background image
background image

KELLY KEATON

Z CIEMNOŚCIĄ JEJ

DO TWARZY

Przełożyła Anna Gralak

Wydawnictwo Znak

background image

Dla Mary Keaton

Brałaś mnie za rękę i szłyśmy do lasu,

gdzie zdejmowałaś zasłonę z mojej wyobraźni

i pokazywałaś mi cudowne rzeczy:

miejsca, w których mieszkają wróżki, tańczą duchy,

a krasnoludki chowają się przed chochlikami.

Ta zasłona nigdy nie opadła z powrotem.

Szkoda, że cię tu nie ma i nie możesz tego zobaczyć.

background image

Rozdział pierwszy

SIEDZIAŁEM  PRZY  STOLE  W  STOŁÓWCE,  a  moje  prawe  kolano

podskakiwało  pod  blatem  jak  jakaś  opętana  wiertarka  udarowa.  Czułam

buzowanie adrenaliny nakłaniającej mnie, żebym czym prędzej stąd uciekła,

nie oglądając się za siebie.

Oddychaj głęboko.

Jeśli  natychmiast  nie  wezmę  się  w  garść  i  nie  zapanuję  nad  nerwami,

dostanę  spazmów  i  wyjdę  na  wariatkę.  To  kiepski  pomysł,  zwłaszcza  kiedy

się  składa  wizytę  w  Rocquemore  House  –  w  domu  wariatów,  w  którym

czekają wolne pokoje.

– Na pewno chce pani to zrobić?

–  Mam  na  imię  Ari.  Tak,  panie  doktorze,  na  pewno.  –  Kiwnęłam

potakująco  głową,  patrząc  na  siedzącego  naprzeciwko  mężczyznę.  –  Nie  po

to jechałam taki szmat drogi, żeby się teraz wycofać. Chcę wiedzieć.

Najbardziej chciałam, żeby ta rozmowa już się skończyła i żebym mogła

zrobić  coś,  cokolwiek,  z  rękami.  Zamiast  tego  położyłam  je  na  stole.

Zupełnie nieruchome. Zupełnie spokojne.

Wąskie  spierzchnięte  usta  lekarza  z  wahaniem  wypuściły  powietrze,  a

jego oczy spojrzały na mnie, jakby chciały powiedzieć: „Przykro mi, skarbie,

sama tego chciałaś”. Otworzył teczkę, którą trzymał w ręku, i odchrząknął.

–  Wtedy  jeszcze  tu  nie  pracowałem,  ale  spójrzmy…  –  Przerzucił  kilka

kartek.  –  Po  tym,  jak  matka  oddała  panią  do  domu  dziecka,  resztę  życia

spędziła  tutaj,  w  Rocquemore.  –  Jego  palce  nerwowo  skubały  teczkę.  –

Została przyjęta na własne życzenie – ciągnął. – Była u nas sześć miesięcy i

osiemnaście dni. Popełniła samobójstwo w przeddzień swoich dwudziestych

background image

pierwszych urodzin.

Zatkało mnie.

Do diabła. Czegoś takiego się nie spodziewałam.

Ta wiadomość wprawiła mój umysł w odrętwienie. I rozniosła w pył listę

domysłów, które dotychczas snułam i z którymi zdążyłam się oswoić.

Przez  lata  roztrząsałam  wszystkie  możliwe  powody,  dla  których  matka

mogła  mnie  zostawić.  Jasne,  przyszło  mi  do  głowy,  że  w  ciągu  ostatnich

trzynastu  lat  mogła  umrzeć.  Ale  samobójstwo?  Tak,  frajerko,  o  tym  nie

pomyślałaś. Przez umysł przebiegła mi długa wiązanka przekleństw. Miałam

ochotę  walnąć  głową  w  stół  –  może  to  pomogłoby  mi  stawić  czoło  tej

nowinie.

Matka oddała mnie pod opiekę stanowi Luizjana tuż po moich czwartych

urodzinach, a pół roku później już nie żyła. Przez te wszystkie lata myślałam

o  niej,  zastanawiałam  się,  jak  wygląda,  co  robi,  czy  wspomina  małą

dziewczynkę,  którą  kiedyś  porzuciła,  a  tymczasem  ona  nie  mogła  nic  robić

ani myśleć, bo leżała dwa pieprzone metry pod ziemią.

Moja  pierś  wypełniła  się  krzykiem,  którego  nie  potrafiłam  z  siebie

wydobyć.  Wpatrywałam  się  w  swoje  dłonie,  w  krótko  obcięte,  pomalowane

na czarno paznokcie przypominające lśniące żuki na tle białej kompozytowej

powierzchni stołu. Oparłam się pokusie, żeby zgiąć palce i wbić paznokcie w

laminat, by poczuć, jak odrywają się od skóry, poczuć coś innego niż smutek

ściskający i spalający wnętrzności.

– Dobra – powiedziałam, biorąc się w garść. – A co dokładnie było z nią

nie tak?

To pytanie sparzyło mi język jak gorąca smoła i sprawiło, że moja twarz

oblała się rumieńcem. Włożyłam ręce pod stół, oparłam na udach i wytarłam

spocone dłonie o dżinsy.

– Schizofrenia. Urojenia… a raczej urojenie.

background image

– Tylko jedno?

Otworzył  teczkę  i  udawał,  że  czyta.  Facet  cholernie  się  denerwował  i

trudno było mu się dziwić. Kto by chciał opowiadać nastolatce o jej mamie,

która była tak porąbana, że w końcu się zabiła?

Na jego policzkach wykwitły różowe plamki.

–  Tutaj  jest  napisane  –  głośno  przełknął  ślinę  –  że  chodziło  o  węże…

Twierdziła,  że  węże  próbują  wychodzić  z  jej  głowy,  że  czuje,  jak  rosną  i

poruszają  się  pod  jej  czaszką.  Kilkakrotnie  podrapała  głowę  do  krwi.

Próbowała je wyciągnąć nożem do masła ukradzionym ze stołówki. Lekarze

robili wszystko, ale nie zdołali jej przekonać, że to tylko wytwór jej umysłu.

Ten  obraz  popełznął  wzdłuż  mojego  kręgosłupa  i  poczułam  dreszcz

biegnący aż do karku. Nienawidziłam węży.

Doktor Giroux zamknął teczkę i pospiesznie zaczął mnie pocieszać:

–  Należy  pamiętać,  że  w  tamtym  okresie  mnóstwo  osób  zmagało  się  ze

stresem pourazowym… Była pani za mała, żeby pamiętać, ale…

– Trochę pamiętam.

Jak mogłabym zapomnieć? Uciekaliśmy razem z setkami tysięcy ludzi, a

dwa huragany czwartej kategorii, jeden po drugim, niszczyły Nowy Orlean i

południową  część  stanu.  Nikt  nie  był  na  to  przygotowany.  I  nikt  tam  nie

wrócił. Nawet teraz, trzynaście lat później, nikt przy zdrowych zmysłach nie

zapuszczał się dalej niż na skraj Obręczy.

Doktor Giroux uśmiechnął się smutno.

– W takim razie nie muszę tłumaczyć, dlaczego pani matka do nas trafiła.

– Nie.

–  Było  ich  tak  wielu  –  ciągnął  posępnie,  patrząc  w  przestrzeń.

Zastanawiałam  się,  czy  w  ogóle  mówi  do  mnie.  –  Psychozy,  strach  przed

utonięciem, wspomnienia śmierci najbliższych. A do tego węże, węże, które

woda  wypłukała  z  bagien  i  mokradeł…  Pani  matka  najprawdopodobniej

background image

przeżyła coś strasznego, a to w końcu doprowadziło do urojeń.

Obrazy  huraganów  i  tego,  co  zostało  po  ich  przejściu,  migały  w  mojej

głowie jak slajdy.  Bardzo rzadko o  nich myślałam. Zerwałam  się z miejsca,

pragnąć zaczerpnąć świeżego powietrza, chcąc się wydostać z tego upiornego

bajzlu  otoczonego  mokradłami,  mchem  i  sękatymi  wilgotnymi  drzewami.

Miałam  ochotę  trząść  się  jak  opętana,  zrzucić  z  siebie  obrazy  pełzające  po

mojej  skórze.  Zmusiłam  się  jednak  do  zachowania  spokoju,  odetchnęłam

głęboko, a potem obciągnęłam czarną podkoszulkę i odchrząknęłam.

–  Dziękuję,  że  zechciał  pan  ze  mną  porozmawiać  mimo  późnej  pory,

panie doktorze. Chyba powinnam już iść.

Powoli  się  odwróciłam  i  ruszyłam  w  stronę  drzwi,  nie  mając  pojęcia,

dokąd  idę  ani  co  teraz  zrobię.  Wiedziałam  tylko,  że  aby  stamtąd  wyjść,

muszę poruszać nogami.

– Nie chce pani zabrać jej rzeczy? – zapytał doktor Giroux.

Moja stopa zastygła w powietrzu.

– Właściwie należą teraz do pani.

Spojrzałam  na  lekarza  i  mój  żołądek  wykonał  obrót  przyprawiający  o

mdłości.

–  Zdaje  się,  że  pudełko  jest  w  magazynie.  Pójdę  po  nie.  Proszę  tu

zaczekać – skinął w stronę ławki – to zajmie tylko chwilę.

Ławka.  Usiądź  na  ławce.  Dobry  pomysł.  Opadłam  na  skraj  ławki,

oparłam  łokcie  na  kolanach  i  gapiłam  się  na  literę  V,  którą  utworzyły  moje

stopy,  póki  doktor  Giroux  nie  wrócił  z  wypłowiałym  brązowym  pudełkiem

po butach.

Myślałam,  że  będzie  cięższe,  więc  jego  waga  mnie  zaskoczyła  i  trochę

rozczarowała.

–  Dziękuję.  Aha,  jeszcze  jedno…  Czy  moja  matka  została  tu  gdzieś

pochowana?

background image

– Nie. Pochowano ją w Grecji.

Myślałam, że się przesłyszałam.

– W jakimś małym miasteczku w Stanach czy…?

Doktor Giroux się uśmiechnął, włożył ręce do kieszeni i zakołysał się na

piętach.

– Nie. W prawdziwej Grecji. Zjawił się tu ktoś z rodziny i odebrał ciało.

Jak  już  mówiłem,  wtedy  jeszcze  tu  nie  pracowałem,  ale  może  uda  się  pani

zdobyć więcej informacji w biurze koronera. Dowie się pani, kto pokwitował

odbiór ciała i tak dalej.

Rodzina.

To  słowo  brzmiało  tak  obco,  tak  nierealnie,  że  nawet  nie  byłam  pewna,

czy dobrze usłyszałam. Rodzina. Głęboko w mojej piersi drgnęła nadzieja –

mała, ulotna, gotowa się przeobrazić w piosenkę z filmu Disneya z chórami

uroczych drozdów i rozśpiewanych wiewiórek.

Nie. Jeszcze na to za wcześnie. Powoli.

Zerknęłam  na  pudełko,  zdusiłam  nadzieję  –  zawodziła  mnie  tak  wiele

razy,  że  nie  miałam  zamiaru  natychmiast  jej  ulegać  –  i  zaczęłam  się

zastanawiać, co jeszcze okropnego usłyszę dziś wieczorem.

– Niech pani na siebie uważa.

Postałam  jeszcze  chwilę,  patrząc,  jak  lekarz  idzie  w  stronę  grupy

pacjentów siedzących obok wykuszowego okna, a potem wyszłam wysokimi

dwuskrzydłowymi drzwiami. Każdy krok, który oddalał mnie od podupadłej

rezydencji  zamienionej  na  szpital  psychiatryczny  i  przybliżał  do

zaparkowanego przed nią samochodu, przenosił mnie w przeszłość. Okropne

męczarnie  mojej  matki.  Życie  w  domu  dziecka.  Byłam  córką  niezamężnej

nastolatki, która popełniła samobójstwo.

Zajebiście. Normalnie zajebiście.

Żwir  chrzęścił  pod  podeszwami  moich  butów  i  ten  chrzęst  niósł  się

background image

echem  pośród  nieustannego  cykania  świerszczy,  sporadycznych  plusków

wody  i  kumkania  żab.  W  reszcie  kraju  panowała  zima,  ale  styczeń  na

południu  był  ciepły  i  parny.  Mocniej  przycisnęłam  do  siebie  pudełko,

próbując  dojrzeć  najgłębsze,  najmroczniejsze  cienie  błotnistego  jeziora  za

porośniętymi oplątwą dębami i cyprysami. Zasłoniła je jednak ściana czerni,

która – zamrugałam – jakoś dziwnie drżała.

Ale to były tylko łzy, które wreszcie wypłynęły na powierzchnię.

Ledwie mogłam oddychać. Nie spodziewałam się takiego… bólu. Nigdy

nie  przypuszczałam,  że  naprawdę  odkryję,  co  się  stało  z  matką.  Szybko

wytarłam  mokre  kąciki  oczu,  a  potem  położyłam  pudełko  na  siedzeniu

pasażera i ruszyłam pustą krętą drogą do Covington w Luizjanie, by wrócić

do czegoś, co przypomina cywilizację.

Covington  majaczyło  na  skraju  Obręczy,  granicy  między  ziemią

zapomnianą a resztą stanu. Przygraniczne miasteczko z Holiday Inn Express.

Pudełko leżało na hotelowym łóżku. Zdjęłam buty, zrzuciłam stare dżinsy

i ściągnęłam koszulkę przez głowę. Rano wzięłam prysznic, ale po wizycie w

szpitalu musiałam z siebie zmyć przygnębienie i gęstą warstwę południowej

wilgoci, która przywarła do mojej skóry.

W  łazience  puściłam  wodę  i  zaczęłam  odwiązywać  cienką  czarną

wstążkę,  którą  miałam  na  szyi,  uważając,  żeby  mój  ulubiony  amulet  –

platynowy  sierp  księżyca  –  nie  ześlizgnął  się  z  jej  końca.  Zawsze

uwielbiałam  patrzeć  na  sierp  księżyca,  zwłaszcza  w  bezchmurną  noc,  kiedy

otaczały  go  migoczące  gwiazdy.  Uwielbiam  ten  widok  tak  bardzo,  że

wytatuowałam  go  sobie  tuż  pod  kącikiem  prawego  oka,  w  najwyższym

punkcie kości policzkowej – zrobiłam sobie taki prezent z okazji zbliżającego

się ukończenia liceum. Tatuaż przypominał mi o tym, skąd pochodzę, gdzie

się urodziłam. W Crescent City, Mieście Półksiężyca. W Nowym Orleanie.

Te  nazwy  wyszły  już  z  użycia.  Nowy  Orlean  stał  się  Nowym  2  –

background image

ogromnym,  niszczejącym,  zagubionym  miastem,  które  nie  chciało  dać  się

porwać  fali.  Było  własnością  prywatną,  a  zarazem  światłem  przewodnim  i

schronieniem dla odmieńców i rzeczy, które czają się nocą. Przynajmniej tak

wszyscy mówili.

Stojąc  w  czarnym  staniku  i  majtkach  przed  podłużnym  hotelowym

lustrem,  pochyliłam  się  w  stronę  swojego  odbicia  i  dotknęłam  małego

czarnego księżyca, myśląc  o matce, której  nigdy nie znałam,  o matce, która

mogła mieć takie same jasnozielone oczy jak te spoglądające na mnie z lustra

albo takie same włosy…

Westchnęłam, wyprostowałam się i uniosłam rękę, żeby rozplątać ciasny

kok nad karkiem.

Nienaturalne. Dziwaczne. Popieprzone.

Między  innymi  takich  słów  używałam  na  określenie  gęstych  włosów,

które opadły mi na ramiona, muskając końcówkami dół pleców. Rozdzieliły

się, tworząc przedziałek pośrodku głowy. Wszystkie tej samej długości. Tak

jasne,  że  w  świetle  księżyca  wydawały  się  srebrne.  Moje  włosy.  Zmora

mojego życia. Gęste. Lśniące. I tak proste, jakby armia fryzjerów prasowała

je rozgrzanymi prostownicami. Ale były całkowicie naturalne.

Nie. Nienaturalne.

Z  moich  ust  wyrwało  się  kolejne  westchnienie  zmęczenia.  Już  dawno

przestałam z tym walczyć.

Kiedy po raz pierwszy – miałam wtedy mniej więcej siedem lat – zdałam

sobie sprawę, że moje włosy budzą niewłaściwe zainteresowanie mężczyzn i

chłopaków  z  przybranych  rodzin,  próbowałam  wszystkiego,  żeby  się  ich

pozbyć.  Obcinałam  je.  Farbowałam.  Goliłam.  W  siódmej  klasie  zwędziłam

nawet z laboratorium chemicznego kwas solny, wypełniłam nim umywalkę i

zanurzyłam  włosy  w  roztworze.  Kwas  spalił  włosy,  ale  kilka  dni  później

miały  już  taką  samą  długość,  taki  sam  kolor,  takie  samo  wszystko.  Jak

background image

zwykle.

Dlatego  ukrywałam  je,  najlepiej  jak  umiałam:  w  kokach,  warkoczach,

pod  czapkami.  Poza  tym  nosiłam  czarne  ciuchy  i  w  okresie  dojrzewania

nabrałam  pewności  siebie,  więc  kiedy  mówiłam  „nie”,  większość  facetów

dawała  sobie  spokój.  A  nawet  jeśli  nie,  to  też  umiałam  sobie  poradzić.  Moi

obecni przybrani rodzice, Bruce i Casey Sandersonowie, byli poręczycielami,

to  znaczy  wpłacali  kaucję,  żeby  oskarżony  mógł  uniknąć  odsiadki  przed

rozprawą.  Jeżeli  ten  oskarżony  nie  zjawił  się  w  sądzie,  ścigaliśmy  go  i

doprowadzaliśmy  przed  oblicze  prawa,  żeby  uniknąć  płacenia  rachunku.

Dzięki  Bruce’owi  i  Casey  posługiwałam  się  sześcioma  rodzajami  broni

palnej,  umiałam  w  trzy  sekundy  powalić  stukilogramowego  dupka  na  glebę

oraz jedną ręką zakuć przestępcę w kajdanki.

A oni nazywali to „czasem spędzanym w rodzinnym gronie”.

Moje  odbicie  w  zamglonym  lustrze  posłało  mi  uśmiech.  Sandersonowie

byli  dość  porządnymi  ludźmi,  wystarczająco  porządnymi,  żeby  pożyczyć

siedemnastolatce  samochód  i  pozwolić  jej  tropić  przeszłość.  Casey  też

wychowała  się  w  rodzinie  zastępczej,  więc  rozumiała,  dlaczego  to  robię.

Wiedziała,  że  muszę  to  załatwić  sama.  Szkoda,  że  nie  trafiłam  do  nich  na

początku.  Prychnęłam.  Jasne,  gdyby  życzenia  były  dolarami,  już  dawno

dorównałabym Billowi Gatesowi.

Łazienka  wypełniła  się  parą.  Dokładnie  wiedziałam,  co  robię.

Wiedziałam,  że  to  unik.  Klasyczna  taktyka  Ari.  Póki  nie  wezmę  prysznica,

nie  będę  mogła  wyjść  z  łazienki,  nie  włożę  piżamy  i  nie  otworzę  tego

przeklętego pudełka. Weź się w garść, idiotko. Zrzuciłam z siebie bieliznę.

Pół  godziny  później,  kiedy  skóra  na  opuszkach  palców  zaczęła  mi  się

marszczyć,  a  powietrze  tak  bardzo  nasyciło  się  parą,  że  trudno  było

oddychać,  wytarłam  się  ręcznikiem  i  włożyłam  ulubione  stare  bokserki  w

kratkę  i  cienką  bawełnianą  koszulkę  na  ramiączkach.  Ponownie  związałam

background image

mokre włosy w węzeł, włożyłam skarpetki na wiecznie zimne stopy, a potem

usiadłam po turecku na środku podwójnego łóżka.

Pudełko zwyczajnie sobie leżało. Dokładnie naprzeciwko mnie.

Zmrużyłam oczy. Moje ręce i uda pokryła gęsia skórka. Podskoczyło mi

ciśnienie  –  czułam  to,  bo  w  klatce  piersiowej  zacisnął  się  bolesny  supeł

niepokoju.

Przestań się mazać!

Przecież to tylko głupie pudełko. Tylko moja przeszłość.

Usadowiłam  się  wygodnie  i  uniosłam  pokrywkę,  a  potem  przysunęłam

pudełko  i  zajrzałam  do  środka.  Zobaczyłam  kilka  listów  i  dwa  małe

pudełeczka z biżuterią.

Niewiele jak na pudełko skrywające historię całego życia. Bez wątpienia

wyniknie  z  tego  więcej  pytań  niż  odpowiedzi  –  zazwyczaj  moje

poszukiwania  kończyły  się  właśnie  tak.  Niechętnie  sięgnęłam  do  środka  i

wzięłam  do  ręki  zwykłą  białą  kopertę,  która  leżała  na  wierzchu.  Gdy  ją

odwróciłam, zobaczyłam moje imię napisane niebieskim atramentem.

Aristanae.

Zatkało mnie. A niech to! Matka napisała do mnie list.

Musiała upłynąć chwila, zanim to do mnie dotarło. Przesunęłam kciukiem

po  zamaszystych  pochyłych  literach,  a  potem  drżącymi  rękami  otworzyłam

kopertę i wyjęłam z niej kartkę wyrwaną z notesu.

Moja najdroższa, piękna Ari,

jeśli czytasz ten list, to znaczy, że mnie znalazłaś. Miałam nadzieję, że do

tego nie dojdzie. Przepraszam, że cię porzuciłam. Wiem, że „przepraszam” to

za  mało,  ale  naprawdę  nie  miałam  innego  wyjścia.  Wkrótce  zrozumiesz

dlaczego  i  za  to  też  cię  przepraszam.  Zakładam,  że  dostałaś  to  pudełko  w

Rocquemore,  więc  teraz  musisz  uciekać.  Trzymaj  się  z  dala  od  Nowego

Orleanu  i  od  tych,  którzy  mogą  cię  rozpoznać.  Tak  bym  chciała  móc  cię

background image

uratować.  Serce  mi  pęka  na  myśl,  że  staniesz  w  obliczu  tego,  co  sama

przeżyłam.  Bardzo  cię  kocham,  Ari.  I  przepraszam.  Przepraszam  cię  za

wszystko.

Nie jestem stuknięta. Zaufaj mi. Proszę, córeczko, UCIEKAJ.

Mama

Wystraszona zeskoczyłam z łóżka i odrzuciłam list, jakby parzył.

O co tu chodzi, do cholery?

Serce waliło mi jak młotem, a cieniutkie włoski na skórze podniosły się,

jakby  były  naelektryzowane.  Podeszłam  do  okna  i  wyjrzałam  zza  rolet,

zerkając  w  dół  na  zaparkowany  z  tyłu  samochód.  Wszystko  w  porządku.

Roztarłam  ręce,  a  potem  zaczęłam  krążyć  po  pokoju,  obgryzając  paznokieć

małego palca u lewej ręki.

Znowu zaczęłam się gapić na porzucony list napisany drobnym pochyłym

pismem.

Nie jestem stuknięta. Zaufaj mi. Proszę, córeczko.

Córeczko. Córeczko.

Pozostała  mi  tylko  garstka  niewyraźnych  wspomnień,  ale  te  słowa…

Prawie  słyszałam,  jak  mama  je  wypowiada.  Miękko.  Czule.  Radosnym

głosem.  Zdałam  sobie  sprawę,  że  to  prawdziwe  wspomnienie,  a  nie  jedna  z

tysięcy fantazji, które snułam w ciągu tych wszystkich lat. Poczułam ukłucie

w sercu i tępy ból za lewym okiem zapowiadający nadciągającą migrenę.

Tyle lat… To niesprawiedliwe!

Na moje żebra naparła fala adrenaliny, która po chwili popędziła wzdłuż

ręki.  Zamiast  krzyczeć  i  walić  pięściami  w  ścianę,  tak  jak  miałam  ochotę

zrobić, mocno przygryzłam dolną wargę i zacisnęłam dłoń.

Nie. Odpuść sobie.

Nie było sensu znowu skręcać w drogę prowadzącą do wniosku, że życie

jest  niesprawiedliwe.  Już  tamtędy  chodziłam.  Dostałam  nauczkę.  Taki  ból

background image

niczemu nie służył.

Z  jękiem  wrzuciłam  list  z  powrotem  do  pudełka,  gwałtownie  je

zamknęłam,  a  potem  się  ubrałam.  Kiedy  moje  rzeczy  leżały  już  w  plecaku,

złapałam  pudełko.  Matka,  której  nie  widziałam  od  trzynastu  lat,  kazała  mi

uciekać,  uciekać  w  bezpieczne  miejsce.  Nie  wiedziałam,  o  co  chodzi,  ale

bardzo  wyraźnie  czułam,  że  coś  jest  nie  tak.  Może  po  prostu  byłam

wystraszona i dostałam paranoi po tym, co usłyszałam od doktora Giroux.

A  może,  pomyślałam,  kiedy  mój  podejrzliwy  umysł  zaczął  pracować  na

wysokich obrotach, może moja matka wcale nie popełniła samobójstwa?

background image

Rozdział drugi

ZBIEGŁAM DO RECEPCJI, oddałam klucz, a potem wypadłam tylnymi

drzwiami i popędziłam do samochodu. Latarnia na ulicy bzyczała i od czasu

do  czasu  mrugała,  a  jej  światło  podkreślało  mgłę,  która  wisiała  nisko  nad

ziemią.  Żaby  i  świerszcze  hałasowały  za  drucianym  płotem,  który  oddzielał

hotelowy parking od zarośniętego, wypełnionego wodą rowu ciągnącego się

wzdłuż placu.

Z  każdym  krokiem  coraz  bardziej  się  uspokajałam  i  robiło  mi  się  coraz

bardziej  głupio.  Co  ja  wyprawiam,  do  cholery?!  Uciekam,  bo  przeczytałam

jakiś list? Jakie niebezpieczeństwo mogło czyhać w Nowym 2? Odpowiedzi

na  pytania  dotyczące  mojej  przeszłości?  Wyjaśnienie,  dlaczego  jestem

wybrykiem natury? Więcej informacji o życiu mojej matki?

Matka mnie ostrzegła, ale pewnie nie przypuszczała, że jej jedyna córka

zostanie  poręczycielką  na  pół  etatu.  Potrafiłam  stawić  czoło  Nowemu  2  i

wszystkim innym problemom.

Znowu  położyłam  pudełko  na  siedzeniu  pasażera,  a  pękaty  plecak  na

podłodze.  Zacisnęłam  palce  na  kierownicy  i  siedziałam  tak  przez  dłuższy

czas, wściekając się na swój brak zdecydowania.

O  Rocquemore  i  o  tym,  że  urodziłam  się  w  Nowym  Orleanie,

dowiedziałam  się  przed  wyjazdem  z  Memphis.  Bruce  i  Casey  od  razu

pożyczyli  mi  jeden  ze  swoich  samochodów.  Czuli,  że  jestem  dojrzalsza  i

bardziej  odpowiedzialna  niż  większość  dorosłych.  Miałam  siedemnaście  lat,

zaliczyłam  półrocze  przed  terminem,  a  moje  wyniki  w  pracy  dowiodły,  że

jestem  godna  zaufania.  Poza  tym  za  pół  roku  miałam  zostać  obywatelką,

która  na  legalu  nosi  spluwę  jako  etatowa  pracowniczka  firmy  Sanderson

background image

Kaucje i Poręczenia.

Tyle  tylko  że  –  nachyliłam  się  i  lekko  uderzyłam  głową  o  kierownicę  –

obiecałam Bruce’owi i Casey poprzestać na Covington i przyrzekłam, że jeśli

poszukiwania  zawiodą  mnie  do  Nowego  2,  nie  wybiorę  się  tam  sama,  lecz

zaczekam na nich.

Teraz, po tym liście od mamy, chciałam jednak od razu ruszyć w drogę.

Czekałam tyle lat. Byłam już tak blisko…

Cały  ten  wieczór  totalnie  namieszał  mi  w  głowie.  Ari  Selkirk  nie  miała

trudności z podejmowaniem decyzji. Przez większość życia musiałam dbać o

siebie sama i zdarzały mi się gorsze chwile niż ta. Kurczę, w porównaniu z

niektórymi z nich ta sprawa była naprawdę lajtowa.

Doszedłszy do tego wniosku, wyprostowałam się i wsunęłam kluczyk do

stacyjki,  ale  zanim  zdążyłam  go  przekręcić,  w  plecaku  rozbrzmiał  dzwonek

komórki.

– Słucham?

– Jak poszło, mała? – To był Bruce.

–  W  porządku.  Chyba  znalazłam  to,  po  co  przyjechałam.  Ale  muszę

jeszcze  coś  sprawdzić.  Hej,  podziękuj  bratu  za  pomoc,  dobra?  –  Mimo  że

dupek sporo mi policzył za te swoje usługi detektywistyczne.

– Jasne. Wrócisz jutro? Mamy dwie nowe sprawy. Pomogłabyś nam.

Pomogłabym,  pomyślałam.  A  jeszcze  bardziej  pomogłabym  sobie,

gdybym  się  w  końcu  dowiedziała,  kim  jestem  i  dlaczego  różnię  się  od

wszystkich innych dziewczyn na świecie.

– Hej, słyszysz mnie?

–  Tak.  –  Urwałam.  –  Zanim  wrócę,  muszę  jeszcze  sprawdzić  kilka

nowych tropów. Może przyjadę jutro wieczorem.

Zacisnęłam powieki i poczułam się jak świnia: nie umiałam po prostu być

szczera i powiedzieć, że zamierzam pojechać do Nowego 2. Ale za bardzo się

background image

bałam,  że  jeśli  Bruce  się  dowie,  natychmiast  mi  tego  zabroni.  Z  początku

planowałam  wyjechać  z  Covington  rano  i  wrócić  do  Memphis.  Teraz  nie

wiedziałam, co zrobić ani dlaczego, u diabła, wymeldowałam się z hotelu.

Jasne,  że  wiesz.  Zamierzasz  wjechać  za  Obręcz.  Zamierzasz  odwiedzić

Nowy 2.

Rozłączyłam się, przekręciłam kluczyk w stacyjce i pozwoliłam silnikowi

popracować  na  luzie.  Potrzebowałam  jednego  dnia.  Jednego  dnia,  żeby

pojechać  do  Nowego  2,  zajrzeć  do  Szpitala  Miłosierdzia,  zdobyć  dostęp  do

aktu  urodzenia  i  –  jeśli  się  uda  –  poznać  nazwisko  ojca.  Chociaż  podróż

samochodem nie była chyba najlepszym rozwiązaniem, bo Nowy 2 słynął z

kradzieży pojazdów. Ostatnią rzeczą, jakiej chciałam, zwłaszcza po złamaniu

obietnicy, był powrót do Memphis bez samochodu.

Może  recepcjonistka  wskaże  mi  jakiś  przystanek  autobusowy.  Jeśli  się

okaże,  że  przystanek  jest  w  pobliżu,  uznam,  że  to  przeznaczenie.  Jeśli  nie,

będę musiała poczekać. Ale nie zaszkodzi zapytać, prawda?

Przechyliłam  się  na  bok,  żeby  sięgnąć  po  plecak,  i  zastygłam  w  tej

pozycji na widok jakiegoś ruchu we wstecznym lusterku.

Za  samochodem  stała  ciemna  postać,  która  też  znieruchomiała.  Strach

przeszył  moje  ciało  jak  błyskawica  i  nabrałam  wyraźnego  poczucia,  że

właśnie wpadłam prosto na plan horroru.

Cholera.

Postać stała za samochodem, majacząc we wstecznym lusterku.

Moja  dłoń  powoli  ominęła  plecak  i  skierowała  się  do  schowka  na

rękawiczki. 

Otworzyłam 

go 

próbowałam 

wymacać

dziewięciomilimetrówkę,  którą  trzymał  tam  Bruce.  Siedziałam  w

samochodzie  służbowym.  W  każdym  z  nich  zawsze  była  jakaś  broń  na

wszelki wypadek. Nie miałam prawa jej używać, ale coś mi podpowiadało, że

niepełnoletność jest teraz najmniejszym z moich problemów. Jeśli uda mi się

background image

wystraszyć tego typka, nic złego się nie stanie.

Poczułam  ulgę,  kiedy  moja  dłoń  zacisnęła  się  na  kolbie  pistoletu.

Wyprostowałam się, wzięłam głęboki oddech i siłą woli przestawiłam umysł

na  tryb  treningowy.  Miliony  razy  ćwiczyłam  takie  sytuacje  –  uniki,

samoobrona, obezwładnianie…

Otworzyłam drzwi i wysiadłam z samochodu.

Był  wysoki.  Miał  krótko  obcięte  włosy  koloru  ciemnoblond.  Czarną

podkoszulkę.  Skórzany  pas,  przecinający  w  poprzek  pierś,  podtrzymywał

okrągłą  tarczę  na  plecach.  Ale  tym,  co  zwróciło  moją  uwagę  i  sprawiło,  że

serce podskoczyło mi do gardła, był bardzo błyszczący i bardzo przerażający

nóż w jego dłoni, coś pomiędzy sztyletem a krótkim mieczem.

Facet był dobrze zbudowany, a kiedy zmierzył mnie wzrokiem i spojrzał

mi w oczy, w moim umyśle odbiły się echem słowa matki. UCIEKAJ!

Nieznajomy typ wyszedł zza samochodu, zamykając mnie w przestrzeni

ograniczonej dwoma pojazdami i ścianą hotelu. Zacisnęłam dłoń na pistolecie

przy udzie. Cofnęłam się i wślizgnęłam między maskę samochodu a zarośla,

a potem ruszyłam na drugą stronę. On zrobił to samo.

– Słuchaj, koleś, nie wiem, o co ci chodzi, ale może lepiej odłóż ten nóż,

dobra?

Byliśmy  na  parkingu  za  hotelem,  właściwie  odcięci  od  świata.

Wiedziałam,  że  dopóki  drogą  biegnącą  obok  placu  nie  będzie  przejeżdżał

jakiś samochód, jestem zdana wyłącznie na siebie.

Ruszył naprzód, pochylając szerokie ramiona. Nie chciałam go zastrzelić,

ale  coś  mi  mówiło,  że  facet  wcale  się  nie  przejmuje  moim  pistoletem.

Odezwał się. W jakimś obcym języku. Mówił niskim głosem i rozkazującym

tonem,  a  przy  tym  z  takim  przekonaniem,  że  na  pewno  chodziło  mu  o  coś

okropnego. Na przykład o ostatnie namaszczenie.

– Daj spokój, nie bądź głupi – cofnęłam się i potknęłam o krawężnik. –

background image

Nie chcę cię zastrzelić.

Coraz  bardziej  zbliżał  się  do  mnie,  a  kiedy  stanął  mniej  więcej  w

odległości metra, przemówił z twardym akcentem i uniósł nóż.

– Z woli Athana potnija, uwalniam cię od tego życia.

Niech to szlag, zmusi mnie, żebym to zrobiła.

Ostrze opadło w dół. Strzeliłam.

Huk  rozdarł  nocne  powietrze  jak  bomba  i  moje  ciało  lekko  zadrżało  od

odrzutu. Kula głucho wbiła mu się w udo.

Skrzywił się, na chwilę przystanął, a potem znowu ruszył w moją stronę.

Wytrzeszczyłam oczy i  zaschło mi w  gardle. No tak,  jasne, był napruty,

czegoś się nawciągał. Na pewno.

Znowu  uniósł  długi  nóż.  W  uszach  czułam  głośne  i  powolne  łomotanie

serca.  Miałam  wrażenie,  że  minęła  cała  wieczność,  zanim  w  końcu  opuścił

rękę  z  taką  siłą,  że  aż  stęknął.  Prawie  nie  czułam  dłoni,  kiedy  uniosłam

pistolet  i  jeszcze  raz  pociągnęłam  za  spust.  Kula  trafiła  go  w  prawe  ramię.

Rana  nie  była  śmiertelna,  po  prostu  chciałam,  żeby  wypuścił  ten  przeklęty

minimiecz.

Jego ręka zastygła w powietrzu i popatrzył na krew wyciekającą z rany.

Potem wbił we mnie spojrzenie szalonych oczu. Uśmiechnął się.

O cholera.

Zrobił dwa kroki i zamachnął się. Złapałam go za rękę, mając nadzieję, że

rana  postrzałowa  i  moja  siła  zdołają  go  jakoś  powstrzymać.  Jego  twarz

znalazła  się  o  kilka  centymetrów  od  mojej,  wystarczająco  blisko,  żebym

zobaczyła  morderczy  błysk  w  jego  oczach.  Po  lewej  skroni  pociekł  mu  pot.

Zacisnął  zęby  i  chyba  zaklął  w  tym  dziwnym  języku.  Zamachnął  się  drugą

ręką, ale zablokowałam ją łokciem, szykując się na ból. Od razu kopnęłam go

kolanem w pachwinę z siłą mogącą wgiąć maskę samochodu. Odskoczył do

tyłu i zgiął się wpół.

background image

Nóż z brzękiem upadł na ziemię.

W samą porę.

Obudziły  się  moje  zmysły.  Rzuciłam  się  naprzód,  płynnym  ruchem

złapałam nóż, a mój kok się rozsypał i włosy opadły mi na oczy. Ruszyłam w

stronę bocznej uliczki prowadzącej do wejścia do hotelu, ale zaraz za rogiem

mnie dogonił. Wyciągnął dłoń i złapał mnie za kostkę. Pisnęłam zaskoczona.

Zatrzepotałam rękami. O nie. Przygotowałam się na upadek.

Najpierw o ziemię uderzyły moje łokcie, a ułamek sekundy później czoło

mocno wyrżnęło w asfalt przy akompaniamencie brzęku pistoletu i noża.

Ból  trysnął  na  wszystkie  strony,  biegnąc  wzdłuż  każdego  centymetra

mojej czaszki i przy okazji mnie oślepiając.

Jezu Chryste! Zewsząd otaczało mnie jaskrawe białe światło.

Zdrętwiały  mi  kończyny,  puls  dudnił  w  uszach,  galopując  zbyt  szybko,

zbyt  chaotycznie.  Byłam  na  krawędzi  paniki  –  takiej,  która  całkowicie

zniszczy  moją  zdolność  walki,  jeśli  natychmiast  się  nie  pozbieram.  Jeśli

leżysz na ziemi, celuj w cokolwiek! Rób wszystko, żeby wstać! – krzyknął głos

Bruce’a w mojej głowie.

Zdusiłam  panikę,  przewróciłam  się  na  plecy  i  kopnęłam  na  oślep.

Trafiłam  w  coś.  Moja  dłoń  otarła  się  o  rękojeść  noża  leżącego  za  głową.

Chwyciłam go, usiadłam i pchnęłam z całej siły, mając cholerną nadzieję, że

w coś wceluję.

Ostrze napotkało opór. Pchnęłam mocniej.

Serce tak głośno waliło mi w uszach, że prawie nic nie słyszałam. Powoli

odzyskiwałam wzrok.

Mężczyzna  klęczał  między  moimi  nogami,  trzymając  oburącz  skrawek

ostrza  przy  rękojeści.  Reszta  tkwiła  głęboko  w  jego  piersi.  Miał

wytrzeszczone, zdziwione oczy, jakby myśl o porażce nigdy nie przyszła mu

do głowy.

background image

Czas  mijał.  Nie  odrywaliśmy  od  siebie  wzroku.  W  pewnej  chwili  jego

twarz  drgnęła  i  odmalował  się  na  niej  żal.  Wyciągnął  jedną  rękę  i  uniósł

kosmyk moich włosów.

– Taka piękna – szepnął.

Pogładził  kosmyk,  trzymając  go  między  zakrwawionym  palcem

wskazującym  a  kciukiem.  Potem  wymamrotał  coś  w  tym  swoim  dziwnym

języku  i  dostał  ataku  kaszlu.  Skrzywił  się,  mocno  zacisnął  powieki.  Moje

włosy wysunęły się spomiędzy jego palców i mężczyzna runął w tył, a jego

ciało zsunęło się z ostrza.

Żaby  i  świerszcze  nadal  śpiewały  wieczorną  pieśń.  Znowu  rozległy  się

odgłosy ruchu na drodze. Ale te wszystkie dźwięki nie miały pojęcia, co się

właśnie stało, i zostały stłumione przez mój głośny urywany oddech.

Czułam ucisk w wyschniętym gardle. Łzy szczypały mnie w oczy, kiedy

gapiłam  się  na  leżącego  przede  mną  człowieka.  Miał  najwyżej  dwadzieścia

pięć lat. Był zdrowy. Przystojny. Mógł wieść przyzwoite życie. Poznać miłą

dziewczynę. Wziąć ślub. Mieć dzieci.

O  Boże.  Właśnie  zabiłam  człowieka  –  moje  palce  zacisnęły  się  na

rękojeści  noża  –  zabiłam  człowieka  jakimś  cholernym,  pieprzonym,

miniaturowym mieczem.

Czas spędzony w rodzinnym gronie z Sandersonami niczego takiego nie

uwzględniał.

Otarłam mokre oczy grzbietem drżącej dłoni. W drugiej nadal trzymałam

nóż, mimo że zbielały mi knykcie i zdrętwiały palce. Nie byłam w stanie się

ruszyć,  nie  potrafiłam  się  otrząsnąć.  Otrząsnąć  się  z  szoku  po  tym,  jak

zaatakował  mnie  obcy  człowiek.  Jak  walczyłam  o  życie.  Jak  go  zabiłam…

Wyjmij komórkę. Zadzwoń pod 911. Rusz tyłek, przecież wiesz, co robić. Tak.

Wiedziałam,  co  robić.  Wzięłam  kilka  głębokich  oddechów,  chcąc  uspokoić

galopujące  serce,  i  przewróciłam  się  na  bok,  żeby  wstać.  Ale  ciało

background image

mężczyzny nagle drgnęło.

Zamarłam. Rozdziawiłam usta, patrząc, jak zwłoki unoszą się nad ziemią,

kilka  sekund  wiszą  w  powietrzu,  powoli  zamieniają  się  w  dym,  a  potem

znikają uniesione niewidocznym podmuchem powietrza.

Oniemiałam,  usiadłam  z  powrotem  na  ziemi  i  zamrugałam.  Palce

zaciśnięte  na  rękojeści  powoli  się  rozluźniły,  a  w  ostrzu  noża  odbiło  się

światło ulicznej lampy i zalśniła na nim krew.

Z moich ust wydobył się piskliwy śmiech.

– Serio? – W głuchej nocy mój głos zabrzmiał cicho i słabo. Odchyliłam

głowę i krzyknęłam do mglistego czarnego nieba: – Serio!

Czyżby to była jakaś pokrętna gra umysłowa? Może spadłam ze schodów

w Rocquemore? Za mocno wyrżnęłam głową w chodnik? Niech to szlag! Łzy

rozmazywały  mi  obraz,  kiedy  gapiłam  się  na  nóż  leżący  na  ziemi  między

moimi stopami.

Krew. Nóż.

Cokolwiek  się  stało,  jednego  byłam  pewna.  To  się  zdarzyło  naprawdę.

Miałam przed sobą dowód w postaci zakrwawionego noża. List mojej mamy

wydawał się kompletnie popieprzony, ale ona miała rację.

background image

Rozdział trzeci

NAGLE  DO  MOICH  PORAŻONYCH  ZMYSŁÓW  DOTARŁ  NISKI

WARKOT  i  dudnienie  muzyki.  Oślepiły  mnie  jaskrawe  światła.  Pisk

hamulców. Zapach gumy topiącej się na asfalcie… To wszystko zauważyłam

jednak zbyt późno.

Zasłoniłam twarz ręką  i poturlałam się  na bok, bo  zdałam sobie sprawę,

że siedzę w bocznej uliczce, na wprost nadjeżdżającego auta. Samochód mnie

zaskoczył, byłam wstrząśnięta tym, co właśnie zrobiłam i zobaczyłam. Krew

pędziła mi w żyłach, moje kończyny zdrętwiały i byłam zamroczona.

Ciężarówką  zarzuciło  na  bok,  a  potem  pojazd  ostro  zahamował  i  stanął

rozkołysany ze zderzakiem tak blisko mnie, że mogłam wyciągnąć rękę i go

dotknąć.  Obok  przemknęła  chmura  spalin  z  rury  wydechowej.  Ich  woń

przyprawiła  mnie  o  mdłości.  Zza  uchylonych  drzwi  od  strony  kierowcy

wychyliła się mała postać. Opuściłam rękę zasłaniającą twarz. Głośny warkot

silnika wibrował we mnie jak powolny nieprzerwany strumień prądu.

–  Hej,  nic  ci  nie  jest?  –  zapytała  dziewczyna  w  ogrodniczkach  i

tweedowym kaszkiecie.

Próbowałam odpowiedzieć, ale nie mogłam wydobyć głosu.

– Upiłaś się czy co?

–  Nie  –  wychrypiałam,  przewracając  się  na  kolana,  a  potem  podparłam

się  dłońmi,  żeby  podźwignąć  słabe  ciało.  Kiedy  wstałam,  wytarłam  ręce  w

dżinsy.

– Dobra. Mogłabyś się odsunąć? Muszę dostarczyć przesyłki.

Przyjrzałam  się  dziewczynie,  jej  poplamionym  olejem  ogrodniczkom,

wyzierającej spod nich białej prążkowanej koszulce na ramiączkach, koszuli

background image

flanelowej i chudym, żylastym rękom. Jej brązowe włosy zostały zaplecione

w dwa warkocze, miała błyszczące zielone oczy, piegi rozsypane na grzbiecie

nosa i plamę oleju na twarzy. Spod cienkiej warstwy czarnego sprayu z boku

ciężarówki przebijało stare logo UPS.

– Jesteś z Nowego 2. Pracujesz jako kurier.

– No i?

Przełknęłam  ślinę,  wiedząc,  że  jestem  w  szoku  i  prawdopodobnie  w  nie

najlepszej  formie,  żeby  podejmować  decyzje  pod  wpływem  chwili,  ale

czułam, że jeśli nie skorzystam z okazji, to później wybiję sobie tę podróż z

głowy. Jeden dzień. Potrzebowałam tylko jednego dnia.

– Szukam transportu do miasta.

Dziewczyna zmrużyła lewe oko i zmierzyła mnie wzrokiem, zupełnie się

z tym nie kryjąc.

– Jesteś papugą?

– Papugą?

– No tak, wiesz… paranormalną turystką.

Zgięła ręce w łokciach i zaczęła nimi trzepotać jak skrzydłami, naśladując

dźwięki wydawane przez papugę.

– Ile masz lat?

– Prawie trzynaście.

Uniosłam brew.

– Pozwalają dwunastolatce rozwozić pocztę?

Dziewczyna przewróciła oczami i oparła łokcie na wielkiej kierownicy.

– Nigdy nie byłaś w Nowym 2, prawda?

Wzruszyłam ramionami.

–  Tutaj  życie  biegnie  inaczej  niż  poza  Obręczą.  –  Zmrużyła  oczy,

zastanawiając się nad czymś. – Mogę cię zabrać, ale to będzie kosztowało.

– Ile?

background image

– Dwadzieścia dolców.

– Załatwione. Ale poczekaj chwilę.

Szybko  podniosłam  z  ziemi  pistolet  i  nóż,  a  potem  pobiegłam  do

samochodu  po  pudełko  mamy.  Schowałam  miecz  do  plecaka,  wkładając  go

pod kątem, bo inaczej by się nie zmieścił, wsunęłam pistolet za pasek spodni,

a potem zamknęłam samochód.

–  Muszę  tylko  zrzucić  paczki  na  poczcie  i  będę  wolna  –  powiedziała

dziewczyna, kiedy wsiadłam do samochodu.

Jej wzrok na chwilę powędrował w stronę plecaka, ale nie wspomniała o

pistolecie ani o nożu. Zamiast tego wyciągnęła usmarowaną olejem rękę.

– Jestem Crank.

Uścisnęłam małą dłoń.

– Ari.

Crank  przesunęła  ciężki  drążek  skrzyni  biegów  i  puściła  sprzęgło.

Ciężarówka  zakołysała  się  w  przód  i  w  tył,  zmuszając  mnie  do  złapania

zimnej metalowej klamki, i w końcu powoli ruszyła.

Nikt  nie  wyszedł  z  hotelu,  kiedy  rozległy  się  strzały.  Czyżby  ich  nie

słyszeli?  Widząc,  jak  hotel  i  parking  znikają  w  tyle,  poczułam  dreszczyk

niepokoju  biegnący  w  dół  kręgosłupa.  Albo  obsługa  hotelu  i  goście

postanowili nie dzwonić po gliny, albo strzały w środku nocy były w okolicy

Obręczy  normą.  To  drugie  wyjaśniałoby  także,  dlaczego  Crank  w  ogóle  się

nie  speszyła,  kiedy  wniosłam  broń  do  samochodu.  Niestety,  żadna  z  tych

myśli nie podnosiła mnie na duchu.

Gdy dotarłyśmy do budynku poczty, Crank wjechała od tyłu i wycofała w

stronę strefy załadunkowej, a potem wdrapała się na pakę, otworzyła drzwi i

wyjęła  przesyłki,  które  po  chwili  wylądowały  w  trzech  wielkich

pojemnikach. Dwie paczki zaadresowane do Nowego 2 wrzuciła do środka, a

potem ruszyłyśmy w stronę drogi numer 190.

background image

Zjazd  na  południe  był  częściowo  zabarykadowany,  ale  trzy  wypłowiałe

pomarańczowe beczki odsunięto, żeby umożliwić ruch pojazdów.

Dopiero  po  jakichś  piętnastu  kilometrach  oficjalnie  przekroczyłyśmy

granicę Obręczy. Nie świadczyło o tym nic oprócz starej przydrożnej tablicy,

na  której  widniał  napis:  GRANICA  STANÓW  ZJEDNOCZONYCH.

STREFA KLĘSKI ŻYWIOŁOWEJ. WJAZD NA WŁASNE RYZYKO. Parę

metrów  dalej  stała  druga  tablica:  WŁASNOŚĆ  NOVEM.  PROSIMY

SZANOWAĆ NASZĄ ZIEMIĘ. WITAMY W NOWYM ORLEANIE.

Nie  licząc  odgłosów  towarzyszących  jechaniu  po  wybojach  i  warkotu

silnika,  długa  podróż  upływała  nam  w  ciszy  –  takiej,  którą  się  widzi,  a  nie

słyszy.  Ciszy,  która  dominowała  w  płaskim  krajobrazie  sięgającym  aż  do

czarnych  zarysów  zrujnowanych  miasteczek  na  horyzoncie,  porzuconych

barów  fast  food,  stacji  benzynowych  i  pojazdów.  Im  dalej  jechałyśmy,  tym

gorzej  wyglądała  droga:  popękany  asfalt  upstrzony  był  dziurami  i  wielkimi

nieregularnymi kępami chwastów.

–  Niewiele  tutaj  zostało  –  powiedziała  Crank,  podążając  za  moim

spojrzeniem. – Większość ludzi mieszka w Nowym 2 albo gdzieś w pobliżu.

– Dlaczego w ogóle tam zostali? – zapytałam cicho.

Po  kataklizmie  rząd  umył  ręce,  zapominając  o  tym  mieście  i  o  całej

okolicy. Ogłosił ją obszarem klęski żywiołowej i zabrał stamtąd wszystkich,

którzy  chcieli  się  wyprowadzić.  Cała  infrastruktura  miejska,  stanowa  i

federalna  upadła  razem  z  gospodarką.  Jeśli  ktoś  został,  zrobił  to  ze

świadomością, że Ameryki już tam nie ma.

Dziewięć  najstarszych  rodzin  w  Nowym  Orleanie  zawarło  sojusz  zwany

Novem  i  wykupiło  zrujnowane  miasto  wraz  z  okolicznymi  gminami,

przeprowadzając bezprecedensową transakcję, z której najwyraźniej wszyscy

byli zadowoleni. Rząd nie musiał się dłużej przejmować Nowym Orleanem.

Mniej  więcej  osiem  miliardów  dwieście  tysięcy  dolarów,  jakie  zarobiły  na

background image

sprzedaży  Stany  Zjednoczone,  trafiło  do  wysiedlonych  i  poszkodowanych

mieszkańców.  A  Novem  dostało  to,  na  czym  najwyraźniej  mu  zależało:

miasto, które mogło uznać za swoją własność.

Przez jakiś czas media trąbiły o Novem, wabione licznymi spekulacjami

na  temat  zagadkowego  zakupu  nieużytków  oraz  zafascynowane  bogactwem

rodzin  i  władzą  związaną  z  posiadaniem  całego  miasta  i  rządzeniem  nim.

Napisano nawet książkę o rodzinach i ich długiej historii w Nowym Orleanie.

Zdobyły one coś w rodzaju statusu celebrytów, który przerodził się w swoistą

legendę. Dziwne postacie ubarwiające ich drzewa genealogiczne – wiedźmy,

wampiry i królowe wudu – tylko dodawały im tajemniczości.

Novem nigdy nie potwierdziło tych pogłosek ani im nie zaprzeczyło. Jego

członkowie  nie  udzielali  wywiadów  i  nie  licząc  pamiętnego  zakupu,  unikali

zwracania  na  siebie  uwagi.  A  po  transakcji  wycofali  się  do  swojego

zrujnowanego  miasta,  skazując  resztę  kraju  na  domysły.  Wkrótce  dołączyli

do Strefy 51, Roswell i potwora z Loch Ness oraz innych teorii spiskowych i

zjawisk  paranormalnych  znanych  na  świecie.  Reporterzy  pracujący  pod

przykrywką i poszukiwacze prawdy, którzy wracali z miasta z niewyraźnymi

zdjęciami  oraz  opowieściami  o  potworach  i  morderstwach,  jeszcze  bardziej

podsycali  te  spekulacje.  Teraz,  trzynaście  lat  później,  ogromna  część  kraju

uważała  Nowy  2  za  schronienie  odmieńców  i  siedlisko  zjawisk

nadprzyrodzonych.

Crank  wzruszyła  ramionami,  a  jej  policzki  zadrżały,  kiedy  koła

ciężarówki wjechały w serię dziur.

–  Nowy  2  to  nasz  dom  –  odpowiedziała  na  moje  ciche  pytanie.

Podskakiwała  na  fotelu  na  sprężynach,  co  zwracało  uwagę  na  jej  stopy

spoczywające  na  drewnianych  klockach  przytwierdzonych  do  pedałów  tak,

żeby mogła do nich dosięgnąć. – Niektórzy nie mieli gdzie się podziać, a inni

byli zbyt uparci, żeby się wynieść.

background image

– Do której grupy należysz?

Crank zachichotała.

– Chyba do obu. Mój tata zginął w powodzi. Wujek ukrył brata i mamę.

Wielu  tak  zrobiło,  kiedy  przyszło  wojsko  i  zarządziło  ewakuację.  Ale  mnie

nie było jeszcze wtedy na świecie. Po co tu przyjechałaś?

Trochę mocniej ścisnęłam pudełko.

–  Próbuję  się  czegoś  dowiedzieć  o  moich  rodzicach.  Urodziłam  się  w

Szpitalu Miłosierdzia kilka lat przed huraganami.

– Bez kitu, serio?

W  gardle  zagulgotał  mi  cichy  śmiech.  Crank  przypominała  dorosłego

człowieka uwięzionego w ciele dziewczynki.

– Serio.

–  Mój  brat  chyba  będzie  mógł  ci  pomóc.  Całkiem  nieźle  mu  idzie

znajdowanie różnych rzeczy. Zaklepałaś sobie jakiś nocleg?

No  tak…  Kiedy  postanowiłam  wskoczyć  do  ciężarówki  z  pocztą,  nie

wybiegałam myślą tak daleko w przyszłość.

– Nie, jeszcze nie.

Potrzebowałam  tylko  jednego  dnia.  Jednego  dnia,  żeby  znaleźć  szpital  i

dostęp do mojej kartoteki. Nie zamierzałam się teraz poddawać.

–  To  dobrze.  Możesz  się  zatrzymać  u  nas.  Hotele  dla  turystów  w

Dzielnicy Francuskiej kosztują majątek.

Ta propozycja była ostatnią rzeczą, jakiej się spodziewałam. Ale z drugiej

strony  nie  spodziewałam  się  też  tego,  że  do  Nowego  2  dowiezie  mnie

dwunastolatka.

– Sama nie wiem…

–  Zaufaj  mi,  mamy  mnóstwo  pokojów.  Odstąpimy  ci  jeden  za

czterdzieści dolców.

Ociągałam się z odpowiedzią, więc zapytała:

background image

– Wchodzisz w to?

– Jasne – powiedziałam z westchnieniem, a potem rozparłam się w fotelu

i przewróciłam oczami. – Czemu nie.

Ciężarówka  pędziła  przez  ruiny  Mandeville,  a  potem  minęła  coś,  co

kiedyś było punktem pobierania opłat na moście nad jeziorem Pontchartrain.

W  jednej  z  budek  paliło  się  słabe  światło  i  w  środku  zauważyłam  ciemną

postać. Crank zwolniła. Mężczyzna – tak przynajmniej uznałam na podstawie

wielkości jego sylwetki – machnął, pozwalając nam jechać dalej.

Kiedy  ciężarówka  potoczyła  się  jedną  stroną  dwupasmowego  mostu,

mocno  ścisnęłam  uchwyt  nad  drzwiami.  Druga  strona  była  nieprzejezdna,

brakowało  w  niej  wielkich  kawałów  asfaltu  i  pozostały  jedynie  masywne

filary z betonu. Na większości z nich widać było ptasie gniazda.

Crank  spojrzała  na  mnie  z  ukosa  i  na  jej  ustach  pojawił  się  znaczący

uśmiech. Dodała gazu.

–  Jeszcze  tylko  niecałe  czterdzieści  kilometrów  –  zanuciła  pod  nosem,

trochę za bardzo uradowana moim niepokojem.

Pochyliła  się  i  wyciągnęła  rękę  w  stronę  radia,  prawie  zapominając  o

drodze. Ciężarówkę zniosło niebezpiecznie blisko barierki.

Jedną  dłoń  zacisnęłam  na  klamce,  a  drugą  ręką  mocno  chwyciłam

pudełko.

– Eee, Crank?

Radio  z  rykiem  obudziło  się  do  życia.  Crank  wyprostowała  się,  kręcąc

przy  okazji  kierownicą,  przez  co  zarzuciło  nas  w  lewą  stronę,  po  której

brakowało  kawałka  barierki.  Nie  gubiąc  rytmu,  Crank  usadowiła  się  z

powrotem w fotelu kierowcy i powoli skierowała pojazd na środek drogi.

Prawie  czterdzieści  kilometrów  mostu  (minus  kilka  już  pokonanych  z

narażeniem  życia),  który  rozciągał  się  nisko  nad  spokojną  taflą  jeziora.

Czterdzieści  kilometrów  kreolskiej  muzyki,  bólu  w  żołądku  i  drętwienia

background image

palców na klamce. Kiedy dotarłyśmy do lądu, czułam się tak, jakbym zrobiła

sto przysiadów, i byłam całkowicie pewna, że taka dawka kreolskiej muzyki

starczy mi co najmniej do końca życia.

Crank jechała przez przedmieścia Metairie, na których o tak późnej porze

było ciemno i cicho. Tu i tam paliły się samotne światełka, których powinny

być  tysiące.  Potem  wjechałyśmy  na  drogę  numer  61  prowadzącą  do

Washington Avenue. Ulica kilka razy zmieniała nazwę, aż w końcu przecięła

St.  Charles  Avenue  w  Dzielnicy  Ogrodowej.  Crank  nie  zwolniła,  żeby

spojrzeć na drogę, tylko wjechała na skrzyżowanie i skręciła w lewo. Tak czy

siak nie miało to żadnego znaczenia: oprócz nas na drodze nie było nikogo.

Świeciło  się  kilka  latarni,  a  na  St.  Charles  Avenue  zauważyłam  podwójne

tory tramwajowe biegnące wzdłuż drogi.

Dzielnica  Ogrodowa  przemieniła  się  w  coś  w  rodzaju  miasteczka

duchów:  w  piękne,  zagubione  miejsce,  gdzie  rośliny  z  wypielęgnowanych

niegdyś ogrodów wyrastały nad ogrodzenia z kutego żelaza i wylewały się na

ulice plątaniną pnączy, chwastów i mchu.

Crank skręciła w First Street i poczułam się tak, jakbyśmy cofnęły się w

czasie  o  sto  lat.  Mimo  obłażącej  farby,  zbutwiałych  desek,  połamanych

ogrodzeń  i  popękanych,  powybijanych  albo  zabitych  deskami  okien,  domy

stały jak pełni godności wartownicy strzegący ulicy, otoczeni starymi dębami

w szarych postrzępionych szalach z oplątwy.

Ciężarówka  skręciła  w  Coliseum  Street,  a  potem  nagle  zahamowała  z

piskiem  opon.  Runęłam  do  przodu  i  leciałam,  póki  nie  zadziałał  pas

bezpieczeństwa,  który  uchronił  mnie  przed  wypadnięciem  przez  przednią

szybę. Z łomoczącym sercem opadłam z powrotem na fotel, a Crank wrzuciła

luz, zaciągnęła ręczny hamulec i zgasiła silnik.

Nadal  czułam  resztki  wibracji  rozdygotanej  ciężarówki,  a  dźwięki

docierające do moich uszu były stłumione, jakbym włożyła słuchawki.

background image

– Nie ma to jak w domu – głośno powiedziała Crank. – Chodź.

Wyskoczyłam  z  samochodu  z  pudełkiem  w  ręku  i  zarzuciłam  plecak  na

ramię. Moje stopy dotknęły twardego podłoża. Miałam ochotę paść na kolana

i podziękować Bogu, że wyszłam z tego cało, ale mimo to stałam bez ruchu i

spokojnie odzyskiwałam równowagę.

– Tędy – głos Crank odbił się echem w ciemności.

Weszłam  na  zniszczony  chodnik  i  odchyliłam  głowę,  żeby  spojrzeć  na

majaczący nad nami wysoki, mroczny budynek. O rany.

Dom na rogu First i Coliseum tkwił w dżungli drzew i wybujałej trawy,

otoczony czarnym ogrodzeniem z żelaza. Był wysoki i prostokątny, piętrowy,

pokryty  wyblakłą  fioletoworóżową  farbą,  z  koronkowymi  balustradami  z

kutego  żelaza,  ze  spiralnym  ornamentem  biegnącym  wzdłuż  piętrowej

werandy  i  z  czarnymi  okiennicami  na  ogromnych  oknach.  Gdzieniegdzie

przez  szyby  przebijało  słabe  światło  przytłumione  ciemnymi,  brudnymi

zasłonami.

Dom  od  razu  mnie  zachwycił:  piękno  przyprószone  czasem  i

zniszczeniem, ale nadal dumne. Tak, to było miejsce w moim stylu.

Trochę  bardziej  zadowolona  z  podjęcia  spontanicznej  decyzji  o

przyjeździe  do  Nowego  2,  ruszyłam  za  Crank,  weszłam  przez  bramę,  która

podtrzymywała 

gęstą 

plątaninę 

pachnących 

pnączy 

obsypanych

kwiatuszkami  –  takimi  samymi  jak  te,  które  rosły  z  boku  domu  i  oplatały

balustradę na piętrze. Nad nami z dachu werandy zwisała czarna latarnia.

–  Fajnie,  no  nie?  –  rzuciła  przez  ramię  Crank,  otwierając  drzwi

wejściowe.

– Mieszkasz tutaj?

– Tak. W zasadzie dom nie jest naszą własnością, ale nikt się o niego nie

upomniał, więc teraz jest nasz. W DO jest mnóstwo pustych domów. DO to

w skrócie Dzielnica Ogrodowa. Najlepsze zajęli dzicy lokatorzy, chociaż ten

background image

też jest niczego sobie. Niektóre pokoje wyglądają nieciekawie, ale poza tym

mieszka  się  tu  całkiem  znośnie.  –  Wyciągnęła  rękę.  –  Dwie  dychy  za

podwiezienie i cztery za pokój.

– A tak, racja.

Postawiłam plecak na werandzie i pogmerałam w środku w poszukiwaniu

portfela.  Wyjęłam  z  niego  trzy  dwudziestki,  które  położyłam  na  otwartej

dłoni Crank.

Weszłyśmy  do  ogromnego  holu  z  drewnianą  podłogą  i  szerokimi

schodami  biegnącymi  wzdłuż  całej  długości  ściany.  Dół  schodów  lekko

skręcał  w  stronę  drzwi  wejściowych.  Ich  podstawa  rozlewała  się  jak  miód

wylany  ze  słoika.  Na  długim  łańcuchu  przymocowanym  do  sufitu  wisiał

ogromny  żyrandol  z  kutego  żelaza,  tak  delikatny  i  misternie  wykonany,  że

wyglądał jak czarodziejskie dzieło pająka metaloplastyka. W ścianach po obu

stronach holu były szerokie przejścia prowadzące do innych pomieszczeń.

Po  prawej  mieściła  się  ogromna  jadalnia  z  długim,  okazałym  stołem  i

dziesięcioma krzesłami z wysokimi oparciami. Na suficie widniało wyblakłe

malowidło,  a  na  ścianach  zauważyłam  bordowo-złotą  tapetę,  również

wyblakłą  i  gdzieniegdzie  odklejoną.  Świeciły  się  czarne  kinkiety

rozmieszczone  w  równych  odstępach  wokół  pomieszczenia  –  tylko  dwa  nie

działały  –  a  nad  parą  wysokich  okien  wisiały  karnisze  z  ciężkimi,  starymi,

bordowymi zasłonami.

– Ładnie, no nie? – Crank stanęła obok. – Nazywamy go kryptą, bo pokój

wygląda jak z filmu o wampirach.

– Ładny – mruknęłam.

Część  desek  w  podłodze  zbutwiała.  Omijałam  je,  podchodząc  do

schodów.  Tapeta  w  holu  też  była  miejscami  zdarta  albo  odklejona,  ale  jak

powiedziała Crank,  dalej  było  całkiem  znośnie.  W  zasadzie  wnętrze  wydało

mi się równie piękne jak fasada.

background image

– Najpierw pokażę ci twój pokój.

Po  drugiej  stronie  holu,  naprzeciwko  jadalni,  był  salon.  Zajmował  całą

lewą  część  domu.  Wysoki  sufit.  Dwa  zakurzone  żyrandole.  W  głębi  dwa

kominki, a nad gzymsami dwa lustra w pozłacanych ramach. Tak jak jadalnia

i  pewnie  każde  inne  pomieszczenie  w  tym  domu,  salon  został  ozdobiony

sztukateriami. Jedno z okien zabito nierównymi deskami i gwoździami różnej

wielkości.

– Możesz zająć pokój naprzeciwko mojego – powiedziała Crank, idąc po

schodach. – Aha, i uważaj na szesnasty stopień.

Liczyłam,  żeby  ominąć  obluzowany  stopień,  a  potem  poszłam  za  Crank

szerokim  korytarzem.  Zatrzymała  się  przy  pierwszych  drzwiach  po  lewej

stronie i odsunęła się na bok, żebym mogła wejść do środka.

– Zapraszam.

Wewnątrz było ciemno i pachniało mokrym drewnem. Crank uderzyła we

włącznik  światła  i  mały  żyrandol  zwisający  z  gipsowego  medalionu  na

suficie  rozbłysnął  światłem.  W  pokoju  była  podłoga  z  szerokich  desek  oraz

dwa  wysokie  okna.  Ostrożnie  weszłam  do  środka.  Podłoga  skrzypnęła,  ale

wytrzymała.

– Będziesz miała widok na ogród. Materac spleśniał, więc wyrzuciliśmy

go  dawno  temu.  Mogę  ci  przynieść  mój  stary  śpiwór.  Mamy  bieżącą  wodę,

ale  na  twoim  miejscu  bym  jej  nie  piła.  Używaj  jej  tylko  do  kąpieli  i  w

toalecie, a wszystko będzie w porządku. Łazienka jest za tamtymi drzwiami.

Każdy  pokój  ma  własną.  Na  razie  Novem  ładuje  wszystkie  pieniądze  w

remont  Dzielnicy  Francuskiej,  ale  w  końcu  i  tutaj  zaprowadzimy  porządek.

Powiem bratu, że przyjechałaś.

Crank zniknęła, zanim zdążyłam się odwrócić i jej podziękować. Stałam

pośrodku starego pokoju, patrzyłam na żelazną ramę łóżka bez materaca, na

stary, wypłowiały, owalny dywan na podłodze oraz na marmurowy kominek

background image

i gzyms, na którym ustawiono mnóstwo świec o różnym stopniu zużycia.

Nad łóżkiem wisiał stary obraz olejny przedstawiający matkę z dwojgiem

dzieci,  a  po  obu  jego  stronach  zainstalowano  kinkiety,  które  najwidoczniej

nie działały.

W rogu stało wysokie biurko, a obok kominka ustawiono długą toaletkę z

lustrem  z  tego  samego  kompletu.  Podeszłam  bliżej,  zaciekawiona  leżącą  na

niej ludzką czaszką przysypaną kolorowymi koralikami i ozdobioną czarnym

cylindrem. Przełknęłam ślinę. Czaszka wyglądała na prawdziwą. Ktoś wsunął

jej  w  zęby  stare  cygaro.  Na  toaletce  leżały  też  inne  rzeczy:  srebrne  ręczne

lusterko i szczotka do włosów, małe pudełko na biżuterię i pusta butelka po

winie z wciśniętą w szyjkę świeczką.

Lustro nad toaletką było zamglone i pęknięte w prawym rogu. Spojrzała

na  mnie  z  niego  milcząca,  zagubiona  twarz.  Trudno  się  dziwić.  Nigdy  w

życiu  nie  przyszłoby  mi  do  głowy,  że  przedostanę  się  za  Obręcz.  Jasne,

ludzie tu przyjeżdżali – imprezowicze ciągnący na święto Mardi Gras, turyści

albo  naukowcy  chcący  zbadać  doniesienia  o  zjawiskach  paranormalnych  –

ale przeważnie omijano to miasto z daleka.

Podeszłam  do  okna  i  zerknęłam  na  zarośnięty  ogród.  W  rogu  po  lewej

stronie  rósł  stary  dąb,  ale  reszta  ogrodu  była  pogrzebana  pod  pnączami  i

długimi  szarymi  wąsami  oplątwy.  Trawnikiem  zawładnęły  małe  fioletowe

kwiatki i dywan z suchych liści. Posąg anioła ze złamanym skrzydłem oraz z

twarzą  i  rękami  uniesionymi  do  nieba  przysłaniały  zielone  porosty.  Po

kręgosłupie przebiegł mi dreszcz. Pod dywanem z liści coś się ruszało.

– Przyniosłem frykasy! – zawołał jakiś głos na dole.

Tupot stóp i wołanie odbiły się echem w moim pokoju.

W otwartych drzwiach ukazała się głowa Crank.

– Wrócił Henri.

Postawiłam plecak i pudełko na podłodze obok toaletki, a potem zeszłam

background image

za  Crank  po  schodach.  W  połowie  drogi  zatrzymałam  się,  oparłam  rękę  na

żelaznej balustradzie i utkwiłam spojrzenie w grupce stojącej w przedpokoju.

Chłopak  –  domyśliłam  się,  że  to  on  ma  na  imię  Henri  –  trzymał  nad

głową  siatkę  pomarańczy.  Crank  i  dwoje  innych  dzieci  otoczyły  go  ze

wszystkich  stron.  Henri  musiał  być  w  moim  wieku  albo  trochę  starszy,  bo

jego szczękę i brodę porastała ruda szczecina. Miał ciemnorude, długie włosy

związane z tyłu. Ale na widok jego oczu wydałam z siebie zduszony okrzyk.

Podobnie  jak  moje  nie  były  normalne.  Tęczówki  wydawały  się  prawie

orzechowe, ale były zbyt jasne, zbyt żółte, by mogły uchodzić za normalne.

A może mi się przywidziało?

Ktoś  przeciął  siatkę  nożem  i  kilka  pomarańczy  wypadło,  uderzając  o

podłogę.  Rozległa  się  salwa  śmiechu.  Wszyscy,  oprócz  Henriego,  upadli  na

kolana, żeby pozbierać rozsypane owoce.

Najmniejsze  z  dzieci  przykucnęło,  złapało  pomarańczę,  a  potem

odwróciło się i spojrzało mi w oczy. Dziewczynka była mała i drobna, trochę

wychudzona,  miała  ogromne  czarne  oczy  otoczone  szarymi  obwódkami.  Jej

twarz  była  malutka,  owalna  i  biała,  nie  licząc  lekko  zaróżowionych  ust.

Rozczochrane  czarne  włosy  ścięte  na  pazia  sięgały  do  brody.  Na  jej  piersi

spoczywała  złota  maska  ze  święta  Mardi  Gras  zawieszona  na  cienkim

sznureczku.

Dziewczynka powoli się uśmiechnęła, odsłaniając rząd białych ząbków i

dwa bardzo małe, ale bardzo wyraźne… kły.

Moje serce zamarło. Czym prędzej odwróciłam wzrok od dziewczynki.

Weź się w garść, Ari.

Grupka na dole ucichła. Wszyscy się gapili. Na mnie. Serce waliło mi w

piersi.  Moja  ręka  powoli  puściła  balustradę.  Odwróciłam  się,  a  potem

sztywno weszłam z powrotem na górę.

Co ja tutaj robię, do diabła?

background image

Nowy  2  był  totalnie  odjechanym  miejscem.  Już  wcześniej  o  tym

wiedziałam, ale…

Dopiero  kiedy  wróciłam  do  pokoju  i  ruszyłam  w  stronę  plecaka,  na

parterze rozległy się szepty. Po chwili usłyszałam kroki na schodach.

–  Crank  powiedziała,  że  szukasz  informacji  –  zagadnął  mnie  Henri,

opierając się plecami o framugę z rękami splecionymi na piersi.

Podniosłam plecak.

– Już nie.

Wszedł do pokoju, kręcąc głową.

–  Czego  się  spodziewałaś,  pięciogwiazdkowego  hotelu?  Zgrai

nastolatków z komórkami, iPodami i najnowszymi ciuchami od Abercrombie

& Fitch?

Ugryzłam się w język i nie powiedziałam mu, że iPody to już zamierzchła

przeszłość,  a  Abercrombie  &  Fitch  zniknęli  z  rynku  wiele  lat  temu.

Pochyliłam się i sięgnęłam po pudełko.

– Po co ci pistolet?

Cholera.  Uświadomiłam  sobie,  że  zza  paska  spodni  wystaje  mi

dziewięciomilimetrówka. Gwałtownie się wyprostowałam.

– Mam pozwolenie.

Oczywiście nie miałam.

– Nie o to pytałem.

Naprawdę  nie  byłam  w  nastroju,  żeby  opowiadać  o  tym,  po  co  tu

przyjechałam  i  dlaczego  noszę  przy  sobie  broń.  W  sumie  zaczynałam

dochodzić do wniosku, że zapuszczając się do Nowego 2, popełniłam wielki

błąd.

Henri  zagrodził  mi  drogę.  Za  jego  plecami  stała  Crank  i  reszta.

Przysłuchiwali  się  naszej  rozmowie  z  wytrzeszczonymi  oczami.  Odsunęłam

się i zmroziłam Henriego spojrzeniem.

background image

– Mógłbyś mnie przepuścić?

Po krótkiej i pełnej napięcia ciszy podniósł ręce i odsunął się na bok.

– Dobrze, proszę bardzo. Nie wiem, jak zamierzasz się dostać do Obręczy

bez  samochodu.  Jeśli  chcesz  zawołać  taksówkę  albo  wskoczyć  do  autobusu

Greyhound, życzę powodzenia.

Pozostali zarechotali.

Wykrzywiłam się w cierpkim uśmiechu.

– Dzięki.

Potem  minęłam  go  z  furią.  Dzieci  odskoczyły  na  bok.  Wiem,

dramatyzowałam i zachowywałam się jak idiotka, ale zęby tej dziewczynki…

oczy  Henriego…  To  wszystko  wydawało  się  zbyt  znajome,  za  bardzo  mi

przypominało o własnej dziwności i sprawiało, że jak zawsze miałam ochotę

uciec.

Moje buty głośno stukały, kiedy zbiegałam po schodach. Uważałam, żeby

nie stanąć na szesnastym stopniu, i zastanawiałam się, co, do diabła, strzeliło

mi do głowy. Chciałam jedynie zdobyć jakieś informacje o matce, przyjechać

do Nowego 2 i zajrzeć do szpitalnych akt, być może poznać nazwisko ojca.

Nic więcej, tylko nazwisko. Jasne, super byłoby odkryć całą historię rodziny,

ale wiedziałam, że to niewykonalne.

Poza  tym  powinnam  była  wiedzieć,  że  lepiej  omijać  Nowy  2  z  daleka  i

zaczekać na Bruce’a i Casey, tak jak obiecałam. Nie przypuszczałam jednak,

że  w  moje  ręce  wpadnie  ten  zakręcony  list  od  matki  ani  że  zostanę

zaatakowana przez znikającego czubka z jakiegoś obcego kraju.

Byłam już w połowie holu, kiedy otworzyły się drzwi i do środka wszedł

następny chłopak.

Miał spuszczoną głowę i kruczoczarne włosy zasłaniały mu twarz. Jedną

ręką  ściskał  pasek  starego  plecaka,  a  drugą  zamykał  drzwi.  Był  wysoki.

Jakieś  metr  osiemdziesiąt  trzy.  Miał  na  sobie  wytarte  dżinsy,  czarne  buty  i

background image

stary  T-shirt  z  Iron  Maiden  wypłowiały  do  jasnej  szarości.  Na  lewym

nadgarstku nosił bransoletkę z ciemnej skóry nabijaną srebrnymi ćwiekami.

Zamarłam. Jak totalna kretynka.

Podniósł  głowę  i  spojrzał  na  mnie  najbardziej  olśniewającymi  szarymi

oczami,  jakie  kiedykolwiek  widziałam.  Kątem  oka  zobaczyłam,  że  plecak

powoli wysuwa mu się z dłoni i uderza o podłogę.

Tak bardzo zaschło mi w gardle, że nie mogłam przełknąć śliny. Po mojej

twarzy  i  po  kręgosłupie  rozlała  się  fala  ciepła.  Czarne  zmarszczone  brwi

nadawały  mu  nieco  złowrogi  wygląd,  ale  ostro  kontrastowały  ze  smutnymi

oczami otoczonymi gęstymi czarnymi jak atrament rzęsami. Miał fajną twarz,

która  w  zależności  od  jego  nastroju  mogła  się  kojarzyć  z  poetą  albo  z

twardzielem.  Jego  usta  były  ciemniejsze  niż  usta  większości  ludzi.  Kiedy

zmrużył oczy, lekko się zacisnęły. Potem znów się rozluźniły. Zrobiłam krok

do tyłu. Czułam się dziwnie, jakby zajrzał w głąb mnie, jakby wiedział, kim

jestem.

– Już cię szukają.

background image

Rozdział czwarty

POCZUŁAM  NARASTAJĄCY  UCISK  W  GARDLE  i  od  razu

przypomniał  mi  się  tamten  świr  z  nożem.  Tak  mocno  przygryzłam

wewnętrzną stronę policzka, że pękła skóra, oblewając język ciepłą, bogatą w

żelazo krwią.

– Kto mnie szuka?

– Novem.

–  Tak  –  powiedziałam,  wiążąc  z  sobą  fakty  –  już  raz  próbowali  mnie

zabić. Nie dam im drugiej szansy.

Zdziwiony zmarszczył brwi.

– Novem nie chce cię zabić.

Crank  ominęła  mnie  i  wskoczyła  na  długi  stół  pod  ścianą,  usiadła,  a

potem zaczęła machać nogami.

– On ma rację.

Pokręciłam głową. Nic z tego nie rozumiałam.

– Skąd wiesz?

– Bo Sebastian to mój brat i wie o wszystkim, co się dzieje w Nowym 2.

Na tym polega jego praca.

Uniosłam  brew  i  spojrzałam  na  niego,  czekając  na  jakieś  potwierdzenie,

ale Sebastian milczał.

–  Bas  pracuje  dla  Novem.  Płacą  mu  za  przekazywanie  wiadomości,

zdobywanie  informacji,  tego  typu  rzeczy.  –  Crank  odwróciła  kaszkiet

daszkiem  do  tyłu.  –  No  więc  komu  się  naraziłaś,  Ari?  Czy  to  ma  coś

wspólnego z zakrwawionym nożem w twoim plecaku?

Powoli  zamknęłam  oczy  i  policzyłam  do  pięciu.  Zabiłam  człowieka.

background image

Widziałam, jak znika. Była tu upiorna dziewczynka z kłami. A teraz ścigało

mnie  Novem  –  a  może  i  nie  ścigało.  Bez  względu  na  to,  co  mówiła  Crank,

wolałam założyć, że jednak ścigało.

Cholera,  jak  udało  mi  się  wpakować  w  ten  cały  bajzel?  Na  dodatek  ten

bajzel nie był mój, lecz mojej matki. Poza tym nie miałam już pewności, czy

chcę poznać prawdę. Wysunęłam komórkę z pokrowca na nadgarstku. Bruce

mnie stąd zabierze. Wścieknie się, ale po mnie przyjedzie.

– Komórki nie działają w Nowym 2 – rozległ się głos Henriego za moimi

plecami.

Zerknęłam na wyświetlacz. Brak zasięgu.

– Dobra. Jest tu jakiś telefon albo budka telefoniczna, z której mogłabym

zadzwonić?

–  Ech,  nowicjusze  –  mruknął  chłopiec  w  wieku  Crank  i  usiadł  na

schodach, żeby obrać pomarańczę ze skórki.

Wyglądał tak dziwnie, że na chwilę odwrócił moją uwagę. Jasnobrązowa

skóra. Zielone oczy. I krótkie afro w kolorze ciemnoblond.

– Jeśli nie masz forsy albo znajomości, nie znajdziesz tu ani telefonu, ani

internetu.  Nic  oprócz  bieżącej  wody,  prądu  i  gońców  –  wyjaśnił  Henri.  –

Witamy w Nowym 2.

– Ari urodziła się w Szpitalu Miłosierdzia. Chce znaleźć swoją kartotekę.

Możesz jej w tym pomóc, Bas? – zapytała Crank.

Sebastian podniósł plecak, unikając jej spojrzenia.

– Nie. Powinna wracać do domu.

Ruszył na górę.

Crank próbowała coś powiedzieć, ale nikt inny nie odezwał się słowem.

Słychać  było  tylko  niespieszne  kroki  Sebastiana.  Stojąc  przy  drzwiach,

zerknęłam  na  schody,  a  potem  jęknęłam,  nie  mogąc  uwierzyć,  że  naprawdę

mam zamiar pobiec za panem Miłym i Gościnnym.

background image

Dogoniłam Sebastiana na piętrze.

– Hej, zaczekaj chwilę!

Zatrzymał się i lekko się odwrócił.

– Słuchaj, jeśli coś wiesz… jeśli wiesz, dlaczego ci ludzie mnie ścigają…

Miałam  metr  siedemdziesiąt,  więc  byłam  niewiele  niższa  od  Sebastiana,

ale  pod  wpływem  jego  chmurnego  spojrzenia  poczułam  się  malutka.  Nie

potrafiłam rozszyfrować wyrazu jego twarzy. Zerknął na pozostałych, którzy

zebrali się w połowie schodów. Zacisnął zęby i przeszył mnie przenikliwym

spojrzeniem. Potem się pochylił i cicho powiedział:

–  Kilka  godzin  temu  ktoś  zadzwonił  do  Novem,  podając  twój  rysopis  i

nazwisko…  Zawiadomiono  wszystkich  gońców  i  ludzi  pracujących  dla

Novem. Czyli praktycznie wszystkich mieszkańców miasta. Mają cię szukać.

Doktor Giroux. Pewnie to on zadzwonił. Ale dlaczego?

– Ty też dla nich pracujesz.

–  Chcą  cię  tylko  zobaczyć.  Nikt  nie  wspomniał  o  robieniu  ci  krzywdy,

więc nic mi nie wiadomo o żadnym pieprzonym nożu, o którym mówi Crank.

Tak, pracuję dla nich. Co nie znaczy, że zawsze ich słucham.

Pomaszerował  przed  siebie  i  zniknął  w  pokoju  na  samym  końcu

korytarza.

Ogarnęła  mnie  fala  zmęczenia.  Opadły  mi  ręce.  Czułam  na  sobie  wzrok

pozostałych.  Bardziej  niż  czegokolwiek  innego  chciałam  teraz  zostać  sama,

żebym  mogła  się  pozbierać,  pomyśleć  logicznie,  przetrawić  wszystko,  co

zdarzyło  się  do  tej  pory.  Jeszcze  przed  chwilą  chciałam  uciec,  ale  ta

pochopna  decyzja  albo  odruch  –  jak  zwał,  tak  zwał  –  nie  przyniosłyby  nic

dobrego.  Było  ciemno.  Musiałam  gdzieś  przenocować.  Już  zapłaciłam.

Chyba nie miałam innego wyjścia. Westchnęłam.

Wróciłam  do  pokoju,  wzięłam  pudełko  i  usiadłam  na  dywanie  przed

kominkiem.  Ale  szuranie  na  korytarzu  szybko  mi  uzmysłowiło,  że  w

background image

najbliższym czasie nie mam co liczyć na odrobinę prywatności.

Crank,  dziwny  chłopak  i  dziewczynka  z  kłami  –  która  tymczasem

włożyła  maskę  Mardi  Gras  –  weszli  do  mojego  pokoju.  Usiedli  w  kręgu  na

dywanie.  Chłopak  przechylił  się  w  stronę  kominka  i  pstryknął  palcami  nad

stertą drewna. Buchnęły płomienie.

Potrzymał dłonie nad ogniem, a kiedy już je ogrzał, wrócił do kręgu.

–  To  nic  wielkiego.  Taka  sztuczka  –  powiedział,  widząc  moje

rozdziawione ze zdumienia usta. – Co jest w tym pudełku?

Jasne,  taka  odjechana  sztuczka.  Lepsze  to  niż  inne  wyjaśnienie,  które

nasuwało mi się na myśl.

– Rzeczy mojej matki.

Gdzieś  w  głębi  korytarza  rozległo  się  bębnienie  na  perkusji.  Potem

jeszcze raz i znowu, aż w końcu muzyk złapał rytm. Ściany i podłoga zaczęły

wibrować.  Tempo  rosło,  szybkie,  wściekłe  i  naprawdę  niezłe,  przenikało  do

mojej  skóry  i  kości,  odnalazło  drogę  do  mojego  serca  i  pulsowało  w  jego

rytmie.

– To Sebastian – wyjaśniła Crank. – Gra, kiedy ma zły humor.

Nie musiałam pytać dlaczego. Też bywałam w złym humorze, jak każdy.

W tle usłyszałam bardzo cichą muzykę i wokal. Domyśliłam się, że Sebastian

gra  do  utworu  z  radia  albo  z  płyty  kompaktowej.  Cokolwiek  to  było,

mogłabym  przy  tym  tańczyć  albo  położyć  się  na  podłodze,  zamknąć  oczy  i

płakać.

Płomienie w kominku sięgały coraz wyżej, cienie tańczyły na ścianach i

na  czaszce,  która  zdawała  się  do  mnie  uśmiechać,  jakby  wiedziała  coś,  o

czym  ja  nie  miałam  pojęcia.  Światło  z  kominka  połyskiwało  w  kolorowych

paciorkach  i  na  czarnej  satynie  cylindra.  Trzeba  wymyślić  jej  imię,

pomyślałam,  zastanawiając  się,  co  jest  bardziej  przerażające:  czaszka  czy

dziewczynka,  która  gapiła  się  na  mnie  zza  złotej  maski  czarnymi

background image

błyszczącymi oczami.

–  To  jest  Dub  –  Crank  skinęła  w  stronę  chłopca.  –  A  to  Violet.  Violet

rzadko się odzywa.

Dziewczynka  nadal  tuliła  w  dłoniach  pomarańczę,  od  czasu  do  czasu

zbliżała ją do nosa, żeby powąchać, ale jej okrągłe oczy skupiały się na mnie.

Wyglądała jak jakaś dziwna gotycka lalka z Mardi Gras. I nie wiem dlaczego,

ale  poczułam  do  tego  dziwnego  dziecka  sympatię.  Mogło  mieć  najwyżej

dziesięć lat.

– Chyba podoba jej się twój tatuaż – powiedział Dub, bębniąc palcami w

kolana w spodniach khaki. – Ty też jesteś doué?

– Czym?

–  Doué.  Tym  miłym  słowem  Novem  określa  świrów.  Dziwaków.  No

wiesz… nas – wyjaśnił jednym tchem.

Dub kipiał nerwową energią. Jego ciało było w ciągłym ruchu.

– Violet ma odjechane zęby. Henri dziwne oczy. Ja znam różne sztuczki.

Crank…

– Ja niczego nie mam – wtrąciła zawiedziona. – Jestem normalna.

–  Tak,  ale  tylko  ty  potrafisz  wszystko  naprawić  –  powiedział  Dub.  –  A

jak  ci  wiadomo  –  położył  jedną  dłoń  na  sercu,  a  drugą  wyciągnął  przed

siebie,  jakby  zamierzał  zaśpiewać  serenadę  –  w  nagrodę  za  naprawienie

lodówki rządzisz tym domem świrów.

Crank  pochyliła  głowę  i  przewróciła  oczami,  ale  zauważyłam,  że

komplement ją ucieszył.

– A twój brat Sebastian – zapytałam – on też jest normalny?

Poza tym, że jest palantem i odjazdowo gra na perkusji.

–  Sebastian  nie  lubi  o  tym  rozmawiać.  Ale  potrafi  czytać  ludziom  w

myślach, wiesz? Czuje to, co oni. Czasami aż za bardzo.

Nadal słychać było dudnienie perkusji, ale już nie tak wściekłe jak przed

background image

chwilą, nie tak szybkie. Teraz rytm był spokojny, pełen emocji. Nie umiałam

tego  opisać  inaczej.  Nie  był  to  jedynie  rytm  odbijający  się  echem  w

korytarzu, miał w sobie coś więcej.

– A ty? – zapytał Dub ściszonym głosem. – Też dziwnie wyglądasz.

– Dzięki.

– No wiesz, masz tatuaż na twarzy, białe włosy i trochę odjechane oczy. –

Wzruszył ramionami. – Po prostu mówię, że ty też mogłabyś być doué.

–  Może  i  ona  nie  lubi  o  tym  rozmawiać  –  powiedziała  Crank,  posyłając

mi słaby uśmiech.

Odpowiedziałam jej uśmiechem, a potem spuściłam wzrok na dłonie. To

prawda.  Nie  chciałam  o  tym  rozmawiać.  Nigdy  nie  czułam  takiej  potrzeby.

Nagle zdałam sobie sprawę, że naprawdę nie lubię się nikomu zwierzać.

– A niech mnie – powiedział Dub.

Podniosłam głowę i zobaczyłam, że wyciąga nóż z mojego plecaka.

– Jest cały ubabrany krwią!

–  Oddawaj  to!  –  zerwałam  się  z  kolan,  wyrwałam  mu  nóż,  a  potem

plecak.

– Jeeeju. Sorry.

Usiadł z powrotem, zachowując się tak, jakbym robiła z igły widły. Ale

to wcale nie była drobnostka. Nie miał prawa szperać w moich rzeczach. Nie

miał żadnego prawa.

Wrzuciłam  nóż  do  plecaka,  mając  nadzieję,  że  krew  już  zakrzepła  i  nie

pobrudzi  mi  ubrań.  Brawo,  Ari.  Powinnam  była  o  tym  pomyśleć,  zanim  go

tam włożyłam.

– Po prostu trzymaj się z dala od moich rzeczy, dobra? Jutro już mnie tu

nie będzie.

– Mogę spróbować jeszcze raz pogadać z Basem – powiedziała Crank. –

Jestem pewna, że pomoże ci w szpitalu, a…

background image

– Bez urazy, Crank, ale nie chcę jego pomocy.

Crank trąciła Duba łokciem i wstali. Violet nie ruszyła się z miejsca, więc

Crank pochyliła się i pociągnęła ją za rękę.

– Chodź, Vi.

Mroczna  dziewczynka  syknęła  na  Crank,  ale  wstała  i  wyszła  razem  z

nimi.

Crank  przyniosła  mi  śpiwór,  a  potem  czekałam,  dopóki  za  drzwiami

mojego  pokoju  nie  zapadła  cisza  przerywana  jedynie  naturalnym

skrzypieniem i szmerami domu.

Wzięłam  dwie  świeczki  z  gzymsu  i  zapaliłam  je  rozgrzanymi  do

czerwoności  węgielkami  z  kominka,  a  następnie  postawiłam  przed  sobą  na

podłodze. Wreszcie zostałam sama. Nic mi nie przeszkadzało. Żadne dzieci.

Żadne perkusje. Nic nie rozpraszało mojej uwagi. Chociaż szczerze mówiąc,

potrzebowałam czasu, żeby zebrać się na odwagę i zobaczyć, co jeszcze jest

w pudełku.

Wzięłam głęboki oddech i na początek otworzyłam dwa małe pudełeczka

na  biżuterię.  W  jednym  leżał  srebrny  pierścionek  z  wygrawerowanym

greckim napisem. Pierścionek był wypolerowany, piękny i prosty. Wsunęłam

go  na  serdeczny  palec  prawej  ręki.  Pasował  idealnie.  W  drugim  pudełeczku

znajdował  się  medalion.  Był  tak  zniszczony,  że  trudno  było  rozpoznać

widniejący  na  nim  obrazek  i  odczytać  słowa  biegnące  wzdłuż  krawędzi.

Możliwe,  że  przedstawiał  słońce,  ale  nie  byłam  tego  pewna.  Odłożyłam

medalion  z  powrotem  do  pudełeczka,  a  potem  wyjęłam  wycinek  z  gazety.

Artykuł  dotyczył  kobiety,  której  ścięto  głowę  w  Chicago.  Pozostawiła  małą

córeczkę  Eleni  i  nie  miała  żadnych  innych  krewnych.  Serce  zabiło  mi

mocniej. O cholera. Moja matka miała na imię Eleni, więc ta kobieta mogła

być moją babką.

Potem znalazłam wyblakły list napisany do mojej matki.

background image

Kochana Eleni,

jeśli czytasz te słowa, to znaczy, że mi się nie udało, podobnie jak wielu

innym przede mną. Zawiodłam cię.

Gdy  zaczniesz  dojrzewać  i  zmieniać  się  w  kobietę,  zrozumiesz,  że  jesteś

inna.  Wszystkie  przez  to  przechodziłyśmy.  Z  tego,  czego  zdołałam  się

dowiedzieć,  żadna  kobieta  w  naszej  rodzinie  nie  dożyła  dwudziestych

pierwszych urodzin. Każda z nas zostawia córkę. Wygląda na to, że taki już

nasz los.

Z tobą będzie podobnie. Chyba że znajdziesz sposób, by zdjąć tę klątwę.

Moja  matka  popełniła  samobójstwo,  kiedy  byłam  dzieckiem.  Niczego  mi  nie

zostawiła,  ale  dowiedziałam  się,  że  jej  matka  i  babka  zginęły  w  identyczny

sposób.

Wkrótce  ja  również  odejdę.  Czuję  to  w  kościach,  pod  skórą.  Zbliża  się

mój czas. Próbowałam, byłam u wielu okultystów, szarlatanów i księży, ale ta

klątwa nadal nade mną wisi i będzie wisiała także nad tobą. Nie poddam się

jednak szaleństwu. Nie poddam się. Nie ulegnę pragnieniu, żeby to wszystko

zakończyć. Może dzięki temu uda mi się zdjąć klątwę.

Znajdź lekarstwo, Eleni. Powstrzymaj ten obłęd, który nas nęka. Szkoda,

że nie mogłyśmy pobyć razem trochę dłużej…

Zawsze będę przy tobie

Mama

Łzy  zaszczypały  mnie  w  oczy  i  coraz  bardziej  ściskało  mnie  w  gardle.

Ostrożnie złożyłam list i wsunęłam go z powrotem do koperty. Nie chciałam

w  to  uwierzyć,  ale  w  głębi  serca  wiedziałam.  Te  słowa  były  prawdziwe.

Wszystkie  kobiety  z  mojej  rodziny  spotykał  taki  sam  los,  a  teraz  nadeszła

moja kolej. Ciepła kropla spadła mi na policzek. Wytarłam ją.

Pieprzyć to.

Nie miałam zamiaru  ani umrzeć, ani  zajść w ciążę  w ciągu najbliższych

background image

trzech  i  pół  roku.  To  coś,  ta  klątwa  czy  cokolwiek  to  było,  skończy  się  w

moim pokoleniu. Ścięcie głowy babce oznaczało, że ktoś po nią przyszedł i ją

zabił, bo nie chciała się poddać szaleństwu i popełnić samobójstwa. Po mnie

też coś przyszło na parking za hotelem – do moich dwudziestych pierwszych

urodzin  pozostało  wprawdzie  jeszcze  trochę  czasu,  ale  facet  z  pewnością

chciał mnie wykończyć.

Potarłam twarz dłońmi.

Miałam za mało informacji. Pewna byłam jedynie tego, że jestem inna –

czułam to przez całe życie – że coś próbowało mnie zabić oraz że kobiety w

mojej  rodzinie  są  przeklęte  i  żadna  z  nich  nie  dożywa  dwudziestych

pierwszych urodzin.

Dwudziestych pierwszych. Dwudziestych pierwszych!

Oparłam  brodę  na  splecionych  palcach,  próbując  znaleźć  odrobinę

spokoju i jakąś drogę pośród chaosu, który w ciągu jednej nocy stał się moim

życiem. Zabiłam to coś, co przyszło mnie zabić. Może w ten sposób zdjęłam

z siebie klątwę.

Słaba teoria.

Ale…  przecież  byłam  tutaj.  W  Nowym  2.  Jedyne  sensowne  wyjście  to

dowiedzieć się czegoś więcej o mojej matce, ojcu i o tym, dlaczego Novem

chce się ze mną zobaczyć. Albo zrobić mi krzywdę.

Jeden dzień. Poświęcę na to tylko jeden dzień.

Obudziłam  się  z  posiniaczonymi  łokciami,  obolałą  głową  i  sztywnymi

plecami. Jeśli czerwień pod powiekami mogła o czymś świadczyć, oznaczała,

że  przez  okno  wlewały  się  promienie  słońca.  Zacisnęłam  powieki  jeszcze

mocniej,  a  wtedy  coś  odgrodziło  mnie  od  światła.  Podłoga  skrzypnęła.

Otworzyłam oczy.

Wszystkie mięśnie mojego ciała gwałtownie stężały. Patrzyłam prosto w

niebieskie oczy małego białego aligatora.

background image

– Pascal, to jest Ari – szepnął dziewczęcy głosik.

Violet  klęczała,  pochylona  nad  moim  śpiworem.  Bordową,  wysadzaną

drogimi  kamieniami  maskę  przesunęła  na  czubek  głowy  i  trzymała  małego

białego aligatora tuż nad moją twarzą. Wystarczyło, żeby kłapnął paszczą, a

pożegnałabym się z nosem.

Wstrzymałam oddech, żeby nie chuchać na jego mleczną skórę.

W końcu Violet usiadła na piętach i odwróciła aligatora, żeby pocałować

go w pysk.

–  Grzeczny  Pascal  –  szepnęła,  a  potem  postawiła  go  na  podłodze  i

opuściła maskę na twarz. W rogach zdobiły ją dwa piórka.

Pascal podreptał na korytarz, kołysząc się jak kaczka.

Znowu zaczęłam oddychać i usiadłam, nie wiedząc, co powiedzieć do tej

dziwnej  dziewczynki,  która  ponownie  utkwiła  we  mnie  wzrok.  Jej  malutkie

białe rączki leżały płasko na kolanach, a czarna suknia, którą miała na sobie,

wyglądała jak kreacja wieczorowa. Pod spodem zauważyłam rajstopy, które

równie  dobrze  mogły  być  podkolanówkami  przeznaczonymi  dla  dorosłej

osoby  –  tak  czy  siak  znikały  pod  suknią.  Na  nogach  miała  trochę  za  duże

chłopięce mokasyny.

–  To  twój  aligator?  –  zerknęłam  w  stronę  drzwi,  żeby  się  upewnić,  czy

Pascal nie postanowił wrócić.

– On do nikogo nie należy. – Violet przechyliła głowę. – Podobają mu się

twoje włosy. Są takie jak jego skóra.

Odruchowo  uniosłam  rękę  i  założyłam  luźny  kosmyk  za  ucho.

Zapomniałam,  że  przed  snem  rozpuściłam  włosy.  Chciałam  zebrać  je

wszystkie  i  odsunąć  na  plecy,  ale  z  jakiegoś  powodu  wolałam,  żeby  Violet

nie  przypisywała  im  większego  znaczenia,  więc  pozwoliłam  im  swobodnie

zwisać po bokach twarzy i opadać aż na kolana.

– Podobają mu się moje zęby. Są takie same jak jego zęby – powiedziała

background image

Violet, mrugając oczami w otworach maski.

Siedziałam nieruchomo, prawie zupełnie zastygłam.

– Dlaczego masz takie zęby, Violet? – Miałam nadzieję, że to pytanie jej

nie zdenerwuje i dziewczynka nie rzuci mi się do szyi.

– Żeby jeść, oczywiście. – Przechyliła głowę. – Jesteś inna.

Potem wstała i wyszła cicho mimo ciężkich czarnych butów na nogach.

Patrzyłam, jak znika z mojego pola widzenia. Byłam trochę zmieszana i

czułam zakłopotanie, bo Violet budziła we mnie jakąś dziwną fascynację. Ale

chodziło  o  coś  więcej  niż  maski  i  ostre  zęby.  W  jej  obecności  miękło  mi

serce,  jakby  budził  się  we  mnie  instynkt  starszej  siostry  albo  matki.  Coś

podobnego  poczuli  chyba  Casey  i  Bruce,  kiedy  po  raz  pierwszy  mnie

zobaczyli: niewyjaśnioną więź i potrzebę otoczenia mnie opieką. Pokręciłam

głową. To i tak bez znaczenia. Dziś wieczorem już mnie tu nie będzie.

Kątem oka spostrzegłam, że korytarzem idzie Sebastian. Odwrócił się w

moją  stronę.  Na  chwilę  zwolnił,  co  wyraźnie  świadczyło  o  tym,  że  nie

spodziewał się napotkać mojego spojrzenia.

Mój żołądek zrobił fikołka. Zaszczypały mnie gorące policzki. Jego szare

oczy przyciągały mnie jak dwie fascynujące kałuże płynnej rtęci. No jasne, a

rtęć jest trująca, kretynko.

Zdałam  sobie  jednak  sprawę,  że  Sebastian  wcale  nie  patrzy  na  mnie.

Przyglądał się moim włosom. Tak jak inni.

Miałam wrażenie, że to trwa wiecznie, ale w rzeczywistości już sekundę

później odwrócił wzrok i poszedł dalej.

Zamrugałam,  żeby  ocknąć  się  z  oszołomienia,  szybko  zebrałam  włosy  i

zaczęłam je zwijać z tyłu. Jednocześnie wstałam i pobiegłam za nim.

– Sebastian!

Zatrzymał się w połowie schodów. Z wyraźną niechęcią patrzył, jak idę i

zawiązuję  włosy  w  węzeł.  Próbowałam  nie  zwracać  uwagi  na  totalne

background image

onieśmielenie, które budził we mnie ten facet.

Stanęłam dwa stopnie nad nim i rozłożyłam ręce.

–  Słuchaj,  wiem,  że  mnie  tutaj  nie  chcesz,  ale…  Naprawdę  uważasz,  że

Novem nie zamierza mnie skrzywdzić?

Jeden  kącik  jego  ust  leciutko  się  uniósł,  tak  jakby  Sebastian  się

uśmiechnął. Albo po prostu się skrzywił.

– Tak, naprawdę – odpowiedział.

Przygryzłam wargi i podjęłam szybką decyzję.

–  Jeśli  mi  pomożesz  znaleźć  informacje,  których  szukam,  dobrowolnie

pójdę z tobą na spotkanie z Nov…

Drzwi wejściowe gwałtownie się otworzyły i huknęły w ścianę, wbijając

gałkę w tynk.

Zwabiona hałasem, na progu salonu stanęła Violet z Pascalem pod pachą.

Do domu weszli trzej młodzi mężczyźni.

Byli mniej więcej w tym samym wieku: koło dwudziestki. Ten w środku

spojrzał na Violet i pokręcił głową.

– Witamy w domu odmieńców – powiedział.

Jego koledzy parsknęli śmiechem, a on spojrzał na schody.

–  Werbujecie  następną  członkinię?  –  oderwał  wzrok  od  Sebastiana  i

spojrzał na mnie. – Lepiej ci będzie na bagnach niż z tymi frajerami, skarbie.

–  Czego  chcesz,  Ray?  –  Sebastian  tak  mocno  ścisnął  balustradę,  że

pobielały mu knykcie.

Zeszłam o jeden stopień w dół. Z jadalni wynurzył się Dub z pomarańczą

w ręku. Kiedy zaczął ją obierać, Ray wyrwał mu owoc z dłoni.

– Hej!

Ray rzucił pomarańczę na ziemię.

– Co, Dub? Ty mały zasrany mieszańcu.

– Wal się, Raymond.

background image

Ray ruszył w stronę Duba.

W  ciągu  kilku  następnych  sekund  zdarzenia  rozegrały  się  jakby  w

zwolnionym tempie.

Violet  postawiła  Pascala  na  podłodze,  zsunęła  maskę  na  twarz,  jakby

szykowała się do bitwy, a potem rzuciła się całym swoim małym ciałkiem na

Raya. Dopadła go jak ośmiornica, owinęła się wokół jego brzucha nogami i

rękami.  Jej  ostre  zęby  zatopiły  się  w  jego  bicepsie.  Wrzasnął,  próbując  ją  z

siebie  ściągnąć.  Udało  mu  się  trochę  ją  odsunąć,  ale  nogi  i  ręce  Violet

wyciągnęły  się  i  znów  kurczowo  go  złapały.  Chłopak  zaklął  po  francusku  i

jeszcze raz ją szarpnął – tym razem cisnął jej małym ciałkiem przez cały hol.

Dziewczynka  uderzyła  o  podłogę  i  pojechała  po  gładkiej  drewnianej

powierzchni.

Straciłam panowanie nad sobą.

Minęłam  Sebastiana  i  zbiegłam  po  schodach,  a  Dub  i  Crank  popędzili

pomóc  Violet.  Dziewczynka  wstała  o  własnych  siłach,  otarła  krew  z  ust  i

brody, a potem uciekła tylnymi drzwiami do ogrodu. Kątem oka dostrzegłam,

jak nurkuje pod warstwą suchych liści. Potem odwróciłam się do Raya.

W  moich  żyłach  buzowała  adrenalina,  podsycając  wściekłość.  Nic  mnie

tak nie rozjusza, jak widok krzywdzonego dziecka – wiem z autopsji, jak ono

się wtedy czuje.

– Może zmierzysz się ze mną? – zapytałam i na dokładkę rąbnęłam go w

szczękę.

Dłoń  przeszył  mi  przyjemny  ból,  który  pobiegł  w  górę  ręki.  Raymonda

otoczyli koledzy. Byłam gotowa do walki.

No, dalej, dupki.

Kiedy  pierwszy  z  nich  ruszył  w  moją  stronę,  obróciłam  się  na  pięcie,

chwyciłam  go  za  rękę,  przeciągnęłam  ją  nad  swoim  ramieniem  i  rzuciłam

gościa na ziemię. Ledwie wylądował na podłodze, poczułam na karku oddech

background image

jego kumpli. Mój wzrok napotkał spojrzenie Sebastiana. Jego oczy śmiały się

do mnie, zachęcały mnie, wiedziały, do czego jestem zdolna. Uśmiechnęłam

się. Trzeci chłopak złapał mnie w pasie. Odrzuciłam głowę do tyłu, szykując

się  na  trzask  przy  zderzeniu  z  jego  twarzą.  Stęknął.  Zabolało  go  o  wiele

bardziej  niż  mnie.  Obróciłam  się  i  kopnęłam  go  w  brzuch.  Padł  na  ziemię

obok kolegi.

Zrobiłam krok do tyłu i z walącym sercem obejrzałam swoje dzieło.

Dub  zagwizdał  gdzieś  za  moimi  plecami.  Ale  ja  skupiłam  się  na  Rayu.

Tylko on nie leżał jeszcze na ziemi i nadal mógł stanowić zagrożenie.

– Pieprzona suka! – warknął, trzymając się za krwawiące ramię.

Drugą  ręką  masował  szczękę.  Jego  twarz  była  teraz  o  ton  bledsza,  niż

kiedy wszedł do domu.

Prychnęłam i gwizdnęłam z pogardą. Jego twarz zrobiła się czerwona, a

usta lekko drgnęły, jakby chciał obnażyć zęby.

Sebastian stanął obok mnie.

– Ona jest moja – powiedział spokojnym tonem. – Pierwszy ją znalazłem.

–  Jasne,  jak  zwykle  musisz  być  najlepszy,  co,  Lamarliere?  –  Chłopak

splunął, a jego kumple wreszcie pozbierali się z podłogi. – Lepiej szybko ją

do nich zaprowadź. Inaczej Grandmère zacznie się zastanawiać.

Kiedy zniknęli, Dub wyrwał gałkę ze ściany, żeby można było zamknąć

drzwi, a ja gwałtownie odwróciłam się do Sebastiana.

– Jestem twoja? Co to miało znaczyć, do cholery?

–  Ray  też  pracuje  dla  Novem.  Szukał  cię.  Ktoś  musiał  widzieć,  jak

wchodziłaś tu z Jenną.

– Z Jenną?

–  Z  Crank.  –  Urwał.  Minęły  cztery  sekundy.  –  Pomogę  ci  znaleźć  te

dokumenty.

A potem ruszył w stronę tylnych drzwi.

background image

No to super.

Wzięłam głęboki oddech – czułam, że współpraca z panem Humorzastym

nie będzie najłatwiejsza – i wyszłam za nim przez wielkie balkonowe drzwi

do  ogrodu  za  domem.  Dub  i  Crank  stali  na  porośniętej  oplątwą  kamiennej

werandzie  i  gapili  się  na  wybrzuszenie  pod  warstwą  liści.  Mimo  zimy  w

mieście było wilgotno, przez co ogród przypominał dżunglę: pachniał ziemią,

gnijącymi  liśćmi  i  przenikała  go  intensywna  woń  białych  kwiatków

okalających mury domu.

–  Już  sobie  poszli,  Vi.  Poza  tym  ominęło  cię  odjazdowe  lanie,  które

sprawiła  im  Ari.  –  Dub  podkreślił  swoje  słowa,  markując  kilka  ciosów  w

powietrzu  i  naśladując  odgłos  ciała  uderzającego  o  podłogę.  –  Daj  spokój,

Vivi. Broniłaś mnie. Wyjdź, żebym mógł ci podziękować.

Pod  liśćmi  zamrugało  dwoje  czarnych  oczu.  Kiedy  Crank  mówiła  do

Violet, przysunęłam się do Sebastiana.

– A tak w ogóle, co jej jest? Skąd ma te małe wampirze kły?

–  Vi  nie  jest  wampirem  –  odpowiedział  ze  stłumionym  śmiechem.  –  W

ubiegłym  roku  Dub  znalazł  ją  na  bagnach.  Mieszkała  sama  na  traperskiej

barce. Karmił ją trzy miesiące, zanim tu z nim przyszła. Pojawia się i znika,

kiedy ma na to ochotę, lubi dziwne rzeczy, na przykład maski. Albo owoce,

których dotyka, ale nigdy ich nie je.

Uniosłam brew i zakołysałam się na piętach.

– Więc jednak umiesz powiedzieć więcej niż jedno zdanie na raz?

Spojrzał na mnie i zmarszczył brwi.

– Lepiej już chodźmy. Violet wyjdzie, kiedy będzie gotowa.

background image

Rozdział piąty

-  ŁADNIE  TU  -  POWIEDZIAŁAM,  podziwiając  Dzielnicę  Ogrodową,

kiedy szliśmy z Sebastianem w stronę St. Charles Avenue.

Mruknął coś niewyraźnie w odpowiedzi. Nie miałam zamiaru dzielić się z

nim moimi przemyśleniami. Od razu było widać, że nie jest zainteresowany

rozmową.  Zresztą  wcale  mi  to  nie  przeszkadzało.  Sama  też  nie  słynęłam  z

umiejętności interpersonalnych.

Dotrzymywałam kroku przewodnikowi i zachowywałam myśli dla siebie,

omijając  pęknięcia  w  chodniku  i  gałęzie  drzew,  które  wisiały  nisko  nad

ogrodzeniami, przytłoczone mchem albo ciężkimi pnączami.

Gdyby komuś udało się wniknąć w moją duszę, a potem stworzyć miasto,

w którym czułabym się najlepiej, wyglądałoby ono właśnie tak jak Dzielnica

Ogrodowa.  Nigdy  wcześniej  nie  miałam  takiego  poczucia  przynależności.

Może dlatego że się tu urodziłam i wiedziałam, że tu mieszkała moja matka.

Czułam jednak, że chodzi o coś więcej. O emocje związane z tym miejscem,

o atmosferę opuszczenia i lekkiego rozkładu, o dzikość drzew i innych roślin,

o niesamowitą aurę otaczającą wielkie stare rezydencje i o mroczne zakątki,

do  których  nigdy  nie  docierało  światło  –  w  głębi  zagubionych  ogrodów,

pustych  parceli  i  po  drugiej  stronie  zabitych  deskami  okien.  Nawet  o

odmieńców,  którzy  się  tam  zadomowili.  O  Violet,  Duba,  Henriego  i  Crank.

Oraz – zerknęłam w bok – o Sebastiana z jego czarnymi włosami, smutkiem

w  oczach  i  ciemnoczerwonymi  ustami.  Urzekła  mnie  wolność  związana  z

przebywaniem  w  miejscu,  w  którym  nie  liczy  się  to,  kim  jesteś,  bo  ono  też

jest inne.

Nowy  2  był  jednak  całkowicie  zaniedbany.  Minęliśmy  dom,  przed

background image

którym  siedziała  grupka  dwudziestoparolatków  o  wyglądzie  artystów.  Facet

na werandzie grał na dwunastostrunowej gitarze. Jego palce muskały struny,

wydobywając  romantyczną  hiszpańską  melodię,  a  obok  niego  kobieta  w

turbanie  malowała  obraz  na  płótnie.  Z  otwartych  okien  dobiegały  czyjeś

rozmowy  i  odgłosy  młotków  uderzających  w  drewno.  Ktoś  leżał  w  starym

hamaku  rozwieszonym  między  kolumnami,  a  z  jego  rozluźnionych  palców,

rozchylonych na kształt litery V, zwisał skręt.

Facet z gitarą podniósł głowę i skinieniem powitał Sebastiana.

Minęliśmy jeszcze kilka domów i przeszliśmy na drugą stronę St. Charles

Avenue, żeby zaczekać na tramwaj.

– Szpital Miłosierdzia, tak?

– Tak. Myślisz, że będą jakieś problemy ze zdobyciem tej kartoteki?

Sebastian  wzruszył  ramionami  i  przeczesał  włosy  palcami,  lecz  tylko

jeszcze bardziej je potargał.

– Raczej nie.

– Znasz jakichś Selkirków mieszkających w Nowym 2?

Tramwaj  toczył  się  w  naszą  stronę.  Sebastian  pokręcił  głową,  a  potem

sięgnął do kieszeni po pieniądze.

– Bilet kosztuje dolara dwadzieścia pięć.

–  Aha…  cholera.  –  Położyłam  plecak  na  ziemi  i  odpięłam  przednią

kieszeń, żeby wyjąć dwa dolary.

Tramwaj  się  zatrzymał.  Sebastian  był  już  w  połowie  schodków.

Popędziłam za nim, zapłaciłam za przejazd, a potem usiadłam na drewnianej

ławce naprzeciw miejsca, które zajął mój przewodnik.

Jechaliśmy  w  milczeniu.  Oprócz  nas  w  tramwaju  nie  było  nikogo.  W

końcu,  ku  mojemu  zaskoczeniu,  Sebastian  prześlizgnął  się  na  miejsce  obok

mnie. Przysunęłam się do okna.

–  No  i?  –  zaczął  ściszonym  głosem,  nie  spuszczając  wzroku  z

background image

motorniczego. – Chcesz mi opowiedzieć o kolesiu, który próbował cię zabić?

Zetknęliśmy  się  ramionami.  Starałam  się  nie  oddychać  zbyt  głęboko,  bo

pachniał naprawdę nieziemsko.

– Niekoniecznie. – Spojrzałam przez okno.

– Myślisz, że był z Nowego 2?

Zmarszczyłam brwi.

–  Nie  wiem,  co  myśleć.  Facet  zachowywał  się  tak,  jakby  był  z  innej

planety. – Znowu odwróciłam się do okna i mruknęłam: – A przynajmniej z

innego  kraju.  Strzeliłam  do  niego  dwa  razy,  a  on  nawet  się  nie  skrzywił.  –

Wróciły do mnie obrazy z poprzedniej nocy. – Co dziwne… moja matka to

przewidziała. Umarła dawno temu, ale wiedziała, że ktoś będzie mnie ścigał.

Przeczytałam list, który mi zostawiła, i czary-mary: zjawił się ten facet.

– A ty go zabiłaś – powiedział ponuro Sebastian.

W jego oczach dostrzegłam smutek, smutek z powodu tego, co musiałam

zrobić.

– Tak, zabiłam go, jego nożem. Przynajmniej tak mi się wydaje.

Przypomniało  mi  się,  jak  napastnik  zniknął.  Nie  byłam  pewna,  co  tak

naprawdę  się  z  nim  stało.  Może  umarł,  a  może  ulotnił  się,  żeby  lizać  rany.

Ale  nie  zamierzałam  opowiadać  Sebastianowi  tej  części  historii.  Do  diabła,

nie byłam nawet pewna, dlaczego w ogóle aż tyle mu powiedziałam.

Tramwaj lekko się zakołysał, popychając mnie w stronę Sebastiana. Mój

nos  znalazł  się  o  kilka  centymetrów  od  jego  nosa.  Zaschło  mi  w  ustach.

Poczułam  ciepło  w  brzuchu.  Wypełniło  mnie  poczucie  bezpieczeństwa,  ale

wcale  nie  było  to  uspokajające  doznanie.  Raczej  pełne  napięcia,  choć

zarazem podniecające. Wzrok Sebastiana błądził po mojej twarzy i w końcu

zatrzymał  się  na  ustach.  Drgnął  mięsień  w  jego  brodzie.  Wstrzymałam

oddech.

Wtedy  tramwaj  się  zatrzymał  i  w  porę  się  ocknęłam,  zanim  mój  tyłek

background image

zjechał z gładkiej drewnianej ławki.

– Canal Street! – zawołał motorniczy.

Sebastian poderwał się i już wysiadał z tramwaju.

Szybko  wstałam  i  porządnie  objechałam  się  w  myślach.  Byłam  tu  z

ważnego powodu, a nie po to, żeby robić maślane oczy do jakiegoś kolesia,

tylko dlatego że otaczała go naprawdę mroczna aura i przypadkiem okazał się

zabójczo  przystojny,  a  do  tego  umiał  grać  na  bębnach  jak  mało  kto.  Jeśli

posiadał równie pokręcone zdolności jak ja, byłam w poważnych tarapatach.

–  Musimy  złapać  jeszcze  jeden  tramwaj.  Ten,  który  odjeżdża  z  Canal

Street. Dowiezie nas w pobliże szpitala. Dalej pójdziemy pieszo. Stamtąd jest

już niedaleko – powiedział, kiedy zeskoczyłam ze schodków.

Wsiedliśmy  do  tramwaju  przy  Canal  Street  i  przez  całą  drogę

milczeliśmy,  co  wcale  mi  nie  przeszkadzało.  Skupiłam  wzrok  na  ruinach

dzielnicy handlowej po lewej i na rozciągającym się przed nami śródmieściu.

Wieżowce  i  budynki  były  w  ruinie  albo  świeciły  pustkami  –  miasto

wyglądało jak sceneria apokalipsy. Od razu było widać, że Novem nawet nie

tknęło tych miejsc.

Wysiedliśmy  z  tramwaju  i  pokonaliśmy  pieszo  mniej  więcej  trzy

przecznice dzielące nas od Szpitala Miłosierdzia. Sebastian od razu przebiegł

na  drugą  stronę  ulicy,  a  ja  stałam  nieruchomo,  podziwiając  ogromny

budynek.  To  w  nim  moja  matka  wydała  mnie  na  świat.  Mój  puls

przyspieszył. Czy ojciec uczestniczył w porodzie? Czy wszedł tymi drzwiami

z bukietem kwiatów? Z balonami? Z wielkim białym misiem?

–  Ari!  –  Sebastian  stał  na  chodniku  z  rękami  rozłożonymi  w  geście

mówiącym: „Co się dzieje?”.

Weź się w garść. Zrobiłam identyczny gest, wkładając w to chyba więcej

sarkazmu, niż powinnam, a potem podbiegłam do Sebastiana i ignorując jego

pytające spojrzenie, ruszyłam w stronę głównego wejścia.

background image

Dogonił mnie w drzwiach.

– Powinnaś tu zaczekać.

Kiedy drzwi się rozsunęły, z moich ust wymknął się cichy śmiech.

– Za słabo mnie znasz. Ja nie czekam pod drzwiami.

Weszłam do środka. Już słyszałam jego odpowiedź. „Wcale nie chcę cię

poznawać.  Wolałbym  siedzieć  w  kącie  i  marszczyć  brwi  na  każdego,  kto

ośmieliłby się podejść”.

Minęliśmy recepcję i ruszyliśmy głównym korytarzem.

– Dokumenty będą w komputerze.

– Myślałam, że nie macie…

–  Mamy  komputery.  Papier  nie  przetrwa  zbyt  długo  w  takim  klimacie.

Kiedy Novem kupiło Nowy 2, kazało wprowadzić do komputerów wszystkie

dane z dokumentów, jakie ocalały.

Zatrzymaliśmy  się  przy  windzie.  Sebastian  wcisnął  przycisk  i  drzwi  od

razu się otworzyły. Weszliśmy do środka.

–  Jaki  jest  plan?  Wparujemy  do  archiwum  i  weźmiemy  to,  po  co

przyszliśmy?

– Tak.

– No, no. Jestem pod wrażeniem – przewróciłam oczami.

Winda  zjechała  piętro  w  dół  i  rozległ  się  charakterystyczny  gong.

Wyszłam na korytarz, zanim drzwi zdążyły się do końca otworzyć.

Powitała mnie chłodna cisza. Odgłos naszych kroków niósł się echem w

pustej przestrzeni. Próbowałam nie myśleć o tym, co znajduje się w piwnicy

większości szpitali, ale i tak poczułam ciarki na plecach.

Sebastian  skręcił  w  lewo  i  otworzył  drzwi  z  napisem:  ARCHIWUM.

Potem  po  prostu  wszedł  do  środa,  jakby  był  właścicielem  tego  miejsca.

Zaczęłam nabierać podejrzeń. Szło nam zdecydowanie zbyt gładko.

W  środku  stały  cztery  biurka.  Przy  dwóch  było  pusto,  a  przy  dwóch

background image

następnych siedziały kobiety, które spojrzały na nas znad monitorów.

Minęły  co  najmniej  trzy  sekundy,  zanim  zdały  sobie  sprawę,  że  nie

jesteśmy  pracownikami  szpitala,  lecz  parą  nastolatków.  W  dodatku

dziwnych,  ubranych  w  dżinsy  i  czerń  i  bez  wątpienia  mających  jakieś  złe

zamiary.

Bo  w  zasadzie  mieliśmy  złe  zamiary.  Na  tę  myśl  szeroko  się

uśmiechnęłam.

Starsza kobieta wstała i otworzyła usta, żeby coś powiedzieć.

Nagle  Sebastian  znalazł  się  obok  niej  –  tak  szybko,  że  nawet  nie

zauważyłam,  kiedy  to  zrobił.  Wyciągnął  rękę  i  dotknął  jej  policzka.

Zamknęła  usta  jak  urzeczona,  zahipnotyzowana  jego  spojrzeniem.  Pochylił

się i szepcząc coś, musnął jej ucho ustami. Kobieta zamrugała.

Druga  kobieta  siedziała  przy  biurku,  najwyraźniej  nie  mogąc  się

poruszyć.  Była  porażona  widokiem  Sebastiana  i  swojej  współpracowniczki

zamkniętych  w  intymnym  uścisku  i  nie  zważających  na  to,  co  się  dzieje

wokół. Ręka Sebastiana odsunęła się od policzka pierwszej kobiety, a wtedy

ta opadła z powrotem na krzesło z szeroko otwartymi, niewidzącymi oczami,

zagubiona  w  jakiejś  fantazji  swojego  umysłu.  Sebastian  odwrócił  się  do

drugiej kobiety. Moje serce biło jak szalone, jakbym była świadkiem jakiejś

intymnej  sceny.  Czegoś,  czego  nie  powinnam  oglądać.  Zastygłam  jednak  w

miejscu.  Nie  mogłam  się  poruszyć,  wyjść  ani  odwrócić  wzroku,  chociaż

bardzo chciałam to zrobić.

Kiedy  Sebastian  podszedł  bliżej,  młodsza  kobieta  wstała.  Był  od  niej

wyższy o głowę i zupełnie spokojny, bardzo skupiony. Kiedy wyciągnął rękę

i  przesunął  palcem  po  jej  policzku,  jęknęła,  jakby  przez  całe  życie  marzyła,

żeby ktoś dotknął jej twarzy w ten sposób. Jej też szepnął coś do ucha i już

po chwili kobieta bujała w obłokach tak jak jej współpracowniczka.

Sebastian  spojrzał  na  mnie.  Otworzyłam  usta.  Żar  zalewał  mi  brzuch

background image

powolną 

zdecydowaną 

falą. 

Klaustrofobiczne, 

dławiące 

uczucie.

Odchrząknęłam.

– Fajna sztuczka. Jesteś jakimś hipnotyzerem czy co?

Patrzył mi w oczy sekundę dłużej, niż to było konieczne, i znowu zaczęło

we  mnie  wzbierać  ciepło.  Po  chwili  jednak  odsunął  młodszą  z  kobiet  od

biurka, spojrzał na monitor i zaczął stukać w klawiaturę.

– Nazwisko matki?

Podeszłam do komputera.

– Eleni Selkirk.

– Twoja data urodzenia?

– Dwudziesty pierwszy czerwca dwa tysiące dziewiątego roku.

–  Jakieś  wady  wrodzone,  znaki  szczególne?  Cesarskie  cięcie  czy  poród

naturalny?

O  tak,  jedna,  wielka  wada  wrodzona,  chciałam  powiedzieć.  Ale

ostatecznie zmieniłam zdanie.

– Żadnych wad. A o porodzie nic nie wiem.

Znowu coś napisał. Potem odsunął się na bok.

– Jest. Dziecko o nazwisku Selkirk. Płeć żeńska. Ojciec nieznany.

Przebiegłam  wzrokiem  po  ekranie.  Nie  mogłam  w  to  uwierzyć.  To

niemożliwe. Nazwisko ojca musiało gdzieś tu być. Okazało się jednak, że w

akcie urodzenia nie ma nic, o czym bym już nie wiedziała.

– Nic tu nie ma.

Sebastian pochylił się i kliknął na zakładkę „płatności”.

– Spójrzmy, kto zapłacił rachunek. Znajdziemy tam dane ubezpieczyciela

i ewentualnie innych osób objętych polisą.

Jasne,  powinnam  była  na  to  wpaść.  Gdybym  mogła  sekundę  pomyśleć,

pewnie bym wpadła. Na ekranie wyświetliły się informacje o płatności. Dane

osoby  ubezpieczonej.  Polisa  obejmowała  tylko  Eleni.  Ale  część  rachunku

background image

pokrył ktoś inny.

– Josephine Arnaud. Kto to jest, do cholery?

Sebastian  gwałtownie  się  wyprostował.  Zacisnął  zęby  i  spochmurniał.

Powoli  przeczesał  włosy  palcami,  a  potem  wbił  we  mnie  wzrok  i  naprawdę

wkurzony powiedział:

– Josephine Arnaud to moja babcia.

Kobiety przy biurkach zaczęły się poruszać, wychodząc z tego dziwnego

transu,  w  który  wprowadził  je  Sebastian.  Mój  przewodnik  wcisnął  klawisz,

wracając  do  głównego  menu,  chwycił  mnie  za  ramię  i  popchnął  w  stronę

drzwi.

– Chodź, porozmawiamy po drodze.

Nie  otrząsnęłam  się  jeszcze  z  szoku  po  tym,  co  powiedział,  ale  zanim

zdążyłam dojść do siebie, wyprowadził mnie za drzwi.

–  Zaraz,  chwilę,  po  drodze  dokąd?  –  Byliśmy  już  na  korytarzu.

Wyrwałam rękę z jego uścisku. – Do cholery, Sebastian! Co się tutaj dzieje?

Wiedziałam,  że  zachowuję  się  zbyt  głośno,  ale  w  tamtej  chwili  miałam

głęboko  gdzieś,  czy  ktoś  mnie  usłyszy.  Sebastian  wepchnął  mnie  do

najbliższego pomieszczenia. Traf chciał, że to była kostnica.

Odsunęłam się od drzwi.

– No i?

– Novem składa się z dziewięciu rodzin…

–  Słuchaj,  nie  potrzebuję  żadnej  pieprzonej  lekcji  historii.  Słyszałam  o

tych dziewięciu rodzinach. Jak każdy.

Sebastian  pokręcił  głową  i  w  jego  szarych  oczach  pojawił  się  błysk

rozdrażnienia.

– Ludziom z zewnątrz tylko się wydaje, że wszystko wiedzą. Josephine,

moja  babcia,  jest  głową  rodziny  Arnaudów.  Arnaudowie  to  jedna  z

dziewięciu rodzin, które trzynaście lat temu kupiły Nowy Orlean.

background image

Z  moich  ust  wyrwał  się  krótki  śmiech.  Ale  Sebastian  się  nie  śmiał.  Był

śmiertelnie poważny.

– Część Nowego 2 należy do twojej rodziny. – Zaczęłam chodzić w kółko

i jeszcze raz z niedowierzaniem parsknęłam śmiechem. – A w dodatku twoja

babunia znała moją matkę i pokrywała jej wydatki na lekarza. Niech to szlag!

Odwróciłam się do niego plecami i oparłam dłonie na biodrach. W moich

żyłach  płynęła  złość,  a  spojrzenie  powoli  przesuwało  się  po  sterylnym

pomieszczeniu:  po  stole  sekcyjnym  oraz  dwóch  stołach  z  ciałami  pod

niebieskimi prześcieradłami, ustawionych pod ścianą składającą się z małych

prostokątnych  drzwiczek,  za  którymi  prawdopodobnie  leżały  następne

ciała…

Niewiarygodne.  Odwróciłam  się  gwałtownie,  powstrzymując  chęć

natychmiastowej  ucieczki  z  trupiarni.  Stanie  plecami  do  dwóch  martwych

ciał zdecydowanie nie należało do pokrzepiających doznań.

Pokręciłam  głową  i  cicho  zaklęłam.  Nic  z  tego  nie  rozumiałam.

Ostrzeżenie  mojej  matki,  napaść,  znikający  martwy  facet.  Klątwa,  która

najwidoczniej  dosięgła  także  mnie,  a  teraz  jeszcze  to:  szefowa  Novem

płacąca rachunek za pobyt mojej matki w szpitalu. Czy w takim razie Novem

wiedziało  o  moim  istnieniu?  Dlaczego  jego  członkowie  chcieli  się  ze  mną

zobaczyć? Może szukali mnie przez te wszystkie lata?

– I co teraz? Mam pójść pogadać z kochaną babcią? Zapytać ją, dlaczego

próbowała mnie zabić?

Potarłam dłońmi twarz i pokręciłam głową. Nadal nie mogłam uwierzyć,

że to wszystko dzieje się naprawdę.

– Tak, taki był plan. Chyba powinniśmy z nią porozmawiać.

– Jasne. Przecież właśnie na tym polega twoja praca, no nie? Robisz, co

ci  każą.  –  Cofnęłam  się.  Przypływ  paranoi  podsycał  mój  strach,  który

buzował  jak  płyn  do  zapalniczki  na  rozgrzanych  węglach.  –  Dzięki,  nie

background image

skorzystam. Chyba pora się rozstać.

Wycofałam  się  za  stół  sekcyjny,  zwiększając  dystans,  który  dzielił  mnie

od Sebastiana. Moje dłonie zacisnęły się na zimnej krawędzi. Byłam gotowa

rzucić w niego stołem, gdyby odważył się drgnąć w podejrzany sposób.

Jeden kącik jego ust uniósł się lekko, nadając twarzy wyraz, który mógł

być uśmiechem.

– Gdybym chciał ci zrobić krzywdę, raczej by mnie to nie powstrzymało.

Szybko  zerknęłam  przez  ramię,  szukając  innego  wyjścia  z  kostnicy.  Ale

było  tylko  jedno.  Sebastian  zagradzał  mi  jedyne  drzwi.  Patrzył  na  mnie

cierpliwie,  jak  rodzic  czekający,  aż  dziecku  minie  napad  złości.  Miałam

ochotę uderzyć go w twarz, żeby przestał.

–  Ari  –  powiedział  wreszcie.  –  Josephine  Arnaud  to  jędza  i

manipulatorka,  ale  nie  jest  morderczynią.  Novem  nie  zatrudnia

obcokrajowców uzbrojonych w noże, ręczę ci za to własnym życiem. Skoro

znała  twoją  matkę,  to  pewnie  zna  wszystkie  odpowiedzi,  których  szukasz.

Nie pozwolę, żeby ani ona, ani ktokolwiek inny cię skrzywdził.

– Nawet mnie nie znasz! Nawet nie chcesz mnie poznać, więc dlaczego,

do cholery, miałbyś mnie chronić?

Przez  chwilę  milczał  i  nie  potrafiłam  zgadnąć,  o  czym  myśli.  Jego  oczy

pociemniały  i  stały  się  stalowoszare.  Kilka  razy  drgnął  mu  mięsień  w

brodzie. W końcu powiedział:

– Jesteśmy tacy sami. Wiem, jak…

– Och, litości. Nie wiesz, jasne? Nic nie wiesz. Nie masz pojęcia, jak to

jest…

–  …  być  innym?  Świrem  wśród  świrów?  Zdziwiłabyś  się.  Ari,  jesteś  w

Nowym  2.  Połowa  tutejszych  dzieciaków  nawet  nie  chodzi  do  szkoły.

Chodzą  do  pracy.  Do  pracy!  Druga  połowa  to  Novem,  a  oni  są  bardziej

popieprzeni, niż możesz sobie wyobrazić.

background image

Bardzo  duża  część  mnie  chciała  podjąć  to  wyzwanie,  powiedzieć  mu,

jakie ze mnie dziwadło, ale ostatecznie ugryzłam się w język. Nie było warto.

Zresztą  on  też  nie  zamierzał  mi  opowiedzieć  o  swoich  odjechanych

hipnotyzerskich zdolnościach. Po co miałabym zdradzać swoje tajemnice?

–  Mniejsza  o  to  –  powiedział  w  końcu  i  otworzył  drzwi.  –  Rób,  jak

chcesz.

Pieprzyć go. Niech sobie idzie, jeśli taka jego wola. Poradzę sobie sama.

Zawsze  lepiej  radziłam  sobie  sama.  To  był  Nowy  2,  królestwo  zjawisk

paranormalnych.  Jeśli  istniała  jakaś  szansa,  żeby  dowiedzieć  się  czegoś

więcej  o  wiszącej  nade  mną  klątwie,  to  musiała  być  gdzieś  tutaj.  Nie

potrzebowałam Sebastiana. Jasne, twoja matka tutaj mieszkała, a jednak nie

udało jej się uniknąć klątwy. Lekko przygryzłam wewnętrzną stronę policzka.

Nadal była zraniona.

Kiedy  zdałam  sobie  sprawę  ze  swojego  położenia,  westchnęłam  z

rezygnacją.

– Co wiesz o klątwach?

Sebastian  zastygł.  Wiedziałam,  o  czym  myśli:  że  powinien  po  prostu

wyjść, pozbyć się mnie i mojego niewyparzonego języka, i że tak byłoby dla

niego najlepiej.

Cofnął  się  i  zamknął  drzwi,  a  potem  odwrócił  się  do  mnie.  Nie  trzeba

było  być  geniuszem,  żeby  zauważyć,  że  jest  piekielnie  wkurzony.  Mniej

więcej tak wkurzony jak ja.

– Coś tam wiem – odpowiedział. – Dlaczego pytasz?

Przypomniały  mi  się  listy.  Moje  przodkinie  –  wszystkie  przeklęte  i

martwe  przed  ukończeniem  dwudziestego  pierwszego  roku  życia.  I  chociaż

bardzo chciałam, nie mogłam temu zaprzeczyć. Wiedziałam, że to się dzieje

naprawdę.  Czułam  to.  Martwy  facet,  moje  włosy,  listy.  To  wszystko  było

prawdziwe.

background image

– Bo moja rodzina jest przeklęta. Ja jestem przeklęta. I nie chodzi o to, że

mam  gówniane  życie  i  jestem  inna  niż  wszyscy.  –  Tak,  tak  wyglądała

prawda, ale kiedy mówiłam o niej głośno, brzmiała jak stek bzdur. – Słuchaj,

ktoś musi mi tylko wskazać właściwy kierunek. Chcę, żeby to „coś” się ode

mnie odczepiło. Zrobię wszystko, żeby tak się stało.

Złość, którą przed chwilą czułam, ustąpiła miejsca rezygnacji i poczuciu

porażki.  Opadły  mi  ręce  i  ogarnął  mnie  chłód,  jeszcze  większy  niż  ten

otaczający zwłoki w kostnicy.

–  Słuchaj  –  powiedział  Sebastian  –  znam  kogoś,  kto  umie  zdejmować

klątwy…  Zaprowadzę  cię  do  najpotężniejszego  kapłana  wudu  w  Nowym  2.

Potem  pozwolisz,  żebym  ci  pokazał  Vieux  Carré.  Na  koniec  razem

pójdziemy porozmawiać z Josephine o twojej matce.

Musiałam  wyglądać  jak  zając  w  świetle  przednich  reflektorów

samochodu.  Nie  spodziewałam  się  usłyszeć  takich  słów,  zwłaszcza  po  tym,

jak mu zarzuciłam, że też ma nieczyste sumienie.

– Eee… – Jak miałam na to odpowiedzieć, do cholery? – No dobra.

Na  twarzy  Sebastiana  pojawił  się  uśmiech,  tworzący  dwa  dołeczki  w

policzkach.

Święta  Mario,  Matko  Boża.  Na  chwilę  dosłownie  zaparło  mi  dech  w

piersiach.

–  W  porządku  –  powiedział,  nadal  się  uśmiechając.  –  A  teraz  się  stąd

wynośmy. Strasznie tu zimno.

background image

Rozdział szósty

CRANK  MIAŁA  RACJĘ.  Większość  działań  i  pieniędzy  Novem  –  jeśli

nie  wszystkie  –  skupiało  się  na  odbudowie  Dzielnicy  Francuskiej  albo,  jak

nazywał  ją  Sebastian,  Vieux  Carré.  Kiedy  wolnym  krokiem  szliśmy  wzdłuż

Bourbon Street, widziałam, że budynki zostały wyremontowane, każda szyba

w  oknie,  każda  okiennica  i  każde  żelazne  ogrodzenie  były  odnowione.

Naprawiono  nawet  chodniki,  które,  jak  powiedział  Sebastian,  nazywano  tu

banquettes. Niczego nie pominięto, wszystko wyglądało dokładnie tak, jak na

dawnych  pocztówkach  przedstawiających  Dzielnicę  Francuską.  Ta  część

miasta  tętniła  życiem.  To  tutaj  zarabiało  się  pieniądze.  Tu  przychodzili

turyści. Karnawał nadal przyciągał ogromne tłumy.

A Mardi Gras właśnie trwał w najlepsze. Rozpoczął się szóstego stycznia.

Za  kilka  tygodni,  w  lutowy  wieczór  poprzedzający  Tłusty  Czwartek,  miały

go  zakończyć  największe  parady  i  bale.  Tymczasem  organizowano  bale  co

weekend, odbywały się lokalne parady, a sprzedawcy handlowali maskami i

kostiumami, które rozchodziły się jak świeże bułeczki.

W  dzielnicy  panował  gwar.  Było  to  wypełnione  energią  miejsce  z

otwartymi  szeroko  drzwiami  barów,  antykwariatów,  restauracji,  klubów  i

pensjonatów.  Ulicami  człapały  muły  ciągnące  wózki.  Na  ruchliwych

skrzyżowaniach  grali  muzycy.  Przejeżdżały  tędy  jedynie  nieliczne

samochody  dostawcze  –  w  dzielnicy  obowiązywał  zakaz  ruchu  pojazdów

osobowych, „żeby chronić atmosferę i historię”, jak wyjaśnił Sebastian.

– To aleja Wudu – powiedział, kiedy skręciliśmy w Dumaine Street.

Ulica  była  barwną  mieszanką  domów  i  sklepów  sprzedających  głównie

akcesoria wudu.

background image

–  Takie  miejsca  jak  to  –  wskazał  mieszczący  się  na  parterze  sklep

zapełniony  małymi  woreczkami,  zwojami  z  zaklęciami,  relikwiami,

figurkami,  trójkątnymi  szalami  i  ręcznie  robionymi  laleczkami  –  to  pułapka

na turystów.

Kiedy  przechodziliśmy  obok,  ze  sklepu  wyszła  wycieczka  z

przewodniczką przebraną za królową wudu Marie Laveau.

–  Gdzie  są  prawdziwe  sklepy?  –  Zeszłam  z  chodnika  na  ulicę,  żeby

ominąć wycieczkę.

Sebastian włożył ręce do kieszeni.

– Na zapleczach, w podwórzach, w prywatnych domach, na bagnach…

Weszliśmy z powrotem na chodnik i ruszyliśmy wzdłuż długiego szeregu

domów po obu stronach ulicy. Zrobiło się trochę ciszej, ale wcale nie mniej

kolorowo – domy pomalowano jaskrawymi farbami charakterystycznymi dla

stylu  karaibskiego.  Długie  drewniane  okiennice  były  ozdobą  otwartych

okien, które wpuszczały do środka bryzę znad rzeki.

Ale nawet tutaj, w części mieszkaniowej, królowało wudu. Każde drzwi,

każdą  balustradę  i  bramę  zdobiły  koraliki,  kwiaty,  świece  wotywne,

afrykańskie  woreczki,  ręcznie  robione  lalki,  piękne  chusty,  świecidełka  i

podobizny świętych.

Sebastian zatrzymał się przed jedną z takich bram. Furtka z kutego żelaza

zaskrzypiała,  kiedy  ją  popchnął.  Weszliśmy  do  zimnego  tunelu,  w  którym

odgłosy  naszych  kroków  odbijały  się  od  sklepionego  sufitu  przejścia

łączącego wzniesione po obu stronach domy w stylu Indii Zachodnich.

Kiedy  z  ciemności  wyszliśmy  na  zalane  jaskrawym  słońcem  wielkie,

otoczone murem podwórze, do oczu napłynęły mi łzy. Z fontanny pośrodku

tryskała  woda  i  wszędzie  były  ptaki  –  ćwierkały,  trzepotały  skrzydłami  i

skakały  po  drzewach.  Z  wielkiego  bananowca  rosnącego  w  lewym  rogu,  w

głębi podwórza, zwisały chusty i koraliki.

background image

– Tędy – cicho powiedział Sebastian.

Ruszyłam  za  nim  ceglaną  ścieżką  ku  kamiennej  werandzie  zrośniętej  z

parterem  domu.  Na  całej  długości  parterowej  ściany  powstawiano  drzwi

balkonowe.  Te  pośrodku  były  otwarte,  podparte  roślinami  w  doniczkach  i

prostą  drewnianą  rzeźbą  przedstawiającą  Dziewicę  Maryję  naturalnej

wielkości, z koralikami na szyi.

Pomieszczenie  wypełniał  dym  kadzidełek.  Drobne  cząsteczki  kurzu  i

smużki  dymu  unosiły  się  w  rozproszonych  snopach  słonecznego  światła.  W

pokoju pełno było różnych rzeczy. Dziwnych. Starych. Tandetnych. Było ich

tak dużo, że nie mogłam się skupić.

–  Sebastian  Lamarliere  –  powiedział  głęboki,  śpiewny  głos  z  silnym

francuskim akcentem.

Zza rogu wyszła postać w zwiewnej szacie z szerokimi rękawami, która

muskała  jej  bose  stopy.  Ciemna  skóra  i  oczy.  Krótko  przystrzyżone,  siwe

kręcone włosy. Dwa wielkie koła w uszach. Jedną dłoń zdobiły pierścionki, a

w drugiej tkwił bukiet stokrotek.

Zamurowało mnie.

Po raz pierwszy w życiu nie byłam w stanie rozpoznać czyjejś płci. Moje

spojrzenie  ześlizgnęło  się  na  szyję  w  poszukiwaniu  jabłka  Adama,  ale

zakrywała ją kolorowa chusta, której końce spływały na plecy.

– Jean Solomon – powiedział z szacunkiem Sebastian.

Wymówił to po francusku. We Francji „Jean” jest imieniem męskim. W

takim razie to facet.

Jean wszedł za długą ladę i wyjął wazon na kwiaty.

– To dla Legby – powiedział, wąchając stokrotki, które następnie wstawił

do wazonu.

Skinął na nas, żebyśmy podeszli bliżej. Jego życzliwe, mądre spojrzenie i

łagodny ton trochę mnie uspokoiły. Lekko się uśmiechnęłam, nie wiedząc, co

background image

powiedzieć.  Upłynęło  kilka  niezręcznych  minut,  zanim  w  końcu  odsunął

wazon i oparł łokcie na ladzie.

– Z jakąż to ciekawą sprawą przychodzisz do mojego sklepu, Bastianie? –

Spojrzał na mnie z ukosa, rozbawiony, lecz jednocześnie poważny, czujny i

tajemniczy.

– Sebastian przyprowadził mnie tu, żeby zapytać, czy umiałby pan zdjąć

ze mnie klątwę… starą klątwę.

Uniósł  brew  zdziwiony  moimi  słowami  albo  tym,  że  odpowiedziałam

zamiast Sebastiana – trudno było zgadnąć.

–  Starą,  tak?  –  Oparł  brodę  na  jednej  dłoni.  –  Uroczy  tatuaż.  Jak  się

nazywasz, chère?

– Ari.

– A co ofiarujesz loa w zamian za zdjęcie klątwy, Mademoiselle Ar-iii?

Wiedziałam, że loa  to  duchy,  które  przyzywa  na  pomoc  kapłan  wudu,  a

Legba  pośredniczy  między  kapłanem  a  światem  duchów.  Przynajmniej  tak

mi  się  wydawało.  Nie  wzięłam  jednak  pod  uwagę  zapłaty.  A  pieniądze

powoli mi się kończyły.

– Wiesz co – zaproponował Jean – zobaczymy, co to za klątwa, i loa  ci

powiedzą, czego chcą za jej zdjęcie, c’est bon?

Odetchnęłam z ulgą.

– Dzięki.

Puścił do mnie oko, co wywołało uśmiech na mojej twarzy i sprawiło, że

trochę się odprężyłam. Jesteśmy na dobrej drodze.

Jean  wyszedł  zza  lady,  zapraszając  mnie  i  Sebastiana  do  wielkiego

kwadratowego  pokoju  zapełnionego  różnymi  przedmiotami  i  krzesłami,  ale

pustego  pośrodku.  Na  przeciwległej  ścianie  był  szeroki  ołtarz  upaćkany

zakrzepłym  woskiem  świec  i  krwią,  zastawiony  małymi  bożkami  wudu  i

podobiznami  świętych,  jedzeniem  i  świecidełkami.  Zauważyłam  też  zdjęcie

background image

kobiety  w  turbanie  i  wielki  krucyfiks.  U  jego  podstawy  leżał  zwinięty  żółty

wąż. Był mały, ale ja bałam się nawet małych węży.

Krew  odpłynęła  mi  z  twarzy  i  poczułam  elektryczne  mrowienie  strachu.

Moje  ręce  i  nogi  zdrętwiały,  a  serce  zaczęło  walić  jak  jeden  z  bębnów

Sebastiana. Zamarłam i nie byłam w stanie się ruszać. Dystans. Tak, trzymaj

się od niego z daleka.

–  Wszystko  w  porządku  –  powiedział  Sebastian,  wyczuwając  moje

przerażenie. – Węże pomagają kapłanowi się skupić i połączyć z duchami.

– Chodźcie, chodźcie – zachęcał nas Jean.

Zamknął  drzwi  balkonowe,  a  potem  podszedł  do  ołtarza,  uniósł  węża  i

ułożył  go  sobie  na  ramionach.  Kiedy  zapalał  świece,  końcówka  gadziego

ogona oplotła mu szyję.

Wszystkie włoski na moim karku stanęły dęba. Jean odwrócił się i zrobił

dwa kroki w naszą stronę. Wiedziałam, że po trzecim ucieknę. Nie byłam w

stanie tego kontrolować. Wąż gapił się prosto na mnie.

Jean zatrzymał się jednak, wziął głęboki oddech i zamknął oczy.

–  Legba  –  szepnął  w  nabożnym  skupieniu,  unosząc  dłonie,  żeby

pogłaskać węża. – Papa Legba, otwórz przede mną bramę, abym mógł wejść.

Kiedy  wrócę,  oddam  cześć  loa.  Papa  Legba  ouvri  baye-a  pou  mwen,  pou

mwen pase. Le ma tounen,  ma  salyie  lwa  yo.  Papa  Legba  ouvri  baye-a  pou

mwen, pou mwen pase. Le ma tounen, ma salyie lwa yo.

Jean  w  kółko  powtarzał  zaklęcie,  aż  zaczęło  przypominać  piosenkę.

Mówił  coraz  szybciej.  Kołysał  się,  nucąc,  i  wprowadzał  się  w  stan

przypominający  głęboki  trans.  Wąż  poruszał  się  w  przód  i  w  tył  razem  z

Jeanem,  balansując  na  swój  przerażający  gadzi  sposób,  ale  nawet  na  chwilę

nie spuszczał mnie z oka. Ja i Sebastian też zaczęliśmy się kołysać.

Nagle Jean zastygł i stanął jak wryty.

Omal nie wyskoczyłam ze skóry.

background image

Minęło  sześć  sekund.  Liczyłam  je,  próbując  uspokoić  rozpędzony  puls,

ale  nic  to  nie  dało.  Jean  powoli  otworzył  oczy,  które  wyglądały  jednak

inaczej niż przed chwilą. Były zamglone. Uśmiechnął się i powiedział kilka

niezrozumiałych słów, patrząc na nas albo na wskroś nas – nie byłam pewna.

– Czego szukasz?

Głośno  przełknęłam  ślinę,  zerkając  na  Sebastiana.  Wyglądał  na  równie

przestraszonego jak ja i był trochę bledszy niż zwykle. Powoli zaczerpnęłam

tchu, żeby się uspokoić. Zauważyłam, że Jean odchylił głowę do tyłu i utkwił

wzrok w wentylatorze pod sufitem.

–  Eee…  –  Odchrząknęłam.  –  Szukam  sposobu,  który  pozwoli  zdjąć  ze

mnie klątwę.

Poruszył  się  tak  szybko,  że  nawet  nie  zauważyłam,  kiedy  wyprostował

głowę  i  przeniósł  wzrok.  Za  szybko  jak  na  człowieka.  Jeszcze  przed  chwilą

jego oczy wpatrywały się w sufit, a teraz patrzyły prosto na mnie. Zamarłam.

Wąż uniósł łeb i odsunął się od ramienia Jeana. Gapił się na mnie.

A potem rozpętało się piekło.

Jean  albo  Papa  Legba  –  kimkolwiek  teraz  był  –  wrzasnął  i  zaczął

podskakiwać,  jakby  ktoś  podłożył  pod  nim  ogień.  Wąż  upadł  na  podłogę  i

wpełzł pod ołtarz, odwracając łeb, żeby na mnie syknąć. Wybuchła zaciekła

kłótnia między Papą Legbą a Jeanem Solomonem. Ta sama osoba, dwa różne

głosy.

Powoli 

zaczęłam 

się 

wycofywać, 

chwytając 

kawałki 

zdań

wypowiadanych łamaną angielszczyzną, po francusku i w innych językach.

Sebastian złapał mnie za rękę, a Jean mruknął pod nosem:

–  Ona  nie  może  skrzywdzić…  –  I  nagle  wrzasnął:  –  Uaa! Legba  się  nie

boi!  –  Rozejrzał  się  i  podbiegł  do  mnie,  wyciągnął  szyję  i  zbliżył  twarz  do

mojej.

Nie byłam w stanie się poruszyć.

background image

– MNIE NIE PRZESTRASZYSZ!

Żyły  na  głowie  Jeana  Solomona  nabrzmiały.  Jego  twarz  trzęsła  się  z

gniewu.  Potem  się  wyprostował  i  pomaszerował  z  powrotem  do  ołtarza,

dziko gestykulując.

– Hańba, hańba, hańba!

Po chwili spokojny głos Jeana:

– Ciii. Ciii. Ciii…

I  niezrozumiałe,  kojące  mamrotanie,  kiedy  Jean  próbował  ugłaskać

rozzłoszczonego ducha.

Kolejne słowa pełne złości.

A potem Jean Solomon zgiął się wpół i zapadła cisza przerywana jedynie

dudnieniem  krwi  w  moich  uszach  i  śpiewem  ptaków  na  zewnątrz,  które  na

nowo  rozpoczęły  swoje  trele.  Moje  ciało  pokryła  gęsia  skórka.  Brutalnie

ściskałam rękę Sebastiana, ale nie cofał dłoni. Prawdę mówiąc, ściskał mnie

równie mocno, jak ja jego.

Jean się wyprostował. Kiedy do nas podszedł, wyglądał na zmieszanego,

zakłopotanego i trochę przestraszonego.

– Musicie już iść – powiedział.

Jego głos stał się bardziej kobiecy i zmęczony.

– Ale…

– Przykro mi, panno Ari, ale loa pani nie pomogą.

Poczułam rozpaczliwy skurcz żołądka.

– Niech pan posłucha, mogę zapłacić. Zdobędę pieniądze. Proszę, muszę

się czegoś dowiedzieć. Czegokolwiek. Co on powiedział?

Jean  popchnął  nas  w  stronę  drzwi  balkonowych  i  nacisnął  klamkę,  żeby

się otworzyły. Wykonał gest w stronę podwórza.

– Proszę, idźcie już.

Zawahałam  się,  ale  Sebastian  pociągnął  mnie  za  sobą.  Jean  stał  ze

background image

spuszczoną  głową,  lecz  gdy  tylko  znaleźliśmy  się  na  podwórzu,  ze

zdziwieniem zobaczyłam, że wyszedł za nami i cicho zamknął za sobą drzwi.

Mówił ściszonym głosem. Najwidoczniej nie chciał, żeby ktoś usłyszał.

–  Zhańbiłem  moje  loa  twoją  obecnością  przed  ołtarzem.  To  moja  wina,

bo  nie  dostrzegłem,  kim  naprawdę  jesteś,  póki  nie  połączyłem  się  z  Legbą.

Nie wolno ci tutaj przychodzić.

–  Dlaczego?  O  czym  pan  mówi?  –  Zacisnęłam  dłonie  w  pięści.  Miałam

ochotę krzyczeć z wściekłości. – Co jest ze mną nie tak, do cholery?

W jego oczach błysnął smutek.

– Mam nadzieję, że nigdy się tego nie dowiesz.

A potem się odwrócił i pokręcił głową.

–  Proszę,  Jean  –  powiedziałam  błagalnym  tonem.  Ten  człowiek  widział

moją  klątwę.  Wiedział,  czym  jest,  był  jedyną  osobą,  która  to  wiedziała.  –

Potrzebuję pomocy.

Jezu  Chryste,  nienawidziłam  błagać.  Nienawidziłam  tak  bardzo,  że

poczułam ucisk i gorycz w piersi.

Jean  westchnął,  a  potem  znowu  pokręcił  głową,  jakby  zamierzał  zrobić

coś, czego nie powinien. Odwrócił się od drzwi.

– Chcesz poznać przeszłość, chcesz się dowiedzieć, jaka klątwa na tobie

ciąży? Zetrzyj kość Alice Cromley na proch, na pył lekki jak kurz, a wtedy

się dowiesz. Te kości opowiedzą ci całą historię. Bastian wie, prawda?

Sebastian pokiwał głową, co chyba ucieszyło Jeana.

– Powodzenia, chère.

Wszedł do środka i zamknął drzwi.

Odwróciłam się do Sebastiana.

– Proszę, powiedz, że on żartował.

Sebastian wziął mnie za ramię i z powrotem poprowadził przejściem.

– Niestety, Jean mówił śmiertelnie poważnie.

background image

Pieprzone dziwolągi.

Wyrwałam ramię z jego uścisku i pomaszerowałam tunelem z powrotem

na  Dumaine  Street.  Nie  oglądając  się  na  Sebastiana,  wypadłam  na  ulicę,

trzasnęłam furtką i ruszyłam na południe.

Chciałam  jedynie  odrobiny  normalności  w  swoim  życiu.  Tylko  tyle!

Dlaczego tak cholernie trudno było ją znaleźć? Dlaczego?

Łzy szczypały mnie w oczy – głupie, palące łzy, które otarłam grzbietem

dłoni.  W  mojej  piersi  wzbierał  krzyk,  napierał  na  serce  i  żebra,  sprawiał  mi

piekielny ból. Wzięłam głęboki wdech i…

Oślepił mnie jaskrawy błysk.

Grot potwornego bólu przeszył mi mózg, wywołując krzyk. Złapałam się

za  głowę  i  padłam  na  kolana  na  środku  ulicy.  Zgięłam  się  wpół,  wbijając

łokcie  w  bruk,  i  zaczęłam  ciągnąć  się  za  włosy,  bo  ból  zalał  każdy  zakątek

mojej  czaszki,  a  potem  wrócił,  żeby  dalej  siać  zniszczenie.  Krzyknęłam

jeszcze raz, czując, jak fale cierpienia przelewają mi się przez głowę.

Nie mogłam tego wytrzymać… nie mogłam wytrzymać.

Czyjeś dłonie zacisnęły się na moich ramionach i podniosły mnie z ziemi.

Otworzyłam  oczy,  ale  nic  nie  widziałam,  ból  mnie  oślepił.  Mój  mokry

policzek ocierał się o jakiś materiał. O koszulę Sebastiana. Ten zapach. Ten

głos. Mówił coś, ale nie rozumiałam słów. Jego usta i ciepły oddech były tuż

przy  mojej  skroni.  Szeptał.  Przytuliłam  się  do  niego,  szukając  otuchy,

pocieszenia,  ucieczki  od  bólu,  który  nie  ustawał.  Każdy  krok  Sebastiana

wibrował w mojej głowie.

I wtedy, dzięki Bogu, ból ustał. Sebastian mocno mnie trzymał, leżałam

na jego rękach z odchyloną do tyłu głową. Przywarłam do niego, zaciskając

powieki,  odgradzając  się  od  świata.  Ale  nie  sama.  Tym  razem  na  szczęście

nie sama.

background image

Rozdział siódmy

ŁAGODNA  JAZZOWA  MELODIA  wtórowała  spokojnemu  biciu  serca

Sebastiana, dźwięki fortepianu unosiły się w moim budzącym się umyśle jak

spokojna  bryza.  Resztki  tępego  bólu  oblepiały  mi  czaszkę,  przypominając  o

załamaniu  na  środku  Dumaine  Street  i  o  ramionach,  które  mnie  trzymały  –

które wciąż mnie trzymały.

Mój prawy policzek wtulał się w miękką bawełnę koszulki Sebastiana, a

ucho  przylgnęło  do  jego  serca.  Jedną  ręką  podtrzymywał  mi  głowę,

zatapiając  palce  w  moich  rozpuszczonych  włosach.  Drugą  wsunął  mi  pod

plecy i dotykał nagiej skóry w miejscu, gdzie koszula podwinęła się do góry.

Otaczało  mnie  ciepło.  Jego  ciepło.  Jego  zapach.  Jego  ramiona.  Siedziałam

między jego nogami, przywierając biodrem do krocza.

Im bardziej dochodziłam do siebie, tym bardziej mój przyspieszający puls

tłumił  bicie  serca  Sebastiana.  W  żołądku  poczułam  falę  chłodu.  Wszystkie

zakończenia nerwowe obudziły się do życia, czując, że jestem tak blisko… i

cholernie zawstydzone tym, że tak długo się do niego przytulam.

Pora się odsunąć.

Cicho odetchnęłam. Przygryzając wargi, podniosłam głowę i otworzyłam

oczy. Obiema rękami – jedna leżała na piersi Sebastiana, a druga obok jego

ramienia  –  delikatnie  odepchnęłam  się  do  pozycji  siedzącej  między  jego

nogami  i  włosy  opadły  mi  na  twarz.  Nigdy  nie  dotykałam  w  ten  sposób

żadnego  faceta.  Nigdy  nie  czułam  ciepła,  mięśni  ani  skóry  uginającej  się

lekko pod moimi palcami.

Kiedy usiadłam, mój wzrok zatrzymał się na Sebastianie. Tym razem się

cieszyłam, że włosy zasłaniają mi twarz. Przynajmniej mogłam się ukryć.

background image

Głowa Sebastiana spoczywała na ciemnozielonym oparciu w rogu boksu

w kształcie litery V. Barman wycierał bar, jakiś człowiek grał na fortepianie,

a kelnerka podawała drinki parze, która razem z nami tworzyła całą klientelę

ciemnej knajpki. Drzwi wejściowe były otwarte na ulicę.

Kiedy znowu spojrzałam na Sebastiana, jego zmrużone oczy skupiały się

na  mnie  w  jakiś  spokojny,  zagadkowy  sposób.  Ich  kolor  przypominał

skłębiony dym, mgłę z szarości i srebra. Sebastian był odprężony i jego usta

miały odcień głębokiej czerwieni. Nadal siedział z odchyloną do tyłu głową,

a  kiedy  cicho  przełknął  ślinę,  na  jego  bladym  gardle  przesunęła  się  mała

wypukłość. Nie poruszyłam się. Nie byłam w stanie.

O  dziwo  wcale  się  nie  przejmowałam  rozpuszczonymi  włosami.  Mój

umysł  był  spokojny,  całkowicie  odprężony  –  w  przeciwieństwie  do  ciała.

Krew  pędziła  mi  w  żyłach  z  prędkością  światła.  Z  żołądka  co  jakiś  czas

wystrzelały wąskie pasma mrowiącej energii.

Sebastian  podniósł  rękę  i  delikatnie  przeczesał  mi  włosy  palcami.  Serce

zabiło  mi  jeszcze  mocniej,  kiedy  tę  samą  dłoń  zbliżył  do  mojego  policzka,

zatopił palce we włosach, ujął głowę od tyłu i lekko ją uniósł.

Miałam wrażenie, że nadal śnię, że ciągle jestem w krainie marzeń.

Z  nim  było  chyba  podobnie,  bo  wydawał  się  zupełnie  rozluźniony.  Nie

było  żadnej  przerwy,  żadnego  wahania,  tylko  powolna,  niepowstrzymana

podróż do jego ust.

Mój żołądek wykonał obrót o trzysta sześćdziesiąt stopni, kiedy na krótką

chwilę moje usta zawisły tuż pod ustami Sebastiana, tak blisko, że poczułam

jego oddech. Potem nasze wargi się spotkały.

W  moim  wnętrzu  eksplodowała  chłodna  adrenalina.  Nasze  usta  coraz

mocniej do siebie przywierały. Rozchylił wargi. Moje zrobiły to samo. Kiedy

jego język otarł się o mój, poczułam motyle w brzuchu.

Motyle w brzuchu. Wreszcie zrozumiałam, co to znaczy.

background image

Przytulił mnie bardziej, mocniej, całując jeszcze głębiej, jakby umierał z

głodu, ale mimo to niespiesznie delektował się każdą sekundą. Umiałam się

całować,  znałam  technikę,  ale  po  raz  pierwszy  w  życiu  naprawdę  się

zatraciłam,  pragnęłam  tego  pocałunku  bardziej  niż  powietrza  i  chciałam  się

całować, póki czas nie stanie w miejscu, a ziemia nie zniknie.

Żyłam. Nie tylko istniałam, ale naprawdę żyłam.

–  A  niech  mnie!  –  rozległ  się  czyjś  wstrząśnięty  głos  po  drugiej  stronie

stolika.

Oderwałam  się  od  Sebastiana,  wydając  zduszony  okrzyk,  w  samą  porę,

by zobaczyć szeroki uśmiech kelnerki.

– Przepraszam, nie chciałam przeszkadzać. Mogę wrócić za chwilę…

Sebastian się wyprostował, otarł twarz dłonią, a potem przeczesał włosy

palcami. Odchrząknęłam i w końcu poczułam to zakłopotanie, którego przed

chwilą  tak  mi  brakowało,  a  które  jednak  ani  trochę  nie  przygasiło  żaru

naszego  pocałunku  –  żaru,  który  wydawał  się  obłędnie  przyjemny,  lecz

zarazem nieco stresujący i zniewalający.

–  Nic  nie  szkodzi  –  wydusiłam  mimo  urywanego  oddechu.  –  Poproszę

wodę, jeśli jest.

Jasne, że mają wodę. Co za głupi tekst.

– A co dla ciebie, Sebastianie?

– Dla mnie to samo, Pam. Dzięki.

Pam odeszła od stolika i dłonie Sebastiana spoczęły na moich biodrach.

– Lepiej? – Jego policzki zaróżowiły się tylko na chwilę. Roześmiał się. –

Mam na myśli twoją głowę. Nadal boli?

– Nie. Już jest w porządku. Ale dzięki… za pomoc. Co to za miejsce?

– To Gabonna’s.  Jedna  przecznica  od  miejsca,  gdzie  upadłaś.  Stale  tutaj

przychodzę… Często ci się to zdarza?

– Co?

background image

Kącik jego ust lekko drgnął.

– Krzyki na ulicy. Padanie na kolana. Płacz…

Szczerze mówiąc, nie byłam pewna, co odpowiedzieć. Ostatnio migreny

zdarzały  mi  się  częściej,  ale  jeszcze  nigdy  nie  były  aż  tak  silne.  Kelnerka

przyniosła wodę. Od razu wypiłam pół szklanki. Zimny płyn obudził mnie i

oczyścił  mój  umysł.  Odstawiłam  szklankę,  a  potem  zaczęłam  związywać

włosy.

– Powinnaś nosić rozpuszczone.

Moje policzki znowu zrobiły się ciepłe. Uśmiechnęłam się.

– To komplement?

– Tak. Podobają mi się. Są takie…

–  Dziwne?  Dziwaczne?  Inne?  Pewnie,  bez  przerwy  to  słyszę  –

przewróciłam oczami, kończąc układanie fryzury.

– Chciałem powiedzieć: ładne.

Aha.

Super. Brawo, kretynko. Od razu było widać, że w kontaktach z facetami

radzę sobie fatalnie. W zasadzie nie miałam zbyt wielkiego doświadczenia w

tym  całym  flirtowaniu  i  romansowaniu  z  chłopakami.  Najczęściej  ich

unikałam albo biłam się z tymi, którzy nie chcieli pozwolić się unikać.

–  Sorry  –  powiedziałam,  decydując  się  na  szczerość.  –  Słuchaj,  tak

naprawdę nie znam się na flirtach. Ani na całowaniu…

– Nie czekają na ciebie żadni wielbiciele?

Nie  byłam  pewna,  czy  to  go  bawi,  czy  może  naprawdę  chce  wiedzieć.

Wyglądało na to, że i jedno, i drugie.

– Nie.

– Dlaczego?

– Chyba nie spotkałam zbyt wielu takich, którzy potrafią myśleć o czymś

więcej niż sport, hormony i imprezy.

background image

– Ciebie te rzeczy nie interesują?

Wzruszyłam ramionami.

– Może w innym życiu by mnie interesowały. Sprawy, które są ważne dla

ludzi  w  moim  wieku,  przestały  mnie  obchodzić  już  dawno  temu  albo  nigdy

nie 

obchodziły. 

– 

Lekko 

się 

ukłoniłam. 

– 

Oto 

ja, 

produkt

niedofinansowanego  i  olewanego  przez  wszystkich  systemu  opieki

społecznej.

Roześmiał się.

– Już prawie pora lunchu. I chociaż podają tu dobre jedzenie, wpadłem na

trochę inny pomysł. Co powiesz na zmianę lokalu?

– A jaki to pomysł?

– Francuskie pączki.

Na samą myśl zaburczało mi w brzuchu.

– Jestem za.

Sebastian  odpowiedział  uśmiechem  na  mój  uśmiech.  I  wtedy  do  mnie

dotarło,  że  siedzimy  i  uśmiechamy  się  do  siebie  jak  para  kretynów.

Odwróciłam wzrok, ześlizgnęłam się z ławki i chwyciłam plecak, a Sebastian

sięgnął do kieszeni po kilka dolarów, które zostawił na stoliku dla Pam.

Na niebie zebrały się chmury, ale nic nie zapowiadało burzy. Cień był dla

mnie  błogosławieństwem,  bo  czułam,  że  po  tej  piekielnej  migrenie  moja

głowa nie będzie w stanie znieść w najbliższym czasie jaskrawego światła.

Kiedy  wyszliśmy  z  Gabonna’s,  Sebastian  gwizdnął  na  jedną  z  dorożek

toczących  się  wolno  w  dół  St.  Ann  Street.  Woźnica  pomachał  do  niego,

zawrócił i zatrzymał się obok nas.

– Bonjour, mes amis. Dokąd ja i panna Pralinka możemy was zawieźć w

ten piękny dzień?

Miał  zaraźliwy  uśmiech,  więc  ja  też  się  do  niego  uśmiechnęłam,

wsiadając  do  trzeszczącej  dorożki.  Nie  przypuszczałam,  że  mój  wypad  do

background image

Nowego  2  obejmie  turystyczną  przejażdżkę  po  Dzielnicy  Francuskiej,  ale

cieszyłam się z takiego urozmaicenia… i z towarzystwa.

– Na Jackson Square – powiedział Sebastian, siadając obok mnie.

–  Słyszałaś,  panno  Pralinko?  Jackson  Square.  –  Woźnica  lekko  uderzył

lejcami w wielki zad mulicy i panna Pralinka ruszyła przed siebie.

Nie  zanosiło  się  na  to,  że  dotrzemy  do  celu  w  rekordowym  czasie,  ale

chyba  właśnie  o  to  chodziło:  żeby  jechać  powoli,  delektując  się  widokami  i

dźwiękami  Dzielnicy  Francuskiej.  Sebastian  przechylił  się  lekko  w  moją

stronę,  więc  poszłam  za  jego  przykładem  i  też  swobodnie  się  o  niego

oparłam. Dziwne, ale było miło.

Potrzebowałam  takiej  przerwy,  chciałam  na  chwilę  zapomnieć  o

wszystkich  mrocznych  sprawach,  więc  słuchałam  opowieści  woźnicy,  który

pokazywał  ciekawe  miejsca,  i  podążałam  wzrokiem  za  palcem  Sebastiana,

kiedy zwracał moją uwagę na coś, co jego zdaniem mogło mi się spodobać.

– A tu – powiedział woźnica, kiedy wolno przejeżdżaliśmy obok budynku

na  rogu  z  piętrową  werandą  i  balustradami  z  kutego  żelaza  –  podobno

mieszkała kiedyś Alice Cromley.

Na  dźwięk  nazwiska  tej  kobiety  –  tego  samego,  które  wymienił  Jean

Solomon  –  przeszły  mnie  ciarki.  Wymieniłam  szybkie  spojrzenie  z

Sebastianem, a potem pochyliłam się i zapytałam woźnicę:

– Kim była Alice Cromley?

Woźnica  obrócił  się  na  swoim  czerwonym  wyściełanym  koźle  i  z

błyskiem w oku zaczął opowiadać:

– Kim była Alice Cromley? Dobre pytanie. Alice Cromley była Mulatką

z jedną czwartą krwi murzyńskiej, najpiękniejszą Kreolką, jaką kiedykolwiek

widziała  Vieux  Carré.  Miała  rzesze  wielbicieli  i  sporo  o  nich  wiedziała.

Wiedziała  o  rzeczach,  o  których  kochanka  nie  powinna  wiedzieć,  jeśli

rozumiesz, o co mi chodzi – zachichotał. – Widzisz, Alice Cromley posiadała

background image

dar  zwany  jasnowidzeniem.  Zbiła  fortunę,  mówiąc  ludziom  to,  co  chcieli

usłyszeć.  I  nigdy  się  nie  myliła,  chyba  że  tego  chciała.  Pewnego  dnia  po

prostu  zniknęła.  Ot,  tak  –  pstryknął  palcami.  –  Dwa  tygodnie  później

znaleziono  dwa  ciała  dryfujące  w  Missisipi.  Trudno  było  ustalić  przyczynę

śmierci,  bo  znajdowały  się  w  wodzie  już  od  jakiegoś  czasu.  Ale  niektórzy

mówią,  że  jeden  z  nieszczęsnych  topielców  miał  na  sobie  najładniejszą

suknię  Alice  Cromley.  –  Roześmiał  się  i  cmoknął  na  powolną  mulicę.  –

Kochanek  zbudował  dla  Alice  grobowiec  na  pobliskim  cmentarzu.  Nikt  nie

wie,  gdzie  dokładnie.  Podobno  złożył  w  nim  oba  ciała,  uznając,  że  jedno  z

nich musi należeć do jego ukochanej Alice. – Woźnica wzruszył ramionami.

– Chyba chciał mieć całkowitą pewność.

A  według  Jeana  Solomona  kości  tej  kobiety  mogły  odkryć  przede  mną

przeszłość. Jasne. Marne szanse.

Dorożka  przetoczyła  się  obok  katedry  Świętego  Ludwika  i  wjechaliśmy

na Jackson Square.

Na  chwilę  zapomniałam  o  Alice  Cromley  i  podziwiałam  wysoką  iglicę

katedry,  a  panna  Pralinka  ciągnęła  dorożkę  przez  całą  długość  Pontalba

Apartments.  Były  to  najstarsze  kamienice  w  Stanach  Zjednoczonych.

Zbudowano  je  z  czerwonej  cegły,  miały  długie  balkony  z  kutego  żelaza  i

sklepy na parterze. Na środku placu stał pomnik Andrew Jacksona na koniu.

Było  tam  mnóstwo  energii.  Przenikała  do  mojej  duszy  i  dodawała  mi  sił,

których tak bardzo teraz potrzebowałam. Kolory. Wibracje. Piękno. Wróżki,

jubilerzy, rzemieślnicy, muzycy… eklektyczny miks wszystkiego.

Potem  pojechaliśmy  w  stronę  Riverwalk  i  Decatur  Street,  na  której

znajdował się postój dorożek.

Sebastian zapłacił woźnicy, pomógł mi wysiąść, a kiedy przechodziliśmy

przez ulicę, kierując się w stronę Café Du Monde, dalej trzymał mnie za rękę.

Nie cofnęłam dłoni, było mi dobrze. Jeśli on nie zamierzał puścić mojej ręki,

background image

to ja tym bardziej.

Kiedy  znaleźliśmy  miejsce  na  zewnątrz,  pod  markizą  w  zielono-białe

paski, zapach świeżego pieczywa i kawy sprawił, że znowu zaburczało mi w

brzuchu.

Sebastian  zamówił  talerz  francuskich  pączków  i  dwie  kawy.  Ja  z

zaciekawieniem patrzyłam na ludzi i na plac. Było na nim zaskakująco dużo

zieleni.

– Założę się, że przyprowadzała cię tu mama – Sebastian przerwał moje

wzrokowe zwiedzanie.

– Dlaczego tak myślisz?

Wzruszył  ramionami  i  w  kącikach  jego  czerwonych  ust  zadrgał  lekki

uśmiech.

–  Jeśli  mieszkała  w  Nowym  Orleanie,  na  pewno  tu  przychodziła.  To

element tutejszego życia.

Pewnie  miał  rację.  Ja  byłam  z  zewnątrz,  ale  mimo  to  wiedziałam,  że  w

Nowym 2 wszyscy chodzą do Café Du Monde.

–  Masz  rację  –  odpowiedziałam  cicho,  rozglądając  się  wokół.  –  Pewnie

mnie tu przyprowadzała.

Szkoda  tylko,  że  tego  nie  pamiętałam.  Jak  by  to  było?  Przychodzić  tu  z

mamą, siedzieć przy jednym z tych stolików…

– Więc chcesz odnaleźć Alice Cromley? – zapytał Sebastian, zmieniając

temat. Próbował ukryć rozbawienie, ale dość szybko dał za wygraną.

– Jasne. Nie, dzięki. – Wstrząsnął mną lekki dreszcz. – Zamiast okradać

grób  jakiejś  kobiety  i  ścierać  jej  kość  na  proszek,  chyba  raczej  spróbuję

porozmawiać z twoją babcią.

Kelner przyniósł nasze zamówienie.

–  Boisz  się?  –  Sebastian  wlał  śmietankę  do  kawy.  –  Jeśli  nigdy  nie

okradałaś grobów, nie wiesz, co to prawdziwe życie.

background image

Już miałam dotknąć ustami filiżanki, ale wyrwał się z nich śmiech.

– Skoro tak twierdzisz.

Gorąca  kawa  idealnie  pasowała  do  chłodnego  styczniowego  dnia  w

Dzielnicy Francuskiej. Upiłam kilka łyków, odstawiłam filiżankę i sięgnęłam

po francuskiego pączka. Kiedy go rozerwałam, ze środka wydobyła się para.

– Rób, jak uważasz – ciągnął Sebastian. – Dub jest jednym z najlepszych

cmentarnych złodziei w okolicy. Szkoda, że nie widziałaś, co potrafi znaleźć.

– Dub? Dub okrada groby? Robisz sobie ze mnie jaja?

Pączek  rozpłynął  mi  się  w  ustach.  Jęknęłam  z  rozkoszy.  A  niech  to,

smakował naprawdę dobrze.

–  Mnóstwo  dzieciaków  okrada  groby.  Musimy  jakoś  zarabiać.  Crunk

rozwozi  pocztę.  Ja  pracuję  dla  Novem.  Henri  usuwa  z  budynków  szczury  i

węże. A Dub okrada groby i sprzedaje łupy turystom albo antykwariatom.

– To trochę chore.

Przytaknął uniesieniem brwi.

–  No  tak,  podobnie  jak  ty  nie  interesujemy  się  sportem,  hormonami  i

imprezowaniem.  –  Lekko  się  ukłonił,  tak  jak  wcześniej  ja.  –  Oto  produkt

Nowego 2 – roześmiał się.

Jego  śmiech  był  głęboki  i  zaraźliwy.  Poza  tym  znowu  ukazały  się  te

niesamowite dołeczki…

–  Opowiedz  mi  o  sojuszu  dziewięciu  rodzin,  o  Novem.  –  Odgryzłam

następny kęs, chcąc odejść od tematu zwłok i cmentarzy, a już zwłaszcza od

mojego  rosnącego  zauroczenia  przewodnikiem.  –  Dlaczego  ciągle  się  tak

izolują?

– Nie izolują się. Po prostu świat zewnętrzny nie obchodzi ich tak bardzo

jak innych ludzi.

– W takim razie co ich obchodzi?

–  Ocalenie  miasta  –  mówił  między  kolejnymi  kęsami  –  historii  naszych

background image

rodzin  i  ludzi  nam  podobnych,  zapewnianie  schronienia  jednostkom  o

zbliżonym  podejściu  do  życia,  ratowanie  miejsca,  gdzie  nikt  nikogo  nie

ocenia i na nikim nie robi się eksperymentów laboratoryjnych.

– Eksperymentów laboratoryjnych?

Oparł łokcie o stolik.

–  W  Nowym  2  mieszka  wielu  ludzi,  których  Novem  nazywa

„uzdolnionymi”. Jak myślisz, co by się stało, gdyby Violet albo Dub znaleźli

się poza Obręczą? Albo ja?

Łatwizna.

–  Gdybyście  nie  potrafili  ukryć  swoich  umiejętności,  wasze  życie  nie

byłoby  zbyt  przyjemne  –  odpowiedziałam  cicho,  myśląc  o  własnych

doświadczeniach.

– Właśnie. Nowy 2 to miejsce, w którym nie trzeba się ukrywać, chociaż

jeśli  chcesz  się  ukrywać,  nikt  ci  nie  zabrania.  Nikt  cię  nie  ocenia  tylko

dlatego, że jesteś inna. Właśnie do tego dążyło Novem.

Moje serce na chwilę zamarło.

– Bo oni też są inni.

A więc nie byli jedynie rodzinami posiadającymi stare fortuny, byli inni.

– Są doué, jak mówi Dub?

Sebastian pokiwał głową.

–  A  reszta  twojej  rodziny,  Arnaudowie,  są  tacy  jak  ty?  Umieją

hipnotyzować ludzi?

Zastanawiając się nad odpowiedzią, coraz wolniej przeżuwał pączka.

– Tak, potrafią to robić.

Chciałam  mu  wierzyć,  chciałam  wierzyć,  że  to  nie  Novem  wysłało

mężczyznę, który zaatakował mnie w Covington, że stało po mojej stronie i

tak  naprawdę  tworzyła  je  grupa  przyzwoitych  ludzi.  Ale  zdążyłam  się  już

nauczyć,  że  zawsze  lepiej  oczekiwać  najgorszego.  To  znacznie

background image

bezpieczniejsze  niż  uwierzenie  komuś,  zaufanie  mu,  a  potem  otrzymanie

ciosu w serce.

Dopiliśmy  kawę  i  zjedliśmy  cały  talerz  francuskich  pączków.  Sebastian

zapłacił.

– Jesteś gotowa na spotkanie z Josephine?

Wstałam i zarzuciłam plecak na ramię.

– Czemu nie? To równie dobry moment jak każdy inny.

background image

Rozdział ósmy

KIEDY  SZLIŚMY  PRZEZ  PLAC,  Sebastian  wszystko  mi  objaśniał.  Po

obu  stronach  katedry  Świętego  Ludwika  stały  dwa  ogromne  zabytkowe

budynki.  Presbytère,  po  prawej,  zostało  przekształcone  w  szpanerską

prywatną  szkołę  należącą  do  Novem.  Sebastian  też  powinien  był  do  niej

chodzić,  ale  regularnie  wagarował.  Budynek  po  lewej  nosił  nazwę  Cabildo.

Pozostał muzeum, którym był jeszcze przed epoką Nowego 2, ale pierwsze i

drugie  piętro  trafiły  w  ręce  Novem,  które  urządziło  tam  swoją  siedzibę.

Zwoływano  tam  posiedzenia  Rady  Dziewięciorga,  w  których  mogły

uczestniczyć wyłącznie głowy poszczególnych rodzin.

Wszystkie  rodziny  miały  apartamenty  w  kamienicach  Pontalba

tworzących dwie pierzeje placu.

Wyglądało  na  to,  że  Jackson  Square  to  centrum  życia  i  działalności

Novem.

Z każdym krokiem w stronę budynku rosło napięcie w moich mięśniach.

Wyciągnęłam  szyję,  żeby  jeszcze  raz  spojrzeć  na  wysoką  iglicę  katedry

Świętego Ludwika.

– Jak daleko sięga historia twojej rodziny?

–  Pierwszy  Arnaud  przybył  do  Nowego  Orleanu  w  tysiąc  siedemset

siedemdziesiątym  siódmym  roku.  Był  trzecim  synem  arystokratycznej

rodziny z Narbonne we Francji.

Trzech muzyków grało niedaleko ławek przed katedrą. Nasilił się wiatr, a

nisko  wiszące  chmury  zasłoniły  słońce.  Powietrze  zrobiło  się  wilgotne  i

zimne,  grożąc  deszczem.  Zaczęło  kropić  dokładnie  w  chwili,  w  której

weszliśmy pod jedno ze sklepionych przejść budynku Cabildo.

background image

W  muzeum  panowała  głucha  cisza.  Było  tam  kilka  stałych  wystaw,  ale

nie miałam czasu, żeby na nie spojrzeć, bo Sebastian popchnął mnie w stronę

schodów.

Hol  na  pierwszym  piętrze  został  urządzony  na  wzór  eleganckiego

biurowca i wyposażony w ustawioną pośrodku recepcję. Sebastian wypuścił

moją rękę. Facet za kontuarem podniósł wzrok, poznał młodego Lamarliere’a

i lekko skinął głową, a potem wrócił do pracy.

Odgłosy 

naszych 

kroków 

odbijały 

się 

głośnym 

echem 

od

wypolerowanych drewnianych podłóg, kiedy szliśmy długą frontową galerią.

Burzowe  światło  z  zewnątrz  wlewało  się  przez  łukowate  okna,  oświetlając

przestrzeń upiornym blaskiem. W połowie drogi z galerii wychodził korytarz.

Sebastian  skręcił.  Poszłam  za  nim.  Nie  było  tam  okien.  Ani  sztucznego

oświetlenia. Tylko korytarz, w którym robiło się coraz ciemniej.

Zatrzymaliśmy się przed ostatnimi drzwiami po prawej stronie. W uszach

czułam  miarowe  dudnienie  pulsu.  Josephine  Arnaud  zapłaciła  rachunek  za

pobyt  mojej  matki  w  szpitalu.  Musiały  się  znać.  Może  babcia  Sebastiana

wiedziała  nawet,  kto  jest  moim  ojcem.  Przełknęłam  ślinę,  czując  ucisk  w

gardle.  Starałam  się  nie  robić  sobie  zbyt  wielkich  nadziei.  Ale  byłam  tak

blisko.

Poczekalnia, do której weszliśmy, była równie stara jak reszta budynku i

w  niej  także  panowała  głucha  cisza.  Meble  wydawały  się  stanowczo  za

drogie,  bym  odważyła  się  na  nich  usiąść,  a  obrazy  na  ścianach  musiały  być

warte kilka milionów. Marzyłam o jakiejś muzyce w tle, o czymś innym niż

ta złowroga cisza.

Kiedy  podeszliśmy  bliżej,  mężczyzna  za  biurkiem  podniósł  głowę.  Był

przystojny,  miał  ze  trzydzieści  parę  lat  i  zupełnie  nie  odpowiadał  mojemu

wyobrażeniu  sekretarza.  Miał  ciemnobrązowe  włosy  związane  w  kucyk.

Zakola. Klasyczne rysy.

background image

Zacisnął usta i zmrużył oczy, patrząc na Sebastiana.

– Wrócił ci rozum, Bastianie?

Sebastian zesztywniał.

– Mój rozum jest tam, gdzie jego miejsce, Danielu.

– Trudno nazwać wagarowanie i mieszkanie w jakimś zbutwiałym starym

domu w Dzielnicy Ogro…

– Po prostu powiedz Josephine, że przyszliśmy.

Ciemne  oczy  Daniela  wpatrywały  się  w  Sebastiana  przez  długą,  pełną

napięcia chwilę, a potem skupiły się na mnie.

–  Więc  ją  znalazłeś  –  powiedział,  mierząc  mnie  wzrokiem  i

prawdopodobnie  zastanawiając  się,  do  czego  właściwie  jestem  potrzebna

jego szefowej. – Madame się ucieszy. Możecie wejść.

Sięgnął  po  słuchawkę  i  zaczął  coś  do  niej  szeptać,  a  my  przecięliśmy

poczekalnię i ruszyliśmy w stronę dwuskrzydłowych drzwi.

Sebastian spojrzał na mnie i przewrócił oczami, jakby chciał powiedzieć:

„Szykuje  się  niezła  zabawa”,  a  potem  popchnął  drzwi.  Wciągnęłam

powietrze w płuca i przygotowałam się na spotkanie z osobą, która być może

potrafi odpowiedzieć na dręczące mnie pytania.

Kobieta  o  kruczoczarnych  włosach  odłożyła  słuchawkę  i  powoli  wstała,

obciągając  różowy  żakiet  na  spódnicę  od  kompletu.  Spod  żakietu  wyzierała

śnieżnobiała  bluzka.  Ciemne  włosy  miała  upięte  w  kok,  a  do  tego  perłowe

kolczyki  i  naszyjnik  z  kameą.  Bardzo  stara  fortuna.  Bardzo  stary  świat.  Ale

za to bardzo niestara babcia.

– Bonjour, Grandmère. - Sebastian pochylił się, żeby ucałować ją w oba

policzki.

Zamknęłam  na  chwilę  oczy,  a  potem  pokręciłam  głową.  Miałam  ochotę

się  roześmiać.  Nie  mogłam  sobie  wyobrazić  bardziej  popieprzonego

scenariusza.  Przecież  ta  kobieta  miała  najwyżej  dwadzieścia  parę  lat.  Nie

background image

mogła  być  jego  babcią.  Każdy  głupek  z  połową  mózgu  od  razu  by  to

zauważył.

Sebastian się odsunął. Wzrok Josephine skupił się na mnie.

Skłamał.  Wcisnął  mi  stek  bzdur,  a  ja  mu  uwierzyłam.  Boże,  czasami

potrafiłam być taka głupia. Czułam się jak kretynka, kretynka, która zaufała

jakiemuś  palantowi.  A  dlaczego?  Bo  był  ładny,  bo  okazał  mi  odrobinę

zainteresowania?

–  Nic  tu  po  mnie  –  mruknęłam,  a  potem  obróciłam  się  na  pięcie  i

pomaszerowałam do drzwi, starając się nie czuć bólu.

Nie wiedziałam, w co ze mną pogrywa, ale miałam tego dość.

– Ari.

Szłam  dalej.  Dłoń  Sebastiana  zamknęła  się  na  moim  ramieniu.

Gwałtownie  się  odwróciłam,  zacisnęłam  pięść  i  chciałam  się  na  niego

zamierzyć.

–  To  dla  ciebie  jakaś  zabawa,  Sebastianie?  Miałeś  akurat  wolny  dzień  i

nie  było  co  robić,  więc  postanowiłeś  zbajerować  nową  laskę?  Zabawić  się?

Zobaczyć,  jak  bardzo  da  się  nabrać?  Zostaw  mnie.  –  Wyrwałam  rękę,  nie

patrząc w te fałszywe szare oczy. – Zapomnijmy o tym. – Ruszyłam w stronę

drzwi.

Nagle stanął przede mną i zagrodził mi drogę.

Wydałam zduszony okrzyk i stanęłam w pół kroku. Krew odpłynęła mi z

twarzy. Poruszał się stanowczo zbyt szybko.

Gdzieś  w  głowie  usłyszałam  głos,  który  kazał  mi  uciekać,  uderzyć  go  i

zbiec po schodach, ale nie byłam w stanie się poruszyć.

W  jego  oczach  widać  było  smutek  i  żal,  może  nawet  lekkie  błaganie.

Otworzył usta i westchnął zrezygnowany.

–  Przepraszam,  Ari  –  szepnął.  –  Myślałem…  –  potarł  twarz  dłonią  –

myślałem,  że  to  zrozumiesz.  Przypomnij  sobie,  co  widziałaś  do  tej  pory.

background image

Pamiętasz,  co  ci  powiedziałem  w  kawiarni?  O  doué,  o  byciu  innym?  Nie

kłamałem.  Jesteśmy  inni.  –  Jego  wzrok  powędrował  ku  sufitowi.  Sebastian

zacisnął dłonie na moich bicepsach. – Próbuję ci pomóc. Przysięgam, ona jest

moją babcią.

Cofnęłam  się  o  krok  i  szybko  zamrugałam,  żeby  otrząsnąć  się  z

zamroczenia,  które  ogarniało  mój  umysł.  Racja,  jak  dotąd  dość  dobrze

znosiłam  wszystkie  dziwactwa.  Moja  wina.  Ale  to  spadło  na  mnie  jak  jakiś

pieprzony  potop  i  nie  umiałam  uciec,  nie  potrafiłam  tego  włożyć  do

zgrabnego pudełeczka, a potem o nim zapomnieć.

– Kim ty właściwie jesteś?

Kosmyk  czarnych  włosów  opadł  mu  na  oko  i  Sebastian  odsunął  go

dmuchnięciem.  Otworzył  usta,  ale  nie  padło  z  nich  żadne  słowo.  Zacisnął

zęby.  Miałam  wrażenie,  że  naprawdę  nie  wie,  jak  odpowiedzieć  na  moje

pytanie.

– To Arnaud – odezwał się zmysłowy głos z francuskim akcentem.

Usta  Sebastiana  zacisnęły  się  ponuro,  tworząc  prostą  linię,  jakby  wolał

być wszystkim, byle nie Arnaudem.

– Usiądźcie, proszę – powiedziała kobieta.

Rzuciłam Sebastianowi wściekłe spojrzenie, odwróciłam się i podeszłam

do  jednego  z  krzeseł  przed  biurkiem  Josephine.  Dobra.  Cokolwiek  tu  się

działo… tak naprawdę nie miało znaczenia. Liczyło się uzyskanie informacji

o mojej matce. Potem się stąd wyniosę.

– No cóż – zaczęła, mierząc mnie spojrzeniem – nie licząc tego pieprzyka

na policzku, wyglądasz dokładnie tak jak twoja matka.

Wytrzeszczyłam  oczy.  Jedną  ręką  złapałam  oparcie  krzesła,  a  drugą

przycisnęłam  do  brzucha.  Te  słowa  zafundowały  mi  prawdziwy  wstrząs.

Jasne,  miałam  kilka  niewyraźnych  wspomnień,  ale  nigdy  nie  byłam  pewna,

czy są prawdziwe. Zawsze się zastanawiałam.

background image

Wreszcie  zdobyłam  jakąś  odpowiedź,  która  dała  mi  dziwne  poczucie

szczęścia zmieszanego z bólem.

–  Proszę,  usiądź.  –  Josephine  rozparła  się  w  swoim  fotelu  i  uważnie  mi

się przyglądała.

Oddychaj.  Kątem  oka  zobaczyłam,  że  Sebastian  też  siada.  Mój  puls  za

bardzo  przyspieszył,  a  kończyny  osłabły.  Może  skorzystanie  z  krzesła  było

dobrym pomysłem.

– Kiedy zadzwonili do mnie z Rocquemore, nie mogłam w to uwierzyć.

Ale proszę. – Josephine rozłożyła ręce i uśmiechnęła się, czego najwidoczniej

nie  robiła  zbyt  często,  bo  o  mało  nie  popękała  jej  skóra  wokół  ust.  –  To

naprawdę ty.

– Więc wiedziałaś o Rocquemore. Wiedziałaś, że moja matka tam była.

–  Twoja  matka  uciekła  z  Nowego  Orleanu,  mimo  że  jej  to  odradzałam.

Szukaliśmy jej kilka miesięcy, ale w końcu ją znaleźliśmy…

– A wtedy po prostu ją tam zostawiłaś.

– Czy miałam inne wyjście? Traciła panowanie nad umysłem. Wymagała

ciągłej  opieki.  Szpital  był  dla  niej  najlepszym  miejscem.  Niestety,  zanim  ją

znaleźliśmy,  ty  zaginęłaś  gdzieś  w  systemie.  W  przeciwnym  razie

zamieszkałabyś tutaj, razem z nami.

Sebastian cicho prychnął.

– Jak poznałaś moją matkę?

–  Eleni  przyszła  do  mnie  po  pomoc  kilka  miesięcy  przed  uderzeniem

huraganów.  Twoja  matka  była  wyjątkową  kobietą.  Pewnie  już  o  tym  wiesz,

oui?

– Jeśli „wyjątkowa” znaczy „przeklęta”, to tak, wiem.

Josephine wzruszyła ramionami, jakby to było to samo.

– A mój ojciec?

– Twój ojciec to tajemnica, którą Eleni zachowała dla siebie.

background image

Ta jędza kłamała. I wcale tego nie kryła. Splotłam ręce na piersi.

– A ty? Kim właściwie jesteś?

–  Nazywam  się  Josephine  Isabella  Arnaud.  Jestem  córką  Jacques’a

Arnauda,  założyciela  tej  rodziny,  pierwszego  Arnauda,  który  przybył  do

Nowego Orleanu.

Roześmiałam  się  piskliwie  i  głośno,  jak  człowiek  na  skraju  załamania

nerwowego.

–  Więc  jesteś  córką  człowieka,  który  przyjechał  tu  w  tysiąc  siedemset

siedemdziesiątym siódmym roku? To ile masz lat? Trzysta z hakiem? Jesteś

pewna, że sama nie powinnaś być teraz w Rocquemore?

Josephine parsknęła gardłowym śmiechem.

– Masz większy tupet niż ona. Masz więcej… charakteru.

Z każdą mijającą sekundą ogarniała mnie coraz większa złość.

– Dlaczego pomogłaś mojej matce?

–  Bała  się.  Była  sama.  Powiedziała,  że  na  świecie  nie  ma  więcej  takich

jak ona. Czułam, że jest inna, ale dopiero później naprawdę zrozumiałam, jak

wielką posiada moc.

– No więc jak wielką?

–  Ari,  chcę  ci  pomóc.  Pewni  ludzie  wiedzą,  co  w  sobie  nosisz,  i  pragną

twojej śmierci. Twoja matka powinna była zostać w Nowym Orleanie, tak jak

jej radziłam, ale kiedy zaczęły się burze, wpadła w panikę. Nie wierzyła, że

potrafię ją obronić, że my wszyscy, nasze połączone siły, jesteśmy w stanie

ochronić  to  miasto.  Ale  udało  nam  się.  I  teraz  ono  należy  do  nas.  Gdyby  tu

została, być może nadal by żyła. – Przez chwilę obracała w palcach pióro. –

Chciałam  się  z  tobą  zobaczyć,  żeby  zaproponować  ci  ochronę  podczas

pobytu  w  naszym  mieście.  Razem  poznamy  twoją  przeszłość  i  odkryjemy

dar, który posiadasz. Ale w zamian musisz mi obiecać posłuszeństwo, złożyć

przysięgę krwi rodzinie Arnaudów i nikomu innemu.

background image

–  Czy  to  samo  zaproponowałaś  mojej  matce?  Nie  pomagałaś  jej  z

dobrego serca?

Josephine się roześmiała.

– Ja nie mam serca, skarbie. Zapytaj mojego wnuka.

Sebastian tylko cierpko się uśmiechnął.

– Umowa stoi?

– Dasz słowo, że zdejmiesz ze mnie klątwę?

– Moc dziewięciu rodzin może wszystko. Oui, daję słowo.

Nie zamierzałam zbyt długo zabawić w Nowym 2 po tym, jak to coś, ta

klątwa,  przez  którą  zginęła  moja  matka,  na  dobre  zniknie  z  mojego  życia.

Wcale  nie  planowałam  odkrywać  swojej  przeszłości  razem  z  Josephine,  ale

przecież  ona  nie  musiała  o  tym  wiedzieć.  Nie  ufałam  ani  jednemu  słowu,

które  wychodziło  z  tych  idealnie  wykrojonych  ust.  Nie  mogłam  jednak

zaprzeczyć,  że  jej  nazwisko  widniało  w  dokumentach  szpitalnych.  Ona

naprawdę znała moją matkę. A ja naprawdę widziałam znikającego martwego

gościa,  który  próbował  mnie  zabić.  Czy  Josephine  faktycznie  była  w  stanie

zdjąć ze mnie klątwę? Wątpię. Ale nadeszła pora decyzji. Nikt oprócz mnie

nie mógł podjąć tej próby, a ja nie miałam żadnych oporów przed kłamaniem

po to, by zdobyć sojuszniczkę.

– W porządku. Ty zdejmiesz ze mnie klątwę, a ja złożę przysięgę.

–  Daj  mi  dwa  dni  na  przygotowanie  rytuału.  Tymczasem  będziesz  pod

opieką  rodziny  Arnaudów.  Etienne  będzie  cię  chronił.  I  możesz  zamieszkać

w…

Sebastian zerwał się z miejsca.

– Niby dlaczego miałaby zostać u ciebie?

–  Twoje  myśli  i  pragnienia  mają  dla  mnie  bardzo  niewielkie  znaczenie,

Sebastianie.

– Etienne to dupek.

background image

Josephine zignorowała ten wybuch, oparła łokcie o biurko i z namysłem

spojrzała na wnuka.

– Bądź łaskaw wyjaśnić, czego ode mnie oczekujesz.

– Przynajmniej nie zwalaj jej na głowę Etienne’a.

W końcu wstałam. Miałam to gdzieś. Mogli sobie tu siedzieć i kłócić się

cały dzień.

– Dzięki za propozycję, ale potrafię o siebie zadbać. Muszę zadzwonić do

przybranych rodziców i dać im znać, że zostanę tu trochę dłużej.

Zapadła  cisza,  słychać  było  jedynie  stłumiony  huk  grzmotu

zapowiadającego burzę.

–  Dobrze  –  powiedziała  w  końcu  Josephine.  –  Idź.  Mam  trochę  pracy.

Zaopiekuje  się  tobą  Sebastian.  Daniel  powie  ci,  z  którego  aparatu  możesz

zadzwonić.  –  Wróciła  do  lektury  leżących  na  biurku  dokumentów,  ale  po

chwili podniosła głowę. – Spodziewam się ciebie za dwa dni.

Drżałam,  kiedy  Daniel  wystukiwał  numer  do  Memphis.  Novem  miało

dostęp do linii telefonicznych. Do internetu pewnie też.

Daniel podał mi słuchawkę. Po czwartym sygnale odezwała się Casey.

– Sanderson Kaucje i Poręczenia. Mówi Casey.

Przesunęłam się w stronę ściany. Sebastian czekał przy drzwiach, oparty

o nie plecami. Splótł ręce na piersi i wyglądał tak, jakby marzył, żeby się stąd

jak najprędzej wynieść.

– Casey. To ja.

–  Jezu  Chryste,  Ari.  Gdzie  jesteś?  Bruce  ciągle  dzwoni  do  ciebie  na

komórkę,  ale  odpowiada  mu  poczta  głosowa.  Miałaś  już  dawno  wrócić  do

domu – urwała.

Wyobraziłam ją sobie: dwie zmarszczki między brwiami pogłębiły się ze

zmartwienia, rude włosy sięgające do ramion założyła za ucho.

– Wszystko w porządku? – zapytała.

background image

–  Wszystko  gra.  Znalazłam  kobietę,  która  znała  moją  matkę.  Chce,

żebym tu została kilka dni. Ja chcę zostać kilka dni…

– Aha. No cóż…

Długie milczenie uzmysłowiło mi, że całkowicie ją zaskoczyłam.

– Ari, wiesz, że życzę ci, żeby ci się udało. I jeśli naprawdę tego chcesz,

nie  będę  ci  stała  na  drodze.  Ale  jestem  za  ciebie  odpowiedzialna.  Czy  ona

tam jest? Mogę z nią porozmawiać?

Skrzywiłam się.

– Jasne. Ale powinnam cię uprzedzić… – Oddychaj głęboko. – Jestem w

Nowym 2. I przepraszam. Wiem, że nie chcieliście, żebym zapuszczała się tu

sama,  ale  znalazłam  trop,  byłam  blisko,  a  potem  poznałam  Josephine  i…  –

zamilkłam,  żeby  zaczerpnąć  tchu,  lecz  nie  miałam  pojęcia,  co  jeszcze

powiedzieć.  Czułam  tylko,  że  zawiodłam,  że  okłamałam  pierwszych

przybranych rodziców, którym naprawdę na mnie zależało.

Na drugim końcu linii panowała cisza.

Wreszcie w słuchawce rozległo się westchnienie Casey.

– Chyba przeczuwałam, że kiedy dowiesz się o szpitalu, będziesz chciała

pojechać dalej. Słuchaj, rozumiem to, naprawdę. Ale nie możesz wyjeżdżać,

nie  zawiadamiając  nas,  dokąd  się  wybierasz.  Nie  skończyłaś  jeszcze

osiemnastu  lat.  Ja  i  Bruce  naprawdę  się  o  ciebie  martwimy.  Wiem,  że

czasami pewnie trudno w to uwierzyć, ale…

–  Nie  –  przerwałam  jej.  –  Wiem,  że  się  martwicie.  To  ja  dałam  ciała.

Przepraszam.

–  No  to  wszystko  gra,  chociaż  kiedy  już  wrócisz,  Bruce  każe  ci  pewnie

wyszorować  łazienkę  w  biurze  i  zrobić  kilka  sparingów.  Wiesz,  że  jego

zdaniem  ciężka  praca  wspomaga  myślenie.  Ale…  nie  odcinaj  się  od  nas,

dobra? To nie rozwiąże żadnych problemów, w niczym ci nie pomoże.

– Jasne.

background image

Przepraszam. Tak bardzo mi przykro. Wiedziałam, że bez względu na to,

ile razy powtarzałabym to jej albo sobie, nigdy nie będę w stanie wyrazić, jak

paskudnie się czuję.

–  Za  pięć  minut  mam  spotkanie.  Pozwól  mi  porozmawiać  z  tą  całą

Josephine.

Sebastian pędził za mną po schodach, krzycząc, żebym zaczekała, ale ja

nie czekałam. Do diabła z nim.

Złość  i  upokorzenie  płynęły  w  moich  żyłach.  Złość  na  niego,  na

Josephine i na samą siebie – za to, że skłamałam. Zachowałam się jak świnia.

Paskudna  świnia.  Bruce  dostanie  szału,  kiedy  się  dowie.  A  Casey…  jej

rozczarowanie…  Boże,  to  bolało.  Wolałabym,  żeby  na  mnie  nawrzeszczała,

niż po prostu pogodziła się z tym, co zrobiłam, zrozumiała i próbowała o tym

zapomnieć.  Nie  zasługiwałam  na  taką  wyrozumiałość.  A  najgorsze  było  to,

że zawiodłam ich zaufanie.

Wybiegając  z  budynku,  byłam  już  tak  wściekła,  że  miałam  ochotę

krzyczeć.

Znów  zaczęło  mżyć.  Muzycy  zniknęli  i  na  ulicy  było  pusto.  Światła

sklepów na parterze Pontalby ciepło jaśniały w szarej mgle, nadając okolicy

opustoszały wygląd.

Wyszłam  na  środek  ulicy,  wdzięczna  za  chłód.  Zastanawiałam  się,  czy

unosząca  się  nade  mną  mgła  bierze  się  z  ciepła  mojego  ciała,  czy  może  z

czystej dzikiej wściekłości, którą wyładowałam na Sebastianie.

–  Czym  ty,  do  diabła,  jesteś?  I  nie  zmieniaj  pieprzonego  tematu  ani  nie

wciskaj  mi  tu  żadnej  ciemnoty.  Sebastian,  pytam  poważnie.  Nie  wiem,  ile

jeszcze dam radę znieść.

Czekałam  z  dłońmi  opartymi  na  biodrach  i  patrzyłam,  jak  z  jego  ciała

powoli znika napięcie.

–  Moja  matka  pochodziła  z  rodziny  Arnaudów  –  powiedział.  –  Ale  bez

background image

względu  na  to,  co  im  się  wydaje,  bardziej  przypominam  ojca.  –  Drgnął

mięsień  w  jego  brodzie.  –  Dziewięć  rodzin  dzieli  się  na  trzy  grupy.

Cromleyowie, Hawthorne’owie i Lamarliere’owie to czarownice posiadające

wielką moc.

Skrzywił się przy słowie „czarownice”. Wyglądał tak, jakby wolał, żeby

wyrwano  mu  wszystkie  zęby  bez  najmniejszego  znieczulenia.  Wystawił

twarz na deszcz i jeszcze raz głęboko westchnął.

–  Ramseyowie,  Deschanelowie  i  Sinclairowie  są  kimś  w  rodzaju

półbogów 

umiejących 

przybierać 

różne 

postacie. 

Arnaudów,

Mandeville’ów i Baptiste’ów można nazwać… wampirami.

Moją jedyną reakcją było powolne mrugnięcie.

Reszta  rozegrała  się  w  środku:  ucisk  w  żołądku,  lodowate  zimno  w

żyłach i świadomość, że wszystko, co powiedział, jest prawdą.

Rzeczywiście.  Poszczególne  elementy  idealnie  do  siebie  pasowały.

Ludzie  spoza  Obręczy  śmiali  się  i  kręcili  głowami,  słuchając  doniesień  o

zjawiskach paranormalnych, szalonych relacji o wampirach, duchach i innych

dziwnych  rzeczach  widywanych  w  Nowym  2.  Do  tego  ja  i  moja  klątwa.

Dzieciaki  z  First  Street.  Sebastian,  który  zmienił  dwie  kobiety  w  szpitalu  w

roboty…

– Jesteś wampirem – roześmiałam się.

A ty widziałaś gościa, który rozpłynął się w powietrzu, Ari.

– W połowie – odpowiedział, jakby to robiło wielką różnicę. – Mój ojciec

nie był wampirem. Nazywał się Lamarliere. Nie jestem żadnym trzystuletnim

zboczeńcem,  który  całuje  nastolatki,  jasne?  Jestem  w  twoim  wieku.

Urodziłem się tak jak ty.

Wyrzucił ręce w górę, spojrzał na mnie, jakby chciał powiedzieć: „Wiem,

myślisz, że mi odbiło”, a potem się odwrócił i pomaszerował środkiem ulicy.

Po mojej twarzy płynęły łaskoczące kropelki deszczu. Rozciągającą się przed

background image

Sebastianem  Dzielnicę  Francuską  spowijały  chmury  i  mgła.  Nagle  się

odwrócił, zrobił kilka kroków w moją stronę, szeroko rozłożył ręce i krzyknął

zrozpaczonym głosem:

– Witaj w Nowym 2!

Cierpiał, a ja nie wiedziałam dlaczego. Znowu się odwrócił i przygarbił,

żeby  osłonić  twarz  przed  mżawką.  Moje  serce  pracowało  ponad  siły.  Ciało

przeszywały  niekontrolowane  dreszcze  wywołane  zimnem  i  słowami

Sebastiana.

Nie  powinnam  być  zaskoczona.  Nie  powinnam.  Zwłaszcza  że  sama

byłam  inna.  Słyszałam  te  wszystkie  teorie  na  temat  Novem.  A  do  tego

klątwa. Dzieciaki w Dzielnicy Ogrodowej.

Co  zamierzasz  zrobić,  Ari?  Uciekniesz?  Będziesz  udawała,  że  jesteś

normalna  i  nie  potrafisz  znieść  takich  dziwactw?  A  może  zostaniesz,

wytrzymasz i dowiesz się czegoś o sobie?

Chodziłam  po  ulicy  jak  lew  w  klatce,  tam  i  z  powrotem,  z  oczami

utkwionymi w rozpływających się we mgle plecach Sebastiana. Przygryzłam

wewnętrzną  stronę  policzka,  aż  na  język  wypłynęła  krew,  która  dodała  mi

odrobinę  człowieczeństwa,  realności.  Ci  ludzie  też  krwawili.  Umierali.

Kochali,  cierpieli  i  pragnęli  przeżyć.  Zarówno  doué,  „uzdolnieni”,  jak  i

członkowie Novem.

– Sebastian!

Pobiegłam ulicą.

Zrobił jeszcze kilka kroków, a potem się odwrócił. Mżawka przemieniła

się już w deszcz. Nie miałam pojęcia, co właściwie wyprawiam ani dlaczego.

Ale podbiegłam do niego, objęłam go i mocno przytuliłam.

Na początku stał sztywno, zaskoczony albo wkurzony, nie byłam pewna,

ale po chwili też mnie przytulił, jeszcze mocniej, wtulając nos w moją szyję.

W końcu, kiedy już zupełnie przemokliśmy, podniósł głowę i spojrzał na

background image

mnie. Wziął moją twarz w dłonie.

–  Myślałem,  że  każesz  mi  spadać  i  wyjedziesz.  Myślałem,  że  już  nigdy

więcej cię nie zobaczę.

–  Daj  spokój.  Jakoś  sobie  z  tym  poradzę.  Nawet  nie  masz  pojęcia,  jak

bardzo jestem popieprzona.

Krzywy uśmiech od razu odmienił jego twarz.

– Chyba potrafię sobie wyobrazić.

W  moim  brzuchu  znowu  zrobiło  się  ciepło.  Sebastian  mnie  pocałował.

Miał usta mokre od deszczu.

background image

Rozdział dziewiąty

– TO MIASTO JEST NASZYM DOMEM OD SAMEGO POCZĄTKU.

Kiedy  zaczęły  się  huragany,  rodziny  zapomniały  o  dzielących  je  różnicach,

połączyły  siły  i  starały  się  ocalić  jak  największą  część  Nowego  Orleanu.

Vieux  Carré.  Dzielnicę  Ogrodową.  Dzielnica  handlowa  ucierpiała  dość

mocno  i  dlatego  większa  jej  część  nadal  jest  w  ruinie.  Gdy  kataklizm  się

skończył,  przywódcy  dziewięciu  rodzin  utworzyli  radę,  zapomnieli  o

dawnych animozjach i zaczęli z sobą rozmawiać. A kiedy stało się jasne, że

rząd nie jest w stanie odbudować Nowego Orleanu, rodziny połączyły siły i

wykupiły  ziemię.  Od  tamtej  pory  miasto  należy  do  nich.  Kontrolują

wszystko: bankowość, rynek nieruchomości, turystykę, handel… wszystko.

Słuchałam, sącząc gorącą herbatę z papierowego kubka. Kiedy deszcz się

nasilił,  wbiegliśmy  na  chodnik  i  znaleźliśmy  małą  księgarnię  połączoną  z

kawiarnią.

Sebastian  mówił  ściszonym  głosem,  miał  bladą  twarz,  a  szare  oczy

mocno  i  srebrzyście  kontrastowały  z  mokrymi  czarnymi  włosami  i

ciemnoczerwonymi  ustami.  Mogłabym  na  niego  patrzeć  w  nieskończoność.

Ale nigdy, przenigdy bym mu tego nie powiedziała.

– W mieście i wokół niego mieszkają też inni ludzie – ciągnął. – Novem

oferuje  schronienie  każdemu,  pod  warunkiem  że  będzie  przestrzegał

panujących tu zasad i unikał zwracania na siebie uwagi. Nie wszyscy tutaj są

odmieńcami. Mieszkają tu także zwykli ludzie.

Moje palce oplotły gorący kubek i poczułam ucisk w żołądku.

– Więc twoja mama była…

–  Wampirem?  –  dokończył  ze  śmiechem,  jakby  sam  w  to  nie  wierzył.  –

background image

Tak. I jedyną córką Josephine.

– Zawsze myślałam, że wampiry są stwarzane, że nie rodzą się jak ludzie.

Że nie mogą mieć dzieci.

–  Większość  ludzi  tak  uważa  –  uśmiechnął  się  i  lekko  wzruszył

ramionami.  –  W  zasadzie  nie  widzimy  potrzeby,  by  ich  oświecać.  To  dość

proste.  Nie  jesteśmy  odrębnym  gatunkiem  ani  niczym  w  tym  rodzaju.  Po

prostu  na  wczesnym  etapie  ewolucji  człowieka  oddaliliśmy  się  od  niego  i

rozwinęliśmy  się  inaczej.  Zdziwiłabyś  się,  jak  wiele  jest  takich  odgałęzień.

Wampiry  dzielą  się  na  stworzone  i  zrodzone.  Te  stworzone  nazywamy

odwróconymi. Najkrócej mówiąc, są to ludzie przemienieni w wampiry.

– A dzieci?

– Rodzą się dość rzadko. W wypadku wampirów jest to skomplikowana

sprawa i tylko nieliczne mają potomstwo. Dzieci dorastają tak jak ludzie, ale

kiedy osiągną dojrzałość, ich ciała przestają się starzeć. To dlatego większość

zrodzonych  wampirów  wygląda  na  dwudziestoparolatków.  –  Chciał

powiedzieć coś więcej, ale zawahał się i pokręcił głową. – Jesteś pewna, że

chcesz się tego wszystkiego dowiedzieć?

–  Jasne.  To  ciekawe  –  roześmiałam  się  cicho.  –  Na  swój  pokręcony

sposób.

– Ciesz się, że nie musiałaś chodzić na biologię molekularną do pana Fry,

który wszystko, co ludzkie i doué, wyjaśniał na poziomie genomu.

– Totalne nudy, no nie?

– Pewnie. – Zamilkł.

Przygryzłam wargi, myśląc o tym, co przed chwilą powiedział.

– Ale ty jesteś tylko półwampirem?

Oparł łokcie o stolik i pochylił się.

–  Opowiem  ci  to  w  skrócie.  Potomków  pełnej  krwi  nazywa  się

„zrodzonymi  z  krwi”.  Są  uważani  za  arystokrację,  mają  największą  moc  i

background image

najbardziej  wszystkim  działają  na  nerwy.  Mam  na  myśli  ich  ego,  wielkości

Mount  Everestu.  Dzieci  ludzi  i  wampirów  to  „zrodzeni  z  dnia”.  Mają  różne

cechy, różne moce i słabości. W przeciwieństwie do „zrodzonych z krwi” nie

potrzebują krwi do tego, żeby przetrwać. Ale kiedy stają się dorosłe, dopada

je pragnienie. Jeśli wypiją krew – dodał, wzruszając ramionami – potrzebują

jej potem już tak samo, jak ci „zrodzeni z krwi”.

– A zazwyczaj wypijają?

Sebastian pokiwał głową. Spochmurniał i ściszył głos.

– Wampirowi trudno jest się oprzeć pragnieniu krwi, bez względu na to,

w jaki sposób stał się wampirem.

Ciężar tych słów zawisł między nami na dłuższą chwilę. Odchrząknęłam.

– A ty? W takim razie jesteś „zrodzonym z dnia”?

Odwrócił  wzrok.  Jego  jabłko  Adama  poruszyło  się,  kiedy  głośno

przełknął ślinę.

–  Nie.  Mój  ojciec  był  Lamarliere’em,  więc  nie  do  końca  człowiekiem.

DNA  wiedźminów  jest  trochę  inne  niż  ludzkie,  podobnie  jak  DNA

wampirów i zmiennokształtnych, ale zazwyczaj przekazują swą moc z matki

na córki, w linii żeńskiej.

– Więc… kim właściwie jesteś?

– Zawsze myślałem, że wybrykiem natury.

– Ha! – uśmiechnęłam się. – Ten tytuł jest już zajęty.

Pochylił głowę, zwracając mi go.

– A tak poważnie… Kiedy byłem mały, tata zakradł się ze mną do tajnej

biblioteki w Presbytère. Uczniowie nie mają prawa tam wchodzić. Są w niej

naprawdę stare teksty. Tata wyjął jakąś kamienną tabliczkę i powiedział, że

zapisano  na  niej  historię  takiego  dziecka  jak  ja.  Nazwał  tamtą  dziewczynę

„zrodzoną z mgły”.

– „Zrodzona z mgły” – powtórzyłam.

background image

– Tak. Bo mgła ukrywa to, co jest w środku. I mniej więcej taki właśnie

jestem.  Widzisz?  Wielki  znak  zapytania.  Nikt  nie  jest  w  stanie  powiedzieć,

jakie mam cechy i potrzeby ani jakie ciążą na mnie klątwy, dopóki same się

nie  ujawnią.  Część  z  nas  potrzebowała  krwi,  żeby  przetrwać.  Inni  nie.  A

jeszcze inni potrafią zapanować nad tym pragnieniem.

–  Aha.  –  Poczułam  zalewającą  mi  szyję  falę  ciepła  i  poruszyłam  się  na

krześle. – A do której grupy ty należysz?

Pokręcił głową i z nieodgadnionym wyrazem twarzy spojrzał gdzieś nad

moim ramieniem.

–  Nie  wiem.  Nie  da  się  przewidzieć,  czy,  a  jeśli  tak,  to  kiedy  dopadnie

mnie pragnienie krwi.

Pocieszające, nie ma co. Mocniej ścisnęłam kubek.

– Ilu was jest?

Uniósł dłonie i odsunął się.

– Właśnie na nas patrzysz.

– Jeden? Jesteś jedyny?

–  W  Ameryce  Północnej  tak.  Na  świecie  żyje  jeszcze  chyba  dwoje

„zrodzonych z mgły”. Jak już wspomniałem, nie rodzimy się zbyt często.

– A co z Crank? Przecież to twoja siostra.

– Jenna nie jest moją siostrą. Nie łączą nas więzy krwi.

– Ale… – nie wiedziałam, jak to rozumieć.

Zamilkł, próbując znaleźć właściwe słowa.

– To miejsce sprawia, że ludzie łączą się w grupy. Spotykasz podobnych

do  siebie,  kogoś,  komu  możesz  całkowicie  zaufać,  i  stajecie  się  rodziną.

Violet  właśnie  się  tego  uczy.  To  dlatego  znika  teraz  rzadziej  niż  kiedyś.  –

Wzruszył  ramionami.  Najwidoczniej  krępowały  go  takie  zwierzenia  i

udowadnianie,  że  ma  dobre  serce.  –  Jenna  straciła  rodziców,  a  potem  brata.

Załamała się. Kiedy ją znalazłem, nadal siedziała przy jego ciele. Myślała, że

background image

jestem jej bratem i poszła ze mną. Nigdy nie próbowałem jej wyprowadzać z

błędu. Nie widziałem potrzeby, żeby jeszcze bardziej ją ranić. To jej sposób

radzenia sobie z rzeczywistością. Wymyśla różne rzeczy.

Słysząc to wszystko, poczułam ucisk w piersi.

– Jak on zginął?

–  Nie  jestem  pewien.  Znalazłem  ich  w  śródmieściu,  w  dzielnicy

handlowej. W ruinach. Nigdy nie chodź tam sama, bez względu na porę dnia.

To raj drapieżników. Chyba właśnie dlatego Novem zostawiło tę dzielnicę w

spokoju. Wolą oddać ruiny siłom zła, niż ryzykować, że przeniosą się one do

Dzielnicy  Ogrodowej.  –  Spojrzał  przez  okno,  po  którym  spływały  ostatnie

krople deszczu. – Wygląda na to, że przestało padać.

Nie drążyłam tematu, po części dlatego, że nie chciałam odpowiadać na

jego  pytania.  Może  gdy  przyjdzie  na  nie  pora,  odwdzięczy  mi  się  tym

samym.

–  Chcesz  pójść  na  rynek?  –  zapytał.  –  Obiecałem  dzieciakom,  że

przyniosę coś na obiad.

– Jasne.

Od  Francuskiego  Rynku  nad  rzeką  dzielił  nas  krótki  spacer  przez  plac.

Kiedy  dotarliśmy  na  miejsce,  wyszło  słońce.  Turyści  i  mieszkańcy  miasta

schronili się tam przed deszczem, więc pod dachem kłębił się tłum klientów.

Przestrzeń  wypełniały  jaskrawe  kolory  warzyw  i  owoców,  mięs  i  serów,

roślin  i  ozdób  ogrodowych.  Sebastian  szedł  zdecydowanym  krokiem,  a  ja

spokojnie  się  rozglądałam,  szperałam,  przyglądałam  się  klientom  i

zastanawiałam się, kto jest człowiekiem, a kto nie, i czy jako doué jestem w

stanie odróżnić jednych od drugich.

Ale  nikt  się  nie  wyróżniał.  Nowy  2  był  także  rajem  dla  pogan,  wiccan i

alternatywnej  młodzieży,  więc  wokół  roiło  się  od  oryginalnych  strojów  i

licznych kolczyków w ciele.

background image

Porzuciłam  detektywistyczne  ambicje  i  zaczęłam  myszkować  na

straganach,  wdychając  zapach  kawy  i  chleba,  świeżo  ściętych  kwiatów,  a

nawet rzeczną woń, która od czasu do czasu docierała na rynek, przynoszona

lekkim wietrzykiem.

Na  straganach  ustawionych  z  okazji  Mardi  Gras  sprzedawano  koraliki,

maski  i  kostiumy.  Już  po  chwili  zatraciłam  się  w  tęczy  barw  i  labiryncie

wąskich  przejść,  zostawiając  Sebastiana,  który  targował  się  o  siatkę

ziemniaków. Koraliki Mardi Gras były zimne w dotyku i spływały po dłoni

jak  woda.  Maski  wyglądały  pięknie,  choć  zarazem  niepokojąco  i

uwodzicielsko.

Wpadła  mi  w  oko  maska  z  czarnego  aksamitu  ze  złotą  podszewką  i

puszystymi  czarnymi  piórkami.  Od  razu  pomyślałam  o  Violet.  Wiedziałam,

że będzie nią zachwycona. Wyobraziłam sobie tę maskę odsuniętą na czubek

jej małej głowy. Postawiłam plecak na ziemi i wyjęłam trochę pieniędzy.

Na drugim straganie kupiłam francuskie pączki dla Duba i Henriego oraz

metalową  łamigłówkę  dla  Crank.  Potem  zaczęłam  się  zastanawiać,  co

mogłoby się spodobać Sebastianowi oraz, przede wszystkim, czy te prezenty

nie wydadzą im się dziwne.

Na skraju długiej zadaszonej konstrukcji zaczęłam oglądać powiewające

na  wietrze  apaszki.  Kiedy  odwróciłam  się  w  poszukiwaniu  Sebastiana,

mocny  podmuch  owinął  nimi  moją  twarz  i  szyję.  Wyswobodziłam  się  z  ich

satynowych pieszczot i wpadłam prosto na czyjeś twarde ciało.

– Ojej, przepraszam…

Żadnej odpowiedzi. Zero ruchu – ten człowiek nawet nie drgnął. Ścisnęło

mnie w żołądku i serce mi zamarło zmrożone złym przeczuciem. Podniosłam

głowę.

Znowu  czarna  podkoszulka.  Następny  jasnowłosy  olbrzym.  Następne

odjechane ostrze i następna tarcza.

background image

Korciło  mnie,  żeby  wyjąć  pistolet  zza  paska  spodni,  ale  w  pobliżu  byli

ludzie. Zawahałam się, zaskoczona.

Nie powinnam była się wahać.

Olbrzym chwycił mnie za rękę, obrócił się i wywlókł mnie z rynku.

– Hej! – Szamotałam się, czując nagły przypływ adrenaliny. – Sebastian!

–  Zaparłam  się  nogami  i  mocno  szarpnęłam,  próbując  odkleić  palce

zaciśnięte wokół mojej ręki. – Puszczaj!

Nie  puścił.  O  mało  nie  upadłam,  bo  pociągnął  mnie  jeszcze  mocniej.

Zamknął w mocnym uścisku obydwa moje nadgarstki i ciągnął mnie w stronę

rzeki.

Mój wzrok padł na sprzedawcę chust. Widząc, że spuścił głowę i wycofał

się w ciemny kąt stoiska, zaczęłam się zastanawiać, czy takie rzeczy to tutaj

codzienność. Niemożliwe. Krzyknęłam jeszcze raz, z nadzieją, że zwrócę na

siebie uwagę turystów, ale od rynku dzieliło mnie już kilka metrów, a łódki

kołyszące się na wodzie i hałas panujący wśród straganów musiały zagłuszyć

moje wołanie.

Na  widok  wody  przyszła  mi  do  głowy  nagła,  przerażająca  myśl:  on

zamierzał mnie utopić. Zaczęłam się wyrywać, pochyliłam się i ugryzłam go

w  dłoń.  Uścisk  zelżał  na  tyle,  że  mogłam  uwolnić  jedną  rękę,  więc  mocno

rąbnęłam drania w lewy policzek.

Wyciągnęłam pistolet zza paska, ale kiedy go uniosłam, chwycił mnie za

nadgarstek  i  odsunął  moją  rękę  w  bok,  oddalając  lufę  od  celu.  Walczyłam,

lecz nie miałam szans wygrać z kimś o takiej posturze i sile. Nadeszła pora,

żeby  ponownie  przemyśleć  strategię.  Nasze  spojrzenia  się  spotkały.

Uśmiechnęłam  się,  co  na  ułamek  sekundy  zbiło  go  z  tropu.  Jednocześnie

uniosłam  kolano  i  kopnęłam  go  w  pachwinę.  Jeszcze  bardziej  zacisnął  dłoń

na  moich  nadgarstkach,  ale  jęknął  i  zgiął  się  wpół.  Doskonała  okazja,  żeby

kopnąć go w twarz. Więc kopnęłam.

background image

Krzyknął  i  zaklął  w  tym  samym  dziwnym  języku,  którego  używał  jego

poprzednik. Potem się wyprostował. Był czerwony na twarzy, z nosa kapała

mu  krew,  żyły  na  skroniach  nabrzmiały.  Zobaczyłam  nadciągający  cios

głową, ale nie miałam szans go powstrzymać.

Świat przed moimi oczami zawirował, a potem zapadła ciemność.

Usłyszałam  cichy  warkot  silnika.  Rytmiczne  kołysanie  i  plusk  wody  o

burtę z włókna szklanego powoli mnie budziły. Wracałam do rzeczywistości.

Chropowata  powierzchnia  niebieskiej  maty  na  dnie  łódki  podrapała  mi

policzek  do  krwi.  Spadły  na  mnie  delikatne  kropelki  wody,  zimne  i

odświeżające, zapewniając dodatkowy bodziec, którego potrzebowałam, żeby

zacząć  trzeźwo  myśleć.  Rozejrzałam  się  i  zobaczyłam  czyjeś  nogi  stojące

przy  sterze.  Łódka  kołysała  się  na  falach.  Wyglądało  na  to,  że  płyniemy  po

Missisipi.

Mój  pistolet  zniknął.  Nie  musiałam  się  poruszać,  żeby  poczuć  brak

metalu przy skórze. Przynajmniej miałam przy sobie plecak. Leżał na ławce

obok  steru.  W  środku  był  sztylet.  A  skoro  nie  miałam  pistoletu,  najlepszą

rzeczą, jaka mi pozostała, był właśnie ten nóż.

Gdy tylko usiadłam i oparłam się dłońmi o matę, żeby złapać równowagę,

głowę  przeszył  mi  ból.  Oddychaj.  Oddychaj  głęboko.  Przyprawiające  o

mdłości  kołysanie  łódki  nie  zwiększało  moich  szans  na  ustanie  na  nogach.

Cholera.  Spojrzałam  na  plecak  i  doszłam  do  wniosku,  że  najlepszym

rozwiązaniem  będzie  zapomnieć  o  sztylecie  i  wypchnąć  porywacza  z  łódki,

zdając się na element zaskoczenia i siłę rąk.

Ale  próba  ustania  na  płynącej  łódce  po  ciosie  głową  zadanym  przez

stukilowego  dupka  o  czaszce  z  ołowiu  przypominała  jazdę  rowerem  po

błocie, i to z zawiązanymi oczami.

Łódka  wpłynęła  na  spokojniejszą  wodę  i  zwolniła,  zbliżając  się  do

brzegu.  Wiedziałam,  że  mam  zaledwie  sekundę,  bo  za  chwilę  uwaga

background image

olbrzyma znowu skupi się na mnie. Podźwignęłam się na nogi i rzuciłam się

na porywacza akurat w chwili, kiedy się odwrócił.

Łódka zaryła dziobem w piach. Gwałtownie się zatrzymała, a ja wpadłam

prosto  w  jego  otwarte  ramiona,  które  owinęły  się  wokół  mojego  tułowia.

Łódka  stała  przy  małym  nabrzeżu.  Za  ramieniem  mężczyzny  dostrzegłam

zachodzące słońce, które na chwilę mnie oślepiło, a potem wsiąkło w czarny

horyzont połyskującej rzeki i bagien po obydwu jej stronach.

Ominie  mnie  obiad  z  Sebastianem  i  dzieciakami.  Zabawne,  jakie

dziwaczne myśli przelatują przez głowę w chwilach kryzysu. Jeśli nie liczyć

nieudanego  rytuału  wudu,  migreny  i  spotkania  z  Josephine,  miałam  za  sobą

jeden z najlepszych dni w życiu – dzięki Sebastianowi. Dopóki nie zjawił się

ten idiota na sterydach, który wszystko zepsuł.

Porywacz  gwałtownie  mnie  odepchnął,  jakby  przeraziła  go  myśl  o

przedłużaniu tego bliskiego kontaktu cielesnego. Upadłam na niebieską matę,

która podrapała mi łokcie, i uderzyłam głową o krawędź łódki.

– Dupek – mruknęłam przez zaciśnięte zęby, masując potylicę.

Zmarszczył brwi i powiedział coś, co pewnie było równie miłe, a potem

wyrzucił mój plecak na nabrzeże, przywiązał łódkę i sięgnął po mnie.

Kiedy  stanęliśmy  na  brzegu,  zmówiłam  modlitwę  dziękczynną,  nie

pragnąc niczego innego, jak tylko chwili spokoju, żeby moje ciało mogło się

przyzwyczaić do stałego lądu. Ołowiany Łeb już jednak ciągnął mnie wzdłuż

nabrzeża, za którym po raz pierwszy zobaczyłam cel naszej wycieczki.

Potknęłam się.

W  pewnej  odległości  od  rzeki,  wśród  starych  dębów  porośniętych

oplątwą  przypominającą  postrzępione  ubrania  duchów  dawno  zmarłych

ludzi, stała ogromna rezydencja. Tkwiła samotnie pośrodku bagna, otoczona

wypielęgnowanym  trawnikiem  niczym  jakaś  uparta  wyspa,  która  nie  chce

utonąć w błocie. Wokół unosił się intensywny zapach rzeki i przybrzeżnych

background image

mokradeł,  łagodzony  jednak  bryzą  i  chłodem,  który  towarzyszył  zachodowi

słońca. Kumkały już żaby i przygrywały koniki polne.

Dom  miał  długi  balkon  na  pierwszym  piętrze  i  grube  białe  kolumny,

które  wydawały  się  równie  mocne  jak  rosnące  wokół  dęby.  Wysokie  okna

rozświetlało słabe światło.

Kiedy  weszliśmy  na  trawnik,  moje  stopy  zapadły  się  w  miękkiej  trawie

jak w piasku. W umyśle kłębiły mi się plany ucieczki i pytania, ale nie było

sensu  zadawać  ich  porywaczowi,  który  najwidoczniej  nie  mówił  po

angielsku. Zresztą gdy zbliżyliśmy się do domu, nie byłam już pewna, czy w

ogóle byłabym w stanie coś z siebie wydusić. Dom zapierał dech w piersiach.

Jasne,  był  ogromny  i  ładny,  ale  zdawał  się  ociekać  emocjami.  Smutkiem.

Samotnością.  Jak  piękna  dama  pozostawiona  na  morzu  szarości,  zieleni  i

czerni, chroniona jedynie przez dębowe matrony w trupich szalach.

Weszliśmy  na  werandę  na  parterze  i  zbliżyliśmy  się  do  drzwi.  Wnętrze

oświetlał ogromny żyrandol wiszący w holu.

Opuszczony  dom,  słabe  światło.  Marzenie  dekoratora  wnętrz.  Głuche

odgłosy  naszych  mokrych,  ubłoconych  butów  niosły  się  po  drewnianej

podłodze. Przeszliśmy obok ogromnych schodów zakręcających na tył domu.

Mężczyzna popchnął mnie w prawo, w stronę drzwi pod schodami.

Wypowiedział  szeptem  kilka  słów  i  popchnął  mnie  na  cuchnące  schody

oświetlone  starymi  latarniami  z  żelaza.  Coś  tu  było  nie  tak  –  i  to  bardzo.

Schodziliśmy  w  dół.  To  niemożliwe  na  tak  bagnistym  terenie.  Dom  mógł

oczywiście zostać wybudowany na skrawku twardej ziemi, ale nawet wtedy

zostałby zalany, jak wszystko wokół Nowego 2.

Mój puls gwałtownie przyspieszył, kiedy zobaczyłam ściany zbudowane

z  ciasno  ułożonych  kamiennych  bloków.  Z  niektórych  szczelin  wypływały

czarne smugi mułu, przez co kamienie wyglądały tak, jakby płakały czarnymi

łzami.  Miałam  wrażenie,  że  w  każdej  chwili  kamienne  ściany  mogą  ustąpić

background image

pod  naporem  mułu,  a  wtedy  czarna  woda  i  bagienne  istoty  przybędą  tu,  by

odzyskać to, co do nich należy.

Kiedy  weszliśmy  do  długiego  korytarza,  głośno  przełknęłam  ślinę.

Musieliśmy  być  ze  dwa  piętra  pod  ziemią  i  wiszący  nad  nami  ciężar  oraz

myśl, że wszystko wokół opiera się na miękkim błocie i bagnach, podniosły

mi  ciśnienie  i  sprawiły,  że  zaczęły  mi  się  pocić  dłonie.  Musiałam  się  stąd

wydostać.  Natychmiast.  Zanim  dopadnie  mnie  klaustrofobia,  nim  zacznę

panikować i zrobię coś głupiego.

Porywacz prowadził mnie korytarzem. Kiedy szliśmy, wokół zapalały się

latarnie,  jakby  za  sprawą  czarów.  Po  chwili  z  przerażeniem  zdałam  sobie

sprawę,  że  mijamy  cele.  Cele.  Ciemne  cele  za  grubymi  żelaznymi  kratami

pokrytymi brudem i pajęczynami. Od panującego tu smrodu zaczynałam się

dusić. Był znacznie gorszy niż odór odpadków i brudnych ludzi.

Ścisnęło  mnie  w  żołądku.  Porywacz  popchnął  mnie  do  przodu  i  znowu

się  potknęłam.  Upadłam  na  kolana  i  zwymiotowałam.  Po  chwili  szarpnął

mnie  i  postawił  z  powrotem  na  nogi.  Moją  skórę  pokrywała  cieniutka

warstwa zimnego potu, a w gardle szczypało mnie od żółci.

Kiedy minęliśmy cztery cele, mężczyzna zatrzymał się i otworzył kratę.

–  Nie  –  powiedziałam  cichym  głosem,  zapierając  się  nogami.

Odwróciłam się i przylgnęłam do niego jak dziecko. – Proszę, nie.

Zaczął  odrywać  od  siebie  moje  palce.  Łzy  płynęły  mi  po  twarzy,  kiedy

tak walczyliśmy, spleceni w uścisku, ja trzymająca się kurczowo ukochanego

życia,  a  on  robiący  wszystko,  żeby  mnie  od  siebie  odepchnąć.  Czułam  coś

znacznie  silniejszego  niż  panika.  Pospiesznie  mamrotałam  drżące,

rozpaczliwe słowa.

Nie  miałam  zamiaru  wejść  do  tej  pieprzonej  celi.  O  nie.  Proszę,  Boże,

nie!

W  końcu  opadłam  z  sił  i  mężczyzna  zwyciężył.  Wepchnął  mnie  do

background image

środka.  Wylądowałam  na  tyłku.  Krata  zatrzasnęła  się  z  hukiem.  Na  rękach

miałam błoto, a kiedy pełzłam do kraty, żeby chwycić się prętów i krzyczeć,

moje kolano poślizgnęło się na jakimś paskudztwie.

– Nie zostawiaj mnie! Proszę!

Kiedy olbrzym wyszedł, zgasły wszystkie latarnie.

Coraz trudniej było mi oddychać przez nos. Gorące łzy szybko płynęły po

twarzy,  którą  przycisnęłam  do  kraty,  ogarnięta  rozpaczliwym  pragnieniem

zatrzymania światła, zobaczenia światła.

– Proszę.

A potem była już tylko aksamitna ciemność i cisza.

Długo płakałam, aż w końcu zabrakło mi łez. Mój uścisk na kracie zelżał

i osunęłam się  obok niej, ale  nadal trzymałam żelazne  pręty, nadal starałam

się być jak najbliżej wyjścia, bojąc się tego, co czaiło się – teraz albo dawniej

– w głębi celi.

W końcu stałam się równie cicha jak przestrzeń wokół mnie. Mój umysł

uspokoił się i znów zaczęłam trzeźwo myśleć. Facet, który mnie tu zamknął,

wyglądał  identycznie  jak  tamten,  którego  uśmierciłam  w  Covington.  Więc

zabicie tamtego nie zdjęło ze mnie klątwy. Przez moje trzewia przetoczyła się

lekka fala mdłości. Czy przyprowadził mnie tu po to, żeby ściąć mi głowę tak

jak  mojej  babci?  Nie.  Nie,  nie  ma  takiej  opcji.  Mocno  zamknęłam  oczy,

skupiając się na cichym kapaniu wody i na miarowym oddechu, który mógł

dochodzić z sąsiedniej celi. Albo z tej naprzeciwko.

Rozległo  się  ciche  szuranie.  Stęknięcie.  Wyprostowałam  się.  Po  moim

kręgosłupie  przebiegł  dreszcz,  od  którego  uniosły  mi  się  włoski  na  rękach  i

nogach. W tych celach ktoś był. Nie siedziałam tu sama. Poczułam ulgę, ale

jednocześnie  dostrzegłam  następny  powód  do  zmartwień.  Przyjaciel  czy

wróg?  Porwany  tak  jak  ja,  czy  może  niebezpieczny  dla  mnie?  Siedziałam

przy kracie, mając wrażenie, że trwa to godzinami. Myślałam o Sebastianie i

background image

o  dzieciach  w  domu  przy  First  Street.  Szukali  mnie?  Zrezygnowali?  Kładli

się spać?

W celi po przekątnej pojawiło się małe światełko. Przetarłam suche oczy

wierzchem  dłoni.  Światełko  osiągnęło  pełną  moc,  ale  i  tak  tworzyło  tylko

maleńką poświatę, niewiele jaśniejszą niż dogasająca świeczka.

Na  ścianie  w  celi  ukazał  się  cień,  wskazujący,  że  rzucająca  go  postać

siedzi pod ścianą poza zasięgiem mojego wzroku.

– Halo? – Głos, który wydobył się z moich ust był ochrypły od krzyku i

ledwie słyszalny. Spróbowałam jeszcze raz: – Halo?

–  Mówi  „halo”  –  zaskrzeczał  piskliwy  głos  z  głębi  korytarza,

przedrzeźniając  mnie  ze  śmiechem.  –  Biedne  dziecko.  Biedne,  biedniutkie

dziecko.

Rozległ  się  radosny  śmiech,  który  zaskrzypiał  na  moim  kręgosłupie  jak

paznokcie po tablicy. Brzmiał jak głos ptaka obdarzonego zdolnością mowy.

Podłego ptaka.

–  Przyzwyczaj  się,  maleńka.  Przyzwyczaj  się.  Mówi  „halo”.  Halo,  halo,

halo…  –  Znowu  parsknął  śmiechem,  ale  w  końcu  umilkł,  bo  inny  głos,

również z głębi korytarza, kazał mu „zamknąć ryj”.

W  kilku  następnych  celach  rozbłysły  płomyczki.  Najwidoczniej  ich

lokatorzy mieli jakieś źródło światła, którego tak mi brakowało.

Cień w celi po przekątnej poruszył się i czarny kształt, oświetlony od tyłu

słabym blaskiem, zbliżył się do kraty.

–  Czym  zawiniłaś?  –  zapytał  szorstki  męski  głos.  Bardzo  niski,  ale

jednocześnie bardzo cichy.

– Niczym. Nic nie zrobiłam.

Wokół  rozległ  się  śmiech.  Łzy  znowu  zaszczypały  mnie  w  oczy,  ale

zamrugałam, żeby je zdusić.

– Tobie może się wydawać, że nic, ale ona wie lepiej.

background image

– Ona?

Mężczyzna cicho się roześmiał. Pomruk odbił się echem na korytarzu.

– W takim razie musisz być ślicznotką.

– Kim?

–  Tylko  ślicznotki  nie  mają  pojęcia,  dlaczego  się  tu  znalazły.  Te,  które

wzbudziły  niewłaściwe  zainteresowanie  i  odciągnęły  uwagę  od  niej.  –

Westchnął. – Ślicznotki tak szybko umierają…

–  Nie  jestem  żadną  ślicznotką.  –  Nigdy  się  za  taką  nie  uważałam.

Czasami  widywałam  w  lustrze  jedynie  możliwość  piękna,  którą  jednak

przekreślały  dziwaczne  włosy  i  zbyt  jasne  zielone  oczy.  Zbyt  dziwne,  by

mogły być piękne. – I na pewno nie mam zamiaru tu umierać.

Mężczyzna poruszył się i usiadł przy kracie.

– W takim razie dlaczego się tu znalazłaś?

–  Sama  chciałabym  wiedzieć.  W  jednej  chwili  spaceruję  sobie  po

Francuskim  Rynku,  a  w  następnej  atakuje  mnie  jakiś  psychiczny

cudzoziemiec, który lubi sztylety i tarcze.

Rozległo się syknięcie.

– Po Francuskim Rynku? W mieście? W Nowym 2?

– Tak – potwierdziłam powoli. – Co ma do tego Nowy 2?

– To jeden z synów Perseusza – wyjaśnił głos. – Łowca τέρας. Nie wolno

im wchodzić do miasta. Niech to szlag! – zaklął pod nosem. – Zerwała pakt.

–  Wybacz  mi,  jeśli  trochę  się  w  tym  wszystkim  pogubiłam,  ale  kim  jest

ten łowca τέρας? I co to za pakt?

– Pakt jest, a właściwie był, porozumieniem między nią a Novem, które

zawarli  po  uderzeniu  huraganów.  My  wydaliśmy  jej  łowcę  τέρας,  który  ją

zdradził, a w zamian ona obiecała, że już nigdy nie wkroczy do miasta. τέρας

to  po  grecku  potwór.  Każda  istota,  która  nie  jest  człowiekiem.  Synowie

Perseusza  je  ścigają.  Ścigają  biedne,  nieszczęsne  stworzenia,  które  ta  suka

background image

sama powołała do życia.

Ptasi  głos  wybuchnął  śmiechem.  Dostrzegłam  zarys  podskakującej

postaci.

– Suka! Suka, suka, suka!

–  Zamkniesz…  w  końcu…  ten  ryj?  –  odezwał  się  ten  sam  głos  co

wcześniej.

–  Skoro  zerwała  pakt,  musisz  być  kimś  bardzo  ważnym.  Jak  się

nazywasz?  –  zapytał  koleś  z  celi  po  przekątnej,  jakby  w  ogóle  nie  słyszał

zamieszania w głębi korytarza.

– Ty pierwszy. Kim ona jest?

W całym korytarzu odezwały się smutne słabe szepty. W końcu wyłoniło

się z nich jedno słowo.

Atena.

Włoski na moim karku stanęły dęba. Ptasi głos zmieszał się z innymi w

szepcie przesyconym trwogą.

– To Atena.

background image

Rozdział dziesiąty

ROZEŚMIAŁAM  SIĘ  Z  NIEDOWIERZANIEM  i  ten  piskliwy  dźwięk

poniósł  się  korytarzem.  W  końcu  echo  ustąpiło  miejsca  głuchemu,

monotonnemu  kapaniu  wody  na  kamień.  Najpierw  wampiry,  wiedźmy  i

istoty o wielu postaciach. A teraz to.

Coś takiego musiała czuć Alicja, kiedy wpadła do króliczej nory.

Nikt się nie poruszył ani nie odezwał. Miałam wrażenie, że moja reakcja

nowicjuszki  wzbudziła  w  podziemnym  więzieniu  smutek,  jakby  wszyscy

wrócili  pamięcią  do  swojej  pierwszej  nocy,  do  swojego  przerażenia  i

niedowierzania.

– Jak długo tu siedzisz? – zapytałam mężczyznę w celi po przekątnej.

–  Nic  nie  wywołuje  szaleństwa  szybciej  niż  myślenie  o  czasie  –

powiedział  cicho.  –  Lepiej  nie  zadawać  tego  pytania.  Nikt  nie  lubi  się  nad

tym zastanawiać.

Aha. Jasne.

–  A  Atena…  Macie  na  myśli  tę  Atenę,  grecką  boginię  mieszkającą  na

Olimpie?

– Na nasze nieszczęście ona istnieje naprawdę.

Opadły mi ręce i powieki, a w gardle zabulgotał rechot zdumienia, który

jednak nie wydostał się na zewnątrz. Co się działo, do diabła? Dlaczego, do

cholery,  nie  mogłam  się  obudzić  z  tego  popieprzonego  koszmaru?  Bogowie

istnieli naprawdę. Nie miałam pojęcia, jak na to zareagować, więc po prostu

usiadłam  oszołomiona  i  najmocniej,  jak  mogłam,  ścisnęłam  kratę.  Jeszcze

bardziej dziwaczne było to, że w jakiś sposób udało mi się wkurzyć boginię.

Przynajmniej na to wygląda.

background image

Podciągnęłam  kolana  i  objęłam  je  rękami.  Oparłam  głowę  na

przedramieniu i zaczęłam nucić:

– Nie mogę w to uwierzyć.

Mężczyzna po drugiej stronie cicho się roześmiał. Musiał mieć doskonały

słuch. Podniosłam głowę i zapytałam:

– Mówisz, że bogowie są prawdziwi?

–  Niektórzy  tak.  Część  mitów,  które  wszyscy  znamy,  i  część  bogów,  o

których uczysz się w szkole, to tylko fikcja, ale wiele z tych postaci istnieje

lub  istniało  naprawdę.  Niektóre  nadal  krążą  po  ziemi,  mimo  że  nie

wspominają o nich żadne kroniki ludzkości. Panteony nie wyglądają już tak

jak  kiedyś.  Era  bogów  dawno  dobiegła  końca  i  teraz  bogowie  walczą  o

przetrwanie  tak  samo  jak  reszta  z  nas.  Znikają  całe  ich  rody,  przywódcy  są

obalani,  więzieni…  Pozostały  tylko  dwa  panteony  złożone  z  tych,  którzy

przetrwali wojny i rywalizację. A największym marzeniem Ateny jest zetrzeć

wrogów  z  powierzchni  planety.  Tymczasem  zabawia  się  knuciem  intryg  i

czerpie przyjemność z zemsty.

– Czym ją wkurzyłeś?

Roześmiał się.

– Zostałem zrodzony do władzy.

W głębi korytarza odezwał się następny szept.

– Ja też zostałem zrodzony.

– Ja też.

– I ja.

– I ja.

Moje serce zabiło mocniej. Jedynym przestępstwem tych ludzi było to, że

się urodzili. Może moim też?

Odezwał się ptasi głos:

–  Zrodzeni  albo  stworzeni.  Zrodzeni  albo  stworzeni.  Wszyscy  jesteśmy

background image

zrodzeni albo stworzeni…

–  A  reszta  z  was?  –  zapytałam,  przyciskając  twarz  do  kraty,  żeby  mój

głos mógł dotrzeć na koniec korytarza.

– Stworzony. Stworzony. Stworzyła mnie – zaskrzeczał ptasi głos, aż po

ręce przebiegł mi dreszcz.

W ciemności odezwała się jakaś kobieta:

– Stworzona.

Naliczyłam siedem głosów. W lochach siedziało siedem osób. A ja byłam

ósma. Rozumiałam, co znaczy „urodzony do władzy”, ale „stworzony”…

– Co to właściwie znaczy, że ktoś został stworzony?

–  To  znaczy,  że  człowiek  stał  się  czymś…  innym.  Że  został  τέρας.  Za

karę.  Żeby  walczyć  dla  niej.  Czasami  przez  zwykły  kaprys.  Atena  jest

surowa,  krytyczna  i  nie  lubi  być  przyćmiewana.  Wystarczy,  że  kobieta  jest

piękna – wyjaśnił mężczyzna z celi po przekątnej.

Zapanowało lekkie poruszenie i znowu odezwał się ptasi głos:

– Nie wszyscy z nas siedzą tu dlatego, że zostali zrodzeni albo stworzeni.

Jeden trafił do lochu z innego powodu…

– Odwal się – odezwał się zdenerwowany niski głos.

Męski  głos.  Z  takim  samym  akcentem,  z  jakim  mówili  dwaj  łowcy,

którzy po mnie  przyszli. Już wiedziałam,  że to grecki  akcent. Ptak wściekle

zaskrzeczał  w  odpowiedzi.  Kiedy  ten  przenikliwy  dźwięk  odbił  się  od

kamiennych ścian, musiałam zatkać uszy.

Później wszyscy zamilkli.

Znowu oparłam głowę o przedramię i zamknęłam oczy, pozwalając ciału

odpocząć. Ale mój umysł pędził, analizował zdarzenia z dwóch ostatnich dni,

które doprowadziły mnie do tego lochu. Nie mogłam być daleko od Nowego

2. To pewnie jedna z plantacji, które ciągnęły się kiedyś wzdłuż River Road.

Musiałam tylko wydostać się z celi i wrócić na nabrzeże. Albo znaleźć inną

background image

drogę. Nie mogłam tu zostać, nie w tych ciemnościach otoczonych bagnami i

mułem,  który  mógł  sforsować  mury  i  utopić  mnie  w  błocie  –  w  dławiącym

błocie, od którego nie było ucieczki.

Na tę myśl podskoczyło mi ciśnienie. Palce zacisnęły się w pięść, pragnąc

zrobić jakąś krzywdę. Sobie. Celi. Nieważne. Moja stopa szybko uderzała o

nogę. Jeden ze sposobów znalezienia ujścia dla adrenaliny gromadzącej się w

ciele.  Kopać  własną  nogę  albo  walić  pięścią  w  tę  pieprzoną  kratę  aż  do

złamania  ręki.  Pierwszy  wariant  wydawał  się  lepszy,  chociaż  w  tej  sytuacji

ból mógłby się okazać całkiem przyjemny.

Oddychaj,  Ari.  Bywałaś  w  gorszych  miejscach.  W  wieku  siedmiu  lat

przez trzy dni siedziałam zamknięta w brudnej budzie dla psa i żywiłam się

psim  żarciem  wrzucanym  przez  otwór  z  przodu.  To  była  moja  kara.

Przyszywana  mama  numer  dwa  podała  na  kolację  pierś  kurczaka,  zupełnie

surową w środku. Celowo. Nie chciałam jeść, więc rzuciła mnie na podłogę i

wepchnęła mi kurczaka siłą. Natychmiast obrzygałam nim dłoń mamy numer

dwa,  zanim  zdążyła  zakleić  mi  usta  taśmą.  Reszta  stworzyła  następny

rozdział  mojej  historii.  Nieważne.  Poradziłam  sobie  z  tamtą  małą

przestrzenią. Tym razem też nie pęknę.

Mocno  pociągnęłam  nosem  i  wytarłam  go  dłonią,  wpatrując  się  w  słabe

światełko w głębi korytarza. Powróciły inne wydarzenia z przeszłości…

Nie myśl o tym.

Dla  odmiany  pomyślałam  o  Brusie  i  Casey,  o  ich  sympatycznym

usposobieniu  i  częstych  uśmiechach.  Obydwoje  byli  rzeczowi  i  twardzi,  ale

na  swój  sposób  mili  i  kochający.  Pomyślałam  o  Crank  i  Violet  oraz  o

prezentach,  które  nadal  leżały  w  moim  plecaku,  gdziekolwiek  teraz  był.  I  o

Sebastianie.  O  tym,  jaką  lekkość  czułam  w  żołądku  na  wspomnienie  jego

twarzy.  O  tym,  jak  miło  było  trzymać  go  za  rękę  w  drodze  do  Café  Du

Monde.  Jak  całowanie  go  wymazywało  z  mojej  głowy  wszystkie  myśli,

background image

pozwalając mi żyć chwilą i zapomnieć o całym świecie.

W ciemności rozległ się kaszel.

Odsunęłam  głowę  od  kraty,  moja  noga  w  końcu  znieruchomiała.

Wiedziałam, że doświadczam tego, co przeżywał każdy więzień tych lochów.

Paniki. Niedowierzania. Strachu.

Moje zęby lekko przygryzły wargę. Oni pewnie także myśleli o ucieczce.

Pomacałam  kratę  w  poszukiwaniu  zamka.  Był  kwadratowy  z  ogromną

dziurą  w  środku,  w  której  mieścił  się  mój  mały  palec.  Wchodził  do

pierwszego  knykcia,  ale  dalej  już  nie.  Pogmerałam  w  środku,  próbując

wyczuć nieregularne krawędzie.

– Nie otworzy się – powiedział koleś po przekątnej. – Nasze moce tutaj

nie działają.

Moja ręka znieruchomiała.

– Moce?

Zanim  zdążył  odpowiedzieć,  otworzyły  się  drzwi  u  góry  schodów,

wpuszczając do lochów snop upragnionego światła. Nie było ono zbyt silne,

ale po kilku godzinach siedzenia w ciemności miało się wrażenie, że wzeszło

słońce. Zasłoniłam oczy, słuchając odgłosu kroków.

– Powodzenia, mała – powiedział ptasi głos.

Moje ciało napięło się, wstałam, złapałam kratę i wbiłam wzrok w gościa

obok, szukając u niego pocieszenia, pomocy, czegokolwiek.

– Zabierze cię do Ateny – wyjaśnił szybko. – Ona tu nie przychodzi. Ani

się obejrzysz, jak będzie po wszystkim.

Latarnie wzdłuż korytarza zapalały się jedna po drugiej, a odgłos kroków

coraz  bardziej  się  zbliżał.  Przed  moją  celą  zatrzymała  się  wielka  czarna

postać.  Ten  sam  mężczyzna,  który  mnie  tu  zamknął.  Łowca  τέρας.  Łowca

potworów.  Na  jego  ramieniu  wisiał  mój  plecak.  Porywacz  wsunął  klucz  do

zamka, otworzył drzwi i sięgnął po mnie.

background image

Zareagowałam  bez  namysłu,  wiedziona  instynktem  i  bardzo  silną

potrzebą  wydostania  się  stamtąd.  Chwyciłam  drania  za  nadgarstek  i  z  całej

siły pociągnęłam go do środka, wiedząc, że się tego nie spodziewa. Mógłby

najwyżej przeczuwać, że spróbuję uciec, ale nie, że postanowię go wciągnąć

do celi.

Zbiłam go z tropu. Warknął zaskoczony, wpadł do środka, poślizgnął się

na brudnej podłodze i runął w mrok, a tymczasem ja zerwałam mu plecak z

ramienia.

Odezwał się ptasi pisk. Usłyszałam szuranie. Łowca głośno zaklął.

Szybko  rozpięłam  plecak,  wymacałam  sztylet,  wyjęłam  go  za  ostrze,  a

potem  obróciłam  i  ścisnęłam  za  rękojeść.  Czekałam  z  walącym  sercem.

Czułam w kończynach mrowienie adrenaliny.

Moje  oczy  były  trochę  bardziej  oswojone  z  ciemnością  niż  jego,  więc

miałam  pewną  przewagę.  Zacisnęłam  palce  na  rękojeści  sztyletu.

Dostrzegłam ruch. Kiedy łowca wyskoczył z ciemności, widziałam go tylko

przez sekundę. Upadłam na kolana i usiadłam na piętach, a jego ręce złapały

powietrze,  tam  gdzie  jeszcze  przed  chwilą  była  moja  głowa.  Stopy  łowcy

natrafiły na moje kolana i facet runął do przodu. Wtedy ja odchyliłam się do

tyłu  tak  bardzo,  że  dotknęłam  głową  brudnej  podłogi,  i  jednocześnie

pchnęłam go sztyletem. Jego dłonie uderzyły o kratę. Jęknął.

Na  twarz  spadły  mi  ciepłe  krople.  Silny  zapach  żelaza  przyprawiał  o

mdłości.

Krew  łowcy  spłynęła  po  rękojeści  na  moje  dłonie,  a  potem  na

przedramiona. Spokojnie czekałam, ciężko oddychając. Nie ruszałam się. W

celach zapadła cisza. Mięśnie moich pleców i brzucha napięły się, kiedy cały

ciężar przebitego ciała osunął się na sztylet. W rękach czułam palący ból, ale

mimo  to  się  nie  ruszałam.  I  nagle  łowca  drgnął.  Trzy  sekundy  później  jego

ciało  przemieniło  się  w  dym,  który  rozpłynął  się  w  nagłym  podmuchu

background image

powietrza. Ciężar przytłaczający moje ciało zniknął. Wyczerpana opadłam na

podłogę.

Przewróciłam  się  na  bok,  ogarnięta  niedowierzaniem.  Szybko  wytarłam

zakrwawione ręce w dżinsy, a potem mocno potrząsnęłam dłońmi, próbując

powstrzymać  drżenie.  Nie  pomogło.  Włożyłam  sztylet  z  powrotem  do

plecaka, wyjęłam klucz z zamka, a potem wyszłam z celi.

Droga  do  wolności  biegnąca  z  celi  ku  schodom  była  oświetlona,  ale

odwróciłam  się  w  stronę  mrocznej  części  korytarza.  Płonęły  wszystkie

zakończenia  nerwowe  w  moim  ciele,  ponaglając,  żebym  uciekała,  ale  ja

stałam bez ruchu z łomoczącym sercem.

–  Wydostałam  się  –  powiedziałam  wystarczająco  głośno,  żeby  wszyscy

usłyszeli.

W  celach  znowu  rozbłysły  światełka,  lekko  rozświetlając  korytarz.

Podeszłam do celi naprzeciwko mojej, ale była pusta. Obok siedział facet, z

którym  rozmawiałam.  Stał  przy  kracie,  czekał,  a  jego  szare  oczy  jaśniały

nadzieją.

Na widok jego twarzy wydałam zduszony okrzyk.

– O mój Boże!

Zmarszczył brwi.

– Co?

–  Nic  –  powiedziałam  i  drżącymi  dłońmi  zaczęłam  otwierać  kratę.  –  Po

prostu kogoś mi przypominasz.

Drzwi gwałtownie się otworzyły. Wyszedł z celi. Był równie wysoki jak

Sebastian,  wpatrywał  się  we  mnie  takimi  samymi  szarymi  oczami.  Twarz

miał przysłoniętą kosmatą czarną brodą, a włosy urosły mu i splątały się, ale

nie  miałam  żadnych  wątpliwości.  Czułam  się  tak,  jakbym  patrzyła  na

Sebastiana, tyle że o trzydzieści lat starszego. Ruszyliśmy korytarzem.

Szłam  od  celi  do  celi  i  otwierałam  kraty,  nie  przyglądając  się  więźniom

background image

zbyt  uważnie.  Wszyscy  wyglądali  podobnie.  Byli  brudni,  mieli  długie

potargane włosy i wisiały na nich łachmany. Ale płonęły im oczy. Strachem.

Przerażeniem.  Smakiem  wolności,  na  którą  ten  strach  nie  dawał  jeszcze

jednak nadziei.

Podeszłam  do  następnej  celi  i  tym  razem  cofnęłam  się  o  krok.  Serce

podeszło mi do gardła.

– Szybko! – syknął głos.

Przełknęłam  ślinę  i  znowu  podeszłam  do  zamka.  Ręce  trzęsły  mi  się

jeszcze bardziej niż przed chwilą. Kiedy włożyłam klucz do dziurki, szpony

więźnia zacisnęły się na kratach, a jego ostry zakrzywiony dziób znalazł się

tuż  obok  mojej  twarzy.  Przekręciłam  klucz  w  zamku.  Podniosłam  głowę  i

spojrzałam  w  czarne  okrągłe  oczy  otoczone  żółtą  obwódką.  Dostrzegłam  w

nich odrobinę człowieczeństwa. Smutek. Zamrugały.

– Stworzony – powiedział cicho więzień, jakby zawstydzony.

Pociągnęłam  kratę  i  odsunęłam  się,  a  ze  środka  wyszła  prawie

dwumetrowa harpia. Nie znam innego słowa, które mogłoby opisać tę istotę.

Człekopodobny ptak. Przerażający jak diabli.

Zostały jeszcze dwie cele.

Otworzyłam  jedną  z  nich.  W  środku  panowała  zupełna  ciemność.  Ze

środka  wybiegła  kobieta,  która  od  pasa  w  dół  miała  ciało  czarnego  pająka.

Cała krew odpłynęła mi z twarzy.

– Dziękuję – powiedziała. Jej lekki ukłon starczał za tysiąc słów.

Cholera jasna.

Ostatnia  cela.  Skupiłam  się  na  działaniu.  Musiałam.  Tylko  dzięki  temu

nie  wpadłam  jeszcze  w  histerię.  Działaj.  Później  będziesz  się  zastanawiała.

Trzęsłam  się  już  tak  bardzo,  że  prawie  upuściłam  klucze.  Ale  sobowtór

Sebastiana położył swoją ogromną dłoń na mojej ręce.

– Nie. On zostaje.

background image

Myślałam, że się przesłyszałam.

– Co?!

Więzień  nawet  nie  podszedł  do  kraty.  Zobaczyłam  zarys  jego  sylwetki.

Siedział oparty o ścianę z jedną nogą zgiętą w kolanie.

– Nie możemy go tutaj zostawić.

– To łowca τέρας. Taki jak ten, którego przed chwilą zabiłaś. Niektórzy z

nas siedzieli tutaj przez niego. On zostaje.

Poczułam  w  żołądku  narastający  lodowaty  chłód.  Przeniosłam  wzrok  z

więźnia  na  brodatego  faceta  i  ogarnęło  mnie  niewytłumaczalne  przerażenie

zmieszane z czymś bardzo zbliżonym do smutku. To był łowca τέρας. Jeden

z trepów Ateny. Kto wie, czym ją rozzłościł. Ale pozostawianie go w lochach

wydawało się złe. Złe, złe, złe. Pokręciłam głową.

– Szybciej! – ponaglała nas harpia, która była już na schodach.

Starsza wersja Sebastiana zabrała mi klucze i odeszła. Stałam jak wryta.

Nie byłam w stanie się ruszyć. Spojrzałam na spowitą cieniem postać w celi.

Miałam wrażenie, że kurczy mi się serce.

– Ale…

–  Po  prostu  uciekaj  –  odezwał  się  szorstki  głos.  Ten  sam,  który  mówił

harpii, żeby „zamknęła ryj”. – Moje miejsce jest tutaj.

– Pospiesz się, dziewczyno! – zawołał starszy Sebastian.

Przełknęłam ślinę i po mojej brudnej twarzy popłynęły gorące łzy.

– Nikt nie zasługuje na to, żeby tu zostać – powiedziałam.

– Mordercy tak. Uciekaj. Wybierz szlak biegnący za dawnymi barakami

niewolników. Zaprowadzi cię do drogi, którą dotrzesz do Nowego 2. Chyba

zdążysz  się  ukryć.  Ale  to  jej  nie  powstrzyma.  Już  złamała  pakt  z  Novem,

posyłając  do  miasta  łowcę.  I  wyśle  następnych.  Nie  rozstawaj  się  ze

sztyletem.  To  dzięki  niemu  odzyskałaś  wolność.  Tylko  jego  ostrze  może

zabić łowcę. Trzymaj go w bezpiecznym miejscu i nikomu o nim nie mów.

background image

Uderzyłam  w  kratę.  Miałam  ochotę  krzyknąć,  żeby  starszy  Sebastian

oddał mi klucz.

– Pospiesz się. Zostało ci mało czasu.

– Dziękuję – powiedziałam łamiącym się głosem, chociaż zabrzmiało to

kompletnie niestosownie.

Łowca nie zareagował.

Uciekłam z poczuciem, że właśnie zrobiłam coś złego, coś, czego zawsze

będę  żałowała.  Minęłam  starszego  Sebastiana  i  wbiegłam  po  schodach,

przeskakując po dwa stopnie naraz.

W domu nie było nikogo. Wybiegliśmy frontowymi drzwiami.

Pędziłam przodem, przez ogromne podwórze, a potem pod baldachimem

z dębów, ku barakom niewolników za domem. Sierp księżyca oświetlał nam

drogę.

Trochę dalej przystanęłam. Bolały mnie płuca, a pierś gwałtownie unosiła

się  i  opadała.  Rozejrzałam  się  w  poszukiwaniu  szlaku  i  w  gąszczu  pnączy,

palm i cyprysów zauważyłam wąską ścieżkę prowadzącą na bagna.

Przeciągły  krzyk  bólu  sprawił,  że  z  powrotem  skupiłam  się  na  swoich

towarzyszach.

Kobieta pająk klęczała. Przeobraziła się w człowieka i była całkiem naga.

Odrzuciła  głowę  do  tyłu,  wystawiając  twarz  na  światło  księżyca.  Jej  ręce

bezwładnie  zwisały  po  bokach.  Łzy  ulgi  i  radości  płynęły  jej  po  twarzy.

Któryś z więźniów pomógł jej wstać.

– Nie przemieniałam się od dwustu lat. Dziękuję.

Spojrzałam  w  jej  ciemne  oczy.  Była  piękna  jak  Królowa  Nocy.  Miała

długie ciemne włosy i wyraźnie zarysowane uwodzicielskie rysy twarzy.

–  Nie  ma  za  co  –  powiedziałam.  Chciałam,  żeby  to  zabrzmiało

zwyczajnie, ale mówiłam drżącym, piskliwym głosem.

Zmrużyła powieki, patrząc na moje białe włosy i jasnozielone oczy.

background image

– Jesteś τέρας? – zapytała.

Otworzyłam usta, żeby zaprzeczyć, ale zawahałam się. Nie byłam pewna,

co odpowiedzieć co właściwie robię na tym zadupiu pośród bagien.

– Nie wiem, kim jestem – powiedziałam w końcu.

Starszy Sebastian położył miękką dłoń na moim ramieniu.

– Wiedziałabyś, gdybyś była stworzona. Ci, którzy są stworzeni, tak jak

Arachne, mają moc powracania do ludzkiej postaci.

– Tutaj was opuszczę. Jeśli kiedykolwiek będziesz mnie potrzebowała –

zwróciła się do mnie Arachne – po prostu zawołaj. Usłyszę.

Pożegnała  się  z  resztą  kiwnięciem  głowy,  a  potem  uciekła  na  mroczne

bagna.

– Ja też was tutaj zostawię – powiedziała harpia.

Jej  wielka  głowa  zbliżyła  się  do  mnie,  oczy  spojrzały  w  skupieniu,  a

dziób prawie dotknął mojego nosa. Czubkiem pazura dotknęła małego sierpa

księżyca  wytatuowanego  na  policzku,  a  potem  musnęła  moje  włosy.

Roześmiała się.

– Zostałam uwolniona przez ślicznotkę. Kto by pomyślał? Kiedyś byłam

taka jak ty. Nie pozwól, żeby Atena cię dopadła, mała. Ja spróbuję szczęścia

na bagnach.

Zbliżyła  się  jeszcze  bardziej  i  pogładziła  mnie  dziobem  po  policzku,  aż

po kręgosłupie przebiegł mi zimny dreszcz.

– Kiedy wypowiesz moje imię, usłyszę je, bez względu na to, jak daleko

będę – szepnęła cicho, tak bym tylko ja słyszała.

I zdradziła mi swoje imię.

Magia tego słowa sprawiła, że moje ciało pokryło się gęsią skórką.

Harpia  rozwinęła  ciężkie  szorstkie  skrzydła  i  odfrunęła.  Siła  podmuchu

zmiotła liście wokół moich stóp i zmierzwiła mi włosy.

Harpia zniknęła.

background image

– Chodźmy – powiedział starszy sobowtór Sebastiana, ruszając szybkim

krokiem w stronę szlaku.

Trzymaliśmy  się  razem  i  szybko  uciekaliśmy  przez  bagna.  Nikt  się  nie

odzywał,  ale  nasze  sapanie  i  uderzanie  stóp  o  poszycie  wydawały  mi  się

nienaturalnie głośne.

Miałam wrażenie, że uciekaliśmy godzinami, zanim w końcu dotarliśmy

do pylistej drogi. Wreszcie zniknęły liście smagające mi twarz, przestałam się

potykać  o  korzenie  oraz  brnąć  po  kolana  w  błocie  i  wodzie.  Pobiegliśmy

środkiem drogi, uważając, żeby nie wpaść w koleiny po bokach.

Pozostali  nie  męczyli  się  tak  jak  ja,  biegli  coraz  szybciej,  jakby  złapali

drugi  oddech.  Przypomniałam  sobie,  że  ich  moce  nie  działały  w  lochach,  i

zaczęłam się zastanawiać, czy już do nich wróciły, czy to właśnie one dodają

im sił, gdy ja mam ochotę usiąść na piachu, dać za wygraną i położyć się bez

tchu.

Mimo  wszystko  biegłam  dalej,  skupiając  się  na  podnoszeniu  nóg,  aż  w

końcu  całe  moje  ciało  zdrętwiało  i  zgrzało  się,  a  w  nosie  czułam  suchość

graniczącą z bólem.

Zanim  słońce  zdążyło  się  wznieść  nad  horyzontem,  ujrzeliśmy  pierwsze

światła  na  północy  miasta,  wskazujące  nam  drogę  biegnącą  w  dół  Leake

Avenue, do St. Charles i obok zoo Audubon.

Kilku byłych więźniów przystanęło. Dzięki Bogu! Nie zadawałam pytań,

po  prostu  się  pochyliłam,  oparłam  dłonie  na  kolanach  i  próbowałam  złapać

oddech. Ból w płucach, suchy płomień w gardle. Nigdy wcześniej nie czułam

niczego podobnego. Potem położyłam ręce na biodrach i zaczęłam chodzić w

kółko, próbując się uspokoić i dać odpocząć spracowanemu sercu.

Jeden  z  więźniów  wziął  głęboki  oddech,  a  potem  potrząsnął  ciałem  jak

pies po wyjściu z wody. Odpadło z niego trochę brudu, ale niewiele. Chwycił

mnie za rękę i pocałował ją.

background image

– Jestem łowca Deschanel. Zawdzięczam ci życie. Jeśli zajdzie potrzeba,

wezwij mnie, a spłacę ten dług.

Łowca  się  odsunął.  Dwie  kobiety  i  następny  facet  podeszli,  żeby  mi

podziękować. Mogłam jedynie skinąć głową. Wcale nie uważałam, że są mi

coś  winni.  Udało  mi  się  uciec  z  celi  tylko  czystym  fuksem  i  dobrze  o  tym

wiedziałam.  Gdybym  nie  miała  noża  w  plecaku,  nadal  siedzielibyśmy  pod

ziemią.

Łowca  i  reszta  grupy,  oprócz  starszej  wersji  Sebastiana,  umknęli  w

słabym  świetle  poranka.  Zniknęli  w  oddali.  Każde  z  nich  ruszyło  w  swoją

stronę.

Odwróciłam  się  do  sobowtóra  Sebastiana,  odprowadzającego  wzrokiem

jeden z oddalających się cieni. Zostaliśmy tylko my dwoje. Na ciemnej pustej

ulicy.

Odchylił  głowę  i  powoli  zamknął  oczy.  Jego  pierś  się  uniosła,  gdy

głęboko  odetchnął.  Powietrze  zawirowało  wokół  niego  i  oplotło  jego  ciało,

poruszając  ubraniem  i  włosami  –  delikatne  tornado,  przez  które  na  chwilę

straciłam  go  z  oczu.  Zdmuchnęło  brud  i  zastąpiło  łachmany  dżinsami,

śnieżnobiałą  koszulą  i  cienkim  czarnym  płaszczem  sięgającym  do  bioder.

Czarne  włosy  mężczyzny  były  teraz  związane  z  tyłu,  odsłaniając  gładko

ogoloną  twarz,  na  której  pozostał  jedynie  delikatny  ślad  zarostu.  Znad

kołnierzyka koszuli po lewej stronie szyi wyłonił się czarny tatuaż biegnący

w górę, obok szczęki, wijący się wokół ucha i skroni.

Krew  w  moich  żyłach  zawrzała.  Przełknęłam  ślinę  i  stłumiłam  chęć

ucieczki.  Kiedy  odwrócił  się  w  moją  stronę,  stałam  nieruchomo.  Szok

odebrał mi mowę. Moje ciało przeszył dreszcz. W końcu doszłam do siebie i

skupiłam  się  na  zapisaniu  tej  sceny  w  katalogu  wszystkich  cudów,  jakie

widziałam  w  ciągu  ostatnich  dwóch  dni.  Naprawdę  nie  powinnam  czuć

zaskoczenia,  nie  po  tym,  co  widziałam  w  więzieniu  Ateny  i  po  ucieczce  z

background image

niego.

– Domyślam się, że już poznałaś mojego syna.

background image

Rozdział jedenasty

– SEBASTIAN JEST TWOIM SYNEM.

W  zasadzie  nie  było  to  pytanie,  lecz  stwierdzenie.  Podobieństwo

wydawało  się  oczywiste.  Wyglądali  niemal  identycznie.  Te  same  czarne

włosy, te same szare oczy, te same rysy twarzy… choć usta Sebastiana były

trochę  pełniejsze  i  ciemniejsze.  Może  po  prostu  musiałam  to  powiedzieć

głośno, żeby dotarła do mnie prawda.

– Nazywam się Michel Lamarliere. – Wyciągnął rękę.

W  jego  oczach  było  widać  jedynie  uprzejmość  i  zdecydowanie  oraz

głęboką,  bardzo  głęboką  wiedzę.  Szybko  uścisnęłam  mu  dłoń,  zbita  z  tropu

jego  spojrzeniem  i  lekkim  drżeniem  lęku,  który  jeszcze  mnie  nie  opuścił.

Jego  ogromna  dłoń  sprawiła,  że  poczułam  się  mała  i  nieważna.  Słabsza.

Młodsza.  Oczywiście  taka  właśnie  byłam,  ale  nie  musiałam  przecież  lubić

tego uczucia.

–  Jeśli  mógłbyś  mi  wskazać  drogę  do  Dzielnicy  Ogrodowej…  –

zaczęłam. Czułam się trochę niezręcznie.

Michel  wypuścił  moją  dłoń,  zmrużył  oczy  i  spojrzał  nad  moim

ramieniem, oceniając nasze położenie.

– Tędy.

Cicho westchnęłam i ruszyłam za nim ulicą, po której obu stronach stały

małe drewniane domki.

– Co słychać u mojego syna?

Prawie  nie  znałam  Sebastiana.  Znasz  go  wystarczająco,  żeby  się  z  nim

obściskiwać.  Przewróciłam  oczami  na  tak  głupią  myśl.  Odchrząknęłam,

złapałam  za  szelki  plecaka,  odsunęłam  je  od  pach  i  skupiłam  się  na

background image

popękanym asfalcie.

–  Chyba  wszystko  w  porządku.  W  zasadzie  nie  znam  go  zbyt  dobrze.

Pomaga mi przy czymś. Jego babcia też. Pomoże nam. To znaczy mnie.

– Josephine?

–  Tak.  To  twoja  matka?  –  Gdy  tylko  zadałam  to  pytanie,  przypomniało

mi się, że Josephine jest babcią Sebastiana ze strony mamy.

–  Bogowie,  nigdy  nie  chciałbym  takiej  klątwy.  Nie,  Josephine  to  moja

teściowa. W czym ci pomagają?

– Chodzi o klątwę – zaufałam mu bez zastanowienia. – O klątwę, która na

mnie ciąży.

W  zamyśleniu  pokiwał  głową  i  splótł  dłonie  za  plecami.  Szliśmy  dalej

opustoszałą ulicą. Wszystkie stare domy, drzewa i samochody spowijał cień.

Słabe  pomarańczowe  światła,  które  migały  w  oknach  zza  brudnych  szyb,

jeszcze bardziej podkreślały tę ciemność.

Teraz,  kiedy  moje  ciało  ochłonęło  po  maratonie,  skóra  zrobiła  się

wilgotna  i  zimna.  Poczułam  lekki  dreszcz  na  karku,  ale  nie  był  on

spowodowany chłodem.

– Za co trafiłeś… – zawahałam się, nie wiedząc, jak zadać to pytanie.

–  Jedynym  przestępstwem,  jakie  popełniłem  przeciwko  Atenie,  było  to,

że urodziłem się z pewnym dziedzictwem i stawiłem opór jej szaleństwu. Jak

masz na imię, dziecko?

– Ari. – Przypomniałam sobie słowa Sebastiana o trzech rodzajach rodzin

tworzących  Novem.  Lamarliere’owie  byli  wiedźmami.  Moc  dziedziczyli  w

linii żeńskiej. – Myślałam, że tylko kobiety potrafią…

– Czarować?

Wzruszyłam  ramionami.  Jak  inaczej  miałam  opisać  to,  co  przed  chwilą

zrobił?

– Od czasu do czasu moc otrzymują także mężczyźni – wyjaśnił.

background image

– Czyli Sebastian to…

–  W  połowie  czarnoksiężnik,  a  w  połowie  wampir.  I  to  bardzo

wyjątkowy.

No  tak,  następny  drobiazg,  o  którym  Sebastian  zapomniał  mnie

poinformować.

– Nie widziałem syna od blisko dziesięciu lat – smutno wyznał Michel. –

Pewnie myśli, że go porzuciłem, opuściłem. Jestem przekonany, że podczas

mojej  nieobecności  Josephine  wzmocniła  swoje  wpływy.  Boję  się,  że  przy

niej się zmienił.

–  Raczej  nie  masz  się  o  co  martwić.  Sebastian  żyje  według  własnych

zasad.

Michel szeroko się uśmiechnął, a w jego oczach błysnęła duma i łzy.

– To dobrze.

Pokiwałam  głową,  pozwalając,  żeby  temat  Sebastiana  się  wyczerpał.

Dziesięć  lat  to  długa  rozłąka.  Mogłam  sobie  tylko  wyobrażać,  jak  trudne

myśli kłębią się teraz w głowie Michela.

– Dlaczego harpia nie wróciła do ludzkiej postaci tak jak Arachne? Bo to

naprawdę była harpia, prawda?

Michel cicho się roześmiał.

–  Tak.  I  tylko  tobie  zdradziła  swoje  prawdziwe  imię.  Przez  cały  czas,

który spędziłem w tamtej dziurze, nikt inny go nie poznał. Strzeż tego daru.

Harpia  nie  może  wrócić  do  ludzkiej  postaci,  bo  stwarzając  ją,  Atena  nie

obdarzyła jej tą zdolnością. Arachne została stworzona inaczej, tak aby mogła

wabić wrogów Ateny urodą, a potem przeobrażać się i ich zabijać.

Michel zatrzymał się i spojrzał na mnie.

–  Uwolniłaś  nas  i  zabiłaś  syna  Perseusza.  Atena  zemści  się  na  tobie  po

dziesięciokroć.

– W zasadzie zabiłam dwóch – skrzywiłam się – dwóch synów Perseusza.

background image

Zamrugał zaskoczony.

–  W  takim  razie  dokonałaś  czegoś,  co  jeszcze  nikomu  się  nie  udało.  –

Znowu  ruszył  ulicą  i  dodał:  –  Musisz  zostać  w  mieście,  pod  ochroną

Lamarliere’ów. Jesteśmy jedną z dziewięciu rodzin i z mocą Novem możemy

ci zapewnić bezpieczeństwo.

– Dzięki, ale tak naprawdę chcę tylko pozbyć się klątwy, a Josephine wie,

jak to zrobić. Później uciekam z tego koszmaru. Bez urazy.

Podrapał się po brodzie.

– Musisz uważać na Josephine.

–  Wiem.  Już  mnie  ostrzeżono.  Ale  ona  znała  moją  matkę  i  wie,  jak  mi

pomóc.

Zastygł  w  bezruchu  i  zaczął  się  we  mnie  wpatrywać.  Jego  umysł

intensywnie  pracował,  chłonąc  informacje  o  mnie,  analizując  je  i  coraz

bardziej  mnie  przerażając,  bo  wnioski,  do  jakich  mógł  dojść,  nie  wyglądały

najlepiej. Zaklął pod nosem.

– Córka Eleni.

Przez mój żołądek przetoczyła się fala zimna.

– Nic dziwnego, że cię szuka.

Nie  pytałam  kto.  Josephine.  Atena.  Poczułam,  że  wcale  nie  chcę  tego

wiedzieć. Chciałam tylko, żeby ktoś mnie odmienił. Może kiedy uwolnię się

od klątwy, przestaną się mną tak przejmować.

Wyciągnął rękę i położył mi dłoń na ramieniu.

– Nie bój się – powiedział. – To dla twojego dobra.

Poczułam napięcie. A po chwili ziemia osunęła mi się spod nóg i nastała

ciemność.

Mój  umysł  wypełniały  obrazy  –  oderwane,  przypadkowe.  Więzienie.

Violet  w  masce.  Mlecznobiały  nos  Pascala,  jego  otwarta  paszcza  ukazująca

zęby oraz oczy przypatrujące się z bliskiej odległości. Mama przed lustrem,

background image

łzy  płynące  jej  po  twarzy,  drżące  ręce,  którymi  próbowała  wyrwać  z  głowy

niewidzialne  węże.  Harpia  ćwierkająca  z  chórem  innych  ptaków  i  jej

ogromne trzepoczące skrzydła. Słońce. Czysta pościel.

Czysta pościel?

Gwałtownie  otworzyłam  oczy.  Ptaki  fruwały,  trzepotały  skrzydłami  i

ćwierkały  w  pnączach  okalających  ramę  jednego  z  okien.  Przetarłam  oczy,

wycierając łzy, które wypłynęły podczas ziewania. Moja twarz wydawała mi

się  stara  i  ciężka,  ciało  miałam  zdrętwiałe  i  zmęczone,  ale  kiedy  się

poruszyłam,  przeciągnęłam  i  wtuliłam  w  miękki  materac,  znowu  poczułam

się  tak  jak  dawniej.  Ramiona  wiatraka  pod  sufitem  wolno  się  obracały,

pieszcząc mnie delikatnym wietrzykiem.

Nietrudno było się zorientować, że jestem w sypialni na parterze, z której

rozciąga się widok na ogród podobny do tego przed domem Jeana Solomona

przy Dumaine Street. Ktoś ubrał mnie w białą koszulkę na ramiączkach i parę

białych wiązanych w pasie spodni od piżamy. Byłam bosa. Wstałam z łóżka i

po drewnianej podłodze podeszłam do drzwi balkonowych, żeby otworzyć je

na  piękny  zimowy  zachód  słońca  w  Dzielnicy  Francuskiej.  Powietrze  było

chłodne, ale w ciągu dnia słońce rozgrzało bruk, który teraz oddawał ciepło.

Spałam  cały  dzień,  aż  do  wieczora.  Nie  było  w  tym  nic  dziwnego  –

uciekłam  z  więzienia  bogini,  a  potem  przedzierałam  się  przez  bagna,  by

wrócić do cywilizacji.

Tutaj  nie  było  zamków  w  drzwiach.  Nie  byłam  w  więzieniu.  Po  prostu

Michel ułożył mnie w miękkim łóżku. Michel, który wiedział o mojej matce.

Który prawdopodobnie wiedział też o mojej klątwie.

Moją  uwagę  przykuł  stukot  kopyt  na  ulicy  i  skrzypienie  kół  dorożek,

dobiegające zza wysokiego ceglanego muru. W tunelu na podwórzu unosiły

się  stłumione  głosy.  Zacisnęłam  dłoń  na  ramie  okna.  Boże,  szkoda,  że  nie

było przy mnie mamy, że nie mogłyśmy spędzić z sobą więcej czasu. Że nie

background image

mogła mnie teraz zobaczyć.

Zaczynałam  rozumieć,  dlaczego  zamieszkała  w  tym  mieście.  Było

wypełnione  pięknem,  nie  tylko  widzialnym,  ale  też  takim,  które  się  czuło,

słyszało i smakowało. Jeszcze raz odetchnęłam oczyszczającym powietrzem,

próbując pozbyć się ucisku w piersi przed powrotem do sypialni.

Na  komodzie  czekał  stosik  starannie  złożonych  ubrań.  Nie  moich.  Moje

nie  nadawały  się  pewnie  nawet  do  prania.  Para  dżinsów.  Elastyczna  czarna

koszulka. Moje buty zostały wyczyszczone. Zauważyłam też nowe skarpetki

i  bieliznę.  Plecak  leżał  na  podłodze  obok  komody.  Szybko  zajrzałam  do

środka  i  z  ulgą  stwierdziłam,  że  nikt  go  nie  otwierał.  Pistolet  oczywiście

zniknął.  Zabrał  go  łowca  τέρας,  ale  nóż  tkwił  na  swoim  miejscu,  a  to  było

najważniejsze. Okazał się bronią znacznie lepszą niż pistolet.

W  przylegającej  do  sypialni  łazience  wzięłam  szybki  prysznic  i

dwukrotnie myjąc włosy, zastanawiałam się, jak tu trafiłam, co teraz zrobię i

w  jaki  sposób  mam  skłonić  Michela,  żeby  powiedział  mi  wszystko,  co  wie.

Wycisnęłam wodę z włosów, próbując zgadnąć, dlaczego Atena chciała mnie

uwięzić i czy to ona rzuciła klątwę na moją rodzinę. Ale dlaczego zależało jej

na  tym,  żebyśmy  umierały  przed  ukończeniem  dwudziestu  jeden  lat?  Po  co

nam  te  dziwne  włosy  i  oczy  koloru  morza?  Jeśli  już,  takie  cechy  tylko

przyciągały  uwagę,  a  przecież  Michel  powiedział,  że  Atena  tego  nie  znosi.

Więc dlaczego?

Wytarłam  się  ręcznikiem,  skorzystałam  z  kosmetyków  czekających  na

toaletce, a potem włożyłam nowe ubranie. Pod umywalką znalazłam suszarkę

do włosów.

Moje włosy ciągle były wilgotne, więc w końcu się poddałam i zaczęłam

zaplatać  tę  gęstwinę  w  coś  bardziej  praktycznego  i  mniej  rzucającego  się  w

oczy.  Potem  odświeżona  wyszłam  z  pokoju,  zarzuciłam  plecak  na  ramię  i

rozejrzałam  się  w  poszukiwaniu  czegoś  do  jedzenia.  Nie  pamiętałam,  kiedy

background image

po raz ostatni miałam coś w ustach.

A tak, przypomniałam sobie. Jadłam francuskie pączki z Sebastianem.

Dom  był  olbrzymi,  pełen  dziwnych  przedmiotów  i  antyków.  Kryjówka

czarnoksiężnika,  bez  dwóch  zdań.  Na  piętrze  przeszłam  przez  podłużny

salon. Zza wysokich drewnianych drzwi w korytarzu dobiegały czyjeś głosy.

Na  widok  służącej,  która  wyniosła  stamtąd  tacę  i  wypuściła  głosy  niosące

moje imię, schowałam się za wielką urną. Kiedy przeszła obok, wyjrzałam i

przez szparę zobaczyłam ogromną bibliotekę. Rozglądając się, czy nikt mnie

nie  widzi,  wyprostowałam  się,  wysunęłam  stopę  i  dotknęłam  drzwi,

pozostawiając je lekko uchylone.

– Trzymanie jej tutaj jest zbyt niebezpieczne, Michel. Wiesz o tym. Atena

skieruje przeciwko nam wszystkie swoje siły.

– Rowen ma rację. Widziałeś, jaką cenę zapłaciliśmy za ukrywanie Eleni.

My i całe miasto. Te huragany zniszczyły prawie wszystko.

–  Ale  razem  mamy  moc,  żeby  się  obronić.  Razem  jesteśmy  silni  –

przekonywał Michel. – I razem możemy ochronić to dziecko.

– Nie wtedy, gdy na dziewczynie ciąży klątwa. Nawet bez Ateny stanowi

zagrożenie dla nas i dla tego miasta. Kiedy osiągnie dojrzałość, żadna siła jej

nie powstrzyma.

–  Ale  jeszcze  jej  nie  osiągnęła.  Na  razie  nie  może  nam  zaszkodzić  –

tłumaczył  Michel.  –  Jeśli  pomożemy  jej  pozbyć  się  klątwy,  przestanie  być

potrzebna Atenie i nie zrobi nam krzywdy.

– Mamy jej pomóc pozbyć się klątwy? – To był głos Josephine. – Zdajesz

sobie  sprawę,  jakim  atutem  byłaby  dla  nas  ta  dziewczyna?  Pomyśl  o  mocy,

którą dzięki niej zyskamy. O mocy większej niż moc bogów. Moglibyśmy się

ich pozbyć raz na zawsze.

Rozległ się huk, kiedy coś uderzyło o drewno. Michel przemówił srogim

tonem:

background image

–  Co  ty  wygadujesz,  Josephine?!  Właśnie  dlatego  wpadliśmy  wtedy  w

tarapaty.  Gdybyś  nie  próbowała  wykorzystać  Eleni,  pewnie  nie  bylibyśmy

teraz  w  tak  trudnej  sytuacji.  A  ty  chcesz  wykorzystać  jej  córkę?  I  to  dla

władzy?

–  Dla  bezpieczeństwa  –  warknęła.  –  Atena  jest  naszym  wrogiem  od

czasów  inkwizycji,  kiedy  próbowała  zetrzeć  nas  wszystkich  z  powierzchni

ziemi. Boi się, że zdobędziemy zbyt dużą moc, że to, co stworzyła, powróci,

aby  ją  pokonać.  Zatrzymamy  dziecko  i  pozwolimy,  żeby  stało  się  tym,  kim

ma być. Wtedy ani Atena, ani żaden inny bóg nie odważą się nam zagrozić.

– Co sugerujesz? Mamy ją uwięzić? Nie. Zabraniam.

Josephine parsknęła śmiechem.

–  Nie  możesz  niczego  zabronić,  Michel.  To  rada.  Podejmujemy  decyzje

większością głosów.

–  Wolałbym  nie  wykorzystywać  w  ten  sposób  dziecka,  ale  nie  możemy

dopuścić,  żeby  miasto  nawiedził  taki  kataklizm,  jak  trzynaście  lat  temu  –

odezwał się inny głos. – W Nowym 2 zapanował pokój, o który zabiegaliśmy

od  wieków.  Ukrywanie  tego  dziecka  albo  pomaganie  mu  doprowadzi  do

wojny  z  Ateną.  Moim  zdaniem  dziewczyna  powinna  wyjechać  i  spróbować

szczęścia poza Obręczą.

–  Nie,  ona  nie  może  wyjechać  –  powiedział  Michel.  –  Zastanów  się,

Nickolai. Córka Eleni nie zdoła się ukryć przed Ateną. Ta dziewczyna nawet

nie  wie,  do  czego  jest  zdolna.  Kiedy  bogini  ją  dopadnie,  będzie  mogła  ją

wykorzystać przeciwko nam i zrobi to. Ari musi tu zostać, ale nie jako broń.

Jako dziecko potrzebujące ochrony.

Zaschło mi w gardle. Serce waliło mi jak szalone. Oparłam się o ścianę.

Krew  tak  szybko  pulsowała  w  moich  uszach,  że  nawet  gdybym  chciała,  nie

byłabym w stanie usłyszeć dalszej części rozmowy.

Nie wiedziałam, co zrobić, więc uciekłam.

background image

Wybiegłam  na  ulicę,  prosto  przed  kłusującego  konia,  który  ciągnął

dorożkę  pełną  turystów.  Znalazłam  się  tak  blisko,  że  zanim  zdążyłam

odskoczyć na drugą stronę ulicy, jego ciepły oddech musnął mi policzek.

Zatrzymałam  się  na  rogu  i  chwyciłam  się  słupa  latarni,  żeby  odzyskać

równowagę i złapać oddech. Łzy szczypały mnie w oczy, ale nie wypływały

na twarz. Miałam ochotę wrócić, wpaść do tej biblioteki i powiedzieć im, że

się mylą. Nie byłam żadną bronią. Nie miałam takich mocy, jak Novem  czy

doué.

Podejmę za nich  tę pieprzoną decyzję.  Wyjadę z Nowego  2. Jeśli Atena

naprawdę wywołała huragany tylko dlatego, że Novem ukryło przed nią moją

matkę,  trudno  było  przewidzieć,  co  zrobi  tym  razem,  po  tym  jak  zabiłam

łowców i uwolniłam jej więźniów.

Odrętwiała i pusta w środku szłam ulicami Dzielnicy Francuskiej. Słońce

zachodziło, latarnie rozbłyskiwały światłem, a ja próbowałam zebrać myśli i

zaplanować  następny  ruch.  Mogłam  znaleźć  gdzieś  telefon  i  zadzwonić  do

Bruce’a  i  Casey,  ale  ostatnią  rzeczą,  jakiej  chciałam,  było  wciąganie  ich  do

tego paranormalnego cyrku, w którym występowałam w roli gwiazdy.

Za  ostatnie  pięć  dolarów  kupiłam  kanapkę  z  krewetkami  w  małej  budce

na  Jackson  Square,  a  potem  usiadłam  na  ławce.  Obok  katedry  grali  trzej

muzycy.  Występował  połykacz  ognia.  Światło  połyskiwało  na  obszytych

cekinami  kostiumach,  maskach  i  koralikach.  Nad  placem  unosiły  się  głosy,

muzyka  i  śmiech.  Dobry  czas,  żeby  wtopić  się  w  tłum  –  zwłaszcza  teraz,

kiedy wschodził księżyc i miasto budziło się do życia.

Ciężarówka  z  logo  UPS,  którą  jeździła  Crank,  tkwiła  przy  krawężniku

przy First Street 1331, w tym samym miejscu, w którym zaparkowałyśmy po

moim przyjeździe do Dzielnicy Ogrodowej. Na podjeździe zauważyłam starą

toyotę  camry  bez  tablic  rejestracyjnych,  ze  zderzakami  obklejonymi

nalepkami.  Zatrzymałam  się  pod  osłoną  dębu,  ukryta  w  cieniu  oplątwy

background image

zwisającej  z  jego  konarów.  Moje  spojrzenie  powędrowało  ciemną  ulicą  nad

żelazną bramę, w stronę okien na pierwszym piętrze.

Novem  pewnie  już  zauważyło,  że  uciekłam.  Ale  nie  miałam  zamiaru

wyjeżdżać bez pudełka mamy.

Ukrywałam  się  w  czarnych  cieniach  wiszących  nad  ulicami  Dzielnicy

Ogrodowej.  Nie  licząc  kilku  działających  latarń  przy  St.  Charles  Avenue,

jedynym  źródłem  światła  były  tu  niektóre  domy.  Z  mojego  punktu

obserwacyjnego przyjrzałam się wysokiemu budynkowi i najbliższej okolicy,

delikatnie przygryzając wewnętrzną stronę policzka.

Zimna wilgoć powlekała mi skórę. Powietrze stało w miejscu. Nic się nie

poruszało. Pora wkroczyć do akcji. Przebiegłam przez ulicę, starając się nie

robić  hałasu.  Skierowałam  się  ku  końcowi  ogrodzenia  z  kutego  żelaza.  Tę

jego część zarosły pnącza i łatwo było się przedostać do środka.

Kiedy  moje  stopy  wylądowały  na  miękkim  dywanie  gnijących  liści,

pobiegłam na tyły domu. Cały czas byłam pochylona i trzymałam się cienia.

Po krótkim przystanku za magnolią popędziłam werandą i otworzyłam drzwi

balkonowe,  a  następnie  wślizgnęłam  się  do  środka  i  cicho  je  za  sobą

zamknęłam.

Wewnątrz paliło się światło, ale było cicho i spokojnie. W salonie nikogo

nie  zastałam,  podobnie  jak  w  „krypcie”  –  jadalni  i  w  kuchni.  Z  nadzieją

przystanęłam  obok  schodów  i  zaczęłam  nasłuchiwać.  Cisza.  Wbiegłam  na

górę, a potem ruszyłam w stronę mojego pokoju. Gdyby udało mi się wejść i

wyjść, nie zwracając niczyjej uwagi, gdybym nie musiała niczego wyjaśniać

ani  się  z  nikim  żegnać…  Nie  było  to  najgrzeczniejsze  zachowanie,  ale

ułatwiłoby życie wszystkim zainteresowanym.

Drzwi do pokoju były uchylone. Wystarczyło je popchnąć i wślizgnąć się

do środka. Kiedy jednak to zrobiłam, stanęłam jak wryta.

Violet  leżała  skulona  na  śpiworze,  który  pożyczyła  mi  Crank.  Była  do

background image

mnie  odwrócona  tyłem,  a  obok  niej  rozciągnął  się  Pascal  wtulony  w

zagłębienie jej pleców.

Przeniosłam ciężar na drugą nogę. Deski w podłodze zaskrzypiały. Pascal

podniósł  głowę  i  powoli  odwrócił  się  w  moją  stronę.  Zamrugał.  Obudzona

Violet  spojrzała  przez  ramię.  Podniosła  się,  odsuwając  Pascala,  żeby  go  nie

przygnieść, a potem postawiła aligatora obok siebie na podłodze. Na jej szyi

wisiała królewska błękitna maska. Odsunęła ją na czubek głowy. Wpatrywała

się  we  mnie  z  powagą.  Miała  ogromne  czarne  oczy,  dokładnie  takie,  jakie

zapamiętałam.  W  mojej  piersi  na  chwilę  rozlało  się  ciepło.  Zapragnęłam

usiąść obok niej, poznać ją, dowiedzieć się…

Nie, przecież właśnie wyjeżdżałam.

– Cześć, Violet.

Czując  na  sobie  spojrzenie  jej  okrągłych  oczu,  podeszłam  do  pudełka.

Otoczyłam  je  dłońmi.  Po  prostu  je  weź  i  wyjdź.  Violet  poradzi  sobie  i  bez

ciebie.  Co  za  głupia  myśl.  Violet  od  początku  doskonale  radziła  sobie  beze

mnie  i  na  pewno  nie  przejmie  się  nagłym  wyjazdem  kogoś,  kogo  zna

zaledwie od paru dni.

Przytuliłam  pudełko  do  piersi  i  poczułam  ucisk  w  gardle.  Zdałam  sobie

sprawę, że ja i Violet jesteśmy takie same. Inne niż wszyscy. Samotne. Tylko

że  ona  miała  coś,  czego  jej  zazdrościłam,  co  podziwiałam.  Akceptowała

siebie  taką,  jaka  była.  Nie  próbowała  niczego  ukryć  ani  udawać  kogoś

innego. Za to ja marzyłam o normalności, wolałam być kimkolwiek, byle nie

sobą.

– Sebastian cię szuka. Wszyscy cię szukają – powiedziała Violet cichym,

spokojnym głosem.

Odwróciłam się, a ona pogładziła Pascala po chropowatym grzbiecie.

– Co ci się stało, Ari?

– Nic. – Mocniej ścisnęłam pudełko. – Trzymaj się, Violet. Nigdy się nie

background image

zmieniaj.

Byłam już prawie na korytarzu, kiedy powiedziała:

– Wiesz, ty też nie powinnaś się zmieniać.

Szłam dalej.

background image

Rozdział dwunasty

BYŁAM  JUŻ  W  SALONIE,  kiedy  przypomniałam  sobie  o  prezentach,

które  kupiłam,  zanim  łowca  τέρας  porwał  mnie  z  rynku.  Szybko  położyłam

pudełko  na  stole  w  holu,  wyjęłam  z  plecaka  łamigłówkę  dla  Crank  i

francuskie  pączki  dla  chłopców,  które  zdążyły  już  pewnie  sczerstwieć.

Wyciągnęłam  też  maskę  dla  Violet.  Pogładziłam  kciukiem  jej  miękką

powierzchnię  i  pomyślałam,  że  chętnie  włożyłabym  podobną,  żeby  jak

zwykle się ukryć. W moich trzewiach zacisnął się mały węzeł poczucia winy.

Nie  należałam  do  osób,  które  postępują  zgodnie  ze  swoimi  przekonaniami,

prawda?

Tyle  tylko,  że  Violet  nie  miała  na  karku  greckiej  bogini  ani  spragnionej

władzy wampirzycy, która zamierzała ją wykorzystać w charakterze broni.

Nagle  włoski  na  moim  karku  stanęły  dęba  i  pod  skórę  wślizgnął  się

zimny strach.

Ktoś za mną stał.

Powoli  zamknęłam  oczy  i  cicho  wzięłam  głęboki  oddech,  zaciskając

dłonie w pięści. Tak. Bez wątpienia ktoś za mną stał. Ktoś wyższy, większy i

milczący jak grób. Napięłam mięśnie, przygotowałam się do ataku.

Raz. Dwa. Trzy.

Teraz!

Kucnęłam  i  wykonałam  obrót,  wysuwając  jedną  nogę,  która  trafiła  w

czyjąś łydkę, a potem skosiła obie, aż ciało intruza runęło do tyłu.

Zabawne – mimo to nie dotknęło ziemi.

Podparłam się palcami i cofnęłam nogę, gotowa ruszyć do ataku, ale jego

ciało obróciło się w powietrzu i zawisło twarzą w dół. Koniuszkami palców i

background image

butów  odbiło  się  od  podłogi  z  lekkością  piłki,  a  potem  wróciło  do  pozycji

stojącej.

Zupełnie nienaturalne zagranie. Nie miałam do czynienia z człowiekiem.

Skoczyłam na nogi i wzięłam zamach, ale przeciwnik szybko złapał mnie

za  przedramię.  Zamachnęłam  się  drugą  ręką.  Ją  również  zablokował.  Jego

poważną kanciastą twarz rozświetlił arogancki uśmieszek zwycięzcy. Palant.

Zawsze  się  na  to  nabierali.  Teraz  nie  miał  czym  zasłonić  krocza,  kolan  ani

piszczeli.

Nagle mój umysł zaskoczył.

–  Daniel?  –  Kolano  zastygło  w  połowie  drogi,  gdy  w  jednej  chwili

przypomniałam  sobie  i  twarz,  i  imię.  Sekretarz  Josephine.  –  Co  ty  tutaj

robisz, do diabła?

Trudno  było  nie  zauważyć,  że  wolałby  być  gdzieś  indziej.  Gniewnie

zmarszczył  brwi  i  ignorując  pytanie,  puścił  moje  ręce,  żeby  wyjąć  białą

kopertę z wewnętrznej kieszeni eleganckiej czarnej marynarki. Nic dziwnego,

że  był  wkurzony.  Czekał  tu  na  mnie,  zamiast  bawić  się  na  balu  albo  innej

imprezie z okazji Mardi Gras, na którą tak się wystroił.

Pomachał mi kopertą przed nosem. Wyrwałam mu ją z ręki, wyjęłam ze

środka  kartkę  i  spojrzałam  na  zaproszenie  na  bal.  Nadal  waliło  mi  serce.

Zaskoczona  uniosłam  brwi.  Na  dole  zobaczyłam  krótką,  starannie  napisaną

wiadomość.

Rodzina Arnaudów oczekuje cię dziś wieczorem o północy przy Dauphine

716,  gdzie  miło  spędzisz  czas  w  towarzystwie  przyjaciół:  Sebastiana,  Jenny,

Duba i Henriego.

– Dorwała ich – szepnęłam.

Moja  dłoń  zacisnęła  się  na  zaproszeniu.  Daniel  przygładził  marynarkę,

skinął głową i wymaszerował frontowymi drzwiami. Dupek.

Josephine  Arnaud  dopadła  moich  przyjaciół.  Novem  nie  musiało

background image

przetrząsać całego miasta, żeby mnie znaleźć. Wystarczyło schwytać Crank i

pozostałych.  Zastanawiałam  się,  czy  podjęto  tę  decyzję  jednomyślnie  i  czy

reszta rady wie, że chcąc mnie dopaść, Josephine uwięziła moich przyjaciół.

–  Co  tam  jest  napisane?  –  zapytała  Violet,  stając  na  ostatnim  stopniu

schodów z Pascalem pod pachą.

Byłam  zbyt  wściekła,  żeby  odpowiedzieć,  więc  tylko  podałam  jej

pogniecioną kartkę grubego papieru. Violet gapiła się na nią, jakbym właśnie

podała jej piłeczkę do tenisa. Oddała mi kartkę.

– Nie umiem czytać.

Na  chwilę  zamarłam  ze  zdziwienia.  Violet  nie  umiała  czytać?  W  moim

żołądku  wezbrała  litość.  To  dziecko  nie  miało  szansy  się  nauczyć.  Dub

znalazł ją mieszkającą samotnie na traperskiej barce, a na bagnach raczej nie

było szkół ani nauczycieli.

Powiedziałam  Violet,  co  przeczytałam  w  zaproszeniu.  Starałam  się

zapanować nad głosem, żeby nie zdradzić swojego strachu.

– Co powinnyśmy zrobić?

– Chyba pójdziemy na bal maskowy – powiedziałam.

Na  twarzy  Violet  wolno  zakwitł  lisi  uśmiech,  ukazując  na  chwilę

koniuszki kłów, na widok których przeszły mnie ciarki.

– Wspaniale. – Ruszyła na górę, ale zatrzymała się w połowie schodów i

odwróciła  do  mnie.  –  Chodź.  Wybierzesz  sobie  kostium  i  maskę.  Mam  ich

mnóstwo.

Wbiegłam  po  schodach  i  poszłam  za  Violet  do  pokoju  na  końcu

korytarza,  naprzeciwko  drzwi  Sebastiana.  Dziewczynka  wyjęła  klucz,  który

nosiła na czarnej sznurówce na szyi, i otworzyła drzwi. Obok szerokiego łoża

paliła  się  lampka  przykryta  czerwoną  apaszką.  Z  jego  czterech  kolumn

zwisały  koraliki,  chusty  i  maski.  Czułam  się,  jakbym  wkroczyła  do  świata

Mardi Gras. Maski zasłaniały każdy centymetr ściany, pod którą piętrzyły się

background image

sterty sukien i kostiumów.

Światło  odbijało  się  w  cekinach,  koralikach  i  kryształach,  rzucając  na

sufit kolorową tęczę. Efekt był magiczny.

– To wszystko jest twoje?

Violet położyła Pascala na łóżku.

– Teraz tak. Zbieram takie rzeczy.

– Dlaczego?

Spojrzała  na  mnie,  jakby  nie  rozumiała  pytania  albo  jakby  odpowiedź

była  oczywista.  Potem  zaczęła  przerzucać  sterty  fantastycznych  kreacji  i

kostiumów.

– Bal u Arnaudów to bardzo oficjalna impreza. Każda rodzina organizuje

własne przyjęcie, a potem, w ostatnią noc Mardi Gras, odbywa się bal całej

rady.  Potrzebujesz  czegoś,  żeby  wtopić  się  w  tłum…  nie,  nie  tej…  o!  Ta

będzie dobra.

Violet stała pośród ubrań jak malutka mroczna wróżka w kręgu klejnotów

i  trzymała  w  ręku  suknię  z  czarnego  atłasu  obszytą  białą  lamówką.  Gorset

bez  ramiączek  ozdobiono  setkami  pereł  i  kryształów  górskich,  które

wyglądały jak gwiazdy na atramentowym niebie.

–  Pasuje  do  twojego  tatuażu  i  będzie  ładnie  wyglądała  w  zestawieniu  z

twoimi włosami. Jak czarno-białe domino.

Podeszła,  depcząc  odrzucone  suknie,  podała  mi  tę  wybraną,  a  potem

stanęła naprzeciw ściany, szukając odpowiedniej maski. Naprawdę mnie nie

obchodziło,  na  którą  się  zdecyduje.  Chciałam  jedynie  dostać  się  do  domu

Josephine  i  zabrać  przyjaciół  w  bezpieczne  miejsce.  Moje  dłonie  gładziły

jednak  miękką  tkaninę,  a  serce  wypełniło  się…  wyczekiwaniem.  Chyba

ostatecznie  miałam  w  sobie  coś  z  dziewczyny,  bo  suknia  wydawała  mi  się

olśniewająca.

– Włożysz tę – oznajmiła Violet.

background image

Podążyłam  wzrokiem  za  jej  paluszkiem  wycelowanym  w  białą,

połyskliwą,  atłasową  maskę  o  zadartych  w  górę  końcach.  Została  obszyta

puszystymi czarnymi piórkami i ozdobiona kryształami górskimi. Zakrywała

jedynie oczy, brwi i grzbiet nosa.

Byłam  wystarczająco  wysoka,  żeby  do  niej  dosięgnąć,  więc  zdjęłam

maskę  ze  ściany,  a  Violet  poszła  poszukać  kostiumu  dla  siebie.  Z  początku

chciałam  jej  powiedzieć,  żeby  została  w  domu,  ale  kim  właściwie  byłam,

żeby  jej  rozkazywać?  Nie  miałam  do  tego  prawa.  Ta  dziewczynka  była

niezależna. Bóg jeden wie, jak długo samotnie żyła na bagnach. Robiła to, co

chciała,  i  gdybym  spróbowała  jej  czegoś  zabronić,  poczułaby  się  pewnie

urażona.

– Violet? – zagadnęłam, zdejmując koszulę i dżinsy, żeby włożyć suknię.

– Hmm?

– Czy w Nowym 2 są szkoły?

Wzruszyła  szczupłymi  ramionkami.  Była  do  mnie  odwrócona  tyłem  i

nadal grzebała w stercie ubrań.

–  Novem  mają  szkołę,  ale  jest  tylko  dla  ich  dzieci  albo  dla  tych,  które

mają  mnóstwo  pieniędzy.  Nie  dla  nas.  Raz  w  tygodniu  do  Dzielnicy

Ogrodowej przychodzi kobieta, która uczy wszystkich chętnych.

Violet  wynurzyła  się  ze  sterty  kostiumów  ubrana  w  fioletową  suknię

sięgającą jej do połowy łydki, odsłaniającą czarne, za duże buty i skarpetki w

biało-czarne paski. Zdjęła maskę, którą miała na czubku głowy i zastąpiła ją

inną,  wybraną  spośród  wielu  leżących  na  kredensie.  Maska  była  fioletowo-

biała i pasowała do sukienki. W zestawieniu z czarnymi włosami obciętymi

na pazia kostium wyglądał trochę punkowo. Punkowa wróżka.

Widząc, że szamoczę się z zamkiem z tyłu sukni balowej, Violet obróciła

mnie do siebie plecami i pomogła mi go zapiąć. Suknia była obcisła i uniosła

moje  piersi,  tworząc  przedziałek  w  miejscu,  w  którym  zazwyczaj  go  nie

background image

miałam.  Z  nagimi  ramionami  i  szyją  czułam  się  trochę  bezbronna,  ale

uznałam,  że  jakoś  sobie  poradzę.  Rąbek  sukni  zakrywał  koniuszki  czarnych

butów,  więc  postanowiłam  ich  nie  zmieniać.  Wsunęłam  tylko  maskę  na

twarz.

Kamuflaż od razu mi się spodobał. Nikt nie będzie wiedział, kim jestem

ani  co  jest  ze  mną  nie  tak.  Zdradzały  mnie  jedynie  włosy.  Związałam  je  w

ciasny  kok  na  karku.  Violet  podała  mi  parę  wiszących  klipsów  z  czarnych

kamieni  i  kwadratowych  cyrkonii.  Zrezygnowałam  z  naszyjnika.  Kolczyki  i

maska były wystarczającą ozdobą.

Znalazłam  skórzany  pasek  i  przywiązałam  sztylet  łowcy  τέρας  do

zewnętrznej  strony  uda.  Obijał  się  o  nogę,  ale  dół  sukni  był  szeroki  i

powłóczysty, więc nóż nie krępował ruchów.

– Doskonale.

Kiedy schodziłyśmy na dół, nagle poczułam się tak, jakbym żyła we śnie.

We śnie, w którym zbiegam ze schodów wielkiego starego domu, by zostać

królową balu i tańczyć całą noc.

Gdy  wypłynęłyśmy  na  pustą  ulicę  strumieniem  kolorów  i  dźwięków,

zimne  nocne  powietrze  jeszcze  bardziej  podsyciło  moją  euforię.  Szelest

sukien. Radosny chichot Violet. Dźwięki niosły się echem wokół nas.

Nie powinnam się tak zachwycać tkaniną wirującą wokół moich nóg ani

zapierającym  dech  podnieceniem,  które  towarzyszyło  pędzeniu  mroczną,

dziwną  ulicą  pełną  starych  niszczejących  rezydencji.  W  masce  stałam  się

jednak  inną  osobą,  pewną  siebie  wersją  dawnej  Ari.  Poczułam  się  piękna,

tajemnicza i silna, jakbym należała do nocy i do panującej tu magii bardziej

niż do jakiegokolwiek innego miejsca na ziemi. I jakby one należały do mnie.

Gdy  w  ostatniej  chwili  wskoczyłyśmy  do  pełnego  poprzebieranych

turystów tramwaju przy St. Charles Avenue, z trudem łapałam oddech. Violet

zapłaciła  za  bilety.  Ja  nawet  o  tym  nie  pomyślałam  –  skupiłam  się  na

background image

fatałaszkach  i  ratowaniu  przyjaciół.  Przynajmniej  jedna  z  nas  była

przygotowana.

Rozweseleni pasażerowie głośno rozmawiali, kiedy tramwaj toczył się w

stronę  Dzielnicy  Francuskiej,  gdzie  wysiadłyśmy.  Szybkim  krokiem

mijałyśmy  tłumy  ludzi  w  kostiumach  oraz  zwykłych  mieszkańców

zmierzających  ku  Royal  Street  na  jedną  z  nocnych  parad.  W  całej  dzielnicy

rozbrzmiewała  muzyka,  która  mieszała  się  z  odgłosami  imprezowania  i

gdzieniegdzie zderzała się z dźwiękami dobiegającymi z klubów i barów.

Dom  Arnaudów  zajmował  róg  Dauphine  i  Orleans.  Był  to

trzykondygnacyjny  budynek  z  dwoma  balkonami  i  koronkowymi

balustradami z żelaza. Ze spiralnego ornamentu zwisały paprocie, a wysokie

otwarte  okna  były  rozświetlone  od  wewnątrz.  Przesuwały  się  w  nich  cienie

ludzi i płynęła z nich muzyka klasyczna.

Zatrzymałyśmy  się  na  chodniku  naprzeciwko  domu  i  patrzyłyśmy  na

wchodzącą do środka grupkę kobiet i mężczyzn w maskach. W drzwiach stali

dwaj lokaje w oficjalnych strojach. Moja dłoń zacisnęła się na złożonym na

pół zaproszeniu. Przyszłyśmy za wcześnie i w przebraniu. Wyglądało na to,

że  na  tym  kończy  się  nasza  przewaga.  Prawdziwe  wyzwanie  czekało  w

środku.

– Jesteś gotowa?

Violet wsunęła rączkę w moją dłoń i mocno ją ścisnęła. Odchyliła głowę,

spojrzała w górę i jej ogromne oczy zalśniły w otworkach maski.

– Jasssne.

background image

Rozdział trzynasty

NA  PIERWSZYM  PIĘTRZE  REZYDENCJI  tłoczyli  się  goście  w

maskach.  Chodzili  po  pokojach,  rozpraszając  moją  uwagę  kolorowymi

połyskliwymi  strojami.  Wietrzyk,  który  od  czasu  do  czasu  wpadał  przez

otwarte okna, unosił śmiech i urywki rozmów, mieszające się z cichą muzyką

kwartetu  smyczkowego  grającego  w  sali  balowej  na  pierwszym  piętrze.

Ruszyłam  po  schodach  w  stronę  tej  melodii.  Bal  był  oszałamiający  i

surrealistyczny, jakbym nagle znalazła się w obcym kraju setki lat temu.

Lawirowałam  w  tłumie  gości,  kierując  się  w  stronę  tylnej  części  domu,

gdzie  z  balkonu  roztaczał  się  widok  na  ogromne  podwórze  zastawione

okrągłymi stołami ozdobionymi świeżymi kwiatami i ustawionymi pośrodku

świecznikami.  Kelnerzy  chodzili  pod  błyszczącymi  sznurami  światełek

zwisających z konarów drzew.

Zacisnęłam dłonie na balustradzie z kutego żelaza i wodziłam wzrokiem

po  tłumie  w  dole,  szukając  Josephine  albo  Michela.  Trudno  było  jednak

kogokolwiek  rozpoznać  pośród  tylu  masek.  Chciałam  podzielić  się

rozczarowaniem z Violet, ale już jej przy mnie nie było.

– Violet! – szepnęłam, odwracając się szybko, żeby poszukać jej w domu.

Zeszłam na dół. Nigdzie jej jednak nie znalazłam.

Lokaje  zamknęli  drzwi  wejściowe  i  usiedli  po  ich  obu  stronach.  Violet

musiała  być  więc  gdzieś  w  środku.  Podobnie  jak  reszta.  Skup  się.  Przecież

Josephine nie zrobi im krzywdy, prawda? W końcu Sebastian to jej wnuk, a

pozostali są jego przyjaciółmi. Szkoda tylko, że Josephine sama przyznała, że

nie ma serca.

Bardzo dyskretnie rozejrzałam się na parterze, a potem uniosłam suknię i

background image

wbiegłam na pierwsze piętro, żeby poszukać również tam.

W  sali  balowej  rozpoczęły  się  tańce.  Zebrał  się  tłum,  by  podziwiać

tancerzy  wirujących  w  gmatwaninie  połyskliwych  barw.  Powoli  ruszyłam

wzdłuż ściany, okrążając salę.

– Ach, piękna wśród pięknych – odezwał się głos z francuskim akcentem

i  czyjaś  dłoń  lekko  opadła  mi  na  ramię,  sterując  mną  w  tłumie  gapiów.  –

Masz ochotę zatańczyć walca?

Otworzyłam usta, lekko się cofając. Wyszliśmy z tłumu i znaleźliśmy się

na parkiecie. Jego ciepła dłoń zsunęła się z mojego ramienia i objęła mnie w

talii, a potem zmusiła do przysunięcia się i wykonania obrotu.

Zesztywniałam z przerażenia. Odsunęłam się. Dłoń spoczywająca na dole

moich pleców lekko ustąpiła. Ale mężczyzna nie wypuszczał mnie z objęcia.

–  Marna  ze  mnie  tancerka  –  wymamrotałam,  bardzo  zakłopotana.  Nie

wiedziałam, jak się zachować. Otoczona tymi wszystkimi ludźmi, czułam się

nie na miejscu. – Naprawdę powinnam już…

– Jeden taniec. Proszę.

Przyspieszył  kroku,  żeby  nadążyć  za  innymi  parami  na  parkiecie,  i

zaczęliśmy wirować w jedną stronę, zataczając szybkie i zapierające dech w

piersiach  koło.  Poczułam  pot  na  plecach.  Szukałam  wzrokiem  miejsca,  w

którym mogłabym się wycofać i…

– Odpręż się, ma chère. Pozwól mi prowadzić.

Mój umysł próbował nadążyć za tym mężczyzną, który wirował i unosił

mnie z prądem.

–  Oddychaj.  Oddychanie  zazwyczaj  się  przydaje  –  powiedział  ze

śmiechem.

Natychmiast  wypuściłam  powietrze.  Nie  zdawałam  sobie  sprawy,  że

wstrzymuję  oddech.  Moje  palce  zacisnęły  się  na  jego  ramieniu,  a  stopy

opanowały  prosty  krok.  Przemknęliśmy  obok  schodów.  Spojrzałam  w  górę,

background image

ale  maska  zasłoniła  mi  część  widoku  i  byłam  zmuszona  skupić  się  na

partnerze.  Chciałam  stamtąd  uciec,  lecz  jednocześnie  jakaś  część  mnie

pragnęła zostać.

Mężczyzna był wysoki i młody, jego oczy, policzki i nos zasłaniała prosta

złota  maska.  Lekko  się  uśmiechnął  i  jego  oczy  zabłyszczały  jak  dwa

szmaragdy  uniesione  pod  światło.  Miał  jasnobrązowe  falujące  włosy

muśnięte  słońcem  i  wystarczająco  długie,  by  wiły  się  lekko  obok  uszu  i  na

białym kołnierzyku. Zaskakująco ładnie pachniał.

Ukrywanie się za maską miało w sobie coś, dzięki czemu odprężyłam się

na ten jeden taniec, stając się kimś innym: młodą kobietą, która uwielbia się

bawić, tańczyć z mężczyzną, flirtować i czuć się wyjątkowo.

Wirowałam i wirowałam, zupełnie tracąc poczucie czasu.

Wiele  razy  zmieniałam  partnerów,  a  każdy  następny  facet  w  masce

wydawał mi się bardziej tajemniczy i przystojniejszy niż poprzedni. Skrzypce

kwiliły,  a  ja  upijałam  się  ich  muzyką,  upijałam  się  pięknem,  śmiechem  i

ciepłem w moim ciele.

Nagle partner wypuścił mnie z objęć, a ja ze śmiechem wirowałam dalej,

dopóki  następny  nie  złapał  mnie  w  talii.  Siłą  rozpędu  uderzyłam  piersią  w

jego tors.

– Ojej, przepraszam! – zamilkłam na chwilę. Oddychałam coraz szybciej.

– To znowu ty.

Powrócił mój pierwszy partner. Mocno mnie przytulił, a jego ciepła dłoń

spoczęła  na  moich  plecach.  Pochylił  się  i  musnął  moje  ucho  ustami.

Poczułam w żołądku lekki podmuch powietrza.

– Nie przejmuj się. Ja się nie przejmuję.

Pocałował mnie w ucho, a potem jeszcze raz porwał do tańca.

– Jak masz na imię? – zapytał. – Nimfa? Syrena? Wróżka?

Flirtowanie miało w sobie coś zabawnego, dawało mi poczucie władzy.

background image

– Nie zgadłeś – odpowiedziałam z uśmiechem.

– Ach tak, ty jesteś kimś więcej, kimś znacznie więcej.

Przyciągnął  mnie  bliżej,  nasze  piersi  się  zetknęły,  a  jego  policzek

przytulił się do mojej skroni.

– Będę cię nazywał Księżycową Królową.

Roześmiałam się.

– A kim będziesz ty?

– Dobre pytanie.

Pochylił się, żeby na mnie spojrzeć. Powoli się uśmiechnął.

–  Bycie  królem  byłoby  dość  nudne.  Zdecydowanie  bardziej  wolałbym

zostać… małżonkiem królowej.

Poczułam  na  twarzy  gorący  rumieniec,  zaczęłam  ciężko  oddychać.  Jego

usta musnęły moją skroń, a potem powoli, leniwie, przesunęły się na dół, ku

policzkowi,  uchu  i  w  końcu  w  stronę  szyi.  Wzdłuż  kręgosłupa  przebiegł  mi

gorący  dreszcz.  Pragnęłam  więcej,  chciałam  wpaść  w  nierozważną  spiralę

doznań. Do diabła z konsekwencjami. Przytulił mnie jeszcze mocniej, jakby

wyczuwał  tę  potrzebę.  Pozwoliłam  mu  na  to  i  wirując  wokół  sali,  jeszcze

bardziej odsłoniłam szyję.

Przełknęłam  ślinę.  Gdzieś  w  głębi  serca  wiedziałam,  że  to  wszystko

dzieje się zbyt szybko i jest dość dziwnie, ale malowidło na suficie i światła

zlewające  się  w  połyskliwe  kolory  odwracały  moją  uwagę.  Kiedy  całował

mnie po szyi, jego ramiona objęły mnie jeszcze mocniej. Drobne, lekkie jak

piórko  pocałunki  i  gorący  oddech,  od  którego  uginały  się  pode  mną  nogi.

Błędnym  wzrokiem  spojrzałam  na  pozostałych  tancerzy.  Muzyka  w  tle

ucichła, a razem z nią głosy i śmiech.

Kiedy wirowaliśmy na parkiecie, przed oczami migały mi różne obrazy.

Rozwiązłe obrazy. Inni mężczyźni i kobiety w maskach zbliżali usta do szyj

partnerów. Niektórzy przypierali kobiety do ściany. Całowali się. Wzdychali

background image

z rozkoszy. Zauważyłam ciemnowłosą parę. On zbliżał usta do jej szyi, ona

odchyliła głowę i zamknęła oczy.

Jeszcze  jedno  okrążenie.  Szybki  puls  zagłuszał  muzykę.  Moje  reakcje

stały  się  powolne  i  leniwe,  ale  w  środku  szalał  ogień.  Kiedy  znów

zbliżyliśmy  się  do  miejsca,  gdzie  całowała  się  ciemnowłosa  para,  nie

potrafiłam się powstrzymać i spojrzałam jeszcze raz.

O  mój  Boże  –  facet  na  chwilę  odsunął  usta  od  odsłoniętej  szyi

dziewczyny,  a  potem  zatopił  w  niej  długie  zęby.  W  tym  samym  momencie

mój  partner  wysunął  język  i  musnął  nim  moją  skórę.  Wbiłam  mu  w  ramię

krótkie,  pomalowane  na  czarno  paznokcie  i  patrzyłam,  jak  usta  dziewczyny

obok lustra rozchylają się z rozkoszy. Nie byłam pewna, czy słyszę jęk, czy

tylko go sobie wyobrażam. Ale zabrzmiał w moich uszach.

Mocno  waliło  mi  serce,  czułam  łaskotanie  w  żołądku,  nie  mogłam

oddychać. Pociemniało mi przed oczami, sala zawirowała.

Nagle  poczułam  ścianę  za  plecami,  partner  przyszpilił  mnie  do  niej  i

zaczął  muskać  zębami  skórę  na  mojej  szyi.  Byłam  oszołomiona,  lecz  wcale

mi  to  nie  przeszkadzało.  Stałam  się  kimś  innym,  nieznajomą  w  masce,

kobietą pożądaną.

Tak.

I nagle zniknął.

Na  rozgrzanej  skórze  poczułam  chłodny  podmuch  powietrza.

Zamrugałam, zamroczona i rozkojarzona, stęskniona za tamtym dotykiem.

– Zostaw ją, Gabrielu – powiedział znajomy głos.

Zamroczenie  nie  chciało  mnie  opuścić,  ale  z  całych  sił  próbowałam  się

skupić, czując, że coś tu nie gra. Nie reagowałam tak, jak powinnam.

– Ona nie chce, żebym ją zostawił – powiedział mój partner. – Zapytaj ją.

Sala  nadal  wirowała,  ale  muzyka  znowu  stawała  się  głośniejsza,  a

otaczające  mnie  głosy  nabierały  wyrazistości.  Stojąca  przede  mną  postać  w

background image

prostej czarnej masce odsłoniła twarz.

Jej widok podziałał na mnie jak wiadro zimnej wody.

– Sebastian?

background image

Rozdział czternasty

GWAŁTOWNIE  ZAMRUGAŁAM  i  wyraźnie  zobaczyłam  przed  sobą

dwóch facetów. Kiedy zdałam sobie sprawę, jak się zachowywałam i czego

omal nie zrobiłam, moja twarz rozgrzała się bardziej niż powierzchnia słońca.

Idiotka!  Gdybym  mogła  wtedy  wypowiedzieć  jedno  życzenie,  chciałabym

zniknąć. Po prostu zniknąć w chmurze zażenowania.

Otaczali  mnie  amatorzy  krwi,  wampiry.  Skwapliwie  wykorzystywali

ofiary, które udostępniały im lśniące białe szyje, imprezowiczów zatraconych

w  dziwnym  hipnotycznym  transie,  skupionych  wyłącznie  na  doznaniach  i

pożądaniu. Gdyby nie Sebastian, zostałabym jedną z nich.

Czy naprawdę byłam aż tak słaba, czy aż tak bardzo chciałam zaspokoić

„pragnienie” Gabriela?

– Ari, nic ci nie jest? – zapytał Sebastian

Odsunęłam się od ściany.

– Wszystko w porządku.

Byłam jednak wściekła na siebie za naiwność i uległość, za ciepło, które

nadal  promieniowało  pod  moją  skórą  i  pod  obcisłą  suknią.  Dzięki  Bogu

miałam  na  twarzy  maskę.  Zakrywała  przynajmniej  część  czerwonej  twarzy.

Próbowałam nie patrzeć na to, co dzieje się wokół. Tancerze dalej wirowali

na parkiecie, goście nadal gawędzili, ale inni obejmowali się pod ścianami, w

ciemnych kątach…

– Jesteś taki jak oni?

Zacisnął usta.

Gabriel się roześmiał, mrużąc oczy za złotą maską.

– Sebastian zaprzecza swej naturze. Ale jest taki sam jak ja.

background image

Oczy  Sebastiana  pociemniały  i  błysnął  w  nich  gniew.  Drgnął  mięsień  w

jego brodzie.

–  Odwal  się,  Baptiste.  Nigdy  nie  będę  taki  jak  ty,  jak  wy  wszyscy.  –

Zdecydowany  ton  jego  głosu  był  równie  szorstki  jak  ręka,  która  chwyciła

mnie za ramię. – Chodź, Ari.

–  Takie  traktowanie  damy  nie  przystoi  nawet  tobie,  Lamarliere.  Może

chociaż zapytaj, czy ma ochotę z tobą iść?

Odchrząknęłam.  Rozpaczliwie  chciałam  stamtąd  wyjść,  rozdzielić  tych

dwóch, zanim dojdzie do czegoś naprawdę okropnego.

– Dzięki za taniec – powiedziałam do nieznajomego, sygnalizując koniec

naszej rozmowy.

Gabriel spoważniał i zaczął się zachowywać bardzo oficjalnie. Lekko się

ukłonił.

– Cała przyjemność po mojej stronie, Księżycowa Damo – powiedział, a

potem odszedł.

Sebastian pociągnął mnie w drugą stronę, lawirując między gośćmi, aż w

końcu  znaleźliśmy  puste  miejsce  obok  frontowego  balkonu.  Świeże

powietrze, które wpadało przez otwarte drzwi, trochę rozjaśniło mi w głowie.

–  Co  tu  się,  do  cholery,  dzieje?  Gdzie  są  pozostali?  I  gdzie  wsiąkła

Violet?

– Pytasz, co się dzieje? Szukamy cię od wczoraj, odkąd zniknęłaś. To się

dzieje.  –  Spojrzał  na  mnie  z  wściekłością,  zaciskając  zęby.  Gwałtownym

gestem wsunął maskę z powrotem na twarz, a potem wyszedł na balkon.

Jedną  ręką  złapał  za  żelazną  balustradę,  a  drugą  z  głębokim

westchnieniem przeczesał włosy. Jego wzrok podążył w dół, w stronę ulicy,

skupiając  się  na  przechodzących  tamtędy  imprezowiczach  świętujących

Mardi  Gras.  Widziałam  jego  twarz  z  profilu.  Była  ponura.  Sebastian

wyglądał  jak  drapieżny  ptak.  Krucze  włosy  opadły  mu  na  czarną  atłasową

background image

maskę. Miał na sobie białą koszulę i czarne spodnie, a dzięki ciemnej masce

kontrastującej  z  bladością  twarzy  jego  usta  wydawały  się  jeszcze  bardziej

czerwone niż zwykle. Oczywiście mogły też poczerwienieć ze złości.

Przenikliwy  dźwięk  rogu  na  ulicy  sprawił,  że  nagle  otrząsnęłam  się  z

podziwu.  Ten  dom,  ten  bal  czy  cokolwiek  to  było,  zdołały  mnie  omamić.

Przemieniły  mnie  w  uległą  zabawkę  jakiegoś  pieprzonego  krwiopijcy.

Zacisnęłam obie dłonie na balustradzie, aż pobielały mi knykcie.

–  Nie  widziałem  tu  Violet  –  powiedział.  –  Co  się  z  tobą  działo,  do

cholery?

– To długa historia. Twoja babcia przysłała mi zaproszenie, sugerując, że

dorwała Duba, Crank i Henriego.

Spojrzał na mnie ze zdziwieniem.

–  Szukaliśmy  cię  bez  przerwy  aż  do  dzisiejszego  wieczora,  kiedy

dowiedziałem  się  od  babci,  że  będziesz  na  balu.  Odesłałem  pozostałych  do

domu, żeby odpoczęli.

– Nie widziałeś się jeszcze z ojcem?

Gwałtownie  odsunął  maskę  na  czoło,  patrząc  na  mnie,  jakbym  zupełnie

zwariowała.

– Z moim ojcem? Mój ojciec odszedł, kiedy byłem mały.

A niech to. Złość od razu mi przeszła.

–  Nie,  Sebastianie,  on  nie  odszedł.  Uwięziła  go  Atena.  Twój  tata  jest

tutaj, w Dzielnicy Francuskiej. Widziałam się z nim wcześniej.

Sebastian otworzył usta i zbladł. Zachwiał się.

Chwyciłam  go  za  ramię  i  pomogłam  mu  dojść  do  długiej  ławki  pod

ścianą.  Usiadł  mechanicznie,  jak  nakręcana  zabawka.  Zaczął  pocierać  twarz

dłonią,  ale  tak  bardzo  się  trząsł,  że  w  końcu  ją  opuścił  i  po  prostu  siedział.

Był w szoku.

Marnie  sobie  radziłam  w  takich  sytuacjach,  nie  potrafiłam  pomagać

background image

ludziom  w  rozwiązywaniu  problemów  z  przeszłości.  Nie  potrafiłam  nawet

rozwiązać własnych. Sebastian się pochylił, oparł łokcie na kolanach i spuścił

głowę. Stałam obok niego, nie wiedząc, co zrobić albo powiedzieć. Zdjęłam

maskę.

Spojrzał na mnie ze łzami w oczach. Z nadzieją, ale i z niepewnością.

– Skąd wiesz, że to był on?

–  Jesteście  podobni  jak  dwie  krople  wody.  –  Przez  chwilę  nerwowo

skubałam  maskę.  Chciałam  mu  pomóc,  ale  nie  miałam  pojęcia  jak.  –  On

wcale cię nie opuścił. Widziałam to więzienie na własne oczy…

– Ale schiza – mruknął z niedowierzaniem. – Gdzie on teraz jest?

– Jakiś czas temu był w domu, w tej dzielnicy. Uciekłam stamtąd, kiedy

usłyszałam, że…

– Że co?

Przełknęłam ślinę.

– Że twoja babcia nie chce, żebym wyjechała z Nowego 2. Uważa mnie

za coś w rodzaju broni i zamierza mnie wykorzystać przeciwko Atenie. Ale

ja  nie  jestem  taka  jak  wy.  Nie  mam  żadnych  mocy  ani  zdolności,  żeby

postawić się bogini.

– Już po raz drugi wymieniasz to imię. Mówisz o tej Atenie? O bogini?

–  Tak.  Ale  to  wszystko  popieprzone,  no  nie?  –  powiedziałam  z  lekkim

uśmiechem.  –  Twoja  babka  ukryła  moją  mamę  przed  Ateną.  Atena  się

wkurzyła  i  trzynaście  lat  temu  wywołała  huragany.  Teraz  już  wie,  że  tu

jestem, i szuka mnie. Z tego, co słyszałam, ona też chce mnie wykorzystać,

zupełnie jak Novem.

Pokręcił głową i głęboko westchnął.

– Jezu. I naprawdę nie wiesz dlaczego?

–  Nie  mam  zielonego  pojęcia.  –  Na  chwilę  zamilkłam,  a  potem

postanowiłam  zadać  pytanie,  które  nie  dawało  mi  spokoju:  –  Pamiętam,  co

background image

mi  wczoraj  powiedziałeś…  –  Tyle  że  mógł  wtedy  kłamać.  Może  bał  się

wyznać  prawdę.  Nieśmiało  spojrzałam  w  jego  szare  oczy.  –  Czy  Gabriel

mówił serio? Jesteś taki sam jak on?

– Gabriel Baptiste powinien się ode mnie odpieprzyć. Pociesza się myślą,

że w końcu stanę się taki jak on. – Z gardła Sebastiana wydobył się głęboki

jęk  pełen  rezygnacji.  –  Szczerze  mówiąc,  mogę  albo  żyć  bez  krwi,  albo

pewnego  dnia  zapragnąć  jej  tak  samo  jak  oni.  Nikt  nie  jest  w  stanie  tego

przewidzieć.

W  mojej  głowie  błysnęły  wspomnienia  tego,  co  widziałam  i  czułam  w

sali balowej. Nabrały jeszcze większej intensywności pod wpływem myśli, że

pewnego  dnia  Sebastian  też  może  się  znaleźć  wśród  spragnionych  krwi

uczestników  balu.  Jak  bym  się  czuła,  gdyby  trzymał  mnie  w  ramionach  tak

jak Gabriel?

Głupia, głupia myśl, Ari.

– Nie powinien był tak cię wykorzystywać.

Wyprostowałam się.

– Wcale mnie nie wykorzystał. – Nie musiał, bo sama podałaś mu się na

srebrnej  tacy.  –  Chodźmy  stąd.  Jestem  pewna,  że  kiedy  twoja  babcia  mnie

zobaczy, nie wypuści mnie tak łatwo.

– Przyszłaś tu ze względu na nas?

– Tak, ale wygląda na to, że Josephine skłamała, żeby mnie tu ściągnąć.

Powinnam była się domyślić. – Rozejrzałam się z nadzieją, że zobaczę gdzieś

Violet.

Sebastian wstał i chwycił mnie za rękę.

– Chodź.

Pozwoliłam  prowadzić  się  przez  tłum.  Patrzyłam  prosto  przed  siebie,

opierając się pokusie ponownego wzięcia udziału w balu wampirów. Okazało

się  to  łatwiejsze  niż  oparcie  się  urokowi  dłoni,  która  mocno  ściskała  moją.

background image

Dzięki  niej  czułam  się  dobrze  i  bezpiecznie,  mimo  że  wiedziałam,  kim  jest

Sebastian i do czego jest zdolny.

Sebastian poprowadził mnie schodami na dół, a później przez podwórze.

Na  zewnątrz  tłum  nie  był  tak  gęsty  jak  w  środku,  ale  i  tak  musieliśmy

lawirować między grupkami ludzi, stołami i kelnerami, żeby w końcu dotrzeć

do małego piętrowego domku gościnnego za rezydencją.

Dokładnie mówiąc, do pracowni malarskiej połączonej z mieszkaniem.

Kiedy  wchodziliśmy,  do  pomieszczenia  wlało  się  światło  z  podwórza,

ukazując  sztalugi,  płótna,  pędzle  oraz  długi  stół  i  umywalkę.  Za  pracownią

był mały salonik, sypialnia i kuchnia.

– Tutaj będziemy mogli spokojnie porozmawiać.

Zatrzymałam się tuż przy drzwiach i zdjęłam maskę.

– Od kiedy chłopaki chcą rozmawiać?

Zatrzymał się, kiedy zauważył, że za nim nie idę. Zawrócił, chwycił mnie

za rękę i zaprowadził na kanapę.

– Słuchaj, skoro moja babcia chce cię zatrzymać w Nowym 2, a do tego

ściga  cię  jakaś  bogini,  to  zdecydowanie  musimy  porozmawiać.  Zacznij  od

początku.

Kiedy  usiadłam,  dół  sukni  wydął  się  i  rozkloszował.  Trzymałam  maskę

na  kolanach.  Mrugnęła  do  mnie,  gdy  jeden  z  kryształów  górskich  odbił

światło z zewnątrz. Wzięłam głęboki oddech i usadowiłam się tak, żeby móc

przyciągnąć do piersi nogę zgiętą w kolanie i usiąść twarzą do Sebastiana. A

potem  powiedziałam  mu  wszystko,  co  wiedziałam.  Zaczęłam  od  wizyty  w

Rocquemore,  wspomniałam  o  listach  w  pudełku,  o  klątwie,  o  facetach,

których zabiłam, o wielkim domu przy River Road i o wszystkim, czego się

dowiedziałam,  podsłuchując  pod  drzwiami  biblioteki  w  domu  Michela.  Z

początku  obawiałam  się,  że  ta  historia  wyda  się  naciągana  i  śmieszna,  lecz

wcale tak się nie stało. To było moje życie. Słowa w jakiś sposób je zestaliły.

background image

Koniec niedowierzania. Koniec myślenia, że to wszystko jest chore. Koniec

ukrywania  się.  Byłam  inna,  podobnie  jak  Violet.  Tutaj,  w  Nowym  2,  przed

Sebastianem, nie musiałam dłużej udawać.

–  To  bez  sensu  –  powiedział,  kiedy  skończyłam.  –  Dlaczego  Atena,

rzucając  klątwę  na  kobiety  z  twojej  rodziny,  dała  im  takie  piękne  oczy  i

włosy jak… światło księżyca? – Wyciągnął rękę, żeby rozpuścić moje włosy,

ale złapałam go za dłoń.

– Nie. Proszę.

On  jednak  nadal  rozplątywał  mój  kok.  Wstrzymałam  oddech.  W  gardle

urosła mi sucha gruda, a serce zaczęło łomotać głośniej i szybciej.

–  Dlaczego  –  ciągnął  ściszonym  głosem  –  dała  wam  takie  piękno  i

skazała na śmierć przed dwudziestymi pierwszymi urodzinami?

–  Nie  wiem  –  spuściłam  wzrok  na  ręce  spoczywające  na  kolanach  i

przypomniawszy  sobie  harpię,  zadrżałam  w  chłodnym  powietrzu.  –  Nie

jestem pewna, czy chcę się dowiedzieć.

Rozpuścił moje włosy, a potem wziął moje dłonie i ogrzał je w swoich.

– Musimy na jakiś czas się ukryć i dowiedzieć się wszystkiego o twojej

przeszłości.

–  Szkoda,  że  nie  możemy  po  prostu  zapytać  Novem.  Wygląda  na  to,  że

jego członkowie doskonale ją znają.

Zamilkłam  i  wsłuchałam  się  w  gwar  przyjęcia:  w  wybuchy  śmiechu,

brzęk  sztućców,  dźwięki  orkiestry.  Dla  większości  bawiących  się  tam  ludzi

były  to  pewnie  odgłosy  wesołej  zabawy,  ale  nie  dla  mnie.  W  moich  uszach

brzmiały  zwodniczo  i  jeszcze  bardziej  uwydatniały  czające  się  tam

zagrożenie.

– Jak myślisz, gdzie się podziała reszta dzieciaków? – zapytałam. – Bo w

domu ich nie było. Zastałam tylko Violet.

–  Nie  wiem.  Kiedy  posłaniec  mojej  babci  znalazł  nas  nad  rzeką,  Henri

background image

powiedział, że wrócą do Dzielnicy Ogrodowej. Ja przyszedłem tutaj, żeby się

rozejrzeć i zaczekać na ciebie.

– A co z twoim tatą?

–  Jeśli  wrócił,  na  pewno  pokaże  się  na  balu.  Ale  najpierw  musimy  się

upewnić,  że  Josephine  nie  wysłała  nikogo  po  pozostałych.  Jeśli  myśli,  że

może  cię  tu  trzymać  wbrew  twojej  woli  albo  używać  moich  przyjaciół  jako

przynęty,  to  chyba  jej  odbiło.  –  Zerknął  na  zegarek  i  wstał.  –  Mamy

wystarczająco dużo czasu.

Wstaliśmy z kanapy. Poprawiłam pasek podtrzymujący nóż łowcy τέρας

pod suknią.

– Na co?

Szybko  odwrócił  wzrok.  Jego  ciało  natychmiast  stało  się  sztywne  i

napięte.

– Około północy na balu dzieją się dziwne rzeczy.

Serce na chwilę zamarło mi w piersi.

– Jak to „dziwne”? – zapytałam, chociaż domyślałam się, o co mu chodzi.

–  Jest  sezon  –  wyjaśnił.  –  Czas…  dogadzania  sobie.  Kiedy  kończy  się

Mardi  Gras  i  zaczyna  Wielki  Post,  my  też  zaczynamy  pościć.  To  tradycja.

Więc podczas Mardi Gras…

Opijają  się  krwią,  nurzają  w  seksie  i  pewnie  w  wielu  innych

dekadenckich  przyjemnościach.  Zrozumiałam.  Nie  musiał  kończyć  zdania.

Nagle, stojąc przed Sebastianem, poczułam się bardzo mała.

– I naprawdę nigdy nie czułeś pragnienia? Ani razu?

– Wcale nie powiedziałem, że nigdy go nie czułem. Nie chcę, żeby krew

rządziła  moim  życiem.  Kiedy  raz  jej  skosztujesz,  działa  jak  narkotyk.  –

Patrzył przez okno na zamaskowanych imprezowiczów na podwórzu. – Jest

ciepła, pyszna i nigdy nie masz jej dość.

Pokiwałam głową, obracając maskę w dłoniach.

background image

– Zupełnie jak czekolada. – Próbowałam powstrzymać uśmiech.

Casey  zawsze  powtarza,  że  mam  dziwaczne  poczucie  humoru,  które

ujawnia się w najmniej oczekiwanych chwilach.

Sebastian  zamrugał,  a  potem  wybuchnął  śmiechem.  Miał  najfajniejszy

śmiech  i  najcudowniejszy  uśmiech,  jaki  kiedykolwiek  widziałam.

Rozświetlał jego szare oczy i żłobił w policzkach malutkie dołeczki.

– Tak, chyba masz rację. Zupełnie jak czekolada.

Napięcie w pracowni trochę opadło.

Wziął mnie za rękę i otworzył drzwi. Włożyłam maskę.

–  Trzymaj  się  mnie,  a  wszystko  będzie  w  porządku.  Znajdziemy  Violet,

upewnimy się, że nie ma tu pozostałych, a potem się stąd wyniesiemy.

background image

Rozdział piętnasty

KIEDY  SEBASTIAN  PROWADZIŁ  MNIE  WŚRÓD  TŁUMU,  nie

byłam  w  stanie  skupić  wzroku  na  jego  plecach.  Nie  potrafiłam  się  oprzeć

czarowi  cekinów  i  atłasu,  masek  i  tajemniczości.  Szmer  głosów,  muzyka,

kolory i odbijające się wszędzie światło sprawiały, że cały dom pulsował.

Sebastian  poruszał  się  szybko,  lawirował  wśród  gości.  Przed  oczami

przemykały mi obrazy, których starałam się nie zauważać, ale nie mogłam się

im  oprzeć.  Moją  uwagę  łatwo  przyciągały  mroczne,  zaciszne  zakątki  i  pary

zajmujące się czymś  więcej niż jedynie  tańcem i rozmową.  Serce na chwilę

zamarło  mi  w  piersi  na  widok  małych  białych  kłów  i  kropelki  krwi

połyskującej w kąciku uśmiechniętych ust. Błyszczała jak rubinowa łza, a po

chwili wysunął się język i szybko ją zlizał.

Sebastian  pociągnął  mnie  za  rękę  i  znowu  skupiłam  się  na  nim.

Zatrzymaliśmy  się  niedaleko  balkonu  na  pierwszym  piętrze.  Zrobiło  się

trochę chłodniej, więc łatwiej mi się oddychało i mogłam logicznie myśleć.

Głośne  dźwięki  czyneli  i  bębnów  z  ulicy  coraz  bardziej  narastały,

zagłuszając  orkiestrę.  Goście  wylegli  na  balkon.  Sebastian  zaklął  i  mocniej

ścisnął  mnie  za  rękę.  Unoszeni  tłumem  wylądowaliśmy  przy  balustradzie.

Zza rogu ulicy właśnie wychodziła parada Mardi Gras.

Goście  wokół  nas  krzyczeli  i  wiwatowali,  drinki  wylewały  im  się  z

kieliszków, oczy błyszczały od alkoholu, a policzki czerwieniły się od krwi,

podniecenia i zmysłowych rozkoszy parady.

Ulicą  zaczęły  sunąć  platformy,  jedna  za  drugą,  bardzo  powoli.  Każda

przedstawiała życie na morzu.

– To parada Posejdona – wyjaśnił Sebastian.

background image

Mężczyźni  stali  na  pokładzie  czegoś,  co  wyglądało  jak  stary  okręt

wojenny.  Zwrócili  twarze  ku  balkonowi.  Zza  prostych  złotych  masek  z

haczykowatymi  nosami  patrzyły  przygaszone  oczy.  Mieli  napoleońskie

czapki, długie ozdobne płaszcze i białe pończochy. Od czasu do czasu ktoś z

tłumu  coś  do  nich  krzyczał,  ale  żaden  z  mężczyzn  nawet  nie  drgnął.  Tylko

dalej się na nas gapili. Niepokojący widok.

Na  następnej  platformie  jechały  syreny.  Obsypywały  koralikami  tłum

zgromadzony na ulicy i na balkonie. Ludzie stojący za nami jeszcze bardziej

napierali na balustradę. Sebastian objął mnie w talii. Wiedziałam, że zrobił to

instynktownie, a nie dlatego, że miał ochotę mnie przytulić.

Pochylił się i zbliżył usta do mojego ucha.

– Powinniśmy rozejrzeć się w środku, póki wszyscy są zajęci.

Kiedy  to  mówił,  pojawiła  się  następna  platforma.  Przedstawiała

nadmorski  klif,  na  którym  wylegiwały  się  półnagie  syreny,  czekając  na

niczego  niepodejrzewających  żeglarzy.  Muzyka  płynąca  z  tej  platformy

przypominała kuszący syreni śpiew.

Nagle przez tłum gapiów na ulicy przemknęły błyszczące brązowe ciała.

Rozległy  się  piski  zachwytu.  Mężczyźni  w  przepaskach  na  biodrach  i  w

brązowych  maskach  na  twarzach  wskoczyli  na  platformę  z  syrenami.

Przycupnęli, czekając. Po chwili syreny skinęły w ich stronę ze zmysłowymi

tajemniczymi uśmiechami. Mężczyźni w maskach podpełzli do nich i zakryli

syrenie ciała własnymi. Tłum wiwatował.

Moja  twarz  płonęła.  Zmysły  totalnie  sfiksowały,  nie  byłam  w  stanie

dłużej  na  to  patrzeć.  Zupełnie  jakby  ten  hałas  na  dole  miał  hipnotyzujące

właściwości. Ale to przecież niemożliwe… prawda? Cała ta impreza działała

na  mnie  jak  jeden  wielki  odlot.  Upiłam  się  tymi  widokami  i  dźwiękami  jak

jakiś  mięczak,  a  teraz  robiło  mi  się  niedobrze.  Mocno  zacisnęłam  powieki,

zmuszając  umysł  do  odcięcia  się  od  natłoku  bodźców.  Musiałam  się  stąd

background image

wydostać. Rozejrzeć się w domu. Znaleźć Violet i resztę, a potem uciec.

Sebastian  się  poruszył,  jego  udo  przylgnęło  do  mojego  i  przesunęło  nóż

przy  skórze.  Metal  ogrzał  się  do  temperatury  ciała,  a  pasek  ciasno  oplatał

nogę. Może nawet zbyt ciasno. To jednak wystarczyło, żebym znowu zaczęła

trzeźwo myśleć.

Sznury  koralików  i  cukierki  latały  nad  naszymi  głowami.  Odsunęliśmy

się  od  balustrady,  ustępując  miejsca  innym.  Wycofaliśmy  się  wciągani  jak

fala, która wraca do morza. Z powrotem do domu Josephine.

Boże, muszę się pozbyć tej sukni! Było mi w niej stanowczo zbyt gorąco,

zbyt ciasno. Zdjęłam maskę i wsunęłam palce pod gorset, ciągnąc go w górę i

odklejając od ciała, żeby wpuścić do środka trochę chłodnego powietrza. Nie

pomogło.

– Chodź – powiedział Sebastian, idąc przez opustoszałą salę.

Ruszyliśmy biegiem.

Nagle drzwi balkonowe zamknęły się z hukiem.

Potem drugie. I następne.

Zatrzymałam  się  na  opustoszałym  parkiecie,  a  gdy  się  odwróciłam,

zobaczyłam, że drzwi zamykają się i ryglują bez niczyjej pomocy. Orkiestra

przestała  grać.  Zauważyłam,  że  niektórzy  goście  próbują  się  dostać  do

środka,  ale  nie  mogą.  Wszystkie  drzwi  zatrzaskiwały  się  przy

akompaniamencie szczęku zamków.

A potem zapadła cisza.

Tylko jedne drzwi nadal były otwarte.

Patrzyliśmy na nie, czekając, aż się zamkną, ale coś mi podpowiadało, że

one też czekają. Poczułam na plecach ostrzegawczy dreszcz.

Śnieżnobiałe  zasłony  po  obu  stronach  drzwi  wydęły  się  od  podmuchu

wiatru, powietrze zadrgało i zalśniło.

A potem nie wiadomo skąd wyłoniła się wysoka postać.

background image

Krew zamarzła mi w żyłach.

Nie miałam wątpliwości, kto wszedł do sali. Jak mogłabym je mieć?

Drzwi zatrzasnęły się za nią, wywołując grymas na mojej twarzy.

Metr osiemdziesiąt. Idealne ciało. Owinięte od szyi po nadgarstki i kostki

cieniutką, obcisłą skórą w ciemnym, przygaszonym, oliwkowym kolorze. Na

skórze były zmarszczki przywodzące na myśl gada – gada, który kiedyś żył.

Atena.

Miała alabastrową skórę, świetliste szmaragdowe oczy i długie, falujące,

czarne  włosy,  które  muskały  dół  pleców.  Każdy  kosmyk  tworzył  cienki

warkoczyk przeplatany wąziutkimi paseczkami skóry, ścięgnami i koralikami

z  kości.  Warkoczyki  wyglądały,  jakby  nosiła  je  od  setek  lat.  Skórę  wzdłuż

skroni, tuż przy linii włosów, pokrywały maleńkie symbole.

Pełne krwistoczerwone usta wykrzywiły się w uśmiechu.

–  Chyba  nie  zamierzałaś  opuścić  balu?  –  odezwał  się  gardłowy  kobiecy

głos, w którym wibrowała niezaprzeczalna władza.

Wodziłam  po  niej  wzrokiem.  Byłam  wstrząśnięta.  Nie  potrafiłam

wydusić z siebie słowa.

– Od lat się zastanawiałam, czy istniejesz, dziecko.

Zmusiłam  wyschnięte  gardło  do  przełknięcia  śliny.  Stałam  jak

wmurowana,  a  bogini  podeszła  bliżej  z  uśmiechem  przytwierdzonym  do

twarzy.  Z  podłym  zwycięskim  uśmiechem.  Mocno  ścisnęłam  rękę

Sebastiana.

O Boże.

Kiedy  wyraźniej  zobaczyłam  kostium  Ateny,  przewróciło  mi  się  w

żołądku.  On  się  ruszał.  Jak  żywa  istota  owinięta  wokół  jej  ciała,  z  bardzo

słabo  zarysowaną  ogromną  twarzą  rozgniecioną  na  płasko,  jakby  wyjęto  z

niej kości, rozprasowano i zszyto, żeby zrobić to… coś.

– Podoba ci się? – zapytała z radosnym błyskiem w oku. – Uszyłam go ze

background image

skóry  Tyfona.  Naprawdę,  wystarczył  malutki  kawałeczek.  W  końcu  Tyfon

był tytanem.

Od  razu  zrozumiałam,  dlaczego  postanowiła  włożyć  taki  kostium.

Tworzyła atmosferę zagrożenia. Chciała mnie zastraszyć.

Obejrzała  mnie  od  stóp  do  głów.  W  jej  beztroskiej  minie  dostrzegłam

jednak  pewne  napięcie,  jakby  za  bardzo  próbowała  pokazać,  że  mało  ją

obchodzę.

–  Nie  jesteś  taka  ładna  jak  pierwsza  z  was,  ale  widzę,  że  masz  te  same

włosy i oczy.

–  Wcale  ich  nie  chcę  –  wychrypiałam  z  wysiłkiem.  –  Możesz  je  sobie

wziąć.

W kącikach jej oczu ukazały się zmarszczki i Atena się roześmiała.

– Uważaj, co mówisz, dziecko, bo mogę to potraktować dosłownie. Tych

włosów i oczu nie dostałaś ode mnie. To dar natury.

– Ale… – W takim razie co dostałam od niej, do diabła?

– Ateno, nie masz prawa tu wchodzić! – warknęła wściekła Josephine.

O  mało  nie  wyskoczyłam  ze  skóry.  Drzwi,  którymi  weszła,  huknęły  o

ścianę. Matka rodu Arnaudów ubrana w suknię wieczorową przemaszerowała

po parkiecie jak królowa Anglii.

– Zerwałaś pakt.

– Och, pieprzę ten twój głupi pakcik, wampirzyco.

–  Obiecałaś,  że  już  nigdy  nie  zbliżysz  się  do  Nowego  Orleanu.  Tylko

dlatego  wydaliśmy  ci  łowcę  τέρας,  który  się  u  nas  ukrywał.  Taka  była

umowa.

– To dziecko wszystko zmienia, Josephine. Dobrze o tym wiesz. Wiesz,

że  nie  mogę  jej  zostawić  w  twoich  rękach.  Co  zamierzasz  zrobić,  hmm?

Chronić ją tak jak jej rodziców? Zdradzić ją tak samo jak ich?

Gwałtownie odwróciłam się w stronę Josephine.

background image

– Mówiłaś, że pomogłaś mojej matce.

Josephine rzuciła mi zniecierpliwione spojrzenie.

–  Twoja  matka  była  młoda  i  głupia.  Nie  wiedziała,  co  jest  dla  niej

najlepsze.

Do  pokoju  weszli  pozostali  członkowie  rady  i  stanęli  wokół  nas.  Drzwi

same  się  za  nimi  zamknęły  i  zaryglowały.  Zerknęłam  przez  ramię  i

zauważyłam,  że  goście  na  balkonie  nadal  byli  pochłonięci  paradą,  chociaż

kilka osób szarpało za klamki, próbując dostać się do środka. Najwidoczniej

Novem również chciało rozwiązać ten problem w wąskim gronie.

Michel powitał mnie ponurym kiwnięciem głową. Jego oczy mówiły, że

stoi po mojej  stronie, ale nie  mogłam mu ufać.  Jak miałabym  komukolwiek

ufać po tym, co usłyszałam?

Widząc  ojca  po  raz  pierwszy  od  prawie  dziesięciu  lat,  Sebastian

zesztywniał  i  mocniej  ścisnął  moją  rękę.  Ja  też  go  ścisnęłam,  ale  po  chwili

rozluźniłam  palce,  sygnalizując  mu,  żeby  poszedł  do  ojca.  Nie  ruszył  się

jednak z miejsca.

–  Dość  tego,  to  dziecko  należy  do  mnie.  –  Zniecierpliwiona  Atena

wyciągnęła rękę i chwyciła mnie za ramię.

Strach  wpadł  przez  moje  otwarte  usta  wraz  ze  zduszonym  okrzykiem,  a

potem przemknął gardłem i dotarł aż do płuc. Dotyk Ateny był zimny, a jej

lodowate palce zaciskały się na nagiej skórze mojego przedramienia.

Sebastian  nie  wypuszczał  mojej  dłoni.  Atena  spojrzała  mu  w  oczy.

Członkowie  rady  otoczyli  nas  i  unieśli  ręce  po  bokach.  Powietrze  w  sali

balowej naelektryzowało się, gdy połyskliwa błękitna linia energii połączyła

koniuszki ich palców, zamykając krąg.

–  Już  raz  cię  wypędziliśmy,  Ateno  –  powiedziała  Josephine.  Mówiła

mocnym  głosem,  w  którym  nie  było  śladu  wahania.  –  I  możemy  to

powtórzyć.

background image

Grube  paznokcie  Ateny  wbiły  się  w  moje  ramię,  paląc  skórę  oraz

sygnalizując,  że  za  chwilę  skóra  pęknie  i  popłynie  krew.  Bogini  powoli

przeniosła  wzrok  na  Josephine.  Jej  ciało  zastygło,  a  potem  przemówiła

głosem niższym i bardziej władczym niż przed chwilą.

–  No,  dalej.  Połączcie  swoje  moce.  Skierujcie  je  na  mnie,  a  wasz  bal

spłynie morzem krwi.

Patrzyłam  przerażona,  jak  Josephine  analizuje  te  słowa.  Widziałam,  że

nawet nie mrugnęłaby okiem, gdyby wszyscy wokół zginęli, pod warunkiem

że mogłaby dostać to, czego chciała.

Skórzany  kostium  znowu  poruszył  się  na  ręce  i  nadgarstku  Ateny,  tak

blisko  mnie,  że  drgnęłam  mimo  żelaznego  uścisku  bogini.  Wpadłam  w

panikę.

– Do czego ci jestem potrzebna? – wrzasnęłam, wyrywając się.

Atena  zastygła,  odwróciła  wzrok  od  Josephine  i  pochyliła  się  tak,  że  jej

twarz  znalazła  się  kilka  centymetrów  od  mojej.  Pokazała  mi,  z  czego

naprawdę jest stworzona bogini wojny.

Jej idealne oblicze nagle straciło piękno i zmieniło się w najmroczniejsze

i  najbardziej  przerażające  piekło,  jakie  kiedykolwiek  widziałam.  Śmierć.

Wojna.  Kości.  Jej  twarz  przeobraziła  się  w  królową  tego  wszystkiego.  Po

części  była  jedynie  czaszką.  Jedno  oko  zniknęło,  a  drugie,  nietknięte,  nadal

wibrowało  szmaragdową  zielenią.  Między  oczodołem  a  gałką  oczną  pełzły

robaki.  Ścięgna  rozciągnęły  jej  usta  w  uśmiechu.  A  w  czaszce,  pośród

skłębionych  włosów,  kości  i  gnijącego  mięsa,  dostrzegłam  jakiś  ruch.

Wewnątrz bogini, w całym jej ciele, pod żebrami, tkwiły dusze wojowników

i piekło, jakie tam znalazły.

Atena,  powróciwszy  do  swojej  pięknej  postaci,  wyprostowała  się  i

uśmiechnęła z wyższością.

– Niech zdecyduje dziecko.

background image

Ujrzałam  serce  wojny  i  śmierci.  Wiedziałam,  że  bogini  ma  moc

pozwalającą  zetrzeć  całe  miasto  z  powierzchni  ziemi.  Jasne,  być  może

istniały  układy,  pakty  i  prawa,  których  przestrzegała  nawet  ona,  ale

wiedziałam, że w tym wypadku jest gotowa spustoszyć cały świat, by zdobyć

upragnioną nagrodę. Mnie.

–  Nie  –  powiedział  Sebastian,  domyślając  się,  w  którą  stronę  się

skłaniam.

Mocniej ścisnął mnie za rękę, ale wysunęłam dłoń.

– Ateno – powiedział Michel, patrząc na boginię – pewnego dnia istoty,

które  stworzyłaś,  zwrócą  się  przeciwko  tobie.  A  wtedy  niech  bogowie  mają

cię w swojej opiece.

Gwałtownie odwróciła głowę.

–  Zawsze,  kiedy  próbują,  ponoszą  klęskę  –  warknęła.  –  Możesz

wylądować  tam,  gdzie  niedawno  byłeś,  Lamarliere,  więc  lepiej  zamknij

mordę.

Michel trafił w czuły punkt.

Moje  myśli  pędziły  jak  szalone.  Ciało  pokryło  się  gęsią  skórką.

Pomyślałam o harpii i o Arachne, ale bałam się je wezwać – bałam się tego,

co mogłaby wtedy zrobić Atena.

–  Trzynaście  lat  temu  prawie  ci  się  udało  nas  zniszczyć  –  odpowiedział

Michel  spokojnym  głosem,  choć  jego  oczy  błyszczały  z  wściekłości.  –

Powiedz, Ateno, żałujesz, że wezwałaś wtedy wiatr i morze? Żałujesz swojej

żądzy władzy?

– Ja niczego nie żałuję – syknęła.

–  Och,  z  pewnością  żałujesz.  Twoje  huragany  wymknęły  się  spod

kontroli. Może gdybyś nie popadła w tę przesadę, mogłabyś zatrzymać egidę

i nie musiałabyś jej strącać do morza.

Gwałtowny  wdech  Ateny  podpowiedział  mi,  że  Michel  ujawnił  coś,  o

background image

czym nie powinien był wiedzieć. Ale on tylko się uśmiechnął.

–  W  więzieniu  jest  mnóstwo  czasu  na  rozmowy…  Gdyby  twój  ojciec,

wielki  Zeus,  nadal  żył  i  dowiedział  się,  że  straciłaś  jego  egidę,  jedną  z

najpotężniejszych broni, tę, dla której go zabiłaś, ironia losu z pewnością by

go ubawiła, prawda? Bez egidy nie jesteś już niezwyciężona.

Atena  zesztywniała  i  wpatrzyła  się  w  Michela,  mrużąc  oczy.  Potem

mocno szarpnęła mnie za rękę.

– Z egidą czy bez, nadal jestem znacznie silniejsza niż wy. A ta gówniara

– trąciła moje włosy – zostanie moją nową egidą. Oddzielę jej głowę od ciała,

skórę  od  kości  i  zrobię  sobie  nową  tarczę,  lepszą  egidę  niż  tamta.  A  może

zdecyduję  się  na  napierśnik  albo  pelerynę.  –  Przesunęła  palcem  wzdłuż

mojego policzka. – Skóra ma wiele zastosowań.

Josephine się roześmiała.

–  Chyba  o  czymś  zapominasz,  Ateno.  Zabiłaś  jedynego  boga,  który

mógłby ci zrobić nową egidę. Zdaje się, że tracisz rozum.

O  cholera.  Zamrugałam  oczami.  Nie  tylko  Michel  igrał  z  losem.

Josephine też. Jej słowa sprawiły, że Atena jeszcze mocniej wbiła paznokcie

w  moją  skórę  i  ciało.  Ukłucie  mnie  zaskoczyło,  ale  tylko  na  chwilę.  Krew

spłynęła po moim przedramieniu powolną wąską strużką.

Gniew Ateny gwałtownie rósł. Otoczyła nas dławiąca ciężka energia.

– Nie muszę czekać, mogę ją wykorzystać już teraz. I chyba umrzesz jako

pierwsza, Josephine.

–  Nie  możesz  jej  wykorzystać  –  odparowała  Josephine.  –  Nie  osiągnęła

jeszcze dojrzałości.

Usta Ateny okrutnie się wykrzywiły.

– W takim razie przyspieszę ten proces! – Szybko zbliżyła dłoń do mojej

piersi.

– Nie!!! – Josephine rzuciła się do przodu, przerywając krąg.

background image

Atena  wyprostowała  drugą  rękę,  odpychając  Josephine  na  ścianę.  Za

Ateną pojawił się Sebastian.

– Sebastianie, nie! – zawołał Michel.

Ręka  Sebastiana  owinęła  się  wokół  szyi  Ateny.  Ścisnął  mocno,  ale  jej

ciało  na  chwilę  zniknęło  i  przedramię  Sebastiana  trafiło  w  pustkę.  Stracił

punkt oparcia i upadł na plecy.

Pod dłonią bogini rozlał się żar, który przeniknął do mojej piersi, ogarnął

całe  ciało  i  dotarł  do  głowy.  Dopadł  mnie  ten  sam  zdumiewający  ból,  który

poczułam na ulicy. Spalał mi mózg, rozszerzał naczynia krwionośne biegnące

pod czaszką, wywołując tępy ból. Gdzieś głęboko w moim ciele eksplodował

wrzask. Rósł, aż w końcu wypadł ustami. Nie przypominał ludzkiego głosu.

Spod  opadających  powiek  zobaczyłam  Michela,  który  odciągał

Sebastiana  szykującego  się  do  następnego  ataku  na  Atenę,  oraz  Josephine,

która  ponownie  stawała  w  kręgu.  Członkowie  rady  zaczęli  coś  nucić,  a

łącząca  ich  linia  mocy  robiła  się  coraz  grubsza.  Ale  to  wszystko  było  bez

znaczenia.  Umierałam.  Czułam,  że  moja  głowa  zaraz  eksploduje,  imploduje

albo się stopi…

Nigdy  nie  przypuszczałam,  że  potrafię  tak  przeraźliwie  krzyczeć  –  tak

długo i głośno, jakby dźwięk wydobywał się z głębi mojej duszy.

Wtedy  w  umyśle  mignęły  mi  obrazy.  Zobaczyłam  piękną  kobietę

podobną  do  mnie.  Czułą.  Kochającą.  Oddaną.  W  jakiejś  świątyni  nad

brzegiem  morza.  A  potem  rozległ  się  płacz  dziecka.  Tyle  śmierci.  Przez  te

wszystkie wieki. Rozpacz.

To  musiało  się  skończyć.  Musiało  się  skończyć.  Boże!  Nie  chciałam

umierać!

Prawą ręką chwyciłam Atenę za nadgarstek i mocno ścisnęłam, próbując

odsunąć jej dłoń i zakończyć tę agonię.

Nagle  na  powierzchnię  wypłynęła  złość,  która  na  chwilę  stłumiła  ból  w

background image

mojej  głowie.  A  potem  wypełniła  pierś.  Winę  za  te  wszystkie  obrazy,  za

śmierć  i  krzywdy  mojej  rodziny  ponosiła  Atena.  Ja  nic  złego  nie  zrobiłam,

podobnie jak moje przodkinie.

Otworzyłam rozpalone oczy.

Mocno  zacisnęłam  rękę,  wkładając  w  to  całą  siłę,  jaką  byłam  w  stanie

wykrzesać. Spojrzałam Atenie w oczy.

–  Jak…  ja…  cię…  nienawidzę  –  syknęłam,  chcąc  wydobyć  z  siebie  te

słowa,  zanim  umrę.  –  Za  to,  co  im  zrobiłaś…  Za  to,  że  jesteś…  złą…

pieprzoną… suką!

Atena  się  skrzywiła,  na  ułamek  sekundy  wytrzeszczyła  oczy.

Zauważyłam  tylko  malutką  iskierkę  bólu  i  poczułam,  że  szarpnęła  ręką.

Zacisnęłam zęby. Mocniej naparła dłonią na moją pierś, ale mimo to jakimś

cudem odsuwałam od siebie jej rękę.

Spojrzałam  w  dół,  na  swoją  dłoń  zaciśniętą  wokół  nadgarstka  bogini.

Biała skóra Ateny robiła się twarda i szara.

Co się dzieje, do diabła?

Zaskoczone, jednocześnie odskoczyłyśmy od siebie.

Ale  ja  lepiej  wykorzystałam  sytuację.  Umiałam  odsuwać  pewne  sprawy

na  bok  i  zostawiać  je  na  później.  Teraz  liczyła  się  tylko  walka.  Zacisnęłam

dłoń i wzięłam zamach, z którego Bruce byłby dumny. Moja pięść uderzyła

Atenę w szczękę, aż jej głowa odskoczyła na bok.

Serce  waliło  mi  w  piersi.  Ból  sprawiał,  że  świat  kołysał  mi  się  przed

oczami.  Nie  czułam  kolan  i  nie  byłam  do  końca  pewna,  jakim  cudem  nadal

trzymam się na nogach, ale uniosłam pięści, szykując się na powtórkę.

Atena  powoli  dotknęła  szczęki.  W  jej  szmaragdowych  oczach  pojawiło

się  zdumienie  i  przysięgam,  że  poza  tym  dostrzegłam  w  nich  jeszcze

odrobinę  bezbronności  i  zakłopotania.  Domyśliłam  się,  że  jestem  pierwszą

osobą, która odważyła się dać w zęby bogini wojny.

background image

I nagle zniknęła.

Tak po prostu. W jednej sekundzie tu była, a w następnej już nie.

Nogi odmówiły mi posłuszeństwa i klapnęłam tyłkiem na parkiet. Suknia

rozkloszowała  się  wokół  mnie  i  poczułam  się  bardzo  mała  –  jak  dziecko,

którym  czasami  mnie  nazywano.  Dziecko  udające  dużą  dziewczynkę  w

balowej sukni z falbankami. Dziecko niemające pojęcia o świecie, w którym

się  znalazło.  Dziecko  w  porównaniu  ze  starożytnymi  istotami,  które  tu

poznawałam.

Michel puścił Sebastiana, a ten podbiegł do mnie i upadł na kolana.

– Ari! Wszystko w porządku?

Czułam odrętwienie. Mogłam jedynie pokiwać głową.

Josephine  ruszyła  naprzód,  stukając  obcasami  o  podłogę,  i  szarpnięciem

postawiła mnie na nogi.

– Wstawaj. Mamy coś do zrobienia.

–  Josephine  –  zagrzmiał  głos  Michela.  –  Nie  powinnaś  tak  traktować

osoby, która właśnie uchroniła ten dom przed unicestwieniem.

Otworzyła usta, żeby coś odpowiedzieć, ale pozostali członkowie rady też

do nas podeszli, wyraźnie niezadowoleni ze sposobu, w jaki mnie traktowała.

Wypuściła moją rękę.

– Dobrze. – Odwróciła się do członków rady. – Atena wycofała się, żeby

lizać rany, ale to dopiero początek. Rozpęta wojnę z powodu tego dziecka.

Uniosła  suknię  i  szeleszcząc  nią,  wyszła  z  sali  balowej.  Po  drodze

krzyknęła na służące, żeby otworzyły drzwi, i dała oszołomionym muzykom

znak, by znowu zaczęli grać.

– Josephine ma rację. – Michel podał Sebastianowi rękę, pomagając mu

wstać z podłogi.

Przygładziłam  suknię,  a  Sebastian  stanął  naprzeciw  ojca,  którego  nie

widział  od  lat.  Przeniósł  wzrok  z  jego  twarzy  na  ich  złączone  dłonie.  Jego

background image

szare  oczy  wypełniły  się  wzruszeniem  i  nagle  on  także  upodobnił  się  do

dziecka. Michel zamknął go w niedźwiedzim uścisku.

Zostawiłam  ich  samych,  patrząc  na  gości,  którzy  wracali  na  parkiet.

Orkiestra  zaczęła  grać,  zjawili  się  kelnerzy  niosący  tace  z  przekąskami  i

kieliszkami szampana.

Przede wszystkim zauważyłam jednak Violet, która szeleszcząc fioletową

suknią,  sunęła  przez  parkiet  sprężystym  krokiem,  z  opuszczoną  maską.

Podeszła do mnie, włożyła maskę na twarz i zapytała:

– Co straciłam?

W  końcu  dotarła  do  mnie  absurdalność  tego,  co  się  przed  chwilą  stało.

Roześmiałam  się.  A  kiedy  już  zaczęłam  się  śmiać,  nie  mogłam  przestać.

Violet jak zwykle wpatrywała się we mnie swoimi spokojnymi oczami.

– Jestem zmęczona – oznajmiła wreszcie. – Wracajmy do domu.

Zamrugałam i zamilkłam.

Dom.

W  wyczerpanym  umyśle  poczułam  szczypanie  łez.  Otworzyłam  dłoń.

Violet wsunęła w nią swoją małą rączkę.

– Tak. Wracajmy do domu.

Pieprzyć radę. Opuszczałyśmy ten bal.

Wymaszerowałyśmy z sali, ignorując wołania Josephine.

Atena  nie  będzie  lizała  ran  w  nieskończoność.  Wiedziałam  o  tym.  Ale

teraz  musiałam  wrócić  do  starego  domu  w  Dzielnicy  Ogrodowej  i  chociaż

przez  chwilę  spróbować  żyć  normalnie,  nawet  jeśli  miało  to  potrwać  tylko

jedną noc.

– Hej! Zaczekajcie! – Tuż za bramą dogonił nas Sebastian.

Zatrzymałam  się  na  środku  ulicy.  Parada  już  się  skończyła,  ale  wokół

nadal snuły się grupki ludzi, niegotowe jeszcze do pożegnania się z imprezą.

Po raz pierwszy od chwili, w której go poznałam, Sebastian wyglądał na

background image

szczęśliwego, jakby ciemna chmura, która nieustannie nad nim wisiała, nagle

zniknęła.

– Nie idziesz do taty?

–  Nie  chcę,  żebyś  wracała  do  Dzielnicy  Ogrodowej  sama.  –  Lekko  się

zarumienił  i  włożył  ręce  do  kieszeni  spodni.  –  Gdyby  nie  to,  że  ściga  cię

bogini pragnąca zniszczyć Novem, pewnie rzeczywiście poszedłbym do taty

nadrobić zaległości.

– Ari nie jest sama, Bastianie – obruszyła się Violet.

Sebastian się uśmiechnął.

– Wiem, Violet. Ale im więcej ma obrońców, tym lepiej. – Spojrzał mi w

oczy. – Tata zaprasza cię do swojego domu. U niego jest bezpieczniej.

Wiedziałam, gdzie chcę być.

– Zastanowię się nad tym. Ale teraz chcę się pozbyć tej sukni i coś zjeść.

Umieram  z  głodu.  Poza  tym  Atena  zacznie  mnie  szukać  właśnie  w  domach

Novem, a nie w jakiejś zapuszczonej ruderze w Dzielnicy Ogrodowej.

Sebastian pokiwał głową. Wykonał szarmancki gest dłonią.

– Zatem w drogę, miłe panie.

Przez moją pierś przetoczyło się zabawne uczucie. Wybrał mnie. Zależało

mu. Tak, świat, który dotąd znałam, obracał się w gruzy i na szali leżało moje

życie,  lecz  szczęście,  które  czułam  w  tamtej  chwili,  przekreślało  wszystkie

problemy. Szliśmy chodnikiem w stronę tramwaju, który miał nas zawieźć do

domu.

background image

Rozdział szesnasty

ZNALEŹLIŚMY  DUBA,  HENRIEGO  I  CRANK  W  SALONIE.

Siedzieli  na  podłodze  wokół  stolika  do  kawy  i  grali  w  pokera  o  garnek

monet, złotych zębów, kamei i starej biżuterii. Na stole stało naczynie z zupą

z ketmii i brudne miseczki. Pachniało cudownie.

– Gdzie się podziewaliście, do cholery? – zapytał Sebastian zmęczonym

głosem, opadając na kanapę, żeby rozprostować nogi.

– Poszłaś na bal! – Crank rzuciła karty na stół, pożerając wzrokiem moją

wspaniałą czarno-białą suknię.

Zaparkowałam  tyłek  na  oparciu  kanapy  i  skrzywiłam  się,  kiedy  pasek

oplatający  udo  boleśnie  otarł  się  o  skórę.  Dub  rzucił  Crank  zdziwione

spojrzenie i dziewczyna od razu zmieniła ton.

– Pewnie cię gryzie.

– O tak.

Marzyłam  o  tym,  żeby  od  razu  zrzucić  z  siebie  suknię,  ale  byłam  zbyt

zmęczona,  by  dowlec  się  na  piętro.  Mogłam  jednak  uwolnić  się  od  noża.

Wstałam, odwróciłam się w drugą stronę, wysunęłam nogę, uniosłam suknię i

odczepiłam  nóż.  Położyłam  go  na  stoliku  obok  kanapy  razem  z

wnerwiającym paskiem.

Kiedy się odwróciłam, zobaczyłam, że wszyscy się we mnie wpatrują.

– Co?

Blade oczy Duba przesunęły się z noża na mnie.

– Ona naprawdę mi się podoba.

Crank szeroko się uśmiechnęła.

– Głosuję za tym, żebyśmy ją zatrzymali.

background image

Henri rzucił kartę na stół.

– Tak – westchnął. – Faktycznie do was pasuje, dziwadła.

–  Ha,  ha  –  powiedziała  z  przekąsem  Crank,  dając  mu  kartę.  –  Więc  na

którym balu byłaś?

– U Arnaudów – odpowiedziała Violet śpiewnym głosem, wymykając się

z pokoju. Odgłos jej kroków poniósł się echem po schodach.

Sebastian wolno wypuścił powietrze i przeczesał włosy palcami.

– Co się z wami działo? Myślałem, że pójdziecie prosto do domu.

–  Postanowiliśmy  zrobić  po  drodze  małe  plądrowanko  –  Dub  skinął  w

stronę  skarbu  na  stoliku.  –  Ten,  kto  wygra  garnek,  pójdzie  to  sprzedać

Spitsowi.

Zdjęłam buty.

– Kto to jest Spits?

– Dzielnicowy handlarz antyków – odpowiedział Sebastian.

Violet wróciła z Pascalem i przeszła przez salon, żeby wypuścić aligatora

tylnymi drzwiami.

– Chcecie się przyłączyć? – zapytał Dub mnie i Sebastiana.

– Nie – powiedziałam. – Ale zjadłabym trochę tej zupy.

–  Częstuj  się.  –  Henri  wykonał  gest  w  stronę  naczynia.  –  Przyniosła  ją

pani Morgan i te petits bébés o mało nie posikały się z radości.

Crank wymierzyła mu kopniaka.

– Aua, to bolało.

– Przestań nas nazywać dziećmi. Poza tym ty też cieszyłeś się jak głupek.

Jak zwykle.

–  Nie  –  poprawił  ją  Dub.  –  Henri  cieszył  się  na  widok  pani  Morgan.

Zakooochał się w niej.

Henri  zrobił  się  czerwony  jak  burak,  sięgnął  po  ząb  trzonowy  ze  złotą

plombą i rzucił nim w Duba, trafiając w czoło.

background image

– Wcale się nie zakochałem, kretynie.

Dub i Crank wybuchnęli śmiechem.

Sebastian nalał zupy do dwóch miseczek. Ześlizgnęłam się na poduszkę i

lekko uniosłam suknię, żeby usiąść po turecku.

– Pani Morgan – wyjaśnił Sebastian, podając mi miseczkę – jest kimś w

rodzaju objazdowej nauczycielki. Przychodzi do Dzielnicy Ogrodowej raz w

tygodniu i przynosi jedzenie.

– Wiem, Violet mi o niej wspomniała.

Byłam  tak  głodna,  że  jadłam  o  wiele  za  szybko.  Ale  co  tam,  zupa  była

pyszna.  I  sycąca.  Gra  w  pokera  trwała  dalej.  Już  wkrótce  Crank  wygrała

garnek  skarbów  i  triumfowała  z  takim  zaangażowaniem,  że  wzbudziłaby

uznanie nawet u zawodowego siłacza na gali wrestlingu.

Po tym, czego się dowiedziałam od Sebastiana – że Crank tak naprawdę

nie  jest  jego  siostrą  –  przyglądałam  jej  się  uważniej  i  czułam  żal  z  powodu

tego, przez co przeszła. Biedne dziecko.

Myślałam,  że  sporo  wiem  o  Nowym  2,  ale  po  przyjeździe  tutaj  i

spędzeniu  w  mieście  dwóch  nocy  zdałam  sobie  sprawę,  że  nie  miałam

pojęcia, jakie naprawdę jest to miejsce. Pomijając zjawiska nadprzyrodzone,

nigdy  bym  nie  pomyślała,  że  istnieją  dzieci  żyjące  na  własny  rachunek,

mieszkające w opuszczonych domach i zadowalające się tym, co uda im się

zdobyć.

Zresztą te dzieci okazały się cudowne. Byłam dumna, że z nimi jestem.

Jedno po drugim szły na górę spać. W końcu w salonie zostałam tylko ja,

Sebastian i Henri.

Henri oparł się plecami o krzesło stojące obok kanapy.

– Powiecie mi w końcu, co tak naprawdę się dziś stało?

Mrugnęła  lampka  na  stoliku,  sprawiając,  że  długie  cienie  na  ścianie

zakołysały  się  w  przód  i  w  tył.  Oczy  Henriego  zalśniły  w  tym  świetle

background image

nienaturalnym  blaskiem,  który  przywiódł  mi  na  myśl  uważne  spojrzenie

dzikiego drapieżcy.

Skinęłam  głową  i  Sebastian  opowiedział  Henriemu  o  wszystkim,  co

zaszło na balu, pomijając mój taniec z Gabrielem i naszą rozmowę w domku

gościnnym.

– Więc to Atena wywołała huragany – powiedział Henri, kręcąc głową.

– Kto wie? Może tylko je wzmocniła albo spowodowała ostatni. Mimo to

–  Sebastian  przeniósł  wzrok  na  mnie  –  nadal  nie  wiemy,  co  miała  z  tym

wspólnego twoja mama.

– Myślę, że Atena chciała ją dopaść tak jak teraz mnie.

–  Tak,  w  dodatku  żywą.  W  przeciwnym  razie  po  prostu  zabiłaby  cię  na

balu.

– I nie masz pojęcia, dlaczego ta popaprana bogini wojny i Novem tak się

o ciebie kłócą? – zapytał Henri.

Wzruszyłam ramionami.

–  Więc  co  teraz?  Ona  po  ciebie  wróci.  Przyjdzie  tutaj.  W  końcu  się

dowie, że nie jesteś z Novem, i zjawi się u nas.

Stwarzałam zagrożenie dla Duba, Crank i Violet. Henri nie musiał mówić

tego  głośno.  Wiedziałam,  że  moja  obecność  w  tym  domu  oznacza  dla  nich

niebezpieczeństwo.

Ścisnęło mnie w gardle.

– Wyjadę.

Sebastian zmarszczył brwi.

– Poza Obręczą Atena posiada pełną moc. Dowie się, że wyjechałaś, w tej

samej minucie, w której to zrobisz. Nie będziesz miała żadnych szans. Miasta

strzeże  przynajmniej  Novem.  To  za  mało,  żeby  ją  unieszkodliwić,  ale  moc

rodzin ją osłabia.

– Dzięki za wotum zaufania.

background image

– Ona się ciebie boi – zignorował mój sarkazm. – Czuję to. To przez tę

klątwę…  Cokolwiek  zrobiła  twojej  rodzinie,  to  coś  może  zaszkodzić  także

jej.

Pomyślałam  o  nadgarstku  Ateny,  o  tym,  jak  jej  skóra  stwardniała  pod

moim uściskiem.

Henri wstał, przeciągnął się i ziewnął.

–  Tak,  ale  na  niewiele  nam  się  to  przyda,  skoro  nawet  nie  wiemy,  na

czym polega ta klątwa.

Długo przyglądałam się Henriemu. Zegar szafkowy głośno tykał w ciszy.

–  Jest  jeden  sposób,  żeby  się  dowiedzieć  –  powiedziałam,  przenosząc

wzrok z Henriego na Sebastiana.

– Alice Cromley – odezwał się Sebastian.

Henri zamarł i wytrzeszczył oczy.

–  O,  do  diabła,  nie!  Nie  zamierzam  znowu  mieć  do  czynienia  z  tym

wybrykiem natury, Bastianie. Jeden raz mi wystarczy.

–  Wiesz,  gdzie  jest  jej  grób?  –  Wyprostowałam  się  i  wbiłam  wzrok  w

Sebastiana.  –  To  o  to  chodziło  Jeanowi  Solomonowi?  Też  wcześniej

korzystałeś z jej kości?

–  Wiele  lat  temu  –  odpowiedział  w  końcu  ściszonym  głosem.  –

Znaleźliśmy ją na cmentarzu Lafayette.

– Tak, żeby Bastian mógł poznać prawdę o…

–  Mniejsza  z  tym  –  przerwał  mu  Sebastian.  Z  każdym  wypowiadanym

słowem  nabierał  większej  pewności  siebie.  –  Wiemy,  gdzie  jest  jej  grób.

Umiem  przeprowadzić  rytuał.  Ari  ujrzy  prawdę,  a  potem  może  będziemy

mieli szansę powalczyć.

Z boginią wojny? O mało nie parsknęłam śmiechem.

– Wyruszymy przed świtem – ciągnął Sebastian, patrząc wyzywająco na

Henriego.

background image

Przez  chwilę  myślałam,  że  wysoki  rudzielec  będzie  się  kłócił,  ale

ostatecznie  pokiwał  głową  i  wyszedł  z  salonu,  mamrocząc,  że  musi  się

wyspać, bo od świtu dzieli nas już tylko kilka godzin.

– Dlaczego akurat przed świtem? – zapytałam, kiedy zniknął.

– Rytuały zawsze udają się lepiej, kiedy dzień przechodzi w noc albo noc

w dzień.

– Aha.

Znowu mrugnęło światło. Wolno przesunęłam wzrokiem po zakamarkach

ogromnego  salonu.  Czułam  się  tak,  jakbyśmy  byli  na  malutkiej  wysepce  na

ciemnym morzu, zupełnie odciętej od reszty świata.

– Powinnaś się trochę przespać – Sebastian przerwał milczenie.

Wróciłam  myślami  do  Gabonna’s,  gdzie  spałam  wtulona  w  jego  ciało  i

obudziłam się w ciepłym, bezpiecznym miejscu. Poczułam wspinającą się po

szyi falę gorąca.

– Wątpię, żeby udało mi się teraz zasnąć.

– Ja też.

Takie milczenie powinno być niezręczne, ale nie było. Wzięłam głęboki

oddech  i  mocniej  wtuliłam  się  w  poduszki  na  kanapie,  a  potem  oparłam

głowę na ramieniu wyciągniętym wzdłuż oparcia. Nie potrzebowaliśmy słów.

Żadne  z  nas  nie  chciało  iść  na  górę,  rozdzielić  się  i  próbować  zasnąć.

Mogliśmy  sobie  pozwolić  jedynie  na  drzemkę,  chociaż  wcale  nie  byłam

pewna, czy w ogóle uda mi się zapaść w sen.

Sebastian poruszył się, ułożył wygodniej i uniósł nogi, żeby oprzeć je na

stoliku  do  kawy.  Odchylił  się  do  tyłu  z  rękami  skrzyżowanymi  na  piersi  i

zamknął oczy. Patrzyłam na niego przez chwilę, próbowałam się odprężyć i

powstrzymać  myśli  kłębiące  się  w  mojej  głowie,  skaczące  od  zdarzenia  do

zdarzenia, bez końca wałkujące kilka ostatnich dni – wszystko, co powinnam

była zrobić, i wszystko, co chciałabym, żeby się stało.

background image

Łowca  τέρας,  którego  zostawiłam  w  więzieniu,  powracał  do  mnie  w

myślach  z  taką  wyrazistością,  że  czułam  smród  lochów  i  dotyk  błota.  I

słyszałam  jego  głos.  Rozgoryczony.  Wspominałam  ulotną  chwilę  dobroci,

kiedy  wskazał  mi  najkrótszą  drogę  do  wolności.  Tylko  dlaczego  to  zrobił?

Dlaczego  się  mną  przejmował?  I  przede  wszystkim  dlaczego  trafił  do  tego

więzienia – pomijając oczywiście to, że wkurzył Atenę?

To,  że  go  tam  zostawiliśmy,  trawiło  moje  wnętrzności  kwaśnym

wyrzutem  sumienia.  Bez  względu  na  to,  co  myślał  Michel  i  pozostali,

popełniliśmy błąd.

Kości  Alice  Cromley  były  kluczem  do  wszystkiego.  Może  jeśli

zrozumiem, jaką mam władzę nad boginią, oraz poznam powód, dla którego

Atena tak bardzo mnie potrzebuje, zagwarantuję sobie bezpieczeństwo, a ona

na dobre odczepi się od Nowego 2. Może kiedy już będzie po wszystkim, uda

mi się wrócić do rezydencji na bagnach i uwolnić łowcę.

Oddech Sebastiana stawał się coraz głębszy.

Zabawne,  jak  szybko  udało  mu  się  zasnąć  mimo  tak  trudnych

okoliczności. Bruce był taki sam. Potrafił zasnąć wszędzie, w każdej pozycji i

zazwyczaj w pięć minut.

Czarne  włosy  Sebastiana  lśniły  w  świetle.  Jeden  kosmyk  opadł  mu  na

czoło, nadając obliczu chłopięcy bezbronny wygląd. Kiedy patrzyłam na jego

profil,  w  moim  żołądku  eksplodowało  confetti.  Miał  odprężoną  twarz,  z

której  zniknęło  prawie  bezustanne  zmarszczenie  brwi.  Kącik  jego  ust  lekko

drgał.  Boże,  uwielbiałam  ten  ciemnoczerwony  kolor  jego  warg.  Był  taki

wyjątkowy, taki zniewalający.

Śmiech odbił się echem w mojej głowie. Oj, Ari, wpadłaś po uszy.

Tutaj  chodziło  jednak  o  coś  znacznie  głębszego.  Łączyła  nas  więź

powstała z podobieństw. Nawet w szalonym Nowym 2 Sebastian był inny niż

wszyscy, zrodzony z dwóch bardzo odmiennych rodów.

background image

Patrzyłam,  jak  jego  pierś  unosi  się  i  opada.  Nawet  jego  oddech  jest

pociągający. Cicho prychnęłam. Nie była to myśl w stylu dawnej Ari Selkirk.

Dawna Ari wolałaby umrzeć, niż wypowiedzieć ją na głos.

Z  uśmiechem  zamknęłam  oczy.  Tak,  Nowy  2  oddziaływał  na  mnie  na

przeróżne dziwne sposoby.

Obudziłam  się  w  ciemności  z  głową  wtuloną  w  pierś  Sebastiana,

otoczona  jego  ramieniem.  Zerknęłam  przez  okno  i  zauważyłam,  że  jeszcze

nie zaczęło świtać. Znowu zamknęłam oczy, ignorując tę część umysłu, która

wołała:  „Wstawaj!”.  Było  mi  zbyt  dobrze  w  cieple  ciała  Sebastiana  i  w

zapachu jego skóry przypominającym zapach wody z krystalicznie czystego

jeziora w górach Tennessee.

Jego ręka drgnęła na moim ramieniu. Po skórze przebiegł mi dreszczyk.

Budził się. Cholera. Cicho odchrząknął. Podniosłam głowę i usiadłam, a on

przesunął  się  do  bardziej  pionowej  pozycji.  Ziewnęłam  i  przeciągnęłam  się,

unikając  spojrzenia  jego  szarych  oczu.  Byłam  trochę  zawstydzona,  że

przytuliłam się do niego we śnie.

Skrzypienie podłogi na górze oznaczało, że Henri już wstał.

Sebastian  długo  wpatrywał  się  w  zegarek.  Jego  oczy  jeszcze  się  nie

obudziły. Włosy miał potargane i urocze. Uśmiechnęłam się.

– Cholera. Musimy ruszać – mruknął.

Odsunął  moją  spódnicę  ze  swoich  nóg,  zdjął  je  ze  stolika,  a  potem  się

pochylił, opierając łokcie na kolanach. Czarne włosy spadły mu na oczy.

Na  schodach  rozległ  się  tupot  stóp,  które  z  pewnością  nie  należały  do

jednej osoby. Do salonu wszedł Henri, a za nim Dub, Crank i Violet.

– Już im mówiłem, że nie mogą z nami iść.

Dub prychnął.

–  Nie  wiem,  co  paliłeś,  Henri,  ani  na  jakim  świecie  żyjesz,  ale  nikt  nie

będzie nam mówił, co robić, a czego nie.

background image

Violet  i  Crank  potwierdziły  kiwnięciem  głową.  Violet  stała  z  Pascalem

pod pachą. Znowu miała na sobie zwyczajną czarną sukienkę i maskę Mardi

Gras odsuniętą na czubek głowy.

Wstałam i przygładziłam suknię.

– Muszę się przebrać.

Zostawiłam  ich,  żeby  rozstrzygnęli  sprawę  między  sobą,  i  poszłam  na

górę  przebrać  się  w  ubranie,  które  podarował  mi  Michel  podczas  mojego

pobytu  w  Dzielnicy  Francuskiej.  Wcześniej  oczywiście  zabrałam  nóż  z

salonu i schowałam go do plecaka.

Kiedy  zbiegłam  po  schodach,  Sebastian  właśnie  zapinał  swoją  torbę.

Pozostali  czekali  obok  frontowych  drzwi  z  ponurymi,  zdeterminowanymi

minami.

– Domyślam się, że idziemy wszyscy? – powiedziałam.

– To wolny kraj. – Sebastian zarzucił torbę na ramię. – Jeśli komuś stanie

się krzywda, niedaleko jest Szpital Miłosierdzia…

Wyszliśmy  z  domu  i  reszta  ruszyła  wzdłuż  Coliseum  Street,  tylko  ja  na

chwilę przystanęłam. Dom przy First Street 1331 w mglistej ciemności przed

świtem  wyglądał  niesamowicie.  Czarny  ogromny  cień.  Upiorny  milczący

olbrzym, który strzeże spustoszonych ulic. Pokłoniłam mu się z szacunkiem.

To był mój dom. Kochałam go.

Zawsze  będę  wdzięczna  za  to,  co  zrobili  dla  mnie  Bruce  i  Casey,  ale

Memphis  nie  było  moim  miejscem  na  ziemi.  Bardziej  niż  czegokolwiek

innego  pragnęłam  zostać  tutaj,  ułożyć  sobie  życie  w  Dzielnicy  Ogrodowej.

Na własnych warunkach. Nie na warunkach Novem.

Nie  wiedziałam  jeszcze,  czy  dostanę  taką  szansę.  Pozostał  przecież

pewien  drobny  problem:  musiałam  się  pozbyć  Novem  i  greckiej  bogini

wojny. Bułka z masłem.

– Ari! – zawołał Dub.

background image

Po  raz  ostatni  spojrzałam  na  dom,  a  potem  pobiegłam  ulicą.  Dogoniłam

ich i zrównałam się z Sebastianem.

– Co miałeś na myśli, mówiąc, „jeśli komuś stanie się krzywda”?

–  Część  cmentarza  została  zalana  podczas  burz.  Kawałek  zatonął.  I

jeszcze go nie osuszono.

Henri wybuchnął śmiechem.

–  Powinni  go  nazwać  bagnistym  cmentarzem  Lafayette.  Miastem

umarłych. Krainą pełzających paskudztw.

Silny  dreszcz  pobiegł  w  górę  mojego  kręgosłupa  i  dotarł  aż  do  karku.

Cudownie.

–  Jak  już  wspomniałem,  jeśli  ktoś  zostanie  ukąszony,  szpital  jest

niedaleko.

Ciekawe, w której części cmentarza spoczywały szczątki Alice Cromley.

Nie  zadałam  tego  pytania,  w  zasadzie  nie  chciałam  znać  odpowiedzi.

Dostać  się  na  cmentarz  i  wydostać  się  z  niego.  Na  tym  powinnam  była  się

skupić. Być może grupa osób zdoła przestraszyć te „pełzające paskudztwa”,

zanim zdążą podpełznąć zbyt blisko.

Coś musnęło moją rękę i spojrzałam w dół. Violet niosła Pascala, a głowa

aligatora lekko podskakiwała w takt jej małych kroczków.

–  Mam  nadzieję,  że  grób  jest  w  tej  bagnistej  części  –  mruknęła

dziewczynka z tęskną miną.

Dobra,  Ari.  Trzymaj  się  Violet.  Jeśli  napotkamy  jakieś  węże,  Violet  i

Pascal będą mogli się nimi zająć. W zasadzie był to całkiem niezły pomysł.

Postanowiłam nie odstępować Violet na krok.

Cmentarz  Lafayette  znajdował  się  cztery  przecznice  od  First  Street.

Zbliżający  się  świt  przemienił  atramentowe  niebo  w  przygaszony  fiolet,

wystarczająco  jasny,  żeby  coś  widzieć,  ale  nadal  dość  ciemny,  by  spowijać

ciemniejsze  miejsca  mrokiem  i  lekko  oświetlać  długie  srebrzyste  pnącza

background image

oplątwy  zwisające  z  dębów  i  cyprysów  na  cmentarzu  i  wokół  niego.  Za

wysokim  ogrodzeniem  z  kutego  żelaza  zauważyłam  groby  wystające  z

miękkiej  ziemi  jak  szare  duchy.  Brama  głośno  jęknęła,  kiedy  Henri  ją

popchnął. Ten dźwięk sprawił, że mój puls przyspieszył.

Ciężki  zapach  mokrych  kamieni  i  błota  wisiał  w  wilgotnym  powietrzu,

przypominając mi o rezydencji nad Missisipi. Ziemię wokół głównej bramy

pokrywała  warstwa  liści  i  odpadków.  Żelazny  łuk  oplatały  gęste  krzaczaste

pnącza.  Zanurkowałam  pod  nie  i  weszłam  na  alejkę,  która  kiedyś  była

brukowana, a teraz popękała, porastając mchem i chwastami.

Jedynym  dźwiękiem,  jaki  rozlegał  się  na  cmentarzu,  było  szuranie

naszych  stóp,  które  zakłócało  spokój  poświęconej  ziemi.  Po  obu  stronach

alejki  biegły  długie  rzędy  grobów  wyrzeźbionych  na  podobieństwo

miniaturowych kościołów z marmuru i granitu.

Upływ  czasu  i  huragany  pozostawiły  tu  ślad  w  postaci  wyblakłych

kolorów,  pęknięć  i  porozrzucanych  wszędzie  kawałków  marmuru.  Niektóre

nagrobki  zostały  porwane  przez  fale  i  utworzyły  wysoką  stertę  gruzu  pod

ogrodzeniem.  Pośród  kamieni,  pnączy  i  liści  walały  się  ludzkie  kości  i

kawałki trumien.

Wpatrywałam  się  w  plecy  Sebastiana,  zastanawiając  się,  z  jakiego

powodu przyszedł w takie miejsce, by po raz pierwszy odszukać grób Alice

Cromley.

Henri zatrzymał się na końcu długiej alejki. Sebastian minął go i skręcił

w  następną.  Otaczały  nas  poprzewracane  nagrobki.  Było  już  wystarczająco

jasno,  by  dostrzec  drobne  przedmioty  leżące  na  ziemi.  Potknęłam  się,

zapatrzona na połamaną czaszkę wetkniętą pod płytę z marmuru.

Przy stercie gruzu Dub delikatnie mnie popchnął.

–  Zapomnij  –  powiedział,  podążając  za  moim  spojrzeniem,  lecz  błędnie

odgadując  przyczynę  zainteresowania.  –  Ten  cmentarz  został  już  dokładnie

background image

wyczyszczony.

– Jak to?

–  No  wiesz.  Chodzi  mi  o  rzeczy,  z  którymi  ich  chowają.  Pierścionki.

Naszyjniki. Pamiątki… W tamtym grobie znalazłem olbrzymi rubin.

– Ukradłeś coś z trumny?

Wiedziałam, że Dub okrada groby. Powiedział mi o tym Sebastian, ale i

tak nie mogłam uwierzyć.

Wzruszył ramionami i kopnął małą grudkę marmuru.

–  Jasne.  Przecież  oni  już  tego  nie  potrzebują.  A  myślałaś,  że  skąd

wzięliśmy  ten  garnek  skarbów  wczoraj  wieczorem?  Sprzedamy  je  Spitsowi,

on sprzeda antykwariatom, a antykwariaty turystom.

Na  myśl  o  niczego  niepodejrzewających  turystach,  którzy  paradują  w

biżuterii  nieboszczyków,  poczułam  ciarki  na  plecach.  Przypomniała  mi  się

czaszka w pokoju, w którym spałam.

– Proszę, powiedz, że tamta czaszka na toaletce nie jest prawdziwa.

Crank  wybuchnęła  śmiechem,  oglądając  się  przez  ramię.  Jej  warkocze

wystawały spod kaszkietu.

– To Eugene Hood z Saint Louis.

Saint  Louis  był  cmentarzem  w  Dzielnicy  Francuskiej.  Nic  dziwnego,  że

czaszka wytrąciła mnie z równowagi. Pochodziła z obrabowanego grobu!

Zanurkowałam  pod  nisko  rosnącą  gałąź  pochyloną  nad  grobami.  Alejka

kończyła  się  wysokim  żelaznym  ogrodzeniem  otaczającym  cmentarz.

Sebastian skręcił za ostatnim grobem i ruszył wzdłuż ogrodzenia po miękkim

dywanie  z  liści  i  trawy.  Ziemia  robiła  się  błotnista  i  chlupiąca,  coraz

wyraźniej wyczuwałam woń bagna.

Przed nami długie rzędy grobów wystawały z czarnej wody.

Sebastian  znowu  skręcił  i  od  razu  mi  ulżyło.  Przynajmniej  nie  szliśmy

prosto.

background image

Chlupotanie pod naszymi butami stawało się coraz głośniejsze. Poczucie

ulgi szybko mnie opuściło, bo na myśl o utopieniu się w błocie pełnym zwłok

ścisnęło mnie w żołądku i moje nerwy napięły się jak postronki.

–  To  tutaj  –  cicho  powiedział  Sebastian,  zatrzymując  się  przed

grobowcem.

Dwa  stopnie  prowadziły  do  prawie  dwumetrowych  żelaznych  drzwi.  Po

obu  ich  stronach  stały  dwie  marmurowe  urny  pełne  mułu,  odpadów  i  kęp

trawy.  Grobowiec  pokrywała  warstwa  porostów  i  glonów.  Na  drzwiach

widniał napis: RZECZNE ANIOŁY 1867.

Im dłużej stałam w miejscu, tym więcej czarnej wody zalewało mi czubki

butów. Violet wypuściła Pascala i aligator pobiegł na bagna, prawdopodobnie

w poszukiwaniu jakiegoś kąska na śniadanie.

Zerknęłam  za  siebie  na  ciemne,  spowite  cieniem  mokradła.  Zobaczyłam

słaby błysk oczu, tysięcy oczu. Miałam cholernie wielką nadzieję, że należą

do żab i aligatorów.

Henri  pomógł  Sebastianowi  popchnąć  ciężkie  żelazne  drzwi,  tworząc

wystarczająco  szeroką  szparę,  żebyśmy  mogli  przecisnąć  się  do  środka.

Potem odsunął się i wytarł ręce.

– Tym razem poczekam na zewnątrz. Bawcie się dobrze.

Sebastian  zsunął  torbę  z  ramienia,  otworzył  ją  i  wyjął  grubą  jasnożółtą

świecę.

– Dub.

Dub pstryknął palcami nad knotem. Płomień liznął powietrze.

– Gotowa? – zapytał mnie Sebastian.

Jeszcze  raz  zerknęłam  przez  ramię  i  zauważyłam,  że  zjawiło  się  więcej

błyszczących  oczu  –  całe  rządy  maleńkich  punkcików  kołyszących  się  na

wodzie.  Obserwowały  i  czekały.  Ruszyłam  naprzód,  tłumiąc  dreszcz  i

odpychając od siebie dziwaczną myśl, że wszystkie te lśniące ślepia przybyły

background image

ze względu na mnie.

Oddychaj głęboko. Wdech. Wydech.

Weszłam po popękanych marmurowych schodach, a Sebastian zniknął w

grobowcu, oświetlając mi drogę małym pomarańczowym światełkiem.

Obróciłam się bokiem i z łatwością wślizgnęłam się do środka.

Duszne wilgotne powietrze utrudniało oddychanie. Grobowiec miał mniej

więcej  trzy  metry  głębokości  i  może  ze  dwa  wysokości  w  najwyższym

miejscu pod sklepionym sufitem, więc w środku mogły się zmieścić cztery, a

może nawet pięć osób.

Po  przeciwległych  stronach  prostokątnego  pomieszczenia  stały  dwie

długie półki zastawione urnami i skrzynkami. Kolejne upchnięto na podłodze

poniżej.

–  Grobowce  były  wykorzystywane  wielokrotnie.  Dlatego  tyle  tutaj  ciał.

W dawnych czasach wyjmowano kości z trumny, wkładano je do skrzynki, a

potem wnoszono nową trumnę z nowym nieboszczykiem. Kiedy ciało uległo

rozkładowi albo zmarł następny członek rodziny, powtarzano tę procedurę od

początku. To coś jak zabawa w komórki do wynajęcia dla zmarłych.

– Fajnie.

Rozejrzałam się po małej przestrzeni, zauważając, że starsze skrzynki są

popękane  i  zbutwiałe,  a  ze  środka  wyzierają  kości.  Serce  załomotało  mi  w

piersi,  bo  cholernie  zależało  mi  na  tym,  żeby  nie  wdychać  w  płuca  zapachu

rozkładających się zwłok.

– Która z nich to Alice?

Sebastian  przeszedł  na  tył  grobowca.  To,  co  wzięłam  za  długą

marmurową ławkę, okazało się kamienną trumną ustawioną pod ścianą. Nad

nią,  we  wgłębieniu  wyrzeźbionym  w  marmurowej  ścianie,  dostrzegłam

wypaloną do połowy starą świecę.

– Przed chwilą powiedziałeś, że przekładali kości do skrzynek.

background image

–  Wszystkie,  oprócz  tych.  Pamiętasz  legendę,  którą  opowiedział

woźnica…  o  dwóch  topielcach  w  rzece?  To  tylko  bajeczka.  –  Ustawił

świeczkę  na  półce  w  ścianie,  a  potem  ukląkł  przy  grobie.  –  Pomóż  mi

popchnąć.

Zajął  miejsce  przy  jednym  rogu,  a  ja  przykucnęłam  przy  drugim  i

położyłam dłonie na szorstkiej pokrywie z marmuru.

– Dobra, więc jak brzmi prawdziwa historia?

– Alice Cromley zginęła z ręki kochanka. Zbrodnia namiętności. Nikt nie

wie, co dokładnie się stało, ale na pewno nie wylądowała w rzece. Umierając,

poinstruowała go, jak spreparować ciało. To był jakiś rytuał wudu. Zrobił, co

kazała,  bo  bał  się  klątwy  i  dlatego,  że  jak  twierdzą  niektórzy,  naprawdę  ją

kochał. Gotowa?

Pokiwałam  głową,  wiedząc,  że  za  chwilę  będę  musiała  zaczerpnąć  tchu.

Moje  serce  i  płuca  już  ledwie  zipały.  Zacisnęłam  zęby,  spojrzałam  na

kamienną płytę i w końcu wzięłam głęboki oddech, dochodząc do wniosku,

że  lepiej  to  zrobić  teraz,  niż  kiedy  trumna  zostanie  otwarta  i  powietrze

wypełni się… Alice Cromley.

Zanim  zdołaliśmy  przesunąć  jeden  róg  marmurowej  pokrywy,  byliśmy

już  porządnie  spoceni.  Następnie  poszliśmy  na  drugi  koniec  i  zrobiliśmy  to

samo, otwierając trumnę prawie do połowy.

Sebastian odsunął się i usiadł. Pot zrosił mu czoło tuż przy linii włosów.

– To powinno wystarczyć.

Otarł twarz przedramieniem, a potem wstał i sięgnął po świecę. Z ponurą

miną spuścił wzrok na trumnę.

Uklękłam i moje oczy znalazły się wystarczająco wysoko, żeby spojrzeć

nad  krawędzią  trumny  i  zerknąć  na  miejsce  spoczynku  niesławnej  Alice

Cromley.

Wydałam  z  siebie  zduszony  okrzyk.  Zatrzepotałam  obiema  rękami,

background image

szukając  jakiegoś  oparcia,  które  uchroni  mnie  przed  runięciem  do  tyłu.

Chwyciłam krawędź szorstkiej trumny.

W środku leżała bardzo piękna Kreolka w idealnym stanie.

Alice Cromley.

Jej  suknia  była  w  strzępach,  ale  skóra  i  włosy  wyglądały  tak,  jakby

włożono ją do tej trumny zaledwie parę godzin temu.

– To niemożliwe – szepnęłam.

Słysząc śmiech, odwróciłam się od tej makabrycznej sceny i zobaczyłam

szeroko uśmiechniętego Sebastiana z uniesioną czarną brwią.

– Po tym wszystkim, co widziałaś? Wampiry. Bogini. Harpia.

– Tak. One wszystkie nadal wydają mi się niemożliwe. Podobnie jak to.

Śmiech Sebastiana zupełnie nie pasował do sytuacji.

– Nie w Nowym 2. Tutaj wszystko jest możliwe.

– Nawet pokonanie greckiej bogini?

Sebastian otworzył torbę.

– Powinniśmy się pospieszyć. Musimy zdążyć, zanim wzejdzie słońce.

Wyciągnął sekator.

– Jezu. – W żołądku poczułam napięcie, które w mgnieniu oka przeszło w

mdłości.

– Domyślam się, że to ja będę czynił honory.

Najwidoczniej niczego innego się nie spodziewał, bo od razu odwrócił się

w  stronę  trumny.  Pochylił  się  i  uniósł  bosą  stopę  Alice  Cromley.

Zauważyłam, że brakuje jej małego palca.

Cholera. Cholera. Cholera.

Odwróciłam wzrok i skrzywiłam się. Trzask kości w sekatorze odbił się

echem od marmurowych ścian. Miałam wrażenie, że lada chwila obudzą się

umarli.  I  będą  wściekli,  bo  zbezcześciliśmy  zwłoki  jednej  z  nich.  Prawie

rzuciłam się do ucieczki.

background image

– Szybko – szepnął Sebastian.

Usiadł,  opierając  się  plecami  o  sarkofag,  a  następnie  wyjął  z  torby

moździerz i tłuczek, obrał mały palec ze skóry, osuszył kość i wrzucił ją do

moździerza. Zaczął ją ucierać na proch. Zerknął na mnie. Stałam i nie byłam

w stanie się poruszyć.

– Chcesz się dowiedzieć czy nie?

Przełknęłam ślinę, zduszając paniczny strach. W mojej krwi pędziło tyle

adrenaliny,  że  nie  czułam  nóg.  Każda  komórka  ciała  krzyczała:  uciekaj!

Uciekaj jak najdalej od tej mrocznej, koszmarnej sceny i nie odwracaj się za

siebie, zapomnij o niej na zawsze. Zamiast tego usiadłam jednak sztywno na

podłodze i patrzyłam, jak Sebastian uciera malutką kość na proch.

Gdzieś  w  głębi  serca  wiedziałam,  że  zawartość  moździerza  ma

wylądować  w  moim  ciele.  Ale  nie  myślałam  o  tym.  Po  prostu  patrzyłam  i

pozwalałam, żeby głowę wypełniła mi pustka.

background image

Rozdział siedemnasty

KILKA  DŁUGICH  MINUT  PÓŹNIEJ  Sebastian  postukał  tłuczkiem  o

brzeg moździerza, strzepując do środka drobinki kościanego pyłu.

– Wyciągnij rękę.

Zacisnęłam zęby. Nie poruszyłam się. Nie byłam w stanie. Spojrzałam w

szare oczy Sebastiana. Były ciemne i nieodgadnione. Drgnął mięsień w jego

szczęce. Tylko raz, ale i tak to zauważyłam. Potem Sebastian sięgnął w moją

stronę, chwycił mnie za rękę i wysypał mi na dłoń zawartość moździerza.

–  Ja  też  byłem  przerażony  –  powiedział  cicho.  –  Ale  w  razie  potrzeby

zrobiłbym to jeszcze raz. To tylko kość. Pył. Nie ma smaku. Jakbyś wdychała

sproszkowany kamień.

– Sproszkowany kamień – powtórzyłam.

Sproszkowany kamień. Z tym sobie poradzę. Jestem silna. Poradzę sobie

ze wszystkim. Tak, ze wszystkim.

Skupiłam  się  na  małej  kupce  pyłu  w  przymkniętej  dłoni.  Sproszkowany

kamień. Zbliżyłam ją do nosa, czując, jak serce wali mi o żebra, pochyliłam

się, a potem wciągnęłam.

Pył  przemknął  przez  nos  i  uderzył  w  tylną  ścianę  gardła,  ziarnisty  i…

podobny do sproszkowanego kamienia, tak jak powiedział Sebastian. Zatkało

mnie.  Był  zbyt  suchy  jak  na  i  tak  już  wyschnięte  gardło.  Nie  mogłam

przełknąć śliny. Pył zbił się w grudki. Żołądek niebezpiecznie się zakołysał,

dając  gardłu  sygnał  do  wymiotów.  Dokładnie  w  tej  chwili  obraz  przed

oczami  zakołysał  się  i  po  moim  ciele  przeszły  ciarki,  które  ślizgały  się  pod

skórą jak błyskawica.

Grobowiec  przekrzywił  się  i  osunął  na  bok  jak  karnawałowa  beczka

background image

śmiechu.

Uderzyłam policzkiem o podłogę. Nie, nie o podłogę. O rękę Sebastiana,

która złagodziła upadek, a potem delikatnie wysunęła się spod mojej twarzy.

Mój wzrok skupił się na blasku świecy stojącej na podłodze, a potem na

kolanie Sebastiana w rogu i na pogrążonych w cieniu skrzynkach z kośćmi w

tle.

Zamarłam,  byłam  całkowicie  sparaliżowana,  ale  mój  umysł  ciągle  się

turlał i powoli zataczał krąg na tej karuzeli. Powieki stawały się coraz cięższe

i  opadały  coraz  bardziej,  aż  w  końcu  zamknęły  się  oślepione  białym

blaskiem.

Jaskrawe światło.

Migające kolory. Oślepiające. Połyskliwa biel i intensywne błękity.

Rozedrgane  odbicie  słońca  na  powierzchni  morza  i  na  gładkim

marmurze.

Urywane głosy.

Migawki  przedstawiające  grecką  świątynię  pośród  nadmorskich  skał.

Piękne miejsce. Przepiękne.

Za  doskonałymi  kolumnami  unoszą  się  białe  włosy  falujące  jak  flaga  na

lekkim wietrze.

Czuję  ucisk  w  piersi.  W  moim  ciele  rozlewa  się  strach  podsycany

świadomością  tego,  co  się  dzieje.  Mam  wrażenie,  że  to  przydarza  się  mnie.

Ogarnia  mnie  przerażenie,  kiedy  kobieta  o  białych  włosach  wyrywa  się  z

uścisku  czyjejś  wielkiej  dłoni  trzymającej  ją  za  ramię.  Traci  równowagę  i

potyka  się,  uciekając  do  świątyni.  Jest  zbyt  przerażona,  by  poczuć  ból  po

upadku  na  twarde,  bezlitosne  płytki  mozaiki.  Odwraca  się  i  rozpaczliwie

pełznie po podłodze, próbując uciec od ogromnej postaci.

Kobieta wie.

On chce ją posiąść i nic mu w tym przeszkodzi.

background image

Jego  ręka  sięga  w  stronę  rąbka  jej  szaty  i  powoli  unosi  go  na  wysokość

ud. Kobieta nie może nic zrobić, kiedy górujący nad nią mężczyzna wymawia

kojące obce słowa przesycone siłą i władzą, która nakazuje jej spuścić wzrok

i nie patrzeć mu w twarz. Sprzeciw oznaczałby śmierć.

Zaciskam dłonie w pięści, a całe moje ciało robi się sztywne i odrętwiałe.

Powolny  strumień  wściekłości  wzbiera  w  najgłębszym  zakątku  mojej

duszy, zrodzony z gniewu, niesprawiedliwości i strachu. Wylewa się z gardła,

pobrzmiewając rozpaczą i protestem.

W jakimś małym ciemnym miejscu w mózgu, gdzie zachowałam zdolność

trzeźwego  myślenia,  wiem,  co  spotyka  tę  kobietę.  Nie  chcę  jednak

doświadczać  tych  emocji,  więc  stawiam  im  opór,  stawiam  opór  mocy

jasnowidzących  kości  Alice  Cromley  i  zaciekle  walczę,  zamykając  umysł

przed tymi doznaniami, mimo że oczami umysłu widzę przebłyski gwałtu.

I nagle jest już po wszystkim.

Kobieta  na  podłodze  kuli  się  i  płacze.  Jej  srebrzyste  włosy  leżą

promieniście  rozrzucone  na  kolorowej  mozaice,  a  ciało,  w  białej  szacie

poplamionej krwią na wysokości pośladków, drży.

Gdy  mój  umysł  chłonie  cierpienie  tej  kobiety,  czuję  wzbierającą  złość.

Rośnie ucisk w gardle, oczy i policzki są mokre.

Obraz ponownie roztapia się w jaskrawym błysku.

Rozlega się głos. Głos tak znajomy, że po plecach przebiega mi dreszcz.

Atena.

Rozpoznaję  jej  głos,  ale  nie  rozumiem  słów.  Brzmią  obco,  podobnie  jak

słowa  tamtego  mężczyzny.  Dźwięczy  w  nich  ta  sama  sztuczna  życzliwość.

Obrazy  szybko  przemykają.  Słowa  stają  się  brutalne,  potępiają,  nie

dopuszczają  sprzeciwu.  Kiedy  doświadczam  szoku  jasnowłosej  kobiety,

niedowierzanie  zalewa  mnie  wolno  jak  miód  i  wyraźnie  czuję,  że  stanie  się

coś  złego.  Bogini  obwinia  kobietę  za  gwałt  w  świątyni,  za  zbezczeszczenie

background image

świętego miejsca Ateny.

Jasnowłosa  z  wysiłkiem  podnosi  się  z  podłogi.  Jest  obolała,

zdezorientowana  i  zrozpaczona  tym,  że  odwraca  się  od  niej  bogini,  którą

czciła i kochała od dziecka.

Widzę  oczami  tej  kobiety.  Widzę  stopy  Ateny  i  rąbek  jej  szaty.  Ale  nie

twarz. Nie wolno mi patrzeć bogom w twarz. I właśnie wtedy spada na mnie

klątwa.  Nadal  nie  rozumiem  słów  padających  z  ust  Ateny,  ale  nie  mam

żadnych  wątpliwości,  co  się  dzieje.  Powietrze  zmienia  się  i  uderza  z

pierwotną siłą, wiruje wokół kobiety, szarpie jej szatę i unosi włosy. Te oczy,

piękno  i  włosy  doprowadzają  ją  do  zguby,  bo  mściwa  i  niesprawiedliwa

bogini  w  szale  małostkowej  zazdrości  wyładowuje  gniew  na  niewinnej

spokojnej kobiecie.

Najpierw zgwałcona, a teraz obarczona winą.

Kobieta  krzyczy,  kiedy  wirujące  powietrze  wnika  do  jej  ciała  ożywione

zaklęciem Ateny. Przenika jej skórę, organy i kości. Zmienia kształty, niosąc z

sobą  brzydotę  i  truciznę.  Palący  ból  wyrywa  się  z  ust  kobiety  gardłowym

pierwotnym krzykiem, który zapiera mi dech. Czuję ten ból. Ale wiem, że jest

on  niczym  w  porównaniu  z  tym,  którego  doświadcza  ona.  Kobieta  zgina  się

wpół,  a  jej  żołądek  pozbywa  się  zawartości  na  mozaikową  podłogę.  Ból

odbiera  kobiecie  wzrok.  Już  nie  widzi,  jedynie  czuje.  Jej  głowa  płonie,

otwierając się pośród drgawek i łez. Kobieta wyciąga rękę, żeby złapać się za

rozpalone czoło, ale coś kąsa jej dłonie. Kąsa boleśnie. A potem jeszcze raz i

znowu, aż w końcu pochłania ją litościwa czerń.

Oddychaj, powtarzam sobie. Serce wali mi jak oszalały bęben rytualny, a

jego dźwięk niesie się we mnie echem. Uwięziony w ciele.

Następny  błysk  przenosi  mnie  z  białej  świątyni  do  ciemnej  groty.  Grotę

spowija  cień.  Na  ścianach  migoczą  płomienie  świec,  a  od  pustych  ścian

odbijają się krzyki i dyszenie tej samej kobiety.

background image

Tyle cierpienia.

Po  chwili  słyszę  płacz  nowo  narodzonego  dziecka,  które  matka  niesie

przez  ciemność  –  kolejna  matka  udręczona  bólem  porodu.  Serce  pompuje

krew. Nogi są słabe, ale wola silna. Kobieta chce ocalić to dziecko. Ukryć je.

Ukryć.  Płacze  gorącymi  łzami  i  z  każdym  krokiem,  który  przybliża  ją  do

porzucenia dziecka, coraz bardziej pęka jej serce.

To jednak jedyne rozwiązanie.

Ukrywała  się,  ale  wkrótce  ją  znajdą.  A  kiedy  to  nastąpi,  nie  będą  mieli

litości dla tego dziecka. Dla dziecka zrodzonego z kobiety i boga.

Jęczę,  a  mój  głos  wznosi  się  ponad  tymi  obrazami  i  dociera  do  uszu.

Kobieta kładzie dziecko pod drzwiami wiejskiej chatki z kamienia.

Potem ucieka. Jej serce gwałtownie bije. Słabe ciało krwawi. Ciepły płyn

cieknie po udach równie szybko jak łzy po twarzy. Kobieta jest zdruzgotana.

Porzucenie  dziecka  sprawia  jej  więcej  bólu  niż  wszystkie  czyny  Ateny  i

okrutnego boga.

Wraca do jaskini, do małego zakątka, w którym jej córka po raz pierwszy

złapała powietrze, i ryje rękami w ziemi, żeby zatrzeć ślady porodu, zniszczyć

dowód przyjścia dziecka na świat. A potem kładzie się jak zwierz, by czekać

na myśliwego.

Tym razem nie będzie się ukrywała, nie będzie uciekała ani walczyła. Tym

razem  pozwoli  obciąć  sobie  głowę.  Jest  zmęczona,  zbyt  zniszczona,  żeby

nadal tak żyć.

Nie pamięta już,  ile nocy i  dni przeleżała na  zimnej kamiennej podłodze

jaskini.  Gdy  pojawia  się  łowca,  od  razu  go  wyczuwa.  Podnosi  głowę  i  drży.

Budzi się w niej potwór. Jej dłonie macają w poszukiwaniu małej świeczki i

krzemienia. Zapala knot.

Cienie  liżą  ściany  i  wyginają  się  na  nich,  ukazują  skradającego  się

mężczyznę  w  rynsztunku  bojowym.  Jego  dłoń  zaciska  się  na  rękojeści

background image

krótkiego miecza. W drugiej ręce trzyma okrągłą tarczę. Intruz zbliża się do

światła świecy.

Cienie na ścianie się spotykają.

Kobieta  pochyla  się  i  słyszy  syczenie  w  swojej  głowie  –  dźwięk,  którego

nienawidzi  bardziej  niż  czegokolwiek  innego  na  świecie.  Dźwięk,  który

wkrótce zostanie uciszony.

Mężczyzna bierze zamach.

Ostremu  ukłuciu  na  karku  kobiety  towarzyszy  jej  zduszony  okrzyk,  który

po  chwili  wypełnia  ciało  poczuciem  ulgi.  W  końcu  jest  wolna.  Wolna  od

klątwy,  wolna  od  bycia  potworem.  Wychodzi  na  spotkanie  śmierci,

pocieszając się wspomnieniami o dziecku spoczywającym w jej ramionach.

– Ari!

Ktoś  turla  moją  głowę  w  prawo  i  w  lewo  po  twardej  podłodze.  Czyjeś

ręce mocno trzymają mnie za ramiona.

– Ari! Niech to szlag, oddychaj!

To  głos  Sebastiana.  Jego  ręce.  Mam  oddychać?  Dlaczego?  Przecież  nic

mi  się  nie  stało.  Jest  w  porządku.  Miło  i  sennie.  Wycofałam  się  w

obezwładniającą ciepłą czerń, która wydawała mi się bardzo kojąca.

Dopóki czyjaś pięść nie rąbnęła mnie w klatkę piersiową.

Do diabła!

Gwałtownie  podniosłam  powieki.  Usiadłam  z  rozdziawionymi  ustami  i

wytrzeszczonymi oczami, które jednak niczego nie widziały. Czułam palący

ból w płucach. Okropne kłucie w piersi. Poruszałam ustami jak ryba wyjęta z

wody.  Dusiłam  się.  Po  chwili  mój  wzrok  nabrał  ostrości,  a  wraz  z  nią  w

końcu do mnie dotarło, że muszę wciągnąć powietrze, muszę oddychać.

Jezu Chryste, przecież muszę oddychać!

Moim  ciałem  gwałtownie  szarpnęło,  kiedy  mózg  w  końcu  odebrał

właściwy sygnał, i udało mi się złapać wielki, rozpaczliwy haust powietrza.

background image

Serce tak mocno tłoczyło krew, że jeden oddech okazał się niewystarczający,

zdecydowanie niewystarczający.

Sebastian  trochę  się  odsunął  i  otarł  czoło  ręką.  Kiedy  chwycił  mnie  za

dłoń, w jego oczach odmalowała się ulga.

– Przestałaś oddychać – powiedział po dłuższej chwili. – Leżałaś zupełnie

nieruchomo i cicho. Przez cały czas. Nawet nie mrugnęłaś.

Wstrząsały mną dreszcze. Zdusiłam łzy i przełknęłam ślinę.

– Naprawdę? – zapytałam zdławionym głosem.

Bo przecież doskonale pamiętałam krzyki, płacz i jęki.

I  doskonale  pamiętałam  swoją  przeszłość.  Nie,  nie  moją.  Okrutną

rozdzierającą serce przeszłość mojej przodkini. Pierś wypełniła się resztkami

rozpaczy,  której  doświadczyłam  jako  tamta  kobieta.  Ukryłam  twarz  w

dłoniach.

– Zobaczyłaś.

Podniosłam wzrok, a moje ręce bezwładnie opadły na kolana.

– Tak – powiedziałam drżącym i cichym głosem. – Zobaczyłam.

Czekał. A ja nie byłam w stanie wydusić słowa.

– Moglibyśmy się już stąd wynieść? – zapytałam w końcu.

Przyglądał  mi  się  przez  dłuższą  chwilę.  Zauważyłam  troskę  i  strach  w

jego  spojrzeniu,  ale  szybko  skinął  głową  i  zaczął  wkładać  rytualne

przedmioty z powrotem do torby.

Zasunęliśmy  ciężką  pokrywę  nad  nienaturalnie  świeżym  ciałem  Alice

Cromley i wyszliśmy z grobowca.

Długie  fioletowe  i  pomarańczowe  pasma  wyciekały  na  ciemne  niebo  od

wschodu,  ukazując  cmentarz  w  jego  upiornej  podupadłej  chwale.  Wysokie

ogrodzenie  z  żelaza  wznosiło  się  niczym  włócznie  na  polu  bitwy,  otaczając

niepokonane groby, ruiny i omszałe odsłonięte kości.

Ciągle  jeszcze  osłabiona  i  odrętwiała,  ostrożnie  zeszłam  po  dwóch

background image

popękanych  stopniach  i  mój  wzrok  spoczął  na  plecach  Crank,  Duba,

Henriego i Violet. Dziwne. Myślałam, że zobaczę ich twarze, że będą czekali,

ciekawi tego, co się stało.

Czworo w szeregu. Ramię przy ramieniu. Nikt się nie poruszał.

–  Hej…  –  zaczęłam  powoli,  czując  jak  włoski  na  moich  rękach  stają

dęba.

–  Cii!  –  Głowa  Henriego  lekko  się  poruszyła  i  tylko  dzięki  temu

domyśliłam się, że dźwięk wyszedł z jego ust.

Oszołomiona szybko zerknęłam na Sebastiana, a potem podeszłam bliżej,

żeby zobaczyć, co tak przykuło ich uwagę.

Zdębiałam.

Nie.

Węże.  Co  najmniej  trzydzieści.  Zebrały  się  na  brzegu  mokradeł,  tam

gdzie  woda  stykała  się  z  ziemią.  Unosiły  się  na  powierzchni.  Razem.

Zwabione tutaj. Wpatrywały się w grobowiec. We mnie. Wpatrywały się we

mnie.

Zatoczyłam  się  do  tyłu  i  upadłam  na  schody.  Plecy  i  łokieć  uderzyły  o

marmur  i  przeszył  je  ból.  Wystarczyło  jedno  spojrzenie,  jedno  krótkie

spojrzenie,  które  zostanie  wypalone  w  moim  mózgu  do  końca  życia.

Popchnął mnie strach, jakiego jeszcze nie znałam. Szarpnęłam się do przodu,

ciężko  upadłam  na  kolana,  podrapałam  ręce  o  poszarpane  krawędzie

ukruszonego kamienia i odwróciłam się, żeby uciec.

Uciekaj.

Moje  serce  i  płuca  obciążała  siła  przerażenia,  która  przepychała  krew

przez żyły, wywołując mrowienie i niemoc w nogach, lecz mimo to pędziłam

między  grobami,  przeskakiwałam  przez  gruzy  i  zwolniłam  dopiero  przed

bramą prowadzącą ku wolności.

Zatrzymałam się obok wysokiego ogrodzenia. Moja pierś gwałtownie się

background image

unosiła,  ręce  bezwładnie  zwisały  po  bokach,  a  plecak  wysunął  się  z  dłoni  i

upadł  na  ziemię.  Łzy  płynęły  mi  po  policzkach  i  szyi,  kiedy  próbowałam

oddychać i ogarnąć to, co przed chwilą zobaczyłam.

Koszmar. Okropny pieprzony koszmar.

Usłyszałam tupot, więc pospiesznie otarłam łzy.

Crank dobiegła do mnie pierwsza.

– Dobrze się czujesz?

– Tak. Wszystko w porządku.

– Boisz się węży. – Dub dobiegł jako drugi i usiadł na kamieniu.

Sebastian  rzucił  torbę  Dubowi  pod  nogi  i  usiadł  obok  niego.  Podciągnął

do piersi nogę ugiętą w kolanie i spokojnie powiedział:

– Nigdy przedtem nie widziałem, żeby się tak zachowywały.

Cichy ironiczny śmiech uwiązł mi w gardle, przemieniając się w charkot.

Tak.  Ja  też  nie  widziałam.  Oparłam  dłonie  na  biodrach.  Miałam  ochotę

odrzucić głowę do tyłu i krzyczeć, ale zamiast tego milczałam, gapiąc się na

niebo, na którym noc przechodziła w dzień.

Moim  ciałem  wstrząsnął  gwałtowny  dreszcz.  Mocno  potarłam  twarz,

próbując  zetrzeć  obraz  tkwiący  w  mojej  głowie  i  pozbyć  się  przerażającej

świadomości, że te węże przybyły po to, by zobaczyć mnie. By oddać cześć

swojej królowej. Meduzie. Gorgonie. Tej, która nosi w sobie klątwę ciążącą

na  jej  rodzinie  i  pewnego  dnia  zmieni  się  w  potwora.  W  odrażającą  istotę,

której jedno spojrzenie obróci człowieka w kamień. Równie twardy jak ten,

na którym siedzieli teraz Dub i Sebastian.

Tak  wyglądało  moje  pieprzone  dziedzictwo.  Tak  wyglądała  moja

przyszłość.

Była wystarczająco popaprana, by przerazić boginię. Przynajmniej tak to

wyglądało. Roześmiałam się.

– No i? – zapytał zdyszany Henri, gdy w końcu dotarł pod bramę. – Co

background image

zobaczyłaś w grobowcu?

– Nic – w moim głosie pobrzmiewały przerażenie i smutek.

Violet  przyszła  spacerkiem.  Znowu  trzymała  Pascala  pod  pachą.  Nie

potrafiłam  spojrzeć  w  jego  gadzie  oczy,  więc  odwróciłam  wzrok,  stając

twarzą  w  twarz  ze  zmarszczonymi  brwiami  Henriego  i  niedowierzaniem

Crank.

– Przyszliśmy tu z tobą, a ty nie zamierzasz nam powiedzieć?

–  Wcale  nie  prosiłam,  żebyście  ze  mną  szli,  Crank.  –  Skrzywiłam  się,

wiedząc,  że  mówię  jak  ostatnia  świnia.  –  Przepraszam,  po  prostu…  nie

mogę…

Jak miałam im powiedzieć? Nie mogłabym patrzeć na szok i obrzydzenie,

które odmalowałoby się na ich twarzach.

– Bez naszej pomocy nigdy nie odkryłabyś prawdy – zauważył Henri. –

Zasługujemy na to, żeby wiedzieć, z czym walczysz. Jeśli Atena wejdzie na

wojenną ścieżkę, dostanie się nam wszystkim.

– Nie, jeśli stąd zniknę.

Crank  z  niedowierzaniem  wytrzeszczyła  oczy  i  zacisnęła  ręce  w  dwie

małe pięści.

– Co ty mówisz? Chcesz nas opuścić?

Podniosłam  ręce  w  górę,  wpatrując  się  w  jakiś  punkt  nad  ramieniem

Crank.  Nie  miałam  pojęcia,  co  jeszcze  powiedzieć.  Wiedziałam  jedynie,  że

nie mogę im zdradzić, kim jestem, ani kim się stanę. Nie mogłabym patrzeć,

jak uciekają, jak odwracają się do mnie plecami – do największego odmieńca

ze  wszystkich,  odtrąconego  nawet  przez  tych  z  Nowego  2.  Gdzie  bym  się

wtedy podziała? Kto by mnie zaakceptował?

Nie,  jeśli  będzie  trzeba,  zabiorę  tę  tajemnicę  do  grobu.  Nawet  jeśli

przyjdzie  mi  zranić  własnych  przyjaciół,  nawet  jeśli  przyjdzie  mi  opuścić

Nowy 2 i nigdy tu nie wrócić.

background image

Moje  myśli  przerwało  krakanie,  które  rozległo  się  w  rzadkim  porannym

powietrzu.

Na grobowcu obok wylądował kruk. Zatrzepotał skrzydłami i złożył je po

bokach.

–  Ari  –  odezwał  się  Sebastian.  –  Cokolwiek  to  jest,  nam  możesz

powiedzieć.

Kruk  znowu  zakrakał  i  zabrzmiało  to  jak  echo  dwóch  ostatnich  słów

Sebastiana:  „Możesz  powiedzieć!  Możesz  powiedzieć!”.  Prawie  jakby  ptak

się ze mnie śmiał. Boże, zaczynało mi odbijać.

Ale pozostali też jakoś dziwnie patrzyli na tego kruka.

Nie tylko ja to słyszałam.

„Możesz powiedzieć! Możesz powiedzieć!”

Pod moją skórę wślizgnęło się przerażenie. Kruk przemienił się w kobietę

w czerni, która przycupnęła na grobowcu, ściskając krawędź dachu palcami o

długich ostrych paznokciach. Na jej twarzy widniał okrutny uśmiech.

– Tak, Ari, powiedz nam. Powiedz, co zobaczyłaś.

Atena.

Spomiędzy  jej  splątanych  zaczesanych  do  góry  włosów  wyzierały

zwiędłe kwiaty i połyskliwe szmaragdy.

Głośno  przełknęłam  ślinę  i  poczułam,  że  napinają  się  wszystkie  mięśnie

w  moim  ciele.  Emocje  wywołane  podczas  rytuału  gwałtownie  zawrzały,

równie świeże i wściekłe jak w grobowcu Alice Cromley.

– Dobrze wiesz co, ty żałosna suko.

Zamrugałam,  zaskoczona  jadem  i  słowami,  które  wyszły  z  moich  ust.

Wiedziałam  jednak,  skąd  się  wzięły.  Z  widoku  Meduzy  i  z  horroru,  przez

który przeszła. I to za co? Za to, że była piękna? Za to, że została zgwałcona

przez jakiegoś durnego boga w doskonałej świątyni Ateny?

Pieprzyć Atenę.

background image

Oczy  bogini  zmrużyły  się  i  zmieniły  w  maleńkie  punkciki.  Przechyliła

głowę.  Ale  gdy  gwałtownie  wciągnęła  powietrze,  zrozumiałam,  że  moje

słowa boleśnie ją ubodły. Dobrze.

–  No  cóż  –  powiedziała,  wykrzywiając  swoje  idealne  usta  –  skoro  nie

chcesz im wyznać prawdy, sama to zrobię.

background image

Rozdział osiemnasty

– NIE! – KRZYKNĘŁAM.

Atena usiadła okrakiem na dachu grobowca i zaczęła machać nogami jak

dziecko. Jej triumfalny uśmiech zmroził mnie aż do kości.

– Proszę – szepnęłam. Nienawidziłam błagać. – Nie rób tego.

– Mam pomysł! – Bogini klasnęła w dłonie. – Może zamiast opowiadać,

po  prostu  im  to  pokażmy?  Mały  przedsmak  tego,  co  nastąpi  w  przyszłości.

Nieszkodliwa  wizja  nie  wyrządzi  im  krzywdy.  Ale  tobie,  droga  Ari,

uzmysłowi, że nie ma tu dla ciebie miejsca.

O Boże.

Upadłam na kolana.

– Nie – błagałam łamiącym się głosem. – Proszę. Nie rób tego.

Triumfalnie  uniosła  kącik  ust.  Wiedziałam,  że  jest  już  za  późno.

Zobaczyłam  to  głęboko  w  jej  oczach  –  w  ich  brutalnym  błysku  i

niewiarygodnej arogancji.

Atena  gwałtownie  uniosła  ręce  i  wystrzeliły  z  nich  dwie  skwierczące

zielonkawe  błyskawice.  Nie  zdążyłam  nawet  wstać.  Klęczałam  zastygła  w

bezruchu,  a  jej  moc  wirowała  wokół  mnie,  szarpiąc  ubrania  i  unosząc

kosmyki włosów. Kok z tyłu głowy rozplątał się. Włosy poszybowały w górę

i rozlały się białymi falami. Ścisnęło mnie w żołądku. Próbowałam zgiąć się

wpół,  skulić  się  i  ukryć,  ale  jakaś  niewidzialna  siła  trzymała  mnie  w

bezruchu, z uniesioną twarzą i wypiętą piersią. Walczyłam, aż poczułam pot

na plecach.

Krzyknęłam, próbując unieść ręce, zebrać włosy i powstrzymać to, co się

działo,  ale  ciało  odmówiło  mi  posłuszeństwa.  Moje  kolana  oderwały  się  od

background image

ziemi  i  obróciłam  się,  stając  z  szeroko  rozłożonymi  ramionami  naprzeciw

pobladłych, wstrząśniętych twarzy przyjaciół. Nie miałam szans się ukryć.

Sebastian wysunął jedną nogę i parł do przodu całym ciałem, ale nie mógł

się poruszyć, nie mógł mi pomóc. Żadne z nich nie mogło.

Jedyny  ruch,  jaki  byłam  w  stanie  wykonać,  ograniczał  się  do  oczu.

Spojrzałam na Sebastiana i poczułam łaskotanie łez. Ścisnęło mnie w gardle.

Serce  pompowało  krew  w  gorączkowym  bolesnym  tempie.  Potem  moje

włosy  zaczęły  się  rozdzielać,  tworząc  kilka  skręconych  i  rozkołysanych

pasm. Głowa stanęła w ogniu.

Dobry Boże, palę się!

Krzyknęłam i z moich ust wydobył się przerażający dźwięk. Zacisnęłam

powieki, pragnąc, żeby to się skończyło. Proszę! Niech to się skończy!

I  wtedy  poczułam,  jak  one  ruszają  się  pod  czaszką.  Otworzyłam  usta,

próbując  zaczerpnąć  powietrza,  które  nie  chciało  jednak  wejść  do  gardła.

Wstrząsnęło mną obrzydzenie połączone z elektryzującym strachem. Z oczu

ciekły gorące łzy. Nie! Nie! Nie!

Moja czaszka rozłupała się i miałam wrażenie, że gładki dym wyślizgnął

się z porów  mojej skóry, obracając  i skręcając pasma  włosów, które  powoli

stawały  się  niewyraźnymi  cieniami  żywych  istot.  Przerażających  żywych

istot. Mglistej wizji przyszłego losu. Wijącej się aureoli z przyprawiających o

mdłości, mlecznobiałych, żółtych i pomarańczowych widm.

Moje oczy powędrowały w górę i zniknęły pod powiekami. Serce głośno

biło,  nie  mogąc  dłużej  sprostać  wywołanej  paniką  adrenalinie  pędzącej  w

żyłach.  Powieki  gwałtownie  uniosły  się  wbrew  woli.  Atena  zmuszała  mnie

do patrzenia. Do patrzenia na przyjaciół.

Moi przyjaciele.

Cofali  się  przerażeni,  przytrzymując  się  nawzajem,  żeby  nie  stracić

równowagi. Ze strachu zbladły im twarze. Szeroko otworzyli usta.

background image

Chciałam ich błagać: Nie, proszę, nie odchodźcie!

Ale nie mogłam mówić.

Sebastian,  który  jeszcze  przed  chwilą  próbował  zrobić  krok  do  przodu,

przełamać niewidzialną barierę, żeby mi pomóc, też się wycofywał.

Wycofywał się.

Z  mojej  piersi  uleciało  powietrze.  Zapadła  się,  gdy  prawda  i  okrutna

świadomość  porwały  resztki  nadziei  i  roztrzaskały  ją  w  drobny  mak.  Nie

powinno  mnie  to  zaskoczyć.  Nie  rób  sobie  nadziei,  a  nikt  cię  nie  zrani.  Nie

ufaj  i  nie  kochaj,  a  nikt  cię  nie  zrani.  Złamałam  własne  zasady.  Poza  tym

która  ze  zdrowych  albo  chociaż  odrobinę  zdrowych  na  umyśle  osób  nie

uciekłaby,  nie  posrałaby  się  ze  strachu  i  nie  przeżyła  szoku  na  taki  widok?

Trudno było mieć do nich o to pretensje.

Crank  trzymała  Henriego  za  ramię  i  wtulała  w  nie  policzek.  Jej

wytrzeszczone  oczy  były  okrągłe  jak  spodki.  Wszyscy  się  wycofywali.

Wszyscy  oprócz  Violet,  która  stała  zauroczona  i  powoli  odsuwała  maskę

Mardi Gras na czubek głowy, ukazując twarz zdumionego dziecka.

Henri podbiegł i chwycił Violet, żeby pociągnąć ją za sobą. Gwałtownie

się odwróciła i obnażyła maleńkie kły. Wypuścił ją jak oparzony.

Byli  już  za  bramą,  ściskali  żelazne  pręty  i  wołali  Violet.  Ich  stłumione

głosy tonęły w chaosie, który wirował w moim mózgu, mieszając się z bólem

i cierpieniem złamanego serca.

Na  znak  oporu  Violet  usiadła  po  turecku  na  ziemi.  W  końcu  dali  za

wygraną. Henri odciągnął Crank i Duba od ogrodzenia, a potem uciekli ulicą.

Sebastian się zawahał, rzucił mi ostatnie nieodgadnione spojrzenie i pobiegł

za resztą, zostawiając mnie unoszącą się w cmentarnym powietrzu.

Wtedy Atena mnie uwolniła. Całym ciałem runęłam na ziemię, zatapiając

się  w  miękkim  podłożu  i  gwałtownie  wypuszczając  powietrze  z  płuc.

Uderzyłam policzkiem o mokrą glebę. Jej chłód sprawił mi przyjemność.

background image

Leżałam  bez  ruchu,  zbyt  słaba  i  obolała,  żeby  się  czymkolwiek

przejmować.

Stopy Ateny wylądowały kilka kroków dalej. Czubkiem buta trąciła mnie

w ramię i przewróciła na plecy.

Spojrzałam w twarz bogini, tej okrutnej jędzy, na którą czekało specjalne

miejsce  w  piekle,  o  ile  piekło  w  ogóle  istniało.  Przykucnęła  i  czule  wytarła

samotną  strużkę  łez  z  mojego  lewego  policzka.  Następnie  oparła  łokcie  na

kolanach.

– Nie ma tu dla ciebie miejsca, dziecko. Oni cię nie chcą. On cię nie chce.

Nawet odmieńcy się ciebie wyrzekli. Nie ma dla ciebie miejsca w Nowym 2.

Żadne  miejsce  na  tym  świecie  nie  zaakceptuje  cię  taką,  jaka  jesteś.  Tylko  u

mnie znajdziesz dom.

Moje serce ścisnęło się pod ciężarem największej rozpaczy i samotności,

jakie znałam. Atena miała rację. Ta suka miała rację.

–  Na  podjęcie  decyzji  masz  czas  do  zmroku.  Pójdź  ze  mną,  córko

Meduzy.  Dam  ci  schronienie,  bogactwo  i  czego  tylko  zapragniesz.  Musisz

jedynie podporządkować się moim rozkazom.

Wyciągnęła rękę, uniosła kosmyk moich włosów i obróciła go w palcach.

W jej oczach mignął błysk zazdrości i rozgoryczenia.

–  Co  zrobisz,  kiedy  nastąpi  przemiana?  Gdzie  się  podziejesz?  Może…

może  po  jakimś  czasie  zdejmę  klątwę  z  twojego  ciała  i  zwrócę  ci  normalne

życie. Bądź grzeczną dziewczynką, Aristanae, dobrym małym pachołkiem, a

może w zamian…

Następna  strużka  łez  popłynęła  po  mokrym  śladzie  na  moim  policzku.

Atena wstała i zniknęła.

Zamknęłam  oczy,  przewróciłam  się  na  bok,  podkuliłam  nogi  i

przycisnęłam ręce do piersi, a potem cicho zapłakałam na mokrej trawie.

Wszystko mnie bolało. Na zewnątrz. W środku. I w końcu zrozumiałam,

background image

jak się czuje załamany człowiek. Pozwoliłam, by cierpienie mnie pochłonęło

i zabrało do świata odrętwiałej pustki.

Po dłuższej chwili Violet usiadła obok i przytuliła się do moich pleców.

Ten  drobny  gest  zabolał  tak  mocno,  że  popłynęły  świeże  łzy.  Violet.  Mała

Violet mnie zaakceptowała, okazała litość, dobroć i lojalność.

Obudziło mnie ciepło na plecach i krople deszczu spadające mi na twarz.

Powoli,  przełamując  opór  każdego  mięśnia,  podźwignęłam  się  do  pozycji

siedzącej  i  zerknęłam  przez  ramię.  Violet  leżała  skulona  na  trawie,  a  obok

niej rozciągnął się Pascal. Rączka dziewczynki lekko spoczywała na liściach

obok  buzi.  Chudziutki  odsłonięty  nadgarstek  i  przedramię  wydawały  się

bardzo kruche.

Potarłam suche, opuchnięte oczy i czekałam, aż w pełni odzyskam wzrok.

Zamiast tego zalała mnie fala wspomnień. Przeszłość, klątwa i to, co zrobiła

Atena, żeby mnie złamać.

Kiedy  odgarniałam  długie  włosy  i  odrzucałam  je  na  plecy,  z  moich  ust

wydobyło  się  smutne  westchnienie.  Zrozumiałam,  dlaczego  moja  matka

zakończyła  swoje  życie  i  dlaczego  tyle  kobiet  przed  nią  zrobiło  to  samo.

Wiedziałam,  dlaczego  harpia  uciekła  na  bagna,  zamiast  wrócić  do

cywilizacji. Samotność była znacznie lepsza niż widok przerażonych twarzy

ludzi, na których ci zależało.

Nad  cmentarzem  przepłynęły  dźwięki  muzyki,  odległe,  ale  wyraźne.

Orkiestra dęta. Trąbka. Bębny. Czynele.

Violet zmarszczyła nos. Jej czarne rzęsy zadrgały na bladej skórze. Mała

rączka  oparła  się  o  miękką  ziemię  i  dziewczynka  się  podniosła.  Założyła

czarne włosy za ucho i przechyliła twarzyczkę, patrząc na mgliste niebo.

Lekko się od niej odsunęłam. Wilgoć przenikała przez moje ubranie aż do

skóry.  Mżawka  tworzyła  na  moim  policzku  większe  krople,  które  spływały

po twarzy.

background image

– Dlaczego zostałaś, Violet?

Pascal wgramolił się jej na kolana. Smukłe palce dziewczynki pogładziły

go  po  grzbiecie.  Oderwała  wzrok  od  nieba.  Jej  ogromne  czarne  oczy

spojrzały na mnie przenikliwie i tajemniczo.

– Wyglądałaś pięknie.

Świeży ból chwycił mnie za zgnębione serce. Połknęłam łzy, które znowu

chciały wypłynąć na wierzch, i zamiast płakać, cicho się roześmiałam.

– Dzięki.

Tylko  Violet,  tylko  ta  mała  gotycka  laleczka  lubująca  się  w  gadach  i

cekinach, była gotowa mnie zaakceptować.

Po  przyjeździe  do  Nowego  2  spędziłam  z  nią  niewiele  czasu,  ale  od

pierwszego  spojrzenia  połączyła  nas  więź.  Więź,  która  prawdopodobnie

zrodziła się z naszej wyjątkowości, z pokrewieństwa dusz. Violet przy mnie

została. Zaakceptowała mnie. Czułam, że zrobiłabym dla niej wszystko.

– Zbliża się parada – powiedziała. – Parada dzieci. Wybieraliśmy się na

nią. – Przechyliła głowę w stronę muzyki. – Już prawie zmierzch.

Moje zimne uda i ręce pokryły się gęsią skórką. Mżawka zepchnęła mgłę

do ziemi, przemieniając ją w cienki szary całun nad trawą. Niebo zgubiło się

w  morzu  oparów  i  gęstych  chmur.  Sękate  konary  pobliskich  dębów

rozciągały się pod nim jak ciemne błyskawice.

– Ona niedługo wróci – powiedziała Violet. – Co zamierzasz zrobić?

Zerknęłam na grobowiec, na którym rano ukazała się Atena.

– Nie wiem.

– Powinnaś ją zabić.

– Ja? Mam zabić boginię?

Jasne.

Violet  wzruszyła  ramionami  i  podniosła  się  z  ziemi.  Otrzepała  czarną

sukienkę  i  włosy  z  trawy,  kamyków  i  drobinek  gruzu,  a  potem  poprawiła

background image

maskę na czubku głowy, decydując się na odsłoniętą twarz.

Muzyka  rozbrzmiewała  coraz  głośniej,  ale  mgła  ciągle  zasłaniała

uczestników parady. Wstałam, potrząsnęłam długimi włosami i mimowolnie

zadrżałam.  Wiedząc,  kim  jestem,  kim  się  stanę…  Zastanawiałam  się,  czy

któraś  z  moich  przodkiń  żyła  po  przemianie  jako  potwór,  nie  odebrawszy

sobie życia. Ile z nich zginęło od miecza łowców τέρας? Tak czy siak zawsze

spotykała je śmierć. Zatem dlaczego Atena postanowiła mnie oszczędzić?

Przyjęcie  propozycji  bogini  wydawało  się  jedynym  rozwiązaniem.

Mogłam też zniknąć. I dokąd byś poszła? Jak mogłabyś z tym żyć? Z czymś,

co budziło we mnie większy strach niż sama śmierć.

Violet trąciła mnie łokciem.

– Już przyszła.

Gwałtownie  się  odwróciłam.  Atena  siedziała  na  długiej  grubej  gałęzi

dębu. Zeskoczyła na ziemię i podeszła do mnie.

– Podjęłaś decyzję, gorgono?

To  ona,  to  ta  bogini  skazała  na  śmierć  i  rozpacz  moją  rodzinę,  tysiące

kobiet żyjących w ciągu wieków. Wiedziałam, że nie mogę jej ulec. Wolałam

umrzeć  tak  jak  moje  poprzedniczki.  Ale  jeszcze  bardziej  pragnęłam  się

zemścić.

– Wal się, Ateno.

Violet  złapała  mnie  za  rękę  i  mocno  ścisnęła.  Chciałam  ją  odepchnąć,

powiedzieć, żeby uciekała, ale w ten sposób zwróciłabym tylko uwagę Ateny

na moją małą przyjaciółkę.

Bogini  uderzyła  mnie  w  twarz  tak  szybko,  że  nawet  nie  zdążyłam  się

przygotować  na  cios.  Piekący  ból  i  szok  sprawiły,  że  wydałam  z  siebie

zduszony okrzyk. Dzwoniło mi w uszach i szczypała mnie cała twarz.

Powoli się wyprostowałam, zacisnęłam zęby i pięści, a potem spojrzałam

wysokiej  bogini  prosto  w  oczy.  Atena  chwyciła  mnie  za  brodę,  mocno

background image

ścisnęła  i  pochyliła  się,  by  spojrzeć  mi  w  twarz.  Jej  oczy  jaśniały

niesamowitym  wewnętrznym  światłem.  Wyglądałaby  pięknie,  gdyby  nie

okrutnie wykrzywione usta.

– Uważaj, co mówisz, mała. Bo inaczej nabiję twoją głowę na pal, tak jak

to zrobiłam twojej matce.

–  Moja  matka  popełniła  samobójstwo  –  wycedziłam,  wściekła,  że  w

ogóle o niej wspomina.

–  A  ja  odebrałam  jej  ciało  z  kostnicy.  Wyglądała  całkiem  ładnie  przed

świątynią.

Pod  moimi  powiekami  mignął  biały  błysk  złości.  Zamachnęłam  się  z

całej siły, ale złapała mnie za rękę i pochyliła się, z łatwością pokonując mój

opór.

– Słyszysz ten dźwięk, Aristanae? To twoi przyjaciele, dzieci z Nowego

2,  które  za  chwilę  przejdą  przed  bramą  cmentarza  i  zginą  z  rąk  moich

żołnierzy.

Za  ramieniem  Ateny  w  szarej  mgle  dostrzegłam  ruch,  od  którego

zawirowało  mleczne  powietrze,  odsłaniając  część  zgromadzonych  tam

stworzeń Ateny. Czaiły się na grobach, spacerowały po ziemi i zeskakiwały z

gałęzi  drzew.  Odrażające  sękate  istoty.  Istoty,  które  wyglądały  jak  dzieła

samego Frankensteina. Armia Ateny.

– Teraz oni – skinęła w ich stronę, odsuwając dłoń od mojej brody – są

twoją rodziną. Podobnie jak twoje przodkinie, powstali z klątw i mocy. Będą

cię  czcili  jak  królową.  Twoje  miejsce  jest  wśród  nich.  Przy  mnie.  Chodź,  a

obiecuję, że nigdy więcej nie pokażę się w Nowym 2.

Dźwięki  parady  rozbrzmiewały  coraz  głośniej.  Bliżej.  Zerknęłam  przez

ramię  i  zauważyłam  pierwszych  uczestników  pochodu,  który  powoli

przesuwał  się  za  żelaznym  ogrodzeniem.  Wkrótce  miał  przejść  przed

cmentarną  bramą  i  jeśli  Atena  nie  blefowała,  tym  ludziom  groziło  wielkie

background image

niebezpieczeństwo.

Odwróciłam się do bogini.

–  Dlaczego  po  prostu  mnie  nie  zabijesz,  tak  jak  to  zrobiłaś  z  moimi

poprzedniczkami?

– Bo jesteś inna niż one i znalazłam dla ciebie lepszą funkcję. – Jej twarz

trochę  złagodniała.  –  Masz  serce  buntowniczki,  Ari.  Dawniej  byłam  taka

sama jak ty, stawałam do walki, chociaż wiedziałam, że nie jestem w stanie

wygrać.  Najważniejsze  było  to,  że  istniał  dobry  i  słuszny  powód.  Ale

nadzieja, niewinność, optymizm, wiara… One wszystkie są ulotne. Co ci po

nich zostanie? Musisz dorosnąć, zrozumieć, gdzie jest twoje miejsce i co dla

ciebie najlepsze. Przysięgnij mi posłuszeństwo, a będziesz bezpieczna.

Zmrużyłam oczy, czując, że narasta we mnie dziwne poczucie pewności.

Atena za bardzo starała się mnie przekonać. Dała mi czas na podjęcie decyzji,

podarowała mi cały dzień życia, nie robiąc żadnej krzywdy. W moim gardle

zabulgotał chrapliwy śmiech.

– Naprawdę się mnie boisz, co?

Atena zamrugała i wyprostowała się. Jej usta lekko drgnęły.

–  Jestem  boginią  wojny,  dziecko.  Nikogo  się  nie  boję,  bo  nie  mogę

umrzeć. Jestem śmiercią, gdyż zabiłam boginię śmierci w jej własnym łóżku.

Lepiej o tym pamiętaj. Twoi przyjaciele już tu są.

Zamiast  przejść  przed  bramą,  parada  weszła  na  cmentarz.  Co  się  dzieje,

do diabła?

Wszyscy uczestnicy byli w maskach. Wszyscy przybyli pieszo.

Cholera.

Zamaskowane  postacie  stanęły  za  mną  i  Violet.  Muzyka  ucichła.

Ogarnęło mnie niezdecydowanie i serce szybciej zabiło mi w piersi. Czy oni

oszaleli?

Postać  w  czerni  wyszła  z  tłumu  i  uniosła  maskę.  Sebastian.  Nasze

background image

spojrzenia  się  spotkały.  Powitał  mnie  skinieniem  głowy  i  przez  mój  brzuch

przetoczył się lekki podmuch. Z szeregu wystąpiła następna osoba. Michel. A

potem jeszcze osiem. Przybyło całe Novem. Oraz Dub, Henri i Crank. Stali z

ponurymi minami. Gotowi do walki.

Wrócili.

Na cmentarz przybywały posiłki.

Atena  lekko  się  zarumieniła,  mierząc  uczestników  parady  wściekłym

spojrzeniem.

–  To  nie  wasze  sprawy,  Novem  –  warknęła.  –  Ja  ją  stworzyłam.  Ona

należy do mnie.

–  Przestała  do  ciebie  należeć  w  chwili,  kiedy  zwróciłaś  się  przeciwko

swojemu  stworzeniu  i  kazałaś  zamordować  Meduzę.  Gorgony  nigdy  do

ciebie  nie  należały.  Były  wolne,  mogły  wybierać.  Mogły  żyć  –  powiedział

Michel niskim, pewnym głosem, stając u mojego boku razem z Sebastianem i

resztą.

Szkaradne potwory i człekopodobne istoty ustawione w szeregu za Ateną

syknęły  i  zaczęły  się  wiercić,  gotowe  do  walki,  ataku  i  zabijania.  Poczułam

ciarki na plecach.

– Rozpoczniecie wojnę z jej powodu? – wściekała się Atena. – Dla was

jest bezużyteczna. Nie osiągnęła jeszcze dojrzałości. Nie ma żadnej mocy.

– Nie – przyznała Josephine. – Jeszcze nie, ale wystarczy, że ochronimy

ją  przed  tobą,  a  kiedy  zdobędzie  moc,  już  nigdy  więcej  nie  zagrozisz

Nowemu 2.

Atena głośno syknęła, przybrała oblicze śmierci, a potem znowu wróciła

do zwykłej postaci.

– Zatem wojna!

–  Uważaj,  co  robisz,  bogini  –  ostrzegł  Michel.  –  Nasze  siły  są

wyrównane.

background image

Atena zignorowała jego słowa. Gwałtownie uniosła ręce, odrzuciła głowę

do tyłu i wydała z siebie przeszywający, nieludzki okrzyk wojenny.

Zawibrowały  mi  bębenki  w  uszach.  Sebastian  złapał  mnie  za  rękę,

odciągając  mnie  i  Violet  z  pierwszej  linii  walki.  Novem  i  pozostali

członkowie  dziewięciu  rodzin  ruszyli  naprzód,  nacierając  na  Atenę  i  jej

sługusów.  Poruszali  się  nienaturalnie  szybko.  Między  ich  pelerynami  i

nogami zawirowała mgła. Poczwary z wrzaskiem rzuciły się do walki. Kiedy

popłynęła krew, mgła zaiskrzyła się czerwienią.

Próbowałam  wyrwać  rękę  z  uścisku  Sebastiana.  Biegnąc  za  nim,

potykałam się o kawałki marmuru.

– Puść mnie!

Dotarliśmy pod bramę cmentarza.

– Nie możesz tutaj zostać.

– Muszę! To moja walka, Sebastianie. Nie mogę uciec.

– Musisz stąd zniknąć! Oni oddają życie, żeby cię chronić!

Zawahałam się. Miałam mętlik w głowie.

– Dlaczego?

Przysunął się do mnie.

– Ojciec wszystko mi powiedział, Ari. Jesteś bogobójczynią.

– Kim?

– Kiedy Atena rzuciła klątwę na Meduzę i dała jej moc zamieniania istot

w  kamień,  zapomniała  zrobić  wyjątek  dla  bogów.  Pojęła  swój  błąd  i

stworzyła  łowców  τέρας,  by  zniszczyli  Meduzę  oraz  wszystkich  jej

potomków. Tylko ty jedna posiadasz moc, która pozwala obrócić ją i każdego

innego boga w kamień.

– Więc dlaczego po prostu mnie nie zabiła?

– Bo wcześniej chroniła ją moc egidy. Dzięki tej broni pokonanie Ateny

było  niemożliwe.  Straciła  ją  jednak,  więc  teraz  cię  potrzebuje.  Potrzebuje

background image

nowej broni, żeby zniszczyć innych bogów, zabić nas i kto wie, kogo jeszcze.

– Pociągnął mnie za rękę. – Musisz uciekać!

Dwa  potwory  przerwały  linię  obrony.  Jeden  rzucił  się  na  Sebastiana,

który  zrobił  unik.  Maszkara  przeleciała  nad  jego  plecami  i  poturlała  się  po

ziemi.  Druga  zamachnęła  się  na  mnie  groźnie  wyglądającym  sztyletem.

Uchyliłam się od ciosu, kopnęłam ją w kolano i obracając się, rąbnęłam ją w

gębę,  a  przy  okazji  wyrwałam  jej  sztylet.  Wykorzystując  siłę  rozpędu,

zrobiłam pełny obrót i zamaszystym cięciem pozbawiłam potwora głowy.

Łeb upadł na ziemię i potoczył się we mgle.

Jezu! Serce gwałtownie waliło mi w piersi. Nie mogłam uwierzyć, że to

zrobiłam.  Ale  nie  było  czasu  na  myślenie.  Zjawił  się  następny  potwór  i

znowu  stanęłam  do  walki,  krzycząc  do  Sebastiana,  żeby  zabrał  Violet  i

pozostałe dzieci w bezpieczne miejsce. Violet wdrapywała się już jednak na

drzewo,  a  reszta  walczyła,  wykorzystując  swą  mikrą  posturę  do  zmylenia

wroga  albo  odwrócenia  jego  uwagi.  Novem  i  członkowie  dziewięciu  rodzin

zdawali się na magię i umiejętność walki.

Brutalne wampiry atakowały jak w amoku. Na chwilę zamarłam, widząc

jak  Gabriel  –  poznałam  go  nawet  bez  maski  –  rozrywa  kłami  gardło  jakiejś

istoty z taką samą zaciekłością, z jaką pracowały szpony i szczęki stworzeń o

wielu postaciach. Ktoś przebiegł obok, puścił do mnie oko, skoczył w górę i

zanim opadł na ziemię, przemienił się w brązowego wilka. Łowca Deschanel.

Jeden z więźniów, których uwolniłam z lochów Ateny.

Wtedy mój wzrok padł na boginię, która stała uzbrojona w dwa miecze i

wymachiwała  nimi  z  nadnaturalną  szybkością,  zabijając  każdego

przeciwnika, który odważył się do niej zbliżyć. Jej oczy lśniły intensywnym

zielonym blaskiem.

W mojej czaszce eksplodował ból.

Upadłam,  nie  zauważywszy  nawet  nadciągającego  z  tyłu  ciosu.  Skoczył

background image

na  mnie  jakiś  potwór.  Zawołałam  Sebastiana,  ale  on  walczył  właśnie  z

dwoma  przeciwnikami.  Szorstkie  łapy  obróciły  mnie  na  plecy,  znalazły

gardło i mocno je ścisnęły. Zaczęłam kopać i próbowałam się odwrócić, ale

na  próżno.  Szara  chropowata  twarz  wykrzywiła  się  w  złośliwym  uśmiechu.

Maszkara  była  pozbawiona  włosów.  Zamiast  nosa  miała  małe  otworki.

Brakowało  jej  warg,  więc  nic  nie  zasłaniało  rzędów  małych  ostrych  zębów,

które się do mnie szczerzyły.

Nagle przypomniałam sobie o Arachne i o harpii.

Musiałam jakoś oderwać te łapska od szyi.

Zebrałam  resztki  sił,  wierzgnęłam  obiema  nogami,  przewróciłam  się  na

bok  i  złapałam  głowę  potwora  między  kolana,  a  potem  gwałtownie  ją

odepchnęłam.  Gdy  tylko  jego  łapy  odsunęły  się  od  mojego  gardła,

wykrzyczałam imiona sojuszniczek, starając się wołać jak najgłośniej.

– Mapsaura! Arachne!

Poczułam,  jak  powietrze  zmienia  się  pod  wpływem  mocy  tych  imion,

nasyca się energią, elektryzuje i wystrzela pod chmury.

Potwór  wyswobodził  się  z  uścisku  moich  nóg.  Odwróciłam  się,  żeby

uciec  i  jeszcze  raz  wezwać  pomoc,  ale  maszkara  chwyciła  mnie  za  głowę,

ściskając  skronie  pazurami.  Miała  mocny  chwyt,  ciągnęła  moją  głowę  do

góry, próbując oderwać czaszkę od kręgosłupa. Chryste! Nie mogłam dłużej

wytrzymać,  przeciwnik  był  zbyt  silny.  Jego  przedramię  owinęło  się  wokół

mojej szyi i znowu próbował mnie udusić.

Moje  serce  biło  coraz  wolniej.  Coraz  bardziej  napinała  mi  się  twarz.

Płuca odmawiały posłuszeństwa i miałam wrażenie, że bitwa wokół rozgrywa

się w zwolnionym tempie.

Powiał wiatr, skłębiając mgłę, rozrzucając liście i kawałeczki gruzu.

W powietrzu rozległ się głośny przeszywający wrzask.

Usłyszałam  łopotanie  ogromnych  skrzydeł  i  po  chwili  duszący  mnie

background image

potwór uniósł się w powietrze. Pociągnął mnie z sobą i wypuścił dopiero pół

metra  nad  ziemią.  Spadłam  na  plecy  i  z  przerażeniem  patrzyłam  na  mgliste

tornado pozostawione przez harpię i jej ofiarę.

Trzy  sekundy  później  ciało  potwora  runęło  w  dół  i  roztrzaskało  się  na

grobowcu.

Mapsaura wylądowała u moich stóp.

Przełknęłam  ślinę  i  łapczywie  zaczerpnęłam  powietrza,  nie  mogąc

uwierzyć, że harpia przybyła na moje wezwanie.

– Dziękuję.

Małe  nozdrza  na  dziobie  lekko  się  poruszyły.  Harpia  gwałtownie  się

odwróciła  i  zastygła  wpatrzona  w  Atenę.  Po  chwili  ujrzałam  Arachne.

Odrzucała ciała wrogów na prawo i lewo, próbując dotrzeć do bogini, która

tak długo ją więziła.

Mapsaura ugięła umięśnione nogi i odbiła się od ziemi. Skoczyła w górę i

zniknęła we mgle, a po chwili spadła jak torpeda, pędząc prosto na Atenę. W

tej samej chwili Arachne pokonała napastników i ruszyła na boginię.

Zaatakowały ją jednocześnie.

Ale  Atena  nie  bez  powodu  była  boginią  wojny.  Obie  napastniczki

natrafiły na ostrza mieczy, które wykorzystały ich siłę rozpędu i odrzuciły je

do  tyłu.  Harpia  przekoziołkowała  i  zatrzymała  się  kawałek  dalej,  ryjąc

wielkimi  pazurami  koleiny  w  ziemi.  Szeroko  rozpostarła  skrzydła,  a  z  jej

gardła wyrwał się mrożący krew w żyłach wrzask, prawie równie głośny jak

okrzyk wojenny Ateny.

Gdy  napastniczki  odwróciły  uwagę  Ateny,  piorun  mocy  z  połączonych

rąk Michela i Sebastiana uderzył ją prosto w pierś.

Zamrugałam, notując w pamięci, że Sebastian posiada taką moc.

Atena  zrobiła  unik.  Harpia  znów  zerwała  się  do  lotu.  Arachne

nieruchomo leżała na ziemi. Zauważyłam, że bogini szybko ocenia sytuację.

background image

Jej stworzenia przechodziły na stronę Novem. Poza tym w Nowym 2 jej moc

była ograniczona. Mogła ponieść klęskę.

– Odwrót! – krzyknęła i w samą porę spojrzała w górę, bo z nieba właśnie

nacierała na nią harpia ze złożonymi po bokach skrzydłami.

Atena zniknęła.

Mapsaura wytrzeszczyła oczy. Rozłożyła skrzydła i złapała w nie trochę

powietrza,  lecz  dwie  sekundy  później  i  tak  przechyliła  się  na  bok,  ocierając

się o ziemię. Jej szpony uderzyły w miękką glebę, zatrzepotała skrzydłami i

wzbiła  się  wystarczająco  wysoko,  by  wylądować  ślizgiem  na  jednym  z

grobowców. Spod szponów harpii posypały się dachówki.

Sługusy Ateny, jeden po drugim, znikały we mgle.

Na cmentarzu zapanowała cisza i dominującym dźwiękiem stał się szum

padającego deszczu.

Ziemia  była  usłana  ciałami.  Złowrogą  ciszę  przerwały  jęki  i  głosy.

Ruszyłam  w  stronę  Sebastiana  i  Michela  stojących  niedaleko  grobowca,  na

którym  przycupnęła  Mapsaura,  ale  po  drodze  zauważyłam  rannego.

Potknęłam się. Jezu! To był Daniel. Upadłam obok niego na kolana. W jego

rozerwanym  gardle  bulgotała  krew.  Gwałtownie  zamrugał  oczami.  Poruszył

wargami, próbując coś powiedzieć, ale nie wydobył się z nich żaden głos.

– O Boże, Danielu – szepnęłam.

Chciałam  mu  pomóc,  ale  nie  wiedziałam  jak.  Obok  mnie  stanęła

Josephine.

– Przeżyje, prawda? Przecież jest wampirem. Przeżyje.

Dwa  inne  wampiry  podeszły  i  podniosły  Daniela  z  ziemi.  Jego  głowa

oderwała  się  od  ciała,  gdy  pękł  spajający  je  cienki  kawałek  skóry.

Przewróciło mi się w żołądku. Upadłam na tyłek.

– I tak był martwy – powiedziała Josephine bez krztyny smutku, a potem

odeszła.

background image

Dwaj  mężczyźni  wypuścili  ciało  Daniela  i  zostawili  je  na  ziemi.  Nagle

szczątki wampira skurczyły się i przemieniły w popiół.

Zebrało mi się na wymioty. Żółć zaszczypała mnie w gardle. Połknęłam

ją, odwróciłam się i chwiejnym krokiem odeszłam od kupki popiołu. Kątem

oka zobaczyłam Violet, która złaziła z drzewa.

Skupiłam  się  na  stawianiu  następnych  kroków.  Sebastian  odwrócił  się  i

zobaczył, że się zbliżam. Spojrzeliśmy sobie w oczy. Otworzyłam usta, żeby

coś powiedzieć, lecz nagle poczułam na skórze ostrzegawczy dreszcz.

Włoski na moich rękach stanęły dęba.

Atena rzuciła się na mnie od tyłu i mocno mnie złapała. Musnęła ustami

koniuszek mojego ucha.

– Wiesz, jak to mówią – jej głos przeszedł w złowrogi szept. – Skoro ja

nie  mogę  cię  mieć…  nikt  cię  nie  dostanie.  –  Odsunęła  twarz.  –  Aha,  zanim

umrzesz,  chciałabym  ci  podziękować.  Kiedy  uwalniałaś  moich  więźniów,

zostawiłaś w lochu własnego ojca.

Zaschło mi w gardle.

– Co?

Roześmiała się.

–  Ironia  losu,  prawda?  Łowca  τέρας  zakochał  się  w  twojej  matce,  w

gorgonie,  którą  powinien  był  zabić.  Chcę,  żebyś  w  chwili  śmierci  myślała

właśnie o nim, o tym, jak go ukarałam za zdradę i za to, że nie zabił Eleni,

kiedy miał okazję. Oraz o wszystkich krzywdach, które mu jeszcze wyrządzę.

Żegnaj, mały potworze.

Atena gwałtownie mnie odepchnęła.

Miałam  wrażenie,  że  wszystko  dzieje  się  w  zwolnionym  tempie.

Potknęłam  się  i  upadłam  na  kolana.  Kątem  oka  zauważyłam  tylko  błysk

przerażenia  przemykający  po  twarzy  Sebastiana  i  niewyraźną  smugę,  która

okazała się spadającą z drzewa Violet. Szok. Byłam w szoku.

background image

Atena uniosła miecz łowcy τέρας, żeby obciąć mi głowę.

Czas  zwolnił  i  nagle  ujrzałam  przesuwające  się  obrazy  z  mojego  życia.

Jeden  z  nich  wydawał  się  bardziej  wyrazisty  niż  pozostałe:  był  to  obraz,  na

którym  ściskałam  nadgarstek  Ateny  w  sali  balowej  Arnaudów  i  patrzyłam,

jak jej ciało przemienia się w kamień.

Do osiągnięcia dojrzałości gorgony pozostało mi jeszcze trzy i pół roku,

ale miałam w sobie moc. Już raz jej użyłam i właśnie na tym polegała moja

wyjątkowość.  Byłam  inna  niż  moje  poprzedniczki.  Czas,  ewolucja,  geny

ojca…  bez  względu  na  przyczynę  tej  odmienności,  co  do  jednego  miałam

pewność. Byłam bogobójczynią.

Ostrze  śmignęło  w  powietrzu.  Gdzieś  w  głębi  umysłu  usłyszałam  czyjś

krzyk  i  płacz  dziecka.  Ale  to  nie  miało  znaczenia.  Wszystko  działo  się  zbyt

szybko,  by  ktokolwiek  zdołał  mi  pomóc.  Krew  zaszumiała  mi  w  uszach.

Wzrok skupił się na ostrzu pędzącym po łuku w stronę mojej szyi.

Pochyliłam  głowę  i  uniosłam  mrowiącą  rękę.  Otworzyłam  dłoń,

wyzwalając cały gniew, ból mojego życia i życia mojej matki oraz cierpienie,

które czułam jako Meduza.

Ostrze zetknęło się z moją ręką.

I pękło na kamieniu.

Głośny  brzęk  poniósł  się  echem,  eksplodując  kręgiem  mocy,  która

powaliła  wszystkich  na  ziemię.  Uniosłam  głowę,  odłamana  część  ostrza

wzbiła się w powietrze. Spojrzałam w zdumione oczy Ateny.

W moich uszach rozlegało się powolne głośne bicie serca.

Nie  powinnam  była  mieć  takiej  mocy.  Na  zaskoczonej  twarzy  Ateny

malowała się ta sama myśl. A mimo to ją miałam. Zobaczyłam, że moja ręka

stała  się  biała  jak  marmur,  choć  powoli  wracał  jej  cielisty  kolor.  Potrafiłam

kontrolować tę moc i nie musiałam przeobrażać się w potwora, żeby jej użyć.

Atena  gwałtownie  zamrugała.  Czas  przyspieszył,  osiągając  normalne

background image

tempo i właśnie w tej chwili Violet spadła jej na plecy. Otoczyła rękami szyję

Ateny, wbiła w nią kły i uniósłszy jedną dłoń, zatopiła w sercu bogini mały

sztylet.

W gardle Ateny zabulgotał wrzask.

Zszokowana  i  przerażona  upadłam  na  ziemię.  Nad  bagnistym

cmentarzem odbił się echem krzyk wielu gardeł wołających imię Violet.

I nagle obie zniknęły.

Rozpuściły  się  w  powietrzu,  pozostawiając  po  sobie  wirującą  mgłę.

Rękojeść  złamanego  miecza  Ateny  upadła  na  marmurową  płytę,  a

zakrwawiony sztylet Violet miękko uderzył o ziemię.

– Violet! – zawołałam.

background image

Rozdział dziewiętnasty

UPŁYNĘŁY TRZY DNI. Trzy dni bezsenności, koszmarów i niepokoju.

Violet  zniknęła.  Nikt  nie  wiedział,  jak  ją  odzyskać.  Nikt  nie  widział  Ateny

ani nie słyszał, co się z nią stało.

Przez trzy dni chodziłam na cmentarz, wołałam Pascala, szukałam go w

każdym  grobowcu  i  w  każdej  szczelinie.  Violet  na  pewno  by  tego  chciała.

Byłam jej to winna. Postanowiłam szukać dopóty, dopóki go nie znajdę.

Sebastian  spędził  dwa  ostatnie  dni  zamknięty  w  swoim  pokoju  i  grał  na

perkusji,  wypełniając  dom  tak  wielką  wściekłością,  że  trudno  było  tam

wytrzymać.

Michel  wysłał  mały  oddział  na  plantację  przy  River  Road,  by  uwolnić

mojego ojca, ale tak jak się obawialiśmy, więzienie zniknęło, jakby nigdy go

tam  nie  było.  Nawet  taki  gest  był  jednak  ze  strony  Michela  wielkim

poświęceniem.  Mój  ojciec  zabijał  w  imię  Ateny  niewinnych  τέρας  i  ludzi

urodzonych  do  władzy.  Tyle  tylko,  że  miłość  do  mojej  matki  go  odmieniła,

dała mu moc przeciwstawienia się bogini. Pokutował za swoje grzechy przez

wiele lat. Teraz, przeze mnie, musiał pokutować jeszcze dłużej.

W  moim  umyśle  bez  końca  odtwarzałam  tamtą  chwilę  w  więzieniu.

Byłam tam, mogłam go uwolnić. Powinnam była zrobić to, co wydawało mi

się słuszne. Miałam szansę. Mogłam zażądać od Michela klucza. Powinnam

była  się  kłócić,  oświadczyć,  że  nie  ucieknę,  dopóki  nie  uwolnię  wszystkich

więźniów.

Żal i poczucie winy tkwiły we mnie jak zatrute kolce. Musiałam odnaleźć

ojca.

Opuszczając  Nowy  2,  poczułam  niemal  ulgę.  Oderwałam  się  od

background image

wspomnień,  wskoczyłam  do  ciężarówki  Crank  i  wróciłyśmy  mostem  nad

jeziorem Pontchartrain do Covington, przygranicznego miasteczka, w którym

czekali na nas Bruce i Casey.

–  Jesteś  pewna,  że  chcesz  to  zrobić?  –  zapytała  Casey,  mocno  mnie

przytulając.

Odsunęła  się,  a  ja  wykorzystałam  tę  chwilę,  żeby  dobrze  zapamiętać  jej

twarz. Okrągłą. Dobrą. Błękitne oczy, w których malowała się każda emocja.

Oczy, do których napływały teraz łzy.

Wiedzieli tylko tyle, że wpadłam na trop ojca i chcę go odszukać, zanim

znów zniknie mi z oczu.

– Muszę to zrobić. Muszę go odnaleźć.

Potem przyszła kolej Bruce’a. Zamknął mnie w niedźwiedzim uścisku, w

chmurze  wody  kolońskiej.  Czując  ten  ostry,  świeży  zapach,  głęboko

wciągnęłam powietrze. Ścisnęłam ramię w miękkiej flanelowej koszuli.

–  Uważaj  na  siebie  –  mruknął.  –  Pamiętaj  o  treningu.  Oczekujemy

regularnych odwiedzin.

Odsunęłam się i pokiwałam głową.

–  Załatwianie  papierów  potrwa  ze  dwa  miesiące,  ale  Novem

najwidoczniej  mają  dobre  układy  z  urzędami,  bo  błyskawicznie  zdobyli

pozwolenie na przeniesienie praw do opieki – powiedziała Casey. – Damy ci

znać, kiedy już będzie po wszystkim.

– Dzięki.

Wkrótce  Michel  Lamarliere  miał  zostać  moim  prawnym  opiekunem.

Przynajmniej na najbliższe pół roku, dopóki nie stanę się pełnoletnia.

Sandersonowie  pomogli  mi  przenieść  moje  rzeczy  z  ich  SUV-a  do

ciężarówki  Crank.  Nie  było  tego  wiele:  dwie  torby  ubrań  i  butów  oraz  dwa

pudełka  z  książkami  i  innymi  rzeczami,  które  zgromadziłam  przez  te

wszystkie lata.

background image

– Do jednego z tych pudełek włożyłam album ze zdjęciami – powiedziała

Casey, próbując powstrzymać łzy.

Bruce zamknął tylne drzwi ciężarówki i oboje jeszcze raz mnie uścisnęli.

– Ja też coś tam dla ciebie wsunąłem – szepnął mi na ucho Bruce.

Z  tonu  jego  głosu  wywnioskowałam,  że  ma  na  myśli  jakiś  gadżet  do

samoobrony.

– Kochamy cię, mała.

Poczułam ucisk w gardle.

– Ja was też – wydusiłam.

Pożegnania  nigdy  nie  są  przyjemne,  ale  to  było  wyjątkowo  trudne.

Powstrzymałam  się  od  płaczu  i  kiedy  odjeżdżałyśmy,  starałam  się  być

twarda.  Dopiero  gdy  Crank  zrzuciła  ładunek,  odebrała  przesyłki

zaadresowane  do  Nowego  2  i  ruszyłyśmy  zniszczoną  autostradą,  uroniłam

kilka łez.

Ostatnie  promienie  słońca  rozchodziły  się  na  powierzchni  jeziora,

przemieniając je w połyskliwe zwierciadło intensywnych błękitów, fioletów i

oranżu.  Na  horyzoncie  zamajaczyły  dachy  Nowego  2,  przypominając  mi

dzień, w którym Crank po raz pierwszy wiozła mnie tym mostem do Miasta

Półksiężyca. Tyle że tym razem nie zmierzałyśmy ku Dzielnicy Ogrodowej,

lecz ku Dzielnicy Francuskiej.

Ciężarówka  wolno  sunęła  po  Royal  Street,  omijając  pieszych  i  dorożki.

Było  już  prawie  ciemno.  Zbliżała  się  pora  następnej  parady  Mardi  Gras  i

następnego balu. Takie rozrywki mało mnie jednak obchodziły.

Crank zaparkowała przed Cabildo.

– Zaczekam tu na ciebie.

Pokiwałam  głową,  wzięłam  głęboki  oddech,  zacisnęłam  zęby  i

wyskoczyłam z ciężarówki.

Moje czarne buty uderzyły o chodnik. Nóż τέρας kołysał się przy udzie,

background image

wsunięty  w  nowiutki  pokrowiec.  Na  wysokości  łydki  ukryłam  mniejszy

pokrowiec z bardzo ostrym i bardzo niebezpiecznym sztyletem Violet. To był

mój manifest. Miałam nóż i wcale tego nie kryłam. Włosy po bokach twarzy

zaplotłam w warkoczyki i zwinęłam je razem z pozostałymi w ciasny kok na

karku.

Zrobiłam  mały  balonik  z  gumy  do  życia,  otworzyłam  ciężkie  drewniane

drzwi i weszłam do środka.

Zebrała się Rada Dziewięciorga.

Na  pierwszym  piętrze  zignorowałam  recepcjonistkę  i  z  jedną  dłonią  na

rękojeści  noża  łowcy  τέρας  pomaszerowałam  starym  korytarzem.  Potem

weszłam do sali posiedzeń.

Dziewięć twarzy zwróciło się w moją stronę. Siedmiu członków Novem

jeszcze  nie  znałam,  ale  dzięki  opowieściom  Henriego,  Sebastiana  i  innych

wiedziałam, że bez trudu odgadnę ich imiona.

Nie wydawali się zaskoczeni moim widokiem.

Głęboki oddech.

Wystarczyło, że pomyślałam o Violet – o tym, jak biegłyśmy w dół First

Street  w  maskach  i  sukniach  balowych,  o  tym,  jak  powiedziała,  że  jestem

piękna, i jak skoczyła na Atenę, by ugodzić jędzę prosto w serce – a od razu

odnalazłam w sobie siłę.

Złapałam  wolne  krzesło  stojące  w  rogu  sali  i  pociągnęłam  je  po

drewnianej  podłodze,  głośno  szurając,  z  nadzieją,  że  na  ten  dźwięk  po

plecach członków rady przejdą ciarki. Przy wielkim owalnym stole obróciłam

krzesło i usiadłam.

Powoli spojrzałam im w oczy, wszystkim po kolei.

Głowom  trzech  rodzin  wiedźm:  Lamarierów,  Hawthorne’ów  i

Cromleyów.  Przywódcom  rodów  wampirów:  Arnaudów,  Mandeville’ów  i

Baptiste’ów.  Oraz  półbogom  stojącym  na  czele  rodzin  istot  o  wielu

background image

postaciach: Deschanelów, Ramseyów i Sinclairów.

Jeszcze  raz  wzięłam  głęboki  oddech.  Znowu  wydmuchałam  mały

balonik.

– Chciałabym się zapisać do Presbytère – powiedziałam.

Josephine,  ubrana  w  drogi  kremowy  kostium,  parsknęła  donośnym

śmiechem. Ale nikt oprócz niej się nie śmiał.

Po dłuższej chwili odezwał się Michel.

– Nie widzę problemu.

– Oczywiście, że nie widzisz, Michel. Powiedz nam, Ari, dlaczego tak ci

zależy, żeby chodzić do szkoły Novem?

– No cóż, przeprowadzam się tu na stałe. I wszystko wskazuje na to, że

jestem wam potrzebna. Potrzebujecie mojej pomocy. W Nowym 2 rozpęta się

wojna.

–  Mamy  moc  –  powiedział  Soren  Mandeville.  –  Jesteśmy  w  stanie

obronić miasto i jego mieszkańców.

–  W  przeszłości  być  może  tak.  Ale  teraz  nie  macie  nic  –  przeszyłam

Josephine surowym spojrzeniem, obiecując zemstę za to, że zdradziła mojego

ojca  i  wydała  go  Atenie,  kiedy  zwrócił  się  do  Novem  o  ochronę  –  a  raczej

nikogo, kogo moglibyście wymienić za pokój.

– Mamy ciebie – cicho powiedziała Josephine.

–  Josephine,  proszę  –  odezwał  się  Rowen  Hawthorne.  –  Już

uzgodniliśmy,  że  zapewnimy  pani  Selkirk  schronienie.  Stanęliśmy  do  walki

przeciwko Atenie i wyraźnie określiliśmy swoją rolę w tej wojnie. Grożenie

tej młodej kobiecie jest… zbyteczne.

– Chcesz walczyć, proponujesz, że weźmiesz udział w bitwie, a w zamian

oczekujesz jedynie schronienia i nauki? – zapytał podejrzliwie Bran Ramsey.

–  Chcę  wiedzy.  –  Z  łomoczącym  sercem  pochyliłam  się  do  przodu  i

oparłam łokcie o stół. – Chcę się dowiedzieć wszystkiego o Atenie, o bogach,

background image

o przeszłości, pragnę poznać każdą informację na temat mojej klątwy. Wiem,

że  w  Presbytère  jest  tajna  biblioteka,  o  której  uczniowie  nie  mają  pojęcia.

Chcę mieć do niej dostęp.

Nikt  się  nie  odezwał,  ale  w  sali  dało  się  słyszeć  kilka  zduszonych

okrzyków niedowierzania.

– Żądasz zbyt wiele – oświadczył Bran.

Następnie  głos  zabrała  Nell  Cromley.  Zastanawiałam  się,  czy  ta

ciemnowłosa  i  niebieskooka  wiedźma  jest  blisko  spokrewniona  z  Alice

Cromley, której kość wciągnęłam niedawno w płuca.

– Ukrywamy tę wiedzę ze słusznego powodu. Oprócz nas dziewięciorga

do  biblioteki  mają  wstęp  jedynie  tłumacze.  Nie  wchodzą  tam  nawet

członkowie  naszych  rodzin.  Przykro  mi,  dziecko,  ale  jesteś  po  prostu  zbyt

młoda  i  niedoświadczona,  by  pojąć  to,  czego  od  nas  żądasz.  Z  posiadaniem

takiej wiedzy wiąże się wielka odpowiedzialność.

Szkoda, że nie wiedziała, z jakimi rzeczami miewałam już do czynienia.

Sugestia,  że  mogę  nie  udźwignąć  tej  wiedzy  albo  że  brakuje  mi  poczucia

odpowiedzialności doprowadzała mnie do szału. Do szału. Mój spokój ustąpił

miejsca zniecierpliwieniu.

– Czy któreś z was potrafi zabić boga? – rozejrzałam się wokół. – Pytam

poważnie.  Czy  umiecie  tak  po  prostu  uśmiercić  boga?  –  Znowu  spojrzałam

na  Nell.  –  Ja  pewnego  dnia  zdobędę  taką  moc.  Być  może  już  ją  mam.  Nie

potrzebuję  do  tego  waszej  książkowej  wiedzy.  Widzieliście,  co  zrobiłam  na

cmentarzu. Atena się mnie boi.

Usta Michela lekko się uśmiechnęły, a w jego szarych oczach pojawił się

błysk zdecydowania.

–  Wątpię,  by  Ari  miała  zamiar  zdradzać  nasze  sekrety  i  naszą  historię

świata.  Udzielenie  jej  dostępu  do  biblioteki  i  do  naszej  wiedzy  może  nam

przynieść jedynie korzyść, jeśli ostatecznie doprowadzi ona do klęski Ateny.

background image

Mój syn chętnie będzie jej towarzyszyć…

–  Och,  brawo,  Michel!  –  prychnęła  Josephine.  –  Następny  dojrzały

czytelnik.

–  A  nasze  dzieci?  –  wtrącił  się  Soren.  –  Oczekujesz,  że  pozwolimy,  by

twój syn posiadł wiedzę, a nasi potomkowie nie?

– Pewnego dnia Sebastian zostanie głową rodziny – powiedział Michel. –

W końcu i tak uzyska dostęp do biblioteki.

–  Oui  –  odparował  Soren.  –  Kiedy  zajmie  twoje  miejsce.  Ale  nie

wcześniej. Ta zasada dotyczy nas wszystkich.

Pozostali członkowie rady pokiwali głowami. Michel usiadł wygodniej i

wzruszył ramionami. Miał u mnie plus za to, że spróbował (oraz za to, że już

przed laty przemycił do biblioteki syna, by pokazać mu kamienną tabliczkę z

historią  istoty  „zrodzonej  z  mgły”,  o  czym  reszta  Novem  najwidoczniej  nie

wiedziała).  Zrozumiałam,  po  kim  Sebastian  odziedziczył  skłonność  do

przeciwstawiania się władzy.

–  Byłbym  skłonny  rozważyć  pewien  kompromis  –  powiedział  z

namysłem  Nikolai  Deschanel.  –  Mogłaby  przecież  wchodzić  do  biblioteki

sama  i  niczego  stamtąd  nie  wynosić.  Żadnych  przedmiotów,  zwojów  ani

książek.  Żadnych  notatek  ani  niczego  w  tym  rodzaju.  Jedynie  to,  co  zdoła

zapamiętać.

– To by mi odpowiadało – powiedziałam czym prędzej.

W  zasadzie  nie  miałam  pamięci  fotograficznej,  ale  gdybym  znalazła

informacje  pozwalające  zlokalizować  Atenę  i  Violet,  raczej  bym  ich  nie

zapomniała.  Przede  wszystkim  pragnęłam  jak  najszybciej  rozpocząć

poszukiwania.

– Więc jak? Zapiszcie mnie do szkoły, dajcie mi dostęp do biblioteki, a ja

– uśmiechnęłam się – rozwiążę wasz problem z boginią.

Kilka osób cicho się roześmiało.

background image

–  Ale  dlaczego?  –  zapytał  następny  członek  Novem,  Simon  Baptiste.  –

Jesteś  bystrą  młodą  kobietą.  Mogłabyś  się  ukryć,  zniknąć  Atenie  z  oczu.

Dlaczego  wolisz  stanąć  jej  na  drodze  i  pomóc  nam  obronić  miasto?  Czego

tak naprawdę chcesz? Bogactwa, wpływów, władzy…?

Serce  na  chwilę  zamarło  mi  w  piersi  i  skupiłam  wzrok  na  potężnym

wampirze.  W  moich  żyłach  przemknął  prąd  zniecierpliwienia  i  poczułam

absolutną pewność. Odpowiedź była prosta.

– Chcę zemsty.

Ostatnie słowo odbiło się echem, jakby miało w sobie moc.

Powoli odsunęłam się od stołu i gęsia skórka zniknęła z moich rąk.

Zemsta.

Nie  spocznę,  póki  nie  wyrównam  rachunków.  Nie  spocznę,  póki  Violet

nie wróci do Nowego 2 cała i zdrowa. Nie spocznę, póki moje przodkinie nie

zaznają spokoju, a ojciec nie odzyska wolności. Nie spocznę. Póki Atena w

końcu nie zginie.

Gdzieś  pośród  mętliku  w  mojej  głowie  usłyszałam,  że  głosują.  Każdy

członek rady powtarzał jak echo: „Tak”.

I już wiedziałam, że w taki czy inny sposób, bez względu na to, ile czasu

będzie musiało upłynąć, w końcu dokonam zemsty.

background image

Podziękowania

JESTEM  BARDZO  WDZIĘCZNA  cudownym  ludziom  z  wydawnictwa

Simon Pulse i mojej wspaniałej redaktorce Emilii Rhodes. To była zabawna i

ekscytująca  przygoda.  Ogromnie  się  cieszę,  że  mogłam  z  Wami

współpracować! Dziękuję fantastycznej Miriam Kriss za to, że wierzyła w tę

książkę  i  pomogła  ziścić  moje  marzenie,  a  także  za  to,  że  zajęła  się  stroną

organizacyjną,  pozwalając  mi  skupić  się  na  pisaniu  –  Miriam,  dzięki  Tobie

pracowało mi się o niebo lepiej. Bycie Twoją klientką to przyjemność.

Dziękuję  mojej  przyjaciółce,  pisarce  i  pierwszej  recenzentce  Jennie

Black, która przeczytała tę książkę i chwilami ciarki chodziły jej po plecach,

co utwierdziło mnie w przekonaniu, że dobrze się spisałam.

Dziękuję  Kameryn  Long,  która  po  przeczytaniu  połowy  przysłała  mi

SMS o treści „Nienawidzę cię”, bo nie mogła się doczekać drugiej części. To

jeden  z  najpiękniejszych  SMS-ów,  jakie  kiedykolwiek  dostałam.  Dzięki,  że

jesteś moją nieustanną orędowniczką, Kam.

Uściski  dla  dziewczyn  z  Destination  Debut  za  empatię,  zwierzenia  i

doping. Nie wiem, co bym bez was zrobiła.

Jak  zwykle  dziękuję  Mamie,  Tacie,  rodzinie  i  przyjaciołom  za

niesłabnące  wsparcie,  a  także  Audrey,  Jamesowi  i  Jonathanowi,  którzy

znosili moje humory i dali mi trochę czasu na zaszycie się w świecie fantazji.

Dziękuję,  że  sprowadziliście  mnie  z  powrotem  na  ziemię  i  nie  pozwalacie

odfrunąć.

background image

Spis treści

Rozdział pierwszy
Rozdział drugi
Rozdział trzeci
Rozdział czwarty
Rozdział piąty
Rozdział szósty
Rozdział siódmy
Rozdział ósmy
Rozdział dziewiąty
Rozdział dziesiąty
Rozdział jedenasty
Rozdział dwunasty
Rozdział trzynasty
Rozdział czternasty
Rozdział piętnasty
Rozdział szesnasty
Rozdział siedemnasty
Rozdział osiemnasty
Rozdział dziewiętnasty
Podziękowania


Document Outline