background image
background image

Lucy Clark

Własny dom

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY
Chloe  wyskoczyła  z  dżipa,  który  przywiózł  ją  na  pas 

startowy  w  Tarparnii.  Była  sporo  spóźniona,  więc  chwyciła 
swoje torby i pobiegła do niewielkiego, dwunastomiejscowego 
samolotu sanitarnego.

W  ostatniej  chwili  rzuciła  okiem  za  siebie,  na  dwa 

budynki  oraz  hangar.  Ot  i  całe  lotnisko.  A  dookoła  bajkowy 
krajobraz. Tarparnii to maleńkie państewko na jednej z wysp 
Oceanu  Spokojnego. Z  obawy przed bratobójczymi walkami, 
które  rozgorzały  tu  jakiś  czas  temu,  turyści  unikali  tego 
miejsca jak ognia. Ale nie Chloe. Na Tarparnii czuła się lepiej 
niż w rodzinnej Australii.

Zgodnie  z  zasadami  obowiązującymi  w  Pacific  Medical 

Aid, organizacji pomocy medycznej dla regionu Pacyfiku, po 
półrocznym kontrakcie na wyspie była zobowiązana na jeden 
miesiąc wrócić do kraju.

Świadoma,  do  jakiego  stopnia  mieszkańcy  Tarparnii 

potrzebują  opieki  lekarskiej,  nie  miała  na  to  najmniejszej 
ochoty.

- Cześć,  Chloe - powitał  ją  drugi  pilot  Gary  West. - Już 

miałem  wysiąść,  żeby  cię  szukać. - Wskazał  na  kolegę  przy 
sterach. - Smith nie może się doczekać, kiedy wystartujemy.

Uśmiechnęła się. Mimo że wielokrotnie latała z Western i 

Smithem,  miała  wrażenie,  że  praktycznie  nic  nie  wie  o  tych 
sympatycznych chłopakach.

- Rozgość  się - powiedział  Gary  West. - Jak  zapewne 

wiesz,  mamy  na  pokładzie  pacjenta,  VIP - a,  który  leci  na 
operację  do  Australii.  A  to - kiwnął  głową  w  stronę 
mężczyzny pochylonego nad chorym - to jest doktor Michael 
Hill.

Lekarz,  zajęty  osłuchiwaniem  leżącego  na  noszach,  nie 

zareagował, ona jednak zauważyła, że jest wysoki, ma ciemne 

background image

krótko ostrzyżone włosy i krzywy nos, zapewne w przeszłości 
złamany. Ściągnął brwi, niezadowolony z tego, co słyszy.

- To jest ochroniarz VIP - a - ciągnął Gary - a obok niego 

siedzi żona VIP - a. Oboje nie mówią po angielsku.

- Czy  doktor  Hill  zna  tutejszy  dialekt? - zapytała, 

zapinając pasy. Uprzedzono ją, że na pokładzie będzie pacjent 
oraz chirurg, ale nie podano żadnych szczegółów.

- Nie mam pojęcia.
- A ten VIP? Znasz jego nazwisko?
- To generał Harleem Ualdarin - odparł West, zniżywszy 

głos.

Chloe od razu skojarzyła, że chodzi o człowieka, którego 

duża  część  wyspiarzy  uważała  za  prawowitego  przywódcę 
kraju.

- Przeszedł  przez  oficjalną  odprawę?  Ma  pozwolenie  na 

opuszczenie Tarparnii?

- O ile mi wiadomo, jego papiery są w porządku.
- West! - zawołał  go  Smith. - Sprawdź,  czy  wszyscy 

zapięli pasy. Najwyższy czas ruszać.

Chloe obserwowała lekarza i chorego. Na brzuchu VIP - a 

dostrzegła pokaźny opatrunek. To znaczy, że jest ranny.

- Doktorze... - zaczęła,  lecz  spojrzenie  jego  niebieskich 

oczu na moment ją zmroziło. Odkaszlnęła. - Jestem lekarzem. 
Nazywam się Chloe Fitzpatrick.

- Spodziewałem się drugiego lekarza na pokładzie. Długo 

kazała  pani  na  siebie  czekać.  Liczyłem,  że  już  dawno 
będziemy w powietrzu.

Zdziwił ją tak ostry ton.

- Zdaję  sobie  sprawę  z  powagi  sytuacji,  ale  kiedy  już 

miałam  wyjeżdżać,  w  wiosce  zdarzył  się  wypadek. 
Przepraszam za spóźnienie. Jak pacjent?

- Marnie. - Na  odgłos  uruchomionych  silników  kiwnął 

głową. - Nareszcie.

background image

- Skoro jest pan zadowolony z jego stanu, to proszę siadać 

i zapiąć pasy, bo startujemy.

- Wcale nie jestem zadowolony. Tego człowieka należało 

operować wiele tygodni temu. Mam wrażenie, że tubylcy nie 
zwracają  uwagi  na  takie  drobiazgi,  dopóki  stan  chorego  nie 
jest  krytyczny.  Dopiero  wtedy  szukają  pomocy  u  lekarza  z 
prawdziwego zdarzenia. Wie pani, kim jest ten facet?

- To  generał  Harleem  Ualdarin.  Człowiek  bardzo 

wpływowy.

- Tym bardziej powinien już dawno zgłosić się do lekarza.
- Mogło to być niewykonalne. - Doktor Hill najwyraźniej 

nie  orientuje  się  w  sytuacji  politycznej  Tarparnii. - Skoro 
zostałam  panu  przydzielona  jako  asysta,  chciałabym 
dowiedzieć się więcej o naszym pacjencie.

- Uwięźnięta  przepuklina.  Jeśli  perforuje,  nieodzowna 

będzie natychmiastowa operacja.

- Będzie pan operował w powietrzu?
- Jeśli okaże się to konieczne... Mam ze sobą wszystko, co 

potrzebne.

- Nie  lubi  pan  niespodzianek - stwierdziła.  Rzucił  jej 

pełne oburzenia spojrzenie.

- A który chirurg lubi?

Siedzieli w rzędzie pojedynczych foteli przy oknie. Chloe 

miała przed sobą ochroniarza generała, za sobą doktora Hilla. 
Usiadła wygodniej, przymknęła powieki i westchnęła. Oby ten 
lot trwał jak najkrócej, pomyślała, przeczuwając, że im mniej 
czasu  spędzi  u  boku  przystojnego  lekarza,  tym  lepiej. 
Większość  chirurgów  cierpi  na  kompleks  boskości  i  między 
innymi  dlatego  Chloe  nie  lubiła  atmosfery  dużego  szpitala. 
Istotniejsze jednak były powody natury osobistej.

- Hej! - Gardłowy  głos  kazał  jej  otworzyć  oczy.  Ujrzała 

przed  sobą  twarz  ochroniarza,  który  spoglądał  na  nią  sponad 

background image

oparcia  swojego  fotela. - Umiesz  po  mojemu? - zapytał  w 
dialekcie wyspy.

- Tak.

Mężczyzna wstał i pochylił się nad generałem. Prawdziwy 

olbrzym,  przeszło  jej  przez  myśl.  Lepiej  nie  natknąć  się  na 
takiego w ciemnej ulicy.

- Proszę usiąść i zapiąć pasy. Zaraz startujemy. Na czole 

ochroniarza  perliły  się  krople  potu.  Lęk przed  lataniem?  To 
nie  pierwszy  osiłek,  który  boi  się  latania.  Już  miała  go 
zapytać,  czy  źle się  czuje,  gdy  odwrócił  się,  ciężko  opadł  na 
swój fotel i zapiął pas. Odetchnęła z ulgą, po czym zamyśliła 
się  nad  losem  pewnego  dwumiesięcznego  niemowlęcia  w 
jednej z wiosek. Matka dziecka nie wyraziła zgody, by zbadali 
je australijscy lekarze.

Pozbawiony  profesjonalnej  opieki  maluch  budził  w  niej 

przykre  wspomnienia  innych  czasów,  innego  dziecka. 
Praktycznie  każdy  powrót  do  Australii  skłaniał  ją  do 
odgrzebywania przeszłości.

Teraz  jednak czeka ją  ośmiogodzinny lot z  opryskliwym, 

pyszałkowatym  lekarzem  na  pokładzie  oraz  nadopiekuńczym 
ochroniarzem VIP - a.

Samolot ciężko wzbijał się w powietrze.
Spoglądając  przez  szybę,  Michael  obserwował,  jak  pod 

nimi  wszystko  staje  się  coraz  mniejsze.  Gdy  odetchnął 
głęboko, w jego nozdrza uderzył delikatny kwiatowy zapach. 
Bardzo  naturalny,  a  mimo  to  zniewalający,  i  przy  tym 
nieobcy, budzący niepożądane wspomnienia sprzed lat.

Ze  złością  spojrzał  na  oparcie  fotela  przed  sobą.  To  ta 

lekarka.  Jak  ona  ma  na  imię?  To  ona  tak  pachnie.  Trudno, 
jakoś sobie z tym poradzi.

Zapamiętał  właściwie  tylko  tyle,  że  jest  bardzo  zgrabna. 

Szczupła,  ale  nie  chuda  niczym  patyk,  jak  wiele  innych 
Australijek.  Ten  lot  się  skończy,  a  ich  drogi  się  rozejdą. 

background image

Najwyraźniej ona już jakiś czas pracuje na tej wyspie, bo skąd 
znałaby miejscowy dialekt?

Przeniósł  spojrzenie  na  fotel  ochroniarza,  ale  nad 

oparciem  widać  było  jedynie  jego  głowę.  Coś  tu  nie  gra... 
Intuicja podpowiadała mu, by miał się na baczności, a on już 
zdążył  się  nauczyć,  że  intuicji  należy  słuchać.  Powinien  raz 
jeszcze zbadać pacjenta. Była to jego pierwsza misja z PMA, 
więc bardzo mu zależało na tym, by pokazać się z najlepszej 
strony.

Na szczęście stan generała się nie pogarszał. Może nawet 

uda  się  go  dowieźć  do  szpitala  w  Sydney  i  dopiero  tam 
operować?  To  by  Michaelowi  odpowiadało.  Mimo  że 
usuwanie  przepukliny  w  samolocie  nie  należało  do  jego 
najbardziej  ulubionych  zajęć,  był  do  tego  zabiegu  w  pełni 
przygotowany.

Dobrze,  że  na  pokładzie  jest  drugi  lekarz.  W  razie 

konieczności  będzie  mu  asystował.  Ciekawe,  czy  ona  umie 
podać  środki  znieczulające?  Już  miał  ją  o  to  zapytać,  gdy 
generał jęknął.

Michael  wstał,  nie  zważając  na  brak  pozwolenia  na 

odpięcie  pasów.  Ku  jego  zdziwieniu  lekarka  też  już  się 
podnosiła.

- Spokojnie - powiedział ostrym tonem. - Dam sobie radę.
- Nie  wątpię. - W  jej  głosie  zabrzmiała  nuta  irytacji. -

Mam za sobą kilka przelotów takimi samolotami, więc wiem, 
gdzie  znajdują  się  tutaj  rzeczy,  które  mogą  być  panu 
potrzebne.

- Potrzebna  mi  jest  morfina.  Dwieście  miligramów -

rzucił, unikając jej wzroku.

Błyskawicznie  podała  mu  żądaną  dawkę,  po  czym 

przyglądała  się,  jak  uzupełnia  kroplówkę.  Przez  chwilę 
obserwowali chorego.

background image

- Idealny  kandydat  do  zabiegu  usunięcia  przepukliny -

mruknął. - Zaaplikowałem mu już antybiotyk, żeby zwalczyć 
stan zapalny. I dla osłony na wypadek perforacji.

- W  takich  okolicznościach  zapalenie  otrzewnej  byłoby 

wyjątkowo niepożądaną komplikacją - przyznała.

Dopiero teraz na nią spojrzał.

- Jak pani się nazywa? - zapytał nieoczekiwanie.
- Chloe Fitzpatrick. Po prostu Chloe.
- Aha. - Skupił się na badaniu neurologicznym generała, 

jakby przestała dla niego istnieć.

Wyprostowała  się  i  nieco  wyżej  uniosła  głowę.  Nie 

pozwoli, by tak ją traktowano.

- Powiedz, jeśli będziesz mnie przy nim potrzebował.

Nareszcie na nią spojrzał. Zacisnęła zęby, by pohamować 

złość.  Michael  Hill  jest  tak  samo  arogancki  jak  wszyscy 
mężczyźni, a jej to nie bawi.

Odwróciła  się,  bo  zagadnął  ją  ochroniarz.  Przez  chwilę 

cierpliwie coś mu tłumaczyła.

- Co on mówi? - zainteresował się Michael.
- Chciał się dowiedzieć, co jest jego szefowi. Martwi się o 

niego.

- Na jego miejscu też bym się martwił. - Nie tylko z tego 

powodu, pomyślał, spoglądając na potężne ramię ochroniarza.
- Co mu odpowiedziałaś?

- Opisałam  mu  przebieg  operacji  i  to  go  chyba  trochę 

uspokoiło.

- Dzięki. - Zawahał  się. - On  na  pewno  nie  zna 

angielskiego?

- Nie.

Samolot wpadł w turbulencję, rzucając Chloe na Michaela. 

Oparła  się  rękami  o  jego  pierś,  a  on  ją  przytrzymał.  Ten 
moment fizycznego kontaktu coś między nimi zmienił.

background image

Mimo  że  trwało  to  nie  dłużej  niż  pół  sekundy,  oboje 

doznali  jakiegoś  dziwnego  wstrząsu.  Poczuli,  że  reagują 
inaczej, ale nie było to po ich myśli.

Michael  wziął  głęboki  oddech  i  od  razu  tego pożałował, 

bo  pod  wpływem  obezwładniającego  zapachu  instynktownie 
chciał  tę  kobietę  znowu  do  siebie  przyciągnąć.  Potrząsnął 
głową, by odegnać pokusę. To idiotyczne. Nie zna Chloe i nie 
zamierza  jej  poznawać.  Zdecydowanie  nie  jest  w  jego  typie. 
Strasznie spięta.

Nie to co on. On jest wolny, kocha życie i chce czerpać z 

niego pełnymi garściami. Nieustanny kontakt ze śmiercią każe 
człowiekowi precyzyjnie określić swoje priorytety.

Nie  ma  wśród  nich  miejsca  dla  Chloe  Fitzpatrick, 

przekonywał  się  w  duchu.  Teraz  jest  zajęta  przeglądaniem 
zawartości  kolejnych  szafek.  Speszył  ją?  Dobrze  by  było,  bo 
ona wprawia go w zakłopotanie.

Znalazła  ciśnieniomierz,  owinęła  mankietem  ramię 

generała  i  sięgnęła  po  słuchawki.  Zdziwiło  go,  że  uprzedziła 
jego  ruch,  ale  szybko  wytłumaczył  sobie,  że  gdyby  nie  była 
sprawdzonym lekarzem, nie pracowałaby dla PMA.

Przystąpił  do  badania  podbrzusza  pacjenta,  który  znowu 

jęknął.

- Morfina jeszcze nie zadziałała? - zapytała, a on pokręcił 

głową.

- Coś  tu  nie  gra. - Jeszcze  raz  zbadał  podbrzusze. -

Dobrze  byłoby  go  tak  przygotować,  żeby  zespół  w  Sydney 
mógł od razu zabrać go na stół.

- Co chcesz zrobić?

Rozważał w myślach różne scenariusze.

- Skłaniałbym  się  do  podania  mu  znieczulenia 

zewnątrzoponowego.

- Myślisz, że będziesz zmuszony go operować?

background image

- Ciągle mam nadzieję, że zdążymy do szpitala, ale jego 

stan  się  pogarsza. - Wzruszył  ramionami. - Może  to  kwestia 
wysokości? Ma skurcze, których wcześniej nie miał. Warto by 
się zorganizować.

Chloe  już  naciągnęła  rękawiczki,  by  przygotować 

instrumenty potrzebne do zabiegu, co obudziło podejrzliwość 
ochroniarza. Poinformowała go, że ratują jego szefa.

Myjąc ręce, Michael zastanawiał się, dlaczego generał tak 

długo  nie  miał  odpowiedniej  opieki  medycznej.  Tą 
przepukliną  należało  zająć  się  już  dawno.  Żeby  dokonać 
wkłucia,  trzeba  będzie  odpiąć  pasy  bezpieczeństwa  pacjenta, 
pomyślał.

Gdy nałożył odzież ochronną oraz rękawiczki i przystąpił 

do  zabiegu  znieczulenia,  ochroniarz  zerwał  się  z  fotela. 
Ponieważ w kabinie było ciasno, zderzył się Michaelem.

- O co chodzi? - syknął Michael.
- Musimy  ratować  waszego  szefa - wyjaśniła  Chloe  w 

miejscowym dialekcie. - Umrze, jeśli mu nie pomożemy.

Trochę przesadziła, ale chodziło o to, by ochroniarz im nie 

przeszkadzał. Kątem oka popatrzyła na małżonkę generała. Na 
jej twarzy malowało się przerażenie.

- Umrze? - wyszeptała. - Ratujcie go. - Już miała odpiąć 

pas, lecz Chloe ją powstrzymała.

- Proszę  siedzieć.  Tu  jest  za  mało  miejsca,  żebyśmy 

wszyscy  mogli  stać  nad  jego  noszami.  Ten  mały  zabieg 
sprawi,  że generał nie będzie czuł bólu. Usiądźcie - zwróciła 
się do ochroniarza. - Nie wolno doktorowi przeszkadzać.

Dzięki  Bogu  olbrzym  posłuchał,  lecz  nie  spuszczał 

wzroku ze swojego przełożonego. Jego twarz ociekała potem. 
Ciekawe, czy zemdleje, pomyślała Chloe.

- Powiedziano  mi,  że  będzie  mu  towarzyszyła 

pielęgniarka - rzekł Michael.

- Siedzi za naszymi plecami.

background image

- Ta żona? Ona nie jest pielęgniarką.
- Nie jest.
- To po co mi to powiedziano?
- Nie mam pojęcia.
- Na pewno jest jego żoną? On nie ma obrączki.
- Nie  wszyscy  żonaci  mężczyźni  noszą  obrączki.  To 

prawda,  przyznał  w  duchu.  Na  przykład  jego ojciec,  żonaty 
dwukrotnie.  Nie  chciał  myśleć  o  ojcu.  Nie  teraz.  Musi 
skoncentrować się na zadaniu.

Gdy  pacjent  z  powrotem  leżał  na  wznak,  Michael  z 

uznaniem  skonstatował,  że  Chloe  faktycznie  doskonale  się 
orientuje  w  zawartości  poszczególnych  szafek.  Przyszło  mu 
też  do  głowy,  że  nie  podjęłaby  się  leczenia  ludzi  w  takiej 
głuszy, gdyby bała się podejmowania ryzyka. Intrygujące.

- Chloe, od kiedy jesteś w Tarparnii?
- Tym razem? Od pół roku.
- To już któryś z kolei taki kontrakt?
- Tak.
- I teraz masz obowiązek na miesiąc wrócić do Australii?
- Tak.
- Odpowiada ci takie życie?

Zastanowiwszy  się  przez  chwilę,  wybrała  najłatwiejsze 

wyjaśnienie.  Poza  tym  nie  miała  zamiaru  dzielić  się  swoimi 
najskrytszymi przemyśleniami z nieznajomym.

- Trochę to utrudnia ciągłość leczenia. Tydzień temu, na 

przykład, miałam do czynienia z niemowlęciem z problemami 
z oddychaniem, którego matka nie wyraziła zgody na leczenie.

- Dlaczego?
- Bo nie wierzy w zachodnią medycynę.
- Rozumiem.
- Ale  nie  wtedy,  kiedy  ta  zachodnia  medycyna  jest  w 

stanie wyleczyć jej dziecko.

background image

- Więc  wyjeżdżasz,  ale martwisz się  o los tego  dziecka? 

Twoi koledzy nim się nie zajmą?

- Oczywiście, że się zajmą. Mam nadzieję, że uda im się 

tę kobietę przekonać, ale... będzie mi tego brakowało.

- Ani się obejrzysz, jak będziesz z powrotem - pocieszył 

ją, uśmiechając się szeroko.

Oniemiała.  Uśmiechnął  się  do  niej  po  raz  pierwszy,  od 

kiedy weszła na pokład. Warto było na to czekać.

O  nie,  wcale  na  to  nie  czekała.  Michael  Hill  jej  w  ogóle 

nie  interesuje.  Jest  wyłącznie  lekarzem,  który  opiekuje  się 
pacjentem.  Koniec  i  kropka.  Nawet  gdyby  ją  interesował,  to 
nie jest w jej typie.

Zerknęła  przez  ramię,  bo  ochroniarz  znowu  niespokojnie 

poruszył się w fotelu.

- Jest  coraz  bardziej  zdenerwowany. - Zniżyła  głos,  po 

czym zapytała w dialekcie Tarparnii. - Dobrze się czujecie?

- Nie wytrzymam! - wybuchnął olbrzym, a żona generała 

aż się skurczyła. - Tak nie wolno. Tak nie wolno.

- O  co  chodzi?! - Michael  miał  sobie  za  złe,  że  nie  zna 

tego języka.

- Nie wiem. - Wysoko uniosła brwi.
- Nie mogę, nie mogę. - Ochroniarz zerwał się z miejsca, 

podszedł do noszy, po czym ujął dłoń swojego przełożonego. -
Przepraszam,  generale,  przepraszam.  Zginę  za  ciebie.  Źle 
zrobiłem, że cię zdradziłem.

Chloe poczuła ucisk w żołądku.

- Co  zrobiliście? - zapytała  opanowanym,  lodowatym 

tonem. - I dlaczego?

- Zdradziłem  mojego  generała.  Ten  samolot...  On  się 

rozbije.

Teraz  małżonka  generała  podniosła  się  z  siedzenia,  ale 

Chloe spiorunowała ją wzrokiem.

background image

- Proszę siadać! I się nie ruszać! - rozkazała jej Chloe, po 

czym zwróciła się do ochroniarza. - O czym pan mówi?

- Ten  samolot...  Jak  wylądował...  to  mechanicy  w  nim 

grzebali. Generał ma zginąć.

- Po co pan nam to mówi?
- Bo nie mogę patrzeć, jak się męczy.
- Ale  umrzeć  może,  tak?! - zapytała  tym  razem  po 

angielsku, co zdenerwowało Michaela.

- Chloe, o co chodzi?
- Samolot został  uszkodzony - wyjaśniła,  kierując się do 

kabiny  pilotów,  by  powiadomić  ich  o  tym  fakcie,  po  czym 
wróciła do Michaela. - Zabezpiecz go pasami i ustabilizuj.

- Wydawało  mi  się,  że  nikt  nie  wie,  kim  jest  ten  VIP. -

Popatrzył na nią spode łba.

- Ja  nie  wiedziałam,  dopóki  nie  znalazłam  się  na 

pokładzie.

- Mnie też nikt o tym nie poinformował! - oburzył się. -

Jak do tego doszło? - Samolot spadnie?

W  ciągu  minionych  czterech  lat  nieraz  pakował  się  w 

ryzykowne  sytuacje,  ale  zawsze  z  własnego  wyboru.  Tym
razem jednak jest inaczej. Wcale się o to nie prosił. Znowu!

- Nie  mam  pojęcia.  Harleem  to  ostatni  dobry  człowiek, 

któremu  na  sercu  leży  los  tego  państwa.  Ale  ten  p  'tak 
ochroniarz go zdradził.

Gdy padło to niewybredne określenie, ochroniarz odwrócił 

się  w  jej  stronę.  Na  jego  twarzy  malowały  się  wściekłość  i 
oburzenie.

- Co ty możesz o tym wiedzieć, dziewczynko? - warknął

Chloe wzruszyła ramionami.

- Czy  to  ważne?  Wszyscy  jesteśmy  w  tym  samolocie. 

Wszyscy się rozbijemy.

Żona  generała  zalała  się  łzami.  Michael  zapinał  pasy 

pacjenta, a Chloe pocieszała histeryzującą kobietę.

background image

Nagle samolot gwałtownie stracił wysokość i zakołysał się 

tak  mocno,  że  na  ich  głowy  posypały  się  różne 
nieprzymocowane  sprzęty,  a  Chloe  straciła  równowagę  i 
upadła na Michaela.

Objął  ją  opiekuńczym  gestem.  Głupia  sprawa,  pomyślał, 

że jej zapach będzie ostatnim, jaki poczuje.

Ochroniarz  zachwiał  się,  uderzył  głową  o  podłokietnik  i 

krwawiąc,  upadł  na  podłogę.  Michael  obserwował  to,  nie 
kryjąc  przerażenia.  Czuł  przy  tym,  że  samolot  w  dalszym 
ciągu gwałtownie traci wysokość.

Chloe  oswobodziła  się  z  jego  ramion,  mimo  że  bardzo 

chciała  w  nich  pozostać  i  czerpać  z  nich  pocieszenie,  bo 
przeczuwała,  że  za  kilka  minut  samolot  się  roztrzaska  i 
wszyscy zginą. Ale to nie była pora na takie myśli.

Chwiejnym  krokiem  podeszła  do  leżącego  na  podłodze 

ochroniarza, by sprawdzić puls.

- Żyje,  ale jest nieprzytomny - stwierdziła.  Gdy Michael 

wstawał z fotela, samolot wyrównał kurs. Czy to był fałszywy 
alarm?

- Złap  ten  bandaż. - Chloe  wskazała  na  opakowanie 

walające  się  na  podłodze,  a  sama  otworzyła  jedną  z  szafek  i 
sięgnęła po przylepiec.

- Musimy  posadzić  go  w  fotelu  i  przypiąć  pasami -

mruknął Michael, sięgając po bandaż.

Rozerwał  opakowanie  i  przyłożył  bandaż  do  głowy 

ochroniarza, by Chloe mogła przylepić go plastrem.

- Spróbuj go posadzić. Ja pójdę do pilotów - oznajmiła i 

przytrzymując  się  foteli,  ruszyła  w  stronę  kabiny. - Co  się 
dzieje?

- Spada ciśnienie oleju w układzie hydraulicznym - odparł 

Gary West.

- To źle?

background image

- Tracimy  panowanie  nad  skrzydłami,  a  przez  to  nie 

mamy szansy na bezpieczne lądowanie.

- Gdzie spadniemy? Do oceanu czy na ląd?
- Miejmy nadzieję, że uda się nam lądowanie awaryjne na 

jakimś pasie startowym albo choćby na równej ziemi - odrzekł 
jeden z pilotów.

- Nie spadniemy do wody? - upewniała się.
- Trzymaj  kciuki - poradził  jej  Gary  West. - Jeśli  nie 

wcelujemy w jakąś polanę, spadniemy w dżunglę.

- Zawiadomcie dyrekcję Pacific Medical Aid. Powiedzcie 

im, co nas czeka.

- Już to zrobiliśmy.
- To  dobrze...  chyba. - Samolot  znowu  wpadł  w  silne 

wibracje.

- Chloe, wracaj na miejsce! - wrzasnął Gary West. - Każ 

im  zapiąć  pasy  i  przyjąć  pozycję  przewidzianą  w  przypadku 
awarii.

Wróciła do pozostałych pasażerów.

- Proszę  mocno  zapiąć  pas - zwróciła  się  do  żony 

generała. - Niech  pani  opuści  głowę  na  kolana  i  dłońmi 
chwyci  się  za  kostki. - Kobieta  posłusznie  wykonała 
polecenie.

Wraz  z  Michaelem  dźwignęli  ochroniarza  na  fotel  i 

przypięli pasem.

- On już siedzi - sapnęła. - Co z generałem?
- Zaraz sprawdzę.
- Trzeba wszystko pozamykać albo unieruchomić. Gdzie 

jest twoja torba? - zapytała.

- Pod fotelem.

Samolot trząsł się coraz bardziej.

- Nie dam rady! - usłyszeli z głośnika krzyk Westa.

Samolot spadał tak szybko, że Michael miał wrażenie, że 

za  chwilę  popękają  mu  bębenki  w  uszach.  Uczono  go  na 

background image

studiach, że lekarz ma obowiązek w każdej sytuacji zachować 
zimną  krew,  ale  takiej  jak  ta  wykłady  ani  podręczniki  nie 
opisywały.

- Zapnij się! - krzyknęła Chloe.

Czuł,  jak  wali  mu  serce.  Zawsze  pragnął  czerpać  z  życia 

pełnymi  garściami.  Jakie  to  dziwne,  że  teraz,  w  obliczu 
śmierci, czuje to tak intensywnie.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI
Otworzył  oczy  pomimo  bólu  głowy,  który  rozsadzał  mu 

czaszkę.  Chwilę  leżał  bez  ruchu,  po  czym  ostrożnie  się 
rozejrzał.  Wszystko  było  zamazane,  więc  przymknął  oczy, 
czekając, aż jego mózg dojdzie do siebie.

Nazywa  się  Michael  Hill.  Jest  chirurgiem.  Pracuje  w 

Sydney,  trzy  dni  w  tygodniu  w  szpitalu,  dwa  w  swoim 
gabinecie.  Jeździ  zielonym  jaguarem.  Rewelacyjna  bryka.  I 
szybka.

Wypadek  drogowy?  Niewykluczone.  Spróbował  zmienić 

pozycję, ale coś krępowało jego ruchy. Pasy? Obmacując się, 
natrafił  palcami  na  torebkę,  którą  miał  na  pasku.  W 
samochodzie?  Otworzył  oczy.  Tym  razem  widział 
zdecydowanie lepiej... mimo że było ciemno. To samolot. Co 
on robi w samolocie?

Ach  tak,  organizacja  PMA  zwróciła  się  do  niego  z 

propozycją,  by  udał  się  do  Tarparnii  po  chorego  VIP - a.  A 
potem  przypomniał  sobie  odgłos  krztuszących  się  silników, 
rozedrgany  samolot i  zapach  strachu,  gdy  maszyna runęła  na 
ziemię.

Spróbował poruszyć nogami. Całe. Spoglądając tam, gdzie 

dostrzegł  światło,  zorientował  się,  że  samolot  leży 
przechylony na prawą stronę. Pewnie opiera się na skrzydle.

Musi wstać z fotela, by zająć się pacjentem i pasażerami. 

Miał nadzieję, że Chloe nic się nie stało, bo jej pomoc będzie 
nieodzowna. Nacisnął przycisk pasa, ale ten ani drgnął, potem 
próbował wyszarpnąć go z uchwytu. Daremnie.

- Fantastycznie - mruknął  pod  nosem. - Należy  się 

cieszyć, że pas tak dobrze trzyma... Pewnie uratował mi życie.
- Popatrzył  na  klamrę  pasa. - Ale  teraz  mnie  wypuść! -
warknął przez zęby.

- Cześć.

Znieruchomiał na moment, po czym się obejrzał.

background image

- To ty, Chloe?
- Jak myślisz? Możesz się ruszać?

Kolejny raz bezskutecznie usiłował się uwolnić.

- W  jakim  jesteś  stanie? - spytał  zaskoczony  tym,  jak 

bardzo się ucieszył, że oprócz niego jeszcze ktoś przeżył.

- Jestem posiniaczona i poobijana, ale to nic poważnego. 

A ty?

- Mój pas się zaciął.

Gdy  przysunęła  się  bliżej  i  poświeciła  latarką  na  zamek 

jego pasa, zobaczył smużkę krwi na jej czole.

- Skaleczyłaś się.
- To tylko zadrapanie. Zdarzały mi się gorsze urazy. A ty? 

Złamania?

- Nie. - Tym  razem  jej  kwiatowy  zapach  podziałał  na 

niego  uspokajająco,  mimo  że  do  tej  pory  budził  w  nim 
wspomnienia  byłej  przyjaciółki,  jedynej  kobiety,  z  którą 
mógłby się ożenić. - Bywało gorzej.

- To  dobrze.  To  znaczy,  że  jesteś  twardy.  O  tak.  Ona 

nawet nie wie, ile w tym racji.

- Jesteś w potrzasku - stwierdziła. - Zobaczymy, co da się 

z tym zrobić. - Przysunęła się tak blisko, że jej włosy muskały 
jego  policzek.  Gdy  na  moment  podniosła na  niego  wzrok, 
przeszło mu przez myśl, że mógłby ją pocałować. Nonsens.

Spuściła głowę. Zawstydzona? Zdarzały mu się przypadki 

zauroczenia  od  pierwszej  chwili,  ale  nie  wszystkim  ulegał. 
Tym  razem  uznał,  że  i  teraz  nie  należy  ingerować  w  bieg 
wydarzeń.  Oboje  są  tu  po  to,  by  pracować.  Praca  jest  teraz 
najważniejsza.

Chloe,  skup  się,  pomyślała.  Jeszcze  nigdy  nie  była  taka 

rozkojarzona.  No  ale  też  po  raz  pierwszy  bierze  udział  w 
katastrofie lotniczej i po raz pierwszy ma do czynienia z takim 
mężczyzną  jak  Michael  Hill.  Może  to  złudzenie,  ale  kiedy 

background image

spojrzała  w  te  niebieskie  oczy,  wydawało  się  jej,  że  Michael 
chce ją pocałować. Nie, to niemożliwe.

Miała  pełną  świadomość,  że  niczym  się  nie  wyróżnia 

spośród milionów kobiet, a to spojrzenie było pełne zachwytu 
i pożądania. Na pewno źle zinterpretowała ten sygnał. Minęło 
już sporo czasu, odkąd przestał ją interesować język męskiego 
ciała. Więc dlaczego to tak zaprząta jej myśli? Układy inne niż 
zawodowe nie wchodzą w rachubę. Wytrwała już sześć lat, a 
teraz jej priorytetem jest wyjść z tej kraksy.

- Czekaj tu.
- A dokąd miałbym pójść? - rzucił, po czym mruknął coś 

o głupich pytaniach.

Ta  uwaga  wywołała  uśmiech  na  twarzy  Chloe,  która 

otworzyła jedną z szafek, by sięgnąć po skalpel.

- Nie  ruszaj  się. - Jednym  ruchem  przecięła  pas.  Z 

udawaną powagą patrzyła, jak Michael bezwładnie osuwa się 
na ścianę.

- Szkoda, że mnie nie ostrzegłaś.
- Tak  jest  zabawniej - odparła  z  szelmowskim 

uśmiechem.

- Uważasz, że  się zdziwiłem? - Masował obolały  kark. -

Inaczej bym to ujął. - Chciał się podnieść, ale okazało się, że 
ścierpły mu obie nogi.

- Spokojnie. Teraz jesteś jak dopiero co urodzony źrebak, 

który chce stanąć po raz pierwszy.

- Zgrabna analogia. Jak nasz pacjent?
- Nie wiem. - Obserwowała, jak wstaje. - W porządku?
- Tak.
- Zbadaj  generała. - Podała  mu  drugą  latarkę. - A  ja 

obejrzę jego żonę.

Przeszedł ponad fotelem i ruszył w stronę pacjenta.

- Harleem? - Brak reakcji. - Generale! Ponieważ samolot 

leżał przechylony, Michael

background image

z trudem utrzymywał się w pozycji stojącej, za to mógł się 

wyprostować. W każdej sytuacji należy szukać jasnych stron. 
Tę  maksymę  rodzice  wpajali  mu  od  dziecka.  Jednak 
wielokrotnie niełatwo było taką jasną stronę znaleźć. To chyba 
kolejny taki przypadek, pomyślał z goryczą.

Na szczęście wyczuł tętno generała.

- Żona oddycha, ale jest nieprzytomna - oznajmiła Chloe.

- Ma kilka zadrapań. Zostawię ją tam, gdzie siedzi, i pójdę do 
pilotów. - Zawahała  się,  po  czym  dodała  ponurym  tonem: -
Ochroniarz nie żyje.

Ochroniarz!  Zupełnie  o nim zapomniał.  Poświecił latarką 

w  kierunku  jego  fotela:  siedział  z  głową  odrzuconą  do  tyłu 
pod nienormalnym kątem.

- Kręgosłup szyjny - wyjaśniła. - Skupmy się na innych.

Wrócił  do  osłuchiwania  klatki  piersiowej  generała. 

Wszystko w normie, o ile w takich okolicznościach cokolwiek 
może  być  w  normie.  Nadal  miał  wrażenie,  że  porusza  się  w 
koszmarze  sennym.  Rozbity  samolot  w  dżungli.  Sabotaż.  W 
co on się wpakował?

Sam  tego  chciał.  W  ciągu  minionych  czterech  lat 

wielokrotnie 

narażał 

życie, 

uprawiając 

akrobacje 

spadochronowe, snowboard, alpinizm, abseiling i wiele innych 
sportów ekstremalnych. Wszystkie łączą się z ryzykiem, ale za 
każdym  razem  świadomie  je  akceptował  oraz  przestrzegał 
zasad bezpieczeństwa. Zgłosił się do Pacific Medical Aid, bo 
był  żądny  przygód,  ale  zdecydowanie  nie  takich  jak  awaria 
samolotu  w  dżungli,  na  wyspie  nękanej  bratobójczymi 
walkami.

Potrząsnął  głową  i  sięgnął  po  stetoskop.  Do  roboty.  Jego 

priorytetem jest opieka nad VIP - em.

- W  jakim  on  jest  stanie? - zapytała  Chloe,  stając  w 

drzwiach kabiny pilotów.

- Stabilny. Będę go monitorował.

background image

- Możesz tu przyjść?
- Chciałeś  przygody,  to  ją  masz - mruknął  do  siebie, 

grzebiąc  w  różnych  szafkach  w  poszukiwaniu  bandaży, 
opatrunków  i  środków  przeciwbólowych.  Z  pełnymi  rękami 
ruszył do Chloe.

- Najpierw  obejrzyj  Smitha - powiedziała,  rzucając  snop 

światła na pilota.

W  świetle  latarek  Michael  dostrzegł  rozbitą  przednią 

szybę, liście i gałęzie. Pilot siedział w fotelu przebity grubym 
konarem.

- Jest nieprzytomny. Chociaż tyle - powiedziała cicho.

Michael przykucnął obok fotela.

- Cześć,  to  ja,  Michael.  Słyszysz  mnie? - Poświecił 

rannemu  w  oczy.  Jego  źrenice  ledwie  zareagowały. - Chloe, 
potrzebuję więcej światła.

Oglądał miejsce, w którym tkwiła gałąź.

- Niedobrze.
- Bardzo niedobrze - przytaknęła.
- Poświeć na tego drugiego.
- Smith jest w gorszym stanie.
- W jego przypadku jestem kompletnie bezradny.
- Musimy mu pomóc - nalegała.
- Podaj mu coś przeciwbólowego.
- Ale...
- Te  obrażenia  są  zbyt  rozległe. - To  powiedziawszy, 

odwrócił się w stronę drugiego pilota, który zaczął jęczeć.

Chloe  zniknęła,  a  Michael  wiedział,  że  jest  zła  na  niego, 

lecz uznał, że to nie jego problem.

- To ja, Michael. Jak ci na imię?
- Gary.
- Pamiętasz, gdzie jesteś?
- A gdzie miałbym być jak nie w samolocie?
- Słusznie. Pamiętasz, co się stało?

background image

- Rozbiliśmy się w dżungli. Na Tarpar... - Skrzywił się z 

bólu.

- Gdzie cię boli najbardziej?
- Nogi.

Michael  skierował  latarkę  na  nogi  pilota,  lecz  niewiele 

zobaczył,  bo  zasłaniał  je  wygięty  kawał  stalowego  poszycia. 
Super.  Trzech  poważnie  rannych pacjentów,  aczkolwiek 
szanse Smitha na przeżycie są nikłe. Przydałby się porządnie 
wyposażony oddział ratunkowy, ale znaleźli się teraz w sercu 
dżungli,  na  wyspie wstrząsanej bratobójczym  konfliktem. Do 
tego w nocy.

- Co ze Smithem? - zapytał Gary West.
- Zajmujmy się tobą. Potrafisz dokładniej określić, co cię 

boli? Uda? Łydki? Stopy?

Pilot się zamyślił.

- Nie czuję palców. Może nawet nimi ruszam, ale o tym 

nie wiem.

- Patrzcie,  kto  otworzył  oczęta - zażartowała  Chloe, 

wciskając się do kabiny. - Cieszę się, że jesteś z nami.

- Witaj w kabinie pilotów. - Gary uśmiechnął się blado. -

Mnie zostawcie, zaopiekujcie się Smithem.

- Chloe się nim zajmie - odparł Michael, zaglądając mu w 

źrenice.

-

Zaraz  podamy  ci  kroplówkę  oraz  coś 

przeciwbólowego.

Spojrzał  przez  ramię  na  Chloe,  która  z  kamiennym 

obliczem  przygotowywała  morfinę.  Jednak  język  jej  ciała 
pokazywał, że nadal jest na niego obrażona. Trudno. Sytuacja 
jest  dramatyczna,  więc  nie  można  trwonić  skromnych 
zapasów  dla  pacjenta,  który  wkrótce  umrze.  Może  brzmi  to 
nieludzko, ale on musi myśleć perspektywicznie. Kto wie, jak 
długo będą w samolocie albo co ich jeszcze czeka?

Przejął od niej worek z kroplówką i rozejrzał się, gdzie go 

zawiesić. W mroku wymacał jakąś dźwignię. Potem Chloe bez 

background image

słowa  podała  mu  nożyczki.  Tak,  na  pewno  ma  mu  za  złe. 
Rozciął rękaw koszuli pilota i w świetle latarki szukał miejsca 
do wkłucia.

- Ty  go  zbadaj,  a  ja  potrzymam  latarkę - zaproponował, 

gdy ranny został już podłączony do kroplówki.

- Okej.

Okazało  się,  że  pilot  nie  doznał  poważniejszych  obrażeń 

poza urazem nóg.

- Prawą  czuję,  chociaż  słabo,  ale  lewej  jakby  nie  było. 

Ręce  mam  w  porządku...  Ciii... - Znieruchomieli. - Daj  mi 
latarkę. - Poświecił  na  kontrolki  na  pulpicie  sterowniczym. -
Mamy problem. - Michaela przeszył dreszcz strachu. - Prawy 
zbiornik paliwa... Wskaźnik stale opada...

- Wyciek? - zapytała trzeźwo Chloe.
- Wydawało  mi  się,  że  coś  śmierdzi.  Chloe,  wyłącz 

elektrykę. - Pokazał  jej,  co  ma  zrobić. - Najmniejsza  iskra  i 
wylecimy w powietrze.

- To  już  byłaby  przesada - mruknęła. - Mam  się  temu 

przyjrzeć?

- Należałoby.  Jeżeli  wycieka  na  ziemię,  a  obok  nie  ma 

niczego  łatwopalnego,  to  nic  nam  nie  grozi. - Oddał  jej 
latarkę.

Michael  ukląkł,  by  w  ciasnej  kabinie  rozprostować 

ramiona.  Trzymał  je  nad  głową,  przez  co  pod  uniesioną 
koszulą  błysnął  fragment  jego  umięśnionego  płaskiego 
brzucha.  Chloe  nie  mogła  oderwać  od  niego  wzroku.  Już 
dawno,  bardzo  dawno  nie  miała  okazji  oglądać  z  bliska 
męskiego  ciała.  Pacjenci,  oczywiście,  się  nie  liczyli,  a  jej 
koledzy lekarze pomimo upału zawsze nosili koszule.

Bezwiednie dotknęła policzka. O Boże, jest czerwona jak 

burak! Odwróciła głowę. Czy Michael to zauważył? Że się na 
niego  gapi?  Widzi,  jak  zareagowała?  Coś miała  mu  do 
powiedzenia,  ale  kompletnie  zapomniała,  o  co  jej  chodziło. 

background image

Absurd.  Ten  mężczyzna  nic  dla  niej  nie  znaczy.  Absolutnie 
nic.

- Ja pójdę - zaofiarował się Michael.
- Nie,  nie.  Poradzę  sobie. - Musi  odetchnąć  świeżym 

powietrzem,  oprzytomnieć. - Ty  wracaj  do  generała. -
Odgarnęła  za  ucho  kosmyk  włosów.  Na  moment  ich 
spojrzenia się spotkały.

Poczuła  to  samo  co  poprzednio,  kiedy  uwalniała  go  z 

fotela.  Była  to  nieodparta  chęć  znalezienia  się  w  jego 
ramionach,  by  uwierzyć,  że  wyjdą  cało  z  tej  pułapki.  Tylko 
tyle? Czego ona od niego oczekuje? Pociechy? Pokrzepienia? 
Nie. Chciałaby dowiedzieć się, jak on całuje. Idiotyczna myśl. 
Tym bardziej że wcale go nie lubi.

- Ja tu zostanę - odezwał się Gary West.
- Niech  i  tak  będzie. - Michael  wyszedł  z  kabiny.  Co  to 

było? Kolejny dowód, że Chloe go... Jak brzmi jej nazwisko? 
Dowód,  że  ona  mu  się  podoba.  Mimo  że  jest  na  niego 
obrażona. - Bzdura - mruknął.

Jest  pod  jej  wrażeniem,  chociaż  nie  chce.  Chloe  jest 

piękna, inteligentna i odważna. Podobają mu się kobiety, które 
nie  boją  się  zawalczyć  o  swoje,  ale  również  bronić  swoich 
ideałów. Oraz takie, które potrafią zakasać rękawy i wziąć się 
do ciężkiej roboty, jeśli wymaga tego sytuacja. Chloe spełnia 
wszystkie te kryteria.

Teraz  jednak  nie  pora  na  takie  rozważania.  Okoliczności 

są  wyjątkowo  niesprzyjające.  Jeden  pasażer  nieżywy,  jeden 
pilot, który nie przeżyje następnej godziny, drugi z nogą, która 
wygląda  jak  przyspawana  do  samolotu,  VIP  wymagający 
natychmiastowej operacji  oraz  jego  nieprzytomna  małżonka. 
Pociąg  seksualny  do  ładnej  lekarki  jest  w  tej  chwili 
zdecydowanie nie na miejscu. Poza tym, czy może być jeszcze 
gorzej?

Te rozmyślania przerwał głośny pomruk...

background image

Pomruk grzmotu.

- No  jasne. - W  głosie  Michaela  nie  było  ani  krzty 

entuzjazmu.

Za jego plecami krzątała się Chloe.

- Żona nadal nieprzytomna - zameldowała.
- Może to i lepiej.
- Jak generał?
- Stabilny. W tej chwili.
- Wychodzę  zobaczyć,  co  z  tym  paliwem - powiedziała, 

ale okazało się, że drzwi się nie otwierają.

Bez  słowa  podszedł  bliżej  i  równocześnie  z  nią  położył 

rękę  na  klamce.  Gdy  ich  dłonie  się  zetknęły,  Chloe  ciarki 
przeszły po plecach. Co się dzieje? Czy to ta sytuacja? Tak, to 
na pewno to. Ich zmysły są wyostrzone z powodu zagrożenia. 
To  bardzo  logiczne  i  racjonalne  wytłumaczenie.  Pospiesznie 
cofnęła rękę.

- Poradzisz sobie? - zapytał, gdy drzwi w końcu ustąpiły.
- Jasne.
- Iść z tobą?
- Będę przy wraku. - Zawahała się. - Ale pomyślałam, że 

przy  okazji  trochę  się  rozejrzę.  Może  się  połapię,  gdzie 
jesteśmy.

- Wydaje  mi  się,  że  do  tego  przydałoby  się  naturalne 

oświetlenie.

- To prawda. Dobra, idę zobaczyć ten wyciek.
- Masz latarkę?
- Tak. - Zapaliła ją, gdy szeroko otworzył drzwi. Schodki 

nie  sięgały  ziemi.  Gdy  ostrożnie  stanęła  na  pierwszym 
stopniu,  zorientował  się,  że  przytrzymuje  ją  za  ramię. -
Poradzę  sobie - powiedziała,  wymownie  spoglądając  na  jego 
rękę.

Natychmiast ją cofnął.

- Krzyknij, jeżeli będę ci potrzebny.

background image

- Nie  omieszkam. - Zeskoczyła  z  ostatniego  stopnia  i 

zniknęła w ciemnościach, a jego niepokój ścisnął za gardło.

- Nonsens - mruknął.

Powinien  wrócić  do  środka,  ale  nie  wiadomo  dlaczego, 

nogi go nie posłuchały.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI
Odgłosy burzy nasilały się z każdą minutą, a Chloe ciągle 

nie wracała. Co ona robi? Miała tylko sprawdzić, gdzie sączy 
się  paliwo.  Nie  może  znaleźć  tego  miejsca?  Powinien  był 
wyjść razem z nią. Czy ona chociaż wie, czego ma szukać?

Oderwał  się  od  wejścia  dopiero  na  odgłos  jęczenia 

generała. Zbadawszy go, stwierdził, że jego stan się pogarsza.

Dzięki Bogu chwilę później usłyszał trzask gałęzi, więc z 

latarką  podszedł  do  drzwi.  Ujrzał  Chloe  dopiero,  gdy 
praktycznie była już w środku.

- Dlaczego tak długo cię nie było? - zapytał.
- Hm. - Zaskoczył ją taki niespodziewany atak.
- Wyszłaś  tylko  po  to,  żeby  zobaczyć,  gdzie  wycieka 

paliwo.  Na  to  nie  trzeba  aż  kwadransa - powiedział  z 
wyrzutem.

- Czasami trzeba - mruknęła, mijając go w progu.
- Czy  chociaż  wiedziałaś,  czego  szukać?  Wzięła  się  pod 

boki i powoli odwróciła w jego

stronę.  W  świetle  latarki  zauważył,  że  jest  wściekła. 

Gdyby nie miał latarki, wyczułby to w jej głosie.

- Słucham? - Czekała  na  wyjaśnienia,  ale  on  milczał. -

Wiedziałam  doskonale.  Mój  ojciec  jest  mechanikiem  i  wziął 
sobie  za  punkt  honoru  nauczyć  mnie  nie  tylko,  jak  działa 
samochód,  ale  również wszystkie  inne  maszyny.  Następnym 
razem  dobrze  się  zastanów,  zanim  wyskoczysz  z  taką 
szowinistyczną uwagą.

Osłupiały  patrzył,  jak  znika  w  głębi  samolotu,  po  drodze 

zatrzymując się na moment przy żonie generała. Potem zaczął 
się zastanawiać nad otrzymaną reprymendą. Nie dość, że jego 
pytanie  wyprowadziło  ją  z  równowagi,  to  on  zaprezentował 
się  jako  obrzydliwy  szowinista.  Jednocześnie  jednak 
zauważył,  że  gdy  Chloe  jest  zagniewana,  jej  duże  brązowe 
oczy  stają się  jeszcze ciemniejsze.  Oczywiście, nie  mógł być 

background image

tego  stuprocentowo  pewny  z  powodu  mroku,  ale  postanowił, 
że zaryzykuje i sprawdzi to w świetle dnia.

Spojrzał na generała. Ach, ta Chloe...
Niezła z niej złośnica.
Po raz kolejny zbadał chorego. Jeśli parę minut wcześniej 

wydawało mu się, że jego stan się pogarsza, to teraz nie miał 
już  co  do  tego  żadnych  wątpliwości.  Zauważył,  że  ciśnienie 
krwi niebezpiecznie spadło. Sprawdził, czy kroplówka się nie 
zablokowała. Działała prawidłowo.

Obejrzał źrenice. W porządku. Osłuchał klatkę piersiową. 

Ponownie  zmierzył  ciśnienie.  Spada.  Powoli  zaczął 
zdejmować  opatrunek  z  podbrzusza  rannego.  W  trakcie  tej 
czynności  dostrzegł  nową,  bardziej  czerwoną  plamę. 
Wewnętrzny  krwotok.  Z  niechęcią  pomyślał,  że  będzie 
zmuszony  znaleźć  uszkodzone  naczynia  krwionośne  i  je 
pozszywać.

- Chloe!
- Wołałeś mnie? - Stanęła w wejściu do kabiny pilotów.
- Będziesz  mi  potrzebna.  Generał  krwawi.  Ciśnienie  mu 

spada.

Pomimo mroku błyskawicznie ruszyła w jego stronę. Gdy 

mijała  żonę  generała,  poczuła,  jak  zimna  dłoń  chwyta  ją  za 
ramię. Kobieta odzyskała przytomność.

- Proszę się nie niepokoić. Nic pani nie jest - zapewniła ją 

Chloe w miejscowym dialekcie.

- Gdzie ja jestem? - zapytała kobieta płaczliwym głosem.
- Chloe! - ponaglał ją Michael.
- Nasz samolot spadł na ziemię. Jak ma pani na imię?
- Kirsa. - Kobieta się zawahała. - Harleem?
- Właśnie  do  niego  idę.  Muszę  pomóc  doktorowi  przy

operacji. - Chciała ruszyć, lecz kobieta nie zwalniała uścisku.

- Będzie żył?

background image

- Muszę  iść - powtórzyła  Chloe. - Zostań  tu.  Zajrzę  do 

ciebie potem.

- Co  ty  tam  robisz? - krzyknął  Michael,  zdejmując 

zakrwawiony bandaż. - Przynieś mi nowe opatrunki.

- Już  niosę. - Przecisnęła  się  do  szafek  ze  sterylnymi 

materiałami opatrunkowymi.

Zwiększył  przepływ  w  kroplówce,  sprawdził  źrenice 

chorego,  uzupełnił  dawkę  środka  uśmierzającego.  W  duchu 
gratulował sobie przezorności, która kazała mu ustawić sprzęt 
do  kroplówki  jeszcze  przed  katastrofą.  Zaaplikował 
generałowi  także  midazolam,  żeby  pacjent  nie  odzyskał 
przytomności w trakcie operacji.

- Harleem, trzymaj się, chłopie - mruknął pod nosem. - Ja 

cię z tego wyprowadzę.

Wyjmował  narzędzia,  które  zabrał  ze  sobą,  gdy 

uprzedzono  go, że  na  pokładzie może  się  okazać, że  VIP - a 
trzeba operować. Nikt jednak nie ostrzegł go o sabotażu.

- Przydałoby się oświetlenie.
- Włączę generator - rzuciła Chloe beztroskim tonem.
- Ale  śmieszne.  Znalazłaś  wyciek?  Nic  mi  o  tym  nie 

powiedziałaś.

- O ile dobrze pamiętam, byłeś nieuprzejmy.
- To prawda.

Czekała  na  przeprosiny,  ale  nic  takiego  nie  nastąpiło.  Jej 

antypatia do niego wzrosła o kilka stopni. Arogancki knur.

- Domyślam się, że wyciek nie jest groźny - podjął. - I nie 

wylecimy lada moment wszyscy w powietrze.

- Słusznie.
- To dobrze. Jeśli potrzymasz latarkę i retraktor, zajmę się 

całą resztą. Bez tego ani rusz. Operowałaś już kiedyś?

- Tak.
- Jesteś chirurgiem?
- Nie.

background image

- Czekaj, niech zgadnę. Masz za sobą kilka szkoleń.
- Pracując  tutaj,  człowiek  staje  się  specjalistą  od 

wszystkiego - odparła.

- Nie wątpię. - Podał jej rękawiczki, po czym zajrzał pod 

opatrunek. - Mam  nadzieję,  że  będziemy  mieli  do  czynienia 
tylko z krwawieniem, bo jeśli perforowało jelito, to czeka nas 
zdecydowanie większe sprzątanie. - Nasunął maskę na twarz i 
sięgnął  po  skalpel. - Postaram  się  dokładnie  mówić,  czego 
potrzebuję.  Moja  pielęgniarka  często  mi  przypomina  przy 
stole, że nie jest jasnowidzem.

- Dzięki.

Nie potrafił wyczuć, czy Chloe nadal się na niego gniewa, 

ale teraz nie miał czasu dłużej się nad tym zastanawiać.

Mimo  że  zaczynało  się  przejaśniać,  widział  niewiele. 

Zrobił  nacięcie,  po  czym  odebrał  od  Chloe  latarkę,  by 
dokładniej  rozeznać  się  w  sytuacji.  Niezadowolony  pokręcił 
głową, oddał jej latarkę i tamponem z gazy zaczął oczyszczać 
pole z krwi.

- Poświeć lepiej. - Pochylił się.
- Więcej światła nie mamy.
- Tak,  wiem. - Odetchnął  głęboko. - Jest! - Odrzucił 

tampon,  by  pospiesznie  zszyć  najpierw  jedną,  potem  drugą 
arterię. - W  porządku - sapnął. - Tak  nie  da  się  pracować. 
Jesteś mi potrzebna do asystowania, a nie do trzymania latarki 
i  retraktora! - Rozejrzał  się. - Gdyby  dało  się  ją  gdzieś 
zawiesić...

- Niech trzyma ją żona generała. Ściągnął brwi.
- Tu jest za ciasno. Ledwie się mieścimy.
- To jest najprostsze rozwiązanie.
- Niech  tak  będzie. - Z  uniesionymi  rękami  odstąpił  od 

chorego. - Trzeba jej wyjaśnić, co się dzieje. Żeby tylko nam 
nie zemdlała.

background image

Słuchając  informacji  Chloe,  Kirsa  zbladła,  co  kazało 

Michaelowi  zapomnieć  o  niej  jako  o  pomocniku.  Ściągnął 
rękawiczki, by poszukać opakowania z plastikowymi rurkami. 
Obwiązał  rurką  latarkę  i  zawiesił  na  stojaku  z  kroplówką. 
Zadowolony z siebie popatrzył na Chloe, oczekując pochwał, 
ona  jednak  bez  mrugnięcia  powieką  podała  mu  nowe 
rękawiczki.

- Co  teraz,  panie  doktorze? - zapytała,  rzucając  mu  tak 

obojętne spojrzenie, że nie pozostało mu nic innego, jak zająć 
się naciąganiem rękawiczek.

- Dokończymy  operację - odrzekł. - Zastosuję  metodę 

Lichtensteina. Znasz ją?

- Niezupełnie,  ale  mam  za  sobą  resekcję  jelita  grubego. 

Masz siatkę polipropylenową?

- Mam wszystko, co potrzebne.
- Wobec tego zaczynajmy.

Zacisnął zęby. Ta baba jest nie do zniesienia.

- Umiesz wykonać znieczulenie?
- Tak.
- Podaj  mu coś silniejszego  niż midazolam. - Zazwyczaj 

operował  w  sterylnych  salach  operacyjnych,  z  co  najmniej 
pięcioosobowym zespołem. Teraz czeka go spore wyzwanie.

Przymknął  powieki,  by  przepowiedzieć  sobie  kolejne 

etapy zabiegu.

- Często  operujesz  z  zamkniętymi  oczami?  Uniósł 

powieki.

- Środki znieczulające podane?
- Tak.
- Więc zaczynamy.

W  trakcie  operacji  starał  się  precyzyjnie  wydawać 

polecenia,  ale  ku  jego  zdziwieniu  Chloe  kilka  razy  odgadła 
jego  potrzeby.  Denerwowała  go  jej  postawa  oraz  zapach,  ale 

background image

mimo  to  był  pełen  podziwu  dla  jej wyszkolenia.  Musiał 
przyznać, że Chloe Fitzpatrick jest świetną lekarką.

Zanim  operacja dobiegła  końca,  słońce  wychyliło się  zza 

horyzontu,  a  łoskot grzmotów stawał  się coraz  bliższy. Kirsa 
odezwała się dwa razy w trakcie zabiegu, a Chloe za każdym 
razem znajdowała dla niej uspokajające słowa.

Gdy  Michael  obwieścił  koniec  operacji,  ściągnęła 

rękawiczki  i  od  razu  poszła  do  kabiny  pilotów,  mimo  że  on 
oczekiwał  od  niej  pochwał  lub  komentarza  na  temat  udanej 
współpracy w tak trudnych warunkach. Wzruszył ramionami, 
uprzytomniwszy  sobie,  że  Chloe  zapewne  przywykła  do 
prostych rozwiązań i wcale jej się nie marzy najnowszy sprzęt 
medyczny.

Gdy  badał  parametry życiowe  pacjenta,  podeszła  do  nich 

Kirsa.  Nie  odezwała  się,  a  on  też  milczał.  On  nie  zna  jej 
dialektu, ona nie zna angielskiego.

Czy  Chloe  ją  zbadała?  Sięgnął  po  ciśnieniomierz,  by  na 

wszelki  wypadek  skontrolować  jej  ciśnienie,  lecz  ona 
pokręciła głową.

Przydałaby  mu  się  Chloe  w  roli  tłumacza,  więc  ruszył  w 

stronę kabiny pilotów.

Leżała na podłodze wciśnięta między fotele i w tej bardzo 

niewygodnej pozycji dokonywała oględzin nóg Westa.

- Chloe...
- O  co  chodzi? - Była  wyraźnie  zirytowana. 

Niepotrzebnie.

- Myślę,  że  powinnaś  zbadać  żonę  VIP - a,  bo  ona  nie 

pozwala mi się dotknąć.

W  odpowiedzi  usłyszał  niewyraźne  mruknięcie,  coś  jak 

„rozsądna kobieta", ale nie był tego pewien.

Gdy  gramoliła  się  spomiędzy  foteli,  odwrócił  się,  by 

zbadać tętno drugiego pilota. Nie znalazł go.

background image

- Nie  żyje - usłyszał  za  plecami.  Spojrzawszy  na  nią, 

ujrzał  jej  zapłakaną  twarz. - Miałeś  rację.  Nie  byliśmy  w 
stanie mu pomóc. - Wyszła.

- Przykro  mi,  że  straciłeś  towarzysza. - Położył  dłoń  na 

ramieniu Westa.

- Pewnie było mu to pisane - szepnął pilot.
- Wszyscy  kiedyś  umrzemy - odrzekł  Michael.  On  sam 

kilka razy otarł się o śmierć. Na przykład teraz. Popatrzył na 
Smitha. Ocaleli dzięki umiejętnościom tego człowieka, lecz on 
sam przypłacił to życiem.

- Kiedy moja kolej? - zapytał Gary West, uśmiechając się 

słabo.

- Nie dzisiaj - odparł Michael stanowczym tonem.
- Jest pan tego pewny, doktorze?
- Nigdy nie ma absolutnej pewności. - Poczuł na policzku 

pierwsze krople deszczu. - Zdaje się, że już pada. Trzeba jakoś 
osłonić  cię  od  deszczu. - Stając  w  drzwiach,  powiedział: -
Zaraz  wracam. - Wcześniej  widział  gdzieś  ochronne  płachty, 
którymi można by zasłonić strzaskaną przednią szybę.

- Co z Western? - W oczach Chloe wyczytał niepokój.
- W porządku. Pada deszcz. - Gestem wskazał Kirsę. - Jak 

ona? - Szperał w szafce.

- W  lekkim  szoku,  ale  nic  jej  nie  jest.  Zbadałam  też 

generała. Jest na dobrej drodze.

Znalazł  płachtę.  Odniósł  wrażenie,  że  wzajemna  niechęć, 

którą wyczuwał przez całą operację, nieco osłabła. Czy Chloe 
już  oswoiła  się  z  sytuacją?  Czy  ta  rana  na  czole  sprawia  jej 
ból?  A  może  to  zgon  Smitha  oraz  ich  bezradność  kazały  jej 
spuścić z tonu?

- Pomogę  ci  zabezpieczyć  Gary'ego  przed  deszczem -

powiedziała.

Domyślił  się,  że  Chloe  musi  coś  robić.  Oboje  powinni 

czymś się zająć, zanim zadecydują, co dalej.

background image

- Dzięki.
- Wyjdę  na  zewnątrz  i  zasłonimy  go  od  góry -

zaproponowała.

- Kadłub samolotu może być teraz śliski, a poza tym jak 

się tam wdrapiemy?

- Dziób  jest  tuż  nad  ziemią.  Ja  tam  wejdę,  bo  jestem 

lżejsza.

- To niebezpieczne.
- A nasze położenie jest bezpieczne?
- Okej. Co chcesz zrobić?
- Wyjdę  na  zewnątrz  i  zasłonię  okno  płachtą. 

Przymocujemy ją rurkami wewnątrz kabiny pilotów. - Zaczęła 
rozmontowywać  prowizoryczne  oświetlenie  nad  generałem. -
Myślę,  że  dobrze  byłoby,  gdybyśmy  czymś  oddzielili 
Gary'ego  od  nieżyjącego  kumpla.  Jemu  deszcz  już  nie 
zaszkodzi.

Michael  przytaknął,  po  czym  pomógł  jej  wydostać  się  z 

wraku.  Potem  wrócił  do  kabiny  pilotów  i  zaczął  szukać 
miejsc,  do  których  można  by  przymocować  płachtę.  Chloe 
tymczasem wspięła się na drzewo rosnące tuż przy samolocie i 
wydostała na jego dziób.

Kilkanaście minut później zadanie zostało wykonane.

- Dasz radę wrócić? - rzucił Michael.
- Z  palcem  w  nosie - odkrzyknęła,  na  co  Gary  cicho 

parsknął śmiechem.

- Dobra odzywka, nie?
- Wydawało  mi  się,  że  na  takie  odzywki  reaguje  się 

jękiem, a nie śmiechem - zauważył Michael.

Zawrócił do drzwi, by pomóc Chloe wdrapać się na górę. 

Gdy ją zobaczył, ociekała wodą, ale nie ruszyła się z miejsca.

- Wchodzisz? - Wyciągnął do niej rękę.
- Sprawdzę jeszcze ten wyciek. - Po niebie przetoczył się 

grzmot. - Teraz  jest  jasno,  więc  będę  mogła  zobaczyć,  co 

background image

naprawdę  się  dzieje.  I  trochę  się  rozejrzę.  Może  uda  mi  się 
zorientować, gdzie jesteśmy.

- Pójdę z  tobą. - Nic  nie stoi  na przeszkodzie,  pomyślał. 

Wszyscy pacjenci są stabilni.

- Zostań. Niedługo wrócę.

Zniknęła w zaroślach. Czuła, że musi się przejść. Ciasnota 

panująca we wraku doprowadzała ją do szaleństwa, a pracując 
na  Tarparnii,  nauczyła  się  nie  zwracać  uwagi  na  deszcz. 
Obchodząc  samolot,  z  ulgą  zauważyła,  że  woda  już  zdążyła 
zmyć rozlane paliwo.

Potem  ruszyła  na  zbocze  góry.  Po  dziesięciu  minutach 

marszu  przystanęła  i  odszukała  wzrokiem  czubek  ogona 
roztrzaskanego  samolotu.  Ze  zdumieniem  stwierdziła,  że 
Smithowi udało się wylądować na jedynej polanie w jej polu 
widzenia,  w  miejscu,  gdzie  podczas  poprzedniej  pory 
deszczowej osunęła się ziemia.

Jęknęła.  Nie  zanosiło  się,  że  przestanie  padać,  a  to 

oznacza, że wkrótce wrak zacznie ześlizgiwać się ze zbocza.

Nie było to jej jedynym zmartwieniem. Jeśli to prawda, że 

padli  ofiarą  sabotażu,  nie  jest  wykluczone,  że  już  są 
poszukiwani.  Ci,  którym  zależy  na  śmierci  generała,  zechcą 
mieć  absolutną  pewność,  że  zamach  na  jego  życie  został 
uwieńczony sukcesem.

Usiadła na ziemi i ukryła twarz w dłoniach. Załamała się. 

Była  zmuszona  opuścić  ukochaną  wyspę,  a  potem  spotkała 
tego  upartego,  ale  także  intrygującego  chirurga.  Z  tymi 
dwoma  problemami  mogłaby  się  uporać.  Ale  sabotaż? 
Katastrofa lotnicza? Śmierć znajomego pilota?

Nie.  Los  jest  przesadnie  okrutny.  Najgorsze  jednak  było 

to, że Michael Hill jej się podoba, mimo że wcale go nie lubi. 
To nonsens. Kiedy wszedł do kabiny pilotów i zorientował się, 
że  Smith  nie  żyje,  zapragnęła,  by  ją  objął  i  pocieszył. 
Idiotyzm.  To,  co  do  niego  czuje,  jest  po  prostu  głupie.  Cała 

background image

sytuacja jest idiotyczna. Ona wcale go nie zna, więc dlaczego 
tak bardzo by chciała... być blisko niego?

To efekt wstrząsu, pomieszania zmysłów, stresu... Tak, to 

przez  ten  stres  wywołany  sytuacją,  w  której  się  znaleźli.  Są 
lekarzami, a to znaczy, że mają razem pracować, razem nieść 
pomoc potrzebującym.

Stąd wniosek, że im prędzej wymyśli coś, co pozwoli im 

opuścić wrak i dotrzeć do innych ludzi, tym lepiej.

Otarła  łzy  i  wyprostowała  się.  Tak,  to  potrafi.  Jest  silna. 

Przetrwała  różne  życiowe  kataklizmy,  więc  nie  podda  się  i 
tym  razem.  Już  miała  wstać,  gdy  usłyszała  niepokojący 
szelest.

Rozglądając  się,  nasłuchiwała.  Trzask  gałęzi,  jakby  ktoś 

na  nią  stąpnął.  Kto  to  jest?  Ludzie  ochroniarza już  są  na  ich 
tropie?  Tak  szybko?  Może  to  jakieś  zwierzę.  Tak.  Albo  po 
prostu  pękła  jakaś  gałąź.  To  się  zdarza.  Bądź  dzielna. 
Wstawaj.

- Nie ruszaj się! - powiedział ktoś w lokalnym dialekcie. 

Znieruchomiała  ze  strachu,  po  czym  zareagowała  tak,  jak 
podpowiadał jej instynkt.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY
Usłyszawszy  przeraźliwy  krzyk,  od  razu  domyślił  się,  że 

to Chloe. Dlaczego puścił ją samą?

Skoczył do kabiny pilotów.

- West, idę po Chloe. Coś jej się stało. - Nie czekając na 

odpowiedź, zbiegł po schodkach i zeskoczył na ziemię.

Skąd  dobiegł  go  ten  krzyk?  Rozglądał  się  bezradnie, 

czując, jak krew pulsuje mu w żyłach. Do tej pory taki nagły 
przypływ  adrenaliny  kojarzył  mu  się  z  niebezpieczeństwem, 
tyle  że  połączonym  z  rozrywką.  Tym  razem  to  nie  zabawa. 
Ktoś  zauważył  spadający  samolot?  Szukają  ich?  Czy  mają 
przyjazne zamiary?

Dostrzegł  w  błocie  odcisk  buta.  Aha,  poszła  pod  górę. 

Ślizgając  się  na  mokrym  listowiu,  ułamanych  gałązkach  i 
kawałkach  kory,  parł  jej  śladem.  W  tej  sytuacji  nie  mógł  jej 
zawołać,  mimo  że  nie  myślał  o  niczym  innym  jak  o  jej 
bezpieczeństwie.  Musi  do  niej  dotrzeć.  Musi  się  upewnić,  że 
jest cała i zdrowa.

Gdy  usłyszał  przed  sobą  ludzkie  głosy,  skoczył  za  pień 

drzewa. Czy Chloe jest z tymi ludźmi? Nasłuchiwał. Nagle do 
jego  uszu  dobiegł  śmiech,  co  zbiło  go  z  tropu.  Byli  już  tak 
blisko, że wstrzymał oddech.

Potem rozległ się kobiecy śmiech, który wcale nie brzmiał 

sztucznie.  Chloe?  Czy  to  Chloe?  Na  wszelki wypadek  nie 
ruszył  się  z  miejsca.  Chwilę  później  ich  zobaczył.  Trzech 
ciemnoskórych  mężczyzn  rozmawiających  w  miejscowym 
gardłowym dialekcie. Oraz Chloe. Jeden z nich, w podeszłym 
wieku,  trzymał  ją  za  rękę,  a  ona  się  uśmiechała.  Takiego 
rozwiązania Michael nie przewidział.

Odczuł  ogromną  ulgę,  że  nic  złego  jej  się  nie  stało,  lecz 

uczucie  to  szybko  ustąpiło  miejsca  wściekłości,  że 
niepotrzebnie się o nią martwił. Wyszedł z kryjówki.

Cała czwórka odwróciła się w jego kierunku.

background image

- Michael? - Chloe nie kryła zdziwienia. - Co ty tu robisz? 

Co z pacjentami?

- Odpoczywają. - Strzepnął  liść  ze  spodni,  starając  się 

ukryć  emocje.  Nie  życzy  sobie  jej  uśmiechów  ani  blasku  w 
brązowych oczach, ani tego, co do niej czuje. - Krzyczałaś.

- I dlatego wyszedłeś z wraku?

Czy to takie dziwne? Ma go za bezdusznego chama?

- Pomyślałem,  że  coś  ci  się  stało. - Popatrzył  na  trzech 

tubylców. - Niepotrzebnie.

Niespodziewanie 

starzec 

przemówił 

łamaną 

angielszczyzną:

- Proszę nam wybaczyć. Nie chcieliśmy was przestraszyć. 

Na imię mi Jalak. Jesteśmy przyjaciółmi Chloe.

- Michael Hill.
- Zobaczyli spadający samolot i wyruszyli  sprawdzić, co 

się stało - wyjaśniła Chloe.

Byli  już  niedaleko  wraku,  z  którego  Michael  tak  bardzo 

chciał się wydostać, ale teraz marzył o tym, żeby z powrotem 
znaleźć  się  w  jego  ponurym  wnętrzu.  Był  przemoczony  do 
nitki. Nie było mu zimno... tylko mokro.

- Wielokrotnie  bywałam  w  wiosce  Jalaka - oznajmiła 

Chloe,  uśmiechając  się  do  tubylców,  na  co  Michael  ściągnął 
brwi. Nie podejrzewał jej o taką zalotność. Są dla niej gotowi 
na wszystko, pomyślał. - Jalak odesłał resztę ludzi do wioski 
po posiłki, żeby nam pomóc przy pacjentach.

- Dziękuję.

Potem  całą  grupą  obeszli  samolot.  Michael  dopiero  teraz 

miał  sposobność  zorientować  się,  gdzie  wylądowali.  Na 
osuwisku, które nabierało coraz więcej wody.

- Musimy ewakuować pacjentów - odezwała się Chloe. -

Pozostawanie tutaj jest ryzykowne.

- Też tak uważam. - Patrzył, jak tubylcy wdrapują się do 

samolotu.  Podążając  za  nimi,  Chloe  pośliznęła  się,  straciła 

background image

równowagę  i  oparła  o  niego,  a on  bezwiednie  ją  podtrzymał. 
Gdy jej dotknął, z jego ust wyrwał się tłumiony jęk. Ona zaś, 
przylegając  do niego  całym  ciałem,  poczuła, że  bardzo  jej  to 
odpowiada.

Spojrzała  mu  w  oczy.  Zasapana  nadal  oddychała  przez 

usta,  a  on,  widząc  jej  rozchylone  wargi,  tylko  cudem 
powstrzymał  się,  by  nie  skorzystać  z  okazji  i  nie  zagarnąć 
wszystkiego, co mu ofiarowała.

Dziwne  uczucie:  pragnąć  kobiety,  której  nawet  się  nie 

lubi.  A  może  to  nie  do  końca  prawda?  Widział  ją  w  akcji  i 
miał dla niej ogromny podziw. Chciałby też lepiej ją poznać.

Tę  magiczną  chwilę  zburzył  okrzyk,  jaki  wydobył się  z 

wnętrza  samolotu.  Zawstydzona  natychmiast  ruszyła  do 
środka.  Gdyby  im  nie  przeszkodzono,  dałaby  mu  się 
pocałować.  Bardzo  tego  chciała,  wbrew  zdrowemu 
rozsądkowi.  Nie  jest  nim  w  ogóle  zainteresowana.  On  ją 
pociąga, tak, ale na pewno jej nie interesuje. Mężczyzna może 
być pociągający, ale należy sycić nim wzrok, a nie go dotykać.

Ale  go  dotykałaś,  pomyślała,  z  niezadowoleniem  kręcąc 

głową.

- Jalak, co się stało?
- To  jest  generał - szepnął  wódz.  Przy  chorym  siedziała 

Kirsa. - To jest mój generał, prawda?

- Tak.
- Co mu jest?
- Wraca  do  zdrowia. - Usłyszała  za  plecami  głos 

Michaela. - Musieliśmy  go  operować,  ale  moim  zdaniem 
szybko  wyzdrowieje.  Zanim  go  zabierzecie,  jeszcze  raz  go 
zbadam.  Chloe,  zaprowadź  Jalaka  do  kabiny  pilotów  i 
zastanówcie się, jak uwolnić Westa.

- Już tam idziemy. - To pozwoli jej uporządkować myśli. 

Nie  powinna  była  dać  mu  się  dotknąć.  Mogła  się  odsunąć, 

background image

należało  się  odsunąć,  zamiast  delektować  się  jego  siłą  i 
poczuciem bezpieczeństwa w jego ramionach.

Jeśli ma zapanować nad tymi emocjami, musi znaleźć się 

wśród ludzi.

- Trzeba w jakiś sposób uwolnić tego pilota - powiedziała, 

a tubylcy ze zrozumieniem pokiwali głowami. - Jest ranny w 
stopę, ale musimy zrobić wszystko, żeby ją uratować.

Pół godziny później, gdy ludzie Jalaka wraz z generałem i 

jego  żoną  podążali  do  wsi,  Chloe  i  Michaelowi  udało  się 
oswobodzić  stopę  pilota  ze  stalowego  potrzasku.  Asystował 
im osobiście wódz wraz z jednym z ludzi, który dostarczył im 
ręczną  piłkę  do  metalu.  Okazała  się  skuteczna,  mimo  że 
operacja cięcia stali była bardzo żmudna.

Gdy  Michael  w  niewygodnej  pozycji  leżał  na  podłodze  i 

piłował niezdarnymi ruchami, Chloe niecierpliwie potrząsnęła 
głową.

- To trwa zdecydowanie za długo - powiedziała. - Wpuść 

mnie tam. Jestem od ciebie mniejsza.

- Radzę sobie.
- To  nie  jest  kwestia  tego,  że  sobie  nie  radzisz,  ale 

gabarytów - rzuciła  zirytowana. - Masz  za  duże  ręce,  żeby 
szybko piłować w takim ciasnym miejscu.

Wysunął głowę spod fotela.

- To nie usprawiedliwia takiego tonu.
- Dobra, przepraszam - westchnęła, zamykając oczy. - Po 

prostu...

- Niecierpliwisz się - dokończył za nią. - Wiem o tym.

Cofnęła  się do kabiny  głównej, żeby ustąpić mu miejsca. 

Nie  chciała  go  dotykać,  bo  powinna  się  skoncentrować  na 
zadaniu, a nie na emocjach, jakie w niej budził.

Potem  sama  wsunęła  się  pod  fotel.  Dzięki  Bogu  środek 

przeciwbólowy,  który  Michael  zaaplikował  Gary'emu 

background image

Westowi,  okazał  się  bardzo  skuteczny,  bo  pilot  siedział 
spokojnie.

Michael  obserwował  ją  pełen  podziwu.  Dzielna 

dziewczyna.  Jego  szacunek  dla  niej  rósł  z  każdą  chwilą, 
podobnie  jak  jego  frustracja.  Jak  to  możliwe, że  ta  sama 
kobieta budzi w nim frustrację i zarazem pożądanie?

Czas  działał  na  ich  niekorzyść.  Michael  czuł,  że  lada 

chwila  wrak  zacznie  się  osuwać.  Jak  najszybciej  muszą 
uwolnić Westa, więc trzeba zawrzeć rozejm.

- Już kończę! - zawołała do Gary'ego. - Migiem cię stąd 

zabierzemy.

- Nie widzę tu żadnych migów - zażartował pilot słabym 

głosem. - Ale chętnie się przesiądę.

- Widzę,  że  dostałeś  za  dużą  dawkę  rozweselacza -

wysapała,  piłując  z  całych  sił.  Jeszcze  kawałek,  coraz 
krótszy... Nareszcie. - Teraz mi podaj opatrunki, rękawiczki i 
plaster. - Ochraniając palce płachtą, starannie odgarnęła opiłki 
i kawałki metalu.

Podłogę  pod  fotelem  zalewała  krew.  Przez  chwilę  Chloe 

pomyślała,  że  stopa  jest  kompletnie  oderwana,  ale  gdy  ją 
obmacała,  zorientowała  się,  że  jest  w  takim  stopniu 
pogruchotana, że nie uda się jej uratować. Westchnęła tylko i 
zabrała się do roboty.

- West,  trzymasz  się? - Starała  się,  by  wbrew  jej 

odczuciom zabrzmiało to optymistycznie.

- Rozweselacz działa.
- Cieszę się. - Założywszy  opatrunek, na koniec owinęła 

kocem całą stopę. - Nosze przygotowane?

- Tak jest!

Przeniesienie Gary'ego z kabiny pilotów na nosze nie było 

takie  proste,  ale w  końcu  można  było  wynieść  go  na  deszcz. 
Jeszcze tylko trzeba zmierzyć mu ciśnienie.

background image

Niespodziewanie  usłyszeli  jakiś  podejrzany  trzask.  Chloe 

znieruchomiała, ale jej mózg pracował jak błyskawica.

- Prędko!  Wynieście  nosze  z  samolotu! - zawołała  do 

Jalaka i jego towarzysza. - Prędzej!

Gdy  po  raz  drugi  rozległ  się  złowieszczy  trzask,  wrak 

lekko się zakołysał.

- Prędzej, prędzej!
- Chloe,  idziemy. - Michael  już  stał  w  drzwiach  i 

wyciągał do niej rękę.

Ona  jednak  rozejrzała  się,  wyszarpnęła  z  szafki  koc  i 

zaczęła wrzucać do niego zawartość sąsiednich szafek.

- Co ty robisz?!
- To  wszystko  może  się  nam  przydać - odrzekła 

spokojnie.

Wrak znowu zaskrzypiał.

- Chloe! - Czekał na nią. Czy ona oszalała? Chce zginąć? 

Zły  wrzucił  do  koca  worki  z  solą  fizjologiczną  oraz  swoją 
torbę z instrumentami chirurgicznymi. - Chodźmy już.

- Zaraz.

Nie będzie na nią dłużej czekał. On chce żyć. Musi jednak 

ratować  tę  szaloną  kobietę.  Związał  koc  i  cisnął  go  przez 
drzwi.

- Michael!
- Teraz ty. - Chwycił ją za ramię i przyciągnął do siebie. 

Wrak  zachwiał  się,  ale  tym  razem  powoli  zaczął  się  zsuwać. 
Michael  przycisnął  Chloe  do  siebie  jeszcze  mocniej  i 
wyskoczył na zewnątrz.

Spleceni  ramionami  i  nogami,  toczyli  się  przez  błoto,  aż 

na  ich  drodze  stanęły  pnie  drzew. Słyszeli  stamtąd,  jak  wrak 
kontynuuje  swoją  podróż  ze  zbocza,  po  drodze  pękając  i 
łamiąc drzewa.

Nie  mogąc  uwierzyć  w  tę  ucieczkę,  Chloe  nagle zdała 

sobie sprawę, że tuż nad jej uchem bije serce Michaela. Czuła 

background image

jego  siłę  oraz ciepło.  Czuła  się bezpieczna  w jego  objęciach. 
Tego  samego  po  raz  ostatni  doświadczyła  sześć  i  pól  roku 
temu, gdy wyszła za Craiga, a potem... jej świat się zawalił.

Nie  chciała  wiązać  się  z  Michaelem.  Wybrała  spokój. 

Postanowiła  sobie,  że  będzie  pomagać  innym,  poprawiać 
jakość  ich  życia.  Nie  było  w  jej  mocy  uratować  męża  ani 
dziecka,  ale  pracując  dla  Pacific  Medical  Aid,  pomogła 
setkom  ludzi.  To  ją  trzyma  przy  życiu,  więc  nie  dopuści,  by 
zauroczenie  Michaelem  zaprzepaściło  wszystko,  co  do  tej 
pory osiągnęła.

Mimo to nie miała ochoty opuszczać jego ramion.

- Chloe... - W  jego  głosie  dźwięczało  zatroskanie. - Jak 

się czujesz?

- Chyba dobrze. A ty?
- Powiedzmy, że niczego nie złamałem.
- Myślisz, że możemy wstać? - Dlaczego nagle brakuje jej 

tchu?  Złościła  ją  świadomość,  że  nie  panuje  nad  reakcjami 
swojego ciała.

- Za chwilę. - Wzmocnił uścisk. - Musimy się upewnić, że 

niczego sobie nie połamaliśmy.

- Hm.

Leżeli  w  bezruchu,  jakby  nagle  dano  im  możliwość 

cieszenia 

się 

bliskością. 

Michael 

był 

zaskoczony 

przerażeniem,  które  go  ogarnęło,  gdy  uprzytomnił  sobie,  że 
Chloe  może  zginąć  w  osuwającym  się  wraku  samolotu.  Być 
może ona widziała to inaczej, ale on natychmiast przystąpił do 
działania.  Trzymał  ją  teraz  w  ramionach,  wyobrażając  sobie, 
że mógłby to robić bardzo długo oraz że to zupełnie nie pasuje 
do stylu jego życia.

Po  tym,  co  przeszedł,  po  chemioterapii  i  zmianie 

przyzwyczajeń,  stawianie  czoła  każdemu  kolejnemu  dniowi 
nadal  było  dla  niego  poważnym  wyzwaniem.  Nie  miał 

background image

zamiaru wiązać się z żadną kobietą. Czuł też, że Chloe należy 
do kobiet niezainteresowanych przygodami.

Westchnęła.

- Nie  mogę  uwierzyć,  że  udało  się  nam  wyskoczyć  w 

ostatniej chwili - powiedziała.

- Nam? - Spojrzał  na  nią. - Co  to  znaczy  „nam"?  Nie 

wyskoczyłabyś, gdybym cię nie wypchnął.

- Nieprawda.  Właśnie  miałam  to  zrobić. - Wzbierała  w 

niej  złość.  Poruszyła  się  nieznacznie,  ale  on  ciągle  ją 
obejmował.

- Zwlekałaś. To było bardzo ryzykowne.
- Ryzykowne? - obruszyła  się,  bijąc  go  pięścią  w  klatkę 

piersiową. - Wszystko  miałam  pod  kontrolą.  Zupełnie 
niepotrzebnie zostałam wyrzucona z samolotu.

- Wyrzucona? - Zmienił  nieznacznie  pozycję,  żeby 

spojrzeć  jej  w  oczy. - Skarbie,  ja  cię  nie  wyrzuciłem  z 
samolotu.

- Nie mów do mnie „skarbie".
- Uratowałem ci życie.
- Co takiego? - Jak najszybciej trzeba odsunąć się od tego 

aroganckiego durnia. Żeby nie stracić dla niego głowy. - Nie 
uratowałeś mi życia.

- Gdybym  cię  nie  porwał  z  wraku,  byłabyś  w  znacznie 

gorszej sytuacji, niż jesteś.

- A więc się przyznajesz, że wyrzuciłeś mnie z samolotu.

- Jego  uścisk  zelżał,  ale  ona  nadal  czuła ciepło  jego  uda. 
Uniosła głowę, by spiorunować go wzrokiem. To był błąd.

Ich  twarze  dzieliło  zaledwie  parę  milimetrów.  Gdy  się 

odezwał, czuła na twarzy jego oddech.

- Mów,  co  chcesz.  Zgodzę  się  na  wszystko,  skarbie. 

Rozumiem,  że  chcesz  spać  spokojnie.  Mnie  do  szczęścia 
wystarczy świadomość, że znam... prawdę. - Mówiąc to, zdał 
sobie sprawę, jak blisko są ich wargi. Był zły, że jąka się jak 

background image

małolat.  Ta  kobieta  doprowadza go  do  szaleństwa.  Teraz  mu 
się przygląda, wodzi oczami po jego wargach...

Tylko czekał na takie potwierdzenie. Wsunął jej rękę pod 

głowę i musnął jej usta wargami.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY
To  cudowne  doznanie  sprawiło,  że  westchnęła  cicho  i 

przymknęła powieki. Tym pocałunkiem zapragnęła przekazać 
mu, co czuje.

Wodził  wargami  po  jej  wargach,  jakby  chciał,  by 

zapamiętały  każdy  najmniejszy  ich  fragment.  Instynktownie 
domagając się czegoś więcej, szerzej otworzyli usta.

Jeden  tylko  Bóg  wiedział,  co  dzieje  się  między  nimi,  ale 

chociaż  było  to  coś  bardzo  pozytywnego  w  tej  dramatycznej 
sytuacji,  woleli  nad  tym  się  nie  zastanawiać.  Najważniejsza 
była  dla  nich  tylko  ta  chwila,  ta  sekunda,  w  której  pragnęli 
tego samego.

Chloe  delektowała  się  bliskością  jego  ciała.  Była 

zadowolona,  że  Michael  jej  nie  ponagla,  dając  jej  szansę  na 
oswojenie  się  z  nowymi,  od  dawna  uśpionymi  emocjami. 
Dzięki temu obudziły się w niej uczucia, które od lat starannie 
tłumiła. Dzięki temu poczuła się pożądana i kobieca. Zupełnie 
o tym zapomniała.

Upojna  słodycz.  Aż  dziw,  że  można  ją  znaleźć  pośród 

takiego  zamieszania,  pomyślał.  Chloe  jest  urocza  i 
pociągająca. Jak mógł przez tyle czasu opierać się jej czarowi? 
Nie odrywając ust od jej warg, zastanawiał się, czy wolno mu 
znowu marzyć. Tyle lat dystansował się od ludzi, nie chcąc się 
angażować, ale  teraz,  trzymając  w  ramionach  tę  niezwykłą 
kobietę, czuł, jak w jego sercu rodzi się nadzieja.

Mimo  że  z  jej  włosów  w  strąkach  kapała  woda,  że  jej 

ubranie było przemoczone, jemu podobała się właśnie taka.

Ostrożnie, żeby jej nie spłoszyć, wsunął język między jej 

wargi. Zadrżała, a on cicho jęknął, gdy odwzajemniła mu się 
tym  samym.  Walcząc  z  zalewającą  go  falą  namiętności, 
przytulił  ją  jeszcze  mocniej.  Nie  chciał,  by  się  odsunęła,  by 
odeszła.  Tak  ma  być,  tak  jest  dobrze,  tak  jeszcze  nigdy  nie 
było.

background image

Przez  minione  cztery  lata  zebrał  na  swoim  koncie  różne 

ryzykowne i szalone przedsięwzięcia podejmowane w pogoni 
za adrenaliną, ale pierwszy raz doświadczał tak potężnego jej 
zastrzyku.  Te  niebiańskie  wargi  mógłby  pieścić  całymi 
godzinami i nigdy by się nimi nie znudził.

- Chloe...

Scałowała  swoje  imię  z  jego  warg.  Tym  razem, 

przytomniejąc,  lekko  się  odsunął. Zrobił  to  z  przykrością,  bo 
w  tej  chwili  nienawidził  logicznego  myślenia.  Zdawał  sobie 
sprawę,  że  nie  może  związać  się  z  kobietą,  że  nie  ma  prawa 
rozbudzać w Chloe nawet najmniejszej nadziei na coś takiego. 
Pocałował  ją  po  raz  ostatni,  a  następnie  zmienił  pozycję. 
Dopiero  teraz  poczuł  patyki  i  kamienie,  które  uwierały  go  w 
plecy.

- Chloe...

Spoglądając,  jak  leniwie  podnosi  powieki,  stwierdził,  że 

ma ochotę na powtórkę... oraz na dalszy ciąg.

- Mhm?
- Chyba powinniśmy się ruszyć.
- Ruszyć?
- Trochę tu niewygodnie... - Odkaszlnął. - Wstajemy.

Nagłe  dotarła  do niej  rzeczywistość. Całowała  się z  nim! 

Całowała  mężczyznę!  Po  raz  pierwszy  od  śmierci  Craiga. 
Interesowało się nią wielu mężczyzn, ale zawsze odrzucała ich 
zaloty. Dlaczego teraz zachowała się inaczej?

Zsuwając  się  z  niego,  czuła  każdy  jego  napięty  muskuł. 

Szło jej to niesporo, ale w końcu stanęła na nogi i nie czekając 
na niego, od razu energicznym krokiem ruszyła pod górę. Była 
na tym zboczu rano, a teraz już się ściemniało, na dodatek na 
niebie  znowu  zbierały  się  burzowe  chmury.  Nie  przejęła  się 
tym. Prawdę mówiąc, była zadowolona, że zapada mrok, bo to 
znaczy,  że  nie  będzie  zmuszona  spoglądać  Michaelowi  w 
oczy.

background image

Zatrzymała się, czekając na niego. Jalak i jego towarzysz z 

Western na noszach byli już daleko przed nimi, a nikogo nie 
wolno  zostawiać  samego  w  dżungli.  Zwłaszcza  że  w  okolicy 
mogą być wrogowie. Obejrzawszy się przez ramię, zobaczyła, 
jak Michael wspina się pod górę. Dlaczego tak się wlecze?

Pokręciła  głową.  Dlaczego  pozwoliła  się  pocałować?  To 

do niej niepodobne. On do niej nie pasuje, nawet nie jest w jej 
typie, a mimo to mu uległa. Czuła, że pieką ją policzki. Drań! 
Jak mógł doprowadzić ją do takiego stanu?! Nie życzyła sobie 
takich emocji, a teraz  stale będzie się jej to przypominać. Ile 
razy  na  niego  popatrzy,  będzie  na  nowo  czuła  jego 
wysportowane ciało, jego słodkie pocałunki oraz to, jak na to 
zareagowała.

Gdy  był  już  niedaleko,  zorientowała  się,  że  dźwiga  jakiś 

ciężar  i  dopiero  wtedy  przypomniała  sobie  o  sprzęcie  i 
specyfikach,  które  z  taką  determinacją  ratowała  z  wraku. 
Zalała  ją  fala  wstydu.  Nie  dlatego,  że  pozwoliła,  by  Michael 
niósł  ten  prowizoryczny  wór,  lecz  z  zażenowania,  że 
skoncentrowana  na  swoich  emocjach  zapomniała  o  bożym 
świecie. Jak mogła zaniedbać obowiązki?

Przez ostatnich sześć lat był to jej główny cel w życiu. Ci 

ludzie,  ta  wyspa,  ten  kraj.  Kochała  to  miejsce  zagubione  na 
oceanie  i  cieszyła  ją  możliwość  niesienia  pomocy  jego 
mieszkańcom. To dlatego uparła się zabrać z pokładu sanitarki 
wszystko,  co  może  być  potrzebne  tubylcom,  a  Michael 
sprawił,  że  o  tym  zapomniała.  Jej  antypatia  dla  niego 
przybrała  jeszcze  na  sile.  Jak  on  śmiał  odwieść  ją  od  jej 
misji?!

Ruszyła,  gdy  niemal  się  z  nią  zrównał.  Miała  przy  tym 

świadomość, że powinna mu pomóc, ale uznała, że nic mu się 
nie stanie, jak przez chwilę sam poniesie ich zapasy.

- Mam nadzieję, że znasz drogę do wsi.

background image

Szła,  rozglądając  się.  Liczyła,  że  Jalak  kogoś  po  nich 

wyśle,  ale  gdy  zajdzie  słońce,  szansa  na  przewodnika 
przepadnie.  Spacery  po  dżungli  nocą  w  sytuacji,  gdy 
przemierzają ją także sabotażyści, raczej nie są wskazane.

Ta  świadomość  nie  ułatwiała  jej  odpowiedzi,  której 

oczekiwał Michael.

- To niedaleko - odparła w końcu.
- Jak to? - Przystanął, stawiając wór na ziemi. - To po co 

tak  idziemy?  Nie  lepiej,  żebyśmy  usiedli i  zaczekali,  aż  ktoś 
po  nas  przyjdzie?  Jak  będziemy  chodzić,  to  jeszcze  bardziej 
zabłądzimy.

- Albo  dotrzemy  do  wioski  w  samą  porę  na  wieczorny 

posiłek.

- Ale nie znasz drogi.
- To już blisko. Pamiętasz? Kiedy Jalak wysłał człowieka 

po pomoc, po godzinie jego ludzie byli przy wraku.

- Twierdzisz,  że  do  wioski  mamy  jakieś  pół  godziny 

marszu?

- Mniej więcej.
- W którą stronę? - spytał z powątpiewaniem, a ona wbiła 

wzrok  w  ziemię.  Obiecała  sobie  nie  patrzeć  mu  w  oczy,  ale 
słysząc ten ton, całkiem o tym zapomniała.

- Jalak kogoś po nas wyśle.
- Więc  zaczekajmy.  Poza  tym  to... - wskazał  na  wór -

sporo waży.

- O,  taki  duży  mężczyzna  nie  ma  siły  go  nieść? 

Biedactwo.

- Ej,  nie  zapominaj,  skarbie,  że  żyjemy  w  dobie 

równouprawnienia. Chcesz go dygać, to bardzo proszę.

Przeniosła wzrok z niego na wór.

- Niech ci będzie. Zaczekamy.

Udała, że nie słyszy jego pyszałkowatego prychnięcia.

background image

- Poszukamy jakiegoś bardziej osłoniętego miejsca i tam 

zaczekamy - zadecydował, rozglądając się po otaczających ich 
pniach  drzew.  Nieco  z  lewej  pięć  drzew  rosło  blisko  siebie, 
dając  bardziej  zwartą  osłonę  przed  deszczem.  Nie  pytając 
Chloe o zdanie, ruszył w tamtą stronę.

- Dokąd  idziesz? - Nie  przystanął. - To  za  daleko  od 

ścieżki.

- Od ścieżki? Widzisz tu jakąś ścieżkę?
- Nie zobaczymy ludzi Jalaka - upierała się.
- Zobaczymy.
- Zaraz zrobi się ciemno. Postawił wór na ziemi.
- Wrzuciłaś tu latarkę - oznajmił.
- Tak? To dobrze. Ale latarka nam się nie przyda?
- Dlaczego? - Wziął  się  pod  boki,  a  do  niej  dotarło,  że 

jego cierpliwość jest na wyczerpaniu.

- Z powodu wrogów generała.
- Rozumiem. - Wyrzucił  ramiona  w  gorę  w  geście 

bezradności. - Poddaję  się.  Dobrze?  Mam  dosyć.  To  chyba 
najgorszy dzień w moim życiu.

- Myślisz,  że  ja  się  świetnie  bawię?  Zapewniam  cię,  że 

nie.

Przysiadł  pod  drzewami  zadowolony,  że  choć  częściowo 

skrył się przed deszczem.

- Zapraszam pod moje drzewa - powiedział. Popatrzyła na 

niego, potem na miejsce, w którym stali chwilę przedtem. Jeśli 
skorzysta  z  jego  zaproszenia,  nie  wiadomo,  co  może  się 
wydarzyć.  Już  raz  go  całowała,  a  to  się  może  powtórzyć. 
Nawet wbrew jej postanowieniu.

Jeśli zostanie w pobliżu ścieżki, zobaczy ludzi, którzy po 

nich  wyjdą,  no  i  nie  będzie  blisko  niego.  To 
najbezpieczniejsze  rozwiązanie.  Obliczyła,  że  Gary  West 
powinien za około dziesięć minut znaleźć się w wiosce, więc 
ich  przewodnicy  powinni  dotrzeć  do  nich  za  jakieś  pół 

background image

godziny.  Będą  zatem  szli  do  wioski  po  ciemku,  ale  jak 
słusznie zauważył Michael, mają latarkę.

W odpowiedzi na jego zaproszenie bez słowa zawróciła na 

ścieżkę.  Była  to  bardzo  umowna  ścieżka,  ale  to  tutaj  rano 
spotkał ją Jalak.

- Rób, jak chcesz - rzekł Michael - ale tam zmokniesz.
- Już jestem mokra. Poza tym to dla mnie nic nowego.
- Po  co  moknąć,  jeżeli  nie  jest  to  konieczne?  Nie 

odezwawszy się, usiadła. Oparła się o pień

drzewa i przymknęła powieki. Bóg da, że Michael będzie 

siedział cicho.

Obudziła się nagle, bo ktoś chwycił ją za twarz.

- Ciii...  To  ja,  Michael - szepnął  jej  do  ucha,'  zabierając 

rękę.

- Co ty robisz?! - oburzyła się. - Przestraszyłeś mnie.
- Ktoś idzie.
- To  dobrze.  Na  to  czekamy - odrzekła  normalnym 

głosem, a on znowu zasłonił jej usta.

Odtrąciła  jego  ramię,  ale  on  wolną  ręką  unieruchomił  jej 

obie dłonie.

- To  nie  są  twoi  przyjaciele.  Bądź  cicho.  Kiedy 

przytaknęła, pomógł jej wstać.

- Chodź  pod  moje  drzewa - wyszeptał. - Tutaj  jesteś  za 

bardzo widoczna.

Pozwoliła  się  prowadzić.  Zorientowała  się,  że  Michael 

idzie  pochylony  i  świeci  latarką  na  ziemię.  Gdy  dotarli  na 
miejsce,  usiadł,  a  ona  zauważyła,  że  uprzątnął  swoją 
kryjówkę,  usuwając  wszystkie  patyki  i  liście  przede 
wszystkim  po to,  by żaden  trzask nie  zdradził  ich obecności. 
Zgasił latarkę.

- Zasnęłam.
- Ja też. Mamy za sobą pracowity dzień.
- Kto to może być?

background image

- Moim zdaniem to nie są twoi przyjaciele. Posłuchaj.

Wytężyli  słuch.  Chloe  już  miała  powiedzieć,  że  nic  nie 

słyszy, gdy do ich uszu dobiegł męski głos.

- Rozumiesz, co mówią? - szepnął jej do ucha. Pokręciła 

głową.

- Są za daleko. Wydaje mi się, że idą z dołu.
- Jalak schodziłby z góry, prawda?
- Uhm.
- Przysuń  się. - W  jego  głosie  wyczuła  wahanie,  ale 

chwilę później przyciągnął ją do siebie.

- Miejmy  nadzieję,  że  wystarczy  im,  jak  znajdą  wrak -

powiedziała, zniżywszy głos.

- Będą go pilnować?
- Tak. Żeby rano go obejrzeć. Ale też mogą wysadzić go 

w powietrze.

- Fantastycznie. Brakuje nam jeszcze tylko pożaru buszu -

mruknął.

- Michael,  to  nie  Australia. - Uśmiechnęła  się. - Nie  w 

takim deszczu. Na Tarparnii jest za mokro na pożary buszu.

- Racja.
- Jak długo spałam? - Nagle zmieniła temat.
- Nie wiem, sam się zdrzemnąłem.
- To znaczy, że ktoś z wioski mógł przejść niezauważony.
- Niewykluczone.  A  może  twoi  przyjaciele  dowiedzieli 

się  o  tej  ekipie  z  dołu  i  uznali,  że  taka  wyprawa  jest  zbyt 
ryzykowna. Pamiętaj, że na dodatek muszą chronić generała.

- Gdyby  było  bezpiecznie,  Jalak  na  pewno  kogoś  by  po 

nas wysłał. To znaczy, że coś się stało.

- Tego nie możesz wiedzieć.
- Wiem  lepiej,  niż  ci  się  wydaje. - Ugryzła  się  w  język, 

żeby nie powiedzieć więcej. Nie teraz. Poczuła nagle, jak coś 
w  niej  pękło.  Przed  oczami  stanęły  jej  wydarzenia  minionej 
doby:  jak  poznała  Michaela  Hilla,  ich  utarczki  na  pokładzie, 

background image

awaria samolotu, operacja generała, śmierć Smitha, wszystko, 
także to jak Michael w ostatniej chwili wypchnął ją z wraku. 
Opuściła ją cała odwaga. Rozpłakała się bezradnie.

Wtuliła  twarz  w  Michaela,  by  stłumić  szloch,  a  on  w 

milczeniu ją kołysał. Jak dobrze. Zdecydowanie za dobrze, ale 
to  nie  pora  na  zastanawianie  się  nad  emocjami.  Płacz 
powinien  rozładować  napięcie,  a  wtedy  łatwiej  jej  będzie 
pozbierać myśli. Na analizę emocji czas przyjdzie później.

Kiedy się uspokoiła, pocałował ją w głowę.

- Zrelaksuj się - szepnął. - Odpocznijmy.
- Nie dam ci się znowu pocałować - mruknęła.
- Nie  mam  takiego  zamiaru - odrzekł,  a  ją  zdziwiło,  że 

poczuł się urażony. - Przeczekajmy tę noc. Rano zastanowimy 
się,  co  dalej.  Teraz  jestem  zbyt  zmęczony,  nawet  żeby  się 
całować. - Ziewnął szeroko.

- Rano... - szepnęła, zamykając oczy. Zasypiała kołysana 

biciem jego serca.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY
Obudziła  się, gdy wstał już dzień. W objęciach Michaela 

było  jej  ciepło  i  przyjemnie.  Zauważyła,  że  leżą  pod  kocem. 
Ona  ich  nie  przykrywała.  Musiał  zrobić  to  Michael.  Taka 
troskliwość stawia go w całkiem innym świetle. Na pierwszy 
rzut  oka  sprawiał  wrażenie  osobnika  aroganckiego  i 
protekcjonalnego, ale być może była to tylko maska, pod którą 
kryje się prawdziwy Michael.

Nikt  nie  zna  się  na  maskach  lepiej  niż  ona.  Od  śmierci 

męża miała ich kilka. Bardzo je lubiła, a zdejmowała je tylko 
w  obecności  osób,  które  darzyła  absolutnym  zaufaniem.  Czy 
Michaelowi można zaufać? Czy zasługuje na to, żeby dzielić 
się z nim swoimi smutkami i sekretami?

Ściągnęła  brwi  niezadowolona,  że  tak  bardzo  na  nim 

polega.  Przy  nim  czuła  się  bezpieczna,  ale  mimo  że  było  to 
bardzo  przyjemne  uczucie,  od  wielu  lat  go  nie  zaznała. 
Poczucie  bezpieczeństwa.  Tego  rzeczywiście  jej  brakowało, 
ale dopiero teraz w pełni to sobie uświadomiła.

Rozglądając  się,  stwierdziła,  że  słońce  jest  wyżej  niż 

poprzedniego dnia, gdy po raz pierwszy wchodziła na zbocze. 
Jak długo spali? Bez zegarka nie da się tego wyjaśnić.

Ale Michael ma zegarek. Na tej ręce, która teraz spoczywa 

na  jej  biodrze.  Sięgnęła  pod  kocem  tam,  gdzie  powinno  być 
jego  ramię,  ale  zamiast  na  ciepłą  gładką  skórę,  natrafiła 
palcami na zimną gadzią łuskę.

Zesztywniała  z  przerażenia.  Wstrzymując  oddech, 

opuściła  wzrok.  Rzeczywiście,  coś  ruszało  się  pod  kocem, 
powoli ześlizgując się na jej nogę.

Zacisnęła powieki.

- Michael... - powiedziała na tyle cicho, żeby się obudził, 

ale nie poruszył.

- Też  to  widzę - odparł,  a  ona  o  mało  nie  zemdlała  z 

radości, że on nie śpi. - Nie ruszaj się. On sobie pójdzie.

background image

Otworzyła  oczy  akurat,  by  zobaczyć,  jak  głowa  węża 

wysuwa  się  spod  koca  i  znika  w  dżungli.  Reszta  gada  nadal 
przesuwała  się  po  ich  nogach.  Chloe  przełknęła  ślinę,  by 
złagodzić  napięcie.  W  trakcie  pobytów  na  Tarparnii  widziała 
niejednego  węża,  ale  nigdy  nie  było  to  aż  tak  bliskie 
spotkanie.

W końcu poczuła, że ciało węża pełzającego po jej nodze 

robi się coraz lżejsze, aż w końcu z jej stopy zsunął się ogon. 
Wąż zniknął w poszyciu lasu.

Przez  dłuższą  chwilę  leżeli  bez  ruchu,  aż  Michael  nagle 

się roześmiał.

- Pierwszy  raz  w  życiu  nowy  dzień  wita  mnie  w  taki 

sposób.  Bardzo  oryginalny  i  póki  co  jest  to  początek 
zdecydowanie lepszy niż wczoraj.

Chloe wytarła w koc spocone ręce.

- Wolałabym, żeby to się więcej nie powtórzyło. Michael 

uśmiechnął się, po czym wstał i zaczął się przeciągać, a Chloe 
przyglądała  mu  się  z  zainteresowaniem.  Szczupły  i 
fantastycznie  zbudowany, pomyślała,  pomimo  podartej  i 
ubrudzonej  koszuli  oraz  potarganych  włosów.  Kiedy  po  raz 
pierwszy  weszła  na  pokład,  miał  do  tego  krawat,  ale  potem 
chyba  go  zdjął.  To  zupełnie  nieistotny  szczegół.  Jednak 
niebezpieczne  było  właśnie  to,  że  zaczęła  dostrzegać 
szczegóły.

Przeczesał włosy palcami, co niewiele im pomogło.

- Dobrze, że przestało padać - mruknął.

Faktycznie. 

Dopiero 

teraz 

to 

zauważyła. 

niezadowoleniem pokręciła głową: takie rozkojarzenie jest do 
niej  niepodobne,  ale,  racjonalizowała,  tyle  przeżyła  w  ciągu 
minionej  doby  i  przez  to  samo  przeszedł  Michael,  więc  nie 
należy się dziwić, że zrodziła się między nimi taka wyjątkowa 
więź.  To  powszechne  zjawisko  w  tak  dramatycznych 

background image

sytuacjach.  Tak  podbudowana  wstała,  zrzucając  koc  na 
ziemię.

- Nie  przypominam  sobie,  żebyś  wczoraj  rozkładał  koc. 

Co zrobiłeś z medykamentami?

Wskazał ręką na zarośla za ich plecami i na pudła z lekami 

oraz instrumentami.

- Koło trzeciej nad ranem zrobiło się zimno. - Obudził się, 

bo Chloe, mimo że przytulał ją do siebie, trzęsła się z zimna. 
Wstał więc ostrożnie, wypakował rzeczy z koca i ich przykrył.

Ucieszyło  go,  że  podczas  tej  akcji  się  nie  przebudziła. 

Biorąc ją ponownie w ramiona i wsłuchując się w jej miarowy 
oddech,  poczuł,  że  tak  powinno  być  zawsze.  Pierwszy  raz 
nabrał  podobnego  podejrzenia,  gdy  wyskakiwali  z  wraku. 
Tym  razem  było  jednak  trochę  inaczej.  Takiej  cichej 
przyjemności  wywołanej  po  prostu  trzymaniem  jej  w 
ramionach nie zaznał od wielu lat.

Zdawał  sobie  sprawę, że  Chloe nie  jest  dla  niego.  Ani  w 

krótkiej perspektywie, ani w dłuższej. Fakt, że jest naznaczony 
wadą genetyczną, nakazywał mu bardzo ostrożnie podchodzić 
do znajomości z kobietami. Nie wolno mu skazywać własnego 
dziecka  na  to,  przez  co  sam  przeszedł.  Może  to 
niesprawiedliwe,  a  na  pewno  okrutne,  ale  czuł,  że  nie  może 
tego zrobić  z  powodu cierpienia. Nie  byłby  w stanie patrzeć, 
jak jego dziecko cierpi tak samo jak on.

- Nic nie pamiętam - powiedziała, a on drgnął. Przeniósł 

na  nią  spojrzenie  z  postanowieniem,  że należy  nieco 
rozładować  atmosferę.  Po  takich  przeżyciach  przyda  im  się 
odrobina humoru.

- Bo byłaś zupełnie gdzie indziej. Wiesz, że chrapiesz?
- Nieprawda.
- Szkoda,  że  nie  miałem  przy  sobie  dyktafonu,  żeby  cię 

nagrać. - Uśmiechnął  się  szeroko,  a  ona  dostrzegła  w  jego 
oczach figlarny błysk.

background image

- Bardzo zabawne.
- Dla  ciebie  może  zabawne,  ale  mnie  całą  noc  bolała 

głowa.

- Przestań.

Pochylił się, zaglądając jej w oczy.

- Muszę?

Zatkało  ją  z  wrażenia.  Nic  dziwnego,  że  jej  hormony 

szaleją  z  powodu  takiego  zabójczo  przystojnego  faceta. 
Uśmiechnęła  się  z  przymusem  i  pogroziła  mu  palcem  jak 
dziecku.

- Tak, musisz. Bierzmy się do roboty.
- Jakiej?
- Musimy zastanowić się, co dalej.
- To proste.
- Tak?
- Pakujemy  manatki  i  idziemy  w  górę.  Odszukamy 

właściwą  ścieżkę.  Miejmy  nadzieję,  że  Jalak  wyśle  po  nas 
swoich ludzi.

- Oby.
- Tak będzie, wierz mi. - Swobodnym gestem położył jej 

rękę na ramieniu.

- To wyjątkowo ryzykowna propozycja.

Wybuchnęli śmiechem, ale Michael lekko pocałował ją w 

usta, więc nagle zamilkła. Na szczęście zaraz odwrócił się, by 
pozbierać  rzeczy  do  koca,  więc  nie  oglądał  jej  zdumienia. 
Mógłby się pohamować!

Powoli  wspinali  się  pod  górę.  Zrobiło  się  gorąco  i 

Michaelowi  zamarzył  się  zimny  prysznic.  Najważniejsze 
jednak jest to, że żyje. To, że przetrwał, graniczyło z cudem. 
Mimo  że  stale  narażał  życie  w  pogoni  za  adrenaliną,  aby 
pokazać  sobie,  że  naprawdę  żyje,  dopiero  teraz,  brnąc  przez 
dżunglę  w  przepoconym  ubraniu,  poczuł  prawdziwy  smak 

background image

istnienia.  Zastanawiał  się,  jak  wywołać  uśmiech  na  wargach 
Chloe.

Wcale  nie  chciał  jej  pocałować,  tym  bardziej  że  wie,  że 

nie powinien się do niej zbliżać.

- Poznajesz tę okolicę? - zapytał.
- Niestety nie. Wzruszył ramionami.
- Nie musisz znać każdego skrawka dżungli. - Starał się ją 

pocieszyć.

- A powinnam, bo pracuję tu od dawna.
- Chloe,  od  dziecka  mieszkam  w  tej  samej  dzielnicy,  a 

dwa  tygodnie  temu  w  jednej  z  bocznych  uliczek  odkryłem 
pizzerię, która jest tam od trzydziestu lat. Podejrzewam też, że 
zawsze miałaś tu miejscowego przewodnika.

- To prawda.
- No  widzisz.  Myślę,  że  twoim  pracodawcom  oraz 

tubylcom  zależy  na  tym,  żebyś  koncentrowała  się  przede 
wszystkim na tym, co umiesz najlepiej.

- Znowu traktujesz mnie protekcjonalnie - obruszyła się.
- Skądże! Dlaczego tak uważasz?
- Bo  jesteś  arogancki,  pewny  siebie  i  bywasz 

nieuprzejmy. - Wzruszyła ramionami.

- I  dlatego  że  mam  takie  wady,  do  których  się  nie 

przyznam, uważasz, że traktuję cię protekcjonalnie, tak?

- Oj, nie wiem! Nie znam cię.
- To prawda, ale możesz mnie poznać.
- Teraz?
- Jasne. - Powiódł ręką po drzewach i zaroślach. - Mamy 

czas, mamy miejsce. Dlaczego nie?

- Jak  to?  Mamy  tak  po  prostu  opowiedzieć  sobie  nasze 

życiorysy? To masz na myśli?

- Jak chcesz...
- Ja? To nie ja zaczęłam tę idiotyczną... grę.

background image

- To  nie  jest  gra,  a  wzajemne  poznawanie  się  wcale  nie 

jest idiotyczne. Czuję, że co najmniej przez kilka najbliższych 
dni będziemy skazani na swoje towarzystwo. Nie sądzę, żeby 
ludzie  z  Pacific  Medical  Aid  byli  w  stanie  szybko  załatwić 
drugie pozwolenie na wywiezienie generała z tego kraju.

- To prawda.
- Mam  zacząć? - zapytał,  a  ponieważ  milczała,  podjął: -

Jestem  jedynakiem.  Moi  rodzice  się  rozwiedli,  jak  miałem 
czternaście lat. Rok później się pobrali.

- Zeszli się?
- Nie, poślubili każde kogo innego. Pokiwała głową.
- Moja  macocha  miała  dwóch  synów  z  pierwszego 

związku,  Leitha  i  Virgila - ciągnął. - Moja  matka  wyszła  za 
człowieka  prawie dwa razy od niej starszego, ale do tej pory 
są bardzo szczęśliwą parą, a ojczym zawsze był wobec mnie w 
porządku...  Cztery  lata  temu  zmarł  mój  ojciec.  Miałem  kota, 
ale zdechł ze starości, a ja ciągle nie mam serca sprawić sobie 
nowego.  Przez  trzy  dni  w  tygodniu  pracuję  w  szpitalu 
miejskim w Sydney, a przez dwa w prywatnej przychodni. To 
znaczy, tak było, zanim zaciągnąłem się do PMA.

- To wszystko?
- Uważasz, że to nie wystarczy na początek? - Wzruszył 

ramionami.

- Tylko  tyle?  Nie  wspomniałeś  o  ulubionych  potrawach, 

kolorach,  o  dziewczynie - ciągnęła,  odwróciwszy  od  niego 
wzrok.  Nie  bardzo  była  zainteresowana  jego  życiem 
erotycznym.

- Racja.  Nie  wolno  zapominać  o  sprawach  najbardziej 

istotnych. Hm... Sushi, niebieski, nie mam.

- Nie masz dziewczyny?!
- Nie. Co w tym złego?
- Nic. Myślałam, że już zdążyłeś się ożenić oraz rozwieść. 

Jak wszyscy chirurdzy.

background image

- Ej,  chirurdzy  nie  są  tacy  źli.  Nie,  nie  ożeniłem  się  ani 

nie rozwiodłem.

- Jesteś wrogiem małżeństwa?

Spoglądając na nią, potknął się o jakiś korzeń.

- To bardzo trudne pytanie dla kogoś, kto nawet nie miał 

zamiaru tego robić. - Teraz. Teraz nadarza się szansa, by jej to 
wyjaśnić.  Uprzytomnić,  że  chociaż  się  całowali  i  spali  pod 
jednym  kocem,  nie  powinna  robić  sobie  żadnych  planów  na 
przyszłość związanych z jego osobą.

- Nie  chcesz  odpowiadać?  Wobec  tego  uznam  to  za 

odpowiedź przeczącą.

- Nie  mam  nic  przeciwko  temu,  żeby  inni  zawierali 

małżeństwa.  Życzę  im  wszystkiego  najlepszego. - Potrząsnął 
głową. - Ale to nie dla mnie.

- Czeka cię bardzo samotny żywot.
- Taki jest mój wybór.
- Skoro  nawet  nie  spróbowałeś  małżeństwa,  skąd  wiesz, 

że to nie dla ciebie?

- Dlaczego tak się  uczepiłaś tego tematu? - Popatrzył na 

nią. - Miałaś męża? I dlatego ukrywasz się w dżungli?

- Po  pierwsze,  wcale  się  nie  ukrywam,  po  drugie,  to  nie 

twoja sprawa.

- Co się stało? Nieudany związek? On oszukał? Czy ty? -

Uniósł wysoko brwi.

- Znasz tylko te przyczyny rozstania?
- Te są najbardziej powszechne. Może jeszcze śmierć... -

Zawahał się, po czym zerknął na nią.

Szła, nie zwracając na niego uwagi. Poczuł się jak kretyn. 

Jej  mąż  nie  żyje.  Otworzył  usta,  by  ją  przeprosić,  ale  w  tej 
samej chwili przed nimi wyrósł jak spod ziemi Jalak i Chloe 
rzuciła mu się na szyję.

background image

- Przepraszam - przemówił po angielsku - ale w nocy nie 

było  bezpiecznie.  Cieszę  się,  że  jesteście  w  dobrym  stanie. 
Miri się o was martwiła.

- Kto to jest Miri?
- Moja  par'machkai.  Moja  żona. - Jalak  przejął  wór  od 

Michaela. - Postąpiliście  bardzo  rozsądnie,  przeczekując  tę 
noc. - Ruszył pod górę. - Do wioski już niedaleko.

Kilka minut później oczom Michaela ukazała się rozległa 

polana,  a  na  niej  kilkanaście  chat  z  bambusa,  każda  z 
ogródkiem.  Wszystkie  stały  na  palach  i  były  połączone 
kładkami.  Sprytne  rozwiązanie,  pomyślał,  zważywszy,  ile  tu 
błota.  W  jednej  zagrodzie  zamknięto  kury  oraz  kozy,  a  na 
przeciwległym skraju polany bawiły się dzieci.

Gdy  tylko  ich  zauważyły,  rzuciły  się  powitać  Chloe. 

Przytulały  się  do  niej,  jakby  była  dawno  niewidzianym 
członkiem  rodziny.  Kilkoro  rozbawionych  maluchów  ze 
śmiechem chwyciło Michaela za ręce.

- Nareszcie. - Podeszła  do  niego  kobieta  z  szeroko 

otwartymi  ramionami. - Jestem  Miri - powiedziała,  ściskając 
mu dłonie. - Tak wygląda tradycyjne powitanie na Tarparnii -
wyjaśniła  czystą angielszczyzną. - Witaj,  Michaelu, w naszej 
wiosce.

Zmieszał się, ale odwzajemnił uścisk.

- Dziękuję. - Domyślił  się,  że  już  wcześniej  o  nich 

rozmawiano,  bo  wszyscy  o  wszystkim  wiedzieli.  Oprócz 
niego.

- Jak nasi pacjenci? - rzuciła Chloe, bez wahania kierując 

się w stronę jednej z chat.

- Dobrze - odparła  Miri. - Nasi  honorowi  goście  oraz 

młodzieniec są pod opieką Belhary i Bel.

- Zajrzę  do  nich. - Chloe  wchodziła  po  schodkach  do 

chaty.  Michaelowi  nie  pozostawało  nic  innego,  jak  iść  w  jej 
ślady.

background image

Zdaje  się,  że  nie  zamierzała  o  niczym  go  informować, 

nadal obrażona jego niefortunną uwagą. Nie chciał sprawić jej 
przykrości,  ale  zapewne  poruszył  jakieś  bolesne  wątki.  Nie 
jest też wykluczone, że nie spodobało jej się to, że odgadł jej 
cierpienie.

Utrata bliskiej osoby to wielka tragedia. Poznał to uczucie, 

gdy umarł jego ojciec. Ale to oczywiste, że śmierć małżonka 
przeżywa  się  jeszcze  głębiej.  Zdążył  się  już  zorientować,  że 
Chloe  jest  bardzo  zamknięta  w  sobie,  ale  szczerze  pragnął 
zdobyć  jej  zaufanie,  pokazać  jej,  że  nie  tylko  dochowa 
tajemnicy, ale też ją rozumie... do pewnego stopnia.

Wszedłszy  do  chaty,  odkrył,  że  mieści  się  tam 

prowizoryczny  szpitalik. W przestronnej  izbie  dwoje noszy z 
chorymi umieszczono na podestach z bambusowych żerdzi. W 
rogu  stał  stolik  z  miednicą  pokaźnej  wielkości  oraz 
ręcznikami,  a  tuż  obok  półki  z  lekami,  sprzętem  oraz  stertą 
równiutko ułożonych koców.

Kobieta  o  imieniu  Bel  pochylała  się  nad  generałem  i  za 

pomocą  stetoskopu  go  osłuchiwała.  Chwilę  później 
ciemnoskóry mężczyzna wniósł do chaty dwa wiadra gorącej 
wody  i  przelał  ją  do  miednicy.  Na  ich  widok  uśmiechnął  się 
szeroko, pokazując dwa rzędy białych zębów.

Podszedł do Michaela, by serdecznie uścisnąć mu dłonie.

- Belhara - przedstawił, się, po czym wskazał na nosze z 

rannym pilotem. - Operacja?

Chloe odpowiedziała mu w dialekcie, na co on przytaknął 

i pospiesznie opuścił chatę.

- Co mu powiedziałaś?

Powoli przeniosła na niego spojrzenie.

- Że  będę  operować.  Belhara  wyszedł,  żeby  wszystko 

przygotować. - Odwróciła  się  na  pięcie  i  podeszła  do  Bel. 
Najwyraźniej go ignorowała.

Poczuł na ramieniu rękę Miri.

background image

- Chodźmy. Pokażę ci naszą wioskę. Posłusznie ruszył za 

nią,  zastanawiając  się  przy tym,  co  ciekawego  ma  do 
zaoferowania taka wioszczyna zapomniana przez Boga i ludzi. 
Miri poprowadziła go na centralny plac, gdzie stała studnia, a 
tam  opowiedziała  mu,  jak  to  się  stało,  że  jej  sponsorem  jest 
Pacific Medical Aid. Oprowadziła go po kilku warzywnikach, 
pokazywała komórki, w których przechowywano zapasy.

- Nie gniewaj się na Chloe - poprosiła niespodziewanie. -

Ona  jest  bardzo  oddana  swoim  pacjentom.  Musi  teraz  się 
zastanowić.

- Nad czym? Nad operacją?
- Nad  pilotem.  Jego  stopa  jest  do  niczego.  Krew  nie 

dochodzi.

- Tak. Konieczna jest amputacja.
- Chloe  jest  szczególnie  szanowana  w  naszej  wsi. 

Wszyscy  ją  kochamy,  a  ona  kocha  nas.  Zrozum,  ona  jest  w 
podróży, która, moim zdaniem, jest bliska końca.

- Jakiej podróży? - zdziwił się. - Kończy się jej kontrakt z 

PMA?

- Nie. - Miri  uśmiechnęła  się  z  pobłażaniem. - Swojej 

osobistej  wędrówki.  Każdy  z  nas  jest  w  drodze.  Życie  jest 
nieustanną  wędrówką.  Jeden  etap  się  kończy,  następny 
zaczyna.  Ty  też  jesteś  w  drodze.  Dużo  wycierpiałeś  i  jak 
Chloe trzymasz się od ludzi z daleka.

Wysoko uniósł brwi.

- Skąd  wiesz...? - Ze  zdumienia  brakowało  mu  słów.  Ta 

kobieta  zna  go  od  kilku  minut,  a  już  go  oszacowała.  I  to 
trafnie.

- Ja  widzę,  co  nosisz  w  sercu.  Opiekuj  się  Chloe.  Ona 

potrzebuje kogoś, o kogo mogłaby się troszczyć i kto dałby jej 
to samo.

Zerknąwszy  na  chatę,  w  której  została  Chloe,  zobaczył, 

jak wynoszono generała.

background image

- Co oni robią?
- Trzeba  go  przenieść,  żeby  Chloe  mogła  operować. 

Gdyby był w złym stanie, nie pozwoliłaby go ruszać, ale nasz 
generał  wraca  do  zdrowia. - Spojrzała  mu  w  twarz. - Jesteś 
dobrym  lekarzem.  Uratowałeś  naszego  przywódcę,  za  co 
jesteśmy ci wdzięczni z całego serca. Jest pan tu zawsze mile 
widziany, doktorze Hill.

- Zbadam go.
- Nie  ma  potrzeby.  Bel  już  to  zrobiła,  a  on  musi  stąd 

zniknąć.  Tu  nie  jest  bezpiecznie.  Idź  pomóc  Chloe. -
Poklepała go po ramieniu. - Chodź. Musicie porozmawiać jak 
lekarze.

Wewnątrz  chaty  zaszła  zdumiewająca  zmiana.  W  samym 

jej środku stał namiot z prześcieradeł. Gdy Michael zajrzał do 
środka,  ujrzał  nosze  z  Garym  Western,  nad  którym  pochylał 
się Belhara. Chloe i Bel rozmawiały, stojąc nieopodal stolika z 
miednicą.

Podszedł  do  nich  i  cicho  odchrząknął.  Chloe  powoli  się 

odwróciła.

- Pomóc wam? - zapytał.
- Tak. Amputowałeś już kończyny dolne?
- Asystowałem przy takiej amputacji na stażu z ortopedii.
- To mi wystarczy. Ja będę operować, ty i Bel będziecie 

asystować, a Belhara zajmie się znieczuleniem.

- Masz wszystko, co potrzebne? Przytaknęła.
- Instrumenty już się sterylizują i niedługo je dostaniemy.

Nie  mógł  wyjść  z  podziwu.  Chloe  ma  wszystko  pod 

kontrolą i dokładnie wie, czego jej potrzeba.

- Będziesz mówiła po angielsku? - upewnił się.
- Najczęściej.  Belhara  nie  najlepiej  włada  angielskim, 

więc  Miri  podjęła  się  tłumaczenia.  Dzięki  temu  będę  mogła 
skupić się na operacji, zamiast dwa razy powtarzać to samo w 
różnych językach.

background image

- To,  co  wy  powiecie,  ja  powiem  w  moim  języku -

wyjaśniła Miri. - I na odwrót. Różowo?

- Różowo? - zdziwił  się,  wywołując  uśmiech  na  jej 

twarzy.

- Zdarza mi się użyć niewłaściwego słowa - przyznała ze 

skruchą. - Ale  wyraz,  który  w  naszym  języku  określa 
pomyślność  albo  zadowolenie,  najlepiej  tłumaczy  się  jako 
„różowo".

- Różowo. - Pokiwał głową z przekonaniem. - Podoba mi 

się.

Chloe  zaczęła  myć  ręce,  a  on  wiedział,  że  jak  wszyscy 

chirurdzy,  teraz  przebiega  myślami  każdy etap  operacji. 
Obserwował  ją  z  nieskrywanym  podziwem.  Być  może  nie 
spotkał  w  swojej  karierze  kobiety  tak  oddanej,  tak 
skoncentrowanej  na  wszystkim,  co  robi.  Chloe  jest  jednak 
trochę  spięta,  więc  od  czasu  do  czasu  mogłaby  sobie  nieco 
pofolgować.  Z  drugiej  strony,  nie  miała  nic  przeciwko  temu, 
kiedy  się  całowali.  Tak,  wtedy  się  rozluźniła  i  było  to 
niesamowite doznanie.

- Gotowy? - zapytała, gdy kończył mycie. - Będę mówić 

przez cały czas - odezwała się - żeby wszyscy byli na bieżąco.
- Powiedziała to najpierw  po angielsku, potem w dialekcie. -
Miri...

- Jestem tutaj, w kącie.
- Zawczasu  przepraszam  za  to,  że  będę  przeskakiwać  z 

jednego języka na drugi.

- Nie  ma  sprawy,  Separ - odparła  Miri. - Postaram  się, 

żeby wszyscy wiedzieli, co powiedziałaś.

- Byłaś rewelacyjna - oświadczył, gdy kilkadziesiąt minut 

później przebierali się po zabiegu.

- Czyżby?
- Chloe,  nie  potrafisz  przyjąć  zasłużonej  pochwały? 

Wzruszyła ramionami.

background image

- Nie  przywykłam  do  pochwał. - W  skupieniu 

zdejmowała  ubranie  ochronne, a  potem  zaczęła robić  skłony, 
by rozciągnąć zmęczone mięśnie.

Michael  pożerał  wzrokiem  jej  kuszące  kształty,  a 

jednocześnie  miał sobie  za złe, że  tak  się gapi na  dopiero  co 
poznaną kobietę. Chwilę później usłyszał, że woła go Miri.

- Michael,  idź  na  spacer  z  Chloe.  Odetchnijcie  świeżym 

powietrzem, zanim się ściemni.

- Dzięki, ale musimy zostać przy pacjencie.
- Idźcie.  Bel  się  nim  zajmie.  Ona  jest  bardzo  dobra. -

Położyła mu rękę na ramieniu. - Zrób to dla Chloe. Ona musi 
przystanąć  i  odetchnąć  głęboko.  Oboje  nieźle  dostaliście  w 
kość, a to nie koniec. Idźcie. Żebyście po powrocie byli...

- Różowi? - zapytał z uśmiechem.
- Przygotowani.

Chloe  wyszła  z  chaty.  Przystanęła,  widząc  ich 

rozpromienione twarze.

- Wydarzyło się coś ciekawego?
- Nie - odrzekła  Miri. - Teraz  musisz  iść,  Separ. 

Zaprowadź  Michaela  nad  wodę,  żebyście  spłukali  z  siebie 
trudy  dnia.  To  wam  dobrze  zrobi.  Idźcie,  a  my  będziemy 
pilnować waszego pacjenta.

Chloe  westchnęła,  mimo  że  darzyła  Bel  bezgranicznym 

zaufaniem. Uważała ją za najlepszą pielęgniarkę, z jaką miała 
okazję pracować. Czuła też, że kąpiel w rzece bardzo by się jej 
przydała.  Za  to  dalsza  obecność  Michaela  wcale  nie  była  jej 
potrzebna.  Gdy  w  końcu  rzuciła  okiem  na  jego  potargane 
włosy i brudne ubranie, uznała, że i on powinien porządnie się 
umyć. Sama pewno wygląda nie lepiej. Oczami duszy już się 
widziała zanurzona po szyję w czystej chłodnej wodzie.

- Okej, chodźmy. - Ruszyła w stronę dżungli.
- Michael,  pomóż  jej  się  odprężyć - szepnęła  na 

odchodnym Miri.

background image

- Jak? - mruknął. - Kłuje jak oset.
- Więc  ją  przeproś  za  to,  że  jesteś  mężczyzną,  a  ona  ci 

przebaczy.

- Skąd ty to...?
- Idź już, zanim stracisz ją z oczu.
- Widzę, że już się zaprzyjaźniłeś z Miri - prychnęła, gdy 

ją dogonił.

- Ona potrafi przejrzeć człowieka na wylot.
- Mnie to mówisz?

Rozważał  w  myślach  słowa  Miri.  Tak,  Miri  ma  rację. 

Może  nie  wie  dokładnie,  co  zaszło  między  nimi,  ale  chłód 
Chloe jest bardzo wymowny.

- Lubicie się? - zapytał.
- Ona i Jalak są dla mnie jak rodzina.
- Często mieszkałaś w ich wiosce?
- Wiele  razy.  Jest  usytuowana  w  samym  sercu  wyspy, 

więc przychodzą tu ludzie z innych wiosek. Jeśli dzieje się coś 
niedobrego  na  większą  skalę,  Pacific  Medical  Aid  wysyła 
ekipę do innej wsi, ale tutaj czuję się jak u siebie.

- A  teraz  musisz  ich  opuścić.  Domyślam  się,  że  za 

każdym razem te pożegnania są bardzo przykre.

- Tak - odpowiedziała przez ściśnięte gardło. Dlaczego on 

musi być taki miły i rozumiejący? Lepiej by się czuła, gdyby 
się pokłócili. Mogłaby wtedy go unikać.

- Kiedy byłaś tu po raz ostatni?
- Przedwczoraj.
- I stąd wyjechałaś na lotnisko?
- Tak.
- Tu miałaś poradnię?
- Nie.  Tutaj  była  nasza  baza,  z  której  wychodziliśmy  do 

dwóch innych wiosek.

- Użyłaś liczby mnogiej? Gdzie są ci inni?
- Przenieśli się na południe i tam założyli nową bazę.

background image

- To tak wygląda życie z PMA?
- Mnie  się  podoba - rzuciła  urażonym  tonem.  Michael 

uśmiechnął się pod wąsem.

- Wcale  nie  powiedziałem,  że  źle  się  żyje  z  Pacific 

Medical  Aid - bronił  się. - Po  prostu  inaczej,  niż  sobie 
wyobrażałem.

- To dlaczego się zgłosiłeś?
- Bo mi się wydawało, że zdobędę nowe doświadczenia.
- Które będą ładnie wyglądały w twoim życiorysie.
- Nie zależy mi na ładnym życiorysie.
- To na czym ci zależy? - Zatrzymała się i popatrzyła mu 

głęboko  w  oczy. - Dlaczego  znalazłeś  się  na  pokładzie  tego 
samolotu?

-

Jako 

pierwsze 

zadanie 

PMA 

poleciła 

mi 

przetransportować chorego VIP - a do Australii.

- A potem?
- Gdyby  uznano,  że  się  sprawdziłem,  miałem  być 

skierowany  z  powrotem  na  Tarparnii  albo  do  Papui - Nowej 
Gwinei. Myślę, że kiedyś poznam ich werdykt.

- No dobrze, ale skoro nie zależy ci na ładnym akapicie w 

życiorysie, to po co się zgłosiłeś?

- A ty po co?
- Żeby nieść pomoc potrzebującym. Żeby zmieniać świat.
- I uciec od przeszłości? Wysoko uniosła głowę.
- Tak jak ty?
- Ja od niczego nie uciekam. Ja... cieszę się życiem.
- Używasz życia w sercu dżungli w kraju objętym wojną 

domową?  Interesujące. - Mimo  to  ją  zaintrygował.  Chęć 
czerpania z życia pełnymi garściami jest godna pochwały, ale 
coś musiało go do tego pchnąć. Coś dużego. Śmierć ojca?

Szli  dalej  w  milczeniu,  wypatrując  na  błotnistej  ziemi 

bardziej  osuszonych  miejsc.  W  pewnej  chwili  Chloe 

background image

pośliznęła  się,  tracąc  równowagę.  Błyskawicznie  złapał  ją  w 
ramiona.

Przez  moment  stali  w  bezruchu  i  patrzyli  sobie  w  oczy. 

Oboje  byli  świadomi  tego  przerażającego  iskrzenia,  ale 
należało  najpierw  sprawdzić,  czy  jest  między  nimi  choć 
odrobina sympatii.

- Co znaczy „Separ"? - Jego oddech musnął jej policzek. 

Od kiedy pocałował ją tego ranka, marzyła, by znowu znaleźć 
się w jego objęciach.

Nie  uśmiechała  się,  porażona  pożądaniem,  które 

wyczytała w jego wzroku.

- To  kamień  szlachetny.  Nigdy  go  nie  widziałam,  ale 

podobno bardzo piękny.

- Miri słusznie tak cię nazywa.
- Uważasz,  że  jestem  piękna? - zapytała  przez  ściśnięte 

gardło.

- Nie udawaj. Dobrze wiesz, że jesteś piękna.

Była to dla niej nowość. Od wielu lat nikt nie podziwiał jej 

urody, a teraz sprawiło jej to dużą przyjemność. Zapamięta to 
do śmierci.

- Michael, co się dzieje między nami?
- Nie  zadawaj  mi  pytań,  na  które  nie  potrafię 

odpowiedzieć.

- Nie  potrafisz  czy  nie  chcesz? - Milczał. - To  bardzo 

proste pytanie.

- Ale odpowiedź nie jest prosta. A ty co o tym myślisz?
- Nie  wiem. - Zmieszana  przymknęła  powieki.  Wziął 

głęboki wdech, ale gdy ona otworzyła oczy, nie był w stanie 
dłużej walczyć z instynktem.

- Jedyne, czego teraz jestem pewien na sto procent, to to, 

że muszę cię znowu pocałować.

Odetchnęła z ulgą.

- Co cię powstrzymuje?

background image

Ze zdumienia szeroko otworzył oczy.

- Chyba nic.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY
Odkrycie, że jej ciało potrafi tak reagować, wprawiło ją w 

zdumienie.  Pocałunek  tego  mężczyzny  sprawiał,  że  poczuła 
się  kobieca  i  wartościowa.  Do  tej  pory  nie  miała  o  tym 
pojęcia.  Dopiero  Michael  jej  to  uprzytomnił.  Podobne 
doznania  ogarnęły  ją,  gdy  całowali  się  po  raz  pierwszy  i 
dlatego nie życzyła sobie, by to się powtórzyło. Teraz jednak 
wcale nie chciała tego przerywać.

Od  czasu  tamtego  pocałunku  działała  wbrew  sobie,  ale 

teraz  dała  się  ponieść  namiętności.  Pójdzie  na  całość. 
Wsuwając mu dłonie pod koszulę, tęsknie westchnęła.

Tak  powinno  być  zawsze.  Tak  jak  teraz.  Ta  myśl  ją 

poraziła.  Jak  to  się  stało,  że  jej  reakcje  tak  gwałtownie  się 
nasiliły?  Przecież  bardzo  się  starała  zapomnieć  o  tych 
doznaniach  i  emocjach.  Już  lata  temu  nauczyła  się  panować 
nad swoimi myślami, a mimo to Michael stopniowo się w nie 
wkrada... Co gorsza, bez jej przyzwolenia.

Wyrwała  się  z  jego  objęć  i,  ślizgając  się,  pobiegła  przed 

siebie błotnistą ścieżką. Patrzył na nią, nic nie rozumiejąc.

- Chloe, co się stało? - Ruszył za nią. - Powiedz.

Nie  może.  Nie  wolno  jej  więcej  tego  robić.  Ściągnie  na 

siebie  jeszcze  większy  ból,  bo  ku  swojemu bezgranicznemu 
zdziwieniu  zaczyna  ufać  temu  mężczyźnie.  I  naprawdę  go 
lubi, a to bardzo ryzykowne.

- Powiedz mi chociaż, jak daleko do tej rzeki.
- Niedaleko.

Dobrze,  że  się  do  niego  odzywa,  ale  nie  wiadomo,  czy 

zechce rozmawiać o tym, co się dzieje między nimi.

Wkrótce stanęli na brzegu rzeki. Zdziwiło go, że pomimo 

ulewy,  która  trwała  przez  całą  noc,  rzeka  nie  wyglądała  na 
wezbraną.

Gdy wspinali się na skały, Chloe bacznie uważała, by się 

nie pośliznąć i znowu nie wylądować w ramionach Michaela. 

background image

Zatrzymała się nad otoczonym głazami jeziorkiem, w którym 
biło naturalne źródło. Stanął obok niej.

- Pięknie tu - powiedział.

Spadło  na  nich  kilka  kropli  deszczu,  więc  na  trzy  cztery 

podnieśli głowy do góry, po czym spojrzeli po sobie.

- Chloe,  musimy  porozmawiać.  Odwróciła  się  do  niego 

plecami.

- Nie  teraz,  Michael.  W  tej  chwili  chcę  się  wykąpać  i 

oczyścić.

Jak należy to rozumieć: dosłownie czy w przenośni?

- W porządku. - Gdy zaczął rozpinać koszulę, odwróciła 

na niego spojrzenie. I popełniła karygodny błąd. Nie powinna 
była tego robić, ale już nie potrafiła oderwać od niego wzroku. 
Zapragnęła go dotykać, czuć pod palcami gładkość jego ciała. 
Oblizała  wargi.  Wiedziała,  że  on  ją  obserwuje,  ale  to  tylko 
wzmogło napięcie między nimi.

- Chloe, nie patrz tak na mnie.
- Dlaczego?
- Bo przez to coraz bardziej cię pragnę.
- Ty mnie pragniesz?
- Tak.
- Ale to jest wykluczone.
- I oboje o tym wiemy. Nie chcemy tego, ale to istnieje, 

Chloe. I nasila się z każdą chwilą.

Omiotła wzrokiem jego tors.

- Tak, wiem. - Lata temu przysięgała sobie, że już nigdy 

nie  wystawi  się  na  cierpienie.  Kochała  Craiga,  ale  los  jej  go 
odebrał.  Kochała  Nate'a,  ale  i  on  odszedł.  Nie  wolno  jej 
przywiązywać  się  do  Michaela,  bo  wynikną  z  tego  same 
problemy,  znowu  podda  się  emocjom.  Nie  chciała  nikogo 
darzyć  uczuciem,  bo  konsekwencją  tego  jest  tylko  rozpacz  i 
żal.  Poza  tym  Michael  już  ją  ostrzegł,  że  małżeństwo  go  nie 
interesuje,  co  całkiem  jej  odpowiada.  Mimo  to  w  jego 

background image

ramionach  zapominała  o  całym  świecie.  Jakby  potrafił 
odgrodzić  ich  od  przeszłości  i  przyszłości,  jakby  żyli  tylko 
bieżącą chwilą. To było najgroźniejsze.

- Chloe... - Położył jej rękę na ramieniu. Popatrzywszy w 

dół,  zobaczyła  jego  bose  stopy  umazane  błotem  i  upstrzone 
kawałkami  traw. - Chloe,  porozmawiajmy.  Musimy  jakoś  to 
rozwiązać.

- Nie mogę - wyszeptała.
- Boisz się swoich uczuć?
- Nie.
- Kłamiesz.  I  przez  to  wyrządzasz  sobie  największą 

krzywdę. Ja też próbowałem się okłamywać, więc wiem, że to 
się nieodmiennie źle kończy.

- Z jakiego powodu się okłamywałeś? Wypytujesz mnie, 

żeby nie mówić o sobie.

- Chcę  z  tobą  porozmawiać  o  tym,  co  się  dzieje  między 

nami.  Nic  więcej.  Może,  jak  ubierzemy  to  w  słowa,  będzie 
nam łatwiej to pojąć i się temu oprzeć. Uczciwie przyznaję, że 
kiedy  cię  obejmuję,  zapominam  o  bożym  świecie.  Nie 
rozumiem  tego,  nie  chciałem  tego,  ale  to  jest.  Udawanie,  że 
nic między nami nie ma, tylko pogorszy sytuację.

To prawda, ale ona nie umie mówić o swoich uczuciach. 

Nawet  gdy  była  z  Craigiem,  to  on  sterował  jej  uczuciami. 
Kiedy wykryto u niego raka, przestali rozmawiać, a on zaczął 
się przed nią zamykać, skazując ją na domysły.

Michael  zdejmował  spodnie,  a po chwili  stanął przed  nią 

w  bokserkach.  Spoglądał  na  nią  wyzywająco,  a  jej  aż  dech 
zaparło.

- Widzisz?  Potrafię  się  przyznać,  jak  bardzo  mnie 

pociągasz, ale wiem, że nie możemy posunąć się dalej, bo to 
grozi  katastrofą.  Proponuję,  abyśmy  zachowali  dystans, 
dopóki sobie nie wyjaśnimy, co się dzieje. - Michael ruszył na 
skraj skały, po czym skoczył do wody.

background image

Zniknął jej z oczu.
A  ona  dalej  stała.  Czego  chce?  Tak  szczerze.  Żeby 

Michael zniknął z jej życia? Patrzyła na rozpływające się kręgi 
na wodzie. Lubi, jak on jest blisko. Lubi emocje, które w niej 
budzi. Nawet za bardzo. I to jest problem. Od kiedy się rozbili, 
zdarzyło się to już kilka razy. Jak ona ma się skoncentrować, 
skoro przez cały czas myśli tylko o nim?

Ściągnęła brwi, bo Michael się nie wynurzał. Pospiesznie 

zaczęła  się  rozbierać.  Gdy  uprzytomniła  sobie,  że  z  powodu 
deszczu  woda  w rzece  stała  się  mętna,  serce  podskoczyło  jej 
do  gardła.  Michael  mógł  się  zaplątać  w  jakieś  podwodne 
korzenie.  Już  miała  skoczyć,  gdy  dostrzegła  jego  głowę.  No, 
nic  mu  się  nie  stało,  ale  dlaczego  tak  się  nim  przejmuje?
Skoczyła ze skały.

Czy  Michael  ma  rację,  upierając  się,  że  rozmowa  w 

czymkolwiek im pomoże? Jak na ludzi, którzy twierdzą, że nie 
są  zainteresowani  sobą  nawzajem,  mają  ogromne  trudności  z 
trzymaniem  rąk  przy  sobie.  Stwierdziwszy,  że  Michael 
pociąga ją z każdą godziną coraz bardziej, uznała, że lepiej o 
tym nie myśleć.

Zanurkowała,  a  gdy  wynurzywszy  się,  go  nie  dostrzegła, 

ponownie  ogarnął  ją  niepokój.  Chwilę  potem  znowu  go 
zobaczyła. Westchnęła. Ten facet ją wykończy.

Co ona w nim widzi?
Płynie  teraz  do  brzegu.  O,  wychodzi.  Ależ  on  jest 

zbudowany... Od razu widać, że bywa często w siłowni.

Gdy  w  końcu  przeniosła  spojrzenie  na  jego  twarz, 

zorientowała się, że ją obserwuje.

- Chloe?

Zabrzmiało  to  jak  pieszczota,  pieszczota,  której 

pragnęłaby doświadczać do końca swoich dni.

Wiedziała, o co ją prosi. W jego tonie brzmiała obietnica, 

że jej wysłucha, że chce  razem z nią przedyskutować, co ich 

background image

łączy.  O,  jak  bardzo  by  chciała  spełnić  jego  życzenie. 
Zamknęła oczy, by przerwać ten kontakt.

Kiedy  je  otworzyła,  wkładał  spodnie,  dając  jej  do 

zrozumienia, że i ona powinna wyjść z wody. Nie patrząc na 
niego,  wdrapała  się  na  brzeg,  podeszła  do  swoich  rzeczy  i 
zaczęła się ubierać. Zastanawiała się, czy on przygląda się jej 
z  takim  samym  zaciekawieniem  jak  ona  jemu,  ale  sama  ta 
myśl sprawiła, że jej oddech niebezpiecznie przyspieszył.

Trudno  włożyć  mokre  ubranie  na  mokre  ciało.  Spodnie 

wciągnęła  bez  problemów,  ale  nie  mogła  poradzić  sobie  z 
topem, który zrolował się jej pod łopatkami.

- Pomogę  ci. - Nie  zauważyła,  kiedy  do  niej  podszedł. 

Rozprostowując  top,  parokrotnie  niechcący  dotknął  jej 
pleców,  przyprawiając  ją  o  drżenie.  W  końcu  wygładził  top, 
po czym położył dłonie na jej biodrach. Czuła ciepło bijące od 
niego i modliła się, by dane było jej wytrwać.

Po  chwili  zaczął  zataczać  palcami  niewielkie  kręgi, 

masując jej krzyż. Opuściła powieki. Daje jej kolejną szansę, 
czy po prostu nie potrafi się powstrzymać?

Przyciągnął ją do siebie tak, że plecami oparła się o jego 

tors.  Ten  kontakt  sprawił,  że  przeszył  ją  dreszcz,  a  on  bez 
ostrzeżenia  zaczął  obsypywać  pocałunkami  jej  ramiona  i 
szyję.

- Chloe - wyszeptał.

Gdy  pomyślała,  że  jest  gotowa  na  wszystko, 

niespodziewanie odsunął ją od siebie.

Zachwiała się i odwróciła, by zajrzeć mu w oczy. Kipiały 

pożądaniem.

- Wystarczy - powiedział  zmienionym  głosem,  po  czym 

sięgnął po buty i zaczął schodzić z kamieni.

Patrzyła za nim z niedowierzaniem. Czy rzeczywiście jest 

gotowa poddać się temu, co jest między nimi? Michael chyba 
ma  rację.  Powinni  porozmawiać  oraz  zachować  dystans. 

background image

Opracować jakiś plan i się go trzymać. On nie chce się wiązać, 
ona również. To proste, prawda?

Zebrała  swoje  rzeczy  i  ruszyła  za  nim  w  stronę  ścieżki 

prowadzącej  do  wioski.  Z  daleka  zobaczyła,  że  siedzi  na 
powalonym  pniu  i  wkłada  skarpetki  oraz  buty.  Przysiadła 
obok  i  zrobiła  to  samo.  Kiedy  skończyła,  wstał.  Szli  w 
milczeniu.  Zastanawiał  się  w  duchu  nad  tym,  co  różniło  ich 
marsz  nad  rzekę  od  drogi  powrotnej.  Muszą  się  skupić  i  nie 
zwracać uwagi na więź, która zaczyna ich łączyć.

Już w wiosce podszedł do nich Jalak.

- Rozmawiałem  z  Pacific  Medical  Aid.  Za  dwa  dni 

przyleci tu nowy samolot.

Chloe westchnęła. Ta wiadomość wcale jej nie ucieszyła.

- Dziękuję, Jalak.
- To  nam  pozwoli  przewieźć  Westa  i  generała  w 

spokojniejsze rejony - zauważył Michael.

- Generała nie ma - oznajmił Jalak.
- Co takiego? - zapytali chórem.
- Generał  i  jego  par'machkai  odeszli.  Wiedzą,  że  tu  jest 

niebezpiecznie. Teraz generał jest w bezpiecznym miejscu.

- Ale  ja  muszę  go  zbadać! - zaprotestował  Michael. -

Przeszedł poważną operację.

- Przecież go zreperowałeś.
- Tak, zreperowałem, ale on może dostać infekcji...
- Stało  się. - Jalak  stanowczym  gestem  położył  mu  rękę 

na ramieniu.

- West został? Czy też go gdzieś wynieśliście? - Michael 

nie  krył  sarkazmu.  On  stara  się  ratować  czyjeś  życie,  a  oni 
ignorują jego zalecenia.

Jalak sprawiał wrażenie speszonego.

- On jest tutaj - powiedział, wskazując na chatę, w której 

Chloe operowała pilota.

background image

- Całe szczęście - mruknął Michael, kierując się do chaty. 

Chloe zaś uznała za stosowne uspokoić Jalaka.

- Michael  nie  orientuje  się  w  sytuacji  na  Tarparnii -

wyjaśniła. - Aleja rozumiem jego zdenerwowanie.

- Jak  generał  zachoruje,  wie,  że  wy  tu  jesteście.  Ale  on 

będzie zdrowy.

- Wiem. - Serdecznie go uścisnęła. Podeszła do nich Miri.
- Odświeżająca  kąpiel? - zapytała,  kładąc  jej  rękę  na 

ramieniu.

- Tak.
- Mam  dla  was  czyste  ubranie.  Chodź  ze  mną. 

Poprowadziła  Chloe  do  chaty  tuż  obok  szpitala, w  której 
często nocowali pracownicy PMA. Zgodnie z tradycją była to 
jedna  duża  izba,  w  której  mieścił  się  stolik  z  miednicą  oraz 
półki  z  naczyniami  kuchennymi,  ręcznikami,  kocami  i 
prześcieradłami. Był tu też stół i krzesła, przez co miejsce do 
spania  było  bardzo  ograniczone.  Na  podłodze  leżały  obok 
siebie dwie maty, a na nich suche ubrania.

- Dziękuję ci - powiedziała Chloe.
- Ty go lubisz, prawda? - zapytała Miri, nie odrywając od 

niej wzroku.

- Kogo?
- Separ, mnie nie oszukasz.
- Sama nie wiem. - Chloe westchnęła.
- Ale go lubisz. - To było stwierdzenie.
- Tak, ale nie chcę.
- Dlaczego?
- Bo jest uparty, bezczelny i samolubny.
- Naprawdę? A może mówisz tak tylko dlatego, żeby się 

bronić?  On  potrzebuje  twojej  pomocy,  a  ty  też powinnaś  mu 
pozwolić, żeby tobie pomógł.

- Nie  potrzebuję  niczyjej  pomocy.  Miri  uśmiechnęła  się 

wyrozumiale.

background image

- Każdy  potrzebuje  pomocy,  żeby  zakończyć  swoją 

wędrówkę.

- Moja wędrówka dobiega końca?
- Jeśli tego zechcesz...

Chloe czuła się kompletnie wyczerpana.

- W głowie mi się mąci - westchnęła.
- Przebierz  się,  zjedz  coś,  a  potem  idź  spać.  Ja  idę  po 

Michaela.

Zdejmując  mokre  spodnie  i  top,  starała  się  nie  myśleć  o 

pieszczocie jego rąk. Nie, nie teraz. Teraz musi się pospieszyć, 
bo  on  zaraz  tu  wejdzie.  Wkładając  barwną  spódnicę,  dzieło 
jednej  z  tutejszych  kobiet,  poczuła,  że  także  w  jej  duszy 
zachodzi zmiana.

Michael  budzi  w  niej  doznania,  o  których  dawno 

zapomniała.  Zostały  pogrzebane  razem  z  Craigiem.  Nie 
bardzo  wiedziała,  co  teraz  do  niego  czuje,  ale  też  nie  miała 
wyrzutów  sumienia,  których  tak  bardzo  się  obawiała.  Po 
śmierci  męża  przysięgła  sobie,  że  już  nie  pokocha  żadnego 
mężczyzny.  Wydawało  się  jej,  że  oznaczałoby  to  złamanie 
przysięgi  małżeńskiej, ale  teraz  zrozumiała,  że  to  nieprawda. 
Śmierć  oddzieliła  ją  od  Craiga,  sprawiła,  że  przestała  być 
kobietą zamężną, a to oznacza, że nie ma nic złego w tym, że 
coś czuje do Michaela.

On  chce  zrozumieć,  co  to  jest,  po  to,  by  się  przed  tym 

bronić,  ale  ona  wcale  nie  jest  przekonana,  że  powinni  się 
opierać. Przerażająca myśl.

Usłyszała  skrzypienie  schodów,  więc  pospiesznie  zapięła 

bluzkę  i  przegarnęła  palcami  mokre  włosy.  Dlaczego  on  nie 
wchodzi?

- To ty, Michael?
- Jesteś tam?
- Chcesz wejść?

background image

- A  mogę?  Miri  powiedziała,  że  się  przebierasz. 

Uśmiechnęła się do siebie. Tego się po nim nie spodziewała.

- Jestem już ubrana.

Na jej widok oniemiał z zachwytu. Kiedy pytał, czy może 

wejść,  powinna  mu  tego  zabronić.  Największe  wrażenie 
zrobiły na nim jej rozpuszczone włosy, które do tej pory były 
ściągnięte  gumką.  Ciągle  nie  wiedział,  jak  interpretować  ich 
wzajemną fascynację, ale czuł, że nigdy nie będzie miał dosyć 
Chloe Fitzpatrick.

- Ja już... - wyjąkała. - Miri... przyniosła ci nowe rzeczy. -

Z jednej strony wolałaby, żeby tak na nią nie patrzył, z drugiej 
nie chciała, aby przestał.

Wsunęła stopy w ręcznie zrobione mokasyny i obeszła go 

wielkim półkolem. Michael stał pośrodku izby z zaciśniętymi 
pięściami, by jej nie dotknąć.

Zatrzymała się przy wyjściu.

- Powinny na ciebie pasować - powiedziała. - Miri zebrała 

sporą  kolekcję  rzeczy  pozostawionych  przez  chłopców  z 
PMA. - Obrzuciła  go  spojrzeniem. - Kilku  z  nich  jest  twojej 
budowy. - Odwróciła  się,  by  znowu  nie  stracić  jasności 
myślenia.

- Dzięki. - Odczekał, aż ucichną jej kroki. Potem policzył 

do  dwudziestu  i  dopiero  wtedy  otworzył  oczy  i  się 
zrelaksował. Co ona ma w sobie? Nie zdaje sobie sprawy, jak 
na  niego  działa?  Pospiesznie  przebrał  się  w  czyste  dżinsy  i 
koszulę. Znalazły się nawet buty! Poczuł się jak w raju.

Gdy  wyszedł  z  zawiniątkiem  brudnych  ubrań,  niemal  od 

razu, już na schodkach, wpadł na Chloe.

- Michael,  to  ty?! - zawołała,  nie  kryjąc  podziwu.  W 

przyciasnych  dżinsach  i  niedopiętej  koszuli  prezentował  się 
jak młody bóg.

background image

Przez  tych  kilka  minut,  kiedy  się  nie  widzieli,  jej  włosy 

zdążyły  wyschnąć  i  teraz  lekko  sfalowane  opadały  jej  na 
ramiona. Nie mógł się powstrzymać, by ich nie dotknąć.

- Jesteś oszałamiająco piękna.

W  odpowiedzi  oblizała  wargi,  jakby  domagając  się 

pocałunku,  ale  on  opuścił  dłoń  i  odsunął  się.  Tak  należy 
postępować. Trzeba zachować dystans.

- Gotowy? - zapytała.
- Na co?
- Zjadłbyś coś?
- Zdecydowanie tak.
- Zostaw  te  rzeczy przy  wejściu. Ktoś się  nimi zajmie. -

Zeszła na trawę. - Tędy.

Szli  w  pewnej  odległości  od  siebie.  Jeśli  uda  się  im 

trzymać od siebie z daleka przez dwa najbliższe dni, - znajdą 
się  w  Australii  i  każde  pójdzie  swoją  drogą,  co pozwoli  im 
otrząsnąć się z tego zauroczenia. Jeśli nie, to ona zwariuje.

- Byłaś u Westa?
- Tak. Wszystko w porządku.
- Nie  spodziewałbym  się  komplikacji.  Przeprowadziłaś 

operację wzorowo.

- Dzięki. - Z godnością przyjęła tę pochwałę.
- Powinnaś zostać chirurgiem. Dobrze ci to wychodzi.
- Są inne rzeczy, które też dobrze mi wychodzą.
- Nagle  zorientowała  się,  że  mogło  to  zabrzmieć  jak 

aluzja. - Zawodowe - dodała pospiesznie.

- Zrozumiałem, co miałaś na myśli. Westchnęła.
- Czy  już  zawsze  wszystko,  co  powiemy,  będzie 

dwuznaczne?

- To nie jest wykluczone. - Uśmiechnął się krzywo. - Nie 

zaprzątajmy sobie tym głowy.

- Słusznie. - Wskazała na jedną z większych chat.
- Tutaj przygotowano dla nas posiłek.

background image

Wewnątrz  już  czekał  na  nich  Jalak  oraz  Miri.  Jalak 

szerokim  gestem  zaprosił  ich  do  nieociosanego  pnia  drzewa 
zastawionego  owocami,  zimnym  mięsem,  chlebem  i  innymi, 
dla Michaela tajemniczymi, smakołykami.

- Jupoypu 'na 'wl'vaD - powiedział, nisko się kłaniając. -

Uczta godna królów.

- Nie jesteśmy królami - roześmiała się Chloe, sięgając po 

owoc  z  pomarańczową  skórką,  kształtem  przypominający 
jabłko. - Ale nie będziemy narzekać.

Michael nie mógł się zdecydować, od czego zacząć.

- Serdecznie  wam  dziękuję - powiedział,  na  co  oboje 

nisko pochylili głowy, po czym ruszyli do wyjścia.

- Zostawiamy  was  samych - oznajmiła  Miri.  Michael 

zerknął  na  Chloe,  która  wzruszywszy  ramionami,  ugryzła 
owoc.

- Pyszne - szepnęła.
- Fantastyczny poczęstunek - przyznał.
- Oni są bardzo gościnni.
- Widzę.  Co  powiedział  Jalak?  Kiedy  odezwał  się  w 

dialekcie. - Z  zapałem  kosztował  wszystkiego,  co  przed  nim 
postawiono.  Jeszcze  nigdy  jedzenie  tak  mu  nie  smakowało. 
Ostatni  raz  jadł  na  pokładzie  samolotu  z  Sydney,  więc  ten 
posiłek spadł mu jak manna z nieba.

- To takie powiedzenie zarezerwowane dla najbliższych -

odparła,  przełykając  kęs  mięsa. - Znaczy  tyle  co  „dla  moich 
kochanych przyjaciół".

- Ładne.
- Też tak uważam.
- Rozumiem  już,  dlaczego  tak  ci  się  tutaj  podoba. 

Uśmiechnęła się.

- On  są  naturalni.  Bezpośredni.  Jeśli  między  dwoma 

wioskami  powstanie  konflikt,  zwołuje  się  naradę,  żeby 
problem rozwiązać.

background image

- Rządzi tu Jalak i Miri?
- Jalak jest wodzem.
- Można tu zapomnieć, że jest jeszcze cały świat.
- Bez trudu.
- Rozumiem  też,  dlaczego  nie  masz  ochoty  wracać  do 

Australii.  Taki  powrót  do  cywilizacji  może  być  bardzo 
nieprzyjemny.

- Tam panuje nieustanny hałas.
- Skoro  jesteś  tu  taka  szczęśliwa,  to  trudno  nazwać  to 

ucieczką. - Popatrzył  na  nią  sponad  szklanki,  a  ona 
wytrzymała  jego  spojrzenie. - Pytałaś  mnie,  czy  od  czegoś 
uciekam, a ja temu zaprzeczyłem.

- Ale jednak uciekasz?
- Staram się zapanować... - zaczął powoli.
- Nad swoim życiem?
- Tak.
- Osoby,  którym  jest  to  potrzebne,  zazwyczaj  sporo 

przeszły.

- Tak,  masz  rację.  Inni  nawet  nie  zdają  sobie  sprawy  z 

tego, jak mało od nas zależy.

- Na przykład śmierć twojego ojca?
- Poniekąd.
- Chorował?
- Tak,  nowotwór. - Sięgnął  po  truskawkę. - W 

dzisiejszych czasach taka informacja nie robi na nas wrażenia, 
prawdopodobnie  dlatego,  że  każdy  zna  lub  słyszał  o  kimś 
takim.

- Tak. To może być członek rodziny, przyjaciel, znajomy 

znajomego...

- Albo sam to przeszedł. - Odwrócił  wzrok. Chloe nagle 

zrobiło się gorąco.

- Miałeś raka?
- Tak.

background image

- A  jednak  jest  coś,  co  nas  łączy.  Ofiary  raka.  Witaj  w 

dwudziestym pierwszym wieku.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY
Tej  nocy  spali  jak  zabici,  ale  po  przebudzeniu  Michael 

stwierdził,  że  bolą  go  plecy  oraz  lewa  ręka.  Pomyślał,  że  to 
dlatego,  że  nie  jest  przyzwyczajony  do  spania  na  macie 
uplecionej z trawy. Wprawdzie wieczorem Chloe położyła na 
niej  kilka  koców,  by  mu  było  miękko,  ale  on  i  tak  był 
przekonany, że ma siniaka na kości biodrowej.

Kiedy  spróbował  poruszyć  lewym  ramieniem,  nie  poczuł 

go. Otworzył więc oczy i natychmiast zrozumiał, co sprawiło, 
że  ręka  mu  ścierpła.  To  Chloe  użyła  jego  ramienia  jako 
poduszki, a jego w roli termofora.

Leżała  plecami  do  niego,  ale  tak,  by  go  nie  dotykać. 

Oddychała miarowo.

Nie  chciał  się  ruszać,  ale  ból  ramienia  spowodowany 

brakiem  dopływu  krwi  stawał  się  coraz  bardziej  dokuczliwy. 
Postara się zrobić to tak, żeby jej nie obudzić.

Po tym, gdy wspomniał o raku, zmienili temat na lżejszy, 

a nim poszli spać, zbadali Gary'ego Westa. Nie mieli strojów 
nocnych,  więc położyli się w tym, w czym stali. Michaelowi 
przeszkadzała zasnąć świadomość, że tuż obok leży Chloe, ale 
w końcu zmogło go zmęczenie.

Znalazł  się  na  niebezpiecznym  gruncie.  Od  lat wmawiał 

sobie, że z powodu choroby nie wolno mu wiązać się z żadną 
kobietą.  Nowotwór  zmienił  jego  życie.  Teraz  dowiedział  się, 
że także życie Chloe.

To daje im temat do rozmów, łączą ich podobne emocje, 

bo  choroba  oddziałuje  na  uczucia,  zmienia  poglądy  i 
perspektywę.  Bardzo  przeżył,  kiedy  chorobę  Hodgkina 
wykryto u jego ojca, ale kiedy lekarze uparli się, żeby i jego 
przebadać,  i  także  u  niego  ją  zdiagnozowali,  aczkolwiek  w 
bardzo wczesnym stadium, świat mu się zawalił.

Na co  chorował mąż Chloe?  Na którego  raka?  Pewnie  w 

bardzo  zaawansowanym  stadium.  Chloe  musiała  być  bardzo 

background image

młoda, wychodząc za mąż. Śmierć ukochanego  pozostawia u 
młodej osoby poważne blizny. Powiedziała mu wczoraj, że ma 
trzydzieści dwa lata i od czterech lat pracuje dla PMA.

W  trakcie  tej  rozmowy  wyczuł,  że  Chloe  nagle  się 

zaniknęła, jakby nie chciała poruszać jakiegoś tematu. Trudno 
do niej dotrzeć, ale też i on sam nie lubił opowiadać o swojej 
przeszłości.  Mimo  to  darzył  ją  ogromnym  szacunkiem.  Nie 
tylko  jest  świetnym  lekarzem,  ale  także  wspaniałym 
człowiekiem, który zamiast zamknąć się w sobie i wycofać z 
życia, wybrał pracę z Pacific Medical Aid.

Szkoda,  że  jego  motywy  nie  były  takie  szlachetne. 

Podpisując  trzymiesięczną  umowę  z  tą  organizacją,  myślał 
tylko  o  adrenalinie  i  mocnych  wrażeniach.  Teraz,  po  paru 
dniach w dżungli, zauważył, że po raz kolejny jego spojrzenie 
na świat uległo zmianie. A może patrzy na wyspę i tubylców 
oczami Chloe? Ona kocha to miejsce, a miejscowi kochają ją. 
Dla niej to nie tylko praca, a to zasługuje na jego podziw.

Jęknął cicho, czując, że już dłużej nie może tak leżeć. Ze 

ściągniętymi  brwiami  ostrożnie  uniósł  jej  głowę,  usiłując  nie 
zwracać uwagi na jej jedwabiste włosy. Dlaczego ona jest taka 
piękna?

Zamruczała,  po  czym  odwróciła  się  na  drugi  bok  tak,  że 

teraz  leżała  do  niego  przodem.  Masował  ścierpnięte  ramię, 
wpatrzony w jej twarz.

- Mmm. Michael.

Uśmiechnął  się,  dumny,  że  zaistniał  w  jej  snach,  i 

władczym  gestem  położył  rękę  na  jej  biodrze.  Otworzyła 
oczy, a on ujrzał w nich strach zamiast rozleniwienia.

- Wąż - wyszeptała przerażona.
- Nie. Dzisiaj nie ma węży - odparł łagodnym tonem. - To 

moja ręka - dodał lekko speszony.

- Twoja  ręka... - Jeszcze  dobrze  się  nie  obudziła. - Nie 

wąż?

background image

- Na pewno nie wąż.
- Twoja ręka?
- Tak. Przeszkadza ci?
- Mmm... chyba nie. Jeżeli to nie wąż... To chyba dobrze, 

prawda? - Nie  bardzo  wiedziała,  jak  się  zachować.  Wczoraj 
obudziła  się  w  jego  ramionach,  ale  wymusiła  to  sytuacja. 
Teraz znowu obudziła się tak blisko niego.

Z jednej strony było jej głupio, że pierwszą rzeczą, która 

przyszła jej do głowy, był wąż, z drugiej, było jej przyjemnie, 
że jest to jego ręka.

Ona  kaszlnęła,  on  chrząknął,  po  czym  oboje  się 

roześmiali, przez co napięcie między nimi zmalało.

- Chyba  pora  wstać  i  zbadać  Westa - powiedziała  w 

końcu.

- Uhm. Ale jest tak... miło. Podniosła na niego wzrok.
- Tak, bardzo miło.
- Lubię cię obejmować, Chloe.
- I na tym polega problem. - Zastanawiała się, dlaczego na 

wzmiankę  o  zmianie  pozycji  zrobiło  się  jej  smutno.  Może 
dlatego,  że  nie  wiadomo,  kiedy  to  się  powtórzy,  a  może 
dlatego, że coś w niej się zmieniło i zaczęła powoli żegnać się 
z przeszłością.

W pewnej chwili rozległ się tak potężny hałas, że zerwali 

się z miejsca. O mało nie zderzyli się głowami.

- Co to było?! - zapytał.

Oboje  nasłuchiwali  w  napięciu,  aż  do  ich  uszu  doleciał 

dziecięcy śmiech. Opadli na maty.

- Chloe, co to było? - powtórzył.
- W dżungli wiadomości rozchodzą się lotem błyskawicy.
- Jak mam to rozumieć?
- Że mamy gości.

Znieruchomiał, przypominając sobie o wrogach generała.

- Oczekiwanych?

background image

- Tak. - Uśmiechnęła  się  promiennie. - Ludzie  się 

dowiedzieli, że w tej wiosce są lekarze.

- Przyszli po poradę? Tak to się normalnie odbywa?
- Czasami  tak.  Najczęściej  przyjmuje  to  formę  bardziej 

zorganizowaną,  zwłaszcza  w  trakcie  akcji  szczepień -
wyjaśniła.

- A ten łoskot?
- To dzieci.
- Dzieci robią taki hałas?
- Tłuką kijami o pień drzewa. To taka zabawa.
- Dlaczego dzieci są na nogach o tak wczesnej godzinie?
- Żeby powitać kolegów z sąsiednich wiosek.
- Aha,  rozumiem. - Podszedł  do  okna.  Rzeczywiście,  na 

placu aż się roiło od ludzi.

Stanęła  obok  niego,  jednocześnie  palcami  rozczesując 

włosy.  Spojrzał  na  nią  akurat  wtedy,  kiedy  przymknęła 
powieki i odrzuciła w tył głowę.

- Chloe, nie rób tego - jęknął.
- Czego? - Skrzywiła się, trafiając na kolejny kołtun.
- Nie mogę się pohamować. - Zachłannie zamknął jej usta 

pocałunkiem.

Zdumiona  popatrzyła  na  niego,  po  czym  splotła  mu  ręce 

na  szyi,  przekonana,  że  to  jest  to,  czego  pragnie,  że  chce 
poczuć się jak młoda kobieta godna pożądania.

Odsunął się.

- Przepraszam,  Chloe.  Wiem,  że  nie  powinienem  tego 

robić.

Położyła mu palec na wargach.

- Nie mów nic. Rozumiem.
- Naprawdę? Więc mi to wytłumacz. Nadal sobie tego nie 

wyjaśniliśmy. Musimy to zrobić.

- Żebyśmy  zrozumieli? - zapytała. - Wątpię,  czy  to 

cokolwiek zmieni.

background image

- Na pewno zmieni. Musi.
- Żebyś mógł odzyskać kontrolę?
- Tak.

Z  potarganymi włosami,  rękami  w  kieszeniach  dżinsów  i 

boso wyglądał rozkosznie.

- Nie da się kontrolować wszystkich aspektów życia.
- Ale można próbować.
- Dlaczego?
- Powiedziałem  ci  wczoraj,  że  miałem  raka.  Ta  choroba 

sprawia,  że  nie  ma  się  żadnego  wpływu  na  własne  życie, 
choroba dyktuje metody leczenia, rozporządza twoim czasem, 
twoimi  pieniędzmi.  Odbiera  człowiekowi  prawo  wyboru  i 
radość życia.

- I  dlatego  próbujesz  odzyskać  kontrolę,  możliwość 

wyboru,  chęć  życia. - Nareszcie  zrozumiała  niektóre  jego 
wcześniejsze 

zachowania; 

arogancję, 

protekcjonalizm, 

potrzebę rozumienia wszystkiego.

- Ty  tego  nie  czujesz?  Rak  odmienił  także  twoje  życie. 

Może  nie  bezpośrednio,  czego  tobie  ani  nikomu  innemu  nie 
życzę, ale jak to możliwe, że nie brakuje ci poczucia, że masz 
kontrolę?

- Do  pewnego  stopnia  zależy  mi  na  tym,  ale  nie  jest  to 

moją obsesją.

- A co jest?

Zastanawiała  się,  czy  może  mu  zaufać.  Postanowiła 

zaryzykować.

- Przetrwanie - powiedziała cicho.
- A  życie?  Czerpanie  z  życia  całymi  garściami. 

Przetrwanie i nic więcej?

- Na  razie  tak.  Chyba. - Tak,  słuszność  jest  po  jego 

stronie. Od kiedy go poznała, czuje, że od lat walczy właśnie o
to,  o  przetrwanie,  i  w  tej  dziedzinie  stała  się  mistrzynią. 
Dopiero  w  jego  ramionach,  pod  wpływem  jego  pocałunków, 

background image

zaczęła  sobie  uzmysławiać,  ile  traci  z  życia.  Ale  już  zaczęła 
się zmieniać, co napawało ją strachem, ale i radością.

- Separ... - Usłyszeli  glos  Miri. - Michael?  Chloe 

zaprosiła ją do środka z wymuszonym uśmiechem na wargach, 
wiedząc jednocześnie, że nie uda jej się zmylić Miri.

- Zapraszam do stołu. Mamy gości.
- Słyszeliśmy - odrzekła  Chloe,  wsuwając  stopy  w 

mokasyny.

- Aha, dzieciaki. Lubią się bawić i hałasować. To dobrze. 

W dzisiejszych czasach mają krótkie dzieciństwo.

Michael  nadal  rozmyślał  nad  tym,  co  sobie  powiedzieli. 

Za  wszelką  cenę  musi  zrozumieć,  co  do  niej  czuje.  I 
zapanować nad tymi emocjami. Tego ranka już dwa razy uległ 
pokusie, by jej dotknąć, a obudzili się dopiero kwadrans temu.

Wchodząc  do  chaty,  w  której  poprzedniego  wieczoru 

spożywali kolację, ucieszył się na widok tłumu biesiadników. 
Odsuwając  od  siebie  wszelkie  myśli  na  temat  ponętnej 
koleżanki,  sięgnął  po  talerz  i  podszedł  do  suto  zastawionego 
stołu.

Po posiłku razem z Chloe poszli do Gary'ego Westa.

- Jak  przetrwał  noc? - Chloe  zwróciła  się  do  Bel,  która 

zmieniała się przy pacjencie z Belharą.

- Trochę dobrze, trochę źle, ale ogólnie w porządku.

Chloe  przetłumaczyła  to  na  angielski,  a  Michael  pokiwał 

głową.

- Widzę, że dreny są w porządku - powiedział, uprzednio 

sprawdziwszy kroplówkę.

Osłuchali  pilota,  zmierzyli  mu  tętno,  ciśnienie  oraz 

temperaturę, po czym zadowoleni z wyników wyszli z chaty.

- Gdzie będą badani ci, co przybyli tu tak bladym świtem?

Wskazała  na  Jalaka  i  paru  innych  mężczyzn,  którzy  już 

rozstawili kilka namiotów.

- Przy takich liczbach to jest najlepsze rozwiązanie.

background image

- Skąd  wiadomo,  kto  wejdzie  pierwszy?  Kto  ma 

pierwszeństwo?

- Tym zajmie się Miri. Ona przyśle ci pacjenta, a ty masz 

go leczyć.

- Tak po prostu?
- Tak  po  prostu,  a  im  prędzej  się  za  to  weźmiesz,  tym 

lepiej.  Ty  będziesz  w  jednym  namiocie,  ją  w  drugim,  a 
Belhara  zajmie  się  oczyszczeniem  ran  i  zakładaniem 
opatrunków.

Podeszła do nich Miri.

- Będziecie  mieli  pełne  ręce  roboty.  Już  idę  ich 

poustawiać. - Oddaliła się raźnym krokiem.

- Ale  ja  nie  zrozumiem,  co  oni  do  mnie  mówią -

zaniepokoił się, gdy ruszyli w kierunku namiotów, do których 
wnoszono  miednice,  wiadra  i  pudła  z  lekami.  Panował  taki 
rozgardiasz, że Michael zaczął się zastanawiać, jak dużo czasu 
zajmie im zbadanie wszystkich chętnych.

- O  tym  nie  pomyślałam.  Stale  zapominam,  że  ty  nie 

znasz  tego  dialektu.  Trzeba  ci  będzie  przydzielić  Miri  albo 
Jalaka w roli tłumacza..

- Kiedy  zaczynamy? - zapytał,  oglądając  wyposażenie 

namiotu, w którym miał pracować.

- W  tej  chwili - oznajmiła  Miri,  wprowadzając 

pierwszego pacjenta.

- Ach  tak. - Pospiesznie  podszedł  do  miednicy  z  wodą, 

żeby umyć ręce. Jego pierwszy pacjent miał około dwudziestu 
lat i kawał drewna, który wystawał mu z łydki.

- Ciekawostka... - mruknął  Michael,  na  co  Chloe 

zareagowała śmiechem.

- Powodzenia. - Wyszła.

Strumień pacjentów obojga płci i w różnym wieku zdawał 

się  nie  mieć  końca.  Gdy  w  pewnej  chwili  Michael  wyjrzał  z 
namiotu, doliczył się jeszcze dziesięciu potrzebujących.

background image

Kiedy Chloe do niego zaszła, popijał zimną lemoniadę.

- Jak ty to robisz? - zapytał.
- Że  przyjmuję  tyle  osób? - Przytaknął. - Biorę  głęboki 

wdech i pracuję. Przyszło ich dzisiaj całkiem sporo.

- Całkiem sporo?
- Normalnie  tyle  osób  przyjmujemy  w  czwórkę  albo 

nawet w piątkę.

- Nie  twierdzę,  że  nie  lubię  takich  wyzwań  oraz  takiej 

rozmaitości  przypadków,  ale  to  zdecydowanie  gorsze  od 
stania przez cały dzień przy stole operacyjnym.

- Czyżby? Pozwolę sobie nie zgodzić się z tą opinią.

Uśmiechnął się.

- Pewnie  dlatego  ja  jestem  chirurgiem,  a  ty  specjalistą 

medycyny ratunkowej. Jestem wykończony. Ostatni raz byłem 
tak zmęczony na stażu. Pokiwała głową.

- Wracamy  do  pracy. - Rzuciła  na  talerz  skórkę 

bananową,  z  rozbawieniem  obserwując,  jak  Michael  ze 
zmęczenia  nie  ma  siły  wstać  ze  stołka. - Im  prędzej 
zaczniemy, tym prędzej skończymy.

- Widzę,  że  bawi  cię  mój  brak  kondycji - mruknął,  gdy 

rozchodzili się do swoich namiotów.

- Skądże. - Uśmiechnęła się bezczelnie. Nie mogła wprost 

uwierzyć,  jak  lekko  się  czuje.  Zazwyczaj,  przyjąwszy  tylu 
pacjentów, odczuwała pewne znużenie, ale tym razem krótka 
chwila  wytchnienia  spędzona  z  Michaelem  dodała  jej  sił. 
Teraz mogłaby stawić czoło całemu światu.

Jak on to robi? Potrafi przyprawić ją o dreszcz, rozbudza 

w  niej  tęsknotę,  kiedy  indziej  wyprowadza  ją  z  równowagi  i 
złości,  a  teraz  dzięki  niemu  poczuła  się  wyjątkowa  oraz 
mądra. Nazwał ją specjalistą medycyny ratunkowej, mimo że 
wcale tak siebie nie postrzegała. Co więcej, umie pokazać jej, 
że jest kimś szczególnym.

background image

Gdy  kolejka  chorych  znacznie  się  skróciła,  Michael 

usłyszał rozdzierający kobiecy krzyk. Wychylił się z namiotu, 
by zobaczyć, co się stało. Ujrzał starą kobietę z zawiniątkiem 
na  rękach,  którą  Miri  pędem  prowadziła  do  namiotu  Chloe. 
Uprzytomniwszy sobie, że w zawiniątku jest dziecko, ruszył w 
tę samą stronę.

Chloe  podniosła  wzrok  znad  swojego  pacjenta,  a  gdy  od 

Miri  usłyszała  wyjaśnienia,  których  Michael  nie  rozumiał, 
zbladła. Domyślił się, że sytuacja jest dramatyczna.

Kobieta  podała  jej  dziecko,  a  ona  nagle  znieruchomiała, 

tępo wpatrując się w kilkumiesięczne niemowlę.

Zauważył,  że  dziecko  nie  oddycha.  Spiorunował  Chloe 

spojrzeniem,  zastanawiając  się,  dlaczego  nic  nie  robi, 
dlaczego stoi jak słup soli.

- Miri,  kiedy  dziecko  przestało  oddychać? - zapytał, 

wyjmując maleństwo z rąk Chloe.

Położył  je  na  stole,  by  sprawdzić  drogi  oddechowe,  po 

czym  zastosował  oddychanie  usta - usta.  Przez  ten  czas  Miri 
zasypała staruszkę pytaniami.

- Przed chwilą.
- Co się stało?

Miri,  pocieszając  kobietę,  jednocześnie  starała  się 

wydobyć od niej konkretne informacje.

- Chloe... - Podniósł na nią wzrok. - Podaj mi słuchawki.

Otrząsnęła się z transu.

- Badałam go parę dni temu, ale matka nie zgodziła się na 

leczenie - wyjąkała.

- Tutaj?
- Nie,  w  sąsiedniej  wiosce. - Chloe  przysłuchiwała  się 

rozmowie kobiet.

- Matka  nie  zgodziła  się  na  leczenie?  Uświadomiłaś  jej, 

jak bardzo mały jest chory?

background image

- Tak - mruknęła  urażona  jego oskarżycielskim  tonem. -

Jeśli  ktoś  nie  chce  naszej  pomocy,  to  nie  możemy  działać 
wbrew jego woli.

- Założysz  się? - warknął,  ale  powstrzymał  się  od 

komentarzy. Ona z kolei zacisnęła zęby, bardziej zła na siebie 
niż na niego.

- Ona mówi - zaczęła Miri - że nie spodobało się jej, jak 

oddycha  dziecko  jej  córki.  Oddech  był  urywany  i... - zacięła 
się, szukając właściwego słowa.

- Chrapliwy - podpowiedziała  Chloe,  wpatrując  się  w 

chłopczyka,  jakby  siłą  woli  mogła  go  zmusić,  by  zaczął 
oddychać.

Michael 

nie 

przerywał 

sztucznego 

oddychania. 

Wyczuwało się, że zrobi wszystko, by malec żył.

- Tak,  chrapliwy - podjęła  Miri. - Była  na  skraju  naszej 

wioski, jak przestał oddychać, tu, gdzie zaczyna się trawa.

- To krócej niż minuta.
- Mówi, że wtedy krzyknęła.
- Jest tu defibrylator na wypadek ustania akcji serca?
- Nie.
- Nie  ma?! - Nie  do  wiary.  Jak  oni  dają  sobie  radę  bez 

przenośnego defibrylatora?!

- Defibrylator jest na drugim końcu wyspy, z całą ekipą -

odrzekła, czytając w jego myślach.

- Osłuchaj  go - polecił  jej,  przerywając  uciskanie 

drobniutkiej klatki piersiowej.

Nasłuchiwała  w  skupieniu,  modląc  się  o  choćby  drobny 

ruch świadczący o tym, że to maleństwo wraca do życia.

- Czekaj...

Chwilę  później  niemowlę  kaszlnęło,  wzięło  wdech  i 

zakwiliło.  Dzięki  Bogu.  Staruszka,  szlochając,  upadła  na 
kolana,  a  Miri  posłała  Chloe  promienny  uśmiech.  Podnosząc 
wzrok na Michaela, Chloe miała nadzieję ujrzeć radość w jego 

background image

oczach,  lecz  natknęła  się  na  spojrzenie  lodowate  i 
nieprzychylne.

To  milczące  oskarżenie  błyskawicznie  na  nowo obudziło 

w niej poczucie winy, ból i rozpacz. Skamieniała, gdy dziecko 
znalazło  się  na  jej  rękach,  więc  on  się  domyślił.  Co  gorsza, 
ona wie, że on wie. Zalała ją fala wstydu.

- Przepraszam - szepnęła i nie patrząc na nikogo, opuściła 

namiot.

Pół  godziny  później,  gdy  wszyscy  chorzy  zostali

obsłużeni, Michael odszukał Miri.

- Gdzie ona jest? - Był zdenerwowany. - Szukam jej. Nie 

ma  jej  u  Westa,  nie  ma  w  naszej  chacie  ani  tam,  gdzie 
jedliśmy. Gdzie się podziała?

- Powinna  być  pod  drzewem  za  naszą  chatą.  To  jej 

ulubione  miejsce.  Gałęzie  zwisają  do  samej  ziemi,  a  ona 
znajduje  tam  spokój. - Już  miał  odejść,  gdy  chwyciła  go  za 
ramię. - Najpierw słuchaj.

Wymienili  spojrzenia.  Zaczęło  padać,  ale  postanowił,  że 

nic  go  nie  powstrzyma.  Odczekał,  aż  wzrok  oswoi  się  z 
mrokiem  i  ruszył  błotnistą  ścieżką  na  obrzeżach  wioski,  aż 
dotarł do drzewa, o którym wspomniała Miri.

- Chloe?

Nie  uzyskawszy  odpowiedzi,  wściekły  wsunął  ręce  do 

kieszeni przemoczonych spodni. Miri kazała mu słuchać, więc 
będzie słuchał. Każdy ma prawo do obrony. Domyślał się, że 
istnieje konkretna przyczyna takiego zachowania Chloe, ale to 
jej  nie  usprawiedliwia.  Obowiązkiem  lekarza  jest  ratowanie 
życia.

Zna  ją  bardzo  krótko,  ale  jest  pełen  podziwu  dla  jej 

odwagi, intuicji i uporu. Nawet zaczął ją rozumieć, zwłaszcza 
gdy poznał jej motywy przystąpienia do Pacific Medical Aid.

- Chloe! - Tym razem zabrzmiało to nieco łagodniej.

background image

Bez  słowa  wysunęła  ramię  przez  zasłonę  z  liści  i 

pociągnęła go za łokieć. Znalazł się pod naturalnym zielonym 
namiotem.  Było  tam  zdecydowanie  bardziej  sucho  niż  na
ścieżce.

Pochyliła się w jego stronę, a on wyjął ręce z kieszeni, by 

ją  objąć.  Te  gesty  wydały  mu  się  całkiem  naturalne. 
Uradowało  go,  że  Chloe  nie  odsunęła  się  od  niego,  nie 
zamknęła przed nim.

Stała  zasłuchana  w  bicie  jego  serca.  Jest.  Trzyma  ją  w 

ramionach, dodając jej otuchy, mimo że ma wiele pytań. Nie 
wolno jej tym się cieszyć? Tylko przez parę minut? Dlaczego 
nie  może zapomnieć o wszystkim oprócz  ich dwojga, oprócz 
tu i teraz?

Kaszlnęła,  czując,  że  musi  to  powiedzieć  na  głos.  Musi 

wyznać  mu  prawdę,  musi  dopuścić  go  do  swojej  głęboko 
skrywanej  tajemnicy.  Nie  była  stuprocentowo  pewna,  że 
powinna  to  zrobić,  ale  czuła  potrzebę  rozmawiania, 
oczyszczenia  atmosfery,  opowiedzenia  Michaelowi  swojej 
historii.

Musi mu to wszystko wyznać, bo zrozumiała, że zależy jej 

na nim bardziej niż na kimkolwiek innym. Kiedyś uważała to 
za  niemożliwe.  Nie  tylko  liczyła  się  z  jego  opinią,  ale 
potrzebowała  jej  jak  powietrza.  Gdzieś  po  drodze  stał  się  jej 
częścią i nawet wtedy, gdy nie mogła się ruszyć, wiedziała, co 
musi zrobić.

Serce  waliło  jej  jak  młotem,  ale  nie  ze  strachu,  lecz  z 

miłości.  Wcześniej  bała  się  okazać  mu  swoje  uczucia, 
otworzyć  się  przed  nim.  Odkąd  zdecydowała  się  na  pracę  w 
Pacific  Medical  Aid,  unikała  romantycznych  przygód, 
przekonana, że będą jedynie przeszkodą. W pewnym sensie jej 
obawy się potwierdziły, bo teraz nie mogła przestać myśleć o 
Michaelu.  Jednak  ta  znajomość  ją  wzmocniła,  pomagała  jej 
dojrzeć, nie tylko jako lekarzowi, ale jako człowiekowi.

background image

- Michael...
- Uhm?
- Uciekłam.

Milczał, a jej się wydało, że jego serce na moment stanęło.

- Skamieniałam.
- Widziałem. - Wyczuł,  że  trudno  jej  mówić,  więc 

postanowił jej pomóc. - Dlaczego?

Odetchnęła głęboko.

- Bo  kiedy  patrzyłam  na  to  dziecko... - Zawahała  się, 

przekonując  się  w  duchu,  że  musi  to  powiedzieć.  Dla 
własnego  spokoju. - Przed  oczami  miałam  mojego  ślicznego 
chłopczyka. - Michael  ani  drgnął. - Ostatnim  takim 
bezwładnym maleństwem w moich rękach był... mój synek.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

- Po prostu... nie mogłam zrobić żadnego ruchu. - Po jej 

policzku spłynęła łza, a on otarł ją kciukiem.

Teraz Chloe nie jest przy nim. Teraz wróciła myślami do 

najczarniejszych  chwil  w  swoim  życiu,  przeżywa  je,  jakby 
dopiero co się wydarzyły.

- Miał  na  imię  Nate.  Kiedy  Craig  umarł  sześć  miesięcy 

przed jego narodzinami, wydawało mi się, że też umrę, ale nie 
mogłam,  bo  pod  sercem  nosiłam  nowe  życie,  pamiątkę  tego 
związku, mojej miłości do Craiga. Poród był długi i samotny, 
ale w końcu podano mi do rąk mojego małego mężczyznę.

Podniosła na niego niewidzące spojrzenie.

- Miał  sześć  tygodni...  Zajrzałam do  jego  łóżeczka, a  on 

tam  leżał...  tak  spokojnie. - Michael  gładził  jej  wstrząsane 
spazmami plecy, nie chcąc jej przerywać, a jednocześnie dając 
odczuć, że słyszy każde słowo.

- Chyba  to  czułam.  Czy  to  nie  dziwne?  Leżał  tak 

spokojnie... za spokojnie. Dotknęłam go, wzięłam na ręce... I 
nic. - Łzy  jak  groch płynęły  jej po policzkach. - Nie  miałam 
nikogo i to stało się przeze mnie.

- Nie  było  w  tym  twojej  winy.  Śmierć  męża,  syna... 

Chloe, niczemu nie jesteś winna.

- Skąd  wiesz?  Nie  znasz  okoliczności.  Nie  byłeś  przy 

tym.

- To prawda, ale wiem, że tego nie da się zmienić.
- Ja  mogłam.  Skamieniałam,  Michael,  tak  jak  dzisiaj. -

Wyrwała się z jego ramion i cofnąwszy się na krok, odwróciła 
do  niego  plecami. - Byłam  już  lekarzem,  ale  kiedy  na  niego 
spojrzałam, zamarłam.

- Długo to trwało?
- Wystarczająco długo.
- Nie wierzę. Jak myślisz, jak długo to trwało dzisiaj?
- Całe wieki - szepnęła.

background image

- Nie dłużej niż dziesięć sekund, Chloe. Dziesięć sekund. 

Nie  dłużej.  Poza  tym  w  takiej  sytuacji  to  jest  całkiem 
zrozumiałe.

- Gdyby nie ty... gdybyś nie zajął się tym małym...
- Oprzytomniałabyś.  Miri  wytrąciłaby  cię  z  tego  transu. 

Odezwałby się w tobie lekarz. Tak też się stało. Dziecko żyje.

- Nie dzięki mnie.

Nie  wytrzymał.  Chwycił  ją  za  ramiona,  odwrócił  ją  ku 

sobie i nią potrząsnął.

- Przestań. To nie twoja wina. Dajesz się zżerać poczuciu 

winy,  nieuzasadnionemu  poczuciu  winy.  To  absurd.  Chloe, 
jesteś  świetnym  lekarzem  i  PMA  oraz  mieszkańcy  Tarparnii 
mają wielkie szczęście, że tu jesteś. - Zwolnił uścisk, patrząc 
jej w oczy. - Jesteś świetnym lekarzem, a ja, wierz mi, łatwo 
pochwał nie rozdaję. Od pierwszych chwil naszej znajomości 
jestem dla ciebie pełen uznania, a to rzadko mi się zdarza. Od 
kiedy stwierdzono u mnie raka, moje podejście do życia stało 
się  wyjątkowo  cyniczne,  a  mimo  to  udało  ci  się  przez  to 
przebić. Pokazałaś mi, że są jeszcze na świecie ludzie, którzy 
potrafią  bezinteresownie  angażować  się  w  sprawy  innych. 
Mimo że los doświadczył cię okrutnie, nie poddałaś się. Nadal 
jesteś silna. Wytrwałaś. Podniosła na niego wzrok.

- Wytrwałam...  to  prawda.  Otoczyłam  się  kokonem  i 

parłam naprzód, pomagając potrzebującym. Ale...

- Ale co?
- Zrozumiałam, że samo wytrwanie to za mało. - Głos jej 

drżał. - Kiedy  dowiedzieliśmy  się, że  Craig  ma guza  mózgu, 
wszystko się rozsypało. Stracił chęć do życia.

- Jak długo byliście małżeństwem?
- Dwa miesiące. - Potrząsnęła głową. - Narzekał na silne 

bóle głowy, ale przypisywał to stresowi związanemu z pracą. 
Zniszczyła  go  świadomość,  że  jego  czas  jest  policzony.  To 
chyba zrozumiałe.

background image

- Zamknął  się przed  tobą. - Doskonale  wiedział,  o  czym 

ona mówi.

- Tak.  Kiedy  okazało  się,  że  jestem  w  ciąży,  miałam 

nadzieję,  że  to  go  zmieni.  Ze  zmotywuje  go  do  walki. 
Niestety, nic z tego nie wyszło. - Łzy wzbierały w jej oczach. -
Nie zgodził się na leczenie. Wiem, że miał prawo podjąć taką 
decyzję,  ale  gdyby  się  leczył,  żyłby  trochę  dłużej.  On  po 
prostu się poddał. Ja i nasze dziecko przestaliśmy się dla niego 
liczyć.

- Chloe... Kochanie... - Ogarnięty współczuciem przytulił 

ją jeszcze mocniej. Tyle przeszła w tak młodym wieku... Nic 
dziwnego, że chciała uciec, ukryć się w dżungli, by pomagać 
innym. Dzięki nim leczy swoje rany.

Tym  razem  płakała  krócej  niż  dawniej,  ale  do  tej  pory 

nikomu  nie  wspomniała  o  tej  tragedii,  o  swoich  lękach.  Nie 
mogła  wprost  uwierzyć,  że  zrobiła  to  teraz,  że  otworzyła  się 
przed  Michaelem,  człowiekiem,  którego  poznała  zaledwie 
kilka  dni  wcześniej.  Gdy  delikatnie  gładził  ją  po  plecach, 
szepcząc  słowa  pociechy,  czuła,  jak  opuszczają  ją  zmory 
przeszłości. Trudno puścić ją w niepamięć, ona zawsze będzie 
jej  towarzyszyć,  ale  będzie  już  zamkniętym  rozdziałem  jej 
życia.

Pociągnęła  nosem,  a  on  otarł  jej  łzy  z  policzków. 

Spoglądając  na  niego,  zrobiła  krok  w  przyszłość.  Pojęła,  jak 
bardzo go kocha. Mimo że ta myśl wydała się jej idiotyczna, 
nie  potrafiła  z  nią  się  rozstać.  Kocha  Michaela  Hilla, 
mężczyznę,  który  niespodziewanie  wtargnął  w  jej  życie  i 
skierował je na nowe tory.

- Chciałaś  coś  jeszcze  powiedzieć?  Zaprzeczyła,  czując, 

że nie potrafi wyznać tego, co jawiło się jej jako coś nowego i 
kruchego.

- Dziękuję - szepnęła.
- A ja dziękuję tobie.

background image

- Za co?
- Za te zwierzenia. Chloe, jestem wstrząśnięty. Wierz mi, 

ja to rozumiem. Naprawdę.

- Bo miałeś raka?
- Tak. Oraz dlatego, że i ja z powodu raka straciłem bliską 

osobę.

- Jaki to był nowotwór?
- Ziarnica złośliwa. Uniosła brwi.
- Remisja?
- Tak twierdzą specjaliści.
- A ojciec?

Poczuł, że wkraczają na niepewny grunt.

- Zabiła go.
- Ziarnica?
- Tak.
- To się rzadko zdarza, prawda? Ziarnica złośliwa nie jest 

dziedziczna.

Popatrzył na nią.

- Też  tak  myślałem. - Teraz  on  powinien  zrobić  unik, 

odciąć się od emocji, które budzi w nim ta tajemnicza kobieta. 
Nie  chciał  o  tym  rozmawiać.  Wolał  rolę  jej  pocieszyciela, 
wolał  ją  wspierać.  Nie  miał  ochoty  się  otwierać.  Potrafi 
kierować swoim życiem... no, bardzo się stara.

Zostanie na wyspie jeszcze jeden dzień, a potem wróci do 

Australii,  do  swojego  mieszkania,  do  dawnego  życia,  nad 
którym miał pełną kontrolę. Skontaktuje się z PMA i poprosi, 
by nie kierowano go na Tarparnii, jeśli Chloe tam wróci. Ona 
zagraża  jego  koncepcji  życia.  Ona  porusza  jego  uczucia, 
sprawia,  że  najchętniej  porwałby  ją  w  ramiona  i  obiecał 
niebieskie migdały, gwiazdkę z nieba... wszystko.

Ona jest stworzona, by kochać aż po grób, ale to szczęście 

jeszcze jej nie spotkało. Dużo przeszła, ale można przyjąć, że 
teraz,  kiedy  rozpoczął  się  proces  gojenia,  co  widać  na  jej 

background image

twarzy,  jej  wędrówka  dobiega  końca,  jak  ujmują  to  Miri  i 
Jalak. Cieszy go, że mógł jej pomóc w tej podróży, ale on do 
niej  nie  dołączy,  nie  wkroczy  razem  z  nią  do  krainy 
szczęśliwości... mimo że jego serce rwie się do niej.

Ilekroć  trzymał  ją  w  ramionach,  ogarniały  go  dziwne 

uczucia:  chciał  ją  chronić,  wywoływać  uśmiech  na  jej 
wargach, dostarczać jej radości. I na Tarparnii, i w Australii.

Czeka  ich  jeszcze  jeden  dzień  na  wyspie,  a  potem lot  do 

Sydney.  Czy  tam  potrafi  od  niej  odejść?  Wzajemne 
przyciąganie  między  nimi  nasilało  się  z  każdą  chwilą,  a  on 
czuł, że ma coraz mniej sił, by się mu opierać.

Nie  może  do  tego  dopuścić.  Jeśli  straci  kontrolę  nad 

swoim  życiem,  jeśli  pozwoli  się  ponieść  niepożądanym 
emocjom, rozsypie się. Jak jego ojciec i jak jej mąż. Nie mógł 
patrzeć  na  to,  co  działo  się  z  ojcem  i  przysiągł  sobie,  że 
zawsze będzie silny, że nigdy nie straci kontroli.

- Michael...
- Słucham.

Znowu przywdziała dawną maskę. Mimo że się przed nim 

otworzyła, pokazując obojgu, jak bardzo mu ufa, wiedziała, że 
nie  może  od  niego  oczekiwać  tego  samego.  Skinęła  głową, 
czując,  że  zamiast  na  niego  naciskać,  lepiej  będzie  się 
wycofać.  Powinien  zacząć  mówić  o  swojej  przeszłości,  żeby 
mogła  go  zrozumieć,  ale  właściwie  rozumie  go  dostatecznie. 
Kocha  go,  a  miłość  to  także  szacunek  dla  prywatności  tej 
drugiej osoby. Domyślała się, przez co przeszedł, tym bardziej 
że jego ojciec zmarł na tę samą chorobę.

Podała mu dłoń.

- Chodźmy.

Zaskoczyła go, bo podejrzewał, że zacznie  go namawiać, 

prowokować  do  zwierzeń,  a  ona  dała  mu  spokój.  Dlaczego, 
będąc  kobietą,  zadowoliła  się  tak  skąpymi  informacjami? 
Przyjaciółka,  z  którą  był,  gdy wykryto  u  niego  ziarnicę, 

background image

błagała go na kolanach, by dzielił się z nią tym, co czuje, by 
dał wyraz swoim emocjom. W rezultacie pospiesznie się z nią 
rozstał. Uznał, że nie jest mu potrzebna taka psychoterapia, że 
ze wszystkimi problemami sam sobie poradzi.

To,  że  Chloe  dała  mu  wolną  rękę,  że  mu  zaufała,  nie 

zmuszając  do  bolesnych  wyznań, uznał za  wyjątkowo  cenne. 
W tej samej chwili to, co czuł do niej,  gwałtownie przybrało 
na sile. Chloe bardzo dużo dla niego znaczy. Może zdaje sobie 
sprawę, że jeśli będzie nalegać, on od niej się odsunie. Godzi 
się  czekać,  a  on  pojął,  że  kiedyś  o  wszystkim  jej  opowie... 
kiedyś.

Ujął  ją  za  rękę,  przyciągnął  do  siebie  i  pocałował,  by  jej 

podziękować  i  dać  wyraz zrozumienia  i  szacunku.  Nigdy  nie 
spodziewał się aż tyle otrzymać od kobiety. Wezbrała w nim 
fala  nadziei.  Nie  bardzo  wiedział,  co  z  nią  zrobić,  bo  od 
czterech  lat  udawał,  że  to  uczucie  nie  istnieje.  Chciał  tylko 
dożyć następnego dnia. Jednak za jej sprawą nadzieja do niego 
wróciła. Czy odważy się pomyśleć o prawdziwym szczęściu u 
boku Chloe?

Odsunął  od  siebie  tę  myśl,  ponieważ  wymagała 

poważnego namysłu. Na początku chciał zrozumieć, co go w 
niej  pociąga,  ale  pojął,  że  jej  atrakcyjność  jest  drugorzędna 
wobec tego, co dzieje się między nimi.

Wyszli na ścieżkę, trzymając się za ręce.

- Położyłem małego w szpitaliku.
- Kapala.
- Co takiego?
- Tak brzmi jego imię.
- Uznałem, że lepiej będzie, jak on i babcia zostaną tu na 

noc. Będziemy mieli na nich oko.

- Słusznie.
- Zajrzyjmy do nich.

background image

Chwilę  później  znaleźli  się  w  namiocie,  w  którym  leżał 

Gary  West.  Bel  trzymała  malca na  rękach,  a  babcia  spała  na 
rozłożonej macie. Chloe zagadnęła Bel w dialekcie.

- Jest  dobrze - odrzekła  kobieta  po  angielsku. - Jak  daję 

mu leki, to się poprawia.

Michael mocniej uścisnął rękę Chloe.

- Dzięki, Bel - powiedział, kierując się do noszy Westa. -

A co u ciebie? Jak się dzisiaj czujesz?

- Już  bym  stąd  wyjechał,  chociaż  bardzo  mi  dobrze  pod 

opiekuńczymi  skrzydłami  Bel - odparł  pilot,  posyłając 
pielęgniarce szeroki uśmiech. - Ale na czas rekonwalescencji 
przydałoby mi się trochę więcej cywilizacji.

- Masz na myśli telewizję.
- Otóż to. Kiedy PMA nas stąd zabierze?
- Pojutrze.
- Całe szczęście.
- Jestem tego samego zdania.

Chloe  poczuła  nagły  skurcz  żołądka.  Osłuchiwała  akurat 

niemowlę, z zadowoleniem odnotowując, że zaaplikowany lek 
działa.  Michael  chce  szybko  opuścić  Tarparnii?  Zatęsknił  do 
cywilizacji? A wydawało się, że mu się tu podoba. No, może 
nie  awaria  samolotu  i  stan  zagrożenia  spowodowany  wojną 
domową, ale od kiedy są w wiosce, sprawiał wrażenie całkiem 
zadowolonego.  Nawet  zachwycał  się  przyrodą.  No  cóż, 
pomyliła się.

Półgłosem wydała Bel kilka poleceń, po czym pospiesznie 

ulotniła  się  z  chaty.  Chciała  być  sama.  Jak  mogła  pokochać 
mężczyznę, który nie podziela jej fascynacji? Chce wracać do 
Australii i ona wie, dlaczego. Bo na Tarparnii nie panuje nad 
swoim życiem. Wszystko jest tu dla niego nowe, inne, a on nie 
chce  czuć  się  zmuszany  do  opuszczania  swojej  strefy 
bezpieczeństwa.  Wydaje  mu  się,  że  traci  kontrolę.  Dureń. 
Pełna kontrola jest niemożliwa.

background image

Weszła  do  chaty,  w  której  zamieszkali,  i  pospiesznie 

rozłożyła  maty  oraz  koce.  Zanim  przyjdzie  Michael,  położy 
się  i  zaśnie,  albo  będzie  udawać,  że  śpi.  Nie  miała  ochoty  z 
nim rozmawiać. Nie teraz. Była zła na siebie, że go tak bardzo 
polubiła. Skoro już musiała się zakochać, to dlaczego akurat w 
facecie, który ją denerwuje?

Los  nie  jest  sprawiedliwy.  Dostała  od  niego  już  jedną 

poważną  nauczkę,  ale  widać  na  tym  nie  koniec.  Miri  stale 
powtarza,  że  wszyscy  są  w  drodze  oraz  że  ona,  Chloe, 
niedługo  dotrze  do  celu.  Poprawiła  poduszkę.  Tak,  dzisiaj 
jedna  podróż  się  zakończyła.  Otworzyła  się,  opowiedziała  o 
mężu  oraz  synku  i  poczuła  się  uzdrowiona.  Ta  podróż  jest 
rzeczywiście zamknięta, ale ona, zamiast wysiąść na stały ląd, 
przesiadła  się  do  drugiej  łodzi,  która  płynie  przez  jeszcze 
bardziej wzburzone wody.

Gdy  w  końcu  Michael  wszedł  do  chaty,  Chloe  smacznie 

spała.  Chciał  znowu  mieć  ją  w  ramionach,  by  bezpiecznie 
przeprowadziła  go  przez  nadchodzącą  noc.  Jej  wyznania 
uprzytomniły  mu  wiele  jego  własnych  problemów,  a  jej 
bliskość pomogłaby mu jeszcze jakiś czas je ignorować.

To nieistotne, że w jej obecności chce mu się żyć. Całując 

ją,  czując  na  karku  jej  splecione  palce,  zapominał  o  całym 
świecie. To, co czuł do niej, na wskroś go przenikało i chociaż 
wiedział,  że  powinien  jak  najszybciej  od  niej  uciec,  by  nie 
zaburzyła jego uporządkowanego życia, miał świadomość, że 
jest to niemożliwe.

Kiedy był przy niej, jego serce biło jak nigdy przedtem, a 

poziom adrenaliny osiągał maksimum, co nie zdarzało mu się 
nawet  w  trakcie  ekstremalnych  wyczynów,  których  się 
podejmował, gnany żądzą silnych emocji.

Chloe  Fitzpatrick  sprawia,  że  rozpiera  go  chęć  życia. 

Klękając przy niej i delikatnie gładząc ją po głowie, zdał sobie 

background image

sprawę,  że  rozstanie  z  nią  oznacza ból  tak  dojmujący,  że  nie 
był pewny, czy go wytrzyma.

Nagle otworzył szeroko oczy, po czym pokręcił głową.

- Nie - szepnął  do  siebie,  gwałtownie odsuwając  od  niej 

dłoń,  ponieważ  w  tej  chwili  pojął,  jak  należy  zdefiniować 
takie symptomy. To miłość. - Nie - powtórzył.

Wstał i podszedł do okna, za którym panowała tropikalna 

ciemność. Nie wolno mu kochać Chloe. W miejsce nadziei do 
jego  serca  wkradła  się  teraz  rozpacz.  Oboje  skończą  ze 
złamanym  sercem,  nawet  jeśli  ona  odwzajemni  to  uczucie. 
Jemu  nie  wolno  się  ożenić  ani  mieć  dzieci.  Z  drugiej  strony 
nie potrafił sobie wyobrazić Chloe z innym mężczyzną.

Myśl, że musi odejść, stracić ją, sprawiała mu ból, jakiego 

jeszcze  nigdy  nie  doświadczył.  Myśl,  że przyjdzie  mu  iść 
przez  życie  bez  Chloe,  okazała  się  bardziej  bolesna  niż 
wszystkie  igły,  badania,  złamania  kończyn,  stłuczenia, 
mdłości  i  wypadanie  włosów  z  powodu  chemioterapii.  On 
jednak musi to zaakceptować.

Zrobiło  mu  się  duszno,  więc  wyszedł  na  dwór. 

Mieszkańcy  wioski  powoli  układali  się  do  snu.  Część 
przybyszów z innych wiosek zatrzymała się tutaj na noc, część 
wróciła do siebie. Przysiadł na schodku, czując, że przez tych 
kilka dni postarzał się o sto lat.

- Michael? - Przed nim stała Miri. - Przepraszam, widzę, 

że  wyrwałam  cię  z  zadumy. - Wskazała  na  stopień. - Mogę 
usiąść?

- Oczywiście. - Zrobił jej miejsce.
- Chcę ci podziękować.
- Nie ma za co. Jestem lekarzem i dopóki tu przebywam, 

chętnie podzielę się z innymi swoimi umiejętnościami.

- Nie  chodzi  mi  o  pacjentów,  ale  i  za  to  jesteśmy  ci 

wdzięczni. Chodzi mi o Chloe. Dziękuję, że jej wysłuchałeś.

- Aha, rozumiem. Uśmiechnęła się pobłażliwie.

background image

- Nic  nie  rozumiesz. - Przypatrywała  mu  się  w  bladym 

świetle pochodni. - A może jednak rozumiesz... - Odetchnęła 
głęboko. - Tak, masz rację, ty rozumiesz. Ty kochasz Chloe.

Jęknął,  potrząsając  głową.  Zaskakuje  go  ta  kobieta  i  jej 

intuicja.  Nie  był  przyzwyczajony,  aby  ktoś  czytał  w  jego 
myślach. Często rozpierała go duma, że tak dobrze potrafi się 
maskować.

- Pomogłeś jej. Słuchałeś. Teraz przyszła twoja kolej.
- Miri, ja nie...

Nagle w Miri zaszła gwałtowna zmiana. Kobieta wstała i 

wbiła wzrok w ciemność.

- Jalak... - wyszeptała.
- Miri, o co chodzi?
- Mój par'machkai. Mój mąż. On jest ranny.
- Skąd wiesz? Jesteś jasnowidzem?
- Nie. - Machnęła  ręką. - Jestem  po  prostu  starą, 

doświadczoną  kobietą.  On  jest  moim  par'machkai  od 
czterdziestu lat. Ja go czuję. - Dalej wpatrywała się w mrok.

Doskonale rozumiał jej słowa. On „czuje" Chloe, chociaż 

zna ją bardzo krótko.

Gdy  chwilę  później  w  dżungli  rozległ  się  okrzyk,  Miri 

rzuciła się biegiem w jego kierunku.  Michael podniósł się ze 
stopnia,  nie  bardzo  wiedząc,  co  ma  robić.  Biec  za  Miri  czy 
wezwać  pomoc?  Pospiesznie  wszedł  do  chaty,  by  obudzić 
Chloe.

- Chloe...

Natychmiast usiadła na macie.

- Co się stało? Jesteś ranny?

Jej troskliwość ścisnęła go za serce, ale stłumił to uczucie, 

koncentrując się na profesjonalizmie.

- Coś się stało Jalakowi. Miri twierdzi, że został ranny. -

Pomógł jej wstać. Gdy włożyła buty, wypadli z chaty.

- Gdzie on jest?

background image

- Miri  pobiegła  w  tamtą  stronę.  Nie  wiem,  gdzie  go 

położę,  jeżeli  to  coś  poważnego,  a  jeśli  trzeba  będzie  go 
operować, to gdzie?

- Coś wymyślimy.

Odgłosy  rozmowy  stawały  się  coraz  bliższe,  aż  w  końcu 

dwóch  mężczyzn  niosących  Jalaka  znalazło  się  w  kręgu 
światła pochodni. Towarzyszyła im Miri, która trzymała męża 
za rękę.

- Postrzał - poinformował ich Belhara.

Gdy cała grupa podeszła bliżej, Michael zauważył, że Miri 

płacze.  Współczuł  jej  z  całego  serca.  Pierwszy  raz  tak  się 
przejął  losem  pacjenta.  Chorzy  byli  dla  niego  nazwiskami. 
Stykał  się  z  nimi  przez  jakiś  czas  i  przekazywał  ich  innym 
specjalistom.  Teraz  przysiągł  w  duchu  Miri,  że  otoczy  jej 
małżonka  najtroskliwszą  opieką  oraz  zrobi  wszystko,  by  go 
ratować.

Spojrzała mu w oczy i przytaknęła, jakby aprobowała jego 

milczącą obietnicę.

- Wprowadźcie  go  tutaj - powiedziała  Chloe,  wchodząc 

do  ich  chaty.  Na  swojej  macie  rozłożyła  czysty  koc  i 
przyklękła  przy  rannym.  Zerknęła  na  Michaela,  by  się 
upewnić,  że  niezależnie  od  tego,  co  dzieje  się  między  nimi, 
będzie  ją  wspierał  i  pomoże  jej  operować  przyjaciela, 
serdecznego przyjaciela.

Michael  ostrożnie  zdjął  prowizoryczny  opatrunek  z 

koszuli  jednego  z  mężczyzn.  Przy  okazji  stwierdził,  że  kula 
nie przeszyła ramienia na wylot.

- Mało krwi. Wyjmę ją.
- Bywałem  ciężej  ranny - roześmiał  się  Jalak,  ale  jego 

śmiech przeszedł w kaszel.

- Ciii - uciszyła go Chloe. - Pozwól mu pracować.
- Chloe, błagam, daj mu coś na ból - odezwała się Miri.
- Nie trzeba - zaprotestował Jalak.

background image

- Ciii - powiedzieli Chloe i Michael zgodnym chórem, po 

czym wymienili uśmiechy.

- Belhara - Chloe  zwróciła  się  w  dialekcie  do 

pielęgniarza. - Idź  do  Bel,  poinformuj  ją,  co  się  stało,  i 
powiedz,  że  potrzebujemy instrumentów. I przynieś Jalakowi 
coś na sen.

- Nie - obruszył  się  ranny,  ale  tym  razem  uciszyła  go 

małżonka.

- Drogi mężu, teraz nie ty tu rządzisz. Pozwól im robić, co 

do nich należy.

- Jak to się stało? - zapytała Chloe, wyprzedzając zamiar 

Michaela.

- Dużo  kobiet  przyszło  po  poradę  i  nie  było  mężczyzn, 

którzy by je odprowadzili do domu.

- Teraz  są  bezpieczne? - Wyobraziła  sobie  najgorszy 

scenariusz, ale Jalak rozwiał jej obawy.

- Wszystkie są w swoich chatach - wyjaśnił z dumą Jalak.

- Byliśmy już bardzo blisko naszej wioski. Zaskoczyli nas, ale 
niebezpieczeństwo już minęło. Uciekli.

Odetchnęła z ulgą. Po chwili wrócił Belhara, więc od razu 

podała  Jalakowi  miejscowe  znieczulenie.  Mimo  że  jej  i 
Michaelowi  wystarczył  jeden  rzut  oka,  by  stwierdzić,  że  nie 
obejdzie się bez operacji, wiedziała z doświadczenia, że Jalak 
nie zgodzi się na pełną narkozę.

- Zaczekajmy, aż zacznie działać - powiedział Michael. -

Zaczniemy, jak stracisz czucie.

Jalak  pokiwał  głową,  a  Michael  podszedł  do  miednicy, 

żeby umyć ręce.

- Chloe,  postaraj  się  jak  najlepiej  oczyścić  ranę.  Hm, 

sprawdźmy, czy mamy wszystko, co potrzebne.

- Spojrzał na instrumenty dostarczone przez Belharę.
- W przeciwnym razie będę zmuszony dostosować to, co 

mam, do tego, co mi potrzebne.

background image

- Witaj w kręgu medycyny improwizującej - zażartowała 

Chloe, przenosząc zatroskane spojrzenie na swoich przyjaciół.
- Miri, jak się czujesz?

- Ja? - Kobieta  machnęła  ręką. - O  mnie  się  nie  martw. 

Jalak już wiele razy był postrzelony i wiem, że wyzdrowieje. 
Nie  martwię  się  o  niego  i  ty  też  bądź  spokojna.  Wierzę  w 
ciebie i Michaela. Razem jesteście dobrzy.

Chloe  od  razu  wychwyciła  aluzję.  Przeniosła  wzrok  na 

Michaela,  który  się  w  nią  wpatrywał.  Myśli  podobnie  jak 
Miri? Czy wolałby uciec gdzie pieprz rośnie?

Znała odpowiedź: jemu spieszno do cywilizacji oraz byle 

dalej  od  niej.  Przygnębiona  pochyliła  się  nad  rannym.  Nie 
wolno jej zawracać sobie głowy problemami natury osobistej, 
musi  skupić  się  na  tym,  co  teraz  robi,  na  asystowaniu 
Michaelowi.

Oczyściwszy ranę, umyła ręce.

- Chcesz, żebym asystowała?
- Tak. - Naciągał  rękawiczki. - Widzę,  że  pocisk  jest 

głębiej,  niż  myślałem.  Podam  mu  midazolam.  Powinien 
odpłynąć  na  wystarczająco  długo,  a  my  przez  ten  czas 
wyjmiemy tę kulę.

- Nie będzie zachwycony.
- Trudno. - Wrócili do pacjenta.

Gdy  myli  ręce,  ktoś  wniósł  do  chaty  kilka  lamp 

sztormowych i teraz izba była jasno oświetlona.

Jalak  protestował,  Miri  przekonywała  go  i  uspokajała,  aż 

w  końcu  przemówiła  mu  do  rozumu.  Gdy midazolam  zaczął 
działać,  Michael  dokładniej  obejrzał  ranę,  zastanawiając  się 
nad sposobem wyjęcia kuli.

- Pomogę - rzekł Belhara, klękając przy głowie wodza.
- Dobrze.
- A  ja  będę  tłumaczyć - zaofiarowała  się  Miri.  Michael 

spojrzał na nią i już miał ją oddalić, gdy

background image

dumnie  uniosła  głowę.  Uśmiechnął  się,  bo  ten  gest 

skojarzył mu się z Chloe.

- Niech i tak będzie. - Przyszło mu do głowy, że gdyby to 

Chloe była ranna, też stałby tuż obok chirurga, by kontrolować 
każde jego posunięcie. To nie dlatego, że Miri nie ma do niego 
zaufania.

Gdy Chloe przyklękła na wprost niego, zrobiło się trochę 

ciasno.  Trudno.  Kula  musi  zostać  usunięta  bez  względu  na 
tłok. Chloe nazwała to medycyną improwizującą. Podoba mu 
się  uprawianie  takiej  medycyny.  Wymaga  myślenia  oraz 
adaptacji  i  chociaż  czasami  bywa  frustrująca,  daje  ogromną 
satysfakcję.

Kaszlnął.

- Najpierw  musimy  położyć  go  na  boku - rzekł 

półgłosem. - Potem  wykonam  nacięcie  i,  miejmy  nadzieję, 
gdzieś  w  pobliżu  znajdziemy  tę  kulę. - Wskazał  na  plecy 
Jalaka. - Podejrzewam,  że  doszło  do  pęknięcia  łopatki.  Oby 
nie była pogruchotana. - Zawahał się, ściągnąwszy brwi.

- Coś nie tak? - zapytała Chloe.
- Nie, nie.  Po prostu żałuję,  że na  stażu nie przyłożyłem 

się lepiej do ortopedii.

- Mnie  też  czasem  nachodzi  taka  refleksja - wyznała 

lekko rozbawiona.

- Żałuję  też,  że  nie  ma  tu  aparatu  rentgenowskiego. 

Dobra, bierzemy się do roboty. Skalpel.

Pracowali  w  milczeniu.  Gdy  w  końcu  zlokalizował  kulę, 

okazało się, że uszkodziła łopatkę, po czym zsunęła się niżej. 
Utknęła w tkance miękkiej tuż nad żebrami.

- Niedługo  midazolam  przestanie  działać - zauważył, 

założywszy  szwy  oraz  opatrunek. - Podaj  mu  coś 
przeciwbólowego - przypomniał  jej,  po  czym  ściągnął 
rękawiczki i bez słowa wyszedł z chaty.

Chloe spojrzała na Miri, która wzruszyła ramionami.

background image

- Mam iść za nim? - zapytała.
- Nie,  zostań. - Chloe  mierzyła  Jalakowi  ciśnienie. - On 

ma dużo do przemyślenia.

Co  mu  się  stało?  Operował w wielkim  skupieniu, ale  jak 

tylko skończył, dał nogę, jakby w chacie wybuchł pożar. Czy 
to ona coś źle zrobiła?

Gdy Jalak się ocknął, wraz z Miri pomogła mu przejść do 

ich chaty i ułożyć go do spania.

- Będę przy nim czuwać - oświadczyła Miri.
- Ale nie wahaj się mnie wezwać, jeżeli...
- Zawołam  cię,  ale  teraz  już  wszystko  będzie  dobrze. -

Miri wskazała na chatę, w której leżał Gary West i niemowlę.
- Idź do niego. Rozmawiaj.

- Jestem  gotowa  rozmawiać,  ale  on  nie  chce - odparła 

zniecierpliwionym tonem.

- Chloe, rozpoczęłaś nową wędrówkę. Daj mu czas, żeby 

mógł cię odnaleźć. Musisz podjąć ważną decyzję.

- Na nic moje decyzje. On jest okropny i uparty.

Nie marzy o niczym innym jak o tym, żeby jak najszybciej 

stąd wyjechać.

- Mimo to go kochasz.

Chloe westchnęła, potrząsając głową.

- Niestety.

Miri położyła jej rękę na ramieniu.

- Rozwiązanie przyjdzie samo, Separ. Jest już niedaleko. 

Idź.

Natknęła się na niego na schodkach.

- Co z nimi?
- W porządku. Chcesz ich zbadać?
- Nie.  Wystarczy,  że  ty  u  nich  byłeś.  Ja  mogę  wstać  do 

nich w połowie nocy.

background image

- Okej. Ale wątpię, żebym zasnął - mruknął, kierując się 

do ich chaty. Jednak nie wszedł do środka, lecz ciężko opadł 
na stopień.

- Nie wchodzisz?
- Jeszcze nie. Muszę się wyciszyć.
- Rozumiem.  Ja  też  po  każdej  operacji  muszę  się 

rozluźnić. - Zawahała się. - Przyda ci się towarzystwo?

Wzruszył  ramionami,  co  potraktowała  jako  odpowiedź 

pozytywną.  Milczeli,  nie  wiedząc,  od  czego  zacząć.  Chloe 
chciała, by zaczął mówić, a zwłaszcza żeby zdecydował się na 
rozmowę  z  nią.  Dlaczego  Michael  nie  potrafi  się  otworzyć? 
Co go blokuje? Czy powinna mu powiedzieć, co sama czuje? 
Nie. To tylko pogorszy sytuację.

- Jalak... już u siebie? - wykrztusił, gdy milczenie stawało 

się nie do wytrzymania.

Z  jednej  strony  nie  chciał,  by  się  przysiadała,  z  drugiej 

wolałby mieć ją zdecydowanie bliżej siebie.

- Tak. Miri będzie przy nim czuwać.
- Piękny związek. Aż serce rośnie, jak się na nich patrzy.
- W  dzisiejszych  czasach  jest  za  dużo  rozwodów. 

Przytaknął.

- Już mówiłem, że moi rodzice też się rozwiedli?
- Tak. - Poczuła,  że  zaschło  jej  w  gardle.  Czuła,  że  za 

moment wkroczy na grząski grunt. - To dlatego nie chcesz się 
ożenić?

- Bo małżeństwo moich rodziców się rozpadło? Nie.
- Więc dlaczego?

Popatrzył  na  nią,  trąc  brodę  i  zastanawiając  się  nad 

odpowiedzią.

- Dlaczego pytasz?
- Ponieważ chcę wiedzieć.
- Po co?
- Bo to dla mnie ważne.

background image

- Dlaczego?
- Nie  sądzisz,  że  mam  do  tego  prawo?  Dlaczego 

wymigujesz się od odpowiedzi?

- Nie sądzisz, że to nie twoja sprawa?
- Nie  moja... - Zirytowana  potrząsnęła  głową. - Jak  tak 

możesz?

- Jak mogę? To przecież ty zaczęłaś to przesłuchanie.
- Uważam,  że  mam  prawo  wiedzieć - obstawała  przy 

swoim.  Miri  zaleciła  jej  cierpliwość,  ale  jego  kluczenie 
wyprowadzało ją z równowagi.

- Dlaczego?
- Michael, bo łączy nas coś ważnego. Nie prosiliśmy o to, 

ale  ono  jest.  Chcę  wiedzieć,  dlaczego  boisz się  ożenić. 
Dlaczego  uważasz,  że  instytucja  małżeństwa  nie  jest  dla 
ciebie?

- Niczego  się  nie  boję.  Po  prostu  powziąłem  decyzję,  że 

nigdy się nie ożenię.

- Dlaczego? - W jej głosie zadźwięczała błagalna nuta.

Wstał i zszedł ze schodków. Przez moment wydawało się 

jej, że otrzyma upragnioną odpowiedź, ale kiedy się odwrócił 
w  jej  stronę,  w  bladym  świetle  latarki  zauważyła,  że  znowu 
nałożył na twarz maskę.

Musi sprawić jej przykrość. Musi ją do siebie zniechęcić. 

Dla  dobra  ich  obojga.  Kocha  ją,  ale  nie  może  jej  tego 
powiedzieć,  bo  oboje  będą  cierpieć.  Nawet  jeśli  ona  nie 
odwzajemnia  jego  uczuć,  zafiksowała  się  na  pytaniu  o 
małżeństwo, więc lepiej teraz ją urazić, niż potem.

- Moje powody nie mają z tobą nic wspólnego - zaczął. -

Tak,  jesteśmy  sobą  zafascynowani.  Nawet  się  całowaliśmy. 
Doszło  do  zwierzeń.  To  nic  nadzwyczajnego,  Chloe. 
Poznajemy ludzi, ocieramy się o ich życie i idziemy dalej.

- Mam rozumieć, że ty idziesz dalej?
- Nie ma o czym mówić, Chloe. - Rozłożył ręce.

background image

- Pojutrze  stąd  wylatujemy.  Ty  będziesz  cieszyć  się 

przymusowym  urlopem,  ja  znowu  gdzieś  polecę  z  PMA, 
pewnie już pod koniec tego tygodnia.

- Nie rezygnujesz z tej pracy? - zdumiała się.
- Dla Pacific Medical Aid? Skądże. Dlaczego miałbym się 

wycofać?

- Odniosłam  wrażenie,  że  nie  jesteś  zachwycony  tą 

wyspą.

Wzruszył ramionami.

- Nie  jest  mi  tu  źle,  ale  wolę  inne  życie.  Cieszę  się,  że 

pomagam  ludziom,  ale  kiedy  skończy  się  moja  umowa,  z 
radością wrócę do Sydney.

To  jest  to.  On  kocha  miasto,  ona  wieś.  On  jest 

nowoczesny, ona staroświecka. On błyszczy, ona jest nudna.

- Aha, rozumiem. Między nami iskrzy, ale nic poza tym. -

Wstrzymała  oddech,  w  oczekiwaniu,  że  Michael  zaprzeczy, 
wyzna jej miłość do grobowej deski, on tymczasem milczał. -
Interesuje  mnie  jeszcze  jedno  i  domagam  się  od  ciebie 
szczerej  odpowiedzi. - Milczał. - Chcę  znać  prawdę -
powtórzyła z naciskiem. - Dlaczego nie chcesz się ożenić?

Wbił wzrok w ziemię. Przez chwilę wydawało mu się, że 

zrezygnowała  z  dalszego  przesłuchania.  Grubo  się  pomylił. 
Powinien  był  już  zauważyć,  że  Chloe  należy  do  kobiet,  dla 
których bardzo ważne są szczegóły. Cenił w niej tę cechę, ale 
nie lubił, gdy ta dociekliwość dotyczyła jego osoby.

Gdyby jednak powiedział jej, by mu dała spokój, mogliby 

zacząć o sobie zapominać.

Podniósł na nią wzrok.

- Chloe, ja mam raka.
- Teraz nie masz.
- Nawrót jest w każdej chwili możliwy.
- Wiele osób z ziarnicy wyleczono.
- Owszem - prychnął.

background image

- Mam  rozumieć,  że  do  końca  życia  będziesz  się 

wystrzegał małżeństwa?

- Chloe,  ty  powinnaś  to  rozumieć.  Gdybyś  wiedziała,  że 

twój narzeczony ma raka, wyszłabyś za niego?

Zmrużyła powieki.

- Nie rozmawiamy o moim życiu - ucięła.
- Dlaczego? To bardzo dobra ilustracja. Doskonale wiesz, 

jak  wyglądało  twoje  życie  po  jego  śmierci.  Ja  doskonale  go 
rozumiem, wiem, dlaczego zamknął się w sobie. Chloe, to nie 
ma  nic  wspólnego  z  tobą.  Oddech  śmierci  na  karku  to  nic 
przyjemnego.

- Wiem.
- Wiesz? Skąd? Chorowałaś na raka?
- Nie. - Miała ochotę krzyczeć, ale w porę przypomniała 

sobie, że dookoła są ludzie, którzy chcą spać. - Dwa dni temu 
o  mało  nie  zginęłam  w  katastrofie  samolotu. - Zamilkła  na 
chwilę. - Nie tylko rak stawia nas oko w oko ze śmiercią czy 
odbiera  nam  kontrolę.  Mogą  stać  się  różne  rzeczy,  Michael, 
których  nie  da  się  zaplanować.  Leciałam  na  urlop  do  domu, 
ale w dżungli rozbił się mój samolot. Są jeszcze lawiny błotne, 
węże,  uzbrojeni  rebelianci,  zakochiwanie  się  i  szukanie 
odpowiedzi na pytanie, co się, do cholery, dzieje! Jest wiedza, 
mądrość  i  nauki,  którymi  należy  się  cieszyć  i,  miejmy 
nadzieję, jeśli człowiekowi się uda, temu zadowoleniu będzie 
towarzyszyć spokój oraz szczęście.

Patrzył  na  nią  oniemiały.  Nie  bardzo  wiedział,  czy 

właściwie zrozumiał jej słowa.

- Zakochiwanie? - zapytał  przez  ściśnięte  gardło. 

Wyprostowała  się i  odgarnęła  włosy z  twarzy. Ona nie  zdaje 
sobie sprawy z tego, jak pociągający jest ten gest. Widział jej 
różne  nastroje,  ale  pierwszy  raz  pokazała  mu  się  tak  silna  i 
odważna.

- Owszem.

background image

- Zakochałaś się we mnie?
- Tak.

Serce zadrżało mu z radości, lecz umysł ją odtrącał.

- Nie rób tego.
- Za późno.
- Chloe, ściągniesz na siebie cierpienie.
- Ponieważ nie ożenisz się ze mną?
- Z nikim się nie ożenię.
- Z powodu raka.
- Tak.
- Jesteś tchórzem, Michael. - Już wstawała, ale chwycił ją 

za ramię tak mocno, że straciła równowagę. Podtrzymał ją, a 
gdy spojrzała mu w oczy, zobaczyła w nich gniew.

- Nazywasz  tchórzostwem  chęć  oszczędzenia  ukochanej 

osobie widoku agonii? Chęć zapobieżenia śmierci dziecka?

- To nie jest mój problem.
- Prawda. To jest mój problem. Chloe, ojciec przekazał mi 

ziarnicę.  Zachorował,  a  ja  patrzyłem,  jak  umiera.  Oddałem 
krew  do  rutynowej  analizy  i  bum!,  dowiedziałem  się,  że  i  ja 
jestem  chory.  Jestem  nosicielem,  Chloe,  i  przekażę  te  geny 
mojemu potomstwu.

Opuścił ręce, jakby nagle zabrakło mu sił.

- Mam  dosyć  cierpienia.  Ty  też.  Więcej  go  nam  nie 

trzeba. Nie pozwolę, żebyś patrzyła, jak umieram, i nawet nie 
dopuszczam do siebie myśli o dzieciach. Nie chcę ryzykować. 
Nie  chcę  patrzeć,  jak  umierają,  mając  jednocześnie 
świadomość, że to ja jestem trucicielem. Chloe, kategorycznie 
odmawiam.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
Skontaktowała  się  z  zarządem  Pacific  Medical  Aid,  by 

zawiadomić szefa, że z powodu ciężko chorego dziecka, które 
wymaga  jej  opieki,  nie  opuści  Tarparnii  w  przewidzianym 
terminie.  Urlop  rozpocznie,  kiedy  zespół  medyczny  wróci  z 
objazdu wyspy do bazy. Uznała, że gdyby zdecydowała się na 
podróż z Michaelem tym samym samolotem, serce pękłoby jej 
z żalu.

Tej nocy nie spał w ich chacie, a z samego rana udał się z 

mężczyznami  na  patrol  obszaru  wokół  wioski.  W  ten  sposób 
udało mu się z nią nie spotkać. Ich ścieżki zeszły się na kilka 
minut  dopiero  następnego  dnia,  na  chwilę  przed  tym,  jak 
Michael i Gary West wyruszyli na lądowisko.

Unikali  swojego  wzroku.  Oboje  nie  wiedzieli,  czy  na 

pożegnanie  powinni  się  objąć,  podać  sobie  ręce,  czy  tylko 
skinąć głowami.

Pierwszy odezwał się Michael.

- Bywaj  zdrowa,  Chloe - powiedział,  kierując  się  na 

ścieżkę prowadzącą do dżungli. Nie odwrócił się, nie spojrzał 
za siebie. Gdyby to zrobił, zobaczyłby jej łzy.

Dawno  nie  czuła  tak  głębokiego  smutku,  a  teraz,  jako 

osoba starsza i bardziej doświadczona, przeżywała go jeszcze 
silniej.  Dotrzymując  danego  słowa, została  w  wiosce,  by 
doglądać  niemowlęcia,  które  z  każdym  dniem  stawało  się 
silniejsze, oraz Jalaka, który doszedł do siebie błyskawicznie.

- Moje rany szybko się goją - oświadczył, gdy zmieniała 

mu opatrunek. - A twoje nie.

- To prawda. - Nie miała wątpliwości, do jakich ran była 

to aluzja.

- Maszeruj  dalej,  Chloe.  Nie  wolno  przystawać. -

Poklepał się po głowie. - To jest twój przewodnik.

- Wskazał na swoje oczy. - One ci wskażą drogę.
- Dotknął klatki piersiowej. - A ono dostanie nagrodę.

background image

- Och, Jalak... - Oparła głowę na jego ramieniu.
- Co ja mam robić?
- Znajdź swój dom, Separ.
- Wydawało mi się, że on jest tutaj.
- Nie.  Tutaj  masz  tylko  matę  do  spania.  Szukaj  swojego 

domu.

Uniosła głowę i pocałowała go w policzek.

- Szukaj swojego domu... - powtórzyła ze łzami w oczach.

Gdy weszła do swojego mieszkania w Sydney, wcale  nie 

poczuła  się  jak w  domu.  Pod  jej  nieobecność  apartament  był 
wynajmowany,  więc  panowała  w  nim  atmosfera  mało 
przyjaznej  anonimowości.  Weszła  do  pokoju,  w  którym 
przechowywała  swoje  rzeczy  osobiste,  ubrania,  albumy  ze 
zdjęciami, bibeloty.

Po śmierci Craiga i Nate'a włożyła wszystkie pamiątki do 

kartonów  i  wstawiła w najciemniejszy  kąt.  Teraz poczuła, że 
nadszedł czas je odkurzyć i stawić czoło przeszłości.

Trzy godziny później siedziała otoczona wspomnieniami i 

zamiast  płakać,  uśmiechała  się.  Ślubna  fotografia,  zdjęcia 
Nate'a.  Jego  szydełkowe  skarpeteczki  pachniały  teraz 
naftaliną,  a  nie  niemowlęciem.  Przez  tyle  lat  trzymała  swoje 
wspomnienia i emocje w magazynie, zamiast je przewietrzyć i 
nimi się cieszyć.

- Jeszcze nie jest za późno - szepnęła do porozkładanych 

pamiątek. A może jest? Michael nie odezwał się, ale tego nie 
oczekiwała.  On  może  uważa,  że  sprawa  jest  zamknięta,  ale 
ona  wie,  że to  dopiero początek. - Uważaj,  stary - mruknęła, 
podnosząc  się  z  podłogi. - Wyruszam  na  poszukiwanie 
swojego  domu. - Roześmiała  się,  czując,  że  ogromny  ciężar 
spadł jej z ramion. - Nawet się nie połapie, co się stało.

Najpierw jednak należy się do tego przygotować.
Gdy samolot krążył nad lądowiskiem, Michael przymknął 

powieki, próbując zapanować nad natłokiem myśli. Czując, że 

background image

pot  spływa  mu  z  czoła,  mocniej  zacisnął  palce  na  oparciach. 
Nie  mógł  dojść,  czy  przyczyną  takiego  napięcia  jest  lot 
samolotem,  czy  fakt,  że  za  chwilę  znowu  znajdzie  się  na 
Tarparnii.

Czy  ona  tu  jest?  Powinna  być.  Kiedy  odlatywał,  została, 

ale  nawet  jeśli  opuściła  wyspę,  to  od  tamtych  wydarzeń 
upłynęło więcej niż miesiąc, więc zdążyła już wrócić.

Miniony  miesiąc  spędził,  pracując  w  Papui - Nowej 

Gwinei.  Przez  ten  czas  się  nie  oszczędzał,  dzięki  czemu  nie 
zdarzyła  mu  się  ani  jedna  nieprzespana  noc.  Praca  była 
wyczerpująca, przychodziły do niego dziesiątki pacjentów, ale 
jemu bardzo to odpowiadało, bo nie miał czasu na myślenie o 
niczym  innym,  za  to  w  chwilach  wytchnienia  nieodmiennie 
jego myśli biegły do Chloe.

Nawiedzała  go  nawet  w  snach.  Kiedy  indziej, 

zamknąwszy  oczy,  wyobrażał  sobie  jej  zapach,  jedwabistą 
miękkość  jej  włosów,  dotyk  warg.  Czuł,  że  Chloe  jest  jego 
częścią,  jak  krew  tętniąca  w  jego  żyłach  i  powietrze 
przechodzące przez płuca. Kochał ją z każdym oddechem... a 
teraz prawdopodobnie znowu ją zobaczy.

Początkowo poinformował szefa PMA, że nie chce wracać 

na  wyspę,  ale  gdy  w  Papui - Nowej  Gwinei  rozchorował  się 
jeden  z  członków  zespołu  wracającego  na  Tarparnii, 
otworzyła  się  możliwość  zastępstwa,  z  której  chętnie 
skorzystał. Prawdę mówiąc, z całego serca pragnął spotkania z 
Chloe.

Został  przydzielony  do  wioski  Miri  i  Jalaka,  więc  z 

radością myślał o powitaniu z wodzem oraz jego małżonką, a 
także z Bel i Belharą. Poznał też trochę ich dialekt, a to dzięki 
lekarzom  z  Papui - Nowej  Gwinei,  którzy  podjęli  się  roli 
nauczycieli.  Kiedyś wydawało mu się, że jest to niemożliwe, 
ale  ku  jego  zdziwieniu  okazało  się,  że  każdego  dnia  robi 
znaczne postępy.

background image

Nie  tylko  ten  dialekt  stał  się  dla  niego  zrozumiały.  Brak 

Chloe wyjątkowo mu doskwierał. Czy uda mu się zapanować 
nad  myślami  i  emocjami,  gdy  ją  w  końcu  ujrzy?  Kochał  ją 
coraz  mocniej.  Ten,  kto  wymyślił  powiedzenie,  że  rozłąka 
wzmaga uczucie, na pewno miał na myśli jego i Chloe.

Gdy  koła  samolotu  dotknęły  pasa  startowego, otworzył 

oczy,  ale  zauważył,  że  jego  oddech  w  dalszym  ciągu  jest 
przyspieszony.  Nie,  to  nie  samolot  należy  winić  za  chaos  w 
jego  organizmie,  przyczyną  jest  perspektywa  spotkania  z 
Chloe.  Czy  potrafią  razem  pracować?  Czy  będą  w  stanie 
odsunąć na bok to, co jest między nimi? Czy on będzie umiał 
stać  pół  metra  od  niej  i  nie  czuć  potrzeby  dotykania  jej, 
obejmowania, całowania? To chyba niemożliwe.

Czy ona dalej go kocha? Oby tak było. Miał nadzieję, że 

nie  odepchnął  jej  od  siebie  na  zawsze.  Trudno  było  mu 
pogodzić się z myślą, że Chloe mogła usunąć go z pamięci, ale 
pamiętał  też,  że  ona  nie  traktuje  lekko  swoich  emocji.  Przez 
lata  nosiła  w  sercu  żałobę  po  mężu  i  synku,  walcząc  o 
przetrwanie,  i  jej  się  to  udało.  Chloe  jest  silna  i  wie,  czego 
chce, a on kocha tego uparciucha.

Wysiadłszy  z  samolotu  wraz  z  dwoma  innymi 

pracownikami  Pacific  Medical  Aid,  pomachał  pilotom  na 
pożegnanie i ruszył do czekającego na nich dżipa, który miał 
podwieźć  ich  spory  kawałek.  Resztę  drogi  mieli  przebyć  na 
piechotę.

Ledwie  uszli  kilkaset  metrów  gliniastą  ścieżką,  jak  spod 

ziemi wyrósł przed nimi Jalak. Oświadczył, że wyszedł im na 
spotkanie.  Zgodnie  z  tradycją  ujął  na  powitanie  obie  dłonie 
Michaela,  a  następnie  uścisnął  go  jak  długo  oczekiwanego 
krewnego.

Michael  uśmiechnął  się  i  przemówił  w  dialekcie.  Jalak 

roześmiał się serdecznie i go pochwalił.

- Tęskniliśmy za tobą, Michael - dodał.

background image

- Co słychać u Miri?
- Zdrowa.
- A twoje ramię?
- Jak widzisz, dobrze.
- Cieszę  się. - Michael  umilkł,  zastanawiając  się,  jak 

zapytać,  czy  Chloe  jest  na  wyspie.  Czy  mieszka  w  wiosce? 
Czy  czeka  na  niego?  Czy  wie,  że  przyleciał?  Czy  chce  go 
zobaczyć? A może poprosiła o przeniesienie do innej wioski?

Jalak słowem o niej nie wspomniał, więc nie pozostało mu 

nic  innego,  jak  podziwiać  otaczającą  go  przyrodę.  Prawdę 
mówiąc,  był  zbyt  zaabsorbowany  myślami,  by  cokolwiek 
zauważyć.

Ślizgając  się  w  błocie,  jego  towarzysze  gawędzili  z 

Jalakiem.  Ku  zdziwieniu  Michaela  dotarli  do  wioski 
nadspodziewanie  szybko.  Dostrzegł  tam  jednak  istotną 
zmianę.  Wszędzie  kręcili  się  ludzie.  Drzewa  i  chaty  były 
barwnie udekorowane, a na placu pośrodku wioski piętrzył się 
stos  drewna.  Z  boku  ustawiono  stoły,  a  na  nich  obfitość 
różnego jedzenia. Siedzące na trawie kobiety nizały z kwiatów 
girlandy. Wioska tętniła życiem.

- Co tu się dzieje? - zapytał Michael, stawiając na ziemi 

swój podróżny worek.

- Par'Mach.  Tej  nocy  tańczymy  i  wspominamy  naszych 

bliskich. - Jalakowi nie było dane więcej wyjaśnić, ponieważ 
przerwała mu małżonka, energicznym krokiem podchodząc do 
Michaela. Chwyciła jego dłonie, po czym go objęła.

- Cieszymy  się,  że  wróciłeś.  Chodźcie. - Omiotła 

wzrokiem całą trójkę. - Pokażę wam, gdzie jest wasza chata.

Idąc  w  jej  ślady,  rozglądał  się  za  Chloe.  Nie  powinien 

mieć  żadnych  trudności  ze  znalezieniem  blondynki  wśród 
ciemnoskórego  tłumu.  Miri  zaprowadziła  ich  do  tej  samej 
chaty,  w  której  Michael  spał  poprzednio,  lecz  tym  razem  w 
czterech rogach izby leżały cztery maty.

background image

- Wybierzcie sobie miejsca - powiedziała, spoglądając na 

Michaela. - Muszę z tobą porozmawiać.

Skinął głową, ale poczuł, że serce mocniej mu zabiło. Czy 

Chloe  zachorowała?  Czy  jest  w  wiosce?  Pytania  kłębiły  mu 
się w głowie, ale się opanował. Wyszedł na dwór za Miri.

- Jej tu nie ma - powiedziała, a on spokojnie przytaknął. 

Nie  dziwiła  go  już  jej  intuicja,  za  to  nagle  poczuł  się 
przygnębiony.  Na  nic  to  gorączkowe  oczekiwanie.  Chloe  tu 
nie ma. Przystanął.

- Czy  coś  jej  się...? - wykrztusił  przez  ściśnięte  gardło. 

Czuł się tak, jakby zaraz miał upaść. - Jest zdrowa?

- Chloe?  Zdrowa  jak  rybka.  Za  to  ty,  Michael,  nie 

wyglądasz dobrze. Potrzeba ci dobrego jedzenia.

Nie tylko jedzenia. Chloe. Kiedy był daleko od niej, było 

mu  łatwiej,  ale  teraz,  gdy  znalazł  się  tam,  gdzie  zrodziła  się 
ich miłość, rozłąka wydała mu się nie do zniesienia.

- Jedzenie? Oczywiście. - Zrozpaczony potrząsnął głową. 

Co  on  narobił?!  Jak  mógł  sobie  wyobrażać  życie  bez  Chloe? 
Ona jest nierozerwalną częścią jego życia, jego serca. - Miri...

Z pobłażliwym uśmiechem położyła mu rękę na ramieniu.

- Będzie dobrze. Wkrótce zapadnie zmierzch, a ceremonia 

par'Mach to niezwykłe wydarzenie.

- Nie mam ochoty na niezwykłe wydarzenia.
- Nie możesz mi odmówić, Michael. - Miri uśmiechała się 

łagodnie, ale w jej oczach wyczytał serdeczną prośbę.

- Przyjdę przez wzgląd na ciebie, ale nie zostanę długo.

Pochyliła głowę.

- Bardzo  dziękuję - powiedziała. - Teraz  muszę  się 

przygotować.  Słońce  już  dotyka  drzew. - Ruszyła  w  swoją 
stronę.

Michael  tymczasem  obserwował,  jak  kilku  mężczyzn 

zapala  liczne  pochodnie.  Potem  zapłonęło  ognisko. 
Mieszkańcy  wioski  spacerowali  uśmiechnięci,  śmiali  się, 

background image

bawili.  Pary  trzymały  się  za  ręce.  Miłość  unosiła  się  w 
powietrzu... Całkiem nie po jego myśli. Poczuł się tak, jakby 
sypano mu sól do rany.

Odwrócił się na pięcie i ruszył do chaty. Dobrze że nikogo 

tam nie było, bo jego towarzysze z radością rzucili się w wir 
wydarzeń.  On  nie  miał  ochoty  na  świętowanie.  Zależało  mu 
wyłącznie  na  odnalezieniu  Chloe.  Tylko  idiota  mógł  sobie 
ubzdurać, że można o niej zapomnieć.

Skoro wrócił tu, gdzie to się zaczęło, nie wyjedzie, dopóki 

nie  dowie  się,  gdzie  ona  jest  i  co  robi.  To  szczyt  egoizmu 
oczekiwać,  że  z  nim  będzie,  skoro  on  nie  może  jej 
zagwarantować szczęśliwego życia. Ryzyko nawrotu raka nie 
jest  duże,  lecz  istnieje,  i  mimo  że  Chloe  straciła  męża  z 
powodu nowotworu, on nie potrafi żyć bez niej. Miał sobie za 
złe tak skrajny egoizm oraz słabość.

Gdy  zahuczały  bębny  i  piszczałki,  przestał  gapić  się  w 

sufit, wstał i zgodnie z obietnicą daną Miri, wyszedł z chaty. 
Ledwie postawił stopę na stopniu, znieruchomiał.

Chloe.  Po  obu  stronach  schodków  do  ich  chaty  płonęły 

pochodnie,  przez  co  wydawało  się,  że  otacza  ją  świetlista 
aureola. Czy to ona? Czy on ma halucynacje?

Uśmiecha  się  do  niego  promiennie...  Jego  Chloe.  Tak,  to 

ona.  W  pięknej  białej  sukni  stoi  przed  chatą.  Lekko 
powiewając,  cienki  materiał  opływa  jej  kształty,  przez  co 
bardziej  przypomina  uskrzydlonego  anioła,  który  powoli  ku 
niemu  sunie.  Zamrugał  powiekami  i  potrząsnął  głową,  jakby 
chciał się przebudzić.

W  zwolnionym  tempie  uniosła  ramię,  by  go  przywołać. 

Nogi  poniosły  go  same,  a  on  po  drodze  zdążył  jeszcze 
zamknąć  usta,  które  bezwiednie  otworzył,  zdumiony  jej 
widokiem.  Gdy  znalazł  się  przy  niej  na  odległość  ramienia, 
podał jej rękę zdziwiony, że jego palce drżą. Gdy dotknął jej 
włosów, nie wytrzymał.

background image

Przyciągnął ją do siebie i pocałował, dając upust tęsknocie 

i pożądaniu. Kocha Chloe. Kocha ją każdym oddechem, każdą 
kroplą  krwi,  całym  sercem...  A  ona  darzy  go  tak  samo 
gorącym uczuciem.

Tyle  się  wydarzyło,  ale  w  mroku  rozbłysło  światełko 

nadziei,  światełko  miłości.  Chloe  odwzajemniała  jego 
namiętność, niczego nie ukrywała, czuła, że musi mu dowieść, 
że traktuje to bardzo poważnie. Że jej uczucie jest prawdziwe, 
że to nie jest chwilowy kaprys.

Niemal  słyszała,  jak  mocno  bije jej  serce,  gdy pocałunek 

Michaela  prowadził  ją  na  coraz  wyższe  poziomy  uniesienia. 
Dopóki Michael nie pocałował jej po raz pierwszy, nawet nie 
podejrzewała, ile uczucia można przekazać pocałunkiem.

To,  co  do  tej  pory  było  tłumione,  teraz  eksplodowało, 

wzbierało  w  nich  od  chwili,  w  której  weszła  na  pokład 
samolotu.  Muszą  być  razem.  Co  do  tego  nie  miała 
wątpliwości. I tak będzie pomimo jego obiekcji. Bez trudu je 
obali, jak tylko on o nich wspomni. Wyleczy go ze wszystkich 
lęków oraz obaw. Dostała drugą szansę na szczęśliwe życie i 
jej nie zaprzepaści. Życie jest na to za krótkie.

Gdy oderwał od niej wargi, odetchnęła z ulgą, bo czuła, że 

z  emocji  robi  się  jej  słabo,  ale  gdy  zaczął  muskać  ustami  jej 
szyję,  odżyła.  Całował  jej  obojczyk,  dekolt,  a  gdy  dotarł  do 
ucha, zadrżała.

- Zimno ci? - W jego głosie kipiało pożądanie, ale ujęła ją 

jego troska.

- Nie. - Spojrzała  na  niego  wzrokiem  pełnym  miłości. -

To  ty  przyprawiasz  mnie  o  drżenie - wyszeptała. - To  twoja 
sprawka.

- Moja?
- Tak. Sprawiasz, że czuję się wyjątkowa i wartościowa.
- No, no.

background image

- Chodź - powiedziała,  pociągając  go  za  sobą. - Dzisiaj 

świętujemy par'Mach. To nadzwyczajna okazja.

- Wszystko  mi  jedno,  gdzie  się  znajdę,  byle  z  tobą. 

Przystanęła.

- Naprawdę?

Rzucił jej błagalne spojrzenie.

- Tak. Chloe, kocham cię.

Wiedziała o tym, ale gdy w końcu to usłyszała, zaparło jej 

dech  w  piersiach,  a  nieczęsto  czegoś  takiego  doświadczała. 
Uśmiechała się tak szeroko, że czuła, iż następnego dnia będą 
ją bolały policzki, ale nie zwracała na to uwagi. Jeszcze nigdy 
nie była taka szczęśliwa.

- Fantastycznie - szepnęła.

Mocniej  ścisnął jej  dłoń, by ją  do siebie  przyciągnąć, ale 

pozwoliła tylko pocałować się w policzek, po czym lekko się 
odsunęła.

- Uważaj, bo wszystko zepsujesz - parsknęła śmiechem.
- Co zepsuję?
- Święto par'Mach.
- Co to za święto?

Ruszyli  w  stronę  polany,  na  której  zgromadzili  się 

mieszkańcy wioski oraz ich goście.

- Można to przetłumaczyć jako „festiwal miłości".
- Miłości? - ucieszył  się. - To  znaczy,  że  to  jest  na 

miejscu.

Roześmiała  się,  a  on  z  lubością  wpatrywał  się  w  jej 

rozpromienioną  twarz,  wolną  od  stresu  i  zmartwienia.  Jaka 
ona piękna... Na dodatek go kocha.

- To  szczególny  dzień  w  tutejszym  kalendarzu -

wyjaśniła. - Wiele  par  czeka  na  ten  dzień,  żeby  obwieścić 
wszem wobec swoją miłość w trakcie uroczystości łączenia.

- Uroczystość łączenia?
- Zaślubin.

background image

Jego umysł pracował bardzo powoli.

- Zaślubiny? - powtórzył,  jakby  nie  dosłyszał,  co 

powiedziała.

- Zrelaksuj się. Nie zaciągnę cię do ołtarza. To nie nasze 

święto.

Trzymając  się  za  ręce,  wmieszali  się  w  tłum.  Teraz,  gdy 

się odnaleźli, nie mieli ochoty rozstawać się ani na chwilę.

- Gdzie  byłaś  wcześniej?  Kiedy  zjawiłem  się  w  wiosce, 

Miri mnie poinformowała, że cię tu nie ma.

- Pewnie żartowała. Nie byłam w wiosce, to prawda, ale 

byłam nad rzeką, z kobietami. Pomagałam im się przygotować 
do tej uroczystości.

Kamień spadł mu z serca.

- Wobec  tego  rozgrzeszam  Miri.  Tym  bardziej  że 

wyglądasz prześlicznie.

Uśmiechnęła się zawstydzona.

- Naprawdę?
- Nie  wierzysz  mi? - Przyłożył  dłoń  do  jej  policzka  i 

palcem pogładził po wargach. - Jesteś niepowtarzalna.

Rozległ się łoskot, który sprawił, że oboje aż podskoczyli.

- Co to było? - spytał zaniepokojony.
- To sygnał, że można zacząć świętować - wyjaśniła.

Na potwierdzenie jej słów podniosła się radosna wrzawa. 

Żeby  z  Chloe  rozmawiać,  musiał  pochylić  się  nad  nią, 
muskając  oddechem jej  szyję,  co  przyprawiło  ją o  rozkoszny 
dreszczyk.

- Jak  oni  mogą  świętować,  kiedy  w  ich  kraju  szaleje 

wojna domowa?

- Bo  to  bardzo  ważna  okazja.  Wszędzie  i  zawsze  będą 

jakieś  wojny  i  zamieszki.  Taka  jest  rzeczywistość,  Michael. 
To święto jest dla tych ludzi okazją, żeby sobie przypomnieć 
czasy pokoju oraz to, że warto walczyć o ojczyznę. Gdybyśmy 
wszyscy  w trudnych  chwilach  kładli  uszy  po sobie i  chowali 

background image

się  pod  łóżkiem...  marnie  byśmy  skończyli. - Rzuciła  mu 
spojrzenie  pełne  uwielbienia. - Tak  byłoby  ze  mną,  gdybym 
cię  nie  spotkała.  Zamknęłam  się  w  sobie,  myślałam  tylko  o 
tym,  żeby  przetrwać.  Gdyby  nie  ty,  nadal  siedziałabym  pod 
łóżkiem, bojąc się spojrzeć w oczy rzeczywistości i zacząć żyć 
od nowa. Uratowałeś mnie.

Nim  znowu  ją  pocałował,  uświadomił  sobie,  że  chociaż 

wyznał jej miłość, on nadal się ukrywa.

- Chloe, zawstydzasz mnie.
- Dlaczego?
- Zawstydza mnie twoja siła, twoja ufność i moc twojego 

uczucia.  Zdecydowałaś  się  wyjść  z  ukrycia,  a  ja  chciałbym 
zrobić to samo, ale nie wiem, czy potrafię.

- Bo mnie kochasz?
- Tak. - Jak to możliwe, że ona go rozumie? Ale tak jest 

faktycznie. - Kocham cię tak bardzo, że nie chcę narażać cię 
na cierpienie... ale mimo to cię pragnę. Chcę, żebyś stała przy 
mnie,  żebyś  towarzyszyła  mi  we  wszystkich  moich 
poczynaniach  do  końca  życia.  Ale  ponieważ  nie  wiem,  jak 
długo  to  potrwa,  uważam  takie  pragnienia  za  wyjątkowo 
egoistyczne.

- Michael, nikt nie  wie, ile jest mu pisane.  Pomogłeś  mi 

wyjść  poza  moją  strefę  bezpieczeństwa,  dałeś  mi  szansę  na 
nowe  życie.  Otworzyłeś  przede  mną  możliwość  zbierania 
nowych  doświadczeń  oraz  doznań,  na  które  nie  zawsze  będę 
miała  wpływ,  ale  przy  tobie  czuję,  że  pokonam  wszystkie 
przeszkody.  Powiadasz,  że  jestem  silna  i  pełna  ufności?  To 
dlatego, że ty je we mnie obudziłeś.

Poprawiła fałdę na sukni.

- Wróciłam  na  miesiąc  do  Australii  i  dokonałam 

konfrontacji  z  przeszłością.  Oglądałam  stare  zdjęcia  i  filmy 
wideo, żeby we wspomnieniach przeżyć szczęśliwe czasy. W 
trakcie jednego z takich seansów dotarło do mnie, jak bardzo 

background image

się  zmieniłam.  Jestem  kimś  innym  niż  ta  dziewczyna  na 
fotografiach. I wiesz co? - Uniósł pytająco brwi, jednocześnie 
upajając się światłem bijącym od niej. - Bardzo mi się podoba 
ta nowa Chloe.

Przytulił ją do siebie.

- Cieszę się z tego, bo i mnie się ona podoba. Ogromnie.

Czuła  się  młoda,  piękna,  wolna  i  kochana.  Z  radością 

przyjmowała  jego  pocałunki,  przeczuwając,  że  są  blisko 
upragnionego  celu:  prawdziwego  szczęścia.  Michael  musi 
zrobić  jeszcze  parę  kroków,  ale  tego  wieczoru  dał  jej  do 
zrozumienia, że jest gotowy podjąć ryzyko.

- O, Chloe. Kocham cię, naprawdę. Kiedy jestem z tobą... 

nie mam do losu żadnych pretensji. To, co do ciebie czuję, jest 
tak silne i nieokiełznane... Nie mogę uwierzyć, że wznieciłaś 
we  mnie  takie  emocje.  One  są  mi  potrzebne...  wszystkie...  i 
chcę,  żeby  tak  było  zawsze,  ale...  co  będzie,  jeżeli  znowu 
zachoruję?

- Nie musisz zachorować.
- To fakt. W takim razie co będzie, jeżeli nie zachoruję? 

Nie możemy mieć dzieci.

- A to dlaczego?

Popatrzył na nią, nie kryjąc zdumienia.

- Wiesz dlaczego.
- Bo  mógłbyś  im  przekazać  wadliwe  geny.  Już  to 

mówiłeś.

- Uważasz, że to nieważne?
- Skądże.  Słusznie  się  tym  przejąłeś,  ale  czy  zapoznałeś 

się ze wszystkimi faktami?

- Z jakimi faktami?
- Wynikami  badań  statystycznych  dotyczących  choroby 

Hodgkina.  Nie  zostało  dowiedzione,  że  jest  to  choroba 
dziedziczna.

background image

- Nie  interesują  mnie  statystyki.  Chorował  mój  ojciec, 

chorowałem ja.

Wzruszyła ramionami.

- To  nieszczęśliwy  zbieg  okoliczności.  Craig  dwa  razy 

zachorował  na  raka.  Na  dwa  różne  nowotwory.  Tak  też  się 
zdarza.  Możesz  przekazać  te  geny  dalej,  albo  ich  nie 
przekazać.  Najważniejsze  jest  to,  że  będziemy  na  to 
przygotowani.  W  twoim  przypadku  nowotwór  wykryto 
wcześnie, 

zostałeś 

wyleczony 

jest 

duże 

prawdopodobieństwo,  że  nie  będzie  nawrotu. - Pogładziła go 
po  ramieniu. - Tak,  jest  taka  możliwość,  ale  oznacza  to,  że 
powinieneś się wyzwolić od potrzeby całkowitej kontroli nad 
swoim życiem, czego nie potrafisz. Michael, taka kontrola to 
mit.  Pogoń za nią to jak szukanie  igły w stogu siana. Trzeba 
żyć,  podejmować  ryzyko,  ale  nie  bezmyślnie.  Tylko  w  ten 
sposób  można  odnaleźć  siebie,  rozwijać  się,  nie  chować  się 
pod  łóżkiem  ze  strachu  przed  zmianami.  Takie  życie  pełne 
wrażeń owocuje różnymi nagrodami. Na przykład zaufaniem, 
miłością czy wiedzą.

- Przemawiasz jak Miri.
- To dla mnie wielki komplement - odparła z uśmiechem.
- Zgadzam się ze wszystkim, co powiedziałaś.
- Pokręcił  głową. - Ale  trudno  mi  zdecydować  się  na 

pierwszy krok.

Chwyciła go za ręce.

- Michael,  nie  jesteś  sam.  Ja  też  potrzebuję  oparcia. 

Zdobyłam  się  na  zaufanie  i  weszłam  na  tę  ścieżkę.  Chcę  iść 
nią  razem  z  tobą.  Dzięki  tobie  odkryłam,  że  nie  muszę 
zaszywać  się  na  Tarparnii,  żeby  czuć  się  szczęśliwa.  Jalak 
kazał mi szukać mojego domu... więc wróciłam do Sydney. -
Wzruszyła ramionami.

- Ale  to  nie  był  mój  dom.  Nie  ma  go  i  tutaj.  Ty  jesteś 

moim  domem,  Michael,  i  chcę  być  z  tobą  do  końca  świata. 

background image

Kochany,  zaufaj  mi.  Pozwól  mi  być  przy  tobie  tak,  jak  ty 
jesteś  przy  mnie.  Razem  czekajmy  na  to,  co  nam  przyniesie 
przyszłość.  Na  dobre  i  na  złe.  To  jest  możliwe.  Razem 
potrafimy  zaakceptować  to,  co  zgotuje  nam  los  i  razem 
potrafimy walczyć z jego przeciwnościami.

Wiedział,  że  to  prawda.  Że  statystki  dotyczące  ziarnicy 

złośliwej  są  wiarygodne  oraz  że  tej  choroby  nie  musiał 
przekazać mu ojciec. Może to rzeczywiście był nieszczęśliwy 
zbieg okoliczności?

Dotarło  do  niego  również,  że  wykorzystywał  przeszłość, 

swoją chorobę jako pretekst. Boleśnie przeżył śmierć ojca oraz 
swoje  przykre  doświadczenia,  więc  odciął  się  od  świata, 
zamknął  w  nieprzeniknionym  kokonie,  by  zmagać  się  z  tym, 
przez co przeszedł. Teraz już z niczym nie musi się mocować. 
Teraz  może  spokojnie  kochać,  bo  wie,  że  Chloe  go  nie 
zawiedzie.

- Co  znaczy  par'machkai! - zapytał  ku  jej  widocznemu 

zaskoczeniu.

- Hm... serdeczny partner życiowy.
- A ta ceremonia to coś w rodzaju zaślubin?
- Tak. Już ci to mówiłam.

Przeniósł  spojrzenie  na  pary  tańczące  wokół  ogniska  ku 

radości rodzin i przyjaciół. Gdy odwrócił na nią wzrok, w jego 
oczach nie było cienia wątpliwości.

- No  cóż... - Cofnął  się  na  krok. - Nie  wiem,  jakie  tu 

panują obyczaje... - Przykląkł na jedno kolano i chwycił ją za 
ręce. - Chloe,  zostań  moją...  Zechciej,  proszę,  zostać  moim 
serdecznym partnerem życiowym.

Wpatrywała  się  w  niego  z  otwartymi  ustami,  a  po 

policzkach  popłynęły  jej  łzy  wzruszenia.  Zamknęła  usta,  by 
mu odpowiedzieć, ale zabrakło jej słów. Oto klęczy przed nią 
ten wspaniały, wyjątkowy mężczyzna, który tak wiele w życiu 
przeszedł. Są sobie przeznaczeni, oboje potrzebują wsparcia i 

background image

oboje wyciągają pomocną dłoń, wzajemnie darzą się miłością 
i  zaufaniem,  mimo  że  czasami  doprowadzają  się  też 
wzajemnie  do  rozpaczy.  Uśmiechnęła  się,  ciągle  nie  mogąc 
uwierzyć, że on chce iść z nią przez życie... do samego końca.

- Chloe? Proszę cię, żebyś została moją żoną - wyjaśnił. -

Nie  tylko  tu,  na  Tarparnii,  ale  i  w  Australii.  Chcę,  żebyś 
zawsze była przy mnie.

- Ja też tego chcę. Bardzo. - Pomogła mu wstać.
- Mam rozumieć,  że powiedziałaś „tak"?  Nie  dowierzała 

własnemu szczęściu.

- Tak.  Oczywiście,  że  tak - szepnęła,  podnosząc  głowę. 

Przysięgę,  że  już  nic  ich  nie  rozdzieli,  przypieczętowali 
gorącym pocałunkiem.

- Mamy teraz dołączyć do tańczących? - zapytał, gdy już 

się sobą nasycili.

- Oczywiście.

Gdy  podeszli  do  ogniska,  powitały  ich  entuzjastyczne 

okrzyki  mieszkańców  wioski.  Trzymając  się  za  ręce,  raz 
jeszcze,  pod  rozgwieżdżonym  sklepieniem,  przysięgli  sobie 
dozgonną miłość.

- Kocham cię, Chloe.
- Kocham cię - wyszeptała.
- Tak powinno być już zawsze. Jesteś cudowna, Chloe.
- Jesteśmy  parą  szczęśliwców - westchnęła,  spoglądając 

na niebo. W tej samej chwili granatowy nieboskłon przecięła 
spadająca gwiazda.

- Pomyśl jakieś życzenie - odezwał się cicho.
- Nie  muszę - odpowiedziała  z  uśmiechem. - Mam  już 

wszystko, o czym marzyłam.

background image

EPILOG
Michael  siedział  w  swoim  gabinecie,  porządkując 

zawartość  pojemnika  z  korespondencją.  Czas  naglił,  a  on 
chciał jak najszybciej zakończyć tę działalność, by skupić się 
na  bardzo  ważnym  spotkaniu,  które  miało  się  odbyć  tego 
wieczoru. Gdy zadzwonił telefon, poirytowany ściągnął brwi.

- Doktor Hill, słucham.
- Doktorze,  tu  oddział  ratunkowy.  Mamy  poważny 

przypadek.

Już  miał  warknąć,  by  wezwali  kogoś  innego,  gdy, 

skoncentrowany  na  odpowiadaniu  na  listy,  nagle  sobie 
uprzytomnił, że ten słodki, kobiecy głosik należy do szefowej 
oddziału  ratunkowego  szpitala  miejskiego  w  Sydney. 
Odetchnął z ulgą, usiadł wygodniej i rzucił pióro na biurko.

- Doprawdy? Co się stało?
- Pacjentka  z  palpitacjami  serca  i  podejrzanym 

burczeniem w brzuchu.

- Mam wrażenie, że należy wezwać kardiologa.
- Pozwolę  sobie  być  odmiennego  zdania.  Ona  czeka  na 

pewnego  wyjątkowego  specjalistę.  Takiego,  który  posiada 
dokładnie takie same jak twoje kwalifikacje. Doktorze, jej stan 
jest  bardzo  poważny.  Ona  może  wymagać  nawet  reanimacji 
metodą usta - usta.

Uśmiechnął się, rozbawiony jej poczuciem humoru.

- To  brzmi  interesująco.  Czy  ta  pacjentka  może  się 

poruszać? Może chodzić?

- Tak.
- To  dobrze.  Proszę  ją  przygotować  do  zabiegu.  Będę  u 

niej za pięć minut.

- Za  pięć  minut? - Słodycz  w  jej  głosie  ustąpiła  miejsca 

zniecierpliwieniu.

- Za dwie. - Wstał, by włożyć marynarkę.
- Za dwie?

background image

- Dobrze,  już  jestem  w  drzwiach. - Odłożył  słuchawkę. 

Wybiegając  z  pokoju,  zgasił  światło,  po  czym  zamknął 
gabinet na klucz. Trzydzieści sekund później był piętro niżej, 
na  korytarzu  oddziału  ratunkowego,  gdzie  czekała  na  niego 
pani traumatolog, przytupując nóżką.

- Dlaczego tak długo cię nie było?
- Przepraszam, musiałem uporządkować kilka spraw, tym 

bardziej  że  przez  najbliższe  trzy  miesiące  będziemy  na 
Tarparnii.

Pocałował  namiętnie  panią  doktor.  Personel  już  nie 

zwracał  na  nich  uwagi,  bo  zdążył  się  oswoić  z  takim 
zachowaniem naczelnego chirurga i jego małżonki.

- Jesteś gotowa?
- Tak. - Chloe odwróciła się, by pomachać na pożegnanie 

koleżankom i kolegom. - Do zobaczenia za kilka miesięcy!

Ruszyli do wyjścia.

- Teraz  następny  punkt  programu:  zabieram  żonę  na 

kolację.  Wiem  z  dobrze  poinformowanego  źródła,  że  burczy 
jej w brzuchu.

Po drodze na parking mocniej się do niego przytuliła.

- Trudno  mi  uwierzyć,  że  to  już  rok  od  naszej  przysięgi

złożonej w trakcie święta par'Mach na Tarparnii.

- Czas pędzi, kiedy człowiekowi jest dobrze.
- Chciałbyś,  żeby  było  jeszcze  lepiej? - zapytała,  gdy 

otworzył jej drzwi do auta.

Uśmiechnął się zachwycony.

- Co proponujesz?
- Co myślisz o rodzicielstwie? Zesztywniał.
- Kochany, co ci się stało?
- Co? Jak? Kiedy? Pocałowała go roześmiana.
- Będziemy  mieli  dziecko. - Odpowiedziała  mu  na 

wszystkie pytania. - Myślę, że wiesz, jak to się robi. Za osiem 
miesięcy.

background image

Jego 

zdumienie 

przeszło 

przerażenie, 

więc 

pocieszającym gestem pogładziła go po policzku, rozwiewając 
jego  obawy.  Tej kobiecie,  która rok  wcześniej  ślubowała  mu 
dozgonną miłość, ufał bezgranicznie.

- Zostanę ojcem?
- Tak. - Przysunęła  się  bliżej,  żeby  jeszcze  raz  go 

pocałować. - Na sto procent.

- Skąd wiesz? Byłaś u ginekologa?
- Jeszcze nie. Razem do niego pójdziemy.
- Masz mdłości?
- Nie. Minęło dopiero kilka dni od terminu miesiączki, ale 

coś  mnie  tknęło  i  zanim  zadzwoniłam  do  ciebie,  zrobiłam 
próbę.

- Z wynikiem dodatnim.
- Tak jest.
- Ale za trzy dni lecimy na Tarparnii.
- Więc  zdążymy  pójść  do  ginekologa,  żeby  sprawdzić, 

czy  wszystko  jest  w  porządku.  Michael,  będzie  dobrze. -
Dotknęła jego ramienia. - Miri i Jalak będą wniebowzięci.

Położył dłoń na jej płaskim brzuchu, czując, że z radością 

będzie patrzył, jak się zaokrągla.

- Jesteś niesamowita - powiedział wzruszonym głosem. -

Tyle w tobie siły, ufności i miłości.

- Czerpię  je  od  ciebie.  Kocham  cię,  Michael.  Swojej 

pięknej brzemiennej żonie odpowiedział

ciepłym uśmiechem.

- Ja cię też kocham, Separ.