background image

KIM HARRISON 

UMARLI CZASU NIE LICZĄ 

Madison Afery 

Księga 1 

background image

Andrew i Stuartowi 

background image

PROLOG 

Wszyscy  to  robią.  To  znaczy  umierają.  Przekonałam  się  o  tym  w  dniu  moich 

siedemnastych urodzin, kiedy zginęłam w wypadku samochodowym po balu maturalnym. Ale 

to nie był wypadek. To był starannie zaplanowany zamach, drobna potyczka w wielkiej wojnie 

między żniwiarzami światła i ciemności, nieba i piekła, wolnej woli i przeznaczenia. Tyle że ja 

nie  wylogowałam  się  z  życia  jak  większość  ludzi.  Przez  pewien  błąd  utkwiłam,  martwa,  na 

ziemi. Anioł, któremu nie udało się mnie ochronić, i amulet, który ukradłam swojemu zabójcy 

–  tylko  dzięki  nim  nie  skończyłam  tam,  dokąd  chcieli  mnie  posłać  żniwiarze  ciemności.  To 

znaczy w krainie śmierci. 

Nazywam  się  Madison  Avery  i  jestem  tu,  żeby  powiedzieć  wam,  że  poza  tym,  co 

można  zobaczyć,  usłyszeć  albo  poczuć,  jest  coś  jeszcze.  Bo  ja  to  widzę,  słyszę,  czuję  i 

przeżywam. 

background image

ROZDZIAŁ 1 

Oparłam  się  ramieniem  o  szorstki  kamień.  Oddychałam  z  trudem.  Widziałam,  jak 

plamki  słonecznego  światła  przesuwają  się  po  moich  adidasach,  czułam,  jak  wiatr  muska  mi 

włosy  na karku. Dzieciaki pływające w pobliskim  jeziorze śmiały  się głośno  i krzyczały, ale 

ich wesołe głosy tylko sprawiły, że mój żołądek jeszcze bardziej się skurczył. Niech Barnaba 

martwi  się  o  to,  jak  nadrobić  cztery  miesiące  bezowocnych  ćwiczeń  w  ciągu  zaledwie 

dwudziestu minut. 

–  Spokojnie  –  mruknęłam,  spoglądając  na  anioła  stojącego  po  drugiej  stronie  ścieżki. 

Opierał się plecami o pień sosny i miał zamknięte oczy. 

Barnaba  był  prawdopodobnie  stary  jak  świat,  ale  ze  swoją  szczupłą  sylwetką,  w 

dżinsach  i  czarnym  podkoszulku  wyglądał  jak  nastolatek.  Był  aniołem  śmierci  o  lekko 

kręconych włosach i brązowych oczach. Na nogach miał dziurawe tenisówki. Czy to znaczy, że 

te dziurawe tenisówki są święte? – zastanawiałam się, nerwowo tocząc stopą sosnową szyszkę. 

Musiał poczuć na sobie mój wzrok, bo otworzył oczy. 

– Starasz się przynajmniej, Madison? – spytał. 

–  Uch.  Tak  –  sapnęłam,  choć  wiedziałam,  że  to  beznadziejny  przypadek.  Wbiłam 

wzrok w swoje buty. Były żółte i zawiązane na fioletowe sznurówki, a na palcach miały małe 

czaszki  i  skrzyżowane  piszczele.  Pasowały  do  ufarbowanych  na  fioletowo  końców  moich 

jasnych włosów – nie żeby ktoś inny kiedykolwiek to zauważył. 

– Jest tak gorąco, że nie mogę się skoncentrować – jęknęłam. 

Uniósł brwi, spoglądając na moje krótkie spodenki i top. Właściwie nie było mi gorąco, 

czułam się za to niespokojna. Rankiem, kiedy wymknęłam się z domu i pojechałam na rowerze 

pod  szkołę,  na  spotkanie  z  Barnabą,  nie  miałam  pojęcia,  że  wybieramy  się  na  letni  obóz. 

Trochę  zrzędziłam,  ale  tak  naprawdę  miło  było  wyrwać  się  na  chwilę  z  Three  Rivers. 

Uniwersyteckie miasteczko, w którym mieszkał mój ojciec, było całkiem w porządku, ale jako 

nowa nie miałam tam łatwego życia. 

– Temperatura nie ma z tym nic wspólnego – powiedział, a ja zaczęłam szybciej toczyć 

szyszkę tam i z powrotem podeszwą buta. – Spróbuj wyczuć moją aurę. Jestem tuż przed tobą. 

Zrób to albo zabieram cię do domu. 

Kopnęłam  szyszkę  i  westchnęłam.  Jeśli  wrócimy  do  domu,  ten,  kogo  mieliśmy  tu 

chronić – kimkolwiek jest – zginie. 

–  Próbuję.  –  Oparłam  się  plecami  o  głaz  i  dotknęłam  czarnego  kamienia  w  srebrnej 

background image

oprawie,  który  miałam  zawieszony  na  szyi.  Słysząc,  jak  mój  nauczyciel  chrząka  ze 

zniecierpliwieniem, zamknęłam oczy i usiłowałam wyobrazić sobie otaczającą mnie mgiełkę. 

Próbowaliśmy komunikować się telepatycznie. Gdybym potrafiła nadać moim myślom 

ten sam kolor, jaki miała mgła wokół Barnaby, moje myśli przeniknęłyby do niej. Wtedy by je 

słyszał.  Nie  było  to  łatwe,  szczególnie,  że  nawet  nie  widziałam  jego  aury.  Po  czterech 

miesiącach nauki nie zaliczyłam nawet pierwszego stopnia wtajemniczenia. 

Mój  towarzysz  był  żniwiarzem  światła.  Żniwiarze  ciemności  zabijali  ludzi,  kiedy 

widzieli, że w przyszłości mogą oni zrobić coś niezgodnego z wielkim planem przeznaczenia. 

Żniwiarze  światła  starali  się  ich  powstrzymać,  by  ludzie  mogli  kierować  się  wolną  wolą. 

Barnaba,  który  miał  zapobiec  mojej  śmierci,  musiał  uważać  mnie  za  jedną  ze  swoich 

największych porażek. 

Ale  ja  nie  poddałam  się  bez  walki.  Wierzgałam  i  protestowałam  przeciw  swojej 

przedwczesnej śmierci, a kiedy ukradłam mojemu zabójcy amulet, w pewien sposób udało mi 

się  uratować.  Amulet  dawał  mi  iluzję  ciała.  Nadal  nie  wiedziałam,  gdzie  znajduje  się  moje 

prawdziwe  ciało.  Co  trochę  mnie  niepokoiło.  Nie  wiedziałam  też,  dlaczego  miałam  umrzeć. 

Amulet, kiedy wzięłam go do ręki, był jednocześnie gorący jak ogień i zimny jak lód. Zmienił 

kolor z bladej szarości na głęboką czerń, która jakby pochłaniała światło. Ale od tego czasu... 

nic się  już z nim  nie działo. Im  bardziej  chciałam go jakoś wykorzystać, tym  bardziej 

przypominał zwykły, pozbawiony magicznej mocy kamień. 

Barnaba otrzymał teraz nowe zdanie – miał mnie chronić, na wypadek gdyby żniwiarz, 

który mnie zabił, chciał odzyskać swój amulet. Ja wróciłam, na tyle na ile było to możliwe, do 

normalnego życia. Najwyraźniej fakt, że udało mi się przejąć amulet i nie zmienić się przy tym 

w  garść  popiołu,  był  dość  niezwykły.  A  więc  i  ja  byłam  kimś  niezwykłym.  Ale  rola 

ochroniarza  nie  zachwycała  Barnaby  i  wiedziałam,  że  nie  mógł  się  już  doczekać  chwili,  w 

której  będzie  mógł  wrócić  do  swoich  zwykłych  obowiązków,  czyli  przede  wszystkim  do 

ratowania  ludzkich  dusz.  Gdybym  wreszcie  nauczyła  się  kontaktować  z  nim  w  myślach, 

mógłby  wrócić  do  swoich  zadań.  Siedziałabym  sobie  w  domu,  w  miarę  bezpieczna,  bo 

mogłabym go wezwać, gdyby pojawili się żniwiarze ciemności. Ale się nie udawało. 

– Barnaba – powiedziałam  znużona –  jesteś pewny, że potrafię to zrobić? Nie  jestem 

żniwiarzem. Może nie umiem czytać w twoich myślach, bo jestem martwa. Pomyślałeś o tym? 

W  milczeniu  spojrzał  na  otoczone  sosnami  jezioro  i  wzruszył  ramionami.  Coś  w  tym 

geście powiedziało mi, że pomyślał. 

– Spróbuj  jeszcze raz – odparł  łagodnie. Zacisnęłam palce  na amulecie tak  mocno, że 

jego srebrna oprawa wbiła  mi się w skórę. Usiłowałam wyobrazić sobie  mojego nauczyciela. 

background image

Jego  przystojną  twarz,  swobodny  wdzięk,  którego  brakowało  moim  szkolnym  kolegom,  i 

zniewalający uśmiech. Nie, nie podkochiwałam się w nim, naprawdę, ale musiałam przyznać, 

że  wszystkie  anioły  śmierci,  które  dotąd  widziałam,  były  bardzo  atrakcyjne.  Zwłaszcza  ten, 

który mnie zabił. 

Mimo długich nocy, które spędziliśmy na dachu mojego domu, wspólnie ćwicząc, nie 

mogłam nic wykrzesać z tego lśniącego czarnego kamienia. Barnaba bywał u nas tak często, że 

ojciec  uznał  go  za  mojego  chłopaka,  a  moja  szefowa  z  kwiaciarni  sądziła,  że  powinnam  go 

trochę przyhamować. 

Oderwałam się od głazu. 

–  Przykro  mi.  Idź  i  rób  swoje.  Ja  posiedzę  i  zaczekam  na  ciebie.  Nic  mi  się  tu  nie 

stanie. – Może po to właśnie mnie tu zaciągnął. Będę bezpieczniejsza tutaj, czekając na niego, 

niż  kilkadziesiąt  kilometrów  dalej,  sama.  Nie  byłam  tego  pewna,  ale  wydawało  mi  się,  że 

Barnaba  okłamał  swojego  przełożonego  co  do  moich  postępów,  żeby  móc  wrócić  do  pracy. 

Żniwiarz światła, który kłamie – to się najwyraźniej zdarzało. 

Zacisnął wargi. 

– Nie. To nie jest dobry pomysł – podszedł i wziął mnie pod ramię. – Chodźmy. 

Wyrwałam mu się. 

– Co z tego, że nie potrafię wezwać cię w myślach? Jeśli nie chcesz mnie tu zostawić, 

pójdę z tobą i postaram się nie przeszkadzać. Jezu, to jest obóz letni. 

Co może mi się tu stać? 

– Wszystko – odparował, krzywiąc gładką, młodzieńczą twarz. Ktoś zbliżał się do nas 

ścieżką. Odsunęłam się od Barnaby. 

– Nie  będę wchodziła ci w drogę. Nikt nawet się nie dowie, że tu jestem – upierałam 

się. 

Zmarszczył brwi, jakby zmartwiony. 

Ludzie byli coraz bliżej. Zaczęłam się denerwować. 

–  Daj  spokój.  Po  co tu  w ogóle  przylecieliśmy,  skoro  chcesz  zaraz  wracać  do  domu? 

Wiedziałeś, że w dwadzieścia  minut nie  nauczę się tego, co ćwiczymy od czterech  miesięcy. 

Tak naprawdę chcemy tego samego. Już jestem martwa. Co gorszego może mi się stać? 

Spojrzał w stronę hałaśliwej grupki. 

–  Gdybyś  wiedziała,  nie  spierałabyś  się  ze  mną.  Schowaj  amulet.  Jeden  z  nich  może 

być żniwiarzem ciemności. 

–  Nie  boję  się  –  powiedziałam,  wkładając  amulet  pod  bluzkę.  Ale  się  bałam.  To 

niesprawiedliwe: byłam martwa, a i tak łomotało mi serce, spinałam się i oddychałam szybciej, 

background image

kiedy  coś  mnie  przestraszyło.  Barnaba  mówił,  że  te  objawy  z  czasem  znikną,  ale  na  razie 

ciągle mnie męczyły i krępowały. 

Spuściłam  wzrok  i  zaczekałam,  aż  grupka  trzech  dziewcząt  i  trzech  chłopców  nas 

minie. Wszyscy  mieli na sobie koszulki bez rękawów i szorty, a dziewczyny paplały wesoło. 

Szli w stronę przystani.  Wszystko wyglądało zupełnie  normalnie – do czasu, kiedy przesunął 

się nad mną jakiś cień i podniosłam głowę. 

Czarne skrzydło, pomyślałam. Dla żyjących wyglądały  jak kruki,  jeśli żyjący w ogóle 

je dostrzegali. Cienkie czarne płachty były niemal niedostrzegalne, kiedy patrzyło się na nie z 

boku.  Widać  było  tylko  dziwną  jasną,  migoczącą  linię.  Byli  to  padlinożercy,  żywiący  się 

duszami  ludzi  zabranych  przez  żniwiarzy  ciemności  i  gdyby  nie  ochrona,  jaką  zapewniał  mi 

skradziony amulet, zaraz by mnie obsiadły. Żniwiarze światła zostawali przy duszy zmarłego i 

opiekowali się nią do czasu, kiedy mogła bezpiecznie opuścić ziemię. 

Spojrzałam  na Barnabę. Nie  musiałam czytać w  jego myślach, by wiedzieć, że ktoś z 

grupy,  która  nas  właśnie  minęła,  miał  wkrótce  umrzeć.  Aby  odkryć,  o  kogo  chodzi, 

musieliśmy  oprzeć  się  na  dość  mglistym  opisie  szefa  Barnaby  oraz  intuicji  i  zdolności 

widzenia aury samego Barnaby. 

–  Wiesz  już,  kim  jest  ofiara?  –  spytałam.  Zgodnie  z  tym,  co  mi  powiedział,  wiek 

człowieka zdradzała jego aura, co w pewnym sensie wyjaśniało fakt, że nie udało mu się mnie 

ocalić.  Był  to  dzień  moich  urodzin,  a  on  pracował  tylko  z  siedemnastolatkami.  Ja  miałam 

szesnaście lat aż do chwili, w której samochód zjechał z szosy, i siedemnaście, kiedy zginęłam. 

Barnaba  zmrużył  oczy,  które  błysnęły  nagle  srebrnym  blaskiem,  jak  zawsze,  gdy 

korzystał ze swojej nadprzyrodzonej mocy. Przerażało mnie to. 

–  Nie  wiem  –  przyznał.  –  Wszyscy  mają  po  siedemnaście  lat,  poza  dziewczyną  w 

czerwonym kostiumie kąpielowym i tym niskim, ciemnowłosym chłopakiem. 

– A żniwiarz ciemności? – spytałam. Żadne z nich nie miało amuletu, ale ponieważ te 

kamienie  mogły  przybierać  różne  postacie,  tak  naprawdę  nic  to  nie  znaczyło.  Kolejna  rzecz, 

której nie udało mi się nauczyć. 

Anioł wzruszył ramionami, nie spuszczając wzroku z tamtych. 

–  Żniwiarz  ciemności  mógł  się  jeszcze  nie  pojawić.  Jego,  czy  też  jej,  aura  będzie 

wyglądać jak u każdego siedemnastolatka, tak jak nasze. Nie rozpoznaję wszystkich żniwiarzy 

ciemności, więc nie będę wiedział, dopóki nie wyciągnie miecza. Wyciągnij miecz, wbij go w 

człowieka, zadanie wykonane. Milutko. Zanim się zorientujesz, kto stanowi zagrożenie, będzie 

za  późno.  Patrzyłam  na  czarne  skrzydła,  śmigające  nad  przystanią  jak  mewy.  Stojący  obok 

mnie Barnaba poruszył się niespokojnie. 

background image

– Chcesz pójść za nimi – domyśliłam się. 

– Tak. 

Było  już  za  późno,  by  zlecić  to  zadanie  komuś  innemu.  Serce,  albo  raczej  jego 

wspomnienie,  zabiło  mi  szybciej.  Była  to  pamiątka  po  czasach,  kiedy  jeszcze  żyłam,  z  którą 

mój umysł chyba nie umiał się rozstać. Chwyciłam Barnabę za ramię. 

– Więc zróbmy to. 

–  Zabieramy  się  stąd  –  zaprotestował,  ale  ruszył  w  stronę  przystani.  Schodząc  w  dół 

zbocza, stawialiśmy stopy w idealnie równym rytmie. 

– Będę siedziała cicho. Czego tu się bać? – spytałam. 

Nasze  kroki  zabrzmiały  głucho  na  deskach  przystani.  Barnaba  zatrzymał  się  nagle  i 

pociągnął mnie za rękę. 

–  Madison,  nie  chcę  popełnić  kolejnego  błędu  –  powiedział,  odwracając  mnie  twarzą 

do siebie. – Idziemy stąd. Natychmiast. 

Spojrzałam  ponad  jego  ramieniem,  mrużąc  oczy  z  powodu  ostrego  światła  i  wiatru. 

Zadrżałam,  widząc,  jak  jedno  z  tych  cienkich,  smoliście  czarnych  skrzydeł,  przysiadło  na 

słupku  –  i  czekało.  Nieświadoma  tego  grupka  sprzeczała  się  z  dozorcą  przystani.  Jeśli  sobie 

pójdziemy,  ktoś  umrze.  Postanowiłam,  że  się  stąd  nie  ruszę.  Już  otworzyłam  usta,  by 

przekonać do tego Barnabę, kiedy z budki dozorcy ktoś zawołał do nas: 

– Hej, jesteście zajęci? 

Barnaba drgnął, a ja odwróciłam się z uśmiechem. 

– A co tam macie?! – odkrzyknęłam, czując, jak serce zaczyna mi bić coraz szybciej. 

–  Narty  wodne  –  odparł  niski,  ciemnowłosy  chłopak,  podnosząc  je  do  góry.  –  Nie 

możemy wynająć dwóch łódek, bo brakuje nam dwóch osób. Chcecie popłynąć z nami? 

Przeszył mnie dreszcz. 

– Jasne! – zawołałam, zamykając sprawę. Barnaba tego chciał. Ja tego chciałam. Więc 

zrobimy to. 

– Madison... – zaczął Barnaba, ale wszyscy z entuzjazmem  ładowali się  już do łódek. 

Pociągnęłam  go  za  sobą,  przyglądając  się  twarzom  naszych  nowych  znajomych.  Szukałam 

takiej, która nie pasuje do reszty. 

– Na której łodzi jest ofiara? – spytałam. – Ja wsiądę do tej drugiej. 

Zacisnął zęby. 

– To nie jest takie proste. To jest sztuka, a nie zarządzanie kadrami. 

– W takim razie odgadnij! – prosiłam. – O rany, nawet jeśli wsiądziemy na dwie różne 

łodzie,  jak daleko od siebie  będziemy... kilkanaście  metrów? To nic wielkiego. Po prostu cię 

background image

zawołam, dobrze? 

Zawahał  się, a  ja spojrzałam z ukosa  na  jego twarz. Widziałam, że  bił się z  myślami. 

Kiepski pomysł czy nie, stawką było czyjeś życie. Za moimi plecami czarne skrzydło zerwało 

się do lotu. 

Barnaba wziął głęboki oddech, żeby coś powiedzieć, ale w tej samej chwili podszedł do 

nas chłopak w szarych spodenkach. W rękach trzymał linę. Uśmiechnął się do nas. 

– Jestem Bill – przedstawił się, wyciągając rękę. Spojrzałam na Barnabę i ujęłam dłoń 

chłopaka. 

–  Madison  –  powiedziałam  nieśmiało.  Domyśliłam  się,  że  nie  mógł  być  żniwiarzem. 

Wyglądał zbyt przeciętnie. 

Mój nauczyciel wymamrotał swoje imię, a Bill zmierzył go wzrokiem. 

– Czy któreś z was umie prowadzić motorówkę? – spytał. 

–  Ja  umiem  –  powiedziałam,  zanim  Barnaba  zdążył  wymyślić  jakąś  wymówkę,  która 

pozwoliłaby  nam  się  stąd  zmyć.  –  Ale  nigdy  nie  ciągnęłam  nikogo  na  nartach.  Wolę  się 

przyglądać. – Zerknęłam na Barnabę. Ostatnie zdanie było przeznaczone dla niego. 

– Świetnie! – Bill uśmiechnął się zaczepnie. – Chcesz płynąć ze mną? Będziesz mogła 

przyglądać się mnie. 

Flirtował  ze  mną.  Uśmiechnęłam  się  szeroko.  Od  tak  dawna  byłam  skazana  tylko  na 

towarzystwo żniwiarza, że zapomniałam już, że flirt to taka fajna, taka normalna rzecz. A on 

flirtował  ze  mną,  nie  z  dziewczyną,  która  właśnie  zdjęła  wszystko  poza  żółtym  bikini,  żeby 

pokazać  zgrabny  tyłek,  ani  z  niesamowitą  długowłosą  brunetką  ubraną  w  szorty  i  kolorową 

koszulkę. 

– Dobra – odparłam i ruszyłam za nim, ale ostre szarpnięcie osadziło mnie w miejscu. 

–  Hej  –  odezwał  się  Barnaba,  jego  oczy  znowu  zalśniły  srebrzystym  blaskiem,  co 

zazwyczaj mnie przerażało. – Zróbmy tak: dziewczyny na jednej łódce, chłopaki na drugiej. 

–  Super!  –  ucieszyła  się  dziewczyna  w  bikini,  najwyraźniej  nie  zauważając 

metalicznego  blasku  jego  tęczówek,  choć  patrzyła  prosto  na  niego.  –  My  weźmiemy  tę 

niebieską. Wysunęłam ramię z uścisku Barnaby, trochę zaniepokojona, że widzę coś, czego nie 

widzą żyjący. Chyba nawet mój nauczyciel nie domyślał się, że mogę to zobaczyć. Zrobił się 

zgiełk,  kiedy  wszyscy  zaczęli  się  przesiadać.  Łodzie  zakołysały  się,  odrzucono  liny.  Byłam 

jeszcze na pomoście, przyciągnęłam Barnabę bliżej i szepnęłam mu do ucha: 

– Bill nie jest żniwiarzem, prawda? 

– Nie – odszepnął. – Ale widzę wokół niego jakąś mgłę. Może być ofiarą. 

Kiwnęłam głową, a Barnaba odwrócił się, żeby porozmawiać z chłopakiem w błękitnej 

background image

koszuli,  który  stanął  władczo  za  sterem  czerwonej  motorówki.  Przywitałam  się  z 

dziewczynami  i  wskoczyłam  do  małej  niebieskiej  łodzi.  Barnaba  wyraźnie  chciał  być  bliżej 

ofiary.  Spojrzałam  w  stronę  Billa,  zastanawiając  się,  czy  naprawdę  dostrzegam  wokół  niego 

ciemną mgiełkę, czy to tylko moja wyobraźnia. 

A potem  nagle wszyscy  byliśmy  już  na wodzie  i  pędziliśmy  przez  niewielkie  jezioro. 

Dziewczyna  w  jednoczęściowym  czerwonym  kostiumie  kąpielowym  sunęła  na  nartach  za 

naszą łodzią. Bill za drugą. Rytmiczny plusk i szum fal były jak znajoma piękna muzyka. 

Czułam na ramionach ciepło słońca, łagodzone przez wiatr, który zwiewał mi włosy na 

twarz.  Czarne  skrzydła  krążyły,  zaskoczone,  nad  przystanią,  ale  największe  z  nich  już 

zaczynały nas gonić. Z rosnącym niepokojem odwróciłam się w stronę chłopaka na nartach. 

Wyglądało  na to, że Bill wie, co robi, podobnie  jak dziewczyna za  naszą  motorówką. 

Jeśli  żadne  z  nich  nie  było  żniwiarzem  ciemności,  i  nie  był  nim  także  chłopak  w  szarych 

spodenkach, to zostały  jeszcze trzy podejrzane osoby, a dwie z  nich  siedziały w  mojej  łodzi. 

Chciałam dotknąć czarnego kamienia na szyi, powstrzymałam się jednak. Miałam nadzieję, że 

Barnaba nie wsadził mnie do niewłaściwej łodzi. Dziewczyna w bikini miała naszyjnik. 

–  Dobrze  jeździsz  na  tych  nartach?!  –  krzyknęłam  do  niej.  Chciałam,  żeby  coś 

powiedziała. 

Odwróciła się i uśmiechnęła, przytrzymując ręką długie jasne włosy. 

–  Nieźle  –  odparła,  pochylając  się  ku  mnie,  by  nie  zagłuszył  jej  odgłos  silnika.  – 

Myślisz, że niedługo się przewróci? Umieram z niecierpliwości, żeby się już przejechać. 

Uśmiech zamarł mi na ustach. Miałam nadzieję, że nie przepowiedziała właśnie swojej 

przyszłości. 

– Może. Niedługo będzie uskok. 

– Ib może wtedy. – Dziewczyna spojrzała na fioletowe końce moich włosów, a potem 

opuściła  wzrok  na  czaszki  i  skrzyżowane  piszczele  na  moich  tenisówkach,  i  uśmiechnęła  się 

lekko. – Jestem Susan. Szczep Chippewa. 

– Madison – powiedziałam, przytrzymując się mocno burty chybotliwej łódki. Nie dało 

się  rozmawiać  przy  takim  wietrze.  –  Susan  przyglądała  się  dziewczynie  na  nartach,  a  ja 

spojrzałam na tę za sterem. 

Była drobna  i  miała burzę czarnych włosów, długich  i  gęstych Powiewające kosmyki 

odsłaniały małe uszy i wysokie kości policzkowe. Patrzyła przed siebie z wyrazem całkowitej 

obojętności  na  twarzy.  Miała  szerokie  ramiona  i  szczupłe  ciało,  więc  wydawała  się  równie 

sprawna,  jak atrakcyjna.  Kolory  jej  hawajskiej koszulki  aż kłuły  w oczy. Pożałowałam, że  ja 

też nie wzięłam okularów przeciwsłonecznych. 

background image

Spojrzałam  ponad  wodą  na  czerwoną  motorówkę,  płynącą  jakieś  czterdzieści  metrów 

za nami. Barnaba rozmawiał z chłopakiem w niebieskiej koszuli. Wiatr zmienił kierunek, łódź 

podskoczyła  i  Susan  pochyliła  się  do  przodu.  Jej  długie  włosy  musnęły  moją  twarz,  zanim 

zdążyła znowu je chwycić. Czarne skrzydła zaczęły nas doganiać. Wszystkie. 

– Na długo tu przyjechałaś? – zapytała. 

– Eee, na krótko – wymamrotałam zgodnie z prawdą. – U mnie szkoła zaczyna się za 

dwa tygodnie. 

Susan kiwnęła głową. 

– To tak jak u nas. 

Poruszyłam  się  nerwowo  na  plastikowej  ławeczce.  Miałam  się  nie  mieszać,  ale  po 

prostu nie mogłam oderwać oczu od dziewczyny za sterem. Żaden śmiertelnik nie mógł być aż 

tak piękny. Gdybym miała dość odwagi, by do niej zagadać, może okazałoby się, że wcale nie 

jest  śmiertelnikiem.  I  co  wtedy,  Madison?  –  pomyślałam,  coraz  bardziej  zaniepokojona.  Nie 

mogłam powiedzieć o tym Barnabie. Może pomysł, żebyśmy się rozdzielili, nie był wcale taki 

dobry. 

–  Rodzice  mnie  tu  wysłali  –  powiedziała  Susan,  odwracając  moją  uwagę  od  pięknej 

brunetki.  –  Musiałam  zostawić  pracę  i  wszystko –  dodała,  przewracając  oczami.  –  Straciłam 

miesięczną  pensję.  Pracuję  w  gazecie  i  ojciec  stwierdził,  że  nie  chce,  żebym  przez  całe  lato 

patrzyła w ekran komputera. Ciągle im się wydaje, że jestem dzieckiem. 

Kiwnęłam  głową  i  zamarłam  na  widok  czarnego  skrzydła,  mniej  więcej  wielkości 

latawca, które wśliznęło się nagle między motorówki z taką łatwością, jakby stały w miejscu. 

Stłumiłam  drżenie  i  spojrzałam  w  stronę  Barnaby;  widziałam,  jak  zmarszczył  brwi. 

Sunąc  nad  wodą  i  zanurzając  się  od  czasu  do  czasu  pod  jej  powierzchnię,  czarne  skrzydła 

zbliżały się coraz bardziej. Zamarłam. 

Susan  wstała,  chwiejnie  przeszła  na  dziób  łodzi  i  wystawiła  twarz  do  wiatru. 

Przerażona, puściłam czarny, gładki amulet i chwyciłam się za brzuch. Naszły  mnie mdłości, 

ale  ich  przyczyną  nie  była  choroba  morska,  lecz  świadomość  tego,  co  się  zaraz  stanie.  Jeśli 

tym  razem  Barnaba  nie  wykaże  więcej  przytomności  umysłu  niż  w  moim  przypadku,  ktoś 

wkrótce  zginie.  Mnie  się  to  przydarzyło  –  no,  przynajmniej  połowicznie  –  a  przebudzenie  w 

kostnicy nie należało do przyjemności. 

Przeniosłam  wzrok  z  narciarza  na  Barnabę.  Czerwona  motorówka  była  coraz  bliżej; 

zaraz  miał  nastąpić  uskok.  Mój  nauczyciel,  z  rozwianymi  włosami,  stał  na  szeroko 

rozstawionych  nogach  i  rozmawiał  z  chłopakiem  za  sterem.  Niczym  nie  różnił  się  od 

beztroskiego nastolatka, którego zamierzał ocalić. Jakby wyczuł na sobie mój wzrok, spojrzał 

background image

w moim kierunku. 

Nasze oczy spotkały się na moment. Między nami czarne skrzydło dało nura pod wodę. 

Gnojek. Wyraźnie nabrały śmiałości. Już prawie nadszedł czas. 

–  Hej!  –  zawołała  Susan,  spoglądając  tam,  gdzie  właśnie  znikło  czarne  skrzydło.  – 

Widziałaś? – spytała, szeroko otwierając oczy. – To wyglądało jak płaszczka. Nie wiedziałam, 

że płaszczki żyją w słodkiej wodzie. 

Bo  w  ogóle  nie  żyją  w  tej  rzeczywistości,  pomyślałam,  błądząc  wzrokiem  po  linii 

horyzontu. Czarne skrzydła były wszędzie, nad łodziami i w wodzie pod nimi. 

Susan  chwyciła  burtę  obiema  rękami  i  patrzyła  w  wodę.  Z  pewnością  nie  widziała 

nawet  połowy  tego,  co  tam  było,  coś  jednak  dostrzegła.  Moje  niby-serce  przyspieszyło.  Im 

bardziej  byłam zdenerwowana, tym  bardziej  mój  umysł polegał  na wspomnieniach z czasów, 

kiedy jeszcze żyłam. Wiedziałam, że zaraz coś się wydarzy, ale nie miałam pojęcia, co robić. 

A jeśli ta brunetka była żniwiarką ciemności? 

W napięciu słuchałam szumu wody, kiedy zbliżaliśmy się do uskoku. Nasza narciarka 

oderwała  się  od  powierzchni,  wydając  w  powietrzu  wojowniczy  okrzyk.  Lądując,  straciła 

równowagę, ale wpadła do wody z wdziękiem, jakby wiedziała, co robi. 

Bill,  który  skoczył  kilka  sekund  później,  stchórzył  w  ostatniej  chwili.  Czubek  jego 

narty  zahaczył  o  uskok.  Jęknęłam  bezsilnie,  widząc,  jak  obróciło  go  w  powietrzu.  Żniwiarze 

ciemności  lubili  wykorzystywać  wypadki,  uśmiercając  ranne  osoby,  by  ukryć  swoją 

ingerencję. Barnaba miał rację. Ofiara – a więc i żniwiarz – musiała być na jego łodzi. 

– Zawróćcie! – zawołałam. – Bill uderzył w uskok. 

Nasza łódź skręciła i Susan chwyciła reling. 

– O Boże! – krzyknęła. – Stało mu się coś? 

Nic  mu  nie  będzie,  pomyślałam,  o  ile  mój  przyjaciel  dotrze  do  niego  pierwszy

Spojrzałam  na  dziewczynę  za  sterem,  która  zaczęła  zawracać,  błagając  ją  w  myślach,  by  się 

pośpieszyła.  Teraz  widziałam  jej  oczy  ponad  krawędzią  ciemnych  okularów.  Niebieskie, 

zauważyłam,  a  potem  ogarnął  mnie  zimny  strach.  W  ułamku  sekundy  nabrały  srebrnego, 

metalicznego  połysku,  a  dziewczyna  uśmiechnęła  się  z  satysfakcją.  Była  żniwiarzem.  Była 

żniwiarką ciemności, a Barnaba był na niewłaściwej motorówce. Cholera, wiedziałam, że była 

zbyt piękna jak na człowieka. 

Spłoszona, spuściłam wzrok, zanim zdążyła się zorientować, że wiem. Przeszłam na tył 

łodzi  i  objęłam  się  ramionami.  Zwolniliśmy.  Nasza  narciarka  płynęła  już  w  stronę  Billa,  ale 

Barnaba  wskoczył  do  wody  i  wiedziałam,  że  dotrze  do  niego  pierwszy.  Susan  stanęła  obok 

mnie.  On  tymczasem  objął  Billa  ramieniem  i  zaczął  ciągnąć  go  w  stronę  mojej  łodzi.  Teraz 

background image

byłam  już  naprawdę  przerażona.  Barnaba  nie  wiedział,  że  żniwiarka  ciemności  jest  ze  mną. 

Holował  ofiarę  prosto  do  niej!  Do  diabła,  dlaczego  upierałam  się,  żeby  to  zrobić,  skoro  nie 

potrafiłam nawet skontaktować się z moim nauczycielem! 

Motorówki  zbliżyły  się  do  siebie,  odgłosy  silników  przycichły,  a  potem  całkiem 

umilkły.  Wszyscy  stali  przy  burtach,  krzycząc  głośno.  Usiłowałam  zwrócić  na  siebie  uwagę 

Barnaby  w  taki  sposób,  by  żniwiarka  nie  zorientowała  się,  że  ją  rozpoznałam  –  cały  czas 

miałam ją na oku. Barnaba nawet nie spojrzał w moją stronę. 

Wszyscy wyciągnęli ręce do Billa. Był przytomny, ale rana na głowie krwawiła. Nade 

mną mignęło jedno z czarnych skrzydeł. Zadrżałam. Stojąca tuż za mną Susan także zadrżała; 

nie widziała ich, ale najwyraźniej czuła ich obecność. 

–  Podnieście  go  –  szepnęłam.  Czarne  skrzydła,  śmigające  tuż  pod  powierzchnią, 

wyglądały jak rekiny. – Wyciągnijcie go z wody. 

Na  tej  łodzi  nie  było  jednak  wcale  bezpieczniej.  Rzuciłam  się  między  żniwiarkę 

ciemności a Billa, którego właśnie wciągano na pokład. Woda chlusnęła na zielony plastikowy 

dywanik.  Żniwiarka  musiała  wiedzieć,  że  jest  tu  ktoś,  kto  spróbuje  ją  powstrzymać,  choć 

przypuszczała pewnie, że to Barnaba, bo to on skoczył na ratunek. 

– Nic  mu  nie  jest? – spytała Susan, kiedy  motorówki  zetknęły się ze sobą  i kierowca 

czerwonej  rzucił  linę,  by  związać  je  razem.  Susan  uklękła  w  wąskim  przejściu  przed  tylną 

ławką i wyjęła ręcznik ze swojej torby. 

– Krwawisz. Przyłóż to sobie do głowy – powiedziała, a Bill spojrzał na nią i zamrugał. 

Barnaba  przykucnął  obok  Billa.  Nie  patrzył  na  mnie,  więc  powoli,  z  mocno  bijącym  sercem 

zaczęłam przesuwać  się w  stronę  niebezpiecznej  piękności w  hawajskiej koszulce, pachnącej 

lekko  piórami  i  słodkimi,  mocnymi  perfumami.  Nie  rozpozna  mnie,  nic  mi  się  nie  stanie, 

próbowałam przekonać samą siebie. Ale kiedy Barnaba wstał i zaczął szykować się do skoku 

na drugą łódź, puściły mi nerwy. 

–  Barnaba!  –  krzyknęłam  przerażona  i  znieruchomiałam,  bardziej  wyczuwając  niż 

słysząc świst miecza w powietrzu. 

Gwałtownie  odwróciłam  głowę.  Żniwiarka  ciemności,  śliczna  czarnowłosa 

dziewczyna,  stała  na  szeroko  rozstawionych  nogach.  Cała  jej  postać  i  obnażony  miecz 

cudownie lśniły w słońcu. Miecz miał w rękojeści fioletowy kamień, taki sam, jaki ona miała 

na szyi. Widziałam go teraz wyraźnie. Oba kamienie emanowały intensywnym blaskiem. Ale 

żniwiarka nie patrzyła na Billa. Patrzyła na Susan. 

–  Nie!  –  krzyknęłam,  spanikowana.  Słońce  błysnęło  na  ostrzu  miecza.  Niewiele 

myśląc, rzuciłam się do przodu i uderzyłam Susan ramieniem. Zachwiała się i upadła tuż obok 

background image

Billa.  Runęłam  na  kolana,  boleśnie  uderzając  nimi  o  pokład.  Podniosłam  wzrok,  ale  oślepił 

mnie błysk słońca obitego od miecza. Zaraz potem ostrze przeszło przeze mnie – towarzyszyło 

temu takie uczucie, jakby przez moją duszę przeleciało pióro. 

Miałam  wrażenie,  że  czas  się  zatrzymał,  choć  wiatr  nadal  wiał,  a  łódź  nadal  kołysała 

się  na  falach.  Ludzie  na  drugiej  motorówce  ocknęli  się  i  zaczęli  krzyczeć.  Nie  zwracając  na 

nich  uwagi,  żniwiarka  ciemności  patrzyła  na  mnie  z  rozchylonymi  ustami.  Powoli  zaczynało 

do niej docierać, że usiłowała zabić niewłaściwą osobę. 

– Na serafinów... – szepnęła, podczas gdy podniecone, pełne przerażenia głosy innych 

przybierały na sile. 

–  Cholera,  Madison!  –  przekrzyczał  ich  Barnaba.  –  Mówiłaś,  że  będziesz  tylko 

obserwować.  Ciągle  klęcząc  przed  żniwiarką,  położyłam  dłoń  na  brzuchu  i  przypomniałam 

sobie to straszne uczucie, które pojawiło się, kiedy siedziałam w przewróconym samochodzie, 

przerażona,  ale  żywa.  I  ten  niewyobrażalny  strach,  który  mnie  ogarnął,  kiedy  żniwiarz 

ciemności  wyjął  swój  miecz  z  gniewną  miną.  Nie  zginęłam  w  wypadku,  musiał  więc  mnie 

zabić swoim mieczem. 

– Uch, chybiłaś – powiedziałam, przeganiając wspomnienia. 

Susan podniosła się z trudem. Miecz znikł, wtapiając się z powrotem w kamień na szyi 

ciemnowłosej dziewczyny, która spojrzała na amulet na mojej piersi. Kiedy się przewróciłam, 

wysunął się zza koszulki. Otworzyła usta. 

–  Kamień  Kairosa!  –  krzyknęła.  –  Ty  masz  amulet  Kairosa?  Skąd?  On  jest...  – 

Zawahała się, spoglądając na mnie w osłupieniu. – Kim ty jesteś? 

A kim, do diabła, jest Kairos? Żniwiarz ciemności, który mnie zabił, miał na imię Seth. 

Oblizałam wargi i wstałam, omal nie następując przy tym na Billa. 

–  Madison  –  odparłam  odważnie,  śmiertelnie  przerażona.  –  Zabrałam  ten  amulet, 

zgadza się. Zmiataj stąd, bo twój też zabiorę. 

Blefowałam, ale na twarzy żniwiarki zaskoczenie ustąpiło miejsca determinacji. 

–  Jeśli  masz  amulet  Kairosa,  on  zapewne  chciałby  go  odzyskać  –  powiedziała 

dziewczyna, wyciągając smukłą dłoń. 

–  Madison,  odsuń  się  od  niej!  –  krzyknął  Barnaba.  Przestraszona,  cofnęłam  się, 

potknęłam  o  Billa  i  wylądowałam  na  długiej  ławce  z  tyłu  łodzi.  Żniwiarka  ruszyła  za  mną, 

marszcząc groźnie brwi. Jasne, nie mogła mnie zabić, ale mogła mnie obezwładnić. 

Wszyscy zaczęli krzyczeć, a między nami nagle wyrosła jakaś postać. Był to Barnaba. 

Patrzyłam  na  niego  z  otwartymi  ustami,  kiedy  stanął  między  mną  a  żniwiarką  ciemności  w 

swoich  absolutnie  zwyczajnych  dżinsach  i  podkoszulku,  ciemny  i  ociekający  wodą.  Jego 

background image

postawa budziła respekt, wyglądał jak wojownik. 

–  Nie  dostaniesz  jej  –  oznajmił,  patrząc  na  żniwiarkę  spod  mokrych,  opadających  na 

czoło loków. 

– Ona  ma amulet Kairosa – odparła. Fioletowy amulet zamigotał  i  w  jej dłoni znowu 

pojawił się miecz. – Więc należy do nas. 

Należę  do  nich?  Co  ona  chciała  przez  to  powiedzieć?  Skuliłam  się  na  twardych 

poduszkach,  ale  mój  opiekun  także  miał  już  w  dłoni  miecz,  stworzony  mocą  jego  amuletu  i 

jarzący się pomarańczowym światłem. Miecze uderzyły o siebie ze szczękiem, który przeszedł 

w  głuchy  odgłos  przypominający  grzmot.  Przerażeni  ludzie  zaczęli  się  cofać,  by  zejść 

walczącym z drogi. 

Barnaba  natarł  szybko  i  zamierzył  się  na  przeciwniczkę.  W  powietrze  trysnęły 

fioletowe  i  pomarańczowe  iskry.  Miecz,  wybity  z  dłoni  żniwiarki  ciemności,  poszybował 

łukiem w powietrzu, po czym z miękkim pluskiem wpadł do wody. 

Zaskoczona żniwiarka pochyliła się do przodu i chwyciła za nadgarstek, jakby została 

raniona. Amulet na jej szyi pociemniał, tak jak i jej twarz. Ktoś zaklął pod nosem. 

– Wycofaj się – powiedział Barnaba. – Słyszałem o tobie, Nakita, i wiem, że to nie jest 

twoja strefa. Nie próbuj atakować w mojej strefie, bo nigdy nie wygrasz. 

Nakita zmrużyła oczy. Z zaciśniętymi zębami spojrzała na Susan, a potem na mnie. 

– Coś tu jest nie tak. Wiesz o tym. Słyszę to w pieśni serafinów – odparła. 

Mój  żniwiarz wyzywająco podniósł głowę. Nakita wskoczyła do  jeziora,  by odzyskać 

swój miecz. 

Mijały  sekundy.  Nie  wyłamała  się  spod  powierzchni  wody,  jednak  jeśli  była taka  jak 

Barnaba, to nie musiała oddychać i mogła się już nie pojawić. 

Chłopak w niebieskiej koszuli pobiegł na koniec łodzi i spojrzał w dół. 

–  Widzieliście  to?  –  spytał,  odwracając  się  do  nas  z  szeroko  otwartymi  oczami.  – 

Widzieliście to, do cholery? 

Barnaba wziął głęboki oddech, jakby chciał coś powiedzieć, ale potem zmienił zdanie i 

wypuścił  powietrze.  Przestał  wyglądać  jak  wojownik.  Spojrzeliśmy  sobie  w  oczy.  W  jego 

źrenicach,  które  nie  błyszczały  już  srebrno,  dostrzegłam  zatroskanie.  Poruszyłam  się 

niespokojnie. 

– Wepchnęliście ją do wody? – spytała nagle Susan, leżąca w kącie pokładu. 

Ech.  Trochę  trudno  będzie  to  wytłumaczyć.  Barnaba  skrzywił  się,  zacisnął  palce  na 

swoim amulecie i powiedział spokojnie: 

– Kogo? 

background image

Bill  patrzył  w  niebo,  wodząc  oczami  za  odlatującymi  czarnymi  skrzydłami.  Susan 

patrzyła na nas zdezorientowana. 

–  Była  tu  dziewczyna  –  powiedziała,  siadając.  –  Miała  czarne  włosy.  –  Spojrzała  na 

Billa. – I nóż. Bo to był nóż, prawda? Widziałeś go chyba? 

Bill oderwał ręcznik od czoła i spojrzał na plamę krwi. 

– Widziałem. 

Barnaba pewnym krokiem przeszedł przez łódź i przykląkł obok Billa. 

–  Ja  nic  nie  widziałem.  –  Ciągle  trzymając  w  dłoni  amulet,  spojrzał  w  oczy  Billowi, 

który znowu przyłożył ręcznik do rany. – Mocno uderzyłeś się w głowę. Dobrze się czujesz? 

Ile widzisz palców? 

Bill nie odpowiedział, a ja spojrzałam na jezioro, unikając wzroku Barnaby. Jego oczy 

znowu błyszczały metalicznie; pomyślałam, że lepiej teraz na niego nie patrzeć. 

– Bill uderzył się w głowę – powiedział spokojnie. – Musimy wrócić do przystani, żeby 

ktoś mógł to obejrzeć. 

Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki strach i zamieszanie zmieniły się w troskę. 

Wszyscy  zaczęli  zajmować  swoje  miejsca  na  łodziach.  Poczułam,  że  drżą  mi  kolana. 

Barnaba zapuścił silnik; kiedy jego szum przybrał na sile, nachyliłam się do jego ucha. 

–  Nie  będą  pamiętali?  –  spytałam.  Nie  wiedziałam,  że  umiał  zmieniać  wspomnienia. 

Odsunął się od kierownicy. 

–  Ty  prowadź  –  powiedział  krótko. Położył  mi  dłoń  na  ramieniu  i  wepchnął  mnie  na 

siedzenie. – Pośpiesz się, zanim ktoś sobie przypomni, że wcześniej robił to ktoś inny. 

Wydawał się poirytowany, więc chwyciłam kierownicę. Jasne, że potrafię poprowadzić 

tę  głupią  łódź.  Dorastałam  we  Florida  Keys  i  umiałam  prowadzić  motorówki,  zanim 

nauczyłam się jeździć na rowerze. 

Barnaba  zebrał  narty  i  mokre  liny,  a  ja  powoli  ruszyłam.  Pierwsza  łódź  wystartowała 

chwilę  wcześniej. Ruszyłam  jej  śladem, żeby ułatwić  sobie zadanie. Susan rozmawiała przez 

telefon komórkowy, krzycząc: 

–  Uderzył  się  w  głowę  na  uskoku!  Camp  Hidden  Lake.  Ten  z  dużym  czerwonym 

kajakiem  nad  drogą.  Płyniemy  do  przystani.  Jest  przytomny,  ale  może  trzeba  będzie  założyć 

szwy. 

Dodałam gazu  i oparłam plecy o fotel. Miejsce, . którego wcześniej dotykał żniwiarz, 

było  zaskakująco  chłodne.  Czarne  skrzydła  znikły,  z  wyjątkiem  jednego,  które  wzlatywało 

jeszcze  nad krawędzią  jeziora. Udało się zapobiec czyjejś śmierci, ale  mój towarzysz  nie  był 

zadowolony. 

background image

Susan zamknęła telefon komórkowy i kołysząc się z boku na bok, podeszła do Billa. 

–  Hej!  –  zawołała,  starając  się  przekrzyczeć  warkot  silnika,  i  usiadła  obok.  – 

Wezwałam karetkę. Jak się czujesz? 

Bill miał zaczerwienione policzki i sprawiał wrażenie zdezorientowanego. 

– Gdzie jest ta dziewczyna z mieczem? – spytał. Spojrzałam na Barnabę, który zakręcił 

palcem przy skroni, jakby chciał powiedzieć: „Zwariował!” 

– Spokojnie – powiedziała Susan ciszej, ale i tak prawie krzycząc. – Zaraz będziemy na 

miejscu. 

Kierowałam  się  ku  światłom  stojącej  na  brzegu  karetki.  Po  chwili  zwolniłam,  bo 

zbliżyliśmy się do przystani. Zebrali się tam ludzie – miałam nadzieję, że Barnaba zorganizuje 

jakoś nasze zniknięcie, zanim ktoś zwróci na nas uwagę. 

–  Gdzie  jest  ta  dziewczyna  z  mieczem?  –  spytał  znowu  Bill.  Mój  opiekun  podszedł  i 

usiadł po jego drugiej stronie. 

– Nie ma żadnej dziewczyny z mieczem – odparł stanowczo. 

– Widziałem ją – upierał się Bill. – Miała czarne włosy. Ty też miałeś miecz. Gdzie on 

jest? 

Odwróciłam  się  i  Barnaba  spojrzał  na  mnie  ze  znużeniem.  Poczułam  się  tak,  jakbym 

naprawdę  nabroiła.  Jakby  przez  moją  niezdarność  musiał  teraz  zmieniać  ludziom 

wspomnienia. 

– Postaraj się uspokoić, Bill – powiedział. – Mocno uderzyłeś się w głowę. 

Zacisnęłam  palce  na  sterze,  zastanawiając  się,  czy  to  uraz  głowy  sprawił,  że  Bill  był 

mniej podatny na manipulacje pamięci. Czy rzeczywiście aż tak namieszałam? Jezu, w końcu 

tylko  pchnęłam  Susan,  żeby  odsunąć  ją  od  żniwiarki.  Nie  mogłam  przecież  stać  z  boku  i 

pozwolić  jej  zginąć.  Susan  była  tego  wszystkiego  zupełnie  nieświadoma.  Żyła.  Spokojnie 

dożyje starości i zapewne dokona czegoś wielkiego, bo inaczej nie zwróciłaby na siebie uwagi 

żniwiarzy ciemności. 

Rozluźniłam  się  trochę  i  odsunęłam  z  czoła  kosmyk  wilgotnych  włosów.  Byłam 

zadowolona z tego, że interweniowałam i nic, co mógł powiedzieć Barnaba, nie przekonałoby 

mnie, że zrobiłam coś niewłaściwego. Jednocześnie czułam się trochę głupio. Po dwóch latach 

ćwiczenia różnych sztuk walki potrafiłam tylko odepchnąć dziewczynę na bok. 

Żniwiarz zostawił Billa i Susan na ławce i usiadł obok mnie. 

– Wezwałem anioła stróża – powiedział, nachylając się tak blisko, że poczułam zapach 

słoneczników o zmierzchu. – Susan nic się nie stanie. 

–  Ib  dobrze.  –  Zwolniłam  bardziej,  bo  przybijaliśmy  do  brzegu,  ale  nie  spuszczałam 

background image

wzroku z Barnaby. – Nie było tak źle, co? 

Odchylił się do tyłu i prychnął: 

–  Nie  masz  pojęcia,  jak  bardzo  nabroiłaś.  Święci  cię  chronią,  Madison.  Pięć  osób 

widziało,  jak  przeszył  cię  jej  miecz.  Dla  pięciu  osób  muszę  wymyślić  alternatywną  wersję 

wydarzeń, którą zapamiętają. Nie powinienem  był cię tu zabierać.  Wiedziałem, że to nie  jest 

bezpieczne. 

Zacisnęłam zęby, patrząc na tłum ludzi na brzegu. 

– Uratowałam Susan życie. Czy nie o to chodziło? 

– Zostałaś rozpoznana przez żniwiarza ciemności – powiedział ponuro. – Mówiłaś, że 

będziesz tylko obserwować, a potem... dałaś się rozpoznać! Oni znają teraz rezonans twojego 

amuletu. Mogą go szukać. Mogą cię odnaleźć. 

Otworzyłam  usta,  żeby  zaprotestować.  Żniwiarze  mieli  rezonans  swoich  amuletów; 

ludzie mieli aury. Jedno i drugie wystarczało, by ich rozpoznać, bez względu na to, jak daleko 

się znajdowali, mniej więcej tak samo jak odciski palców albo zdjęcia. 

–  Chcesz  powiedzieć,  że  miałam  pozwolić  jej  zginąć,  Barney? –  spytałam  z  goryczą, 

wiedząc, jak nie znosił tego przezwiska. – Tylko po to, żeby nikt mnie nie rozpoznał? Wezwij 

Rona.  On  może  zmienić  rezonans  mojego  amuletu.  Już  kiedyś  to  zrobił.  Skrzyżował  ręce  na 

piersi i zmarszczył brwi. Miałam rację, i on o tym wiedział. 

– Chyba  będę  musiał to zrobić,  no nie? – odparł, zupełnie  jak  jakiś siedemnastolatek, 

którego  udawał.  –  Nie  miałem  takich  problemów  od  trzystu  lat,  pomijając  twój  przypadek, 

rzecz jasna. Teraz trzeba zmienić też rezonans mojego amuletu. Skwaszony, odwrócił głowę i 

wbił wzrok w dal. Nadąsany anioł. Urocze. 

Im  dłużej  o  tym  wszystkim  myślałam,  tym  gorzej  się  czułam.  Wyglądało  na  to,  że 

odkąd się poznaliśmy, ciągle mieszałam mu w życiu. Miałam do tego wyjątkowy talent. Teraz 

Barnaba  musiał  wezwać  swojego  szefa,  żeby  naprawił  sytuację,  a  wiedziałam,  że  nie  lubił 

przyznawać się do pomyłek. 

– Dopóki rezonans nie zostanie zmieniony, jesteśmy w niebezpieczeństwie, mogą nas z 

łatwością znaleźć – mruknął. 

Wystraszona,  rozejrzałam  się  dookoła  w  poszukiwaniu  czarnych  skrzydeł,  ale  już  ich 

nie było. Wiatr ustał i w gładkiej powierzchni wody odbijały się rosnące nad jeziorem drzewa. 

Zgasiłam silnik. 

–  Powiedziałam  już,  że  jest  mi  przykro  –  powtórzyłam,  a  on  oderwał  wzrok  od 

migających świateł karetki. 

W cieniu jego brązowe oczy wydawały się niemal czarne. Miałam wrażenie, że patrzę 

background image

w nie po raz pierwszy i odkrywam w ich głębi coś, czego wcześniej nie widziałam. 

– Nie wiesz mnóstwa rzeczy – stwierdził, kiedy wpłynęliśmy do doku, tuż za pierwszą 

motorówką. – Może nareszcie przyjmiesz to do wiadomości. 

Susan zaczęła przywiązywać odbijacze, a Barnaba wyszedł  na dziób, by rzucić cumę. 

Sanitariusze  czekali  na  brzegu z  noszami; wyraźnie  im ulżyło, kiedy Bill zawołał, że  nic  mu 

nie  jest.  Wszyscy  wydawali  się  gotowi  do  działania.  Skuliłam  się  na  widok  mężczyzny  w 

jaskrawej  koszulce  polo.  To  musiał  być  kierownik  obozu;  równie  dobrze  mógł  mieć  to 

wypisane na plakietce na piersi. Wiedziałam, że musimy się jak najszybciej zmyć. 

Łodzie  opustoszały  wśród  rozmów,  pokrzykiwań  i  pytań,  na  które  Susan  zaczęła 

szybko  i  głośno  odpowiadać.  Była  wyraźnie  w  swoim  żywiole.  Wstałam,  gotowa  wracać  do 

domu, ale Barnaba nie mógł tak po prostu odlecieć na oczach tych wszystkich ludzi. Wyszedł 

na brzeg, a ja niepewnie poszłam za nim. 

– Nie spuszczaj oka z dziewczyny – polecił, kiedy zaczęłam się niespokojnie wiercić. – 

Muszę znaleźć jakieś spokojne miejsce, żeby anioł stróż mógł mnie znaleźć. 

Raczej  nie  będą  znowu  próbowali  jej  załatwić,  ale  to  możliwe.  Zwłaszcza  jeśli  się 

dowiedzą, że ty tu jesteś. Nic nie rób, jak pokaże się tu jakiś żniwiarz, dobrze? 

Po prostu mnie zawołaj. Dasz radę to zrobić? 

Speszona, kiwnęłam głową, a on wszedł w tłum. Poszłam za nim powoli, by poszukać 

jakiegoś  ustronnego  miejsca  w  pobliżu  karetki.  Moje  serce  znowu  przestało  bić.  Nareszcie. 

Barnaba  uważał,  że  to  zabawne,  więc  jeszcze  bardziej  mnie  to  krępowało.  Zawsze  też 

wciągałam powietrze, którego wcale nie potrzebowałam. Susan stała kilkanaście metrów dalej, 

z  innymi  dziewczynami  i  kierownikiem  obozu.  Dziwne  uczucie  –  chciałam  być  blisko,  ale 

bałam się do nich dołączyć. 

Historia  Susan  wywołała  pełne  zdumienia  i  strachu  okrzyki,  a  ja  z  zadowoleniem 

zauważyłam,  że  nie  było  w  niej  nic  o  pojedynkach  na  miecze  i  pięknych  dziewczynach 

znikających  w  jeziorze.  W  nocy,  kiedy  zaśnie,  wspomnienia  mogą  wrócić.  Na  twarzy  ojca 

widywałam często wyraz niepokoju i zaczynałam się zastanawiać, czy pamiętał kostnicę. 

Kiedy ja podprowadzałam amulet mojemu zabójcy, on odebrał telefon i dowiedział się, 

że  nie żyję.  Widok taty  siedzącego samotnie w  moim pokoju  i przeglądającego  moje rzeczy, 

zanim dowiedział się, że jednak przeżyłam, złamał mi serce. A jego radość, kiedy zobaczył, że 

oddycham?  Nigdy  wcześniej  nikt  tak  mocno  mnie  nie  ściskał.  Jego  wspomnienia  zostały 

zmienione, a jednak... czasami wydawało mi się, że pamiętał, jak było naprawdę. 

Barnaba usiadł na czerwonym piknikowym stoliku pod kępą sosen. Przed nim unosiła 

się  mglista  kula  światła  wielkości  piłki  tenisowej,  o  niewyraźnych  brzegach.  Wyglądała 

background image

dokładnie  tak  jak  plamy  światła  na  niektórych  zdjęciach  robionych  pod  słońce.  Niektórzy 

uważali,  że  to  duchy.  Może  jednak  były  to  anioły  stróże,  widoczne  tylko  w  szczególnym 

świetle, a w dodatku tylko na zdjęciu? 

– I wtedy właśnie wpadł do wody – powiedziała Susan i urwała, jakby zapomniała, co 

wydarzyło  się  później.  Odwróciłam  się  szybko,  w  obawie,  że  mnie  zauważy  i  poprosi  o 

pomoc.  Wspomniała  na  łodzi,  że  pracuje  w  jakiejś  gazecie  –  może  to  właśnie  jej  przyszła 

kariera dziennikarska  była powodem, dla którego stała  się celem  żniwiarzy ciemności.  Może 

miała dokonać później czegoś, czego nie przewidywał wielki plan przeznaczenia? O to właśnie 

chodziło  w  tej  grze.  Dlatego  ja  zostałam  zabita.  Nie  miałam  pojęcia,  jakiej  Wielkiej  rzeczy 

miałam dokonać, a teraz, kiedy  byłam  martwa, pewnie  już  nigdy się  nie dowiem. Założyłam 

ręce  na  piersi,  oparłam  się  o  gruby,  szorstki  pień  i  przysięgłam  sobie,  że  nigdy  nie  będę 

żałowała, iż uratowałam Susan życie. 

Barnaba wstał i ruszył przez tłum. Już za nim sunęła mała świetlista kula. Przyjaciółki 

Susan zauważyły go i umilkły, chichocząc. Udał, że nie zwrócił na to uwagi, uśmiechnął się i 

uścisnął dłoń Susan. Wtedy, zupełnie jakby na umówiony znak, świetlista kula zajęła miejsce 

za  jej  plecami.  Susan  miała  już  swojego  anioła  stróża;  była  bezpieczna.  Rozluźniłam  się 

trochę. 

–  Dzięki,  że  rozmawiałaś  z  nim  przez  całą  powrotną  drogę  –  powiedział  Barnaba, 

odrzucając  do  tyłu  wilgotne  włosy  swobodnym,  nonszalanckim  gestem.  Któraś  z  dziewczyn 

westchnęła. – Powinnaś pojechać z nim do szpitala. Nie wolno mu zasnąć przez całą noc, na 

wypadek gdyby to był wstrząs mózgu. 

Susan zarumieniła się lekko. 

–  Jasne.  Tak.  Myślisz,  że  mi  pozwolą?  –  Odwróciła  się  do  kierownika.  –  Mogę 

pojechać? 

Odpowiedział jej chór zapewnień, że może, i Susan, uśmiechnąwszy się na pożegnanie, 

pobiegła  do  karetki.  Świetlista  kula  wpłynęła  do  samochodu  przed  nią.  Barnabie  wyraźnie 

ulżyło,  domyśliłam  się  więc,  że  on  też  martwił  się  o  dziewczynę.  Tylko  sprawiał  wrażenie, 

jakby go nie obchodziła. 

Poczułam  się  znacznie  lepiej  i  spojrzałam  na  niego z uśmiechem, zadowolona, że  już 

po wszystkim.  Ale  jego twarz zmieniła  się  nagle  w obojętną  maskę. Odwrócił się  na pięcie  i 

ruszył przed siebie, oczekując, że pójdę za nim. 

Ruszyłam więc ze spuszczoną głową. Satysfakcja, jaką odczuwałam na myśl o tym, że 

uratowałam  Susan,  ulotniła  się.  Gdybym  mogła  wrócić  do  domu  w  jakiś  inny  sposób,  na 

pewno bym z niego skorzystała. Barnaba wyglądał na ciężko obrażonego. 

background image

ROZDZIAŁ 2 

Powietrze tam, w górze, było lodowato zimne. Miałam wrażenie, że moje mokre włosy 

zamarzły.  Wylądowaliśmy  w  tym  samym  miejscu,  z  którego  wyruszyliśmy  tego  ranka:  na 

parkingu  za  szkołą  New  Covington.  Skrzydła  Barnaby,  jak  zwykle,  znikły  w  mgnieniu  oka, 

zanim  zdążyłam  im  się  przyjrzeć,  i  zostały  zastąpione  przez  suche  dżinsy,  zwykły  czarny 

podkoszulek  i  szary prochowiec. Płaszcz zupełnie  nie  nadawał  się  na ten upał, ale za to mój 

towarzysz wyglądał w nim doskonale. Kolor prochowca przypominał skrzydła, miękko otulał 

jego ramiona i spływał aż do ziemi. 

Niepewnie  ruszyłam  między  samochodami  w  stronę  stojaka  na  rowery.  Rano 

samochodów nie było, więc zastanawiałam się, co się stało. Dwa razy pomyliłam cyfry kodu w 

kłódce, w końcu jednak udało mi się odpiąć rower. Powoli wróciłam z nim do Barnaby, który 

stał w cieniu, opierając się o niski murek między stromym zboczem a główną drogą. Ja także 

się oparłam, żeby zaczekać na Rona, przełożonego Barnaby. 

Brakowało mi  mojego samochodu, który nadal był na Florydzie u mamy, ale brak ten 

rekompensował mi z nawiązką fakt, że mogłam na nowo poznać tatę. Mama wysłała mnie tu, 

bo miała już dość rozmów z nauczycielami, dyrektorem szkoły i pedagogiem, a także strachu, 

że  każdy  telefon  po  zmroku  będzie  oznaczał  rychłe  spotkanie  z  policją.  W  porządku,  może 

rzeczywiście  przesadzałam  trochę  ze  swoją  „skłonnością  do  niezależnego  myślenia”,  jak 

określił  to  szkolny  pedagog  w  rozmowie  z  mamą.  Potem  poradził  mi  na  osobności,  żebym 

dorosła  i  przestała  za  wszelką  cenę  próbować  zwrócić  na  siebie  uwagę.  Moje  wykroczenia 

były jednak dość niewinne. 

Niedaleko  odezwała  się  cykada.  Wdrapałam  się  na  murek  i  założyłam  ręce  na  piersi. 

Zaraz jednak znowu je opuściłam, żeby nie wyglądać na przygnębioną. Barnaba wydawał się 

przygnębiony  za  nas  oboje.  Podczas  powrotnego  lotu  trzymał  mnie  mocno  w  dość 

niewygodnej pozycji. I przez całą drogę milczał. Nie żeby zwykle był szczególnie rozmowny, 

ale  teraz  zachowywał  się  sztywno,  niemal  wrogo.  Może  był  zły,  że  zmoczył  się  w  jeziorze. 

Przez to ja też miałam teraz mokre spodnie i tył koszulki. 

Skrępowana,  udałam,  że  zawiązuję  sznurowadła,  żeby  trochę  się  od  niego  odsunąć. 

Mogłam  poprosić,  żeby  odstawił  mnie  do  domu,  ale  pod  szkołą  zostawiłam  rower.  Nie 

wspominając  już  o  tym,  że  nie  chciałam,  by  wścibska  pani  Walsh  zobaczyła,  jak  Barnaba 

rozkłada  skrzydła  i  odlatuje.  Przysięgam,  że  ta  kobieta  trzyma  na  parapecie  lornetkę.  Szkoła 

była jedynym miejscem, gdzie, jak sądziłam, nikt nas nie zauważy. Nie miałam pojęcia, skąd 

background image

wzięły się tu te samochody. 

Wyjęłam telefon komórkowy, włączyłam go, sprawdziłam nieodebrane połączenia, i z 

powrotem wsunęłam go do kieszeni. Spojrzałam na swojego nauczyciela. 

– Przykro mi, że cię rozpoznano podczas ataku. 

– To nie był atak. To była akcja prewencyjna. 

Jego  głos  zabrzmiał  cierpko.  Pomyślałam,  że  jak  na  kogoś,  kto  żyje  od  tak  dawna, 

zachowywał  się  czasami  dość  dziecinnie.  Może  dlatego  przydzielono  go  do  pracy  z 

siedemnastolatkami. 

–  W  każdy  razie  przykro  mi  –  powiedziałam,  wydłubując  cement  z  krawędzi  muru. 

Oparł się o murek, spojrzał zmrużonymi oczami w niebo i westchnął. 

– Nie przejmuj się tym. 

Znowu zrobiło się cicho. Zabębniłam palcami o cement. 

– Można się było domyślić, że ta ślicznotka jest Żniwiarką. 

Spojrzał na mnie urażony. 

– Ślicznotka? Nakita jest żniwiarką ciemności. Wzruszyłam ramionami. 

–  Wy  wszyscy  jesteście  piękni.  Bez  trudu  wskazałabym  w  tłumie  jednego  z  was.  – 

Barnaba był wyraźnie zdziwiony, jakby nigdy nie zauważył, że są tacy idealni. Kiedy odwrócił 

wzrok, zapytałam: – Znasz ją? 

– Słyszałem jej śpiew, tak – odparł cicho. – Więc kiedy użyła amuletu przed atakiem, 

wiedziałem, jak się nazywa. Musi być żniwiarką ciemności od bardzo dawna, skoro ma amulet 

o  tak  głębokim  odcieniu  fioletu.  Amulety  powoli  zmieniają  kolor,  gdy  ich  właściciele 

zdobywają  doświadczenie.  Amulety  żniwiarzy  światła  są  najpierw  zielone,  potem  żółte, 

jeszcze później pomarańczowe, a w końcu stają się czerwone. U żniwiarzy ciemności kolory 

zmieniają się od błękitu przez granat do fioletu. Kolor kamienia odbija się w aurze tego, kto go 

właśnie używa. Ale ty jeszcze nie widzisz aury, prawda? 

Była  to  zamierzona  złośliwość  i  gdybym  nie  myślała  akurat  o  swoim  własnym 

kamieniu, powiedziałabym mu, żeby się zamknął. 

– Więc ona ma więcej doświadczenia niż ty – stwierdziłam, a Barnaba odwrócił się do 

mnie zaskoczony. 

– Skąd ci to przyszło do głowy? – spytał takim tonem, jakbym go obraziła. Spojrzałam 

na jego amulet, który teraz, kiedy go nie używał, był czarny i matowy. 

–  To  jest  jak  tęcza...  Ona  jest  fioletowa,  a  ty  pomarańczowy,  jeden  poziom  poniżej 

czerwieni, po drugiej stronie tęczy. Nie jesteś jeszcze czerwony. Kiedy staniesz się czerwony, 

będziesz tak doświadczony jak Nakita. 

background image

Barnaba zesztywniał i zmierzył mnie wzrokiem. 

– Mój amulet nie jest pomarańczowy. Jest czerwony! 

– Nie, nie jest. 

– Jest! Jest czerwony od czasów, kiedy budowano piramidy. 

Machnęłam ręką. 

–  Mniejsza  z  tym.  Nadal  jednak  nie  rozumiem,  co  jej  śpiew  ma  z  tym  wszystkim 

wspólnego. 

Barnaba prychnął i odwrócił głowę. 

–  Amulety  umożliwiają  komunikację  poza  ziemską  sferą,  i  tam  ją  słyszałem.  Kolor 

kamienia  i  dźwięk  jej głosu pasują do siebie.  Aurę  można widzieć, ale  można  ją też słyszeć. 

Nietrudno  więc  odgadnąć,  kto  śpiewa,  bo  w  ziemskiej  sferze  jest  nas  bardzo  niewielu.  Ale 

choć słyszę żniwiarzy ciemności, nie wiem, co mówią. Nakita musiałaby zmienić kolor swoich 

myśli, by dopasować go do mojej aury, a ponieważ w spektrum barw jesteśmy tak daleko od 

siebie, byłoby to niemal niemożliwe. 

Poza tym po co miałbym wpuszczać jej myśli do swoich? 

Uniosłam brwi. Ta informacja mogłaby mi się przydać. W końcu przez ostatnie cztery 

koszmarne miesiące próbowałam się nauczyć, jak używać swojego amuletu. 

– Hm. Myślałam, że wy po prostu wpadacie na chwilę do nieba, kiedy chcecie ze sobą 

pogadać, czy coś w tym rodzaju. 

Barnaba spuścił głowę. 

– Minęły lata świetlne, odkąd dostałem amulet i zostałem związany z ziemią. 

On został związany z ziemią? 

– No, no. – Odwróciłam się do niego. – Żniwiarze są związani z ziemią? 

–  Nie,  tylko  żniwiarze  światła  są  związani  z  ziemią  –  odparł  i  zarumienił  się  z 

zakłopotaniem.  –  Nakita  Zbliża  się  do  ziemi  i  oddala,  kiedy  ma  ochotę.  Dotyka  ziemi  tylko 

wtedy, kiedy chce kogoś zabić, potem ją opuszcza. 

Zabrzmiało to gorzko. 

– Myślałam, że wszystkie anioły mieszkają w niebie – mruknęłam. 

– Nie – powiedział krótko. – Nie wszystkie. 

Skrzywił  się  i  przeczesał  kędzierzawe  włosy  palcami.  Były  teraz  jeszcze  bardziej 

rozwichrzone, co tylko dodało mu wdzięku. 

–  Tylko  garstka  aniołów  zmienia  sferę,  a  te  często  zostają  żniwiarzami,  żeby 

wprowadzić poprawki. Kiedy uzyskają rozgrzeszenie, wracają do innych obowiązków. 

Poprawki? Rozgrzeszenie? Barnaba został żniwiarzem, bo wpadł w jakieś kłopoty, a ja 

background image

pakuję go w jeszcze większe. Ratowanie życia wygląda chyba dobrze w CV każdego anioła? 

– A co zrobiłeś? 

Barnaba skrzyżował ręce na piersi i oparł się plecami o murek. 

– Zostałem  żniwiarzem  światła z poczucia  moralnej odpowiedzialności, a  nie dlatego, 

że naraziłem się serafinom. Nie obchodzi mnie, co oni myślą. 

Słyszałam już wcześniej, jak Barnaba wyklinał serafinów, kiedy siedzieliśmy na dachu 

mojego domu, ciskając kamieniami w nietoperze. Wiedziałam dobrze, że nie miał najlepszego 

zdania o ważniakach z anielskiego świata, ale byłam bardzo ciekawa, czym właściwie zajmują 

się serafini. Zarządzanie wszechświatem to pewnie kupa roboty. 

Nadal na mnie nie patrząc, Barnaba odepchnął się od murku, wyszedł z cienia i stanął 

na  krawędzi  światła.  Czułam,  że  jest  coś,  czego  mi  nie  mówi.  Uczucie  to  przybrało  na  sile, 

kiedy oparł ręce na biodrach i wbił wzrok w parking. 

–  Ona  ma  rację.  Coś tu  kompletnie  nie  pasuje  –  powiedział,  chyba  bardziej  do  siebie 

niż  do  mnie.  –  Nakita  utwierdziła,  że  masz  amulet  Kairosa.  Ale  to  niemożliwa.  On  jest...  – 

Barnaba  odwrócił  się  do  mnie.  Jego  spojrzenie  mnie  zmroziło.  –  Madison,  myślałem  o  tym 

wszystkim. Kiedy zjawi się Ron, poproszę go, żeby przekazał szkolenie cię komuś innemu. 

Otworzyłam  usta.  Poczułam  się  tak,  jakby  uderzył  mmc  w  splot  słoneczny.  Nagle 

wszystko nabrało sensu. Poddał się. Boże, chyba jestem jeszcze głupsza, niż mi się wydawało. 

Byłam zraniona i nie wiedziałam, jak się zachować, więc ześliznęłam się z murku, zdzierając 

sobie przy tym skórę na udzie. Do oczu napłynęły mi łzy. Chwyciłam rower i ruszyłam przed 

siebie. Postanowiłam wrócić do domu. Ron może się tam ze mną spotkać. 

– Dokąd jedziesz? – spytał, kiedy przerzuciłam nogę przez ramę. 

– Do domu. 

Bycie  martwą  było  wystarczająco  przykre.  Nie  dość,  że  nie  mogłam  nikomu  o  tym 

powiedzieć, to teraz miałam jeszcze przechodzić z rąk do rąk jak ciasto z zakalcem, na które 

nikt  nie  ma  ochoty.  Jeśli  Barnaba  nie  chce,  żebym  z  nim  została,  to  świetnie.  Ale  stać  tu  i 

słuchać, jak będzie mówił o tym Ronowi, to zbyt upokarzające. 

–  Madison,  nie  chodzi  o  to,  że  mnie  zawiodłaś.  Po  prostu  nie  mogę  cię  uczyć  – 

powiedział, spoglądając na mnie z troską i współczuciem w brązowych oczach. 

– Bo jestem martwa i głupia, wiem – mruknęłam posępnie. 

– Nie jesteś głupia. Nie mogę cię uczyć z powodu tego, do kogo wcześniej należał twój 

amulet. 

Powiedział to tak poważnie, że zatrzymałam się, nagle wystraszona. Przez cały ten czas 

Ron nie potrafił odgadnąć, komu zabrałam amulet. 

background image

– Amulet Kairosa? – wyszeptałam, a zaraz potem znieruchomiałam, czując mrowienie 

między  łopatkami.  Spojrzałam  w  stronę  cienia,  zastanawiając  się,  czy  coś  zaraz  z  niego  nie 

wyskoczy. Barnaba spojrzał ponad moim ramieniem i na jego twarzy widać było jednocześnie 

ulgę i obawę. 

–  Mam  tylko  chwilę.  Pokażcie  swoje  amulety  –  rozległ  się  dźwięczny  głos  strażnika 

czasu. 

Odwróciłam  się  szybko  i  spojrzałam  na  niskiego  mężczyznę,  który  mrużył  oczy  w 

ostrym słońcu. 

– Ron – powiedziałam cicho, kiedy do nas podszedł. Miał na sobie luźne szare ubranie, 

równie  nieodpowiednie  na  ten  upalny  dzień,  jak  prochowiec  Barnaby.  Popatrzyłam  w  stronę 

szkoły.  Miałam  nadzieję, że  nikt nas tu nie zobaczy. I tak uważali  mnie  za dziwoląga. Sześć 

miesięcy, a ciągle  byłam  „tą  nową”. Może powinnam  stonować trochę swój wizerunek. Nikt 

inny nie miał fioletowych włosów. 

Chronos  –  w  skrócie  Ron  –  wyglądał  jak  skrzyżowanie  czarnoksiężnika  z  baśni  z 

Mahatmą  Ghandim.  Jego  obszerny  strój  przypominał  bluzę  judoki.  Brązowe  oczy  sprawiały 

wrażenie,  jakby  widziały,  co  znajduje  się  za  rogiem  ulicy.  Miał  jasne,  spłowiałe  od  słońca 

brwi, ale jego skóra i mocno skręcone włosy były ciemne. Był niższy ode mnie, ale robił duże 

wrażenie. 

Może  sprawiał  to  jego  głos,  znacznie  niższy  i  donośniejszy,  niż  można  by  się 

spodziewać.  Mówił  z  przyjemnym  dla  ucha  akcentem,  bardzo  szybko,  jakby  miał  wiele  do 

powiedzenia, ale mało czasu. 

Poruszał  się  także  bardzo  szybko  i  miał  amulet,  który  pozwalał  mu  włączać  się  w 

strumień  czasu  i  powstrzymywał  starzenie.  Bo  strażnicy  czasu,  z  jakichś  powodów,  nie  byli 

aniołami,  lecz  ludźmi.  Więc  nie wiadomo, ile tak naprawdę  miał  lat. Manipulował czasem w 

taki  sposób,  by  pomagać  żniwiarzom  światła.  To  on  zlecał  Barnabie  akcje  prewencyjne. 

Spoglądając w niebo z kwaśnym wyrazem twarzy, Ron wyciągnął rękę i poruszył w powietrzu 

palcami. 

– Madison? 

–  Ron,  mój  amulet...  –  zaczęłam,  wyciągając  przed  siebie  kamień,  ciągle  wiszący  na 

rzemyku. 

–  Tak,  wiem.  Zaraz  się  tym  zajmę  –  mruknął.  Kamień  na  moment  znikł  w  jego 

ruchliwych palcach. Poczułam mrowienie na karku i po chwili było już po wszystkim. – Kiedy 

ufarbowałaś włosy? – spytał lekko, nie patrząc mi w oczy. 

– Po balu maturalnym. Ron... 

background image

Ale  on  stał  już  przed  żniwiarzem  światła.  Barnaba,  górujący  nad  tym  niskim 

człowiekiem jak wieża, wyglądał, jakby był chory. 

–  Barnabo...  –  mruknął  Ron.  W  jego  głosie  zabrzmiała  ostrzegawcza,  może  nawet 

karcąca  nuta.  Żniwiarz  chyba  także  ją  usłyszał,  bo  zdjął  amulet  z  szyi  i  wyciągnął  go  przed 

siebie,  zamiast  podejść  bliżej.  Bez  amuletu  nie  mógł  podjąć  żadnej  akcji  prewencyjnej,  bo 

tracił wiele ze swoich zdolności. Ja bez mojego kamienia byłabym tylko duchem czy czymś w 

tym rodzaju. 

–  Panie  –  wymamrotał  Barnaba.  Wyraźnie  czuł  się  nieswojo.  Jego  amulet  przybrał  tę 

samą  barwę  jak  wtedy,  kiedy  żniwiarz  światła  obnażył  miecz,  potem  znowu  stał  się 

matowoczarny. 

– Jeśli chodzi o amulet Madison... 

– Już załatwione – oznajmił Ron, wręczając Barnabie kamień. 

Mój nauczyciel założył sznurek na szyję i wsunął amulet za podkoszulek. 

– Żniwiarz na miejscu ataku go rozpoznał. 

– Wiem! Dlatego tu jestem! Zostaliście rozpoznani – warknął Ron, opierając pięści na 

biodrach i spoglądając ostro na Barnabę. Zakłopotana, spuściłam wzrok. 

– Oboje. Na pierwszej akcji prewencyjnej Madison. Co się stało? 

Świetnie, znowu wpakowałam swojego towarzysza w kłopoty. 

– Przepraszam – powiedziałam ze skruchą. Barnaba podniósł głowę. – To tak naprawdę 

był  mój  pomysł  –  ciągnęłam,  w  nadziei  że  jeśli  wezmę  winę  na  siebie,  mój  opiekun  da  mi 

jeszcze jedną szansę. Informacja, że aury wydają dźwięki, mogła dokonać przełomu w moim 

szkoleniu; może dzięki niej wreszcie nauczę się komunikować za pomocą myśli. – Barnaba nie 

chciał zabierać mnie ze sobą, dopóki nie nauczę się czytać w myślach, ale przekonałam go, że 

nic się  nie stanie.  A potem poznałam Susan. Nie  mogłam pozwolić,  żeby tamta żniwiarka  ją 

zabiła. To wszystko stało się tak szybko. 

– Dość! – warknął Ron tak ostro, że aż podskoczyłam. Szeroko otworzył oczy i patrzył 

na podwładnego, który... kulił się? – Powiedziałeś mi, że ona potrafi komunikować się z tobą 

w  myślach!  –  rzucił  oskarżycielsko,  a  mnie  opadła  szczęka.  –  Kłamałeś?  Jeden  z  moich 

żniwiarzy mnie okłamał? 

–  Uch  –  jąkał  się  Barnaba,  cofając  się,  kiedy  Ron  zrobił  krok  w  jego  stronę.  –  Nie 

kłamałem! 

To ty założyłeś, że potrafi, kiedy ci powiedziałem, że jest gotowa. Bo jest. 

Uważa,  że  jestem  gotowa?  Mimo  że  nie  kontaktujemy  się  w  myślach?  Ron  zmrużył 

oczy. 

background image

–  Wiesz,  że  nie  pozwoliłbym  jej  wziąć  udziału  w  akcji  prewencyjnej,  dopóki  nie 

nauczy się czytać w myślach. Przez to trzeba było zmienić pamięć pięciu osób! Pięciu! 

Radość, która mnie ogarnęła, kiedy usłyszałam, że zdaniem mojego nauczyciela jestem 

już gotowa, wyparowała. Pożałowałam, że w ogóle otworzyłam usta. Znowu nabroiłam  i  nie 

czułam się z tym dobrze. 

– Nieważne,  jak długo  będę  ją szkolił, Madison  nigdy  nie  nauczy  się kontaktować ze 

mną myślami – powiedział Barnaba, oblewając się rumieńcem. – Nie chodzi o nią, tylko o jej 

amulet! 

– Boże Wszechmogący! – przerwał mu Ron i wyrzucił ręce do góry. – Nie mogę ukryć 

tego  przed  serafinami.  Wyobrażasz  sobie,  co  by  się  działo?  Po  prostu  za  krótko  ją  jeszcze 

szkolisz. To długotrwały proces, a nie coś, co można pojąć w ułamku sekundy. 

Barnaba zmarszczył brwi. 

–  Nie  powiedziałem,  że  nigdy  nie  nauczy  się  kontaktować  w  myślach,  powiedziałem 

tylko,  że  nie  nauczy  się  komunikować  ze  mną.  –  Zerknął  na  mnie.  –  Panie,  żniwiarzem 

ciemności, który miał zaatakować, była Nakita. Rozpoznała amulet Madison. 

Madison ma amulet Kairosa! 

Strażnik  czasu  znieruchomiał,  szeroko  otwierając  oczy  ze  zdumienia,  a  jego  wzrok 

powędrował  w  stronę  mojego  amuletu.  Zacisnęłam  palce  na  kamieniu,  czując,  jak  srebro,  w 

które był oprawiony, wbija mi się w dłoń. Był mój. Zdobyłam go i nikt nie odbierze mi go bez 

walki. Nawet Kairos, kimkolwiek był. 

– Kairos? – wyszeptał Ron, a potem, widząc moją minę, odwrócił wzrok. 

– Tak, a skoro ona ma amulet Kairosa – powiedział Barnaba – to może... 

– Cii – syknął Ron. Barnaba prychnął. – Wiedziałem, że to nie jest zwyczajny kamień 

żniwiarza, ale Kairosa? Jesteś pewny, że Nakita to właśnie powiedziała? 

Żniwiarz wyprostował się dumnie. 

– Byłem przy tym, panie. 

Nakita powiedziała też, że należę do nich, więc czułam się trochę dziwnie. Chciałam po 

prostu być tym, kim byłam kiedyś, kiedy nie miałam pojęcia o żniwiarzach, strażnikach czasu i 

czarnych  skrzydłach.  Może  jeśli  przestanę  zwracać  na  to  uwagę,  oni  wszyscy  znikną.  Ron 

spojrzał na nas z ukosa, jakby nam nie ufał. Wyciągnął rękę w stronę cienia. 

– Idź popatrzeć na niebo, Barnabo. 

Barnaba w milczeniu stanął na granicy cienia i zadarł głowę do góry. 

– Kim jest Kairos? – spytałam, odwracając się do Rona. 

– To mój odpowiednik. – Ron, stojący w cieniu drzewa, z rękami opartymi na biodrach, 

background image

spoglądał niespokojnie na zalany słońcem parking. – Żniwiarze światła, żniwiarze ciemności. 

Strażnik  czasu  światła,  strażnik  czasu  ciemności.  Nie  sądziłaś  chyba,  że  jestem  tylko  ja,  co? 

Wszystko ma swoją drugą stronę, przeciwwagę. Kairom  jest moją. To on obserwuje,  jak  nici 

czasu  wplatają  się  w  potencjalną  przyszłość  ludzi,  i  wysyła  Żniwiarzy  ciemności,  żeby  ich 

skosili. Przewidywanie jego kolejnych posunięć zabiera mi więcej czasu niż cokolwiek innego. 

Ostatnie  zdanie  powiedział  takim  tonem,  jakby  było  to  przekleństwo.  Serce  znowu 

waliło  mi  jak  młotem.  Skrzyżowałam  ręce  na  piersi,  jakbym  mogła  je  w  ten  sposób 

powstrzymać. W porządku. Zwinęłam amulet strażnikowi czasu. Niedobrze. Powinnam się go 

pozbyć,  ale  nie  mogłam  przecież  pożyczyć  amuletu  od  innego  żniwiarza  i  oddać  ten 

Kairosowi.  Nie  miałam  wyboru,  musiałam  go  zatrzymać.  Już  nigdy  nie  odważę  się  zasnąć. 

Dobrze się składa, że nie potrzebuję snu. 

–  Nic  dziwnego,  że  Seth  nie  wrócił  –  chciałam  wyciągnąć  z  tego  wszystkiego  jakiś 

wniosek. – Założę się, że ukrywa się przed Kairosem. 

Ron zmarszczył brwi, cofnął się głębiej w cień i oparł o murek obok mnie. 

– Żaden żniwiarz nie byłby w stanie użyć amuletu Kairosa, tak jak żaden strażnik czasu 

nie  może  użyć  amuletu  żniwiarza  –  powiedział.  –  Nakita  musiała  się  pomylić.  Chyba  że...  – 

Ron  w  zamyśleniu  odwrócił  się  nieznacznie,  żeby  spojrzeć  na  mnie  –  ...  chyba  że  to  nie 

żniwiarz cię zabił. Może Kairos wyjątkowo sam postanowił to zrobić. 

Barnaba odwrócił się przez ramię, ale Ron gestem nakazał mu milczenie. Znowu. 

– Jak wyglądał ten Seth? – zapytał mnie zwodniczo łagodnym tonem. 

Poruszyłam  się  niespokojnie  i  podciągnęłam  na  rękach,  żeby  usiąść  na  murku. 

Spojrzałam w stronę Barnaby, ale on znowu patrzył w niebo. Przysunęłam kolana pod brodę. 

Nie  chciałam  pamiętać  tamtej  nocy,  ale  wspomnienia  wróciły  natychmiast  i  były  bardzo 

wyraziste. 

– Miał ciemną cerę – powiedziałam. – I ciemne falujące włosy. Miły głos. – I świetnie 

całował, dodałam w myślach, kuląc się w sobie. O Boże. Całowałam się z facetem, który mnie 

zabił. 

Seksowny  nieznajomy  z  balu  maturalnego  okazał  się  psychopatą,  żniwiarzem 

ciemności  o  imieniu  Seth,  który  postanowił  się  mnie  pozbyć.  I  zrobił  to,  przebijając  mnie 

mieczem, kiedy okazało się, że choć kabriolet runął z nasypu, przeżyłam. Potem ocknęłam się 

w kostnicy i usłyszałam, jak Barnaba kłóci się z innym żniwiarzem światła, czyja to wina, że 

jestem  martwa.  Przybyli  tam,  żeby  przeprosić  i  nie  dopuścić  do  mnie  czarnych  skrzydeł  do 

czasu,  aż  odbiorę  swoją  „nagrodę”.  Ale  wszystko  się  zmieniło,  kiedy  w  kostnicy  pojawił  się 

także Seth. Zdaje się, że miał zamiar złożyć moją duszę u czyichś stóp, żeby „awansować do 

background image

wyższej instancji”, cokolwiek miał na myśli. Ale o tym wiedzieliśmy tylko ja i Barnaba. A on 

z  jakiegoś  powodu  uznał,  że  nie  powinniśmy  informować  o  tym  Rona.  Potem  skradłam 

Sethowi amulet, a fakt, że mi się udało i pozostałam na ziemi, dla wszystkich był tajemnicą. 

Ron pocierał ucho ręką, jakby miał nerwowy tik. 

– Wyższy od ciebie mniej więcej o pół głowy? Ścisnął mi się żołądek. 

– Tak – wymamrotałam. – To on. 

Pod stopami Barnaby zachrzęścił żwir. Ron wypuścił powietrze z płuc. 

–  A  niech  mnie!  –  mruknął  i  zaczął  krążyć  niespokojnie,  nie  wychodząc  jednak  poza 

granicę  cienia.  –  To  był  Kairos  –  oznajmił  krótko.  –  Nie  podał  ci  swojego  prawdziwego 

imienia. Boże, jeśli mnie kiedykolwiek kochałeś, otwórz mi oczy, kiedy jestem taki ślepy! 

– Ale on wyglądał tak, jakby był w moim wieku! – zaprotestowałam. Super, nie dość, 

że całowałam się z człowiekiem, który mnie zabił, teraz okazuje się jeszcze, że on jest starszy 

od piramid. Rany! No tak, jak się nad tym dobrze zastanowić, za dobrze tańczył i całował jak 

na siedemnastolatka. 

– Kairos osiągnął swoją pozycję niezwykle wcześnie, dużo wcześniej niż planował jego 

poprzednik. – Ron zatrzymał  się  i spojrzał  na parking. – Od dnia, kiedy  dostał amulet, który 

wisi teraz na twojej szyi, nie postarzał się ani o jeden dzień. Goguś z gładką buźką. Założę się, 

że nie jest zachwycony faktem, że znowu zaczął się starzeć. Wszystko jasne. Amulet strażnika 

czasu to jedyny boski kamień, który mogłaś posiąść. Każdy inny zmieniłby twoją duszę w pył. 

– Ponieważ jestem martwa? – spytałam, ale Ron pokręcił głową. 

– Ponieważ jesteś człowiekiem. Tak jak strażnicy czasu. 

–  Więc  to  naprawdę  nie  moja  wina,  że  nie  byłem  w  stanie  jej  uratować –  wtrącił  się 

Barnaba. – Nie mogę wygrać ze strażnikiem czasu. 

–  Nie  możesz  –  zgodził  się  Ron,  rzucając  mu  spojrzenie,  które  mówiło:  „Lepiej  się 

zamknij”. 

–  Jeśli  Madison  naprawdę  ma  kamień  Kairosa,  on  zdoła  go  odzyskać  tylko  wtedy, 

kiedy ona umrze. 

–  Ale  ja  już  jestem  martwa  –  zaprotestowałam,  z  nogami  podciągniętymi  pod  brodę. 

Ron uśmiechnął się słabo. 

–  To  znaczy,  kiedy  twoja  dusza  zostanie  zniszczona.  Zakładam,  że  Kairos  ma  twoje 

ciało.  Ktoś  musi  je  mieć.  Tak  długo,  jak  długo  będziesz  istniała  w  takiej  czy  innej  postaci, 

amulet  będzie  z  tobą  związany.  To,  że  zdołałaś  odebrać  go  Kairosowi,  to  chyba  cud.  –  Ron 

spojrzał  groźnie  na  Barnabę,  który  znowu  chciał  coś  powiedzieć.  –  Musisz  trzymać  się  od 

niego z daleka – dodał, odwracając się do mnie. 

background image

– Nie  ma sprawy – odparłam, spoglądając w  niebo. – Powiedz  mi tylko, na której on 

mieszka chmurze, to będę pamiętać. 

Ron dalej spacerował w cieniu drzewa. Jego szary strój powiewał dostojnie. 

–  On  mieszka  na  ziemi,  tak  jak  ja  –  powiedział  z  roztargnieniem,  najwyraźniej  zbyt 

zajęty swoimi myślami, by zrozumieć mój żart. 

– Panie – odezwał się Barnaba, odwracając się tyłem do słońca. Zaniepokoiło mnie to. 

Ktoś chyba powinien stać na czatach? – Jeśli Kairos do tej pory po nią nie przyszedł, może już 

tego nie zrobi. 

–  Kairos  miałby  ustąpić  w  walce  o  nieśmiertelność?  Nie.  Wątpię –  stwierdził  Ron.  – 

Domyślam  się,  że  nie  zaatakował  dotąd  Madison,  bo  aż  do  dziś  nikt  nie  wiedział,  że  stracił 

swój amulet. W tym  czasie  z pewnością usiłował zrobić sobie  nowy. Im więcej  czasu  mu to 

zabierze, tym lepiej... choć nigdy nie uda mu się stworzyć amuletu, który dorównywałby mocą 

temu, który stracił. Nakita pewnie powiedziała  mu, że Madison go  ma. Teraz Kairos zacznie 

jej szukać. Miejmy nadzieję, że dość szybko udało mi się zmienić rezonans. 

– Strażnicy czasu robią amulety? – spytałam zaskoczona i spojrzałam na czarny amulet 

Rona, niemal niewidoczny w fałdach materiału. – Możesz zrobić dla mnie nowy, żebym mogła 

zwrócić ten Kairosowi? 

Ron zamrugał, jakby zaskoczony tą myślą. 

– Robię amulety i daję je aniołom, które chcą działać i stać się czymś, czym nigdy nie 

były. Nie wszystkim podoba się to, co jest, a to jeden ze sposobów, by na to wpłynąć. Ale ty 

jesteś martwa, Madison. Nie potrawę stworzyć kamienia, który utrzyma przy życiu martwego 

człowieka.  Gdybyś  spróbowała  użyć  amuletu  żniwiarza,  spaliłby  twój  ludzki  umysł. 

Powiedziałbym,  Że  skoro  Kairos  cię  zabił,  masz  prawo  zatrzymać  jego  amulet.  Oczywiście 

serafini  mogą  być  innego  zdania.  Przygryzłam  wargę.  Barnaba  patrzył  teraz  na  drogę  na 

szczycie wzgórza. Obok nas przejechał  jakiś samochód. Serafini. To oni podejmowali ważne 

decyzje.  Żniwiarze  im  podlegali,  a  anioły  stróże  były  jeszcze  niżej.  Barnaba  mówił  o 

serafinach  w  taki  sposób,  jakby  to  były  rozpieszczone  dzieci,  którym  ktoś  dał  władzę. 

Przerażające. 

– To źle, prawda? – powiedziałam cicho. 

Ron roześmiał się głośno, ale zaraz spoważniał. 

– Niedobrze – odparł, a potem, na widok mojej miny, uśmiechnął się lekko. – Madison, 

odebrałaś  Kairosowi  amulet.  Teraz  jest  twój.  Zrobię  wszystko,  co  w  mojej  mocy,  żeby  tak 

zostało. Tylko daj mi trochę czasu, muszę się tym zająć. 

Nie mogłam usiedzieć na miejscu. Zsunęłam się z muru. 

background image

– Ron, wiem, dlaczego Kairos chce mnie teraz dopaść, ale to wszystko zaczęło się kilka 

miesięcy temu. Co ja takiego zrobiłam, że w ogóle się mną zainteresował? 

Barnaba odwrócił się do nas, ale Ron znowu nie pozwolił mu się odezwać. Podszedł do 

mnie i uśmiechnął się uspokajająco. W każdym razie wydaje mi się, że ten uśmiech miał być 

uspokajający. Ale w spojrzeniu Rona widziałam coś, co mnie przerażało. 

–  Mam  kilka  pomysłów.  –  Popatrzył  mi  w  oczy,  a  potem  szybko  odwrócił  wzrok.  – 

Spróbuję dowiedzieć się czegoś więcej. Nie masz czym się martwić. 

– Ron, jeśli ona ma amulet Kairosa, to może... 

– Och, zobacz tylko, która godzina – rzucił Ron i chwycił Barnabę pod ramię. Żniwiarz 

zachwiał się i omal nie stracił równowagi. – Musimy się spieszyć. 

Spieszyć się? Dokąd? Zaskoczona zrobiłam krok W stronę Rona. 

– Opuszczacie mnie? 

– Zaraz wrócimy. – Ron zmrużył oczy, ciągnąc żniwiarza po zalanej słońcem ścieżce. – 

Muszę omówić sprawy z serafinami, Barnaba będzie moim pośrednikiem. – Uśmiechał się, ale 

wyczuwałam  jego  napięcie.  –  Nie  jestem  jeszcze  martwy,  rozumiesz  –  powiedział  z 

wymuszoną  wesołością.  –  Nie  mam  bezpośredniego  numeru  do  nieba.  Nie  martw  się, 

Madison. Wszystko jest w porządku. 

W  porządku?  Nie  bardzo  mogłam  w  to  uwierzyć.  Wszystko  działo  się  zbyt  szybko  i 

wcale mi się nie podobało. 

–  Panie!  –  zawołał  Barnaba,  wyrywając  się  z  uścisku  Rona.  –  Jeśli  Kairos  znowu 

będzie  chciał  ją  zaatakować,  zmiana  rezonansu  amuletu  nie  wystarczy.  On  wie,  jak  ona 

wygląda. Nakita też ją widziała. Oboje mogą po prostu przejść się po okolicy i ją rozpoznać. 

Nie powinniśmy dać jej anioła stróża? 

Ron zamrugał, wyraźnie wstrząśnięty faktem, że sam o tym nie pomyślał. 

– Och, oczywiście – powiedział, wracając do cienia. –  Właśnie to należy zrobić. Ale, 

Madison – dodał, zaciskając na amulecie palce, spomiędzy których zaczęło sączyć się czarne 

światło  –  radzę  ci  nie  wspominać  twojemu  aniołowi  stróżowi  o  amulecie  Kairosa.  –  Jego 

wzrok powędrował w stronę mojego kamienia, po czym spojrzał mi w oczy. – Im mniej istot o 

tym  wie,  tym  mniej  będę  musiał  przekonać,  że  masz  prawo  go  zatrzymać.  Przestraszona, 

kiwnęłam głową. Ron uśmiechnął się do mnie. A zaraz potem w cieniu dębu pojawiła się złota 

świetlista  kula.  Przez  chwilę  patrzyłam  na  kołyszący  się  w  powietrzu  błyszczący  kształt.  To 

musiał być anioł stróż. Dla mnie? Barnabie wyraźnie ulżyło. Nie wiem, dlaczego w ogóle go to 

obchodziło, w końcu jeszcze dwadzieścia minut temu chciał się mnie pozbyć. 

Kula  światła  wylądowała  na  murku  i  niemal  znikła.  W  tej  samej  chwili  usłyszałam 

background image

eteryczny głos, który jakby docierał wprost do wnętrza mojej czaszki. Drgnęłam gwałtownie. 

–  Anioł  stróż,  departament  żniwiarzy  i  cherubinów,  sekcja  ochrony,  zgodnie  z 

zamówieniem! 

Ron odwrócił się i poklepał mnie po ramieniu. On także musiał usłyszeć ten głos. 

– A ty jesteś... ? 

–  Sekcja  ochrony,  numer  jeden  siedemdziesiąt  sześć  –  rozległ  się  znowu  dźwięczny 

głosik, od którego dzwoniło mi w uszach. 

–  Cherubini?  To  te  latające  gołe  dzieciaki  z  łukami?  –  Barnaba  skrzywił  się  lekko  i 

świetlista kula pojawiła się znowu. 

– Masz coś do cherubinów, żniwiarzu? – rzucił głosik zaczepnie. 

–  Nie  –  zaprzeczył  Barnaba.  –  Tylko  nie  wiedziałem,  że  sekcja  ochrony  zatrudnia 

cherubinów do opieki nad osobami poniżej osiemnastego roku życia. 

W mojej czaszce rozległo się pogardliwe prychnięcie. 

– Naprawdę myślisz, że ktoś mógłby zakochać się w niej? Jestem aniołem stróżem. Nie 

potrafię dokonywać cudów. 

– Hej! – zawołałam urażona i świetlista kula błyskawicznie przyleciała z powrotem do 

mnie.  Cofnęłam  się,  kiedy  znalazła  się  zbyt  blisko.  Anioł  stróż,  co?  Raczej  ognista  kula  z 

piekła rodem. 

– Widzisz mnie i słyszysz? – zadźwięczał głos, okrążając mnie szybko. Obróciłam się 

wokół, żeby nie stracić jej z oczu. 

– Słyszę cię. A czy cię widzę? Nie, właściwie nie. – Zatrzymałam się zdezorientowana. 

Świetlisty  kształt  przysiadł  na  ramie  roweru  i  znikł.  Barnaba  prychnął  i  światło  znowu 

pojawiło się i przygasło. 

–  Doskonale  –  mruknął  Ron.  –  Jeden  siedemdziesiąt  sześć  to  nie  jest  związek  typu 

„póki was śmierć nie rozłączy”, tylko zadanie tymczasowe. Dbaj o jej bezpieczeństwo, a jeśli 

cokolwiek  podejrzanego  pojawi  się  W  promieniu  trzydziestu  łokci,  chcę  o  tym  natychmiast 

wiedzieć. 

Światło oderwało się od roweru i zbliżyło do mnie. 

– Trzydzieści łokci? Tak jest! 

Tak jest? To jest anioł, tak? 

Ron rzucił mi ostatnie ostrzegawcze spojrzenie, Ujął Barnabę pod ramię i ruszył przed 

siebie. 

–  Wrócę,  kiedy  tylko  będzie  to  możliwe.  Aha,  podobają  mi  się  twoje  włosy.  Są 

bardzo... W twoim stylu. 

background image

Dotknęłam końców  fioletowych kosmyków, starając się  zrobić przyjazną  minę. Ron  i 

Barnaba  zniknęli,  a  ja  drgnęłam  i  wciągnęłam  ze  świstem  powietrze.  Cienie  trochę  się 

wydłużyły,  jakby  zrobiło  się  później.  Na  krótką  chwilę,  może  tylko  na  kilka  sekund,  Ron 

wstrzymał czas, żeby zatrzeć ślady. Mój kamień był ciepły, jakby zareagował na działanie jego 

amuletu.  Ciągle  zaciskałam  na  nim  palce.  Spojrzałam  na  słoneczny  parking  i  nagle  świat 

wydał mi się dużo bardziej niebezpieczny niż przed chwilą. 

Po raz pierwszy od czterech miesięcy zostałam zupełnie sama. 

background image

ROZDZIAŁ 3 

Nie  cierpię,  kiedy  on  to  robi  –  mruknęłam  i  drgnęłam  nerwowo,  bo  mój  anioł  stróż 

nagle znowu pojawił się tuż przede mną.. 

–  Co  robi?  –  spytał  dźwięcznym  głosem.  Może  jednak  nie  byłam  tak  zupełnie  sama. 

Westchnęłam i sięgnęłam po rower. 

–  Zatrzymuje  czas  i  przesuwa  nagle  słońce,  ale  właściwie  nie  mówiłam  do  ciebie.  – 

gdyby  ktoś  zobaczył,  jak  gadam  do  samochodów  na  parkingu,  na  pewno  zostałabym  znowu 

uznana  za  jednego  ze  szkolnych  świrów.  O  nie,  nie  w  ostatniej  klasie.  Nie  miałam  czasu 

znowu walczyć o swoje miejsce w szkolnej hierarchii. Wystarczy, że raz przyszłam do szkoły 

przebrana za nietoperza, bo akurat był Halloween, i stało się. Uśmiechnęłam się lekko. 

Wendy,  moja  przyjaciółka  z  Florydy,  także  przebrała  się  za  nietoperza.  Dowcipy  o 

bliźniaczkach Batmana zaczęły mnie w końcu bawić. Prawie. 

Świetlista kula parsknęła pogardliwym śmiechem. 

– Jak na śmiertelnika jesteś naprawdę niska. 

– I kto to mówi – odparowałam i przerzuciłam nogę przez ramę roweru. Nacisnęłam na 

pedał i koła wydały bolesne skrzypnięcie. Nie mogłam ruszyć. 

– Hej! – zawołałam, kiedy zdałam sobie sprawę, że w przednim kole nie ma powietrza. 

Mój  anioł  stróż  zaczął  się  śmiać.  On  musiał  to  zrobić!  Kula  przez  chwilę  mieniła  się 

wszystkimi  kolorami  tęczy.  –  Co  zrobiłeś  z  moim  rowerem?  –  spytałam,  choć  znałam 

odpowiedź. 

– Chronię cię! – odparł wesoło. – Czy od razu nie poczułaś się bezpieczniej? 

Pomyślałam  o  ośmiu  kilometrach,  które  będę  musiała  przejść  pieszo,  by  dotrzeć  do 

domu. 

–  Chronisz  mnie?  Przed  czym?  –  warknęłam.  –  Zdaje  się,  że  uważasz  mnie  za 

kurdupla? – Wkurzona, zaczęłam pchać rower w stronę dalekiego wyjazdu z parkingu. Głupi 

anioł stróż. Co było z nim nie tak? 

Usłyszałam, jak za moimi plecami otworzyły się metalowe drzwi szkoły. Odwróciłam 

się i zobaczyłam faceta w krótkich sportowych spodenkach, za którym wyszło jeszcze dwóch 

chłopaków. Wakacyjny trening lekkoatletyczny? 

– Była raz pewna dziewczyna, włosy miała jak oberżyna – zaśpiewał mi do ucha jeden 

siedemdziesiąt  sześć.  –  Stroszyła  je  i  czesała,  bo  miss  świata  zostać  chciała,  aż  wypadły  i 

zrzedła jej mina. 

background image

–  Urocze.  Śpiewający  anioł  –  mruknęłam,  a  anioł  zachichotał.  Miałam  wrażenie,  że 

owiała  mnie  fala  chłodnego  powietrza.  Usłyszałam  głosy  za  plecami,  a  potem  trzasnęły 

drzwiczki  samochodów  i  rozległ  się  warkot  silników.  Kiedy  minęła  mnie  furgonetka, 

skręciłam  w  lewo,  żeby  nie  wąchać  spalin,  a  potem  wyszłam  z  parkingu  i  zaczęłam  pchać 

rower pod górę, w stronę głównej drogi. 

Rozległ  się  dźwięk  klaksonu,  ale  go  zignorowałam.  Zbocze  było  strome,  więc  kiedy 

dotarłam do drogi, skręciłam  do rowu pełnego kamieni wielkości  mniej  więcej  mojej  głowy. 

Przednia opona natychmiast utkwiła między kamieniami, a kierownica wbiła mi się w pierś. 

Wypuściłam  powietrze  z  płuc  z  bolesnym  świstem,  a  potem  podniosłam  wzrok  i 

zobaczyłam, że jedna z furgonetek zatrzymała się na szczycie wzgórza. Super. A więc miałam 

widownię. 

– Pewna dziewczyna rower miała i na wycieczkę się wybrała. 

–  Zamknij  się!  –  wrzasnęłam.  Usłyszałam  trzask  zamykanych  drzwiczek,  spojrzałam 

znowu  w  stronę  furgonetki  i  nagle  wszystkiego  mi  się  odechciało.  To  był  Josh.  Ten,  który 

poszedł ze mną na bal maturalny. Josh, który zrobił to tylko dlatego, że mój tata dogadał się z 

jego  tatą  i  razem  uknuli  intrygę.  To  miała  być  „przysługa”.  A  kiedy  Josh  wygadał  się 

przypadkiem  podczas  balu,  ja  urażona  wyszłam  w  towarzystwie  Setha,  czyli  Kairosa. 

Naprawdę  świetnie.  Odkąd  umarłam,  nie  spotykałam  się  z  Joshem,  tylko  od  czasu  do  czasu 

mijałam  go  na  szkolnym  korytarzu.  Teraz  oparłam  się  o  rower  i  patrzyłam,  jak  stoi  obok 

swojej furgonetki i uśmiecha się do mnie. 

Och,  do  diabła.  Spuściłam  głowę,  z  trudem  wyciągnęłam  przednie  koło  spomiędzy 

kamieni i pchnęłam rower do góry. Wspomnienie tamtej nocy znowu do mnie wróciło. Kiedy 

zostawiłam go samego na balu, Josh pojechał za mną, bo chciał mieć pewność, że bezpiecznie 

dotrę  do  domu.  Widział  wypadek  i  zbiegł  z  nasypu,  żeby  mnie  ratować.  Wydaje  mi  się,  że 

nawet  trzymał  mnie  za  rękę,  kiedy  umierałam.  Barnaba  zapewniał  mnie,  że  Josh  nic  z  tego 

wszystkiego nie pamiętał. No, może poza tym, że podle potraktowałam go na balu i wyszłam z 

kimś innym. 

– Pomóc ci? 

Podniosłam  wzrok.  Josh  nadal  opierał  się  o  furgonetkę.  Dobrze  wyglądał,  jego  jasne 

włosy  były  jeszcze  wilgotne  po  prysznicu.  Zsunął  modne  okulary  z  wąskiego  nosa  i  mrużył 

niebieskie  oczy  w  ostrym  słońcu.  Widywałam  go  z  aktorami  ze  szkolnego  teatru  i  ze 

szkolnymi  pięknościami,  najczęściej  jednak  spotykał  się  z  ludźmi  z  koła  jeździeckiego.  Nie 

należeli do najpopularniejszych w szkole, ale w tym małym miasteczku nie miało to wielkiego 

znaczenia.  Był  miły  dla  wszystkich,  co  w  przypadku  takiego  przystojniaka  nie  było  wcale 

background image

normą. 

– Pytałem, czy  ci  nie pomóc! – powiedział  głośniej  i  pomachał do dziewczyny, która 

minęła go samochodem. Była to Amy. Nie lubiłam jej. Była tak zajęta sobą, że nie wystarczało 

jej czasu na myślenie o czymkolwiek innym. 

Zdmuchnęłam włosy z oczu i pomyślałam, że chyba wolałabym być nadal nad jeziorem 

mimo żniwiarki ciemności i całej reszty. 

–  Nie!  –  odkrzyknęłam.  –  Ale  dzięki.  –  Spuściłam  głowę,  pokonałam  duży  kamień  i 

ruszyłam pod górę. 

– Na pewno? 

Dlaczego on jest dla mnie taki miły? Tuż za mną zadźwięczał znowu wibrujący anielski 

głos. 

– Posłuchaj, mam już cały wierszyk: Pewna dziewczyna rower miała i na wycieczkę się 

wybrała.  Ruszyła  więc  na  południe,  myśląc,  że  tam  będzie  cudnie,  lecz  księcia  z  bajki 

spotkała. 

Pośliznęłam się na kamieniu, moja kostka skręciła się boleśnie i rower znowu zjechał w 

dół. Zaczęłam dyszeć z wysiłku, czy też raczej z przyzwyczajenia. 

– Idę na zachód, a nie na południe – burknęłam i spojrzałam na Josha. Anioł roześmiał 

się perliście. Może powinnam czuć się winna z powodu swojego zachowania na balu, ale było 

na to zbyt gorąco. 

– Zmieniłam zdanie – powiedziałam głośno. – Chyba potrzebuję pomocy. 

Josh już pobiegł w dół. Kiedy dotarł do kamieni zwolnił, uważnie stawiając stopy. 

Zaczekałam  i cofnęłam się nieco, kiedy zbliżył się z uśmiechem i chwycił kierownicę 

roweru. 

– Jak to się stało? – spytał i wskazał głową przednie koło, a potem przelotnie spojrzał 

na moje fioletowe włosy. 

– Była raz dziewczynka mała, co ciągle gumę łapała. 

– Zamknij się! – ryknęłam i skuliłam się, kiedy Josh odwrócił się do mnie zaskoczony. 

– Uch, nie ty – wyjaśniłam. Myślałam, że zaraz umrę z zażenowania. Nie żeby było to 

możliwe, ale tak właśnie się czułam. – Ja... hm... nie mówiłam do ciebie. 

Brwi Josha się uniosły. 

– A do kogo? Do umarłych? 

To miał być żart, ale poczułam, że zbladłam. 

–  Żeby  umrzeć,  trzeba  najpierw  być  żywym  –  zadźwięczał  koło  mojego  ucha  cienki 

głosik. 

background image

Zapadła cisza. Z twarzy Josha znikł wyraz rozbawienia. Patrzył na mnie z troską. 

– To był tylko żart, Madison. 

Nieszczęśliwa, usiłowałam wymyślić coś, co pomogłoby mi uniknąć ksywki Stukniętej 

Madison. Głupi, głupi anioł. To wszystko przez niego. 

– Przepraszam – powiedziałam, zakładając włosy za uszy. – Miło, że się zatrzymałeś, 

żeby  mi pomóc. Naprawdę to doceniam. Tylko strasznie  mi gorąco. – Josh chyba poczuł  się 

swobodniej, więc ja też trochę się rozluźniłam. – To nie był dobry dzień – dodałam. 

Josh  milczał.  Spojrzałam  na  niego  z  ukosa.  Byliśmy  już  niemal  na  szczycie  i  nie 

chciałam, żeby odjechał, sądząc, że bez powodu zaczęłam na niego wrzeszczeć. 

– Zdaje się, że trenujesz lekkoatletykę? – zagadnęłam. 

–  Tak.  Jutro  będziemy  biegali  na  imprezie  charytatywnej,  którą  organizuje  szkoła  – 

odparł, zwalniając, by przepchnąć rower między kamieniami. – Zakłady, kto pierwszy skończy 

okrążenie,  i  tak  dalej.  Trener  uważa,  że  to  świetny  sposób,  żeby  utrzymać  nas  w  formie 

podczas wakacji. A jak ty będziesz zbierała pieniądze? 

– Ja? – zająknęłam się. – Hm... – Josh patrzył na mnie wyczekująco. 

– Dlatego byłaś dzisiaj w szkole, prawda? 

– Niezupełnie – powiedziałam. – Umówiłam się tam ze znajomymi. Ale oni odjechali, 

a ja złapałam gumę. – Przed moimi oczami zamigotała świetlista kula. Machnęłam ręką, żeby 

ją odgonić. – Ale wielki komar – mruknęłam, a kula zabrzęczała z urazą i zaświeciła mocniej. 

– Umówiłaś się tutaj, żeby tata nie zobaczył, że się z kimś spotykasz? – spytał Josh. 

–  Wszystko  jasne.  –  Westchnął  i  przyspieszył,  jakby  chciał  się  ode  mnie  oddalić. 

Schrzaniłam to konkursowe – Nie chodzi o tatę, tylko o sąsiadkę – wyjaśniłam szybko. 

– O panią Walsh? 

Spojrzałam na niego zaskoczona. 

–  Słyszałeś  o  niej?  –  spytałam,  a  on  uśmiechnął  się  porozumiewawczo.  Ja  też  się 

uśmiechnęłam. 

Josh kiwnął głową. 

–  Mój  kupel  Parker  mieszka  na  waszej  ulicy.  Ta  kobieta  grzebie  w  jego  śmieciach  i 

wyciąga wszystko, co nożna przetworzyć. Koszmarna baba. 

– Tak, to koszmar. – Poczułam się lepiej i spuściłam oczy. – Nie spodziewałam się, że 

złapię gumę. Do domu mam tylko osiem kilometrów... rozumiesz. 

Stanęłam po drugiej stronie roweru, naprzeciw Josha, i spojrzałam na niego. Naprawdę 

żałowałam  teraz,  że  tak  na  niego  wrzasnęłam.  Josh  milczał,  a  kiedy  wreszcie  dotarliśmy  do 

szosy, od razu sięgnęłam po kierownicę, starając się nie dotknąć jego palców. 

background image

–  Dzięki  –  powiedziałam,  spoglądając  w  stronę  jego  zaparkowanej  na  poboczu 

furgonetki. Jechał na wschód, a ja na zachód, do miasta. 

– Teraz już dam sobie radę. 

Josh ciągle trzymał kierownicę. 

– Wszystko w porządku? Dziwnie wyglądasz. Wyszarpnęłam mu rower z rąk. 

– Nic mi nie jest. Bo co? Josh wsunął okulary na czoło. 

–  Masz  mokre  włosy  i  wiem,  że  nie  byłaś  na  boisku.  Ktoś  ci  zrobił  kawał  czy  coś  w 

tym rodzaju? Zachowujesz się jak moja siostra, kiedy ma kłopoty i boi się całego świata. 

Przypierał mnie do muru. Spanikowałam i przyspieszyłam kroku. 

– Nie mam więcej kłopotów niż zwykle – powiedziałam z udawaną wesołością. Minął 

nas  kolejny  samochód:  ostatni  chłopak  z  treningu  lekkoatletycznego  wracał  do  domu. 

Naprawdę brakowało mi tu samochodu. 

Josh milczał i szedł coraz wolniej, w miarę jak oddalaliśmy się od jego furgonetki. 

– Posłuchaj, wiem, jacy potrafią być ojcowie. Mój trzyma mnie tak krótko, że niedługo 

pewnie będzie sprawdzał, czy umyłem ręce po sikaniu. 

Zatrzymałam się i spojrzałam na niego. 

– Mój tata taki nie jest. On jest w porządku. 

– No to w czym problem? – spytał Josh. – Ja tylko chcę ci pomóc. 

Świetlista kula wydała odgłos przypominający cmoknięcie. 

–  On  chce  jej  pooo...  móc  –  zagruchała,  a  Josh  zadrżał,  kiedy  wylądowała  na  jego 

ramieniu.  Świetnie,  a  więc  mój  anioł  stróż  należy  do  związku  Kupidyna.  Nie  tego  teraz 

potrzebowałam. 

– Nic mi nie jest, naprawdę. Dzięki – powiedziałam krótko, pchając rower po żwirze. 

–  Ale  ja  nie  mogę  tego  powiedzieć  o  sobie  –  mruknął  Josh  ponuro.  Nie  zatrzymałam 

się. 

– Słuchaj, naprawdę nie chcę się wcinać w twoje sprawy. Ale od trzech tygodni mam 

takie dziwne sny... O tobie... I zaczyna mnie to przerażać. 

Stanęłam jak wryta. Nie byłam w stanie się odwrócić. On o mnie śni? 

– Był raz poeta z Ameryki... 

Zamachnęłam  się,  jakbym  chciała  złapać  muchę,  i  tym  razem  udało  mi  się  trafić. 

Poczułam  lekkie  mrowienie  w  dłoni,  a  świetlista  kula  z  sykiem  przeleciała  na  drugą  stronę 

drogi. Patrzyłam na Josha w osłupieniu. On o mnie śni? 

– Nieważne. – Odwrócił się do mnie plecami. – Czas na mnie. 

– Josh! 

background image

Machnął ręką, ale nawet się nie odwrócił. 

– Josh? – zawołałam znowu, a potem przystanęłam, bo tuż nade mną przemknął  jakiś 

cień. Podniosłam głowę i zmartwiałam. Czarne skrzydło. Tutaj? Co jest, do diabła? 

– Josh! – krzyknęłam.  A  niech to. Gdzieś w  moim  mieście krąży żniwiarz ciemności. 

Szuka ofiary. Szuka mnie? Przecież Ron zmienił rezonans amuletu! 

Głośne pobrzękiwanie dzwoneczków powiedziało mi, że mój anioł stróż powrócił. 

– Jak długi jest łokieć? – spytałam cicho anioła, kiedy Josh podszedł do furgonetki. 

– Mniej więcej na pół metra – odparł anioł cierpko. – Przez ciebie mam teraz trawę na 

sukience. Jesteś bardzo niegrzeczna, wiesz o tym? 

Na sukience? A więc to dziewczyna. 

–  Dlaczego  pytasz?  –  spytała,  ale  zaraz  zabrzęczała  ze  zrozumieniem.  –  Och,  no  tak. 

Czarne skrzydła. Ale nie przejmuj się nimi. Kiedy ja jestem w pobliżu, nie mogą cię wyczuć. 

Wytwarzam pole, w którym nie mogą cię zobaczyć. Jakbyś była dla nich niewidzialna. 

– Tak, to też rozumiem – odparłam. –  Ale skoro nie  mogą  mnie wyczuć, dlaczego tu 

są? 

– Chyba chodzi o niego. Tak, na pewno. Ktoś na niego poluje. 

Otworzyłam  szeroko  oczy.  Chodzi  o  niego?  O  Josha?  Ale  dlaczego?  I  nagle 

zrozumiałam.  Rezonans  mojego  amuletu  został  zmieniony  za  późno.  Nakita  mnie  śledziła, 

przynajmniej do Three Rivers, ale zgubiłam ją, kiedy Ron zmienił rezonans i zatrzymał czas. 

A ponieważ ani ona, ani Kairos nie mogli przecież stać na rogu ulicy i czekać, aż się pojawię, 

próbowali  mnie  odnaleźć,  śledząc  kogoś,  kto  mógł  ich  do  mnie  doprowadzić.  Kairos  poznał 

Josha na balu maturalnym. Rozmawiał z nim. Widział jego aurę. Chcieli trafić do mnie przez 

Josha – był jedyną osobą, którą znaliśmy oboje, Kairos i ja. 

– Wezwij Barnabę – powiedziałam do świetlistej kuli wystraszona. 

– Nie mogę – odparła beztrosko. – Nie jestem dość doświadczona, by kontaktować się 

za pomocą myśli. Jestem aniołem stróżem pierwszej sfery. 

–  Więc  sprowadź  tu  Rona  –  nalegałam.  Nad  moją  głową  zaczęło  krążyć  czarne 

skrzydło. 

– Tego także nie mogę zrobić. – Kula zawirowała Wokół mojej głowy, oślepiając mnie 

serią  krótkich  błysków  –  Mam  dbać  o  twoje  bezpieczeństwo  i  zgłosić  obecność  żniwiarzy 

ciemności, jeśli się pojawią. A ty Jesteś bezpieczna. 

–  A  Josh?  –  spytałam,  ale  kula  tylko  zabrzęczała  obojętnie,  jakby  nic  jej  to  nie 

obchodziło. Josh otworzył drzwi furgonetki. Wpadłam w panikę. 

–  Hej!  –  Pchnęłam  rower  i  niezgrabnie  wybiegłam  na  drogę.  –  Przepraszam!  – 

background image

zawołałam. 

Dopadłam  drzwiczek  i  oparłam  dłonie  o  opuszczoną  szybę.  –  Zaczekaj.  –  Z  mocno 

bijącym  sercem  spojrzałam  w  niebo.  Czarne  skrzydło  zaczęło  się  oddalać.  Uspokoiłam  się 

trochę, ale  nie na długo. Anioł  nie będzie go chronił, ale  jeśli Josh zostanie ze  mną, znajdzie 

się w polu jego działania. Wtedy ani czarne skrzydła, ani żniwiarze ciemności nie będą mogli 

go  wyczuć.  Dlaczego  nie  przykładałam  się  bardziej  do  nauki  kontaktowania  się  w  myślach? 

Teraz na pewno by się to przydało. 

Josh  siedział  z  rękami  opartymi  na  kierownicy  i  patrzył  na  mnie.  Jakiś  samochód 

przejechał powoli obok – Madison, ty naprawdę masz nierówno pod sufitem. 

– Tak, wiem – wydyszałam. – Podrzucisz  mnie do sklepu rowerowego? Muszę kupić 

nową oponę. 

Josh  przekrzywił  głowę  i  patrzył  na  mnie  w  milczeniu.  W  tej  chwili  zrobiłabym 

wszystko, by nie musieć mu tego wyjaśniać, ale zrobiłabym też wszystko, by go ochronić. To 

przeze  mnie  znalazł  się  w  niebezpieczeństwie.  Może  jestem  martwa,  ale  będę  musiała  jakoś 

sobie z tym radzić, a jeśli teraz go zostawię, Josh będzie cierpiał. Może nawet zginie. 

– Jestem na dnie urwiska, prawda? – rzuciłam desperacko, błagając go spojrzeniem, by 

mnie wysłuchał. – W czarnym kabriolecie. W tym twoim śnie. 

Josh otworzył usta. 

– Skąd wiesz? 

Oblizałam  wargi.  Nagrzany  asfalt  zdawał  się  drgać  w  upalnym  powietrzu  jak  ogień 

piekielny. 

Wiedziałam, że nie powinnam ingerować w zmienione przez Rona wspomnienia Josha. 

Ale Rona tu nie było, a ja nie wiedziałam, jak się z nim skontaktować. 

– Bo to wcale nie był sen – powiedziałam. 

background image

ROZDZIAŁ 4 

Furgonetka  Josha  miała  jakieś  dwadzieścia  lat  i  była  dość  kiepsko  wyposażona. 

Brakowało w  niej klimatyzacji  i  centralnego zamka. Żeby otworzyć okno, trzeba  było kręcić 

korbką, a siedzenia były ze sobą połączone. Zamontowano w niej za to potężny zestaw stereo, 

a  Josh  musiał  odsunąć  skrzynkę  z  płytami  CD,  żebym  mogła  usiąść.  Miał  tam  różne  kapele 

hardrockowe i trochę klasycznego rocka, którego słuchał też mój tata. Wendy spodobałyby się 

te cięższe  brzmienia. Teraz  jednak  stereo było wyłączone  i przedłużająca się  cisza  zaczynała 

mi ciążyć. 

Z gałki przy radioodbiorniku zwisał mały dzwoneczek. Świetlista kula usadowiła się na 

nim, kiedy tylko padła za mną do samochodu i brzęczała z zadowoleniem. Przysięgłabym, że 

zaczęła podśpiewywać pod nosem, kiedy Josh zawracał w stronę miasta i dzwonek zakołysał 

się lekko. 

Pod siedzeniem była torba ze sportowym strojem Josha, a na półce z tyłu leżała wędka, 

która wyglądała  a  bardzo drogą. Nie rozumiałam, dlaczego Josh  jeździ takim  starym gratem, 

skoro jego ojca byłoby stać na coś znacznie lepszego. 

Josh prowadził dobrze, ale ani razu się nie odezwał. Byłam tu, bo kiedy powiedziałam, 

że wiem o jego śnie, obudziłam w nim ciekawość. Teraz jednak czekał chyba, aż sama rozwinę 

temat. Ale ja nie bardzo wiedziałam, co powiedzieć, więc pochyliłam się do przodu i zaczęłam 

wypatrywać  czarnych  skrzydeł  przez  przednią  szybę.  Błękitne  niebo  było  jednak  zupełnie 

puste. Skoro nie ma czarnych skrzydeł, to znaczy, że nie ma też żniwiarzy. Od razu poczułam 

się lepiej. Jedni natychmiast przyciągali drugich. 

– Czego tak wypatrujesz? – spytał Josh. Szybko odchyliłam się na oparcie. 

– Niczego. – Stara furgonetka podskoczyła, kiedy wjechaliśmy  na  most. Zaraz potem 

domy  mieszkalne  po  obu  stronach  drogi  ustąpiły  miejsca  sklepom,  bankom  i  biurom.  Josh 

wyraźnie czekał, aż coś powiem. Do sklepu zostało już tylko kilka świateł. Westchnęłam. 

– Co pamiętasz z tego balu? – spytałam cicho. 

– To, że byłaś naprawdę... – Urwał gwałtownie i poczerwieniał. – Uch. 

– Byłam  wredna – dokończyłam za  niego, krzywiąc  się  lekko. – Przepraszam. Byłam 

wściekła, kiedy zrozumiałam, że poszedłeś ze  mną tylko dlatego, że twój tata tego chciał, bo 

mój martwił się, że jestem tu nowa, nikogo nie znam i w ogóle. Zachowałam się jak ostatnia 

jędza. 

–  Nie  –  odparł,  ale  widziałam,  że  ciągle  jest  na  mnie  zły.  Nie  odpowiedziałam,  a  on 

background image

dodał po chwili: 

– Wyszłaś z kimś, kogo nie znałem, a ja wróciłem do domu wcześniej. To wszystko. 

Zawahałam się i dotknęłam palcami wystrzępionej tapicerki przy otwartym oknie. Josh 

zwolnił, bo na drodze pojawiło się więcej samochodów. 

– Wyszłam z chłopakiem, którego nigdy wcześniej nie widziałeś – wyjaśniłam cicho. – 

Ale  ty  pojechałeś  za  nami,  bo  chciałeś  się  upewnić,  że  bezpiecznie  dotrę  do  domu.  Josh 

niespokojnie poruszył rękami  na kierownicy,  jakbym powiedziała  coś, o czym  nigdy  nikomu 

nie wspomniał. 

– To było bardzo miłe z twojej strony – stwierdziłam. 

Josh przełknął ślinę; jego grdyka poruszyła się do góry i na dół. 

– Zachowałam się tak głupio. Byłam wściekła na cały świat, bo mama przysłała mnie 

tutaj.  To,  co  się  stało,  to  nie  twoja  wina.  –  Wzięłam  głęboki  oddech,  szukając  właściwych 

słów.  –  On  po  prostu  nagle  zjechał  z  drogi.  Samochód  przekoziołkował  i  zatrzymał  się  pod 

nasypem  na  prawym  boku.  –  Zacisnęłam  palce  na  oknie,  kiedy  Josh  zatrzymał  się  na 

skrzyżowaniu, a potem położyłam rękę na brzuchu. Nie czułam się najlepiej. 

– On miał miecz – mruknął Josh. – To znaczy, w tym moim śnie. 

Powiedział  to  jakby  przepraszająco,  jakby  w  to  nie  wierzył,  a  ja  położyłam  rękę  na 

kolanie, żeby zakryć miejsce, w którym skaleczyłam się na łodzi. 

– Nie zginęłam jednak w wypadku – ciągnęłam – Więc on... hm, no tak. Dobił mnie. 

Potem nie pamiętam nic, aż do chwili, kiedy ocknęłam się w kostnicy. 

Josh prychnął z niedowierzaniem. 

– Świetnie, Madison – powiedział drwiąco. – A więc teraz jesteś martwa. 

Blask wokół dzwoneczka przy radioodbiorniku przybrał na sile. 

– O dobry Boże w niebiosach, ty jesteś martwa. Dlaczego mam chronić martwą osobę? 

– spytał mój anioł stróż. 

Nie  zwróciłam  na  nią  uwagi,  tylko  chwyciłam  amulet,  bo  wyczułam,  że  na  niego 

spojrzała. 

– Och, och, och – zasyczała świetlista kula i przygasła. – Kairos dostanie szału. Czy on 

wie, że masz jego amulet? Skąd właściwie go masz? Chronos ci go dał? A jak on go zdobył? 

Spojrzałam z ukosa na Josha. Kurczę. Niedobrze. Ona miała o tym nie wiedzieć. Ron 

będzie na mnie wkurzony. Póki jednak musiała trzymać się mnie, nie będzie mogła polecieć i 

wszystkim o tym rozgadać. Josh pokręcił głową. Gniewnie zadarłam brodę do góry. 

– No dobrze. W taki razie powiedz mi, co pamiętasz z tego twojego snu. 

Josh poruszył palcami na kierownicy i skręcił w stronę centrum. 

background image

–  To  wszystko  jest  dość  mgliste  –  mruknął.  –  Wiesz,  jak  wyglądają  sny,  kiedy 

próbujesz je sobie przypomnieć dokładnie. 

– No, słucham? – ponagliłam, a Josh zmarszczył brwi. 

–  Zadzwoniłem  na  pogotowie.  W  tym  śnie.  –  Był  wyraźnie  spięty.  –  Powiedzieli  mi, 

żebym  zaczekał  na  linii,  ale  nie  zrobiłem  tego.  Pobiegłem  z  powrotem  do  Ciebie.  Byłaś  już 

sama i jakby... usnęłaś. Przestałaś oddychać. 

I od tego czasu nie odczuwam właściwie potrzeby, żeby oddychać, pomyślałam gorzko. 

– A potem? – Nie wiedziałam, co działo się między wypadkiem a kostnicą. Barnaba nie 

chciał o tym mówić. 

–  Ach...  –  Wydawał  się  trochę  nerwowy  i  nie  odrywał  wzroku  od  drogi.  –  Karetka 

przyjechała  przed  policją.  Włożyli  cię  do  takiej  czarnej  plastikowej  torby.  Dźwięk  zamka, 

kiedy  go  zasuwali...  nigdy  tego  nie  zapomnę.  –  Poruszył  się  niespokojnie,  jakby  z 

zakłopotaniem. – Ratownicy w ogóle się nie odzywali, kiedy wyciągali cię z samochodu. Taką 

mają pracę, ale widziałem, że było im naprawdę smutno. 

–  Tego  nie  pamiętam  –  szepnęłam.  Świetlista  kula  wróciła  na  swój  dzwoneczek  i 

słuchała, emanując przyćmionym blaskiem. 

– Policjanci... – Urwał i udał, że się rozgląda, by opanować emocje. – Kazali mi usiąść 

z tyłu i zawieźli mnie do szpitala, żeby ktoś mnie obejrzał, mimo że nie byłem w samochodzie. 

A potem przyjechał twój tata. Płakał. 

Ogarnęło mnie straszne poczucie winy. Ron twierdził, że wymazał to z pamięci mojego 

taty, ale czy rzeczywiście mu się to udało? To naprawdę był koszmar. 

– Powiedział, że to nie moja wina – mówił Josh cicho. – Ale ja wiem, że powinienem 

był odwieźć cię do domu. A potem nagle wszystko się zmienia. Jakby nic się nie wydarzyło. 

Jestem w domu i zdrapuję błoto z wyjściowych butów, zanim tata mnie ochrzani. – Spojrzałam 

na niego, ale on tylko pokręcił głową, nie odrywając oczu od drogi. – To właśnie jest dziwne, 

bo  pamiętam,  że  kiedy  wychodziłem,  były  czyste.  –  Opuścił  wzrok  na  swoje  ręce,  a  potem 

znowu spojrzał przed siebie. – Było tak, jakby nic się nie stało, a ty byłaś cała i zdrowa. Nie 

cierpię takich snów. 

Nie wiedziałam, jak mógł uznać to za sen, wiedziałam jednak, że próbował zrozumieć, 

skąd wzięło się błoto na jego butach, skoro nie zbiegł z nasypu, żeby mnie ratować. 

– Ja zniszczyłam swoją sukienkę balową – powiedziałam. – Ciągle ją spłacam. 

Josh spojrzał na mnie z ukosa. 

– To był sen. Przecież jesteś tutaj. I żyjesz. 

Oparłam łokieć o otwarte okno i dotknęłam palcami jego obramowania. 

background image

– No tak, jestem tutaj. Josh prychnął. 

– I żyjesz. 

Położyłam dłoń na amulecie. 

–  Niezupełnie.  –  Zatrzymał  się  za  szarą  corvetta,  odwrócił  głowę  i  uśmiechnął  się  do 

mnie. – Tak naprawdę, to nie żyję. 

Z dzwoneczka dobiegł mnie cienki głosik anioła: 

– Raz dziewczyna, co w martensach chodziła, że nie żyje, twierdziła. Aż wszyscy, co ją 

znali, za chorą ją uznali, bo sama się o to prosiła. 

Wyrzuciłam  stopę,  na  której  wcale  nie  miałam  martensa,  przed  siebie  i  kopnęłam  w 

dzwoneczek. Hałas Wyrwał Josha z zamyślenia. 

–  Wiesz  co?  –  powiedział  i  ruszył  z  miejsca.  –  Zapomnij,  że  w  ogóle  coś  mówiłem. 

Jezu,  wszyscy  w  szkole  mówili,  że  jesteś  dziwna.  Zawsze  odpowiadałem,  że  po  prostu 

potrzebujesz  kogoś,  z  kim  mogłabyś  pogadać,  ale  do  diabła,  dziewczyno...  Kiepsko  z  tobą, 

jeśli w to wszystko wierzysz. A jeśli nie wierzysz, to smutne, że próbujesz zwrócić na siebie 

uwagę, opowiadając takie historie. 

Rozumiałam, dlaczego nie chciał w to uwierzyć, ale i tak mnie to wkurzało. 

–  Cóż,  pozwól  więc,  że  uzupełnię  luki  w  twoim  śnie,  dobrze?  –  rzuciłam  cierpko. 

Trudno,  teraz  moja  anielica  pozna  całą  prawdę.  Jeśli  Ron  nie  chciał,  by  wiedziała,  że  mam 

amulet Kairosa, nie powinien był jej ze mną zostawiać. 

– Kairos  ma ciemne włosy  i  jest tak przystojny,  że na  jego widok większość znanych 

mi  dziewczyn  zmoczyłaby  majtki.  Pocałował  mnie.  Musisz  to  pamiętać.  Wiem,  że  nas 

widziałeś. 

–  Całowałaś  się  z  Kairosem?  –  w  cienkim  głosiku  świetlistej  kuli  zabrzmiała  nuta 

podziwu. 

– Nie chcę nawet myśleć o tym, do czego się posunęłaś, żeby zdobyć jego amulet. 

O mój Boże! 

Tym  razem  mnie  obraziła.  Josh  zauważył,  że  spojrzałam  gniewnie  na  dzwonek. 

Odwrócił się i wbił wzrok w drogę. 

–  Kairos  otworzył  przede  mną  drzwiczki  swojego  kabrioletu  –  ciągnęłam.  –  Ty  i 

Barnaba  poszliście  za  nami.  Pamiętasz  Barnabę?  Tego  wysokiego  chłopaka,  który  był  taki 

wściekły? Nieważne zresztą. Tak czy inaczej, dach był opuszczony. 

Tak łatwiej będzie cię zabić, kochanie. 

Anielica zaśmiała się wesoło. 

– A więc Barnaba schrzanił akcję prewencyjną? To dlatego ostatnio nie pracuje? 

background image

Na  wszystkich  serafinów,  cherubinów  i  archaniołów!  Ta  historia  staje  się  coraz 

ciekawsza! 

Josh także zdawał się teraz słuchać. Zachęcona, ciągnęłam: 

–  Samochód  zjechał  na  prawe  pobocze  –  mówiłam,  czując  coraz  większe 

przygnębienie. 

–  Dachował  dwa  razy.  Przy  pierwszym  obrocie  rozbiła  się  przednia  szyba.  Miałam 

zapięty pas, więc nie wypadłam. To uratowało mi życie. – Opuściłam wzrok na pas na mojej 

piersi.  Stare  przyzwyczajenia...  –  Kiedy  się  zatrzymał,  Kairos  stał  przy  moich  drzwiczkach 

jakby  nigdy  nic  –  wyszeptałam.  –  A  potem  jego  miecz  przebił  karoserię  i  przeszedł  przeze 

mnie. Nie było krwi. Nie było żadnych śladów. 

Nagle  poczułam  ciepło  i  współczucie.  Uśmiechnęłam  się  do  kuli  światła,  która 

przysiadła na moim kolanie, a potem podniosłam głowę i odrzuciłam włosy z czoła. 

–  Ty  wyskoczyłeś  z  samochodu  i  zacząłeś  biec  w  moją  stronę.  Dwa  razy  zawołałeś 

mnie  po  imieniu.  –  Przypomniałam  sobie  przerażenie  w  jego  głosie  i  zrobiło  mi  się  słabo.  – 

Tak mi przykro, Josh. To nie była twoja wina. 

– Przestań – powiedział. Zaciskał palce na kierownicy i oddychał bardzo szybko. 

– On ci nie wierzy – zauważyła cierpko anielica. 

–  Miałam  pozwolić  ci  myśleć,  że  to  był  tylko  sen?  –  spytałam.  Wjechał  na  parking 

przed sklepem rowerowym i zatrzymał samochód. 

– Nie jesteś martwa. 

Wzruszyłam ramionami i rozpięłam pas. 

– W kostnicy nie mieli co do tego żadnych wątpliwości. 

Josh wyciągnął rękę i dźgnął mnie palcem w ramię. 

–  Au!  –  krzyknęłam,  odsuwając  się  i  chwytając  ręką  za  ramię.  Uśmiechnął  się  pod 

nosem. 

– Nie jesteś martwa. To już nie jest zabawne. Odpuść sobie. 

Poczułam, jak mój puls przyspiesza gwałtownie. Spróbowałam go uspokoić. 

–  To  amulet.  Amulet  daje  mi  złudzenie  ciała.  A  wspomnienie  o  tym,  jak  to  jest  być 

żywym, załatwia resztę, dodałam ponuro w myślach. 

– Jaki amulet? – spytał, więc wyjęłam kamień zza bluzki, żeby mógł go obejrzeć. 

Szeroko  otworzył  oczy,  a  ja  szybko  odsunęłam  amulet  dalej.  Nie  chciałam,  żeby  go 

dotknął. 

–  Ukradłam  go  Kairosowi,  kiedy  pojawił  się  w  kostnicy,  żeby  zabrać  moją  duszę  – 

powiedziałam,  trzymając  amulet  na  wysokości  piersi.  –  Tak  długo,  jak  go  mam,  jestem 

background image

bezpieczna. Ale, hm, ty nie jesteś bezpieczny. 

– Ooooch – mruknęła anielica. – Madison, jesteś w bardzo kiepskiej sytuacji. 

Naprawdę się cieszę, że  już  jesteś  martwa. Chyba nie  byłabym  w stanie utrzymać cię 

przy życiu. 

Od  razu  zrobiło  mi  się  raźniej.  Spojrzałam  w  niebo,  szukając  czarnych  skrzydeł.  W 

oddali dostrzegłam niewielką ciemną chmurę. Kruki? 

–  Boże,  ty  jesteś  naprawdę  dziwna  –  powiedział  Josh,  wyłączył  silnik  i  pchnął 

drzwiczki, które otworzyły się ze skrzypnięciem. 

– Nie wierzysz mi? – spytałam zdumiona. – Po tym wszystkim, co ci powiedziałam? – 

Ron będzie naprawdę wkurzony, jeśli okaże się, że bez powodu zniszczyłam nowe wspomnienia 

Josha.  Nie  mówiąc  już  o  tym,  jak  będzie  wściekły,  bo  wygadałam  o  amulecie  mojej  anielicy. 

Ale  czego  mógł  się  spodziewać?  Byłam  martwa,  do  cholery.  Wcześniej  czy  później  by  to 

odkryła, bez względu na to, z której była sfery. 

Josh uśmiechał się szeroko, jakby usłyszał doskonały dowcip. 

– Pomogę ci wyciągnąć rower. Dotrzesz stąd sama do domu, stuknięta Madison? Przez 

chwilę  patrzyłam  na  puste  siedzenie  za  kierownicą.  Nienawidziłam  tego  przezwiska. 

Nienawidziłam go z całego serca. Po raz pierwszy wpadłam w tarapaty, kiedy rzuciłam się na 

dziewczynkę, która mnie tak nazwała. Miałam wtedy sześć lat, a przezwisko to przylgnęło do 

mnie na całą podstawówkę. 

Zamknęłam na chwilę oczy, żeby się opanować i wysiadłam z samochodu. 

– Josh! – zawołałam, kiedy do niego podeszłam. – Ja tego nie wymyśliłam. Wiesz, że 

tak było! Byłeś przy tym. 

– To był sen – odparł, otwierając tył furgonetki. 

Sfrustrowana,  oparłam  rękę  na  biodrze.  Nie  chciał  uwierzyć,  że  to  prawda,  bo  wtedy 

musiałby uznać, że to wszystko jego wina, bo powinien był odwieźć mnie do domu. 

–  Sen,  który  ciągle  się  powtarza?  Sen,  o  którym  ja  wszystko  wiem?  –  spytałam, 

odsuwając się trochę, kiedy zaczął wyciągać rower z furgonetki. 

–  Jasne  –  mruknął.  –  Moja  mama  powiedziałaby,  że  mam  związany  z  tobą  uraz 

psychiczny. Poradzę sobie tym. 

–  Prędzej  umrzesz!  –  wykrzyknęłam,  ale  zaraz  zniżyłam  głos,  bo  tuż  obok  nas 

przejeżdżało kilka samochodów. – Żniwiarze nie mogą mnie odnaleźć, ale znajdą ciebie. 

– To ci goście z mieczami, tak? – spytał ze śmieniem. Chwyciłam rower, który przede 

mną postawił. 

– Josh, byłeś tam tej nocy, kiedy miałam wypadek. Kairos cię widział. On mnie szuka i 

background image

będzie chciał wykorzystać ciebie, żeby mnie odnaleźć. Teraz jesteś bezpieczny tylko dlatego, 

że jesteś ze mną. 

Uśmiechnął się i spojrzał w niebo, mrużąc oczy. 

– A więc mam do czynienia z Supermanem w spódnicy? 

–  Przestań  się  nabijać!  –  rzuciłam,  wyobrażając  sobie,  co  będzie  się  działo,  kiedy 

zacznie się szkoła. 

Josh i jego kumple będą pokładać się ze śmiechu Jeśli dożyje tego dnia. 

– To amulet cię chroni, nie ja. – Nie mogłam mu powiedzieć o mojej anielicy. Jeszcze 

nie. Przewróciłby się ze śmiechu. 

Spojrzał na amulet wiszący na mojej szyi i przestał się uśmiechać. 

Czarny cień przemknął nad parkingiem i znowu ogarnął mnie strach. Podniosłam oczy 

i zobaczyłam czarne  skrzydło. Poruszało się w powietrzu, a po drugiej stronie ulicy  było  ich 

więcej. Bardzo niedobrze. Wystarczyło, że oddalił się ode mnie na dziesięć sekund, a od razu 

go wywęszyły. 

– Po prostu zostań ze mną, dopóki nie wróci Barnaba, dobrze? 

– Barnaba? – spytał i zamknął klapę furgonetki. – To ten facet z balu! 

– Tak. 

Skrzydła,  amulet,  nie  mogę  go  zostawić.  W  zamyśleniu  zaczął  pchać  mój  rower  w 

stronę sklepu. 

–  Słuchaj  –  powiedziałam,  bo  wydawało  mi  się,  że  wreszcie  uwierzył.  –  Widzisz  te 

cienie? 

Wskazałam  czarne  kształty,  które  obsiadły  dach  budynku  poczty.  Na  twarzy  Josha 

znowu pojawił się kpiący uśmiech. 

– Kruki, Madison? 

Chwyciłam rower, nie pozwalając, by wciągnął go do sklepu. 

– One tylko wyglądają jak kruki, a fakt, że w ogóle je widzisz, oznacza moim zdaniem, 

że zostałeś wybrany. Susan także widziała je wczoraj na łodzi. To tak zwane czarne skrzydła. 

Żniwiarze używają ich namierzania swoich ofiar. Jeśli się ode mnie oddalisz, zabiją cię. 

A gdzie, do diabła, jest moja anielica? Nagle zdałam sobie sprawę, że gdzieś znikła. 

– Żniwiarze – zachichotał i spróbował pchnąć rower do przodu. Jednym szarpnięciem 

go zatrzymałam. 

– Kairos zna rezonans twojej aury. Może cię odnaleźć. Posłuchaj mnie. 

Nie pozwoliłam mu ruszyć roweru z miejsca, a on nagle odepchnął go od siebie. 

– Naprawdę ci odbiło, Madison. 

background image

– Josh, mówię poważnie! 

Nie odwrócił się nawet, otwierając drzwiczki samochodu. 

–  Myślę,  że  jesteś  poważnie  zaburzona.  Nie  odzywaj  się  już  do  mnie,  dobrze? 

Jęknęłam, zrezygnowana, kiedy włączył muzykę i zaczął się cofać. Był czerwony na twarzy, a 

przy wyjeździe z parkingu się zawahał. Potem wcisnął gaz i z piskiem opon wyjechał na ulicę, 

jakby chciał przede mną uciec. 

–  Idiota  –  krzyknęłam,  a  zaraz  potem  zamarłam,  a  widok  czarnych  skrzydeł,  które 

poderwały się nagle do lotu i skręciły za jego furgonetką, jak lwy które poczuły zapach krwi. 

–  Cholera  –  szepnęłam.  Samochód  stał  na  światłach  przecznicę  dalej.  –  Josh!  – 

wrzasnęłam, ale przy włączonej muzyce nie mógł mnie słyszeć. 

Światła  się  zmieniły  i  Josh  przyspieszył.  Sądząc  ze  sposobu,  w  jaki  prowadził,  był 

mocno  wkurzony.  I  wtedy  nie  wiadomo  skąd  na  ulicy  pojawił  się  znajomy  czarny  kabriolet. 

Odruchowo  zasłoniłam  usta  ręką.  To  był  Kairos.  Na  pewno.  Jechał  prosto  na  furgonetkę. 

Nagle rozległ się potężny huk i szczyt słupa sygnalizacji świetlnej zaiskrzył oślepiająco. 

Powoli,  niemal  majestatycznie,  słup  runął  na  chodnik.  Josh  znajdował  się  dokładnie 

pod nim. 

– Josh! – krzyknęłam, choć nie mógł mnie słyszeć. Zobaczył jednak iskry i zahamował 

z piskiem opon. Wjechał na krawężnik, skręcił w stronę parkingu przed lodziarnią i zatrzymał 

się  gwałtownie,  wzniecając  tumany  kurzu.  Za  nim  czarny  kabriolet  wjechał  w  przewrócony 

słup, który zachrzęścił głośno miażdżonym metalem, plastikiem i szkłem. Niewiele brakowało, 

a dokładnie w tym miejscy znajdowałby się samochód Josha. 

Puściłam rower i rzuciłam się biegiem w stronę świateł. Z kabrioletu wysiadła wysoka 

postać w czarnym eleganckim ubraniu. Ciemne falujące włosy zalśniły w słońcu. Pamiętałam 

jego  śniadą  skórę  i  zapach  morskiej  wody,  który  do  niej  przylgnął.  I  szaroniebieskie  oczy, 

które były trochę nieobecne, a jednak wydawało się, jakby potrafiły mnie przejrzeć na wylot. 

To był Kairos. Przystanęłam przy samochodach, które zatrzymały się na ulicy. Zaczęli z nich 

wychodzić ludzie. 

Trzask drzwiczek furgonetki znowu przywrócił mnie do rzeczywistości. 

– Hej! Nic ci nie jest? – wołał, biegnąc w stronę Kairosa. 

–  Josh  –  szepnęłam.  Bałam  się,  że  jeśli  odezwę  się  głośniej,  strażnik  czasu  mnie 

usłyszy.  Czy  to  Kairos  przewrócił  słup,  by  zabić  chłopaka,  czy  też  przeciwnie,  był  to 

szczęśliwy przypadek, który uratował mu życie? 

Pochyliłam  głowę,  kiedy  czarne  skrzydło  śmignęło  w  górze,  i  nerwowo  wciągnęłam 

powietrze.  Josh  zatrzymał  się  na  środku  drogi  naprzeciw  Kairosa.  Był  blady  i  wyglądał  tak, 

background image

jakby  w  końcu  zobaczył  krążące  górze  czarne  kształty.  Drogę  zagradzali  mi  ludzie,  nie 

mogłam do niego dotrzeć. 

– Nie pozwól mu się dotknąć! – krzyknęłam, ale było już za późno. 

Poczułam,  jak  uginają  się  pode  mną  nogi.  Strażnik  czasu  wyciągnął  smukłą  dłoń  i 

chwycił  Josha  za ramię. Potem przyciągnął go do siebie, a  ja  miałam  wrażenie, Że patrzę na 

własną śmierć, że jeszcze raz ją przeżywam. Nie było miecza, ale nietrudno byłoby go ukryć, 

stali tak blisko siebie. 

I  wtedy  Josh  mu  się  wyrwał.  Odepchnął  go  i  potykając  się,  zaczął  się  cofać.  Schylił 

głowę,  kiedy  przemknął  nad  nim  kolejny  czarny  kształt,  którego  nie  widział  nikt  poza  nami 

trojgiem. Ominęłam czarny kabriolet, podbiegłam do niego chwyciłam go za ramię. 

–  Hej!  –  krzyknął,  wyrywając  się  gwałtownie.  Ale  zaraz  potem  mnie  poznał.  Miał 

przekrzywione  okulary,  w  niebieskich  oczach  zauważyłam  strach.  Bał  się,  bo  w  końcu  mi 

uwierzył. Śmierć stała na skrzyżowaniu – patrzyła na nas. 

Ogarnęło  mnie  przerażenie.  Do  Kairosa  podeszli  jacyś  ludzie,  pytali,  czy  wszystko  w 

porządku.  Ktoś  potrącił  mnie  ramieniem.  Drgnęłam  i  pociągnęłam  Josha  do  tyłu,  ani  na 

moment nie odrywając wzroku od tamtego. Chciał, żebym zginęła, jeszcze zanim ukradłam mu 

amulet. Dlaczego? 

– Chodź – powiedziałam, wciągając chłopaka między ludzi. – Wsiadaj do furgonetki. 

Kiedy sama wskakiwałam do środka, usłyszałam dzwoniący śmiech mojej anielicy. 

– Jeden Josh poczynał sobie śmiało i na msze święte miał czasu za mało. Aż poznał, co 

to jest śmierci kosa, kiedy spotkał Setha-Kairosa. I sam nie wie, jak uszedł z tego cało. 

– Wsiadaj do samochodu! – krzyknęłam, ciągnąc za ramię Josha, który ciągle patrzył w 

osłupieniu  na  ciemnowłosą  postać.  Czarne  skrzydła  nie  mogły  nas  widzieć,  bo  wróciła  moja 

stróżująca  anielica.  To  pewnie  ona  przewróciła  słup  sygnalizacji  świetlnej,  dlatego  Josh 

skręcił, a Kairos  miał wypadek  i zwrócił  na siebie uwagę wszystkich dookoła.  W tej sytuacji 

nie mógł dopaść swojej ofiary. 

–  To  on  –  powiedział  Josh.  Był  blady  i  drżącymi  rękami  poprawiał  przekrzywione 

okulary. – Pytał o ciebie – dodał. 

Pociągnęłam go przez tłum w stronę furgonetki, z której ciągle dochodziła ogłuszająca 

muzyka. 

– Też mi niespodzianka – mruknęłam. Usłyszałam syreny i z wdzięcznością spojrzałam 

na swoją anielicę. Powstrzymała strażnika czasu, i to w taki sposób, że Josh wyszedł tylko na 

przypadkowego  świadka  wypadku.  Jego  samochód  nie  został  nawet  draśnięty,  więc  nie  było 

powodu,  dla  którego  mielibyśmy  tam  zostać  dłużej.  Kairosowi  za  to  trudno  będzie  tak  po 

background image

prostu  zniknąć,  a  my  zyskamy  na  czasie.  Moja  anielica  była  naprawdę  dobra.  Nie,  była 

świetna! 

Parking przed lodziarnią był rozgrzany jak patelnia. Otworzyłam drzwiczki furgonetki. 

Z  odtwarzacza,  włączonego  na  pełny  regulator  rozbrzmiewało  Nie  bój  się  kosiarza. 

Wśliznęłam się do środka i wciągnęłam Josha za sobą. Moja anielica też zaczęła śpiewać, a jej 

wysoki głos sprawiał, że wszystko to wydało mi się jeszcze bardziej groteskowe. 

–  Jedziemy,  dobrze?  –  powiedziałam,  a  on  wziął  głęboki  oddech.  Silnik  ciągle 

pracował, Josh drżącymi rękami wrzucił bieg i ujął kierownicę. Wycofał się Ostrożnie na ulicę 

i dodał gazu. Z każdą sekundą coraz bardziej oddalaliśmy się od niebezpieczeństwa. 

Wyłączył  muzykę,  co  niezbyt  spodobało  się  anielicy.  Co  chwilę  spoglądając  we 

wsteczne lusterko, nerwowo zapinał pas. 

– Nic ci nie jest? – spytałam i pochyliłam się, by spojrzeć na prędkościomierz. Nigdy 

dotąd nie widziałam, by ktoś był aż tak blady. Może to ja powinnam była usiąść za kierownicą. 

Oblizał wargi. 

– To był on. Pytał o ciebie... po imieniu. 

Poczułam ból w piersi. Odetchnęłam głęboko. 

– Przynajmniej cię nie zabił. Hej, możesz trochę Zwolnić? Tu są ludzie! 

– On może za nami jechać. 

Żeby dodać mu otuchy, położyłam dłoń na jego ramieniu, ale podskoczył nerwowo. 

– Nie wyczuje twojej aury, bo jest tu mój amulet. Będziesz bezpieczny, jeśli zostaniesz 

blisko mnie. 

Nad dzwonkiem rozległ się dźwięczny głosik: 

– To ja zapewniam mu bezpieczeństwo, a nie amulet, kotku. 

– Jasne – odparłam. – Ale on w to nie uwierzy. 

Cholera.  Zamknęłam  się  i  skrzywiłam  lekko.  Jose  zwolnił  nieco,  bo  z  drugiej  strony 

nadjechał radiowóz, kierujący się na miejsce wypadku. Zjechał w stronę krawężnika i odwrócił 

się do mnie. 

– Do kogo mówiłaś? Proszę, proszę, tylko nie mów, że do jakiegoś nieboszczyka. 

Zaczynała mnie boleć głowa. Czasami byłam naprawdę głupia. 

–  Eee,  nie...  mówiłam  do  mojego  anioła  stróża  –  powiedziałam  z  wahaniem.  –  A 

właściwie do anielicy. Ona siedzi... hm... na dzwonku przy twoim radiu. 

– Anioł stróż? A właściwie anielica? 

Uśmiechnęłam się do niego słabo. 

– Z departamentu żniwiarzy i cherubinów, sekcja ochrony, numer jeden siedemdziesiąt 

background image

sześć. 

Nie mogłam jej tak nazywać. Musiałam wymyślić dla niej jakieś imię. Może Grace*?(* 

Grace (ang. ) – łaska, gracja)Wydawało się pasować. 

Josh  otworzył  usta,  żeby  zaprotestować,  ale  w  tej  samej  chwili  Grace  poruszyła 

dzwonkiem, który brzęknął głośno. Z pobladłą twarzą, wbił w niego wzrok. 

– Madison? – powiedział słabo. 

– Tak? 

– Ty jesteś martwa? Kiwnęłam głową. 

– Tak. 

Przełknął  ślinę,  oparł  obie  dłonie  na  kierownicy  i  spojrzał  przez  przednią  szybę  w 

dalekie, błękitne niebo. 

– A to nie są kruki? 

Skrzywiłam się, bo znowu dostrzegłam krążące nad horyzontem czarne skrzydła. 

– Nie – odparłam, a jego głowa z głuchym stuknięciem opadła na kierownicę. 

– Ale poza tym wszystko w porządku? – spytał, nie podnosząc głowy. 

– Tak, ponieważ mam amulet – powiedziałam i położyłam na nim dłoń. – Nic ci się nie 

stało, bo Ron zostawił ze mną anioła stróża, a sam próbuje przekonać serafinów, by pozwolili 

mi zatrzymać amulet. – Odwróciłam się, żeby spojrzeć do tyłu. – Kairos zna rezonans twojej 

aury, bo spotkaliście się  na  balu, ale dopóki  jesteś ze  mną,  nie  może cię zobaczyć. Myślę po 

prostu, że powinniśmy już... hm... jechać dalej. 

Bez słowa spojrzał w lusterko i wrzucił bieg. Objeżdżaliśmy miasto bocznymi drogami. 

– Słuchaj – powiedziałam niepewnie. – Może wstąpisz do mnie na kanapki? 

– J….. Jasne. 

Oblizałam  nerwowo wargi. Josh  był wstrząśnięty. Niepokoił  mnie  wyraz  jego twarzy, 

kiedy wjeżdżaliśmy na obwodnicę, żeby dostać się na drugą stronę miasta. Wiem, jak to jest, 

kiedy  muśnie  nas powiew  śmierci, kiedy zdajemy sobie  sprawę, że gdyby  nie przypadek czy 

kaprys losu, już bylibyśmy martwi. 

– Przykro mi, że zostałeś w to wciągnięty – powiedziałam. 

Przypomniał mi się jego głos, kiedy wołał mnie, zbiegając tamtej nocy ze zbocza, żeby 

mnie ratować. 

– Ale to nie był sen. To wszystko naprawdę się wydarzyło. I chcę ci podziękować. 

Dzięki tobie nie umierałam samotnie. 

background image

ROZDZIAŁ 5 

Josh,  wyraźnie  skrępowany,  siedział  przy  prostokątnym  stole  w  naszej  kuchni.  Jego 

długie nogi sterczały po drugiej stronie blatu. Zrobił sobie dwie kanapki szynką, której grube 

plastry  wystawały  spomiędzy  kromek.  Do  tego  sok  z  lodem  i  czipsy  o  smaku  grilowanego 

boczku.  Ja  przygotowałam  dla  siebie  jedną  cienką  kromkę  chleba,  garść  czipsów  i  szklankę 

mrożonej herbaty. Patrzyłam z zazdrością, jak Josh jednym haustem wychyla połowę swojego 

soku.  Ja,  odkąd  zostałam  wyautowana  z  życia,  właściwie  nie  odczuwałam  głodu.  Coraz 

trudniej było mi wymyślać wymówki, kiedy tata pytał, dlaczego nic nie jem. 

Odkąd zbudowano dom, kuchnia nie była odnawiana i białożółty blat i kremowe ściany 

były  już  trochę  podniszczone,  podobnie  jak  brązowe  meble.  Lodówkę  pamiętałam  jeszcze 

sprzed separacji rodziców. A w rogu stał supernowoczesny ekspres do kawy, co oznaczało, że 

mój tata miał swoje priorytety. Na blacie  były też stojak  na serwetki, sól, pieprz  i  zakurzona 

popielniczka – dokładnie w  miejscu, w którym  stałaby  u  mamy. Jakby  ciągle  była obecna w 

życiu taty, choć już od kilku lat mieszkał sam. 

Josh spojrzał na moją kanapkę. 

– Nie zjesz nic więcej? – spytał. Wzruszyłam ramionami. 

–  Sypiam  też  niewiele  –  odparłam,  bawiąc  się  czipsem.  Byłam  ciekawa,  czy  Grace, 

która  ulokowała  się  na  kinkiecie  i  podśpiewywała  pod  nosem  limeryki,  w  ogóle  coś  jadła. 

Barnaba nie jadał nic. 

–  Po  kilku  miesiącach  naprawdę  zaczynasz  mieć  dość  oglądania  po  nocy  telewizji. 

Telewizja,  Internet  bez  ograniczeń,  wpatrywanie  się  w  sufit,  kiedy  szkolenie  z  Barnabą 

dobiegło  końca...  niezbyt  to  wszystko  ciekawe,  zwłaszcza  kiedy  nie  ma  z  kim  się  tym 

podzielić.  Informacje  na  temat  aury,  które  wyszperałam  w  Internecie,  niewiele  pomogły. 

Podobnie  jak  to,  co  znalazłam  o  aniołach.  Barnaba  tak  się  śmiał,  że  omal  nie  spadł  z  dachu, 

kiedy przed jednym z naszych nocnych – i najwyraźniej bezskutecznych – szkoleń wyniosłam 

na  górę  laptop.  Czy  nie  mogę  nauczyć  się  kontaktować  za  pomocą  myśli,  bo  mam  amulet 

Kairosa?  –  zastanawiałam  się,  muskając  kamień  palcami.  Może  to  tak,  jakbym  wsadziła 

wtyczkę amerykańskiej suszarki do włosów do brytyjskiego gniazdka? 

– A więc jesteś martwa – powiedział Josh z pełnymi ustami. 

Od  zimnej  herbaty  rozbolały  mnie  zęby.  Spojrzałam  na  zegarek.  Minęło  już  kilka 

godzin – gdzie oni są? 

– Tak. 

background image

– I ten amulet daje ci ciało? – dopytywał. 

– Raczej złudzenie ciała, tak – odparłam, wiercąc się niespokojnie. – Poza tym dzięki 

niemu czarne skrzydła nie mogą mnie zobaczyć i dobrać się do mojej duszy. 

Dusza bez ciała to łatwy łup. Dlatego właśnie czarne skrzydła szukają ofiar żniwiarzy. 

Nie pojawiają się, gdy ktoś zwyczajnie umiera, tylko wtedy, kiedy ktoś zostaje wybrany. 

Zaczęłam  skubać  swoją  kromkę,  ale  nie  miałam  na  nią  ochoty.  Josh  spojrzał  na 

okruchy na moim talerzyku. 

– Nie zdejmuj tego amuletu, dobrze? Te czarne skrzydła trochę mnie przerażają. 

– Nie ma sprawy. 

Powinnam  była  więcej  ćwiczyć,  pomyślałam.  Z  drugiej  strony  jednak,  skoro  miałam 

kamień  strażnika  czasu  ciemności,  rezonans  mojej  aury  musiał  znacząco  różnić  się  od 

rezonansu  Barnaby  –  pewnie  był  bardziej  podobny  do  rezonansu  Nakity.  Może  mogłabym 

kontaktować się w myślach z Nakitą? 

– A więc... – powiedział z wahaniem Josh, wyrywając mnie z zamyślenia. – Gdzie jest 

to  prawdziwe?  Twoje  prawdziwe  ciało?  –  Zmarszczył  brwi.  –  Nie  zakopałaś  go  chyba  za 

domem, co? 

–  Ma  je  Kairos  –  wyjaśniłam  i  na  samą  myśl  o  tym  poczułam  zimny  strach.  –  W 

każdym razie ukradł je z kostnicy, kiedy... kiedy uciekłam. 

Poruszył stopami i kopnął w nogę mojego krzesła. 

– Kiepska sprawa. Kairos to ten facet w czarnym samochodzie, tak? Jest żniwiarzem? 

Skrzywiłam się lekko. Nie chciałam mu powiedzieć, że Kairos to strażnik czasu. Jakoś 

głupio to brzmiało. 

–  Właściwie  to  jest  szefem  żniwiarzy  ciemności.  –  Uznałam  to  określenie  za  nieco 

lepsze.  –  Barnaba  jest  żniwiarzem  światła.  Stara  się  ocalić  życie  ludziom,  których  atakują 

żniwiarze ciemności. 

Odgryzł kolejny kęs kanapki i otarł kąciki ust. 

– Takim jak ty? 

– Tak, ale w moim przypadku spaprał robotę, bo akurat tego dnia były moje urodziny. – 

Zmieniłam  układ czipsów na  moim talerzyku. –  Prawdę  mówiąc, sądził, że  Kairos przyszedł 

tam po ciebie. 

Szczęki  Josha,  który  przeżuwał  właśnie  kanapkę,  znieruchomiały.  Uniósł  brwi  i 

spojrzał na mnie. 

–  Nie  wiedziałem,  że  miałaś  urodziny.  Nic  dziwnego,  że  się  tak  wkurzyłaś.  Twój 

własny ojciec wystawił cię w twoje urodziny... Kiepska sprawa. 

background image

Uśmiechnęłam  się  krzywo,  a  Josh  odpowiedział  uśmiechem.  Grace  siedząca  na 

kinkiecie zachichotała. 

Spuściłam oczy, a on zabrał się do kanapki. 

–  Właściwie  pamiętam  tego  Barnabę.  Mówiłaś,  że  on  może  mi  zapewnić 

bezpieczeństwo, tak? A gdzie on jest? W tym, eee... W niebie? 

Pokręciłam głową. 

– Jest z Ronem, swoim szefem. 

Atmosfera  stawała  się  coraz  bardziej  napięta.  Zaczęłam  się  zastanawiać,  dlaczego 

siedzę tu, częstuję Josha kanapkami, kiedy wokół nas krąży śmierć. Odgarnęłam włosy z czoła 

i wyjrzałam przez okno na pustą ulicę. 

– Kairos chce odzyskać swój amulet. Ron uważa, że mogę go zatrzymać. 

A jeśli żaden z nich już się nie pojawi? 

– Ale Kairos ma amulet – powiedział Josh. – Widziałem go. 

Uśmiechnęłam się ponuro i kiwnęłam głową. 

– Pewnie nie ma takiej mocy jak ten, który mu zabrałam. Chętnie bym mu go zwróciła, 

naprawdę, ale wolałabym być żywa. Nie powinien był mnie zabić – mruknęłam. 

Zamyślony Josh oparł łokcie na stole. 

– Kairos przyszedł do kostnicy po twoją duszę. I wtedy sprawy się skomplikowały. 

–  Tak  –  odparłam,  tłumiąc  drżenie.  –  Wybrał  mnie,  zabił,  a  potem  po  mnie  wrócił. 

Nigdy tego nie robią. 

Dlaczego ja? Nie jestem nikim wyjątkowym. 

– Więc teraz  jesteś żniwiarką? – spytał  niepewnie. – Tak jak w tych opowieściach, w 

których kiedy oszukasz śmierć, musisz zająć jej miejsce? 

– Coś ty! – wykrzyknęłam. – Tylko żniwiarz może być żniwiarzem. Ja po prostu jestem 

martwa. 

Uspokoił się trochę i ugryzł drugą kanapkę. 

– To wszystko jest bardzo dziwne. Prychnęłam i zjadłam czipsa. 

–  Nawet  nie  wiesz  jak  –  mruknęłam  i  przełożyłam  swoją  kanapkę  na  talerzyk  Josha, 

wyskubałam  z  niej  tylko  okruchy.  Bałam  się,  ale  miło  było  pogadać  o tych  rzeczach  z  kimś 

poza  Barnabą.  Powinnam  była  zrobić  to  wiele  miesięcy  temu.  Nie  żeby  Josh  był  wcześniej 

skłonny mi uwierzyć, czy w ogóle ze mną rozmawiać. 

Ja zresztą spędzałam tyle czasu  w swoim pokoju, pisząc do Wendy mejle o niczym, że 

nawet  nie  próbowałam  nawiązać  nowych  przyjaźni.  Może  powinnam  to  zmienić,  pomyślałam 

ze smutkiem. To znaczy jeśli wyjdę z tego cało. Gdzie, na litość boską, poniosło tego Barnabę? 

background image

Josh zachichotał. Spojrzałam na niego. 

– W pewnym sensie cieszę się, że jesteś martwa. 

– Dlaczego? – spytałam trochę rozbawiona. – Bo możesz zjeść moją kanapkę? 

Uśmiechnął się i oparł łokcie na stole. 

– Bo to znaczy, że nie oszalałem. Uśmiech znikł z mojej twarzy. 

–  Przykro  mi.  Miałeś  niczego  nie  pamiętać.  To  musi  być  okropne  mieć  takie 

wspomnienia, kiedy wydaje się, że to był tylko sen. Jak to właściwie jest? Myślę, że mój tata 

też  dużo  pamięta.  –  Pamięta  mnie  w  kostnicy,  telefon  do  mamy,  którego  w  końcu  nie  było. 

Poczucie winy, poczucie straty... pudła, które trzeba było zapełnić, okleić taśmą i wynieść na 

strych. 

Josh  spuścił  oczy  i  kiwnął  głową.  W  tej  samej  chwili  usłyszałam  podjeżdżający  pod 

dom  samochód.  Wstałam.  To  był  mój  tata.  Zobaczył  furgonetkę,  wycofał  i  stanął  na  ulicy, 

żeby jej nie zablokować. 

– Co mój tata robi w domu? – Spojrzałam na zegar przy kuchence. Było dopiero wpół 

do drugiej. 

Josh zmiótł z talerzyka okruszki chleba i poruszył się niespokojnie na krześle. 

– Myślisz, że usłyszał już, co się stało? Może nie powinienem był tak po prostu stamtąd 

odjechać. 

Tata,  mrużąc  oczy  w  słońcu,  przyjrzał  się  furgonetce.  Był  ubrany  w  spodnie  koloru 

khaki  i koszulę, w której wyglądał  bardzo profesjonalnie, na  nią  jednak  miał  narzucony  swój 

laboratoryjny  fartuch  –  a  to  oznaczyło,  że  mam  kłopoty.  Zapominał  go  zdjąć  tylko  wtedy, 

kiedy  był  zdenerwowany.  Na  szyi  miał  plakietkę  z  nazwiskiem.  Kiedy  dotarł  do  podjazdu, 

wetknął ją do kieszonki na piersi. 

– Nic złego nie zrobiliśmy, odjeżdżając – powiedziałam. Zaczynałam się denerwować. 

– To nie twoja wina, że Kairos wjechał w słup. Ty w nic nie wjechałeś. 

– To moja wina! – zawołała cienkim głosikiem Grace i kinkiet, na którym siedziała, na 

moment rozjarzył się mocniejszym światłem. 

– Byłem świadkiem. – Josh wyjął z kieszeni telefon i wbił w niego wzrok. 

– Ale jak on mógł się o tym dowiedzieć? – mruknęłam, odsuwając się od okna, kiedy 

tata spojrzał w stronę domu. 

Josh postawił swoją szklankę dokładnie na środku talerzyka. 

– To małe  miasto – powiedział,  z  niepokojem  marszcząc czoło. – Chyba powinienem 

zadzwonić do mamy. 

Kiedy drzwi frontowe wreszcie się otworzyły, oboje zesztywnieliśmy. 

background image

– Madison? – Głos taty odbił się echem od ścian domu. – Jesteś tu? 

Spojrzałam nerwowo na swojego gościa. 

– Jesteśmy w kuchni, tato. 

Jego buty zadudniły  na drewnianej podłodze  i po chwili pojawił się w drzwiach. Josh 

wstał, a mój tata uniósł brwi do góry i zmierzył go wzrokiem. 

–  Dzień  dobry  panu  –  powiedział  chłopak,  wyciągając  do  niego  rękę.  –  Jestem  Jose 

Daniels. 

Zaskoczenie znikło z twarzy mojego ojca, który uśmiechnął się przyjaźnie. 

– Och! No tak, syn Marka. Jesteś do niego bardzo podobny. – Tata wypuścił dłoń Josha 

ze  swojej  i  zmarszczył  brwi.  –  To ty  zostawiłeś  Madison  samą  na  balu  maturalnym  –  dodał 

oskarżycielsko. 

–  Tato!  –  zaprotestowałam  zażenowana.  –  Josh  mnie  nie  zostawił.  Ja  go  zostawiłam, 

kiedy  się  zorientowałam,  że  to  ty  wszystko  zaaranżowałeś.  On  zachował  się  jak  prawdziwy 

dżentelmen. Zaprosiłam go dzisiaj na lunch, żeby przeprosić za to, co wtedy zrobiłam. 

Josh  przestępował  nerwowo  z  nogi  na  nogę,  ale  mój  tata odzyskał  już  dobry  humor  i 

znowu się uśmiechał. 

–  A  ja  myślałem,  że  złapałaś  gumę  i  trzeba  było  cię  gdzieś  podwieźć  –  powiedział, 

unosząc brwi. 

Zamrugałam. 

– S-skąd wiesz? – wyjąkałam. 

Tata  położył  mi  dłoń  na  ramieniu  i  uścisnął  je  lekko,  a  potem  podszedł  do 

automatycznej sekretarki. 

– Ktoś ze sklepu rowerowego do mnie zadzwonił. 

Otworzyłam usta. No tak, zapomniałam, że zostawiłam tam rower. 

– Och! No tak. Więc właśnie... 

–  Wrzucili  numer  rejestracyjny  do  swojej  bazy  danych  i  znaleźli  numer  mojego 

telefonu  –  powiedział  tata,  marszcząc  brwi.  –  Dlaczego  nie  odbierałaś?  Od  godziny 

usiłowałem się z tobą skontaktować. Zadzwoniłem nawet do kwiaciarni, żeby sprawdzić, czy 

jednak tam nie poszłaś, mimo że masz dzisiaj wolne. W końcu wyszedłem z pracy. 

Zakłopotana, wzruszyłam ramionami. W całym tym zamieszaniu nie sprawdziłam, czy 

ktoś do mnie dzwonił. 

– Och, przepraszam. Skończyły mi się minuty – skłamałam. – Josh mnie podwiózł. 

Ojciec  cały  czas  patrzył  na  mnie,  marszcząc  brwi,  a  ja  byłam  coraz  bardziej 

zdenerwowana. 

background image

–  Więc  zaprosiłam  go  na  lunch.  –  Cholera,  plotłam,  co  mi  ślina  na  język  przyniosła. 

Zamknęłam się wreszcie. Mlasnął z dezaprobatą. 

–  Możemy  porozmawiać?  –  spytał  oschle,  przechodząc  do  rzadko  używanej  jadalni. 

Westchnęłam. 

– Przepraszam na chwilę. – Niechętnie ruszyłam za ojcem. 

Stanął po drugiej stronie pokoju, w przejściu do salonu. Słońce wpadające przez okna 

oświetlało ścianę, na której wisiało kilka zdjęć zrobionych przeze mnie w ubiegłym miesiącu 

na festiwalu balonów. Byliśmy tam razem i lataliśmy w balonie. Z góry widać było całe Stare 

Miasto leżące w rozwidleniu rzeki. 

Salon,  podobnie  jak  kuchnia,  przypomniał  dom  mamy.  Stały  tam  małe  stoliki  ze 

szklanymi blatami, obite zamszem kanapy i figura w stylu art deco. Albo moi rodzice mieli tak 

podobne upodobania, albo  mój tata ciągle żył przeszłością, otaczając  się przedmiotami, które 

przypominały mu mamę. Brakowało tylko jej zdjęć. 

– Tato... – zaczęłam, ale nie dał mi szansy, żeby cokolwiek wyjaśnić. 

– Przestań – powiedział, podnosząc rękę. – Co uzgodniliśmy w sprawie twoich gości? 

Wzięłam głęboki oddech. 

– Przepraszam. Ale to jest Josh. Sam mnie z nim wtedy umówiłeś, więc myślałam, że 

nie  będzie problemu. Zrobiłam  mu tylko kanapkę. – W moim głosie pobrzmiewała płaczliwa 

nuta, co strasznie mnie wkurzało. 

– Nie chodzi o kanapkę. Chodzi o to, że jesteś tu z nim sama. 

– Taaa-tooo – jęknęłam. – Mam siedemnaście lat. Tata uniósł brwi. 

– Jaka była umowa? – spytał, a ja dałam za wygraną. 

– Ze będę pytała, zanim zaproszę kogoś do domu – wymamrotałam. – Przepraszam. 

Zapomniałam. 

Natychmiast się rozpogodził i uścisnął mnie krótko. Wiedziałam, że nie potrafił długo 

się  na  mnie  gniewać,  zwłaszcza  teraz,  kiedy  mogło  się  wydawać,  że  wreszcie  zaczęłam 

nawiązywać przyjaźnie w nowej szkole. 

– Zdaje się, że zapomniałaś o wielu rzeczach. Na przykład o swoim rowerze. 

Madison, ten rower nie był tani. Nie mogę uwierzyć, że go tam zostawiłaś. 

Zaczął mówić o pieniądzach, co oznaczało, że najgorsze mam już za sobą. 

–  Przepraszam  –  mruknęłam,  usiłując  skierować  go  do  kuchni.  –  Josh  omal  nie  miał 

wypadku i to dlatego. 

Na dźwięk słowa „wypadek” tata natychmiast odwrócił mnie twarzą do siebie. 

– Nic ci się nie stało? – spytał niespokojnie, mierząc mnie wzrokiem. 

background image

– Wszystko w porządku – zapewniłam,  i w końcu  mnie puścił. – Ja  nie  byłam wtedy 

nawet w samochodzie. Przewrócił się słup ze światłami, Josh zdążył skręcić i to wszystko. 

Uznałam, że mogę nie wspominać o Kairosie. 

–  Madison...  –  zaczął  tata.  Ciągle  wydawał  się  zdenerwowany.  Natychmiast 

przypomniało mi się, jak zastałam go samego w moim pokoju. Pakował moje rzeczy do pudeł, 

bo sądził, że nie żyję. 

– Nic mi nie jest, nawet mnie nie drasnęło – powiedziałam, usiłując odegnać od siebie 

to straszne wspomnienie. – W słup uderzył zupełnie inny samochód. 

Ojciec  wpatrywał  się  uważnie  w  moją  twarz,  jakby  chciał  się  przekonać,  czy  mówię 

prawdę. 

– Chciałaś powiedzieć: w znak drogowy – stwierdził, a ja pokręciłam głową. 

–  W  słup  ze  światłami  –  zapewniłam  go.  Z  kuchni  dobiegł  mnie  srebrzysty  chichot 

Grace.  –  Słup  się  przewrócił  i  jakiś  facet  w  niego  wjechał.  Gdyby  nie  ten  słup,  pewnie 

wjechałby w Josha. 

W końcu z oczu taty znikł strach. Wyprostował się i odetchnął z ulgą. 

– Zdaje się, że jego anioł stróż nie próżnował. 

Do pokoju natychmiast wleciała migotliwa świetlista kula. 

– Dobrze gadasz, przystojniaku – odezwała się  Grace. W ostrym słońcu  jej  blask stał 

się prawie niewidoczny. – Właściwie wcale nie muszę się nim zajmować, ale on jest dla mnie 

miły, w przeciwieństwie do Madison. Dał mi dzwonek do siedzenia i w ogóle. Spojrzałam w 

stronę, z której dobiegał jej głosik. Przez okno widać było fragment ogrodu i żywopłot, przez 

który w jakiś sposób zdawał się przenikać wzrok pani Walsh. 

– Josh naprawdę dobrze prowadzi – powiedziałam. – Zapina zawsze pasy i tak dalej. 

Tata zaśmiał się i poklepał mnie po ramieniu. 

– Wiem, że mama dawała ci znacznie więcej wolności... 

– Niezupełnie – przerwałam mu, przypominając sobie jej surowe zasady, wczesną porę, 

o  której  zawsze  musiałam  być  w  domu,  i  bezustanne  wymagania,  żebym  była  tak 

uporządkowana i systematyczna jak ona, choć mnie zależało tylko na tym, by móc być sobą. 

–  Następnym  razem,  jak  będziesz  chciała  zaprosić  kogoś  do  domu,  najpierw  do  mnie 

zadzwoń, dobrze? 

Odwrócił mnie twarzą do drzwi i razem ruszyliśmy z powrotem do kuchni. 

– Dobrze. Przepraszam. 

Przeprosiłam, wyjaśniłam swoje zachowanie bez jęków – no, prawie – i tata to przyjął. 

Chyba coraz lepiej rozumiałam znaczenie słowa „odpowiedzialność”. 

background image

– Zjadłaś coś? – spytał, kiedy wchodziliśmy do kuchni. Kiwnęłam głową. 

Josh  rozmawiał  przez  komórkę,  ale  na  nasz  widok  pożegnał  się  szybko  i  rozłączył. 

Przez chwilę  bałam  się, że  może  naśmiewał  się z kumplami  z „tej popapranej Madison”, ale 

porzuciłam tę myśl, kiedy się do mnie uśmiechnął. Rany, miał naprawdę ładny uśmiech. I co 

więcej, w końcu mi uwierzył. Czułam się tak, jakby ktoś zdjął mi z pleców jakiś wielki ciężar. 

Nie byłam już sama. 

– Dzięki za przywiezienie Madison do domu – powiedział tata, a ja pod razu poczułam 

się lepiej. On też lubił Josha. 

Josh wyczuł chyba, że już wszystko w porządku, bo wyraźnie się rozluźnił. 

– Nie  ma o czym  mówić – odparł, obracając  szklankę w ręce. –  Akurat wracałem do 

domu. 

– Skąd? – spytał tata, wyciągając z lodówki mrożoną herbatę. 

Zawahałam się. Nie wspomniałam tacie, że wybieram się dzisiaj do szkoły. 

–  Ze  szkoły  –  powiedział  Josh.  Poprawił  okulary  i  chyba  był  ciekawy,  jak  wyjaśnię 

tacie swoją obecność w szkole. – Drużyna lekkoatletyczna pobiegnie jutro z okazji festiwalu, 

więc ćwiczyliśmy trochę. Chciałby Mnie pan sponsorować? Dolar za okrążenie. 

–  Jasne.  Wpisz  mnie  na  listę  –  odparł  tata,  grzebiąc  w  zmywarce  w  poszukiwaniu 

szklanki.  Skrzywiłam  się  lekko.  Przypomniało  mi  się,  że  miałam  ją  rano  opróżnić.  –  Nie 

biegasz  chyba  na  długie  dystanse?  –  spytał,  trochę  zaniepokojony,  jakby  widział  już  dolary 

opuszczające jego portfel. 

– Nie, na średnie. 

Tata  uśmiechnął  się,  nalewając  herbatę  do  szklanki.  Czekałam  już  na  chwilę,  kiedy 

wreszcie  sobie  pójdzie.  Było  tyle  spraw,  które  powinnam  załatwić.  Tylu  ludzi,  których 

powinnam uratować. 

– Madison, nie mówiłaś, że masz zamiar wziąć udział w festiwalu. 

–  Uch...  –  zająknęłam  się,  gorączkowo  myśląc,  co  powiedzieć.  –  Pomyślałam,  że 

mogłabym, eee... robić zdjęcia. Ale to głupi pomysł. 

– Nieprawda – wtrącił się Josh. Miałam ochotę mu przyłożyć. – Ludzie uwielbiają takie 

rzeczy. 

Rzuciłam  mu  spojrzenie,  mówiące  „zamknij  się”,  a  potem  uśmiechnęłam  się  do  taty, 

który właśnie zamknął lodówkę i odwrócił się do mnie. 

– Kto zapłaci za zdjęcie, którego nie widział i które dostanie dopiero po dwóch dniach? 

– upierałam się. 

Tata  kiwał  głową,  ale  nie  dlatego,  że  się  ze  mną  zgodził.  Widywałam  już  na  jego 

background image

twarzy  ten  wyraz  zamyślenia.  Teraz oparł  się  o  kuchenny  blat  ze  szklanką  herbaty  w  dłoni  i 

skrzyżował nogi w kostkach. 

–  Jeśli  tylko  taki  masz  problem,  dam  ci  drukarkę,  żebyś  mogła  drukować  zdjęcia  na 

miejscu  –  powiedział,  a  ja  straciłam  całą  nadzieję.  –  Będziesz  wydawała  numerki,  a  ludzie 

odbiorą fotografie przed końcem festiwalu. 

–  Naprawdę?!  –  spytałam  z  wymuszonym  entuzjazmem,  zastanawiając  się,  jak  się  z 

tego wyplątać. Może zadzwonię do kwiaciarni i spytam, czy mogę jutro pracować. 

–  Jasne  –  odparł  tata  i  włożył  okulary  z  powrotem  na  nos.  –  Właściwie  chciałem  ci 

kupić drukarkę na urodziny, ale pomyślałem, że najpierw bardziej przyda ci się lepszy aparat. 

Przypomniałam sobie swój nowy aparat, który leżał na toaletce. Robiłam nim głównie 

zdjęcia  odjechanych  ciuchów,  które  kupował  mi  tata,  a  potem  wysyłałam  jej  mejlem  do 

Wendy. 

Pewnie umarła z wrażenia na widok tenisówek z czaszkami i piszczelami. 

–  Dzięki  –  powiedziałam  i  spojrzałam  na  niego  wymownie.  Naprawdę  chciałam  już 

zostać z Joshem sama i miałam nadzieję, że tata to zrozumie. – Pogadam o tym, z kim trzeba. 

–  No  dobrze.  –  Podniósł  szklankę  w  geście  toastu  i  ruszył  w  stronę  drzwi.  –  Josh, 

możesz zostać na kolację, jeśli masz ochotę. 

–  Dziękuję,  panie  A.  ,  ale  powiedziałem  mamie,  że  będę  w  domu  przed  wpół  do 

siódmej. 

Tata uśmiechnął się pod nosem, słysząc tak nieformalny zwrot, i kiwnął głową. Byłam 

pewna,  że  wcześniej  nikt  się  tak  do  niego  nie  zwracał.  Podczas  tych  kilku  wizyt  w  naszym 

domu Barnaba był zawsze bardzo oficjalny. 

–  Będę  w  gabinecie  –  powiedział.  –  Muszę  jeszcze  dokończyć  kilka  spraw,  ale  mogę 

zrobić to w domu. 

Wyszedł,  a  ja  odetchnęłam  z  ulgą.  Słyszałam,  jak  przechodził  przez  przedpokój,  a 

potem  jak skrzypnęły  drzwi gabinetu. Rzadko pracował w domu,  ale  jego gabinet znajdował 

się naprzeciw kuchni, więc mógł stamtąd mieć nas na oku. 

– Było raz dziewczę z Zairu... 

–  Proszę,  nie...  –  jęknęłam  i  Grace  umilkła.  Może  uda  mi  się  znaleźć  dla  niej  jakiś 

dzwonek. Przewracający się słup sygnalizacyjny wyglądał przerażająco. 

– On mi nie ufa – odezwałam się cicho, siadając naprzeciw Josha. 

Wpół  do  siódmej?  Barnaba  miał  jeszcze  prawie  pięć  godzin,  żeby  wrócić  i 

powstrzymać  ten  horror.  Gdzie  on  się  podziewa?  Nie  mógł  przecież  tyle  czasu  rozmawiać  z 

serafinami. Wystarczyło, by ukląkł i powiedział, co miał do powiedzenia. 

background image

Josh prychnął i zjadł kolejnego czipsa. 

– Nie ufa mnie, to oczywiste. 

Uśmiechnęłam się lekko i oparłam łokcie na stole. Tata, w gabinecie, rozmawiał przez 

telefon.  Czarne  skrzydła  nie  kończyły  pracy  o  osiemnastej –  jeśli  do tego  czasu  Barnaba  nie 

wróci, zrobi się naprawdę nieprzyjemnie. Dawno nie oberwało mi się za zbyt późny powrót do 

domu,  ale  Josh  może  zginąć,  jeśli  nie  zostanę  z  nim  przez  całą  noc.  Grace  przecież  się  nie 

rozdwoi. 

– Przypuszczam, że nie  masz żadnego pomysłu  na to, jak utrzymać  Kairosa z dala od 

nas po szóstej trzydzieści? – spytał. Spojrzałam na niego przepraszająco. 

–  Cokolwiek  zrobię,  na  pewno  mi  się  za  to  oberwie.  –  Rzuciłam  okiem  na  Grace. 

Wiedziałam, że poleci po Rona tylko wtedy, gdy ja znajdę się w niebezpieczeństwie, z którym 

sama nie zdoła sobie poradzić, a wtedy pewnie będzie ze mną koniec. Niedobrze. 

– Jeden z nich powinien niedługo wrócić. Może coś się stało. 

Grace, przycupnięta na kinkiecie, zaszczebiotała: 

– Nic się nie stało. Tyle że jeśli nie wolno ci przejść przez bramy niebios, zwrócenie na 

siebie uwagi jakiegoś serafina zajmuje trochę czasu. 

– Czuję się taka bezradna! – powiedziałam, opadając na krzesło. 

–  Bezradna?  Chcesz  pogadać  o  bezradności?  –  burknęła  Grace  i  sfrunęła  na  stół.  Jej 

głos przybrał na sile. – Ja nawet nie wiem, dlaczego tu jestem. Barnaba chroniłby cię lepiej niż 

ja.  Dlaczego  Ron  zabrał  go  ze  sobą,  zamiast  poprosić  o  pomoc  w  rozmowach  innego 

żniwiarza, jest dla mnie niepojęte. 

– Świetnie sobie radzisz – powiedziałam  i  spojrzałam  na Josha, przewracając oczami. 

On  słyszał  tylko  połowę  tej  rozmowy.  –  Naprawdę  mnie  przeraziłaś,  kiedy  przewróciłaś  ten 

słup na Kairosa. Takie rzeczy to chyba tylko w drugiej sferze. 

Josh uśmiechnął się i skończył kanapkę. 

– Mnie też to przeraziło. Dziękuję za uratowanie życia. 

Grace rozjaśniła się nieco. 

– Sprytne to było, co? 

Kiwnęłam  głową,  wstałam,  zebrałam  puste  talerze  i  włożyłam  je  do  zlewu.  Dlaczego 

Ron zabrał ze sobą Barnabę? Zupełnie jakby nie chciał, żeby został ze mną. 

Usłyszałam  stukanie kostek  lodu – to Josh upił  łyk  ze  swojej  szklanki. Poczerwieniał 

lekko i otarł podbródek. 

–  Nie  chcę  znowu  siedzieć  w  domu  za  karę  –  powiedział.  –  Na  pewno  jest  coś,  co 

możemy zrobić do wpół do siódmej. 

background image

– Na przykład wymyślić plan, jak pozbyć się Kairosa? – spytałam, opłukując talerze. – 

Jasne, chętnie się spotkam z królem żniwiarzy ciemności – mruknęłam, ale zaraz zastanowiłam 

się  nad  swoimi  słowami.  –  Prawdę  mówiąc,  to  nie  jest  taki  zły  pomysł  –  przyznałam  i 

wytarłam  ręce  w  ściereczkę.  –  Gdyby  udało  mi  się  skraść  jego  nowy  amulet,  Kairos  nie 

mógłby się włączać w strumień czasu, dopóki nie zrobiłby sobie kolejnego. Musiałby odejść. 

Nie miałby też wtedy miecza. 

Kiedy się odwróciłam, Josh patrzył na mnie, zdumiony. 

– A on nie może po prostu pożyczyć amuletu od jednego ze swoich żniwiarzy? 

Uśmiechnęłam się, bo zdałam sobie sprawę, że powiedziałam „strumień czasu”, a Josh 

przecież ciągle tu siedział i mnie słuchał. 

–  Nie.  Kairos  może  wprawdzie  dotykać  amuletów  żniwiarzy  –  powiedziałam,  bo 

pamiętałam, jak Ron trzymał w rękach kamień Barnaby – ale nie może ich używać. 

Dotyczy  to  też  Rona.  –  Umilkłam,  kładąc  dłoń  na  swoim  amulecie.  Przypomniałam 

sobie,  że  kamień  Nakity  był  tego  samego  koloru  co  klejnot  w  rękojeści  jej  miecza.  –  Tak 

naprawdę  nie  sądzę,  żebym  mogła  się  do  niego  zbliżyć.  Mnie  porwie,  a  jeśli  ty  spróbujesz 

odebrać  mu  kamień,  prawdopodobnie  cię  zabije.  Musi  być  jakiś  inny  sposób.  Zaczęłam  już 

przebierać nogami ze zniecierpliwienia, ale Josh spokojnie odsunął szklankę i zjadł kolejnego 

czipsa. Bał się, widziałam to, i czuł  się winny z tego powodu, ale w końcu rozmawialiśmy o 

śmierci. I to nie był tylko jego problem. Był także mój. 

– Nie możesz używać amuletów żniwiarzy, ale Kairosa tak? – spytał z pełnymi ustami. 

– Dlaczego on jest taki wyjątkowy? 

–  Och,  bo  amulet  Kairosa  nie  jest  właściwie  amuletem  żniwiarza  –  odparłam  z 

wahaniem  –  Lecz  strażnika  czasu  –  dokończyłam,  ośmielona  faktem,  że  tak  łatwo  łyknął 

„strumień  czasu”.  –  A  strażnicy  czasu  to  ludzie.  Myślę,  że  są  pośrednikami  czy  kimś  w  tym 

rodzaju. 

–  Strażnik  czasu  –  powtórzył  cicho,  wyraźnie  zadowolony,  i  wrócił  do  czipsów.  – 

Miałaś szczęście, że nie ukradłaś przez pomyłkę amuletu żniwiarza. 

– O tak – mruknęłam. Ogarniał mnie coraz większy niepokój. 

Fakt,  że  Kairos  wrócił  po  moją  duszę,  był  już  wystarczająco  upiorny,  ale  dlaczego 

nadal na mnie polował? 

W jaki  sposób  moja śmierć mogła zapewnić mu  „awans”, jak to określił, zanim mnie 

zabił?  Czy  moim  przeznaczeniem  było  zrobić  coś  tak  strasznego,  że  zagrażałoby  to  nawet 

aniołom? 

– Może bycie człowiekiem nie wystarczy, by móc używać amuletu, i to dlatego nic nie 

background image

jestem w stanie z nim zrobić – powiedziałam ponuro, podrzucając go na dłoni. Josh podniósł 

na mnie wzrok. 

– No dobrze, a co powinnaś móc z nim robić? 

Zdmuchnęłam z oczu  fioletowy kosmyk włosów i zaczęłam się zastanawiać. Jeśli  był 

to amulet strażnika czasu, powinnam móc robić to co Ron – przynajmniej w teorii. 

–  Poza  kontaktowaniem  się  w  myślach  ze  żniwiarzami?  Hm,  myślę,  że  potrafiłabym 

zatrzymywać  na  krótko  czas  –  powiedziałam,  bo  przypomniałam  sobie  nagłe  ruchy  cieni, 

kiedy Ron znikał. – Albo stać się przejrzystą, jak duch. Widziałam, jak on to robił. 

No  i  zmieniać  wspomnienia.  Ron  dwa  razy  zmienił  też  rezonans  mojego  amuletu. 

Barnaba  potrafi  zredukować  wpływ  amuletu  tak,  żeby  nie  przeszkadzał  czarnym  skrzydłom 

wyczuwać  ofiary,  używa  też  klejnotu  do  szukania  potencjalnych  ofiar  żniwiarzy  ciemności. 

Zakładam więc, że strażnik czasu potrafi robić to samo. Kiedyś wspomniał coś o zostawianiu 

fałszywych  śladów  czarnym  skrzydłom,  żeby  oszukać  żniwiarzy  ciemności.  Żniwiarze 

wykorzystują czarne skrzydła w tym samym celu. 

Spuściłam głowę i wbiłam wzrok w blat stołu. 

– Barnaba mówi, że może nie potrafię kontaktować się z nim myślami, bo mój amulet 

należał do strażnika czasu ciemności, a on jest żniwiarzem światła. To jakby dwa przeciwległe 

bieguny. A nie próbowałam niczego poza kontaktowaniem się za pomocą myśli. 

Josh odchylił się na oparcie krzesła i założył ręce na piersi. 

–  No,  to  sama  widzisz.  Powinnaś  spróbować  czegoś  innego.  Czegoś,  co  nie  ma  nic 

wspólnego ze żniwiarzami. Gdyby udało ci się stać przejrzystą jak duch, mogłabyś po prostu 

podejść do tego Kairosa i, buch, jego nowy amulet należałby do ciebie. 

Spojrzałam na niego, zastanawiając się nad tym pomysłem. Kradzież nowego amuletu 

rzeczywiście mogła być tak łatwa. Uśmiechnęłam się i poczułam, że znowu wstępuje we mnie 

nadzieja. Znowu miałam powód, by spróbować czegoś nowego. 

– Pomożesz mi? 

–  Nie  podoba  mi  się  to  –  mruknęła  Grace  z  wyżyn  swojego  kinkietu.  Paradoksalnie, 

tylko dodało mi to otuchy. 

–  Oczywiście!  –  odparł  Josh  entuzjastycznie.  Najwyraźniej  nie  miał  ochoty  sypiać  w 

szafie, kryjąc się przed żniwiarzami ciemności. Kto mógłby mieć mu to za złe? 

Wstałam i z uśmiechem odsunęłam od stołu krzesło, które zaskrzypiało. 

– Więc chodź. Zabierajmy się stąd. 

– Dlaczego? 

Skinęłam głową w stronę drzwi kuchni. 

background image

– Nie będę ćwiczyła, kiedy tata jest w domu. 

Wiedziałam,  że  tata  nie  powoli  mi  zaprosić  gościa  do  swojego  pokoju,  byłam  jednak 

pewna,  że  znajdziemy  jakieś  miejsce  na  zewnątrz,  w  którym  nikt  nie  zwróci  na  nas  uwagi. 

Może  biblioteka?  Wymknęłam  się  tam  kilka  razy  nocą,  kiedy  odkryłam,  że  bibliotekarka 

chowa klucz za cegłą. Zaczynałam lubić to małe miasteczko. 

– Ale... – zaczął powoli, trochę przestraszony. 

–  Nic  ci  nie  będzie  –  jęknęłam  i  pociągnęłam  go  za  rękę.  –  Anioł  stróż  pójdzie 

wszędzie tam, gdzie ja. Jesteś więc kryty. Mamy czas do wpół do siódmej. Chcesz wierzyć, że 

Barnaba pojawi się do tej godziny? 

Kiwnął głową i zaniósł swoją szklankę do zlewu. 

– Dobra. 

Podekscytowana, podeszłam do drzwi: 

– Tato?! – zawołałam głośno. – Idziemy do miasta kupić kartę pamięci do aparatu. 

Dobrze? 

– Weź telefon! – odkrzyknął tata. – Wykup sobie  minuty. I bądź w domu nie później 

niż o szóstej. 

–  Zrozumiano!  –  Sprawdziłam,  czy  mam  telefon  w  tylnej  kieszeni  szortów,  i 

odwróciłam się do Josha, naprawdę zadowolona, że ma samochód. – Gotowy? 

Spojrzał na mnie niepewnie. 

– Ale dokąd? Nie możemy pójść do mnie. Moja mama pracuje w domu. 

Gdzieś ponad moją głową rozległ się srebrzysty śmiech. 

– Pewna dziewczyna kłamać lubiła, a najbardziej, kiedy już nie żyła... 

–  Do  biblioteki  –  powiedziałam.  –  Ale  może  najpierw  zajrzymy  do  centrum 

handlowego?  Naprawdę  muszę  kupić  nową  kartę  pamięci,  skoro  mam  się  jutro  bawić  w 

fotografa. Dzięki tobie – dodałam oschle. 

Uśmiechnął się szeroko. 

– Jeśli dożyję jutra, może podrzucę cię do szkoły? 

–  Załatwione  –  odparłam  z  uśmiechem.  Chciał  po  mnie  przyjechać  chyba  nie  tylko 

dlatego, że bał się czarnych skrzydeł. Wydaje mi się, że mnie polubił. 

Pomachałam  do  taty,  który  podjechał  na  swoim  krześle  w  stronę  drzwi,  żeby  nas 

pożegnać. Uśmiechnął się do mnie. Naprawdę czułam się świetnie. Nie chodziło tylko o to, że 

Josh  mnie  lubił.  Od  miesięcy  usiłowałam  nauczyć  się  korzystać  z  tego  amuletu,  ale 

przypominało to walenie głową w mur. Czułam się przez to coraz głupsza, a Barnaba wydawał 

się coraz bardziej zniechęcony. Jeśli teraz uda mi się rozwiązać mój problem, nie będę już tak 

background image

uzależniona od Barnaby i Rona. Dam sobie radę sama. 

No, pomyślałam, kiedy Josh zatrzasnął za nami drzwi domu i zaczął szukać w kieszeni 

kluczyków, może nie tak całkiem sama. 

background image

ROZDZIAŁ 6 

W The  Lowest Common Denominator, w skrócie Low D, byłam wcześniej tylko raz. 

Tata zabrał  mnie tam  na pizzę.  Knajpka  była pełna  studentów college'u, którzy uczyli się do 

egzaminów końcowych albo świętowali ich zaliczenie. Tata chciał mi pomóc poznać nowych 

ludzi,  ale  pizza  z  tatusiem,  kiedy  wszyscy  inni  siedzieli  z  kolegami,  nie  pomagała 

wizerunkowi,  jaki  usiłowałam  stworzyć.  Może  gdybym  tamtego  wieczoru  umiała  stać  się 

niewidzialna, zdołałabym nawiązać jakieś znajomości. 

Uśmiechnęłam  się  do  siebie  na  tę  myśl  i  wzięłam  z  talerza  frytkę.  Josh  znowu  był 

głodny – znowu, a może nadal – postanowiliśmy więc wstąpić tu na jakąś przekąskę. Knajpka 

była  prawie  pusta,  nadawała  się  więc  także  do  innych  celów.  Usiedliśmy  tu  prawie  godzinę 

temu  i  zaczynałam  się  już  niepokoić.  Może  jednak  nie  chodziło  o  amulet?  Może  naprawdę 

chodziło  o  mnie?  Kiedy  Josh  wyszedł  na  moment  do toalety,  I  dostrzegłam  przelatujące  nad 

parkingiem czarne skrzydło i wpadłam w panikę. Spróbowałam nawet znowu skontaktować się 

w myślach z Barnabą, ale tylko zdenerwowałam Grace. 

Odwiedziliśmy wcześniej centrum handlowe – nowa karta była w małej torebeczce tuż 

obok  mojego  nietkniętego  napoju  i  frytek.  To  już  druga  porcja  Josha,  który  jadł  w  równym 

tempie, maczając frytki w pikantnym sosie, i czekał na jakieś oznaki mojego „duchowacenia”, 

jak to określał. 

Popołudniowe  słońce  wpadało  do  wnętrza  przez  duże,  wychodzące  na  supermarket 

okna. 

Kiedyś w Low D serwowano głównie hamburgery, ale teraz, zgodnie z duchem czasu, 

można  było  się  tu  też  napić  kawy  latte  i  podłączyć  za  darmo  do  Internetu.  Na  środku  stało 

kilka  niskich  stolików  do  kawy  i  wyściełanych  miękko  foteli,  a  pod  ścianami  ustawiono 

restauracyjne  boksy.  Kilka  osób  pochylonych  nad  laptopami  surfowało  w  Internecie,  jedząc 

zakupione po wygórowanych cenach kanapki i czipsy. 

W  ciemnej,  pustej  wnęce  niedaleko  naszego  stolika  osamotnione  automaty  do  gry 

odzywały  się do siebie od czasu do czasu, a z przylegającej do restauracji  areny  skatingowej 

dobiegał  stukot  rolek  i  deskorolek.  Miłośnicy  mocnych  wrażeń  sprawdzali  wytrzymałość 

swoich systemów  nerwowych  i  sprzętu na pochylniach, sztucznych pagórkach  i poręczach  w 

tak zwanym gnieździe żmij. Warkot małych kółeczek na drewnianych klepkach przenikał mnie 

jak rytm uderzeń serca. Grace odpoczywała w dzwonku nad areną, który miał dzwonić, kiedy 

ktoś  skoczy  na  swojej  desce  dość  Wysoko,  by  go  potrącić.  Jedna  ze  ścian  była  zrobiona  z 

background image

grubego  półprzezroczystego  pleksiglasu,  przez  który  widać  było  poruszające  się  po  drugiej 

stronie postaci na deskorolkach. 

Odwróciłam się od półprzejrzystej ściany i spojrzałam na Josha. Czułam mrowienie w 

końcach  palców,  ale  może  tylko  dlatego,  że  zbyt  mocno  zaciskałam  je  na  amulecie.  Może 

jednak przesadziłam z optymizmem, sądząc, że uda mi się nauczyć czegoś użytecznego w tak 

krótkim czasie, ale miałam już naprawdę dość polegania wyłącznie na innych. Chciałam sama 

troszczyć się o swoje bezpieczeństwo, a Josh chciał mi w tym pomóc. 

– Widzisz mnie teraz? – spytałam z nadzieją. Spojrzał mi prosto w oczy. 

A więc znowu nic z tego. 

– Myślę, że za bardzo się starasz – powiedział. Powoli wypuściłam amulet z dłoni. 

– Zostało nam już niewiele czasu. A do tego amuletu nie dołączono instrukcji obsługi. 

Przygnębiona, musnęłam palcami kubek z woskowanego papieru, żeby zetrzeć z niego 

wilgoć. Barnaba nie był zbyt pomocny, kiedy spytałam go, jak to zrobić, po pewnej wyjątkowo 

frustrującej  nocnej  sesji.  Powiedział  tylko,  że  on  ..  przywołuje  ryzykowne  myśli”  i  że  ja 

powinnam  raczej  się  nauczyć  przywoływać  go  myślami,  bo  to  bardziej  mi  się  przyda,  kiedy 

znajdę  się  w  niebezpieczeństwie.  Ryzykowne  myśli  –  tak,  a  jeśli  przywołam  radosne  myśli, 

dostanę skrzydeł i odlecę. 

–  Próbujesz  zaledwie  od  godziny.  Nie  wymagaj  od  siebie  zbyt  wiele.  Mamy  jeszcze 

trochę czasu – powiedział Josh, ale w jego oczach dostrzegłam niepokój. 

Czas, pomyślałam i zgniotłam w palcach tekturową osłonkę na kubek. Może powinnam 

spróbować  nauczyć  się,  jak  spowalniać  czas,  ale  to  wydawało  mi  się  jeszcze  trudniejsze  niż 

czytanie w myślach. 

–  Nie  przejmuj  się  –  pocieszał  mnie,  ale  był  coraz  bardziej  nerwowy.  Spotkanie  ze 

śmiercią  nie  jest  czymś,  z  czego  łatwo  się  otrząsnąć.  Znowu  przypomniał  mi  się  Kairos, 

stojący  w  świetle  księżyca  z  obnażonym  mieczem,  gdy  ja  tkwiłam,  bezbronna,  w  rozbitym 

kabriolecie.  Moja  dłoń  powędrowała  z  powrotem  do  amuletu.  Może  należał  wcześniej  do 

strażnika czasu ciemności, ale dzięki niemu byłam tu i w pewnym sensie nadal żyłam. Chwila, 

w  której  ocknęłam  się  w  kostnicy,  na  zimnym  stole,  była  najbardziej  przerażającym 

momentem  w  całym  moim  życiu.  Co  gorsza,  wiedziałam,  że  sama  jestem  sobie  winna,  bo 

dobrowolnie wsiadłam do tego samochodu, tak oczarował mnie jego właściciel. Teraz Kairos 

nie wydawał mi się już tak atrakcyjny. Nie mogłam uwierzyć, że się z nim całowałam. 

Zacisnęłam  palce  na  amulecie.  Teraz,  kiedy  miałam  go  już  od  kilku  miesięcy,  jego 

znajomy  kształt  i  ciężar  dawały  mi  poczucie  bezpieczeństwa.  Bez  niego  byłabym  nie  tylko 

niewidzialna, ale też zupełnie bezcielesna. Jak duch. Jak przynęta na czarne skrzydła. Może w 

background image

tym rzecz. Może nie chodzi o ryzykowne myśli, ale raczej o znalezienie sposobu na odcięcie 

się od wpływu amuletu. 

Wbiłam wzrok w stolik i skupiłam się na wspomnieniu tej strasznej chwili w kostnicy. 

Czułam  wtedy  uderzenia  serca  i  ruch  powietrza  odruchowo  wciąganego  w  płuca,  ale  moje 

ciało  leżące w czarnej plastikowej torbie w ogóle nie reagowało na  zimno granitowego blatu 

ani gładkość plastikowej torby. Zupełnie jakbym została od niego oddzielona, jakby łączność 

między  nami  została  zerwana.  Moje  ciało  już  do  mnie  nie  należało.  I  wtedy,  przerażona, 

rzuciłam się do ucieczki. 

Miałam wrażenie, że wypełnia mnie powietrze; że stałam się tak lekka i bezcielesna jak 

ono.  Kolana  ugięły  się  pode  mną,  dotyk  przedmiotów  ranił  mnie,  jakby  stykały  się  z  żywą 

tkanką.  Dopiero  kiedy  przyszedł  po  mnie  Barnaba,  znowu  poczułam  się  w  miarę  normalnie. 

Dopiero wtedy też byłam w stanie zrozumieć, co utraciłam. Kiedy zostałam pozbawiona ciała, 

wszechświat przestał mnie rozpoznawać. Było tak do czasu, kiedy zbliżyłam się wystarczająco 

do amuletu Barnaby i jego moc pozwoliła mi znowu odnaleźć swoje miejsce w świecie. 

Może  kiedy  oddzieliłam  się  od  ciała,  utraciłam  to,  co  zakotwiczało  mnie  w  świecie. 

Może  amulety  są  jak  sztuczne  punkty  orientacyjne  w  czasie  i  przestrzeni,  które  pozwalają 

związać umysł i duszę z teraźniejszością. Gdyby jednak udało mi się zerwać tę więź... 

Poruszyłam się niespokojnie na krześle. Wydawało mi się, że jestem na dobrym tropie. 

Z zamkniętymi oczami zapadłam się w swoje myśli, próbując wyobrazić sobie siebie spojoną z 

teraźniejszością  więzami  przeszłości.  Słyszałam  wszystkie  dźwięki  wokół  mnie:  siorbanie 

Josha, dzwonek czyjegoś telefonu – i po wielu miesiącach nauki koncentracji wreszcie nastąpił 

przełom. 

Podekscytowana,  ujrzałam  nagle  linię,  którą  tworzyło  moje  życie.  Patrzyłam  w 

napięciu,  jak  staje  się  ono  rzeczywiste;  podziwiałam  sposób,  w  jaki  przeplatało  się  z  życiem 

innych  ludzi;  dostrzegłam  brzydką  narośl  w  miejscu,  w  którym  umarłam,  jakby  czas  i 

przestrzeń musiały się zabliźnić po tym, jak wycięto z nich moje istnienie. Miałam wrażenie, 

że pamięć innych nadaje kształt pustce, która po mnie została. Stałam się duchem, który wrócił 

nagle  do  świata  za  sprawą  skradzionego  amuletu.  Teraz  czas  nie  potrzebował  już  ciała,  by 

odnaleźć moją duszę i poprowadzić ją dalej; teraz wykorzystywał w tym celu amulet odebrany 

przeze  mnie  Kairosowi.  Jednak  kolor,  czy  też  może  dźwięk,  był  już  inny.  Do  chwili  mojej 

śmierci  był  to  ciemny  błękit,  który  potem  w  mgnieniu  oka  zmienił  się  w  fiolet  tak  głęboki  i 

wibrujący, że niemal wpadający w czerń. Taki sam kolor miała Nakita. 

To  moja  aura,  uświadomiłam  sobie  nagle.  Miałam  ochotę  rzucić  to  wszystko  i 

spróbować  połączyć  się  w  myślach  z  Barnabą,  powstrzymałam  się  jednak.  Zadrżałam,  kiedy 

background image

zdałam sobie sprawę, że moja dusza rzuca w przyszłość błyskawice myśli – a więc myśl musi 

poruszać się szybciej niż czas. Wyraźnie widziałam fioletowe linie wystrzeliwujące ze mnie w 

przyszłość,  łączącą  mnie  z  resztą  wszechświata.  Tym,  co  sprawiało,  że  wszystko  to  zaczęło 

działać,  co  od  chwili  kiedy  umarłam,  nadawało  barwę  moim  myślom,  był  amulet.  To  dzięki 

niemu czas mógł o coś zahaczyć i wciągnąć mnie w swój bieg. 

Więc  może  gdybym  zdołała  zerwać  kilka  z  tych  linii  łączących  amulet  z 

teraźniejszością,  stałabym  się  niewidzialna,  jak  wtedy  kiedy  uciekłam  Barnabie  z  kostnicy. 

Jakbym nie miała przy sobie amuletu, a przecież cały czas wisiał na mojej szyi. 

Zadrżałam z podniecenia i wróciłam na moment do rzeczywistości – po to tylko, by się 

przekonać,  że  ciągle  siedzę  przy  stoliku  obok  Josha  i  nic  szczególnego  się  nie  dzieje. 

Poczułam,  że  musi  mi  się  udać.  Mieliśmy  coraz  mniej  czasu.  Nie  chciałam  zniszczyć 

wszystkich  więzi  –  tylko  kilka  –  i  żadnej,  która  wybiegała  w  przyszłość.  Tylko  te  wiążące 

mnie z teraźniejszością. 

Wzięłam głęboki oddech, którego wcale nie potrzebowałam, i wypuszczając powietrze, 

szarpnęłam  jedną  z  nici  łączących  mnie  z  teraźniejszością.  Pękła  jak  pajęczyna,  z  cichym 

szumem. Ośmielona sukcesem zamachnęłam się w wyobraźni dłonią i przesunęłam nią między 

sobą a teraźniejszością. Hałas dolatujący z areny skatingowej odbił się echem w moim umyśle. 

Niemal mogłam zobaczyć, jak dźwięki przepływają przeze mnie i odbijają się od przeciwległej 

ściany. 

–  Madison?  –  wyszeptał  Josh.  Otworzyłam  oczy.  Patrzyłam  na  stolik,  czując 

narastające  mrowienie w palcach. – To działa – powiedział wyraźnie wstrząśnięty. Nabrałam 

powietrza  w  płuca,  jakbym  właśnie  wyłoniła  się  z  głębokiej  wody.  Podniosłam  głowę  i 

spojrzałam  na  niego.  Stukot  deskorolek  znowu  stał  się  realny,  wyobrażone  dźwięki  znikły. 

Serce waliło mi jak młotem i kręciło mi się w głowie, jakbym była żywa. Josh wpatrywał się 

we mnie szeroko otwartymi niebieskimi oczami. 

– To działa! – powtórzył, nachylając się do mnie nad swoimi frytkami. – Teraz jest jak 

zawsze, ale  jeszcze przed chwilą widziałem oparcie krzesła za tobą! – Rozejrzał się dookoła, 

chcąc  sprawdzić,  czy  nie  zauważył  tego  ktoś  jeszcze.  –  To  najbardziej  zdumiewająca  rzecz, 

jaką  kiedykolwiek  widziałem.  Zrób  to  jeszcze  raz  –  zażądał.  Poczułam  wielką  ulgę. 

Poruszyłam się na twardej poduszce. 

– Dobra, więc patrz. 

Podekscytowana,  położyłam  dłonie  płasko  na  stole  i  się  skoncentrowałam.  Wzrok 

utkwiłam  w  oknie,  za  którym  widać  było  błękit  nieba.  W  miarę  jak  zapadałam  się  w  swoje 

myśli,  wszystko,  na  co  patrzyłam,  traciło  ostrość,  jakby  spowijała  to  gęsta  mgła.  Czułam 

background image

obecność  amuletu  w  swojej  niedawnej  przeszłości.  Zdawał  się  tworzyć  sieć,  wiążącą  każdą 

chwilę z kolejną. Teraz wszystko było łatwiejsze. Wyobraziłam sobie, że dotykam palcem tej 

fioletowej sieci, a potem zrywam ją jednym szarpnięciem. W ułamku sekundy dźwięki wokół 

mnie stały się dalekie i głuche, a mnie ogarnęły lekkie mdłości. Stawałam się bezcielesna. 

Bicie mojego serca – choć i tak było tylko wspomnieniem ucichło zupełnie. 

–  Ja  cię  kręcę!  Madison!  –  wykrzyknął,  zniżając  głos.  –  Zniknęłaś!  –  Zawahał  się.  – 

Jesteś tu? Nie mogę w to uwierzyć! 

Skupiłam się, zrywając kolejne nici. Starałam się jednak zostawić ich dość, bym mogła 

z ich pomocą posuwać się naprzód. 

– Jestem tu – odparłam. Czułam, jak poruszają się moje wargi, ale głos dobiegał jakby 

z bardzo daleka. Wszystko to stawało się dla mnie coraz łatwiejsze. Spojrzałam na Josha. Jego 

wzrok błądził dookoła, chwilami zatrzymując się na oparciu mojego krzesła. 

– Doskonale – powiedział, odsuwając się lekko. – Ledwo cię słyszę, a twój głos brzmi 

dość niesamowicie. Jakbyś szeptała przez telefon czy coś w tym rodzaju. 

Cichy szum w pobliżu mojego ucha oznaczał, że Grace opuściła dzwonek. Odwróciłam 

się w stronę jasnego, wibrującego światła i opadła mi szczęka. 

– Widzę cię... – szepnęłam. – Boże, jesteś taka piękna. 

Była nieduża, mogła mieć najwyżej kilka centymetrów wzrostu, ale otaczający ją blask 

nadawał  jej rozmiar piłki  do softballu. Miała ciemną cerę  i  delikatne, wyraziste rysy twarzy. 

Migotliwe  światło  jarzące  się  wokół  niej  zacierało  kontury  jej  sylwetki,  zwłaszcza  kiedy  się 

poruszała.  Nie  wiem,  czy  był  to  rodzaj  mgły,  czy  tkanina,  w  którą  była  ubrana.  To  trzepot 

skrzydeł tworzył wokół jej postaci migotliwą poświatę. 

Na dźwięk mojego głosu natychmiast znieruchomiała i zamrugała szybko jarzącymi się 

jak małe słońca oczami. 

– Zgubiłam twoją pieśń, Madison – powiedziała. – Nie słyszałam twojej duszy. 

Przestań już. Nie widzę cię. 

Zadziałało!  –  pomyślałam,  bliska  ekstazy.  Jeśli  nawet  mój  anioł  stróż  nie  mógł  mnie 

zobaczyć, nie zobaczy mnie też żaden żniwiarz ani strażnik czasu. 

– Jestem niewidzialna – powiedziałam, spoglądając na Grace w oszołomieniu. 

–  To  wiem  –  warknęła.  –  A  teraz  już  przestań.  To  na  pewno  jakiś  błąd.  Prawie  nie 

słyszę  twojej  duszy.  Nie  mogę  cię  chronić,  kiedy  nie  wiem,  gdzie  jesteś.  Poruszyłam 

ramieniem – zauważyłam wokół niego warstewkę jaśniejącej bieli, jaką widywałam już wokół 

krawędzi  czarnych  skrzydeł.  Zaciekawiona,  spróbowałam  podnieść  ze  stolika  szklankę  i 

zadrżałam  –  zimny  płyn  jakby  docierał  wprost  do  moich  kości.  Nie  mogłam  zacisnąć  na 

background image

szklance palców. Zastanowiło  mnie, dlaczego byłam w stanie siedzieć na krześle, zamiast po 

prostu przez nie przelecieć – aż w końcu udało mi się poruszyć zmiętą tekturkę, która leżała na 

stoliku.  Uznałam,  że  najwyraźniej  mogę  mieć  jakiś  wpływ  na  przedmioty,  choć  raczej 

niewielki. Prawdopodobnie nie powinnam spacerować na silnym wietrze. Może w taki właśnie 

sposób Barnaba latał. 

– Madison, jesteś tu? – wyszeptał Josh. 

–  Tak  –  odparłam,  zostawiając  kilka  nici,  w  miarę  jak  przyszłość  stawała  się 

teraźniejszością. Anielica odetchnęła z ulgą, a Josh wreszcie zdołał spojrzeć mi prosto w oczy. 

– Cholera! – szepnął. – Prawie cię widzę. Jezu, Madison. Strasznie to wszystko dziwne. 

Mogę cię dotknąć? 

– Ja bym tego nie robiła – wtrąciła Grace, unosząc się nad stolikiem, ale ja wzruszyłam 

ramionami,  a  Josh  wyciągnął  rękę  i  dotknął  palcami  mojego  nadgarstka.  Uczucie  było  tak 

dziwne, że drgnęliśmy oboje i cofnęliśmy ręce. Jego palce zdawały się płonąć. 

– Zimno – powiedział, chowając rękę pod stołem. 

– Słyszysz mnie już lepiej? – spytałam, a on kiwnął głową. 

Była to najbardziej niezwykła rzecz, jaka kiedykolwiek mi się udała. Niszczenie nici, w 

miarę jak przyszłość stawała się teraźniejszością, było teraz całkiem proste. Jak nucenie w takt 

muzyki  podczas  odrabiania  lekcji.  Udało  mi  się  –  w  końcu  nauczyłam  się  czegoś  i  tak  mi 

ulżyło, że miałam ochotę się rozpłakać. 

– Idealnie –  stwierdził  z uśmiechem, kiedy znowu stałam się całkowicie  niewidzialna 

ku  wyraźnemu  niezadowoleniu  Grace.  –  Jeśli  potrafisz  robić  coś  takiego,  na  pewno 

zdobędziesz ten amulet. 

Zaśmiałam się, a Josh odchylił się na oparcie krzesła. 

– Nie śmiej się, kiedy jesteś duchem – powiedział, rozglądając się nerwowo po sali. – 

To naprawdę niesamowite. Boże, teraz będę miał w nocy jeszcze gorsze koszmary. 

Wydaje mi się, że na ułamek sekundy stałam się widzialna, kiedy otworzyły się drzwi, 

bo się tego nie spodziewałam. Szybko wróciłam do odcinania nici. 

Przerwałam  ich  za  jednym  zamachem  tyle,  że  zakręciło  mi  się  w  głowie.  W  końcu 

doszłam  do  siebie  i  złapałam  równy  rytm.  Mój  towarzysz  nagle  zesztywniał.  Podniosłam 

głowę  i  zobaczyłam,  że  w  naszą  stronę  idą  dwie  osoby.  Trzecia  zatrzymała  się,  żeby  złożyć 

zamówienie przy barze. 

Zastygłam,  zastanawiając  się,  co  zrobić.  Widzieli  już  Josha.  Nie  mogłam  tak  nagle 

pojawić  się  obok.  Zaraz  jednak  skrzywiłam  się  lekko,  bo  rozpoznałam  dziewczynę  w 

markowej  bluzeczce  i  bardzo  krótkich  spodenkach.  To  była  Amy,  która  wyglądała  jak 

background image

wcielenie  lata.  Tuż  za  nią  szedł  Len.  Parker  stał  przy  barze  i  jak  zwykle  za  wszystko  płacił. 

Cała trójka należała do kółka lekkoatletycznego. 

Amy  trzymała  z  najpopularniejszymi  dziewczynami  w  szkole.  Może  się  to  wydawać 

fajne na pierwszy rzut oka, ale ja w swojej starej szkole wystarczająco długo starałam się być 

popularna, by wiedzieć, że takie osoby często okazują się nie całkiem fajne, kiedy się je bliżej 

pozna.  Amy  chodziła  z  Lenem  –  chyba  że  akurat  chciała  ukarać  go  za  to,  że  ją  oszukiwał. 

Widziałam już Lena w akcji, więc ani trochę nie było mi jej żal. 

Len  był  wysokim,  silnym  chłopakiem,  który  lubił  popychać  młodsze  dzieciaki  na 

metalowe szafki w szatni, kiedy w pobliżu nie było akurat żadnego nauczyciela. Potem śmiał 

się i udawał, że to świetny żart, więc jego ofiary zazwyczaj chętnie znosiły takie upokorzenia 

w  zamian  za  pięć  minut  uwagi,  jaką  poświęcał  im  taki  fantastyczny  facet.  Nie  biegał 

najszybciej z chłopaków z kółka, ale był czarujący – a z pewnością za takiego się uważał –  i 

traktował  dziewczyny  jak  lody:  co  miesiąc  próbował  nowego  smaku.  Był  jednak  tak 

przystojny, że one uganiały się za nim i wiele mu wybaczały, co strasznie mnie irytowało. 

Parker wydawał się dość miły, ale moim zdaniem spotykali się z nim głównie dlatego, 

że pozwalał im się z siebie nabijać. Wyraźnie bardzo mu zależało na ich towarzystwie. Kiedyś 

ja  sama  omal  nie  stałam  się  takim  Parkerem  –  próbowałam  wszystkiego,  zgadzałam  się  na 

wszystko  i  wszystko  usprawiedliwiałam,  żeby  tylko  mnie  nie  odrzucili.  Gdyby  nie  Wendy, 

skończyłabym pewnie tak samo. A to wszystko naprawdę nie było tego warte. W każdym razie 

na dłuższą metę. 

–  Cześć,  Josh  –  rzuciła  Amy  zalotnie,  wypinając  biodro  i  opierając  się  dłonią  o  blat 

stolika. – A gdzie jest ta Stuknięta Madison? Ciągle pcha swój rower pod górę? 

Wkurzona,  cofnęłam  się  w  kąt,  tnąc  wyrastające  z  amuletu  nici,  by  pozostać 

niewidzialną. Josh spojrzał na nią kwaśno i przybił piątkę z Lenem. 

– Ona jest naprawdę fajna, Amy. Nie nazywaj jej tak więcej. 

– Och. – Usiadła, a ja szybko odsunęłam się jeszcze trochę w tył. – Sam to wymyśliłeś. 

Podniosłam się i stanęłam na poduszkach w boksie obok. Len usiadł obok Amy. 

–  To  było,  zanim  ją  dobrze  poznałem  –  odparł  Josh.  Zauważyłam,  że  poczerwieniały 

mu uszy. – Teraz wiem, że to świetna dziewczyna. 

Amy prychnęła, podniosła moją siatkę i przysunęła ją bliżej, żeby zajrzeć do środka. 

–  Małe  zakupy,  co?  –  spytała  kpiąco.  Gdybym  mogła  podnosić  przedmioty, 

zrzuciłabym jej na plecy porcję lodów. – Widzieliśmy was w supermarkecie. 

Josh  rozejrzał  się  po  sali,  jakby  szukał  mnie  wzrokiem.  Gdybym  była  trochę 

mądrzejsza, wymknęłabym się do toalety i wróciła jako zwykła, widzialna osoba, ale wolałam 

background image

zostać. 

–  To  torba  Madison.  Będzie  jutro  robiła  zdjęcia  na  festiwalu  i  kupiła  nową  kartę 

pamięci. – Wyjął moją torbę z rąk Amy. – Powinnaś dać jej szansę. Polubiłabyś ją. 

– Wątpię – mruknęła Amy sucho i wzięła mrożoną kawę, którą przyniósł jej Parker. – 

Gdzie ona mieszka? W Hidden Lake? Tych slumsach dla klasy średniej? 

Zacisnęłam zęby i szybko przerwałam kilka nici. 

– No, ty to masz klasę, Amy – powiedział Josh złośliwie. Spojrzałam na Parkera, który 

mieszkał przy tej samej ulicy co ja. Zaciskał usta i na nikogo nie patrzył. 

Dziewczyna podkuliła nogi, układając stopy na siedzeniu we wdzięcznej pozie. 

–  Josh  jest  naprawdę  lojalny  wobec  swojej  małej  przyjaciółeczki.  Boże,  ona  ma 

fioletowe włosy. Chyba jej odbiło. 

Josh, ze spuszczonymi oczami, powoli wypuścił powietrze z płuc. Gdybym już nie była 

martwa,  z  pewnością  umarłabym  dokładnie  w  tym  momencie.  Sięgnęłam  ręką  do  swoich 

włosów  i  przysięgłam  sobie,  że  w  przyszłym  tygodniu  zafarbuję  kilka  pasemek  na  zielono. 

Czułam, że  siedząca obok mnie  Grace  jest coraz bardziej wkurzona. Jej oczy  niemal  miotały 

błyskawice. 

– Mówiłam ci, że lepiej wyglądasz bez nich. – Amy zdjęła Joshowi okulary i położyła 

je  na  stoliku.  –  A  ona  jest  stuknięta,  i  w  dodatku  wredna  –  dodała  tak  lekko,  że  aż  mnie  to 

przeraziło. – Sam tak mówiłeś. Po co się spotykasz z takim lamusem! 

Dość  dobrze  znałam  brytyjski  slang.  Uważała  mnie  za  najbardziej  żenujące 

towarzystwo w szkole. Cudownie. 

Josh spojrzał na nią ze zbolałą miną. 

– Mówiłem to wszystko, zanim ją poznałem, dobra? – powiedział głośno. – A w ogóle 

co cię to obchodzi? Ciągle jesteś wściekła, że zerwałem z tobą w zeszłym roku? 

Len zaśmiał się i przybił piątkę z Parkerem. 

–  Przed  samym  balem  maturalnym!  –  zawołał,  wpychając  do  ust  trzy  frytki  naraz.  – 

Gdybym miał wtedy aparat, byłbym dzisiaj milionerem. 

Otworzyłam szeroko oczy. No, no. Josh rzucił ją, a potem poszedł na ten bal ze mną? 

Nic dziwnego, że Amy tak mnie nie cierpi. 

Zmrużyła oczy. 

– Och, na litość boską. Ona jest tak powalona, że nawet goci nie chcieliby jej u siebie. 

Beznadziejny przypadek! 

Len pochylił się do przodu i oparł łokcie na stole. 

– Amy ma rację – powiedział poważnie. – Stać cię na coś lepszego. Jesteś w ostatniej 

background image

klasie.  Beznadziejny  przypadek?  Stać  go  na  coś  lepszego?  Z  trudem  nad  sobą  panowałam, 

musiałam mocno zacisnąć zęby, żeby nie zacząć krzyczeć. Powinnam była odejść. Powinnam 

była pójść do toalety i nie słuchać tego wszystkiego. 

Grace zatrzepotała skrzydłami, które zaszumiały cicho w powietrzu. 

–  Raz  dziewczyna,  co  wysoko  się  ceniła,  o  innych  bardzo  źle  mówiła.  Wyzwiskami 

wciąż  rzucała,  i  aż  mnie  głowa  rozbolała,  więc  w  końcu  jej  dałam  nauczkę.  Przygnębiona, 

opadłam na siedzenie, ciągle starając się, żeby nie było mnie widać. 

– To się nie rymuje – szepnęłam, ukradkiem ocierając oczy. 

Do diabła, nie miałam zamiaru płakać z powodu tego, co mówiła Amy. 

– Może i nie – mruknęła Grace cierpko – ale i tak jej pokażę. 

– Daj sobie z nią spokój, chłopie – powiedział Len. – Bo przyczepi się do ciebie na cały 

rok. 

– Nie przyszło wam nigdy do głowy, że może ja chcę się z nią spotykać? – rzucił Josh 

ze złością. – Jest dużo bardziej interesująca od was. Wam tak zależy na tym, co myślą inni, że 

musicie zadzwonić do kogoś zanim kupicie sobie spodnie. A to jest jej cola, mięczaki. 

– Nie mogę uwierzyć, że ją tu przyprowadziłeś! – powiedziała głośno Amy. – To nasze 

miejsce! 

Podniosłam głowę i poczułam się trochę lepiej, bo Josh powiedział : 

–  Lepiej  spadajcie,  chyba  że  chcecie  się  z  nią  spotkać. Tylko  że  wtedy  musielibyście 

być mili, a od uśmiechu mogą ci się zrobić zmarszczki, Amy. 

Podniosłam się cicho i wyjrzałam zza ścianki boksu. Josh był zły i czerwony na twarzy. 

Len nie bardzo wiedział, co ze sobą zrobić, a Parker był zakłopotany i mieszał nerwowo swoją 

kawę. Amy trąciła Lena stopą, zachęcając go do wyjścia. 

– Nara, stary – mruknął Len, podnosząc się od stolika. 

Parker  spojrzał  niepewnie  na  Josha  i  także  się  podniósł.  Amy  zatrzymała  się  przed 

wejściem do areny skatingowej. 

– Pa, Josh – rzuciła na odchodnym. 

Parker  ruszył  za  nimi.  Wiedziałam,  że  nie  mam  zbyt  przyjemnej  miny.  Josh  powoli 

wypuścił powietrze i szepnął: 

– Madison, tak mi przykro. Jesteś tu jeszcze? Nie słuchaj ich, to palanty. A ja mówiłem 

to wszystko, zanim cię poznałem. Zachowywałem się jak dupek. 

Przepraszam.  A  teraz  już  wróć,  proszę.  Mnie...  mnie  naprawdę  podobają  się  twoje 

włosy. 

Sfrustrowana,  przelazłam  nad  niską  ścianką  boksu  i  usiadłam  na  miejscu  Amy.  Było 

background image

jeszcze  ciepłe.  Fuj!  Skupiłam  się  na  amulecie  i  pozwoliłam,  by  wyrosły  z  niego  nowe  nici, 

które zakotwiczyły mnie w teraźniejszości. Po chwili znowu stałam się widzialna. Wiedziałam, 

że  Josh  na  mnie  patrzy,  ale  ja  nie  byłam  w  stanie  na  niego  spojrzeć.  Grace  uspokoiła  się  i 

przycupnęła na lampie, gdzie jej słaby blask prawie zanikł. 

– Nie ma to jak dowiedzieć się co nieco na swój temat, prawda? – mruknęłam. Poruszył 

się niespokojnie. 

–  To  banda  półgłówków  –  powiedział,  przysuwając  do  mnie  szklankę.  –  Naprawdę 

bardzo  mi  przykro.  Nie  powinienem  był  mówić  o tobie  takich  rzeczy.  Ale  wtedy  leszcze  się 

nie znaliśmy. 

Nie potrafiłam spojrzeć mu w oczy, więc zaczęłam bawić się słomką. 

– To twoi kumple. 

Wzruszył ramionami. 

– Niezupełnie. Amy  jest tak zachwycona sobą, że uważa się za lepszą od całej reszty. 

Len to tchórz, który lubi się znęcać nad innymi. Nie dałem mu się w trzeciej klasie i od tego 

czasu  udajemy  kumpli,  żeby  nie  musiał  znowu  próbować  mnie  pobić.  A  Parker...  myślę,  że 

pozwalają mu się włóczyć za sobą, bo lubią się z kogoś nabijać, a on tak bardzo chce z nimi 

być, że im na to pozwala. 

Upiłam  łyk  coli  i  zadrżałam,  kiedy  zimny  płyn  spłynął  mi  do  gardła.  Jeśli  z  takimi 

ludźmi dotąd trzymał, nic dziwnego, że mnie polubił. Zaczynałam czuć się trochę lepiej, tym 

bardziej  że  usłyszałam  krzyk  Amy  na  parkingu.  Spojrzałam  w  okno  i  zobaczyłam,  że 

gwałtownie  odskoczyła  od  samochodu  Lena,  przyciskając  dłoń  do  twarzy.  Wrzeszczała  przy 

tym coś o swoim nosie. Za moimi plecami rozległ się złośliwy chichot Grace. 

– Dziękuję – powiedziałam nieśmiało. – Wiesz, za , to, że mnie broniłeś. 

Uśmiechnął się, a mnie serce podskoczyło w piersi. 

–  Daj  spokój  –  odparł  i  zabrał  się  do  swoich  frytek.  Ale  ja  wiedziałam,  że  tego  nie 

zapomnę. Nigdy. Nasze oczy spotkały się nad stolikiem. 

– Potrafisz stać się niewidzialna. 

–  Tak  –  powiedziałam  przeciągle,  z  satysfakcją.  Odchyliłam  się  w  tył,  wyciągnęłam 

przed  siebie  ramiona  i  splotłam  palce,  aż  chrupnęło  mi  w  kościach.  Trudno  wkurzać  się  na 

jakichś frajerów ze szkoły, kiedy człowiek umie stać się niewidzialnym. 

– Kairos jest bez szans. Wystarczy, że znajdziemy jakieś ustronne miejsce i oddalisz się 

ode  mnie  na  tyle,  żeby  czarne  skrzydła  mogły  cię  wyniuchać.  Wtedy  pojawi  się  Kairos,  a  ja 

stanę się niewidzialna i zwinę mu amulet. – Uśmiechnęłam się. 

– Potem szybko stamtąd zwiejemy, a on będzie musiał zniknąć do czasu, aż zrobi sobie 

background image

kolejny. 

Poczułam się naprawdę wspaniale, a on się roześmiał. Potem dokończył frytki i rzucił 

okiem na zegarek. Było na nim więcej przycisków niż na kalkulatorze. 

– To co, zrobimy tak? 

Spojrzałam w okno. Na dworze cienie zaczynały się wydłużać. 

– Tak. Ale nie tu. Znasz jakieś spokojne miejsce? 

– Hm, a co powiesz na Rosewood Park? 

Grace sfrunęła z lampy i zatrzepotała skrzydłami tuż przed moją twarzą. 

– Madison, jestem tylko aniołem pierwszej sfery i w ogóle, ale nie rób tego. Nie znikaj 

więcej. Zaczekaj na Barnabę. Proszę. Czuję, że to niebezpieczne. 

Machnęłam ręką. 

– Nie mogę czekać na Barnabę. Poza tym skoro dla Siebie jestem niewidzialna, Kairos 

także mnie nie zobaczy. A nie możesz złapać tego, czego nie widzisz. 

–  A  inni?  –  spytała  Grace  z  niepokojem.  –  Są  jeszcze  inni.  Dla  mnie  jesteś 

niewidzialna, ale może dla kogoś innego nie. 

To  była  nieprzyjemna  myśl.  Usiadłam  na  twardym  siedzeniu  i  zaczęłam  się  nad  tym 

zastanawiać. 

–  Co  ona  powiedziała?  –  spytał  Josh.  Próbował  ją  zobaczyć,  podążając  za  moim 

wzrokiem. Westchnęłam teatralnie, by pokazać, że nie przejmuję się jej obawami. 

– Nie chce, żebym znikała, bo wtedy mnie nie widzi. Uważa, że to niebezpieczne. 

Grace prychnęła z urazą. 

– Nie chodzi o to, że ja cię nie widzę, tylko o to, że ktoś inny może cię widzieć. 

Josh uniósł brwi. 

– Nie wiedziałem, że to jest niebezpieczne. 

– No, raczej nie jest – odparłam. – Poza tym jeśli teraz nie rozprawimy się z Kairosem, 

kto  wie,  co  może  się  wydarzyć  w  nocy.  Nie  możesz  przecież  nocować  u  mnie.  Mój  tata  jest 

super,  ale  nie  mogę  mu  powiedzieć,  że  zostaniesz  u  nas  na  noc,  bo  mój  anioł  stróż  musi  cię 

chronić. Wątpię, żeby to zrozumiał. Chyba wolałabym spotkać się teraz z Kairosem niż z tatą, 

jak spóźnię się do domu. 

Josh skrzywił się lekko. 

– Ja też wolałbym nie pakować się teraz w kłopoty – stwierdził. 

Zdenerwowana,  upiłam  łyk  coli.  Jeśli  nie  wrócę  na  kolację,  tata  przez  miesiąc  nie 

pozwoli mi wychodzić z domu – jeśli będę miała szczęście. Ale jeśli teraz czegoś nie zrobimy, 

Josh może nie przeżyć nocy. 

background image

– Nie wróciłam do domu na czas o jeden raz za dużo i dlatego zostałam przysłana tutaj 

–  mruknęłam  cicho,  bardziej  do  siebie  niż  do  Josha.  –  Poza  tym  co  by  nam  to  dało?  Rano, 

kiedy  nas  znajdą,  ty  wylądujesz  na  drugim  końcu  miasta,  a  ja  będę  siedziała  zamknięta  w 

swoim  pokoju.  To  nam  na  pewno  nie  pomoże.  Nie,  spotkajmy  się  z  Kairosem  teraz,  kiedy 

mamy jakiś wpływ na to, kiedy i jak to się stanie. 

–  Madison,  nie  –  zaprotestowała  Grace,  trzepocząc  skrzydłami  tak  szybko,  że  chyba 

nawet Josh mógł zobaczyć jej blask. – Zaczekaj, aż wróci Ron albo Barnaba. Możesz to zrobić 

wtedy. 

Westchnęłam ze zniecierpliwieniem. 

– Gdyby któryś z nich tu był, w ogóle nie musiałabym tego robić. W tym rzecz! 

–  Ale  myślę,  że  nie  robisz  tego  tak,  jak  trzeba  –  odparła  Grace,  cofając  się  nieco.  – 

Powinnam  słyszeć śpiew twojej duszy,  nawet kiedy  jesteś  niewidzialna, a go nie  słyszę! Nie 

rób tego, proszę. 

–  Albo  zrobimy  to  teraz  –  powiedziałam  w  nadziei,  że  Josh  w  końcu  zaczął  mnie 

rozumieć – albo  nie  będziemy  mogli wrócić do domu, a wtedy zyskamy tylko tyle czasu,  ile 

będą potrzebowali nasi rodzice, żeby nas znaleźć. Nie mam zamiaru ryzykować życia Josha w 

nadziei, że Ron się do tej pory pojawi. Więc jeśli nie chcesz zostać na noc z Joshem, nie mamy 

po co czekać na Barnabę. 

Znieruchomiałam nagle, a Josh spojrzał na mnie, z namysłem marszcząc brwi. 

–  Hej,  to  nie  jest  wcale  taki  zły  pomysł  –  powiedziałam,  unosząc  się  lekko.  –  Moja 

anielica  może  pójść  z  tobą  do  domu.  Będziesz  bezpieczny  i  żadne  z  nas  nie  wpadnie  w 

tarapaty. 

– Co? – mruknęła świetlista kula. – Nie. Mam chronić ciebie. Ron osobiście zlecił mi to 

zadanie. Mam dbać o twoje bezpieczeństwo. 

–  Cóż,  jeśli  nie  pójdziesz  z  nim,  poszukam  Kairosa  i  na  pewno  wpakuję  się  w  jakieś 

kłopoty. 

Josh konspiracyjnie pochylił się nad stolikiem. 

– Co ona mówi? 

Z uśmiechem zastukałam paznokciami w  blat stolika. Rozwiązanie problemu patrzyło 

mi w twarz całe popołudnie, wyśpiewując limeryki. 

– Jeśli mój anioł stróż zostanie z tobą, nic ci się nie stanie. Ona potrafi ukryć twoją aurę 

tak samo jak moją. 

–  A  ty?  –  spytał  Josh,  kiedy  Grace,  podenerwowana,  zaczęła  trzepotać  skrzydełkami 

nad stolikiem. 

background image

– Nic mi nie będzie – odparłam pewnie. – Kairos nie zna rezonansu mojego amuletu. 

Nie wie, gdzie  mieszkam. Nie znajdą  mnie,  jeśli  najpierw  nie znajdą ciebie.  A gdyby 

nawet mnie znaleźli, po prostu stanę się niewidzialna. – Odwróciłam się do świetlistej kulki. – 

Więc sama widzisz, że powinnaś pójść z Joshem. Także w moim interesie. 

– Nie – odparła Grace stanowczo. – To tak nie działa. Kazano mi chronić ciebie. 

–  A  ja  mówię  ci,  żebyś  poszła  z  nim!  –  wykrzyknęłam  i  szybko  zniżyłam  głos,  bo  z 

areny skatingowej wyszło trzech chudych chłopaków z deskorolkami. 

Świetlista kula tak gwałtownie zbliżyła się do mojej twarzy, że aż odskoczyłam. 

–  Słuchaj  no,  panienko  –  rzuciła  Grace  ostro.  –  Nie  możesz  mi  rozkazywać.  Ja 

przyjmuję rozkazy od Rona, a ty, mała, nie nazywasz się Ron. 

Pochyliłam się i teraz to ona się cofnęła. 

– Pójdziesz z Joshem, Grace – powiedziałam z mocą. – I to już. Zanim się rozmyślę. 

W przeciwnym razie zmienię się znowu w ducha i spotkam z Kairosem. 

– Grace? – szepnęła anielica i jej blask osłabł. – Nadałaś mi imię? 

Josh zaczynał się niepokoić, co było zrozumiałe, bo jej nie widział ani nie słyszał, więc 

wyglądało  to  tak,  jakbym  krzyczała  na  niego.  Zacisnęłam  usta  i  wbiłam  wzrok  w  światełko 

wiszące  nad  stołem.  Miałam  ochotę  wycelować  w  tę  upartą  anielicę  palec,  ale  udało  mi  się 

powstrzymać. 

– Grace... 

–  Pójdę  z  nim  –  odezwała  się  nagle  i  rozjarzyła  światłem.  Zabrzmiało  to  miękko  i 

potulnie, a ja zupełnie zapomniałam języka w gębie. 

– Madison – ciągnęła – jeśli przez ciebie wpadnę w kłopoty, będę naprawdę wściekła! 

Nigdy  wcześniej  nikogo  nie  chroniłam.  To  moje  pierwsze  zadanie  i  jeśli  coś  sknocę,  będę 

musiała powtórzyć całe szkolenie – dodała i przesunęła się w stronę Josha. – Zostanę z nim – 

powiedziała głosem jak płynny miód. 

Musiałam wyglądać na oszołomioną, bo Josh spojrzał na mnie pytająco. 

– Co się teraz stało? Wyprostowałam się, zaskoczona. 

–  Hm,  cóż,  ona  zostanie  z  tobą  –  powiedziałam.  Odetchnął  z  ulgą,  opadł  na  oparcie 

krzesła i uniósł brwi. 

– A więc jednak... zaczekamy? 

Kiwnęłam głową. Grace także wyraźnie ulżyło. 

–  Ale  tylko  do  jutra  –  dodałam,  a  Grace  się  żachnęła.  O  ile  pomarańczowe  iskierki, 

które trysnęły ze świetlistej kuli, w ogóle coś oznaczały. – Jeśli Barnaba albo Ron nie pojawi 

się do rana, sprowadzę Kairosa. I zabiorę mu amulet. 

background image

–  No,  to  wszystko  jasne  –  mruknął  ze  śmiechem  Josh.  –  Dobrze.  To  pozwoli  nam 

opracować  jakiś  dokładniejszy  plan.  Coś  ci  powiem.  Przyjadę  po  ciebie  rano  i  zamiast  na 

festiwal  pojedziemy  do  Rosewood,  zająć  się  Kairosem.  W  ten  sposób  od  razu  odzyskasz 

swojego anioła. 

– To jest jakiś plan – odparłam. 

Grace wydała dziwny dźwięk – były w nim dezaprobata i frustracja, ale też nuta, która 

kazała mi się domyślać, że i ona coś planuje. Nie lubiłam kłamać, ale co mogłam w tej sytuacji 

powiedzieć ojcu? „Cześć, tato. Zły wujek Czas chce zabić Josha. Ale nie przejmuj się, bo mam 

zamiar odebrać mu jego cudowny amulet. Wrócę na lunch. Buziaki!” 

– Odwiozę cię do domu – powiedział Josh, wstał i zaczaj zbierać swoje rzeczy. – Masz 

numer mojej komórki? 

–  Nie  –  odparłam  z  roztargnieniem,  rozmyślając  o  tym,  co  się  właśnie  wydarzyło. 

Rany, wydałam rozkaz anielicy, a ona go przyjęła. Choć jeszcze chwilę wcześniej gwałtownie 

się temu sprzeciwiała. Dopiłam colę i zadrżałam. 

Ja rozkazująca aniołom. To się nie mogło dobrze skończyć. 

background image

ROZDZIAŁ 7 

Niebo było bezchmurne, temperatura idealna, wiał lekki wietrzyk. 

Wspaniały  dzień.  A  w  każdym  razie  będzie  wspaniały,  pomyślałam,  jeśli  uda  mi  się 

wrócić do domu, zanim tata się obudzi. 

Z daleka dobiegał cichy szum samochodów. Ostrożnie oparłam rower o ścianę garażu i, 

mrużąc  oczy  w  porannym  słońcu,  spojrzałam  na  zegarek.  Szósta  czterdzieści.  W  soboty  tata 

lubił pospać nieco dłużej, jednak wiedząc, że za niecałą godzinę muszę wyjść, mógł już wstać. 

Powinnam była wrócić wcześniej, ale trudno mi było zdać się na Grace i opuścić ulicę Josha – 

tym  bardziej  że  nad  horyzontem  dostrzegłam  unoszące  się  czarne  skrzydło.  Umówiłam  się  z 

Joshem, że przez całą noc będziemy pisali do siebie esemesy, więc kiedy koło drugiej przestał 

mi  odpisywać,  wymknęłam  się  z  domu,  żeby  sprawdzić,  czy  u  niego  wszystko  w  porządku. 

Okazało się, że po prostu zasnął, a ja byłam teraz zesztywniała i wilgotna od rosy, a w dodatku 

groziło mi, że mimo wszelkich starań tata i tak zabroni mi wychodzić z domu. 

Zwykle  spędzałam  nocne  godziny,  kiedy  inni  byli  pogrążeni  we  śnie,  surfując  po 

Internecie albo ćwicząc na dachu z Barnabą, ale umiejętność bezszelestnego wymykania się z 

domu, którą nabyłam, mieszkając z mamą, nie na długo poszła w zapomnienie. Przynajmniej 

raz w tygodniu wychodziłam, by włóczyć się po ciemnych ulicach, łudząc się, że zdołam choć 

na chwilę uciec przed Barnabą i nudą. 

Kiedy więc Josh przestał do mnie pisać bez trudu się wymknęłam. Nad jego domem nie 

krążyły czarne skrzydła, ale jakoś nie potrafiłam stamtąd odejść. Resztę nocy spędziłam ukryta 

za  drzewem,  rozmawiając  z  Grace  i  usiłując  nie  czuć  się  jak  intruz.  Nie  uśmiechało  mi  się 

wychodzenie z domu bez pozwolenia ani okłamywanie taty, ale nie miałam wielkiego wyboru. 

Należący  do  sąsiadów  golden  retriever  zaszczekał  na  mój  widok.  Żeby  go  uciszyć, 

sięgnęłam  do  koszyka  po  ciastko,  które  zostawiłam  tam  w  ubiegłym  tygodniu.  Pies  radośnie 

pomachał  ogonem,  więc  ostrożnie  weszłam  na  srebrny  pojemnik  na  śmieci  –  który 

pieczołowicie umieściłam  na właściwym  miejscu  po ostatniej wizycie śmieciarzy. Jedną ręką 

chwyciłam  się  parapetu  garażowego  okna,  a  drugą  sięgnęłam  do  niskiego  daszku.  Potem 

oparłam stopę o okno, odepchnęłam się i po chwili wylądowałam na brzuchu na dachówkach. 

Pies  patrzył  na  mnie,  dysząc,  jakby  czekał  na  kolejne  ciastko.  Usiadłam,  zadowolona,  i 

otrzepałam kurz z ubrania. 

–  Ciągle  znam  się  na  rzeczy  –  mruknęłam  do  siebie.  To  właśnie  przez  takie  numery 

wylądowałam tutaj. 

background image

Mama powiedziała, że albo pojadę do taty, albo ona zamontuje kraty w oknach. 

Pochylona,  weszłam  bokiem  na  szczyt  dachu,  ignorując  dryfujące  bez  celu  nad 

horyzontem czarne skrzydło. Położyłam się na brzuchu i wyjrzałam. Pani Walsh siedziała przy 

małym kuchennym stole, z włosami nawiniętymi na wałki, i czytała gazetę. 

– Mam cię, ty stary nietoperzu – szepnęłam. Przysięgam, ta kobieta tylko czekała, żeby 

mnie  na  czymś  przyłapać.  Przypominała  mi  znudzone  panie  z  klasy  średniej,  dla  których 

musiałam być miła, kiedy mama zapraszała je na lunch, próbując zebrać pieniądze na taki czy 

inny  cel  charytatywny.  W  pewnym  sensie  brakowało  mi  teraz  tych  oficjalnych 

podwieczorków,  a  nawet  poprzedzających  je  zwykle  awantur  o  najnowszy  kolor  moich 

włosów  czy  zmywalne  tatuaże,  starannie  przyklejane  w  taki  sposób,  by  było  je  widać  spod 

stroju  grzecznej  dziewczynki.  Patrząc  na  mamę,  taką  elegancką,  uperfumowaną  i  uprzejmą, 

świetnie się bawiłam – szczególnie że wiedziałam,  iż  miała ochotę udusić te skąpe, skupione 

na sobie baby. Może byłam bardziej podobna do mamy, niż mi się wydawało. 

Na  myśl  o  mamie  uśmiechnęłam  się  pod  nosem.  Rozmawiałam  z  nią  poprzedniego 

wieczoru,  kiedy  zadzwoniła,  żeby  sprawdzić,  czy  u  mnie  wszystko  w  porządku.  Zawsze 

bezbłędnie  wyczuwała,  kiedy  byłam  w  tarapatach,  zupełnie  jakby  miała  jakiś  radar,  który 

najwyraźniej działał nawet z Florydy. Naprawdę nie wiem, jak ona to robiła. 

Przekręciłam się na bok, wcisnęłam rękę do kieszeni i wyciągnęłam telefon. Na widok 

wiadomości od Josha ogarnęło mnie miłe podniecenie. Obudził się o czym już wiedziałam, bo 

słyszałam, jak zadzwonił jego budzik – i pisał, że będzie u mnie za pół godziny. Odpisałam mu 

krótko, a potem wcisnęłam trójkę. Kilka sekund później pani Walsh wstała i zniknęła w głębi 

domu. Nie byłam w stanie powstrzymać uśmiechu. 

Kiedy  tylko  odwróciła  się  plecami  do  okna,  zamknęłam  telefon  i  nucąc  melodię  z 

Mission Impossible, wstałam, ześliznęłam się po drugiej stronie dachu, bez trudu wskoczyłam 

na  dach  dokładnie  nad  oknami  mojego  pokoju.  Szybko  wyjęłam  z  okna  siatkę  przeciw 

owadom i zsunęłam ją na dywan. Zeszłam na parapet, zdjęłam buty i wrzuciłam je do środka – 

mokre  ślady  na  podłodze  mogłyby  mnie  zdradzić.  Pamiętałam  o  tym,  bo  dostałam  nauczkę, 

kiedy po nocnym spacerze po plaży na Florydzie mój żółty dywan był cały w błocie, a ja przez 

tydzień nie mogłam wychodzić z domu. 

Uśmiech  zadowolenia  znikł  z  mojej  twarzy,  bo  zaraz  potem  poczułam  zapach  świeżo 

parzonej kawy i usłyszałam szum wody lejącej się w łazience. 

– Świetnie – mruknęłam. Nie miałam pojęcia, czy tata zdążył zajrzeć do mojego pokoju 

przed prysznicem. Wiedziałam już, że wkładanie poduszek pod kołdrę nie działa, zostawiłam 

więc  łóżko  nieposłane,  w  nadziei,  że  będzie  to  wyglądało  tak,  jakbym  poszła  do  łazienki. 

background image

Zaniepokojona,  drżącymi  rękami  umieściłam  siatkę  z  powrotem  w  oknie.  Powinnam  była 

posłuchać Grace i wrócić do domu wcześniej. 

Nerwowo  naciągnęłam  narzutę  i  ułożyłam  ozdobne  poduszki,  które  rzuciłam 

wieczorem  na podłogę. Nie znosiłam spóźniać się do domu. Byłam  nieostrożna. Tata pewnie 

zawołałby  mnie, gdyby  zauważył, że  Wychodzę – a  może  nie,  może chciałby sprawdzić,  jak 

daleko zabrnę w kłamstwa, zanim prawda wyjdzie na jaw? Tata był łagodniejszy od mamy, ale 

miewał czasami diabelskie pomysły. To pewnie po nim odziedziczyłam tę cechę. 

Mama  uśmiechała  się  do  mnie  ze  zdjęcia  przy  lustrze.  Odwróciłam  je  do  ściany. 

Szybko zdjęłam wczorajsze ubranie i wskoczyłam pod prysznic, żeby rozgrzać się po nocnym 

spacerze.  Wiedziałam,  że  dzisiaj  muszę  zdobyć  nowy  amulet  Kairosa.  Nie  miałam  czasu,  by 

czekać, aż uratuje mnie Ron albo Barnaba. Kairos w końcu znajdzie mnie albo Josha, to tylko 

kwestia  czasu.  A  ja  czułam,  że  nie  wytrzymam  kolejnej  nocy  takiej  jak  ta,  którą  właśnie 

miałam za sobą. Naprawdę nie wiem, jak Barnaba i Grace sobie z tym radzili. 

Odświeżona  szybkim prysznicem, wytarłam  się ręcznikiem  i włożyłam  żółte rajstopy, 

żeby  ukryć  zadrapanie  na  nodze.  Potem  włożyłam  czarny  top,  krótką  fioletową  spódniczkę  i 

rozpinaną bluzę w tym samym kolorze. Tenisówki ciągle jeszcze były mokre od porannej rosy, 

ale wytarłam tylko podeszwy i włożyłam je na nogi, choć nie było to przyjemne. Nie mogłam 

wybrać  innych  butów  –  te  zostały  dopasowane  specjalnie  do  tego  stroju.  A  jeśli  Amy  nie 

podoba się, że jestem taka oryginalna, tym gorzej dla niej. 

Jestem  właśnie  taka,  pomyślałam.  Naprawdę  byłam  już  zmęczona  próbami 

dostosowania się do innych. Poza tym Joshowi podobały się moje fioletowe włosy. 

Zadowolona,  usiadłam  na  łóżku  i  przyciągnęłam  do  siebie  aparat  fotograficzny.  Do 

jego  przyjazdu  zostało  jeszcze  pięć  minut.  Wystarczy,  by  wysłać  moje  zdjęcie  do  Wendy. 

Poprzedniego  wieczoru  dostałam  od  niej  mejla  ze  zdjęciem,  na  którym  stała  na  plaży  o 

zachodzie  słońca,  razem  z  moim  dawnym  chłopakiem.  Dobrze  razem  wyglądali  i  kiedy  już 

przeszła  mi złość, zrozumiałam, że najwyższy czas sobie odpuścić. Chciałam, żeby wszystko 

pozostało takie jak kiedyś, ale to było niemożliwe. Wysyłałam mejle w przeszłość, chcąc, by 

stała się moją przyszłością, ale moja przyszłość była gdzie indziej. Nie znaczyło to jednak, że 

nie mogę doprowadzić Wendy do szału zazdrości z powodu moich żółtych rajstop. 

Wstałam i wygładziłam spódniczkę. Miałam nadzieję, że cały dzień będzie tak ciepły, 

jak  wróżył  poranek.  Wzięłam  aparat,  przybrałam  bojową  pozę  i  stanęłam  tak,  żeby  zrobić 

zdjęcie  swojemu  odbiciu  w  lustrze  nad  toaletką.  Zirytowana,  odłożyłam  aparat.  W  kadr 

wchodziło też moje łóżko, nadal niezbyt starannie pościelone. 

W  miarę  zrobiłam  z  tym  porządek.  Na  honorowym  miejscu,  między  koronkowymi 

background image

poduszkami,  które  umieścił  tu  tata,  uważając,  że  mi  się  spodobają,  posadziłam  pluszowego 

misia-wampira,  prezent  od  Wendy.  Pokój  ani  trochę  nie  przypominał  ciemnej  nory  w  domu 

mojej mamy. Biała toaletka malowana w pączki róż była zupełnie nie w moim stylu, podobnie 

jak  staroświecka  narzuta  i  koronkowe  poduszki,  które  zrzucałam  co  wieczór  z  łóżka.  Ale 

bladoróżowe  ściany  sprawiały  przytulne  wrażenie  i  pasowały  do  kremowego  dywanu.  Tata 

najwyraźniej  nie  zauważył, że  nie  mam  już  sześciu  lat  i wypełnił  mój pokój dziewczyńskimi 

białymi i różowymi przedmiotami, jakich od lat starałam się unikać. Poprawiając poduszki na 

łóżku,  znieruchomiałam  nagle,  bo  uświadomiłam  sobie,  że  pokój  jest  niemal  dokładnie  taki 

sam  jak  ten,  który  zajmowałam,  kiedy  rodzice  jeszcze  mieszkali  razem.  Tak  jak  kuchnia  i 

salon, przypominał o dawnym życiu mojego taty. Widocznie on też nie umiał odpuścić. 

W zamyśleniu, podniosłam aparat. Brakowało mi Wendy. Znałyśmy się od piątej klasy. 

Teraz,  kiedy  o  tym  myślę,  wydaje  mi  się,  że  prawdopodobnie  to  jej  zasługa,  że  nigdy  nie 

należałam do najpopularniejszych dziewczyn w szkole. Była jeszcze bardziej odjechana niż ja, 

ale nie chciałam się z nią rozstać, kiedy w końcu grono pięknych i bogatych postanowiło mnie 

przyjąć. Wendy towarzyszyła mi więc kilka razy, z lunchem w ekologicznej torbie, słuchając 

zaangażowanej  politycznie  muzyki.  Wiedziała,  że  popełniam  błąd,  ale  czekała  spokojnie,  aż 

sama się o tym przekonam. Szanse na znalezienie drugiej takiej przyjaciółki wśród wszystkich 

tych Amy i Lenów wydawały się nikłe. Za to Josh okazał się naprawdę super. 

Migawka trzasnęła, a ja opuściłam rękę i przestałam się uśmiechać. Podłączyłam aparat 

do laptopa. 

Przynajmniej  on  przyjechał  tu  razem  ze  mną,  i  był  odpowiednio  czarny  i  posępny. 

Teraz  słuchałam  na  nim  mojej  ulubionej  alternatywnej  kapeli.  Pokazała  mi  ją  Wendy,  ale 

szczerze  mówiąc,  agresywne  dźwięki  trafiały  do  mnie  bardziej  niż  zawarte  w  tekstach 

przesłanie. Zrzuciłam zdjęcie na komputer i otworzyłam je, żeby sprawdzić rozdzielczość. 

Na mojej skórze ciągle utrzymywała się opalenizna z Florydy, ale to chyba dlatego, że 

nie  mam  prawdziwego  ciała.  Za  to  fioletowe  końcówki  włosów  zaczęły  blaknąć.  Odkąd 

umarłam, ani trochę nie urosłam  i zastanawiałam się, czy  już zawsze  będę wyglądała tak  jak 

teraz. Spojrzałam na swoją płaską pierś i westchnęłam. Niedobrze. Bardzo niedobrze. A potem 

przyjrzałam się zdjęciu dokładniej i zmarszczyłam brwi. 

–  Och...  –  wyszeptałam  i  ogarnęła  mnie  panika.  Za  mną  widać  było  łóżko.  Czy  też 

raczej  łóżko  było  widać  przeze  mnie.  Przerażona  popatrzyłam  na  swoje  ręce.  Wydawały  się 

zupełnie normalne, ale na zdjęciu było inaczej. 

– Och... – powtórzyłam i stanęłam przed lustrem. 

Serce,  czy  też  jego  wspomnienie,  biło  mi  jak  oszalałe.  W  lustrze  wyglądałam 

background image

normalnie, ale kiedy wzięłam aparat i spojrzałam na siebie przez obiektyw... 

–  Och!  –  powiedziałam  po  raz  trzeci.  Nie  tak  wyraźnie  jak  na  zdjęciu,  jednak 

widziałam za sobą krawędź łóżka i zarys poduszek. 

Była to ostatnia rzecz,  jakiej teraz potrzebowałam. Za  chwilę do drzwi zastuka Josh  i 

zabierze  mnie  na  wojnę  ze  złym  władcą  żniwiarzy  ciemności.  Nie  miałam  czasu  na  zabawy. 

Zdenerwowana, zacisnęłam palce na amulecie i przymknęłam oczy, próbując „zduchowacieć” 

tak  jak  poprzedniego  dnia  i  sprawdzić,  co  się  dzieje.  Może  przerwałam  zbyt  wiele 

więzi, kiedy ćwiczyłam  znikanie?  Może nieświadomie rozpoczęłam  jakiś proces, którego nie 

sposób  już  zatrzymać?  Grace  mówiła,  żebym  tego  nie  robiła!  Ale  teraz  przede  wszystkim 

muszę przestać się trząść! 

Czas  spędzony  na  dachu  z  Barnabą,  który  uczył  mnie  też  technik  relaksacyjnych,  nie 

był  stracony.  Po  chwili  przyspieszone  bicie  serca  ustało.  Rozluźniłam  szczęki  i  wyobraziłam 

sobie  linię  mojego  życia  oraz  podobną  do  pajęczyny  sieć,  która  łączyła  ją  z  kosmosem. 

Natychmiast się uspokoiłam. Nici wiążące mnie z teraźniejszością były bardzo wyraźne. 

Widziałam myśli, wyrzucane w przyszłość z taką samą prędkością, z jaką słońce sunęło 

po niebie. Ciągnęły mnie za sobą. Nadal byłam częścią wszechświata. Niczego nie zepsułam. 

– No to dlaczego stałam się przezroczysta? – wyszeptałam. Przestałam panikować, ale 

ciągle  byłam  niespokojna.  Zrzuciłam  na  laptop  zdjęcie  swoich  butów.  Miałam  je  na  sobie, 

kiedy  je  zrobiłam.  Przyjrzałam  mu  się  dokładnie,  mrużąc  oczy,  ale  fragment  łydek,  który 

zmieścił się w kadrze, wyglądał całkiem normalnie. Z ulgą umieściłam oba zdjęcia w koszu  i 

zaraz  go  opróżniłam.  Wendy  będzie  musiała  się  bez  nich  obejść.  Już  nigdy  nikomu  nie 

pozwolę się sfotografować. 

Usłyszałam  samochód  podjeżdżający  pod  dom  i  wyjrzałam  przez  okno.  Była  to 

błękitna furgonetka Josha. Uśmiechnęłam się do siebie. Przyjechał. Nareszcie. 

Odłączyłam  aparat  od  komputera,  chwyciłam  portfel  i  poklepałam  się  po  tylnej 

kieszeni, sprawdzając, czy mam telefon, po czym wybiegłam do przedpokoju. Żeby tylko tata 

nie wiedział, że wychodziłam w nocy... To wszystko mogło zaraz się skończyć, i to w bardzo 

nieprzyjemny sposób. 

– Madison! – zawołał tata. – Josh przyjechał! 

Jego głos brzmiał spokojnie i pogodnie. Odetchnęłam z ulgą. 

– Już idę! – odkrzyknęłam, zbiegając ze schodów. Tata czekał na dole, uśmiechnięty, w 

dżinsach i sportowej koszuli. Znowu mi się udało. O włos... 

– Nie zapomnij drukarki – powiedział, podając mi niewielki futerał. – Włożyłem ci tam 

dodatkowy papier i atrament – dodał, a ja, z poczuciem winy, zarzuciłam pasek na ramię. 

background image

– Będziesz mogła zrobić tyle zdjęć, ile zechcesz. 

– Jezu, tato – mruknęłam, zaglądając do środka. – Myślisz, że ile osób będzie chciało 

zrobić sobie zdjęcie? 

Tak naprawdę przecież w ogóle  się tam  nie wybierałam.  Jak  mu później wytłumaczę, 

dlaczego  nie  skorzystałam  z  drukarki?  Ale  musiałam  spotkać  się  z  Kairosem  teraz,  bez 

względu  na  to,  co  myślała  o  tym  Grace.  Jeśli  uważała,  że  naprawdę  jestem  w 

niebezpieczeństwie, powinna poszukać Rona. 

–  Znam  cię  –  powiedział  tata.  –  Kiedy  już  weźmiesz  aparat  do  ręki,  nie  umiesz  się 

powstrzymać. Uznaj to za mój wkład w ten festiwal. Wolny od podatku! 

– Uśmiechnął  się szeroko, a jego pociągła twarz cała  się rozjaśniła. – Mnie  naprawdę 

podobają się twoje zdjęcia – dorzucił i uścisnął mnie mocno – więc innym także się spodobają. 

Ładnie dzisiaj wyglądasz. Miałaś rację, fiolet to twój kolor. – Zamyślił się nad czymś, a potem 

spojrzał przez okno na samochód Josha. – Chyba nie pokłóciłaś się z Barnabą, co? 

Zatrzymałam się przy drzwiach. No tak. 

– Tato, mówiłam ci już, że z Barnabą tylko się przyjaźnię. 

– On często się koło ciebie kręci jak na przyjaciela – mruknął tata ostrzegawczo. 

– Jest tylko  moim kumplem  i wie o tym – odparłam I stanowczo. – Dzisiaj po prostu 

wybieram  się  z  Joshem  na  festiwal,  to  nic  wielkiego.  Może  Barnaba  też  tam  przyjdzie  i 

spędzimy trochę czasu we troje. 

Tata pokiwał głową, a potem położył mi dłoń na ramieniu. 

– Wygląda na to, że masz wszystko pod kontrolą – ; powiedział, a ja z trudem zdusiłam 

histeryczny śmiech. 

– Baw się dzisiaj dobrze. 

–  Dzięki  –  odparłam,  czując,  jak  ogarnia  mnie  niepokój.  Już  prawie  słyszałam,  jak 

Grace śpiewa o dziewczynie, co dużo kłamała, aż w końcu nogę złamała. 

–  Dziękuję  za  drukarkę  i  w  ogóle.  –  Byłam  naprawdę  okropną  córką.  No,  ale  tata  w 

końcu  o  tym  wszystkim  wiedział,  kiedy  mama  mnie  tu  przysłała.  Prawie  o  wszystkim. 

Wyszedł za mną na ganek, a Josh wysiadł z samochodu. 

–  Dzień  dobry,  panie  A.  !  –  zawołał  i  pomachał  ręką.  Miał  na  sobie  dżinsy  i 

podkoszulek, ale w furgonetce tkwiła torba z jego sportowym sprzętem. Pokazówka na użytek 

rodziców, jak sądzę. 

Spojrzałam  w  niebo,  szukając  czarnych  skrzydeł,  a  potem  szybko  wskoczyłam  do 

furgonetki, by jak najszybciej odjechać. Dzwoneczek przy radioodbiorniku rozjaśnił się lekko, 

kiedy zapięłam pas. 

background image

– Grace, czy twoim zdaniem wyglądam normalnie? – spytałam, pamiętając o zdjęciu. – 

Nie jestem rozrzedzona? To znaczy przezroczysta? 

Trzepot skrzydeł przybrał na sile. 

– Nie – odparła, unosząc się nade mną. – A dlaczego pytasz? 

Wzięłam głęboki oddech, żeby jej o wszystkim opowiedzieć, ale zmieniłam zdanie, bo 

w tej samej chwili Josh otworzył drzwi. 

– Później ci powiem – mruknęłam. 

Josh usiadł za kierownicą i spojrzał na mnie pytająco. 

– Poczucie winy? – zakpił na widok mojej zmartwionej twarzy. Przewróciłam oczami. 

– Josh – powiedziałam, starając się,  by zabrzmiało to światowo. – Kiedy  moja  matka 

sądziła, że śpię, wyprawiałam rzeczy, od których włosy stanęłyby ci dęba na głowie. – Zaśmiał 

się,  a  ja  ciągnęłam:  –  Po  pierwszym  spotkaniu  z  Kairosem  pożegnałam  się  z  życiem.  Więc 

jestem trochę nerwowa, rozumiesz. 

Nie miałam zamiaru informować go, że przez całą noc obozowałam pod jego domem. 

Facet ma swoją dumę. 

Josh obejrzał się przez ramię i wycofał samochód na ulicę. 

– Przepraszam – rzucił cicho. 

Przyspieszył i ruszyliśmy w stronę miasta, a ja pomachałam do taty, który ciągle stał na 

ganku. Czy można sobie wyobrazić bardziej krępującą sytuację? 

–  Dzięki,  że  napisałeś  do  mnie  rano  –  powiedziałam.  –  O  świcie  widziałam  czarne 

skrzydło. A ty? 

– Nie. – Zmarszczył brwi, podniósł okulary i skręcił w stronę Rosewood. – Cieszę się, 

że przetrwaliśmy tę noc, ale dzisiaj naprawdę musimy zdobyć amulet Kairosa. Nie wytrzymam 

dłużej z Grace. 

– Naprawdę? – spytałam, a anielica tylko prychnęła. 

– Wieczorem, kiedy byłem pod prysznicem, zabrakło gorącej wody i jestem pewny, że 

to jej sprawka. Internet nie działał. A mój brat przez całą noc uderzał stopą w ścianę. Madison, 

ona doprowadza mnie do szału. 

Z dzwoneczka dobiegł dźwięczny chichot. 

–  Josh  zaciąłby  się  brzytwą,  bo  chciał  się  golić  bez  lustra,  a  jego  brat  miał  zamiar 

zrobić  coś  złego,  więc  przerwałam  połączenie  z  Internetem.  A  kiedy  klął,  uderzał  stopą  w 

ścianę. 

Spojrzałam  na  złocistą  poświatę,  otaczającą  dzwonek.  Golił  się?  Zacisnęłam  usta,  bo 

przypomniał mi się zwalony słup. Najwyraźniej Grace nie wahała się zrobić zamieszania, jeśli 

background image

było mniejszym złem niż to, co, jej zdaniem, mogło się wydarzyć, gdyby nie interweniowała. 

– No, to drobiazg, Grace. Nic się nie stało – powiedziałam, chcąc ją udobruchać. – Do 

południa wszystko się poukłada. – Pomyślałam o swoim zdjęciu  i o czarnych skrzydłach, po 

czym wzięłam głęboki oddech, którego nie potrzebowałam. – Josh jest cały i zdrowy, a byłoby 

inaczej, gdybyś z nim nie została. Nie cieszy cię to? 

– O, taaak – mruknęła przeciągle, strasznie z siebie zadowolona. Spojrzałam z ukosa na 

Josha. 

– Okropnie jest zarozumiała – stwierdziłam. 

–  Świetnie  –  odparł.  –  Grace...  –  Chyba  już  się  oswoił  z  gadaniem  w  przestrzeń.  – 

Nawet jeśli złapiemy gumę w drodze do parku, nie  będzie to miało żadnego znaczenia. I tak 

zrobimy  to,  co  zamierzamy,  tyle  że  na  drodze,  zamiast  w  ustronnym  miejscu,  gdzie  innym 

ludziom nic by nie groziło. 

Dzwoneczek zakołysał się lekko. 

– Wszystko w porządku – westchnęła Grace. 

– Nie podoba mi się to – mruknęłam. Niepokój nasilał się, w miarę jak zbliżaliśmy się 

do parku i na drodze pojawiało się coraz więcej samochodów. Niektóre były już zaparkowane 

na poboczu. Wysiadały z nich rodziny z dziećmi. Rosewood nie był dużym parkiem i rzadko 

coś się tam działo, nawet w niedzielne poranki. 

–  Madison?  –  odezwał  się  Josh,  kiedy  podjechaliśmy  pod  park  i  stanęliśmy  na 

pierwszym  wolnym  miejscu.  Zaraz  potem  tuż  za  nami  zatrzymał  się  jakiś  van  i  zostaliśmy 

złapani  w  pułapkę.  Josh  podjechał  do  przodu,  w  stronę  kobiety  w  szkolnej  czapce. 

Najwyraźniej kierowała ruchem i wszyscy zatrzymywali się przy niej, żeby porozmawiać. 

Grace  zaczęła  się  śmiać  i  wtedy  zrozumiałam,  o  co  chodzi.  Festiwal,  który  miał  się 

odbyć w Blue Diamond, został przeniesiony tutaj. Świetnie. Po prostu świetnie. Nic dziwnego, 

że Grace była w wyśmienitym humorze. 

– Grace! – wrzasnęłam i Josh spojrzał na mnie ostrzegawczo, opuszczając szybę. – Nie 

mam na to czasu! Muszę spotkać się z Kairosem i odzyskać swoje życie! 

Kobieta w czapeczce spojrzała na nas, mrużąc w słońcu oczy. 

– Bierzecie udział czy jesteście gośćmi? – spytała. Dzwoneczek poruszył się lekko. 

– Jedna panna zarozumiała wszystkie rozumy pozjadała. Aniołom chciała rozkazywać, 

aż się musiało wydać, że za wiele nie umiała. 

Josh wychylił się z okna. 

– Hm, bierzemy udział. Ja biegam, a ona robi zdjęcia. 

Podniosłam  do  góry  aparat,  ale  nie  miałam  czystego  sumienia.  Nie  przyjechałam  tu, 

background image

żeby robić zdjęcia, choć na tym mogło się skończyć. 

Kobieta spojrzała z ukosa na zatłoczony parking. 

– Jedzcie do samego końca. Uczestnicy mają swoje miejsca na trawie. Widzicie te żółte 

balony? To tam. 

–  Żółte  balony!  –  zaśpiewała  Grace,  fruwając  po  furgonetce,  zachwycona  swoim 

podstępem. Josh kiwnął głową, ale nie ruszył. 

– Dlaczego festiwal nie odbywa się w Blue Diamond? 

Kobieta uniosła brwi. 

–  Och,  to  naprawdę  przedziwna  historia!  –  wykrzyknęła.  –  Wczoraj  wieczorem 

włączyły się zraszacze  i działały całą noc. W całym parku błoto sięga kostek... więc  impreza 

została przeniesiona tutaj. Dziękujemy za pomoc. Proszę wstąpić do namiotu na poczęstunek. 

Nie  było  szans,  żebyśmy  odjechali  stąd  w  najbliższym  czasie,  więc  pochyliłam  się  i 

zapytałam: 

– Potrzebuję stolika pod drukarkę. Nie wie pani, z kim mogłabym o tym porozmawiać? 

Kobieta poprawiła czapkę i zastanawiała się przez chwilę. 

– Myślę, że z panią Cartwright – odparła, spoglądając ponad dachami samochodów w 

stronę  parku.  –  Ona  tu  wszystkiego  dogląda.  Powinna  być  w  tym  zielonym  namiocie. 

Kiwnęłam  głową.  Widywałam  panią  Cartwright  na  korytarzu,  ale  nie  miałam  pojęcia,  czego 

uczy. 

–  Dziękuję  –  powiedziałam  i  cofnęłam  się  na  moje  siedzenie,  coraz  bardziej 

zdenerwowana. 

Do diabła z tobą, Grace. 

Josh powoli ruszył naprzód. 

– Żółte balony – mruknął kwaśno. 

Grace przeleciała z jednego końca samochodu na drugi. 

– Żółte balony! Żółte baloniki! 

Westchnęłam. Zawieszony na szyi aparat zaczynał mi ciążyć. 

– Grace, jesteś naprawdę złośliwym aniołem – szepnęłam. 

– To było prościutkie – mruknęła zarozumiale. 

Najwyraźniej  już  mi  wybaczyła,  bo  przysiadła  na  moim  ramieniu,  trzepocząc 

skrzydłami. Josh spojrzał na samochody, które mijaliśmy powoli, i westchnął. 

– Tu nie spotkamy Kairosa. 

Grace zachichotała, a ja się skrzywiłam. 

– Nie – odparłam. – Nie możemy też stąd odjechać. 

background image

– A nawet gdybyś próbował, zaraz złapiesz gumę, Joshua – zapewniła go siedząca na 

moim ramieniu Grace. 

Joshua, pomyślałam zaintrygowana. 

– Nie próbuj stąd wyjechać – powiedziałam. – Bo złapiesz gumę. Panna  Wielbicielka 

Limeryków nic chce, żebyśmy wpadli w jakieś kłopoty. 

Do diabła, ale może uda nam się stąd wyjść pieszo? Grace chyba nie postara się, żeby 

któreś z nas złamało nogę? 

– Wielbicielka Limeryków? – spytał, ale ja tylko pokręciłam głową. 

– Naprawdę nie chcesz wiedzieć. 

Tak, Grace pewnie coś by nam złamała, i jeszcze miałaby z tego mnóstwo radochy. 

Josh  skupił  się  teraz  na  poszukiwaniu  miejsca,  w  którym  moglibyśmy  zostawić 

furgonetkę.  Wjechaliśmy  na  trawę  i  sunęliśmy  wzdłuż  wijącego  się  sznura  samochodów.  W 

końcu  Josh  zatrzymał  się  w  cieniu  potężnego  dębu.  Wysiedliśmy  i  zatrzasnęliśmy  za  sobą 

drzwiczki.  Wyjął  z  furgonetki  swoją  torbę,  ja  niosłam  aparat.  Pod  drzewem  powietrze  było 

chłodne  i  rześkie,  a  ludzie  nadciągający  zewsząd  w  stronę  parku,  wydawali  się  radośni  i 

podekscytowani.  Noc,  którą  spędziłam  pod  domem  Josha,  była  długa  i  męcząca,  a  ponieważ 

stałam  się  półprzezroczysta,  trochę  się  bałam  znowu  zniknąć.  Uznałam,  że  mogę  odłożyć 

sprawę  Kairosa  na  kilka  godzin.  Zrobię  w  tym  czasie  trochę  zdjęć.  Nie  będę  aż  taką 

kłamczucha. 

– Grace, zostań z nim, proszę – powiedziałam błagalnie, a świetlista kula rozjarzyła się 

mocniejszym blaskiem. – Na zawodach nie mogę przecież biec obok niego. Kula przygasła na 

moment. 

– Dobrze – zgodziła się nieoczekiwanie. 

Uznałam  tę  potulną  zgodę  za  trochę  podejrzaną.  Powoli  ruszyliśmy  między 

samochodami  do  parku.  Mniej  więcej  w  połowie  drogi  podniosłam  aparat  i  zrobiłam  zdjęcie 

dzieciakowi,  który  z  zachwyconą  miną  dotykał  nosa  klauna.  Uśmiechnęłam  się  do  siebie, 

obserwując  tę  scenę  przez  obiektyw  aparatu.  Niebo  było  błękitne,  makijaż  na  twarzy  klauna 

kolorowy i staranny. Wyraźny i śmiały. 

– Doskonały dzień na zawody – mruknął Josh. Kiwnęłam głową, czując, jak powietrze 

wypełnia mi płuca. 

– Myślę, że na razie nic nie stoi na przeszkodzie – powiedziałam, jakbym się obawiała, 

że jeśli będę chciała odejść, spadnie na mnie meteoryt. 

– Obiecałem, że pobiegnę kilka razy. Inaczej nie zbiorę pieniędzy. 

Widziałam,  że  miał  na  to  wielką  ochotę.  Poprawiłam  torbę  z  drukarką  na  ramieniu – 

background image

była  ciężka,  cięższa  od  złożonej  przeze  mnie  obietnicy.  Kairos  mógł  zaczekać  kilka  godzin, 

jeśli tylko Grace będzie chroniła Josha. 

–  Więc  do  zobaczenia  koło  południa,  tak?  –  spytałam,  ruszając  w  stronę  zielonego 

namiotu. 

Uśmiechnął się do mnie. Jego jasne włosy lśniły w słońcu. 

– Poszukaj Amy. 

Uśmiechnęłam się pod nosem. Potrzeba sporo umiejętności, by zrobić dobre zdjęcie. A 

jeszcze więcej, by zrobić kiepskie. 

– Możesz na to liczyć. 

Josh  kiwnął  głową  i  odszedł.  Poczekałam  chwilę,  by  się  upewnić,  że  Grace  mu 

towarzyszy, a potem poszłam do zielonego namiotu poszukać pani Cartwright. 

background image

ROZDZIAŁ 8 

Wiatr  zwiał  moje  fioletowe  włosy  na  obiektyw,  musiałam  więc  zaczekać,  aż  ustanie. 

Powoli  powiodłam  obiektywem  za  biegnącym  Joshem  i  nacisnęłam  spust  migawki  w 

momencie,  kiedy  wyłonił  się  zza  zakrętu  i  zobaczyłam  jego  twarz.  Zaraz  opuściłam  aparat  i 

sprawdziłam, jak wyszło zdjęcie. 

Nie  potrafiłam  powstrzymać  uśmiechu.  Josh  wydawał  się  odpowiednio  wyczerpany, 

miał zmarszczone brwi i otwarte usta, a włosy kleiły mu się do mokrego od potu czoła. W tle 

widać  było  kolorowe  niewyraźne  sylwetki  innych  biegaczy,  a  tuż  za  nim  widniało  mgliste 

jasne kółko, które ktoś inny  mógłby uznać za świetlny  blik,  ja  jednak wiedziałam, że to była 

Grace.  Pomyślałam,  że  Josh  ucieszy  się  na  jej  widok.  Słysząc  odgłos  biegnących  stóp, 

podniosłam głowę. 

– Świetnie wyglądasz! – krzyknęłam, a on w odpowiedzi pomachał do mnie. 

Najwyraźniej  nie  był aż tak zmęczony,  jak  mogłoby wynikać ze zdjęcia. Poza tym to 

nie  był  przecież  wyścig.  Chodziło  raczej  o  to,  by  przez  cały  czas  ktoś  był  na  bieżni,  jak  w 

całodniowym  maratonie.  Nieco  dalej,  wzdłuż  bieżni,  znacznie  wolniej  truchtała  grupa  osób, 

które  nie  miały  wiele  wspólnego  ze  sportem.  Dla  nich  było  to  przede  wszystkim  spotkanie 

towarzyskie.  Słyszałam  młode  kobiety,  które  rozmawiały  o  swoich  dzieciach,  jednocześnie 

zbierając  pieniądze  na  zakup  nowego  szkolnego  autobusu.  Podniosłam  aparat  i  zrobiłam 

zdjęcie  w  chwili,  gdy  jedna  wybuchnęła  śmiechem.  Udało  mi  się  uchwycić  moment 

nieskrępowanej  radości.  Plakietki  uczestników  przypięte  do  ich  piersi  były  dobrze  widoczne

pomyślałam więc, że gdybym pokazała to zdjęcie pani Cartwrigt, mogłaby wykorzystać je do 

promocji przyszłorocznego festiwalu. 

Odwróciłam  się  i  dostrzegłam  dziewczyny  z  kółka  lekkoatletycznego,  siedzące  w 

cieniu kępy brzóz. Ich kolorowe torby ze sprzętem sportowym odcinały się od zielonej trawy. 

Zrobiłam  kilka  zdjęć,  starając  się,  by  na  żadnym  Amy  nie  wyglądała  zbyt  korzystnie. 

Korzystając  z  zoomu,  wyostrzyłam  plaster  na  jej  sinym  i  opuchniętym  dzięki  Grace  nosie,  a 

potem udało mi się jeszcze uchwycić ją z rozdziawioną buzią. Uśmiechnęłam się do siebie. 

– Nigdy nie wkurzaj fotografa – mruknęłam, zadowolona, że udało mi się ją przyłapać 

w tylu kompromitujących pozach. 

Po  trzech  godzinach  fotografowania  zmęczyłam  się,  choć  miałam  z  tego  mnóstwo 

frajdy. 

Karta  pamięci,  którą  kupiłam  poprzedniego  dnia,  była  prawdziwym  darem  niebios. 

background image

Wypełniłam  ją  już  raz  i  zrzuciłam  zdjęcia  na  drukarkę.  Potem  wyczyściłam  kartę  i  znowu 

wyruszyłam na poszukiwanie fotograficznych tematów. 

–  Na  przykład  takiego  jak  ten  –  szepnęłam  do  siebie  na  widok  mężczyzny,  który 

podniósł właśnie dziecko na wysokość swojej twarzy  i wyciągał rękę w  stronę  jednej z osób 

maszerujących  wzdłuż  bieżni.  Mała  dziewczynka  z  kokardą  we  włosach  spojrzała  we 

wskazanym kierunku. Twarz mężczyzny, który mówił coś do córki, promieniała. Za nimi stał 

wózek  z  wielkim  opakowaniem  pieluch  na  półce  pod  spodem,  a  przy  rączce  wisiało  kilka 

zabawek. 

Zrobiłam  zdjęcie  wózka,  bo  pomyślałam,  że  to  niesamowite,  że  taka  mała  istotka 

potrzebuje tylu rzeczy, a potem  skierowałam obiektyw  na  mężczyznę  i dziecko. Zaczekałam, 

aż  dziewczynka  rozpoznała  wskazywaną  osobę  i  zapiszczała  wesoło,  i  wcisnęłam  spust 

migawki. W tym samym momencie mężczyzna odwrócił się do mnie. 

Uśmiechnęłam  się  i  upewniłam,  że  plakietka,  którą  dała  mi  pani  Cartwright,  jest 

widoczna. 

– Robię zdjęcia, żeby wesprzeć naszą szkołę – powiedziałam po raz setny tego dnia. – 

Czy chciałby pan odbitkę? Może być gotowa mniej więcej za godzinę. 

Wyraz podejrzliwości znikł z  jego twarzy, a kiedy pokazałam  mu zdjęcie na ekraniku 

aparatu, ustąpił miejsca szerokiemu uśmiechowi. 

–  Nawet  cię  nie  zauważyłem  –  pochwalił,  podrzucając  córkę  do  góry.  –  Świetne 

zdjęcie. 

Ile? – Złapał dziecko jedną rękę, a drugą sięgnął do kieszeni, ale ja pokręciłam głową. 

–  Po  dolarze  za  jedno,  ale  płaci  pan  przy  odbiorze  ,  odbitki  –  wyjaśniłam.  –  Będę  je 

drukowała tam, w tym zielonym namiocie. 

Za  moimi  plecami  tupot  nóg  przybrał  na  sile  i  znowu  zaczął  cichnąć,  a  dziewczynka 

odwróciła głowę, odprowadzając biegnących wzrokiem. 

–  Przyjdę  tam  –  powiedział  mężczyzna,  złapał  córkę  mocniej  i  odezwał  się  do  niej 

wysokim,  dziecinnym  głosem:  –  Mamusia  będzie  zachwycona  tym  zdjęciem.  –  Jego  oczy 

ciągle  były  pełne  miłości,  kiedy  spojrzał  na  mnie.  –  Dziękuję.  Zawsze  zapominam  zabrać 

aparat na takie imprezy. Pieluchy, butelki, zabawki, tak, ale aparat... 

Kiwnęłam  głową,  dałam  mu  numerek,  pomachałam  do  małej  i  odeszłam.  Fajnie  było 

coś  robić,  zamiast  snuć  się  po  swoim  pokoju  jak  po  więziennej  celi,  wspominając  starych 

przyjaciół. Poprzedniego dnia w Low D także miło spędziłam czas, mimo spotkania z Amy  i 

czekającej  mnie  przeprawy  z  Kairosem.  Zdążyłam  już  zapomnieć,  jak  cudownie  jest  nie  bać 

się być taką, jaka jestem. Dzisiaj słońce grzało, powietrze było rześkie, a ja robiłam właściwy 

background image

użytek z pieniędzy taty, wydanych  na papier  i tusz. Właściwie  niczego mi  już  nie brakowało 

do szczęścia. Spod kępy drzew rozległ się głos Amy. 

– Josh! Josh! 

Odwróciłam się i znowu zobaczyłam go na bieżni. Obok niego truchtał Parker i miałam 

wrażenie, że rozmawiają ze sobą. Podeszłam bliżej, żeby zrobić im zdjęcie, ale okazało się, że 

nie mam już miejsca na karcie. 

– A niech to – mruknęłam z westchnieniem, po czym ruszyłam w stronę namiotu, gdzie 

zostawiłam drukarkę. 

Pani  Cartwright  była  naprawdę  miła.  Nawet  jej  powieka  nie  drgnęła  na  widok  moich 

fioletowych  włosów  i  kolczyków  w  kształcie  trupich  czaszek.  Wskazała  mi  stolik,  gdzie 

mogłam urządzić sobie warsztat i wydrukować zdjęcia, których pewnie nikt nie zechce kupić. 

–  Madison!  Czy  moje  zdjęcie  jest  już  gotowe?  –  usłyszałam  znużony  kobiecy  głos  i 

mój wzrok powędrował w stronę zmęczonej matki trzech utytłanych w piachu chłopców. 

Wyglądała  tak,  jakby  chciała  tylko  wrócić  do  domu.  Zrobiłam  jej  piękne  zdjęcie  z 

synami na karuzeli – jeszcze zanim zdążyli ją wykończyć i ubrudzić sobie ubrania czekoladą. 

Słońce odbijające się od złotej farby harmonizowało z ich jasnymi włosami, a proste elementy 

karuzeli  kontrastowały  z  kolorowymi  kształtami  koników.  Kiedy  tak  siedzieli  we  czworo  na 

siodełkach,  trudno  było  nie  zauważyć,  jak  bardzo  wszyscy  byli  do  siebie  podobni. 

Wydrukowałam to zdjęcie także dla siebie, tak mi się podobało. 

– Jest  już gotowe – powiedziałam, zapraszając  ją gestem do namiotu, ale w tej samej 

chwili dwóch młodszych chłopców zaczęło się kłócić o złotą rybkę, którą wygrali na karuzeli. 

–  Zaraz  przyjdę  –  odparła  szybko,  a  potem  podniesionym  głosem  poinformowała 

synów, że zabiją rybkę, jeśli będą ją sobie wyrywać z rąk. 

Nikt nie zauważył, kiedy wśliznęłam się do namiotu i wróciłam do swojego stolika. W 

cieniu  panował  miły  chłód,  z  przyjemnością  więc  usiadłam  na  krześle  za  długim  stołem  i 

westchnęłam  z  ulgą,  widząc,  że  większość  wydrukowanych  zdjęć  –  nawet  te,  których,  jak 

sądziłam, nikt nie zechce – została już odebrana. Zadowolona podłączyłam aparat do drukarki 

i  wcisnęłam  „drukuj  wszystko”.  Moje  wysiłki  zostały  docenione,  co  wyprawiło  mnie  w 

doskonały nastrój. 

Zdjęcia zaczęły wychodzić z drukarki, zajęłam się więc układaniem ich na stole w taki 

sposób, by każdy mógł łatwo znaleźć swoje. 

Po chwili na stolik padł czyjś cień. Podniosłam głowę i zobaczyłam panią Cartwright, 

która powiedziała z uśmiechem: 

– O, ja wezmę to. – Sięgnęła po  jedno ze zdjęć  i dodała: – Howard to mój brat. Dam 

background image

mu to zdjęcie na urodziny. Jest świetne. 

Spojrzałam  na  zdjęcie  mężczyzny  siedzącego  na  brzegu  boiska  i  rozmawiającego  z 

kimś  z  tłumu.  W  tle  widać  było  rozmazany  kształt  piłki  lecącej  w  stronę  jego  głowy.  Łatwo 

można było się domyślić, co stało się chwilę później. 

–  Naprawdę?  –  spytałam  zadowolona.  –  Dziękuję  –  dodałam,  podając  jej  zdjęcie. 

Uśmiechnęła się, patrząc na zdjęcie zmęczonymi zielonymi oczami. 

– Nie, to ja ci dziękuję. Bardzo trudno zrobić mu prezent – odparła, zakładając za ucho 

pasmo włosów, które wymknęło się z jej grubego kucyka. – O, a to jest Mark – powiedziała, 

wskazując  zdjęcie  mężczyzny  z  małą  dziewczynką  na  ręku.  –  Jest  właścicielem  myjni 

samochodowej. Rzadko ma okazję spędzić trochę czasu z Jem. Tak nazywa się ich córka, Jem. 

– Uśmiechnęła się znowu i wybrała kolejne zdjęcie. – A to jest pani Hall. Boże, spójrz tylko na 

te wielkie stopy. Nic dziwnego, że nie odebrała tego zdjęcia. Co za rozmiar! 

Poruszyłam  się  zakłopotana,  musiałam  jednak  przyznać,  że  fajnie  było  posłuchać  o 

ludziach, których utrwaliłam na swoich zdjęciach. Dawało mi to miłe poczucie przynależności. 

Zaczęłam  się  zastanawiać,  czy  to  właśnie  starałam  się  robić  przez  cały  dzień –  kraść 

fragmenty cudzego życia, bo moje zatrzymało się w miejscu, podczas gdy świat szedł naprzód 

w swoim tempie. Robił swoje beze mnie. Zmieniał się wraz z porami roku. 

Podniosłam zdjęcie,  by przyjrzeć  mu się w  lepszym świetle,  i  zmrużyłam oczy. Przez 

chwilę miałam wrażenie, że widzę wokół pani Hall jakąś poświatę. Jej aurę? Nie... 

–  Pomyślałam,  że  te  fioletowe  baloniki  i  podeszwy  jej  butów  będą  razem  ładnie 

wyglądały – powiedziałam, żeby wyjaśnić, dlaczego pani Hall wydała mi się tak fascynująca. 

Ładnie? Uważałam, że to wygląda ładnie? Chyba mi odbiło. 

–  Bo  tak  jest.  –  Pani  Cartwright  uśmiechnęła  się,  spoglądając  na  zdjęcie  jakiejś 

furgonetki pełnej gazet, których wielką stertę widać było przez otwarte drzwiczki. – Masz oko 

do kompozycji. Widzisz to, co ma znaczenie. To, czego my nigdy nie zobaczymy, jeśli trochę 

nie zwolnimy tempa. 

Z drukarki wypadło kolejne zdjęcie. Położyłam je na stole. 

–  Dziękuję.  W  poprzedniej  szkole  należałam  do  kółka  fotograficznego.  Zdaje  się,  że 

nauczyłam się tam więcej, niż przypuszczałam. 

Kobieta uniosła ze zdumieniem brwi. 

– Nie ma cię na mojej liście. Dlaczego? Jesteś naprawdę zdolna. 

Ona jest nauczycielką fotografii? 

– Uch... sama  nie wiem – odparłam,  nagle  zaniepokojona. Odłożyła trzymane w ręku 

zdjęcie. 

background image

– Och, więc jesteś jedną z nich, tak? – zagadnęła, a ja patrzyłam na nią, zaskoczona. – 

Nie  chcesz,  żeby  ktoś  uznał  cię  za  mądralę,  więc  farbujesz  włosy  na  fioletowo  i  unikasz 

wszystkiego, co mogłoby zdradzić, że jesteś inteligentna. 

–  Nie  –  odparłam  szybko,  ale  ona  tylko  rzuciła  mi  wymowne  spojrzenie,  więc 

przewróciłam oczami. – Chodzić na zajęcia z fotografii to prawie taki obciach, jak należeć do 

kółka  szachowego  –  mruknęłam,  a  pani  Cartwright  roześmiała  się  i  wzięła  kolejne  zdjęcie, 

które  wychodziło  właśnie  z  drukarki.  Miałam  wrażenie,  że  przynależność  do  kółka 

fotograficznego w mojej dawnej szkole nie przysporzyła mi popularności. Tu na pewno byłoby 

podobnie, Tylko dlaczego ciągle jeszcze mnie to obchodziło? 

–  Zastanów  się  nad  tym,  Madison  –  powiedziała  nauczycielka,  oglądając  zdjęcie.  – 

Widzę  tu  spory  talent.  Potrafisz  pokazać  życie  w  niezwykle  piękny  sposób;  nawet  to,  co 

brzydkie,  na  twoich  zdjęciach  wydaje  się  piękne.  Trudno  nauczyć  kogoś  takiego  spojrzenia, 

choć może nie powinnam tego mówić. Myślę, że mogłabyś dostać stypendium, gdybyś złożyła 

podanie. 

Cóż, byłam martwa, ale pewnie i tak będę musiała chodzić do  szkoły i postarać  się o 

dobrą  pracę.  Skoro  mam  istnieć  bez  końca,  lepiej  żebym  istniała  w  przyjemnym  domu  z 

ogrodem, a nie w slumsach. 

–  Tak  pani  uważa?  –  spytałam,  zastanawiając  się,  czy  mogłabym  zarabiać  pieniądze, 

robiąc coś, co naprawdę lubię. Wydało mi się to niemal nieuczciwe. 

Pani  Cartwright  odłożyła  zdjęcie  w  chwili,  kiedy  do  stolika  podeszła  inna  kobieta  i 

zaczęła  przeglądać  fotografie.  Poznałam  ją  i  wskazałam  jej  zdjęcie.  Aż  westchnęła  z 

zadowolenia, co wywołało uśmiech na mojej twarzy. Zapłaciła, a potem jeszcze przez chwilę 

zwlekała z odejściem, śmiejąc się ze zdjęć swoich znajomych. 

– Porozmawiam z kim trzeba i zapiszę cię do mojej grupy zaawansowanej – odezwała 

się znowu nauczycielka. – Jesteś w ostatniej klasie, prawda? 

Przeszył mnie przyjemny dreszczyk. Ostatnia klasa. Podobał mi się dźwięk tych słów. 

– Dobrze – powiedziałam. – Przekonała mnie pani. 

Czułam się szczęśliwsza, akceptując siebie taką, jaka jestem – fioletowowłosa, martwa 

i tak dalej – niż starając się na siłę przypodobać Amy i jej koleżankom. I nie wydawało mi się, 

by Josh miał przestać się ze mną spotykać, bo nie byłam popularna. Nie żeby łączyło nas coś 

więcej. 

Pani  Cartwright  kiwnęła  głową  i  pochyliła  się  nad  zdjęciem  Josha,  jednym  z 

pierwszych, jakie wydrukowałam. 

– Znowu Josh? – powiedziała z uśmiechem. – No, to wyszło ci doskonale. – Robiłaś je 

background image

spod  zadaszenia?  –  Kiwnęłam  głową.  –  Masz  pewną  rękę.  Szkoda,  że  światło  wpadło  do 

obiektywu. Dziwne –  mruknęła – takie  bliki zazwyczaj  nie pojawiają  się  na zdjęciach, kiedy 

światło pada pod tym kątem. – Zmarszczyła brwi i przysunęła zdjęcie do twarzy. – Jest w tym 

coś niepokojącego. Te zmrużone oczy... – Wzruszyła ramionami. 

–  Może  chodzi  o te  wrony  w  tle.  Moja  matka  bez  przerwy  przeganiała  je  ze  swojego 

dachu. Nie znosiła wron. 

Uśmiech zamarł na mojej twarzy. Wrony? Nauczycielka odłożyła zdjęcie na stół. 

– Świetnie sobie poradziłaś, Madison – powiedziała, uśmiechając się do mnie. – Ludzie 

dawali więcej, niż ustaliliśmy. Zarobiłaś dla nas ponad dwieście dolarów. 

Nad  bieżnią  nie  było  przecież  żadnych  wron  –  chyba?  Grace  cały  czas  trzymała  się 

Josha. Widziałam ją. 

–  To  więcej  niż  przynieśli  koszykarze  –  ciągnęła  pani  Cartwright.  –  Howard  będzie 

zawiedziony. Zwykle to on zbiera najwięcej pieniędzy. No, możesz już odpocząć, Madison – 

zasugerowała.  –  Niedługo  będzie  ogłoszenie  wyników.  Powinnaś  poszukać  Josha  i  iść  na 

imprezę. Będą tańce... 

Uśmiechnęła  się  do  mnie  ostatni  raz,  a  zaraz  potem  odciągnęła  ją  na  bok  jakaś 

zdenerwowana  kobieta  z  plikiem  biletów  w  dłoni.  Prawie  nie  zauważyłam,  jak  odeszły. 

Chwyciłam  ostatnie  zdjęcie,  które  zrobiłam  Joshowi.  W  tle  nie  było  wron  –  to  były  czarne 

skrzydła. Leciały daleko, nad wierzchołkami drzew, ale nie miałam wątpliwości, że tam są. 

Wyjrzałam  spod  namiotu,  gorączkowo  szukając  ich  nad  drzewami.  Nic.  Widziałam 

tylko błękit nieba. Coś tu jest nie tak, pomyślałam. Grace miała czuwać nad Joshem, a mimo 

to  pojawiły  się  czarne  skrzydła  –  a  tam  gdzie  były  czarne  skrzydła,  byli  i  żniwiarze.  Albo 

Kairos.  Ale  gdyby  on  tu  był,  nigdy  bym  się  o  tym  nie  dowiedziała.  Zadaniem  Grace  było 

chronić Josha, a nie informować mnie o zagrożeniu. 

Szybko  odłączyłam  aparat  od  drukarki.  Ostatnie  zdjęcia  już  czekały  na  wydruk. 

Sprawdziłam, czy w drukarce jest dość papieru i wyszłam spod namiotu. Musiałam odszukać 

Josha. 

background image

ROZDZIAŁ 9 

Obecność  ludzi,  którzy  jeszcze  przed  chwilą  wydawali  mi  się  uroczy  i  pełni  życia, 

zmieniła  się  w  irytującą  przeszkodę.  Zaczęłam  przeciskać  się  przez  tłum,  spoglądając 

niespokojnie w niebo i usiłując dodzwonić się do Josha. Nie odbierał. 

– Musi nadal biegać – mruknęłam i wsunęłam telefon do tylnej kieszeni. Teraz łatwiej 

było  mi  iść,  ale  ciągle  zatrzymywały  mnie  różne  osoby,  które  wcześniej  fotografowałam, 

prosząc o kolejne zdjęcia. 

Słońce prażyło, ale bycie martwym ma swoje zalety, więc kiedy wreszcie dotarłam do 

bieżni,  nie  byłam  nawet  spocona.  Teraz  wszyscy  obserwatorzy  zawodów  kryli  się  w  cieniu 

drzew, więc szybko zauważyłam Josha. Rzeczywiście ciągle biegał, tak jak wtedy, kiedy go tu 

zostawiłam. Nie wydawał się zmęczony i na pewno mógłby zrobić jeszcze kilka okrążeń. 

Ulżyło  mi,  ale  zaraz  znowu  ogarnął  mnie  niepokój,  bo  ponad  wierzchołkami  drzew 

dostrzegłam czarne skrzydła. Było ich co najmniej sześć. 

– Cholera – mruknęłam, przechodząc nad ogrodzeniem wokół bieżni. Pomachałam do 

Josha, próbując zwrócić jego uwagę. Czarne skrzydła były daleko, ale widziałam je wyraźnie. 

Zachowywały się tak, jakby były zdezorientowane. W końcu Josh mnie zauważył. 

Wyrzuciłam rękę do góry, machając gorączkowo. 

Natychmiast poprosił gestem innego biegacza, by zajął jego miejsce, i zwolnił. Potem 

chwycił butelkę z wodą, którą ktoś mu rzucił, i ruszył w moim kierunku. 

–  Szesnaście  okrążeń!  –  zawołał  jakiś  tęgi  mężczyzna  stojący  pod  parasolem 

przeciwsłonecznym.  –  Dobra  robota,  Josh.  Idziesz  z  nami  do  Low  D?  Stawiam  pizzę.  Josh 

spojrzał na moją zaniepokojoną minę i pokręcił głową. 

–  Nie,  dzięki!  –  odkrzyknął.  –  Muszę  już  iść.  Mężczyzna  odwrócił  się  do  tablicy  z 

wynikami,  a  ja  zauważyłam  Amy,  która  stała  trochę  dalej.  Patrzyła  na  nas  z  ręką  opartą  na 

biodrze. Obok niej była jakaś blondynka, ubrana dokładnie tak samo. 

–  Coś  się  stało?  –  spyta!  Josh,  kiedy  otworzyłam  przed  nim  bramkę.  –  Wyglądasz, 

jakbyś zobaczyła ducha. 

–  Bardzo  zabawne.  Cha,  cha  –  odparłam  i  pociągnęłam  go  w  stronę  parkingu.  Jeśli 

gdzieś  tu  krążył  Kairos,  nie  było  to  dobre  miejsce  na  konfrontację.  –  Popatrz  –  dodałam, 

pokazując mu zdjęcie. 

Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech. 

– Ale się spociłem! Czy to jest Grace? 

background image

Nad  nami  rozległ  się  cichy  śmiech.  Spojrzałam  w  górę,  ale  oślepiło  mnie  słońce. 

Mrugając, potknęłam się o stertę toreb. 

– Zwróć uwagę na horyzont – zasugerowałam, kiedy odzyskałam wzrok. – A nie na to, 

jak świetnie wyglądasz. 

– Czarne skrzydła? – spytał. 

–  Na  pewno  nie  kruki  –  powiedziałam  i  schyliłam  głowę,  kiedy  Grace  opadła,  by 

spojrzeć na zdjęcie. 

– To nie moja wina – oznajmiła defensywnie, kiedy Josh zaczął wkładać swoje rzeczy 

do torby. – Byłam z nim cały dzień. Widzisz, nie próbowały się do niego zbliżyć. W każdym 

razie nie za bardzo. 

Josh  zapiął  torbę,  wyprostował  się  i  spojrzał  nerwowo  w  stronę  drzew  i  dryfujących 

nad nimi czarnych skrzydeł. 

– Wiedziałaś, że tu są? – zapytałam Grace, która zabłysła jaśniejszym światłem. 

– No tak. Cały czas tu były. –  W  jej srebrzystym głosie usłyszałam  nutę sarkazmu. – 

Bez przerwy krążyły nad parkiem, jakby wyczuwały obecność żniwiarza, ale nie wiedziały, co 

ma zamiar zrobić. 

Spojrzałam  na  Josha, przestraszona. Czułam  się prawie winna. Co  ja sobie  myślałam, 

świetnie się bawiąc i kryjąc wśród ludzi jak struś chowający głowę w piasek? Powinnam była 

znaleźć jakieś odludne miejsce i stawić czoła swoim problemom. Grace twierdziła, że znikanie 

jest niebezpieczne, ale nie powinno mnie to powstrzymać. 

– Musimy się stąd zabierać – powiedziałam. Josh, z pobladłą twarzą, spojrzał w stronę 

bieżni  i  kiwnął  głową.  Razem  ruszyliśmy  do  wyjścia.  –  Grace,  jeśli  spróbujesz  nam 

przeszkodzić, przysięgam, że odbiorę ci imię. 

Nie  odezwała  się,  a  ja  poczułam  nerwowy  ucisk  w  żołądku.  Dotarliśmy  na  środek 

parku, gdzie powoli zbierało się coraz więcej ludzi. Żeby wydostać się na parking, musieliśmy 

minąć podium dla zespołów muzycznych, a tłum gęstniał z każdą chwilą, bo wszyscy czekali 

już  na  ogłoszenie  wyników  zbiórki.  Na  scenę  wyszedł  zespół  z  gimnazjum.  Dzieciaki 

krzyczały,  rodzice  machali  rękami,  organizatorzy  przynosili  ostatnie  kartki  z  wynikami. 

Przedarcie się przez ten tłum graniczyło z cudem. 

Tyle  ludzi  nie  mieszka  chyba  w  całym  Three  Rivers,  pomyślałam  kwaśno  i 

zatrzymałam się gwałtownie, żeby nie wpaść na dziecięcy wózek. Josh złapał mnie za łokieć. 

Nie  było  sposobu,  by  szybko  dostać  się  na  parking.  Rzuciłam  mu  niewesoły  uśmiech  i 

zwolniłam kroku. 

– Może czarne skrzydła nie będą mogły nas wytropić w tłumie – powiedział. Skinęłam 

background image

głową. 

– Może – odparłam, , myśląc o tych, których dzisiaj fotografowałam. Nie wpadłam na 

to,  że  sama  moja  obecność  mogła  wystawić  ich  na  jakieś  niebezpieczeństwo,  a  przecież  tak 

było. 

– Myślę, że Kairos nie jest w stanie zobaczyć naszych aur, może szukać nas w tłumie 

wzrokiem. 

– To nie jest Kairos – odezwał się z góry głos Grace. 

–  A  żniwiarze  nie  szukają  ludzi  wzrokiem.  Zabiera  to  za  dużo  czasu  i  prowadzi  do 

pomyłek. Żniwiarzom, zwłaszcza żniwiarzom ciemności, wszyscy wydajecie się podobni. 

–  To  jest  Kairos,  i  nie  sądzę,  by  specjalnie  przejmował  się  możliwością  pomyłki  – 

protestowałam. – To koniec, Grace. On chce odzyskać amulet i zależy mu, by nikt nie odkrył, 

że go utracił. 

Josh zacisnął usta i skręcił tam, gdzie tłum nieco się przerzedził. 

– Słyszę tylko połowę tej rozmowy – poskarżył się. 

– Ale może żniwiarze i czarne skrzydła szukają kogoś innego? 

–  Dryfują  nad  horyzontem  od  wielu  godzin  –  odparła  Grace,  kiedy  znowu  mijaliśmy 

grupkę widzów. – Gdyby czekały na kogoś innego, już byłoby po wszystkim i już byśmy ich 

nie widzieli. 

–  Grace  mówi,  że  gdyby  chodziło  o  inną  osobę,  to  już  by  się  stało  –  powtórzyłam 

Joshowi. – Nadal uważam, że to Kairos i że to nas szuka. 

Minęliśmy  wreszcie  tłum  i  wyszliśmy  na  otwartą  przestrzeń.  Zespół  na  scenie 

rozpoczął entuzjastyczną wersję Louie, Louie, a my, obładowani torbami, ruszyliśmy truchtem 

w stronę parkingu. Odprężyłam się trochę, kiedy dotarliśmy do słupków obwieszonych nieco 

już sflaczałymi żółtymi balonami, które wyznaczały granice parku. Zawahałam się jak sarna na 

brzegu  lasu  i  zmierzyłam  wzrokiem  rzędy  samochodów.  Nie  mogłam  sobie  przypomnieć, 

gdzie zaparkował Josh. 

– Tam – powiedział Josh, wskazując rozłożyste drzewo, zupełnie jakby czytał w moich 

myślach,  i  oboje  przyspieszyliśmy  kroku.  Za  nami  tłum  zaczął  krzyczeć  i  klaskać.  Piosenka 

dobiegła  końca  i  rozległ  się  głos  pani  Cartwright,  która  dziękowała  wszystkim  za  udział  w 

imprezie. Odetchnęłam z ulgą na widok furgonetki Josha, ukrytej częściowo za dużym vanem. 

Zaraz jednak zauważyłam, że ktoś już na nas czeka. 

– Jak im się udało dotrzeć tu przed nami? – mruknęłam. 

Na  masce  siedziała  Amy,  opierając  łokcie  o  dach.  Usiłowała  wyglądać  seksownie  w 

opiętych  sportowych  szortach,  ale  plaster  na  nosie  zdecydowanie  psuł  efekt.  Obok  stał 

background image

skrępowany Parker. Len opierał się o drzwiczki z ramionami skrzyżowanymi na piersi, jakby 

miał ochotę sprowokować kłótnię. Zacisnęłam dłonie w pięści. Nie mieliśmy na to czasu. 

– Na wszystkich świętych serafinów – mruknęła Grace. – To jednak nie jest mój dzień. 

–  Witaj,  Madison,  kochanie!  –  zawołała  Amy  drwiąco.  Josh  zacisnął  usta  i  wyjął  z 

torby kluczyki. 

–  Złaź  z  mojego  samochodu  –  polecił  jej  krótko.  Amy  znowu  otworzyła  usta,  ale 

zdołałam ją ubiec. 

– Cześć, Amy. Co ci się stało w nos? Zarumieniła się zakłopotana. 

– Długo myślałaś nad tym strojem? Ślicznie wyglądasz w tych rajtuzach, zupełnie jak 

moja młodsza siostra. 

Powiedziała  to  takim  tonem,  jakby  mówiła  do  trzylatki.  Przyszło  mi  do  głowy,  że 

mogłabym  wydrukować  sto  zdjęć,  na  których  ma  spuchnięty  fioletowy  nos  i  otwarte  usta,  a 

potem rozwiesić je na szkolnych korytarzach. 

Len się nie poruszył, a Josh podszedł bliżej. 

– Może wreszcie dorośniesz? – powiedział pogardliwie. Len dostrzegł  zdjęcie w  jego 

ręce i pochylił się nieco. 

– Pokaż. – Wyjął je z ręki Josha, ale zaraz potem chwyciła je Amy. 

– Och, czy to nie słodkie? – zakpiła. – Ile mu ich zrobiłaś, kochanie? 

Zacisnęłam  usta,  ale  w  tej  samej  chwili  moją  uwagę  zwrócił  szelest  liści  gdzieś  w 

górze. Podniosłam wzrok  i zobaczyłam czarne  skrzydło. Patrzyłam  na nie  szeroko otwartymi 

oczami, a w mojej głowie odezwał się ostrzegawczy głos. Nie tutaj, mówił. Nie teraz! 

Amy  musiała uznać, że się  jej przestraszyłam,  bo zeskoczyła z samochodu  i podeszła 

bliżej. 

–  Wybieramy  się  do  Low  D,  Josh  –  powiedziała.  –  Wszyscy  tam  będą.  Ty  chyba  też 

przyjdziesz, prawda? 

Nie dodała „ty – ale nie ona”, było to jednak oczywiste. Wkurzyłam się. Josh wyjął jej 

z ręki zdjęcie i sięgnął do drzwi, o które opierał się Len. Otworzył je tak szybkim ruchem, że 

tamten, potykając się, runął do przodu. 

–  Nie  –  odparł,  rzucił  zdjęcie  na  półkę  przed  przednią  szybą  i  wsunął  torbę  pod 

siedzenie. – Nie poszłabyś wziąć prysznic, Amy? Strasznie się pocisz. 

Amy opadła szczęka, a ja parsknęłam śmiechem dość głośno, by mogła to usłyszeć. 

Len próbował udać, że jego potknięcie było zaplanowane, ale stracił twarz i wiedział o 

tym. Zaśmiał się sztucznie, ale to też niewiele pomogło. 

– Chodźcie stąd – powiedział, wkładając ręce do kieszeni. – Po co tracić tu czas. 

background image

Idziemy? Parker? 

Amy objęła Parkera ramieniem i pociągnęła za sobą. Parker wyglądał tak, jakby chciał 

coś powiedzieć, ale kiedy pochwycił spojrzenie Josha, tylko wzruszył ramionami. Josh zrobił 

to samo. 

Uspokoiłam oddech, kiedy Amy i Parker przechodzili obok mnie, i rozluźniłam palce. 

Byli  już kilka  samochodów dalej, kiedy  Amy kogoś zawołała  i wszyscy oni  skręcili  w tamtą 

stronę. W oddali zespół grał kolejną piosenkę. 

Josh  wyglądał  na  wkurzonego,  miał  zaczerwieniony  kark.  Wskoczył  do  samochodu  i 

zapuścił silnik. 

Chciałam  się  jak  najszybciej  oddalić,  obeszłam  więc  furgonetkę  i  już  sięgałam  do 

klamki, kiedy od strony drzewa sfrunął nagle jakiś złowrogi cień. Zatrzymałam się gwałtownie 

i poczułam, jak zaczyna mi brakować tchu. Nakita. 

–  Ty?  –  wyjąkałam,  próbując  odgadnąć,  co  się  dzieje.  Tak,  to  miało  sens.  Spośród 

żniwiarzy  ciemności  tylko  ona  mogła  rozpoznać  mnie  po  wyglądzie  –  a  ponieważ  wiedziała 

już,  że  to  ja  ukradłam  amulet  strażnika  czasu  ciemności,  Kairos  nie  miał  nic  do  stracenia, 

wysyłając ją za mną. 

– Mówiłam ci, że tu jest żniwiarz! – krzyknęła Grace. – Uciekaj stąd, Madison! 

Nakita  postąpiła  krok  naprzód,  mierząc  anielicę  wzrokiem,  i  uśmiechnęła  się  jeszcze 

szerzej. 

– Ron chyba chce zniszczyć twoją duszę. Anioł stróż pierwszej sfery? Nie zdoła mnie 

powstrzymać. 

Cofnęłam się szybko. 

–  Josh!  Tu  jest  żniwiarz!  –  wrzasnęłam.  Zaraz  potem  usłyszałam  skrzypnięcie 

drzwiczek. Josh wysiadł z samochodu. 

Ze  spokojnym,  pewnym  siebie  uśmiechem  Nakita  zdjęła  okulary  przeciwsłoneczne  i 

odrzuciła je na bok. Miała na sobie długie białe spodnie i obcisłą bluzkę, także białą. Wokół jej 

bioder połyskiwał złoty łańcuch. Na ramiona zarzuciła śnieżnobiały płaszcz, tak długi, że jego 

brzeg spływał aż na zdeptaną, pożółkłą trawę. Klejnot w jej obnażonym mieczu lśnił głębokim 

fioletem, tak jak amulet zawieszony na szyi. Śmierć zajrzała mi w oczy. 

–  Witaj,  Madison  –  powiedziała,  odrzucając  do  tyłu  długie  czarne  włosy.  –  Trudno 

odszukać twoją duszyczkę. 

Cofnęłam  się  jeszcze  trochę,  zaciskając  palce  na  aparacie,  jakby  mógł  mi  w  czymś 

pomóc.  Cholera,  gdzie  podziewa  się  Barnaba,  kiedy  naprawdę  go  potrzebuję?  Nie  mogłam 

odebrać amuletu Nakicie, bo była żniwiarzem, ale wiedziałam, że muszę to zrobić. Tylko jak? 

background image

Musiałam znaleźć jakiś sposób. I to szybko. 

Josh nagle znalazł się tuż obok mnie, przestraszony, ale zdeterminowany. Nad naszymi 

głowami unosiła się Grace. Znowu usłyszałam szelest liści – czarne skrzydła. 

– Zrób to! – szepnął Josh. 

Mogłam  równie  dobrze  spróbować  i  zobaczyć,  co  się  stanie.  Nie  miałam  nic  do 

stracenia.  Podałam  mu  aparat  i  wzięłam  głęboki  oddech,  usiłując  wyobrazić  sobie  amulet  i 

pajęczą  sieć,  wiążącą  mnie  z  teraźniejszością.  Zachwiałam  się  i  niemal  przewróciłam,  kiedy 

poczułam  znajomy  zawrót  głowy  towarzyszący  „duchowaceniu”.  Nagle  Grace  stała  się  dla 

mnie  wyraźnie  widoczna.  Josh  cofnął  się  nieco.  Palce  miałam  zaciśnięte  na  amulecie,  ale 

wcale nie czułam go w dłoni. Grace patrzyła wprost na mnie z wyrazem przestrachu na twarzy. 

Jakiś głos w mojej głowie mówił, że coś jest nie tak, ale nie miałam czasu, żeby się nad tym 

zastanawiać. Sięgnęłam do amuletu żniwiarki. 

– Madison, nie! – ostrzegła mnie Grace, ale było już za późno. 

–  Hej!  –  krzyknęłam,  kiedy  Nakita  wolną  ręką  chwyciła  mnie  za  nadgarstek.  – 

Powinnaś mnie nie widzieć – powiedziałam głupio, patrząc na nią z przerażeniem. 

Josh był bardzo blady – najwyraźniej on też mnie widział. Nic z tego nie rozumiałam! 

Wyobrażałam  sobie  amulet,  pajęcze  nici,  przerywane  w  miarę  jak  przyszłość  stawała  się 

teraźniejszością – a jednak ciągle byłam widzialna! 

Nakita  uśmiechnęła  się,  szybkim  ruchem  obróciła  mnie  tyłem  do  siebie  i  chwyciła 

ramieniem za szyję. 

– Nie wiem, co próbujesz zrobić, ale puść mój amulet, ty mały śmieciu! 

Jej amulet? – pomyślałam zaskoczona, a potem zrozumiałam, co się stało. Wtedy, gdy 

leżałam  martwa  w  kostnicy,  amulet  Barnaby  łączył  mnie  z  teraźniejszością  –  teraz  robił  to 

amulet Nakity. Głupia, głupia, głupia, skarciłam się w duchu. Może i widziałam Grace, ale nie 

byłam całkowicie niewidzialna. Cholera! 

Natychmiast przestałam niszczyć łączące mnie z amuletem nici i wkrótce Grace znowu 

stała  się  świetlistą  kulą.  Nakita  ciągle  mnie  trzymała.  Próbowałam  wyrwać  się  z  jej  uścisku, 

ale bez skutku. 

– Puść ją! – krzyknął Josh i rzucił się na nią. Boże, nie! 

Nakita  uchyliła  się  przed  jego  ciosem,  a  ja  straciłam  równowagę.  Zanim  się 

pozbierałam,  błyskawicznie  wyrzuciła  naprzód  stopę  i  trafiła  Josha  w  splot  słoneczny. 

Zachwiał  się  i  ze  zduszonym  jękiem  osunął  na  kolana  obok  mojego  aparatu,  z  trudem 

chwytając  oddech.  Miał  szeroko  otwarte  oczy,  na  jego  twarzy  perlił  się  pot.  Nakita  była 

znacznie silniejsza, niż mogło się wydawać. 

background image

– W porządku. Masz mnie. Zostaw go w spokoju – wyrzuciłam bez tchu, spoglądając 

najpierw na jej miecz, a potem na amulet. Oba miałam w zasięgu ręki. 

–  Kairos  chce  się  z  tobą  zobaczyć  –  odparła,  patrząc  na  mnie  zimnymi  błękitnymi 

oczami.  –  Najwyraźniej  jest  mały  problem  z  tym,  żeby  twoje  ciało  i  dusza,  i  mój  miecz  w 

końcu się ze sobą spotkały. 

Cholera,  pomyślałam  znowu,  próbując  się  uwolnić.  Wszystko  to  wyglądało  bardzo 

niedobrze. 

–  Obiecaj,  że  zostawisz  Josha  w  spokoju  –  powiedziałam,  sięgając  w  tył  nad  jej 

ramieniem. W końcu musnęłam palcami kamień na jej szyi. Nic się nie stało. Jeśli mogłam go 

dotknąć, mogłam go też zabrać. Dopóki tego nie zrobię, nic mi nie będzie. Nakita uśmiechnęła 

się i zmieniła pozycję w taki sposób, że nie mogłam już dosięgnąć jej amuletu. 

– Twój przyjaciel umrze pierwszy – powiedziała. – Kairos postarzał się o całe dwa dni i 

już świruje. 

Mają  mnie,  a  mimo  to  chcą  go  zabić?  Nakita  silnym  ruchem  odepchnęła  mnie  od 

siebie.  Runęłam  do  przodu,  machając  rękami,  i  upadłam  obok  Josha.  Spojrzałam  w  górę  i 

wyciągnęłam  rękę,  żeby  pomóc  mu  wstać.  Nad  nami  krążyły  czarne  skrzydła.  Latały  nad 

drzewem i wśród gałęzi. Mogły rozszarpać moją duszę i zniszczyć mnie całkowicie. Ale skąd 

się tu wzięły? I Grace, i mój amulet ukrywały przecież nasze aury! A może nie? 

Podniosłam  wzrok  i  spojrzałam  na  Nakitę,  która  uśmiechała  się,  ukazując  idealnie 

równe  białe  zęby.  Ostrze  jej  miecza  lśniło  w  słońcu.  Podniosła  go  na  Josha  –  wtedy 

przewróciłam  się  na  bok  i  podcięłam  jej  nogi.  Wydała  przenikliwy  krzyk  i  runęła  na  mnie. 

Znowu sięgnęłam do jej amuletu, ale odepchnęła mnie i błyskawicznie wstała. 

– Madison, do jasnej cholery, zejdź jej z drogi! – wrzasnęła Grace. 

Josh  jęknął.  Wstałam  i  odwróciłam  się  do  niego.  Leżał  na  plecach  i  patrzył  do  góry. 

Nad nim stała Nakita ze wzniesionym nagim mieczem. 

– Josh! – krzyknęłam. 

Udało mu się w ostatniej chwili przetoczyć na bok, chowając pod siebie ramiona. Nie 

zginął. Ale był ranny. Czy trafiła go swoim ostrzem? 

Nakita nagle zmarszczyła brwi, jakby z czegoś niezadowolona. Między mną a Joshem 

przeleciało  czarne  skrzydło.  Byłam  tak  przerażona,  że  strach  stał  się  niemal  namacalny. 

Czułam  w  ustach  jego  smak.  Czarne  skrzydła  coraz  bardziej  się  panoszyły  Nie  mogłam 

pozwolić, by go dotknęły. W tej samej chwili Grace szybko opadła. Zamarłam, kiedy zetknęła 

się  z  jednym  z  ciemnych  kształtów,  ale  czarne  skrzydło  znikło  w  ułamku  sekundy,  jakby 

wyparowało w jej świetle. Krzyknęłabym z radości, ale natychmiast jego miejsce zajęło inne. 

background image

– Kairos powiedział mi, jak ukradłaś jego amulet – odezwała się Nakita. Spojrzałam na 

nią: stała przy furgonetce z obnażonym mieczem. – To był błąd. Amulet nie tylko odbierze ci 

życie, ale zniszczy też twoją duszę. Dla chłopaka to już koniec. Czas na nas. 

Patrzyłam na nią, kiedy stała tak, uśmiechnięta, z włosami falującymi na wietrze, a mój 

strach powoli zmieniał się w gniew. Gniew, który budziło jej przekonanie, że pójdę na śmierć 

potulnie  jak owca  na rzeź; gniew wywołany tym, że zraniła  Josha; gniew z tego powodu, że 

była ode mnie silniejsza i że wszystko, czego nauczyłam się poprzedniego dnia, na nic mi się 

nie przydało. 

–  Chciałabym  zobaczyć,  jak  mnie  do  tego  zmusisz  –  wycedziłam,  stając  na  lekko 

ugiętych nogach. 

Nakita  zaśmiała  się,  a  na  dźwięk  jej  głosu  czarne  skrzydła  wzbiły  się  wysoko  w 

powietrze. 

– Nie masz wyboru. To przeznaczenie – powiedziała. Radosna muzyka, która dobiegała 

z oddali, dziwnie kontrastowała z jej groźbą. 

–  Nie  powinnaś  mieć  kamienia.  Powinnaś  być  martwa.  Kiedy  wreszcie  umrzesz, 

wszyscy będziemy mogli wrócić do tego, co trwa od wieków. 

–  Z  tym  małym  wyjątkiem,  że  mnie  już  nie  będzie  –  zauważyłam.  Nakita  wzruszyła 

ramionami. 

–  Możesz  po  prostu  od  razu  oddać  mi  amulet  –  zaproponowała,  wyciągając  do  mnie 

szczupłą rękę. 

– Nie wydaje mi się – odparłam, a ona zmrużyła oczy. Grace pojawiła się nagle obok 

mnie, ale odgoniłam ją ręką. 

– Zostań z Joshem! – zażądałam. 

– Czarne skrzydła się nim nie interesują – zaprotestowała. – One chcą ciebie! 

Madison,  nie  próbuj  stawać  się  niewidzialna.  Niszczysz  swój  amulet.  Już  zaczął 

zanikać.  Mówiłam  ci,  że  to  niebezpieczne.  Teraz  tylko  amulet  Nakity  trzyma  je  z  dala  od 

ciebie. 

Tylko amulet Nakity nie pozwala mi zniknąć on sprawia, że mój kiepski plan nie działa, 

pomyślałam  i  się  zawahałam.  Jeśli  to  jej  amulet  wiąże  mnie  z  teraźniejszością,  dlaczego  nie 

miałabym  zniszczyć  tego  co  mnie  z  nim  łączy,  tak  samo,  jak  niszczyłam  nicie  łączące  mnie  z 

moim amuletem? 

– Madison, nie! – powiedziała Grace, jakby wiedziała, co zamierzam zrobić. 

–  Zostań  z  Joshem  –  powtórzyłam,  a  ona,  niezadowolona,  rozjarzyła  się  mocnym 

światłem. Nakita ruszyła w  moją stronę. Cofnęłam się szybko, starając się zyskać  na czasie  i 

background image

wymyślić  jakiś  sposób,  żeby  oddzielić  się  od  jej  amuletu.  Nie  czułam  się  z  nim  w  żaden 

sposób związana, ale coś musiało mnie z nim łączyć. A nie mogłam zastanawiać się nad tym i 

jednocześnie z nią walczyć. 

Spojrzałam aa Josha, który klęczał na ziemi z pochyłom głową. Pomyślałam o tacie i o 

tym,  jak  bardzo  chciałam  go  jeszcze  zobaczyć  Pomyślałam  o  ludziach  żyjących  chwila  za 

chwilą, których dziś  fotografowałam. Nie  wiedzieli,  jak wielki otrzymali dar. Nie,  nie  byłam 

jeszcze gotowa odejść. Musiałam tego jakoś dokonać musiałam wzmocnić więź łączącą mnie z 

amuletem  Nakity,  po  to,  by  móc  ją  zerwać  –  i  musiałam  zrobić  to,  nie  odbierając  jej 

śmiercionośnego kamienia. 

Zamknęłam oczy i modląc się w duchu, by nie był to błąd. Pozwoliłam jej się dotknąć. 

Zesztywniałam,  kiedy  uszczypnęła  mnie  w  ramię.  Zapadłam  się  w  siebie  i  pozwoliłam,  by 

wypełniła mnie obecność mojego amuletu. I wtedy, choć znacznie słabiej, poczułam istnienie 

czegoś  jeszcze.  Z  amuletem  Nakity  łączyło  mnie  dużo  mniej  nici,  ale  kiedy  się  na  nim 

skupiłam, ich liczba zaczęła rosnąć, a ja z każdą chwilą stawałam się coraz bardziej realna. 

Coraz  bardziej  martwa,  pomyślałam,  próbując  przerywać  łączące  nas  nici.  Niestety, 

zniszczyłam te, które wytwarzał mój amulet. 

Nakita wyczuła to i drgnęła, ale ciągle mnie dotykała, a ja nie stałam się niewidzialna. 

Nie byłam w stanie przerwać tego, co nas łączyło, nie pozbawiając jej amuletu, a żeby tak się 

stało, musiałabym go zdobyć. Wiedziałam, że jeśli to zrobię, zmienię się w proch i pył. 

Ale...  jej  miecz,  pomyślałam  nagle.  Jej  miecz  pochodził  od  jej  amuletu.  Był  z  nim 

bezpośrednio związany. Może gdybym skupiła się na nim... 

Żniwiarka  wydała  pełny  zdumienia  okrzyk.  Otworzyłam  oczy.  Grace  zawisła  nad 

Joshem,  zalewając  go  falą  mglistego  światła.  Była  groźna  i  piękna,  niezwykłym  surowym 

pięknem, które niemal sprawiało ból. I płakała. Płakała nade mną. Chciałam jej powiedzieć, że 

nic mi nie będzie, ale nie potrafiłam znaleźć właściwych słów. 

Coś  runęło  na  mnie  z  góry.  Zachwiałam  się  i  upadłabym,  gdyby  Nakita  mnie  nie 

podtrzymała. Spojrzałam w jej szeroko otwarte oczy. Była w nich nieopisana zgroza. 

Przeszył mnie nieoczekiwany, wszechogarniający ból. Zesztywniałam i przyklękłam na 

jedno kolano. Nakita odepchnęła mnie od siebie, a ja z przerażeniem zdałam sobie sprawę, co 

to było. Czarne skrzydło, które wyczuło moją obecność. 

Moje  ciało  aż  do  kości  przeniknęło  zimno,  tak  dojmujące,  że  niemal  przypominało 

ogień.  Otworzyłam  usta,  ale  nie  umiałam  wydobyć  głosu.  To  nie  była  śmierć.  To  było 

doznanie  nieistnienia,  wiecznego  niebytu.  Czarne  skrzydło  wyjadało  moje  wspomnienia,  po 

których  zostawała  tylko  pustka.  Niszczyło  mnie,  odbierając  mi  przeszłość,  chwila  za  chwilą. 

background image

Instynktownie rzuciłam się na plecy, oszalała z bólu, i wijąc się na ziemi, próbowałam zedrzeć 

z  siebie  skrzydło.  Ono  jednak  przylgnęło  do  mnie  jak  druga  skóra,  wysysając  ze  mnie 

wszystko. Pożerało moją duszę, a kiedy go dotykałam, parzyło jak ogień. 

Podniosłam  się,  choć  każdy  ruch  sprawiał  mi  nieznośny  ból.  Kiedy  stałam  tak, 

chwiejąc się niepewnie, rzuciło się na mnie drugie czarne skrzydło. Oszołomiona, nie mogłam 

zareagować. Ból sprawił, że znowu stałam się widzialna – teraz nie widziałam nawet swojego 

amuletu, nie mówiąc już o wytwarzanych przez niego niciach. Potrafiłam tylko stać i patrzeć 

na żniwiarkę. 

Przegrałam. Popełniłam błąd i musiałam umrzeć. Piękna, mądra Nakita zdobyła amulet 

i  moją  śmierć  bez  większego  trudu.  Gdybym  nic  nie  zrobiła,  zostałabym  po  prostu 

wyeliminowana z życia. Powinnam być zadowolona. Dostałam dodatkowe, piękne lato. Ale to 

mi  nie  wystarczało  i  nawet  teraz,  patrząc  śmierci  w  oczy,  nie  chciałam  się  z  nią  pogodzić. 

Potrzebowałam tylko jej cholernego miecza. Był bezpośrednio połączony z amuletem Nakity i 

nie miałam wątpliwości, że zdołałabym przerwać sieć, która mnie z nim łączyła. 

– Może i jesteś żniwiarzem ciemności – powiedziałam, czując, jak moje ciało zaczyna 

się napinać. – Ale nie masz pojęcia o ludzkiej determinacji. 

Zamrugała zdezorientowana. Zacisnęłam zęby i ruszyłam na nią. 

Dwa  lata  ćwiczeń  w  końcu  na  coś  mi  się  przydały.  Postawiłam  lewą  stopę  obok  jej 

prawej  i  obróciłam  się  błyskawicznie,  z  całej  siły  uderzając  Nakitę  łokciem  w  żołądek. 

Pochyliła  się  gwałtownie  i  zesztywniała  z  bólu.  Miecz  zwisał  teraz  luźno.  Chwyciłam  go  za 

rękojeść, tuż nad jej dłonią. Należał teraz do nas obu. Widziałam nasze amulety i nici wiążące 

mnie z teraźniejszością. 

Nakita zrozumiała, co próbuję zrobić. Chwyciła mnie za rękę, którą trzymałam miecz. 

Miałyśmy  go  obie.  Musiałam  zniknąć.  Wiedziałam,  że  jeśli  stanę  się  niewidzialna,  miecz 

zostanie przy mnie. Ale wszystko mnie bolało. 

Jeśli tego nie zrobię, Josh umrze, pomyślałam. Nie mogę na to pozwolić tylko dlatego, 

że boję się bólu. Natychmiast podjęłam decyzję. 

Dłoń, którą ściskała żniwiarka, paliła mnie żywym ogniem. Poddałam się temu bólowi. 

Pozwoliłam, by mnie wypełnił, by przeze mnie płynął, wypalając wszystko i zostawiając tylko 

moją  wolę.  Ogarnęła  mnie  euforia,  nienaturalne  uniesienie,  za  pomocą  którego  mój  umysł 

próbował się bronić. Pełna radości  i  mocy wypuściłam powietrze z płuc, kierując  je na więzi 

łączące mnie z teraźniejszością – i podmuch mojej woli sprawił, że wszystkie one pękły naraz 

jak jedwabna przędza w płomieniu. Miecz Nakity należał do mnie. 

– Nie! – krzyknęła i odskoczyła w tył, czując, jak jej miecz staje się niewidzialny wraz 

background image

ze  mną.  Byłam  duchem,  nie  mogła  mnie  dotknąć,  ale  rzuciła  się  na  mnie,  jakby  tego  nie 

pojmowała. Instynktownie podniosłam rękę, a Nakita przeszła przeze mnie. Jej amulet płonął 

jak fioletowy ogień. 

Wyglądała  na  niebywale  zdumioną,  otworzyła  usta,  jakby  chciała  krzyknąć.  Miałam 

wrażenie, że czas stanął w miejscu. Wstrzymałam oddech, by nie wciągnąć jej w siebie. 

Nagle  poczułam  jej  zimną  furię,  poznałam  smak  jej  frustracji,  zobaczyłam  Kairosa, 

stojącego w słońcu na podłodze z czarnych kafli – mówił jej, że stanowię zagrożenie dla woli 

serafinów i że wysyła ją w tajną misję za mną. Przez ułamek sekundy byłam nią. Byłam Nakitą 

– a ona była mną. 

Wczepione we mnie czarne skrzydła także to wyczuły. Namierzyły żer znacznie lepszy 

niż  nędzne  wspomnienia  jakiejś  siedemnastolatki.  Kiedy  tylko  oderwały  się  od  mojej  duszy, 

ból ustąpił, a one natychmiast przylgnęły do żniwiarki. 

Upadłam na ziemię. Wstrząs sprawił, że straciłam kontrolę nad amuletami. Sieć zaczęła 

odrastać,  z  teraźniejszością  łączyły  mnie  już  dwa  kamienie.  Znowu  byłam  widzialna. 

Żniwiarka  stała  nade  mną,  odrętwiała  z  bólu,  a  w  mojej  dłoni  spoczywał  nie  jej  miecz,  ale 

amulet. Odbierając jej jedno, zdobyłam też drugie. 

Krzyknęła  i  upadła  na  kolana.  Widziałam  teraz  jej  białe,  migotliwe  skrzydła, 

wznoszące  się  wysoko,  aż  do  gałęzi  drzewa.  Cofnęłam  się  do  Josha,  przerażona.  Podniósł 

wzrok, przyciskając dłoń do brzucha. Nad nami pojawiła się Grace. Kula mglistego światła. 

Nakita znowu wydała okropny, przenikliwy krzyk. Był tak nieludzki, że strach ściął mi 

krew  w  żyłach.  Czarne  skrzydła  były  w  jej  wnętrzu.  Patrzyłam  na  nią,  osłupiała  –  powoli 

zaczynało  do  mnie  docierać,  co  zrobiłam.  Ale  przecież  nie  wiedziałam,  co  się  stanie!  Nie 

wiedziałam!  Trzepocząc  rozpaczliwie  skrzydłami,  wygięła  się  w  łuk,  musiała  niesamowicie 

cierpieć. Jej krzyk ucichł nagle, jak ucięty nożem. A potem złożyła skrzydła i znikła. Z ziemi 

poderwały się kurz i źdźbła trawy. Zasłoniłam oczy dłonią. 

– Madison! – zawołała Grace. Jej wysoki głos zagłuszał dobiegającą z parku muzykę. – 

Idź do samochodu. Weź Josha i idź do samochodu. 

Żniwiarka  znikła,  ale  czarne  skrzydła  ciągle  nad  nami  krążyły.  Były  ich  już  setki. 

Stałam się widzialna i czuwała nad nami Grace, a jednak nie odlatywały. 

–  Josh  –  wydyszałam.  Czułam  się  słaba  i  zmęczona.  Zawiesiłam  amulet  Nakity  na 

nadgarstku  i  potykając  się,  pomogłam  Joshowi  wstać.  Chwyciłam  aparat,  który  leżał, 

zapomniany,  na  trawie.  Drzwiczki  furgonetki  były  otwarte.  Wsadziłam  Josha  do  środka  i 

popchnęłam go dalej, na miejsce pasażera. Silnik ciągle pracował. Podziękowałam Bogu za tę 

drobną przysługę. 

background image

–  Z  nim  wszystko  w  porządku?  –  spytałam  bez  tchu,  zatrzaskując  drzwiczki.  Rączka 

skrzyni biegów jakby przechodziła przez moje ciało aż do kości. – Trafiła go? 

–  To  nie  był  czysty  cios  –  odparła  Grace.  –  Powstrzymałabym  ją,  ale  wtedy  ty  się 

wtrąciłaś. Jego dusza wisi na włosku. Zabierajmy się stąd. Jeśli zaatakują nas wszystkie razem, 

nie  zdołam  was  ochronić.  Kryję  was,  ale  dwa  z  nich  poznały  już  twój  smak,  a  inne  go 

wyczuwają.  Nie  próbuj  więcej  stać  się  niewidzialna,  Madison!  Pamiętaj!  Za  każdym  razem, 

kiedy to robisz, niszczysz swój amulet. 

Drżąc,  wycofałam  samochód  i  zmieniłam  bieg.  Josh  osunął  się  na  drzwiczki.  Nie 

próbuj  stać  się  niewidzialna.  Grace  mówiła  to  już  wcześniej.  To  właśnie  przyciągało  czarne 

skrzydła. Ale przedtem nie miałam wyboru. 

– Josh? – powiedziałam, kiedy wyjechaliśmy na chodnik i musiałam zwolnić, bo tłum 

ludzi zaczął właśnie opuszczać park. – Odezwij się. – Obejrzałam się za siebie, ale wyglądało 

na  to,  że  nikt  nie  słyszał  krzyków  Nakity.  Nikt  nie  widział  anioła  o  potężnych  skrzydłach, 

konającego w bólu pod drzewami. 

Chwyciłam Josha za ramię i potrząsnęłam lekko. 

– Szpital – wyszeptał. – Madison, ja chyba umieram. Zawieź mnie do szpitala. Szybko. 

Ogarnęła  mnie  panika.  Wyjechałam  na  główną  drogę  i  wcisnęłam  gaz.  Na  wszelki  wypadek 

włączyłam światła i pędziłam przed siebie, nie zwracając uwagi na dźwięki klaksonów. 

Kiedy tata się o tym dowie, na pewno mnie zabije. Znowu. 

background image

ROZDZIAŁ 10 

Zapach środków odkażających unosił się w białym, sterylnym korytarzu i przenikał do 

pomalowanej  na  beżowo  poczekalni  przed  izbą  przyjęć.  Była  prawie  pusta,  oprócz  mnie 

siedziała  tu  tylko  jakaś  kobieta  z  popłakującym  niemowlęciem  na  rękach.  Pochyliłam  się  i 

zaczęłam  rozcierać  łokieć.  Przypomniałam  sobie  przy  tym  uczucie,  jakie  towarzyszyło 

uderzeniu Nakity. Byłam wyczerpana i znużona czekaniem na jakąś informację. Z kobietą był 

w poczekalni  jeszcze  mały chłopczyk. Złościł się, że jego siostra skupia na sobie całą uwagę 

matki. 

Kobieta wypełniała formularz i spoglądała na mnie wrogo. Kiedy wpadłam do szpitala, 

czekała  już  na  przyjęcie  swojego  rozgorączkowanego  dziecka,  ale  nieprzytomny  pacjent  ma 

pierwszeństwo przed dzieckiem z kolką jelitową. Wywołałam pewne zamieszanie, wydzierając 

się na personel, i zamknęłam się dopiero wtedy, kiedy do poczekalni weszła policjantka, która 

najwyraźniej za mną jechała. Przysięgam, nie widziałam jej w lusterku. 

Może  przekroczyłam  dozwoloną  prędkość,  ale  za  to  udało  mi  się  dotrzeć  do  szpitala 

zaledwie w osiem minut. 

Osiem strasznym minut, podczas których wydawało mi się, że Josh zaraz umrze. 

Zaszurałam  stopami  po  linoleum  i  opadłam  na  oparcie  kanapy,  obserwując  spode  łba 

młodą policjantkę, która rozmawiała właśnie z pielęgniarką w różowym fartuchu. Policjantka 

wzięła  moje  prawo  jazdy,  a  to  oznaczało,  że  tata  pewnie  już  był  w  drodze  do  szpitala. 

Próbowałam się do niego dodzwonić, w końcu jednak zostawiłam mu wiadomość, że czuję się 

dobrze i jestem z Joshem w szpitalu. 

Pielęgniarka  spojrzała  w  moją  stronę,  a  mnie  żołądek  ścisnął  się  z  niepokoju.  Kiedy 

przyjechaliśmy do szpitala, powiedziałam, że zasłabł na bieżni. Natychmiast go zabrali. 

Kobieta  w  różowym  fartuchu  była  pierwszą  osobą  z  personelu,  jaką  od  tej  chwili 

zobaczyłam, ale nic nie chciała mi powiedzieć. Idiotyczna polityka prywatności. 

Przynajmniej  Grace  była  z  Joshem,  choć  nie  wydawała  się  zadowolona.  Prawdę 

mówiąc,  była  wściekła.  Myślę,  że  niewiele  brakowało,  a  wysłaliby  mnie  na  obserwację,  bo 

zanim  uległa,  musiałam  odbyć  z  nią  dość  długą  rozmowę.  Josh  był  nieprzytomny,  a  ja  nie, 

więc to on bardziej potrzebował anioła stróża. Proste. 

Policjantka  podniosła  głos,  a  ja  poruszyłam  się  nerwowo,  bo  nagle  obie  kobiety 

spojrzały  w  moim  kierunku.  Rozmawiały  jeszcze  przez  chwilę,  potem  pielęgniarka  odeszła 

korytarzem, a policjantka podeszła do mnie. Przy naszej pierwszej rozmowie przedstawiła się, 

background image

ale teraz nie mogłam sobie przypomnieć jej imienia. Na jej odznace był napis „B. Levy”. B jak 

Betty? 

Bea? Barbie? Nie. Nie z tym rewolwerem u boku. 

Porucznik  Levy  stanęła  odrobinę  za  blisko,  żebym  mogła  czuć  się  całkiem 

komfortowo.  Sznurowane  półbuty  na  grubej  podeszwie  skrzypiały  lekko  na  linoleum. 

Podniosłam  wzrok  –  najpierw  na  jej  zaprasowane  w  kant  spodnie,  potem  na  pasek,  zapiętą 

kaburę,  wykrochmaloną  koszulę,  odznakę  –  a  potem  wreszcie  na  jej  twarz.  Była  młoda  i  z 

pewnością nie pracowała w policji od dawna, dlatego wyraz rodzicielskiej troski na jej twarzy 

trochę mnie zirytował. Tak jakby sama miała dzieci, co? Nie wydaje mi się. 

Miała  jednak  łagodne  orzechowe  oczy,  krótkie  jasne  włosy  i  miłą,  opaloną  twarz,  na 

której  widać  jedynie  tylko  kilka  zmarszczek  mimicznych.  Nie  odezwała  się,  tylko  uniosła 

brwi,  a  ja  odwróciłam  wzrok.  Mogła  wlepić  mi  mandat  za  przekroczenie  prędkości  i 

zignorowanie  policji,  ale  kto  zrobiłby  coś  takiego,  wiedząc,  że  wiozłam  do  szpitala 

nieprzytomnego przyjaciela? 

– Stan Josha się ustabilizował – powiedziała. Zaskoczona, szybko podniosłam głowę. 

–  Dziękuję  –  szepnęłam  i  poczułam,  jak  moje  ramiona  rozluźniają  się  powoli.  Nawet 

nie wiedziałam, że byłam taka spięta. 

– Na festiwalu była karetka – powiedziała policjantka i usiadła obok mnie. Westchnęła 

z ulgą i przeczesała włosy palcami. Wydawała się zbyt odjechana jak na policjantkę. Sama nie 

znosiłam,  kiedy  ludzie  mówili,  że  jestem  odjechana,  ale  ta  kobieta  sprawiała  właśnie  takie 

wrażenie – jakby miała w sobie mnóstwo polotu, energii i umiała się czasem posunąć trochę za 

daleko  dla  dobrej  zabawy.  –  Dlaczego  nie  zabrałaś  go  tam,  zamiast  narażać  na 

niebezpieczeństwo pół miasta? – dodała. 

Nie  przypominała  policjantów,  którzy  przywieźli  mnie  do  domu,  kiedy  uciekłam  po 

jednej z grubszych awantur z mamą. To dopiero był teatr. 

– Nie wiedziałam, że tam była karetka – mruknęłam, bo co miałam jej powiedzieć? Że 

żniwiarz ciemności chciał zabić Josha i że potrzebna była natychmiastowa pomoc medyczna? 

Policjantka się zaśmiała. 

– Całkiem dobrze prowadzisz – powiedziała. Uśmiechnęłam się do niej kwaśno. 

–  Dzięki.  –  Przestałam  rozcierać  sobie  łokieć,  kiedy  na  niego  spojrzała,  i  zacisnęłam 

ręce  na  kolanach.  Porucznik  Levy  wyprostowała  się,  a  ja  westchnęłam.  No  tak,  pora  na 

wykład. 

– Zadzwoniłam do twoich rodziców – powiedziała. Odwróciłam się do niej nerwowo. 

–  Zadzwoniła  pani  do  mojej  mamy?  –  spytałam,  naprawdę  wystraszona.  Mama 

background image

dostałaby szału. 

– Nie, do twojego taty. Masz niepokojąco bogate akta, Madison, jak na kogoś w twoim 

wieku. 

Moje  akta  specjalnie  mnie  nie  martwiły,  w  końcu  nie  było  w  nich  nic  na  temat 

kradzieży  czy  rozbojów  z  bronią  w  ręku.  Kilka  razy  nie  wróciłam  do  domu  na  czas  albo 

włóczyłam  się  wieczorami  po  ulicach.  Wielkie  rzeczy!  Uspokojona,  opadłam  na  oparcie 

kanapy. 

– Ale co ja miałam zrobić? – spytałam, błagając ją wzrokiem o zrozumienie. – Co pani 

zrobiłaby na moim miejscu? Byłam przerażona. Myślałam, że Josh umiera. 

Policjantka uniosła brwi. 

–  Ja  zadzwoniłabym  po  pomoc  i  zaczekałabym  przy  poszkodowanym.  Od  udaru 

słonecznego na ogół się nie umiera. 

–  Gdyby  to  był  udar,  pozwoliliby  mi  się  z  nim  zobaczyć  –  powiedziałam,  a  ona 

mruknęła coś takim tonem, jakby się ze mną zgadzała. 

Zapadła cisza. Wydawało mi się, że powinnam coś powiedzieć, więc odezwałam się z 

wahaniem: 

– Następnym razem będę pamiętała. Zadzwonić po pomoc. Zostać z poszkodowanym. 

– Ale przecież  nikt nie  byłby  w stanie  mi  pomóc. Może nie powinnam  była  wydawać  Grace 

żadnych rozkazów? Miałam wrażenie, że unieważniły one wszelkie polecenia Rona, łącznie z 

tym,  by  poleciała  po  niego,  kiedy  pojawią  się  problemy,  z  którymi  nie  będzie  mogła  sobie 

poradzić. 

Porucznik Levy wstała, by wyglądać bardziej oficjalnie. 

–  Mam  nadzieję,  że  następnego  razu  nie  będzie  –  podsumowała  i  oddała  mi  prawo 

jazdy. – Zostań tu, dopóki nie porozmawiam z twoim ojcem. 

–  Dobrze  –  odparłam.  Wzięłam  laminowaną  kartę  prawa  jazdy,  zadowolona,  że  nie 

muszę wypełniać żadnych formularzy ani niczego w tym stylu. 

Policjantka spojrzała na mnie z wahaniem. 

– Na pewno nie chcesz mi jeszcze czegoś powiedzieć? 

Obudziło to moją czujność, ale pewnie spojrzałam jej w oczy. 

– Nie. Dlaczego pani pyta? 

Nie spuszczała wzroku z mojej twarzy. 

– Masz trawę we włosach i pobrudzone ziemią nogi. 

Odwróciłam wzrok, ale nie spojrzałam w dół. Cholera! 

– Czy doszło do jakiejś bójki? – spytała, mrużąc oczy. – Kto jeszcze brał w niej udział? 

background image

Wzruszyłam ramionami. Porucznik Levy westchnęła. 

– Wiem, że trudno jest wejść w nowe środowisko, ale jeśli doszło do bójki, powinnaś 

mi o tym powiedzieć. To przecież nie będzie donos. 

–  Josh  z  nikim  się  nie  bił  –  powiedziałam.  –  Po  prostu  się  przewrócił.  –  Mogłam 

skłamać, że upadłam i pobrudziłam się, kiedy chciałam go złapać, ale po co? 

Przez  chwilę  patrzyłyśmy  sobie  w  oczy.  W  końcu  porucznik  Levy  zacisnęła  usta, 

wydała  kolejny  niezrozumiały  pomruk  i  podeszła  do  recepcjonistki.  Wiedziałam,  że  pewnie 

zostanie w szpitalu dłużej, żeby porozmawiać też z rodzicami Josha. Miałam nadzieję, że uda 

mi  się  zwiać,  zanim  przyjdą.  On  był  porządnym  chłopakiem.  Wystarczy,  że  jego  rodzice 

spojrzą na moje fioletowe włosy i kolczyki, by uznać mnie za nieodpowiednie towarzystwo dla 

ich kochanego synka. Pewnie bardziej spodobałby im się ktoś taki jak Amy. 

Prychnęłam,  zastanawiając  się,  kiedy  zaczęłam  traktować  Josha  jak  materiał  na 

chłopaka. Spędziliśmy razem zaledwie dwa popołudnia. Owszem, popołudnia te były walką o 

życie  –  ale  to  zapewne  utwierdzi  go  w  przekonaniu,  że  raczej  nie  nadajemy  się  na  parę. 

Spojrzałam  przez  okno  na  furgonetkę  Josha.  Kiedy  umknęliśmy  czarnym  skrzydłom, 

wsunęłam amulet pod przednie siedzenie. Nie przypuszczałam, by Nakita jeszcze wróciła, ale 

Kairos mógł się pojawić, a on znał rezonans jej amuletu. Jej krzyk był okropny. Wzdrygnęłam 

się  na  wspomnienie  ataku  czarnych  skrzydeł.  Były  jak  lodowaty,  ciężki  koc,  pochłaniający 

moją pamięć – całe moje życie. 

Zmarszczyłam brwi i zaczęłam się zastanawiać, co straciłam. Fakt, że czarne skrzydła 

rzuciły się na Nakitę, był dla mnie szokujący. To, co się z nią wtedy działo, było przerażające. 

Miałam szczerą nadzieję, że wyszła z tego cało, mimo że wcześniej chciała mnie zabić. 

Za  oknami  mignęła  znajoma  postać  w  dżinsach  i  podkoszulku.  Wyprostowałam  się 

zaskoczona  i  patrzyłam,  jak  Barnaba  czeka  niecierpliwie,  aż  oszklone  drzwi  się  przed  nim 

otworzą. 

–  Gdzie  byłeś?  –  spytałam,  kiedy  wpadł  do  wnętrza,  powiewając  połami  szarego 

prochowca. 

– Zostawiam cię na jeden dzień... – zaczął, patrząc na mnie ze złością. 

–  I  wszystko  diabli  biorą  –  powiedziałam  i  podniosłam  się  z  kanapy.  Nie  chciałam, 

żeby  mówił  do  mnie  z  góry.  –  Tak,  musiałam  sobie  z  tym  jakoś  radzić.  Od  wczoraj  unikam 

Nakity i Kairosa! – rzuciłam teatralnym szeptem. 

– Nakity? – spytał najwyraźniej nie słuchał mnie zbyt uważnie. 

– Tak, Nakity – odpaliłam, niespokojnie. 

Widziałam, jak bardzo cierpiała. Anioły nie powinny przecież cierpieć, nawet te, które 

background image

są żniwiarzami ciemności. 

Barnaba  usiadł  na  brzegu  fotela  naprzeciw  mnie  i  przeczesał  kędzierzawe  włosy 

palcami.  Jak  na  żniwiarza  wyglądał  dość  niewinnie.  Zwłaszcza  w  tej  koszulce  z  nazwą 

znanego zespołu rockowego. 

–  To  byłaś  ty?  –  spytał,  a  ja  znowu  zajęłam  miejsce  na  kanapie.  –  W  pieśniach 

unoszących  się  między  niebem  a  ziemią  słyszałem,  że  została  ranna  w  bitwie.  Ron, 

oczywiście, pomyślał o tobie i wysłał mnie, żebym sprawdził, czy wszystko w porządku. On... 

uch... on chciałby z tobą porozmawiać. 

Nie  wątpię.  Usiadłam  prosto,  choć  czułam  się  coraz  gorzej.  Pieśni  między  niebem  a 

ziemią? Założę się, że biją CNN na głowę. 

Barnaba patrzył na mnie pytająco. 

– Co się właściwie wydarzyło? Nie mogę uwierzyć, że odebrałaś jej amulet. Madison, 

naprawdę  musisz  przestać  to  robić.  Gdzie  jest  twój  anioł  stróż?  Nie  mieliśmy  od  niej 

wiadomości, że były jakieś kłopoty. 

– To może być moja wina – odparłam cicho. – Powiedziałam jej, żeby chroniła Josha, 

więc nie mogła polecieć do was. Nie złość się na nią. To ja jej kazałam z nim zostać. 

– Josha? – Gwałtownie podniósł głowę. – Ona miała być z tobą! 

Był wyraźnie wstrząśnięty. Wzruszyłam ramionami. 

– Ja jestem przytomna. A on nie. Wybór był prosty. 

– Ona miała być z tobą! – wrzasnął Barnaba Prychnęłam ze zniecierpliwieniem. 

– Ale ja powiedziałam jej, żeby czuwała nad nim. Dwa razy uratowała mu życie. 

Wczoraj Kairos próbował go zabić. Więc co miałam robić? Pozwolić mu na to? Mnie 

nic  się  nie  stało.  –  Do  czasu,  kiedy  znalazły  mnie  czarne  skrzydła.  A  Grace  stwierdziła,  że 

niszczę swój amulet. Superekstrafantastycznie. 

Barnaba patrzył na mnie z niedowierzaniem. 

– Ona cię zostawiła – stwierdził. Rany, ale się przyczepił! 

– Nie zrobiła tego z własnej woli! – warknęłam. Miałam nadzieję, że nie wpakowałam 

Grace w kłopoty. – Wcale nie była z tego zadowolona. – Zawahałam się, spoglądając w głąb 

długiego, białego korytarza. – Nakita próbowała zabić Josha. Chyba go drasnęła. 

Myślisz, że wyjdzie z tego? 

–  Nie  wiem.  –  Barnaba  spojrzał  na  recepcjonistkę  i  policjantkę,  a  potem  opadł  na 

oparcie i założył ręce na piersi. 

– Co zrobiłaś Nakicie? Gdybyś tylko zabrała jej amulet, ograniczyłabyś jej możliwości. 

Wpadłaby w gniew, a nie w katatonię. 

background image

Wpadła  w  katatonię?  Barnaba  patrzył  na  mnie  w  taki  sposób,  jakbym  zrobiła  coś 

naprawdę  bardzo  złego.  Jasne,  była  żniwiarką  ciemności,  ale  pozostawienie  w  jej  wnętrzu 

czarnych skrzydeł było naprawdę okropne. Nawet, jeśli doszło do tego przez przypadek. 

– Musiałam się  jakoś od niej uwolnić – tłumaczyłam,  zniżając głos  niemal do szeptu, 

kiedy porucznik Levy spojrzała w naszą stronę. – Zrobiłam wszystko, co mogłam. Nie byłam 

w stanie skontaktować się z tobą w myślach, rozumiesz – dodałam z goryczą. Twarz Barnaby 

spochmurniała jeszcze bardziej. 

– Ron zostawił ci anioła stróża – powiedział, pochylił się i oparł łokcie na kolanach. – 

Powinnaś być bezpieczna. 

– Tak? – Z trudem powstrzymałam się od krzyku. Dwa dni ciągłego strachu obudziły 

we  mnie  w  końcu  gniew.  –  Nakita  powiedziała,  że  zostawiliście  mi  anielicę  pierwszej  sfery. 

Lubię ją i w ogóle, ale ona nie ma dość mocy, by ochronić mnie przez takim atakiem. A Ron o 

tym wie. 

Złość na twarzy Barnaby zmieniła się w zaskoczenie. Odchylił się, patrząc na kobietę z 

dwójką  dzieci,  która  wychodziła  właśnie  z  poczekalni.  Pielęgniarka,  która  ją  wywołała, 

powiedziała policjantce, że ona także może  już  iść. Uznałam to za dobry znak  i opanowałam 

emocje.  Rozprostował  palce.  Wydało  mi  się  nagle,  że  są  trochę  za  długie  jak  na  palce 

normalnego człowieka. 

– Josh wie, że jesteś martwa? – spytał. 

Kiwnęłam głową, nie odrywając wzroku od podłogi. Nie powinnam była wciągać w to 

wszystko Josha, ale kiedy zaczęły go śledzić czarne skrzydła, nie miałam wyboru. 

– Musiałam mu powiedzieć – odparłam. – Latały za nim czarne skrzydła, ale przy mnie 

był bezpieczny. Kazałam mojej anielicy zostać z nim ubiegłej nocy. W przeciwnym razie nie 

dożyłby do rana. 

A teraz wylądował w szpitalu. Świetnie sobie radzisz, Madison. 

Kątem  oka  dostrzegłam  jakiś  ruch  i  podniosłam  głowę.  Ron  po  prostu  stał  obok,  z 

zaciśniętym dłońmi i wyrazem smutku na twarzy. Słońce oświetlało jego siwe mocno skręcone 

włosy,  a  jego  oczy,  spoglądające  na  moje  żółte  rajstopy  i  fioletową  spódnicę,  były  szaro-

niebieskie.  Wczoraj  były  brązowe.  Szaroniebieskie  wróżyły  chyba  kłopoty.  Zwykle 

przybierały ten kolor, kiedy Ron był ze mnie niezadowolony. 

– Madison – powiedział z takim znużeniem, że aż się przestraszyłam. 

– Przykro mi – bąknęłam lękliwie. 

– Wiem. – Rzucił okiem w stronę kontuaru recepcji, za którym akurat nikogo nie było, 

i podszedł bliżej. Poruszał się niemal bezszelestnie. – Od dwóch tysięcy lat nie zdarzyło się, by 

background image

anioł  stracił  w  bitwie  przytomność  i  został  pozbawiony  miecza.  Zdajesz  sobie  sprawę,  co 

trzeba zrobić, by tego dokonać? 

Nieszczęśliwa, skuliłam się na kanapie. 

– Czarne skrzydła zostały w jej wnętrzu? – spytałam z wahaniem. 

Boże, pomóż mi! To był wypadek! 

Ron głośno wciągnął powietrze, a Barnaba wydał zduszony okrzyk, pełny zdumienia. 

Nie  byłam w stanie podnieść głowy – za bardzo bałam się tego, co mogłam  zobaczyć  na  ich 

twarzach. 

–  Jak  to  się  stało,  że  czarne  skrzydła  znalazły  się  wewnątrz  Nakity?  –  spytał  Ron 

bardzo powoli. 

Podniosłam wzrok. Strażnik czasu patrzył na mnie ze smutkiem. 

– Uch... chyba to ja przez przypadek je tam wpuściłam... – odparłam. Nie podobało mi 

się, że mój głos zabrzmiał tak niepewnie. 

–  Przepraszam?  –  powiedział  Ron.  Dziwnie  zabrzmiało  to  w  jego  ustach.  Barnaba 

pokręcił głową. 

– To niemożliwe. Czarne skrzydła nie są w stanie wyrządzić krzywdy żniwiarzom. 

Madison jest zdezorientowana i chyba sama nie wie, co się tak naprawdę wydarzyło. 

To było obraźliwe. Prychnęłam. 

–  Nie  jestem  zdezorientowana.  Wiem,  co  się  stało  –  upierałam  się.  Było  mi  łatwiej  o 

tym mówić, niż sądziłam. – Grace powiedziała, że kiedy staję się niewidzialna, oddzielam się 

od  amuletu.  To  właśnie  przyciągnęło  czarne  skrzydła.  A  kiedy  Nakita  upadła  i  przeniknęła 

przeze mnie, czarne skrzydła rzuciły się na nią. 

– Grace? – Ron patrzył na mnie spięty i wyraźnie przestraszony. – Kto to jest Grace? – 

Skrzywił  się.  –  Nadałaś  jej  imię?  Madison?  Chyba  nie  nadałaś  swojej  anielicy  imienia, 

prawda? 

W porównaniu z rzuceniem anioła na pastwę czarnych skrzydeł nadanie imienia Grace 

wydawało mi się drobnym wykroczeniem. 

–  Przerywałam  więzi  pochodzące  od  mojego  amuletu,  ale  tylko  te  łączące  mnie  z 

teraźniejszością, nie te, które wybiegały w przyszłość – wyjaśniłam, usiłując nie dać po sobie 

poznać,  jak  głupio  się  czuję.  Ron  z  wysiłkiem  zmarszczył  brwi,  próbując  zrozumieć,  co 

mówię. W każdym razie chyba dlatego nagle tak się przeraził. Na Barnabie zrobiło to mniejsze 

wrażenie. 

– A co to ma wspólnego z czarnymi skrzydłami? – zapytał. 

– Nakita chciała zabić Josha, mimo że miała już mnie. Mogłam się jej pozbyć tylko w 

background image

jeden sposób: stając się niewidzialna. Musiałam się jakoś bronić, a żadnego z was nie było w 

pobliżu – powiedziałam błagalnie. – Nie wiedziałam, że czarne skrzydła się na nią rzucą. Ona 

jest żniwiarką! Czarne skrzydła podobno nie są w stanie skrzywdzić żadnego żniwiarza! 

Ron powoli pokręcił głową. 

– Nie tak osiąga się niewidzialność. Madison, ty nie zakrzywiłaś światła wokół siebie, 

tylko  zerwałaś  łączność  ze  swoim  amuletem,  jakbyś  go  wcale  nie  miała  przy  sobie.  Byłaś 

martwa,  nic  nie  łączyło  cię  z  życiem.  Byłaś  duszą  bez  ciała.  Nic  dziwnego,  że  sprowadziłaś 

czarne skrzydła. One cię... zaatakowały? 

Grace mówiła, że to niebezpieczne. Powinnam była jej posłuchać. 

–  Nakita  chciała  zabić  Josha  i  zaprowadzić  mnie  do  Kairosa.  Pomyślałam,  że  jeśli 

zabiorę  jej  miecz,  przynajmniej  nie  będzie  mogła  go  skrzywdzić.  Ale  kiedy  stałam  się 

niewidzialna, żeby odebrać jej amulet, rzuciły się na mnie dwa czarne skrzydła. – Zadrżałam. – 

To bolało. Wydaje mi się, że coś mi zabrały. – Urwałam na wspomnienie tej strasznej chwili, 

kiedy  zaczęły  wysysać  moją  pamięć.  Potem  rozluźniłam  napięte  dłonie  i  pomyślałam  o 

Nakicie  i  o  tym,  jak  musiała  się  czuć,  kiedy  czarne  skrzydła  wniknęły  do  jej  wnętrza.  –  To 

naprawdę  bardzo bolało, Ron. Jeszcze raz stałam się  niewidzialna, żeby odebrać  jej  miecz,  a 

czarne  skrzydła  wczepiły  się  w  nią,  kiedy  przeze  mnie  przeszła.  –  Podniosłam  zamglony 

wzrok. – Chciałam tylko, żeby zostawiła nas w spokoju – zakończyłam płaczliwie. Do diabła, 

przecież nie zacznę tu płakać! Barnaba odsunął się ode mnie gwałtownie jak na widok węża. 

–  A  amulet  Nakity?  –  spytał.  –  Jak  to  się  stało,  że  jej  amulet  nie  zakotwiczał  cię  w 

teraźniejszości? 

–  Więzi,  które  wytwarzał,  też  zrywałam  –  wyjaśniłam.  –  Odebrałam  jej  miecz,  nie 

amulet, ale to dało mi dość mocy, by móc zrywać więzy i od tego nie zginąć. 

Z pobladłą twarzą, zerwał się z fotela. 

–  Ron  –  powiedział,  nie  spuszczając  wzroku  ze  mnie.  –  Ona  zdołała  oderwać  się  od 

amuletu, który Nakita ciągle miała na sobie! Jakiego jeszcze potrzebujesz dowodu? Wierzę w 

wolną wolę, tak jak ty, ale coś tu jest nie tak! Zobacz, co się stało. Madison jest... 

– Cała i zdrowa. – Ron chwycił mnie za ręce, odwracając moją uwagę od Barnaby. Na 

jego  twarzy  pojawił  się  kojący  uśmiech,  ale  w  oczach  czaił  się  śmiertelny  strach.  –  Cała  i 

zdrowa. 

–  Nakita  powiedziała,  że  zostawiłeś  z  nią  anioła  pierwszej  sfery  –  przerwał  mu 

Barnaba, czerwony ze złości. – To oczywiste dlaczego. Wiesz, że to błąd. Jest źle  i ty o tym 

wiesz! 

Strażnik czasu spojrzał gniewnie na Barnabę i zacisnął palce na moich rękach. 

background image

– Nie muszę się przed tobą tłumaczyć. Wezwałem anioła pierwszej sfery, bo szanse na 

to, że coś się wydarzy, były niewielkie, a nie chciałem sprawić wrażenia, że jest jakiś problem. 

–  Problem,  co?  –  Barnaba  spojrzał  mu  prosto  w  oczy.  Ron  skrzywił  się  szpetnie.  – 

Więc przyznajesz, że coś jest nie tak. 

–  Zamknij  się  wreszcie!  –  wrzasnął  strażnik  czasu  i  żniwiarz,  rozgoryczony,  spuścił 

głowę.  Siedziałam  w  milczeniu,  oszołomiona.  Już  po  raz  drugi  Ron  nie  pozwolił  mu  czegoś 

powiedzieć – wcześniej było tak na szkolnym parkingu. Chyba rzeczywiście był jakiś problem. 

Co ja takiego zrobiłam? 

– Ron – powiedziałam przerażona. – Bardzo mi przykro. Chciałam tylko bronić siebie i 

Josha. Nakita go drasnęła. Czy on z tego wyjdzie? 

Wydawało mi się, że Ron dopiero teraz zwrócił uwagę, gdzie jest. Spojrzał na mnie ze 

smutkiem i pokręcił głową, co przeraziło mnie jeszcze bardziej. 

– Nakita jest panią jego życia. To ona zdecyduje, czy będzie żył, czy umrze. 

O  Boże,  ja  go  zabiłam,  pomyślałam.  Ogarnęła  mnie  panika.  Wiedziałam,  że  muszę 

porozmawiać z Nakitą. 

– Jest nadzieja – powiedział łagodnie Ron, kładąc mi dłoń na ramieniu. Nie przyniosło 

mi to jednak ulgi, tylko przeciwnie, obudziło moją czujność. Barnaba, stojący z tyłu, prychnął. 

–  Będę  nadal  prowadził  rozmowy  w  tej  sprawie  –  ciągnął  Ron  takim  tonem,  jakby  śmierć 

Josha  była  jakąś  drobnostką.  –  Ale  to  ty  mnie  najbardziej  niepokoisz.  Oddzielenie  się  od 

amuletu w taki sposób, w jaki to zrobiłaś, powinno być niemożliwe. Fakt, że ci się udało, ma 

zapewne jakiś związek z tym, że jesteś martwa. Tak czy inaczej, jestem pewny, że uszkodziłaś 

swój amulet. Więcej tego nie rób. To częściowo także moja wina. Powinienem był sprawdzać 

twoje postępy, ale Barnaba nie wspominał o problemach. 

Josh  nic  go  nie  obchodził.  Nie  tak  naprawdę.  Nie  ufałam  mu  już  i  powoli  uwolniłam 

ręce  z  jego  uścisku.  I  dlaczego  on  oskarżał  Barnabę?  Barnaba  powiedział,  że  to  przez  mój 

amulet  nie  możemy  kontaktować  się  w  myślach,  a  nie  dlatego,  że  jestem  do  tego  niezdolna 

albo za mało się staram – a Ron musiał o tym wiedzieć. Coś przede mną ukrywał. 

–  Grace  też  mówiła,  że  go  uszkodziłam  –  mruknęłam  ostrożnie,  starając  się  nie  dać 

niczego po sobie poznać. 

Barnaba był spięty i ponury. Blask w jego oczach sprawił, że nagle zobaczyłam w nim 

anioła zemsty. 

–  Wracam  do  domu  –  powiedział  do  Rona  i  się  skrzywił.  –  Wpuszczą  mnie.  Będą 

musieli. Muszę im opowiedzieć o czarnych skrzydłach. Oni mogą je z niej wyciągnąć. 

Do  domu?  –  Pomyślałam.  To  znaczy:  do  nieba?  A  dlaczego  niby  mieliby  go  tam  nie 

background image

wpuścić?  Został  nie  tylko  związany  z  ziemią,  ale  zabroniono  mu  też  wstępu  do  nieba? 

Właściwie kto był czarnym charakterem w tej historii? 

Przeszył mnie zimny strach, bo nagle zrozumiałam, że wszystko to, co dotąd uważałam 

za prawdę, pewnie nią nie było. 

–  Zamknij  się  –  warknął  Ron,  wchodząc  między  nas.  Był  niższy  od  Barnaby,  ale 

śmiertelnie poważny. – Dam znać, komu trzeba, i Nakicie nic się nie stanie. Ciebie i tak tam 

nie wpuszczą, a na mnie czeka robota. Zostań z Madison i postaraj się, żeby znowu nie wpadła 

w kłopoty. I nie gadaj za dużo! – Oczy Rona pociemniały tak, że stały się niemal czarne. Była 

w  nich  złość,  frustracja  i...  niepewność?  –  Rozumiesz?  Nic  nie  zdziałam,  jeśli  będziesz  się 

wtrącał. Trzymaj... język za zębami. 

Wspomnienie Nakity, wygiętej z bólu, krzyczącej, z rozpostartymi skrzydłami, znowu 

powróciło.  Skrzywdziłam  jednego  z  aniołów.  Kim  jest  Barnaba?  Z  kim  właściwie  spędziłam 

tyle nocy na dachu mojego domu? 

Wystraszona, patrzyłam, jak Ron wychodzi szybkim krokiem z budynku. Znikł, kiedy 

tylko  wyszedł  z  cienia  na  słońce.  Odwróciłam  się  do  Barnaby  i  skuliłam  w  sobie,  kiedy 

prychnął  ze  złością.  Opadł  na  fotel  obok  mnie,  marszcząc  gniewnie  brwi.  Nie  poruszał  się. 

Nawet nie mrugał. 

– Ona chciała mnie zabić – powiedziałam. – Chciała zabić Josha! Chciała... 

–  Zabrać  cię  do  Kairosa.  Już  to  mówiłaś  –  rzucił  gwałtownie.  Wydawało  mi  się,  że 

dostrzegam w jego oczach strach. Ale nie bał się o mnie, tylko o siebie. Bo nie miał zamiaru 

trzymać języka za zębami, zgodnie z poleceniem Rona. Zadrżałam. 

– Tyle jest różnych religii, Madison – powiedział – a tylko jedno miejsce odpoczynku. 

Nakita chciała, żebyś wróciła na drogę, z której zeszłaś, kiedy skradłaś amulet Kairosa. 

–  To  nie  ona  jest  z  piekła  –  domyśliłam  się.  Widziałam,  że  jestem  bardzo  blada.  – 

Tylko ty. 

Wyprostował się gwałtownie. 

– Ja? Nie – odparł i poczerwieniał z zakłopotania. – Nie z piekła. Nawet nie wiem, czy 

istnieje  jakieś piekło poza tym, które sami sobie  urządzamy.  Ale  nie  jestem też z nieba... już 

nie.  Odszedłem,  bo  nie  zgadzałem  się  z  serafinami.  Nie  chcą  mnie  przyjąć  z  powrotem.  Nie 

chcą  przyjąć  żadnego  ze  żniwiarzy  światła.  –  Wypuścił  powietrze  z  płuc  i  zacisnął  zęby,  a 

potem potarł palcami skronie. – Powinienem był ci powiedzieć, ale to takie żenujące. 

– Ale przecież jesteś żniwiarzem światła! – wykrzyknęłam zdezorientowana. – Światło 

jest dobre; ciemność jest zła. 

Zmarszczył brwi. 

background image

–  Światło  jest  dla  ludzi  wolnej  woli,  by  widzieli,  co  wybierają.  Ciemność  kryje 

pochodzące od serafinów przeznaczenie, którego nikt nie wybiera. 

–  Dlaczego  nie  dowiedziałam  się  tego  wcześniej?!  –  wykrzyknęłam.  –  Dlaczego  nikt 

mi o tym nie powiedział? – dodałam rozgoryczona i przerażona, choć fakt, że Barnaba nie jest 

z piekła, a tylko wykopali go z nieba, trochę mnie uspokoił. To w końcu jest spora różnica, no 

nie? 

Recepcjonistka zajrzała do poczekalni i zaraz znowu znikła. Pewnie uznała, że martwię 

się o Josha, a nie o naturę światła i ciemności. Barnaba chyba myślał o czymś innym. 

– Nie rozumiem, co robi Ron – powiedział do siebie, patrząc w przestrzeń nieobecnym 

wzrokiem, nieświadomy tego, co działo się w mojej głowie. – Wierzę w wolny wybór, ale po 

tym,  co  się  stało...  sam  nie  wiem.  Jesteś  fajna,  Madison,  lubię  cię  i  tak  dalej,  ale  wpuściłaś 

czarne skrzydła do wnętrza Nakity. To... to straszne. Może serafini mają rację. Może powinnaś 

trafić tam, gdzie jest twoje miejsce. Może przeznaczenie ma swoją rolę w tym świecie. Walka 

z nim tylko wszystko pogorszyła. 

Tam, gdzie moje miejsce? To znaczy w domu z tatą czy w grobie? Przełknęłam ślinę. 

końcu to nie mnie wywalili z nieba. 

– To był wypadek. 

– A to, że nauczyłaś się stawać niewidzialna, to też był wypadek? – spytał poważnie. 

–  I  to,  że  wykorzystałaś  tę  wiedzę,  by  zerwać  łączność  z  amuletem  Nakity?  To  był 

tylko  wypadek,  że  przez  ciebie  przeleciała?  Wypadek  czy  może  przeznaczenie?  –  Powoli 

pokręcił  kędzierzawą  głową.  –  Powinienem  był  wcześniej  zorientować  się,  co  robi  Ron.  – 

Zmrużył oczy. – Ale nie chciałem w to uwierzyć. Nadal w to nie wierzę. 

Zaschło mi w ustach. A co takiego robi Ron? Mój nauczyciel wiedział coś, czego ja nie 

wiedziałam, ale, do diabła, na pewno się dowiem. 

–  Barnaba  –  zaczęłam,  ale  zadzwonił  telefon  i  pielęgniarka  weszła  do  pokoju,  żeby 

odebrać. Rzuciła mi pokrzepiający uśmiech, który miał mi powiedzieć, że z Joshem wszystko 

w porządku. A w każdym razie, że jego stan się nie pogorszył. W roztargnieniu przeczesałam 

włosy  palcami  i  zdjęłam  suchy  listek,  który  na  nich  osiadł.  Przez  chwilę  trzymałam  go  w 

palcach,  a  potem  odłożyłam  na  stolik.  Czy  rzeczywiście  chciałam  poznać  prawdę?  Tak. 

Chciałam.  Spojrzałam  na  brzeg  płaszcza  Barnaby,  odcinający  się  od  ciemnej  podłogi,  i 

zebrałam  całą  swoją  odwagę,  zastanawiając  się  jednocześnie,  czy  ten  szary  prochowiec  nie 

skrywał  jego  skrzydeł.  Przypomniałam  sobie  Rona,  jak  wyciągał  żniwiarza  z  parkingu  pod 

szkołą  i  jak  przed  chwilą  kazał  mu  trzymać  język  za  zębami  i  nie  przeszkadzać. 

Przypomniałam  sobie  to  okropne  uczucie,  którego  doznałam,  kiedy  Ron  położył  mi  dłoń  na 

background image

ramieniu, by mnie pocieszyć. 

– Barnaba – wyszeptałam – czego Ron mi nie powiedział? 

Podniosłam wzrok, a on zacisnął zęby. 

– To nie moja sprawa. 

Serce zabiło mi mocniej ze strachu, ale zaraz się uspokoiło. 

– Ale ty chcesz mi to powiedzieć. Próbowałeś to zrobić na parkingu i widzę, że chcesz 

to  zrobić  teraz.  Jeśli  wierzysz  w  wolną  wolę,  powiedz  mi,  co  wiesz,  żebym  mogła  dokonać 

właściwego wyboru. 

Barnaba spojrzał na mój amulet, a potem na mnie. Zadrżałam. 

–  Ron  ukrywa  to,  kim  jesteś,  przed  serafinami.  Chce  wprowadzić  cię  w  błąd,  żeby 

zmienić układ sił między przeznaczeniem a wolną wolą – powiedział głucho. – Myślę, że o to 

mu chodzi. 

–  Przecież  mówił,  że  z  nimi  rozmawiał  –  zaoponowałam,  ale  zaraz  naszły  mnie 

wątpliwości. – Chce mnie wprowadzić w błąd? Ale dlaczego? 

Nie spuszczał ze mnie wzroku. 

–  Ty  jesteś  nowym  strażnikiem  czasu,  Madison  –  oznajmił  cicho.  –  Nowym 

strażnikiem czasu ciemności. 

Zamrugałam. 

– Nie jestem – powiedziałam z uporem. 

Ale on, zamiast się ze mną spierać, uśmiechnął się z goryczą. 

–  Mówiłem  ci,  że  jest  powód,  dla  którego  nie  możesz  się  ze  mną  kontaktować  w 

myślach  –  przypomniał,  opuszczając  wzrok  na  mój  amulet.  –  Masz  amulet  strażnika  czasu 

ciemności.  W  przeciwnym  wypadku  moglibyśmy  czytać  nawzajem  w  swoich  myślach.  Ale 

nasze  amulety  znajdują  się  po  przeciwnych  stronach  spektrum.  Ron  o  tym  wie.  On  wie 

wszystko. Tylko niczego nie mówi. 

Dotknęłam palcami amuletu, a potem opuściłam rękę. 

– Może nie udaje się nam, bo jestem martwa. 

Odwrócił się i westchnął ciężko. 

– Tylko dlatego udało ci się zdobyć amulet strażnika czasu, bo sama nim jesteś. 

– Nie! – wykrzyknęłam. – Udało mi się go zdobyć, bo jestem człowiekiem. 

Barnaba pokręcił głową. 

–  Dlatego  że  jesteś  człowiekiem,  możesz  go  dotykać,  ale  zdobyłaś  go,  bo  jesteś  tym, 

kim  jesteś.  I  poszłaś  dalej,  nauczyłaś  się,  jak  oddzielić  się  od  amuletu  i  nadal  nim  władać. 

Wydawałaś rozkazy Grace, nadałaś jej imię, które związało ją z tobą, i zerwałaś więź łączącą 

background image

ją  z  Ronem.  Jesteś  przyszłym  strażnikiem  czasu,  Madison,  jesteś  jedną  z  dwojga  ludzi 

urodzonych w tym tysiącleciu, którzy są zdolni przetrwać zakrzywienie czasu. 

Patrzyłam na niego, czując, jak ogarnia mnie panika. Ja? Strażnikiem czasu ciemności? 

Ja nie wierzę w przeznaczenie. Barnaba musiał się mylić. 

– Ron tak powiedział? – wyszeptałam. 

Poruszył  stopami  w  brudnych  tenisówkach  i  pochylił  się,  a  potem  spojrzał  na  mnie 

spod szopy kręconych włosów. 

–  Nie  –  przyznał  i  odetchnęłam  z  ulgą.  –  Ale  tak  jest.  Madison,  nie  bez  powodu 

strażnikami  czasu  zostają  śmiertelnicy.  Świat  się  zmienia,  ludzie  się  zmieniają,  zmienia  się 

system  wartości.  Nierozsądnie  byłoby  oczekiwać  od  kogoś  urodzonego  w  epoce  piramid,  by 

rozumiał człowieka, dla którego oczywiste jest, że ziemię można oglądać z kosmosu. Więc co 

pewien czas, kiedy dopełni się czara zmian, nowi strażnicy czasu zajmują miejsce dawnych. 

Spojrzał w stronę recepcjonistki i przysunął się bliżej. 

–  Widziałem  to  już.  Przypomina  to  obrót  koła.  Nowy  strażnik  czasu,  kiedy  zostanie 

odszukany,  uczy  się  tak  długo,  aż  może  otrzymać  amulet,  a  jego  po  –  przednik  podejmuje 

swoje  życie  w  momencie,  w  którym  jego  bieg  został  zakłócony  przez  boskie  siły,  i  znowu 

zaczyna  się  starzeć.  Fakt,  że  jesteś  martwa,  trochę  komplikuje  sprawy,  ale  nie  zmienia  tego, 

kim jesteś. 

– Ale ja nie jestem strażnikiem czasu! – zaprotestowałam. – Jestem tylko sobą. A nawet 

gdybym  była  strażnikiem  czasu,  na  pewno  nie  byłabym  strażnikiem  czasu  ciemności.  Nie 

wierzę  w  przeznaczenie.  Zabrałam  Kairosowi  amulet  tylko  po  to,  żeby  utrzymać  się  przy 

życiu! 

Zmarszczył brwi i znowu ukradkiem rzucił okiem w stronę recepcjonistki. 

– Być może zabranie amuletu było twoim wyborem, ale to przeznaczenie sprawiło, że 

ci się to udało. Gdyby twoja śmierć była wynikiem zwykłej akcji, Ron oddałby cię serafinom 

zaraz pierwszego dnia. A nie zrobił tego. – Zmarszczka między jego brwiami się pogłębiła. – 

Powinienem  był  zrozumieć  to  od  razu,  ale  nie  przypuszczałem,  że  Ron  posunie  się  do 

kłamstw, żeby utrzymać cię w niewiedzy. 

–  Ron  powiedział,  że  mówił  o  mnie  serafinom,  że  prosił,  by  pozwolili  mi  zatrzymać 

kamień – odezwałam się oszołomiona. – Jeśli tego nie zrobił, dlaczego ciągle go mam? 

– Ponieważ Kairos także nie powiedział im, że go masz. 

– Dlaczego? – spytałam. 

Nie potrafiłam myśleć. Czułam się zupełnie odrętwiała. Chciałam poznać odpowiedź, a 

sama nie byłam w stanie się jej domyślić. 

background image

Barnaba poruszył się na fotelu i otulił płaszczem. 

– Sądzę, że Kairos chce cię zniszczyć, żeby nie musiał ustąpić ze swojego miejsca. Bo 

gdyby  serafini  dowiedzieli  się  o  twoim  istnieniu,  zmusiliby  go,  by  był  posłuszny  ich  woli. 

Mimo tego, że jesteś martwa. Ale jeśli cię zniszczy, pozwolą mu zostać strażnikiem czasu, aż 

koło znowu się obróci. 

Kairos  żyłby  wtedy  bez  końca,  pomyślałam.  Nieśmiertelność  –  to  był  ten  awans. 

Dlatego mnie zabił, a potem jeszcze wrócił. Chciał całkowicie zniszczyć moją duszę. 

Znowu zaczęła mnie ogarniać panika. 

– Nie. Mylisz się. Ja po prostu mam niewłaściwy amulet – upierałam się. – Muszę go 

oddać.  Muszę  też  zwrócić  amulet  Nakicie...  –  paplałam,  ale  Barnaba  odchylił  się  do  tyłu  i 

wzniósł oczy do sufitu. – Powiedz jej, że jest mi przykro. Może daruje Joshowi życie. 

– Jeśli ona cię odnajdzie, zabierze cię do Kairosa – powiedział Barnaba do sufitu. – To, 

że jest ci przykro, niczego nie zmieni. Odebrałaś amulet strażnikowi czasu ciemności. I stałaś 

się  nim,  Madison.  Żeby  Kairos  mógł odzyskać kamień, twoja dusza  musi zostać zniszczona! 

Tylko  jedno  z  was  może  być  strażnikiem  czasu.  Czułam,  że  kręci  mi  się  w  głowie.  Musiało 

być jakieś wyjście z tej sytuacji. 

– Tylko  jedno? Nie  sądzę – odparłam. Rozbolała  mnie głowa. – Umiem oddzielić się 

od  amuletu.  Może  dlatego  mogę  to  zrobić,  że  ten  amulet  tak  naprawdę  do  mnie  nie  należy. 

Pomyślałeś  o  tym?  Jeśli  mogę  go  oddać  Kairosowi,  to  może  jestem  przyszłym  strażnikiem 

czasu światła? 

Barnaba przestał nerwowo poruszać nogą i odwrócił się do mnie, zastanawiając się nad 

tym, co powiedziałam. 

– Ron mówił, żebyś nie oddzielała się od amuletu. 

Zadrżałam w nagłym przypływie nadziei. 

– Ale Ron  mnie okłamywał, okłamywał  nas.  Więc  może to ja  mam rację. Nie  jestem 

nowym  strażnikiem  czasu  ciemności!  –  Zamyśliłam  się  i  odwróciłam  wzrok  od  jego 

zatroskanej twarzy. – Muszę porozmawiać z Kairosem – mruknęłam. – Gdzie on mieszka? 

Barnabie opadła szczęka. 

– Nie chcesz chyba naprawdę rozmawiać z Kairosem! – wykrzyknął. – A poza tym nie 

wiem, gdzie on mieszka. – Odwrócił się do mnie, opierając nogę o poduszki. – Madison, nawet 

jeśli  jesteś  przyszłym  strażnikiem  czasu  światła  i  możesz  zwrócić  ten  amulet,  Kairos  i  tak 

zniszczy twoją duszę, żeby zmienić układ sił na swoją korzyść. 

Ale ja nie mogłam tak myśleć. 

–  Jest  śmiertelnikiem,  więc  żyje  na  ziemi,  tak?  –  spytałam  i  wstałam,  spoglądając  w 

background image

stronę recepcji. Teraz nikogo tam nie było. – Jeśli Kairos chce odzyskać amulet, odda mi moje 

ciało  –  powiedziałam,  muskając  ciężki  kamień  na  mojej  szyi.  –  Założę  się,  że  Nakita  wie, 

gdzie on mieszka. Czy z nią wszystko w porządku? Wyjęli z niej czarne skrzydła? Ty słyszysz 

pieśni unoszące się między ziemią a niebem. Co one mówią? 

Barnaba siedział bez ruchu i patrzył na mnie z niedowierzaniem. 

– Madison... 

– Czy wszystko z nią w porządku? – powtórzyłam głośno, opierając rękę na biodrze. – 

Możesz kogoś o to zapytać? Daj spokój! Po co jesteś żniwiarzem, jeśli nic nie robisz? 

Zmrużył oczy, zirytowany, ale potem na jego twarzy pojawił się uśmiech. 

–  Nic  jej  nie  jest  –  powiedział,  a  mnie  od  razu  ulżyło.  –  Ale  to  kiepski  pomysł. 

Pociągnęłam go za rękę do góry. Zaskoczyło mnie, że wstał z taką łatwością. 

–  Może,  ale  lepszy  taki  niż  żaden.  A  jeśli  jestem  przyszłym  strażnikiem  czasu,  to 

kiedyś będę twoim szefem. Chodź. Pomóż mi odnaleźć Nakitę. 

Zaparł się i wysunął rękę z mojej dłoni. 

– Nie będziesz niczyim szefem, jeśli zginiesz. 

– Muszę ją przeprosić – powiedziałam, znowu biorąc go za rękę i ciągnąc za sobą – i 

oddać  jej amulet. Jeśli to zrobię,  może pozwoli  Joshowi żyć.  Może dlatego go nie zabiła,  że 

czeka na mnie. 

– Chcesz oddać żniwiarce ciemności amulet. Posłuchaj, co mówisz! 

– Należy do niej – odparłam. – W czym problem? 

– Ron będzie wściekły. Odbierze mi amulet – mruknął Barnaba, z niepokojem patrząc 

w stronę parkingu. – Nie powinienem był ci tego wszystkiego mówić. 

Oparłam rękę na biodrze. Czas mijał, a życie Josha wisiało na włosku. 

–  Wiesz,  że  dobrze  zrobiłeś.  Nie  proszę,  żebyś  mnie  opuścił.  Jeśli  Ron  odbierze  ci 

amulet,  ja  zrobię  ci  nowy.  Chyba  że  to  jest  tylko  kolejne  kłamstwo,  a  ja  nie  jestem  żadnym 

przyszłym strażnikiem czasu, tylko biedną zabłąkaną duszą. 

Rany,  naprawdę  cieszyłam  się,  że  recepcjonistka  gdzieś  poszła.  Barnaba  ciągle  się 

wahał. 

– Po co słuchasz Rona?! – wykrzyknęłam. – On wiedział, kim jestem i nie powiedział 

mi o tym. Kazał ci uczyć mnie czegoś, czego nigdy nie będę umiała, chociaż o tym wiedział. 

Możesz  mi  po  prostu  pomóc?  Muszę  spróbować  uratować  Josha.  Muszę  uratować  siebie. 

Mogę znowu być sobą! 

Spojrzał mi w oczy. 

– Zawsze jesteś sobą. 

background image

Cofnęłam się o krok. Nie miałam pojęcia, co zdecyduje. 

– Pomożesz mi? 

Stał przede mną, szurając niepewnie stopą po podłodze. 

– A widzisz tu jakiś wybór? 

Kiwnęłam głową. 

– Widzę szansę. 

I sposób na to, żeby zwiać stąd, zanim pojawią się mój ojciec i rodzice Josha. Popatrzył 

na parking i zachodzące słońce, a potem skrzywił się lekko. 

– Nie mogę uwierzyć, że to robię – powiedział. 

– Pomożesz mi? – spytałam bez tchu, jednocześnie uradowana i przerażona. 

– Wpakuję się w poważne kłopoty – mruknął bardziej do siebie niż do mnie, po czym 

razem  odwróciliśmy  się  w  stronę  drzwi.  –  Mogę  zabrać  cię  w  pewne  bezpieczne  miejsce. 

Nakita nie  będzie  mogła cię tam skrzywdzić. Choć nadal uważam, że nic dobrego z tego nie 

wyniknie. 

–  Dziękuję  –  odparłam,  zdecydowanym  krokiem  wychodząc  ze  szpitala.  Z  emocji 

ściskało mnie w żołądku. 

Przekonam  Nakitę,  żeby  darowała  życie  Joshowi  w  zamian  za  ten  nędzny  kawałek 

skały,  a  potem  przekonam  też  Kairosa  i  odzyskam  moje  życie  w  ten  sam  sposób.  Patrzcie 

tylko! 

background image

ROZDZIAŁ 11 

Napięłam  mięśnie  i  zacisnęłam  oczy,  kiedy  zielone  wierzchołki  drzew  zaczęły  się 

przybliżać.  Nie  chciałam  patrzeć,  jak  Barnaba  składa  skrzydła  i  pikuje  w  kierunku 

niewielkiego otworu w tym zielonym baldachimie. Na moment żołądek podszedł mi do gardła. 

Usłyszałam  szum  liści,  powietrze  wyraźnie  się  ochłodziło.  Otworzyłam  oczy  w  chwili,  gdy 

mój opiekun skręcił gwałtownie, by  nie wpaść  na  jedno z drzew, a potem wylądował twardo 

na  powalonym,  porosłym  mchem  pniu,  który  pod  naszym  ciężarem  zaczął  się  rozpadać. 

Zeskoczyłam na ziemię. 

Barnaba  wyrzucił  skrzydła  do  przodu,  by  zahamować,  i  pęd  powietrza  zwiał  mi  na 

twarz splątane włosy. Kiedy się odwróciłam, stał za pniem w szarym prochowcu zarzuconym 

na  wąskie  ramiona.  Po  jego  skrzydłach  nie  było  już  śladu.  W  półmroku  spojrzałam  na  jego 

zatroskaną twarz, a potem podniosłam wzrok na zielone gałęzie. Drzewa były wysokie, ale las 

w  tym  miejscu  prawie  nie  miał  poszycia.  Czułam,  jak  stopy  zapadają  mi  się  w  miękki  torf. 

Objęłam  się  ramionami,  bo  powietrze  było  wilgotne  i  chłodne.  Teren  znaczyły  niewielkie, 

chaotycznie rozsiane wzniesienia. Wyglądały jak... groby. 

– Gdzie jesteśmy? – spytałam i niezgrabnie przelazłam przez rozsypujący się pień, by 

stanąć bliżej niego. 

– W szczególnym miejscu – odparł cicho. – Ziemia drży, kiedy dotyka jej serafin, ale 

są  miejsca,  gdzie  tak  się  nie  dzieje.  W  takich  miejscach  w  przeszłości  spotykali  się 

nieśmiertelni. Na morzu znaczą je wielkie skały, ale tu, gdzie ludzie żyli w harmonii z naturą, 

znajdują  się  kopce,  w  których  składali  ofiary  aniołom,  prosząc,  by  zostawili  ich  i  ich 

potomstwo  w  spokoju.  –  Odwrócił  się  do  mnie,  a  ja  zadrżałam  pod  wpływem  jego  nagle 

obcego wzroku. – To neutralne miejsce. Jeśli dojdzie tu do rozlewu krwi, przybędzie serafin. 

Nakita na pewno by tego nie chciała. 

Rozejrzałam się po lesie, czując, jak na całym ciele robi mi się gęsia skórka. 

– Dziwnie tu jest. 

– Prawda? 

Panowała  całkowita  cisza,  w  której  słyszałam  tylko  szelest  liści  na  najwyższych 

gałęziach drzew. 

– Jak mam powiedzieć Nakicie, że chcę z nią porozmawiać? 

Barnaba  cicho  odsunął  się  ode  mnie  i  stanął  jakieś  dziesięć  metrów  dalej,  żeby 

rezonans jego amuletu nie wszedł w reakcję z moim. 

background image

– Myślę, że ona cię szuka – powiedział, spoglądając na ciemniejące drzewa. – Możesz 

być tego pewna. 

– Jestem – odparłam pewnie, choć byłam bardzo niespokojna. 

Ujawniłam  się,  moja  dusza  śpiewała  i  wszyscy,  którzy  byli  do  tego  zdolni,  mogli  ją 

słyszeć. Była jak dzwon, jak światło latarni morskiej, które mogło przywieść do mnie Nakitę. 

Zacisnęłam  zęby,  kiedy  między  drzewami  przeleciało  powoli  czarne  skrzydło,  ale 

doszłam  do  wniosku,  że  był  to  tylko  ptak.  A  potem  podniosłam  głowę,  bo  moją  uwagę 

zwróciło coś, czego nie byłam w stanie zobaczyć. 

Barnaba poruszył się i pod jego stopą trzasnęła sucha gałązka. 

– Ja też to wyczuwam – szepnął. Przełknęłam ślinę. 

– Co to jest? 

– Nie wiem. Wydaje mi się, że żniwiarz, ale... przepełniony strachem. Jak ludzka istota. 

Spojrzał na coś za mną i szeroko otworzył oczy. 

– Madison! Padnij! – krzyknął, a ja rzuciłam się na miękką, wilgotną glebę. Po moich 

plecach przetoczył się jakiś ciężar i znikł. Podniosłam głowę, wypluwając z ust włosy i ziemię. 

Nakita opadała w dół, a jej białe skrzydła świeciły w mroku własnym światłem. Znikły 

jednak, jeszcze zanim dotknęła stopami ziemi. 

– Nic ci nie jest! – wykrzyknęłam i zaraz pomyślałam, że były to jedne z najgłupszych 

słów, jakie kiedykolwiek wypowiedziałam. 

–  Mnie  także  okłamują  serafini  –  mruknęła  drwiąco.  Jej  piękną  twarz  wykrzywiał 

grymas strachu i złości. 

Nie miałam pojęcia, o co jej chodzi więc tylko stałam i patrzyłam na nią. 

–  Nakito,  zaczekaj!  –  zawołał  Barnaba,  rzucając  się  między  nas.  Cofnął  się  jednak, 

kiedy  w  dłoni  Nakity  błysnął  miecz.  Wyciągnęła  ramiona  przed  siebie,  pochyliła  głowę  i 

uderzyła.  Otworzyłam  usta,  żeby  krzyknąć,  ale  on  także  miał  już  miecz  w  dłoni.  Ostrza 

skrzyżowały się, a ja zadrżałam, kiedy metaliczny szczęk odbił się echem od pni drzew. Kairos 

musiał dać Nakicie nowy amulet. Nie potrzebowała więc już tego, który chciałam jej zwrócić. 

Klejnot w jej mieczu był teraz czarny. Barwa kamienia w rękojeści miecza Barnaby zmieniła 

się  i  jaśniała  wspaniałą  żółcią.  Kamień  Nakity,  ciemny  i  matowy,  wyglądał  przy  nim  jak 

martwy. 

–  Madison  chce  się  pojednać  –  odezwał  się  mój  nauczyciel,  stojąc  nieruchomo  z 

mieczem skrzyżowanym z mieczem Nakity. – Schowaj ostrze w tym świętym miejscu. 

Nakita  uśmiechnęła  się,  ale  jej  oczy  patrzyły  z  przerażającą  determinacją.  Wyglądała 

zupełnie inaczej niż dotychczas, ubrana w białą szatę, podobną do tej, w której chodzi Ron. 

background image

–  Potrzebuję  jej  –  powiedziała  melodyjnym  głosem.  –  Przywiodłeś  ją  do  mnie.  Jest 

moja. 

Cofnął się, a kiedy ich miecze oderwały się od siebie, nagle ustał szum, który wypełniał 

mi uszy. 

–  Madison  przybyła  tu  z  własnej  woli.  Chce  cię  przeprosić.  Hańbą  byłoby  jej  nie 

wysłuchać. 

Nakita  także  cofnęła  się  o  krok  i  wymyślnym  gestem  ręki  dała  mi  znak,  żebym 

przemówiła.  Wyglądała  dziko  i  ekstrawagancko.  Wątpię,  by  rzeczywiście  interesowało  ją  to, 

co miałam do powiedzenia, ale dla mnie była to jedyna szansa. 

Przejęta, stanęłam obok Barnaby i odwróciłam się do niej. 

–  Nakito,  bardzo  mi  przykro  –  zaczęłam  w  gęstniejącym  wokół  nas  mroku.  –  Nie 

wiedziałam,  że  czarne  skrzydła  zostaną  w  twoim  wnętrzu.  Chciałam  tylko  powstrzymać  cię 

przed zabiciem Josha. Przyniosłam ci twój amulet – dodałam, wyciągając w jej stronę drżącą 

rękę, w której trzymałam kamień. – To nie jest łapówka... 

Ale proszę, daruj życie Joshowi. 

Nakita zmarszczyła brwi, ale złapała amulet, który jej rzuciłam i przypięła go do paska. 

–  To  Kairos  daje  mi  amulet,  nie  ty  –  prychnęła.  –  A  twoje  współczucie  jest  mi 

potrzebne  jeszcze  mniej  niż  twoje  przeprosiny.  Serafini  mówią,  że  wszystko  jest  ze  mną  w 

doskonałym  porządku.  Ze  jestem  doskonała!  –  krzyknęła  w  niebo,  a  potem  odwróciła  się  do 

mnie, dysząc, z obłędem w oczach. – Ale oni kłamią. 

Barnaba pociągnął mnie do tyłu. 

– Zabierajmy się stąd. Z nią jest coś nie tak. To do niczego nie doprowadzi. 

– Ze mną też jest coś nie tak – powiedziałam, myśląc o moim przerwanym życiu, i mu 

się wyrwałam. – Nakito, przekażesz Kairosowi wiadomość ode mnie? On ma moje ciało. Chcę 

je  odzyskać.  Oddam  mu  za  nie  jego  amulet,  jeśli  obieca,  że  zostawi  mnie  w  spokoju.  Chcę 

tylko być taka jak kiedyś. Proszę. Jestem już zmęczona tym bezustannym strachem. 

Na  dźwięk  słowa  „strach”  Nakita  zadrżała.  Nagle  znów  ukazały  się  jej  skrzydła, 

większe  niż  wydawało  się  to  możliwe.  Pióra  na  ich  wierzchołkach  drgały  lekko  na  wietrze. 

Może  udało  im  się  uwolnić  ją  od  czarnych  skrzydeł,  zostało  w  niej  jednak  coś,  czego  żaden 

żniwiarz nie potrafi pojąć, bo nie do tego został stworzony. Strach. A ten strach pochodził ode 

mnie. Był częścią moich wspomnień. 

– Nie jestem twoim gońcem – odparła gorzko. – Ale wybieramy się do Kairosa. 

Jesteś  złodziejką.  I  oszustką.  On  ma  twoje  ciało,  a  kiedy  dostanie  też  twoją  duszę, 

stworzy mnie od nowa taką, jaka dawniej byłam. Wszystko będzie takie jak dawniej. Obiecał 

background image

mi to! 

Kairos ma moje ciało. Dzięki ci, Boże. 

– Nigdzie jej nie zabierzesz – odezwał się Barnaba, nie zdając sobie sprawy, że Nakita 

była  teraz  bardziej  niebezpieczna  niż  kiedykolwiek.  Moc,  jaką  posiadają  anioły,  łączyła  się 

teraz u niej z ludzką determinacją. Sprawiły to strach i świadomość śmierci. Ja to sprawiłam. 

– Ona jest moja i koniec na tym. – Pochyliła się i zamachnęła mieczem, który wszedł w 

mech jak w ludzkie ciało. 

Pokręciłam głową i cofnęłam się nieco. 

–  Nakito,  posłuchaj.  Chcę  tylko  odzyskać  moje  ciało,  całe  i  zdrowe.  Kairos  nie  musi 

niszczyć mojej duszy, by odzyskać amulet. Potrafię się od niego odłączyć. Wyprostowała się i 

wybuchnęła  strasznym,  okrutnym  śmiechem.  Barnaba  podszedł  do  mnie,  jakby  chciał  dodać 

mi otuchy. 

– Kairos musi cię zabić, żebym mogła odzyskać to, co utraciłam – odparła. – Barnabo, 

zejdź mi z drogi albo zginiesz pierwszy. 

– Nie zrobiłabyś tego. – Zasłonił  mnie własnym  ciałem, a Nakita wyciągnęła  miecz z 

ziemi  i  nonszalancko  oczyściła  ostrze  z  brudu,  wycierając  je  o  swoją  nogę.  –  Przybędzie  tu 

serafin. Nie zaryzykujesz tego. 

– Dlaczego nie?! – krzyknęła, a potem  zrobiła krok w tył,  szeroko otwierając oczy. – 

Nie mam już nic, Barnabo! Wiesz, co znaczy strach? Byłabym szczęśliwa, gdyby jakiś serafin 

zmiażdżył mnie za pogwałcenie jednego ze świętych miejsc na ziemi. Gdyby ze mną skończył, 

przynajmniej nie musiałabym się więcej bać! 

Barnaba nie rozumiał jej i z wysiłkiem zmarszczył brwi. 

– Bać? 

Żniwiarka wydała niski, głuchy pomruk, przypominający ryk dzikiego zwierzęcia. Ten 

nieludzki odgłos niemal mnie sparaliżował. I wtedy ruszyła. 

Stłumiłam  krzyk,  kiedy  rzuciła  się  na  Barnabę  z  rozpostartymi  białymi  skrzydłami. 

Opadł na jedno kolano, a potem, z nagłym trzepotem własnych srebrnoszarych skrzydeł, wzbił 

się w powietrze i opadł na ziemię nieco dalej. Cofnęłam się szybko, szukając jakiejś osłony. 

Potężny podmuch powietrza poderwał z ziemi opadłe  liście, a zaraz potem rozległ  się 

ogłuszający  szczęk  metalu.  Anioły  skrzyżowały  miecze.  Skrzydła  Barnaby  wściekle  biły 

powietrze, gdy usiłował odepchnąć od siebie Nakitę. 

–  Dostanę  ją!  –  wrzasnęła  Nakita,  trzepocząc  wściekle  skrzydłami,  jakby  chciała 

wgnieść  przeciwnika  w  ziemię  samą  siłą  swojej  woli.  –  Nie  pozostanę  taka  na  wieki!  Nie 

mogę! 

background image

Barnaba wyrzucił przed siebie nogę, by ją odepchnąć. Szare i białe skrzydła zahaczyły 

o gałęzie drzew. Uniknął ciosu, rzucając się w bok. Był wyraźnie słabszy w tym pojedynku, bo 

nie  chciał  dopuścić  do  rozlewu  krwi.  Nakita  nie  dbała  o  to,  bezlitośnie  atakując  go  swoim 

ostrzem.  Odpierał  kolejne  ciosy,  ale  robił  to  coraz  wolniej.  Żniwiarka  ciemności  walczyła  z 

dziką  desperacją  właściwą  tylko  ludziom,  która  coraz  bardziej  wyczerpywała  siły  jej 

przeciwnika. 

Zaskoczyło  mnie  nagłe  szarpnięcie, które poczułam  na swojej  szyi.  Miałam  wrażenie, 

że ziemia usuwa  mi  się spod nóg. Chwyciłam amulet. Ktoś... ktoś próbował go użyć! Nakita 

wydała  dziki  okrzyk,  a  ja  zrozumiałam,  że  to  ona  próbuje  zrobić  to  samo,  co  ja,  kiedy 

próbowałam stać się niewidzialna. Ona była zbyt daleko od mojego amuletu, ale Barnaba nie. 

Z  kolejnym  przerażającym  okrzykiem  natarła  na  Barnabę  i  wyłuskała  miecz  z  jego 

dłoni.  Amulet  na  jego  szyi  zamigotał  i  zgasł.  Barnaba  był  bezbronny.  Żniwiarka,  z  szeroko 

otwartymi ustami, rzuciła się na niego. Zebrał siły, by odeprzeć atak, który jednak nie nastąpił 

Nakita bowiem zerwała łączność ze swoim amuletem i stalą się niewidzialna. A potem weszła 

w Barnabę, jakby skoczyła do wody. 

–  Uważaj!  –  wrzasnęłam,  ale  było  już  za  późno.  Nakita  ukazała  się  nagle  za  jego 

plecami, zrobiła błyskawiczny półobrót i przyłożyła ostrze do jego szyi. 

– Nakito, nie! – krzyknęłam i rzuciłam się do niej. Żniwiarka zawahała się, a potem na 

jej  ustach  pojawił  się  ponury,  tryumfalny  uśmiech.  Dwa  anioły  śmierci  stały  tak  złączone 

uściskiem, jeden dziki i oszalały, drugi pokonany i bezsilny. 

– G-gdzie się tego nauczyłaś? – wyjąkał Barnaba. Znieruchomiał, czując dotyk miecza 

innego żniwiarza na swoim gardle. 

Nakita, nie spuszczając wzroku ze mnie, nachyliła się do jego ucha i wyszeptała: 

– Zdumiewające, do czego stajesz się zdolny, kiedy już wiesz, że nic nie będzie trwało 

wiecznie, jeśli o to nie zadbasz. 

Zaschło mi w ustach. 

– Nie zabijaj go – powiedziałam błagalnie. – Proszę, Nakito. 

–  Głupia  dziewczyno  –  odparła,  krzywiąc  się  szpetnie.  –  Dlaczego  tak  obchodzi  cię 

jego los? Nikt inny o niego nie dba. Nie potrafił cię przed niczym ochronić, sam przywiódł cię 

do mnie. A teraz będziesz musiała umrzeć. 

– Pójdę  z tobą! Tylko go nie zabijaj.  Zabierz  mnie do  Kairosa – zażądałam, drżąc  na 

całym ciele. – Pozwól mi z nim porozmawiać. 

–  To  właśnie  mam  zamiar  zrobić  –  odparła  i  odsunęła  nieco  rękę,  w  której  trzymała 

miecz. 

background image

–  Nie!  –  krzyknęłam,  kiedy  nagle  z  całej  siły  uderzyła  Barnabę  w  skroń  rękojeścią 

miecza.  Żniwiarz  światła  powoli  osunął  się  na  ziemię.  Okryty  skrzydłami,  wyglądał,  jakby 

spał, jak anioł odpoczywający na leśnej polanie. 

Znowu  poczułam,  że  bije  mi  serce.  Zaczęłam  się  powoli  cofać.  Nakita  potrząsnęła 

skrzydłami i uśmiechnęła się lekko. Jedno małe śnieżnobiałe piórko miękko opadło na ciemny, 

zielony mech. 

Rzuciłam się do ucieczki. 

Rozległ się świst powietrza i już mnie miała. Kilka sekund i było po wszystkim. 

–  Puść  mnie!  –  krzyknęłam.  Wiedziałam,  że  nic  mi  to  nie  da,  jeśli  stanę  się 

niewidzialna, skoro ona także to potrafiła. – Dlaczego nie zostawisz mnie w spokoju? 

– Chcę odzyskać siebie – warknęła, trzymając mnie w żelaznym uścisku. – Nie chcę się 

więcej  bać. Czarne skrzydła... – Podniesiony głos uwiązł  jej w gardle. – Nie znałam strachu. 

Widziałam,  jak  na  was  działa,  oczywiście,  i  sądziłam,  że  jest  słabością  wspólną  dla  was 

wszystkich. Ale ciebie to nie dotyczy. Nie chcę się nigdy więcej bać. Chcę być taka jak kiedyś. 

Kairos może to sprawić. Ale do tego potrzebuje swojego amuletu. 

Mojego  amuletu,  pomyślałam  buntowniczo,  a  potem  krzyknęłam,  bo  nagle  zostałam 

uniesiona  w  górę.  Nakita  zwolniła  nieco tuż  pod koronami  drzew,  a  później  znalazłyśmy  się 

ponad nimi, w pełnym świetle dnia. Nakita trzymała mnie mocno, a ja machałam bezwładnie 

nogami w powietrzu, aż wreszcie odnalazłam piętami jej stopy i oparłam się na nich. Była to 

trochę współpraca na pokaz, ale teraz przynajmniej żołądek nie podchodził mi do gardła. 

–  Nakito,  bardzo  mi  przykro  –  powiedziałam,  kiedy  wznosiłyśmy  się  coraz  wyżej.  – 

Nie wiedziałam, że czarne skrzydła mogą wyrządzić ci krzywdę. A ty chciałaś mnie zabić! 

– To było  moje zadanie, a twoje przeznaczenie – odparła, chwytając  mnie  mocniej. – 

Taka,  jaka  jestem  teraz,  nie  mogę  dłużej  istnieć.  Chcę  być  taka  jak  kiedyś!  Powietrze  był 

zimne.  Bez  ostrzeżenia  obniżyła  lot  i  złożyła  skrzydła  wokół  nas,  spowijając  mnie  miękkim 

kokonem  ciepła.  Miałam  wrażenie,  że  moje  wnętrzności  opadają  szybciej  ode  mnie. 

Odruchowo zaczęłam się wyrywać. 

–  Nie  ruszaj  się  –  warknęła,  a  zaraz  potem  świat  wywrócił  się  do  góry  nogami. 

Krzyknęłam,  nie  mogąc  objąć  umysłem  absolutnej  nieobecności  wszystkiego.  Nie  było 

żadnych dźwięków, zapachów, dotyków – niczego. Jakbym sama stała się czarnym skrzydłem, 

jakbym  nigdy  nie  istniała,  a  jednocześnie  odczuwała  grozę  świadomości,  że  istniało  kiedyś 

coś,  co  bezpowrotnie  utraciłam.  Spadałam  w  głąb  jakiejś  otchłani,  bez  żadnej  nadziei,  że  to 

kiedykolwiek się skończy. 

Nakita znowu objęła mnie ciepłem swoich skrzydeł. Wciągnęłam w nozdrza jej zapach 

background image

i odetchnęłam z ulgą. 

Jej  obecność  przywracała  mi  poczucie  rzeczywistości.  Nie  poruszałyśmy  się  już,  a 

kiedy mnie puściła, uderzyłam kolanami o twardą posadzkę. Pozbierałam się z trudem, drżąc 

na  całym  ciele,  i  zaczęłam  się  cofać.  Nie  miałam  pojęcia,  co  się  właśnie  wydarzyło. 

Wyprostowałam  się,  zrobiłam  kolejny  krok  w  tył  i  oparłam  się  plecami  o  szeroką  kolumnę, 

która podpierała biały baldachim. Znieruchomiałam, otwierając usta z zdumienia. 

Byłam  na  powietrzu,  na  tarasie  z  marmuru  czarnego  ze  złotymi  żyłkami.  Między 

tarasem  a  urwiskiem,  pod  którym  widziałam  wąską  plażę,  nie  było  żadnej  barierki.  Słońce 

świeciło  tuż  nad  horyzontem,  ale  powietrze  było  chłodne  i  wilgotne...  A  więc  słońce  nie 

zachodziło  nad oceanem,  lecz wschodziło. Spojrzałam  na kilka rosnących w pobliżu roślin o 

grubych,  skórzastych  liściach,  służących  do  magazynowania  wody  w  czasie  suszy,  i 

zrozumiałam, że znalazłam się gdzieś na drugiej półkuli. 

Usłyszałam chrząknięcie i odwróciłam głowę. Była to Nakita, ale nie zwracała na mnie 

najmniejszej uwagi. Jej skrzydła zniknęły, stała teraz spokojnie obok Kairosa, siedzącego przy 

małym  stoliku,  na  którym  leżały  kilka  starych  książek  i  taca  ze  śniadaniem.  Strażnik  czasu 

ciemności miał na sobie luźną szatę podobną do tej, którą nosił zwykle Ron. Wyglądał bardzo 

młodo  i  niezwykle  elegancko,  wysoki,  opanowany,  z  satysfakcją  i  jednocześnie  spokojnym 

oczekiwaniem widocznym na twarzy. 

Wystraszona spojrzałam za siebie na niski dom, wbudowany w zbocze wzgórza. Duże 

okna były otwarte, wiatr lekko poruszał zasłonami. 

Mogę tu zginąć, pomyślałam, a mój tata nawet się o tym nie dowie. 

– To twój dom, prawda? – wyszeptałam i wiatr zaniósł moje słowa do Kairosa. Kairos 

uśmiechnął się, wstał i ruszył w moją stronę. 

Byłam martwa. Byłam bardziej martwa niż kiedykolwiek. 

background image

ROZDZIAŁ 12 

Bystrze – powiedział Kairos głosem tak zimnym jak jego spojrzenie. Podeszwy moich 

żółtych tenisówek zaskrzypiały na marmurowej posadzce, kiedy odwróciłam się, by uciec – ale 

tu nie było dokąd uciekać. Nakita w ułamku sekundy znalazła się obok mnie. Rzuciłam się w 

bok,  żeby  nie  mogła  mnie  dosięgnąć.  Skrzywiła  się  lekko  i  pchnęła  mnie  tak,  że  upadłam, 

uderzając  łokciem  w  czarny  marmur.  Całe  ramię,  aż  do  kręgosłupa,  przeszył  bolesny  prąd. 

Spróbowałam się podnieść, ale Nakita pocięła mi stopą nogi i przewróciła mnie na wznak. 

Znieruchomiałam, kiedy oboje stanęli nade mną. Czułam zapach ziemi, który przylgnął 

do  stóp  Nakity.  Czarny  kamień  na  mojej  szyi  był  wyziębiony  chłodem  nocy,  niebo  nad 

oceanem rozjaśniało się powoli błękitnym, przezroczystym światłem. 

– Jak szybko może się zmienić przeznaczenie aniołów – odezwał się Kairos. Jego głos 

wznosił  się  i  opadał  jak  muzyka.  Kiedyś  wydawało  mi  się,  że  w  jego  głosie  słychać  szum 

morza – uważałam go za wcielenie piękna, elegancji i wyrafinowania – ale został po tym tylko 

zapach  słonej  wody,  ostry,  martwy  i  nieprzyjemny.  Spojrzałam  na  miecz  w  jego  dłoni  i 

rozpoznałam go natychmiast. Już raz mnie tym mieczem zabił. 

–  Nigdy  więcej!  –  mruknęłam,  cofając  się  gwałtownie.  Znowu  trafiłam  plecami  na 

jedną z kolumn i wstałam, opierając się o nią lekko i zaciskając palce na wyżłobionych wzdłuż 

niej rowkach. Uchyliłam się szybko, kiedy żniwiarka zamierzyła się na mnie swoim ostrzem. 

Rozległ się ostry  świst – odwróciłam  głowę  i  zobaczyłam,  że  Kairos wzniósł  swój  miecz  i  z 

przerażającą łatwością powstrzymał jej cios. 

– Cierpliwości – powiedział. –  Zabijesz  ją, ale dopiero wtedy, kiedy  sprowadzę tu jej 

ciało.  Wszystkie trzy elementy  muszą  znaleźć  się w  jednym  miejscu  i  czasie, w przeciwnym 

wypadku nic się nie zmieni. Potrzebuję po prostu kilku chwil, by je odszukać. 

Cofnęłam się jeszcze trochę, żeby jak najbardziej się od nich oddalić. Nakita jednak nie 

spuszczała ze mnie wzroku. 

– Mówiłeś, że jest gdzieś blisko. 

– Bo jest. Dasz mi chwilę, żebym mógł się skoncentrować? Kiedy je odnajdę, zaraz się 

tu pojawi, a ty będziesz mogła ją zabić. 

Wydawał  się  zaniepokojony.  Stałam  przerażona,  nie  mając  pojęcia,  co  powinnam 

zrobić. Jasne, zwiałabym stąd chętnie, ale nie bardzo miałam dokąd. Byłam na jakiejś wyspie. 

Znałam to uczucie, jakie wywołuje woda ze wszystkich stron napierająca na ląd. 

– Kairosie, oddaj mi moje ciało i pozwól mi odejść, a ja dam ci ten twój głupi amulet – 

background image

powiedziałam,  rozglądając  się  wokół,  gorączkowo  szukając  jakiegoś  rozwiązania.  Byłam 

przerażona i ze złością zauważyłam, że drży mi głos. 

– Nie dbam o to, że jestem przyszłym strażnikiem czasu. Chcę tylko, żebyście wszyscy 

zostawili mnie w spokoju. 

Zaśmiał  się,  odrzucając  głowę  do  tyłu,  ale  ja  zauważyłam,  że  na  dźwięk  moich  słów 

Nakita  zamrugała  z  niedowierzaniem.  A  więc  ona  o  tym  nie  wiedziała.  Kairos  jej  nie 

powiedział. Dla niej ta sprawa była tylko pomyłką, niczym więcej. 

– Kto ci o tym powiedział? – spytał Kairos, ocierając oczy. – Chyba nie Ron? A może 

sama do tego doszłaś?  Zdumiewające. Naprawdę  zamierzam oddać ci twoje ciało, bo dopóki 

nie  będziesz  całkowicie  martwa, amulet, który zamierzasz  mi  zwrócić, do niczego  mi się  nie 

przyda. 

–  Potrafię  się  od  niego  odłączyć  –  powiedziałam.  –  Wczoraj  się  tego  nauczyłam. 

Amulet będzie tylko twój. Ron  może zrobić dla  mnie  nowy. Po prostu oddaj  mi  moje  ciało  i 

pozwól mi odejść, dobrze? 

Usłyszałam za plecami jakiś ruch i odwróciłam się szybko. 

– Ron! – krzyknęłam na widok strażnika czasu światła. 

Barnaba,  pomyślałam  natychmiast.  Co  się  z  nim  dzieje?  A  potem  zamrugałam  – 

dlaczego w ogóle ucieszyłam się na widok Rona? 

Nakita rzuciła się do mnie  i chwyciła  mnie za ramię. Próbowałam się  jej  wyrwać, ale 

wtedy ona przyłożyła  mi  do gardła ostrze swojego miecza. Niewielki klejnot, osadzony przy 

jego rękojeści,  lśnił  matowym  blaskiem kilka  centymetrów od moich oczu. Do diabła z tym! 

Jak  to  możliwe,  że  ona  porusza  się  z  taką  szybkością?  Zamarłam.  Kairos  twierdził,  że  moje 

ciało  jest  gdzieś  nie  –  daleko.  Jeśli  je  teraz  przyniesie,  Nakita  będzie  mogła  zabić  mnie  na 

dobre

–  Za  późno,  Ron  –  rzekł  Kairos  i  zaśmiał  się  cicho,  widząc  moje  zaskoczenie.  – 

Zabawne – mruknął do żniwiarki. – Strażnik czasu, który się spóźnia. 

Pośliznęłam się na gładkim kamieniu i gdyby Nakita mnie nie złapała, nadziałabym się 

na jej ostrze. Coraz bardziej się bałam. 

Ron pochylił głowę i spojrzał na mnie. Promienie wschodzącego słońca zalśniły w jego 

oczach – były w nich determinacja i... poczucie winy? No, najwyższy czas. 

–  Puść  ją  –  powiedział  z  naciskiem.  –  Kairos  nie  będzie  mógł  ci  pomóc,  nawet  jeśli 

odzyska swój amulet. Madison jest przyszłym strażnikiem czasu. Przeznaczenie zdecydowało 

już, czyje zajmie miejsce. 

Uścisk  trochę  zelżał,  czułam,  że  Nakita  jest  zdezorientowana.  Kairos  postąpił  krok 

background image

naprzód. 

–  Nie  kłamałem  –  zapewnił.  –  Nie  dowiem  się,  czy  mogę  jej  pomóc,  dopóki  nie 

spróbuję. 

– Ona jest przyszłym strażnikiem czasu? – spytała Nakita. 

Drgnęłam, kiedy oderwała  miecz od  mojego gardła  i skierowała go w stronę  Kairosa, 

który  zatrzymał  się  z  komiczną  gwałtownością.  Żniwiarka  ciągle  jednak  trzymała  mnie 

ramieniem za szyję. Na pięknej twarzy Kairosa pojawił się strach, szybko jednak się opanował. 

– Nakito – przekonywał błagalnie – może będę w stanie ci pomóc. Odłóż miecz. 

– Mówiłeś, że potrafisz usunąć  ze  mnie  strach –  powiedziała Nakita, obejmując  mnie 

ciaśniej.  –  Mówiłeś,  że  jej  przeznaczeniem  jest  śmierć,  że  słyszałeś  o  tym  w  pieśniach 

serafinów.  Czy  ona  jest  przyszłym  strażnikiem  czasu?  Kazałeś  mi  zabić  strażnika  czasu,  bo 

boisz się śmierci? Tak powiedział Chronos! 

Głos  Nakity  dudnił  mi  w  uszach;  słuszny  gniew  skrzywdzonego  anioła.  Kairos  zrobił 

trzy  kroki  w  tył  i  zacisnął  zęby.  Ta  chwila  zdawała  się  nie  mieć  końca,  a  ja  cały  czas 

zastanawiałam się, czy uścisk Nakity oznacza moją rychłą śmierć... czy opiekę. 

–  A  więc  skłamałem  –  przyznał  Kairos,  wracając  do  stolika.  Odwrócił  się  do  nas 

bokiem i dotknął małego dzbanka stojącego na tacy. Jego wydłużony cień kończył się tuż przy 

moich stopach. Zadrżałam, kiedy słońce błysnęło w jego nowym, obdarzonym mniejszą mocą, 

amulecie. – Rządziłem tobą i czasem przez ponad tysiąc lat, Nakito. Nie odejdę teraz pokornie 

tylko dlatego, że serafini uznali,  iż powinienem ustąpić, przyuczyć  nowego strażnika  i oddać 

się śmierci. Zwłaszcza że miałaby mnie zastąpić dziewczyna tak młoda, że trudno ją uznać za 

kobietę. 

–  Byłeś  dokładnie  w  tym  samym  wieku,  kiedy  zamordowałeś  swojego  poprzednika – 

odparł cierpko Ron. – Dziwne, jak to się wszystko układa. 

Usta Kairosa zadrżały, ale nie spuszczał wzroku z Nakity. 

– Ona nie może zostać strażnikiem czasu – powiedział ostro. – Ona jest martwa. 

Sam ją zabiłem. 

Ron podszedł bliżej, ale zatrzymał się, kiedy Nakita skierowała czubek swojego miecza 

w jego stronę, po czym znowu wycelowała go w Kairosa. 

– Ona skradła twój amulet – stwierdził Ron. – To, czy jest żywa, czy martwa, nie ma 

większego  znaczenia,  skoro  udało  jej  się  to  zrobić.  Madison  już  dokonała  tego,  do  czego 

została  przeznaczona.  Odebrała  mi  władzę  nad  aniołem  stróżem,  nadając  mu  imię,  a  teraz 

chroni ją Nakita. Już za późno, Kairosie. To koniec. Puść ją i zaakceptuj swój los. 

Żniwiarka ciemności ciągle trzymała mnie w swoim uścisku. 

background image

–  Kairosie?  –  powiedziała  pytająco,  usiłując  poskładać  wszystkie  te  informacje  w 

całość.  A  potem  nagle  wzbiła  się  do  góry  i  przyspieszenie  zaparło  mi  dech  w  piersi.  Pęd 

powietrza rzucił mi włosy na twarz i na moment Kairos znikł z mojego pola widzenia. Miecz 

Nakity tkwił jednak ciągle między nami. 

–  Nie  jestem  nowym  strażnikiem  czasu  ciemności  –  odezwałam  się,  kiedy  Nakita 

pociągnęła  mnie  do  tyłu.  –  Ale  światła.  Dlatego  właśnie  chcę  wymienić  amulet  Kairosa  na 

swoje ciało. Ron, on ma moje ciało! Mogę znowu stać się tym, kim kiedyś byłam! 

Powiedz mu, że potrafię odłączyć się od jego amuletu. – Spojrzałam na Kairosa, który 

patrzył na mnie z niedowierzaniem. 

–  Naprawdę  to  potrafię!  Już  to  robiłam!  Ron,  powiedz  mu!  Powiedz  mu,  że  jestem 

przyszłym strażnikiem czasu światła! 

Ale Ron wbił wzrok w posadzkę i milczał. Przeraziło mnie to. 

Z wystudiowaną swobodą Kairos wlał do kryształowej szklanki bursztynowy płyn, upił 

łyk i postawił szklankę na stoliku. 

–  Nadal  nie  rozumiesz?  –  powiedział.  –  Twoim  przeznaczeniem  było  zostać  moją 

uczennicą;  w  przeciwnym  wypadku  po  cóż  miałbym  cię  zabijać?  Ron  nie  mógłby  cię  teraz 

przyjąć, nawet gdyby chciał. Od roku już uczy przyszłego strażnika czasu światła. 

Co do... 

Spojrzałam na Rona i z jego zakłopotanej miny wyczytałam, że Kairos mówił prawdę. 

–  Ty  cholerny  draniu  –  wyszeptałam.  –  Więc  wiedziałeś?  Uczysz  kogoś  innego?  To 

dlatego przekazałeś mnie Barnabie? 

Ron skrzywił się i zrobił krok do przodu, ale Nakita natychmiast pociągnęła mnie dwa 

kroki  w  tył.  Przepełniona  niesmakiem,  strząsnęłam  z  siebie  jej  ramię.  A  potem  stanęłam 

wyprostowana.  Zaczynał  się  nowy  dzień,  a  ja  byłam  jego  panią.  Żniwiarka  odwróciła  się  do 

słońca,  przyklękła,  opierając  miecz  na  kolanie  i  pochyliła  głowę  –  wyglądała  tak,  jakby  się 

modliła. Opadające włosy zasłaniały jej twarz. 

–  Zrobiłem  to  dla  ludzkości  –  powiedział  Ron  przekonująco.  –  Gdyby  udało  mi  się 

przeciągnąć  cię  na  moją  stronę,  mogłabyś  zapobiec  wielu  niesprawiedliwym  śmierciom. 

Pomyśl o tym! Strażnik czasu ciemności, który wierzy w wolną wolę? Nie byłoby już nagłych, 

przedwczesnych  zgonów.  Kairosowi  odebrana  zostałaby  jego  moc.  Gdybyś  zajęła  jego 

miejsce, na ziemi zapanowałby pokój. 

– Dlaczego miałaby przejść na twoją stronę?! – wykrzyknął Kairos. – Ukryłeś ją przed 

serafinami za zasłoną przypuszczeń  i śledztw  i zaprzeczałeś  jej  istnieniu,  by ci, którzy  mogli 

przeciwdziałać twoim czynom, nigdy się o tym nie dowiedzieli. 

background image

A  potem  to  przez  ciebie  prawda  jednak  wyszła  na  jaw  i  zaczęliśmy  się  bić  o  tę 

dziewczynę  jak  psy  o  ochłap  mięsa.  Szeptałeś  jej  do  ucha  różne  kłamstwa,  by  dokonywała 

takich  wyborów,  na  jakich  ci  zależało.  Przekazałeś  jej  naukę  żniwiarzowi,  zlecając  mu 

zadanie, któremu nie był w stanie sprostać, a sam opiekowałeś się tym, którego przeznaczono 

na  twojego  następcę.  Na  wypadek  gdyby  Madison  jednak  zajęła  moje  miejsce,  chciałeś 

pozbawić ją wszelkiej wiedzy i umiejętności, by nigdy nie była w stanie pokrzyżować twoich 

planów. – Kairos odwrócił się i popatrzył na mnie z niesmakiem. – A ty mu na to pozwoliłaś. 

Pokręciłam głową. Przecież nie wiedziałam. Skąd miałam to wszystko wiedzieć? 

Drgnęłam, bo Nakita nagle znalazła się u mojego boku. Stanęła tak blisko, że pióra jej 

skrzydeł  muskały  moje  ramię.  Jej  miecz  znikł,  wydawała  się  zdezorientowana.  Wiedziałam, 

jak się czuła – bo ja czułam się tak samo: zdradzona, przerażona, oszołomiona. 

– Ja przynajmniej nie próbowałem jej zabić – mruknął Ron. 

– Nie, ty tylko utrzymywałeś ją w niewiedzy. 

– To ja ją ocaliłem! – krzyknął Ron. 

– Nie ocaliłeś mnie – powiedziałam niemal bezgłośnie. – Umarłam. Pamiętasz? 

Lekki  wietrzyk  znad  oceanu  poruszył  moimi  włosami.  Fioletowe  końce  musnęły  mój 

policzek.  Naprawdę  próbowałam  to  zrozumieć,  ale  to  było  bez  sensu.  Nie  mogłam  być 

przyszłym strażnikiem czasu ciemności. Nie wierzyłam w przeznaczenie. 

Ron ruszył do przodu, wyrywając mnie z zamyślenia. 

–  Stój!  –  wrzasnęłam,  wyciągając  przed  siebie  dłoń,  w  której  ściskałam  amulet.  Ron 

stanął jak wryty. 

– Serafini przeznaczyli Madison na twoją następczynię? – spytała Nakita łamiącym się 

głosem. – Kazałeś mi zabić tę, która miała stać się moim mistrzem? Tę, która miała wypełnić 

wolę serafinów? 

Kairos zmarszczył brwi. 

–  Nie  zostanie  twoim  mistrzem,  jeśli  pozwolisz  mi  zniszczyć  jej  duszę.  Kiedy  ona 

zniknie,  ja  będę  żył  wiecznie  i  zajmę  wyższe  miejsce.  –  Wyprostował  się  dumnie.  –  Będę 

nieśmiertelny. Nieśmiertelny, Nakito! – wykrzyknął, gestykulując tak gwałtownie, że omal nie 

strącił  szklanki  ze  stolika.  –  To  wystarczy,  żeby  zmienić  bieg  czasu  na  naszą  korzyść. 

Wyobraź to sobie tylko! 

– Obiecałeś mi pomóc – wyszeptała Nakita, głosem cichszym od wiatru. 

Kairos spojrzał  na  nią z  irytacją, ale zaraz oprzytomniał,  bo zdał sobie sprawę,  jakim 

była dla niego zagrożeniem. 

– Oddaj mi swój amulet zażądał, wyciągając rękę. 

background image

Nie usłuchała go, więc zbliżył się do niej zdecydowanym krokiem, władczy i gniewny. 

Stłumiłam  okrzyk,  kiedy  Nakita  błyskawicznie  pchnęła  mnie  za  siebie,  i  omal  nie  straciłam 

równowagi. Rozległ się ostry, świszczący dźwięk, powietrze rozświetlone porannym słońcem 

zadrżało  i  amulet  Nakity  znalazł  się  w  dłoni  Kairosa,  który  szybko  wrócił  do  swojego  stołu. 

Obezwładnił ją, odebrał jej moc. 

Cholera. I co teraz? 

–  Nadal  jestem  twoim  panem,  ty  głupi  aniele  –  wycedził,  kiedy  kamień  Nakity  z 

głuchym  stuknięciem  dotknął  blatu  stolika.  A  potem  uśmiechnął  się  i  ten  uśmiech  zmroził 

mnie aż do kości. – No, Madison. A teraz pomówmy o twoim ciele. 

O Boże. On ma moje ciało. Może zniszczyć moje ciało

Ron stał bez ruchu – nie żebym czegokolwiek od niego oczekiwała. 

Nakita przyklękła przed Kairosem. Była bardzo blada, a w jej oczach błyszczały łzy. 

– Mówiłeś, że mi pomożesz. Nie chcę się bać. 

Mimo  że  sama  byłam  przerażona,  ogarnęło  mnie  współczucie.  Nakita  została 

podwójnie zdradzona. Była dziką, niewinną istotą, która poznała strach przed śmiercią. 

– Obiecałeś mi, Kairosie – mówiła Nakita cicho. Łzy spłynęły jej na policzki; otarła je 

dłonią, wyraźnie wstrząśnięta ich obecnością. – Czarne skrzydła wyszarpywały kawałki mojej 

pamięci.  A  pamięć  jest  wszystkim,  co  mam.  Wierzyłam  ci.  A  ty  kazałeś  mi  zabić  tę 

dziewczynę, bo boisz się śmierci? 

– Stanę się nieśmiertelny! – krzyknął Kairos, nie panując nad gniewem. – Jak możesz 

sądzić,  że  wiesz  cokolwiek  o  strachu  przed  śmiercią?  Istniejesz,  odkąd  powstał  świat,  i 

będziesz istniała aż do jego końca. 

Nakita wstała. Powietrze drgało lekko tam, gdzie zwykle znajdowały się jej skrzydła. 

– Teraz wiem, co to znaczy bać się śmierci, ale nadal żyję z woli serafinów – odparła 

drżącym głosem. – Żyję z ich woli, a ty z ich woli umrzesz. 

Kairos uśmiechnął się drwiąco i musnął palcami leżący na stoliku amulet. 

– Jak to, Nakito? Ty należysz do mnie. 

Ale  ona  wyjęła  nagle  zza  paska  jakiś  biały  kamień  opleciony  czarnym  drutem  i 

przymocowany do kawałka czarnego sznurka. Nie wyglądał tak jak amulet, który oddałam jej 

w  lesie  i  Kairos  tylko  pokręcił  głową,  jakby  przedmiot  ten  nie  miał  żadnego  znaczenia.  Ale 

potem  Nakita  potarła  go  kciukiem  i  przypominająca  sól  powłoka  odpadła,  ukazując  prosty 

czarny  kamień,  gładki  i  lśniący.  To  był  kamień,  który  oddałam  jej  w  lesie.  Jakbym  była  jej 

panią.  Oblałam  go  łzami,  które  były  symbolem  mojego  smutku  i  zadośćuczynienia  za  to,  że 

splamiłam jej czystość. 

background image

Żniwiarka zacisnęła palce na kamieniu. 

–  Oddaję  się  na  twoje  rozkazy  –  powiedziała  do  mnie,  a  potem  spojrzała  groźnie  na 

Kairosa. 

– Nie! – krzyknęłam, wyciągając przed siebie ręce, kiedy na jej mieczu błysnął czarny 

klejnot. Nakita skoczyła do przodu i wbiła ostrze w Kairosa. 

Ron  zrobił  kilka  kroków  w  jej  stronę,  krzycząc  z  przerażenia,  ale  było  już  za  późno. 

Stało się.  Kairos spojrzał  na swoją pierś,  na której  nie  było żadnego śladu, a potem podniósł 

wzrok i zamrugał. Spojrzał najpierw na fioletowy kamień, a potem w oczy Nakity. 

–  Popełniłaś  błąd  –  wyszeptał  i  się  zachwiał.  Nakita  podskoczyła  i  złapała  go,  zanim 

upadł, a później ostrożnie, niemal z miłością, ułożyła go na marmurowej posadzce. 

– Przeznaczenie, Kairosie – wyszeptała ze  łzami  w oczach, kiedy  jego dłoń wysunęła 

się bezwładnie z jej ręki. Zamknęła mu oczy, by nie patrzył w niebo. – Serafini przeznaczyli ją 

na twoją następczynię. Twój czas się wypełnił. Nie ma żadnego błędu. Jest tylko zmiana. 

– O mój Boże! – krzyknęłam zdrętwiała z przerażenia. – Ty go zabiłaś! Jak mogłaś... ? 

On nie żyje! 

Ron mruknął coś z żalem, więc szybko odwróciłam się do niego. Jeśli Kairos nie żyje, 

to znaczy, że... 

– On nie umarł – zaczęłam paplać. – Powiedz, że on żyje. 

– Jego już nie ma – odparł Ron. 

Odwróciłam się od niego i zobaczyłam, że Nakita klęczy, podając mi swój miecz. 

– Nakita, nie! – krzyknęłam, spanikowana. 

– Pani – powiedziała żniwiarka. – Zostałam skażona. 

–  Przestań.  Przestań!  –  Gorączkowo  zaczęłam  ją  podnosić.  Była  taka  piękna.  Była 

aniołem.  Nie  powinna  przede  mną  klęczeć.  –  N-nie  rób  tego  –  jąkałam  się.  –  Nie  jestem 

strażnikiem czasu ciemności. – Zerknęłam na Rona, który stał bez ruchu, z dłońmi złożonymi 

na podołku. 

–  Jesteś  strażnikiem  niewidzialnej  sprawiedliwości  –  odparła  z  uśmiechem.  – 

Sprawiedliwości  ustanowionej  przez  serafinów.  Możesz  śledzić  czas  i  naginać  go  do  swojej 

woli. 

–  Nie!  To  nieprawda!  –  upierałam  się,  spoglądając  na  ciało  Kairosa.  Rany,  Nakita 

właśnie go zabiła! 

Ron westchnął głośno. 

– To prawda. 

Odwróciłam  się  do  niego  i  zesztywniałam.  Tuż  za  nim,  na  tle  wschodzącego  słońca, 

background image

pojawiła  się  jakaś  postać.  Ron  także  się  odwrócił,  wydał  zduszony  okrzyk  i  wycofał  się 

szybko. To musiał był serafin. Na pewno. 

– Krew została przelana w domostwie strażnika czasu – odezwał się serafin. Jego głos 

był  tak  piękny,  że  niemal  ranił  uszy.  Była  w  nim  siła  przypływów  i  łagodna  pieszczota  fal 

gładzących  piaszczystą  plażę.  Omal  nie  zaczęłam  płakać.  Nie  mogłam  tego  wytrzymać.  Nie 

mogłam znieść tego piękna. 

–  To  ofiara,  byś  wysłuchał  mojego  błagania.  –  Nakita  stanęła  przed  serafinem  z 

pochyloną głową, ale jej miecz ciągle leżał u moich stóp. 

Podniosłam go. 

Serafin kiwnął głową, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy nie powinnam się ukłonić, czy 

dygnąć, czy może uklęknąć. 

O Boże. To był serafin, do cholery, a ja stałam tu w żółtych rajstopach i kolczykach  w 

kształcie trupich czaszek. 

– Ona  zajęła  jego  miejsce –  mówiła Nakita. – Przekazuję ci  ją  i proszę o  łaskę. Chcę 

być  taka  jak  dawniej.  Zostałam  skażona.  –  Podniosła  ku  niemu  swoją  piękną,  zalaną  łzami 

twarz. – Czuję strach, serafinie. 

– To nie skaza, Nakito – wyrzekł serafin łagodnie. – To dar. Raduj się swoim strachem. 

Potem odwrócił się do mnie, a mnie natychmiast zaschło w ustach. 

– Nie jestem strażnikiem czasu ciemności – zaczęłam, podając Nakicie miecz, który po 

chwili wzięła. – Nie mogę nim być! Nic nie wiem! 

–  Dowiesz  się.  Z  czasem  –  odparł  serafin  z  nutą  rozbawienia  w  głosie.  –  A  zanim  to 

nastąpi, będę prostował twoją ścieżkę. Nie mogę zostać tu długo. Mojego głosu już brakuje w 

niebiańskim chórze. 

–  Ale  ja  nie  wierzę  w  przeznaczenie!  –  wykrzyknęłam  i  spojrzałam  na  Rona. 

Zaczynałam mieć też pewne wątpliwości co do wolnej woli. 

– Wiara w przeznaczenie  nie  jest konieczna – powiedział  melodyjny głos. Serafin  był 

niewiele  wyższy  ode  mnie,  a  jednak  miałam  wrażenie,  że  ogarniał  cały  świat.  –  Kairos  nie 

wierzył w przeznaczenie. Najwyraźniej. – Serafin przeniósł wzrok na Rona. – Ale ty wierzysz. 

Choć twierdzisz, że jest inaczej. 

Ron nie poruszył się nawet pod spojrzeniem serafina, a kiedy ten wreszcie odwrócił od 

niego wzrok, odetchnął z ulgą. 

– Ale ja nie chcę tej pracy! – powiedziałam z rozpaczą, czując, że to, czego chcę albo 

nie chcę, nie ma najmniejszego znaczenia. – Nie mogłabym po prostu odzyskać swojego ciała i 

wrócić do dawnego życia? Proszę! 

background image

Serafin zamrugał wyraźnie zaskoczony – jeśli w przypadku istot boskich można mówić 

o takich uczuciach. 

– Nie chcesz? – zapytał, a Ron zrobił krok naprzód, jakby miał zamiar zaprotestować. 

–  Nie!  –  odparłam.  Znowu  obudziła  się  we  mnie  nadzieja.  –  Chcę  tylko  być  sobą.  – 

Szybkim ruchem zdjęłam z szyi amulet, a potem zebrałam całą swoją odwagę, podbiegłam do 

serafina  i  wcisnęłam  mu  kamień  w  dłoń.  Serce  znowu  waliło  mi  jak  młotem,  nie  byłam  w 

stanie nad nim zapanować. Zakłopotana, cofnęłam się nieco. Nie wiedziałam, czy zbliżając się 

tak bardzo do serafina, nie złamałam przypadkiem jakiejś zasady. Nie byłam w stanie spojrzeć 

mu w twarz – wywoływało to zbyt wielki ból. 

Serafin  patrzył  na  amulet  w  taki  sposób,  jakby  w  jego  świetlistej  dłoni  spoczął  jakiś 

wielki  skarb.  Kamień  zdawał  się płonąć  niezgłębioną czernią, srebrny drut wokół  niego  lśnił 

teraz czystym złotem. 

– Ty już jesteś sobą. 

–  Proszę  –  powiedziałam  błagalnie,  znowu  spoglądając  na  Kairosa,  który  leżał  na 

marmurowej  podłodze  martwy  i  zapomniany.  –  Czy  możesz  sprawić,  bym  stała  się  taka  jak 

kiedyś? Umieścić mnie z powrotem w moim ciele? 

Uśmiech serafina – tak jasny, że musiałam zmrużyć oczy – podsycił we mnie nadzieję. 

– Jeśli tego chcesz – rzekł, wyraźnie ubawiony. – Gdzie ono jest? 

Opadłam z sił jak przekłuty balonik. 

– Kairos je miał – odparłam bezradnie. Spojrzałam na Nakitę, a potem na Rona, który 

stał za nami w milczeniu. Znikąd pomocy. Odwróciłam się do serafina. – Musi być gdzieś w 

tym  domu  –  dodałam,  odwracając  się  w  stronę  budynku.  Bez  amuletu  na  szyi  czułam  się 

obnażona. 

– Zgniłoby przez cały ten czas – odezwał się Ron. Jego słowa mnie przeraziły. 

Czy  Kairos  pozwolił  mojemu  ciału  zgnić?  Czy  wszystkie  moje  starania  pójdą  na 

marne? 

– On  ma rację – przemówił znowu serafin. – Twojej doczesnej powłoki nie  ma tu, na 

ziemi. 

Nogi się pode mną ugięły. Podeszłam z trudem do stolika, usiadłam przy nim ciężko i 

oparłam łokcie na blacie, przewracając przy tym szklankę Kairosa. Podniosłam ją szybko, nie 

bardzo  wiedząc,  dlaczego  właściwie  to  robię.  Nikt  już  nie  będzie  z  niej  pił.  To  szklanka 

należąca do trupa. 

– Mówił, że jest gdzieś blisko – wyszeptałam odrętwiała. Gdzie jest moje ciało, skoro 

nie ma go na ziemi? 

background image

Nagle słońce zasłonił jakiś cień. Podniosłam głowę i zobaczyłam serafina, który usiadł 

naprzeciw mnie, po drugiej stronie stołu. Było to jednocześnie szokujące i niesamowite. 

– Twoje ciało jest z pewnością gdzieś między teraz i potem. 

Miałam wrażenie, że  moje  serce zmienia  się w garstkę popiołu. Zamrugałam, usiłując 

dojrzeć twarz anioła. W jego słowach kryła się jednak nadzieja. 

– Między teraz i potem? Co to znaczy? 

Siedzę  przy  stole  z  aniołem,  gdzieś  na  drugim  końcu  świata.  Czy  to  się  mieści  w 

najszerzej pojętej normie? 

– To znaczy, że twoje ciało zostało zagubione, ale to co zagubione, można odnaleźć – 

odparł  serafin.  –  Kairos  umieścił  je  w  jedynym  miejscu,  w  którym  było  dobrze  ukryte,  a 

jednocześnie łatwo dostępne. Między teraz i potem. 

Oblizałam wargi i mój wzrok powędrował w stronę martwego Kairosa. 

– Możesz mnie tam zabrać? 

Serafin uśmiechnął się znowu, więc musiałam opuścić wzrok. 

– Nie ma żadnego „tam”, do którego można by cię zabrać. To po prostu jest. Z czasem 

nauczysz  się  dostrzegać  to,  co  znajduje  się  między  teraz  i  potem. –  Serafin  odchrząknął  i  w 

tym  krótkim  momencie  wydał  mi  się  bardzo  ludzki.  A  potem  wyciągnął  do  mnie  dłoń  z 

amuletem. – Możesz wziąć to z powrotem albo zginąć na wieki. Co zatem wybierasz? 

Tak jakbym rzeczywiście miała jakiś wybór! 

Wiatr  znad  oceanu  zmierzwił  mi  włosy.  Spojrzałam  na  Nakitę,  piękną  i  zagubioną. 

Ciągle ocierała łzy z twarzy i spoglądała na swoje palce, jakby zastanawiała się, co to takiego. 

– Mogę go przyjąć tak na razie? – spytałam. – Do czasu, aż odnajdę swoje ciało? 

Serafin  zaśmiał  się,  a  jego  wspaniały  głos  wstrząsnął  niebem  i  ziemią.  Stolik  między 

nami drgnął i pękł. 

– I ty nie wierzysz w przeznaczenie! – zawołał wesoło, w jakiś sposób przypominając 

mi Grace. 

– Mówię poważnie – rzuciłam ostro, starając się ukryć wrażenie, jakie zrobił na mnie 

pęknięty stół. – Mogę to robić do czasu, kiedy odzyskam swoje ciało, a potem oddać amulet? 

Chciałam żyć, na niczym innym mi nie zależało. 

Nakita  zbliżyła  się  do  mnie.  Teraz  nie  wydawała  się  już  zagubiona,  na  jej  twarzy 

zauważyłam siłę i determinację. Serafin spojrzał na mnie w zamyśleniu. 

– Jeśli to właśnie wybierasz – powiedział przebiegle. 

– Wybór? – spytałam cierpko. – Myślałam, że wierzysz tylko w przeznaczenie. 

– Zawsze  jest też wybór – odparł serafin. Popatrzyłam  na  Kairosa, usiłując opanować 

background image

dreszcz zgrozy. 

– Kairos mówił, że istnieje tylko przeznaczenie. 

–  A  Chronos  powie  ci,  że  istnieje  tylko  wolna  wola  –  odparował  serafin  drwiąco. 

Wyraźnie  do  czegoś  zmierzał.  Rozmowa  z  nim  była  bardzo  dziwna  –  jego  uczucia  były  jak 

uczucia  dziecka,  odczytywałam  je  bez  trudu,  a  jednak  emanował  niepojętą  mocą.  Oblizałam 

wargi i odwróciłam się tak, żeby nie widzieć Kairosa. 

– Więc co jest słuszne? Wybór czy przeznaczenie? 

–  Jedno  i  drugie  –  odparł  i  z  szelestem  powłóczystej  szaty  ukląkł  przede  mną, 

wyciągając do mnie dłoń z amuletem. 

Przerażona, zerwałam się na równe nogi. 

– Nie rób tego – wyszeptałam. Chciałam tylko, żeby  nikt nie zwracał  na  mnie uwagi. 

Czułam,  że  zaraz  zwymiotuję.  Zaraz  zwymiotuję  na  tę  piękną  marmurową  podłogę.  Serafin 

podniósł  ku  mnie  twarz,  a  kiedy  nasze  oczy  się  spotkały,  moją  głowę  przeszył 

obezwładniający ból. Wydawało mi się, że zaraz oślepnę. 

– Oddaję ci cześć. Jesteś zdolna do czegoś, czego ja nie potrafię – rzekł cicho. – Przy 

wszystkim tym, czym jestem i byłem, ty jesteś człowiekiem. Istotą kochaną dla swej inwencji, 

choć rodzi ona  i dobre,  i złe owoce. Ja  mogę zabijać, ale ty umiesz  stwarzać. Możesz  nawet 

stworzyć... koniec – powiedział tęsknie. – A to jest coś, czego ja nigdy nie osiągnę. Przyjmij to 

więc. I twórz. 

Opuściłam  wzrok  na  swój  amulet.  Był  piękny.  Czarny  kamień  migotał  mnóstwem 

srebrzystych iskierek jak rozświetlone gwiazdami nocne niebo. Nie byłam w stanie spojrzeć w 

twarz serafina, sprawiało mi to zbyt wielki ból, ale czułam, że uśmiechał się do mnie. 

–  Madison,  to  przeznaczenie,  a  nie  wola,  przysłało  do  ciebie  Kairosa  i  kazało  mu  cię 

zabić.  To  przeznaczenie  dało  ci  odwagę,  by  odebrać  mu  amulet.  Przeznaczenie  sprawiło,  że 

Chronos ukrył cię przed nami. I przeznaczenie doprowadziło cię tutaj. A jednak teraz musisz 

dokonać wyboru, czy przyjąć swoje miejsce, czy wrócić do tego, co było. Nadal się wahałam. 

– A ty, co byś wybrał? – spytałam. – Gdybyś mógł. 

Serafin się roześmiał. 

– Nic, ja jestem sobą. Wybór? Przeznaczenie? Dla mnie to jedno i to samo. Nie widzę 

między nimi różnicy. Dlatego właśnie tylko człowiek potrafi naginać czas według swojej woli. 

Kiedy  wznosisz  się  wysoko,  łatwo  jest  zajrzeć  za  zakręty  czasu,  ale  trudno  oddzielić 

przeszłość od przyszłości. 

To  nie  był  prosty  wybór.  Przeznaczenie  wynikało  z  wyboru.  Nie  chciałam  umrzeć, 

więc  mogłam  zrobić  tylko  jedno.  Jak  we  śnie  wyciągnęłam  rękę  po  swój  amulet,  po  swoje 

background image

życie. Palce serafina były chłodne, a kiedy zetknęły się z moimi, poczułam ogrom przestrzeni 

rozciągającej  się  w  moim  umyśle.  Kamień  był  ciepły.  Ścisnęłam  go  w  dłoni  i  jeszcze  raz 

przyjęłam jako swój. 

Serafin podniósł się z wdziękiem. 

– Dokonało się. Zajęła swoje miejsce. 

Tak  szybko  i  już  było  po  wszystkim.  Żadnych  trąb,  żadnych  fanfar.  Amulet  leżał  na 

mojej dłoni, taki sam jak dotąd. Wstrząśnięta, podniosłam wzrok. 

Więc to już się stało? Jestem strażnikiem czasu ciemności? 

Ron westchnął. Nakita stanęła u mojego boku. Bała się, że ją odrzucę, widziałam to w 

jej oczach. 

–  Co  mam  dla  ciebie  uczynić?  –  wyszeptała,  błagając,  bym  wyznaczyła  jej  jakieś 

zadanie. Spojrzałam na serafina zdezorientowana. 

– Masz pewne pragnienie. Ona je spełni. 

–  Uratuj  Josha  –  powiedziałam  zdumiona,  że  okazało  się  to  takie  łatwe.  Po  tym 

wszystkim, co przeszłam, wystarczyło poprosić? – Pomóż Barnabie. 

Nakita uniosła brwi i otworzyła usta. 

– Nigdy tego nie robiłam – wyznała, a Ron wydał dziwny odgłos, jakby się zakrztusił. 

– Proszę – dodałam, zaciskając palce na dłoni, w której trzymała swój miecz. 

Nakita kiwnęła głową, a z jej ramion znowu urosły potężne białe skrzydła. Otuliła się 

nimi i z cichym szumem powietrza zniknęła. 

– To dobry początek – odezwał się serafin, znowu przyciągając moją uwagę. – Widzisz 

to, co ważne, Madison. Dla twojego przyjaciela Josha to jeszcze nie koniec. – Uśmiechnął się i 

nachylił  nade  mną.  Poczułam  zapach  czystej  źródlanej  wody,  który  koił  nerwy  i  wypełniał 

mnie spokojem. – Powinnaś wrócić, zanim ojciec zacznie cię szukać – dodał i pocałował mnie 

w czoło. Wtedy zemdlałam. 

background image

ROZDZIAŁ 13 

Panował straszny  hałas, a ponad wrzawę głosów od czasu do czasu wybijał się trzask 

zamykanych szafek. Nauczyciele nawet nie próbowali zapanować nad zgiełkiem. Three Rivers 

była  na  tyle  mała,  że  nie  musieli  stać  na  korytarzach,  tak  jak  nauczyciele  w  mojej  dawnej 

szkole, zbyt dużej,  by  można  było pozostawić uczniów  samych podczas przerw. Oto kolejna 

zaleta mieszkania w małym miasteczku. 

Włożyłam  książki  do  swojej  szafki  i  wyjęłam  plan  zajęć.  Na  górze  było  napisane 

„Ostatnia klasa”, a  ja  nie  mogłam  powstrzymać uśmiechu. Ostatnia klasa. Bardzo przyjemne 

uczucie. 

Co więcej, nie byłam tu już nowa. Nie. Wreszcie pozbyłam się tego statusu. 

– Na czym polega  „gospodarstwo domowe”? –  spytała Nakita powoli,  spoglądając  na 

trzymaną w dłoni żółtą kartkę. 

Rano  pomogłam  jej  wybrać  strój,  wyglądała  więc  naprawdę  dobrze  w  markowych 

dżinsach i sandałkach, ukazujących czarne paznokcie u jej stóp. Nie musiała ich pomalować – 

najwyraźniej żniwiarze ciemności z natury mieli czarne paznokcie u stóp. 

Stojący po mojej drugiej stronie Barnaba poprawił plecak na ramionach. W dżinsach  i 

podkoszulku wyglądał jak wszyscy inni. 

–  Spodoba  ci  się  to,  Nakito  –  powiedział  z  kpiącym  uśmieszkiem.  –  Poznasz  realia  i 

łatwiej wtopisz się w nowe środowisko. Tylko jeśli twój partner przypali ciastka, postaraj się 

go nie zabić. 

Stłumiłam śmiech, usiłując wyobrazić sobie, jak drobna, atrakcyjna, ale mająca o wielu 

sprawach  słabe  pojęcie  Nakita  uczy  się  ustalać  domowy  budżet  albo  korzystać  z  kuchenki 

mikrofalowej.  Opuściłam  wzrok  na  swój  plan.  Fizyka.  Historia.  Literatura  z  Joshem. 

Fotografia. Tak, to będzie dobry rok. 

Nakita odsunęła się od szafek i sunący korytarzem tłum omal jej nie przewrócił. 

–  Co  gotowanie  ma  wspólnego  z  gospodarką?  –  spytała,  odrzucając  włosy  do  tyłu 

gestem  pełnym  nieświadomego  wdzięku,  który  większość  modelek  ćwiczy  przez  całe  lata.  Z 

tymi  włosami  i  oczami  była  naprawdę  piękna.  Już  przyciągała  spojrzenia.  Wszyscy 

zastanawiali się zapewne, co tu ze mną robiła. Według wymyślonej na użytek innych historii 

Nakita  i  Barnaba  byli  uczniami  z  wymiany  międzynarodowej,  a  dzięki  niewielkiej  pomocy 

nieba mieli też papiery na poparcie tej bajki. Prawda była bardziej... interesująca. 

W  otaczającym  nas  zgiełku  rozległ  się  nagle  głos  Amy.  Zesztywniałam,  otworzyłam 

background image

szafkę  i  schowałam  się  za  drzwiczkami.  Nie  bałam  się  jej,  ale  sposób  bycia  królowej 

wszystkich balów strasznie mnie irytował. 

– Cześć! – wykrzyknęła Amy wesoło, a ja się skuliłam. Musiała mówić do Nakity. Jak 

zwykle  ciągnął  za  nią  orszak  składający  się  ze  szkolnych  konformistów.  Udałam,  że  czegoś 

szukam. – Jestem Amy! – ciągnęła z entuzjazmem. – A ty musisz być tą nową dziewczyną. To 

twój brat? Przystojniak z niego! 

Barnaba zrobił czarująco niewinną minę. Uśmiechnęłam się pod nosem. Rzeczywiście 

był przystojny, ale nie miał o tym pojęcia. 

– Ten mięczak? – spytała żniwiarka. Jej głos ociekał pogardą, która niemal spływała na 

podłogę, pod markowe sandałki Amy. – Na to wygląda. Co nie znaczy, że muszę go lubić. 

–  Wiem,  co  masz  na  myśli  –  westchnęła  Amy.  –  Ja  też  mam  brata.  –  Stojące  za  nią 

dziewczyny  zachichotały,  kiedy  minęła  mnie  i  podeszła  do  Barnaby.  –  Jestem  Amy  – 

powiedziała i z uśmiechem wyciągnęła do niego rękę. 

–  Barnaba  –  odparł,  zbliżył  się  szybko  do  Nakity  i  objął  ją  ramieniem,  by  uniknąć 

uścisku dłoni Amy. – A to jest Nakita. Moja ulubiona siostra. Jesteśmy z Norwegii. 

Z Norwegii? Nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Koleżanki Amy zaczęły coś szeptać 

między sobą. 

–  Wydawało  mi  się,  że  mówisz  z  akcentem  –  powiedziała  Amy,  starając  się  ukryć, 

jakie zrobiło to na niej wrażenie. – Może zjecie lunch przy moim stoliku? Oboje. Nie musicie 

siedzieć z tą zgrają. 

Poczułam, że dłużej tego nie wytrzymam, i zatrzasnęłam szafkę. 

– Madison! Kochana! Nie zauważyłam cię wcześniej – zagruchała Amy. – Jaka urocza 

bluzeczka  –  dodała.  –  Bardzo  w  twoim  stylu.  Moja  młodsza  siostra  w  zeszłym  roku  oddała 

taką samą do Czerwonego Krzyża. 

Nakita uczyła mnie od pewnego czasu, jak tworzyć miecz z energii strumienia czasu  i 

teraz z trudem powstrzymałam się od wykorzystania tej wiedzy. 

– Witaj, Amy. Jak tam twój nos? Myślisz, że ta opuchlizna zejdzie ci do czasu, kiedy 

zaczną robić klasowe zdjęcia? 

No, to było prawie równie dobre, pomyślałam. 

Amy  zaczerwieniła  się,  ale  nie  zdążyła  odpowiedzieć,  bo  w  tej  samej  chwili 

dziewczyny z jej orszaku rozstąpiły się i za plecami Nakity stanął Len. 

Żniwiarka jednym szybkim ruchem chwyciła go za kark i rzuciła na szafkę. Wokół nas 

rozległy się piski i krzyki, a ja, wstrząśnięta, otworzyłam usta. 

–  Dotknij  mnie  jeszcze  raz,  a  zginiesz,  świnio  –  powiedziała  Nakita  dobitnie  i 

background image

przycisnęła jego twarz do drzwiczek. 

Len,  czerwony,  wybałuszył  oczy.  Barnaba  roześmiał  się,  ale  ja  nie  miałam  zamiaru 

spędzić pierwszego dnia szkoły w gabinecie dyrektora. 

– Uch, Nakita? – mruknęłam. 

Żniwiarka  odetchnęła  głęboko,  rozejrzała  się  dookoła  i  puściła  go  w  końcu.  Len 

zatoczył  się,  próbując  złapać  równowagę,  ale  nie  zdołał  zachować  twarzy.  Była  od  niego 

znacznie  mniejsza  i  wyglądała  jak  porcelanowa  laleczka.  W  tej  chwili  wyglądała  oczywiście 

jak bardzo zakłopotana porcelanowa laleczka. 

– Banda świrów! – wrzasnął Len, poprawiając koszulę. – Słyszycie? Kumplujecie się z 

Madison, co? Jesteście tak samo popaprani jak ona! 

Zrobiłam niewinną minę, usiłując powstrzymać śmiech. Barnaba jednak uśmiechał się 

drwiąco – podobnie jak wszyscy chłopcy, którzy widzieli, co się stało. 

Amy  chwyciła  Lena  za  ramię,  jakby  chciała  go  powstrzymać  przed  rzuceniem  się  na 

nas, a potem pociągnęła za sobą. Zza rogu wyszła jakaś nauczycielka, ale zebrany wokół nas 

podekscytowany tłumek zaczął się już rozchodzić. Chłopcy poszli pierwsi, żegnając się z nami 

głośno,  a  za  nimi  ruszyło  kilka  dziewcząt.  Powoli  wypuściłam  powietrze  z  płuc.  Nie 

wiedziałam nawet, że wzięłam oddech. 

–  Wiesz,  Nakita  –  powiedziałam,  znowu  otwierając  swoją  szafkę.  –  Musimy 

popracować trochę nad twoimi relacjami z ludźmi. 

– On się o mnie otarł – odparła i zmarszczyła brwi. – Ma szczęście, że jeszcze żyje. 

Uniosłam brwi. Serafini postanowili, że żniwiarka pokaże mi, jak posługiwać się moim 

amuletem,  a  ja  nauczę  ją,  jak  żyć  z  darem  lęku,  który  niedawno  otrzymała.  Teraz  jednak 

zaczynałam się zastanawiać, czy to naprawdę jest taki dobry pomysł. 

– Świetnie, ale jeśli chcesz zostać w szkole, musisz być trochę delikatniejsza. 

–  Delikatniejsza  –  powtórzyła  żniwiarka  w  zamyśleniu.  –  Więc  powinnam  raczej 

wsadzić mu nóż pod żebra? 

Barnaba podszedł bliżej. 

– Nie nóż, tylko palec. Tak, to byłoby odpowiedniejsze. 

Gdzieś w górze nad naszymi głowami rozległ się nagle srebrzysty głosik: 

– Pewna dziewczyna bardzo była subtelna... 

Szybko podniosłam głowę i uśmiechnęłam się do świetlistej kuli. 

–  Grace!  –  zawołałam.  Miałam  nadzieję,  że  nikt  nie  zauważy,  jak  gadam  do  sufitu. 

Kiedy  po  raz  pierwszy  serafin  próbował  się  ze  mną  skontaktować,  straciłam  przytomność  z 

bólu. Teraz wiadomości przynosił mi anioł posłaniec, po raz pierwszy jednak była to Grace. 

background image

Anielica opadła niżej i przysiadła na krawędzi drzwiczek mojej szafki. 

–  Witaj,  Madison.  Mam  wiadomość  dla  Nakity.  –  Świetlista  kula  rozjarzyła  się 

mocniejszym  światłem  i  dodała:  –  A  co  robi  tu  Barnaba?  Ty  jesteś  strażnikiem  czasu 

ciemności, a on nie... 

– Nie jestem już z Ronem – przerwał jej Barnaba, krzyżując ręce na piersi. 

Kula rozjaśniła  się tak  bardzo, że zaczęłam  przypuszczać,  iż wszyscy  wokół  mogli  ją 

zobaczyć. 

–  Więc  zupełnie  upadłeś!  –  wykrzyknęła,  a  ja  skrzywiłam  się,  bo  siła  jej  głosu 

przyprawiła mnie o ból głowy. 

Nakita uśmiechnęła się drwiąco, a Barnaba przeczesał włosy palcami. 

– Nie wiem, kim jestem, ale nie mogłem pozostać taki, jaki byłem. Nie ufam Ronowi, 

ale nadal nie wierzę też w przeznaczenie. 

Nakita odrzuciła włosy do tyłu i oparta rękę na biodrze. 

– Ośmieliłbyś się sprzeciwić serafinom? – spytała groźnie. Barnaba cofnął się nieco. 

– Będę używał oczu, by patrzeć, i umysłu, by myśleć – powiedział, a Grace prychnęła 

ze zniecierpliwieniem. 

Stanęłam między nimi i oznajmiłam: 

– W porządku. Doskonale! Ja też nie wierzę w przeznaczenie, ale szanuję Nakitę. 

– I ten wielki miecz, który zrobiła właściwie z niczego w ubiegłym tygodniu, dodałam 

w  myślach.  –  W  szkole  nie  grozi  mi  nic,  co  was  tak  niepokoi.  Może  zaczekacie  na  mnie  na 

zewnątrz? 

Uspokoili się natychmiast. 

– Ja muszę tu zostać – odparła Nakita, spuszczając wzrok. – Dla samej siebie. Muszę to 

wszystko zrozumieć. Serafini nie wiedzą jeszcze, jak fakt, że jesteś martwa, wpłynie na twoją 

zdolność  do  czytania  w  czasie.  I  nie  czuję  się  już  dobrze  wśród  swoich.  Oni  uważają,  że 

zostałam skażona – dokończyła, a ja skrzywiłam się, słysząc wstyd w jej głosie. 

Barnaba spojrzał tęsknie na roześmiane twarze otaczających nas ludzi. 

– A ja muszę znaleźć sobie coś do roboty. Ja też czuję się... samotny. A ty jesteś taka 

swojska. 

Milutko. A więc jestem swojska. Jak para starych skarpetek. 

– Oboje chronicie teraz Madison? – spytała Grace. – No cóż, ktoś powinien to robić. 

Mnie by na to nie pozwoliła. 

Źle się poczułam z tym, co powiedziała, ale ona  zaraz przysiadła  na  moim ramieniu  i 

szepnęła: 

background image

– Dziękuję ci, Madison, za to, że nadałaś  mi  imię. Myślałam, że  mi  je odbiorą, ale w 

końcu zgodzili się, żebym została twoim posłańcem na stałe, i pozwolili mi je zatrzymać. 

–  Grace,  to  cudownie!  –  zawołałam.  Naprawdę  się  ucieszyłam.  Miło  było  znowu 

widzieć Grace, ale kiedy ostatnim razem przyniosła wiadomość dla Nakity, żniwiarka odeszła i 

wróciła  po  pewnym  czasie  z  tryumfalnym  uśmiechem  i  świeżą  szczerbą  na  swoim  mieczu. 

Maleńka  anielica  uniosła  się  wysoko,  a  ja  poczułam  za  plecami  znajomą  obecność.  Nakita 

zacisnęła usta  i odwróciła wzrok, ale Barnaba się uśmiechnął, więc nie  byłam zaskoczona na 

widok Josha, który przecisnął się przez tłum i podszedł do nas. 

– Cześć, Madison – powiedział i przybił piątkę z Barnabą. 

–  Cześć,  Josh.  –  Byłam  nerwowa  i  zakłopotana,  tym  bardziej  że  Grace  zaczęła  nucić 

wesoło pod nosem. 

Josh  wyglądał  świetnie.  Już  całkiem  doszedł  do  siebie  po  spotkaniu  ze  śmiercią.  Nie 

lubił  jednak  Nakity  i  było  to  uczucie  w  pełni  odwzajemnione.  Na  jego  widok  żniwiarka 

spochmurniała i wbiła wzrok w ziemię. 

–  Ja  jestem  odpowiedzialna  za  Madison  –  mruknęła,  wracając  do  wcześniejszej 

rozmowy. – Tobie dwa razy się to nie udało. Myślę, że jesteś szpiegiem! – oskarżyła Barnabę, 

nie zwracając uwagi na Josha. Żniwiarz oblał się rumieńcem, urażony. 

– Nie jestem szpiegiem! – powiedział głośno. – Popatrz na mój amulet. Nadal wydaje 

ci się czerwony? 

Rzeczywiście.  Ku  żalowi  Barnaby  jego  amulet  zmienił  barwę  i  teraz  lśnił  jasnym, 

neutralnym złotem niedoświadczonego żniwiarza. Barnaba nie był już związany z Ronem. Był 

związany ze mną i stawał się coraz... ciemniejszy. 

–  Skoro  nie  jesteś  szpiegiem  –  odezwała  się  Nakita,  celując  w  niego  palcem  –  to 

dlaczego tu jesteś, Barney? 

– Ponieważ ci nie ufam. I nie nazywaj mnie tak. 

Nakita  syknęła  coś  w  odpowiedzi,  a  kiedy  wmieszała  się  w  to  jeszcze  Grace, 

odwróciłam się do Josha. 

– Oni są jak małe dzieci – westchnęłam, a potem uśmiechnęłam się do niego. – O której 

masz lunch? 

– O drugiej – odparł Josh, spoglądając na swój plan. 

– Ja też! – zawołałam uradowana. – Spotkajmy się przy fontannie. Chyba że... 

Josh uśmiechnął się tak, że aż zaparło mi dech w piersi. 

– Będę tam. 

Za nami Nakita krzyczała: 

background image

– Wyrwę ci język i nakarmię nim moje piekielne psy! 

Josh się skrzywił. Korytarz powoli pustoszał. 

– Nie możesz się ich jakoś pozbyć? Uśmiechnęłam się promiennie i pokręciłam głową. 

– Nie. Już próbowałam. 

Josh przełożył książkę do drugiej ręki. 

– Wydaje mi się, że słyszę Grace. Czy ona gdzieś tu jest? W pewnym sensie trochę mi 

jej brakuje. 

Oparłam  się  o  szafkę  i  wskazałam  głową  Nakitę,  która  ciągle  kłóciła  się  z  Barnabą. 

Ludzie patrzyli na nich zdumieni. Zaczęłam się zastanawiać, czy nie założyłam właśnie nowej 

szkolnej kliki, bardzo dziwnej i hałaśliwej. 

– Przyniosła wiadomość dla wielmożnej Nakity. 

Josh roześmiał się głośno. Podobał mi się jego śmiech. Pomyślałam, że byłoby fajnie, 

gdyby  odwiózł  mnie  po  szkole  do  domu.  Nie  musiałabym  czekać  na  autobus,  a  Amy  już 

całkiem zzieleniałaby z zazdrości. 

Spojrzał w stronę żniwiarzy, którzy wreszcie przestali skakać sobie do oczu i słuchali 

Grace. 

– Robisz coś po szkole? 

Już nie, pomyślałam, ale potem wzruszyłam ramionami. 

– Nie wiem. Nakita ma chyba jakieś plany. 

– Zamknij ten rozśpiewany dziób – powiedziała  Nakita do Barnaby  i odrzuciła włosy 

do tyłu, usiłując się opanować. Potem odwróciła  się do mnie. – Mam  sprawę do załatwienia. 

Barnaba będzie cię chronił przez kilka... godzin. 

Było dokładnie tak, jak myślałam. Wybierała się na akcję. 

– Nakito, nie podoba mi się to – mruknęłam, a Barnaba kiwnął głową. – Likwidowanie 

ludzi, którzy dokonują niewłaściwych wyborów, jest złe. Łatwe, ale złe. 

Nakita uniosła brwi. 

– Gdyby to było złe, nie zostaliby wybrani. Zaczniesz myśleć inaczej, kiedy zobaczysz, 

do jakich okropieństw zdolni są ludzie. Nauczysz się używać amuletu i zrozumiesz. A do tego 

czasu to, co ci się podoba albo nie podoba, nie ma żadnego znaczenia. 

Zabrzmiało  to  bardzo  protekcjonalnie,  ale  Nakita  rzeczywiście  była  znacznie  starsza 

niż wszyscy inni tutaj, no, może z wyjątkiem Barnaby. 

–  A  co  z  lekcją  gospodarstwa  domowego?  –  spytałam,  wiedząc,  jak  bardzo, 

niezrozumiana przez swój własny gatunek, chciała poznać życie ludzi. 

Nakita zacisnęła zęby i wręczyła swój plan Joshowi. 

background image

– On może zrobić to za mnie. 

Josh uniósł brwi. 

– Hm, Nakito... W szkole nie robi się takich rzeczy. 

Barnaba wyjął plan z ręki Josha i podał go Nakicie. 

– Jeśli ty pójdziesz, ja też pójdę. Nie mam zamiaru pozwolić ci zabrać kolejnej duszy, 

więc możesz równie dobrze zostać tutaj. 

–  Spróbuj  mnie  powstrzymać!  –  odpaliła  Nakita  i  wszystko  zaczęło  się  od  początku. 

Grace wepchnęła się między nas. 

– Tyle miłości w jednym małym budynku! Aż w głowie mi się od tego kręci. 

Zabieram się stąd. No, Nakita, bierzesz tę akcję czy nie? 

– Tak – odparła żniwiarka i Grace znikła nagle, zostawiając po sobie złoty pył i zapach 

róż w powietrzu. 

Nakita przyciągnęła mnie do siebie tak blisko, że nasze głowy niemal się stykały. 

–  Powinnaś  pójść  ze  mną  –  powiedziała,  zerkając  ukradkiem  na  boki.  –  Może 

nauczyłabyś się widzieć przyszłość i okropności, które wynikają z ludzkich wyborów. Wiem, 

że wtedy zgodziłabyś się ze mną. 

–  Ale  to  pierwszy  dzień  szkoły!  –  zawołałam.  Josh  zaczął  rozmawiać  z  Barnabą, 

zapewne  usiłując  ustalić,  co  się  właściwie  dzieje.  –  Nie  mogę  iść  na  wagary  już  pierwszego 

dnia. 

Nakita zmrużyła błękitne oczy, a jej policzki zabarwił lekki rumieniec. 

– Tego chcą serafini, Madison. 

– Cóż, serafini z pewnością nie chcieliby za karę siedzieć w domu – zaprotestowałam. 

Nigdy  nie  przypuszczałam,  że  można  umieścić  wszystkie  te  słowa  w  jednym  sensownym 

zdaniu. – Poza tym nie zgadzam się z przeznaczeniem – dodałam. 

Za  chwilę  miała  rozpocząć  się  pierwsza  lekcja.  Na  korytarzu  nie  było  już  prawie 

nikogo. 

– To zły plan, Nakito – odezwał się Barnaba, tak głośno, że wystraszyłam się, że ktoś 

nas jednak usłyszy. – Ten człowiek nic nie zrobił. 

– Ale zrobi – odparła bez wahania. – To, że ty nie umiesz wznieść się dość wysoko, by 

zajrzeć za zakręty czasu, nie oznacza, że nie potrafią tego serafini. 

Po  prostu  super.  Pierwszy  dzień  szkoły,  a  Nakita  chce  mnie  zabrać  na  mały  napad  z 

bronią w ręku. Rozległ  się dzwonek  i aż podskoczyłam. Z westchnieniem  zebrałam książki  i 

ruszyłam przed siebie korytarzem. Josh przyspieszył i po chwili zrównał się ze mną. Barnaba i 

Nakita zostali w tyle. 

background image

– To co – spytał Josh, szeroko otwierając oczy – idziemy na lekcje czy na safari? 

Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. 

– Ty też chcesz z nią iść? 

Nakita nachyliła się do mnie, odpychając Josha na bok. 

– Ta akcja ci się spodoba, Madison. Grace mówi, że to szatańskie nasienie ma zamiar 

stworzyć wirus komputerowy, który sparaliżuje system operacyjny w pewnym szpitalu. Setki 

twoich  bezcennych  istnień  ludzkich,  Barnabo,  zginą  przedwcześnie  z  powodu  wyboru 

dokonanego przez  jednego człowieka, przez  jego pychę  i żądzę sławy.  Jeśli  nie przesuniemy 

jego duszy na wyższy poziom, zanim ją zbruka, w końcu stanie się cyberterrorystą. 

Ooo... Pierwszy cios. 

Barnaba szedł obok mnie z ponurą miną. 

–  Ale  on  jeszcze  tego  nie  zrobił.  To  wszystko  jest  jeszcze  przed  nim...  może  dokona 

właściwego wyboru. 

W holu było pusto. Po prawej widziałam korytarz prowadzący do pracowni fizycznej, 

po lewej jasny prostokąt oszklonych drzwi wejściowych. 

– Nakita – powiedziałam i zwolniłam kroku. – Czy źle zrobiłam, ratując przed śmiercią 

Susan, tę dziewczynę z łodzi? 

– Tak – odparła natychmiast. 

– Nie – powiedział zaraz potem Barnaba. 

Nakita przycisnęła do piersi  swój notatnik. Kolorowe kury  i koszyk z  jajkami  na  jego 

okładce dziwnie kontrastowały z jej groźną, niemal krwiożerczą miną. 

– W przyszłości miała pisać artykuły, w których nie byłoby miejsca na współczucie. 

Miała niszczyć wiarę, jaką ludzie pokładają w sobie nawzajem. Ocalenie jej życia było 

aktem destrukcji. 

Cios drugi. 

–  Czy  to  nadal  jest  jej  przeznaczeniem?  –  spytałam.  Nakita  użyła  w  końcu  czasu 

przeszłego. 

Na pięknej twarzy Nakity zauważyłam zakłopotanie. 

– Nie – przyznała. Zatrzymałyśmy się obie. – Serafini  śpiewają, że  jej przyszłość  jest 

niejasna, ale nie wiedzą, dlaczego tak jest. 

Uśmiechnęłam się pod nosem. 

–  Ja  wiem.  –  Zadowolona,  ruszyłam  do  drzwi.  Teraz  wiedziałam  już,  co  zrobię.  Jak 

poprowadzę  sprawy,  w  które  nie  wierzyłam,  do  czasu  kiedy  znajdę  swoje  ciało  i  wszystko 

wróci do normy. – Tak jak ty zmieniłaś się, bo poznałaś strach, tak Susan zmieniła się, kiedy 

background image

zobaczyła  śmierć  i  zrozumiała,  jak  cenne  jest  życie.  Trudno  dokonać  wyboru,  kiedy  widzisz 

tylko jedną stronę medalu. 

Barnaba zmarszczył brwi. 

– Mówisz o mnie – stwierdził ponuro. 

– Nie. – Spojrzałam w stronę sekretariatu. Miałam nadzieję, że nikt nas nie obserwuje. 

–  Chyba  nie.  No,  może?  –  wzruszyłam  ramionami.  –  Pójdę  z  tobą,  Nakita,  ale  zanim 

wyciągniesz swój miecz i zrobi się strasznie, porozmawiam z tym człowiekiem. Ciemne brwi 

żniwiarki podskoczyły aż do nasady włosów. 

– Dlaczego? – spytała równie zaskoczona jak Barnaba. 

– Żeby sprawdzić, czy mogę zmienić jego przeznaczenie – odparłam. 

Rany... 

W  porządku,  więc  byłam  martwa,  moje  ciało  tkwiło  gdzieś  między  teraz  i  potem,  a 

dwóch  kłótliwych  żniwiarzy  chroniło  mnie  przed  strażnikiem  czasu,  któremu  kiedyś  ufałam. 

Nie  było tak źle. Tata nie  miał pojęcia, że  jestem  martwa, Josh żył, a do czasu, kiedy znajdę 

swoje ciało  i zeskoczę z tej karuzeli,  nie tylko  mogłam  bezkarnie opuszczać  szkolne zajęcia, 

ale wręcz było to moim moralnym obowiązkiem. 

Podeszliśmy  do  drzwi.  Otworzyłam  je  jednym  szarpnięciem  i  korytarz  zalało  słońce. 

Josh przytrzymał drzwi, żeby się nie zamknęły. 

– Idziesz na wagary? – spytał, a ja uśmiechnęłam się szeroko. 

–  Tak.  Nakita  i  Barnaba  będą  mnie  kryli.  To  znaczy  nas.  Jak  na  taką  grzeczną 

dziewczynkę źle się czasem zachowuję. 

Roześmiał się i puścił mnie przodem. 

–  Nie  ma  nic  złego  w  łamaniu  zasad,  jeśli  robisz  to  w  imię  czegoś,  co  jest  od  nich 

ważniejsze. 

Zawahałam się na progu, mrużąc oczy w ostrym słońcu. 

– Naprawdę tak myślisz? 

Josh kiwnął głową, a od jego uśmiechu zakręciło mi się w głowie. 

– Tak. Tak właśnie myślę. 

– Ja też – odparłam i razem wyszliśmy na słońce, by ocalić duszę jakiegoś niewinnego 

człowieka. 

background image

PODZIĘKOWANIA 

Chciałabym podziękować mojej redaktorce Tarze Weikum, która pomogła mi bardziej, 

niż  przypuszcza,  i  mojemu  agentowi  Richardowi  Curtisowi,  który  nie  przestaje  mnie 

zaskakiwać tym, co potrafi dostrzec, zanim mi się uda.