background image

 
 
 

Glenna McReynolds 

 

Ten przeklęty Carson 

background image

Rozdział 1 
 -  Nie  mogę  pracować  z  tym  człowiekiem  -  stwierdziła 

Kristine  Richards.  Cisnęła  notatkę  od  dziekana  na  zawalone 
dokumentami biurko, wywołując tym lawinę papierów. Jenny, 
jej  starsza  asystentka,  przykucnęła  i  zebrała  z  podłogi  kilka 
listów,  wpychając  je  między  dokumenty,  których  stertę 
trzymała już w ramionach. 

 - Po prostu nie będziesz, a nie nie możesz - powiedziała, 

rozglądając  się,  gdzie  jeszcze  dałoby  się  wetknąć  resztę 
papierów. Wolna przestrzeń nie chciała się jednak pojawić jak 
za  dotknięciem  czarodziejskiej  różdżki.  Jenny  westchnęła  z 
rezygnacją  i  chwyciła  się  ostatniej  deski  ratunku, 
umieszczając  korespondencję  w  licznych  tomach  książek, 
które piętrzyły się na ścianach gabinetu, upewniwszy się, czy 
brzegi  kopert  wystają  poza  okładki  woluminów.  Po  chwili 
półki z książkami wyglądały jak samoloty gotowe do startu. 

Dobrze, niech ci będzie - zgodziła się Kristine. - Nie będę 

pracować  z  tym  facetem.  -  Uniwersytet  bardzo  się 
zaangażował  w  tybetański  projekt  Carsona  -  powiedziała 
Jenny  -  i  chce  mieć  pewność,  że  wyniki  badań  zostaną 
opublikowane.  Logiczne  więc,  że  to  właśnie  ciebie  wybrano 
na jego asystentkę. 

 -  W  takim  razie  powinni  byli  pamiętać,  że  to  ja,  do 

cholery,  miałam  jako  pierwsza  pojechać  do  Tybetu,  ale  nie, 
wysłali Harry'ego Fratza, który złapał tam jakieś paskudztwo. 
Szczęściarz. 

Niespełna  rok  temu  Kristine  oszołomiła  i  zachwyciła 

wiadomość,  że  jej  macierzysta  uczelnia  -  Uniwersytet  Stanu 
Colorado  -  weźmie  udział  w  sfinansowaniu  ambitnych  badań 
archeologicznych, co oczywiście oznaczało sławę i zaszczyty, 
związane z wynikami odkryć. 

Chodzący  zawsze  własnymi  drogami  archeolog  o 

nazwisku 

Carson 

zaplanował 

opracowanie 

spisu 

background image

starotybetańskich  klasztorów,  świątyń  i  miejsc  kultu 
religijnego. Kristine była wówczas pewna, że to ona pojedzie 
na  wyprawę  z  Carsonem.  Uniwersytet  nie  mógł  wystawić 
lepszego  fachowca,  a  już  na  pewno  nie  był  nim  Harry. 
Wytypowano  jednak  właśnie  jego  -  no  cóż,  był  mężczyzną. 
Ledwo wytrzymał dwa miesiące, a teraz dramat, klapa na całej 
linii, międzynarodowa ekspedycja upadła. Trzeba mieć niezły 
tupet, żachnęła się w duchu, żeby próbować wciągnąć ją teraz 
w zabagnioną akcję Carsona, kiedy Wydział Historii przylepił 
już  całemu  projektowi  odpowiednią  etykietkę.  Cała  ta 
cholerna sprawa od początku powinna być Osiągnięciem Pani 
Richards. Na temat historii Tybetu Kristine wiedziała i czytała 
więcej  niż  Harry  mógłby  sobie  wyobrazić  w  najśmielszych 
marzeniach. 

Uporządkowała  trochę  biurko,  znajdując  przy  okazji 

czekoladowy herbatnik. Zdmuchnęła pyłek , z jego krawędzi i 
spróbowała kawałeczek. 

 - Umrzesz pewnego dnia - upomniała ją Jenny. 
 -  Będę  w  dobrym  towarzystwie.  A  co  poza  tym  może 

zaproponować 

Uniwersytet 

kobiecie 

najlepszemu 

historykowi  Azji  -  na  lato,  oprócz  porządkowania  cudzego 
bałaganu i opieki nad wspaniałym chłopcem, który go narobił? 

 - Mogą cię wyrzucić z roboty. 
Kristine zakrztusiła się okruchami, a Jenny poklepała ją po 

plecach. 

 -  Tak,  tak  kochanie,  słyszałam,  że  szkoła  rejonowa 

poszukuje nauczycielki historii. 

Kristine  podniosła  oczy,  napotykając  wzrok  swojej 

asystentki. Nie miała wątpliwości, że Jenny właściwie oceniła 
sytuację.  Niesamowita  intuicja  nigdy  nie  zawodziła  tej 
kobiety, zwłaszcza gdy w grę wchodziły rozgrywki wewnątrz 
Uniwersytetu. 

background image

 -  To  jest...  szantaż  -  syknęła  przez  zęby,  sięgając  po 

filiżankę z zimną kawą. 

 -  Umrzesz,  zanim  dojdziesz  do  trzydziestki  -  zauważyła 

Jenny,  obserwując  współpracowniczkę  mieszającą  kawę 
ołówkiem. 

 -  Będę  w  dobrym  towarzystwie  -  powtórzyła  Kristine 

upijając łyk kawy. 

 -  Pewnie  jednak  przeżyjesz  to  lato  -  ciągnęła  Jenny  -  i 

tylko  od  ciebie  zależy,  czy  będziesz  pracować  nad 
tybetańskimi odkryciami Kita Carsona, czy też szukać pracy. 

 - Szantaż - wymamrotała Kristine. 
Carson,  Kit  Carson.  Nawet  brzmienie  tych  słów  ją 

drażniło.  Co  za  niedorzeczne  imię  nosił  ten  sławny,  trzeba 
przyznać,  głupiec.  Przybył  z  bezkresów  Azji  prawie  dziesięć 
lat  temu,  oszałamiając  dyrektorów  muzeów  od  Pekinu  do 
Kalkuty 

ogromem 

wiedzy 

wartością 

odkryć 

archeologicznych.  Nieznany  nikomu,  stał  się  sławny  dzięki 
spektakularnym wynikom odkryć, jakich dokonano w pobliżu 
grobowca  w  Lishan  w  Chinach  oraz  zadziwiającej  kolekcji 
naturalnej  wielkości  ceramicznych  wojowników.  Zbiegły 
mnich buddyjski o zaskakujących umiejętnościach docierania 
do tajemnic Dalekiego Wschodu. 

Kristine  nigdy  go  nie  spotkała.  Nikt  z  jej  znajomych  za 

wyjątkiem  biednego  Harry’ego  również  go  nie  widział,  a 
odwiedziny  w  szpitalu,  w  którym  przebywał  Harry,  były 
zabronione. Wszyscy jednak słyszeli o nim i każde spotkanie 
historyków  zaczynało  się  lub  kończyło  przywołaniem  jego 
nazwiska  z  nieodłącznym  epitetem:  „ten  cholerny 
barbarzyńca".  Wystarczyło  dwóch  archeologów,  aby  zgodnie 
modlili  się  o  to,  by  nie  Carson  jako  pierwszy  dostał 
zezwolenie na prowadzenie prac wykopaliskowych w świętej 
ziemi  tybetańskiej.  O  Tybecie  marzyli  wszyscy,  ale  nikt  nie 

background image

potrafił  zrobić  nic  ponad  sporządzenie  spisu  dostępnych 
zabytków. Kopanie w miejscach kultu było zabronione. 

Carson  był  zbyt  niepokorny,  aby  móc  zmieścić  się  w 

granicach  wiedzy  akademickiej.  Reputację  tracił  tak  szybko, 
jak  ją  zyskiwał.  Nie  posiadał  żadnego  stopnia  naukowego  i, 
jeśli  wierzyć  plotkom,  nie  miał  nawet  odpowiednika  matury. 
Jeżeli  zaś  wierzyć  wiadomościom,  które  dochodziły  z  Chin, 
Carson  przekroczył  wszelkie  granice  przyzwoitości, 
ograbiając  groby  pod  pozorem  katalogowania  tybetańskich 
świątyń i miejsc kultu. 

Kristine  westchnęła  i  opuściła  głowę  na  biurko.  Władze 

uczelni  muszą  być  rzeczywiście  w  sytuacji  bez  wyjścia, 
strasząc  ją  zwolnieniem  z  pracy.  Po  tym  co  zrobił  Carson, 
żaden z profesorów nie podjąłby współpracy z nim w trosce o 
swoją  opinię.  Niestety  Kristine  nie  zajmowała  żadnego 
wysokiego  stanowiska,  ale  też  nie  musiała  obawiać  się  o 
swoją  pozycję.  „Publikuj  albo  padnij"  -  mówiło  stare 
akademickie  porzekadło  i  prędzej  diabli  by  ją  wzięli,  niżby 
miała paść o krok od profesury. 

 - Kristine, kochanie. 
 - Tak? - odpowiedziała nie podnosząc głowy. 
 - Ta zielona szmata, którą masz na sobie, jest tak okropna, 

że szkoda słów. Mówiłam ci sto razy, że jesteś typem kobiety 
- zimy. 

 - Dzięki, Jenny - burknęła w papiery otaczające jej twarz. 

Carson. Kit Carson. Znowu westchnęła. 

Pierwsze  dwa  kufry  pojawiły  się  w  domu  Kristine  w 

poniedziałek,  po  egzaminach  końcowych,  następne  dwa  we 
wtorek,  a  we  środę  Kristine  i  tragarz  mówili  już  sobie  po 
imieniu.  Za  pośrednictwem  szefa  Wydziału,  doktora 
Timnatha,  Uniwersytet  nalegał,  by  przyjęła  bagaż  Kita 
Carsona, zapewniając jednocześnie, że jego zawartość przyda 
się jej samej do badań i prosząc o dyskrecję. Odwzajemniła się 

background image

wspominając o awansie i ciesząc się w duchu, że udało się jej 
delikatnie o tym napomknąć aż trzy razy w trakcie rozmowy. 
Zaczęła  się  zastanawiać,  czy  właściciel  bagażu  zamierza 
kiedykolwiek pojawić się osobiście i czy w przeciwnym razie 
ona sama odważy się wyłamać ciężkie metalowe kłody, żeby 
zobaczyć, co  kryją w sobie  fascynujące stare skrzynie. Jeden 
rzut oka na nie przekonał ją, chociaż zbyt późno, o słuszności 
zaangażowania  się  w  prace  Carsona.  Kto  wie,  jakie  skarby 
kryją się w tym przepastnym bagażu. 

 - No, Bob - powiedziała we środę rano ziewając i kładąc 

zamaszysty  podpis  na  pokwitowaniu.  Drugi  podpis  nie 
zmieścił  się  już  w  odpowiedniej  kratce.  Wolną  ręką 
przytrzymała  sześćdziesięciokilogramową  maszkarę,  którą 
większość ludzi nazywała bestią, a ona psem. 

 -  Chciałabym  ci  zwrócić  uwagę,  że  podpisałam  się  na 

zapas. Jak przyjdziesz jutro rano, zostaw kufry na piętrze, nie 
pukając do drzwi. Dobrze? 

 -  To  wbrew  przepisom,  Kristine  -  powiedział  nerwowo 

tragarz, nie spuszczając oczu z doga. 

 -  Och,  Bob.  Naucz  się  wreszcie  ryzykować  i  obchodzić 

przepisy. 

I  pozwól  mi  choć  raz  powylegiwać  się  w  łóżku,  modliła 

się w myśli. Zeszłej nocy była na przyjęciu z okazji powrotu 
Harry'ego  ze  szpitala.  Została  tam  do  późna,  bezskutecznie 
próbując  przyprzeć  do  muru  honorowego  gościa.  Wyglądał 
zupełnie  dobrze  jak  na  człowieka,  który  dopiero  co  wstał  z 
łoża śmierci, ale unikał jej jak ognia. 

 -  No,  dobrze  -  zgodził  się  w  końcu  Bob.  -  Spróbuję... 

tylko raz. 

 -  Jesteś  wspaniały  -  resztką  sił  posłała  mu  promienny 

uśmiech. 

background image

Po pół godzinie, dwóch aspirynach i kubku kawy Kristine 

oparła  się  o  otwartą  lodówkę  w  poszukiwaniu  czegoś  do 
jedzenia. Mancos trącił ją w nogę skomląc. 

 - Tak, tak, wiem, zjadłoby się maleńkie co nie co. , 
Skomlenie  gwałtownie  ustało,  pies  zakręcił  się  w  kółko  i 

omal  nie  przewracając  Kristine  wybiegł  z  kuchni,  poślizgnął 
się na drewnianej podłodze i zaszczekał przeraźliwie. 

Otworzywszy  szeroko  oczy  Kristine  potrząsnęła  głową, 

próbując pozbyć się świdrującego szumu w uszach. Usłyszała 
uderzenie  rozpędzonego  Mancosa  o  drzwi  a  potem  głośny 
skowyt. 

 -  Do  cholery,  Bob  -  mruknęła  zatrzaskując  drzwi  od 

lodówki  i  pobiegła  za  psem.  Przebiegła  przez  duży  pokój, 
rozsunęła zasłony i szarpnięciem otworzyła drzwi. Oczom jej 
ukazał się niesamowity widok. 

Poruszał się szybko i zwinnie jak linoskoczek, musiała mu 

to  przyznać,  ale  z  pewnością  nie  był  to  Bob.  Biegł  wzdłuż 
balustrady  tarasu,  uciekając  przed  kłapiącymi  zębami 
Mancosa. W świetle budzącego się ponad wzgórzami poranka 
wyglądał, jakby otaczała go złota aureola blasku jaśniejszego 
jednak  niż  gęste,  jedwabiste  włosy,  odrzucone  do  tyłu  i 
spadające  na  plecy.  Krótsze,  ciemnokasztanowe  kosmyki 
falowały  wzdłuż  policzków  i  zasłaniały  uniesione  łuki  brwi. 
Podwinięte  rękawy  czarnej  tuniki  ukazywały  ciemne  ciało, 
mocno napięte mięśnie i niezliczoną ilość złotych bransoletek. 
Nisko  na  biodrach  opierał  się  szeroki,  skórzany  pas.  Z 
przytroczonej  pochwy  wystawała  rękojeść  złowrogo 
zakrzywionego  khukri  - noża gurkijskiego  najemnika. Dżinsy 
miał  wetknięte  w  niestarannie  zrobione  buty,  a  właściwie 
kawałki  skóry, połączone  rzemykami  i  zabezpieczone  u  góry 
srebrnymi kółeczkami. Był jak wiatr, a melodia jego szybkich 
kroków wprawiła Kristine w osłupienie. 

background image

Powinnam  coś  zrobić,  aby  go  ocalić,  myślała,  jego  albo 

psa,  jeśliby  nieznajomy  sięgnął  po  nóż.  W  pewnej  chwili 
zauważył  ją,  a  szeroki  uśmiech  i  szelmowskie  mrugnięcie 
uświadomiło  jej  nagle,  że  przyjdzie  jej  chronić  przede 
wszystkim samą siebie. Cofnęła się o krok z ręką złożoną na 
piersiach w geście samoobrony, całkowicie nie pasującym do 
współczesnej  kobiety,  żyjącej  w  czasach,  kiedy  napastliwe 
hordy  zamieszkiwały  tylko  Wall  Street.  Niecywilizowany 
wygląd przybysza przywołał w jej wyobraźni wizje dawnych 
czasów,  kiedy  kobiety  były  kobietami,  a  mężczyźni 
barbarzyńcami, którzy je uprowadzali. 

Barbarzyńcy...  Z  trudem  chwytając  powietrze  rozpoznała 

w nim „tego cholernego barbarzyńcę" - Kita Carsona. 

 -  Kukur  aha!  -  krzyknął  niskim  głosem  oglądając  się  na 

psa  i  ściągając  z  ramienia  zamszową  torbę.  Kiedy  Mancos 
skoczył za torbą rzuconą w stronę Kristine, Carson klasnął w 
ręce  i  krzyknął:  -  Hej,  psie  -  przyciągając  ponownie  uwagę 
zwierzęcia.  Kristine  złapała  ciężki  tobół  i  przycisnęła  go  do 
siebie, nie mając odwagi spuścić z oczu psa. Wyglądało na to, 
że  jeszcze  chwila  a  dog  rzuci  się  na  Carsona  i  pożre  go  na 
śniadanie.  Mężczyzna  jednak  nie  bał  się  rozwścieczonej  i 
śliniącej  się  bestii,  co  uświadomiła  sobie  z  pewnym 
niedowierzaniem.  Wystarczyło  jedno  spojrzenie  Mancosa, by 
większość  jej  gości  w  ogóle  nie  wysiadała  z  samochodu,  a 
tylko naciskała klakson. Czuła wyraźnie, że Carson ani trochę 
nie  przypominał  większości  mężczyzn.  To  był  człowiek 
chodzący własnymi ścieżkami i założyłaby się o wszystko, że 
z takim uśmiechem nie mógł zostać buddyjskim mnichem. 

Pies sięgał już do jego kostki, a Kristine zacisnęła palce na 

pasku  torby.  Była  wykonana  z  miękkich  materiałów. 
Szczególną  uwagę  zwracał  uchwyt  z  jedwabiu  i  delikatnej 
skóry oraz długiej na pół metra wstążki, pasującej kolorem do 

background image

włosów  właściciela.  Kiedy  uniosła  głowę,  aby  zobaczyć,  co 
się dzieje, stanęła jak wryta. 

Nie  biegł,  lecz  szedł  zdecydowanym  krokiem  po 

balustradzie,  a  Mancos  podążał  krok  w  krok  za  nim  tam  i  z 
powrotem  w  poprzek  tarasu.  Carson  przemawiał  do  psa 
monotonnym  tonem,  który  łagodził  chropowaty  tembr  jego 
głosu  i  mieszał  się  z  cichym  grzechotem  bransoletek. 
Wszystko to hipnotyzowało zarówno psa, jak i Kristine. Kiedy 
przykucnął,  była  pewna,  że  Mancos  otrząśnie  się  z 
zamroczenia,  ale  nie.  Ona  zresztą  też  pozostawała  wciąż  pod 
wrażeniem  przybysza,  który  tymczasem  pochylił  się,  aby 
podrapać  psa  za  rdzawobrązowym  uchem.  Na  ten  widok 
Kristine  mało  nie  wypuściła  z  rąk  torby.  Po  chwili  Carson 
zszedł  z  poręczy  zupełnie  bez  wysiłku.  Nie  zeskoczył  po 
prostu zszedł. Ten pokaz siły i gracji powiedział jej więcej o 
mięśniach  jego  nóg  niż  długi  bieg  po  ogrodzeniu.  Nie  widać 
było po nim nawet śladu zmęczenia. Za to ona przez moment 
w ogóle nie mogła złapać oddechu. 

 -  Namaste  -  powitał  ją.  Wygrawerowane  w  stare  wzory 

bransoletki  z  litego  złota  zabrzęczały,  kiedy  złożył  dłonie.  - 
Dzień dobry. 

 -  Cześć  -  odpowiedziała,  a  zabrzmiało  to  bardziej  jak 

oddech,  którego  nie  mogła  złapać.  Górowały  nad  nią  prawie 
dwa metry masywu męskiej potęgi, złagodzonej jedynie przez 
figlarne iskierki w oczach. Wyglądał imponująco. Emanowała 
z  niego  energia.  Renegat,  banita  czy  mnich,  wszystko  jedno, 
prezentował się wspaniale. 

Kit  uśmiechnął  się  szeroko  do  osłupiałej  dziewczyny  i 

spojrzał na nią w zadumie. Nie żałował już długiej drogi, jaką 
przebył  w  poszukiwaniu  kufrów.  Przemierzył  za  nimi  całą 
szerokość  Ameryki,  od  jednego  do  drugiego  umykającego 
celu,  aż  przywiodły  go  tutaj,  do  domu  i  kobiety. 
Nieodpowiedzialni  wspólnicy  zupełnie  nieświadomie  oddali 

background image

mu  ogromną  przysługę  tym,  że  nie  dopilnowawszy  bagażu 
zmusili go do poszukiwań. 

Przyglądał  się  negliżowi  Kristine,  a  widząc  zdumienie  w 

jej oczach, uśmiechnął się jeszcze szerzej. Gdyby nie była taka 
piękna,  czułby  się  zmęczony.  Burza  niesfornych  kręconych 
włosów opadała jej na ramiona i otaczała niewypowiedzianie 
delikatną  twarz.  Jej  oczy  miały  niespotykany  kolor  górskich 
fiołków,  a  cery,  jaśniejszej  niż  kiedykolwiek  widział,  nie 
szpecił ostry makijaż, typowy dla większości kobiet Zachodu. 

 -  Konkubina?  -  zapytał,  przesuwając  palcem  po  jej 

policzku. 

Była  taka  delikatna,  taka  piękna,  taka  łagodna.  Tak, 

Shepherd  i  Stein  spisali  się  dobrze.  Wspaniałomyślnie 
wybaczył  im  tchórzostwo,  a  nawet  podwoił  cenę  za 
przewiezienie skarbów, za które w końcu ryzykował własnym 
życiem. 

Kon...  ku...  bina,  kon...  ku...  bina  -  Kristine  próbowała 

rozszyfrować  słowo,  wypowiedziane  z  obcym  akcentem. 
Kiedy zrozumiała, o co chodzi, zaczerwieniła się, szczególnie 
w miejscu, którego przed chwilą dotykał. 

 - Nie - szepnęła, po czym nadała słowom więcej mocy. - 

Nie, nie jestem niczyją konkubiną. 

 -  Nie  moją?  -  uniósł  brwi  nad  ciemnymi  i  tajemniczymi 

oczami o korzennym, głębokim kolorze cynamonu. 

 - Nie, nie twoją. 
 -  Niedobrze,  co?  -  znowu  uśmiechnął  się  szeroko,  tym 

razem bardziej uwodzicielsko. 

Tak. Układana w myślach odpowiedź gwałtownie uleciała 

na trzepoczących skrzydłach paliki. 

 - Jestem... - odetchnęła głęboko i spróbowała ponownie. - 

Jestem Kristine Richards. 

 -  Kreestine,  Kreestine?  -  powtórzył  uśmiechając  się,  aby 

wyprowadzić  ją  z  zakłopotania.  Zmysłowe  wygięcie  ust 

background image

Carsona  i  jego  błyszczące  zęby  nie  pozwoliły  Kristine 
odzyskać spokoju. 

Nauczona  przykrym  doświadczeniem  wiedziała,  że 

zmysłowości należy się wystrzegać za wszelką cenę. 

 - Nie, po prostu Kristine - wyjaśniła, kiedy była w stanie 

wydobyć z siebie głos. 

 -  Ach,  Kreestine  -  wyartykułował  jej  imię,  stawiając 

akcent na drugiej sylabie. - Bardzo ładnie. 

 -  Tak,  to  jest  całkiem  niezłe  imię  -  wyjąkała, 

zastanawiając się, kiedy umysł zacznie wreszcie pracować. 

 - Nie - z wolna pokręcił głową z lekkim uśmiechem i ujął 

podbródek dziewczyny szorstką dłonią. Odchylił jej głowę do 
tyłu, unieruchamiając łagodnym dotykiem i blaskiem oczu. 

 -  Kreestine  jest  śliczna  -  zamruczał,  zbliżając  usta  do  jej 

ust i ogrzewając swoim oddechem jej wargi. Lekkie muśnięcie 
jego ręki wywołało w niej falę ciepła. Kiedy zamknął jej usta 
pocałunkiem,  zachowała  jeszcze  resztki  rozsądku,  które 
rozwiały  się,  skoro  tylko  władczo  objął  ją  w  pasie  i 
przyciągnął  bliżej.  Była  na  tyle  blisko,  by  czuć  każde 
drgnienie mięśni mężczyzny; napięcie brzucha, twarde jak stal 
uda;  czuła,  jak  ogarnia  go  fala  pożądania.  Dobry  Boże, 
myślała  na  wpół  przytomnie.  Jego  język  wsuwał  się  w 
najgłębsze  zakamarki  ust.  Smakował  słodko  jak  piżmo,  jak 
miód  z  odległej  krainy  i  całował  bez  opamiętania,  jakby 
dopasowując się do smaku - bez umiaru i egzotycznie. 

Wszystko  stawało  się  jakąś  odległą  od  rzeczywistości 

fantazją  i  nagle  nieopisane  uczucie  ogarnęło  jej  duszę.  Była 
zafascynowana,  ale  czuła,  że  powinna  oprzytomnieć,  zanim 
uświadomi  sobie,  że  jest  jej  dobrze  i  miło.  Dla  Kita  ten 
pocałunek też znaczył wiele, był więcej niż wspaniały, więcej 
niż  prowokujący.  Pierwsze  zaskoczenie  z  wolna  przerodziło 
się  w  zaciekawienie,  potem  w  odkrywanie.  Całując  coraz 
mocniej  i  natarczywiej  uczył  się  przyjemności,  jaką  mu 

background image

dawała. Przytulił ją jeszcze mocniej, czując, że Kristine robi to 
samo.  Powinna  być  moją  nałożnicą,  pomyślał,  ale  nawet  w 
roli  wybranki  serca  była  bardziej  ujmująca  niż  jakakolwiek 
inna  kobieta.  Miał  rację  przyjeżdżając  do  tego  nieznanego 
kraju  rodziców.  Nigdy  nie  był  mnichem  i  nic  nie  mogło 
zmienić faktu, że był stworzony do życia w luksusie, do życia 
ze wszystkimi jego troskami i radościami. 

Wytężając  wszystkie  siły,  co  w  jej  przekonaniu  było 

jedyną szansą, Kristine odepchnęła Carsona. Gdzie podziewał 
się Mancos, kiedy go potrzebowała? 

 -  Aajah  -  wyszeptał  łagodnie  Kit,  pomagając  jej 

wyswobodzić  się  ze  swych  ramion.  Oszołomiona,  zauważyła 
bolesny  grymas,  jaki  pojawił  się  na  jego  twarzy.  Na  miłość 
boską, czyżby go 

zraniła?  Zraniła?  Cóż  za  pomysł.  Powinna  go  była 

spoliczkować. 

 - Pies lubi ciebie bardziej niż mnie? - zapytał. 
Przypatrywała  się  bacznie  Carsonowi  i  jej  wzrok 

zatrzymał  się  w  miejscu,  gdzie  ogromne  szczęki  Mancosa 
beztrosko  zacisnęły  się  na  dżinsach.  Musiał  mieć  skaleczoną 
nogę. Od strony psa nie dochodził żaden odgłos, co uznała za 
dobry znak. 

 -  Mancos,  poszedł,  szu,  szu  -  trzepnęła  go  brzegiem 

sukienki,  wdzięczna  za  chwilę  przerwy  i  szansę  na  złapanie 
oddechu.  Co  u  licha  sprawiło,  że  uległa  jak  jakaś  porażona 
słońcem smarkula. 

 - Sza, sza - usłyszała, jak powtarzał ponad jej głową. 
 -  Szu,  szu  -  poprawiła  go  instynktownie,  zastanawiając 

się, czy już zupełnie postradała zmysły. 

 - Sza, sza, Mancos, sza, sza - podniósł nogę, jakby chciał 

strząsnąć zwierzę. Pies rozluźnił uchwyt, po czym najbrzydszy 
psi pysk pod słońcem podniósł się na tyle wysoko, aby sięgnąć 
podbrzusza mężczyzny. Kit roześmiał się, a dźwięk jego głosu 

background image

i treść wypowiedzianych słów przeszyły Kristine na wskroś i 
jednocześnie zawstydziły. 

 - Nie dla ciebie, Mancos - odepchnął psa - dla Kreestine. 
Dziewczyna  uświadomiła  sobie,  że  jakąś  nadzieją  i 

ostatnią deską ratunku byłoby natychmiastowe zniknięcie, ale 
tego, oczywiście, nie dało się zrobić. Ostatnio szczęście jej nie 
sprzyjało, nie liczyła więc na cud. A może jednak? Czuła, że 
za  moment  wybuchnie  śmiechem,  lecz  nie  wiedziała,  czy 
będzie to objaw dojrzałej reakcji czy też początki histerii. Kit 
wykorzystał sytuację i jeszcze raz ją pocałował, tym razem w 
policzek,  pochylał  głowę  coraz  niżej  tak,  że  pasek  od  torby 
zsunął się jej z ramienia. Wiedziała, że walczy z histerią. 

 - Namaste, Kreestine - zamruczał. 
 -  Namaste...  -  Wiedziała,  kim  był,  nie  mógł  być  nikim 

innym, ale cały czas jeszcze nie wierzyła. 

 - Kautilya Carson - powiedział, wchodząc jej w słowo. 
 - Kit Carson? - upewniła się. 
 - Ludzie z Zachodu mówią Kit, tak. 
 - Mnich buddyjski? - zapytała, próbując wyjaśnić jedną z 

najbardziej niepewnych plotek, jakie o nim słyszała. 

 -  Nie,  nie  jestem  mnichem  -  zaśmiał  się  i  ponownie 

dotknął  jej  policzka,  jakby  chciał  przypomnieć  niedawny 
pocałunek. 

 - Uciekłem, zanim mnie wykastrowali. 
 - To oni kastrują mnichów? - Nic takiego nie wyczytała w 

żadnej z książek religioznawczych. 

 -  Próbują,  ale  duchowo  -  wyjaśnił  -  chociaż  niektórzy 

lubią  chłopców.  Tego  z  pewnością  nie  dowiedziałaby  się  z 
żadnej książki. 

 -  Nie  martw  się  -  zaśmiał  się  znowu.  -  Nie  złapali  mnie. 

Smakujesz  kawą,  masz  może  trochę?  Absolutnie  temu  nie 
wierzyła,  nie  wierzyła  niczemu.  On  pachniał  miodem,  ona 
kawą.  Ledwie  się  spotkali,  a  jedyne,  o  czym  mówili  i  czego 

background image

próbowali,  to  seks  -  wydarzenie  tak  rzadkie  i  odległe  w  jej 
życiu,  że  dopóki jej nie  przypomniał, zupełnie nie pamiętała, 
na czym właściwie polega cała ta zabawa. Powinna wrócić do 
łóżka i zacząć dzień, jak każdy inny. 

 -  Tak  -  zdradzała  objawy  paniki,  zorientowawszy  się,  że 

łóżko  to  ostatnie  miejsce,  do  którego  odważyłaby  się  teraz 
pójść. - Tak, mam kawę. 

 - Dobrze - sięgnął po torbę na jej ramieniu i przewiesił na 

swoje. - Napijmy się razem kawy. Na odcinku dwóch metrów, 
dzielących  ją  od  drzwi  wejściowych,  zdążyła  dwukrotnie 
potknąć się o własne nogi. 

 -  Ostrożnie  Kreestine  -  roześmiał  się  i  wyciągnął  rękę, 

aby  pomóc  jej  złapać  równowagę.  Ciepło  bijące  od  niego 
podnieciło dziewczynę jeszcze bardziej. 

 - Nic ci się nie stało? 
 -  Nie,  nie,  wszystko  w  porządku.  -  Pomyślała,  że 

naprawdę  warto  by  było  przestać  się  powtarzać,  po  czym 
zorientowała  się,  że  coś,  czego  dotknęła,  było  twardsze  niż 
powietrze. 

 -  Moja  wina  -  uśmiechnął  się  szeroko.  Wiedziała,  że  nie 

powinien  więcej  tak  się  zachowywać,  jeżeli  walące  tętno  ma 
wrócić do normalnego rytmu. 

Pochylił  się,  podniósł  wielką  torbę  z  grubej  bawełny  i 

przerzucił  ją  sobie  na  plecy.  Drugą  zaś  ręką  dźwignął 
ogromny  kufer,  który  -  siódmy  z  kolei  -  miał  zaraz  stanąć  w 
pokoju  Kristine.  Nie  wierzyła  własnym  oczom.  Obarczony 
ciężarem zdawałoby się przygniatającym do ziemi, Kit Carson 
poruszał  się  z  niesłychaną  gracją.  Szedł  jakby  nie  dotykając 
podłogi. 

background image

Rozdział 2 
 -  Wydaje  mi  się,  że  popełniasz  błąd  -  powiedziała 

Kristine. 

Im  prędzej  wszystko  się  wyjaśni,  a  on  pójdzie  swoją 

drogą, tym lepiej, dodała w duchu. 

Stwierdzenie  to  wcale  nie  tłumaczyło,  dlaczego  nalewała 

mu właśnie filiżankę kawy. Carson stał po przeciwnej stronie 
blatu,  niezbyt  blisko,  lecz  również  nie  na  tyle  daleko,  aby 
wróciła  jej  pewność  siebie.  Wciąż  czuła  ciepło  pocałunku,  a 
fakt,  że  przez  cały  czas  miała  na  sobie  mocno  znoszoną 
podomkę, nie dodawał jej otuchy. 

 - Błąd? - powtórzył. 
 - Tak, błąd. 
Filiżanka lekko zadźwięczała o spodeczek, kiedy Kristine 

podnosiła  ją  do  ust.  Carson  przytrzymał  rękę  dziewczyny. 
Serce jej skoczyło. Utkwiła wzrok w potężnych palcach, które 
obejmowały  spodek,  przykrywając  jej  dłoń.  Wydatne  żyły, 
widoczne  na  ręce  mężczyzny,  układały  się  w  kształt  delty 
rzeki, będąc jak gdyby symbolem życia, tętniącego pod mocno 
opaloną skórą. 

 - Popełniłem wiele błędów w życiu, Kristine. Czy możesz 

dokładniej  wyjaśnić,  co  miałaś  na  myśli?  To  wyznanie  ją 
zaskoczyło, nie bardziej jednak niż sam Carson. Nie potrafiła 
określić, czego się po 

nim  spodziewała,  lecz  nawet  w  najśmielszych  snach  nie 

mogłaby  go  sobie  wyobrazić.  Któż  zresztą  by  mógł? 
Azjatycka  wrażliwość  nakładała  się  na  twarz  i  ciało 
Europejczyka,  a  łagodna  tajemniczość,  widniejąca  w  jego 
oczach, przeciwstawiała się dziedzicznym cechom fizycznym. 
Nosił długie włosy jak wojownik Khampa, lecz w ich barwie 
zawarta  była  historia  szkockich  wyżyn  i  zamieszkujących  je 
ludzi o jasnej karnacji. Pomimo elegancji sprężystych ruchów 
i  swobody,  z  jaką  nosił  egzotyczne  odzienie,  coś  w  nim  nie 

background image

grało.  Kristine  nie  potrafiła  sobie  wyobrazić,  zrządzeniem 
jakiego 

losu  znalazł  się  w  azjatyckim  klasztorze, 

pozostawiony  sam  sobie,  aby  wreszcie  ulecieć  w  świat  na 
skrzydłach zdobytej sławy. Podniosła oczy, aby napotkać jego 
wzrok,  co  natychmiast  uznała  za  błąd.  Był  rozpromieniony  i 
porywająco  silny.  Gęste  rzęsy  ocieniały  orzechowe  oczy  i 
kryły  ślady  zmęczenia.  Miał  prosty  nos,  jakby  wyrzeźbiony 
ręką  mistrza  i  pasujący  kształtem  do  wystających  kości 
policzkowych  oraz  klasycznych  rysów  twarzy.  Pokryta 
jednodniowym  zarostem  twarz  tryskała  energią...  Kristine 
uświadomiła  sobie  nagle,  że  wpatruje  się  w  Carsona  zbyt 
długo,  gubiąc  się  w  jego  tajemniczych,  przepastnych  oczach. 
Mruknęła  coś,  próbując  otrząsnąć  się  z  tego  zaczarowanego 
transu i zatrzymać gonitwę myśli. 

 - Nie jestem pewna, kto cię tu przysłał - powiedziała - alb 

musieli ci przecież powiedzieć, kto to jest Kristine Richards. 

 -  Nikt  mnie  nie  przysłał  -  odpowiedział  z  uśmiechem 

wrzucając do filiżanki zdumiewająco dużo kostek cukru. 

Musiał ją źle zrozumieć, więc spróbowała ponownie. 
 -  Nie  rozmawiałeś  z  Harrym  Fratzem  albo  z  kimś  z 

Uniwersytetu?  -  spytała  z  nadzieją,  że  pobudzi  tym  jego 
pamięć. 

Bezskutecznie próbowała ignorować każde przyspieszenie 

tętna,  pojawiające  się  za  sprawą  szelmowskiego  uśmiechu, 
jakim  ją  obdarzał.  Nieświadomie  potrząsnęła  głową,  aby 
zaprzeczyć  swemu  odezwaniu,  które  odbierało  jej  odwagę. 
Dreszcz przebiegł jej po plecach. 

 - To ty znasz Harry'ego Fratza? - z zakłopotaniem uniósł 

brwi i przymrużył oczy. 

 -  Tak  -  odpowiedziała,  przezwyciężywszy  śmieszne 

pragnienie ucieczki. Była przecież gospodynią. 

background image

 - Aha, to w tym tkwił mój błąd - powiedział, posyłając jej 

kolejny  łobuzerski  uśmiech.  -  Harry'emu  nie  starczyłoby 
wyobraźni, aby choć pomyśleć o konkubinie. 

 - A co ty sobie właściwie myślisz! - krzyknęła bez cienia 

uprzejmości, zupełnie pozbawiona zdrożnych myśli. - Harry i 
ja  jesteśmy  współpracownikami,  kolegami  po  fachu.  - 
Konkubina, też mi coś! 

 - I nie jesteś też moją gosposią? - przechylił głowę na bok 

i  zsunął  warkocz  z  szerokiego  ramienia,  opiętego  czarną 
bawełną. Długie włosy wbrew pozorom dodawały mu jeszcze 
męskości i sprawiały, że Kristine jawił się jako najokazalszy z 
samców,  jakiego  kiedykolwiek  spotkała.  Wieloma  cechami 
przypominał  człowieka  pierwotnego  -  szorstkością  ruchów, 
sposobem  zachowania,  wszystkim  za  wyjątkiem  oczu,  z 
których przebijała wieczność. 

 -  Nie,  panie  Carson  -  odetchnęła  głęboko  i  spokojnie, 

zanim  odpowiedziała  z  całą  godnością,  na  jaką  ją  było  stać. 
Przerwała  na  chwilę,  świadoma,  jak  nieodpowiednio 
zabrzmiał ten tytuł. „Pan" zakładał pewien stopień cywilizacji, 
którego Carson z  pewnością  nie osiągnął. - Nie jestem twoją 
gosposią. Jestem Kristine Richards. Doktor Kristine Richards, 
zastępca Harry'ego Fratza, o czym z pewnością byś wiedział, 
gdybyś zadał sobie trochę trudu i skontaktował się z Uniwer... 
-  nagle  przerwała,  doznawszy  olśnienia.  -  A  jeżeli  nie 
rozmawiałeś  z  nikim  z  Uniwersytetu,  to  skąd  wiedziałeś,  że 
masz  przyjechać  właśnie  tutaj  -  podjęła,  patrząc  na  niego 
sceptycznie. 

 -  Wędrowałem  śladem  bagażu  -  wskazał  za  siebie  na 

dziwnie  tajemnicze  kufry  stojące  na  podłodze.  Jego 
wyjaśnieniom  zdecydowanie  brakowało  logiki.  Kristine 
mieszkała  dobrych  pięć  mil  od  Fort  Collins,  na  wzgórzach 
Rockies, i mało kto mógł odszukać jej dom nawet z mapą w 
ręku, a co dopiero bez niej. 

background image

 -  Wędrowałeś  śladem  kufrów...  -  powtórzyła  głosem 

pełnym  wątpliwości.  Powstrzymał  ją  niewinnym  i  dziwnie 
staroświeckim spojrzeniem. 

 - Tajemne moce zawsze zostawiają ślad. Tylko od ciebie 

zależy, czy mi uwierzysz, czy nie. Tajemne moce, powtórzyła 
cicho.  W  porządku.  Podniosła  się  z  trudnością,  obrzucając 
kufry ostrożnym 

spojrzeniem.  Wiedziała,  że  były bardzo  stare  -  wyglądały 

niezmiernie  tajemniczo  z  tymi  swoimi  ciężkimi,  metalowymi 
zawiasami  i  kłódami,  naoliwionymi  skórzanymi  obiciami  na 
rogach  i  drucianymi  kratami  spajającymi  deski.  Nie  czuła 
jednak  żadnej  bijącej  od  nich  mocy  i  prawdę  mówiąc  była  z 
tego bardzo zadowolona. 

 - Czy masz śmietankę? - zapytał. 
 -  Tak,  oczywiście  -  wyjąkała  odwracając  spojrzenie  od 

bagaży. 

Szorstkie palce mężczyzny przejechały po jej dłoni, kiedy 

podawała mu wyjęty z lodówki kartonik śmietanki. W dotyku 
tym  przypominała  o  sobie  energia,  jaką  ucieleśniał.  Tajemne 
moce,  niech  to  diabli,  pomyślała.  Ktoś  powinien  był  ją 
przestrzec  przed  Kitem  Carsonem.  Harry  był  ofermą,  ale 
zarówno  doktor  Chambers,  jak  i  szef  jej  wydziału  doktor 
Timnath musieli wiedzieć więcej niż powiedzieli. Argumenty, 
jakie  wytaczały  z  Jenny  przeciwko  Carsonowi,  nie  pasowały 
do  tajemniczego  człowieka,  stojącego  w  kuchni  i 
zachowującego się, jakby właśnie przyjechał na karawanseraj 
w azjatyckim stepie. 

Przyoblekłszy uśmiech na twarz postanowiła wymknąć się 

na  chwilę.  Zauważyła  pudełka  czekoladowych  herbatników  i 
podsunęła je w kierunku Carsona. 

 - Poczęstuj się, proszę, za chwilę wrócę. 

background image

Właściwie  nie  miała  zamiaru  uciekać  do  swego  gabinetu, 

ale skoro już tam się znalazła, nie traciła czasu na bezczynne 
chodzenie po pokoju. 

Kit  przechylił  się  przez  blat  i  poczęstował  herbatnikiem, 

patrząc na Kristine, dopóki nie zniknęła. Podobały mu się jej 
kołyszące  się  pod  białą  bawełnianą  podomką  biodra  i 
zdecydowanie  zarysowana  linia  ramion.  Nie  była  tym,  czego 
się spodziewał, na co miał na początku nadzieję, ale mogła się 
stać  dla  niego  kimś  znacznie  ważniejszym.  Zgodnie  z 
własnym  poczuciem  sprawiedliwości  potroił  cenę  skarbów, 
Shepherd  i  Stein  zawiedli  na  wszystkich  frontach,  a 
szczególnie  jeśli  chodzi  o  dowiezienie  bagaży  na  miejsce 
przeznaczenia.  Harry  Fratz,  wystraszony  głupiec,  jasno 
sprecyzował  stanowisko  Uniwersytetu  wobec  kontrabandy. 
Nie  chcieli  mieć  nic  wspólnego  z  podejrzaną  działalnością 
Carsona  bez  względu  na  to,  jak  szlachetnymi  pobudkami  się 
kierował.  Jego  partnerzy  powinni  byli  zająć  się  bagażem, 
który  wysłał  z  Nepalu,  i  zaufać  mu,  że  dostarczy 
dokumentację niezbędną, aby udowodnić legalne pochodzenie 
zawartości  kufrów.  Niekonwencjonalne  metody  przewozu 
tybetańskich skarbów wystraszyły ich oboje, nawet Shepherd, 
która  jak  sądził,  nie  była  mięczakiem.  Wydawało  mu  się,  że 
jest  na  tyle  świadoma  swojej  roli,  by  przetrzymać  ataki 
gniewu Chińczyków i nie przestraszyć się ich pogróżek. Mylił 
się  jednak.  Ona  bowiem  wtryniła  kufry  niczego  nie 
podejrzewającemu  profesorowi  Uniwersytetu.  W  każdym 
razie  żadne  z  nich  nie  było  warte  jego  gniewu.  Carson  znał 
prawdopodobny  wynik  swej  ostatniej  misji  dużo  wcześniej, 
zanim  przekroczył  granice  Tybetu,  wiedział  też,  że  Turek  - 
najohydniejszy  z  bandytów  -  pałał  żądzą  zemsty,  chcąc 
zatopić nóż w jego sercu. Chińczycy rozesłali zdjęcie Carsona 
i  jego  dane  do  wszystkich  posterunków  granicznych,  a 

background image

Nepalczycy  wyrzucili  go  z  rodzinnej  ziemi,  gdzie 
przynajmniej na razie nie mógł legalnie wrócić. 

Kit  obiektywnie  ocenił  ryzyko  i  stwierdził,  że  warto  je 

podjąć,  żałując  jednocześnie,  że  Kristine  Richards  nie  miała 
możliwości  wyboru.  Postąpiła  lekkomyślnie,  przyjmując 
bagaż i nie okazując mu większego zainteresowania. Nie winił 
jej  jednak  za  nic.  Wszystkiemu  winne  było  tchórzostwo 
Shepherd  i  Steina,  a  może  i  nieodgadnione  przeznaczenie. 
Naraz  poczuł  się  odpowiedzialny  za  tę  dziewczynę.  Może  to 
rzeczywiście przeznaczenie, a nie zwykły zbieg okoliczności. 
Jej  pocałunek  zdawał  się  o  tym  świadczyć.  Zbyt  wiele  lat 
młodości  spędził  w  niewoli  buddyjskich  mnichów,  aby  źle 
zrozumieć  własne,  dopiero  co  rozbudzone  instynkty.  Zbyt 
długo  żył  bez  kobiety,  aby  nie  cieszyć  się  tą,  którą  spotkał, 
niezależnie od tego, na ile pozwalała mu się zbliżyć do siebie. 
Nie narzekał więc na bieg wypadków,  nie wątpił również, że 
będzie  w  stanie  chronić  Kristine,  dopóki  nie  rozwiąże 
definitywnie swoich spraw. To on miał ustalać cenę, ma więc 
prawo  zażądać  nawet  czterokrotnie  wyższej,  a  zyskiem 
podzielić się z Kristine, która wzięła na siebie część ryzyka. 

Sięgnął  po  następny  herbatnik,  wstał  i  poszedł  obejrzeć 

kufry.  Zamki  były  nietknięte.  Nie  wątpił  w  uczciwość 
Kristine, ale bagaże przeszły przecież przez tyle rąk, zanim tu 
dotarły,  że  wszystko  mogło  się  zdarzyć.  Ugryzł  ciastko  i 
delikatnie  przesunął  ręką  po  jednym  z  kufrów.  Uśmiechnął 
się.  Odnalazł  legendarny  klasztor  Chatren  -  Ma  i  Kandżur 
(Kandżur - tybetański buddyjski zbiór kanoniczny zawierający 
sutry,  kazania  i  nauki  przypisywane  Buddzie.)  należący  do 
wielkiego  chana  Kubilaja.  No,  oczywiście  nie  cały  Kandżur, 
lecz tę jego część, którą przechowywano w tym klasztorze, to 
znaczy jedną piątą tomu ze stutomowego wieloksięgu. Było to 
i  tak  więcej,  niż  ktokolwiek  kiedykolwiek  miał  w  rękach,  i 
gwarantowało mu znakomite życie do końca jego dni. 

background image

Kristine,  uwieszona  na  telefonie  w  swoim  gabinecie, 

słuchała  uważnie  przytłumionych  głosów,  dochodzących  z 
drugiej strony linii. Zaczęła od Harry'ego, ale nie była dobrej 
myśli. 

 -  Doktor  Richards?  -  żona  Harry'ego  podeszła  do 

słuchawki.  -  Bardzo  mi  przykro,  ale  mąż  miał  lekki  nawrót 
choroby i nie może przyjmować telefonów. 

Nawrót choroby, akurat, pomyślała Kristine. 
 -  Przykro  mi  -  odpowiedziała  słodko,  stukając  ołówkiem 

o blat biurka. - Wczoraj wieczorem wyglądał tak dobrze. 

 -  Tak,  sądzę,  że  przyjęcie  było  dla  niego  zbyt  męczące. 

Zadzwoni do pani, skoro tylko poczuje się lepiej. O co zakład, 
że nigdy nie zadzwoni, przeszło przez myśl Kristine. 

 -  Proszę  tego  dopilnować  i  powiedzieć  mu,  że  stary 

przyjaciel  Kit  Carson  w  końca  przyjechał  i  pewnie  będzie 
chciał się z mężem zobaczyć gdzieś na mieście. 

 -  Hm...  ja...  Myślę,  że  to  nie  będzie  możliwe,  ponieważ 

lekarz  obawia  się.  że  od  Harry'ego  wciąż  jeszcze  można  się 
zarazić...  Do  widzenia  pani  -  Kristine  usłyszała  odgłos 
odkładanej słuchawki. 

Odsunęła  od  ucha  swoją  słuchawkę  i  przyjrzała  się  jej 

uważnie,  w  drugiej  ręce  trzymając  długopis.  Żona  Harry'ego 
oczywiście  kłamała.  Uwierzyć  w  zakaźną  chorobę 
skompromitowanego  współpracownika  było  czymś  tak  samo 
bezsensownym,  jak  na  przykład  telefonowanie  do  szpitala 
Pouche Valley w sprawie zakupu akcji. 

Następnie zadzwoniła do doktora Timmetha. Okazało się, 

że wyjechał za miasto. Takiemu to dobrze, pomyślała Kristine. 
Ale co ja mam z tego? Na liście pozostał jeszcze tylko dziekan 
Chambers  -  człowiek,  który  trzymał  w  ręku  jej  awans 
naukowy. Od dobrych dziewięciu miesięcy kłaniała mu się w 
pas  i  teraz  tak  naprawdę  nie  miała  ochoty  niszczyć  tych 
dobrych  układów  jednym  nieprzemyślanym  telefonem. 

background image

Starając  się  myśleć  tylko  o  czymś  miłym,  wykręciła 
obgryzionym ołówkiem numer telefonu. 

 -  Halo  -  on  sam  podniósł  słuchawkę  dopiero  po  trzecim 

sygnale.  Mówił  głębokim  głosem,  co  onieśmielało  ją  jeszcze 
bardziej. 

 - Dzień dobry, panie doktorze, mówi Kristine Richards. 
 - Tak? 
 -  Dzwonię,  żeby  powiedzieć,  że  przyjechał  Kit  Carson,  i 

zastanawiam się... właśnie się zastanawiam, co mi pan każe z 
nim zrobić? 

 - Co z nim zrobić? Ależ pani doktor... 
Podniosła  oczy  ku  niebu,  a  kiedy  je  opuściła,  zobaczyła 

Carsona.  Przyglądała  mu  się  z  rosnącym  zainteresowaniem, 
jak zwijał coś w bibułce papierosowej i lizał jej brzegi. 

 - Doktor Richards? - głos Chambersa zabrzmiał jej prosto 

do ucha. 

 - Tak - syknęła w słuchawkę. - Co mam z nim zrobić? On 

jest...  -  gwałtownie  przerwała  wciągając  w  nozdrza  zapach 
tytoniu.  Uspokoiła  się  na  moment,  ale  zaraz  wezbrał  w  niej 
gniew.  Kit  wypuszczał  kółeczka  dymu,  zanieczyszczając 
kryształowe  dotąd,  górskie  powietrze.  Perfekcyjne,  małe  i 
duże, pojedyncze i podwójne unosiły się nad nim w kształcie 
koncentrycznych  pierścieni  i  utrzymywały  się  w  powietrzu 
dłużej niż można by przypuszczać. Czegoś takiego jeszcze nie 
widziała. 

 -  ...żeby  pani  z  nim  pracowała  -  doszły  do  niej  słowa 

Chambersa. - Ma pani wstępne wyniki badań Harry'ego. Jeśli 
nie  czuje  się  pani  dostatecznie  przygotowana  zawodowo, 
trzeba było o tym powiedzieć wcześniej, zanim wyraziła pani 
zgodę na udział w realizacji projektu. 

Kristine nagle przypomniała sobie o telefonie. 

background image

 - Nie, to nie o to chodzi - powiedziała szybko. - Znam tę 

problematykę  wystarczająco  dobrze,  aby  móc  opisać 
znaleziska Carsona, ale... . 

Ale  co,  Kristine,  ale  cię  pocałował.  To  z  pewnością 

powinien usłyszeć Chambers, pomyślała. 

 - Ale on jest... ale ja jestem... ale on... 
 - Jakiś problem, doktor Richards? - głos dziekana uciął jej 

wątpliwości. 

 -  On  jest  dziwny  -  powiedziała  słabym  głosem,  zdając 

sobie sprawę, że zabrzmiało to po prostu głupio. Na szczęście 
zachowała  na  tyle  przytomność  umysłu,  aby  nie  powiedzieć, 
że  jest  o  wiele  przystojniejszy  a  jednocześnie  barbarzyński, 
niż  można  sobie  to  wyobrazić.  Zawsze  myślała,  że 
uwłaczające  określenia  odnosiły  się  do  metod  działania 
Carsona,  a  nie  jego  osobowości.  Pocałunek  zaprzeczył  tej 
teorii. 

 -  Widocznie  miał  dziwne  życie  -  powiedział  doktor 

Chambers  -  a  teraz  ma  kłopoty  w  przystosowaniu  się  do 
nowego  środowiska.  Proponuję  pani  rolę  łącznika  pomiędzy 
nim a kulturą Zachodu i jestem pewien, że starania te zostaną 
docenione. 

Miała już na  końcu  języka pytanie  o „tajemne moce",  ale 

w  ostatniej  chwili  powstrzymała  swoje  emocje.  Nie  chciała 
nierozważnym  słowem  zniweczyć  swojej  szansy  i  usilnie 
starała się skierować rozmowę na tematy, w których mogłaby 
błysnąć inteligencją. 

 - Czy załatwił pan dla niego jakieś mieszkanie? - spytała. 

-  Wygląda  na  zmęczonego.  Chyba  się  nie  wygłupiłam,  ale 
błyskotliwe to nie było, pomyślała szybko. 

 -  Zostawiam  to  w  pani  gestii.  Szczerze  mówiąc,  po  tym, 

co  o  nim  słyszeliśmy  przez  ostatnie  kilka  miesięcy,  nie 
byliśmy wcale pewni, czy nie zerwie kontraktu. Może się pani 
skontaktować z administracją internatów... I proszę pamiętać, 

background image

pani  doktor  -  Kristine  wyczuła  wahanie  w  jego  głosie  -  że 
jesteśmy  zainteresowani  tylko  prowizorycznym  spisem 
zabytków 

starotybetańskich, 

jakie 

oferuje 

Carson. 

Sugerowałbym  skupienie  uwagi  na  badaniach,  za  które 
płacimy,  a  nie  na  czymkolwiek  innym.  To  jest  człowiek 
obdarzony 

rozlicznymi 

talentami, 

lecz 

niekoniecznie 

wszystkie muszą nas interesować. 

Doskonale, pomyślała, doskonale. 
 -  Dziękuję  za  pomoc,  doktorze  -  powiedziała,  z  trudem 

ukrywając sarkazm. 

Zdegustowana,  odłożyła  słuchawkę,  zdając  sobie  jasno 

sprawę, że została wrobiona w opiekę nad Carsonem. 

Kit  tymczasem  skończył  papierosa  i  podszedł  do  okna, 

przez które było widać faliste wzgórza schodzące do zbiornika 
retencyjnego,  niższe  pagórki  oraz  położone  na  równinie 
miasto. Wokół północnej i wschodniej części domu rozciągał 
się sekwojowy taras. Część południowa z kamienną posadzką 
była oszklona i wypełniona kwiatami i słońcem. Dom Kristine 
był  otwarty,  zupełnie  inny  niż  jego  własny  w  Nepalu,  w 
górnym  biegu  rzeki  Kai  Gandaki,  niedaleko  granicy  z 
Tybetem. Dom, w którym mieszkał kilka lat, zbudowany był 
tak,  aby  chronić  przed  chłodem  ostrych  zim  i  wiatrów 
hulających  w  wąwozie.  Jej  dom  zapraszał.  Gdyby  i  jego 
zaproszono,  chętnie  by  tu  pozostał.  Miałby  wygodę  i 
towarzystwo.  Gdyby...  ale  jak  dotąd  zaproszenia  nie  dostał. 
Jego  partnerzy  najwidoczniej  nie  uważali  za  stosowne 
przygotować  wszystkiego  na  jego  przyjazd  ani  też  udzielić 
wyjaśnień,  dotyczących  losów  bagażu.  Prawdopodobnie  nie 
wierzyli,  że  wydostanie  się  z  Tybetu  żywy,  wygrywając  z 
Turkiem,  który  chciał  mu  odebrać  całą  zdobycz.  Ale  ta 
dziewczyna  obdarzona  była  inteligencją  wykraczającą  poza 
umiejętności  zwykłej  doktorantki  i  z  pewnością  zrozumie 

background image

sytuację, w jakiej się znalazł. Wierzył zresztą w siłę perswazji, 
jakiej nauczył się od swego drugiego ojca, Sanga Phali. 

Kristine  ciągle  jeszcze  czekała  w  gabinecie  na  kolejne 

połączenie  telefoniczne,  wiedząc,  że  możliwości  wyboru 
topniały jak śnieg w ciepłym klimacie. Domy studenckie były 
zajęte  do  soboty,  na  wynajęcie  mieszkania  dla  małżeństw 
trzeba  było  się  zapisać  na  listę  oczekujących,  długą  na  dwie 
strony, a pokoje gościnne przez następne dwa tygodnie miały 
być zajęte przez Chrześcijańskich Wyznawców Krzyża. 

Sekretarka,  która  udzielała  jej  informacji,  wróciła  do 

telefonu. 

 - Doktor Richards? 
 - Tak. 
 - Ktoś zrezygnował w Corbet Hall, ale... 
 - Weźmiemy to - szybko zgodziła się Kristine. 
 -  Ale  to  nie  jest  pokój  samodzielny  -  dokończyła 

sekretarka. 

 - To już nie mój problem - mruknęła Kristine pod nosem i 

natychmiast  podała  nazwisko  Carsona  i  adres  płatnika 
rachunku, tj. Wydziału Historii. To był pierwszy sukces, jaki 
odniosła  tego  dnia.  Miała nadzieję na  następny, to  znaczy na 
pozbycie się najbardziej intrygującego faceta, jakiego ostatnio 
spotkała. O ironio losu... 

 -  Mamy  szczęście  -  powiedziała  wchodząc  do  pokoju  i 

przyciągając uwagę Kita. 

 -  Też  tak  myślę  -  odpowiedział  odwracając  się  do  niej  z 

sarkastycznym uśmiechem. 

W  oczach  miał  to  samo  ciepło,  które  emanowało  z  jego 

uśmiechu.  Czuła,  jak  opuszcza  ją  odzyskana  przed  chwilą 
pewność  siebie.  Usiłowała  się  bronić  przed  intensywnością 
jego  spojrzeń.  Zacisnęła  mocniej  pasek  od  sukienki.  O  tak 
wczesnej porze Kristine nie potrafiła zebrać myśli, Kit zaś nie 
znał  jej  na  tyle  dobrze,  aby  pomóc  jej  te  myśli  rozsądnie 

background image

poukładać. A jednak, kiedy ją całował, nie wydawał się obcy. 
Tylko czas mógł wyjaśnić tę zadziwiającą niekonsekwencję. 

 -  To  znaczy...  znalazłam  dla  ciebie  mieszkanie. 

Uniwersytet  pokryje  koszty,  ale...  -  mimo  woli  potrząsnęła 
głową  tak samo jak on i  powiedziała już  wolniej: - obawiam 
się, że będziesz miał współlokatora. Czy to duży problem? 

 -  Muszę  zostać  tu,  Kristine  -  powiedział  obejmując 

gestem cały dom. Jej dom. 

 - Tutaj? Właśnie tutaj? 
Zbyt dużo działo się wokół, aby mogła zrozumieć tok jego 

myśli.  Przytaknął,  a  dziewczyna  ponownie  stwierdziła,  że 
kiwa głową podobnie jak on, odrzucając włosy na ramiona. 

 -  Nie,  nie  sądzę  -  żywiołowo  potrząsnęła  głową.  -  Nie 

możesz tu zostać. Nie ma mowy. Niemożliwe. 

 - Bezwarunkowo - odparował. 
 - Bez sensu - powiedział twardo. 
 - Zrządzenie losu. 
 - Zrządzenie losu? - spytała z niedowierzaniem. 
 -  Wzięłaś  na  siebie  odpowiedzialność  za  kufry,  a  ja  z 

kolei czuję się teraz odpowiedzialny za twoje bezpieczeństwo. 
Nie ma innego wyjścia. 

Wpatrywała  się  w  niego  z  osłupieniem.  W  pierwszym 

odruchu chciała zadzwonić jeszcze raz do doktora Chambersa, 
jeszcze  raz  dokładniej  wyjaśnić  całą  sytuację,  a  nawet 
zażądać,  aby  sam  porozmawiał  z  Carsonem.  Może  by 
wreszcie pojął choć w części, co ona przeżywała tu przez cały 
ranek.  Ten  facet  potrzebował  przecież  czegoś  więcej  niż 
współpracownika i „przewodnika". Potrzebował intensywnego 
kursu  nauki  zachodniej  cywilizacji,  a  i  szkolenie  z  logiki  też 
by mu się przydało. 

 - Cieszę się, że się zgadzamy - powiedział Kit, biorąc jej 

milczenie za' zgodę, zadowolony, że nie musiał uciekać się do 
środków  wymagających  większego  nakładu  energii,  bowiem 

background image

długa  podróż  wyczerpała  go  zarówno  fizycznie,  jak  i 
psychicznie.  -  Potrzebuję  jedzenia  i  odpoczynku,  dopiero 
potem  zaczniemy  segregować  fotografie  i  moje  notatki. 
Podczas  przeprawy  przez  rzekę  straciliśmy  muła,  a  jeden  jak 
wpadł  do  szczeliny.  Wszystko  to  zdarzyło  się  na  samym 
początku  wyprawy,  jestem  więc  pewien,  że  zwierzęta  niosły 
tylko zapasy a nie dzienniki i notatki, ale oczywiście trzeba to 
sprawdzić.  Nasze  obozowisko  u  podnóża  Mount  Tise 
obrabowano, ale bandyci nie znaleźli tego, po co przyszli, bo 
wszystkie  wartościowe  rzeczy  mieliśmy  przy  sobie.  Zranili 
jednak poganiacza mułów. 

Mrożąca  krew  w  żyłach  opowieść  Kita  owładnęła 

całkowicie wyobraźnią Kristine. Coś ostrzegało ją, że powinna 
kategorycznie  przeciąć  te  awanturnicze  wynurzenia  i  zmusić 
go  do  wyjścia,  zanim  sama  z  ciekawości  nie  straci  do  reszty 
zdrowego  rozsądku.  Póki  co  jednak  słuchała  z  zapartym 
tchem.  Jej  ciekawość  doszła  do  zenitu,  gdy  Carson  zaczął 
mówić o Harrym. 

 -  Kiedy  doktor  Fratz  zrezygnował?  -  spytała  nieśmiało, 

pełna  przeczuć,  które  chciała  potwierdzić.  -  Po  tej  historii  z 
mułem, czy też udało mu się przetrwać napad na obóz? 

Kit zachichotał i potrząsnął głową. 
 - Ach, ten Harry, nie miał serca do tej wyprawy. Opuścił 

nas  zaraz,  jak  tylko  przekroczyliśmy  granicę  Tybetu.  Muł, 
którego straciliśmy, należał do niego. 

 - Harry nie był chory? 
 - Chyba ze strachu. 
Nieświadomie  ścisnęła  dłonie  w  zwycięskim  geście. 

Podejrzewała to już zeszłego wieczoru, ale teraz wiedziała na 
pewno. Ten niedorajda zrejterował z ekspedycji, za którą ona 
oddałaby  wszystko.  Przeprawy  przez  rzekę,  jaki  znikające  w 
szczelinach,  bandyci  -  to  tylko  podsycało  jej  wyobraźnię.  A 
teraz  zamiast  dzielić  sławę  z  powodu  odkryć,  miała  tylko 

background image

segregować  i  spisywać.  Do  tego,  choć  Carson  nalegał, 
niepotrzebna  była  obstawa.  Zerknęła  na  niego  ponownie  i 
musiała przyznać, że sprawiał imponujące wrażenie. Pomysł z 
ochroną  był  doprawdy  absurdalny.  Kristine  była  zresztą 
zdania,  że  kobieta  w  ogóle  nie  potrzebuje  męskiej  obstawy. 
Ona  sama  radziła  sobie  nieźle  bez  mężczyzny  przez  cztery 
lata. Nie miała najmniejszej ochoty niweczyć swoich dobrych 
układów  zawodowych,  pozwalając  jakiemuś  obdarzonemu 
charyzmą  banicie  całować  się  w  szyję  w  momencie,  kiedy 
pomagała przywrócić do życia projekt naukowy, który legł w 
gruzach  za  przyczyną  kilku  mężczyzn.  Zaczerpnąwszy 
oddechu  przygotowała  się  do  wyjaśnienia  swego  stanowiska 
tonem 

oficjalnym, 

stosownym 

dla 

ich 

zawodowych 

kontaktów. 

 -  Obawiam  się,  że  przez  kilka  dni  będzie  pan  musiał 

zadowolić się pokojem w internacie, panie Carson - złapała się 
znowu  na  użyciu  tytułu,  który  zupełnie  nie  pasował  do  tego 
człowieka. - W sobotę będzie się pan mógł przeprowadzić do 
domu  akademickiego.  Nie  mam  zwyczaju  wynajmować 
pokojów  w  moim  domu  ani  nie  należy  to  do  moich 
obowiązków, mam nadzieję, że pan to rozumie. 

Dla  niej  słowa  te  zabrzmiały  przekonywająco.  Nie 

wiedziała jednak, co zrobić na wypadek, gdyby jej perswazje 
nie  odniosły  skutku.  Dzwonienie  po  policję  było  bez  sensu  i 
nie przysporzyłoby jej chwały. 

 -  To  znaczy,  że  się  nie  zgadzamy?  -  spytał  zaskoczony  i 

jeśli  dobrze  odczytała  z  jego  twarzy,  rzadko  doznawał 
podobnego uczucia. 

 - Nie, nie zgadzamy się. 
 - Myślałem, że zrozumiesz... 
 - Żałuję, że ty nie rozumiesz - przerwała gwałtownie. 
Kit opuścił wzrok i przesunął ręką po włosach. Sang Phala 

nauczył go wielu rzeczy, ale oczywiście nigdy nie

 

zadawał się 

background image

z  Amerykanką.  Zastanawiał  się,  czy  wszystkie  są  tak 
stanowcze,  czy  też  Kristine  stanowiła  wyjątek.  Kit 
przyzwyczaił  się  do  kobiet  uległych  i  posłusznych  woli 
mężczyzny, a o innych po prostu niewiele wiedział. Spotkanie 
Kristine było dla niego doświadczeniem ciekawym, ale trochę 
irytującym. 

Tymczasem  dziewczyna,  o  której  myślał,  skrzyżowała 

ręce  na  piersiach  i  próbowała  ocenić,  jak  Kit  przyjął  jej 
ultimatum.  Nie  był  zły,  ale  też  nie  chciał  zrezygnować  z 
realizacji  swego  planu.  Za  skarby  nie  mogła  sobie 
wytłumaczyć, dlaczego tak mu zależało na pozostaniu u niej. 
To  prawda,  że  odpowiedziała  aa  pocałunek  z  nie  tajonym 
entuzjazmem,  ale  też  od  tego  momentu  starała  się  go  zrazić 
każdym  swoim  posunięciem.  Gdyby  jej  były  narzeczony 
okazał się chociaż w połowie tak wytrwały, to zamiast tkwić 
w  staropanieństwie  i  za  jedyną  satysfakcję  mieć  stopnie 
naukowe, byłaby mężatką. Może powinna spróbować jeszcze 
jednej  szansy  i  przekroczyć  swoje  kompetencje  proponując 
mu  hotel.  Ten  człowiek  pomimo  nie  najlepszej  opinii  był 
przecież gościem. 

 -  Jeśli  wolałbyś  hotel  -  powiedziała  -  jestem  pewna,  że 

Uniwersytet  zapłaci  za  pokój  i  utrzymanie.  Wpakowali  już 
przecież  w  ten  projekt  tysiące  dolarów,  jaką  różnicę  zrobi 
kilkaset więcej, pomyślała. 

 -  Mam  numer  telefonu  dobrego  miejscowego  biura 

turystycznego  „Fort  Collins",  które  dysponuje  zajazdem  z 
pokojami  gościnnymi  niedaleko  od  szkoły  Charter  House. 
„Mountain Inn" ma nawet basen i znajduje się zaledwie kilka 
bloków od mojego biura, jest też... 

No  dobrze,  niech  będzie,  pomyślał  Kit,  słuchając  jednym 

uchem, jak pod niebiosa wynosiła zalety miejsca, w którym i 
tak  nie  miał  zamiaru  mieszkać.  Nigdy  dotąd  nie  znajdował 
usprawiedliwienia  dla  naiwności  i  ignorancji,  a  teraz  miał  je 

background image

przed sobą w nadmiarze. Nie chciał przestraszyć Kristine, ale 
nie miał innego wyjścia. 

 -  Kreestine  -  przerwał  jej  i  poczekał,  aż  skupiła  na  nim 

całą  uwagę,  zwracając  w  jego  stronę  fiołkowe  oczy, 
niecierpliwe  i  wyczekujące.  -  Wielu  moim  wrogom  trudno 
będzie mnie znaleźć, ale jeden z nich z pewnością tu dotrze i 
zanim  znajdzie  mnie,  natknie  się  na  ciebie.  Nie  mogę  stąd 
odejść dopóty, dopóki się nie upewnię, że to, co przywiozłem, 
jest poza jego zasięgiem. 

Jak  głaz.  Zupełnie  jak  grochem  o  ścianę,  pomyślała 

Kristine. 

 - Kto tu przyjdzie i po co? - spytała ze złością, domagając 

się,  by  bez  owijania  w  bawełnę  wyjaśnił  w  końcu,  o  co  tu 
chodzi. 

Kit  próbował  powiedzieć,  że  szczegóły  są  nieważne,  ale 

zawahał  się  zauważywszy  ostrzegawcze  ogniki  w  oczach 
dziewczyny.  W  końcu  zdecydował  się  wyjawić  nie  tylko 
fakty,  ale  i  całą  prawdę  łącznie  z  przypuszczalnym  biegiem 
wypadków i możliwymi rozwiązaniami. 

 - Pewien Turek przyjedzie tu po skarby Chatren - Ma. 
Ostatnie  słowa  wypowiedział  delikatnie,  jakby  to  było 

wyzwanie, a nagły błysk w oczach Kristine świadczył o tym, 
że  wie,  o  czym  mowa.  Otworzyła  usta,  aby  coś  powiedzieć, 
ale  nie  mogła  wydobyć  głosu.  Ten  człowiek  posiadał 
niezrównaną zdolność zaskakiwania jej. 

 - Niemożliwe - znalazła w końcu tyle siły, by wykrztusić 

to jedno słowo. 

 -  Trudne  i  niebezpieczne,  ale  nie  niemożliwe  - 

odpowiedział.  -  To  właśnie  ten  Turek  dowodził  napadem  na 
nasz obóz. I ocean go nie powstrzyma. 

Absolutnie  niemożliwe,  upierała  się  w  duchu  Kristine,  a 

dusza  naukowca  nie  pozwalała  jej  wierzyć  w  istnienie 
legendarnych klasztorów zagubionych w chmurach i śniegach 

background image

wysokich  Himalajów.  Znała słynną  legendę  o Chatren -  Ma i 
ukrytych  w  nim  księgach  Kandżuru.  Było  to  ponoć  również 
miejsce  spoczynku  ziemskich  szczątków  lamy  z  klasztoru 
Saska,  który  przetłumaczył  ów  zbiór  na  mongolski  dla 
wielkiego  chana  Kubilaja  -  mongolskiego  władcy,  zdobywcy 
Chin w XIII wieku. 

Jako  historyk  specjalizujący  się  w  transhimalajskim 

regionie  Azji,  rozciągającym  się  na  północ  od Himalajów  od 
Afganistanu  poprzez  Indie  i  obejmującym  takie  kraje,  jak 
Nepal  i  Tybet,  czytała  mnóstwo  legend,  zwłaszcza  z  Tybetu. 
Ta  wyklęta,  niedostępna  ziemia  rodziła  w  obfitości  bogów, 
demony  i  legendy.  Tylko  niewielu  ludzi  nauki  próbowało 
zerwać okrywającą ją zasłonę tajemnicy. 

A  teraz  zjawiał  się  jeszcze  ten  Carson,  Kautilya  Carson  - 

zagadka  większa  niż  te,  które  znała  z  lektur,  i  na  domiar 
wszystkiego opowiadający o Chatren - Ma i  bandytach. Tak! 
O bandytach! 

background image

Rozdział 3 
Kristine  wiedziała,  że  wszystkie  miejsca  wykopalisk 

archeologicznych  na  świecie,  zwłaszcza  te  owiane  legendą, 
dopóki nie zostaną „oficjalnie" odkryte i opisane przez kogoś 
z  tytułem  naukowym,  są  terenem  działania  podejrzanych 
typów,  a  nawet  bandytów.  Sytuacja  w  Tybecie  wydawała  się 
dla 

archeologów  szczególnie  niekorzystna,  ponieważ 

wszystko  tam  było  zbyt  święte,  aby  mogło  być  skalane 
pracami  wykopaliskowymi.  Tymczasowy  spis  zabytków 
obejmował  tylko  to,  co  było  widoczne  na  powierzchni,  ale 
wiedziała, że Carson chciał pójść tak daleko, jak to możliwe, a 
nawet jeszcze dalej. Nic dziwnego, że Harry wziął nogi za pas. 

 -  Czy  klasztor  nie  był  uszkodzony?  -  Nie  mogła  się 

oprzeć,  aby  nie  spytać,  po  czym  natychmiast  zrobiło  się  jej 
głupio.  Jak  nie  istniejący  klasztor  mógł  być  nie  uszkodzony. 
No, ale czasami zdarzają się cuda. Chatren - Ma! 

 -  Czy  dasz  mi  tydzień  na  zakończenie  wszystkiego?  - 

pominął  milczeniem  jej  pytanie  i  sprawiał  wrażenie  bardzo 
pewnego siebie. 

 -  A  czy  ty  możesz  mi  dać  gwarancję?  -  tym  razem  ona 

odpowiedziała pytaniem. 

Zadaj i odeprzyj cios, pomyślał Kit, lekko się uśmiechając. 

Dlaczego  ci  z  Uniwersytetu  nie  przysłali  mu  tej  kobiety  od 
razu.  Odesłanie  Harry'ego  Fratza  z  powrotem  do  granicy  z 
Nepalem  zajęło  mu  dwa  dni,  które  mógł  wykorzystać  na 
umknięcie Turkowi. Z drugiej strony, gdyby znali prawdziwy 
cel misji, nie daliby mu nikogo, a tymczasem on potrzebował 
pracownika  naukowego,  który  służyłby  mu za  parawan.  Jego 
obecność  miała  przekonać  Chińczyków  o  naukowych  celach 
przedsięwzięcia. 

Kristine obserwowała, jak przesuwa po szyi długi łańcuch 

z  zawieszonym  na  nim  kluczem.  Dużymi,  pewnymi  krokami 
podszedł  do  kufrów.  Miał  długie,  umięśnione  nogi.  Stąpał 

background image

cicho, a kółeczka od jego butów pobrzękiwały lekko. Otwierał 
kolejno kufry, podnosząc ich wieka nie po to, aby wydobyć na 
światło  dzienne  ich  zawartość,  którą  stanowiły  warstwy 
tkaniny o kolorze kości słoniowej, lecz by jej ukazać je same 
od wewnątrz. Wnętrze  kufrów było kruczoczarne, zrobione z 
desek  w  kształcie  długich,  wygładzonych  przy  końcach 
prostokątów. Na każdej desce widać było wyrzeźbione rządki 
pisma. Kristine uniosła z wolna rękę i zakryła nią usta, cofając 
się  o  krok.  Paski  skóry  pomiędzy  deskami  dla  ochrony  i 
niepoznaki przeplecione były kawałkami czarnego materiału. 

 - O Boże - wyszeptała przysuwając się bliżej. Wyciągnęła 

rękę,  ale  nie  dotknęła  niczego.  Zacisnęła  palce  o  kilka 
centymetrów  od  skarbów  i  zauważyła,  że  nie  był  to  zwykły 
materiał.  Zapisane  drewno  było  opakowane  w  chorągwie  z 
wypisanymi na nich inwokacjami do bogów. 

 -  Trzeba  to  będzie  poddać  badaniom  -  mruknęła  - 

przekazać do laboratoriów, określić datę i wykonać niezbędne 
analizy.  Mój  Boże  -  przysunęła  się  jeszcze  bliżej  nie 
odrywając  oczu  od  wewnętrznej  strony  wieka,  z  trudem 
hamując  się,  by  niczego  nie  dotknąć.  Odchyliła  głowę, 
uważnie  przyglądając  się  pismu.  -  Wygląda  na  mongolskie, 
ale  trudno  powiedzieć  sprzed  ilu  lat,  poza  tym  nie  jestem 
ekspertem. 

 -  Ale  ja  jestem,  Kreestine.  Moi  wspólnicy  są  tego 

świadomi.  Dadzą  duże  pieniądze  za  możliwość  posiadania 
tego, co przywiozłem, i sami zajmą się dokładną ekspertyzą. 

Przełknęła cisnące się na usta słowa „hiena cmentarna". 
 - Nie wolno ci tego sprzedać! 
 - Muszę to sprzedać, to oczywiste. Nie mogę tego chronić 

bez  końca.  Już  ryzykowałem  życiem  własnym  i  innych,  aby 
przewieźć Kandżur Kubilaja z Azji. 

Kandżur  wielkiego  chana  Kubilaja,  ukryty  przez  wieki  w 

klasztorze  Chatren  -  Ma,  Kristine  myślała  jak  w  gorączce. 

background image

Nagle  wszystko  zaczęło  jej  się  układać  w  logiczną  całość: 
pogłoski dochodzące z Azji, sposób, w jaki Carson się pojawił 
-  nie  zapowiadany  i  samotny,  szantaż  Uniwersytetu, 
ostateczne ostrzeżenie Chambersa, odosobnienie Harry'ego. 

 -  Nie  mogę  wybaczyć  kradzieży  bezcennych  reliktów 

historycznego  dziedzictwa  Tybetańczyków  -  rzekła  z 
zaciętością w głosie. 

Brakowało jej odwagi, by stanąć twarzą w twarz do walki 

z  Carsonem.  Ten  barbarzyńca  z  mroźnych  bezkresów  „dachu 
świata"  nie  składał  wprawdzie,  podobnie  jak  i  historycy 
uzyskujący  stopnie  naukowe,  przysięgi  Hipokratesa,  ale 
pewnych  granic  nikomu  nie  wolno  przekraczać.  A  on  to 
zrobił. 

 - Powinnam zadzwonić po policję. 
 - Już od miesiąca działam szybciej niż władze, Kreestine - 

powiedział  łagodnie  -  i  to  naprawdę  nie  jest  najlepsza  pora, 
aby mnie dopadły. 

To stwierdzenie sprawiło, że oblała się rumieńcem, a serce 

zaczęło bić szybciej. W co się wplątała? 

 -  Powinieneś  był  pomyśleć  o  niebezpieczeństwie,  zanim 

ukradłeś Kandżur. 

 -  Nic  nie  ukradłem.  Twój  Uniwersytet  nie  jest  jedyną 

instytucją  zainteresowaną  ocaleniem  historii  Tybetu  i 
zabezpieczeniem  miejsc  wykopalisk.  Sami  Tybetańczycy  są 
bardzo  zaangażowani  w  ratowaniu  swego  dziedzictwa. 
Kontaktowali się ze mną i obiecałem zrobić, co tylko będzie w 
mojej mocy. 

 - Rząd Tybetu? - spytała niezupełnie przekonana. 
 - Rząd tybetański na wygnaniu. Rozumiesz? 
Tak, zrozumiała. Wiedziała przecież, że Chińczycy, którzy 

napadli  na  Tybet  w  1950  roku,  spowodowali,  że  dziewięć  lat 
później duchowy i polityczny przywódca Tybetu - Dalaj Lama 
został  zmuszony  do  wyjazdu  z  kraju.  Oni  sami  zaś  ryli  i 

background image

niszczyli świętą ziemię, jeśli tylko spodziewali się znaleźć coś 
wartościowego,  jak  uran  czy  złoto,  albo  też  wykryć  miejsca 
potajemnych  spotkań  gnębionych  ludzi.  Carson  wyjęty  spod 
prawa,  zadumała  się.  Dobrze  go  nazwano.  Któż  inny  jak  nie 
Kit  Carson  miałby  szanse  na  sukces.  Ona  nie  złapała  się  na 
jego sztuczki, no, przynajmniej nie całkowicie. Sama miała na 
swoim  koncie  dostatecznie  dużo  przeprowadzonych  badań 
naukowych, aby wiedzieć, że jeśli się czegoś naprawdę bardzo 
pragnie, to się to znajdzie. 

Bagaż,  który  przewędrował  bez  mała  pół  świata,  a 

szczególnie  tak  unikalne  kufry,  nie  mógł  pozostać  nie 
zauważony, a to przecież jej podpis widniał na pokwitowaniu, 
które  dawała  Bobowi  przez  trzy  kolejne  dni.  Carson  miał  ją 
więc  w  garści.  Zostały  mi  dwa  wyjścia,  kalkulowała  cicho. 
Mogła  zaskarżyć  Uniwersytet  za  celowe  i  nierozważne 
narażenie  jej  na  niebezpieczeństwo  albo  upaść  na  kolana  i 
dziękować Bogu i Harry'emu za stworzenie jej tak wspaniałej 
okazji. Jeżeli Carson kłamał, to była na tyle bystra, by trzymać 
się  na  dystans  od  tej  mistyfikacji,  zanim  przybierze  ona 
niebezpieczne  rozmiary.  Istniała  szansa,  że  Uniwersytet  i 
Harry nie zdecydują się wziąć Kandżuru znając sposób, w jaki 
Carson stał się jego posiadaczem. Jeżeli jednak mówił prawdę, 
to  Chambers  będzie  jej  jadł  z  ręki.  Natychmiast  wyobraziła 
sobie  siebie  w  glorii,  jak  odrzuca  oferty  z  Yale,  Harvardu, 
Stanfordu  i  robi  pewne  nadzieje  na  współpracę  z  Oxfordem  i 
Cambridge.  Ochłoń  trochę,  Kristine,  powiedziała  sama  do 
siebie,  i  przemyśl  to  wszystko,  ale  podniecenie  i 
niepohamowana  ciekawość  zacierały  jasność  jej  sądów.  Z 
własnego  życiowego  doświadczenia  znała  bardzo  dobrze  ten 
stan upojenia i wiedziała, że ulegała mu częściej niż powinna. 
Zgodziła  się  na  małżeństwo  z  doktorem  Johnem  Grantem, 
swoim  wykładowcą  na  Uniwersytecie  w  Colorado,  pod 
wpływem chwilowego oczarowania. Decyzja ta zmieniła się w 

background image

dramat ciągnący się za nią przez lata. Ale Chatren - Ma... To 
nagroda  warta  omijania  przepisów.  Miała  wiele  do  wygrania, 
a  stracić  mogła  jedynie  zdrowy  rozsądek  i  trochę  snu,  kiedy 
Carson będzie przebywał w jej domu. 

Kit wyczuł jej wahanie, a jednocześnie ambicję, każącą jej 

działać  na  jego  korzyść.  Nie  odważył  się  zrobić  nic  ponad 
pogładzenie  jej  skroni,  zastanawiając  się  jednocześnie  nad 
głębią  duszy  tej  dziewczyny,  którą  najpierw  wziął  za 
konkubinę,  a  potem  za  pomoc  domową.  Podziwiał  ją  za 
odwagę, ale  inteligencja  i  ambicja  mogły  się  okazać  bardziej 
niebezpieczne.  Musiał  mieć  na  względzie,  że  powinien 
ochronić  ją  nie  tylko  przed  Turkiem,  jeśli  zajdzie  taka 
potrzeba, ale również przed nią samą. Dotknął jej w zupełnej 
ciszy, usiłując pozbyć się natrętnych myśli chociaż na chwilę, 
potrzebną  na  wydobycie  od  niej  zaproszenia,  o  które  tak 
zabiegał.  Powiedz  tak,  Kreestine.  Nie  będziesz  żałować,  a  ja 
jestem naprawdę zbyt zmęczony, by bez końca przekomarzać 
się z tobą o rzecz, która została już przesądzona. 

Kristine odsunęła się ciekawa, co tym razem sprawiło, że 

ponownie  poczuła  jego  dotyk  i  dlaczego  ten  krótki  kontakt 
sprawił jej taką przyjemność. 

 -  Z  pewnością  jesteś  zmęczony  -  usiłowała  pokryć 

zmieszanie pierwszymi słowami, które jej przyszły do głowy. 

 -  Tak,  Kreestine  -  zaśmiał  się  łagodnie  -  jestem 

zmęczony.  Wiedziała  już,  co  ma  robić  bez  względu  na 
konsekwencje.  Jeszcze  dziesięć  minut  temu  łamała  sobie 
głowę,  próbując  wymyślić  sposób  pozbycia  się  Carsona,  a 
teraz nie zamierzała spuścić z niego oka, dopóki nie osiągnie, 
czego  chciała  -  sytuacji,  w  której  to  ona  będzie  wydawać 
polecenia. 

 - Nie możesz tu zostać - powiedziała. - Mam na myśli ten 

dom.  Ale  jest  tu  taki  pokój  nad  garażem,  który  możesz 

background image

używać,  dopóki...  dopóki  nie  zdecydujesz,  co  zrobisz  z 
rzeczami, które przywiozłeś. 

Zawahała się znowu. Ostre negocjacje nie były jej mocną 

stroną,  ale  tym  razem  z  całych  sił  pragnęła  wykorzystać 
szansę. 

 -  Chcę  -  uspokoił  ją,  przesuwając  palcem  po  brodzie.  - 

Dla twego bezpieczeństwa a mojej przyjemności dostosuję się 
do  stawianych  przez  ciebie  warunków.  Moim  jedynym 
życzeniem  jest  umieszczenie  Kandżuru  w  odpowiednim 
miejscu.  Podzielę  się  z  tobą  swoją  wiedzą  o  Chatren  -  Ma.  - 
Złożył  dłonie  i  pochylił  głowę  w  uległym  geście.  - 
Przeznaczenia możesz szukać tak, jak zdolności. 

Ma  cholerną  intuicję,  pomyślała  Kristine,  albo  czyta  w 

moich  myślach,  co  było  oczywiście  śmieszne,  tak,  śmieszne, 
upewniła  samą  siebie,  posyłając  uważne  spojrzenie  w  jego 
kierunku. Nikt nie może czytać w myślach, których ona sama 
nie zna. 

 -  Po  prostu  wróć  tam  i  powiedz  mu,  żeby  się  wyniósł  - 

krzyczała Jenny przez telefon. - Na miłość boską, Kristine, nie 
mogę uwierzyć, że pozwoliłaś temu typowi zostać ze sobą tam 
w lesie! 

 -  To  nie  jest  las,  Jenny  -  powiedziała  Kristine,  ściskając 

słuchawkę przenośnego telefonu między uchem a ramieniem, 
grzebiąc jednocześnie w szufladzie w poszukiwaniu skarpetki 
do pary. - A poza 

tym,  Jenny,  to  ja  już  mam  jedną  matkę,  potrzebuję 

przyjaciółki, która może... 

 -  A  ja  powinnam  do  niej  natychmiast  zadzwonić  i 

powiedzieć,  jaką  ma  postrzeloną  córkę.  To  się  Muriel  nie 
spodoba, młoda damo, oj nie. 

 - Nie zamierzam jej nic mówić, a jeśli ty tego nie zrobisz, 

to mama o niczym się nie dowie - stwierdziła Kristine. 

background image

Wielokrotnie  opadały  ją  wątpliwości  co  do  słuszności 

decyzji  wyboru  swojej  asystentki,  która  była  najstarszą 
studentką  w  historii  Wydziału.  Nikt  z  pozostałych  doktorów 
nie  musiał  znosić  od  swoich  młodszych  stanowiskiem 
współpracowników  odzywek  w  stylu  „młoda  damo"  czy  też 
podejmować  dyskusji  na  temat  sposobu  odżywiania.  Jenny 
jednak  wielokrotnie  udowodniła  swą  wartość,  szczególnie 
kiedy  trzeba  było  wykonać  drobiazgowe  badania  czy  też 
załatwić sprawy administracyjne. 

 -  Zawsze  uważałam,  że  praca  z  mężczyzną  byłaby 

korzystna  dla  twojej  kariery,  ale  nie  spodziewałam  się,  że 
możesz się zaprzyjaźnić z Carsonem. 

 -  Ależ  ja  się  z  nim  nie  zaprzyjaźniłam  -  zaprzeczyła 

Kristine  nie  przerywając  poszukiwań.  Różowa,  biała, 
niebieska,  w  paski,  w  serduszka,  wełniana,  bawełniana, 
nylonowa.  Jak  to  możliwe,  aby  jedna  osoba  miała  tyle 
skarpetek,  z  których  nie  dało  się  skompletować  ani  jednej 
pary, zastanawiała się, grzebiąc jeszcze głębiej. - Chciałabym, 
Jenny,  abyś  przez  tydzień  krzątała  się  po  biurze  sprawiając 
wrażenie, że jesteś bardzo zajęta. Masz wolną rękę, organizuj 
sobie, co chcesz, i nie przejmuj się niczym - wyjęła z szuflady 
fioletową skarpetkę i o dziwo znalazła drugą taką samą. 

 - Ty coś knujesz, Kristine Richards, a ja chcę wiedzieć, o 

co  chodzi.  Za  każdym  razem,  kiedy  poruszam  temat, 
wykręcasz się. Powiedz, Kristy - nastawała. 

Kristine  tymczasem  usiadła  na  krawędzi  łóżka,  aby 

włożyć skarpetki, po czym natychmiast zerwała się na równe 
nogi. Przeszukując stertę bielizny pościelowej i kocy natknęła 
się na dawno zagubioną szczotkę do włosów i wetknęła ją do 
kieszeni. 

 -  Właśnie  robię  to,  co  mi  radziłaś,  Jenny,  toruję  sobie 

drogę do kariery, wspinając się na coraz wyższe jej szczebelki. 

background image

 -  Kristine  -  powiedziała  wolno  Jenny  głosem,  jaki  przez 

lata  wyrobił  jej  autorytet  -  wiem,  że  ten  człowiek  cieszy  się 
międzynarodową  sławą, ale to wszystko nie jest  takie  proste. 
Pamiętaj,  że  pójście  z  nim  do  łóżka  wcale  nie  gwarantuje  ci 
sukcesu w twojej dziedzinie. 

 -  Zaszokowałaś  mnie,  Jenny,  naprawdę  -  wciągnęła 

skarpetkę  i  sięgnęła  po  następną.  -  Wiesz,  że  nie  sypiam  z 
mężczyznami dla interesu. 

Z  chwilą,  kiedy  wypowiedziała  te  słowa,  zrozumiała,  że 

nie powinna była w ogóle wszczynać tej dyskusji. 

 - I pamiętaj, że latka lecą i że bynajmniej nie jesteś coraz 

młodsza - odparowała Jenny. - Czas najwyższy, abyś wróciła 
do  obiegu.  Obie  z  Muriel  nie  możemy  zrozumieć,  dlaczego 
przestałaś się spotykać z Grantem Thorpem. 

 -  Ja  się  z  nim  nie  spotykałam.  Byliśmy  na  trzech 

randkach,  trzech  dłuuugich  i  nudnych  randkach  i  nie  życzę 
sobie,  abyś  plotkowała  z  matką  za  moimi  plecami.  Czy 
możemy wrócić do spraw służbowych? 

 -  Mogłybyśmy,  gdybym  wiedziała,  o  czym  konkretnie 

mamy rozmawiać. 

 -  Wystarczy  powiedzieć,  że  Carson  nie  chce  zabrać 

kufrów,  ale  nie  chce  ich  również  zostawić  -  wymamrotała 
Kristine - dlatego zostaje razem z nimi. Proste i logiczne. 

Pohamowała  się  od  użycia  słowa  „ochrona",  nie  chcąc 

narażać swej współpracownicy na dodatkowy stres. 

 -  Proszę  cię  jedynie  o  to,  byś  dawała  wymijające 

odpowiedzi  na  pytania,  które  mogą  ci  stawiać  w  przyszłym 
tygodniu. Nikt nie wydaje się resztą specjalnie zainteresowany 
Carsonem, więc nie powinnaś mieć zbyt dużo kłopotów. 

 - Nikt z wyjątkiem ciebie - zaoponowała Jenny. - Jak on 

wygląda? 

 - Nie uwierzysz, jeśli ci powiem. 

background image

Przełożyła słuchawkę do drugiego ucha, zrzuciła sukienkę 

i  powiesiła  ją  na  wieszaku,  ale  natychmiast  zsunęła  się  na 
podłogę. Usiłowała też włożyć dżinsy, co z telefonem w ręku 
nie było takie łatwe. 

 - Spróbuj - prosiła Jenny. 
 - Ma brązowe włosy opadające na ramiona i... 
 - Rude? - przerwała jej asystentka. 
 -  Nie,  ciemniejsze,  kasztanowe.  Kiedy  stoi  w  słońcu, 

widać rude pasemka, ale w cieniu i przy sztucznym świetle są 
raczej ciemnobrązowe. 

 - A oczy? 
 -  Cynamonowe,  po  prostu  jak  cynamon  -  odpowiedziała 

po  chwili  zastanowienia,  zapinając  spodnie.  -  I  ma  złote 
bransoletki,  chyba  ważą  z  kilogram.  -  Odsunęła  na  chwilę 
słuchawkę od ucha, aby wciągnąć przez głowę czarną bluzkę. 
- Jeśli mi uwierzysz, to wyglądają na scytyjskie. 

 - Ach, tak - przytaknęła Jenny ostro. 
 -  Więc  jak,  będziesz  mnie  kryć  przez  tydzień?  -  spytała 

Kristine. 

 -  Jesteś  pewna,  że  to  dla  twojego  dobra?  -  Jenny  nie 

ustępowała. - Czy Mancos jest z tobą? 

 - Tak, żywy i cieknie mu z pyska. 
 -  No,  dobrze,  Kristine,  zadzwonię,  jeśli  ktoś  inny 

zdecydowałby  się  narazić  na  szwank  swoją  reputację  i  zająć 
się kontynuacją prac Harry'ego. 

Kristine usiadła na łóżku, sięgnęła po tenisówkę. 
 -  Mówi  się  już  podobno  dowcipy  na  mój  temat.  Doktor 

Richards wyprawa w ruiny. 

 - Tak - przyznała Jenny i dodała: - zakłady stoją  pięć  do 

jednego  na  twoją  niekorzyść.  Nikt  nie  wierzy,  że  przed 
końcem  lata  będziesz  w  stanie  cokolwiek  opublikować. 
Połowa  Wydziału  uważa,  że  Carson  w  ogóle  się  nie  pojawi, 
podobno jeszcze nigdy nie opuścił Azji. 

background image

 - Tym razem to zrobił. 
 -  Druga  połowa  sądzi,  że  nie  wykonał  pracy,  na  którą 

dostał pieniądze. 

 -  Mam  tu  siedem  kufrów  pełnych  dzienników,  fotografii 

i...  innych  rzeczy.  -  Cieszyła  się,  że  Jenny  nie  widzi  jej 
promiennego  uśmiechu.  -  Nie  martw  się,  niewykluczone,  że 
od września będziesz już pracować dla szefa Wydziału. 

Nie  ma  w  tym chyba  wiele  przesady,  pomyślała  Kristine, 

kiedy  dziesięć  minut  później  oglądała  wnętrze  jednego  z 
kufrów, którego pozwolił jej dotknąć. Był zrobiony z drewna i 
zawierał  jedynie  wyniki  oficjalnych  badań,  a  nie  zakazane 
skarby.  Dokumentacja  była  bardzo  szczegółowa,  notatki  i 
fotografie  posegregowane,  oznaczone  kolorami,  datami  i 
ponumerowane  oraz  wciągnięte  na  główną  listę  kartoteki. 
Wiedza Carsona była imponująca. Dochodził do wniosków, o 
jakich  jej  by  się  nawet  nie  śniło.  Przejrzawszy  część  notatek 
zrobiła  chwilę  przerwy,  aby  ponownie  zadzwonić  do  Jenny. 
Carson praktycznie napisał książkę. 

 -  Jeśli  dojdzie  do  zakładu  między  mną  a  Harrym,  to 

stawiam  dwa  dolary  do  jednego  przeciwko  niemu  - 
powiedziała do słuchawki. 

 -  On  już  postawił  dwadzieścia  przeciwko  Carsonowi  - 

stwierdziła jej rozmówczyni. 

 - W takim razie przegrał czterdzieści. 
Kilka  godzin  później  Kristine  wprowadzała  dane  z 

dokumentacji  Carsona  do  swojego  komputera,  dwa  razy 
sprawdzając  zgodność  każdej  pozycji  z  opisem  i  załączoną 
fotografią. Pukiel włosów opadł jej na twarz, a ona przypięła 
go  spinką  do  nieuczesanej  czupryny.  Przeczesała  palcami 
czubek głowy, nie mogąc znowu znaleźć szczotki do włosów. 

 -  Wspaniale  -  mruknęła,  gryząc  ołówek  w  zębach  i 

oglądając fotografię przy świetle bocznej lampki. Może i była 
szalona,  że  pozwoliła  Carsonowi  zostać,  ale  im  dłużej  o  tym 

background image

myślała,  tym  mniej  przerażały  ją  niestworzone  opowieści  na 
jego  temat.  Projekt  był  znakomity  i  to  nawet  bez  kuszącej 
nagrody,  jaką  zapowiadał.  Musiała  najpierw  napisać 
sprawozdanie  z  legalnych  odkryć,  to  było  oczywiste,  ale 
potem  zamierzała  pchnąć  do  przodu  historię  Azji,  a  przy 
okazji  wstrząsnąć  Garratym.  Podniosła  kubek  z  kawą  i  z 
powrotem opadła na  krzesło, śmiejąc  się  prawie  w głos.  Tak, 
doktora Garraty'ego czeka niespodzianka. Odłożyła okulary do 
czytania na biurko i wolno obróciła się na krześle przenosząc 
wzrok  z  jednej  półki  z  książkami  na  drugą,  a  wreszcie  na 
szklane  drzwi,  prowadzące  na  taras  z  widokiem  na  miasto. 
Ujrzała w nich Kita Carsona. Zaparła się nogami o podłogę i 
zamarła  w  bezruchu.  Kawa,  którą  rozlała  a  następnie 
próbowała zetrzeć, zostawiła plamy na bluzce. 

Kit  wziął  prysznic,  ogolił  się  i  przebrał  w  dżinsy  i 

trykotową  koszulkę.  Zdumiało  ją  to,  bo  na  taką  zmianę  jego 
wyglądu 

była 

zupełnie 

nieprzygotowana. 

Długie, 

koszulopodobne  odzienie,  jakie  nosił  dotychczas,  zakrywało 
to,  co  mogła  tylko  czuć,  będąc  blisko  niego.  Dopiero  teraz 
widać  było  jego  smukłą,  wysportowaną  sylwetkę  o  wąskich 
biodrach i szerokich ramionach, obrysowanych bielą bawełny. 

 -  Namaste,  Kreestine  -  uśmiechnął  się,  zawiązując 

warkocz kawałkiem rzemyka. 

W tym domu nie dość miejsca dla nas obojga, pomyślała. 

Zdawał się wypełniać sobą cały pokój, skoro tylko się w nim 
pojawił, i czuła, że jest blisko niej nawet wówczas, gdy stał w 
odległości dobrych trzech metrów. 

 - Namaste,  Kit - pierwszy raz wymówiła to  imię, czując, 

że  przełamała  kolejną  barierę.  -  Musisz  być  głodny, 
przygotowałam  coś  do  zjedzenia,  dlaczego  nie  wejdziesz  do 
kuchni? - powiedziała starając się zachować pozory spokoju. 

Było  to  o  wiele  większe  pomieszczenie  niż  pokój,  w 

którym  czuła  się  przez  niego  oblegana.  Wstała  z  krzesła  i 

background image

obeszła biurko łudząc się, że Kit odsunie się od drzwi, zanim 
ona  tam  dojdzie,  i  wręcz  życząc  sobie,  aby  czytał  w  jej 
myślach. 

 - Mam nadzieję,  że nie jesteś jaroszem - kontynuowała - 

nie  mam  dzisiaj  zbyt  dużo  warzyw  i  owoców,  ponieważ 
zakupy robię zazwyczaj we czwartek, a dzisiaj jest środa, więc 
wybieram  się  po  nie  dopiero  jutro  -  mówiła  chaotycznie,  a 
tymczasem on nie posunął  się  nawet  o centymetr. - Jeśli  byś 
chciał coś specjalnego, to będę się starała... 

Ciepła  ręka  mężczyzny  otoczyła  jej  ramię,  zbijając  ją  z 

tropu i powodując przyspieszenie tętna. 

 - Nie jestem jaroszem -  jego wzrok ślizgał  się  po twarzy 

Kristine, nie napotykając jednak spojrzenia jej oczu. 

 -  No  więc  dobrze  -  powiedziała.  -  Jeśli  nie  masz  nic 

przeciwko, to... Jeśli... 

Co  on,  na  Boga,  robi!  Podniosła  rękę,  aby  go 

powstrzymać, ale Carson już zanurzył dłoń w jej włosach. Cóż 
ona  z  tymi  włosami  zrobiła?  Podziwiał  siłę  woli,  która 
pozwalała  ujarzmić  tak  wspaniałą  grzywę,  ale  to  mu  nie 
odpowiadało. Wysunął spinkę z włosów dziewczyny. 

 -  Mógłbyś  przestać  -  syknęła,  biorąc  od  niego  spinkę  i 

próbując ją wsunąć na miejsce, podczas gdy on już wyjmował 
następną.  Pełna  podniecenia  zapomniała  o  tym  bardzo 
osobistym  wrażeniu,  jakiemu  uległa  podczas  ich  pierwszego 
spotkania,  które  nie  miało  zupełnie  charakteru  rozmowy  na 
tematy profesjonalne. 

 - Przestać? - powtórzył jak echo. 
Połyskliwy  kosmyk  ciemnych  włosów  opadł  swobodnie, 

co  wywołało  uśmiech  na  ustach  Kita.  Dziewczyna  była 
znakomita,  miała  delikatną  twarz  i  piękną,  kształtną  figurę. 
Wyobrażał  sobie,  jak  wspaniale  wyglądałaby  w  jedwabiu  o 
kolorze jej oczu. 

background image

 -  Tak,  przestań  -  powiedziała.  -  Nie  możesz  ot  tak  sobie 

chodzić  i  niszczyć  ludziom  fryzury.  Coraz  więcej 
zmierzwionych  w  nieładzie  włosów  opadało  na  czoło. 
Zdecydowanie przegrywała tę walkę 

na wszystkich frontach. 
 - Fryzury? 
 - Mój kok - powiedziała przez zaciśnięte zęby. 
Ten mężczyzna zdecydowanie był barbarzyńcą. Podniosła 

obie ręce, aby uporządkować nieład, jaki miała na głowie, ale 
szybko przekonała się, że nie było w co wpinać spinek. Kit był 
szybki, stanowczo za szybki. 

 - Paskudny kok - powiedział z figlarnym błyskiem w oku. 

- Piękna Kreestine. 

Westchnęła  i  poczuła,  że  traci  oddech  czując,  jak 

pieszczotliwie gładzi ją po policzku. Przez moment pomyślała, 
że chce ją znowu pocałować. Tymczasem Carson opuścił rękę, 
a ona nie wiedziała, jak się zachować i ukryć oczekiwanie na 
coś, co nie nastąpiło. 

 - Czy jest tu telefon? - zapytał. 
 - Telefon? - spytała zdziwiona, utkwiwszy w nim wzrok i 

ciągle czując ciepło jego dotyku. Grymas wykrzywił jej usta. 

 - Tak, telefon - potwierdził. 
Była zażenowana, a przy tym nieznośnie paliła ją twarz. 
 -  Telefon...  -  powtórzyła  raz  jeszcze,  usiłując  odwrócić 

wzrok  -  tak,  oczywiście,  że  jest,  jest...  Ogarnęła  wzrokiem 
pokój,  gwałtownie  usiłując  sobie  przypomnieć,  gdzie  jest 
telefon. 

 - Jest gdzieś na biurku, tak, oczywiście, że musi tam być - 

głos  Kristine  był  coraz  słabszy,  a  wrodzona  dezorganizacja 
przeszkadzała jej jak jeszcze nigdy do tej pory. Dopiero teraz, 
kiedy  jej  bałaganiarstwo  ukazało  się  w  pełnym  świetle 
człowiekowi, który uosabiał harmonię z siłami wszechświata, 
naprawdę je znienawidziła. 

background image

 - Mogę z niego skorzystać? 
 -  Tak,  jeśli  tylko  go  znajdę  -  dodała  cicho  i  podeszła  do 

biurka,  gdzie  miała  nadzieję  go  znaleźć  gdzieś  pod  stosem 
papierów i książek. Najpierw rzucił się jej w oczy modem, co 
znaczyło,  że  i  aparat  powinien  być  gdzieś  blisko.  Gdzież  u 
licha  położyła  go  po  ostatniej  rozmowie  z  Jenny?  Czasem 
wpychała  go  do  szuflady,  żeby  mieć  na  stole  więcej  miejsca 
do  pracy.  Parę  razy  zostawiała  go  na  podłodze.  Raz  tylko 
włożyła  go  do  metalowego  wiadra  na  śmieci,  ale  rezonujący 
pogłos 

dzwonka 

przekonał 

ją, 

że 

nie 

jest 

to 

najodpowiedniejsze miejsce. 

Carson chodził za nią przerzucając sterty rękopisów, które 

miała posegregować w ciągu całego popołudnia, aż wiedziony 
nieomylnym  instynktem  natknął  się  na  telefon.  Podniósł 
słuchawkę  i  zaczaj  wystukiwać  kolejne  cyfry  na  tym  cudzie 
nowoczesnej  techniki.  Zamiejscowy,  pomyślała.  Kiedy 
skończył, odłożył słuchawkę i spojrzał na nią z lekką ironią. 

 - Uśmiechniesz się, Kreestine? 
Dzwonek 

telefonu 

przerwał 

ciszę. 

Natychmiast 

uświadomiła  sobie,  że  zostawiła  przełącznik  w  pozycji 
„speaker". Albo więc technologia w Nepalu była na wyższym 
poziomie niż sądziła, albo też jej gość spędził trochę czasu w 
nowocześniejszych i lepiej technicznie rozwiniętych rejonach 
Dalekiego Wschodu. A może po prostu Kit w przeciwieństwie 
do  niej  był  zdumiewająco  biegły  w  posługiwaniu  się  cudami 
współczesnej  techniki.  Żałowała,  że  nie  zdążyła  podpatrzeć, 
który  guzik  wcisnął,  ponieważ  od  chwili,  kiedy  zgubiła 
instrukcję obsługi, nie wiedziała, jak ustawić aparat w pozycji 
„speaker". 

 -  Nie  umiem  się  uśmiechać  na  zawołanie  -  odrzekła  w 

odpowiedzi na jego dziwną prośbę. 

 - Może wobec tego później? 
Nie potrafiła się zdobyć na nic ponad krzywy uśmiech. 

background image

 - Dziękuję - powiedział grobowym tonem. 
 - No dobrze, spróbuję za chwilę - zaśmiała się lekko. 
Naprawdę 

nie 

wiedziała, 

co 

począć 

tym 

nieprzeniknionym,  obcym  przybyszem,  który  nie  proszony 
wniósł do jej domu zakazane skarby i promienny uśmiech, a w 
dodatku  wtargnął  w  jej  życie.  Zdecydowana  była  jedynie 
maksymalnie  wykorzystać  go,  a  właściwie  wykorzystać  jego 
bezcenne  skarby.  Wykorzystać  go...  Cóż  za  absurdalna  myśl. 
Byłaby  ostatnią  z  kobiet,  skłonną  coś  sobie  obiecywać  po 
jednym,  może  nawet  zbyt  przyjacielskim  pocałunku. 
Pamiętała,  jak  niegdyś  zostały  ocenione  jej  niepowodzenia 
seksualne, więc dosyć już tego, raz na zawsze dosyć. 

 -  Biuro  Lois  Shepherd  -  głos  dochodził  z  głośnika.  - 

Czym  mogę  służyć?  Kristine  rzuciła  Carsonowi  zdumione 
spojrzenie. 

 - Loeese, proszę - zmarszczył twarz, co jeszcze pogłębiło 

bruzdy, przecinające policzki. 

 - Mogę spytać, kto mówi? 
 - Kautilya Carson. 
 - Proszę poczekać. 
 - Dziękuję. 
Nie,  pomyślała  Kristine  z  powątpiewaniem  mrużąc  oczy. 

To chyba niemożliwe, żeby dzwonił do kustosza największego 
muzeum historii naturalnej na Zachodnim Wybrzeżu. W ciągu 
pięciu  minut  mogła  wypisać  ze  dwadzieścia  muzeów,  które 
błagałyby  o  szanse  otrzymania  tego,  co  przywiózł  z  Tybetu. 
Lois  Shepherd  z  Muzeum  Historii  Naturalnej  w  Los  Angeles 
miała być pierwsza. 

 -  Kit?  -  dało  się  słyszeć  pełen  niedowierzania  kobiecy 

głos. 

 -  Namaste,  Loeese.  -  Podniósł  jedną  z  książek,  które 

zalegały  każdy skrawek  biurka  Kristine,  i  przeczytał  tytuł  na 
grzbiecie. 

background image

 - Kit, udało ci się? 
 - Udało się? - spojrzał na Kristine, unosząc jedną brew, co 

nadało  jego  twarzy  pytający  wyraz.  Lois  Shepherd,  jak  to 
poprzednio określiła Kristine, miała szanse. 

 - Dotarłeś bez problemów? 
 -  Nie,  Loeese,  miałem  ich  mnóstwo  -  odwrócił  się  do 

szafy  z  książkami  i  zaczął  studiować  tytuły.  -  Ale  chyba  się 
tego spodziewałaś. 

 -  Oczywiście,  gdybyśmy  jednak,  ja  i  Thomas,  mieli 

zasadnicze  wątpliwości,  nie  wciągalibyśmy  w  całą  sprawę 
muzeów.  Wiedzieliśmy,  czemu  byłeś  przeciwny,  ale  nie 
traciliśmy nadziei. 

Kto to jest Thomas, zastanawiała się Kristine, i od kiedy to 

Muzeum w Los Angeles brało udział w przedsięwzięciu? Nie 
było  przecież  wymienione  w  żadnych  oficjalnych 
dokumentach,  do  których  miałaby  możliwość  wglądu.  Co 
prawda, o Chatren - Ma też nigdzie nie pisano. Ten człowiek 
musiał  być  kimś  więcej  niż  tylko  odstępcą  wyjętym  spod 
prawa. Był niekwestionowanym mistrzem oszustwa i razem z 
doborowym towarzystwem, z którym współpracował, uciekał 
się  do  najrozmaitszych  sztuczek.  Miała  o  nim  dobrą  opinię 
jako  o  fachowcu  ze  względu  na  badania,  jakie  prowadził, 
prywatnie jednak nadal nie wiedziała, co o nim sądzić. 

 -  Straciłaś  z  oczu  kufry,  Loeese  -  powiedział  i  Kristine 

usłyszała  spokojną,  lecz  krytyczną  nutkę  w  jego  głosie.  - 
Twoje zaniedbanie poważnie skomplikowało sprawy. 

Wziął  jedną  książkę  z  półki  i  odstawił  ją  z  powrotem, 

drugą nadal trzymając w dłoni. 

 - To  nie zaniedbanie, Kit - odpowiedziała Lois, pozornie 

nie zważając na stawiane jej zarzuty. - Oboje wiemy, dlaczego 
nie  mogłam  przyjąć  kufrów.  Jestem  pewna,  że  Thomas  był 
tego samego zdania. A ty je znalazłeś? 

 - Oczywiście. 

background image

 - Oczywiście! Dobre sobie! Zwłaszcza sposób, w jaki... - 

przerwała gwałtownie. - Gdzie teraz jesteś? 

 -  U  Kristine,  w  Colorado.  -  Przeszedł  wzdłuż  regału,  aż 

znalazł  miejsce  na  jedną  z  książek,  którą  trzymał  w  ręku. 
Kristine była szczerze rada dowiadując się, że nie jest jedyną 
osobą, której Carson nigdy nie udziela jasnych odpowiedzi. 

Z tonu głosu Lois można było jednak wnioskować, że nie 

jest ani trochę rada. 

 - Kristine? Kto to jest Kristine? 
 - 

Dziewczyna, 

powiedzmy 

trochę 

mniej 

samowystarczalna niż ty - odpowiedział z wahaniem. - Bardzo 
ładna. 

Zakrywając 

twarz  ręką  Kristine  czuła,  że  tym 

stwierdzeniem  wprawił  ją  w  zakłopotanie.  Właśnie  przed 
chwilą  powiedział  jednemu  z  najbardziej  wpływowych 
kustoszy w Ameryce, że jest ładna - i to wszystko. Nie takiej 
charakterystyki  własnej  osoby  pragnęła  przeglądając  jego 
dzienniki i śniąc swój sen o sławie. 

 - Nigdy nie wiedziałam, że ty... - Lois zaczęła coś mówić, 

ale  zmieniła  zamiar.  -  Zresztą  wszystko  jedno.  Kiedy 
przyjedziesz do Los Angeles? 

Carson wziął kolejną książkę z półki. 
 -  Chcesz  jechać  do  Los  Angeles?  -  zwrócił  się  do 

Kristine. 

Upokorzona  myślą  o  tym,  co  Lois  Shepherd  z  pewnością 

sądzi o niej, Kristine zaprzeczyła, natychmiast uświadamiając 
sobie, że popełnia błąd. 

 -  Kristine  mówi,  że  nie  chce  -  poinformował  Lois.  - 

Zatem  ty  przyjedziesz  tutaj.  Zapanowało  milczenie.  Obie 
kobiety  wydawały  się  jednakowo  zdziwione.  Lecz  Lois 
Shepherd  nikt  nigdy  nie  wydawał  poleceń  -  nikt z  wyjątkiem 
Kita Carsona. 

background image

 - No tak, więc to nie jest bez znaczenia - powiedziała Lois 

w zamyśleniu, zmieniając ton na służbowy. - Mogę przyjechać 
w poniedziałek. Nie będzie za późno? 

 - Nie. 
 -  No  to  do  zobaczenia  w  poniedziałek.  Gdzie  dokładnie 

mam się stawić? 

Podał  jej  adres, odwiesił  słuchawkę,  a  następnie  wykręcił 

znowu kilka cyfr z pamięci. 

 -  Czy  mogę  zjeść  tutaj,  Kristine?  -  spytał,  patrząc  na  nią 

uważnie.  -  Mamy  dużo  roboty  do  poniedziałku  i  chciałbym 
zacząć od zaraz. 

Oczywiście, pomyślała. Nic już jej nie mogło zdziwić. 
 - Biuro Thomasa Steina - odezwał się z głośnika kobiecy 

głos. - Czym mogę służyć? Thomas Stein, pomyślała Kristine. 
Ten Thomas Stein? 

 - Ja... nie mam zamiaru jechać do Chicago - zwróciła się 

do Kita, chcąc zaoszczędzić sobie dalszych pytań i nerwów. 

Odwróciła się na pięcie i poszła do kuchni. 

background image

Rozdział 4 
Podczas  czwartkowych  zakupów  Kristine  spostrzegła,  że 

Carson wprawia wszystkich w zakłopotanie. Na pierwszy rzut 
oka  przypominał  wyglądem  kogoś  z  lat  sześćdziesiątych,  ale 
ściągał na siebie dalsze spojrzenia i wtedy w ludziach budziły 
się  wątpliwości.  Jego  schludność  i  zachowanie  świadczyły  o 
tym,  że  nie  był  jedną  z  tych  zbłąkanych,  poszukujących  i 
pacyfistycznych  duszyczek.  Przypominał  bardziej  wojownika 
niż  świętego,  chociaż  Kristine,  ku  swemu  zdziwieniu, 
odkrywała  w  nim  również  takie  cechy.  Bogate  bransolety, 
jakie  nosił  na  ramieniu,  kontrastowały  z  prostym,  surowym 
obuwiem,  które,  jak  zauważyła,  stało  się  szczególnym 
obiektem  zainteresowania.  Zwłaszcza  kobiety  lustrowały  go 
od stóp do głów. 

Do  pierwszego  nieporozumienia  doszło  w  dziale 

przemysłowym  sklepu.  Dwie  kobiety  zagapiły  się  na  Kita  i 
zderzyły  wózkami.  Jedna  z  nich  miała  dzieciaka  przypiętego 
do  siedzenia  na  przodzie  wózka,  i  Kristine  zauważyła,  że 
malca to ubawiło. 

 - Mama, zrób bang, bang, jeszcze bang, bang, proszę... 
Zaaferowana  matka  uspokoiła  chłopca  całując  go  w 

policzek, a jej twarz oblała się rumieńcem. 

 -  Nie  ma  więcej  bang,  bang,  bardzo  przepraszam  - 

zwróciła  się  do  drugiej  matki,  która  też  sprawiała  wrażenie, 
jakby jeszcze bujała w obłokach. - Bardzo przepraszam. 

 -  O,  tak,  oczywiście,  mnie  też  jest  przykro  - 

odpowiedziała  tamta.  Ich  oczy  na  moment  spotkały  się,  a 
następnie obie jednocześnie odwróciły głowy i znów spojrzały 
na Kita. 

Kristine  zaczęło  to  denerwować,  czyżby  ona  już  się 

zupełnie  nie  liczyła?  Był  bez  wątpienia  przystojny  i 
intrygująco egzotyczny, ale to w końcu tylko mężczyzna. 

background image

Kobiety  spojrzały  jeszcze  raz  na  siebie,  zaniosły  się 

śmiechem i poszły każda w swoją stronę. 

Kristine  odwróciła  się  do  stoiska  z  bananami  i  już  miała 

włożyć  kiść  owoców  do  wózka,  gdy  zauważyła,  że  kilka 
kilogramów bananów leży już na jego dnie. 

 - Nikt, ale to nikt nie jest w stanie zjeść tego wszystkiego. 
 - Lubię je - powiedział Kit i podszedł do łady z melonami. 
Ocenił  ciężar  owoców,  a  następnie  ich  świeżość.  Kristine 

zgodziła się na dwa, a on wziął cztery. Ze spokojem odłożyła 
więc kilogram bananów i dwa melony na półkę, a Kit równie 
spokojnie włożył owoce ponownie do wózka. 

 - Lubię je - powtórzył. 
Sugerowała,  aby  został  w  domu,  kiedy  ona  pójdzie  na 

zakupy.  Gdyby  przypuszczała,  jaką  wielką  sensację  sobą 
wzbudzi  i  ile  z  nim  będzie  kłopotów,  sprzeciwiłaby  się 
bardziej  zdecydowanie  jego  woli.  Od  razu  jednak  wiedziała, 
że  trudno  byłoby  go  przekonać,  skoro  z  jakichś  powodów 
bardzo  chciał  jej  towarzyszyć.  Mruknęła  wprawdzie  coś  o 
tybetańskich bandytach, którzy nieczęsto pojawiają się akurat 
tu, w Colorado, ale Kit tylko się uśmiechnął i poszedł za nią 
do samochodu. 

Drugie  nieporozumienie  miało  miejsce  dopiero  w  dziale 

kosmetyków,  a  to  tylko  dlatego,  że  przy  zakupie  mięsa 
Kristine  nie  podejmowała  żadnych  dyskusji.  Ten  człowiek  z 
pewnością nie był jaroszem. 

 -  Chyba  jedna  ci  wystarczy  -  powiedziała  teraz,  widząc, 

że Kit wkłada do wózka całe pęczki szczotek do zębów. 

 - Trudno je dostać - stwierdził krótko. 
 - Nie w Ameryce. 
Skinął  głową,  jakby  rozważając  prawdziwość  jej 

stwierdzenia,  a  następnie  powoli  dołożył  kolejne  szczoteczki 
do zębów. 

 - To rytuał mojego pierwszego ojca - skomentował. 

background image

 - Pierwszego ojca? 
 -  Zanim  Shang  Phala  zabrał  mnie  do  mnichów.  Aha, 

pomyślała, jego pierwszy ojciec przed mnichami. 

Kristine  nie  potrafiłaby  rozwiązać  zagadki,  jaką  dla  niej 

stanowił,  nawet  za  całe  złoto  Chin.  Pracując  z  nim  przez 
kilkanaście  godzin  utwierdziła  się  w  przekonaniu,  że 
dorównuje  jej  wiedzą.  Kiedy  jednak  przyszło  mu  żyć  w 
amerykańskich  warunkach,  z  dala  od  rodzimej  kultury  i  jej 
duchowości,  czuł  się  zagubiony.  Praktycznie  najlepszym,  ale 
jednocześnie  trochę  niegrzecznym  rozwiązaniem  byłoby 
poprosić go o odpowiedź na dziesiątki pytań, które cisnęły się 
jej na usta. Praktyczność jednak nie była jej mocną stroną. Nie 
potrafiła też być obcesowa. Poza tym poznając szczegóły jego 
prywatnego  życia  mogłaby  doprowadzić  do  zbytniej 
poufałości,  a  tego  by  sobie  nie  życzyła.  Poufałość.  Na  litość 
boską, przecież oni już mieszkali razem! Nie zapytała więc o 
nic,  a  tylko  dołożyła  jeszcze  jedną  pastę  do  zębów. 
Rozwiązanie zagadki Kita Carsona najlepiej byłoby powierzyć 
Jenny.  Jenny  dowiodła  już  nie  raz,  że  można  ją  darzyć 
najwyższym  zaufaniem.  I  w  tym  wypadku  mogłoby  to  być 
tylko korzystne, myślała Kristine. Im szybciej dowie się o nim 
wszystkiego, tym lepiej dla niej. 

Kit  zauważył  uśmiech  na  ustach  dziewczyny  i  błysk 

ciekawości zapalający się w jej oczach jak ognik Muktinath i 
zaśmiał się do siebie. Nie trzeba było specjalnego wysiłku, by 
odgadnąć,  o  czym  myśli  Kristine,  ponieważ  odbijało  się  to 
natychmiast  na  jej twarzy.  Polegał  na  jej  inteligencji,  grał  na 
ambicjach, licząc na to, że jej odwaga zaprowadzi go daleko. 
Rozumiała  ryzyko  i  konsekwencje  gry,  w  którą  dała  się 
wciągnąć,  a  on  chciał  pozwolić  jej  ustalić  własne  reguły  tej 
gry  i  respektować  je  dopóty,  dopóki  nie  kłóciłyby  się  z  jego 
własnymi zasadami. 

Trzeci i ostatni konflikt miał miejsce przy kasie. 

background image

 - Nie - szepnęła przez zaciśnięte zęby. 
 - Pomóż mi, proszę - odrzekł licząc bransoletki. - Ile? 
 - Nic, zero. 
Brzęk  zdejmowanych  bransoletek  wwiercał  się  w  mózg  i 

zanim  zorientowała  się,  co  robi,  chwyciła  go  za  ramię  i 
natychmiast wyrwała rękę czując, jak palce pieką ją od ciepła 
jego skóry. Znając chwiejność swoich reakcji emocjonalnych, 
solennie  przyrzekła  sobie  nie  stwarzać  sytuacji,  dających 
możliwość jakiegokolwiek fizycznego kontaktu. 

 -  Nie  przyjmą  tu  twoich  bransoletek  zamiast  pieniędzy  - 

powiedziała akcentując każde słowo. - Zostaw je, proszę. 

Carson  miał  pieniądze,  wiedziała  o  tym,  rozmaite 

pieniądze, lecz żadne z nich nie były środkiem płatniczym w 
Stanach.  Kiedy  wyciągnął  je  i  rozłożył  na  kuchennym  stole, 
zobaczyła  wszystko:  juany,  trzy  rodzaje  rupii,  bakty.  Nie 
mogła wyjść z podziwu, jakim sposobem przywiózł tyle tego 
szmalu do kraju. 

Boże,  miała  nadzieję,  że  to  przedsięwzięcie  z  Chatren  - 

Ma uda się jej bez posądzenia, że wykorzystała „inne talenty" 
Kita, jak to ładnie określił profesor Chambers. 

Wypisała czek i podała go kasjerowi. 
 -  To  on  woli  papier  niż  złoto?  -  Kit  precyzyjnie 

sformułował swoje wątpliwości. 

 -  To  jest  czek,  czyli  zapewnienie  z  mojego  banku,  że 

pieniądze  zostaną  przelane  na  konto  sklepu  -  tłumaczyła 
półgłosem,  nie  chcąc  zwracać  niczyjej  uwagi.  W  odpowiedzi 
usłyszała gromki wybuch śmiechu i tym samym usiłowania jej 
poszły  na  marne.  Wszystkie  głowy  obróciły  się  w  jednym 
kierunku  i  znowu  człowiek  z  warkoczem  i  ciężkimi 
bransoletami  znalazł  się  w  centrum  uwagi.  Kristine 
uśmiechnęła  się  słabo  do  kasjera  zastanawiając  się,  czy  Kit 
Carson słyszał kiedykolwiek, co to jest  dyskrecja, a jeśli tak, 
to czy wie, jak się ją zachowuje. 

background image

Dobrze, pomyślała Kristine kilka godzin później, jak dotąd 

wcale  nie  jest  źle.  On  ma  swoje  równiutko  poukładane  stosy 
papierów  tam,  ona  swoje  tutaj,  a  do  kolacji  zostało  jeszcze, 
Bogu  dzięki,  kilka  minut.  Nie  mieściło  jej  się  w  głowie,  jak 
można  być  mężczyzną,  nosić  sobie  nie  wiedzieć  jak  długi 
warkocz,  obwieszać  się  złotem  niczym  Tutenchamon,  a 
jednocześnie być tak perfekcyjnie pedantycznym. Zachowując 
żelazną  dyscyplinę  wewnętrzną,  okazywał  całkowity 
zewnętrzny  luz,  który  manifestował  się  tak  w  szerokim 
uśmiechu,  jak  kółeczkami  przy  butach.  Te  jego  uśmiechy 
miały  w  sobie  więcej  ostrości  niż  łagodności,  ale  sprawiał 
wrażenie, że ta ostrość powoli znika. 

 - Muszę dołączyć fragmenty dzienników z lutego i marca 

do  katalogu  świątyń  lamajskich  -  powiedział  podchodząc  do 
tego kąta pokoju, w którym pracowała Kristine, i zwalając się 
ciężko na podłogę tuż obok miejsca, gdzie rozłożyła cały swój 
kram. 

 - Sprawdź to i to. 
Wygrzebała 

dwa 

oprawione 

tomy 

spod 

nie 

uporządkowanej sterty i wręczyła je Carsonowi wzdychając z 
ulgą. Już kilkakrotnie musiała gramolić się na czworakach po 
podłodze, aby spełnić jego prośby. 

 -  Dziękuję,  Kreestine.  -  Uśmiechnął  się  i  znowu  poczuła 

się  jak  zahipnotyzowana.  -  Czy  ty  też  masz  ten  katalog?  - 
spytał. 

 -  Tak,  tak,  mam...  -  odwróciła  od  niego  wzrok  i 

przeszukała  stosy  kartek  i  folderów.  Był  zbyt  blisko,  aby 
potrafiła  się  na  czymkolwiek  skupić,  jego  ramiona  prawie 
ocierały  się  o  nią,  a  udo  dotykało  ręki.  Niemal  czuła  jego 
oddech. 

 -  Skończyłam  uzupełniać  dane  z  kwietnia  i  właśnie 

miałam się zabrać do majowych, ale nie mogłam ich znaleźć, 
więc odłożyłam katalog. 

background image

 -  Nie  martw  się  majem,  ponieważ  nie  mam  dziennika  z 

tego miesiąca - podniósł się lekko i z wolna wrócił na swoją 
stronę gabinetu, całkowicie pochłonięty notatkami. 

Kristine ciągle zastanawiała się, co  ją  w nim tak pociąga. 

Znała  wielu  rozmaitych  mężczyzn.  Pracowała  z  nimi,  uczyła 
ich,  czasami  oblewała  na  egzaminach  bez  mrugnięcia  okiem, 
ale  nigdy  nie  spotkała  nikogo  takiego  jak  Kit  Carson.  To  nie 
było  powierzchowne  odczucie, to  było  więcej  niż  pocałunek, 
który  zresztą  wyróżniał  go.  spośród  pozostałych.  Nikt  nigdy 
nie sprawił, że po jednym pocałunku drżała jak osika. 

Westchnąwszy  lekko,  powróciła  do  pracy.  Kilka  minut 

zeszło  jej  na  porządkowaniu  biurka.  Zdecydowała  się 
podgrzać wystygłą już kawę, podeszła więc do imbryka, który 
trzymała  zawsze  w  gabinecie.  Zdążyła  też  zatemperować 
ołówki,  przejrzeć  poranną  pocztę  i  położyć  rachunek  w 
przegródce „pilne". 

Zaczęła  sobie  przypominać,  na  czym  się  zatrzymała, 

zanim  jej  przerwał.  Aha,  maj.  Szukała  majowych  notatek, 
które, jak się dowiedziała, nie istniały. 

 - Ale dlaczego? - zastanawiała się głośno. 
Na to pytanie, które zadała sobie, odpowiedział Kit. 
 -  Robienie  zapisków  z  tego,  gdzie  byłem  i  co  robiłem  w 

maju, wydawało się nierozsądne, ale nic się nie martw. Mam 
informacje,  które  ci  obiecałem,  i  brak  dzienników  z  tego 
okresu nie wpłynie na jakość publikacji. 

Prawie ją zatkało. Ten człowiek miał niesamowitą pamięć 

albo  posiadał  zdolności  telepatyczne,  co  wydawało  się 
bardziej prawdopodobne. 

W maju oczywiście był w Chatren - Ma i ona również nie 

chciała, aby sporządzone tam notatki wpadły w niepożądane, a 
nawet  i  odpowiednie  ręce.  Cały  czas  czuła  się  oszukana  i 
wykluczona  z  najatrakcyjniejszej  części  całej  tej  historii. 
Napotkała wprawdzie niejasne wzmianki o klasztorze jeszcze 

background image

w  czasie  stadiów,  kilka  też  razy  spotkała  się  z  niewyraźnymi 
poszeptywaniami  na  zasadzie  „jedna  pani  drogiej  pani".  To 
wszystko  były  nieistotne  bajki,  ale  mieć  wiadomości  z 
pierwszej  ręki  od  kogoś  ze  zdolnością  zapamiętywania 
najdrobniejszych  szczegółów  byłoby  wspaniałe.  To  było 
właśnie  dokładnie  to,  co  Kit  jej  obiecał,  wiadomości  z 
pierwszej ręki, z którymi może zrobić co chce za cenę trzech 
posiłków dziennie i miejsce do spania. Co więcej, upierał się, 
że zwróci wszystkie koszty, jakie poniosła na jego utrzymanie, 
kiedy tylko zdoła wymienić część tego, co posiadał, na legalne 
środki płatnicze. Zdarzyło się jej już dobić gorszych transakcji 
w życiu. 

Po  obiedzie  Kit  przestraszył  ją  znowu,  tym  razem  w 

zupełnie inny sposób. Zaraz po zachodzie słońca zerwał się z 
krzesła  i  wymknął  na  zewnątrz?  Gdyby  go  nie  zobaczyła,  z 
pewnością  również by go  nie usłyszała. Nawet  srebrne kółka 
przy  butach  nie  wydawały  charakterystycznego  dźwięku,  a 
może  już  przyzwyczaiła  się  do  tego  lekkiego  pobrzękiwania. 
Zniknął  po  drugiej  stronie  szklanych  drzwi  w  sposób  zaiste 
trudny  do  wyjaśnienia.  Patrzyła  przez  chwilę,  aż  wreszcie 
poszła  za  nim.  Na  dworze  było  ciemno,  tak  jak  na  moment 
przed wschodem księżyca, ale światło bijące od drzwi i okien 
domu  rzucało  łagodny  blask  na  drewniany  taras.  Obchodząc 
taras Kristine boleśnie otarła kolano o ławeczkę. Zaklęła cicho 
i przesunęła się dalej. 

 - Też to czujesz? - usłyszała głos Kita. 
Zatrzymując  się  na  dźwięk  jego  głosu,  już  miała 

odpowiedzieć, kiedy zorientowała się, że mówi nie do niej. To 
Mancos przybiegł do kępy osik, rosnących wzdłuż podjazdu i 
jego ciche powarkiwanie zamieniło się w skomlenie. 

Co  czuje?  -  zastanawiała  się.  Nie  czuła  niczego  poza 

bolącym  kolanem  i  odrobiną  niepokoju,  spowodowanego 
nagłym zniknięciem Kita. 

background image

 -  Musimy  być  ostrożni,  co?  -  doszedł  ją  jego  głos,  a 

niepokój się nasilił. Ten człowiek nie był głupi, co udowadniał 
jej skutecznie przez cały dzień, i jeśli zamierzał być ostrożny, 
to  ona  chyba  też  powinna.  Zachować  ostrożność?  Z  jakiego 
powodu? 

 -  Turek  jest  szybki  -  powiedział  jakby  odgadując  jej 

milczące  pytanie  -  szczególnie,  kiedy  działa  sam,  i  jeśli  tu 
przyjedzie, musimy być szybsi, Mancos. 

Te  słowa  brzmiały  jak  lekcja,  Kristine  z  trudem  jednak 

uświadamiała  sobie  ich  znaczenie.  Gdyby  mówił  o 
międzynarodowych  gangach  handlarzy  i  złodziei  antyków 
albo o kimś w garniturze i krawacie, kto trudni się przemytem 
staroci,  byłoby  to  bardziej  oczywiste,  ale  mieć  się  na 
baczności  z  powodu  jakiegoś  bandyty  z  Trzeciego  Świata?! 
Wiele  czytała  na  temat  tego  typu  ludzi  i  w  „National 
Geographic"  i  w  pismach  fachowych.  Opisywano  ich  jako 
przeważnie  biednych  i  niewykształconych  miejscowych, 
pracujących dla stojących znacznie wyżej mocodawców. Kim 
był  Turek,  nie  wiedziała  dokładnie,  może  sam  był  jakimś 
mocodawcą. W każdym razie doszła do wniosku, że skoro Kit 
może  mieć  kłopoty,  projekt  powinien  przejąć  ktoś,  kto  stoi 
mocno na ziemi, i że ona sama się do tego zadania nadaje. 

Wślizgnęła się z tarasu do domu, zanim zdążył zauważyć, 

że była świadkiem jego rozmowy z psem. Jej też zdarzało się 
przemawiać  do  Mancosa,  ale  dotyczyło  to  głównie  jedzenia. 
Nigdy  nie  uważała  go  za  swego  powiernika,  a  ponadto  za 
bardzo się ślinił, aby go traktować jak przytulankę. Kit w tej 
roli  mógłby  być  znakomity.  Oj,  Kristine,  dorośnij  wreszcie, 
pomyślała  zirytowana  biegiem  myśli,  spowodowanych  przez 
jeden pocałunek. 

Kit poczekał, aż zniknie, zanim powiedział psu o ostatnim 

niebezpieczeństwie.  Wiedział,  że  Kristine  wyszła  za  nim,  i 
byłby zawiedziony, gdyby tego nie zrobiła. Znaczyłoby to, że 

background image

źle ją ocenił, a na mylne oceny w żadnej dziedzinie nie mógł 
sobie  teraz  pozwolić. Nie  chciał  jej  przestraszyć  ani sprawić, 
aby  nie  spała  po  nocach.  Chciał,  by  była  wypoczęta  i  pełna 
entuzjazmu.  Była  w  niej  intrygująca  go  mieszanina  pewności 
siebie  i  wątpliwości.  Zauważył  jej  przerażenie,  gdy 
kilkakrotnie  nie  mógł  znaleźć  notatek,  szybko  jednak  się 
zorientował, że Kristine nigdy niczego nie odkłada na miejsce. 
Wiedział, że kiedy zbliża się do niej, jest zdenerwowana, ale 
czuł też, że dzięki temu włącza w grę wszystkie swoje zmysły, 
że narasta w niej pragnienie i jest tylko kwestią czasu, kiedy to 
ostatecznie  zrozumie.  Wychowany  w  twardej  dyscyplinie 
klasztoru,  odczuwał  jej  sposób  bycia  jako  fascynujące 
wyzwanie, któremu ma sprostać. Zastanawiał się, czy przez jej 
roztargnienie  nie  straci  przypadkiem  któregoś  ze  swoich 
cennych dzienników, za które już ryzykował życiem. 

Lubił  na  nią  patrzeć,  obserwować,  jak  pracuje,  jak  myśli, 

przyglądać się niesfornym włosom, które starała się odgarnąć 
za uszy. Wiele razy miał ochotę zrobić to za nią nie dlatego, 
że  mu  to  przeszkadzało,  ale  by  mieć  okazję  jej  dotknąć. 
Pragnął  jej  dotykać.  Prawdę  mówiąc  ta  myśl  nie  dawała  mu 
spokoju od chwili, kiedy ją pocałował. Nie mógł  się  opędzić 
od zmysłowego odczucia gładkości jej skóry i miękkości ust. 
Burza ciemnych włosów aż prosiła się o to, by rozpostarł je na 
poduszce  lub  oplatał  wokół  dłoni,  którą  przytulałby  Kristine. 
Wiedział,  że  nazywano  go  barbarzyńcą,  ale  tylko  ta 
dziewczyna z fiołkowymi oczami sprawiała, że sam zaczął się 
za  takiego  uważać.  Zawsze  dotąd  miał  się  za  człowieka 
bardziej cywilizowanego niż ci, co tak o nim mówili. Sprawiły 
to lata kontemplacji, godziny, często całe dnie medytacji nad 
rzeczami trudnymi do wyrażenia. Ale teraz... tej nocy chciał ją 
mieć  na  własność.  Wyglądała  na  nietkniętą,  chociaż  znając 
kulturę Zachodu wiedział, że to prawie niemożliwe. Wiedział 

background image

też  instynktownie,  że  nie  będzie  jej  miał  tej  nocy.  Zajął  się 
znowu psem, który drapał się za uchem. 

 - Bądź zawsze koło niej, Mancos, pilnuj jej dobrze, a jeśli 

by potrzebowała pomocy, daj mi znać. Zrobisz to? 

Pies  odpowiedział  serią  dziwnych  pomruków,  co 

przywołało uśmiech na twarz Kita. 

 - Dobry pies, dobry. 
Kristine podniosła się. Cóż oni tam robią na dworze, chcą 

pobudzić  wszystkich  dokoła,  czy  co?  W  pośpiechu 
przewróciła filiżankę z kawą, cudem ratując od zalania jeden z 
rękopisów.  Rzuciła  kilka  chusteczek  z  ligniny  na  ziemię  i 
odwróciła się w stronę drzwi, kiedy zadzwonił telefon. Przez 
chwilę  zastanawiała  się,  czy  odebrać,  ale  wreszcie  ciekawość 
zwyciężyła. 

 - Słucham - powiedziała do słuchawki. 
 - Kris, mówi John - głos rozległ się po pokoju, a Kristine 

zastanawiała  się  gorączkowo,  który  guzik  wcisnąć,  aby 
wyłączyć głośnik. Nie miała wątpliwości, z kim rozmawia, ale 
chciała być niegrzeczna. 

 - Jaki John? - zapytała obcesowo. 
 - Garraty. 
Miała  kilka  guzików  do  wyboru,  wcisnęła  jeden  z  nich  i 

połączenie zostało przerwane. Było to jakieś rozwiązanie, ale 
wiedziała, że nie na długo. Telefon zadzwonił ponownie. 

 - Słucham. 
 - No, dobra, postawiłaś na swoim. 
 -  Nie  potrzebuję  stawiać  na  swoim,  doktorze  Garraty,  ja 

właśnie... 

Wcisnęła kolejny guzik i w słuchawce zapadła błoga cisza. 

Po chwili usłyszała kolejny dzwonek, wiedziała, że to on, nie 
mógł być nikt inny. A jednak, może to być matka, siostra. Nie 
rozmawiała z Sarah cały tydzień. 

 - Słucham. 

background image

 -  Do  cholery,  Kris,  jeśli  jeszcze  raz  odłożysz  słuchawkę, 

zaraz tam przyjadę. To oczywiście był on. 

 - Nie odłożyłam słuchawki - powiedziała. - Mam kłopoty 

z  telefonem.  Problem  z  telefonem  musiał  przestać  istnieć 
wobec groźby przyjazdu Johna. 

 - Nie wygłupiaj się, nie masz żadnych problemów, założę 

się. 

Był taki przystojny, inteligentny, pomyślała z goryczą, i na 

tyle sprytny, aby ją rzucić i prawie skłócić całą jej rodzinę. Co 
gorsza, zostawił ją dla jej kuzynki, która zaszła w ciążę, kiedy 
oni  jeszcze  byli  zaręczeni.  Tego  roku  tyle  się  wydarzyło,  że 
rodzina  była  już  wykończona.  Ona  sama  musiała  na  dodatek 
znosić jego obecność wraz z potomstwem na Boże Narodzenie 
i  4  Lipca.  Nie  miała  ochoty  na  kontakty  z  nim  we  własnym 
domu, nawet przez telefon. 

 - Czego chcesz? - spytała, a zabrzmiało to jak warknięcie. 
 - Dzwonię, żeby się dowiedzieć, co słychać. 
Był  taki  zapobiegliwy,  taki...,  zamyśliła  się  utkwiwszy 

wzrok  w  telefonie.  Zapobiegliwy  na  tyle,  by  upokorzyć  ją  i 
obniżyć  jej  autorytet  jako  przyszłego  docenta  na 
Uniwersytecie  Stanu  Colorado.  W  poczuciu  urażonej  dumy 
zrezygnowała  wtedy  i  od  tej  pory  przyszło  jej  walczyć  o 
odzyskanie utraconej pozycji. 

 - Wszystko w porządku - powiedziała. - Co u Lisy? 
To był cios poniżej pasa, czepianie się. Poprzysięgła sobie, 

że więcej tego nie zrobi. 

 -  Wszyscy  czują  się  świetnie.  Nie  mogę  doczekać  się 

pikniku  z  okazji  4  Lipca.  Lisa  ma  nowy  przepis  na  sałatkę 
ziemniaczaną. Palce lizać. 

 -  Z  pewnością  -  odpowiedziała  Kristine  z  możliwie 

najmniejszą dozą złośliwości w głosie. 

John był taki dumny z sałatek Lisy. Mógł mieć tyle innych 

wspaniałych  rzeczy,  ale  zadowolił  się  sałatką  ziemniaczaną  i 

background image

seksem,  jeżeli  dwójka  dzieci  w ciągu  czterech lat i  trzecie  w 
drodze były dowodem udanego współżycia. 

 - Ależ nie dzwonię, aby rozmawiać o jedzeniu - przyznał 

nareszcie. 

 -  Dziękuję.  -  Tym  razem  nie  odmówiła  sobie  szczypty 

sarkazmu. 

 - Zadzwoniłem, żeby porozmawiać o Carsonie. Udawanie 

głupiej nie przychodziło jej łatwo, ale zmusiła się. 

 - Co za Carson? 
 - Kit Carson. Wiem, że jest gdzieś w Colorado, i czy nie 

uważasz,  że  powinnaś  złapać  z  nim  kontakt?  No,  no, 
pomyślała,  proszę.  John  Garraty  stracił  dolara  na  telefon  i 
spóźnił się o jeden dzień. 

 -  Najlepszą  rzeczą,  jaką  możesz  zrobić,  to  wycofać  się  z 

tego  całego  projektu  badawczego  -  ciągnął.  -  Chętnie 
porozmawiam  z  Chambersem,  aby  przenieść  kontrakt  do 
Boulder. Powinniśmy być przygotowani na najgorsze. Carson 
jest  groźny,  Kris,  więc  nie  bądź  głupia.  Nie  nazywają  go 
banitą bez powodu. 

 -  Hmm  -  mruknęła  nie  mogąc  znaleźć  stosownej 

odpowiedzi. John ani się spodziewał, jak bliski był prawdy. 

 - Ten facet balansuje na linie. Trudno powiedzieć, czy to 

badacz,  czy  rabuś.  W  każdym  razie  na  tych  swoich 
poszukiwaniach zdążył zedrzeć nie jedne zelówki. Kto wie, co 
on naprawdę zamierza, co naprawdę wie. 

 - Ostrożnie, doktorze Garraty, pańskie ambicje zaczynają 

przerastać obawy - odparowała. 

 - Chińczycy mają powód do wściekłości. 
 -  Doszły  mnie  takie  pogłoski  -  przyznała  opadając  na 

obrotowe krzesło. 

 - Pogłoski..., mnie nie obchodzą pogłoski - głos Johna stał 

się ostry, mniej pojednawczy. - Mnie interesują fakty. 

 - Jakie fakty, Kreestine? 

background image

Podskoczyła  jak  oparzona.  Od  jak  dawna  Kit  stał  w 

drzwiach? 

 - Kto to? - spytał John zbity z tropu. Co usłyszał, myślała, 

patrząc na Carsona. 

 - Kris? 
 -  Co?  -  nadal  wpatrywała  się  w  Kita,  szukając 

wytłumaczenia dla tej rozmowy. 

 - Czy jest ktoś u ciebie? 
Ujawnienie  prawdy  było  jedynym  wyjściem  z  sytuacji. 

Kristine zaczerpnęła oddechu i powiedziała: 

 - John, chciałabym, abyś poznał Kita Carsona. 
Jak  można  było  przewidzieć,  John  nie  wydawał  się  ani 

trochę zakłopotany. Wręcz przeciwnie. 

 -  Mówi  John  Garraty,  specjalista  od  spraw  Środkowego 

Wschodu  Uniwersytetu  Stanu  Colorado  -  zaczął  pewnie.  - 
Ostatnio dużo o tobie słyszeliśmy. 

 - Tak, trochę - odpowiedział Kit, nie do końca pewny, co 

myśleć o tej rozmowie, której fragment podsłuchał.  

Nie  obchodziły  go  opinie  na  temat  jego  własnej  osoby  - 

zdarzało  mu  się  słyszeć  gorsze.  Ton  głosu  Kristine  kazał  mu 
jednak  sądzić,  że  tych  dwoje  łączyło  coś  więcej  niż  tylko 
zawodowa współpraca. 

 - Wiesz - kontynuował John podejmując przerwany wątek 

-  sporo  podróżowałem  po  znajomych  ci  okolicach  i  dalej  na 
Wschód.  Kierowałem  ekspedycją  do  Petry  i  pracowałem  z 
kilkoma  osobami  z  Karaczi.  -  Rzucił  dwa  sławne  nazwiska, 
ale nie wywołało to żadnego efektu. 

 - Tego nie wiedziałem - odparł Kit widząc, że Kristine się 

czerwieni. 

Ignorując  tę  lakoniczną  i,  jego  zdaniem,  mało  znaczącą 

odpowiedź, John opowiadał dalej: 

background image

 - Prawdę mówiąc, planowaliśmy z Kristine wycieczkę do 

Nepalu. Mieliśmy nadzieję, że dotrzemy do Tybetu, ale wiesz, 
jakie to niebezpieczne... 

 -  Tak,  to  wiem  bardzo  dobrze...  Na  kiedy  planowałaś  tę 

wycieczkę, bahini? 

Kiedy  ją  o  to  pytał,  Kristine  zauważyła,  jak  zwężają  mu 

się  oczy.  Nie  rozumiała  tego  wyrazu,  ale  -  wypowiedziany 
jego  głębokim,  dźwięcznym  głosem  -  zabrzmiał  niepokojąco 
jak  pieszczota.  Nie  przywróciło  jej  to  równowagi,  z  jakiej 
wytrącił ją telefon Johna. Wycieczka do Nepalu miała być ich 
podróżą  poślubną. Nie  doszła do skutku, bo John wyjechał z 
Lisą  na  Hawaje.  I  on  miał  jeszcze  czelność  teraz  jej  o  tym 
przypominać. 

Kit  wyczuwał  narastające  napięcie  i  nagle  pojął,  że  John 

Garraty musiał kiedyś ją zranić. Własna reakcja na to odkrycie 
zdumiała  go.  Był  do  głębi  poruszony.  Wiedział,  jak  sobie 
radzić  z  uczuciem  gniewu.  W  klasztorze  nauczył  się  go 
odrzucać  jako  drogę  zła,  poza  klasztorem  zaś  pozwalał  sobie 
na gniew tylko wtedy, gdy szło o życie. A tu wchodziła w grę 
zazdrość. Jeszcze dzień czy nawet godzinę temu nie sądził, że 
jest zdolny do tak niskiego uczucia. Niełatwo mu się było do 
tego przyznać. 

 - To było dawno temu - powiedziała Kristine przerywając 

ciszę, która zdawała się nie mieć końca i zastanawiając się, co 
sprawiło, że oczy Kita pociemniały. 

 -  Widocznie  nie  dość  dawno,  bahini  -  jego  głos  był 

napięty. 

Ukłonił  się  złożywszy  dłonie,  bransoletki  cichutko 

zabrzęczały i Carson wyszedł z pokoju. 

 -  Wszyscy  w  Boulder  jesteśmy  zainteresowani  pańskim 

ostatnim projektem - powiedział John niepomny nieobecności 
swego rozmówcy - i możemy panu zaoferować... 

 - Jego tu nie ma, John - przerwała Kristine. - Wyszedł. 

background image

 - Gdzie? 
 -  Chyba  do  łóżka  -  powiedziała  bezmyślnie,  ale  John 

wiedział, co to znaczy. 

 - Do cholery, Kris, co ty sobie... 
Wcisnęła  jeden  guzik,  potem  drugi,  trzeci,  aż  w  końcu 

wyrwała telefon z gniazdka i osunąwszy się na krzesło dopiła 
kawę, patrząc na drzwi. 

Ostrzegano  ją  trzykrotnie:  najpierw  Chambers,  potem 

Jenny, a teraz John. Ale nie. Nie zamierza się wycofać, nawet 
gdyby odciągano ją wołami. 

background image

Rozdział 5 
Kristine  ponownie  wbiła  nóż  w  pieczonego  kurczaka 

ułożonego na półmisku. Jej trud 

 poszedł  na  marne,  ponieważ  Kit  nie  pojawił  się  na 

śniadaniu ani na obiedzie i nic nie zapowiadało, że przyjdzie 
na  kolację.  Kurczak  był  zimny,  groszek  wysechł,  a  ciasto 
zrobiło  się  twarde  jak  kamień.  Zdecydowanie  nie  powinna 
była  zawracać  sobie  głowy.  Bóg  jeden  wie,  dlaczego  to 
wszystko przygotowała - przecież nigdy nikogo nie zadziwiła 
swoimi zdolnościami kulinarnymi. 

Cóż on tam może robić w tym pokoju, zaczyna obrzędowy 

post,  czy co?  Wyjrzała  przez  okno  na  odizolowany  od  domu 
garaż. Wieczorny wietrzyk łagodnie poruszał gałęziami sosen, 
strząsając  złote  pyłki,  mieniące  się  w  blasku  zachodzącego 
słońca i falujące w powietrzu. 

W końcu mogła do niego zajrzeć. Wstała od stołu i wyszła 

tylnymi drzwiami; musiał przecież coś zjeść, a poza tym mieli 
mnóstwo pracy. 

Kiedy  wchodziła  po  schodach  na  drugie  piętro,  czuła,  że 

ręce  jej  wilgotnieją  a  serce  wali  jak  młotem.  Stanęła  pod 
drzwiami  i  podniosła  rękę,  aby  zapukać;  ale  zawahała  się. 
Odniosła wrażenie, że słyszy słowo „proszę", i wsunęła się do 
cichego  i  ciemnego  pokoju.  Stopniowo  przyzwyczaiła  wzrok 
do panującego tu półmroku, ale serce biło nadal mocno. 

Kit  siedział  naprzeciwko  wejścia  na  baraniej  skórze, 

ubrany  jedynie  w  krótkie  spodenki.  Na  czole  i  zamkniętych 
powiekach  błyszczały  kropelki  potu.  Pokrywały  one  również 
ramiona,  szeroką  klatkę  piersiową  i  długie  nogi.  Duże  stopy 
spoczywały założone na wewnętrzną stronę ud. 

Ciche  i  spokojne  piękno  bijące  od  postaci  mężczyzny 

zaparło jej dech w piersi i minęło dobrych kilka chwil, zanim 
przypomniała sobie, gdzie jest i po co tu przyszła. 

background image

Powiew  wiatru  od  okna  potargał  mu  włosy.  Kosmyki 

rozwiały się wzdłuż policzków. Oczy miał otwarte, ale patrzył 
niewidzącym wzrokiem. 

Kristine  automatycznie  cofnęła  się  o  krok,  po  czym, 

wiedziona  instynktem,  zatrzymała  się.  On  nie  chce,  żebym 
wyszła,  pomyślała.  A  może  się  mylę...  Niczego  już  nie  była 
pewna. Odwróciła wzrok, chcąc zyskać na czasie, i wytarłszy 
ręce  o  spodnie,  rozejrzała  się  po  pokoju,  który  Kit  uczynił 
naprawdę własnym. Kuframi i łóżkiem zastawił większą część 
podłogi, a setki innych przedmiotów poniewierały się dookoła. 
Mosiężne dzwoneczki, tybetański modlitewny młynek, kilimy 
i gobeliny, miedziany kociołek, gliniane naczynia wypełnione 
samorodkami  turkusa  i  turmelinu,  dziwnie  znajoma  złota 
maska  i  odłamek  kryształu  górskiego  wielkości  dwu  pięści 
leżały  porozrzucane  wespół  z  przedmiotami  należącymi 
niewątpliwie  do  współczesnego  mężczyzny,  takimi  jak 
brzytwa, szczoteczki do zębów, turystyczna kuchenka gazowa, 
woreczek herbaty i maszyna do pisania. 

Gdy  spojrzała  na  Kita  ponownie,  miał  zamknięte  oczy. 

Podeszła  do  jednego  z  kufrów.  Wkręcona  w  maszynę  kartka 
była pusta. Westchnęła z ulgą, bo nie chciała wtykać nosa w 
nie  swoje  sprawy.  Tymczasem  wchodziła  coraz  głębiej  do 
sanktuarium, które jej gość zrobił z ofiarowanego mu pokoju. 
Przesunęła  palcami  po  półszlachetnych  kamieniach,  dotknęła 
modlitewnego  młynka.  Musiała  się  powstrzymywać,  by  nie 
zrobić  tego  samego  ze  znoszonymi  dżinsami  i  czarną  tuniką, 
przerzuconą  przez  jeden  z  kufrów.  Pogłaskała  złotą  maskę  i 
ponownie  odniosła  wrażenie,  że  nie  jest  jej  obca.  Złocony 
prosty  nos,  ciepła  metaliczność  wyrzeźbionych  policzków  i 
wygięcie  ust  uświadomiły  jej,  że  zna  tę  twarz  lepiej  niż 
powinna. Palce jej znieruchomiały, a z ust wydobyło się jedno 
słowo, świadczące, że poznała... Kautilya. To imię odbiło się 
echem w jej pamięci i znalazło odpowiedź w powietrzu. 

background image

 - Kreestine - usłyszała. 
Odwróciła  się  z  bijącym  sercem,  ściskając  w  dłoniach 

maskę. Chciała uciekać, ale było za późno. Stopy wrosły jej w 
ziemię,  stała  jak  wryta  pod  wpływem  spojrzenia,  które  czuła 
na  sobie.  Nie  powinna  była  tu  przychodzić  i  dawać  mu 
kolejnej szansy, niechby głodował nawet i do rana. 

Kit  nie  zamierzał  tracić  okazji.  Godziny  medytacji 

pomogły zapanować nad gniewem i zrozumieć uczucia, jakie 
ofiarowywała  mu  Kristine.  Miesiąc  z  dala  od  domu  nie 
zmienił go tak, jak dwa dni w jej towarzystwie. Pragnął jej od 
czasu  pierwszego  pocałunku  i  chciał  ją  zdobyć,  ale  nie 
przewidział  takiego  biegu  spraw.  Nigdy  dotąd  pożądanie  tak 
go  nie  odmieniło.  Co  w  niej  takiego  było?  Była  piękna  -  to 
prawda, ale wiele  jest  na świecie pięknych  kobiet. Ta jednak 
zachowywała  się  tak,  jakby  nie  zdawała  sobie  sprawy  ze 
swojej  urody.  Nie  prowadziła  subtelnego  flirtu,  od  którego 
zaczynały  wszystkie  kobiety,  które  go  pragnęły.  W  jej 
ukradkowych  spojrzeniach  wyczuwał  zmysłową  ciekawość. 
Ubierała  się  skromnie,  nie  podkreślając  swej  urody  ani 
wymyślnymi fasonami, ani kolorystyką. Dopóki nie usłyszał o 
Johnie Garratym, sądził, że był to jej własny wybór. 

Miała  lotny  i  bystry  umysł,  tak  niepodobny  jednak  do 

refleksyjnych,  głębokich  umysłów  mnichów  i  Sanga  Phali. 
Wydawała  mu  się  też  znacznie  mądrzejsza  od  kobiet,  jakie 
znał,  z  wyjątkiem  może  Lois.  Z  Lois  łączyły  go  jedynie 
interesy.  W  ich  stosunkach  nie  było  nic  z  czułości,  jaką 
obdarzał  Kristine  od  momentu  ich  pierwszego  spotkania. 
Słabości,  które  za  wszelką  cenę  starała  się  przed  nim  ukryć, 
pociągały  go  prawie  tak  samo  jak  jej  walory,  a  może  nawet 
bardziej. 

 - Dlaczego do mnie przyszłaś? - szepnął. 
Kristine wyraźnie usłyszała pytanie - wyraźniej, niż gdyby 

powiedział  je  głośno,  i  w  nagłym  przypływie  olśnienia 

background image

zrozumiała prawdziwą głębię mocy i energii bijącej z Carsona. 
Cofnęła  się  i  oparła  o  kufry.  Przeczytała  całe  tomy 
teoretycznych  rozważań  na  temat  metafizycznych  tajemnic 
tybetańskiego  lamaizmu  i  gdyby  Kit  nagle  lewitował, 
uciekałaby gdzie pieprz rośnie. 

 - 

To 

niemożliwe 

przy 

moich 

ograniczonych 

umiejętnościach  i  zaangażowaniu,  Kreestine.  -  zapewnił  ją 
głębokim i miękkim głosem - Nie masz się czego obawiać. 

 -  Nnnie  rób  tego  -  wyjąkała  takim  tonem,  że  oboje 

uwierzyli, że stało się coś wyjątkowego i niezwykłego. 

 -  Nie  mogę  zrobić  niczego,  na  co  nie  pozwolisz.  Jesteś 

bardzo...  otwarta  -  ostatni  wyraz  powiedział  intymnym, 
schrypniętym szeptem nadającym mu dodatkowych znaczeń. - 
Zawołałaś mnie, więc odpowiedziałem, to wszystko. 

Wierzyła  mu.  Zawsze  mu  wierzyła,  ale  nadal  czuła,  że 

serce  tłucze  się  jak  szalone.  Kiedy  wstał  lekko  z  podłogi  i 
podszedł do niej, złapało normalny rytm. 

 -  Dlaczego  do  mnie  przyszłaś?  -  zapytał  ponownie, 

przysuwając  się  bliżej  i  zmniejszając  dzielącą  ich  przestrzeń. 
Muskularny  tors  mężczyzny  przesłonił  jej  teraz  wszystko. 
Złote  bransoletki  błyszczały  chwytając  ostatnie  zabłąkane 
promienie słońca i kontrastując ze śniadą skórą ramion i piersi 
porośniętej kręconymi włosami. 

 -  Kolacja  stygnie  -  powiedziała,  uznawszy  powrót  do 

twardej rzeczywistości za absolutną konieczność. Nie potrafiła 
jednak  otrząsnąć  się  z  wrażenia,  że  oto  dokonuje  się 
niewiarygodna  wprost  inwazja.  Kit  przenikał  jej  myśli.  Ile 
czasu spędził w tym klasztorze? 

 -  Zbyt  wiele  - powiedział  podchodząc  o  krok  bliżej  i  nie 

spuszczając z niej wzroku. - Dlaczego do mnie przyszłaś? 

 -  Przestań  -  wykrzyknęła  bardziej  z  gniewem  niż  ze 

strachu. 

background image

Miała  wystarczająco  dużo  trudności  z  ogarnięciem 

myślami  wszystkiego  wokół  i  bez  tych  problemów,  które 
dodatkowo  stawiało  jego  przybycie.  Tymczasem  Kit 
przysuwał  się  coraz  bliżej,  a  nieme  pytanie  w  jego  oczach 
wymagało odpowiedzi. 

 -  Musimy  popracować  -  powiedziała.  -  Już  straciliśmy 

większość dnia. - Mówiła coraz wolniej i łagodniej czując, jak 
kłódka jednego z kufrów wbija się jej w tylną część uda. 

 - Nic ponad to, czego chcesz ty - przytaknął dotykając jej 

twarzy obiema rękami i odgarniając włosy za uszy. 

Tym  razem  nie  związała  ich  w  ciasny  węzeł.  Uśmiech 

zadowolenia  z  charakterystycznym  szelmowskim  odcieniem 
zajaśniał  na  jego  twarzy,  a  serce  Kristine  wraz  z  ostatkiem 
gniewu stajało grzane ciepłym blaskiem oczu. 

Mięśnie  zagrały  mu  pod  skórą,  kiedy  ujął  twarz 

dziewczyny w dłonie. Miał zamiar ją pocałować, ale przecież 
ona  wcale  nie  po  to  tutaj  przyszła.  A  może  jednak?  Była  to 
ciągle kwestia sporna. Kristine nie odsunęła się, kiedy dotknął 
ustami jej policzka, a tylko zamknęła oczy. Czuła, że uginają 
się  pod  nią  kolana.  Nie  uciekła,  kiedy  pieścił  palcami  jej 
twarz, lecz' rozchyliła wargi czekając na pocałunek i poddając 
się nieodgadnionej magii jego dotyku. 

Owionął  ją  męski  zapach  i  żar,  zwodząc  obietnicą,  której 

nie spełniał. Zbliżył usta do jej warg i tchnienie jego oddechu 
wystarczyło,  aby  Kristine  poczuła  pożądanie  narastające  w 
nich  obojgu.  Jej  ciało  błagało,  by  pokonał  tych  kilka 
centymetrów, jakie ich dzieliły. Oczekiwanie doprowadzało ją 
do  szaleństwa.  Zwilżyła  językiem  wargi  czując,  jak  dotyka 
jego ust a jego ręce okalają jej twarz. Był tak blisko, trzymał 
ją, ale nie wziął jej, czuła się wolna, ponieważ jej pozostawił 
decyzję. Oddychała ciężko i coraz szybciej. 

Palce Kristine zacisnęły się na masce, której nie wypuściła 

z  rąk  od  chwili,  kiedy  zrozumiała,  że  to  jego  podobizna. 

background image

Tęskniła za dotknięciem jego prawdziwego. Pragnęła  czuć  w 
dłoniach jego szerokie barki, wplatać dłonie w miękkie włosy 
i dotykać jedwabistego, kasztanowego warkocza na szyi. Nie 
był  banitą,  był  czarodziejem.  Nie  pobożnym  mnichem,  lecz 
szamanem, który posiadł sztukę uwodzenia. Nawet nie całując 
jej  sprawiał,  że  płonęła.  Wsunął  dłonie  w  jej  włosy  i 
przyciągnął na tyle blisko, by dotknąć ustami jej ust. 

 -  Czy  będziesz  dziś  spać  w  moim  łóżku,  Kreestine?  - 

wyszeptał. 

Nie  odważyła  się  otworzyć  oczu  i  nie  widziała  jego 

uśmiechu, ale domyślała się go. Ależ to barbarzyńca i arogant! 
Bawił  się  nią  i  nie  miał  najmniejszego  zamiaru  jej  całować. 
Chciał  się  tylko  przekonać,  jak  daleko  uda  mu  się  posunąć. 
Nawet  teraz,  kiedy  już  odkryła  reguły  jego  gry,  nie  potrafiła 
się  zdobyć  na  odejście.  Gdyby  dała  się  ponieść 
niepohamowanym  impulsom  i  sama  go  pocałowała,  miałby 
jednoznaczną  odpowiedź na  swoje pytanie. Wiedziała, że  nie 
może sobie na to pozwolić. Był blisko, hipnotyzująco blisko, i 
wszystko,  czego  chciała,  to  pocałunku  takiego  jak  ten  na 
tarasie,  pocałunku,  za  który  nie  musiałaby  płacić  w  walucie, 
jakiej żądał. 

Czy jeden pocałunek to tak wiele? 
 - Nie za wiele, bahini, za mało - zamruczał, pieszcząc jej 

usta swoimi. Wolno otworzyła oczy i uniosła głowę. 

 - Powiedziałeś, że... że tego nie zrobisz... 
 - Wcale nie. 
 - Więc jak? 
Musnął jej usta leciutko, ledwo wyczuwalnie. 
 -  Moje  serce  też  jest  otwarte,  Kreestine,  i  słyszy  każde 

uderzenie twojego. 

Czas  najwyższy  uciekać,  pomyślała.  Inaczej  znajdzie  się 

całkowicie  we  władaniu  jego  zmysłowych  zaklęć  i  zrobi  z 
siebie  ostatnią  idiotkę,  co  już  się  jej  w  takich  sytuacjach 

background image

zdarzało. Przypomniała sobie swoje skrępowanie i to, jak John 
podsumował  ją przy rozstaniu. Dodało  jej to  teraz  sił. Oddać 
się Kitowi za pocałunek? Nie usatysfakcjonowałoby to chyba 
nawet  kobiety  z  Trzeciego  Świata.  Wysunęła  się  z  objęć 
Carsona.  Nie  sprawiło  jej  to  trudności,  bo  nie  oponował,  a 
zarazem  było  niełatwe,  bo  ciągle  pod  palcami  czuła  jego 
napięte  mięśnie  brzucha  i  miękkie  włoski,  które  tworzyły 
smugę biegnącą od pępka i niknącą pod gumką szortów. 

Kit  puścił  ją  bez  wahania.  W  plątaninie  jej  myśli  i 

duchowym  zamęcie  wyczuwał  jednocześnie  pragnienie  i 
odmowę.  Nawet  gdy  jej  nie  dotykał,  wyczuwał  w  niej  jakąś 
gotowość czy spolegliwość. A może było to uczucie ukojenia, 
spowodowane jego medytacją - tego nie potrafił sprecyzować. 

Rzadko  żałował,  że  nie  został  dłużej  pod  kuratelą  Sanga 

Phali, ale też nigdy przedtem nie był zazdrosny. 

Kiedy  przystanęła  przy  jego  łóżku,  przez  moment  czuł 

nieprzepartą  ochotę,  aby  ją  pchnąć  do  przodu,  zakryć  sobą, 
otoczyć jej biodra i pieścić. Dłońmi i myślami zatrzymałby ją 
ze sobą w łóżku. Na takie nadużycie zaufania dziewczyny nie 
mógł  sobie  jednak  pozwolić,  nie  zezwalało  mu  sumienie,  a 
wszelka perswazja w takich sytuacjach mijała się z celem. 

Sięgnął  po  dżinsy  i  wciągał  je  nie  zważając  na  to,  że 

zrobiły  się  zbyt  obcisłe.  To  też  przejdzie,  pomyślał, 
uśmiechając się do siebie uśmiechem pełnym goryczy. 

Odgłos  zasuwanego  zamka,  przyciszony,  ale  drażniący 

spowodował,  że  Kristine  przeszły  ciarki  po  plecach,  a  fala 
gorąca  rozlała  się  po  całym  ciele.  Podświadomie  podniosła 
złotą  maskę  i  powachlowała  się  nią,  nie  odrywając  oczu  od 
łóżka  Kita.  Następne  niewłaściwe  posunięcie,  zreflektowała 
się  natychmiast.  Wprawdzie  dała  mu  bieliznę  pościelową, 
kołdry  i  poduszki,  ale  to  jego  rozrzucone  rzeczy 
zafascynowały  ją  i  skłoniły  do  zakazanych  marzeń.  Ledwo 
zszyte  kawałki  baranich  skór  z  gęstą,  połyskliwą  wełną, 

background image

rzucone  niedbale  w  nogach  łóżka,  wyglądały  prymitywnie  i 
zmysłowo. Wiedziała, że są przesiąknięte jego zapachem. Bez 
trudu  wyobraziła  sobie  leżącego  Kita  i  jego  śniadą  skórę 
odcinającą  się  barwą od bieli  wełny. Oczyma  duszy widziała 
już, jak napina mięśnie, szukając najwygodniejszej pozycji do 
uprawiania miłości, jego warkocz, spadający z ramienia, kiedy 
sięga po jedną ze swoich wspaniale wypracowanych, krytych 
gobelinem  poduszek  i  kładzie  ją  pod  głowę,  i  wreszcie  jego 
usta,  zbliżające  się  do  jej  warg,  kiedy  jej  ciało  okrywał 
własnym. 

Podniosła  w  pośpiechu  maskę  i  czuła,  że  wilgotnieje  w 

miejscach,  które  -  jak  kiedyś  określił  to  John  -  są  suche  jak 
Sahara  latem.  Miał  doświadczenie,  bowiem  był  w  Afryce  w 
lipcu, wierzyła mu więc przez te wszystkie lata. Wierzyła mu, 
że tak musi być, dopóki nie spojrzała na łóżko Kita Carsona. 

Usłyszała,  jak  wsuwa  na  siebie  czarną  tunikę,  i  mogłaby 

przysiąc, że słyszy dźwięk każdego guzika, który brał w swoje 
stwardniałe palce. Była przeładowana emocjami i pobudzona, 
a on nawet jej nie pocałował. Pobrzękiwania jego bransoletek 
stawały  się  coraz  głośniejsze,  a  ona  wiedziała,  że  to  dlatego, 
że  właśnie  podwija  rękawy  na  żylastych,  mocnych  dłoniach. 
Jak mogła się doprowadzić do takiego stanu? I jak się z tego 
wycofać? Powiedzieć po prostu do widzenia i wyjść? Nie, nie 
mogłaby tego zrobić. 

Należało  wyjaśnić  sytuację  i  sprowadzić  ich  wzajemne 

stosunki  do  poziomu  kontaktów  zawodowych.  Obróciła  się, 
ale sensowne myśli, które za wszelką cenę starała się zebrać, 
zupełnie nie przychodziły jej do głowy. 

Kit  właśnie  opasywał  się  ciężkim,  skórzanym  pasem  i 

ruchy  jego  rąk  przykuły  wzrok  dziewczyny.  Zatrzymał  się 
przy  zapinaniu  sprzączek,  zdziwiony  i  dziwnie  przejęty 
tęsknotą  malującą  się  na  twarzy  Kristine.  Odczuwał  ból  jej 
pragnienia i rosła w nim okropna złość na tego Garraty'ego - 

background image

tego zakichanego specjalistę od spraw Środkowego Wschodu. 
Zastanawiał się, czy nie zrzucić paska na podłogę i nie wziąć 
jej  w  sposób,  który  zamieniłby  ból  w  przyjemność  i 
ostatecznie pozbawił ją wszelkich kompleksów. Albo należało 
zostawić  jej  jeszcze  trochę  czasu.  Była  to  jedna  z 
trudniejszych decyzji w jego życiu, a Sang Phala nie uczył go 
niczego, co dotyczyło stosunków z kobietami. Tego uczył się 
sam i  z  biegiem lat zdobył niemałą  wiedzę, ale Kristine była 
zupełnie inna niż kobiety, które znał dotychczas. Konkubina... 
Nie  mógł  popełnić  większej  pomyłki.  Przyznanie  się  przed 
samym sobą do błędu pomogło mu w odzyskaniu równowagi 
ducha i szybko skończył przewlekać pasek przez szlufki. 

 - Bardzo mi  przykro, że  zepsułem naszą  kolację. Pozwól 

mi  zabrać  się  gdzieś  do  miasta  -  zaoferował.  Przytaknęła.  Z 
największą przyjemnością gdzieś by stąd wyszła. 

 -  Dobrze,  zaczniemy  pracować  rano.  Zostanie  nam 

przynajmniej  jeszcze  ze  dwa  dni  -  odpowiedziała.  Dwa  dni  i 
co  potem,  zastanawiała  się.  Nie  potrzebowała  go  do  opisu 
badań historycznych. Była 

w  trakcie  kopiowania  jego  dzienników,  a  on  miał  już 

potrójne  kopie  zdjęć  i  negatywów.  Dyskusje,  jakie  były  im 
potrzebne  do  uzgodnienia  stanowisk,  mogli  prowadzić  przez 
telefon.  Ona  siedziałaby  w  swoim  domu  w  górach,  a  on... 
gdzie? Gdzież by się podział w całym tym szerokim świecie, 
gdyby ją opuścił? 

Tylko  siebie  może  winić  za  taki  obrót  spraw.  Stała  w 

ciemnych  drzwiach  baru  i  żałowała,  że  nie  wybrała  innego 
miejsca.  Neon,  obiecując  hamburgery  i  piwo  przyciągnął 
uwagę Kita, a ona, głupia, nie protestowała. Obskurny bar na 
tyłach zbiornika retencyjnego, pełen podejrzanych typów, nie 
był  najwłaściwszym  miejscem  dla  człowieka  z  warkoczem  i 
bransoletkami,  co  potwierdzały  wyzywające  i  agresywne 
wejrzenia  spod  wciśniętych  na  czoło  czapek  z  napisami 

background image

reklamującymi producentów sprzętu rolniczego i dostawców z 
całych Stanów. 

Kristine poczuła się niepewnie, mimo że już kiedyś była w 

tym  barze.  Pewnego  wieczoru  przyszła  tu  z  kilkoma 
koleżankami i Grantem, żeby potańczyć. Spędzili miło czas, a 
z Grantem więcej się nie zobaczyła. Tym razem jednak była tu 
z  Kitem,  który  stwarzał  animozje  już  samym  swoim 
egzotycznym wyglądem i zachowaniem. Chyba zdążył już to 
sobie uświadomić. 

 -  Interesujące  miejsce  -  stwierdził  spokojnym  głosem, 

podsuwając jej krzesło. Usiadła, biorąc menu do ręki. 

 - Hamburgery są dobre. Potraw meksykańskich chyba byś 

nie przeżył - powiedziała zastanawiając się, czy Kit nie zdaje 
sobie sprawy, że znajduje się w centrum uwagi. 

 -  No  to  bierzemy  hamburgery,  za  młodzi  jesteśmy,  aby 

umierać,  zwłaszcza  dzisiaj  -  zaśmiał  się.  Widocznie  nie, 
pomyślała, chowając twarz za kartą dań. 

Upłynęło  sporo  czasu,  zanim  kelnerka  pojawiła  się,  by 

przyjąć  zamówienie,  ale  kiedy  już  przyszła,  nie  spieszyło  jej 
się  wcale  z  odejściem  i  nietrudno  się  było  zorientować 
dlaczego. 

 - Ty chyba nie jesteś stąd, złotko? - zapytała Kita. 
 -  Nie,  słoneczko,  pochodzę  z  Nepalu  -  odpowiedział  jej, 

uśmiechając  się  jednym  ze  swoich  najwspanialszych 
uśmiechów. 

Miał  ich  tysiące  w  zapasie  i  Kristine  zauważyła,  że  kilka 

już zużył na oczarowanie tej blond nimfy, odzianej w obcisły 
czarno  -  zielony  strój,  nadający  się  bardziej  na  salę 
gimnastyczną  niż  do  restauracji.  Niezupełnie  cała  się  w  nim 
mieściła, tu i ówdzie wylewała się z niego, ukazując to i owo. 
Miała  wąskie  biodra,  obciśnięte  spodniami,  i  duży  biust.  Są 
szczęśliwe kobiety, pomyślała Kristine czując się niezręcznie 
w swojej żołtomusztardowej bluzce. Nie była to tania bluzka, 

background image

ale  w  porównaniu  z  seksownie  błyszczącą  lycrą,  w  jaką 
ubrana była kelnerka, wyglądała jak szmata. 

 -  Kiedyś  miałam  chłopaka,  wspinał  się  po  górach  - 

powiedziała  kelnerka.  -  Wyjechał  do  Nepalu  i  nie  wrócił.  - 
Dziewczyna  postawiła  jedną  nogę  na  drugiej  i  oparła  się  o 
stół,  odcinając  Kristine  możliwość  uczestniczenia  w 
rozmowie.  Zmniejszała  tym,  co  prawda,  swoje  szanse  na 
napiwek, ale nie było to dla Kristine żadną rekompensatą. 

 -  Wielu  mężczyzn  nie  wraca  z  gór  -  zauważył  Kit.  - 

Bardzo mi przykro. 

 - Ależ on nie zginął, złotko, po prostu nie wrócił do mnie. 

Skoro jednak Nepal przysyła nam takich chłopców, jak ty, to 
żadna strata. 

 - W Nepalu nie ma takich jak ja - zauważył Carson. 
 - Nigdzie nie ma wielu takich jak ty, złotko. 
Niski  gardłowy  pomruk  poprzedził  odpowiedź  kelnerki, 

która  odsunęła  szczupłe  biodro  od  stołu.  Kristine  prawie 
żałowała,  że  Kit  nie  zwrócił  uwagi  na  wrażenie,  jakie 
wywierały  pośladki  tej  dziewczyny  na  mężczyznach 
siedzących przy barze. 

 - Kto to jest John Garraty? 
 - John Garraty? - powtórzyła niepewnym głosem. 
 - Czyżbym źle wymówił jego nazwisko? - spytał unosząc 

brwi. 

 -  Nie.  -  Udała,  że  jest  bardzo  zajęta  szukaniem 

kosmetyczki,  chcąc  ukryć  zmieszanie.  Po  raz  pierwszy 
zrozumiała,  dlaczego  kobiety  noszą  przy  sobie  puderniczki  i 
szminki - przydają się, by wybrnąć z trudnej sytuacji. 

 - Kto to jest? - nalegał. 
 -  Jest  profesorem  uniwersytetu  w  Boulder,  tak  jak 

powiedział. 

background image

Przyniesiono  piwa,  co  dało  Kristine  chwilę  wytchnienia. 

Po  kilku  kolejnych:  złotko  to,  złotko  tamto  -  kelnerka 
odfrunęła z powrotem do baru. 

 - Jest twoim przyjacielem? - kontynuował. 
 - Niezupełnie - Kristine mogła się założyć, że dziewczyna 

z baru miała przynajmniej ze dwie puderniczki i trzy szminki, 
podczas gdy ona musiała się zadowolić starym sztyftem. 

 - To dlaczego planowałaś z nim długą podróż? Podniosła 

wzrok. - To był błąd - powiedziała. 

 - W porządku - rzekł z zadowoleniem, podnosząc kufel do 

ust. Kristine schowała kosmetyki. 

Chyba  zwariowała,  że  dała  się  wplątać  w  to  wszystko,  w 

niego,  w  Kandżur,  Chatren  -  Ma,  pocałunki.  Jeszcze  jedno 
„złotko", a chyba zlinczuje tę kelnerkę. Straciła apetyt i jedyne 
na co miała ochotę, to wrócić do domu i spalić bluzkę. 

Nie  było  w  tym  jego  winy.  Wprowadził  tylko  w  jej 

nieuporządkowane  życie  jeszcze  więcej  zamieszania.  A  na 
domiar złego umiał czytać w jej myślach. 

Rozdział 6 
Hamburgery  były  gorące,  aromatyczne  i  ociekały 

stopionym  żółtym  serem,  dokładnie  tak,  jak  lubiła,  ale  nie 
mogła jeść. Odsunęła też frytki, przygotowując się do zadania 
pytania. - Co miałeś na myśli, kiedy powiedziałeś, że zostałeś 
zabrany  do  mnichów  -  wykrztusiła  wreszcie.  Czekając  na 
odpowiedź popatrzyła na Kita, ale nie zareagował. Próbowała 
dalej: 

 - Przez Sanga Phalę, twojego drugiego ojca? 
Kit  znał  wprawdzie  kilka  osób  o  niebieskich  oczach,  ale 

oczy  Kristine  były  jedyne  w  swoim  rodzaju  nie  tylko  ze 
względu  na  fiołkowy  odcień,  ale  i  wrodzone  ciepło. 
Spoglądały  na  niego  żądając  prawdy,  którą  rzadko  mówił. 
Tym  razem  czuł  potrzebę  mówienia,  nawet  zanim  Kristine 
zapytała go o przeszłość. 

background image

 -  Sang  Phala  przyszedł  po  mnie,  kiedy  miałem  dziewięć 

lat  -  powiedział  patrząc  jej  w  oczy.  -  Dał  wysoki  okup 
wojownikom  Khampa  wymieniając  życie  swego  bratanka  na 
moje.  -  Złagodził  twarde  brzmienie  tych  słów  ciepłym 
uśmiechem i sięgnął po piwo. - Często tego potem żałował, bo 
jako mały chłopiec nie byłem dobrym nowicjuszem. 

Patrzył,  jak  Kristine  pochyla  się  do  przodu  zaciskając 

palce  i  próbując  ukryć  wrażenie,  jakie  na  niej  wywarły  te 
słowa. Byłaby przerażona, gdyby wiedziała, jak wyglądają jej 
reakcje. Uśmiechnął się szerzej. 

 - Handlował swoim bratankiem? Dlaczego? - zapytała. 
Wydawało  mu  się,  że  w  jej  głosie  zabrzmiał  nie  tylko 

kobiecy  przestrach,  ale  i  coś  słodkiego,  coś  nieuchwytnie 
erotycznego.  Całą  noc  śnił  o  niej,  szepczącej  do  niego  w 
ciemnościach nocy, wijącej się z rozkoszy i odpowiadającej na 
każde  jego  drgnienie.  Uniósł  się  niespokojnie  na  krześle  po 
raz  kolejny  zaskoczony,  z  jaką  łatwością  przychodzi  mu 
mówić jej o sobie. 

 -  To  obietnica,  dana  staremu  człowiekowi,  jakim  stał  się 

mój  ojciec  po  śmierci  matki,  a  ona  umarła  przy  moim 
urodzeniu  -  wyjaśnił,  z  trudem  koncentrując  uwagę  na 
rozmowie i faktach, z którymi był oswojony od dawna. - Przez 
cały  ten  czas,  który  spędziłem  z  ojcem,  czyli  do  siódmego 
roku życia, nie przebaczył mi straty matki. Uważał, że jestem 
odpowiedzialny za jej śmierć. Sang Phala był w tej kwestii dla 
mnie  łaskawszy  i  tylko  starał  się  wybić  mi  z  głowy  szalone 
pomysły  i  okiełznać  dziki  temperament,  co  mu  się  zresztą 
udało. 

 - A potem uciekłeś? 
 - A potem uciekłem - przytaknął popijając piwo. 
 - A co się stało z twoim pierwszym ojcem? 

background image

 -  Zastrzelili  go  na  Thorong  La.  -  Kit  lekko  wzruszył 

ramionami.  -  Po  wejściu  Chińczyków  dużo  było  takich 
lokalnych nieporozumień, szczególnie w terenach górzystych. 

 -  Nazywasz  morderstwo  nieporozumieniem?  -  podniosła 

głos. 

 - To jest grzech i ktoś z nich za niego zapłaci. - Wiedział, 

że zabrzmiało to brutalnie, ale taka była prawda. 

 - Kto? Kto zapłaci? 
 - Nie wiem. Nie zabito go w naszym obozie. Khampowie 

wyparli  się  odpowiedzialności,  mimo  że  to  oni  po  mnie 
przyszli.  Sang  Phala  odnalazł  mnie  dwa  lata  później.  Mój 
ojciec  -  próbował  jej  tłumaczyć  -  sam  zdecydował  o  swoim 
życiu. Zabrał matkę ze sobą do dzikiego kraju, wybrał miejsce 
mojego urodzenia i  poświęcił się  badaniom. Nie planowałem 
jego  życia,  więc  dlaczego  miałbym  winić  siebie  za  błędy, 
które popełnił. 

Badania  naukowe  w  Tybecie,  myślała  szybko  Kristine. 

Amerykanin, zamordowany w Nepalu... Ależ tak... Wyliczyła 
w przybliżeniu przypuszczalny wiek mężczyzny i zmartwiała. 
Wszystko  się  zgadzało.  Trzeba  było  doprawdy  być  idiotą, 
żeby nie wpaść na to wcześniej. 

 -  Dwayne  Carson  był  twoim  ojcem  -  powiedziała.  Kit 

uniósł brwi. 

 -  Nigdy  nie  opublikował  swoich  prac,  a  wyniki  jego 

badań zaginęły. Skąd znasz to nazwisko? 

 -  Bertolli  wspominał  o  nim  w  „Królestwie  śniegu" 

przypisując  mu  odnalezienie  grobowca  Nachukha  - 
odpowiedziała. 

Nagłe  tajemnica  Kita  Carsona  przestała  istnieć.  Sprawiło 

jej to ulgę, a jednocześnie była zawiedziona i dziwnie smutna. 
Nie  zauważyła  żadnych  blizn  w  duszy  Carsona,  ale  zdawała 
sobie sprawę, że kiedyś to wszystko musiało go bardzo boleć, 
zwłaszcza że dzieci przeżywają wszystko znacznie głębiej. 

background image

Kit przechylił się przez stół i ujął ręce Kristine. 
 -  Sang  Phala  uleczył  moje  rany,  nie  martw  się.  A  co  do 

innych  spraw  -  podniósł  kąciki  ust  w  uśmiechu  -  ciągle  jest 
jeszcze wiele do odkrycia. 

 -  Nie!  Daj  spokój!  -  uwolniła  palce  z  uścisku, 

zaniepokojona  ostrością  jego  rozumowania.  Będzie  musiała 
kontrolować  wszystkie  swoje  zachowania,  co  nigdy  nie  było 
jej  mocną  stroną.  Często  słowa  same  cisnęły  się  jej  na  usta, 
zanim zastanowiła się  nad  ich sensem. W  żadnym przypadku 
nie była bezpieczna w jego towarzystwie. 

Kit  pochylił  się  znowu,  najwyraźniej  chcąc  jej  ponownie 

dotknąć,  poczuć  tętniące  życie  pod  jedwabistą  skórą  dłoni. 
Gęste rzęsy Kristine zakrywały oczy, ale mimo to Carson czuł 
jej  współczucie  dla  niego  -  dla  obcego,  który  chciał  stać  się 
czymś  więcej  niż  był  dotychczas.  Miała  czułe  serce,  bystry 
umysł i pasję, ukrytą tak głęboko, że chyba nie zdawała sobie 
sprawy  z  jej  istnienia.  Pociągała  go,  przysuwał  się  coraz 
bliżej. 

 -  Wydaje  mi  się,  że  ta  pani  powiedziała  „nie"  -  potężna 

ręka uderzyła w stół, aż podskoczyły butelki. - Pani czy może 
panna? 

Kit  i  Kristine  podnieśli  wzrok  na  intruza,  ale  tylko 

dziewczyna  była  zaskoczona.  Kit  pozostał  spokojny. 
Oszacował  dobrze  zbudowaną  sylwetkę  oraz  prymitywny 
sposób  zachowania  człowieka,  który  zbliżył  się  do  stolika. 
Obcy  ubrany  był  w  wymiętą  flanelową  koszulę  z 
podwiniętymi  rękawami,  spod  których  ukazywały  się 
owłosione  ręce.  Brudne  dżinsy  podtrzymywały  duży  brzuch. 
Czupryna w nieładzie wystawała spod czapki z daszkiem. 

 - To jakieś nieporozumienie - powiedział Kit. - Proszę nas 

zostawić. 

background image

 -  Nie  odpowiedziałaś  na  pytanie,  panienko  -  wycedził 

nieznajomy  niedbale  przez  zęby,  kładąc  rękę  na  stole  i 
przysuwając się bliżej. Strzelił palcami w warkocz Kita. 

 -  Skąd  masz  taki  mysi  ogon,  synu?  Może  to  ciebie 

powinienem nazwać dziewczątkiem? 

 - Możesz do mnie mówić Kautilya - powiedział Kit ostro 

- a noszę warkocz, bo tak mi się podoba. 

 -  No,  no,  wygląda  ślicznie,  dziewuszko.  Może  go  sobie 

wezmę  na  pamiątkę.  Mógłbym  go  sobie  powiesić  na  ścianie 
obok  trofeów  myśliwskich  -  obcy  roześmiał  się,  wyraźnie 
ubawiony własnym dowcipem. 

 -  Nie  będziesz  pierwszym,  który  tego  próbował  - 

powiedział Kit spokojnie. 

Kristine przypomniała sobie jego irchową torbę z pasmem 

kasztanowych  włosów  wszytych  w  pasek.  Ktoś  rzeczywiście 
próbował i udało mu się. 

 -  Taaa,  dziewuszko  -  rzekł  intruz.  -  Im  dłużej  o  tym 

myślę, tym bardziej mi się podoba ten pomysł. - Zniżył głos, 
zupełnie  jak  Kit,  i  wyjął  z  kieszeni  mały  nożyk.  Drżała  mu 
dłoń, a Kristine nie wiedziała już, czego boi się bardziej - noża 
czy wymachującej nim ręki. 

 -  A  teraz  siedź  spokojnie,  a  ja  postaram  się  nic  ci  nie 

zrobić. 

Mężczyzna  był  pijany,  miał  czerwone,  nabiegłe  krwią 

oczy i był niepoczytalny, pomyślała Kristine. Kit nie wyglądał 
na  człowieka,  którego  łatwo  zbić  z  tropu,  wręcz  przeciwnie. 
Co innego zaczepki słowne, ale nawet głupi trzymałby się od 
niego  na  dystans.  Zdecydowanie  nie  powinna  była  go  tutaj 
przyprowadzać. Za bardzo różnił się od tutejszych bywalców i 
był nie do przyjęcia dla tych ograniczonych bęcwałów. 

 - Chodźmy - powiedziała grzebiąc w portmonetce. 
Rzuciła  na  stół  dwudziestodolarowy  banknot  myśląc,  że 

kelnerce dostanie się niezły napiwek, i odsunęła w pośpiechu 

background image

krzesło  prawie  je  przewracając.  Nagle  obcy  mężczyzna 
wyciągnął  rękę  w  jej  kierunku  i  natychmiast  zastygł  w 
bezruchu powstrzymany przez Kita, który zacisnął mu dłoń na 
gardle. Dziewczyna opadła na krzesło dygocząc ze strachu. 

 -  Zabierz  rękę  i  schowaj  nóż  -  głos  Kita  był  nadal 

spokojny  i  cichy.  -  Nie  chcę  cię zranić.  Mężczyzna  zamrugał 
oczami, najwyraźniej niezdolny się poruszyć, a Kit puścił go, 
uśmiechając się lekko. 

 - O, tak. 
Salwy śmiechu towarzyszyły mężczyźnie, kiedy opuszczał 

salę, ktoś klepnął go po ramieniu. 

 - Ale ci pokazał, Luke. 
 - Chyba tracisz siły i tupet, bracie. Chodź tu, a stary Buck 

pokaże ci, jak to się robi. 

 - Napij się piwa, Luke, stawiasz kolejkę. 
Kristine  ledwie  słyszała  te  szyderstwa  poprzez  szum  w 

uszach.  Kit  jednym  krótkim  ruchem  zrobił  coś  temu 
mężczyźnie  i  wcale  nie  była  pewna,  czy  chciałaby  wiedzieć 
co. 

 - Wyjdźmy stąd. 
 - Nawet nie zjadłaś kolacji. 
 - Nie jestem już głodna. 
Kit zauważył lekkie drżenie jej rąk i przykrył je swoimi. 
 -  Przysiągłem  cię  ochraniać,  Kreestine,  nikt  cię  nie 

skrzywdzi. 

 -  Nie  boję  się  o  siebie  -  szepnęła,  nie  chcąc  zwracać 

niczyjej  uwagi.  -  Po  prostu  chodźmy  stąd,  zanim  ktoś  inny 
wpadnie na pomysł obcięcia ci włosów. 

Zaśmiał  się,  co  było  reakcją  najmniej  pasującą  do 

okoliczności, które jej towarzyszyły. 

 - Nikt nie obetnie mojego warkocza, bahini. Nawet Sang 

Phala  nie  odważył  się  na  coś  takiego,  choć  zmuszały  go  do 

background image

tego  przekonania  silniejsze  niż  uprzedzenie  do  golenia  mi 
głowy. 

 - No, ale ktoś w końcu się odważył - odparła, rozglądając 

się  nerwowo  po  barze  z  nadzieją,  że  Kit  nie  będzie  miał 
ochoty  na  dalszą  awanturę.  Jeden  rzut  oka  wystarczył,  by 
zauważyć,  że  są  obserwowani  i  to  w  bardzo  nieprzychylny 
sposób. 

 -  Tak -  powiedział  Kit,  uśmiechając  się  szeroko.  -  Turek 

to  zrobił.  Polował  na  moją  głowę,  ale  przez  pomyłkę  dostał 
mu się warkocz. Czasami bogowie mają nas w swojej opiece, 
prawda? 

Ten  człowiek  przesadzał,  a  Kristine  była  odpowiednią 

osobą, aby mu to uświadomić. 

 -  Jesteś  teraz  w  Ameryce,  Kit,  a  my  tu  nie  mamy  tylu 

bogów, ilu wy w Nepalu - powiedziała jednym tchem. - Mamy 
tylko jednego Boga, a, biorąc pod uwagę wszystko to, co się w 
tej chwili dzieje w świecie, On może mieć zbyt dużo roboty, 
aby  pilnować  ciebie  i  sprawić,  byś  opuścił  ten  bar  cały  i 
zdrowy. Więc dlaczego sami nie  wyjdziemy stąd o własnych 
siłach, póki jeszcze  możemy. A wracając do warkocza - jeśli 
sprawia ci tyle kłopotu, to dlaczego sam go nie obetniesz? 

Iskierki gniewu pojawiły się w cynamonowych, głębokich 

oczach  i  natychmiast  pożałowała  swego  niewyparzonego 
języka. 

 -  Czy  nie  rozumiesz,  Kreestine,  co  to  znaczy  możność 

wyboru? 

 - Rozumiem, przepraszam - powiedziała kręcąc głową. 
Nie  interesowała  jej  długość  włosów  Kita,  poza  tym  to 

niczego  nie  zmieniało.  Wizja  własnych  dłoni  wplecionych  w 
kasztanową  jedwabistość  wypełniła  jej  myśli  i  przeszyła 
słodkim bólem. Powróciła do niej chwila, kiedy trzymał ją w 
objęciach  w  swoim  pokoju,  i  to  wspomnienie  kusiło,  by 
dotknąć  go,  rozwiązać  rzemyk  i  czuć  kosmyki  włosów  Kita 

background image

prześlizgujące się przez palce, jak wtedy, kiedy zbliżał usta do 
jej warg. 

 - Wychodzę - powiedziała nagle. - Ty możesz... 
 -  Zrozum  mój  wybór  -  przerwał  chwytając  ją  za 

nadgarstek. - Przez sześć lat mnisi golili mi głowę. Przez sześć 
lat było to znamię mego niewolnictwa. Karali nas wszystkich, 
ale  mnie  najdotkliwiej.  Moja  miseczka  nigdy  nie  była  pełna 
ryżu,  pracowałem  dłużej,  medytowałem  w  nieskończoność, 
ponieważ nie byłem mnichem. 

Z  wolna  wstał  i  ze  stoickim  spokojem  odsunął  krzesło 

Kristine. 

 - Już nigdy więcej. 
 - Przykro mi - powstrzymała go ruchem ręki. 
Puścił jej dłoń, ale na twarzy nadal nie malowały się żadne 

uczucia. 

 - Nie ma powodu do smutku. Zdobyłem to, czego inni nie 

znaleźli przez całe życie. Chodź. Położył jej rękę na plecach i 
wyprowadził  z  baru.  Po  raz  kolejny  poczuła  ukojenie, 
spowodowane jego 

dotykiem.  Noc  była  chłodna  i  gwiazdy  błyszczały  na 

niebie. Właśnie wzeszedł księżyc. Żwir zgrzytał pod stopami 
Kita. Szedł nadal spięty. Kristine wiedziała, że nie ma prawa 
gniewać się na niego. Mieli wspólnie pracować, a tymczasem 
dali się wplątać w osobisty związek, którego oboje nie byli w 
stanie kontrolować. 

Pociągało  ją  w  nim  wszystko.  Kiedy  ją  obejmował,  nie 

czuła  chłodu,  była  bezsilna.  Jak  by  to  było  kochać  się  z 
mężczyzną, który umie czytać w myślach? Krępująco? Chyba 
tak.  Spotkało  ją  już  dostatecznie  wiele  niepowodzeń  w życiu 
seksualnym.  Niebezpiecznie?  Może.  Nigdy,  choć  miała  już 
dwadzieścia  dziewięć  lat,  nie  zdradzała  skłonności  do 
niebezpiecznych  przygód.  Polegała  na  szybkich  osądach  i 

background image

decyzjach, ale nie lubiła  prawdziwego  ryzyka, nawet  jeśli by 
się miało wiązać z Kitem. 

Niesamowity.  To  słowo  przemknęło  jej  przez  głowę  jak 

błyskawica i rozlało się drażniącym ciepłem po całym ciele. 

 - Zaczekaj - powstrzymał ją Kit, naciskając ręką na plecy. 

Spojrzała  na  niego,  przerażona  własnymi  myślami  i 
odczuciami rodzącymi się pod wpływem jego dotyku. 

 - To  nic  -  powiedziała, szukając  wzrokiem samochodu. - 

Naprawdę  nic  takiego,  myślałam  o  tym,  jak  gorąco  było  w 
barze i... 

 -  Ciii,  bahini  -  pomału  odwrócił  się  na  piętach  bacznie 

obserwując  parking,  a  Kristine  wyczuła,  że  coś  wisi  w 
powietrzu. 

 - Co... - zaczęła, ale nie dokończyła pytania. 
Nie  zauważyła,  jak  kilku  mężczyzn  wyszło  z  baru  i 

odcięło im drogę powrotną ustawiając się w niesymetrycznym 
kole  pomiędzy  samochodami  a  ciężarówkami.  Teraz  było  za 
późno.  W  pierwszym  odruchu  oparła  się  o  Kita,  a  następnie 
chciała uciekać, ale powstrzymał ją zdecydowany zakaz, który 
wyczuła w jego dotyku. 

Ludzkie  cienie  przesuwały  się  pomiędzy  pojazdami  i  w 

ciągu tych kilku chwil Kristine zupełnie wyschło w ustach. 

 -  Może  powinniśmy  biec  do  samochodu?  -  odezwała  się 

schrypniętym szeptem. 

 -  Nie,  Kreestine,  nie  biegnij  -  obrócił  ją  i  pocałował  w 

czoło. 

Teraz  już  nic  nie  rozumiała.  Pocałował  ją,  kiedy  była 

bliska  paniki.  Przenosząc  wzrok  z  jednej  ciężkiej  postaci  na 
drugą,  naliczyła  ich  pięć,  o  cztery  za  dużo,  aby  dać  Kitowi 
równą szansę, i za dużo o pięć, jeśli by chodziło o nią samą. 
Wizja gangu półgłówków z lokalnego baru, którzy śledzili ich 
na parkingu i wyraźnie szukali zaczepki, rozwścieczyła ją. Kit 
nie da rady im wszystkim. 

background image

 - Nie dasz im rady. 
Ona sama nie poradziłaby nawet jednemu. 
 - Uważam, że powinniśmy uciekać. Nigdy nie przeszłam 

kursu  samoobrony  a  ostatnia  osoba,  którą  uderzyłam,  była 
znacznie mniejsza ode mnie. Była to moja siostra i naturalnie 
mi oddała, a zdarzyło się to dwadzieścia lat temu. A poza tym 
łatwo ulegam kontuzjom... 

 - Cicho, Kreestine, nie będziemy się bić. 
Musiał wiedzieć coś więcej niż ona. Dla niej wyglądało to 

jednoznacznie.  Ci  faceci  chcieli  załatwić  porachunki.  Byli 
coraz  bliżej,  uwięziwszy  Kita  i  Kristine  między  limuzyną  a 
ciężarówką. 

 - Wsiądź do samochodu - rozkazał Kit. 
 - Ale to nie mój. 
 - Nie chcę, żeby ci się coś stało. 
 - Wydawało mi się, że powiedziałeś, że nie będzie żadnej 

walki - syknęła. 

Z  jakiegoś  powodu  była  wściekła  nie  tylko  na  tę  bandę 

idiotów,  ale  również  i  na  Kita.  Mężczyźni,  pomyślała  z 
obrzydzeniem.  Zawsze  mężczyźni.  Ani  razu  nie  słyszała  o 
kobietach,  wychodzących  z  baru  i  urządzających  burdę  na 
parkingu, ani razu. 

 -  Posłuszeństwo  jest  cnotą,  Kreestine,  dobrze  by  było, 

gdybyś o tym pamiętała. 

 -  Jeśli  ty  i  twoja  dziewczyna  zechcecie  skończyć 

pogawędkę,  to  możemy  się  zabrać  do  roboty,  synku.  Ciągle 
mam ochotę na pamiątkę po tobie - mężczyzna zwany Lukiem 
wysunął  się  do  przodu.  Obecność  kumpli  podsycała  jego 
odwagę. 

 - Zadzwonię po policję - Kristine miała dosyć. 
 - To nie jest dobry pomysł - ostrzegł ją Kit. 

background image

 - Racja, synku - przytaknął Luke. - Trzymaj dziewczynę, 

Buck,  potem  jej  pokażemy,  na  co  nas  stać,  co  może  robić  ta 
buzia oprócz wzywania policji. 

Grubiańskie  odzywki  wywoływały  salwy  śmiechu  i 

napełniały Kristine przerażeniem. Chciała krzyczeć, ale strach 
ścisnął jej gardło. Oddychała z trudem. Zaczęłaby natychmiast 
uciekać,  gdyby  nie  spokojny,  delikatny  głos  Kita,  który 
przerwał rubaszne śmiechy. 

 - Zabiję tego, który jej dotknie - przenosił wzrok kolejno 

z jednego na drugiego. - Który z was jest gotów, by rozpocząć 
nowe życie? 

Pewność,  z  jaką  zostały  wypowiedziane  te  słowa, 

sprawiła, że na chwilę zamilkli. 

 - Łap ją, Buck. 
 - Do cholery, Luke, sam ją łap, jakeś taki napalony. 
Nawet Kristine czuła groźbę wyzwania. Jeden z mężczyzn 

odszedł,  mrucząc  coś  o  dobrej  zabawie,  która  przeszła  koło 
nosa.  Luke  wciśnięty  w  kąt  zrobił  krok  do  przodu,  ale  tylko 
jeden.  Kit  złapał  go  za  rękę,  okręcił  nim  i  rzucił  o  drzwi 
stojącej obok furgonetki. I to było wszystko. 

Jeden  z  mężczyzn  przyklęknął  i  stwierdził:  -  No,  to 

koniec. 

Kit również ukląkł i sprawdził tętno, a następnie obmacał 

kości i wszystkie części ciała ofiary. Czynił to delikatnie, jak 
przystało  na  właściciela  aksamitnego  głosu.  Dwóch  innych 
mężczyzn  odeszło,  a  ostatni  pomógł  Luke'owi  wstać.  Dobry 
Boże,  pomyślała  Kristine,  ciągle  dygocąc.  Ci  ludzie  muszą 
być zupełnie wyprani z mózgu. 

Nigdy  nie  uważała  się  za  ofiarę  nadopiekuńczości 

rodziców, ale musiała przyznać, że w jej edukacji były istotne 
luki,  których  nie  zdołała  wypełnić  podczas  ośmioletniego 
pobytu  na  uniwersytecie.  Była  zaszokowana  swoją 

background image

naiwnością, a jednocześnie zdumiona troską, jaką wykazał Kit 
wobec człowieka, który go obraził i próbował zaatakować. 

 -  Chodź,  Kreestine  -  odwrócił  się  do  niej  i  wziął  ją  pod 

rękę. 

Szarpnęła  się,  nie  mając  jeszcze  ochoty  na  rozmowę. 

Zabrał rękę i wskazał w kierunku samochodu, przepuszczając 
ją. Poszła przodem dużymi i sztywnymi krokami. 

Kristine  zdławiła  w  sobie  uczucie  złości  i  przełknęła 

napływające z niewiadomego powodu łzy. Wyciskała ostatnie 
siły z wjeżdżającego pod górę samochodu. Nigdy jeszcze nie 
czuła  się  taka  bezradna  i  słaba,  a  bardzo  tego  nie  lubiła.  Na 
pewno  było  coś,  co  mogła  zrobić  czy  powiedzieć,  aby 
rozładować  sytuację,  ale  nie,  ona  stała  jak  przerażona  głupia 
gęś czekając, aż ktoś ją ocali. 

Podjechała  pod  dom,  gwałtownie  nacisnęła  na  hamulce, 

wysiadła  z  samochodu  i  z  wściekłością  zatrzasnęła  za  sobą 
drzwi  wejściowe.  Każdy  trzask  przypominał  jej  łomot 
ludzkiego  ciała,  uderzającego  o  metal.  John  Garraty  ze 
wszystkimi  swoimi  świństewkami  wydawał  się  jej  teraz 
prawie świętym. 

 - Wyzłość się, Kreestine. 
Odwróciła  się  w  jego  stronę,  nieświadoma,  że  cały  czas 

szedł za nią. 

 - Powiedziałeś, że nie będzie bójki. 
 - To nie była bójka. 
 - Więc  jak, u diabła, nazwiesz wyrżnięcie  czyimś ciałem 

o metalowe drzwi tak, że o mało nie wyzionął ducha? 

 - Wyjściem z sytuacji. 
 - Wyjściem z sytuacji! - krzyknęła. - Myślałam, że kogoś 

takiego jak ty stać na większą klasę. Wbijać komuś rozum do 
głowy za pomocą drzwi furgonetki? Też mi coś! 

 -  Sytuacja  nie  wymagała  stylowej  walki,  a  tak  naprawdę 

to go ledwie dotknąłem. Sądzę, że za dużo wypił. 

background image

Wpatrywała się w Kita z otwartymi ustami. 
 -  Za  dużo  wypił?  -  Ostrożnie  przytaknął.  -  Tak,  za  dużo 

wypił  i  naszły  go  patriotyczne  uczucia.  Zobaczył  we  mnie 
zagrożenie dla amerykańskiej kobiety i chciał użyć siły, która 
jak zwykle jest złym doradcą. Przemoc to zły wybór. 

 - Przemoc to zły wybór? - spytała przenikliwym głosem. - 

I  to  mówi  mężczyzna,  który  przeraził  śmiertelnie  jednego  z 
tych przerośniętych debili? 

 - Nie zabiłbym żadnego z nich - powiedział wchodząc do 

kuchni  -  ale  w  zaistniałych  okolicznościach  uważałem,  że 
powinni być świadomi tego, na kogo się porywają. 

Kristine  patrzyła,  jak  otwiera  lodówkę  i  wyciąga  butelkę 

piwa.  Zwabiony  głosami,  Mancos  podniósł  się  sprzed 
kominka,  przyszedł  do  kuchni  i  stanął  obok  Kita,  łasząc  mu 
się do nóg, jakby w oczekiwaniu na nagrodę. 

 - Sza, sza, Mancos, sza, poszedł. 
Mancos  zaskomlił,  ale  zrobił,  co  mu  kazano,  i  posyłając 

znudzone  spojrzenie  swojej  pani  uwalił  się  na  podłodze  w 
pokoju. Uwadze Kristine uszło, jak posłuszny był komendom 
Kita.  Była  zbyt  zajęta  doprowadzaniem  się  do  porządku.  W 
końcu nie mogła już dłużej wytrzymać. 

 - Pozwoliłbyś się im do mnie dobrać? 
Kit  opuścił  głowę  nad  lodówką  i  ciężko  westchnął. 

Osiągnęła coś, co do tej pory było niemożliwe. Zaszła mu za 
skórę,  nadużyła  cierpliwości,  nad  którą  przez  lata  tak 
pracował.  Rozzłościła  go.  Pomału  odwrócił  się,  aby  na  nią 
spojrzeć,  i  z  miernym  skutkiem  starał  się  zapanować  nad 
drżeniem głosu. 

 - Nie, Kreestine. Nie  pozwoliłbym, aby cię  dotknęli. Nie 

pozwoliłbym nikomu dobrać się do ciebie w sposób, jaki oni 
mieli na myśli. 

Wypił  łyk  piwa,  odstawił  butelkę  i  ruszył  w  stronę 

dziewczyny. 

background image

 -  Nie  teraz,  nigdy,  ponieważ,  patni  -  przerwał  i  ujął  jej 

twarz  w swoje ręce -  jesteś moja. Przywarł ustami  do jej  ust, 
zanim zdążyła o czymkolwiek pomyśleć, a potem nie musiała 
myśleć 

o niczym, ogarnięta pożądaniem. Zacisnęła ręce walcząc z 

pokusą,  by  go  nie  przytulić,  ale  nie  potrafiła  już  dłużej 
panować  nad  sobą. Ręce jej drżały, gdy objęła go w pasie, a 
on pochylił się nad nią ponownie, przyciągając bliżej i całując. 
Kristine  położyła  dłonie  na  jego  tunice  i  poczuła  bijący  od 
niego żar. Śmielej przesunęła ręce i przebiegła palcami przez 
całą  szerokość  barków.  Siła  mięśni  jego  ramion  sprawiła,  że 
dziewczyna  poczuła  się  słaba  i  zniewolona,  nie  bezradna 
jednak  czy  gotowa  na  ból,  ale  pełna  oczekiwania.  Cichy  jęk 
Kita zmieszał się z jej westchnieniem. Jednym silnym ruchem 
posadził ją na stole i przyciągnął do siebie. Otoczył rękami jej 
talię  a  biodrami  rozchylał  jej  uda.  Kristina,  porażona 
namiętnością,  płonęła.  Teraz  usta  Kita  powędrowały  w  czułe 
miejsce poniżej ucha. Przechyliła głowę w stronę jego karku, 
ale powstrzymał ją chwytając za podbródek. 

 -  Nie  -  wyszeptał  jej  prosto  do  ucha  i  ponownie 

pocałował. - Chyba, że sama chcesz iść ze mną do łóżka. 

Pocałował  ją  jeszcze  raz,  zsuwając  usta  na  wysokość 

obojczyka. Warkocz przesunął się po ramieniu i znajdował się 
w zasięgu ręki Kristine. 

 - Czy pójdziesz ze mną? 
 - Tak... 
 - To dobrze - przysunął się, aby wziąć ją w ramiona, a na 

nią spadł zimny deszcz rozsądku. 

 -  Nie.  To  znaczy...  nie.  Ledwie  się  znamy.  Dopiero  się 

spotkaliśmy. Nie mogę tak po prostu iść z tobą do łóżka... 

Jej  głos  był  pełen  konsternacji  i  wątpliwości.  Sama  nie 

wiedziała, co o tym wszystkim myśleć. 

 - Ach, więc chcesz tylko bawić się w miłość? 

background image

Pocałował  ją  w  kącik  ust,  drażniąc  językiem,  i  śmiało 

zsunął rękę i pogłaskał jej pierś. 

 - Ja też lubię takie zabawy, ale - przerwał, aby chwycić ją 

zębami  za  wargę  -  szybko  mnie  te  gierki  nudzą.  Przyjdź  do 
mnie, kiedy będziesz gotowa. 

Pocałował ją jeszcze raz z ociąganiem, któremu nie mogła 

się  oprzeć.  Kiedy  odchodził,  okręciła  warkocz  wokół  swojej 
dłoni próbując przytrzymać Kita dłużej i bliżej. 

Zawstydzona 

postępowaniem, 

które  ją  zdradziło, 

wypuściła  włosy  z  ręki  i  opuściła  oczy  czerwieniąc  się. 
Patrzyła,  jak  duża,  szorstka  dłoń  przesuwa  się  wolno  wzdłuż 
jej  ciała  pozostawiając  smugę  ciepła  idącą  od  ud  poprzez 
brzuch i piersi aż do szyi. Opuszkami palców uniósł jej brodę, 
aby  spojrzeć  jej  w  oczy.  Uśmiechnął  się,  oczy  mu 
pociemniały. 

 - To jest dobra gra, Kreestine, bardzo dobra. 

background image

Rozdział 7 
Był  szalony,  ona  też.  Gały  świat  oszalał.  Kristine 

wyciągnęła  kolejną  porcję  papierów  z  kosza  na  śmieci, 
mrucząc  pod  nosem.  Resztki  z  temperowanego  ołówka 
utworzyły  brudne  plamy  na  dżinsach  w  biało  -  niebieskie 
prążki.  Oprócz  tego  wylała  sobie  kawę  na  podkoszulkę,  a 
wszystko  to  zdążyła  zrobić,  zanim  jeszcze  wzeszło  słońce. 
Gabinet dzięki Kitowi był uporządkowany, wyjątek stanowiło 
biurko,  które  było  domeną  działania  Kristine  i  miejscem 
okropnego  nieładu.  Założyłaby  się,  że  nigdy  w  życiu  nic  nie 
zgubił, dopóki jej nie spotkał. - Cholera. 

Przewróciła  kosz  do  góry  nogami  i  potrząsnęła  nim.  Kit 

powierzył  jej  instrukcję  składania  kufrów,  które  rozebrał  w 
sobotę, i coś jeszcze, co dotyczyło Kandżuru. Trzy instrukcje 
wpisała do komputera, ale czwarta zniknęła. Z kosza wypadła 
musztardowa bluzka, a Kristine przysiadła na piętach i ukryła 
twarz w dłoniach. Czemu nie spaliła tej cholernej rzeczy. Nie 
miała  ochoty  płakać.  Nigdy  nie  płakała,  wiedząc,  że  to  do 
niczego nie doprowadzi. 

Schodziła mu z drogi cały poprzedni dzień, nie odzywając 

się  nie  pytana,  utrzymując  pozory  zwykłej  zawodowej 
współpracy,  co  odbywało  się  kosztem  nerwów  i  snu.  Kit 
pracował w garażu, rozbierając kufry na części. Identyfikował 
każdy  zapisany  kawałek  drewna,  czyścił  go,  numerował  i 
pakował. Potem dla bezpieczeństwa dał jej sporządzoną przez 
siebie listę. Nie prosił jej o pomoc, a ona nie czuła się na tyle 
pewna siebie, by mu ją zaoferować. 

Coś  się  z  nią  dzieje.  Prestiż,  sukcesy,  o  jakich  nawet  nie 

marzyła,  były  w  zasięgu  ręki,  a  ona  myślała  tylko  o 
mężczyźnie,  który  jej  otwierał  wrota  sławy.  Był  doprawdy 
niezwykły.  Sam  dla  siebie  był  prawem.  Każdego  innego 
przygniotłaby  odpowiedzialność,  jaką  Kit  wziął  na  siebie, 
kierując  całą  tą  eskapadą,  a  później  organizując  ucieczkę.  W 

background image

nocy  obudziła  się  dwa  razy,  zlana  zimnym  potem,  bojąc  się, 
by  nie  spłonął  garaż  albo  żeby  jakiś  huragan  nie  zniszczył 
Kandżuru.  Nawymyślała  sobie  od  idiotek  za  wplątanie  się  w 
historię zakazanych skarbów. Kiedy obudziła się po raz drugi, 
nazwała się przewrażliwioną i sfrustrowaną babą o nadmiernie 
wybujałej  wyobraźni.  Czy  naprawdę  musiał  ją  aż  tak 
oczarować,  że  myślała  tylko  o  nim.  Stał  się  zmorą  jej 
egzystencji. Nie znała go, nie rozumiała i nigdy przedtem nie 
miała do czynienia z nikim choć odrobinę podobnym do niego 
z  wyglądu  czy  temperamentu.  Jego  umysł  pracował  w  sobie 
tylko znany sposób i oddziaływał na nią tak intensywnie. Była 
nim  zafascynowana,  po  prostu  zafascynowana.  Rozumiała 
swoje  zauroczenie  Johnem  Garratym.  Był  ucieleśnieniem 
wszelkich  cnót,  znany  w  swojej  dziedzinie,  szanowany, 
inteligentny, na stanowisku. 

Kit Carson był dobrze znany, ale to wszystko. Nie był jej 

typem  mężczyzny.  Cywilizowany  tylko  w  pewnej  mierze, 
należał  do  zupełnie  innej  kultury.  Kierował  się  bardziej 
zmysłami  niż  intelektem,  choć  był  niezwykle  inteligentny  w 
sposób trudny do zrozumienia. 

Kiedyś wybrała Johna Garraty'ego - wybitnego naukowca, 

obdarzonego  powszechnym  uznaniem,  i  niczego  w  życiu  tak 
nie żałowała. Może nie wiedziała, co jest dla niej dobre. Przez 
króciutką chwilę, kiedy obudziła się po raz drugi, myślała, że 
uratować  ją  i  uspokoić  może  tylko  znalezienie  się  w  pokoju 
Kita i ponowne odkrycie czaru jego pocałunków. 

Stłumiony  jęk  zamarł  jej  na  ustach  i  opuściła  dłonie  na 

kolana.  Do  diabła  z  nim!  Dobrze  wiedział,  że  nie  potrafi 
pozbyć się myśli, którą w niej zasiał. Przyjdź do mnie, kiedy 
będziesz  gotowa.  Już  choćby  arogancja,  zawarta  w  tej 
propozycji, powinna wystarczyć, aby ją zniechęcić. Efekt był 
wprost  przeciwny.  Spojrzała  na  rumowisko  piętrzące  się 
wokół niej na podłodze. Instrukcja musiała gdzieś tam być. Ta 

background image

Lois  Shepherd  i  ten  Thomas  Stein  mieli  przyjść  do  jej  domu 
nazajutrz, a ona i Kit musieli być gotowi. Jeśli schrzani robotę, 
Carson  nigdy  nie  wyjedzie.  Wariactwo,  pomyślała  znowu, 
wymierzając sobie w myślach policzek. Wariowała. Tu, w jej 
własnym  garażu,  opracowywane  były  trzynastowieczne 
skarby kultury, a ona sama... 

Co się stało z jej żyłką historyka? Jakie są cele jej kariery i 

życia?  Zsunęła  rękę  z  oczu  i  zakryła  nią  usta,  ponieważ 
znalazła  jasnozieloną  kartkę  z  dzienników  Kita,  leżącą  na  jej 
biurku. Prawie rozpłakała się z radości i odczuła dużą ulgę. 

Kit przykrył kawałkiem papieru osiemdziesiąty ósmy blok 

zapisanej deski, a pod nią podłożył warstwę węgla drzewnego. 
Dobrze zaostrzonym ołówkiem zapisał numer na papierze, po 
czym oznaczył czystą stronę atramentem, gładząc mongolskie 
litery. Pracował przez całą zimną noc. Udowodnił, że sen był 
cięższą  pracą  niż  odpoczynek.  Tak  jak  poprzedniej  nocy, 
czekał na Kristine i wiedział, że będzie czekał jeszcze dłużej, 
tak  długo,  dopóki  starczy  czasu.  Odsunął  cienki  papier  i 
podniósł kartkę papieru ryżowego. Hardziej troszczył się o ten 
drugi,  ponieważ  trzeba  go  było  odcyfrować  i  przestudiować. 
Dla niego słowa były ważniejsze niż deski, zrobione po to, by 
je tworzyć i przechować. Kiedy atrament na pierwszej kartce 
wysechł,  odłożył  papier  dla  Shepherd  i  Steina,  którzy  mieli 
przyjechać  następnego  dnia,  po  czym  sięgnął  po  następny. 
Czego  chciała?  Czego  od  niego  potrzebowała?  Czas,  który  z 
nią spędzał, oświetlał mu umysł, ale nie w sposób, jaki miał na 
myśli w młodości. 

Czego  on  od  niej  oczekiwał?  Nazwał  ją  po  prostu  i  bez 

zastanowienia  patni,  żoną.  Czy  naprawdę  to  miał  na  myśli? 
Sang  Phala  powiedziałby,  że  tak.  Całe  życie  obfitowało  w 
znaczenia, ale jego drugi ojciec odszedł już w nicość, osiągnął 
Nirwanę i był poza jego zasięgiem. 

background image

Przymknął  oczy.  Nagle  poczuł  się  bardzo  samotny. 

Zazdrość i samotność. Jakie jeszcze niespodzianki trzymała w 
zanadrzu  Kristine?  Klasztor  chronił  go  od  okrutnych  uczuć 
zapewniając  duchową  jedność.  Teraz,  z  dala  od  domu,  Kit 
czuł tylko pustkę. 

Patrii. Połowa całości. 
Zostawił mnichów w poszukiwaniu pełni życia, do jakiego 

był  stworzony,  buntując  się  przeciwko  rygorom,  które  mu 
narzuciła  śmierć  ojca  i  obietnica  Sanga  Phali.  Przez  ostatnie 
piętnaście  lat,  od  kiedy  uciekł  z  klasztoru,  żył  jak  człowiek 
wolny, powściągany jedynie własnym sumieniem, tylko po to, 
aby znaleźć się tu, w tym miejscu  i czasie, gdzie mógłby się 
stać połową całości. Miała nad nim magiczną moc. 

Odłożył  szczoteczkę  i  westchnął.  Praca  nie  mogła  ukoić 

jego  rozterek.  Pożądał  Kristine  bardziej  niż,  tego  chciał. 
Potrzebował  jej,  tej  upartej  Amerykanki,  która  miała  więcej 
ambicji  niż  rozumu.  To,  że  chciał  się  z  nią  kochać,  nie 
zdziwiło  go,  ale  to,  że  chciał  z  nią  żyć,  było  zaskoczeniem. 
Nie pasowała zupełnie do jego planów. 

Wymknął się z Azji jak złodziej, w nocy, omijając uznane 

na całym świecie prawo Chińczyków, Wyjechał chwilę przed 
Turkiem, 

kradnąc 

około 

pięćdziesięciu 

kilogramów 

starożytnego drewna, ukrywającego wewnątrz przetłumaczone 
słowa  Buddy.  Uczynił  to  z  wiary,  a  zarazem,  musiał  to 
przyznać, dlatego, że nikt nie wierzył, że może to zrobić sam. 
Oddał resztki reputacji za swój przybrany naród i jego dumę. 
Nie żałował niczego, ale również nie zamierzał pozostawać na 
obczyźnie do końca życia. 

Musi zabezpieczyć Kandżur tak, aby Turek nie miał szans 

na odnalezienie go i przejęcie. Musi opublikować odkrycia, co 
pomogłoby  mu  odzyskać  dobrą  opinię.  Musi  uzbroić  się  w 
cierpliwość  i  przeczekać,  dopóki  nie  opadnie  fala  pogróżek  i 
wzajemnego  obwiniania  się.  A potem  wróci  do  Chińczyków. 

background image

Pojedzie  tam  i  obieca  im  wszystko,  czego  zechcą,  aby  tylko 
pozwolili mu na powrót do Tybetu. Musi tam wrócić z wielu 
powodów. Urodził się w mroźnych bezkresach Himalajów i z 
tej  czystości  światła  i  potęgi  samotności,  jaką  dawała  ta 
kraina,  nie  mógł  zrezygnować,  miał  to  głęboko  w  sercu.  Ale 
czym  była  samotność  dla  opuszczonego  człowieka  i  czy 
światło  słoneczne  nad  „dachem  świata"  było  czyściejsze  niż 
to,  które  widział  w  oczach  Kristine?  Pytania,  pomyślał 
podnosząc  się  wolno  z  podłogi, napływają  tak  szybko.  Świat 
doczesny wirował wokół własnej osi, toną} w powodzi pytań, 
wciągając  w  swoje  wiry  głupców  i  śmiertelników.  On  był 
jednym i drugim, a odpowiedzi, których szukał, nie leżały na 
dnie jego serca czy umysłu; były w Kristine. 

Przyrzekł  sobie,  że  będzie  ją  chronił  przed  wszystkim  za 

wyjątkiem  samego  siebie  i  nieoczekiwanym  uczuciem,  które 
w  nim  narastało.  Dlaczego  nie  była  konkubiną?  Zwykłe 
pożądanie łatwiej  byłoby zwalczyć,  a  mogłoby się  wydawać, 
że miłość jest tylko oddaniem się. 

Pierwsze  promienie  słońca  igrały  najpierw  na  parapecie, 

potem  wpadły  do  pokoju  i  oświetliły  podłogę.  Szedł  boso  w 
smudze  światła,  aby  zobaczyć,  co  robi  Kristine.  Może  śpi? 
Czy  jest  jej  tak  samo  ciężko  jak  jemu?  Czy  rozumiała  lepiej 
niż  on,  co  ich  do  siebie  tak  ciągnie?  Pytania,  ciągle  pytania. 
Poczuł  się  jeszcze  bardziej  samotny  i  opuścił  głowę  ze 
zmęczenia. 

Kristine  wycisnęła  trochę  topionego  sera  na  krakersa.  W 

domu  było  czysto,  nawet  jej  matka  musiałaby  to  przyznać. 
Mancos  był  przywiązany  na  łańcuchu  z  tyłu  domu,  dla 
świętego  spokoju.  Trzecia  taca  kanapek  wyglądała  znacznie 
lepiej  niż  pierwsza,  którą  musiała  wyrzucić  do  śmieci.  Białe 
wino  chłodziło  się  w  lodówce,  a  czajniczek  ze  świeżo 
zaparzoną kawą postawiła na blacie. Miała miętusy, serwetki, 
popielniczki, tacki i różne drobne orzeszki. Rzut oka na zegar 

background image

kuchenny  potwierdził  najgorsze  obawy.  Shepherd  i  Stein 
mogli  pojawić  się  w  każdej  chwili,  a  Kit  prawie  jej  nie 
obchodził. Te dwa fakty były ze sobą ściśle powiązane. 

Mając  nadzieję,  że  kanapki  się  nie  rozpadną,  na  każdej  z 

nich niepewną ręką kładła kawałki oliwek wciskając je lekko 
w  ser.  Nigdy  jeszcze  w  jej  domu  nie  odbywało  się  coś  tak 
wielkiego jak omawianie niezwykle rzadkich skarbów kultury 
starożytnej.  Była  zdenerwowana,  serce  waliło  jej  tak,  jakby 
właśnie  przebiegła  czterysta  metrów  w  rekordowym  tempie. 
Sen był pamięcią i wiedziała, że każda godzina przewracania 
się  w  łóżku  przysparzała  jej  sińców  pod  oczami.  Próbowała 
nałożyć  podkład  na  twarz,  potem  puder,  dalszy  makijaż, 
konturówkę, ale wszystko to starła dwa razy i zdecydowała się 
wyłącznie na kolczyki. 

 - Kreestine. 
Podskoczyła  na  dźwięk  jego  głosu,  uderzając  głową  w 

otwarte  drzwi  szafki.  Udała,  że  nic  się  nie  stało,  i  zajęła  się 
układaniem oliwek na kolejnych kanapkach. 

 - Słucham? 
Ostry  ton,  jakim  zadała  to  pytanie,  rozniecił  iskierkę 

gniewu w duszy Kita. Opanował się siłą woli. Zdziwiło go, jak 
wiele  wysiłku  musiał  włożyć  w  coś,  co  kiedyś  było  jego 
naturalnym  odruchem.  Nie  był  zadowolony  z  tego,  że  ich 
związek się psuł. Zostawił ją samą zbyt długo. Upięła włosy w 
sposób,  jakiego  jeszcze  nie  widział.  Szeroka,  złota  spinka 
ozdabiała  tył  głowy,  pozwalając  włosom  spadać  kaskadą 
czarnych  loków.  Duże,  delikatne  złote  kolczyki  wysadzane 
czerwonymi kamieniami zwisały do polowy szyi. Podobał mu 
się  ich  egzotyczny  kształt,  a  także  dźwięk,  jaki  wydawały, 
kiedy obracała głowę. Podobała mu się miękka, lejąca koszula 
z  czerwonej  bawełny,  którą  miała  na  sobie.  Spływała  aż  do 
połowy  ud  i  pasowała  do  obcisłych  spodni  tego  samego 
koloru,  sięgających  do  kostek. W  jego  kraju  nie  mogłaby  się 

background image

pokazać w takich spodniach, musiałby ją ukryć. Podobały mu 
się  jej  gołe  stopy,  natomiast  stanowczo  nie  podobały  mu  się 
ślady smutku, widniejące na twarzy. 

 -  To  wszystko  niepotrzebne  -  powiedział,  wskazując  na 

tace przekąsek i błyszczące kieliszki, stojące na stole. 

Typowe,  pomyślała  Kristine,  zaciskając  usta.  Harowała 

jak wół przez cały ranek, aby godnie przyjąć jego gości, a on 
miał  jeszcze  tyle  tupetu,  aby  powiedzieć  jej,  że  to  wszystko 
niepotrzebne.  Co  miała  robić?  Zaprosić  Lois  Shepherd  i 
Thomasa  Steina  do  domu  i  poczęstować  ich  butelką  piwa? 
Mężczyźni nic nie rozumieją. 

 -  Ale  to  bardzo  miło  z  twojej  strony  -  dodał.  -  Loeese  i 

Thomas poczują się uhonorowani. 

 -  Dziękuję  -  odpowiedziała,  upychając  oliwki  w  ser  na 

krakersach i ani trochę nie udobruchana. 

 - Jestem wdzięczny - usłyszała. 
 - Do usług. 
Zbyt  mocno  wcisnęła  ostatnią  oliwkę,  sprawiając,  że 

krakers pękł od spodu. 

 - Cholera. 
Cisnęła  kanapkę  do  zlewu,  a  resztę  musiała  inaczej 

rozmieścić  na  tacy,  która  już  i  tak  nie  mogła  wyglądać  tak 
dekoracyjnie, jak ta, stojąca w lodówce. 

 - Cholera - zaklęła znowu. 
Chciała, żeby wszystko było wspaniałe i zapięte na ostatni 

guzik. Chciała udowodnić samej sobie, że potrafi to zrobić. 

 - To tylko krakers, Kreestine - uspokoił ją. 
 - Nie, to nie tak - powiedziała głosem pełnym napięcia. - 

To coś więcej. 

Otworzyła  drzwi  lodówki.  Teraz  musiała  wyrzucić  jedną 

kanapkę  z  drugiej  tacy  dla  zachowania  symetrii.  W  chwili 
roztargnienia  usłyszała  podejrzane  odgłosy.  Obróciwszy  się 
złapała Kita za oblizywaniu palców. 

background image

 - Dobre - powiedział z uśmiechem. 
Tego już było za wiele. Zakochała się w barbarzyńcy bez 

serca,  który  nie  miał  najmniejszego  pojęcia  o  zasadach 
obowiązujących  gospodarza  podejmującego  dostojnych  gości 
czy  też  o  znaczeniu  symetrycznego  układu  kanapek  na  tacy. 
Łzy zakręciły się  w jej zmęczonych i przekrwionych oczach, 
ale nie pozwoliła im spłynąć. 

 -  Co  to  jest,  patni?  -  zapytał  skruszonym  głosem, 

głaszcząc ją po policzku. 

 - Nie nazywaj mnie tak. 
Sprawdziła,  co  ten  wyraz  znaczy.  Żona.  Nie  była  jego 

żoną i nie zamierzała nią być. Był zbyt żywy, zbyt seksowny, 
dziki,  inny  i  w  ogóle,  a  ona  nie  była  nawet  dostatecznie 
kobieca,  aby  go  zadowolić.  Chciała  odepchnąć  jego  rękę,  ale 
uwięził jej palce pomiędzy swymi. 

 - Jesteś w błędzie, Kreestine.  Boże,  pomóż, chciała teraz 

umrzeć. 

 - Na to już na pewno nie pozwolę. 
 - Przestań - jęknęła upokorzona. 
Chciała  go odepchnąć,  ale  była  to kolejna rzecz, na  którą 

nie pozwolił. Przesunął rękę na jej szyję i zacisnął na włosach, 
odchylając  głowę  do  tyłu  i  zmuszając  ją,  aby  spojrzała  mu 
prosto w oczy. Przeszył ją wzrokiem, w którym pobłyskiwały 
złote  i  rdzawe  ogniki  oraz  zmysłowe  tajemnice.  Wygiął  jej 
ramię  za  plecy  i  przyciągnął  bliżej,  splatając  jej  palce  ze 
swoimi.  Przejął  całkowicie  inicjatywę  i  nie  potrafiła  się  już 
bronić. 

 -  Kiedy  się  połączymy,  patni,  oboje  poznamy  prawdę,  o 

której  mówię  -  cedził  wolno  słowa  ściszonym  i  ochrypłym 
głosem.  -  Już  czuję  ciepło  twego  pożądania  i  gorące 
pragnienie sprostania moim odczuciom. 

Ona  też  czuła  je  przepływające  falami  i  gdyby  jej  nie 

pocałował,  umarłaby.  Ocalił  ją  leciutkim  muśnięciem  ust, 

background image

drażniąc  je  do  granic  wytrzymałości  i  przekraczając  bariery 
upokorzeń.  Wspięła  się  na  palce,  pragnąc  go  z  całych  sił,  i 
ugryzła  go  w  wargę.  Rozpoczęli  walkę  ust  i  języków, 
rozpalając w sobie płomień żądzy. 

Jęknęła.  Przyciągnął  ją  jeszcze  bliżej,  odurzając  tym 

erotycznym  pojedynkiem.  Przestała  myśleć  o  kanapkach  i 
kuchni, o podłodze, na której stali, i powietrzu, które wciągała 
w  płuca.  Skoncentrowała  się  na  nim  i  odczuciach,  które  za 
jego przyczyną stały się jej udziałem. 

Ciało Kita prężyło się, ramiona naciskały obejmując silnie 

jej postać. Czuła tę siłę nawet wówczas, gdy uwolnił jej rękę. 
Zanurzyła  dłonie  w  jego  jedwabiste  włosy  okalające  twarz. 
Pogładziła  po  policzkach  ,  i  odkryła  rozkosz  płynącą  z 
prostego  dotknięcia  palcami  jego  ust  przy  pocałunku.  Lekko 
schwycił ją zębami, jakby chciał dać jej znak, że te pieszczoty 
sprawiły mu przyjemność. Ośmielona, przesunęła ręce na jego 
piersi. 

 - Ach, dziewczyno - powiedział  cicho, pragnąc, by znała 

jego myśli tak, jak on znał jej. - Jesteś taka delikatna i słodka 
w moich ramionach. Pachniesz cudownie i upajasz mnie sobą. 
Pozwól mi... pozwól mi... 

 - Tak. 
W  odpowiedzi  rozpiął  ciężki  pas,  zrzucił  go  na  podłogę  i 

otoczył Kristine ramionami. Nie protestowała. 

 - Zgadzasz się? - spytał niosąc ją przez pokój. 
Nie  odpowiedziała,  więc  zatrzymał  się  na  schodach  i 

pocałował ją ponownie, dotykając zębami jej ust i pieszcząc ją 
językiem.  Kusił,  aby  się  poddała.  Było  to  niepotrzebne,  ale 
zbyt  przyjemne,  aby  przestać.  Kit  czuł  każde  drgnienie 
dziewczyny jak szarpnięcie w lędźwiach. 

 - Zgodziłaś się - szepnął, przerywając pocałunek i niosąc 

ją po schodach aż do sypialni. 

background image

Chciał  zdobyć  ją  tam,  pośród  koronek  i  poduszek,  w 

samym centrum jej kobiecego świata. Później spałaby z nim, 
otoczona ciepłem jego ramion i kocem, a on miałby ją znowu i 
znowu. Położył ją na łóżku, po czym sam osunął się koło niej. 
W  nieładzie  bawełnianych  prześcieradeł,  wdychając  jej 
zapach, schował twarz w zagięciu szyi, znajdując tam rozkosz 
obcowania z kobietą. Przesunął usta po jej skórze, smakując ją 
i zostawiając mokry ślad na ciele. Chciała ponownie czuć jego 
wargi na swoich. 

Pożądanie opanowało jej zmysły i wypełniło ją bez reszty. 

Świeże,  mocne wargi  Kita  zaspokajały jej  potrzeby  i  budziły 
jeszcze  większą  tęsknotę.  Jego  ciężar,  który  czuła  na  sobie, 
jego uda, wdzierające się pomiędzy jej nogi, doprowadzały ją 
do  szaleństwa.  Instynktownie  uniosła  w  górę  biodra.  Kit 
wsunął dłoń pod jej plecy przytrzymując ją i z wolna podniósł 
głowę.  Na  ustach  igrał  mu  uśmiech.  Stopniowo  zwiększał 
nacisk na ciało Kristine i zaczął ocierać się o nią. 

 - To jest bardzo dobra gra, prawda, Kristine? 
Westchnęła,  co  przekonało  go,  że  też  to  lubi.  Całkowicie 

ubrany,  sprawił,  że  czuła  to,  o  czym  tylko  czytała.  Wreszcie 
zaczął się rozbierać. Klęknął nad nią, obejmując kolanami jej 
biodra. Odpiął kilka guzików czarnej tuniki i ściągnął ją przez 
głowę.  Pod  ciemną  skórą  poruszały  się  napięte  mięśnie. 
Sprawił, że chciała go dotknąć. 

 - Powinnaś, patni, robić to na wiele sposobów - zapewnił, 

podciągając  ją  wyżej.  Zręcznym  ruchem  zdjął  z  niej  długą 
koszulę  i  wyjął  spinkę  z  włosów.  Kiedy  zobaczył,  co  miała 
pod spodem, zabłysły mu oczy. 

Ciemne  włosy  rozsypały  się  na  kremowobiałe  ramiona  i 

łagodną  linię  jej  piersi  okrytych  czerwoną  koronką.  Nie 
spodziewał  się  takiej  bielizny  po  Kristine.  Poczuł,  jak 
pożądanie  rozgrzewa  mu  brzuch.  Podniósł  wzrok,  aby 
napotkać  jej  spojrzenie.  Pragnęła  go,  ale  nie  była  jeszcze 

background image

pewna,  jak  go  zdobyć.  On  również  pożądał  Kristine,  ale 
najpierw  chciał  rozwiać  wszystkie  jej  niepokoje.  Chciał  ją 
wziąć tak, jak obiecał - tylko za jej zgodą, chciał, by płomień 
pożądania  tlący  się  w  niej  pociągnął  go  dalej  niż  był 
kiedykolwiek. 

Delikatnie  pogładził  koronki  i  opuszczając  ją  na  łóżko 

powiedział głosem, w którym zawarta była cała czułość, jaka 
w nim wezbrała: 

 - Bardzo cię kocham, Kreestine. 
Przyłożył  usta  do  jej  piersi  i  zatracił  się  w  miłosnym 

uniesieniu,  czując  miękkość  ciała,  od  którego  dzielił  go  już 
tylko koronkowy stanik. Wkrótce i ta bariera zniknęła - jeden 
wprawny  ruch  i  stanik  wylądował  na  stercie  ubrań,  leżących 
już  na  podłodze.  Kristine  zastanawiała  się,  gdzie  też  ten 
dalekowschodni  barbarzyńca  opanował  sztukę  rozpinania 
damskiej bielizny. 

Kąsał  lekko  jej  skórę,  zostawiając  delikatne  ślady 

ugryzień.  Głaskał  ją  tak  długo  i  podniecająco,  aż  nie  miała 
wyboru i musiała go dotknąć. Jego ciało było jak stal i jedwab, 
twarde  i  pełne  życia.  Kristine  opuszkami  palców  wyczuwała 
jego ciepło i miękkość. To ciepło owładnęło nią całkowicie - 
przenikało  przez  skórę  i  docierało  aż  do  najgłębszych 
zakamarków  umysłu.  Kit  w  narkotycznym  transie  rozświetlił 
ciemność jej zwątpień i rozgrzał chłód niepokojów. Czuła, że 
dotyka ją tam, gdzie najbardziej tego pragnęła, a każdy dotyk 
jego  ust  rozpalał  w  niej  zmysły.  Gdy  odwróciła  głowę  i 
przylgnęła  ustami  do  jego  skóry,  poczuła  wyraźnie  smak, 
jakiego dotąd nie znała. Chwyciła zębami za brodę, delikatnie, 
by tylko zasygnalizować swoje istnienie. Odwróciła się na bok 
pozwalając, by zsunął z niej spodnie. Myślała o jednym - jak 
odnaleźć  językiem  drogę  do  jego  gorących  ust  pełnych 
słodkiego  czaru.  Każdy  pocałunek  dawał  jej  wiele,  bardzo 
wiele,  a  ona  odpłacała  w  dwójnasób.  Była  pod  wpływem 

background image

czaru,  jaki  nad  nią  roztoczył,  poruszając  się  posłusznie  i 
podziwiając  jego  reakcje  na  to,  co  robiła.  Każda  pieszczota 
wzmagała  jego  pożądanie,  co  dawało  jej  siłę  i  powiększało 
przewagę.  Wyczuwał  językiem  jedwabistą  gładkość 
wewnętrznej  strony  jej  ud,  szedł  jeszcze  dalej,  ucząc  jej 
rzeczy,  o  jakich  mnisi  nie  mieli  pojęcia.  Jęknęła,  a  Kit 
wstrzymał  się  na  krótką  chwilę,  pozwalającą  mu  sięgnąć  jej 
nagiej  piersi.  Karuzela  pożądania  rozpędzała  się.  Był 
uosobieniem  męskości  i  łagodności,  a  zarazem  stanowił 
fascynujące  połączenie  kontrolowanej  siły  fizycznej  i 
nieujarzmionych  uczuć.  Dał  jej  z  siebie  wszystko.  Podniecił 
jej  umysł  przejrzystością  własnych  myśli,  rozbudził  również 
potrzeby  jej  ciała.  Dotykał  jej  w  miejscach,  o  których 
dotykaniu  przez  mężczyznę  nawet  nie  śniła,  i  robił  to  w 
sposób  wyjątkowy,  pobudzający  sferę  jej  najskrytszych 
marzeń. Z cichą uporczywością przekazywał jej swoje myśli, 
uczył  nowych  gestów.  Kiedy  się  wahała,  nalegał,  kiedy 
spełniała  jego  prośby,  szeptał  jej  do  ucha  słowa  satysfakcji 
głosem przepojonym rozkoszą. 

 -  Ach,  Kreestine...,  Kreestine  -  szeptał  oddychając 

nierówno. 

Zbyt  długo  znowu  grał  w  tę  grę,  a  ona  szybko  pojęła  jej 

zasady.  Pieściła  go.  Wsunęła  rękę  w  rozpięte  spodnie.  Nie 
robiła nic ponad to, o co ją prosił. Wbrew sobie przycisnął się 
do jej dłoni, myśląc tylko o jednym - znaleźć się w niej. 

Kristine  wiedziała,  czego  pragnie  jej  partner  w 

przypływach gorąca i rozkoszy, którą jej obiecał. 

Kit wstał i pewnym ruchem zdjął dżinsy. Teraz nie mogła 

już  tylko  grać  -  pragnął  jej  zacieśniającego  się  uścisku  i 
przyzwolenia.  Gorąco  zalewało  ją,  potęgowane  jeszcze 
pożądaniem Kita, aż zamknęła oczy i jęknęła. ' 

Nakrył  ją  swoim  ciałem,  wciskając  głębiej  w  łóżko,  i 

bardzo, bardzo wolno, wchodził w nią, rozpaloną do białości. 

background image

Chwila  po  chwili  fantazje  zastępowała  rzeczywista  twardość 
jego  ciała.  On  sam  wyławiał  ciche  odgłosy  jej  rozkoszy  i 
potwierdzał to swoimi ustami. Gra się kończyła - nie bez bólu, 
który starał się złagodzić. Chciał, by trwało to wiecznie. 

Kristine  zanurzyła  ręce  we  włosy  Kita,  rozplatając 

warkocz  i  przesuwając  go  między  palcami.  Pocałowała  go  z 
całego  serca.  Jego  skóra  stała  się  gładka  i  wilgotna  od  pracy 
mięśni.  Z  przyjemnością  akceptowała  jego  ciężar  na  sobie, 
precyzję  każdego  ruchu,  zapach  i  siłę.  Wypełnił  ją 
bezgranicznie,  zatracając  się  w  jej  wnętrzu,  czekając,  aż  i  u 
niej  nastąpi  nieuchwytny  moment  ostatecznego  spełnienia. 
Wszedł  głębiej  i  wydał  z  siebie  okrzyk  świadczący  o 
rozkoszy,  rozlewającej  się  wzdłuż  kręgosłupa.  Nie  mógł 
czekać  dłużej.  Wciągnął  jej  język  do  ust  i  wsunął  rękę 
pomiędzy ich ciała, dając jej to, czego oczekiwała. 

 -  Ach,  kobieto,  kobieto,  co  ty  ze  mną  robisz...  Nigdy 

jeszcze  tak  nie  kochałem...  Weź  mnie,  Kreestine...  weź 
wszystko,  a  ja  i  tak  zawsze  będę  ci  mógł  coś  ofiarować,  bo 
jesteś jedyna... jedyna. 

Jęknęła,  przestała  oddychać,  a  ciało  jej  zamarło  w 

przeszywającym  spazmie.  Kit  zaczął  odbierać  przejmującą 
moc  jej  orgazmu.  Wsunął  się  w  nią  po  raz  ostatni  po  to,  by 
wreszcie rozluźnić się w radości płynącej z jej posiadania. 

Leżeli  objęci  ramionami.  Kristine  przesunęła  palcami  po 

jego  piersi  i  napiętej  płaszczyźnie  brzucha,  w  dół,  gdzie 
spoczywała jej druga ręka, biała i smukła na tle ciemnej skóry 
Kita i kasztanowych włosów, znikających pod prześcieradłem. 
Podrapała go leciutko i poczuła silne ramię zaciskające się w 
dół  od  pasa  i  przyciągające  ją  bliżej.  Spojrzała  w  górę.  Po 
twarzy  Kita  błąkał  się  nieśmiały  uśmiech.  Pomału  otwierał 
oczy, podniósł głowę z poduszki i otarł się ustami o jej pierś. 

background image

 -  Nie  widziałem  jeszcze  takiej  skóry,  Kreestine.  Jak 

śmietanka na ustach i cukier na języku. Jesteś piękna, bardzo 
piękna i moja. 

Bransoletki na ramieniu wydawały dźwięki, które odbijały 

się  echem  w  jej  sercu.  Pukiel  włosów  dziewczyny  leżał 
przerzucony przez jego ramię. 

Boże,  co  ona  najlepszego  zrobiła?  Zastanawiała  się  nad 

spokojem,  jaki  odczuwała  w  jego  ramionach,  i  nad 
pożądaniem,  jakie  ją  ogarniało,  kiedy  jej  dotykał.  Chciała 
chwycić  go  za  włosy  i  całować,  całować.  Nie  mógł  być 
mnichem.  Kautilya  Carson  był  stworzony  do  miłości,  do 
kochania  kobiety.  Jego  doskonałe  kształty  błagały  o  dotyk. 
Chciała ponownie poczuć jego twardość i siłę. Kiedy dotknął 
jej  piersi,  przytrzymała  mu  rękę,  aby  tam  została.  Po  tym 
wszystkim;  co  jej  dał,  nie  potrafiła  odsunąć  się  od  niego. 
Ofiarował  zbyt  wiele  przyjemności.  Przycisnęła  usta  do  jego 
skroni  zastanawiając  się,  jak  szybko  uzależni  się  od  smaku 
jego  ciała  i  ciepła  reakcji.  To  był  mężczyzna,  o  jakim  nigdy 
nawet nie marzyła. Mężczyzna poza wszelkim wyobrażeniem, 
który spoczywał teraz w jej ramionach. 

Oddała mu się po raz drugi, wiedząc, że dawał więcej niż 

przyjemność i że wymaga od niej tego samego. Pod wpływem 
pieszczot  niezdarność  przemieniała  się  we  wdzięk,  a 
nieśmiałość w odwagę. Wyjęty spod prawa stał się panem jej 
serca. 

background image

Rozdział 8 
Kristine  nie  potrafiła  i  nie  chciała  oderwać  wzroku  od 

Kita. Ostatnie namiętne przeżycia zostawiły niezatarty ślad w 
duszy dziewczyny. Dzięki Bogu Shepherd i Stein spóźnili się, 
błądząc  przez  ponad  dwie  godziny  po  nie  oznakowanych, 
polnych drogach. 

Jak  zahipnotyzowana  obserwowała  Kita.  Zawija  oto 

właśnie  szczyptę  tytoniu  w  bibułkę,  którą  trzyma  między 
palcami, podnosi ją do ust i dotyka językiem, nie spuszczając 
oczu z Kristine. Najdrobniejszy ruch jego rąk nie uchodził jej 
uwadze.  Zarumieniła  się,  ale  wytrzymała  spojrzenie, 
oddychając  z  ulgą  na  widok  blasku  wspomnień  odbijających 
się w jego źrenicach. 

 -  Nieprawdopodobne  -  mruknął  Thomas  Stein,  patrząc 

przez szkło powiększające na jedną z zapisanych desek, którą 
pokazał mu Carson. 

Thomas  był  starszym  kustoszem.  Spod  szpakowatych 

włosów przeświecała łysina, której wcale nie usiłował ukryć. 
Miał na sobie nienagannie skrojony garnitur w prążki. 

 - Po prostu nieprawdopodobne - powtórzył. 
Carson  uśmiechnął  się,  a  Kristine  oblała  się  rumieńcem, 

ponieważ  nadal  nie  była  w  stanie  przestać  patrzeć  na  Kita. 
Wiedział,  co  zrobił,  a  ona  też  nie  mogła  o  tym  zapomnieć, 
nawet w obecności obcych. 

 - Zadziwiające - zgodziła się Lois Shepherd, stojąca przy 

pudłach,  które  Carson  przyniósł  z  garażu.  Wyglądała  bardzo 
starannie,  a  zarazem  oficjalnie,  w  ciemnogranatowym 
kostiumie  z  gabardyny,  białej  bluzce  i  butach  na  wysokim 
obcasie. 

Kandżur  miał  być  od  tej  pory  przechowywany  z 

szacunkiem,  na  jaki  zasługiwał,  i  to  przechowywany  przez 
Kristine.  Także  wyniki  testów  i  raporty  miały  w  pierwszej 
kolejności przechodzić przez jej ręce. Kit jasno wypowiedział 

background image

się w tej kwestii. Na początku goście sprzeciwiali się temu, ale 
Carson  nie  ustępował  i  wiadomo  było,  że  ostatnie  słowo 
należy do niego. 

Zwinął  papierosa  w  palcach  i  zapalił  zapałkę.  Był 

uszczęśliwiony  obrotem  spraw  i  tym  wszystkim,  co  odnalazł 
w  Kristine.  Napełniała  go  radością;  jego  wybory  życiowe  i 
drogi  okazały się  właściwe  właśnie dlatego, że doprowadziły 
go do niej. 

Zaciągnął  się  papierosem  i  pochylił  do  przodu,  opierając 

łokcie na kolanach. Uśmiechając się wypuścił kółeczko dymu 
i z satysfakcją obserwował, jak przechodzi ono przez kieliszek 
i nadgarstek zdumionej dziewczyny. 

 -  Czy  poddaliście  je  konserwacji?  -  spytał  Thomas  nie 

mogąc oderwać oczu od szkła powiększającego. 

 - Spędziliśmy trzy dni w Narthang pakując nasze skarby. 

Tam  też  zostały  pobłogosławione  na  drogę  -  powiedział  Kit, 
jakby to mogło wyjaśnić dobry stan Kandżuru. 

 -  I  to  wszystko?  -  Thomas  nie  ukrywał  swych 

wątpliwości. Carson uśmiechnął się szerzej. 

 -  Udzieliliśmy  im  też  pierwszej  pomocy.  Na  wierzch 

został położony PVA, na spód PEG 4000, środki grzybobójcze 
i  etanol.  Laboratorium  nie  powinno  mieć  z  tym  żadnych 
kłopotów. 

 -  Przetrzymały  podróż  nadzwyczajnie  -  stwierdził  Stein, 

oglądając uważnie kolejną deskę. 

 -  Odczytałeś  je  już?  -  spytała  Lois.  -  Czy  wiesz,  jaką 

część  chińskiego  kanonu  Tripitaka  mamy?  -  Sto  czerdzieści 
dwie  niekolejne  strony  Dyscypliny  -  mistycznych  nauk  o 
wyrzeczeniu się pożądania. 

Raga  -  odpowiedział  Kit  i  spojrzał  na  Kristine,  która 

zlekceważyła  nutkę  ironii,  ukrytą  w  jego  głosie.  Nie  miała 
pojęcia, co to pożądanie, dopóki jej tego nie nauczył. Piekły ją 
uszy,  ilekroć  czuła  na  sobie  jego  wzrok,  i  zdawała  sobie 

background image

sprawę,  że  traci  z  trudem  odzyskiwaną  równowagę.  Modliła 
się tylko, by Lois i Thomas nie wyczuli tej gorącej atmosfery. 
Siła,  jaką  promieniował  Kit  od  samego  początku  ich 
znajomości, nie była niczym innym jak tylko czystą siłą seksu. 
Sang  Phala  musiał  mieć  rzeczywiście  wiele  kłopotów  ze 
swoim podopiecznym. 

 - Tak, to zadziwiające - powiedziała Lois. 
Tak, pomyślała Kristine i bezwiednie westchnęła cicho. 
Ach, dziewczyno, jesteś w moich ramionach uosobieniem 

słodyczy.  Uśmiech  Kita  przybladł,  pociemniały  mu  oczy  i 
potrząsnął głową. 

 - Nie? - głos Shepherd przerwał ich milczący dialog. - W 

takim  razie  mamy  problem.  Powinieneś  był  mi  powiedzieć  o 
tym przez telefon, to nie musiałabym przyjeżdżać. 

 - Co ci powiedzieć, Loeese? - Carson zorientował się, że 

stracił kawałek rozmowy, na szczęście tej mniej ważnej. 

Lois odsunęła się od pudeł. 
 -  Nie  mogę  tknąć  tych  rzeczy  bez  upoważnienia. 

Wiedziałeś  o  tym  dobrze,  jeszcze  zanim  wyjechałeś. 
Obiecałeś... 

 - Zawsze dotrzymuję obietnic - przerwał jej Kit i sięgnął 

do kieszeni, wyjmując zapieczętowaną kopertę. 

Thomas  odczekał,  aż  Lois  złamie  pieczęć,  a  następnie 

razem  przeczytali  dokument  i  omal  nie  krzyknęli  ze 
zdumienia. 

 -  Naprawdę  go  spotkałeś?  -  spytała  Lois,  oglądając 

dokument ponownie. 

 - Dostałem to z rąk własnych Dalaj Lamy - odparł Kit. - 

Wiecie,  że  nie  akceptuje  on  imperialistycznych  tendencji 
północnego  sąsiada,  ale  nadal  pozostaje  duchowym 
przywódcą narodu. A Kandżur - jak się obaj zgodziliśmy - jest 
rzeczą świętą. 

 - To mi wystarczy - stwierdziła Lois. 

background image

 - Ale to ciągle jest przemyt - oponował Thomas. 
 -  Przestań,  Stein  -  ucięła  Lois.  -  Los  Angeles  bierze  na 

siebie  odpowiedzialność  za  całe  sto  czterdzieści  dwie  deski. 
Od  początku  pracują  nad  tym  prawnicy  z  kilku  krajów,  cały 
czas  szukając  możliwości  obejścia  przepisów  dotyczących 
antyków i myślę, że nasz przyjaciel dostarczył im wskazówek 
- powiedziała, spoglądając na Kita. 

 - To duże ryzyko - upierał się Thomas. 
Shepherd  popatrzyła  na  niego  sponad  opuszczonych 

okularów  w  metalowych  oprawkach.  -  Więc  wyjdź  stąd, 
zanim przejdziemy do interesów. 

 -  W  Chicago  też  są  prawnicy!  -  Starszy  pan  coraz  mniej 

pewnie bronił swoich racji. 

 - Słyszałam o tym - wycedziła Lois przez zęby. 
 -  Zostaję,  Shepherd  -  mruknął  Stein,  wyciągając  z 

kieszeni białą chusteczkę i przykładając ją do skroni. 

 - To dobrze. 
Lois odwróciła się w stronę Carsona. 
 - Sądzę - zaczęła oficjalnym tonem - że wszyscy wiemy, 

iż to, co mamy przed sobą, stanowi bezcenną wartość, ale ci z 
nas,  którzy  w  przeszłości  mieli  kontakt  z  panem  Carsonem, 
wiedzą  również,  że  nie  ma  on  sobie  równych  w 
wyśrubowywaniu  ceny  na  swoje  usługi.  -  Zsunęła  okulary  z 
nosa i rzuciła Kitowi ostre spojrzenie. 

 -  Już  i  tak  wiele  straciłem  na  tym  interesie,  Loeese.  Kit 

zaciągnął się papierosem i zgasił go w popielniczce. 

 - Na przykład? - spytała Lois ostrożnie. 
 -  Moją  ojczyznę,  dom,  dobytek  oraz  trochę  własnej 

wolności. 

 -  Jesteś  buddystą,  Kit  -  przypomniała  mu.  -  Wiesz,  że 

wolność jest stanem umysłu. Nepal nie jest na sprzedaż, więc 
nie widzę powodu, aby dalej się targować. Znam kilka osób w 

background image

Katmandu.  Mogłabym  zorganizować  aukcję  twego  domu,  a 
rzeczy by ci przysłano. Jakoś byśmy dobili interesu. 

 -  Nie  -  Kit  podniósł  się  i  z  tym  swoim  dobrze  znanym 

wdziękiem podszedł do okna. 

Trzy pary oczu śledziły każdy jego krok. Dwie z uwagą, a 

trzecia, o kolorze górskich fiołków, absolutnie zafascynowana 
pięknem jego ruchów. Kristine wiedziała, że czar, jaki na nią 
rzucił wraz z pierwszym pocałunkiem, działa nadal. 

Kit  oparł  rękę  wysoko  na  ramie  okiennej,  a  kaskada 

złotych  bransoletek  ześlizgnęła  się  w  dół  po  ramieniu. 
Czekali.  Wreszcie  przemówił,  a  jego  słowa  wszyscy  obecni 
przyjęli z niedowierzaniem. 

 - Chcę wrócić do domu - powiedział miękko. 
 - Niemożliwe - odparł Thomas. 
 - To twoja sprawa - Lois wzruszyła ramionami. - Zrobię, 

co będę mogła. 

Kristine nie wiedziała, co odpowiedzieć. Do domu? Z dala 

od  niej?  Teraz,  gdy  rozkochał  ją  w  sobie  w  tak  krótkim 
czasie? Sięgnęła po kieliszek wina, ale nie mogła go utrzymać 
w trzęsącej się dłoni. Położyła ręce na kolanach. 

 - Ile chcesz za Kandżur? - spytała Lois. 
 - Czterysta tysięcy. 
 -  Czterysta  tysięcy  czego?  Rupii?  -  Nie  usiłowała  nawet 

ukryć, że jest zaszokowana. 

 -  Nie, Loeese  -  odwrócił  się  do  niej.  -  Dolarów.  Thomas 

opadł na kanapę, ale Lois szybko się opanowała. 

 - Sto tysięcy plus muł i jak - powiedziała. 
 -  Jeden  z  poganiaczy  zwierząt  został  ranny  i  muszę 

wypłacić  odszkodowanie  jego  rodzinie,  ponieważ  nie  jest 
zdolny do pracy. Trzysta pięćdziesiąt tysięcy plus po dwieście 
dolarów za zwierzęta - rzucił Kit. 

 -  To  musiał  być  jakiś  cholernie  drogi  jak.  Dam  ci 

pięćdziesiąt za muła, chociaż to i tak zdzierstwo. Oprócz tego 

background image

sto dolarów za jaka i ani centa więcej. Góra sto siedemdziesiąt 
pięć tysięcy. 

 - Trzysta tysięcy - upierał się Carson. 
 - Dwieście. Ostatnie słowo - stwierdziła Lois. 
 - Załatwisz wszystko? - spytał. 
 - Tak. A jaką bierzesz prowizję? 
 - Pięćdziesiąt procent. 
 -  Ostatnio  wysoko  się  cenisz.  Szelmowski  uśmiech 

rozjaśnił twarz Carsona. 

 -  Taka  jest  cena  ryzyka  -  odpowiedział  i  nonszalancko 

wzruszył ramionami. 

Cena ryzyka, powtórzyła cicho Kristine, zaciskając pięści. 

Dlaczego, do cholery, nie pomyślała o tym, zanim się w nim 
zakochała? Ten przeklęty Carson złamie jej serce. 

Złapię  najbliższy  samolot  do  Los  Angeles  -  powiedziała 

Lois.  -  W  Denver  czeka  cała  załoga,  aby  odpowiednio  to 
wszystko  popakować.  Jeśli  oczywiście  chcesz  mi  oszczędzić 
kłopotów i nie targować się dalej. 

Kit  zaśmiał  się  i  objął  starszą  panią.  .  -  Niech  będzie, 

Loeese, z tobą nie będę się targował. 

A  co  gotów  był  zrobić  dla  niej,  zastanowiła  się  Kristine. 

Rozkochać ją tylko w sobie i porzucić? 

Zaczęło  zmierzchać  i  nagle  zrobił  się  wieczór.  Kristine 

demonstrowała  komputerową  wersję  dzienników  Kita, 
tłumacząc  Lois  i  Thomasowi,  w  jaki  sposób  je  pisał.  Dla 
obojga  miała  przygotowane  grube  teczki  materiałów 
informacyjnych, 

oni 

wyrazili 

zainteresowanie 

uniwersyteckim  projektem  badań  tybetańskich.  Lois 
zaoferowała  nawet  napisanie  wstępu  do  książki  Kristine  o 
świątyniach  Tybetu.  Zrobiłoby  to  duże  wrażenie  na 
Chambersie, pomyślała Kristine, a Harry nigdy by sobie tego 
nie  wybaczył.  Jeszcze  nigdy  sukces  nie  wydawał  się  jej  tak 
bliski.  Uważała,  że  oto  nadarza  się  wspaniała  okazja  do 

background image

osiągnięcia  czegoś,  co  mogło  się  okazać  szczególnie  istotne, 
gdyby  Kit  rzeczywiście  wyjechał.  Wydanie  książki  o 
doniosłym  znaczeniu  i  sława  w  związku  z  ujawnieniem 
tajemnic Chatren - Ma, to było jednak ciągle za mało. 

Do cholery z nim! Za kogo się, u licha, uważał, że ośmielił 

się  ni  stąd,  ni  zowąd  wtargnąć  w  jej  życie  i  ulotnić  się  tak 
samo  niepostrzeżenie,  jak  się  pojawił.  Dobry  Boże,  czy 
naprawdę  się  w  nim  kochała?  Spojrzała  przez  ramię  Lois. 
Patrzyła, jak Kit z Thomasem po raz kolejny sprawdzają spis 
inwentaryzacyjny. 

Czy naprawdę trzymała go w ramionach, czy rzeczywiście 

napełnił  ją  najsłodszą  miłością,  jakiej  kiedykolwiek  zaznała? 
Czy  całowała,  nie  pragnąc  nic  więcej,  niż  tylko  już  zawsze 
czuć ten bijący od niego żar? Czy naprawdę wplatała dłonie w 
jego  włosy,  przyciągając  go  do  siebie  i  stając  się  drapieżna 
pod wpływem każdego dotknięcia jego ust? 

Tak, to prawda, odpowiadała jej pamięć, kiedy patrzyła na 

jego długie nogi, szerokie plecy i wystające kości policzkowe. 
Kiedy  przyklęknął  i  podważył  dno  jednego  z  pudeł,  aby 
Thomas  mógł  zanotować  numer  ewidencyjny,  zadźwięczały 
złote  bransolety  z  wizerunkami  wysokogórskich  zwierząt: 
śnieżnego  leoparda,  pantery  powalającej  jelenia  i  ptaka 
zakładającego gniazdo. 

Kristine spojrzała na warkocz opadający na plecy Kita, po 

czym  wróciła  wzrokiem  do  notatek,  które  uważnie  czytała 
Lois. 

Tak, kochała się z nim i wiedziała, że nie zdoła już nigdy 

uwolnić  się  od  szeptów,  które  ciągle  dzwoniły  jej  w  uszach, 
od ciężaru jego ciała i od wspomnień dotyku jego palców. 

Starsza 

pani 

oglądała 

wszystkie  papiery  bardzo 

skrupulatnie, zajrzała do kilku notatników i zmarszczyła brwi. 

 -  Czy  coś  nie  tak?  -  spytała  Kristine,  zmuszając  się  do 

zwrócenia uwagi na to, co działo się wokół niej. 

background image

 -  Znam  go  od  dawna,  Kristine  -  powiedziała  Lois 

roztargnionym  tonem,  nie  odrywając  oczu  od  dokumentów.  - 
Jeszcze  z  czasów  przed  Lishanem.  On  nie  jest  taki  jak 
większość mężczyzn, podobnie jak jego ojciec. 

Kristine  zdziwiło  to  tak  niespodziewanie  osobiste 

wyznanie, ale podążała za tokiem myśli Lois. 

 - Który ojciec? 
Ciekawe, brązowe oczy spojrzały na nią sponad okularów. 
 -  Powiedział  ci  o  Sang  Phali?  -  Lois  była  wyraźnie 

zdziwiona. Kristine usiadła na stołku, płonąc z ciekawości. 

 - Tylko to, że Sang Phala zabrał go do klasztoru. 
 -  Kopiącego  i  drącego  się  dzieciaka  -  powiedziała  Lois, 

zdejmując  okulary.  Kristine  czuła  się,  jakby  była  poddawana 
przesłuchaniom przez eksperta. 

 -  Miał  dziewięć  lat,  kiedy  Sang  Phala  znalazł  go  u 

Khampów.  Chłopiec  był  dziki  i  zbuntowany,  zawzięty, 
zdezorientowany  i  wciąż  za  mały,  aby  zrozumieć,  dlaczego 
opuścili go rodzice. 

 -  Opuścili  go?  -  Kristine  chłonęła  każde  słowo 

poszerzające choćby w nikły sposób jej skąpą wiedzę o życiu 
tego wyjątkowego człowieka, który wkradł się w jej łaski. 

 -  Zmarli,  ale  dla  dziecka  było  to  bez  różnicy  -  wyjaśniła 

Lois. - Został sam. Ja też go szukałam. Melanie i Dwayne byli 
moimi dobrymi przyjaciółmi. 

Melanie,  pomyślała  Kristine,  a  więc  jego  matka  miała  na 

imię Melanie. 

 -  Ale  nie  znalazłaś  go  -  nalegała  Kristine  nie  chcąc,  by 

rozmowa zakończyła się zbyt szybko. 

 -  Ależ  znalazłam,  i  to  bez  problemów.  -  Lois  położyła 

foldery  jeden  na  drugim.  -  I  miałam  prawo  go  zabrać  do 
Stanów, ponieważ był i nadal jest obywatelem amerykańskim. 

background image

W głosie swojej rozmówczyni Kristine usłyszała nutę żalu 

i  zaczęła  się  zastanawiać,  co  takiego  skłoniło  Lois  do 
pozostawienia syna swoich przyjaciół w tym dzikim kraju. 

 - Postanowiłam jednak zostawić go w klasztorze. Popatrz 

na  niego  -  mówiła,  jakby  szukając  potwierdzenia  słuszności 
swojej  dawnej  decyzji.  -  Czy  możesz  go  sobie  wyobrazić 
innego niż jest, w garniturze od braci Brooks? 

Nie,  pomyślała  Kristine,  choćby  nie  wiem  jak  chcieć,  to 

do tych szerokich barów nie pasowała marynarka w prążki, a 
szeroki  uśmiech  do  plastikowego  świata  Zachodu.  Kit  to 
żywioł, żywioł nieba i ziemi, i żadne zewnętrzne ograniczenia 
nie byłyby w stanie ograniczyć jego osobowości. 

 -  Mały  chłopiec,  przeniesiony  z  bezgranicznej  swobody 

do  skrajnie  zdyscyplinowanego,  pełnego  wymogów  życia  w 
klasztorze, cierpiał - ciągnęła Lois, zatapiając się we własnych 
myślach.  -  Nie  mogłam  jednak  ponownie  wywrócić  jego 
świata do góry nogami. Sądziłam, że nie potrafię zapewnić mu 
takiego spokoju, jaki obiecywał Sang Phala - łagodny uśmiech 
rozjaśnił na chwilę jej twarz. - Byłam bliska ukręcenia głowy 
temu starcowi, kiedy dowiedziałam się, że Kit uciekł. To były 
złe  lata.  Nie  wiedziałam,  gdzie  się  podziewał,  czy  żył. 
Zastanawiałam  się,  jak  da  sobie  radę  zupełnie  sam.  Potem 
pokazał  się  w  Lishan,  a  resztę  to  już  wiesz.  -  Westchnęła, 
obracając spojrzenie na stertę folderów. - Raz, kiedy byłam w 
klasztorze  i  stojąc  w  zimnym  hallu  patrzyłam  na  tę  małą 
główkę,  bijącą  modlitewne  pokłony,  na  ten  kosmyk  rudych 
włosów,  pomyślałam  sobie,  że  mógłby  być  mój,  mogłam 
zabrać  go  do  domu  i  wychować  jak  syna.  -  Lois  podniosła 
głowę  i  rzuciła  Kristine  długie, uważne  spojrzenie,  a  głos  jej 
złagodniał. - Ale on nigdy nie należał do mnie. Nie należał do 
żadnej kobiety, matki, siostry czy kochanki. 

Kobieca  intuicja  i  delikatne  ostrzeżenie  Lois  sprawiły,  że 

na  policzki  Kristine  wypłynął  rumieniec.  Nie  powinna  była 

background image

ulec  swoim  pragnieniom  i  jego  pożądaniu.  Miał  inne 
kochanki.  Wiedziała  o  tym  od  chwili  ich  pierwszego 
pocałunku.  Zostawił  je  wszystkie,  a  niecałą  godzinę  temu 
zdeklarował  chęć  opuszczenia  również  jej.  Lois  nie 
zdecydowała  się  kiedyś  zabrać  chłopca  do  siebie  i  właśnie 
przed  chwilą  powiedziała,  że  wątpi,  aby  jakakolwiek  młoda 
kobieta była go w stanie utrzymać przy sobie. 

 -  Czy  coś  się  nie  zgadza  w  danych?  -  spytała  Kristine, 

pragnąc jak najszybciej przerwać te nie związane z badaniami 
dygresje. 

 -  Mapa  -  Lois  otworzyła  pierwszy  notatnik  i 

przewertowała  go.  -  Brakuje  tu  ważnej  informacji.  Kristine 
przejrzała  uważnie kartki, ale nie  zauważyła  braków. Prawdę 
mówiąc, był to najbardziej 

kompletny raport, jaki kiedykolwiek widziała. 
 - Czego brakuje? - Nadal nie była pewna. 
 - Lokalizacji Chatren - Ma. 
Kristine  rzuciła  Lois  ubawione  spojrzenie.  Może  ta 

kobieta  nie  była  tak  inteligentna,  na  jaką  wyglądała.  Nie, 
szybko  się  poprawiła,  była  bardzo  mądra.  Musiała  tylko 
zmęczyć się podróżą. 

 -  Kit  złożył  mapy  razem  do  powiększenia  -  wyjaśniła 

ożywionym głosem, wątpliwości pozostawiając dla siebie, aby 
nie  zawstydzać  starszej  pani.  -  Pierwsza  mapa,  na  której 
zaznaczył jeden fragment, 

zawiera  odnośniki  do  mapy  numer  dwa,  gdzie  ten 

fragment  jest  w  powiększeniu.  Cała  seria  składa  się  z  pięciu 
map i zdjęć klasztoru. 

Kristine nie potrafiła sobie wyobrazić, jak mogłoby to być 

zrobione jeszcze dokładniej. Lois była jednak innego zdania. 

 - Nie podał tu długości i szerokości geograficznej. 
 - Tak - zgodziła się Kristine. 

background image

To  prawda,  ale  przy  odrobinie  wysiłku  można  było 

zaznaczyć  nawet  muchę  siedzącą  na  ścianie.  Kristine 
przejrzała  kilka  stron,  powstrzymując  się  od  komentarzy, 
dopóki  nie  dotarła  do  pierwszej  mapy.  W  porządku, 
pomyślała,  wracając  do  poprzedniej  strony,  teraz  należy... 
ciekawe,  do  czego  zmierza  Kit.  Sprawdziła  jeszcze  raz, 
porównując  obie  mapy.  Następujące  po  sobie  powiększenia 
okazały  się  nieprecyzyjne,  a  w  związku  z  tym  mapy  stawały 
się bezużyteczne. 

Lois liczyła coś na kalkulatorze. 
 -  Nie  sądzę  -  powiedziała  w  końcu  ostrym  tonem  -  żeby 

Kit  życzył  sobie  czyjejkolwiek  obecności  w  promieniu 
pięćdziesięciu  kilometrów  od  tego  miejsca.  Chwileczkę...  nie 
pięćdziesięciu,  ale  nawet  pięćdziesięciu  trzech  kilometrów.  - 
Podniosła  głowę.  -  To  strasznie  duża  przestrzeń,  aby  się  po 
niej włóczyć. 

 - To niedopatrzenie  - Kristine  próbowała  go bronić. Lois 

nie dała się jednak oszukać. 

 -  Kit  Carson  nie  popełnił  żadnej  omyłki  w  życiu.  Po 

prostu mnie nabiera. 

I  mnie,  dodała  w  myślach  Kristine,  patrząc  na  jego 

szerokie  plecy.  Do  czegóż  on,  u  licha,  zmierza?  Z  czasem 
sama zauważyłaby oszustwo, ale pewnie dopiero wtedy, kiedy 
ten  łgarz  byłby  już  daleko,  a  ona  nie  miałaby  na  kim 
wyładować  złości.  Obiecał,  że  podzieli  się  z  nią 
wiadomościami  o  Chatren  -  Ma,  i  dostarczył  wszystkiego  z 
wyjątkiem  lokalizacji.  Czy  miał  ją  aż  za  taką  idiotkę? 
Zdecydowanie  była  idiotką.  Zakochała  się  w  barbarzyńcy, 
którego prawie nie znała, i poszła z nim do łóżka. Była głupią, 
niewyżytą  babą,  która  poleciała  na  pierwszego  chłopa, 
obdarzonego  urokiem  osobistym  i  umiejętnościami,  które 
dostarczyły jej niezapomnianych wrażeń. 

background image

Nie miała zamiaru ani umrzeć, ani zniknąć. Czar pryskał, 

a  jeśli  nawet  wiedziała,  że  kiedy  odjedzie,  będzie  za  nim 
tęsknić  dzień  i  noc,  nie  przyznawała  się  do  tej  słabości. 
Jeszcze nie. 

 -  Gdzie  to  jest,  Kit?  -  powiedziała  na  tyle  głośno,  że 

usłyszeli ją obaj mężczyźni. 

 -  Wali  prosto  z  mostu  -  mruknęła  Lois.  -  To  mi  się 

podoba. 

 - Gdzie jest co? - spytał Thomas. 
Kit  nie  potrzebował  wyjaśnień,  kiedy  zobaczył  rozłożone 

na stole mapy. 

 - Sądzę, że panie odkryły drobne oszustwo. Loeese chyba 

zrozumie. Kristine mniej. 

 - Nie możesz tego ukrywać bez końca, Kit - powiedziała 

Lois,  odbierając  Kristine  możliwość  ataku.  -  Dokonałeś 
wielkiego  odkrycia,  ale  kiedy  deski  pójdą  na  wystawę, 
wszyscy i tak dowiedzą się, gdzie byłeś. 

 -  Nie  dowiedzą  się  gdzie  dokładnie  -  powiedział  Kit  z 

naciskiem. 

Kristine  nie  odezwała  się  słowem,  oddając  tę  rozgrywkę 

Lois.  Starsza  pani  wiedziała,  jak  walczyć,  aby  wygrać,  a 
Kristine  nagle  zrozumiała,  że  nie  ma  dla  niej  miejsca  pośród 
tej  wielkiej  trójki.  Kit  przyjął  ją  do  gry,  ale  od  momentu,  w 
którym  powiedział,  że  chce  wracać  do  domu,  czuła  się  jak 
piąte  koło  u  wozu.  „Niedopatrzenie"  Kita  potwierdziło  tylko 
jej  przeczucia.  Nie  potrafiła  pojąć,  jak  mogła  być  warta  jego 
miłości,  a  niegodna  zaufania,  chyba  że  ich  uczucie  nie  było 
miłością.  Może  po  prostu  za  wiele  sobie  wyobrażała.  Nie 
znała  się  na  tym.  Cóż  wiedziała  na  temat  różnicy  między 
seksem  i  miłością.  Ludzie  dużo  bardziej  doświadczeni  -  a 
może tylko kobiety, bo mężczyźni dostawali to, czego chcieli - 
mylili  te  '  pojęcia  przez  wieki.  Była  coraz  bardziej 
zdezorientowana. 

background image

 -  Może  i  jesteś  najlepszy,  Kit  -  podjęła  Lois  -  ale  nie 

jesteś  jedynym  człowiekiem,  który  dysponuje  odpowiednią 
inteligencją  i  zasobami  finansowymi,  aby  znaleźć  drogę  do 
Chatren  -  Ma.  Jeśli  dowiemy  się,  gdzie  to  jest,  będziemy 
mogli zorganizować jakąś ochronę, powiedzieć światu, że jest 
tam coś, co warto chronić. 

Kit  roześmiał  się  cynicznie.  Onieśmieliło  to  Kristine 

bardziej niż zapowiedź odejścia czy oszustwo i zaczęła wątpić 
w swoje uczucie. 

 -  Świata  nie  obchodzi  ochrona  tego,  co  ja  uważam  za 

cenne, i dobrze o tym wiesz, Loeese. 

 -  Ktoś  to  jednak  wreszcie  odkryje,  Kit,  nie  uważasz,  że 

lepiej powiadomić Chińczyków, zanim Turek... 

 - On tego nigdy nie znajdzie - przerwał Kit ostro. 
 - Ma poparcie. 
 -  Pieniądze,  spryt  ani  przebiegłość  nie  otworzą  mu  drogi 

do Chatren - Ma. Lois po raz pierwszy straciła panowanie nad 
sobą. 

 - Nie zamydlisz mi oczu. Ja podaję ci fakty. 
 -  A  ja  mówię  prawdę  i  taka  jest  między  nami  różnica  - 

uciął Carson. 

Lois  patrzyła  przez  chwilę  na  niego  jak  matka  na 

krnąbrne,  wymykające  się  spod  kontroli  dziecko,  po  czym 
zaczęła wpychać foldery, mapy i notatki do teczki. 

 -  Kiedy  uznasz,  że  mam  rację,  zadzwoń,  pokryję  koszty. 

Thomas, zanieśmy rzeczy do tej wypożyczonej bryczki, którą 
nazywasz cadilakiem. 

Kristine widziała, jak stali na zewnątrz, kiedy paczki były 

już  załadowane,  ale  nie  czekała,  aby  dowiedzieć  się,  kto 
będzie  górą  w  dyskusji  na  temat  sposobu  ochrony zabytków. 
Była wściekła i nie chciała zostać powtórnie zraniona. Ludzie 
sypiali  ze  sobą  na  całym  świecie,  wiedziała  o  tym  dobrze. 

background image

Wiedziała  również,  że  gdyby  nadarzyła  się  kolejna  szansa, 
poszłaby z nim do łóżka bez wahania. Chyba zwariowała. 

Zachowała  prawo  do  publikacji,  które  zapewnił  jej 

Uniwersytet,  a  nie  Kit.  Ciągle  miałaby  tomy  informacji  o 
samym  Kandżurze,  ale  przecież  nie  tylko  to  jej  obiecał. 
Odkrył legendę Chatren - Ma, a tego właśnie chciała. Nie była 
naukowcem,  lecz  historykiem.  Zajmowała  się  ludźmi  i 
kulturami  na  przestrzeni  czasu.  Potrzebowała  potwierdzenia 
autentyczności odkrytych dzieł, aby zweryfikować kryjące się 
za  nimi  idee.  Potrzebowała  lokalizacji  Chatren  -  Ma,  aby 
udowodnić, że ten klasztor istnieje. 

Do diabła z tym wszystkim. Nie potrafiła zmienić swoich 

odczuć.  Nie  potrafiła  nie  kochać  Carsona.  I  nic  nie  mogło 
ukoić jej bólu. 

background image

Rozdział 9 
Porozmawia  z  nim.  Tak  właśnie  zrobi.  Porozmawia  i 

wyjaśni, co czuje. Nie, chyba nie, trzeba być idiotką, żeby się 
tak odsłonić. Wrzuciła kolejną garść śmieci do kosza i schyliła 
się, aby podnieść serwetę z podłogi. Gdyby ją kochał, gdyby 
nie  udawał  kogoś  innego,  nie  zniknąłby  teraz  w  garażu  po 
odjeździe  Steina  i  Shepherd.  Odczytałby  jej  myśli  i  wrócił 
przynosząc  zapewnienie  na  ustach  i  kojący  dotyk.  Będzie 
opanowana.  Właśnie  tak,  zimna,  spokojna  i  opanowana. 
Dojrzała i wyrafinowana. 

Uklękła,  aby  podnieść  zrzuconą  na  podłogę  doniczkę. 

Będzie  tak  lodowata,  że  zmusi  Kita  do  włożenia  puchowej 
kurtki  -  inaczej  krew  zamarznie  mu  w  żyłach.  Może  jednak 
lepiej  nie.  Zbyt  dużo  zimna  zabija.  Musi  być  po  prostu 
rozsądna,  powiedziała  do  siebie,  wciskając  się  pod  stół,  aby 
podnieść  skorupy.  Rozsądne  zachowanie  wyprowadziłoby  go 
z równowagi. 

Nie,  westchnęła.  Nic  nie  jest  w  stanie  wyprowadzić  go  z 

równowagi. Pogodę ducha opanował do perfekcji, a ona miała 
masę wątpliwości. Miotały nią sprzeczne uczucia i nie mogła 
liczyć, że się opanuje. Ale Kit nie był spokojny, kiedy się z nią 
kochał. Był gorący i dziki i tak samo spragniony rozkoszy jak 
i ona. Oczywiście ponowne pójście z nim do łóżka nie byłoby 
w żadnym razie dobrym posunięciem taktycznym. 

Było  jej  źle.  W  duszy  odezwały  się  nutki  żalu,  które 

natychmiast zdusiła. Kochać się z nim ponownie, dobre sobie. 
Nie  była  ze  stali  i  jej  serce  też  miało  jakieś  granice 
wytrzymałości.  I  tak  czuła,  że  jej  cierpliwość  została 
nadwyrężona.  Dał  jej  jedno,  pomyślała,  udowodnił,  że  John 
Garraty  nie  miał  racji.  Boże,  to  może  okazać  się  bardzo 
bolesną nauczką na przyszłość. 

Kątem oka zauważyła cień przemykający się po werandzie 

i  szybko  wyczołgała  się  spod  stołu.  Ostatnią  rzeczą,  jakiej 

background image

chciała,  to  to,  żeby  zobaczył  ją  na  czworakach  o  ile  to 
możliwe, musiała teraz unikać kompromitujących ją posunięć. 
Potrzebowała  teraz  tylko  gniewu,  który  pozwoliłby  jej 
wymierzyć Kitowi sprawiedliwość. On przecież obiecał. 

No  i  co,  myślała  z  obrzydzeniem,  czekając  na  przypływ 

złości,  która  mogłaby  złagodzić  jej  cierpienie.  Nic  z  tego, 
wciąż  tylko  bolało  ją  serce  z  powodu  jego  planów 
wyjazdowych.  Jak,  u  licha,  mogła  być  tak  głupia  i  zakochać 
się w nim? 

No, nareszcie. W samą porę pojawiły się pierwsze oznaki 

złości,  a  jednocześnie  usłyszała  odgłos  otwieranych  drzwi 
wejściowych  do  gabinetu.  Przez  chwilę  zastanawiała  się, 
dlaczego  nie  wszedł  drzwiami  frontowymi.  Tędy  było 
przecież bliżej. 

Nie zwróciła uwagi na jego wejście, gorliwie porządkując 

pokój. Gdyby jego kroki były cięższe a sylwetka ciemniejsza, 
zlekceważyłaby  w  ogóle  jego  obecność,  zanim  jej  nie 
schwycił. Zorientowała się teraz natychmiast, że to nie Kit, ale 
czyjaś dłoń szczelnie zatkała jej usta. Zaczęła się dusić. Mogła 
tylko w milczeniu stawiać opór i modlić się, aby nie zemdleć. 

Kit  doszedł  w  końcu  do  porozumienia  z  Shepherd  i 

Steinem.  Obiecał  podać  im  dokładną  lokalizację,  zanim 
przygotują  poszczególne  części  do  ekspozycji.  Wymagało  to 
jednak od niego roku do dwóch. Potrzebował trochę czasu na 
ugłaskanie  władz  administracyjnych,  a  resztę  na  dotarcie  do 
Tybetu i odnalezienie Chatren - Ma. Jeden rzut oka to za mało. 
Pod  tymi  kamieniami  spoczywało  Coś  więcej  niż  Kandżur. 
Wyczuwał tam coś antycznego i pełnego nie zbadanej mocy. 
Kristine nie pójdzie na kompromis, myślał. Obiecał jej dużo i 
planował  złożyć  jeszcze  więcej  obietnic,  wiążących  ich  do 
końca życia. 

Lekki uśmiech przebiegł mu przez twarz. Przez resztę dnia 

czekał  na  nadejście  nocy  i  pojawienie  się  księżyca.  Kristine 

background image

znowu  będzie  jego.  Podniósł  pokrywę  kufra,  wziął  do  ręki 
mały  nóż,  podważył  nim  kawałek  drewna  przylegający  do 
bocznej  ściany  i  ostrożnie  wyjął  spod  niego  pergamin,  który 
obejrzał  pod  światło.  Pierwszy  prezent  dla  Kristine  będzie 
spełnieniem  pierwszej  obietnicy  -  jedyna  mapa  z  lokalizacją 
Chatren  -  Ma.  Jej  smutek,  spowodowany  odkryciem  Lois, 
zabolał  go.  Nie  docenił  możliwości  starszej  pani.  Opuścił 
wieko i rozłożył na nim mapę, starannie ją wygładzając. Nagle 
jakiś  lęk,  ogromny  i  nieuzasadniony,  sprawił,  że  pobiegł  do 
domu.  Zbyt  późno.  Zorientował  się  dopiero,  gdy  wybiegł  ze 
swego  pokoju.  Chwycił  swój  nóż  khukri,  wiszący  przy 
drzwiach,  przeskoczył  przez  poręcz  i  znalazł  się  na  ziemi. 
Przebiegł przez tylne drzwi i zawołał Mancosa. 

 - Biegnij - krzyknął, ale było już za późno. 
Dom był pusty. Kit kipiał gniewem, który przenikał każdą 

komórkę ciała i napinał mięśnie. 

Lekkomyślność!  Co  za  lekkomyślność  -  huczało  mu  w 

głowie. Przebywając z Kristine stał się ufny, zbyt ufny. 

Starając się nie myśleć o niczym innym, odtwarzał drogę, 

którą  przebył,  i  poprzysiągł  zemstę  za  pogwałcenie  spokoju 
tego  domu.  Gdyby  zaszła  potrzeba,  oddałby  za  nią  nawet 
życie. 

Drzwi  do  gabinetu  były  uchylone,  a  Kit  kopnięciem 

wyrwał je z zawiasów. Obrócił się dookoła i wybiegł z pokoju 
ciągle  szukając.  W  pokoju  przejrzał  wszystko,  co  leżało  na 
stoliku  i  w  końcu  znalazł  to,  o  co  mu  chodziło.  Panterę  z 
brązu,  zwiniętą  w  kłębek  na  trzycalowej  tarczy  -  wizytówkę 
Turka.  Pod  nią  widniała  jego  własna  fotografia  rozsyłana 
razem  z  listem  gończym  z  Xizang,  niegdyś  należącego  do 
Tybetu.  Cena  poniżej  zdjęcia  nie  pozostawiała  żadnych 
wątpliwości  co  do  planów  i  motywacji  Turka.  Chińczykom 
zależało na Carsonie bardziej niż na samym Kandżurze. Dużo 
bardziej. 

background image

 - Będą mieli, czego chcą - poprzysiągł ochrypłym głosem, 

przebijając  ostrzem  noża  papier  ze  swoją  podobizną.  -  I  w 
dodatku  zapłacą  za  przyjemność  przebywania  w  moim 
towarzystwie! 

Szybko, a jednocześnie płynnie, ruchem znad głowy rzucił 

nożem  przed  siebie.  Ostrze  z  głuchym  jękiem  wbiło  się  w 
twarde,  dębowe  drzwi  kredensu,  przybijając  do  nich  list 
gończy. 

Jako  obcy,  w  nieprzyjaźnie  do  siebie  nastawionym 

otoczeniu Turek będzie  działał szybko, unikając kontaktów z 
ambasadami.  Będzie  się  starał  jak  najszybciej  dotrzeć  do 
domu,  ale  tam  też  nie  znajdzie  schronienia  i  nie  będzie  miał 
gdzie uciekać. Chińczycy nie chcieli zakładników, zależało im 
tylko na Carsonie, tego Kit był pewien. 

Zabrał  ze sobą jedynie zamszową torbę.  Zatrzymał się  na 

chwilę, aby wyjąć nóż z drzwi kredensu i schować list gończy 
do  kieszeni.  Wszedł  do  pralni,  rozpruł  ogromną  torbę  z 
pokarmem dla psa. 

 -  Chodź,  Mancos  -  zawołał  psa,  który  nie  odstępował  go 

na  krok.  -  Kreestine  wróci  w  ciągu  dwóch  tygodni.  Wiesz, 
gdzie jest zbiornik retencyjny, prosto w dół i do tylu, tylko bez 
wygłupów. 

Ukląkł  przy  drzwiach  frontowych,  aby  otworzyć 

drzwiczki  dla  psa,  potem  położył  dłonie  na  łbie  zwierzęcia  i 
podrapał go za uszami. 

 - Leż w dzień, pij w nocy i śpij na swoim posłaniu, a jeśli 

poobgryzasz  meble,  będziesz  miał  ze  mną  do  czynienia. 
Rozumiesz? 

Pies zaskomlał i podniósł pysk. 
 - Nie martw się, Mancos. Wszystko jedno w jaki sposób, 

ale sprawię, że ona wróci tu, gdzie jest jej dom - powiedział i 
schował nóż. - A jeśli  Turek  będzie  stawiał  opór, wyrwę mu 
serce z gardła, obiecuję ci to. 

background image

Zaraz, 

zaraz, 

pomyślała 

Kristine, 

starając 

się 

przezwyciężyć zamęt w głowie. Najpierw siedziałaś w pokoju, 
w  domu,  potem  ktoś  przerzucił  cię  przez  ramię  i  pustka... 
warkot  samolotu,  kolejna  pustka...  i  znowu  samolot,  tym 
razem  lot,  trwający  znacznie  dłużej.  Teraz  jakieś  dziwne 
miejsce.  Gdyby  była  mniej  skołowana,  zapach  tego  miejsca 
przeraziłby  ją.  Ciemne  pomieszczenie,  w  którym  się 
znajdowała, nie miało okien i cuchnęło rozkładającą się rybą. 
Betonowa  podłoga  była  mokra  i  śliska  od  czegoś,  czego 
Kristine  nawet  nie  miała  ochoty  identyfikować.  Panujące 
ciemności  oszczędziły  jej  przynajmniej  pewnych  widoków. 
Głosy  z  zewnątrz  przebijały  się  do  jej  umysłu  łatwiej  niż  jej 
własne myśli. Próbowała rozróżnić dźwięki. Potrafiła czytać i 
pisać  po  chińsku,  trochę  po  tybetańsku,  nieco  mniej  po 
nepalsku  i  rozumiała  też  trochę  język  mówiony.  Głosy,  które 
ją  otaczały,  upewniły  ją,  że  jest  gdzieś  w  Azji,  gdzieś  na 
wybrzeżu,  na  co  wskazywałby  zapach  ryb.  Wstępnie 
wyeliminowała więc Tybet i Nepal. 

Wspaniale, zawsze lubiła  podróże, ale z reguły zwiedzała 

więcej  niż  tym  razem.  Podniósłszy  się  na  drżących  nogach, 
próbowała  ocenić  swoją  sytuację  i  zbadać  otoczenie.  Z  tym 
ostatnim  nie  miała  problemu.  Zapach  mówił  sam  za  siebie. 
Nikt  przy  zdrowych  zmysłach  nie  ciągnąłby  jej  przez  pół 
świata,  aby  ją  zabić.  Oczywiście  nie  miała  podstaw,  aby 
sądzić,  że  porywacze  są  przy  zdrowych  zmysłach,  ale  z 
konieczności przyjęła takie założenie. Inaczej pozostałaby jej 
jedynie  czarna  rozpacz.  Musieli  podać  jej  środki  odurzające, 
bo  jak  w  przeciwnym  razie  wytłumaczyć  te  straszne  luki  w 
pamięci,  powodujące  panikę,  której  za  wszelką  cenę  chciała 
uniknąć.  W  domu  potrafiła  wypić  piwo  lub  dwa,  czy  też 
kieliszek wina. ale już coś mocniejszego zwalało ją z nóg, a co 
dopiero narkotyki 

background image

Za  sytuację  w  jakiej  się  znalazła,  mogła  winić  tylko  Kita 

Carsona, nie miała co do tego żadnych wątpliwości. To przez 
niego i jego Kandżur popadła w te wszystkie tarapaty, chociaż 
nie  wiedziała  dokładnie  dlaczego.  Shepherd  i  Stein  zabrali 
cenne zbiory, o co więc chodziło? 

 -  W  porządku  -  szepnęła  i  gdy  odkryła,  że  słuchanie 

własnego  głosu  sprawia  jej  przyjemność,  wyszeptała  jeszcze 
kilka słów. 

 - Chcą mieć Kandżur, nie mnie, i niech no tylko ten facet 

z szerokimi barami zapyta, co wiem, a powiem mu wszystko. 
Zdobędę  dla  niego  nawet  wydrukowane  zaproszenie  do 
Muzeum Historii Naturalnej w Los Angeles. 

Zamknęła  oczy  i  zmusiła  się  do  myślenia,  czego  efektem 

był  szyfr  ZIP,  którego  używała  setki  razy  w  ciągu  ostatnich 
kilku dni. 

 -  Dziewięć,  zero,  zero,  zero,  siedem.  Zadzwonię  do  Lois 

osobiście,  po  czym  oddam  mu  słuchawkę,  niech  rozmawia  z 
ekspertem, a nie z nikomu nieznanym naukowcem z jakiegoś 
zachodniego uniwersytetu... 

Niech cię diabli wezmą, Kit. 
Przesunęła  się  wzdłuż  ściany,  mając  nadzieję,  że  trafi  na 

nie  zamknięte  drzwi.  A  może  znajdzie  jeszcze  samochód  z 
kluczykami  w  stacyjce,  z  mapą  na  przednim  siedzeniu  i  w 
dodatku  bilet  na  samolot,  którym  mogłaby  odlecieć 
gdziekolwiek, i jedzenie, coś lekkiego i nietłustego. 

Lista  życzeń  stawała  się  coraz  dłuższa,  aż  wreszcie 

Kristine  wyobraziła  sobie,  że  siedzi  w  hotelu  Ritz  Carlton, 
zanurzona  w  pachnącej  kąpieli,  a  obsługa  mówiąca  po 
angielsku  z  amerykańskim  akcentem  spełnia  wszystkie  jej 
polecenia. 

Grzechocący  dźwięk  gwałtownie  przywrócił  ją  do 

rzeczywistości.  Drzwi,  których  nie  mogła  znaleźć,  otworzyły 
się, skrzypiąc zardzewiałymi zawiasami. Do pomieszczenia, w 

background image

którym  siedziała,  wdarła  się  smuga  światła.  Stojąc  blisko 
ściany,  wyżłobiła  w  niej  palcami  rowki  i  wydała  zupełnie 
niekobiecy  okrzyk  przerażenia.  Stał  przed  nią  mężczyzna, 
który  włamał  się  do  jej  domu,  którego  twarz  widziała  w 
przebłyskach  świadomości.  Miał  ogromne  ręce,  długie, 
muskularne  nogi  i  ogromną  klatkę  piersiową.  Za  skarby  nie 
mogła sobie wyobrazić, dlaczego chciał zdobyć warkocz Kita 
i przytroczyć do pasa jako trofeum. 

 - To ja jestem tym Turkiem - powiedział i dziki uśmiech 

rozjaśnił jego twarz nieokreślonego pochodzenia. 

Ilu jeszcze takich kulturowych mieszańców porusza się po 

płaskowyżu tybetańskim, zastanawiała się Kristine. 

 - A ty jesteś moja. 
Świetnie,  pomyślała,  po  prostu  znakomicie.  Do  diabła  z 

tobą,  Kit.  Straciłam  rachubę  czasu  i  nie  wiem,  kiedy  mnie 
porwano, ale jeśli ty nie jesteś przynajmniej w połowie drogi, 
aby  mnie  stąd  wyrwać,  to  mogę  znaleźć  się  w  sytuacji  bez 
wyjścia. 

Kit  zgrabnie  zeskoczył  z  grzbietu  klaczy  i  puścił  lejce. 

Przebył  Ocean  Spokojny  i  prawie  drugie  tyle  drogi  w  cztery 
dni,  zapuszczając  się  w  głąb  zakazanego  lądu,  byle  bliżej 
obozowiska  Turka.  Jego  własny  dom  stał  trzysta  kilometrów 
na  południe,  za  rzeką  Tsangpo  i  ścianą  Himalajów.  Nie 
pojechał tam. Przybył prosto tu, po Kristine i po głowę Turka. 
Już  od  Szanghaju  był  na  ich  tropie,  ale  ciągle  wymykali  mu 
się  z  rąk,  a  poza  tym  od  chwili  przekroczenia  granicy  Chin 
ścigały go władze. Teraz nie  mogły go już dosięgnąć. Był  w 
Tybecie, w cieniu gór, gdzie panowała cisza i pustka, a ziemia 
pozostała nie zmieniona przez człowieka. 

Światło  w  odcieniach  różu  i  błękitu  igrało  po  okolicy, 

kładąc się purpurą i czerniona dnie kanionów. Ziemia mieniła 
się  barwami:  czerwienią,  szarościami  z  domieszką  ochry, 
brązami. 

background image

Usiadł  na  brzegu  urwiska,  czekając,  zachwycony 

fascynującą grą świateł i smagany podmuchami nie ustającego 
wiatru.  Stojący  za  nim  koń  parsknął  i  odrzucił  głowę. 
Poruszyły się dzwonki uprzęży i powietrze wypełniła muzyka, 
przerywając absolutną ciszę panującą na obszarze od gór aż po 
północny horyzont. Sekundy zmieniały się w minuty, minuty 
w  godziny  i  na  niebie  pojawił  się  księżyc.  Kit  ciągle  czekał, 
raz  spokojnie,  a  raz  tracąc  cierpliwość.  Czekanie  dobiegło 
końca tuż przed świtem. Z wolna rozprostował nogi i podniósł 
się  na  kolana,  odstawiając  aluminiowy  kubek  z  herbatą. 
Daleko  w  dole,  na  dnie  kanionu  zobaczył  światła,  które  to 
pojawiały  się,  to  znikały  między  nierównościami  terenu.  To 
była  karawana  podążająca  na  zachód,  gdzie  na  swego  pana  i 
na jego zdobycz czekała forteca. 

Kit  zagwizdał  cicho  i  koń  ostrożnie  zbliżył  się  do  zejścia 

wzbijając kopytami tumany kurzu. Zatrzymał się, wyjął broń z 
futerału  przytroczonego  do  siodła  i  załadował  pojedynczy 
nabój.  Położył  się  płasko  na  ziemi,  oparł  kolbę  o  ramię  i 
spojrzał przez celownik. Chwilę później echo wystrzału odbiło 
się  rykoszetem  od  ścian  kanionu,  a  jedna  z  latarni  zapłonęła 
ogniem. Pozostałe świata szybko zniknęły w ciemności, znać 
pogaszone przez ludzi, którzy je trzymali. 

Turek  dostał  ostrzeżenie  i  wiedział,  że  ktoś  go  ściga. 

Kiedy dotrze do domu, upewni się, kto depcze mu po piętach i 
skończą się wszelkie ostrzeżenia. 

Kit wstał, przytroczył metalowy kubek do siodła, schował 

broń,  wskoczył  na  grzbiet  klaczy  i  skierował  się  w  góry,  do 
Chatren - Ma. 

Kristine 

szybko 

zorientowała 

się,  że  określenie 

„barbarzyńca"  jest  dość  nieprecyzyjne.  Ktokolwiek  spożyłby 
chociaż  jeden  posiłek  z  Turkiem,  nie  odważyłby  się  nazwać 
Kita  nieokrzesanym.  Turek  jadł  bez  użycia  sztućców, 
odrywając zębami duże kawały mięsa. Kristine starała się nie 

background image

patrzeć na niego, aby nie tracić apetytu, lecz Turek przeszywał 
ją  wzrokiem,  który  -  bardziej  jeszcze  niż  dzikie  maniery  - 
odbierał ochotę do jedzenia. Chyba mógł wyczytać wszystkie 
jej myśli, nawet te najgłębiej ukryte. Właściwie nie miała nic 
przeciwko  temu,  ponieważ  nie  odważyłaby  się  wyrazić  w 
słowach  tej  nienawiści,  która  ją  przepełniała.  Pewne  myśli 
wolałaby jednak zatrzymać wyłącznie dla siebie. Przerażała ją 
pożądliwa ciekawość, jaka błyszczała w ciemnych, głębokich 
oczach  Turka.  Kiedy  wyciągnął  opaloną  dłoń,  aby  przesunąć 
palcem  po  jej  skórze,  ogarnęła  ją  panika.  Jeśli  Kit  uosabiał 
męskość  w  najdelikatniejszym  wydaniu,  to  męskość  tego 
Turka wyrażała się arogancją i brutalnością. 

Dwa  dni  temu,  kiedy  zabrał  ją  z  cuchnącego  domku 

rybaka  w  Szanghaju,  jego  arogancja  ujawniła  się  z  całą  siłą. 
Szydził  z  niej  bawiąc  się  jej  włosami  i  wreszcie  rzucił  jej 
kolorową  wełnianą  spódnicę,  bawełnianą  koszulę,  czarną 
kamizelkę i niskie, zamszowe buty mówiąc, by się ubrała, bo 
mieli  wyjechać  za  pięć  minut.  Podczas  podróży  małym 
samolotem  przez  Chiny  do  Tybetu  nie  dowiedziała  się  wiele 
więcej.  Zdołała  zapytać,  jakim  sposobem  przewiózł  ją  ze 
Stanów.  W  jej  przekonaniu  nie  było  to  takie  proste.  Nie 
wyobrażała  sobie,  jak  można  ukryć  nawet  tak  drobną  osobę 
jak ona, tym bardziej odurzoną narkotykiem. Turek roześmiał 
się,  mówiąc  coś  o  chciwych  Amerykanach.  Potem  dopiero 
wyjaśnił,  że  przekupił  handlarzy  antykami,  ofiarowując  im 
przedmioty  skradzione  ze  świątyń  buddyjskich,  a  oni  w 
zamian  zorganizowali  samolot,  który  bez  kontroli  celnej 
przewiózł go wraz z „ładunkiem" aż do Szanghaju. 

Pewność 

siebie 

Turka 

wolna 

ustępowała 

zdenerwowaniu.  Poranny  strzał  napędził  mu  strachu, 
zwłaszcza  że  pół  godziny  wcześniej  znalazł  nóż,  wbity  w 
drzwi wejściowe  domu i  przytrzymujący porwany na  strzępy 
list  gończy,  kawałek  mapy  i  strzęp  kasztanowego  warkocza. 

background image

Zwyczajny człowiek nie byłby w stanie wbić go w lite drewno 
aż na taką głębokość. 

 -  Kautilya  chce  cię  odzyskać  -  jedwabisty  głos  Turka 

przestraszył ją tak, że podniosła głowę, czego przedtem starała 
się unikać. - Nie sądzę, by mu się to miało udać. 

Kristine zachowała spokój, patrząc na niego z obawą. Kit 

był  gdzieś  w  pobliżu,  sam  pośród  nocy.  Musiała  trzymać  się 
dzielnie, dopóki nie przyjedzie. 

Turek  pochylił  się  i  dorzucił  patyk  do  ognia  palącego  się 

w  dołku  na  środku  brudnej  kuchennej  podłogi.  Byli  tu  tylko 
we dwoje. Strażnicy zostali odesłani, a reszta bandytów poszła 
do swoich pokoi na drugim piętrze albo do domków stojących 
pod ścianą wąwozu. 

Kozy, świnie i kury chodziły po ogrodzonym kamieniami 

dziedzińcu  przed  domem,  przydając  tej  kryjówce  nieco 
dziwnie  swojskiej  atmosfery.  Dwa  czarne  brytany  uwiązane 
na łańcuchach nie dodawały jednak Kristine odwagi. 

Wełniane  torby,  wypełnione  solą  i  ziarnem,  zapełniały 

trzy  ściany  kuchni,  nadając  jej  wygląd  ocieplanego  namiotu. 
Pod  jedyną  wolną  ścianą  ustawiono  kilka  pak  z  bronią, 
pochodzącą  najprawdopodobniej  z  nielegalnych  źródeł.  Nikt 
nie potrzebowałby takich ilości dla własnej obrony. 

 - Spodziewałem się go tutaj - mówił Turek. - Ma poczucie 

obowiązku,  to  fakt,  ale  to...  -  podniósł  kawałek  warkocza  i 
przesunął między palcami - to już chyba coś więcej. - Głęboka 
zmarszczka  przecięła  mu  czoło.  -  Zastanawiam  się,  co  dla 
niego znaczysz, Kreestine Richards. 

Patrzyła,  jak  leniwie  przeciąga  się  na  krześle  i  nagle 

poczuła jego nogę tuż przy swojej. 

 -  Może  jesteś  dla  niego  warta  więcej  niż  on  dla 

Chińczyków?  -  Wilczy  uśmiech,  w  którym  ukazał  krzywe, 
żółte zęby, zmył z twarzy ślady niepokoju. 

background image

Gwałtownie  wsunęła  nogę  pod  krzesło.  Gdyby  Kit  choć 

raz  uśmiechnął  się  do  niej  z  taką  zwierzęcą  dzikością, 
odprawiłaby go natychmiast tam, skąd przyjechał. 

Widziała  list  gończy,  a  cena,  jaką  wyznaczyli  Chińczycy 

za Kita, wydała jej się nieprawdopodobna. Nie współczuła mu 
teraz  ani  też  nie  potrafiła  sobie  odpowiedzieć  na  pytanie 
Turka. Nie wiedziała, jaką cenę dla Kita ma jej własne życie. 
On  już  dał  Turkowi  więcej  niż  jej  -  część  mapy  z  planem 
Chatten  -  Ma.  Zastanawiając  się  nad  tym  wszystkim, 
przeżywała okropne chwile. Gdyby Carson dał Turkowi to, co 
jej  obiecał,  aby  ocalić  jej  życie,  znaczyłoby,  że  złamał 
obietnicę.  A  może  nie?  Jeśli  by  chodziło  o  życie,  jakież 
znaczenie mógł mieć Chatren - Ma. 

 -  On  miał  wiele  kobiet  -  odezwał  się  Turek  -  ale 

ryzykował  życiem  tylko  raz,  kiedy  zabrał  moją.  Wtedy 
właśnie  zabrałem  mu  to.  -  Ponownie  przesunął  palcami  po 
warkoczu. 

Kristine nie chciała tego słuchać. 
 -  Nie  wiedział,  że  ta  kobieta  była  moja.  Wtedy  to  nie 

miało  dla mnie specjalnego  znaczenia, ale teraz zastanawiam 
się, Kreestine, czy ty jesteś z nim związana. 

Na ten temat, żeby nie wiem co, nie miała zamiaru z nim 

rozmawiać. Chciała tylko wrócić do domu. Gdzie jest Kit, na 
co czeka? Dlaczego jeszcze jej nie uwolnił? Miał cały dzień, 
aby coś wymyślić. 

Boże,  o  czym  ona  myśli,  nie  mogła  wybaczyć  sobie 

egoizmu.  Oparła  łokcie  na  stole  i  ukryła  twarz  w  dłoniach. 
Chciała ryzykować życie Kita za własną wolność. Nie mogła 
tego zrobić, ale mogła dać Turkowi broń do ręki. 

 - Nie - mruknęła - nie jestem związana z Carsonem i nic 

dla niego  nie znaczę. Modliła się  w duchu, aby to, co  mówi, 
nie okazało się prawdą. 

background image

Turek  zaniósł  się  gardłowym  śmiechem  i  odsunął  swoje 

krzesło. 

 - Kłamiesz, Kreestine, z wdziękiem, ale kłamiesz. 
Okrążył  stół  i  uwięził  jej  dłonie  w  swoich  ogromnych, 

szorstkich rękach, przyciągając ją do siebie. Odwróciła głowę 
chowając  twarz,  ale  jego  silne  palce,  zaciśnięte  na  jej 
podbródku zmusiły ją do spojrzenia mu w oczy. 

 -  Sang  Phala  wybrał  na  moje  miejsce  człowieka,  który 

nadawał  się  na  mnicha  tak  samo,  jak  ja.  Głęboki  i  łagodny 
głos  uspokoił  jej  obawy,  ale  zarówno  słowa,  które 
wypowiedział, jak i napięte ciało 

przyciśnięte do niej nadal budziły emocje. 
 - Ach, to ty - zachłysnęła się. 
Turek był bratankiem Sanga Phali, wymienionym na Kita. 

Iskierka nadziei na uwolnienie tląca się w Kristine zgasła. 

 -  Zbyt  długo  żyłem  w  cieniu  Kautilyi  i  dziś  nie  pozwolę 

mu się wymknąć - zwolnił uścisk i Kristine mogła odetchnąć. 
- Ale jeśli jutro przegra... 

Co przegra, pomyślała, próbując opanować drżenie ręki. Z 

pewnością nie chodzi o życie. Raz jeszcze uważnie spojrzała 
na  list  gończy,  Chińczykom  zależało  przecież  na  Carsonie 
żywym. A co z nią? Co się stanie, jeśli Kit jej nie uwolni? Czy 
na  zawsze  pozostanie  uwięziona  w  tym  odległym  kraju  i 
skazana na towarzystwo jakiegoś barbarzyńcy? Starała się nie 
myśleć  o  najgorszym,  ale  przychodziło  jej  to  z  trudnością. 
Umysł jej paraliżowały okropne myśli. Próbowała je odrzucić, 
ale  bezskutecznie.  Powracały  do  niej  i  przybierały  kształt 
ogromnych pleców Turka, który zległ na swojej pryczy. 

Żarzący  się  ogień  przyciągał  jej  wzrok,  a  w  każdym 

płomyku  widziała  cynamonowe  oczy;  delikatne  i  tajemnicze, 
zachęcające ją do snu... i snów o nim. 

background image

Rozdział 10 
Wyruszyli  o  świcie.  Wynajęci  przez  Turka  ludzie  jechali 

wolno,  a  Kristine  trzymała  się  swego  cennego  życia  rękami 
wplątanymi  w  hebanową  grzywę.  Właściwie  nie  musiała  się 
trzymać  konia,  ponieważ  żelazny  uścisk  Turka,  który  jechał 
razem z nią, nie pozwoliłby jej zsunąć się 

z  okrytego  kocem  grzbietu.  Twarde  mięśnie  przesuwały 

się  pod  nią  rytmicznie,  kiedy  końskie  kopyta  uderzały  o 
ziemię. Ale nacisk ramion i ud Turka na jej ciało był jeszcze 
twardszy.  Mroźny  wiatr  raził  w  policzki,  ostro  kontrastując  z 
ciepłem bijącym od otaczającego ją męskiego ciała. 

Turek  dał  jej  długi  kożuch  z  owczej  skóry  wyszywany 

złotymi, niebieskimi,  czerwonymi  i  zielonymi nićmi, którego 
grube, miękkie podbicie otulało i pieściło ciało Kristine. 

Fragment  mapy,  który  był  przybity  do  drzwi,  pomógł  im 

wydostać się z kanionu na skalistą równinę, a potem wejść w 
kolejną sieć wąwozów. Słońce nie dotarło jeszcze do mrocznej 
rozpadliny,  którą  jechali.  Karawana  zwolniła  tempo,  aby  dać 
wytchnienie  koniom  i  móc  ostrożnie  wybrać  dalszą  drogę, 
prowadzącą  przez  labirynt,  utworzony  przez  wysokie  ściany 
skalne. 

Turek  ponownie  przejrzał  mapę,  wprowadzając  ludzi 

głębiej  pomiędzy  skały.  Rzucali  oni  pełne  obawy  spojrzenia 
do  tyłu,  gdzie  wąwozy  łączyły  się,  tworząc  gęstą,  na  oko 
trudną  do  przebycia  plątaninę.  Po  półgodzinnej  jeździe 
zauważyli  wodę,  tworzącą  małe  jeziorka  a  następnie 
spływającą  na  pooraną  bruzdami  ziemię  i  pluskającą  pod 
uderzeniami  końskich  kopyt.  Jeziorka  łączyły  się  w  wolno 
płynący strumyk. Mgła wznosiła się najpierw powoli, tworząc 
tu  i  ówdzie  jaśniejsze  plamki  u  podnóża  gór,  ale  im  głębiej 
zapuszczali się w mrok, tym stawała się gęstsza, ograniczając 
widoczność i wyciszając odgłos kopyt. 

background image

Kristine  siedziała  na  koniu  prowadzącym  karawanę, 

przyciśnięta  do  Turka,  i  czuła  się  niczym  zwiadowca  straży 
przedniej  przedzierający  się  przez  mgłę  i  torujący  drogę 
innym. Nisko zawieszona  biała chmura płynęła przez wąwóz 
tuż przed nimi, to wznosząc się, to opadając. Rozpościerała się 
jak  nitki  babiego  lata  czy  jak  dym  wydobywający  się  z 
czarnych  kamieni,  które  parły  na  nich  ze  wszystkich  stron. 
Kristine podświadomie przycisnęła się do Turka, a on objął ją 
mocniej,  jakby  sam  potrzebował  jakiegoś  wsparcia  w  tym 
dziwnym miejscu, do którego przywiódł ich Kautilya. 

Ciche  rżenie,  dochodzące  z  daleka,  sprawiło,  że  oboje 

gwałtownie  odwrócili  się  do  tyłu.  Kristine  wykrzyknęła  ze 
zgrozy,  Turek  tylko  mruknął  coś  pod  nosem.  Byli  otoczeni 
przez mgłę, która gęstniała przed nimi i kończyła się gdzieś w 
dali, więżąc szczelnie całą karawanę. 

Trzech jeźdźców, przerażonych tak samo, jak i ich konie, 

wyłaniało  się  co  chwila  z  mgły.  Zostało  już  tylko  trzech  z 
dziesięciu, którzy wyruszyli z obozu. 

Turek  szarpnął  cugle,  ponaglając  konia,  lecz  zwierzę  nie 

chciało  iść  dalej,  zatrzymane  pośrodku  drogi  przez  cichy 
gwizd, wdzierający się w ciszę kanionu. 

Serce  Kristine  podskoczyło  do  gardła,  bijąc  jak  oszalałe. 

Kit!  Ale  gdzie?  Rozglądała  się  wokół,  próbując  przebić  się 
wzrokiem poprzez gęstą mgłę, ale bez powodzenia. Odwróciła 
się  do  Turka,  ale  on  nie  starał  się  nawet  ukryć  przerażenia, 
które było wyryte na jego twarzy. Spojrzała więc w kierunku 
pozostałych  mężczyzn,  widząc  jak  kolejne  sylwetki  znikają 
we mgle. 

 - Ty głupcze! - krzyknęła dziko, chwytając go za ramię. 
Oczy  Turka  straciły  już  swój  butny  wyraz,  był  w  nich 

tylko  strach  i  gniew.  Te  same  uczucia  opanowały  duszę 
Kristine. 

 - Czy nie potrafisz zdobyć się na nic więcej niż... 

background image

 - Cicho, kobieto! - wrzasnął. 
 - ...tylko na to, by twój wróg decydował o twoim losie? - 

dokończyła z rosnącą paniką. 

Nie wiedziała już, komu może ufać. Kit ją w to wszystko 

wplątał i niech go diabli wezmą, jeśli podoba się jej sposób, w 
jaki ją z tego zamierza wyciągnąć. 

Koń  kręcił  się  niecierpliwie,  a  jego  niepokój  udzielał  się 

ludziom.  Kristine  mocniej  schwyciła  grzywę.  Jeśli  miała 
rozpłynąć  się  we  mgle,  to  wolała  razem  z  koniem.  Cichy 
gwizd ponownie przeszył powietrze, a koń gwałtownie ruszył 
przed  siebie  sobie  tylko  znaną  ścieżką.  Kristine  kątem  oka 
zobaczyła karabin, oparty o ramię. 

 -  Myślę,  że  to  trochę  za  późno,  przyjacielu  -  wycedziła 

przez zęby. 

Nie  bała  się  o  Kita,  który  z  pewnością  kontrolował 

sytuację. Panował nad wszystkim. Dosłownie nad wszystkim - 
nad  koniem,  nad  nią,  nad  Turkiem,  ba,  nad  żywiołem 
powietrza nawet. Czy jednak człowiek pośród labiryntu skał i 
pod  niespokojnym  niebem  był  w  stanie  opanować  wszystkie 
żywioły? 

Tajemne  moce...  przypomniała  sobie  i  określenie  to 

zaskoczyło  ją  teraz  swoją  trafnością.  Zakochała  się  w 
człowieku  o  tyleż  inteligentniejszym  od  niej,  jakby 
ewolucyjnie  lepiej  wyposażonym,  że  nie  mogła  mieć  nadziei 
na  spełnienie  tej  miłości.  Gdyby  miała  trochę  adrenaliny  na 
zbyciu,  użyłaby  jej,  aby  ocalić  pękające  serce.  Jak  na  ironię, 
chęć  przeżycia  zdominowała  jednak  wkrótce  wszystkie  inne 
uczucia,  zwłaszcza  że  szanse  na  ocalenie  życia  były 
niewielkie. 

Czy  ją  widział?  Czy  czuł  jej  obecność  w  tym  kotle?  Nie 

zostawiła  zbyt  wielu  znaków  nawet  poza  wąwozem,  gdzie 
wszystko  było  jaśniejsze  i  suche,  a  co  dopiero  tutaj,  w  tym 
mglistym wąwozie, prowadzącym donikąd. 

background image

Koń  gwałtownie  przyśpieszył,  rżąc  i  rzucając  łbem. 

Kristine  podskakiwała  przez  moment,  dopóki  zwierzę  nie 
przeszło do regularnego galopu. 

 -  Do  cholery  z  nim!  -  usłyszała  przekleństwo  i  Turek 

niemal położył się na niej, przyciskając ją do grzbietu konia. 

Zwariowana  jazda  na  złamanie  karku  poprzez  białą  jak 

mleko  mgłę  nie  wydawała  się  najlepszym  zakończeniem 
podróży dla kobiety, która wiodła spokojny żywot, dopóki w 
jej  życie  nie  wkroczył  ten  dziwny  mężczyzna.  Od  tego 
momentu jej życie zmieniło się na gorsze, ale dało jej również 
króciutką  chwilę  radości,  której  nie  zatarły  ostatnie 
wydarzenia. 

Wąwóz  zwężał  się,  a  strumień  stawał  się  coraz  głębszy. 

Koń  nerwowo  wierzgał  zadem  z  siłą  niepojętą  dla  Kristine  i 
nie  do  ujarzmienia  dla  Turka.  Nagle  ujrzeli  przed  sobą 
pionową  skałę  zamykającą  drogę.  Kristine  instynktownie 
przygotowała  się  na  nieuniknione  zderzenie,  ale  Turek 
ściągnął cugle, ściskając ją do bólu silnymi ramionami. Koń, 
również porażony bólem, stanął i  przeraźliwe  rżenie  rozległo 
się  głośnym  echem  w  wąwozie,  który  wydawał  się  być  ich 
grobowcem. 

Zanim  koń  doszedł  do  siebie,  Turek  szybko  zsunął  się  z 

siodła  ciągnąc  Kristine  za  sobą,  byle  dalej  od  oszalałego 
zwierzęcia.  Boże,  pomóż,  myślała,  opierając  się  na  ramieniu 
mężczyzny.  Jeśli  Turek  nie  dopadnie  Kita  pierwszy,  ja  go  z 
pewnością zabiję. 

A  więc  próba  uwolnienia  się  nie  powiodła.  Potwornie  ją 

tylko  przestraszył  i  udowodnił,  że  pomysłowością  niewiele 
różni się do Turka. Kristine nie mogła złapać oddechu i bolało 
ją całe ciało. 

 - Umrzesz za nią, nędzniku? 
Głos rozległ się ponad nimi, rozpływając we mgle. Chwilę 

potem  padł  strzał.  Turek  cofnął  się  i  niemalże  wypuścił 

background image

dziewczynę. Pozbawiony władzy w jednej ręce, podniósł swój 
karabin i wystrzelił na oślep. 

 -  Pytam  jeszcze  raz.  Umrzesz  za  nią?  Tym  razem  głos 

dochodził z innej strony. 

Turek  szarpnął  ją  i  wystrzelił  ponownie.  Kristine 

wiedziała,  że  gdyby  była  choć  w  połowie  tak  sprawna  jak 
zwykle, wyzwoliłaby się z jego rąk bez trudu. Niebezpieczne 
było  pozostawać  dalej  między  dwoma  mężczyznami, 
strzelającymi  do  siebie.  Jednak  wrażenie,  że  otacza  ich 
kompletna  nicość  sprawiło,  że  Kristine  wolała  pozostać  przy 
boku Turka, a raczej stać przed nim. Wolała zginąć niż dać się 
pochłonąć przez mgłę. 

 - Ach, Kreestine... gdzie podziała się twoja wiara? 
 - Och, nie - wyszeptała drżącym głosem. - Nie, nie. 
 -  Cicho  -  syknął  Turek  zacieśniając  chwyt.  Kristine 

uchwyciła  się  mocno  tam,  gdzie  najłatwiej  jej  było  zaczepić 
palce. 

 - I twoja odwaga, kochana? 
 -  Ha!  -  zaśmiała  się  drwiąco.  -  Została  dziesięć  tysięcy 

kilometrów za mną. 

 - Cicho, mówię. 
Zamilkła. Przygniotły ich teraz tony ogłuszającej ciszy. To 

mogło doprowadzić do szaleństwa. Nawet koń gdzieś zniknął. 

Kit  uśmiechał  się  do  nich  szeroko.  Klęczał  na  wysokim 

urwisku,  zadowolony  ze  stanu  ducha  Kristine  i  z  odwagi,  do 
której  nie  chciała  się  przyznać.  Na  chwilę  oparł  czoło  na 
kolanie,  dziękując  bogom,  że  przywiedli  go  do  niej.  Mgły 
Chatren  -  Ma,  przepowiadane  przez  meteorologów,  opadną 
wraz  z  nadejściem  słońca,  kiedy  snop  światła  padnie  na  dno 
kanionu i ogrzeje powietrze. Chciał odzyskać Kristine, zanim 
to nastąpi. 

Jego przeciwnik pochodził z plemienia Bonpo. Wierzył w 

szamanów  i  demony.  Kit  zwabił  go  w  miejsce,  gdzie  mogły 

background image

się one znajdować. Pałał żądzą odwetu, która dla Turka mogła 
oznaczać tylko śmierć. Kit wiedział, że w walce mieli równe 
szanse.  Kit  miał  jedynie  tę  przewagę,  że  w  Chatren  -  Ma 
poznał  już,  co  to  strach,  i  wiedział,  że  Turek  musi  też  tego 
doświadczyć.  Kiedyś  zgubił  drogę  w  porannych  mgłach 
podczas  poszukiwań  Kandżuru.  Brodził  w  nich  wtedy  po 
kolana. Teraz Turek zaczynał odczuwać ich moc i ogarniał go 
strach. Kit żałował tylko, że Kristine również się bała. 

Wycelował ponownie. Turek podskoczył, zaklął i odsunął 

Kristine,  która  zdążyła  tylko  zobaczyć  ranę  pod  jego 
rozdartym rękawem, po czym ogarnęła ją mgła. 

Cienie  poruszały  się  wokół  niej,  otaczając  ją  coraz 

węższym kołem. Czuła na sobie wilgoć. 

 - Kit? - wyszeptała. 
Nie  usłyszała  odpowiedzi,  więc  spróbowała  znowu,  tym 

razem  używając  jego  imienia  w  pełnym  brzmieniu,  którego 
tajemniczość pasowała do okoliczności. 

 - Kautilya? 
Nadał  nic.  Ostrożnie  zrobiła  krok  do  przodu,  wyciągając 

przed  siebie  ręce  w  poszukiwaniu  skalnej  ściany,  której  nie 
mogła namacać. Czyżby ją przesunął? 

Kit  zeskoczył  z  występu  skalnego,  lądując  w  miękkim 

przysiadzie,  i  strzelił  kolejny  raz.  Z  łatwością  mógłby  zabić 
Turka, ale litość, którą kilka dni temu poprzysiągł okazać, nie 
pozwalała mu na to. Zresztą Sang Phala nie wychowywał go 
na  mordercę.  Sprawdził,  gdzie  znajdowała  się  Kristine,  i 
strzelił  w  kierunku  Turka  raz  jeszcze,  tym  razem  celując  w 
lewe  ramię.  Turek  zaczął  uciekać  w  kierunku  rozpadliny 
skalnej. 

Kristine  pomału  posuwała  się  drobnymi  kroczkami  tak, 

aby  znaleźć  się  jak  najdalej  od  odgłosów  strzałów.  -  Mgły  z 
wolna podnosiły się i to dodawało jej sił. Wkrótce mogła już 

background image

zobaczyć  własną  rękę,  potem  ściany  wąwozu,  a  wreszcie 
Chatren - Ma. 

Kit  klęknął  na  ziemi,  klnąc  po  cichu.  Nie  powinien  był 

zostawiać  jej  samej.  Kristine  zboczyła  z  drogi,  a  tego  nie 
przewidział. Chatren - Ma nie było miejscem dla nieśmiałych, 
wątpiących  czy  wierzących  w  cokolwiek  innego  niż  w 
prawdę.  Kochał  ją,  ale  tylko  ona  znała  siebie  naprawdę. 
Gdyby zaś nie była jeszcze pewna swego charakteru, wkrótce 
nie  będzie  już  miała  wątpliwości.  Powinien  teraz  być  przy 
niej.  Obrysował  ślad  jej  stopy  na  drodze  i  podniósł  oczy  na 
wystającą  półkę  skalną.  Nie  miał  wyboru,  musiał  podążać  za 
Kristine, chociaż planował dotrzeć tam w pojedynkę. 

Trudne,  ale  możliwe,  oceniła  Kristine,  patrząc  na  wąską 

szczelinę  w  poprzek  drogi,  którą  szła.  Gdyby  nadarzyła  się 
okazja,  zawróciłaby  już  dawno,  ale  zgubiła  się,  zupełnie  nie 
widząc, gdzie jest. Występ, na którym stała, opadał w dół setki 
metrów, co przyprawiało ją o zawrót głowy. To nie był jednak 
problem  w  porównaniu  ze  szczeliną  w  skale.  To  było  ponad 
jej  siły.  Ciągle  dzieliła  ją  duża  odległość  od  klasztoru.  Musi 
przecież być jakiś sposób, aby przedostać się na drugą stronę. 

 -  Nawet  więcej  niż  jeden,  Kreestine  -  usłyszała  za  sobą 

głos Kita. 

Przestraszył  ją,  ale  była  na  tyle  opanowana,  że  nie 

skoczyła ani nie obróciła się zbyt gwałtownie. 

 -  Cześć  -  jej  glos  brzmiał  cicho  na  tle  otaczających  ich 

widoków  i  wypalonych  słońcem  krajobrazów.  Kanion 
rozszerzał  się,  zostawiając  miejsce  na  szerokie  koryto  rzeki 
płynącej po kamieniach, spadających z urwiska. 

Kristine  nie  zastanawiała  się,  skąd  przyszedł  Kit.  Zgubiła 

się  w  labiryncie  ścieżek  przecinających  urwisko  i  wiedziała, 
że kryją one w sobie więcej tajemnic niż archiwa CIA. Kilka 
razy wyłaniała się znikąd, aby znaleźć się nad przepaścią. 

background image

 -  Daj  mi  rękę  -  powiedział  Kit  -  a  ja  cię  podciągnę. 

Rozsądne wyjście, ale Kristine nie dała się zbyć. 

 -  Co  się  stało  z  ludźmi  Turka,  którzy  zostali  we  mgle?  - 

spytała, nie mając odwagi spojrzeć mu w oczy. Wolała patrzeć 
w przepaść. 

 - Pewnie są już w domu. 
 - A Turek? 
 -  O,  on  ma  przed  sobą  dłuższy  spacer,  ale  jest  młody  i 

silny,  a  może  uda  mu  się  złapać  konia  -  przerwał,  po  czym 
dodał:  -  Chyba  jednak  nie.  Koń  uciekał  szybko,  kiedy  go 
uwolniłem  od  ciężaru.  Moja  klacz  była  dla  niego  bardziej 
uprzejma, niż oczekiwał. 

 -  Aha  -  powiedziała,  rozumiejąc  wreszcie,  co  zmieniło 

posłuszne zwierzę w nieokiełznaną bestię. 

 - Wszystko zaplanowałeś, prawda? 
 - Prawie - westchnął ciężko. - Daj mi rękę, Kreestine. 
Ciągle miała mnóstwo pytań, a  on tym razem udzielał jej 

odpowiedzi. 

 - A mgła? Sam ją wyprodukowałeś? 
 -  Przeceniasz  moje  zdolności.  O  tej  porze  roku  mgła 

pojawia  się  co  rano.  Po  prostu  zimne  powietrze  kondensuje 
parę wodną. Teraz nie ma już po tym śladu. 

 - Widziałam mgły na rzece - powiedziała - ale wyglądały 

zupełnie inaczej. 

 -  Jesteśmy  w  Chatren  -  Ma  i  to  wszystko,  nic więcej  nie 

można powiedzieć. 

Nie  wiedziała,  czy  jest  bezpieczniejsza  i  czy  czuje  się 

lepiej.  Wiedziała  tylko,  że  nie  może  stać  na  krawędzi  bez 
końca.  Ścieżka  się  skończyła,  a  Chatren  -  Ma  ciągle 
pozostawało  poza  ich  zasięgiem.  Miała  kolejne  pytania  w 
zanadrzu,  w  stylu:  „Dlaczego  nie  przyszedłeś  po  mnie 
wczoraj?",  „Skąd  miałeś  pewność,  że  Turek  nie  zrobi  mi 
krzywdy?" lub nawet: „Czy obchodziło cię, że byłam zdana na 

background image

łaskę Turka?" Bez względu na to, jak ujmowała je w myślach, 
uczucia  te  były  zbyt  osobiste,  aby  je  obnażać  przed 
mężczyzną,  z  którym  tylko  spała.  Człowiekiem,  który 
powiedział, że chce ją opuścić, a potem za sprawą zrządzenia 
losu  dowiedział  się,  że  to  ona  pierwsza  go  opuściła,  a 
następnie  pojawiła  się  w  miejscu,  do  którego  sam  chciał 
dotrzeć. Trudne to były rozważania na półce skalnej, niewiele 
szerszej od stopy. 

Uklękła i zanurzyła ręce w kurzu, aby zapewnić im lepszą 

przyczepność.  Przed  nią  było  ważne  zadanie  do  wykonania. 
Stanęła  przed  szansą  wielkiego  odkrycia  i  sławy.  Kristine 
Richards  była  na  drodze  do  sławy,  cholernie  wprawdzie 
wąskiej, ale pewnej, podczas gdy miłość nie dawała żadnych 
gwarancji.  -  Odwróciła  się  twarzą  do  skalnej  ściany, 
przylgnęła  do  niej  i  wyciągnęła  rękę  w  górę.  Mocne,  ciepłe 
palce  chwyciły  ją  za  nadgarstek.  Drugą  ręką  złapała  go  za 
ramię  modląc  się,  aby  dał  radę  podnieść  te  jej  sześćdziesiąt 
kilogramów.  Pomagała  mu,  jak  mogła,  wpychając  czubki 
butów  w  każdy  najmniejszy  występ  skalny.  Robiła  również 
wszystko,  aby  czuć  się  lekka  duchem.  Jestem  chmurką, 
kłębkiem  waty,  unoszonym  przez  wiatr,  lżejszym  od 
powietrza, jestem bardziej myślą niż ciałem, powtarzała sobie.  

Słyszała nad sobą jego ciężki oddech i poczuła, jak druga 

ręka  chwyta  ją  za  kołnierz.  Dysząc  ciężko,  podciągnął  ją 
kawałek  w  górę  i  musiał  odpocząć  chwilę,  podczas  gdy  ona 
zawisła  nogami  w  próżni.  Nabrał  powietrza  w  płuca  i 
pociągnął  znowu,  a  Kristine  dosięgała  kolanem  występu 
skalnego. Pociągnął jeszcze raz i upadając na plecy przerzucił 
ją na siebie. 

 - Nie jesteś mgiełką, Kreestine - powiedział zziajany. - A 

szkoda. 

Leżeli  przez  dłuższą  chwilę,  łapiąc  oddech,  co  choć  raz 

świadczyło o tym, że on też był zwykłym śmiertelnikiem. 

background image

 - Następnym razem... - powiedziała zdyszana - następnym 

razem podam ci najpierw kożuch. 

 - Dobrze - odparł. 
Ciągle  żadne  z  nich  nie  poruszyło  się.  Głowa  Kristine 

spoczywała na piersi Kita. Miejsce, w którym się znajdowali, 
było znacznie lepsze niż to, które przed chwilą opuściła. Miało 
jakieś trzy metry szerokości i wygodną ścieżkę, wyżłobioną w 
skale.  Można  by  tam  nawet  wykonywać  czynności  domowe! 
Odwróciła  głowę  w  kierunku  klasztoru  i  poczuła  jego  rękę, 
głaszczącą ją po plecach. 

 -  Czy  stąd  możemy  się  tam  dostać?  -  zapytała 

nieświadoma tonu tęsknoty w głosie. Uśmiechnął się. 

 -  Tylko  jeśli  ze  mnie  zejdziesz,  ale  tak  naprawdę  wybór 

należy do ciebie, bahini. Ja nie narzekam. Rycerski do końca, 
pomyślała, zdając sobie sprawę ze swego wyglądu. Musiał to 
również zauważyć, 

ponieważ  nazwał  ją  bahini.  Wiedziała,  co  ten  wyraz 

znaczy,  a  siostrzyczka  to  co  innego  niż  żona  i  nie  ma  nic 
wspólnego  z  tym,  co  oboje  robili  w  sypialni.  Zsunęła  się  z 
niego i już miała wstać, kiedy przygniótł ją ciałem do ziemi. 

 - To znaczy, że czujesz się dobrze - zapytał. 
 - Całkiem nieźle - odpowiedziała z rezerwą. 
Fizycznie  czuła  się  dobrze,  orzeźwiona  górskim 

powietrzem.  Złość  i  niepokój,  które  odczuwała  w  czasie 
ciężkiej  próby,  zostały  złagodzone  przez  piękno  i 
nadzwyczajne możliwości, jakie stwarzało miejsce, w którym 
się  znalazła. Miała  natomiast parę psychicznych zahamowań, 
których  sprawca  patrzył  na  nią  z  taką  czułością  i  troską,  ze 
zastanawiała się, czy ich nie wyolbrzymia. 

 - Za długo byłaś na słońcu. - Jego palce dotknęły jej nosa 

i pieściły policzek. 

background image

 -  Zapomniałam  zabrać  krem  przeciwsłoneczny  - 

powiedziała łagodnie, czując, że znowu, wbrew własnej woli, 
jest pod jego urokiem. 

 - Jesteś głodna? 
 -  Może  trochę  -  zatrzymała  wzrok  na  jego  ustach, 

oddalonych  kilka  centymetrów  od  swoich,  widząc  coś  na 
kształt uśmiechu. 

 - Mamy dużo pracy. Kreestine, i musimy działać szybko, 

nie mam ochoty chodzić tędy po nocy. 

 -  Pracy?  -  spytała,  natychmiast  ganiąc  się  za  to  w 

myślach. 

Tak, pracy, przecież powtarzała to sobie przez cały dzień. 

Uśmiechnął się szerzej. 

Jesteśmy  w  Chatren  -  Ma,  bahini.  Nie  mam  ochoty 

wyjechać  stąd  z  pustymi  rękami,  ale  wiem  również  ze  mnie 
możemy tu zostać po zmroku. Wyjęty spod prawa, nie mistyk 
ani mnich, ale wyjęty spod prawa. 

 -  Możesz  pójść  ze  mną  -  powiedział.  -  Nie  będę  nalegał, 

abyś tu na mnie czekała, ale myślę, że tak byłoby lepiej. Ja... - 
przerwał, zastanowił się nad swoimi słowami, po czym dodał: 
- Tak naprawdę byłoby lepiej. 

 -  Nie  ma  mowy  -  zaprotestowała,  patrząc  mu  prosto  w 

oczy. 

background image

Rozdział 11 
 -  Zdumiewasz  mnie  -  powiedział  Kit,  balansując  na 

zakręcie  wąskiej  ścieżki  i  wyciągając  rękę,  aby  pomóc 
Kristine. - Nie myślałem, że sama zajdziesz tak daleko. 

Cóż mogła odpowiedzieć, samą ją to zdziwiło. 
 -  Jak  udało  ci  się  przebrnąć  przez  pierwsze  usypisko?  - 

spytał. 

 - To właściwie nie było usypisko. 
Chwyciła  go  za  rękę  i  pokonała  następny  zakręt  oraz 

ciężkie podejście pod kolejne urwisko. 

 -  Tak  myślałam  na  początku,  ale  potem  zauważyłam,  że 

kamienie  były  ułożone  regularnie,  jakby  ktoś  chciał 
zablokować  ścieżkę,  ale  sprawiało  to  tylko  takie  wrażenie, 
bowiem w rzeczywistości dało się przejść. Odnalezienie drogi 
zajęło  mi  dobry  kwadrans.  Chciałabym  móc  określić,  z 
jakiego okresu pochodzą te kamienie, co dałoby mi możność 
poznania  rozwiązań  technicznych,  stosowanych  przez  ludzi 
żyjących w tej epoce. 

 -  Tak,  to  prawda  -  powiedział  zaskoczony  Kit.  Za 

pierwszym  razem  znalezienie  przejścia  zajęło  mu  ponad 
godzinę. 

 - A Niebiańskie Schody? 
 -  Ciężej  z  nich  zejść  niż  na  nie  wejść  -  odpowiedziała  z 

nonszalancją,  której  nie  podjąłby  się  naśladować,  -  Skąd 
wiesz, że się tak nazywają? 

 - Dziesięć metrów niżej znajduje się rozwidlenie dróg, na 

którym leży kamień, a na nim jest wyryty napis. 

Balansował na krawędzi kolejnej przepaści. 
 - Słowa nie dają się wprawdzie przetłumaczyć dokładnie, 

ale brzmią niebiańsko. 

 -  Nie  widziałam  żadnego  rozwidlenia  dróg  przed 

schodami - odpowiedziała. 

background image

Rozmowa  i  siła  ramion  Kita  pomagały  Kristine  w  tej 

wędrówce, unikała jednak spojrzenia w górę i  w dół. Ścisnął 
jej dłoń, popatrzyła na niego. 

 - Przeszłaś tunelem? - zapytał. 
 -  Doszłam  do  wniosku,  że  ciężko  mi  będzie  spaść  z 

tunelu. 

Zadziwiała  go.  Była  znacznie  bardziej  odważna  niż 

myślał. On sam uniknął tunelu za pierwszym razem, ale kiedy 
powrócił,  zmuszony  był  do  korzystania  z  podziemnych 
przejść,  co  nigdy  nie  kończyło  się  dobrze.  Nie  miał  jednak 
innego dojścia do Chatren - Ma. Do klasztoru można się było 
dostać  tylko  od  strony  doliny  i  jedyne  dojście  prowadziło 
podziemnym przejściem, głęboko pod urwiskiem. 

 -  Kreestine  -  powiedział  z  dumą,  a  jednocześnie  z 

ostrzeżeniem w głosie. - Przed  nami jeszcze sporo tuneli i  w 
wielu z nich łatwo będzie spaść. Jaskinie są usiane pułapkami 
i licznymi przepaściami. 

Pułapki,  zdradliwe  przepaście,  powtórzyła  w  myśli  i 

spojrzała na Kita. 

 - Masz na myśli te duże dziury? 
 -  Tak  - zapewnił  ją, zachowując  szczegółowe  informacje 

dla  siebie,  nie  wiedząc,  jak  na  nie  zareaguje.  -  Ogromne 
dziury. 

Miał  rację,  pomyślała  Kristine,  przeciskając  się  obok 

kolejnej  zdradliwej  pułapki.  Gdyby  jej  nie  prowadził, 
zniknęłaby w tym tunelu już dobrą chwilę temu. Nie bała się 
ciemności, ale czuła dużą wdzięczność dla Kita, że był tam z 
nią.  Podążała  za  nim.  Nie  wiedziała,  jakimi  znakami  się 
kierował, ale nie zdarzyło mu się jeszcze zabłądzić. 

 -  Skoro  wiedziałeś,  że  są  tu  tunele,  to  dlaczego  nie 

wziąłeś ze sobą latarki? - spytała. 

background image

Gdyby  wiedziała,  w  co  się  pakuje,  poprosiłaby  Turka, 

żeby  zatrzymali  się  gdzieś,  skąd  mogła  wziąć  reflektor 
halogenowy albo nawet dwa. 

 -  Oczy  mogą  cię  oszukać,  ale  intuicja  nigdy.  Spędziłem 

wiele lat ucząc się widzieć w ciemnościach myśli i znajdować 
w nich jasną ścieżkę. 

Lois  nie  trafiłyby  do  przekonania  takie  tłumaczenia, 

zamyśliła  się  Kristine.  Były  zbyt  tajemnicze  jak  na  jej 
pragmatyczne  zapatrywania.  Kristine  jednak  nie  miała 
wyboru.  Musiała  wierzyć,  .  a  jedyne  co  się  jej  naprawdę  nie 
podobało,  to  nienaturalne  brzmienie  głosu  Kita  i  jego  coraz 
gorętsze  dłonie.  Poczuła  nieprzeparte  pragnienie  dotknięcia 
jego ciała, aby sprawdzić, czy nie złapał grypy. 

 - Więc nie zastrzeliłbyś mnie przez przypadek? - spytała. 
 - Nic ci nie groziło od momentu, kiedy Turek znalazł mój 

nóż  w  drzwiach.  Przekazałem  mu  jasną  wiadomość  -  jego 
życie zależy od twego bezpieczeństwa. A człowiek, z którym 
rozmawiałem w Szanghaju, zapewnił mnie, że byłaś zdrowa i 
cała, kiedy cię ostatnio widział. 

Wahanie  w  głosie  Kita  i  sposób,  w  jaki  wypowiedział 

słowo „rozmawiałem", zaintrygowało Kristine. 

 - Zrobiłeś mu krzywdę? - spytała cicho. 
 - Tylko go dotknąłem. 
Dotknął go tak, jak Luke'a w barze, pomyślała. 
 -  A  jakim  sposobem  wbiłeś  nóż  w  drzwi?  Zawahał  się 

ponownie. 

 -  Ze  złością,  Kreestine,  z  ogromną  złością  -  powiedział 

łagodnie. 

Była  to  praktycznie  deklaracja  miłości,  ale  Kristine  nie 

chciała  przeciągać  struny.  Pozwoliła  słowom  dotrzeć  do  niej, 
chciała  zrozumieć  ich  znaczenie.  Wiedziała,  jakim  był 
człowiekiem,  i  tylko  prawdziwe  uczucia  mogły  przyćmić 
trzeźwość  jego  myśli.  Nie  rzuca  się  noża  w  drzwi  myśląc 

background image

racjonalnie.  To  musiała  być  miłość,  ale  nie  chciała  iść  za 
daleko. 

 -  Stań  za  mną  i  obejmij  mnie  w  pasie  -  powiedział  w 

skupieniu. 

Zrobiła,  co  jej  kazał,  trzymając  się  jednak  w  pewnej 

odległości od jego ciała. Nie chciała czuć jego . bliskości, aby 
nie robić sobie nadziei. 

 - Bliżej - nalegał Kit, przyciągając ją do siebie. - Stawiaj 

nogi tak, jak ja. Zacznij prawą. 

Był  na  straconej  pozycji  i  wymyślał  sobie  od  głupców. 

Czuł,  że  z  każdą  chwilą  opuszczają  go  siły.  W  pogoni  za 
Kristine nie miał czasu na medytacje, które zawsze pozwalały 
na  regenerację  organizmu.  Teraz  już  nie  mogli  zawrócić. 
Podążali śladem tysięcy stóp, które przeszły przez te jaskinie 
w ciągu wieków. Były w nich zawarte myśli, z których każdą 
słyszał, słyszał pytania i odpowiedzi, starające się go zmylić i 
zgubić.  Nie  było  w  nich  zła,  ale  ostrzeżenie  przed  każdym 
fałszywym krokiem. 

Kristine zmieniła się od czasu, kiedy ją widział ostatni raz. 

Jej  silna  wola  świeciła  jak  latarnia,  przyciągając  do  siebie 
dusze  błąkające  się  po  kanionie.  Wrażliwość  Kita  była 
zbawieniem,  ale  i  przekleństwem.  Widział  w  ciemności,  ale 
widział zbyt dużo i nie umiał sobie z tym poradzić. 

Posuwali  się  wolno,  krok  za  krokiem,  po  ścieżce,  której 

istnienia  Kristine  mogła  się  tylko  domyślać.  Sądziła,  że 
minęło zaledwie kilka minut, ale w ciemności straciła zupełnie 
poczucie  czasu.  Nic  nie  widziała,  ale  coś  wyczuwała.  Kit 
zatrzymał się raz, drugi i trzeci, a za czwartym cicho zaklął. 

 -  Nie  ruszaj  się!  -  Jego  głos  odbił  się  echem, 

przemieszczając  powietrze  w  ciemną  pustkę.  -  Nie  ruszaj 
się..., nie ruszaj się. 

Poczuła,  że  Kit  wkłada  jedną  rękę  do  kieszeni.  Usłyszała 

trzask  zapalanej  zapałki,  a  widok,  który  ujrzała,  zmroził  jej 

background image

krew  w  żyłach.  Chciała  wracać  do  domu.  Nie  miała  czego 
szukać  tu,  w  tej  jaskini.  Powiew  wiatru  zgasił  płomyk.  Kit 
zapalił  następną,  a  Kristine  spojrzała  ponownie.  Co  by  dała, 
żeby być w domu. 

Balansowali 

na 

kawałku 

skały,  sterczącym  nad 

niezgłębioną  jaskinią  bez  dna.  Słowo  „grunt"  było  zupełnie 
nieadekwatne  dla  ziemi  i  kilku  kamieni,  na  których  stali. 
Jakby na potwierdzenie kilka drobnych kamyczków oderwało 
się  i  z  cichym  szmerem  osunęło  się  w  ciemność.  Kit  rzucił 
zapałkę w ślad za nimi. 

 - Jesteśmy prawie na miejscu - powiedział. 
Kristine  całą  siłą  woli  zmusiła  się,  aby  skupić  uwagę  na 

tym, co mówił, a nie na echu powtarzającym jego słowa. 

 -  Puść  mnie  i  nie  ruszaj  się,  dopóki  nie  poczujesz,  że 

trzymam cię za kostkę. 

 -  Gdzie  idziesz?  -  wyszeptała,  starając  się  nie  wywołać 

echa. 

 - Schodzę po krawędzi. 
Krawędź  -  to  dziwne  określenie,  ale  on  już  zsunął  się  w 

dół,  zanim  zdążyła  wyrazić  swoją  opinię  lub  zaproponować 
inne  wyjście  z  sytuacji,  Co  gorsza,  usłyszała  odgłos 
potknięcia.  Mężczyzna,  który  bez  trudu  biegał  po  wąziutkiej 
poręczy  tarasu  w  jej  ogrodzie,  nie  powinien  mieć  trudności 
tutaj. Zaczęła się denerwować. 

Stojąc  na  małym  występie  skalnym,  otoczona  przez 

ciemną  otchłań,  odkryła  parę  prawd  o  samej  sobie.  Bała  się 
ciemności,  zmysł  równowagi  nie  służył  jej  również  tak,  jak 
kiedyś, miała wrażenie, że się chwieje. Wybrała sobie całkiem 
interesujące  miejsce  na  śmierć.  Z  pewnością  byłaby 
ośrodkiem zainteresowania, gdyby kiedyś mogła opowiedzieć 
o tym szaleńczym wyczynie. 

 - Krees, podaj mi rękę. 

background image

Skorzystała  z  zaproszenia.  Pomógł  jej  zejść  z  krawędzi. 

Zsunęła  się  i  oparła  o  niego.  Niespodziewanie  przycisnął  się 
do  niej  dużo  bliżej  niż  to  było  konieczne.  Nie  przeszkadzała 
jej  ta  bliskość,  ale  w  jego  dotychczas  silnych  ramionach 
wyczuwała słabość. Oparł się o nią w ciszy. 

 - Nic ci nie jest? - spytała głaszcząc go po opadających za 

uszy włosach i dyskretnie sprawdzając mu temperaturę. 

Był rozpalony. 
 -  Tęskniłem  za  tobą.  -  Podniósł  ręce,  aby  dotknąć  jej 

twarzy,  a  jego  głos  stał  się  ochrypły.  -  Nie  pozwolę  nikomu 
zabrać mi ciebie. 

Pochylił się znajdując ustami to, czego szukał. 
 - Jak dobrze! 
Przesunął  językiem  po  jej  wargach  i  wsunął  go  do 

ciepłych i spragnionych ust Kristine. Jego jęk odbił się echem, 
rozbudził  jej  zmysły  i  pchnął  w  stronę  krawędzi,  z  której 
chciała teraz spaść tak jak wtedy, kiedy się kochali. 

 - Dziś w nocy, Kreestine, będziesz moja. 
Pogłębił  pocałunek,  prężąc  się  całym  ciałem,  co  dało  jej 

przedsmak mocy pożądania. Ugięła się pod naporem jego ust i 
w  duchu  musiała  przyznać,  że  przyzwyczajenie  się  do  jego 
barbarzyńskich  sposobów  całowania  nie  przyszłoby  jej  z 
trudnością. Będzie jego z pewnością. 

 -  Musimy  już  iść  -  szepnął  i  podniósł  głowę,  po  czym 

znów nachylił się do pocałunku. - To już niedaleko. 

Okazało  się,  że  bezdenna  jaskinia  ma  około  dwudziestu 

metrów  głębokości.  Tak  przynajmniej  oszacowała  Kristine. 
Wątpiła  w  to,  że  tu  kiedykolwiek  wróci,  a  jeśli  już,  to  z 
pewnością  z  Kitem,  bo  nawet  biorąc  pod  uwagę  jego 
fenomenalną pamięć, uważała, że co dwie głowy, to nie jedna. 

Ostatni  tunel  stawał  się  coraz  węższy  i  Kristine  zaczęło 

męczyć  uczucie klaustrofobii. Ubranie zaczepiało się  o pełne 
zadr  ściany,  a  nierówne  podłoże,  wznoszące  się  i  opadające, 

background image

męczyło stopy. Kristine co chwila się potykała. Kit odwracał 
się, aby ją podtrzymać. Czuła, że opuszczają go siły, i zaczęła 
odczuwać strach przed tym dziwnym miejscem. 

 -  Co  się  z  tobą  dzieje,  Kit?  -  zapytała,  bezskutecznie 

próbując powstrzymać drżenie w głosie. Pojękując oparł się o 
ścianę  tunelu.  Otoczyła  go  ramionami,  ale  był  zbyt  ciężki  i 
razem osunęli się na ziemię. 

 - Kit? - powiedziała cicho. 
Potrząsnęła  nim,  ale  nie  usłyszała  odpowiedzi.  W 

ciemności czaił się strach i to on sprawiał, że widziała rzeczy, 
których  tam  nie  było,  słyszała  czyjeś  głosy  i  czuła  czyjąś 
obecność. 

 -  Nie  -  powiedziała  twardo,  zaciskając  zęby  i  walcząc  z 

gorącem  uderzającym  jej  do  głowy.  -  Nie.  Nie  podda  się 
chwilowemu  załamaniu  i  przerażeniu.  Nieokreślone  uczucie, 
coś  prawie  namacalnego,  szarpnęło  ją  za  rękaw  i  obróciło 
wokół.  Odejdź,  demonie,  powiedziała  w  myślach,  nie 
dostaniesz go, on jest mój. Odwróciła się z powrotem do Kita i 
używając  całej  swojej  woli  i  wszystkich  sił  podniosła  go  i 
postawiła  na  nogi,  ale  wysunął  jej  się  z  rąk.  Oddychając 
ciężko, oparła czoło o jego czoło i zaczęła na przemian modlić 
się i kląć, trzymając go za kołnierz. 

 -  Dobry  Boże...  pomóż...  pomóż  mi  postawić  tego 

głupiego  sukinsyna  na  nogi...  Przepraszam  cię  Melanie,  nie 
chciałam się obrazić. 

Pociągnęła go i przycisnęła do ściany. 
 -  Do  cholery  z  tobą,  Carson!  Może  byś  odzyskał  to,  co 

straciłeś,  na  przykład  przytomność,  bo  jeśli  nie,  to  wyciągnę 
cię  stąd  za  nogi.  Słyszałeś?  Za  nogi!  A  na  tym  podłożu  nie 
będzie to miłe. 

Założyła  sobie  jego  ramię  na  plecy  i  poczuła  drżenie 

kolan.  Opanowała  je,  znajdując  się  zarazem  w  pozycji,  z 
której nie mogła się ruszyć. 

background image

 -  Ostatnia  szansa,  ty  banito!  -  wycedziła  przez  zęby.  - 

Chodź  za  mną  albo  poniesiesz  konsekwencje!  Zrobił 
niepewny,  chwiejny  krok,  ale  to  już  wystarczyło.  Ruszyli 
dalej. 

background image

Rozdział 12 
Kristine wirowała na parkiecie, wsparta na ramieniu ojca, 

widoczna  z  daleka  w  bieli  koronek  i  jedwabiu.  Była 
wystrojona,  uczesana,  miała  zrobiony  makijaż,  tylko  róż  był 
zbędny, bo i bez niego wyglądała jak świeżo rozkwitła róża. 

Jej własny mąż tańczył walca z jej matką. Muriel również 

była  rozpromieniona,  chociaż  mężczyzna,  z  którym  tańczyła, 
nie był oczywiście tym ideałem, który wybrałaby dla własnej 
córki. W białej tunice haftowanej na przodzie aż do dołu złotą 
nitką,  z  grawerowanymi,  starymi  bransoletami  ze  złota  i 
warkoczem  kończącym  się  poniżej  ramion  wyglądał  nieco 
dziwnie. 

To 

było 

największe  wesele,  jakie  kiedykolwiek 

wyprawiano  w  jej  rodzinie.  „Golden  Plum"  -  największa 
restauracja  w  północnej  części  Colorado  raczyła  gości 
szampanem  i  truskawkami,  krewetkami  i  homarem  i 
najmniejszymi  kanapkami,  jakie  Kristine  kiedykolwiek 
widziała.  W  zasięgu  wzroku  nie  było  ani  obrzydłych  piersi 
kurczaka  ani  zrazików  po  szwedzku.  Tort  czekoladowy 
ubrany był fioletowymi, kandyzowanymi owocami w kolorze 
oczu  panny  młodej.  Oboje  z  Kitem  ślubowali  nasycić  się 
przede wszystkim sobą, a jedzenie pozostawili innym. 

Przygrywała  orkiestra.  Wynajęte  poza  miastem  sale 

klubowe  oplatały  kaskady  białych  goździków  i  świeżej 
lawendy,  dobranych  pod  kolor  oczu  Kristine.  Na  górze,  przy 
orkiestrze, widniały wymyślnie ułożone inicjały młodej  pary, 
zrobione  z  pączków  róży  i  fioletowych,  drobnych  irysów. 
Bukiet  ślubny  składał  się  z  białych  róż  i  orchidei,  których 
barwa,  podobnie  jak  i  inne  fiolety,  była  dopełnieniem  oczu 
Kristine. 

To był jeden z jej dwóch ślubów. Chciała, by odbył się z 

wielką  pompą  i  przepychem,  a  ojca  stać  było  na  pokrycie 
związanych  z  tym  wydatków.  Kit  nalegał,  aby  wykupić 

background image

wszystkie  kwiaty  w  kolorze  oczu  Kristine,  a  ona  upajała  się 
widokiem  ich  wszystkich  i  każdego  z  osobna.  Ona  sama 
pokryła  koszty  przyjęcia,  ojciec  sfinansował  tylko 
dwudziestoosobową  orkiestrę.  Jeszcze  nigdy  nikt  w  Denver 
nie  robił  zakupów  z  takim  zaangażowaniem  i  zapałem,  jak 
Jenny  i  Muriel,  które  zajęły  się  ślubną  suknią  Kristine  oraz 
strojami  druhen.  Obie  starsze  panie  dołożyły  każda  po  pięć 
funtów z własnych pieniędzy, a Jenny zaklinała się, że nawet 
sześć. 

 - Pani Carson? 
Ojciec zakręcił Kristine dookoła i oddał w ramiona męża. 
 -  Tak,  panie  Carson?  -  młoda  małżonka  roześmiała  się 

pełna szczęścia. 

 -  Dwukrotnie  się  z  tobą  ożeniłem,  patni,  raz  przed 

obliczem Buddy i raz zgodnie z tym, co napisane jest w Biblii, 
w  twoim  chrześcijańskim  Piśmie  Świętym,  chociaż  wątpię, 
aby Bóg zawarł w nim wskazówki, co do takiego wesela jak 
nasze  -  setka  gości  i  czteropoziomowy  tort.  Jesteś  mi  więc 
dwukrotnie  poślubiona,  co  ciągle  nie  wyjaśnia  tajemnicy, 
którą  nosisz  w  sobie.  To  nie  przystoi  dobrej  żonie  -  uniósł 
brwi. 

Tak,  ożenił  się  z  nią  dokładnie  przed  obliczem  Buddy  w 

klasztorze  schowanym  w  górach  Zakazanego  Królestwa 
Mustanga,  które  obecnie  jest  częścią  Nepalu,  a  niegdyś  było 
jego domem. Zasuszony staruszek, lama z siwą, rzadką brodą, 
odebrał  od  nich  przysięgę,  kiedy  Kit  leżał,  jak  mu  się 
wówczas  zdawało,  na  łożu  śmierci.  Kristine  wydostała  go  z 
Chatren  -  Ma,  ale  nigdy  nie  powiedziała  mu,  w  jaki  sposób. 
Teraz patrząc na naturalny kolor jego skóry, na niego samego 
tryskającego życiem i energią wiedziała, że nie może wyjawić 
tajemnicy,  bo  oznaczałoby  to  początek  tragedii.  On  chciałby 
tam wrócić. 

background image

 -  Nigdy  tego  ze  mnie  nie  wydostaniesz  -  powiedziała, 

posyłając  mu  kolejny  uśmiech.  Tajemnica  była  zamknięta 
głęboko  w  sercu,  a  ona  nauczyła  się  już,  jak  nie  ujawniać 
myśli, tylko zachować je dla siebie. W odpowiedzi zakołysał 
ją w ramionach i patrzył na nią z chytrym uśmieszkiem. 

 -  Ja  też  mam  swoją  tajemnicę,  Kreestine,  którą  z 

pewnością  chciałabyś  poznać.  Może  zabawimy  się  w  handel 
wymienny? 

Wyszedł  z  sali  balowej  tymi  swoimi  dużymi  krokami  i 

Kristine pomyślała, że chce, aby opuścili już przyjęcie. Że ma 
jakieś tajemnice przed nią, wątpiła. Spędziła dwa tygodnie w 
klasztorze  czekając,  aż  przyjdzie  do  siebie  po  przeżyciach  i 
urazach,  i  miała  okazję  rozmów  z  mnichami  bez  przysięgi 
zachowania  tajemnicy.  Dowiedziała  się  wiele,  więcej  niż 
potrzebowała. 

Złota  maska,  na  przykład,  była  darem  azjatyckiej 

księżniczki,  cierpiącej  z  powodu  nieodwzajemnionej  miłości. 
Kamienie półszlachetne i drogie skóry baranie, które rozkładał 
na  łóżku,  przekazała  dla  klasztoru  pewna  bogata  Hinduska, 
chcąc  w  zamian  wziąć  Kita  jako  służącego.  Jego  właśnie 
wybrała  z  grona  nowicjuszy  nie  przeznaczonych  do  życia  w 
czystej  wierze.  Miał  wówczas  piętnaście  lat.  Resztę 
szczegółów  życia  klasztornego  podpatrzyła  sama  i  będąc  na 
miejscu Kita też by uciekła. 

Inną  z  jego  tajemnic  odkryła  w  skórzanej  torbie, 

przytroczonej  do  siodła.  Śmiała  się  do  łez,  co  -  znacznie 
skuteczniej  rozładowało  jej  stresy  niż  pochlipywanie  w 
kąciku. Tak bardzo się bała, że on może umrzeć. 

Po  wielu  dniach,  kiedy  Kitowi  spadła  temperatura,  a  jej 

powrócił  humor,  była  ciekawa,  jak  Turkowi  podobałby  się 
nowy sposób ostrzyżenia Kita. 

 -  Jaka  to  tajemnica?  -  Teraz  ona  zadała  pytanie, 

zarzucając mu ręce na szyję. 

background image

 -  Tylko  handel  wymienny  -  powtórzył  stawiając  ją  z 

powrotem  na  ziemi  obok  ich  nowego  cadillaka.  Objechał 
wiele  salonów  samochodowych,  po  czym  zadziwił  ją 
wyborem właśnie tego modelu, o którym mówił „amerykański 
pełnej  krwi".  Prawdziwy  barbarzyńca,  pomyślała.  Trzeba 
przyznać, że miał niezwykle wyrafinowany gust, a ona bardzo 
szybko przyzwyczaiła się do luksusu jazdy. Rozejrzała się po 
parkingu. 

 - Nie możemy odjeżdżać, to przecież nasze wesele. 
 - Sekret, patni - przycisnął ją mocno i pocałował. 
Cholernik,  pomyślała,  znał  wszystkie  jej  czułe  miejsca  i 

ukryte osobliwości. 

 -  Ty  pierwszy  -  szeptała  cicho  słowa,  całując  go  w 

przerwach między wyrazami. 

 -  Urodzisz  nasze  dziecko  -  zaczął  znowu  obdarzać  ją 

rozkoszą pieszczot. 

 - No, tak... tak - wyjąkała, kiedy trochę przyszła do siebie. 

- Kiedyś bez wątpienia będziemy mieli dzieci i... 

 -  Dziewięć  miesięcy,  Kreestine  -  przesunął  ręce  po  jej 

brzuchu. - Za dziewięć miesięcy będziesz miała dziecko. 

 - Niemożliwe - żachnęła się. - Skąd możesz to wiedzieć? 
 - Wiem to i jeszcze coś więcej - pocałował ją w policzek. 
 - Więcej? - przekrzywiła głowę do tyłu, aby móc spojrzeć 

mu  w  oczy  ciepło  i  tajemniczo,  wreszcie  obniżyła  głos  do 
cichego szeptu. 

 - Wiesz, czy to będzie chłopiec czy dziewczynka? 
 - Tak - szelmowski uśmiech rozjaśnił mu twarz. - Tak. ale 

za wiadomość musisz mi zapłacić. 

 -  Nie  -  z  trudem  jej  to  przeszło  przez  gardło.  Ona  nie 

może  być  w  ciąży.  Jego  dziecko?  Nieświadomie  przykryła 
jego dłonie swoimi. 

 - Obiecaj mi... - Musiała to wiedzieć. 

background image

 -  Obiecuję,  że  nie  wrócę  bez  ciebie.  Przygotuję  się 

odpowiednio,  aby  zmniejszyć  niekorzystny  wpływ  jaskini, 
obiecuję,  jest  na  to  szereg  sposobów.  I  obiecuję,  że  nasze... 
dziecko  będzie  miało  tylko  jednego  ojca  na  całe  życie. 
Wszystko to ci obiecuję. 

Nabrała  powietrza  w  płuca.  Nigdy  nie  łamała  danego 

słowa. 

 -  Myślę,  że  zdajesz  sobie  sprawę  z  tego,  że  musiałam 

znaleźć inne wyjście, a jednocześnie dojście do Chatren - Ma. 

 - Tak. 
 -  Jedyni  ludzie,  którzy  będą  potrzebowali  powrócić 

jeszcze  do  jaskini,  to  speleolodzy,  działający,  mam  nadzieję, 
pod auspicjami jakiejś oficjalnej ekspedycji archeologicznej. 

 -  Tak  -  zgodził  się  cierpliwie.  Kiedy  umilkła,  przynaglił 

ją. 

 - Jakie wyjście, Kreestine? 
 - Czy wiesz, ile jest cel w klasztorze? 
 - Około setki, nie licząc miejsc do spotkań, miejsc pracy i 

kuchni - odpowiedział z nie tajonym zdziwieniem. 

 -  Na  zdrowy  rozsądek,  Kit  -  ciągnęła  -  stu  mężczyzn, 

mnichów bez kobiety, która by im usługiwała i sprzątała, nie 
ciągnęłoby  wody  dzień  w  dzień  przez  labirynt  górskich 
ścieżek  i  tuneli. Musieli zbudować  coś w rodzaju wodociągu 
lub instalacji hydraulicznej albo przynajmniej skrót do rzeki. 

Oczy Kita rozszerzyły się. 
 - Czy odnalazłaś ścieżkę do rzeki? 
 - To kiedyś była ścieżka, teraz jest rumowisko skalne. 
 - Ty zniszczyłaś ją? 
 -  Wówczas  nie  miałam  wyboru  i  po  dziś  dzień  jestem 

wdzięczna  Bogu,  że  nie  schodziliśmy  w  dół  po  skałach, 
chociaż mogłoby to być szybsze niż przejście nad nimi. Teraz 
twoja kolej. 

 - Gdzie w klasztorze zaczyna się ta dróżka? 

background image

 - Kit! - ostrzegła. 
 -  Nasze  dziecko  kiedyś  poprowadzi  taką  ekspedycję, 

patni. Powinien coś o tym wiedzieć. 

 - On? 
 -  Syn  -  powiedział  z  uśmiechem,  biorąc  ją  znów  w 

ramiona. - Nasz syn. 

Była  przepełniona  szczęściem,  a  Kit  stanowił  dla  niej 

najwyższą wartość. Wspięła się na palce i powiedziała mu na 
ucho: 

 -  Dziewiąta  cela  na  wschód  od  spichlerza  po  stronie 

północnej. 

Przygoda  życia  z  tym  przeklętym,  wyjętym  spod  prawa 

Carsonem wydawała się nie mieć końca.