 

Powiedziała mu, żeby dał spokój. 

Co on tu robił? 

Dlaczego tu był? 

Wtedy  sobie przypomniał... Krwawy  dom.  Zaraz. Co on zrobił? Potrafił żyć z  żalem 

po jej stracie. Mógł żyć z tęsknotą za... za kim on tęsknił? Nie mógł sobie przypomnieć... Ale 

wtedy, z  nagłym szarpnięciem, wszystkie wspomnienia zaczęły  napływać  z powrotem. Miał 

wrażenie,  że  budzi  się  ze  snu.  Czuł,  że  wraca  do  życia.  Potrafił  żyć  z  tym  bólem.  Ale  nie 

potrafiłby  sobie  wybaczyć,  gdyby  zrobił  coś  takiego.  Nie  mógł  zapomnieć.  Nie  zamierzał 

zapominać. Nigdy nie zapomni... Schuyler... 

Schuyler. 

Freya. 

Schuyler. 

Wampirzyca  ukąsiła  go  i  odskoczyła  z  krzykiem,  a  jej  twarz  poparzył  kwas  w  jego 

krwi. 

- Trucizna! Trucizna! On nadal jest naznaczony! 

Oliver uciekł z pokoju tak szybko, jak tylko mógł. 

background image

Trzy 

Sprzątanie 

Kiedy powrócił do The Holiday, dochodziła czwarta nad ranem. Freya stała za barem, 

dzwoniąc nożem o szklankę koktajlową. 

- Ostatnia  kolejka.  Ostatnia  kolejka  przed  zamknięciem.  Uśmiechnęła  się,  widząc 

Olivera. 

- Wróciłeś. - Przyjrzała mu się uważnie. - Nie zrobiłeś tego. 

- Nie. Choć prawie... - Nie zastanawiał się już nad tym, skąd ona wiedziała, gdzie był, 

albo co zamierzał zrobić. - Nie zrobiłem, bo pomyślałem o tobie. 

- Grzeczny chłopiec - uśmiechnęła się i wskazała schowek na miotły. - No już, pomóż 

mi posprzątać. Odrobina ruchu dobrze ci zrobi. A potem będziesz mógł mnie odprowadzić do 

domu. 

Oliver wyjął miotłę i zaczął zamiatać podłogę, zbierając plastikowe słomki i wilgotne 

serwetki.  Pomógł  zetrzeć  ladę  barową  i  wytrzeć  kieliszki.  Poustawiał  je  równo  z  tyłu  na 

półkach. Freya miała rację: praca fizyczna sprawiła, że poczuł się lepiej. 

Ostatni  ze  stałych  klientów  wyszedł  chwiejnie  i  zostali  sami.  Rozejrzał  się, 

uświadamiając sobie, że przez te wszystkie lata nie widział tu innych pracowników niż Freya. 

Jak jedna drobna dziewczyna radziła sobie z całym interesem? 

Kiedy bar był już wysprzątany i czysty, Freya narzuciła zieloną kurtkę wojskową, zbyt 

obszerną  i  zwisającą  na  jej  drobnych  ramionach.  Tego  rodzaju  kurtki  nosili  żołnierze  z  sił 

specjalnych,  zrzucani  nad  dżunglą.  Taki  strój  kontrastował  z  jej  delikatnymi  rysami, 

sprawiając, że wyglądała jeszcze bardziej czarująco. Naciągnęła kaptur na włosy. 

- Chodź, mieszkam kawałeczek stąd. 

Po drodze do mieszkania Freya zatrzymała się w koreańskim sklepie spożywczym na 

rogu. Kupiła bukiet kwiatów, dwa pudełka świeżych owoców i pęczek mięty. W odróżnieniu 

od  nijakiego  jedzenia,  sprzedawanego  zwykle  w  takich  sklepach,  wszystko,  czego  dotknęła 

Freya,  wydawało  się  promienieć:  truskawki  były  czerwone  i  jędrne,  melony  lśniły 

pomarańczowo, a mięta pachniała, jakby dopiero co zebrano ją na polach Prowansji. 

Zaprowadziła  Olivera  do  zapuszczonej  kamienicy  z  popsutymi  drzwiami 

wejściowymi. 

- Zapomnieli  o  nas  przy  rewitalizacji  -  zażartowała.  Wszedł  za  nią  po  schodach  na 

trzecie piętro. Znajdowało się tu czworo drzwi, a Freya otworzyła czerwone. 

background image

- Na szczęście mam widok na ulicę. Tamte dwa mieszkania mają okna od podwórza. 

Mieszkanie  było  niewielkie  według  dowolnych  standardów,  ale  w  porównaniu  do 

typowych  nowojorskich  nieruchomości  wydawało  się  po  prostu  mikroskopijne.  Na  środku 

pokoju  stała  staroświecka  wanna  na  nóżkach,  a  w  niedużej  wnęce  kuchennej  widać  było 

podniszczone  naczynia. Przy oknie znajdowało się  łóżko z  baldachimem, przykryte pasiastą 

narzutą. Ale kiedy Oliver wszedł do środka, ze zdumieniem stwierdził, że pokój jest znacznie 

większy,  niż  wydawało  się  od  drzwi.  Pomylił  się  całkowicie.  Mieszkanie  było  obszerne  i 

luksusowe, z biblioteką pełną książek po jednej stronie i porządną jadalnią po drugiej. 

- Siadaj - Freya wskazała mu ogromną kanapę, której z pewnością nie widział jeszcze 

chwilę temu. 

Na ścianie wisiały portrety, sprawiające wrażenie dzieł sztuki klasy muzealnej. Czy to 

był Van Dyck? Bo tamten to na pewno Rembrandt. Ubogi nieład zniknął, Oliver siedział na 

pięknej  kanapie  w  elegancko  umeblowanym  salonie  z  trzaskającym  ogniem  na  kominku. 

Okna  prowadzące  na  ewakuacyjną  klatkę  schodową  nadal  wychodziły  na  Avenue  C,  ale 

Oliver mógłby przysiąc, że słyszy szum morza. 

Freya  zniknęła  w  sypialni  na  tyłach,  żeby  się  przebrać  (tego  także  nie  zauważył  od 

drzwi - co się stało z  łóżkiem z  baldachimem  i wanną  na  nóżkach?  Czy tracił  już zmysły?). 

Wróciła ubrana we flanelową piżamę. Zapaliła gaz na kuchence - eleganckiej i nowoczesnej, 

w  niczym  nieprzypominającej  starego,  białego  szkaradzieństwa,  które  widział  wcześniej  -  i 

zaczęła rozbijać jajka. 

- Potrzebujesz śniadania - mruknęła, siekając miętę. 

Od  kuchni  zaczął  się  unosić  apetyczny  maślany  zapach  i  chwilę  później  Freya 

postawiła  dwa  talerze  na  stole  w  niedużym  kąciku  śniadaniowym.  Oliver  przyjął  już  do 

wiadomości, że mieszkanie nie jest takie, jak się początkowo wydawało, więc nie zdziwiło go 

pojawienie się kolejnego zestawu ślicznych i wygodnych mebli. Czy to był sen? Jeśli tak, nie 

chciał się z niego budzić. 

Spróbował.  Omlet  był  miękki  i  aksamitny,  a  mięta  nadawała  mu  ostry,  interesujący 

posmak. Pochłonął całą porcję w trzech kęsach. 

- Byłeś głodny - zauważyła Freya, podciągając kolana pod brodę. 

Skinął głową i wytarł ręce w lnianą serwetkę. Patrzył, jak dziewczyna powoli je swój 

omlet, rozkoszując się każdym kawałkiem. 

- Opowiedz mi o niej - powiedziała Freya, oblizując widelec. 

- Była moją najlepszą przyjaciółką. - Opowiedział jej wszystko o przyjaźni z Schuyler, 

od  początku  do  gorzko-słodkiego  końca.  Przekonał  się,  że  przy  Freyi  może  mówić  o 

background image

Schuyler,  nie  czując  bólu.  Śmiał  się  i  rozkoszował  wspomnieniami.  Kiedy  skończył 

opowiadać, był już późny ranek. Mgliście pamiętał, że pomógł pozmywać naczynia, a potem 

zasnął na jej łóżku. 

- Jesteś za młody, żebyś miał być tak zagubiony i pogrążony w rozpaczy - wyszeptała 

Freya, zanim zamknął oczy. 

Kiedy obudził się po południu, leżał w jej ramionach. 

background image

Cztery 

Nowi właściciele 

Oliver wrócił do szkoły  i do zwykłego życia. Czuł się znacznie lepiej i oczekiwał na 

następne spotkanie z Freyą. Trudno było się z nią skontaktować, bo nie odbierała telefonu ani 

nie  oddzwaniała,  ale  szkoła  i  praca  w  Repozytorium  pochłaniały  cały  jego  czas.  Dopiero 

tydzień później powrócił do Holiday Cocktail Lounge. 

Natychmiast zauważył, że to miejsce się zmieniło. Przede wszystkim w drzwiach stał 

bramkarz z latarką, który krzywo popatrzył na jego fałszywy dowód. 

- Hawaje, co? - zapytał sceptycznie goryl. 

- Słuchaj, nie zamierzam niczego pić. Chcę się tylko zobaczyć z Freyą. 

- Nie ma tu nikogo takiego. 

- No daj spokój... 

- Możesz  zapytać  Macka,  powtórzy  ci  to  samo  -  bramkarz  oddał  mu  dowód.  -  Ale 

zamówisz jednego drinka i wylatujesz. 

Oliver  podziękował  skinieniem  głowy  i  wszedł  do  baru.  Bramkarz  nie  był  jedyną 

nowością.  Za  barem  stała  teraz  trójka  barmanów:  dwóch  starszych  mężczyzn  w  muszkach  i 

śliczna  dziewczyna  o  zimnej  urodzie  początkującej  aktorki,  ale  pozbawiona  całego  wdzięku 

Freyi.  Nawet  goście  byli  inni:  wystrojeni  i  eleganccy,  w  podróbkach  markowych  ciuchów, 

sączyli pastelowe drinki z kieliszków do martini. Oprawione w skórę menu zawierało nazwy 

drogich alkoholi. 

Znalazł  się  w  morzu  obcych.  Gdzie  się  podziali  kłótliwi  dziennikarze  z  tabloidów, 

starsi  mężczyźni  o  pociągłych  twarzach,  dzieciaki  bawiące  się  rzutkami?  Skoro  już  o  tym 

mowa,  gdzie  się  podziała  tarcza  do  rzutek?  I  stół  bilardowy?  Nadal  świeciły  się  lampki 

choinkowe,  ale  dołączył  do  nich  mechaniczny  śpiewający  Święty  Mikołaj.  The  Holiday  nie 

przypominało  już  czarującej,  niekonwencjonalnej  oazy,  stając  się  plastikową  repliką  tego, 

czym było dawniej. 

Oliver  potrząsnął  głową  i  przepchnął  się  do  wymyślnego  stołka  barowego.  Zamówił 

wodę mineralną i czekał. Nawet jeśli The Holiday się zmieniło, Freya zawsze tu była. Musiała 

tu być. 

Godziny mijały. Goście wychodzili. Barmani patrzyli na niego niechętnie. Ale Oliver 

został aż do zamknięcia baru. 

background image

Pięć 

Miłość i odwaga 

Oliver  nie  wiedział,  jak  długo  czekał,  stojąc  na  chodniku  z  bukietem  lilii,  ale  około 

czwartej  nad  ranem  pojawiła  się  w  końcu.  Znowu  miała  na  sobie  tę  samą  obszerną  kurtkę 

wojskową, co tamtej nocy, ale tym razem nie założyła kaptura, a jej kręcone włosy tańczyły 

na wietrze. 

- Co  ty  tu  robisz?  -  zapytała.  Oliver  z  ulgą  zauważył,  że  nie  sprawiała  wrażenie 

rozgniewanej,  tylko  lekko  rozbawionej.  -  Potrzymaj  to  -  powiedziała,  podając  mu  torbę  z 

zakupami i wyjmując klucze z torebki. 

- Czekałem  na  ciebie  w  The  Holiday.  Nie  pojawiłaś  się  tam  -  powiedział.  -  Czy 

zrobiłem coś nie tak? Nie chciałaś się ze mną widzieć? 

Freya  potrząsnęła  głową  i  otworzyła  drzwi  wejściowe.  Weszli  na  górę  wąską  klatką 

schodową. 

- Jak mnie znalazłeś? - zapytała, kierując się do swojego mieszkania. 

Oliver  zmarszczył  brwi.  To  nie  było  łatwe.  Był  pewien,  że  Freya  mieszka  pomiędzy 

Siódmą  Ulicą  a  Avenue  C,  ale  obszedł  cały  kwartał  i  nie  znalazł  koreańskiego  sklepu 

spożywczego  ani  zapuszczonej  kamienicy  z  czerwonymi  markizami.  Już  miał  się  poddać, 

kiedy uświadomił sobie, że jest na miejscu. Jakim cudem nie zauważył tego wcześniej? 

- Naprawdę  nie  wiem.  -  Oliver  rozsiadł  się  w  jednym  z  wygodnych  foteli.  -  Co  się 

stało z The Holiday? Zmieniło się. Nie ma cię tam. 

- Sprzedałam je. Przeprowadzam się. 

- Dlaczego? 

- Przyszedł czas - odparła. Skrzyżowała ramiona. - Wyglądasz lepiej. 

- Dzięki tobie - przyznał. 

- Herbaty? - zapytała. - Jasne. 

Zaczekał, aż zagotuje wodę, a kiedy stawiała przed nim filiżankę zaparzonej herbaty, 

wziął  ją  za  rękę  i  przytrzymał  dłuższą  chwilę.  Tak  bardzo  jej  pragnął.  Popatrzyła  na  niego. 

Przez chwilę stali, nie odzywając się. 

- Wydawało mi się, że zrobiłam wszystko, co było konieczne - powiedziała wreszcie. 

- Dlaczego trzymasz mnie na dystans? Nie jestem dzieckiem - przyciągnął ją do siebie, 

a Freya usiadła mu na kolanach. 

Zmierzwiła jego włosy. 

background image

- Nie, nie jesteś. Masz rację. 

Nachylił  się,  żeby  ją  pocałować.  Nigdy  nie  całował  dziewczyny  innej  niż  Schuyler. 

Ale tym razem w ogóle nie myślał o Schuyler, tylko o Freyi. 

Freya  pachniała  mlekiem,  miodem  i  cudownie  wiosennym  zapachem.  Poczuł,  że 

przysuwa się do niego, więc przyciągnął ją bliżej, żeby położyć dłoń na jej piersiach. Poczuł, 

że serce zaczyna mu walić - tak bardzo się denerwował - co on właściwie robił - nie wiedział, 

co powinien zrobić - nie planował tego - ale... usłyszał, że Freya westchnęła, ale nie było to 

westchnienie rozczarowania... brzmiała w nim akceptacja i zaproszenie. 

- Chodź - poprowadziła go do łóżka. 

Rozebrała  się  i  wślizgnęła pod kołdrę. Była piękna  jak z obrazu  Botticellego. Oliver 

drżącymi dłońmi szybko rozpiął ubranie i dołączył do niej. Cały czas się denerwował - a jeśli 

go wyśmieje? Jeśli zrobi coś nie tak? Czy w ogóle można zrobić coś nie tak? Nie był całkiem 

niewinny, ale nie był też specjalnie doświadczony. A jeśli jej się nie spodoba to, co on... Jej 

ciało  było  ciepłe  i  chętne,  a  on  czuł  się  jak  spragniony  wędrowiec  przy  wodospadzie. 

Wątpliwości zniknęły. Przestał się martwić. Przestał się denerwować. 

To  był  dla  niego  pierwszy  raz.  Z  Schuyler  czekali  na  właściwy  moment,  a  może 

czekali,  ponieważ  wiedzieli,  że  właściwy  moment  nigdy  nie  nadejdzie.  To  się  nie  liczyło. 

Teraz liczyła się tylko Freya. 

Zadrżał,  czując  na  swoim  ciele  ciepłe  i  lekkie  dłonie.  Jej  miękkie  wargi  z  czułością 

całowały jego szyję. Przyciągnęła go jeszcze bliżej i złączyli się, a jej ciało falowało pod nim 

jak woda. Spojrzał w jej oczy i usłyszał, jak woła jego imię. 

Miał  tyle  do  przeżycia,  tyle  do  zobaczenia.  Znajdował  się  wewnątrz  i  na  zewnątrz 

swojego  ciała,  wewnątrz  i  na  zewnątrz  swojej  krwi.  Unosił  się  pod  sufitem,  obserwując  ich 

dwoje, zachwycając się, jak smukłe i delikatne są ich splecione kończyny, jak piękny kształt 

tworzą ich złączone ciała. Miał  wrażenie, że  Freya przenika go na  wskroś, a on  może robić 

tylko to, co w tej chwili, czując ją wokół i wewnątrz swego ciała, wewnątrz swojej duszy. 

Później,  pokryty  potem  i  drżący,  otworzył  oczy  i  zobaczył,  że  wciąż  jest  w  tym 

samym pokoju, z tym samym obdrapanym sufitem. 

- Kocham cię - powiedział po raz kolejny. - Kocham cię, Freya. 

Freya popatrzyła na niego z czułością. 

- To nieprawda, skarbie. Ale nie będziesz już cierpiał. 

background image

Sześć 

Ostatnie pożegnanie 

Rano zjedli śniadanie w ukraińskiej restauracji Veselka, słynnej ze swojego barszczu. 

Oliver  był  pełen  energii  i  miał  wilczy  apetyt.  Nie  wiedział,  czy  przyczynił  się  do tego  brak 

snu,  czy  też  uprawiana  przez  nich  miłość,  ale  czuł  się  jak  nowo  narodzony.  Znalazł  nawet 

dość  odwagi,  żeby  zadać  Freyi  pytanie,  na  które  odpowiedzi  obawiał  się  od  chwili,  kiedy 

zauważył nieodwracalne zmiany w The Holiday. 

- Gdzie jedziesz? - zapytał, nadziewając na widelec pieróg i maczając go w śmietanie. 

- Moja rodzina wraca do domu. Do North Hampton. 

- Dlaczego? 

- To skomplikowane - powiedziała smutno. - Długa historia. 

Oliver  usiadł  wygodniej,  czując  popękaną  skórę  oparcia,  wbijającą  mu  się  w  plecy. 

Czy czuł się lepiej? Inaczej? Gorzej? Zdecydowanie lepiej. Dotknął swojej szyi i nie poczuł 

znajomego pulsowania. 

Schuyler.  Mógł  wymówić  jej  imię.  Mógł  przypomnieć  ją  sobie,  nie  czując  bólu. 

Wspominać  i cenić  ich przyjaźń, ale  nie zadręczać się  już jej  nieobecnością. Zupełnie  jakby 

Schuyler znalazła się za szkłem. Była częścią jego przeszłości, ale nie miała już torturować go 

w przyszłości. Tęsknił za swoją przyjaciółką. Ale potrafił pogodzić się ze stratą. Jej stratą. 

Odłożył widelec. 

- Kim jesteś? Czym się zajmujesz? - zapytał Freyę. 

- Jestem  czarownicą  -  uśmiechnęła  się.  -  Ale  sądzę,  że  już  się  tego  domyśliłeś, 

archiwisto. 

- Wiesz o błękitnokrwistych? 

- Tak. Oczywiście. Musimy wiedzieć o takich sprawach. Ale trzymamy się od nich z 

daleka. Moja rodzina nie lubi... się wtrącać. Ty byłeś szczególnym przypadkiem. 

- Czy jeszcze się spotkamy? 

- Może - odparła z namysłem Freya. - Ale nie sądzę, żebyś tego potrzebował. 

Miała  rację.  Nie  kochał  jej.  Kochał  ją  ostatniej  nocy  i  była  to  miłość,  którą  dzielili 

oboje. A teraz miała wyjechać, ale on umiał się z tym pogodzić. 

Oliver  znowu  stał  się  sobą.  Zachował  wspomnienie  czasu,  kiedy  był  familiantem 

Schuyler, ale nie czuł już bolesnego pragnienia, cierpienia w duszy. Jego uczucia do Schuyler, 

czymkolwiek było, nikt nie usuwał przemocą. Zamiast tego jego miłość została wchłonięta  i 

background image

rozproszona wewnątrz jego duszy. Na zawsze pozostanie częścią niego, ale nie będzie już tak 

potężna, aby go krzywdzić. Zawdzięczał to Freyi. Ona go uleczyła. Czarownica Freya. 

- Dziękuję - podniósł się, żeby pocałować ją w czoło. - Naprawdę ci dziękuję. 

- Skarbie, to była dla mnie czysta przyjemność. Rozstali się po następnym uścisku. 

Oliver ruszył ulicą w przeciwnym kierunku. Jego komórka zaczęła wibrować, odebrał 

natychmiast, widząc znajomy numer. Przez chwilę słuchał, a jego twarz rozpromieniła się w 

szerokim uśmiechu. 

- Serio?  Rany.  Gratulacje.  Kiedy?  Jasne,  że  się  pojawię.  Za  skarby  świata  nie 

chciałbym, żeby mnie to ominęło. 

Leczący  złamane  serca  omlet  Freyi  Beauchamp  (dla  tych,  którzy  lubią  śniadania 

przyprawione szczyptą magii) 

jajka 

śmietana kremówka 

posiekana świeża mięta 

sól 

pieprz 

masło 

Siekając miętę, powtarzaj te słowa: 

Tym,  co  od  złamanego  cierpią  serca,  Rozdartą  duszę  uleczy  mięta.  Oddech  Bogini 

życie odnowi, Prawdziwą miłość znaleźć pozwoli. 

Wymieszaj  w  miseczce  jajka  ze  śmietaną.  Dodaj  posiekaną  miętę,  sól  i  pieprz. 

Rozpuść  masło  na patelni  na umiarkowanym ogniu. Dodaj  mieszankę z  jajkami, smaż dwie 

minuty  bez  mieszania.  Dużą  łyżką  ostrożnie  przewróć  na  drugą  stronę,  tak  aby  omlet 

przysmażył się, ale pozostał miękki. 

Przybierz gałązkami mięty. 

Przepis  na  dwie  porcje:  jedną  dla  osoby  ze  złamanym  sercem  i  jedną  dla  jej 

przyjaciela. 

background image

ODLEGŁE WSPOMNIENIE 

Akademia Endicott 

Endicott, Massachusetts, 1985 

background image

Jeden 

Pierwszy kontakt 

Allegra Van Alen obudziła się z bolącą głową i przez chwilę nie była pewna, gdzie się 

znajduje. Miała na sobie szpitalną koszulę, ale wiedziała, że jest nadal w Endicott, ponieważ 

przez okno widziała w oddali oszalowaną białymi deskami kaplicę. Domyśliła się, że  jest w 

klinice dla uczniów, a jej przypuszczenia potwierdziła szkolna pielęgniarka, która przyniosła 

talerz ciasteczek. 

Pani  Anderson  była  uwielbianą  przez  wszystkich  opiekunką,  Obserwowała  uczniów 

macierzyńskim  okiem  i  zawsze  pilnowała,  żeby  w  jadalni  nie  brakło  świeżych  owoców. 

Weszła, uśmiechając się z troską. 

- Jak się czujesz, kochanie? 

- Chyba jakoś przeżyję - powiedziała żałośnie Allegra. - Co się stało? 

- Wypadek na boisku. Podobno uderzyła cię piłka. 

- Auć - skrzywiła się, pocierając bandaże na czole. 

- Masz  szczęście,  lekarz  powiedział,  że  podobne  uderzenie  czerwonokrwistego  by 

zabiło. 

- Ile czasu byłam nieprzytomna? 

- Tylko kilka godzin. 

- Czy  mogłabym  zostać  dzisiaj  wypisana?  Mam  jutro  klasówkę  z  łaciny  i  muszę  się 

uczyć  -  jęknęła  Allegra.  Podobnie  jak  reszta  szkoły,  klinika  była  komfortowym  miejscem. 

Mieściła  się  w  przytulnym  domu  w  stylu  New  England,  wyposażonym  w  białe  wiklinowe 

meble  i  barwne,  kwieciste  zasłony.  Ale  w  tym  momencie  Allegra  pragnęła  nade  wszystko 

znaleźć  się  w  zaciszu  własnego  pokoju,  z  czarno-białym  plakatem  Cure,  staroświeckim 

zamykanym  sekretarzykiem  i  świeżo  nabytym  walkmanem,  zostać  sama  i  słuchać  muzyki 

Depeche  Mode.  Nawet  w  klinice  słyszała  dźwięki  piosenek  Boba  Dylana,  sączące  się  z 

otwartych  okien.  Wszyscy  pozostali  w  szkole  słuchali  tej  samej  muzyki  sprzed  dwudziestu 

lat, zupełnie jakby życie w prywatnym liceum ugrzęzło w pętli czasowej lat sześćdziesiątych. 

Allegra  nie  miała  nic  przeciwko  Bobowi  Dylanowi,  ale  nie  potrzebowała  do  szczęścia  jego 

smęcenia. 

Pani  Anderson  potrząsnęła  głową,  poprawiając  poduszkę  Allegry  i  pomagając 

pacjentce oprzeć się na pierzastej wypukłości. 

- Jeszcze  nie.  Doktor  Perry  przyjeżdża  z  Nowego  Jorku,  żeby  cię  obejrzeć.  Twoja 

matka nalegała. 

background image

Allegra westchnęła. To jasne, że Cordelia nalegała na coś takiego. Matka pilnowała jej 

jak  jastrząb,  z  uwagą  wykraczającą  poza  zwykłą  troskę  macierzyńską.  Dla  Cordelii 

macierzyństwo było czynnością przypominającą strzeżenie bezcennej wazy z okresu dynastii 

Ming. Traktowała córkę jak zrobioną ze szkła i zawsze zachowywała się, jakby Allegrę jedno 

załamanie  nerwowe  dzieliło  od  odesłania  do  czubków,  nawet  jeśli  wszyscy  widzieli,  że 

Allegra jest okazem zdrowia. Była lubiana, pogodna, wysportowana i pełna energii. 

Mówiąc najłagodniej, Allegra dusiła się pod opieką Cordelii. Dlatego właśnie nie była 

w  stanie  doczekać  do  osiemnastki,  żeby  wyprowadzić  się  z  domu  na  dobre.  Wszechobecna 

troska matki o jej egzystencję sprawiła, że Allegra uparła się na przeniesienie z Duchesne do 

Endicott.  W  Nowym  Jorku  nie  było  ucieczki  przed  wpływami  Cordelii.  A  ponad  wszystko 

inne Allegra pragnęła wolności. 

Pani Anderson zmierzyła jej temperaturę i zabrała termometr. 

- Na zewnątrz czekają goście. Mam ich wpuścić? 

- Jasne - zgodziła się Allegra. Głowa przestała ją aż tak boleć - nie była pewna, czy to 

zasługa czekolady w słynnych ciasteczkach pani  Anderson, czy też potężnej dawki środków 

przeciwbólowych. 

- No dobrze, drużyno, wchodźcie. Ale macie nie męczyć chorej. Nie chcę, żeby się jej 

pogorszyło.  Ma  być  cicho.  -  Życzliwa  pielęgniarka  uśmiechnęła  się  jeszcze  raz  i  wyszła  z 

pokoju.  Chwilę  później  szpitalne  łóżko  Allegry  zostało  otoczone  przez  całą  żeńską  drużynę 

hokeja  na  trawie.  Tłoczyły  się  wokół  niej,  zadyszane  i  rozczochrane,  nadal  w  strojach 

drużynowych: zielonych spódniczkach w szkocką kratę, białych bluzeczkach polo i zielonych 

podkolanówkach. 

- O mój Boże! 

- Nic ci nie jest? 

- Rany, myślałam, że ci utrąciło głowę! 

- Następnym razem policzymy się z tymi idiotkami z Northfield Mount Hermon! 

- Nie martw się, dostały czerwoną kartkę! 

- Boże, kompletnie cię tam ścięło! Byłyśmy pewne, że już po tobie! 

Radosna kakofonia wypełniła pokój, a Allegra uśmiechnęła się. 

- Nic  mi  nie  jest.  Załapałam  się  na  ciasteczka,  chcecie  trochę? -  zapytała,  wskazując 

talerz na parapecie. Dziewczęta rzuciły się na ciasteczka jak wygłodniałe harpie. 

- Moment! Nie powiedziałyście mi jeszcze najważniejszego. Wygrałyśmy? - zapytała 

Allegra. 

- A  jak  myślisz?  Rozgromiłyśmy  je.  -  Birdie  Belmont,  najlepsza  przyjaciółka  i 

background image

współlokatorka  Allegry,  zasalutowała  żartobliwie,  co  pewnie  zrobiłoby  większe  wrażenie, 

gdyby nie trzymała w ręku ogromnego czekoladowego ciastka. 

Dziewczęta  szeptały  konspiracyjnie,  kiedy  nagle  przerwał  im  głos  dochodzący  zza 

dzielącej pokój na pół zasłony. 

- Macie tam ciastka? Nie zamierzacie się podzielić? Drużyna zachichotała. 

- Twój sąsiad jest chyba głodny - szepnęła Birdie. 

- Słucham?  -  zapytała  Allegra.  Do  tej  chwili  nawet  nie  zauważyła,  że  dzieli  z  kimś 

pokój. Chyba rzeczywiście oberwała w głowę naprawdę mocno i to nie była zwykła sportowa 

kontuzja. 

Rory Antonini, utalentowana dziewczyna grająca na pozycji pomocnika i mogąca się 

poszczycić  najlepszym  procentem  celnych  podań  w  lidze,  odsunęła  zasłonę  rozdzielającą 

pokój. 

- Cześć,  Bendix  -  odezwały  się  chórem  dziewczęta.  Bendix  Chase  był 

najpopularniejszym  chłopakiem  w  ich  klasie.  Nietrudno  się  domyślić  dlaczego:  miał  metr 

dziewięćdziesiąt  wzrostu  i  wyglądał  jak  młody  blond  olbrzym,  mocno  zbudowany  i  z 

szerokimi  ramionami.  Miał  twarz  greckiego  boga:  cienkie  brwi,  regularny  nos  i  ostro 

wystające  kości  policzkowe.  W  policzkach  rysowały  się  wyraźne  dołeczki,  a  oczy  barwy 

chabrów  lśniły  wesołością.  Leżał  na  szpitalnym  łóżku  z  prawą  nogą  w  gipsie.  Pomachał  do 

nich z uśmiechem. 

- Kiedy  cię  wypuszczają?  -  zapytała  Darcy  Sedrik,  bramkarka,  podając  mu  prawie 

opróżniony talerz ciasteczek. 

- Dzisiaj. W końcu mają mi zdjąć gips. Dzięki Bogu, mam już dość skakania po szkole 

na jednej nodze - Bendix skinieniem głowy podziękował za ciastko. - A tobie co się stało? - 

zapytał Allegrę. 

- To  tylko  powierzchowna  rana  -  odparła,  wskazując  na  swój  turban  z  bandaży  i 

naśladując brytyjski akcent. 

- Przynajmniej  masz  jeszcze  obie  ręce  -  Bendix  z  uśmiechem  docenił  cytat  z  Monty 

Pythona. 

Allegrę zachwyciło, że tak szybko zauważył  nawiązanie, ale postarała  się nie okazać 

emocji. 

Nie  chciała  sprawiać  wrażenia  kolejnej  z  jego  wielkookich  fanek,  ponieważ  cała 

drużyna  hokejowa  przeniosła  się  już  na  drugą  połowę  pokoju,  żeby  ozdobić  gips  chłopaka 

niezliczonymi serduszkami oraz krzyżykami. 

- Przykro mi, ale odwiedziny się skończyły - oznajmiła pani Anderson, pojawiając się 

background image

w wykrochmalonym białym fartuchu. 

Rozległo  się  chóralne  „Nieeeee”,  kiedy  pielęgniarka  wyganiała  dziewczęta  na 

zewnątrz.  Później  miała  zamiar  zaciągnąć  oddzielającą  pacjentów  zasłonę,  ale  Bendix 

poprosił, żeby zostawić ją na razie odsłoniętą. 

- Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko. Trochę tu klaustrofobicznie. No i masz po 

swojej stronie telewizor - powiedział. 

- Jasne - wzruszyła ramionami  Allegra. Ona  i  Bendix znali się oczywiście, ponieważ 

Akademia  Endicott,  podobnie  jak  Duchesne,  była  niewielką  i  zżytą  społecznością 

nieprawdopodobnie  uprzywilejowanych  dzieci  elity.  Jednakże,  w  odróżnieniu  od  pozostałej 

części  żeńskiej  populacji,  Allegra  nie  była  zauroczona  przystojnym  blondynem.  Jego 

niezwykle  amerykańska  uroda  wydawała  się  jej  trochę  zbyt  ostentacyjna,  nadmiernie 

stylizowana na hollywoodzkiego gwiazdora. Bendix wyglądał jak Andy z Klubu winowajców, 

tylko  jeszcze  przystojniejszy.  W  dodatku  poza  tym,  że  był  przystojny,  wysportowany  i 

podziwiany,  był  także  -  co  zdumiewające  u  chłopaka  o  jego  statusie  i  przywilejach  - 

sympatyczny.  Allegra  zauważyła,  że  nie  tylko  nie  zachowywał  się  jak  arogancki  snob, 

wypełniający  korytarz  rozdętym  ego,  ale  odnosił  się  z  autentyczną  życzliwością  do 

wszystkich, nawet do jej brata Charlesa, a to już o czymś świadczyło. 

Ale  nawet  jeśli  najprzystojniejszy  chłopak  w  Endicott  leżał  kilka  metrów  od  niej, 

oglądając  wraz  z  nią  teledyski  (dlaczego,  na  litość  boską,  Eddie  Murphy  śpiewa?  I  co  za 

pasiastą koszulę ma na sobie?), Allegra nie zwracała na niego większej uwagi. 

background image

Dwa 

Bliźnięta Van Alen 

Doktor Perry przyjechał z Nowego Jorku i orzekł, że Allegra jest całkowicie zdrowa, 

mogła  więc  następnego  dnia  wrócić  do  dormitorium.  Przechodząc  na  przerwie  z  klasy  do 

klasy, zauważyła swojego brata, zmierzającego w jej stronę przez czworokątny dziedziniec. 

- Przyjechałem, kiedy się tylko dowiedziałem - Charles Van Alen łagodnie ujął siostrę 

pod ramię. - Kto to zrobił? Jesteś pewna, że nic ci nie jest? Cordelia odchodzi od zmysłów... 

Allegra  przewróciła  oczami.  Jej  brat  bliźniak  potrafił  być  potwornie  nieznośny.  Nie 

tylko  dlatego,  że  upierał  się  przy  nazywaniu  ich  matki  po  imieniu,  ale  także  dlatego,  że 

zachowywał  się  stale  jak  opiekun  Allegry.  Zabawne,  biorąc  pod  uwagę,  że  była  od  niego 

wyższa o kilka centymetrów. 

- Nic  mi  nie  jest,  Charlie,  naprawdę.  -  Wiedziała,  że  nie  znosił  tego  dziecinnego 

zdrobnienia, ale nie mogła się powstrzymać. Był ostatnią osobą, jaką miała ochotę widzieć w 

tym momencie. 

W  odróżnieniu  od  Allegry  Charles  Van  Alen  wydawał  się  raczej  niski  jak  na  swój 

wiek.  Bliźnięta  nie  mogły  bardziej  różnić  się  od  siebie,  ponieważ  on  miał  ciemne  włosy  i 

chłodne  szare  oczy.  W  przeciwieństwie  do  niedbale  ubranych  kolegów  zawsze  nosił 

zawiązany fular i przychodził do szkoły ze skórzaną teczką. Nie był szczególnie popularny w 

Endicott,  nie  z  powodu  swoich  aspiracji  (chociaż  sięgały  daleko),  ale  przede  wszystkim 

dlatego, że bezustannie narzekał na szkołę i dawał wszystkim do zrozumienia, że nie byłoby 

go tutaj, gdyby nie upór jego siostry. Większość uczniów uważała go za irytującego, nadętego 

nudziarza, a on w odpowiedzi zachowywał się, jakby wszyscy byli jego podwładnymi. 

Allegra wiedziała, że głównym źródłem jego braku pewności siebie jest niski wzrost. 

Gdyby  tylko  potrafił  przejść  nad  tym  do  porządku  dziennego  -  lekarze  potwierdzali,  że  nie 

zaczął  jeszcze  na  dobre  rosnąć  i  że  bez  wątpienia  w  przyszłości  będzie  bardzo  przystojny. 

Teraz  po  prostu  jego  twarz  była  nie  do  końca  ukształtowana.  Za  kilka  lat  nos  Charlesa 

przestanie  się  wydawać  za  duży,  a  rysy  -  przenikliwe  oczy,  szerokie  czoło  -  nabiorą 

królewskiej  godności.  Ale  obecnie  Charlie  Van  Alen  był  po  prostu  jeszcze  jednym  niskim 

nerdem z klubu dyskusyjnego. 

Allegra  dziękowała  losowi,  że  jej  brat  spędził  weekend  w  Waszyngtonie  na 

egzaminach  z  elokucji.  Inaczej  mogła  być  pewna,  że  narobiłby  zamieszania  w  klinice  i 

prawdopodobnie  upierałby  się  przy  przeniesieniu  jej  do  lepiej  wyposażonego  szpitala  w 

background image

rodzaju  Massachusetts  General  Hospital.  Jeśli  chodziło  o  pilnowanie  Allegry,  Charlie 

zachowywał  się  z  równą  przesadą,  co  Cordelia.  Pomiędzy  tą  dwójką  Allegra  czuła  się  jak 

porcelanowa lalka: cenna, krucha i niezdolna zadbać o siebie. Doprowadzało ją to do szału. 

- Pozwól, że pomogę - sięgnął po jej plecak. 

- Dam radę nosić własne rzeczy. Zostaw. To będzie wyglądać dziwacznie - warknęła. 

Starała się nie czuć winna z powodu szoku i smutku, jaki odmalował się na jego twarzy. 

Nie powinna w ten sposób odzywać się do swojego partnera, ale nie potrafiła nic na to 

poradzić. Ponieważ Charles był oczywiście Michałem. Po tym, co stało się we Florencji, nie 

mogło być cienia wątpliwości - od tamtej pory w każdym cyklu odradzali się jako bliźnięta. 

Dom Kronik nalegał na tę praktykę, aby przeszłe wydarzenia nie mogły się nigdy powtórzyć. 

Żeby od samego początku nie było żadnych wątpliwości, pytań, pomyłek. 

A  jednak każde kolejne wcielenie  było gorsze od poprzedniego. Allegra nie potrafiła 

znaleźć przyczyny, ale jasno czuła, że z latami coraz bardziej oddala się od niego. Nie tylko z 

powodu tamtych wydarzeń... Kogo próbowała oszukać? Początkiem było to, co wydarzyło się 

we  Florencji.  Nie  mogła  sobie  wybaczyć.  Nigdy.  To  była  wyłącznie  jej  wina.  A  to,  że  on 

nadal  ją  kochał  -  że  zawsze  będzie  ją  kochał  -  przez  absolutnie  całą  wieczność  -  przez 

wszystkie  te  lata  i  stulecia  -  sprawiało,  że  była  mu  bardziej  niechętna  niż  wdzięczna.  Jego 

uczucie stało się ciężarem. Po tym, co zaszło między nimi, w każdym kolejnym cyklu coraz 

głębiej  dochodziła  do  wniosku,  że  nie  zasługuje  na  jego  miłość.  Wraz  z  niechęcią 

przychodziło poczucie winy i gniew. Nie znała przyczyny, ale coraz trudniej było jej czuć do 

niego to, co on wciąż czuł do niej. 

Cóż za ironia losu. Ona popełniła błąd, a jednak to on został ukarany. Taka myśl sama 

w  sobie  oddziaływała  przygnębiająco,  a  w  dzisiejsze  pogodne  jesienne  popołudnie  Allegra 

czuła się dalsza od swego brata niż kiedykolwiek. 

- No, pozwól mi - nalegał, ciągnąc za pasek. 

- Charlie,  proszę!  -  krzyknęła  i  szarpnęła  gwałtownie,  wyrywając  mu  plecak  z  rąk  z 

taką siłą, że Charles zachwiał się i przewrócił na trawę. 

Spojrzał na nią z wściekłością, podniósł się i otrzepał spodnie. 

- Co w ciebie wstąpiło? - syknął. 

- Po prostu... daj mi spokój, dobra? - uniosła ręce i w geście frustracji odgarnęła długie 

jasne włosy. 

- Ale ja... ja... 

WIEM.  Kochasz  mnie.  Zawsze  mnie  kochałeś.  Będziesz  ZAWSZE  mnie  kochał. 

Wiem, Michale. Słyszę cię głośno i wyraźnie. 

background image

- Gabrielo! 

- Nazywam się Allegra! - prawie krzyknęła. Dlaczego stale musiał ją nazywać tamtym 

imieniem?  Dlaczego  musiał  zachowywać  się,  jakby  nikt  nie  zauważał, że  ma  obsesję  na  jej 

punkcie?  Jasne,  blękitnokrwistych  dzieciaków  nie  dziwiło  jego  zachowanie,  ponieważ 

wszyscy  wiedzieli,  kim  oni  są,  nawet  jeśli  nie  zostali  jeszcze  oficjalnie  przedstawieni.  Ale 

czerwonokrwiści nie znali ich historii i nie wiedzieli, ile znaczą dla siebie, a to nie dawało jej 

spokoju. Nie byli już w starożytnym Egipcie, żyli w dwudziestym wieku. Czasy się zmieniły. 

A jednak Rada zawsze reagowała niezwykle powoli. 

Czasem Allegra po prostu pragnęła doświadczać tego, co przynosiło życie, bez bagażu 

całej nieśmiertelnej historii na ramionach - miała dopiero szesnaście lat, przynajmniej w tym 

wcieleniu.  Potrzebowała  oddechu.  W  roku  1985,  w  Endicott  w  stanie  Massachusetts, 

zakochany w  niej  bliźniaczy  brat wydawał się po prostu czymś  chorym  i obrzydliwym. Pod 

tym względem Allegra zaczęła się zgadzać z czerwonokrwistymi. 

- Facet się ciebie czepia, Legs? - zapytał Bendix Chase, który przechodził obok, przy 

wtórze trzeciego dzwonka. 

- Czy on powiedział do ciebie „Legs”? - zdziwił się Charles. 

- Wszystko  w  porządku  -  westchnęła  Allegra.  -  Bendiksie  Chase,  nie  miałeś  chyba 

okazji poznać mojego brata, Charliego. 

- Pierwszoklasista? - zapytał Bendix, ściskając dłoń Charlesa. - Miło cię poznać. 

- Nie.  Jesteśmy  bliźniakami  -  odparł  lodowato  Charles.  -  Chodzę  razem  z  tobą  na 

seminaria szekspirowskie. 

- Na  pewno  jesteście  spokrewnieni?  -  mrugnął  Bendix.  -  Nie  widzę  rodzinnego 

podobieństwa. 

Charles poczerwieniał. 

- Tak,  na  pewno.  A  teraz,  jeśli  nam  wybaczysz...  -  odwrócił  się,  ciągnąc  za  sobą 

Allegrę. 

- No już, nie musisz się obrażać - powiedział łagodnie Ben-dix. - Upuściłeś książkę. - 

Podniósł  podręcznik,  który  Charles  upuścił,  padając  na  ziemię.  Charles  nie  raczył  mu 

podziękować. 

- Naprawdę  nie  musisz  się  obrażać,  Charlie  -  zgodziła  się  Allegra.  Odsunęła  się  od 

brata i stanęła koło Bendixa, który objął ją ramieniem. 

- Obawiam  się,  moja  droga,  że  czeka  nas  sprawdzian  z  łaciny  -  oznajmił  Bendix.  - 

Pozwolisz ze mną? 

Allegra  pozwoliła  się  poprowadzić  popularnemu  przystojniakowi.  Nigdy  by  do  tego 

background image

nie  dopuściła,  gdyby  Charles  nie  okazał  się  tak  irytujący.  Dobrze  mu  tak.  Zostawiła  brata 

stojącego samotnie na dziedzińcu i patrzącego, jak odchodzą. 

background image

Trzy 

Jedyny przedmiot sprawiający trudność wampirom 

Allegra  na  ogól  uczyła  się  doskonale,  ale  zupełnie  nie  radziła  sobie  z  łaciną.  Miała 

problemy  z  oddzieleniem  zwulgaryzowanego  przez  czerwonokrwistych  świętego  języka  od 

jego prawdziwej wersji i bez przerwy jej się one myliły. Łacińskie deklinacje i trzy rodzaje po 

prostu  nie  miały  sensu.  Nie  potrafiła  nie  mieszać  prawdziwej  mowy  nieśmiertelnych  z  jej 

ludzkim, pospolitym wydaniem. 

Patrzyła na gniewne, czerwone 3-, zakreślone kółkiem u góry kartki ze sprawdzianem. 

Niech to szlag! Jeśli  nie utrzyma dobrych stopni, Cordelia zabierze  ją z Endicott i zapisze  z 

powrotem  do  Duchesne.  Znajdzie  się  znowu  w  punkcie  wyjścia:  praktycznie  jako  więzień 

matki  i  jej  oczekiwań  wobec  przyszłości  samej  Allegry  oraz  jej  działań  na  rzecz  ich  rasy. 

Naprawdę,  Cordelia  przemawiała  czasem  jak  demagog  z  okresu  drugiej  wojny  światowej. 

Allegra nie była wtedy w cyklu, ale czytała raporty Repozytorium. 

- O, paskudnie - zauważył Bendix, rzucając okiem na jej klasówkę. 

- A ty co dostałeś? - uniosła brwi. 

Z zadowoleniem pomachał jej przed nosem swoją szóstką. 

Czy on musiał być tak irytująco perfekcyjny? Allegra mało czego tak nie znosiła, jak 

słowa „perfekcyjny” i ludzi, którzy je uosabiali. Nienawidziła, kiedy nazywali ją perfekcyjną, 

kiedy  dostrzegali  tylko  jej  zewnętrzny  wygląd,  fale  lśniących  blond  włosów,  słoneczną 

opaleniznę  i  nienaganną  figurę.  Nigdy  nie  rozumiała,  dlaczego  ktokolwiek  miałby 

przywiązywać wagę do tak nieistotnych szczegółów. Sama uważała, że wszyscy są piękni - i 

nie  miało  to  nic  wspólnego  z  absurdalnie  świętoszkowatym  przekonaniem,  że  każdy  ma 

piękną duszę. Nie. Allegra naprawdę uważała, że większość spotykanych przez nią ludzi jest 

piękna  -  kogo  obchodziło  kilka  kilogramów  za  dużo,  haczykowaty  nos  czy  jakieś  dziwne 

znamię? Uwielbiała patrzeć na ludzi. Uważała, że są cudowni. 

Jak się nad tym zastanowić, była równie okropna, jak Ben-dix. Miała idealną urodę i 

do tego  jeszcze  zachowywała  się  wobec  wszystkich  życzliwie.  Czasem  naprawdę  nużyło  ją 

bycie sobą. 

- Mogę ci pomóc z łaciną, jeśli chcesz - zaproponował Ben-dix, kiedy zebrali rzeczy i 

ruszyli do wyjścia z sali. 

- Chcesz  mi  udzielać  korepetycji?  -  To  coś  nowego.  Czerwonokrwisty,  który 

proponuje  nieśmiertelnemu  wampirowi,  że  nauczy  go  nowych  sztuczek.  Charlie  by  ją 

background image

wyśmiał. Allegra potrząsnęła głową. 

- Chyba sobie poradzę, dzięki. Muszę po prostu wykuć odmianę rzeczowników. 

- Jak chcesz. Niedawno się tu przeniosłaś, więc może nie wiesz, ale jeśli nie utrzymasz 

przyzwoitej  średniej,  będziesz  mogła  pożegnać  się  z  drużyną  hokejową  i  ze  stanowymi 

mistrzostwami - powiedział Bendix, przytrzymując jej otwarte drzwi. 

Chłopak trafił w samo sedno. 

Przez kilka następnych tygodni Allegra co drugi wieczór spotykała się z Bendixem w 

głównej bibliotece na lekcję łaciny. To, co rozpoczęło się jako uczciwe starania obojga, aby 

Allegra  opanowała  ten  język,  pomału  przekształciło  się  w  długie  i  obszerne  dyskusje  na 

wszelkie  możliwe  tematy.  Od  jakości  jedzenia  w  stołówce  (koszmarne)  przez  rozważania  o 

kryzysie palestyńskim aż po kwestię, czy Ahracadabra w wykonaniu Steve Miller Band była 

najlepszą, czy też najgorszą piosenką, jaka powstała (Bendix głosował na najlepszą, Allegra - 

na najgorszą). 

Pewnego wieczora Bendix pochylił się nad podręcznikiem do łaciny i westchnął. Jasne 

kosmyki opadały  mu na oczy, a Allegra  musiała zdusić w sobie chęć odgarnięcia  ich z  jego 

czoła. 

- Ktoś  od  ciebie  przyjeżdża  w  dzień  odwiedzin  w  przyszłym  tygodniu?  -  zapytał.  - 

Jesteś z Nowego Jorku, prawda? 

Allegra jednocześnie skinęła i potrząsnęła głową. 

- Oczywiście  przyjedzie  matka.  Nigdy  by  czegoś  takiego  nie  ominęła.  Mój  ojciec... 

wyjechał. - To było najprostsze wyjaśnienie nieobecności Lawrence'a. - A ty? 

- Nikt. Matka ma zebranie rady nadzorczej, więc musi zostać w San Francisco. Ojciec 

nie zajmuje się takimi drobiazgami. Przeszkadzałyby mu w pracy artystycznej. 

- Twój tata jest artystą? 

- Robi odlewane rzeźby. Nie sprzedał jeszcze ani jednej, pewnie dlatego, że wyglądają 

jak złom. Ale nie mów mu tego. 

- To  brzmi,  jakbyś  żadnego  z  nich  specjalnie  nie  lubił  -  Allegra  poczuła  przypływ 

współczucia.  Była  bardzo  przywiązana  do  Lawrence'a  i  Cordelii.  Tylko  że  Lawrence'a  nie 

widziała od lat, a Cordelia przemieniła się w szorstką, nerwową starszą damę. 

- Tak to  wygląda.  Owszem,  lubię  swoich  rodziców,  ale  oni  nigdy  nie  mają  dla  mnie 

wiele czasu. Ups, naprawdę to powiedziałem? Nie cierpię użalać się nad sobą. 

Allegra uśmiechnęła się i otworzyła podręcznik do łaciny. - Jeśli chcesz, podzielę się z 

tobą  Cordelią.  Uwielbia  poznawać  moich  przyjaciół.  Ale  nie  mogę  mówić  w  imieniu 

Charliego. 

background image

- Właśnie,  czym  ja  podpadłem  twojemu  bratu?  Nigdy  mu  nic  nie  zrobiłem  - 

powiedział zakłopotany. 

- Och... on...  przejdzie  mu  -  odparła  Allegra.  Odkaszlnęła.  -  No  więc...  Wracamy  do 

łaciny? 

- Słuchaj, czy wy w końcu ze sobą chodzicie? - zapytała Birdie, kiedy Allegra krótko 

po północy wróciła do pokoju. 

- Chodzimy? Z kim? O czym ty mówisz? - Allegra zarumieniła się lekko, odkładając 

książki.  Ostatecznie  nie  doszli  do  deklinacji.  Spędzili  wieczór,  rozmawiając  o  zaletach 

dorastania w San Francisco w porównaniu z Nowym Jorkiem. Allegra, urodzona obywatelka 

Manhattanu,  upierała  się,  że  jej  miasto  jest  nieskończenie  lepsze  pod  każdym  względem  - 

oferty  kulturalnej,  muzeów,  restauracji.  Bendix  na  obronę  swojego  miasta  nad  zatoką 

przywoływał  jego  mglistą pogodę, nieodłączne piękno  i  liberalną politykę. Żadne z  nich  nie 

zdołało przekonać drugiego. 

- Chodzi ci o mnie i Bena? - zapytała Allegra. - Myślisz, że jesteśmy parą? 

- O, czyli to już  „Ben”? Niedługo będziesz go nazywać  „Benny” - droczyła się z  nią 

przyjaciółka,  zwijając  ziołowego  skręta.  Allegrze  nie  przeszkadzało  to,  chociaż  pokój 

śmierdział potem dymem, a Birdie  miała zwyczaj używać zbyt dużo odświeżacza powietrza 

na wypadek kontroli. W efekcie w pokoju pachniało jak w toalecie. 

Allegra skrzywiła się. 

- Skąd. Nie ma szans. Jesteśmy kumplami. Sublokatorka wypuściła pierścień dymu. 

- Daj spokój, wszyscy widzą, jak się zachowujecie wobec siebie. 

- Co? Żartujesz chyba. 

- Poza  tym  wyglądacie  razem  perfekcyjnie  -  uśmiechnęła  się  Birdie.  Znała  dobrze 

narzekania Allegry na to słowo na „p”. 

- Dobry  Boże!  -  wzdrygnęła  się  Allegra.  Nie  patrzyła  na  Bena  pod  takim  kątem. 

Dobrze jej się z nim rozmawiało i dobrze się czuła w jego towarzystwie. Poza tym nie mogli 

przecież  być  razem  -  nie  mogła  żywić  do  niego  tego  rodzaju  uczuć.  Birdie  była 

czerwonokrwista, po prostu nie wiedziała, o czym mówi. 

- Serio? Znam większe nieszczęścia  niż chodzenie z Bendixem. Jego rodzice właśnie 

sprzedali  swoją  firmę  za  chyba  dwa  miliardy  dolarów.  Nie  czytałaś  dzisiejszej  gazety?  - 

Birdie rzuciła Allegrze „Wall Street Journal”. 

Allegra  przeczytała  zamieszczony  na  pierwszej  stronie  artykuł,  szczegółowo 

omawiający  nabycie przez  Allied Corporation zespołu rodzinnych  firm  należących do grupy 

Chase'ów. Zaskoczyła  ją skromność Bendixa.  Wspomniał, że  matka nie przyjedzie  na dzień 

background image

odwiedzin  z  powodu  „służbowego  spotkania”.  Tak  naprawdę  chodziło  o  walne  zebranie 

udziałowców. 

- Są niesamowicie nadziani. Nic dziwnego, że nosi nazwisko po matce. Po prostu śpią 

na forsie. 

- Birdie,  nie  bądź  ordynarna  -  skarciła  ją  Allegra.  Nawet  w  Endicott  zbytnie 

zainteresowanie cudzym stanem posiadania było w złym guście. Ale po przeczytaniu artykułu 

poczuła,  że  jeszcze  bardziej  polubiła  Bena.  Nie  dlatego,  że  dowiedziała  się,  jak  bardzo  jest 

bogaty - nie dbała o pieniądze, chociaż zawsze miała ich pod dostatkiem - ale dlatego, że przy 

tak ogromnej fortunie pozostawał skromny i zwyczajny. 

A po dzisiejszej rozmowie miała wrażenie, że Bendix Chase nie miałby nic przeciwko 

oddaniu  części  tego,  na  czym  zależało  większości  ludzi,  gdyby  w  zamian  mógł  dostać 

odrobinę więcej tego, na czym jemu naprawdę zależało. 

background image

Cztery 

Stowarzyszenie Poetów i Awanturników 

Allegra  właśnie  zasypiała,  kiedy  usłyszała  hałasy  pod  oknem.  Zamrugała  oczami, 

zdezorientowana. Słyszała cichy, klikający dźwięk. Kamyki. I chichoty. Podeszła do okna. 

- Co się dzieje? - zapytała, lekko poirytowana. 

Pod  jej  oknem  stała  grupka  zakapturzonych  nieznajomych.  Najwyższy  z  nich 

zaintonował mrocznym i złowieszczym głosem: 

- Allegro  Van  Alen,  twoja  przyszłość  oczekuje  na  ciebie.  Prawda.  Zapomniała, 

chociaż Birdie ostrzegała ją tydzień te' 

mu.  To  była  ta  noc,  kiedy  Stowarzyszenie  Petologów  -  najbardziej  prestiżowe  tajne 

stowarzyszenie  Endicott  -  werbowało  nowych  członków.  Zauważyła,  że  łóżko  jej 

współlokatorki  jest  puste,  co  oznaczało,  że  Birdie,  która  oczywiście  należała  do 

stowarzyszenia, brała już udział w nocnym święcie. 

- Zaraz schodzę - zawołała  Allegra, ale w tym  momencie  inna grupa zakapturzonych 

uczniów wpadła do pokoju i założyła jej kaptur na głowę. Została właśnie oficjalnie porwana. 

Po  zdjęciu  kaptura  Allegra  zobaczyła,  że  znajduje  się  na  polanie  w  lesie.  Płomienie 

ogniska strzelały wysoko, a ona klęczała wraz z grupą innych nowicjuszy. 

Zakapturzony przywódca podał jej złoty kielich wypełniony czerwonawym napitkiem. 

- Napij  się  z  kielicha  wiedzy  -  rozkazał.  Ich  palce  zetknęły  się,  kiedy  podawał  jej 

puchar, a Allegra starała się nie śmiać, wypijając łyk. Wódka zmieszana z 7-Up. Niezłe. 

- Głupio  wyglądasz  w  tej  szacie  -  wyszeptała,  ponieważ  rozpoznała  jego  głos  w 

momencie, kiedy pierwszy raz się do niej odezwał. 

- Cśśś! - odparł Bendix, także tłumiąc śmiech. 

Podała  kielich  osobie  obok,  zastanawiając  się,  kto  jeszcze  został  wybrany.  Kiedy 

wszyscy nowi członkowie napili się z kielicha, Bendix wzniósł toast. 

- Oto  spożyli  oni  ogień  oświecenia!  Witamy  was  wśród  Petologów,  nowoczesnych 

poetów  i  awanturników!  Zatańczmy  pomiędzy  drzewami  jak  bachusowe  nimfy!  -  Gdzieś  z 

tyłu ktoś uderzył w gong, budząc echa w lesie. 

- Bachusowe nimfy? - zapytała sceptycznie Allegra. 

- To  grecka  tradycja  -  wzruszył  ramionami.  Starsi  członkowie  zdjęli  kaptury,  ale 

większość  z  nich  pozostała  w  płaszczach.  Wśród  zebranych  zaczęły  krążyć  kolejne 

plastikowe puchary, wypełnione wódką i 7-Up. 

background image

- Czy  to  właśnie  robią  Petologowie?  -  zapytała  Allegra,  rozglądając  się  po 

rozbawionym, pijanym towarzystwie. - Ignorujecie ciszę nocną i tańczycie wokół ogniska? 

- Nie zapominaj o tanich drinkach. To bardzo ważne - Bendix z powagą skinął głową. 

- To wszystko? O to jest tyle zamieszania? - roześmiała się. Petologowie byli otoczeni 

w szkole bezbrzeżnym, pełnym zazdrości podziwem. 

- Mniej więcej.  A,  i  w każdym  semestrze wyprawiamy  bal. Oczywiście  na  jednym z 

nich ubranie jest opcjonalne. 

- Oczywiście. 

- A później urządzimy doroczny Konkurs Kiepskiej Poezji. 

- Czyli  to  właściwie  tylko...  wygłupy?  -  zapytała  Allegra,  chociaż  już  znała 

odpowiedź. 

- Czemu? A co takiego ważnego wy robicie w tym waszym Komitecie? 

Wiedział,  że  jest  członkinią  Komitetu.  Oczywiście  w  Endicott  działała  jego  filia, 

ponieważ  do  szkoły  uczęszczała  spora  grupa  błękitnokrwistych  uczniów.  Rozejrzała  się  po 

nowo przyjętych członkach i z rozczarowaniem stwierdziła, że wśród zarumienionych twarzy 

nie widzi swojego brata. Wiedziała, że Charlie nie zostałby wybrany, ale mimo wszystko było 

jej  nieprzyjemnie.  Petologowie  stanowili  jedną  z  przyczyn,  dla  których  jej  brat  tak  bardzo 

nienawidził  tej  szkoły.  W  Endicott  nikomu  nie  zależało  na  byciu  członkiem  Komitetu. 

Wszyscy chcieli należeć do Petologów. 

- Mniej więcej to samo - wzruszyła ramionami Allegra. 

- No,  tak  myślałem.  Ktoś  naprawdę  powinien  przywrócić  stare  zwyczaje.  Wiesz, 

trumny,  morderstwa, walka o władzę - poruszył  brwiami  i pociągnął długi  łyk z ogromnego 

pucharu. 

- O,  a  oto  i  przedstawiciel  Teksasu.  Forsyth,  pozwól  na  słówko?  Przepraszam  - 

powiedział  do  niej  Bendix  i  podszedł,  żeby  porozmawiać  z  Forsythem  Llewellynem,  który 

pełnił funkcję opiekuna stowarzyszenia z ramienia szkoły. 

Allegra uniosła kieliszek, a Forsyth grzecznie skinął  jej głową. Uczył pierwsze klasy 

angielskiego i widywała go czasem na kampusie. Oczywiście pamiętała go. Nigdy nie miała 

zapomnieć nikogo z tych, którzy byli w cyklu we Florencji. 

Impreza trwała od dobrej godziny, kiedy Bendix podniósł głos. 

- Proszę o uwagę! Proszę o uwagę! 

Zebrani uciszyli się, ale odczekał, aż uwaga wszystkich będzie skupiona na nim. 

- Przyszedł  czas,  aby  oddać  cześć  naszemu  założycielowi,  wsłuchując  się  w  jego 

słowa. 

background image

Starsi  członkowie  stowarzyszenia  unieśli  kieliszki  ku  niebu  i  jednym  głosem 

wyrecytowali następujący wiersz: 

- Ptak, autorstwa Killingtona Jonesa.  Wątpię, czy kiedyś  jeszcze usłyszę / Pieśń taką 

piękną,  jak  śpiewa  ptaszę.  /  Z  jasnym  pierzem  i  czerwonym  dziobem  /  buduje  gniazdo,  by 

złożyć w nim głowę, / Jeden Bóg może tworzyć takie cuda / Lecz napisać zły wiersz i mnie 

się uda. 

- Właśnie!  -  rozpromienił  się  Bendix.  -  Niech  rozpocznie  się  Konkurs  Kiepskich 

Wierszy! 

Allegra  z  rozbawieniem  słuchała,  jak  kolejni  aspirujący  poeci  recytowali  koszmarne 

strofy przed gwiżdżącą publicznością. 

Bendix  rzucił  wszystkich  na  kolana  swoim  poematem  Ostatnia  pieśń  rybaka 

dryfującego na krze lodowej u brzegów starej Norwegii. Było to dzieło jednocześnie tragiczne 

i komicznie okropne, a zdobyło pierwsze miejsce. 

Kiedy było już po wszystkim, podszedł do niej. 

- Gratulacje. Jesteś zabawny - powiedziała, szturchając go palcem w pierś. 

Złapał ją za rękę i odwzajemnił spojrzenie. 

- Ben, przestań - uśmiechnęła się. - Puść - powiedziała, chociaż podobało  jej się,  jak 

trzymał ją mocną ręką. Lubiła Bena - tak, teraz to był dla niej Ben, ponieważ Bendix brzmiało 

zbyt  serio  i  nie  pasowało  do  jego  niepoważnego  charakteru  -  i  nie  przeszkadzało  jej,  że 

nazywał ją Legs, nie miała nic przeciwko temu. To było niepoważne. Nie pasowało do niej. 

Zobaczył  w  niej  coś,  czego  nikt  inny  nie  dostrzegał.  Dla  błękitno-krwistych  zawsze  była 

Gabrielą,  Pełną  Cnót,  Odpowiedzialną,  ich  Królową,  ich  Matką,  ich  Zbawicielką.  Ale  dla 

Bendixa Chase'a nie była nawet Allegra Van Alen, tylko Legs. Dzięki temu czuła się młoda, 

niebezpieczna i nierozważna. Te wszystkie cechy nie pasowały do Gabrieli. 

Poza tym był naprawdę, naprawdę uroczy. 

- Chodź  tutaj  -  wyszeptała,  przyciągając  go  bliżej  za  krawędź  zabawnej  peleryny, 

którą miał na sobie. 

- Co? 

Przyciągnęła  go  bliżej,  a  kiedy  zrozumiał,  czego  ona  chce,  jego  spojrzenie 

złagodniało.  Miał  najmilsze  niebieskie  oczy,  jakie  kiedykolwiek  widziała.  Ten  chłopak  był 

tak  śliczny,  najpiękniejszy  na  świecie  -  a  kiedy  uniosła  twarz  do  niego,  pochylił  się,  żeby 

spotkać ją w pół drogi. Jego ramiona otoczyły jej talię, przyciskając ją mocno. 

To był tylko pocałunek, ale od razu wiedziała, że na tym się nie skończy. 

- Strasznie długo ci to zajęło, Legs - wymruczał Ben. 

background image

- Mhm...  -  zgodziła  się.  Nie  chciała  się  spieszyć.  Ale  co  to  szkodziło?  Był  tylko 

człowiekiem. To był tylko flirt, w najgorszym razie  Ben zostanie  jej  familiantem. Miała  ich 

już bardzo wielu w swoim nieśmiertelnym życiu. 

Allegra  wracała  do  dormitorium,  wciąż  promieniejąc  od  pocałunku  Bena,  kiedy 

wpadła na swojego brata. 

- Gdzie byłaś? - zażądał odpowiedzi Charles. - Szukałem cię. Nie przyszłaś dzisiaj na 

zebranie Komitetu. 

- Tak? To było dzisiaj? Zapomniałam. Byłam zajęta. 

- Czym?  Nie  mów  mi,  że  zostałaś  przyjęta  do  tego  ich  durnego  stowarzyszenia?  - 

warknął. 

- To nie jest głupie, Charlie. Znaczy, oczywiście jest niemądre, ale nie jest głupie. A to 

różnica - odparła. 

- To tylko żałosna ludzka kopia Komitetu. My byliśmy pierwsi. 

- Możliwe - wzruszyła ramionami. - Ale oni urządzają znacznie lepsze imprezy. 

- Co się z tobą stało? - naciskał Charles. Przez moment Allegra go pożałowała. 

- Nic, Charlie. Proszę, nie tutaj - znowu potrząsnęła głową. 

- Allegro, musimy porozmawiać. 

- Nie mamy o czym rozmawiać. O czym mielibyśmy rozmawiać? 

- Cordelia... Ma przyjechać w niedzielę na dzień odwiedzin. 

- Więc pozdrów ode mnie matkę - z tymi słowami Allegra zniknęła w dormitorium. Ta 

noc  przyniosła  tyle  obietnic.  Przez  chwilę,  żartując  z  Petologami,  całując  Bendixa,  potrafiła 

uwierzyć,  że  jest  tylko  zwykłą,  szesnastoletnią  dziewczyną.  Ale  rozmowa  z  Charlesem 

rozwiała jakiekolwiek złudzenia co do tego, że mogłaby się choć raz w życiu dobrze bawić. 

background image

Pięć 

Syn swojej matki 

Jedyną rzeczą, jaką Charles Van Alen lubił w swojej matce - oczywiście matce w tym 

cyklu - było to, że Cordelia jako jedyna nie nazywała go tym głupim zdrobnieniem. 

- Charlesie, przypuszczałam, że twoja siostra zaszczyci nas dzisiaj swoją obecnością - 

powiedziała,  nalewając  herbatę.  W  dzień  odwiedzin  szkolny  kampus  świecił  praktycznie 

pustkami, ponieważ  sponsorzy Endicott - ci, którzy płacili astronomiczne czesne - przybyli, 

żeby  zobaczyć  swoje  potomstwo  i  zabrać  je  na  obiad  do  najdroższych  restauracji  miasta. 

Cordelia  przyjechała  tego  popołudnia  czarnym  lincolnem  i  zabrała  Charlesa  prosto  na 

elegancką herbatkę w najbardziej prestiżowym hotelu. 

Poprawił  się  na  niewygodnym  krześle.  Czemu  ta  kobieta  upiera  się  przy  tak 

absurdalnych zwyczajach? 

- Zeszłego wieczora zostawiłem jej wiadomość z przypomnieniem. Ale ostatnio jest... 

dość zajęta. 

- Czyżby?  -  Cordelia  wydęła  usta.  Była  drobna,  o  ptasiej  urodzie,  ale  z  ostrym 

językiem. Nawet jeśli  jej wpływy w Radzie zmalały, nadal pozostawała dostatecznie ważna, 

aby powierzono jej rolę matki Michała i Gabrieli w tym cyklu. - A czy mógłbyś mi zdradzić, 

co tak zajmuje naszą Allegrę? 

Charles spojrzał gniewnie. 

- Ma nowego chłopaka... Którego może uczynić familiantem. - Nigdy nie przyznałby 

się do zazdrości o czerwonokrwistego, ale znajdował się na granicy wytrzymałości. Najpierw 

jej zimna obojętność. Teraz manifestacja złego smaku. Allegra wyślizgiwała mu się, a on nie 

miał pojęcia dlaczego. Rozpaczliwie pragnął  ją przy sobie zatrzymać. To była  jedyna rzecz, 

jakiej kiedykolwiek pragnął. 

Ale najwyraźniej Allegra pragnęła czegoś wręcz przeciwnego. Zostaw mnie. Nie tutaj. 

Idź już. Tylko w ten sposób się do niego odzywała. Nie mógł tego wytrzymać. Zupełnie jakby 

go  nienawidziła.  Dlaczego?  Co  takiego  zrobił?  Nic,  poza  tym,  że  ją  kochał.  Nie  chciał 

powiedzieć Cordelii, że nie wie, gdzie jego siostra spędza weekend, że nie wie, gdzie ona jest 

i prędzej szlag go trafi, niż upadnie tak nisko, by poszukiwać jej w wymiarze uroku. Allegra 

była jego sercem. Powinna przyjść do niego. Powinna chcieć być z nim. Ale jednak tak się nie 

działo. Okazywała to całkowicie jasno. 

- To  tylko  zauroczenie.  Po  prostu  żądza  krwi.  Nic,  czym  należałoby  się  martwić  - 

background image

uspokoiła go Cordelia. - Powinieneś zostawić ją w spokoju. Sporo przeszła. 

Charles wiedział,  co jego  matka  ma  na  myśli - że Gabriela potrzebuje czasu, aby się 

uleczyć.  Nawet  jeśli  Florencja  stała  się  odległym  wspomnieniem,  tamten  ból  nadal 

pozostawał. Musiał podjąć wtedy odrażające działania - choć oczywiście należało za to winić 

także  Lawrence'a.  Minęło  już  prawie  pięćset  lat.  Czy  ona  już  nigdy  nie  będzie  taka,  jak 

dawniej? Nie znała nawet całej prawdy. 

- Im  bardziej  będziesz  naciskać,  tym  bardziej  ona  będzie  stawiała  opór.  Najlepiej 

zrobisz, pozwalając jej podjąć własne decyzje. Ona na pewno cię wybierze. 

- Tym  razem  jest  w  tym  coś  innego  -  powiedział  niepewnie,  mieszając  herbatę.  - 

Obawiam się... że ona naprawdę może go kochać. 

- Nonsens. Jest człowiekiem. To nic nie znaczy. Wiesz o tym - nie zgodziła się z nim 

Cordelia. - To tylko chwila zabawy. Wróci do ciebie. Zawsze tak robiła. Zaufaj mi, Charlesie. 

Musisz  pozwolić,  aby  sprawy  toczyły  się  własnym  rytmem.  Nie  wtrącaj  się  w  to,  bo  tylko 

oddalisz ją od siebie. Allegra potrzebuje teraz swobody. 

- Mam  nadzieję,  że  się  nie  mylisz,  matko  -  odparł  ponuro  Charles.  -  Nie  będę  się 

wtrącał. Ale jeśli się mylisz, nigdy ci tego nie wybaczę. 

background image

Sześć 

Święty pocałunek 

Po rozpoczęciu ciszy  nocnej dziewczęta nie  miały wstępu do męskiego dormitorium, 

więc Allegra musiała wspiąć się po drabinie ewakuacyjnej. Bez trudu przeskoczyła z niej na 

parapet i zastukała w okno. 

- Jak  się  tu  dostałaś?  -  zapytał  Bendix,  pomagając  jej  wejść  do  środka.  -  To  nie  jest 

łatwa wspinaczka. 

Uśmiechnęła się. Dla wampira to była bardzo łatwa wspinaczka, ale oczywiście on nie 

mógł  o  tym  wiedzieć.  Rozejrzała  się  po  pokoju,  w  którym  jak  zwykle  panował  całkowity 

chaos. Chłopcy. 

- Gdzie twój współlokator? 

- Odesłałem go. Miałem przeczucie, że wpadniesz z wizytą - uśmiechnął się i podszedł 

do  wieży,  żeby  włączyć  muzykę.  Na  szczęście  nie  żadne  kawałki  Greatful  Dead  czy  Van 

Morrisona. To był Miles Davis. Bitches Brew. 

Allegra  usiadła  na  łóżku,  nagle  onieśmielona.  Nawet  jeśli  całowała  się  z  nim 

wystarczająco  dużo  razy  w  ciągu  ostatniego  miesiąca,  aby  jej  usta  nabrzmiały  jak  dojrzały 

owoc, czuła  się  niepewnie  na  myśl o tym, co zamierzała zrobić. Dlatego zamiast patrzeć na 

niego, przyjrzała się książkom na półkach. Na ścianie wisiała grafika. Nie plakat, litografia. 

- Lubisz Basquiata?

 

- Jest w tym momencie trochę przeszacowany, ale tak. 

- Nie wiedziałam, że zbierasz sztukę. 

- Widocznie słabo mnie znasz - usiadł na krześle przy biurku. Miał na sobie biały T-

shirt drużyny lacrosse'a i bokserki, a jego włosy były wilgotne po myciu. 

- Co ty robisz tak daleko? - zapytała i poklepała puste miejsce obok siebie. 

Przeniósł się na łóżko koło niej i przytulił ją. Przyciskając się do niego, Allegra czuła 

cudowny chłopięcy zapach,  mieszaninę proszku do prania,  mydła  lvory  i odrobiny płynu po 

goleniu. 

- No już - Ben zawisł nad nią. Zdjął koszulkę i cisnął ją na drugą stronę pokoju. Miał 

szeroką  klatkę  piersiową,  z  twardymi  w  dotyku,  rzeźbionymi  mięśniami.  Allegra  poczuła 

                                                

 Jean Michel Basquiat (1960-1988) - amerykański artysta, prekursor miejskiego graffiti. Jako malarz, 

uważany  za  przedstawiciela  nowego  ekspresjonizmu;  łączył  prymitywną  sztukę  afrykańską  ze  współczesną 
sztuką ulicy. Zaprzyjaźniony m. in. z Madonną i Andym Warholem, zmarł po przedawkowaniu heroiny. 

background image

dreszcz, przesuwając dłońmi po jego skórze. 

Miała  właśnie  zdjąć  górę  od  piżamy,  kiedy  powstrzymał  ją,  łagodnie  odsuwając  jej 

ręce i rozpinając zębami guziki. Roześmiała się, kiedy z zaskoczeniem zauważył pod spodem 

stanik. 

- Podstępna sztuczka. 

- Pomyślałam, że nie powinieneś mieć za łatwo. 

- Hmmmm. 

Zsunął  ramiączka  stanika,  a  potem  jego  twarz  wtuliła  się  między  jej  piersi,  a  ona 

przyciągnęła go, tak że jej ręce znalazły się na krawędzi jego szortów. Całowała jego szyję i 

pierś, czując, jak przytula się do niej całym ciałem. Oplotła go w pasie nogami. 

Żadne z nich się nie odzywało, aż w końcu Allegra wyszeptała: 

- Muszę ci coś o sobie powiedzieć. 

- Co takiego? - spytał ochryple. 

Teraz  nadeszła  właściwa  pora.  Po  to  przyszła  do  jego  pokoju.  Uniosła  głowę,  żeby 

mógł ją dobrze zobaczyć, a potem wysunęła kły. 

Patrzył na nią ze zdumieniem, ale bez strachu. 

- Jesteś... 

- Wampirem. Tak. Nie boisz się? 

- Nie  -  potrząsnął  głową.  -  Może  powinienem,  ale  mam  wrażenie...  Ze  widzę 

prawdziwą  ciebie.  Ze  po  raz  pierwszy  widzę,  kim  naprawdę  jesteś.  I  jesteś  piękna. 

Piękniejsza, niż mi się to wydawało możliwe. 

- Kiedy  wampir  po  raz  pierwszy  pije  czyjąś  krew,  naznacza  takiego  człowieka  jako 

swojego  familianta.  Będziesz...  należał  do  mnie  -  wyjaśniła.  Boże,  jak  bardzo  go  pragnęła. 

Czuła zapach jego krwi przez skórę, mogła z góry powiedzieć, że będzie przepyszna i pełna 

życia  -  pełna  jego  niezwykłej  i  potężnej  siły  życiowej.  Pragnęła,  żeby  stał  się  częścią  niej, 

chciała znaleźć się wewnątrz niego. Pragnęła go teraz. 

- Legs, chcesz, żebyśmy się ustatkowali? - zażartował. 

- To  coś  więcej  -  powiedziała  łagodnie.  -  Będziesz  mój  przez  całe  życie.  Nigdy  nie 

pokochasz  innej.  -  Dlaczego  zdradzała  mu  wszystkie  sekrety  świętego  pocałunku? 

Wystarczyło go ukąsić i będzie po wszystkim. A jednak pragnęła... pragnęła dać mu szansę. 

Możliwość wyboru swojego losu. - Nie skrzywdzę cię - obiecała. 

- A może bym tego chciał? - popatrzył na nią. - Żebyś mnie trochę skrzywdziła. 

- Ben, to nie jest żart. Czy naprawdę chcesz, żebym... ? Skinął głową. Wybrał. 

- Zgadzam się. Cokolwiek by to miało być. Skoro to znaczy, że zawsze będę z tobą. 

background image

Pocałowała  nasadę  jego  szyi.  Zatrzymała  się  na  moment,  pozwalając,  by  jej  kły 

podrażniły  go,  kłując  skórę.  Czuła,  jak  narasta  w  nim  oczekiwanie  i  w  odpowiednim 

momencie  ukąsiła  go  z  całej  siły.  Napiął  mięśnie  i  przyciągnął  ją  bliżej,  obejmując  w  pasie 

tak, że ich ciała się złączyły. 

Wypiła jego krew. 

To  było  cudowne,  cudowniejsze,  niż  sobie  wyobrażała.  Było  bosko,  a  ona  widziała 

każde jego wspomnienie, poznawała każdy jego sekret - chociaż nie miał ich zbyt wiele - był 

jak otwarta książka - wypełniona światłem i miłością... 

A potem stało się coś strasznego. 

Wszystko  było  nie  tak.  Krew...  Co  takiego  było  w  jego  krwi?  Boże,  co  to  było? 

Trucizna? Czy został  już naznaczony przez  inną wampirzycę? To niemożliwe - nie widziała 

żadnego znaku, nic, co by wskazywało... 

Nie. To nie była trucizna. 

To była wizja z wymiaru uroku. 

Zobaczyła... 

Trzymała w ramionach niemowlę. To była jej córka... Pochwyciła jej imię... Schuyler? 

Gdzieś  już  słyszała  to  imię.  Była  przepełniona  radością,  światłem  i  szczęściem...  nigdy 

wcześniej  nie  czuła  się  tak  szczęśliwa  ani  tak  bardzo  żywa.  Spojrzała  w  górę,  na  stojącego 

obok niej Bena, który uśmiechał się i trzymał ją za rękę, ale potem... 

Pojawiła się druga wizja... kilka lat później... 

Leżała  na szpitalnym  łóżku. Lekarze  mówili, że  jest w śpiączce.  Ze  nie  ma szans  na 

poprawę  jej  stanu.  Obok  niej  szlochał  Charles.  Jego  czarne  włosy  były  przetykane  siwizną. 

Nie ma szans na poprawę? Ale dlaczego? Co się stało? Co się z nią działo? I gdzie był Ben? 

Dlaczego  leżała  na  szpitalnym  łóżku?  Co  było  z  nią  nie  tak?  Czy  umarła?  Ale 

wampiry nie umierają. Więc w takim razie - co mogło się wydarzyć? I ten wyraz rozpaczy na 

twarzy jej brata. Nigdy nie widziała go tak załamanego. 

Gdzie  się  podziało  jej  dziecko?  Gdzie  było  jej  cudowne,  czarnowłose  dziecko? 

Dziecko  z  czarnymi  włosami  Charlesa  i  niebieskimi  oczami  Bena.  Gdzie  była  jej  śliczna 

córeczka? Gdzie był jej mąż? 

Co to było? 

Co to miało znaczyć? 

Czy widziała przyszłość? 

Poczuła gwałtowne szarpnięcie i znalazła się z powrotem w sypialni chłopców, gdzie 

siedziała okrakiem na swoim pierwszym familiancie. 

background image

- Nie  przestawaj...  -  Bendix  patrzył  na  nią  z  sennym  rozmarzeniem.  Zaczął  już  na 

niego działać usypiający efekt caerimonia osculor. - Dlaczego przestałaś... ? - wyszeptał.  A 

potem zasnął. 

Allegra  ubrała  się  i  zabrała  swoje  rzeczy.  Co  takiego  widziała?  Co  się  przed  chwilą 

wydarzyło? Wiedziała tylko, że musi się stąd wydostać tak szybko, jak to możliwe. 

background image

Siedem 

Chora z miłości 

Przez dwa tygodnie Allegra nie wstawała z łóżka ani nie przyjmowała żadnych gości. 

Odmawiała  jedzenia,  odmawiała  chodzenia  na  lekcje  i  pozostawała  głucha  na  błagania 

nauczycieli,  szkolnego  pedagoga,  współlokatorki  i  koleżanek  z  drużyny.  Mistrzostwa  w 

hokeju  na  trawie  odbyły  się  bez  udziału  Allegry  (Endicott  przegrało  2:4).  Nie  chciała  się  z 

nikim  widzieć.  Szczególnie  z  Benem,  który  przysyłał  jej  tuziny  róż  i  zostawiał  niezliczone 

wiadomości  na  automatycznej  sekretarce.  Spędzała  całe  godziny  skulona  pod  kwiecistą 

kołdrą, samotna i zrozpaczona. Nie miała pojęcia, co się z nią dzieje, ale wiedziała, że nie ma 

siły  stawić  czoła  życiu.  Nie  mogła  spojrzeć  w  oczy  Benowi.  Nie  chciała  o  niczym  myśleć. 

Pragnęła tylko spać. Albo leżeć w ciemności z otwartymi oczami. 

W końcu zgodziła się przyjąć jednego gościa. 

Charles usiadł na fotelu typu butterfly, czujnie przyglądając się siostrze. Milczał przez 

dłuższy  czas,  obserwując  jej  splątane  włosy,  ciemne  kręgi  pod  oczami,  niebieskawy  kolor 

warg, znamionujący odwodnienie. Sangre azul utrzymywała ją z trudem przy życiu. 

- Ty mi to zrobiłeś - wychrypiała Allegra. - To twoja wina. 

Nie znała wyjaśnienia. Tylko Charles był wystarczająco potężny. Musiała istnieć jakaś 

przyczyna tego, co się wydarzyło. Na pewno stał za tym Charles. 

- Nie mam pojęcia, o czym mówisz - pochylił się do niej. - Allegra. Popatrz na siebie. 

Co się stało? 

- Zatrułeś jego krew! - oskarżyła go. 

- Nie  zrobiłbym  czegoś  takiego.  A  gdyby  został  naznaczony,  znalazłabyś  się  w 

szpitalu, nie tutaj. - Wstał i odsłonił zasłony, wpuszczając światło do pokoju. Allegra skuliła 

się,  oślepiona  nagłą  jasnością.  -  Czy  to  właśnie  się  stało?  Uczyniłaś  tego  człowieka  swoim 

familiantem?  -  Zacisnął  pięści,  widziała,  ile  wysiłku  kosztowało  go  wypowiedzenie  tych 

ostatnich słów. 

- Przysięgnij, że nie miałeś z tym nic wspólnego - powiedziała. - Przysięgnij. 

Charles potrząsnął głową. Nigdy nie widziała, żeby był tak smutny. 

- Nigdy nie skrzywdziłbym nikogo, na kim ci zależy i nigdy nie stanąłbym na drodze 

twojego...  szczęścia.  Chciałbym  tylko,  żebyś  nie  uważała  mnie  za  zdolnego  do  takiej 

podłości. 

Zamknęła  oczy  i  wzdrygnęła  się.  Mówił  prawdę.  A  jeśli  Charles  mówił  prawdę, 

background image

musiała spojrzeć tej prawdzie w oczy. Tamta wizja była ostrzeżeniem. 

- Co zobaczyłaś, Allegro? 

Odwróciła  się od niego do ściany.  Nie  mogła  mu powiedzieć. Nie potrafiła. To było 

zbyt straszne. 

- Co  cię  tak  bardzo  przeraziło?  -  zapytał  łagodnie  Charles.  Ukląkł  przy  jej  łóżku, 

składając dłonie. 

Allegra  zamknęła  oczy  i  znowu  zobaczyła  okropną  wizję.  Teraz  rozumiała  jej 

znaczenie. W tym śnie nie była martwa. Spała. Będzie tak spać przez lata. Dziesięć lat, nawet 

dłużej.  Będzie  się  starzeć  we  śnie,  a  jej  córka  będzie  dorastać  bez  matki.  Jej  córka  będzie 

dorastać samotnie, jako sierota, kolejna podopieczna Cordelii. 

A  jeśli  chodziło  o  Bena  -  co  się  z  nim  stało?  Co  znaczyło  to,  że  nie  pojawił  się  w 

drugiej  wizji?  Była  pewna,  że  to  on  jest  ojcem  jej  dziecka.  Miało  jego  łagodne,  niebieskie 

oczy.  Był  przy  narodzinach  córki.  W  głębi  serca  Allegra  wiedziała,  że  tak  się  stanie,  nawet 

jeśli  rozum  mówił  jej,  że  to  niemożliwe.  Na  świat  miało  przyjść  ich  dziecko.  Półkrew. 

Obrzydliwość.  Grzech  przeciwko  Kodeksowi  Wampirów.  Kodeksowi,  który  pomogła 

stworzyć  i  o  którego  przestrzeganie  zawsze  dbała.  Wampirom  nie  była  dana  zdolność 

tworzenia  życia,  tym  błogosławieństwem  zostały  obdarzone  tylko  ludzkie  dzieci 

Wszechmogącego. A jednak to się stało... ale jak? 

Gdzieś w głębi  serca, w głębi  swojej krwi, znała  odpowiedź. Odpowiedź kryła się w 

jej przeszłości... w przeszłym życiu, którego nie potrafiła sobie przypomnieć. 

Co się stanie z Benem? Czy Charles go zabije? Gdzie on był? Dlaczego nie pojawiał 

się w drugiej wizji? 

Nigdy  wcześniej  nie  widziała  niczego  podobnego.  Nie  miała  daru  widzenia,  jakim 

dysponowała Obserwatorka. 

Charles wziął ją za rękę. 

- Cokolwiek  to  jest,  cokolwiek  się  stało,  cokolwiek  widziałaś,  nie  masz  się  czego 

obawiać. Nie musisz się niczego obawiać z mojej strony. Nigdy - wyszeptał. - Wiesz o tym... 

- Charlie... - westchnęła, otwierając oczy. 

- Charles. 

- Charles.  -  Spojrzała  na  niego,  w  jego  niebieskoszare  oczy,  przesłonięte  gęstymi 

czarnymi włosami. W końcu powiedziała to, co czuła od tak dawna, a dotąd dusiła to w sobie. 

- Nie zasługuję na twoją miłość. Już nie. Nie po tym... 

Potrząsnął powoli głową. 

- Oczywiście,  że  zasługujesz.  Byłaś  moja  od  początku  czasu.  Należymy  do  siebie.  - 

background image

Mocniej ścisnął jej rękę, ale w tym geście była czułość, nie dominacja. 

Allegra  nareszcie  zrozumiała.  Istniał  sposób,  żeby  to  zatrzymać.  Żeby  zatrzymać  tę 

opadającą w dół spiralę, po  jakiej  się ześlizgiwała. Aby powstrzymać tę straszną przyszłość 

przed  zaistnieniem.  Aby  ocalić  życie  Bendixa,  ponieważ  wiedziała  na  pewno,  że  w  drugiej 

wizji on już nie żył. Musiała powstrzymać tragedię, która wydarzy się na pewno, jeśli nadal 

będzie  kochać  swojego  familianta.  Bo  kochała  Bendixa,  wiedziała  to  teraz,  umiała  nazwać 

swoje uczucie. To nie była zwykła żądza krwi, łącząca wampira z familiantem, ale miłość. Jej 

własna krew, nieśmiertelna błękitna krew w jej żyłach próbowała powstrzymać ją przed tym 

uczuciem. Pokazała  jej wizję przyszłości, aby wiedziała, co się stanie,  jeśli  nie zrezygnuje z 

tej miłości. 

Ta miłość zniszczy ją. Zniszczy wszystko. Zabierze życie jego i jej, pozostawiając ich 

córeczkę samotną i bezbronną na świecie. 

Nie musiała kochać Bendixa. Nie musiała zapaść w śpiączkę, leżeć bezużytecznie. Jej 

córka  -  poczuła  przeszywający  smutek,  chociaż  opłakiwała  dziecko,  które  jeszcze  się  nie 

narodziło - jej córka nigdy nie będzie istnieć. To się nigdy nie zdarzy. 

Istniał  sposób,  żeby  wszystkie  te  wydarzenia  nie  zaistniały.  Wystarczy,  że  odnowi 

więź  z  Charlesem.  Zajmie  przynależne  jej  miejsce  u  jego  boku,  raz  jeszcze  stanie  się  jego 

Gabrielą.  W  tej  chwili  zaakceptowała  swoją  decyzję,  podjęła  na  nowo  ciężar  tego 

wszystkiego  -  ich  historii,  bezpieczeństwa  Zgromadzenia,  ich  dziedzictwa.  Była  Królową  i 

Zbawicielką wampirów. Przez moment poczuła się jak dawniej. Tak bardzo próbowała uciec 

przed dawnym życiem, że zapomniała, iż nigdzie we wszechświecie nie znajdzie ucieczki od 

tego, co musi zrobić. Od swojej powinności. 

W tym momencie zdecydowała, że nigdy już nie spotka się z Bendixem. Aby ochronić 

jego,  aby  ochronić  siebie,  musiała  się  z  nim  pożegnać.  Wszystko  między  nimi  było 

skończone.  Zawsze  będzie  go  kochać,  ale  nie  zrobi  nic,  aby  spełnić  tę  miłość.  Po  jakimś 

czasie zapomni. Miała przed sobą cały czas świata. 

Charles nadal trzymał ją za rękę. 

Nie miała racji, odsuwając Charlesa, odtrącając go, kuląc się pod jego dotykiem. Teraz 

to widziała. Jego wieczna miłość nie była ciężarem, była cudem. Jego serce należało do niej. 

Ciążyła na niej odpowiedzialność, której mogła sprostać. Dopilnuje, żeby było bezpieczne. 

Czule dotknęła jego policzka. Michał. 

Tylko tyle miała do przekazania, ale on zrozumiał. 

background image

OGNISTY PIERŚCIEŃ 

Florencja 

Grudzień 

background image

Jeden 

Coś niebieskiego 

Schuyler  Van  Alen  nigdy  nie  wyobrażała  sobie  siebie  w  roli  panny  młodej,  dlatego 

była  trochę  speszona,  gdy  znalazła  się  w  centrum  uwagi  w  eleganckim  salonie,  który 

odwiedziła  tego  ranka.  Początkowo  czuła  się  onieśmielona  i  nie  na  miejscu  w  sklepie  z 

marmurową  posadzką  i  przyćmionym  oświetleniem,  ale  życzliwe  sprzedawczynie  szybko  ją 

uspokoiły. Kiedy wyjaśniła, czego szuka, okazały się niezwykle chętne do pomocy. Wszyscy 

uwielbiali śluby, a Florencja była jednym z najbardziej romantycznych miejsc na świecie, w 

jakich mogła się odbywać ceremonia. 

Ona i Jack przyjechali dopiero kilka dni temu, ale Schuyler poruszała się już bez trudu 

po  mieście,  wykorzystując  wznoszącą  się  nad  okolicą  marmurową  katedrę  Santa  Maria  del 

Fiore oraz łuki Mostu Złotników jako punkty orientacyjne. Miała wrażenie, że znajduje się na 

planie  filmowym.  Florencja  była  nie  tylko  po  prostu  piękna,  ale  aż  malownicza,  wręcz 

oszałamiała  urodą  swoich  pejzaży.  Ponieważ  kończył  się  już  listopad,  po  krętych  uliczkach 

spacerowało  w  chłodzie  stosunkowo  niewielu  turystów-amatorów  sztuki,  a  w  atmosferze 

miasta pobrzmiewała nuta melancholii. 

Przez cały tydzień Jack był tajemniczy i milczący, a tego ranka wyszedł w pośpiechu, 

nie  mówiąc  jej,  gdzie  się  wybiera.  Schuyler  pozwalała  mu  zachować  własne  sekrety, 

ponieważ sama także planowała niespodziankę.  Nawet jeśli  ich  ceremonia  miała  być prosta, 

kompletnie  różna  od  zaplanowanego  przez  Mimi  wystawnego  widowiska  w  nowojorskiej 

Katedrze Świętego Jana Bożego, Schuyler czuła silną, głęboko kobiecą potrzebę sprawienia, 

żeby  ten  dzień  był  niezwykły.  Na  ceremonię  połączenia  więzią  potrzebowała  odpowiedniej 

sukni.  Nadal  nie  miała  dostępu  do  swojego  konta  bankowego  -  Komitet  o  to  zadbał  -  ale 

wiedziała, że Jack nie będzie miał jej za złe takiego wydatku. 

- Jaka  jest pani wymarzona suknia? - zapytała opiekuńcza sprzedawczyni, krytycznie 

przyglądając  się  strojowi  Schuyler:  stare  trampki  Converse,  sprane  dżinsy  i  pognieciona 

męska oksfordzka koszula. - Romantyczna? Klasyczna? Cygańska? Seksowna? - Nie czekając 

na  odpowiedź,  właścicielka  strzeliła  palcami  i  niebawem  armia  sprzedawczyń  wnosiła  do 

przymierzalni kolejne suknie ślubne, jedną piękniejszą i bardziej wymyślną od drugiej. 

Schuyler w dzieciństwie nie snuła słodkich marzeń o swoim ślubie, nigdy nie bawiła 

się  w  urzeczywistnianie  barwnych  fantazji,  wymieniając  przysięgę  ślubną  z  chichoczącą 

przyjaciółką,  udającą  aktualny  obiekt  westchnień.  Śluby  wymagały  pracochłonnych 

przygotowań  i  skomplikowanych  planów.  To  był  dzień,  który  miał  przemieniać  zwykłą 

background image

dziewczynę w księżniczkę, a Schuyler nigdy nie miała zapędów monarchistycznych. 

Przymierzyła  pierwszą  suknię,  z  bogato  haftowanym  gorsetem  i  trzymetrowym 

trenem.  Oglądając  się  w  lustrze  przypomniała  sobie  ceremonie  odnowienia  więzi  na  Upper 

East  Side,  na  które  ciągnęła  ją  babka.  Wszystkie  były  takie  same:  panny  młode  jak  spod 

sztancy,  w  kosztownych  koronkowych  sukniach  lub  w  morzu  tiulu,  nieodróżnialni  panowie 

młodzi, oszałamiający i pewni siebie w czarnych muszkach. Sama ceremonia, jak zrozumiała 

później,  niewiele  różniła  się  od  podobnych  ceremonii  czerwono  -krwistych,  z  rozwlekłymi 

przemówieniami,  obowiązkowym  czytaniem  z  Pierwszego  Listu  do  Koryntian  (Miłość 

cierpliwa  jest,  łaskawa  jest,  śluby  nudne  są),  obustronną  przysięgą  i  wymianą  obrączek. 

Później,  jeśli  rodzina  pozostawała  w  zgodzie  ze  starymi  prawami  Zgromadzenia,  miało 

miejsce  stonowane  przyjęcie  w  dobrym  guście,  z  eleganckimi  gośćmi  tańczącymi  przy 

dźwiękach  Lester  Lanin  Orchestra.  Jeśli  rodzina  była  zdecydowanie  nowoczesna,  odbywała 

się  bombastyczna,  hałaśliwa  impreza,  z  udziałem  piosenkarzy  z  nocnych  klubów  oraz 

fotoreporterów uwieczniających cały ten lśniący i migoczący bałagan. 

- Nie,  ta  jest  zbyt  przeładowana  dla  ciebie,  signorina  -  zacmokała  sprzedawczyni, 

sięgając po inną suknię. Była prosta, z odsłoniętymi plecami, ale Schuyler miała wrażenie, że 

próbuje  być  w  niej  kimś  innym.  A  na  swojej  ceremonii  pragnęła  ponad  wszystko  wyglądać 

tak, jak zawsze, tylko trochę lepiej. 

Podobnie jak wiele dziewcząt, przyjmowała za pewnik, że wyjdzie za mąż - pewnego 

dnia,  w  przyszłości,  za  kogośtam.  Przecież  wszyscy  brali  ślub.  Ale  nigdy  nie  przekształciło 

się to w prawdziwe pragnienie, zamiar czy też cel działania. Przede wszystkim była o wiele za 

młoda.  Dopiero  co  skończyła  siedemnaście  lat.  Ale  to  nie  był  zwykły  ślub,  a  oni  żyli  w 

dziwnych czasach. Jednak przede wszystkim Schuyler oddała serce niezwykłemu chłopakowi. 

Jack  Force  był  kimś  więcej  niż  mogła  sobie  zamarzyć,  był  znacznie  lepszy  niż  jej 

marzenia,  ponieważ  istniał  naprawdę.  Czasem  humorzasty  i  odległy,  z  wrodzonym  brakiem 

cierpliwości  i  impulsywnością,  będącymi  częścią  jego  mrocznej  natury  -  zdecydowanie  nie 

należał  do  ideałów.  Ale  kochała  go  bardziej,  niż  wydawało  jej  się  to  możliwe.  Nie  był 

ideałem, ale dla niej był idealny. 

Schuyler dała się  namówić chętnym do pomocy  sprzedawczyniom  na  inną sukienkę, 

obcisłą,  bez  ramion  i  prostą  w  kroju,  z  rzędem  malutkich  guziczków  z  tyłu.  Kiedy  zwinne 

palce  zapinały  kolejne  pętelki,  zastanawiała  się  nad  tym,  jak  bardzo  zaskoczyły  ją 

oświadczyny Jacka, chociaż się ich spodziewała. Nie była przygotowana, że stanie się to tak 

szybko, ale rozumiała potrzebę pośpiechu. Mieli niezwykle mało cennego czasu. Za kilka dni 

Jack miał wrócić do Nowego Jorku, aby stawić czoła swojemu przeznaczeniu, a ona mogła go 

background image

już nigdy nie zobaczyć. Starała się nie poddawać strachowi, koncentrując się zamiast tego na 

ulotnym szczęściu, które miało poprzedzać kolejną rozłąkę. 

Postanowili  trzymać  samą  ceremonię  w  tajemnicy  przed  petruwianami  z  klasztoru. 

Nie  byli  pewni,  czy  zakonnikom  można  ufać,  a  samej  uroczystości  nie  chcieli  dzielić  z 

nieznajomymi.  Schuyler  tylko  w  ogólnych  zarysach  orientowała  się,  co  planował  Jack. 

Wspomniał coś o starym kościele w odległej dzielnicy i ceremonii przy blasku świec. Tylko 

tyle wiedziała - oraz to, że nie będzie już lepszego czasu i miejsca. To miejsce i ten czas - to 

wszystko, co mieli. 

Bellissima - zagruchały sprzedawczynie, kiedy Schuyler podziwiała swoje odbicie w 

lustrze. Suknia leżała na niej idealnie i wyglądała zachwycająco. 

A  jednak  coś  było  nie  tak.  Suknia  wydawała  się  zbyt  oficjalna.  Ze  smutkiem 

potrząsnęła  głową.  Podziękowała  i  uściskała  każdą  sprzedawczynię,  po  czym  z  pustymi 

rękami wyszła ze sklepu. 

Schuyler  odwiedziła  niemal  wszystkie  sklepy  przy  placu,  ale  nie  znalazła  niczego 

odpowiedniego. Wszystkie kreacje ślubne miały za wiele paciorków albo były zbyt fałdziste, 

zbyt  opięte  lub  zbyt  wydekoltowane.  Szukała  czegoś  prostego  i  eleganckiego,  sukni 

zwiastującej  nowy  początek,  ale  także  symbolizującej  słodycz  oddania.  Miała  zamiar 

zrezygnować z dalszych poszukiwań. 

- Jackowi przecież jest obojętne, co ona włoży - może wystarczyło to, co już miała. - 

może ta biała bawełniana sukienka? - kiedy natrafiła na niewielki sklep z tkaninami, ukryty w 

półmroku zaułka przy Moście Złotników. 

Niemłoda sprzedawczyni uśmiechnęła się. 

- Czym mogę służyć, signorina? 

- Czy mogłabym obejrzeć tamten materiał? Ten na górnej półce? - Schuyler wskazała 

tkaninę, która wpadła jej w oko w chwili, gdy weszła do sklepu. 

Starsza  kobieta  skinęła  głową,  wspięła  się  na  skrzypiącą  drabinę  i  zdjęła  wskazaną 

belę. Położyła ją na ladzie i ostrożnie rozwinęła. 

- To  rzadki  wenecki  jedwab,  robiony  przez  tkaczy  z  Como  metodą  niezmienioną  od 

trzynastego wieku - wyjaśniła sprzedawczyni. 

- Jest  przepiękny  -  wyszeptała  Schuyler.  Dotknęła  tkaniny  z  szacunkiem.  Cienki, 

delikatny  jedwab  był  w  dotyku  miękki  i  zwiewny.  Myślała,  że  jej  suknia  będzie  biała  -  nie 

była  taką  buntowniczką,  by  zrywać  z  tradycją  -  ale  wybrany  przez  nią  materiał  mienił  się 

najbledszym  odcieniem  niebieskiego.  W  pierwszej  chwili  wydawał  się  mieć  barwę  kości 

słoniowej, ale przyglądając się bliżej, można było dostrzec pod światło kobaltowy blask. 

background image

Hattie nauczyła ją podstaw krawiectwa, a Schuyler w momencie, w którym zobaczyła 

tkaninę, wiedziała, że tego właśnie szukała przez cały dzień. Zapłaciła za materiał z bijącym 

sercem i policzkami zarumionymi z podniecenia. Kiedy wieczorem wróciła do pokoju, Jacka 

jeszcze nie było. Wyciągnęła z szafki z przyborami igłę i nici i wzięła się do pracy. Najpierw 

przygotowała wykrój z muślinu - suknia miała być w stylu rustykalnym, z fałdą opadającą z 

ramienia i spływającą luźno aż do ziemi. To wszystko. 

W  tę  sukienkę  wszywała  wszystkie  swoje  marzenia  i  sny,  powiązane  jej  krwią  i 

miłością.  Czuła  wszechogarniające  ją  radość  i  oczekiwanie.  Nie  po  raz  pierwszy  Schuyler 

dziwiła się, jak może być tak szczęśliwa. 

Kiedy skończyła, palce  miała obolałe, a ramiona zmęczone. Był  już środek nocy, ale 

Jack  jeszcze nie wrócił. Rozebrała się  i przymierzyła suknię. Jedwab w dotyku przypominał 

wodę.  Z  niepokojem  odwróciła  się  do  lustra,  niepewna,  co  zobaczy.  A  jeśli  źle  wybrała?  A 

jeśli Jackowi się nie spodoba? A jeśli suknia będzie źle leżała? 

Nie.  Martwiła  się  niepotrzebnie.  Przytłumiony  niebieski  kolor  podkreślał  barwę  jej 

oczu,  które  lśniły  jeszcze  jaśniej.  Suknia  prześlicznie  opadała  z  ramienia,  a  Schuyler 

zdecydowała, że powinna mieć do niej rozpuszczone włosy. 

Dopiero w tym momencie naprawdę zrozumiała, że zostanie panną młodą. Przycisnęła 

dłoń do ust, starając się ukryć uśmiech. Ale to było zbyt wiele - szczęście musowało w niej, 

ze śmiechem okręciła się przed lustrem. 

Zatrzymała  się,  słysząc  odgłos  kroków.  Jack  wracał.  Szybko  zdjęła  suknię  ślubną, 

powiesiła z tyłu szafy i włożyła zwykłe ubranie. 

Nie  wierzyła  w  stare  przesądy,  ale  nie  chciała,  żeby  zobaczył  ją  w  tej  sukni  przed 

dniem ceremonii. No dobrze, może była troszkę przesądna. 

background image

Dwa 

Mroczny pierścień 

Byli razem dopiero od kilku  miesięcy, ale Schuyler na pamięć  znała dźwięk kroków 

Jacka.  W  odgłosach  kroków  zbliżających  się  do  pokoju  usłyszała  coś  dziwnego  -  zupełnie 

jakby ktoś z całych sił starał się naśladować Jacka. Zaalarmowana Schuyler wyjęła z ukrytej 

pochwy miecz matki, mocno ściskając ozdobioną klejnotami rękojeść. Stanęła przy drzwiach 

i  czekała.  Kroki  urwały  się  nagle  i  zapadła  cisza.  Wyczuła,  że  ktokolwiek  znajdował  się  za 

drzwiami,  wiedział  już,  że  odkryła  mistyfikację.  Spróbowała  wyrównać  oddech  i  opanować 

nerwy. 

Kiedy wiekowe zawiasy w otwierających się drzwiach nawet nie skrzypnęły, Schuyler 

uświadomiła  sobie,  że  intruz  rzucił  na  pokój  zaklęcie  ciszy.  Nikt  nie  usłyszy  jej  wołania  o 

pomoc.  Chociaż  pomoc  nie  będzie  jej  potrzebna.  Potrafiła  się  obronić.  Kiedy  w  szparze 

pojawił się czubek miecza, wstrzymała oddech i znieruchomiała, szykując się do ataku. 

Odziany  w  czerń  venator  wszedł  do  pokoju,  bezgłośnie  stąpając  po  surowej 

drewnianej  podłodze.  Czarno-srebrny  krzyż  na  ubraniu  zdradzał  jednego  z  podwładnych 

hrabiny,  a  Schuyler  poczuła  przypływ  absurdalnej  wdzięczności,  że  nie  jest  to  ktoś  ze 

Zgromadzenia Nowojorskiego. 

Uniosła  broń.  Niestrudzenie  ścigający  ich  venatorzy  stanowili  udrękę  w  jej  życiu. 

Nigdzie  i  nigdy  nie  czuła  się  bezpieczna,  a  okazja  do  stanięcia  twarzą  w  twarz  ze  swoim 

lękiem i do walki z widocznym, realnym wrogiem była dla niej ulgą. 

Mężczyzna w czerni ciął z zamachem mieczem, ale Schuyler zdołała zablokować cios, 

mimo  że  zasięg  broni  napastnika  był  większy  od  jej  zasięgu  o  kilkadziesiąt  centymetrów. 

Bezpośrednia walka na miecze nie mogła skończyć się dla niej dobrze, więc Schuyler krążyła 

po pokoju, utrzymując się tuż poza zasięgiem broni przeciwnika. Jeśli podejmie walkę na jego 

warunkach, zostanie schwytana w kilka sekund. 

Venator  zaatakował  znowu.  Tym  razem,  zamiast  odparować  uderzenie,  Schuyler 

skoczyła  w  górę,  lądując  na  drewnianej  kratownicy  pod  wysokim,  łukowatym  sklepieniem. 

Chwilowo  bezpieczna,  popatrzyła  z  góry  na  intruza.  Przysiadł,  szykując  się  do  skoku,  ale 

zanim  zdążył  się  odbić,  Schuyler  gwałtownie  cięła  podtrzymującą  ją  konstrukcję.  Grube 

drewno  pękło  jak  miękkie  gałązki,  a  na  venatora  posypały  się  potężne  belki.  Skakała  z 

miejsca na miejsce, przecinając kratownicę, a na dół sypał się deszcz drewnianych odłamków, 

rozpryskując drzazgi we wszystkich kierunkach. 

background image

Gdyby nie zaklęcie silencio, takie zniszczenia wywołałyby hałas zdolny obudzić całe 

miasto. Dach zadrżał, ale nie zapadł się. Tymczasem venator zdołał wspiąć się na stos drewna 

i  zbliżał  się  szybko.  Schuyler  błyskawicznie  odwróciła  się  i  podcięła  najbliższą  kolumnę, 

ciskając nią w napastnika. 

Venator  spojrzał  w  górę,  kiedy  pierwsze  drzazgi  wbiły  mu  się  w  ramię.  Z  nieludzką 

szybkością  ochronił  się  przed  zgnieceniem,  wbijając  miecz  w  twarde  drewno.  Teraz  miała 

szansę. Schuyler skoczyła na venatora, całym ciężarem  lewej stopy  lądując na trzymających 

miecz dłoniach i przesuwając je tak, że ostrze pękło na dwie części. Schuyler uniosła własny 

miecz i przycisnęła do jego szyi. 

- Poddaj  się!  -  zażądała,  a  jej  głos  zabrzmiał  echem  w  pokoju.  Łamiąc  jego  miecz, 

złamała także zaklęcie. 

Venator popatrzył na nią pogardliwie. 

- Możesz mnie zabić, ale tym samym przypieczętujesz los swojego przyjaciela - uniósł 

dłoń i otworzył ją, ukazując venatorski kamień na łańcuszku. Wewnątrz kamienia dostrzegła 

obraz. 

Kamień pokazywał Olivera Hazard-Perry'ego, związanego i w opasce na oczach. 

Schuyler westchnęła głośno. 

- To jakaś sztuczka. Oliver jest w Nowym Jorku... - powiedziała, nie cofając ostrza. 

- Przybył do Włoch pół godziny temu. Złapaliśmy go na lotnisku. 

-Ale  po  co  miałby  przyjeżdżać  do  Włoch,  jeśli...  -  W  tym  momencie  Schuyler 

zrozumiała  tajemnicze  zachowanie  Jacka.  Kilka  dni  temu  zapytał,  czego  by  sobie  życzyła 

podczas ceremonii, a ona odpowiedziała, że pragnęłaby tylko, żeby jej przyjaciele mogli być 

przy  niej w tym  najważniejszym dniu  jej życia.  Chociaż wiedziała, że to niemożliwe  i że to 

niemądre,  chcieć  czegoś,  czego  nie  można  mieć.  Oliver  pracował  w  nowojorskim 

Repozytorium,  a  nikt  nie  wiedział,  gdzie  się  podziała  Bliss.  Ale  Jack  potrafił  spełnić  nawet 

takie marzenie. Jej ukochany zaprosił ich przyjaciół na ceremonię. 

Poczuła  ciepło  w  sercu,  ale  szczęście  z  powodu  odkrycia  sekretu  Jacka  musiało 

zaczekać. Oliver stał się zakładnikiem. Jej najdroższy, cudowny przyjaciel - czuła ściskanie w 

gardle  na  myśl  o  jego  szczodrości.  Przyjechał,  aby  świętować  jej  ceremonię  połączenia 

więzią. Przybył jako gość, po to tylko, żeby zostać ofiarą. 

Schuyler trzymała miecz przy gardle venatora. 

- Czego chcecie w zamian za jego życie? Poszukiwacz prawdy uśmiechnął się. 

- Wiedziałem,  że  się  dogadamy.  Można  było  darować  sobie  całe  to  zamieszanie.  - 

Wyjął  z  kieszeni  aksamitną  saszetkę  i  wytrząsnął  obrączkę  z  białego  metalu.  -  Daj  to 

background image

Abbadonowi - polecił i wyszeptał kilka słów do jej ucha. - Dopilnuj, aby jej nie zdejmował. 

- Czemu ona ma służyć? - zapytała Schuyler, wpatrując się w obrączkę. 

- Zaklęcie  powstrzyma  go  przed  powrotem  do  prawdziwej  postaci.  Kiedy  znów  się 

spotkamy, nie będzie mógł przytłoczyć nas swoją siłą i oboje znajdziecie się w naszej władzy. 

W  tym  pierścieniu  została  zaklęta  twoja  miłość  do  Abbadona.  Tak  długo,  jak  długo  go 

kochasz, ta obrączka będzie w stanie kontrolować jego moce. 

Cofnęła się. Moc obrączki miała przemienić najgłębszą, najważniejszą część jej duszy 

w okowy, kajdany. Planowali uwięzić Jacka za pomocą jej szczerej miłości do niego. 

- Nie. Nie mogę. Nie zrobię tego. 

- Zrobisz to, albo dopilnujemy, żeby twój przyjaciel umarł, a jego śmierć była długa i 

bolesna. Jeśli powiesz  Abbadonowi prawdę albo  spróbujesz szukać pomocy, twój przyjaciel 

zginie natychmiast. Weź widzący kamień i noś go na szyi. To nam pozwoli widzieć to, co ty 

widzisz  i  słyszeć  to,  co  mówisz,  nawet  w  wymiarze  uroku.  Daj  Abbadonowi  ten  pierścień. 

Albo poświęć życie przyjaciela. Będziemy cię obserwować. 

Venator kilkoma słowami przywrócił pokój do pierwotnego stanu. 

background image

Trzy 

Spotkanie 

Drzwi  otwarły  się  znowu,  gdy  tylko  mężczyzna  w  czerni  zniknął  za  oknem.  Tym 

razem to był Jack. Schuyler pospiesznie wsunęła obrączkę do aksamitnej saszetki, ale zgodnie 

z poleceniem venatora założyła na szyję widzący kamień. 

Na przystojnej twarzy Jacka malował się niepokój. Chłopak z ciężkim westchnieniem 

usiadł na łóżku i zdjął buty. 

- Co  się  stało?  -  Schuyler  uklękła  za  nim,  żeby  łagodnie  pomasować  jego  ramiona. 

Mięśnie miał twarde i napięte. 

- Venatorzy hrabiny niedługo się tu zjawią. Obawiam się, że petruwianie nas zdradzili 

- powiedział. 

- Ghedi? - zapytała z przerażeniem. 

- Nie,  on  jest  naszym  przyjacielem.  To  on  mnie  ostrzegł.  Ale  nie  możemy  czekać  z 

ceremonią  do  soboty.  Musimy  wyjechać  tak  szybko,  jak  to  możliwe.  Jeśli  tu  zostaniemy, 

dopadną nas. 

Gdyby tylko mogła mu powiedzieć, że venatorzy już ich znaleźli... 

- Przepraszam - spojrzał na nią, odczytując napięcie na jej twarzy. - Wiem, że nie na 

takie wieści panna młoda czeka przed ceremonią. 

- Nie, nie... to nie to... - pragnęła powiedzieć mu o wszystkim, ale nie miała wyboru. 

Musi zrobić to, co rozkazał venator, inaczej Oliver umrze. Wyjęła z kieszeni saszetkę i jak we 

śnie podała ją Jackowi. 

- Co to jest? - zapytał. Jej dłonie zadrżały. 

- Chciałam zaczekać i dać ci to podczas ceremonii, ale skoro zostało nam tak niewiele 

czasu... Czy mógłbyś ją teraz włożyć? 

W  odpowiedzi  Jack  z  szerokim  uśmiechem  wyciągnął  ku  niej  dłoń,  a  Schuyler 

wsunęła obrączkę na jego palec. Wyszeptała słowa, które polecił jej wymówić venator. 

- Ta obrączka jest symbolem mojej wierności, wiąże cię ze mną, a moja miłość będzie 

cię trzymać na wieki. 

Już. Zrobiła to. 

Przez długą chwilę trzymała go za rękę, kreśląc  palcem dwa koła  na  jego dłoni. Ten 

gest  był  częścią  szyfru,  którego  używali,  przebywając  „pod  opieką"  hrabiny.  Dwa  koła 

znaczyły,  że  są  obserwowani.  Wymyślili  sekretne  znaki,  aby  porozumiewać  się  ze  sobą  i 

background image

planować ucieczkę pod okiem venatorów. 

Jack  popatrzył  na  obrączkę  na  palcu,  ale  jego  twarz  nie  zdradzała  niczego.  Czy 

zrozumiał, co powiedziała? Czy pamiętał ich szyfr? Musiał pamiętać. 

Od tego zależało życie Olivera. 

Przerwało im pukanie do drzwi. 

- Jack?  Schuyler?  Macie  gościa  -  odezwał  się  Ghedi.  Wymienili  czujne  spojrzenia. 

Schuyler przygotowała się na najgorsze - czy venatorzy wrócili tak szybko? Ale osoba, która 

pojawiła  się  w  otwartych  drzwiach,  była  jej  dobrze  znana  i  kochana,  więc  Schuyler 

natychmiast rzuciła się przywitać nowo przybyłą. -Bliss! 

- Sky!  -  Bliss  Llewellyn  wpadła  do  pokoju,  potrząsając  miedzianymi  lokami. 

Poruszała się z nową energią, a Schuyler ucieszyła się, że przyjaciółka wygląda tak dobrze - z 

zarumienionymi policzkami  i roziskrzonymi zielonymi oczami. Coś się w niej zmieniło - na 

rękach nie miała charakterystycznych znaków sangre azul. Schuyler nie wiedziała, co działo 

się  z  Bliss,  wiedziała  jednak,  że  dziewczyna  przezwyciężyła  ciemność,  która  próbowała  ją 

pochłonąć. Bliss poradziła  sobie z tym  i wyglądała  lepiej  niż kiedykolwiek, a Schuyler była 

za to wdzięczna losowi. 

Mocno uściskała przyjaciółkę. 

- Przyjechałaś. 

-Jasne. Jak tylko Jack powiedział, że zamierzacie się pobrać, uznałam, że muszę tu być 

-  uśmiechnęła  się  Bliss.  -  Wiem,  że  to  miała  być  niespodzianka,  Jack,  ale  naprawdę  nie 

mogłam czekać, przepraszam. Mam złe wieści. 

- Co się stało? - zapytała Schuyler, mając przeczucie, że zna już odpowiedź. 

Bliss zaplotła ramiona. 

- Widziałam Olivera przy odprawie paszportowej. Pomyślałam, że spotkamy się przy 

odbiorze bagażu, a potem razem pojedziemy do hotelu. Czekałam na niego, ale nie przyszedł. 

Rozejrzałam się i miałam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Sądząc po wyglądzie, venatorzy. 

Wszędzie  ich  było  pełno.  Udało  mi  się  wyślizgnąć,  ale  myślę,  że  złapali  Olivera.  -  Bliss 

wyjaśniła,  że  telefon  od  Jacka  zastał  ją  i  Jane  Murray  w  Chicago.  Ponieważ  miała  być 

nieobecna  tylko  przez  kilka  dni,  zostawiła  Obserwatorkę  na  tropie  poszukiwanej  przez  nich 

piekielnej sfory. - Wiecie, dokąd go mogli zabrać? 

- To Zgromadzenie Europejskie. Chcą nas dostać - wyjaśniła Schuyler. - Hrabina chce 

naszej śmierci. Pozostała wierna swojemu bratu, Lucyferowi. 

Bliss  skinęła  głową.  Zagrożenie  ze  strony  Niosącego  Światło  zawsze  czaiło  się  w 

pobliżu. 

background image

- Schuyler, czy możesz odszukać Olivera w uroku? Musimy się dowiedzieć, gdzie jest, 

a ty masz w sobie jego krew. Będziesz w stanie znaleźć go szybciej niż ja - odezwał się Jack. 

Schuyler  zamknęła  oczy.  Wiedziała,  że  Jack  ma  rację,  ale  miała  poczucie,  że 

zmierzają  prosto  w  pułapkę.  Venatorzy  chcieli,  żeby  udało  im  się  znaleźć  Olivera. 

Manipulowali nimi jak marionetkami, ale Schuyler nie miała wyboru. Nie mogła powiedzieć 

Jackowi  o  tym,  co  stało  się  wcześniej,  o  niebezpieczeństwie,  jakie  groziło  mu  z  powodu 

noszonej na palcu obrączki. Mogła tylko mieć nadzieję, że pamiętał znaczenie jej sygnału i że 

jakimś sposobem zdołają przechytrzyć venatorów. Już raz im się to udało. 

Sięgnęła  do  świata  duchowego,  poszukując  swojego  przyjaciela  i  byłego  familianta. 

Ollie... gdzie jesteś? Słyszysz mnie? Nic nie miało prawa się stać ani Oliverowi, ani Bliss. Jej 

drogim przyjaciołom, którzy przyjechali do Włoch, aby celebrować jej ceremonię połączenia 

więzią. Cokolwiek by się stało, Schuyler przysięgła sobie, że ich ochroni. 

Oliver? 

Tu jestem. 

Nic ci nie jest? 

Na razie nie. Gdzie jesteś? 

Idę po ciebie. 

Schuyler otwarła oczy. 

- Trzymają go w Villa Malavolta, dawnej Villa Feri, w pokoju na wieży. 

- Idę tam - Jack sięgnął po kurtkę. Schuyler potrząsnęła głową. 

- Nie sam. My też idziemy. 

- Możesz  nas  potrzebować  -  zgodziła  się  Bliss.  -  Nawet  jeśli  jestem  teraz  tylko 

człowiekiem. - Machnęła ręką, widząc ich zdziwienie. - Później wyjaśnię. To długa historia. 

Jack spojrzał na Schuyler i potrząsnął głową. 

- Nie mogę tak ryzykować. Nie mogę ryzykować ciebie. 

- Jack  -  powiedziała  miękko  Schuyler.  Wzięła  go  za  rękę  i  spojrzała  na  zdradziecką 

obrączkę, którą miał na palcu. - Już jestem w niebezpieczeństwie, najdroższy, a ty nie możesz 

zawsze mnie chronić. Potrafię sama się obronić. 

I muszę tam być, żeby obronić ciebie, pomyślała, choć nie mogła tego wypowiedzieć 

ani przesłać, by nie dotarło to do venatorów. 

background image

Cztery 

Książę świata podziemnego 

Jack  wiedział,  że  nie  wyperswaduje  Schuyler  udziału  w  wyprawie  ratunkowej.  Był 

zadowolony, że dołączyła do nich Bliss - zawsze dobrze było mieć przyjaciela walczącego po 

ich  stronie.  Chociaż  oczywiście  nic  złego  nie  miało  prawa  się  stać,  zamierzał  tego 

dopilnować. 

Wskazał sklepienie. 

- Są dokładnie nad nami. 

Cała trójka biegła przez starożytne tunele pod miastem, kierując się do skrzyżowania 

Via  del  Podesta  i  Via  Bernardo  Martellini.  Labirynt  we  Florencji  był  identyczny  z  tym  w 

Lutecji,  a  Jack  z  łatwością  pokonywał  kolejne  zakręty.  Budynek  od  początku  piętnastego 

wieku  należał  do  pewnej  rodziny  błękitnokrwistych,  powiązanych  blisko  z  Medyceuszami, 

ale  ostatnio  kupił  go  anonimowy  nabywca.  W  odróżnieniu  od  większości  budynków  we 

Florencji  ten  pałac  miał  podziemia.  Tunele  prowadziły  prosto  do  piwnicy,  w  której  znaleźli 

się po kilku chwilach. 

Teraz  stali  pod  pokojem,  w  którym  przetrzymywano  Olivera.  W  fizycznym  świecie 

jedyną  metodą  dostania  się  do  środka  byłoby  rozwalenie  sufitu,  ale  w  wymiarze  uroku  nie 

istniały  takie  bariery.  Kiedy  Jack  znajdzie  się  w  świecie  zmierzchu,  będzie  w  tej  samej 

przestrzeni, co venatorzy. To pozwoli mu zaatakować bez wchodzenia do pokoju. 

- Tam na górze są ich chyba setki - powiedziała Schuyler. 

Jack  skinął  głową.  Plan  był  idealny.  Jako  Abbadon  miał  powstrzymać  venatorów  w 

wymiarze uroku, podczas gdy Schuyler i Bliss uratują Olivera w świecie rzeczywistym. 

- Jack... - Schuyler przygryzła wargi. - Uważaj na siebie. Ścisnął jej ramię. 

- Nie martw się, niedługo wrócę. 

Jack  Force  wkroczył  w  wymiar  uroku.  Schuyler  miała  rację  -  wyczuwał  obecność 

ponad  setki  venatorów  strzegących  byłego  zausznika  w  świecie  rzeczywistym.  Jednakże  w 

wymiarze uroku znajdowało się tylko trzech Poszukiwaczy Prawdy. 

To dziwne, że wrogowie skoncentrowali główne siły w świecie materialnym. Musieli 

przecież  wiedzieć,  że  Abbadon  zaatakuje  ich  najpierw  poprzez  urok.  To  oznaczało,  że 

venatorzy nie obawiali się jego siły w wymiarze uroku. Ale dlaczego? 

Jack skulił się, zaciskając pięści. 

Pierwszy  z  venatorów  zanurkował  w  jego  stronę,  unosząc  czarny  miecz.  Jack 

background image

odparował atak, chwytając venatora za nadgarstek i odwracając jego własne ostrze przeciwko 

niemu. Wykorzystując impet ataku przeciwnika wbił ostrze w jego kolano, rozcinając ciało  i 

miażdżąc  staw.  Venator  skulił  się  z  bólu  na  ziemi  i  zniknął  z  wymiaru  uroku.  Pozostała 

dwójka zbliżała się z przeciwnych stron. 

Zaatakowali  jednocześnie,  jeden  z  przodu,  podczas  gdy  drugi  podkradał  się  od  tyłu. 

Jack uprzedził ich atak i cofnął się, uderzając napastnika w pierś. Venator nie spodziewał się 

takiego  działania  i  Jack  wyprowadził  mocny  cios,  zanim  tamten  zdążył  sięgnąć  po  miecz. 

Jego przeciwnik osunął się na ziemię, ogłuszony. 

Nagły  skok Jacka usunął go na  moment z zasięgu ataku trzeciego venatora. Chłopak 

wykorzystał  tę  okazję,  żeby  zabrać  broń  powalonego  venatora,  który  zniknął  z  wymiaru 

uroku.  Jack  wyprowadził  próbny  cios,  przyzwyczajając  się  do  ciężaru  miecza,  wyczuwając 

jego wyważenie i siłę. 

Przerzucił broń do drugiej ręki i nakreślił linię mijającą o centymetry pierś venatora. 

- Wezwij swoich kumpli. Byli zbyt pewni siebie, wysyłając tu tylko trzech venatorów 

i zostawiając setkę w odwodzie. Wezwij ich, jeśli myślisz, że macie szansę mnie pokonać. 

Jack  odwzajemnił  spojrzenie  mężczyzny.  Dopiero  kiedy  venator  zniknął  z  wymiaru 

uroku, rozluźnił mięśnie. 

Czy  połkną  przynętę?  Plan  zadziała,  tylko  jeśli  Jack  zdoła  zwabić  wszystkich 

venatorów w wymiar uroku, odciągając ich od pokoju, w którym był uwięziony Oliver. 

Jack czekał w pustym wymiarze uroku, spięty i samotny. Trzymał miecz w gotowości. 

Gdzie się podziewali? 

W końcu pierwszy venator zamigotał w świecie duchowym. 

Jack uniósł miecz, a potem podniósł go wyżej, w miarę jak pojawiło się coraz więcej 

przeciwników. Przeliczył się. Ich liczba zapierała dech w piersiach. Musieli się tu zgromadzić 

niemal  wszyscy  venatorzy  w  służbie  Zgromadzenia  Europejskiego.  Było  jasne,  że  hrabinie 

naprawdę zależy na zemście. 

Jack został otoczony. Zrobił jedyną możliwą rzecz - opuścił broń. Była bezużyteczna 

wobec tak dużej grupy. Armia venatorów otoczyła go ciasnym pierścieniem. Ich twarze były 

spokojne. Nie obawiali się niczego. Polegali na swojej liczebności i przytłaczającej sile. 

- Poddaj się, Abbadonie. Twoja porażka jest pewna. - Te słowa wypowiedział wampir, 

którego  Jack  nie  rozpoznawał.  Dowodzący  tą  armią  venator  był  zaledwie  szeregowcem  w 

niebiańskich zastępach, które niegdyś prowadził Jack. 

To  naprawdę  było  zbyt  proste.  Rozpoczął  przemianę  w  swoją  prawdziwą  postać, 

wzywając  nieśmiertelną  duszę,  która  od  niezliczonych  wieków  kryła  się  w  jego  krwi. 

background image

Zmiennego Abbadona. Anioła Apokalipsy. Niszczyciela Światów. 

Ale  nic  się  nie  wydarzyło.  Czarne  skrzydła  nie  wystrzeliły  z  jego  pleców,  rogi  nie 

wyrosły z czoła, w żyłach nie obudziła się siła miliona demonów. Pozostał Jackiem Force'em. 

Zwykłym osiemnastolatkiem. 

Aha. 

Czyli na tym polega ich gra. 

Zgadł to już w momencie, kiedy Schuyler nakreśliła dwa kręgi na jego dłoni. Widział, 

jak  drżały  jej  ręce,  kiedy  wkładała  mu  obrączkę  na  palec.  Rzucili  wiążącą  go  klątwę,  aby 

ograniczyć jego moc. Aby powstrzymać przemianę w Abbadona. Klątwę, którą utrzymywała 

miłość Schuyler do niego. Zauważył charakterystyczny kamień na jej szyi, zamaskowany jako 

wisiorek.  Obserwowali  ich,  czekali.  To  właśnie  chcieli  osiągnąć.  Chcieli,  żeby  był  słaby  i 

bezbronny, pozbawiony nieśmiertelnej mocy. 

- Coś nie tak, Abbadonie? - zadrwił venator. - Gdzie podziała się twoja siła? 

Jack westchnął. 

- Czy naprawdę sądzicie, że czysta siła jest moją jedyną bronią? Ze po tym, jak przez 

wieki władałem w Niebie, dysponuję tylko siłą własnego miecza? 

Venator wykrzywił wargi w uśmiechu. 

- Jaką inną siłę mógłbyś posiadać? Od dzisiaj będziesz zwany Słabym Abbadonem. 

W  odpowiedzi  Jack  wymówił  krótką  inkantację,  modlitwę,  którą  znał  tylko  on. 

Wymiar  uroku  gwałtownie  pociemniał,  a  ze  złowieszczej  ciemności  wyłoniły  się  istoty  ze 

świata  podziemnego,  żywiołaki  czarnego  ognia,  które  były  jego  podkomendnymi  jako 

jednego  z  Pierworodnych,  Anioła  Ciemności,  dowódcy  zagubionych  i  przeklętych  dusz  z 

Piekła. 

Abbadon mógł być w okowach, ale Jack nosił w sobie jego duszę, a pierwotne istoty 

pokłoniły  się  swojemu  władcy.  Z  okrzykiem  poprowadził  mroczną  armię  do  boju.  Jak  na 

ironię,  odarcie  z  mocy  przemiany  pozwoliło  mu  przywołać  wspomnienie  najgłębszej 

ciemności,  z  której  powstał.  Od  dawna  nie  czynił  użytku  z  tej  potęgi,  nie  sięgał  do 

najgłębszej, ukrytej mocy świata podziemnego, gdzie się zrodził, a jego imię zostało wykute z 

ognia i śmierci. 

Mroczne  istoty  przytłaczały  przeciwników  siłą  i  potęgą.  Jack  pożałował  venatorów, 

ale przypomniał sobie ściągniętą niepokojem twarz Schuyler. Hrabina odpowiadała za śmierć 

i  rozlew  krwi  na  ich  ceremonii  połączenia  więzią.  Nic  nie  można  było  na  to  poradzić.  Miał 

tylko  nadzieję,  że  Schuyler  będzie  w  stanie  wykonać  swoją  część  planu,  że  wraz  z 

przyjaciółmi jest bezpieczna. 

background image

Jack popatrzył na metalową obrączkę na swoim palcu, matową i zwyczajną, mimo że 

mroczna magia lśniła w niej zdradzieckim ogniem. 

background image

Pięć 

Wyprawa ratunkowa 

Schuyler  zadrżała,  gdy  Jack  znikał  w  wymiarze  uroku.  Będzie  bezbronny,  tak  jak 

chcieli  tego  venatorzy.  Co  się  z  nim  stanie?  Musiała  wierzyć,  że  sobie  poradzi.  Ze  będzie 

potrafił zadbać o siebie i że zrozumiał to, czego nie mogła mu powiedzieć. 

Zanim wyruszyli, Jack poprosił ją, żeby zaufała mu i postępowała zgodnie z planem. 

Zamierzał zwabić  venatorów w wymiar uroku i unieszkodliwić  ich, podczas gdy ona  i  Bliss 

miały  uwolnić  Olivera.  Jack  jasno  dał  Schuyler  do  zrozumienia  jedną  rzecz:  cokolwiek  się 

wydarzy,  musi  mu  zaufać.  Nawet  jeśli  będzie  się  działo  coś  dla  niej  niewytłumaczalnego. 

Poprosił, żeby mu to obiecała, a ona się podporządkowała. 

- Gotowa? - zapytała Schuyler, patrząc na sufit. 

- Jesteś  pewna,  że  dasz  sobie  radę?  -  Bliss  z  niepokojem  obrzuciła  wzrokiem  grube 

deski.  Schuyler  wróciła  myślami  do  wcześniejszej  walki  z  venatorem.  Nie  zdawała  sobie 

sprawy  z  prawdziwej  potęgi  miecza  Gabrieli,  dopóki  omal  nie  podcięła  całego  dachu,  bez 

najmniejszego wysiłku. 

- Myślę, że uda mi się zrobić małą dziurkę - uśmiechnęła się, unosząc miecz. 

Ostrze  wykroiło  nierówny  otwór  w  suficie.  Schuyler  wskoczyła  piętro  wyżej  i 

spojrzała w dół, na Bliss. 

- Dołączysz do mnie? - zapytała. 

Bliss spochmurniała, a Schuyler uświadomiła sobie, że jej przyjaciółka nie dysponuje 

już siłą, która dla niej była naturalna. - Przepraszam - powiedziała, sięgając w dół i wciągając 

Bliss do siebie. 

Otaczało  je  morze  pustych  twarzy.  Schuyler  napotkała  nieruchome  spojrzenie 

najbliższego venatora. Wydawało się, że mężczyzna jest w transie. Serce zaczęło jej mocniej 

bić. Plan Jacka się powiódł. Zwabił venatorów w wymiar uroku. Teraz nadeszła jej kolej, aby 

dokończyć akcję ratunkową. 

- Rozdzielmy się i sprawdźmy, czy wszyscy tam są - rzuciła Schuyler. 

Przepchnęły  się  przez  zamarły  w  katatonii  tłum.  Ciało  osoby  przebywającej  w 

wymiarze uroku pozostaje nieruchome i bezwładne w świecie rzeczywistym. Patrzyła w oczy 

każdemu mijanemu venatorowi, Bliss robiła to samo. Armia była nieszkodliwa. Nieszkodliwa 

tylko pod  warunkiem, że  wszyscy  znajdują się  w  wymiarze uroku. Nie spodziewała się, żeby 

Poszukiwacze  Prawdy  pozostali  całkiem  bezbronni.  Musiał  być  tu  ktoś,  kto  tylko  udawał, 

background image

naśladując martwotę. Musiała go znaleźć, zanim on ją znajdzie. 

- Umgghh. 

Dźwięk rozległ się w kompletnej ciszy. To z pewnością Oliver. Znajdował się gdzieś z 

tyłu,  niewidoczny  za  nieruchomymi  ciałami.  Schuyler  i  Bliss  rzuciły  się  w  jego  kierunku  z 

przeciwnych  stron  pokoju.  Schuyler  roztrącała  gwałtownie  śpiących  venatorów,  którzy 

porwali jej przyjaciela i grozili mu śmiercią. 

Znalazła Olivera zakneblowanego i związanego na starym drewnianym krześle. 

Bliss zjawiła się przy nim w tej samej chwili. Obejrzała się przez ramię. 

- Wydaje  mi  się,  że  wszyscy  są  wyłączeni,  Sky.  -  Ostrożnie  szturchnęła  jednego  z 

venatorów w ramię, wpatrując się w jego martwe oczy. 

- Rozglądaj się, z pewnością nie jesteśmy sami - rzuciła Schuyler, wyjmując knebel z 

ust Olivera. 

Zakasłał i wziął głęboki oddech, a potem podniósł głowę. 

- Dzięki - powiedział cicho. Rozejrzał się zmęczonym wzrokiem, zdezorientowany. - 

Bliss, czy to ty? 

-Jedyna  i  niepowtarzalna  -  uśmiechnęła  się  Bliss.  -  Dobrze  cię  widzieć  -  dodała, 

szturchając go w ramię. 

- Musimy się stąd wydostać. - Schuyler przecięła sznury wokół piersi Olivera. - Dasz 

radę iść? - zapytała. 

Podniósł  się  i  skinął  głową.  Chwyciła  go  za  rękę  i  poprowadziła  w  stronę  otworu  w 

podłodze. 

- To było proste - zauważyła Bliss, gdy przekradali się między nieprzytomną armią. 

- Nie całkiem - rozległy się ciche słowa. 

Schuyler odwróciła się. Rozpoznała ten głos. 

Jeden  ze  śpiących  venatorów  skoczył  w  ich  kierunku.  Ten  sam,  który  wcześniej  ją 

zaatakował. 

- Wasza trójka pomoże mi wszystko zakończyć - oznajmił i machnięciem ręki sprawił, 

że wszystko ogarnęła ciemność. 

Kiedy Schuyler otworzyła oczy, usłyszała dzikie wycie w oddali. 

Znajdowali się w wymiarze uroku. 

background image

Sześć 

Klątwa Abbadona 

Jack  uniósł  pięść  i  armia  mrocznych  duchów  zatrzymała  się  na  chwilę.  Skrzeczenie 

ich szalonych głosów brzmiało ogłuszająco. Poskręcane kształty zmieniały się, rozpływając i 

znowu  formując,  jakby  przerażające  tornado  przemieszczało  się  w  kilku  kierunkach 

jednocześnie.  Wyczuwał  przerażenie  venatorów.  Poszukiwacze  Prawdy  żyli  od  wielu 

wieków,  byli  weteranami  konfliktów  zarówno  wśród  ludzi,  jak  i  istot  nadnaturalnych,  ale 

stwory ciemności pozostawały nieodparcie przerażające. Pozwolił, aby mroczna masa zawisła 

na moment nad jego wrogami. 

Potworne  wycie  ucichło  na  chwilę,  kiedy  Jack  skoncentrował  się  na  dowódcy 

venatorów. Zwrócił się do mężczyzny, który wcześniej z niego drwił. 

- Wypuść Olivera, a oszczędzę twoją armię. Możecie bez strat powrócić do hrabiny. 

Dowódca skrzywił się. 

- Nie  ma  dla  nas  powrotu,  przyjacielu.  Zostaliśmy  wysłani,  aby  sprowadzić  cię  za 

wszelką cenę. Może moja armia jest na twojej łasce, ale ja mam twoich przyjaciół. 

W tym  momencie zmaterializowały  się trzy sylwetki: Oliver, Bliss  i Schuyler, każde 

pilnowane przez  venatora. Ten, który trzymał Schuyler,  miał w ręku  miecz  lśniący czarnym 

ogniem. Oliver i Bliss byli lekko zielonkawi. Ludzie, żyjące dusze, mogli wkraczać w wymiar 

uroku, ale  fizjologia  i  fizyczność sprawiały, że cienisty wymiar był dla nich  nieprzyjemnym 

miejscem. Efekty uboczne obejmowały zawroty głowy i mdłości. 

Dowódca venatorów uśmiechnął się, zaciskając wargi. 

- Poddaj się, Abbadonie. Pozwól, aby hrabina pomogła ci odnaleźć drogę powrotną do 

Niosącego Światło. 

- Nie... Jack, nie! - krzyknęła Schuyler. - Nie pozwól, żeby cię zabrali! 

Więc tego chciała Druzylla. Jego dawnej wierności. Okazji, aby mógł odkupić winy w 

oczach dawnego władcy. Ponieważ Lucyfer był także i jego dowódcą. 

Jack  powoli  pokręcił  głową.  Ciemność  stanowiła  ogromną,  ale  nieukierunkowaną 

potęgę. Wezwane przez niego istoty mogły z najwyższą łatwością rozrywać ciała i broń, ale 

nie byłyby w stanie ocalić jego przyjaciół przed szybkim ciosem noża. Nie mógł ich ochronić. 

Nie  mógł  ochronić  swojej  ukochanej.  Wiedział,  co  musi  zrobić.  Popatrzył  na  obrączkę  na 

palcu. 

Venator znów się odezwał. 

background image

- Wybór należy do ciebie. Poddaj się, a puścimy ich wolno. Stań do walki, a oni umrą. 

Jack  nie  wahał  się.  Otworzył  pięść,  uwalniając  gniew  Ciemności.  Spojrzał  wprost  w 

oczy wroga i ryknął: 

- A WIĘC NIECH UMIERAJĄ! 

Bliss wrzasnęła, a Oliver zamachnął się na trzymającego go mężczyznę, uderzając go 

mocno w pierś. Ale Schuyler przez chwilę stała nieruchomo. 

Nie wiedziała, w co powinna wierzyć. Musiała zaufać Jackowi. Musiała uwierzyć, że 

miał  powód,  aby  tak  postąpić.  Dlatego  musiała  uwierzyć,  że  poświęcenie  ich  stanowi  część 

jego planu. Obiecała, że  mu zaufa. Niezależnie od tego, co się  stanie. Nawet  jeśli stanie się 

coś, co będzie dla niej nie do pojęcia. 

- Zacznij  od  niej  -  warknął  Jack,  wskazując  Schuyler.  Spojrzała  w  jego  ściągniętą 

gniewem twarz. Przez moment odwzajemnił jej spojrzenie, a Schuyler wzdrygnęła się, widząc 

tak wielką nienawiść w jego oczach. 

To był podstęp, na pewno. Kłamał. Prawda? Zaczynała wpadać w panikę, ale zmusiła 

się, żeby myśleć chłodno. To musiało być kłamstwo, ale z jakiegoś powodu Jack chciał, żeby 

uwierzyła, iż jej nie kocha. W tym momencie zrozumiała. Jack wiedział. Wiedział o obrączce 

i  o  związanej  z  nią  klątwie,  podtrzymywanej  przez  najgłębsze  uczucie  w  duszy  Schuyler: 

miłość  do  niego.  Musiała  znaleźć  sposób,  żeby  przestać  go  kochać.  To  była  najtrudniejsza 

rzecz w jej życiu, ale zmusiła się, żeby uwierzyć w kłamstwo. Postarała się uwierzyć w nie z 

całego serca. Jack nie kochał jej. Jack nigdy jej nie kochał. Jack chciał jej śmierci. Jack... 

I tak jak tego pragnął, jej miłość do niego na moment zadrżała. 

Klątwa  została  złamana,  a  powstrzymująca  moc  obrączka  upadła  na  ziemię,  dymiąc. 

Przemiana  nastąpiła  momentalnie.  Jack  zniknął,  a  zamiast  niego  stał  Abbadon,  Anioł 

Zniszczenia, unosząc ohydną głowę i łopocząc mrocznymi skrzydłami. 

Z potworną siłą Abbadon pochwycił strażnika z czarnym mieczem. Broń wygięła się i 

rozpękła  na  części.  Abbadon  uniósł  słabego  i  zdezorientowanego  venatora  za  kark,  ciskając 

nim w kierunku mrocznego wiru. 

Schuyler  działała  równie  szybko,  obracając  się,  aby  powalić  venatora,  którego 

pojawienie  się  rozpoczęło  ten  okropny  wieczór.  Wślizgnęła  się  między  Olivera  a  ostrze 

venatora,  nisko  opuszczając  swoją  broń,  aby  odparować  cios.  Venator  odrzucił  sztylet  i 

sięgnął  po  dłuższe  ostrze.  Ale  Oliver,  wreszcie  pozbawiony  więzów,  poczuł  pulsującą  w 

żyłach  adrenalinę.  Momentalnie  dojrzał  niechroniony  punkt  venatora  i  uderzył.  Tamten 

odwrócił się, unosząc miecz, ale ten ruch sprawił, że odsłonił prawy bok. 

Schuyler cięła w odsłonięte  miejsce, a  jej ostrze przebiło zbroję  mężczyzny. Venator 

background image

zachwiał  się,  zdezorientowany  kolejnymi  ciosami,  nieprzygotowany  na  siłę  jej  miecza. 

Spróbował  odzyskać  równowagę,  ale  nagły  i  nieoczekiwany  kopniak  Bliss  popchnął  go  na 

ziemię. Upadł, pokonany. 

Schuyler pochyliła się, łapiąc oddech, kiedy Jack położył czule rękę na jej ramieniu. 

- Skończone - powiedział. - Jesteśmy bezpieczni. Chodźmy stąd. 

-Jack...  -  nie  mogła  znaleźć  słów.  Nawet  jeśli  wygrali  walkę,  miała  poczucie,  że  go 

zawiodła. Nawet jeśli to było oszustwo, nawet jeśli to było coś, co musiała zrobić, aby mógł 

odzyskać  moc,  pragnęła  teraz,  żeby  uwierzył,  że  nigdy  nie  przestała  go  kochać.  Nawet  na 

tamten moment. Zdołała oszukać zaklęcie i złamać klątwę, ale uczucie w jej sercu pozostało 

niezmienne. 

- Wiem - powiedział cicho. - I mam nadzieję, że ty wiesz... 

- Nie  musisz  nic  mówić  -  wyszeptała.  Łzy  napłynęły  jej  do  oczu,  kiedy  zobaczyła 

zielone  oczy  Jacka  lśniące  zwykłym  ciepłem.  Zbyt  przerażające  byłoby  uwierzyć  w  jego 

gniew i obojętność. To był jej największy lęk: że uczucie Jacka do niej okaże się fałszywe, że 

ich miłość była tylko snem. Ale teraz, kiedy trzymał ją w ramionach, Schuyler uświadomiła 

sobie, że jej lęki są tylko sennym koszmarem, a ich miłość pozostała prawdziwa. 

- Przepraszam, że musiałaś przez to przejść. Wybacz mi -powiedział, wtulając twarz w 

jej włosy. Dłonią podtrzymywał jej głowę delikatnie, ale z zaborczą siłą, która zawsze budziła 

w niej skrywany dreszcz. 

Potrząsnęła  głową.  Przeszli  próbę,  której  razem  sprostali.  Ich  przyjaciele  byli 

bezpieczni, a ich miłość okazała się silniejsza niż jakakolwiek klątwa. Nic nie mogło ich teraz 

zatrzymać. 

Kiedy  znowu  zamrugała  oczami,  znaleźli  się  wszyscy  z  powrotem  w  świecie 

rzeczywistym, w tunelach pod pałacem. 

background image

Siedem 

Próba generalna 

Wznoszę  toast  -  oznajmił  Oliver,  stojąc  z  uniesionym  kieliszkiem  wina.  Przy  stole 

zebrali  się  tylko  we  czwórkę:  młoda  para  i  dwoje  przyjaciół,  którzy  przejechali  pół  świata, 

aby być z nimi tego dnia. Stawili czoła przemocy i złu, a teraz byli gotowi, aby świętować. 

Schuyler z uśmiechem oparła się o Jacka, czekając na słowa Olivera. Kiedy uciekli z 

Villa  Malavolta,  pozostawiając  armię  venatorów  na  usługach  hrabiny  rozgromioną,  leżącą 

pokotem  i  nie  stanowiącą  już  dla  nikogo  zagrożenia,  Jack  poprowadził  ich  z  powrotem  na 

ulice  miasta.  Ulokowali  przyjaciół  w  hotelu  i  umówili  się,  że  po  kilku  godzinach  na 

odświeżenie się i odpoczynek spotkają się w lokalnej trattorii na obiedzie. 

Kiedy szli do restauracji, Oliver odciągnął Schuyler na bok, biorąc ją pod ramię. 

- Nie będzie miał nic przeciwko? - uśmiechnął się, wskazując Jacka. 

Schuyler potrząsnęła głową. 

-Jasne że nie, Ollie. Tak bardzo cieszę się, że cię widzę! - ścisnęła mocniej jego ramię. 

Zadziwiała  ją  naturalność,  z  jaką  się  zachowywała,  okazując  swoją  radość.  Kiedy  zaledwie 

kilka  miesięcy  temu  rozstawali  się  na  lotnisku,  zastanawiała  się,  czy  kiedykolwiek  go 

zobaczy,  a  teraz  serce  jej  rosło,  gdy  widziała,  że  jest  szczęśliwy  i  zdrowy.  -  Wyglądasz 

inaczej. Wyglądasz lepiej. Co takiego zrobili z tobą ci venatorzy? - zażartowała. 

- Nic, z czym bym sobie nie poradził - zapewnił ją. - Ale masz rację. Zmieniłem się. 

Opowiedział jej o Freyi, czarownicy, która uleczyła jego serce i jego krew. 

- Nie jestem już naznaczony - wyjaśnił. 

- Wyczułam  to  -  skinęła  głową  Schuyler.  Przyjrzała  się  jego  szczerej,  życzliwej 

twarzy. - Tak bardzo się cieszę. 

Wrócili  do  dawnego  układu,  jako  dwoje  przyjaciół,  których  uczucia  były  elegancko 

poukładane w taki sam sposób, jak niegdyś. Oliver miał rację. To musiały być czary. 

- Więc to coś poważnego? - uśmiechnęła się. Oliver pokręcił głową. 

- Nie. Prawdopodobnie już nigdy jej nie zobaczę, ale to nie szkodzi. Nie martw się o 

mnie - powiedział, całując ją czule w czoło. 

- Hej! - zawołał Jack. - Tylko pan młody ma prawo całować pannę młodą! 

Schuyler  i  Oliver  zachichotali  i  weszli  za  Jackiem  i  Bliss  do  małej  knajpki.  Kiedy 

właściciel dowiedział się, że następnego dnia biorą ślub, wyprawił dla nich prawdziwą ucztę: 

delikatne  wołowe  carpaccio  i  grilowana  cukinia,  carbonara  z  białymi  truflami,  ravioli  z 

background image

nadzieniem z gruszek i sera pecorino oraz kruchy stek florentyński. Na deser podano patery z 

tortem Sachera i tartą Tatin, a także najlepsze tiramisu, jakie Schuyler kiedykolwiek jadła. 

A teraz Oliver stanął na środku restauracji i odchrząknął. 

- Wznoszę  toast  -  oznajmił.  -  Wznoszę  toast  za  wspaniałą  parę.  Chciałem  w  tej 

doniosłej chwili powiedzieć coś prostego i eleganckiego, odwołam się zatem do słów poety. 

Oto wiersz napisany z okazji ślubu. - Zaczął czytać fragmenty wiersza Franka O'Hary. Była to 

budująca opowieść o  miłości  i przyjaźni, której zgromadzeni słuchali  z uwagą. -  Wiersz ten 

jest  tak  długi,  ponieważ  nasza  przyjaźń  także  trwa  długo,  jak  na  to  życie  i  te  czasy  - 

uśmiechnął się Oliver. - A ja zamierzam przeciągnąć ją na tyle, na ile tylko się da. 

- Brawo, brawo! — zawołał Jack, a Schuyler stuknęła się z Oliverem kieliszkiem. 

Oliver  usiadł  z  powrotem  przy  dźwięku  gromkich  braw,  ponieważ  także  inni  goście 

restauracji zasłuchali się w muzykę jego słów. 

Następnie wstała Bliss. 

- Ollie,  trudno  cię  będzie  prześcignąć  -  skarciła  go.  Odchrząknęła.  -  Chciałam  tylko 

powiedzieć, że to dla mnie niesamowity zaszczyt, że mogę tu dzisiaj być. Kochamy cię, Sky, 

a ponieważ kochamy Sky, kochamy również ciebie, Jack. Dbajcie o siebie nawzajem. Bądźcie 

dla  siebie dobrzy. Składamy  wam  najlepsze  życzenia z głębi  serca. Nie zapomnijcie o  nas  i 

nie  wahajcie  się  prosić  nas  o  pomoc,  gdybyście  jej  potrzebowali.  -  Urwała,  a  Schuyler 

pomyślała o licznych niebezpieczeństwach, którym niebawem będą musieli stawić czoła. Jej 

przyjaciele  wiedzieli,  że  po  ceremonii  ona  i  Jack  będą  musieli  się  rozdzielić,  że  to  tylko 

krótka  chwila,  oaza  szczęścia  poprzedzająca  długą  i  mroczną  opowieść  o  rozstaniu  i 

nieznanych zagrożeniach. 

Pojutrze każde z nich wyruszy z Włoch we własną niebezpieczną podróż. Oliver wróci 

do Nowego Jorku, w którym miały miejsce tajemnicze porwania wampirów. Bliss uda się na 

poszukiwania nieuchwytnej piekielnej sfory. Schuyler pojedzie do Aleksandrii, aby wypełnić 

testament  dziadka,  a  Jack  będzie  musiał  się  zmierzyć  ze  swoją  bliźniaczką  i  swoim 

przeznaczeniem, aby przekonać się, czy zdoła wygrać walkę z samą Śmiercią. 

Ale  Bliss  nie  wspomniała  o  żadnej  z  tych  mrocznych  spraw.  Nie  musiała:  wszyscy 

myśleli o tym samym. Czystym głosem zawołała: 

- Za zdrowie Schuyler i Jacka! 

Później  nastąpiły  szczęk  kieliszków  i  składanie  życzeń.  Bliss  gorąco  uściskała 

Schuyler.  Schuyler  przyciągnęła  do  siebie  Jacka,  a  Bliss  zrobiła  miejsce  dla  Olivera,  tak  że 

cala czwórka złączyła się w nierozerwalnym kręgu. 

background image

Osiem 

Ślubny poranek 

Wczesnym  rankiem  następnego  dnia,  w  zaciszu  sypialni,  Schuyler  przytuliła  się 

mocniej do Jacka. Dzisiaj mieli zostać połączeni więzią. Czuła dłoń Jacka na swoich plecach, 

dotyk jego skóry na swojej skórze, kiedy wsunął rękę pod delikatną tkaninę. Odwróciła się do 

niego, objęta jego ramionami i zgniatana w nich. 

Jack bez słowa zaczął całować jej policzki i szyję, a Schuyler poczuła, jak jego ciało 

przesuwa się, przygniatając ją swoim ciężarem. Tego wieczora zostaną połączeni więzią. 

Ale tego ranka byli jeszcze po prostu parą zakochanych. 

Ktoś mógłby pomyśleć, że po tych wszystkich schadzkach w tajemnym apartamencie 

przekroczyli  już dawno granicę.  Ale Schuyler  nadal  była czysta. Nadal  była  niewinna, choć 

może  nie tak naiwna  jak dziewica  z  nerwowym  drżeniem wślizgująca się do ślubnego  łoża. 

Nie  -  nie  aż  tak  niewinna.  Ale  pragnęła  zaczekać,  aż  będzie  gotowa,  a teraz  nie  chciała  już 

czekać dłużej. 

Zobaczyła,  że  Jack  patrzy  na  nią.  Na  pytanie  w  jego  oczach  odpowiedziała 

pocałunkiem. Tak, najdroższy. Tak. Teraz. 

Zsunęła  jego  koszulę  i  pomogła  mu  się  rozebrać,  delikatnie  muskając  jego  ciało 

palcami. Był taki ciepły  i prawdziwy. I  należał do niej. Czuła się wiotka w jego ramionach. 

Jego skóra była gorąca w dotyku, Schuyler miała wrażenie, że oboje płoną. 

Nie  była  w  stanie  oddychać,  nie  była  w  stanie  myśleć,  mogła  jedynie  czuć  -  jego 

pocałunki, jego dotyk i jego ciężar, czuć ich oboje razem. 

Jack  zatopił  kły  w  jej  szyi,  a  ona  poddała  się  mu,  poddała  się  miłości  i  rozkoszy, 

uczuciu, że on jest wszędzie - w każdej cząstce jej ciała. Przyciągnął ją i przytrzymał, a kiedy 

wszystko się stało, poczuła się rozbita, wolna i odnowiona. 

Nie  mogła  powstrzymać  łez.  Była  niesamowicie  szczęśliwa,  chociaż  „szczęście"  nie 

określało  właściwie  tego,  co  czuła.  Potężne  emocje  wypełniały  ją,  rozpalając  jak  świecę, 

stanowiąc  odzwierciedlenie  jego  miłości  i  pożądania,  jakby  była  przedłużeniem  jego 

zakończeń nerwowych. Czuła się otwarta, scalona i pokonana. 

- Coś nie w porządku, najdroższa? - wyszeptał, a jego twarz dzielił od jej twarzy jeden 

oddech. Pocałowała go chciwie. 

Wszystko jest w porządku. Wszystko... Zupełnie wszystko. 

To było cudowne, przerażające, trudne i ekstatyczne, a jej zaczęło się kręcić w głowie 

background image

od krwi i bólu. Ale rozkosz była silniejsza i wspanialsza niż wszystko, co sobie wyobrażała. 

Słodkie zapomnienie. 

Dziś  wieczorem  zostaną  połączeni  więzią.  Dziś  wieczorem  będzie  należeć  do  niego. 

Ale już do niego należała. 

background image

Dziewięć 

Anielska panna młoda 

O zachodzie słońca Schuyler weszła do niewielkiej kaplicy w północnej części miasta. 

Zgodnie z tradycją przyszła sama, lekko stąpając po bruku w nowych skórzanych sandałach. 

Bliss czekała na nią w przedsionku. 

- Wyglądasz cudownie, jak zwykle - westchnęła jej przyjaciółka. - A ta suknia! 

Bliss podała jej bukiet dzikich kwiatków. Takich samych, jak te, które Jack podarował 

jej podczas wędrówki przez Mount Rosa. 

- Jack prosił, żebym ci je dała. 

Schuyler wzięła bukiet z uśmiechem  i wpięła  jeden kwiat we włosy. Serce waliło  jej 

mocno, czuła  się otoczona bezmiarem  miłości -  nie tylko Jacka, ale także przyjaciół, którzy 

byli przy niej tego wieczora. 

- Gdzie nasza dziewczynka? - zapytał czyjś głos. 

- Ollie!  -  krzyknęła  Schuyler,  odwracając  się,  żeby  uściskać  go  mocno.  Chociaż 

widzieli się zaledwie poprzedniego wieczoru, po tym wszystkim, przez co przeszli, Schuyler 

była  szczęśliwa,  że  nadal  mają  siebie  nawzajem.  Tego  właśnie  pragnęła.  Ceremonia 

połączenia więzią  była zarówno przysięgą  między  nią a Jackiem,  jak  i okazją do święta dla 

ich społeczności. To byli jej bliscy. 

- Chyba mam cię poprowadzić do ołtarza w roli ojca - powiedział z uśmiechem Oliver. 

- To bardzo stosowne, nie uważasz? 

Zza  drzwi  kaplicy  rozległy  się  dźwięki  Marsza  Weselnego  Wagnera.  Był  to 

konwencjonalny wybór, ale Schuyler w dniu ceremonii nie chciała sprzeciwiać się tradycjom. 

Z głębi serca pragnęła okazać szacunek związkowi, w który wkraczała. 

- Chyba  na  nas  kolej  -  powiedziała  do  Olivera,  biorąc  go  pod  rękę.  Bliss  otworzyła 

drzwi i pierwsza weszła do środka jako druhna. 

Schuyler  nie  czuła  tremy  ani  lęku,  których  się  spodziewała.  Patrzyła  wprost  przed 

siebie. 

Ponieważ on tam był. 

Jej Jack stal wyprostowany  i prawdziwy. Ich  miłość  musiała sprostać wielu próbom, 

ale wyszła z nich cało. Ich miłość była silniejsza niż kiedykolwiek. Jasne, pogodne szczęście 

napełniające  wnętrze  kościoła  było  zasługą  Jacka.  Rzucił  własne  zaklęcie,  zdołał  odszukać 

Bliss  i  sprowadził  Olivera  z  Nowego  Jorku.  Nie  byli  jedynymi  obecnymi  tu  przyjaciółmi. 

background image

Niewielką  kaplicę  wypełniały  uśmiechnięte,  znajome  twarze.  Znalazła  się  tu  cała  drużyna 

lacrosse'a:  Bryce  Cutting,  Jamie  Kip,  Booze  Langdon  i  Froggy  Kernochan.  Byli  tu  także 

Hattie  i  Julius  Jacksonowie,  rozpromienieni  i  dumni.  Pojawił  się  Christopher  Anderson. 

Przyszedł także Ghedi, który po tym wszystkim, co razem przeszli, pozostał ich przyjacielem. 

Oliver pocałował Schuyler w policzek i potrząsnął dłonią Jacka. 

Potem Jack ucałował ją w czoło i oboje podeszli do ołtarza. To było właściwe, to było 

cudowne. To był najszczęśliwszy dzień w jej życiu. 

Gdzieś  blisko  Schuyler  czuła  obecność  tych,  którzy  odeszli.  Czuła  uśmiech  Dyłana. 

Czuła miłość dziadków, Lawrence'a i Cordelii. Ale ponad wszystko wyczuwała pełną miłości 

obecność i troskę matki i ojca, gdziekolwiek się znajdowali. 

Przy ołtarzu nie czekał na nich ksiądz. Związki błękitnokrwistych przypieczętowywała 

sama para młodych. Aby uświęcić więź, musieli tylko wypowiedzieć odpowiednie słowa. 

Jack  stanął  twarzą  do  Schuyler,  ujął  jej  lewą  dłoń  i  wsunął  na  palec  obrączkę.  Tę 

samą, którą przyniósł jej venator. Przeklętą obrączkę. 

- Druzylla  myślała,  że  zrujnuje  nam  ten  dzień,  ale  się  myliła  -  powiedział  Jack.  - 

Powinienem jej z głębi serca podziękować, bo zwróciła mi coś, co zgubiłem dawno temu. 

Schuyler  z  ciekawością  popatrzyła  na  obrączkę  na  palcu.  Nie  była  już  zrobiona  z 

białego metalu. Teraz miała ciemną barwę, ze szkarłatnymi żyłkami, jakby została wykuta z 

żelaza i krwi. 

Jack podniósł ją do światła. 

Przez wszystkie te lata na Ziemi zgromadziłem fortunę w klejnotach i skarbach. Mogę 

podarować ci diamenty i rubiny, szafiry i szmaragdy. Ale żaden klejnot nie może równać się z 

blaskiem twoich oczu. 

Gdy  wypowiedział  te  słowa,  Schuyler  uświadomiła  sobie,  że  otworzył  przejście  do 

wymiaru  uroku.  Kiedy  zamrugała  oczami,  stali  naprzeciwko  siebie  w  cienistym  świecie. 

Kościół i ich przyjaciele zniknęli. 

Nie martw się, dla nich upłynie zaledwie ułamek sekundy. 

Stanął  przed  nią  w  prawdziwej  postaci,  z  uniesionymi  łukowato  hebanowymi 

skrzydłami i rogami wyrastającymi z czoła. 

Schuyler spojrzała na obrączkę i zobaczyła, że została ona wykuta z czarnego ognia. 

Czy znasz historię powstania aniołów! 

Potrząsnęła głową. 

Kiedy  Wszechmogący  stwarzał  świat,  stworzył  także  Pierworodnych.  Anioły  Światła: 

Michał,  Gabriela  i  ich  bracia  zostali  stworzeni  z  pajęczyny  gwiazd  w  niebiosach.  Anioły 

background image

Podziemi  zostały  ulepione  z  mrocznej  materii,  podtrzymującej  Ziemię.  Nie  ma  Światła  bez 

Ciemności. Powstałem z ognia i żelaza, z węgla i siarki. 

Kiedy  wygnano  nas  z  Raju,  na  zawsze  utraciliśmy  fragment  naszych  dusz.  Częścią 

naszej  kary  było  przekleństwo  niepozwalające  nam  na  nowo  poznać  miłości.  Zamiast  tego 

zostaliśmy  związani  przypisanym  z  góry  przeznaczeniem.  Azrael  i  ja  nigdy  nie  wybraliśmy 

siebie nawzajem, wybór został dokonany za nas. Nie znaliśmy niczego innego. 

Obrączka, którą trzymasz, jest częścią mojej duszy, którą pomogła mi odzyskać twoja 

matka. To ona ocaliła nas przed Ciemnością i poprowadziła z powrotem do Światła. Jako jej 

córka jesteś także Aniołem Światła. Ogień cię nie skrzywdzi- Straciłem ten pierścień podczas 

walk w Rzymie. Ale teraz został mi zwrócony. 

Tę obrączkę pobłogosławiła sama Gabriela. Nigdy nie dałem nikomu tego pierścienia. 

Azrael nigdy go nie dostała. 

To jedyna część mnie, która naprawdę do mnie należy, a teraz należy także do ciebie. 

Kiedy  powrócili  z  wymiaru  uroku,  Schuyler  z  zachwytem  popatrzyła  na  ciemną 

obrączkę na palcu. Wydawała się tak niepozorna i zwyczajna, a jednak kryła sekretną historię 

wojny, krwi, miłości, utraty, przebaczenia i przyjaźni. 

- Nigdy jej nie zdejmę - obiecała. - I ja także mam dla ciebie obrączkę. 

Tym  razem  jej  dłonie  były  pewne  jak  ręce  chirurga,  gdy  wsuwała  obrączkę  na  jego 

palec. Była to zwykła złota obrączka z wyrytą datą ślubu rodziców Schuyler. Wyjeżdżając z 

Nowego Jorku, zdołała zabrać ze sobą kilka najcenniejszych pamiątek. 

To obrączka mojego ojca - przekazała. - Jest w niej zaklęcie ochronne rzucone przez 

moją matkę, kiedy zostali połączeni więzią. Chcę, żebyś ją nosił. 

Wzięli się za ręce i w obecności zgromadzonych w kaplicy przyjaciół wypowiedzieli 

słowa, które wiązały ich ze sobą, słowa, których nie można było cofnąć. 

- Oddaję się tobie  i przyjmuję ciebie  jako część  mnie - oznajmił  Jack  lekko drżącym 

głosem. Miał łzy w oczach. 

- Oddaję  się  tobie  i  przyjmuję  ciebie  jako  część  mnie  -  odpowiedziała  jak  echo 

Schuyler. Czuła głęboki spokój i patrzyła na niego z bezgraniczną miłością. 

Dokonało się. 

Byli połączeni więzią. 

Kiedy znowu spojrzała na Jacka, jego szmaragdowe oczy lśniły radością, szczęściem i 

dumą. Schuyler była przepełniona miłością. Na przekór wszystkiemu byli razem. Na przekór 

wszystkiemu należała do niego, a on należał do niej. 

Czy  poczuła  jakąś  różnicę?  Wyobrażała  sobie,  że  pomiędzy  nimi  powstanie 

background image

niewidzialna  więź,  pojawi  się  fizyczne  uczucie  połączenia.  Ale  czuła  się  tak  samo,  jak 

przedtem. Tylko lepiej. Tylko bardziej kompletna. Spokojniejsza. 

Niewielka kaplica napełniła się gwarem wiwatów i gratulacji. 

Kiedy przy radosnych dźwiękach Marsza Weselnego Mendelssohna wyszli z kościoła, 

przyjaciele  powitali  ich  lśniącymi  zimnymi  ogniami  i  oznajmili  głośno  ciemnemu  niebu  ich 

imiona. 

Jack mocniej ścisnął jej dłoń, a Schuyler w odpowiedzi ścisnęła jego rękę dwukrotnie. 

To był ich tajemny szyfr. Oznaczał kocham cię. 

Jutro Jack ją opuści. Jutro powróci do Nowego Jorku, a ona pojedzie do Aleksandrii. 

Ale dziś wieczorem zatańczą. 

background image

Podziękowania 

Z całego serca dziękuję  mojej rodzinie. Mike'owi  i Mattie. Mamie.  Ainie, Steve'owi, 

Nicholasowi  i  Josey.  Chitowi  i  Christinie.  Mamie  i  Tacie  J.  oraz  wszystkich  pozostałym 

Johnstonom.  Tęsknię  za  tobą,  Tato.  Dziękuję  moim  wspaniałym  redaktorom,  Christianowi 

Trimmerowi  i  Stephanie  Lurie  oraz  wszystkim  pracownikom  wydawnictwa  Hyperion. 

Dziękuję  mojemu cudownemu agentowi, Richardowi  Abate. Dziękuję wszystkim, którzy od 

tak dawna śledzą losy błękitnokrwistych. Na razie arrivederci. Niedługo znów się spotkamy.