background image

Harry Harrison

Narodziny Stalowego Szczura

(Przekład: Małgorzata Pawlik-Leniarska)

background image

1
Gdy zbliżyłem się do frontu Pierwszego Banku 

Rajskiego Zakątka, sensory wyczuwszy moją 
obecność, otworzyły na oścież drzwi. Szybko 
przestąpiłem próg i zatrzymałem się. Wyjąłem z 
torby pióro łukowe i odwróciłem w chwili, gdy 
zamykające się drzwi dotknęły framugi. Zmierzyłem 
czas reakcji czujników przy poprzednich wizytach w 
tym banku i wiedziałem, że mam 1,67 sekundy na 
zrobienie tego, co niezbędne. Wystarczająco dużo. 
Drzwi nie zdążyły się ponownie otworzyć.

Łuk rozbłysł, zabuczał i solidnie zespolił je z 

framugą. Teraz mechanizm mógł już tylko bezsilnie 
brzęczeć, za moment nastąpiło spięcie; posypało się 
kilka iskier i wszystko zamarło.

- Niszczenie własności banku jest przestępstwem. 

Jesteś aresztowany.

Mówiąc to robot strażnik wyciągnął swą wielką, 

miękką łapę, aby mnie zatrzymać do czasu przybycia 
policji.

- Nie tym razem, ty rozklekotana kupo złomu - 

warknąłem i dźgnąłem go w pierś szpikulcem na 
świniozwierze. Dwie metalowe końcówki 

background image

zaaplikowały mu trzysta volt i mnóstwo amperów. W 
sumie wystarczająco dużo, by w obwodach robota 
nastąpiło kilkanaście spięć. Ze wszystkich szczelin 
buchnął dym i maszyna gruchnęła na podłogę z 
radującym serce łoskotem.

Przeszedłem kilka kroków i odepchnąłem starszą 

panią, która stała przy kasie. Wyciągnąłem z torby 
duży pistolet, wycelowałem go w kasjerkę i 
warknąłem rozkazująco:

- Pieniądze albo życie, siostrzyczko. Napełnij tę 

torbę dolcami.

Dobrze wyszło, chociaż mój głos trochę się 

załamał i ostatnie słowa zabrzmiały jak pisk. 
Kasjerka uśmiechnęła się i spróbowała nadrabiać 
bezczelnością.

- Idź do domu, synku. To nie…
Nacisnąłem spust i bezodrzutowy 0,75 zagrzmiał 

jej nad uchem. Chmura dymu oślepiła ją. Nie 
zraniłem kasjerki, ale efekt był ten sam. Jej oczy 
uciekły w tył głowy i powoli osunęła się za kasę.

Nie tak łatwo odstraszyć Jimmiego diGriz! 

Jednym susem przeskoczyłem kontuar i machnąłem 
pistoletem w stronę przerażonych pracowników.

background image

- Cofnąć się, wszyscy! Szybko! Nie chcę, żeby 

jakiś głupek nacisnął przycisk cichego alarmu. W 
pożytku. Hej, góro sadła! - wskazałem lufą tłustego 
kasjera, który dotychczas zawsze mnie ignorował. 
Teraz był szalenie usłużny. - Napełnij tę torbę 
dolcami, tylko duże nominały, i to już.

Zrobił to pocąc się i pracując najszybciej, jak 

mógł. Klienci i pracownicy stali dookoła w dziwnych 
pozach, najwidoczniej sparaliżowani strachem. Drzwi 
do biura kierownika pozostały zamknięte, co 
oznaczało, że prawdopodobnie go tam nie było. 
Tłuścioch skończył napełniać torbę banknotami i 
wyciągnął ją w moją stronę. Policja nie zjawiała się. 
Miałem wszelkie szanse, żeby się stąd wydostać.

Mruknąłem coś mając nadzieję, że zabrzmi to 

jak plugawe przekleństwo, i wskazałem na worek 
wypełniony rulonami monet.

- Wyrzuć te drobniaki i napełnij także i to - 

rozkazałem burkliwie.

Skwapliwie spełnił moje polecenie i wkrótce 

również ta torba była wypchana. I wciąż ani śladu 
policji. Czy to możliwe, żeby żaden z tych 
głupkowatych urzędników nie włączył cichego 

background image

alarmu? Możliwe. Trzeba będzie zastosować 
ostrzejsze środki.

Chwyciłem kolejną torbę monet.
- Napełnij także tę - rozkazałem, popychając ją w 

jego stronę.

Robiąc to wcisnąłem łokciem guzik alarmu. Są 

takie dni, kiedy wszystko musisz robić sam!

To wywarło zamierzony skutek. Policja pojawiła 

się, zanim została napełniona trzecia torba. 
Nadjechali z fasonem. Jeden z ich pojazdów 
naziemnych zdołał zderzyć się z drugim. Rozwalili 
jakiś stragan, nadłamali latarnię i napędzili strachu 
kilku przechodniom. W końcu jednak jakoś się 
pozbierali i rozstawili z bronią gotową do strzału.

- Nie strzelać – zakwiczałem z przerażeniem. Z 

prawdziwym przerażeniem, bo większość policjantów 
nie wyglądała na inteligentniejszych od swoich 
gnatów. Nie słyszeli mnie przez szybę, ale za to 
widzieli. - To tylko atrapa! - zawołałem - Zobaczcie!

Przyłożyłem sobie lufę do głowy i nacisnąłem 

spust. Z generatora dymu wydobył się całkiem 
przyzwoity obłoczek, a od efektu dźwiękowego aż 
zadzwoniło mi w uszach. Zsunąłem się za kontuar, 

background image

znikając sprzed ich przerażonych oczu. Teraz 
przynajmniej nie będzie strzelaniny. Czekałem 
cierpliwie, a oni krzyczeli, przeklinali i w końcu 
wyważyli drzwi.

Wszystko to może wydać wam się dziwne, ale nie 

ma w tym nic dziwnego. Co innego obrobić bank, a co 
innego zrobić to w taki sposób, żeby na pewno dać się 
złapać. Po co, możecie zapytać, po co być aż tak 
głupim?

Z przyjemnością wam to wyjaśnię. Ale aby 

zrozumieć motywy mojego działania, musicie 
najpierw zrozumieć, jakie jest życie na tej planecie, 
jakie było moje życie. Słuchajcie!

Rajski Zakątek został założony kilka tysięcy lat 

temu przez jakąś egzotyczną sektę religijną, która na 
szczęście już nie istnieje. Przybyli tu z innej planety, 
niektórzy twierdzą, że był to Brud albo Ziemia, 
rzekoma kolebka ludzkości, ale ja w to nie wierzę. W 
każdym razie nie szło im najlepiej. W owych czasach 
z pewnością nie był to plac zabaw, o czym zresztą 
nauczyciele na lekcjach przypominają nam tak 
często, jak tylko się da. Zwłaszcza wtedy, gdy mówią, 
jak zepsuci są młodzi ludzie w dzisiejszych czasach. 

background image

My powstrzymujemy się, by im nie odpowiedzieć, że 
oni też muszą być zepsuci, bo z pewnością nic się nie 
zmieniło przez ostatni tysiąc lat.

Jasne, że na początku musiało być ciężko, cały 

świat roślinny był czystą trucizną dla ludzkiego 
metabolizmu i musiał zostać usunięty, żeby można 
było wprowadzić jadalne uprawy. Miejscowa fauna 
była równie trująca i uzbrojona w odpowiednie kły i 
pazury. Było tu trudno, tak trudno, że zwykłe krowy i 
owce miały zastraszająco małe szansę przeżycia. 
Pomógł wtedy sztuczny dobór genów i wyhodowano 
tu pierwsze świniozwierze. Spróbujcie sobie 
wyobrazić, a będziecie potrzebować naprawdę 
płodnej wyobraźni, jednotonowego złego knura z 
ostrymi kłami i wrednym charakterem. Już samo to 
jest paskudne, ale przedstawcie sobie tego stwora 
pokrytego długimi kolcami jak jeżozwierz. Pomysł 
ten, aczkolwiek dziwny, poskutkował, a że na 
farmach wciąż hoduje się dużo świniozwierzy, ciągle 
skutkuje. Wędzone szynki świniozwierza z Rajskiego 
Zakątka słynne są w całej galaktyce.

Ale nie spotkacie tu całej galaktyki tłoczącej się z 

wizytą na świńskiej planecie. Wyrosłem tutaj, więc 

background image

wiem. To miejsce jest tak beznadziejne, że nawet 
świniozwierze umierają z nudów.

A najśmieszniejsze jest to, że chyba nikt poza 

mną tego nie zauważył. Wszyscy zawsze dziwnie na 
mnie patrzyli. Moja mama twierdziła, że są to 
problemy wieku dojrzewania i paliła w moim pokoju 
kolce świniozwierza - ludowy środek na takie 
dolegliwości. Tata z kolei obawiał się, że to początek 
obłędu i zwykł wlec mnie do lekarza przeciętnie raz 
na rok. Psychiatra nie widząc niczego nienormalnego 
wysuwał teorię, że objawiły się we mnie cechy 
pierwszych osadników, że byłem ofiarą pierdnięcia 
Mendla itp. Ale to było wiele lat temu. Rodzicielska 
troska nie nękała mnie od czasu, gdy tata wyrzucił 
mnie z domu. Miałem wtedy piętnaście lat. Nastąpiło 
to pewnej nocy, kiedy przeszukawszy moje kieszenie 
ojczulek odkrył, że miałem więcej pieniędzy niż on. 
Mama ochoczo się z nim zgodziła i nawet sama 
otworzyła mi drzwi. Myślę, że z przyjemnością się 
mnie pozbyli. Z pewnością wnosiłem zbyt wiele 
nerwów do ich ociężałej egzystencji.

Co jeszcze myślę? Myślę, że taki wyrzutek jest 

czasami cholernie samotny. Ale nie sądzę, żeby była 

background image

dla mnie jakakolwiek inna droga. Wiąże się to z 
problemami, ale problemy zawsze mają rozwiązania.

Na przykład, jednym z moich problemów było 

to, że byłem bity przez większe dzieci. Zaczęło się od 
razu, gdy poszedłem do szkoły. Na początku 
popełniłem błąd wykazując im, że byłem bardziej 
inteligentny niż one. Buch i podbite oko. Szkolnym 
osiłkom tak się to spodobało, że musieli ustawiać się w 
kolejce do bicia mnie. Przerwałem koło nieszczęść 
dopiero wtedy, gdy przekupiłem uniwersyteckiego 
nauczyciela wychowania fizycznego, by nauczył mnie 
walki wręcz. Poczekałem, aż stałem się naprawdę 
dobry, i zacząłem oddawać. Zwyciężyłem mojego 
niedoszłego oprawcę i zacząłem rozkładać kolejnych 
trzech drabów. Mówię wam, wszystkie małe dzieci 
były moimi przyjaciółmi i nigdy nie miały dość 
opowiadania mi, jak wspaniale wyglądałem ścigając 
sześciu najgorszych łobuzów dookoła szkoły. Jak już 
powiedziałem, problemy rodzą rozwiązania, żeby nie 
powiedzieć przyjemności...

A skąd wziąłem pieniądze, żeby przekupić 

nauczyciela? Na pewno nie od taty. Moja 
tygodniówka wynosiła trzy dolary, co ledwo 

background image

wystarczało na dwie oranżady i mały batonik. 
Potrzeba, nie chciwość dała mi pierwszą lekcję 
gospodarności. Kupić tanio, sprzedać drogo, a zysk 
zatrzymać dla siebie.

Oczywiście nie mogłem nic kupić, nie mając 

kapitału zakładowego, zdecydowałem się wiec w ogóle 
nie płacić za towar podstawowy. Wszystkie dzieci 
kradną w sklepach. Przechodzą przez taki etap i 
zwykle kończy go lanie po pierwszej wpadce. 
Widziałem nieszczęśliwe i mokre od łez ofiary 
niepowodzeń i zanim rozpocząłem karierę bardzo 
drobnego przestępcy, zrobiłem rozpoznanie rynku i 
określiłem kilka reguł.

Po pierwsze, trzymać się z dala od drobnych 

kupców. Oni znają swój towar i w ich interesie leży 
zachowanie go w stanie nienaruszonym. Rób wiec 
zakupy w dużych domach towarowych. Wtedy musisz 
tylko uważać na ochronę sklepu i system alarmowy. 
Dokładna znajomość zasady ich działania pozwoli 
opracować techniki obejścia tych przeszkód.

Jedną z moich najwcześniejszych i najbardziej 

prymitywnych technik - rumienię się wyjawiając jej 
prostotę - nazwałem pułapką książkową. 

background image

Zbudowałem pudełko, które wyglądało dokładnie jak 
książka. Ale miało dno na zawiasach ze sprężyną w 
środku. Musiałem tylko położyć je na niczego 
niepodejrzewający batonik i łakoć znikał z pola 
widzenia. Było to proste, ale skuteczne urządzenie, 
którego używałem przez dłuższy czas. Miałem zamiar 
zrezygnować z niego w imię wyższej techniki, gdy 
dostrzegłem możliwość skończenia z nim w sposób 
bardziej pożyteczny. Postanowiłem rozprawić się ze 
Śmierdziuchem.

Nazywał się Bedford Smikingham, ale zawsze 

nazywaliśmy go Śmierdziuchem. Tak jak niektórzy są 
urodzonymi tancerzami albo malarzami, tak inni są 
stworzeni do niższych celów. Śmierdziuch był 
urodzonym kapusiem. Jego życiową przyjemnością 
było donoszenie na kolegów. Podglądał, patrzył i 
donosił. Żaden młodzieńczy grzeszek nie był dla niego 
zbyt drobny, by go nie odnotować i nie powiadomić o 
nim belfrów. A oni uwielbiali go za to - co może wam 
wyjaśnić, jakiego rodzaju mieliśmy nauczycieli. Nie 
można go było nawet bezkarnie stłuc. Zawsze 
wierzono jego słowom i bijący byli karani.

Śmierdziuch naraził mi się kiedyś, nie pamiętam 

background image

dokładnie jak, ale wystarczyło to, by w mojej głowie 
zrodziły się ciemne i płodne myśli, z których z kolei 
wykluł się plan działania. Wszyscy chłopcy lubią się 
przechwalać i moja pozycja bardzo się wzmocniła, 
gdy pokazałem kolegom książkowego łowcę 
batoników. Rozbrzmiały achy i ochy, które wzmogły 
się, gdy za darmo rozdałem część mojego łupu, by ich 
sobie pozyskać. To nie tylko wzmocniło moją pozycję, 
postarałem się także, aby działo się to w miejscu, 
gdzie Śmierdziuch mógł swobodnie podsłuchiwać. 
Pamiętam, jakby to było wczoraj i na wspomnienie 
akcji wciąż robi mi się ciepło na sercu.

- To nie tylko działa, ale pokażę wam jak. 

Chodźcie ze mną do domu towarowego Minga.

- Możemy, Jimmy, naprawdę możemy?
- Możecie. Ale nie całą paczką. Przychodźcie 

pojedynczo i stańcie tak, żeby widzieć ladę z 
balonikami. Bądźcie tam o godzinie 15.00, a 
naprawdę coś zobaczycie.

Zobaczyli coś dużo lepszego, niż mogli sobie 

wyobrazić. Odprawiłem ich i obserwowałem biuro 
dyrektora szkoły. Gdy tylko Śmierdziuch tam się 
zameldował, popędziłem na dół i włamałem się do 

background image

jego szafki.

Poszło jak z płatka. Jestem z tego dumny, jako że 

był to pierwszy przygotowany przeze mnie scenariusz 
kryminalny z udziałem innych osób. O wyznaczonej 
godzinie podszedłem do stoiska ze słodyczami u 
Minga, starając się nie zwracać uwagi na strażników, 
którzy z kolei starali się udawać, że mnie nie 
obserwują. Swobodnym ruchem położyłem książkę na 
balonikach i pochyliłem się, żeby zapiąć but.

- Łapać złodzieja! - krzyknął najtęższy z nich, 

chwytając mnie za kołnierz płaszcza.

- Mam cię - zapiał inny, chwytając książkę.
- Co robicie? - wyrzęziłem. Musiałem rzęzić, 

ponieważ wisiałem w powietrzu, a płaszcz był 
zaciśnięty na moim gardle. - Złodzieju, oddaj mi moją 
książkę do historii za siedem dolarów, kupioną przez 
moją mamusię za pieniądze, które zarobiła plotąc 
maty z kolców świniozwierza - wycharczałem nad 
wyraz elokwentnie.

- Książkę? - zadrwił osiłek. - Wiemy wszystko o 

tej książce.

Chwycił okładkę i pociągnął. Otworzyła się i 

wyraz jego twarzy, gdy zatrzepotały kartki, był 

background image

naprawdę wspaniałym widokiem.

- To zostało ukartowane - zapiszczałem, 

rozpinając płaszcz, aby się uwolnić. - Ukartowane 
przez przestępcę, który chełpił się, że używa tej 
metody. On tam stoi, to ten, którego nazywają 
Śmierdziuchem. Łapcie go, chłopaki, zanim ucieknie! 
- wrzasnąłem rozcierając bolące gardło.

Śmierdziuch stał i gapił się bezsilnie, gdy ochoczo 

zacisnęły się na nim ręce kolegów. Jego podręczniki 
upadły na podłogę, fałszywa książka otworzyła się i 
wysypały się z niej batoniki.

To było piękne. Łzy, wrzaski i wzajemne 

obwinianie się. A przy okazji wspaniale odwróciło to 
uwagę ochroniarzy. Tego samego dnia przechodził 
bowiem chrzest bojowy mój Połykacz Batoników Nr 
2. Ciężko pracowałem nad tym urządzeniem, które 
zbudowałem na zasadzie cichej pompy próżniowej z 
ssawką ukrytą w moim rękawie. Przysunąłem wylot 
ssawki do baloników i fiu! Pierwszy batonik zniknął z 
pola widzenia. Kończył drogę w moich spodniach, lub 
raczej w szkaradnych pumpach, które musieliśmy 
nosić jako część szkolnego mundurka. Wisiały luźno, 
a nad kostką były mocno ściśnięte gumką. Batonik 

background image

spokojnie w nie spadł, a za nim następny i jeszcze 
następny.

Tylko, że coś się zacięło i nie mogłem wyłączyć 

tego cholernego urządzenia. Dzięki Bogu za wrzaski 
Śmierdziucha. Oczy wszystkich skierowane były na 
niego, a nie na mnie, gdy mocowałem się z 
wyłącznikiem. W tym czasie pompa wciąż działała i 
batoniki znikały w moim rękawie i dalej w spodniach. 
W końcu udało mi się to wyłączyć, ale gdyby 
ktokolwiek zechciał spojrzeć w moją stronę, pusta 
półka i moje wypchane nogawki mogłyby wzbudzić 
pewne podejrzenia. Na szczęście nikomu nie przyszło 
to do głowy.

Wyszedłem, lub raczej wytoczyłem się 

niepewnym krokiem, najszybciej jak mogłem. Jak już 
powiedziałem, to wspomnienie zawsze będzie mi 
drogie.

Co oczywiście nie wyjaśnia, dlaczego teraz 

postanowiłem obrobić bank. I dać się złapać.

Policjanci w końcu sforsowali drzwi i wtłoczyli 

się do środka. Uniosłem ręce nad głową i 
przygotowałem się, by ich powitać ciepłym 
uśmiechem.

background image

Urodziny, oto ostateczny powód. Moje 

siedemnaste urodziny. Ukończenie siedemnastu lat 
tutaj, w Rajskim Zakątku, jest bardzo ważną datą w 
życiu młodego człowieka.

background image

2
Sędzia pochylił się i spojrzał na mnie przyjaźnie.
— No Jimmy, powiedz mi, co to za głupi kawał? 

Sędzia Nixon miał daczę nad rzeką, niedaleko naszej 
farmy.

— Nazywam się James diGriz, koleś. I nie bądź 

taki poufały.

Jak łatwo sobie wyobrazić, sędzia mocno 

poczerwieniał. Jego wielki nos upodobnił się do 
pomidora, a nozdrza rozdęły się.

— Masz odnosić się z większym szacunkiem do 

sądu. Jesteś oskarżony o poważne wykroczenia, 
chłopcze, i będzie dobrze dla ciebie, jeśli zaczniesz 
wyrażać się w sposób cywilizowany. Wyznaczam 
Arnolda Fortescue, obrońcę publicznego, na twojego 
adwokata...

— Nie potrzebuję adwokata, a zwłaszcza nie 

starego Kosookiego, który tak żłopie, że nikt nigdy nie 
widział go trzeźwego...

Z ław dla publiczności zabrzmiała kaskada 

śmiechu, która rozwścieczyła sędziego.

— Spokój na sali! — ryknął, waląc swoim 

młotkiem z taką siłą, że złamał rączkę. Odrzucił 

background image

końcówkę w kąt sali i spojrzał na mnie ze złością.

— Nie wyprowadzaj sądu z równowagi. Obrońca 

Fortescue został wyznaczony...

— Nie przeze mnie. Odeślijcie go z powrotem do 

knajpy Mooneya. Przyznaję się do wszystkich 
zarzutów i zdaję się na łaskę i niełaskę tego 
bezlitosnego sądu.

Wciągnął oddech i westchnął tak, że aż się 

wzdrygnąłem. Postanowiłem trochę zwolnić, bo jeśli 
sędzia dostanie zawału i kipnie, to proces zostanie 
uznany za nieważny i zmarnuję jeszcze więcej czasu.

— Przepraszam, Wysoki Sądzie — schyliłem 

głowę, bo nie mogłem powstrzymać uśmiechu. — Ale 
postąpiłem źle i muszę zostać ukarany.

— Tak lepiej, Jimmy. Zawsze byłeś bystrym 

chłopcem i przykro mi patrzeć, jak marnuje się taka 
inteligencja Pójdziesz do domu poprawczego na okres 
nie krótszy niż...

— Przepraszam, Wysoki Sądzie — wtrąciłem się. 

— To niemożliwe. Gdybym popełnił te zbrodnie w 
zeszłym tygodniu albo w zeszłym miesiącu, to inna 
sprawa! Prawo określa to wyraźnie i nie ma dla mnie 
wyjścia. Dziś są moje urodziny. Moje siedemnaste 

background image

urodziny.

To go ostudziło. Strażnicy czekali cierpliwie, gdy 

wystukiwał dane na klawiaturze swojego komputera. 
Jednocześnie reporter z „Echa Rajskiego Zakątka" 
równie pilnie stukał w klawisze swego przenośnego 
terminalu. Gotowała mu się niezła historyjka. W 
krótkim czasie sędzia znalazł odpowiedź. Westchnął.

— To prawda. Akta wykazały, że dziś kończysz 

siedemnaście lat i osiągasz pełnoletność. To z 
pewnością oznaczałoby wyrok więzienia, ale trzeba 
uwzględnić okoliczności. Pierwsze wykroczenie, 
młody wiek oskarżonego, zrozumienie, iż postąpił źle. 
Jest w mocy tego sądu dokonanie wyjątku, 
zawieszenie wyroku i zwolnienie warunkowe. Moja 
decyzja jest następująca...

Ostatnią rzeczą, jaką chciałem wtedy usłyszeć, 

była jego decyzja. Nie szło to tak, jak zaplanowałem, 
zupełnie nie tak. Trzeba było działać. Zadziałałem. 
Mój wrzask zagłuszył słowa sędziego. Wciąż 
krzycząc, wyskoczyłem głową naprzód z ławy 
oskarżonych, zgrabnie przekoziołkowałem po 
podłodze i popędziłem przez salę, zanim zszokowana 
widownia zdążyła pomyśleć o jakimkolwiek ruchu.

background image

— Nie będziesz pisać o mnie żadnych 

ordynarnych łgarstw, ty pismaku! — krzyknąłem, 
wyrwałem terminal z rąk reportera i rzuciłem go na 
podłogę. Potem zdeptałem na kupę złomu maszynę 
wartą sześćset dolarów. Odskoczyłem, zanim zdążył 
mnie złapać i pognałem do drzwi. Tam rzucił się na 
mnie policjant i złożył się w pół, gdy umieściłem stopę 
w okolicach jego żołądka.

Prawdopodobnie udałoby mi się uciec, ale 

ucieczka nie leżała w tej chwili w moich planach. 
Niezdarnie szarpałem klamkę, aż ktoś mnie złapał, a 
potem walczyłem i zostałem wreszcie obezwładniony.

Tym razem wylądowałem na ławie oskarżonych 

skuty kajdankami i skończyły się gadki sędziego w 
rodzaju: „Jimmy, mój chłopcze". Ktoś dał mu nowy 
młotek, którym machnął teraz w moją stronę, jakby 
chciał rozbić mi głowę. Warknąłem i próbowałem 
wyglądać gburowato.

— Jamesie Bolivarze diGriz — rozpoczął sędzia. 

— Skazuję cię na najwyższą karę za przestępstwo, 
które popełniłeś. Ciężkie roboty w więzieniu miejskim 
do czasu przybycia statku Ligi, który zabierze cię do 
najbliższego ośrodka poprawczego w celu poddania 

background image

terapii kryminalnej — uderzył młotkiem. — Zabrać 
go.

To mi się podobało. Szarpnąłem się z 

kajdankami i przeklinałem go siarczyście, żeby w 
ostatniej chwili nie okazał słabości. Nie okazał. Dwóch 
krzepkich policjantów wywlokło mnie z sali sadowej i 
wcisnęło niezbyt delikatnie do karetki więziennej. 
Dopiero kiedy zatrzasnęli i zabezpieczyli drzwi, 
oparłem się wygodnie, odprężyłem i pozwoliłem sobie 
na triumfujący uśmiech.

Tak, właśnie, to był triumf. Celem całej operacji 

było dać się aresztować i posłać do więzienia. 
Musiałem przecież trochę się podszkolić w zawodzie.

W moim szaleństwie była metoda. We wczesnym 

okresie mojego życia, może nawet w czasach 
sukcesów z balonikami, zacząłem poważnie rozważać 
karierę przestępcy. Z wielu powodów; po pierwsze, 
sprawiało mi przyjemność bycie przestępcą, po 
drugie, motywacja finansowa — w żadnym innym 
zawodzie nie zarabiało się więcej przy mniejszym 
nakładzie pracy. Ale szczerze mówiąc, najbardziej 
lubiłem to uczucie wyższości, gdy udawało mi się 
sprawić, że reszta świata wychodziła na durniów. 

background image

Ktoś może powiedzieć, że to dziecinne emocje. Być 
może, ale za to bardzo przyjemne.

Musiałem zatem rozwiązać bardzo poważny 

problem. Jak przygotować się do zawodu złodzieja? 
Przestępstwo nie ogranicza się przecież do 
podkradania baloników. Niektóre sprawy były jasne. 
Chciałem pieniędzy. Pieniędzy innych ludzi. 
Pieniądze są zamykane, a wiec im więcej będę 
wiedział o zamkach, tym łatwiej osiągnę swój cel. 
Wtedy po raz pierwszy w szkolnej karierze zabrałem 
się do nauki. Zacząłem dostawać najwyższe oceny i 
nauczyciele uznali, że jest jeszcze dla mnie nadzieja. 
Szło mi tak dobrze, że gdy wyraziłem chęć zostania 
ślusarzem, zgodzili się bardzo chętnie. Wszystkiego, 
co potrzebne, nauczyłem się w trzy miesiące i 
poprosiłem, by pozwolono mi zdawać egzamin 
końcowy. Odmówili.

„Tak się nie robi", powiedzieli mi. Miałem iść w 

tym samym ślamazarnym tempie co inni i dopiero za 
dwa lata i dziewięć miesięcy skończyć szkołę i stać się 
jednym ze zwykłych zjadaczy chleba.

To nie było zabawne. Próbowałem zmienić szkołę 

i dowiedziałem się, że to niemożliwe. Ich zdaniem 

background image

miałem wypisane na czole słowo „ślusarz", które 
miało tam pozostać na resztę mojego życia.

Zacząłem więc opuszczać lekcje i znikałem z 

budy na całe tygodnie. Poza wygłaszaniem surowych 
kazań belfrzy niewiele mogli mi zrobić, bo zjawiałem 
się na wszystkich egzaminach i zawsze dostawałem 
najwyższe stopnie. W trakcie szkolnych absencji 
odbywałem treningi w terenie. "Starannie 
planowałem swoje działania w obrębie miasta, tak że 
zadowoleni z siebie obywatele nie mieli pojęcia, że ich 
kantuję. Jednego dnia automat z papierosami wydał 
mi kilka srebrnych dolarów, następnego to samo 
zrobił licznik na parkingu. Dzięki pracy w terenie nie 
tylko ćwiczyłem swoje talenty, lecz także płaciłem za 
edukację. Nie szkolną, rzecz jasna — prawo 
nakazywało mi pozostanie w szkole do ukończenia 
siedemnastu lat — ale tę w czasie wolnym od szkoły.

Jako że nie miałem żadnego planu, jak 

przygotować się do życia przestępczego, studiowałem 
wszystkie umiejętności, jakie mogły okazać się 
potrzebne. Znalazłem w słowniku słowo 
„fałszerstwo", które zachęciło mnie do nauczenia się 
podstaw fotografii i druku. Ponieważ znajomość 

background image

walki wręcz bardzo mi się już przydała, nie 
zaprzestałem treningów, dopóki nie zdobyłem 
czarnego pasa. Nie zaniedbałem także strony 
technicznej obranego przeze mnie fachu. Zanim 
skończyłem szesnaście lat, wiedziałem wszystko, co 
można wiedzieć o komputerach i w tym samym czasie 
stałem się zręcznym technikiem mikroelektronikiem.

Same w sobie wszystkie te osiągnięcia były niezłe, 

ale co dalej? Nie miałem pojęcia. Wtedy właśnie 
zdecydowałem się dać sobie prezent z okazji dojścia 
do pełnoletności. Wyrok więzienia.

Szaleniec? Tak, ale chytry jak lis! Musiałem 

znaleźć innych przestępców, a gdzie o nich łatwiej niż 
w więzieniu? Trzeba przyznać, że dobrze to sobie 
wymyśliłem. Pójście do więzienia to jakby powrót do 
domu, spotkanie z moim właściwym otoczeniem. Będę 
słuchać i uczyć się, a kiedy uznam, że dość się już 
nauczyłem, wytrych ukryty w podeszwie mojego buta 
pomoże mi wydostać się stamtąd. Zanosiłem się 
śmiechem na samą myśl o tym.

Głupim śmiechem, bo wszystko poszło zupełnie 

inaczej.

Ostrzyżono mi włosy, opryskano antyseptycznym 

background image

aerozolem, wydano więzienny strój i buty — tak nie-
profesjonalnie, że bez trudu upchnąłem w nich mój 
wytrych i zbiór monet — zdjęto mi odcisk kciuka, 
wzór siatkówki i zaprowadzono do celi. Tam, ku 
mojej radości, zobaczyłem, że mam towarzysza. 
Wreszcie zacznie się nauka. To był pierwszy dzień w 
moim przestępczym życiu.

— Dzień dobry panu — powiedziałem. — 

Nazywam się Jim diGriz.

Spojrzał na mnie i warknął:
— Zamknij się, szczeniaku.
Zaczął czyścić paznokcie u nóg, który to zabieg 

przerwało moje wejście.

To była pierwsza lekcja. Uprzejma wymiana 

zdań obowiązująca w świecie poza tymi murami tu 
była nieznana. Życie było twarde, podobnie jak język. 
Wykrzywiłem szyderczo usta i odezwałem się 
ponownie. Tym razem dużo ostrzej:

— Sam się zamknij, wyskrobku. Moja ksywka 

jest Jim. A twoja?

Nie byłem pewien, czy dobrze grypsuję, 

nauczyłem się tak mówić ze starych filmów video, ale 
ton mojego głosu był na pewno odpowiedni, bo tym 

background image

razem udało mi się zwrócić na siebie jego uwagę. 
Powoli podniósł głowę i w jego oczach zabłysła 
nienawiść.

— Nikt, ale to n i k t nie będzie w ten sposób 

rozmawiał z Willym Żyletą! Ciachnę cię, szczeniaku, i 
to porządnie. Wytnę ci na gębie moje inicjały. Ł jak 
Willy.

— W — powiedziałem. — Willy pisze się przez 

W. To jeszcze bardziej go zdenerwowało.

— Wiem, jak się pisze, nie jestem jakimś 

głupkiem! — zapienił się z wściekłości i zaczął 
grzebać pod materacem. Wyciągnął piłkę do metalu. 
Jej krawędź była wyostrzona jak brzytwa. Mała, 
śmiercionośna, broń. Podrzucił ją w dłoni, wykrzywił 
się i skoczył na mnie.

Nie trzeba wyjaśniać, że w ten sposób nie należy 

zbliżać się do czarnego pasa. Usunąłem się na bok i 
gdy mnie mijał, uderzyłem go w nadgarstek, po czym 
kopnąłem w kostkę, tak że nadwerężył głową tynk na 
ścianie celi.

Padł nieprzytomny. Gdy doszedł do siebie, 

siedziałem na pryczy i czyściłem paznokcie jego 
nożem.

background image

— Nazywam się Jim — powiedziałem szorstko, 

mocno zaciskając usta. — Powtórz. Jim.

Spojrzał na mnie, wykrzywił się... i zaczął 

płakać! Ogarnęło mnie przerażenie. To było 
nieprawdopodobne!

— Zawsze wypada na mnie. Ty też nie jesteś 

lepszy. Ośmieszyłeś mnie. I zabrałeś mój nóż. Przez 
cały miesiąc go robiłem, wybuliłem dychę na złamane 
ostrze...

Na wspomnienie wszystkich tych zmartwień 

znów zaczął beczeć. Zorientowałem się, że był mniej 
więcej rok starszy ode mnie i znacznie mniej pewny 
siebie niż ja. Tak więc  w ramach mojego 
wprowadzenia w życie przestępcze musiałem 
pocieszyć go, przyłożyć mokry ręcznik na jego guza, 
zwrócić nóż, a nawet dać mu złotą pięciodolarówkę, 
żeby przestał szlochać. Zacząłem podejrzewać, że 
życie przestępcy nie jest dokładnie takie, jak sobie 
wyobrażałem.

Dość łatwo przyszło mi poznać historię życia 

Willy'ego. Mówiąc ściślej, trudno było go uciszyć, gdy 
zaczął gadać. Użalał się nad swym życiem i aż drżał z 
ochoty, by podzielić się ze mną swoimi przeżyciami.

background image

To było plugawe, ale milczałem, gdy wylewały się 

na mnie jego nudne wspomnienia. Kiepski uczeń, 
wyśmiewany przez innych, najgorsze stopnie. Słaby i 
bity przez osiłków, zyskał pewną pozycję dopiero 
wtedy, gdy okrył — przypadkiem tłukąc butelkę — że 
mając broń też może stać się mocnym facetem. Potem 
jego pozycja wzmocniła się, gdy zaczął znęcać się nad 
kolegami. Do tego doszło krojenie żywych ptaków i 
innych małych, niegroźnych stworzeń. Potem nastąpił 
gwałtowny upadek, gdy pociął jakiegoś chłopca i 
został złapany. Skazany na dom poprawczy, 
zwolniony, kolejne wpadki i znów poprawczak. W 
końcu, u szczytu swojej kariery punka-nożownika 
został wtrącony do więzienia za wyłudzanie groźbami 
pieniędzy. Od dziecka, rzecz jasna. Był zbyt wielkim 
tchórzem, by próbować zaczepić dorosłego.

Oczywiście nie opowiedział mi tego wszystkiego 

wprost, ale jasno wynikało to z jego bezsensownego 
narzekania. W końcu kazałem mu się zamknąć i 
pogrążyłem się w myślach. Wychodziło na to, że 
miałem pecha. Prawdopodobnie wsadzono mnie z 
nim, żebym nie dostał się w towarzystwo starych 
przestępców, którzy siedzieli w tym więzieniu.

background image

W tym momencie zgasły światła, więc położyłem 

się na pryczy. Jutro będzie mój dzień. Spotkam 
innych więźniów i znajdę wśród nich prawdziwych 
przestępców. Zaprzyjaźnię się z nimi, a potem zacznę 
wyższe studia przestępcze!

Spokojnie zasypiałem, do wtóru jednostajnego 

jęczenia z sąsiedniej pryczy. To zwykły pech, że 
razem nas tu wsadzili. Willy jest wyjątkiem. Mój 
sąsiad jest przegrany, ot co. Rano wszystko się 
zmieni.

Miałem taką nadzieję. Cień niepokoju przez 

jakiś czas nie pozwalał mi zasnąć, ale szybko się 
otrząsnąłem. Jutro będzie dobrze, na pewno. To nie 
ulega wątpliwości, dobrze...

background image

3
Śniadanie było nie lepsze i nie gorsze od tych, 

które sam sobie przyrządzałem. Jadłem bezmyślnie, 
sącząc herbatę kaktusową i zawzięcie siorbiąc kleik. 
Jednocześnie rozglądałem się po okolicznych 
stolikach. W sali stłoczyło się około trzydziestu 
więźniów. Błądziłem wzrokiem od twarzy do twarzy z 
rosnącym uczuciem rozpaczy.

Po pierwsze, większość tych gęb miała ten sam 

tępy wyraz, co oblicze mego towarzysza z celi. W 
porządku, mogłem pogodzić się z tym, że wśród 
kryminalistów byli nieprzystosowani i różne 
ciemniaki. Ale musiało być też coś więcej! 
Przynajmniej miałem taką nadzieję.

Po drugie, wszyscy byli całkiem młodzi, żaden 

nie przekroczył jeszcze trzydziestki. Czyżby nie było 
żadnych starych kryminalistów? A może 
przestępstwo jest cechą młodzieży, szybko leczoną w 
trybach machiny resocjalizacyjnej? Musiało być 
jeszcze coś ponad to. Musiało. Ta myśl trochę mnie 
pocieszyła. Wszyscy ci więźniowie to ludzie przegrani 
- to było oczywiste. Przegrani i niekompetentni! Jeśli 
choć trochę pomyśleć, stawało się to jasne. Gdyby byli 

background image

dobrzy w wybranym przez siebie zawodzie, nie 
byłoby ich tutaj!

Ale potrzebowałem ich mimo wszystko! Jeżeli 

oni nie mogli dostarczyć mi nielegalnej wiedzy, której 
potrzebowałem, to z pewnością mogli skontaktować 
mnie z tymi, którzy taką wiedzę posiadali. Dzięki nim 
mogłem znaleźć wolnych kryminalistów, ciągle 
nieuchwytnych profesjonalistów. Musiałem się za to 
zabrać. Zaprzyjaźnić się z tymi tutaj i wyciągnąć 
informacje, których potrzebowałem. Jeszcze nie 
wszystko stracone.

Znalezienie najlepszego z tych wszystkich 

nikczemników nie zajęło mi wiele czasu. Mała grupka 
skupiła się wokół ociężałego młodego człowieka, który 
wystawiał na pokaz swój złamany nos i pokrytą 
bliznami twarz. Nawet strażnicy zdawali się go 
unikać. Kroczył jak paw, a inni zachowywali odstęp, 
jak na poobiednim spacerze na wybiegu.

- Kto to jest? - zapytałem Willy'ego, który zwalił 

się na ławkę obok mnie, pracowicie dłubiąc w nosie. 
Zamrugał szybko, aż wreszcie dostrzegł obiekt 
mojego zainteresowania i zamachał rękami z 
rozpaczą.

background image

- Uważaj na niego, trzymaj się z daleka, jest 

gorszy niż trucizna. Słyszałem, że Stinger jest 
mordercą i wierzę w to. Jest też mistrzem w zapasach 
błotnych. Nie myśl nawet o poznaniu go.

To było rzeczywiście intrygujące. Słyszałem o 

zapasach błotnych, ale mieszkałem zbyt blisko miasta, 
by to widzieć. Nic takiego nie odbywało się w okolicy 
dlatego, że dookoła było mnóstwo policji. Zapasy 
błotne to sport brutalny i nielegalny. Cieszył się 
popularnością wśród mieszkańców oddalonych 
miasteczek farmerskich. W zimie, kiedy 
świniozwierze zamknięte były w chlewach, a zbiory 
złożone w stodołach, nadchodził czas pięści. 
Zaczynały się zapasy. Zdarzało się, że pojawiał się 
obcy i rzucał wyzwanie miejscowemu mistrzowi, 
którym był zwykle jakiś nadmiernie umięśniony 
oracz. Podejmowano wtedy potajemne przygotowania 
w jakiejś odległej stodole i kiedy kobiety były 
odprawione, alkohol przemycony, a zakłady przyjęte, 
zaczynała się walka na gołe pięści. Trwała, dopóki 
jeden z zawodników nie mógł wstać. Sport nie dla 
wrażliwych i nie dla trzeźwych. Dobra, solidna, 
pijacka zabawa samców. Stinger był jednym z tego 

background image

kręgu. Musiałem go bliżej poznać.

Przyszło mi to z łatwością. Myślę, że mogłem po 

prostu do niego podejść i zagadać, ale tor mego 
myślenia był wypaczony przez te wszystkie 
szmirowate filmy, których się naoglądałem.

Żeby więc porozmawiać ze Stingerem, wstałem z 

ławki i pogwizdując, wolno zbliżyłem się do niego i 
jego świty. Jeden z nich spojrzał na mnie tak groźnym 
wzrokiem, że cofnąłem się. Tylko po to, aby wrócić, 
kiedy tamten odwrócił się, by zająć miejsce obok 
swego przywódcy.

- Czy ty jesteś Stinger? - wyszeptałem 

półgębkiem z głową odwróconą od niego. Musiał 
oglądać te same filmy, bo odpowiedział w ten sam 
sposób.

- Tak. A kto chce wiedzieć?
- Ja. Właśnie dostałem się do tego pudła. Mam 

dla ciebie wiadomość z zewnątrz.

- Mów.
- Nie tu, gdzie te bałwany mogłyby usłyszeć. 

Musimy być sami.

Spojrzał na mnie podejrzliwie spod swych 

krzaczastych brwi. Ale udało mi się rozbudzić jego 

background image

ciekawość. Mruknął coś do swojej świty i oddalił się. 
Tamci zostali na miejscu, ale posłali mi mordercze 
spojrzenia, kiedy ruszyłem za nim.

Stinger przeciął teren wybiegu i skierował się do 

ławki. Siedzący tam dwaj mężczyźni zwiali, kiedy się 
zbliżył. Usiadłem obok niego, a on pogardliwie 
zmierzył mnie wzrokiem.

- Mów, co masz do powiedzenia, szczeniaku, i 

lepiej, żeby to było coś pomyślnego.

- To dla ciebie - powiedziałem popychając 

wzdłuż ławki monetę dwudziestodolarową. - 
Wiadomość jest ode mnie. Potrzebuję pomocy i chcę 
za nią zapłacić. Oto zadatek. Mam jeszcze takich 
mnóstwo.

Prychnał pogardliwie, ale jego grube palce 

pochwyciły monetę i wsunęły ją do kieszeni.

- Nie jestem z żadnej instytucji charytatywnej, 

szczeniaku. Jedynym gościem, któremu pomagam, 
jestem ja sam. A teraz zjeżdżaj.

- Najpierw posłuchaj, co mam do powiedzenia. 

Potrzebuję kogoś, żeby ze mną zwiał. Od dziś za 
tydzień. Interesuje cię?

Tym razem udało mi się przyciągnąć jego uwagę. 

background image

Odwrócił się i spojrzał mi prosto w oczy. Zimno i 
pewnie.

- Nie lubię żartów - powiedział, a jego ręka 

chwyciła mój nadgarstek i wykręciła go. Bolało. Z 
łatwością mogłem rozewrzeć ten uścisk, ale nie 
zrobiłem tego. Jeżeli ta manifestacja przemocy była 
dla niego ważna, niech tak będzie.

- To nie żart. Za osiem dni będę na zewnątrz. Ty 

też możesz być, jeśli zechcesz. Decyzja należy do 
ciebie.

Spojrzał na mnie raz jeszcze i uwolnił mój 

nadgarstek. Rozcierałem go, czekając na odpowiedź. 
Widziałem, jak przetrawiał moje słowa, próbując 
podjąć decyzję.

- Wiesz, dlaczego tu jestem? - zapytał w końcu.
- Słyszałem pogłoski.
- Jeżeli pogłoski mówiły o tym, że zabiłem gościa, 

to były prawdziwe. To był wypadek. Miał miękką 
czaszkę. Rozwaliła się, kiedy mu przykopałem. 
Chcieli potraktować to jako wypadek na farmie, ale 
inny gość przegrał ze mną mecz. Miał mi zapłacić 
następnego dnia, ale zamiast tego poszedł na policję, 
bo tak było taniej. Chcą mnie teraz zabrać do szpitala 

background image

Ligi i otworzyć mi głowę. Więzienny psychoanalityk 
mówi, że po tym odechce mi się walczyć. Wcale mi się 
to nie podoba.

Kiedy mówił, pięści zaciskały mu się i otwierały, i 

nagle zrozumiałem, że walka to jego życie, jedyna 
rzecz, którą robi dobrze. Coś, za co ludzie go 
podziwiają, za co go chwalą. Jeżeli zostanie mu to 
odebrane, to tak jakby odebrali mu życie. Poczułem 
nagłą falę współczucia, ale nie dałem tego po sobie 
poznać.

- Możesz mnie stąd wydostać? - to pytanie było 

poważne.

- Mogę.
- Więc jestem twój. Wiem, że czegoś ode mnie 

chcesz. Na tym świecie nikt nic nie robi za frajer. 
Zrobię co chcesz, szczeniaku. Oni w końcu mnie 
dorwą. Jeżeli naprawdę cię szukają, nie ma takiego 
miejsca, w którym mógłbyś się ukryć. Ale ja 
zamierzam takie miejsce znaleźć. Chcę dostać tego 
gościa, który mnie tu wpakował. Postąpię z nim, jak 
należy. Jedna, ostatnia walka. Zabiję go, tak jak on 
zabił mnie.

Trząsłem się cały, kiedy słuchałem tych słów, 

background image

było oczywiste, że naprawdę miał zamiar to zrobić. 
Było to aż boleśnie jasne.

- Wyciągnę cię stąd - powiedziałem i obiecałem 

sobie, że dopilnuję, aby nigdy nie znalazł się w 
pobliżu obiektu swojej zemsty. Nie miałem zamiaru 
rozpoczynać przestępczej kariery jako współwinny 
morderstwa.

Stinger przygarnął mnie od razu pod swoje 

opiekuńcze skrzydła. Na początek podał mi rękę, 
miażdżąc moje palce w morderczym uścisku. Potem 
zaprowadził mnie do swojej świty.

- To jest Jim - powiedział. - Traktujcie go 

dobrze. Ten, kto sprawi mu jakiekolwiek kłopoty, 
będzie miał do czynienia ze mną.

Rozpłynęli się w nieszczerych uśmiechach i 

obietnicach przyjaźni. Tyle dobrego, że przynajmniej 
będę miał z nimi spokój. Miałem po swojej stronie te 
potężne łapska. Jedno z nich spoczęło na moim 
ramieniu, gdy odeszliśmy na bok.

- Jak masz zamiar to zrobić? - zapytał.
- Powiem ci rano. Teraz muszę załatwić ostatnie 

przygotowania - skłamałem. - Do zobaczenia.

Odszedłem, żeby zrobić rozpoznanie terenu. 

background image

Chciałem Opuścić to ponure miejsce tak samo jak on. 
Ale z innego powodu. On dla zemsty, ja z 
przygnębienia. Wszyscy tu byli przegrani. Ja wolałem 
wygranych. Zapragnąłem znaleźć Się z daleka od tych 
patałachów i znów odetchnąć świeżym powietrzem.

Następne dwadzieścia cztery godziny spędziłem 

na poszukiwaniu najlepszej drogi ucieczki. Mogłem 
bez trudu otworzyć wszystkie mechaniczne zamki w 
obrębie więzienia. Jedynym problemem była 
elektroniczna brama w zewnętrznym murze. Gdybym 
miał czas i odpowiedni sprzęt, ją także mógłbym 
otworzyć. Ale nie pod okiem Strażników, którzy 
przez całą dobę dyżurowali w wieżyczce 
obserwacyjnej nad bramą. Tę drogę ucieczki należało 
więc skreślić. Potrzebowałem lepszego planu na 
wydostanie się z więzienia, dlatego rozpoznanie 
terenu było niezbędne.

Było już po północy, gdy wyślizgnąłem się z 

łóżka. Byłem bez butów. Musiałem zachowywać się 
jak najciszej, więc obuwie zastąpiły trzy pary skarpet. 
Cicho wepchnąłem jakieś ubrania pod koc, tak aby 
strażnik zaglądający przez judasza zobaczył zajęte 
łóżko. Willy chrapał donośnie, gdy otworzyłem zamek 

background image

wytrychem i wyślizgnąłem się na korytarz. Willy nie 
był jedynym, który zażywał nocnego wypoczynku; 
cały korytarz rozbrzmiewał poświstywaniem i 
chrapaniem. Włączone było nocne oświetlenie i byłem 
sam na piętrze. Wyjrzałem ostrożnie zza rogu i zoba-
czyłem, że strażnik siedzi piętro niżej i wypełnia 
kupon na wyścigi. Wspaniale. Miałem nadzieję, że 
wytypuje zwycięzcę. Cicho jak cień wszedłem na 
schody i w górę, na wyższe piętro.

Oba poziomy były przygnębiająco podobne - 

same cele. Takie samo było kolejne piętro, i jeszcze 
następne nad nim. A że było ono ostatnie, nie mogłem 
pójść wyżej. Właśnie miałem zawrócić, gdy 
dostrzegłem kątem oka błysk metalu w cieniu na 
końcu korytarza. Jak mówi przysłowie, kto nie 
ryzykuje... Przemknąłem obok drzwi cel, w których - 
miałem nadzieję - więźniowie spali, i dotarłem do 
odległej ściany.

No proszę, co my tu mamy! Żelazne szczeble w 

ścianie, znikające wyżej w ciemności! Wszedłem po 
nich i także zniknąłem. Ostatni szczebel był tuż pod 
wpuszczoną w sufit klapą. Była metalowa, z metalową 
ramą i solidnie zamknięta, o czym przekonałem się, 

background image

gdy naparłem na nią ramieniem. Gdzieś musiał być 
zamek, ale nie mogłem go znaleźć w ciemności. 
Trzymając się jedną ręką żelaznego szczebla, drugą 
zacząłem macać powierzchnię klapy, w której, jak 
sądziłem, był typowy zamek.

Nic nie znalazłem. Spróbowałem jeszcze raz, 

zmieniając rękę, bo czułem, jak ramię powoli 
wychodzi mi ze stawu. To samo. Nie było zamka! 
Ogarnęła mnie panika i przestałem myśleć. 
Przezwyciężyłem ją i zmusiłem do pracy szare 
komórki. Zamek musiał gdzieś być. Niczego nie było 
na samej klapie. Musiałem więc szukać na ramie. 
Powoli wyciągnąłem rękę i przebiegłem palcami 
wzdłuż ramy. Od razu znalazłem to, czego szukałem.

Jaka prosta jest odpowiedź, gdy zadasz 

prawidłowe pytanie! Wyjąłem wytrych z kieszeni i 
wsunąłem go do zamka. Po chwili ustąpił. 
Wypchnąłem klapę, wszedłem na dach i zamknąłem 
ją za sobą. Z rozkoszą wciągnąłem chłodne, nocne 
powietrze.

Nade mną jasno świeciły gwiazdy. Dawały dość 

światła, bym mógł widzieć ciemną powierzchnię 
dachu. Był płaski, obrzeżony wysokim do kolan 

background image

murkiem i upstrzony kominkami wentylacyjnymi. 
Jakiś potężny kształt przesłaniał niebo i gdy zbliżyłem 
się do niego, usłyszałem kapanie. Zbiornik wody, w 
porządku. A co w dole?

Przed sobą zobaczyłem jasno oświetlone 

podwórze, dobrze strzeżone i niebezpieczne. Po 
drugiej stronie dachu znajdowało się coś znacznie 
bardziej interesującego. Mur schodził pionowo pięć 
pięter w dół i kończył się na tylnym podwórzu, słabo 
oświetlonym przez jedną latarnię. Był tam śmietnik, 
jakieś beczki i ciężka brama w zewnętrznym, murze. 
Bez wątpienia zamknięta. Ale co człowiek zamknął, 
człowiek może otworzyć. Czy raczej ja mogę. To była 
droga na wolność.

Oczywiście trzeba było zejść pięć pięter w dół, ale

coś się i wymyśli. Albo poszukać innej drogi na tylne 
podwórze. Miałem sześć dni, aby rozważyć wszystkie 
kombinacje ucieczki. Mnóstwo czasu. Zmarzły mi 
stopy, ziewnąłem i zadrżałem. Dość się napracowałem 
jak na jedną noc. W tej chwili moja prycza więzienna 
wydała mi się bardzo atrakcyjna.

Zawróciłem cicho i ostrożnie. Otworzyłem i 

starannie zamknąłem klapę. Zszedłem po drabinie i 

background image

po schodach na swoje piętro. A wtem usłyszałem 
krzyki. Donośne i wyraźne. Najgłośniej ze wszystkich 
krzyczał mój towarzysz z celi, Willy. Ogarnąłem 
przerażonym spojrzeniem otwarte drzwi celi i po-
stacie strażników, potem cofnąłem się i z powrotem 
wbiegłem na schody. Głos Willy'ego dźwięczał w 
moich uszach jak trąby Sądu Ostatecznego.

- Obudziłem się, a jego nie było! Zostałem sam! 

Potwory go zjadły, albo co! Ratujcie mnie, błagam! 
To coś go złapało! Ono przeszło przez zamknięte 
drzwi. A teraz będzie chciało zjeść mnie!

background image

4
Na moment rozgrzał mnie gniew na mojego 

skretyniałego współlokatora, natychmiast jednak 
zmroziła mnie groźba pojmania. Biegłem nie 
zastanawiając się, jak najdalej od tych głosów i całego 
zamieszania. Z powrotem po schodach. Jedno piętro. 
Drugie...

Nagle włączyły się wszystkie światła i zawyły 

syreny. Więźniowie obudzili się i zaczęli nawoływać. 
Za chwilę staną przy drzwiach cel, zobaczą mnie, 
zaczną krzyczeć, nadbiegną strażnicy. Nie było 
ucieczki. Wiedziałem o tym, ale wciąż biegłem. Na 
ostatnie piętro, wzdłuż cel. Wszystkie były teraz jasno 
oświetlone. Więźniowie mogli zobaczyć, jak 
przechodzę i byłem pewien, że wyda mnie pierwszy 
gnojek, który mnie zauważy. To już koniec.

Z podniesioną głową przeszedłem obok pierwszej 

celi i mijając ją zajrzałem do środka.

Była pusta. Podobnie jak wszystkie pozostałe na 

tym piętrze. Ciągle miałem szansę! Jak oszalała 
małpa wdrapałem się po żelaznych szczeblach i 
niezdarnie włożyłem wytrych do zamka. Pode mną 
odezwały się głosy i zaczęły przybliżać. Usłyszałem 

background image

kroki dwóch strażników wchodzących po schodach.

Zamek puścił. Popchnąłem klapę i przelazłem 

przez otwór. Rozpłaszczony na dachu, opuściłem 
klapę. Gdy się domykała, zobaczyłem, że obaj grubi 
strażnicy zwracają się w moją stronę.

Czy spostrzegli, że klapa się poruszyła? Serce 

waliło mi jak młot. Spazmatycznie chwytałem 
powietrze i czekałem, aż zaczną wołać na alarm.

Nie zaczęli. Wciąż byłem wolny.
Trochę wolny... Natychmiast ogarnęło mnie 

przygnębienie. Wolny, żeby leżeć na dachu i drżeć z 
zimna. Wolny, żeby czaić się tutaj, dopóki mnie nie 
znajdą.

Tak więc czaiłem się, drżałem i w ogóle było mi 

żal samego siebie. Przez jakąś minutę. Potem 
wstałem, otrząsnąłem się jak pies i poczułem, że 
wzbiera we mnie gniew.

- Wielki przestępca - szepnąłem dość głośno, by 

móc sam siebie usłyszeć. - Kariera przestępcza. I w 
czasie swojej pierwszej wielkiej akcji wpadasz przez 
jakiegoś tępego nożownika. Dostałeś nauczkę, Jim. 
Może przyda ci się ona, gdy pewnego dnia wyjdziesz 
na wolność. Zawsze ubezpieczaj skrzydła i tyły. 

background image

Rozważ wszystkie możliwości. Weź pod uwagę, że 
jakiś dureń może się obudzić. Powinieneś był go 
ogłuszyć lub zrobić coś w tym rodzaju, żeby mieć 
pewność, że będzie mocno spał. Zresztą takie roz-
ważania do niczego cię teraz nie doprowadzą. 
Zapamiętaj sobie tę lekcję, rozejrzyj się dookoła i 
spróbuj jeszcze uratować ten szybko rozsypujący się 
plan ucieczki.

Nie miałem dużego wyboru. Gdyby strażnicy 

otworzyli klapę i wyszli na dach, musieliby mnie 
znaleźć. Gdzie mógłbym się schować? Pokrywa 
zbiornika na wodę mogła mi zapewnić tymczasowe 
schronienie, ale gdyby weszli na dach, na pewno 
szukaliby także tam. Ale ponieważ nie mogłem zejść 
po stromej ścianie, była to jedyna, choć marna 
szansa. Trzeba się tam dostać!

Nie było to łatwe. Zbiornik był zrobiony z 

gładkiego metalu i nie mogłem dosięgnąć pokrywy. 
Ale musiałem. Cofnąłem się i wziąłem rozbieg, 
skoczyłem i poczułem, jak moje palce zahaczyły się za 
krawędź. Starałem się chwycić mocniej, ale osunąłem 
się i spadłem ciężko na dach. Gdyby ktoś był pod 
spodem, na pewno by to usłyszał. Miałem nadzieję, że 

background image

znajdowałem się nad jakąś pustą celą, a nie nad 
korytarzem.

- Przestań myśleć i zacznij działać, Jim - 

powiedziałem i dodałem kilka przekleństw w nadziei, 
że podniesie to moje morale. Musiałem się tam 
dostać!

Tym razem cofnąłem się na koniec dachu, aż 

oprałem się o murek. Wziąłem kilka głębokich 
oddechów. Naprzód!

Biegiem, szybko, teraz! Skacz! Złapałem 

krawędź prawą ręką. Zacisnąłem palce. Złapałem się 
drugą ręką i podciągnąłem z całych sił na wierzch 
zbiornika.

Leżałem tam, oddychając ciężko i patrząc na 

martwego ptaka tuż obok mojej twarzy. Jego puste 
oczy wlepione były w moje. Kiedy się odsuwałem, 
usłyszałem, jak klapa ciężko stuknęła o dach.

- Popchnij mnie trochę, dobrze? Chyba 

utknąłem.

Słysząc to chrząkanie i sapanie nabrałem 

pewności, że musiał to być jeden z tłustych 
strażników, których widziałem. Dalsze stękanie i 
wzdychanie oznajmiło przybycie jego nie mniej 

background image

grubego towarzysza.

- Nie wiem, co my tu robimy -jęknął pierwszy.
- Ja wiem - zdecydowanie odpowiedział drugi. - 

Słuchamy rozkazów, co jeszcze nigdy nikomu nie za-
szkodziło.

- Ale klapa była zamknięta.
- Podobnie jak drzwi celi, przez które jednak 

przeszedł. Rozejrzyj się.

Ciężkie kroki okrążyły dach, potem wróciły.
- Nie tutaj. Nie ma się tu gdzie ukryć. Nie zwiesił 

się też z krawędzi, sprawdziłem to.

- Jest jeszcze jedno miejsce, gdzie nie 

zajrzeliśmy.

Czułem, jak ich oczy starają się przewiercić na 

wylot metal zbiornika. Serce znów zaczęło mi walić. 
Przywarłem do zardzewiałej blachy i czułem tylko 
rozpacz, gdy zbliżały się kroki.

- Nigdy by się tam nie dostał. Za wysoko. Nawet 

ja nie dosięgnąłbym pokrywy.

- Ty byś nawet nie dosięgnął swoich sznurowadeł, 

pochylając się nad nimi. Chodź tu, podsadź mnie. 
Jeżeli podeprzesz mi stopę, dosięgnę krawędzi i złapię 
się jej. Wystarczy, że rzucę okiem.

background image

Miał absolutną rację. Po prostu rzut oka. I nic 

nie mogłem zrobić. Leżałem tam, przybity 
świadomością porażki, i wsłuchiwałem się w chrobot i 
przekleństwa, gdy tłuste cielsko gramoliło się dysząc. 
Chrobot przybliżył się i tuż obok mojej twarzy 
pojawiła się wielka łapa, szukająca oparcia.

Musiała to zrobić moja podświadomość, bo 

przysięgam, że nie było to dziełem zwykłego procesu 
myślowego. Moja dłoń wystrzeliła i popchnęła 
martwego ptaka do przodu, na samą krawędź, pod 
palce, które opadły i zacisnęły się na nim.

Wynik był w najwyższym stopniu zadowalający. 

Ptak znikł, podobnie jak ręka, rozległ się krzyk i 
wrzask, szamotanina i podwójny głuchy łomot.

- Co robisz bałwanie?
- Złapałem to, fuj! Cholera, złamałem kostkę.
- Zobacz, czy możesz na niej stanąć. Złap mnie 

za ramię, skacz na drugiej nodze, tedy...

Strażnicy przy klapie krzyczeli głośno, a ja z ulgą 

pogratulowałem sobie refleksu. Mogli tu wkrótce 
wrócić, była taka możliwość, ale na pewno wygrałem 
pierwszą rundę.

Gdy powoli upłynęły kolejne sekundy, a potem 

background image

minuty, zrozumiałem, że wygrałem też drugą.

Zrezygnowali z przeszukiwania dachu, 

przynajmniej na razie. Syreny zamilkły, a bieganina 
przeniosła się na niższe piętra. Słychać było krzyki, 
trzaskanie drzwiami i wycie silników, gdy samochody 
ruszały w noc. Niedługo potem - cud nad cudami! - 
zaczęły gasnąć światła. Skończył się pierwszy etap 
poszukiwań. Zacząłem drzemać, ale zaraz gwałtownie 
się ocknąłem.

- Ty głupku, ciągle jeszcze jesteś w opałach! - 

wrzasnąłem na siebie. - Skończyli poszukiwania, ale 
teraz nawet mysz się stąd nie wyślizgnie. I możesz 
założyć się o ostatniego dolara, że od świtu będą 
przeczesywać wszystkie zakamarki. I za drugim 
razem przyjdą tu z drabiną. Więc weź to pod uwagę i 
rusz się.

Dobrze wiedziałem, dokąd się ruszyć. Było to 

ostatnie miejsce, w którym mogliby szukać mnie tej 
nocy.

Kolejny raz przeszedłem przez klapę i wzdłuż 

ciemnego korytarza. Niektórzy więźniowie ciągle 
jeszcze komentowali szeptem wydarzenia tej nocy, ale 
wszyscy chyba już byli w łóżkach. Cicho ześlizgnąłem 

background image

się po schodach i doszedłem do celi 567B. 
Bezdźwięcznie otworzyłem drzwi i tak samo 
zamknąłem je za sobą. Minąłem swoją pryczę i 
podszedłem do drugiej, na której mój przyjaciel Willy 
spał snem sprawiedliwego. Zatkałem mu usta ręką. 
Gdy otworzył szeroko oczy, z prymitywną i 
sadystyczną satysfakcją szepnąłem mu do ucha:

- Jesteś martwy, szczurze. Martwy! Zawołałeś 

strażników i teraz dostaniesz to, na co zasłużyłeś!

Sprężył się mocno, a po chwili odpadł 

bezwładnie. Miał zamknięte oczy. Czyżbym go zabił? 
Natychmiast pożałowałem tego głupiego dowcipu. 
Nie, nie był martwy, zemdlał tylko ze strachu. 
Oddychał słabo i powoli. Poszedłem po ręcznik, 
zmoczyłem go w zimnej wodzie i położyłem mu na 
czole.

Jego wrzask przeszedł w bełkot, gdy wepchnąłem 

mu ręcznik w usta.

- Jestem szlachetnym człowiekiem, Willy, więc 

masz szczęście. Nie zamierzam cię zabić - mój szept 
chyba go uspokoił, bo poczułem, że przestał drżeć. - 
Musisz mi pomóc. Jeśli to zrobisz, nic złego ci się nie 
stanie. Masz na to moje słowo. Zastanów się dobrze. 

background image

Szepniesz tylko jedno słówko. Powiedz mi, jaki jest 
numer celi Stingera. Kiedy będziesz gotowy, kiwnij 
głową. Dobrze. Zabieram ręcznik. Jeżeli wykręcisz 
jakiś numer lub cokolwiek, cokolwiek innego, możesz 
się uważać za trupa. Mów.

- …231B...
To samo piętro. Dobrze. Z powrotem 

zakneblowałem go ręcznikiem. Potem ucisnąłem 
mocno tętnicę za jego prawym uchem, tę, która 
prowadzi do mózgu. Ucisk przez sześć sekund 
powoduje utratę przytomności, a przez dziesięć 
sekund śmierć. Szarpnął się i znów opadł bezwładnie. 
Cofnąłem kciuk, gdy doliczyłem do siedmiu. Nie 
jestem pamiętliwy.

Wytarłem sobie twarz ręcznikiem, namacałem 

buty i włożyłem je. Także inną koszulę i marynarkę. 
Potem wydudliłem co najmniej litr wody i znów 
byłem gotowy do stawienia czoła światu. Zdjąłem z 
łóżek koce, wsunąłem je pod pachę i wyszedłem.

Najciszej jak mogłem, ruszyłem na palcach do 

celi Stingera. Czułem się bezpieczny i spokojny. 
Zdawałem sobie sprawę z tego, że było to uczucie 
głupie i niebezpieczne, ale po przejściach tego 

background image

wieczoru nie byłem w stanie czegokolwiek się bać. 
Drzwi celi otworzyły się bez problemu. Oczy Stingera 
otworzyły się także, gdy potrząsnąłem jego 
ramieniem.

- Ubieraj się - powiedziałem cicho. - Uciekamy. 

Muszę przyznać, że nie tracił czasu na zbędne 
pytania. Po prostu ubrał się, a ja ściągnąłem koce z 
jego pryczy.

- Będą potrzebne co najmniej jeszcze dwa - 

powiedziałem.

- Wezmę koce Eddiego.
- Obudzi się.
- Dopilnuję, żeby zaraz znowu zasnął. Zabrzmiał 

szept, a potem głuchy cios. Eddie zasnął, a Stinger 
przyniósł jego koce.

- Oto, co zrobimy - powiedziałem. - Znalazłem 

drogę na dach. Pójdziemy tam i powiążemy te koce. 
Potem spuścimy się po nich i zwiejemy. W porządku?

Nigdy w życiu nie słyszałem głupszego planu. Ale 

Stinger nie przejął się tym.

- W porządku. Idziemy! - oznajmił.
I znów wspięliśmy się po schodach. Zaczynało się 

to robić męczące, zresztą w ogóle byłem już 

background image

zmęczony. Wszedłem po szczeblach, otworzyłem 
klapę i rzuciłem na dach koce, kiedy mi je podał. Nie 
odezwał się ani słowem, dopóki znów nie zamknąłem 
wyjścia.

- Co się stało? Słyszałem, że uciekłeś i miałem 

zamiar cię zabić, gdyby kiedykolwiek... 
przyprowadzili cię z powrotem...

- To nie takie proste. Powiem ci, kiedy się stąd 

wydostaniemy. A teraz wiążmy koce. Po przekątnej, 
muszą być jak najdłuższe, węzłem płaskim. O, tak.

Wiązaliśmy jak szaleni, aż wszystkie koce zostały 

połączone, potem chwyciliśmy końce, ciągnęliśmy i 
szarpnęliśmy. Trzymały mocno. Przywiązałem jeden 
koniec do solidnie wyglądającej rynny i zrzuciłem 
resztę na dół.

- Brakuje co najmniej sześciu metrów - 

stwierdził Stinger, spoglądając w dół. - Idź pierwszy, 
bo jesteś lżejszy. Jeżeli potem urwie się razem ze mną, 
przynajmniej ty będziesz miał szansę. Ruszaj.

Logika tego rozumowania była niezaprzeczalna. 

Wszedłem na murek i chwyciłem pierwszy koc. 
Stinger ścisnął moje ramię w nagłym przypływie 
emocji. Potem ruszyłem w dół.

background image

Nie było to łatwe. Moim zmęczonym dłoniom 

trudno było utrzymać szorstki materiał koców. 
Schodziłem najszybciej jak mogłem, bo czułem, że 
opuszczają mnie siły.

Potem moje nogi zawisły w powietrzu. Dotarłem 

do końca liny. Twardy grunt był daleko. Trudno było 
się tam dostać, a raczej bardzo łatwo. Nie mogłem się 
dłużej utrzymać. Palce rozwarły się i spadłem.

Potłuczony i poturbowany siedziałem na ziemi, 

próbując złapać oddech. Udało się. Wysoko nade mną 
widziałem ciemny kształt Stingera opuszczającego się 
po linie, ręka za ręką. Po kilku sekundach i on był na 
ziemi. Spadł obok mnie lekko jak kot. Pomógł mi 
wstać i podtrzymywał mnie, gdy zataczając się 
ruszyłem do bramy.

Drżały mi ręce i nie mogłem otworzyć zamka. 

Widać nas było w tym świetle jak na dłoni i gdyby 
któryś strażnik wyjrzał przez okno, bylibyśmy 
skończeni.

Wziąłem głęboki, długi oddech i znów wsadziłem 

wytrych. Powoli i ostrożnie, wyczuwając wszystkie 
nacięcia, pchałem go i kręciłem.

Zamek otworzył się w końcu i wypadliśmy na 

background image

zewnątrz. Stinger zamknął cicho drzwi, potem 
odwrócił się i pobiegł w noc, a ja deptałem mu po 
piętach.

Byliśmy wolni!

background image

5
Poczekaj! - krzyknąłem za Stingerem, który już 

zbiegł na drogę. - Nie tędy. Mam lepszy plan. 
Wymyśliłem go, zanim mnie wsadzili. Zwolnił, 
przemyślał to i podjął decyzję.

- Jak na razie wszystko, co wymyśliłeś, grało. To 

co mamy zrobić?

- Na początek... zostawić ślad, za którym pójdą 

roboty-tropiciele.

Zboczyliśmy z drogi, przecięliśmy trawnik i 

zeszliśmy nad pobliski strumyk. Był płytki, ale zimny 
i nie mogłem powstrzymać drżenia, gdy przez niego 
przechodziliśmy. Ruszyliśmy w kierunku pobliskiej 
autostrady, kucając nisko, kiedy przejechał obok 
ciężki transporter. Poza nim nie było żadnego ruchu.

- Teraz! - krzyknąłem. - Prosto na drogę, a 

potem z powrotem, dokładnie po swoich śladach.

Stinger zrobił, co mu kazałem i zatoczywszy 

koło, wróciliśmy do lodowatej wody strumyka.

- Sprytnie - powiedział. - Tropiciele wykryją, 

gdzie weszliśmy do wody i w którym miejscu z niej 
wyszliśmy. Pójdą naszym śladem aż do drogi. A 
wtedy pomyślą, że zabrał nas jakiś samochód. A wiec 

background image

co teraz?

- Pójdziemy wodą w górę strumienia do 

najbliższej farmy hodowlanej świniozwierzy.

- Nie ma mowy! Nienawidzę tych bydlaków. 

Jeden dziabnął mnie, jak byłem gnojkiem.

- Nie mamy innego wyjścia. Jeśli tam nie 

pójdziemy, gliny złapią nas jeszcze przed świtem. 
Sam nie przepadam za tymi świniozwierzami, ale 
wychowałem się na farmie i wiem, jak z nimi 
postępować. A teraz ruszajmy się, zanim nogi 
zamarzną mi na kość.

Była to długa i ciężka przeprawa i cały aż 

trząsłem się z zimna. Ale nie pozostało nam nic 
innego, jak iść dalej. Gdy doszliśmy do wijącego się 
między polami potoku, do którego wpadał nasz 
strumień, zęby szczękały mi jak kastaniety.

Gwiazdy zaczęły blednąc. Zbliżał się świt.
- To tutaj - powiedziałem z trudem. - Poznaję to 

miejsce po tym martwym drzewie. Idź zaraz za mną, 
jesteśmy już bardzo blisko.

Sięgnąłem, ułamałem uschniętą gałąź, która 

wisiała nad strumykiem, i poprowadziłem dalej. 
Brodziliśmy tak, aż doszliśmy do wysokiego, 

background image

przecinającego strumyk ogrodzenia pod napięciem. 
Można je było łatwo zobaczyć w świetle wstającego 
dnia. Gałęzią uniosłem dół ogrodzenia, tak aby 
Stinger mógł się pod nim przeczołgać, po czym on 
zrobił to samo, abym ja mógł się przedostać. Gdy się 
podniosłem, z pobliskiego dębowego zagajnika 
dobiegł mnie znajomy szelest dużych kolców. Wielki, 
ciemny kształt oderwał się od drzew i pocwałował w 
naszą stronę.

Wyrwałem Stingerowi gałąź i miękko 

zawołałem:

- Taś, taś tutaj, świnko!
Zbliżający się świniozwierz wydał z siebie 

bulgotliwe chrumknięcie. Stojący za mną Stinger 
mruczał pod nosem na zmianę przekleństwa i 
modlitwy. Zawołałem jeszcze raz i wielki stwór 
podszedł bliżej. Prawdziwe cudo, co najmniej tona 
wagi, patrzyło teraz na mnie swymi małymi czer-
wonymi ślepiami. Zrobiłem krok do przodu i powoli 
uniosłem gałąź. Usłyszałem za sobą jęk Stingera. 
Świniak ani drgnął, kiedy wepchnąłem mu gałąź za 
ucho, rozgarnąłem długie kolce i zacząłem go 
pracowicie drapać.

background image

- Co robisz? On nas zabije! - wyjęczał Stinger.
- Bzdura - odparłem, drapiąc mocniej. - 

Słyszysz? Świniozwierz aż zmrużył oczy z rozkoszy, 
pomrukując radośnie.

- Dobrze znam te bydlaki. Zalęgają im się pod 

kolcami robaki, do których nie mogą się dobrać. 
Uwielbiają porządne drapanko. Jeszcze drugie ucho, 
za uszami są najbardziej swędzące miejsca, i możemy 
iść.

Drapałem, świniak zamruczał z zadowoleniem, a 

nad nami jaśniał świt. W domu farmera zapaliło się 
światło, a my przyklękliśmy za świniozwierzem. Ktoś 
stanął w progu, wylał miednicę wody i drzwi 
zamknęły się z powrotem.

- Chodźmy do stodoły - powiedziałem.
Świniak zamruczał niezadowolony, gdy 

przestałem go drapać, a potem, gdy przekradaliśmy 
się przez podwórze, potruchtał za nami, w nadziei na 
coś więcej. Bardzo nam tym pomógł, bo nagle 
pojawiło się wokół mnóstwo nastroszonych świń, 
które rozstąpiły się na widok swego króla. Razem z 
naszą eskortą dotarliśmy do stodoły.

- Do zobaczenia, koleś - powiedziałem, drapiąc 

background image

go ostatni raz. - Miło cię było poznać.

Stinger otworzył drzwi do stodoły i wślizgnęliśmy 

się do środka. Zasunęliśmy rygiel, a ciężkie wrota aż 
zadrżały, gdy nasz kompan z nadwagą naparł na nie 
parskając.

- Uratowałeś mi życie - wydyszał Stinger. - Nigdy 

ci tego nie zapomnę.

- To po prostu wprawa - odparłem skromnie. - 

Ty jesteś dobry w pięściach.

- A ty wspaniały ze świniami.
- Nie ująłbym tego w ten sposób - mruknąłem 

zirytowany.

Wdrapaliśmy się na sąsiek z sianem, gdzie nikt 

nas nie mógł zobaczyć. Przed nami był długi dzień, a 
ja miałem zamiar przespać go najchętniej w całości. 
Zakopałem się w sianie, dwa razy kichnąłem, gdy 
kurz dostał mi się do nosa, i musiałem natychmiast 
usnąć.

Następną rzeczą, którą pamiętam, to szarpiący 

mnie za ramię Stinger i przedostające się między 
deskami światło słoneczne.

- Gliny tu są - wyszeptał.
Zamrugałem, strząsając z oczu resztki snu i 

background image

spojrzałem przez szparę. Zielono-biały grawilot 
policyjny unosił się tuż nad ziemią przed drzwiami 
domu farmera, a jeden z dwóch umundurowanych 
zbirów pokazywał gospodarzowi jakąś kartkę. Ten 
pokręcił głową i jego głos przebił się przez 
rozgardiasz panujący na podwórku.

- Nie. Nigdy żadnego z nich nie widziałem. Jeśli 

chcecie wiedzieć, to od tygodnia nie widziałem tu 
żywego ducha. Fajno chociaż z wami zamienić 
słówko, chłopaki. Ci kolesie faktycznie wyglądają 
paskudnie, mówicie, że przestępcy...

- Tatuśku, nie mamy czasu na pogawędki. Jeśli 

ich nie widziałeś, mogą się jeszcze ukrywać na twojej 
farmie. Może w stodole?

- Nie ma mowy, żeby tam wleźli. Toć wokół łażą 

Świniozwierze! Najwredniejsze stworzenia, jakie 
istnieją.

- Jednak musimy tam zajrzeć. Mamy rozkaz 

sprawdzić każdy budynek w sąsiedztwie. Policjanci 
ruszyli w naszą stronę i zaraz rozległ się pisk jakby 
zepsutej syreny i głuchy łomot racic. Zza rogu stodoły 
wyłonił się trzeszcząc wściekle kolcami nasz 
przyjaciel z ubiegłej nocy. Zaszarżował, a policjanci 

background image

dali nura do pojazdu. Rozsierdzony knur uderzył w 
niego z takim impetem, że maszyna znalazła się po 
drugiej stronie podwórza z pokaźną szczerbą na 
boku. Farmer z zadowoleniem pokiwał głową.

- A nie mówiłem, że nikogo nie ma w stodole? 

Mały Larry jest z tych, co to nie lubieją obcych. Ale 
zachodźcie, jak będziecie w pobliżu, chłopaki...!

Ostatnie słowa musiał już wykrzyczeć, bo 

goniony przez Małego Larriego grawilot uniósł się w 
powietrze i skierował się już na zachód.

- To jest to, co lubię - powiedział Stinger 

wystraszonym głosem.

Przytaknąłem milcząco. Nawet w 

najnudniejszym życiu bywają momenty prawdziwej 
chwały.

Ale dosyć zabawy; żując źdźbło trawy 

wyciągnąłem się w ciepłym sianie.

- Świniozwierze są całkiem przyjemne, gdy się je 

zna.

- Policjanci są chyba innego zdania - powiedział 

Stinger.

- Chyba tak. To był najlepszy numer, jaki 

widziałem. Nie przepadam za policjantami.

background image

- A kto przepada? Za co cię wsadzili, Jimmy?
- Napad na bank. Robiłeś kiedyś bank? Gwizdnął

z podziwem i pokręcił głową na „nie".

- Nie wiedziałbym od czego zacząć. Zapasy 

błotne, to moja działka. Od dziewięciu lat nikt ze mną 
nie wygrał.

- Jak się kręcisz tu i tam, to pewnie spotkałeś 

kupę ludzi. Natknąłeś się może na Smolly Sznucka - 
szybko zaimprowizowałem. - Zrobiliśmy razem parę 
banków w stanie Graham.

- Nigdy go nie spotkałem. Nawet o nim nie 

słyszałem. Jesteś pierwszym „bankierem", jakiego 
spotkałem.

- Tak? Chyba w tych czasach w ogóle mało nas 

jest. Ale pewnie znasz paru kasiarzy? Albo złodziei 
samochodów. Odpowiedzią był ponowny przeczący 
ruch głową.

- Takich gości jak ty spotykam tylko w więzieniu. 

Znam paru szulerów, kręcących się przy zapasach 
błotnych. Ale to wszystko tandeciarze, pechowcy. 
Znałem raz jednego, co się zaklinał, że kiedyś, dawno 
temu znał Hetmana.

- Hetmana? - powtórzyłem, próbując 

background image

przypomnieć sobie wszystko, co wiedziałem na temat 
starożytnej hierarchii wojskowej. - Nie interesuję się 
zbytnio historią wojskowości...

- Nie takiego hetmana. Mówię o Hetmanie, 

pryku, który kiedyś czyścił banki i inne takie. 
Myślałem, że o nim słyszałeś.

- Chyba działał, zanim ja wziąłem się za robotę.
- Zanim ktokolwiek wziął się za robotę. To było 

kupę lat temu. Słyszałem, że gliny nigdy go nie 
nakryły. Ten tandeciarz zaklinał się, że znał 
Hetmana, mówił, że stary wypadł już z interesu i 
gdzieś dogorywa. Pewnie łgał.

Stinger nic więcej nie wiedział i postanowiłem go 

dalej nie naciskać. Rozmowa zamarła i obaj 
drzemaliśmy aż do zmierzchu. Chciało nam się pić i 
jeść, ale wiedzieliśmy, że musimy w ciągu dnia 
pozostać w ukryciu. Zamiast o dużych piwach i 
butelkach zimnej wody próbowałem myśleć o 
Hetmanie. To byk cienka nitka, ale jedyna jaką 
miałem. Zachód słońca powitałem wygłodniały, 
spragniony i pogrążony w depresji. Moja więzienna 
eskapada okazała się niebezpiecznym fiaskiem. Kicie 
są dla pechowców i to było mniej więcej wszystko, 

background image

czego się tam nauczyłem. Żeby to odkryć, 
ryzykowałem życie i zdrowie. Nigdy więcej. Dałem 
sobie milczącą przysięgę, że w przyszłości będę się 
trzymał z dala od więzień i wszelkich wymiarów 
sprawiedliwości. Dobrzy przestępcy nie dają się 
złapać. Jak Hetman, kimkolwiek by był.

Kiedy zniknęły resztki dziennego światła, 

otworzyliśmy drzwi stodoły. Doszło do naszych uszu 
parskanie i chrumkanie, i wielki kształt zablokował 
wyjście. Stingera zatkało ze strachu i ledwo zdołałem 
go przytrzymać.

- Weź badyl i zabieraj się do roboty - powiedzia-

łem. - Nauczę cię nowego fachu.

I drapaliśmy Larry'ego pod kolcami jak 

szaleńcy, a świniak mruczał z rozkoszy. Gdy w końcu 
ruszyliśmy do bazy, potruchtał za nami.

- Zdobyliśmy dozgonnego przyjaciela - 

powiedziałem machając naszemu świńskiemu 
kumplowi na pożegnanie.

- Mogę się świetnie obyć bez takich przyjaciół. 

Wymyśliłeś, co teraz zrobimy?

- Jasne. Wczesne planowanie to moje drugie 

imię. Tam dalej jest bocznica, na której przeładowuje 

background image

się kontenery z liniowozów na ciężarówki. Będziemy 
trzymać się od niej z daleka, bo tam na pewno będą 
gliny. Ale wszystkie ciężarówki jadą tą samą drogą w 
kierunku autostrady, do punktu kontroli drogowej. 
Muszą się przy nim zatrzymać i stać, aż zarejestruje 
je komputer drogowy i da sygnał do odjazdu. 
Pójdziemy tam...

- I wleziemy na tył jakiejś ciężarówki!
- Uczysz się. Musimy tylko dostać się do takiej, 

która skręci w prawo, na zachód. W przeciwnym 
wypadku wylądujemy z powrotem w Pearly Gates, a 
zaraz potem w więzieniu, z którego się wydostaliśmy.

- Prowadź, Jim. Jesteś najsprytniejszym 

chłopakiem, jakiego spotkałem. Daleko zajdziesz.

Wyraził tym również moje życzenie, więc 

pokiwałem głową twierdząco. Przykro mi tylko było, 
że on daleko nie zajedzie. Nie miałem ochoty żyć 
mając na sumieniu jakiegoś nieznanego kmiotka, 
nawet kapusia. Nie mogłem być wspólnikiem w 
morderstwie.

Znaleźliśmy drogę i czekaliśmy w pobliskich 

krzakach. Zaturkotały dwie ciężarówki. Pozostaliśmy 
w ukryciu. Wytoczyła się jedna, potem druga. 

background image

Skierowały się na wschód. Kiedy pojawiła się trzecia, 
zapalił się kierunkowskaz. Na zachód! Pobiegliśmy. 
Chciałem zająć się zamkiem, ale Stinger mnie 
odsunął. Zawisł na klamce i drzwi się otworzyły. 
Ciężarówka ruszyła, a Stinger wepchnął mnie do 
środka. Musiał podbiec, kiedy zaczęła przyśpieszać, 
ale złapał się za próg i podciągnął do środka jednym 
ruchem swych silnych ramion. Tak między nami, to te 
drzwi były normalnie zamknięte.

- Udało się! - zakrzyknął triumfująco.
- Jasne, że tak. Ta ciężarówka jedzie w dobrym 

dla ciebie kierunku, ale ja muszę wrócić do Pearly 
Gates, gdy tylko trochę się uspokoi. Gdzieś za godzinę 
będziemy przejeżdżać przez Billville. Tam cię 
zostawię.

Była to szybka podróż. Wyskoczyłem, gdy 

zatrzymaliśmy się na światłach.

Uścisnął mi rękę.
- Powodzenia, chłopcze! - krzyknął, gdy 

ciężarówka ruszyła.

Nie mogłem mu życzyć tego samego. Gdy pojazd 

odjeżdżał, zapamiętałem jego rejestrację i 
wyciągnąłem z kieszeni dolara.

background image

Ledwie ciężarówka zniknęła z oczu, poszedłem w 

kierunku światełka budki telefonicznej. Wyciskając 
numer policji czułem się jak szczur.

Ale, uwierzcie, nie miałem wyboru.

background image

6
Ja, w przeciwieństwie do nieszczęsnego Stingera, 

miałem plan ucieczki dokładnie obmyślony. Jego 
częścią było wydanie mojego byłego partnera. Nie był 
taki głupi, więc pewnie wydedukowanie, kto go 
wsypał, nie zajmie mu dużo czasu. Jeśli zacznie gadać 
i powie policji, że wróciłem do miasteczka Pearly 
Gates, to bardzo dobrze się złoży. Nie miałem 
zamiaru wyjeżdżać z Billville, przynajmniej nie w 
najbliższym czasie.

Biuro było wynajęte przez agencję, a transakcje 

przeprowadzane przez komputer. Byłem w nim przed 
tym beznadziejnym napadem na bank i zostawiłem 
wtedy parę potrzebnych rzeczy, które teraz mogły się 
przydać. Wszedłem do środka w pełni 
zautomatyzowanego budynku przez drzwi dla 
personelu po uprzednim wyłączeniu urządzeń 
alarmowych za pomocą ukrytego przełącznika, o 
którego zainstalowaniu wcześniej pamiętałem. 
Przełącznik ten posiadał wbudowany mechanizm 
zegarowy, miałem więc długie dziesięć minut na 
dostanie się do biura. Ziewając otworzyłem 
wytrychem zamek, dokładnie zatrzasnąłem za sobą 

background image

drzwi i mozolnie wdrapałem się na trzecią 
kondygnację schodów. Szedłem przed bezmyślnymi 
oczami unieruchomionych kamer i przez niewidoczne 
i nieistniejące wiązki podczerwieni. Miałem jeszcze w 
zapasie dwie minuty, kiedy otworzyłem drzwi biura. 
Zasłoniłem okna, zapaliłem światła i skierowałem się 
do barku.

Jeszcze nigdy tak nie smakowało mi zimne piwo. 

Zawartość pierwszej butelki nawet nie dotknęła mi 
gardła. Popijając drugą, wyrwałem zawleczkę 
pakietu obiadowego z pieczonych na rożnie żeberek 
świniozwierza. Gdy para zaczęła wydostawać się ze 
świstem przez zaworek bezpieczeństwa, rozerwałem 
wieczko wydętego pojemniczka i wyciągnąłem z niego 
dymiącego żeberko. Pycha!

Wykąpany, ogolony, z trzecim piwkiem w ręku, 

poczułem się znacznie lepiej.

- Włączyć się - powiedziałem do komputera.
Moje instrukcje były proste: wszystkie notatki 

prasowe z całej planety z ostatnich pięćdziesięciu lat, 
dotyczące przestępcy o imieniu Hetman. Nie 
powtarzać danych. Żadnych kopii. Drukować.

Zanim znowu zabrałem się do piwa, kartki już 

background image

wyślizgiwały się z faksu. Pierwsza, najnowsza notka 
była sprzed dziesięciu lat. Pochodziła ze znajdującego 
się po drugiej stronie planety miasta Decalogg. Policja 
złapała w lichym barku starszego obywatela, który 
zaklinał się, że jest Hetmanem. Jednakże okazało się, 
że jest to przypadek obłędu starczego i podejrzany 
został z powrotem odwieziony do domu starców, z 
którego to właśnie uciekł. Wziąłem następną kartkę.

Rano byłem już zmęczony, więc położyłem się i 

przespałem cały dzień w wydobytym ze ściany łóżku. 
O zmierzchu, wzmocniony dużą kawą, zakończyłem 
pracę dokładając ostatnią kartkę do rozłożonej na 
podłodze kolekcji, oświetlonej teraz przez różowe 
promienie zachodzącego słońca. Wyłączyłem 
komputer i postukując długopisem o zęby 
przyglądałem się z namysłem mojemu nowemu 
dywanowi.

Interesujące. Przestępca, który chełpił się swymi 

przestępstwami. Uciekając z łupem, pozostawiał 
zawsze wizerunek szachowego hetmana. Prosty 
rysunek, łatwy do skopiowania, co też uczyniłem. 
Trzymałem go potem na wyciągnięcie ręki i długo 
podziwiałem.

background image

Pierwszy hetman został znaleziony w pustej kasie 

zautomatyzowanego sklepu alkoholowego 
sześćdziesiąt osiem lat temu. Jeśli Hetman rozpoczął 
swoją karierę przestępczą jako nastolatek, tak jak ja, 
w tej chwili byłby po osiemdziesiątce. Całkiem niezły 
wiek, zważywszy, że przeciętna długość życia 
wynosiła półtora stulecia. Ale co się z nim stało, że tak 
długo nic o nim nie było słychać? Ponad piętnaście lat 
minęło od czasu, kiedy po raz ostatni zostawił swój 
znak rozpoznawczy. Na palcach wyliczyłem różne 
możliwości.

Numer jeden; to wariant, który zawsze trzeba 

brać pod uwagę, a mianowicie, że się skończył. W tym 
przypadku mogę dać sobie z nim spokój. Dwa; mógł 
opuścić planetę i wieść swoje przestępcze życie gdzieś 
między gwiazdami. Jeśli tak, to podobnie jak w 
pierwszym przypadku mogę zapomnieć o całej 
sprawie. Potrzebowałem dużo więcej dolarów i 
doświadczenia, zanim będę mógł zabrać się za inne 
światy. Trzy; wycofał się z interesu i wydaje swoje 
nieuczciwie zarobione pieniądze. Cztery; zmienił styl i 
przestał zostawiać swój znak.

Rozsiadłem się z zadowoloną miną i popijałem 

background image

kawę. Jeśli prawdziwa była trzecia lub czwarta 
możliwość, miałem szansę go znaleźć. Przed tymi 
cichymi latami miał bogatą karierę, z uznaniem 
przyjrzałem się liście. Kradzież samolotu, kradzież 
samochodu, obrobienie banku. Potem następne i 
następne. Wszystkie możliwe przestępstwa związane z 
przemieszczaniem dolców z czyjejś kieszeni do 
własnej. Była też jakaś nieruchomość, szybko i za 
niezłą sumkę sprzedana na podstawie sfałszowanego 
aktu własności. I najlepsze z tego wszystkiego; nigdy 
go nie nakryli! Oto człowiek, który mógłby być moim 
mentorem, moim wychowawcą, moim uniwersytetem 
przestępstwa. Człowiek, który pewnego dnia 
wystawiłby mi dyplom zła, otwierający przede mną 
złote pola, o których marzyłem.

Ale jak mam go znaleźć, skoro zjednoczone siły 

policji całego świata przez całe dziesięciolecia nie były 
w stanie nawet tknąć go palcem? Interesujące 
pytanie.

Tak interesujące, że nie mogłem znaleźć na nie 

odpowiedzi. Postanowiłem pozwolić mojej 
podświadomości popracować trochę nad tym 
problemem, więc odłączyłem synapsy kory mózgowej 

background image

i pozwoliłem, żeby wszystko spłynęło prosto do 
móżdżka. Położyłem się spać. Rankiem ulica za 
oknem zaczęła się wypełniać ludźmi, którzy szli na 
zakupy, i pomyślałem, że to całkiem niezły pomysł. 
Cała żywność, jaką tu miałem, była mrożona albo 
paczkowana i po szlamowatym więziennym jedzeniu 
miałem ochotę na coś kruchego i chrupiącego. 
Otworzyłem więc szafkę do charakteryzacji i 
zacząłem przygotowywać moje nowe oblicze.

Dorośli nie zdają sobie sprawy albo nie 

pamiętają, jak trudno być nastolatkiem. Zapominają, 
że to poczekalnia w połowie drogi do dojrzałości. 
Niezmącone radości dzieciństwa są już za tobą, a 
przywileje dorosłości ciągle jeszcze przed. Oprócz 
gwałtownego napływu krwi do głowy oraz innych 
miejsc, gdy tylko pojawi się myśl o płci przeciwnej, są 
i inne poważne trudności. Uważa się, że nieszczęsny 
nastolatek ma zachowywać się jak dorosły, ale nie 
przysługują mu żadne prawa związane z tym stanem.

Ja ze swej strony uniknąłem nudnej mordęgi 

wieku lat nastu, po prostu całkowicie go 
przeskakując. Gdy tylko przestałem z nonszalancką 
miną łazić po szkole i okłamywać się nawzajem z 

background image

rówieśnikami, stałem się dorosły. A ponieważ byłem 
od większości tych tak zwanych dorosłych znacznie 
inteligentniejszy, pozostało mi tylko doścignąć ich pod 
względem fizycznym.

Najpierw trochę zmarszczkownika dookoła oczu 

i na czole. Gdy tylko zaaplikowałem sobie ten 
bezbarwny płyn, pojawiły się zmarszczki i mój 
rocznik posunął się o dobrych parę lat. Kilka fałdek 
pod brodą dobrze grało ze zmarszczkami, a 
wykończyłem to wszystko paskudnym małym 
wąsikiem. A kiedy ubrałem się w bezkształtną 
marynarkę podrzędnego urzędnika, własna matka nie 
poznałaby mnie, gdybyśmy mijali się na ulicy. Zresztą 
rzeczywiście miało to miejsce rok temu. Zapytałem ją 
o godzinę i nawet wtedy w jej krowich oczach nie 
pojawiła się iskierka rozpoznania.

Chociaż wcale nie zanosiło się na deszcz, wziąłem 

z szafy parasol, wyszedłem z biura i skierowałem się 
do najbliższego kompleksu sklepów.

Muszę powiedzieć, że moja podświadomość 

pracowała tego dnia szybko, co już wkrótce mogłem 
sprawdzić. Mimo wypicia kilku piw, ciągle jeszcze 
miałem pragnienie. To ten suchy pobyt w stodole 

background image

dawał o sobie znać. Dlatego też przytomnie skręciłem 
pod platynowymi łukami MacSwineyów i podszedłem 
do wbudowanego w ladę robota obsługującego. Na 
jego plastikowej twarzy trwał wymalowany na stałe 
uśmiech od ucha do ucha.

- W czym mogę Panu lub Pani służyć? - zapytał 

słodziutko i seksownie.

„Mogli wydać parę dolców na program z 

rozpoznawaniem płci" - pomyślałem, przyglądając się 
umieszczonej na ścianie liście zimniuśkich, 
pyszniuśkich napoików.

- Podaj mi podwójny napój wiśniowy i dużo lodu.
- Już się robi, proszę Pana lub Pani. To będzie 

trzy dolary, proszę.

Wrzuciłem monety do pojemnika, na co 

otworzyła się klapa i pojawił się mój napój. Kiedy po 
niego sięgnąłem, wysłuchałem gadki reklamowej 
robota:

- MacSwineyowie cieszą się, że mogą cię dzisiaj 

obsłużyć. Do wybranego przez ciebie drinka z 
pewnością chciałbyś zjeść kotlet ze świniozwierza z 
rożna z pysznym egzotycznym sosem, garnirowany 
kandyzowanymi spamjamami...

background image

Przestałem to słyszeć, bo właśnie moja 

podświadomość znalazła rozwiązanie mojego małego 
problemu. Rozwiązanie bardzo proste i oczywiste, 
wręcz samo się narzucało swoją jasnością, 
oczywistością i prostą.

- No co, kretynie!? Zamawiaj albo spływaj, nie 

będziesz tu chyba sterczał cały dzień! - zaskrzeczało 
mi nad uchem.

Wymamrotałem jakieś przeprosiny i powlokłem 

się do najbliższej wolnej kabiny konsumenckiej. 
Teraz już wiedziałem, co robić.

Po prostu postawić problem do góry nogami. 

Zamiast szukać Hetmana, muszę zrobić coś takiego, 
żeby to on mnie poszukał.

Piłem mój napój, tak zimny, że aż rozbolały mnie 

zatoki, i patrzyłem niewidzącym wzrokiem przed 
siebie. Elementy planu wskakiwały na swoje miejsce. 
Nie było żadnej szansy, żebym sam dał radę znaleźć 
Hetmana. Głupotą byłoby nawet tracić czas na próby. 
A więc musiałem popełnić przestępstwo tak bezczelne 
i tak intratne, że będą o nim mówić w wiadomościach 
we wszystkich programach na całej planecie. Musi 
być tak nietypowe, że nie będzie człowieka, który 

background image

potrafiąc czytać albo mając choćby jeden palec do 
włączenia telewizora, nie dowiedziałby się o tym. Cały 
świat usłyszy, co się stało. I to dowie się, że zrobił to 
Hetman, bo na miejscu zostawię jego znak 
rozpoznawczy.

Gdy resztki mojego napoju zagulgotały w 

słomce, spojrzałem przytomniej i powoli wróciłem do 
krzykliwej rzeczywistości MacSwineyów. Przed mymi 
oczami wisiał plakat.

Patrzyłem na niego, nie dostrzegając go, już od 

pewnego czasu. Teraz jego treść do mnie dotarła. 
Zaśmiewające się klowny i rozwrzeszczane dzieci. 
Wszyscy upojeni radością w lekko zdeformowanej, 
trójwymiarowej karykaturze. Nad ich głowami 
rozbłyskiwały litery: 

ZACHOWAJCIE KUPONY! PAMIĘTAJCIE, 

BY JE

WZIĄĆ PRZY KAŻDYM ZAKUPIE.

DARMOWE WEJŚCIE DO LUNAPARKU.

Byłem już w tym ośrodku plastikowych uciech 

kilka ładnych lat temu, jako dzieciak, i nawet wtedy 
nie podobało mi się tam. Przerażające przejażdżki, 
które mogły przerazić tylko prostaków. Jazdy w górę 

background image

i w dół tylko dla tych z silnym żołądkiem; dookoła i 
wyrzut w górę. Paskudne jedzenie, przesłodzone 
cukierki, debilne klowny i inne tego typu atrakcje, 
aby zadowolić takich, których bardzo łatwo 
zadowolić. Codziennie odwiedzały Lunapark tysiące 
ludzi, a jeszcze więcej przypływało tam w porze 
weekendów, przynosząc ze sobą jeszcze więcej tysięcy 
dolarów.

Mnóstwo dolców! Musiałem tylko je zabrać w 

sposób na tyle interesujący, żeby mówili o nim jako o 
wydarzeniu numer jeden w wiadomościach na całej 
planecie.

Ale jak tego dokonać? Oczywiście idąc tam i 

dokładnie oglądając ich urządzenia zabezpieczające. 
Nadszedł czas, by wziąć sobie dzień wolny.

background image

7
Byłoby dobrze, gdybym w czasie tego 

rozpoznania wyglądał na swój wiek, albo nawet 
młodziej. Po usunięciu charakteryzacji znów stałem 
się siedemnastolatkiem o miłej buzi. Uznałem, że 
powinienem lepiej opanować sztukę makijażu, w 
końcu drogo zapłaciłem za korespondencyjny kurs 
charakteryzacji teatralnej. Wkładki pod policzkami 
sprawiły, że wyglądałem jak aniołek, zwłaszcza gdy 
jeszcze musnąłem je różem. Założyłem okulary 
przeciwsłoneczne ozdobione plastikowymi kwiatkami, 
które psikały wodą, gdy przyciskało się gruszkę 
schowaną w kieszeni. Kupa śmiechu! W ostatnim 
czasie zmienił się styl ubierania, wyszły z mody 
pumpy dla chłopców, dzięki Bogu, ale powróciły 
krótkie spodenki. Obowiązywał karygodny trend 
zwany „długo-krótkim", w którym jedna nogawka 
była obcięta nad kolanem, a druga pod. Nabyłem 
parę takich spodenek z ohydnego purpurowego 
sztruksu, gustownie przyozdobionego odblaskowymi 
różowymi plamami. Bałem się przejrzeć w lustrze i 
nie śmiem opisać tego, co tam zobaczyłem. Wystarczy 
jeśli powiem, że na pewno nie przypominało to 

background image

zbiegłego przestępcy poszukiwanego za napad na 
bank. Na szyi zawiesiłem sobie jednorazowy aparat 
fotograficzny, który nie był ani jednorazowym, ani 
nawet zwykłym aparatem.

Na stacji zgubiłem się w gromadzie ludzi 

wyglądających dokładnie tak jak ja i ruszyliśmy 
tłumnie do Luna-Cudu. Wrzaski, histeryczny śmiech i 
psikanie się nawzajem wodą z naszych plastikowych 
kwiatów pomagały zabić czas... lub rozciągnąć go w 
nieskończoność, przynajmniej w jednym przypadku. 
Gdy w końcu otworzyły się drzwi, przepuściłem 
szturmujący wielobarwny tłum i znudzony, powoli 
wszedłem za nim. Teraz do pracy.

Gdzie są pieniądze? Wspomnienia z mojego 

pierwszego pobytu tutaj były mgliste - dzięki Bogu - 
ale pamiętałem, że płaciło się za rozmaite przejażdżki 
i inne rozrywki wrzucając plastikowe żetony. Mój 
ojciec niechętnie dostarczył mi kilku sztuk, które 
zużyłem bardzo szybko i oczywiście nie dostałem 
więcej. Tak więc moim pierwszym zadaniem było 
znalezienie źródła tych żetonów.

Przyszło mi to bez trudu, bo do tego miejsca 

kierowali się wszyscy klienci, którzy nie osiągnęli 

background image

jeszcze wieku dojrzewania. Była to stroma budowla 
przypominająca odwrócony wafel do lodów, 
ozdobiona flagami, mechanicznymi klownami i 
zwieńczona złotymi organami, z których 
rozbrzmiewała ogłuszająca muzyka. Dookoła, na 
ziemi, przymocowane do podstawy tej budowli stały 
plastikowe figurki klownów, które trzęsły się, śmiały i 
robiły miny. Były odrażające, ale spełniały ważną rolę 
- pozbawiały klientów pieniędzy. Młode ręce 
skwapliwie wpychały dolarowe banknoty w łapczywe 
dłonie plastikowych poliszyneli. Dłoń zamykała się, 
pieniądze znikały, a z ust clowna wysypywał się 
strumień plastikowych żetonów, na które oczekiwał 
odbiorca. Beznadziejne, ale z pewnością byłem 
jedynym, który tak myślał.

Pieniądze wędrowały do budynku. Musiałem 

odkryć, którędy z niego wychodziły. Obszedłem 
dookoła budynek i przekonałem się, że rzygające 
dystrybutory nie otaczały go całkowicie. Z tyłu, 
osłonięta przez drzewa i krzewy znajdowała się mała 
przybudówka. Utorowałem sobie drogę wśród 
krzaków i nagle stanąłem twarzą w twarz z szerego-
wym policjantem trzymającym straż przy nie 

background image

oznakowanych drzwiach.

- Spadaj, szczeniaku - powiedział słodko. - Tylko 

dla personelu.

Przemknąłem obok niego i naparłem na drzwi, w 

tym czasie udało mi się zrobić zdjęcie.

- Muszę siusiu - powiedziałem, ściskając nogi. - 

Powiedzieli mi, że ubikacja jest tutaj. Ciężka ręka 
odepchnęła mnie z powrotem w chaszcze.

- Nie tutaj. Zjeżdżaj tam, skąd przyszedłeś.
Odszedłem. To było zabawne. Żadnych alarmów 

elektronicznych, tylko zamek typu Glubb, solidny, ale 
stary. Zaczął mi się nawet podobać ten Lunapark.

Park zamykali dopiero po zmroku. Oczekiwanie 

było więc bardzo nużące. Żeby zabić nudę, 
wypróbowałem Zjazd Lodowcowy, gdzie pędzi się 
przez sztuczne groty lodowe, w których wszystko 
wokół było skute styropianowym lodem i od czasu do 
czasu jakaś kra wpadała na wagonik pełen 
piszczących pasażerów. Odrzutowa strzelnica była 
równie beznadziejna. W imię dobrego smaku 
opuszczę zasłonę milczenia na uciechy Słodkiej 
Krainy i Potwora z Moczarów. Wystarczy 
powiedzieć, że wreszcie nadszedł mój czas. 

background image

Dystrybutory żetonów zostały wyłączone na godzinę 
przed zamknięciem parku. Z pobliskiego punktu 
obserwacyjnego chciwym okiem śledziłem 
opancerzony furgon, zabierający mnóstwo 
masywnych kontenerów. Razem z pieniędzmi 
odjeżdżała ochrona. Pewnie myśleli, że nikt przy 
zdrowych zmysłach nie włamie się, żeby kraść żetony.

Widocznie nie byłem przy zdrowych zmysłach. 

Kiedy zapadła ciemność, dołączyłem do 
wyczerpanych gości, którzy chwiejnym krokiem 
sunęli do wyjścia. Ale nie dotarłem tam. Zamknięte 
drzwi na tyłach Wzgórza Wampirów otworzyły się 
bez trudu, z moją delikatną pomocą. Wślizgnąłem się 
w ciemność. Wysoko nade mną zabłysły białe kły, z 
których sączyła się sztuczna krew. Wciśnięty za 
trumnę wypełnioną ziemią czułem się naprawdę 
świetnie. Przeczekałem godzinę, nie więcej. Wszyscy 
pracownicy powinni już opuścić teren, ale na ulicach 
wokół parku było jeszcze wystarczająco dużo 
rozbawionych małolatów, żeby mój paskudny strój 
nie rzucał się w oczy, kiedy już stąd wyjdę.

Na terenie byli strażnicy, ale łatwo mogłem ich 

uniknąć. Tak jak się spodziewałem, Glubb otworzył 

background image

się bez trudu i szybko wślizgnąłem się do środka. 
Okazało się, że pokój nie ma okien, co mi 
odpowiadało, bo nikt nie mógł zobaczyć światła mojej 
latarki. Zapaliłem ją i zacząłem podziwiać 
maszynerię.

Prosta i przejrzysta konstrukga, to właśnie cenię 

w maszynach. Końcówki dystrybutorów ustawione 
były pod ścianami dookoła pokoju. Nie 
funkcjonowały, ale zasada ich działania była 
oczywista. Włożone monety i banknoty były liczone i 
przechodziły dalej. Urządzenie w górze spuszczało 
odliczone żetony do rynienek wypustowych. Z boku 
wychodziły z podłogi rury prowadzące do pojemnika 
w górze. Bez wątpienia były zasilane z podziemnych 
transporterów i zwracały żetony gotowe do 
ponownego użycia. Dolary, nietknięte ludzką ręką, 
były przenoszone przez zaplombowane przezroczyste 
rękawy do punktu zbiorczego, w którym monety 
wypadały do zamkniętych pudełek. One mnie nie 
interesowały, bo były za ciężkie, ale banknoty były 
lżejsze i dużo więcej warte. Przechodziły przez rynny 
i z wdziękiem wpadały w otwór na szczycie sejfu. Były 
w ten sposób zabezpieczone przed pracownikami o 

background image

lepkich palcach.

Wspaniale. Obejrzałem maszynerię, 

zastanowiłem się, a potem zrobiłem notatki. 
Dystrybutory zostały wyprodukowane przez firmę 
„Ex-changers"; przerysowałem starannie znak 
firmowy. Sejf, chociaż solidny i pewnej marki, ustąpił 
łatwo. Oczywiście był pusty, ale spodziewałem się 
tego. Zanotowałem kombinację cyfr, po czym 
otwierałem go i zamykałem tyle razy, aż mogłem to 
zrobić z zamkniętymi oczami. W mojej głowie zaczął 
układać się plan, którego integralną częścią był ten 
sejf.

Gdy skończyłem, wyślizgnąłem się z budynku nie 

zauważony przez nikogo i ostrożnie opuściłem park, 
by przyłączyć się do rozbawionego tłumu. W drodze 
powrotnej byli już mniej hałaśliwi i tylko dwa razy 
musiałem użyć psikacza w moich okularach. Trudno 
opisać, jak wielką odczułem ulgę, gdy w końcu 
wtoczyłem się do biura, zdarłem z siebie strój 
półidioty i wsadziłem nos do szklanki z piwem. Potem 
zakasałem rękawy i wziąłem się za myślenie.

Następnie kilka tygodni spędziłem bardzo 

aktywnie. Pracując nad sprzętem potrzebnym do 

background image

akcji, pilnie śledziłem wiadomości w telewizji. Jeden 
ze zbiegłych więźniów został ujęty po ciężkiej walce. 
Jego towarzysza nie znaleziono, mimo że schwytany 
gotów był udzielić wszelkiej pomocy. Biedny Stinger, 
odebrano mu instynkt walki i jego życie nie będzie już 
takie jak dawniej. Ale będzie takie jak dawniej dla 
człowieka, którego chciał zabić, nie było mi więc żal 
Stingera. Czekała na mnie praca. Dwie ściśle 
związane ze sobą sprawy; musiałem zaplanować 
napad i zastawić pułapkę na Hetmana. Z dumą 
przyznaję, że oba problemy rozwiązałem z dużą 
łatwością. Potem musiałem tylko poczekać na ciemną 
i burzliwą noc, by znowu odwiedzić Lunapark. Byłem 
tam najkrócej, jak się dało, ale i tak trwało to kilka 
godzin, bo miałem mnóstwo rzeczy do zrobienia.

Potem musiałem już tylko czekać na 

odpowiednią chwilę. Najlepszym momentem był 
koniec tygodnia, gdy wszystkie kasy są przepełnione. 
W ramach przygotowań zupełnie legalnie wynająłem 
garaż i dla równowagi bardzo nielegalnie ukradłem 
furgonetkę. Wykorzystałem czas oczekiwania, by ją 
przemalować - trzeba przyznać, że wyglądała lepiej 
niż przedtem - przykręcić nowe numery i przyczepić 

background image

na drzwiach plakietki z nazwą firmy. W końcu 
nadeszła sobota. Trudno mi było opanować 
niecierpliwość. Aby zabić czas, przykleiłem sobie 
wąsy, przebrałem się i pojechałem na dobry, 
beztroski lunch, bo musiałem jeszcze poczekać do 
wieczora, aż napełnią się skrzynie. Przejażdżka na 
wieś była bardzo przyjemna, a na wyznaczone 
miejsce dotarłem zgodnie z planem. Zatrzymałem się 
obok służbowego wejścia do parku. Z lekkim 
niepokojem włożyłem obcisłe, przezroczyste 
rękawiczki, ale uczucie radosnego oczekiwania było 
silniejsze. Z uśmiechem na ustach włączyłem aparat 
przymocowany pod błotnikiem.

Niewidzialny sygnał radiowy poleciał w 

przestrzeń i oczami duszy próbowałem dostrzec, co 
się dzieje. Sygnał szybki jak światło dobiegł do 
odbiornika i po przewodach do celu, którym był 
ładunek wybuchowy. Nic wielkiego, mała dokładnie 
odmierzona ilość plastyku, wystarczająca by zerwać 
zatrzask w jednym z dystrybutorów żetonów, bez 
uszkodzenia rękawa. Po zniszczeniu zatrzasku z 
maszyny popłynął z grzechotem jednostajny strumień 
kolorowych plastikowych krążków i wytrysnął z 

background image

dystrybutora w nie kończącym się potoku. Ależ byłem 
dobroczyńcą! Jakże by mnie błogosławiły wszystkie 
dzieciaki, gdyby wiedziały, że to ja.

Ale na tym nie koniec. Bo co minutę z mojego 

nadajnika emitowany był sygnał radiowy, puszczał 
następny zatrzask i za każdym razem wylatywał 
następny strumień żetonów. I następny, i jeszcze 
następny... W odpowiednim momencie włączyłem 
silnik furgonetki i podjechałem do bramy służbowej 
Lunaparku, otworzyłem okno i wychyliłem się przez 
nie tuż nad wymalowanym na drzwiach znakiem 
firmowym, który głosił: „Dystrybutory Ex-
Changers".

- Odebrałem wiadomość telefoniczną, że macie tu 

jakieś problemy - powiedziałem do strażnika.

- Żadnych problemów - odpowiedział tamten ot-

wierając bramę. - Raczej zamieszki. Wiesz, gdzie to 
jest?

- Jasne. Już jadę na pomoc.
Kiedy na własne oczy zobaczyłem skutki mojej 

hojności, zdałem sobie sprawę, że to, co się stało, 
przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Wrzeszczące i 
wiwatujące dzieciaki szalały obładowane żetonami, a 

background image

inne walczyły o miejsce w pobliżu plujących 
dystrybutorów. Ich szczęśliwe okrzyki zagłuszały 
wszystko. Ani personel, ani strażnicy nie mogli zrobić 
nic, co powstrzymałoby tę falę obfitości. Droga 
służbowa była trochę mniej zatłoczona, ale i tamtędy 
musiałem jechać bardzo powoli, z ręką na klaksonie, 
torując sobie drogę wśród maruderów. Kiedy 
podjechałem, dwóch strażników odpychało dzieci w 
stronę krzaków.

- Jakieś kłopoty z dystrybutorami? - zapytałem 

słodko. Opryskliwa odpowiedź jednego z nich zginęła 
w pisku i krzyku dziecięcego zachwytu, i chyba 
dobrze się stało. Drugi strażnik otworzył drzwi i 
wepchnął mnie razem z moimi narzędziami do 
środka.

Było tam już czterech ludzi, którzy bezskutecznie 

walczyli z maszynami. Nie mogli ich unieruchomić, bo 
wcześniej pozwoliłem sobie odłączyć tablicę 
rozdzielczą. Łysy mężczyzna próbował przeciąć kabel 
zasilający piłką do metalu.

- To samobójstwo - powstrzymałem go. - Ten 

przewód jest pod napięciem czterystu volt.

- Masz jakiś lepszy pomysł, mądralo? - warknął. 

background image

- To przecież twoje cholerne maszyny. Zabieraj się do 
roboty.

- Już się robi, popatrz tylko.
Otworzyłem wielką skrzynkę z narzędziami, 

zawierającą tylko lśniącą metalową rurkę którą 
wyjąłem.

- To wszystko załatwi - powiedziałem 

przekręcając zawór na szczycie i odrzucając rurę. 
Ostatnie, co zobaczyłem, to ich wytrzeszczone oczy, 
kiedy buchnęła z niej szara mgła, która wypełniła 
pokój, zupełnie uniemożliwiając widzenie.

Ja się tego spodziewałem, oni nie. Ze skrzynką w 

ręku odmierzyłem cztery kroki, aż dosięgnąłem 
ściany sejfu. Hałas, który robiłem, był zagłuszany 
przez ich krzyki i nawoływania oraz nieustanne 
sapanie dystrybutorów. Z łatwością otworzyłem sejf i 
dopasowanym idealnie wiekiem skrzynki 
zablokowałem jego drzwi. Wsunąłem się do środka, 
zgarnąłem stertę banknotów i wsypałem je do 
podstawionego kontenera. Szybko się zapełnił, po 
czym zatrzasnąłem go. Teraz musiałem dopilnować, 
by odpowiedzialność za to przestępstwo spadła na 
odpowiednią osobę. Przygotowana kartka była w 

background image

mojej górnej kieszeni. Wyjąłem ją i włożyłem do 
sejfu, który ponownie zamknąłem, by mieć pewność, 
że moja wiadomość nie zawieruszy się w całym tym 
zamieszaniu. Potem dźwignąłem ciężką skrzynkę i 
stanąłem plecami do sejfu, by skierować się w 
odpowiednią stronę.

Wiedziałem, że wyjście jest tam, w ciemności, 

tylko dziewięć kroków stąd. Przemierzyłem pięć i 
wpadłem na kogoś. Pochwyciły mnie silne ręce, a 
szorstki głos krzyknął mi do ucha:

- Mam go. Pomocy!
Rzuciłem skrzynkę i udzieliłem mu pomocy, 

jakiej potrzebował. Przesunąłem ręce wzdłuż jego 
ciała, sięgnąłem do szyi i zrobiłem, co trzeba. 
Zacharczał i osunął się. Po omacku zacząłem szukać 
skrzynki i w chwili paniki nie mogłem jej znaleźć. 
Wreszcie namacałem ją, chwyciłem za rączkę, 
uniosłem do góry, wyprostowałem się i...

Zdałem sobie sprawę, że w czasie tej awantury 

straciłem orientację.

Ogarnęła mnie rozpacz czarna jak unosząca się 

wokół mgła. Zadrżałem i o mało nie upuściłem łupu. 
Siedemnaście lat, samotność i cały ten osaczający 

background image

mnie świat dorosłych. To już koniec.

Nie wiem, jak długo trwał kryzys, 

prawdopodobnie tylko kilka sekund, chociaż 
wydawało mi się to wiecznością. W końcu wziąłem się 
w garść i przywołałem do porządku.

Chciałeś, żeby tak było, pamiętasz? Zupełnie 

sam, ze wszystkimi dookoła przeciwko tobie. Więc 
poddaj się im albo zacznij myśleć. I to szybko!

Zacząłem myśleć. Hałasujący i krzyczący 

naokoło ludzie nie byli mi ani pomocni, ani nie 
stanowili zagrożenia. Miotali się tak samo 
zdezorientowani jak ja. Wystarczyło wyciągnąć rękę i 
iść naprzód w jakimkolwiek kierunku. Wtedy będę w 
stanie zorientować się, gdzie jestem. Usłyszałem przed 
sobą dudnienie, to musiał być jeden z dystrybutorów. 
Za moment wpadłem na niego.

W tej samej chwili poczułem na twarzy powiew 

powietrza i znajomy głos odezwał się całkiem blisko.

- Co się tu dzieje?
To był strażnik. Otworzył drzwi. Jak to miło z 

jego strony. Poszedłem wzdłuż ściany, unikając go z 
łatwością, bo cały czas stał w ciemności i krzyczał. 
Pogłaskałem go po szyi, a potem przedarłem się przez 

background image

kłębiącą mgłę na światło dzienne. Mrugając oślepiony 
jasnością, dostrzegłem innego strażnika, który wyrósł 
przede mną i chwycił mnie.

- Zostań tu, gdzie jesteś. Nie ruszaj się.
Nie mógł zrobić nic gorszego, mam na myśli jego 

zachowanie w stosunku do Czarnego Pasa. Powaliłem 
go na ziemię tak, żeby nie zrobił sobie krzywdy przy 
upadku, wrzuciłem skrzynkę do furgonetki i 
rozejrzałem się, aby się upewnić, że nie byłem 
widziany. Zamknąłem drzwi, włączyłem silnik, po 
czym wolno i ostrożnie oddaliłem się od rozbawionego 
Lunaparku.

background image

8
Wszystko naprawione! - krzyknąłem do 

strażnika, który skinął głową i otworzył bramę.

Pojechałem w stronę miasta. Powoli pokonałem 

pierwszy zakręt i gwałtownie skręciłem w mniejszą i 
niebrukowaną drogę.

Moja ucieczka była zaplanowana równie 

dokładnie jak sam napad. Kradzież pieniędzy to 
jedno, a zachowanie ich to zupełnie inna sprawa. W 
epoce łączności elektronicznej rysopis mój i 
furgonetki w przeciągu ułamków sekundy zostanie 
wyświetlony na całej planecie. Każdy wóz policyjny 
otrzyma wydruk, a każdy patrolujący policjant - 
ustne ostrzeżenie. Ile więc miałem czasu? Gdy 
odjeżdżałem, obaj strażnicy byli nieprzytomni. Ale 
mogli już zostać ocuceni i wszystko opowiedzieć, a 
wtedy jeden telefon wystarczyłby, żeby przekazać 
ostrzeżenie. Obliczyłem, że musiałoby to zająć co 
najmniej cztery minuty. Co mnie urządzało, bo 
potrzebowałem tylko trzech.

Droga wiła się pod górę między drzewami, potem 

zakręcała ostatni raz i kończyła się w opuszczonym 
kamieniołomie. Serce biło mi mocno, bo ten etap akcji 

background image

zawierał element ryzyka. Udało się, wynajęty 
samochód czekał tam, gdzie go wczoraj zostawiłem! 
Oczywiście usunąłem z silnika kilka niezbędnych 
części, ale jakiś uparty złodziej mógł go odholować. 
Na szczęście w okolicy był tylko jeden uparty złodziej.

Otworzyłem samochód, wyjąłem stamtąd 

pojemnik z prowiantem i zaniosłem go do furgonetki. 
Za chwilę jego boczna ścianka odskoczyła, ukazując 
coś bardzo interesującego, a mianowicie puste 
wnętrze. Wystające z pojemnika torebki i pudełka 
były tylko posklejanymi ze sobą górnymi częściami 
torebek i pudełek. Bardzo pomysłowe, jeśli wolno mi 
wyrazić swoją opinię. Schowałem pieniądze do 
pudełka, zamknąłem je i włożyłem do samochodu. 
Zdjąłem ubranie robocze i wrzucając je do 
ciężarówki, zadygotałem w podmuchu chłodnego 
wiatru. Wąsy poleciały w ślad za ubraniem. 
Włożyłem strój sportowy, ustawiłem zegar przy 
ładunku termitowym, zamknąłem furgonetkę i 
wsiadłem do samochodu. Odjechałem bez kłopotów. 
Nikt mnie nie obserwował i wszystko wskazywało na 
to, że uda mi się wyjść cało z tej przygody. 
Zatrzymałem się na głównej drodze i poczekałem na 

background image

kolumnę wozów policyjnych, która z rykiem 
przemknęła obok mnie, kierując się do Lunaparku. O 
rany, ależ im się śpieszyło! Wyjechałem na drogę i 
wolno ruszyłem z powrotem do Billville.

W tej chwili furgonetka wesoło płonęła, topiąc się 

na kupę żużlu. Żadnych śladów. Pojazd był 
ubezpieczony zgodnie z przepisami, zatem właściciel 
otrzyma zwrot kosztów. Ogień nie rozprzestrzeni się, 
nie w kamieniołomie, i nikt nie dozna żadnych 
obrażeń. Wszystko poszło dobrze, nawet bardzo 
dobrze.

Kiedy wróciłem do biura, westchnąłem z ulgą, 

otworzyłem piwo i pociągnąłem duży łyk. Później 
wziąłem z barku butelkę whisky i nalałem sobie 
dawkę uderzeniową. Skosztowałem, wykrzywiłem się 
od okropnego smaku i wylałem resztę do zlewu. Co za 
świństwo! Myślę, że gdybym się postarał, mógłbym 
się w końcu do tego przyzwyczaić. Ale chyba nie było 
to warte zachodu.

Do tej pory upłynęło już chyba wystarczająco 

dużo czasu, by dziennikarze dotarli na miejsce 
przestępstwa.

- Włącz się! - zawołałem do komputera. - Daj mi 

background image

wydruk ostatniego wydania gazet.

Faks zahuczał delikatnie i z otworu wysunęła się 

płachta papieru. Na pierwszej stronie, w pełnej 
krasie, widniało zdjęcie fontanny żetonów. Z dużym 
zadowoleniem przeczytałem sprawozdanie, 
odwróciłem stronę i zobaczyłem rysunek. Był tam, 
tak jak go znaleźli, gdy otworzyli sejf. Rysunek 
hetmana, a pod nim zapis szachowy:

1. W - S4 x H
Co znaczy: wieża na pole skoczek 4 bije 

hetmana.

Kiedy to przeczytałem, zadowolenie ustąpiło 

dreszczowi niepokoju. Czyżbym się zdemaskował 
przed policją? Czy rozpracują tę wskazówkę i będą 
na mnie czekać?

- Nie! - krzyknąłem głośno. - Policja jest leniwa i 

zadowala się małymi przestępstwami, żeby zachować 
pozory działania. Być może, trochę nad tym 
pogłówkują, ale na pewno nie rozwiążą zagadki na 
czas. Ale Hetman powinien być w stanie ją rozgryźć. 
Będzie wiedział, że to wiadomość dla niego i postara 
się ją rozpracować. Mam nadzieję.

Sączyłem piwo i zamartwiałem się. Wiele godzin 

background image

spędziłem obmyślając tę łamigłówkę. Fakt, że Hetman 
używał hetmana szachowego jako swojej wizytówki, 
doprowadził mnie do podręczników gry w szachy. 
Zakładałem, że on albo ona - bo nie wierzę, by 
ktokolwiek był w stanie określić płeć Hetmana, 
chociaż przypuszczano, że przestępca jest mężczyzną 
- gra w szachy. Jeżeli potrzebowałby dodatkowych 
informacji, mógł odwołać się do tej samej książki co 
ja. Bez szczególnego trudu można było odkryć, że w 
szachach są dwa różne sposoby zapisu ruchów. 
Najstarszy, czyli ten, którego użyłem, nazywa pola w 
kolumnach według figur umieszczanych na końcach 
kolumny (jeśli chcecie wiedzieć dokładnie, rzędy 
rozciągają się pomiędzy bokami szachownicy, a 
kolumny pomiędzy graczami). Tak więc pole, na 
którym stoi biały król, oznacza się Król 1. Król 2 to 
pole nad nim, albo raczej Biały Król 2, bo jest to 
jednocześnie Czarny Król 7 z punktu widzenia 
drugiego gracza (jeśli uważacie, że to skomplikowane, 
nigdy nie grajcie w szachy, bo to jest najłatwiejsza 
część). Istnieje także inny zapis, zwany zapisem 
algebraicznym, który przypisuje literę i cyfrę 
każdemu z sześćdziesięciu czterech pól szachownicy. 

background image

Licząc od lewej do prawej, osiem rzędów od strony 
białych jest oznaczonych literami od a do h. Tak więc 
skoczek H może oznaczać b4, g4, b5 lub g5.

Skomplikowane? Mam nadzieję. Lepiej żeby 

policja nigdy nie domyśliła się, że to kod, i nie 
zechciała go rozgryźć. Bo jeśli zechce, to wtedy 
rozgryzie także mnie. Ten ruch szachowy zawierał 
datę mojego następnego przestępstwa, kiedy to 
zamierzałem znów „pobić hetmana", czyli ponownie 
posłużyć się wizytówką Hetmana.

Przed oczami miałem jasny scenariusz wydarzeń. 

Policja będzie się głowić nad tym ruchem, a potem da 
sobie spokój. Ale nie zrezygnuje Hetman w swojej 
luksusowej kryjówce. Będzie bardzo zły. Popełniono 
przestępstwo, o które on został obwiniony. Zabrano 
pieniądze, ale nie on je ma! Mam nadzieję, potraktuje 
ten ruch jako wskazówkę, przeanalizuje go i w końcu 
znajdzie rozwiązanie.

Załóżmy, że skoczek skojarzy mu się ze skokiem. 

„Skok cztery", co to może znaczyć? Skok kiedy? 
Czwarta noc Festiwalu Muzyki Nowoczesnej w 
mieście Pearly Gates, ot co! I ta czwarta noc jest 
także dwudziestym czwartym dniem roku, który jest 

background image

znany także jako Skoczek 4. Dzieje się tak, gdy b jest 
rozumiane jako druga litera alfabetu, więc b4 może 
być czytane jako 24. Jeżeli Hetman wszystko to sobie 
uzmysłowi, powinien być pewny, że czwartej nocy 
festiwalu zostanie popełnione jakieś przestępstwo. 
Oczywiście przestępstwo związane z pieniędzmi. 
Miałem nadzieję, że będzie wolał sam się mną zająć, 
niż uprzedzić policję o planowanym przestępstwie.

Chyba uderzyłem we właściwą strunę. Zagadka 

była zbyt złożona dla policji, ale w granicach 
możliwości Hetmana. Miał dokładnie tydzień czasu 
na rozwiązanie tego i przybycie na festiwal.

Znaczyło to także, że i ja mam tydzień, by się 

nacieszyć zwycięstwem, odzyskać równowagę i 
wyspać się porządnie, by móc później nie dosypiać. 
Tak więc przez następne dni w ramach rozrywki 
obmyślałem plany i przygotowywałem urządzenia do 
ataku na kieszenie festiwalowej publiczności.

Wyznaczonej nocy lało jak z cebra, co bardzo mi 

odpowiadało. Podniosłem kołnierz mojego czarnego 
płaszcza, wcisnąłem na głowę czarny kapelusz i 
chwyciłem czarny futerał. Jego charakterystycznie 
wybrzuszony koniec sugerował, że w środku znajduje 

background image

się grzmotofon albo nawet ultrabas. Komunikacja 
miejska dowiozła mnie prawie pod samo wejście dla 
artystów. W strugach deszczu przebyłem resztę drogi, 
wtopiony w tłum ubranych na czarno i niosących 
instrumenty muzyków. Miałem przygotowaną 
przepustkę, ale portier nie sprawdził jej i tylko 
gestem kazał nam wejść do środka. Szansa, by 
ktokolwiek chciał sprawdzić moje dokumenty, była 
minimalna, bo było nas tam w sumie dwieście 
trzydzieści jeden osób. Na dzisiejszy wieczór 
przewidziana była premiera wwiercającej się w mózg 
tak zwanej muzyki, zatytułowanej „Zderzenie 
galaktyk", rozpisanej na dwieście jeden 
instrumentów dętych i dwadzieścia dziewięć 
perkusyjnych. Delikatność brzmienia nie była 
specjalnością kompozytorki, pani Moi-Woofter Ge-
eyoh. Już samo przeczytanie partytury mogło 
człowieka przyprawić o ból głowy. Dlatego właśnie 
wybrałem tę noc. Garderoby były za małe, by 
pomieścić tłum muzyków, którzy kręcili się dookoła i 
sprawiali wrażenie zagubionych. Nikt nie zauważył, 
gdy wymknąłem się na tylną klatkę schodową i 
wślizgnąłem do schowka na szczotki. Personel 

background image

wyszedł już wcześniej i jedyną rzeczą, która mogła mi 
przeszkadzać, była tylko muzyka. Mimo to, na 
wszelki wypadek zamknąłem drzwi od środka. Kiedy 
usłyszałem pierwsze dźwięki, wyjąłem mój 
egzemplarz partytury „Zderzenia".

Zaczynało się dość cicho, bo przed zderzeniem 

wszystkie galaktyki musiały wejść na scenę. 
Przesuwałem palec po partyturze, aż doszedłem do 
czerwonego znaczka, który sam tam umieściłem. 
Partytura spoczęła bezpiecznie w mojej kieszeni, a ja 
ostrożnie otworzyłem drzwi i wyjrzałem na zewnątrz. 
Korytarz był pusty, tak jak oczekiwałem. Prze-
mierzyłem go pewnym krokiem, choć podłoga 
zaczynała już drgać zapowiadając rychłą destrukcję 
Wszechświata.

Na drzwiach widniała tabliczka PRYWATNE. 

WSTĘP WZBRONIONY. Z jednej kieszeni wyjąłem 
czarną maskę, zdjąłem kapelusz i wciągnąłem ją na 
głowę. Z drugiej kieszeni wyjąłem klucz. Nie chciałem 
tracić czasu na szarpanie się z wytrychem, więc 
dorobiłem sobie klucz, kiedy przeprowadzałem 
rozpoznanie miejsca akcji. Starałem się przekręcać go 
w zamku w takt muzyki. W chwili gdy zabrzmiał 

background image

donośny trzask, otworzyłem drzwi i wszedłem do 
środka.

Mojego wejścia nikt, oczywiście, nie usłyszał, ale 

moje ruchy przyciągnęły wzrok starszego mężczyzny. 
Gapił się na mnie, a z jego osłabłych palców wypadło 
pióro. Podniósł ręce do góry, gdy z wewnętrznej 
kieszeni wyjąłem imponujący, choć nieprawdziwy 
pistolet. Nie udało mi się nim jednak przestraszyć 
drugiego, młodszego mężczyzny, który rzucił się do 
ataku. Za moment nieprzytomny wylądował na 
podłodze, łamiąc po drodze krzesło.

Wszystko to odbyło się po cichu. Albo inaczej: 

narobiło dużo hałasu, który jednak skutecznie 
zagłuszyła muzyka, wznosząca się teraz gwałtownym 
crescendo, wieszczącym koniec świata. Poruszałem się 
szybko, bo właśnie zbliżała się najgłośniejsza część.

Wyjąłem dwie pary kajdanków i przykułem 

starszego mężczyznę do biurka. W ten sam sposób 
zabezpieczyłem śpiącego rycerza. Już prawie czas. Z 
kolejnej kieszeni wyjąłem porcję plastyku - tak, w 
tym ubiorze było mnóstwo kieszeni i to nie przez 
przypadek - i wsunąłem go w drzwi sejfu, dokładnie 
nad zamkiem zegarowym. Musieli się tu czuć bardzo 

background image

pewnie z tymi wszystkimi zabezpieczeniami. Obfite 
wpływy kasowe z wieczornych przedstawień były 
zamykane w sejfie w obecności uzbrojonych 
strażników. Pozostawały tam, zamknięte i bezpieczne, 
aż do rana, gdy w obecności innych uzbrojonych 
strażników otwierano sejf. Wepchnąłem zapalnik 
radiowy do plastyku i wycofałem się pod ścianę, gdzie 
razem z obydwoma strażnikami znalazłem się poza 
zasięgiem wybuchu.

Wszystkie drobne przedmioty w pokoju 

podskakiwały w takt muzyki, a z sufitu sypał się tynk. 
To jednak ciągle jeszcze nie był właściwy moment. 
Wykorzystałem resztę czasu, by wyrwać z gniazdek 
przewody telefoniczne. Aż do końca koncertu nikt nie 
będzie rozmawiał przez telefon.

Nadeszła wreszcie ta chwila! Widziałem w 

wyobraźni partyturę i w momencie gdy nastąpiło 
zderzenie galaktyk, włączyłem przekaźnik radiowy.

Drzwi sejfu bezgłośnie wyleciały w powietrze. 

Nawet tu w biurze muzyczna katastrofa była 
porażająca. Zastanowiłem się, ilu słuchaczy ogłuchło 
właśnie w imię sztuki. Te rozważania nie 
przeszkodziły mi zgarnąć wszystkich banknotów z 

background image

sejfu do mojego futerału. Kiedy napełnił się, 
uchyliłem kapelusza przed moimi więźniami, tym z 
wytrzeszczonymi oczami i tym nieprzytomnym, i 
wyszedłem. Czarna maska powędrowała z powrotem 
do kieszeni. Opuściłem teatr niestrzeżonym wyjściem 
ewakuacyjnym.

Szybko przeszedłem wzdłuż dwóch bloków do 

przejścia podziemnego i stałem się jedną z wielu 
postaci śpieszących w strugach deszczu. Ruszyłem 
schodami w dół, po czym skręciłem w korytarz 
prowadzący do stacji. Wszystkie pociągi podmiejskie 
już odjechały i peron był pusty. Wszedłem do budki 
telefonicznej i zmieniłem swoją powierzchowność w 
ciągu dokładnie dwudziestu dwóch sekund, w 
precyzyjnie wyćwiczonym tempie. Zdarłem czarne 
pokrycie futerału, spod którego ukazało się drugie, 
białe. Charakterystyczny, wybrzuszony kształt czary 
głosowej znikł także - był zrobiony z cienkiego 
plastiku, który zgniotłem i włożyłem do kieszeni 
razem z czarnym pokryciem. Odwróciłem kapelusz 
na drugą stronę i on również stał się biały. Moje 
czarne wąsy i broda zniknęły w odpowiedniej 
kieszeni. Zdjąłem palto i oczywiście je także 

background image

wywróciłem na białą stronę. Tak przebrany ruszyłem 
na stację i w tłumie przyjeżdżających wyszedłem na 
postój taksówek. Poczekałem chwilę. Nadjechała 
taksówka i otworzyły się drzwi. Usiadłem i 
uśmiechnąłem się z zadowoleniem na widok lśniącej 
czaszki szofera-robota.

- Szofeh, phoszę bahdzo zabhać mnie do hotelu 

Ah-bolast - powiedziałem, najlepiej jak mogłem 
naśladując akcent turyngijski. Ponieważ pociąg, 
który przed chwilą przyjechał, przybył z Turyngii.

- Polecenie niejasne - zagdakała maszyna.
- Ho-tel Ah-bo-bo-last, ty blaszany głupku! - wy-

krzyknąłem! - Ah-bo-last!

- Zrozumiałem - powiedział robot i taksówka 

ruszyła.

Wspaniale. Wszystkie rozmowy prowadzone w 

taksówkach są zapisywane przez molekularny 
magnetofon i przechowywane przez miesiąc. Gdyby 
mnie kiedykolwiek sprawdzano, nagranie odtworzy tę 
rozmowę, a moja rezerwacja hotelowa została 
załatwiona na lotnisku w Turyngii. Być może, byłem 
zbyt ostrożny, ale moją dewizą jest, że tego nigdy za 
dużo. Mam na myśli ostrożność.

background image

Hotel był bardzo drogi. Wszystkie korytarze i 

pokoje ze smakiem ozdobiono sztucznymi 
arbolastami. Zostałem usłużnie wprowadzony do 
swojego apartamentu - gdzie arbolast służył jako 
stojąca lampa. Bagażowy-robot wymknął się 
służalczo, z pięciodolarówką w szczelinie na napiwki.

Postawiłem torbę w sypialni, zdjąłem mokry 

płaszcz i wyjąłem z lodówki piwo. Rozległo się 
pukanie do drzwi.

Tak szybko! Jeżeli to był Hetman, świetnie umiał 

śledzić, bo nie zauważyłem, by ktoś za mną szedł. To 
nie mógł być nikt inny. Zawahałem się, ale zdałem 
sobie sprawę, że jest tylko jeden sposób, by się 
upewnić. Z uśmiechem na twarzy - na wypadek 
gdyby to był Hetman - otworzyłem drzwi. Uśmiech 
znikł natychmiast.

- Jesteś aresztowany - powiedział detektyw w 

cywilu, pokazując mi odznakę. Jego towarzysz 
wycelował we mnie ogromny pistolet na dowód, że 
dobrze ich zrozumiałem.

background image

9
Udało mi się tylko wydukać:
- Co... co... - lub coś w tym rodzaju. Na 

aresztującym mnie oficerze ta błyskotliwa kwestia nie 
zrobiła większego wrażenia.

- Włóż płaszcz, pójdziesz z nami.
Oszołomiony przeszedłem przez pokój i 

wykonałem jego polecenie. Wiedziałem, że 
powinienem zostawić tu płaszcz, ale nie chciałem się 
sprzeciwiać. Kiedy go przeszukają, znajdą maskę, 
klucz i w ogóle wszystko, co mnie zdemaskuje. A co z 
pieniędzmi? Nic nie powiedzieli o torbie.

Gdy tylko włożyłem rękę do rękawa, policjant 

zatrzasnął na niej kajdanki, których drugi koniec 
zamknął na swoim nadgarstku. Nigdzie nie mogłem 
się bez nich ruszyć. Nie mogłem zrobić nic lub prawie 
nic, bo trzy kroki za nami szedł właściciel pistoletu.

Wyszliśmy z pokoju, korytarzem do windy i do 

głównego holu. Detektyw był tak uprzejmy, że 
trzymał się blisko mnie, więc kajdanki nie rzucały się 
w oczy. Pośrodku strefy objętej zakazem parkowania 
czekał duży, czarny, złowieszczy wóz. Kierowca nie 
raczył nawet spojrzeć w naszą stronę. Ruszył, gdy 

background image

tylko wsiedliśmy i zamknęły się za nami drzwi.

Nie miałem nic do powiedzenia, a i moi 

towarzysze nie byli w gadatliwym nastroju. W ciszy 
toczyliśmy się przez zalane deszczem ulice, minęliśmy 
kwaterę główną policji i ku memu osłupieniu 
zatrzymaliśmy się przed Gmachem Federalnym 
Rajskiego Zakątka. Federalka! Serce we mnie 
zamarło. Miałem rację przypuszczając, że złamanie 
szyfru i ujęcie mnie z pewnością przekracza 
możliwości miejscowej policji, ale nie uwzględniłem 
ogólnoplanetarnej agencji śledczej. Ze spóźnionym 
refleksem - co nie jest powodem do dumy - 
dostrzegłem swój błąd. Po latach nieobecności 
Hetman znów uderza. Dlaczego? I co znaczą te 
wygłupy z szachami? Niech się tym zajmą 
kryptolodzy. Ho, ho, jakieś przechwałki, wyjawia 
miejsce i datę następnego przestępstwa. Niech zajmie 
się tym Urząd Federalny i niech się w to nie wtrąca 
niekompetentna miejscowa policja.

Ogarnęła mnie czarna rozpacz, tak wielka, że z 

trudem mogłem iść. Zachwiałem się, gdy nasz mały 
orszak zatrzymał się przed ciężkimi drzwiami z 
wywieszką: FEDERALNY URZĄD ŚLEDCZY. Pod 

background image

spodem małymi złotymi literami napisane było: 
„Dyrektor Flynn". Moi pogromcy zapukali grzecznie, 
zamek w drzwiach zahuczał i otworzył się. 
Wmaszerowaliśmy do środka.

- Oto on, proszę pana.
- Dobrze. Przymocujcie go do krzesła i od tej 

chwili ja przejmuję sprawę.

Mówca siedział za masywnym biurkiem. Był to 

potężny mężczyzna z przylizanymi czarnymi włosami. 
Wydawał się jeszcze potężniejszy dzięki ogromnym 
zwałom obrastającego go tłuszczu. Jego podbródek, 
czy raczej podbródki zwieszały się na nabrzmiałą 
masę klatki piersiowej. Siedział odsunięty od biurka 
ze względu na rozmiary brzucha, na którym, jak 
grube kiełbaski, spoczywały palce jego splecionych 
dłoni. Na moje chytre spojrzenie odpowiedział swoim, 
stalowym i zdecydowanym. Nie protestowałem, kiedy 
prowadzili mnie do krzesła; opadłem na nie i po-
czułem, jak przypinają mnie do niego kajdankami. 
Potem usłyszałem oddalające się kroki i trzask 
zamykanych drzwi.

- Jesteś w poważnych kłopotach - rozpoczął.
- Nie wiem, o co panu chodzi - odparłem, ale mój 

background image

drżący, piskliwy głos przeczył słowom.

- Wiesz doskonale, o co mi chodzi. Dziś 

wieczorem popełniłeś przestępstwo, okradając 
kieszeń publiczną, zaopatrywaną przez głuchych jak 
pień miłośników muzyki. Ale to jeszcze najmniejsze z 
twoich szaleństw, młodzieńcze. Wnioskując z twojego 
wieku, mogę także stwierdzić, że ukradłeś dobre imię 
innego człowieka. Hetmana. Podszywasz się pod 
kogoś, kim nie jesteś. Uwaga, łap!

Ukradłem dobre imię? O czym on, do diabła, 

mówi? Odruchowo złapałem rzucone klucze. 
Wlepiłem w nie wzrok, a potem gapiąc się na mojego 
rozmówcę, drżącą ręką otworzyłem kajdanki.

- Pan nie jest... - wybełkotałem. - To znaczy, że 

areszt, to biuro, policja... Pan jest...

Spokojnie czekał na moje następne słowa z 

dobrodusznym uśmiechem na ustach.

- Pan jest... Hetmanem!
- We własnej osobie. Z wiadomości, ukrytej pod 

twoim kiepskim szyfrem, wywnioskowałem, że chcesz 
mnie spotkać. Dlaczego?

Chciałem wstać, ale w jego dłoni momentalnie 

pojawił się ogromny pistolet. Czarny wylot lufy zawisł 

background image

na wprost nasady mego nosa. Z powrotem opadłem 
na krzesło. Z twarzy mężczyzny zniknął uśmiech, a z 
jego głosu ciepło.

- Nie lubię, jak się mnie naśladuje i igra ze mną. 

Jestem niezadowolony. Masz teraz trzy minuty, żeby 
wszystko wyjaśnić, a potem zabiję cię, pójdę do 
twojego apartamentu i odbiorę pieniądze, które 
ukradłeś dziś wieczorem. Ale najpierw powiesz mi, 
gdzie ukryłeś resztę pieniędzy skradzionych w moim 
imieniu.

Przemówiłem, czy raczej spróbowałem, ale 

zdołałem tylko bezradnie zabełkotać. Otrzeźwiło mnie 
to. Mógł mnie zabić, ale nie mógł zrobić ze mnie 
roztrzęsionej galarety. Odkaszlnąłem, żeby oczyścić 
gardło i powiedziałem:

- Nie wydaje mi się, że się pan śpieszy, by mnie 

zabić i nie wierzę, że mam tylko trzy minuty. Jeżeli 
nie będzie mnie pan usiłował zastraszyć, spróbuję 
określić jasno i wyraźnie moje motywy. Zgoda?

Wypowiadając te słowa podjąłem przemyślane 

ryzyko. Założyłem, że Hetman też jest graczem. Teraz 
wiedziałem to na pewno. Wyraz jego twarzy nie 
zmienił się, ale nieznacznie skinął głową. Mogłem 

background image

wykonać swój ruch.

- Dziękuję. Zawsze wiedziałem, że nie jest pan 

okrutny. Tak naprawdę, kiedy dowiedziałem się o 
pańskim istnieniu, stał się pan moim ideałem. To, co 
pan zrobił, czego dokonał, nie równa się z niczym w 
historii tego świata. Jeżeli obraziłem pana, kradnąc w 
pańskim imieniu, przepraszam. Natychmiast oddam 
panu wszystkie skradzione pieniądze. Ale jeśli się 
zastanowić, można zrozumieć, że nie miałem innego 
wyjścia. Inaczej nie mógłbym pana odnaleźć. Więc 
musiałem działać tak, aby pan znalazł mnie. I tak się 
stało. Liczyłem na pańską ciekawość i na to, że nie 
wyda mnie pan policji, zanim sam mnie pozna.

Następne skinienie oznaczało zgodę na mój 

następny ruch. Jednak wycelowana we mnie lufa 
przypominała, że wciąż jestem w szachu.

- Jesteś jedynym żywym człowiekiem, który zna 

moją tożsamość - powiedział. - A teraz wyjaśnij mi, 
dlaczego nie miałbym cię zabić. Po co chciałeś się ze 
mną skontaktować?

- Już panu powiedziałem. Podziwiam pana. 

Zdecydowałem się na życie przestępcy, bo jest to 
jedyny zawód dla kogoś z moimi zdolnościami. Ale 

background image

jestem samoukiem i mam słabe punkty. Marzę o tym, 
żeby zostać pańskim pomocnikiem. Żeby uczyć się u 
pańskiego boku. Żeby wstąpić do złodziejskiej 
wyższej szkoły. Zapłacę za ten przywilej każdą cenę, 
jaką pan wyznaczy, ale potrzebuję jeszcze trochę 
czasu, żeby zdobyć więcej pieniędzy, bo wszystko, co 
dotychczas zyskałem, oddaję panu. Tak to wygląda. 
Oto, kim jestem. A jeśli będę dość ciężko pracował, 
może stanę się panem.

Spojrzał na mnie łagodniej. W zamyśleniu uniósł 

palce do brody, co znaczyło, że przez chwilę nie byłem 
w szachu. Ale partia nie była jeszcze wygrana i wcale 
tego nie chciałem. Chciałem tylko remisu.

- Dlaczego miałbym uwierzyć choć w jedno twoje 

słowo? - zapytał w końcu.

- A dlaczego miałby pan w nie wątpić? Jaki 

mógłbym mieć inny powód?

- To nie twoje motywy mnie niepokoją. Myślę o 

tym, że mógłby istnieć jeszcze ktoś, kto z ramienia 
policji używa ciebie jako pionka, by mnie odszukać. 
Człowiek, który zaaresztuje Hetmana, wzniesie się na 
sam szczyt.

Przytaknąłem i zacząłem nerwowo myśleć. 

background image

Potem uśmiechnąłem się i odprężyłem.

- Bardzo słusznie. Musiał pan o tym pomyśleć w 

pierwszej kolejności. To, że posiada pan biuro w tym 
budynku, oznacza, że albo stoi pan wysoko w 
hierarchii stróżów prawa, tak wysoko, że mógłby pan 
bez trudu odkryć taki plan. Albo, a byłby to kolejny 
dowód pańskiego geniuszu, zna pan sposoby i środki, 
by kontrolować policję na każdym szczeblu, oszukać 
ją i posłużyć się nią, by mnie aresztować. Moje 
gratulacje, proszę pana! Wiedziałem, że jest pan 
geniuszem, ale żeby tego dokonać! Przecież to 
graniczy z cudem!

Powoli skinął głową, przyjmując tę zasłużoną 

pochwałę. Czyżby lufa pistoletu troszkę się obniżyła? 
Czyżby zanosiło się na remis? Spiesznie ciągnąłem:

- Nazywam się James Bolivar diGriz, urodziłem 

się nieco ponad siedemnaście lat temu w tym właśnie 
mieście, w szpitalu położniczym Matki Machree dla 
bezrobotnych pasterzy świniozwierzy. Przez terminal, 
który widzę tu, na pewno ma pan dostęp do wszelkich 
możliwych danych. Proszę więc sprawdzić moje i 
samemu przekonać się, czy nie jest prawdą to, co 
powiedziałem!

background image

Usadowiłem się z powrotem na krześle, gdy 

wystukiwał na klawiaturze polecenia. Nie zrobiłem 
nic, by go rozproszyć lub odwrócić jego uwagę, kiedy 
czytał. Byłem ciągle zdenerwowany, ale starałem się 
to ukryć.

Wreszcie skończył. Przechylił się do tyłu i 

spokojnie popatrzył na mnie. Nie widziałem, by 
ruszył ręką, ale pistolet znikł z pola widzenia. Remis! 
Ale na niewidzialnej planszy pomiędzy nami wciąż 
stały niematerialne pionki. Zaczynała się nowa partia.

- Wierzę ci, Jim, i dziękuję za miłe słowa. Ale ja 

pracuję sam i nie mam uczniów. Miałem zamiar cię 
zabić, by zachować sekret mojej tożsamości. Teraz 
wierzę, że nie jest to konieczne. Wystarczy mi twoje 
słowo, że nie będziesz się pode mnie podszywał, 
dokonując innych przestępstw.

- Obiecuję to panu. Stałem się Hetmanem tylko 

po to, by zwrócił pan na mnie uwagę. Ale proszę 
rozważyć ponownie moją kandydaturę na członka 
wyższej szkoły zbrodni.

- Nie ma takiej instytucji - powiedział wstając z 

trudem. - Wstrzymano przyjęcia.

- Więc proszę mi pozwolić inaczej sformułować 

background image

moją prośbę - powiedziałem pośpiesznie, wiedząc, że 
pozostało mi już niewiele czasu. - Przepraszam z góry, 
jeśli będę niedyskretny i proszę wybaczyć, jeśli pana 
zdenerwuję. Jestem młody, nie mam nawet 
dwudziestu lat, a pan jest na tej planecie od ponad 
osiemdziesięciu. W tym zawodzie pracuję dopiero od 
kilku lat i w tak krótkim czasie odkryłem, że 
właściwie jestem sam. To, co robię, muszę robić sam i 
dla siebie. W zbrodni nie ma koleżeństwa, bo wszyscy 
kryminaliści, których spotkałem, byli niekom-
petentni. I dlatego działam sam. A jeżeli ja jestem 
samotny, nie śmiem nawet myśleć, jak samotne jest 
pańskie życie.

Stał bez ruchu, opierając się jedną ręką o biurko 

i wpatrując się przez pustą ścianę jak przez okno w 
coś, czego nie widziałem. Później westchnął i nagle 
osunął się na krzesło, jakby uszła z niego siła, która 
pomagała mu stać prosto.

- To prawda, mój chłopcze, szczera prawda. Nie 

chcę o tym mówić, ale trafiłeś w sedno. Co ma być, 
niech będzie. Jestem zbyt stary, żeby zejść z raz 
obranej drogi. Żegnam cię i dziękuję za bardzo 
interesujący tydzień. Przypomniały mi się dawne 

background image

czasy.

- Proszę to jeszcze raz rozważyć.
- Nie mogę.
- Niech mi pan da chociaż swój numer konta, 

żebym mógł przesłać pieniądze.

- Zatrzymaj je, sam je zarobiłeś. Ale w 

przyszłości rób to pod innym nazwiskiem. Pozwól 
Hetmanowi cieszyć się emeryturą. Dodam tylko 
jedno, małą radę. Rozważ jeszcze raz swoje ambicje 
zawodowe. Rozwijaj swoje zdolności w sposób 
akceptowany przez społeczeństwo. Wtedy unikniesz 
ogromnej samotności, której już doświadczyłeś.

- Nigdy! - krzyknąłem głośno. - Nigdy! Wolałbym 

raczej gnić w więzieniu przez resztę życia, niż przyjąć 
jakakolwiek funkcję w społeczeństwie, które 
całkowicie odrzucam.

- Być może, zmienisz zdanie.
- To niemożliwe - powiedziałem do ścian pustego 

pokoju. Drzwi zamknęły się za nim. Odszedł.

background image

10
Tak się to skończyło. Nie ma nic skuteczniejszego 

niż odmowa, by sprowadzić człowieka na ziemię z 
wyżyn uniesienia. Zrobiłem przecież dokładnie to, co 
sobie postanowiłem. Mój złożony plan powiódł się. 
Wypłoszyłem Hetmana z jego kryjówki i złożyłem mu 
propozycję nie do odrzucenia.

Ale on ją odrzucił. Nie pocieszyła mnie nawet 

satysfakcja z udanego napadu. Zdobyte dolary były 
warte dla mnie tyle co kupa śmieci. Siedziałem w 
pokoju hotelowym, patrzyłem w przyszłość i 
widziałem tylko pustkę. W kółko liczyłem pieniądze, 
aż ich wartość stała się nic nieznaczącą liczbą. W 
moim planie uwzględniłem wszystkie możliwości 
prócz jednej, tej, że Hetman mi odmówi. Trudno mi 
było pogodzić się z tym.

Gdy następnego dnia wróciłem do Billville, 

ogarnęła mnie czarna rozpacz i zacząłem użalać się 
nad sobą, czego normalnie nie znoszę. Tym razem też 
nie mogłem tego znieść. Spojrzałem w lustro, na 
posępną twarz z podkrążonymi oczami i pokazałem 
jej język.

- Ty babo - powiedziałem. - Ty maminsynku, ty 

background image

bekso, przestań się nad sobą rozczulać - dodałem 
jeszcze inne obelgi, które akurat przyszły mi do 
głowy. Uspokoiłem się trochę, przygotowałem sobie 
kanapkę i dzbanek kawy - żadnego alkoholu, żeby 
zalać robaka! - i usiadłem, by zjeść, wypić i pomyśleć 
o przyszłości. Co dalej?

Nic. Nie przychodziło mi do głowy nic 

konstruktywnego. Moje myśli nie prowadziły do 
niczego, nie widziałem żadnego wyjścia. Rozsiadłem 
się wygodnie i włączyłem 3V. Był to kanał reklamowy 
i zanim zmieniłem program, pojawiła się spikerka, 
wspaniała, kolorowa i trójwymiarowa. Nie 
przełączyłem, bo dziewczyna ubrana była tylko w 
skąpy kostium kąpielowy.

- Przyjeżdżajcie tu, gdzie wieje balsamiczna 

bryza - namawiała przymilnym głosem. - Dołączcie do 
mnie. Czekam wśród złotych piasków wspaniałej 
plaży Yaticano, gdzie słońce i fale odświeżą wasze 
dusze...

Wyłączyłem telewizor. Moja dusza była całkiem 

świeża, a świeżość spikerki nie zmniejszyła moich 
trosk. Najpierw przyszłość, dopiero potem miłość 
heteroseksualna. Ale reklama podsunęła mi 

background image

przynajmniej pewien pomysł.

Wakacje. Może zrobić sobie przerwę? Dlaczego 

nie? Ostatnio tyrałem ciężej niż którykolwiek z 
pogardzanych przeze mnie biznesmenów. Zbrodnia 
opłaciła się i to nieźle, więc czemu nie miałbym wydać 
części ciężko zapracowanego łupu? Jasne, że nie był 
to sposób na ucieczkę od problemów. Doświadczenie 
nauczyło mnie, że zmiana miejsca pobytu nigdy nie 
jest rozwiązaniem. Kłopot jest towarzyszem 
wszechobecnym i dokuczliwym jak ból zęba. Ale 
mogłem zabrać go sobą gdzieś, gdzie znalazłbym 
odpoczynek i mógłbym poszukać sposobu pozbycia 
się drania. Ale dokąd? Wyświetliłem na komputerze 
przewodnik turystyczny i przejrzałem go. Nie było w 
nim nic ciekawego. Plaża? Bardzo chętnie, ale pod 
warunkiem że spotkałbym tam dziewczynę z reklamy. 
To jednak wydawało się mało prawdopodobne. 
Szykowne hotele, drogie rejsy, wycieczki do muzeum. 
Wszystko to było równie interesujące jak weekend na 
farmie świniozwierzy. Ale może właśnie tego było mi 
trzeba? Łyku świeżego powietrza. Jako wiejski 
chłopiec widziałem już sporo wspaniałych plenerów, 
przeważnie znad sterty świniozwierzowego... wiecie 

background image

czego. Napatrzywszy się na takie otoczenie, powitałem 
miasto z otwartymi ramionami i odtąd nie wychyliłem 
z niego nosa.

To było najlepsze wyjście. Nie jechać z powrotem 

na farmę, ale na łono przyrody. Uciec od ludzi i 
rzeczy, by spotkać się z matką Naturą. Im dłużej o 
tym myślałem, tym bardziej mi się to podobało. I 
dobrze wiedziałem, dokąd się udać. Marzyłem o tym 
już wtedy, gdy jeszcze nie sięgałem do kolan młodemu 
świniozwierzowi. Góry Katedralne! Te pokryte 
śniegiem szczyty, strzeliste jak gigantyczne wieże 
kościelne. Jakże często wypełniały moje dziecięce sny! 
Więc czemu nie? Nadszedł czas, by spełniło się kilka 
marzeń.

Kupując plecak, śpiwór, namiot termiczny, 

menażkę, latarkę - cały potrzebny sprzęt - odczułem 
przedsmak oczekujących mnie przyjemności. Kiedy 
miałem już cały ekwipunek, by nie tracić czasu na 
podróż koleją, wsiadłem do samolotu do Rafael. Gdy 
lądowaliśmy, oszołomił mnie widok gór. Pstrykałem 
palcami i niecierpliwiłem się, czekając na bagaż. 
Przestudiowałem już mapę i wiedziałem, że Szlak 
Katedralny przecina drogę na północ od lotniska. 

background image

Powinienem pojechać autokarem kursowym razem z 
innymi, zamiast zwracać na siebie uwagę, biorąc 
taksówkę. Ale za bardzo się śpieszyłem.

- To niebezpieczne, mały, chodzić samotnie po 

szlaku - starszy kierowca cmoknął z dezaprobatą i 
zaczął wyliczać czyhające nieszczęścia: - Można się 
łatwo zgubić. Mogą cię zjeść wilkobestie, może 
obsunąć się ziemia lub spaść lawina. Może...

- Mam spotkać przyjaciół, dwudziestu 

chłopaków. To będzie rajd drużyny skautów. Zanosi 
się na świetną zabawę - wymyśliłem pośpiesznie.

- Nie widziałem tu ostatnio żadnych skautów - 

mruknął ze starczą podejrzliwością.

- I nie zobaczy pan - improwizowałem dalej, po-

chylając się na tylnym siedzeniu i szybko 
przeglądając mapę. - Przyjadę pociągiem do Boskona 
i wysiądę tam. Stacja jest blisko miejsca, w którym 
szlak przecina tory. Będą tam na mnie czekać, 
drużynowy i cala reszta. Bałbym się chodzić sam po 
górach, proszę pana.

Burczał jeszcze przez chwilę, a burknął jeszcze 

głośniej, gdy zapomniałem dać mu napiwek. A potem 
zachichotał pod wąsem, odjeżdżając, bo w dziecinnej 

background image

rozrzutności dałem mu za dużo. Oparłem się pokusie, 
by mu wcisnąć fałszywą pięciodolarówkę. Hałas 
silnika zamarł w oddali. Spojrzałem na dobrze 
oznakowany szlak, który prowadził przez dolinę, i 
zdałem sobie sprawę, że to był naprawdę dobry 
pomysł.

Nie ma co się rozpływać nad urokami 

wspaniałych plenerów. To tak jak jazda na nartach - 
robi się to i sprawia to przyjemność, ale się o tym nie 
mówi. Dalej wszystko potoczyło się normalnie. Słońce 
opaliło mi nos, mrówki dobrały się do bekonu, nocą 
gwiazdy były niezwykle jasne i bliskie, a świeże 
powietrze dobrze zrobiło moim płucom. 
Maszerowałem i wspinałem się, myłem się w 
lodowatych strumieniach i udało mi się zapomnieć o 
wszystkich kłopotach. W tej pięknej okolicy wydały 
mi się one zupełnie nie na miejscu. Zmęczony i dużo 
szczuplejszy, ale szczęśliwy, opuściłem góry po 
dziesięciu dniach i ciężkim krokiem przekroczyłem 
próg zarezerwowanej wcześniej kwatery. Gorąca 
kąpiel była błogosławieństwem, podobnie jak zimne 
piwo. Włączyłem 3V i zanurzony w wannie słuchałem 
jednym uchem końcówki wiadomości, zbyt 

background image

rozleniwiony, by zmienić kanał.

- ...donosi o wzroście eksportu szynki, 

przekraczającym dziesięcioprocentowy przyrost 
przewidziany na początku roku. Jednak rynek 
kolców świniozwierza załamuje się. Rząd stoi przed 
górą kolców, co już wywołuje krytykę.

- Sprawy wewnętrzne. Jutro odbędzie się proces 

przestępcy komputerowego, który włamał się do akt 
federalnych. Oskarżyciele federalni uważają to za 
bardzo poważne przestępstwo i żądają przywrócenia 
dożywocia. Jednak...

Przestałem słuchać spikera, gdy z ekranu znikła 

jego przymilna twarz i zastąpił ją przestępca 
komputerowy we własnej osobie, wyprowadzany 
przez oddział policjantów. Był to potężny mężczyzna, 
bardzo gruby, z grzywą siwych włosów. Poczułem 
ucisk w piersiach. Inny kolor włosów, ale to kwestia 
peruki. Bez wątpienia to był on.

Hetman!
Wyskoczyłem z wanny i przebiegłem przez 

pokój, wpadając na klimatyzator. To cud, że nie 
poraził mnie prąd. Nie zdając sobie z tego sprawy, 
cofnąłem obraz i wyostrzyłem wybrany kadr. 

background image

Powiększyłem wycinek, na którym więzień oglądał się 
przez ramię. To był on, na pewno. Spłukując mydliny 
i ubierając się, obmyśliłem ogólny zarys planu. Muszę 
wrócić do miasta, dowiedzieć się, co się z nim stało i 
zobaczyć, czy mogę mu pomóc. Wyświetliłem rozkład 
lotów. Tuż po pomocy odlatywał samolot pocztowy. 
Zarezerwowałem miejsce, zjadłem posiłek i 
odpocząłem. Potem zapłaciłem rachunek i jako 
pierwszy wszedłem na pokład.

Zaczynało już świtać, gdy znalazłem się w swoim 

biurze w Billville. Gdy komputer drukował 
informacje dotyczące aresztowania, przygotowałem 
kawę. Wysączyłem ją, przeczytałem sprawozdanie i 
opadły mi ręce. Rzeczywiście był to człowiek, którego 
znałem jako Hetmana, choć występował teraz pod 
nazwiskiem Bili Yathis. Został zatrzymany, gdy 
opuszczał gmach federalny, w którym założył 
podsłuch komputerowy, by mieć dostęp do ściśle 
tajnych akt. Wszystko to wydarzyło się dzień po tym, 
jak wyjechałem w góry.

Nagle zrozumiałem, co to oznacza. Ogarnęło 

mnie poczucie winy, gdy pojąłem, że to ja wtrąciłem 
go do więzienia. Gdyby nie moje szaleńcze 

background image

poczynania, Hetman nigdy nie zajmowałby się aktami 
federalnymi. Zrobił to tylko po to, by się przekonać, 
czy moje kradzieże nie były częścią jakiejś policyjnej 
akcji.

- Ja posłałem go do więzienia, więc ja go stamtąd 

wydostanę! - krzyknąłem, zrywając się na równe nogi 
i wylewając kawę na podłogę. Wycierając ją, trochę 
ochłonąłem. Tak, chciałbym go wydostać. Ale czy 
jestem w stanie to zrobić? Dlaczego nie. Mam 
przecież pewne doświadczenie w uciekaniu z 
więzienia. Powinno być łatwiej dostać się do środka z 
zewnątrz niż odwrotnie. Po dalszych rozmyślaniach 
doszedłem do wniosku, że być może, nie będę nawet 
musiał zbliżać się do więzienia. Niech zamiast mnie 
wyciągnie go stamtąd policja. Będą musieli przetrans-
portować go do sądu.

Wkrótce odkryłem jednak, że nie będzie to takie 

proste. Po raz pierwszy od lat aresztowano tak 
poważnego przestępcę i sprawa ta narobiła dużego 
zamieszania. Zamiast zabrać go do więzienia 
miejskiego lub stanowego, trzymano Hetmana w celi 
w samym Gmachu Federalnym. A tam nie mogłem się 
dostać. Podjęto także nadzwyczajne środki 

background image

ostrożności przy przewożeniu Hetmana do sądu. 
Opancerzone transportery, strażnicy, motocykle, 
grawiloty policyjne i helikoptery. Atak na konwój nie 
wchodził w grę. Znalazłem się w kropce. Ciekawe, że 
w tej samej sytuacji była policja, ale z innych 
przyczyn...

Po długim śledztwie odkryli, że prawdziwy Bili 

Yathis opuścił planetę dwadzieścia lat temu. 
Wszystkie zapisy dotyczące tego faktu znikneły z akt 
komputerowych i pozostał tylko odręczny list, 
napisany przez prawdziwego Yathisa do jakiegoś 
krewnego, potwierdzający jego odlot. A jeżeli więzień 
nie był Yathisem, to kim był?

Podczas przesłuchań Hetman, cytuję: 

„odpowiadał na pytania spokojnym, nieobecnym 
uśmiechem". Określano go teraz jako pana X. Nikt 
nie wiedział, kim jest naprawdę, a on zdecydował się 
tego nie wyjaśniać. Został ustalony termin procesu, za 
niecałe siedem dni. Stało się tak dlatego, że X ani nie 
przyznał się do winy, ani jej nie zaprzeczył, nie chciał 
się bronić i odrzucił wyznaczonego przez sąd ad-
wokata. Oskarżyciel, pragnąc szybkiego skazania, 
oświadczył, że dowody są już skompletowane i 

background image

poprosił o przyspieszenie procesu. Sędzia, równie 
żądny popularności, przychylił się do tej prośby i 
ustalono termin na nadchodzący tydzień.

A ja nic nie mogłem zrobić. Wróciłem do punktu 

wyjścia. Przyznałem się do porażki, ale tylko 
chwilowo. Postanowiłem poczekać, aż skończy się 
proces. Wtedy Hetman będzie po prostu jednym z 
wielu więźniów i w końcu będą musieli zabrać go z 
Gmachu Federalnego. Gdy będzie już w więzieniu, 
przygotuję jego ucieczkę. Ale muszę to zrobić, zanim 
przybędzie statek kosmiczny, który zabierze go na 
pranie mózgu. Użyją z pewnością wszystkich cudów 
nowoczesnej nauki, by Hetmana przekształcić w 
uczciwego obywatela, a ja, znając tego człowieka, 
byłem pewny, że prędzej umrze, niż na to pozwoli. 
Musiałem działać.

Ale władze nie ułatwiały mi tego. Nie udało mi się 

dostać na salę sądową, więc razem z większością 
mieszkańców planety oglądałem proces w telewizji.

Skończył się podejrzanie szybko. Pierwszy 

poranek upłynął na wyliczaniu dobrze 
udokumentowanych wykroczeń oskarżonego. 
Brzmiało to poważnie. Uszkodzenie banku pamięci, 

background image

penetracja Jednostki Centralnej, wprowadzenie 
fałszywych danych do komputera, kopiowanie treści 
tajnych dokumentów. Kolejni świadkowie składali 
zeznania, które były natychmiast akceptowane i 
wciągane do akt sprawy. Przez cały czas Hetman ani 
na nich nie patrzył, ani ich nie słuchał. Jego 
spojrzenie skierowane było w przestrzeń, jakby 
widział tam coś o wiele bardziej interesującego niż 
zwykła procedura sądowa. Gdy skończyły się 
zeznania, sędzia zastukał młotkiem i zarządził 
przerwę na lunch.

Przerwa była długa ze względu na bankiet z 

siedemnastu dań i tancerkami na deser. Gdy sąd 
zebrał się ponownie, sędzia był w jowialnym nastroju. 
Zwłaszcza po druzgocącej przemowie oskarżyciela, 
któremu cały czas potakiwał. Potem przybrał 
namaszczoną minę i przemówił dobitnie, świadom, że 
jego słowa były rejestrowane.

- Ta sprawa jest jasna jak słońce. Państwo 

wytoczyło tak obciążające zarzuty, że nie oparłaby się 
im żadna obrona. Fakt, że żadnej obrony nie było, 
jest najlepszym świadectwem prawdy. A prawda jest 
taka, że oskarżony działając świadomie, w złej woli i z 

background image

premedytacją popełnił wszystkie przestępstwa, które 
mu się zarzuca. Nie ma co do tego żadnych 
wątpliwości. Postępowanie dowodowe zostało 
zamknięte. Mimo to, przez resztę dnia i w ciągu nocy 
będę uważnie rozważać tę sprawę. Oskarżony 
zostanie potraktowany sprawiedliwie. Nie uznam go 
winnym aż do jutrzejszego ranka, gdy ponownie 
zbierze się sąd. Wtedy ogłoszę wyrok. 
Sprawiedliwości stanie się zadość i decyzja sądu 
wejdzie w życie.

- Waszej sprawiedliwości - wycedziłem przez 

zęby i wstałem, by wyłączyć telewizor. Ale sędzia 
jeszcze nie skończył.

- Poinformowano mnie, że Liga Galaktyki jest 

żywo zainteresowana tą sprawą. Zostanie wysłany 
statek kosmiczny, który przybędzie tu w ciągu dwóch 
dni. Wtedy więzień zostanie zabrany spod naszej 
kontroli, a my - proszę wybaczyć i spróbować 
zrozumieć moje uczucia - z ulgą się go pozbędziemy.

Szczęka mi opadła i głupkowato wpatrzyłem się 

w ekran. Wszystko skończone. Zostały tylko dwa dni. 
Co mogę zrobić w ciągu dwóch dni? Czy taki ma być 
koniec Hetmana i koniec mojej ledwie rozpoczętej 

background image

kariery przestępcy?

background image

11
Nie zamierzałem się jednak poddać. Musiałem 

chociaż spróbować, nawet gdybym miał wpaść i 
zostać złapany. To przeze mnie znalazł się w tym 
położeniu. Jestem mu winien przynajmniej próbę 
ratunku. Ale co ja mogę zrobić? Nie zdołam zbliżyć 
się do Gmachu Federalnego ani dotrzeć do Hetmana, 
gdy będzie przewożony do sądu, ani nawet zobaczyć 
go tam.

Sąd. Sąd? Sąd. Sąd! Dlaczego nie opuszcza mnie 

myśl o sądzie? Dlaczego cały czas myślę o dostaniu się 
do środka?

Oczywiście! Hurra! - Przez następną chwilę 

cieszyłem się, biegałem w kółko i bulgotałem głośno, 
naśladując parzące się świniozwierze. Nawiasem 
mówiąc, był to mój popisowy numer na prywatkach.

- Co z tym sądem? - zapytałem sam siebie i 

natychmiast udzieliłem odpowiedzi: - Opowiem wam 
o sadzie. Jest to stary, zabytkowy budynek. 
Prawdopodobnie w piwnicy leżą stare akta, a na 
strychu jest mnóstwo nietoperzy. W ciągu dnia 
strzegą go jak kopalni złota, ale nocą jest pusty!

Skoczyłem po sprzęt. Torba z narzędziami, 

background image

wytrychy, latarki, kable, pluskwy - wszystko, czego 
mogłem potrzebować podczas akcji.

Teraz przydałby się samochód, a raczej 

furgonetka, bo jeśli się powiedzie, potrzebne będzie 
miejsce dla dwóch osób. Miałem upatrzonych kilka 
punktów dostawczych i właśnie nadeszła chwila, by z 
jednego z nich skorzystać. Mimo że jeszcze było 
jasno, ciężarówki i furgonetki należące do piekarni 
„Okruszek" stały już w swoich garażach i szykowano 
je do porannej dostawy pieczywa. Kilka furgonetek 
zabrano do warsztatu, a jedną z nich nawet trochę 
dalej. Prosto na drogę wylotową i za miasto. O 
zmierzchu byłem na wiejskiej szosie, a tuż po zmroku 
dotarłem do Pearly Gates i chwilę potem wchodziłem 
tylnymi drzwiami do budynku sadu.

System alarmowy był staroświecki. Dobry do 

odstraszania dzieci i umysłowo chorych, bo przecież 
w tym budynku nie było nic wartego kradzieży. 
Przynajmniej tak im się wydawało! Wyposażony w 
zdjęcia sali sądowej, które sam zrobiłem w czasie 
procesu, skierowałem się prosto do niej. Sala numer 
sześć. Stanąłem w drzwiach i rozejrzałem się po 
mrocznym pomieszczeniu. Latarnie uliczne rzucały 

background image

przez wysokie okna pomarańczowe smugi światła. 
Cicho wszedłem do środka, usiadłem w fotelu 
sędziowskim i spojrzałem na ławę oskarżonych. 
Dostrzegłem krzesło, na którym siedział Hetman 
podczas całego procesu i na którym będzie siedział 
jutro. Szybko przeniosłem się na jego miejsce. To 
tutaj będzie siedział, a tu będzie stał, gdy odczytają 
wyrok... Jego wielkie ręce spoczną na tej poręczy. 
Właśnie tutaj!

Spojrzałem na drewnianą podłogę i 

uśmiechnąłem się ponuro. Potem uklęknąłem, 
postukałem w nią i wyjąłem wiertarkę. Kawałki 
mojego planu zaczęły przekształcać się w 
rzeczywistość.

To była bardzo pracowita noc. Usunąłem 

skrzynie z piwnicy pod salą sądową, piłowałem, 
kułem i pociłem się. Wyślizgnąłem się nawet z 
budynku sądu, by znaleźć sklep sportowy i włamać 
się do niego. Przede wszystkim musiałem opracować 
trasę ucieczki. Sama ucieczka nie musiała być 
błyskawiczna, ale za to skuteczna. Najlepszym wyj-
ściem byłoby wykopanie tunelu. Ale nie miałem 
czasu. Zatem pracę fizyczną musiała zastąpić 

background image

pomysłowość. Gdy tak rozmyślałem odpoczywając, 
zacząłem drzemać. Nie wolno! Wyszedłem z sądu 
jeszcze raz, znalazłem czynną przez całą dobę 
restaurację obsługiwaną przez roboty i wypiłem dwie 
duże kawy, wzmocnione kofeiną. Zadziałały 
natychmiast, wywołując natłok pomysłów oraz zgagę. 
Wyszedłem i włamałem się do sklepu odzieżowego. 
Jednak zanim dotarłem z powrotem do budynku 
sądu, znów słaniałem się ze zmęczenia. Sztywnymi 
palcami zamknąłem wszystkie drzwi i usunąłem ślady 
mojej bytności. Kiedy świt rozjaśnił okna, byłem 
gotowy. Pogmerałem w zaniku, zamykając piwnicę od 
środka, po czym zataczając się przeszedłem przez 
pomieszczenie, usiadłem na kawałku brezentu, 
nastawiłem budzik i natychmiast zapadłem w sen.

Było ciemno choć oko wykol, kiedy irytujący 

dźwięk bzyczącego jak komar budzika wyrwał mnie 
ze snu. Na chwilę ogarnęła mnie panika, ale 
przypomniałem sobie, że piwnica nie ma okien. Na 
zewnątrz powinien być już jasny dzień. Zobaczymy. 
Zapaliłem latarkę i włączyłem miniaturowy monitor 
telewizyjny. Doskonale! Na ekranie pojawił się 
kolorowy obraz sali sądowej, transmitowany z mikro-

background image

kamery, którą umieściłem tam w nocy. Kilku 
zgrzybiałych sprzątaczy odkurzało meble i zamiatało 
podłogę. Rozprawa miała zacząć się za godzinę. 
Zostawiłem włączony odbiornik, a sam sprawdziłem 
efekty mojej nocnej pracy. Wszystko było, jak 
trzeba... Pozostało tylko oczekiwanie.

Czekałem więc. Sączyłem zimną kawę i 

przeżuwałem czerstwą kanapkę z wczorajszych 
zapasów. Niepewność ustąpiła, gdy otworzyły się 
drzwi sali sądowej. Weszła publiczność i 
dziennikarze. Widziałem ich dokładnie na moim 
ekranie, a nad głową słyszałem szuranie stóp. Z 
głośnika dobiegał mnie szmer rozmów, który uciszyło 
dopiero przybycie sędziego. Wszystkie oczy spoczęły 
na nim, wszystkie uszy nadstawiły się, kiedy 
odchrząknął i zaczął mówić.

Śmiertelnie zanudzał zebranych, wchodząc w 

detale rozprawy z poprzedniego dnia, komentował też 
każde zeznanie i spostrzeżenie. Przestałem zwracać 
uwagę na jego monotonny głos i spojrzałem na 
Hetmana, wyostrzając obraz samej twarzy. Nie 
reagował. Jego oblicze było nieruchome, wyglądał na 
prawie znudzonego. Ale w oczach pojawiał się czasem 

background image

błysk pogardy graniczącej z nienawiścią. Olbrzym 
osaczony przez mrówki! Po jego minie widać było, że 
uwięzili tylko jego ciało, dusza wciąż pozostawała 
wolna. Ale nie na długo, jeśli wierzyć słowom 
sędziego.

Nagle coś w głosie mówcy przykuło moją uwagę. 

Zakończył przemowę, odchrząknął i wskazał na 
Hetmana.

- Oskarżony wstanie i wysłucha wyroku.
Wszystkie oczy zwróciły się w stronę więźnia. 

Siedział bez ruchu, obojętny. Na sali narastał szum. 
Sędzia spąsowiał i chwycił młotek.

- Moje polecenia mają być wypełniane! - 

zagrzmiał. - Oskarżony wstanie sam albo zostanie do 
tego zmuszony siłą. Czy oskarżony zrozumiał?

Oblał mnie pot. Gdybym tylko mógł powiedzieć 

Hetmanowi, żeby nie stwarzał żadnych kłopotów. Co 
zrobię, jeżeli będzie trzymało go kilku policjantów? 
Dwóch wstało na znak sędziego i ruszyło w stronę 
więźnia. Wtedy Hetman powoli podniósł wzrok. 
Skierował na sędziego spojrzenie pełne miażdżącej 
pogardy. Był w nim błysk odrazy, zdolny zniszczyć 
niższe formy życia, lecz wysoki sąd w swej tępocie nie 

background image

odczuł tego.

Ale wstał! Policjanci zatrzymali się, kiedy 

masywne dłonie uniosły się i chwyciły solidną poręcz. 
Ta zatrzeszczała pod ich naciskiem, a Hetman 
dźwignął swą potężną postać i wyprostował się. Uniósł 
wysoko głowę, a ręce opadły mu wzdłuż ciała.

Teraz! Wcisnąłem guzik. Wybuchy nie były 

groźne, ale dały efekt nad wyraz dramatyczny. 
Odsunęły dwa rygle podtrzymujące klapę w 
podłodze. Ta otworzyła się pod ogromnym ciężarem 
Hetmana, który poleciał w dół jak kłoda. Spadł obok 
mnie, a ja wspiąłem się szybko po drabinie, zerkając 
po raz ostatni na ekran.

Gdy Hetman zapadł się pod ziemię, na sali 

zaległa głucha cisza. Sprężyny odstrzeliły klapę na 
miejsce, a ja zablokowałem ją stalowymi sztabami. 
Stało się to tak szybko, że kiedy wróciłem do 
Hetmana, on ciągle jeszcze podskakiwał leżąc na 
trampolinie. W końcu usiadł, spojrzał na mnie 
otępiałym wzrokiem i powiedział:

- Jim, mój chłopcze. Jak to miło cię znowu 

zobaczyć.

Oparł się na moim ramieniu, gdy pomagałem mu 

background image

wstać. Nad nami rozszalało się istne piekło, znad 
podłogi dobiegały opętańcze wrzaski. Pozwoliłem 
sobie na jeszcze jeden, triumfalny rzut oka na ekran. 
Zobaczyłem sędziego stojącego z głupkowatym 
uśmiechem i wytrzeszczonymi oczami oraz 
miotających się policjantów.

- To robi duże wrażenie Jim, bardzo duże - 

powiedział Hetman, podziwiając scenę na ekranie.

- W porządku - zarządziłem. - Ściągaj ubranie! 

Mamy mało czasu, potem ci wszystko wyjaśnię.

Nie wahał się ani sekundy, zaczął rozbierać się, 

zanim skończyłem mówić. Wkrótce ujrzałem potężny 
gruszkowaty kształt, odziany w gustowną purpurową 
bieliznę. Na moją komendę Hetman uniósł ręce nad 
głowę. Wlazłem na drabinę i zarzuciłem na niego 
ogromnych rozmiarów suknię.

- A tu masz płaszcz - powiedziałem. - Załóż go na 

siebie. Suknia jest do samej ziemi, wiec nie musisz 
zmieniać butów. Teraz wielki kapelusz, o tak, 
przejrzyj się w lustrze i pomaluj usta, a ja odrygluję 
drzwi.

Bez słowa zrobił to, co mu kazałem. Znikł 

Hetman, a na jego miejscu pojawiła się herod-baba.

background image

- Chodźmy! - zawołałem, a on drobnymi 

kobiecymi kroczkami przemierzył pokój. Otworzyłem 
drzwi dopiero, gdy się do mnie zbliżył, a przez ten 
czas udzielałem mu niezbędnych informacji:

- Powinni być już przy drzwiach do piwnicy, 

które są solidnie zablokowane. Pójdziemy inną drogą. 
- Włożyłem czapkę policyjną, uzupełniając mundur, 
który miałem na sobie. -Jesteś więźniem pod moją 
strażą. Ruszamy, już!

Wziąłem go za ramię i skręciliśmy w lewo, w 

zakurzony korytarz. Za nami, od strony zamkniętej 
klatki schodowej, rozległ się łomot i krzyki. 
Pośpiesznie ruszyliśmy naprzód, do kotłowni i dalej, 
po kilku stopniach, do ciężkich drzwi wyjściowych. 
Ich zawiasy i zamek były świeżo naoliwione. 
Otworzyły się lekko i ujrzeliśmy boczną uliczkę.

Większą część tego widoku zasłaniały nam plecy 

stojącego na straży policjanta. Był sam.

Błyskawicznie oceniłem sytuację. Wąski, ślepy 

zaułek prowadził prosto do głównej ulicy. Policjant 
dzielił nas od chodnika pełnego przechodniów, wśród 
których bylibyśmy bezpieczni. Coś zgrzytnęło pod 
butami Hetmana. Policjant odwrócił się.

background image

Szeroko otworzył oczy. Nic dziwnego, w końcu 

kobieta stojąca obok mnie przedstawiała imponujący 
widok. Korzystając z jego oszołomienia, skoczyłem do 
przodu i złapałem go za przekręconą głowę skręcając 
ją jeszcze mocniej w tę samą stronę. Chwycił mnie 
silnymi rękami, które za moment opadły bezwładnie, 
bo tongowski skręt szyi powoduje natychmiastową 
utratę przytomności, gdy obróci się głowę o 
czterdzieści sześć stopni. Położyłem go na ziemi i 
ruchem dłoni powstrzymałem Hetmana, który zaczął 
iść w kierunku ulicy.

- Nie tędy.
Drzwi budynku w głębi zaułka były zamknięte i 

opatrzone napisem: WEJŚCIE DLA PERSONELU. 
Otworzyłem je wytrychem. Gestem przywołałem 
mojego tęgiego towarzysza, zerwałem czapkę i 
rzuciłem ją obok policjanta. Zamknąłem drzwi od 
środka i rzuciłem na ziemię marynarkę munduru. To 
samo zrobiłem z krawatem, gdy szliśmy w stronę hali 
domu towarowego. Zostawiłem tylko spodnie i 
koszulę. Włożyłem wąsy do kieszeni i dołączyliśmy do 
kupujących. Od czasu do czasu zerkaliśmy na 
wystawy, ale nie zatrzymywaliśmy się, by nie tracić 

background image

czasu. Mój towarzysz przyciągnął kilka rozbawionych 
spojrzeń. Był to jednak bardzo elegancki dom 
towarowy i nikt nie był tak niegrzeczny, by dłużej się 
przypatrywać. Wyszedłem na chodnik pierwszy, 
przytrzymując drzwi, i ruszyłem przodem, aż 
wtopiliśmy się w tłum. W miarę jak oddalaliśmy się, 
cichł za nami dźwięk syren policyjnych. Pozwoliłem 
sobie na skromny uśmiech. Obejrzałem się i 
zobaczyłem podobny uśmiech na twarzy mojej 
towarzyszki. Miała nawet czelność puścić do mnie 
oczko. Odwróciłem się szybko. Przecież nie mogłem 
pozwolić jej na aż taką poufałość! Skręciliśmy za róg, 
gdzie czekała na nas ciężarówka z piekarni.

- Stój tutaj i patrz w lusterko - powiedziałem ot-

wierając tylne drzwi. Zacząłem krzątać się wewnątrz. 
Za moment do środka wtoczyła się ogromna postać.

- Nikt nas nie obserwuje... - wysapał.
- Doskonale.
Wysiadłem, zabezpieczyłem tylne drzwi, 

przeszedłem na stronę kierowcy i włączyłem silnik. 
Furgonetka ruszyła naprzód. Na rogu przystanąłem i 
poczekałem chwilę, by włączyć się do ruchu.

Rozważałem, czy nie zawrócić i nie przejechać 

background image

obok sądu, ale byłaby to niebezpieczna fanfaronada. 
Lepiej się zmyć. Skręciłem za miasto. Znałem 
wszystkie boczne drogi, więc zanim zarządzą blokadę, 
będziemy już daleko.

Jeszcze nie byliśmy bezpieczni, ale i tak byłem z 

siebie zadowolony. Bo niby czemu nie? Udało mi się! 
Zorganizowałem ucieczkę stulecia. Nic nie mogło nas 
teraz zatrzymać!

background image

12
Powoli i nie zatrzymując się jechałem aż do 

południa. Unikałem autostrad, korzystając wyłącznie 
z podrzędnych dróg. Z konieczności nie mogłem 
utrzymać jednego kierunku, lecz jechałem mniej 
więcej na południe. W myśli podnosiłem swoje 
pozytywne emocje do kwadratu. Znacie to? 
Powinniście, bo jest to proste twierdzenie 
geometryczne, które wszyscy dobrze pamiętają. Pole 
koła jest równe iloczynowi promienia do kwadratu i 
liczby π. Tak więc każdy obrót kół furgonetki 
powiększał powierzchnię, która musiała zostać 
sprawdzona przy poszukiwaniach zbiegłego więźnia. 
Cztery godziny jazdy dały nam dużą przewagę nad 
policją. Uwzględniłem także fakt, że Hetman siedział 
przez cały czas zamknięty z tyłu samochodu i nic nie 
wiedział o moich planach na przyszłość. Nadszedł 
więc czas na wyjaśnienia i posiłek. Zacząłem 
odczuwać głód, a mój towarzysz, biorąc pod uwagę 
jego rozmiary, z pewnością czuł to samo. Dlatego też 
skręciłem do najbliższego zautomatyzowanego 
centrum handlowego i zaparkowałem na końcu 
podjazdu, tak że tył samochodu prawie dotykał 

background image

ściany. Hetman spojrzał na mnie z wdzięcznością, gdy 
otworzyłem tylne drzwi, wpuszczając do środka 
światło i świeże powietrze.

- Czas na lunch - powiedziałem. - Chciałbyś... 

Urwałem, gdy gestem nakazał mi milczenie.

- Pozwól, Jim, że najpierw coś ci powiem. 

Dziękuję. Z głębi serca dziękuję ci za to, co zrobiłeś. 
Zawdzięczam ci życie. Dziękuję.

Stałem ze spuszczonym wzrokiem. Przysięgam, 

że zarumieniłem się jak dziewczyna. Zmieszany 
grzebałem w ziemi czubkiem buta, wreszcie 
chrząknąłem i odzyskałem głos.

- Zrobiłem to, co należało. Ale czy możemy 

porozmawiać o tym później?

Wyczuł moje zakłopotanie i skinął głową. 

Wskazałem gestem skrzynię, na której siedział.

- Tam są ubrania. Przebierz się, a ja przyniosę 

coś do jedzenia. Nie masz nic przeciwko ochłapom od 
Mac-Swineyów?

- Ja? Po tych odpadkach, którymi karmiono 

mnie w więzieniu, jeden z pieczonych hamurgerów ze 
świniozwierza będzie rajską ucztą. I duża porcja 
smażonych w cukrze spamyamów, jeżeli można.

background image

- Już się robi.
Z uczuciem ulgi zamknąłem drzwi furgonetki i 

podreptałem pod platynowymi łukami. Zamiłowanie 
Hetmana do szybkich potraw napełniało mnie otuchą, 
której przyczyny on jeszcze nie znał. Przepchnąłem 
się do lady przy wtórze dobiegającego ze wszystkich 
stron chrupania i ciumkania. Jednym tchem 
wyliczyłem zamówienie robotowi o plastikowej 
twarzy. Wepchnąłem banknoty do dystrybutora i 
chwyciłem torbę z jedzeniem i piciem, która wysunęła 
się przez klapę. Siedząc na skrzyniach w furgonetce, 
jedliśmy z zapałem. Uchyliłem drzwi, dzięki czemu 
mieliśmy dość światła. Podczas mojej nieobecności 
Hetman zdjął suknię i włożył męskie ubranie, 
największy rozmiar, jaki udało mi się znaleźć. Pożarł 
jednym kęsem pół kanapki, zagryzł kawałkiem 
spamyama i uśmiechnął się do mnie.

- Twój plan ucieczki był genialny, chłopcze. Gdy 

tylko znalazłem się w sali sądowej, zauważyłem, że 
podłoga wygląda inaczej i długo się zastanawiałem, co 
to może znaczyć. Miałem nadzieję, że było to właśnie 
to, o czym myślałem i szczerze mówiąc, kiedy, że tak 
powiem, ziemia rozstąpiła mi się pod stopami, 

background image

poczułem największą radość z tych, które 
kiedykolwiek doznałem. Wspomnienie znikającej w 
górze odrażającej twarzy sędziego zawsze będzie mi 
drogie.

Uśmiechając się szeroko, skończył kanapkę, otarł 

usta i znów przemówił:

- Nie chciałbym znów wprawiać cię w 

zakłopotanie moimi pochlebstwami, więc zapytam po 
prostu, w jaki sposób zamierzasz ochronić mnie przed 
karzącym ramieniem sprawiedliwości. Znam cię na 
tyle, by mieć pewność, że masz już opracowany 
szczegółowy plan.

Uznanie samego Hetmana sprawiło mi ogromną 

przyjemność, więc rozkoszowałem się nim, zanim 
uporałem się ze świńską chrząstką, która utkwiła mi 
w zębie.

- Rzeczywiście mam, dziękuję. Ciężarówka z 

piekarni będzie dla nas świetną kryjówką, bo 
identyczne pojazdy codziennie przemierzają 
autostrady i boczne drogi całego

kraju.
Nagle zdałem sobie sprawę, że mówię jak sam 

Hetman.

background image

- Nie opuścimy jej i przez cały czas będziemy się 

powoli zbliżać do celu.

- I oczywiście przypadkowe patrole policyjne nie 

będą się nam naprzykrzać, bo numery rejestracyjne 
są różne od tych, którymi był opatrzony ten pojazd, 
zanim stał się twoją własnością.

- Oczywiście. Kradzież zostanie zgłoszona 

miejscowej policji. Ale poszukiwania nie rozciągną się 
daleko, bo ta furgonetka zostanie jutro znaleziona 
blisko bazy w Billville. Nowe numery są namalowane 
farbą rozpuszczalną, którą zmyję rozpuszczalnikiem, 
a także cofnę drogomierz, który wykaże, że złodzieje 
wybrali się tylko na krótką przejażdżkę. Jeżeli 
podobna furgonetka zostanie dostrzeżona i spisana 
gdzie indziej, nikt nie skojarzy ze sobą tych dwóch 
pojazdów. Ten ślad, podobnie jak wszystkie inne, nie 
doprowadzi ich donikąd.

Przełknął tę informację razem z ostatnim 

spamyamem i w zamyśleniu oblizał palce.

- To kapitalne. Sam nie wymyśliłbym nic 

lepszego. A że dalsza podróż byłaby niebezpieczna, bo 
poszukiwania policyjne obejmą wkrótce cały kraj, 
domyślam się, że Billville jest celem naszej podróży.

background image

- Tak. Tam jest moja siedziba. A także 

bezpieczna kryjówka dla ciebie. Gdy pytałem o twoje 
upodobania kulinarne, ją właśnie miałem na myśli. 
Będziesz się ukrywał w zautomatyzowanym barze 
MacSwineyów, dopóki nie skończy się nagonka.

Uniósł wysoko brwi i z powątpiewaniem 

popatrzył na rozrzucone opakowania po naszym 
posiłku, lecz był tak miły, że nie wyraził głośno swoich 
wątpliwości. Pośpiesznie go uspokoiłem.

- Sam się tam ukrywałem, więc nie martw się. Są 

pewne niewygody...

- Ale żadna z nich nie może się równać z 

więzieniem federalnym! Przepraszam za niestosowne 
wątpliwości. Nie chciałem cię urazić.

- I nie uraziłeś mnie. Kryjówkę tę odkryłem 

przypadkiem, pewnego wieczoru, gdy policja deptała 
mi po piętach. Sforsowałem zamek w drzwiach 
służbowych lokalu MacSwineyów, tego samego, który 
ty teraz odwiedzisz. I moi prześladowcy zgubili ślad. 
Czekając, aż odejdą, sprawdziłem teren. To ciekawe. 
Wokół mnie na pełnych obrotach działało 
rozwiązanie problemu zakładów szybkiego żywienia, 
a mianowicie: kosztu zatrudnienia nawet najgorzej 

background image

płatnych i niewykwalifikowanych pracowników. 
Istoty ludzkie są inteligentne i chciwe. Doskonalą się i 
żądają więcej pieniędzy za swoją pracę. Odpowiedzią 
na to jest całkowite zrezygnowanie z ich usług.

- Godne podziwu rozwiązanie. Jeśli już nie 

chcesz chrupek, chętnie skubnę jedną czy dwie, 
słuchając twoich fascynujących wywodów.

Podałem mu zatłuszczoną torebkę i ciągnąłem 

dalej:

- Wszystko jest zmechanizowane. Gdy klient 

wypowiada zamówienie, żądana porcja jedzenia jest 
dostarczana z chłodni i w parownikach podgrzewana 
do odpowiedniej temperatury. Są to piece tak wielkiej 
mocy, że cały zamrożony świniozwierz może być 
rozłożony na parę i dwutlenek węgla w ciągu 
dwunastu mikrosekund.

- To ciekawe.
- Napoje są sporządzane w równie 

oszałamiającym tempie. Gdy klient skończy mówić, 
cały posiłek czeka już na niego. Oczywiście za stalową 
klapą, dopóki nie zapłaci. Urządzenia są w pełni 
zautomatyzowane i niezawodne. Rzadko dotyka ich 
ludzka ręka. Zapasy są uzupełniane co tydzień, ale nie 

background image

wszystkie jednego dnia, więc pojazdy dostawcze nie 
przeszkadzają sobie nawzajem.

- Jasne jak słońce! - wykrzyknął Hetman. - Tak 

więc będę mieszkać, że tak powiem, w mechanicznej 
komnacie. Gdy wyczerpią się zapasy w chłodni, 
zostanie ona ponownie napełniona. Dostęp do niej jest 
z zewnątrz budynku, a do pokoju mieszkalnego nikt 
nie wejdzie. Z kolei w przypadku kontroli 
dystrybutorów, lokator odpoczywa sobie wygodnie w 
chłodni do czasu, gdy technicy odejdą. Przypuszczam, 
że łatwo jest znaleźć drzwi. Ach, tak! Chłodnia! To 
wyjaśnia, dlaczego znalazłem wśród moich ubrań 
duży, ciepły kombinezon. A gdyby nastąpiła awaria...

- Odzywa się sygnał w centrali remontowej i 

natychmiast wysyła się montera. Założyłem także 
alarm w pokoju, więc będzie mnóstwo czasu, by się 
wymknąć. Zabezpieczyłem cię też przed 
niespodziewaną wizytą obsługi technicznej. Po 
włożeniu klucza do zewnętrznego zamka rozlega się 
alarm, a zamek zacina się na dokładnie sześćdziesiąt 
sekund. Są jakieś pytania?

Roześmiał się i poklepał mnie po ramieniu.
- Pytania? Pomyślałeś o wszystkim. A co z 

background image

lekturą i że tak powiem, urządzeniami sanitarnymi?

- Przenośna oglądarka i biblioteczka są w twoim 

składanym łóżku. Wszystkie potrzebne urządzenia są 
już zamontowane na użytek obsługi.

- O nic więcej nie proszę.
- Ale ja proszę... - spuściłem wzrok, potem 

spojrzałem na niego i zmusiłem się do mówienia. - 
Powiedziałeś mi kiedyś, że nie szukasz uczniów. 
Ośmielam się zapytać, czy przy tym obstajesz? Czy 
też mógłbyś rozważyć, dla zabicia czasu, możliwość 
udzielenia mi kilku lekcji fachu przestępczego? Tak 
tylko, żeby zabić nudę.

Tym razem on spuścił wzrok. Westchnął i 

powiedział:

- Miałem powody, by odrzucić twoją prośbę. 

Przynajmniej wtedy wydawało mi się, że je mam. Ale 
zmieniłem zdanie. Z wdzięczności za uratowanie mnie 
zapiszę cię do mojej Szkoły Alternatywnych Stylów 
Życia na jeden lub więcej semestrów. Ale nie wierzę, 
że tylko dlatego mnie uwolniłeś. To do ciebie 
niepodobne, chyba że pomyliłem się, oceniając twój 
charakter. Nie wierzę, że ocaliłeś mnie tylko po to, by 
pozyskać moją wdzięczność. Wiec niniejszym 

background image

oznajmiam z całą szczerością, że niecierpliwie 
czekam, by przekazać ci tych kilka rzeczy, których 
przez te wszystkie lata się nauczyłem. Cieszę się też z 
góry na naszą dozgonną przyjaźń.

Przepełniała mnie radość. Jednocześnie 

wstaliśmy i podaliśmy sobie ręce. Nie przeszkadzał mi 
nawet jego stalowy uścisk. Ja pierwszy opamiętałem 
się i spojrzałem na zegarek.

- Już za długo tu jesteśmy, przecież nie możemy 

zwracać na siebie uwagi. Ruszajmy. Zatrzymamy się 
dopiero, gdy dotrzemy do celu. Kiedy dojedziemy, 
szybko wysiądziesz, natychmiast wejdziesz przez 
drzwi służbowe i zamkniesz je za sobą. Wrócę, gdy 
tylko odstawię samochód, więc to ja będę następną 
osobą, która otworzy drzwi.

- Według rozkazu, Jim. Ty wydajesz polecenia, a 

ja je wykonuję.

Podróż była monotonna i nic nie mogliśmy na to 

poradzić. Ale ja się nie nudziłem, bo pochłonęły mnie 
myśli o przyszłości. Mijałem ulicę za ulicą. 
Zatrzymałem się tylko raz, by doładować akumulator 
w automatycznej stacji obsługi. I znów naprzód, 
skazani na włóczęgę po bocznych drogach Rajskiego 

background image

Zakątka. Słońce chyliło się ku zachodowi. W końcu 
skręciłem na pusty o tej porze podjazd służbowy do 
Centrum Handlowego w Biłlville.

Nie było nikogo w zasięgu wzroku. Hetman 

przemknął obok mnie i drzwi zatrzasnęły się. 
Wszystko ciągle szło dobrze i chciałem szybko 
skończyć tę akcję, ale wiedziałem, że nie mogę zbytnio 
się śpieszyć. Nikt nie widział, jak wniosłem do 
budynku skrzynie i sprzęt i wrzuciłem to wszystko do 
mojego biura. Było to ryzykowne, ale nie miałem 
innego wyjścia. Mało prawdopodobne, by ktoś 
dostrzegł i zapamiętał furgonetkę. Zanim odjechałem, 
spryskałem wnętrze wozu antyśladem, 
rozpuszczalnikiem, który usuwa odciski palców i 
którego używają wszyscy przestępcy. Nawet złodzieje 
piekarnianych furgonetek.

I to wszystko. Nic więcej nie mogłem zrobić. 

Zaparkowałem samochód na końcu spokojnej 
podmiejskiej uliczki i piechotą wróciłem do miasta. 
Noc była ciepła, wiec spacer sprawił mi przyjemność. 
Mijając staw w Parku Billvillskim usłyszałem senne 
nawoływanie wodnego ptaka. Usiadłem na ławce i 
zapatrzyłem się na spokojną powierzchnię stawu. 

background image

Rozmyślałem o przyszłości i moim przeznaczeniu.

Czy naprawdę udało mi się zerwać z dawnym 

życiem? I czy powiedzie się wymarzona kariera 
przestępcy? Hetman obiecał mi pomóc, a był jedynym 
człowiekiem na tej planecie, który mógł to zrobić.

Pogwizdując, ruszyłem do Centrum 

Handlowego, pełen nadziei na wspaniałą, 
podniecającą przyszłość. Byłem tak pogrążony w 
myślach, że nie dostrzegłem samochodu, który mnie 
minął, i prawie nie zwróciłem uwagi, że za mną 
zatrzymał się drugi.

- Chwileczkę, chłopcze.
Bezmyślnie odwróciłem się. Byłem tak 

roztargniony, że nie zauważyłem na czas, iż stoję pod 
latarnią. W samochodzie siedział policjant i gapił się 
na mnie. Nigdy się nie dowiem, dlaczego stanął i o 
czym chciał ze mną mówić, bo nagle w jego oczach 
dostrzegłem charakterystyczny błysk. Rozpoznał 
mnie!

Byłem zajęty Hetmanem i całkiem zapomniałem, 

że sam jestem poszukiwanym zbiegłym przestępcą i 
że wszyscy policjanci mają moje zdjęcie i rysopis. Oto 
szedłem sobie po ulicy, bez żadnego przebrania, nie 

background image

podjąwszy żadnych środków ostrożności. Wszystkie 
te myśli przeleciały przez moją głowę i natychmiast z 
niej wyleciały. Nie miałem nawet czasu, żeby się w 
duchu zbesztać.

- Ty jesteś Jimmy diGriz!
Wydawał mi się równie zdziwiony jak ja. Ale nie 

dość zdziwiony, by opóźniło to jego refleks. Ja 
dopiero zacząłem zbierać się do ucieczki, gdy on 
zadziałał. Musiał codziennie ćwiczyć ten ruch przed 
lustrem, bo był szybki. Za szybki.

Gdy odwracałem się, by zacząć biec, w otwartym 

oknie ukazała się lufa jego bezodrzutowego 0,75.

- Mam cię! - powiedział. Na jego twarzy pojawił 

się podły, szeroki uśmiech złego stróża prawa.

background image

13
To pomyłka! - wydusiłem z siebie, jednocześnie 

jednak uniosłem ręce do góry. - Czy chcesz strzelać 
do bezbronnego dziecka tylko na podstawie 
podejrzeń?

Pistolet nawet nie drgnął, za to ja tak. 

Przesunąłem się bokiem w kierunku przodu pojazdu.

- Przestań i zaraz tu wracaj! - krzyknął, ale ja 

dalej się skradałem. Wątpiłem, czy też miałem 
nadzieję, że nie będzie do mnie strzelał z zimną krwią. 
Chciałem, żeby zaczął mnie gonić, bo żeby to zrobić, 
musiałby wyciągnąć pistolet z okna. Nie mógł przecież 
jednocześnie mierzyć we mnie i otwierać drzwi.

Pistolet zniknął. Ja również. W momencie gdy go 

opuścił, odwróciłem się i zacząłem biec, opuszczając 
głowę i przebierając nogami tak szybko, jak tylko 
potrafiłem. Krzyknął za mną i strzelił. Pistolet wypalił
jak armata, a kula otarła się o moje ucho i uderzyła w 
drzewo. Zatoczyłem się i stanąłem.

Ten gliniarz był szalony.
- Teraz już lepiej! - krzyknął, opierając pistolet o 

drzwi i celując we mnie. - Celowo spudłowałem. 
Tylko raz. Następnym razem cię trafię. Dostałem 

background image

złoty medal za strzelanie z tego gnata. A więc nie każ 
mi, żebym ci udowadniał, jaki jestem dobry.

- Jesteś nienormalny, wiesz? - powiedziałem, aż 

za dobrze zdając sobie sprawę z drżenia własnego gło-
su. - Nie możesz przecież zabijać ludzi na podstawie 
podejrzeń?

- Oczywiście, że mogę - odpowiedział, 

podchodząc do mnie z pistoletem nadal idealnie we 
mnie wcelowanym. - To nie podejrzenie, tylko 
identyfikacja. Po prostu wiem, kim jesteś. 
Poszukiwanym przestępcą. Wiesz, co powiem? 
Powiem, że ten przestępca wyrwał mi pistolet, a on 
wypalił i go zastrzelił. Jak to brzmi? Chcesz mi 
wyrwać pistolet?

Facet był kompletnie zbzikowany i w dodatku 

był policjantem. Widziałem, że on naprawdę chciał, 
żebym tego spróbował i żeby on mógł mnie wtedy 
kropnąć. Nigdy się nie dowiem, jakim cudem 
przeszedł te wszystkie testy, które miały rzekomo 
trzymać takich świrów z dala od służb ochrony 
porządku publicznego. Ale z pewnością jemu się to 
udało. Miał prawo nosić broń i szukał okazji, żeby 
zrobić z niej użytek. Nie miałem zamiaru dać mu tej 

background image

sposobności. Powoli wyciągnąłem ręce ze złączonymi 
pięściami przed siebie.

- Nie stawiam oporu, panie władzo, widzisz pan! 

Popełnia pan błąd, ale ja potulnie pana słucham. 
Proszę mi założyć kajdanki i zabrać mnie.

Był wyraźnie rozczarowany i spojrzał na mnie. 

Ale ja nawet się nie poruszyłem, więc w końcu rzucił 
mi gniewne spojrzenie, wyciągnął kajdanki zza pasa i 
rzucił mi je. Pistolet nawet nie drgnął.

- Zakładaj!
Zamknąłem obręcze na przegubach bardzo 

luźno, tak że mogłem wyślizgnąć dłonie. Robiąc to 
patrzyłem w dół i nie zauważyłem, żeby się poruszył, 
aż do momentu kiedy złapał mnie za oba przeguby i 
zacisnął kajdanki tak mocno, że wpiły mi się w 
nadgarstki. Wciskając metal w moją skórę, 
uśmiechnął się z sadystyczną radością.

- Mam cię, diGriz. Jesteś aresztowany.
Spojrzałem na niego; był o głowę wyższy ode 

mnie i ze dwa razy cięższy. Wybuchnąłem śmiechem. 
Włożył pistolet z powrotem do kabury i rzucił się na 
mnie. Tak, to właśnie zrobił. Wielki facet rzucił się na 
małego dzieciaka. Nie mógł zrozumieć, z czego się 

background image

śmieję i nie miałem zamiaru pomagać mu zgadnąć. 
Zrobiłem najprostszą, najlepszą i najszybszą rzecz, 
jaką mogłem w tych okolicznościach zrobić. I 
najpaskudniejszą.

Walnąłem go kolanem z całej siły w jaja, a on 

puścił moje ręce i zgiął się wpół. Biedaczek pewnie 
bardzo cierpiał, więc zrobiłem mu przysługę. Kiedy 
się pochylił, walnąłem złączonymi pięściami w szyję. 
Zanim runął na chodnik, był już nieprzytomny. 
Uklęknąłem i zacząłem szukać mu po kieszeniach 
kluczyków do kajdanków.

- Co tam się dzieje?! - zawołał jakiś głos i drzwi 

najbliższego domu uchyliły się, wpuszczając smugę 
światła. Ten strzał zaalarmował całą ulicę. Potem 
pomyślę o kajdankach. Teraz musiałem stąd zwiewać.

- Postrzelili kogoś! - krzyknąłem. - Biegnę po 

pomoc!

Ostatnie słowa wykrzyczałem już za siebie, 

pędząc w dół ulicy i znikając za rogiem. W drzwiach 
pojawiła się jakaś kobieta i coś do mnie krzyknęła, ale 
nie zatrzymałem się, żeby jej słuchać. Musiałem uciec 
stąd, zanim zarządzą alarm i zaczną poszukiwania. 
Wszystko się skomplikowało.

background image

Bolały mnie przeguby rąk. Spojrzałem na nie 

mijając najbliższą latarnię i zobaczyłem, że dłonie 
mam zupełnie białe. W dodatku zaczynały drętwieć. 
Kajdanki były tak ciasne, że tamowały krążenie krwi. 
Słabe poczucie winy, że załatwiłem faceta, zniknęło w 
mgnieniu oka. Musiałem zdjąć to świństwo z rąk i to 
szybko. Mogłem się z tym uporać tylko w moim 
biurze.

Doszedłem tam omijając główne ulice i 

trzymając się z dala od ludzi. Ale kiedy dotarłem do 
tylnych drzwi budynku, palce miałem już zdrętwiałe i 
sztywne. Zupełnie straciłem w nich czucie.

Wyjęcie kluczy z kieszeni zajęło mi zbyt dużo 

czasu, a gdy w końcu mi się to udało, natychmiast je 
upuściłem. Potem nie byłem w stanie ich podnieść. 
Mogłem jedynie powłóczyć nieczułymi dłońmi po 
kluczach.

Są ciężkie chwile w życiu, ale ta była najcięższa z 

tych, których kiedykolwiek doświadczyłem. Po prostu 
nie byłem w stanie zrobić tego, co musiałem zrobić. 
Byłem skończony, zbity i przegrany. Nie mogłem się 
dostać do budynku. Nie mogłem sam sobie pomóc. 
Nie trzeba mieć dyplomu lekarza medycyny, by się 

background image

domyślić, że jeśli wkrótce nie zdejmę kajdanków, to 
przez resztę życia będę się posługiwać plastikowymi 
dłońmi. Tak to będzie.

- Tak nie będzie! - usłyszałem swój wściekły 

szept. - Wykop te drzwi, zrób coś, otwórz je palcami u 
nóg.

Nie, nie nogami! Niezdarnie, zmartwiałymi 

palcami grzebałem w kluczach, aż oddzieliłem 
właściwy. Wtedy pochyliłem się nad nim i dotknąłem 
go językiem, wyczuwając jego położenie i nie 
zwracając uwagi na brud i kurz.

Jeśli kiedykolwiek kusiłoby cię, żeby otworzyć 

zamek mając klucz w zębach, a kajdanki na rękach, 
mam bardzo zwięzłą radę: nie rób tego. Trzeba 
wykrzywiać głowę na wszystkie strony, żeby wsadzić 
klucz do dziurki. Potem przekręcać ją, żeby 
przekręcić klucz, a potem walnąć głową w drzwi, żeby 
się otworzyły...

W końcu mi się udało i wpadłem do środka, 

waląc twarzą w podłogę, z pełną świadomością, że 
muszę jeszcze powtórzyć to wszystko na górze. Fakt, 
że mi się to udało i w końcu wleciałem na pysk do 
biura, świadczy raczej o mojej odporności i zaciętości 

background image

niż inteligenci. Byłem zbyt spanikowany, żeby myśleć. 
Mogłem tylko reagować. Łokciem zatrzasnąłem drzwi 
i potykając się dotarłem do mojego warsztatu. 
Zwaliłem pudło z narzędziami na podłogę i kopałem 
jego zawartość, aż znalazłem wibropiłę. Uniosłem ją 
zębami, po czym udało mi się umieścić ją w otwartej 
szufladzie biurka i utrzymać w miejscu, gdy łokciem 
zatrzasnąłem szufladę. Zatrzasnąłem ją jednocześnie 
na własnej wardze, co spowodowało niezły potok 
krwi. Nie zwróciłem na to uwagi. Przeguby rąk mi 
płonęły, ale same dłonie już nic nie czuły. Były białe i 
wyglądały jak martwe. Straciłem za dużo czasu. Łok-
ciem przekręciłem piłę, potem podsunąłem kajdanki 
pod ostrze, rozsuwając ręce, żeby napiąć łańcuch. 
Ostrze zabzyczało przeraźliwie i łańcuch już był 
odcięty, a ręce rozchyliły się szeroko.

Teraz nadszedł czas na bardziej ekscytujące 

zajęcie, czyli rozcięcie kajdanków z jednoczesnym 
zachowaniem własnego ciała w całości. Za dużo naraz 
chciałem. Zanim skończyłem, biurko, ściana i podłoga 
ociekały krwią. Ale zdjąłem kajdanki i moje dłonie 
zaróżowiły się, gdy wróciło krążenie.

Po tym wszystkim jedyne, na co miałem ochotę, 

background image

to paść na krzesło i patrzeć na kapiącą krew. 
Siedziałem tak chyba z minutę, aż zaczęło ustępować 
odrętwienie i zaczął się ból. Z wysiłkiem wstałem i 
dowlokłem się do szafki z lekarstwami. Złapałem ją i 
całą zakrwawiłem, wytrząsając z niej pigułki 
przeciwbólowe, z których dwie udało mi się połknąć.

Skoro już tu byłem, wyciągnąłem także środki 

odkażające i bandaże i oczyściłem rany. Były 
paskudnie poszarpane, ale nie głębokie, a wiec nie 
niebezpieczne. Obandażowałem je, spojrzałem w 
lustro i aż się wzdrygnąłem. Należało coś zrobić 
również z dolną wargą...

Na ulicy zawyła syrena policyjna i zdałem sobie 

sprawę, że najwyższy czas, żeby coś wreszcie 
wymyślić i zaplanować.

Byłem w kłopocie. Billville nie jest duże i do tej 

pory wszystkie drogi wylotowe z miasta są już na 
pewno zablokowane. Sam bym to zrobił, gdybym 
szukał zbiega. Na to wpadnie nawet najbardziej tępy 
policjant. Na wszystkich drogach blokady, nad 
otwartymi przestrzeniami grawiloty, zaopatrzone w 
noktowizory, policjanci na przystankach kolejki. 
Wszystkie dziury zatkane. Złapany w pułapkę, jak 

background image

szczur. Cóż jeszcze? Ulice także będą patrolowane. 
Jak się zrobi późno, na zewnątrz będzie jeszcze mniej 
ludzi i dużo bardziej niebezpiecznie będzie kręcić się 
po ulicach.

A rano, co potem? Wiedziałem co potem. 

Przeszukają każdy pokój, w każdym budynku, i w 
końcu mnie znajdą. Na tę myśl poczułem kropelki 
potu na czole. Czyżbym był w pułapce?

- Nie poddam się! - wykrzyknąłem na głos, 

zerwałem się i zacząłem chodzić w tę i z powrotem. - 
Jimmy diGriz, jesteś zbyt sprytny, żeby dać się złapać 
jakimś gruboskórnym stróżom miejscowego prawa. 
Patrz, jak wymknąłeś się temu krwiożerczemu 
gliniarzowi. Sprytny Jim diGriz, taki właśnie jesteś. I 
znowu im się wymkniesz. Tylko jak?

No właśnie, jak? Z trzaskiem otworzyłem piwo, 

pociągnąłem dużego łyka i opadłem na krzesło. 
Spojrzałem na zegarek. Robiło się już zbyt późno, 
żeby ryzykować wychodzenie na ulicę. Restauracje 
już pustoszeją, śmierdzące kina wydalają widzów, a 
ulicami rozchodzą się do domów parki. Samotny 
osobnik natychmiast zwróciłby uwagę glin.

A więc musiałem poczekać do rana. Musiałem 

background image

spróbować swego szczęścia w świetle dnia... albo w 
deszczu! Szybko włączyłem prognozę pogody i z 
powrotem opadłem na krzesło. Przewidywali 
dziewięćdziesięciodziewięcioprocentowe 
prawdopodobieństwo słonecznej pogody. Pół biedy. 
Przynajmniej deszcz nie zapędzi ludzi do domów.

W pokoju panował straszny bałagan - wyglądał 

jak rzeźnia po wybuchu bomby. Musiałem to 
posprzątać...

- Nie, Jim, wcale nie musisz tu sprzątać - 

powiedziałem na głos. - Bo policja wcześniej czy 
później tu trafi, raczej wcześniej niż później. 
Wszędzie są twoje odciski palców i znajdą twoją 
grupę krwi. Będą mieli niezłą zabawę próbując 
zgadnąć, co ci się stało.

Przynajmniej dam im do myślenia. A może także 

przysporzę kłopotu jednemu sadystycznemu 
gliniarzowi. Obróciłem krzesło do komputera i 
napisałem wiadomość. Drukarka zagwizdała i z 
otworu wysunęła się kartka papieru. Wspaniale!

DO   POLICJI:   ZOSTAŁEM   ŚMIERTELNIE 

POSTRZELONY PRZEZ WASZEGO 
KRWIOŻERCZEGO OFICERA, KTÓREGO 

background image

ZNALEŹLIŚCIE NIEPRZYTOMNEGO.   DOSTAŁ  
MNIE.   KRWAWIĘ I WKRÓTCE UMRĘ. 
ŻEGNAJ, OKRUTNY ŚWIECIE. IDĘ SIĘ RZUCIĆ 
DO RZEKI.

Szczerze wątpiłem, żeby dali się nabrać na ten 

fortel, ale przynajmniej mógł on przysporzyć kłopotu 
temu maniakowi i zająć resztę policjantów 
przeszukiwaniem rzeki. Na kartce z wiadomością 
rozmazałem trochę krwi, a potem położyłem ją na 
stole.

Ta głupiutka zagrywka podniosła mnie na 

duchu. Usiadłem i kończąc piwo zacząłem planować 
przyszłość. Czy zostawiam tu coś ważnego? Nie. Nie 
trzymałem tu żadnych zapisków, które mogłyby być 
przydatne w przyszłości. Znalazłem klucz 
Ostateczności, odblokowałem nim przycisk niszczący 
i nacisnąłem go. Jeden krótki trzask był znakiem, że 
cała pamięć mojego komputera właśnie zmieniła się w 
luźne elektrony. Wszystko inne, czyli narzędzia, 
sprzęt, maszyny, mogło być wymienione lub 
zastąpione nowymi, jeśli zajdzie taka potrzeba. 
Oczywiście nie zostawiałem pieniędzy.

To było męczące, ale nie mogłem pozwolić sobie 

background image

na odpoczynek, dopóki wszystko nie zostało 
doprowadzone do końca. Wciągnąłem plastikowe 
rękawiczki na zakrwawione bandaże i zabrałem się 
do pracy. Pieniądze przechowywałem w sejfie, gdyż 
nie miałem zamiaru utrzymywać żadnego banku, 
otwierając konto w jednym z nich. Wrzuciłem 
pieniądze do eleganckiej aktówki. Zapełniła się do 
połowy, więc dołożyłem jeszcze kilka mikronarzędzi.

Teraz przyszła kolej na nowe ubrania i 

charakteryzację. Wyciągnąłem czteroczęściowy 
czarny garnitur typowego biznesmena, uszyty z 
tkaniny ozdobionej dyskretnym wzorem, 
przedstawiającym szeregi maleńkich banknotów 
dolarowych. Pomarańczowa koszula - typ noszony 
przez wszystkich młodych biznesmenów i 
najmodniejsze obecnie buty ze skóry świniozwierza 
na wysokich obcasach. Dodadzą mi trochę wzrostu, to 
pomoże. Kiedy będę już wychodził, będę miał do tego 
wąsy, a na nosie okulary w złotych oprawkach. Teraz 
zostało mi jeszcze przyciemnienie farbą włosów i 
poprawienie wyblakłej opalenizny. Skończywszy 
przygotowania, otumaniony piwem, zmęczeniem i 
środkami przeciwbólowymi otworzyłem łóżko, 

background image

nastawiłem budzik i zapadłem w niebyt.

Nad moją głową krążyły ogromne komary, coraz 

więcej spragnionych krwi komarów...

Otworzyłem oczy i mrugając, odpędziłem sen. 

Mój budzik, którego jeszcze nie wyłączyłem, 
zwiększył natężenie i brzęczał coraz głośniej, jakby 
cała eskadra komarów ruszyła do ataku. Nacisnąłem 
przycisk, mlasnąłem gumowymi ustami i potykając 
się poszedłem po szklankę wody. Na zewnątrz było 
już zupełnie widno i na ulicach pojawiły się właśnie 
pierwsze ranne ptaszki.

Wszystko było już przygotowane, więc umyłem 

się i ubrałem. Szykowne pomarańczowe rękawiczki, 
pasujące do koszuli, ukryły moje zabandażowane 
ręce. Kiedy na ulicach nastały godziny szczytu, 
założyłem na ramię torbę i starannie sprawdziłem, 
czy korytarz jest pusty. Wyszedłem i nie oglądając się 
zatrzasnąłem drzwi.

Tę część życia miałem już za sobą. Dzisiaj 

zaczynało się nowe życie.

Przynajmniej taką miałem nadzieję. Typowym 

dla biznesmena krokiem - przynajmniej tak mi się 
wydawało - podszedłem do schodów, zszedłem na dół 

background image

do holu wejściowego i dalej, na ulicę.

I zaraz na progu zobaczyłem policjanta, który 

uważnie przyglądał się każdemu przechodniowi.

Nie patrzyłem na niego i zwróciłem wzrok na 

idącą przede mną atrakcyjną dziewczynę z naprawdę 
zgrabnymi nogami. Patrzyłem, jak wdzięcznie nimi 
przebiera, mijając stojącego opodal stróża prawa. 
Zbliżałem się do niego, minąłem go i poszedłem dalej, 
mimowolnie oczekując okrzyku: „stój"!

Nie zabrzmiał. Może policjant też przypatrywał 

się dziewczynie? Jednego miałem z głowy, ale ilu 
jeszcze było przede mną?

To był najdłuższy spacer w moim życiu. Albo 

przynajmniej tak mi się wydawało. Nie za szybko, nie 
za wolno.

Starałem się być tylko cząstką tłumu, po prostu 

kolejnym niewolnikiem swych zarobków idącym do 
pracy i myślącym jedynie o zysku, stracie i 
obligacjach, czymkolwiek te obligacje by były. Jeszcze 
jedna ulica. Jak na razie bezpiecznie. Już jest róg. 
Uliczka na tyłach centrum handlowego. To nie 
miejsce dla takiego szykownego biznesmena jak ty! 
Więc sprawiaj wrażenie zdecydowanego i nie wlecz 

background image

się. Za rogiem czeka bezpieczeństwo.

Bezpieczeństwo? Zatoczyłem się, jakby mnie ktoś 

uderzył. Samochód obsługi technicznej MacSwineyów 
stał przed drzwiami, przez które właśnie wchodził do 
środka zwalisty mechanik.

background image

14
Na wypadek gdyby ktoś mnie obserwował, 

spojrzałem na zegarek, lekceważąco strzeliłem 
palcami, po czym zawróciłem z uliczki dla pojazdów z 
zaopatrzeniem.

Sprężystym krokiem podszedłem do najbliższego 

podajnika. Żeby mi niczego nie brakowało do 
szczęścia, w pierwszej kabinie siedziało dwóch 
policjantów. I oczywiście patrzyli na mnie. 
Przeszedłem dalej, z oczami wlepionymi przed siebie, 
i znalazłem najbardziej odległe od nich miejsce. 
Strasznie mnie swędziało między łopatkami, ale nie 
śmiałem się podrapać. Nie mogłem ich widzieć, ale 
wiedziałem, co robią. Patrzą na mnie, potem coś do 
siebie mówią i uznają, że nie jestem tym, za kogo chcę 
uchodzić. Przyglądają się dokładniej. Wstają, idą w 
moją stronę, zaglądają do mojej kabiny...

Kątem oka zobaczyłem idące ku mnie nogi w 

niebieskich spodniach i serce natychmiast zaczęło mi 
walić tak głośno, że z pewnością było je słychać w 
całej restauracji. Czekałem na słowa oskarżenia. 
Czekałem... pozwoliłem oczom unieść się ponad 
niebieskie spodnie...

background image

I zobaczyłem umundurowanego konduktora 

kolejowego, który usiadł po przeciwnej stronie 
stolika...

- Kawa - powiedział do mikrofonu, rozpostarł 

gazetę i zaczął czytać.

Serce wróciło do prawie normalnego stanu i w 

myślach oskarżyłem się o przesadną podejrzliwość i 
tchórzostwo. A potem, najgłębszym basem, na jaki 
mogłem się zdobyć, powiedziałem do swojego 
mikrofonu:

- Czarna kawa i knedle korzenne.
- Proszę zdeponować sześć dolarów.
Wrzuciłem monety. W maszynie, przy moim 

prawym łokciu, zadudniło i na stół wysunęło się 
śniadanie. Powoli je zjadłem, spojrzałem na zegarek i 
wróciłem do kawy. Dobrze pamiętałem z poprzednich 
moich przygód, kiedy to ukrywałem się w takiej 
chłodni, że mechanikowi Mac-Swineyów przegląd 
zajmował co najmniej pół godziny. Odczekałem 
czterdzieści minut i wyszedłem. Starałem się nie 
myśleć, co zastanę, kiedy dojdę na zaplecze ciągu 
barów szybkiej obsługi. Zbyt dobrze pamiętałem 
moje pożegnalne słowa, że będę następną osobą, która 

background image

przejdzie przez te drzwi. Ha, ha. A następną osobą 
był mechanik. Czy złapał Hetmana? Aż się spociłem 
na tę myśl. Wkrótce się przekonam. Minąłem kabinę, 
w której siedzieli policjanci. Poszli już, miałem 
nadzieję, że szukać mnie w innej części miasta. 
Skierowałem się z powrotem w stronę centrum 
handlowego, gdzie powitał mnie widok wyjeżdżającej 
na drogę półciężarówki MacSwineyów.

Zbliżając się do drzwi miałem już w ręku 

przygotowany klucz. Droga obok była pusta i nagle 
usłyszałem za sobą kroki! Policja? Do znudzenia 
powtarzając się, serce zaczęło walić jak młot. 
Podchodząc do drzwi zwolniłem. A potem się 
zatrzymałem, przyklękając, i wsunąłem klucz z 
palców do ręki, jakbym go właśnie podniósł. 
Przyglądałem mu się, gdy ktoś podszedł, a następnie 
mnie minął. Był to jakiś młody człowiek, który nie 
zwrócił na mnie najmniejszej uwagi. Poszedł dalej i 
skręcił do tylnego wejścia sklepu.

Spojrzałem przez ramie za siebie i skoczyłem do 

drzwi, zanim znowu miałoby się coś zdarzyć. 
Przekręciłem klucz i pchnąłem, a one... oczywiście 
wcale się nie otworzyły.

background image

Mechanizm opóźniający, który sam 

zamontowałem, działał świetnie. Otworzy się za 
minutę. Sześćdziesiąt krótkich sekund.

Sześćdziesiąt nieprawdopodobnie wlokących się 

sekund. Stałem tam w eleganckim garniturku 
biznesmena, pasując do tego miejsca jak wymię do 
knura świniozwierza, jak zwykli mawiać farmerzy. 
Stałem tam ociekając potem i czekając, aż pojawi się 
policja albo jacyś przechodnie. Czekałem i 
cierpiałem.

Aż wreszcie klucz się przekręcił, drzwi otworzyły 

się i wpadłem do środka.

Pusto! Na przeciwległej ścianie klekotała i 

warkotała automatyczna maszyneria. Saturator 
gulgotał, a pojemnik na porcję jedzenia przemknął z 
gwizdem i znikł. Za nim podążyła parująca masa 
mielonego. Tak to szło dzień i noc. Ale wśród tych 
ruchliwych maszyn nie było żadnej istoty ludzkiej. 
Złapali go, policja ma Hetmana. A teraz złapią mnie...

- Och, mój chłopcze, tak pomyślałem, że tym 

razem to już ty.

Z chłodni wyszedł Hetman, dwakroć potężniejszy 

w puchowym kombinezonie, z łóżkiem na plecach i 

background image

torbą wetkniętą pod pachę. Zatrzasnął za sobą drzwi, 
a mnie opuściły siły i z westchnieniem usiadłem waląc 
plecami o ścianę.

- Dobrze się czujesz? - zapytał z niepokojem w 

głosie. Słabo machnąłem ręką.

- Świetnie, świetnie, niech tylko złapię oddech. 

Bałem się, że cię złapali.

- Nie powinieneś był się martwić. Kiedy nie 

pojawiłeś się w rozsądnym czasie, wywnioskowałem, 
że coś ci wypadło. Więc podjąłem kroki ewakuacyjne 
na wypadek, gdyby pojawili się tu prawowici 
użytkownicy. No i się pojawili. Faktycznie, dosyć tam 
zimno. Nie byłem pewien, jak długo im tu zejdzie, ale 
byłem pewien, że zamontowałeś coś, co pozwoliłoby 
sprawdzić, kiedy wyjdą...

- Miałem zamiar ci o tym powiedzieć.
- Niepotrzebnie. Znalazłem ukryty głośnik i 

przycisk, więc posłuchałem sobie kogoś, kto przy 
pracy mruczy sobie różne niecenzuralne słowa. Po 
pewnym czasie trzaśniecie drzwiami i cisza były miłą 
wiadomością. A teraz co z tobą? Miałeś jakieś 
kłopoty?

- Kłopoty? - wybuchnąłem śmiechem. I zaraz 

background image

przestałem się śmiać, gdyż usłyszałem w swym 
śmiechu histeryczną nutkę. Opowiedziałem mu 
wszystko, opuszczając kilka bardziej makabrycznych 
szczegółów. Wydawał odpowiednie odgłosy w 
odpowiednich momentach i słuchał uważnie aż do 
gorzkiego końca.

- Jesteś dla siebie zbyt surowy, Jim. Jedno 

potkniecie po pełnym napięcia dniu każdemu może 
się zdarzyć.

- Nie miało prawa się zdarzyć! Przez moją 

głupotę omal nas obu nie złapali. To się nigdy nie 
powtórzy.

- I tu się mylisz - powiedział, kiwając grubym 

palcem. - Może się zdarzyć w każdej chwili, aż się 
należycie nie wytrenujesz. A będziesz trenowany 
długo i skutecznie...

- Oczywiście!
- ...aż tego typu potknięcie nie będzie możliwe. 

Spisałeś się niewiarygodnie dobrze, jak na swoje 
doświadczenie. Teraz możesz być tylko coraz lepszy.

- A ty mnie nauczysz jak, jak być takim 

farciarskim oszustem jak ty!

Na moje słowa zmarszczył brwi i przybrał 

background image

groźną minę. Czy powiedziałem coś nie tak? 
Zmartwiony przygryzłem bolącą wargę, a on w ciszy 
rozstawił swoje łóżko i usiadł na nim ze 
skrzyżowanymi nogami. Kiedy w końcu przemówił, 
wsłuchiwałem się w każde jego słowo.

- Teraz będzie pierwsza lekcja, Jim. Nie jestem 

oszustem. Ty też nie jesteś oszustem. Nie chcemy być 
przestępcami, bo przestępcami są te wszystkie głupie i 
nieskuteczne osobniki. Jest ważne, aby zrozumieć i 
docenić, że jesteśmy poza społeczeństwem i 
postępujemy według naszych własnych, surowych 
praw, niektórych nawet surowszych niż prawa 
odrzuconego przez nas społeczeństwa. To może być 
samotne życie, ale to życie musisz wybrać sam, z 
pełną świadomością. A gdy już raz wybierzesz, musisz 
przy tym wyborze pozostać. Musisz być bardziej 
moralny niż oni, bo będziesz żył według surowszego 
kodeksu moralnego. A ten kodeks nie zawiera w sobie 
słowa „oszust". To jest ich nazwa i musisz ją 
odrzucić.

- Ale ja chcę być przestępcą...
- Porzuć tę myśl i tę nazwę. To jest, wybacz mi, 

że to mówię, ambicja podrostka. To tylko twoje 

background image

emocjonalne uniezależnienie się od świata, którego 
nie lubisz, i jako takie nie może być uważane za 
rozsądną decyzję. Odrzuciłeś ich, ale jednocześnie 
przyjąłeś ich określenie na to, kim jesteś. Oszust. Nie 
jesteś oszustem i ja nie jestem oszustem.

- A więc, kim jesteśmy? - zapytałem, cały 

rozpalony. Hetman złączył czubki palców obu rąk i 
odpowiedział:

- Jesteśmy obywatelami z Zewnątrz. 

Odrzuciliśmy uproszczone, nudne, zorganizowane, 
biurokratyczne, moralne i etyczne zasady, według 
których żyją oni. Zastąpiliśmy je własnymi, 
nieporównanie doskonalszymi. Możemy fizycznie 
poruszać się wśród nich, ale nie należymy do nich. W 
czym oni są leniwi, w tym my jesteśmy wydajni. 
Gdzie oni są niemoralni, my jesteśmy moralni. Gdzie 
oni są kłamcami, my jesteśmy Prawdą. Jesteśmy 
największą siłą działającą dla dobra społeczeństwa, 
które odrzuciliśmy.

Na to zdanie zamrugałem gwałtownie, ale 

poczekałem cierpliwie, bo wiedziałem, że zaraz to 
wyjaśni. Co też zrobił.

- W jakiej galaktyce żyjemy? Rozejrzyj się. 

background image

Obywatele tej planety i każdej innej planety w tej 
idiotycznej organizacji, znanej jako Liga 
Galaktyczna, są obywatelami tłustej i bogatej unii 
światów, które prawie zapomniały, jakie jest 
prawdziwe znaczenie słowa „przestępstwo". Byłeś w 
więzieniu, wiec widziałeś tych godnych litości 
wyrzutków, których oni uważają za przestępców. I to 
ma się nazywać półświatek? Na innych zasiedlonych 
planetach jest paru malkontentów i jeszcze mniej 
nieprzystosowanych do życia w społeczeństwie niż 
tutaj. Jest tam jeszcze garstka takich, którzy się rodzą 
mimo trwającej od wieków kontroli genetycznej, ale 
wcześnie ich wyłapują i ich odchylenia są szybko 
likwidowane. Tylko raz w życiu wybrałem się w 
podróż na inne planety, tylko na te najbliższe. To było 
straszne! Życie w tamtych światach ma kolor i urok 
kawałka mokrej tektury. Pognałem z powrotem do 
Rajskiego Zakątka, bo, jakkolwiek by czasami był 
obmierzły, to w porównaniu z innymi jest naprawdę 
rajskim zakątkiem.

- Kiedyś chciałbym zobaczyć te inne światy.
- I powinieneś, drogi chłopcze. Ambicja godna 

pochwały. Ale najpierw naucz się żyć tutaj. I ciesz się, 

background image

że nie mają tu jeszcze całkowitej kontroli genetycznej 
albo maszyn do upośledzania umysłowo osobników 
wyrastających ponad to społeczeństwo. Na innych 
planetach wszystkie dzieci są takie same. Potulne i 
łagodne. Socjalnie przystosowane. Oczywiście 
niektóre nie pokazują swej genetycznej słabości, czy 
jak my byśmy powiedzieli: siły, przed osiągnięciem 
dorosłości. To są ci biedni wykolejeńcy, którzy 
próbują się sprawdzić w drobnych przestępstwach; 
włamaniach, kradzieżach w sklepach, kradzieżach 
zwierząt i tym podobnych. Może im się udawać przez 
tydzień czy dwa lub miesiąc czy dwa, w zależności od 
wrodzonej inteligencji. Ale to pewne jak opadanie 
liści jesienią i tak samo z góry przesadzone, że policja 
ich w końcu złapie i zamknie. Przetrawiłem tę 
wiadomość i zadałem oczywiste pytanie:

- Ale jeśli tak właśnie wygląda przestępstwo, czy 

też jak mówisz, przeciwstawianie się systemowi, to 
jak ty i ja się w tym mieścimy?

- Myślałem, że nigdy o to nie zapytasz. Te 

wyrzutki, o których mówiłem, a z którymi ty 
zaznajomiłeś się w więzieniu, popełniają 99,9% 
przestępstw w naszym uporządkowanym i 

background image

wymuskanym społeczeństwie. A pozostałe, żywe 
0,1%, które my reprezentujemy, ożywia bezwładną 
materię tego społeczeństwa. Bez nas zaczęłaby się 
śmierć inteligencji we Wszechświecie. Bez nas 
istnienie w tej ogłupiałej społeczności byłoby tak 
puste, że jedynym wyjściem byłoby masowe 
samobójstwo. Zamiast nas ścigać i wyzywać od 
kryminalistów, powinni nas czcić jako pierwszych 
spośród nich! - Iskierki błyskały mu w oczach, a głos 
aż grzmiał, gdy to mówił. Nie chciałem przerywać tej 
burzliwej przemowy, lecz musiałem zadać pytanie.

- Przepraszani bardzo, ale czy mógłbyś łaskawie 

wyjaśnić, dlaczego tak jest?

- Jest tak, bo dzięki nam policja ma co robić, ma 

kogo ścigać, ma powód, żeby pojeździć tu i tam w 
swoich drogich pojazdach. A naród, popatrz, z jakim 
zaciekawieniem oglądają wiadomości i słuchają 
najnowszych doniesień o naszych wyczynach, z jakim 
zapałem rozprawiają o tym między sobą, rozkoszując 
się każdym szczegółem. A jaka jest cena tych 
wszystkich rozrywek i dobra społecznego? Żadna. 
Nasze usługi są darmowe, mimo że ryzykujemy życie, 
zdrowie i wolność, aby je wyświadczyć. Cóż im 

background image

odbieramy? Nic. Po prostu pieniądze, metalowe i 
papierowe symbole. Wszystko i tak jest ubezpieczone. 
Jeśli wyczyścimy bank, straty pokrywa firma 
ubezpieczeniowa, która pod koniec roku o 
mikroskopijną sumę zmniejszy roczne dywidendy. 
Każdy udziałowiec dostanie milionową część dolara 
mniej. W ogóle żadnych poświęceń! Dobroczyńcy, 
mój chłopcze, jesteśmy po prostu dobroczyńcami. Ale 
aby dostarczyć im tych dóbr, musimy działać daleko 
poza ich prawami. Musimy być ukryci jak szczury w 
boazerii. W dawnych czasach było oczywiście dużo 
łatwiej. Prawa były luźniejsze, a w społeczeństwie 
żyło więcej szczurów, tak jak w starym drewnianym 
domu, w którym jest więcej szczurów niż w budynku 
z betononu. Ale w nowoczesnych budynkach też są 
szczury. Teraz, kiedy społeczeństwo jest z 
żelazobetonu i z nierdzewnej stali, miedzy złączami 
jest mniej szpar. Żeby je odnaleźć, trzeba naprawdę 
sprytnego szczura. Tylko szczur z nierdzewnej stali, 
niezwyciężony szczur może czuć się w tym 
środowisku jak w domu.

Zacząłem klaskać tak mocno, aż rozbolały mnie 

ręce. Hetman przyjmując należną cześć pokiwał 

background image

głową.

- Oto kim jesteśmy! - krzyknąłem z 

entuzjazmem. - Niezwyciężonymi szczurami! To 
duma i zaszczyt być niezwyciężonym szczurem!

Potakująco pochylił głowę i powiedział:
- Zgadzam się. A teraz zaschło mi w gardle od 

mówienia i zastanawiam się, czy mógłbyś mi pomóc z 
tymi skomplikowanymi urządzeniami. Da się jakoś 
wydostać z tego podwójny napój wiśniowy?

Zwróciłem się w stronę wydającej głuche odgłosy 

i furkoczącej maszynerii.

- Da się, z przyjemnością pokażę ci, gdzie każda z 

tych maszyn ma przycisk do testowania. Jeśli 
przyjrzysz się bliżej, to jest ten na saturatorze. 
Najpierw musisz go przekręcić, a potem możesz 
włączyć saturator z drugiej strony. Na każdym jest 
nalepka i nazwa. Zobacz, tu jest napój wiśniowy. Po 
prostu dotykasz i... już jest.

Pojemnik z furkotem wypadł na podstawkę i 

Hetman go wziął. Zaczął pić. Nagle zamarł i kącikiem 
ust wyszeptał:

- Właśnie zauważyłem, że jest tu okno i jakaś 

młoda dama mi się przygląda...

background image

- Nie ma się czego bać - zapewniłem go. - Okno 

jest zrobione z jednostronnego szkła. Ona po prostu 
podziwia swoją twarz. To okienko inspekcyjne, żeby 
można było obserwować klientów.

- Naprawdę? A tak, racja! Ależ to żarłoczny 

tłumek. Muszę przyznać, że gdy patrzę, jak 
przeżuwają, to czuję, jak burczy mi w brzuchu.

- Nie ma sprawy. Są przecież kontrolki jedzenia. 

Ta najbliższa jest od MacKrólikburgerów, jeśli je 
lubisz.

- Po prostu ubóstwiam.
- A więc proszę.
Wyciągnąłem parującą paczkę, 

charakterystycznie ozdobioną oczami jak paciorki i 
puszystym ogonem i podałem mu. Aż przyjemnie było 
patrzeć, jak je. Ale zdążyłem oderwać się od tego 
widoku, zanim zapomniałem wrzucić monetę w otwór 
na tylnej ściance opancerzonego pojemnika na 
monety.

Hetman ze zdziwieniem podniósł wzrok. Gdy 

tylko przełknął, powiedział:

- Płacisz!? Myślałem, że jesteśmy bezpiecznie 

ukryci w tym degustacyjnym raju z darmowym 

background image

jedzeniem i piciem na każde zawołanie, dzień i noc.

- Ależ jesteśmy - zapewniłem go. - Te pieniądze 

są skradzione i ja dla dobra ekonomii po prostu z po-
wrotem wprowadzani je do obiegu. Ale w działalności 
MacSwineyów nie ma zaniedbań. Każdy kawałeczek 
świńskiej tkanki, każdy odprysk lodu jest liczony. 
Kiedy mechanik sprawdza maszyny, odpowiada za 
każdy dostarczony produkt. Komputer sklepowy 
śledzi każdą sprzedaż. Wszystkie pieniądze są 
codziennie zabierane z sejfu w zewnętrznej ścianie, 
który jest również automatyczny. Opancerzona 
furgonetka podjeżdża tyłem, dokładnie gdy 
odblokowuje się zamek czasowy. Po wprowadzeniu 
szyfru otwierającego wybiera się pieniądze. Jeśli więc 
będziemy brać wszystko za darmo, rachunki wykażą 
kradzież, a to pociągnie za sobą natychmiastowe 
śledztwo. Musimy płacić za to, co bierzemy, i to do-
kładnie należną sumę. Ale ponieważ tu już nie 
wrócimy, ukradniemy wszystko w dniu wyjazdu, 
kiedy będziemy to miejsce opuszczać.

- W porządku, mój chłopcze, w porządku. 

Zmartwiłeś mnie na moment tą wymuszoną 
uczciwością. Skoro jesteś tak blisko dystrybutora, 

background image

proszę, wyciągnij mi jeszcze jeden pyszny kawałek 
Lepus Cuniculus, a ja zapłacę.

background image

15
Przypuszczam, że istnieją dziwaczniejsze miejsca 

spełniające funkcję szkolnej klasy, chociaż żadne z 
nich nie przychodzi mi do głowy. Czasami trudno 
było się nam usłyszeć wśród szczęku, syku i warkotu 
maszyn wydających jedzenie. Najhałaśliwiej było w 
czasie lunchu i obiadu, ale szczyt następował, gdy 
kończyły się lekcje w szkołach. Wtedy my także 
jedliśmy, bo trudno było rozmawiać. Próbowaliśmy 
wszystkich potraw MacSwineyów. Przez nasze gardła 
przelatywały niezliczone ilości MacKrólikburgerów, a 
za nimi mnóstwo Mrożonych Trybul. Lubiłem Hot-
Konie, aż zjadłem o jednego za dużo i wtedy 
przerzuciłem się na Świnozwierzonóżki w galarecie, a 
potem na kocie naleśniki. Hetman miał gusta 
wojskowe - smakowało mu wszystko z menu. Potem, 
kiedy przestawało być tłoczno, a my starliśmy z ust 
smak ostatniego sosu, rozwalaliśmy się wygodnie i 
wracaliśmy do mojej nauki. Kiedy doszliśmy do 
przestępstw komputerowych, dowiedziałem się, czym 
przez ostatnie dziesięciolecie się zajmował Hetman.

- Daj mi komputer, a zawładnę światem - 

powiedział, a w jego głosie zabrzmiał taki autorytet, iż 

background image

uwierzyłem, że naprawdę by mógł.

- Kiedy byłem młody, lubowałem się we 

wszelkiego rodzaju działaniach mających na celu 
zabawiane obywateli tej planety. To była radość; 
przechwycić w drodze dostawę gotówki i zastąpić 
paczki banknotów karteczką z moim znakiem. Nigdy 
nie odgadli, jak to robiłem...

- A jak to robiłeś?
- Mówiliśmy o komputerach.
- Choć ten jeden raz pozwól sobie na dygresję, 

błagam cię. Obiecuję, że zastosuję twoją technikę. A 
jeżeli mi pozwolisz, zostawię nawet jedną z twoich 
wizytówek.

- To wyśmienity pomysł; zabić obecnej generacji 

gliniarzy takiego ćwieka, jak ja ich poprzednikom. 
Przedstawię ci sytuację, a ty spróbuj odgadnąć, jak to 
zrobiłem. W Centralnej Mennicy, dobrze strzeżonym 
i starym budynku z dwumetrowej grubości 
kamiennymi ścianami, znajdują się gigantyczne sejfy 
pełne miliardów dolców. Kiedy ma się odbyć przewóz, 
strażnicy i urzędnicy napełniają metalowy pojemnik, 
który jest następnie w obecności wszystkich 
zamykany na klucz i plombowany. Na zewnątrz 

background image

budynku czeka konwój gliniarzy i wszyscy oni pilnują 
jednego opancerzonego samochodu. Na podany 
sygnał samochód parkuje tyłem do pancernych drzwi 
dostawczych. W środku budynku otwiera się 
wewnętrzne, także stalowe drzwi i umieszcza 
pojemnik w opancerzonym przedsionku. Trzeba 
zapieczętować wewnętrzne drzwi, zanim będzie 
można otworzyć zewnętrzne. Potem pojemnik 
podróżuje w opancerzonym samochodzie na stację 
kolejową i zostaje umieszczony w opancerzonym 
wagonie. Ten ma tylko jedne drzwi zamykane na 
klucz, zaplombowane i oplecione czujnikami 
niezliczonej ilości alarmów. W każdym wagonie jest 
specjalny przedział dla strażników i tak cały 
transport mknie do potrzebującego dolców miasta. 
Tam czeka już następny opancerzony samochód. 
Wciąż zaplombowany pojemnik jest wyjmowany, 
umieszczany w samochodzie i zabierany do banku. 
Tam go otwierają i jak się okazuje... zawiera jedynie 
moją wizytówkę.

- Cudowne!
- Byłbyś łaskaw wyjaśnić, jak to zrobiłem?
- Byłeś jednym ze strażników w pociągu...

background image

- Nie.
- Albo prowadziłeś opancerzony samochód...
- Nie.
Łamałem sobie tak głowę przez godzinę, aż 

wreszcie się zlitował i wyjaśnił:

- Wszystkie twoje sugestie mają swoje zalety, ale 

są niebezpieczne. Jesteś dużo bardziej „fizyczny", niż 
ja kiedykolwiek byłem. W swoich działaniach zawsze 
wolałem mózg niż muskuły. Powodem, dla którego 
wcale nie musiałem się włamywać do pojemnika i 
wyciągać z niego pieniędzy, jest to, że pojemnik w 
chwili opuszczenia Mennicy był pusty. A raczej był 
obciążony cegłami i moją wizytówką. Czy teraz 
potrafisz zgadnąć, jak to zrobiłem?

- Pieniądze wcale nie opuściły budynku - 

zamruczałem, próbując zmusić swój mózg do 
myślenia. - Ale były załadowane do pojemnika, 
pojemnik wsadzony do ciężarówki...

- Zapominasz o czymś...
Strzeliłem palcami i skoczyłem na równe nogi.
- Ściana, oczywiście, to musiała być ściana! 

Naprowadziłeś mnie na trop, a ja byłem taki tępy. 
Ściana, z kamienia, dwumetrowej grubości!

background image

- Dokładnie tak. Dostanie się do niej zajęło mi 

cztery miesiące. Zużyłem przy tym trzy roboty, ale w 
końcu mi się udało. Najpierw kupiłem budynek po 
drugiej stronie ulicy, naprzeciw mennicy i zrobiliśmy 
pod nim tunel. Tylko kilofem i szpadlem. Bardzo 
wolno i bardzo cicho. Potem w górę przez 
fundamenty budynku i do wnętrza ściany, która, jak 
się okazało, składała się z warstwy zewnętrznej i 
wewnętrznej kamiennej, a w środku, zgodnie z 
budowlanym zwyczajem, była wypełniona gruzem. 
Mechanizm, który tam zainstalowałem, podmieniał 
pojemniki w ciągu jednej i pięciu setnych sekundy. 
Wewnętrzne drzwi musiały być zamknięte, zanim 
można było otworzyć zewnętrzne. Dawało to 
wystarczająco dużo czasu, prawie trzy sekundy, żeby 
podmiana się udała. Nigdy nie zgadli, jak to zrobiłem. 
Mechanizm ciągle tam jest. Ale ta operacja była źle 
zaplanowana. Mam na myśli podkop. Przestępstwa 
komputerowe to zupełnie coś innego. To głównie 
ćwiczenia intelektualne.

- Ale czy kradzież komputerowa jest obecnie 

możliwa przy szyfrach i blokadach?

- To, co można zaszyfrować i zablokować, można 

background image

też odszyfrować i odblokować. Bez pozostawienia 
śladu. Dam ci kilka przykładów. Zacznijmy od 
banku. Oto, na czym rzecz polega. Powiedzmy, że 
masz tam osiem tysięcy dolców na rachunku 
oszczędnościowym, oprocentowanym na 8% w 
stosunku rocznym. Bank co tydzień bilansuje twoje 
konto. Co oznacza, że w końcu pierwszego tygodnia 
powiększa twoje saldo o 0,0015384% i dodaje tę sumę 
do twego salda. Saldo wzrosło o 12,3 dolca. Zgadza 
się? Sprawdź to na kalkulatorze.

Wystukałem zadanie na kalkulatorze i wyszedł 

mi ten sam wynik.

- Dokładnie 12 dolców i 30 centów zysku - 

odparłem dumnie.

- Źle - powiedział wzdychając. - Zysk wynosił 12 

przecinek 3072 dziesięciotysięcznych, nieprawdaż?

- No, niby tak, ale nie można dodać do czyjegoś 

konta 72 setnych centa, prawda?

- Nie jest to łatwe, bo rachunki finansowe są 

prowadzone do dwóch miejsc po przecinku. Ale to 
właśnie w kwestii dokładności w rozliczeniach bank 
ma wybór. Może zaokrąglić wszystkie dziesiętne 
powyżej 0,005 w górę do centa, a poniżej 0,0049 w dół 

background image

do zera. Pod koniec dziennych operacji przeciętna 
zaokrągleń w górę i w dół będzie zbliżona do zera, 
wiec bank na tym nie straci. Albo, co jest powszechnie 
praktykowane, bank może odrzucić wartości po 
pierwszych dwóch zerach po przecinku i w ten sposób 
uzyskiwać mały, ale stały profit. Mały w skali banku, 
ale bardzo duży dla jednostki. Jeśli ustawi się 
komputer banku tak, żeby wszystkie zaokrąglenia w 
dół składał na jedno konto, to pod koniec dnia bilans 
wykaże poprawne saldo na rachunku banku i na 
rachunku klientów. I wszyscy będą zadowoleni.

Jak zwariowany wystukiwałem obliczenia na 

kalkulatorze i na widok wyników aż zarechotałem z 
radości.

- Dokładnie tak. Wszyscy są zadowoleni, 

włącznie z właścicielem konta, na które wpływają te 
zaokrąglenia. Bo nawet jeśli ściąga się tylko pół centa 
z dziesięciu tysięcy kont, zysk wynosi około 
pięćdziesięciu dolarów!

- Dokładnie. Ale duży bank będzie miał sto razy 

więcej kont. Co daje, jak wiem ze szczęśliwego 
doświadczenia, pięć tysięcy dolców jako tygodniowy 
dochód temu, kto zmontuje ten szwindel.

background image

- I to jest najmniejszy i najprostszy przykład 

twoich komputerowych kawałów - spytałem 
stłumionym głosem.

- Tak. A kiedy dochodzi się do dużych systemów 

bankowych, sumy stają się nieprawdopodobne. To 
przyjemność działać na tym poziomie. Bo gdy jest się 
ostrożnym i nie zostawia śladów, korporacje nie mają 
pojęcia, że zostały zrobione w konia. Nie chcą tego 
przyjąć do wiadomości, nie chcą nawet w to uwierzyć, 
dopóki nie staną twarzą w twarz z oczywistym 
dowodem. Bardzo trudno jest udowodnić 
przestępstwo komputerowe. To bardzo przyjemne 
hobby dla kogoś w moim, dojrzałym wieku. Dzięki 
temu mam cały czas co robić, no i jestem 
nieprzyzwoicie bogaty. Nigdy mnie nie złapali. No 
tak, poza tym jedynym razem... Westchnął ciężko, a 
ja się zawstydziłem.

- To moja wina! - krzyknąłem. - Jeślibym nie 

próbował się z tobą skontaktować, nigdy byś się nie 
wdał w te historie z Federalką.

- Nie wiń się za to, Jim. Źle oceniłem ich 

urządzenia zabezpieczające, które są o wiele bardziej 
wyrafinowane niż te, z którymi dotąd miałem do 

background image

czynienia. To był mój błąd i z pewnością za niego 
zapłaciłem. Ciągle płacę. Nie pomniejszam zalet 
bezpieczeństwa tej naszej kryjówki, ale to jedzenie 
może się po pewnym czasie trochę przejeść. A może 
tobie to nie przeszkadza?

- To jest normalne jedzenie mojego pokolenia.
- Oczywiście. Nie pomyślałem o tym. Konia nigdy 

nie znudzi trawa, a świniozwierz przez wieki będzie 
chciwie chłeptał swoje pomyje.

- A ty na pewno mógłbyś przez najbliższe sto lat 

wcinać homary i pić szampan.

- Trafnie to ująłeś, mój chłopcze. Jak myślisz, jak 

długo jeszcze tu pozostaniemy? - odsunął od siebie nie 
dojedzoną porcję chrupek.

- Wydaje mi się, że jeszcze co najmniej dwa 

tygodnie. Wzdrygnął się.

- To dla mnie dobra okazja do zrzucenia wagi.
- Do tej pory obława osłabnie - ciągnąłem. - 

Chociaż jeszcze przez pewien czas będziemy musieli 
unikać publicznych środków transportu. Jednak 
przygotowałem już pewien środek transportu.

- Czy wolno mi spytać jaki?
- Łódkę, czy raczej kabinowy stateczek 

background image

wycieczkowy na rzecze Sticks. Jakiś czas temu 
kupiłem go pod szyldem pewnej spółki. Znajduje się 
on teraz w porcie, tuż za Billville.

- Doskonale! - z radością zatarł ręce i 

rozpromienił się. - Koniec lata, podróż na południe, 
wieczorami smażony zębacz, chłodzące się w prądzie 
rzeki butelki wina, steki w nadbrzeżnych 
restauracyjkach.

- A dla mnie zmiana płci.
Na to oświadczenie aż wytrzeszczył oczy i 

odetchnął z ulgą, gdy mu wyjaśniłem:

- Na pokładzie, gdy będę widoczny z brzegu, 

będę się ubierał jak dziewczyna, przynajmniej dopóki 
się stąd nie oddalimy.

- Świetnie. A ja powinienem zrzucić trochę wagi. 

Tutaj nie będzie mi trudno zacząć dietę. Zapuszczę 
wąsy, brodę i ufarbuję znów włosy na czarno. To jest 
coś, na co warto poczekać. Czy możemy zatem 
przeznaczyć na to nie dwa tygodnie, ale powiedzmy, 
miesiąc? Jeśli nie będę jadł, to mogę wytrwać tyle 
czasu uwięziony w tym kulinarnym getcie. Dzięki tym 
dodatkowym tygodniom będę miał lepszą figurę i 
dłuższe włosy i wąsy.

background image

- Jeśli tak uważasz, ja też mogę to znieść.
- A więc postanowione. A teraz większość czasu 

będziemy spędzać na twojej komputerowej edukacji, 
dobrze? Dziś zajmiemy się RAM, ROM i PROM.

Byłem tak zajęty nauką, że nie przeszkadzało mi 

nawet skwierczenie smażonych na ruszcie 
świniozwierzoburgerów. A poza tym ciągle jeszcze 
mogłem je jeść. Im bardziej rosło moje zrozumienie 
różnych możliwości nielegalnej działalności w naszym 
społeczeństwie, tym bardziej ubywało ciała mojemu 
kompanowi. Chciałem wyjechać wcześniej, ale 
Hetman nie dał się namówić na zmianę.

- Jeśli raz obmyśli się plan, należy się go trzymać 

do końca. Zmiany są wskazane tylko wtedy, gdy 
zmieniają się okoliczności zewnętrzne. Człowiek jest 
zwierzęciem rozumującym, a żeby zostać rozumnym, 
potrzebuje trochę treningu. Zawsze można znaleźć 
powody, żeby zmienić plan działania.

Zadrżał, kiedy maszyny ruszyły z nagłym 

warkotem. Właśnie skończyły się lekcje w szkołach. 
Hetman sięgnął do kieszeni i skreślił kolejny dzień w 
swoim kalendarzyku.

- Dobrze zaplanowana akcja musi się udać, jeśli 

background image

coś do niej wtrącisz, możesz wszystko zepsuć. Nasz 
plan jest dobry. I przy nim pozostaniemy - zakończył.

Kiedy w końcu nadszedł ostatni dzień, Hetman 

był dużo szczuplejszy i bardziej stanowczy. Przeszedł 
przez próbę kulinarnego piekła, co go zahartowało. 
Ja natomiast mocno utyłem. Wszystko dobrze 
zaplanowaliśmy, spakowaliśmy swoje rzeczy, 
wyczyściliśmy sejf z dolców i usunęliśmy wszelkie 
ślady naszej bytności. Na koniec usiedliśmy, w 
milczeniu spoglądając na zegarki.

Zabrzmiał alarm i zerwaliśmy się na równe nogi, 

uśmiechając się radośnie.

Wyłączyłem brzęczyk, a Hetman otworzył drzwi 

chłodni. Gdy przekręcił się klucz w zewnętrznym 
zamku, zamknęliśmy je za sobą. Stojąc i drżąc w 
zamrażarce MacSwineyów, usłyszeliśmy, jak 
mechanik wchodzi do opuszczonego przez nas 
pomieszczenia.

- Poznajesz? - szepnąłem. - Reguluje dystrybutor 

lodu na saturatorze z napojeni wiśniowym. Śmieszny 
dźwięk, nie?

- Wolę nie dyskutować o zawartości tej galerii 

obrzydlistw. Czy nie czas już wyjść?

background image

- Czas - otworzyłem zewnętrzne drzwi i aż 

zamrugałem oszołomiony tak długo niewidzianym 
światłem dziennym. Poza dostawczą furgonetką ulica 
była pusta.

- Idziemy.
Wymknęliśmy się i zatrzasnąłem drzwi. 

Powietrze było słodkie, świeże i wolne od kuchennych 
smrodów. To było coś niesamowitego! Kiedy Hetman 
zajął się furgonetką, ja wsunąłem dwa kliny w drzwi 
od naszego pokoiku kulinarnych horrorów. Jeśli 
mechanik próbowałby wyjść z niego przed upływem 
odpowiedniego czasu, te drobiazgi skutecznie mu to 
utrudnią. Potrzebowaliśmy tylko piętnastu minut.

Gdy się odwróciłem, Hetman otworzył już drzwi 

furgonetki. Dał nura na tył, miedzy skrzynie z 
częściami zamiennymi, a ja zapaliłem silnik.

Reszta poszła równie łatwo. Zostawiłem 

Hetmana razem z naszymi rzeczami na ławce w 
pobliżu portu. Mój towarzysz usiadł i wystawił twarz 
do słońca. Porzucenie skradzionego samochodu na 
parkingu najbliższego sklepu alkoholowego było 
błahostką.

Następnie spacerkiem, bez pośpiechu, poszedłem 

background image

nad rzekę i dołączyłem do Hetmana.

- To ta biała łódź, tam - wskazałem, jednocześnie 

drugą ręką poprawiając wąsy. - Cały port jest w pełni 
zautomatyzowany. Wezmę ją i podpłynę tutaj.

- I zacznie się nasza wycieczka! - odpowiedział z 

radosną iskierką w oku.

Zostawiłem go siedzącego w słońcu, a sam 

poszedłem do przystani, żeby wprowadzić dokumenty 
łodzi do robota dyżurnego.

- Dzień dobry - zapiszczał cieniutkim głosikiem. - 

Życzysz sobie odebrać kabinową łódź wycieczkową 
„Fartowna Forsa". Baterie zostały naładowane na 
sumę dwunastu dolców. Koszty przechowania...

I dalej tak wymieniał, czytając na głos wszystkie 

opłaty, które były wyraźnie wypisane na ekranie 
monitora, zapewne robił to dla klientów, którzy nie 
potrafią czytać. Nic nie mogłem na to poradzić. 
Stałem na jednej nodze, potem na drugiej, aż wreszcie 
skończył i mogłem wrzucić monety. Maszyna 
zagruchotała i wypluła pokwitowanie. Nadal 
spacerkiem podszedłem do łodzi, wrzuciłem kwit w 
szczelinę słupka cumowniczego i zaczekałem na 
wytęskniony trzask otwierającego się łańcucha. Kilka 

background image

sekund później byłem już na rzece i kierowałem się 
ku samotnej postaci na brzegu.

Już nie samotnej! Obok siedziała dziewczyna. 

Pokręciłem się trochę wzdłuż brzegu, a ona wciąż tam 
była. Hetman siedział pochylony i nie dawał mi 
żadnego znaku. Jeszcze raz zawróciłem, ale widok 
policyjnej motorówki patrolującej nabrzeże sprawił, 
że klnąc podpłynąłem do brzegu. Dziewczyna wstała, 
pomachała do mnie i krzyknęła:

- Jako żywo, to przecież mały Jimmy diGriz. Cóż 

za cudowna niespodzianka!

background image

16
Ostatnio w moim życiu było stanowczo zbyt wiele 

takich chwil jak ta. Podpływając łodzią do brzegu, 
przyjrzałem się dziewczynie bliżej. Znała mnie, wiec i 
ja powinienem ją znać. Świetnie się prezentowała, jej 
kształty wspaniale wypełniały bluzkę. Te malinowe 
usta... To ona! - obiekt mych najgorętszych marzeń.

- Czy to ty, Beth? Beth Naratin?
- Jak to ślicznie z twojej strony, że mnie 

pamiętasz!

Miałem właśnie wyskoczyć na brzeg z liną 

cumowniczą, ale Beth wzięła ją ode mnie i 
przywiązała do pachołka. Ponad jej ramieniem 
zobaczyłem, jak motorówka policyjna mija nas i 
płynie dalej. Potem spojrzałem na Hetmana, który po 
prostu wzniósł oczy ku niebu, a Beth powiedziała:

- Powiedziałam sobie, Beth, to nie może być 

Jimmy diGriz, ten co wysiada z tej starej furgonetki 
MacSwineyów i ma takie słodkie, małe wąsiki. To nie 
Jimmy, o którym tak często ostatnio mówili w 
wiadomościach. Ale jeśli to on, czemóż bym miała nie 
polecieć za nim w imię naszej dawnej znajomości? A 
potem zobaczyłam, jak rozmawiasz tu z tym miłym 

background image

dżentelmenem, zanim poszedłeś na przystań, więc 
zmieniłam zdanie i postanowiłam poczekać tu, aż 
wrócisz. Wybierasz się w podróż, prawda?

- Nie, nie w podróż, po prostu na małą, 

jednodniową wycieczkę w górę rzeki i z powrotem. 
Miło cię znowu widzieć, Beth.

To była jedyna miła strona tego wszystkiego. 

Mam na myśli patrzenie na nią. Obiekt mej dziecięcej 
czci. Opuściła szkołę wkrótce potem, jak ja do niej 
przyszedłem, ale trudno ją było zapomnieć. Cztery 
lata starsza ode mnie, prawdziwie dojrzała kobieta. 
To by znaczyło, że teraz ma dwadzieścia jeden lat. 
Była gospodynią klasy i Królową Piękności Roku. Nie 
bez powodu. Teraz, mimo swego wieku, ciągle jeszcze 
była niekiepska. Moje wspomnienia przerwał jej głos:

- Nie wydaje mi się, żebyś był zbyt 

prawdomówny, Jimmy. Założę się, że ze wszystkimi 
tymi torbami wybierasz się w dłuższą podróż. Na 
twoim miejscu uważałabym dłuższą podróż za 
całkiem niezły pomysł.

Czyż przy ostatnich słowach zabrzmiał w jej 

głosie twardy ton? Czego ona chce? Nie mogliśmy tu 
tkwić zbyt długo. Jasno przedstawiła swe zamiary 

background image

wskakując na pokład.

- Zawsze się znajdzie miejsce dla jednej osoby 

więcej! - krzyknęła radośnie i usiadła na dziobie. 
Zszedłem na brzeg i zabrałem torby. Szepnąłem do 
Hetmana:

- Ona mnie zna. Co robimy? Westchnął w 

odpowiedzi.

- Niewiele możemy zrobić. Chwilowo mamy 

pasażerkę. Proponuję zastanowić się nad tym 
problemem w drodze. W końcu i tak nie mamy 
wyboru.

Niestety, to prawda. Podałem mu nasze rzeczy i 

wziąłem się za rozplątywanie straszliwego supła, 
który Beth zawiązała na pachołku. Wypchnąłem nogą 
„Fartowną Forsę", wskoczyłem na pokład i wziąłem 
w ręce kierownice. Hetman zniósł torby na dół, a ja 
włączyłem silnik i skierowałem łódź w dół rzeki. 
Oddaliliśmy się od Billville i MacSwineyów i Prawa.

Ale nie od Beth. Leżała rozciągnięta na pokładzie 

z podwiniętą spódnicą, abym mógł podziwiać 
cudowną długość jej nóg. Co też robiłem. Obróciła się 
i uśmiechnęła, wyraźnie czytając w moich myślach. W 
tym momencie zrezygnowałem z zamiaru przebrania 

background image

się za dziewczynę. Wyobraziłem sobie, jakie kpiny 
towarzyszyłyby tej przemianie, i zezłościło mnie to 
wszystko.

- Dobra, Beth, wyduś to z siebie wreszcie - powie-

działem, przenosząc wzrok z jej ciała na czyste wody 
rzeki.

- O co ci chodzi?
- Skończ z tymi gierkami. Oglądałaś wiadomości, 

sama mówiłaś. Więc wiesz o mnie.

- Oczywiście, że tak. Wiem, że obrabiałeś banki i 

uciekłeś z więzienia. Ale to mi nie przeszkadza. Sama 
miałam drobniutkie kłopoty, więc kiedy zobaczyłam 
ciebie, a potem tę łódź, domyśliłam się, że musisz mieć 
pieniądze. Być może, mnóstwo pieniędzy. Więc z 
radością wykorzystałam okazję, żeby zabrać się z 
tobą w tę podróż. Czyżby cię to nie cieszyło?

- Nie - udało mi się nie spojrzeć na jej nogi. - 

Mam trochę odłożonych pieniędzy. Jeślibym ci trochę 
dał i wysadził na brzeg...

- Pieniądze tak. Brzeg nie. Nie mam już zamiaru 

oglądać ani JEGO, ani Billville. Teraz chcę zobaczyć 
świat, a ty będziesz za to płacił.

Ułożyła się z rękami pod głową, z uśmiechem 

background image

napawając się słońcem. Popatrzyłem na nią ponuro i 
pomyślałem o trzech czy czterech ciosach, które by 
złamały tę delikatną szyjkę...

Nie wolno nawet tak żartować! Ten problem 

można rozwiązać bez przemocy. Z warkotem 
płynęliśmy przed siebie, rozpruwając wodę dziobem. 
Billville było już za nami, a przed nami na brzegach 
rzeki rozpościerały się zielone pola. Hetman wyszedł 
na pokład i usiadł obok mnie. W towarzystwie Beth 
nie mieliśmy sobie wiele do powiedzenia.

Płynęliśmy tak w milczeniu przez ponad godzinę, 

aż pojawiła się przed nami przystań przy dużym 
domu towarowym. Beth poruszyła się i usiadła, 
przeczesując palcami swe wspaniałe blond włosy.

- Wiecie, jestem głodna. Założę się, że wy też. 

Może podpłyniecie tam, a ja wyskoczę na brzeg i 
przyniosę nam coś do jedzenia i parę piw. Czyż to nie 
świetny pomysł?

- Wspaniale! - przytaknąłem. Ona pójdzie do 

sklepu, a my dodamy gazu i odpłyniemy.

- Jestem spłukana - uśmiechnęła się. - Bez grosza. 

Jeśli dacie parę dolców, kupię lunch. Myślę, że tysiąc 
wystarczy.

background image

Uśmiech słodkiej, małej dziewczynki nie zniknął 

z jej twarzy, gdy to mówiła. Zastanowiłem się, jakiego 
to rodzaju miała kłopoty. Może wymuszanie 
pieniędzy i szantaż... Z pewnością miała do tego 
kwalifikacje. Sięgnąłem głęboko do portfela.

- Ładnie z twojej strony - powiedziała, z 

roziskrzonymi oczami przebierając palcami zwitek 
banknotów. - To mi nie zajmie dużo czasu. I wiem, że 
tu będziesz, Jimmy, razem ze swym przyjacielem. 
Czyż jego także nie widziałam w wiadomościach?

Patrzyłem ponuro na ruchy jej ślicznego zadka, 

gdy potruchtała w kierunku sklepu.

- Ale nas uziemiła - powiedział Hetman ponuro.
- Uziemiła, złupiła i dała w kość. Co teraz 

zrobimy?

- W tej chwili dokładnie to, co powiedziała. Poza 

zabiciem jej mamy bardzo mały wybór. Ale ja nie 
uznaję zabijania.

- Ani ja. Chociaż po raz pierwszy poczułem 

pokusę.

- Co o niej wiesz?
- Nic. Przecież ostatni raz widziałem ją w szkole. 

Mówi, że ma kłopoty, ale nie wiem, o co chodzi. 

background image

Pokiwał głową w zamyśleniu.

- Sprawdzę ją, kiedy dostaniemy się do jakiegoś 

komputera. Jeśli jest notowana przez policję, mogę ją 
załatwić.

- Czy to nam pomoże?
- Nie mam pojęcia, drogi chłopcze. Możemy 

jedynie spróbować. A na razie musimy jak najlepiej 
wykorzystać tę sytuację. Na szczęście jesteśmy już 
daleko od pałacu wieprzowiny i od naszych 
prześladowców. Dopóki ta kreaturka bierze od nas 
pieniądze, jesteśmy bezpieczni. Na razie. I musisz 
przyznać, że jest dosyć dekoracyjna.

Na to nie miałem odpowiedzi. Mogłem jedynie 

siedzieć z posępną miną i czekać na powrót naszej 
nieproszonej pasażerki.

Po lunchu ruszyliśmy w dalszą podróż w dół 

rzeki. Zmęczona poranną kąpielą Beth zeszła pod 
pokład, żeby uciąć sobie drzemkę. Hetman chciał 
mnie zmienić przy sterze, więc pokazałem mu 
podstawowe kontrolki i oznaczenia nawigacyjne. 
Mieliśmy sobie niewiele do powiedzenia. Ale dużo 
myśleliśmy. Po południu obiekt naszych zawziętych 
rozmyślań wyszedł na pokład.

background image

- Jakiż to rozkoszny mały stateczek. - 

wyszczebiotała - Rozkoszniuteńki pokoik dla 
dziewczynki, malutka kucheneczka i w ogóle. Ale 
tylko dwa łóżeczka. Jakim cudem będziemy wszyscy 
spać?

- Na zmianę - warknąłem, rozdrażniony tonem 

jej głosiku.

- Zawsze byłeś dowcipny, Jimmy. Sądzę, że 

najlepiej będzie, jak ja będę spała w kabinie. Ty i 
twój przyjaciel możecie się jakoś tu urządzić.

- Jakoś się tu urządzić, młoda damo, jakoś się tu 

urządzić? Jak ktoś w moim wieku ma się urządzić na 
pokładzie, gdy opuści się nocna, zimna mgła?! - 
Hetman z trudem opanowywał wściekłość, ale Beth 
zdawała się tego nie zauważać.

- Jestem pewna, że dacie sobie radę - 

powiedziała. - A teraz chciałabym się zatrzymać w 
najbliższym miasteczku, tym tam. Wyjechałam w 
takim pośpiechu, że zapomniałam wziąć swoich 
rzeczy. Ubrań, kosmetyków, rozumiecie.

- Czyż nie potrzebujesz pieniędzy, żeby to kupić? 

- zapytałem żartobliwie. Zignorowała moją cienką 
ironię i kiwnęła głową.

background image

- Wystarczy jeszcze tysiąc.
- Idę na dół - oznajmił Hetman i nie wyszedł już, 

dopóki nie przycumowałem, a ona nie odeszła. Wtedy 
przyniósł dwa piwa, wziąłem jedno i pociągnąłem 
dużego łyka.

- Wykluczamy morderstwo - powiedział dobitnie.
- Wykluczamy - przytaknąłem. - Ale to nie 

znaczy, że mamy odmówić sobie radości myślenia o 
tym. Co robimy?

- Nie możemy tak po prostu zwinąć cumy i 

odpłynąć. Za kilka minut posłałaby za nami policję i 
zgarnęła nagrodę. Musimy to wziąć pod uwagę i 
zacząć myśleć szybciej niż ona. To, że z nami 
popłynęła, było impulsem, to oczywiste. Jest chciwa i 
musimy dalej dawać jej to, czego chce. Wcześniej czy 
później stwierdzi, że ma nas dosyć i wyda nas, żeby 
dostać nagrodę. Czy jest na pokładzie coś takiego jak 
mapa?

Trzeba przyznać, że ten wielki mózg zaczął 

pracować. Nie zadając żadnych pytań, jak najszybciej 
wygrzebałem mapę.

Zaczął wodzić po niej palcem.
- Wydaje mi się, że jesteśmy tutaj, tak, dokładnie 

background image

tutaj. A tutaj, w dół rzeki, jest kwitnące miasto Val's 
Halla. Kiedy tam dopłyniemy?

Przymrużyłem oczy, żeby łatwiej określić skalę, i 

sprawdziłem odległość kciukiem.

- Możemy być tam jutro po południu, jeśli 

wcześnie wyruszymy.

Uśmiechnął się jak głodny zębacz. Równie 

szeroko i paskudnie.

- Cudownie, po prostu cudownie. To będzie 

bardzo odpowiednie.

- Odpowiednie do czego?
- Do moich planów. Które na razie zachowam dla 

siebie, bo muszę jeszcze dopracować szczegóły. Kiedy 
ona wróci, jedyne, co musisz robić, to we wszystkim, 
co powiem, zgadzać się ze mną. Teraz następna 
sprawa do uzgodnienia. Gdzie dzisiaj śpimy?

- Na brzegu rzeki - odpowiedziałem, schodząc 

pod pokład. - Nasza przyjaciółka wzięła wszystkie 
pieniądze, które miałem przy sobie, więc muszę 
sięgnąć do naszych zapasów. Zaraz kupię namiot, 
śpiwory i cały sprzęt, żebyśmy mogli wygodnie 
biwakować.

- Doskonale. Dołożę wszelkich wysiłków, żeby do 

background image

twojego powrotu plan był gotowy.

Kupiłem także kilka steków i kolekcję 

luksusowych win. Należała nam się jakaś odmiana po 
kuchni MacSwineyów. Kiedy słońce zbliżyło się do 
horyzontu, przywiązałem łódkę do rosnących na 
zielonym brzegu drzew i rozbiliśmy namiot. Hetman 
aż się oblizał na widok mięsa i oświadczył, że sam 
przygotuje obiad. Zaraz wziął się za gotowanie, a 
Beth zajęła się pielęgnacją swych paznokci, ja 
powbijałem paliki i przygotowałem materace. Kiedy 
zabraliśmy się za jedzenie, słońce było już 
pomarańczową kulą na horyzoncie.

Obiad był wspaniały. Nikt nie odezwał się 

słowem, dopóki nie skończyliśmy. Gdy zniknął ostatni 
kąsek, Hetman westchnął, uniósł szklankę i łyknął 
wina, a potem aż sapnął z zachwytu.

- Mimo iż sam go przyrządziłem, muszę 

przyznać, że ten posiłek był pełnym sukcesem.

- Zupełnie usunął mi z ust smak świniozwierza - 

przyznałem.

- Nie smakowało mi to wino. Wstrętne.
W ciemności widoczny był mglisty cień Beth. Jej 

głos oraz słowa, pozbawione oprawy wspaniałej 

background image

powierzchowności, pozostawiały wiele do życzenia. 
Ale w głębokim basie Hetmana nie było złośliwości, 
gdy odezwał się powtórnie:

- Beth, mogę nazywać cię Beth, prawda? 

Dziękuję, Beth. Jutro powinniśmy być w mieście Val's 
Halla i będę tam musiał zejść na brzeg i wpaść do 
mojego banku. Zostało nam już niewiele pieniędzy. 
Nie chciałabyś, żeby nam ich zabrakło, prawda?

- Nie, nie chciałabym.
- Tak też myślałem. A chciałabyś, żebym poszedł 

do banku i przyniósł ci stamtąd sto tysięcy dolców w 
małych banknotach?

Usłyszałem, jak sapnęła. A potem sięgnęła do 

przełącznika i włączyła światła nawigacyjne nad 
kokpitem. Z wściekłością patrzyła na Hetmana i po 
raz pierwszy przestała nad sobą panować.

- Próbujesz sobie ze mnie żartować, staruszku?
- Ależ skąd, młoda damo. Po prostu płacę za 

nasze bezpieczeństwo. Wiesz o pewnych rzeczach, o 
których, powiedzmy, lepiej nie mówić na głos. Sądzę, 
że ta suma jest dość rozsądną zapłatą za stałe 
milczenie. A ty?

Zawahała się i wybuchnęła śmiechem.

background image

- Oczywiście. Gdy będę miała te pieniądze w 

ręku, mogę nawet zastanowić się, czy nie pozwolić 
wam kontynuować tej podróży bez mojego 
skromnego towarzystwa.

- Jak sobie życzysz, kochanie, jak sobie tylko 

życzysz.

I więcej już na ten temat nie wspomniał. 

Wkrótce poszliśmy spać, bo był to dla nas wszystkich 
meczący dzień. Beth zajęła łódź, a my namiot. Kiedy 
wróciłem po zamontowaniu alarmów dla pewności, że 
łódź będzie rano w tym samym miejscu. Hetman już 
chrapał. Tuż przed zaśnięciem uświadomiłem sobie, 
że niezależnie od tego, co zaplanował, mamy 
przynajmniej jeden dzień wolności przed sobą, zanim 
Beth zdecyduje się skontaktować z policją. Chrapka 
na te pieniądze zapewni jej milczenie. Zapadając w 
drzemkę zdałem sobie sprawę, że Hetman z 
pewnością właśnie tak to zaplanował.

Nie zważając na protesty dobiegające z kabiny, z 

warkotem wypłynęliśmy na rzekę na godzinę przed 
świtem. Beth pojawiła się na pokładzie kwadrans 
później. Złość szybko jej przeszła, gdy Hetman zaczął 
mówić, jaki zysk mogą przynieść dobrze 

background image

zainwestowane dolce. Kilkakrotnie wspomniał o 
dobrach konsumpcyjnych, które wkrótce będzie 
mogła nabyć, i ogólnie czarował ją jak wąż królika. 
Nie miałem pojęcia, jakie miał zamiary, ale świetnie 
się bawiłem.

Po południu zacumowałem na przystani przy 

kanale przecinającym Val’s Halla. Byliśmy bliziutko 
centrum i Hetman przeczesawszy brodę i 
podkręciwszy wąsy, zgrabnie przedzierzgnął się w 
biznesmena.

- To nie zajmie mi dużo czasu - powiedział i 

poszedł. Beth patrzyła za nim, cała w radosnym 
oczekiwaniu.

- On naprawdę jest tym gościem, którego 

nazywają Hetmanem? - zapytała, gdy już poszedł.

- Nic o tym nie wiem.
- Daj sobie spokój z tymi gadkami. Widziałam 

film na 3V, jak ktoś go odbił. Jakiś drobny facet z 
wąsami. To musiałeś być ty.

- Dużo jest wąsaczy na świecie.
- Nigdy bym nie pomyślała, gdy widziałam cię w 

szkole, że tak skończysz.

- Ja też nie podejrzewałem, że ty tak skończysz. 

background image

Podziwiałem cię z daleka.

- Jak każdy dojrzewający chłopak w naszej 

szkole. Nie myśl, że o tym nie wiedziałam. Śmieliśmy 
się z tego, on będąc nauczycielem i w ogóle...

Przerwała i spojrzała na mnie ponuro. 

Uśmiechnąłem się słodko i zszedłem na dół, żeby 
zmyć tak starannie przez nią zignorowane naczynia 
po obiedzie i śniadaniu. Właśnie kończyłem, gdy z 
brzegu doszedł mnie okrzyk:

- Ahoj na łodzi! Wolno wejść na pokład?
Na nadbrzeżu portu stał Hetman, olśniewający i 

wspaniały. Jego nowy garnitur musiał kosztować 
niezłą fortunkę. Walizka, którą uniósł do góry, 
wyglądała na zrobioną z prawdziwej skóry, a złote 
okucia błyszczały w słońcu. Oczy Beth przypominały 
spodki. Hetman wszedł na pokład i mrugnął do nas 
konspiracyjnie.

- Zejdźmy na dół, zanim wam pokażę, co jest w 

środku. Lepiej, żeby nikt tego nie widział.

Beth poszła pierwsza, a on przyciskał walizkę do 

piersi, dopóki nie zamknąłem drzwi na klucz. Potem 
zmiótł papiery ze stołu na podłogę, na środku położył 
walizkę. Z denerwującą dokładnością przekręcił 

background image

klucz w zamku i otworzył...

Nawet na mnie zrobiło to wrażenie. Było tam 

dużo więcej niż sto tysięcy. Beth wpatrywała się w nie, 
a potem sięgnęła i rozerwała plik tysiącdolcowych 
banknotów.

- Prawdziwe? Czy są prawdziwe? - spytała.
- Z gwarancją prosto z mennicy. Osobiście tego 

dopilnowałem.

Gdy ona wpatrywała się w pieniądze jak 

urzeczona, Hetman rzekł do mnie:

- A teraz, Jim, czy mógłbyś wyświadczyć mi 

przysługę? Poszukaj, proszę, kawałka liny lub sznura. 
Z pewnością wiesz, co się do tego najbardziej nada! I 
proszę o absolutną ciszę, gdy będziesz wiązał tę 
dziewczynę tak, żeby nie mogła się poruszyć.

Ja czegoś takiego oczekiwałem, ona nie. Właśnie 

otwierała usta do krzyku, gdy chwyciłem jej 
filigranową szyjkę i mocno ścisnąłem tuż pod uszami.

background image

17
Z dużą radością pociąłem koc na paski i 

związałem te delikatne przegubiki u rąk i nóg. 
Właśnie przykładałem jej do ust przylepiec, kiedy 
oprzytomniała i spróbowała krzyknąć. Zabrzmiało to 
jak stłumione kwilenie warchlaka świniozwierza.

- Czy może z tym normalnie oddychać? - zapytał 

Hetman.

- Bez problemu. Widzisz ten błysk w jej oku i 

wściekłe falowanie tych wspaniałych piersi? To 
znaczy, że oddycha przez nos. A teraz czy mógłbyś 
wyjaśnić, o co w tym wszystkim chodzi?

- Pozwól, proszę, na pokład.
Zaczekał, aż drzwi się zamknęły i dopiero wtedy 

odezwał się, zacierając ręce z radości:

- Już po naszych kłopotach, chłopcze. 

Wiedziałem o tym, gdy tylko spojrzałem na mapę. 
Dwie rzeczy dotyczące tego miłego miasta upewniły 
mnie o tym. Jedna to bank, oddział Trustu 
Galaktycznego, gdzie mam konto, dość, jak widziałeś, 
pokaźne. A druga interesująca nas rzecz to fakt, że 
jest tu port kosmiczny.

Przez kilka sekund łamałem sobie nad tym 

background image

głowę, a mój ślimaczy umysł z mozołem dodawał dwa 
do dwóch. A potem tak mocno rozdziawiłem szczęki, 
że z trudem mogłem mówić.

- Masz na myśli, że my... opuszczamy tę planetę? 

Przytaknął i wyszczerzył w uśmiechu zęby.

- Dokładnie tak. Ten mały świat stał się dla nas 

zbyt ciepły. A będzie jeszcze cieplejszy, gdy ktoś 
uwolni naszą przyjaciółeczkę. Do tego czasu 
powinniśmy strzepnąć z butów pył Rajskiego Zakątka 
i znaleźć się o lata świetlne stąd. Czy nie mówiłeś mi, 
że chcesz podróżować?

- Mówiłem, oczywiście, ale czy nie ma kontroli, 

inspekcji, policji itp.?

- Są. Ale celników i kontrolujących paszporty 

można ominąć, jeśli się wie jak. A ja wiem. Przed 
podjęciem tego drastycznego kroku sprawdziłem, 
jakie są tu statki kosmiczne. Kiedy stąd wychodziłem, 
nie wiedziałem, że już dziś wprowadzę plan w czyn. 
Miałem zamiar tylko podjąć pieniądze, żeby 
przywiązać do siebie dziewczynę. A przy okazji 
sprawdzić ruch statków kosmicznych. Ale szczęście 
nam sprzyja. Jest tu frachtowiec z Yenii, który bierze 
cargo i rusza we wczesnych godzinach porannych. 

background image

Czyż to nie cudowne?

- Jestem pewny, że tak. Ale czułbym się pewniej, 

gdybym wiedział jak.

- Jim, twoja edukacja została fatalnie 

zaniedbana. Myślałem, że każdy uczeń wie, jak 
przekupni są Yenianie. Są utrapieniem Ligi. Nie do 
poprawienia. Mottem na Yenii jest: „La reglaj čiam 
šaiso liğas". Co w wolnym tłumaczeniu brzmi: „Nie 
ma Stałych Praw". Ma to oznaczać, że są prawa 
dotyczące wszystkiego, ale przekupstwo może wszys-
tko zmienić. Jeśli nie jest to świat przestępców, to z 
pewnością planeta krętaczy.

- Brzmi nieźle - przyznałem. - A więc co 

załatwiłeś?

- Jeszcze nic. Ale jestem przekonany, że w porcie 

kosmicznym nadarzy się okazja.

- Tak, z pewnością - daleko mi było do 

entuzjazmu. Ten plan miał wszelkie znamiona 
improwizacji i trzymania kciuków, ale nie miałem 
wyboru.

- A co z dziewczyną?
- Przekażemy wiadomość policji pocztą 

elektroniczną, która będzie dostarczona po naszym 

background image

wyjeździe. Wyjaśnimy im, gdzie można ją znaleźć.

- To nie może być tutaj, to zbyt publiczne 

miejsce. Tam dalej w dół rzeki jest automatyczna 
przystań. Mogę tam zacumować przy jednej z 
zewnętrznych kei.

- Doskonałe rozwiązanie. Jeśli powiesz mi, gdzie 

to jest, pośpieszę teraz do portu kosmicznego, żeby 
wszystko przygotować. Czy możemy się tam spotkać o 
23.00?

- Nie mam nic przeciwko.
Patrzyłem, jak jego imponująca figura niknie w 

zapadającym mroku. Potem włączyłem silnik i wolno 
zakręciłem na kanale. Zanim dotarłem do przystani, 
było już zupełnie ciemno. Ale port był jasno 
oświetlony, a kanały dobrze oznakowane. Większość 
łodzi była zacumowana blisko brzegu, co mi bardzo 
odpowiadało. Wybrałem miejsce najbardziej 
wysunięte i oddalone od pozostałych. A potem 
zszedłem na dół, włączyłem światła i ujrzałem parę 
rozjarzonych nienawiścią pięknych oczu. Zamknąłem 
za sobą drzwi kabiny na klucz i usiadłem na koi, 
naprzeciwko Beth...

- Chcę z tobą porozmawiać. Obiecujesz, że nie 

background image

zaczniesz krzyczeć, gdy zdejmę ci z ust przylepiec? I 
tak jesteśmy daleko od miasta i nie ma tu nikogo, kto 
mógłby cię usłyszeć. A więc zgoda?

Ciągle jeszcze pełna nienawiści, niechętnie 

przytaknęła. Oderwałem plaster i odsunąłem palce, 
akurat na czas, żeby umknąć jej ślicznym ząbkom.

- Mogłabym cię zabić, zamordować, zarżnąć, 

zmasakrować...

- Dosyć - odpowiedziałem. - To ja mógłbym to 

wszystko teraz zrobić, a nie ty, więc zamknij się.

Zamknęła się. Być może, wreszcie uświadomiła 

sobie swoje położenie. W jej oczach było teraz więcej 
strachu niż wściekłości. Nie chciałem terroryzować 
bezbronnej dziewczyny, ale w końcu ta gadka o 
mordowaniu to był jej pomysł. Uznałem, że jest już 
gotowa, by słuchać.

- Będzie ci tak niewygodnie. Więc leż spokojnie, 

to cię rozwiążę.

Poczekała, aż oswobodzę jej ręce, i kiedy 

rozwiązywałem jej nogi, zabrała się za wydrapywanie 
mi oczu. Oczekiwałem tego, więc skończyła na koi z 
poważnymi trudnościami z oddychaniem.

- Zachowuj się rozsądnie - powiedziałem. - 

background image

Równie łatwo mogę cię z powrotem związać i 
zakneblować. I nie zapominaj, proszę, że sama do 
tego doprowadziłaś.

- Jesteś kryminalistą, złodziejem. Poczekaj, już 

policja położy na tobie łapę...

- A ty jesteś szantażystką. Możemy już skończyć 

z tymi wyzwiskami i gierkami? Posłuchaj, co się teraz 
stanie. Mamy zamiar zostawić cię tu, na tej łódce, a 
gdy będziemy już daleko, powiadomimy policję, gdzie 
można cię znaleźć. Jestem pewien, że opowiesz im 
jakąś ciekawą historyjkę. Odchodzą stąd ekspresowe 
pociągi, są też autostrady. Ani ty nas już nigdy nie 
zobaczysz, ani policja.

Małe wprowadzenie w błąd nie zaszkodzi.
- Chce mi się pić.
- Coś ci przyniosę.
Oczywiście próbowała skoczyć do drzwi, gdy 

tylko się odwróciłem, a zaraz potem znów chciała 
wydłubać mi oczy. Rozumiałem jej uczucia, ale 
wolałem, żeby tego nie robiła.

Potem czas wlókł się straszliwie. Nie miała do 

powiedzenia nic takiego, co ja chciałbym usłyszeć i 
oczywiście wzajemnie.

background image

Mijały tak godziny, aż wreszcie łódka zakołysała 

się pod czyimś ciężarem. Skoczyłem w kierunku koi. 
Tym razem Beth udało się raz krzyknąć, zanim 
zdążyłem ją uciszyć. Gałka u drzwi zaklekotała i 
przekręciła się.

- Kto tam?! - krzyknąłem, gotów do walki.
- Zapewniam cię, że nikt obcy - odpowiedział 

znajomy głos.

Z dużą ulgą przekręciłem klucz i otworzyłem 

drzwi.

- Czy ona mnie słyszy? - zapytał patrząc na 

milczący kształt na koi.

- Może słyszeć. Pozwól, że znowu ją 

„zabezpieczę" i wyjdziemy na pokład.

Poszedł przede mną. Gdy zamykałem drzwi, 

nagły płomień rozbłysł na nocnym niebie, a potem 
ognistym łukiem wspiął się ku zenitowi.

- Dobry omen - powiedział Hetman. - To 

kosmolot głębokiej przestrzeni. Wszystko już 
załatwione. Mamy mało czasu, więc proponuję, 
żebyśmy zabrali rzeczy i natychmiast ruszyli.

- Czym jedziemy?
- Wynajętym samochodem.

background image

- Czy można wyśledzić jego trasę?
- Mam nadzieję. Punkt zwrotu samochodów 

mieści się przy stacji kolejowej. Kupiłem bilety dla 
nas obu, co powinno cię ucieszyć.

- Wspomniałem naszej przyjaciółce o kolei.
- Dwa wielkie mózgi, które pracują jak jeden. 

Myślę, że gdy będziemy się pakować, uda mi się 
niechcący upuścić te bilety tak, żeby je zobaczyła.

Załatwiliśmy to szybko. Miałem uciechę widząc, 

jak na chwilę upadły na koc dwa charakterystyczne, 
niebieskie bilety na pociąg. Wypadły Hetmanowi z 
kieszeni, gdy miał ręce zajęte czymś innym. 
Majstersztyk! Zamykając drzwi, nie mogłem oprzeć 
się pokusie, żeby posłać Beth pożegnalny pocałunek. 
W zamian posłała mi wściekłe spojrzenie i przy-
tłumione warknięcie, na które zresztą w pełni 
zasługiwałem. Zostało jej jednak jeszcze kilka 
naszych tysięcy, więc nie powinna narzekać.

Gdy oddaliśmy samochód, podjechaliśmy 

pociągiem do następnej stacji i stamtąd ruszyliśmy do 
portu kosmicznego. Aż do tego momentu wszystko 
odbywało się w pośpiechu i pozostawało właściwie w 
sferze marzeń. Z ich realności zdałem sobie sprawę 

background image

dopiero wtedy, gdy zobaczyłem skąpany w niebieskim 
świetle kadłub głębokoprzestrzennego kosmolotu.

Wyjeżdżałem poza planetę! Co innego oglądać 

spaceopery, a co innego samemu spróbować swych sił 
w kosmosie. Poczułem, że moje dłonie zrobiły się 
lodowate, a włosy zjeżyły mi się na karku. To nowe 
życie zapowiadało się świetnie!

- Do baru! - zarządził Hetman. - Nasz człowiek 

już tam jest.

Drobny człowieczek, ubrany w zatłuszczony 

kombinezon kosmiczny, właśnie wychodził, ale na 
widok Hetmana cofnął się do kabiny.

- Vi estas malfrna! - powiedział ze złością.
- Vere, sed ma haras la manon - odpowiedział 

Hetman, migając wielkim pakietem banknotów, co 
natychmiast uciszyło tamtego.

Pieniądze zamieniły właściciela i po chwili 

rozmowy następny plik banknotów podążył za 
pierwszym. Zaspokoiwszy swą chciwość, kosmonauta 
poprowadził nas do furgonetki dla obsługi. Drzwi się 
zatrzasnęły i szybko ruszyliśmy w ciemność.

Cóż za przygoda! Minęły nas niewidoczne 

pojazdy, potem pojawiły się i zniknęły jakieś dziwne 

background image

odgłosy, jakby ktoś walił młotem. Potem rozległ się 
głośny syk, jakby gigantycznego węża. Niebawem 
zatrzymaliśmy się i nasz przewodnik wyszedł i 
otworzył tylne drzwi. Wysiadłem pierwszy i 
znalazłem się u stóp rampy, prowadzącej do czegoś, 
co mogło być jedynie pokiereszowanym kadłubem 
kosmolotu. Uzbrojony strażnik stał obok rampy i 
patrzył na mnie.

To już koniec. Przygoda skończyła się, zanim się 

rozpoczęła. Cóż mogłem zrobić? Uciekać? Nie, nie 
mogłem przecież zostawić Hetmana. Z chaosem w 
głowie szedłem niepewnie w kierunku strażnika. 
Hetman minął mnie i...

Podał mu plik banknotów.
Strażnik jeszcze przeliczał, gdy my objuczeni 

bagażami wchodziliśmy na rampę.

- Emiru! Rapide! - rozkazał astronauta, 

otwierając drzwi kabiny. Wepchnęliśmy się do środka 
w ciemność i drzwi za nami zamknęły się na klucz.

- Bezpieczna przystań! - Hetman odetchnął z 

ulgą i pomacał ścianę, aż znalazł włącznik i zapalił 
światło. Znajdowaliśmy się w małej, ciasnej kabinie. 
Były tu tylko dwa wąskie łóżka, a za nimi jeszcze 

background image

węższa łazienka. Wyglądało to dosyć ponuro.

- Dom, słodki dom! - oznajmił Hetman, 

rozglądając się z życzliwym uśmiechem. - Będziemy 
musieli tu spędzić co najmniej dwa dni, wiec lepiej 
uprzątnijmy nasze rzeczy z widoku. W przeciwnym 
wypadku kapitan zagrozi, że zawróci i będziemy 
musieli zwiększyć łapówkę.

- Nie jestem pewien, czy wszystko rozumiem. 

Jeszcze im nie zapłaciłeś?

- Tylko pierwsze raty. Łapówek nigdy i z nikim 

się nie dzieli, niech to będzie pierwsza twoja lekcja ze 
sztuki przekupywania. Kosmonauta został 
przekupiony za przeszmuglowanie nas na pokład i 
zaaranżowanie, żeby na miejscu był uprzejmy 
strażnik, który weźmie swoją dolę. Te sprawy to już 
przeszłość. O naszej obecności na pokładzie nie 
wiedzą oficerowie, a zwłaszcza kapitan, który zażąda, 
naprawdę niezłej sumki. Sam zobaczysz.

- Z pewnością. Przekupstwo to rzeczywiście 

ekscytująca dziedzina sztuki.

- O tak...
- Dobrze, że znasz ich język i możesz z nimi robić 

interesy.

background image

Na te słowa uniósł wysoko brwi i aż przysunął się 

do mnie.

- To ty tego nie zrozumiałeś? - zapytał.
- W szkole nie uczyli nas języków obcych.
- Obcych! - wyglądał na zaszokowanego. - Z 

jakiej to prowincjonalnej części tej świniozwierzowej 
planety pochodzisz?! To nie był obcy język, mój drogi 
chłopcze. To było esperanto, język galaktyczny, 
prosty, drugi język, którego każdy wcześnie się uczy i 
posługuje nim jak ojczystym. Twoja edukacja jest 
fatalnie zaniedbana, ale to łatwo naprawić. Zanim 
znowu wylądujemy na jakiejś planecie, ty też będziesz 
go znał. Na początek zapamiętaj, że wszystkie 
czasowniki w czasie teraźniejszym we wszystkich 
osobach kończą się na „as". Sama łatwizna...

Zamilkł, gdy poruszyła się klamka u drzwi 

kabiny. Przyłożył palec do ust i wskazał łazienkę. 
Skoczyłem w tamtą stronę i zapaliłem światło w 
chwili, gdy Hetman zgasił to w kabinie. Pośpiesznie 
wszedł do łazienki, a ja wyłączyłem światło. Udało 
nam się zamknąć w chwili, gdy otworzyły się drzwi na 
korytarz.

Czyjeś kroki zadudniły w kabinie i dobiegł nas 

background image

odgłos cichego pogwizdywania. Rutynowa inspekcja, 
nie zobaczywszy nic ciekawego, zaraz sobie stąd 
pójdzie...

I wtedy otworzyły się drzwi łazienki i rozbłysło 

światło. Przepasany złotą szarfą oficer spojrzał na 
upchniętego pod ciasnym prysznicem Hetmana i na 
mnie, przycupniętego pod umywalką. Na twarzy 
przybysza pojawił się wyjątkowo paskudny uśmiech.

- Tak mi się wydawało, że coś tu dziś za dużo 

ruchu. Gapowicze! - w jego ręku pojawił się mały 
pistolet. - Wyłazić! Wy obaj schodzicie z pokładu, a ja 
dzwonię na policję.

background image

18
Pochyliłem się, przenosząc ciężar ciała na nogi, i 

napiąłem mięśnie. Byłem gotowy do 
natychmiastowego ataku, gdy tylko Hetman odwróci 
uwagę oficera. Naprawdę nie miałem ochoty z gołymi 
rękami stawać do walki przeciwko uzbrojonemu 
człowiekowi, ale miałem jeszcze mniejszą ochotę iść 
do więzienia. Hetman z pewnością był tego świadom. 
Pohamował mnie.

- Nie bądź popędliwy, James. Odpręż się, a ja 

porozmawiam z tym miłym oficerem.

Ciągle na muszce pistoletu, sięgnął ręką do 

kieszeni i wyjął cienki zwitek banknotów.

- To jest zadatek za małą przysługę - powiedział 

wręczając pieniądze oficerowi, który chwycił je 
obiema rękami. Zrobił to bez trudu, bo pistolet znikł 
równie szybko, jak się pojawił. Liczył, a Hetman 
mówił dalej:

- Przysługa, o którą pokornie prosimy, polega na 

tym, że nie znajdziesz nas jeszcze przez dwa dni. 
Jutro dostaniesz taką samą sumę. Podobnie pojutrze, 
kiedy to odkryjesz nas i zaprowadzisz do kapitana.

Pieniądze znikły i znów pojawił się pistolet. 

background image

Zrobił to niepostrzeżenie. Był tak dobry, że mógłby 
występować na scenie.

- Nie sądzę - powiedział. - Sądzę natomiast, że 

zabiorę wam wszystkie pieniądze, które macie przy 
sobie i w waszych torbach. Wezmę je i natychmiast 
odstawię was do kapitana.

- To niemądre - powiedział Hetman surowo. - Po-

wiem kapitanowi, ile wziąłeś, a on ci to wszystko 
odbierze. Powiem mu także, kto z załogi został 
przekupiony. Zabierze im pieniądze, a to nie 
przysporzy ci sympatii na tym statku. Mam rację?

- Coś w tym jest - zadumał się, potarł w 

zamyśleniu brodę, pistolet znikł ponownie. - Jeżeli 
podniesiesz stawkę, być może...

- Dziesięć procent, nie więcej - powiedział 

Hetman i umowa została zawarta. - Do zobaczenia 
jutro. Proszę, zamknij za sobą drzwi.

- Oczywiście. Życzę przyjemnej podróży. 

Odszedł, a ja zszedłem z sedesu i podałem rękę Het-
manowi.

- Moje gratulacje, sir. To był wspaniały pokaz 

sztuki przekupstwa, o której prawie nic nie wiem.

- Dziękuję, chłopcze. Dobrze jest znać reguły gry. 

background image

On wcale nie miał zamiaru wyrzucić nas ze statku. To 
była po prostu zagrywka. Wszedłem do gry, on 
podniósł stawkę, ja przyjąłem i skończyłem. Wiedział, 
że nie wyciśnie nic więcej, bo muszę zachować 
odpowiednio wysoką sumę dla kapitana. Jest samo 
przez się zrozumiałe, że kapitan nie dowie się o tym 
układzie. Wszystko zgodnie z zasadami...

Jego słowa przerwał głośny dźwięk syreny, 

dobiegający z korytarza, a nad drzwiami zaczęło 
gwałtownie migać czerwone światło.

- Coś nie w porządku?! - krzyknąłem 

przerażony.

- Wszystko w jak największym porządku. 

Jesteśmy gotowi do startu. Proponuję położyć się w 
kojach, bo ci idioci startują tak, że powstaje duże 
przeciążenie. Za kilka sekund otrząśniemy z butów 
kurz Rajskiego Zakątka. Oby na zawsze. Ta planeta 
to więzienie, po prostu straszne, a jedzenie...

Narastający warkot zagłuszył jego słowa, a koje 

zaczęły się trząść. Siła przyśpieszenia była tak wielka, 
że poczułem ucisk w piersiach. Zupełnie jak w 
filmach, tylko że w rzeczywistości było to o wiele 
bardziej ekscytujące. To było to! Jak najdalej od 

background image

Rajskiego Zakątka! A przed nami wspaniałe 
perspektywy.

Niestety do tych perspektyw było jeszcze dość 

daleko. Na razie miałem problemy. Materac był 
cienki i kręgosłup rozbolał mnie od zbyt wielkiego 
nacisku. Potem przez jakiś czas grawitacja była 
bliska zerowej, zanim dokładnie ustawili sztuczne 
przyciąganie. Czy raczej prawie dokładnie, bo co 
jakiś czas statek dostawał grawitacyjnej czkawki. 
Podobnie jak mój żołądek. Działo się to tak często, że 
w ciągu następnego dnia nawet nie myślałem o 
jedzeniu. Mieliśmy za to pod dostatkiem mdłej, 
rdzawej wody do picia. Oficer przyszedł po łapówkę, 
ja leżałem w koi i żeby zapomnieć o moich niedolach, 
poświeciłem się lekcjom esperanto. Po dwóch dniach 
grawitacja wreszcie się ustabilizowała i odzyskałem 
apetyt. Niecierpliwie czekałem na uwolnienie, kolejne 
przekupstwo i jedzenie.

- Pasażerowie na gapę! - powiedział oficer, 

otworzywszy drzwi. Wszedł i złapał się za serce, 
udając zaskoczenie przed towarzyszącą mu 
dziewczyną z załogi. -To straszne, niesłychane! 
Wstawać, chodźcie obaj za mną. Kapitan Garth 

background image

chętnie się o tym dowie.

Przedstawienie było udane, ale zepsuł je trochę, 

wyciągając chciwą łapę po pieniądze, gdy dziewczyna 
się odwróciła. Wydawała się tym wszystkim 
znudzona, zresztą sama pewnie dostała swój udział. 
Ruszyliśmy korytarzem i trzy piętra w dół po 
metalowych schodach na mostek. Kapitan przeżył 
prawdziwy szok, gdy nas zobaczył. Był chyba jedyną 
osobą, która nie wiedziała, że tu jesteśmy.

- Cholera, a skąd oni się tu wzięli?
- Z jednej z pustych kabin na pokładzie C.
- Przecież miałeś sprawdzić te kabiny.
- Zrobiłem to, kapitanie. Zapisałem to nawet w 

dzienniku okrętowym, godzinę przed startem. Potem 
byłem tutaj, na mostku. Właśnie wtedy musieli wejść 
na pokład.

- Kogo przekupiliście? - zapytał kapitan Garth, 

stary, siny wilk kosmiczny o podstępnym spojrzeniu.

- Nikogo, kapitanie - odparł Hetman z 

niezachwianą szczerością w głosie. - Dobrze znam te 
przedpotopowe frachtowce. Tuż przed startem 
strażnik pilnujący rampy wszedł do środka. 
Wślizgnęliśmy się za nim, przez nikogo nie 

background image

dostrzeżeni i ukryliśmy się w kabinie. To wszystko.

- Nie wierzę ani jednemu twojemu słowu. 

Powiecie, kogo przekupiliście, albo zamknę was w 
ładowni i dopiero wtedy będziecie w dużych 
kłopotach.

- Drogi kapitanie, uczciwi członkowie twojej 

załogi nigdy nie wzięliby łapówki! - kapitan chrząknął 
z powątpiewaniem, a Hetman ciągnął dalej: -Mam 
dowody. Cały mój niewielki majątek spoczywa 
nienaruszony w mojej kieszeni...

- Wynoście się! - rozkazał kapitan wszystkim 

obecnym. - Wszyscy. Sam się tym zajmę. Chcę ich 
przesłuchać.

Oficer i reszta załogi wyszli z ociąganiem. 

Kapitan zamknął drzwi i odwrócił się do nas.

- Co my tu mamy - mruknął, gdy Hetman 

wręczył mu sporą sumkę. Kapitan przeliczył ją i 
pokręcił głową. - Za mało.

- Oczywiście - zgodził się Hetman. - To tylko 

zaliczka. Resztę dostaniesz po wylądowaniu na jakiejś 
przyjemnej planecie, na której będą dyskretni 
celnicy.

- Masz duże wymagania. Nie chcę zadzierać z 

background image

władzami planetarnymi, przemycając nielegalnych 
imigrantów. Łatwiej będzie po prostu zabrać wam 
pieniądze i jakoś się was pozbyć.

- To niemożliwe. Dostaniesz ostateczną wypłatę 

w formie imiennego czeku na dwieście tysięcy 
kredytów, płatnych w Galaktycznym Towarzystwie 
Kredytowo-Walutowym. Jednak nie będziesz mógł go 
zrealizować, jeśli go nie podpiszę. A ja nie zrobię tego, 
nawet gdybyś mnie torturował. Dopóki nie staniemy 
na twardym gruncie.

Kapitan znacząco wzruszył ramionami i 

odwrócił się w stronę przyrządów, coś przekręcił i 
znów spojrzał na nas.

- Jest jeszcze kwestia opłaty za przelot - 

powiedział spokojnie. - Żadna instytucja dobroczynna 
nie płaci mi za paliwo.

- Jasne. Ustalmy stawki.
Wyglądało na to, że wszystko jest załatwione, ale 

gdy szliśmy korytarzem, Hetman ostrzegł mnie 
szeptem:

- Nasza kabina jest już na podsłuchu. Na pewno 

przeszukali też bagaż. Mam przy sobie wszystkie 
nasze pieniądze. Trzymaj się blisko mnie, żeby nie 

background image

było żadnych niespodzianek. Ten oficer, na przykład, 
wygląda na zawodowego kieszonkowca. A teraz co 
byś powiedział na małą przekąskę? Zapłaciliśmy, 
więc możemy zakończyć ten przymusowy post 
wspaniałą ucztą.

Mój żołądek przyjął tę propozycję aprobującym 

skurczem i ruszyliśmy do kuchni. Jako że nie było 
pasażerów, tłusty i zarośnięty kucharz serwował tylko 
wiejskie potrawy z Yenii. Dobre może dla tubylców. 
My musielibyśmy się do nich długo przyzwyczajać. 
Czy próbowaliście kiedyś jeść, zatykając nos 
palcami? Nie zapytałem kucharza, co jedliśmy, bo 
bałem się, że mi powie. Hetman westchnął głęboko i 
zaczął pałaszować swoją porcję tego świństwa.

- Zapomniałem, co się jada na Yenii - powiedział 

ponuro. - To wina pamięci selektywnej. Kto chciałby 
kiedykolwiek wspominać taką ucztę?

Nie odpowiedziałem, bo właśnie spłukiwałem 

letnią wodą ohydny posmak tej brei.

- Jedyną pociechą jest to, że ta woda nie jest tak 

wstrętna jak lura w naszej kabinie. Hetman 
westchnął ponownie.

- To kawa.

background image

Zabawny to ten rejs nie był. Obaj schudliśmy, bo 

lepiej było unikać posiłków, niż je jeść. 
Kontynuowałem naukę, przyswajając sobie zawiłości 
defraudacji, sztukę zatajania dochodów oraz zasady 
prowadzenia podwójnych i potrójnych ksiąg 
rachunkowych. Oczywiście wszystko w esperanto, 
dopóki nie opanowałem tego pięknego języka, tak 
jakbym mówił nim od dziecka.

Podczas pierwszego lądowania nie opuściliśmy 

statku, bo żołnierze i celnicy roili się wszędzie jak 
wszy.

- Nie tutaj - powiedział kapitan, obserwując wraz 

z nami kosmodrom widoczny na ekranie. - To bardzo 
bogata planeta, ale nie lubią tu obcych. Spodoba się 
wam następna w tym systemie. To świat rolniczy, 
słabo zaludniony, więc przyjmują tam imigrantów, 
nie ma nawet kontroli celnej.

- Jak się nazywa? - zapytał Hetman.
- Amphisbionia.
- Nigdy o niej nie słyszałem.
- Nic w tym dziwnego. To przecież jedna z 

trzydziestu tysięcy skolonizowanych planet.

- To prawda, ale mimo to...

background image

Hetman wydawał się niespokojny, a ja nie 

rozumiałem dlaczego. Jeśli nie spodoba się nam ta 
planeta, to stać nas było, aby ją opuścić. Lecz jakieś 
przeczucie nie dawało mu spokoju. W końcu 
przekupił oficera, by uzyskać dostęp do komputera 
pokładowego. Gdy modliliśmy się nad kolejnym 
obiadem, powiedział:

- W tej sprawie coś cuchnie. Gorzej niż to 

jedzenie! W przewodniku galaktycznym nie ma 
wzmianki o planecie Amphisbionia. A przewodnik 
jest automatycznie aktualizowany za każdym razem, 
gdy lądujemy gdzieś i podłączamy się do planetarnej 
sieci komunikacyjnej. W dodatku nasz następny port 
jest wśród tajnych danych. Tylko kapitan zna do nich 
kod.

- Co możemy zrobić?
- Nic, dopóki nie wylądujemy. Wtedy dowiemy 

się, co on knuje.

- Nie możesz przekupić któregoś z oficerów?
- Już to zrobiłem, w ten sposób dowiedziałem się, 

że tylko kapitan wie, dokąd lecimy. Oczywiście 
powiedział mi o tym dopiero, gdy dałem mu 
pieniądze. Podła sztuka. Ale sam bym tak postąpił.

background image

Bezskutecznie próbowałem go rozweselić. Chyba 

to jedzenie tak obniżyło jego morale. Dobrze by było, 
gdybyśmy już wylądowali na tej planecie, 
czymkolwiek by ona była. Z pewnością dobry złodziej 
wyżyje w każdym społeczeństwie i jedno było pewne; 
jedzenie musi być tam lepsze niż te pomyje!

Leżeliśmy w kojach, dopóki statek nie wylądował 

i nie zapaliło się zielone światło. Nasz szczupły 
dobytek był już spakowany. Zanieśliśmy go do śluzy. 
Sam kapitan stał przy ryglach. Pomrukiwał do siebie, 
gdy automatyczny analizator powietrza 
przeprowadzał test. Wewnętrzne drzwi nie mogą się 
otworzyć, dopóki analiza nie da zadowalających 
rezultatów. W końcu urządzenie zabrzęczało i wy-
świetliło jakiś wynik, a kapitan szybko je wyłączył. 
Wielka klapa powoli odsunęła się, wpuszczając do 
środka ciepłe, orzeźwiające powietrze. Wdychaliśmy 
je z przyjemnością.

- Masz stylograf? - zapytał kapitan Garth.
Hetman uśmiechnął się w odpowiedzi.
Kapitan poszedł przodem. Podążaliśmy za nim, 

niosąc bagaże. Była noc, blado świeciły gwiazdy, a od 
strony ciemnej ściany drzew dobiegały krzyki 

background image

niewidocznych stworzeń. Jedynym jasnym miejscem 
było oświetlenie wnętrza śluzy.

- To dobra planeta - powiedział kapitan, stając 

na końcu rampy. Hetman pokręcił głową, wskazując 
na metalową pochylnię.

- Ciągle jeszcze jesteśmy na statku. Chodźmy na 

ląd, jeśli łaska.

Zgodzili się w końcu na skrawek ziemi blisko 

rampy, ale dostatecznie daleko od statku, by 
uniemożliwić jakąkolwiek próbę uwięzienia nas. 
Hetman wyjął czek, wziął stylograf i starannie 
podpisał. Kapitan podejrzliwie porównał podpis ze 
wzorem na czeku i w końcu skinął głową. Szybko 
poszedł ku rampie, a gdy podnosiliśmy torby, nagle 
odwrócił się i zawołał:

- Teraz są wasi!
Rampa zaczęła się unosić, a w ciemności 

rozbłysły potężne reflektory zalewając nas 
oślepiającym blaskiem. Ruszyli ku nam uzbrojeni 
mężczyźni. To była pułapka!

- Wiedziałem, że coś jest nie tak - powiedział 

Hetman. Upuścił torbę i twardo spojrzał na 
biegnących mężczyzn.

background image
background image

19
Z ciemności wynurzyła się zdumiewająca postać 

w czerwonym mundurze, z mieczem u boku, i stanęła 
przed nami podkręcając wielkie, eleganckie wąsy. 
Wyglądał jak bohater z filmu historycznego.

- Oddajcie wszystko, co macie. Wszystko. 

Szybko!

Dwaj umundurowani mężczyźni zbliżyli się, aby 

dopilnować, że spełnimy polecenie. Mieli dziwne 
pistolety z wielkimi lufami na drewnianych łożach. Za 
nami usłyszałem zgrzyt opuszczającej się znów 
pochylni, na której skraju stał kapitan Garth. 
Schyliłem się, by podnieść torby i...

Z półobrotu rzuciłem się na kapitana i mocno go 

chwyciłem.

Rozległ się głośny brzęk i coś odbiło się od 

kadłuba statku. Kapitan zaklął i zamierzył się do 
ciosu. Doskonale! Uchyliłem się, chwyciłem go za 
ramię i wykręciłem je do tyłu. Zawył z bólu.

- Puść go! - powiedział jakiś głos. Spojrzałem nad 

ramieniem kapitana i zobaczyłem, że Hetman leży na 
ziemi, a oficer trzyma stopę na jego piersi. Czubek 
miecza był przyciśnięty do gardła Hetmana.

background image

To był pechowy dzień. Zanim wykonałem 

polecenie, wolną dłonią ścisnąłem szyję kapitana. 
Osunął się nieprzytomny, a jego głowa dźwięcznie 
odbiła się od rampy. Odsunąłem się, a Hetman wstał 
niepewnie i otrzepując się z kurzu, zapytał naszego 
pogromcę:

- Przepraszam, szanowny panie. Czy mógłbym 

pokornie zapytać, jak nazywa się planeta, na której 
się znajdujemy?

- Spiovente - mruknął tamten.
- Dziękuję. Jeśli pozwolisz, pomogę wstać 

mojemu przyjacielowi, kapitanowi Garthowi, gdyż 
pragnę przeprosić go za porywcze zachowanie mojego 
młodego towarzysza.

Nikt go nie zatrzymał, wiec podszedł do 

kapitana, który właśnie odzyskał przytomność.

I natychmiast znów ją stracił, bo Hetman kopnął 

go w skroń.

- Zwykle nie jestem mściwy - powiedział, 

odsuwając się i wyjmując portfel. Wręczył go 
oficerowi i dodał: - Lecz tym razem chciałem dać 
wyraz moim uczuciom, zanim odzyskam zwykły mi 
spokój. Rozumiesz oczywiście, dlaczego to zrobiłem?

background image

- Sam zrobiłbym to samo - odparł oficer licząc 

pieniądze. - Ale koniec zabawy. Nie ważcie się więcej 
do mnie odzywać, bo zginiecie.

Odszedł, a z ciemności wynurzył się inny 

mężczyzna trzymający dwa czarne metalowe 
pierścienie. Hetman stał nieruchomo i nie opierał się, 
gdy jeden z nich zatrzaśnięto mu na kostce. Nie 
wiedziałem, co to jest, ale nie podobało mi się to. 
Postanowiłem, że nie dam sobie tak łatwo tego 
założyć.

Jednak dałem. Lufa pistoletu znacząco dźgnęła 

mnie w plecy i nie protestowałem, gdy także moja 
kostka została uwięziona. Człowiek, który założył 
pierścień, podniósł się i spojrzał mi w oczy. Stał tak 
blisko, że owiał mnie jego zgniły oddech. Był brzydki 
jak noc, a pomarszczona, przecinająca twarz blizna 
nie dodawała mu urody. Dźgnął mnie palcem w pierś 
i powiedział:

- Jestem Tars Tukas, służę naszemu potężnemu 

lordowi Capo Docci. Nie wolno wam jednak zwracać 
się do mnie po imieniu, macie nazywać mnie 
„panem".

Zwróciłem się do niego, używając słów znacznie 

background image

stosowniejszych niż „pan". Wtedy nacisnął guzik na 
metalowym pudełku, które wisiało mu u pasa.

Nagły ból zamroczył mnie. Ocknąłem się na 

ziemi. Spojrzałem w bok i zobaczyłem Hetmana, 
który leżał obok mnie jęcząc cicho. Pomogłem mu 
wstać. Tars Tukas nie powinien był tego robić. 
Hetman przecież miał już swoje lata. Tars uśmiechnął 
się krzywo.

- Jak się nazywam? - zapytał.
Oparłem się pokusie, ze względu na Hetmana.
- Pan.
- Więc zapamiętaj to sobie i nie próbuj uciekać. 

W całym kraju są rozmieszczone przekaźniki 
nerwowe. Jeśli włączę to na dość długo, porażą twoje 
nerwy. Na zawsze. Zrozumiałeś?

- Zrozumiałem, panie.
- Oddaj mi wszystko, co masz przy sobie.
Zrobiłem to. Pieniądze, dokumenty, monety, 

klucze, zegarek i całą resztę. Przeszukał mnie 
brutalnie i na razie wydawał się zadowolony.

- Idziemy.
Szybko nadszedł tropikalny świt i wyłączono 

reflektory. Poszliśmy za naszym nowym panem, nie 

background image

oglądając się za siebie. Hetman poruszał się z trudem 
i musiałem mu pomagać. Dotarliśmy w końcu do 
sfatygowanej drewnianej furmanki. Tukas skinieniem 
rozkazał nam wejść na tył. Usiedliśmy na gołych 
deskach i obserwowaliśmy, jak z ładowni statku 
kosmicznego wyładowują jakieś paki.

- Nieźle przykopałeś kapitanowi - powiedziałem. 

- Wygląda na to, że wiesz o tej planecie coś, czego ja 
nie wiem. Jak ona się nazywa?

- Spiovente - zabrzmiało to jak przekleństwo. - 

Kamień u szyi Ligi. Kapitan z zemsty wpuścił nas w 
niezły kanał. A swoją drogą, on jest przemytnikiem. 
Ten cuchnący świat jest objęty całkowitym 
embargiem. Dotyczy to zwłaszcza broni, która na 
pewno jest w tych pakach. Spiovente!

Wiele się nie dowiedziałem. Prócz tego, że 

byliśmy w opałach, a to i tak było jasne.

- A czy mógłbyś powiedzieć coś więcej o tym 

kamieniu u szyi?

- To moja wina, że zostałeś w to wszystko 

zamieszany. Ale Garth jeszcze zapłaci mi za to. 
Cokolwiek by się stało, Jim, musimy go oddać w ręce 
sprawiedliwości. Trzeba jakoś skontaktować się z 

background image

Ligą.

To „jakoś" przygnębiło go. Zmęczonym gestem 

ukrył twarz w dłoniach. Milcząc czekałem, aż znów 
przemówi. Nie chciałem go ponaglać. W końcu 
wyprostował się i zobaczyłem, że znów rozbłysły mu 
oczy.

- Nie łam się, Jim. Nie daj się tym bydlakom. 

Tym razem wpadliśmy w niezłe bagno. Liga po raz 
pierwszy skontaktowała się ze Spiovente ponad 
dziesięć lat temu. Planeta została odizolowana jeszcze 
w czasie pierwszego Przełomu i miała tysiąc lat na to, 
żeby zejść na psy. To jest miejsce, które wystawia 
zbrodni złe świadectwo, ponieważ rządzą tu 
przestępcy. Domy wariatów przejęli wariaci. Panuje 
tu anarchia - nie, to nie tak - przy Spiovente anarchia 
wygląda jak piknik drużyny harcerskiej. Prze-
studiowałem system rządów na tej planecie, kiedy 
pracowałem nad trudniejszymi kawałkami mojej 
życiowej filozofii. Ten moment rozwoju należy do 
dawno minionych ciemnych wieków historii 
ludzkości. Wszystko to jest pod każdym względem 
odrażające, ale Liga nie może nic na to poradzić bez 
rozpoczęcia inwazji, która z kolei byłaby sprzeczna z 

background image

jej etyką. Siła Ligi jest jednocześnie jej słabością. 
Żadna planeta nie może zaatakować innej. A gdyby to 
zrobiła, natychmiast stanęłaby przed groźbą 
zniszczenia przez resztę, ponieważ wojna jest obecnie 
zabroniona. Liga może jedynie wspierać nowo 
odkryte planety oraz służyć im radą i pomocą. Krążą 
pogłoski, że istnieją tajne organizacje Ligi, 
zwalczające tak podłe społeczeństwa jak to, ale 
oczywiście nie mówi się o tym publicznie. To, co się tu 
dzieje, jest straszne. Spiovente jest wypaczonym 
obrazem cywilizowanych światów. Nie panuje tu 
żadne prawo, tylko siła. Rządzą przywódcy gangów 
kryminalnych, zwani Capo. Docci jest jednym z nich. 
Każdy Capo stara się podporządkować sobie tę 
planetę. Kiedy tylko znajdę szczeliny w tej strukturze 
społecznej, znów staniemy się szczurami. Ale 
obawiam się, że nie stalowymi, ale zwykłymi 
futerkowymi gryzoniami sprzed wieków.

- Każdy szczur jest dobry. Wybrniemy z tego!
Musieliśmy przesunąć się, bo właśnie na tył wozu 

wepchnięto pierwszą poobijaną, trzeszczącą w szwach 
pakę. Kiedy ostatnia skrzynia została załadowana, 
wdrapali się tragarze. To dobrze, że było prawie 

background image

ciemno. Naprawdę nie miałem ochoty oglądać ich z 
bliska. Byli to trzej parszywi, brudni, zarośnięci 
mężczyźni ubrani w łachmany. I niedomyci, o czym 
poinformował mnie mój zdegustowany nos. Na koniec 
wgramolił się czwarty mężczyzna, większy i bardziej 
obrzydliwy od pozostałych, choć jego strój był w 
trochę lepszym stanie. Spojrzał na nas z góry i oprócz 
smrodu wyczułem kłopoty.

- Wiecie, kim jestem? Jestem Muskuł. To jest 

moja furmanka i macie robić, co wam powiem. 
Pierwszą rzeczą, jaką powiem, będzie to, że ty, stary, 
masz zdjąć kurtkę. Będzie wyglądać lepiej na mnie 
niż na tobie.

- Dziękuję za propozycję, proszę pana, ale myślę, 

że swoje ubranie zatrzymam na sobie - odpowiedział 
Hetman z anielską słodyczą w głosie.

Wiedziałem, co zamierza zrobić i miałem 

nadzieję, że dobrze to sobie przemyślał. Mieliśmy 
bardzo mało miejsca, a ten zbir był dwa razy większy 
ode mnie. Miałem czas na tylko jeden cios, który 
musiał być skuteczny.

Osiłek zaryczał z gniewu i zaczął się przedzierać 

przez paki. Przerażeni niewolnicy odczołgiwali mu się 

background image

z drogi. Ja także się odczołgałem, więc nie zwrócił na 
mnie uwagi. Doskonale. Dopadł już Hetmana, gdy 
oburącz uderzyłem go w kark. Upadł z głośnym 
łoskotem na stertę pak.

Odwróciłem się do niewolników, którzy w 

milczeniu obserwowali nas szeroko otwartymi 
oczami.

- Teraz ja jestem Muskuł - powiedziałem, a oni 

skwapliwie skinęli głowami. Wskazałem najbliższego. 
- Jak się nazywam?

- Muskuł - odparł bez wahania i dodał: - Nie 

odwracaj się plecami do tamtego, kiedy się ocknie.

- Pomożesz mi?
W uśmiechu pokazał szczerniałe, połamane zęby.
- Nie pomogę walczyć. Ale ty nas nie bić jak on.
- Nie będzie bicia. Wszyscy pomożecie? Skinęli 

głowami.

- Dobrze. Więc waszym pierwszym zadaniem 

będzie wywalenie stąd byłego Muskuła. Nie chcę być 
za blisko, kiedy się ocknie.

Wykonali polecenie z entuzjazmem, z własnej 

inicjatywy dodając osiłkowi kilka kopniaków.

- Dziękuję, James, jestem ci wdzięczny za 

background image

interwencję - powiedział Hetman. - Pomyślałem sobie, 
że prędzej czy później będziesz musiał zmierzyć się z 
nim. Lepiej prędzej, więc odwróciłem jego uwagę. 
Rozpoczął się nasz awans społeczny, bo już 
przekroczyłeś najniższą kategorię niewolników. A co 
to jest, do stu par satelitów?!

Spojrzałem w kierunku, który wskazywał, i 

wytrzeszczyłem oczy tak samo jak on. Była to jakaś 
maszyna, to oczywiste. Powoli zbliżała się do nas, 
brzęcząc, klekocząc i buchając dymem. Maszynista 
ustawił ją tyłem do furmanki, a jego pomocnik 
zeskoczył i połączył oba pojazdy. Poczuliśmy 
szarpnięcie i powoli ruszyliśmy.

- Patrz uważnie, Jim, i pamiętaj - powiedział 

Hetman. - Oto przykład prymitywnej techniki, dawno 
już zapomnianej i zagubionej w otchłani czasu. Ten 
wehikuł jest napędzany parą. To jest, jako żywo, 
pojazd parowy. Mam wrażenie, że będzie mi się to 
podobać.

Nie podzielałem jego entuzjazmu dla tej 

neolitycznej maszyny. Myślałem o zdetronizowanym 
zbirze i o tym, co się stanie, gdy mnie dorwie. 
Uznałem, że muszę lepiej poznać obowiązujące tu 

background image

zasady. Przedostałem się do pozostałych niewolników, 
ale zanim rozpocząłem rozmowę, przetoczyliśmy się 
po moście i przez wielką bramę w wysokim murze. 
Kierowca naszego wozu parowego zahamował i 
zawołał:

- Rozładować to!
W moim nowym wcieleniu, jako Muskuł, 

nadzorowałem tylko wyładunek, prawie nie 
pomagając innym. Właśnie zleciała na ziemię ostatnia 
paka, gdy jeden z niewolników szepnął:

- Idzie przez bramę, za tobą!
Szybko odwróciłem się. Miał rację. Szedł tam 

były Muskuł, podrapany i zakrwawiony, z siną od 
gniewu twarzą. Z rykiem ruszył do ataku.

background image

20
A ja zacząłem od tego, że rzuciłem się do 

ucieczki. Mój prześladowca ruszył za mną w 
szaleńczym pościgu. Nie zrobiłem tego ze strachu, ale 
żeby mieć wystarczająco dużo miejsca. Gdy tylko 
oddaliłem się od furmanki, odwróciłem się i 
podstawiłem zbirowi nogę, a on jak długi rozciągnął 
się na ziemi.

To wzbudziło głośny śmiech widzów. Gdy się 

podnosił, rozejrzałem się prędko. Wokół nas stali 
uzbrojeni strażnicy, niewolnicy oraz odziany na 
czerwono sam Capo Docci. Zaczął świtać mi pewien 
pomysł, ale zanim ukształtował się ostatecznie, 
musiałem zacząć działać, żeby ocalić życie.

Zbir szybko się uczył. Tym razem nie rzucił się 

na mnie jak wściekły. Podchodził powoli z szeroko 
rozpostartymi ramionami i rozcapierzonymi palcami. 
Gdyby zdołał mnie chwycić, nie wydostałbym się 
żywy z jego czułego uścisku. Cofałem się powoli, 
odwróciłem się, by stanąć twarzą do Capo Docci, po 
czym odsunąłem się i szybko postąpiłem do przodu. 
Oburącz złapałem wyciągniętą rękę napastnika, 
pociągnąłem i jednocześnie upadłem do tyłu. Byłem 

background image

wystarczająco ciężki, by przerzucić go nad sobą i 
znów rozłożyć na ziemi.

Poderwałem się na nogi mając już gotowy plan. 

Zrobię pokaz!

- To była prawa ręka! - zawołałem głośno. 

Potykając się, Muskuł znów zaatakował, więc 
zaryzykowałem i zapowiedziałem następny strzał:

- Prawe kolano.
Kopnąłem z doskoku i trafiłem go w rzepkę. To 

jest bolesne, więc upadł z wrzaskiem. Tym razem 
wstawał wolniej, ale ciągle jeszcze rozjuszony. Nie 
przestanie, dopóki nie straci przytomności. Ale to 
dobrze.

- Lewa ręka.
Chwyciłem ją, wykręciłem do tyłu i 

przytrzymałem, mocno popychając. Muskuł był silny 
i wciąż walczył, próbując chwycić mnie prawą ręką 
lub podciąć. Ale ja byłem szybszy.

- Lewa noga! - zawołałem.
Kopnąłem go mocno w łydkę i znów się 

przewrócił. Odstąpiłem i spojrzałem na Capo Docci. 
Cała jego uwaga skupiona była na mnie.

- Czy równie łatwo zabijasz, jak tańczysz? - 

background image

zapytał.

- Mogę, ale wolę tego nie robić - zdawałem sobie 

sprawę, że mój przeciwnik podniósł się i stał teraz na 
chwiejnych nogach. Odwróciłem się tak, aby móc go 
widzieć kątem oka. - Wolę pozbawić go przytomności. 
W ten sposób wygram walkę, a ty nie stracisz 
niewolnika.

Zbir zacisnął ręce na mojej szyi i zabulgotał ze 

złości. Popisywałem się, ale robiłem to świadomie. 
Musiałem zapewnić moim widzom dobry pokaz. Więc 
nie oglądając się, wymierzyłem zgiętą ręką cios do 
tyłu. Z całej siły wpakowałem łokieć w brzuch 
Muskuła, dokładnie pośrodku, tuż pod mostkiem. 
Prosto w zwój nerwowy, znany jako splot słoneczny. 
Ręce zbira opadły, a ja zrobiłem krok do przodu 
słysząc, jak głucho walnął o ziemię. Znieruchomiałem 
z kamienną twarzą.

Capo Docci przywołał mnie gestem, a kiedy się 

zbliżyłem, powiedział:

- To nowy sposób walki, przybyszu. Nasze 

zabijaki walczą na pięści. Biją się tak długo, aż jeden 
z nich wypadnie z gry. My zakładamy się, kto 
zwycięży.

background image

- Taka walka jest marnotrawstwem. Cała sztuka 

polega na tym, żeby wiedzieć, gdzie i jak uderzyć.

- Twoja sztuka jest bezradna wobec ostrej stali - 

powiedział, wyciągając do połowy miecz. Musiałem 
teraz postępować ostrożnie. Mógł mnie posiekać tylko 
po to, żeby udowodnić mi, że nie dam mu rady.

- Nie mogę walczyć gołymi rękami przeciwko 

takiemu szermierzowi jak ty - stwierdziłem pokornie. 
Z tego, co wiedziałem, Docci używał miecza tylko do 
krojenia pieczystego, ale pochlebstwo nigdy nie 
zaszkodzi. - Ta sztuka jest przydatna tylko w starciu z 
człowiekiem niedoświadczonym w walce na miecze 
albo noże.

Przetrawił to i zawołał najbliższego strażnika:
- Hej ty, wyjdź na niego z nożem!
Nie tak to sobie zaplanowałem, ale nie było teraz 

sposobu, by uniknąć pojedynku. Strażnik uśmiechnął 
się, wyrwał z pochwy lśniący sztylet i ruszył ku mnie 
pewnym krokiem. Odpowiedziałem uśmiechem. 
Uniósł broń przygotowując się do pchnięcia, ale nie 
skierował ostrza dokładnie na wprost, jak zrobiłby to 
doświadczony nożownik. Pozwoliłem mu podejść 
blisko i stałem nieruchomo, dopóki nie uderzył.

background image

Typowa obrona. Zrobiłem krok do przodu i 

zablokowałem uderzenie. Chwyciłem go za rękę i 
wykręciłem ją. Wszystko odbyło się bardzo szybko. 
Nóż poleciał w jedną stronę, napastnik w drugą. 
Musiałem prędko zakończyć ten pokaz, żeby nie 
przyszło mi zmierzyć się z pałkami albo pistoletem. 
Zbliżyłem się do Capo Docci i powiedziałem 
spokojnie:

- Te sposoby obrony i zabijania, stosowane w 

innych światach, są nieznane na Spiovente. Nie 
chciałbym ich wszystkich teraz wyjawiać. Jestem 
pewien, że nie życzysz sobie, by niewolnicy poznali 
tak niebezpieczne ciosy. Pozwól, że inne umiejętności 
zaprezentuję ci bez udziału tej publiczności. Mogę 
nauczyć tego wszystkiego twoją ochronę, bo wielu 
tutaj na pewno chciałoby cię zabić. Pomyśl o swoim 
bezpieczeństwie. - Brzmiało to jak wykład o 
przepisach drogowych, ale chyba go przekonało. Nie 
do końca...

- Nie lubię żadnych nowych pomysłów - warknął. 

- Lubię, jak wszystko jest po staremu.

Czyli on na szczycie, a reszta na dole, w 

łańcuchach. Odezwałem się szybko:

background image

- To, co robię, nie jest nowe, jest stare jak 

ludzkość. Sekrety przekazywane są potajemnie od 
zarania dziejów. Możesz je teraz poznać. Nadchodzą 
zmiany, wiesz o tym, a wiedza jest siłą. Gdy inni chcą 
ci odebrać to, co posiadasz, dobra jest każda broń, 
którą można ich pobić. - Wszystko to wydawało mi się 
idiotyzmem, ale miałem nadzieję, że do niego 
przemówi. Z tego, co Hetman mówił mi o tym 
fajansiarskim świecie, wynikało, że tylko siła 
zapewnia bezpieczeństwo - czysta paranoja, ale Docci 
musiał to teraz przemyśleć. Trochę się tego 
obawiałem, gdyż biorąc pod uwagę jego niskie czółko, 
myślenie mogło go boleć. Odwrócił się na pięcie i 
odszedł.

Uprzejmość, podobnie jak mydło, była towarem 

nieznanym na tej planecie. Żadnego tam „Do 
zobaczenia" albo „Pomyślę o tym". Dopiero po chwili 
zrozumiałem, że posłuchanie się skończyło. 
Rozbrojony strażnik gapił się na mnie rozcierając 
nadgarstek, ale schował sztylet. Rozmawiałem z Capo 
Docci, zatem nie mógł mnie zadźgać bez powodu. 
Pozostał mi więc tylko mój pierwszy przeciwnik - były 
Muskuł. Wciąż siedział oszołomiony. Zbliżyłem się do 

background image

niego. Spojrzał na mnie, mrugając oczami. Zrobiłem 
najbardziej wredną minę, na jaką było mnie stać, i 
powiedziałem:

- Już dwa razy naraziłeś mi się. Nie zrobisz tego 

po raz trzeci, bo wypadniesz z gry. Zabiję cię.

W jego oczach wciąż była nienawiść, ale oprócz 

niej pojawił się strach. Postąpiłem krok naprzód, a on 
przypadł do ziemi. Nieźle. Byle tylko zbyt często nie 
odwracać się do niego plecami. Jednak teraz 
odwróciłem się i dumnie odmaszerowałem.

Ruszył za mną, powłócząc nogami i tak 

dołączyliśmy do oczekujących niewolników. Chyba 
pogodził się ze swoją degradacją, podobnie jak reszta. 
Kilku byłych podwładnych popatrzyło na niego 
ponuro, ale wszyscy zachowali spokój. Bardzo mi to 
odpowiadało. Ćwiczyć w sali gimnastycznej to jedno, 
a zmierzyć się z tymi osiłkami, którzy naprawdę 
chcieli mnie zabić, to drugie. Rozpromieniony 
Hetman zaczął mi gratulować.

- Dobra robota, Jim, bardzo dobra robota.
- I bardzo męcząca. Co teraz?
- Z tego, co mi wiadomo, ta grupka ma, że tak 

powiem, wolne, bo pracowała przez całą noc.

background image

- Więc teraz kolej na odpoczynek i jedzenie. 

Prowadź.

Zastanawiałem się, dlaczego nazywano to coś 

jedzeniem. Jedyną zaletą tego czegoś był fakt, że nie 
było to aż tak wstrętne jak potrawy kuchni 
veniańskiej serwowane na statku kosmicznym. Za 
budynkiem bulgotał na ogniu ogromny i 
nieprawdopodobnie brudny gar. Mistrz kuchni - było 
świętokradztwem używać tak szlachetnego tytułu w 
stosunku do tego odrażającego typa, równie brudnego 
jak jego garnek - mieszał zawartość wielką drewnianą 
warząchwią. Każdy z niewolników brał ze sterty na 
stole obok drewnianą miskę, którą napełniał kucharz. 
Nikt nie obawiał się, że zgubi lub połamie sztućce, bo 
takowych w ogóle nie było. Wszyscy jedli rękami, 
więc ja robiłem to samo. Była to jakaś papka 
warzywna, zupełnie bez smaku, ale zapychająca. 
Hetman usiadł na ziemi obok mnie, oparł się o ścianę 
i powoli jadł swoją porcję. Skończyłem pierwszy i bez 
trudu powstrzymałem chęć, by poprosić o dokładkę.

- Jak długo pozostaniemy niewolnikami? - 

zapytałem.

- Dopóki nie dowiem się czegoś więcej o 

background image

tutejszym systemie. Ty spędziłeś dotychczasowe życie 
na jednej planecie, więc świadomie i podświadomie 
przyjmujesz znane ci społeczeństwo jako jedyne 
możliwe. W rzeczywistości jest zupełnie inaczej. 
Kultura jest wynalazkiem ludzkości, tak jak 
komputer czy widelec. Ale jest pewna różnica. 
Gdybyśmy chcieli zmienić komputery lub sztućce, 
członkowie danej kultury nie znieśliby tego. Wierzą, 
że tylko ich sposób życia jest jedyny i słuszny, a 
wszystko inne to aberracja.

- Brzmi to głupio.
- Bo jest głupie. Ale jeśli ty zdajesz sobie z tego 

sprawę, a oni nie, to możesz wyjść poza utarte zasady 
albo nagiąć je do swoich potrzeb. Teraz właśnie 
usiłuję się dowiedzieć, jakie są te zasady na Spiovente.

- Spróbuj zrobić to jak najszybciej.
- Postaram się, bo sam nie czuję się tu najlepiej. 

Muszę ustalić, czy istnieje zmienność pionowa, a jeżeli 
tak, to jak jest zorganizowana. Jeżeli nie ma 
zmienności pionowej, będziemy musieli ją wymyślić.

- Zgubiłem się. Pionowe co?
- Zmienność. W kategoriach klasy i kultury. 

Weźmy na przykład tych niewolników i strażników. 

background image

Czy niewolnik ma szansę zostania strażnikiem? Jeżeli 
tak, jest to zmienność pionowa. Jeżeli nie, jest to 
społeczeństwo klasowe i wszystkim, co można 
osiągnąć, jest zmienność pozioma.

- To znaczy, zostać naczelnym niewolnikiem i 

pomiatać całą resztą niewolników?

- Właśnie tak, Jim - skinął głową. - Pozostaniemy 

niewolnikami tak długo, aż moje badania wykażą, jak 
to wszystko jest możliwe. Ale najpierw potrzebujemy 
trochę odpoczynku. Wszyscy są teraz pogrążeni we 
śnie. Proponuję pójść w ich ślady.

- Zgoda...
- Hej, ty, chodź tu!
Był to Tars Tukas. Wskazywał oczywiście na 

mnie. Miałem wrażenie, że będzie to bardzo długi 
dzień.

Przynajmniej mogłem zwiedzić okolicę. 

Przecięliśmy podwórze - scenę moich triumfów - i 
weszliśmy na górę po kamiennych schodach. Przed 
drzwiami pociągu stał uzbrojony strażnik, a dwóch 
innych rozpierało się obok na drewnianej ławie. 
Wnętrze urządzone było luksusowo według tutejszych 
pojęć; plecione maty na podłogach, krzesła, stoły oraz 

background image

kilka koszmarnych portretów na ścianach, niektóre z 
grubsza przypominały Capo Docci. Zostałem 
wepchnięty prosto do kolejnego dużego pokoju, z 
którego okien widać było pola, drzewa i prawie nic 
poza tym. Był tu Capo Docci z małą paczką swoich 
ludzi. Wszyscy popijali coś z metalowych kubków. 
Byli dobrze ubrani, jeżeli gustujecie w wielobarwnych 
skórzanych spodniach, luźnych koszulach i długich 
mieczach.

Capo Docci skinął na mnie.
- Ty tam, podejdź bliżej, niech ci się przyjrzymy. 

Pozostali odwrócili się z zainteresowaniem i 
przyglądali mi się jak zwierzęciu na targu.

- I on naprawdę powalił tamtego bez użycia 

pięści? - zapytał jeden z nich. - Przecież on jest taki 
słaby i cherlawy, a w dodatku brzydki.

Są takie chwile, kiedy powinno się otwierać usta 

tylko po to, żeby jeść. To była jedna z nich. Ale ja 
byłem zmęczony, miałem tego wszystkiego dość i w 
ogóle byłem w podłym nastroju. Coś we mnie pękło.

- Nie tak słaby, cherlawy i brzydki jak ty, świński 

cycku.

To całkiem skutecznie zmieniło jego nastrój. 

background image

Ryknął z wściekłości, spąsowiał, a potem wydobył 
długi miecz i rzucił się na mnie.

Miałem mało czasu na myślenie, a jeszcze mniej 

na działanie. Jeden z pozostałych gogusiów stał tuż 
obok, niedbale trzymając metalowy kubek. 
Wyrwałem mu go i chlusnąłem jego zawartość w 
twarz atakującemu mężczyźnie.

Większość płynu poleciała na podłogę, ale 

wystarczająco dużo dostało mu się do oczu, by go 
jeszcze bardziej rozsierdzić. Zadał cios mieczem. 
Przyjąłem ostrze na kubek, którym następnie 
przejechałem wzdłuż klingi aż do palców, po czym 
wykręciłem napastnikowi rękę.

Zawył melodyjnie, a miecz brzęknął o podłogę. 

Wtedy przechyliłem go i przygotowałem się do 
wymierzenia mu efektownego kopniaka w tyłek.

Lecz w tej samej chwili ktoś podciął mnie od tyłu 

i rozciągnąłem się jak długi.

background image

21
Musiało im się to wydać bardzo zabawne, gdyż 

zgodnie ryknęli śmiechem. Zacząłem gramolić się, by 
chwycić leżący obok miecz, ale ktoś kopnął go dalej. 
Sprawy układały się źle. Nie mogłem ich wszystkich 
pobić. Musiałem się stąd wydostać.

Ale było już za późno. Dwóch z nich przygniotło 

mnie do ziemi, a trzeci przykopał mi w bok. Za 
moment mój pierwszy przeciwnik ukląkł przy mnie i 
wyciągnął sztylet o lśniącym ostrzu.

- Co to za typek, Capo Docci?! - zawołał, jedną 

ręką trzymając mnie za brodę, a drugą przykładając 
mi sztylet do gardła.

- Jakiś z innej planety - odparł Docci. - Wyrzucili 

go ze statku.

- A jest cokolwiek wart?
- Nie wiem - powiedział Capo Docci, gapiąc się na 

mnie tępo. - Może, ale nie podobają mi się te jego 
cwane sztuczki. Nie chcemy ich tutaj. Zabij go i 
skończmy z tym.

Ani drgnąłem podczas tego zajmującego dialogu, 

bo z oczywistych przyczyn interesował mnie jego 
wynik. Teraz zmieniłem taktykę.

background image

Mój napastnik wrzasnął, gdy wykręciłem mu 

rękę - mam nadzieję, że ją złamałem - i chwyciłem 
sztylet, który wypadł z bezwładnej dłoni. Złapałem 
swego niedoszłego zabójcę za koszulę, po czym 
popchnąłem go tak, że roztrącił swoich towarzyszy. 
Poderwałem się na nogi. Ruszyli ku mnie, ale 
zatrzymali się, gdy machnąłem na odlew sztyletem. 
Korzystając z tego rzuciłem się do ucieczki, zanim 
zdążyli dobyć broni. Pobiegłem co sił w nogach.

W jedynym znanym mi kierunku; z powrotem w 

dół po schodach. Po drodze wpadłem na Tars Tukasa, 
pozbawiając go przytomności.

Rozbrzmiały za mną gniewne okrzyki, więc nie 

marnowałem czasu na oglądanie się za siebie. 
Zbiegłem po trzy stopnie naraz. Strażnicy przy 
wejściu zaczęli wstawać, gdy wbiłem się między nich, i 
wszyscy przewróciliśmy się na ziemię. Jednemu 
przydeptałem tchawicę i chwyciłem jego pistolet. 
Drugi szamotał się, by wycelować we mnie ze swojej 
broni, ale byłem szybszy i uderzyłem go w skroń.

Tupot ścigających zbliżył się, gdy runąłem przez 

drzwi prosto na zaskoczonego trzeciego strażnika. 
Wyciągnął miecz, ale zanim zdążył go użyć, stracił 

background image

przytomność. Odrzuciłem sztylet, chwyciłem długie 
ostrze strażnika i ruszyłem dalej. Przede mną była 
brama, przez którą przyjechaliśmy. Otwarta na 
oścież.

I dobrze strzeżona przez uzbrojonych mężczyzn, 

którzy właśnie unosili pistolety. W chwili gdy 
wystrzelili, skręciłem gwałtownie w stronę domu 
niewolników. Nie wiem, którędy przeszły kule, ale gdy 
wypadłem za róg, byłem wciąż żywy.

Jeden miecz, jeden pistolet, jeden bardzo 

zmęczony Jimmy diGriz, który wciąż nie odważył się 
zatrzymać ani nawet zwolnić. Przede mną wyrósł 
zewnętrzny mur, a na nim rusztowanie i drabina 
oparta blisko miejsca, gdzie murarze dokonywali 
napraw. Wrzasnąłem i groźnie potrząsnąłem bronią, 
a robotnicy rozpierzchli się na wszystkie strony. 
Zacząłem wspinać się po drabinie najszybciej, jak 
mogłem. Wokół mnie kule oderzały o mur, odłupując 
kawałki kamieni.

W końcu stanąłem na szczycie, usiłując 

zaczerpnąć powietrza. I po raz pierwszy odważyłem 
się obejrzeć za siebie.

Natychmiast rzuciłem się plackiem na krawędź 

background image

muru, bo strzelcy zebrani na dole oddali salwę, która 
rozdarła powietrze tuż nad moją głową. Capo Docci i 
jego orszak pozostawili pościg strażnikom i stali teraz 
z tyłu, przeklinając i wymachując bronią. Cóż za 
manifestacja odwagi! Cofnąłem głowę, gdy 
zabrzmiała następna salwa.

Inni strażnicy wspinali się do mnie, co nieco 

zmniejszało szansę ucieczki. Wyjrzałem za mur i 
zobaczyłem, że u jego podnóża rozciąga się brunatna 
powierzchnia wody. To jest szansa!

- Jim, musisz nauczyć się trzymać gębę na kłódkę 

- powiedziałem, wziąłem głęboki oddech i skoczyłem.

Rozległ się głośny plusk i utknąłem. Woda 

sięgała mi do szyi, ale po kolana tkwiłem w miękkim 
mule. Z mozołem wyciągnąłem jedną nogę, potem 
drugą. I tak brnąłem do dalekiego brzegu. Nie było 
jeszcze widać pogoni, ale na pewno już się zbliżała. 
Nie mogłem się teraz zatrzymać! Wypełzłem w końcu 
na trawiasty brzeg, wciąż ściskając skradzioną broń, i 
chwiejnym krokiem dotarłem pod osłonę drzew. 
Wciąż ani śladu strażników.

Powinni byli już przejść przez most i dogonić 

mnie! Nie mogłem uwierzyć w swoje szczęście...

background image

Dopóki nie upadłem jak długi, wrzeszcząc 

wniebogłosy, gdy ogarnęła mnie fala bólu. 
Niewiarygodnego bólu, zamazującego wzrok, słuch i 
wszelkie czucie.

W końcu ustał. Otarłem łzy. Pętla bólu! Zupełnie 

o niej zapomniałem. Tars Tukas musiał odzyskać 
przytomność i nacisnął teraz guzik. Co on 
powiedział? Gdy się to włączy na dość długo, blokuje 
wszystkie nerwy i zabija. Chwyciłem but, by 
wyciągnąć wytrych i znów nadszedł ból. Gdy tym 
razem ustał, byłem tak słaby, że ledwo mogłem ruszyć 
palcami. Niezdarnie manipulując wytrychem 
zrozumiałem, że to są sadyści i że powinienem być im 
za to wdzięczny. Gdyby dłużej przytrzymali guzik, 
byłbym już martwy. Ale ktoś, prawdopodobnie Capo 
Docci, chciał, żebym cierpiał i zrozumiał, że nie ma 
ucieczki. Włożyłem wytrych do zamka i ogarnęła 
mnie nowa fala bólu.

Gdy wreszcie ustała, leżałem na boku bezwładny 

jak kłoda.

Ale musiałem się ruszyć. Jeszcze jedno uderzenie 

i będzie po mnie! Będę leżeć w tym lesie, dopóki nie 
umrę. Zacisnąłem drżące palce. Wytrych zbliżył się 

background image

do zamka, wszedł do środka, lekko się przekręcił...

Długo trwało, zanim sprzed moich oczu 

odpłynęła czerwona mgła, a ciało wynurzyło się z 
męki. Nie mogłem drgnąć i miałem wrażenie, że nigdy 
więcej się nie poruszę. Gdy odzyskałem wzrok, 
musiałem zamrugać, żeby rozproszyć łzy. I 
zobaczyłem najpiękniejszy widok na świecie.

Na spleśniałych liściach leżała otwarta pętla 

bólu. Życie ocalił mi fakt, że moi prześladowcy byli 
przekonani, że to urządzenie wywołuje pewną śmierć. 
Przeszukujący las strażnicy nie śpieszyli się. Szli ku 
mnie powoli i rozmawiali:

- ...gdzieś tutaj. Dlaczego po prostu go nie 

zostawią?

- Zostawić dobry miecz i pistolet? Nic z tego! 

Poza tym Capo Docci chce, żeby jego ciało wisiało na 
dziedzińcu, dopóki nie zgnije. Jeszcze nigdy nie 
widziałem, żeby był tak wściekły.

Do mojego sparaliżowanego ciała powoli 

powracało życie. Zsunąłem się ze zwierzęcej ścieżki, 
którą dotąd szedłem, wpełzłem w niskie krzaki i 
wyprostowałem za sobą trawę. W samą porę.

- Popatrz, tu wyszedł z wody. Poszedł tą dróżką.

background image

Ciężkie kroki zbliżyły się i minęły mnie. Jedyne, 

co mi teraz pozostało, to położyć się i spokojnie 
czekać, aż powrócą mi siły. Na wszelki wypadek nie 
wypuściłem broni z ręki.

Muszę przyznać, że był to jeden z trudniejszych 

momentów w moim życiu. Byłem bez przyjaciół, sam, 
wyczerpany, spragniony i ścigali mnie uzbrojeni 
ludzie, którzy z rozkoszą by mnie zabili. Trochę się 
tego nazbierało. Właściwie brakowało tylko, żeby 
zaczęło padać...

I zaczął padać deszcz.
Czasami uczucia mogą osiągnąć punkt tak 

wysoki albo tak niski, że nie można go już 
przekroczyć. Na przykład można kochać kogoś tak 
bardzo, że nie sposób kochać go jeszcze bardziej. Tak 
mi się przynajmniej wydawało, bo nie mam w tej 
dziedzinie żadnego doświadczenia. Miałem natomiast 
mnóstwo doświadczenia, jeśli chodzi o bycie na dnie. 
Tak jak teraz. Nie mogłem się już bardziej pogrążyć. 
Sprawił to deszcz. Zacząłem chichotać i musiałem 
złapać się za usta, by nie roześmiać się na głos. Nie 
powinno się traktować w ten sposób złego stalowego 
szczura, bo mógł od tego zardzewieć! Potem poczułem 

background image

wściekłość.

Poruszyłem nogami i musiałem stłumić jęk. 

Wciąż czułem ból, ale silniejszy był gniew. Schowałem 
pistolet, wbiłem miecz w ziemię i wstałem, 
przytrzymując się gałęzi. Oparłem się na mieczu, 
zachwiałem, ale nie upadłem. W końcu zmusiłem się, 
by krok po kroku oddalić się od poszukiwaczy i 
kryminalnego państewka Capo Docci.

To był bardzo duży las. Długo przemierzałem 

zwierzęce ścieżki, dopóki nie nabrałem pewności, że 
pogoń została daleko w tyle. Gdy wreszcie las się 
przerzedził, usiadłem pod drzewem, by odpocząć. 
Zobaczyłem przed sobą zaorane pole. Był już 
najwyższy czas, by dotrzeć do ludzkich siedzib. Gdzie 
są pługi, tam są oracze, nie będzie trudno ich znaleźć. 
Gdy tylko odzyskałem nieco siły, ruszyłem wzdłuż 
skraju lasu, gotów ukryć się wśród drzew, gdyby 
znów pojawiła się pogoń. Na szczęście najpierw 
zobaczyłem chałupę. Była bardzo niska, kryta 
strzechą i nie miała okien, przynajmniej z tej strony. 
Miała natomiast komin, z którego unosiła się smużka 
dymu. W tym łagodnym klimacie nie ogrzewa się 
domów, więc musiał to być ogień pod kuchnią. 

background image

Jedzenie.

Na tę myśl mój zaniedbany żołądek zaczął 

burczeć i narzekać. Doskonale go rozumiałem. Przede 
wszystkim potrzebował jedzenia i picia. A gdzie 
mogłem je znaleźć, jeśli nie na tej samotnej farmie? 
Pytanie było jednocześnie odpowiedzią. Przebrnąłem 
przez pole i obszedłem dom dookoła. Nie było tu 
nikogo. Tylko przez otwarte drzwi dobiegały głosy, 
śmiech, płacz dziecka i zapach jedzenia. Mniam! 
Przelazłem przez próg i wszedłem do środka.

- Patrzcie, ludziska! Zobaczcie, kto przyszedł!
Wokół drewnianego stołu siedziało pół tuzina 

ludzi, starzy i młodzi, grubi i chudzi. Wszyscy mieli 
ten sam wyraz twarzy - gapili się na mnie z 
rozdziawionymi ustami. Nawet dziecko przestało 
płakać, bo naśladowało dorosłych. W końcu stary 
mężczyzna przerwał ciszę, podrywając się na nogi w 
takim pośpiechu, że przewrócił swój trójnożny stołek.

- Witaj nam, dostojny panie, witaj - i ukłonił się, 

by okazać, jak wielką radość sprawiło mu moje 
przybycie. - Czym możemy ci służyć, dostojny panie?

- Jeżeli macie cokolwiek do zjedzenia...
- Ależ prosimy, usiądź, wieczerzaj. Chętnie 

background image

podzielimy się z tobą naszym ubogim wiktem. Proszę 
bardzo - postawił stołek na miejsce i gestem zaprosił 
mnie, żebym usiadł. Inni szybko odsunęli się od stołu, 
by mi nie przeszkadzać. Ich gorliwość mogła mieć 
dwie przyczyny: albo dobrze znali ludzką naturę i od 
razu zorientowali się, że jestem porządnym gościem, 
albo zobaczyli miecz i pistolet. Postawiono przede 
mną drewniany talerz, napełniony z garnka 
wiszącego nad ogniem. Poziom życia był tu o szczebel 
wyższy niż w zagrodzie dla niewolników, bo dostałem 
także drewnianą łyżkę. Z rozkoszą zajadałem gulasz 
warzywny, w którym od czasu do czasu pojawiał się 
kawałek mięsa - wszystko świeżutkie i pyszne. 
Dostałem także gliniany kubek pełen zimnej wody i 
już nic więcej nie było mi trzeba do szczęścia. Jadłem 
z apetytem, a chłopi zebrani w drugim końcu izby o 
czymś między sobą szeptali. Nie sadziłem, by chcieli 
mi zrobić krzywdę, ale mimo to nie spuszczałem z 
nich oka. Mój miecz leżał na stole pod ręką.

Gdy skończyłem jeść i głośno beknąłem, co 

zostało przyjęte z dużym zadowoleniem, stary 
wystąpił naprzód. Popychał przed sobą kudłatego 
wyrostka, który wyglądał na mojego rówieśnika.

background image

- Dostojny panie, czy mogę z tobą pomówić? 

Skinąłem twierdząco i znów beknąłem. Stary przyjął 
to z uśmiechem.

- To bardzo miłe z twojej strony, że tak 

pochlebiasz kucharce. Na pewno jesteś człowiekiem 
wesołym i mądrym, a także znanym wojownikiem. 
Pozwól więc, że przedłożę ci pewną drobną prośbę.

Znów przytaknąłem. Czegóż nie zdoła sprawić 

pochlebstwo.

- Oto mój trzeci syn, Dreng. Jest silny, posłuszny 

i pracowity, ale nasze gospodarstwo jest małe, a 
mamy dużo gąb do wyżywienia i musimy oddawać 
połowę naszych zbiorów wielmożnemu Capo Docci, 
który nas ochrania.

Mówił to wszystko ze spuszczoną głową, ale w 

jego głosie zabrzmiały jednocześnie uległość i 
nienawiść. Z pewnością Capo Docci chronił ich tylko 
przed samym sobą. Stary popchnął Drenga i ścisnął 
jego biceps.

- Jest twardy jak kamień, panie. On jest bardzo 

silny. Zawsze chciał zostać najemnikiem, takim jak 
ty, dostojny panie. Wojownik ma broń, jest 
bezpieczny i może sprzedawać swoje usługi 

background image

wielmożom. To szlachetne rzemiosło, które pozwoli 
mu także zarobić kilka dukatów.

- Nie jestem werbownikiem.
- Oczywiście, dostojny panie. Gdyby Dreng 

zaciągnął się jako żołnierz Capo Docci, nie 
przyniosłoby mu to pieniędzy ani zaszczytów, a tylko 
rychłą śmierć.

- To prawda - potwierdziłem, chociaż nie 

wiedziałem, że tak właśnie sprawy się mają. Stary 
trochę się rozgadał i dzięki temu dowiedziałem się 
czegoś więcej o życiu na Spiovente, które 
zdecydowanie nie należało do przyjemności. Napiłem 
się jeszcze wody i znów spróbowałem beknąć, by 
sprawić przyjemność kucharce, ale nie udało mi się. 
Stary ciągle nawijał:

- Każdy wojownik, taki jak ty, powinien mieć 

giermka, który będzie mu służył. Ośmielam się 
zapytać - bo widzieliśmy, że przybyłeś sam - co stało 
się z twoim giermkiem?

- Poległ w bitwie - wymyśliłem na poczekaniu. Ta 

informacja oszołomiła go, więc domyśliłem się, że 
giermkowie nie biorą udziału w walce. - Gdy wróg 
zaatakował nasz obóz. - Widocznie to zabrzmiało 

background image

lepiej, bo skinął głową ze zrozumieniem. - Oczywiście 
zabiłem tego łajdaka, który zaszlachtował biednego 
Smelly'ego. Tak to bywa na wojnie. To twarde 
rzemiosło.

Moi słuchacze mruknęli ze zrozumieniem, co 

oznaczało, że do tej pory nie zrobiłem fałszywego 
kroku. Przywołałem chłopaka.

- Chodź tu, Dreng, i odpowiedz na moje pytania. 

Ile masz lat?

Popatrzył na mnie spod grzywy potarganych 

włosów i wyjąkał:

- W następne Święto Uczty Robakowej skończę 

cztery.

Nie ciekawiły mnie informacje o tym 

odrażającym święcie. Chłopak z pewnością albo nie 
umie liczyć, albo na tej planecie rok trwa bardzo 
długo. Skinąłem głową i powiedziałem:

- To dobry wiek dla giermka. Teraz powiedz mi, 

czy znasz swoje obowiązki?

Dobrze by było, gdyby je znał, bo ja nie miałem o 

nich bladego pojęcia. Z zapałem odpowiedział na 
moje pytanie:

- O tak, panie, znam je. Stary Kvetchy był kiedyś 

background image

żołnierzem i wiele razy mi o tym opowiadał. Trzeba 
czyścić miecz i pistolet, przynosić jedzenie z kuchni, 
napełniać manierkę wodą, gnieść wszy między 
kamieniami...

- Świetnie. Widzę, że znasz się na tym, aż do 

ostatniego ohydnego szczegółu. A w zamian za twoje 
usługi mam cię nauczyć wojennego rzemiosła....

Skwapliwie przytaknął.
Wszyscy w milczeniu czekali, aż podejmę 

decyzję.

- Niech więc tak będzie.
Okrzyki radości wzniosły się aż pod strzechę, a 

stary wyciągnął gar samogonu. Moja sytuacja się 
poprawiała, nieznacznie, ale z całą pewnością się 
poprawiała.

background image

22
Nowy zawód Drenga był dla rodziny powodem 

do zakończenia pracy na ten dzień. Samogon 
smakował paskudnie, ale z pewnością zawierał duży 
procent alkoholu, co w tych okolicznościach było 
nawet nie najgorszym pomysłem. Wypiłem 
wystarczająco dużo, żeby uśmierzyć ból, a potem 
przystopowałem, żeby nie skończyć tak jak pozostali, 
czyli nie zwalić się na podłogę. Poczekałem, aż 
tatusiek gruntownie się ulula i wtedy przycisnąłem go, 
żeby wydobyć parę informacji.

- Przybyłem tu z daleka i nic nie wiem o 

miejscowych układach - powiedziałem mu. -Ale 
słyszałem, że ten miejscowy zbir, Capo Docci, jest 
trochę brutalny.

- Brutalny? - warknął i siorbnął jeszcze łyk 

swojego rozpuszczalnika do farb. - Jadowite węże 
uciekają w panice, gdy się zbliża, a wszyscy wiedzą, że 
spojrzenie jego oczu zabija dzieci.

Dalej opowiadał takie głupoty, że wyłączyłem 

uwagę. Za długo zwlekałem z wyciągnięciem od niego 
informacji.

Rozejrzałem się w poszukiwaniu Drenga i 

background image

znalazłem go przypiętego do garnka z samogonem. 
Wytrąciłem mu go z ręki i trząsłem nim, aż wreszcie 
zwrócił na mnie uwagę.

- Chodźmy. Już ruszamy.
- Ruszamy...? - szybko zamrugał i spróbował 

skupić na mnie spojrzenie. Bez większych rezultatów.

- My. Idziemy. Idziemm!
- Aaa, idziem. Wezmę koc - chwiejnie wstał i 

znowu zamrugał próbując na mnie popatrzeć. - A 
gdzie jest twój koc? Co to ja mam go nieść?

- Wróg mi go zabrał razem ze wszystkim, co 

posiadałem, poza mieczem i pistoletem, które zawsze 
mam przy sobie, póki serce mi bije.

- Serce bije... Tak. Wezmę koc. Wezmę koc dla 

ciebie. - Poszedł gdzieś na tył domu i wrócił z dwoma 
puszystymi kocami, nie zwracając uwagi na lamenty 
kobiet uskarżających się na mroźną zimę. 
Podstawowe dobra nie przychodziły wieśniakom 
łatwo. Uznałem, że na koniec będę musiał odstąpić 
mu parę groszy.

Wkrótce Dreng pojawił się znowu z 

przewieszonymi przez ramię kocami, skórzaną torbą, 
grubym kijem w ręku i paskudnie wyglądającym 

background image

nożem w drewnianej pochwie u pasa. Poczekałem na 
zewnątrz, żeby uniknąć łzawej, tradycyjnej sceny 
rozstania. Gdy wyszedł, był jakby trochę trzeźwiejszy 
i chwiejąc się stanął u mego boku.

- Prowadź, panie.
- To ty pokażesz mi drogę. Chcę odwiedzić 

twierdzę Capo Docci.

- Nie! Czy to może być, żebyś dla niego walczył?!
- To ostatnia rzecz, jaką bym zrobił. Tak 

naprawdę to walczyłbym przeciw niemu nawet za 
drewnianego dukata. Chodzi o to, że Capo schwytał 
mojego przyjaciela. Chcę mu przesłać wiadomość.

- Nawet zbliżenie się do twierdzy Capo Docci to 

wielkie niebezpieczeństwo!

- Jestem o tym przekonany, ale się nie boję. I 

muszę się skontaktować z moim przyjacielem. 
Prowadź lasami, jeśli łaska. Nie chcę, żeby mnie 
zobaczył Capo Docci ani żaden z jego ludzi.

Dreng z pewnością również nie miał na to ochoty. 

Wytrzeźwiał prowadząc mnie na drugą stronę lasu 
zacienionymi ścieżkami i ukrytymi dróżkami.

Uważnie popatrzyłem na drogę prowadzącą do 

twierdzy.

background image

- Jak podejdziemy bliżej, to nas zobaczą - 

wyszeptał Dreng.

Spojrzałem na późne, popołudniowe słońce i 

przytakująco kiwnąłem głową.

- To był ciężki dzień. Prześpimy się w lesie i 

ruszymy tam z rana.

- Nie iść tam. To śmierć! - mimo ciepłego 

popołudnia zaszczekał zębami. Pośpiesznie 
poprowadził mnie w głąb lasu do pokrytej trawą i 
przeciętej strumykiem dolinki. Wydobył z torby 
gliniany kubek, napełnił go wodą i przyniósł mi. 
Pociągnąłem łyk i pomyślałem, że posiadanie giermka 
to nie taki głupi pomysł. Potem Dreng rozłożył na 
trawie koce, położył się na swoim i natychmiast 
zasnął. Usiadłem opierając się o drzewo. Wreszcie 
miałem możliwość obejrzeć dokładnie zdobyczny 
pistolet. Był lśniący, nowy i zupełnie nie pasował do 
tej zacofanej planety. To jasne, że pochodził z 
veniańskiego statku. Hetman mówił, że szmuglowali 
broń. I właśnie jeden egzemplarz miałem teraz w 
ręku. Przyjrzałem mu się bliżej.

Żadnego znaku rozpoznawczego, numeru 

seryjnego. Nic, co mogłoby wskazywać, gdzie został 

background image

wyprodukowany. I zupełnie jasne dlaczego. Gdyby 
agentom Ligi udało się taki egzemplarz dorwać, nie 
byliby w stanie ustalić, z jakiej planety pochodzi. 
Pistolet był spory - coś pośredniego pomiędzy 
karabinem a pistoletem. Znałem się na broni. Byłem 
honorowym członkiem Klubu Strzeleckiego w Pearl 
Gates i Bractwa Rożnowego. Strzelałem dobrze i parę 
razy pomagałem im wygrać zawody. Nigdy jednak 
czegoś podobnego nie widziałem. Zajrzałem w wylot 
lufy. Pistolet był chyba kalibru 0,30 i co nietypowe, 
miał gładką lufę. Miał też otwarty celownik, spust z 
bezpiecznikiem i jakąś dźwignię na łożysku. 
Pociągnąłem ją i pistolet rozpadł się na dwie części, a 
na ziemię posypały się naboje. Przyjrzawszy się bliżej 
jednemu z nich, zacząłem rozumieć, na jakiej 
zasadzie działał ten pistolet.

Sprytnie. Żadnych gwintów, więc nie trzeba się 

było martwić o czyszczenie lufy. Zamiast rotacji, 
pociski stabilizowały w locie stateczniki, które 
również, brrr, mogły paskudnie poharatać 
wnętrzności. Naboje nie miały łusek. Pocisk otaczał 
sprasowany ładunek wybuchowy. Załatwiało to 
sprawę wyrzucania mosiądzu w błoto. Zajrzałem do 

background image

komory. Cały mechanizm był wydajny i niezawodny. 
Naboje ładowało się we wcięcie łożyska. Po 
napełnieniu magazynka ostatni dodatkowy nabój 
włożyłem do komory. Zamknąłem i zaryglowałem. 
Było tu małe ogniwo słoneczne do ciągłego ładowania 
baterii. Gdy naciska się spust, żarnik w komorze 
zapala ładunek. Rozprężający się gaz wystrzeliwuje 
kulę, a jego część powoduje wprowadzenie 
następnego pocisku do komory. Była to broń prawie 
niezawodna, tania w produkcji i śmiercionośna...

Zmęczony, odłożyłem pistolet, przysunąłem 

miecz, żeby mieć go w zasięgu ręki, i poszedłem za 
przykładem Drenga.

O świcie obudziliśmy się wyspani i z lekkim 

kacem. Dreng przyniósł mi wodę i podał pasek czegoś, 
co wyglądało jak wędzony rzemień. Sobie wziął 
podobny i zaczął go pracowicie żuć. Śniadanie w 
łóżku. Wspaniale! Ugryzłem swój kawałek i omal nie 
złamałem zęba. Nie tylko wyglądało to jak wędzony 
rzemień, ale też chyba nim było!

Kiedy w twierdzy Capo Docci opuszczono most 

zwodzony, leżeliśmy w zagajniku na pobliskim 
wzgórzu - najbliższym osłoniętym miejscu, jakie 

background image

mogliśmy znaleźć. Teren przy samej bramie został, z 
oczywistych przyczyn, oczyszczony z drzew i zarośli. 
Nie byliśmy tak blisko, jakbym pragnął, ale 
musieliśmy jakoś sobie poradzić. Ta odległość była 
jednak stanowczo zbyt mała dla Drenga - czułem, jak 
cały się trzęsie. W bramie pojawił się uzbrojony 
mężczyzna, za którym szło czterech niewolników 
wlokących wóz.

- Co się dzieje? - spytałem.
- Zbieranie podatku. Odbierają swoją część 

zbiorów.

- Czy jacyś wasi rolnicy wchodzą tam 

kiedykolwiek?

- Nigdy!
- A jak im sprzedajecie jedzenie?
- Sami nam zabierają, co chcą.
- Sprzedajecie im drewno na opał?
- Kradną, co im potrzeba.
Mają dość jednostronną ekonomię, pomyślałem 

ponuro. Ale musiałem coś wymyślić. Nie mogłem 
przecież zostawić tak Hetmana w charakterze 
niewolnika w tym parszywym miejscu. Moje 
rozmyślania przerwał zgiełk w bramie, z której, 

background image

uprzedzając moje myśli, wyskoczyła jakaś postać i 
wepchnąwszy do fosy stojącego tam strażnika, zaczęła 
uciekać.

Hetman!
Biegł szybko, ale pozostali strażnicy byli tuż za 

nim.

- Bierz to i za mną! - krzyknąłem, wciskając 

Drengowi miecz. Sam, najszybciej jak mogłem, 
zbiegłem ze zbocza krzycząc, aby zwrócić na siebie 
uwagę ścigających. Jednak nie spostrzegli mnie, 
dopóki nie strzeliłem nad ich głowami.

Potem wszystko działo się bardzo szybko. 

Strażnicy zwolnili, a któryś nawet padł na ziemię 
osłaniając rękami głowę. Hetman gnał dalej, lecz 
żołnierz będący tuż za nim rzucił długą dzidą. Trafiła 
Hetmana w plecy. Padł. Biegnąc, znowu wystrzeliłem, 
przeskoczyłem nad Hetmanem i kolbą pistoletu 
ogłuszyłem pikiniera.

- Na wzgórze! - krzyknąłem widząc, że Hetman, z 

zalanymi krwią plecami, z wysiłkiem staje na nogi. 
Wypaliłem jeszcze dwa razy i odwróciłem się, żeby 
mu pomóc. I przy okazji zobaczyłem, że Dreng 
kurczowo ściskając miecz wciąż leży na szczycie 

background image

wzgórza.

- Złaź tutaj i pomóż mu albo sam cię zabiję! - 

wrzasnąłem odwracając się znów i strzelając. Nikogo 
nie trafiłem, ale przynajmniej byłem pewien, że się 
nie ruszą. Hetman potykając się próbował iść, a 
Dreng pobiegł nam wreszcie na pomoc. Albo obudziła 
się w nim przyzwoitość, albo przestraszył się, że go 
ukatrupię. Chyba słusznie. Wokół nas zaświstały 
kule, więc odwróciłem się i odwzajemniłem ogień.

Dotarliśmy na szczyt niższego wzgórza, a 

stamtąd do lasu. Dreng i ja na wpół wlekliśmy 
potykającego się i zataczającego Hetmana. 
Spojrzałem na jego plecy i ochłonąłem. Rana była 
powierzchowna, nic poważnego. Kiedy znaleźliśmy się 
pod osłoną drzew, pościgu jeszcze nie było widać.

- Dreng, wyprowadź nas stąd. Nie mogą nas 

złapać!

I co najdziwniejsze, nie złapali. Nasz wieśniak 

musiał przez całe dzieciństwo bawić się w tych lasach, 
bo znał tu każdą ścieżkę i każdy patyk. Zaprowadził 
nas do podnóża całkiem sporej góry. Potykając się, z 
trudem wspięliśmy się na urwiste, porosłe trawą 
zbocze, z kilkoma mizernymi krzaczkami w połowie 

background image

drogi. Dreng rozchylił te krzaczki i ukazało się 
wejście do płytkiej jaskini.

- Ścigałem tu kiedyś futrzaka. Nikt nie wie o tym 

miejscu. Wejście było niskie i mieliśmy sporo roboty, 
żeby przepchnąć przez nie Hetmana. Ale w środku 
jaskinia była większa i mieliśmy mnóstwo miejsca do 
siedzenia, nie można było tylko stać. Rozłożyłem 
jeden z kocy i wtoczyłem na niego Hetmana tak, żeby 
leżał na boku. Jęknął. Spojrzałem na jego twarz; była 
brudna i posiniaczona. Trochę ostatnio przeszedł. 
Spojrzał na mnie i uśmiechnął się.

- Dziękuję ci, mój chłopcze. Wiedziałem, że tam 

będziesz.

- Wiedziałeś? To ciekawe, bo ja nie wiedziałem.
- Nonsens. Ale proszę cię, szybko, to...
Wykrzywił się z jękiem, a jego ciało ogarnięte 

bólem aż wygięło się w hak.

Pętla bólu! Znowu zapomniałem o niej. Teraz 

emitowała stały, prowadzący do pewnej śmierci 
sygnał.

Gdy się człowiek śpieszy, to się diabeł cieszy. 

Opanowując panikę, wolno zdjąłem prawy but, 
otworzyłem przegródkę i wyjąłem wytrych. 

background image

Przyklęknąłem, wepchnąłem go w zamek i pętla się 
otworzyła. Gdy ją odrzucałem, rękę przeszył mi ostry 
ból.

Hetman był nieprzytomny i ciężko oddychał. Nie 

mogłem już nic zrobić. Pozostało siedzieć i czekać.

- Twój miecz - odezwał się Dreng, podając mi 

broń.

- Na razie ty się nim zajmij. Jeśli uważasz, że 

potrafisz. Spuścił wzrok i znowu zadrżał.

- Chcę być wojownikiem, ale tak strasznie się 

boję. Nie mogłem się ruszyć, żeby ci przyjść z 
pomocą.

- Ale w końcu się ruszyłeś. Pamiętaj o tym. Nie 

ma takiego człowieka, który by się nigdy nie bał. 
Odwaga polega na tym, że czujesz strach, a mimo to 
idziesz naprzód.

- To szlachetna myśl młodzieńcze - powiedział 

głęboki głos. - I powinieneś ją zapamiętać na zawsze. 
Hetman odzyskał świadomość i uśmiechnął się lekko.

- A więc, Jim, jak mówiłem zanim włączyli tę 

maszynkę, byłem pewien, że będziesz tam dziś rano. 
Wiedziałem, że nie pozostawisz mnie w tym 
paskudnym miejscu. Po twojej ucieczce było mnóstwo 

background image

zamieszania, wszyscy biegali w tę i z powrotem, aż do 
zamknięcia bramy na noc. Było oczywiste, że wtedy 
nie mógłbyś przybyć. Ale o świcie bramę otwierano i 
nie miałem najmniejszej wątpliwości, że będziesz w 
pobliżu, próbując znaleźć sposób, żeby do mnie 
dotrzeć. Prosta logika. Więc uprościłem 
przedsięwzięcie wychodząc do ciebie.

- Bardzo proste! Prawie dałeś się zabić!
- Ale żyję. I obaj jesteśmy bezpieczni. A w 

dodatku, jak widzę, udało ci się zdobyć 
sprzymierzeńca. Dobra robota, jak na jeden dzień. 
Ale teraz mam niedyskretne pytanie. Co robimy 
dalej?

Faktycznie, co?

background image

23
Co do naszych dalszych poczynań odpowiedź jest 

oczywista... - powiedziałem myśląc intensywnie. - 
Zostaniemy tutaj, aż zrezygnują z pościgu. Powinno 
to nastąpić szybko, bo martwy niewolnik nie ma 
dużej wartości rynkowej.

- Ale ja się czuję świetnie.
- Zapominasz, że stałe działanie pętli bólu 

prowadzi do śmierci. Więc gdy będziemy już mieć 
wolną drogę, udamy się do najbliższych zabudowań i 
opatrzymy twoją ranę.

- Krwawi, ale to tylko zadrapanie.
- Posocznica i infekcja - uciąłem dyskusję. - 

Musimy najpierw zająć się raną. - Odwróciłem się do 
Drenga. - Znasz jakichś farmerów, którzy mieszkają 
niedaleko stąd?

- Nie, ale wdowa Apfeltra mieszka tu, po drugiej 

stronie wzgórza, za uschniętym drzewem, na skraju 
moczarów...

- Świetnie! Pokażesz nam drogę. Spojrzałem na 

Hetmana.

- A kiedy już opatrzymy ci plecy, co dalej?
- Potem, Jim, wstąpimy do wojska. To 

background image

najwłaściwsze, co można zrobić, skoro jesteś teraz 
najemnym żołnierzem. Wojsko stacjonuje w 
twierdzy, w której na pewno jest jakiś zamknięty 
pokój, gdzie przechowywane są dukaty. Gdy ty 
będziesz uprawiał żołnierską profesję, ja, jak to się 
mówi, trochę tam posprzątam. Mam na myśli pewną 
konkretną armię. Tę, która służy Capo Dimonte.

- Nie Capo Dimonte! - zaczął lamentować Dreng, 

chwytając się obiema rękami za głowę. - Jego zło nie 
ma granic, codziennie je na śniadanie dziecko, 
wszystkie meble ma obite ludzką skórą i pije z czaszki 
swej pierwszej żony...

- Dość! - rozkazał Hetman, a Dreng natychmiast 

umilkł. - To oczywiste, że Dimonte nie jest w tej 
okolicy popularny. A to dlatego, że jest zagorzałym 
wrogiem Capo Docci i co jakiś czas wypowiada mu 
wojnę. Jestem pewien, że nie jest on ani gorszy, ani 
lepszy niż jakikolwiek inny Capo. Ale ma jedną 
zaletę: jest wrogiem naszego wroga.

- A więc miejmy nadzieję, że naszym 

przyjacielem. Racja! Jestem coś winien staremu 
Docci i z przyjemnością wyrównam z nim rachunki.

- Nie powinieneś trzymać w sercu urazy, Jim. To 

background image

zaciemnia właściwy obraz rzeczywistości i 
przeszkadza w twoim zawodzie, którym powinna być 
teraz kradzież dukatów, a nie szukanie zemsty.

Przytakując potrząsnąłem głową.
- Oczywiście. Ale kiedy ty planujesz skok, nie ma 

powodu, dla którego ja miałbym odmawiać sobie 
malutkiej zemsty.

Widziałem, że nie pochwala moich emocji, ale nie 

potrafiłem osiągnąć jego olimpijskiego spokoju. Być 
może, to słabość młodości. Zmieniłem temat.

- A kiedy już opróżnimy skarbiec, co dalej?
- Dowiemy się, jak miejscowi kontaktują się ze 

szmuglerami  spoza planety,  z takimi jak Venianie.  
Naszym oczywistym  celem  będzie  opuszczenie  tego  
zacofanego i świata tak szybko, jak to możliwe. Aby 
nam się to udało, być może, będziemy musieli przejść 
na tutejszą wiarę. Zachichotał na widok wyrazu 
mojej twarzy.

- Tak jak ty, chłopcze, jestem naukowcem 

humanistą i nie mam potrzeby obcowania z czymś 
ponadnaturalnym. Ale tu, na Spiovente, cała 
istniejąca technologia jest w rękach zakonu zwanego 
Czarnymi Mnichami.

background image

- Nie, trzymajcie się od nich z daleka! - zajęczał 

Dreng. Był bez wątpienia źródłem złych wiadomości. - 
Oni znają rzeczy, które czynią z człowieka wariata. Z 
ich warsztatów wychodzą wszelkie rodzaje 
przeciwnych naturze urządzeń. Maszyny, które 
krzyczą i chroboczą, które mówią przez niebiosa, 
pętle bólu też. Błagam cię, panie, unikaj ich!

- To, co tak ponuro przedstawiał nam nasz 

przyjaciel, jest prawdą - powiedział Hetman. - 
Pomijając strach, rzecz jasna. Dzięki jakiemuś mało 
dla nas istotnemu procesowi historycznemu cała 
tutejsza technologia została skoncentrowana w 
rękach tego zakonu. Nie mam pojęcia, jaka jest ich 
przynależność religijna, jeśli w ogóle ją mają, ale z 
pewnością dostarczają i naprawiają maszyny, które 
tu widzieliśmy. To daje im pewną ochronę, bo jeśli 
jeden Capo chciałby ich zaatakować, inni 
pośpieszyliby ich bronić, aby zabezpieczyć sobie stały 
dostęp do wytworów techniki. I być może, właśnie do 
Czarnych Mnichów będziemy musieli zwrócić się z 
prośbą o zbawienie i exodus.

- Popieram i wniosek przechodzi przez 

aklamację. Wstąpić do wojska, ukraść ile się da 

background image

dukatów, skontaktować się ze szmuglerami i kupić 
odlot stąd - podsumowałem.

Dreng z wytrzeszczonymi oczami wsłuchiwał się 

we wszystkie te słowa. Najwyraźniej niewiele z tego 
zrozumiał.

Działanie odpowiadało mu bardziej. Po cichu 

wyszedł na zwiady i jeszcze ciszej wślizgnął się z 
powrotem. Nikogo w pobliżu nie było.

Hetman mógł iść z naszą niewielką pomocą, a do 

domu wdowy nie było daleko. Mimo uspokajających 
zapewnień Drenga aż zadrżała ze strachu na nasz 
widok.

- Pistolet macie, morderstwo i śmierć. Jestem 

zgubiona, zgubiona!

Nie przerywając mruczenia, urozmaiconego 

glamaniem bezzębnych dziąseł, zrobiła, co jej 
kazałem, i postawiła garnek z wodą na ogniu.

Wyciąłem z brzegu koca pasek materiału, 

wygotowałem go, potem przemyłem nim ranę 
Hetmana. Była płytka, ale długa. Z trudem 
wytłumaczyliśmy wdowie, że musi rozstać się ze 
swoim zapasem przemyconego alkoholu. Hetmanem 
aż zatrzęsło, ale nie krzyknął, gdy polałem wódką 

background image

jego otwartą ranę. Miałem nadzieję, że zawartość 
alkoholu była wystarczająca, żeby zadziałać jako 
antyseptyk. Wygotowałem jeszcze kawałek koca i 
posłużyłem się nim jako bandażem. I to właściwie 
było wszystko, co mogłem zrobić.

- Doskonale, James, doskonale - powiedział z 

ożywieniem, wciągając pociętą kurtkę na ramiona. - 
Widzę, że nie straciłeś czasu w szkółce skautów. 
Podziękujmy teraz dobrej wdowie i odejdźmy stąd, 
bo najwyraźniej nie jest zachwycona naszą 
obecnością.

Więc podążyliśmy dalej pełną kolein drogą, a 

każdy krok coraz bardziej oddalał nas od Capo 
Docci.

Dreng był dobrym zaopatrzeniowcem; zbaczał 

do sadów po owoce, wyrywał jadalne bulwy z 
mijanych pól, a nawet wykopywał je pod nosem 
prawowitych właścicieli, którzy jedynie chwytali się 
za głowy na widok mojej broni. To był paskudny 
świat, który respektował tylko prawo pięści. Po raz 
pierwszy zacząłem doceniać zalety planet Ligi.

Późnym popołudniem wyłoniły się przed nami 

mury twierdzy. Była trochę mniej stylowa niż 

background image

twierdza Docci, a przynajmniej tak wydawało się z tej 
odległości. Fortecę Capo Dimonte zbudowano na 
wyspie na jeziorze. Ze stałym lądem łączyła ją grobla 
z mostem zwodzonym. Dreng znowu zaczął się trząść 
ze strachu i był bardziej niż szczęśliwy, gdy kazałem 
mu zostać na brzegu z Hetmanem. Żołnierskim 
krokiem pomaszerowałem po kamiennej grobli, a 
potem wszedłem na most. Dwóch strażników 
zmierzyło mnie podejrzliwymi spojrzeniami.

- Dzień dobry, bracie! - zawołałem przyjaźnie. 

Pistolet miałem za pasem, miecz w dłoni, brzuch 
wciągnięty, a pierś wypiętą. - Czy to siedziba Capo 
Dimonte, znanego jak kraj długi i szeroki ze swojego 
osoblistego uroku i silnego ramienia?

- A kto chce to wiedzieć?
- Ja. Silny i uzbrojony najemnik, który chce 

zaciągnąć się w jego szacowne szeregi.

- Twoja sprawa, bracie, twoja sprawa - 

odpowiedział strażnik z wyraźnym przygnębieniem w 
głosie. - Przez bramę, w poprzek dziedzińca, trzecie 
drzwi z prawej, pytaj o Sire Sranka.

Przesunął się bliżej i wyszeptał:
- Za trzy dukaty dam ci dobrą radę.

background image

- Załatwione!
- Wiec zapłać!
- Ciężko. Jestem teraz trochę spłukany.
- Musisz być, skoro chcesz się sprzedać do tej 

bandy. Dobra, w takim razie pięć, za pięć dni. 
Kiwnąłem głową na zgodę.

- Zaoferuje ci bardzo mało, ale nie zgódź się na 

mniej niż dwa dukaty dziennie.

- Dzięki za kredyt, wrócę do ciebie. Śmiało 

przeszedłem przez bramę i znalazłem właściwe drzwi. 
Były otwarte, a w środku siedział gruby, łysy facet i 
grzebał w jakichś papierach. Gdy mój cień padł na 
stół, podniósł na mnie wzrok.

- Wynoś się stąd! - krzyknął, drapiąc się po 

głowie tak mocno, że aż chmura łupieżu zamigotała w 
ostatnich promieniach słońca. - Mówiłem wam już: 
żadnych dukatów wcześniej niż pojutrze rano!

- Jeszcze się nie zaciągnąłem. I chyba się nie 

zaciągnę, jeśli w ten sposób płacicie swoim oddziałom.

- Wybacz, miły przybyszu, słońce mych oczu. 

Wejdź, wejdź. Chcesz się zaciągnąć? Oczywiście. 
Pistolet, miecz, amunicja?

- Trochę.

background image

- Cudownie - zatarł ręce, aż zachrzęściły. - 

Jedzenie dla ciebie i twego giermka oraz dukat 
dziennie.

- Dwa dukaty dziennie i uzupełnienie zużytej 

amunicji. Łypnął na mnie wilkiem, po czym 
wzruszywszy ramionami wypełnił jeden z formularzy 
i pchnął go do mnie.

- Zaciąg na rok, weryfikacja żołdu na koniec 

kontraktu. Ponieważ nie potrafisz ani pisać, ani 
czytać, mam nadzieję, że przynajmniej dasz radę 
wyskrobać tu chociaż krzyżyk.

- Umiem czytać wystarczająco dobrze, żeby 

zobaczyć, że wpisałeś tu: „kontrakt czteroletni", co 
mam zamiar poprawić, zanim podpiszę.

Uczyniłem to podpisując się nazwiskiem Jedge'a 

Nixona. I tak miałem zamiar wyjechać na długo 
przed wygaśnięciem kontraktu.

- Pójdę po mojego giermka, który czeka na 

zewnątrz razem z moim starym ojcem.

- Żadnego dodatkowego jedzenia dla biednych 

krewnych - warknął szczodrobliwie werbownik. - 
Podziel się swoim.

- Zgoda - odparłem. - Jakiś ty wspaniałomyślny. 

background image

Wróciłem do bramy i pomachałem do moich 
kompanów.

- Zapłacę ci, kiedy ta zołzowata ropucha mi 

zapłaci - powiedziałem strażnikowi. Mruknął na 
zgodę i dodał:

- Jeśli myślisz, że on jest wredny, to poczekaj, aż 

spotkasz Capo Dimonte. Nie siedziałbym w tym 
zgniłym śmietniku, gdyby nie premia od łupu.

Nadchodzili powoli, Hetman prawie ciągnął 

opierającego się Drenga.

- Premia od łupu? Szybko wypłacają?
- Zaraz po walce. Jutro wymarsz.
- Przeciwko Capo Docci?
- Nie ma tak dobrze. Mówią, że ma pełno 

klejnotów, złotych dukatów i innych bogactw. Nieźle 
byłoby podzielić się taką zdobyczą. Ale nie tym 
razem. Powiedzieli nam tylko, że wyruszamy na 
północ. Pewnie ma to być niespodziewany atak na 
któregoś z zaprzyjaźnionych Capo i szef nie chce 
żadnych przecieków. Dobrze kombinuje. Jak się 
kogoś zaskoczy przy spuszczonym moście, to pół 
bitwy mamy z głowy.

Przemyślałem tę cząstkę mądrości wojennej 

background image

prowadząc Hetmana i Drenga we wskazanym 
kierunku. Kwatery żołnierzy, chociaż nie nadawały 
się na okładkę broszury reklamowej dla turystów, 
były z pewnością dużym krokiem naprzód w 
porównaniu z kwaterami niewolników. Drewniana 
prycza z materacem z trawy dla wojownika, a dla 
giermka trochę słomy obok łóżka. Musiałem jeszcze 
wykombinować coś dla Hetmana i uznałem, że 
gotówka na pewno załatwi sprawę. Usiedliśmy razem 
na łóżku, a Dreng poszedł poszukać kuchni.

- Jak tam plecy? - zapytałem.
- Bolą, ale to drobiazg. Odpocznę chwilę, a potem 

wezmę się za zwiedzanie twierdzy.

- Rano będzie na to dość czasu. To były męczące 

dni.

- Zgoda, a oto i twój giermek z jedzeniem!
Był to gorący gulasz, w którym pływały kawałki 

bliżej nieokreślonego ptaka. Musiał być to ptak, 
ponieważ załączone były pióra. Podzieliliśmy gulasz 
na trzy równe części i łapczywie je wtrząchnęliśmy. 
Świeże powietrze i wędrówka dobrze wpłynęły na 
nasz apetyt i rozgotowane pierze nie mogło zniweczyć 
tego faktu. Dostaliśmy też rację kwaśnego wina, 

background image

którego ani ja, ani Hetman nie mogliśmy przełknąć. 
Dreng natomiast wysiorbał je bez zmrużenia oka, a 
potem stoczył się pod pryczę i zaczął ochryple 
chrapać.

- Pójdę się rozejrzeć - powiedziałem. - Ty 

tymczasem prześpij się, aż...

Przerwał mi ogłuszający ryk trąby. Podniosłem 

wzrok i zobaczyłem stojącego w drzwiach muzyka, 
który równie dobrze mógłby być katem. Za moment z 
jego instrumentu wydobył się kolejny ryk. Byłem już 
gotów wepchnąć mu ten puzon w gardło, gdyby zrobił 
to raz trzeci, ale on zszedł na bok i skłonił się. Jego 
miejsce zajęła drobna postać w niebieskim mundurze. 
Wszyscy żołnierze widząc to skłonili głowy lub 
zasalutowali bronią, więc zrobiłem to samo. To 
musiał być nie kto inny, tylko Capo Dimonte we 
własnej osobie. Był tak chudy, że wyglądał, jakby 
brzuch przyrósł mu do kręgosłupa. Albo miał kłopoty 
z krążeniem, albo był siny z natury. Przesunął 
niebieskimi palcami po fioletowej szczęce, a jego 
niebieskie oczka niespokojnie zawierciły się w głębi 
sinych oczodołów. Rozejrzał się podejrzliwie, po czym 
przemówił. Jak na takie wychudzenie głos miał 

background image

całkiem mocny.

- Moi żołnierze! Mam dla was dobre wieści. 

Przygotujcie się i swoją broń, bo o północy 
wyruszamy. Będzie to forsowny marsz. Przed świtem 
musimy dotrzeć do lasów Pinetta. Wyruszą tylko 
wojownicy i to z lekkim sprzętem. Giermkowie 
pozostaną tutaj, aby pilnować waszych rzeczy. 
Przeczekamy w lasach cały jutrzejszy dzień, a o 
zmierzchu znów wyruszymy. W nocy spotkamy się z 
naszymi sojusznikami i połączywszy siły, 
zaatakujemy wroga o świcie.

- Jedno pytanie, Capo! - krzyknął jeden z 

żołnierzy. Był cały w bliznach, zapewnię weteran 
wielu wojen.

- Na kogo wyruszamy?
- Dowiecie się przed atakiem. Możemy osiągnąć 

zwycięstwo tylko przez zaskoczenie.

Ze wszystkich stron rozległy się pomruki, gdy 

weteran krzyknął znowu:

- Nasz wróg jest tajemnicą, zgoda, ale powiedz 

nam chociaż, kim są nasi sprzymierzeńcy?!

Capo Dimonte nie był zadowolony z tego pytania. 

Podrapał się w brodę i bezmyślnie bawił się rękojeścią 

background image

miecza, gdy tymczasem jego widownia czekała. W 
końcu powiedział:

- Będzie wam z pewnością miło usłyszeć, że 

mamy wielkich sojuszników. Mają oni machiny 
wojenne, które mogą zgruchotać najgrubsze mury. Z 
ich pomocą możemy zdobyć każdą twierdzę, pobić 
każdą armię. Mamy szczęście walczyć u boku... - 
zacisnął usta nie chcąc dalej mówić, ale zdał sobie 
sprawę, że musi. - Nasze zwycięstwo jest pewne, gdyż 
naszym sprzymierzeńcem jest nie kto inny, tylko... 
zakon Czarnych Mnichów.

Na długą chwilę zapadła głucha cisza, którą 

wkrótce zastąpiła wściekła wrzawa.

Nie wiedziałem, o co w tym wszystkim chodzi. 

Zrozumiałem jedynie, że nie pachnie to zbyt dobrze.

background image

24
Capo Dimonte powiedziawszy to, wyszedł i 

zatrzasnął za sobą drzwi. Ze wszystkich stron 
rozbrzmiewały krzyki, a jeden z mężczyzn ryczał 
najgłośniej. Był to ten pokryty bliznami weteran. 
Wdrapał się na stół i wrzasnął, żeby wszyscy się 
uciszyli.

- Znacie mnie, starego Dzika, wszyscy. Ścinałem 

głowy, kiedy większość z was nie mogła jeszcze unieść 
miecza. Wiec teraz ja będę mówił, a wy będziecie 
słuchać. Dopiero jak skończę, będziecie mogli coś 
powiedzieć. Ktoś ma coś przeciwko?

Zacisnął swą ogromną pięść, wyciągnął ją przed 

siebie omiatając izbę dzikim spojrzeniem. Dało się 
słyszeć kilka wściekłych pomruków, ale żaden z nich 
nie był na tyle głośny, aby mógł być uznany za 
otwarty sprzeciw.

- Dobrze. A więc słuchajcie. Znam tych pedryli w 

czarnych habitach już od dawna i nie ufam im. Myślą 
tylko o własnej skórze. Jeśli chcą, żebyście dla nich 
walczyli, to tylko dlatego, że spodziewają się jakichś 
poważnych kłopotów i wolą, żebyśmy to my zginęli 
zamiast nich. Nie podoba mi się to.

background image

- Mnie też się to nie podoba! - wykrzyknął inny 

mężczyzna. - Ale jaki mamy wybór?

- Żadnego - wściekle warknął Dzik. - I o tym 

właśnie chciałem teraz powiedzieć. Myślę, że mają 
nas w garści - wyciągnął miecz i machnął nim 
wściekle. - Każda broń, jaką mamy, poza tymi 
nowymi pistoletami, pochodzi od Czarnych Mnichów. 
Bez ich dostaw nie mielibyśmy czym walczyć, a bez 
broni nie mamy nic do roboty i możemy głodować 
albo wrócić na farmy. A to nie dla mnie. I myślę, że 
dla was też nie. Bo razem w tym siedzimy. Walczymy 
wszyscy albo nie walczy żaden. A jeśli walczymy, a 
któryś z was przed rozpoczęciem akcji będzie chciał 
się wymknąć, to znajdzie mój miecz w swoich 
bebechach.

Machnął znów połyskliwym ostrzem, a wszyscy 

patrzyli w milczeniu.

- Mocny argument - szepnął Hetman - i logika 

nie do odparcia. Ty i twoi kompani nie macie wyboru. 
Musicie się zgodzić.

Hetman miał rację. Było jeszcze trochę 

pokrzykiwań i kłótni, ale w końcu musieli się na coś 
zdecydować. Postanowili wyruszyć u boku Czarnych 

background image

Mnichów. Nikt, ze mną włącznie, nie był tym planem 
zachwycony. Mogli tam stać i się kłócić do północy, 
ale ja byłem już zmęczony i chciałem zaliczyć chociaż 
parę godzin snu. Hetman poszedł szukać potrzebnych 
mu informacji, a ja zwinąłem się na pryczy i 
zapadłem w niespokojną drzemkę.

Obudziły mnie okrzyki rozkazów i poczułem się 

bardziej zmęczony niż przed pójściem spać. Nikt nie 
wyglądał na uszczęśliwionego perspektywą nocnego 
marszu i naszymi sprzymierzeńcami. Wszyscy 
spoglądali spode łba i klęli. Było nawet kilka 
przekleństw, których nigdy wcześniej nie słyszałem - 
parę naprawdę ładnych kawałków. Postanowiłem 
zapamiętać je na przyszłość. Wyszedłem do prowi-
zorycznej umywalni i ochlapałem twarz zimną wodą. 
Trochę pomogło. Kiedy wróciłem, na pryczy siedział 
Hetman. Na mój widok wstał i wyciągnął swą wielką 
rękę.

- Musisz na siebie uważać, Jim. To okrutny 

świat, gdzie wszyscy są przeciwko tobie.

- Sam sobie wybrałem taki styl życia, więc nie 

martw się o mnie.

- Jednak się martwię - westchnął ciężko. - Czuję 

background image

pogardę dla przesądów, astrologów chiromantów i 
temu podobnych, więc tym bardziej jestem sobą 
zdegustowany, że pozwoliłem, żeby ogarnęła mnie 
czarna depresja. Ale w przyszłości widzę jedynie 
ciemność i pustkę. Byliśmy towarzyszami przez zbyt 
krótki okres i nie chciałbym, żeby ten czas się 
skończył. Przykro mi to mówić, wybacz mi, ale 
przeczuwam jakieś niebezpieczeństwa i rozpacz, 
której nie można uniknąć.

- Masz ku temu powody! - zawołałem, próbując 

włożyć w te słowe trochę entuzjazmu. - Zostać 
wyrwany ze stanu prawie bezpiecznego życia 
przypominającego emeryturę, ty sam to tak nazwałeś. 
Potem byłeś więziony, uwolniony, uciekałeś, 
ukrywałeś się, głodowałeś, znowu uciekałeś, 
przekupywałeś, oszukiwano cię, bito, traktowano jak 
niewolnika, zraniono i dziwisz się swej depresji?

Moja przemowa przywołała na jego twarz słaby 

uśmiech i znowu uścisnął mi rękę

- Oczywiście, masz rację, Jim. To rzeczywiście 

toksyny w krwiobiegu i depresja w korze mózgowej. 
Uważaj na siebie i wracaj bezpiecznie. A do tego 
czasu ja opracuję plan, jak uwolnić Capo od jego 

background image

dukatów.

Wyglądał teraz, po raz pierwszy, odkąd się 

poznaliśmy, na swoje lata. Gdy wychodziłem, 
widziałem, jak znużony wyciągnął się na pryczy. 
Powinien czuć się lepiej, gdy wrócę. Dreng będzie 
przynosił mu jedzenie i opiekował się nim. Ja 
natomiast musiałem skoncentrować się na pozostaniu 
przy życiu, żebym mógł tu powrócić.

To był ponury i wyczerpujący marsz. Po 

gorącym dniu nadeszła taka sama noc. Sunęliśmy do 
przodu ociekając potem i zabijając insekty, które 
chmarami wylatywały z ciemności. Wyboista droga 
dręczyła stopy, a nozdrza miałem pełne kurzu. 
Szliśmy tak i szliśmy za brzęczącym i syczącym 
wehikułem turlającym się na czele naszego pochodu. 
Ciągnik parowy holował karetę, w której podróżował 
Capo Dimonte. Razem z nim jechali jego oficerowie; 
wszyscy pili i ogólnie nieźle się bawili. A my 
maszerowaliśmy i coraz mniej słychać było 
przekleństw. Kiedy dotarliśmy wreszcie do lasu 
Pinetta, padliśmy pokotem pod drzewami. Byliśmy 
zbyt zmęczeni, by narzekać. Zrobiłem to co większość 
- walnąłem się pod drzewem na posłanie z igliwia i aż 

background image

jęknąłem z rozkoszy. Zdołałem jeszcze zdobyć się na 
podziw dla bardziej zaciętych żołnierzy, ze starym 
Dzikiem na czele, którzy domagali się racji kwaśnego 
wina przed odpoczynkiem. Zamknąłem oczy, jeszcze 
raz jęknąłem, a potem zasnąłem.

Odpoczywaliśmy cały dzień. Około południa 

wydano racje jedzenia. Ciepłą, cuchnącą wodą 
spłukaliśmy kilka kawałków skały, która przed 
milionami lat była chlebem. Po posiłku udało mi się 
złapać trochę snu, zanim zaczął się kolejny nocny 
marsz.

Po kilku godzinach doszliśmy do skrzyżowania 

dróg i skręciliśmy w prawo. Przez oddziały przeszedł 
na to pomruk wydany przez tych, którzy znali te 
okolice.

- Co oni mówią? - zapytałem maszerującego 

obok mnie, milczącego dotąd żołnierza.

- Capo Dinobli. To na niego idziemy. Nie może to 

być nikt inny. Nie ma innej twierdzy w tym kierunku, 
aż o dzień marszu stąd.

- Coś o nim słyszałeś?
Chrząknął i zamilkł, ale odezwał się człowiek, 

który szedł za nami.

background image

- Służyłem pod nim dawno temu. Już wtedy był 

stary, więc teraz musi być z niego zupełny antyk. Po 
prostu jeszcze jeden Capo.

Potem, otumanieni zmęczeniem, ciągnęliśmy się 

noga za nogą. Znałem lepsze sposoby na zarabianie 
na życie. Postanowiłem, że będzie to moja pierwsza i 
ostatnia kampania wojenna. Gdy tylko wrócimy, 
wyczyścimy z Hetmanem skarbiec i ulotnimy się z 
tyloma dukatami, ile zdołamy unieść. Cudowna myśl. 
Zachęcony nią prawie wpadłem na idącego przede 
mną i stanąłem akurat na czas. Zatrzymaliśmy się w 
miejscu, gdzie droga przechodziła blisko lasu. Na tle 
ciemnych drzew rysowały się jakieś jeszcze 
ciemniejsze bryły. Próbowałem wypatrzeć, co to jest, 
kiedy jeden z oficerów podszedł do szeregów.

- Potrzebuję kilku ochotników - wyszeptał - ty, 

ty, ty i ty.

Dotknął mojego ramienia i stałem się jednym z 

ochotników. W sumie było nas około dwudziestu. 
Całą grupą ruszyliśmy w kierunku lasu. 
Rozchmurzyło się i gwiazdy dawały dosyć światła, 
żeby zobaczyć, że te czarne kształty to jakieś 
urządzenia na kołach. Usłyszałem syk ulatniającej się 

background image

pary. Z cienia wysunęła się ciemna postać.

- Słuchajcie, powiem wam, co macie zrobić - 

oznajmiła.

W najbliższej machinie otworzyły się metalowe 

drzwi i ktoś zaczął wrzucać drewno do paleniska. 
Płomienie na moment wyraźnie oświetliły mówiącego. 
Był to mężczyzna ubrany w czarną suknię, a głowę 
przykrywał mu kaptur zasłaniający twarz. Mnich 
wskazał na machiny.

- Musicie je przepchnąć przez las i to w 

absolutnej ciszy. Włożę nóż pod żebro każdemu, 
który wyda najmniejszy dźwięk. W dzień wycięto 
szlak, więc powinno być łatwo. Weźcie liny i róbcie, 
co wam każę.

Inne postacie w ciemnych habitach podały nam 

sznury i popychając, ustawiły w rzędzie. Na 
wyszeptany sygnał zaczęliśmy ciągnąć.

Maszyna toczyła się rzeczywiście bez problemów. 

Ciągnęliśmy ją w równym tempie. Wszystkie 
polecenia były wydawane szeptem. Dotarliśmy do 
skraju lasu i zatrzymaliśmy się. Potem jeszcze pocąc 
się, pchaliśmy wielką masę po trochu w tę i z 
powrotem, aż nasi przewodnicy zostali wreszcie 

background image

usatysfakcjonowani.

Mnisi szeptali coś o wyrównywaniu i zasięgu. 

Zastanawiałem się, o co w tym wszystkich chodzi. Na 
chwilę zapomnieli o nas, wiec najciszej jak 
potrafiłem, przeszedłem przed machiny i zza krzaków 
wyjrzałem na rozciągający się widok. Bardzo 
ciekawe. Łagodne, pokryte krzewami zbocze opadało 
aż do twierdzy, której ciemne wieże były wyraźnie 
widoczne na tle nieba. U jej stóp migotały, odbijając 
gwiazdy, wody bagien, chroniących warownię przed 
atakiem.

Zostałem w tych krzakach, aż wstał szary świt. 

Wtedy wróciłem, żeby dokładnie przyjrzeć się 
obiektowi naszych wysiłków. Jego kształt rysował się 
teraz wyraźnie, ale nadal nie miałem zielonego 
pojęcia, co to jest. Gdzieś z boku uchodziła biała 
strużka pary. Na górze umieszczona była długa belka. 
Jeden z mnichów zaczął teraz robić coś przy 
regulatorach. Para zasyczała głośniej, a długie ramię 
przechyliło się tak, że jego koniec oparł się o ziemię. 
Podszedłem, żeby przyjrzeć się zamontowanej na jego 
końcu dużej metalowej łyżce i moja ciekawość została 
nagrodzona... Zaciągnęli mnie do pomocy przy 

background image

przesuwaniu ogromnego kamienia. We trzech 
wytoczyliśmy go z pobliskiego zwaliska, ale trzeba 
było czterech, żeby z największym wysiłkiem umieścić 
go na łyżce. Tajemnica za tajemnicą. Dołączyłem do 
pozostałych, akurat w chwili gdy pojawił się Capo 
Dimonte w towarzystwie wysokiego człowieka w 
habicie.

- Czy to będzie strzelać, bracie Farvel? - zapytał 

Dimonte. - Zupełnie się nie znam na takich 
urządzeniach.

- Ale ja się znam, Capo, zobaczysz. Kiedy opuści 

się most, moja maszyna go zniszczy.

- Oby tak się stało. Te ściany są wysokie i takie 

będą nasze straty, jeśli będziemy musieli szturmować 
twierdzę bez możliwości dostania się przez bramę.

Brat Farel odwrócił się do niego plecami i zaczął 

wydawać operatorom maszyny szybkie polecenia. 
Wrzucili więcej drewna do jej wnętrzności i syk stał 
się jeszcze głośniejszy. Było już zupełnie widno. Pole 
przed nami było puste, w twierdzy nic się nie działo. 
Lecz za nami w lesie czyhała w ukryciu mała armia i 
machiny wojenne. Było oczywiste, że bitwa 
rozpocznie się, kiedy tylko zostanie spuszczony i 

background image

zniszczony most zwodzony.

Gdy się rozwidniło, dostaliśmy rozkaz ukryć się. 

Pół godziny później zrobiło się zupełnie widno. Słońce 
stało już nad horyzontem i nadal nic się nie działo. 
Podczołgałem się bliżej zakapturzonego operatora 
machiny.

- Nie opuszcza się! - wykrzyknął nagle brat 

Farvel. - Jest już po czasie! O tej porze zawsze był 
spuszczany. Coś się stało!

- Czyżby wiedzieli, że tu jesteśmy? - zapytał 

Capo Dimonte.

- Tak! - nieprawdopodobnie donośny głos 

zabrzmiał z drzew nad naszymi głowami. - Wiemy, że 
tu jesteście! Wasz szturm jest z góry przegrany, a wy 
zgubieni. Przygotujcie się na pewną śmierć!

background image

25
Ryczący głos w ciszy lasu był czymś zupełnie 

niespodziewanym i szokującym. Poderwałem się 
przerażony. Nie tylko zresztą ja. Mnich przy 
regulatorach maszyny przestraszył się jeszcze 
bardziej. Jego ręka mimowolnie pchnęła lewar i 
rozległ się potężny, syczący ryk. Długie ramię na 
szczycie urządzenia pomknęło do góry zakreślając 
wysoki łuk i uderzyło w ukryty bufor. Cała maszyna 
zadygotała gwałtownie. Ramię zatrzymało się, ale 
kamień w łyżce na jego końcu pomknął dalej. Szybko 
podbiegłem do przodu i zobaczyłem, jak wzbijając 
fontanny błota wpada do bagna tuż przed 
zamkniętym mostem zwodzonym. Dobry strzał, 
gdyby most był spuszczony, z pewnością by go 
rozwalił.

Wszystko nagle zaczęło dziać się bardzo szybko. 

Brat Farvel zwalił na ziemię zajmującego się 
regulatorami mnicha i teraz kopał go, rycząc z 
wściekłości. Żołnierze biegali w tę i z powrotem 
wymachując mieczami, a niektórzy strzelali w korony 
drzew. Capo Dimonte wykrzykiwał rozkazy, których 
nikt nie słuchał. A ja przywarłem plecami do 

background image

najbliższego pnia i z przygotowanym do strzału 
pistoletem czekałem na atak.

Ale nie było żadnego ataku. Za to znowu odezwał 

się tubalny głos:

- Odejdź stąd. Wracaj tam, skąd przyszedłeś, a 

zostaniesz ocalony. Mówię do ciebie, Capo Dimonte. 
Popełniasz błąd. Czarni Mnisi wykorzystują cię. 
Przez nich zostaniesz zniszczony. Wracaj do swej 
twierdzy, bo tu czeka cię jedynie śmierć.

- To jest tam! Widzę to! - krzyknął brat Farvel, 

wskazując do góry. Odwrócił się, zobaczył mnie i 
chwycił mocno moje ramię. Znowu pokazał na 
drzewo.

- Tam, na tej gałęzi, przyrząd szatana. Zniszcz 

to!

Czemuż by nie? Teraz to zobaczyłem, a nawet 

rozpoznałem. Był to głośnik. Pistolet wystrzelił, a jego 
odrzut mocno szarpnął moim barkiem. Strzeliłem 
jeszcze raz. Głośnik rozpadł się i na dół poleciały 
kawałki plastiku i metalu.

- To tylko maszyna! - wykrzyknął brat Farvel, 

wdeptując w ziemię szczątki głośnika. - Rozpoczynaj 
atak! - zawołał do Capo Dimonte. - Każ ludziom iść 

background image

naprzód. Moje miotacze śmierci będą cię wspierać. 
Zburzę dla ciebie te mury.

Capo nie miał wyboru. Zagryzł wargę i 

przywołał trębacza. Rozległy się trzy ostre dźwięki, 
na które odpowiedzieli trębacze znajdujący się na 
naszych tyłach i obu skrzydłach. Kiedy pierwsze 
oddziały wyszły spod drzew, Dimonte wydobył miecz i 
rozkazał, abyśmy szli za nim. Z ogromną niechęcią 
pobiegłem naprzód.

Nie było to coś, co można by nazwać 

błyskawicznym atakiem. Porównałbym to raczej do 
spaceru. Zeszliśmy ze wzgórza przez pole, a potem 
zatrzymaliśmy się, aby zaczekać, aż pozostałe 
miotacze śmierci znajdą się na swoich pozycjach. 
Pojazdy parowe ustawiły je w szereg i rozpoczął się 
ostrzał. Nad naszymi głowami przelatywały ze 
świstem głazy, które albo odbijały się od murów 
twierdzy, albo znikały w jej wnętrzu.

- Naprzód! - krzyknął Capo i znowu machnął 

mieczem. Wtedy zaczął się kontratak.

Zza murów fortecy wyskoczyły srebrne kule. 

Poleciały wysoko w górę i pomknęły ku nami rysując 
srebrzyste parabole. Za chwilę uderzyły o ziemię 

background image

pękając z trzaskiem. Jedna z nich spadła blisko mnie. 
Zobaczyłem, że jest to cienki zbiorniczek wypełniony 
dymiącym płynem, który błyskawicznie parował. 
Trucizna! Rzuciłem się biegiem jak najdalej od niej, 
próbując wstrzymać oddech. Ale obok rozpryskiwało 
się coraz więcej kuł i powietrze pełne było gazu. 
Biegłem, aż rozbolały mnie piersi. Musiałem ode-
tchnąć, nie dałem rady powstrzymać się.

Kiedy powietrze dotarło do moich płuc, ogarnęła 

mnie ciemność i runąłem na ziemię.

Leżałem na plecach, to wiedziałem, ale poza tym 

niewiele do mnie docierało. Straszliwie bolała mnie 
głowa. Miałem wrażenie, jakby na skroniach 
zaciskała mi się rozżarzona obręcz, a gdy 
spróbowałem otworzyć oko, czerwona błyskawica 
przeszyła mi mózg. Jęknąłem i usłyszałem rozlegające 
się ze wszystkich stron jęki innych. Ból głowy pokonał 
nas wszystkich. Był wielki jak planeta. Był to ból 
głowy wszechczasów, przed którym bledną wszystkie 
inne bóle głowy. Pomyślałem o bólach głowy, których 
dotychczas doświadczałem, i prawie uśmiechnąłem się 
na ich wspomnienie.

Żałosne migrenki... Ten - to było coś! Ktoś obok 

background image

jęknął, a inni mu odjęknęli ze współczuciem.

Ból po trochu ustępował. Po jakimś czasie 

zdołałem delikatnie otworzyć jedno oko, a potem 
drugie. Nade mną rozciągało się czyste błękitne niebo, 
a w zbożu, w którym leżałem, szeleścił wiatr. 
Niepewnie uniosłem się na łokciu i spojrzałem wkoło 
na pokonaną armię.

Pole było usłane ciałami żołnierzy. Niektórzy 

właśnie siadali trzymając się za głowy, a kilku 
silniejszych, czy może głupszych, chwiejnie 
próbowało stanąć na nogi. Wszędzie leżały srebrzyste 
szczątki pocisków gazowych, wyglądające teraz 
całkiem niewinnie. W skroniach mi tętniło, ale nie 
zwracałem na to uwagi. Żyliśmy. Gaz nikogo nie 
uśmiercił - najwyraźniej miał nas jedynie 
obezwładnić. Silne świństwo. Nie chcąc jeszcze 
ryzykować patrzenia na słońce, spojrzałem na własny 
cień; był bardzo krótki. A więc zbliżało się południe. 
Spaliśmy przez wiele godzin.

W takim razie dlaczego jeszcze żyjemy? 

Dlaczego ludzie Capo Dinobli nie rzucili się na nas i 
nie poderżnęli nam gardeł? Albo przynajmniej nie 
zabrali nam broni? Mój pistolet ciągle leżał przy 

background image

mnie, przełamałem go i zobaczyłem, że jest 
naładowany. Same zagadki. Wstałem... i natychmiast 
tego pożałowałem, czując potężne dudnienie w głowie. 
Wtem rozległ się ochrypły wrzask. Rozejrzałem się.

Hm... To brat Farvel we własnej osobie krzyczał, 

klął i wyrywał sobie garściami włosy z głowy. Nigdy 
nie widziałem czegoś podobnego. Ciekawe, co 
powiedziałby na to psychiatra? Powoli poszedłem w 
stronę brata Farvela, żeby zobaczyć, co doprowadziło 
go do takiego stanu. Po chwili zrozumiałem jego 
uczucia.

Stał koło jednego ze swych miotaczy śmierci, 

który podczas naszej duchowej nieobecności zamienił 
się w plątaninę poskręcanych rur i popękanego 
metalu. Długie ramię zostało zgrabnie pocięte na trzy 
części, a koła oderwane od reszty maszyny. Była to po 
prostu kupa nienadającego się do niczego złomu. Brat 
Fravel pobiegł gdzieś wyjąc ochryple, a za nim 
fruwały powyrywane włosy.

Inni mnisi też zaczęli żałobnie zawodzić. Brat 

Farvel dopadł próbującego usiąść Capo Dimonte.

- Wszystkie zniszczone, wszystkie! - ryknął 

Czarny Mnich, a Capo Dimonte zakrył sobie uszy 

background image

dłońmi. - Praca lat na nic! Zmiażdżone, rozwalone! 
Wszystkie moje miotacze śmierci, taran parowy, 
wszystko zniszczone! To on to zrobił, Capo Dinobli, to 
on! Zbierz swych ludzi, zaatakuj twierdzę, on musi 
zapłacić za tę potworną zbrodnię.

Capo odwrócił się, żeby spojrzeć na twierdzę. 

Wyglądała tak samo jak o świcie, spokojna i 
nienaruszona, z ciągle podniesionym mostem, jakby 
zupełnie nic się dotąd nie wydarzyło. Dimonte 
odwrócił się od brata Farvela z groźną i ściągniętą 
twarzą.

- Nie. Nie będę prowadził moich ludzi na te 

mury. To samobójstwo, a na to się nie umawialiśmy. 
To twoja wojna, nie moja. Zgodziłem się pomóc ci w 
zdobyciu twierdzy. Ty miałeś swymi urządzeniami 
rozwalić bramę, a ja zaatakować. Teraz nasza umowa 
wygasła.

- Nie możesz nie dotrzymać danego słowa...
- Nie mam takiego zamiaru. Zburz mury, a ja 

zaatakuję. To przecież obiecałeś. A więc zrób to teraz.

Brat Farvel poczerwieniał ze złości i uniósł pięści. 

Capo tylko wydobył miecz.

- Przyjrzyj się temu - powiedział. - Ciągle jeszcze 

background image

jestem uzbrojony i wszyscy moi ludzie są uzbrojeni. 
To znak i ja ten znak dobrze zrozumiałem. Gdy tu 
leżeliśmy, ludzie Dinobli mogli wam zabrać broń i 
poderżnąć gardła. Ale tego nie zrobili. Oni nie walczą 
ze mną. A więc ja nie będę walczyć przeciw nim. To 
ty z nimi walczysz, to twoja bitwa. - Potrącił 
czubkiem buta leżącego obok trębacza. - Daj sygnał 
zbiórki.

Z radością pozostawiliśmy Czarnych Mnichów, 

którzy oglądali wraki swoich machin. Wiadomość o 
zerwaniu przymierza szybko rozeszła się między 
oddziałami. Bolesne grymasy zastąpiły uśmiechy, a 
ból głowy - ulga. Nie będzie bitwy ani strat w 
ludziach. Czarni Mnisi nawarzyli piwa i teraz muszą 
sami je wypić. Ja uśmiechałem się szerzej niż 
pozostali, bo miałem świetne nowiny dla Hetmana.

Wiedziałem, jak możemy wydostać się z tej 

parszywej planety.

Wreszcie zrozumiałem, co stało się ubiegłej nocy. 

W ciemności uważnie obserwowano zbliżanie się 
naszych oddziałów. Dzięki jakiejś wyższej technice 
oczywiście. Ukryci obserwatorzy musieli również 
widzieć budowę drogi dla miotaczy śmierci i 

background image

zrozumieli cel tej operacji. Głośnik został 
umieszczony na drzewie dokładnie nad obozem, a 
potem włączony za pomocą radia. Gaz, który nas 
powalił, był bardzo wymyślny i został zrzucony z 
centymetrową dokładnością. Wszystko to 
przekraczało możliwości techniczne tej zacofanej 
planety i mogło oznaczać tylko jedno. W twierdzy 
Capo Dinobli byli ludzie z innej planety. Było ich tam 
dużo i mieli w tym jakiś cel. Cokolwiek by to było, 
rozbudziło taki gniew Czarnych Mnichów, że za-
planowali ten nieudany atak. Dobrze. Jeszcze jeden 
wróg mojego wroga. Mnisi mieli w swych szponach 
całą technologię, jaka istniała na Spiovente, i z tego, 
co widziałem, technika ta służyła całkowicie do celów 
wojskowych. Głowiłem się próbując przypomnieć 
sobie długie wykłady Hetmana na temat geopolityki i 
ekonomii. Zaczął mi świtać w głowie sposób na 
rozwiązanie naszych kłopotów, kiedy na przodzie 
kolumny rozległy się jakieś dzikie wrzaski.

Razem z innymi ruszyłem, żeby zobaczyć, co się 

stało. Ujrzałem, jak półprzytomny ze zmęczenia 
kurier pada na trawę przy drodze. Capo Dimonte 
odwrócił się od niego, z wściekłości wymachując 

background image

pięściami.

- Atak na moją twierdzę! To ten gadzi pomiot 

Docci, to on. Ruszamy natychmiast szybkim 
marszem. Do szeregów!

Nigdy nie chciałbym powtórzyć tego marszu. 

Odpoczywaliśmy tylko wtedy, gdy ze zmęczenia po 
prostu padaliśmy na ziemię. Wówczas jedliśmy, 
piliśmy wodę, znów stawaliśmy na nogi i ruszaliśmy 
dalej. Nie było potrzeby nas bić albo zachęcać, bo 
teraz był to interes nas wszystkich. Rodzina Capo, 
jego dobra, wszystko pozostało w twierdzy, strzeżone 
jedynie przez kilku żołnierzy. Zostało tam też 
wszystko, co posiadaliśmy. Pilnowali tego nasi 
giermkowie. Dreng, którego ledwie znałem, ale za 
którego czułem się odpowiedzialny. I Hetman. Jeśli 
wzięto twierdzę, co się z nim stało? Nic, był 
nieszkodliwym staruszkiem, nie był ich wrogiem.

Choć próbowałem przekonać siebie samego, że 

tak jest, wiedziałem, że to kłamstwo. Hetman był 
zbiegłym niewolnikiem. A wiedziałem już, co na 
Spiovente robi się ze zbiegłymi niewolnikami.

Znowu trochę wody i jedzenia o zachodzie słońca 

i dalej w drogę przez całą noc. O świcie zobaczyłem, 

background image

że nasze kolumny porozciągały się, gdyż na czoło 
wysforowali najsilniejsi. Byłem młody, sprawny i 
zdenerwowany, więc znalazłem się na samym 
przedzie. Mogłem się teraz zatrzymać, żeby chwilę 
odpocząć i złapać oddech. Na drodze przed nami 
zobaczyłem dwóch ludzi, którzy wyskoczyli zza 
krzaków i zniknęli za wzgórzem.

- Tam! - krzyknąłem. - Zwiadowcy, widzieli nas! 

Capo wyskoczył z karety i podbiegł do mnie.

- Dwóch ludzi. Byli tam ukryci. Pobiegli w 

kierunku twierdzy. Zazgrzytał zębami w bezsilnej 
złości.

- Nie zdołamy ich złapać. Docci zostanie 

ostrzeżony i ucieknie.

Spojrzał do tyłu na rozsypane oddziały i 

przywołał oficerów.

- Ty, Barkus, zostań tutaj, daj im odpocząć, a 

potem idźcie za mną. Ja ruszam teraz ze wszystkimi, 
którzy jeszcze są zdolni do walki. Mogą jechać na 
mojej karecie. Ruszamy.

Wdrapałem się na dach pojazdu, pozostali biegli 

obok niego trzymając się, czego się dało. Ciągnik 
parowy sapał i wypuszczał wielkie kłęby dymu, kiedy 

background image

wtaczaliśmy się na wzgórze. Potem pomknęliśmy w 
dół zbocza.

Z tej odległości widać już było wieżę twierdzy, 

obok której kłębił się dym. Kiedy wtoczyliśmy się za 
następny zakręt, natknęliśmy się na tyralierę 
żołnierzy Docci zagradzających nam drogę do 
twierdzy. Zaczęli strzelać.

Nie zwolniliśmy. Ciągnik parowy zagwizdał 

głośno, a my zawyliśmy z wściekłości.

Wróg pierzchnął. Nie wytrzymali nerwowo. 

Widzieliśmy, jak dołączają do pozostałych 
napastników, którzy strumieniem wylewali się z 
grobli. Zniknęli w lesie, zanim ich dopadliśmy. Za 
groblą widać było rozwaloną, dymiącą bramę 
twierdzy. Byłem tuż za Capo, gdy potykając się 
wchodziliśmy na dziedziniec. Zza ruin baszty przy 
bramie wyszedł żołnierz i uniósł miecz w słabym 
pozdrowieniu.

- Nie wpuściliśmy ich, Capo - powiedział i osunął 

się, opierając się o roztrzaskaną na drzazgi belkę. - 
Przedarli się na dziedziniec, ale nie wpuściliśmy ich 
do wieży, i wysadzili zewnętrzne wrota, gdy 
odchodzili.

background image

- Co z Lady Dimonte, z dziećmi...?
- Wszyscy bezpieczni, skarbiec nie naruszony. 

Ale kwatery żołnierzy były na dziedzińcu, nie w 
wieży. Popędziłem tam razem z innymi.

Leżały tu ciała, dużo ciał. Bezbronni giermkowie 

wyrżnięci w pień. Obrońcy wychodzili teraz z wieży. 
Wśród nich był Dreng. Szedł wolno. Niósł 
zakrwawioną siekierę. Ubranie też miał poplamione 
krwią, ale wyglądał na zdrowego. Spojrzałem mu w 
twarz i wyczytałem w niej smutek. Nie musiał nic 
mówić, wiedziałem. Jego słowa dobiegły do mnie z 
daleka.

- Przykro mi. Nie mogłem im przeszkodzić. 

Staruszek umarł. Umarł.

background image

26
Leżał na pryczy z zamkniętymi oczami, jakby 

spał. Ale to nie był sen. Dreng przykrył go kocem aż 
po brodę, uczesał i umył mu twarz.

- Nie dałem rady go przenieść, kiedy nastąpił 

atak - powiedział Dreng. - Był zbyt ciężki i zbyt chory. 
Rana na plecach była paskudna, czarna, a skóra 
gorąca. Powiedział, żebym go zostawił, że i tak umrze. 
Powiedział, że jeśli go nie zabiją, to zrobi to infekcja. 
Ale nie musieli go przecież zadźgać...

Mój przyjaciel i nauczyciel. Zamordowany przez 

te zwierzęta. Był wart więcej niż cały plugawy 
motłoch tej planety razem wzięty. Dreng ujął mnie za 
ramię, ale odepchnąłem go ze złością.

- Ukradłem dla niego kawałek papieru - 

powiedział wtedy. - Chciał do ciebie napisać. 
Ukradłem to.

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Odpakowałem 

zawiniątko i na podłogę upadł rzeźbiony w drewnie 
klucz. Podniosłem go i spojrzałem na kartkę. 
Narysowany był na niej plan twierdzy. Strzałka przy 
słowie „skarbiec" wskazywała jedno pomieszczenie. 
Pod planem była wiadomość napisana silną i pewną 

background image

ręką: „Niezbyt dobrze się czuję, więc być może, nie 
będę mógł dać ci tego osobiście. Zrób metalową kopię 
tego klucza, otwiera on drzwi skarbca. Życzę 
powodzenia. Miło było cię poznać Jim, bądź dobrym 
«szczurem»”.

Niżej widniał starannie wykaligrafowany podpis. 

Przeczytałem nazwisko i nie mogąc uwierzyć 
własnym oczom przeczytałem je jeszcze raz. Nie 
podpisał się pseudonimem. Pozostawił mi w spadku 
zaufanie. Chyba wiedział, że jestem jedyną osobą we 
Wszechświecie, która to zaufanie doceni. Wyjawił mi 
swoje prawdziwe nazwisko.

Wyszedłem i usiadłem na zewnątrz, na słońcu i 

poczułem się nagle bardzo słaby. Dreng przyniósł mi 
kubek wody. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak 
bardzo byłem spragniony. Wypiłem wszystko do 
ostatniej kropli i wysłałem go po więcej.

No i po wszystkim, koniec. Przeczuwał nadejście 

ciemności, ale martwił się o mnie. Myślał o mnie, 
kiedy to właśnie jemu śmierć zaglądała w oczy.

Co dalej? Co teraz mam robić?
Ogarnęło mnie znużenie, ból i wyrzuty sumienia. 

Nie zdając sobie sprawy z tego, co się dzieje, 

background image

osunąłem się na bok i zasnąłem. Kiedy się obudziłem, 
było już późno po południu. Pod głową miałem 
zwinięty koc Drenga. Mój giermek usiadł obok mnie.

Nie mieliśmy sobie nic do powiedzenia. 

Włożyliśmy ciało Hetmana na jeden z małych wozów i 
zaciągnęliśmy go przez groblę na brzeg. Nie byliśmy 
jedynymi, którym przyszło to robić. Obok drogi było 
małe, zarośnięte trawą wzgórze, z którego rozciągał 
się ładny widok na wodę i twierdzę. Tam go 
pochowaliśmy, mocno ubiliśmy ziemię i nie 
zostawiliśmy żadnego znaku. Nie na tej obrzydliwej 
planecie. Ten świat miał jego ciało - to wystarczy. 
Pomnik, który mu wystawię, będzie się znajdował 
całe lata świetlne stąd. Kiedyś, gdy nadejdzie czas, 
zajmę się tym.

- A teraz, Dreng, zajmiemy się Capo Docci i jego 

zbirami. Mój drogi przyjaciel nie pochwalał zemsty, 
więc ja też nie będę się mścił. Nazwiemy to 
sprawiedliwością. Trzeba tych kryminalistów trochę 
ukrócić. Tylko jak to zrobić?

- Ja pomogę, panie. Teraz już mogę walczyć. 

Bałem się, a potem się wściekłem i walczyłem siekierą. 
Jestem gotów być wojownikiem, tak jak ty.

background image

Pokręciłem przecząco głową. Zaczynałem już 

jaśniej myśleć.

- To nie robota dla farmera z przyszłością. Ale 

musisz zawsze pamiętać, że przezwyciężyłeś swój 
strach. To ci pomoże w życiu. Ale Jim diGriz zawsze 
spłaca swoje długi, więc wracasz na farmę. Ile taka 
farma kosztuje?

Rozdziawił usta, szukając w pamięci.
- Nigdy nie kupowałem farmy.
- Nie wątpię. Ale pewnie słyszałeś o kimś, kto 

kupował?

- Stary Kretchy kiedyś wrócił z wojen i dał 

wdowie Roskwi dwieście dwanaście dukatów za jej 
część farmy.

- Świetnie! Biorąc poprawkę na inflację, pięćset 

powinno ci wystarczyć. Trzymaj się mnie, chłopie, a 
będziesz nosił lemiesz. A teraz idź do kuchni i zapakuj 
trochę jedzenia. Ja tymczasem puszczę w ruch 
pierwszą część planu.

To było jak partyjka szachów, którą rozgrywasz 

sobie w głowie. Jasno i dokładnie widziałem pierwsze 
swoje ruchy. Jeśli rozegram je dobrze, środek i koniec 
gry będą nieuniknionym zwycięstwem! Zrobiłem więc 

background image

pierwszy ruch.

Capo Dimonte siedział oklapnięty na tronie, 

zmęczony jak my wszyscy, z dzbanem wina w ręku. 
Przepchnąłem się przez oficerów i stanąłem przed 
nim. Łypnął na mnie ponurym wzrokiem i machnął 
ręką.

- Odejdź, żołnierzu. Dostaniesz nagrodę. Dobrze 

się dziś spisałeś, widziałem. Ale zostaw nas teraz, 
musimy obmyślić plan...

- Dlatego tu jestem, Capo. Żeby ci powiedzieć, 

jak zniszczyć Capo Docci. Służyłem u niego i znam 
jego tajemnice.

- Mów!
- Na osobności. Odeślij wszystkich.
Zastanowił się przez chwilę i machnął ręką. 

Wyszli pomrukując, a on flegmatycznie popijał wino, 
aż zamknęły się za nimi drzwi.

- Mów, co wiesz! - rozkazał despotycznie. - Mów 

szybko, bo jestem w fatalnym humorze.

- Tak jak i my wszyscy. To, co chcę ci 

powiedzieć, nie dotyczy Docci, nie bezpośrednio. 
Zaatakujesz go, tego jestem pewien. Ale żeby być 
pewnym sukcesu, chcę przeciągnąć Capo Dinobli i 

background image

jego tajemnice na twoją stronę. Czyż nie byłoby 
lepiej, gdyby ludzie Docci spali, kiedy będziemy 
przechodzić przez mur?

- Dinobli nie wie o tych sprawach więcej niż ja, 

wiec nie opowiadaj głupot. Niedomaga, a przez 
ostatni rok nie opuszczał łoża.

- Domyślałem się tego, ale ci, którzy dla swoich 

celów korzystają z jego twierdzy i którzy 
doprowadzili do tego, że Czarni Mnisi chcieli 
wypowiedzieli im wojnę, to są ludzie, którzy ci 
pomogą.

Na te słowa wyprostował się, a oczy aż mu 

rozbłysły na myśl o nowej intrydze.

- A więc idź do nich. Obiecaj im udział w łupach, 

ty zresztą też swój dostaniesz, jeśli uda ci się wykonać 
to, co wymyśliłeś. Idź i obiecaj im w moim imieniu to, 
co chcesz. Przed końcem miesiąca głowa Docci będzie 
się piekła na rożnie w moim kominku, ale zanim do 
tego dojdzie, jego ciało będzie rozrywane 
rozgrzanymi do czerwoności hakami...

Dalej mówił w podobnym stylu, ale nie 

interesowało mnie to zbytnio. Był to tylko otwierający 
ruch pionka. Teraz musiałem poprowadzić do ataku 

background image

główne figury.

Kłaniając się uniżenie wyszedłem, pozostawiając 

go siedzącego na tronie. Coś pomrukiwał i 
wymachując rękami rozlewał dookoła wino. Tym 
ludziom szybko zmieniał się nastrój.

Dreng spakował nasze nieliczne rzeczy i 

natychmiast wyruszyliśmy. Odeszliśmy daleko od 
twierdzy i skręciliśmy w kierunku płynącej w pobliżu 
rzeczki. Jej brzegi porośnięte były trawą.

- Zostaniemy tu do rana - oznajmiłem. - Muszę 

obmyślić plan, a poza tym potrzebujemy 
wypoczynku. Chcę mieć jasny umysł, gdy jutro 
zapukam do drzwi starego Dinobli.

Po długim, odświeżającym śnie, sytuacja wydała 

się całkiem jasna.

- Dreng - powiedziałem. - To będzie akcja jedno-

osobowa. Nie wiem, jak zostanę przyjęty i być może 
będę potem zbyt zajęty martwieniem się o własną 
skórę, żeby mieć jeszcze czas na troszczenie się o 
ciebie. Wracaj do twierdzy Capo Dimonte i czekaj 
tam na mnie.

W rzeczywistości nie było żadnych drzwi, do 

background image

których mógłbym zapukać. Zamiast tego przy bramie 
stało dwóch ciężko uzbrojonych strażników. 
Przeszedłem przez pole, minąłem wraki machin, 
które pokryły już czerwone plamy rdzy, i wszedłem 
na most zwodzony. Zanim zbliżyłem się do  
strażników, przystanąłem,  powoli wyjąłem  pistolet i 
chwyciłem go za lufę.

- Mam ważną wiadomość dla tego, który tu 

dowodzi.

- Odwróć się i szybko odmaszeruj - powiedział 

wyższy strażnik, wycelowując we mnie pistolet. - 
Capo Dinobli nikogo nie przyjmuje.

- Wcale nie chodzi mi o Capo - odparłem, 

zerkając na widoczny za jego plecami dziedziniec.

Przechodził tam właśnie wysoki człowiek w 

obszarpanym ubraniu, ale pod obdartymi 
mankietami jego spodni dostrzegłem odbłysk 
plastikowych butów.

- Capo życzę jedynie dobrego zdrowia! - krzyk-

nąłem głośno. - I mam nadzieję, że ma dobrego 
gerontologa, który regularnie aplikuje mu 
synapsostymulaty.

Strażnik mruknął coś zmieszany, ale moje słowa 

background image

nie były skierowane do niego. Człowiek na dziedzińcu 
nagle się zatrzymał, a potem odwrócił się wolno. 
Zobaczyłem podłużną twarz i przenikliwe, 
skierowane na mnie w milczeniu niebieskie oczy.

Podszedł i wciąż na mnie patrząc, zaczął 

rozmawiać ze strażnikiem.

- W czym problem?
- Nic, nic, szanowny panie. Odprawiałem właśnie 

tego tutaj.

- Pozwól mu wejść. Chcę go przesłuchać.
Strażnik opuścił pistolet i przeszedłem przez 

bramę.

Kiedy znaleźliśmy się za zasięgiem słuchu 

strażników, wysoki mężczyzna odwrócił się do mnie i 
zmierzył mnie od stóp do głów zaciekawionym 
spojrzeniem.

- Idź za mną - powiedział. - Chcę z tobą pomówić 

na osobności.

Nie odezwał się już, aż weszliśmy do jakiegoś 

pokoju i zamknęły się za nami drzwi.

- Kim jesteś? - zapytał.
- Wiesz, że właściwie miałem ci zadać to samo 

pytanie. Czy Liga wie, co tu robicie?

background image

- Oczywiście, że wie. To oficjalna... - ugryzł się w 

język i uśmiechnął się. - To przynajmniej dowodzi, że 
jesteś spoza planety. Nikt tu nie potrafi tak szybko 
myśleć ani nie wie tyle co ty. Siadaj i powiedz, kim 
jesteś. Potem ocenię, ile mogę ci powiedzieć o naszej 
pracy tutaj.

- W porządku - odpowiedziałem opadając na 

krzesło i kładąc pistolet na podłodze. - Nazywam się 
Jim. Byłem członkiem załogi veniańskiego 
frachtowca, dopóki nie zadarłem z kapitanem. 
Wyrzucił mnie na tej planecie. To wszystko.

Wyciągnął notes i zaczaj zapisywać.
- Nazywasz się Jim. A nazwisko? Milczałem. 

Popatrzył na mnie spode łba.

- Dobrze, obejdziemy się na razie bez tego. Jak 

się nazywa kapitan?

- Sądzę, że zachowam tę informację na później. 

Może teraz ty powiesz mi, kim jesteś? Odsunął notes i 
usiadł wygodnie.

- To mi nie wystarcza. Nie znając twojej 

tożsamości nie mogę ci nic powiedzieć. Skąd 
pochodzisz z Yenii? Jak się nazywa stolica twojej 
planety? Kto jest Prezesem Rady Świata?

background image

- To było dawno, zapomniałem.
- Kłamiesz. Jesteś takim samym Yeniańczykiem 

jak ja. Zanim dowiem się więcej...

- Co dokładnie musisz wiedzieć? Jestem 

obywatelem Ligi, nie jednym z miejscowych 
opryszków. Oglądałem trójwymiarową telewizję, 
jadałem u MacSwineyów znanych na każdym świecie, 
czterdzieści dwa miliardy utargu. Studiowałem 
elektronikę molekularną i mam czarny pas w judo. 
Czy to ci wystarczy?

- Być może. Ale powiedziałeś mi, że zostałeś tu 

wyrzucony z veniańskiego frachtowca, a to nie może 
być prawdą. Zabroniono jakichkolwiek 
niezatwierdzonych kontraktów ze Spiovente.

- Mój kontrakt nie był zatwierdzony. Statek 

szmuglował tu broń, taką jak ta.

To wreszcie przyciągnęło jego uwagę. Sięgnął po 

notes.

- Kapitan nazywa się...? Pokręciłem głową w 

milczącym „nie".

- Dostaniesz tę informację tylko wtedy, gdy 

załatwisz mi wydostanie się z tej planety. Możesz to 
zrobić, bo z tego, co mi powiedziałeś, jesteś tu za 

background image

zgodą Ligi. A więc może zrobimy mały interesik. Ty 
załatwisz mi bilet - mam mnóstwo srebrnych 
dukatów, żeby za niego zapłacić, czy też będę miał, a 
to na jedno wychodzi. Poza tym pomożesz mi 
troszeczkę w lokalnej sprawie. A wtedy ja podam ci 
nazwisko kapitana.

Nie spodobało mu się to. Myślał intensywnie, 

przeżuwał haczyk, ale nie mógł go przełknąć.

- Przez ten czas, kiedy się zastanawiasz - 

odezwałem się - mógłbyś mi powiedzieć, kim jesteś i 
co tu robisz?

- Najpierw musisz obiecać, że nie zdradzisz 

naszej tożsamości krajowcom. Nasza obecność jest 
znana poza tą planetą, ale tutaj możemy odnieść 
sukcesy tylko wtedy, gdy cała operacja pozostanie 
tajemnicą.

- Obiecuję, obiecuję. Nie jestem nic winien 

żadnemu z krajowców.

Ułożył palce w piramidkę i odchylił się do tyłu 

jakby zaczynając wykład. Dobrze zgadłem, 
potwierdziły to jego pierwsze słowa.

- Jestem profesor Lustig z Uniwersytetu 

Ellenbogen, gdzie pracuję na katedrze socjoekonomii 

background image

stosowanej. Jestem kierownikiem departamentu i 
muszę powiedzieć, że to ja założyłem ten 
departament, gdyż socjoekonomia stosowana jest 
stosunkowo młodą dyscypliną, będącą, rzecz jasna, 
odgałęzieniem socjoekonomii teoretycznej...

Mrugnąłem szybko, aby nie popaść w otępienie i 

zmusiłem się do słuchania. To właśnie przez takich 
nauczycieli jak Lustig uciekłem ze szkoły!

- ...lata korespondencji i pracy, aby zrealizować 

naszą największą ambicję. Praktyczne zastosowanie 
naszych teorii... Najtrudniej było przekonać 
biurokratów z Ligi ze względu na nieinterwencyjną 
politykę Ligi. W końcu udało się ich namówić, żeby z 
odpowiednimi zabezpieczeniami pozwolili nam 
poprowadzić pierwszy doświadczamy program tu, na 
Spiovente. I jak powiedział ktoś z czarnym humorem, 
gorzej nie mogliśmy trafić.

- A co dokładnie próbujecie tu zrobić? - 

zapytałem. Wytrzeszczył oczy.

- To powinno być oczywiste. Cały czas tylko o 

tym mówiłem.

- Pan myślał o teorii, profesorze. Czy byłby pan 

łaskaw po ludzku wyjaśnić, co chcecie osiągnąć?

background image

- Jeśli nalegasz, w kategoriach Laymana 

oczywiście, próbujemy ni mniej, ni więcej tylko 
zmienić strukturę tego społeczeństwa. Zamierzamy 
wyprowadzić tę planetę z Ciemnego Średniowiecza, 
nawet gdyby miała kopać i wrzeszczeć. Po Przełomie 
Spiovente wpadła w dość odpychającą formę 
feudalizmu. A raczej wojnoizmu. Zwykle w wieku 
dezintegracji hierarchia feudalna jest bardzo 
przydatna. Podtrzymuje ogólną strukturę państwa, 
podczas gdy różne jednostki administracyjne troszczą 
się i dbają o siebie.

- Nie widziałem tu zbyt wiele troski czy opieki.
- Zgadza się. Dlatego też ci wojownicy będą 

musieli odejść.

- Mogę pomóc paru wystrzelać.
- My NIE posługujemy się przemocą! Jest to nie 

tylko obrzydliwe, ale też zakazane przez Ligę. 
Naszym celem jest stworzenie rządu niezależnego od 
instytucji Capo. Aby to zrobić, wspomagamy 
społeczny awans klasy specjalistów. To spowoduje 
zintensyfikowanie obiegu pieniądza i koniec handlu 
wymiennego. Wraz ze wzrostem funduszów rząd 
będzie mógł ustanowić podatki na stworzenie działu 

background image

usług społecznych. Potrzebne będzie do tego 
stworzenie sądownictwa. To z kolei spowoduje rozwój 
komunikacji, centralizacji i rozbudzenie idei 
zjednoczeniowych.

Brzmiało to nieźle, chociaż nie szalałem z radości 

na myśl o podatkach czy sądownictwie. Wszystko 
było jednak lepsze niż Capo.

- To brzmi nieźle w teorii - powiedziałem. - Lecz 

jak zamierza pan wprowadzić to w czyn?

- Poprzez oferowanie lepszych usług za niższą 

cenę. Dlatego też Czarni Mnisi próbowali nas 
zaatakować. Mój kapelusz jest bardziej religijny niż 
oni. Zakon jest po prostu przykrywką dla ich 
monopolu technologicznego. My przełamujemy ten 
monopol, a to im się nie podoba.

- Świetnie. Pana plan jest pierwszorzędny i życzę 

powodzenia. Ale mam tu jeszcze parę spraw do 
załatwienia, zanim się wydostanę z tego bagna. Aby 
pomóc wam w przełamywaniu monopolu 
technologicznego, chciałbym nabyć trochę gazu 
usypiającego.

- To niemożliwe. Tak naprawdę to w ogóle nie 

możemy ci pomóc. Nie możesz też tu zostać. 

background image

Przywołałem już strażników. Zostaniesz zatrzymany 
aż do przybycia statku Ligi. Wiesz zbyt dużo, 
żebyśmy mogli pozwolić ci pozostać na wolności.

background image

27
Jeszcze mój mózg nie pojął do końca tej 

niemożliwej do przyjęcia informacji, a moje ciało już 
przeskoczyło biurko. Profesor powinien był pamiętać, 
co mówiłem o czarnym pasie. Wbiłem mu kciuki 
głęboko w szyję. Jeszcze zanim jego głowa opadła na 
biurko, ja już biegłem do drzwi. I to akurat na czas, 
bo gdy tylko zasunąłem rygiel, ktoś zaczął naciskać 
znajdującą się nad nim klamkę.

- Ruszaj się, Jim - poradziłem sam sobie - zanim 

podniosą alarm. Ale najpierw zobacz, co 
pożytecznego ten dwulicowy naukowiec tu ma...

Na biurku leżały kartoteki, dokumenty i książki. 

Nic co mogłoby mieć dla mnie jakąś wartość. Właśnie 
zrzucałem to wszystko na podłogę, kiedy rozległo się 
walenie do drzwi. Nie miałem dużo czasu. Teraz 
profesorek. Rozchyliłem jego płaszcz i przeszukałem 
kieszenie. Tam też nie było nic ciekawego, poza 
pękiem kluczy, które wrzuciłem sobie do kieszeni. 
Musiałem zadowolić się takim łupem. Podniosłem 
pistolet i skoczyłem do okna, akurat w chwili gdy coś 
ciężkiego z łomotem uderzyło w drzwi. Byłem na 
wysokości drugiego piętra, a znajdujący się pod 

background image

oknem dziedziniec wybrukowany był kocimi łbami. 
Wyglądało to mało zachęcająco. Gdybym skoczył, 
połamałbym sobie nogi.

Wyciągnąłem rękę wzdłuż muru i z 

wdzięcznością pomyślałem o brakoróbstwie 
miejscowych kamieniarzy. W murze zewnętrznym 
między kamieniami wyczułem duże szpary. 
Wsunąłem pistolet za pas na plecach. Drzwi rozwarły 
się w chwili, gdy schodziłem po murze.

Było to łatwe. Na koniec zeskoczyłem, 

przeturlałem się przez ramię, dzięki czemu pistolet 
wbił mi się boleśnie w kręgosłup. Przesunąłem broń i 
potykając się dotarłem za róg budynku, zanim 
ktokolwiek pojawił się w oknie. Byłem wolny!

Czy rzeczywiście? Zaraz ogarnęło mnie 

przygnębienie. Wolny w środku twierdzy wroga, 
mając wszystkich przeciw sobie. Niezła wolność.

- Tak, wolny! - arogancko zacisnąłem zęby, 

wyprostowałem ramiona i ruszyłem śmiałym, 
swobodnym krokiem. Tak wolny, jak tylko Stalowy 
Szczur może być! Pośpiesz się Jim, sprawdź, czy da 
się znaleźć jakieś zamki, do których pasowałyby twoje 
nowe klucze.

background image

Najlepsze rady otrzymuję zawsze od siebie 

samego. Przeszedłem przez bramę prowadzącą na 
duży dziedziniec. Kręcili się tam uzbrojeni ludzie. 
Kompletnie mnie zignorowali. To nie potrwa długo. 
Gdy tylko zacznie się alarm, wszyscy będą mnie 
szukać. Patrząc śmiało przed siebie, poszedłem w 
stronę masywnego budynku, stojącego na drugim 
końcu dziedzińca. Do wnętrza prowadziły do niego 
wielkie wrota, obok których znajdowały się mniejsze. 
Gdy się zbliżyłem, zobaczyłem, że w obydwu 
zamontowano bardzo nowoczesne zamki. Ciekawe, co 
tam zostało zamknięte? Pozostało mi jedynie znaleźć 
właściwy klucz.

Udając, że moja obecność tutaj jest zupełnie 

naturalna, zatrzymałem się przed mniejszymi 
drzwiami i zacząłem przerzucać klucze. Było ich 
chyba ze dwadzieścia. Ale to był zamek typu Bolger, 
co dla mojego wprawnego oka było oczywiste, więc 
szukałem znajomego rombowego kształtu.

- Hej ty, co tam robisz!?
To był potężny zbir, brudny, nie ogolony i miał 

czerwone oczy. Miał też wsadzony za pas długi sztylet, 
którego rękojeść właśnie pieścił palcami.

background image

- Otwieram drzwi, to chyba jasne - 

odpowiedziałem pewnie. - To ciebie przysłali mi tu do 
pomocy? Masz, potrzymaj.

Podałem mu pistolet. To dało mi kilka sekund, 

podczas których on tępo wpatrywał się w broń. 
Miałem wystarczająco dużo czasu, żeby wsadzić klucz 
do zamka. Nie przekręcił się.

- Nikt mnie nie przysyłał - rzekł, oglądając 

dokładnie pistolet, co go zaabsorbowało na kolejne 
kilka sekund.

Nie mogłem robić nic złego, jeśli dałem mu broń, 

nieprawdaż? Mozolnie to przemyśliwał, poruszając 
przy tym wargami. W końcu przerwałem mu ten 
bombastyczny potok myśli.

- No dobra, skoro już tu jesteś, to mógłbyś mi 

pomóc...

Uff, kolejny klucz zrobił to, co do niego należało, 

czyli ślicznie się obrócił. Drzwi się otworzyły, a ja 
obróciłem się równie ślicznie jak klucz i dźgnąłem 
zbira palcami w szyję. Kiedy padał, zdążyłem złapać 
pistolet.

- Hej, ty, stój!
Zignorowałem ten grubiański rozkaz, bo nie 

background image

miałem najmniejszej ochoty sprawdzać, kto go 
wykrzyknął. Wślizgnąłem się do środka i 
zatrzasnąłem za sobą drzwi. Odwróciłem się, 
rozejrzałem dookoła i przeszyła mnie szpada 
rozpaczy. Nie miałem żadnych szans! Był to ogromny, 
źle oświetlony przez wysoko w murze umieszczone 
szczeliny garaż dla ciągników parowych. Stało ich tu 
z pięć w zgrabnym szeregu.

Fajnie byłoby uciec w jednym z nich, naprawdę 

cudownie. Widziałem je w akcji. Najpierw trzeba 
rozpalić ogień, potem wpychać drewno, żeby 
wytworzyła się para. To zwykle trwa co najmniej 
godzinę. Zakładając nawet, że nikt mi nie 
przeszkodzi, musiałbym jeszcze otworzyć drzwi, po 
czym ze zgrzytem i szczękiem, w dostojnym tempie 
karawanu wyjechać na wolność...

- Nie da rady.
A może jednak da? Gdy wzrok przyzwyczaił mi 

się do półmroku, spostrzegłem, że stojące tu pojazdy 
różnią się od tych, które dotąd widywałem. Tamte 
miały drewniane koła z żelaznymi obręczami, te tutaj 
miały gumowe opony. Czyżby jakiś postęp 
techniczny? Czyżby była to ta technologia spoza 

background image

planety, zakamuflowana pod postacią tych starych 
wraków?

Podszedłem do najbliższego pojazdu i usiadłem 

za kierownicą. Były tu znajome dźwignie i koła, ale 
także niewidoczne z zewnątrz miękkie siedzenia i 
równie znajome kontrolki pojazdu naziemnego. To 
mi się podoba!

Wrzuciłem pistolet pod siedzenie. Z boku wisiał 

pas bezpieczeństwa, co było może mądrym 
zabezpieczeniem, ale w tej chwili raczej mało 
przydatnym. Odsunąłem pas na bok i pochyliłem się, 
żeby obejrzeć kontrolki. Stacyjka, selektor biegów, 
prędkościomierz i kilka nie znanych mi tarcz i 
wskaźników. Usłyszałem walenie do drzwi i pomyś-
lałem, że może dokładniejsze oględziny zostawię sobie 
na później. Włączyłem silnik i nic się nie stało...

A raczej stało się coś zupełnie nieprzewidzianego. 

Silnik milczał, natomiast w uszach zabrzmiał mi 
dziewczęcy głosik:

„Nie uruchamiaj pojazdu przed zapięciem pasów 

bezpieczeństwa".

- No tak, pasy. Dziękuję.
Zapiałem pas i znów przekręciłem kluczyk. 

background image

„Silnik zaczyna pracować tylko wtedy, gdy selektor 
biegów jest na luzie".

Walenie do drzwi nasilało się. Zakląłem cicho i 

przesunąłem selektor, próbując znaleźć właściwe 
położenie. Drzwi rozpryskiwały się w drzazgi. No, 
teraz kluczyk. Silnik zaczął pracować. Wrzuciłem 
bieg. I znów odezwał się głos: „Nie ruszaj na hamulcu 
ręcznym". Teraz już kląłem głośno. Małe drzwi 
wyleciały z zawiasów. W bryzgach wody i syku pary 
tłoki wreszcie ruszyły. Ktoś zaczął krzyczeć i ludzie 
stłoczeni w drzwiach ruszyli w moją stronę. Pojazd 
zatrząsł się i ruszył z turkotem. Cały był pokryty 
stalowymi płytami, więc musiał być bardzo ciężki. 
Postanowiłem to sprawdzić. Nacisnąłem gaz do dechy, 
skręciłem kierownicę i pognałem prosto na duże 
wrota.

To było piękne. Gdy dodałem gazu, maszyna aż 

zaryczała. Trzasnąłem w środek bramy z takim 
hukiem, że aż zadzwoniło mi w uszach. Ale mój 
wspaniały rumak nawet nie zwolnił. Drewniane wrota 
rozprysły się w drobny mak, a ja przejechałem w 
chmurze fruwających wiórów i drzazg. Zdążyłem 
tylko zobaczyć pierzchających na boki przechodniów 

background image

i zaraz sam musiałem szybko cofnąć wystającą głowę, 
żeby nie stracić jej za sprawą belki, która uderzyła w 
kabinę i odskoczyła na bok.

Wyprostowałem się i uśmiechnąłem z rozkoszą. 

Cóż za cudowny widok! Żołnierze rozbiegali się we 
wszystkich kierunkach, szukając schronienia. 
Skręciłem kierownicę i zrobiłem rundę honorową 
dookoła dziedzińca, rozglądając się za drogą 
wyjazdową. O stalowy pancerz uderzyła kula i odbiła 
się jak od skały. Wreszcie zobaczyłem bramę, była 
strasznie daleko. Nacisnąłem gaz do dechy i 
namacałem sznurek do gwizdka. Z jazgotem i 
wizgiem nabierałem szybkości.

Najwyższy czas. Ktoś nie stracił głowy i właśnie 

próbował podnieść most. Dwóch ludzi z całej siły 
kręciło korbami prymitywnego kołowrotu. 
Zadźwięczały naciągane łańcuchy. Ze świszczącym 
gwizdkiem jechałem prosto w środek bramy. W stal 
dookoła mnie zaczęły łomotać kule. Nie zdejmowałem 
nogi z gazu. To była moja jedyna szansa.

Most zaczął się unosić, powoli, ale 

systematycznie, odcinając jedyną drogę ucieczki. Rósł 
mi przed oczami. Był już uniesiony o 10 stopni, 20..., 

background image

30..."Nie uda mi się!

Uderzyłem z takim impetem, że gdyby nie pasy 

bezpieczeństwa, to zostawiłbym zęby w desce 
rozdzielczej. Przednie koła wjechały na most i 
podjeżdżały coraz wyżej i wyżej, a przód samochodu 
niebezpiecznie uniósł się do góry. Jeszcze kawałek 
wyżej, a wywrócę się na dach!

Musiałem spróbować, silnik aż ryczał z wysiłku. 

Wtem mój cudowny środek transportu szarpnął. 
Usłyszałem pisk i trzask, a potem cały most runął do 
przodu. Kołowroty, na które nawijano łańcuchy, pod 
ciężarem mojego pojazdu zostały wyrwane z posad. 
Przód mostu opadł i uderzył z takim hukiem, że 
prawie ogłuchłem.

Ale nogę ciągle miałem na pedale gazu, a koła 

dalej się obracały. Pojazd skoczył do przodu. Prosto 
w wodę! Skręciłem ostro kierownicę i skierowałem 
samochód w odpowiednią stronę, po czym zjechałem 
z mostu na drogę. Bez trudu pokonałem wzgórze, 
zakręt i gnałem dalej, aż na drodze pojawiły się 
głębokie koleiny. Wtedy przyhamowałem. Byłem już 
daleko i bezpieczny.

- Jim - dałem sobie radę, jednocześnie starając 

background image

się złapać oddech.- W przyszłości staraj się czegoś 
takiego unikać, jeśli to możliwe.

Spojrzałem do tyłu; nikt mnie nie ścigał. Ale 

wkrótce będą i to bynajmniej nie pieszo. Znowu 
położyłem stopę na pedale gazu i zacisnąłem szczęki, 
żeby nie kłapać zębami przy każdej muldzie.

Podjazd pod następne wzgórze znowu zwolnił 

tempo jazdy. Mimo dociśniętego do podłogi pedału 
gazu, ciężar tego potwora sprawił, że raczej się 
toczyliśmy, niż jechaliśmy. Korzystając z okazji 
sprawdziłem akumulatory. Były pełne. Całe szczęście, 
bo nie miałem ich jak naładować. Ponad stukotem i 
dudnieniem samochodu usłyszałem cienki odległy 
gwizd. Szybko się odwróciłem. To oni. Ścigali mnie 
dwoma pojazdami.

Nie ma mowy, żeby mnie złapali. Te pojazdy, gdy 

zjadą z drogi, stają się bezużyteczne, bo ugrzęzną w 
bagnie, a do twierdzy Capo Dimonte prowadzi tylko 
jedna droga. Właśnie nią teraz jechałem i nie miałem 
zamiaru dać im się dogonić.

Tylko że jeśli ich tam za sobą przyprowadzę, to 

będą wiedzieli, kto ukradł ich pojazd i wkrótce wrócą 
z bombami z gazem. Niedobrze. Spojrzałem za siebie i 

background image

zobaczyłem, że są bliżej, ale gdy dotarli do stóp 
pagórka, zwolnili do mojej szybkości. Przejechałem 
szczyt i znowu nabrałem szybkości. Wraz z nią 
wzmogły się też wstrząsy. Miałem nadzieję, że 
zbudowno ten pojazd tak, żeby to wytrzymał. Przede 
mną wyłoniło się skrzyżowanie dróg. Do Capo 
Dimonte musiałbym skręcić w lewo. Skręciłem w 
prawo. Nie miałem pojęcia, co to za droga, więc 
pozostało mi jedynie jechać dalej i trzymać kciuki.

Musiałem coś wymyślić i to szybko. Nawet jeśli 

uda mi się przez cały dzień trzymać ich daleko za 
sobą, to w końcu wyczerpią mi się baterie i będzie po 
mnie. Pomyśl, Jim, wysil psiakrew te swoje szare 
komórki!

Sposobność nadarzyła się przy następnym 

zakręcie. Odchodziła stamtąd podmokła polna droga 
prowadząca do strumyka. I wtedy wpadł mi do głowy 
ten pomysł, który jak wszystkie genialne pomysły 
pojawił się przed moimi oczami od razu w 
najdrobniejszych szczegółach.

Bez wahania skręciłem kierownicę i stoczyłem się 

na łąkę. Czując jak koła grzęzną w miękkiej ziemi, 
zwolniłem. Jeśli tu ugrzęznę to koniec. Albo 

background image

przynajmniej koniec mojego prawa własności do tego 
rzęcha, które to prawo bardzo chciałem jeszcze przez 
jakiś czas utrzymać. Dawaj dalej, Jim, ale ostrożnie.

Toczyłem się do przodu jak najwolniej, na 

najniższym biegu, aż przednimi kołami wjechałem do 
strumyka. Gdy tylko się zatrzymałem, zaczęły 
zapadać się w błoto. Ostrożnie wycofałem się, patrząc 
przez ramię do tyłu i starając się jechać po koleinach, 
które zrobiłem wjeżdżając tu. Wycofywałem się w ten 
sposób, aż znowu wjechałem na ubitą drogę. 
Przekładając biegi pozwoliłem sobie na szybki rzut 
oka na efekt moich zabiegów. Doskonały! Koleiny 
prowadziły prosto w kierunku wody i ginęły w 
strumyku.

Na drodze za sobą usłyszałem niezbyt odległy 

gwizd. Przyśpieszyłem na zakręcie i już byłem ukryty 
za drzewami. Wtedy zdjąłem nogę z gazu, wyłączyłem 
silnik, zaciągnąłem hamulec i zeskoczyłem na ziemię.

Teraz następna część rozgrywki. Musiałem ich 

przekonać, żeby pojechali po zostawionych przeze 
mnie śladach. Jeśli nie uwierzą, to marny mój los, ale 
trzeba było podjąć to ryzyko.

Biegnąc zdjąłem kurtkę, przekręciłem ją na 

background image

drugą stronę i zarzuciłem luźno na ramiona. Rękawy 
związałem z przodu i przykucnąłem, żeby podwinąć 
nogawki. Nieszczególny to kamuflaż, ale musiał 
wystarczyć. Miałem nadzieję, że kierowcy nie 
przyjrzeli mi się dokładnie, jeśli w ogóle mnie 
widzieli.

Stanąłem koło miejsca, gdzie przedtem skręciłem 

w pole, i zostało mi akurat tyle czasu, że gdy na 
zakręcie pojawił się pierwszy pseudoparowiec, 
zdążyłem ubrudzić sobie twarz ziemią. Widząc, jak 
wychodzę na drogę, wskazując ręką kierunek, 
zwolnili.

- Tam pojechał! - krzyknąłem.
Kierowca i strzelec spojrzeli na pole i 

pozostawione przeze mnie ślady. Zatrzymali się.

- Wjechał prosto w wodę i pojechał dali, bez 

pola. To wasz kumpel?

Nadeszła rozstrzygająca chwila. Rozciągała się w 

nieskończoność, kiedy powoli nadjechał drugi pojazd, 
zwolnił i zatrzymał się. Co będzie, jeśli zaczną mnie 
przesłuchiwać albo dokładnie mi się przyjrzą? 
Chciałem uciec, ale gdybym się ruszył, straciłbym 
wszystko.

background image

- Za nim! - krzyknął któryś z nich i kierowca 

pierwszego wozu skręcił na pole. Drugi podążył za 
nim.

Przemknąłem szybko pod ukrycie drzew i 

oglądałem wszystko z dużym zainteresowaniem. To 
było piękne. Tak, byłem z siebie dumny, nie wstydzę 
się do tego przyznać. Gdy malarz stworzy prawdziwe 
arcydzieło i zdaje sobie z tego sprawę, to nie próbuje 
zmniejszyć wagi tego faktu przez fałszywą 
skromność.

A to było arcydzieło. Pierwszy samochód z 

klekotem wtoczył się na pole, podskakując w górę i w 
dół na kępach sitowia, i z pluskiem wpadł do wody. 
Jechał tak szybko, że zanim zdążył zwolnić, tylne koła 
wpadły już do strumyka. I zaczął powoli tonąć w 
miękkim mule. Zanim się zatrzymał, koła zapadły się 
już do połowy.

Rozległy się krzyki i przekleństwa, a co 

najlepsze, ktoś wyciągnął łańcuch i połączył nim oba 
samochody. Cudownie. Koła drugiego pojazdu 
zaczęły buksować i grzęznąć w podmokłym polu, aż 
ten zapadł się po osie. Z uznaniem zaklaskałem i 
ruszyłem z powrotem do mojego samochodu.

background image

Wiem, że nie powinienem był tego zrobić, ale są 

takie chwile, że człowiek nie może oprzeć się chęci 
popisania się.

Usiadłem za kierownicą, zapiąłem pas, 

włączyłem silnik i ostrożnie zawróciłem. Dodałem 
gazu i z powrotem wjechałem na drogę.

Mijając rozjazd, z całej siły pociągnąłem sznur 

gwizdka.

Rozlej się głośny świst i wszyscy zwrócili głowy w 

moim kierunku. Pomachałem im i uśmiechnąłem się. 
Za chwilę przy drodze ukazały się drzewa i ten 
cudowny widok zniknął mi z oczu.

background image

28
To była jazda zwycięstwa. Śmiałem się głośno, 

śpiewałem i z radością ciągałem za gwizdek. Kiedy 
pierwszy entuzjazm minął, przesunąłem królową na 
szachownicy w mojej wyobraźni i zastanowiłem się, 
jaki będzie mój kolejny ruch. Syk pary i klekot 
maszyny rozpraszały mnie, wiec przyjrzałem się 
kontrolkom i znalazłem pokrętło wyłączające efekty 
specjalne. Woda gotowała się na zawołanie, a pozo-
stałe dźwięki były po prostu nagrane. Powyłączałem 
wszystko i w ciszy pojechałem do twierdzy Capo 
Dimonte. Gdy tam dotarłem, było już późno po 
południu i do tego czasu miałem obmyślony cały plan.

Kiedy pokonałem ostatni zakręt i wjeżdżałem na 

groblę, znowu włączyłem wszystkie efekty. Toczyłem 
się powoli, dobrze widoczny dla strażników. Na długo 
zanim dojechałem, unieśli już częściowo zreperowany 
most i gdy stanąłem przed nim, przyglądali mi się 
podejrzliwie.

- Nie strzelać! Jestem przyjacielem! - 

krzyknąłem. - Człowiek waszej armii i bliski 
współpracownik Capo Dimonte. Wysłać po niego 
szybko, bo wiem, że chce zobaczyć swój nowy pojazd 

background image

parowy.

I rzeczywiście chciał. Gdy tylko opuszczono 

most, szybko przez niego przeszedł i spojrzał na mnie.

- Skąd to masz? - zapytał.
- Ukradłem. Wsiadaj, to pokażę ci kilka 

ciekawych rzeczy.

- Gdzie gaz usypiający? - zapytał wdrapując się 

po szczeblach.

- Odpuściłem go sobie. Mając ten pojazd 

obmyśliłem jeszcze lepszy i pewniejszy plan. To nie 
jest zwykły pojazd parowy, jak pewnie zauważyłeś. 
To nowy i ulepszony model z kilkoma interesującymi 
dodatkami, które na pewno cię zainteresują.

- Ty idioto! O czym ty mówisz? - złapał za 

rękojeść miecza. Ależ miał temperamencik!

- Pokażę ci, Wasza Capowska Mość, bo jeden 

pokaz mówi więcej niż tysiąc słów. Proponowałbym 
też, żebyś tu usiadł i zapiął ten pas jak ja. 
Gwarantuję, że to, co zobaczysz, zrobi na tobie 
wrażenie.

Jeśli jeszcze nie do końca połknął haczyk, to był 

co najmniej ciekawy. Zapiął pas i tyłem zjechaliśmy z 
grobli na brzeg. Toczyliśmy się wolno, wydając 

background image

dostojne brzęczenie i sapanie. Zatrzymałem 
samochód i zwróciłem się do Capo.

- Co myślisz o prędkości tego pojazdu?
- Prędkości? Masz na myśli, jak szybko może to 

jechać? Świetny dowcip, masz jeszcze lepsze poczucie 
humoru niż ja.

- Nic jeszcze nie widziałeś, Capo. Na początek 

zwróć uwagę na to.

Wyłączyłem odgłosy i parę, na co on pokiwał 

głową ze zrozumieniem.

- Dołożyłeś do ognia, więc teraz odpoczywa i się 

nie porusza.

- Przeciwnie. Po prostu go wyciszyłem tak, żeby 

nie było słychać, jak jedzie. Jest gotowy do jazdy i 
zaraz ruszy. Gdy tylko odpowiesz mi na jedno 
pytanie. Gdyby wróg miał taki pojazd i przyjechał tu, 
czy twoi żołnierze daliby radę unieść most, zanim by 
do nich dotarł?

Prychnał drwiąco.
- Jakim według ciebie jestem głupcem, że 

zadajesz mi takie pytania? Zanim ten pojazd 
zdążyłby się tam dotoczyć, most mógłby być uniesiony 
i opuszczony kilka razy.

background image

- Naprawdę? Więc trzymaj się mocno i zobacz, 

co to cudeńko potrafi.

Nacisnąłem gaz do dechy i samochód skoczył do 

przodu, nie wydając prawie żadnego odgłosu. Słychać 
było jedynie pomruk silnika i szum toczących się po 
gładkich kamieniach opon. Gnaliśmy coraz szybciej w 
kierunku bramy, która rosła przed nami z 
zastraszającą prędkością. Stojący przy niej strażnicy 
zdążyli odskoczyć na czas, zanim z trzaskiem 
uderzyliśmy w nierówne deski prowizorycznego 
mostu i z impetem przejechaliśmy przez bramę.

Z piskiem opon zatrzymaliśmy się na terenie 

twierdzy. Capo siedział z okrągłymi z przerażenia 
oczami i próbował złapać powietrze, a kiedy mu się to 
udało, zaczął wyszarpywać miecz z pochwy.

- Zamachowiec! Nie udała ci się próba zabicia 

mnie...

- Słuchaj, Capo, to był tylko pokaz tego, w jaki 

sposób mam zamiar przewieźć ciebie i twoich 
żołnierzy przez bramę twierdzy Capo Docci. Prosto 
przez otwartą bramę na dziedziniec, gdzie będziesz 
mógł zabijać, łupić, mordować, torturować, kaleczyć i 
niszczyć.

background image

To przyciągnęło jego uwagę. Miecz wyładował z 

powrotem w pochwie, a oczy rozmarzyły pod 
wpływem wizji, którą przed nim roztoczyłem.

- Dobrze - powiedział i zamrugał szybko, 

wracając do rzeczywistości. - Masz całkiem niezły 
pomysł, żołnierzu, i chciałbym usłyszeć o nim coś 
więcej. Przy garncu wina, bo coś takiego jak ta jazda 
jeszcze mi się nie zdarzyło.

- Jestem posłuszny. Ale pozwól, że najpierw 

ukryję ten pojazd gdzieś, żeby nikt go nie zobaczył. 
Atak uda się tylko przy zupełnym zaskoczeniu.

- Masz rację. Wprowadź go do stodoły, a ja 

wystawię strażników.

Wino, którym mnie poczęstował, było o niebo 

lepsze niż żołnierski kwaśniak. Popijałem je z 
przyjemnością, ale w niezbyt dużych ilościach, bo jeśli 
chciałem, żeby wszystko szło zgodnie z planem, 
musiałem mieć jasny umysł. Należało wymyślić 
powody przekonujące Capo, żeby zacząć tę wojnę 
natychmiast. Bo jeśli nie będziemy dość szybcy, 
profesor Lustig załatwi nas swoimi bombami z gazem. 
Jestem pewien, że był bardzo niezadowolony, że 
zabrałem mu jego wózek. A w pobliżu nie było zbyt 

background image

wielu twierdz, gdzie można by go ukryć. Nadszedł 
czas działania. Ruszyłem na mojej szachownicy wieżę 
i powiedziałem:

- Twierdza tego głupka, Capo Docci, jest nie 

więcej niż o pięć godzin drogi stąd, zgadza się?

- Pięć godzin, albo cztery forsownym marszem.
- Dobrze. Więc rozważ to, co teraz powiem. 

Zaatakował cię, gdy byłeś z większą częścią armii 
daleko stąd. Jego ludzie uszkodzili most i część 
twierdzy. Zanim będziesz znów mógł wyruszyć, żeby 
go zaatakować, musisz najpierw dokonać napraw i 
być może, wynająć więcej żołnierzy, żeby coś 
podobnego nie mogło się powtórzyć. Zgadza się?

Siorbnął łyk wina i spojrzał na mnie znad 

garnca.

- Tak, niech cię diabli wezmą, masz chyba rację. 

Roztropność. Moi oficerowie zawsze mi ją doradzają, 
kiedy chcę ściąć łeb tej kreaturze, rozerwać mu 
bebechy, obedrzeć go żywcem ze skóry...

- I powinieneś to zrobić, oczywiście, piękna 

przyszłość przed tobą. A ja, w przeciwieństwie do 
twych doradców, nie zalecałbym ci ostrożności. 
Myślę, że ta bestia w ludzkiej skórze powinna zostać 

background image

zaatakowana i to natychmiast.

To do niego przemówiło i ze skupioną uwagą 

słuchał, gdy wyjaśniałem mu mój plan.

- Zostaw twierdzę w takim stanie, w jakim jest i 

zabierz wszystkich ludzi. Jeśli nam się to uda, to 
twoje oddziały będą tu z powrotem, zanim ktokolwiek 
dowie się, że ich nie było. Ruszymy o północy cicho 
jak duchy zemsty, żeby o świcie dotrzeć jak najbliżej 
twierdzy Capo Docci. Znam takie miejsce. Kiedy o 
świcie spuszczą most, za pomocą tej nowej maszyny 
dopilnuję, żeby go już nie podnieśli. Twoje oddziały 
zaatakują i z zaskoczenia wezmą twierdzę. Gdy tylko 
ją opanujesz, możesz z powrotem odesłać tu duże siły.

- Mogłoby tak być. Ale jak chcesz ich 

powstrzymać od podniesienia mostu?

Kiedy to powiedziałem, na twarz wpełzł mu 

złośliwy uśmieszek i aż podskoczył z radości.

- Zrób to! - krzyknął. - A uczynię cię bogatym! 

Dzięki dukatom Docci, oczywiście, gdy tylko złupię 
jego skarbiec.

- Jesteś zbyt wspaniałomyślny dla swego 

uniżonego sługi. Czy mogę w takim razie 
zaproponować, żeby wszyscy w twierdzy wypoczęli, 

background image

bo czeka ich długa noc?

- Tak, niech tak będzie. Wydam rozkazy.
Zaraz potem wyszedłem. Poza humanitarną 

troską o umęczone ciała mych towarzyszy miałem 
jeszcze inne powody, żeby chcieć, aby położyli się do 
swych łóżek. Miałem do zrobienia kilka ważnych 
rzeczy, zanim sam będę mógł odpocząć.

- Narzędzia - powiedziałem do Drenga, gdy go 

znalazłem. - Pilniki, młotki, coś z tych rzeczy. Gdzie 
mogę je tutaj znaleźć?

Wsadził palec w swoje skołtunione włosy i 

myśląc, mocno się drapał. Opanowałem chęć, żeby 
nim potrząsnąć i zamiast tego czekałem, aż zakończy 
się ten powolny proces. Może drapiące czaszkę 
paznokcie pobudziały jego niemrawe synapsy? 
Najlepiej było nie przeszkadzać mu w tej 
bioautostymulacji. W końcu przemówił:

- Ja nie mam żadnych narzędzi!
- Wiem, drogi chłopcze.
Usłyszałem, jak zgrzytają mi zęby i zmusiłem się 

do opanowania.

- Ty nie masz narzędzi, ale ktoś tutaj musi mieć. 

Któż to może być?

background image

- Kowal - odparł dumnie. - Kowale zawsze mają 

narzędzia.

- Zuch z ciebie. A teraz, czy byłbyś łaskaw 

zaprowadzić mnie do tego kowala?

Wspomniany osobnik był owłosiony, 

usmarowany sadzą, wściekły i śmierdziało od niego 
kwaśnym winem.

- Spływaj, karle! Nikt nie ma prawa dotknąć 

narzędzi Grundge, nikt.

Karle! Nie musiałem zmuszać się do tego, aby 

wściekle warknąć:

- Słuchaj, ty plugawy flaku, to są narzędzia 

Capo, a nie twoje. I Capo mnie po nie przysłał. Więc 
albo ja je teraz wezmę, albo mój giermek pójdzie i 
przyprowadzi tu Capo. Czy mam go wysłać?

Zacisnął pięści i warknął, ale się zawahał. Tak 

jak wszyscy widział, jak wjeżdżam z Capo do 
twierdzy i wiedział, że jestem jego zaufanym. Wolał 
nie wchodzić swemu panu w drogę. Przemyślawszy to 
zaczął podskakiwać, kłaniać się i stroić miny jak 
małpa.

- Oczywiście, panie, Grundge zna swoje miejsce. 

Narzędzia, oczywiście, weź narzędzia. Co tylko 

background image

chcesz. Odepchnąłem jego śmierdzące potem ciało i 
zabrałem się za przegląd nędznej kolekcji 
prymitywnych narzędzi. Kustosz Muzeum Techniki 
rozpłakałby się z zachwytu...!

Grzebałem w skrzyni, aż znalazłem piłę, młotek i 

bezkształtne skrawki metalu. Ten złom musiał mi 
wystarczyć.

- Weź to - powiedziałem do Drenga. - A ty, Grun-

dge, możesz przyjść rano do stodoły i je sobie zabrać.

Dreng poszedł za mną i z otwartymi ustami 

wpatrywał się w pojazd parowy.

- Zamknij usta, zanim wpadnie ci mucha - 

poradziałem układając narzędzia. - Teraz będę 
potrzebował mocnej torby albo jakiegoś worka mniej 
więcej tej wielkości - pokazałem mu rozkładając ręce. 
- Skombinuj coś takiego i przynieś mi. A potem idź 
spać, bo w nocy sobie nie pośpisz.

Z tymi narzędziami nie byłem w stanie zrobić 

idealnej kopii. Jednak coś czułem, że nie muszę być 
przesadnie dokładny i jeśli tylko w przybliżeniu 
skopiuję model, to już wystarczy. Metalowa obudowa 
przy siedzeniu kierowcy nie była dokładnie takiej 
grubości jak drewniany klucz. Wyciąłem jeden 

background image

kawałek, przepiłowałem go i przykroiłem według 
wzoru. Musiało wystarczyć.

Dreng i, jak miałem nadzieję, wszyscy pozostali, 

spał i mogłem teraz rozpocząć operację Wielki Dukat. 
Z kluczem w kieszeni i przytwierdzoną do pasa torbą, 
cicho jak cień udałem się w głąb twierdzy. Nauczyłem 
się na pamięć planu Hetmana i chyba jego duch 
musiał nade mną czuwać, bo nie zauważony przez 
nikogo znalazłem skarbiec. Wsunąłem klucz w 
zamek, skrzyżowałem palce wolnej ręki i 
przekręciłem go.

Otworzył się z metalicznym szczękiem. Stałem 

tam jak wrośnięty, a serce odstawiało swoje rutynowe 
dudnienie. Ktoś musiał usłyszeć ten hałas.

Ale nie usłyszał. Drzwi zaskrzypiały lekko i już 

byłem w środku krypty i zamykałem je za sobą.

To było piękne. Wysokie okratowane okna 

wpuszczały dosyć światła gwiazd, żebym mógł 
zobaczyć duże skrzynie stojące przy przeciwległej 
ścianie. Przeprowadziłem już dokładne badania 
tutejszego systemu monetarnego, więc wiedziałem, 
czego szukać.

Pierwszą skrzynię wypełniały miedziaki, w 

background image

ciemności dobrze wyczuwałem palcami ich grubość. 
Na logikę w następnej powinny być srebrne, więc 
nabrałem ich pół torby. Gdy to zrobiłem, zobaczyłem 
z tyłu mniejszą skrzynkę. Uśmiechnąłem się macając 
obłe kształty. Złote dukaty, mnóstwo złotych 
dukatów! To będzie niezły łupik! Kiedy torba zrobiła 
się zbyt ciężka, przestałem ładować. Strzeż się 
chciwości, Jim. Po udzieleniu sobie tej dobrej rady 
zarzuciłem torbę na ramię i wydostałem się tak, jak 
wszedłem.

Na dziedzińcu stali strażnicy, ale nie spostrzegli 

mnie, gdy wślizgnąłem się do stodoły. Włączyłem 
tablicę rozdzielczą w samochodzie - dawała aż za 
dużo światła. Otworzyłem zamek schowka i włożyłem 
tam torbę. Gdy go zamknąłem, ogarnęło mnie uczucie 
wielkiej ulgi. Oczami wyobraźni przesunąłem 
następną wieżę. Partyjka szachów szła zgodnie z 
planem i wyraźnie widać było zbliżającego się mata.

- Teraz, Jim - poradziłem sobie - połóż się i 

chwilę prześpij. Czeka cię wyjątkowo męczący dzień.

background image

29
Mruczałem, młóciłem rękami i odwracałem się, 

ale szturchanie nie ustępowało. W końcu otworzyłem 
zalepione oczy i warknąłem wściekle na Drenga, 
który usiłował mnie dobudzić. Przestraszony odsunął 
się krok do tyłu.

- Nie bij mnie, panie, ja tylko robię to, co mi 

kazałeś. Czas wstawać, bo oddziały już zbierają się na 
dziedzińcu.

Warknąłem coś bezsensownego i szybko 

zakasłałem. Zaraz potem zjawił się przede mną kubek 
zimnej wody. Pociągnąłem dużego łyka i z powrotem 
opadłem na pryczę. Nie po raz pierwszy poczułem 
uznanie dla instytucji giermka. Byłem jednak rozbity, 
skołowany i zmęczony. Przeciwności losu mogą 
nadwerężyć nawet wigor młodości. Potrząsnąłem 
mocno głową i podrapałem się w pierś zły na siebie za 
tę chwilę rozczulania się nad sobą.

- Idź, mój dobry Drengu - rozkazałem. - I 

przynieś coś do picia, bo alkohol to chyba jedyny 
środek pobudzający, jaki tu mają.

Wyszedłem na dziedziniec i sapiąc oraz 

prychając wylałem sobie kubeł zimnej wody na głowę. 

background image

Wycierając twarz, w jasnym świetle gwiazd 
zobaczyłem, jak żołnierze ustawiają się w kolejce po 
amunicję. Zaczynała się wielka przygoda. Kiedy 
wróciłem, Dreng już na mnie czekał. Usiadłem na 
pryczy i zjadłem odrażające śniadanko złożone ze 
smażonej fasoli pastewnej i parszywego wina. Tym 
razem postanowiłem je wypić. Między jednym a 
drugim kęsem mówiłem, bo była to ostatnia 
sposobność, żeby na osobności porozmawiać z moim 
giermkiem.

- Dreng, twoja kariera wojskowa dobiega końca.
- Nie zabijaj mnie, panie!
- Kariera wojskowa, a nie twoje życie, idioto. 

Dzisiaj w nocy będziesz mi służył po raz ostatni, a 
rano będziesz już w domu ze swoją zapłatą.... Gdzie 
twój stary chowa pieniądze?

- Jesteśmy zbyt biedni, żeby mieć jakieś dukaty.
- Nie mam co do tego wątpliwości. Ale gdzie by je 

schował, gdyby je miał?

To było skomplikowane pytanie i rozmyślał nad 

nim, podczas gdy ja połykałem śniadanie usiłując na 
nie nie patrzeć. W końcu mój giermek przemówił:

- Zakopałby je pod paleniskiem. Pamiętam, że 

background image

raz tak zrobił. Każdy zakopuje pieniądze pod 
paleniskiem. Jak się tak zrobi, to nikt ich nie znajdzie.

- Świetnie. Jak się tak zrobi, to z całą pewnością 

każdy je znajdzie. Musisz ze swoją fortuną zrobić coś 
lepszego.

- Dreng nie ma fortuny.
- Dreng będzie ją miał przed wschodem słońca. 

Zapłacę ci, idź do domu i znajdź koło niego dwa 
drzewa. Rozciągnij miedzy nimi sznurek. A potem 
wykop dziurę dokładnie tam, gdzie będzie połowa 
sznurka. Zakop w tej dziurze pieniądze, w ten sposób 
będziesz mógł je znaleźć, gdy ich będziesz 
potrzebował. I wyjmuj tylko po kilka monet. 
Zrozumiałeś?

Z entuzjazmem pokiwał głową.
- Dwa drzewa, w pół drogi. W życiu czegoś 

takiego nie słyszałem.

- Tak, to rzeczywiście rewolucyjny pomysł - wes-

tchnąłem ciężko. Z pewnością było dużo rzeczy, o 
których Dreng nigdy nie słyszał.

- Chodźmy. Chcę, żebyś był palaczem na moim 

rydwanie ognia.

Wstałem i poszliśmy do stodoły. Oddziały stały 

background image

już gotowe w szeregach i w końcu pojawili się 
ziewający oficerowie, na których czele szedł Capo. 
Nie miałem zbyt dużo czasu. Dreng wdrapał się na 
siedzenie obok i aż pisnął ze strachu, gdy włączyłem 
światła kontrolek.

- Szatańska poświata! Światła duchów! Znak 

śmierci! Chwycił się z całej siły za piersi i wyglądał na 
przygotowanego na śmierć. Porządnie nim 
potrząsnąłem.

- To baterie! - krzyknąłem. - Dar nauki, który 

dotarł na tę głupią planetę. A teraz przestań się trząść 
i otwórz swoją torbę.

Myśl o śmierci opuściła go na widok srebrnych i 

złotych dukatów, które wrzucałem do jego torby. Za 
to oczy wyszły mu z orbit. To była fortuna, która 
miała całkowicie odmienić mu życie, tak więc udało 
mi się spełnić choć jeden dobry uczynek...

- Co tam robisz?
Capo Dimonte stał w progu stodoły i gapił się 

podejrzliwie.

- Uruchamiam silnik, ekscelencjo.
- Wyrzuć stamtąd giermka, wchodzę do kabiny! 

Machnąłem na ciągle zbaraniałego Drenga, żeby 

background image

przeszedł na tył, a na jego miejsce wdrapał się Capo.

- Twoja obecność to dla mnie zaszczyt, Capo 

Dimonte.

- Cholerna racja. Będę jechał, a oddziały będą 

szły. A teraz rusz to.

Zwiadowcy wyszli, zanim przetoczyliśmy się 

przez most i groblę. Główne oddziały ruszyły za nami 
i mimo wczesnej godziny w ich marszu widać było 
zapał. Wszyscy, nawet giermkowie stracili w czasie 
napadu to, co mieli. Wszyscy płonęli więc chęcią 
zemsty i łupienia.

- Capo Docci musi być wzięty żywy - odezwał się 

nagle Capo Dimonte.

Już miałem mu przytaknąć, kiedy uświadomiłem 

sobie, że mówi do siebie.

- Związanego zabierze się do twierdzy! I 

najpierw troszkę poobdzieramy go ze skóry, tak, 
troszeczkę skórki, na opaskę do kapelusza... A potem 
oślepianko. Nie, nie tak od razu, tylko jedno oko, 
przecież musi widzieć, co się z nim robi...

Mówił tak jeszcze przez dłuższy czas, ale się 

wyłączyłem. Miałem własne przemyślenia, a kilku 
rzeczy nawet żałowałem. Kiedy zabito Hetmana, złość 

background image

odebrała mi zdolność rozsądnego myślenia, na które 
powinienem był się zdobyć. Teraz nie miałem dla 
siebie żadnego usprawiedliwienia. Ruszyłem na tę 
wyprawę z czystej chęci zemsty. I nie mogłem sobie 
wmawiać, że robię to przez pamięć dla Hetmana, bo 
on byłby przeciwny przemocy. Ale było za późno, 
żeby się wycofać. Wyprawa już wyruszyła.

- Zatrzymaj to! - rozkazał nagle Capo i 

nacisnąłem hamulec.

Na drodze przed nami stała grupka ludzi - nasi 

przedni zwiadowcy. Capo zlazł na ziemię, a ja 
wychyliłem się, żeby zobaczyć, co się dzieje. 
Prowadzili jakiegoś człowieka ze związanymi z tyłu 
rękami.

- Co się stało? - zapytał Capo.
- Obserwował drogę, panie. Złapaliśmy go, 

zanim zdążył zwiać.

- Kim jest?
- Żołnierzem, nazywa się Palec. Znam go, 

służyliśmy razem w kampanii południowej.

Capo podszedł do więźnia i warknął:
- Mam cię, Palec. Związanego i bezbronnego.
- Ta.

background image

- Jesteś człowiekiem Capo Docci?
- Ta, służę pod nim. Wziołem od niego dukaty.
- Już dawno wydałeś je na wino i dziwki. 

Będziesz mi służył i brał dukaty ode mnie!

- Ta.
- Rozwiązać go. Barkus, srebrny talar dla tego 

człowieka!

Ci najemnicy dobrze walczyli, ale też łatwo 

przechodzili na drugą stronę. Czemuż by nie? Nie 
mieli żadnego interesu w kłótniach między Capo. Gdy 
tylko Palec wziął monetę, oddali mu broń.

- Mów, Palec - rozkazał Capo. - Jesteś teraz 

moim lojalnym sługą, który wziął ode mnie dukata, 
ale kiedyś służyłeś Capo Docci. Powiedz, co on knuje?

- Ta, nie ma tajemnicy. Wie, że twoja armia nie 

ucierpiała i najedziesz na niego, gdy tylko będziesz 
mógł. Wysłał nas kilka, abyśmy obserwowali drogi, 
ale myśli, że zanim zaatakujesz, jeszcze trochę wody 
w rzekach upłynie. Jest ciągle pijany, a to znak, że 
niczego się nie spodziewa.

- Wsadzę mu miecz w brzuch i wypuszczę z niego 

wino i bebechy! - Capo z trudem oderwał się od 
marzeń i zmusił do powrotu do rzeczywistości. - A co 

background image

z jego ludźmi? Czy będą walczyć?

- Ta, właśnie była wypłata. Ale nie przepadają za 

nim i przejdą na naszą stronę, gdy tylko przegrają 
bitwę.

- Coraz lepiej. Dołącz do szeregu. Zwiadowcy 

naprzód. Zapalaj maszynę!

Ostatnie zdanie było skierowanie do mnie. Kiedy 

tylko Capo opadł na siedzenie, włączyłem silnik i 
znowu ruszyliśmy. Nic już nie przerywało marszu i z 
krótkimi przerwami na odpoczynek po każdej 
godzinie posuwaliśmy się sprawnie w kierunku 
twierdzy wroga. Dobrze przed świtem dotarliśmy do 
czekających przy drodze zwiadowców. To było 
wyznaczone przeze mnie miejsce. Twierdza Capo 
Docci znajdowała się za następnym zakrętem.

- Wystawię teraz obserwatorów - powiedział 

Capo wychodząc z kabiny.

- Zgoda. Mój giermek pokaże żołnierzom 

miejsce, gdzie mogą się ukryć i mieć na widoku 
bramę.

Poczekałem, aż Capo odjedzie poza zasięg słuchu 

i szepnąłem do Drenga:

- Zabierz swoją torbę i wszystko co masz, bo już 

background image

tu nie wrócisz.

- Nie rozumiem, panie...
- Zrozumiesz, jak się zamkniesz i zamiast gadać 

będziesz słuchał. Zaprowadź żołnierzy w te krzaki, 
gdzie się ukryliśmy, kiedy przygotowywaliśmy się do 
ratowania Hetmana. Pamiętasz to miejsce?

- To za spalonym drzewem, za krzakami...
- Świetnie, świetnie, ale nie musisz tego mówić 

mnie. Tak więc zaprowadź żołnierzy, pokaż im, gdzie 
się mają schować, a potem połóż się blisko nich. 
Wkrótce po wschodzie słońca zacznie się tu niezłe 
zamieszanie. Wtedy masz nic nie robić, rozumiesz? 
Nie mów nic, tylko kiwnij głową.

Kiwnął.
- Dobrze. Gdy żołnierze pobiegną, ty masz tam 

zostać. Jak tylko wszyscy pójdą sobie i nikt nie będzie 
na ciebie patrzył, zwiewaj stąd. Idź do lasu, a potem 
wróć do domu i ukryj się, aż wszystko się uspokoi. 
Potem policz swoje dukaty i żyj szczęśliwie do końca 
swoich dni.

- To ja nie będę już twoim giermkiem, panie?
- Zgadza się. Jesteś honorowo zwolniony z 

wojska. Padł na kolana i złapał mnie za rękę, ale 

background image

zanim zdążył coś powiedzieć, przyłożyłem palec do 
jego ust.

- Byłeś dobrym giermkiem. A teraz bądź dobrym 

farmerem. Ruszaj!

Patrzyłem, jak odchodzi, aż zniknął w ciemności. 

Głupi, ale lojalny. I był moim jedynym przyjacielem 
na tej popieprzonej planecie. Jedynym, którego 
miałem, gdy Hetman...

Ten niezdrowy tok myśli przerwał mi gramolący 

się do kabiny Capo. Za nim zaczęli wdrapywać się tu 
uzbrojeni żołnierze. Wchodzili tak długo, aż całą 
wolną przestrzeń zapełnili jak sardynki w puszce. 
Capo rzucił okiem na niebo.

- Dnieje - mruknął. - Wkrótce nadejdzie świt, a 

wtedy się zacznie...

Pozostało nam tylko czekać. W powietrzu było 

takie napięcie, że trudno było oddychać. Z wolna z 
ciemności zaczęły wyłaniać się twarze. Wszystkie z 
tym samym zaciętym wyrazem.

Skoncentrowałem się na tym, co działo się za 

zakrętem, przypominając sobie, jak to było, gdy 
leżeliśmy tam z Drengiem czekając i obserwując... 
Zamknięta brama twierdzy, podniesiony most, 

background image

wszystko to rysujące się coraz wyraźniej w blasku 
wschodzącego słońca. Dym z palenisk unoszący się 
zza grubych murów. A potem krzątanina żołnierzy na 
murach, zmiana straży. W końcu otwarcie bramy i 
spuszczenie mostu. A co potem? Czy będą robić to co 
zwykle? Jeśli nie, to wkrótce zostaniemy wykryci.

- Sygnał! - krzyknął Capo mocno wbijając mi 

łokieć w żebra.

Nie musiał. Zobaczyłem machającego żołnierza 

w momencie, gdy się pojawił. Wcisnąłem nogę w 
pedał gazu i błyskawicznie nabraliśmy szybkości. 
Minęliśmy zakręt, trzęsąc się i podskakując na 
koleinach, a potem mknęliśmy prosto w bramę 
twierdzy.

Strażnicy podnieśli głowy i z otwartymi ustami 

patrzyli, jak na nich pędzimy. Także niewolnicy, 
którzy pchali wóz, stanęli jak wryci.

A potem rozległy się krzyki. Most zatrzeszczał, 

gdy próbowali go podnieść, ale ciągle był na nim wóz i 
niewolnicy. Słychać było razy i wykrzykiwane 
rozkazy, a każda stracona przez nich sekunda 
pozwalała nam zyskać kilkadziesiąt metrów. W końcu 
niewolnicy zaczęli wciągać wóz z powrotem, ale było 

background image

już za późno.

Dopadliśmy ich. Przednie koła uderzyły w most i 

podskoczyliśmy w górę z łomotem i trzaskiem. 
Stanąłem na pedale hamulca, gdy uderzyliśmy w wóz. 
Niewolnicy i strażnicy, aby uniknąć śmierci, dali nura 
do fosy, a my w poślizgu, z zablokowanymi kołami, 
wpadliśmy prosto w środek bramy.

- Za Capo Dimonte, dukaty i Boga! - zakrzyknął 

Capo wyskakując z pojazdu.

Skuliłem się za kierownicą, a pozostali ruszyli za 

nim depcząc mi po plecach

Rozległy się krzyki, wrzaski i huk pistoletów. Za 

plecami słyszałem bojowy wrzask pozostałej części 
atakującego wojska. Zobaczyłem, jak Capo i jego 
ludzie zdobywają bramę i odpędzają od kołowrotu 
żołnierzy, którzy próbowali podnieść most. Uniesienie 
go było oczywiście niemożliwe z powodu ciężaru 
samochodu, który na nim stał. To była cudowna 
prostota mojego planu. Gdy już wjechałem na most, 
musiał on pozostać tam, gdzie był. Dopiero teraz 
przetoczyłem się przez bramę, żeby zejść z drogi 
pozostałym oddziałom.

Bitwa o twierdzę Capo Docci rozpoczęła się.

background image
background image

30
Ten niespodziewany atak był naprawdę 

niespodziewany. Nasze wojsko wlewało się przez most 
na dziedziniec, kiedy żołnierze Capo Docci dopiero 
wychodzili ze swoich kwater. Strażnicy na murze 
walczyli zajadle, ale mieliśmy nad nimi przewagę 
liczebną.

Żeby zrobić jeszcze więcej zamieszania, 

włączyłem efekty dźwiękowe i uwiesiłem się na 
sznurze od gwizdka, szarżując na obrońców, którzy 
próbowali zgrupować się w jednym miejscu. Kilka 
razy do mnie strzelili, po czym uskoczyli i rozbiegli się 
na boki. Zagwizdałem i zobaczyłem, że bitwa 
rozstrzygała się korzystnie dla nas.

Obrońcy na murach podnosili ręce i poddawali 

się. Od początku mieliśmy nad nimi przewagę 
liczebną, a poza tym, jak nam wcześniej powiedziano, 
nie mieli szczególnych powodów, by walczyć za Capo 
Docci, więc chcieli ocalić życie. Grupa oficerów przy 
wewnętrznej bramie wykazała więcej ducha 
bojowego i trwała tam teraz zacięta walka. Obrońcy 
byli jednak systematycznie zabijani i w końcu zostali 
zmuszeni do poddania się. Dwóch próbowało uciec do 

background image

budynku, ale pocałowali klamkę ciężkich drzwi, które 
zatrzaśnięto im przed nosem.

- Przynieść pochodnie! - krzyknął Capo Dimonte. 

- Wykurzymy tych pedryli!

Bitwa skończyła się tak szybko, jak się zaczęła. 

Brama, mury i dziedziniec były już w naszych rękach. 
Obrońcom pozostał tylko główny budynek. Capo 
Dimonte świetnie wiedział, jak sobie z tym poradzić. 
Zamachał nad głową płonącą żagwią i głośno 
krzyknął:

- Dobra, Docci, ty tłusta ropucho! To już twój 

koniec. Wyłaź i walcz jak mężczyzna, albo cię, 
pluskwo, spalę. I spalę żywcem każdego mężczyznę 
kobietę, dziecko, psa, szczura i gołębia, wszystko co 
tam z tobą zostanie. Wyłaź i walcz, ty parszywa glisto, 
albo zostań i zrobimy z ciebie pieczeń!

Z budynku wystrzelono i kula zrykoszetowała u 

stóp Capo Dimonte. Ten machnął zakrwawionym 
mieczem i zagrzmiał huk setek strzałów. Kule 
uderzały o mury, waliły w zamknięte drzwi i wpadały 
przez okna. Kiedy ogień ustał, z wnętrza budynku 
rozległy się przenikliwe wrzaski.

- To było ostrzeżenie! - krzyknął Capo Dimonte. 

background image

- Nie walczę z kobietami ani dobrymi żołnierzami, 
którzy się poddadzą. Złóżcie broń, to będziecie wolni. 
Będziecie stawiać opór, to spalę was żywcem. Ja chcę 
tylko jednego, tę świnię Docci. Słuchaj Docci, ty 
prostaku, łachmyto, pluskwo...

I ciągnął tak dalej, coraz bardziej się 

rozkręcając. Pochodnia trzaskała i dymiła, a z 
budynku rozległy się odgłosy stłumionych krzyków i 
bójki.

A potem rozwarły się drzwi i wyleciał z nich 

głową do przodu Capo Docci. Był bosy, na wpół 
rozebrany, ale w ręku dzierżył miecz. Za moment 
potknął się o stopień i rozciągnął jak długi na 
dziedzińcu.

Na widok swego ulubionego wroga Capo 

Dimonte stracił nędzne resztki opanowania. Zawył 
wściekle i ruszył do przodu. Docci z zakrwawioną 
twarzą stanął na nogi i uniósł miecz.

To widowisko warte było obejrzenia, więc 

wszyscy patrzyli. Na czas walki obu wodzów nastąpiło 
nieformalne zawieszenie broni. Żołnierze opuścili 
broń, a we wszystkich oknach pojawiły się 
zaciekawione twarze. Wyszedłem zza kierownicy i 

background image

stanąłem przy samochodzie, skąd miałem idealny 
widok na walczących.

Pod względem wściekłości i możliwości dobrze do 

siebie pasowali. Miecz Dimonte uderzył o wzniesione 
ostrze Docci. Ten zgrabnie odparował cios, a 
następnie pchnął, ale Dimonte uskoczył w tył. Potem 
słychać było uderzenia stali o stal, którym 
towarzyszyły namiętne przekleństwa.

Posuwali się tak do przodu i w tył, wymachując 

mieczami jak cepami. Była to prymitywna 
szermierka, ale z całą pewnością energiczna. Podniósł 
się krzyk, gdy Dimonte pierwszy raz trafił. Zranił 
Docci w bok. Koszula zabarwiła się na czerwono.

To był początek końca. Dimonte był silniejszy, 

bardziej wściekły i bliższy zwycięstwa. Jeśli Docci 
rzeczywiście pił tak dużo, jak mówią, to musiał 
walczyć nie tylko z wrogiem, ale i z kacem. Dimonte 
zaczął napierać coraz mocniej, siekąc bez 
opamiętania i spychając przeciwnika przez cały 
dziedziniec. Wreszcie Docci oparł się plecami o ścianę 
budynku i nie mógł się już dalej wycofywać. Dimonte 
zbił jego gardę, zdzielił go rękojeścią miecza w 
szczękę, a następnie rozbroił szybkim uderzeniem.

background image

W porywie wściekłości zapomniał o szczególnych 

planach sadystycznych tortur. Zamachnął się i ciął.

Nie był to przyjemny widok, gdy ostra stal 

rozpłatała gardło Docci. Zrobiło mi się niedobrze i 
odwróciłem się. Właśnie wtedy słońce przysłonił cień.

Najpierw jedna osoba spojrzała w górę, potem 

reszta i wszyscy wstrzymali oddech. Ja także 
spojrzałem. Tylko że ja, w przeciwieństwie do 
wszystkich pozostałych, wiedziałem, na co patrzę.

Oślepił nas potworny blask kosmolotu klasy D, 

wyposażonego w silnik G. Ogromna masa statku 
unosiła się nad dziedzińcem lekko jak piórko, a potem 
zawisła nad naszymi głowami w milczącej groźbie.

Odwróciłem się i dałem nura do kabiny. Nie było 

możliwości ucieczki.

Dogrzebałem się do schowka, kiedy ze statku 

wyleciały pierwsze srebrzyste kule. Spojrzałem na nie 
z przerażeniem, a potem wziąłem głęboki oddech i 
wstrzymując go, pociągnąłem za drzwiczki do 
schowka, po czym wsadziłem rękę do środka. 
Siadając na miejscu kierowcy, równocześnie 
wyciągnąłem skórzaną torbę.

Dookoła padały kule i rozpryskiwały się 

background image

uwalniając ładunki gazu. Kiedy kładłem torbę na 
kolana, zaczęli padać pierwsi żołnierze. Niezdarnie 
gmerałem palcami przy pasie próbując go wydłużyć, 
gdy Capo Dimonte zachwiał się i runął na ciało 
swojego martwego wroga.

Zaczęło mnie kręcić w nosie. Zapiałem klamrę 

pasa na torbie, przymocowując ją do siebie.

I to było wszystko, co mogłem zrobić.
Zaczęły mnie już boleć płuca, więc po raz ostatni 

rozejrzałem się po dziedzińcu. Miałem mocne 
przeczucie, że jest to również ostatni rzut oka na miłą 
planetę Spiovente.

- Z Bogiem! - krzyknąłem wypuszczając 

powietrze z płuc. Potem zrobiłem wdech...

Wiedziałem, że jestem przytomny. Pod plecami 

czułem coś miękkiego i coś lekko piekło mnie w 
zamknięte powieki. Bałem się je otworzyć. 
Pamiętałem jeszcze ból głowy towarzyszący 
poprzedniemu zagazowaniu.  Z tą myślą skuliłem się i 
poruszyłem głową.

I nic nie poczułem. Zachęcony tym małym 

eksperymencikiem leciutko otworzyłem jedno oko. 
Ciągle nic. Zamrugałem w ostrym świetle, ale nie 

background image

poczułem żadnego bólu.

- Jakiś inny gaz, serdecznie dziękuję - 

powiedziałem głośno, szeroko otwierając oczy.

Byłem w małym pokoiku z zaokrąglonymi 

metalowymi ścianami i leżałem na wąskim łóżku. 
Nawet gdyby unoszący się kosmolot nie był moim 
ostatnim widokiem, i tak bym odgadł, że wzięto mnie 
na pokład. Ale gdzie były moje dukaty? Rozejrzałem 
się szybko dookoła, lecz z pewnością nie było ich w 
zasięgu wzroku. Gwałtowny ruch spowodował silny 
zawrót głowy. Z powrotem opadłem na łóżko i 
jęknąłem z żalu nad sobą.

- Wypij. To wyeliminuje objawy zatrucia gazem.
Otworzyłem znowu oczy i spojrzałem na 

wielkiego faceta, który właśnie zamknął za sobą 
drzwi. Był w jakimś mundurze ze złotymi guzikami, 
paskami i odznakami, coś w stylu choinki, do jakiej 
zwykli upodabniać się wojskowi. Podał mi plastikowy 
kubek. Wziąłem go ostrożnie i powąchałem.

- Kiedy byłeś nieprzytomny, mieliśmy mnóstwo 

czasu, żeby cię otruć albo zabić - zauważył.

Argument nie do zbicia. Wysączyłem gorzki płyn 

i natychmiast poczułem się lepiej.

background image

- Ukradłeś mi pieniądze - odezwałem się, gdy 

miał zamiar coś powiedzieć.

- Twoje pieniądze są bezpieczne...
- Bezpieczne to one będą dopiero przy moim 

pasie. Tak jak wtedy, gdy mnie znalazłeś. Ten, kto je 
wziął, jest złodziejem.

- Już ty mi nie mów nic o złodziejstwie - warknął. 

- Sam żeś je pewnie ukradł.

- Dowiedź tego! Mówię ci, że ciężko na te 

pieniądze pracowałem i nie mam zamiaru pozwolić, 
aby je ukradziono na jakieś renty dla wdów i sierot 
po zabitych na wojnach gwiezdnych...

- Dosyć! Nie przyszedłem tu, żeby rozmawiać o 

twoich nędznych dukatach. Zostaną zdeponowane w 
banku galaktycznym... .

- Na jaki procent? W co będą zainwestowane? 

Teraz był już wściekły, chociaż nie stracił 
opanowania.

- Dość! Jesteś w niezłych tarapatach i musisz 

wiele rzeczy wyjaśnić. Profesor Lustig mówi, że 
nazywasz się Jim. Jak brzmi twoje nazwisko i skąd 
pochodzisz?

- Nazywam się Jim Nikon i jestem z Venii.

background image

- Nigdzie nie zajdziemy, jeśli nie przestaniesz 

kłamać. Nazywasz się James diGriz i jesteś zbiegłym 
więźniem z Rajskiego Zakątka.

Na tę informację, jak można sobie wyobrazić, 

wytrzeszczyłem oczy. Kimkolwiek ten facet był, miał 
do dyspozycji niezły wywiad. Uświadomiłem sobie, że 
nie gram już z amatorską drużyną profesorków. 
Rzucił mi tę podkręconą piłkę, żeby mnie 
wyprowadzić z równowagi i rozwiązać mi język. 
Tylko że takie numery to nie ze mną. Zmieniłem 
przerzutkę w moim mózgu, usiadłem na łóżku tak, że 
mogłem mu patrzeć prosto w oczy i spokojnie 
powiedziałem:

- Nie byliśmy sobie przedstawieni.
Złość już mu przeszła i był tak samo opanowany 

jak ja. Odwrócił się, nacisnął przycisk w ścianie, 
który wysunął metalowe krzesło. Usiadł na nim i 
założył nogę na nogę.

- Kapitan Warod z Marynarki Ligi. Specjalizuję 

się w planetarnej wykończeniówce. Czy jesteś gotowy 
odpowiadać na pytania?

- Tak, jeśli zgodzisz się na wymianę jedno za 

jedno. Gdzie jesteśmy?

background image

- Około trzynastu lat świetlnych od Spioyente, co 

cię zapewne ucieszy.

- Ucieszyło mnie.
- Teraz moja kolej. Jak się dostałeś na tę 

planetę?

- Na pokładzie veniańskiego frachtowca 

szmuglującego broń dla teraz już świętej pamięci 
Capo Docci.

To przyciągnęło jego uwagę. Zaciekawiony 

przysunął się i zapytał:

- Kim był kapitan tego frachtowca?
- To nie twoja kolejka. Co macie zamiar ze mną 

zrobić?

- Jesteś zbiegłym więźniem i zostaniesz 

odwieziony na Rajski Zakątek, gdzie odsiedzisz swój 
wyrok.

- Naprawdę? - uśmiechnąłem się nieszczerze. - Z 

przyjemnością odpowiedziałbym na twoje pytanie, 
tylko że kompletnie wyleciało mi z głowy nazwisko 
tego kapitana. Czy masz ochotę poinformować mnie, 
kto to jest?

- Bez takich zagrywek,  Jim. Jesteś  w 

tarapatach. Współpracuj ze mną, a zrobię dla ciebie 

background image

co w mojej mocy.

- Dobrze. Przypomnę sobie to nazwisko, a ty 

wysadzisz mnie na neutralnej planecie i jesteśmy 
kwita.

- To niemożliwe. Istnieją zapisy, a ja jestem 

przedstawicielem prawa. Muszę cię odwieźć na Rajski 
Zakątek.

- Dzięki. Właśnie dostałem pourazowej amnezji, 

rozumiesz, gaz, stresy i kiepskie jedzenie... Zanim 
wyjdziesz, czy mógłbyś mi powiedzieć, co stanie się ze 
Spiovente?

Rozsiadł się na krześle, najwyraźniej nie mając 

wcale zamiaru wychodzić.

- Najpierw zakończymy ten nieszczęsny 

eksperyment Lustiga. Zostaliśmy do tego zmuszeni 
przez Międzygalaktyczny Związek Socjoekonomii 
Stosowanej. Udało im się uzyskać wystarczające 
fundusze, żeby wprowadzić w życie niektóre ze 
swoich poronionych teorii. Finansowało ich wiele 
planet i łatwiej było pozwolić im zrobić z siebie 
idiotów, niż próbować ich powstrzymać.

- A zrobili z siebie idiotów?
- Dokładnie. Już wszyscy zostali wywiezieni i byli 

background image

z tego powodu bardzo zadowoleni. Jedna rzecz to 
wypracować teorie polityczne i ekonomiczne, ale 
próba ich zastosowania w trudnej rzeczywistości 
może się okazać ciężkim przeżyciem. Już tego w 
przeszłości próbowano i zawsze kończyło się to 
tragicznie. Nie znamy teraz żadnych szczegółów, 
które zgubiły się w zamęcie czasu, ale istniała kiedyś 
szalona doktryna zwana monetaryzmem, która 
podobno zniszczyła całe kultury i planety. A teraz 
kolejny eksperyment okazał się fiaskiem, więc sprawą 
zajmą się specjaliści, którzy zrobią wreszcie to, co 
powinno być zrobione już dawno.

- Inwazja?
- Za dużo się naoglądałeś telewizji 

trójwymiarowej. Powinieneś wiedzieć, że wojny są 
zakazane i nawet o czymś takim nie myśl. Mamy 
ludzi, którzy będą pracowali wewnątrz istniejącej 
społeczności Spiovente. Prawdopodobnie przy Capo 
Dimonte, bo właśnie powiększył swoje posiadłości w 
dwójnasób. Pomogą mu i zachęcą, żeby rósł w siłę i 
zagarniał nowe terytoria.

- I zabijał coraz więcej ludzi?!
- Nie. Dopilnujemy tego. Wkrótce nie będzie w 

background image

stanie rządzić bez pomocy, a nasi biurokraci tylko 
czekają, żeby mu pomóc. Zcentralizowany rząd...

- Powstanie sądownictwa, podatków, znowu te 

metody. Mówisz to samo co Lustig.

- Niezupełnie. Nasze techniki są sprawdzone i 

działają. W ciągu jednej, a najwyżej dwóch generacji 
Spiovente zostanie przyjęta do grona cywilizowanych 
planet.

- Gratuluję. A teraz proszę, wyjdź, żebym mógł 

usiąść i pomyśleć o czekającej mnie odsiadce.

- Ciągle nie chcesz mi wyjawić nazwiska tego 

przemytnika? On może dalej szmuglować, ale to ty 
będziesz odpowiedzialny za dalsze zbrodnie.

Fakt, będę. Ale czy nie byłem też odpowiedzialny 

za zabitych na dziedzińcu twierdzy? Ten atak to był 
mój pomysł. Ale Dimonte i tak by zaatakował i byłoby 
jeszcze więcej zabitych. Niełatwo było przyjąć taką 
odpowiedzialność.

Kapitan Warod musiał czytać w moich myślach.
- Czy ty masz w ogóle poczucie 

odpowiedzialności? - zapytał. Dobre pytanie. Cwany z 
niego lis.

- Tak, mam. Wierzę w życie i w jego świętość i 

background image

nie wierzę w zabijanie. Każdy z nas ma tylko jedno 
życie i nie chcę być odpowiedzialny za skracanie 
czyjegokolwiek. Myślę, że popełniłem kilka błędów i 
trochę się dzięki nim nauczyłem. Ten szmugler 
nazywa się kapitan Ga...

- Garth - powiedział. - Obserwowaliśmy go. To 

była jego ostatnia podróż. Zakręciło mi się w głowie.

- Więc po co mnie pytałeś, jeśli wiedziałeś od 

początku?

- W twoim interesie, Jim, tylko dlatego. Mówiłem 

ci, że najważniejsza jest dla ciebie współpraca. 
Podjąłeś ważną decyzję i wierzę, że dzięki temu 
będziesz lepszym człowiekiem. Życzę ci szczęścia w 
przyszłości - wstał i zamierzał wyjść.

- Wielkie dzięki. Będę wspominał sobie twoje 

słowa przetaczając głazy w kamieniołomach.

Stanął w otwartych drzwiach i uśmiechnął się do 

mnie.

- Zajmuję się sprawiedliwością tylko na dużą 

skalę. I prawdę mówiąc, nie wierzę w sens zamykania 
kogoś za nieudany napad na bank. Jesteś stworzony 
do czegoś lepszego. Dlatego też odwożę cię do 
więzienia. Zostaniesz przeniesiony na inny statek, na 

background image

inną planetę, gdzie zamkną cię zaraz po przybyciu.

W drzwiach obrócił się jeszcze na krótką chwilę.
- Biorąc pod uwagę to, co mi powiedziałeś, 

zapominam, że ciągle masz wytrych w podeszwie 
buta.

A potem już wyszedł na dobre. Spojrzałem na 

zamknięte drzwi i nagle wybuchłem śmiechem. 
Koniec końców, to chyba był dobry Wszechświat, 
wypełniony dobrymi rzeczami, które są przeznaczone 
tylko dla tych, którzy znają swoją wartość. Ja swoją 
znałem.

Dzięki ci, Hetmanie, dzięki za wszystko. 

Dokonałeś tego. Prowadziłeś mnie i uczyłeś. Dzięki 
Tobie narodził się Stalowy Szczur.

KONIEC