background image

JOAN HOHL 

 

Wielkie złudzenie 

 
 

Rozdział pierwszy  

Czekał na ni

ą

.  

Dawn  nie  była  pewna,  sk

ą

d  wie, 

Ŝ

e  ta  zakurzona,  zniszczona  furgonetka  nale

Ŝ

y  do  Bryce'a 

Stone'a, ale zało

Ŝ

yłaby si

ę

 o swojego ulubionego konia pełnej krwi angielskiej, 

Ŝ

e to był on.  

Obserwował j

ą

.  

Dostała g

ę

siej skórki, gdy poczuła spojrzenie powoli przesuwaj

ą

ce si

ę

 po jej ciele. Opanowała si

ę

by  nie  zesztywnie

ć

  z  niech

ę

ci,  przywołała  na  twarz  miły  u

ś

miech  i  zamkn

ę

ła  drzwi  motelowego 

pokoju.  Czekała  ...  i  czekała.  Kiedy  stało  si

ę

  oczywiste, 

Ŝ

e  nie  zamierza  do  niej  podej

ść

,  Dawn 

zagryzła wargi i zacz

ę

ła i

ść

 w jego kierunku.  

Stan

ą

ł  na  parkingu  motelowym  w  poprzek  miejsc  oznaczonych 

Ŝ

ółtymi  liniami.  Zostawił  otwarte 

drzwi  od  furgonetki,  nog

ę

  w  obcisłych  d

Ŝ

insach  wysun

ą

ł  na  zewn

ą

trz  i  machał,  ni

ą

  beztrosko. 

Siedział  rozparty  swobodnie  w  ocienionym  wn

ę

trzu,  opieraj

ą

c  si

ę

  jedn

ą

  r

ę

k

ą

  o  kierownic

ę

.  Twarz 

osłaniał mu kapelusz stetson w kolorze naturalnej skóry. Patrzył, czekał i zmuszał j

ą

, by podeszła.  

Bezczelny plebejusz!  
Pi

ę

kna. Elegancka. Z klas

ą

. Bryce wyliczał w my

ś

li zalety kobiety, która szła w jego stron

ę

. Oschły 

u

ś

mieszek  uniósł  k

ą

ciki  jego  warg,  gdy  pomy

ś

lał  o  jeszcze  jednym,  mniej  pochlebnym  okre

ś

leniu: 

zepsuta. Była teraz bli

Ŝ

ej i mógł przyjrze

ć

 si

ę

 jej kształtom dokładniej.  

Jak  na  kobiet

ę

  była  wysoka,  nawet  bez  tych  niepraktycznych sandałów na szpilkach, ocenił Bryce. 

Miała pewnie o jakie

ś

 pi

ę

tna

ś

cie centymetrów mniej ni

Ŝ

 on, a mierzył metr dziewi

ęć

dziesi

ą

t. Ka

Ŝ

dy 

fragment jej ciała doskonale pasował do reszty.  

Zerkn

ą

ł na jej długie nogi. 

Ś

cisn

ę

ło go w 

Ŝ

ą

dku, kiedy przeniósł spojrzenie ze szczupłych kostek 

na  smukłe  uda,  niestety  osłoni

ę

te,  lecz  jednocze

ś

nie  wyra

ź

nie  podkre

ś

lone  przez  d

Ŝ

insy,  które 

opinały ciało jak mokry kostium k

ą

pielowy. Stylizowana koszula wyra

ź

nie akcentowała jej kobieco

ść

 i 

kr

ą

głe, stercz

ą

ce piersi. Rudobr

ą

zowe włosy si

ę

gały do ramion, a jasne wrze

ś

niowe 

ś

wiatło budziło 

w  nich  rude  blaski.  A

Ŝ

  sw

ę

działy  go  palce,  by  si

ę

gn

ąć

  i  bawi

ć

  si

ę

  tymi  l

ś

ni

ą

cymi  pasmami. 

Arystokratyczne  rysy  twarzy  układały  si

ę

  w  tak  doskonał

ą

  cało

ść

Ŝ

e  mogły  z  pewno

ś

ci

ą

  zaprze

ć

 

m

ęŜ

czy

ź

nie  dech  w  piersi.  O  tak,  ta  dziewczyna  była  przyzwyczajona  do  zaspokajania  wszystkich 

swoich kaprysów.  

Zepsuta lala.  
-  Pan  Stone?  -  Dawn  oczekiwała  jakiej

ś

  reakcji,  chocia

Ŝ

  mrugni

ę

cia,  jakiejkolwiek  zmiany  na  tej 

kamiennej  twarzy.  Nic,  nawet 

ś

ladu  informacji,  co  działo  si

ę

  za  zasłon

ą

  tych  ostrych,  surowych 

rysów. Emanował sił

ą

 zarówno fizyczn

ą

, jak i psychiczn

ą

. Patrzył na ni

ą

 spod przymkni

ę

tych powiek 

zimnym  spojrzeniem,  co  wytr

ą

cało  z  równowagi.  Posiadał  jak

ąś

  nieubłagan

ą

  moc,  która  wydawała 

si

ę

 otacza

ć

 j

ą

 niemal dotykalnie, wywołuj

ą

c dreszcz.  

- Słucham pani

ą

. - Nieznacznie uchylił kapelusza. Jego zachowanie nie odznaczało si

ę

 

szczególnym szacunkiem.  

Dreszcz, który przebiegał wzdłu

Ŝ

 kr

ę

gosłupa Dawn, nasilił si

ę

 na d

ź

wi

ę

k jego niskiego, oboj

ę

tnego 

głosu. Z trudem opanowała niech

ęć

, wszystko si

ę

 w niej zagotowało. Wysuwaj

ą

c do przodu 

podbródek, u

Ŝ

yła chwytu, który nigdy nie zawodził, gdy chciała kogo

ś

 upokorzy

ć

. Z wyniosłym, 

pogardliwym wyrazem twarzy zlustrowała go od zakurzonych czubków butów po wywini

ę

ty brzeg 

kapelusza.  

- Jestem Dawn Kingsley. - Wyci

ą

gn

ę

ła do niego r

ę

k

ę

 spokojnym, chłodnym gestem.  

. Na Brusie Stone ani jej nazwisko, ani wyniosłe spojrzenie me zrobiły wi

ę

kszego wra

Ŝ

enia.  

-  Tak,  słyszałem  -  Poruszaj

ą

c  si

ę

  obra

ź

liwie  powoli  i  leniwie,  Bryce  wysiadł  z  furgonetki.  Dawn 

miała wła

ś

nie opu

ś

ci

ć

 r

ę

k

ę

, kiedy wyci

ą

gn

ą

ł swoj

ą

 w jej stron

ę

.  

-  Chad  ze  stacji  obsługi  powiedział, 

Ŝ

e  pytała  pani  o  mnie.  -  Jego  szeroka  dło

ń

  o  długich 

palcach pochłon

ę

ła Jej r

ę

k

ę

 w u

ś

cisku, sprawiaj

ą

c, i

Ŝ

 poczuła si

ę

 mała i bezbronna.  

background image

 - Tak. - Przy wzro

ś

cie metr siedemdziesi

ą

t osiem musiała tylko nieznacznie przechyli

ć

 głow

ę

, by 

spotka

ć

  jego  przenikliwe  spojrzenie.  Chłód  jego  wzroku  przenikn

ą

ł  j

ą

  a

Ŝ

  do  czubków 

wypedicurowanych palców u nóg. Nie zamierzała czu

ć

 si

ę

 onie

ś

mielon

ą

, wi

ę

c si

ę

gn

ę

ła do bocznej 

kieszeni obszernej torby i wyci

ą

gn

ę

ła kartk

ę

 papieru, zamachała m

ą

 I trzymała mu przed oczami.  

-. Nie wiedziałam, gdzie mog

ę

 pana znale

źć

 - wyja

ś

niła u

ś

miechaj

ą

c si

ę

 łagodnie. - Wszystko, 

co dostałam, to pana nazwisko I nazw

ę

 tego miasteczka, Tusayan.  

- Dostała pani? - Uniósł brwi w zdumieniu. Spojrzenie pozostało nieruchome.  

Zrobiło jej si

ę

 ciepło, co przypisała 

Ŝ

arowi słonecznemu.  

Poczuła si

ę

 te

Ŝ

 nieswojo, a spowodowała to jego obcesowo

ść

. Dawn odwróciła wzrok i obrzuciła 

okolic

ę

 lekcewa

Ŝą

cym spojrzeniem.  

- Mała mie

ś

cina.  - W głosie zabrzmiała nutka pogardy.  

Dawn miała nadziej

ę

 na jak

ąś

 reakcj

ę

. Daremnie. Bryce pozostał niewzruszony. 

- Dostała pani ? – powtórzył pytanie tym samym beznami

ę

tnym tonem. 

Dawn poczuła, 

Ŝ

e wszystko si

ę

 w niej gotuje. Zgrzytaj

ą

c z

ę

bami rzuciła lodowatym tonem: 

- Tak. Nasz wspólny znajomy dał mi pana nazwisko. 
- Có

Ŝ

 to za wspólny znajomy? 

Niemo

Ŝ

liwe! Powiedział do niej całe pi

ęć

 słów! Nakazała swemu sercu spokój i z trudem 

opanowała 

ś

miech, jakim chciała wybuchn

ąć

 mu  w twarz. 

- Bruce Clayton - odpowiedziała pow

ś

ci

ą

gliwie. – Wiem, 

Ŝ

e zeszłej jesieni był pan jego 

przewodnikiem w 

w czasie bezkrwawych łowów z aparatem fotograficznym.  

- Mm.  
Dawn westchn

ę

ła zniecierpliwiona. Stary chwyt  "odpowied

ź

 tak krótka jak długie nogi" 

zaczynał J

ą

 zło

ś

ci

ć

. - Czy mo

Ŝ

na wiedzie

ć

, jaka tre

ść

 kryje si

ę

 za tym tajemniczym: mm? 

- spytała ze słodk

ą

 ironi

ą

.  

-  Wszystko  ma  jak

ąś

  tre

ść

  -  Odpowiedział  znudzonym  tonem  Bryce.  -  Jedyna  rzecz, 

Jaka mnie interesuje, to powód, dla którego Clayton dał pani moje nazwisko.   .  

- Powód jest oczywisty. Bruce polecił pana jako najlepszego przewodnika w Arizonie, a 

kto wie, czy nie na całym Zachodzie. - Ton Jej głosu sugerował, ze zaczynała mie

ć

 co do 

tego powa

Ŝ

ne w

ą

tpliwo

ś

ci.  

- Dlaczego?  

- Dlaczego? Co dlaczego?  

 

Tym razem Stone ci

ęŜ

ko westchn

ą

ł. 

-  Dlaczego  mnie  polecił  i  po  co  pani  potrzebuje  przewodnika?  -  Obrzucił  jej  ciało 

chłodnym  spojrzeniem,  ubieraj

ą

c  usta  w  cie

ń

  u

ś

miechu.  -  Chce  pani  fotografowa

ć

 

zwierz

ę

ta?   .  

- Ale

Ŝ

 sk

ą

d! Oczywi

ś

cie, 

Ŝ

e nie. - Dawn pokr

ę

ciła głow

ą

, lecz przestała nagle po chwili 

zastanowienia. 
- Mo

Ŝ

e w pewnym sensie - przyznała tonem pełnym wahania. 

- To z pewno

ś

ci

ą

 wszystko wyja

ś

nia, ale czy mogłaby pani by

ć

 nieco bardziej 

precyzyjna? 
Dawn znów zacisn

ę

ła z

ę

by. Bryce Stone był chyba najbardziej denerwuj

ą

cym 

m

ęŜ

czyzn

ą

, jakiego spotkała. Szkoda, 

Ŝ

e był jej potrzebny, my

ś

lała, przygl

ą

daj

ą

c mu si

ę

 

. Nic nie sprawiłoby jej wi

ę

kszej przyjemno

ś

ci, ni

Ŝ

 powiedzenie temu m

ęŜ

czy

ź

nie, by 

wybrał si

ę

 na pustyni

ę

 nie zabieraj

ą

c ze sob

ą

 kropli wody. Nagle zdała sobie spraw

ę

, jak 

jest gor

ą

co i jak bardzo jest spragniona. Przy odrobinie szcz

ęś

cia znajdzie tutaj jak

ąś

 

restauracj

ę

 czy bar. Nadała głosowi bardziej pojednawczy ton. 

- Mm... czy znalazłoby si

ę

 tutaj miejsce, gdzie mogliby

ś

my usi

ąść

- Nic dziwnego. - Bryce przyjrzał si

ę

 jej stopom. Gdybym miał na nogach te szpiczaste 

namiastki butów, te

Ŝ

 marzyłbym o tym, by usi

ąść

Tego było ju

Ŝ

 za wiele! Za sandały, które miała na sobie, zapłaciła dwie

ś

cie 

siedemdziesi

ą

t pi

ęć

 dolarów, a ten kretyn nazywał je namiastkami! Ta kropla przepełniła 

czar

ę

! Dawn była bliska wybuchu. Otwierała ju

Ŝ

 usta, by zada

ć

 straszliwy cios, gdy 

przypomniała sobie, jak bardzo był jej potrzebny. 
- Skoro tak, to czy jest tu jakie

ś

 miejsce, gdzie mo

Ŝ

na usi

ąść

? - Dawn przełkn

ę

ła gorycz 

i dum

ę

. - Gdzie mo

Ŝ

na zamówi

ć

 co

ś

 zimnego do picia? 

background image

- Jasne. - Bruce wzruszył ramionami i pokazał głow

ą

 budynek, z którego przed chwil

ą

 

wyszła. - W motelu jest 

ś

wietna restauracja. - U

ś

miechn

ą

ł si

ę

 w ten niezwykle irytuj

ą

cy, 

ironiczny sposób. - Jest te

Ŝ

 bar, je

Ŝ

eli chce si

ę

 wypi

ć

 co

ś

 mocniejszego. 

Dawn miała ochot

ę

 pokaza

ć

 mu, jak

ą

 moc ma wymierzony przez ni

ą

 policzek. Tymczasem cał

ą

 

moc zamkn

ę

ła w uprzejmym u

ś

miechu. 

- Chod

ź

my tam, o ile nie ma pan nic przeciw temu? 

- Chod

ź

my. - Ruchem dłoni Bryce poprosił, by poszła pierwsza. - Masz szcz

ęś

cie złotko. Nie 

mam dzisiaj nic lepszego do roboty. 
Dawn rzuciła mu spojrzenie przez rami

ę

- Dzi

ę

kuj

ę

 za komplement - odparowała k

ąś

liwie. 

Twarz rozja

ś

nił mu u

ś

miech. 

- Oczekuje pani komplementów? - Z błyskiem w oczach powoli przyjrzał si

ę

 jej twarzy i 

szczupłemu ciału. - Jest pani pi

ę

kn

ą

 kobiet

ą

 o smukłym, poci

ą

gaj

ą

cym ciele - stwierdził 

otwarcie, oceniaj

ą

c jej zalety. Rozbawił go wyraz zdumienia w jej oczach. - Czy

Ŝ

by nie o to cho-

dziło? 
- Pan... ja... - Daremnie szukała wystarczaj

ą

co ostrych słów, by móc go unicestwi

ć

. Jeszcze 

nigdy nie była taka w

ś

ciekła. - Jak pan 

ś

mie... - Tylko tyle pozwolił jej powiedzie

ć

Impertynencki gbur! Ma czelno

ść

 

ś

mia

ć

 si

ę

 jej prosto w twarz! 

- Niech pani zostawi to przedstawienie dla kogo

ś

, na kim zrobi wra

Ŝ

enie, kochanie. - Bryce 

mówił tym samym znudzonym tonem. - Mn

ą

 nie tak łatwo wstrz

ą

sn

ąć

. Je

Ŝ

eli jednak chce pani 

ze mn

ą

 pogada

ć

, lepiej szybko si

ę

 zdecydowa

ć

. Inaczej ju

Ŝ

 mnie tu nie ma. Wszystko zale

Ŝ

y od 

pani. 
Egoista, despota, arogant... Dawn nie mogła zebra

ć

 my

ś

li, taka była w

ś

ciekła. Jednak jeden 

fragment jej rozumu przypominał, jak bardzo wa

Ŝ

ny dla jej planów jest ten człowiek. Kipi

ą

gniewem obróciła si

ę

 na pi

ę

cie i poszła w stron

ę

 motelu. 

- Cze

ść

, Bryce. Co słycha

ć

? - Recepcjonista pozdrowił Ich gestem r

ę

ki. 

- Niewiele, Ted. Ta dama jest spragniona. - Nieznacznym ruchem głowy wskazał Dawn. 
Ted obrzucił Dawn takim samym spojrzeniem, jakim obdarzył ja, gdy przyjechała do motelu. 
- Do wyboru, do koloru. Restauracja i bar s

ą

 wła

ś

ciwie puste. - Jeszcze jedno spojrzenie 

rzucone na Dawn. 
- Za kilka minut ko

ń

cz

ę

 prac

ę

. Mo

Ŝ

e przył

ą

cz

ę

 si

ę

 do was. 

Dawn zesztywniała. Jak na jeden dzie

ń

 wystarczyło ju

Ŝ

 gapi

ą

cych si

ę

 facetów. Otworzyła usta, 

by zaprotestowa

ć

. Kto

ś

 jednak był szybszy. 

- Mo

Ŝ

e nie. - Głos Bryce'a był łagodny, ale wzrok lodowaty. - Mamy pewne sprawy do 

omówienia. 
Policzki Teda pokrył rumieniec. 
- Ach... tak. Nie chciałbym si

ę

 narzuca

ć

Bryce u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 i skin

ą

ł głow

ą

- Do zobaczenia, Ted. - Ujmuj

ą

c Dawn za łokie

ć

, poprowadził j

ą

 w stron

ę

 restauracji. 

- Ju

Ŝ

 jadłam. Mo

Ŝ

e by

ć

 bar. 

Bryce wzruszył ramionami i zmienił kierunek. - Wszystko jedno gdzie. 
Dawn naje

Ŝ

yła si

ę

, ale nie zwolniła. Nie zdarzyło jej si

ę

 nigdy tak ostro reagowa

ć

 na m

ęŜ

czyzn

ę

Złe fluidy, wytłumaczyła sobie. Przymru

Ŝ

yła oczy i wsun

ę

ła si

ę

 do lo

Ŝ

y w słabo o

ś

wietlonym 

barze. Od pocz

ą

tku czuła, 

Ŝ

e m

ęŜ

czyzna jest jej przeciwnikiem. Bryce Stone dra

Ŝ

nił j

ą

, a to 

mogło okaza

ć

 si

ę

 w przyszło

ś

ci du

Ŝ

ym utrudnieniem. Poczuła przedziwny ucisk w 

Ŝ

ą

dku, gdy 

zaj

ą

ł miejsce naprzeciwko. Tak, z pewno

ś

ci

ą

 trudno b

ę

dzie da

ć

 sobie z nim rad

ę

- Co chce pani zamówi

ć

Wyrwana z zamy

ś

lenia, Dawn wstrz

ą

sn

ę

ła si

ę

 i spojrzała na niego.  

- Co takiego?  

Bryce rzucił jej chłodn

ę

 spojrzenie. - Janice czeka na zamówienie.  

- Janice? - Dawn zmarszczyła brwi.  
- Nasza kelnerka - odpowiedział wskazuj

ą

c ruchem głowy kobiet

ę

 stoj

ą

c

ą

 przy ich lo

Ŝ

y. Dziewczyna 

pochodziła z plemienia Nawaho, była młoda i ładna o pi

ę

knych, ciemnych oczach i mi

ę

kkim 

spojrzeniu.  
- Czego zechce si

ę

 pani napi

ć

?  

- Och! - Dawn u

ś

miechn

ę

ła si

ę

 przepraszaj

ą

co do cierpliwie czekaj

ą

cej dziewczyny. - Poprosz

ę

 wino 

z lodem.  
- A ja poprosz

ę

Ŝ

eby moje było z głow

ą

. - Bryce u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 do młodej kobiety, a Dawn zaparło 

background image

dech  w  piersi.  Zapatrzyła  si

ę

  w  niego  jak  w  obraz  i  tylko  jak  przez  mgł

ę

  słyszała  szorstk

ą

  odpowied

ź

 

dziewczyny.  
- Masz jeszcze co

ś

 dowcipnego do powiedzenia? Bryce wybuchn

ą

ł radosnym 

ś

miechem, a

Ŝ

 Dawn 

poczuła ciarki wzdłu

Ŝ

 kr

ę

gosłupa. Zmiana była zbyt szokuj

ą

ca. Dokoła oczu pojawiły si

ę

 zmarszczki 

mimiczne. Biel z

ę

bów odcinała si

ę

 od opalonej skóry. Wygl

ą

dał na człowieka swobodnego, na luzie, 

całkowite przeciwie

ń

stwo m

ęŜ

czyzny o zimnych oczach i nie wzruszonej twarzy, jakiego poznała par

ę

 

minut wcze

ś

niej. Dawn prawie zacz

ę

ła go lubi

ć

, kiedy kelnerka odeszła i Bryce zwrócił si

ę

 znów ku niej.  

- No dobra. Moja damo, czego chcesz ode mnie? - spytał oschle.  
Dawn znów si

ę

 spi

ę

ła. Wstrz

ą

sn

ą

ł ni

ą

 dreszcz niech

ę

ci. Zastanawiała si

ę

, co było w niej takiego, 

czego tak bardzo nie lubił. Podniosła głow

ę

 i spojrzała mu w oczy.  

   - Chc

ę

 pana wynaj

ąć

. - Jej głos był chłodny wbrew temu, co czuła. 

- Wynaj

ąć

? Po co?  

ś

eby zaprowadził mnie pan do Kanionu - odparła zdecydowanie.  

Bryce był zdumiony.  

- Do Wielkiego? - Ton jego głosu był bezpo

ś

rednim odbiciem nastroju.  

- Oczywi

ś

cie - odpowiedziała niecierpliwie. - Jest. Jest jaki

ś

 inny? 

- Moja damo, kanionów w Arizonie jest do licha i troch

ę

.  

Tym razem Dawn nie wytrzymała i wybuchn

ę

ła.  

-  Wiem!  Ale.  przecie

Ŝ

  nie  przyjechałabym  do  Tusayan,  gdybym  me  chciała  obejrze

ć

  Wielkiego 

Kanionu? - Odetchn

ę

ła gł

ę

boko. - I nie nazywaj mnie dam

ą

!  

- Dlaczego nie? Czy

Ŝ

 ni

ą

 nie jeste

ś

?  

- Jestem, do jasnej cholery! - Słowa wymkn

ę

ły si

ę

 z ust, zanim zdołała je zatrzyma

ć

. Oburzona na 

sam

ą

 siebie,. zaczerpn

ę

ła powietrza, by si

ę

 uspokoi

ć

. Nigdy nie traciła panowania nad sob

ą

. Nigdy. 

To, 

Ŝ

e przytrafiło jej si

ę

 to teraz, przez uwagi tego człowieka rzucane jakby od niechcenia, było 

niemal nie do zniesienia.  

- Przepraszam - powiedziała sztywno. - Nie chciałam kl

ąć

.  

.  

.  

- Ale zrobiła to pani. - Wzruszył ramionami. - Zasłu

Ŝ

yłem sobie. - Podniósł r

ę

k

ę

, by zdj

ąć

 kapelusz 

i rzuci

ć

 go na siedzenie obok. Przeczesał palcami g

ę

ste, faluj

ą

ce włosy. - Ja te

Ŝ

 przepraszam. Mo

Ŝ

zaczniemy od nowa? _ Pytaj

ą

co uniósł brwi i u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 zach

ę

caj

ą

co. - Okay?  

M

ę

skie  pi

ę

kno  jego  u

ś

miechu  urzekło  Dawn.  Z  trudem  opieraj

ą

c  si

ę

  uczuciu  ciepła,  jakie  ni

ą

 

zawładn

ę

ło, spojrzała na niego chłodno i kiwn

ę

ła głow

ą

.  

- Dobrze, panie Stone, zaczniemy ...  
- Bryce - przerwał łagodnie. - Na imi

ę

 mam Bryce.  

Dawn wahała si

ę

 przez chwil

ę

, zanim uległa jego cichej zach

ę

cie.  

- Bryce - powtórzyła. U

ś

miechn

ą

ł si

ę

 z satysfakcj

ą

.  

- A czy mog

ę

 mówi

ć

 do pani: Dawn? - spytał.  

Czuła, 

Ŝ

e jej odporno

ść

 na jego urok słabnie. Zmienił stosunek do niej, była wi

ę

c ostro

Ŝ

na. 

Spojrzała na niego podejrzliwie, ale kiwn

ę

ła głow

ą

.  

- W porz

ą

dku. - U

ś

miechn

ą

ł si

ę

 szerzej i rozbłysły mu oczy. Jaki

ś

 ostrzegawczy głos 

wzywał Dawn do ucieczki.  

Za  pó

ź

no.  Nadeszła  wła

ś

nie  kelnerka  z  napojami.  Dawn  przysłuchiwała  si

ę

,  jak  Bryce 

przekomarzał si

ę

 z młod

ą

 kobiet

ą

, czuj

ą

c, 

Ŝ

e przedziwnie brak jej tchu.  

Bryce  Stone,  trzymaj

ą

cy  si

ę

  w  ryzach,  był  po  prostu  poci

ą

gaj

ą

cy.  Rozlu

ź

niony  i  pełen 

uroku,  wywierał  piorunuj

ą

ce  wra

Ŝ

enie.  W  dodatku  było  w  nim  co

ś

,  z  czym  nigdy  si

ę

  nie 

spotkała. Jaka

ś

 cecha, która odró

Ŝ

niała go od innych. Patrz

ą

c mu w oczy Dawn szukała dla 

niej nazwy.  

Pierwotny.  Była  w  nim  jaka

ś

  pierwotno

ść

,  która  kazała  my

ś

le

ć

  o  innej  epoce,  gdy 

m

ęŜ

czy

ź

ni przemierzali ziemi

ę

 jak zdobywcy, bior

ą

c wszystko czego zapragn

ę

li, zarówno od 

ziemi jak i kobiet.  

Poczuła dreszcz wzdłu

Ŝ

 kr

ę

gosłupa na my

ś

l o takiej sytuacji. Dawn dobrze znała rekiny 

współczesnego 

ś

wiata interesu, jej ojciec był jednym z nich. Ale Bryce nie przystawał do 

background image

modelu m

ęŜ

czyzny dr

ę

czonego przez wrzody i stresy. Był zbyt niezale

Ŝ

ny, zbyt ziemski, 

zbyt m

ę

ski. Poczuła, 

Ŝ

e wszystko co w niej kobiece, nieodparcie poddaje si

ę

 jego 

m

ę

skiemu urokowi. Uczucie wydało si

ę

 jej zbyt pierwotne, na granicy prymitywnego. 

Poruszyło pragnienia ukryte gł

ę

boko pod warstw

ą

 dobrego wychowania w cywilizowanym 

ś

wiecie. Uczucie to nie zgadzało si

ę

 ze 

ś

wiatłem dnia. 

Dawn nie czuła si

ę

 z tym dobrze. Usiłuj

ą

c zwalczy

ć

 ogarniaj

ą

cy j

ą

 nastrój, spowodowany 

samym  patrzeniem  na  niego,  podniosła  głow

ę

.  Wróciła  do  rzeczywisto

ś

ci  i  zaciekawiła  si

ę

co  te

Ŝ

  Bryce  mógł  powiedzie

ć

  do  młodej  kelner, 

Ŝ

e  si

ę

  tak  zaczerwieniła.  Po  czym 

przekonuj

ą

c sam

ą

 siebie, ze nic j

ą

 to nie obchodzi, Dawn uniosła kieliszek w jego stron

ę

.  

- Na zdrowie ... Bryce. 

Rozdział drugi  

Słabo skrywana nutka ironii w głosie. Dawn zwróciła uwag

ę

 Bryce'a. Westchn

ą

ł cicho odwracaj

ą

twarz w stron

ę

 swej towarzyszki. Z ponurym usmieszkiem złapał za ucho kufla.  

.  

_ Na zdrowie ... - Zawiesił z rozmysłem. głos zanim dodał: - Dawn. Poci

ą

gn

ą

ł du

Ŝ

y łyk zimnego 

plwa l rozSladai

ą

c si

ę

 wygodniej, uwa

Ŝ

nie przyjrzał si

ę

 jej twarzy.  

• Obserwacja okazała si

ę

 owocna. Z bliska Dawn była jeszcze pi

ę

kniejsza ni

Ŝ

 my

ś

lał. Miała mały 

nos,  wysokie  ko

ś

ci  policzkowe,  wyra

ź

nie  zarysowan

ą

  szcz

ę

k

ę

.  brwi  o  ton  ciemniejsze  ni

Ŝ

 

kasztanowe włosy tworzyły delikatne łuki. Orzechowe oczy roz

ś

wietlały plamki złota i br

ą

zu.,  

W  takich  oczach  m

ęŜ

czyzna  ch

ę

tnie  by  uton

ą

ł,  pomyslał  Bryce,  czuj

ą

c  napi

ę

cie  mi

ęś

ni  ciała. 

Ch

ę

tnie.  zanurzyłby  te

Ŝ

  palce  w  rudobr

ą

zowych  pasmach  jedwabistych  włosow.  Ale  to  jej  ustom 

nale

Ŝ

ało si

ę

 wi

ę

cej uwagi. Nagle zaschło mu w gardle. Wiedział, 

Ŝ

e wargi Dawn smakowałyby Jak 

miód.  

Opanowało go nagłe po

Ŝą

danie, pochylił si

ę

 wi

ę

c w jej stron

ę

. Do rzeczywisto

ś

ci przywróciło go 

ostrzegawcze 

ś

wiatełko w jej oczach i niemal niezauwa

Ŝ

alne napi

ę

cie w k

ą

cikach ust, których tak 

bardzo pragn

ą

ł. 

Zniecierpliwiony  tym, 

Ŝ

e  pozwolił  wyobra

ź

ni  wzi

ąć

  gór

ę

  nad  zdrowym  rozs

ą

dkiem,  Bryce 

zareagował z typowo ludzk

ą

 słabo

ś

ci

ą

. Powiedział do niej rozdra

Ŝ

nionym tonem:  

- Mo

Ŝ

e wreszcie mi powiesz, po co chcesz i

ść

 do kanionu?  

W  Dawn  drgał  ka

Ŝ

dy  nerw. 

Ś

wiadoma  swojej  urody  była  przyzwyczajona  do  m

ę

skich  spojrze

ń

Rozbierano  i  oceniano  j

ą

  oczami  tysi

ą

ce  razy,  nie  dalej  jak  przed  kilkoma  minutami  w  holu 

motelowym  robił  to  ten  zuchwały  młody  recepcjonista.  I  chocia

Ŝ

  nie  podobały  si

ę

  jej  powłóczyste, 

taksuj

ą

ce spojrzenia, zawsze sobie powtarzała, 

Ŝ

e powinna by

ć

 do tego przyzwyczajona. Jednak nie 

była. Mimo to jej reakcja na spojrzenie Bryce'a jakie posłał spod przymkni

ę

tych powiek, była inna ni

Ŝ

 

zwykle.  Nie  poczuła  si

ę

  zniecierpliwiona  i  rozdra

Ŝ

niona.  Dr

Ŝ

ała  na  całym  ciele.  Zdr

ę

twiała.  Skór

ę

 

miała rozpalon

ą

, to znów zimn

ą

, a wsz

ę

dzie czuła ukłucie jakby tysi

ą

ca igiełek. W gł

ę

bi ... daleko w 

ę

bi  czuła  ból.  Była  przera

Ŝ

ona.  Przera

Ŝ

ona  w  sposób,  którego  ~ie  rozumiała.  Reakcj

ą

  na 

zalewaj

ą

ce j

ą

 wewn

ę

trzne ciepło był lodowaty chłód, okazywany na zewn

ą

trz.  

- Badania - odpowiedziała krótko i tre

ś

ciwie. Bryce zmarszczył brwi.  

- Jakie badania? Jeste

ś

 wielbicielk

ą

 natury? Archeologiem?  

Dawn potrz

ą

sn

ę

ła głow

ą

.  

- Jestem powie

ś

ciopisark

ą

.  

Jeszcze raz Bryce miał czelno

ść

 z niej si

ę

 

ś

mia

ć

. - Powie

ś

ciopisark

ą

! - wykrzykn

ą

ł.  

- Tak, pisark

ą

. - Ton głosu Dawn mógłby zamra

Ŝ

a

ć

. - Pisz

ę

 powie

ś

ci.  

Grymas  przebiegłego  u

ś

mieszku  wygi

ą

ł  usta  Bryce'a.  -  Jeste

ś

  pisark

ą

  współczesn

ą

  Bruce'owi 

background image

Claytonowi.  
Dawn zesztywniała słysz

ą

c drwin

ę

 w jego głosie.  

_ Co Bruce ma tu do rzeczy? - spytała pełna podejrzli-  

wo

ś

ci.  

_ Co Bruce mo

Ŝ

e mie

ć

 gdziekolwiek do rzeczy? - od-  

parował.  -  Na  pewno  nic  po

Ŝ

ytecznego. - Wyd

ą

ł wargi tak, jakby jadł co

ś

 kwa

ś

nego. - Z tego, co 

dowiedziałem si

ę

 o Claytonie w czasie jego pobytu tutaj, jest on nikim wi

ę

cej, jak paso

Ŝ

ytem. 

ś

yje z 

pieni

ę

dzy swego dziadka. Wypełnia pustk

ę

 swego 

Ŝ

ycia włócz

ę

gami dookoła 

ś

wiata, kolekcjonuje 

kobiety,  które  uda  mu  si

ę

  zaci

ą

gn

ąć

  do  łó

Ŝ

ka  i  anga

Ŝ

uje  si

ę

  od  czasu  do  czasu  w  wyprawy 

fotograficzne. _ Uniósł brew. - Czy zabawa w pisanie jest twoim sposobem na zabicie czasu?  

Tym razem Dawn nie potrafiła si

ę

 opanowa

ć

.  

_ Zabawa! - powtórzyła oburzona. - Jak 

ś

miesz sugerowa

ć

 ...  

Bryce przerwał jej ostro.  

_  Niczego  nie  sugeruj

ę

,  mówi

ę

  wprost.  Badania.  -  Wydał  dziwny,  pogardliwy  d

ź

wi

ę

k.  Wzi

ą

ł 

kapelusz.  -  Przykro  mi,  ale  nie  mam  czasu  dla  znudzonych,  zepsutych  panienek  szukaj

ą

cych 

wra

Ŝ

e

ń

 w kanionie. - Spojrzeniem jak laser przykuł j

ą

 do miejsca. - Do diabła! - wymamrotał. - Nie 

miałbym  dla  ciebie  czasu,  nawet  gdybym  nie  miał  nic  innego  do  roboty.  -  Odsuwaj

ą

c  nie 

doko

ń

czone piwo, wy-  

sun

ą

ł si

ę

 z lo

Ŝ

y.  

_  Poczekaj  chwil

ę

!  -  Nie  zastanawiaj

ą

c  si

ę

  nad  tym,  co  robi,  Dawn  złapała  go  za  nadgarstek. 

Poczuła  nieznany  strach,  gdy  Bryce  spojrzał  na  jej  palce.  -  Prosz

ę

,  wysłuchaj  mnie  -  dodała 

nieswoim, błagalnym tonem.  

Bryce powoli podniósł wzrok. Spojrzenia ich si

ę

 spotkały i Dawn przebiegł kolejny dreszcz 

strachu.  

_ Niech to b

ę

dzie przekonuj

ą

ce, 

ś

licznotko - powiedział ostrzegawczym głosem. 

Dawn nienawidziła okre

ś

le

ń

 takich jak: złotko, 

ś

licznotko, kotku, ale była zbyt zdenerwowana, by 

protestowa

ć

. Sekundy, w ci

ą

gu których usadawiał si

ę

 z powrotem w lo

Ŝ

y, wykorzystała na zebranie 

my

ś

li. Zacz

ę

ła mówi

ć

 w chwili, gdy podniósł na ni

ą

 wzrok,  

- Przede wszystkim zapewniam ci

ę

Ŝ

e nigdy w nic si

ę

 nie bawi

ę

 - zacz

ę

ła.  

Chocia

Ŝ

 Bryce nie odpowiadał, w jego twarzy wida

ć

 było sceptycyzm.  

Zachowuj

ą

c spokój, Dawn zacisn

ę

ła z

ę

by, po czym mówiła dalej.  

- Nawet je

Ŝ

eli sobie pofolguj

ę

, to na pewno nie w pracy.  

- W pracy? - Bryce nawet nie próbował ukry

ć

 swego  

zdumienia.  

- Tak, w pracy! - odparowała Dawn. - Zarabiam na 

Ŝ

ycie, panie Stone, tak jak pan i wszyscy inni 

ludzie.  

- Jasne.  
Zrobiło jej si

ę

 czerwono przed oczami. Ogarn

ę

ła j

ą

 w

ś

ciekło

ść

. We wzroku miała złote błyski, gdy 

ostro zmierzyła jego leniw

ą

, rozpart

ą

 na siedzeniu posta

ć

. Kto pozwolił mu jej ubli

Ŝ

a

ć

? Có

Ŝ

 takiego 

nadzwyczajnego  robił,  poza  prowadzeniem  od  czasu  do  czasu  grup  my

ś

liwych?  Był  po  prostu 

zuchwały i bezczelny!  

-  Napisałam  cztery  powie

ś

ci,  panie  Stone  -  powiedziała  sucho.  Podniosła  dło

ń

,  mi

ę

dzy  palcem 

wskazuj

ą

cym i kciukiem zostawiaj

ą

c zaledwie mał

ą

 szpar

ę

. - Moja ostatnia ksi

ąŜ

ka była na tyle bliska 

wej

ś

cia na list

ę

 bestsellerów.  

- Jestem zachwycony. - Jego głos przeczył słowom.  
- Powinien pan by

ć

 - odszczekn

ę

ła. - I powiem panu  

co

ś

 jeszcze, panie Stone - dodała niskim, gor

ą

czkowym tonem. - Tak bardzo pragn

ę

 zobaczy

ć

 swoj

ą

 

ksi

ąŜ

k

ę

 na tej li

ś

cie, 

Ŝ

e smak triumfu czuj

ę

 ju

Ŝ

 w ustach. My

ś

l

ę

Ŝ

e ksi

ąŜ

ka, nad któr

ą

 wła

ś

nie pracuj

ę

dotrze tam.' - Z nadmiaru emocji i gniewu Dawn zaschło w gardle. Umilkła na chwil

ę

 i napiła si

ę

 

wina. Bryce wykorzystał t

ę

 chwil

ę

 na wtr

ą

cenie suchej uwagi.  

- Pisarz musi sprzeda

ć

 ksi

ąŜ

k

ę

, zanim zacznie torowa

ć

 sobie drog

ę

 na listy bestsellerów.  

-  Niemo

Ŝ

liwe?  -  Odpowied

ź

  Dawn  brzmiała  ostro  i  wyra

ź

nie  dawała  do  zrozumienia,  jak 

bardzo  był  jej  wstr

ę

tny.  - Niech pan sobie wyobrazi, 

Ŝ

e sprzedałam t

ę

 ksi

ąŜ

k

ę

 i to z niezł

ą

 

zaliczk

ą

. - Dawn podała cyfr

ę

, która nareszcie zdołała wywrze

ć

 na nim wra

Ŝ

enie.  

- Co? - Bryce Stone wpatrywał si

ę

 w ni

ą

 w osłupieniu. Dawn popijała wino, patrz

ą

background image

wynio

ś

le.  

- To co pan słyszał.  

Bryce przygl

ą

dał si

ę

 jej przez kilka sekund, po czym wyraz zdumienia na twarzy ust

ą

pił 

miejsca autoironii.  

- Dopadnij ich, kochanie - powiedział zach

ę

caj

ą

co, wznosz

ą

c kufel. - Mam nadziej

ę

Ŝ

e ci 

si

ę

 uda.  

Szczero

ść

  w  jego  głosie  sprawiła  jej  prawdziw

ą

  przy  jemno

ść

,która  zalała  j

ą

  fal

ą

 

niezwykle intensywnego ciepła. 

ś

eby unikn

ąć

 analizy swych uczu

ć

, zacz

ę

ła mówi

ć

.  

- Dzi

ę

kuj

ę

. Te

Ŝ

 mam t

ę

 nadziej

ę

 - przyznała otwarcie.  

- Musz

ę

 jednak zbada

ć

 dokładnie kanion, aby nada~ opo-  

wie

ś

ci prawdziwy charakter.  

- Po co? - W jego głosie znów zabrzmiał sceptycyzm. Dawn westchn

ę

ła. Dlaczego musi 

przytrafia

ć

 si

ę

 to wła

ś

nie jej? Poczuła si

ę

 znu

Ŝ

ona. Pokr

ę

ciła głow

ą

 i si

ę

gn

ę

ła po kieliszek. 

Był pusty. Dziwne, 

Ŝ

e kelnerka nie wróciła do nich.  

- Wytłumacz

ę

, je

Ŝ

eli znajdziesz swoj

ą

 znajom

ą

 Janice i zamówisz jeszcze jeden kieliszek 

wina.  

- Najpierw musisz co

ś

 zje

ść

.  

Dawn zmierzyła go wzrokiem. 

- Zapewniam pana, 

Ŝ

e mog

ę

 wypi

ć

 wi

ę

cej ni

Ŝ

 jeden kieliszek wina, panie Stone.  

Odpowiedział krótko i rzeczowo.  
- By

ć

 mo

Ŝ

e, ale najpierw zjemy kolacj

ę

. Po prostu,  

Ŝ

eby by

ć

 spokojnym.  

- Kolacj

ę

? - zdumiała si

ę

 Dawn. Bryce starał si

ę

 ukry

ć

 rozbawienie.  

- Mo

Ŝ

e nie zauwa

Ŝ

yła

ś

, ale jest po szóstej. - Dłoni

ą

 wskazał hol. - Nocne marki ju

Ŝ

 

zaczynaj

ą

 

ś

ci

ą

ga

ć

.  

Marszcz

ą

c  brwi  Dawn  rozejrzała  si

ę

  wokół.  W  barze  było  pełno  ludzi,  co  tłumaczyło 

nieobecno

ść

 kelnerki. Napór spragnionej ludzko

ś

ci zdenerwował Dawn. Nie dlatego, 

Ŝ

e nie 

lubiła  tłumów,  ale  poniewa

Ŝ

  zdała  sobie  spraw

ę

,  i

Ŝ

  nie  miała  poj

ę

cia  o  ich  obecno

ś

ci. 

Straciła  poczucie  czasu,  przestrzeni  i  wszystkiego,  tak  zaanga

Ŝ

owała  si

ę

  w  słowny 

pojedynek z Bryce'em Stone. Poczuła skurcz 

Ŝ

ą

dka. Wolała powiedzie

ć

 sobie, 

Ŝ

e to chyba 

jednak głód. Spojrzała pytaj

ą

co na Bryce'a.  

- Czy powiedziałe

ś

: n

ą

jpierw zjemy kolacj

ę

? Bryce kiwn

ą

ł twierdz

ą

co głow

ą

.  

- Gdzie?  

- Tutaj, w restauracji w motelu. - Wzruszył ramionami.  

- Na czyj koszt? - grzecznie spytała Dawn.  
U

ś

miechn

ą

ł si

ę

 leniwie.  

- Oddam pokłon feministkom i pozwol

ę

 ci zapłaci

ć

. _ Z

ę

by błysn

ę

ły w u

ś

miechu. - Poza 

tym to ty dostała

ś

 poka

ź

n

ą

 zaliczk

ę

Rozdział trzeci  

Kolacja  była  przepyszna.  Dawn  nie  wiedziała  tylko,  co  my

ś

le

ć

  o  swoim  towarzyszu. 

Zbijały j

ą

 z tropu nagłe zmiany w zachowaniu, od szorstkiego do czaruj

ą

cego i vice versa.  

Bryce podczas całej kolacji grał rol

ę

 uroczego kompana, zabawiaj

ą

c Dawn anegdotami o 

perypetiach z fotografami - 

Ŝ

ółtodziobami.  

_ Dlaczego wci

ąŜ

 si

ę

 tym zajmujesz? - spytała bawi

ą

c si

ę

 kieliszkiem likieru.  

Bryce wzruszył ramionami.  

_ Dzi

ę

ki temu mog

ę

 oderwa

ć

 si

ę

 czasami od swojej zwykłej pracy i sp

ę

dzi

ć

 troch

ę

 czasu 

background image

na łonie natury.  

Dawn uniosła w zdziwieniu brwi.  

_ Zwykłej pracy? Byłam pewna, 

Ŝ

e jeste

ś

 zawodowym przewodnikiem.  

_ A ja byłem pewien, 

Ŝ

e jeste

ś

 dyletantk

ą

, jak twój przyjaciel Clayton - wycedził Bruce.  

_ Nie jeste

ś

 jeszcze przekonany o czym

ś

 przeciwnym. Dawn spróbowała cedzi

ć

 słowa 

podobnie jak on.  

Bryce u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 przebiegle.  

_ Jasne. I lepiej przyłó

Ŝ

 si

ę

 do przekonywania mnie, bo inaczej nici z twojej pracy. - 

Strofował j

ą

 jak dziecko. Radz

ę

 ci zabra

ć

 si

ę

 do tego od razu. 

Dawn  znów  si

ę

  zirytowała.  Przeklinaj

ą

c  jego  osobowo

ść

  kameleona,  wys

ą

czyła  ostatnie 

krople  likieru  i  zdecydowanym  gestem  odstawiła  kieliszek.  Wywołała  tym  u

ś

mieszek  na 

twarzy  Bryce'a,  co  rozdra

Ŝ

niło  j

ą

  jeszcze  bardziej.  Przypomniała  sobie, 

Ŝ

e  jego  osoba  była 

bardzo istotna dla jej planów. Odetchn

ę

ła gł

ę

boko szykuj

ą

c si

ę

 do wyja

ś

nie

ń

. Kelner pojawił 

si

ę

 przy ich stoliku, zanim zd

ąŜ

yła wypowiedzie

ć

 pierwsze słowo.  

- Czym jeszcze mog

ę

 słu

Ŝ

y

ć

? - spytał uprzejmie Bryce'a, całkowicie ignoruj

ą

c Dawn.  

Dawn spojrzała na kelnera w milczeniu, oskar

Ŝ

aj

ą

c go  

ο

szowinizm. Odk

ą

d pami

ę

tała, nienawidziła sytuacji, w których traktowano j

ą

 jak powietrze, 

podczas gdy jej kompana otaczano szacunkiem. Tym razem było jeszcze gorzej, gdy

Ŝ

 to ona 

płaciła rachunek!  

Bryce pokr

ę

cił przecz

ą

co głow

ą

.  

- Nie, dzi

ę

kuj

ę

. - Rzucił Dawn rozbawione spojrzenie.  

- A ty? - Dawn a

Ŝ

 kipiała i Bryce doskonale o tym wiedział. Fakt, i

Ŝ

 tak łatwo j

ą

 rozszyfrował, 

tylko pogł

ę

bił irytacj

ę

, która zmieniła si

ę

 we w

ś

ciekło

ść

.  

- Te

Ŝ

 dzi

ę

kuj

ę

. - U

ś

miech, na jaki si

ę

 zdobyła, nie pokrył gniewu w oczach.  

Bryce bawił si

ę

 doskonale. Oczy błyszczały mu od ironicznego u

ś

miechu.  

- Rachunek mo

Ŝ

e pan da

ć

 tej damie - poinstruował kelnera, łagodnie u

ś

miechaj

ą

c si

ę

 do 

Dawn.  

-  Dobrze,  prosz

ę

  pana.  -  Wyczuwaj

ą

c  napi

ę

cie  pomi

ę

dzy  nimi,  zakłopotany  kelner 

przeniósł  spojrzenie  z  Bryce'a  na  Dawn.  Starannie  wypisał  rachunek  i  poło

Ŝ

ył  przed  ni

ą

  na 

stoliku.  

Dawn podpisała go, wyci

ą

gaj

ą

c klucz, aby udowodni

ć

Ŝ

e mieszka w motelu. 

Mamrocz

ą

c: "Dzi

ę

kuj

ę

" kelner wycofał si

ę

 od stolika. 

Dawn podzi

ę

kowała grzecznie i spojrzała na Bryce'a spod przymkni

ę

tych powiek.  

- Ch

ę

tnie zapłac

ę

 za wszystko ... - zacz

ę

ła, ale uciszył j

ą

 ruchem r

ę

ki.  

-  Nie  mo

Ŝ

emy  tu  rozmawia

ć

  -  powiedział,  pokazuj

ą

c  na  tłumek  kł

ę

bi

ą

cy  si

ę

  przy  wej

ś

ciu  w 

oczekiwaniu  na  wolne  stoliki.  -  Kierownictwo  byłoby  z  pewno

ś

ci

ą

  wdzi

ę

czne,  gdyby

ś

my  zwolnili 

miejsca.  

Id

ą

c  przez  restauracj

ę

  a

Ŝ

  do  wyj

ś

cia  z  motelu,  Dawn  toczyła  wewn

ę

trzn

ą

  walk

ę

  z  gniewem  i 

frustracj

ą

.  Zaczynała  by

ć

  pewna, 

Ŝ

e  Bryce  bawi  si

ę

  jej  kosztem,  w  ko

ń

cu  za

ś

  odrzuci  ofert

ę

,  bez 

wzgl

ę

du na to, jak dobrze j

ą

 przedstawi.  

Jesienna  noc  była  jasna  i  chłodna.  Na  ciemnym  niebie  l

ś

niły  miliony  gwiazd.  Ksi

ęŜ

yc  zalewał 

pejza

Ŝ

 srebrzystym 

ś

wiatłem. W powietrzu unosił si

ę

 zapach jałowców.  

Dawn  zatrzymała  si

ę

  nagle,  ledwie  znalazła  si

ę

  za  drzwiami.  Przecie

Ŝ

  była  pisark

ą

.  Dr

Ŝą

zamkn

ę

ła  oczy  i  zaczerpn

ę

ła  gł

ę

boko  powietrza,  wci

ą

gaj

ą

c  w  płuca  smak  i  aromat  nowego 

otoczenia. Zapomniała o uwa

Ŝ

nym spojrzeniu towarzysz

ą

cego jej m

ęŜ

czyzny, który przygl

ą

dał si

ę

 jej 

spod przymkni

ę

tych powiek.  

- Czy była

ś

 kiedy

ś

 na Zachodzie? - cicho spytał Bryce. Dawn u

ś

miechn

ę

ła si

ę

 lekko pi

ę

knymi 

wargami.  
- W Los Angeles, Las Vegas, San Francisco - wyliczyła . wzruszaj

ą

c ramionami. - Pełno tam 

ś

wiateł, hałasu i ludzi. Nigdzie nie było jak tutaj, ten wspaniały, pachn

ą

cy bezruch, to usidlaj

ą

ce 

poczucie spokoju i ciszy.  

- Podoba ci si

ę

 tu?  

U

ś

miech znikł z warg Dawn.  

- Mo

Ŝ

na si

ę

 od tego nawet uzale

Ŝ

ni

ć

. Mogłabym spróbowa

ć

 si

ę

 przekona

ć

Ŝ

e lepiej by mi si

ę

 

pracowało w takiej atmosferze, gdybym nie wiedziała, 

Ŝ

e to wszystko złudzenie. 

.- Czy jste

ś

 całkiem pewna, 

Ŝ

e to złudzenie? - W głosie Bryce a zabrzmiało wyzwanie.  

background image

- A mo

Ŝ

esz mnie przekona

ć

Ŝ

e nie jest? - Dawn odpowiedziała cynizmem na jego wyzwanie.  

Bryce u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 z pewno

ś

ci

ą

.  

-  Gdybym  miał  na  to  ochot

ę

,  a  nie  mam,  to  pewnie  mógłbym.  Poza  tym  to  ty  miała

ś

  mnie 

przekonywa

ć

, a nie ja ciebie.  

Napi

ę

cie, które czuła przedtem, powróciło z nagł

ą

 sił

ą

.  

Rozejrzała si

ę

. Wzrok jej padł na furgonetk

ę

 z otwartymi drzwiami, któr

ą

 zaparkował nieprzepisowo. 

Zastanawiaj

ą

c  si

ę

,  dlaczego  nikt  go  nie  okradł  albo  przynajmniej  nie  wlepił  mandatu,  odwróciła 

zamy

ś

lone spojrzenie w jego stron

ę

·  

- Chyba mo

Ŝ

emy porozmawia

ć

 w twojej furgonetce? Bryce pokr

ę

cił głow

ą

, zanim zd

ąŜ

yła 

sko

ń

czy

ć

.  

-  Nie,  jest  brudna.  -  Zlustrował  j

ą

  uwa

Ŝ

nym  spojrzeniem.  -  Zniszczyłaby

ś

  sobie  te  wyszukane 

d

Ŝ

insy .. - Wzruszył bezsilnie ramionami. - Chyba b

ę

dziemy musieli pój

ść

 do twojego pokoju.  

Dawn zesztywniała. - Zastanów si

ę

.  

Bryce nie roze

ś

miał si

ę

. Westchn

ą

ł.  

- Słuchaj, moja droga, to ty chciała

ś

 rozmawia

ć

, nie ja.  

- Ale nie chciałam, 

Ŝ

eby odbyło si

ę

 to w pokoju motelowym! - wykrzykn

ę

ła.  

Oczy Bryce'a rozbłysły zniecierpliwieniem.  

- Czego do licha, si

ę

 boisz? Czy spodziewasz si

ę

Ŝ

e oszalej

ę

 z po

Ŝą

dania i rzuc

ę

 si

ę

 na ciebie? - 

Za

ś

miał si

ę

 krótko i obra

ź

liwie. - Niedoczekanie twoje.  

Dawn była w

ś

ciekła.  

- Ty arogancki, zarozumiały ... - Tylko tyle pozwolił jej powiedzie

ć

_ Nie mówmy o tym. Dam ci nazwisko innego przewodnika. - Znów wzruszył ramionami 

w ge

ś

cie zniecierpliwienia, które nim targało. - Do diabła, musisz tylko pój

ść

 do Schroniska 

Jasnego  Anioła  i  zarezerwowa

ć

  miejsce  w  jednej  z  wypraw  na  mułach,  które  regularnie 

wyruszaj

ą

  do  kanionu.  Wszystkie  te  wyprawy  s

ą

  prowadzone  przez  fachowców.  -  Oparł 

r

ę

ce na biodrach i patrzył na ni

ą

  

wynio

ś

le.  

Dawn wytrzymała jego spojrzenie i wydobyła z siebie:  

_  Nie  chc

ę

  i

ść

  z  band

ą

  turystów  ze  schroniska  i  rezerwowa

ć

  miejsca  w  wyprawie  na 

mułach i nie potrzebuj

ę

 nazwiska innego przewodnika! Chc

ę

 ciebie! - Kiedy wypowiedziała 

te słowa, zdała sobie spraw

ę

Ŝ

e to prawda. Nie wiedziała dokładnie, dlaczego tak bardzo 

jej  zale

Ŝ

y  na  tym, 

Ŝ

eby  to  on  był  jej  przewodnikiem  i  niezbyt  chciała  zagł

ę

bia

ć

  si

ę

  w 

przyczyny. Instynktownie czuła, 

Ŝ

e to koniecznie musi by

ć

 on.  

Niestety  Bryce  zupełnie  nie  czuł  wagi  sprawy.  Specjalnie  postanowił  przypisa

ć

  inne 

znaczenie jej ostatniemu zdaniu. Jego poci

ą

gaj

ą

ce usta uło

Ŝ

yły si

ę

 w zmysłowy u

ś

miech, 

u

ś

miech, który mógł roztapia

ć

 ko

ś

ci... ko

ś

ci  

Dawn.  

_ No có

Ŝ

, to mo

Ŝ

na by zorganizowa

ć

 - powiedział cichym, sugestywnym głosem.  

Oburzona  na  swoj

ą

  nagł

ą

  słabo

ść

  w  nogach  i  sztywna  ze  zło

ś

ci,  Dawn  zmierzyła 

pogardliwym spojrzeniem jego smukłe ciało.  

_  Niedoczekanie  -  odparowała,  rzucaj

ą

c  mu  w  twarz  jego  własne  słowa.  Usiłowała  nie 

przyzna

ć

 si

ę

 przed sob

ą

 do podniecenia i fali gor

ą

ca, która j

ą

 zalała.  

Bryce roze

ś

miał si

ę

.  

_ Jeste

ś

 twarda, musz

ę

 ci to przyzna

ć

. - W jego głosie usłyszała pow

ś

ci

ą

gliwe uznanie. - W 

porz

ą

dku, 

ś

licznotko,  wysłucham  twoich  argumentów.  -  Rozbawienie  całkowicie  ust

ą

piło 

miejsca rzeczowemu zainteresowaniu. - Ale musi to mie

ć

 miejsce u ciebie w pokoju i lepiej, 

je

Ŝ

eli b

ę

dziesz mówiła z sensem.  

Dawn zaschło w gardle.  
- Mm ... czy nie powiniene

ś

 zamkn

ąć

 drzwi swojej furgonetki? - Grała na zwłok

ę

 i oboje o 

tym  wiedzieli. 

Ś

wiatło  w 

ś

rodku  zgasło,  co  prawdopodobnie  znaczy, 

Ŝ

e  akumulator  si

ę

 

rozładował.  

Spojrzał oboj

ę

tnym wzrokiem w stron

ę

 zakurzonego pojazdu.  

- Akumulator wcale si

ę

 nie rozładował. Wył

ą

czyłem 

ś

wiatło, a furgon donik

ą

d nie jedzie. - 

Zacisn

ą

ł  usta.  Chyba 

Ŝ

e  uznasz,  i

Ŝ

  moje  usługi  nie  s

ą

  warte  twoich  wyja

ś

nie

ń

.  -  Po 

background image

niecierpliwo

ś

ci  jego  ruchów  poznała, 

Ŝ

e  o  ile  si

ę

  szybko  nie  zdecyduje,  za  chwil

ę

  go  nie 

b

ę

dzie.  
Ponury ton jego głosu wywołał ciarki wzdłu

Ŝ

 jej kr

ę

gosłupa. Bez wahania zacz

ę

ła i

ść

 w 

stron

ę

 pokoju. Bryce szedł za ni

ą

. Chyba nie zwariowała? pytała sam

ą

 siebie, szukaj

ą

nerwowo klucza w torebce. Oprócz rekomendacji od przygodnego znajomego, nie 
wiedziała niczego o tym człowieku. Z tego co wyczuwała, mógł by

ć

 obdarzony pry-

mitywnymi, zwierz

ę

cymi instynktami i mo

Ŝ

e rzuci

ć

 si

ę

 na ni

ą

 w momencie, gdy tylko 

przekrocz

ą

 próg! Trz

ę

sły si

ę

 jej r

ę

ce, gdy wkładała klucz do dziurki. Pokój był jeszcze 

ciemniejszy ni

Ŝ

 jej my

ś

li.  

Bardziej  zdenerwowana  ni

Ŝ

  kiedykolwiek  si

ę

gn

ę

ła  do  kontaktu,  odskakuj

ą

c  z 

przera

Ŝ

eniem, gdy dotkn

ę

ła ciepłych, silnych palców. Gł

ę

boki, m

ę

ski 

ś

miech wypełnił pokój, 

jednocze

ś

nie zalało go 

ś

wiatło lampy stoj

ą

cej na stole.  

- Podskakujesz jak tubylec w obrz

ę

dowym ta

ń

cu na cze

ść

 deszczu. - Bryce wkroczył do pokoju. 

Spojrzał na ni

ą

 beznami

ę

tnie widz

ą

c, 

Ŝ

e została z tyłu.  

Zerkaj

ą

c na niego, ostro

Ŝ

nie wsun

ę

ła si

ę

 do pokoju.  

- Zostawi

ę

 otwarte drzwi, je

Ŝ

eli nie masz nic przeciwko temu. - Rzuciła torb

ę

 na łó

Ŝ

ko, staraj

ą

c si

ę

 

wygl

ą

da

ć

 na opanowan

ą

 i wyniosł

ą

.  

Bryce westchn

ą

ł zniecierpliwiony i opadł na jedyne w pokoju krzesło.  

-  Czy  zdajesz  sobie  spraw

ę

,  jak  głupio  si

ę

  zachowujesz?  -  spytał  przenosz

ą

c  oboj

ę

tny  wzrok  z 

Dawn na drzwi.  

Je

Ŝ

eli  było  co

ś

,  czego  Dawn  nie  znosiła  bardziej  ni

Ŝ

  okre

ś

lenia 

ś

licznotka,  to  zarzucania  jej, 

Ŝ

głupio si

ę

 zachowuje.  

- Przepraszam? - Wyzywaj

ą

co podniosła podbródek.  

- Powinna

ś

 przeprasza

ć

 - wycedził Bryce. - Twoje za-  

chowanie  rzuca  cie

ń

  na  mój  honor.  -  Machn

ą

ł  niedbale  r

ę

k

ą

  w  stron

ę

  otwartych  drzwi.  -  Popraw 

mnie,  je

Ŝ

eli  si

ę

  pomyl

ę

  -  powiedział  znu

Ŝ

onym  głosem.  -  Czy

Ŝ

  nie  prosiła

ś

  o  to  spotkanie  w  celu 

przekonania mnie, bym poszedł z tob

ą

 do kanionu?  

- Tak, ale ...  
- Ale, cholera! - odparł Bryce. - Czy nie przyszło ci do głowy, 

Ŝ

e je

Ŝ

eli uda ci si

ę

 mnie namówi

ć

, to 

b

ę

dziemy tam sami?  

-  Oczywi

ś

cie, 

Ŝ

e  przyszło  mi  do  głowy!  -  wykrzykn

ę

ła  oburzona.  -  Ale  ...  -  Głos  jej  zamarł,  a 

spojrzenie pobiegło w kierunku łó

Ŝ

ka.  

Bryce skrzywił si

ę

.  

- Do licha ci

ęŜ

kiego! - Pokr

ę

cił głow

ą

. - Nie chciałbym ci

ę

 rozczarowa

ć

, złotko, ale nie uwa

Ŝ

am, 

Ŝ

łó

Ŝ

ko  jest  niezb

ę

dnym elementem uwiedzenia. - Ruchem r

ę

ki wskazał pokój i telefon na szafce. - 

Uwierz mi, jeste

ś

 o wiele bezpieczniejsza w

ś

ród tych czterech 

ś

cian i z telefonem pod r

ę

k

ą

, ni

Ŝ

 w 

przepastnym kanionie, otoczona zewsz

ą

d natur

ą

 pełn

ą

 pokus dla twych zmysłów. - Zacisn

ą

ł usta w 

wyrazie nie znosz

ą

cym sprzeciwu. - A teraz zamknij te cholerne drzwi!  

Chocia

Ŝ

  Dawn  nigdy  nie  przyjmowała  potulnie  rozkazów,  jaka

ś

  nuta  w  jego  głosie  kazała 

posłucha

ć

  polecenia.  Sztywna z niech

ę

ci podeszła do drzwi i zatrzasn

ę

ła je. Widok satysfakcji na 

jego twarzy nie poprawił jej nastroju.  

Przygl

ą

dała mu si

ę

 z r

ę

kami wspartymi na biodrach.  

- W porz

ą

dku, drzwi s

ą

 zamkni

ę

te. Co teraz? Mo

Ŝ

esz mnie wysłucha

ć

?  

Bryce błysn

ą

ł z

ę

bami.  

- Usi

ą

d

ź

 i strzelaj, byle dobrze, kochanie. - Zsun

ą

ł stetsona na tył głowy, daj

ą

c jej w ten sposób 

do zrozumienia, 

Ŝ

e me zamierzał bawi

ć

 u niej na tyle długo, by zdj

ąć

 kapelusz.  

Poniewa

Ŝ

  zaj

ą

ł  jedyne  krzesło,  Dawn  mogła  sta

ć

  albo  przysi

ąść

  na  brzegu  łó

Ŝ

ka.  Zaciskaj

ą

z

ę

by podeszła do łó

Ŝ

ka. Zacz

ę

ła mówi

ć

, zanim zd

ąŜ

yła usi

ąść

.  

- Jak ju

Ŝ

 mówiłam, musz

ę

 zobaczy

ć

 kanion, by zebra

ć

  

informacje do powie

ś

ci, nad któr

ą

 pracuj

ę

. - Po co?  

Palce Dawn zacisn

ę

ły si

ę

 na narzucie.  

- Jest to wa

Ŝ

ne ze wzgl

ę

du na cz

ęść

 mojej opowie

ś

ci _ wyja

ś

niła oschle.  

Bryce obdarzył j

ą

 spojrzeniem bez wyrazu.  

background image

- Jak ju

Ŝ

 wspomniałem, wystarczy zadzwoni

ć

 do Jasnego Anioła. Organizuj

ą

 regularnie wyprawy 

na mułach do kanionu, wyruszaj

ą

 codziennie.  

- Jak ju

Ŝ

 ci mówiłam przedtem, nie chc

ę

 wyrusza

ć

 na zorganizowan

ą

 wypraw

ę

.  

- Dlaczego?  
_ Po prostu dlatego, 

Ŝ

e jest zorganizowana i wszystko, ka

Ŝ

da minuta, jest zaplanowana!  

Bryce, na którym ten wybuch nie zrobił wra

Ŝ

enia, wyci

ą

gn

ą

ł nogi i rozparł si

ę

 w krze

ś

le.  

_- Có

Ŝ

 w tym złego? - Mimo leniwej pozy głos był zadziwiaj

ą

co twardy.  

Dawn poderwała si

ę

 i zacz

ę

ła przemierza

ć

 pokój, omijaj

ą

c jego nogi.  

_-  Nic nie rozumiesz! - krzykn

ę

ła, przeczesuj

ą

c włosy palcami. - Nie jestem na wakacjach. Nie 

chc

ę

,  by  rozpraszała  mnie  grupa  paplaj

ą

cych  turystów,  prowadzonych  jak  muły  według 

wyznaczonego  planu.  -  Opadły  jej  r

ę

ce,  gdy  zatrzymała  si

ę

  tu

Ŝ

  przy  nim.  -  Musz

ę

  pozna

ć

  cisz

ę

  i 

samotno

ść

  kanionu.  Zrobi

ć

  notatki.  -  Cierpliwo

ść

  Dawn  si

ę

  wyczerpała.  -  Do  diabła!  Musz

ę

 

wchłon

ąć

 niezwykł

ą

 atmosfer

ę

 kanionu.  

Bryce był 

ś

rednio zainteresowany.  

-_ Wielki Kanion ma niezwykł

ą

 atmosfer

ę

 - przyznał.  

  - B

ę

dziesz moim przewodnikiem? - spytała Dawn w napi

ę

ciu.  

- Nie.  
Gdyby Dawn nie zaczerpn

ę

ła tchu, z pewno

ś

ci

ą

 zacz

ę

łaby na niego wrzeszcze

ć

. Zamiast to 

zrobi

ć

, zacz

ę

ła si

ę

 z nim targowa

ć

.  

-_ Zapłac

ę

 podwójn

ą

 stawk

ę

. - Cał

ą

 sił

ą

 woli starała si

ę

 opanowa

ć

 dr

Ŝ

enie głosu.  

Przykro 

mi. 

Bryce 

potrz

ą

sn

ą

ł 

głow

ą

 

posyłaj

ą

jej 

jeden 

ze 

swych                                                                                                                                              

oszcz

ę

dnych u

ś

miechów. - Nie jestem na sprzeda

Ŝ

.  

- Ale twoja wiedza jest - wybuchła.  
- By

ć

 mo

Ŝ

e. Ale ty jej nie kupisz.  

Dawn wpatrywała si

ę

 w niego całkowicie osłupiała.  

-_ Nie rozumiem. Dlaczego wła

ś

nie ja? 

Rozdział czwarty  

Wpatruj

ą

c si

ę

 w gniewne, roz

ś

wietlone złotymi plamkami oczy Dawn, Bryce czuł ucisk w 

Ŝ

ą

dku. 

Chocia

Ŝ

 milczał, mógłby odpowiedzie

ć

 jej w trzech słowach: poniewa

Ŝ

 ci

ę

 po

Ŝą

dam.  

Ty  głupcze,  przeklinał  si

ę

  w  duchu.  Wiedziałe

ś

,  co  si

ę

 

ś

wi

ę

ci  od  chwili,  gdy  ujrzałe

ś

  j

ą

  id

ą

c

ą

  w 

stron

ę

 twej ci

ęŜ

arówki. Czułe

ś

, co si

ę

 dzieje. Pragniesz jej zbyt mocno, by było to dla ciebie dobre, 

tłumaczył sobie.  

Zmiana tonu głosu Dawn wyrwała go z zamy

ś

lenia.  

Zmarszczył brwi, gdy

Ŝ

 zdał sobie spraw

ę

Ŝ

e zacz

ę

ła go prosi

ć

.  

- Wysłuchaj mnie, dobrze?  
- Wysłucha

ć

 czego? Kolejnych argumentów?  

- Nie! Czy

Ŝ

by

ś

 nie słyszał tego, co powiedziałam?  

- Obawiam si

ę

Ŝ

e nie, skarbie. - Westchn

ą

ł. - Przepraszam, nie słuchałem.  

- Ach tak. - Nagle wyparował z niej cały duch walki. Cofn

ę

ła si

ę

 i usiadła na brzegu łó

Ŝ

ka. - 

Rozumiem.  
Wyraz  pora

Ŝ

ki  na  twarzy  Dawn  osłabił  moc  jego  postanowienia.  Wiedział, 

Ŝ

e  popełnia  bł

ą

d, 

pragn

ą

ł jednak raz jeszcze ujrze

ć

 waleczne ogniki w tych oczach. Spytał wi

ę

c drwi

ą

co:  

- Czy co

ś

 istotnego umkn

ę

ło mojej uwadze?  

Dawn uniosła głow

ę

, a jej fascynuj

ą

ce oczy rozbłysły. - Spytałam, czy mog

ę

 opowiedzie

ć

 fragment 

mojej ksi

ąŜ

ki.  

Bryce z trudem ukrył zdumienie. Do licha! Ona na niego po prostu warkn

ę

ła! Zmarszczył brwi tylko 

po  to, 

Ŝ

eby  si

ę

  nie  roze

ś

mia

ć

.  Tak  lepiej,  pomy

ś

lał,  rozkoszuj

ą

c  si

ę

  ciepłym  uczuciem  satysfakcji. 

background image

Tak  wła

ś

nie  Dawn  powinna  zawsze  wygl

ą

da

ć

,  wyzywaj

ą

co  i  ogni

ś

cie,  gotowa  wyst

ą

pi

ć

  przeciw 

całemu 

ś

wiatu,  je

Ŝ

eli  zajdzie  taka  konieczno

ść

.  Bryce  nie  zastanawiał  si

ę

,  dlaczego  tak  bardzo 

zajmuje  go  osobowo

ść

  Dawn.  Po  prostu  zaakceptował  to.  I  cho

ć

  nie  za  bardzo  interesowała  go 

słowna relacja z ksi

ąŜ

ki, postanowił, 

Ŝ

e jej wysłucha tylko po to, by chwil

ę

 dłu

Ŝ

ej popatrzy

ć

 na Dawn.  

- W porz

ą

dku. Niczego to zapewne nie zmieni, ale mo

Ŝ

esz zacz

ąć

 opowiada

ć

.  

Dawn wpatrywała si

ę

 w niego przez chwil

ę

 oczami szeroko otwartymi ze zdumienia. Bryce w tym 

czasie walczył ze sob

ą

, by nie zerwa

ć

 si

ę

 z krzesła i nie chwyci

ć

 jej w ramiona. Nagle zacz

ę

ła mówi

ć

 

bardzo szybko, jakby obawiała si

ę

Ŝ

e Bryce si

ę

 znudzi i pozwoli swoim my

ś

lom odpłyn

ąć

.  

Obserwuj

ą

c  j

ą

,  po

Ŝą

daj

ą

c  jej, Bryce wsłuchiwał si

ę

 w cichy głos snuj

ą

cy histori

ę

 dwóch rodzin z 

Arizony, wi

ąŜą

cej ich miło

ś

ci i nienawi

ś

ci niszcz

ą

cej te wi

ę

zy. Wbrew oczekiwaniom, Bryce'a porwał 

ton głosu Dawn oraz zawiło

ś

ci fabuły.  

Centralna cz

ęść

 powie

ś

ci dotyczyła poszukiwa

ń

 młodej kobiety, która zagin

ę

ła w Wielkim Kanionie. 

Bryce  zrozumiał, dlaczego Dawn zale

Ŝ

ało na poznaniu kanionu i jego atmosfery. Doceniał to, ale 

jego  zrozumienie  niczego  nie  zmieniało.  Nadal  uwa

Ŝ

ał  j

ą

  za  członka  pozornie  wyrafinowanego, 

folguj

ą

cego  sobie  we  wszystkim,  znudzonego  i  nudnego,  bezu

Ŝ

ytecznego  pokolenia.  Jedynymi 

cechami,  które  odró

Ŝ

niały Dawn od reszty, była jej umiej

ę

tno

ść

 opowiedzenia porywaj

ą

cej historii 

oraz fakt, i

Ŝ

 on interesował si

ę

 ni

ą

 do granicy fizycznego bólu.  

U

ś

wiadomienie sobie faktu, 

Ŝ

e ma na ni

ą

 wielk

ą

 ochot

ę

, wstrzymywało go od poprowadzenia jej 

do  Kanionu.  Czuł  si

ę

  lepiej  w  towarzystwie  bardziej  tradycyjnego  gatunku  kobiet,  do  nich  był 

przyzwyczajony. Dlatego te

Ŝ

 zamierzał odmówi

ć

 sobie przyjemno

ś

ci przebywania z Dawn. Spotykał 

ju

Ŝ

 kobiety jej klasy. Jako młodzieniec, targany po

Ŝą

daniem, które wzi

ą

ł za miło

ść

, nawet z jedn

ą

 z 

nich  si

ę

  o

Ŝ

enił  i  nigdy  tego  nie  od

Ŝ

ałował.  Jego  zdaniem  te  młode  lwice  polowały  na  m

ęŜ

czyzn

ę

zostawiaj

ą

c go potem rannego i zakrwawionego, by rzuci

ć

 si

ę

 na kolejn

ą

 ofiar

ę

. Cholernie szkoda, 

my

ś

lał Bryce obserwuj

ą

c jej rozkoszne usta, ale Dawn Kingsley nie pasowała do niego.  

- No i co my

ś

lisz?  

Bryce zacz

ą

ł jej współczu

ć

, gdy usłyszał nut

ę

 niepewno

ś

ci starannie skrywan

ą

 pod pozorn

ą

 

brawur

ą

.  

-  Podobało mi si

ę

 - przyznał otwarcie. - Ma wszystko, czego potrzeba bestsellerowi: przygod

ę

napi

ę

cie, romantyzm.  

- Dzi

ę

kuj

ę

. - Dawn pochyliła lekko głow

ę

.  

Ta  powaga  rozbrajała  go.  W  duchu  przyklasn

ą

ł  staraniom  dziewczyny,  by  nie  pokaza

ć

,  jak 

bardzo jej zale

Ŝ

y na opinii Bryce'a. Wyraz wdzi

ę

czno

ś

ci w jej pi

ę

knych oczach i fakt, i

Ŝ

 przełkn

ę

ła 

nerwowo 

ś

lin

ę

,  nie  umkn

ę

ły  jego uwadze. Poruszyła go jej bezbronno

ść

. Praca była z pewno

ś

ci

ą

 

dla niej bardzo wa

Ŝ

na. Tego mógł by

ć

 pewien.  

Kusiło go, 

Ŝ

eby zrobi

ć

 te wszystkie głupie i wspaniałe rzeczy, od poprowadzenia jej do kanionu 

pocz

ą

wszy, a sko

ń

czywszy na ...  

Dawn milczała i wpatrywała si

ę

 w Bryce'a zdumiona podnieceniem, jakie poczuła na skutek 

pochwały. Nie

ś

wiadoma niemej pro

ś

by W swych oczach czekała na decyzj

ę

. Spodziewała 

si

ę

 odmowy, wi

ę

c a

Ŝ

 podskoczyła Z rado

ś

ci, gdy si

ę

 poddał. 

W porz

ą

dku, zaprowadz

ę

 ci

ę

 do kanionu. - Gwałtownie wypu

ś

cił powietrze z płuc, wstał z 

krzesła i wyci

ą

gn

ą

ł przed siebie r

ę

ce, by zatrzyma

ć

 j

ą

, gdy spontanicznie rzuciła si

ę

 ku 

niemu. 

Och Bryce, dzi

ę

kuj

ę

! Nie ... - Dotyk silnych dłoni na ramionach odebrał jej głos. - Nie 

b

ę

dziesz 

Ŝ

ałował -  wymamrotała otumaniona. 

Bryce nachmurzył si

ę

, spojrzał na r

ę

ce. 

- Ju

Ŝ

 

Ŝ

ałuj

ę

 - powiedział cicho, spogl

ą

daj

ą

c jej w oczy. - Ostrzegam ci

ę

 wi

ę

c ... uwa

Ŝ

aj, 

Ŝ

ebym nie 

Ŝ

ałował jeszcze bardziej. - Przybrał zdecydowany wyraz twarzy. - Chc

ę

Ŝ

eby

ś

 

mi obiecała, 

Ŝ

e b

ę

dziesz wypełniała wszystkie moje polecenia od razu, bez 

Ŝ

adnego 

komentarza czy skargi. 

Opanowuj

ą

c dreszcz wywołany zimnym tonem głosu Bryce' a, Dawn odpowiedziała 

natychmiast. 

- Tak jest. - Jakim

ś

 cudem wytrzymała jego przeszywaj

ą

ce spojrzenie. Westchn

ę

ła 

ę

boko, kiedy skin

ą

ł głow

ą

 i pu

ś

cił j

ą

-W porz

ą

dku. - Odwrócił si

ę

 gwałtownie i podszedł do drzwi. - Czekaj przy telefonie - 

rozkazał, zakładaj

ą

c kapelusz. - drzwi. - Czekaj przy telefonie - rozkazał, zakładaj

ą

kapelusz. 

Zirytował j

ą

 tym wa

Ŝ

nym, rozkazuj

ą

cym tonem. Zacz

ę

ła i

ść

 w jego stron

ę

 dumnie 

unosz

ą

c w gór

ę

 brod

ę

- Chwileczk

ę

 - powiedziała z nut

ą

 wy

Ŝ

szo

ś

ci w głosie. - Nie widz

ę

 powodu, dla którego ... 

- Odwrócił si

ę

 i spojrzał lodowato spod przymru

Ŝ

onych powiek, urywaj

ą

c wszelkie słowa 

protestu. 

- Tyle warte jest twoje słowo? - spytał zbyt łagodnie. - Dziesi

ęć

 sekund, ile trwa jego 

background image

wypowiedzenie? 

Dawn poczuła si

ę

 mała i niezbyt m

ą

dra. Spu

ś

ciła wzrok, czuj

ą

c, 

Ŝ

e si

ę

 czerwieni, i 

pokr

ę

ciła głow

ą

. Mocne, ale delikatne palce uniosły do góry jej podbródek. Ciemne oczy, 

które wpatrywały si

ę

 w ni

ą

, błyszczały gniewnie. 

Nierozwa

Ŝ

nie Dawn zareagowała tak jak zwykle, gdy czuła si

ę

 zagro

Ŝ

ona: spojrzała na 

niego wyzywaj

ą

co. Bryce jakby zmienił si

ę

 w sopel lodu. Głos, oczy i spojrzenie, którym 

przebiegł po jej ciele, były zimne. 

- Szkoda, 

Ŝ

e zlekcewa

Ŝ

yłem głos wewn

ę

trzny, który mi mówił, 

Ŝ

e powinienem odej

ść

 nie 

wysłuchawszy ci

ę

. Zbytnio jeste

ś

 przyzwyczajona do stawiania na swoim, moja droga. 

Jeste

ś

 wyniosł

ą

, wymagaj

ą

c

ą

, aroganck

ą

 kobiet

ą

 wyliczał nie zwa

Ŝ

aj

ą

c na jej oburzenie. 

- Mo

Ŝ

e to wszystko działa na Bruce' ów Claytonów tego 

ś

wiata, ale nie na mnie. - Złapał 

za klamk

ę

 i otworzył drzwi z trudem hamuj

ą

c gniew. - Powtarzam jeszcze raz. Je

Ŝ

eli 

chcesz i

ść

 ze mn

ą

, b

ę

dziesz słucha

ć

 rozkazów. Zdecyduj si

ę

Dawn wzdrygn

ę

ła si

ę

 na d

ź

wi

ę

k jego głosu. Trz

ę

sła si

ę

 z w

ś

ciekło

ś

ci. Z w

ś

ciekło

ś

ci i 

jakiego

ś

 trudnego do okre

ś

lenia uczucia, które zbytnio przypominało szacunek, 

Ŝ

eby je 

zlekcewa

Ŝ

y

ć

ś

aden m

ęŜ

czyzna nie o

ś

mielił si

ę

 tak do niej mówi

ć

, nawet ojciec, którego 

Dawn zawsze uwa

Ŝ

ała za stanowczego i nieugi

ę

tego. Czuła si

ę

 ura

Ŝ

ona i upokorzona. 

Wła

ś

nie zamierzała mu powiedzie

ć

Ŝ

eby wynosił si

ę

 do diabła, kiedy warkn

ą

ł na ni

ą

 

wydaj

ą

c jeszcze jeden rozkaz, przywracaj

ą

c j

ą

 do rzeczywisto

ś

ci. 

- Zdecyduj natychmiast, Dawn! 

Przyparta do muru zdawała sobie spraw

ę

Ŝ

e nie ma wyboru. Praca była dla niej zbyt 

wa

Ŝ

na, by zapomnie

ć

 o niej tylko z powodu zranionej dumy. Nienawidz

ą

c smaku pora

Ŝ

ki, 

Dawn spu

ś

ciła wzrok i potulnie zgodziła si

ę

- - Dobrze – wymamrotała. 

- Dobrze co? - warkn

ą

ł Bryce. - I patrz na mnie, kiedy do mnie mówisz!  

Dawn podniosła głow

ę

.  

- Dobrze, to ty decydujesz. - Patrzyła mu prosto w oczy.  
- Lepiej w to uwierz. - I z t

ą

 uwag

ą

 na ustach wyszedł, trzaskaj

ą

c drzwiami.  

Dawn  nie  zaznała  przyjemno

ś

ci  spokojnego  snu  tej  nocy.  Wyobra

ź

nia  pracowała 

intensywnie,  obmy

ś

laj

ą

c  skomplikowane  sposoby  zemsty  na  Brysie  Stone,  co  umo

Ŝ

liwiło 

odpoczynek  my

ś

li.  Rzucała  si

ę

  i  przewracała  z  boku  na  bok,  rozwa

Ŝ

aj

ą

c  ró

Ŝ

ne  legalne  i 

nielegalne  metody  odegrania  si

ę

  na  jego  osobie.  Morderstwo  nie  wchodziło  w  rachub

ę

  - 

stwierdziła 

Ŝ

alem, kład

ą

c si

ę

 na plecach. Uwiedzenie te

Ŝ

 nie, bo ... sarna my

ś

l o tym była 

zbyt poci

ą

gaj

ą

ca.  

Zbyt łatwo wyobraziła sobie ich stopione razem ciała, jego usta igraj

ą

ce pocałunkami na 

jej wargach, zbyt podniecaj

ą

ce było nawet bawienie si

ę

 my

ś

l

ą

 o gładz

ą

cej j

ą

 szerokiej doni.  

Poczuła  dreszcz  przebiegaj

ą

cy  w  dół  kr

ę

gosłupa,  nachmurzyła  si

ę

  i  zdecydowała, 

Ŝ

lepiej  byłoby  trzyma

ć

  si

ę

  zamiaru  zemsty,  porzuciwszy  całkowicie  my

ś

l  o  uwiedzeniu.  Dla 

własnego  dobra  powinna  raczej  pomy

ś

le

ć

  o  zanurzeniu  Bryce'a  w  kotle  z  wrz

ą

cym  olejem 

lub te

Ŝ

 wrzuceniu go do rw

ą

cych nurtów rzeki Colorado, a nie marzy

ć

 o rozkoszy zmysłów.  

Na  dworze 

ś

piewały  ju

Ŝ

  ptaki,  gdy  Dawn  zapadła  w  sen,  który  wygrał  ze  smutnymi  i 

zwariowanymi planami nieprawdopodobnej zemsty.  

Kilka  kilometrów  od  motelu,  w  przestronnej  sypialni  ceglanego,  bielonego  domu  sen  nie 
zamierzał  przyj

ść

  do  Bryce'a  Stone.  Niemal  nagi,  przemierzał  wzdłu

Ŝ

  i  wszerz  sk

ą

po 

umeblowany pokój. Na zmian

ę

 przeklinał siebie za niedocenianie własnej intuicji i Dawn za 

to, 

Ŝ

e stanowiła dla niego wyzwanie, którego nie potrafił zlekcewa

Ŝ

y

ć

.  

-  Przegrywasz,  Stone  -  wymruczał  odchodz

ą

c  od  jednego  okna,  okr

ąŜ

aj

ą

c  podwójne 

łó

Ŝ

ko, by podej

ść

 do drugiego okna z przeciwnej strony pokoju. Wyd

ą

ł wargi wpatruj

ą

c si

ę

 

przed siebie w noc.  

- Tak ci odbiło, 

Ŝ

e nawet gadasz do siebie. - Zdegustowany sob

ą

 znów zacz

ą

ł obchodzi

ć

 

łó

Ŝ

ko dokoła.  

Bryce  nie  znosił  popełnia

ć

  bł

ę

dów,  a  według  niego  temu, 

Ŝ

e  uległ  namowom  Dawn, 

winna  była  jej  uroda.  Stanowiła  kłopot  na  dwóch  fantastycznie  długich  nogach,  kłopot, 
którego  Bryce  ani  nie  potrzebował,  ani  nie  chciał.  Nie  wyobra

Ŝ

ał  te

Ŝ

  sobie,  jak  mógłby 

sp

ę

dzi

ć

  z  ni

ą

  czas  sam  na  sam  w  kanionie,  nie  ulegaj

ą

c  rozpalaj

ą

cemu  krew  w 

Ŝ

yłach 

po

Ŝą

daniu.  

Wystarczyło pomy

ś

le

ć

 o nogach Dawn, by serce zaczynało bi

ć

 jak młotem, a wyobra

ź

nia 

wyruszała  w  erotyczn

ą

  podró

Ŝ

.  Kiedy  wyobraził  sobie,  jak  jej  uda  opasuj

ą

  jego  biodra 

przepełnione nami

ę

tno

ś

ci

ą

, czuł napi

ę

cie wszystkich mi

ęś

ni.  

- Cholera! - Kln

ą

c pod nosem Bryce rzucił si

ę

 na łó

Ŝ

ko. Le

Ŝ

ał sztywno zaCiskaj

ą

c pi

ęś

ci, 

zaczerpn

ą

ł kilka razy tchu i starał si

ę

 odsun

ąć

 pokus

ę

, zmuszaj

ą

c si

ę

 do ponownego 

background image

zastanowienia nad przygotowaniami do podró

Ŝ

y do kanionu.  

Ś

wit majaczył na horyzoncie, gdy Bryce zapadł w niespokojny sen.  

Dawn  obudziła  si

ę

  pó

ź

nym  rankiem,  a  spałaby  zapewne  dłu

Ŝ

ej,  gdyby  nie.  to, 

Ŝ

e  kto

ś

 

trzasn

ą

ł  drzwiami  pokoju  obok.  Apatyczna  i  moralnie  skacowana  po  nieprzespanej  nocy 

zadzwoniła  po  kaw

ę

  i  sok,  po  czym  powlokła  si

ę

  pod  prysznic.  Zanim  dostarczono  jej 

zamówienie,  Dawn  była  obudzona  i  gotowa  stawi

ć

  czoło  nadchodz

ą

cemu  dniu,  a  mo

Ŝ

nawet telefonowi od Bryce'a Stone'a.  

Rozdział pi

ą

ty  

Zmienił zdanie.  
Dawn zastygła w bezruchu w pół kroku. Odwróciła si

ę

, wpatruj

ą

c w telefon i zaklinała go, 

by zadzwonił. Nie dzwonił.  

Wisi za kciuki nad gniazdem 

Ŝ

mij!  

Ta  wizja:  Bryce  zaczepiony  nad  jam

ą

  wypełnion

ą

  po  brzegi  sycz

ą

cymi  w

ęŜ

ami,  obudziła 

na  zazwyczaj  mi

ę

kkich  wargach  Dawn  zimny  u

ś

mieszek.  Spod  przymkni

ę

tych  powiek 

przyjrzała  si

ę

  Bogu  ducha  winnemu  be

Ŝ

owemu  aparatowi  telefonicznemu  i  podj

ę

ła 

przemierzanie klaustrofobicznego pokoju motelowego.  

Dawn  powróciła  do  rozwa

Ŝ

ania  metod  torturowania  Bryce'a  pó

ź

nym  popołudniem.  Pora 

kolacji  ju

Ŝ

  min

ę

ła,  a  poniewa

Ŝ

  wypiła  tylko  szklank

ę

  soku  i  zbyt  wiele  kawy,  czuła  lekki 

zawrót  głowy  i  była  w  nastroju  do  planowania  podłej  zemsty.  Podczas  długich  godzin,  gdy 
przemierzała pokój, odrzuciła pomysł podania mu trucizny w takiej ilo

ś

ci, by si

ę

 rozchorował, 

lecz  nie  umarł,  lub  te

Ŝ

  ko

ń

skiej  dawki  oleju  rycynowego.  Zrezygnowała  te

Ŝ

  ze  smagania 

biczem dla bydła. Chocia

Ŝ

 obrazy te napełniały j

ą

 rozkosz

ą

, nie poddała si

ę

 im.  

Ale zawieszenie go za kciuki ... Ta my

ś

l p

ę

kła jak ba

ń

ka mydlana, gdy Dawn ujrzała sw

ą

 

ponur

ą

  min

ę

  w  lustrze  nad  toaletk

ą

.  Zatrzymała  si

ę

  nagle,  wpatruj

ą

c  w  odbicie  i  zasta-

nawiaj

ą

c z odraz

ą

 nad kierunkiem, jaki przybrała jej nieokiełznana my

ś

l. Usiłuj

ą

c wyobrazi

ć

 

sobie siebie w roli wykon

ą

wcy tych pomysłów, wybuchn

ę

ła 

ś

miechem. 

Ś

miech uwolnił j

ą

 od napi

ę

cia.  

_  Rozlu

ź

nij  si

ę

,  ty  wariatko.  -  Powiedziała  sama  do  siebie.  -  Gdyby

ś

  miała  chocia

Ŝ

 

odrobin

ę

  rozumu,  kazałaby

ś

  panu  Stone, 

Ŝ

eby  si

ę

  wypchał  i  skoczył  w  dół  z  kraw

ę

dzi 

kanionu,  a  sama  zadzwoniłaby

ś

  do  Jasnego  Anioła  i  zarezerwowała  miejsce  w  nast

ę

pnej 

wyprawie na mułach.  

Orzechowe  oczy  patrzyły  na  ni

ą

  zlustra  i  kazały  zastanowi

ć

  si

ę

  nad  tym,  co  wła

ś

nie 

powiedziała. Bo chocia

Ŝ

 wyjechała z domu w New Jersey maj

ą

c nadziej

ę

Ŝ

e poprowadzi j

ą

 

przewodnik,  wiedziała, 

Ŝ

e  mogła  równie  dobrze  zbada

ć

  kanion  w  towarzystwie  innych 

turystów.  Dlaczego  wi

ę

c  rozpraszała  si

ę

,  nie  mówi

ą

c  ju

Ŝ

  o  .obmy

ś

laniu  niedorzecznych 

planów  zemsty?  Dlaczego  po

ś

wi

ę

cała  tyle  uwagi  zarozumiałemu,  szorstkiemu,  obra

ź

liwie 

aroganckiemu przewodnikowi? pytała zirytowana siebie sam

ą

·  

Podnosz

ą

c  głow

ę

  Dawn  kiwn

ę

ła  do  własnego  odbicia  w  lustrze  i  odwróciła  si

ę

Zdecydowanym krokiem podeszła do aparatu. Złapała ksi

ąŜ

k

ę

 telefoniczn

ą

. Wła

ś

nie znalaz-

ła  Jasnego  Anioła  i  chciała  wykr

ę

ci

ć

  numer,  gdy  telefon  nagle  zacz

ą

ł  dzwoni

ć

,  a

Ŝ

 

podskoczyła,  a  ksi

ąŜ

ka  upadła  na  podłog

ę

 z t

ę

pym odgłosem. Przeklinaj

ą

c nieprzyzwoicie, 

złapała słuchawk

ę

.  

- Tak?  

Przez  chwil

ę

  nikt  si

ę

  nie  odzywał,  tak jakby kogo

ś

 po drugiej stronie zdziwił ostry ton jej 

głosu, po czym Bryce spytał zniecierpliwiony:  

- Masz jaki

ś

 problem?  

- Jestem głodna, mi

ę

dzy innymi.  

- Nie jadła

ś

 kolacji?  

Dawn zacisn

ę

ła z

ę

by, słysz

ą

c zmieszanie w jego głosie. _ Nie, nie jadłam kolacji - 

background image

odpowiedziała po prostu.  
- Dlaczego?  
- Dlatego, 

Ŝ

e kazano mi nie odchodzi

ć

 od telefonu!  

- Na miło

ść

 bosk

ą

! Czy nie słyszała

ś

 nigdy o serwisie hotelowym?  

- Czy kto

ś

 ci kiedy

ś

 powiedział, 

Ŝ

eby

ś

 ...  

- Uwa

Ŝ

aj, moja droga - rzucił Bryce ostrzegawczym  

tonem. - Nie akceptuj

ę

 przekle

ń

stw.  

- A ja nie akceptuj

ę

 skazywania mnie na przebywanie przez cały dzie

ń

 w pokoju - 

odparowała Dawn.  

- To wyjd

ź

.  

Zapominaj

ą

c  kompletnie  o  tym, 

Ŝ

e  miała  zamiar  kaza

ć

  mu  si

ę

  wypcha

ć

  i  skoczy

ć

  do 

kanionu,  Dawn  ucichła  i  zacz

ę

ła  rozwa

Ŝ

a

ć

  jego  rad

ę

.  Czy  Bryce  chciał  jej  co

ś

  przez  to 

powiedzie

ć

?  Czy  zamierzał  wycofa

ć

  dane  słowo?  D

ź

wi

ę

k  głosu  w  słuchawce  przerwał  jej 

my

ś

li.  

- Dawn?  
- Słucham.  
- Czy słyszała

ś

, co powiedziałem?  

Dawn westchn

ę

ła i przygotowała si

ę

 na nadchodz

ą

ce słowa.  

- Tak, słyszałam, i zastanawiałam si

ę

, co masz na my

ś

li.  

- Mam na my

ś

li dokładnie to, co powiedziałem - od-  

parł.  -  Jestem  w  barze.  Przyjd

ź

  do  mnie.  Robi

ą

  tu  bardzo  dobre  kanapki  z  befsztykiem. 

Zamówi

ę

  jedn

ą

  dla  ciebie,  je

ś

li  chcesz.  A  potem,  gdy  b

ę

dziesz  jadła,  opowiem  ci  o 

przygotowaniach, jakie poczyniłem.  

- Zamów kanapk

ę

 - odpowiedziała szybko, przekonuj

ą

c si

ę

Ŝ

e zawrót głowy, jaki poczuła, 

był  spowodowany  głodem,  a  nie  ulg

ą

.  -  B

ę

d

ę

  za  pi

ęć

  minut.  -  Nie  czekaj

ą

c  na  odpowied

ź

 

odło

Ŝ

yła słuchawk

ę

 i rzuciła si

ę

 w stron

ę

 łazienki, by si

ę

 umalowa

ć

.  

Sze

ść

 i pół minuty pó

ź

niej Dawn usiadła naprzeciwko Bryce' a, który spojrzał na zegarek i 

u

ś

miechn

ą

ł si

ę

.  

- Zdumiewaj

ą

ce. My

ś

lałem, 

Ŝ

e b

ę

d

ę

 musiał czeka

ć

 co najmniej dwadzie

ś

cia minut. _ Nie 

znosz

ę

  si

ę

  spó

ź

nia

ć

,  a  poza  tym  mówiłam  ci  przecie

Ŝ

Ŝ

e  jestem  głodna.  -  Krótki  oddech 

spowodowany po

ś

piechem pokryła wzruszeniem ramion.  

_ Przysi

ę

gam, 

Ŝ

e zamówiłem kanapk

ę

. - Bryce uniósł r

ę

ce do góry obronnym gestem.  

_ Mam nadziej

ę

Ŝ

e zamówiłe

ś

 te

Ŝ

 co

ś

 do picia. - Westchn

ę

ła. - Nie miałam nic w ustach 

od południa i wyschłam na wiór.  

Bryce z trudem odmówił sobie przyjemno

ś

ci wspomnienia o słu

Ŝ

bie hotelowej.  

_ Zamówiłem. Białe wino z lodem, dobrze?  

_ Aha. - Dawn kiwn

ę

ła głow

ą

 i złajała si

ę

 w duchu za 

ś

mieszne uczucie ciepła, które j

ą

 

zalało dlatego, 

Ŝ

e pa-  

 mi

ę

tał.  

.  

Kanapka  z  befsztykiem  okazała  si

ę

  by

ć

  tak  dobra,  jak  mówił.  Rozkoszuj

ą

c  si

ę

  ka

Ŝ

dym 

k

ę

sem  mi

ę

kkiej  wołowiny  w  chrupi

ą

cej  bułce,  Dawnsłuchała  Bryce'a  uwa

Ŝ

nie,  a  on 

pobie

Ŝ

nie opowiadał jej o przygotowaniach, jakie poczynił.  

_  Poniewa

Ŝ

  zapomniałem  spyta

ć

,  ile  czasu  potrzebujesz  na  te  swoje  badania, 

zamówiłem zapasy na czterodniow

ą

 wypraw

ę

. Czy to starczy?  

Dawn przestała je

ść

 i popatrzyła na niego wstrz

ąś

ni

ę

ta.  

Cztery dni! Przebiegł j

ą

 dreszcz. Liczyła najwy

Ŝ

ej na dwa. Czy starczy? Fantastycznie!  

_ Oczywi

ś

cie. Całkowicie wystarczy. - U

ś

miechn

ę

ła si

ę

 pow

ś

ci

ą

gliwie.  

Była  tak  podniecona, 

Ŝ

e  niezbyt  uwa

Ŝ

nie  słuchała  reszty  wypowiedzi  Bryce'a,  a

Ŝ

  ostry 

ton jego głosu wyrwał j

ą

  

z marze

ń

.  

_ Mam nadziej

ę

Ŝ

e wzi

ę

ła

ś

 ze sob

ą

 porz

ą

dne buty i sprz

ę

t je

ź

dziecki?  

-  Zebrałam  wst

ę

pne  informacje,  panie  Stone.  -  Popatrzyła  na  niego  chłodno.  -  A  nawet 

gdybym tego nie zrobiła, to wiem, co nale

Ŝ

y zapakowa

ć

. Byłam ju

Ŝ

 kiedy

ś

 na szlaku.  

Bryce okazał si

ę

 sceptykiem. - Naprawd

ę

? Gdzie?  

background image

- W górach Pensylwanii i Nowego Jorku.  
- To nie to samo, co Wielki Kanion. - Gestem wyraził  

lekcewa

Ŝ

enie dla wschodnich gór.  

- Jasne. Ale i tak potrzeba odpowiednich butów i ubra

ń

.  

Bryce wiedział, kiedy nale

Ŝ

y ust

ą

pi

ć

 i wykaza

ć

 si

ę

 poczuciem humoru.  

-  Punkt  dla  ciebie.  O  ile  dobrze  licz

ę

,  masz  nade  mn

ą

  przewag

ę

  jednego  punktu.  - 

Poci

ą

gaj

ą

cy u

ś

miech wygi

ą

ł mu wargi.  

- Rozgrywamy jaki

ś

 mecz?  

ś

artujesz chyba? Skarbie, zdobywamy punkty od  

chwili  naszego  pierwszego  spotkania.  -  Oczy  zabłysły  mu  rozbawieniem.  -  Do  licha!  Nie 
czujesz zapachu siarki i nie widzisz iskier, jakie przeskakuj

ą

 mi

ę

dzy nami?  

Pami

ę

taj

ą

c o planach zemsty, które pochłaniały j

ą

 przez cały dzie

ń

, mało nie powiedziała 

'mu, 

Ŝ

e  kiedy  on  czuł  zapach  siarki,  ona  słyszała  delikatne  syczenie  w

ęŜ

y.  Zdecydowała 

jednak, i

Ŝ

 byłoby to nierozwa

Ŝ

ne i tylko kiwn

ę

ła głow

ą

.  

- Masz niew

ą

tpliwy talent do irytowania mnie, kochanie. - U

ś

miechn

ą

ł si

ę

 do niej.  

- Doprawdy? - Dawn uniosła brwi. - Ty po prostu doprowadzasz mnie do furii.  

U

ś

miech znikn

ą

ł z twarzy Bryce'a, a oczy mu pociemniały.  

- Zdajesz sobie spraw

ę

 z tego, 

Ŝ

e b

ę

dziemy mieli cholerne szcz

ęś

cie, je

Ŝ

eli uda nam si

ę

 wyj

ść

 cało 

z tej wyprawy? - spytał cicho.  

Dawn zaschło w gardle, a serce zacz

ę

ło wali

ć

 jak oszalałe.  

- Co ... - Oblizała nagle suche wargi i przełkn

ę

ła konwulsyjnie 

ś

lin

ę

, gdy utkwił wzrok w jej ustach. - 

Co masz na my

ś

li? - spytała nieswoim głosem.  

- My

ś

l

ę

Ŝ

e doskonale rozumiesz, co mam na my

ś

li. Ich spojrzenia si

ę

 spotkały. - Widz

ę

 to w twoich 

oczach. Jest mi

ę

dzy nami jakie

ś

 przyci

ą

ganie i pr

ę

dzej czy pó

ź

niej b

ę

dziemy musieli co

ś

 z tym zrobi

ć

Dobrze o tym wiesz.  

- Nie - zaprzeczyła ledwo słyszalnym szeptem.  

  - Tak.  

'  

Czuła si

ę

 osaczona nieuniknion

ą

 prawd

ą

 jego zapewnie

ń

. Potrz

ą

sn

ę

ła gwałtownie głow

ą

.  

- Prawie w ogóle si

ę

 nie znamy. Nie jestem nawet pewna, czy ci

ę

 lubi

ę

.  

- Wiem, co masz na my

ś

li - westchn

ą

ł. - Czy to nie dra

ń

stwo?  

Te słowa ugodziły j

ą

 bole

ś

nie. Dotkni

ę

ta do gł

ę

bi rzuciła ironicznie:  

-  Nieprawda

Ŝ

?  -  Jako

ś

  udało  jej  si

ę

  wydoby

ć

  sk

ą

d

ś

  szyderczy  u

ś

mieszek.  -  A  oto  wiadomo

ść

  z 

ostatniej chwili, Stone. B

ę

dzie o wiele gorzej, bo nie mam zamiaru zajmowa

ć

 si

ę

 czymkolwiek innym 

ni

Ŝ

 moimi badaniami, bez wzgl

ę

du na iskry.  

Patrzyła mu prosto w oczy wytrzymuj

ą

c jego spojrzenie, dr

Ŝą

ce dłonie poło

Ŝ

yła na kolanach, 

Ŝ

eby 

nie mógł ich widzie

ć

.  

Bryce milczał przez kilka sekund, wpatruj

ą

c si

ę

 w ni

ą

 tak intensywnie, 

Ŝ

e Dawn wydawało si

ę

, i

Ŝ

 

kurczy jej si

ę

 serce. Potem u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 powoli i zmysłowo.  

- Ta podró

Ŝ

 robi si

ę

 coraz bardziej interesuj

ą

ca stwierdził oschłym tonem. - Powiedz mi, Dawn, w 

jaki sposób zamierzasz zrealizowa

ć

 swe zamiary?  

Kropla trucizny.  
Dawka oleju rycynowego. Bicz.  
Gniazdo 

Ŝ

mij.  

Dawn odrzuciła takie odpowiedzi jako zbytnio odsłaniaj

ą

ce jej my

ś

li. Instynkt ostrzegał i nakazywał 

spokój i utrzymanie dystansu. Zaplotła palce dłoni i obdarzyła go wyniosłym u

ś

miechem.  

- Mogłabym posła

ć

 ci

ę

 na zielon

ą

 trawk

ę

, a sama pój

ść

 do kanionu z grup

ą

 z Jasnego Anioła.  

- Oczywi

ś

cie, mogłaby

ś

. - Bryce wzruszył ramionami.  

- Ale nie zrobi

ę

 tego, 

Ŝ

eby dowie

ść

 swej racji. - Nie  

zwróciła uwagi na to, 

Ŝ

e si

ę

 odezwał. - Pójdziemy razem, jak zaplanowali

ś

my, a ja zgasz

ę

 te twoje 

wyimaginowane iskry, po prostu ci

ę

 ignoruj

ą

c na tyle, na ile si

ę

 da.  

- Nie wyimaginowane i doskonale o tym wiesz. - Bryce pokr

ę

cił głow

ą

. - Ignorowanie mnie b

ę

dzie 

niemo

Ŝ

liwe i o tym te

Ŝ

 dobrze wiesz.  

Dawn przeszedł dreszcz. Wiedziała, 

Ŝ

e on miał racj

ę

.  

background image

Modliła  si

ę

Ŝ

eby  si

ę

  mylił.  Musiał  si

ę

  myli

ć

!  Niemy  krzyk  przeszył  jej  pier

ś

  i 

ś

cisn

ą

ł  za  gardło, 

uniemo

Ŝ

liwiaj

ą

c oddychanie.  

Nagle Dawn poczuła, 

Ŝ

e musi wyj

ść

, znale

źć

 si

ę

 na dworze, by móc oddycha

ć

! Odrzuciła włosy do 

tyłu, przesun

ę

ła si

ę

 na krze

ś

le i wstała. Patrzenie z góry na Bryce'a przywróciło jej poczucie kontroli 

nad sytuacj

ą

 i umo

Ŝ

liwiło wypowiedzenie ostatniej jadowitej kwestii:  

- Ta rozmowa jest dla mnie zarówno obra

ź

liwa, jak i nudna. Pozwolisz zatem, 

Ŝ

e si

ę

 wycofam? - I 

nie czekaj

ą

c na odpowied

ź

 odwróciła si

ę

 na pi

ę

cie i odeszła.  

- Dawn, zaczekaj!  

Przeszła  ju

Ŝ

  przez  pół  holu,  kiedy  usłyszała,  jak  wołał  jej  imi

ę

  przyciszonym,  lecz 

rozkazuj

ą

cym  tonem.  Dawn  zignorowała  go,  przy

ś

pieszaj

ą

c  kroku,  w  ten  sposób  wprowa-

dzaj

ą

c  w 

Ŝ

ycie  swoje  zapewnienia.  W  chwili  gdy  drzwi  zamkn

ę

ły  si

ę

  za  ni

ą

,  zacz

ę

ła  biec. 

Bryce dogonił j

ą

, gdy usiłowała trafi

ć

 kluczem do dziurki.  

-  Do  jasnej  cholery!  Czy  mo

Ŝ

esz  mnie  wysłucha

ć

?  Chwycił  Dawn  za  rami

ę

  i  odwrócił 

twarz

ą

 w swoj

ą

 stron

ę

.  

- Nie! - krzykn

ę

ła i znów zacz

ę

ła walk

ę

 z zamkiem.Nie zamierzam słucha

ć

 gró

ź

b ...  

- Jakich gró

ź

b? - przerwał zniecierpliwiony. - Przemocy? Nigdy nie u

Ŝ

ywam siły, a nawet 

gdybym chciał, nie b

ę

dzie mi z pewno

ś

ci

ą

 potrzebna. Wystarczy, 

Ŝ

e b

ę

dziemy blisko siebie.  

-  Nie!  -  Potrz

ą

sn

ę

ła  głow

ą

,  by  nada

ć

  przeczeniu  wi

ę

cej  mocy.  Jednocze

ś

nie  poczuła 

ulg

ę

, słysz

ą

c d

ź

wi

ę

k klucza obracaj

ą

cego si

ę

 w zamku.  

- Tak, Dawn.  

W  jego  głosie  zabrzmiało  uczucie,  co  wprawiło  j

ą

  w  zakłopotanie.  Zacz

ę

ło  si

ę

  w  niej 

rodzi

ć

 niezwykłe przekonanie, 

Ŝ

e Bryce próbuje zapobiec nieuniknionemu i dlatego chce j

ą

 

odstraszy

ć

. Uznaj

ą

c ten pomysł za 

ś

mieszny, Dawn otworzyła drzwi i cofn

ę

ła si

ę

 o krok.  

- Poczekaj. - Mocne palce wbiły si

ę

 w jej mi

ę

kkie ciało.  

Wydawało  si

ę

Ŝ

e  ...  ucisk  palców  był  w  totalnej  niezgodzie  z  postanowieniami  niezwykłej 

siły woli! A

Ŝ

 trudno było w to uwierzy

ć

. Ciemno

ś

ci roz

ś

wietlił błysk zrozumienia. Zdała sobie 

spraw

ę

Ŝ

e  Bryce  jest  w  konflikcie  z  samym  sob

ą

.  A  skoro  Bryce  chciał  za  wszelk

ą

  cen

ę

 

unikn

ąć

 tego, co musiało si

ę

 sta

ć

, toczył walk

ę

 podobn

ą

 do tej, jaka rozgrywała si

ę

 w niej 

samej.  Dawn  opanował  nagły  spokój;  spokój  i  co

ś

  jeszcze:  zgoda  na  to,  czego  nie  da  si

ę

 

unikn

ąć

?  

Nie miała ochoty analizowa

ć

 gł

ę

bi swych uczu

ć

, otrz

ą

sn

ę

ła si

ę

 wi

ę

c z nich, wzruszaj

ą

ramionami.  

- Po co mam czeka

ć

. Jest ju

Ŝ

 pó

ź

no i... - Znów jej przerwał.  

- Nie jest za pó

ź

no, by

ś

 zmieniła zdanie i wyruszyła do kanionu razem ze zorganizowan

ą

 

grup

ą

 - przypomniał jej, tak jakby mogła o tym zapomnie

ć

! - Czy wolałaby

ś

 tak zrobi

ć

?  

Tak!  Mocno  zacisn

ę

ła  wargi, 

Ŝ

eby  przypadkiem  nie  udzieli

ć

  spontanicznej  odpowiedzi. 

Nie wiedziała dlaczego, ale czuła, 

Ŝ

e musi si

ę

 sprawdzi

ć

, pokaza

ć

 Bryce'owi Stone, jaka jest 

odwa

Ŝ

na, warto

ś

ciowa i silna. Podniosła głow

ę

 i spojrzała mu w oczy.  

- Nie. - W tym słowie zawarła cał

ą

 sił

ę

 przekonania.  

Bryce  pu

ś

cił  j

ą

,  podniósł  r

ę

k

ę

  i  pogładził  jej  policzek  odwrotn

ą

 stron

ą

 dłoni. Westchnienie, 

mo

Ŝ

e  t

ę

sknoty?  mo

Ŝ

Ŝ

alu?,  wydobyło  si

ę

  spomi

ę

dzy  jego  warg,  gdy  zadr

Ŝ

ała  pod  tym 

dotkni

ę

ciem.  

- Obawiam si

ę

Ŝ

e ta wyprawa wyda wi

ę

cej owoców ni

Ŝ

 same materiały do ksi

ąŜ

ki Mog

ę

 

tylko mie

ć

 nadziej

ę

Ŝ

Ŝ

adne z nas nie wyjdzie z kanionu 

Ŝ

ałuj

ą

c tego, co si

ę

 stało.  

Powoli, bardzo powoli Bryce pochylił głow

ę

 w jej stron

ę

· Drzwi były otwarte i Dawn mogła 

w  ka

Ŝ

dej  chwili  schroni

ć

  si

ę

  w  pokoju.  Zamiast  tego,  bezmy

ś

lnie,  nierozwa

Ŝ

nie  podała  mu 

swoje  wargi.  Dawn  czuła  blisko

ść

  jego  oddechu, 

Ŝ

ar  ust  i pal

ą

ce pragnienie, by posmako-

wa

ć

 jego pocałunków, gdy nagle Bryce podniósł głow

ę

 i cofn

ą

ł si

ę

.  

-  Kiepsko  si

ę

  starasz, 

Ŝ

eby  mnie  ignorowa

ć

  -  wymamrotał  niedbale.  -  B

ę

d

ę

  o  siódmej  rano. 

Przygotuj si

ę

. I z tymi słowami odwrócił si

ę

 i odszedł.  

Walcz

ą

c ze łzami zło

ś

ci i rozczarowania, Dawn weszła do pokoju i cicho zamkn

ę

ła drzwi.  

Bryce miał racj

ę

, a ona tylko si

ę

 oszukiwała, mówi

ą

c, 

Ŝ

e b

ę

dzie go ignorowa

ć

.  

My

ś

lała o tym cały czas, przegl

ą

daj

ą

c dokładnie ubrania, które zapakowała do mi

ę

kkiej, nylonowej 

background image

torby, a potem przygotowała si

ę

 do snu.  

Usta  Dawn  t

ę

skniły  do  smciku  jego  warg.  Piersi  pragn

ę

ły  dotyku  jego  dłoni.  Ciało  pulsowało 

po

Ŝą

daniem, by wypełnił j

ą

 swym ciałem.  

Cała dr

Ŝ

ała, gdy w ko

ń

cu wsun

ę

ła si

ę

 do łó

Ŝ

ka. Le

Ŝ

ała spokojnie, 

Ŝ

eby pomóc sobie w spokojnym 

za

ś

ni

ę

ciu i przypominała postanowienia, których tak długo si

ę

 trzymała.  

Kiedy romans z m

ęŜ

czyzn

ą

, którego uwa

Ŝ

ała za pokrewn

ą

 dusz

ę

, a okazał si

ę

 by

ć

 jej niszczycielem, 

sko

ń

czył si

ę

, Dawn pogr

ąŜ

yła si

ę

 w pracy do granic wyczerpania. To oczyszczenie przez prac

ę

 miało 

dwojaki wpływ na jej 

Ŝ

ycie. Pierwszy był namacalny, drugi mniej konkretny. Tym dotykalnym 

rezultatem pracy były pieni

ą

dze, jakie zarobiła na swoim maratonie pisarskim. Po raz pierwszy w 

Ŝ

yciu Dawn srała si

ę

 niezale

Ŝ

na finansowo od ojca, bezwzgl

ę

dnego człowieka interesu, którego 

hobby była hodowla koni pełnej krwi. Po drugie za

ś

 wypracowała metod

ę

 na przetrwanie. 

Zdecydowała, i

Ŝ

 nigdy ju

Ŝ

 nie b

ę

dzie bezbronna wobec m

ęŜ

czyzny i 

ś

wiadomie ukryła swoj

ą

 

bezpo

ś

r

ę

dnio

ść

 wobec ludzi. Z wielk

ą

 precyzj

ą

 stworzyła obraz wyniosłej, agresywnej intelektualistki. 

Te pozory trzymały na dystans tych, którzy mogliby j

ą

 skrzywdzi

ć

. Jej uczucia te

Ŝ

 były bezpieczne, 

do chwili gdy Bryce Stone wysiadł z ci

ęŜ

arówki i wkroczył w jej 

Ŝ

ycie.  

Do chwili, gdy Bryce Stone ...  
My

ś

l ta opanowała Dawn i kr

ąŜ

yła w jej głowie, a

Ŝ

 sen spu

ś

cił na wszystko zasłon

ę

Rozdział szósty  

Bryce  nie był w najlepszym nastroju. Dwie noce niespokojnego rozmy

ś

lania, przerywane 

krótkimi  okresami  snu,  odbiły  si

ę

  wyra

ź

nie  na  jego  wygl

ą

dzie  i  nastroju.  Jednym  słowem 

Bryce wygl

ą

dał i czuł si

ę

 okropnie.  

Dlaczego musiała wykaza

ć

 si

ę

 odwag

ą

?  

Pytanie  to  dr

ę

czyło  Bryce'a  przez  cał

ą

  noc.  Dopóki  mógł  wierzy

ć

Ŝ

e  Dawn  jest  płytk

ą

zepsut

ą

 egocentryczk

ą

, typem kobiety, jakim pogardzał, udawało mu si

ę

 uciszy

ć

 sumienie i 

przekona

ć

Ŝ

e zasłu

Ŝ

yła na wszystko, co si

ę

 jej dostanie, nawet je

Ŝ

eli "wszystko "oka

Ŝ

e si

ę

 

by

ć

 czym

ś

 znacznie wi

ę

cej ni

Ŝ

 tym, czego oczekiwała po wyprawie.  

Nagły  przejaw  odwagi  Dawn  znacznie  osłabił  rozumowanie  Bryce'a.  Stał  si

ę

  bezbronny 

wobec  własnego  sumienia.  W  rezultacie  sp

ę

dził  długie  godziny  tocz

ą

c  walk

ę

  wewn

ę

trzn

ą

Bryce  zacz

ą

ł  j

ą

  pełen  ufno

ś

ci,  a  sko

ń

czył  w  defensywie  przeciwko  argumentom  własnej 

logiki.  

Pragn

ą

ł jej.  

Istniało ryzyko, 

Ŝ

e j

ą

 zrani. Błagała, by j

ą

 wzi

ą

ł.  

Do kanionu, a nie dosłownie.  
Zawsze mo

Ŝ

na posi

ąść

 takie kobiety, zawsze brały wi

ę

cej ni

Ŝ

 dawały.  

Uogólnienia. Szufladkowanie. Zły przykład. Trzeba by da

ć

 jej nauczk

ę

!  

Kto  ma  j

ą

  da

ć

?  Zgorzkniały  nauczyciel?  Jest  nikim  wi

ę

cej  jak  zepsutym  bachorem.  Ma 

jednak odwag

ę

Ma, do cholery!  

Za  ka

Ŝ

dym  razem,  gdy  zapadał  w  drzemk

ę

,  budziła  go  lepsza  strona  jego  osobowo

ś

ci, 

ka

Ŝą

c mu porzuci

ć

 plany wyprawy i zostawi

ć

 Dawn w spokoju.  

By

ć

  mo

Ŝ

e  sumienie  wygrałoby  t

ę

  walk

ę

  wewn

ę

trzn

ą

,  gdyby  Bryce  nigdy  jej  nie  dotkn

ą

ł, 

gdyby nie był o włos od pocałunku, gdyby nie poczuł po

Ŝą

dania przenikaj

ą

cego jego ciało. W 

ko

ń

cu  sumienie  ucichło,  stłumione  nieprawdopodobnym  pragnieniem,  rz

ą

dz

ą

cym  czynami 

Bryce'a.  

Bryce chciał by

ć

 z Dawn bez wzgl

ę

du na wszystko.  

Koniec, kropka.  

-  Dzie

ń

  dobry.  -  Kiepskie  samopoczucie  Dawn  pogorszyło  si

ę

  gwałtownie,  gdy  usłyszała 

niech

ę

tny pomruk Bryce'a w odpowiedzi na swoje niepewne powitanie. G

ę

sia skórka, której 

background image

dostała,  nie  miała  nic  wspólnego  z  chłodnym  powietrzem  poranka.  Stała  przy  otwartych 
drzwiach po stronie pasa

Ŝ

era, przyciskaj

ą

c nylonow

ą

 torb

ę

 do piersi. Odchrz

ą

kn

ę

ła.  

- '" Co mam zrobi

ć

 z torb

ą

? - Od razu zdała sobie spraw

ę

Ŝ

e jako

ś

 kiepsko to powiedziała 

i uzbroiła si

ę

 na odparcie oczywistego ataku, gdy Bryce spojrzał w jej stron

ę

.  

- Włó

Ŝ

 j

ą

 do łó

Ŝ

ka.  

Ju

Ŝ

  zmarszczyła  brwi,  gdy  nagle  zrozumiała  i  przetłumaczyła  sobie  jego  odpowied

ź

:  - 

Wrzu

ć

 to na tył furgonetki. Najwyra

ź

niej nie miał zamiaru wysi

ąść

 z wozu, 

Ŝ

eby jej pomóc, a 

ton  jego  głosu  sugerował  zdecydowane  zniecierpliwienie.  Dawn  po

ś

piesznie  wypełniła 

polecenie,  zanim  wdrapała  si

ę

  do  furgonetki  i  usiadła  obok.  Zamkn

ę

ła  drzwi  i  natychmiast 

poczuła napi

ę

cie, jakim emanowało jego ciało. Zapi

ę

ła pas i siedziała sztywno, wstrzymuj

ą

oddech. Wrzucił pierwszy bieg i wyjechał z parkingu na autostrad

ę

.  

Poniewa

Ŝ

  zwiedziła  prawie  całe  miasteczko  w  dniu,  w  którym  przyjechała  do  Tusayan, 

odwróciła si

ę

 w stron

ę

 Bryce'a i zacz

ę

ła studiowa

ć

 jego profil. Mocno zarysowana szcz

ę

ka 

podkre

ś

lała  ponury  wyraz  jego  twarzy,  co  jeszcze  podra

Ŝ

niło  jej  i  tak  ju

Ŝ

  kiepski  nastrój. 

Obudziła  si

ę

  poirytowana  i  niewyspana.  Pouczała  si

ę

  od rana, 

Ŝ

e nale

Ŝ

y utrzymywa

ć

 miły 

nastrój,  o  ile  wyprawa  do  kanionu  ma  by

ć

  do  wytrzymania.  Jego  mrukliwo

ść

  i  to,  jak  jej 

odburkn

ą

ł, gdy usiłowała by

ć

 rozs

ą

dnie sympatyczna, rozdra

Ŝ

niły  

J

ą

·  

Powiedziała sobie, 

Ŝ

e mo

Ŝ

e zrobi

ć

 jedn

ą

 z trzech rzeczy,  

skoro  miał  na  ni

ą

  burcze

ć

.  Mogłaby  tak  jak  on  odpowiada

ć

  tylko  monosylabami.  Mogłaby 

si

ę

  w

ś

cieka

ć

  i  krzycze

ć

  chocia

Ŝ

by  po  to,  by  zwróci

ć

  jego  uwag

ę

.  Mogła  te

Ŝ

  spróbowa

ć

 

podroczy

ć

  si

ę

  z  nim  i  wydoby

ć

  go  z  podłego  nastroju.  Dawn  wybrała  trzeci  wariant,  gdy

Ŝ

 

nie znosiła milczenia i była zbyt zm

ę

czona, by w

ś

cieka

ć

 si

ę

 i krzycze

ć

.  

_ Zawsze jeste

ś

 taki szczebiotliwy z rana? - spytała pogodnie.  

Bryce zmierzył j

ą

 wzrokiem spod przymkni

ę

tych powiek.  

_ Je

Ŝ

eli masz ochot

ę

 na "szczebiot", to trzeba było wynaj

ąć

 ptaka.  

Wygl

ą

dał  tak  nieubłaganie  i  ostro,  a  jednak  Dawn  nie  mogła  powstrzyma

ć

  si

ę

  od 

ś

miechu. Wpatrywała si

ę

 w niego, a wewn

ą

trz trz

ę

sła ni

ą

 tłumiona rado

ść

 i nagle wydało jej 

si

ę

Ŝ

e zauwa

Ŝ

yła, jak k

ą

ciki jego ust nieznacznie si

ę

  

wyginaj

ą

.  

_ Niewiele trzeba, by ci

ę

 rozbawi

ć

. - Tym razem podarował jej błyszcz

ą

ce spojrzenie 

otwartych oczu.  

Dawn  u

ś

miechn

ę

ła  si

ę

  i  wzruszyła  bezsilnie  ramionami.  _  Uwielbiam  proste, 

bezpo

ś

rednie, zwi

ę

złe powiedzonka i absurdalny, wariacki humor. 

- Poczekaj, niech zgadn

ę

. - W tym głosie nie pozostał nawet 

ś

lad burkliwo

ś

ci. - P

ę

kasz ze 

ś

miechu na wyst

ę

pach komików typu Henry'ego Youngmana i dostajesz czkawki na filmach 

Mela Brooksa i Monty'ego Pythona.  

- Przyznaj

ę

 si

ę

 do winy. - Zatkało j

ą

, kiedy odwrócił si

ę

  

do niej i u

ś

miechn

ą

ł. - Ja te

Ŝ

.  

Dawn roze

ś

miała si

ę

 i popatrzyła zdumiona.  

- Podobaj

ą

 ci si

ę

 filmy Mela Brooksa i Monty'ego Pythona?  

Bryce pokiwał głow

ą

.  

-  A  tak

Ŝ

e  proste,  bezpo

ś

rednie,  zwi

ę

złe  powiedzonka  i  absurdalny,  wariacki  humor.  - 

Obdarzył D~wn jeszcze jednym u

ś

miechem.  

Zdała sobie spraw

ę

Ŝ

e by

ć

 mo

Ŝ

e ł

ą

czyło ich co

ś

 wi

ę

cej ni

Ŝ

 wzajemny poci

ą

g fizyczny i na 

t

ę

 my

ś

l zalało j

ą

 ciepło. Było to niewiele i prawdopodobnie na dłu

Ŝ

sz

ą

 met

ę

 bez znaczenia, 

ale i tM<: rozkoszowała si

ę

 tym uczuciem.  

Furgonetka po

Ŝ

erała kilometry, a oni rozmawiali o fragmentach wyst

ę

pów komediowych i 

filmów, które podobały im si

ę

 bardzo albo wcale. Napi

ę

cie w kabinie wcale nie zel

Ŝ

ało, kiedy 

Bryce  zatrzymał  wóz  przy  budce  stra

Ŝ

nika  u  południowego  wej

ś

cia  do  Parku  Narodowego 

Wielkiego  Kanionu.  Dawn  zmarszczyła  brwi,  gdy  Bryce  pokazał  przez  otwarte  okno  mał

ą

oprawion

ą

 w skór

ę

 legitymacj

ę

.  

-  Dzie

ń

  dobry,  Bryce.  -  Stra

Ŝ

nik  u

ś

miechn

ą

ł  si

ę

,  ledwie  spojrzawszy  na  dokument  i 

machn

ą

ł r

ę

k

ą

 pokazuj

ą

c, by przeje

Ŝ

d

Ŝ

ali.  

background image

Bryce  schował  legitymacj

ę

  i  ruszył.  Wtedy  Dawn  przyponmiała  sobie,  co  powiedział 

podczas  ich  pierwszej  rozmowy, 

Ŝ

e  nie  był  zawodowym  przewodnikiem.  Nachmurzenie 

ust

ą

piło miejsca zdumieniu.  

- Jeste

ś

 stra

Ŝ

nikiem w parku!  

Bryce spojrzał rozbawiony. - Nie.  
- Ale pracujesz tutaj? - Dawn ruchem r

ę

ki pokazała  

park.  

-  Pracuj

ę

  dla  Słu

Ŝ

b  Parku  Narodowego.  -  Omiótł  spojrzeniem  spokojne  zalesione  obszary.  - 

Przydzielono mnie tutaj, gdy

Ŝ

 urodziłem si

ę

 w tej cz

ęś

ci stanu. Dorastałem, badaj

ą

c te tereny.  

- Ale nad czym pracujesz? - zniecierpliwiła si

ę

 Dawn.  

- Nad skamielinami.  
. - Co prosz

ę

?  

Bryce roze

ś

miał si

ę

.  

- Jestem paleontologiem - wyja

ś

nił. - Szukam, badam i klasyfikuj

ę

 skamieliny.  

- Ach tak. - Oczywi

ś

cie Dawn wiedziała, czym zajmuje si

ę

 paleontolog. Tylko 

Ŝ

e Bryce Stone nie 

pasował  do  wyobra

Ŝ

enia  o  tym  zawodzie.  Prawd

ę

  mówi

ą

c,  dla  niej  wygl

ą

dał  wła

ś

nie  jak  z

Ŝ

yty  z 

siodłem, otrzaskany przewodnik na szlaku.  

-w ko

ń

cu znalazłem sposób na zamkni

ę

cie ci ust? Dawn stała si

ę

 od razu podejrzliwa.  

- Nabierasz mnie?  
U

ś

miechn

ą

ł si

ę

 zmysłowo i prowokacyjnie.  

- Przyjd

ź

 kiedy

ś

 do mojego laborato

ń

um, a poka

Ŝę

 ci moje ... skamieliny.  

Znowu mu si

ę

 udało. 

Ś

miej

ą

c si

ę

, rzuciła mu jego wcze

ś

niejsz

ą

 replik

ę

:  

- Niedoczekanie ...  
- Twoje - doko

ń

czył Bryce - Czy chcesz powiedzie

ć

Ŝ

e nie po

Ŝ

yj

ę

 wystarczaj

ą

co długo?  

U

ś

miechn

ę

ła si

ę

 przeci

ą

gle i przekornie. - Szybko si

ę

 uczysz, Stone.  

- Tak, wiem. Ale głównie je

Ŝ

eli chodzi o martwe sprawy ... takie jak skamieliny.  

Zaskoczona  zmian

ą

  jego  nastroju  na  melancholijny  i  zmieszana  nawi

ą

zaniem  do 

ś

mierci, 

zamilkła.  Powróciło  napi

ę

cie,  niwecz

ą

c  ciepły  nastrój  kole

Ŝ

e

ń

stwa.  Dlatego  z  ulg

ą

  powitała  widok 

lu

ź

no rozrzuconych budynków.  
- Co to za zabudowania? - Ciekawo

ść

 była silniejsza ni

Ŝ

 wszystko.  

Bryce przybrał bezosobowy ton głosu przewodnika.  
-  Dom  przy  pierwszym  zakr

ę

cie  w  prawo  to  biuro  Zarz

ą

du  Parku  Narodowego,  ten  przy  drugim 

zakr

ę

cie to centralne biura Freda Herveya. Zbli

Ŝ

amy si

ę

 teraz do ...  

- Freda Harveya, który wznosił hotele wzdłu

Ŝ

 linii kolejowej Santa Fe?  

- Brawo! - pochwalił j

ą

 Bryce. - Jezeli spojrzysz w prawo, kiedy b

ę

d

ę

 skr

ę

cał w lewo, to zobaczysz 

hotel ze stu pokojami, który Przedsi

ę

biorstwo Harveya zbudowało w 1905 roku i nazwało ,,El Tovar" 

na  cze

ść

  hiszpa

ń

skiego  podró

Ŝ

nika,  Pedra  de  Tovar,  który  w  1540  roku  poprowadził  pierwsz

ą

 

wypraw

ę

 do kraju Indian Hopi.  

- Jeste

ś

 skarbnic

ą

 wiedzy - stwierdziła Dawn rzeczowym tonem, odwracaj

ą

c głow

ę

, by dokładniej 

przyjrze

ć

 si

ę

 temu imponuj

ą

cemu gmachowi z przełomu wieków. Chciałabym mu si

ę

 lepiej przyjrze

ć

.  

- Nie nadwer

ęŜ

aj szyi. Przyjrzysz mu si

ę

 do woli, kiedy b

ę

dziemy wracali. Zarezerwowałem ci 

pokój.  

- Naprawd

ę

? To wspaniale! Ale dlaczego? - A

Ŝ

 podskoczyła i spojrzała mu prosto w twarz.  

Bryce wzruszył ramionami.  

- Na wypadek gdyby

ś

 chciała wł

ą

czy

ć

 ten teren w zakres swoich bada

ń

.  

Dawn brała to pod uwag

ę

, a poniewa

Ŝ

 nic mu o tym nie mówiła, poruszyła j

ą

 dbało

ść

 z jego 

strony.  

Dzi

ę

kuj

ę

. - U 

ś

miechn

ę

ła si

ę

 delikatnie. - Chciałam tu troch

ę

 poszpera

ć

, ale nie 

pomy

ś

lałam o wynaj

ę

ciu pokoju. _ A powinna

ś

 była - zbeształ j

ą

 łagodnie. - Tu na 

południowej kraw

ę

dzi mo

Ŝ

na wiele zobaczy

ć

. - Odwzajemnił jej u

ś

miech. - Do czego ci

ę

 

zach

ę

cam.  

Dawn  poczuła  si

ę

  nagle  bardzo  młoda  i  niedo

ś

wiadczona,  odwróciła  wzrok  w  sam

ą

 

por

ę

, by zauwa

Ŝ

y

ć

 róg innego  

background image

budynku.  

_ Co to jest? - spytała wyci

ą

gaj

ą

c znów szyj

ę

·  

_ Schronisko Jasnego Anioła. Prawie dotarli

ś

my do celu. Dawn odwróciła si

ę

 w drug

ą

 

stron

ę

·  

- Ato?  

_ To jest zagroda, z której we

ź

miemy nasze konie  

i sprz

ę

t.  

Zaparkował  i  poszli  w  jej  stron

ę

.  Bryce  wzi

ą

ł  torb

ę

  Dawn.  Poczuła  podniecenie  kiedy 

zbli

Ŝ

yli  si

ę

  do  zagrody  zwierz

ą

t.  Ciemnoskóry,  ciemnowłosy  m

ęŜ

czyzna,  opieraj

ą

c  si

ę

  o 

płot, 

ś

ledził ich ruchy. Gdy podeszli na odległo

ść

 kilku metrów, jego pooran

ą

 zmarszczkami 

twarz rozja

ś

nił u

ś

miech.  

_ Cze

ść

, Bryce. - M

ęŜ

czyzna wyci

ą

gn

ą

ł r

ę

k

ę

·  

_ Jak si

ę

 masz, Sam? - Bryce mocno u

ś

cisn

ą

ł podan

ą

 dło

ń

, po czym przyci

ą

gn

ą

ł Dawn 

do swego boku.  

_  Dawn,  to  jest  Sam  Pewnastopa  Davis.  Pracuje  dla  mnie  od  czasu  do  czasu.  - 

U

ś

miechn

ą

ł si

ę

 do Sama. - Sam, powiedz "cze

ść

 "do klientki, która płaci.  

_ Witaj, Sam. - Dawn nie bardzo wiedziała, co ma zrobi

ć

. Wyci

ą

gn

ę

ła wi

ę

c r

ę

k

ę

u

ś

miechaj

ą

c si

ę

.  

Sam zrewan

Ŝ

ował si

ę

 tym samym.  

_ Cze

ść

, Dawn. - Z

ę

by mu błyszczały, a u

ś

cisk dłoni był delikatny.  

- Oczywi

ś

cie jeste

ś

 Indianinem.  

- Kim innym mog

ę

 by

ć

 z imieniem takim jak Pewnastopa? Plemi

ę

 Havasupai.  

- My

ś

li, 

Ŝ

e jest Tonto - wtr

ą

cił Bryce z krzywym u

ś

mieszkiem.  

- Nie wydaje mi si

ę

Ŝ

eby Tonto był Havasupai. - Sam  

wygl

ą

dał na zmartwionego.  

- Niech ci to nie sp

ę

dza snu z powiek.  

- Dziewczyna ... mo

Ŝ

e. Tonto ... nie pami

ę

tam.  

Dawn zacz

ę

ła si

ę

 czu

ć

 tak, jakby znalazła si

ę

 w 

ś

rodku krzy

Ŝ

owego ognia albo trafiła na 

ś

rodek  musztry.  Przenosiła  zdumiony  wzrok  z  jednego  na  drugiego.  Bryce  zako

ń

czył  to 

przekomarzanie si

ę

, kiedy poszedł w stron

ę

 oczekuj

ą

cych mułów.  

- W porz

ą

dku, Cochise, bierzmy je i wyprowadzajmy. Sam wydawał si

ę

 by

ć

 jeszcze bardziej 

zmartwiony na d

ź

wi

ę

k tego hollywoodzkiego sloganu.  

- Cochise te

Ŝ

 nie był Havasupai. Był Apaczem i dobrze o tym wiesz.  

Bryce wzruszył ramionami.  
- Jasne, ale lubi

ę

 si

ę

 z tob

ą

 troch

ę

 podroczy

ć

. - Nagle stał si

ę

 bardzo rzeczowy. - 

Sprawd

ź

my wszystko.  

Dawn  powiedziała  sobie, 

Ŝ

e  musi  przyzwyczai

ć

  si

ę

  do  zmiennych  nastrojów  Bryce'  a  i 

pod

ąŜ

yła za m

ęŜ

czyznami w stron

ę

 zwierz

ą

t. Rozwa

Ŝ

aj

ą

c zło

Ŝ

ono

ść

 osobowo

ś

ci człowieka, 

którego tak szybko uznała za aroganta, bezczelnego plebejusza, zgł

ę

biała tajemnic

ę

 ukryt

ą

 

pod nazwiskiem Bryce Stane, obserwuj

ą

c, jak metodycznie przechodził od jednego muła do 

nast

ę

pnego.  Nie  słyszała  ani  jednego  słowa  rozmowy,  jak

ą

  prowadzili  z  Samem  przyciszo-

nymi głosami.  

Tajemnica  była  dla  niej  gro

ź

na.  W  ko

ń

cu  wykryła  i  okre

ś

liła  niebezpiecze

ń

stwo,  jakie 

stanowił  dla  jej  wytrwale  podtrzymywanej  fasady.  To  nie  poci

ą

g  fizyczny,  jaki  istniał  od 

pocz

ą

tku  mi

ę

dzy  nimi,  stanowił  gro

ź

b

ę

  dla  jej  bezpiecze

ń

stwa  uczuciowego.  Dawn  była 

pewna  siebie,  je

Ŝ

eli  chodziło  o  stron

ę

  fizyczn

ą

,  bez  wzgl

ę

du  na  sił

ę

  przyci

ą

gania. 

Niebezpiecze

ń

stwo stanowiły wci

ąŜ

 nowe cechy charakteru, jakie ujawniał.  

Dokoła  Dawn  toczyło  si

ę

  normalne 

Ŝ

ycie.  Pracownicy  zajmowali  si

ę

  swoimi  zadaniami, 

tury

ś

ci  w  małych  i  du

Ŝ

ych  grupach,  niektórzy  ubrani  zwyczajnie  jak  na  spacer  wzdłu

Ŝ

 

kraw

ę

dzi  kanionu,  inni  wyekwipowani  w  pojemniki  z  wod

ą

  i  odpowiednio  wyposa

Ŝ

eni, 

zmierzali  w  stron

ę

  rozmaitych  szlaków. 

Ś

miech  i  przyciszone  rozmowy  oraz  pokrzykiwania 

poszukuj

ą

cych  si

ę

  przyjaciół  zlewały  si

ę

  w  jedno  z  muzyk

ą

  drzew,  odpowiadaj

ą

cych 

szelestem na pieszczot

ę

 jesiennego wiatru.  

Po  raz  pierwszy  czuła  si

ę

  wyobcowana  w  miejscu,  w  którym  miała  zbiera

ć

  materiały  do 

background image

ksi

ąŜ

ki. Nie słyszała. Nie widziała. Nie przyswajała. Ka

Ŝ

dym nerwem, ka

Ŝ

d

ą

 komórk

ą

, ka

Ŝ

d

ą

 

swoj

ą

  cz

ą

stk

ą

  nastroiła  si

ę

  na  charakter  tajemnicy.  Jej  wewn

ę

trzny  komputer  przyswajał 

informacje, które zebrał w czasie minionych dni i wy

ś

wietlał jeden po drugim wnioski na ten 

temat.  

Inteligentny.  

Pewny siebie do granic arogancji. My

ś

l

ą

cy.  

Z poczuciem humoru. Na dystans.  
Szczery.  
Uczciwy.  

Dawn  dr

Ŝ

ała  w  miar

ę

,  jak  wnioski  docierały  do  niej  okre

ś

laj

ą

c  zagro

Ŝ

enie,  jakie  stanowił 

dla niej tajemniczy Bryce Stone. Zmysły mogła kontrolowa

ć

 z łatwo

ś

ci

ą

. Wiedziała jednak, 

Ŝ

nie b

ę

dzie W stanie si

ę

 oprze

ć

 urokowi prawdy i uczciwo

ś

ci. 

Poruszona  własnymi  my

ś

lami,  Dawn  zamrugała  i  skoncentrowała  si

ę

  na  Brysie.  Instynkt 

samozachowawczy nakłaniał j

ą

, by brała nogi za pas, póki jeszcze był czas.  

Post

ą

piła krok do tyłu i zastygła w chwili, gdy Bryce uniósł głow

ę

 i spojrzał jej w oczy.  

- Gotowa na spotkanie z Wielkim?  
Czas si

ę

 sko

ń

czył. Dawn wpadła we własn

ą

 pułapk

ę

.  

Wyprostowała plecy i ruszyła w jego stron

ę

, u

ś

miechaj

ą

c si

ę

.  

- Tak.  

Cztery muły szły jeden za drugim. Dwa niosły pieczołowicie zapakowany ładunek, a dwa 

były osiodłane do jazdy wierzchem. Bryce pomógł jej dosi

ąść

 drugiego muła, zanim wskoczył 

na siodło zwierz

ę

cia prowadz

ą

cego. Sam klepn

ą

ł go po zadzie, 

Ŝ

eby ruszył, i pomachał na 

po

Ŝ

egname.  

- Szcz

ęś

liwej drogi. B

ę

d

ę

 tu na was czekał.  

- Dobra, Sam. Do zobaczenia. - Bryce pomachał i usadowił si

ę

 w siodle.  

Oczekiwanie  i  rozgor

ą

czkowanie  doprowadziły  Dawn  do  stanu  niezwykłego  podniecenia. 

Otworzyła szeroko oczy, gdy zwierz

ę

ta zbli

Ŝ

yły si

ę

 do kraw

ę

dzi. Po raz pierwszy spojrzała na 

kanion.  

Szeroki  na  czterna

ś

cie  kilometrów  rozpo

ś

cierał  si

ę

  przed  jej  oczami  w  całym  swoim 

fiołkowo-br

ą

zowym i fioletowo-piaskowym porannym przepychu. Mimo i

Ŝ

 była pisark

ą

 i miała 

na podor

ę

dziu setki przymiotników, potrafiła wymówi

ć

 tylko jedno słowo:  

- Wspaniały!  
- Nie najgorszy - odpowiedział Bryce kpiarskim tonem i dodał: - Jedziemy.  
Muły ruszyły w dół szlakiem i Dawn zrozumiała, 

Ŝ

e doszedł jej jeszcze jeden problem. Kanion nie 

tylko był wspaniały, był te

Ŝ

 gł

ę

boki na prawie dwa kilometry.  

Siedz

ą

c  na  grzbiecie  muła  schodz

ą

cego  kr

ę

t

ą

 

ś

cie

Ŝ

k

ą

  w  dół 

ś

ciany  Wielkiego  Kanionu,  Dawn 

poniewczasie poczuła chwytaj

ą

cy za pier

ś

 i 

ś

ciskaj

ą

cy gardło l

ę

k wysoko

ś

ci. 

Rozdział siódmy  

Bryce znakomicie. czuł si

ę

 w siodle, odwrócił si

ę

 wi

ę

c, by spojrze

ć

 na Dawn i ogarn

ą

ł go l

ę

k. Była 

cała usztywniona. Miała rozszerzone 

ź

renice, a na kredowobiałej twarzy malował si

ę

 wyraz absolutnej 

paniki.  

- Cholera ... - przekl

ą

ł cicho. Dlaczego, do licha, nie powiedziała mu, 

Ŝ

e cierpi na l

ę

k wysoko

ś

ci? W 

jego głosie słycha

ć

 było zarówno zmartwienie, jak i zniecierpliwienie.  

- Dawn, czy wszystko w porz

ą

dku? - W chwili gdy wymawiał to pytanie, zdał sobie spraw

ę

 z jego 

background image

bezsensu. Oczywi

ś

cie, 

Ŝ

e nic nie było w porz

ą

dku. Dawn dosłownie zamarła ze strachu w siodle!  

- W ... w ... w porz

ą

dku. - Ledwie poruszała wargami, odpowiadaj

ą

c niepewnym, łami

ą

cym si

ę

 

głosem.  

Bryce obrócił si

ę

 w siodle. Omiótł wzrokiem 

ś

cie

Ŝ

k

ę

, która po jednej stronie miała skaln

ą

 

ś

cian

ę

, po 

drugiej za

ś

 urwisko si

ę

g

ą

j

ą

ce ni

Ŝ

szego poziomu tego samego szlaku. Nie była szeroka, ale wiedział, 

Ŝ

e w razie potrzeby da rad

ę

 zawróci

ć

 zwierz

ę

ta i poprowadzi

ć

 je ku kraw

ę

dzi i bezpiecze

ń

stwu.  

Spojrzał przez rami

ę

 i krzykn

ą

ł: - Czy chcesz wraca

ć

?  

- Nie! - Odmówiła zdecydowanie, cho

ć

 przera

Ŝ

one oczy miała wci

ąŜ

 utkwione w otchłani 

przepastnego kanionu. 
Pier

ś

 Bryce'a wezbrała mieszanin

ą

 uczu

ć

 współczucia, sympatii, podziwu. Oawn była przera

Ŝ

ona, 

a jednak uparcie nie chciała si

ę

 podda

ć

. Postanowiła pokona

ć

 strach. 

Jest cholernie podobna do mnie! pomy

ś

lał. Zastanowiło go to i musiał najpierw odchrz

ą

kn

ąć

, by 

pozby

ć

 si

ę

 uczucia 

ś

ciskaj

ą

cego gardło, zanim zawołał: 

- Dawn, popatrz na nmie. - Kiedy jednak jej zahipnotyzowany wzrok nadal był- utkwiony w 
przepa

ś

ci, Bryce podniósł głos i wydał ostry rozkaz. 

- Do cholery, Dawn! Popatrz na mnie! - podziw, jaki miał dla niej, powi

ę

kszył si

ę

 niebywale, gdy 

niech

ę

tnie odwróciła wzrok od kanionu i spojrzała na niego. Dr

Ŝ

ała, ale uniosła dumnie głow

ę

- Nie klnij, Stone. 
Do licha! To była odwa

Ŝ

na kobieta. 

Dawn dostrzegła cie

ń

 u

ś

miechu na wargach Bryce'a. Pomy

ś

lała, 

Ŝ

ś

wiadczy o czystej satysfakcji, 

zacisn

ę

ła wi

ę

c z

ę

by i w duchu przysi

ę

gła sobie, 

Ŝ

e za nic nie podda si

ę

 uczuciu ograniaj

ą

cego j

ą

 

irracjonalnego strachu, chocia

Ŝ

by dlatego, 

Ŝ

eby pokaza

ć

 mu, jak bardzo si

ę

 mylił. 

- Chc

ę

Ŝ

eby

ś

 dokładnie wypełniała moje polecenia. - zawołał spokojnie Bryce. 

Wypełniała polecenia! Pr

ę

dzej ujrzy go w pie ...  

W

ś

ciekłe my

ś

li Dawn urwały si

ę

 same i poczuła wstyd zrozumiawszy, jak mylnie go oceniła. On 

tymczasem mówił dalej tym samym łagodnym tonem: 
- Wzrok masz utkwi

ć

 w 

ś

rodku moich pleców. Nie patrz w dół, nie rozgl

ą

daj si

ę

 i nie przejmuj 

drog

ą

. Muły j

ą

 znaj

ą

. - Znów cie

ń

 u

ś

miechu, ale tym razem zrozumiała, 

Ŝ

e miał doda

ć

 jej odwagi i 

(czy to jednak było mo

Ŝ

liwe?) odbijała si

ę

 w nim duma z jej zachowania. Bryce niespodzianie 

odpowiedział na jej nieme pytanie, dodaj

ą

c: 

Ś

wietnie sobie radzisz. Jeste

ś

 twarda. Uda ci si

ę

. Pami

ę

taj, wzrok masz utkwiony w 

ś

rodku 

moich pleców, tak, jak by

ś

 chciała wywierci

ć

 w nich dziur

ę

Skruszona Dawo popatrzyła na jego szerokie plecy, a on znów skoncentrował si

ę

 na 

ś

cie

Ŝ

ce. Po 

kilku minutach wpatrywania si

ę

 w kołysz

ą

ce ciało poczuła, 

Ŝ

e napi

ę

cie w niej słabnie. Panika 

ś

ciskaj

ą

ca pier

ś

 i gardło zel

Ŝ

ała, co umo

Ŝ

liwiło w miar

ę

 nonnalne oddychanie. Była wci

ąŜ

 

przera

Ŝ

ona, ale nie sparali

Ŝ

owana strachem. 

Nieco rozlu

ź

niona, Dawn próbowała zanalizowa

ć

 wra

Ŝ

enie, jakie wywarł na niej ogrom kanionu. 

Dawn nigdy przedtem nie do

ś

wiadczyła l

ę

ku wysoko

ś

ci, ale musiała przyzna

ć

Ŝ

e nigdy te

Ŝ

 nie 

wspi

ę

ła si

ę

 na szczyt kraw

ę

dzi kanionu gł

ę

bokiego na dwa tysi

ą

ce metrów. Jakich niezwykłych 

rzeczy mo

Ŝ

na dowiedzie

ć

 si

ę

 na swój temat całkiem przypadkowo. Pod skórzanymi r

ę

kawiczkami 

miała dłonie spocone ze strachu, czoło, szyja i, o dziwo, kostki u nóg te

Ŝ

 były mokre. Za to zaschło 

jej w gardle, nosie i ocza(;h, które w dodatku j

ą

 piekły. Była otumaniona szokiem, było jej zimno i 

dr

Ŝ

ała na całym ciele. 

Nienawidziła tych objawów, które 

ś

wiadczyły o silnym l

ę

ku wysoko

ś

ci, ale nie mogła zrobi

ć

 nic 

innego, jak tylko zagry

źć

 z

ę

by i usiłowa

ć

 wytrwa

ć

 w postanowieniu przywarcia wzrokiem do koj

ą

co 

barczystych pleców przewodnika. 
Droga w dół wewn

ę

trznej 

ś

ciany kanionu była długa i m

ę

cz

ą

ca. Z ka

Ŝ

dym krokiem muła serce 

zamierało w piersi Dawn i uderzało raptownie, gdy kopyto str

ą

cało w dół jaki

ś

 kamie

ń

. Ale w 

ko

ń

cu dotarli. Przybyli do schroniska nad rzek

ą

 Kolorado. 

Obsun

ą

wszy si

ę

 w siodle Dawn gł

ę

boko wci

ą

gała powietrze w płuca. Nie mogła widzie

ć

, jak Bryce 

zwinnie zeskoczył z muła i nagle znalazł si

ę

 przy niej. Delikatnie zdj

ą

ł j

ą

 z siodła i wtulił w 

bezpieczny raj swych ramion.  

Dr

Ŝą

c  gwałtownie,  obj

ę

ła  go  w  pasie  i  przylgn

ę

ła  do  jego  muskularnego  ciała  z  tak

ą

 

moc

ą

, z jak

ą

 wpatrywała si

ę

 w czasie jazdy w jego plecy.  

_ Przepraszam Bryce, przepraszam. Przysi

ę

gam, nie wiedziałam, nie ... - Głos załamał 

background image

si

ę

, a z gardła wydobyło łkanie. Wstydz

ą

c si

ę

 siebie i łez biegn

ą

cych po policzkach, ukryła 

twarz w jego koszuli.  

Ćśś

 ... ju

Ŝ

 dobrze ... - powiedział cicho Bryce.  

Wzmocnił u

ś

cisk, jakby chciał zgnie

ść

 w ni.ni jej dr

Ŝą

ce ciało.  

_ Wszystko wiem i rozumiem. -' Trzymał j

ą

, dopóki gwałtowne łkanie nie przemieniło si

ę

 

w  łagodny  płacz.  Wtedy  uniósł  jej  twarz  ku  swojej.  Ciemne  oczy,  w  które  spojrzała, 
wypełniała czuło

ść

 i duma z wyczynu, jakiego dokonała.  

_  Na  pocz

ą

tku  w

ś

ciekłem  si

ę

,  bo  my

ś

lałem, 

Ŝ

e  była

ś

 

ś

wiadoma  swojej  fobii,  a  jednak 

zuchwale  zdecydowała

ś

 si

ę

 na wypraw

ę

. Pó

ź

niej zorientowałem si

ę

Ŝ

e to twoje pierwsze 

do

ś

wiadczenie.  

_ Wy ... wygłupiłam si

ę

. - Poci

ą

gn

ę

ła nosem. - Prze-  

praszam.  

_ Nie. - U

ś

miechn

ą

ł si

ę

 Bryce. - Była

ś

 wspaniała.  

Oszołomiona  t

ą

  pochwał

ą

  Dawn  wpatrywała  si

ę

  w  niego  w  zdumieniu.  Gdy  zbli

Ŝ

yła  si

ę

 

do  kraw

ę

dzi  kanionu  i  spojrzała  na  jego  niezwykłe,  zapieraj

ą

ce  dech  w  piersi  pi

ę

kno, 

przyszło jej do głowy tylko jedno okre

ś

lenie: wspaniały. Fakt, i

Ŝ

 ten człowiek okre

ś

lił j

ą

 tym 

samym przymiotnikiem, był dla Dawn najwi

ę

ksz

ą

 pochwał

ą

.  

Bryce powoli pochylał głow

ę

, sprawiaj

ą

c, 

Ŝ

e Dawn natychmiast zmieniła zdanie. Nie. 

Najwi

ę

ksz

ą

 pochwał

ą

 byłby słodki dar pocałunku tego m

ęŜ

czyzny. Bez wahania Dawn 

rozchyliła wargi, by by

ć

 gotow

ą

 na przyj

ę

cie jego warg.  

Pocałunek  był  nieprawdopodobnie  słodki,  nieprawdopodobnie  czuły,  nieprawdopodobnie 

...  nieprawdopodobny.  Wargi  nie  przyciskały  si

ę

  z  sił

ą

,  j

ę

zyk  nie  badał.  Bryce  nie 

Ŝą

dał 

niczego, składał dar w nagrod

ę

 za dobrze wykonane zadanie. Trwało to tylko kilka sekund, a 

przecie

Ŝ

 w ci

ą

gu tak krótkiej chwili oczarowania cały intymny 

ś

wiat Dawn odwrcrcił si

ę

 o sto 

osiemdziesi

ą

t stopni, wywołuj

ą

c zam

ę

t zmysłów, podwa

Ŝ

aj

ą

c wszystkie zało

Ŝ

enia. Gdzie

ś

 w 

ę

bi siebie, w pilnie strze

Ŝ

onym k

ą

cie swojego ,ja", Dawn poczuła budz

ą

ce si

ę

 nowe 

Ŝ

ycie. 

Najbardziej zdumiewaj

ą

ce było to, 

Ŝ

e fakt ten wcale jej nie przera

Ŝ

ał.  

Dawn  znów  zacz

ę

ła  dr

Ŝ

e

ć

,  mocniej  ni

Ŝ

  wtedy,  gdy  odreagowała  skutki  przera

Ŝ

aj

ą

cej 

w

ę

drówki  w  dół 

ś

ciany  kanionu.  Dygotała  z  pragnienia,  zło

Ŝ

onego  w  swej  istocie,  lecz 

jednocze

ś

nie bardzo prostego. Nagle Dawn zapragn

ę

ła zaspokoi

ć

 wszystkie swoje potrzeby: 

emocjonalne, psychiczne, fizyczne. Bryce opacznie zrozumiał przyczyn

ę

 tych dreszczy.  

- Jeste

ś

 wyczerpana - powiedział, patrz

ą

c w jej zalan

ą

 łzami twarz, na której odcisn

ę

ły si

ę

 

ś

lady wzgl

ę

dnie krótkiej podró

Ŝ

y w kanionie i dłu

Ŝ

szej drogi w gł

ą

b samej siebie. - Chod

ź

my 

do schroniska, odpoczniesz troch

ę

, a ja przemy

ś

l

ę

 jeszcze raz swoje plany.  

Dawn odelwała wzrok od jego pi

ę

knych podniecaj

ą

cych warg i pozwoliła si

ę

 odprowadzi

ć

 

do  prostej  chaty  na  szlaku.  Starała  si

ę

  zebra

ć

  w  sobie,  jednocze

ś

nie  my

ś

l

ą

c  nad  jego 

ostatnim zdaniem.  

Bryce  nie  usiadł.  Przemierzał  pomieszczenie.  Wreszcie  zatrzymał  si

ę

 przed ni

ą

, zsun

ą

ł 

kapelusz i przeczesał palcami ciemne fale włosów. 

_  Zarezerwowałem  dla  nas  miejsca  na  noc  na  Rancho  Duchów  -  powiedział  nagle,  zakładaj

ą

stetsona na głow

ę

. - Czy wiesz, co to jest?  

Dawn doszła ju

Ŝ

 do siebie, spojrzała na niego i kiwn

ę

ła głow

ą

. Zaintrygowała j

ą

 ta nazwa, kiedy 

przegl

ą

dała foldery. Miała nadziej

ę

 zobaczy

ć

 rancho, oferuj

ą

ce usługi dla turystów, wyruszaj

ą

cych 

z Jasnego Anioła na dwudniowe wyprawy do kanionu.  

_  Wydaje  mi  si

ę

Ŝ

e  b

ę

dziemy  musieli  darowa

ć

  sobie  Duchy.  -  Wsparłszy  r

ę

ce  na  biodrach 

oczekiwał  kontrargumentów.  Wczoraj,  nawet  kilka  godzin  temu,  Dawn  spełniłaby  te  oczekiwania. 
Teraz znajdowała si

ę

 jakby o tysi

ą

c lat 

ś

wietlnych dalej i po prostu była tylko ciekawa.  

- Dlaczego?  

Zaskoczyła  Bryce'a,  ale  szybko  si

ę

  pozbierał.  Wzruszył  ramionami.  Dawn  u

ś

miechn

ę

ła  si

ę

czuj

ą

c nagle, jak bardzo ten gest stał si

ę

 jej drogi. Zmarszczył brwi. A ona u

ś

miechn

ę

ła si

ę

 jeszcze 

łagodniej.  Bryce  wygl

ą

dał  tak  niedost

ę

pnie,  kiedy  przybierał  t

ę

  min

ę

.  Poddał  si

ę

  i  odpowiedział 

u

ś

miechem. Dawn zadr

Ŝ

ała.  

- Dlaczego tak na mnie patrzysz? - spytał.  

background image

- To znaczy jak?  

-_ Tak ufnie i. .. i ... - Urwał i znów wzruszył ramionaml.  
-_ Poniewa

Ŝ

 ci ufam. Powierzyłabym ci swoje 

Ŝ

ycie. Chyba to wła

ś

nie zrobiłam. - W jej u

ś

miechu 

pojawiła si

ę

 nutka przekory.  

- Dawn. - Bryce wyszeptał jej imi

ę

 i post

ą

pił krok do przodu. Zatrzymał si

ę

 nagle z tak oczywist

ą

 

niech

ę

ci

ą

Ŝ

e Dawn poczuła mrówki na całym ciele.  

-  A  ...  -  kapelusz  znów  pow

ę

drował  z  czoła,  a  palce  przeczesały  ciemne  pasma  włosów.  - 

Pytała

ś

, dlaczego postanowiłem nie zatrzymywa

ć

 si

ę

 u Duchów. 

- Tak.  
Bryce  przymru

Ŝ

ył  oczy  i  przygl

ą

dał  si

ę

  jej  przez  chwil

ę

.  -  Nie  masz  nic  przeciwko  temu?  - 

Zmarszczył brwi.-  

To miejsce nie ma znaczenia dla twojej ksi

ąŜ

ki?  

Zainteresowanie jej prac

ą

 obaliło resztki murów obronnych Dawn. Tym razem u

ś

miech odsłonił j

ą

 

tak

ą

, jak

ą

 była naprawd

ę

.  

-  Nie,  Bryce,  nie  jest  to  do

ś

wiadczenie  niezb

ę

dne  dla  mojej  ksi

ąŜ

ki.  Chciałam  zobaczy

ć

  rancho, 

ale ... - Wzruszyła jak on ramionami. Wewn

ę

trzna walka, jak

ą

 toczył, odbiła si

ę

 na jego twarzy. Dawn 

zobaczyła, 

Ŝ

e  pragn

ą

ł;  by  mogła  dowiedzie

ć

  si

ę

  wszystkiego,  czego  chciała  na  temat  kanionu. 

Zrozumiała, 

Ŝ

e był wa

Ŝ

ny powód, aby nie spełni

ć

 jej 

Ŝ

ycze

ń

.  

- Dlaczego postanowiłe

ś

 zmieni

ć

 plany?  

ś

eby dotrze

ć

 do Duchów, musieliby

ś

my przej

ść

 przez Kolorado po w

ą

skim, wysoko 

zawieszonym mo

ś

cie. - Wypu

ś

cił powietrze z płuc. - Kochanie, nie wydaje mi si

ę

Ŝ

e powinna

ś

 

tego próbowa

ć

.  

Bior

ą

c  pod  uwag

ę

  fakt, 

Ŝ

Ŝ

ą

dek  Dawn 

ś

cisn

ą

ł  si

ę

  na  sam

ą

  wzmiank

ę

  o  czym

ś

  wysokim  i 

w

ą

skim, nie mogła si

ę

 z nim nie zgodzi

ć

.  

- W porz

ą

dku. - Nie

ś

wiadomie na

ś

ladowała jego lakoniczny styl odpowiedzi.  

Bryce u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 i rozło

Ŝ

ył r

ę

ce ostrzegawczym gestem.  

- Jeszcze co

ś

. Zmieniłem plany całej naszej wyprawy. Nie było to dla niej zbyt wielkim 

rozczarowaniem, skoro nie wiedziała nic o jego zamierzeniach. Była tylko ciekawa.  

- Czy chcesz mi powiedzie

ć

, czy te

Ŝ

 mnie zaskoczy

ć

? - Nuta przekory w jej głosie nie zawierała 

ani krztyny  

wyniosło

ś

ci, któr

ą

 posługiwała si

ę

 tak skutecznie poprzedniego dnia. 

Napi

ę

cie  znikn

ę

ło  z  jego  twarzy,  dzi

ę

ki  czemu  stał  si

ę

  wył

ą

cznie  oszałamiaj

ą

co 

przystojnym m

ęŜ

czyzn

ą

, pewnym siebie i rozlu

ź

nionym.  

- Po sp

ę

dzeniu nocy u Duchów miałem zamiar zawróci

ć

 do szlaku Tonto, ale wydaje mi 

si

ę

Ŝ

e z tym sobie te

Ŝ

 nie poradzisz, bo jest to mini-wersja 

ś

cie

Ŝ

ki, któr

ą

 wła

ś

nie zeszli

ś

my. 

- Kiwn

ą

ł głow

ą

 widz

ą

c, jak si

ę

 skrzywiła. - No wła

ś

nie. - Bryce westchn

ą

ł. - Mam nadziej

ę

Ŝ

nie boisz si

ę

 wody, skarbie.  

Dawn zrobiła oczy wielkie jak spodki. W cicho

ś

ci ducha marzyła o spływie rzek

ą

 na tratwie, 

cho

ć

by miała to by

ć

 krótka podró

Ŝ

. Nie o

ś

mieliła si

ę

 jednak o tym wspomnie

ć

. - Na pewno 

nie mam - stwierdziła przekonuj

ą

co. Dlaczego?  

-  Dlatego, 

Ŝ

e  je

Ŝ

eli  jeste

ś

  odwa

Ŝ

na,  spłyniemy  rzek

ą

  i  poka

Ŝę

  ci  jedno  z  moich 

sekretnych, szczególnych miejsc.  

Zapomniawszy  błyskawicznie  o  parali

Ŝ

uj

ą

cej  drodze  w  dół  kanionu,  o  strachu  i 

wyczerpaniu, Dawn zerwała si

ę

 na nog!.  

- Jestem odwa

Ŝ

na! Jestem gotowa! - Roze

ś

miała si

ę

, widz

ą

c jego zdumienie. - Kiedy 

wyruszamy?  

Ś

miej

ą

c si

ę

 razem z ni

ą

, Bryce wzi

ą

ł j

ą

 za r

ę

k

ę

 i wyprowadził ze schroniska.  

-  Jak  tylko  rozładujemy  muły  i  napompujemy  tratw

ę

.Spojrzał  w  gór

ę

.  -  I  lepiej 

ś

i

ę

 

po

ś

pieszmy, bo si

ę

 

ś

ciemni, zanim dotrzemy do celu.  

Dawn  nie  miała  poj

ę

cia,  jaki  był  cel,  ani  te

Ŝ

  nie  chciała  wiedzie

ć

.  Je

Ŝ

eli  było  to  miejsce 

specjalne dla Bryce'a, było te

Ŝ

 specjalne dla niej. Miała tylko jedno pytanie.  

- Co z mułami?  
- Zostawimy je tutaj - powiedział Bryce, pokazuj

ą

c  

ruchem głowy zagrod

ę

 z boku domu. - Nie raz zostawiałem tu zwierz

ę

ta. Nic im nie b

ę

dzie. - 

background image

Poci

ą

gn

ą

ł j

ą

 w stron

ę

 małego muła, który zniósł j

ą

 bezpiecznie szlakiem w dół 

ś

ciany. - 

Wskakuj.  

Dawn spojrzała, nic nie rozumiej

ą

c.  

- My

ś

lałam, 

Ŝ

e płyniemy w dół rzeki?  

- Płyniemy. Ale najpierw musimy tam dotrze

ć

.  

- Przecie

Ŝ

 j

ą

 st

ą

d wida

ć

! - zaprotestowała.  

- Wida

ć

. Chcesz d

ź

wiga

ć

 cały ten sprz

ę

t a

Ŝ

 do wodo-  

spadu?  

- Aaa ...  
- No wła

ś

nie.  

Z  u

ś

miechem  na  ustach  Bryce  zbli

Ŝ

ył  si

ę

  do  muła  przewodnika.  Dawn  mina  troch

ę

 

zrzedła,  ucichła,  a  zafascynowany  wzrok  utkwiła  w  białej  pianie  wody  tworz

ą

cej  wiry  wokół 

kamieni.  

Nie  jechali  daleko.  Bryce  pomógł  Dawn  zsi

ąść

  z  muła  i  sprawdziwszy  poło

Ŝ

enie  sło

ń

ca, 

natychmiast zacz

ą

ł sprawnymi ruchami zdejmowa

ć

 baga

Ŝ

e ze zwierz

ą

t.  

W  rezultacie  okazało  si

ę

Ŝ

e  Dawn  nie  była  zbyt  pomocna.  Kiedy  podał  jej  tobołek, 

rozejrzała  si

ę

  i  to  był  bł

ą

d.  Spojrzała  te

Ŝ

  w  gór

ę

,  po  raz  pierwszy,  odk

ą

d  zeszli  na  dno 

kanionu.  

Stoj

ą

c pewnie obiema nogami na ziemi, nie była przera

Ŝ

ona zapieraj

ą

cym dech widokiem 

Wielkiego  Kanionu.  Była  oczarowana.  Popołudniowe 

ś

wiatło  zmieniło  nieznacznie 

kolorystyk

ę

  warstw  skalnych,  półek  i  stercz

ą

cych  korzeni.  Były  teraz  purpurowe  lub 

ciemnobr

ą

zowe, a tam, gdzie padały promienie słoneczne, przybrały barw

ę

 jasnej czerwieni.  

Zadzieraj

ą

c głow

ę

 Dawn popatrzyła w gór

ę

 w stron

ę

 kraw

ę

dzi.  

- Mój Bo

Ŝ

e! - krzykn

ę

ła głosem pełnym czci.  

- Robi wra

Ŝ

enie, prawda? - spytał cicho Bryce.  

Dawn potrz

ą

sn

ę

ła głow

ą

.  

- Znacznie wi

ę

cej ni

Ŝ

 wra

Ŝ

enie - wymruczała, chłon

ą

c szeroko otwartymi oczami pi

ę

kno i 

niezaprzeczaln

ą

 wielko

ść

 kanionu.  

- JesL .. jesL .. - Znów zabrakło jej słów. - Nie sposób go okre

ś

li

ć

.  

-  Wida

ć

  natomiast, 

Ŝ

e  robi  si

ę

  bardzo  ciemno.  -  Energiczny  głos  Bryce'a  wdarł  si

ę

  w 

nastrój oczarowania. - Musimy rusza

ć

, kochanie.  

-  Oczywi

ś

cie.  -  Dawn  z  trudem  oderwała  wzrok  od  natury,  która  całkowicie  zm

ą

ciła  jej 

rozum. Spojrzała wokół.  

- Ojej! - Zdała sobie nagle spraw

ę

, jak wiele zrobił Bryce, kiedy ona poddawała si

ę

 czarowi 

kanionu.  

ś

aden  d

ź

wi

ę

k  nie  zakłócił  jej  rozmarzenia,  a  jednak  tratwa  była  napompowana, 

załadowana i ustawiona na brzegu tylko o par

ę

 centymetrów od wody. Zaczerwieniła si

ę

 ze 

wstydu.  

- Nic ci nie pomogłam. Przepraszam - wymamrotała.  

Nie była zdziwiona jego sprawno

ś

ci

ą

, ale zrobiła na niej wra

Ŝ

enie.  

Bryce potrz

ą

sn

ą

ł głow

ą

.  

-  Nie  ma  za  co  przeprasza

ć

;  Płac

ą

  mi  za  wykonanie  pracy.  A  ty  robisz  dokładnie  to,  co 

powinna

ś

: wchłaniasz atmosfer

ę

 kanionu. - Wsun

ą

ł stop

ę

 w strzemi

ę

 i wskoczył na siodło. - 

Załó

Ŝ

  kamizelk

ę

,  czekaj  przy  tratwie  i  rozmy

ś

laj,  jak  poznawa

ć

  rzek

ę

.  Wracam  zaraz,  jak 

tylko odprowadz

ę

 zwierz

ę

ta.  

Posłuszna  bez  zastrze

Ŝ

e

ń

,  Dawn  odwróciła  si

ę

  i  poszła  w  kierunku  tratwy.  Ogarn

ę

ło  j

ą

 

podniecenie,  gdy  tak  patrzyła  w  wartki  nurt.  Poczuła  ssanie  w 

Ŝ

ą

dku.  Jasne.  Było  ju

Ŝ

 

ź

ne  popołudnie,  a  ona  nic  nie  jadła  od 

ś

niadania  o  szóstej  rano,  kiedy  to  wypiła 

filiiank

ę

kawy i zjadła jedn

ą

 grzank

ę

. U

ś

miechaj

ą

c si

ę

 z przek

ą

sem zastanawiała si

ę

, czy to 

odczucie było spowodowane zwykłym głodem, czy te

Ŝ

 oczekiwaniem wra

Ŝ

e

ń

. Bez wzgl

ę

du 

na to była pewna, 

Ŝ

e podró

Ŝ

 w dół rzeki oka

Ŝ

e si

ę

 najwi

ę

ksz

ą

 przygod

ą

 w jej 

Ŝ

yciu. 

background image

Rozdział ósmy  

Spływ  rzek

ą

  był  oszałamiaj

ą

cy.  Trzymaj

ą

c  mocno  uchwyty  po  bokach  szerokiej  tratwy,  Dawn 

wci

ą

gała  du

Ŝ

e  hausty  powietrza  do  płuc  i 

ś

miała  si

ę

  gło

ś

no,  gdy  Bryce  zr

ę

cznie  pokonywał  krótki 

odcinek kaskad. Była kompletnie przemoczona. Włosy ociekały jej wod

ą

. Umierała z głodu. Nigdy nie 

czuła i nie bawiła si

ę

 lepiej. Na jej 

ś

miech odpowiadał echem m

ę

ski 

ś

miech z tyłu tratwy.  

- Podoba ci si

ę

, prawda? - krzykn

ą

ł. Dawn spojrzała na Bryce'a przez rami

ę

.  

- Jestem zachwycona! - zawołała. - Prze

ś

lizgni

ę

cie si

ę

 przez ka'ikady było czym

ś

 fantastycznym! 

Czy b

ę

dzie jeszcze co

ś

 takiego?  

- Obawiam si

ę

Ŝ

e nie. - Bryce pokr

ę

cił głow

ą

. - Jeste

ś

my prawie na miejscu.  

- To znaczy gdzie?  
Bryce miał obie r

ę

ce zaj

ę

te prowadzeniem tratwy, wskazał wi

ę

c głow

ą

 punkt gdzie

ś

 przed nimi. - 

Czy widzisz t

ę

 wyrw

ę

?  

Dawn przyjrzała si

ę

 brzegom i zobaczyła wgł

ę

bienie.  

- To strumie

ń

, wpadaj

ą

cy do rzeki. Miejsce, do którego zmierzamy, znajduje si

ę

 nad nim. - Kilka 

minut pó

ź

niej krzykn

ą

ł: - Trzymaj si

ę

!  

Tratwa  kołysała  si

ę

  jak  szalona,  gdy  Bryce  skierował  j

ą

  w  stron

ę

  strumienia.  Mocarna  Kolorado 

uniosła  ich  w  gór

ę

  i  cisn

ę

ła  na  wody  w

ą

skiego  dopływu.  W  porównaniu  z  hukiem  wartkiego  nurtu 

rzeki potok był łagodny i spokojny.  

Przej

ą

ł  j

ą

  dreszcz,  spojrzała  wi

ę

c  poprzez  wysokie  poszarpane  skały  na  skrawek  nieba 

ciemniej

ą

cy wraz z nadchodz

ą

c

ą

 noc

ą

. Tratwa zachwiała si

ę

 i Dawn rzuciło do przodu. Krzykn

ę

ła 

przestraszona, odwracaj

ą

c si

ę

, by spyta

ć

 Bryce 'a, co si

ę

 stało. W tym momencie wyskoczył na l

ą

d.  

-  Trzymaj  si

ę

,  Dawn  -  rozkazał,  wyci

ą

gaj

ą

c  tratw

ę

  na  łagodnie  opadaj

ą

cy  brzeg.  Oddychał 

ę

boko z wysiłku. Podał jej r

ę

k

ę

.  

- Koniec trasy. Wszyscy pasa

Ŝ

erowie wysiadaj

ą

. Chwyciła wyci

ą

gni

ę

t

ą

 dło

ń

, ostro

Ŝ

nie przeszła na 

koniec tratwy i wyskoczyła na brzeg.  

- Czy to jest wła

ś

nie twoje ukryte, szczególne miejsce?  

- Dawn popatrzyła na otoczenie w gasn

ą

cym 

ś

wietle dnia.  

- Tak. Dom z dala od domu. Jak ci si

ę

 podoba?  

Dawn  zło

Ŝ

yła  r

ę

ce,  aby  utrzyma

ć

  resztki  uciekaj

ą

cego  ciepła.  Dr

Ŝ

ała  z  zimna  i  wilgoci. 

U

ś

miechn

ę

ła si

ę

 jednak słonecznie.  

-  Uwa

Ŝ

am, 

Ŝ

e  tu  jest  fantastycznie.  -  Odwróciła  zachwycone  spojrzenie  w  stron

ę

  szerokiego 

pasa  ziemi,  który  zmierzał  ku  górze  w  kierunku  jaskini  u  podstawy  skalnej 

ś

ciany.  Jaskinia  miała 

du

Ŝ

e wej

ś

cie, była do

ść

 płytka i "'rysaka sklepiona.  

-  Czy-czy-czy  dociera  tu  wielu  t-t-turystów?  -  Dawn  zaciskała  z

ę

by, 

Ŝ

eby  przypadkiem  nie 

zacz

ąć

 nimi szcz

ę

ka

ć

. Odwróciła si

ę

 i spojrzała na Bryce'a.  

Z zadart

ą

 głow

ą

 patrzył w niebo.  

-  Nikt  tu  nie  dociera.  -  Był  jakby  nieobecny.  Opu

ś

cił  głow

ę

  i  zacz

ą

ł  rozładowywa

ć

  tratw

ę

.  - 

Musimy szybko si

ę

 zorganizowa

ć

. Wkrótce zrobi si

ę

 cienmo.  

Wci

ąŜ

 zaciskaj

ą

c z

ę

by w obawie, 

Ŝ

e Bryce usłyszy ich dzwonienie, Dawn pomagała mu w ciszy. 

Dotkn

ę

ła go przypadkowo, si

ę

gaj

ą

c po kolejny tobołek. Podskoczył jak ra

Ŝ

ony pr

ą

dem.  

Do diabła, zmarzła

ś

 na ko

ść

! - wykrzykn

ą

ł. - Chod

ź

, musisz si

ę

 rozgrza

ć

. - Nie miała nawet czasu 

odpowiedzie

ć

 czy zaprotestowa

ć

, gdy

Ŝ

 złapał j

ą

 za r

ę

k

ę

 i pogonił w stron

ę

  

jaskini.  

_  Schro

ń

  si

ę

  tutaj  przed  chłodem  nocy  i  nie  wychod

ź

,  dopóki  nie  rozpal

ę

  ogniska  -  rozkazał, 

pu

ś

ciwszy jej rami

ę

.  

_  Czym  rozpalisz?  -  spytała,  bo  w  całej  okolicy  nie  było  ani  jednej  gał

ą

zeczki.  Przyjrzała  si

ę

 

dokładnie piaszczystej ziemi przed jaskini

ą

: oprócz dołu obło

Ŝ

onego kamieniami powierzchnia była 

całkiem gładka.  

_  Mam  zapas  drewna  na  opał  -  odpowiedział  z  tyłu  jaskini,  około  czterech  metrów  od  wej

ś

cia. 

Spojrzała,  sk

ą

d  dochodził  głos.  Musiała  wysili

ć

  wzrok,  by  móc  go  zobaczy

ć

  w  mrocznym 

zakamarku. Bryce kucn

ą

ł, poniewa

Ŝ

 jaskinia zni

Ŝ

ała si

ę

 i z tyłu miała zaledwie około metra wyso-

ko

ś

ci. Trz

ę

s

ą

c si

ę

 z zimna, skuliła si

ę

 i obserwowała, jak wychodzi i znów moze si

ę

 wyprostowa

ć

.  

_  Za  minut

ę

  b

ę

dzie  si

ę

  pali

ć

.  -  Przykucn

ą

ł  przy  dziurze  obło

Ŝ

onej  kamieniami.  Wrzucił  gar

ść

 

background image

chrustu,  z  kieszeni  kurtki  d

Ŝ

insowej  wyci

ą

gn

ą

ł plastikow

ą

 torebk

ę

, w której miał skrawki papieru i 

zapałki.  Po  chwili  poło

Ŝ

ył  grubsze  kawałki  drewna  na  pełzaj

ą

cych  po  papierze  i  chru

ś

cie 

płomykach.  

_- Sta

ń

 koło ognia i rozbierz si

ę

 - rozkazał. Kiedy podniosła głow

ę

, on był ju

Ŝ

 przy wyj

ś

ciu.  

- Co?  

_ Masz za sob

ą

 długi, m

ę

cz

ą

cy dzie

ń

. - Głos Bryce'a dobie gał od strony tratwy. - Jeste

ś

 zm

ę

czona, 

przemoczona i głodna. - Wrócił szybkim krokiem, nios

ą

c jej torb

ę

. Je

Ŝ

eli nie masz ochoty walczy

ć

 z 

hipotermi

ą

, wyskakuj tych mokrych rzeczy i włó

Ŝ

 na siebie co

ś

 suchego i ciepłego - Odwrócił si

ę

 i 

ju

Ŝ

 go nie było. - I to zaraz!  

Zdawała  sobie  spraw

ę

Ŝ

e  skromno

ść

  byłaby  jak  najbardziej  nie  na  miejscu.  Poci

ą

gn

ę

ła  za 

zamszow

ą

  kurtk

ę

.  Co

ś

  twardego  stukn

ę

ło  j

ą

  w  biodro.  Zmarszczyła  brwi.  Po  chwili  przypomniała 

sobie, 

Ŝ

e rano wsun

ę

ła do kieszeni mały aparat fotograficzny. Westchn

ę

ła i upu

ś

ciła 

Ŝ

akiet na ziemi

ę

Chciała  robi

ć

  zdj

ę

cia  kanionu,  gdy  spuszczali  si

ę

 

ś

cie

Ŝ

k

ą

  w  dół.  Miała  zamiar  fotografowa

ć

  rzek

ę

Kompletnie zapomniała o aparacie w kieszeni.  

Zgrabiałymi  palcami  rozpinała  guziki  bluzki  i  u

ś

miechała  si

ę

  do  siebie.  W  czasie  jazdy  w  dół 

kanionu  była  tak  sparali

Ŝ

owana  strachem, 

Ŝ

e  potrafiła  my

ś

le

ć

  tylko  o  utrzymaniu  si

ę

  w  siodle. 

Robienie  zdj

ęć

  nawet  nie  przyszło  jej  do  głowy.  Szale

ń

czy  spływ  rzek

ą

  te

Ŝ

  nie  dawał  czasu  na 

fotografowanie.  

Przeszedł  j

ą

  dreszcz,  gdy 

ś

ci

ą

gn

ę

ła  stanik:  i  rzuciła  go  na  koszul

ę

  i  kurtk

ę

,  wło

Ŝ

yła  wi

ę

c  szybko 

obszern

ą

  bluz

ę

  od  dresu.  Dr

Ŝą

c  na  całym  ciele,  przykucn

ę

ła,  by  rozwi

ą

za

ć

  sznurowadła  ci

ęŜ

kich 

butów. Wła

ś

nie zdejmowała drugi, gdy wszedł Bryce z nar

ę

czem sprz

ę

tu.  

- Przebior

ę

 si

ę

 i zaczn

ę

 robi

ć

 kolacj

ę

.  

Dawo  nic  nie  powiedziała.  Nie  mogła.  Poczuła 

ś

cisk  w  gardle.  Nie  do

ść

Ŝ

e  Bryce  wykonał  cał

ą

 

prac

ę

, jeszcze zaj

ą

ł si

ę

 ni

ą

. W jego głosie słycha

ć

 było zm

ę

czenie. Wstaj

ą

c, wykrzywiła si

ę

 do siebie 

samej.  

Ale z ciebie niezalezna, samowystarczalna osoba, karciła si

ę

 w duchu. Pozwalasz, 

Ŝ

eby odwalał 

cał

ą

  robot

ę

,  a  ty  sobie  odgrywasz  skromnisi

ę

!  Zło

ść

  na  sam

ą

  siebie  rozgrzała  j

ą

  całkowicie.  Z 

niecierpliwo

ś

ci

ą

 

ś

ci

ą

gn

ę

ła mokre d

Ŝ

insy. Wygrzebała z torby koronkowe majtki, obszerne spodnie od 

dresu i grube skarpety. Ubrała si

ę

 szybko.  

- Jak mog

ę

 ci pomóc? - spytała gło

ś

no, by mógł j

ą

 dosłysze

ć

 w gł

ę

bi jaskini. Zapadła krótkotrwała 

cisza. Kie eJy Bryce odpowiedział. w jego głosie brzmiała niew

ą

tpliwie nuta podziwu.  

_ Nie przyniosłem jeszcze pojemników z wod

ą

. Mogła-  

by

ś

 przynie

ść

 dwa z tratwy.  

Wyszła. zanim sko

ń

czył mówi

ć

. Czuła si

ę

 jednocze

ś

nie zawstydzona i zadowolona.  

Sam zapakował cztery butle z wod

ą

 razem z reszt

ą

 zapasów. Kiedy wróciła z dwiema z nich, Bryce 

krz

ą

tał si

ę

 koło ogniska. Spojrzał na ni

ą

 i u

ś

miechn

ą

ł si

ę

.  

- Jak si

ę

 czujesz?  

Dawo  spu

ś

ciła  wzrok  z  niezwykł

ą

  li  niej  nie

ś

miało

ś

ci

ą

·  _  Dobrze.  Ciepło.  Umieram  z  głodu.  - 

Podniosła oczy,  

kiedy  si

ę

  rozeSmiał.  Zało

Ŝ

ył sprane d

Ŝ

insy i mi

ę

kk

ą

 irchow

ą

 koszul

ę

. Podwin

ą

ł r

ę

kawy, dzi

ę

ki czemu 

Dawn  mogła  podziwia

ć

  gr

ę

  mi

ęś

ni  na  jego  przedramieniu,  gdy  kroił  szynk

ę

  konserwow

ą

  w  grube 

plastry.  Ciekła  jej 

ś

linka  i  doszła  do  wniosku, 

Ŝ

e  Bryce  wygl

ą

dał  równie  apetycznie,  jak  mi

ę

so 

skwiercz

ą

ce na patelni Na t

ę

 my

ś

l zarumieniła si

ę

.  

_. Mo

Ŝ

esz nala

ć

 wody do dzbanka na kaw

ę

. - Przyjrzał si

ę

 uwa

Ŝ

nie jej zaró

Ŝ

owionej twarzy, zanim 

ruchem głowy wskazał bł

ę

kitne naczynie z jednej strony ognia. - Za chwil

ę

 b

ę

dziemy jedli.  

Posiłek  był  prosty,  ale  w  pełni  satysfakcjonuj

ą

cy.  Zgłodniała  Dawn  nie  tylko  pochłon

ę

ła  pełen  talerz 

szynki  z  pieczon

ą

  fasol

ą

,·  ale  wytarła  cały  sos  za  pomoc

ą

  chrupi

ą

cej  bułeczki.  Aromatyczna 

kawa ze starego dzbanka smakowała jak nigdy w 

Ŝ

yciu. Nasycona, spojrzała z uznaniem na kucharza i 

wyci

ą

gn

ę

ła r

ę

k

ę

 z fili

Ŝ

ank

ą

, prosz

ą

c o jeszcze.  

_ To było pyszne. - Przekorny u

ś

mieszek grał na jej wargach - Czy me my

ś

lałe

ś

 kiedy

ś

 o przeniesieniu 

si

ę

 na W schodnie Wybrze

Ŝ

e w celu podj

ę

cia pracy w charakterze prowadz

ą

cego dom? - Przeszedł j

ą

 

dreszcz podniecenia gdy Bryce u

ś

miechaj

ą

c si

ę

 leniwie, wyci

ą

gn

ą

ł si

ę

 obok na ziemi podparłszy głow

ę

 

ramieniem.  

background image

-  Nie  mam  poj

ę

cia  -  powiedział  cicho  i  spojrzał  na  ni

ą

  z  ukosa.  -  To  by  zale

Ŝ

ało  od  dodatkowych 

korzy

ś

ci  wynikaj

ą

cych  z  pracy.  -  Wygl

ą

dał  na  zrelaksowanego,  co  sprawiło, 

Ŝ

e  stał  si

ę

  ogrorrmie 

poci

ą

gaj

ą

cy.  

- Mm ... Pobyt w szpitalu? Bryce pokr

ę

cił odmownie głow

ą

.  

- Dwa tygodnie płatnych wakacji?  
- Mam teraz miesi

ą

c. - U

ś

miechn

ą

ł si

ę

 z wy

Ŝ

szo

ś

ci

ą

.  

 - Miesi

ą

c. No tak ... A wi

ę

c ... - Dawn rozpaczliwie szukała jeszcze bardziej absurdalnych propozycji. 

Bryce roze

ś

miał si

ę

 i wstał.  

-  Twój  rozum  ju

Ŝ

 

ś

pi.  Dlaczego  nie  pójdziesz  za  jego  przykładem?  -  Za  pomoc

ą

  tak  samo 

oszcz

ę

dnych  ruchów  uło

Ŝ

ył  dwa 

ś

piwory  obok  siebie.  Z  przekornym,  lecz  bardzo  seksownym 

u

ś

mieszkiem odwrócił si

ę

 do niej plecami.  

- Mo

Ŝ

e do jutra wymy

ś

lisz bardziej kusz

ą

c

ą

 propozycj

ę

.  

Dawn z przyjemno

ś

ci

ą

 przekomarzałaby si

ę

 z nim jeszcze, była jednak zbyt zm

ę

czona.  

- A naczynia? - spytała niewyra

ź

nie, staraj

ą

c si

ę

 ukry

ć

 ziewanie.  

- Pomy

ś

limy o tym jutro. - Rozpi

ą

ł 

ś

piwór i potrz

ą

sn

ą

ł nim. - No, wskakuj.  

Dawn  nie  zamierzała  protestowa

ć

.  Wpełzła  do 

ś

piwora  całkowicie  ubrana, 

ś

ci

ą

gn

ę

ła  w 

ś

rodku 

skarpetki i spodnie i rzuciła je w stron

ę

 torby. Nawet nie obejrzała miejsca, w którym le

Ŝ

ała, była zbyt 

wyczerpana. Skuliła si

ę

 i zamkn

ę

ła oczy. Nie usłyszała, jak Bryce cicho wyszeptał:  

- Dobranoc.  

Była  w  jakim

ś

  nieznanym  miejscu.  Spacerowała  z  ponurym  u

ś

miechem  satysfakcji  na  ustach. 

ś

ycie 

było  dalekie  od  doskonało

ś

ci,  miało  za  to  swoje  dobre  strony.  Nagle  poczuła  czyj

ąś

 

obecno

ść

,  siln

ą

  i  rozgrzewaj

ą

c

ą

,  wypełniaj

ą

c

ą

  siln

ą

  t

ę

sknot

ą

  za  czym

ś

.  Marszcz

ą

c  brwi 

rozejrzała si

ę

· Niebo było bł

ę

kitne, 

ś

wieciło sło

ń

ce, a ziemia zdawała si

ę

 przyjazna. Czego 

wi

ę

c  było  brak?  Posłyszała 

ś

miech  mi

ę

kki,  zmysłowy,  n

ę

c

ą

cy.  Wiedziałaju

Ŝ

,  czego 

brakowało  w  jej  nagim 

ś

wiecie. 

Ś

miech  stawał  si

ę

  coraz  słabszy;  Krzykn

ę

ła  z  rozpacz

ą

Ŝ

eby  zaczekał  na  ni

ą

,  tylko  na  ni

ą

.  Zacz

ę

ła  biec,  próbowała  złapa

ć

 

ś

miech,  kiedy  nagle 

stan

ę

ła na kraw

ę

dzi. Nie mogła si

ę

 zatrzyma

ć

! Ziemia si

ę

 usun

ę

ła i Dawn zacz

ę

ła spada

ć

 w 

dół, w przepa

ść

. Lec

ą

c w pustk

ę

 krzyczała błagalnie, prosz

ą

ś

miech, by jej pomógł.  

- Dawn! Kochanie! Obud

ź

 si

ę

!  

_  Bryce!  -  Otworzyła  oczy,  siadaj

ą

c  gwałtownie.  Był  przy  niej,  obejmował  silnymi, 

opieku

ń

czymi  ramionami.  Sen  był  nadal  bardziej  realny  ni

Ŝ

  otaczaj

ą

cy 

ś

wiat.  Dr

Ŝ

ała  i 

trzymała  kurczowo 

ś

miech,  którym  okazał  si

ę

  m

ęŜ

czyzna  tu

Ŝ

  obok  niej.  -  Spadałam, 

spadałam  -  łkała,  chwytaj

ą

c  łapczywie  powietrze  ...  -  Ziemia  nagle  si

ę

  zapadła.  Nie  było 

dna, nie było ko

ń

ca.  

Ostry ton głosu Bryce'a przedarł si

ę

 przez przera

Ŝ

enie, trzymaj

ą

ce wyobra

ź

ni

ę

 stalowym 

uchwytem.  Wci

ąŜ

  dr

Ŝą

ca,  oddychaj

ą

c  ci

ęŜ

ko  szukała  siły  i  znalazła  j

ą

  w  pocałunku.  Jego 

wargi spocz

ę

ły na jej ustach z tak

ą

 energi

ą

 i przekonaniem, 

Ŝ

e skutecznie przegnały resztki 

nocnego koszmaru. DaWn nie czuła nic. Nic poza 

Ŝ

arem j

ę

zyka, płomieniem rozpalaj

ą

cym 

si

ę

 wsz

ę

dzie tam, gdzie dotykały i pie

ś

ciły jego r

ę

ce.  

Pocałunek  stał  si

ę

  bardziej  nami

ę

tny,  tak  bardzo, 

Ŝ

e  Dawn  my

ś

lała,  i

Ŝ

  oszaleje  z 

podniecenia  i  rozkoszy.  Dygotała  z  oczekiwania,  gdy  wsun

ą

ł  r

ę

ce  pod  bluz

ę

,  wstrzymała 

oddech z zachwytu, kiedy długie palce pie

ś

ciły jej piersi. 

Po

Ŝą

danie pulsowało we wszystkich cz

ęś

ciach ciała Dawn, prosz

ą

c o zaspokojenie.  

Id

ą

c  za  tym  rozkazem,  przyci

ą

gn

ę

ła  go  do  siebie  i  zacz

ę

ła  rozbiera

ć

  dr

Ŝą

cymi  palcami. 

U

ś

cisk Bryce'a nieco zel

Ŝ

ał, chocia

Ŝ

 wargi nadal trzymał na jej ustach.  

- Dawn, nie 

ś

pisz? - Słowa przepełnione pragnieniem przerywał gwałtowny oddech. - Czy 

wiesz, czego chcesz?  

- Tak. - Był to prawie j

ę

k. - Pragn

ę

 ci

ę

. Pragn

ę

 

ś

miechu, który jest w tobie. - Prawie jej si

ę

 

udało 

ś

ci

ą

gn

ąć

  z  niego  koszul

ę

.  Wzdychaj

ą

c,  uchwycił  jej  dłonie i przytulił do swej skóry. - 

Prosz

ę

,  prosz

ę

  Bryce  -  szepn

ę

ła,  gładz

ą

c  napi

ę

te  mi

ęś

nie.  -  Prosz

ę

,  daj  mi  sw

ą

  sił

ę

  i 

ś

miech.  

Bryce zadr

Ŝ

ał, gdy opadły ostatr.ie cz

ęś

ci ich ubrania.  

W  ciepłym,  migotliwym 

ś

wietle  ogniska  skóra  Dawn  l

ś

niła  jak  najlepsza porcelana. Ciemne 

włosy odcinały si

ę

 od tła be

Ŝ

owego 

ś

piwora. Oczy błyszczały niekłamanym podnieceruem.  

background image

Bryce  pochylił  si

ę

  nad  ni

ą

  tocz

ą

c  ze  sob

ą

  walk

ę

,  by  nie  rzuci

ć

  si

ę

  i  nie  posi

ąść

 

gwałtownie tej kobiety, która potrafi.ła obali

ć

 wszystkie jego uprzedzenia.  

Pragn

ą

ł  jej!  Był  wstrz

ąś

ni

ę

ty 

ś

wiadomo

ś

ci

ą

  gł

ę

bi  po

Ŝą

dania.  Czego

ś

  takiego  nigdy  nie 

do

ś

wiadczył. W dodatku była jego. Nie tylko chciała. Łkała, błagaj

ą

c go o sił

ę

 i 

ś

miech.  

Po

Ŝą

danie si

ę

 wzmogło, spadaj

ą

c jak nagie ostrze no

Ŝ

a.  

Wci

ąŜ

  si

ę

  wahał.  Nie  powinien  przyjmowa

ć

  daru  ofiarowanego  w  szoku. 

Ś

miech.  To  była 

ostatnia rzecz, jak

ą

 by zrobił: 

ś

miał si

ę

. Płakał, mo

Ŝ

e, ale na pewno nie 

ś

miał.  

Potem całe ciało przej

ą

ł dreszcz rozkoszy, gdy jej długie pi

ę

kne flogi otoczyły jego biodra. 

Ile razy wyobra

Ŝ

ał to sobie? Nie pami

ę

tał i nie było to wa

Ŝ

ne.  

Mówi

ą

c  cicho,  jak  bardzo  jej  po

Ŝą

da,  przytulił  si

ę

  do  niej.  Dawn  była  gotowa,  ciepła  i 

pragn

ę

ła  go  jak  zgłodniały  biedak,  którego  zaproszono  na  uczt

ę

.  Bryce  wsun

ą

ł  j

ę

zyk  do 

miodowych ust Dawn i cały zanurzył si

ę

 w aksamitnej gł

ę

bi jej ciała.  

Mam  nadziej

ę

Ŝ

e  jutro  b

ę

d

ę

  chciał  si

ę

 

ś

mia

ć

.  Taka  była  ostatnia  trze

ź

wa  my

ś

l  Bryce'a  przed 

całkowitym oddaniem si

ę

 niezwykłym rozkoszom.  

Dawn znów spadała, ale tym razem ciałem i dusz

ą

 przylgn

ę

ła do Bryce'a. Kaskada dozna

ń

 była o 

wiele bogatsza ni

Ŝ

 spływ w dół Kolorado. Krew kr

ąŜ

yła w 

Ŝ

yłach dziesi

ęć

 razy szybciej. Huk w głowie 

był  dziesi

ęć

  razy  gło

ś

niejszy.  Jej  bujna  wyobra

ź

nia  nie  potrat1łaby  wymy

ś

li

ć

  niczego  bardziej 

porywaj

ą

cego, ni

Ŝ

 Bryce zagł

ę

biony w jej ciele.  

Dło

ń

mi ta

ń

czył po jej skórze, wzbudzaj

ą

c wsz

ę

dzie rozkoszny dreszcz. Ustami pod

ąŜ

ał za dło

ń

mi, 

zmieniaj

ą

c dreszcz W trawi

ą

cy płomie

ń

. Napi

ę

cie rosło z ka

Ŝ

dym ruchem. Szeptał i cho

ć

 nie mo

Ŝ

na 

było rozró

Ŝ

ni

ć

 słów, wszystko było jasne. Ten szept hipnotyzował j

ą

.  

Nigdy,  nigdy  dot

ą

d  Dawo  nie  pragn

ę

ła  nikogo  tak  bardzo.  Chciała  stanowi

ć

  jedno  z  tym 

m

ęŜ

czyzn

ą

, z jego prawd

ą

, uczciwo

ś

ci

ą

, rado

ś

ci

ą

. Bez wstydu, chciwie szukała jego warg. Gładziła 

rozpalon

ą

  skór

ę

  z  intymn

ą

  ufno

ś

ci

ą

.  Lubie

Ŝ

nie  wyginała  ciało  dopasowane  rytmem  do  przy-

ś

pieszonej kadencji ruchów jego ciała.  

Wczepiona  w  Bryce'a,  poruszaj

ą

c  si

ę

  w  jego  rytmie,  odrzuciła  wszystkie  zahamowania  i  oddała 

si

ę

  całkowicie  temu  m

ęŜ

czy

ź

nie  i  tej  chwili.  Bolesne  napi

ę

cie  rosło.  Rosło.  Osi

ą

gn

ą

wszy absolutny 

szczyt,  wybuchło.  Poczuła, 

Ŝ

e  spada,  przytulaj

ą

c  si

ę

  kurczowo,  dr

Ŝą

c,  szepcz

ą

c  jego  imi

ę

.  Krzyk 

odbił si

ę

 niesamowitym echem od 

ś

cian otulonego noc

ą

 kanionu.  

Bryce pod

ąŜ

ył za ni

ą

 i poł

ą

czyli si

ę

 w okrzyku zwyci

ę

stwa. 

Dawn westchn

ę

ła zaspokojona i pogładziła szerokie, wstrz

ą

sane dreszczem plecy. Chciałaby tak 

zosta

ć

  przez  cał

ą

  noc,  spleciona  z  m

ęŜ

czyzn

ą

,  który  pozwolił  jej  zazna

ć

  prawdziwej  rozkoszy. 

Zaprotestowała, gdy delikatnie przesun

ą

ł si

ę

 i poło

Ŝ

ył obok. Pomy

ś

lała, 

Ŝ

e najbardziej odpowiedni

ą

 

reakcj

ą

 na pi

ę

kno ich prze

Ŝ

y

ć

 sprzed chwili byłby jego mi

ę

kki, ciepły 

ś

miech.  

- Musisz odpocz

ąć

 - zamruczał, odgarniaj

ą

c niesforny kosmyk włosów z jej policzka.  

Dawn przylgn

ę

ła do ciepłego ciała i posmakowała j

ę

zykiem pachn

ą

cej skóry.  

- Odpoczywam - szepn

ę

ła. U

ś

miechn

ę

ła si

ę

, gdy poczuła, 

Ŝ

ś

miech napina mi

ęś

nie Bryce'a.  

- Niezbyt długo b

ę

dziesz odpoczywa

ć

, je

Ŝ

eli masz zamiar tak dalej robi

ć

.  

- Smakujesz mi. - Musn

ę

ła palcami płaski sutek, jednocze

ś

nie powtarzaj

ą

c poprzedni gest.  

-  Mnie  te

Ŝ

  si

ę

  to  podoba  -  przyznał.  -  Za  bardzo.  Ale  jeste

ś

  wyczerpana  i  musisz  odpocz

ąć

.  - 

Obejmuj

ą

c j

ą

 jednym ramieniem, drugim narzucił 

ś

piwór. - B

ę

dzie nam dosy

ć

 ciasno razem.  

- Tak lubi

ę

.  

- Ja te

Ŝ

. - Bryce musn

ą

ł wargami jej włosy i przytulił mocniej. Jego ciepło, siła i 

ś

miech ukołysały 

ciało i dusz

ę

 Dawn. - 

Ś

pij ju

Ŝ

.  

Westchn

ą

wszy z zadowoleniem, Dawn posłuchała od razu. 

Rozdział dziewi

ą

ty  

background image

- My

ś

l

ę

Ŝ

e powinienem ci

ę

 przeprosi

ć

.  

Zacisn

ę

ła palce na widelcu i spojrzała ostro na Bryce'a. _  

- Przeprosi

ć

? Za co? - Z całej siły starała si

ę

 panowa

ć

 nad głosem.  

Bryce spojrzał jej prosto w oczy z wła

ś

ciw

ą

 mu otwarto

ś

ci

ą

.  

- za to, 

Ŝ

e os

ą

dziłem ci

ę

 pochopnie, zanim zdołałem si

ę

 przekona

ć

, jaka naprawd

ę

 jeste

ś

. I za 

to, 

Ŝ

e pó

ź

niej ci dokuczałem.  

Poczuła tak

ą

 ulg

ę

Ŝ

e a

Ŝ

 zrobiło jej si

ę

 słabo. N

ę

c

ą

cy zapach kawy i sma

Ŝ

onego bekonu obudził j

ą

 

przed chwil

ą

. Bryce odwrócił si

ę

, gdy zauwa

Ŝ

ył, 

Ŝ

e Dawn usiłuje wło

Ŝ

y

ć

 co

ś

 na siebie nie zwracaj

ą

uwagi. Ubierała si

ę

, a on kroił bekon. Powiedzieli sobie tylko: "dzie

ń

 dobry". Kiedy wi

ę

c wspomniał o 

przeprosinach, bała si

ę

Ŝ

e chodzi mu o wspólnie sp

ę

dzon

ą

 noc.  

Ugryzła opieczon

ą

 nad ogniskiem bułk

ę

 i posłała mu  

zabójczy u

ś

miech.  

- Byłe

ś

 okropny.  

Bryce skrzywił si

ę

_- Nawet nie wspominaj. - Dolał kawy do fili

Ŝ

anek, po czym dodał bezbarwnym tonem - 

Uwa

Ŝ

ałem, 

Ŝ

e mam po temu powód. 

Dawn przełkn

ę

ła ostatni kawałek bułki, popijaj

ą

c kaw

ą

. - Jak ten powód miał na imi

ę

? - spytała 

odwa

Ŝ

nie. Bryce zesztywniał i odwrócił wzrok w stron

ę

 strumie-  

nia, który wił si

ę

 w

ą

skim w

ą

wozem w stron

ę

 Kolorado. Przygl

ą

daj

ą

c si

ę

 mu, cierpiała razem z nim. 

Obj

ę

ła  palcami  fili

Ŝ

ank

ę

  i  poci

ą

gn

ę

ła  jeszcze  jeden  łyk  kawy,  by  zwil

Ŝ

y

ć

  nagle  wyschni

ę

te  gardło. 

Wiedziała, 

Ŝ

e  trafiła  w  czuły  punkt.  Nie  mogła  zrobi

ć

  nic  innego,  jak  czeka

ć

  i  zastanawia

ć

  si

ę

odpowie czy nie? Mogła te

Ŝ

 zapomnie

ć

 o tym, 

Ŝ

e w ogóle o co

ś

 pytała. Bryce spojrzał znów na ni

ą

 

powoli ciemnymi oczami i zacz

ą

ł mówi

ć

.  

- Miała na imi

ę

 Małgorzata; nie Małgosia ani Go

ś

ka, Małgorzata. Miałem dwadzie

ś

cia cztery lata, 

ona  dwadzie

ś

cia  siedem.  -  U

ś

miechn

ą

ł  si

ę

  gorzko.  -  Małgorzata  była  bardzo  niezale

Ŝ

n

ą

samowystarczaln

ą

,  aroganck

ą

  kobiet

ą

.  Działała  na  mnie  i  podniecała  do  obł

ę

du.  Zakochałem  si

ę

  i 

oddałem jej cały błyskawicznie.  

- Bryce, je

Ŝ

eli nie chcesz o tym mówi

ć

 ... - Uciszył j

ą

 cichy 

ś

miech.  

- Ju

Ŝ

 dawno powinienem był o tym komu

ś

 powiedzie

ć

.  

Mo

Ŝ

e gdybym nie nosił w sobie tej historii, nie przypinał~ bym etykietek ka

Ŝ

dej kobiecie, która cho

ć

 

troch

ę

 j

ą

 przypomina.  

- Odeszła od ciebie?  
- Nie. - Pokr

ę

cił głow

ą

. - Ja odszedłem. Po tygodniu  

szcz

ęś

cia  i  sze

ś

ciu  miesi

ą

cach  mał

Ŝ

e

ń

skiej  m

ę

ki.  -  Znów  gorzko  si

ę

  u

ś

miechn

ą

ł.  -  Widzisz, 

Małgorzata  chciała  nie  tylko  równo

ś

ci.  Z  ch

ę

ci

ą

  bym  na  to  przystał.  Nie,  Małgorzata  pragn

ę

ła 

dominowa

ć

,  a  na  to  nie  mogłem  si

ę

  zgodzi

ć

.  Kiedy  miałem  dwadzie

ś

cia  cztery  lata,  byłem  jeszcze 

całkowicie przekonany o m

ę

skiej wy

Ŝ

szo

ś

ci.  

- Wykr

ę

ciła niezły numer twojemu "ego". Bryce, o dziwo, u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 szeroko. 

- Ja te

Ŝ

 nieco nadszarpn

ą

łem jej poj

ę

cie o własnym „ja".  

Ś

miech Dawn powoli zmienił si

ę

 w westchnienie. - My

ś

lałe

ś

Ŝ

e jetem taka sama?  

- Uwa

Ŝ

ałem, 

Ŝ

e jeste

ś

 identyczna. - Odpowied

ź

 była brutalnie szczera.  

- To dlaczego nie kazałe

ś

 mi si

ę

 zmywa

ć

 od razu, pierwszego dnia?  

Bryce uniósł brew.  
- Chcesz usłysze

ć

 poprawn

ą

 odpowied

ź

 czy prawd

ę

?  

- Oczywi

ś

cie prawd

ę

.  

- Bo cho

ć

 uwa

Ŝ

ałem ci

ę

 za rozpaskudzon

ą

 pannic

ę

, to działała

ś

 na mnie i podniecała

ś

 do obł

ę

du i 

pragn

ą

łem odda

ć

 ci si

ę

 cały. - Miała taki wyraz twarzy, 

Ŝ

e wybuchn

ą

ł 

ś

miechem. - A wi

ę

oczywi

ś

cie działałem wbrew sobie i kazałem ci za to płaci

ć

, odgrywaj

ą

c si

ę

 na tobie, kiedy tylko 

mogłem.  

Dawn wcale nie była zadowolona. Zrobiło jej si

ę

 niedobrze.  

-  Rozumiem.  -  Odsun

ę

ła  fili

Ŝ

ank

ę

  na  bok.  -  A  ostatniej  nocy,  kiedy  rzuciłam  si

ę

  na  ciebie, 

stwierdziłe

ś

Ŝ

e jeste

ś

 nadal podniecony, i mo

Ŝ

esz odegra

ć

 si

ę

 na mnie w inny, bardziej skuteczny 

sposób.  

- To nieprawda.  
- Czy

Ŝ

by? - Podniosła prowokuj

ą

co głow

ę

.  

Bryce nie wahał si

ę

 ani chwili.  

background image

- Czy mog

ę

 powiedzie

ć

 to samo o tobie?  

Dawn patrzyła na niego przez chwil

ę

 nic nie rozumiej

ą

c. - Nie wiem, o co ci chodzi? Co masz na 

my

ś

li?  

- Czy zaprzeczysz, 

Ŝ

e nie wło

Ŝ

yła

ś

 mnie do jakiej

ś

 szufladki z napisem na przykład: samiec, 

szczur pustyni? Był wyra

ź

nie zadowolony, gdy Dawn si

ę

 zarumieniła.  

Odgarn

ę

ła niedbałym gestem włosy z czoła. 

~ Zuchwały plebejusz- poprawiła go chłodno i zachichotała.  

- A ostatniej nocy, gdy oddała

ś

 mi si

ę

 tak słodko, z takim 

Ŝ

arem, czy

Ŝ

 nie stwierdziła

ś

Ŝ

e nawet 

zuchwały plebejusz b

ę

dzie dobry, byle tylko odwrócił twoje my

ś

li od koszmaru?  

- Nie! - Dawn krzykn

ę

ła tak, jakby j

ą

 zranił.  

- Oto cała prawda. - Bryce wzruszył ramionami.  

Tak.  Tak  wygl

ą

dała  prawda.  Dawn  spu

ś

ciła  wzrok  i  spojrzała  w  ogie

ń

.  Ostry  ból  odtr

ą

cenia 

sprawił, 

Ŝ

e  usiłowała  broni

ć

  si

ę

  atakuj

ą

c.  Niesprawiedliwie  oskar

Ŝ

yła  Bryce'  a  o  wykorzystanie 

sytuacji.  Czy

Ŝ

  nigdy  nie  zrozumie, 

Ŝ

e  nie  wszyscy  m

ęŜ

czy

ź

ni  s

ą

  po

Ŝ

eraczami  serc?  Czy  Bryce 

przekonał si

ę

Ŝ

e nie wszystkie kobiety s

ą

 takie, jak Małgorzata? Spojrzała na niego pytaj

ą

co.  

Nagle,  tak  jak  wszyscy  nowi  kochankowie,  we  wszystkich  epokach,  poczuła, 

Ŝ

e  z

Ŝ

era  j

ą

 

ciekawo

ść

,  pragnienie  dowiedzenia  si

ę

  wszystkiego  na  jego  temat.  Bryce  przygl

ą

dał  si

ę

  jej  z 

dziwnym wyrazem twarzy. Pełnym nadziei? Oczekiwania? Zaczerpn

ę

ła tchu i postanowiła si

ę

 dowie-

dzie

ć

.  

- I od tamtej pory nikogo nie ... - Dawn zako

ń

czyła pytanie lekkim wzruszeniem ramion.  

Bryce od razu zrozumiał, o co chodzi.  

- Było kilka ... wszystkie miłe, spokojne, skromne kobiety i 

Ŝ

aden· z tych zwi

ą

zków nie był powa

Ŝ

ny. - 

Błysk  nagłego  zrozumienia  roz

ś

wietlił  mu  wzrok.  -  Ciekawe  mówił  dalej  w  zamy

ś

leniu.  -  Jakby 

specjalnie  wybierałem  kobiety,  które  były  podda

ń

czo  uległe  w  stosunku  do  m

ęŜ

czyzn,  lecz  cho

ć

 

lubiłem  je,  nigdy  nie  czułem  si

ę

  z  nimi  naprawd

ę

  ...  zwi

ą

zany.  -  Wygi

ą

ł  wargi  tym  swoim  wymu-

szonym u

ś

miechem, który zaczynała kocha

ć

- I czego ci

ę

 to nauczyło? - Dawn czuła rosn

ą

ce podniecenie.  

Bryce westchn

ą

ł.  

Ŝ

e nit: jestem taki bystry, jak mi si

ę

 wydawało odpowiedział szczerze. - Dochodz

ę

 teraz 

do wniosku, 

Ŝ

e w zwi

ą

zkach z potencjalnymi niewolnicami znajdowałem równie mało 

satysfakcji, co w zwi

ą

zku z zatwardział

ą

. władczyni

ą

. - Oczy roz

ś

wietlił mu jeszcze 

ja

ś

niejszy blask. - Dochodz

ę

 te'

Ŝ

 do wniosku, 

Ŝ

e wła

ś

nie spotkałem kogo

ś

 równego sobie. - 

Głos miał teraz czysty i d

ź

wi

ę

czała w nim nuta prawdy. - Zeszłej nocy w twych ramionach, 

twym ciele, twym ,ja" znalazłem zaspokojenie, w ~akie przestałem ju

Ŝ

 wierzy

ć

.  

Dawn musiała si

ę

 bardzo hamowa

ć

, by nie przeskoczy

ć

 przez ognisko i nie rzuci

ć

 mu si

ę

 

w ramiona. Miała łzy w oczach, patrzyła i nie mogła uwierzy

ć

.  

- Dzi

ę

kuj

ę

, to ... to najmilszy komplement, jaki kiedykolwiek usłyszałam.  

- To prawda. - Miał takie łagodne usta. - A jak było z tob

ą

? Czy powód, dla którego mnie 

zaszufladkowała

ś

, jako

ś

 si

ę

 nazywał?  

Dawn  poczuła, 

Ŝ

e cała sztywnieje, ale starała si

ę

 rozlu

ź

ni

ć

. Nigdy nie opowiadała o nim 

ani o zgubnych skutkach ich romansu. Bryce jednak powiedział jej prawd

ę

, czy

Ŝ

 mogła nie 

odwzajemni

ć

 si

ę

 tym samym? Zaczerpn

ę

ła powietrza i wyja

ś

niła zwi

ęź

le i rzeczowo.  

- Miał na imi

ę

 John i my

ś

lałam, 

Ŝ

e go kocham. Mój ojciec wybrał go na swego nast

ę

pc

ę

 jako 

szefa firmy, gdyby miał zamiar przej

ść

 na emerytur

ę

. Był, i nadal jest, ambitny, sumienny i 

równie  bezwzgl

ę

dny  jak  mój  ojciec.  Nigdy  tego  w  pełni  nie  rozumiałam,  a  gdy  w ko

ń

cu do 

mnie dotarło, było zbyt pó

ź

no, by wyj

ść

 bez szwanku. - Oblizała wyschni

ę

te wargi. - Byli

ś

my 

razem sze

ść

 miesi

ę

cy. Obserwowałam, jak manipuluje lud

ź

mi i sprawdza si

ę

 ze 

ś

InierteIn

ą

 

perfekcj

ą

 rekina ludojada. - U

ś

Inieszek igrał na jej wargach. - Zakładał, 

Ŝ

e jako córka swego 

ojca b

ę

d

ę

godziła si

ę

 na takie post

ę

powanie w interesach i nie tylko godziła. Chciał, 

Ŝ

ebym 

pomagała  mu  na  swój  kobiecy  sposób.  Odmówiłam.  Nalegał.  Powiedziałam, 

Ŝ

eby  wynosił 

si

ę

  do  diabła.  -  Wzruszyła  ramionami.  -  Po  tym  prze

Ŝ

yciu  stałam  si

ę

  podejrzliwa  wobec 

pewnych siebie, zuchwałych m

ęŜ

czyzn.  

- Aluzja na miar

ę

 tego wieku - oschle stwierdził Bryce.  

- I od tamtej pory nikogo nie ... - celowo powtórzył jejpytanie.  

background image

- Nikogo. A

Ŝ

 do zeszłej nocy ..  

ś

artujesz! - wykrzykn

ą

ł. Pó

ź

niej, widz

ą

c wyraz jej twarzy, powiedział łagodnie: - Nie, nie 

Ŝ

artujesz.  

-  Nie,  nie 

Ŝ

artuj

ę

.  -  Dawn  westchn

ę

ła.  -  Podobaj

ą

  mi  si

ę

  tylko  pewni  siebie,  silni 

m

ęŜ

czy

ź

ni.  Bałam  si

ę

Ŝ

e  znów  si

ę

  sparz

ę

,  wi

ę

c  starałam  si

ę

  trzyma

ć

  z  dala  od  ognia.  -

Zdradziła si

ę

 mówi

ą

c: "starałam si

ę

". Wiedziała o tym. I Bryce te

Ŝ

.  

- Do wczoraj. - Obszedł ognisko dokoła i podszedł do mej.  

Wstała.  

-  Tak.  Do  wczoraj.  -  Stała  z  podniesion

ą

  głow

ą

.  -  Ciesz

ę

  si

ę

Ŝ

e  upierałam  si

ę

  i 

namówiłam ci

ę

 na bycie moim przewodnikiem. Miałam okazj

ę

 przekona

ć

 si

ę

Ŝ

e nie wszyscy 

m

ęŜ

czy

ź

ni s

ą

 rekinami bez skrupułów.  

U

ś

miechała si

ę

 zmysłowo. Bryce uniósł jej podbródek i spojrzał prosto w oczy.  

- W tym momencie musz

ę

 co

ś

 wyja

ś

ni

ć

. Gdybym nie chciał by

ć

 twoim przewodnikiem, nie 

namówiłaby

ś

 mnie, bez wzgl

ę

du na to, jak bardzo by

ś

 si

ę

 upierała. - Powoli pochylił ku niej 

głow

ę

. - Musz

ę

 te

Ŝ

 ci powiedzie

ć

Ŝ

background image

istniej

ą

 ró

Ŝ

ne rodzaje m

ęŜ

czyzn, nawet tych silnych i zadowolonych z siebie.  

Ustami  prawie  dotkn

ą

ł  jej  warg.  Ledwie  mogła  oddycha

ć

,  co  dopiero  my

ś

le

ć

.  Powiedziała  wi

ę

pierwsz

ą

 rzecz, jaka przyszła jej do głowy.  

- Wymie

ń

 jeden rodzaj.  

J

ę

kn

ę

ła cicho, gdy prze

ś

lizgn

ą

ł si

ę

 j

ę

zykiem po jej dolnej wardze.  

-  Niektórzy  s

ą

  bardziej  zmysłowi  -  zamruczał,  zanim  jej  usta  znikn

ę

ły  całkowicie  pod  jego 

wargami. Nie przerywaj

ą

c pocałunku, wzi

ą

ł Dawn w ramiona, by przenie

ść

 j

ą

 kilka metrów i poło

Ŝ

y

ć

 

na 

ś

piworze. Tam wła

ś

nie zacz

ą

ł udowadnia

ć

 swoje stwierdzenie.  

Dawn  obudziła  si

ę

  koło  południa  głodnajak  wilk.  Czuła  si

ę

  rozkosznie  rozleniwiona  i  było  jej  za 

ciepło. Odgarniaj

ą

c włosy z twarzy, usiadła zasłaniaj

ą

c si

ę

 poł

ą

 

ś

piwora.  

_  Dzie

ń

  dobry.  -  Bryce  kl

ę

czał  przy  ognisku  i  przygotowywał  obiad.  Był  ubrany  w  obci

ę

te  nad 

kolanami d

Ŝ

insy, ciało miał wspaniale opalone.  

- Dzie

ń

 dobry. - Poci

ą

gn

ę

ła lekko nosem, próbuj

ą

c rozpozna

ć

 zapach, który dra

Ŝ

nił jej zmysły.  

- Co gotujesz?  
- Chod

ź

 i sama zobacz. - Bryce u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 z wyzwaniem.  

'  

Poczuła, 

Ŝ

e rumieni si

ę

 od stop do głów.  

_ Odwró

ć

 si

ę

. - Pasmo włosów znów spadło jej na oczy, zamiast odgarn

ąć

 je r

ę

k

ą

, dmuchn

ę

ła.  

Bryce roze

ś

miał si

ę

 i odwrócił ostentacyjnie.  

- Gdyby

ś

 nie była taka pruderyjna - zawołał przez rami

ę

 - zaproponowałbym k

ą

piel przed 

obiadem.  

- K

ą

piel? Gdzie? - Dawn usiadła prosto.  

- Kobieto! Obud

ź

 si

ę

. Gdzie mo

Ŝ

emy si

ę

 k

ą

pa

ć

? W strumyku oczywi

ś

cie. 

My? Spojrzała na niego ostro

Ŝ

nie.  

- My? - wypowiedziała na głos my

ś

li. - Mieliby

ś

my si

ę

 razem k

ą

pa

ć

 ... nago?  

Ś

miech odbił si

ę

 echem od 

ś

cian kanionu.  

-  Oczywi

ś

cie, 

Ŝ

e  razem  i  oczywi

ś

cie, 

Ŝ

e  nago.  -  Ton  jego głosu stał si

ę

 cieplejszy, - Byli

ś

my ju

Ŝ

 

razem i nadzy.  

My

ś

l o tym, jak bardzo nadzy i jak bardzo byli razem, przej

ę

ła j

ą

 dreszczem. Głodnym wzrokiem 

pie

ś

ciła muskularne plecy, smukł

ą

 tali

ę

, szczupłe biodra i długie, kształtne nogi. Znała to ciało, czuła 

napi

ę

cie  mi

ęś

ni  pod  gładk

ą

  skór

ą

,  obejmowała  udami  twarde  po

ś

ladki.  Zaznała  rado

ś

ci  i  rozkoszy 

poł

ą

czenia ich ciał. Dlaczego nie mieliby dzieli

ć

 k

ą

pieli w naturze?  

Z okrzykiem:  
- Ostatni w wodzie myje drugiemu plecy! - Dawn odrzuciła przykrycie i pop

ę

dziła w stron

ę

 

strumienia.  

- To nie fair! - wrzasn

ą

ł Bryce, zrzucaj

ą

c spodenki. - Poza tym zapomniała

ś

 mydła!  

K

ą

piel oczywi

ś

cie przemieniła si

ę

 w dokazywanie.  

Ś

miej

ą

c  si

ę

  i  baraszkuj

ą

c  jak  dzieci,  toczyli  prawdziw

ą

  bitw

ę

.  Potem 

ś

miej

ą

c  si

ę

  i  baraszkuj

ą

c  jak 

doro

ś

li, namydlali po kolei swoje ciała, a

Ŝ

 

ś

miech przemienił si

ę

 w cichy pomruk. Pragnienie innego 

rodzaju wywabiło ich w ko

ń

cu z wody.  

Dawn  pochłon

ę

ła  obiad  składaj

ą

cy  si

ę

  z  chrupkiej,  zbytnio  przypieczonej  wołowiny,  rozkoszuj

ą

si

ę

  ka

Ŝ

dym  k

ę

sem.  Sałatka  owocowa  z  puszki  smakowała  jak  ambrozja.  Gdy  uporali  si

ę

  z 

naczyniami, wyci

ą

gn

ę

li si

ę

 w sło

ń

cu. Dawn miała na sobie koronkowe majteczki i stanik, Bryce swoje 

obci

ę

te d

Ŝ

insy. Jeszcze nigdy nie była tak zadowolona i zrelaksowana.  

- Powinnam robi

ć

 notatki - powiedziała, ziewaj

ą

c szeroko. 

Omiótł jej ciało szelmowskim spojrzeniem.  
- Chcesz zanotowa

ć

Ŝ

e opalała

ś

 si

ę

 w bieli

ź

nie?  

- Bystry Stone. Doskonale wiesz, co mam na my

ś

li. -  

Usiadła  i  rozejrzała  si

ę

  po kanionie i rozbłyskuj

ą

cym sło

ń

cem strumyku. - Powinnam przelewa

ć

 na 

papier to wszystko. - Gestem ogarn

ę

ła w

ą

ski w

ą

wóz.  

Bryce usiadł przy niej,  

- Ajakie s

ą

 twoje wra

Ŝ

enia?  

Dawn obj

ę

ła r

ę

kami kolana i oparła na nich brod

ę

.  

- Cisza, samotno

ść

, spokój - powiedziała cicho. - Przede wszystkim spokój.  

-  Spokój  jest  pozorny,  jak  wszystko  w  naturze.  Pod  powierzchni

ą

  czaj

ą

  si

ę

  konflikty.  Wi

ę

ksze 

background image

zwierz

ę

  rzuca  si

ę

  na  "małe, 

Ŝ

eby  prze

Ŝ

y

ć

.  To,  co  ro

ś

nie  walczy,  o  wod

ę

,  powietrze  i 

ś

wiatło 

słoneczne,  by  prze

Ŝ

y

ć

.  Kanion  z  dnia  na  dzie

ń

  przegrywa  bitw

ę

  z  sił

ą

  rzeki. 

ś

ycie  to  bezustanna 

walka. Warto walczy

ć

 cho

ć

by po to, by uzyska

ć

 złudzenie spokoju.  

Odwróciwszy głow

ę

, przygl

ą

dała mu si

ę

 z policzkiem opartym na kolanie.  

- W twoich ustach brzmi to beznadziejnie. Bryce u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 łagodnie i pokr

ę

cił głow

ą

.  

- Wcale nie. Gdyby walka o 

Ŝ

ycie była bezowocna, zwierz

ę

ta nie zaznałyby nigdy przyjemno

ś

ci 

zaspokojenia  głodu,  wszystko,  co  ro

ś

nie,  nie  mogłoby  rozkwitn

ąć

  kwiatami,  zazieleni

ć

  si

ę

  li

ść

mi, 

wyda

ć

 owoców; wody przestałyby płyn

ąć

 i nigdy nie wyrze

ź

biłyby tego kanionu, a ludzie nigdy nie 

zaznaliby miło

ś

ci. - U

ś

miechn

ą

ł si

ę

 tym swoim krzywym u

ś

mieszkiem. - Nie, Dawn, 

Ŝ

ycie nigdy nie 

bywa bezowocne. Je

Ŝ

eli umiemy bacznie obserwowa

ć

, mo

Ŝ

emy nauczy

ć

 si

ę

 równowagi rzeczy. Aby 

umie

ć

 doceni

ć

 

ś

wiatło, trzeba zazna

ć

 ciemno

ś

ci. W ciemno

ś

ci ten kanion jest tylko dziur

ą

 w ziemi. 

ś

wietle jest.. . wielki. 

- Jeste

ś

 filozofem! - Dawn była pełna podziwu. Roze

ś

miał si

ę

 cicho.  

- Kochanie, ka

Ŝ

dy, komu chce si

ę

 my

ś

le

ć

, jest filozofem. - Spojrzał na ni

ą

 z ukosa. - Tak naprawd

ę

 

to jestem paleontologiem i musisz mi uwierzy

ć

Ŝ

ycie to walka.  

- Przypomniałe

ś

 mi, 

Ŝ

e jestem pisark

ą

. - Dawn westchn

ę

ła dramatycznie. - I musz

ę

 zacz

ąć

 zbiera

ć

 

mate

ń

ały.  

Bryce, przybieraj

ą

c nagle wygl

ą

d uciele

ś

nionej niewin-  

no

ś

ci, spytał:  

- Czy w twojej powie

ś

ci b

ę

d

ą

 jakie

ś

 sceny miłosne?  

- Tak, a dlaczego pytasz? - Jak łatwo dała si

ę

 nabra

ć

.  

Bryce podskoczył, chwycił j

ą

 w ramiona i zacz

ą

ł biec  

w stron

ę

 

ś

piwora.  

Dawn przytuliła si

ę

 do niego i zawołała ze 

ś

miechem: - Co ty wyprawiasz?  

- Chc

ę

 pomóc ci zebra

ć

 materiały na temat scen miłosnych w twojej ksi

ąŜ

ce. Jutro mo

Ŝ

esz zrobi

ć

 

cał

ą

 mniej interesuj

ą

c

ą

 reszt

ę

 sama.  

Bryce rozlu

ź

niony i w dobrym nastroju pokazał now

ą

, młodzie

ń

cz

ą

 twarz. Był przekorny i wesoły, 

co wydało si

ę

 Dawn niezwykle poci

ą

gaj

ą

ce. No i jeszcze ten ciepły, zmysłowy, swobodny 

ś

miech. Jej 

dusza unosiła si

ę

 wraz z nim. Tu

Ŝ

 przed zachodem sło

ń

ca zwin

ę

ła si

ę

 przytulona do ciała Bryce'a i 

zamkn

ę

ła oczy. Była w pełni zaspokojona. Udało jej si

ę

 złapa

ć

 na jawie 

ś

miech, który umkn

ą

ł we 

ś

nie.  

Spleceni ze sob

ą

ś

pi

ą

c w jednym 

ś

piworze, prze

ś

nili cał

ą

 noc zapominaj

ą

c o nie zjedzonej kolacji. 

Bryce obudził Dawn o wschodzie sło

ń

ca, szepcz

ą

c jej do ucha:  

- Kto

ś

 nadał ci odpowiednie imi

ę

: Dawn, mój 

Ś

wit. Dawn u

ś

miechn

ę

ła si

ę

 i odwróciła, by zarzuci

ć

 

mu r

ę

ce na szyj

ę

. Po raz pierwszy w 

Ŝ

yciu czuła si

ę

 w pełni wypocz

ę

ta. 

- Jak to? - Z fascynacj

ą

 obserwowała male

ń

kie odbicie swej twarzy w jego oczach.  

Bryce pocałował mi

ę

kkie od snu usta, zanim odpowiedział.  

- Ukazała

ś

 si

ę

 nad lini

ą

 mego horyzontu, by przegna

ć

 wszystkie chmury, jakie nad nim zawisły.  

Dawn patrzyła na Bryce'a oniemiała, nie wstydz

ą

c si

ę

 łez, które zacz

ę

ły płyn

ąć

 po jej policzkach.  

- Ja ... Bryce ... to takie pi

ę

kne ... Dzi

ę

kuj

ę

.  

- To ty jeste

ś

 pi

ę

kna. - Bryce u

ś

miechn

ą

ł si

ę

. - I z pewno

ś

ci

ą

 umierasz z głodu. - W nagłym 

przypływie energii odrzucił 

ś

piwór. - No, poranna dziewczyno, k

ą

piel i 

ś

niadanie. - Wypr

ęŜ

ył si

ę

wyci

ą

gn

ą

ł r

ę

k

ę

. - A je

Ŝ

eli porz

ą

dnie wyszorujesz mi plecy - mówił z błyszcz

ą

cymi oczami, 

stawiaj

ą

c j

ą

 na nogi - pomog

ę

 ci zbiera

ć

 materiały.  

Cały dzie

ń

 za spraw

ą

 Bryce'a Dawn odebrała jako cud.  

Ś

niadanie  we  dwoje  było  powodem  oczarowania.  W  charakterystyczny  dla  siebie  i  ju

Ŝ

  jej  znany, 

oszcz

ę

dny  sposób,  Bryce  przygotował  smaczny  posiłek  składaj

ą

cy  si

ę

  z  gotowanych  płatków 

owsianych z cukrem cynamonowym, jabłek z puszki i mleka w proszku. Kawa była gor

ą

ca, mocna l 

przepyszna.  

Dawn  spojrzała  na  Bryce'a  z  ukosa.  Czuła  si

ę

  wyj

ą

tkowo  dobrze.  Była  najedzona.  Wła

ś

nie 

ko

ń

czyli sprz

ą

ta

ć

 koło ogniska.  

- Czy dobrze wyszorowałam ci plecy, poszukiwaczu skamielin?  

- Poszukiwaczu skamielin? - Roze

ś

miał si

ę

 rado

ś

nie.To pi

ę

kne! - Uchwycił Dawn w talii i wycisn

ą

ł 

na  wargach  szybki  pocałunek.  - 

Ś

wietnie  wyszorowała

ś

  mi  plecy,  wi

ę

c  bierz  notes  i  ruszamy  do 

pracy.  

background image

Nie  trzeba  było  wiele  czasu,  by  zorientowa

ć

  si

ę

Ŝ

e  Bryce  jest  prawdziw

ą

  skarbnic

ą

  wiedzy  na 

temat kanionu.  

Poszli ledwie widoczn

ą

 

ś

cie

Ŝ

k

ą

 w stron

ę

 rzeki Kolorado. Bryce nie tylko odpowiadał na pytania, ale 

dostarczał  informacji,  o  których  Dawn  nawet  nie  pomy

ś

lała.  Poniewa

Ŝ

  cz

ę

sto  si

ę

  zatrzymywali,  bo 

musiała zapisa

ć

 wa

Ŝ

ne fakty, nie posuwali si

ę

 zbyt szybko do przodu.  

Po  raz  pierwszy  zatrzymała  si

ę

,  by  podziwia

ć

  ró

Ŝ

nokolorowe  warstwy  skalne,  z  których  były 

zbudowane 

ś

ciany kanionu.  

- Jakie to skały? Wapienie? Piaskowce?  
- Tak. A tak

Ŝ

e granity i skały łupkowe. - Wzi

ą

ł od niej  

aparat fotograficzny. Pisała, a on robił zdj

ę

cia, opowiadaj

ą

c. - Kolorado zacz

ę

ła formowa

ć

 ten w

ą

wóz 

około  sze

ś

ciu  milionów  lat  temu.  Niektóre  skały  znajdowane  w  najgł

ę

bszych  partiach  kanionu 

pochodz

ą

 sprzed dwóch miliardów lat.  

Dawn spojrzała na niego zdziwiona, przestaj

ą

c pisa

ć

. - Sprzed dwóch miliardów lat!  

- Aha - odmrukn

ą

ł Bryce, robi

ą

c zdj

ę

cie ocienionej  

półki skalnej, która przybrała kolor purpury. Opu

ś

cił aparat i u

ś

miechn

ą

ł si

ę

. - Skamieliny znajdowane 

w w

ą

wozie wskazuj

ą

 na to, i

Ŝ

 zwierz

ę

ta i ro

ś

liny 

Ŝ

yły tutaj od miliardów lat.  

- Niesamowite. - Dawn zapisywała szybko.  
Nagle przestała, gdy

Ŝ

 wydało jej si

ę

Ŝ

e co

ś

 si

ę

 poruszyło w pobli

Ŝ

u rzeki.  

- Czy teraz 

Ŝ

yj

ą

 w kanionie jakie

ś

 zwierz

ę

ta?  

- Oczywi

ś

cie. - Bryce powiedział to rozbawionym to-  

nem,  widz

ą

c,  jak  Dawn  przygotowała  notes,  by  zapisa

ć

  ka

Ŝ

de  słowo.  -  Około  dwustu 

siedemdziesi

ę

ciu pi

ę

ciu gatunków i około stu dwudziestu rodzajów ró

Ŝ

nych zwierz

ą

t.  

Dawn przestała pisa

ć

 i zmarszczyła brwi. - Podaj mi jakie

ś

 konkretne przykłady. 

-  Ty  naprawd

ę

  masz  bzika  na  punkcie informacji droczył si

ę

 z ni

ą

. Pokiwała głow

ą

 i posłała mu 

takie  spojrzenie, 

Ŝ

e  nie  mógł  si

ę

  nie  roze

ś

mia

ć

.  Był  to 

ś

miech,  od  którego  Dawn  zaczynała  si

ę

 

uzale

Ŝ

nia

ć

.  -  No  dobrze.  S

ą

  tu  owce  wielkorogie,  łosie, krzy

Ŝ

ówKi jeleni, antylopy szablorogie, lwy 

górskie, bobry, wiewiórki i w

ęŜ

e.  

- W

ęŜ

e? -- Dawn odruchowo wzdrygn

ę

ła si

ę

.  

- Tak. - Bryce' owi nie udało si

ę

 ukry

ć

 u

ś

miechu. - Wiewiórk

ę

 kaibab i ró

Ŝ

owego grzechotnika 

Wielkiego Kanionu mo

Ŝ

na spotka

ć

 tylko tutaj. - U

ś

miechn

ą

ł si

ę

 szerzej. - My

ś

lałem, ze 

zainteresuje ci

ę

 ta wiadomo

ść

.  

Prawd

ę

  powiedziawszy  ta  informacja  była  dla  Dawn  równie  fascynuj

ą

ca,  co  przekazuj

ą

cy  j

ą

 

m

ęŜ

czyzna. Do pierwszego przyznała si

ę

 z łatwo

ś

ci

ą

. Drugie wolała zachowa

ć

 dla siebie.  

Przy  uj

ś

ciu  strumienia  do  rzeki  Kolorado  Dawn  oniemiała  z  zachwytu  nad  niezwykłym  pi

ę

knem 

natury.  Szeroko  rozwarte 

ź

renice  chłon

ę

ły  zapieraj

ą

cy  dech  w  piersiach  spektakl,  wyobra

ź

nia 

wskoczyła na wysokie obroty. Skrzy

Ŝ

owała długie, okryte d

Ŝ

insami nogi i usiadła na ziemi.  

Tak,  tak,  ju

Ŝ

  to  widziała.  Pióro  poruszało  si

ę

  po  papierze  z  oszałamiaj

ą

c

ą

  pr

ę

dko

ś

ci

ą

.  Dzi

ę

ki 

faktom  podanym  przez  Bryce'a  i  inspiracji,  jakiej  dostarczał  kanion,  cz

ęść

  ksi

ąŜ

ki  mówi

ą

ca  o 

zagubionej w nim kobiecie rozwijała si

ę

 w wyobra

ź

ni Dawn szybciej ni

Ŝ

 zd

ąŜ

yła notowa

ć

.  

-  Jest  wiele  miejsc,  w  których  mozna  si

ę

  zgubi

ć

  w  Wielkim.  -  Nie  zdawała  sobie  sprawy, 

Ŝ

powiedziała to gło

ś

no. Wzdrygn

ę

ła si

ę

, gdy Bryce odezwał si

ę

 beznami

ę

tnym tonem.  

- Zgubi

ć

 si

ę

 na dobre.  

Dawn podniosła nerwowo głow

ę

.  

- Ale ja nie chc

ę

Ŝ

eby ona zgubiła si

ę

 na dobre! wykrzykn

ę

ła, traktuj

ą

c wymy

ś

lon

ą

 posta

ć

 jak kogo

ś

 

rzeczywistego. Bo dla Dawn ona była prawdziwa. Nakre

ś

liła mu pokrótce fabuł

ę

, dodaj

ą

c na koniec:  

-  Jako

ś

  wykorzystam  ró

Ŝ

owego  grzechotnika,  ale  oczywi

ś

cie  nie  u

ś

mierc

ę

  jej.  -  Pogr

ąŜ

ona  w 

my

ś

lach zmarszczyła brwi. Nie widziała u

ś

miechu zrozumienia, maluj

ą

cego si

ę

 na twarzy Bryce'a.  

- Musz

ę

 j

ą

 znale

źć

. Ale potrzebuj

ę

 czego

ś

 specjalnego.  

Zwyczajne odkrycie przez grup

ę

 ratowników nie wchodzi w rachub

ę

. - Bawiła si

ę

 my

ś

lami, patrzyła 

przed siebie niewidz

ą

cym wzrokiem, stukaj

ą

c w zamy

ś

leniu długopisem o z

ę

by.  

- Czy mog

ę

 co

ś

 zasugerowa

ć

?  

Chocia

Ŝ

 Bryce mówił cicho, jego głos przerwał jej skupienie. Długopis przestał stuka

ć

.  

- Tak. Oczywi

ś

cie. - U

ś

miechn

ę

ła si

ę

 zach

ę

caj

ą

co, zachwycona, 

Ŝ

e zainteresował si

ę

 jej histori

ą

- A co?  

background image

- Sam.  
- Co? - Pokr

ę

ciła głow

ą

, jakby my

ś

lała, 

Ŝ

e go 

ź

le zrozumiała. - Co ma tu Sam do rzeczy?  

-  Pochodzi  z  plemienia  Havasupai.  -  Bryce  powiedział  to  takim  tonem,  jakby  ten  fakt  wyja

ś

niał 

wszystko. A oczywi

ś

cie nie wyja

ś

niał. Dawn zmarszczyła brwi.  

- Wiem o tym, ale ... - Wzruszyła ramionami i pokr

ę

ciła głow

ą

.  

-  Plemi

ę

  Havasupai 

Ŝ

yje  w  rezerwacie  w  Kanionie  Havasu,  odnodze  Wielkiego  Kanionu,  która 

znajduje si

ę

 poza granicami parku.  

Dawn poczuła niezwykłe podniecenie, jak zwykle, gdy czuła zbli

Ŝ

aj

ą

ce si

ę

 natchnienie.  

- Czy jest to mo

Ŝ

liwe, 

Ŝ

eby przypadkiem trafiła do tego kanionu? - spytała, mówi

ą

c o postaci jak o 

kim

ś

 

Ŝ

ywym.  

Bryce pocz

ę

stował j

ą

 swoim krzywym u

ś

miechem. 

- Czy istnieje co

ś

 takiego jak prawa autorskie? - odpowiedział pytaniem na pytanie.  

To  było  wszystko,  czego  potrzebowała.  Nieistotne,  czy  dotarcie  do  rezerwatu  było 

niemo

Ŝ

liwe, czy tylko niesłychanie trudne. Wszystko, co musiała wiedzie

ć

, to to, 

Ŝ

e istniał i 

był  wła

ś

nie  tam.  My

ś

li  biegły  szybko,  równie  szybko  biegł  długopis  po  papierze.  Zatrzymał 

si

ę

  nagle.  Niezb

ę

dne  jej  było  jakie

ś

  tło.  Oderwała  wzrok  od  notesu,  by  spojrze

ć

  w 

zafascynowane ni

ą

 ciemne oczy.  

- Czy mógłby

ś

 opowiedzie

ć

 mi o plemieniu Sama? Sposób, w jaki pochyliła si

ę

 nad kartk

ą

ś

wiadczył o tym, 

Ŝ

e była pewna, i

Ŝ

 Bryce wypełni jej 

Ŝ

yczenie.  

Bryce roze

ś

miał si

ę

 cicho. Był to 

ś

miech, który wyra

Ŝ

ał uznanie, nie za

ś

 rozbawienie.  

-  Havasupai  s

ą

  znani  jako  "Ludzie  Niebieskozielonej  Wody".  S

ą

  wspaniałymi  je

ź

d

ź

cami, 

wychowywanymi w siodle. Do ich kanionu mo

Ŝ

na dotrze

ć

 przez szczyt Wzgórza Havasui w 

dół  szlaku  Topocoba,  który  jest  bardzo  kr

ę

ty  i  biegnie  po 

ś

liskich,  szarych,  stromych, 

wapiennych skałach. Trzydzie

ś

ci par

ę

 metrów spadku pokonywane w dwudziestu dziewi

ę

ciu 

ostrych zakr

ę

tach.  

Dawn zapisywała ka

Ŝ

de słowo.  

- Byłe

ś

 tam? Pokonałe

ś

 t

ę

 tras

ę

 na koniu?  

- Tak.  
Dawn nagle poczuła, 

Ŝ

e prawie widzi niebezpieczny szlak. Strach chwycił j

ą

 za gardło.  

- Mów dalej.  
- Kiedy dotrzesz do dna, idziesz dalej jarem o czerwonych 

ś

cianach. Jar w pewnej chwili 

poszerza si

ę

, tworz

ą

c gardziel. Nagle widzisz· gaje topolowe i brzozowe, pola uprawne 

nawadniane przez strumie

ń

 Havasu, który powstał z zimnych, podziemnych 

ź

ródeł. 

Istniej

ą

 tam jeszcze domostwa starego typu, ale w wi

ę

kszo

ś

ci Havasupai mieszkaj

ą

 w 

zbudowanych przez siebie małych domkach. U

ś

miechn

ą

ł si

ę

 do własnych wspomnie

ń

. - 

Sp

ę

dziłem lato w

ś

ród plemienia Sama. Ich wioska wygl

ą

dała, jakby przeniesiono j

ą

 z 

Nowej Anglii.  

Wyobra

ź

nia Dawn pracowała na pełnych obrotach, rozwijaj

ą

c fabuł

ę

. Bez wahania 

opowiedziała j

ą

 Bryce'owi.  

- Mam! - wykrzykn

ę

ła. - Zagubiona b

ę

dzie si

ę

 bł

ą

ka

ć

 przez jaki

ś

 czas, a

Ŝ

 w ko

ń

cu natrafi 

na jar, w którym zostanie znaleziona, w stanie prawie beznadziejnym, przez młodego osiłka 
z plemienia Havasupai. Młody m

ęŜ

czyzna przywraca j

ą

 do zdrowia i potem odprowadza do 

cywilizacji. Id

ą

 tym przera

Ŝ

aj

ą

cym szlakiem. - W u

ś

miechu zawarła całe podniecenie. - No i 

jak?  

- Według mnie dobrze - powiedział Bryce z autentycznym zainteresowaniem.  
- To nie koniec - mówiła dalej Dawn, przekazuj

ą

c to wszystko, co stworzyła jej wyobra

ź

nia. 

- Moja bohaterka zakochuje si

ę

 w swoim wybawcy, kiedy s

ą

 w kanionie. On te

Ŝ

 co

ś

 do niej 

czuje.  Zostaj

ą

  kochankami.  -  U

ś

miechn

ę

ła  si

ę

  w  zamy

ś

leniu.  -  Oczywi

ś

cie  miło

ść

  mojej 

bohaterki do Indianina Havasupai sprowadzi na moj

ą

 posta

ć

 wiele kłopotów po powrocie na 

łono  rodziny,  ale...  to  nast

ę

pna  cz

ęść

  opowie

ś

ci,  któr

ą

  zajm

ę

  si

ę

  pó

ź

niej.  -  Dawn  zapisała 

co

ś

 jeszcze i zatrzasn

ę

ła notes. - Mam wszystko, czego chciałam. Dzi

ę

kuj

ę

.  

Bryce u

ś

miechn

ą

ł si

ę

.  

- To ja powinienem ci podzi

ę

kowa

ć

. Bardzo mi si

ę

 podobało.  

Siedzieli przez chwil

ę

 w milczeniu, patrz

ą

c na rzek

ę

, po czym Dawn odezwała si

ę

:  

background image

- Ciekawa jestem, jak si

ę

 kocha Indianin? 

Rozdział dziesi

ą

ty  

Nadszedł  czas  odjazdu.  Dawn  stała  przy  tratwie  i  patrzyła  na  w

ą

ski  kanion  i  miejsce,  w 

którym przedtem rozbili obóz. Bryce skrupulatnie przywrócił wszystkiemu pierwotny wygl

ą

d. 

Gdy  obserwowała  z  brzegu  jaskini

ę

,  pomy

ś

lała, 

Ŝ

e  tak  musiała  wygl

ą

da

ć

  od  tysi

ę

cy  lat. 

Jakby nigdy nie stan

ę

ła tam stopa człowieka.  

A  przecie

Ŝ

  była 

ś

wiadkiem  rozkwitu  miło

ś

ci.  Dawn  wydało  si

ę

  to  całkiem  wła

ś

ciwe, 

Ŝ

wła

ś

nie  w  takim  miejscu  poznała,  co  to  prawdziwe  uczucie.  Nie  potrafiła  sobie  wyobrazi

ć

 

przyszło

ś

ci.  Mi

ę

dzy  ni

ą

  i  Bryce'em  nie  padło  słowo:  "kocham".  Dawn  była  z  tego 

zadowolona. Wszystko, co wydarzyło si

ę

 mi

ę

dzy nimi, było jak sen i złudzenie. Nie zaistniało 

w normalnym 

Ŝ

yciu codziennym. Potrzebowała czasu i Bryce te

Ŝ

 go potrzebował, 

Ŝ

eby móc 

rozpozna

ć

  nie  nazwane  jeszcze  uczucia.  Dawn  oderwała  wzrok  od  widoku. Był pi

ę

kny, ale 

nie na tym polegało prawdziwe 

Ŝ

ycie.  

_ Gotowa? - spytał cicho Bryce, jakby nie chciał prze-  

rywa

ć

 jej my

ś

li.  

Dawn skryła smutek za u

ś

miechem.  

_  Gotowa.  I  tym  razem  przypomnij  mi  o  robieniu  zdj

ęć

.  Bryce  mógł  jej  przypomnie

ć

  o 

całych rolkach filmu,  

jakie  zrobili  w  małym  kanionie.  Poczuła  ulg

ę

,  gdy  nie  wspomniał  o  nich.  Zdj

ę

cia,  jakie 

wykonała  w  w

ą

wozie  i  w  jaskini,  b

ę

d

ą

  ułatwiały  odtworzenie  opowiadania.  Fotografie 

Bryce'a s

ą

 tylko dla niej.  

Droga  powrotna  okazała  si

ę

  bardzo  trudna,  gdy

Ŝ

  musieli  wielokrotnie  przenosi

ć

  tratw

ę

 

dokoła  wodospadów.  I  chocia

Ŝ

  porz

ą

dnie  si

ę

  napracowała,  była  zadowolona, 

Ŝ

e  mogła 

fotografowa

ć

  z  brzegu  wzburzone  wody  kaskad.  Sło

ń

ce  stało  w  zenicie,  gdy  dotarli  do 

schroniska. Było gor

ą

co, a Dawn czuła si

ę

 zm

ę

czona. Z ulg

ą

 usiadła w miejscu ocienionym 

dachem.  

-  Czy  we wrze

ś

niu zawsze jest tak gor

ą

co w tej cz

ęś

ci Arizony? - spytała przyjmuj

ą

c od 

Bryce' a kanapk

ę

 z szynk

ą

 i puszk

ę

 soku.  

Bryce napił si

ę

 i dopiero potem mógł odpowiedzie

ć

.  

- O tej porze roku na kraw

ę

dzi panuj

ą

 po południu łagodne temperatury, w nocy mo

Ŝ

e by

ć

 

całkiem  zimno.  Tutaj,  na  dnie  kanionu,  temperatura  jest  zazwyczaj  o  dwadzie

ś

cia  stopni 

wy

Ŝ

sza ni

Ŝ

 na kraw

ę

dzi.  

Na sam

ą

 wzmiank

ę

 o kraw

ę

dzi Dawn poczuła dreszcze.  

Wsi

ąść

  na  muła  i  pojecha

ć

  t

ą

  w

ą

sk

ą

 

ś

cie

Ŝ

k

ą

,  to  były  ostatnie  rzeczy,  jakie  chciała  zrobi

ć

Pragn

ą

c odsun

ąć

 jak najdalej nieuniknione, jadła i piła bardzo powoli.  

Bryce wiedział doskonale o jej strachu i pozwalał, by odwlekała moment wyjazdu na tyle, 

I)a ile było bezpiecznie. W pewnym momencie podszedł jednak do drzwi.  

- Trzeba wyruszy

ć

 - powiedział ze współczuciem, ale zdecydowanie. - I to natychmiast.  

- Wiem. - Dawn westchn

ę

ła i wstała. - Jestem gotowa.  

- Nie, nie była gotowa i nigdy nie b

ę

dzie.  

Bryce wyci

ą

gn

ą

ł do niej r

ę

k

ę

.  

- Jestem z tob

ą

. Nie pozwol

ę

Ŝ

eby ci si

ę

 co

ś

 stało. Zapami

ę

taj to.  

Dawn podała mu dło

ń

 i poczuła mocny u

ś

cisk jego palców, tak jakby pragn

ą

ł odda

ć

 jej 

cz

ęść

 swojej siły.  

- B

ę

d

ę

 pami

ę

ta

ć

. - Spróbowała si

ę

 u

ś

miechn

ąć

. Chod

ź

my, zanim stchórz

ę

.  

Nie mieli ju

Ŝ

 tylu zapasów, wi

ę

c załadunek mułów poszedł szybko. Bryce pracował, a Dawn 

notowała swoje spostrze

Ŝ

enia na temat otoczenia. Niezbyt ch

ę

tnie podeszła, gdy j

ą

 zawołał. 

Z  czuło

ś

ci

ą

,  w  której  mo

Ŝ

na  by  si

ę

  rozpłyn

ąć

,  wzi

ą

ł  j

ą

  w  ramiona.  Pocałował  słodko,  ale 

Dawn  poczuła  ju

Ŝ

  gorycz  rozstania. Bryce przez chwil

ę

 przygl

ą

dał si

ę

 jej, gdy ju

Ŝ

 siedziała 

na mule. U

ś

miechn

ą

ł si

ę

.  

background image

- Jeste

ś

 najodwa

Ŝ

niejsz

ą

 kobiet

ą

, jak

ą

 kiedykolwiek spotkałem. Siedzisz twardo w siodle, 

bez  wzgl

ę

du  na  ogarniaj

ą

cy  ci

ę

  strach,  bez  wzgl

ę

du  na  ryzyko.  Wszystko  b

ę

dzie  w 

porz

ą

dku. - Błysn

ą

ł u

ś

miechem, podszedł do muła i wskoczył na siodło.  

Dla  Dawn  jazda  była  koszmarem  prze

Ŝ

ywanym  na  jawie,  w  pełnym 

ś

wietle  dziennym. 

Mimo 

Ŝ

e wzrok miała przy

ś

rubowany do pleców Bryce'a, widziała czasami otchła

ń

 kanionu. 

Na  pocz

ą

tku  próbowała zamkn

ąć

 oczy, ale okazało si

ę

Ŝ

e tak jest jeszcze gorzej. Oczami 

wyobra

ź

ni  widziała  brzeg 

ś

cie

Ŝ

ki,  muł  si

ę

  potykał  i  spadała  w  dół.  Trzymała  si

ę

  wi

ę

wzrokiem pleców kołysz

ą

cych si

ę

 przed ni

ą

.  

W  chwili  gdy  muły  zeszły  z  kraw

ę

dzi,  Dawn  była  sztywna  jak  deska  i  blada  jak 

ś

ciana. 

Bryce odwrócił si

ę

 w siodle, spojrzał i nie zatrzymał zwierz

ą

t, dopóki nie dotarIi do zagrody.  

Sam  czekał  na  nich,  opieraj

ą

c  si

ę

  o  ogrodzenie.  Bryce  nawet  nie  odpowiedział  na 

powitanie. Zeskoczył z muła i pobiegł w stron

ę

 Dawn, by wzi

ąć

 j

ą

 w ramiona.  

- Była

ś

 wspaniała - szeptał. - Wspaniała.  

Tym razem nie załamała si

ę

. Nie łkała, nawet nie płakała. Przylgn

ę

ła tylko do niego z całej 

siły, dopóki nie przestała dr

Ŝ

e

ć

. Przylgn

ę

ła ... bo mogła ju

Ŝ

 nigdy nie mie

ć

 okazji przytuli

ć

 si

ę

 

do niego. Kiedy u

ś

cisk złagodniał, odsun

ę

ła si

ę

 i u

ś

miechn

ę

ła.  

- Po krótkim zastanowieniu - powiedziała trz

ę

s

ą

cym głosem - stwierdzam, 

Ŝ

e wol

ę

 jednak 

by

ć

 tutaj.  

- Czy co

ś

 si

ę

 stało? - spytał zaniepokojony Sam. - Czy pani Kingsley jest chora?  

- Pani Kingsley nic nie jest. Potrzebna jej gor

ą

ca k

ą

piel, gor

ą

cy posiłek i sen. Zajmiemy 

si

ę

 tym od razu. Zdj

ą

ł torb

ę

 Dawn z muła, wzi

ą

ł j

ą

 za r

ę

k

ę

 i ruszył w stron

ę

 furgonetki. - 

Zajmij si

ę

 zwierz

ę

tami, dobrze, Sam? I po- . wiedz pani Kingsley dobranoc.  

- Dobra - roze

ś

miał si

ę

 Sam. - Dobranoc, pani Kingsley.  

- Dobranoc, Sam - zawołała przez rami

ę

.  

Dopiero gdy powiedziała słowo: "noc" zdała sobie spraw

ę

Ŝ

e szybko si

ę

 

ś

ciemnia. Bryce 

wszystko znakomicie wyliczył. Wzdrygn

ę

ła si

ę

. Gdyby wyruszyli pół godziny pó

ź

niej, zanim 

zeszliby ze szczytu, 

ś

ciemniłoby si

ę

. Ona za

ś

 byłaby bIiska obł

ę

du.  

Czuła si

ę

 załamana, kiedy zajechali przed hotel El Tovar.  

Postanowiła  nie wywiera

ć

 

Ŝ

adnego nacisku, złapała wi

ę

c swoj

ą

 torb

ę

 i starała si

ę

 nie da

ć

 

niczego po sobie pozna

ć

. Odwrócił si

ę

 i spojrzał łagodnie, a ona poczuła zbieraj

ą

ce si

ę

 łzy i 

z trudem je powstrzymywała.  

- Nie 

Ŝ

ałujesz? - spytał cicho. Pokr

ę

ciła głow

ą

. Nie ufała głosowi.  

.- To dobrze. - Pogładził policzek Dawn zewn

ę

trzn

ą

 stron

ą

 dłoni. Tak samo zrobił w 

przeddzie

ń

 ich wyprawy. Ja te

Ŝ

 nie. - Nadzieja zacz

ę

ła wypełnia

ć

 jej serce, ale zastygła w 

bezruchu, gdy opu

ś

cił dło

ń

 na siedzenie. - My

ś

l

ę

Ŝ

e obydwoje potrzebujemy troch

ę

 czasu - 

stwierdził zdecydowanie. - Czasu, by móc odzyska

ć

 normaln

ą

 perspektyw

ę

. Wszystko, co 

było mi

ę

dzy nami, było pi

ę

kne. Ale s

ą

dz

ę

Ŝ

e musimy obydwoje zastanowi

ć

 si

ę

, czy to, co 

wydarzyło si

ę

 w kanionie, było prawd

ą

 czy złudzeniem. 

Wmawiała sobie, 

Ŝ

e ma racj

ę

Ŝ

e naprawd

ę

 potrzebuje czasu, 

Ŝ

eby podj

ąć

 inteligentn

ą

, rozs

ą

dn

ą

 

decyzj

ę

 i zgodziła si

ę

 z nim.  

- Je

Ŝ

eli dasz mi kluczyki, postaram si

ę

, by odstawiono twój samochód do hotelu.'  

Dawn  przetrz

ą

sała  torebk

ę

,  szukaj

ą

c  kluczyków  i  walcz

ą

c  ze 

ś

ciskaj

ą

cymi  jej  gardło  łzami. 

Znalazła je i podaj

ą

c podzi

ę

kowała.  

- Zadzwoni

ę

 - obiecał.  

- Wiesz, gdzie jestem. - Wzi

ę

ła torb

ę

 i podniosła do  

góry głow

ę

.  

Bryce u

ś

miechn

ą

ł si

ę

. Nie pocałował jej. Nie liczyła na to. Zmusiła si

ę

, by wysi

ąść

 z samochodu i 

wej

ść

 po schodach hotelu. Nie obejrzała si

ę

, gdy usłyszała, 

Ŝ

e furgonetka odje

Ŝ

d

Ŝ

a.  

Nie mogła.  
Hotel  El  Tovar  był  pi

ę

kny.  Został  wzniesiony  na  pocz

ą

tku  dwudziestego  wieku  i  dlatego  miał 

przestronne,  wygodnie  urz

ą

dzone  pokoje.  Dyskretna  elegancja  i  uprzejmo

ść

  obsługi  wpływały  na 

wyj

ą

tkow

ą

, szczególn

ą

 atmosfer

ę

. Nie było windy. Nie skar

Ŝą

c si

ę

 Dawn wzi

ę

ła swój klucz i weszła 

z torb

ą

 na trzecie pi

ę

tro. Warto było. Okna pokoju wychodziły na kanion. Teraz, gdy była otoczona 

czterema solidnymi 

ś

cianami i w bezpiecznej odległo

ś

ci, nie bała si

ę

 kanionu.  

background image

Bryce  miał  nad  ni

ą

  władz

ę

,  której  si

ę

  bała.  Zrezygnowała  z  luksusu  zastanawiania  si

ę

  nad 

m

ę

zczyzn

ą

,  który  miał  nad  ni

ą

  jak

ąś

  władz

ę

.  Zamówiła  kolacj

ę

  do  pokoju,  wzi

ę

ła  gor

ą

c

ą

  k

ą

piel  i 

poło

Ŝ

yła do łó

Ŝ

ka.  

Spała długo. Nie była w nastroju do nawi

ą

zywania kontaktu z beztroskimi urlopowiczami. 

Ś

niadanie 

zjadła wi

ę

c, podobnie jak kolacj

ę

, w pokoju. Jadła grzank

ę

 i popijała kaw

ą

, stoj

ą

c przyoknie i 

podziwiaj

ą

c wspaniało

ść

 kanionu. 

Wspaniały. Słowo to sprowadziło u

ś

miech na jej wargi.  

Człowiek,  którego  kocha,  jest  wspaniały.  Człowiek,  którego  kocha.  Podniosła  głow

ę

.  Nie 

potrzebowała czasu. Czas nie zmieni jej uczu

ć

 ani teraz, ani w przyszło

ś

ci. Zapomniawszy o kawie 

wpatrywała  si

ę

  w  jeden  z  siedmiu  cu,dów 

ś

wiata.  Zasłu

Ŝ

ył  na  swe  imi

ę

,  cho

ć

  wielu  mu  tego 

odmawiało.  

Był naprawd

ę

 Wielki. Nie był złudzeniem, lecz prawd

ą

.  

Szeroki i gł

ę

boki stanowił cz

ęść

 krajobrazu przez tysi

ą

ce lat i b

ę

dzie jego cz

ęś

ci

ą

 przez kolejne 

tysi

ą

ce.  

Był prawdziwy.  
Jak  miło

ść

,  któr

ą

  czuła  do  Bryce'a.  Dawn  wierzyła  w  uczciwo

ść

  i  stało

ść

  tej  miło

ś

ci.  My

ś

l  ta 

zesłała na ni

ą

 spokój.  

Siedział  w  furgonetce,  jedn

ą

  nog

ę

  w  obcisłych  d

Ŝ

insach  wystawił  przez  drzwi  i  kiwał  ni

ą

 

niecierpliwie, czekaj

ą

c na Dawn.  

Wi

ę

kszo

ść

  nocy  chodził  i  my

ś

lał.  Był  zm

ę

czony  przede  wszystkim  my

ś

leniem.  Rozwa

Ŝ

ywszy 

sytuacj

ę

 na tysi

ą

ce sposobów, postanowił kierowa

ć

 si

ę

 instynktem. A instynkt mówił mu, 

Ŝ

e b~rłby 

sko

ń

czonym głupcem, gdyby pozwolił Dawn odej

ść

.  

Ile  razy  w 

Ŝ

yciu  ma  si

ę

  okazj

ę

  trzyma

ć

  w  ramionach  tak

ą

  pi

ę

kno

ść

  jak  Dawn?  Zadawał  sobie 

pytanie  kr

ę

c

ą

c  si

ę

  na  twardym  siedzeniu.  Niezbyt  cz

ę

sto  -  odpowiedział  sobie  sam.  A  kto  byłby 

takim idiot

ą

Ŝ

eby nie przyj

ąć

 takiego daru? Tym razem powiedział gło

ś

no:  

- Nie Bryce Stone.  

ś

eby jako

ś

 zabi

ć

 czas i utrzyma

ć

 niecierpliwo

ść

 na wodzy, Bryce rozkoszował si

ę

 wspomnieniami o 

Dawn.  Pami

ę

tał  jej  upór,  kiedy  starał  si

ę

  j

ą

  zrazi

ć

  do  siebie  i  namówi

ć

  na  innego  przewodnika. 

Pami

ę

tał zdecydowanie i odwag

ę

 w czasie parali

Ŝ

uj

ą

cej j

ą

 strachem drogi do kanionu i z powrotem. 

Pami

ę

tał,  jak  robiła  notatki,  by  potem  przemieni

ć

  je  w  porywaj

ą

c

ą

  histori

ę

  miło

ś

ci.  Pami

ę

tał 

wreszcie słodkie, zaspokajaj

ą

ce kochanie, które potrafili zmieni

ć

  

  w'przygod

ę

.  

.~  

Znów niecierpliwie machn

ą

ł nog

ą

. Nie pozwoli jej odej

ść

. Nie mo

Ŝ

e pozwoli

ć

. Bryce wiedział, 

Ŝ

musi przekona

ć

 Dawn, i

Ŝ

 nale

Ŝą

 do siebie, bez niej jego 

Ŝ

ycie nie ma celu.  

Dawn  zobaczyła  furgonetk

ę

  od  razu,  gdy  wjechała  na  parking  motelu.  Serce  zabiło  jej  mocno, 

pełne  nadziei  i  strachu.  Musiała  mpcniej  chwyci

ć

  kierownic

ę

,  by  nie  straci

ć

  nad  ni

ą

  panowania. 

Zaparkowała,  wysiadła  i  czekała.  Zgłodniałym  wzrokiem  chłon

ę

ła  jego  sylwetk

ę

,  staraj

ą

c  si

ę

 

zobaczy

ć

 wszystko naraz. Nie widzieli si

ę

 dwadzie

ś

cia cztery godziny, a jej wydawało si

ę

Ŝ

e trwało 

to całe tygodnie.  

T

ę

sknota jak choroba 

ś

ciskała jej 

Ŝ

ą

dek. Czy tak wła

ś

-  

,  nie  b

ę

dzie  si

ę

  czuła,  kiedy  on  zdecyduje  si

ę

  odej

ść

?  Chocia

Ŝ

  stała  w  pełnym  jesiennym  sło

ń

cu, 

poczuła nagły chłód przera

Ŝ

enia. Wtedy Bryce u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 i zacz

ą

ł biec. Pochwycił j

ą

 w ramiona 

i  przytulił  tak  mocno,  jakby  nigdy  ju

Ŝ

  nie  zamierzał  jej  pu

ś

ci

ć

.  W  pełnym 

ś

wietle  dnia,  na  oczach 

wszystkich, zaniósł j

ą

 do pokoju.  

Słowa nie były potrzebne, chocia

Ŝ

 si

ę

 nimi posłu

Ŝ

yli.  

- Nie chc

ę

 wraca

ć

 do New Jersey -. powiedziała szybko, jak tylko zatrzasn

ę

li za sob

ą

 drzwi. - Nie 

musz

ę

  my

ś

le

ć

,  zastanawia

ć

  nad  odpowiedni

ą

  perspektyw

ą

.  Potrafi

ę

  odró

Ŝ

ni

ć

  rzeczywisto

ść

  od 

złudzenia.  Kocham  ci

ę

.  To  moja  rzeczywisto

ść

.  I  zawsze  ni

ą

  b

ę

dzie.  -  Stała  spokojnie,  a  oczy 

błyszczały jej sił

ą

 I,1czucia.  

Ś

miech Bryce'a podziałał na ni

ą

 jak balsam.  

- Zachwyca mnie to, co usłyszałem, bo ja te

Ŝ

 ci

ę

 kocham. - Obj

ą

ł j

ą

 ramionami. - O Bo

Ŝ

e! Jak ci

ę

 

kocham! Miał głodne, gor

ą

ce usta i niecierpliwe wsz

ę

dobylskie r

ę

ce, które usuwały przeszkod

ę

, jak

ą

 

background image

było ubranie.  

Powtarzali te bezcenne słowa rytmicznie przez jaki

ś

 czas. Powtarzali szepcz

ą

c, j

ę

cz

ą

c, ko

ń

cz

ą

zwyci

ę

skimi westchnieniami.  

- Kocham ci

ę

.  

- Kocham ci

ę

.  

Dzie

ń

 ju

Ŝ

 roz

ś

wietlił ciemno

ś

ci nocy, gdy Bryce zdecydował si

ę

 zada

ć

 kilka istotnych pyta

ń

.  

- Czy jeste

ś

 pewna, 

Ŝ

e chcesz opu

ś

ci

ć

 Wschodnie Wybrze

Ŝ

e, by zamieszka

ć

 na pustyni?  

Dawn przeci

ą

gn

ę

ła si

ę

 zmysłowo. - Pisa

ć

 mog

ę

 wsz

ę

dzie.  

Bryce pogłaskał jej udo, daj

ą

c w ten sposób wyraz swemu uznaniu dla ekscytuj

ą

cej mowy jej 

ciała.  

- A co z przyjaciółmi, rodzin

ą

?  

Dreszcz rozkoszy wstrz

ą

sn

ą

ł Dawn w odpowiedzi na jego pieszczoty.  

-  Jest  tylko  mój  ojciec  i  nie  mo

Ŝ

na  powiedzie

ć

Ŝ

eby

ś

my  si

ę

  swzególnie  zgadzali.  A  przyjaciele 

pozostan

ą

 przyjaciółmi bez wzgl

ę

du na to, gdzie b

ę

d

ę

 mieszkała.  

- Czy jeste

ś

 pewna swych uczu

ć

?  

- Jestem pewna. A ty nie? - Dawn podniosła głow

ę

, by mu si

ę

 przyjrze

ć

.  

U

ś

miechn

ą

ł si

ę

 powoli i cholernie zmysłowo.  

- O tak. Jestem pewien. Czy mam udowodni

ć

?  

- Czy kanion jest gł

ę

boki? - Dawn spojrzała mu w oczy.  

Bryce odpowiedział tym mi

ę

kkim 

ś

miechem, który poruszał najdalsze zak

ą

tki jej duszy.  

 

 

 

 

___________________