background image
background image

Józef Ignacy Kraszewski 

 
 
 

Dziecię Starego Miasta 

 

Obrazek narysowany z natury 

Bogdan Bolesławita 

background image

All is true

*

 

 
Kto  nie  bywał  na  Starym  Mieście  w  Warszawie,  ten  nie  zna  najpiękniejszej  części  naszej 

stolicy. 

Wolno lubić, komu z tym lepiej, miasta zbudowane wedle urzędowego planu, wyciągnięte pod 

sznur,  wyglądające  jakby  jednego  dnia  spod  ziemi  wyrosły,  wyprostowane  ulice,  na  kwadraty 
regularne  podzielone  domostwa,  podobierane  do  jednej  fizjognomii  aby  nie  miały  żadnej,  i  ten 
chłodny styl naszego praktycznego wieku, który nie umie być ani pięknym, ani brzydkim, a nade 
wszystko nie śmie być oryginalnym; ale niechże też nie będzie wzbroniono kochać stare cegły i 
omszone  budowy,  na  których  pomarszczonym  obliczu  jeszcze  się  dziś  czyta  myśl  jakaś 
poczciwa, wesoła lub pobożna. 

Te  kamienice  stare  mają  twarze  mówiące,  gdy  nasze  nowe  podobne  są  do  elegantów 

salonowych, jeden w drugiego gdyby zza szyby od fryzjera pobranych. 

Pełno  w  nich  sklepionych  izdebek,  ciemnych  wschodów,  tajemniczych  zakątków  i 

wspanialszych  komnat,  i  korytarzyków,  i  wgłębień  —  ale  z  tego  labiryntu  przegląda  jeszcze 
historia przeszłości, obyczaj, życie czasów niespokojnych walkami, potrzebujących zakomórków 
dla ukrycia, a nie ma tam nic, co by się wytłumaczyć nie dało. 

Gdy dziś — nie mówmy o dzisiejszych dniach i budowach. 
W starej kamieniczce, którą kilka pokoleń kleiło, nieforemnej często a pełnej fantazji, nie brak 

przecie i ozdób, i pragnienia, aby to wyglądało przystojnie, a coś mówiło do ludzi. 

Na  kamienicy,  którą  dziś  w  kilka  miesięcy  podejmuje  się  wystroić  od  fundamentów 

budowniczy, jeżeli co stanie dla ozdoby, to chyba goły Apollo, z którym rzeźbiarz nie wiedział, 
co począć; kupiony tanio,  ni przypiął, ni przyłatał uczepiony na górze, choć właściciel gmachu 
ani z Apollinem, ani z muzami żadnych nigdy nie miał stosunków; albo jakaś alegoryczna figura, 
niezrozumiała  dla  tego,  co  ją  wydłutował,  i  temu,  co  ją  kupił  na  facjatę

*

,  i  dla  tych,  co  się  jej 

obojętnie przypatrywać będą. 

Na Starym Mieście co innego. Nie ma prawie przyczółka

*

, na którym by się coś nie świeciło 

—  albo  pobożności  właściciela,  albo  stanu  jego  oznaka,  lub  choćby  fantazja  swobodna  i  nie 
bezmyślna. 

I  ten  okręt  na  rogu,  i  ten  bocian  na  szczycie,  i  ten  lew  nade  drzwiami  nie  darmo:  pradziad 

jegomościn żeglował do Gdańska, a bocian to opiekun domowej strzechy, a lew to siły znamię; 
robiono je naumyślnie i nie kupowano na tandecie. 

Ale  najczęściej  spotkasz  wizerunek  świętego  patrona  lub  Matki  Boskiej  z  lampą  przed 

obrazem. 

To  dla  serca  i  głowy;  dla  oczów  też  nie  zbywa  na  przysmakach.  Jużci  i  ten  spiczasty, 

schodkowany  szczyt  przyozdobiony  niczego  jak  na  owe  czasy;  jest  w  jego  rysunku  jakaś  siła 
samoistna,  która  szukała  piękna,  nie  wiedząc,  kędy  je  znaleźć;  gdy  dziś,  wszystkie  formułki 
piękności mając pod ręką budowniczy, nic z nich ulepić nie umie. Czemu? Bo mu w duszy czczo, 
a myśli, jaki by procent wziął od budowy, nie żeby w niej wyraził, co umie i czuje. 

Dalej spojrzyjcie na drobne przydatki w takim starym domostwie: owe ślusarską robotą drzwi 

wyfloresowane w desenie udatne, owe zamki kunsztowne, owe rzeźby naprawdę rzezane, nie, jak 

                                                

*

 All is true (ang.) — wszystko jest prawdą. Przejęte z pierwotnego tytułu dramatu Szekspira Henryk VIII motto, 

którym  Kraszewski  zaopatrywał  powieści  wydawane  pod  pseudonimem  Bolesławity,  sugeruje  czytelnikowi 
autentyczność, zgodne z prawdą historyczną przedstawienie zdarzeń, podkreśla dokumentarny charakter utworów. 

*

 facjata (z wł.) — część ściany frontowej domu, na której umieszczano alegoryczne figury zdobiące. 

*

 przyczółek — miejsce trójkątne u szczytu budowli, otoczone gzymsem. 

background image

teraz,  oklepaną  wyciskane  foremką.  Nie  sąż  to  żywe  pamiątki  zamiłowania  piękna  i  poczucia 
sztuki, o której dziś tyle rozprawiamy, że nam na robotę wątku nie stało? 

Wokół rynku Starego Miasta stoją jeszcze kamienice staruszki, pamiętające dawne dzieje, a w 

nich tuli się ludność, która starym wierna jest cnotom. 

Mimo  ruchliwości  mieszkańców  Warszawy,  chętnie  się  z  manatkami  przesiedlających  co 

kwartał (a nuż tam gdzie będzie lepiej ?), Stare Miasto ma swoją ludność, która się z niego nie 
rusza i żyć by gdzie indziej nie potrafiła. 

Szczególniej niewiasty tutejsze już na Krakowskim Przedmieściu czują się na obczyźnie. Jak 

górale  do  swych  śnieżnych  szczytów,  tak  staromiejscy  ludzie  przywięzują  się  do  tych 
sczerniałych kamieniczek; i gdy z nich na świat wynijdą, czuć zaraz, że tam wyrośli. Życie ich, 
obyczaj, mowa, wszystko namaszczone starą wonią przeszłości. 

Sławna  owa  przekupka  Starego  Miasta  łaje  straszliwie,  ale  zobacz  ją,  gdy  strapione  dziecię 

pociesza! Łzy też jej leją się po twarzy strumieniem i gotowa niezdarnemu łobuzowi wymierzyć 
policzek upomnienia, nie szczędzący zębów, ale pewnie po cichu odda ostatni grosz dla miłości 
Bożej. 

Zdaje  się,  że  te  mury,  do  których  tyle  przylgnęło  pamiątek,  co  wykołysały  tyle  pokoleń 

pracowitych, i nad kolebką dzisiejszego wyszeptały tajemniczą modlitwę, która je utrzymała na 
drodze miłości i prawdy. 

Za  kościołem  Św.  Jana,  który  ma  tak  cudzoziemską  fizjognomią,  że  się  do  niego  zajść  nie 

czuje  ochoty,  skręciwszy  na  prawo,  a  uszedłszy  kroków  niewiele,  stoi  ściśnięta  dwoma 
potężniejszymi sąsiadkami kamieniczka o trzech oknach, o trzech piętrach i poddaszu. Wysunęła 
się w górę jak owe sosny w lesie, gdy za gęsto rosną, smukła, dosyć jednak kształtna, znać zaraz 
z pozoru, że dawne  lata pamięta. Nie  jest ona przecież tak  małą,  jak się od ulicy zdaje; długie 
podwórza, w głąb idące i przeciągnione budowy dosyć ją czynią obszerną. Nie było miejsca na 
szeroką  od  przodu  bramę,  furta  tylko  dostatnia,  okutymi  drzwiami  zamykana,  prowadzi  na 
korytarz i wschody dosyć ciemne, nie bardzo wygodne, ale mocno i bezpiecznie pobudowane. 

Tymi  właśnie  wschodkami,  po  ciemku,  ale  z  widoczną  znajomością  miejscowości,  spieszył 

późnym  już wieczorem dnia 11 czerwca 1860

*

  roku  młody,  zdyszany  chłopak…  a  biegł,  jakby 

się obawiał, aby go kto nie gonił. 

Minąwszy  wszystkie  trzy  piętra,  dobrał  się  do  mniej  jeszcze  niż  w  początku  wygodnych, 

wąskich, drabinkowatych stopni i stanął wreszcie u małych drzwiczek poddasza, których klamki 
począł szukać widocznie drżącą od znużenia czy uczucia ręką. 

Kiedy indziej byłby ją zapewne znalazł łatwo, teraz, zmieszany, szukałby może długo, gdyby 

wewnątrz ktoś nie otworzył i głos, wychodzący ze środka, zapytał żywo: 

—  No,  a  któż  to  tam?  A,  to  ty!  Jezu  Chryste!  —  poczęła  kobieta  ze  świecą  stojąca  we 

drzwiach, dosyć otyła, w jednej ręce trzymając światło, w drugiej długi różaniec. — Któż by się 
domyślił,  że  ty  klamki  nie  znajdziesz?…  Co  to  ci  jest?…  A,  wieszże,  która  godzina?…  Nie 
darmo tak się spóźniłeś… Franiu, moje dziecko, stało ci się co? 

Tak  przerywanymi  witała  go  słowy,  od  stóp  do  głowy  niespokojnymi  mierząc  oczyma, 

szukając  śladu,  po  którym  by  domyśleć  się  mogła  co  prędzej  przygody,  która opóźnienia  tego 
była przyczyną. 

                                                

*

 dnia 11 czerwca 1860 roku — Ścisłe umiejscowienie wypadków powieściowych w czasie  — rzadko przecież 

powieściopisarze oznaczają dzień, miesiąc i rok akcji — dalej wskazanie, omal jak w reportażu, domu i mieszkania 
bohatera  powieści,  wszystkie  te  cechy  konstruowania  obrazu  powieściowego  dowodzą  konsekwentnej  realizacji 
sformułowanej w motto zasady autentyzmu. Otrzymujemy poza tym wskazówkę, że akcja powieści rozpoczyna się 
w  dniu  pierwszej  manifestacji  patriotycznej,  którą  zorganizowano  z  okazji  pogrzebu  Katarzyny  Sowińskiej,  żony 
generała Józefa Sowińskiego. 

background image

Ale na twarzy młodego chłopaka i rozgorzałym jego licu widać było tylko znużenie, pośpiech 

i niezwykłe jakieś uczucie, w oczach zaiskrzonych błyszczące. 

— Cicho, matuleńku! cicho! Zlitujcie się, nie gniewajcie się na mnie, wytłumaczę się zaraz, 

ale, na miłość bożą, zamknijmy drzwi, bo nie jestem pewien, czy mnie nie gonią. 

— A, cóż to znów nowego! Franiu, życie moje! — z osłupieniem przerwała kobieta. — Cóżeś 

ty… ty mógł uczynić, aby cię kto gonił i łapał?… A, mów! Nieszczęście chyba jakieś! 

Młody  chłopak  upadł  przy  drzwiach  na  stołek,  głowę  w  tył  przechylił,  rękę  do  piersi 

przyłożył, jakby bicie serca chciał zatamować… i nierychło potrafił się odezwać. 

— Nic!  nic,  matuniu, nie  ma  nieszczęścia… ale  cicho! Rozpowiem wszystko i ręczę, że się 

gniewać nie będziecie… Co się stało, to się dobrze stało… po bożemu… po polsku! 

To mówiąc uśmiechnął się, podnosząc oczy. 
Obraz  tych  dwojga  ludzi,  w  chwili  gdy  się  rozmowa  poczynała,  godzien  był  bacznego 

wejrzenia: ta staruszka wylękniona, pochylona nad synem, i młodzieniec, któremu oddech żywy 
słowa tamował, składali w oświeceniu wieczornym pełną tajemniczości grupę. 

Sprzeczność dwóch postaci dziwniejszymi czyniło ich poufałe zbliżenie. Niewiasta widocznie 

pochodziła  z  ludu,  była  dziecięciem  ulicy,  ogorzałym  w  pracy  ciężkiej;  na  twarzy  jej  wiek, 
strapienia,  nie  hamowane  uczucia  wyryły  ślady  przedwczesne  starości;  gdy  syn  jej  dziwnie 
wyszlachetnione  miał  oblicze,  wypieszczoną  powierzchowność,  arystokratyczne  rysy,  wyraz 
poczciwy  i  zadumany,  czoło  jakby  myślami  wzdęte,  a  postać  Antinousa

*

,  ożywionego 

rozpłomienioną jakąś ideą. Zgadnąć było łatwo, że ofiarą przedwczesnych zmarszczków kwitły 
rumieńcem  te  policzki,  że  ten  wzrost  i  ta  piękność,  i  ta  myśl,  rozpowita  w  jego  głowie, 
wykołysane  zostały  oddechem  piersi  macierzyńskiej,  że  to  poczciwe,  proste  kobiecisko oddało 
swe życie, aby dziecko uczynić królewiczem. 

I  był  nim  ten  piękny  jej  Franek,  nad  którym  zwieszona  niespokojnie,  śledziła  każde  jego 

poruszenie. 

Stara Jędrzejowa wlepiła weń te oczy matki, które na wskroś przenikają do głębi i dobywają z 

niej ukrytych na dnie tajemnic, z lekka położyła pomarszczoną i zapracowaną swą dłoń na potem 
oblanym czole i westchnęła po cichu: 

— Franku,  serce  moje,  nie kłam  nic przez troskliwość o  mnie  —  co się  stało, nie odstanie, 

niech  ja  wiem,  dla  mnie  tyś  nie  powinien  mieć  tajemnic.  Znasz  mnie,  żem  mężna,  że  zniosę 
wszystko, alem też godna wiedzieć wszystko. 

—  Moja  matuniu  —  pieszczotliwie  i  łagodnie  uśmiechając  się,  rzekł  chłopak  —  nie  mam 

przyczyny najmniejszej kłamać, nic złego nie zrobiłem, bądźcie spokojni… ale mi dech zabija i 
mówić nie mogę… aż mi wstyd takiej pieszczoty… zaraz… wszystko a wszystko opowiem. 

Pierwsza  izba,  w  której  się  ta  scena  odbywała,  była  obszerną  dosyć,  dwoje  jej  okien,  jak 

zwykle  na  strychu,  umieszczonych  w  wystawkach

*

, we dnie dobrze  ją oświecać  musiały. Choć 

niska, schludną była, wybieloną, przybraną nawet, ale tym starym obyczajem, który dawną wiarę 
i  pracę  robotników  Chrystusowych  odznacza.  W  izbie  mieściło  się  gospodarstwo  całe  i 
nabożeństwo, i pracownia, i bawialnia. Kaplice naprzód były po ścianach, przy oknach, u białego 
łoża matrony, nad drzwiami, na suficie nawet. Tak z dawna u nas religią przesiąkało życie, religia 
mieszała  się  do  wszystkiego,  a te  symbola,  godła,  napisy,  wizerunki  miały  na  celu  nieustannie 
przypominać  człowiekowi,  że  wiara  nie  jest  czczym  słowem  i  ceremonią,  że  bez  jej  praw  ani 
usnąć,  ani  obudzić  się,  ani  ruszyć  nie  można.  Każde  grzeszne  przestąpienie  przykazań  i 

                                                

*

  Antinous  —  słynny  z  piękności  ulubieniec  cesarza  rzymskiego  Hadriana,  po  samobójczej  śmierci  w  Nilu 

zaliczony przez niego do półbogów. 

*

 wystawka — okno mieszkania strychowego, wystające z dachu. 

background image

przykładów karcił zaraz krzyż Zbawiciela, wizerunek Matki Bożej, święty znak lub słowo wyryte 
nad  głowami.  Każda  izba  nasza  była  kościołem…  każdy  się  poczuwał  do  kapłaństwa…  każdy 
miał  swój  ołtarz,  do  którego  się  modlił.  I  u  starej  Jędrzejowej  na  ścianie  jednej  był  Chrystus 
ukrzyżowany, rzeźbiony, w firankach, w kwiatach, w palmach, a pod nim Częstochowska, także 
przybrana… i lampa się tam oliwna często od ust oszczędzonym groszem żywiona, paliła dniem i 
nocą. Oprócz tego u łoża, w oknach było świętych obrazków co niemiara. 

Nie były to dzieła sztuki, ale owe naiwne symboliczne znaki, do których uczucie patrzącego 

dolewało wyrazu… 

Dziwiło wszakże wśród tych lada jako pokolorowanych prostych wizerunków wiszące z boku 

malowidło spore, jakby z innego przybyłe świata. 

Było  to  popiersie  Matki  Bolesnej,  grubo,  silnie,  śmiało  podmalowane,  nie  skończone,  ale 

pełne niezmiernego wyrazu cierpienia, nadludzką przemaganego siłą. Ta walka straszliwego losu 
z potęgą chrześcijańskiego poddania się nadzwyczaj szczęśliwie wyraziła się na twarzy pięknej, 
znękanej i natchnionej. 

Co  robił  ten  obraz  nieoprawny  wśród  czerwono  pokolorowanych  świętych,  zaraz  się 

dowiemy. 

Oprócz  świętości  izba  mieściła  w  sobie,  bez  żadnej  chętki  ukrywania  się  z  ubóstwem,  całe 

gospodarstwo  domowe:  konewki  z  wodą,  porządnie  ustawione  miski  i  talerze,  garnki,  rynki, 
drobny przyrząd kuchni niewytwornej… 

Dalej,  naprzeciw  łóżka,  stał  stoliczek  przed  oknem,  pokryty  serwetą  kolorową,  a  na  nim 

kobieca robota, gruba książka, okulary i trochę bielizny. 

W prawo od tej izby niewielkie drzwi prowadziły do drugiej. 
— Kiedy chcesz — odezwała się Jędrzejowa po chwili — to pójdź lepiej do siebie, połóż się, 

ja już poczekam, dopóki nie spoczniesz. 

— E, nie potrzeba! — odparł chłopak. — Ale suknie przemienię, bo mnie deszcz zmoczył. 
— A, prawda! Anim pomyślała, że bez płaszcza byłeś nawet, chodźże prędzej, weź się w co 

przebierz… 

Franek wstał, widać, że nogi, zmęczone, po chwilowym spoczynku  mu drżały, ale zebrał  się 

na siłę, a staruszka, przodem prowadząc go ze świecą, otworzyła drzwi drugiego pokoiku. 

Był  on  do  pierwszego  podobny,  ale  cienkie  podwoje  przedzielały  od  siebie  dwa  światy 

różne… Od razu poznać było można w nim pracownią młodego artysty, ubogą, ale opiętą, jakby 
bluszczem, zielonymi nadziejami. 

Wszystko się tu śmiało do życia, nawet trocha nieładu świadczyło o gorączkowej pracy… a 

resztki wywołanego nim nieporządku ostrożnie przysłoniła, widać, ręka matki… Przed oknem na 
skromnej sztaludze stał rozpoczęty szkic obrazu; w kątku twarde, mnisze łóżeczko, na którym się 
tak śpi dobrze w tych latach — ściany zalegały gipsowe odlewy, studia z natury, podmalowane 
płótna. W kącie był stolik z książkami… trochę sukien w cieniu wisiało na kołkach. 

Franek otrząsł się, wszedłszy tu, z wrażeń, które go przygniotły, pochwycił suknią jakąś i co 

prędzej powrócił za matką do pierwszej izby, gdzie już zastali służącą, nadbiegła z podwórza. 

— Przystawże dla panicza jedzenie do ognia, moja Kachno — odezwała się Jędrzejowa — a 

duchem… bo nic nie jadł… 

— Wnet ognia rozłożę, tylko patrzeć, jak będzie gotowe.. 
—  Ano,  lepiej  ci  będzie  u  siebie  —  szepnęła  matka,  oczyma  wskazując  na  służącą  — 

chodźmy tam siąść. 

— Jak wola twoja… 
Powrócili do izdebki, chłopak siad! na kuferku, matce podał krzesło, otarł uznojone czoło i po 

chwili cicho rozpoczął: 

background image

— Wczoraj, zdaje mi się, mówiłem matuni o śmierci poczciwej pani, jenerałowej Sowińskiej

*

żony tego wodza, co to broniąc Woli, żołnierz stary, o kuli, zamordowany został przy ołtarzu… 

— O Jezu mój litościwy — ręce łamiąc, odezwała się matka — wiem ci ja, wiem, pamiętam, 

słyszałam…  Moskale  nie  poszanują  nic,  ani  ołtarza  Jezusowego,  choć  się  niby  chrześcijanami 
zowią,  ani  siwych  włosów  starca  o  kuli…  Tegoż  to  dnia,  moje  dziecko,  i  ojciec  twój  dostał 
postrzał w nogę, co od niego kulał do śmierci, i musieliśmy jeszcze ukrywać go z tą raną, boby 
go byli Moskale zapędzili, nie wiem gdzie… 

— Zmarło się tedy i tej zacnej jenerałowej, o której już byli ludzie i świat zapomnieli, bo żyła 

świątobliwie,  w  kątku,  cala  wylana  na  dobre  uczynki,  a  tak  ją  i  Moskale  nie  prześladowali  od 
czasów Paszkiewicza, który  ją  był do klasztoru posadził… Ale  ledwie zmarła, wieść gruchnęła 
po Warszawie; wczoraj już wiedzieliśmy, że ją dziś chować  mają i że, kto poczciwy, powinien 
pójść za pogrzebem. 

— A czemuś to mnie nie powiedział ? 
— O! Czekajcież, matuniu, nie byłbym ci tego taił… gdyby nie była luterka. 
— Co to ty pleciesz! Jenerałowa Sowińska luterka! Czy ci się śni… 
— Cóż, kiedy naprawdę tak… matuniu… I ot, nie bylibyście chcieli iść na cmentarz pewnie, a 

gdybyście i poszli, mielibyście niepokój na sumieniu. 

Staruszka pokiwała głową. 
— Generałowa Sowińska luterka! A byłoż ludu na pogrzebie? 
— Całe miasto! 
— No, poszli oni dla jej cnoty, nie dla wiary…— szepnęła kobieta. 
Chłopak, gdy te słowa usłyszał, podbiegł i pocałował ją w ręce. 
— Matuniu, złote słowa twoje! Cóż człowiek winien, jeśli się w innej wierze urodził, a Pan 

Bóg go nie oświecił? A jeśli z tą wiarą żyje poczciwie i… 

—  No  no!  Tylko  ty  po  swojemu  nie  rozumuj  —  przerwała  matka.  —  Żeście  na  luterski 

pogrzeb  poszli,  może  tam  tak  dalece  złego  nic  nie  ma…  ale  co  do  wiary  naszej  świętej 
katolickiej, ani słowa! Ani słowa! 

—  Dziś  rano  dali  nam  znać  ci,  co  się  tam  tym  zajmowali,  aby  na  czas  być  na  Królewskiej 

ulicy do niesienia ciała, bośmy się zmieniać mieli aż do cmentarza luterskiego za wolskie rogatki. 
Kiedym ja wraz prawie z karawanem przyszedł na miejsce, było już jak nabite… Tysiące… ćma! 
A  cicho,  jakby  mak  siał.  Choć  nieboszczka  nie  lubiła  wystawy  w  niczym,  ale  umyślnie  tak 
urządzono,  aby  pogrzeb  był  okazały:  karawan  sześciokonny,  ludzie  z  pochodniami,  parada 
wielka. Mnie się dostało być blisko, bo miałem nieść trumnę przez ulicę Elektoralną. Jak tylko 
wyniesiono  ją  z  domu,  nie  daliśmy  włożyć  na  wóz,  ale  chwycili  na  barki  i  pochód  się  ruszył 
powoli, w milczeniu. Widok był arcywspaniały; ludu, panów, powozów tłok niezmierny, jakem 
jeszcze  na  żadnym  nie  widział  pogrzebie,  jak  żyję…  wszystko  urządzone  i  kolej  do  trumny 
wyznaczona. 

— A to i ty niosłeś ? 
— Przez całą Elektoralną. Szliśmy naprzód Żabią, potem na zawrocie mnie z drugimi dostało 

się  dźwigać  ten  drogi  ciężar:  na  Chłodnej  wzięli  inni  i  tak  przez  wolskie  rogatki  aż  do  ich 
cmentarza. 

— No, a cóż te czerwone kołnierze

*

 na to? 

                                                

*

 Sowińska Katarzyna — Charakterystyka osoby i szczegóły z życia Katarzyny Sowińskiej, żony generała Józefa 

Sowińskiego, który zginął bohatersko na szańcach Woli w r. 1831, mają charakter historyczny. 

*

 czerwone kołnierze — Mowa o mundurowych kołnierzach żandarmerii carskiej, która miała czerwone kołnierze 

przy mundurach. 

background image

—  Patrzali  z  boku,  ino  spisywali  sobie  twarze  w  pamięci.  Próbowali  zrazu  szeptać:  „Po  co 

katolikom  iść  za  luterskim  pogrzebem?”…  ale  się  im  śmiano  w  oczy.  Już  na  cmentarz 
doszedłszy,  ledwie  z  daleka  mogłem  stanąć,  tak  pchano  i  naciskano  zewsząd,  taki  był  tłok 
niezmierny ludzi. Ledwie trumna stanęła na ziemi, a tu jak pochwycą z niej sukno, jak nie zaczną 
zdzierać  na  pamiątkę…  szarpać,  jeden  drugiemu  wychwytywać,  dzielić  się,  gdyby  relikwią. 
Nawet ogon od sukni szarej jedwabnej, który z trumny wystawał, rozerwano w kawałki drobne. 

— A cóżeś to ty nic nie przyniósł? — spytała matka. 
— Jakżeż!… — rzekł Franek, dobywając z kieszeni szmat sukna. — Przecież mi dali ci, co 

bliżej stali… Trumna tak była obnażona, że komuś na myśl przyszło rzucić na nią gałąź zieloną. 
Nuż  tedy  łamać  z  drzew  i  okryli  ją  całą  liśćmi,  kwiatami,  gałęźmi.  Pastor  stał  nad  grobem, 
zabierając się do mowy; ale blady był i cichutko mówić zaczął. 

— A to i u nich są kazania? — spytała matka. 
— Tak jak i u nas, i po polsku! 
— Dziwna rzecz! Gdyby ich też Bóg nawrócić raczył! Bo jak po polsku się modlić, a nie po 

katolicku? Już to się w mojej biednej głowie nie pomieści. 

Uśmiechnął się Franek i mówił dalej: 
— Pastor bał się powiedzieć, że nieboszczyk był generałem, bo go nim rewolucja zrobiła

*

, a 

za  dawniejszych  czasów  miał  tylko  pułkownikostwo.  Tylko  co  wyszepnął:  „Wdowa  po 
pułkowniku”,  a  tu  ze  wszystkich  stron  jak  nie  grzmotną:  „Po  generale  polskim,  co  zginął  pod 
Wolą!” 

— No, a Moskale? 
— Ich tam koło grobu nie było, chyba może co przebranych szpiegów. Mowy, przyznaję się, 

nie  słyszałem,  ale  mówią,  że  była  piękna;  tylko  że  się  pastor oglądał,  bo  na  niego  oczy  i  uszy 
mieli  wytrzeszczone.  Dopieroż  gdy  ze  łzami,  żałośnie  spuścili  trumnę  do  grobu,  posypała  się 
ziemia, bo każdy chciał i tą garścią piasku uczcić zacną niewiastę. Tłum zaczynał się rozchodzić, 
ale  mnie koledzy wstrzymali,  bo  był  jeszcze  inny projekt, o którym wiedziałem od rana. Choć 
deszcz kropił, postanowiono pójść na Wolą, na to miejsce, gdzie zginął Sowiński, i jego pamięci 
oddać  poszanowanie.  Szło  o  to,  czy  tam  już  policja  moskiewska  nie  wyprzedziła  nas  z  jaką 
zasadzką. 

— Widzisz! Widzisz! — przerwała matka boleśnie. — Na co się to ty narażasz! 
— Matuniu, a co byście powiedzieli, gdyby syn wasz pozostał jako tchórz od wszystkich i nie 

miał serca tam, gdzie tysiącu ludzi serca nie brakło? Nieraz sama mówicie, że gdyby Polacy tak 
pokornie  nie  padali  na  twarz  przed  moskiewską  siłą,  nigdy  by  ona  nie  urągała  się  naszym 
boleściom i nie srożyła tak nad nami. 

Stara Jędrzejowa zamilkła, spuściła głowę, ale ukradkiem łzę otarła z oka. Syn mówił dalej: 
— Tłum odciągnął do miasta, podzieliwszy się na kupki, a my nuż na Wolą… z taką ochotą, 

że  choćby  na  bagnety!…  Przychodzimy  na  miejsce,  gdzie  Moskale  swoim  poległym  zrobili 
pomniki,  mogiły  i ogródki,  i gdzie przy  ich kaplicy pop  mieszka; zaczęliśmy  kwiatki rwać,  aż 
dwóch inwalidów na nas: „Nielzja! Nielzja!” 

— Co to znaczy? Nie leźcie? 
—  Nie,  to  w  ich  języku:  nie  wolno!  Słowa  tego każdy  się  nauczył,  bo  je  sto razy  na  dzień 

słyszy. U nas wszystko nielzja

— Nawet za umarłych się modlić ? 
— Zdaje  mi się  — dodał syn pomieszany trochę  — że tam  może w tej sprzeczce o kwiatki 

złamano  barierkę  i trochę poturbowano żołnierzy; ale dobrze  nie wiem,  bośmy  się dla deszczu 

                                                

*

 rewolucja — Józef Sowiński został generałem w czasie powstania listopadowego, nazwanego tu rewolucją. 

background image

wzięli  zaraz  do  domu  powracać  co  najspieszniej  różnymi  manowcami,  będąc  uprzedzeni,  że 
policja na nas czatować będzie. I ot, dlaczegom się ja tak zmęczył, tak biegł i tak lękał się, czy 
mnie kto nie goni: bom policjanta zobaczył na Podwalu i kołowałem, żeby go zmylić o mroku. 

— No, dzięki Bogu! To cię tam może i nie widzieli — odetchnąwszy rzekła staruszka. — Ale, 

Franku,  dziecko  moje,  na  cóż  się  to  u  nas  zanosi?…  Ja  sama  nie  wiem,  a  czuje  serce… 
Trzydzieści  lat  było  martwego  milczenia,  a  bili,  a  znęcali  się,  a  wywozili,  a  katowali;  i 
cierpieliśmy,  bo  Bóg  tak  chciał.  Teraz…  któż  wie,  skąd  duch  jakiś  wionął,  odwaga, 
niecierpliwość. Widzę ja to po was, młodych, ale czuję i w starych piersiach moich inaczej serce 
kołacze… A, Franku ja się o ciebie boję! Wiem ci ja, że ty dobrym Polakiem być musisz. Ojciec 
twój  za  tę  sprawę  cierpiał,  a  mój  stary  ojczysko  stawał  z  Kilińskim  mężnie;  w  tobie  taż  krew 
płynie,  a  kołysząc  cię,  śpiewałam  ci  i  pieśń  do  Matki  Bożej,  i  pieśń  o  matce  Polsce;  ale  jam 
sierota… jam stara… ja ciebie mam jednego na świecie… w tobie życie moje, w tobie wszystko ; 
zlituj się ty nade mną! 

Frankowi łzy jak dwa brylanty stanęły w oczach nabrzmiałych, a nie mogąc z nich upaść na 

policzki, zaświeciły tylko i gdzieś znikły… Zbliżył się do starej matki. 

— Matuniu — rzekł po cichu pieszczonym głosem — a gdyby było potrzeba, dalibyście życie 

za Jezusa i Marią ? Jak ci męczennicy, o których tak czytać lubicie? 

— Mój Boże, jakżeż nie! 
— Zaparliżbyście się Chrystusa dla syna? 
— Dziecko, nie mów! 
— Matko! jakże ja nie mam za tę Bożą córkę, ojczyznę, nie dać choćby żywota, jakże się ja 

mam zaprzeć jej? 

Jędrzejowa jęknęła, głowa jej opadła na piersi. 
— Nie mówmy już o tym — przerwała — Bóg uczyni z nami, co wola Jego święta… — A po 

cichu dodała: — O, jeśli być może, odwróć, Panie, kielich ten ode mnie! 

Franek w milczeniu pocałował ją w rękę. 
— Nie frasujcie się, matuniu… Wszystko będzie dobrze, byle w serca wstąpiła otucha… 
—  Wieczerza  gotowa!  —  odezwała  się  Kachna,  otwierając  drzwi  powoli.  —  Niech  panicz 

idzie, bo ostygnie. 

Przeszła  przodem  przeze  drzwi  matka,  a  gdy  Franek  mijał  rumiane  dziewczę,  figlarnie 

patrzące mu w oczy, Kachna szybko pochyliła się do ucha i żywo szepnęła, tak aby jejmość nie 
słyszała: 

—  Trzy  razy  panna  Anna  przechodziła  koło  bramy,  pytając,  czy  panicz  powrócił…  Ej,  ej, 

paniczyku! 

Franek  zarumienił  się  i  dał  znak  dziewczynie,  żeby  zamilkła.  Kachna  zatuliła  usta  białym 

fartuszkiem,  ale  oczy  jej  czarne  ścigały  panicza,  mówiąc  mu,  że  wiedzą  o  jego  wielkiej 
tajemnicy. 

— Wieczerza o jedenastej godzinie! Właśnie w porę! — odezwała się Jędrzejowa. — I jak to 

ty potem będziesz spać?… To cię zmora dusić gotowa! 

— Oho! a od czego młodość? — zawołał Franek. 
 
Franek był dziecięciem Starego Miasta z dziadów i pradziadów; rodzice jego tu żyli, wzrośli, 

pracowali,  on  się  w  tych  ciemnych  murach  urodził,  wychował  i  kątek  ten  miał  dlań  urok 
niezmierny. 

Pochodził z biednej, ale pracowitej rodziny — różne ona przechodziła koleje, nie zmazała się 

jednak niczym, co by z niej poczciwości chlubnej starło tradycją. Ojcowie byli rzemieślnikami, 
matka przekupką; zacności ich przy skromnym życiu najlepszym świadectwem było ubóstwo. 

background image

Jędrzejowej  mąż,  ranny,  jak  wiemy,  w  1831  roku,  cherlał  lat  kilka  i  odumarł  ją  wdową  z 

chłopakiem  niedorosłym.  Kobieta  ta  była  prosta,  ale  wielkiego  serca  i  macierzyńskiego 
poświęcenia  bez  granic.  Kochała  swojego  Franka  nad  życie  i  postanowiła  go  bądź  co  bądź 
wykierować,  jak  mówiła,  na  człowieka.  Nie  było  ofiar,  których  by  dlań  nie  uczyniła;  znosiła 
chłód,  głód,  nędzę,  byle  chłopcu  dostarczyć  środków  wychowania,  byle  mu  dać  bujnie  i 
swobodnie rosnąć. 

Mówią  o  instynktach  macierzyńskich,  gdy  idzie  o  dzieci;  sięgają  one  dalej  nawet  niż 

materialnych  potrzeb  zaspokojenie.  Tysiące  tego  mamy  dowodów.  Jędrzejowa  sama  ledwie 
czytać  i  pisać  umiejąca,  czuła,  że  największym  dobrodziejstwem  dla  Franka  będzie 
wykształcenie;  całując  go,  trzymała  niecierpliwego  u  książki;  sama  odprowadzała  do  szkoły, 
pilnowała lekcji, słuchała ich i zgadywała, gdy chłopak nie umiał. Instynkt ten także nauczył ją, 
że  z  dzieckiem  gorącym,  niecierpliwym,  wrażliwym  bez  miary  inaczej  jak  miłością  i  dobrocią 
dojść do końca nie było można. Chłopak, wykołysany serdecznie, rozwinął się też sercem cały, 
rozkwitł uczuciem i prawdziwą dla niej był pociechą. Jędrzejowa sama dobrze nie wiedziała, jaki 
dlań  stan  obrać,  jakiego  mu  życzyć  stanu;  wiedziała  tylko,  że  wielka  uczoność  najczęściej 
łachmanami  świeci;  że  nie  bardzo  mądrzy  są  szczęśliwymi  wedle  świata  i  władcami  jego,  ale 
bardzo  zręczni…  Nie  zapragnęła  wszakże  dla  syna  wielkości  ani  znaczenia,  okupionego 
sumieniem,  chciała  dlań  lżejszego  bytu  a  poczciwej  doli.  Do  porady  nie  miała  nikogo  prócz 
starego profesora, który dawniej stał w  jednym z nią domu, a często u niej  jabłka kupował, bo 
Jędrzejowa była owocarką. Czapiński rozumnie jej poradził, aby dała Frankowi samemu wybrać 
sobie stan wedle serca i skłonności. 

Tak  się  też  i  stało.  Franek  okazywał  zdatność  i  ochotę  niezmierną  do  rysunków,  więc  choć 

malarstwo  nie  obiecywało  złotych  gór  (raczej  malowane),  Jędrzejowa  nie  sprzeciwiała  mu  się, 
gdy począł się na artystę kierować. 

Franek nie zaniedbywał wykształcenia, bo już zrozumiał, że sztuka wymaga nauki i bez niej 

nie jest nigdy pełną i samoistną, ale namiętnie oddał się malarstwu, które go ku sobie ciągnęło 
niepojętą siłą i urokami. 

Szło  mu  wcale  dobrze;  nauczyciele  rokowali  wiele,  a  skromność  chłopca  najlepiej  dlań 

wróżyła.  Bywały  chwile,  że  się  wielce  uradował  jakimś  szkicem,  nigdy  jednak  chwila  ta 
natchnienia nie wbijała go w dumę… Widział przed sobą niezmierzone światy do zdobycia. 

Wspomniany  przyjaciel  pani  Jędrzejowej,  emeryt,  profesor  Czapiński  (który  jednak 

pedagogiczną  zachowując  powagę,  ledwie  zstępując  z  wyżyn  nauki,  w  której  był  zatopiony, 
raczył czasem łaskawie do niej przemówić), dawno się był wyniósł z domu zajmowanego przez 
Jędrzejowa, w którym ona miała mieszkanie na strychu i loszek na owoce. 

Mieszkał on teraz na rogu Podwala; ale pamięć starego sąsiedztwa i stosunków, nie tyle może 

dla Jędrzejowej, co dla Franka, pozostała żywą i gorącą. 

Czapiński, wdowiec żyjący z małej bardzo pensyjki, bo mu nieprzyjazne okoliczności, intrygi 

jakieś pokątne, oskarżenie o liberalność i brak poszanowania dla starszych (którym się nie dość 
nisko  kłaniał)  nie  dopuściły  dosłużyć  się  całej  emerytury,  miał  jedyne  dziecię,  córkę  Annę. 
Matka  jej  dawno  była  zmarła,  krewni  do  ubogich  nie  zwykli  się  garnąć;  stary  pedagog  sam 
musiał wychowywać Anusię i zbroić ją do życia tak, aby jego ciężar o własnej sile dźwignęła. 

Anna  była  śliczną  dziewczynką,  o  kilka  lat  młodszą  od  Franka,  który  się  z  nią  na  jednych 

wschodach,  wysypanych  piaskiem,  na  jednym  bawiał  podwórku.  Przywykli  byli  do  siebie, 
pokochali  się  jak  brat  z  siostrą.  Była  to  jedna  z  tych  spokojnych  miłości,  rosnących  w  sercu  i 
zmieniających  się  z  latami,  dojrzewających,  przybierających  wszystkie  barwy  wieku,  a  zawsze 
trwających,  bo  coraz  gorętszych.  Od  pary  lat  dopiero  stała  się,  z  przywiązania  cichego, 
namiętnością. 

background image

Profesor,  który  wysokie  miał  o  przyszłych  losach  Anusi  wyobrażenie,  ani  wiedział  o  tym 

stosunku, syna przekupki uważając za istotę daleko niżej położoną i nie mogącą nawet pomyśleć 
podnieść oczy na jego córkę. Stosunki dwojga młodych ludzi ścisłe były, ale potajemne. Anusia 
próbowała  parę  razy  wspomnieć  o  Franku,  ale  ojciec  surowy  zbywał  ją  nielitościwym, 
wzgardliwym milczeniem. 

Biedne  dziewczę,  do  ślepego  posłuszeństwa  przywykłe,  nie  śmiało  się  już  odezwać,  a 

jednak… Franek dla niej po ojcu był całym światem. 

Stary Czapiński był może w gruncie dobrym człowiekiem, zasad prawych, surowości wielkiej, 

ale zarazem nieubłaganym egoistą. Biedna jego żona całe życie spędziła na usługach tej nie— , 
poznanej wielkości, zawsze kwaśnej, chmurnej, żeglującej gdzieś po obłokach, obchodzącej się 
ze światem otaczającym, jakby mu był na posługę przeznaczony. Fukana, pędzana, choć mąż ją 
kochał, upokarzana swą nieudolnością i małym ukształceniem, biedna, chorowita istota zagryzła 
się w tym życiu niedostatku, smutku i szarych dni bez nadziei. 

Nawet kochane jej dziecię ojciec, zamyślając wysoce wykształcić, odbierał matce, odłączał od 

niej i zabijał ją upokorzeniem, aż dobił. Umarła we łzach cichych biedaczka. 

Anna mogła się była zepsuć takim wychowaniem papierowym, w którym serce mało bardzo 

miało  udziału.  Bóg  ją  przecie  ustrzegł,  obdarowując  obficie.  Skorzystała  wiele  z  nauki 
ojcowskiej, ale ona w niej nie wyziębiła uczucia. 

Tak  wśród  wyschłej  łąki  o  skwarach  letnich  spotykasz  na  szeleszczących  trawach  bujny, 

zielony liść kwiatu, który rozkwita, strojny farby żywymi. Skąd wziął soki, co go tak wykarmiły i 
ustroiły? Odgadnąć nie można; wszystko dokoła zniszczone, na nim jednym kwitnie młodość… 
Obok  ojca,  wyżółkłego  i  przeziębłego  mroźną  mądrością,  a  skwaszonego  dumą  niesłychaną, 
Anusia uśmiechała się jak ten kwiatek wszystkimi darami najszczęśliwszej natury. 

Wzięła, jak pszczółka, z nauki to, co w niej do jej usposobienia przypadało, ale nie dała się 

spętać  w  zimne  okowy  bezmyślnych  jej  formułek.  Żywa  imaginacja,  serce  gorące,  poetyczne 
usposobienie,  trochę  mistycyzmu,  czystego  jak  rosa  wieczorna,  czyniły  Annę  jedną  z 
najpowabniejszych istot, wykwitających na pociechę i na umartwienie ludzi. 

Anna  była  średniego  wzrostu,  wysmukła,  nieco  smagławej  płci,  spoza  której  złotych  tonów 

purpurowa krew przeglądała, płynąc bujnymi falami; włosów ciemnych, oczu czarnych, główkę 
miała  nieco  małą,  rysy  drobne,  ale  dziwnie  powabnego  wyrazu.  Zimny  rozbiór  tej  twarzyczki, 
coś mającej w sobie dziecięcego, nie dozwalał  nazwać  ją piękną, przecież wśród stu rówieśnic 
oczy  się  do  niej  ciągnęły  i  oderwać  nie  mogły.  Miała  ten  powab,  jaki  daje  zwita  razem  myśl 
wyswobodzona  i  serce  żywo  bijące;  w  jej  oczach  świeciło  uczucie  i  rozum,  usta  śmiały  się 
mądrością i miłością. 

Pomimo pracy wszelkiego rodzaju, którą się nie brzydziła, bo pióro równie jak igła obce jej 

nie były, Anna instynktem kobiecym dbała o swe śliczne rączki, a ubiorowi, niezmiernie zawsze 
prostemu  i  skromnemu,  umiała  nadać  taki  powab,  żeś  ją  wśród  najbardziej  świecących  toalet 
musiał  wyróżnić.  Niosła  z  sobą  woń  wyższości  jakiejś.  Często  wielkie  panie  ustępowały  jej  z 
drogi, jakby czuły w niej przebraną królowę. 

Dodajmy, że z powagą łączyła dziecinną prostotę. 
Wpływ  ojca  —  któremu  winna  była  całe  swe,  w  istocie  wielkie  i  w  jej  główce  szczęśliwie 

rozwite o własnych siłach uksztalcenie — uczynił z niej ślepo doń przywiązane dziecię, wylaną 
dlań niewolnicę i sługę. 

Anna trudy ojcowskie, wymawiane jej niemal codziennie z szorstkością nielitościwą, opłacała 

zaparciem  się  siebie  zupełnym;  w  domu  była  wszystkim  dla  nieskończenie  wymagającego 
Czapińskiego,  w  mieście  pracując  i  zarabiając  dawaniem  lekcji  po  pensjach  i  domach 
prywatnych,  odnosiła  swój  gorzko  zapracowany  zarobek,  aby  nim  zwiększyć  wygody  ojca… 

background image

Sama często nie miała sukienki, łatała swoje nędzne ubranko, które i długo służyć, i świeżym się 
wydawać musiało, ale starała się, aby staremu na niczym nie zbywało, pieściła go jak dziecię… 
A coraz też starzejąc, stawał się on więcej wymagającym, zgryźliwszym i trudniejszym w życiu. 

Młodsza  od  Franka,  ale  poważniejsza  od  niego,  Anna  kochała  go  zarazem  jak  brata  i  jak 

przyszłego  towarzysza  życia  całego.  Oboje  z  dawna  powiedzieli  sobie,  że  jakie  bądź  spotkają 
przeszkody, to je cierpliwością przemogą, że przeczekają burze, przemarza młodość, ale kochać 
się muszą zawsze i żyć nie będą bez siebie. 

Stara Jędrzejowa, bystrzejsza nieco od Czapińskiego, który się niczego nie domyślał, udawała 

tylko,  że  nie  wie  o  romansie  syna,  aby  nie  podsycać  niebezpiecznej  miłości,  która  wedle  niej 
przejść była powinna. Nie życzyła sobie, ażeby Franek żenił się prędko, nie chciała wiedzieć o 
Annie… a jednak kochała ją jakoś za to, że ona przywiązała się do jej syna, i spod oka czuwała 
nad Frankiem. 

Czapiński, który ani myślał córki wydawać za maż rychło, bo mu to życie wygodne i spokojne 

mogło zamącić, dawszy raz do zrozumienia córce, że Franek  jest,  jak się wyraził, chłopak  bez 
przyszłości — więcej się nim nie troszczył, polegając na ślepej wierze i posłuszeństwie Anny. 

Anusia popłakała w kątku, otarła oczy, ale miłość wzmogła się jeszcze… 
Niemal co dzień widywali się z sobą, ale zawsze w ulicy, w bramie domu, na przechadzce… 

tylko.  Czasem  jednak  rozmowy  ich  trwały  długo,  bo  tam  ich  nikt  nie  strzegł  i  nikt  im  nie 
przeszkadzał. 

 
Ojciec  dawał  Annie  wiele,  może  aż  nadto  swobody,  ale  płynęła  ona  z  zaufania  w  niej  i 

wychowania, którym ją jako zbroją na przyszłość obwarował. Anusia w istocie zasługiwała na tę 
wiarę. Nie była nie tylko płochą, ale pojąć nie mogła tego uczucia zalotności, które najmniej do 
trzpiotostwa skłonne kobiety czasem na chwilę opanowuje. 

Tylko Franek był dla niej człowiekiem jednym, któremu się pragnęła podobać, tylko dla niego 

chciała być piękną, a w jego oczach czytała zachwyt uspokajający… 

W czasie pogrzebu Sowińskiej, na który pewna była, że Franek pójść musiał, Anna dwa razy z 

Podwala pod różnymi pozory wybiegała na Stare Miasto, aby się o niego dowiedzieć. Porwała ją 
jakaś  obawa,  jakiś  niezwykły  strach…  Franek,  dowiadując  się  od  służącej  o  tym,  łzy  miał  w 
oczach,  chciał  zaraz  biec,  oznajmić  jej  o  sobie,  podziękować,  ale  jak  to  się  było  wyrwać  od 
matki?  Jak  dostać  do  Anny,  która  już  o  tej  porze  nieodstępnie  przy  ojcu  czuwać  musiała,  a 
Franek przyjść tam nie miał prawa? 

Biedny  chłopak,  roztargniony,  niespokojny,  ledwie  tknął  wieczerzę,  pocałował  matkę 

milczącą w rękę, która już znowu po cichu przesuwała paciorki różańca, i pobiegł zamknąć się w 
swojej izdebce. 

Tu na sztalugach stał rozpoczęty z ognistym uczuciem, z  nadzieją  młodzieńczą obraz dosyć 

obszernych rozmiarów, w którym  Franek chciał  przelać całą duszę… Było to jego  marzenie… 
ale dziś nań nawet nie spojrzał, myślał o ojczyźnie i o Annie. 

Płótno  to  wszakże  mówiło  o  jego  przywiązaniu  do  kraju…  Był  to  pierwszy  poemat  jego, 

pierwsza  pieśń  rozbudzającej  się  piersi…  U  góry  chmurne  niebo,  poszarpanymi  wichrem 
północnym okryte obłokami…  W dali  sioła, kościoły,  lasy, góry  i doliny  nasze polskie,  mgłą  i 
dymami  pokryte…  Gdzieniegdzie  kurzące  zgliszcza  niedogasłych  pożarów,  poobalane  krzyże, 
sterczące nagie kominy… straszna pustynia… 

Na pierwszym planie niby pobojowisko, okryte mnóstwem trupów, poległych różną śmiercią 

za  ojczyznę…  jeszcze  bliżej  obnażone  ciało  kobiety,  wyobrażającej  Polskę,  z  rozkrwawioną 
piersią… z potarganym włosem, z pętami  na rękach…  A  nad  nim unoszące się sępy z szeroko 
rozpostartymi skrzydły, z zakrwawionymi dziobami. 

background image

Znać  było  w  ogromie  myśli  wylanej  na  to  płótno,  w  doborze  form,  co  ją  wyrazić  miały, 

młodość artysty, gorącość ducha, który sądzi, że siłą słowa zbudzi świat martwy, ale obraz był 
smętny i robił istotnie wrażenie na patrzącym. 

Franek go malował, wiedząc dobrze, że ani w Szkole Sztuk Pięknych, ani  na wystawie tym 

dziełem  nie  będzie  się  mógł  pochlubić,  boby  odgadnięto  uczucie,  co  go  skreśliło  —  ale 
potrzebował wypowiedzieć, co miał w duszy… Najboleśniej  mu  było, że nawet Annie rysunek 
mógł tylko pokazać. 

Ale dziś obraz minął, nie spojrzawszy nań, i padł na łóżko w wielkiej walce z samym sobą. 
Młodemu  jeszcze  przed  rokiem  śmiało  się  życie,  dziś  wstawało  ono  przed  nim  z  surowym 

obliczem obowiązków — Franek czuł konieczność poświęceń i boleść rozstania z tym, co mu na 
świecie było najdroższym. 

I walczyła w nim potrzeba życia z potrzebą ofiary — dla ojczyzny. 
—  Nie  ma  się  co  łudzić  —  rzekł  w  sobie  —  morituri  te  salutant!

*

…  świecie  różanych 

nadziei…  Od  dziś  myśmy  nie  swoi.  Budzi  się  ojczyzna,  wstaje,  woła  do  dzieci:  „Podajcie  mi 
ramiona,  dźwignijcie  z  grobu!”  Mamyż  odmówić  jej  ręki?  Mamyż  powiedzieć  małoduszni: 
„Nie… nie damy ci ręki; bo my cię nie podźwigniemy, a zginiemy z tobą”? A! ale cóż się stanie 
z  matką  biedną,  co  się  stanie  z  Anną,  gdy  mi  paść  przyjdzie,  jęczeć  gdzieś  w  kajdanach  na 
Sybirze lub skończyć życie od kuli czy od bólu, gdy nas zwyciężą! 

I pomyślał, a głos wewnętrzny odpowiedział mu: 
— Jest Bóg dla sierót, jest ojczyzna, co je przytuli… 
— Gdy raz rzucę się w tę drogę — mówił do siebie — nie panuję już nad sobą, muszę iść do 

ostatka…  a  tam…  czuję  śmierć…  Umrzeć  tak  młodo  nie  skosztowawszy  życia!!  Anno  moja! 
Gdzież  te  sny  nasze!  Matko  moja,  gdzie  spokojne  dni  starości,  które  otulić  chciałem  taką 
troskliwością za te gorzkie doby łez i pracy, poświęcone dla mnie? 

—  I  tu  była  jakaś  myśl  —  rzekł  uderzając  się  w  czoło  —  i  tu  było  uczucie,  co  się  wylać 

pragnęło… Wszystko potrzeba dać na ofiarę! Wszystko… dla ojczyzny… 

Przeszedł się i popatrzył przy świecy na obraz swój poczęty, potem na cichy kątek, do którego 

tyle  przywiązanych  było  wspomnień.  Na  ścianie  z  pamięci  naszkicowany  wisiał  portret  Anny, 
uhistoriowanej

*

” za jakąś świętą; łzy zabłysły mu w oczach, gdy nań popatrzył, ale natychmiast 

światło zdmuchnął, aby się nie dać owładnąć uczuciu, i rzucił się na łóżko. 

W piersiach biło mu serce wielką odwagą, bo przypomniał wszystkie upokorzenia, jakich był 

nieraz  świadkiem  —  to  panowanie  bezlitosne,  okrutne,  szyderskie,  naigrawające  się,  które 
najspokojniejszą  musiało  rozburzyć  duszę;  tych  żołdaków  tryumfujących  po  ulicach,  tych 
spłaszczonych służalców, dumnie z karet poglądających na tłumy, a gnących się do ziemi przed 
siłą… i wszystko, co słyszał, co oglądał, co kiedykolwiek w życiu krew mu popędziło do sromem 
kraśniejącego czoła. 

W  pół  we  śnie,  w  pół  na  jawie  ujrzał  brnące  w  śniegu  szeregi  skutych  braci,  pędzonych  w 

zamiecie dalekie za to, że kochali kraj, że śmieli westchnąć, że podnieśli głowę, że marzyli, że 
płakali… 

I starców siedzących nad grobami rozstrzelanych synów. 
I wdowy płaczące pod szubienicami powieszonych mężów. 
I  dzieci  rzucone  na  pastwę  wychowania  moskiewskiego  za  to,  że  sierotami  zostały  po 

wygnańcach. 

                                                

*

  morituri  te  salutant!  (łac.)  —  idący  na  śmierć  cię  pozdrawiają.  Takim  okrzykiem  witali  cezarów  w  cyrkach 

gladiatorowie rzymscy. 

*

 uhistoriowana — tzn. przedstawiona jako świata, 

background image

I  splugawionych  owych,  polskie  imię  noszących  ludzi,  których  pookrywano  złotem  za 

zaparcie się uczuć najświętszych. 

I zbezczeszczone rozpustą tych katów bezdusznych niewiasty. 
I opustoszałe kościoły, i poorane cmentarze, i porabowane świętości, i pouwożone pamiątki, i 

pokoślawioną  zbójeckimi  pióry  historią…  i  pozamykane  usta,  i  pościskane  żelaznymi  okowy 
serca… 

— Cóż dziwnego, że na dnie tego kielicha goryczy jest rozpacz? — zawołał — że pójdziemy 

zginąć,  aby  się  nie  spodlić!  Nie  ocalany  ojczyzny,  bośmy  sami,  słabi,  a  spiknęli  się  na  nas 
wszyscy;  jedni  zaciętością,  drudzy  obojętnością  występną,  bo  z  narodów,  co  nas  uznają 
bohaterami, żaden krwi kropli nie da za Polskę… Tak! ale w heroicznym porywie poświadczym 
dziejom, zapiszemy krwią, że mord i męczeństwo były tak straszne, iż się targnąć musieliśmy  i 
chwycić gołymi dłońmi za wyostrzone ich miecze! 

W  takich  marzeniach,  rozgorączkowany,  przetrwał  Franek  do  dnia.  Brzask  ranny  świtał  w 

oknie, gdy znużony  skleił powieki, a we snach  jego przedłużały się  widzenia dnia  i  wieczorne 
walki ducha. Widział jakiś olbrzymi pogrzeb i siebie, i Annę, i trumny okryte palmami, i chmury 
sine, w których tonął krajobraz nagi, zimowy… 

Dzwonek Świętojańskiego kościoła srebrnym dźwiękiem go obudził, słońce miało wschodzić, 

Franek  czuł  potrzebę  widzenia  Anny,  musiał  wyjść  wcześnie,  aby  na  nią  czatować;  porwał  się 
więc, ubrał i po cichu wymknął z mieszkania. 

 
Po  wczorajszym  deszczu  ranek  był  jak  dziecię  wychodzące  z  kąpieli…  Świeży,  pełen  woni, 

która dolatywała aż w te zakąty miasta od wiślanych brzegów i lasów. 

Gdy wyszedłszy Świętojańską ulicą, Franek spojrzał na Wisłę i siniejące oddalę, okryte mgłą 

jak  srebrzystą  zasłoną,  gdy  go  oblały  fale  wiatru,  powiewającego  od  rzeki,  uczuł  się 
rzeźwiejszym; świat mu się wydał tak młodym i pięknym, że w harmonią z nim musiały nastroić 
się myśli. 

Pobiegł ku Podwalowi, stając na straży domu, z którego spodziewał się wyjścia Anny; okno 

jej,  znane  mu,  całe  przybrane  zielonością,  którą  lubiła,  było  otwarte;  Anusia  wstała.  Znał  jej 
zwyczaje, był pewien, że się go spodziewa i wyjdzie wkrótce. 

Usiadł więc, przyparty do słupka, zamyślony, wlepił oczy w to okienko jak ogródek kwieciste 

i  zadumał  się  głęboko…  I  nie  przebudził  się  z  tego  zamarzenia,  aż  go  ktoś  uderzył  lekko  po 
ramieniu; wstrząsnął się, zerwał — przed nim stała Anna w białej sukience, blada, smutna, ale z 
uśmiechem na usteczkach dziecięcych. 

—  Ha,  jesteś,  zbiegu  mój!  —  zawołała,  widocznie  przymuszając  się  do  wesołości.  —  Ale 

cóżeś ty mnie kosztował niepokoju! Całą noc spędziłam w gorączkowych marzeniach:  śniły  mi 
się knuty, żołnierze odpychający mnie kolbami, krzyki, dymy, krew i strzały; jeszcze drżę cała. 

— O moja droga Anno! uspokójże się, proszę! O mnie czyż się tak troszczyć warto, a sobie 

zdrowie tak potrzebne odbierać? 

Powiedz, wolałażbyś, żebym — gdy wszyscy tam poszli — sam jeden gnuśnie, zobojętniały, 

pozostał zamknięty w domu przez jakąś obawę?… Mogłażbyś nie powstydzić się za mnie?… 

—  I  kochać  bym  cię  nie  potrafiła…  Litowałabym  się  może  tylko…  Ale  zrozumiejmy  się: 

waszą rzeczą iść w niebezpieczeństwo, naszą drżeć i modlić się;  my was nie powstrzymujemy, 
zostawcież nam łzy nasze!… 

Spojrzeli  na  siebie  z  niewysłowionym  smutkiem  oboje  i  ręce  ich  drżące  uścisnęły  się  w 

milczeniu. 

background image

— Chodź — rzekła Anna — ja idę pić moję wodę do Saskiego Ogrodu

*

. Pochodzimy w cieniu 

tych  starych  drzew,  które  nie  wiem,  czy  długo  spokój  taki  okrywać  będą…  ukradniemy  życiu 
ciężkiemu godzinę… a ty mi opowiesz — dodała — jak to tam było wczoraj. Wiem od służącej z 
ulicy,  że  pogrzeb  był  rodzajem  manifestacji;  że  z  niego  poszliście  na  Wolą…  Wszak  byłeś  na 
Woli?…No!  mów  mi,  a  wszystko  i  wszystko.  Wielki  to  i  piękny  obraz  z  taką  energią  po 
trzydziestoletnim ucisku obudzającego się narodu. I mnie serce bije dumą jakąś!… Więc żyjemy! 
I my żyjemy przecie!! 

— Tak, droga Anno — rzekł Franek poważnie — ja nie od wczoraj czuję, że żyjem. Od pół 

roku rozbudzało się to życie; na próżno przywykli do snu błagali, by snu nie przerywać; potęga 
tego uczucia była silniejsza nad rozumy ich chłodne. 

Tu  chłopiec  opowiedział  jej,  jak  wczoraj  matce,  pogrzeb  Sowińskiej;  ale  z  większym  może 

jeszcze  uczuciem,  ze  łzami  w  oczach.  Anna  płakała  rozgorączkowana  jego  zapałem, 
rozradowana, promieniejąca… Zdawała się rosnąć słów jego potęgą. 

Franek pierwszy przerwał długie milczenie westchnieniem, rękę jej do ust podniósł i łza jak 

rosy kropelka spadła na nią. 

—  Zgadłam  myśl,  co  się  w  tę  łzę  przemieniła  —  cicho  odpowiedziała  mu  Anna.  —  Tak… 

nam się podobno ze wszystkim, cośmy niegdyś śnili, pożegnać potrzeba! 

— Pożegnać! A, nie! Ale wszystko to musimy przynieść do ołtarza ofiar ogólnych i czekać, 

czy się losom nie podoba wziąć naszej młodości, nadziei, miłości, marzeń, aby z nich usłać drogę 
zwycięskiemu wozowi odkupienia. Któż wie? Czuję, Anno droga, że nie należę do siebie; że to, 
co  miałem  najdroższego,  miłość  dla  matki  i  ciebie,  rzucić  będę  musiał,  gdy  mnie  powinność 
zawoła… gdy mnie los na szubienicę męczenników, na rzeź niewiniątek, na katusze oprawcom 
lub wygnanie w pustyniach lodowych skaże. O Anno!… Jakże drogimi wydają mi się te chwile 
odkradzione, ten ranek, to szczęście, że trzymam dłoń twą w rękach; że patrzę na ciebie, że głos 
twój słyszę, żeśmy jeszcze razem! Jutro!… 

—  Jutro…  zawsze  niepewne,  mój  drogi  —  odpowiedziała  Anna.  —  I  ja  czuję  się  Polką… 

mam  męstwo,  potrafię  zostać  wdową,  wierną  wspomnieniom,  choć  nie  miałam  męża,  i 
dotrzymać  sercem,  com  raz  przyrzekła  usty…  Męczennikowi  stokroć  więcej  należy.  Nie  lękaj 
się, ja cię nie wstrzymam, łzami nie osłabię… potrafię cierpieć i czekać; a gdy myśl twa przyleci 
do mnie z daleka, znajdzie zawsze w białej szacie oblubienicę swoje. Ty wiesz — dodała — jak 
ja  pojmuję  życie…  wśród  nieskończoności  żywota  chwilę  snu,  przebudzimy  się  z  niego  na 
tamtym  świecie,  podamy  sobie  ręce  i  polecimy  przed  tron  Boży,  z  pyłu  ziemi  otrzepując 
skrzydła. 

— O, tyś czystym duchem! — rzekł Franek. — Ja uwielbiam tę twoje wiarę i pokój. Ale ja nie 

doszedłem do twej doskonałości… mnie łzy się kręcą za moim ziemskim szczęściem;  mnie się 
zdawało, że i ja mam do niego prawo, prawo do tej kromki chleba ubogich u furty klasztoru… a 
tu przyjdzie umrzeć z głodu! 

—  Franku,  ja,  słaba  kobieta,  pocieszać  cię  muszę!…  Wszak  to  świat  przewrócony!  — 

zaśmiała  się  Anna.  —  Nie  kosztowaliżeśmy  tego,  co  niewiele  w  życiu  ma  ludzi,  czystego 
przywiązania? Nie jesteśmyż siebie pewni i szczęśliwi w tej chwili?… I myśmy byli w Arkadii

*

!! 

                                                

*

  pić…  wodę  do  Saskiego  Ogrodu  —  Istniał  podówczas  zwyczaj  i  moda  picia  wód  mineralnych  w  Ogrodzie 

Saskim, gdzie były sprzedawane. 

*

  Arkadia  —  zamknięta  łańcuchami  górskimi  kraina  na  półwyspie  Peloponez  w  Grecji,  zamieszkana  w 

starożytności przez pasterzy. Od czasów poety rzymskiego Wergiliusza i jego sielanek (Bukoliki) aż do romantyzmu 
uchodziła  za  krainę  pierwotnej,  idylliczno–patriarchalnej,  „pasterskiej”  szczęśliwości.  Tęsknota  za  wyśnionym, 
arkadyjskim rajem przewijała się w twórczości malarskiej oraz poetyckiej romantyków. Utarty zwrot: „I ja byłem w 

background image

— O, krótko!… 
— Krótko, długo! Sąż to pojęcia, do których by przywięzywać można wagę? Lepiejże zużyć 

te szaty białe do szczętu i podrzeć je na łachmany, czy w nich zstąpić w mogiłę? 

— O, nie wymawiaj tego złowrogiego, wyrazu! 
— Wiesz… ja dodam: tak, w mogiłę, byle razem! 
— Anno, nie mówmy o tym! 
— Dobrze; myślisz, że potrafimy mówić o wiośnie, fiołku i sercu? Odwróć się, popatrz na te 

twarze,  posłuchaj  tych  szeptów…  Nie  czujeszże  jakby  przeddnia  burzy?  Jakby  zwiastuna 
wielkich wypadków nad nami? 

Anny  oczy  pałały,  pierś  podnosiła  się  żywo  pod  białą  sukienką;  wzięła  rękę  zadumanego  i 

ścisnęła mocno. 

— Siądźmy — rzekła — zmęczyłam się. 
Pochyliła czoło. Franek milczący trzymał jej dłoń drżącą, spojrzał i zobaczył na bladej twarzy 

dwa łez strumienie. —— Anno! Na Boga! Co to jest! 

—  Nic…  jam  kobieta…  Dając  ci  męstwo,  wyczerpałam  je…  i  drżę  teraz…  Co  się  z  nami 

stanie?  Czy  podołamy  wielkim  obowiązkom?  Czy  naród  budzący  się  jak  Piotrowin

*

  znajdzie 

całun swój biały, by się nim okryć, i niezbutwiałe członki, by się poruszyć? Nam potrzeba być 
wielkimi! A my wstajem z trzydziesto… ze stuletnich kajdan! Lepiej nie ruszać się i umrzeć, niż 
dźwignąć się, by okazać słabość i rozsypać w proch trupem. Widzisz, o co się ja boję. 

— Źle się lękasz — rzekł Franek — bo zapał jest ogromny! 
—  Ale  czy  ogień  ten  gorzeć  będzie?  Czy  nie  spłonie  tak  nagle,  jak  powstał,  samą 

gwałtownością swoją ? 

—  Nie,  nie,  nie!  Jest  coś,  co  dodaje  męstwa,  co  mówi  nam  po  cichu:  „Śmiejcie  tylko!” 

Spojrzyj  na  kraj,  Moskwa  szuka  spisków:  z  końca  w  koniec  wszyscy  bez  wyjątku  do  tego 
sprzysiężenia  należą,  oprócz  tych  istot,  co  duszę  swą  szatanowi  sprzedali.  Oni,  mając  wojska, 
drżą o swoich żołnierzy; mają twierdze, mają kajdany i szubienice, pieniądze i fałsz, którym się 
tak  dobrze  posługiwać  umieją,  a  czują  się  słabymi!  Tu  dzieci  instynktem  wskazują  pochód 
narodowi,  a  naród  idzie  za  dziećmi  i  sprawa  się  podnosi;  tam  najmędrsi  kruczkotworcy  głowy 
sobie łamią i nic począć nie umieją. Otóż los tych, co idą przeciw prawu Bożemu. Zwycięstwo 
nasze jest tylko kwestią czasu; oni mogą się utrzymać na falach dłużej, krócej, ale utonąć muszą. 

— Daj Boże, by słowa twe były proroctwem — odpowiedziała Anna — choćbyśmy wszyscy 

dla  prawdy  zginąć  mieli.  Jeżeli  co  życie  znośnym  czyni,  to  wiara  w  coś  szlachetniejszego  nad 
mieszenie powszedniego chleba. 

Domówiła tych słów, gdy dość przystojny, ale dziwnie wymuskany młody człowiek w bardzo 

starannym ubiorku porannym  mignął poza drzewami, wszedł w ulicę  i z pewnym przyciskiem, 
jakby rad, że ją schwytał na uczynku, pozdrowił Annę: 

— A! dzień dobry pannie Annie! 
Franek  się  rzucił  nieco;  ona  pozostała  spokojną,  skinęła  głową  i  chcącemu  już  odejść  z 

tryumfem elegantowi dała znak, by się przybliżył. 

— Cóż to pan tu robisz tak rano? — spytała go. — Ja wody piję, pan Franciszek, którego nie 

wiem,  czy  pan  znasz,  stary  mój  kolega  —  dodała  z  uśmiechem  —  idzie  do  pracy.  Cóż  pana 
Edwarda mogło tu o tej porze sprowadzić? Blady paniczyk nieco się zarumienił. 

                                                                                                                                                        

Arkadii”,  którym  Schiller  rozpoczął  swój  poemat  Resignation,  a  Goethe  użył  jako  motto  do  utworu  Italienische 
Reise, 
był i jest bardzo popularny. Używa się go na określenie szczęśliwych chwil, minionych bezpowrotnie. 

*

  Piotrowin  —  Według  legendy  miał  św.  Stanisław  Szczepanowski,  biskup  krakowski,  wskrzesić  niejakiego 

Piotra z Janiszewa Strzemienczyka, właśnie Piotrowina, aby ten mógł stanąć jako świadek przed sądem. 

background image

— Któż wie — rzekł nieśmiało — może nadzieja widzenia tu pani, choć z daleka… 
— A, to  by doprawdy  było zabawnym!  — rozśmiała się  Anna.  — Cóż pana widzenie  mnie 

obchodzić  może?  Miałżebyś  pan  ochotę  wmówić  mi,  że  czułe  jego  serce  bije  dla  mnie?  Patrz 
pan… na te szare sukienki, na opaloną twarz, na ubogie ubranie przeszłoroczną modą i powiedz 
sam,  jak  tak  śliczny  młodzieniec,  salonów  ozdoba,  może  nawet  pomyśleć  o  takim  jak  ja 
kopciuszku? 

— A, nie wiedziałem, że pani tak nielitościwie szyderską być umiesz — rzekł Edward cicho, 

rzucając na nią chmurne wejrzenie. 

— Nie, panie, szyderską nie jestem, ale suchą, zimną, prozaiczną istotą… Taką mnie Pan Bóg 

stworzył… Zostawmy marzeniom atłasowym pana Edwarda, a chodźmy napić się wody. 

I odeszli we dwojgu, rzucając trochę zmieszanego młodzika, który chciał zakłopotać Anusię, a 

sam jakoś czuł się zbity i strapiony jej zimną krwią i spokojem. 

— Do czego są tacy ludzie? — spytała po chwili Anna. — Na co się to przydało ? 
— Widziałaś kiedy, jak w sklepie pakują szkło lub porcelanę? 
— Ot… nie… 
—  Zwykle  pomiędzy  nią  natykają  siana,  słomy,  papierów  strzyżonych.  Na  świecie  ludzie 

rodzaju Edwarda grają zupełnie rolę papieru strzyżonego i siana. Gdyby nie ich delikatna nicość, 
wszyscy byśmy w tej życia podróży potłukli się jeden o drugiego. Oni są watą… i słomą… 

— Dosyć trafne porównanie  — rzekła  Anna śmiejąc się  —  ale  my tu gawędzim, a godzina 

moich  lekcji  się  zbliża  i  nie  daje  mi  czasu  trochę  się  z  tobą  posprzeczać.  Więc  do  widzenia, 
Franku, dobrej bądź myśli. Trzeba wiele ducha, bo dzieło wielkie… Sursum corda!

*

 

I znikła za starymi drzewami łacinniczka. — Nie dziw, była przecie córką profesora. 
 
Wieczorem znowu stara Jędrzejowa na próżno oczekiwała na syna, który się spóźnił do domu. 

Trzeba się było z tym oswoić, cała młodzież, jakby iskrą elektryczną przejęta, poczuwała się do 
obowiązków,  do  potrzeby  jakiegoś  czynu  i  usiłowała  na  wspólnych  naradach  wyrobić  sobie 
drogę postępowania. 

Franek nie mógł i nie chciał się od towarzyszów oddzielać, przodował im sercem i gotowością 

do  poświęceń.  Były  chwile,  w  których  niebezpieczeństwo,  na  jakie  się  narażał  on  i  drudzy, 
dreszczem go przejmowało, ale na wspomnienie obowiązku powracało męstwo młodzieńcze. 

Wszyscy  nim  byli  ożywieni,  prąd  gwałtowny  ciągnął  ich  dalej  a  dalej.  Trzeba  było  znać 

trzydziestoletnie rządy Paszkiewicza

*

 i Muchanowa

*

, aby ocenić, ile było istotnej odwagi w tych 

usiłowaniach jakiejś pracy politycznej, której najmniejszy ślad ciągnął za sobą wyrok bez sądu, 
na Sybir, w sołdaty, do kopalni, na wygnanie, w ciemne  lochy Cytadeli

*

… na nieobrachowane 

męczarnie. 

                                                

*

 Sursum corda (łac.) — W górę serca. 

*

  Paskiewicz  Iwan  Fiodorowicz  (1782–1856),  hr.  Erywański  i  książę  warszawski  —  pogromca  powstania 

listopadowego, namiestnik Królestwa Polskiego przez lat 25, znany rusyfikator i prześladowca ruchów liberalnych 
oraz rewolucyjnych. 

*

 Muchanow Paweł —  od roku 1851 kurator okręgu naukowego  warszawskiego, zaś od roku 1856  — do 1861 

dyrektor  główny  komisji  rządowej  spraw  wewnętrznych,  był  pierwszoplanowym  wykonawcą  rusyfikacyjnych  
tendencji w stosunku do Królestwa za rządów Paskiewicza. 

*

  Cytadela  —  Zbudowane  w  r.  1834  fortyfikacje  Cytadeli  na  lewym  brzegu  Wisły  panowały  zbrojnie  nad 

miastem,  aby  móc  w  każdej  chwili  stłumić  bunt.  Wewnątrz  Cytadeli  znajdowało  się  jedno  z  najstraszniejszych 
więzień carskich, a na jej stokach miejsce straceń wielu patriotów i rewolucjonistów polskich. 

background image

Straszneż to były te boleści i upokorzenia, które do takich ofiar zmuszały. Rząd nie umiał być 

ani łagodnym, ani logicznie surowym jak za Mikołaja, chorował na półliberalizm

*

 napoleoński

*

mówił  o  reformach,  krytykował  przeszłość,  a  szedł  po  pijanemu,  zataczając  się  na  wybitym 
gościńcu. W jego dobre chęci i szczerość wierzyli chyba ci, co ich nie próbowali. 

Ślepi  tylko  ten  stan  rzeczy,  dziwny  w  istocie,  tłumaczyć  sobie  mogli  wraz  z  rządem 

poduszczeniami z zagranicy, knowaniami  jakiejś  garstki  ludu;  naród cały, z  małymi  wyjątkami 
odszczepieńców dworujących sile, czul się porwany koniecznością pracy około dobra ogólnego. 

Ale  dziwnym  fenomenem  ci,  co  do  tej  roboty  wykształceniem,  położeniem,  stosunkami, 

mieniem  najlepiej  byli  uzdolnieni:  panowie,  szlachta  można,  inteligencja  nawet,  usuwali  się 
bojaźliwie  od  współudziału,  zamykając  w  granicach  legalnych.  Jedni  nie  chcieli  brać  tego  na 
sumienie,  drudzy  nie  mieli  wiary.  Pozostawała  garść  dzieci,  młodzieży,  ludzi  ożywionych 
pragnieniem gorącym. Może być, że ta młodzież, zuchwalsza, bo mniej widząca następstwa, silna 
uczuciem ogromnym, sama tylko była zdolną targnąć się  na potęgę olbrzyma,  bo ona  jej  jedna 
nie uznawała. Starsi liczyli armię, flotę, miliony, dyplomatyczne stosunki… i strach ich ogarniał. 

Zalecano więc z jednej strony spokój i pracę, z drugiej spiskowano zajadle. Ale spisek to był, 

jakiego  nie  spotykamy  w  historii;  wszyscy  bowiem  należeli  do  niego,  jeśli  nie  czynem,  to 
milczeniem  i  wiedzą,  współczuciem  i  życzeniami,  nikt  nie  śmiał  opierać  się  mu  ani  wystąpić 
przeciwko  niemu.  Uznawano  prawie  powszechnie  jego  bezskuteczność,  nie  śmiano  zaprzeczać 
pracowitości,  potrzebie,  konieczności.  Narady  te  i  krzątania  około  czegoś  nie  oznaczonego 
jeszcze  w  przyszłości  siecią  niewidomą  rozciągały  się  od  prostego  wyrobnika,  który  pragnął 
walki, aż do salonowego eleganta, nie pragnącego tak bardzo zakłócenia pokoju, ale wstydzącego 
się okazać się bezczynnym. 

Młodzież ucząca się była ogniskiem, około którego wszystko się garnęło i ogrzewało. Franek 

należał  do  niej  ciałem  i  duszą.  W  chwili  tej  niedobrze  wiedziano,  co  czynić,  ale  instynkt 
wskazywał potrzebę  manifestowania się, protestowania przeciwko  istniejącemu stanowi rzeczy. 
Niektórzy  ciszej  wybąkiwali  wyraz  „rewolucja”,  ale  większa  część  widziała  jeszcze  jej 
niepodobieństwo tylko. 

Nie  było  dnia,  żeby  się  nie  zbierano  gdziekolwiek,  w  ulicach,  w  kawiarniach,  w 

pomieszkaniach  młodzieży,  na  przechadzkach.  Tu  rodziły  się  projekta  manifestacji 
niespodzianych, które nazajutrz w ulicach wszyscy sobie powtarzali od ucha do ucha, o których 
na tydzień wprzód często wiedziały dzieci i stróże kamieniczni, a nie wiedziała policja albo ich 
powstrzymać nie mogła. 

Rząd  —  ściśnięty  między  dwiema  ostatecznościami:  surowej  represji,  której  nieużyteczność 

wypróbował,  i  pobłażania,  które  mu  się  równie  niebezpiecznym  wydawało  —  na  przemiany 
chuchał i dmuchał, nie chcąc tego dać, co by naród zaspokoić, mogło. Jedno tylko było, czym by 
sprawę  był  skończył:  przyłączenie  zabranych  prowincji  i  swobody  szerokie;  ale  czuła  się 
Moskwa nadto słabą, aby być sprawiedliwą. 

Po pogrzebie Sowińskiej, jak po każdej z tych pierwszych manifestacji, była chwila jakiegoś 

niespokojnego  wypoczynku,  wypatrywania  skutków,  narad  nad  tym,  co  dalej  czynić  należało. 
Nikt tam jakoś poszlakowany i pochwycony nie został; dodało to otuchy do dalszej roboty, która 
wszędzie sprawiała obawę nieokreśloną. Spodziewano się, że to może samo z siebie upadnie. 

                                                

*

 półliberalizm napoleoński — aluzja do pozornego demokratyzmu rządów cesarza francuskiego Napoleona III. 

*

  Rząd…  chorował  na  półliberalizm  napoleoński  —  Jest  to  krytyka  nieporadności  liberalnych  pociągnięć, 

wymuszonych na carskim rządzie przez nabrzmiewającą po klęsce w wojnie krymskiej (1855) sytuację rewolucyjną. 
Ani rząd carski, ani jego organy administracyjne i policyjne, przyzwyczajone do absolutystycznych metod rządzenia 
za Mikołaja I (1825–1855) i jego namiestnika w Królestwie Jana Paskiewicza, nie umiały sobie dać rady z nową 
sytuacją. 

background image

Franek tego wieczora pobiegł do domu towarzysza swego na odległej uliczce, gdzie w izdebce 

trzeciego piętra zebrało się ich kilkunastu. 

Dziwnie  nieopatrznie  działo  się  to  wszystko;  nikt  zbytnio  nie  ubezpieczał:  otwierano  okna, 

gadano głośno, nie strzeżono się ludzi, nie było jednak prawie przykładu zdrady. 

Fizjognomie  tych  heroicznych  spiskowych  mogły  zdumieć  poważniejszego  człowieka,  a 

trwogą  przejąć  myślącego  postrzegacza.  Nie  było  między  nimi  starszych  i  dojrzalszych  rysów 
twarzy, wszystkie ogniem młodości rozpalone, wiele z nich meszkiem nie porosłych jeszcze. 

Jakiż  to  musiał  być  stan  kraju,  co  powołał  —  pomimo  prześladowań  najokrutniejszych, 

pomimo gróźb najstraszliwszych — ludzi w tym wieku, gdy się o życiu tylko myśli, na śmierć 
prawie pewną i nieuniknioną, byle się podźwignąć z upokorzenia! 

Obok Franka, który milczał, ale energicznym milczeniem gotowości do czynu, migały twarze 

prawie dziecinne, spomiędzy których jedna szczególniej uderzała wyrazem siły niepohamowanej 
i skupionej w sobie. Był to chłopak niewielkiego wzrostu, niezbyt uderzających rysów twarzy, na 
którego  ustach  częsty  uśmiech,  jakby  szyderstwem  i  żółcią  zaprawiony,  przelatywał.  Twardy 
włos,  najeżony  nad  czołem  i  postrzyżony  krótko,  nadawał  mu  charakter  jakiś  dziki,  w 
sprzeczności  z  młodością  i  łagodnością  wejrzenia.  Znać  było,  że  ta  ostrość  i  szorstkość  w 
obejściu, którą okazywał, płynęła z przekonań, nie z usposobienia, że byłby sobą, gdyby na nim 
nie ciążyła ręka ucisku, co nawet z twardego kamienia łzy wygnieść potrafi. 

Jeden nieco starszy mężczyzna, z cygarem w ustach, siedział tak głęboko w kątku zasunięty w 

cieniu, że go dostrzec prawie nie było podobna. Zwano go tam nie po imieniu, ale Sybirakiem. 
Blade  lice,  ostygłe  nieco,  smętne,  podobne  było  do  głazu,  na  którym  by  stężała  wiekuiście 
niewysłowiona boleść, ale już przemieniona w naturę człowieka. Nie odzywał się, chyba rzadko i 
krótkimi słowy. 

Młody chłopak, którego towarzysze nazywali Młotem z powodu energicznej mowy i częstego 

uderzania  w  stół  pięścią,  właśnie  tylko  co  głos  zabierał.  Obrócony  twarzą  do  Sybiraka,  mówił 
powoli, z wyrazem przejmującego szyderstwa: 

— Tak, to prawda, jesteśmy młodzi, nie rozumiemy nic… Ale jeżeliśmy niezdatni do niczego, 

róbcież  wy,  starsi,  pójdziemy  chętnie  pod  wasze  rozkazy…  tylko  nie  na  próżne  z  założonymi 
rękami siedzenie! Kraj już dosyć, nadto przecierpiał wstydu przez lat trzydzieści; chce nareszcie 
dowieść, że żyje; chce wstać z mogiły. 

Głos Sybiraka z kąta odezwał się powolny i poważny: 
—  Poczciwe  dzieci!  Nie  w  ten  sposób  wybije  się  Polska  z  niewoli,  nie  orężem,  nie  krwią 

będzie okupiona, ale wytrwałą pracą i pokorą. 

— Odkupimy ją czy nie, ale ją krwią z plamy oczyścimy. 
— Godziż się tak krwią szafować?… I czyją?… Sierocą, najdroższą, najgorętszą; krwią tych, 

co są  najgotowsi do ofiary? Posłuchajcie!  Chcecie walki?  Macie  ją przed  sobą; godna Polski  i 
polskich  dzieci,  będzie  to  bój  nie  mniej  srogi,  nie  mniej  kosztujący  ofiar,  ale  bój  heroicznie 
wielki:  prawdy  przeciwko  fałszowi.  Przez  lat  trzydzieści  milczeliśmy  i  schylali  głowy,  nie 
śmiejąc  ust  otworzyć;  walczmy  teraz,  stając  w  obronie  praw  naszych,  tym  orężem,  którego 
Chrystus nauczył: nie mieczem Piotra, ale miłością Pawła i ewangeliczną cnotą.

*

 

— Z Moskwą?… — zakrzyknął Młot — To tak, jakbyś powiedział, żeby do Cygana mówić 

po łacinie lub z bydlęciem prowadzić dysputę teologiczną. Na cóż się to przydało?… Cnotą!… 

                                                

*

  miecz  Piotra…  miłość  Pawła  —  Według  Ewangelii  św. Piotr miał  stanąć  w  obronie  Chrystusa  podczas  Jeg o 

pojmania przez wysłanników Piłata i uciąć mieczem ucho jednemu z nich, Malchusowi. Św. Paweł nauczał, że istotą 
wiary  Chrystusowej  jest  miłość  bliźniego  —  Sybirak  zaleca  zatem  moralne  środki  walki  z  wrogiem,  zamiast 
wystąpień zbrojnych. 

background image

Tak, ale  cnotą rzymską,  virtute, potęgą ramienia;  innego  języka Moskal  nie rozumie  nad pięść 
między ślepie. 

— Ale pięść nasza nie jest dosyć silna — odparł Sybirak wzdychając. — Cóż byście rzekli o 

człowieku, który by wyzywał nieprzyjaciela na słabszą rękę, na lewą, gdy ma drugą mocniejszą? 
Los chciał, by nas otoczyli i ścisnęli wrogowie potężni; naprzeciwko nim już nie lichych sił ciała, 
ale siły ducha, co przenosi góry i wypełnia otchłanie, użyć potrzeba. 

—  Tak!…  I  znowu  cierpieć  wieki…  i  do  nieskończoności  dźwigać  to  jarzmo  upokorzenia, 

szyderstwa, nędzy, aż wszelką siłę ducha zabije katowska pletnia

*

— A któż ci powiedział, że dźwigając właśnie, zamiast tracić, nie nabieramy sił? Masz tego 

dowody na kraju i na sobie. Gdzie niewola jest lżejszą, tam miłość dla ojczyzny osłabła; Moskale 
to  swym  barbarzyństwem  przerabiają  nas  na  bohaterów  i  męczenników,  jakich  nawet  nędze  i 
tęsknoty wygnania uczynić nie potrafiły. 

— Nie! — odrzekł Młot, uderzając ręką w stół wedle swego obyczaju. — Nie! Trzydzieści lat 

minęły w spokoju… potrzebujemy walki i krwawej łaźni dla pokrzepienia. Myślisz pan, że ja, co 
nie mam lat dwudziestu, że towarzysze moi, równie gorący jak ja i równo młodzi, nie widzimy 
całego zuchwalstwa planów naszych? Ale dlatego że one są materialnie niemożliwe, wierzymy w 
nie,  mamy  głęboką  wiarę  cudów;  wiemy,  że  garść  studentów  porywająca  się  na  państwo 
czterdziesto–  czy  sześćdziesięciomilionowe,  którego  Francja  i  Anglia  pokonać  nie  mogły, 
wydadzą się szaleńcami… ale rachujemy też na  zgniliznę, co toczy to cielsko olbrzyma.  W tej 
moskiewskiej bryle odzywa się też pragnienie swobody, ruszają powoli składowe jej pierwiastki, 
rozpoczyna dezorganizacja. Ręka Mikołaja tylko mogła ten chaos fermentujący powstrzymać od 
rozkładu  mrozem  despotyzmu,  tak  jak  Syberia  lat  tysiące  zamarzłego  przechowywała  mamuta. 
Naszymi sprzymierzeńcami są choroby nieprzyjaciela: jego głupota i upór. 

— Tak, ale wy się wybieracie jutro w pochód, jak widzę  — przerwał Sybirak — gdy długo 

jeszcze nie możecie być doń gotowi… Lud… 

— Lud będziemy mieli za sobą — porywczo przerwał młody człowiek — kupiemy go sobie 

ziemią. 

— Lud już się jej skądinąd spodziewa, a rządowi bodaj więcej niż nam wierzy, cośmy mu ją 

przyrzekali lat tyle… i nie dali nic dotąd. Na lud potrzeba lat długich i wielkiej z naszej strony 
cierpliwości. 

— Gorąco namiętnej walki szybko doprowadza do dojrzałości  — rzekł Młot.  — Lud się da 

pociągnąć! Tylko odwagi, tylko zuchwalstwa!… 

— Dalibóg, dobrze on mówi — rzekł drugi. — Nie ma się co wahać, do tego dążyć wszelkimi 

sposoby. Rosja jak wąż lenieje, zmienia skórę, jest to pora słabości; teraz lub nigdy ze szpon się 
jej wydrzeć. 

—  Z  czym,  jak?  —  spytał  starszy  powolnie.  —  Myślicie:  bez  broni,  bez  zapasów,  bez 

pieniędzy, bez dowódców i bez ludu! 

— Pan przeżyłeś lat czterdzieści i nie widzisz już jasno przed sobą, łzy ci wzrok zamgliły — 

krzyknął  ktoś  drugi  z  kąta.  —  Nie  odbierajże  nam  serca!  My  broń  znajdziemy,  a  nie,  to  ją 
odbierzemy  od  nieprzyjaciela,  pieniędzy  da  kraj,  na  dowódców  my  się  sami  wyrobimy,  lud 
pozyszczem, pochwycimy, pociągniemy za sobą. 

Sybirak zamilkł i westchnął. 
— Ale my widzimy dobrze sami — dodał Młot, nieco ostygłszy — że do tej walki sposobić 

się potrzeba i gotować; ona nie może przyjść jutro. Przygotowawcza praca ogromna, zwłaszcza 
że i z poczciwymi niedowiarkami, jak pan, walczyć potrzeba, że naszą piersią i ogniem musimy 

                                                

*

 pletnia — bat o kilku rzemieniach na krótkiej rękojeści. 

background image

podłożyć ogień w zastygłych, rozpalić go, porwać, pociągnąć… Wielu z nas upadnie, ale Polska 
wstanie! 

Jeden z przytomnych podrzucił czapkę do góry i wykrzyknął: 
— Jeszcze Polska nie zginęła! 
— Och! Och! cichoż tam! — ofuknął inny. — Ażeby ona nie zginęła, potrzeba naprzód umieć 

milczeć. 

— Więc do wielkiego dzieła — dodał Młot powolniej — do agitacji, do nurtowania, do ruchu, 

który by w nas szerzył płomień, a nieprzyjacielowi ukąszeniami komara nie dawał spoczynku. 

— Dobrześ powiedział: ukąszeniami komara — rozsmiał się Sybirak. — Ale słyszałżeś kiedy, 

by kogo komary zjadły? 

— Nie widzę niepodobieństwa, gdyby komarów było wiele, gdyby nimi dowodził dobry wódz 

i gdyby nie były głupie — rozśmiał się Młot. — Zresztą — dorzucił po chwili — myślicież, że 
my  tryumfu  pewni  jesteśmy,  że  marzym  o  koniecznym  zwycięstwie?  Wcale  nie!  Wiemy,  że 
możemy upaść, czujemy, że upadniemy  może,  jeżeli  bezduszna polityka Europy  nie wyciągnie 
nam dłoni, ale mimo ofiar krwawych i upadku możliwego ta protestacja krwi i męczeństwa jest 
potrzebną. Rosja głosi, że stare dzieci Rzeczypospolitej, najswobodniejszej na świecie, nakarmiła 
już do syta… powietrzem  swych obietnic. Europa, której się chce  handlować  spokojnie, cieszy 
się,  żeśmy  tacy  pokorni,  że  duch  w  nas  rycerski  wygasł,  jednym  mniej  dla  niej  kłopotem  na 
głowie. Jeszcze lat dwadzieścia, a polskie imię, duch, przyszłość, wszystko zaśpiemy w błogim 
spoczynku… Rewolucja tylko może odżywić uczucia, krwią podlane zbudzić tradycje i zapisać 
głoski czerwonymi na kartach dziejów nowy pozew przed trybunał wiekuistej sprawiedliwości. 

—  Bohaterze!  —  rzekł  Sybirak  —  widziałem  ludzi  wielu  tak  gorących  jak  ty,  tak  pełnych 

pragnienia  poświęceń,  ale  też  widziałem  wielu  ostygłych  prędko  i  padających  od  podmuchu 
ruskiej  groźby…  W  naturze  naszej  jest  gorączka  porywów  bez  wytrwałości  upartej;  uczcie  się 
naprzód, by stać się niezłomnymi. 

— Bądźcie spokojni — dodał, wychodząc z kąta, blondynek świeży i delikatny jak panienka, 

z długimi, spadającymi na ramiona włosami — niejeden z nas próbował siebie ogniem, głodem, 
boleścią… To nie jest metafora… to historia… Widziałem takie blizny. 

Gdy to mówił, drugi poskoczył i rumieniącemu się gwałtem obnażył lewą rękę, na której znać 

było głęboki ślad wypalenia świeżo zagojonego… Blondyn się zawstydził. 

—  Oni  mi  tak  dokuczyli  —  rzekł,  uśmiechając  się  do  Sybiraka  —  nazywali  panienką, 

dzieciakiem, iż musiałem w końcu pokazać im, co mogę. Paliłem tę rękę nad ogniem minut kilka, 
aż się mięso skwarzyło, i nie pisnąłem… Nie chwalę się, bo to głupstwo… są lepsi ode mnie. 

Sybirakowi łzy puściły się z oczów, pochylił głowę, westchnął i nie rzekł słowa. 
— O, uzbrójcie się, uzbrójcie — zawołał pod długim milczeniu — bo nieprzyjaciel, z którym 

mieć  będziecie  do  czynienia,  nie  ma  wnętrzności,  nie  zna  politowania;  nie  z  ludźmi  walczyć 
będziecie, nie z Turkiem, nie z Tatarem, co są aniołami dobroci przy nim, ale z bydlęty, nędzą i 
niewolą  rozbestwionymi,  ogłupiałymi,  lub  z  zepsutym  i  przegniłym  owocem  tej  cywilizacji 
biurokratycznej, która nie zna innego boga nad chciwość i rozpustę! 

—  Nasza  walka  będzie  zarazem  apostolstwem  —  zawołał  inny  —  ona  wpłynie  na 

nieprzyjaciół, my ich nawrócimy. 

—  Nie  wiem  —  westchnął  starszy  —  wielu  już  apostołów  pożarli  ci  bałwochwalcy  i  wielu 

pożrą ich jeszcze, urągając się po pijanemu ich mogiłom. 

— Pragniesz pan walki ducha, a nie wierzysz w naszego? — spytał ktoś. 
— Wierzę — zawołał stary — ale… widzicie, jam… posiwiał w zawodach! Daj wam, Boże, 

dorosnąć w szczęściu! 

background image

—  My  także  pragniemy  posiwieć  w  pracy,  aby  na  naszym  pokoleniu  nie  ciążyła  wina 

bezwładnego odrętwienia. 

— Ale ad rem, ad rem — ozwało się kilka głosów — do rzeczy! Co robić? 
—  Swoje!  —  odparł  Młot.  —  Kto  może,  na  wieś  do  ludu,  kto  chce,  między  czeladź  i 

rzemieślników, rozgrzewać ducha, sposobić umysły, być wszędzie i nie dać ująć się nigdzie; gdy 
padnie jeden, stanąć w dziesięciu na jego miejsce — i dalej! Dalej! A dalej! 

Zaczęli ciszej rozmawiać pomiędzy sobą; ktoś szepnął o potrzebie drukarni. 
— Ale to rzecz niemożliwa — przerwał drugi. — Moskale się okrutnie pilnują. 
— I my się też będziemy pilnować! 
— Policja! 
— I my musimy mieć naszą policją! 
— Brawo! brawo! 
— A ty, stara Kasandro

*

, patrz, ciesz się, jeżeli możesz, i do roboty nam nie przeszkadzaj. 

— Kogo by wasz poczciwy zapał nie porwał! — szepnął uśmiechając się Sybirak. 
W tej  chwili drzwi  się otworzyły z wolna  i z wielkim postrachem kilku ukazał się w  progu 

mundur rosyjski. Była krótka chwila popłochu, ale bliżej drzwi stojący podali ręce przybyłemu, 
który  szybko  rzucił  okiem  po  pokoju…  Zaczęto  z  nim  szeptać  poufale,  otaczając  go  kołem 
ciekawym. 

W  mundurze  tym  kryło  się  także  dziecię  Warszawy,  ale  już  wprzężone  od  młodu  do 

moskiewskiego  pługa,  którego  ciężar  nowe  w  nim  wyrobił  przymioty  i  siły.  Na  bladej  tej 
twarzyczce,  oświeconej  pełnymi  dowcipu  oczyma,  znać  było  energią  skupioną  i  chytrość 
niewolnika;  w  źrenicach  paliła  się  uciśnionych  namiętność  —  pragnienie  swobody, 
rozpłomienione do rozpaczy, protestacja ducha ludzkiego przeciwko gniotącej go przemocy. 

Kilka  słów  tylko  wyrzekłszy  po  cichu,  oficer  pochwycił  papiros  ze  stolika,  zapalił  go  u 

świecy, wcisnął jakiś świstek w rękę Młotowi, zakręcił się i znikł. 

— Czy wy mu wierzycie? — zapytał jeden. — E! bądźcie ostrożni… kto go wie! 
Młot się rozśmiał. 
— Ręczę za  niego  jak za siebie  — dodał głośno.  — Bądźcie  spokojni, daj Boże  nam tylko 

więcej takich! 

—  Niechże  będzie  pochwalony  Jezus  Chrystus!  —  odezwał  się  jasny  i  wesoły  głos  we 

drzwiach  i  pokazała  wygolona  głowa  bernardyna,  oblicze  okrągłe,  świecące,  rumiane, 
uśmiechnięte. 

—  A!  Ha!  otóż  i  braciszek!  —  zawołało  kilka  głosów.  —  Na  wieki  wieków!  Na  wieki 

wieków! Jak się macie! 

— Dobry wieczór! 
— Czyś zdrów, ojczuszku?  — I zaczęli go obstępować, wykrzykując,  młodzi.  —  A cóż?  A 

co? 

O.  Serafin,  niewielkiego  wzrostu,  ale  krzepki,  popatrzył  na  przytomnych  i  jeszcze  mu  się 

jaśniej lice rozpogodziło. 

—  Ha!  coś  to  tu  wielka  rada…  sanhedryn

*

  jakiś…  Ha?  a  wezwaliżeście  na  pomoc  Ducha 

Świętego?  Ha?  a  bez  Boga  nic,  a  bez  Matki  Najświętszej,  królowej  nieba  i  ziemi,  i  Korony 
Polskiej, ani stąpić! Ha? a pamiętacie wy o tym? 

                                                

*

  Kasandra  —  córka  króla  Troi  Priama,  która  posiadała  dar  przewidywania  przyszłości.  W  Odprawie  posłów 

greckich Kochanowskiego przepowiada upadek rodzinnego miasta. 

*

 sanhedryn — Wysoka Rada w państwie żydowskim; tutaj: zebranie, zgromadzenie, którego wagą i doniosłość 

o. Serafin jowialnie zestawia z naradą owej kierującej całym życiem Izraela instytucji. 

background image

— Kiedy między nami, ojcze — odezwał się ktoś z boku — jest i para lutrów, i para żydów 

niewiernych. 

— O, to ich zaraz nawrócimy oto tym! — dodał ksiądz, podnosząc pasek z ogórkami

*

 — Jest 

to środek wypróbowany na odszczepieńców, dwadzieścia pięć w gółkę i katolik gotowy, nawet 
katechizm zgadnie, nie ucząc się go. No no! Ale co tam u was słychać? — dodał. 

— Wszystko dobrze — rzekł jeden. — Moskale pogrzebem Sowińskiej zmartwieni, nosy na 

kwintę… a my nasze do góry. 

— Ot i ona zacna niewiasta była pono kalwinką czy luterką  — mruknął ksiądz. — Co to za 

szkoda! Byliby za nią bernardyni poszli i pogrzeb daleko by wyglądał uroczyściej. A gadajcie wy 
sobie, co chcecie, teologowie nowi, żaden protestancki doktor nie powie tak egzorty, jak by który 
z nas ją u mogiły powiedział… od serca! Ha! a byliście, słyszę, za jednym zachodem i na mogile 
jenerała! A, figlarze! Aby psikusa Moskwie wyrządzić! 

I począł się śmiać, wziąwszy w boki. 
— Ha! i z awanturą! — przerwał ktoś. — Zwyciężyliśmy dwóch kulawych inwalidów, co nam 

do ogródka bronili przystępu, i napędziliśmy strachu popowi, co chciał ich powagą swojej brody 
popierać. 

—  Ot,  to  dobrze!  Dobrze!  —  zaśmiał  się  bernardyn.  —  Niechże  przecie  poczują,  żeśmy 

jeszcze nie pomarli… A z Bogiem zawsze i po bożemu, dzieci kochane! A z modlitwą na ustach; 
bo tylko w imię religii zyszczemy lud, a bez ludu nie zrobicie nic. 

— To się wie! — rzekł Młot. — I bez was też nic nie będzie, księża kochani. 
— Co się tyczy nas — odparł oglądając się o. Serafin — powiem wam na ucho, ale na uszko: 

habity ubogiej braci, sutanny biednych wikariuszów, wiejski kler będzie z ojczyzną i z wami, i z 
ludem;  co  się  tyczy  tłuściuchnej  naszej  arystokracji,  wytuczonej  na  dobrych  prebendach

*

rozpartej w stallach kanoniczych, reverendissimusów, uczonych  teologów, którzy się za granicą 
na kosmopolitów pod pozorem ortodoksji

*

 kształcili, a od wszelkiej swobody ducha uciekają jak 

diabeł od święconej wody… na tych lepiej nie rachujcie. 

— A bez tych się też obejdziemy! — zawołał Młot. 
—  My,  prostaczkowie  —  kończył  o.  Serafin  —  wierzym  i  uczymy  wedle  słów 

Chrystusowych; oni, mędrsi, samego Chrystusa biorą na tortury, aby ze słów Jego to wyciągnąć, 
co im potrzeba; a mówią, że mają prawo z nauki Jego szyć, co im się podoba. Więc użyją swej 
mądrości  też  przeciwko  Polsce,  jeżeli  im  będzie  z  tym  dogodniej  dla  otrzymania  beneficjów

*

prelatur

*

, i dobrej zgody z Moskwą, która gotówką za sumienie płaci… Ale cyt! Bo, gdyby mnie 

kto  posłyszał,  zapędziliby  dopiero  nieboraka,  klechę  w  myszą  dziurę.  Niechże  was  Bóg 
błogosławi!  A  ja  retro

*

,  bo  nie  mam  czasu…  a  z  Duchem  Bożym  i  pod  opieką  Marii,  Matki 

Jego… na wieki wieków… Amen. 

To  mówiąc  kłaniał  się  pokornie  i  wymykał,  a  młodzi  też  poczynali  rozchodzić  się  z 

weselszymi twarzami… jakiś promyk nadziei świecił wówczas prawie dla wszystkich. 

Tylko  Sybirak  wstał  pochmurny,  popatrzał  na  nich  długo  i  włożywszy  czapkę,  wysunął  się 

powoli, smutniejszy może, niż przyszedł. 

 

                                                

*

 pasek z ogórkami — sznur z dużymi węzłami, którymi opasują habit członkowie niektórych zakonów, między 

innymi bernardynów. 

*

 prebendy — dochody z majątków kościelnych. 

*

 ortodoksja — prawowierność, bezwzględna zgodność wiary z nauką Kościoła. 

*

 beneficjum (łac.) — godność kościelna, z którą były związane dochody z kościoła lub majątku ziemskiego. 

*

 prelatura (łac.) — godność kościelna prałata. 

*

 retro (łac.) — dosłownie: w tył, z powrotem. 

background image

Profesor  Czapiński,  ojciec  Anny,  należał  do  tych  ludzi,  którym  świat  zdaje  się  na  to  tylko 

stworzony,  aby  oni  z  niego  szydzić  i  naigrawać  się  mogli.  Całe  jego  życie  upływało  na 
narzekaniach  i  gorzkiej  krytyce  ludzi  i  ich  spraw;  w  każdej  rzeczy  upatrywał  stronę  krzywą 
najłatwiej  i  tylko  ją  mógł  dojrzeć.  Gdy  mu  życie  nie  dostarczało  materiału  do  oburzenia, 
naówczas gniewał się na otaczających, na siebie lub milczał kwaśny. Potrzeba było przywyknąć 
wielce do starego, aby z nim wyżyć; bo najweselszy człowiek czuł się w końcu przybitym tym 
usposobieniem zgryźliwym, nie przebaczającym nigdy i nikomu. 

Czapiński doświadczał pewnego rodzaju dziwnej satysfakcji, ożywiał się, młodniał, uśmiechał 

się,  gdy  mu  dobra  jaka  spadła  gratka,  gdy  się  o  czyim  głupstwie  lub  szkaradnej  myłce 
dowiedział.  Naówczas  zacierał  ręce,  błyskały  mu  oczy,  a  z  ust  płynął  potok  wyrazów 
natchnionych.  Tylko  istota  natury  tak  prawej,  świeżej  i  młodej,  serca  tak  szczęśliwie 
obdarzonego  jak  Anna  mogła  przy  nim  nie  zmienić  się  w  mizantropa,  nie  nabrać  tego 
umysłowego  i  sercowego  nałogu  sarkania,  przeciwko  wszystkim  i  na  wszystkich.  W  Annie, 
przeciwnie, wyrobiła się tylko — przez prawo antytezy — niewysłowiona dobroć i pobłażanie; a 
skutkiem tych ojcowskich na świat napadów dziewczę w wiośnie życia, z uczuciem gorącym  i 
pragnieniem  szczęścia,  pokoju,  z  marzeniami  raju  za  wcześnie  się  uzbroiło  w  niewiarę,  w 
rezygnacją, w męstwo, na jakim zbywa najczęściej temu wiekowi. 

Nie  popsuł  jej  ojciec,  podniósł  tylko  wyżej,  niżby  stanęła  o  swej  sile.  Inna  może  nie 

potrafiłaby  kochać  tego,  co  jej  tak  czarno  malowano;  w  jej  sercu  obudziła  się  litość  tylko  i 
większa jeszcze miłość dla ludzi; czuła ich ułomnymi, nie uznawała występnymi. 

Gdy ojciec szydził z  nich  i śmiał się,  milczała, nie sprzeciwiała  mu się, wiedziała, że z nim 

walczyć nie powinna i nie może; ale często kradziona łza cicho spływała z jej powiek. 

Czapiński,  jakeśmy  mówili,  nie  należał  wcale  do  najgorliwszych  rządu  stronników,  miał 

osobistą do niego urazę, a prócz tego łatwo mu było — przywykłemu do poszukiwania złego — 
czarne strony wynaleźć w tym, co nigdy białych nie miało. 

Rozbudzający się duch opozycji po długim uśpieniu ożywił niezmiernie starego; ucieszyły go 

objawy  uczuć  szlachetnych,  z  niebezpieczeństwem  widocznym  i  odwagą  tak  niespodzianie 
przychodzące  świadczyć, że Polska  nie zgniła  jeszcze…  na przygotowanym  jej  barłogu. Uczuł 
się w swoim żywiole i w pierwszych dniach usta jego pełne były pochwał dla zacnej młodzieży, 
chociaż  poza  nimi  czuć  było  zdradzające  się  półsłówkami  wątpliwości  o  przyszłym  sprawy 
kierunku. Czapiński był sceptykiem z tej samej przyczyny, dla której by! mizantropem; jedno nie 
idzie bez drugiego. Przyznać wszakże musiał sam przed sobą, że tego kierunku on także jasnego 
nie miał pojęcia. 

Dnia następnego w ulicy spotkał się profesor z Frankiem. Zwykle młody człowiek korzystał z 

podobnych  zdarzeń,  aby  zawiązać  rozmowę;  bo  też  inaczej  nie  widywali  się  wcale,  chyba 
przypadkowo  zetknąwszy.  Tak  się  i  teraz  stało.  Profesor  sam  go  zatrzymał  i  z  humorem  na 
podziw wesołym chwyciwszy za rękę, szepnął w ucho: 

— Byłeś acan na pogrzebie? 
— A jakże, panie profesorze. 
—  Cóż  tedy?  Udało  się  wam!  Brawo!  Brawo!  Obstupuere

*

…  nie  wiedzą,  co  poczynać… 

prawda… przyszła godzina i na tym się nie skończy, byle rozumne głowy całą rzecz prowadziły. 

— Przepraszam profesora, nam się zdaje, że to nie głowami, ale sercami prowadzić potrzeba. 
Czapiński, któremu Franek po raz pierwszy w życiu odważył się uczynić jakąś uwagę, stanął i 

popatrzył mu w oczy, zupełnie tak jak gdyby gęś zaśpiewała głosem słowika. 

                                                

*

  obstupuere  (łac.)  —  dosłownie:  zdumieli  się.  Tu  oznacza,  że  władze  policyjne  carskie  zostały  zaskoczone 

manifestacją. 

background image

—  Ha!  —  zawołał.  —  Po  młodemu!  Już!  Już!  Do  burmistrzowania…  Otóż  to  jest!  Co  ja 

zawsze mówię!… Młodzież do czynu, mosanie, ale nie do rady. Ani chybi, że narobicie głupstw 
serdecznych. 

— A cóż dotąd zrobiły rozumy, panie profesorze? Przez ubiegłych lat trzydzieści? — zapytał 

Franek. 

Czapiński jeszcze bardziej się zdumiał na to pytanie; młody chłopak nigdy z nim nie był tak 

śmiały,  nie  wiedział  też  dobrze,  co  odpowiedzieć,  bo  znowu  rozumów  tych  nie  lubił  i  zawsze 
przeciwko nim sarkał; nie mógł więc nagle wystąpić w ich obronie. 

—  I  rozumy  głupie  —  rzekł  w  ostatku  —  i  serca  nierozumne…  Tu  czegoś  jeszcze  innego 

potrzeba  nad  urzędowy  rozum  i  serce  gołębie,  trzeba  instynktu  i  prawości  nieskażonej,  trzeba 
zupełnego zaparcia się siebie. 

— Przyznajże pan, że z natury swej młodzież ma najwięcej tych przymiotów. 
— No! Już młodzież! Wszystko tylko sama młodzież… Ha! „Młodości! Ty nad poziomy…” 

Reminiscencja  Mickiewicza…  Dosyć,  że  my  z  tego  komentowania  wieszcza  nie  wyjdziemy 
nigdy. Był czas na walenrodyzmy

*

, teraz na porywy młodości… Ale tu jeszcze czego innego by 

potrzeba. 

Dobrze  jednak  nie  wiedząc,  czego  było  potrzeba,  profesor  chciał  się  sianem  wykręcić  i 

umknąć, gdy Franek cum debita reverentia

*

 go powstrzymał. 

— Sprawa główna! — rzekł z uśmiechem łagodząc swe zuchwalstwo. — Profesor mi daruje, 

że tak jestem natrętnym, ale czegóż by to potrzeba? 

Czapiński,  przyparty  do  muru,  nie  mógł  się  cofnąć,  nie  uznając  bezsilnym;  do  tak 

prostodusznego wyznania nie by! zdolnym, nachmurzył więc czoło, nastawił usta z pedagogiczną 
powagą i rzekł: 

— Co ja wam mówić będę? Czy wy posłuchacie kiedy starszych? Czy dla was doświadczenie 

ma jaką wartość? Czy rozum u was w jakiejkolwiek jest cenie? Wątpię. Próżno bym gębę studził. 

— Ale, na miłego Boga, profesorze, za kogóż nas macie? 
— Za wychowańców muchanowskich szkól i rewolucjonistów… Ot, co! Więc dla was rozum, 

jako powaga, nieprzyjacielem. 

— Ależ nas uczono tylko ślepego posłuszeństwa? 
— Tak, i dlatego w was rewolucją wszczepiono  — odrzekł opornie Czapiński. — Tak! Tak! 

Parli  w  was  to  posłuszeństwo  bez  miary,  choćby  przeciwko  przekonaniu  i  rozumowi, 
posłuszeństwo  ślepe,  bezwiedne;  a  kto  was  go  uczył?  Ci,  którym  wiary  nikt  nie  dawał,  bo  dla 
nich szacunku nie było jako dla zauszników i spłaszczonych przed władzą służalców… więc też, 
prawem antytezy, dobyć musieli wam z duszy niewiarę i bunt. 

—  Ale  odbiegliśmy  od  rzeczy,  profesorze!  —  zawołał  Franek,  goniąc  za  posuwającym  się 

powoli ku domowi Czapińskim. 

— Nic a nic… Ale to już późno, a acan, widzę, dziś uwziąłeś się dysputować. 
— A! Nie, ale słuchać i uczyć się. 
— Więc i acan do czynnych należysz? — spytał profesor. 

                                                

*

  walenrodyzm  —  Cały  wywód  prof.  Czapińskiego  skierowany  jest  przeciw  zbytniemu  przejmowaniu  się 

młodzieży  poezją  romantyczną,  zwłaszcza  Mickiewicza  Odą  do  młodości,  a  także  walenrodyzmem. 
Mickiewiczowski Konrad Wallenrod, bohater poematu pod tym tytułem, z pochodzenia Litwin, wszedł podstępem 
do  zakonu  krzyżackiego,  został  jego  mistrzem,  aby  przez  zdradzieckie  prowadzenie  wojny  zgubić  Krzyżaków, 
śmiertelnego  wroga  swej  ojczyzny.  „Postępowaniem  walenrodycznym”  nazywa  Czapiński  konspirację 
niepodległościową. Niewątpliwie poemat Mickiewicza i jego bohater wywarli poważny wpływ na kształtowanie się 
stylu polskich konspiracji narodowowyzwoleńczych. 

*

 cum debita reverentia (łac.) — z należnym szacunkiem. 

background image

—  A  mógłżebym  w  moim  wieku  być  biernym?  —  zawołał  Franek.  —  Chciałbym  być  jak 

najczynniejszym. 

— Powiedzże mi — szybko odwracając się, spytał zaciekawiony stary  — bo to wcale dotąd 

jest niegłupio. 

Stali  właśnie  w  bramie  domu,  do  którego  wnijście  było  dotąd  Frankowi  wzbronione,  a  do 

którego  tak  wnijść  pragnął;  zadrżał  cały,  widząc,  że  przeciągnienie  rozmowy  mogłoby  go 
wprowadzić do raju. 

Profesor, spodziewając się kategorycznej odpowiedzi, a nie bardzo życząc młodego chłopaka 

ciągnąć za sobą do domu, zatrzymał się na progu. Franek postanowił korzystać ze zręczności. 

— Teraz lub nigdy! — rzekł w duchu. 
— A! To długa historia— odparł zmieszany. 
— Długa?  — spytał Czapiński, poglądając na zegarek, gdyż godzina  herbaty nadchodziła, a 

do  godzin  był  bardzo  przywiązanym.  —  Długa?  Nie  możeszże  jej  powiedzieć  w  krótkich 
słowach? 

Franek, który właśnie nic mu powiedzieć nie mógł, zawahał się. 
— Pilno waćpanu? — rzekł profesor. 
— Mnie? Nic a nic. 
— No to, no, jakże… ależ bo mógłbyś do mnie wejść na momencik. 
— A! służę najchętniej panu profesorowi. 
Czapiński,  który  ledwie  te  słowa  wymówił,  już  był  pożałował  zaproszenia,  zawrócił  się  i 

zapytał jeszcze: 

— Ale bo może gdzie spieszysz na jakie koncyliabulum

*

— Nie, panie profesorze. 
Poczęli w milczeniu wstępować na wschody. Frankowi serce biło i głowa się zawracała; miał 

więc  nareszcie  wnijść  tu,  do  jej  domu,  wprowadzony  przez  jej  ojca.  Tak,  to  było 
rzeczywistością… nie mógł wątpić, szedł po  tych wschodach, które ona tyle razy przechodziła, 
zbliżał się, miał ujrzeć drzwi pokoju Anny, jej mieszkanie. Polityka, zapytanie Czapińskiego, cel 
zaprosin, wszystko mu wyszło z głowy, a pilno było przecie plan jakiś ułożyć, do odpowiedzi, w 
której Franek nic zdradzić nie mógł i starego nie chciał obrazić. 

Położenie stawało się wielce drażliwym, ale jak zwykle, gdy się celu upragnionego dosięga, 

wszelkie towarzyszące mu niebezpieczeństwa znikają — tak i teraz. Franek nie widział nic przed 
sobą prócz Anny. 

Anna  właśnie  zalewała  w  pierwszym  pokoju  herbatę  i  miała  imbryczek  postawić  na 

samowarze,  gdy  za  milczącym  ojcem  jak  widmo  bladą  ujrzała  twarz  Franka.  To  zjawisko  tak 
było  dla  niej  dziwnym,  tak  niewytłumaczonym,  tak  przerażającym,  że  biedne  dziewczę 
zmieszane upuściło z rąk imbryczek i powitało ojca bryzgiem ukropu. 

Czapiński  cofnął  się  rozgniewany,  ale  przy  obcym  człowieku  nie  wypadało  mu  okazywać 

zniecierpliwienia,  ruszył  ramionami;  Anna,  wymawiając  się  niezręcznością,  wybiegła 
zarumieniona. 

Wypadek  ten  popsuł  humor  staremu.  Nie  bardzo  go  Franek  obchodził,  stojący  na  uboczu  i 

czekający  zapytania,  na które nie wiedział,  jaką  da odpowiedź, wszelako potrzeba  bvło coś do 
niego przemówić. 

— Otóż to te kobiety! — zawołał — heroiny! Niespodzianie otwarte drzwi, wszystkie nerwy 

w robocie i choćby dziecko najukochańsze miała na ręku, to je na ziemię upuści. Ale już one dziś 
takie się rodzą. No, toteż i Anna! Cóżeś mi acan miał powiedzieć ? 

                                                

*

 koncyliabulum (z łac.) — zebranie. 

background image

— Nie wiem prawdziwie, co pan profesor życzył sobie słyszeć ode mnie? 
—  Jak  to!…  nie  wiesz?  —  obruszył  się  prawie  gniewnie  Czapiński,  któremu  i  stłuczony 

imbryczek, i wprowadzenie Franka humor nadwerężyło. — Przecieżem cię pytał kto to wszystko 
prowadzi, i miałeś mnie objaśnić! 

— A! tak… 
— Dodałeś, że to wymaga dosyć długich wywodów. 
— W istocie — odparł Franek, przychodząc powoli do przytomności, bo mu wejrzenie Anny, 

która się ukazała w progu drugiego pokoju, dodało otuchy — nie jest rzeczą łatwą zdać sprawę ze 
stanu umysłów i biegu rzeczy. 

— Tym bardziej jestem ciekawy, jeżeli waćpan w istocie co wiesz! 
— Tyle, co i drudzy; nie ma w tym żadnych tajemnic tak dalece — począł Franek. — Właśnie 

to jest najdziwniejszym może w tym wszystkim, że się to robi jawnie: że należą do tego spisku 
wszyscy prócz tych, którzy się sami swymi uczuciami z niego wyłączyli; że ja, chłopak uliczny, 
drugoklasista,  księża,  kobiety,  nieznajomi  przechodnie  spiskują  w  biały  dzień…  wejrzeniami, 
szeptem,  uśmiechem.  I  to  czyni  sprzysiężenie  nasze  silnym,  bo  w  nim  nie  ma  i  nie  może  być 
zdrajcy. 

— Otóż to utopie wasze! — zawołał Czapiński. — Przecież to ludzka sprawa i po ludzku iść 

musi; nie jesteśmy wyjątkiem z reguły ogólnej. 

—  Przepraszam  profesora;  ja  sądzę,  że  jesteśmy  w  takim  wyjątkowym  położeniu.  Długie 

cierpienie  usposabia  naród,  jak  sfanatyzowanie  organizuje  pojedynczych  ludzi.  Wiadomo,  co 
człowiek  wycierpieć  i  co  zrobić  może  w  tym  stanie  szczególnym,  w  jakim  na  przykład  byli 
konwulsjonerowie paryscy  za diakona Paris

*

, wszak ci tak samo lud umęczony cudów dokazać 

może w dziejach nieznanych. 

— Lepiej by się jednak nie spuszczać na cuda — rzekł Czapiński. — Mów acan, co się święci 

i jak? Chcesz mnie, widzę, zbyć lada czym. 

Właśnie w chwili, gdy to natarczywie rzucone pytanie obiło się o uszy Franka, drzwi powoli 

się otworzyły i wszedł pan Edward, którego rano spotkali w Saskim Ogrodzie; równie strojnie jak 
wprzódy, ale już pod wieczór inaczej ubrany. 

Był  to  chłopak  młody,  dosyć  majętny,  mieszkający  w  Warszawie  w  widokach  jakiejś 

urzędowej  kariery,  mający  tymczasowo  zajęcie  w  biurach  Towarzystwa  Kredytowego  i 
Rolniczego

*

,  a  trawiący  zbywające  od  niewielkiej  pracy  godziny  na  poszukiwaniu  miłości 

prawdziwej, o której  marzył, czując  się do  niej zrodzonym. Miał  bowiem  fizjognomią  lalki od 
fryzjera  i  serce  (zdawało  mu  się)  bardzo  czułe.  Wprawdzie  pan  Edward  nade  wszystko 
poszukiwał towarzystw wyższych, wciskał się do domów znaczniejszych, upędzał za stosunkami 
pańskimi  i  mniemał  się  wyższym  nad  świat  pospolity  i  ulicę,  o  której  zwykł  był  mówić  z 
uczuciem szlachetnego oburzenia  lub politowania; ale przekonawszy się, że  w salonach  miłość 
jest  niezmiernie  trudną  do  znalezienia,  gonił  za  nią  w  strefach  pośrednich.  Pan  Czapiński  był 

                                                

*

 diakon Paris — Jeden z odłamów jansenistów odbywał modły na grobie zmarłego w roku 1727  członka sekty, 

Franciszka  z  Paryża.  Pełnym  fanatyzmu  zebraniom  towarzyszyły  często  konwulsje  niektórych  uczestników. 
Opisywano cuda, które miały się dziać u grobu Franciszka z Paryża. 

*

 Towarzystwo Kredytowe Ziemskie — zostało założone w r. 1825. Udzielało pożyczek właścicielom dóbr. Była 

to bogata i dobrze zorganizowana instytucja bankowa. Towarzystwo Rolnicze powstało w r. 1857 i skupiało szlachtą 
z  całego  Królestwa.  Założone  jako  instytucja  popierająca  postąp  kapitalistyczny  w  rolnictwie,  stało  się  wkrótce 
reprezentacją polityczną interesów ziemiańskich. Na czele Towarzystwa stał Andrzej Zamoyski, osobisty przeciwnik 
margrabiego  Wielopolskiego,  który  6  IV  1861  r.  instytucją  tą  rozwiązał.  Towarzystwo  Rolnicze  w  czasie  ruchu 
przedpowstaniowego  nie  wzniosło  się  ponad  interesy  klasowe  szlachty,  zwłaszcza  w  sprawie  zniesienia 
pańszczyzny. Kraszewski mimo zabiegów nie został przyjęty na członka Towarzystwa. 

background image

niegdyś  jego  nauczycielem;  Anna  zdawała  mu  się  łatwą  pastwą  przy  jego  zewnętrznych  i 
wewnętrznych przymiotach. Nie szło mu to jednak wcale; ale początki zawsze są trudne i Edward 
się tym  nie zrażał. Profesor widywał go dość chętliwym okiem, gdyż znał położenie  i  majątek 
rodziców; a  mimo że Anny wydać sobie  nie życzył, taka dla niej partia zdawała  mu się  nie do 
odrzucenia. 

—  Choć  dziewczyna  czegoś  lepszego  warta  —  mówił  w  duchu  —  ale  w  teraźniejszych 

głupich  czasach  z  biedy  i  taką  lalkę  wziąć  można.  To  by  się,  dobrze  poprowadziwszy, 
uformowało. 

Poparty  ojcowską  uprzejmością.  Edward  bywał  w  ich  domu.  Dzisiejsze  ranne  spotkanie  i 

dosyć niegrzecznie dana mu odprawa przy Franku zamiast go zrazić, dotknęły do żywego; miał 
chętkę pomszczenia się na Annie i przyszedł umyślnie wieczorem. Zastawszy Franka, którego tu 
zobaczyć  nie spodziewał się,  jakoś się trochę zmieszał;  śmiała ta postać artysty zawadzała  mu, 
ale profesor  przyjął go dobrze i to pana Edwarda postawiło  na  nogi. Siadł, trzymając w zębach 
swą laseczkę, przy profesorze i wchodzącą Annę powita! uśmiechem prawie szyderskim. Mróz 
przebiegł po biednym dziewczęciu, bo się zlękła, aby przez zemstę rannego spotkania przy ojcu 
nie wspomniał. 

— Właśnie tu mówiliśmy o teraźniejszych wypadkach, o tym pogrzebie  — rzekł Czapiński, 

wpatrując się w przybyłego, który pochmurniał i zesztywniał. 

W  ówczesnym  Towarzystwie  Rolniczym,  jakkolwiek  najlepszymi  chęciami  dla  kraju 

ożywionym,  panowało  przekonanie  o  potrzebie  powstrzymania  rodzącego  się  ruchu,  o  jego 
niedorzeczności.  Pan  Edward,  który  chciał  także  uchodzić  za  statystę  widzącego  rzeczy  z 
wyższego  stanowiska,  popisywał  się  z  lekceważeniem  tych  (jak  je  nazywał),  dziecinnych 
wybryków.  Był  przekonanym,  że  profesor  dzielił  jego  zdanie,  jako  człowiek  wytrawny; 
przeczuwał  z  drugiej  strony  po  minie  i  postawie  Franka,  w  którym  czuł  współzawodnika,  że 
należeć musi do gorących… pilno mu więc było wystąpić ze swą teorią. 

—  Wszystko  to  —  przerwał  —  do  niczego  nie  prowadzi…  do  bezużytecznych  tylko  ofiar, 

zmarnowania czasu i próżnego bałamucenia umysłów. 

Czapiński nie rad się był faworytowi swemu sprzeciwić, ale miał świadkiem Franka, z którym 

tylko co mówił; musiał być logicznym i stać przy swoim. Zaczerwienił się mocno i popatrzył na 
pana Edwarda. 

— Co pan  mówisz?  — rzekł.  — Maż  naród pozostać na zawsze  bezwładnym w tych coraz 

ciaśniejszych okowach? 

—  Ale,  proszę  profesora  —  przerwał  Edward  —  tych  oków  nie  zrzucimy  demonstracjami, 

mnożącymi tylko ofiary! 

Franek się zżymnąl i zaczerwienił. 
—  Do  tych  ofiar  pan  zapewne  należeć  nie  będziesz!  —  rzekł  gwałtownie,  wciskając  się  w 

rozmowę. — Po cóż żałować tych, co idą chemie i wiedząc, co czynią ? 

Edward, który się był wyuczył naśladować wyraz głęboki pewnego urzędnika Towarzystwa, 

uczynił minę pogardliwą, jako człowiek, który nawet rozprawiać sobie nie życzy ze słabszym. 

—  To  są  wszystko  gadaniny  uliczne  —  odparł  —  gadaniny,  których  nasłuchaliśmy  się  do 

woli!… — I stulił usta z politowaniem. 

Czapiński  nie  wiedział,  co  począć  z  sobą;  głębokie  milczenie  poprzedziło  podanie  herbaty, 

którą  przyniosła  Anna.  Edward  wolałby  był  oderwać  się  od  rozmowy  i  zbliżyć  do  córki 
profesora; ale ta, bez względu  na winne elegantowi uszanowanie, widząc go zmierzającego ku 
sobie, wysunęła się, niby czegoś szukając, do drugiego pokoju. Edward pozostał wśród saloniku, 
a nie wiedząc, gdzie się obrócić, poszedł się przypatrywać portretowi profesora, malowanemu w 

background image

młodszych latach przez Kokulara

*

, a wcale nie zasługującemu na honor, który go spotkał. Portret, 

gdyby  mówić umiał, sam  by wyraził swe podziwienie postrzegaczowi;  a Czapiński, widząc go 
admirującego pobożnie obrzydliwą mazaninę, rzekł tylko z cicha dla podniesienia jej wartości: 

—  Jest  to  robota  mojego  przyjaciela,  Kokulara.  Herbata  stygła,  potrzeba  było  powrócić  do 

stolika.  Franek  i  profesor  milczeli.  Edward  poprawił  coś  około  ubrania  i  rad  był  zmienić 
rozmowę, ale Czapiński nie mógł ustąpić, bo już był zburzony i kwaśny. Odezwał się więc zaraz: 

— Otóż to tak z dzisiejszym pokoleniem: jedni w gorączce ciągłej, drudzy zamarzli lodem na 

wieki. 

— Ja się do zmrożonych liczyć nie chcę — przerwał Edward — ale do rozsądnych. 
— Co, u licha!  Kto w wieku waćpana  jest całkiem rozsądny, ten na  starość…  — chciał  już 

dodać popędliwie: „będzie głupi”, ale się powstrzymał i dokończył: — …ten na starość przejdzie 
Salomona. 

Uśmiech szyderski wydał intencją złośliwą. 
— Zresztą, cóż dziwnego  — platając się dodał Edward  — że teraźniejsza generacja  jest tak 

biedna?… Nie mieliśmy wychowania! 

— No!… a waćpan pewnie gdzie za granica dokończyłeś  swoje?  —  spytał trochę złośliwie 

Czapiński. 

—  Ja?  —  odrzekł  Edward,  który  na  sześć  miesięcy  jeździł  do  Niemiec  i  z  tych  trzy 

przesiedział w Wiesbadenie

*

 — ja w istocie byłem w uniwersytecie niemieckim. 

Franek, naprędce wypiwszy herbatę, uczuł że powinien był odejść. Cel został dopięty: miał już 

prawo wnijść teraz do tego domu, nie trzeba go było nadużywać… skłonił się więc i wysunął. 

Edward odetchnął, profesor także uczuł się swobodniejszym. Anna wyszła zaraz i już się nie 

ukazała. Czapiński, uwolniony od konieczności popierania swojego zdania, zamilkł, dając paplać 
elegantowi, i po półgodzinnej wielce nudnej rozmowie odprawił go ziewaniem. 

Członek–biuralista Towarzystwa Rolniczego wyszedł zdziwiony, upokorzony, kwaśny, że tak 

małe uczynił wrażenie. 

Wspomnienie  jednak  pięknej  Anny  ścigało  go,  a  obok  tego  uczucia  rodziła  się  instynktowa 

nienawiść dla Franka. 

—  To  jakiś  Czerwony,  który  musi  głowę  patriotyzmem  bałamucić  dziewczynie  —  rzekł 

wyszedłszy. 

Franek  uszczęśliwiony  wpadł  tego  dnia  do  domu,  a  matka  poznała  po  jego  twarzy 

rozjaśnionej, że mu się coś dobrego przytrafić musiało. Na próżno jednak biedaczka kręciła się 
około  niego,  aby  dobyć  tajemnicę.  Franek  się  zdradzić  nie  chciał.  Pod  pozorem  pilnej  pracy 
zamknął się w swoim pokoiku. 

Zaledwie usiadł za stołem, wpatrując się w obraz, nad którego przyszłością tak dumać lubił, 

gdy do pierwszych drzwi zastukano i Jędrzejowa mrucząc poszła je otworzyć. 

Młody chłopak, który często bywał u jej syna, pokazał się w progu. 
— Jest też Franek, pani dobrodziejko? 
— A jest! gdzie by się zaś miał podziać? 
— To chwała Bogu, bo mam pilny interes. 
— Ale nad robotą. 
— O! I ja też nie dla zabawy przychodzę! — odpowiedział wesoło Młot, którego Jędrzejowa 

dosyć lubiła. 

                                                

*

 Kokular Aleksander (1793–1846) — znany malarz i portrecista. 

*

 Wiesbaden — znana miejscowość kąpielowa  w Niemczech, w księstwie  Hessen–Nassau, dokąd zjeżdżało się 

modne towarzystwo z całej Europy. 

background image

Staruszka, puszczając go, pogroziła mu tylko na nosie. 
— Słuchaj no, ty! — rzekła wstrzymując go. — I ty masz pewnie matkę i ojca? 
— Mam, droga pani! 
—  Nie  szastajcie  wy  się  tak  bardzo  i  nie  rzucajcie,  żeby  was,  a  z  wami  i  mego  Franka, 

Moskale  nie  capnęli.  Macierzyńskie  serce  czuje  i  wie,  przez  skórę  widzi,  co  wy  robicie.  Nie 
darmo już znowu tak się kręcicie tymi dniami. 

— Lepiejże byłoby siedzieć za piecem? — zapytał Młot. 
—  Jeszcze  to  do  tego  daleko  —  szepnęła  Jędrzejowa.  —  Ale  wam  w  głowie  świta…  Ani 

miary, ani ostrożności; ruszacie na oślep, z pieca na łeb. 

— Niech się pani nie boi, Frankowi nic nie będzie. 
— Alboż mi to o niego tylko jednego chodzi? — zawołała kobieta, ocierając łzę z powiek. — 

Albożeście  to  wy  wszyscy  nie  nasze  dzieci?  Każdego  z  was  opłakać  przyjdzie  matkom  i  nie 
matkom. 

Młot poczuł, że mu coś około serca połechtało, ale nie zmiękł. 
— Pani moja — rzekł z cicha — będziemy płakali, gdv będzie czego… a teraz do roboty; łzy 

dla Pana Boga, na ludzi rąk potrzeba. 

— Żebyście się też tymi rękami choć przeżegnali! — zawołała staruszka. 
Ale Młot, nie dosłyszawszy nauki, wbiegł już do izdebki Franka i drzwi się za nim zamknęły, 

a Jędrzejowa sama przeżegnała je z daleka. 

background image

Długich  kilka  miesięcy  ubiegło  od  pierwszych  scen,  któreśmy  skreślili,  i  dzielą  je  od  tych, 

które  dalszą  powieść  naszą  tworzyć  mają.  Czas  ten  upłynął  na  pozór  cicho  i  spokojnie,  nikt 
jednak, prócz rządu, nie łudził się tą cisza pozorna, umysły były poburzone, serca rozkołysane, 
potrzeba stanowczych jakichś kroków nadto widoczna — aby kto jej mógł zaprzeczyć. 

Dzielił  się  wszakże  kraj  na  dwa  obozy,  jednoczące  się  w  pragnieniach,  rozchodzące  w 

pojęciach środków. 

Szlachta i matadory inteligencji, chłodniejsi, średnia klasa zbogaconych chciała — naśladując 

europejski obyczaj, grać w szachy opozycji z Rosją i powolną presją wymóc na  niej ustępstwa, 
które by dały siłę do dalszego — nieokreślonego działania… kiedyś… jakoś — przy pomyślnych 
okolicznościach. 

Panowie  ci,  którym  w  gruncie  brakło  odwagi  i  idei,  chcieli  dojutrkostwem  zastąpić  plan 

roboty i utrzymać się w granicach legalnych — w kraju, w którym prawa nie było żadnego, ani 
takiego, do którego by się mógł odwołać uciśniony, ani poza które nie śmiałby przejść ciemięzca. 

Płytkim  ludziom zawsze najmędrszym się zdaje to, co jest najłatwiejszym. Byli to wszystko 

uczeni,  praktyczni  a  zastygli  mężowie,  po  większej  części  bez  przednich  zębów,  podłysieli, 
trochę otyli i dosyć majętni; dzierżawcy dróg szosowych, urzędnicy, co się niby polskiego serca 
nie wyparli, ale patriotyczne potrzeby chcieli zbyć monetą zdawkową — językiem. 

Komitet  Towarzystwa  Rolniczego  stał  na  czele  tej  wielkiej  większości,  zdawało  mu  się,  że 

potrafi za sobą kraj poprowadzić. 

Obok, a raczej naprzeciw, była gorąca młodzież, rozmarzona, rozgorączkowana, nie wiedząca 

dokąd  idzie,  ale  wierząca  w  cuda,  w  wielkie  cele  ludzkości,  w  braterstwo,  w  jedność,  w  siłę 
dobrej sprawy — za którą dać była gotowa życie. 

I tu także brakło określonego planu; opierał się on  na  mglistych  nadziejach, pokładanych  w 

rewolucjonistach  rosyjskich,  na  zjednaniu  ludu,  na  słabości  wewnętrznej  Rosji,  na  powstaniu 
wreszcie ogólnym, które chciano zrobić szybko, pociągając doń wszystkie klasy narodu. 

W  ciszy  i  tajemnicy  ludzie  maleńcy,  dzieci  i  młodzież  bez  wąsa  rozpoczynała  ten  bój  z 

najstraszniejszym mocarstwem w Europie, a raczej ze trzema naraz. 

Głównie opierano się na rewolucji w Rosji, w rzeczy niemożliwej, gdyż Moskale wiele mówić 

i pisać gotowi, ale do roboty nieskłonni; a taki zawsze dla nich najjaśniejszy pan, jaśniejszy nad 
wszelkie prawo  i swobody. Najliberalniejsi z  nich  nie umieją wyjść  na  linią  z wybitej drogi, a 
spojrzenie na wizerunek najjaśniejszego pana przeraża ich jak wyrzut sumienia. 

Jak  Włoszki,  sprowadzając  do  pokoju  kochanka,  zakrywają  obraz  Madonny,  oni  by  gotowi 

portret cesarski zasłonić, gdy czytają „Kołokoła” lub przekradzione pamiętniki Hercena

*

. Car nie 

jest  już  może  dla  nich  tym  panem  bogiem  młodszym,  jakim  niegdyś  bywał,  ale  pozostał 
przesądem. Nie czczą go już jak bóstwo, ale się go jeszcze lękają jak szatana. 

W  ciągu  kilku  tych  miesięcy  parę  razy  powtórzyły  się  śmielsze  manifestacje  i  rozpoczęły 

ukazywać biedne, nieśmiałe druki pokątne, na szarym papierze, odbijane szczotkami. Pierwsza i 
największa  z  nich,  przygotowana  przez  młodzież,  odbyła  się  w  rocznicę  dnia  29  listopada  na 

                                                

*

  Hercen  Aleksander  (1812–1870)  —  znany  rewolucyjny  demokrata  rosyjski,  wybitny  publicysta  i  literat. 

Przebywał na emigracji w Londynie i wydawał tam pismo „Kolokoł” („Dzwon”), przenosząc później jego redakcję 
do  Genewy.  Pismo  to  docierało  nielegalnymi  drogami  do  Rosji,  gdzie  było  rozchwytywane.  Czytał  je  nawet  car. 
Kraszewski  nie  godził  się z rewolucyjnymi  poglądami  Hercena,  ale  zarówno  w  Rachunkach,  jak  i  w  czasopiśmie 
„Tydzień” wyrażał się o nim z głębokim szacunkiem, a nawet serdecznością. Pamiętać trzeba, że Hercen należał do 
wypróbowanych przyjaciół Polski. W październiku 1862 odwiedzili go w Londynie dwaj przedstawiciele Komitetu 
Centralnego,  Zygmunt  Padlewski  i  Agaton  Giller,  aby  nawiązać  kontakt  z  rewolucyjnymi  kołami  rosyjskimi.  W 
grudniu  1862  stanął  układ  z  organizacją  Ziemia  i  Wola  o  wspólnej  walce  przeciw  caratowi,  przy  czym  strona 
rosyjska domagała się opóźnienia terminu wybuchu powstania ze względu na słabe przygotowanie do walki. 

background image

Lesznie,  w  ulicy  przed  obrazem  Matki  Boskiej.  Lud  przybył  tu  tłumnie  wieczorem,  pokląkł  i 
zaśpiewał pieśń patriotyczną głośno, po raz pierwszy od lat trzydziestu. Dźwięki jej rozległy się i 
odbiły od zdumionych uszu tysiąców. 

Tłum  mimo  błota  i  chłodu  był  ogromny;  ścisk  luda,  szczególnie  kobiet,  nadspodziewany, 

wrażenie  tego  wieczora  potężne,  elektryzujące…  Wszyscy  powrócili  do  domów  przejęci, 
rozżarzeni, spłakani, ale z uczuciem zwycięskim. W czasie tego nabożeństwa rozdawano między 
przytomnych  wizerunek  Kilińskiego,  modlitewki,  ewangelią  listopadową

*

;  policja  i  żandarmi 

stali osłupieni, patrzyli, nie wiedzieli, co począć. 

Franek, Anna, nawet stara Jędrzejowa byli tego wieczora na Lesznie. Franek przysposabiał  i 

kolorował obrazki szewca–bohatera, stara je rozdawała z innymi; ona też pierwsza zanuciła pieśń 
zakazaną

*

, zrazu nieśmiało, ale gdy ją poparły tysiące ust i piersi, rozległa się głośno i wycisnęła 

łez potoki. 

Od  tego  dnia,  który  dawał  jakąś  otuchę,  bo  przeszedł  prawie  bez  aresztowań  i  dośledzań, 

Franek poczuł za sobą jakieś niewidzialne oko, które śledziło każdy krok jego. Spotykał często 
jedne twarze w różnych miejscach, zaglądające mu w oczy, jakby najtajniejszą myśl z głębi jego 
dobyć  chciały;  dowiadywał  się  przypadkowo,  że  od  różnych  osób  wypytywano  o  niego 
troskliwie. 

Do mieszkania Jędrzejowej zjawiali się nieznani ludzie pod różnymi pozorami, usiłując jakąś 

podejrzaną  zawiązać  rozmowę.  Nieostrożna,  ale  instynktowo  przeczuwająca  szpiega  stara,  jak 
wszyscy warszawianie — odprawiała tych nieproszonych gości ledwie nie ożogiem. 

Franek, z dnia na dzień coraz czynniejszy, mało w domu siadywał. 
Zbliżający  się  luty,  na  który  zwołane  być  miało  zgromadzenie  ogólne  Towarzystwa 

Rolniczego,  dawał  do  myślenia  rządowi,  a  młodzież  napędzał  do  czynnego  wystąpienia  — 
postanowiono  korzystać  z  tego  zjazdu  i  wciągnąć  szlachtę  w  żywą  opozycja,  w  udział  w 
manifestacjach,  na  ostatek  w  ważne  dla  sprawy  postanowienie  uroczyste  nadania  własności 
wieśniakom. 

Od tego jeszcze się  nieśmiało  broniła  szlachta, nie zaprzeczała ona  możliwości, ale wątpiła, 

czy pora nadeszła, pragnęła iść systematycznie, stopniami; uczeni ekonomiści komitetowi różne 
piękne opracowywali i czytali rozprawy, dowodzące, że rzecz takiej wagi musi być niezmiernie 
obrachowaną, aby dobre przyniosła owoce i cel. 

Po cichu nie bardzo sobie życzono ofiary, odkładając ją ad feliciora

*

, ale głośno oświadczano 

się ze wszelką do niej gotowością. 

Jakkolwiek  wielkie  i  niezaprzeczone  są  zasługi  Towarzystwa  Rolniczego,  rola  jego  już 

naówczas była skończoną — do żywszego działania nie miało ono ani ochoty, ani siły, trzeba je 
było już ciągnąć i popychać. Stało w opozycji z narodem — członkowie milcząc przy ludziach, 
między sobą narzekali na agitacją, obawiali się jej. Winić ich za to nie można, byli przekonani, że 
radzą najlepiej, poczynali sobie wedle sumienia. 

Z niecierpliwością oczekiwano zebrania ogólnego, które i rząd, i samo Towarzystwo chciało 

odbyć  szybko,  obietnicami  zbywając  naciskających  o  wystąpienie  stanowcze.  Sądzono,  że 

                                                

*

  ewangelia  listopadowa  —  Opis  manifestacji  na  Lesznie  jest  zgodny  z  przekazami  historycznymi.  Trudno  się 

jednak domyślić, o co autorowi chodziło, kiedy pisał o rozdawaniu „ewangelii listopadowej”. 

*

  pieśń  zakazana  —  to  Boże  coś  Polskę…  z  nowym  refrenem:  „Ojczyznę,  wolność  racz  nam  wrócić,  Panie”. 

Alojzy Feliński napisał bowiem w roku 1816 powyższą pieśń jako hymn lojalistyczny na cześć cara Aleksandra 1, 
króla polskiego, z refrenem: „Naszego króla zachowaj nam, Panie”. Pieśń Boże coś Polskę… zaintonował w czasie 
owej  manifestacji  uczeń  Szkoły  Sztuk  Pięknych  Karol  Nowakowski.  Młodzież  śpiewała  też  Jeszcze  Polska  nie 
zginęła.
 

*

 ad feliciora (domyślne) tempora (łac.) — do szczęśliwszych czasów, do pomyślniejszej okazji. 

background image

ostrożność  zapobieży  wszelkiemu  wybuchowi,  od  którego  strzeżono,  biegając  i  zastraszając 
zawczasu okropnymi ostatecznościami:  skasowaniem Towarzystwa, które w istocie  już było  na 
śmierć samo przez siebie skazane. 

Rząd jeszcze się go obawiał, bo czuł, że komitet, wybrany większością, mógł w danym razie 

stanowić  jakąś  narodową  władzę;  bojaźliwi  nawet  członkowie  jego,  po  cichu,  przy  drzwiach 
zamkniętych, rozdawali między siebie ministeria, pewni, że przy szczęśliwym rzeczy obrocie oni 
ich byli najbliżsi — komitet sądził się jeszcze bardzo silnym i myślał, że przedstawia kraj. 

Ale  przedstawiał  tylko  siłę  ostrożną  bezwładnego  oporu;  serce  narodu  biło  żywiej  w  samej 

stolicy i jej mieszkańcach. Lekceważono sobie tę tak nazwaną garść Czerwonych i ulicę. 

Przez  to  półrocze  w  położeniu  Franka  i  znajomych  nam  osób  nic  się  prawie  nie  zmieniło; 

zyskał tylko  młody  człowiek wolny  wstęp do domu profesora, który sprawą ogólną  mocno się 
zajmował; był ciekawy, a od Franka zawsze się czegoś mógł dowiedzieć, choćby takiego, o czym 
już wprzódy wszyscy wiedzieli. 

Edward  przychodził  także,  ale  zawsze  zachowawczej  pilnując  drogi,  obrzydł  Czapińskiemu 

swym  pożyczanym  rozumem.  Mieli  wówczas  wszyscy  biuraliści  Towarzystwa  jedne  głowę, 
której  gotowe  aksjomata

*

  karmiły  wielką  ciżbę,  jak  ów  chleb  na  puszczy  —  dzielili  się  nimi 

wszyscy. 

Nie  mówimy  już  o  Annie,  która  z  eleganta  śmiała  się  grzecznie,  ale  w  sposób  drażniący 

prawie. 

Powinno go to było odstręczyć; stało się wcale inaczej. Edward, niezmiernie zdziwiony, że nie 

potrafił ująć prostego dziewczęcia, że ani postacią, ani rozumem, ani wyższością swą nie umiał 
olśnić Anny, uparł się przy niemożliwym zadaniu; powiedział sobie, że ją rozkocha, i dążył do 
tego chwalebnego celu z pomocą fryzjera, krawca, perfum i rękawiczek ciasnych. Oblężnicze te 
narzędzia  rozbijały  się  o  granitowe  serce  Anny,  która  się  uśmiechała,  spoglądając  nań,  i 
nielitościwe z niego stroiła żarty. 

Edward widział w nich zaród przyszłej namiętności, jakąś formę jej nową i wielce misterną. 

— Głupota niczym się nie zraża. 

Między  Frankiem  a  nią  miłość  przechodziła  wszystkie  te  stadia  znane  i  zbadane,  jakie  w 

młodych,  świeżych  sercach  przebywać  zwykła;  poważniejszą  tylko  była  niż  pospolite 
namiętności młodzieńcze. Oboje pewni siebie, spokojni o przyszłość, doznawali tego szczęścia, 
jakie  daje  przywiązanie  czyste,  co  z  namiętności  ledwie  zaznało  gorączkę  pocałunku,  a  nie 
skosztowało w marzeniu nawet piekielnych rozkoszy, które wiekuiste rodzą pragnienia. 

Codziennie prawie spotykali się w ogrodzie, na ulicy. Czasem Franek przybiegł do profesora, 

czasem (udając, że go szuka, choć wiedział, że go nie znajdzie) znajdował Annę samą. Naówczas 
splotły  się  drżące  ich  ręce,  zwiesiły  głowy  na  ramiona  i  w  tęsknym  marzeniu  przeżyli  chwilę 
niepostrzeżoną. Ale Anna nie dozwoliła Frankowi usiąść nawet przy sobie, bo chciała pozostać 
godną i jego, i siebie; bo się jego i własnego serca lękała. 

Franek też coraz mniej miał czasu, należąc do wszystkich narad, przygotowań i potajemnych a 

niebezpiecznych robót. Miała też w nich i Anna swój wydział: była często posłannikiem, czasem 
apostołem;  krzątała  się  w  kółku,  które  jej  zakreślono.  Oboje  serdecznie  się  jednoczyli  we 
wstręcie do Edwarda, który Frankowi płacił równą monetą. 

Wieczorem dnia 23 lutego u Jędrzejowej drzwi były na klucz zamknięte, stara lampa i świec 

para  paliły  się  na  stoliku,  cisza  głucha  panowała  w  obu  pokoikach,  a  kilka  osób  mocno  było 
zajętych jakąś dziwną pracą. 

                                                

*

 aksjomat (z gr.) — pewnik, prawda przyjmowana bez dowodu i dyskusji. 

background image

Od dawna już chodziły głuche wieści o jakiejś manifestacji na Starym Mieście; rząd czy o niej 

wiedział, czy nie, nie zdawał się żadnych kroków przedsiębrać, aby jej zapobiec. Wielu zresztą 
nie wierzyło, by do skutku przyjść mogła; inni znajdowali, że już tego dosyć, że to do niczego nie 
służyło. 

Narady  Towarzystwa  odbywały  się  z  gorączkowym  pośpiechem,  zjazd  był  liczny;  ale 

sterujący,  którym  szło  o  życie  komitetu  (bo  komitet  był  u  nich  na  pierwszym  względzie), 
wywijali  się,  jak  mogli,  od  wszystkiego,  co  narażać  ich  mogło.  Czuli  oni,  że  miasto  drży  z 
niecierpliwości;  że  ziemia  trzęsie  się  pod  ich  stopami;  ale  niezmierną  zręcznością  chcieli  się 
wywinąć z niebezpieczeństwa i wszelkie śmielsze projekta odkładali na jutro… jutro myśląc się 
po kryjomu rozjechać. Tak wielki dyplomata, komitet Towarzystwa, postanowił i napędzał już do 
zamknięcia zgromadzenia. 

Projektowano jakiś adres i uchylono myśl jego; chciano się od wszystkiego wykręcić… byle 

żyć, byle żyć! 

Miasto  rozumiało  to  dobrze;  gotowało  się  więc  na  taką  manifestacją,  która  by  zmusiła 

zgromadzenie  do  bardziej  stanowczego  wystąpienia.  Nie  ma  wątpliwości,  że  część  znaczna 
byłaby się dała ująć wrażeniem, zapałem, okrzykiem. 

Rachowano  na  to  z  jednej,  drżano  z  drugiej  strony  i  pędzono  obrady  do  końca;  usiłowano 

wreszcie  czymś  zaspokoić  pragnienia  i  obmyślano  (choć  przeciwko  woli  wielu)  wykup

*

 

czynszów — szczyt tego, na co się mógł zdobyć komitet, jego non plus ultra

*

Tymczasem w ciszy, po kątach pracowała młodzież; a i u Jędrzejowej nie próżnowano. 
Drzwi  były  starannie  zaryglowane,  na  dole  stały  pilne  straże,  dwie  niepozorne  figurki 

świszczących  uliczników  patrolowały  z  daleka,  a  przy  stole  u  lampy  szyto  chorągiewki  o 
barwach  narodowych,  przysposabiano  ubogie  proporczyki.  Franek  na  nich  przepróchem

*

 

malował orzełki polskie i Pogonie, a było tego dużo potrzeba. 

Jędrzejowa to strach o syna, to zapał religijno–polityczny ogarniał; na przemiany toczyły się z 

jej oczów łzy boleści i nadziei; jak Abraham

*

 gotową była do ofiary, ale ręka jej drżała. 

Około  tego  tajemniczego  dzieła  chorągiewek,  które  do  pozajutrza  musiało  się  ukrywać, 

niezbyt dobierano pomocników; dwie służące, para kobiet ze Starego Miasta, jeden czeladnik od 
stolarza, przywołani pomagali ochotnie. Nie obawiano się wcale, aby  się nie wygadali; bo gdzie 
szło o sprawę kraju, tam i najsłabszy milczeć umiał. 

Franek chwilami rzucał robotę, chodząc chmurny, smutny i zamyślony. 
Młot,  który  gorąco  i  wesoło  kierował  zajęciem  około  chorągiewek,  widząc  przyjaciela 

niespokojnym, wyprowadził go z sobą do drugiej izdebki. 

— Co ci to jest? — zapytał cicho. 
— Nic… myślę o pozajutrze. Mój Boże! A nuż z tej naszej roboty krew się potoczy? Nuż z 

przyczyny naszej ludzie poginą?… Ciężko to mieć na sumieniu! 

— A myż nie stawim życia naszego? — zapytał Młot. 

                                                

*

  wykup  —  Chodzi  o  tzw.  wykup  czynszów,  czyli  zapłatę  przez  chłopa  (a  nie  przez  rząd)  wynagrodzenia  dla 

szlachty za zniesioną pańszczyznę. Gwarantować terminową spłatę rat wykupu czynszów miały specjalnie zakładane 
spółki wiejskie, solidarnie odpowiedzialne za dotrzymanie spłat. 

*

 non plus ultra (łac.) — dosłownie: nic nadto. Tu w znaczeniu maksimum ustępstw dla sprawy uwłaszczenia ze 

strony Komitetu Towarzystwa Rolniczego. 

*

  przepróch —  wzór na papierze  lub  tekturze,  powycinanej  lub  ponakłuwanej  według  odpowiedniego  rysunku. 

Częściej używają go malarze pokojowi, nazywając taki papier z deseniem patronem. 

*

 Abraham — patriarcha żydowski, miał złożyć na ofiarę Bogu swego syna Izaaka (Stary Testament). Podobnie 

Jędrzejowa gotowa była złożyć na ołtarzu ojczyzny swego jedynego syna. 

background image

— Tak, my je dajemy dobrowolnie; ale ci, których zachwycą… co padną niespodzianie… te 

ofiary, ta krew!! 

— Naprzód  — rzekł  Młot  — nie spodziewam  się, żeby aż do tego przyjść  mogło. Moskale 

chcieliby ten ruch w Polsce ukryć przed światem, a krwią by go rozgłosili sami; po wtóre, gdy się 
idzie,  gdzie  drwa  rąbią,  trzeba  się  na  padające  trzaski  przygotować.  Mlekiem  i  śmietanką 
ojczyzny nie odkupimy, to darmo! 

— Ale to boli! — westchnął Franek, w którym odzywała się łagodniejsza natura artysty. 
— Nic w świecie  nie rodzi się  bez  boleści  — przerwał Młot.  — Nie odbieraj drugim serca, 

jeżeli sam chcesz się cofnąć! 

Franek spłonął cały, porwał się, obnażył piersi, poszarpawszy suknie, i zawołał gwałtownie: 
— Cóż u kata! Ty nawet nie rozumiesz mnie chyba!… Weźmij życie, bo nie o moje tu chodzi! 
—  Jesteś  taki  baba  —  zakończył  Młot,  ściskając  go  serdecznie.  —  Przyjacielu!  Gdybyś 

chodził na medycynę, a nazwyczaił się widzieć krajanie mięsa, wylewanie krwi i trupy, nie tyle 
by ci to na nerwy działało. Ja ci się przyznam, że jeśli Moskali kupkę diabli wezmą, choćby nas 
też padło kilku, nie będzie mi za drogo. Te bestyje tak już nosy drą, a tak są siebie pewni, że aż 
chętka bierze trochę im przytrzeć rogów, tym bydlętom. Popatrz na tę dzicz brodatą, latającą po 
ulicach  Warszawy;  na  barbarzyństwo,  z  jakim  ten  lud  poczciwy  roztrącają  i  tłuką;  na  tych 
starców,  których  tratują  rozpędzone  powozy;  na  palące  się  ognie  nocne,  od  których  Zygmunt 
poczerniał

*

;  na  ich patrole tatarskie;  na  nasze upokorzenie  codzienne,  nieustanne, dławiące…  i 

powiedz mi, czy dłużej wytrwać można? Panowanie Moskali to coś takiego jak tratowanie dzika. 
Polec od człowieka, to nic jeszcze; być stratowanym przez bydlę… Okropnie! Boli cię, że padnie 
nas  może  kilku  —  mówił  dalej  Młot  —  a  iluż  zgniło  w  kazematach?  zmarzło  na  Sybirze, 
wyzionęło  duszę  pod  rózgami,  rozstrzelano  na  rozstajach  z  zajadłością  i  szyderstwem 
szatańskim;  ile  ofiar  pochłonęły  ciemność  i  milczenie,  Abramowicze

*

,  Lejchtowie  i  cała  ta 

psiarnia  pańska!  Nie  lepiejże  zginąć,  mordując  i  broniąc  się  w  jednej  chwili,  niż  męczyć  się  i 
służyć im za codzienne pośmiewisko ? 

— Dość! Dość! — przerwał Franek. — Jak powiada Czapiński: alea iacta est

*

, ale ty wiesz: w 

przeddzień największej ofiary Chrystus Pan oblewał się potem krwawym i płakał, dusza wzdryga 
się i broni, żegnając może z ziemską nadzieją! 

—  A!  zapomniałem!  Ty  się  kochasz!  Ot  i  cała  tajemnica  ślamazarności!  —  dodał  Młot.  — 

Przepraszam. 

— A wieszże ty, jak ja się kocham ? — odparł z pewną dumą Franek. — Myśmy od dawna 

oboje pożegnali szczęście marzone. 

Ona  przyrzekła  mi  przychodzić  na  mój  grób,  jeżeli  mogiłę  mieć  będę,  a  za  mąż  nie  wyjść 

nigdy  lub za  mną powlec się na Sybir…  lub polec obok mnie,  jeśli  będzie  można… Ty  jej nie 
znasz, to serce złote! To dusza polska! Ja jej przyrzekłem skonać z jej imieniem na ustach. Oto 
śluby nasze… Ale biedna matka moja, ona chyba tego nie przeżyje. 

— Dlaczegóż, u kaduka, robisz się zawczasu męczennikiem? — przerwał Młot. — Słuchaj, i 

ja  mam ojca,  mam  matkę, świętą  i zacną, a kochającą  mnie, no… tak jak się kocha najmłodsze 

                                                

*

 Zygmunt — Kolumna Zygmunta III stoi u wylotu Krakowskiego Przedmieścia. Carskie wojska biwakowały w 

pobliżu kolumny na placu Zamkowym, paląc ognie, od których miała ona poczernieć. 

*

 Abramowicz — Rosyjski generał Abramowicz, były oberpolicmajster, zajmował stanowisko dyrektora teatrów 

warszawskich. 

*

  alea  iacta  est  (łac.)  —  „Kości  zostały  rzucone”.  Słowa  te  wypowiedział  w  r.  49  p.n.e.  Juliusz  Cezar, 

przekraczając rzekę Rubikon, aby rozpocząć walkę przeciw Pompejuszowi. Powyższego zwrotu używa się odtąd na 
określenie nieodwracalnych decyzji w sprawach wielkiej wagi. 

background image

dziecię, to dosyć powiedzieć… i ja też kocham może gdzie jakiego koczkodanika, ale na hasło: 
„Ojczyzna!” żołnierz, staję w szeregu i idę, choć wiem, choć czuję, choć pewien jestem, że zginę. 

Ścisnęli się za ręce. 
— Wiesz — odparł ciszej Franek — i ja tego jestem pewny; są przeczucia, które nie mylą. 
—  A  zatem  nie  ma  już  co  i  gadać!  —  zawołał  Młot,  uśmiechając  się.  —  Chodźmy 

chorągiewki rychtować, a wesoło! a raźnie; zajdźmy jak poczciwe słońce w różowych obłokach! 

Dwunasta  biła  na  zegarach,  gdy  po  cichu  garstka  ta,  skończywszy  robotę,  rozpłynęła  się 

nieznacznie w różne strony Starego Miasta. 

 
Wieczór  był  pochmurny  i  mglisty,  lampy  oświecały  blado  ledwie  najbliższe  przedmioty;  o 

mroku  w  oknach  Pałacu  Namiestnikowskiego

*

  zajaśniało  pierwsze  piętro  —  sale,  w  których 

zasiadało Towarzystwo Rolnicze, spiesznie pragnące ukończyć swe narady. 

W  mieście  panował  jakiś  ruch  niezwyczajny,  choć  na  pozór  nadzwyczajnego  się  nic  nie 

działo;  na  ulicach  przechodnie  podawali  sobie  na  ucho  jakby  hasło  tajemnicze:  „Na  Stare 
Miasto!”  Ze  wszystkich  stron  ciasnymi  uliczkami  płynął  lud,  szczególniej  młodzież,  czeladź, 
kobiety, ku ulicy Św. Jana i Długiej, pod kościół popauliński. 

Ale  w  miarę  jak  tu  kupiły  się  tłumy,  stojące  spokojnie  w  jakimś  niemym  oczekiwaniu,  i 

rosyjskie  straże,  policja,  żandarmi  poczęli  się  budzić,  zaglądać,  przeciskać.  Tu  i  ówdzie 
przelatywał  konny  posłaniec…  zabiegały  kupki  żołnierzy…  nie  mogące  się  przecisnąć  przez 
skupiony lud… nie śmiejąc jeszcze nań się rzucić. 

Chwilę  jakoś  w  milczeniu  oglądano  się,  szeptano,  czekano…  A  wśród  tych  mas  zbitych 

przerzyna!  się  ktoś  młodszy,  jakby  z  rozkazem,  zdyszany,  rozgorączkowany,  i  przed  nim 
ustępowali  się  wszyscy.  W  oknach  wszystkich  piętr  Starego  Miasta,  wysokich  jego  starych 
kamieniczek, świeciły wszędzie pozapalane światła, pełno było głów naciśniętych, ciekawych. 

Tłum był tak gęsty, że zdaje się rzucona z góry szpilka na bruk by nie padła, przytomni coraz 

się czuli cieśniej, ruszyć się nie było można, a ciżba powiększała co chwila. 

Nagle  od  strony  popaulińskiego  kościoła  ukazały  się  pochodnie,  usłyszano  gwar  i  okrzyki; 

mnóstwo chorągiewek z orzełkami, z Pogonią, niektóre tylko z barwami narodowymi, drobnych, 
wykradzionych  czujności  moskiewskiej,  mignęły  ponad  głowami,  parę  większych  przodowało; 
biały  polski  ptak  swobody  i  wesela,  waleczna  Pogoń  Litwinów,  gdy  powiały  nad  tłumy,  z 
wszystkich  ust  odezwał  się  radosny,  nieopisanego  szczęścia  jakoby  okrzyk  wróżby.  I  do  szału 
tego  niejedna  łza,  niejeden  płacz  się  wmieszał.  Środkiem  gęstych  zastępów  szli  ludzie  niosący 
pochodnie,  chorągiewki,  chorągwie,  przez  Stare  Miasto  garnąc  za  sobą  zgromadzone  tłumy, 
zdawali się chcieć z nimi razem zmierzać na plac przedzamkowy. Coś tchnęło jednocześnie na 
wszystkich myślą: 

— Pod Pałac Namiestnikowski, do braci szlachty! 
— Tak, z tym Orłem i Pogonią, aby przypomnieć im, czyimi są synami! 
Ale zaledwie od paulińskiego kościoła poruszył się pochód ów ku Rynkowi Starego Miasta, 

gdy zewsząd ujrzano obstępujące tłumy żandarmów. Jedni zajmowali drogi, drudzy na koniach w 
bród przez to morze niewiast, dzieci  i starców kopnęli się  bić, płazować, rozpraszać. W chwili 
jednej powstała wrzawa, krzyk, zamieszanie niesłychane… masa ludzi bezbronnych zalewała tę 
garść żołdaków, migających dobytymi szablami i próżno chcących sobie utorować drogę. 

                                                

*

  pałac  namiestnikowski  —  dzisiaj  gmach  Prezydium  Rady  Ministrów  przy  Krakowskim  Przedmieściu. 

Kraszewski  opisuje  następnie  manifestację  patriotyczną,  która  miała  miejsce  w  dniu  25  lutego  1861,  w  rocznicę 
bitwy pod Grochowem podczas powstania listopadowego. 

background image

W  dali  głos  jakiegoś  starszego,  przekleństwa  zbirów,  krzyki  niewiast,  śpiewy  niedogasłe 

młodzieży,  która  rozpoczęła  pieśń,  szczęk  wybijanych  okien,  brzęki  szabel,  które  siekły  i 
mordowały, zlały się w gwar straszliwy i dziki. 

Oku  też  wśród  tej  ludzkiej  fali,  miotanej  w  różne  strony,  trudno  było  coś  wyraźniejszego 

dopatrzeć. Dobywał się na wierzch żandarm, to znowu widać było ręce, co go z konia ściągały, 
pochodnie straszyły konie, z góry domów rzucać zaczęto kamieniami, garnkami, czym kto miał; 
wyleciało kilka krzeseł, słychać było trzaskające drzwi domów i powolnie wszystkimi ścieżkami, 
podwórkami,  drożynami  tajemnymi  rozpływający  się  tłum.  Zażartsi  tylko,  z  gołymi  rękami,  w 
ciemnościach walczyli jeszcze z tłuszczą, która opasywała rynek i starała się go oczyścić. 

Trwało to wszystko niedługo, ale obraz był przerażający… głuche jęki z jednej, przekleństwa 

z drugiej strony; policja usiłująca chwytać, żandarmi miotający się na wszelkie strony… na bruku 
niedogasłe ułamki dymiących pochodni, połamane chorągiewki… kilku ludzi stratowanych, kilka 
kobiet rannych, kamienie, skorupy, polana. 

Za ludem, który cudem zniknął uliczkami, bramami, drzwiami i oknami w szczelinach Starego 

Miasta… jakby gwar groźby i przekleństw głucho się rozległ w powietrzu. 

Jeszcze chwila, a Moskale pozostali sami, plądrując po domach, wciskając się na podwórza, 

szturmując  do  bram  i  szukając  sprawców  nie  pochwyconych  tej  manifestacji  pierwszej,  ale 
groźnej, bo popartej tysiącem (która byłaby się wylała na miasto, gdyby nie barbarzyński napad 
wojska, co zgniótł ją i rozproszył, a właściwiej tylko rozpędził nieustraszoną). 

Widocznym  było,  że  sprawa  została  poczęta,  ale  bynajmniej  za  wygraną  ze  strony  Moskali 

uważać się nie mogła; lud odszedł groźny, a ci, co plac otrzymali, po raz pierwszy poczuli, że nie 
uda się im bezkarnie lud ten upokorzony deptać. 

Szable pobroczyły się krwią bezbronnych, ale na czołach wojowników tych, co siekli kobiety i 

dzieci,  pozostały  ślady  wściekłej  rozpaczy  słabych.  Zgniecione  kaski,  potłuczone  konie, 
poszczerbione  szable,  poopalane  twarze  pochodniami,  pogruchotane  kamieniami  i  sprzętami 
ramiona świadczyły, że niewolnicy wstrzęśli nareszcie kajdanami. 

Głucha  cisza  panowała  na  Rynku  Starego  Miasta;  gdzieniegdzie  przestraszona  policja 

próbowała jeszcze dobijać się do drzwi, bez czapek służalcy czerwonokołnierzowi, poodzierane 
żołdactwo, które niby czegoś szukało… Czasem z góry, nie wiedzieć skąd, przelatywał ponad ich 
głowy  śmiech  szyderski,  ale  gdy  podnieśli  oczy,  spostrzegali  okna  ciemne  i  milczące  tylko 
ściany. 

Na placu boju starszyzna gorączkowo rozpowiadała sobie tryumfy. 
W  reszcie  miasta  po  chwilowym  drgnieniu  (bo  na  okrzyk  boju,  co  żyło,  poczęło  lecieć  na 

Stare  Miasto)  panowała  cisza  grobowa…  przymusowa.  Z  Pałacu  Namiestnikowskiego 
rozchodziła  się  szybko  szlachta,  przerażona,  ciekawa,  uchodząc  do  mieszkań.  Spotykający  się 
szeptali  sobie  na  ucho  wiadomość  o  napadzie  żołdactwa  na  tłum…,  ulicami  ciągnęły  postacie 
czarne, to zbijające się w kupki, to rozsypujące w szeregi pojedynczo; pełno wojska wszędzie… 
patroli,  oddziały  całe  jedne  na  placu  Zamkowym,  drugie  przy  pałacu  namiestnika,  na  Saskim 
placu… 

Ale cicho… Wszystko zbiegło po domach gwarzyć o wypadku. 
U Jędrzejowej drzwi zamknięte, światło pogaszone; w pierwszej izbie jak w grobie, w drugiej 

na łóżku Franek, krew koło niego… matka we łzach, służąca i jeden towarzysz z rozciętą twarzą. 

Dwóch rannych, a najgorzej ranne serce matki, bo się obawiać musi, aby nie zastukał kto do 

drzwi,  aby  nie  znaleziono  Franka,  którego  rana  jest  dowodem  winy.  Zatamowano  krew,  ale  po 
doktora  posłać  niepodobna,  byłoby  to  się  wydać…  żandarmi  u  drzwi,  policja  krąży  i  szuka 
winnych… Winni to właśnie ci, co ucierpieli, innych im dowodów nie trzeba. Rząd musi mieć 
sprawców: bądź co bądź! 

background image

Jędrzejowa  na przemiany to leci do obrazu Matki Boskiej, klęka  i  modli  się, to powraca do 

syna i całuje jego rękę obwiniętą prześcieradłami. 

Franek  blady,  lecz  ani  syknął  z  bólu…  dla  matki…  uśmiecha  się,  łza  tylko  kręci  się  na 

powiekach; ta ręka, to ręka prawa, a czuje, że nią już władać nie będzie  — głęboko przeciął ją 
pałasz żołnierza. 

Młot, cięty w głowę, podeptany końmi, z rozczochranymi włosami, choć mu się krew leje po 

policzkach  i  ścieka  po  szyi,  milczy,  zaciął  usta,  a  oczy  ogniem  mu  płoną…  drży  jeszcze  nie 
dokończoną walką. Obwinął ręcznikiem skroń i ani myśli o sobie, duma… 

— Dużo, dużo pognietli… a co kobiet! Co dzieci! 
— Widziałem kobietę z ręką odciętą… 
—  Widziałam,  panuniu,  staruszka,  którego  siwe  włosy  tarzały  się  po  kamieniach;  jęczał, 

prosząc litości, koń żandarmski gniótł mu piersi. 

— Na miły Bóg, po co to przypominacie! — zawołała łamiąc ręce Jędrzejowa. — Dosyć tego, 

co oczy widziały, czego nie zapomni serce nigdy… O, zwierzęta dzikie! Konie iść nie chciały na 
ludzi,  a  oni  siekli  pałaszami  bezbronnych!  Alem  miała  też  pociechę,  żem  garnek  z  ukropem 
cisnęła na łeb psu jakiemuś, widziałam, jak się pochwycił za głowę i zsunął z konia. 

— Aj! Panuniu, cicho! — przerwała służąca. — Ano, paniczowi to jeszcze gorzej słuchać. 
— Ano, mnie wyzywacie… Cichoż już, cicho! 
— Spójrzcie no przez okno, jest tam co straży? Czyby nie można, żeby dziewczyna wybiegła 

po doktora? Albo już choć po cyrulika? 

— Cyrulik w drugiej kamienicy. 
— Ale za drzwi się wychylić niepodobna. 
— Nie — do jutra przecie nic się mi nie stanie, a krew zatamowana. 
Kłamał Franek, bo przez kilkoro prześcieradeł czerwone plamy już przeszły i powoli spadały z 

nich krople na podłogę, ale musiał uspokajać matkę. 

Ktoś wyjrzał oknem; patrole, milczące jak posągi, na koniach stały wszędzie, jakieś postacie 

czarne snuły się w ciszy pod domami. Stare Miasto było widocznie pod strażą jeszcze, nikt się na 
ulicę nie ważył wyjść. 

—  Zresztą  jam  i  cyrulika  niepewna  —  odezwała  się  Jędrzejowa  —  wiem,  że  chodzi  golić 

jenerała jakiegoś… Może zmoskalał! 

— Gdzie zaś — przerwała dziewczyna. — Samam słyszała jak mówił, że ile razy mu się do 

brody z brzytwą przybiera, aż mu ręka drży, tak się chce go płatnąć. 

— A co, krew? — spytała matka. — Tyś bardzo blady!… 
—  Nie!  nie!  Zwyczajnie  zmęczony  jestem,  napiłbym  się  wody  —  rzekł  Franek,  dobywając 

głosu z piersi. 

—  Słuchajcie  no!  —  zawołał  Młot  po  rozmyśle.  —  To  tam  zgniecenie  nogi  to  nic;  a  to 

płatnięcie w skroń to mała rzecz, tylko bardzo widoczna. Gdybyście mi dali w co się przebrać?… 
Franek tak nie opatrzony do rana zostać nie może; z was żadne nic nie poradzi… Ja bym tu tak 
doktora przysłał, że żywa dusza by nie postrzegła… Znam jednego poczciwego, co nosi mundur 
moskiewski; powie im, że tu mieszka. Ale sęk, że i mnie się w ręce policji z tą szramą dostać nie 
chce. 

— Daj już pokój! Siedź, siedź do rana… nic nie poradzim! — szepnęła smutnie Jędrzejowa. 
— Gdybyś mnie jejmość posłuchała! — przerwał Młot. — Ja wszystko ślicznie zrobię, tylko 

kapelusz jejmościn licho weźmie. 

— Mój?… A to jak? 

background image

— Muszę się przebrać po kobiecemu, to mnie przecie przepuszczą; wąsów, chwała Bogu, nie 

mam jeszcze. Dajcież mi byle jaką spódnicę z przeproszeniem, chustkę, salopę

*

, a nade wszystko 

kapelusz. 

Jędrzejowa skoczyła uradowana. 
— I ty byś to zrobił? — spytała, całując go w zakrwawioną głowę. 
—  Nie  zrobiłbym,  ale  zrobię,  moja  jejmość,  i  to  póki  jeszcze  gorączki  trocha  jest  i  złości 

wyniesionej z boju; bo znam moje naturę, że potem siły mnie odbiegną. A — dodał na ucho — i 
krwi mam pełne buty, i noga puchnie. 

Starej łzy się puściły jak groch z oczów i odepchnęła go powoli. 
— Nie, nie! To by było okrucieństwo!… A nuż pochwycą? To być nie może! Nie pójdziesz! 
Ale  wtem  spojrzała  na  syna  i  postrzegła,  że  twarz  jego  coraz  stawała  się  bledszą,  a  na 

podłodze  kałużka  krwi  zgęsłej  przekonywała  o  niebezpieczeństwie,  bo  się  coraz  zwiększała. 
Chłopak trzymał się siłą duszy całą, ale co chwila mgliste jakieś mroki i białe płatki przesuwały 
mu się przed oczyma, sen gorączkowy go ogarniał. 

Młot znikł,  skinąwszy  na służącą. Postrzegł  i on, że było pilno potrzeba ratunku; pochwycił 

pierwsze suknie kobiece, jakie znalazł; śmiejąc się, ale drżący je przywdział, a gdy się przejrzał 
w  zwierciedle,  sam  się  sobie  zadziwił…  tak  był  podobny  do  ładnej,  trochę  mężnej  i  silnej 
dzieweczki. Tacy to bohaterowie, o twarzach  nie porosłych, do największych ofiar  byli zdolni. 
Despotyzm, jak klimat gorący, wczesną wyradza dojrzałość. 

Nie można było świecić po wschodach; odemknięto drzwi ostrożnie i w ciemnościach zsuwać 

się począł Młot z opuchłą nogą ku dołowi, co chwila sycząc z bólu. Gdy nareszcie z wielką biedą 
dowlókł  się  do  drzwi,  znalazł  je  zamknięte;  a  stróż,  który  drżąc  przy  nich  czatował,  ledwie, 
zapłacony, zgodził się ostrożnie je odemknąć i wypuścić go na ulicę. O trzy kroki stał żołnierz, o 
pięć policjant pijany. Młot minął pierwszego, ale drugi go za rękę pochwycił. 

— Wracam do domu z roboty — rzekł cieniuchnym głosem młody chłopak — proszę pana! 
— A czego się włóczysz po nocy, ćmo ty jakaś! Do cyrkułu

*

Młot, mimo nogi spuchłej, wyrwawszy się, był już o kilka kroków i poszedł dalej, wymijając z 

kolei  drugiego  żołnierza,  policjanta,  żandarma,  patrole.  Wszystkich  udało  mu  się  jakoś  ujść  i 
znikł  w  ciemnościach.  Z  okna  Jędrzejowa  go  żegnała  krzyżem  świętym,  relikwiami  świętego 
Bonifacego i choć noc była ciemna i mglista, dojrzała oczyma matki, że ujść mu się udało. 

Gdy powróciła do łoża Franka, znalazła go w tej samej postawie, walczącego ze srogim bólem 

i  osłabieniem  niewymownym;  po  cichu  prosił  ciągle  wody,  ale  głosu  mu  w  piersi  brakło. 
Spojrzawszy na matkę ożywi! się nieco. 

— Gdzież Młot? — spytał, bo już zapomniał o jego odejściu. 
— Jak to?… Ale cicho!… Poczciwe, anielskie serce!… Przemknął się. 
— Ale on ranny. 
— O! I potłuczony, ale poszedł. 
— O! Co to za serce! Co za siła! 
— Nie mów… to cię męczy. Ściśnij rękę, może się krew zatamuje, a Pan Bóg ześle doktora. 
Noc była późna, głucha cisza  jak po burzy, w całym  mieście spokój  jakiś groźny,  milczący, 

poważny.  Jędrzejowa  w  rozpaczy,  którą  objawić  się  lękała,  klęczała  przed  obrazem  Matki 
Boskiej, gdy w parę godzin ktoś zapukał ostrożnie. 

—  Od  Młota  —  rzekł  przeze  drzwi.  —  Puszczajcie!…  —  Otwarto  i  młody  człowiek  w 

mundurze wojskowym wbiegł szybko do pokoju; nie przywitał się nawet, rzucił okiem tylko i… 

                                                

*

 salopa — obszerny płaszcz (narzuta) kobiecy, zwykle watowany. 

*

 cyrkuł — dzielnica miasta; tutaj: biuro dzielnicowego komisariatu policji. 

background image

—  Wody!  bandażów!…  —  rzekł  żywo.  —  Gdzie  ranny?  Matka  poprzedziła  go  spiesznie, 

prowadząc za sobą; doktor wbiegł. 

Gdy  rękę  rozciętą  zaczęto  rozwijać,  Franek  mimo  wysileń,  aby  się  utrzymać  przytomnym, 

omdlał.  Jędrzejowa  załamała  ręce,  lekarz  był  chmurny  i  zafrasowany;  otrzeźwiono  wprędce 
rannego i wzięto się do opatrywania. 

— Czy stracę rękę? — zapytał po cichu chłopak. 
—  Ale  gdzież  znowu?  Nie!  nie!…  Krwi  tylko  dużo  ci  uszło  —  szepnął  doktor.  —  Matka 

słucha; gdy opatrywać będę, choć cię zaboli, nie krzycz… z ulicy mogą także posłyszeć. Bóg da, 
będziesz zdrów i odemścisz im tą samą ręką; męstwa tylko! 

W  ciszy,  wśród  nocy,  po  kryjomu  odbyło  się  to  pierwsze  opatrzenie  rany;  a  choć  doktor 

powiedział, że ręki nie straci, przecięta głęboko, nie robiła nadziei, żeby do niej władza wróciła. 

Gdy wszystko było skończone: 
— Jutro — rzekł do Jędrzejowej — chociaż chory i osłabiony, życzyłbym mu jakkolwiek się 

stąd  wynieść…  na  Starym  Mieście  będą  pewnie  wszystkie  domy  przetrząsać;  potrzeba  go 
schować. 

— Ale dokąd? jak? — zawołała Jędrzejowa. 
Doktor milczący wysunął się powoli. 
 
Nazajutrz rano, choć jasny dzień ostudził nieco fantastyczne wrażenia wieczornego spotkania, 

miasto całe drgało  nim  jeszcze,  burzyło  się gniewem  i zgrozą; znać  było, że dramat ledwie się 
rozpoczyna; że wcale nie ustraszeni wieczornym starciem, rozpłomienieni krwią nie poprzestaną 
na tym. 

Po  kościołach  odbyły  się  zaraz  żałobne  nabożeństwa  za  tych,  którzy,  nie  znani  z  imion,  w 

nocy z ran odniesionych polegli; opisy wypadku rozchodziły się po mieście, szerząc oburzenie, 
rozpłomieniając  dusze.  Tylko  starszyzna  komitetowa  starała  się  na  wodzy  utrzymać  gorętszą 
szlachtę  Towarzystwa,  spodziewając  się  nareszcie  dobić  do  portu  bez  szwanku  i  wycofać 
legalnie. 

Za  dwa  dni  posiedzenie  zamknąć  się  miało.  Nazajutrz  obradowano  w  sali  i  obradowano  na 

mieście;  znaczna  część  szlachty  czuła,  że  miasto  słusznie  wymaga,  aby  dała  znak  życia:  ale 
śmielszych głuszyła większość chłodna, a wreszcie odraczano wszystko do ostatka, chciano zbyć 
obietnicą uwłaszczenia i rozjechać się. 

W ulicach przebiegały prądy różne: młodzieży, co budziła do życia, i starszych, co je pragnęli 

wprowadzić na jakąś drogę mniej niebezpieczną. 

Ludzie,  uchodzący  za  bardzo  porządnych,  pragnęli  nawet  wczorajszą  sprawę  zmniejszyć  i 

odebrać  jej  uroczyste  znaczenie;  zaprzeczano  zabiciu  i  ranieniu;  uśmiechano  się  z  tych,  którzy 
przesadnie opisywali wypadek. 

Ku wieczorowi jednak wzrósł niepokój ogólny. Na Starym Mieście cisza panowała głęboka, 

ale  z  przepowiednią  burzy.  Biedny  Franek  po  opatrzeniu  rany  usnął  trochę.  Matka  siedziała  u 
jego  łoża  i płakała  modląc  się; ranek  nadchodził; potrzeba  było wynieść chorego czy wywieźć 
gdziekolwiek…  ale  dokąd?  Sami  jeszcze  nie  wiedzieli.  Owocarka  mało  miała  stosunków  i 
przyjaciół. Franka towarzysze wszyscy zajęci sprawę ogólną i własnym niebezpieczeństwem lub 
cierpieniem. Stara umiała się modlić, nie potrafiła nic wymyślić. 

Jak  świt  jednak  niepostrzeżona  wymknęła  się  z  pomieszkania  poczciwa  służąca  Kasia, 

wziąwszy  dzbanek  w  rękę,  niby  po  wodę;  ale  ze  dzbankiem  pobiegła  na  Podwal,  mimo 
żandarmów i policji. 

Choć  tak  rano  jeszcze,  w  oknie  Anny  blade  już  migało  światełko;  nie  wiedziała  ona  nic 

jeszcze  o  losie  przyjaciela,  ale  nie  spała  noc  całą.  Była  w  pobliżu  walki,  na  placu  Zamkowym, 

background image

żandarmi ją odepchnęli, ledwie do domu przed naciskiem żołdactwa schronić się mogła, słyszała 
krzyki,  jęki  poruszyły  jej  serce,  przeczuwała  w  nich  głos  brata.  Z  opowiadań  o  rannych,  o 
potratowanych,  niepokój  stworzył  marzenia,  które  jej  usnąć  nie  dały  —  płakała,  modliła  się, 
drżała, czekała dnia, ażeby wybiec i dowiedzieć się. Poczciwe serce ubogiej dziewczyny, Kasi, 
wszystko to zrozumiało, przeczuło, poleciało do niej wprost, ale drzwi jeszcze znalazła zaparte 
przed moskiewską tłuszczą  i  musiała stukać długo, nim  jej stróż, łając  i przeklinając, otworzyć 
raczył. 

Pierwszy to raz przychodziła do tego domu, nie wiedziała nawet, jak się dostać do Anny, ale 

instynkt ją prowadził; widywała pannę w oknie, zrozumiała, kędy do tego okna wschodami trafić 
było można; dopukała się do kucharki, zbudziła służącą, posłała ją do Anny. 

Nie było chwili do stracenia, chorego potrzeba było przenieść gdziekolwiek, aby go uchronić 

od  straszniejszej  nad  śmierć  Cytadeli.  Gdy  drzwi  pokoju  Anny  otworzyły  się  o tak  niezwykłej 
godzinie, biedne dziewczę na pierwsze ich skrzypnięcie domyśliło się nieszczęścia. 

Dobra  wieść  nigdy  tak  nie  spieszy,  czeka  ona  przebudzenia,  szanuje  sen;  złowroga  pędzi, 

ściga, aby co żywiej w szpony pochwycić serce człowieka. Nim służąca otworzyła usta, Anna już 
się porwała, konwulsyjnie zaczęła ubierać. Od wczoraj czuła nieszczęście — czekała na nie. 

— Pani — szepnęła sługa — przyszła służąca ze Starego Miasta od owocarki. 
— Zabity? — krzyknęła załamując ręce Anna. 
— O, nie! żyje — ale… 
— Uwięziony? 
— Nie. 
— Mów! Mów. 
— Ranny, lekko ranny, tylko, widzi panienka, jego stamtąd koniecznie wynieść potrzeba, oni 

sami  nie  wiedzą  dokąd;  jak  dzień,  będzie  pewnie  rewizja  po  Starym  Mieście  i  wezmą  go  do 
Cytadeli. 

Blada  jak  trup,  bez  oddechu,  Anna  wpół  już  odziana  pochwyciła  ubranie,  sama  jeszcze  nie 

namyśliwszy się, co pocznie, nie wiedząc, dokąd pójdzie — czuła tylko, że coś robić musi, że iść 
gdzieś powinna. Myślała paść do nóg ojcu i prosić go — ale godziłoż się spokój i bezpieczeństwo 
starca narażać? 

W rządzie rosyjskim litości ludzkiej, poszanowania uczuć człowieczych nie ma; ten, kto ocali 

nieszczęśliwego, jest współwinowajcą; kto zdradza go — wedle nich pełni cnotę; a potem dziwią 
się oni, że społeczne posady pod nimi się chwieją, i narzekają na socjalistów! Runą one po tych 
prześladowaniach, po tych okrucieństwach bezdusznych, po pożarach, mordach i rabunkach. 

— Nie — rzekła Anna — ojciec niech śpi spokojnie, ja pójdę gdzie indziej szukać litości! Ale 

dokąd ? 

W głowie się jej zawracało, myśl błądziła w kółku jakimś, z którego wyjść nie umiała, pamięć 

nie przywodziła imion, władze słuchać nie chciały, bo ból serce uciskał. 

Ale już mężne dziewczę było ubrane, gotowe… Anna spojrzała na portret matki, wiszący w 

jej izdebce, jakby zeń chciała zaczerpnąć odwagi i siły — i wyszła milcząca. 

W kuchence, oparta o mur, płakała Kasia drżąca. 
— Panienko, ratuj! 
— Słuchaj — przerwała Anna do służącej — powiecie panu, gdy się obudzi, że ja poszłam do 

kościoła, do chorej przyjaciółki  — skłamcie, co chcecie,  byle  był spokojny;  a ty,  Kasiu,  mów, 
czy wiesz mieszkanie którego z przyjaciół panicza? Tu? Gdzie blisko? 

background image

— Z przyjaciół panicza? A, prawda! No! To tu zaraz jest jeden za Dobroczynnością

*

, mieszka 

ich tam razem dwóch, co bywają u nas, obok Hotelu Smoleńskiego, posyłał mnie tam kilka razy. 

— Chodź ze mną. 
Anna  szła,  ale  drżała,  nogi  jej  słabły;  oparła  się  o  mur,  nabrała  siły,  otworzono  wrota  i 

wybiegły  obie.  Ranek  powoli  zza  mgły  poczynał  się  dobywać,  miasto  spało  w  wilgotnych 
pieluchach  milczenia.  Cisza,  a  pośród  niej  każdy  krok  przechodnia  rozlegał  się  szeroko, 
grobowo. 

— Idź ze mną — rzekła Anna do sługi — sama nie mogę… Idźmy, a szybko, już ranek. 
Potrzeba było minąć odwach około Bernardynów, na którym słychać było szczęk broni, widać 

żołdaków  na  czatach,  szydzących  ze  wczorajszej  krwi  i  klnących  Polaków  i  Polskę.  Anna 
przeszła powoli, z biciem serca, które jej do skroni skakało. Przed posągiem Matki Boskiej, który 
miał być świadkiem męczeństw tylu i okrucieństw, dogorywała jedna lampa; wszędzie w mroku 
snuły  się  jakieś  postacie  tajemnicze,  które  ukazywały  się  i  ginęły  jak  widma.  Nareszcie  dwie 
kobiety drżące dobiły  się do domu, Kasia zastukała do bramy  i weszła, poprzedzając Annę,  na 
wschody zbłocone, ciemne, straszne… Ale dziewczę, zrodzone w Warszawie, miało ten instynkt, 
który inne stworzenia mają w lesie lub górach; wyrosła z tego bruku, wyhodowana w zakątach 
tych  ciemnych,  przeczuwała  każde  miejsce,  poznawała  je  nie  widząc…  Stukanie  tak  ranne  do 
drzwi narobiło ogromnego hałasu w mieszkaniu, widocznie popłoch jakiś i postrach przyniosło, 
głos kobiecy ledwie nareszcie uspokoił; otworzono i Kasia ujrzała kilku młodzieży wśród dymu z 
fajek, już ubranych, potrwożonych, gwarzących cicho. 

Anna  weszła  za  nią  natychmiast,  a  na  jej  widok  młodzież  doznała  uczucia  dziwnego 

poszanowania i trwogi jakiejś, w istocie była heroicznie piękną i natchnioną. 

— Nie znam panów — rzekła do nich. — Powiedziano mi, że jesteście przyjaciółmi Franka… 

On  jest  od  wczoraj  ciężko  ranny,  potrzeba  go  ocalić.  Na  Starym  Mieście  co  chwila  może  być 
rewizja, musiemy go stamtąd wyprowadzić i złożyć w miejscu bezpiecznym — kto z panów tego 
się podejmie i dokąd go wyniesiemy? 

— Tu, do nas — rzekł pierwszy, słuszny młody blondyn, występując naprzód. — Tu, ja idę z 

panią i, jeśli potrzeba, wezmę go na ręce i przyniosę. O! Domyślałem się, patrząc, jak się rwał do 
konia żandarma, który kobietę tratował, że pałasz, który spadł z góry, musiał… 

Tu się wstrzymał, widząc, że od słów jego Anna bladła i chwiać się poczynała. 
— Będzież on tu bezpiecznym? — spytała. 
— Ha! Nie bardzo, ale dokądże go w tej chwili przenieść? Zbyt daleko niepodobna, zawsze tu 

lepiej niż w domu. Służę pani… chodźmy. 

— Ale każde z osobna  — dorzuciła  Anna.  — Domyślano by  się  może, widząc razem kilka 

osób. 

—  Ale,  proszę  pani  —  przerwała  Kasia  —  juścić  my  go  na  ręku  nie  zaniesiemy,  a  żeby 

poszedł sam, to ja wątpię, wczoraj kałuża krwi z niego wyszła… a co jej tam stracił, nim doszedł 
do domu! 

Kasia zamilkła, spojrzawszy na Annę. 
— Zaniesiemy go, ja i pan — odezwała się Anna, śmiało idąc ku drzwiom. 
— Pójdzie z nas kilku, jeżeli potrzeba — odezwali się drudzy. 
— To zwróci oczy, niepodobna, połapią wszystkich — przerwała Anna. 
— O, nie można! — zawołała Kasia, której się na płacz zanosiło. 

                                                

*

  Dobroczynność  —  Chodzi  o  gmach  Towarzystwa  Warszawskiego  Dobroczynności,  który  stał  przy 

Krakowskim Przedmieściu. 

background image

— Czekaj pani! — rzekł drugi chłopak żywo. — Tu na dole jest poczciwy dorożkarz, ja mu 

zaraz konie zaprząc każę i stanąć z dorożką na rogu ulicy Św. Jana. Franek się tam może dowlec 
z naszą pomocą, wsadzimy go i dowieziemy. 

— Chodźmy! Chodźmy! — wołała niecierpliwie Anna. — Dzień bieleje w oknach, nie mamy 

nic do stracenia… Prędzej! Prędzej! 

—  A!  Chodźcie  państwo,  zmiłujcie  się,  bo  tam,  broń  Boże  czego  —  przerwała  Kasia  —  i 

Jędrzejowa zabiją, ona pewnie syna nie da, choćby ją mieli rozerwać, będzie go bronić. 

Anna wyszła, prowadząc za sobą  starszego, Kasia wiodła przodem, drugi  chłopak zbiegł do 

dorożkarza. W ulicy coraz widocznej już dniało i widoczniej też włóczyła się rozespana policja, 
mruczący, a dziko spoglądający żołnierze. 

W oczach Anny na widok tych ludzi coraz gorętszy błyskał zapał, rodziła się chęć zemsty. 
Przybyli bez przeszkody do drzwi, które już były przemknięte. Anna pierwsza wpadła na górę; 

zapał, który ją prowadził i trzymał, starczy! aż do drzwi, tu zrobiło jej się słabo, zatrzymała się, 
drżącą ręką na próżno szukała klamki. W pierwszym pokoju ciemno  było  jeszcze, brzask dnia, 
wpadający  przez  okna,  słabo  go  ledwie  rozświecał;  Jędrzejowa  otworzyła  im  sama,  a 
postrzegłszy Annę, rzuciła się jej plącząc na szyję. 

— O, niech ci Bóg nagrodzi!… Chodź!… Jak spojr2y na ciebie, sił mu może przybędzie. 
Wydała  się  w  ten  sposób,  że  wiedziała  o  wszystkim;  ale  w  tej  chwili  udawanie  było 

niebezpieczeństwem.  Franek  drzemał,  ból  jednak  ciężki  usnąć  mu  nie  dawał…  był  strasznie 
blady. Gdy Anna weszła na palcach, nie widząc jej, poczuł ją i zerwał się z okrzykiem słabym. 
Oczy mu zapłonęły., drugą rękę położyć musiał na sercu. 

— Anna! — zawołał głosem cichym — Anna! 
— To ja! To ja! 
Ale  zbliżywszy  się,  ujrzawszy  go,  biedne  dziewczę,  któremu  na  Izy  zbierało  się  od  pól 

godziny,  rozlała  się  płaczem  powstrzymywanym  na  próżno,  zakryła  sobie  oczy.  Gdy  je 
podniosła, ujrzała Franka zaczerwienionym, odżyłym; szukał jej ręki, aby ją do ust przycisnąć. 

W  milczeniu spotkały  się  ich oczy przez  łzy  i żadne  z  nich  nie poskarżyło się  na tę  boleść, 

której winni byli chwilę niebiańskiego szczęścia. 

— Franku! Bracie! — rzekła Anna — zdobądź się na siłę… Wstań! Musisz stąd wyjść. Mamy 

dla  ciebie  schronienie  bezpieczne…  Trzeba  uciekać,  dopóki  całkiem  nie  rozednieje.  Oto  twój 
przyjaciel…  dorożka  czeka  cię  na  rogu  Świętojańskiej  ulicy…  My  ci  pomożemy…  wszystko 
drzemie… przepuszczą nas… Będzieszże miał dość siły ? 

— Przy tobie! — zawołał Franek, podnosząc się. 
Ale w tejże chwili osunął się  na  łóżko  i pobladł. Złamał go straszliwy  ból w ręku;  zacisnął 

zęby, zmarszczył czoło, wstał powtórnie; zachwiał się, lecz z pomocą przyjaciela i Anny zrobił 
kilka kroków. Jędrzejowa stała nieco opodal, płacząc, łamiąc ręce, szepcząc modlitewki. 

—  O!  Pragnęłabym,  żeby  stąd  uszedł,  i  nie  mogę  się  z  nim  rozstać!…  Jak  on  pójdzie,  to 

biedactwo, straciwszy tyle krwi?… Jak mnie tu samej pozostać?! 

— Pani przyjdziesz do niego, ile razy się jej podoba. 
— Ja panią zaprowadzę — dodała Kasia po cichu. 
—  Spiesz  się!  —  szepnęła  Anna.  —  Dnieje…  Dnieje!…  Poznają  rannego  po  twarzy,  po 

chodzie. 

Nie  było  pożegnania  z  matką  ani  dłuższej  rozmowy;  coraz  bielszy  dzień  zaglądał  do okien, 

musiano  pospieszać.  Franek  z  pomocą  Anny  narzucił  na  ramiona  płaszcz  i  posunął  się  ku 
drzwiom, ale w głowie mu się kręciło i nogi mu się trzęsły. 

— Siły, bracie! Trochę! Tylko trochę! — mówiła Anna, podprowadzając go. — Zbierz się na 

nią… Kto chce, ten może. 

background image

Franek się uśmiechnął smutnie… szedł… Jędrzejowa prowadziła go, przeżegnywając, aż do 

wierzchołka wschodów; tu stanęła. A gdy jedyne jej dziecko znikło w ciemnościach, długo stała 
tam jak wkuta na progu; potem przyszło jej na myśl, że go jeszcze przez okno zobaczyć może w 
ulicy,  i pobiegła do okna.  Wychyliła  się przez  nie; ujrzała go z  Anną  idącego powoli…  mijali 
straże… znikli. 

Staruszka padła na kolana przed obrazem Matki Boskiej Bolesnej i zemdlała. 
 
A! Kto nie przebył z nami tych chwil, tego ciągu lat dwóch; kto przywykł przypatrywać się 

tym wypadkom przez szkło uprzedzeń, wzgardy, chłodu i urzędowego potępienia, ten nie pojmie 
nigdy  podniesienia  ducha  i  olbrzymich  ofiar,  które  ono  codziennie  rzucało  na  pastwę  ślepym 
mordercom.  W  którymkolwiek  z  nich  ludzkie  jeszcze  biło  serce,  ten  wolał  odjąć  sobie  życie, 
pójść  sam  na  męki,  niż  być  wspólnikiem  katostwa;  ale  wielka  większość  zatwardziałych 
egoizmem, strachem, pychą, śmiała się z tego, przed czym klękać powinna była. Ci męczennicy i 
święci wysznurowanym adiutantom pałacowym wydawali się demagogią, szują, buntownikami. 
W  kołach  urzędowych  uczucia  miłosierdzia,  sprawiedliwości,  rozsądku  nawet  —  nikły  przez 
niewolnicze, bałwochwalcze poszanowanie dla silniejszych ciemięzców. 

Od małego dziecka do starca wszystko było gotowe na śmierć, szło na nią spokojnie, bo z tą 

pewnością w duszy, że ginęło dla prawdy… Czy kaci mieli toż samo uczucie? Ten sam spokój? 

Jędrzejowa biały, jasny dzień nieco uspokoił. Kasia dała jej znać, że Franek był bezpieczny; 

biedna wdowa odetchnęła i zaczęła machinalnie powracać do powszedniej pracy. Zakrzątnęła się 
około izby, w której widoczne były ślady wczorajszego nieszczęścia. Uprzątniono pierwszą; gdy 
weszła  do  drugiej,  gdy  ujrzała  na  podłodze  zastygłą  czarną  plamę  krwi  synowskiej,  pozostałe 
jeszcze rozrzucone odzieże, płótna zbroczone i wszystko, co tu przypominało Franka… łzy się jej 
puściły  znowu…  biedna  kobieta  załamała  ręce  jak  w  pierwszej  chwili,  gdy  syn  jej  wpadł 
zbroczony. Obraz wczorajszy odnowił się w jej oczach, niebezpieczeństwo powróciło na myśl. 

Ale potrzeba było uprzątnąć co najprędzej, bo wieści chodziły, że od rana domy przetrząsano. 

Kaśka pospieszyła wszystko pozbierać, pomyć, pochować. 

Było  już  po  dziewiątej,  gdy  Jędrzejowa  usłyszała  stukanie  do  drzwi  i  kilka  głosów  w  sieni, 

domagających się otworzenia; przeczuła policją, której się spodziewała. 

— Proszę no prędzej otwierać! 
— Otwieraj, bo drzwi wyłamiemy! 
Kasia otworzyła. Weszły jedna za drugą pochmurne figury zwycięzców; cyrkułowy komisarz, 

zimny, sztywny i czujący ogrom i wagę swojego posłannictwa, które mu dawało niemal prawo 
życia  i  śmierci;  jakiś  drugi  mężczyzna  wpół  mundurowo  ubrany,  z  obliczem  uśmiechniętego 
kota, który trafił na trop myszy, i żandarm, wąsaty, namarszczony, coś na kształt przebranego w 
mundur drapieżnego zwierzęcia, któremu życie nadało charakter psa gończego, naszczekującego 
nawet gdy nie ma na co. 

— A! Dzień dobry, mospani Jędrzejowa! — odezwa! się cyrkułowy. — Przepraszam za ranną 

wizytę bez zameldowania! — dodał szydersko. — A gdzie to syn waćpani? 

—  Mój  syn  od  kilku  dni  już  na  wsi!  —  odpowiedziała  spokojnie  matka  pobożnym 

kłamstwem. 

— Dokądże to?… Do dóbr swoich pojechał? — przerwał szydersko komisarz. 
— Co tam asani pleść będziesz!… Franciszek Plewa — dodał drugi, czytając z karty — uczeń 

Szkoły Sztuk Pięknych, lat dwadzieścia i… to on! 

— A tak, to on! — rzekł cyrkułowy. 
— Ale go nie ma, powiadam; na wsi! — przerwała Jędrzejowa. 

background image

— Niechże waćpani nie łże! — krzyknął surowo żandarm. — Jego widzieli wczoraj, jak niósł 

chorągiewki z orzełkami, a potem się bił z żołnierzem. Są świadkowie!… Gdzie syn?! 

— Od kilku dni, powiedział mi, że jedzie na wieś z kolegą; nie widziałam go! 
— Z jakim kolegą? — zapytał wicemundurowy

*

— Albo tam ja ich wiem?! 
— Jak to, żeby troskliwa matka nie wiedziała dokąd syn pojechał?! 
— Cóż to, on małe dziecko? — obruszyła się Jędrzejowa. 
— Ale to kłamstwo!  —  rzekł cyrkułowy.  — My wiemy, że wczoraj się dobrze uwijał  i  był 

ranny. 

— Ano, to lepiej wiecie niż ja!… Dajcież mi pokój! — krzyknęła Jędrzejowa w gniewie. 
— Widzisz aspani  — rzekł  zimno urzędnik w wicemundurze  — gdybyś asani  nie wiedziała 

istotnie, co się z nim dzieje i gdzie on jest, tobyś się strwożyła sercem matki, dowiadując się, że 
raniony…  A co? Hę?… I  ja przecież  mam  dzieci  — dodał, tryumfując ze swej  przenikliwości 
mundurowy psycholog. 

—  Gdybyś  miał  serce  ojca,  nie  prześladowałbyś  serca  matki!  —  odparła  Jędrzejowa.  — 

Dajcie mi pokój. 

Żandarm i ci ichmość spojrzeli po sobie; z kobietą nie było co gadać. 
— Dajcie jej pokój! — rzekli do biuralisty, który stał gotów do dalszej indagacji. — Trzeba go 

szukać; on tu być musi. Był mocno ranny, powiadają… nie mógł ujść… Gdzieś go schowali. 

I poczęli chodzić po kątach. 
Mundurowy miał oczy kota; dostrzegł drzwiczki, otworzył je i zatrzymał się w progu, śledząc 

najmniejszą rzecz. 

— Hm! — rzekł. — Świeżo zmyta podłoga!… Co to jest? 
—  A  to  ja,  proszę  pana,  zawsze  w  ten  dzień  myję  podłogę;  a  że  panicza  nie  ma,  umyślnie 

posprzątałam, bo to taki tam nieład… Boże odpuść. 

Komisarz,  wicemundur  i  żandarm  obeszli  pokój.  Indagator  zastanowił  się  przed  obrazem, 

począł kiwać głową, pokazując go żandarmowi. 

—  Oho!  co  to  oni  malują!…  Patrzaj  waćpan,  co  to  oni  malują!…  To  jest  malowanie 

przeciwko rządowi. Ta kobieta, ten sęp czarny… Ot! jaki to duch panuje między nimi! 

— Ale jego nie ma — rzekł żandarm. — Na co darmo czas tracić?… Chodźmy szukać gdzie 

indziej. 

Mundur zielony zbliżył się z powagą do Jędrzejowej. 
— Moja pani! — rzekł z tą łagodnością inkwizytora, którą przybierają, gdy chcą ż głębi serca 

dobyć ci tajemnicę. — Źle bardzo waćpani czynisz, że ukrywasz syna i jego rozpustę. Rząd jest 
łaskawy  i  sprawiedliwy,  ale  w  interesie  własnym  tej  młodzieży  musi  poskramiać  tego  ducha 
buntu, który grozi społeczeństwu… Waćpani syn dorobi się w końcu szubienicy. 

— Wolałabym go widzieć na niej niż na twoim miejscu! — odparła owocarka, biorąc się w 

boki. — Dajcie mi pokój! — I wskazała im drzwi. 

Biuralista pobladł, żandarm ściął zęby, cyrkułowy ruszył tylko ramionami. 
— Tylko no bez tych wrzasków! — zawołał. — I asani możesz dostać się do Cytadeli. 
—  Winni  i  niewinni  do  niej  idą;  co  to  u  was  dziwnego?  —  odparła  Jędrzejowa.  —  No,  to 

pójdę! 

— Już to asanią nie chybi! 
I grożąc wyszli precz, dobijając się do drugich drzwi i plądrując po kamienicy. 

                                                

*

 wicemundur — mundur codzienny, nie galowy. 

background image

Anna  znużona,  chora,  pół  żywa  powróciła  do  ojca,  który  gderał  na  jej  ranne  wyjście,  nie 

umiejąc go sobie wytłumaczyć. Ufał jej wszakże i ani posądził o płochość. 

Chodził  tylko  po  pokoju,  mruczał,  zżymał  się,  spluwał,  a  wczorajsze  wypadki  i  sen 

niespokojny wywołały w nim rozdrażnienie niezwykłe. Gdy Anna powróciła, zapytał jej tylko: 

— A toż gdzie byłaś ? 
— Nie pytaj, mój ojcze! — odpowiedziała mu spokojnie. — Chodziło o ocalenie człowieka, 

pomoc kobiety była potrzebną. 

—  Jeszcze  i  ty  mi  się  w  co  wplączesz!…  Co  to  takiego?…  —  mruknął  Czapiński.  —  Do 

czego to? 

— Ojcze, musiałam! — mówiła Anna, padając na krzesło. — Nie gniewaj się, proszę, a wierz 

mi trochę!… 

— Ale mi choć powiesz, co to było takiego? 
— Teraz nic, później wszystko. 
I dziewczę wybiegło płacząc, a stary emeryt ruszył tylko ramionami i pokiwał głową. 
— Jeszcze i mnie starego w co wplącze! — rzekł. 
Na te słowa właśnie drzwi się otworzyły i twarzyczka uśmiechnięta pana Edwarda wsunęła się 

do  pokoju,  a  za  nią  młodzieniec,  którego  ranna  wizyta  ciekawością,  z  jaką  się  dokoła  oglądał, 
zdawała się tłumaczyć. 

— Cóż pan mówi o wszystkim wczorajszym? — spytał. 
— Byłeś tam pan? 
—  Ja?…  ja  byłem  na  posiedzeniu  Towarzystwa.  Tam  przecie  nie  było  ludzi  porządnych: 

hałastra,  dzieciaki,  przekupki…  Myśmy  obradowali  nad  wykupem  czynszów…  Ale  cóż  pan 
powiada,  jestże  to  rozum?  Jest  to  zastanowienie?  Oni  gotowi  Towarzystwo  Rolnicze  narazić. 
Muchanow tylko zęby ścina. Towarzystwo… komitet… 

—  E!  —  syknął  zniecierpliwiony  profesor  —  już  to  wasze  Towarzystwo  swoje  podobno 

zrobiło. Co po trupie, kiedy tylko śmierdzi… choćby był najukochańszy za życia! 

— Jak to, profesorze? O! czuję w tym wpływ panny Anny! 
— Wpływ na mnie! — oburzył się, śmiejąc głośno, Czapiński. — Gdzieżeś to słyszał, by jaja 

kury uczyły? 

— A dziś to tak jest, panie profesorze! 
— Ale nie u mnie! — odparł profesor. — Towarzystwo było instytucją śliczną, pożyteczną, 

zacną, ale dziś rozprawiać o nawozach i wykupie, kiedy w mieście krew się leje, to już gorzej niż 
bezczucie… Sami na siebie wyrok piszecie… Róbcież co! 

Edward  milczący,  poważny,  jak  zawsze  gdy  usiłował  udawać  bardzo  rozumnego,  przybrał 

postawę pięknego urzędnika, znanego z czarnych oczów i łysiny, i odparł z powagą: 

—  Robimy,  co  możliwe,  i  jak  senatorowie  rzymscy,  gotowiśmy  na  krzesłach  naszych 

kurulskich…

*

 

— Gotowiście się dać otoczyć żandarmami dla bezpieczeństwa — rozśmiał się profesor. 
— Cóż? Czy mamy pójść się bić na ulicę? — spytał Edward. 
— Jeszcze nie — rzekł Czapiński — ale moglibyście choć wyleźć z gnojów i czynszów, kiedy 

was tam kupa, odezwać się przecie, że i wam, i krajowi czegoś braknie. 

Edward przybrał minę tajemniczą, zawsze na wzór fizjognomii którą naśladować lubił, i rzekł: 

                                                

*

  kurulskie  krzesła  —  W  r.  390  p.n.e.  Galowie  zdobyli  Rzym.  Senatorowie  zasiedli  wtedy  na  ozdobnych 

krzesłach,  zwanych  kurulnymi,  przeznaczonych  dla  wyższych  urzędników,  i  wyczekiwali  wroga.  Wszyscy  zostali 
przez Galów wymordowani. 

background image

— Zrobi się, co będzie można, ale ta ulica! Ta ulica! Co pan na to mówisz! Dzieci, studenci, 

uliczniki! 

— Tak! ja się dziwię także, iż na to zeszło… ale nic nie robiąc, samiście sprawę rzucili w ręce 

dzieci  — to nie  ich  ale was potępia!  Czytajcie  historią:  gdy  książęta nic  nie robią, występują  z 
tłumów Masanielle

*

, gdy starzy milczą, krzyczą młodzi… a gdyby młodość zamilkła, zawołają o 

pomstę do niebios kamienie. 

—  Przyznam  się  panu,  że  nie  wiem,  co  już  odpowiedzieć  —  rzekł  Edward  —  tak  znajduję 

pana dziś dziwnie usposobionym; nie zrozumiemy się. 

— Zdaje się — rzekł trochę szydersko profesor, zażywając tabakę. 
— Po wczorajszej nauczce, zdaje się, że to się już nie powtórzy — rzekł z przyciskiem. 
— Myślicie? 
— Dobrze ich tam przetrzepali. 
— Kilku poraniono… zabito nawet. 
— Bajki! Płazowano tylko… pognieciono. 
Czapiński nachmurzył się i zamilkł, przeszedł się po pokoju. 
— A co tam? Zimno na dworze? — spytał. 
Edward, zdziwiony nagłą zmianą rozmowy, nie wiedział, co odpowiedzieć. 
— Zimno? Tak… wilgotno… A panna Anna? 
— Panna Anna zmęczona, całą noc nie spała po wczorajszym strachu. 
— Może tam była? 
— Nie, ale patrzała się  na tę tragedią z rogu ulicy,  a krzyk  i wrzawa aż do nas dochodziły; 

uciekających wielu przez Piwną biegli pod naszymi oknami. 

Edward nic już nie odpowiedział. 
—  Dziś  zapewne  macie  panowie  jakieś  posiedzenie,  idźcież  na  nie  —  rzekł  profesor, 

pozbywając się go widocznie. 

— Moje uszanowanie pannie Annie. 
— Bardzo dziękuję w jej imieniu… dzień dobry. 
— Dzień dobry. 
I  Edward  wyszedł  bardzo  kwaśny.  Pocieszało  go  to,  że  się  musiał  wydać  wyższym  nad 

gawiedź uliczną. 

Franek po śnie, który go  nieco pokrzepił, po nowym opatrzeniu rany, z południa  był trochę 

lepiej,  uczuł,  że  młodość  przemoże  to  niebezpieczeństwo,  do  piersi  wstąpiła  jakaś  nadzieja; 
niepokoił się tylko tym, że właśnie nadchodziła chwila działania, dla której był już straconym. 

W  sąsiednim  pokoju  szeptano,  odbywały  się  widocznie  narady,  wiedział  zresztą,  że  po 

wczorajszej porażce, jutro, nim się Towarzystwo rozwiąże, spróbuje miasto raz jeszcze powołać 
je z sobą do czynu… A jego tam nie będzie. 

Gdy tak pogrążony w dumach siedział, ku wieczorowi Anna, której niepokój w ciągłe się łzy 

rozlewał, nie wytrzymała, żeby się nie dowiedzieć o przyjacielu: przybiegła śmiała, bo czysta na 
sumieniu, do łoża chorego sama jedna, aby go słowem pociechy orzeźwić. 

W tej maluchnej izdebce, o mroku, jakże ich cicha rozmowa spokojną była i słodką. 
— Otóż — rzekł powoli Franek, biorąc jej drobną rączkę, którą do ust przyciskał — otóż, całe 

może szczęście nasze, całe szluby moje, całe życie, Anno droga! Kto wie, co będzie ze mną, kto 
wie, co z nami? A ta godzina, którą dla mnie odkradasz, nie lękając się ludzi, obmowy, posądzeń, 
nie wzdrygając patrzeć na cierpienie… o, to niebieskiego szczęścia godzina! Ja jej nigdy, nigdy 

                                                

*

  Masaniello  —  Mowa  o  Tomaszu  Aniello  (Massaniello),  rybaku  z  Amalii,  który  przewodził  powstaniu  w 

Neapolu przeciw rządom hiszpańskim w r. 1647. 

background image

nie zapomnę! Nie jestże to najczystszy kwiat tego, co ziemia i życie dać mogą? Wierz mi, nawet 
ta słabość, rana, to kalectwo moje coś dodają do tej szczęśliwości — jam rad, żem ranny. 

— Mój drogi — odpowiedziało dziewczę — ja bym wolała mniej dziś tego szczęścia, krwią 

tak gorzko zaprawnego, a ciebie za to widzieć takim, jakim byłeś, nie z tą boleścią, którą musisz 
tłumić w sobie, która ci na twarz mimo twej woli się wybija. Nie mów, marzmy o przyszłości, 
uspokój się. 

— Cóż się dzieje w mieście? 
— Miasto spokojne, ale drży… 
— Spokojnym być nie może. 
—  Mówię  ci,  pozornie  przynajmniej  żadnego  śladu  ruchu,  jak  gdyby  wszelką  myśl 

manifestacji odrzucono. 

— Cóż? Chybaby zmieniły się plany? 
— Zdaje się… śpij, odpoczywaj i myśl o twoim obrazie. 
— A! Czymże go malować będę! Ręka, kto wie, czy się podniesie, a przynajmniej nierychło. 
— O, zobaczysz! Młodość czyni cuda. 
— Tak! Na to też cudu potrzeba, bo czuję ją martwą i jakby nie moją — nie mówmy o tym. 
— Nie mówmy. 
Ale nie mówiąc o kraju ani o sobie, ani o miłości  — bo wszystko rozgorączkowywało — w 

końcu  mówić  nie  było  o  czym.  Potrzebneż  tam  słowa,  gdzie  nie  ma  nic  wymowniejszego  nad 
oczy i wejrzenie? 

Chwila  niepostrzeżenie  upłynęła  do  mroku,  trzymali  się  za  ręce,  Franek  był  blady,  ona 

płakała,  ale  odwrócona  do  okna,  sądząc,  że  łzy  te  niepostrzeżone  przepłyną,  nie  ocierała  ich 
nawet, aby się nie zdradzić tym ruchem; dopiero przy pożegnaniu postrzegł je Franek… i jemu z 
męskiej powieki wytrysła kropla rosy niebieskiej. 

Jakoś dziwnie pożegnali się smutno. 
Ledwie  odeszła  Anna,  Młot  się  wcisnął  do  pokoiku;  rany  jego  już  były  pozalepiane,  pod 

pozorem  fluksji  zawiązał  się  chustką  czarną,  nogi  mu  tam  czymś  odsmarowali  i  nieźle  nawet 
chodził  —  nie  było  czasu  odpoczywać.  Młot  przodkował,  a  bez  niego  nic  się  nie  działo;  od 
południa  więc  był  już  w  obrotach.  Krzepił  się  to  kieliszkiem  wódki,  to  jadłem,  to 
rozgorączkowaniem  umyślnym.  Żelazny  to  był,  choć  pozornie  mały  i  słaby  człowieczek,  a 
dziecinna minka pokrywała w nim nieprzełamaną energią. 

— No, dobry wieczór! — rzekł wchodząc. — Cóż ty? A jak ręka? 
—  Ano,  wisi  sobie,  jest  tam  jakaś  jej  reszta,  ale  podobno  niewielką  już  z  niej  mieć  będę 

pociechę. 

—  Żartuj  sobie  z  tego!  Gdyby  ci  nawet  ta  odpadła,  w  tym  wieku…  ba!  Druga  ci  gotowa 

odrosnąć;  ja wczoraj czułem się wniwecz zgnieciony, porąbany  jak  łupina od orzecha, którą w 
tłuczku ściśnięto, dziś znowu jestem… jakbym się dopiero narodził. 

— Szczęśliwy… ja dużo krwi straciłem. 
— Odrobisz ją… Serce ci bije, prawda? Wiesz przecie, że serce ją fabrykuje; spodziewam się, 

że  w  tak  porządnej  fabryce  rzeczy  pójdą,  jak  się  należy…  Ale  mi  żal,  żal  ciebie,  że  ty  nie 
będziesz z nami! 

— A! Jutro więc będzie coś? — zapytał Franek. 
— Spodziewam się! Demonstracja olbrzymia, przepotężna! Naprzód nabożeństwo na Lesznie 

za poległych z dwudziestego piątego… 

— Poległ kto? 
— Podobno kilku z ran umarło, ale o to mniejsza… Z Leszna wyjdziemy na Stare Miasto; tu 

mamy  przygotowane  obrazy,  obrazki,  krzyże;  przecież  Moskale,  co  się  na  orły  porywają,  na 

background image

godła  Chrystusowe  rzucić  się  nie  mogą;  myślę,  że  to  nas  od  krwawych  scen  ocali.  U 
Bernardynów  sposobi  się  pogrzeb  na  ranną  godzinę  poczciwego  jednego  Sybiraka,  orszak  ze 
Starego  Miasta  połączy  się  z  nim,  pójdziemy  do  Pałacu  Namiestnikowskiego  i  zmusim  tych 
trutniów  do  jakiegoś  stanowczego  kroku…  przecież  i  w  ich  żyłach  nie  woda  płynie,  a  byle 
iskra… 

— O, nie mówże mi! Ja tu w łóżku, bezsilny, w takiej stanowczej godzinie — to okropnie. 
—  Pokutuj  za  to,  żeś  gorączka,  gdy  Bóg  da  tryumf,  pójdziesz  z  tryumfem  w  wieńcu 

laurowym. 

— Tryumf! — przerwał smutnie Franek. — Czyż i ty możesz mówić o tryumfie? Czyż my, 

biedni, spodziewać się go, marzyć nawet o nim możemy? Czyż dla niego pracujemy? My idziem 
na męczeństwo, na śmierć, aby dać świadectwo prawdzie! 

—  Tak,  i  mimowolnie  zwyciężym!  —  dodał  Młot.  —  Jestem  pewny,  tylko  razem,  tylko 

śmiało, jak mówi rusińska piosneczka. 

— Nie… padniemy! — rzekł malarz. — Ale z pociechą tą, że po trupach naszych przejdzie 

kiedyś orszak zwycięski. 

— Nie będę się sprzeczał z tobą, ale cóż mówisz o projekcie? 
—  Wszystko dobre  — odparł  Franek  — tylko  mi  się  nie podoba ranek, wątpię, żeby  się to 

udać mogło. W biały dzień ludzie są zawsze mniej śmieli, mów, co chcesz, i godziny wpływ swój 
mają. Dużo ludzi, co by w nocy poszli, w blaskach słonecznych zlękną się szpiega i zdrajcy. 

— Może ty i masz słuszność; jako malarz musiałeś się zastanawiać nad efektami słonecznymi 

—  zażartował  Młot.  —  Ale  tu  periculum  in  mora

*

…  O  południu  posiedzenie  Towarzystwa 

Rolniczego się zamyka, obywatele i komitet gotowi są natychmiast pójść w rozsypkę i zniknąć… 
Wszystko  przepadło.  Trzeba  więc  uprzedzić  południe,  a  zelektryzujemy  naprzód  rannym 
nabożeństwem na Lesznie. 

— Daj Boże!… Czegoś smutno. 
— Wielka rzecz!… Jesteś na kleiku i na romansie, są to dwie rzeczy osłabiające — zaśmiał się 

Młot.  —  Ja,  przyznam  ci  się  po  cichu,  miałem  i  mam  serce  paskudnie  miękkie:  każda  twarz 
kobieca jest dla mnie snem o miłości… A! tak bym się wściekle kochał! Ale wiem, że gdybym 
się dopuścił kochania, ojczyzna  szłaby po kochance; tego  nie chcę  i dlatego nie widuję  innych 
kobiet  nad  te,  w  których  z  najlepszymi  chęciami  kochać  się  niepodobna…  Przede  wszystkim 
ojczyzna! Franek się tylko uśmiechnął. 

—  Bądź  co  bądź  —  kończył  młody  chłopak  —  jutro  wielka  wyprawa,  przechodzimy 

Rubikon…  Moskale  ogłupieją;  coś  wielkiego  i  stanowczego  stać  się  musi.  Siły  ich  nie  są 
znaczne,  będą  się  obawiali  drażnić;  my  też  dziś  jeszcze  nie  możemy  nic  zrobić,  ale  odegramy 
praeludium

*

  andante  maestoso

*

…  Dobranoc!  Idę  spać  parę  godzin,  potem  do  roboty.  Trzeba 

rozporządzić  kohorty,  rozesłać  ludzi,  rozgrzać  serca  i…  przysposobić  się  do  ucieczki;  bo  kto 
wie? A tu, przyznam ci się, kasa moja i patriotyczna wynoszą razem złotych ośm, groszy sześć. 
E, jakoś to będzie! Nie frasuję się. Dobranoc. 

Ścisnęli się za ręce. Młot wybiegł, ale się zawrócił od progu. 
— Hę! — zawołał. — Gdybyśmy oprócz dobrej nocy na wszelki wypadek powiedzieli sobie: 

do widzenia u Abrahama!… Mnie może co spotkać! 

— A widzisz!… Nie kochasz, a marzysz nie wiedzieć o czym! 
— Prawda! To głupstwo… Ale niech cię pocałuję w czoło; nie bój się, chorej ręki nie dotknę. 

                                                

*

 periculum in mora (łac.) — zwłoka, odwlekanie jest niebezpieczne. 

*

 praeludium — rodzaj utworu muzycznego. 

*

 andante maestoso (wł.) — termin muzyczny, oznacza część utworu grywaną ze spokojną powagą. 

background image

Gorący pocałunek położył mu na czole i znikł. 
Widzenie Anny, rozmowa z Młotem, ból, choroba, tęsknota, wszystko to razem rozpłomieniło 

Franka. Pomyślał o matce, jakby ją przeczuł, bo właśnie i ona wsunęła się do jego izdebki. 

Bała się ona zdradzić syna. Czując, że ruchy jej policja śledzić może, nie śmiała przyjść we 

dnie; ale od połowy dnia latała po mieście, przesiadając z dorożki do dorożki, aby pobałamucić 
szpiegów i odkryć, czy jej nie śledzą. Wchodziła do znajomych i wykradała się od nich tylnymi 
drzwiami;  trzy  razy  przemieniała  ubranie,  na  ostatek  dobiła  się  do  Smoleńskiego  Hotelu,  tu 
odprawiła dorożkarza, weszła aż na trzecie piętro w białej chustce, a powróciła osłonięta czarno i 
po ciemku dopadła schronienia syna. 

Biedna  kobieta  była  znużona,  pot  lał  się  z  niej  kroplami;  przywykła  do  siedzenia,  zdyszaną 

była i osłabłą. Franek, nie wiedząc o niczym, a widząc ją tak pomieszaną, ręce jej tylko całował. 

— Co to ci, matuniu ? 
— Ale co ma być? Zdrowam jak pień! A ty ? Jak tobie? 
— Mnie doskonale! — rzekł Franek. — Tylko wolałbym był choć rękę stracić, byle nie dziś, 

nie teraz. 

— Czemu? 
— O, wiem ja coś! 
Stara się też domyślała, ale zaprzeczyła. 
— Co ci się śni? Myśl lepiej, żebyś mi był zdrów, bo wiesz, że ty dla mnie całym światem… 

Dohodowałam się pociechy… Teraz jam stara, ty mnie musisz pielęgnować. 

— Matuniu, nie przypominajcie mi tego! Gdy pomyślę, że może ręką władać nie będę!… 
—  Masz  głowę…  jużci  i  tej  ręce  tak  się  złego  nic  nie  stanie.  Bóg  łaskaw  na  poczciwych 

ludzi!…  A  ja  będę  się  tak  modlić!  Ale  tyś  tu  sam!  Chyba  ja  przy  tobie  zostanę;  to  ci  choć 
poprawię pościel, przyniosę, co trzeba… 

—  O,  co  na  to,  nie  pozwolę!  —  odparł  Franek.  —  Dosyć,  byś,  matko,  dziś  w  domu  nie 

nocowała;  już szpiegi wiedzieć będą… Potem do mnie tu na noc przyjdzie cyrulik i nic mi nie 
potrzeba! O, idźcie, matuniu! Idźcie, proszę, i spocznijcie! 

Jędrzejowa westchnęła, chciała się choć popatrzeć na swe dziecię. 
— To mi choć pozwól posiedzieć, dopóki cyrulik nie przyjdzie. 
I zaczęła wyjmować różne drobne rzeczy, których  nabrała z sobą po sklepach, wszystko, co 

sądziła,  że  jakąś  dziecku  ulgę  i  wygodę  przynieść  może.  Sok,  bułki,  owoce,  jakiś  rosołek  w 
garnuszku, który gotowała  sama  —  były to macierzyńskie pomysły serca,  na które nikt oprócz 
kobiety  i  matki  zdobyć  się  nie  może.  Ustawiała  to,  poprawiała  poduszki,  porządkowała  w 
izdebce, aż nareszcie nadszedł cyrulik. Był to znak do odejścia. 

Jędrzejowa ucałowała syna w milczeniu, zawiesiła mu na szyi relikwie świętego Bonifacego, 

przeżegnała krzyżem świętym, zapłakała… trzy razy wracała ode drzwi, aż nareszcie, zdobywszy 
się na siłę, wysunęła z domu, skręciła przez Dziekankę, przez Saski plac, Wierzbową, Bielańską i 
Długą, kołując, nim do domu doszła. Chciała zmylić szpiegów, choć zapewne na ten raz mieli oni 
co innego do roboty. 

Cyrulik,  który  się  podjął  chemie  pilnować  w  nocy  chorego,  był  to  mały  człowieczek, 

kuternoga na nieszczęście, ale mający w sobie nieco cyrulicznego dawnych czasów charakteru. 
Niepowstrzymany  gaduła,  wesół  jak  szczygieł,  żartobliwy,  znał  miasto,  ludzi,  ulice  i  swoją 
kochaną Warszawę na palcach; złośliwy był nieco, ale w gruncie poczciwy. 

Z  okrutnego  łobuza  wyrósł  na  rodzaj  trefnisia,  a  łotrostwo  młodości,  po  którym  pamiątkę 

nosił,  okulawiony  swawolą,  całe  dziś  przeszło  do  gęby  i  języka.  Niedowiarek  i  pobożny,  miał 
swoją  warszawską,  tę  poczutą  więcej  serdecznie  niż  wyuczoną  wiarę  poczciwą,  która  się  o 
dogmat nie bardzo troszczy, a wszystko mierzy uczynkiem. 

background image

Jak  wielka  większość  naszej  ludności,  cyrulik  sądził  się  katolikiem  i  był  nim,  ale  z  księży 

żartował, jak skoro poczuł, że nie byli mu tacy, jak potrzeba, od kościoła gotów był uciec, gdyby 
mu w nim Moskal zaśmierdział, i nie tyle mu szło o obrządek, ile o chrześcijaństwo w sercu, o 
miłość, o ofiarę. 

Jak wielka większość był demokratą, nie uczonym z książki, ale z tradycji, nie lubił tego, co 

się pięło do góry, choć szanował to, co z cnoty wyszło na wierzch; drwił sobie z oznak urzędowej 
wielkości  i  miał  się  za  równego  bodaj  najwyzłacańszemu  senatorowi,  a  za  lepszego  daleko  od 
niedobrego króla. 

Do  fanatyzmu,  do  posłuszeństwa  ślepego  zaprząc  go  nie  było  można;  chciał  wiedzieć,  co  i 

dlaczego robił, a pójść ślepo nie mógł, chyba za tym, komu by wierzył ślepo. 

Zwał  się  Polikarp  Feder,  ale  od  roku  czy  więcej  dobrowolnie  przedzierzgnął  się  na 

Federowskiego, żeby na Niemca nie wyglądać. Polak był zagorzały, o tym nie ma co i mówić. 
Urodzony  z  Polki,  żonaty  z  Polką,  wychowany  w  Polsce;  słowa  po  niemiecku  nie  umiał,  choć 
pradziad jego jeszcze praktykował w Norymberdze. 

— No, co tam, paniczu, rączka?— zapytał siadając. 
— Cóż, kochany panie Federowski, boli; powoli… 
— Ano, to dobrze, że boli; to znak, że żyje! Gdyby nie bolała, gorzej by było! 
— Zapewne. 
— Może by przewiązać bandaże? Ścierpła? Nie? 
— Trochę, ale dajmy jej pokój. 
— Chcesz pan spać? — zapytał. 
— Ot, nie! 
— Potrzeba by zasnąć, ja tu posiedzę; rękę wygodnie położyć, o niczym nie myśleć, a broń 

Boże o tej pięknej panience, co tu była! — uśmiechnął się Federowski. — Tego doktor zakazuje, 
bo się rana zapala. 

Franek się uśmiechnął także. 
—  Mój  panie  Polikarpie!  —  rzekł.  —  O  tej  pannie  myśląc,  człowiek  się  tylko  uspokaja;  to 

anioł! 

—  Przepraszam…  nie  wiedziałem!  Teraz,  to  widzi  pan,  gdy  się  anioły  poprzebierały  po 

cywilnemu, ani ich poznać. 

— Chce się jeść? — spytał po chwili. 
— Nie, mój panie Federowski, nic a nic! 
— E, to nic nie szkodzi! Jeść nie jest koniecznością, ale zasnąć byłoby nieźle, choć i do tego 

nie potrzeba się przymuszać… Co bym to ja panu powiedział, żeby pana zabawić? 

— A możnaż się teraz bawić — zapytał Franek — kiedy całe miasto drży od bólu i gniewu? 
—  A,  to  prawda!…  Kipi,  nie  drży…  jeszcze  trochę,  a  garnek  zbieży  i  ukrop  moskiewskim 

kucharkom ręce poparzy! 

Pomimo rany i znużenia sen jakoś nie brał Franka; poczciwy Federowski siedział przy nim, to 

milcząc, gdy widział, że się zdrzemnął to go bawiąc przerywaną rozmową, gdy oczy otworzył; 
ale spoza jego wesołości szczęśliwej czuć było przeglądającą troskę serdeczną o chorego, o kraj, 
o miasto, o przyszłość. 

Pytał się też Franka o wszystkie nadzieje, o jakich słyszał dla Polski, a którym jeszcze jakoś 

nie mógł uwierzyć. 

Nad rankiem dopiero oba, chory i lekarz, głębokim snem zasnęli; a Federowski, przebudzony 

o białym już dniu, spokojny, bo zobaczył Franka odpoczywającego bez gorączki i oddychającego 
swobodnie, wymknął się do domu. 

background image

Ranek dnia tego wstał jasny i piękny, ale chory, który niewiele spał w nocy, teraz po znużeniu 

i wrażeniach nie mógł się tak łatwo przebudzić. Cały  już dom był w ruchu, a on spał jeszcze  i 
spał długo, długo. 

Sen  ten  jednak  przelatywały  mary  dziwne,  pozostałości  dni  poprzednich,  sceny  z  owego 

wieczora dwudziestego piątego na Starym Mieście, przechadzki z Anną, ściganie policji, tumulty 
w mieście, jakieś procesje z krzyżami i walki ze wściekłą dziczą. Franek czuł się ciągle pośród 
nich,  ale  bezwładny,  miotany  falą  ludzką  i  niemy.  Rwał  się,  aby  być  czynnym,  lecz  ręce  miał 
skrępowane,  usta  związane,  kule  u  nóg  przykute.  Z  coraz  przykrzejszą  zmorą  miotając  się  we 
śnie,  Franek  zbudził  się  nareszcie  bardzo  późno,  dziwiąc  się,  gdy  przez  jedyne  okienko  ujrzał 
szeroko  wpadający  promień  jasnego  słońca,  z  którego  wniósł,  że  ono  było  już  wysoko,  że 
nadchodziło południe. Cisza dziwna zdawała się niezgodną z porą dnia, w której zwykle ta część 
miasta bywa bardzo ożywioną i hałaśną. 

Po  ciszy  nastąpił  szmer  jeszcze  niezrozumialszy  dla  przysłuchującego  się  Franka,  potem 

wykrzyk jakiś daleki, jakby tysiące zmieszanych razem głosów w wielki chór zgrozy. Nie mogąc 
rozpoznać  nic,  dziecko  Starego  Miasta  poczuło  serce  bijące  w  łonie,  domyśliło  się  stanowczej 
godziny. 

A tu nikogo dokoła, od kogo by się coś dowiedzieć, zapytać!… 
I bezwładnemu potrzeba było tak pozostać ze śmiertelną obawą o swoich, w niewiadomości 

ich losów. Wytężył ucho… Krzyki coraz wyraźniejsze dawały się słyszeć z dala; potem jak burza 
przelatujące  szumy  kopyt  końskich,  tętniących  na  bruku,  potem  wrzawa  daleka  i  znowu  cisza 
grobowa. 

Widocznie w mieście rozpoczynała się ta scena, o której wczoraj Młot powiadał. 
Franek cierpiał, pot zimny oblewał mu skronie, spróbował się ruszyć, wstać i poczuł, że miał 

na  to  dosyć  siły;  przyszedł  mu  na  myśl  przyjaciel,  który,  ranny  także,  uczestniczył  jednak  w 
sprawie; a on, on leżał pieszcząc się na łożu. 

—  Któż  wie?  —  zawołał.  —  Widok  rannego,  jak  ja,  może  by  do  zemsty  obudził,  może  by 

dodał  odwagi,  zapału,  a  ja  tu  szczędzę  siebie  i  odpoczywam.  Przyszłość  i  tak  niepewna…  O, 
gdybym  mógł  pójść  do  nich  i  stanąć  w  szeregu,  zobaczyć,  krzyknąć  z  nimi  razem  i  jednym 
więcej głosem rozpaczy dorzucić do tego wielkiego chóru! 

Niecierpliwość jego rosła, Franek rozpłomieniał. W tej chwili krzyk bliższy, wielki, bolesny 

dał się słyszeć od strony Zamku i włosy powstały mu na głowie. 

—  Zginąć  z  nimi!  zginąć!  —  zawołał  i  wstał  na  nogi.  Młodość  i  zapał  natchnęły  go  siłą 

wielką, nie czuł już bólu w zranionej ręce, która wisiała obwinięta na temblaku, rzucił się z łóżka, 
płaszcz leżał koło niego, zdrową ręką nasunął go sobie na ramiona, porwał czapkę i nie myśląc, 
co czyni, posłuszny  instynktowi tylko, który  mu  iść kazał,  skoczył do drzwi  — otworzył  je;  w 
domu było zupełnie pusto, nikogo; kto żyw, wybiegł na ulicę. 

— I ja tam być muszę, gdzie moi! Bodaj zginąć z nimi, ale razem! — zawołał. 
Opierając  się  ręką  o  mur,  zbiegł  ze  wschodów,  choć  zawrót  głowy  go  przestrzegał,  że  nie 

mógł tam nic przynieść w pomoc prócz cicho bijącego serca. 

Wszystkie  drzwi  stały  na  rozcież  otworem,  co  żyło,  było  na  ulicy,  cisnęły  się  tłumy  przez 

wąskie przejście z Bednarskiej, około Dobroczynności, na plac przedzamkowy. Franek orzeźwiał 
powietrzem, słońcem, które jasno przyświecało tej scenie, i powlókł się cały drżący za drugimi. 
Ścisk był ogromny, trącano go w chorą rękę, ale on już nic nie czuł. 

—  Moskale!  zbójcy!  —  wołano.  —  Porąbali  krzyż!  Rozbili  obraz  Matki  Boskiej,  zabito 

księdza! Wdarli się do kościoła! 

— O Jezu, czyż nie spuścisz na nich ognia z niebios! O ratuj nas, Matko Najświętsza! 
Kobiety płakały, młodzi wrzeli. 

background image

— Idźmy! Idźmy! Dajmy się im wszyscy pozabijać! — krzyczano, — Niech hańba i pomsta 

ich  ściga  za  męczeństwo  bezbronnych,  niech  świat  się  dowie,  co  cierpiemy!  —  odzywały  się 
głosy z tłumu. 

Franek nic dostrzec nie mógł jeszcze, chwytał wyrazy i z nich tylko domyślał się sceny, która 

nareszcie, gdy się jakoś przez tłum przebił, cała odkryła się jego oczom. 

Przed kościołem Bernardynów stał  wywrócony  wóz żałobny,  miotali się koło niego  brodaci 

Kozacy, rozpędzając tłum, który nabiegał i kupił się, zamiast rozpraszać. 

Plac  zewsząd  się  ludem  napełniał,  ulice  były  nim  zalane,  od  strony  Zamku  wojsko  się 

skupiało, biegli konni po rozkazy i powracali z nimi, miotając się na lud  — widoczne już było 
przygotowanie  do  zbrojnego  wystąpienia.  Od  zwężonej  przy  domu  Malcza

*

  ulicy  tłum  był 

najgęściejszy  i  jeszcze  się  co  chwila  powiększał,  jakby  przeciw  wojsku  stojąc  umyślnie;  w 
domach otwarte okna, tysiące głów, tysiące okrzyków zgrozy. Młodzież, dzieci, ulicznicy miotali 
się  z  gołymi  rękami  naprzeciw  tych  zbrojnych  tłumów,  które  stały  jeszcze  osłupiałe…  i 
szyderskim śmiechem urągali się bezsilności siły. 

Franek,  nie  zważając  już  na  nic,  przybliżył  się  szybkim  krokiem  do  tłumu  stojącego  przed 

domem  Malcza  —  poczuł  się  silniejszym,  gdy  się  ujrzał  otoczony  gorącą  młodzieżą.  Młot  go 
zobaczył i osłupiał, podniósł ręce, chciał krzyknąć, ale nie było czasu na powitanie i rozmowy; w 
tej  chwili  piechota  od  Zamku  żywym  krokiem  zaczęła  postępować,  jakby  dla  rozbicia  coraz 
wzrastających  tłumów  —  stanęła!  Krzyk  jakiś  wyzywający  dał  się  słyszeć  z  obu  stron  i  nim 
uwierzono  w  to,  że  mogli  strzelić  do  bezbronnych,  sprofanowawszy  krzyż  —  już  suchy  strzał 
rozległ się po całej linii. Siny obłok dymu rozdzielił napastników od ofiar. 

Wojsko i rząd, co nakazał tę barbarzyńską egzekucją, byli pewni, że jeden strzał rozproszy te 

kupy i powściągnie. 

Stało się całkiem przeciwnie — cud w dziejach prawie niesłychany. Silni po wystrzale uczuli 

się słabymi, a lud męczeństwo powitał okrzykiem tryumfu. Strzał ten mówił światu, że Rosja nie 
panowała w Polsce, tylko siłą, kulami, gwałtem. 

Z całego miasta tłumy lać się na plac zaczęły, wojsko stało osłupiałe, nie wiedziało, czy dalej 

iść  i  mordować,  czy  ustąpić.  Była  chwila  popłochu,  zwątpienia,  wśród  której  lud  Warszawy 
pochwycił należne jego bohaterstwu zwycięstwo. W tej grupie, gdzie stał Franek, dały się słyszeć 
krzyki, kilku  ludzi padło, natychmiast tłum porwał okrwawione ciała  i poniósł  je  jako sztandar 
zwycięski.  Jedni  z  nimi  biegli  do  Towarzystwa  Rolniczego,  które  przy  odgłosie  strzałów 
ratowało  życie  i  cum  omni  formalitate

*

  zamykało  posiedzenie,  zapieczętowane  krwią  kilku 

gorętszych  członków  stowarzyszenia;  drudzy  obnażone  trupy  z  rozdartymi  piersiami  nieśli  po 
mieście. 

Moskwa  słupiala  —  potrzeba  było  wymordować  wszystkich  albo  ustąpić.  Gorczakow

*

zmieszany, cofał się przed odpowiedzialnością rzezi, wolał uznać słabym i winnym. 

Było  to  przyznanie  wyższości  męczeńskiego  ludu,  powiedzmy  prawdę  —  szlachetne; 

zdradzało w nim i tych, co go otaczali, iskrę uczucia i wstydu. Następcy przeklinanego naówczas 
Gorczakowa i Muchanowa, doktrynerowie, którym duma zaamputowała głowy i serca — nie byli 
zdolni do tak ludzkiego a niepolitycznego czynu. 

Warszawa krwią kilku ofiar okupiła chwilę życia, błysk swobody po wiekach niewoli. 
Dzień ten opiszą kiedyś dzieje… my wrócim do naszej powieści. 

                                                

*

  Dom  Malcza  —  W  tych  latach  Krakowskie  Przedmieście  tworzyło  przed  wylotem  ulicy  Bednarskiej  dwie 

wąskie ulice, między którymi znajdował się właśnie dom Malcza oraz inne kamienice. 

*

 cum omni formalitate (łac.) — z wszelkimi formalnościami. 

*

 Gorczakow Michał — był od r. 1856 do 1861 namiestnikiem Królestwa Polskiego. 

background image

W  kilka  godzin  potem  miasto  pasowało  się  jeszcze  w  niemej  walce  z  rządem,  już  coraz 

mięknącym, ale widocznym było, że zwycięstwo zostało po naszej stronie. Pod wieczór zebrani 
obywatele  w  Resursie

*

  wydelegowali  zmiędzy  siebie  posłów  do  księcia  Gorczakowa;  ten  krok 

już był poczuciem siły, władza przeszła cała niemal w ręce kilku ludzi, którzy ją oddali miastu, 
zaklinając, abyśmy dowiedli, że się rządzić potrafimy. Wojsko skutkiem tych układów w Zamku, 
które były abdykacją rządu głupią, ale uczciwą, zaczęło powoli ustępować, ludność się uspokoiła; 
wpośród ciszy uroczystej ulic życie całe zbiegło do Resursy, do Europejskiego Hotelu, w którym 
złożono  ciała  poległych,  do  cichego  pałacu  Zamoyskich,  w  którym  Towarzystwo  Rolnicze 
radziło nad odzyskaniem utraconego stanowiska, nie nad ratunkiem kraju — kraj dlań stanowił 
komitet. 

Tymczasem  Jędrzejowa,  jak  skoro  się  uciszyło,  pobiegła,  aby  zobaczyć  się  z  synem, 

przecisnęła jakoś do domu i upadła na progu, zastawszy izdebkę pustą. Nikt nie wiedział, co się z 
Frankiem stało. Matce przyszło na myśl, że go Moskale z rana wyszukać musieli i zabrali, bo nie 
mogła przypuścić, by sam wyszedł. 

Nie umiano jej tu o nim nic powiedzieć; cyrulik Federowski zaklinał się, że do białego dnia go 

pilnował, później nikt nie wiedział o nim, a Moskali w domu ani policji nie było. Staruszka leżała 
na wschodach, ręce rzuciła na ziemię, głowę na nich zawiesiła i płakała, rycząc i zachodząc się, 
biedaczka. 

Z drugiej strony  Anna,  niespokojna także, z opowiadaniem o zwycięstwie  szła do Franka, a 

zamiast niego znalazła matkę, leżącą i jęczącą boleśnie w progu. 

— Co się stało? Franciszek? Gdzie jest Franciszek? — zawołała blednąc. 
— Nie ma go! Nie ma! — krzyknęła matka z wyrazem tragicznej boleści, którą rozpacz tylko 

dobywa z piersi człowieka. — Nie wiem, nikt nie wie, co się stało! Chodź, panno Anno! Idźmy! 
Pójdziemy  go  szukać  między  trupami…  Czy  wiecie,  kto  zabity?  Albo  nie!  Do  Zamku!  Do 
Cytadeli! Może go Moskale pochwycili… Nie wiem! A! ja nieszczęśliwa — ja nic nie wiem! 

Z załamanymi rękami  Anna  stała  niemal przed tą wielką  boleścią  macierzyńską, przy której 

bledła jej własna rozpacz — prawie nie wierząc uszom i oczom; łzy nagle rzuciły się jej z piersi 
wezbranych do powiek, a z nimi okrzyk: 

— O, bohater  mój! I  boleść  nawet nie potrafiła  go przykuć do  łoża… Chodźmy  go szukać, 

chodźmy! — zawołała żywo. — Daj mi rękę, pani moja, pójdziemy razem, nic nam nie zrobią… 
my  go  musimy  wynaleźć.  Ale  jakże  on  wstał?  Jak  potrafił  wyjść?  Niktże  go  nie  widział,  nie 
powstrzymał? 

— Nikt! nikt! — powtórzyła, dźwigając się, matka. 
Na tę scenę rozdzierającą Federowski nadbiegł powtórnie z dołu. 
— No, kto by to pomyślał! — zawołał. — Gdybym wiedział, byłbym go na klucz zamknął! 
— Resztą sił byłby drzwi wyłamał! — odparła Anna. — Ale nicże nie wiecie o nim ? 
—  Nic  nie  wiem,  biegałem  się  rozpytać…  nikt  nie  umie  powiedzieć  nic,  widział  go  tylko 

chłopak, jak się zwlókł jeszcze przed strzałem i stał blady pod kamienicą Malcza! 

— A! Tam, gdzie tych dwóch zabito! Kobiety zamilkły. 
— Chodźmy!  — przerwała  matka.  — Idźmy, prędzej,  ja go znaleźć  muszę, zobaczyć… On 

nie mógł umrzeć, on żyje, on się męczy, a mnie tam nie ma przy nim! 

— I mnie! — cicho dodała Anna. 
W  milczeniu  dwie  nieszczęśliwe  kobiety  powlokły  się  razem  przez  ulicę  ku  Hotelowi 

Europejskiemu,  którego  niemy  zastęp  żołnierzy  na  koniach  pilnował.  Mimo  to  pełno  było 

                                                

*

  Resursa  —  Gmach  Resursy  Kupieckiej  znajdował  się  na  ulicy  Senatorskiej.  Wybrano  tam  27  lutego  1861 

Delegację Miejską. Była to jakby reprezentacja ludności, która miała utrzymywać porządek w mieście. 

background image

snujących  się  koło  niego  postaci.  Miasto  było  uspokojone  jakby  gwałtem,  który  samo  sobie 
dobrowolnie  zadało,  w  ulicach  pusto,  żołnierstwo,  upokorzone  własną  zbrodnią,  milczące, 
powozy  jakieś  w  cieniach  mglistej  nocy  przesuwały  się  ku  Resursie  i  po  Krakowskim 
Przedmieściu. Pod hotelem konnica zapierała drogę, ale na jęk, który wyszedł z ust Jędrzejowej, 
otworzyły się szeregi i wpuszczono kobiety, domyślając się boleści wielkiej, którą jeszcze w tej 
chwili szanowano. 

Anna  i  Jędrzejowa  wcisnęły  się  przeze  drzwi  i  z  tłumem  cichym,  ale  niespokojnym  razem 

weszły do izby, w której leżały trupy. Tu panowała uroczysta cisza… Trochę światła, kilku ludzi 
posępnych,  milczących  na  straży,  w  pośrodku  ciała  pięciu  męczenników  z  piersiami 
pokrwawionymi.  Rany  zaschłe  ledwie  były  widoczne;  na  zżółkłych  twarzach  zastygł  wyraz 
boleści, z którym opuścili  świat. Dziwnym opatrznego  losu zrządzeniem  w tych  męczennikach 
lutowych

*

  byli wybrańcy z całego społeczeństwa, jakby umyślnie wyznaczone ofiary: szlachcic, 

wyrobnik, student—młodzieniec, starzec, chłopię. 

Te odkryte zwłoki, strzeżone przez nieznanych ludzi, stróżów z dobrej woli, budziły uczucie 

jakiegoś przestrachu, którym wszyscy byli przejęci; uroczysta cisza nocy zwiększała je jeszcze. 
Jędrzejowa  i  Anna zapomniały  nieco o własnym  cierpieniu wobec tych ofiar, których  nie  było 
rodziny,  tylko  naród  przyznający  je  za  swe  wybrane  dzieci.  Ale  oko  ich,  przebiegłszy  trupy, 
wniosło  pociechę  do  serca  —  Franka  między  nimi  nie  było  —  krótka  radość,  usłyszały  obok 
szepczących  i  opowiadających  sobie,  że  więcej  daleko  ofiar  poległo,  ale  kupy  ich  posprzątane 
zostały i z kamieniem u szyi rzucone do Wisły, że rannych Moskale pochwytali do więziennych 
szpitalów. 

Jędrzejowa poczuła znowu ściskające się serce, Annie oczy zaszły płomieniami oburzenia; ale 

obie stężały wobec tego widoku i nie śmiały ust otworzyć. One miały jeszcze choć promyk blady 
nadziei, a ci, do których te zastygłe należały zwłoki: matki, ojcowie, żony, siostry… nie mieli już 
żadnej. Jędrzejowa, ochłonąwszy nieco, uklękła się modlić. Jakiś słuszny mężczyzna przystąpił 
do niej z wolna. 

—  Pani  moja!  —  rzekł  poważnie  —  nie  potrzebują  oni  modlitwy  naszej;  ich  tam  duchy 

męczeńskie dla nas i kraju wyżebrzą coś w niebie. 

Stara poczęła płakać, Anna była drżąca; poczuła w sobie ten zapał, który niewiasty przetwarza 

w bohaterki; zrozumiała w tej chwili to, czego nie mogła pojąć nigdy: że i słaba kobieta chwycić 
może za oręż, jak owa matka czarnogórska, co straciwszy trzech synów, z rąk ostatniego porwała 
chorągiew. W głowie się jej zawracało. 

Przykute  do  tych  zwłok,  których  rozdarte  piersi  mówiły  tak  wiele  o  ojczyźnie,  obie  kobiety 

stały, nie wiedząc, co z sobą począć. Nareszcie Anna trąciła staruszkę i odezwała się do niej: 

— Chodźmy!…  Ktoś z towarzyszów widzieć go  musiał!… Chodźmy,  moja pani… tobie to 

tylko serce krwawi. 

Prawie  w  tejże  chwili  przez  tłum,  który  całą  noc  około  zwłok  wartował,  aby  ich  nie 

pochwycono, przecisnął się Młot z podwiązaną twarzą; nie postrzegł on Jędrzejowej, ale ona go 
gwałtem chwyciła za rękę i głosem drżącym spytała jak Kaina: 

—  Mój  syn!…  Mój  syn…  Coś  zrobił  z  synem  moim?  Blady,  zmęczony  młody  chłopak 

obejrzał  się;  potrzebował  chwili,  aby  oprzytomnieć  i  poznać  kobietę;  był  przejęty,  znękany, 
pomieszany, ale tryumfujący. Przyszło mu na myśl, że widział na chwilę Franka; ale przed matką 
uznał to koniecznym utaić. 

— Cóż się stało? Czy wyszedł? 

                                                

*

 męczennicy lutowi — Zamordowani zostali w owym starciu ulicznym: robotnik metalowiec Brendel, czeladnik 

krawiecki Adamkiewicz, uczeń szkoły realnej Arcichiewicz, właściciele ziemscy Karczewski i Rutkowski. 

background image

— Wyszedł, widać, na ulicę, posłyszawszy wrzawę… Nie ma go w domu, nikt nic nie wie. 
Młot milczał, Jędrzejowa znowu płakała. 
— Idź pani stąd! — rzekł cicho. — Patrzeć na to nie można długo. Zejdziemy na dół; są tam 

tacy, którzy nam może coś o nim powiedzą. 

I  sprowadził  je  do  sali,  po  której  szepcząc,  gorączkowo  rozmawiając,  przechadzał  się  tłum 

wzburzony,  kołysany  jak  fale,  naradzający  się,  niespokojny.  Młot  pobiegł  do  jednego  z 
towarzyszów i wrócił z nim natychmiast, mrugając na Annę. 

— Nic nie wiemy — rzekł — o Franku; to jedno tylko, czego pewni jesteśmy, za co ręczymy, 

że żyje. 

— Jak to? więc coś wiecie? Mówcie! 
— Wiemy, że żyje! — dodał drugi, a odstąpiwszy krok, szepnął do ucha Annie: — Zabrano 

go  do  Cytadeli;  jest  wprawdzie  raniony,  ma  przestrzeloną  nogę,  ale  zdaje  się  nie 
niebezpiecznie…  teraz  go  uwolnią,  to  pewna.  Odprowadź  pani  stąd  matkę,  potrzeba  ją 
przygotować. 

Annie usta zadrgały konwulsyjnie, ujęła starą pod rękę i wywiodła ją gwałtem prawie. Znowu 

przecisnąć się musiały przez stojącą straż i pochwyciwszy przypóźnioną dorożkę, powróciły na 
Stare Miasto. 

Przez  całą  drogę  milcząc,  myślała  Anna,  co  począć:  powiedzieć  matce  czy  ukryć  to,  co  jej 

szepnął na ucho nieznajomy mężczyzna?… Czuła, że sama zająć się nie będzie mogła Frankiem; 
że  tylko  matce  wolno  być  może  chodzić  i  prosić  za  nim.  Posadziwszy  Jędrzejowa,  drżącą  i 
zapłakaną, w krześle, Anna przypadła do jej kolan jak dziecię. 

— Kochana pani! — rzekła. — Męstwa! Męstwa! I dla nas ono, kobiet, teraz jest potrzebnym, 

koniecznym i my nie jesteśmy wyjęte od ofiary!… Franek żyje!… 

— A gdzież on? gdzie? 
— Jest podobno lekko ranny; ale mówią, że go pochwycili Moskale i zawieźli do Cytadeli. 
— A, Boże wielki! — krzyknęła Jędrzejowa. — Oni go tam dobiją! 
— Nie! W tej chwili wstyd… cud Boży w ludziach bez sromu… ogarnął ich; przez te ofiary 

myśmy zwycięzcy; w mieście nie oni, ale Delegacja Miejska

*

 panuje i rządzi; władza jest w jej 

rękach. Jutro pójdziesz pani do nich, a oni ci syna uwolnią. 

Stara milczała, szepcząc jakąś modlitwę. 
— Połóż się pani, spocznij! Franek swą krwią dług ojczyźnie wypłacił, jutro go odbierzemy… 

Daruj, że w takiej chwili odchodzę; ale ojciec… ja muszę do domu powracać. 

— O, idź, dziecko  moje! Idź!… Ja  nie zasnę,  modlić się  będę. Franek żyje… no, to  jeszcze 

łaska Boża! 

Co  najspieszniej  pobiegła  Anna  do  ojca;  tu  czekała  ją  przewidywana  burza.  Czapiński 

przerażony, rozżarty, gniewał się zarazem na Moskali i na córkę, która go opuściła; domyślał się 
wszystkiego, jątrzył straszliwie, czekając jej powrotu. Zaledwie się ukazała we drzwiach, wpadł 
na nią, rozpłomieniony gniewem. 

—  A  to  tak!  O  ojcu  dla  jakichś  tam  amantów  patriotów  zapominasz  waćpanna…  Śliczna 

córka! Wśród niebezpieczeństw pierwsza myśl jakiś tam smarkacz, a ty, stary, giń sobie w kącie! 
Nie poznaję mojej córki. 

—  Ojcze  kochany!  —  odparła  z  pokorą  Anna.  —  Nie  chodziłam  nigdzie,  prócz  tam,  gdzie 

kazał obowiązek pocieszania strapionych; nie widziałam nikogo, możesz być spokojnym. 

— Ale ja… ja tu sam! A waćpanna latasz jak utrapienica po świecie… w nocy. 

                                                

*

  Delegacja  Miejska  —  Do  Delegacji  Miejskiej  należało  14  osób  o  głośnych  i  popularnych  nazwiskach 

(Kronenberg, Kraszewski, dr Chałubiński, rabin, pastor, dwóch księży katolickich). 

background image

Chciał łajać i do tego był przygotowany; ale wejrzenie na Annę, poważną, spokojną, silną swą 

niewinnością,  rozbroiło  go;  coraz  ciszej  pomrukiwał,  coraz  gderał  niewyraźniej;  nareszcie 
nadąsawszy się, ustał. 

Anna pocałowała go w rękę. 
— Ojcze — rzekła — idź, spocznij; i ciebie dzień ten wiele kosztować musiał… Jutro może 

ranek wstanie jaśniejszy dla nas wszystkich… Otrzymaliśmy plac boju; nasz własny rząd miejski, 
wybrany przez nas, zasiada w Resursie; Moskale potrwożeni są swą zbrodnią. 

—  Zasadzka!  —  zawołał  stary.  —  Wy  im  wierzycie?  Nigdy  niewolnicy  uczucia  ludzkiego 

mieć nie mogą. Słabi są może dziś, czekają sił większych i udają skruchę… Zobaczycie! 

 
Nazajutrz  w  całym  mieście,  którego  strzegły  nie  już  rosyjskie  patrole,  ale  straże  młodzieży 

akademickiej  i  szkolnej,  panował  porządek  bezprzykładny;  wojska  na  czas  jakiś  przestały  się 
mieszać do spraw ludności; rozkazy wychodziły  z Resursy, gdzie zasiadała Delegacja Miejska. 
Oznajmiono,  że  uroczysty  pogrzeb  ofiar  poległych  dnia  27  lutego  odbędzie  się  dnia  2  marca. 
Rząd i na to zezwolił. Było to drugim wielkim zwycięstwem. 

Spieszono  z  adresem  do  cesarza,  który  się  w  nocy  utworzył  i  już  podpisywać  zaczynał; 

wszyscy  zaprzątnieni  byli  pogrzebem;  tłumy  otaczały  Hotel  Europejski,  gdzie  ciała  zabitych 
jeszcze  spoczywały.  Ruch  umysłów  był  niesłychany,  podniecenie  uczuć  olbrzymie, 
bezprzykładne.  Takich  chwil,  jakie  po  27  lutego  nastąpiły,  żadne  pióro  odmalować  nie  jest  w 
stanie; są to ekstazy narodów, w których one olbrzymieją. Czuł to rząd i ustąpił przed niezłomną 
uczucia potęgą, której by był złamać nie mógł. W ulicach panował spokój, ale zarazem czynność 
nadzwyczajna;  młodzież  przelatywała  je  rozgorączkowana,  tryumfującą,  ale  poważna  i  pewna 
siebie.  Porządek  robiły  dzieci,  starsi  słuchali.  Ta  władza  nowa,  której  wojskiem  i  silą 
wykonawczą  był  zastęp  ledwo  dorosłych  chłopaków, tak  była  szanowaną,  jakby  rozporządzała 
niezliczonymi pułkami. 

Zaledwie zaświtało, Jędrzejowa utrzymać się nie mogła w domu. Armie towarzyszyć jej nie 

było wolno; powlokła się do Resursy sama. 

Gmach ten zmienił się był na stolicę władzy, ale władzy bez żadnych oznak, które jej zwykle 

towarzyszą…  wyborem  wyszłej  z  ludu  i  spełniającej  swe  posłannictwo  jako  święty  i  ciężki 
obowiązek. Stara owocarka łatwo się dobiła do sali, w której kilku zmęczonych nocą bezsenną 
ludzi siedzieli u stołu: duchowny, Izraelita, kupiec, obywatel. 

—  Panowie,  ratujcie!  —  zawołała  od  progu,  z  wymową  serca,  najmniej  wymownym 

przychodzącą z boleścią razem. — Chowacie umarłych, ocalajcie żywych! To pilniejsza jeszcze. 
Oddajcie mi syna! Oddajcie mi syna! 

— Cóż się stało z synem pani?— spytał duchowny. 
— A, panie, posłuchaj! Tyś kapłan… Ci panowie może są ojcami, pojmą… Ja mam jednego, 

jedynego syna. Na Starym Mieście rąbnął go żandarm; zraniony ciężko, krwi stracił ogromnie; a 
wczoraj zerwał się z łóżka na strzały; poleciał i ranny drugi raz… Ja nie wiem; ludzie mówią, że 
go do Cytadeli powlekli… 

Dwa  razy  ranny,  czyż  jeszcze  więzić  go  potrzeba?  Czyż  jeszcze  dla  nich  jest  straszny?… 

Panowie! uwolnijcie go! uwolnijcie! 

Wszyscy przytomni obstąpili płaczącą matkę, gorąco biorąc do serca jej prośbę; natychmiast 

zapisano nazwisko. 

— Idź pani  — rzekł duchowny  —  idź  i  bądź  spokojną; syna  jej wyprosim, uwolnim; dajcie 

nam na to tylko trochę czasu. 

— Panowie, ależ każda chwila niepewności dla mnie to śmierć, to męczarnia! 

background image

— Bądź pani pewna  — dodał drugi  — że  będziemy się  starali oszczędzić  jej każdą chwilę, 

zrobimy wszystko, co jest w naszej mocy. Niestety! Moc to niewielka! 

— Jak to, niewielka, mówicie?! — przerwała Jędrzejowa. — Poparci pięciu trupami, jesteście 

silni jak śmierć i męczeństwo! 

Ludzie spojrzeli po sobie i zamilkli. Stara, prosta kobieta z poetyczną swą mową, natchnioną 

wydała się im bohaterką, skłonili przed nią głowy. 

Ale  tuż  nadciągały  inne  sprawy.  Ludzie  się  mijali,  tłum  wypełniał  sale,  nie  było  czasu  na 

rozmowy. Jędrzejowa popłakała, i słowem duchownego pokrzepiona, odeszła powoli. 

Sama nie wiedziała, dokąd się obrócić. Do domu? Tam pustka nieznośna, on w Cytadeli. Oczy 

jej  i  dusza  zwróciły  się  ku  temu  miejscu,  ale  się  już  na  nogach  utrzymać  nie  mogła,  siadła  do 
dorożki, której woźnica poznał, że wiózł nieszczęście — pojechała. 

U  wrót  zatrzymała  ją  straż  —  nie  wolno  było  wchodzić,  obawiano  się  wpuścić  nawet  starą 

kobietę,  lękano  się  wszystkiego.  Dzicz  stała,  trochę  napiła,  u  mostu  i  śmiała  się  z 
przybywających,  z  okrucieństwem,  z  naigrawaniem,  którym  człowiek  potrafił  przewyższyć 
zwierzę. 

Rozdziera lew, ale się nie pastwi nad ofiarą. 
Wtem, gdy biedna Jędrzejowa kręci się u wnijścia, nadbiegła druga dorożka z miasta z jakimiś 

urzędnikami. Jednym z  nich  był właśnie ów wicemundurowy, który przy rewizji u Jędrzejowej 
takie dał dowody bystrości umysłu. Rzuciła się ku niemu. 

— A, panie, tam jest syn mój! 
— Aha! to waćpani już wiesz, gdzie jest? Łatwo się było domyśleć, że prędzej, później musi 

się tu dostać. 

— Dwa razy ranny! 
— Szkoda, że tylko ranny — odparł bezduszny człowiek — bo pociechy z niego spodziewać 

się pani nie możesz. 

Na  te  słowa  odstąpiła  Jędrzejowa,  okrucieństwo  urzędnika  zamknęło  jej  usta,  poczuła,  że 

prosić takiego szatana o litość byłoby występkiem. 

Urzędnik  poczuł  także,  iż  zaszedł  za  daleko,  że  w  imię  władzy,  którą  piastował,  obrażając 

najświętsze uczucia macierzyńskie, popełnił zbrodnią obrazy ludzkości — zmieszał się. 

—  Jakże  pani  wiesz,  że  jest  ranny?  —  zapytał  powolniej.  Kobieta  już  mu  nic  nie 

odpowiedziała;  pojęła,  że  mówić  z  taką  istotą  było  to  odzywać  się  do  ściany.  Urzędnik 
zawstydził się, któż wie, może wpłynął nań stan ogólny rzeczy i myśl o tym, że naród i ból jego 
sam nawet rząd poszanował, zdając mu chwilowo władzę, której sam nie umiał piastować. 

—  Ale  cóż  to  się  pani  gniewasz?  —  rzekł  widocznie  skłopotany,  usiłując  za  pierwsze  swe 

grubiaństwo opłacić. — Mówże pani! Nie wiem, ale mógłbym jej przecie może coś pomóc. 

Jędrzejowa spojrzała na niego z gniewem strasznym. 
— Słuchaj  — rzekła  —  ja nie wiem, ktoś ty  jest, ale nic  nie chcę od ciebie,  nie  masz serca 

ludzkiego,  zraniłeś  matkę  i  uczucie,  które  sam  Bóg  szanować  przykazał.  Jeżeli  masz  ojca  lub 
matkę,  oni  cię  kiedyś  odepchną,  jeżeli  masz  dzieci,  one  się  ciebie  wyprą…  Słyszysz,  boleścią 
zesłaną mi od Boga przeklinam cię; niech zginie syn mój, a krew jego na głowy wasze, potwory!! 

Mimo zahartowania biurokrata zbladł jak chusta, drżał, bełkotał, przekleństwo to brzmiało w 

jego uszach jak wyrok nieodwolalny. Kręcił się, usiłował uśmiechać, ale wargi mu posiniały, a 
oczy pobladły. 

Jędrzejowa wyglądała bohatersko. 
—  Sługi  bezdusznych  —  wołała  —  będziecie  przeklęci!  Niech  wasza  starość  spłynie  w 

osamotnieniu,  niech  konanie  ciężkie  przedłuży  się  w  opuszczeniu  na  pustyni  —  nie  znaliście 
ludzi, niechaj was świat nie zna… Bądźcie przeklęci! Bądźcie przeklęci! 

background image

Było  to  u  wrót  Cytadeli,  urzędnik  stał  jak  wkuty,  sołdaci,  którzy  nieco  rozumieli,  drżeli, 

patrzyli,  czy  kto  kobiety  pochwycić  nie  każe,  ale  biuralista  zawrócił  się,  zagryzając  wargi,  i 
powoli wszedł przez most, zgnieciony tym anatematem. 

Zepsuty, zardzewiały w tej atmosferze niszczącej, miał jeszcze coś ludzkiego w sobie na dnie i 

gdy Jędrzejowa powracała do domu — on powlókł się szukać jej syna. 

Franek był w istocie w szpitalu Cytadeli. Po strzale, który tyle piersi szlachetnych rozkrwawił, 

z  przestrzeloną  nogą  upadł  biedny  na  bruk,  tracąc  przytomność.  Rzucili  się  go  ludzie  ratować, 
wniesiono  do  sąsiedniego  sklepu,  gdzie  mu  obwiązano  nową  ranę,  a  boleść  go  ocuciła;  ale  w 
tejże  chwili  policja  i  żołnierze  pochwycili  go  zaraz,  pociągnęli  naprzód  do  Zamku,  skąd  go 
później odesłano do tego ogólnego magazynu ruskiego, który się zowie Cytadelą. 

Wiemy  już,  ile  przez  więzienia  rosyjskie  przejść  może  rocznie  winnych  i  niewinnych.  Któż 

nie  zna  z  opisów,  ze  wspomnień,  z  widzenia  przynajmniej  tego  miejsca  grozy?  Tego 
niewyrażonej okropności więzienia?  W  jednym  może Neapolu za  Burbonów  istnieć  mogło coś 
podobnego.  Gdyby  potrzeba  na  potępienie  moskiewskich  rządów  coś  stanowczego  przynieść, 
zdaje się, dosyć by było opisu jednego takiego więzienia, do którego każdy, co się dostał, przez 
toż  samo,  że  tam  był,  już  jest  winnym,  skąd  nikt  nie  wychodzi  bez  skazy  podejrzenia,  gdzie 
trzymają  jednych  dlatego,  że  coś  uczynili,  drugich,  aby  czegoś  nie  zrobili,  gdzie  sąd  indaguje 
łajaniem,  biciem,  strachem,  przekupstwem  i  podstępem,  gdzie  protokoły  podpisują  się,  jakie 
każą, gdzie nie ma żadnego prawa, nic, co by mogło ocalić raz tu pochwyconego. 

Dantejskie:  Lasciate  ogni  speranza,  voi  ch’emrate

*

  stoi  wyryte  na  wrotach  tych  piekieł,  w 

których  ludzka  złość,  chciwość,  fantazja  królują  na  przekór  wszelkim  prawom,  rządzącym 
światem.  W  tych  murach,  z  których  się  wychodzi  na  śmierć,  wygnanie,  w  których  się  gnije 
zapomnianym,  kona  zaduszonym  wilgocią  i  tęsknotą,  śmiech  szyderski  stróżów  jest  jedynym 
słowem pociechy. 

I są ludzie przecie, co systemu, który tu panuje, bronią, którzy podają mu rękę, co z nim idą i 

w  imię  jego,  osłaniając  się  płaszczem  zachowawców  porządku  społecznego!  Cóż  mu  grozi 
więcej, temu porządkowi, nad zbrodnie, które by aniołów do rewolucji zmusiły? 

Znakomici  mężowie  stanu,  okryci  gwiazdami,  po  dobrym  obiedzie  odpowiadają  na  takie 

zarzuty  zwykle:  „Nie  jesteście  chrześcijanami,  nie  umiecie  cierpieć!”  Odpowiedzieć  by  im 
można:  „Wyście  niechrześcijanie,  jeśli  na  to  patrzeć  możecie,  jeżeli  w  przymierzu  z  piekłem 
chcecie być synami Chrystusowymi”. 

Z duszą wzburzoną wicemundurowy jegomość wszedł do Cytadeli powoli i pociągnął prosto 

do  szpitala;  chciał  pokazać,  że  był  człowiekiem;  zmieniony  był  przekleństwem,  łzy  na 
wystygłych oczach paliły mu źrenice. Sam poszedł szukać syna wdowy. 

Jakiś jenerał siwy chodził po placyku i burczał półgłosem; ręce miał złożone na piersi, głowę 

spuszczoną, widocznie był gniewny. 

Urzędnik powitał go z daleka. 
— No, cóż wy mówicie? — spyta! jenerał stając. — Kasprze Janowiczu, co wy mówicie? Ten 

stary  Gorczakow  zachorował  na  brzuch,  czy  co?  Przytomność  stracił?  Ale  gdzież  Muchanow? 
Gdzie inni, co mają przecie głowę na karku? Cóż tak strasznego, że kilku ludzi ubito z tego tłumu 
buntowników?  A  oni  władzę  z  rąk  wypuszczają,  oddają  ją  jakiejś  tam  Delegacji,  uznają  się 
winnymi.  Rząd przepadł,  stracił powagę. Rosję kompromitują. Co to pięciu trupów?… Ja  bym 
ich zabił „pięćset i dopiero byłby koniec! 

                                                

*

  Lasciate  ogni  speranza…  (wł.)  —Cytat  z  III  Pieśni  „Piekła”  Boskiej  komedii  Dantego.  W  dosłownym 

tłumaczeniu znaczy ,on: ,.Porzućcie wszelkie nadzieje, którzy tu wchodzicie”. 

background image

Stary jenerał Stupajko

*

 mówił z rozpaczą prawie: 

— Śliczna rola nasza!… Będziemy się patrzyli ze wstydem, jak oni tych buntowszczyków z 

honorami chować będą!… Zabili siebie… Gorczakow zwariował! 

Urzędnik ruszył ramionami. 
— No, ja zaraz mówiłem, że to źle! — szepnął po cichu. 
— Źle?… Co to źle?… Mało! Ja bym ich oddał pod sąd, a oni mnie oddają pod sąd za to, żem 

z  ich  nakazu  do  tej  hałastry  strzelił…  Przepadło  wszystko!  Głupcy  myślą,  że  oni  ich  tym 
uspokoją; aha! póki tu noga jest nasza, spokoju nie będzie. Straciliśmy Polskę! 

Jenerał gadał gorączkowo, nie zważając na odpowiedź; urzędnik odszedł powoli; on dalej sam 

z sobą, pięścią grożąc ku Zamkowi, rozprawiał. 

We drzwiach szpitalu stał drugi wojskowy, blady i pomieszany? 
— Co słychać? — zapytał żywo. 
— Nic, panie jenerale! 
— A wmieście? 
— Spokojnie! 
— Cóż oni, nie myślą o rewolucji? 
— Gdzie znowu?… Oni teraz zajęci są tak pogrzebem tryumfalnym, wstążkami, kokardami, 

mowami,  uroczystością,  że  gotowi  by  się  dać  wszyscy  posiekać.  Ale  ja  tu,  panie  jenerale, 
przychodzę z prośbą do niego. 

— No co, Kasprze Iwanowiczu? 
— Leży tu jeden ranny… 
— O, nie jeden! 
— Cięty w rękę i strzelony w nogę… Dajcie mi go! 
— O, nie mogę! Rannym nie wolno się pokazywać na ulicach… Oni by gotowi z nim zrobić, 

co zrobili z trupem, którego nosili obnażonego po ulicach… 

—  Nie,  nie!  Teraz  to  już  uspokojone;  oni  sami  pracują  nad  uciszeniem!  Biedny  chłopiec,  a 

matkę ma starą. 

— Byle tam nie wyrósł z tego skandal jaki! Weźcie go sobie… wywieźcie do licha!… Lepiej 

niech w domu umrze… powiedzą, żeśmy go tu domęczyli. 

Urzędnikowi  przyszło  na  myśl  w  tej  chwili,  że  gdy  umrze  w  domu,  sprawią  mu  pogrzeb 

demonstracyjny, ale już się nie chciał cofnąć. Ciążyło na nim to przekleństwo, którego brzmienie 
jeszcze  w  uszach  słyszał.  Poszedł  do  sal,  gdzie  byli  ranni.  Nie  znał  Franka,  ale  wiedział  jego 
nazwisko. 

W kącie, na wąskim łóżku, zza białych, nieco pokrwawionych prześcieradeł wyglądała blada, 

piękna twarz młodzieńca. Urzędnik, idąc, jakimś instynktem się tu zatrzymał. 

— Waćpan jesteś cięty w rękę i postrzelony w nogę? — zapytał — Franciszek Plewa? 
— Ja! — odparł głos cichy. 
— Dźwigniesz się o swojej sile? 
— Nie potrafię, ale gdyby mi kto pomógł… 
— Wstałbyś? 
— Wstałbym. Ale po cóż? 
— Żeby pojechać do domu… Ruszaj się! Jedź do domu, a powiedz matce… 
Zastanowił  się  i  nie  dokończywszy  odszedł;  zawołał  cyrulika  i  szepnął  mu  słów  kilka,  a  na 

kartce coś napisał. 

                                                

*

 Stupajko — nazwisko „znaczące”. Rozkaz strzelania wydał generał Zabołockij. 

background image

Cyrulik  zakrzątnął  się  zaraz  około  chorego,  narzucił  nań  płaszcz,  podał  rękę,  żołnierz  jakiś 

podparł go z drugiej strony. Na dole stała dorożka, którą wzięto gwałtem, i Franek, nie wiedząc 
prawie,  co  się  z  nim  dzieje,  wyjechał  sam  z  Cytadeli  z  jednym  tylko  dorożkarzem,  każąc  się 
wieźć na Stare Miasto. Za wrotami zaraz porwały go mdłości… stracił przytomność. 

Woźnica, któremu numer domu powiedziano, obrócił się, popatrzał, pokiwał głową. 
— Może im tam trupa tylko dowiozę — rzekł. — Ale jak pospieszę, to kto wie?… 
Szarpnął  poczciwiec  po  koniach…  Trzęsienie  powozu  i  ból  zbudziły  Franka.  Resztką  jakąś 

instynktu zachowawczego chwycił się ręką zdrową za drzwiczki i krzyknął. 

Dorożkarz uśmiechnął się. 
— Oho! — rzekł. — Jaki to ze mnie dobry doktor! — Ale począł jechać wolniej. 
— Na Boga! Ostrożnie!… Dwie rany! 
—  Już  teraz  noga  za  nogą,  ale  mi  nie  mdlejcie,  paniczu;  a  Panu  Bogu  podziękuj,  żeś  się 

stamtąd wydostał. 

Jazda wydała się Frankowi wiekuistą; w istocie trwała długo. Po drodze, gdy już wjechali do 

miasta,  przechodnie,  widząc  tę  bladą  twarz,  stawali,  domyślając  się  aktora  tragedii  krwawej. 
Jeden  nawet zatrzymał  powóz. Był to Młot, który  leciał do Cytadeli, aby tam dostać  języka, a 
zdumiał się, zobaczywszy Franka wolnym. 

— Ty… skąd?… Co? 
— Z Cytadeli! 
— Któż cię uwolnił ? 
— Nie wiem… Cierpię mocno… A, do domu, do domu! — wyjęknął chory. — Po doktora. 
—  A,  chwała  Bogu!  —  zawołał,  już  mniej  na  jego  jęk  zważając.  —  Ustępują!  Ustępują! 

Opamiętali się! Trzeba kuć żelazo, póki gorące… Jedź do domu, ja do Cytadeli; mam tam moich 
znajomych; trzeba się dowiedzieć o resztę braci. Chwała Bogu, żeś wolny! 

Dorożka stanęła wreszcie pod kamienicą. Na Starym Mieście pusto było. Jędrzejowa tylko co 

powróciła,  rozżarzona,  mściwa,  i  padła  na  kolana  do  modlitwy,  aby  w  sobie  to  uczucie 
niechrześcijańskie przytłumić. Czuła się zburzoną aż do niewiary. 

Koło niej poczciwe dziewczę, Kasia, latała płacząc i narzekając; nie mogła poznać swej pani; 

cieszyła ją, jak umiała, całowała, płakała nad nią. 

— Matko Boska Częstochowska! Chyba ty uczynisz cud! — wołała stara, zalewając się łzami. 
W chwili, gdy wymawiała te wyrazy, drzwi  się otworzyły; dorożkarz z batogiem w ręku, w 

czapce na głowie wdarł się do izby. 

— Czy to tu pani Jędrzejowa? 
— Ano, tociem ci zapłaciła! — rzekła stara, myśląc, że pierwszy dorożkarz powrócił. 
— Ale nie, moja jejmość; ja dopiero com przyjechał. 
— To nie ten! — zawołała Kasia. — A co chcecie? 
— Ale tu pani Jędrzejowa? 
— A juścić! 
— To mi pomóżcie znieść waszego chorego do izby, aby tam nie stał na zimnie! 
— Jakiego chorego?… Skąd? 
— Ano z Cytadeli go wiozę! Co ma być? 
— Gdzież on jest?! — krzyknęły obie kobiety. 
— Gdzie ma być? Kiedy mówię, że w dorożce na dole! Jędrzejowa jak oszalała rzuciła się, nie 

słuchając więcej, wołała: 

— Cud! Cud! 

background image

Obie  z  Kasią,  zostawiwszy  drzwi  otworem,  poleciały  do  dorożki;  a  gdy  twarz  syna  ujrzała 

matka stara po tylu wzruszeniach, po takich mękach, spuściła głowę i mało nie padła z radości 
omdlona. 

— Otóż to z tymi babami! — rzek! poskakując dorożkarz. — Czy im nadto źle, czy im nadto 

dobrze, padają gdyby muchy. 

Ale wnet Jędrzejowa przyszła do siebie. 
Wkrótce potem u łoża Franka siedziała matka rozjaśniona. 
Tajemnicą  dla  niej  było,  kto  jej  syna  uwolnił,  przypisywała  to  Delegacji,  ale  więcej  Matce 

Boskiej  Częstochowskiej,  do  której  ślub  uczyniła  pójść  pieszo  z  dziękczynieniem. 
Oswobodzicielem był wyklęty. 

Dnia  drugiego  marca,  gdy  Pan  Bóg  dał  dzień  wiosny  i  jakby  zmartwychwstania  po 

męczeństwie dla biednej Warszawy, gdy stukilkadziesięciotysiączna jej ludność wyszła grzebać 
swe  ofiary  z  taką  uroczystością,  jakiej  nowożytne  dzieje  nie  znają,  Franek  nie  mógł  nawet 
wyjrzeć oknem na ten pochód niezapomniany, co w życiu ludzi, którzy mu towarzyszyli, co nań 
patrzali, jest epoką, stanowi jakby senne widzenie uroczystości nieziemskiej. 

Ta cisza ulic, ta uroczysta powaga ludu, te dzieci trzymające straż, przed których rozsądkiem 

skłaniały  się siwe głowy, te pięć trumien ubogich, czarnych, w wieńce  z ciernia  i  palmy tylko 
ubranych;  ta  niezmierna  całej  uroczystości  prostota,  ta  zgoda  wszystkich,  podających  sobie 
dłonie przy zwłokach po długoletnich walkach i nienawiści — był to widok niezrównany, było to 
coś jak przedsień niebios pięknego i świętego. 

Jak w życiu  ludzi  są chwile apoteozy, tak w  żywotach  ludów; w dziejach Polski, wyjąwszy 

dzień  trzeci  maja,  mało  jest  chwil  podobnych.  Usunięcie  się  wojsk  dobrowolne,  poszanowanie 
narodowego bólu było ze strony dziczy cudem, po którym ona prędko upamiętała się, powracając 
do swej roli, pożałowawszy uczciwej pokory jak politycznego grzechu. 

Jędrzejowa  zbiegła  tylko  w  ulicę  aby  ujrzeć  przeciągający  orszak  przez  Bielańską,  ale  wnet 

spłakana  powróciła  do  syna,  opowiadając  mu  o  tych  pięciu  trumnach  i  o  Żydach,  których 
widziała, idących wraz z księżmi naszymi za pogrzebem. 

Anna poszła wraz z ojcem aż na Powązki. Frankowi paliła twarz, słuchając opowiadania, i łzy 

po niej ciekły gorące, łzy wdzięczności dla Boga, który się zdawał jaśniejszą przyszłość biednej 
Polsce otwierać. 

Po tym dniu, po tej chwilce jasnej, prawie od godziny, gdy zwłoki zasypane zostały ziemią, a 

lud  się  rozpłynął  z  dumą  wielkiego,  nad  sobą  odniesionego  zwycięstwa  —  rozpoczęła  się  era 
nowa. 

Rząd  rozpoczął  walkę  o  odzyskanie  tej  władzy,  którą  był  z  rąk  wypuścił,  przyszli  rozumni 

doradcy. Już wieczorem dnia 2 marca znać było zmianę w usposobieniach. 

Zaraz z pogrzebu Młot z księdzem Serafinem i kilką młodzieży przyszli, niosąc odłamki palm 

i wieńców, do łoża męczennika, aby się przed nim wylać ze swą radością, uczuciem — aby i jego 
ofierze oddać cześć należną. 

Dnia tego rano kilka osób przysłało bezimiennie palmy w kwiaty strojne Frankowi, mnóstwo 

drobnych  darów  i  pamiątek  otaczały  go.  Jędrzejowa  płakała,  widząc,  jak  znajomi  i  nieznajomi 
synem  się  jej  troszczyli,  jak  całe  poczciwe  miasto  czuło  z  nią  razem  i  szanowało  bohaterskie 
męstwo jej dziecięcia. 

Cała  izdebka  Franka  na  ten  ranek  była  przystrojona  jak  w  święto,  a  wesoły  promyk  słońca, 

zakradłszy się przez szyby, igrał w niej wesoło na obrazie, który stał na sztalugach. Franek umiał 
mężnie cierpieć. Na  bladej  jego twarzy  nie znać  było upadku ducha, strachu, zniecierpliwienia 
boleścią,  był  pogodnym  i  panem  siebie  —  uśmiechał  się,  a  spokój  wewnętrzny  promieniał  na 
pięknym  jego  czole.  Postrzelona  noga  niewiele  mu  dolegała  może,  gdyż  szczęściem  kula  nie 

background image

tknęła kości, porwała tylko ścięgna i była wątpliwość, czy w niej zupełną odzyszcze władzę, ale 
rana szybko szła do zagojenia. Gorsze daleko było cięcie otrzymane w rękę, głębokie i bolesne. 
Franek,  mimo cierpienia, dla  matki  samej, potem dla wypróbowania w sobie siły ducha zmagał 
się na wesołość i spokój. 

W  dniu  tym  tylko  to  rozczulenie,  które  ogarniało  wszystkich,  wyciskając  łzy  z  oczów,  od 

dawna od nich odwykłych, przejęło i chorego, łzy, jakiegoś uczucia nieznanego, błogiego owoce, 
kręciły mu się na powiekach. 

Jędrzejowa, rozpłomieniona, co chwila podnosiła ręce do góry i powtarzała: 
— Cuda pańskie! Nigdy podobnych nie widziały oczy ludzkie: nieprzyjaciel rozbrojony cnotą 

naszą! U grobów jednający się ludzie, stany, wiary; zapał taki, braterstwo, pokora… O mój Boże! 
Co to znaczy? Chyba koniec świata? 

— To znaczy — rzekł wchodzący Młot — nie koniec świata, ale początek nowej ery. 
— To znaczy  — dodał za nim ksiądz Serafin  — że kto z Bogiem i po bożemu, z tym Bóg. 

Quis  ut  Deus!

*

  Świeccy  ludzie  —  dodał  —  myślicie  może,  iż  to  nie  ma  znaczenia,  jakiemu 

świętemu  jest  dedykowany  w  kalendarzu  dzień  dzisiejszy?  Hę?…  Przyznaję  się  wam,  jam 
księżyna nie uczony, prosty klecha, simplex servus Dei

*

, ale zajrzałem do rubryceli

*

… O cudo! 

święty Symplicjusz! Przyznaję się i do tego, że żywota jego nie znam, ale samo to imię już ma 
wielkie  znaczenie:  Simplex!  Bądźmy  prości  duchem,  idźmy  ścieżkami  prostymi,  a  otrzymamy 
zwycięstwo. Ot, co jest! — jak mówił ów kwestarz

*

, co to wiecie… 

— Tak, prości jako gołębie, ale i chytrzy jako węże — dodał Młot żywo, siadając przy łóżku 

Franka.  —  My  właśnie  wobec  tych  ludzi,  co  są  krzywi  i  przebiegli,  nazbyt  może  gołębiami 
jesteśmy. 

— Gołębiów jest królestwo niebieskie! — westchną! Serafin. 
— Ale nie ziemskie! — rozśmiał się ktoś. 
— I dosyć! — przerwał trzeci. — Jak ty się tam masz Franku? 
— Ja? — rzekł chory. — Widzicie, doskonale, dziś nie czuję bólu, tryumf mnie uleczył. 
— To twój dzień także — rzekł ksiądz. — Tamci zaofiarowali życie, a Bóg przyjął ich ofiarę, 

tyś dał, ale od ciebie nie wzięto… Zawsze cześć i tobie taka jak im. 

— O, mnie! Dajcież pokój! Jak ci się zda? — ciszej spyta! Młota — Co teraz będzie? 
— Ano, to od nas zależy;  nieprzyjaciel trochę się obałamucił  na chwilę, ale do swej  natury 

powróci; potrzeba wszelkich sił dobywać, aby stanowiska nie utracić. 

— Ale tak łatwo zejść z niego na inne, na gorączkowe i rozpaczne? 
—  Nie  —  odparł  Młot  —  ten  lud  nasz  jest  cudowny,  posłuszny,  święty,  potrzeba  nim 

kierować, on słucha jak dziecię… pójdzie, zrobi co się da, resztę Bóg! 

— Święcie! — dodał ojciec Serafin. — Tylko wierzcie!! Weszło kilka osób mniej znajomych, 

bo mnóstwo nawet całkiem nie znanych odwiedzało kalekę. Rozmowa przerwaną została. 

Jędrzejowa przyjmowała wszystkich, ocierając łzy fartuchem, całując obcych zupełnie ludzi z 

tą prostotą serdeczną, która rozczulała nawet najsztywniejszych ludzi. 

Franek  chciał  zdjąć  obraz  swój  ze  sztalug,  aby  praca  jego  nie  zdawała  się  na  pokaz 

wystawioną,  ale  mu  matka  i  przyjaciele  uczynić  tego  nie  dali;  wszyscy  przechodzący 

                                                

*

 Quis ut Deus (łac.) — tu w znaczeniu: Któż nad Boga. 

*

 simplex servus Dei (łac.) — prosty sługa Boży. Sens całego fragmentu polega na rodzaju gry słów i znaczeń w 

oparciu o ten łaciński przymiotnik, znaczący tyle, co „prosty”, „zwyczajny”. 

*

 rubrycela (z łac.) — urzędowy, kościelny spis duchowieństwa, świąt i nabożeństw na każdy dzień roku. 

*

 kwestarz — W Pamiętnikach kwestarza  Ignacego Chodźki ksiądz gwardian (a nie kwestarz) wplata częste do 

swych wypowiedzi „przysłowie”: Ot, co jest! 

background image

zatrzymywali  się  przed  nim,  a  myśl,  co  się  wypisała  farbami,  porównywali  z  tą,  którą  artysta 
krwią własną wypisał w dniach ofiary. Jedna od drugiej nabierała znaczenia i blasku. 

Dzień tak spłynął do popołudnia. Pozostał tylko Młot i dwóch towarzyszów. 
— Cóż dalej? Co dalej? — zapytał znowu Franek niespokojnie. 
— Dobrześ spytał — odparł młody chłopak. — Trudność jest właśnie w tym, by pójść dalej, 

bo  dzień  ten  stanowi  dla  nas  jakby  słupy  graniczne.  Krok  za  nim  idziemy  do  rewolucji 
niechybnej i, zdaje mi się w każdym razie, nieuchronnej; krok w tył — kto zna Rosją, ten wie, że 
oznacza ostrzejszą niewolę, powrót do dawnego systemu, a może ostateczne ujarzmienie Polski. 
Potrzeba  wysiłku,  a  jeżeli  Europa  da  nam  zginąć  w  rozpaczliwym  boju  —  niech  na  nią,  na 
wnuków i prawnuków pokolenia spadnie krew męczeńska! Jest wielu ludzi, którzy mówią: „Na 
tym  stanąć”.  Dają  nam  te  rady  bojaźliwe  gazety  nasze,  zachowawcza  szlachta…  Mówią  oni: 
„Pozyskajmy  wprzódy  lud,  uzbrójmy  się  w  siły,  zaczekajmy”,  ale  nie  wiedzą,  że  czekając, 
łańcuchów  tylko  dostoim…  Trzeba  iść  naprzód!  Bądź  co  bądź!  Delegacja  Miejska  mięknie  od 
grzeczności rządowych, słabnie od strachu o własną skórę, młodzież musi dalej pchać łódkę doli 
narodu. „Młodości, ty nad poziomy!…” 

—  Wszystko to  dobrze  —  przerwał  ksiądz  Serafin  po  swojemu  —  ale  z  Bogiem!  A  będzie 

wam potrzeba kapelana do obozu, zakasawszy poły, siadam na koń z krzyżem świętym, abyście 
bez  niego nie  szli, w  imię  Ojca, Syna  i Ducha Świętego przeciwko tym, co druzgoczą krzyże! 
Choćby  od  kuli  paść  przyszło…  Quod  Deus  avertat

*

,  bo  któż  wam  naówczas  będzie 

przypominał: A z Bogiem! A z Bogiem! 

Franek się uśmiechnął. 
— Druga rzecz — rzekł gaduła Serafin — wesoło i raźnie! 
Bez tego żywotnego wesołości obroku żółć by i troska was zjadła zawsze, i u brzegu mogiły 

powtarzajcie sobie: „Kiep świat!” Kto poczciwy, ten nie chmurny, ot co! 

— Wy tam myślicie iść dalej, a ja przykuty! — westchnął Franek. 
— No, ciałem, ale duchem z nami — rzekł młodszy. — Ty odosobniony, samotny, często siłą 

ducha lepiej i jaśniej zobaczysz niż my w pyłach walki — przyjdziemy do ciebie po radę. 

— O! Nie potrzebujecie mnie — odparł chory — ale bardzo by mi było boleśnie, gdyby mnie 

nawet głos od was nie dolatywał; potrzebuję być z wami. 

— Nie bój się, nim godzina czynu wybije, będziesz i dłonią z nami; rzeczy się tak święcą, że 

na długo przeciągnie się robota, a ty prędko wygoić się musisz… Musimy zwlekać i iść powoli. 

— Festina lente

*

, a z Bogiem!  — dodał ksiądz Serafin. Gdy ta rozmowa toczyła  się u  łóżka 

Franka,  biedna  Anna,  po  kilku  dniach  rozstania,  nie  wypuszczana  z  domu  przez  podejrzliwego 
ojca, rozpytującego teraz o każdy krok i minutę — wyrwała się przecie gwałtem, z zapłakanymi 
oczyma  do  przyjaciela,  czując,  że  jej  opuszczenie  boleść  musi  podwajać;  przybiegła  do 
Jędrzejowej,  ale  postrzegłszy  obcych  ludzi,  skryła  się  za  parawanem  w  pierwszej  izdebce, 
czekając, póki nie odejdą. 

Z  głową  na  piersi  zwieszoną,  w  żałobnym  stroju,  który  od  tego  dnia  przybrał  naród  cały,  a 

żadna  przemoc  zedrzeć  go  zeń  nie  mogła,  Anna  siedziała  smutna,  a  łzy  jej  płynęły  z  oczów 
zmęczonych.  Każda  chwila,  odkradziona  z  tego  krótkiego  czasu,  który  potrafiła  wyrwać  ojcu, 
była  dla  niej  stratą  wielką,  a  tam,  u  łóżka  jego,  gwarzono  i  śmiano  się  tak  nieznośnie,  tak 
rozwlekle… Po biciu pulsów w skroniach liczyła uciekające sekundy… W sekundzie jednej tyle 
szczęścia może się pomieścić! 

                                                

*

 Quod Deus avertat! (łac.) — oby to Bóg odwrócił! Niech Bóg od tego broni! 

*

 Festina lente (łac.) — spiesz się powoli. 

background image

Franek  nie  wiedział  o  jej  przybyciu,  ale  przeczuwał,  że  ona  blisko  być  musi,  poznał  jej 

wnijście  po  lekkim  sukni  szeleście,  nie  pochwyconym  dla  innych,  po  czymś,  co  mu  sercem 
wstrząsnęło.  Jędrzejowa,  która  już  ją  była  pokochała  w  chwilach  niedoli,  teraz  tryumfem  syna 
wbita w pychę nieco, przyjęła ją trochę markotno. 

W  tamtych  dniach  niepokoju  straciła  była  z  oczów  wszystko,  teraz  już  powracała  troska  o 

dziecko,  o  niepotrzebną  miłość,  o  straszne  dwóch  ubóstw  małżeństwo,  co  gorzej,  o  to,  czym 
jeszcze, jak mówiła, za to wielkie szczęście opłacać przyjdzie. 

— Gdyby to była, do licha, proste sobie jakie dziewczysko — a Bóg tam z nim! Kiedy wola 

Boża,  niechby  się  z  nią  żenił,  ale  to…  o  to  jeszcze  na  kolanach  prosić  będzie  potrzeba…  a 
dalibóg nie ma o co! Bo mój Franek wart choćby królewnej! 

Zapomniała, że serce Anny rzadko w królewnej piersiach mieszka. 
Dla  tej  chmurnej  twarzy,  z  jaką  ją  Jędrzejowa  przyjęła,  dziewczę  płakało;  ale  mogłoż  nie 

przyjść  choć  tego  dnia  i  nie  powiedzieć  mu  słowa  pociechy,  i  wahać  się  dla  niego  znieść 
przykrość wielką, ale konieczną? 

Zaczerwieniona,  zawstydzona,  drżąca,  bo  Jędrzejowa,  widząc  ją  chowającą  się,  mruczała 

jakoś dziwnie, Anna siedziała za parawanem upokorzona, ale godności i powagi pełna; chwila ta 
wszakże wydała się jej wiekiem. 

Nareszcie  przyjaciele  odeszli,  Franek  został  sam.  Anna  wyrwała  się  ze  swej  kryjówki  z 

płomieniem na czole i pospieszyła do łoża przyjaciela. 

Franek,  widząc  ją,  pobladł,  wzniósł  oczy  w  niebo,  chciał  się  ku  niej  rzucić,  ale  postrzegł 

chmurę nad jej ślicznym czołem wiszącą. 

— Co tobie? — zapytał niespokojny. 
— Nic, nic! — odpowiedziała Anna, siadając przy nim. — Ale i ja złożyłam moją małą ofiarę 

dzisiaj.  Przeszłam  przez  ogień  dla  ciebie…  nie  żałuję!  Chciałeś  mnie  widzieć,  kazałeś  mi 
powiedzieć  przez  Kasię.  Mimo  ojca  mojego,  mimo  twojej  matki,  która,  naturalnie,  dziwnie 
spoglądać musi na takiego jak ja natręta, przyszłam, oto mnie masz. 

— Tylko dla mnie? — zapytał Franek cicho. — O Anno, tylko dla mnie? — i głos mu zamarł 

na ustach. 

—  Tak,  tylko  dla  ciebie;  bo  ja,  choćbym  pragnęła  cię  widzieć  aż  do  skonania  z  boleści, 

wolałabym dla  siebie  skonanie  niż wstyd. Patrz, to on oblał  mi czoło… a  nie zobaczysz, co w 
sercu! 

— Anno droga! Nie wyrzucaj mi tej ofiary; ona okropnie ciężeć mi będzie. 
— Daruj! Przebacz! Ale z pełnego kielicha goryczy kropla się wylała i padła na twe serce… 

O! Czuję to, przez nią cała moja ofiara stracona; trzeba było przyjść wesołą i uśmiechającą się… 
Nie umiałam, słaba kobieta! 

— Tyś anioł! — rzekł Franek po cichu. — Jam niegodny, że śmiałem tego żądać, żem się nic 

nie domyślił! 

— Słuchaj! — przerwała Anna. — Nie łudźmy się! Potrzeba wycierpieć wiele, ale ta gorycz 

jest szczęścia przyprawą… Nie mówmy o tym! 

— Tak, mówmy o tym dniu wielkim. 
—  Sąż  słowa  na  to?…  Doprawdy,  braknie  ich  w  języku.  Na  odmalowanie  tego  obrazu  — 

zawołała Anna — potrzeba więcej niż artysty, więcej niż poety, trzeba proroka i wieszcza! Coś 
nie widzianego na ziemi… I niebo, które za tło służyć miało, zrobiło z siebie, co mogło: powiew 
wiosny, słońce wiosenne, dzień  jakby pierwszy ziemi;  całe  miasto w czerni, domy obwieszane 
całunami, białe krzyże na nich wszędzie; i ten orszak czarny, i ta cisza straszna a majestatyczna, 
te tysiąców odkryte głowy, to duchowieństwo wszystkich wyznań, te czarne trumny, niesione na 
barkach… palmy i ciernie… O mój przyjacielu! — nie, na to nie ma wyrazów. Do rysów takiego 

background image

strasznego  wielkością  swą  obrazu  musiały  się  stroić  serca,  a  stroiły  się  tak,  że  pęknąć  mogły; 
wysoko podniosły się dusze, byliśmy więcej niż ludźmi — przez chwilę. 

—  Ale  taka  chwila  jest  pokarmem  na  długie  lata.  Czemużem  ja  tego  mymi  nie  oglądał 

oczyma? 

— Boś leżał, męczenniku, i widziałeś to w swej duszy. 
— Tak, widziałem  — rzekł  młody  chłopak.  —  Widzę, czuję… I wiesz, Anno, znowu  mam 

jasnowidzenie, że niezasłużonego mnie ten sam co ich los czeka… niedługo. 

— O! Przestańże tych widzeń. 
— Pozwól mi, ty godna jesteś posłyszeć to bez łzy, boś po nieziemsku kochać umiała, bo poza 

grobem tak będziesz moją, jak jesteś tu… teraz… Tak, Anno, nie rójmy już innego szczęścia — 
ono dla nas wyczerpane do dna! Ja… żyć nie będę. 

— To urojenie choroby, tyś młody i silny. 
— Ja nie z tych ran umrę — rzekł Franek. 
— Skądże takie przeczucie? 
— Nie wiem, jakiś trzeci strzał mnie dobije… Widzę to… gotuję się, jestem pewny. Wdowo 

ty  moja,  połóż  mi  rękę  na  czole…  daj  mi  tę  białą  dłoń  pocałować,  ja  nigdy  nie  ścisnę  jej  u 
ołtarza. 

— Cicho! cicho! — zawołała Anna, której łzy nabierały w oczach. — Przez litość nade mną! 
—  No,  więc  cicho,  mówmy  o  czym  weselszym…  To  urojenie!  Choć  śmierci  ja  się  nie 

lękam… tylko mi daj słowo, że jeśli potrafisz, jeśli będzie można, zamkniesz mi tą ręką powieki 
na sen wiekuisty. Anno, tyś szczęśliwsza ode mnie, bo ty wierzysz w przebudzenie… a ja! 

— O Boże! a ty?! 
— Ja… będę z tobą szczery! Wierzę w wielkiego Boga, w Jego sprawiedliwość, ale wierzę w 

nicość człowieka; dalej poza tym życiem są dla mnie… mgła i ciemność! 

—  Dziecko  chore  —  zawołała  Anna  —  mógłżeby  umysł  ludzki  tysiące  lat  roić  o 

nieśmiertelności daremnie? Szukać jej, pragnąć, marząc o czczym wymyśle? Czyż potężniejszym 
mógłby  być  ten  umysł  i  fantazja  niż  sam  Pan  Bóg?  Czyż  może  być  w  duszy  przeczucie  i 
pragnienie tego, co nie istnieje? 

— Wszystko to prawda — rzekł Franek — ale, Anno moja, ja nie wiem, czy się spotkamy na 

innym świecie, i to mnie zabija! 

— Na to jest jeden sposób — odpowiedziała z uśmiechem — wielkie dusz spojenie na ziemi, 

wielka miłość… ona pociągnie nas ku sobie poza grobem. Tyś chory, nie marz! O, wierz, wierz! 
Bądź spokojny! Tu czy tam, my się znajdziemy! Musiemy być z sobą, a ja… jeśli mi ciebie los 
wydrze  —  pójdę  za  tobą…  nie  pożałuję  tu  nic,  chyba  biednego  ojca  sieroty,  który  mi  teraz 
przyjść  do  ciebie  nie  dopuszcza.  Ale…  to  mi  przypomina,  że  odejść  muszę…  Spojrzę  na  twój 
obraz…  i  uciekam.  Gdy  podobna  będzie  wymknąć  się,  przylecę,  przejdę  znowu  przez  te 
płomienie wejrzeń, które mnie ścigają!… Bądź spokojny! 

Wstała,  podał  jej  Franek  tę  rękę,  którą  miał  wolną,  Anna  obejrzała  się,  a  widząc,  że 

Jędrzejowa  nie  patrzy,  szybko  położyła  czysty  pocałunek  pokoju  na  gorącym  jego  czole. 
Westchnęła i wyszła zarumieniona. 

Stara,  która  z  różańcem  chodziła  po  pierwszej  izbie,  ledwie  przechodzącej  kiwnęła  głową, 

ledwie  ją  pożegnała,  na  twarzy  jej  widne  były  chmury  i  burze.  Anna  przeszła  przez  nie  raz 
jeszcze, ale za drzwiami musiała stanąć, aby otrzeć łzy, płynące strumieniem. 

— Tak, gdy się kocha, ofiar się nie waży!  — rzekła do siebie. — Cierpmy, a wesoło! Teraz 

druga burza i chmury czekają mnie w progu od ojca. 

Z takich to burz przetrwanych składa się szczęście nasze… o, biedne szczęście ziemi!! 
 

background image

Choroba, jeśli nie obali człowieka, to go podnosi na duchu; cokolwiek mocy wewnętrznej, a 

boleść  zwyciężona  przemienia  się  w  potęgę,  uzupełnia,  dźwiga,  daje  męstwo  i  cnotę.  Kto  nie 
zginie  od  niej,  ten  do  niepoznania  olbrzymieje.  Tak  się  stało  z  Frankiem,  którego  łoże  boleści 
wkrótce  na  proroczy  trójnóg  się  zmieniło;  leżąc  samotnie,  myśląc,  czytając,  zatapiając  się  w 
sobie, biorąc z wypadków nie ich fizjognomią, ale myśl i treść samą, nabył dam jasnowidzenia 
spraw ludzkich, który tylko w szczególnych razach bywa własnością człowieka. Sąd jego był tak 
trafny,  rada  tak  dobra,  a  przewidywanie  przyszłości  tak  prawie  zawsze  niechybne,  że  i  Młot,  i 
inni  u  niego  składali  rady,  do  niego  szli,  gdy  rozpoczynać  co  było  potrzeba.  Jednakże  zwykle 
sięgali dalej, niż on chciał, a stąd płynęły szkody i zawody. Raz rozpoczętego ruchu powstrzymać 
nie  było  podobna,  porywał  on  nawet  chłodniejszych  ludzi;  wszystko,  co  przez  lat  trzydzieści 
spało, nienawiść, niewiara, pragnienie zemsty, budziło się z kolei i porywało za sobą. 

Każdy  dzień  przynosił  nowe  hasło  do  tego  boju,  który  prowadzono  bez  innej  broni  nad 

wytrwałe  męstwo.  Śpiewy  po  kościołach,  zebrania  na  ulicach,  opozycja  cicha  i  nie  ustępująca 
kroku  przedłużały  walkę,  jątrzyły  pogan,  rozżarzały  uczucia  w  najozięblejszych.  Kościół  i 
nabożeństwo  były  prawie  jedyną  bronią  Polski,  przeciw  której  jeszcze  Moskwa  wahała  się 
wystąpić z całą gwałtownością swoją. 

Część społeczności bojaźliwie opierała się temu ruchowi, druga je ciągnęła; nikt nie wiedział, 

jak to daleko zajdzie, ale po cichu mówili już sobie wtajemniczeni: „Rewolucja!” 

Innym,  ostyglejszym,  ostateczność ta  zdawała  się  wprost  niemożliwą,  spodziewali  się,  że  w 

chwili wybuchu powstrzyma ją brak wszystkiego, co mogło jakąkolwiek podawać nadzieję. 

I tak płynęły godziny za godzinami, dalej a dalej, każdy dzień zbliżał kres, na który z obawą 

patrzali wszyscy. 

U łoża chorego niemal co dzień zbiegali się dla cichej narady spiskujący. Lecz możnaż to było 

nazywać  spiskiem,  co  w  istocie  było  podzieloną  pracą  wszystkich,  wszystkim  wiadomą  prócz 
tych, którzy ani języka, ani uczucia Polski zrozumieć nie mogli. 

Jędrzejowa dosyć zrazu była rada, że Franek nie leży opuszczony, że o nim nie zapomniano, 

ale  w  końcu  uczucie  matki  ją  ostrzegło,  że  w  tym  być  może  i  jest  niebezpieczeństwo. 
Przybiegano  nieostrożnie,  hałasowano  wiele,  wychodzono tłumnie,  często  i  późno  w  nocy,  nie 
było najmniejszej oględności w tych naradach; policja, jakkolwiek niedołężna, zawsze ślepą być 
nie mogła. 

Raz i drugi prosiła stara Młota o trochę ostrożności, ale on ją uspokoił, a Franek śmiał się z 

przesadzonej macierzyńskiej obawy. 

—  Papierów  żadnych  nie  mamy  —  mówił  do  matki  —  a  że  mnie  przychodzą  chorego 

odwiedzać, nic naturalniejszego. 

Przybywali też przez politowanie odwiedzać go nie tylko znajomi, ale zupełnie nie znani. Był 

nawet  pan  Edward  parę  razy  z  zakłopotaną  miną  i  niepewnym  słowem.  Kilka  figur  wielce 
dwuznacznych docisnęło się do łoża Franka tym sposobem; między innymi jakiś pan Zagrodzki, 
grający rolę zapalonego patrioty, wiedzący doskonale, co się gdziekolwiek działo, i pobudzający 
gorąco do nieustannych manifestacji. Robił on małe przysługi, a oświadczał się z wielką miłością 
i  uwielbieniem  dla  męczennika  sprawy  ojczystej,  jak  się  wyrażał,  pomimo  to  Jędrzejowa  jego 
miny lisiej i grzeczności nadskakującej instynktowo znieść nie mogła. Zagrodzki o sobie i swym 
położeniu nie mówił nigdy, zaklinał się tylko przy każdej zręczności, że gotów jest dać życie dla 
drogiej ojczyzny. Z opowiadań jego można się było domyślać, że służył w jakiejś kancelarii, z 
obrotów, że mało miał do czynienia; widywano go cały boży dzień na ulicy, wszędzie gdzie była 
jaka  narada  —  w  chwili  czynu  wszakże  zawsze  się  gdzieś  zawieruszył;  zawsze  mu  coś 
przeszkodziło, by się do manifestacji, do śpiewu i nabożeństwa przyłączył — pokazywał się, jak 
śmieciuch, przed burzą, w czasie burzy już go nie było. 

background image

Szczególną  powziąwszy  jakąś  przyjaźń  dla  Franka,  przychodził  do  niego  w  różnych 

godzinach,  starał się wpaść  na rady, które się tam odbywały. Szczęściem  jakimś to  mu się  nie 
udawało.  Franek  także  miał  wstręt  do  tego  człowieka  grzecznego,  potulnego,  usłużnego  do 
zbytku,  nadskakującego  niezmiernie,  a  byle  powód  wylewającego  się  z  potokiem  słów, 
nacechowanych przesadą, która kazała wątpić o szczerości. Gdy się raz tu wcisnął, pozbyć się go 
nie było podobna. Franek, pytany o niego, odpowiadał, kiwając głową: 

— Niepewna bardzo figura… śledzim go. 
Od tego wieczora, gdy biedna Anna tak ciężko zabolała, odwiedzając przyjaciela, rzadko już 

mogła przychodzić do niego. 

Ojciec  spotykał  ją  zawsze  w  progu  ostrymi  wyrzutami  za  płochość,  szpiegował,  liczył 

godziny.  Boleść,  której  doznała,  uczyniła  ją  bojaźliwszą.  W  sercu  jej  nie  zmniejszyło  się 
przywiązanie  dla  Franka,  który  wyrósł  w  jej  oczach;  ale  z  nim  nie  była  już  taka  śmiała  jak 
wprzódy. Dziwna też okoliczność wpłynęła na zmianę domowych stosunków Czapińskiego. 

Profesor,  który  z  wysokości  swej  emerytury  spoglądał  na  syna  przekupki  jako  na  istotę 

niegodną  zbliżyć  się  do  córki  jego,  sam  był  (trzeba  nareszcie  powiedzieć  prawdę)  synem 
ubogiego  mieszczanina  z  Łosic  na  Podlasiu.  Matka  jego  sprzedawała  ogórki,  których  to 
miasteczko tak wiele wydaje; ojciec chodził w kapocie sam za poczciwą sochą; ubogi domek ich, 
gniazdo  rodzinne,  zamieszkiwał  dotąd  szwagier  Czapińskiego,  który,  z  siostrą  się  jego 
ożeniwszy, ojcowiznę skupił. 

Dwóch  ich  było  braci  wyszłych  z  Łosic  naprzód  do  szkół  w  Białej,  gdzie  dosyć  dobrze  się 

ucząc,  już  o  własnych  siłach  dobili  się  do  Lublina,  kończąc  nauki,  potem  do  Warszawy,  do 
uniwersytetu.  Jeden,  jak  widzieliśmy,  wykształcił  się  na  profesora,  drugi  poszedł  drogą 
administracyjną, nie mogąc wszakże daleko nią zajechać. 

Niezmiernie praktyczny, ale dosyć tępego umysłu, który poza pewne granice, gdzie już sama 

praca  nie  starczy,  a  talent  potrzebnym  się  staje,  nie  przeszedł;  brat  profesora  wyforytował  się 
nareszcie  na  burmistrza  w  jednym  mieście  handlowym.  Był  to  w  jego  rozumieniu  szczebel  do 
dalszego postępu; ale na tym dosyć wygodnym szczeblu od dnia do dnia pozostał na całe życie. 
Ożenił  się  tam,  zagospodarował,  obeznał  z  miejscowością  i  dorobił  majątku.  Później  żona  mu 
umarła, dzieci także; wdowcem, przywiązał  się do ciułania  grosza i w tym zawodzie nader był 
szczęśliwym. Współki tajemne z Żydami, do których pozycja urzędowa pomagała; pożyczka na 
procenta i tym podobne szacherki, a życie więcej niż skromne, bo skąpsze co dnia, uczyniły go 
— stosunkowo do położenia — krezusem. 

W miarę jak rosły kapitały, rosło i skąpstwo pana Porfirego, rosła chciwość. 
Rzadko zaglądał do Warszawy, a gdy przyjeżdżał, przez oszczędność stawał u brata. Żywił go 

brat, za co wywdzięczał mu się, czasem przysyłając zaśmierdłą zwierzynę, darowaną sobie przez 
kogoś, a odtransportowaną bezpłatnie przez znajomego konduktora dyliżansu. Całe ich stosunki 
na tym się ograniczały. 

Czapiński  junior  myślał  się  jeszcze  z  bogatą  wdową  po  jakimś  mieszczaninie  ożenić,  gdy 

nagle apopleksja przyszła przed zapowiedziami. 

Spadek  po  zmarłym  bez  testamentu  i  potomstwa  bracie  przypadł  wcale  niespodzianie 

profesorowi,  który  nie  chciał  zrazu  wierzyć  oczom  i  uszom,  gdy  inwentarz  okazał  w  gotówce, 
listach zastawnych, akcjach kolei i tym podobnych do czterechkroć stu tysięcy złotych, nie licząc 
wekslów mniej pewnych i zaplątanych należytości. 

Zmieniło to nie tylko przykre dosyć położenie emeryta, nie tylko jego dla córki nadzieje, ale, 

niestety, nawet sposób jego zapatrywania się na świat. 

background image

Profesor,  choć  stary,  uległ  dziwnej  metamorfozie:  uczuł  wstępującą  w  siebie  powagę 

kapitalisty;  grosz,  o  którym  z  Seneki

*

  i  Horacjusza

*

  prawił  tak  pogardliwie,  nagle  mu 

zasmakował. Znajdował teraz, że jest niezbędnie potrzebnym do życia; że ci tylko nie uznają jego 
ważności, co sami go nie mają. Przeraziło to Annę, ale na nią nic a nic nie wpłynęło; pozostała, 
jaką była, owszem, pilniej jeszcze czuwającą nad sobą, aby się nie zepsuć i nie zmienić. 

Wieść  o  tym  groszu  burmistrza  rozbiegła  się  po  mieście  z  ust  prawnika,  którego  Czapiński 

użyć musiał do likwidacji. Powiększono nieco spadki dla tym większego efektu. 

Anna była bogatą dziedziczką, młodzież znajdowała ją teraz daleko jeszcze piękniejszą. Pan 

Edward już nie przez punkt honoru eleganta, ale na serio starać się o nią począł. 

Jego  szlachectwo,  stosunki,  koligacje,  rozum  statysty  —  mówił  teraz  profesor  Czapiński  — 

bardzo go u ojca panny dobrze stawiły. 

Wielki  ów  opozycjonista  i  patriota,  republikanin  emeryt,  zszedł  z  tej  roli  nieznacznie  na 

zachowawczą,  zbliżył  się  do  Edwarda.  Znajdował  wprawdzie  dotąd,  że  rząd  jest  nieumiejętny, 
złej  woli…  że  nie  zna  kraju  i  temu  podobnie;  ale  też  silnie  wyrzekał  przeciwko  niesforności 
młodzieży,  brakowi  poszanowania  dla  starszych,  przeciwko  duchowi  nieładu,  który  zawładnął 
dziećmi niedojrzałymi. 

Anna  płakała  i  milczała;  zrazu  sądziła,  że  to  wywoływała  potrzeba  gderania;  ale  później 

smutno się jej zrobiło. Musiała wyznać przed sobą, że i ojciec jej był… tylko człowiekiem. 

O całej tej sprawie Franek nic nie wiedział; starała się Anna trochę o to, aby go nikt o tym nie 

uwiadomił  z  boku.  A  że  nic  w  jej  stroju  i  obyczajach  się  nie  zmieniło,  Franek  pozostał  w 
nieświadomości zupełnej o wielkim wypadku. 

Od  niejakiego  czasu  Edward,  który  miał  to  za  sobą,  że  się  kochał  w  Annie  wprzód,  nim 

została  dziedziczką,  coraz  napastliwiej  uprzykrzać  się  jej  zaczął.  Ojca  miał  zupełnie  za  sobą; 
razem  z  nim  narzekali  unisono

*

  na  niesforność  młodzieży;  ale  Anna,  która  dawniej  wstręt  do 

niego czuła, teraz mu jeszcze większy okazywała. Ile razy spotkali się sam na sam, nie taiła się z 
nim. Edward milczał pokorny, znosił, ale był uparty. Trochę mu szło o piękną Annę, wiele też o 
ów niespodziany posag. 

Bojąc  się  starej  Jedrzejowej,  która  nic  także  o  nowym  bogactwie  Anny  nie  wiedziała, 

dziewczę, uwiadomione przez Kasię, kiedy Franek był sam, przybiegło uścisnąć rękę przyjaciela 
i smutnie z  nim chwilę poszeptać. Między  nimi  obojgiem wypadki te przesuwały  się  jak całun 
grobowy;  miłość  ich  nie  miała tych  horyzontów jasnych, które  ją dawniej rozpromieniały;  dziś 
czuli oboje przed  nią  jakby  ścianę cmentarną. Annie trudniej  byk)  niż kiedy przyjść odwiedzić 
dom  na  Starym  Mieście,  gdyż  Edward  wyraźnie  ją  szpiegował  i  zawsze  prawie,  wchodząc  lub 
wychodząc, gdzieś się z nim spotykała. 

Uparty  ten  kochanek  niecierpliwił  ją,  ale  go  odpędzić  nie  było  podobna.  Słuchał  łagodnie 

wyrzutów, kłaniał się grzecznie, nazajutrz powracał znowu. Dreszcz zimny przebiegał Annę, gdy 
go ujrzała, a pewną była prawie, że go za sobą zobaczy, kiedy jej najmniej był potrzebny. 

 
Było to wieczorem chmurnym i wilgotnym. Patrole przebiegały gęste po ulicach Warszawy, a 

symptom  ten,  który  na  przemiany  ustawał  i  wznawiał  się  bez  przyczyn  widocznych,  często  na 
dziwne naprowadzał domysły. 

                                                

*

 Seneka Lucius Annaeus (około 3–65 n.e.) — filozof rzymski, nauczyciel Nerona. 

*

  Horatius  Quintus  Flaccus  (65–8  p.n.e.)  —  znakomity  poeta  rzymski  z  doby  augustowskiej.  Głosił  zasady 

życiowej filozofii stoickiej, w której mieściło się też lekceważenie dla dóbr materialnych, a więc i pieniędzy. 

*

 unisono (wł.) — jednogłośnie. 

background image

Pomimo straży małe kupki ludzi snuły się zwłaszcza mniejszymi uliczkami i rozsypywały po 

domach.  Fizjognomia  miasta  była  smętna,  dzwony  biły  w  dali  wśród  uroczystego  milczenia, 
jakby godziny długiej męczarni. 

Na  placu  około  Zamku  było  pusto,  a  wiatr  od  Wisły  chwilami  go  zamiatał  i  wpadając  w 

sąsiednie ulice, szumiał w nich jak swawolne dziecko. Gęste, sine chmury przebiegały niebo, na 
którym domyślać się tylko można byk) księżyca, ale go widać nie było. 

Przez  plac  Zamkowy  przebiegała  to  dorożka  jakaś,  która  stawała  u  bram  Zamku;  to  się 

przesunął człowiek obwinięty płaszczem, który tam nagle wpadał i znikał w ciemnej bramie. W 
niewielu oknach świeciły się blade, jakichś czuwających tam oznajmujące ogniki. 

Było już dobrze po dziesiątej. 
W  jednym  z  apartamentów  dolnych,  wychodzących  na  dziedziniec  wewnątrz  Zamku, 

noszących  jeszcze  ślady  dawnego  przerobienia  za  Stanisława  Augusta,  przedpokój  pełen  był 
jakichś  postaci,  które  przy  oszczędnym  świetle  jednego  kinkietu,  dymno  płonącego  u  ściany, 
fantastycznie się wydawały. 

Przedpokój  ten  poprzedzała  izdebka  wąska,  w  której  było  kilku  kozaków  i  pisarzów 

wojskowych. Cisza panowała w nim, przerywana rozmową i poziewaniem ostrożnym tej służby, 
której  niemiła  woń  wypełniała  ewaporacjami

*

  tytuniu,  wódki  i  cebuli  to  wnijście;  kilka 

płaszczów wisiało na kołkach. Kozacy mieli tę ostrożność, że nim je powiesili, przerewidowali 
kieszenie, azali w nich nie było co mogącego się na tytuń, wódkę lub cebulę przemienić. 

W  drugiej  izbie,  o  której  wspomnieliśmy,  szerokiej,  pustej,  ostawionej  ławami  i  kilką 

wyplatanymi krzesełkami, na ścianie, niegdyś ozdobnie wygipsowanej, przybity był prosty zegar 
z wagą, gdaczący długie wyczekiwania godziny. Wskazywał on jedenastą, ale miał zwyczaj się 
spieszyć. 

Tu  w  różnych  postawach  i  jakby  wstydząc  się  siebie  siedziało  kilka  osób,  które  cicho 

wsuwały,  obawiały  być  postrzeżonymi  i  wymykały  nieznacznie.  Z  nich  do  następnego  pokoju 
powoływano po jednej, zostawując resztę oczekującą po kątach. 

Cisza  głęboka  panowała  w  tym  przedpokoju  władzy,  w  którym  podpułkownik  żandarmów, 

jakiś  oszarpaniec,  para  elegantów  i  kilku  nieodgadnionych  figur,  w  cieniu  ukrytych,  siedzieli, 
stali i potrosze się zżymali. 

Z sąsiedniego saloniku zalatywał tu niekiedy głos donośny, który wybuchnąwszy jakby mimo 

woli,  natychmiast  się  poskramiał.  Salonik  ten  niewiele  był  ozdobniejszy  od  izby  oczekiwania, 
przybrany  tylko  w  sprzęt  konieczny:  w  sofy,  parę  długich  stołów  i  kilka  rozmaicie 
powykręcanych  krzesełek.  Lampa  jedna  stała  na  okrągłym  stole  pełnym  papierów,  druga, 
mniejsza,  na  bocznym,  gdzie  schylony  jegomość  jakiś  w  wytartym  fraczku  pisał  szybko  i 
niespokojnie. 

Po  salonie  przechadzał  się  mężczyzna  lat  średnich  w  jeneralskim  mundurze  bez  szlif,  z 

cygarem  w  ustach.  Postać  jego  była  trudną  do  opisania,  bo  nie  miała  na  sobie  żadnych  cech 
szczególnych:  twarz  starta  i  pospolita,  oczy  zagasłe  i  blade,  lice  żółte  i  zwiędłe,  włos  nieco 
wypełzły — ten brak fizjognomii spotyka się prawie zawsze w sługach despotyzmu, zawczasu do 
jarzma nagiętych; za młodu starto z nich znamię człowiecze, wszelki niepodległy wyraz uczucia 
szczerego, wszelką życia iskierkę — eunuchów to twarze na duszach rzezańców. 

Niczemu  ludzkiemu  objawić  się  na  nich  nie  wolno  prócz  niemego,  zimnego  posłuszeństwa. 

Spojrzawszy na tych ludzi, jeśli co w nich ujrzysz, to apatią, chłód i wyuczoną nicość. 

Jeżeli który z nich ma co w sobie, pilnuje bacznie, aby z niego na wierzch nie wyszło. Słudzy 

despotyzmu takimi być muszą, aby wyrazem ludzkiej niepodległości nie razili oczów pańskich. 

                                                

*

 ewaporacje (z łac.) — wyziewy. 

background image

Od zarania gnieceni i męczeni, urabiają się na taką masę, w której człowieka pojedynczego nie 
ma, wszyscy pod jedną miarę obcięci, równi sobie — narzędzia. 

Gdy  jednego z nich  zabiją  lub wypędzą,  łatwo go drugim zapaśnym zastąpić; ten przejmuje 

rolę poprzednika i wkłada skrojoną na tamtego liberią—nic nie brak, dziura załatana. 

Jenerał przechadzający się miał właśnie taką twarz, tyle tylko że człowieczą, ale zupełnie nie 

znaczącą.  Życie  długie,  którym  dosłużył  się  wysokiego  stopnia,  nauczyło  go  giąć  się,  kłamać, 
zapierać  siebie,  aby  nikogo  nie  razić,  nikomu  nie  zawadzać,  a  iść  coraz  wyżej  popychanemu 
przez  wszystkich.  W  despotyzmie  tylko  taka  nicość  idzie  wysoko,  talenta  podlatujące, 
samoistniejsze — zgniecione upadają; dlatego gdy przyjdzie chwila niebezpieczeństwa, brak mu 
sił, brak ludzi, których tylko niezależność tworzy. 

Jenerał palił cygaro, myśląc długo, przerzucał zadumany papiery na stoliku, ruszał ramionami, 

na ostatek wziął podany przez kancelistę papier i odprawił go skinieniem ręki. Pisarz wysunął się 
cicho,  jenerał  stał  i  rozmyślał  jeszcze.  Mimo  twarzy  zastygłej  znać  było  na  nim,  gdy  sam 
pozostał, żywe oznaki zniecierpliwienia i gniewu. 

Jakby  sobie  potem  coś  przypomniał,  otworzył  drzwi  do  tego  przedpokoju,  w  którym  miał 

zapas oczekujących, i skinął na jednego z nich, zostawując resztę na potem. 

Przypuszczony do salonu był człowiek wicemundurowy; życie zgniotło mu twarz i zmazało z 

niej wszelki wyraz, podobnie jak u jenerała; brodę miał wygoloną do włoska, lśniące, czerwone, 
głupie, nadęte policzki, łysawą także głowę. 

Osobliwszą  własnością  tych  obliczów  urzędniczych  jest  przymiot  gumelastycznosci; 

przechodzą one nadzwyczaj łatwo na dwie krańcowe urzędowe miny;  więcej nad nie twarz ich 
nie  ma.  Wobec  wyższych  z  pokorą  oblicze  to  rozszerza  się,  spłaszcza,  rozciąga,  staje  samą 
służbistością  i  uniżeniem;  wobec  niższych  przedłuża  się,  wyciąga  do  góry,  dumnieje,  staje  się 
zarozumiałością siły i potęgi. 

Często  w  progu  pokoju,  który  dzieli  podwładnych  od  władnących,  odbywa  się  nagle  ta 

metamorfoza  twarzy,  z  uśmiechniętej  slodziuchno,  szeroko,  na  wyciągniętą  długo,  surową  i 
nadętą majestatem. 

Z  twarzą  razem  zmienia  się  głos  i  postawa.  Przy  naczelniku  głos  jest  cichy,  aksamitny, 

łagodny, kark pochylony i napraszający się do jarzma, człowiek wydaje się giętki, tak że można 
by, zdaje się, włożyć do kieszeni, a nie zawadzałby w niej więcej nad batystową chustkę od nosa; 
przy  podwładnych  głos  staje  się  suchy,  szorstki,  stanowczy,  a  postać  twardą,  drewnianą  i 
nieugiętą — czujesz, że przełknąć go nie potrafisz, stanąłby ci kością w gardle. 

Każdy dobry, wyrobiony urzędnik ma takie dwie twarze na posługi swe, innego wyrazu w nim 

nie  znajdziesz,  jest takim  i  w  życiu  prywatnym,  świat  dlań  dzieli  się  na  silnych  i  słabych,  dla 
pierwszych twarz się robi  szeroką, dla drugich długą  — oto cała technika  ich życia, cudownie 
prosta. 

Jenerał przybyłemu ani kiwnął głową, był zły: przybyły zrobił się maleńkim, potulnym. 
— No? macie co? — zapytał jenerał. 
— Tak dalece, JW panie, nic — małe rzeczy, głupstwa tylko. 
— Macie jakie nazwiska? 
— Nie… dziś jakoś… tylko wiemy, że studenci. 
— Co mi tam wasi studenci! — zakrzyknął jenerał, tupiąc nogą. — Studenci! Tu cały naród 

jest w spisku, wszyscy do niego należą… a wy nam pchacie w gardło dzieci. Jesteście ślepi, nikt 
z was nic nie wie, nie widzi, nie rozumie, albo i wy może należycie potajemnie do spisku. Jakim 
sposobem oni wiedzą wszystko, co się dzieje u mnie, tu… w gabinecie, na tym stoliku… A wy 
nic? 

— Panie jenerale, na to potrzeba czasu! 

background image

—  Ale  mieliżeście  czas,  nabraliście  dosyć  gratyfikacji,  pieniędzy  i  wstążeczek.  Byliśmy 

powolni, uzuchwaliły się tłumy, ulica  — a dziś już tego pochwycić niepodobna. Skąd to idzie? 
Jak? 

— JW panie — rzekł z pokorą urzędnik — to wszystko płynie zza granicy… 
Jenerał stanął i zamilkł. Trzeba wiedzieć, że urzędnicy rosyjscy, pragnąc się łudzić, że Polska 

cała  nie  jest  im  niechętną,  karmią  się  ciągłym  składaniem  winy  wszelkich  poruszeń  na 
zagraniczne poduszczenia. Jest tylko w ich przekonaniach ta różnica, że wszelkie –bergi, –burgi, 
–many

*

  i  ludzie  niemieckiego  pochodzenia  składają  to  na  Francją  i  Anglią,  a  Rosjanie  na 

Niemców, na podstępną i chytrą Austrią, nawet na Prusy, o Wisłę oprzeć się pragnące. 

—  Ależ  przecie  wy…  wy  —  dodał  jenerał,  bez  ogródki  używając  epitetu,  którego  nie 

powtarzamy — powinni byście dojrzeć, którędy i jak to idzie zza granicy! 

Wyraz dobitny nie obraził urzędnika, uczynił go tylko pokorniejszym jeszcze, skłonił głowę i 

rzekł znowu: 

— Na to potrzeba czasu. 
— Więc nic nie wiecie? 
— Oprócz tej historii studentów. 
—  Bywaj  pan  zdrów,  jutro  proszę  przyjść  z  raportem,  a  przynieść  więcej  niż  dziś,  ja  taką 

lichotą zajmować się nie myślę, mnie trzeba rzeczy. Nie mam czasu. 

Urzędnik  wysunął  się,  cofając  tyłem,  widocznie  rad  się  wyrwał.  Jenerał  otworzył  drzwi, 

popatrzał i skinął na drugiego oczekującego. 

Był to znany nam patriota Zagrodzki. Jak on się tu znalazł, nie wiemy, przed swoimi mówił, 

że  chodzi  szpiegować  Moskali,  Moskalom  tłumaczył  się,  że  śledzi  ruchy  uliczne  —  dosyć,  że 
wieczorami odwiedzał pana jenerała. 

— A co, panie Zagrodzki? Co słychać? 
Zagrodzki, do podwójnej swej roli jeszcze nie nawykły, przelękły lub udający bojażń — bo to 

uczucie  pozyskuje  wielce  serca  Moskali,  pragnących,  aby  się  ich  obawiano  —  miął  się,  dusił, 
trząsł, nim słowo wyjąknął. 

— Tak dalece nic nowego. 
— A! nic! U was wszystkich nic! Z wszystkiego nic! — wybuchnął jenerał. — Co to wy sobie 

myślicie?  Dopóki to tego będzie? Rosja  jest cierpliwa, bo silna, ale gdy raz utraci cierpliwość, 
biada wam! Biada! Zginiecie do ostatniego, winni i niewinni! Weźmiemy się po mikołajewsku! 
Chcecie powrotu do czasów Mikołaja — będziecie je mieli! 

Zagrodzki, do którego ten ustęp nie był przeznaczony, stanowił bowiem rodzaj monologu, nic 

nań nie odpowiedział; jenerał zbliżył się do niego. 

— Gadaj! — rzekł. 
— Ja tylko mogę zwrócić… zwrócić uwagę — jąkając się jakby naumyślnie, rzekł Zagrodzki 

—  pana  jenerała…  JW  jenerała…  że  młodzież  zbiera  się  bardzo  często  w  pewnym  domu  na 
Starym Mieście, u jednego malarza… 

— Czekaj! — przerwał jenerał, biegnąc do książki, która leżała pod papierami, i szukając w 

niej. — Jak mu imię? 

— Franciszek — rzekł dławiąc się szpieg. 
—  Franciszek  Plewa,  ranny  dnia  25  i  27  lutego,  był  w  szpitalu  w  Cytadeli,  niebezpiecznie 

chory… Czy leży? 

— Leży… leży — odparł Zagrodzki — ale tam u niego się schodzą. 

                                                

*

 –bergi –burgi, –many — humorystyczna aluzja do pewnej jednostajności nazwisk niemieckich, gdzie cząstki –

berg, –burg, –man powtarzają się istotnie często. 

background image

— Kto tam bywa? 
Zagrodzki począł sypać nazwiska jak z rękawa. 
— To dobrze — rzekł jenerał — będę wiedział, co zrobić. Masz co więcej? To drobna ryba… 

Nic? Dobranoc! Ruszaj! Nie mam czasu. 

Zagrodzki coś jeszcze bełkotał, ale jenerał rozkazująco pokazał mu drzwi, a gdy się otworzyły 

po wyjściu szpiega, wpuścił przez nie głowę do przedpokoju, w którego ciemnych kątach kilku 
jeszcze siedziało. Skinął, u jednego w progu odebrał papier, cicho z nim coś poszeptał i dał mu 
znak, by odszedł; drugiego wprowadził z sobą do saloniku. 

Był to bardzo przyzwoity człowiek, blady, wystraszony i oczywiście wplątany tu nie wiedzieć 

jak i po co. Twarz jego zdradzała niezmierne pomieszanie. 

— Pan jenerał był łaskaw mnie wezwać? — rzek! z ukłonem. 
Oblicze jeneralskie stało się nader łagodnym. 
—  Siadaj  pan,  proszę,  miałem  się  z  panem  rozmówić,  bardzo  przepraszam,  że  musiałeś 

chwilkę poczekać… jestem tak niesłychanie zajęty… Ot tak… chciałem się dowiedzieć od pana, 
co tam w ogóle słychać? 

—  Ale  ja,  jak  wiadomo  panu  jenerałowi,  mało  wiedzieć  mogę;  pracuję  cały  dzień  w 

kancelarii, potem bywam tylko w tych domach, gdzie nic ciekawego posłyszeć nie można prócz 
ubolewania nad dzisiejszym stanem rzeczy. 

— Ubolewanie! — zawołał Moskal z uśmiechem. — A czemuż nie staracie się radzić na to? 

Czemu nie skupicie się około rządu, który pragnie tylko spokoju i dobra kraju? Czemu nam nie 
pomagacie? Cesarz daje reformy, jakie tylko może, pojmujecie, że dać wam więcej niż wiernym 
swym  poddanym  rosyjskim  nie  jest  w  stanie…  ale  system  Mikołaja  obalony.  Będziemy  mieli 
pewne  swobody;  Rosja  ma  przed  sobą  posłannictwo  wielkie,  wy  także  powołani  jesteście 
podzielić je z nami… dźwigniemy wielkie państwo słowiańskie

*

— Ja to pojmuję, panie jenerale; ale z nas kto mówi rozsądniej — rzekł młody człowiek — ten 

jest bezsilny, tego nikt nie słucha. 

— Boście  bojaźliwi,  bo się kryjecie z przekonaniami,  jeżeli  jakie  macie,  bo każdy z  was  w 

głębi ukrywa śmieszną nadzieję niepodległości Polski… Jakże, wy chcecie się wyrwać ze szpon 
sześćdziesiątmilionowernu  państwu?!…  Wy?…  Kto?  Garść  szlachty,  trochę  mieszczan…  bo 
ludu nawet za sobą nie macie, a okrążeni jesteście nieprzyjaciółmi!… Ale to szaleństwo! 

— My to dobrze czujemy — odparł miody człowiek — że tylko w sojuszu z Rosją możemy 

być szczęśliwi — uśmiechnął się słodko. — Cóż, kiedy ta burzliwa młodzież… 

— Trzeba przeciwko niej stworzyć opozycją z odwagą, śmiało… stanąć przy rozsądku. 
Jenerał  mówił  tak  jeszcze  długo,  nie  słuchając  odpowiedzi  małego  człowieczka;  po  czym 

odprawił  go,  napchawszy  argumentami,  szepnąwszy  jeszcze  coś  na  ucho.  Zajrzał  do  izby; 
siedział  tam  jeszcze  jeden  kandydat  i  czarno  ubrana  kobieta.  Ta  wcisnęła  się  w  najciaśniejszy 
kątek; czarna zasłona ukrywała rysy jej twarzy; znać tylko było po zręcznej kibici, po starannym 
ubiorze, że młodą jeszcze być musiała. 

Jenerał odkaszlnął w progu znacząco; kobieta wstała i szybko wśliznęła się do salonu, którego 

drzwi natychmiast się za nią zamknęły. Gdy światło lampy padło na jej twarz piękną, ale bladą, z 
oczyma zmęczonymi, ale pełnymi ognia, uderzył wojskowego wyraz przestrachu, jaki się na niej 
odmalował. 

Zbliżył się do niej, podał rękę i zapytał łagodnie: 
— Czego się tak pani lękasz? 

                                                

*

 państwo słowiańskie — Generał wykłada tu w urzędniczym ujęciu niektóre zasady panslawizmu, ideologicznej 

nadbudowy nad carską zaborczością. 

background image

— A, wszystkiego, panie jenerale! Nas szpiegują!… Może tu kto zobaczyć może?… Wy nie 

macie żadnej, oni mają policją. 

Rozmowa, zapomnieliśmy dodać, toczyła się po niemiecku. 
— Co mówią w tych kołach? 
— Nic dobrego nie wróżą; przestrach jest wielki… boją się ulicy, ale i was obawiają się także. 
— Czemuż się do nas nie zbliżą? 
— Bo się lękają, bo im nie ufacie! 
— Alboż na ufność zasłużyli?… Cały naród w spisku, cały naród sercem idzie w jedne stronę; 

ta  tylko  różnica,  że  nie  wszyscy  są  gotowi  na  ostateczne  ofiary…  Co  mówią  teraz  ci…  vous 
save
?

*

 

— Ganią ruch uliczny. 
— Tak! A udział w nim biorą! 
Szeptali jeszcze chwilę… jenerał oglądał się dokoła. 
— Staraj się pani pozyskać nam tam kogo… pani rozumiesz? Przy kobiecie nie wszystko się 

mówi,  nie  ze  wszystkiego  się  zwierza;  potrzebujemy  mieć  kogoś  z  mężczyzn…  Wybierz  pani 
takiego, który by miał ambicją; damy mu wysoką posadę. Vous comprenez?

*

 Pani to potrafisz. 

Kobieta uśmiechnęła się, połechtana pochlebstwem, ale smutnie pożegnali się, zasłoniła twarz 

i, spłoszona, szybko uciekła. 

Został  jeszcze  jeden,  ostami,  w  przedpokoju,  ale  tego  jenerał  przywołał  tylko  do  progu, 

rozmówił się z nim w dwóch słowach grubo i ostro i wskazał mu drzwi przeciwne, którymi on 
wyleciał szybko, jakby gonił za wychodzącą kobietą. 

— Ha! — rzekł, zapalając cygaro Moskal, gdy wszystkich odprawił.  — Ciężka sprawa i nie 

wiedzieć,  czy  się  na  co  przyda.  Szpiegów  trzeba trzymać,  żeby  za  szpiegami  chodzili;  śledzić, 
bać się i mylać… Głupi kraj i przeklęte czasy! 

Kamerdyner  dał  znać,  że  sama  pani  czekała  z  herbatą.  Zapiawszy  mundur,  jenerał  wyszedł 

przez pokój oddzielający kancelarią od salonu żony, ale z miną rozjaśnioną. 

Wiedział, że tam może zastać obcych. 
Około  jenerałowej,  w  istocie,  w  białych  rękawiczkach  i  stojących  krochmalonych 

kołnierzykach zwijali się wyperfumowani eleganci stołeczni, mówiący z wielkim oburzeniem o 
manifestacjach ulicy, o demagogach, o Czerwonych, o nieszczęśliwym usposobieniu umysłów… 
o  głębokim  żalu,  jaki  wszystkich  dobrze  myślących  ludzi  przejmował  z  powodu,  że  nie  było 
nawet można potańcować. 

Może najgłośniej i najelokwentniej ze wszystkich mówił o tym znany nam pan Edward, który 

tu grał rolę gorliwej podpory tronu i ołtarza, obrońcy porządku społecznego. 

 
W kilka dni potem biedna Anna pod pozorem jakiegoś kupna zwróciła się ku Staremu Miastu. 

Dawno już nie widziała Franka; nie wiedziała nawet o nim od poczciwej Kasi, która od dwóch 
dni na Podwal nie zaszła z koszykiem, aby jak zwykle donieść jej o chorym paniczu. Serce Anny 
coś niedobrego przeczuwało. 

—  Bądź  co  bądź,  muszę  go  zobaczyć!  —  rzekła  i  pobiegła,  oglądając  się  ostrożnie,  przez 

Piwną ulicę i przechodnie domy znajome na Stare Miasto. 

Rano było… Dzień pogodny  i  jasny, wesele  i otucha płynęły z niebios, na ziemi  było  jakoś 

gorączkowo  i  przykro,  po  ulicach  przemykali  się  ludzie  z  twarzami  dziwną  troską 

                                                

*

 vous savez? (Ir.) — wie pani? 

*

 vous compren z! (fr.) — pani rozumie! 

background image

napiętnowanymi.  Annie  przynajmniej  zdawało  się,  że  czyta  na  nich  przestrach  i  boleść;  może 
dlatego, że je czuła w sobie. 

U  drzwi  domu  wspomniała  dopiero,  że  ją  tam  czeka,  jak  zwykle,  kwaśne  przyjęcie  starej 

matki,  i  potrzebowała  chwili  spoczynku,  ażeby  nabrać  odwagi.  Potem  wbiegła  szybko  na 
wschody, usiłując udać wesołość, której w sercu nie miała. 

Zdziwiło  ją,  że  drzwi  Jędrzejowej  zastała  otworem  szeroko,  a  w  izbie  postrzegła  starą, 

siedzącą  na  ziemi  z  opuszczoną  głową,  z  załamanymi  rękami,  przybitą,  nieprzytomną.  Kasia, 
usiłująca ją podźwignąć, chodziła koło niej, płacząc sama. 

Jednym  skokiem  z  progu  Anna  znalazła  się  przy  Jędrzejowej.  Serce  jej  przeczuło  wielkie 

nieszczęście. Drzwi do drugiej izdebki stały także nie zamknięte. 

— Na Boga! Powiedzcie! Cóż się znowu stało? — krzyknęła. 
Owocarka podniosła głowę. 
—  A!  a!  wzięli  mi  go!  Zabiją!…  Wzięli…  powlekli!  Zbójcy!  —  zawołała  boleśnie.  —  O 

tyrany!  O  mordercę!  Mimo  łzy  moje,  mimo  błaganie,  mimo  żem  się  im  włóczyła,  po  nogach 
całując!… Te bezduszne bydlęta!… Te stworzenia pozbawione serca, litości!… A on ani jęknął! 

Anusia padła na ziemię przy starej. 
— O Boże! — zawołała. — Któż? Kiedy?… Co się to stało? 
— Spojrzyj! — dodała matka. — Łoże puste… nie ma go! Powlekli do Cytadeli, do szpitala, 

na śmierć… dziecię moje jedyne, ukochane dziecko moje!… O, i mnie już tylko umierać! 

Cisza długa, śmiertelna, przerywana łkaniem tylko, zawisła nad tą sceną żałoby. 
— Matka Boska uczyniła raz cud, aleśmy cudu Jej nie byli warci i wyciągniętą rękę cofnęła 

nazad… i nie ma go, nie ma! 

Anna zaszlochała mimo mocy duszy, mimo że była przygotowaną na wszystko; zawlokła się, 

gdzie ją pociągała boleść, do tej drugiej pustej izdebki, w której oprawcy zsunęli obraz na stronę, 
ciągnąc z  sobą chorego. Łóżko jego stało  jeszcze rozrzucone, około niego książki w  nieładzie, 
papier, ołówki, ślady dni przebytych mężnie w dolegliwym bólu i pracy. 

Załamała ręce  biedna dziewczyna, ale potok łez,  który płynął z  jej oczów, wypaliły gniew  i 

oburzenie; źrenice błysły ogniem; poruszyła się, jakby chciała iść i natychmiast im go wydrzeć. 
Potem  pomyślała  i  zatrzymała  się  jeszcze,  jakby  żegnając  tę  izdebkę,  w  której  kilka  chwil 
przelotnych, kradzionych spędziła u łoża przyjaciela. Przyszły jej na myśl ostatnie jego wyrazy, 
przeczucia, obawy. 

Jędrzejowej z ziemi podnieść nie było można; pogrążona w rozpaczy, przybita nią, bezwładna, 

przestawała  na  chwilę  płakać;  ale  po  tym  krótkim  zdrętwieniu  porywały  ją  jęki  i  boleści 
gwałtowne. 

Anna  poczuła,  że  miejsce  jej  było  przy  boku  nieszczęśliwej  matki.  Wespół  ze  służącą 

podźwignęła  staruszkę,  posadziły  ją  w  krześle;  ale  biedaczka  głową  uderzyła  o  stół,  zakryła 
twarz, płakała ciągle. 

— Droga pani! — rzekła jej cicho Anna — Spojrzyj, spojrzyj na Ukrzyżowanego, na Matkę 

boleści i opamiętaj się!… On powróci, oni nam go oddać muszą… Zachowaj się dla niego, jego 
ratujmy! 

—  Ratować?…  Jakże  ratować?!  —  spytała  kobieta.  —  Alboż  oni  rozumieją  język  ludzki, 

boleść  człowieczą,  jęki  matki?…  Alboż  szanują  rany,  słabość  i  wszystko,  co  ludzie  przywykli 
szanować?…  Oni  mi  się  urągali,  gdym  za  nim  prosiła…  Oni  śmieli  szydzić  z  siwych  włosów 
moich!… Pójść do nich to przymnożyć im zwycięstwa, a sobie upokorzenia! 

— Ale jakże się to stało? Kiedy? — spytała Anna, chcąc rozerwać staruszkę bodaj bolesnym 

opowiadaniem. 

background image

—  Przyszli  jak  zbójcy  po  nocy,  bo  wstyd  im  białego  dnia;  wybili  drzwi  jak  rabusie, 

pochwycili go z szyderstwem, z okrucieństwem… On się  nie skrzywił,  nie  jęknął!… Pocieszał 
mnie jeszcze, był spokojny. 

—  Przetrząśli  wszystko!  —  dodała  Kasia  żywo.  —  Gdzież?  Nawet  mój  kufer,  kochana 

panienko, szukając jakichś tam papierów, przerzucili do odrobinki; poodczepiali obrazy, popruli 
siedzenia, podarli materace… 

— Znaleźliż co? — zapytała Anna słabnącym głosem. 
—  Cóż  znaleźć  mieli?  Czyż  on  dziecko?  —  odparła  Jędrzejowa.  —  Potrzeba  by  rozedrzeć 

piersi i z nich chyba dobyć, co się tam kryje; ale gdyby nawet poszarpali serce, dopiero z życiem 
dobyliby ostatka uczucia. 

Boleść czyniła starą owocarkę (oczytaną w księgach świętych) wymowną. 
Anna płakała znowu, ale obie nie wiedziały, co począć; gdy na progu ukazał się znowu jakiś 

jegomość w wicemundurze, z wygoloną twarzą, grzeczny, kłaniający się, gładki, słodki  i pełen 
wyrazu współczucia, które wchodząc wdział na twarz, dla lepszego odegrania komedii. 

— Wszak pani Jędrzejowa ?— spyta! po cichu w bardzo ugrzeczniony sposób. 
Stara podniosła głowę, on ukłonił się raz jeszcze, przystąpił bliżej, popatrzał na twarz pooraną 

łzami aż do czerwoności i złożył ręce. 

—  Pani  szanowna  —  rzekł  —  po  cóż  ta  rozpacz?  Na  Boga,  uspokój  się  pani…  chociaż 

nieznajomy, wiedząc jaki wypadek ją dotknął, przychodzę z dobrą radą. 

Kobiety milcząc wlepiły weń oczy, a grzeczny człowiek mówił dalej mile i słodziuchno. 
— Niech się pani tak nie przeraża, syn jej może być łatwo uwolniony. — Ja jestem, jak pani 

widzisz,  urzędnikiem,  przykre  to  dziś  obowiązki,  ale  na  każdym  miejscu,  z  sercem  człowieka, 
można być braciom użytecznym. 

Odchrząknął, jakby się tym frazesem zadławił. 
— Widząc syna pani, zdjęty politowaniem potajemnie tu przybiegłem — mówił dalej — niech 

się pani postara z nim widzieć, co nie jest niepodobna, niech go pani skłoni, aby się nie taił, nie 
upierał  na  próżno.  Rząd  dokładnie  jest  uwiadomiony,  że  tu  były  schadzki  i  narady,  to  są 
dziecinne pokuszenia z motyką na słońce… bo do czegóż to prowadzi? Ja sam jestem Polakiem, 
mam u c z u c i e  dla kraju… synowskie, ale my ojczyznę gubiemy, chcąc ją ratować. Potrzeba raz 
te  nieszczęśliwe  rzucania  się  ukrócić,  aby  zbawienne  reformy  weszły  w  życie;  to  spiskowanie 
nieustanne  staje  na  przeszkodzie  najpiękniejszym  dla  kraju  planom.  Syn  pani,  nie  wątpię,  ma 
najlepsze  chęci,  ale  wyobrażenia  dziecinne.  Rząd  chce  tylko  ukrócić  ten  ruch  nieszczęśliwy. 
Niechaj powie, co wie, a będzie niezawodnie wolnym. 

Mówił  długo  jeszcze  w  tym  tonie.  Jędrzejowa  go  słuchała  milcząc,  ale  w  końcu  porwała  ją 

pasja i krzyknęła: 

— Co on ma tam powiedzieć, tyle on wie, co i wszyscy. 
—  Kochana  pani  —  rzekł  słodko  przybyły  zaimprowizowany  przyjaciel  —  ja  to  mówię  z 

życzliwości,  widziałem  go,  gdy  był  przywieziony  do  lazaretu,  jestem  dobrze  z  komisją 
śledczą…

*

  Wiem, że tylko wyznań  szczerych od niego wymagać  będą, aby raz tych  szaleńców 

biednych, co nam pokój mącą, wziąć i opamiętać. Rząd nie chce być surowym, ale nie może tego 
cierpieć dłużej; wszyscy dobrzy synowie kraju powinni się do uspokojenia go przyłożyć. 

Anna spojrzała nań z niewysłowioną pogardą, on się uśmiechnął i chwilę zamilkł. 

                                                

*

  Leichte  —  W  Cytadeli  warszawskiej  rezydowała  Komisja  Śledcza  —  dla  przestępstw  politycznych.  „Do 

Komisji Śledczej należał, i najważniejszą w niej rolę inkwirenta odgrywał, bystry, przenikliwy i bezczelny Leichte, 
były  lokaj,  później  dezerter z armii  polskiej,  za usługi  w  Komisji  wyniesiony  do  stopnia pułkownika żandarmerii 
rosyjskiej; zastrzelono go w powstaniu 1863 roku”. (Polska, jej dzieje i kultura, t. III, s. 240). 

background image

— Chciejcie panie mieć to, co mówię, w jak najgłębszej tajemnicy, nie powtarzać nikomu, co 

powiadam… mógłbym miejsce utracić. Ale widok tego zacnego, mężnego młodzieńca tak mnie 
poruszył…  ja  sam ojcem  jestem!  — tu westchnął.  — Życzę,  mówcie, proście go, nakłaniajcie, 
aby się nie taił, bo do czegóż to prowadzi? Szczere wyznanie go uratuje. 

—  Możeszże  pan  mnie  to  radzić,  aby  syn  mój  okupił  się  zdradą?  —  krzyknęła  nareszcie 

Jędrzejowa. 

—  Chciejcie  się  panie  zastanowić  —  oblizując  usta  zaschłe,  rzekł  litościwy  urzędnik  —  on 

siebie zgubi, a nikogo nie uratuje… Rząd jest na drodze tych dziecinnych spisków, dojdzie i tak 
ich wątku; ale tu idzie o rychlejsze uwolnienie cierpiącego syna pani. 

—  A,  idźże  ty  mi,  judaszu,  do  trzysta  tysięcy  diabłów!  —  zawołała,  pięścią  w  stół  bijąc, 

owocarka. — Jeszcze czego brakło? Syn mój to życie moje, to wszystko… Marłam ja z głodu dla 
niego, ale gdyby miał podłością ocalić siebie i mnie, wyparłabym się go na wieki! 

Na takie dictum acerbum

*

 urzędnik pobladł jak chusta, nie stracił przecie miny przyzwoitej  i 

nie rozgniewał się. 

— Ale, droga moja pani — rzekł — czyżbym ja mógł pani i jemu podłość doradzać? Tu idzie 

tylko o szczerość, dla niego i dla cierpiącej braci będącą jedynym ratunkiem, o, opamiętajcie się 
przecie… bo to daremne ofiary. 

Ruszył ramionami. 
Jędrzejowa  po  wybuchu  płakała  znowu;  widząc,  że  tu  nic  nie  wskóra  i  nie  przekona,  jak 

wszedł,  wymknął  się  powoli  przyjaciel  nieznany,  na  progu  tylko  w  sposobie  pożegnania 
wyrzekłszy jeszcze: 

— Proszę mi wierzyć, że uczucie chrześcijańskie i serce mnie tu prowadziło, przyszedłem z 

obowiązku  miłosierdzia…  bardzo  ubolewam,  że  się  tu  przydać  nie  mogę,  ale  nieszczęsne 
zaślepienie ogarnęło wszystkich. 

Jędrzejowa trzęsła się ze złości. 
—  Patrz  —  zawołała  za  odchodzącym  —  z  dobrą  radą  mi  przyszedł,  abym  ja  dziecko  na 

podłość namawiała! 

Ledwie  chwila  upłynęła  i  kroki  usłużnego  doradcy  ucichły  na  wschodach,  gdy  inny, 

spieszniejszy chód zaczął się zbliżać ku górze  — drzwi przemknęły się ostrożnie, Młot zajrzał 
przez  nie.  Ale  nie  poznałyby  go  były,  chyba  oczy  matki  lub  przyjaciela,  tak  był  doskonale 
przebrany. 

Zmuszony kryć się i chować, gdyż imię jego było od dawna na liście proskrypcyjnej

*

, Młot co 

dzień wyglądał  inaczej. Metamorfozy te z prawdziwym  dokonywał talentem z pomocą  starego 
aktora  i  poczciwego  jednego  fryzjera.  Tą  rażą  wypadło  mu  być  staruszkiem  siwym, 
przygarbionym,  o  kiju,  w  wyszarzanej  kapocie,  a  młode  jego  nogi  wybornie  udawały  chód 
osłabłego starca. Anna  i Jędrzejowa z początku ani się go domyśliły, ani poznały;  dopiero gdy 
stanął w środku izby, rozprostował się, siwy wąs odjął, owocarka krzyknęła z podziwienia. 

— A, to ty! O! Żeby was wszystkich!… — poczęła. — To wyście, wy zgubili Franka… Cóż, 

nie wiesz, że on znowu wzięty… 

—  Matko,  dobrodziejko!  Przez  litość  nie  czyń  mi  wyrzutów  —  jam  nic  nie  winien, 

przybiegłem  się dowiedzieć, choć  mnie śledzą. Na Boga! Czy wzięli  jakie papiery…?  Wczoraj 
pisałem do niego głupi bilecik. 

— O, panicz go zaraz spalił! — odezwała się Kasia z kąta, która także wtajemniczoną była we 

wszystkie spiski. 

                                                

*

 dictum acerbum (łac.) — gorzkie, przykre powiedzenie. 

*

 lista proskrypcyjna — lista osób przeznaczonych dc uwięzienia lub ukarania. 

background image

Młot wolniej odetchnął. 
Przybliżył się do Jędrzejowej i przykląkłszy pocałował ją w kolana. 
— Matko! Franek będzie wolnym, bądź  dobrej myśli!  Kto inny, zdrowszy, zaofiaruje się za 

niego, my na to poradzimy, nie potrzeba żadnych starań… dwa dni cierpliwości. Jutro tylko niech 
raz kto pojedzie prosić za nim do jenerała… Mówię wam, musi być wolnym. 

Stara  porwała  się  i  w  uniesieniu  poczęła  go  ściskać  za  szyję,  ale  Młot,  wyrywając  się, 

przyczepił znowu wąsy, przybrał minę starowiny i o kiju powoli wywlókł się za drzwi. 

— O, święte to dzieci! — zawołała Jędrzejowa. — Ja mu wierzę, oni gotowi na wszystko, oni 

mi go uwolnią!! 

 
Gdy  się  to  dzieje,  w  osobnej  izbie  przy  lazarecie  Cytadeli,  nie  dając  spoczynku  choremu, 

zbierali  się  przy  łożu  jego  urzędnicy,  śledzący,  aby  co  rychlej,  korzystając  z  przestrachu  i 
osłabienia, wyciągnąć jaką wiadomość, podchwycić jakie nierozmyślne słowo. 

Franek, uzbrojony w cierpliwość, znosił ten nacisk heroicznie, osłonił się chorobą, znękaniem, 

czynił w ich oczach słabszym, niż był w istocie, aby i nic nie dać dobyć z siebie, i nie pokazać, że 
coś w sobie ukrywa. 

Wszyscy ci panowie,  indagujący  na przemiany,  byli z  nim pełni grozy  i postrachu  lub pełni 

serdeczności  i  słodyczy.  Role  ich  były  podzielone,  jedni  kołatali  do  serca  przekonaniem, 
obietnicami,  drudzy  potęgą,  wzgardą,  szyderstwem,  postrachem.  Po  jenerale,  który  prawił  o 
Sybirze, o rózgach, o rozstrzeliwaniu, o szubienicy — przychodził wzdychający urzędnik, który 
poufnie  narzekał  nawet  na  Moskali,  dawał  dobre  rady,  obiecywał  pomoc  i  skłaniał,  aby  się 
próżno nie upierać, położenia nie pogarszać, bo, niestety, już wszystko wiedzą. 

Z  obu  rodzajami  tych  ludzi  potrzeba  było  grać  ohydną  komedią.  Franek  słabł  przy 

postrachach,  uskarżał  się  na  bóle,  a  z  lisami  przybierał  minę  potulną,  spowiadając  się  im  niby 
szczerze  ze  swych  marzeń  artystycznych,  ze  swego  zwątpienia  o  sprawie…  z  niewinnością 
dziecięcia. 

Nic  tak  nie  uczy  kłamać,  jak  niewola.  Dopytywano  go  o  imiona,  mówił  im  takie,  które 

wszelkie podejrzenia odpychały. 

Tak  przeszło  dni  parę,  trzeciego  coś  się  nagle  zmieniło;  po  natrętnych  dopytywaniach 

opuszczono go na czas jakiś, w obejściu się przybyło uprzejmości, a wieczorem przyszedł jeden z 
tych,  którzy  do  indagacji  należeli,  a  trochę  mieli  więcej  serca,  wyznając  Frankowi  pod  wielką 
tajemnicą,  że  zapewne  go  uwolnią,  gdyż  się  istotnie  okazuje,  że  podejrzenia  o  schadzki  były 
mylne,  że  podobno  na  dole  w  tym  samym  domu  stał  ktoś  inny,  że  ktoś  to  wyznał…  koniec 
końcem, że gdyby najmniejsze jakieś staranie, Franek mógłby być powrócony do domu. 

Biedny  męczennik  już  się  tak  łatwo  wyjść  nie  spodziewał  i  przyjął  to  oznajmienie  z 

podziwieniem; usłużny człeczek ów wziął adres jego matki. 

Nazajutrz  rano  Franek,  jak  zwykle,  siedział  na  łóżku  i  patrzył  w  okno  zabielonym  tym 

wzrokiem obumarłym więźnia, który nic  nie widzi, gubiąc  się tylko w obrazach przeszłości  — 
gdy drzwi się otworzyły i wszedł bardzo blady, z mocno nadętą dla powagi twarzą jenerał jakiś, 
popatrzył nań chwilę, pomilczał i odezwał się: 

— Nu, masz waćpan szczęście, że na ten raz nic się tak ważnego nie okazało przeciw panu, a 

choroba też przyczynia się do zlitowania nad nim. Gadacie na rząd, przecież uwalniamy co dzień, 
nawet  takich  jak  pan,  których  rany  widocznie  pokazują  winę  i  denuncjują  same…  Pojedziesz 
sobie waćpan do domu, ale wara od spisków! Trzeci raz już stąd tak łatwo się nie wydobędziesz. 
Czas  się  upamiętać…  Masz  waćpan  naukę  dobrą;  podziękuj  Bogu,  żeśmy  ludzie  litościwi  i 
nieokrutni. 

background image

Cała ta piękna przemowa wyrzeczoną była w chwili, gdy sta niewinnych schły za kratami  z 

boleści, a jeden ranny, bezsilny człowiek miał się pójść leczyć do domu!! 

Zupełnie tak jak pierwszą rażą, z pomocą jakiegoś żołnierza zwlókłszy się z łóżka i dostawszy 

dorożki, Franek po drugi raz wyjechał z Cytadeli, nie wiedząc, komu był winien tę łaskę. 

Młot  słowa  mu  dotrzymał,  dano  znać  potajemnie  innym  uwięzionym,  co  mówić  mają,  aby 

podejrzenie  od  Franka  odwrócić,  ci  wygadali  się  o  schadzkach  w  tymże  domu,  w  którym 
mieszkała owocarka, u nie byłego nigdy człowieka, który jednak z badania na miejscu okazało 
się, że tam mieszkał… i tak biedny chłopak wydobył się znowu na wolność! 

Wolność!  Ale  jestże  kto  wolnym  w  tym  kraju,  który  cały  dokoła  opasuje  żelazna  krata 

bagnetów!  Gdzie  pod  pozorem  to  wojny,  to  polityki,  to  podejrzeń  można  na  każdego  napaść, 
każdego uwięzić i bez sądu, bez dowodu, bez miary winy, za złamaną szpilkę posłać na wiekuiste 
roboty do kopalni?… Jestli kto tam wolnym, gdzie ani myśl, ani słowo, ani serce, ani ubiór, ani 
barwa  jego,  ani  chód,  ani  postawa,  ani  smutek  i  litość  nie  są  swobodne?  Gdzie  jeśli  fantazja 
rządzących nie podoba sobie człowieka, nie pyta o prawo żadne? 

Rozszerza  się  tylko  czasem  więzienie,  izdebkę  zmienia  na  miasto,  na  prowincją,  na  szerszą 

przestrzeń, opasaną zawsze strażą, groźbą, łańcuchem szpiegostwa. 

Człowiek,  który  miał  nieszczęście  tu  się  urodzić,  nawet  zbiegając  stąd,  by  wolniejszym 

odetchnąć  powietrzem,  nie  śpi  i  nie  je  spokojnie,  bo  go  grzech  pierworodny  poddaństwa 
rosyjskiego ściga, jak Kaina przekleństwo Boże. 

U  drzwi  stała  Kasia  ze  dzbankiem  wody,  gdy  nadjechał  Franek;  oczom  swym  uwierzyć  nie 

chciała, upuściła naczynie, krzyknęła, pobiegła do niego ściskać i całować, jakby był jej bratem. 

— O mój Boże! otóż się pani kochana ucieszy! A tu niedawno przychodził ją ktoś namawiać, 

aby  szła  za  paniczem  prosić;  sfukała  go  jejmość  strasznie  i  odpowiedziała,  że  się  już  więcej 
upokarzać  nie  będzie…  Myślała,  że  to  znowu  jaka  zdrada.  A,  paniczu  mój!  Jakże  to  ty 
wysiędziesz?… Jak się dostaniesz na górę?! 

Ale  kilka  sąsiednich  rzemieślników  a  przyjaciół  Jędrzejowej  zbiegli  się  zaraz  z  okrzykiem; 

dopomógł i dorożkarz i tak powoli na rękach go przez ciasne wschodki wniesiono, co nie bardzo 
łatwym było. 

Wiele sił stracił, a dusza jego zachmurzona już się nawet tą radością, jaką miał sprawić matce, 

pocieszyć nie mogła. 

Gdy  się  ukazał  w  progu,  Jędrzejowa  oczom  wierzyć  zraza  nie  chciała;  przybiegła  niema, 

oblała go łzami; a gdy go w łóżku złożono, klękła dopiero, wołając: 

—  Ho,  Franku,  dwa  razy  Bóg  cię  ocalił  od  śmierci,  dwa  razy  od  gorszego  może  niż  sama 

śmierć losu!… Jam to zniosła, jakem była powinna: bez szemrania, bez bluźnierstwa… ofiarując 
ojczyźnie, com miała najdroższego. Ale dziś, dziś już dosyć poświęcenia, dość ze mnie. Bóg raz 
tylko wymagał od Abrahama, by Mu ofiarował syna; ja tych ludzi już nie dopuszczę do ciebie… 
ty musisz spocząć i dla mnie pozostać. 

Franek nic nie odpowiedział, kilka łez spadły mu z powiek… pomyślał tylko: 
—  A!  Gdyby  wyzdrowieć!  Gdyby  powróciły  siły!…  Biedna  matka  nie  sprzeciwiałaby  się, 

gdybym raz piąty złożył moje ofiarę na świętym ołtarzu. 

 
Wieść  o  uwolnieniu  malarza  gruchnęła  po  mieście  i  była  dla  niepoprawionych  optymistów 

dobrym  tematem  do  wysławiania  łagodności  rządu,  który  w  istocie  nie  miłosiernym  był,  ale 
słabym i nielogicznym. To, co za dobroć jego przedawano, było po prostu głupotą. 

Pan  Edward  tegoż  wieczora  —  dość  nieszczęśliwie  sądząc,  że  Anna  o  wszystkim  jest 

uwiadomioną — sam jej o tym pierwszy oznajmił. 

background image

Rumieniec wytrysnął na bladą twarz dziewczęcia. Darowała elegantowi jego obojętność za tę 

dobrą nowinę, której nie było jej komu wprzódy oznajmić. Rada by była pobiec zaraz uścisnąć 
dłoń przyjaciela. Niestety! Nie mogła, nie było pozoru do wyjścia tak późną porą, a pan Edward 
zabierał się ubawiać  ją wieczór cały opowiadaniem ze swego stanowiska o niedorzecznościach 
Czerwonych. 

Profesor, którego zwycięstwo moralne stronnictwa ruchu, jego przewaga, znowu wpędziły w 

opozycją  przeciwko  niemu,  jak  wprzódy  był  w  opozycji  z  rządem,  którego  zresztą  majątek 
nabyty uczynił przyjacielem spokoju, dosyć sympatyzował z Edwardem. 

Gdy  tak  smutno  wieczór  upływał  w  mieszkaniu  na  Podwalu,  u  łoża  Franka  siedziała 

Jędrzejowa,  pieszcząc  go, opowiadając  mu  różne  swoje  osobiste  cierpienia,  marząc  na  jawie  o 
przyszłym szczęściu. 

Przypadek  chciał,  by  się  tego  samego  dnia  rano  wygadał  ktoś  przed  nią  o  bogactwach 

spadłych na Czapińskiego, o fortunie, powiększonej jeszcze, jak zwykle, przez usłużne języki. 

Jędrzejowa, która Annę ubogą odstręczała, zdumiała się zrazu; zaprzeczała nawet, nie mogąc 

pojąć, dlaczego by to przed nią tajono; na ostatek uwierzywszy, pomyślała  cicho, że to byłaby 
dobra  żona  dla  Franka,  który  ją  tak  od  dzieciństwa  kochał…  Franek  z  nią  nie  potrzebowałby 
przynajmniej na chleb pracować. 

I  przykro  jej  było,  że  tak  Annę  do  siebie  zraziła,  i  gniewała  się,  i  frasowała  staruszka,  a 

sądziła, że syna ucieszy, zwiastując mu to niespodziane szczęście. 

—  Wyobraźże  ty  sobie,  moje  kochanie!  —  odezwała  się,  naopowiadawszy  do  woli  o 

wszystkim,  co  jej  radość  do  ust  przyniosła.  —  Wszak  to  ci  Czapińscy…  jacy  to  ludzie 
szczęśliwi!…  Toć  to oni  już  od  kilku  tygodni  czy  więcej…  ogromną,  ale,  słyszę,  ogromną  po 
bracie jego odziedziczyli fortunę. Anna będzie bogatą dziedziczką. 

Franek wstrząsnął się jakby piorunem rażony; matka się przelękła, bo pobladł i machinalnie za 

serce pochwycił; na twarzy jego wypiętnował się wyraz boleści. 

Anny nie było… Wiedział już teraz, dlaczego ona nie przyszła! 
Matka nie zrozumiała tego uczucia ani przykrego wrażenia, jakiego doznał, dowiadując się o 

tych bogactwach, jakie ich rozdzielały. Wpatrzyła się w twarz syna; chciała mu, mówiąc o tym, 
dać do zrozumienia, że nie byłaby przeciwną… że rada by jego szczęściu; ale blada, osmutniała, 
cierpiąca twarz Franka nareszcie jej usta chłodem smutku zamknęła. 

Jędrzejowa poczuła, że czegoś nie rozumie, ruszyła ramionami i przestała mówić o tym. 
Gdy  rany  jego  opatrzono,  gdy  pod  pozorem  potrzeby  spoczynku  zamknięto  drzwiczki 

pierwszej  izby,  a  Franek  z  małą  lampką,  palącą  się  w  kątku,  pozostał  sam  jeden,  wzruszenie, 
osłabienie, dolegliwie cisnące się w duszę przeczucia kamieniem mu spadły na piersi. 

Jedynego szczęścia cień odsuwał się od niego — Anna!…. Anny nie było!… I ona więc, jak 

inni  ludzie,  podległa  była  temu  zbójeckiemu  wrażeniu  bogactwa,  które  psuje  najlepszych!…  I 
Anna była biedną, słabą, ziemską tylko istotą. 

Pierwszy to był, ale zabójczy zawód na sercu, w które on tak wierzył, przy którym spoczywał 

bezpieczny!… Wrażenie, jakiego doznał, było straszliwe; wszystko, na czym świat stał dla niego, 
runęło. 

Jeżeli  Anna  zdradzić  go  mogła,  cóż  dopiero  inni?  Serce,  miłość,  wierność  —  były  to tylko 

bajki,  na  uśpienie  starych  dzieci  zmyślone;  trzeba  było  iść  żywcem  w  zimną  przepaść 
zwątpienia… być pogrzebionym na wieki w barłogu rzeczywistości, zgniłej i odrażającej. 

Mało  w  życiu  jest  tak  dojmujących  męczarni,  jak  gdy  człowiek  —  istota,  co  dla  nas 

przedstawiała  najlepszą  część  ludzkości  —  upada  i  zawodzi;  natenczas  kataklizm  pochłania 
serce, życie staje się ciężarem. Czym potop był dla świata, tym taka chwila jest dla człowieka. 

background image

Franek, podparty na ręce, po cichu płakał jak dziecię, płakał ostatka wiary i nadziei. Nie chciał 

on Anny, wyrzekłby się był  jej z rozkoszą dla jej szczęścia; ale potrzebował widzieć ją czystą, 
świętą,  nieskalaną  brudem  żadnym  i  słabością;  potrzebował  wiedzieć,  że  dotknięcie  złota  nie 
przemieniło jej w samolubne zwierzątko. 

Parę  razy  matka  niespokojnie  zajrzała  przeze  drzwi;  przychodziła  nawet  do  łóżka  popatrzeć 

nań,  przekonać  się,  czy  czego  nie  potrzebuje.  Franek  udawał  śpiącego  i  ocierał  szybko  łzy  z 
powiek, aby one go nie zdradziły. 

Staruszka odchodziła na palcach, pocieszona tym, że odpoczywał tak smaczno. 
Franek  oka  nie  zmrużył  do  rana…  Dopiero  o  świcie  wielki  ten  ucisk  w  rozgorączkowane 

zmienił  się  marzenie.  W  nim  odbiły  się  tylko  cierpienia  jawy.  Ujrzał  Annę,  z  uśmiechem 
pogardliwym  mijającą  go,  idącego  o  kuli…  siebie  proszącego  u  drzwi  jej  jałmużny, 
odepchniętego przez galonowanyćh sługusów. 

Jakże  się  zdziwił,  gdy  otwierając  oczy,  ciężkim,  ołowianym  snem  ujęte,  ujrzał  naprzeciwko 

siebie w krześle siedzącą… ją, Annę, w czarnej sukience, z krzyżykiem drewnianym na piersi, ze 
spuszczonymi  rękoma,  ze  zwieszoną  głową,  patrzącą  nań  oczyma  łzawymi.  Przebudzenie  było 
jakby widzeniem jasnym… niebios! 

O,  jakże  była  piękną  z  tym  pokojem  czystej  duszy,  z  tą  powieką  łzami  oszkloną,  z  pełnym 

powagi uśmiechem na ustach! 

Franek  krzyknął,  lecz  głos  mu  skonał  na  wargach;  chciał  obie  ręce  wyciągnąć  ku  niej,  bo 

zapomniał,  że  jedna  z  nich  była  martwą…  Anna  poskoczyła  i,  jak  dawniej,  dłoń  przyjaciela 
ścisnęła, patrząc nań oczyma, do których orzeźwiającego blasku tak był przywykły. 

Długie  było,  uroczyste  milczenie  obojga:  potem  we  Franku,  na  chwilę  uśpione,  znowu  złe 

myśli budzić się zaczęły i spojrzał na nią tak, iż poczuła, jak srodze ją posądził. 

— Jestże to sen, czy jaw? — zapytał Franek. —  Ty… pani… Anno!… Ty u mnie? Ty przy 

mnie? Gdy ja… już się nie spodziewałem… ujrzeć cię więcej?! 

— Dlaczego? — spytała spokojnie. 
— O, ty wiesz! — odparł Franek. 
—  Dlatego  chyba,  żeś  był  w  więzieniu,  poza  którego  kratami  nie  ma  nadziei!  —  zawołała 

Anna, usiłując się łudzić jeszcze. 

Spojrzeli na siebie, nie potrzebowali już mówić więcej. 
— Ty wiesz — dodała Anna — com przed tobą usilnie zataić chciała. 
— Wiem od wczoraj dopiero i w gorączce rozpaczy  spędziłem  noc całą;  myśl ta, że tyś  się 

mogła odmienić… ty także… ty nawet… trucizną mnie paliła. 

Anna cofnęła się obrażona. 
— A! tyś to mógł pomyśleć? — rzekła cicho. 
—  Przebacz  mi!…  Wczoraj  rano  jeszcze  mnie  uwolniono,  a  nie  widziałem  ciebie; 

dowiedziawszy się razem o tym nieszczęściu (bo inaczej nazwać mi to niepodobna), czułem się 
jak zabity. 

—  O,  biedny  człowiecze!  —  odpowiedziała  kobieta.  —  Jakże  ci  łatwo  przyszło  zwątpić  o 

sercu ludzkim. Mogłabym ci to wiecznie pamiętać, ale nie potrafię pogniewać się na ciebie. Jest 
w tym też trochę mojej winy… Dlaczego nie powiedziałam ci sama wszystkiego?… Ale nam o 
sobie wątpić… czyż się godzi? Powiedz, czy się godzi? 

— Winienem, przebacz! — rzekł Franek. — Ani słowa więcej! 
Anna rozśmiała się smutnie. 
—  O,  ja  bym  miała  prawo  boleśnie  czuć  to  moje  zbogacenie,  bo  ono  dopiero  otwarło  mi 

trochę  serce  twojej  matki.  Gdybyś  wiedział,  jak  inaczej  przyjęła  mnie  dzisiaj…  jak  uczuć 

background image

mogłam, że we mnie poszanowała ten nieszczęśliwy blask złota!… Ani pokorą, ani wdziękiem, 
ani miłością dla ciebie nie mogłam się wkupić w jej serce; a dziś!… 

— Anno, proszę cię, nie mów nic na matkę! 
—  O!  Nie  winie  ją,  lecz  siebie…  Ona  uległa  mimo  woli  zbytniej  miłości  dla  ciebie,  a  jam 

srodze upokorzona. 

— Anno droga! dość! To boli!… Dla nas niech nic nie będzie zmienionego!… Myśmy ci sami 

i serca też same, nieprawdaż? 

Ręce ich zetknęły się raz jeszcze; cichy szept przeciągnął rozmowę, której nikt powtórzyć nie 

potrafi, bo kochanków rozmowa jest więcej muzyką niż słowem. 

 
Po  opisanych  wypadkach  w  domu  na  Starym  Mieście  wszystko  znów  do  dawnego  wróciło 

porządku  i  poszło  życie  powoli,  jak  ono  płynie  powszednio,  bez  wielkich  wstrząśnień,  bez 
gwałtownych  przewrotów,  jednostajnym  biegiem,  który  nie  dozwala  obrachować  ani  dni,  ani 
godzin do siebie podobnych. 

Noga Franka, w którą otrzymany postrzał nie drasnął kości, goiła się nadzwyczaj szybko, ręka 

tylko,  której  zrazu  lepiej  wróżono,  jakoś  ciężko  leczyć  się  dawała.  Rana  była  zadana  w  taki 
sposób,  że  trudną  była  do  opatrzenia,  co  gojenie  wstrzymywało.  O  kuli  lub  kiju  Franek  mógł 
nieco przechadzać się po pokoju, ale ręka wisiała bezwładna, palce poruszały  się z trudnością, 
zmartwiałe, odmawiały posługi. 

Mniej  teraz  odwiedzano  chorego,  bo  i  młodzież  sama  zawyrokowała,  że  go  narażać  się  nie 

godziło, a Jędrzejowa jak lew drzwi broniła, ujadała się, wpuszczając podejrzańszych, pilnowała, 
aby się kupami nie schodzili. 

Czasami w progu przychodziło do burzy, w której stara owocarka, nie umiejąca słów mierzyć, 

popędliwa, dała się we znaki dawnym  Franka przyjaciołom.  Za to dla  Anny  z coraz większym 
była  poszanowaniem,  z  troskliwością,  prawie  z  wdzięcznością  matki  i  ze  łzami  całowała  ją  po 
białych rączkach, na co dziewczę rozczulone, zapomniawszy o żalu, ściskało jej kolana. 

Ale,  niestety,  Anna  rzadko  bardzo  przyjść  mogła,  ojciec  był  surowym,  pan  Edward 

nieubłaganie ją szpiegował; miała teraz drugą służące, a zatem mniej powodów do wybiegania na 
miasto, do dłuższego w  nim zatrzymania się. U  Franka zabawić  jej  nie  było podobna, ścisnęła 
jego rękę i odchodziła smutna, a znajdowała go teraz dziwnie chmurnym, coraz posępniejszym, 
chociaż siły i zdrowie wracało. 

Na sercu jego leżał jakiś kamień grobowy, uczucie, z którego sam przed sobą wytłumaczyć się 

nie  umiał;  wiedział,  że  się  coś  dzieje,  że  miasto  drga  całe,  że  się  burzy  i  wije  w  chorobie 
niecierpliwości — a on siedział zamknięty i bezwładny… ledwie szmer dolatywał go z daleka. 

Nadeszły tak pierwsze dni kwietnia. 
Czuć było, że się jakieś straszliwe zbliża przesilenie. Co dzień groźniej a śmielej występował 

lud,  roiły  się  ulice  —  gdy  jak  grom  nagle  spadła  na  wszystkich  wieść  o  rozwiązaniu 
Towarzystwa Rolniczego. 

A że wszystko naówczas służyło za powód do manifestacji, nie można było wątpić, że i ten 

cios,  nietrafnie  wymierzony  na  upokorzenie  kraju,  na  zdezorganizowanie  go,  aby  na  ruinach 
nowy  n i e p o r z ą d e k   budować,  wywoła  także  objaw  współczucia  dla  Towarzystwa  i  jego 
głowy widomej. 

Był  też  to ostatni  dzień  tryumfu,  smutny  dzień  zaprawdę.  Tłumy  zbiegły  się  tysiączne,  aby 

uwieńczyć  gmach  Towarzystwa  i  zawiesić  na  nim  godło  dawnej  Polski,  potem  popłynęły, 

background image

wyzywając Zamoyskiego, aby mu okazać, że to, co miało zabić, podnosi, że zacny mąż dobrze 
się krajowi wytrwałością swą zasłużył.

*

 

Znać  było  w  patrzących  na  te  oznaki  zapału  Moskalach,  że  gotowi  już  byli  się  opierać,  że 

czekali tylko powodu, aby za broń porwać, za swój oręż jedyny, bo innego nad kij i zwierzęcą 
silę nie mieli i nie wierzyli w żaden inny. 

Wieczorem  dnia  tego,  gdy  umysły  młodzieży  rozgrzewały  się  otrzymanym  zwycięstwem, 

starszym głowy zwisły na piersi, brzemienne przeczuciami złowrogimi. W ludzie rosła śmiałość, 
rozgorączkowanie,  pragnienie  jakiegoś  nowego  życia,  zaślepiające  na  następstwa;  w  rządzie 
zjawiał  się  nowy żywioł despotyzmu, z  naszych  własnych wyjęty wnętrzności, człowiek, który 
tak się nie wahał przelać krew cudzą, jak drudzy wytoczyć własną.

*

 

Następnego  dnia  po  owacji  nic  się  na  pozór  nie  zmieniło,  ale  pod  wieczór  ruch  w  tłumach 

zdawał się znowu jakąś, zresztą zwykłą już i powszednią, zwiastować manifestacją. 

Wieczorem stał Franek na kiju oparty w oknie; starej Jędrzejowej nie było w domu; drzemał, 

przysłuchując  się  gwarom  miasta,  gdy  od  strony  placu  Zamkowego  dobiegł  go  jakby  szum 
dalekiej fali, jakby tysiąca zmieszanych głosów chór oddalony. Znał on już te dźwięki i ucho jego 
chwyciło w nich przeczucie jakiejś nowej walki. 

Był sam znowu, serce zaczęło bić silnie, pierś wrzała; czuł, że się tam coś działo w mieście. 
Głosy to podnosiły się żywsze, to nikły, tonąc w ciszy grobowej… Coś jakby warczenie bębna 

posępne dawało się chwilami słyszeć z dala, coś jakby pospieszny chód żołnierzy… Franek oblał 
się  potem  śmiertelnym…  Chód  dolatywał  go  wprost  z  ulicy,  spod  okna.  Spojrzał:  w  mroku 
spiesznym krokiem pędziło wojsko ku Zamkowi, dowodził mu oficer z dobytą szablą. 

Włosy  najeżyły  się  na  jego  głowie,  krew  uderzyła  do  czoła,  nikogo  nie  było,  co  by  go 

opamiętał i powstrzymał; Franek uczuł to pragnienie połączenia się ze swoimi, któremu oprzeć 
się  nie  było  podobna.  Nastawił  ucho…  Wystrzał  działowy  huknął  od  strony  Cytadeli,  ponad 
Zamkiem zaświeciły puszczone na znak rakiety. 

— A! tam może mordują braci! — zakrzyknął — a ja tu niemym, bezdusznym, bezwładnym 

będę świadkiem rzezi… O nie! Nie! Nigdy! Do swoich! W szeregi! 

Krzyk  dolatywał  go  wyraźniejszy,  szalony,  wyzywający,  to  lud  bezbronny  słowem  walkę 

poczynał  z  żelazem;  Franek,  nie  zastanawiając  się  nad  niczym,  chwycił  czapkę,  kij  i  począł 
drapać  się  ze  wschodów,  z  rozognioną  głową,  nieprzytomny,  dobywając  ostatka  sił,  aby  co 
prędzej dostać się na plac przedzamkowy, gdzie czuł już, że się gotował jakiś znowu heroiczny 
bój bezbronnych z dziką tłuszczą. 

W  ulicy  spotkał  biegnących  zewsząd  ludzi  i  podążających  ku  Zamkowi,  czeladź  od 

warsztatów,  wyrobników  w  fartuchach,  kobiety  z  rozpuszczonymi  włosami,  starców,  dzieci… 
Wszystko to, jakby zawołane na śmierć, z gotowością na nią leciało wołając: 

— Moskale mordują naszych! 
Jak zawsze w chwili takiego niebezpieczeństwa lud zamiast się rozpraszać, kupił się, zbiegał, 

tłumnie pędził, gdzie ono było największe. Franka postrzegł cyrulik, który go opatrywał. 

— Na miłego Boga! A pan tu co robisz? 
—  Idę  tam,  gdzie  wszyscy  idą!  Nie  mogę,  nie  wytrzymam…  Nie  mów  nic!  Gdyby  byty 

zamknięte drzwi, skoczyłbym oknem… to nad siły. Prowadź mnie, ale idźmy, pomóż mi, ale nie 

                                                

*

  zacny  mąż  dobrze  się  krajowi…  zasłużył  —  Kraszewski  dość  niekonsekwentnie  z  dużą  zawsze  sympatią  i 

uznaniem  odnosił  się  do  Andrzeja  Zamoyskiego,  choć  krytycznie  oceniał  rolę  Towarzystwa  Rolniczego  w  ruchu 
przedpowstaniowym.  Zamoyski  jako  prezes  Towarzystwa  był  przecież  odpowiedzialnym  kierownikiem  .  jego 
polityki. W dniu 7 kwietnia, po rozwiązaniu Towarzystwa Rolniczego, przemawiał do manifestantów uspokajająco i 
odradzał dalszych demonstracji. 

*

 człowiek, który… nie wahał się przelać krew cudzą — aluzja do działalności Wielopolskiego 

background image

hamuj, to próżno… tam giną nasi, tam i nam ginąć trzeba… Chodźmy do swoich, do szeregów i 
pierś im nagą nastawimy… Chodźmy! 

Cyrulik, osłupiały na moment, uległ z poszanowaniem temu wybuchowi uczucia, podał rękę 

kalece i poszli, co mogli zdążyć. 

Od rogu Świętojańskiej ulicy ujrzeli już rozwinięte wojska na placu i doboszów bębniących, a 

naprzeciw  ogromne  tłumy  ludu,  które  ze  wszystkich  stron  parły  się  na  ten  plac  krwawej 
egzekucji. 

Franek  ze  swym  towarzyszem,  przeciskając  się  pod  ścianami,  dotarli  do  rogu  Podwala  i 

Senatorskiej;  ale  biedny  młodzieniec  zanadto  był  zaufał  swym  siłom:  nie  mógł  już  iść  dalej, 
doszedłszy muru, oparł się oń, poglądając okiem obłąkanym na szeregi Moskalów, które stały w 
gotowości uderzyć na dzieci, na starców i kobiety. 

W  tejże  chwili,  wśród  otaczającej  wrzawy,  która  się  coraz  wzmagała,  z  krzyżem  na  czele 

wyszli  księża  kapucyni  przez  Senatorską  i  z  obrazem  Zbawiciela  jak  tarczą  stanęli  przeciw 
zbójcom. Franek, postrzegłszy, że wojska mierzą do ludu, podniósł pięść ściśniętą, a mimowolnie 
oczy jego zwróciły się na okna Anny, w których bladą jej twarz rozpoznał mimo mroku. 

W tejże chwili rozległ się dziki wrzask tłuszczy, jakby ryk zwierzęcia, które, długo trzymane 

w klatce, nareszcie na pastwę się rzuca. 

Strzał suchy padł na tłumy, coraz się gęściej skupiające. 
Towarzysz  Franka  wystraszony  cofnął  się  nieco  ku  Podwalowi,  chcąc  go  na  próżno  za  sobą 

pociągnąć, młody chłopak stał kamieniem w miejscu, od tego widoku, od współuczestnictwa w 
heroicznym męczeństwie niepodobna go było oderwać. Lica mu płonęły świętym ogniem, ręka, 
kilka  miesięcy  bezwładna,  pierwszy  raz  podniosła  się,  ścisnęła  w  pięść  i  pogroziła  wrogom… 
wskazując niebo. 

Był to ostatni wysiłek tego dziecka ludu, Franek oczy zwrócił ku Annie… i upadł. 
Kula  moskiewska,  dobrze  wymierzona,  tą  rażą  ugodziła  go  w  same  piersi,  chwycił  za  nie, 

osuwając się powoli ku ziemi, a skrwawiona dłoń, którą był ranę ucisnął, szukając podpory  na 
murze, smugą krwi męczeńskiej wypisała na nim jedną z kart bolesnych dziejów boju naszego za 
ojczyznę. 

Obok dziesięcioletni chłopak w konfederatce, śmiertelnie ugodzony, jedną ręką chwycił się za 

serce, drugą podrzucił czapeczkę polską do góry i zawołał osłabłym głosem: 

— Jeszcze Polska nie zginęła! — i upadł.

*

 

Dzicz  zabierała  się  do  drugiego  strzału  na  bezbronnych,  wśród  okrzyków  z  obu  stron,  gdy 

Anna,  która  w  człowieku  stojącym  pod  murem  z  ręką  na  białej  chuście  przeczuła  raczej,  niż 
poznała  Franka,  wybiegła  jak  obłąkana,  rzucając  się  przez  tłum  ku  niemu.  Przedarła  się  przez 
ściśnięte szeregi nastawiające pierś wrogowi, lecz gdy doszła do miejsca, w którym spodziewała 
się jeszcze znaleźć go żywym i odciągnąć z sobą — przybyła w porę tylko, aby poczuć ostatnie 
jego  tchnienie  i  blask  gasnących  oczów  ujrzeć  zwrócony  ku  sobie.  Usta  jego  uśmiechnęły  się 
boleśnie,  ale  z  wyrazem  niewysłowionej  wdzięczności  —  on  ją  poznał  —  i  żegnał  tym 
wejrzeniem na wieki. 

Dla  Anny  niebezpieczeństwo,  bój,  Moskale,  wszystko  znikło—  umierający,  umarły  Franek 

leżał przed nią. 

— Na Boga! — zawołała. — Na Boga! Kto litościw, kto człowiek — kto ma serce, pomóżcie! 

Ratujcie! Nieśmy go… 

Ale  zgiełk  był  okrutny,  ludzie  cisnęli  się,  spychali,  biegli  na  Moskalów  i  padali  trupem… 

zabici zalegali drogę. 

                                                

*

 historyczne (przyp. Kraszewskiego) 

background image

Na bruku wiły się w mękach skonania ciała, które żołdactwo chwytało i ciągnęło, dobijając i 

odzierając. Tłum patrzał we łzach i podawał katom upuszczoną przez nich broń. 

Gdy stygnącego już trupa dźwigano do kamienicy przy Podwalu i wnoszono do sieni domu, w 

którym mieszkał ojciec Anny, scena nie widzianego za naszych czasów okrucieństwa odegrywała 
się na placu. Żołnierze wlekli za nogi żywych jeszcze, ledwie rannych ludzi, głowę im rozbijając 
o  bruki.  Kolbami  gnietli  czaszki  na  kamieniach;  pastwili  się  nad  dziećmi,  które  z  uśmiechem 
konały, czując że krew ich nie będzie dla kraju straconą. 

Dzikie  wycie  pijanych  żołdaków  rozlegało  się  razem  z  hymnem  do  Boga,  nuconym  przez 

kapłanów, z okrzykami tysiąców, które nieulęknione wyprzedzały się na śmierć. 

Powoli  noc  czarna  zasłonę  zasuwała  na  ten  obraz,  który  w  mroku  coraz  bardziej  snem  się 

poczwarnym  wydawał  nawet  tym,  co  do  podobnych  przywykli;  hałastra  rozjuszona  bujała, 
ciesząc  się  z  łatwego  zwycięstwa…  walczyła  żelazem  z  krzyżem,  pieśnią  i  pragnieniem 
męczeństwa. 

Odniesiony tryumf był wielkim; tak wielkim, że wstydzić się potrzeba było trupów, rannych 

chwytać,  uprzątać  nocą  ślady  krwi,  zamazywać  je  nazajutrz  i  ścierać  wielkiego  zwycięstwa 
pamiątki…  wspomnienia  „w   k r w a w y m   s t a r c i u   ( ! )   o c a l o n e g o   s p o ł e c z n e g o  
p o r z ą d k u .

*

 

Smutne  to  chwile  dla  tych,  co  na  nie  patrzeć  byli  zmuszeni,  wiekuistej  hańby  dla  tych,  co 

jakikolwiek udział w nich brali; smutny tryumf dla wojsk, dla rządu, co się tak okazał bezsilnym, 
aż do gwałtu — dla doradców rzezi i siepaczów. Ale Bóg chciał przezeń pokazać światu, czym są 
ci,  co  w  imię  porządku  i  spokoju  idą,  broniąc  prawdy  pozornie,  aby  bezprawie  szczepić  i 
despotyzm osłaniać. 

 
Nad  ciałem  nieszczęśliwego  klęczała  Anna  i  płakała,  ale  łzy  jej  osychały  na  źrenicach.  Nie 

widziała nic, trzymała jego rękę, z której ciepło uciekało, stygnącą, martwą, trupią, bezwładną. 
Drzwi od ulicy były nieco przeniknięte, fale ludu płynęły, mimo nich uchodząc, żołnierze ścigali 
je  i  cisnęli… Cień przechodzących stanął  i zakrył  jej resztkę blasku  mrocznego… Wzdrygnęła 
się, przerażona, na myśl, że jej i martwe te zwłoki odebrać jeszcze mogą. Dokoła krzyczano, że 
rannych i zabitych do Wisły wloką Moskale. Anna żywo przymknęła sama drzwi, zaryglowała je 
i pozostała w ciemnościach z trupem kochanka. 

Trzeba było choć trupa ocalić, aby się nad nim jeszcze nie pastwili, choć wiedzieć, gdzie go 

ziemia przytuli, aby pójść tam z modlitwą i łzami. 

Ale  i tego nie dopuścił Bóg, który chciał, aby ofiara spełniła się cała  i wielka. Zastukano do 

drzwi, poczęto w nie bić kolbami, ktoś wskazał po smudze krwi, która wiodła do progu, że tam 
rannego lub zabitego wleczono; żołnierze poczęli wyłamywać wrota… Anna opasała go białymi 
rękami i omdlała. 

Gdy  odzyskała  przytomność,  gdy  się  obejrzała  dokoła,  ujrzała  się  na  łóżku,  a  u  wezgłowia 

siedział  przelękły  ojciec  i  łzy  ocierał.  Cała  jej  suknia  zbroczona  była  krwią,  ręce  nią  zlane; 
żołnierze,  odrywając  ją  od  trupa,  rozerwali  długie  jej  warkocze,  potłukli  nieszczęśliwą.  Pół 
martwa,  zbita,  obudziła  się  i  jęknęła,  gdy  powracająca  pamięć  przywiodła  jej  straszny  zgon 
ukochanego brata. 

Nie  było  go…  Trupa  nawet  z  innymi  do  nieznanego  powlekli  grobu…  Gdzie?  Bóg  jeden 

wiedział tylko. 

                                                

*

 „w krwawym starciu ocalony społeczny porządek” — Kraszewski cytuje w tym miejscu słowa Wielopolskiego, 

wypowiedziane do urzędników Komisji Sprawiedliwości po objęciu jej dyrektury w kwietniu 1861 roku. 

background image

W ulicach brzęk broni, szyderskie śmiechy i urągania, łajanie i odgróżki słychać było; miasto 

całe zalewały wojska i działa. 

Gdzieś z falami Wisły, z kamieniem u szyi płynęło ciało męczennika i spoczęło na dnie, na 

żółtym piasku rodzinnej rzeki. 

Nie powiem wam nic o matce. 
Nie  było  jej w domu ani tego dnia, ani  następnych;  mówiono później, że  nie wracając doń, 

siadła pod kościołem, przytuliła się do Boga, aby w nim znaleźć pociechę. 

Ale i tu płakać, modlić się było występkiem. 
Nie  powiem,  co  się  stało  z  innymi.  Dzieje  to  świeże  i  nie  zastygłe;  ich  koniec  w  rękach 

Bożych. 

Tak zginęło poczciwe dziecię Starego Miasta.