background image
background image

 

WOJNY KLONÓW

YODA MROCZNE SPOTKANIE

 

SEAN STEWART

 

Przekład

ALEKSANDRA JAGIEŁOWICZ

Tytuł oryginału

YODA: DARK RANDEZVOUS

 

Redaktor serii ZBIGNIEW FONIOK

Redakcja stylistyczna MAGDALENA STACHOWICZ

Redakcja techniczna ANDRZEJ WITKOWSKI

 

Korekta

JOLANTA KUCHARSKA

RENATA KUK

 

Ilustracja na okładce STEVEN D. ANDERSON

 

Skład

WYDAWNICTWO AMBER

Wydawnictwo Amber zaprasza na stronę Internetu

http://www.amber.sm.pl

 
 

http://www.wydawnictwoamber.pl

 

Copyright © 2004 by Lucasfilm, Ltd. & TM.

Ali rights reserved. Used under authorization.

Published originally under the title Yoda: Dark Randervous

by The Random House Publishing Group

Caitlin i Rosie, inteligentnym i odważnym jak każdy padawan, kochającej przygody Christinie - mojej towarzyszce i

przewodnikowi po tej galaktyce oraz wszystkim pozostałym

 

background image

C H R O N O L O G I A 

 

 W O J E N 

 

 K L O N Ó W

 
 

Po wojnie o Geonosis Republika pogrążyła się w nowym konflikcie. Po jednej stronie znalazła się Konfederacja

Niezależnych  Systemów  (zwana  separatystami)  pod  wodzą  charyzmatycznego  hrabiego  Dooku,  cieszącego  się
poparciem wielu potężnych gildii i organizacji handlowych wraz z ich armiami robotów.

Po  drugiej  stronie  stanęli  lojaliści  Republiki  wraz  z  nowo  utworzoną  armią  klonów  pod  przywództwem  Jedi.

Wojna toczy się na tysiącach frontów, z wielkim poświęceniem i heroizmem po obu stronach.

Miesiące po Ataku klonów
0 Bitwa o Geonosis
0 Oddział szturmowy Republiki
0 Pościg za hrabią Dooku
1 Projekt „Czarny Kosiarz"
1 Bitwa o Raxus Prime
1,5 Spisek na Aargau
2 Bitwa o Kamino
2 Durge kontra Boba Fett
2,5 Obrona Naboi
3 Wyprawa na Quilurę
6 Devaroniańska pułapka
6 Kryzys na Haruun Kal
6 Zabójstwo na Null
12 Zagrożenie ze strony biorobotów
15 Bitwa o Jabiimę
16 Ucieczka z Rattataka
24 Ofiary z Drongara
29 Atak na Azurę
30 Podbój Praesitlyna
31 Cytadela na Xagobah
33 Polowanie na Dartha Sidiousa
36 Anakin przechodzi na Ciemną Stronę

 

background image

R O Z D Z I A Ł 1

 
 

Nad  Coruscant  zachodziło  słońce.  Cienie  płynęły  niczym  czarna  woda,  wypełniając  najpierw  alejki,  a  potem

powoli  wspinając  się  coraz  wyżej  i  wyżej  jak  zalewający  stolicę  przypływ  mroku.  Zmierzch  rozpościerał  się  nad
dzielnicami  handlowymi  i  centrami  medycznymi,  podpełzał  niczym  czarna  plama  na  ściany  rezydencji  kanclerza.
Słońce  ześlizgiwało  się  powoli  za  horyzont.  Wkrótce  już  tylko  dachy  lśniły  ostatnimi  promykami  złotego  blasku,
potem  je  także  ogarnęła  ciemność,  pochłaniając  wraz  z  nimi  wieże  budynku  senatu  i  Świątyni  Jedi.  Długi  dzień
Republiki dobiegł końca. Zmierzch na Coruscant.

W  pozbawionej  księżyca  nocy  miliony  lat  standardowych  temu,  być  może  nawet  przed  pojawieniem  się  istot

rozumnych, zachód słońca oznaczałby całkowitą ciemność, jeśli nie liczyć odległego światła gwiazd. Teraz już nie.
Nawet  w  czasie  wojny  galaktycznej  Coruscant  wciąż  pozostawał  rozjarzonym  sercem  największej  cywilizacji  w
historii  galaktyki.  W  miarę  jak  słońce  skrywało  się  za  horyzontem,  wielkie  miasto  rozpalało  się  niezliczonymi
światłami.  Ścigacze  przemykały  pomiędzy  wysmukłymi  wieżami  jak  świetliki  tańczące  w  labiryncie  transpastali.
Reklamy  rozbłyskiwały  ponad  ulicami,  wabiąc  przechodniów  jaskrawymi  obrazami.  W  oknach  apartamentów  i
sklepów zapalały się światła.

I  tak  życie  toczy  się  pomimo  zapadającego  zmierzchu,  pomyślała  senator  Padmé  Amidala,  wyglądając  przez

okno.  Każde  życie  płonie  dzielnie  jak  świeca  w  mroku.  Nie  odrywała  oczu  od  platformy  lądowiska  portu
kosmicznego zlokalizowanej najbliżej Świątyni Jedi. - To żaden luksus - mruknęła.

Jedna z dworek obejrzała się na nią z lekkim zaskoczeniem.
- Słucham panią?
- Nadzieja. To żaden luksus. To nasz obowiązek - odparła Padmé.
Dworka próbowała coś odpowiedzieć, ale Padmé przerwała jej w pół słowa.
- Ktoś ląduje.
Na  platformie  najbliżej  Świątyni  osiadł  statek,  lekki  jak  ćma.  Na  ogonie  i  końcówkach  skrzydeł  migotały

światełka. Padmé chwyciła makrolornetkę i wcisnęła tryb noktowizyjny, usiłując odczytać oznaczenia na pooranych
w  bitwach  burtach  statku.  Czekała,  aż  z  kabiny  wysunie  się  zakapturzona  postać.  -  Pani  senator?  Padmé  powoli
odłożyła lornetkę.

- To nie on.
Główny technik Boz Addle kochał wszystkie statki, którymi się opiekował. Szczególnie jednak lubił wysmukłe

jednostki  kurierskie.  Dłonią  okrytą  rękawicą  przesunął  po  metalowej  burcie  szybkiego  statku  kurierskiego  klasy
Hoersch-Kessel Seltaya „Pole Widzenia", który właśnie wylądował.

- Iskry elektryczne, dzioby od meteorytów, kilka smug ognia laserowego - mruknął. Jego dłoń zatrzymała się na

paskudnym  zadrapaniu,  gdzie  część  ochronnego  laminatu  statku  po  prostu  się  wygotowała,  ukazując  pod  spodem
kłąb stopionych przewodów poprzetykanych odłamkami.

- I jeśli się nie mylę, kilka razy dostałeś w tyłek torpedą protonową.
Mistrz  Jedi  Jai  Maruk  wygramolił  się  z  kabiny.  Miał  chudą,  pooraną  bliznami  twarz.  Na  policzku  widniało

paskudne,  nabrzmiałe  oparzenie,  widoczne  spod  płata  zwęglonej  skóry.  W  czasie  pospiesznego  powrotu  do  bazy
rana zdążyła się już częściowo zagoić; policzek zesztywniał i ściągnął się, wykrzywiając i zniekształcając kącik ust.
Główny technik spojrzał na niego poważnie.

- Mistrzu Maruk, obiecałeś, że zwrócisz mi mój statek bez jednego draśnięcia. - Skłamałem. - Jedi uśmiechnął

się ponuro. Jak spod ziemi wyrósł dyżurny lekarz.

- Proszę mi pozwolić się zbadać. - Znieruchomiał, przyglądając się uważniej kształtowi oparzenia na policzku

mistrza Jedi. - Mistrzu Maruk, co to...

-  Nie  ma  teraz  na  to  czasu.  Muszę  natychmiast  porozmawiać  z  Radą  Jedi.  Z  wszystkimi,  którzy  są  dostępni.  -

Ależ mistrzu Maruk...

Jedi niecierpliwie machnął ręką.
- Wybacz, doktorku, ale nie mam czasu. Muszę dostarczyć wiadomość, która nie cierpi zwłoki, a pozostawiono

mnie w dość dobrym stanie, abym mógł to uczynić. - Uśmiechnął się znów, ale bez radości. Odchodząc, zatrzymał
się na chwilę u wyjścia. - Techniku Boz - odezwał się nieco łagodniejszym tonem. - Tak, mistrzu? - Przykro mi z
powodu statku.

Medyk i technik stali obok siebie na platformie lądowiska i obserwowali oddalającego się Jedi. - Oparzenia od

miecza  świetlnego?  -  zapytał  Boz.  Medyk  skinął  głową.  W  oczach  miał  zdumienie.  Technik  splunął  na  pokład  w
zamyśleniu.

- Tak mi się właśnie zdawało.

background image

Wojny Klonów niczym potężna dłoń rozsiały Jedi pośród gwiazd, pozostawiając w Świątyni za każdym razem

tylko kilku starszych rycerzy. Yoda, oczywiście, jako mistrz zakonu i doradca militarny kanclerza, prawie zawsze
przebywał  na  Coruscant.  Dziś  wraz  z  nim  słuchały  historii  Jaia  Maruka  tylko  dwie  osoby:  jego  najbliższa
przyjaciółka, mistrzyni Mena Xan, zwana przez uczniów żelazną Ręką - uczyła walki wręcz i specjalizowała się w
blokach  na  stawy  -  oraz  członek  Rady  Jedi  mistrz  Mace  Windu,  który  był  zbyt  onieśmielający,  aby  dostawać
przezwiska.

-  Prowadziliśmy  rozpoznanie  na  Zewnętrznych  Rubieżach  -  mówił  Jai.  -  Zaczęło  nam  się  zdawać,  że  coś

dziwnego dzieje się w okolicy Szlaku Hydiańskiego. Ciągle pojawiały się jakieś małe transportery, coś jak ścieżka
mermynów,  prowadząca  do  i  z  regionu  Wayland.  Nic  aż  takiego  niezwykłego,  Gildia  Kupiecka  zablokowała  cały
region...  ale  one  wyskakiwały  na  dziwnych  współrzędnych.  Wektory  z  głębokiego  kosmosu,  nie  żadne  lokalne...
Miałem  w  związku  z  nimi  dziwne  przeczucia,  więc  przebrałem  jeden  z  transporterów  klonów  w  pirackie  barwy  i
wysłałem  na  polowanie.  Okazało  się,  że  ten  mały  wahadłowiec  handlowy  ma  łapy  jak  jakrab  neimoidiański.  W
ciągu  ułamka  sekundy  opluł  nas  ogniem  plazmowym  i  skoczył  w  nadprzestrzeń.  Mistrz  Yoda  uniósł  brew.  -  W
skórze nerfa ten smok krayt był.

- Właśnie. - Mistrz Jai Maruk spojrzał na swoją prawą rękę. Drżała, a paskudna, zwęglona smuga znaczyła dłoń.

Długo i uważnie wpatrywał się w rękę, aż drżenie ustało.

Młoda  padawanka,  rudowłosa,  może  czternastoletnia  dziewczyna  weszła  do  pomieszczenia  z  dzbanem  wody  i

szklankami na tacy. Skłoniła się i postawiła je na niskim stoliku. Mistrzyni Xan nalała wody do szklanki i podała ją
Jaiowi. Ten spojrzał na szklistą, sączącą się bliznę na oparzonej dłoni i zmusił ją do uchwycenia naczynia. - A zatem
Gildia Kupiecka dostarczała coś ważnego na Szlak Hydiański - ciągnął Jai. - Dlaczego? Na pewno nie nowy sprzęt;
nie  ma  tam  żadnych  znacznych  koncentracji  wojsk.  I  po  co  ta  maskarada?  Przecież  mogli  dumnie  nosić  barwy
swojej  floty...  odstraszyłoby  to  wszelkich  piratów  lub  przypadkowych  bandytów,  jakich  udawali  moi  biedni
żotnierze-klony.

- Musi to być coś, o czym nie powinniśmy nic wiedzieć - zauważyła Ilena.
Mace Windu przyjrzał się oparzeniom od miecza świetlnego na policzku Maruka. - Coś albo ktoś - mruknął.
Yoda postukał laseczką w deseń na podłodze sali Rady.
- Jeden z tych kraytów poleciał za tobą?
- Zostałeś schwytany - zauważył Mace.
Twarz Jaia drgnęła.
- Wyśledziłem ich do punktu spotkania na Vjunie.
Mistrz Yoda poruszył się niespokojnie i pokręcił głową.
- Silna Ciemną Stroną Vjun jest - mruknął. - Opowieści znasz? Wszyscy spojrzeli na niego niepewnie. Kąciki

ust Yody opadły.

-  Próbą  ciężką  starość  jest,  pamiętać,  w  jakie  młode  uszy  co  i  kiedy  powiedziało  się.  Ale  on  wie.  Padawanem

był, kiedy mu o tym mówiłem. Wszyscy Jedi wytrzeszczyli oczy. - Kto wie? - spytała mistrzyni Xan. Yoda machnął
laską, jakby odganiając pytanie. - Znaczenia to nie ma. Mistrzu Maruk, mów dalej. Jai pociągnął kolejny łyk wody.

- Początkowo pozostawałem od strony słonecznej, dobrze ukryty przed moim kraytem, ale kiedy on przebywał

po  Ciemnej  Stronie  dłużej  niż  to  konieczne  do  nabrania  paliwa,  musiałem  zaryzykować  zejście  na  powierzchnię.
Wylądowałem po cichu wiele kilometrów od niego, dokładnie wytłumiłem ciepło i podczerwień, przysięgam, ale... -
urwał.  Jego  ręka  znów  zaczęła  drżeć.  -  Nieważne.  Dopadła  mnie.  -  Ona?  -  zdziwiła  się  mistrzyni  Xan.  -  Asajj
Ventress.

Rozległo się ciche westchnienie - to Padawanka, która przyniosła wodę. Yoda obejrzał się i zmarszczył twarz w

posępne bruzdy. Tylko ci, którzy znali go bardzo dobrze, mogli wykryć w jego oczach iskierkę rozbawienia.

- Małe łobuzy wielkie mają uszy! Obowiązki do wykonania masz, Scout, jeśli dobrze pamiętam.
-  Właściwie  nie  -  odparła  swobodnie.  -  Skończyliśmy  kolację,  a  nie  mam  nic  pilnego  do  zrobienia  na  jutro.

Właściwie miałam zamiar troszkę potrenować, ale to może...

Pod zmasowanym atakiem spojrzeń mistrzów Jedi dziewczyna spąsowiała i zaczęła się jąkać.
- Padawanko Scout - odezwał się spokojnie Mace Windu. - Jestem zaskoczony wieścią, że masz tyle wolnego

czasu, biorąc pod uwagę zbliżający się turniej uczniów. Wolałbym nie mieć wyrzutów sumienia, że się nudzisz. Czy
mam ci znaleźć jakieś zajęcie? Dziewczyna westchnęła nerwowo.

- Nie, mistrzu, nie trzeba. Jak powiedziałeś, powinnam... poćwiczyć. - Skłoniła się i wycofała z sali, zamykając

drzwi, ale nie do końca; po chwili ukazało się jedno zielone oko. - Ale gdyby coś było naprawdę potrzebne, proszę
się nie wahać i... - Scout! - Tak jest! - Drzwi zamknęły się z lekkim trzaskiem.

Mace Windu pokręcił głową. - Moc jest w niej słaba... no, nie wiem...
Mistrzyni  Xan  uniosła  dłoń  i  Mace  zamilkł.  Palce  Xan  były  naprawdę  jak  żelazo,  składające  się  z  twardych

mięśni, o stawach zgrubiałych od długoletnich walk wręcz. Wyciągnęła rękę w kierunku drzwi, łagodnie popychając

background image

je Mocą. Rozległo się stuknięcie i stłumiony jęk. Chwilę później ktoś szybko oddalił się korytarzem. Mace Windu
niecierpliwie pokręcił głową. - Nie wiem, co Chankar w niej zobaczyła. - Nigdy się nie dowiemy - odparł Jai Maruk.

Wszyscy  uczcili  chwilą  zadumy  pamięć  Chankar  Kim,  jeszcze  jednej  Jedi,  która  poległa  w  czasie  bitwy  o

Geonosis. Początkowo odprawiano ceremonie i czuwania, upamiętniające tę potworną rzeź. Wojna jednak trwała, a
Świątynia  krwawiła  coraz  to  nowymi,  głębokimi  ranami.  Co  tydzień,  co  dwa  kolejne  raporty  przynosiły  wieści  o
następnych  zabitych  towarzyszach  w  bitwie  na  Thustrze,  rozbitych  w  przestrzeni  nad  Waylandem  lub
zamordowanych  w  czasie  misji  dyplomatycznej  na  Devaronie.  -  Szczerze  mówiąc  -  ciągnął  Mace  -  byłem
zaskoczony, że w ogóle została padawanką.

Końcówka laski Yody powoli krążyła nad podłogą sali, jakby mieszał nią w głębinach jeziora, które widział on

jeden.

- Do oddziałów rolniczych przydzielić ją należy, sądzicie?
-  Chyba  tak...  tak  rzeczywiście  uważam.  -  W  głosie  Mace'a  Windu  zadźwięczała  nuta  współczucia.  -  To  nie

dyshonor.  Kiedy  się  patrzy,  jak  ciężko  pracuje,  żeby  dorównać  dzieciom  o  wiele  młodszym  od  niej...  może  lepiej
będzie dla niej utrzymywać własny poziom.

Yoda przechylił głowę i spojrzał na niego z zainteresowaniem.
- Jej walkę widzę także ja. Lecz jeśli zatrzymać jej się każesz, „lepiej" powiesz, przestanie!
-  Może  nie  -  posępnie  wtrącił  Jai  Maruk.  -  Dzieci  nie  zawsze  wiedzą,  co  jest  dla  nich  najlepsze.  -  Mistrzowie

Jedi także nie - oschle odparł Yoda.

Poparzony Jedi nie ustępował.
-  Bądźmy  uczciwi.  Nie  każda  para  rycerz  Jedi  i  padawan  będzie  taka,  jak  Obi-Wan  i  Anakin,  ale  prawda  jest

taka, że bierzemy udział w wojnie. Wysłać w bitwę Jedi z padawanem, który nie potrafi się sam obronić, naraża na
niepotrzebne ryzyko dwa istnienia... istnienia, których Republika nie ma na zmarnowanie.

-  Moc  w  Scout  nie  jest  tak  silna  jak  powinna  -  zgodziła  się  Ilena.-  Ale  przez  lata  ją  szkoliłam.  Ma  dobrą

technikę. Jest inteligentna i lojalna. Próbuje.

-  Nie  ma  prób  -  odparł  mistrz  Maruk,  nieświadomie  naśladując  sposób  mówienia  Yody,  z  czego  swego  czasu

słynął pośród młodzieńców ze Świątyni Jedi. - Można tylko pracować.

Pozostała trójka Jedi spojrzała na Yodę z poczuciem winy. Ten prychnął, a w kącikach jego oczu pojawiły się

zmarszczki wesołości.

-  Hm...  O  studentach  myślę.  Z  silnym  Mocą  partnerem  stanąć  do  walki  lepiej  będzie,  hm?  Może  młody

Skywalker, co? - Jest nieokrzesany - rzekła Ilena. - I zbyt impulsywny - dodał Mace.

-  Hm!  -  Yoda  znów  zakręcił  laseczką.  -  Więc  najmądrzejszy  student  najlepszy  będzie,  tak?  Najrozsądniejszy?

Najlepiej  w  posługiwaniu  się  Mocą  wyszkolony?  -  Skinął  głową.  -  Najlepszy  Dooku  będzie!  Obrzucił  wzrokiem
pozostałych Jedi i każdy z nich po kolei odwrócił oczy. - Nasz wielki uczeń. - Uszy Yody podniosły się i opadły. -
Nasza wielka porażka.

Wiekowy mistrz pokuśtykał do tacy i nalał sobie wody.
- Dosyć. Reszty twojej opowieści chcemy wysłuchać, mistrzu Maruk.
- Ventress mnie znalazła - rzekł Jai. - Walczyliśmy i przegrałem. - Oparzona dłoń znowu zadrżała. - Zabrała mi

miecz świetlny. Przygotowałem się na morderczy cios, ale zamiast tego wzięła mnie do niewoli. Zawiązała mi oczy
i wcisnęła mnie do ścigacza. Jechaliśmy krótko, może godzinę. Hrabia Dooku czekał na nas.

- Aha! - Mace Windu pochylił się do przodu. - Więc Dooku jest na Vjunie!
- Uciekłeś Dooku i Ventress i żyjesz! - wykrzyknęła Ilena.
Poparzona twarz Jaia Maruka wykrzywiła się w niewesołym uśmiechu.
-  Nie  wyciągajcie  błędnych  wniosków.  Jestem  tutaj,  ponieważ  Dooku  chciał,  abym  się  tu  znalazł.  Ventress

zabiłaby  mnie  na  miejscu,  dała  mi  to  wyraźnie  do  zrozumienia,  ale  Dooku  potrzebował  posłańca.  Kogoś,  komu
mógłby zaufać - rzekł Jedi głosem pełnym ironii. - Kogoś, kto przybędzie najpierw tutaj, a nie do senatu. Bardzo na
to nalegał... miałem przekazać swoje wieści mistrzowi Yodzie i tylko tu, w Świątyni, z dala od innych uszu. - A cóż
to za pilna wiadomość? - zapytał Mace Windu. - Mówi, że chce pokoju.

Jai powiódł wzrokiem po pełnych niedowierzania twarzach Jedi i wzruszył ramionami.
- Pokoju! - prychnęła mistrzyni Xan. - Używa broni biologicznej, która na Honogcie zabiła już miliony, i mówi

o pokoju! Republika pada jak spalone polana w ogień, a on chce pokoju! Mogę sobie doskonale wyobrazić, o jaki
pokój mu chodzi. - Dooku przewidział, że możecie być eee... ostrożni. - Jai Maruk sięgnął do kieszeni płaszcza. -
Powiedział, że wysyła mnie z darem i z pytaniem do mistrza Yody. Darem miało być moje życie. A pytanie to... -
Wyjął rękę z kieszeni. Na drżącej dłoni leżała muszelka; zwykła, mała muszelka, jaką każde dziecko może znaleźć
na brzegu morza każdego z setek światów.

Jedi spojrzeli na nią speszeni, ale Yoda po raz pierwszy stracił zwykły spokój. Westchnął głośno i zmarszczył

brwi.

background image

- Mistrzu? - Jai Maruk podniósł wzrok znad muszli, która leżała na jego rozdygotanej dłoni. - Niosłem to przez

pół galaktyki. Co to oznacza?

Sześćdziesiąt trzy standardowe lata wcześniej, wieczór. Niebo nad rozłożystym kompleksom świątyni Jedi jest

ciemnoniebieskie.  Za  murami  ogrodu  świątyni  wieczorne  niebo  przegląda  się  w  ozdobnym  stawie.  Najlepszy  z
uczniów Yody siedzi na kamieniu na skraju stawu i spogląda w wodę. W dłoni trzyma muszlę, kciukiem muskająca
powoli gładką jak kość powierzchnię. Przed jego oczami po powierzchni wody tańczą ważki, ledwie dotykając fal.

Uwaga  ucznia  skupiona  jest  na  nich  i  roztańczona  jak  one,  ledwie  muskając  powierzchnię  milczenia,

prześlizgując  się  po  nieskończonych  głębinach  Mocy.  Zawsze  lekko  stąpał  -  Moc  ugina  się  pod  jego  wagą,  lecz
utrzymuje  go  bez  wysiłku.  Lecz  dziś,  właśnie  dziś,  czuje  się  dziwnie  ciężki  i  smutny.  Jakby  po  raz  pierwszy
zrozumiał,  że  łatwo  byłoby  zobaczyć,  jak  jego  stopa  pogrąża  się  w  tej  głębinie  potęgi,  zanurza  w  mrocznych
otchłaniach i ginie.

Człap,  człap,  stuk.  Człap,  człap,  stuk!  Słychać  zbliżające  się  kroki,  jeden,  drugi,  a  potem  uderzenia  laski

wbijanej w usłaną białym żwirem ścieżkę. Pojawia się mdłe światło, zbliżające się od strony kwatery mistrza, jasna
plama  przesuwająca  się  poprzez  splątane  gałęzie  i  pnącza  ogrodu.  Obecność  jest  znajoma;  uczeń  wyczuwa  Yodę,
jego stareńki, lecz bystry i ciepły jak to światło umysł, na długo przed tym, nim zgarbiona, wiekowa postać wynurza
się zza zakrętu. Wielki mistrz Jedi powoli kuśtyka w jego stronę.

Uczeń  uśmiecha  się  i  skłania  głowę.  Ileż  to  razy  w  ciągu  nieskończonych  godzin  medytacji  lub  szkolenia  z

mieczem świetlnym Yoda powtarzał mu, że zewnętrzna postać czy sygnały ataku nie muszą być widoczne, lecz że
trzeba  wyczuwać  każdą  komórką  zamiar  przybysza!  A  zatem  ten  lekki  pokłon,  tak  swobodny,  oznaczał  w  istocie
wdzięczność i respekt na całe życie. I lęk. I poczucie winy.

Wielki mistrz zakonu Jedi odstawia latarnię i niezgrabnie wspina się na kamień. Szukając punktu zaczepienia i

pociągając nosem, siada na głazie obok swojego ucznia, niczym gnom ogrodowy.

Uczeń uśmiecha się szerzej, lecz wie dobrze, że nie wolno mu zaofiarować pomocy.
Yoda,  wiercąc  się  i  postękując,  sadowi  się  wreszcie  na  kamieniu  i  układa  wokół  siebie  fałdy  znoszonej  szaty

Jedi. Jego pomarszczone stopy zwisają tuż nad powierzchnią wody. Ważki kręcą się pod nimi, nie zwracając uwagi
na nieco kosmate nogi. - Zamyślony jesteś, co, Dooku? Uczeń nawet nie próbuje zaprzeczać. - Lęku przed misją nie
czujesz, na pewno?

- Nie, mistrzu. - Uczeń szybko się poprawia: - Nie przed misją w każdym razie. - Ufać sobie powinieneś. Gotów

jesteś. - Wiem.

Yoda sprawia wrażenie, jakby nagle zaczął potrzebować stojącej na ziemi latami. Usiłuje zahaczyć jej uchwyt

rączką laski. Krzywiąc się, próbuje raz, potem drugi, lecz lampa nie daje się złapać. Yoda stęka gniewnie.

Minimalnym drgnieniem woli uczeń unosi lampę Mocą i podsuwa nauczycielowi. - Dlaczego nie skorzystać z

łatwiejszego sposobu, mistrzu? - pyta i zna odpowiedź, zanim jeszcze pytanie ucichło w powietrzu. - Ponieważ jest
łatwiejszy - burczy Yoda.

Młody  człowiek  nie  po  raz  pierwszy  słyszy  od  Yody  to  stwierdzenie.  Ale  nie  odesłał  latarni  na  ziemię,  myśli

zadowolony Dooku.

Siedzą  obok  siebie  w  ogrodzie.  Gdzieś  daleko  w  stawie  ryba  mąci  gładką  powierzchnię  wody  i  z  pluskiem

wpada z powrotem. Yoda po przyjacielsku szturcha ucznia laską.

- Całkiem gotów do wyjazdu wczoraj byłeś!
-  I  w  zeszłym  miesiącu,  i  w  zeszłym  roku,  i  jeszcze  rok  wcześniej.  -  Smutny  uśmiech  pojawia  się  na  twarzy

Dooku  i  zaraz  znika.  -  Ale  teraz,  kiedy  to  naprawdę  ma  nastąpić...  -  rozgląda  się  wokół  siebie.  -  Nie  mogę  sobie
przypomnieć  chwili,  żebym  nie  chciał  stąd  wyjechać...  wyjść  na  zewnątrz,  podróżować  wśród  gwiazd,  oglądać
świat. A jednak kocham to miejsce. To mój dom. Ty jesteś moim domem.

-  I  dalej  nim  będzie.  -  Yoda  z  aprobatą  zagłębia  wzrok  w  słodko  pachnący  gąszcz  ogrodów.  -  Będziemy  tu

zawsze. Dom, tak... mówią na Alderaanie: „Dom jest tam, gdzie, kiedy stajesz w drzwiach, muszą cię wpuścić". -
Wciąga nosem wieczorne powietrze, śmiejąc się z cicha. - Hm... Miejsce tutaj dla ciebie zawsze jest. - Tak sądzę,
taką  mam  nadzieję.  -  Uczeń  spogląda  na  muszelkę,  którą  trzyma  w  dłoni.  -  Znalazłem  ją  na  brzegu.  Opuszczona
przez  kraba-pustelnika.  Wiesz,  one  nie  mają  własnych  domów.  Wciąż  z  nich  wyrastają.  Myślałem  właśnie  o  tym,
jak  Jedi  znaleźli  mnie  na  Serenno.  Sądzę,  że  u  rodziców.  Nie  pamiętam  ich  teraz.  Czy  zastanawialiście  się
kiedykolwiek, jakie to dziwne? Każdy Jedi to dziecko, którego rodzice zdecydowali, że mogą bez niego żyć. - Yoda
podnosi  głowę,  ale  milczy.  -  Zastanawiam  się  czasami,  czy  nie  to  właśnie  nas  napędza,  to  pierwsze  porzucenie.
Mamy wiele do udowodnienia.

Ze splątanych winorośli wylatuje nagle rozmigotany świetlik i przelatuje nad powierzchnią stawu jak iskierka,

która  wypadła  z  ogniska.  Uczeń  obserwuje  jego  szalony  taniec  nad  spokojną  wodą,  znaczony  świetlistymi
zygzakami.

Yoda  ma  jedno  pytanie,  które  lubi  zadawać:  „Kim  jesteśmy,  Dooku,  jak  sądzisz?"  Za  każdym  razem  uczeń

background image

próbuje innej odpowiedzi. „Jesteśmy węzłem w Mocy" albo „Jesteśmy wysłannikami Losu", albo: „Każde z nas jest
komórką  w  ciele  Historii"...  ale  dzisiaj,  obserwując  migotanie  i  taniec  świetlika,  uczeń  poznaje  nagle  prawdziwą
odpowiedź.  „Ostatecznie  można  nas  określić  tylko  jednym  słowem:  samotni".  Spod  powierzchni  wody  wyskakuje
nagle srebrzyste ciało i rozlega się ciche kłapnięcie. Blask świetlika znika i nie pozostawia po sobie śladu, oprócz
jednej słabej zmarszczki na wodzie, która powoli rozpływa się po gładkiej tafli.

-  Myślę,  że  już  wtedy  przypominałem  kraba-pustelnika  -  mówi  uczeń.  -  Byłem  za  duży  do  domu  moich

rodziców. Przywieźliście mnie tutaj, ale już od paru lat Świątynia zaczyna na mnie ciasno leżeć. Sądzę... - młody
człowiek urywa nagle, odwraca się. Światło padające na jego szatę z kapturem rzuca cień na jego twarz. - Obawiam
się, że jeśli wyjdę na wielki świat, już nigdy nie będę mógł wpasować się tu z powrotem. Yoda kiwa głową, mówiąc
prawie do siebie: - Dumny jesteś. Nie bez powodu.

- Wiem.
- Niebezpieczeństwo też jest.
- To także wiem.
Uczeń  pociera  znów  muszlę  kraba-pustelnika  i  wrzucają  do  stawu.  Przerażone  ważki  rozpierzchają  się  jak

szalone, usiłując utrzymać się na powierzchni. - Większy niż Jedi, większy niż Moc być nie możesz - mówi Yoda.

-  Ale  Moc  jest  większa  niż  Jedi,  mistrzu.  Moc  to  nie  tylko  ściany  Świątyni  i  nauki,  jest  nią  przepojone  całe

życie, duże i małe sprawy, subtelne i prymitywne, jasne i... - uczeń zakłopotany zawiesza głos.

- ...i ciemne - mówi Yoda. - O, tak. młody człowieku. Że nigdy nie poczułem dotyku ciemności myślisz pewnie?

Wiesz, co ducha wielkiego jak u Yody w ciągu ośmiuset lat uczynić może? - Co, mistrzu?

- Wiele błędów! - Zanosząc się śmiechem, stary nauczyciel podnosi laskę, dziobiąc ucznia w żebra. - Do łóżka,

myślicielu!  -  Dziab,  dziab.  -  Twój  mistrz,  Thame  Cerulian,  twierdzi,  że  z  wszystkich  uczniów  najlepszy  jesteś.
Wierzyć  w  siebie  nie  musisz.  Ja,  Yoda,  wielki  i  potężny  mistrz  Jedi,  za  ciebie  wierzyć  będę!  Czy  to  wystarczy?
Uczeń próbuje się roześmiać, ale nie może.

- To zbyt wiele, mistrzu, boję się...
- To dobrze! - prycha Yoda. - Ciemnej Strony bać się musisz. Spośród wielkich, największa ona jest. Lecz od

Thame Coruliana większy nie jesteś. Rycerzem Jedi nie jesteś ani członkiem Rady. Wiele muszli ci jeszcze zostało,
Dooku.... dopóki w tej się mieścisz - dodał, skrobiąc swego ucznia po karku. - Jutro wyjechać musisz, w ciemność
pomiędzy gwiazdami. Lecz domem twoim zawsze to miejsce będzie. Jeśli zagubiony się poczujesz, do tego ogrodu
wracaj. - Yoda unosi swoją latarnię, aż cienie niczym ważki uciekają na boki. - Światełko ci zapalę, do domu żebyś
drogę znalazł.

Sześćdziesiąt  trzy  lata  później  Jai  Maruk  został  wysłany  do  lecznicy,  a  Ilena  Xan  wróciła  do  swojego  pokoju,

aby poczynić przygotowania do turnieju uczniów Jedi. W sali Rady pozostali jedynie Mace Windu i Yoda.

- Do domu Dooku chce wrócić - rzekł Yoda. - Pułapka to być może. - Prawdopodobnie jest - zgodził się Mace.

Yoda westchnął, obracając w palcach muszelkę.

- Pytanie, nazwał to. Jakie to znów pytanie! Zignorować je musimy, zgadzasz się ze mną? Nieoczekiwanie Mace

pokręcił głową.

- Dooku powinien już nie żyć. Powinienem był zabić go na Geonosis. Mogłem w ten sposób przerwać tę wojnę.

Wciąż jest w niej kluczową postacią. Czy może w dobrej wierze próbować negocjacji? Niewielka szansa. Czy może
do  nas  powrócić  ze  swojej  drogi?  Na  to  szansa  jest  jeszcze  mniejsza.  Lecz  postaw  na  szali  tę  szansę,  choćby
minimalną,  wobec  milionów  istnień,  i  przekonasz  się,  że  musimy  się  jej  uczepić.  Tak  myślę,  mistrzu.  Yoda
westchnął.

- Trudne to będzie, nadzieję dla straconego ucznia odzyskać.
-  Trudne  -  zgodził  się  Mace  Windu.  -  Nikt  nie  powiedział,  że  być  mistrzem  Jedi  to  łatwe...  nawet  dla  ciebie.

Yoda odchrząknął, rozejrzał się po Świątyni.

- Phi, phi! Za mądry się nagle zrobiłeś. Przedtem lepiej było, kiedy mądry tylko Yoda był. Spojrzał przez ramią

na Mace'a i zachichotał. Mące też by się roześmiał, gdyby gdzieś na arenie Geonosis nie stracił w tym wprawy.

Po  drugiej  stronie  galaktyki  najzdolniejszy  uczeń  zakonu  wysunął  stopę,  aby  dotknąć  czubkiem  buta  miecza

świetlnego. Hrabia Dooku skrzywił się lekko. Miecz świetlny wciąż znajdował się w dłoni właściciela. Dłoń była
czarna  jak  sadza  i  pokryta  szronem.  Kończyła  się  makabrycznym  kikutem  tuż  nad  nadgarstkiem.  Dooku  wciąż
siedział w swoim gabinecie, w miejscu zadumy, lecz odcięta dłoń jakoś nie nastrajała go do kontemplacji. Poza tym,
choć  mróz  próżni  solidnie  ją  zmroził,  teraz  szybko  odtaje.  Jeśli  nie  będzie  uważał,  poplami  sobie  podłogę.
Niedobrze,  choć  prawdę  mówiąc  jeszcze  jedna  plama  na  podłodze  Château  Malreaux  nie  będzie  specjalnie
widoczna.

Po drugiej stronic biurka Dooku Asajj Ventress bawiła się workiem z folii izolacyjnej.
-  Mistrzu,  ze  statku  zostało  niewiele.  Moc  była  silna,  a  ja  trafiłam  w  komorę  reaktora  za  pierwszym  strzałem.

Potrzebowałam  wielu  godzin,  żeby  to  znaleźć  -  dodała,  patrząc  na  zamarzniętą  dłoń.  -  Przyszło  mi  do  głowy,  że

background image

skanowanie magnetyczne powinno wykazać miecz świetlny. Zabawne, kiedy pomyślę, że sięgał po broń, gdy statek
eksplodował. To chyba instynkt. - On?

- On, ona... - Asajj Ventress wzruszyła ramionami. - To.
Kiedy  umarł  jej  pierwszy  mistrz,  Asajj  Ventress,  wyrzutek  Jedi  i  najbardziej  przerażająca  pomocnica  Dooku,

wytatuowała  swoją  bezwłosą  czaszkę  i  pozostawiła  za  sobą  dziewczęce  lata.  Jej  głowę  pokrywało  dwanaście
znaków  -  każdy  za  jednego  z  dwunastu  lordów  wojennych,  których  zabiła,  poprzysiągłszy  im  śmierć.  Była  jak
sztylet, smukła i śmiercionośna. Nawet w galaktyce zamieszkanej przez nienawiść taka kombinacja szybkości i furii
trafia  się  raz  na  pokolenie.  Dooku  wiedział  o  tym  od  pierwszego  spotkania.  Była  jednocześnie  różą  i  cierniem,
świstem długiego noża wbijającego się w ciało, smakiem krwi na wargach. Asajj wzruszyła ramionami.

- Nie znalazłam głowy, ale wśród szczątków wyłowiłam parę interesujących kawałków, jeśli chcesz popatrzeć...

- Podniosła znacząco worek z folii. Dooku spojrzał na nią.

- Ależ się z ciebie zrobił drapieżnik.
- Stałam się tym, czym mnie uczyniłeś - odparła.
Na to nie miał łatwej odpowiedzi.
Umiejętnym szarpnięciem poprzez Moc Dooku uniósł odciętą dłoń, wciąż zaciśniętą wokół broni, i przyciągnął

ku sobie tak łatwo, jak wiele lat temu latarnię Yody. Zanim wybuch myśliwca tak nieestetycznie oderwał dłoń od
reszty  ciała,  mogła  mieć  oliwkową  skórę.  Przy  tym  zwęgleniu  trudno  było  określić  jej  kolor.  Martwe  ciało,
niepołączone  z  żadnym  duchem,  było  jedynie  materią,  nie  bardziej  interesującą  niż  noga  stołowa  czy  woskowa
świeca,  i  tyleż  samo  miało  w  sobie  osobowości  właściciela.  Dooku  zawsze  uważał,  że  to  zdumiewające,  jak
przejściowy jest związek pomiędzy ciałem człowieka a nim samym.

Duch  jest  jak  lalkarz,  który  zmusza  do  tańca  członki  człowieka;  jeśli  przetniesz  nitki  ducha,  pozostaje  tylko

trochę mięsa i farby, kości i szmat.

Miecz  świetlny  Jedi  -  o,  to  coś  całkiem  innego.  Każda  broń  była  jedyna  w  swoim  rodzaju,  budowana  i

przerabiania  przez  właściciela  tak,  aby  odzwierciedlała  jego  osobowość.  Dooku  przeciągnął  palcem  po  mieczu
zabitego  Jedi.  Siła  eksplozji  odarła  go  częściowo  z  obudowy  i  stopiła  obwody  tak,  że  nigdy  już  nie  zagra,  lecz
podstawowy wzorzec był rozpoznawalny.

- Jang Li-Li - rzekł i ku swemu zdumieniu poczuł, że ogarnia go smutek.
-  Według  moich  obliczeń  to  szesnasty  -  stwierdziła  Ventress.  -  Byłby  siedemnasty,  gdybyś  pozwolił  mi  zabić

tego szpiega, Maruka.

Dooku  obrócił  się.  Pozbawiona  jego  uwagi  makabryczna  dłoń  i  ściskana  przez  nią  rękojeść  upadły  z  mokrym

plaśnięciem i brzękiem na podłogę. Hrabia podszedł do okna gabinetu. Kiedy był bardzo młody, Yoda opowiadał
mu tragiczną historię Vjuna, więc przez wiele lat uważał, że to doskonale miejsce na kryjówkę. Planeta emanowała
Ciemną Stroną, co znacznie ułatwiało pojmowanie nauk Sithów. Z praktycznego punktu widzenia katastrofa Vjuna -
plaga nagiego obłędu, która w ciągu jednego roku zniosła większość populacji planety - pozostawiła wiele pięknych
posiadłości,  pustych  i  gotowych  do  wzięcia.  Stary  krab  lubi  wygodną  skorupę,  a  Château  Malreaux  w  istocie  był
niezwykle  wygodnym  miejscem.  Poprzedni  właściciel  postradał  zmysły  w  sposób  tyleż  nagły,  co  spektakularny;
gdyby nie plamy krwi, ktoś mógłby przypuszczać, że Château został zbudowany specjalnie dla Dooku.

Za oknami panowała deszczowa pogoda; ten sam kwaśny deszcz, który omal nie przeżarł dachu, zanim Dooku

się  zajął  posiadłością.  W  oddali,  bliżej  morza,  kilka  powykręcanych  cierniodrzew  wznosiło  ku  żałobnemu  niebu
kolczaste  ramiona,  lecz  prawdziwym  poszyciem  planety  Vjun  były  mchy  -  miękkie,  lepkie,  jadowicie  zielone  i
pasywnie  mięsożerne.  Dwugodzinna  drzemka  na  ich  posłaniu  pozostawiała  zaczerwienioną,  otartą  i  sączącą  się
skórę.

Dooku obserwował deszcz spływający po oknach jak łzy.
- Ostatnio, kiedy widziałem Jang, musiała być... nawet młodsza od ciebie. Ładna, młoda kobieta. Rada wysyłała

ją  w  pierwszą  misję  dyplomatyczną...  zdaje  się,  że  na  Sevarcos.  Przyjechała  spytać  mnie  o  radę.  Miała  niezwykle
oczy, bardzo szare i bardzo spokojne. Pamiętam, jak sobie pomyślałem, że świetnie sobie poradzi.

Ventress podniosła krwawą dłoń i wrzuciła ją do worka.
- Wielka jest moc Sithów, ale nie jesteś zbyt dobrym prorokiem.
-  Tak  myślisz?  -  Dooku  obrócił  głowę,  żeby  spojrzeć  na  morderczynię  Jedi.  -  Jang  służyła,  choć  może  i  złej

sprawie, wiodła ją gwiazda jej zasad, choć niekompletnych. Patrząc na to w ten sposób, czyje życie jest lepsze?

- Przynajmniej może być dłuższe. - Ventress zawiązała foliową torbę i rzuciła w kąt pokoju. - Jeśli pytasz mnie o

zdanie - dodała, obserwując lądowanie torby przy akompaniamencie mokrego mlaśnięcia - zwycięstwo wygląda nie
tak. Oblizała wargi. - Tu masz rację - rzekł.

Asajj nieświadomie przyjęła pozycję, którą Dooku określał jako echo postawy bojowej: wyprostowane ramiona,

wysoko uniesiony agresywny podbródek, dłonie na wysokości pasa. Nadchodzi, pomyślał.

Ventress odetchnęła głęboko. - Uczyń mnie swoją uczennicą.

background image

- To nie pora na... - zaczął Dooku, lecz Ventress przerwała mu w pół słowa.
- Nie jestem tu dla Gildii Kupieckiej ani dla Republiki - rzekła. - Nie obchodzą mnie flagi i żołnierze, strony i

traktaty,  roboty  i  klony.  Nie  jestem  tu  nawet  dla  zabijania,  jeśli  nie  liczyć  Jedi,  a  to  nie  jest  biznes,  tylko
przyjemność.  Kiedy  pracuję  dla  siebie,  robię  to,  co  lubię.  Kiedy  wykonuję  twoje  polecenia,  nie  muszą  one  być
właściwe, rozumne, a nawet mądre. Robię to, ponieważ żądasz tego ode mnie. - Wiem - odparł Dooku.

Ventress zrobiła kilka kroków w kierunku okna i stanęła przed nim, blokując Dooku pole widzenia. - Czy dobrze

służyłam? - Wspaniale - przyznał.

- Wiec nagrodź mnie. Zrób ze mnie swoją uczennicę. Naucz mnie wiedzy Sithów! - Asajj, czy nie nauczyłem cię

wielu innych sekretów?

-  Śmieci.  Drobiazgi.  Pomniejsze  umiejętności.  Nawet  nie  zbliżam  się  do  tego,  co  mógłbyś  mi  pokazać  jako

uczennicy  związanej  przysięgą  krwi.  Wiem,  nie  jestem  głupia  -  rzekła  gniewnie.  Jakby  i  on  o  tym  nie  wiedział.
Jakby  musiała  go  o  tym  przekonywać,  że  była  zabójczo  dobra.  -  Wiele  nauczyłam  się  na  temat  Sithów.  Ich
pochodzenia  i  wielkości.  -  A  co  wiesz  o  ich  naturalnej  historii?  -  spytał  Dooku.  Ventress  zamrugała.  -  Co?  -
Sithowie jako gatunek. Jak na przykład... no, owady. Wąskie usta Asajj stały się jeszcze węższe. - Kpisz sobie ze
mnie.

-  Rzadko  bywałem  poważniejszy  -  odparł  hrabia,  podchodząc  do  półki  pełnej  holokronów.  Wybrał  jeden  i

wsunął do kostki komunikacyjnej na biurku. - Popatrz na to: sierpowata modliszka z Dantooine. - W powietrzu nad
biurkiem  rozjarzył  się  obraz,  przedstawiający  lśniącego,  czerwono-czarnego  owada  z  haczykowatymi  kończynami
złożonymi  w  pobożnej  pozie.  -  Po  kopulacji  samica  odrywa  głowę  partnera  i  składa  jaja  w  jego  ciele.  Kiedy
potomstwo się wykluje, wyjada sobie drogę na wolność i od razu rzuca się na siebie wzajemnie.

- Nie znam się na takich porównaniach - niecierpliwie odparła Ventress. - Jeśli chcesz mi coś powiedzieć, zrób

to bez ogródek.

- Z tym przyjmowaniem uczniów to trudna sprawa - rzekł Dooku.
- Prawdziwy lord Sith musi znaleźć ucznia, który ma w sobie silną Moc.
-  Szesnastu  zabitych  Jedi  to  chyba  jakiś  dowód  -  odparła  Ventress.  -  Chociaż  powinno  ich  być  siedemnastu  -

dodała.

-  Ale  czy  ja  naprawdę  chcę  cię  uczynić  tak  silną?  -  zapytał  łagodnie  hrabia.  -  Jest  nam  teraz  ze  sobą  miło  i

sympatycznie, bo znasz swoje miejsce. Gdybym jednak miał uczynić cię, swoją uczennicą, gdybym miał ująć cię za
rękę i poprowadzić w dół, w głąb czarnej wody, którą jest Ciemna Strona Mocy, wtedy albo utoniesz, albo staniesz
się o wiele, wiele silniejsza, a żadna z tych możliwości mi nie odpowiada. Płoniesz teraz tak jasno, nie chciałbym
musieć cię zgasić.

- Dlaczego miałbyś to zrobić? Co masz przeciwko nauczeniu mnie czegoś więcej, abym jeszcze lepiej mogła ci

służyć?

- Zdradziłabyś mnie. - Wzruszył ramionami, ucinając tym samym jej protesty. - Wejście w Ciemną Stronę Mocy

to  nieszczęśliwy  przypadek.  Jestem  stary,  poznałem  już  granice  własnej  ambicji.  Ty  zaś  jesteś  młoda  i  silna,  a  te
dwie cechy w historii Sithów prowadzą tylko w jedno miejsce. - Myślisz, że knułabym przeciwko tobie?

-  Z  początku  nie.  Ale  przyszedłby  taki  dzień,  że  przestałabyś  się  zgadzać  z  moimi  decyzjami.  Zaczęłabyś

myśleć, o ileż piękniej wyglądałby świat bez pokrytej plamami wątrobowymi dłoni nad tobą.

- Już teraz nie zgadzam się z twoją decyzją - rzekła. - A co do Jedi...
-  ...który  powinien  być  numerem  siedemnastym.  Wiem.  -  Dooku  uśmiechnął  się.  -  Nie  mam  twoich  ambicji.

Mogę czekać z zabiciem kogoś i wykorzystać go lepiej. A na razie możesz się ze mną nie zgadzać, ale nie możesz
mnie  nie  posłuchać.  -  Z  leciutkim  uśmiechem  uniósł  jeden  palec.  Pobladła.  -  To  prawda  -  rzekła.  Dooku  opuścił
palec.

Na hologramie małe modliszki roiły się już w ciele ojca. Ślepo macały wokół siebie haczykowatymi czułkami,

aż  wreszcie  jedna,  większa  od  innych,  przekonała  się,  że  sierpy  na  jej  tylnych  łapach  doskonale  pasują  do  szyi
rodzeństwa. Popędzana prymitywnym instynktem szarpnęła i oderwała bratu głowę.

-  W  doskonałym  świecie  -  rzekł  Dooku  -  można  karmić  ucznia  tylko  na  tyle,  aby  rósł...  na  tyle,  żeby  pragnął

coraz  więcej.  Mistrz  może  obiecać  mu  sławę  i  wspaniałość.  To  dobry  haczyk  -  rzekł.  -  Uczeń  może  spełniać
wszelkie życzenia mistrza, być jego łącznikiem ze światem. A wtedy, jeśli plan mistrza zawiedzie, on może przyjąć
na siebie cios. - Dooku podniósł wzrok, spojrzał na nią ostro i uważnie. - Czy to ci się podoba, Asajj? Czy naprawdę
chcesz być moją uczennicą. Mógłbym zrobić z ciebie kobietę, przed którą drżałaby cała galaktyka. Wszyscy Jedi by
cię szukali, a ja siedziałbym bezpieczny i zdrowy na Coruscant, czekając na rozwój wydarzeń. Asajj oblizała wargi.
- Niech tylko tu przyjdą - syknęła.

-  Ach,  być  tak  młodym  i  pełnym  nienawiści!  -  westchnął  Dooku.  -  Byłabyś  gwiazdą...  wielką  dla  wszystkich,

oprócz mnie. Ja musiałbym pilnować twojej pokory, wiesz o tym. Musiałbym się z ciebie natrząsać, kłuć cię i ranić,
żebyś pozostała na swoim miejscu. Każdy sekret, który uczeń poznaje, jest drogo opłacany... O tak, drogo... - Hrabia

background image

zamilkł  i  przymknął  oczy,  jakby  chciał  się  odciąć  od  jakichś  straszliwych  wspomnień.  Asajj  spojrzała  na  niego
zwężonymi oczami. - Uważasz, że nie jestem godna.

- Nie słuchałaś mnie, prawda?
- Nie mówisz nic sensownego - gniewnie odparła Ventress. - Czy to przez tego Jedi, Jaia Maruka? Powinnam

była  go  zabić?  Słuchałam  twoich  rozkazów,  ale  może  na  tym  polegał  test.  -  Zmrużyła  oczy.  -  Powinnam  była
wykazać  więcej  inicjatywy.  Na  to  czekałeś,  tak?  Nie  potrzebujesz...  pachołka.  Tych  masz  aż  nadto.  Potrzebujesz
czegoś więcej. Hrabia obserwował ją w zadumie.

- Dziwne jest znać każdą twoją myśl, zanim ją jeszcze pomyślisz.
- Nawet Ciemna Strona nie może ci dać takiej mocy - odparła Ventress spokojnie. Hrabia uśmiechnął się.
- Mam potężniejszą moc niż Ciemna Strona, maleńka. Jestem stary. Wy, świeże furie, to moje dawne błędy.
Modliszki w obrazie nad biurkiem roiły się i polowały. Wyłączył holokron i spojrzał na monitor.
-  O,  nadlatuje  ostatnia  grupa  naszych  gości.  Istoty  lojalne  i  szczere,  oddane  sprawie  Gildii  Kupieckiej  i

dziesięcioprocentowemu zyskowi. Idź ich powitać, zawsze robisz duże wrażenie na gościach. - Nie spoufalaj się -
zimno odparła Asajj.

Dooku obejrzał się na nią. - Bo co? Jej twarz nagle pobladła.
Dooku uniósł jeden palec i tym razem dźgnął nim powietrze, jakby wpinał igłę w poduszkę. Ventress skuliła się

i padła na kolana.

- Proszę - wykrztusiła głosem bełkotliwym z bólu. - Nie.
- Nieprzyjemne, co? Jak ostre kamienie w gardle i piersi? - Dooku wykonał jeszcze jeden taki gest i Ventress

upadła  na  kamienną  podłogę..  -  Nie  lubię  twoich  naczyń  krwionośnych  -  warknął  hrabia.  -  Tak  się  w  środku
naciągają jak balony, które zaraz mają pęknąć. - P-p-proszę...

-  Ale  wspomnienia  są  gorsze  niż  cokolwiek  innego  -  dodał  ciszej.  -  Tłoczą  się  wokół  jak  muchy  na  mięsie.

Wszystkie  godne  pogardy  sprawy,  każde  drobne  odchylenie,  każdy  złośliwy  czyn.  -  Okrutne,  dziwne  milczenie
przeciągało się. Ventress dyszała ciężko na podłodze. Deszcz łomotał o szyby, a łagodny głos hrabiego stał się nagle
mroczny  i  dziwnie  odległy.  -  Wszystkie  sprawy,  które  powinieneś  był  powstrzymać,  ale  nie  zrobiłeś  tego,  i  nic
nigdy już nie będzie jak dawniej. I to, co uczyniłeś - szepnął w końcu. - Na bezlitosne gwiazdy, to, co uczyniłeś...

Komunikator na biurku Dooku zapiszczał i hrabia poderwał głowę, otrząsając się z transu. - Delegacja Troxan

jest u wejścia.

Ventress  ciężko  dźwignęła  się  na  nogi.  Twarz  miała  posiniaczoną  i  zalaną  łzami.  Oboje  udawali,  że  tego  nie

widzą. - Powiedz im, że zaraz zejdę - polecił hrabia Dooku.

Fizycznie wiek hrabiego nic był problemem. Przy swoich umiejętnościach w posługiwaniu się Mocą - a robił to

nieporównanie  subtelniej,  aniżeli  chłopiec,  który  obserwował  ważki  w  ogrodach  Jedi  wiele  lat  temu  -  nosił  swoje
osiemdziesiąt  trzy  standardowe  lata  lepiej  niż  wielu  ludzi  o  połowę  młodszych.  Wciąż  był  w  znakomitej  formie
fizycznej, miał wyostrzone zmysły, a jego organizm nie wiedział nawet co to katar.

Tylko  w  takich  sytuacjach,  pochylony  przed  podobizną  mistrza,  uświadamiał  sobie  ciężar  swoich  lat.  Nawet

poprzez hologram migocząca postać Dartha Sidiousa, w upiornym niebieskim kolorze, wydawała się odbierać mu
fałszywą  młodość,  pozostawiając  jedynie  kruche  kości  i  sterane,  przykurczona  napięciem  stawy.  -  Masz  u  siebie
posłańców z Troxana - rzekł mistrz. Skąd wiedział? Dooku nawet nie pytał. Zawsze wiedział.

- Rozważają kapitulację - poinformował Dooku. - A mówili, że zaplanowali opór i że są gotowi do powstania,

kiedy żołnierze-klony się wycofają.

- Nie! - warknęła mżąca błękitem postać. - Już i tak zanadto uszkodzili planetę, aby warto ją było ratować. Teraz

nadaje się tylko do marnotrawienia wojsk i zapasów. Powiedzcie im, że muszą dalej walczyć. Obiecaj im posiłki.
Powiedz,  że  wyprowadzasz  nową  flotę  nowoczesnych  robotów  bojowych  i  w  ciągu  miesiąca  przejmiesz  system,
jeśli  tylko  oni  wytrwają.  Wyjaśnij,  że  taka  broń  nie  może  znaleźć  się  w  rękach  tych,  którzy  się  poddają.  -  A  jeśli
minie miesiąc i nie będzie posiłków?

- Pomoc przyjdzie najpóźniej w ciągu kolejnego miesiąca. Obiecaj im to i spraw, żeby uwierzyli. Pokazałem ci,

jak to się robi.

- Rozumiem - rzekł hrabia Dooku. Jak łatwo przychodzi nam zdradzać innych, pomyślał. Zakapturzona postać

przechyliła głowę. - Czyżbyś miał atak wyrzutów sumienia, mój uczniu?

- Nie, mistrzu - spojrzał w oczy odrażającej zakapturzonej postaci - To ich własna zachłanność przywiodła ich

do ciebie. W głębi serca zawsze wiedzieli, w co się wplątują.

Château Malreaux pełen był oczu.
Spektakularny system bezpieczeństwa zainstalowany przez siedemnastego (i ostatniego) wicehrabiego Malreaux

w ostatnim stadium popadania w obłęd był jedną z przyczyn, dla których Dooku wybrał ten dom na swoją obecną
siedzibę.  Cała  posiadłość  była  dosłownie  wysadzana  rejestratorami  optycznymi,  udającymi  gwoździe  tapicerskie,
główki śrub w meblach kuchennych, tabletki przeciwbólowe w apteczkach i czarne oczka ptaków na gobelinach w

background image

Komnacie  Płaczu.  Najnowocześniejsze  czujniki  podczerwieni,  w  oryginale  służące  jako  protezy  dla  Sluissan  o
uszkodzonych językach, wkomponowane były w kremowo-szkarłatne herbowe dywany, pościel i nakrycia stołowe
Malreaux. Wielkim nakładem  kosztów zbudowano fałszywe  ściany, wyposażając budynek  w mnóstwo sekretnych
przejść z judaszami. Mikrofony gnieździły się jak pająki w szufladach i bieliźniarkach, pod każdym łóżkiem, pod
dachem każdego z jedenastu kominków, a nawet na dnie bezcennej butelki wina Crčme D'Infame w piwnicy.

Siedemnasty  (i  ostatni)  wicehrabia  Malreaux,  przekonany,  że  go  trują,  wymordował  cały  personel  kuchenny  i

uciekł  w  labirynt  tajnych  tuneli,  wychodząc  jedynie  nocą.  Po  raz  ostatni  widziany  był  w  niewyraźnym  obrazie  z
kamery  ukrytej  w  fałszywej  cebuli  zwisającej  w  koszyku  pod  kuchennym  okapem:  trzydziestosekundowy  zapis
przedstawiający chudą jak szkielet postać wypełzającą z ukrytej kraty do kuchni, aby wypić dwa łyki wody z kranu i
przeżuć garść surowej mąki.

Gdyby nie smród, nikt nigdy nie odnalazłby ciała siedemnastego (i ostatniego z rodu) lorda Malreaux.
Ktoś  ukryty  w  tajnym  przejściu  biegnącym  ponad  gabinetem  mógłby  obserwować  cała  rozmowę  pomiędzy

Dooku  a  Asajj  Ventress  przez  niewielki  otwór  w  suficie.  Gdyby  osoba  ta  była  cierpliwa  i  doczekała,  aż  Asajj
Ventress wyjdzie, ujrzałaby holograficzny obraz Dartha Sidiousa.

A gdyby jeszcze odczekała dłuższą chwilę po tym, jak Dooku opuścił komnatę, mogłaby zobaczyć odchylającą

się nieoczekiwanie ścianę regału, zza której wyłania się mała, szybka i zła istota - vjuński lisek o rudo-kremowym
futrze i zręcznych, giętkich dłoniach zamiast łapek.

Lisek chwilę powęszył i ostrożnie skierował się ku środkowi pokoju, najpierw niepewnie, potem coraz śmielej,

aż reszcie dotarł do miejsca, gdzie niedawno leżała odcięta dłoń Jang Li-Li.

Podłoga  wyłożona  była  we  wzór  szachownicy  Malreaux  -  rdzawo-szkarłatną  i  kremową,  jak  krew  i  zsiadłe

mleko. Ręka, spadając z mokrym plaśnięciem na jedną z brudnokremowych płytek, pozostawili na niej plamę. Lisek
węszył, a cienki różowy języczek zwisał mu z pyszczka.

-  Jeszcze  nie,  kochanie.  -  Zza  tajnych  drzwi  wykuśtykała  starsza,  zadyszana  kobieta.  Miała  na  sobie  resztki

niegdyś  pięknego  stroju:  różowa  balowa  suknia  była  czarna  od  brudu  na  lamowanych  obrębach,  na  podartych
pończochach ledwo się trzymały marne strzępy pantofelków ze złotej lamy. Wokół szyi kobieta nosiła futrzaną etolę
z  powiązanych  lisich  ogonów.  -  Czekaj  no  chwilkę.  Mamusia  tylko  sobie  popatrzy.  -  Zgięła  potężną  postać  i
stękając zbliżyła twarz do podłogi. Nagle jęknęła.

- O, mój skarbie - wyszeptała. Pochyliła się jeszcze mocniej, jeszcze uważniej spojrzała na plamę, a jej oczka,

małe i twarde jak kamyki, stały się nagle mokre i lśniące.

-  Och  -  jęknęła.  Ukucnęła  i  zaczęła  się  kołysać  w  tył  i  w  przód.  -  Och,  och,  och!  Lisek  spoglądał  na  nią

spokojnie.

Staruszka zerknęła na niego z wyrazem tak dzikiego tryumfu, że lisek się cofnął, obnażając ostre jak igły żółte

kły.

- O, to naprawdę wielki dzień dla mamusi, mój słodziutki! Czekałam na niego tak strasznie długo! - szepnęła,

wpatrując się w lisie oczy. - Widzisz, skarbeńku? Czujesz to? Dziecię wraca do domu!

Wstała. Z emocji dygotały jej tłuste pośladki i grube ramiona.
-  Czas  się  przygotować  -  wymamrotała.  -  Posprzątać  pokój  Dziecięcia.  Pościelić  mu  łóżeczko.  Szybko

pokuśtykała z powrotem do tajnego przejścia.

Lisek czekał z nastawionymi uszami, dopóki nie przebrzmiały ostatnie odgłosy jej mamrotania. Dopiero wtedy

pochylił łebek nad splamiona podłogą i długim, różowym języczkiem wylizał ją do czysta.

Spotkanie hrabiego Dooku z delegacją troxańską poszło świetnie. Uczynił sobie z niego zimną i wyrachowaną

grę, sprawdzając, ile wystarczy powiedzieć, żeby goście zaczęli kłamać za niego.

- W produkcji są już nowe roboty bojowe - wyjaśnił. I to wystarczyło, tamci sami dokonali reszty.
- Z pewnością wyślecie je do naszego kwadrantu - rzekł podpalatyn do spraw relacji narodowych.
- Przecież jesteśmy kluczem do całego regionu - dodał jego asystent.
- Oczywiście, rozumiecie nasze potrzeby - powiedział inny.
- Jakie inne planety walczyły tak dzielnie dla sprawy? - spytał czwarty.
Każde z tych pobożnych życzeń podkreślane było przez Dooku uśmiechem i lekkim dotknięciem poprzez Moc,

będącym  jak  pieczęć  przyłożona  do  ciepłego  wosku;  to  pogłębiało  przekonanie  członków  delegacji.  W  istocie
użycie  Mocy  było  prawie  niepotrzebne.  Który  człowiek  -  czy  nawet  Troxanin  -  mógłby  uwierzyć,  że  każdym
słowem,  każdą  wypowiedzią  zdradza  tysiące  swoich  towarzyszy  i  skazuje  ich  na  śmierć,  skoro  może  się  czuć  jak
bohater? I tyle, jeśli chodzi o potrzebę Czynienia Dobra, pomyślał Dooku. Kolejna iluzja do oślepienia stworzeń w
mrocznym świecie, gdzie tylko Ciemna Strona jarzy się z gorzką jasnością. Czym jesteśmy, Dooku?

Jesteśmy samotni. Samotni. Samotni.
Obserwowanie Troxan kręcących sobie stryczek na własną szyję było mało interesującym sportem, zbyt łatwym,

aby  sprawiał  przyjemność.  Dooku  chciał  jak  najszybciej  dokończyć  spotkanie  i  odesłać  gości  do  rzeźni.  -  Coś

background image

jeszcze? - zapytał. Delegaci spojrzeli po sobie.

-  Cóż,  wystąpił  jeszcze  jeden  interesujący  incydent  -  rzekł  podpalatyn,  potężny  Troxanin  w  średnim  wieku,  z

bulwiastym nosem i fioletowymi skrzelami. - Jak pan może wie, zostałem zaszczycony tytułem pierwszego legata
dyplomatycznego i wysłany na drugą rundę rozmów z negocjatorami Republiki. Oczywiście, nic z tego nie wyszło...
senat nawet przestał udawać, że debatuje, już tylko grozi i krzyczy. - Niedbale powachlował skrzelami szyjnymi. -
To  właściwie  nie  zmienia  sytuacji,  jak  to  wspomniałem  komisji  senackiej  wiele  lat  temu,  zanim  zaczęliśmy
wyczuwać wrogość... - A ten interesujący incydent? - niecierpliwie przerwał mu Dooku. Zdenerwowany podpalatyn
wciągnął policzki.

-  Właśnie  do  tego  zmierzałem.  Pod  koniec  sesji  podeszła  do  mnie  senator  Amidala  z  Naboo,  która  poprosiła,

żeby coś panu przekazać. - Nerwowymi, pulchnymi dłońmi wyjął małe pudełko oznaczone pieczęcią Jedi. - Proszę,
mi  wierzyć,  podjęliśmy  wszelkie  środki  ostrożności,  zastosowaliśmy  najnowocześniejsze  metody  skanowania...  -
Myśleliśmy, że to bomba - wyrwało się jego asystentowi. - Albo podsłuch - powiedział drugi.

- Proszę mi wierzyć, dla nas pańskie bezpieczeństwo było najważniejsze, oczywiście...
Dooku  wziął  pudełko  do  ręki.  Ze  zdumieniem  stwierdził,  że  dłonie  mu  drżą.  Dziwne.  Był  niemal  tak  samo

zdumiony jak Ventress, kiedy kazał jej oszczędzać tamtego Jedi, Jaia Maruka. Odesłanie go było nagłym kaprysem,
jak to później wyjaśniał Sidiousowi, haczykiem z przynętą, z różową, wijącą się dżdżownicą starego wspomnienia.

Darth Sidious obrzucił go wtedy dziwnym spojrzeniem, które objęło go niczym płomień gorączki i osłabiło od

wewnątrz. - Wciąż jeszcze go kochasz? - zapytał mistrz.

Dooku roześmiał się, żeby ukryć zmieszanie.
- To idiotyczny pomysł - zaprotestował.
-  Idiotyczny?  -  spytał  mistrz  tym  swoim  miękkim,  przerażającym  głosem.  -  Nie  sądzę  -  dodał,  a  jego  słowa

lepiły się słodyczą jak zatruty miód. - Dobry uczeń zawsze kocha swojego nauczyciela.

Rozmowa  z  Sidiousem  zawsze  stanowiła  ryzyko.  Czasem  szła  w  niewłaściwym  kierunku  i  Dooku  nie  był  w

stanie usatysfakcjonować mistrza. To było bardzo, bardzo przykre.

Pokręcił  głową.  To  tylko  lęki  słabeusza.  Gdyby  Yoda  istotnie  dał  się  złapać  na  jego  przynętę,  gdyby...  cóż  to

byłby za dar dla Sidiousa, ten dziewięćsetletni starzec! Ten cherlawy, stary, połamany Jedi siedział w Republice jak
korek; trzeba go wyciągnąć, a wtedy pyk! Ciemna Strona wyleje się strumieniem. Wtedy mistrz przekona się, jak
lojalnym sługą jest Dooku.

Chwycił pudełko. Wciąż czuł pozostały na krawędziach dotyk Yody jak odległe echo. Jego umysł odnalazł żywe

wspomnienie ostatniego spotkania na Geonosis - z dobytymi mieczami, choć raz równi sobie. Jaki to słodki i gorzki
zarazem moment - ujrzeć znowu Yodę i stać się jego godnym przeciwnikiem, a nawet lepszym... inaczej niż to sobie
wyobrażał. Cóż, poszli każdy w swoją stronę: Yoda miał nowych Jedi pod opieką - Kenobiego, a co gorsza, również
młodego Skywalkera.

O,  tak,  i  czy  nie  wszyscy  na  niego  właśnie  zwracali  uwagę?  Nawet  Darth  Sidious  z  lekkim  błyskiem  w  oku

mówił, że chłopiec jest silny Mocą.

-  To  tylko  pionek  w  tej  grze  -  tłumaczył  mistrz,  lecz  Dooku  wciąż  czuł  ukłucie  zazdrości,  kiedy  Sidious

wymawiał to imię. - Skywalker, tak... Moc jest w nim silna... Ten sam Anakin Skywalker, który, jak się dowiedział
niedawno,  zabił  klona  hrabiego  Dooku  na  Serenno.  Biedny,  głupi  klon.  Jeszcze  jeden  odmieniec,  jeszcze  jeden
Dooku opuszczony przez swoją rodzinę, pozostawiony na pastwę jakiegoś zarozumiałego rzeźnika Jedi w imieniu
skorumpowanej Republiki.

Dooku podejrzewał, że gdyby nie był tak stary i mądry, prawdopodobnie znienawidziłby Anakina Skywalkera.

Przynajmniej trochę.

Ostrożnie podważył zamkniecie pudełka. Dziwne, że ręce wciąż mu tak drżą.
Podpalatyn z Biura Obrony Patriotycznej zajrzał mu przez ramię.
- Sprawdziliśmy to bardzo dokładnie - rzekł dyplomata, ze zdumieniem łopocząc skrzelami - Ale wszyscy nasi

eksperci zgadzają się, że to zwykła woskowa świeca.

 

background image

R O Z D Z I A Ł 2

 
 

Na  szczycie  zniszczonego  wieżowca  w  dzielnicy  Świątyni  na  Coruscant  dwa  roboty  grały  w  dejarika.

Przesuwały  piony  z  oślepiającą  szybkością  i  precyzją;  ich  palce  opadały  i  podnosiły  się  jak  igły  maszyny
szwalniczej przebijające się przez warstwy materii.

Oba roboty były identycznie zbudowane, humanoidalne i wysokie, ale tu kończyło się ich podobieństwo, jak u

bliźniaków  rozdzielonych  po  urodzeniu  -  jeden  mieszkający  w  pałacu,  a  drugi  skazany  na  wygnanie,  na  życie
resztkami  w  mrocznych  alejkach  i  rynsztokach.  Pierwszy  robot  miał  starannie  wymalowaną  ozdobną  liberię,
kremową  ze  szkarłatnymi  wypustkami,  krwawo-kremowe  barwy  powtarzały  się  jeszcze  na  tarczy  na  piersi.
Czerwień  była  dość  jasna  i  miała  brązowy  odcień,  jak  lisie  futro  łub  zaschła  krew.  Kremowy  kolor  był  pożółkły;
wzornik kolorów w sklepie, gdzie robot po raz ostatni poprawiał powłokę, nazwał ten odcień „zwierzęcy ząb".

Robot-wyrzutek  dawno  już  starł  swoją  powłokę  do  nagiego  metalu  i  nigdy  nie  został  pomalowany  na  nowo.

Jogo porysowane oblicze było szare i powgniatane, jakby od niezliczonych lat ciężkiej służby. Na chwilę przestał
grać  i  rozejrzał  się  po  deszczowym  krajobrazie.  Bardzo  się  pilnował,  aby  co  noc  starannie  szorować  rdzę,  ale
korozja  i  tak  zaczynała  już  zżerać  jego  przeguby  i  czaiła  się  w  zagłębieniach  zadrapań.  Twarz  miała  dziurki  w
miejscach, gdzie zaatakowała ją rdza, następnie bezlitośnie starta.

Roboty  siedziały  na  krawędzi  dachu.  Ten  porysowany  nie  odrywał  receptorów  od  gry,  ale  jego  bogato

pomalowany partner nieustannie podnosił wzrok, rozglądając się po kanionach między budynkami, śledząc ruchome
chodniki  i  nieustanny  szum  strumieni  pojazdów  latających,  a  potem  kierował  wzrok  dalej,  w  kierunku  szerokiego
wejścia j wysokiej wieży Świątyni Jedi.

Oczywiście  z  tego  niewielkiego  tarasu  trudno  było  zaobserwować  cokolwiek.  Na  taką  odległość  i  poprzez

padający  deszcz  ktoś  musiałby  mieć  oczy  Horansi,  aby  zauważyć  niedbale  odzianą  postać,  brnącą  przez  kałuże  w
kierunku  drzwi  frontowych.  Za  to  by  stwierdzić,  że  postacią  tą  jest  wściekły  Troxanin  niosący  dziwacznie
wyglądającą  tekę  dyplomatyczną,  potrzeba  by  było  czegoś  więcej  niż  tylko  biologicznego  widzenia:  raczej
przydałaby się legendarna lornetka snajperska Tau/Zeiss - z siatką w postaci trawionej transpastali lub neuralnego
implantu  dostępną  na  żądanie  -  charakteryzująca  się  doskonałą  stabilnością  nastaw  przy  zmianach  ogniskowej  od
X1 do X100, której nie dorównała żadna inna firma w ciągu ostatnich czterystu standardowych lat, odkąd zamknięto
ostatnią  linię  produkcyjną  T/Z.  Kremowo-szkarłatny  robot  znieruchomiał  z  palcami  nad  szachownicą.  Kilka
kilometrów dalej, za falującą kurtyną deszczu, troxański dyplomata sprzeczał się z młodym Jedi stojącym na straży
bram  Świątyni.  Ostatecznie  pakiet  zmienił  właściciela.  -  Co  robisz?  -  zapytał  szary,  poobijany  partner  czerwono-
kremowego  eleganta.  Dyplomata  z  pluskiem  pomaszerował  przez  kałuże  do  oczekującego  pojazdu.  Młodzieniec
znikł w Świątyni.

Palce robota w liberii zgięły się wokół holograficznego wojownika na okrągłej planszy gry. Przesunął pionek. -

Czekam - rzekł.

Ksenoetnologowie  z  Coruscant  oceniali  liczbę  rozumnych  gatunków  we  wszechświecie  na  jakieś  dwadzieścia

milionów,  z  możliwymi  odchyłkami  na  plus  lub  minus,  w  zależności  od  tego,  co  kryło  się  pod  określeniem
„rozumny"  w  danym  okresie.  Na  przykład  można  by  się  zastanawiać,  czy  Bivalva  contemplativa,  czyli  tak  zwane
myślące małże z Periliksa, naprawdę są „myślące" w zwykłym znaczeniu, czy też ich wielopokoleniowe semafory
odzwierciedlają  nie  tyle  konwersację,  co  strukturę  ula.  W  sumie  jednak  dwadzieścia  milionów  to  ogólnie  przyjęta
liczba.

Obserwator  i  znawca  tych  dwudziestu  milionów,  mniej  więcej  w  trzydzieści  miesięcy  po  bitwie  na  Geonosis,

patrząc na mistrzynię Jedi Maks Leem, która uniosła kraj szaty i pędziła korytarzem Świątyni Jedi, mógłby się nie
zgodzić,  że  trójokie  oblicza  koźlogłowych  Granów  były  szczególnie  przystosowane  do  wyrażania  troski.  Trzy
krzaczaste brwi nad niespokojnymi ślepiami mistrzyni Leem były mocno zmarszczone. Miała długą, wąską nawet
jak  na  Grankę  szczękę  i  tendencję  do  zgrzytania  zębami  w  chwilach  niepokoju  lub  zdenerwowania  -  niemiła
spuścizna z okresu, kiedy Granowie byli jeszcze przeżuwaczami.

Mistrzyni  Leem  nie  miała  na  ogół  nerwowego  usposobienia.  Była  łagodna,  matronowata,  spokojna  i

kompetentna,  lubiana  przez  młodszych  akolitów  i  niezmiernie  trudno  było  ją  wyprowadzić  z  równowagi.  Mace
Windu  lub  Anakin  Skywalker  mogliby  się  źle  czuć  w  tak  niezmiennie  defensywnej  postawie,  lecz  nie  ona.
Granowie byli ludem zorientowanym na społeczność i życie w grupie, a Maks Leem chętnie poświęciła się służbie
pokojowi.  I  nie  podobało  jej  się,  że  ostatnimi  czasy  powoli,  lecz  nieuchronnie,  ku  jej  wielkiemu  oburzeniu  Jedi
przemieniali się w żołnierzy. Uważała, że wojna domowa w Republice to najgorsza rzecz, jaka może się wydarzyć.
A  potem  przyszła  rzeź  na  Geonosis,  która  pochłonęła  w  ciągu  jednego  dnia  cały  kwiat  pokolenia  Jedi.  Rozbłyski
strumieni  plazmy,  smak  piasku  w  ustach,  wycie  i  wrzask  robotów  bojowych  -  wszystko  to  wydawało  się  teraz

background image

koszmarem,  niewyraźną  plamą  cierpienia  i  rozpaczy.  Straciła  dwanaście  towarzyszek,  wszystkie  bliższe  jej  niż
siostry. To bardziej przybliżyło jej wojnę niż jakiekolwiek wiadomości.

W  drodze  powrotnej  na  Coruscant  mistrz  Yoda  mówił  o  uzdrawianiu  i  leczeniu,  lecz  dla  Maks  Leem  ostatnie

miesiące były bardzo, bardzo ciężkie. Łatwiej jej było poradzić sobie ze wspomnieniami z bitwy, niż pogodzić się ze
straszliwą  pustką  panującą  w  Świątyni.  Czterdzieści  zajętych  miejsc  w  jadalni  przewidzianej  na  setkę.  Zachodni
blok kuchenny świecący pustką. Rytm życia Świątyni na zawsze zburzony brakiem czasu - koniec z ogrodnictwem,
ręcznym szyciem szat, koniec z grami. Teraz tylko walka wręcz, szkolenie taktyczne małych oddziałów, ćwiczenia
w  infiltracji  wojsk;  posiłki  przygotowywane  pospiesznie  ze  składników  kupionych  w  mieście,  dwunasto-  i
czternastoletnie dzieci nagle zainteresowane transmisjami, biegające jako kurierzy albo wyszukujące plany dawnych
bitew.

Dzieci  były  największym  zmartwieniem  Leem.  Świątynia  pozbawiona  była  prawie  dorosłych  mieszkańców:

wyglądała  jak  szkoła,  z  której  uciekli  nauczyciele.  Nagle  osieroceni  podawani,  akolici,  dla  których  nie  starczyło
mistrzów, i wciąż za dużo odpowiedzialności. Maks Leem obawiała się o nich. Wprawdzie Yoda i inni nauczyciele
usiłowali  wpoić  im  starodawne  cnoty  Jedi,  lecz  to  pokolenie  musiało  pozostać  napiętnowane  wojną.  Jakby  byli
pojeni zatrutym mlekiem, myślała mistrzyni. Po raz pierwszy od czasu Wojny Sithów całe pokolenie rycerzy Jedi
wyrosło  w  Mocy  otoczonej  Ciemną  Stroną.  Uczyli  się  czuć  sercami,  które  stary  się  zbyt  stare  i  zbyt  twarde.
Nastąpiło  to  za  wcześnie.  Właśnie  jedno  z  tych  dzieci,  łagodny,  pełen  wdzięku  chłopiec  imieniem  Whie,  którego
sama  wybrała  sobie  za  padawana,  wezwał  ją  do  bram  Świątyni.  Maks  po  przyjściu  zastała  chłopca  całkiem
spokojnie  -  jak  zwykle  -  przyjmującego  nawałnicę  wyrzutów,  jakimi  zasypywał  go  pompatyczny,  władczy  i
wściekły dyplomata troxański, który nie mógł uwierzyć, że zwykły chłopiec broni mu wstępu do Świątyni. Ta istota
o purpurowym obliczu, okolonym wibrującymi skrzelami, twierdziła, że ma przesyłkę, którą powinna natychmiast
dostarczyć osobiście mistrzowi Yodzie.

Maks  natychmiast  przyszła  Whie  z  pomocą,  wykorzystując  Moc  w  sposób,  który  przychodził  jej  całkiem

naturalnie, a mianowicie łagodząc nastrój Troxanina, dopóki jego skrzela nie ułożyły się spokojnie i nie przybrały
różowego koloru. Obiecała mu przy tym, że osobiście dostarczy pakiet mistrzowi Yodzie. Whie mógł zresztą zrobić
to samo. Moc była w nim bardzo silna, lecz padawanom nie pozwalano wykorzystywać ich zdolności przy każdej
okazji.  Chłopiec  był  od  początku  bardzo  utalentowany,  lecz  może  właśnie  dlatego  szczególnie  starannie  unikał
wykorzystywania  swoich  zdolności.  Whie  podał  mistrzyni  pakiet.  Była  to  dobrze  zabezpieczona  koperta
dyplomatyczna, zwykle używana na Światach Gildii Kupieckiej. Składała się z siatki plecionej z metaceramicznych
i  obliczeniowych  monowłókien  i  stanowiła  połączenie  pojemnika  i  komputera,  którego  powierzchnią  był
wyświetlacz. Większość tej powierzchni pokrywały teraz litery - ten sam komunikat podany w języku troxańskim i
basicu.  Z  ŁASKI  TROXAR  BIURO  RZECZNIKA  DYPLOMATYCZNEGO  PILNA  PRZESYŁKA  ŚCIŚLE
TAJNA KORESPONDENCJA DLA YODY

WIELKIEGO  MISTRZA  ZAKONU  JEDI  &  ATTACHE  WOJSKOWEGO  WIELKIEGO  KANCLERZA

SENATU  GALAKTYCZNEGO  UWAGA!  TYLKO  DLA  WYMIENIONYCH  ODBIORCÓW  Koperta
dyplomatyczna jest włączona i aktywna.

Bez pozytywnego wyniku identyfikacji zawartość zostanie zniszczona plazmą przy próbie otwarcia.
Koperta  falowała  pod  palcami  Maks.  Nie  było  to  nieprzyjemne.  Monowłókna  obliczeniowe  poruszały  się  i

przesuwały pod jej dotknięciem, aż objęły przylgi palców. Przypominało to stanie na brzegu morza, kiedy to kolejne
fale powoli wymywają piasek spod palców stóp. Na powierzchni pakietu ukazała się krótka topograficzna mapa jej
odcisków  palców.  Inny  fragment  opakowania  zmienił  się  w  małą  lustrzaną  powierzchnię  z  ideogramem  oka,  co
wyraźnie wskazywało jej zastosowanie. Mistrzyni Leem zamrugała na widok własnego odbicia, po czym mrugnęła
drugi raz, kiedy pakiet rozbłysnął na chwilę światłem.

WZORZEC SKRZELI :NIE DOTYCZY
IDENTYFIKACJA ODCISKÓW PALCÓW :NEGATYWNA
SKAN SIATKÓWKI: :NEGATYWNY
OBECNY  POSIADACZ  NIE  MOŻE  ZOSTAĆ  ZIDENTYFIKOWANY  JAKO  WSKAZANY  ADRESAT  I

ODBIORCA PILNEJ PRZESYŁKI BIURA RZECZNIKA DYPLOMATYCZNEGO. UWAGA!

ZAWARTOŚĆ  ZOSTANIE  ZNISZCZONA  PLAZMĄ  PRZY  PRÓBIE  OTWARCIA!  Maks  i  jej  padawan

wymienili spojrzenia.

- Lepiej tego nie upuść - rzekł chłopiec ze śmiertelnie poważną miną. Maks wzniosła oczy, co przydało wyrazu

jej trójokiej twarzy Granki, i zawróciła do Świątyni w poszukiwaniu mistrza Yody.

Znalazła  go  w  Komnacie  Tysiąca  Fontann.  Siedział  na  kamieniu  z  czarnego  wapienia,  który  sterczał  z

niewielkiego jeziorka. Podchodząc do niego z tyłu, zdziwiła się, jaki wydaje się mały w tej pozycji, jaki niezgrabny i
przygarbiony  w  tej  swojej  zniszczonej  szacie.  Niczym  żałosna  ropucha  bagienna,  pomyślała.  W  dawnych  czasach
natychmiast  stłumiłaby  w  sobie  tę  myśl,  zszokowana  własną  impertynencją.  Z  wiekiem  jednak  nauczyła  się

background image

traktować  takie  wybryki  z  pewnym  dystansem  i  niejakim  rozbawieniem.  Cóż  za  dziwną,  niezwykłą  i  niepokorną
istotą  jest  umysł!  Nawet  umysł  Jedi.  Istotnie,  z  tą  wielką,  okrągłą  zieloną  głową  i  kłapciastymi  uszami  Yoda
wyglądał dokładnie jak smutna bagienna ropucha.

A  potem  obrócił  się  i  uśmiechnął  do  niej,  a  mistrzyni  nawet  poprzez  grube  pajęczyny  zmęczenia  i  smutku

wyczuła głębokie, niewyczerpane źródło radości, jakie w nim tryskało tysiącem fontann. Było tak jakby przelewała
się przez niego świetlista, żywa Moc.

Krzaczaste brwi nad trojgiem ciepłych brązowych oczu mistrzyni Leem złagodniały, a zęby przestały zgrzytać.

Podeszła  na  skraj  jeziorka,  łagodnie  odsuwając  z  drogi  pióropusze  paproci.  Otaczał  ją  dźwięk  płynącej  wody,
przetaczającej  się  po  kamyczkach,  bulgoczącej  wśród  skał  i  skapującej  do  małych  stawików;  z  drugiej  strony
komnaty  dochodził  głośny  szum  wodospadu.  -  Mistrzu,  wiedziałam,  że  cię  tu  znajdę.  -  Zewnętrzne  ogrody  wolę,
osobiście.

- Wiem, ale nie są tak blisko sali Rady Jedi jak ten.
Uśmiechnął się ze znużeniem.
- Prawdę powiadasz. - Jego uszy, które na jej widok uniosły się lekko, teraz opadły znowu. - Spotkania i jeszcze

raz spotkania. Smutne, poważne gadanie. Wojna, wojna, zawsze wojna. - Pomachał trójpalczastą dłonią, zataczając
nią krąg po komnacie. - Wielkiej urody to miejsce jest. A jednak... stworzone przez nas zostało. Zmęczony jestem...
tworzeniem. Gdzie czas na to, żeby żyć, Maks Leem? - Gdzieś z dala od Coruscant - odparła uczciwie. Stary mistrz
skinął głową z wysiłkiem.

- Większą masz rację, niż myślisz. Nieraz mi się wydaje, że Świątynię z dala od Coruscant przenieść należy.
Mistrzyni Leem otworzyła usta. Żartowała tylko, ale Yoda wydawał się zupełnie poważny.
- Tylko na planecie takiej jak Coruscant, gdzie wycięto lasy, zrównano góry, strumieniom nakazano inny bieg.

Moc  tak  niejasna  stać  się  mogła.  Maks  zamrugała  trojgiem  oczu  naraz.  -  Gdzie  przeniósłbyś  Świątynię?  Yoda
wzruszył ramionami.

- Gdzieś, gdzie jest mokro. Gdzieś, gdzie jest dziko. Nie ma tyle techniki. Nie ma tylu maszyn. - Wyprostował

się i pociągnął nosem. - Dobrze! Zdecydowane zostało! Przeniesiemy Świątynię natychmiast. Ty się tym zajmiesz.
Znajdź nam nowy dom i zgłoś się jutro. Zęby mistrzyni Leem znów zazgrzytały.

-  Żartujesz,  mistrzu!  Nie  możemy  teraz  zrobić  czegoś  podobnego,  nie  w  środku  wojny!  Kogo  mamy  znaleźć,

żeby... - Urwała i troje rozszerzonych oczu zwęziło się nagle. - Dworujesz sobie ze mnie. Stary gnom zachichotał.

Miała  wielką  ochotę  rzucić  trojańskim  pakietem  w  tę  roześmianą  twarz,  ale  przypomniała  sobie  te  wszystkie

przerażające napisy i czym prędzej podała ją adresatowi. - Obiecałam, że ci to przekażę.

- Yoda z niesmakiem zmarszczył nos. Podkasał kraj szaty i z pluskiem ześliznął się ze skały. W końcu był to

wewnętrzny  ogród  w  pobliżu  potężnej,  sztucznej  iglicy  i  woda  sięgała  mu  tylko  do  pół  łydki.  Wyszedł  na  brzeg  i
wziął  pakiet  do  ręki.  Na  czole  pojawiły  się  zmarszczki,  a  uszy  zwinęły  się  z  zaskoczenia,  kiedy  Pilna  Przesyłka
pobierała jego odciski palców.

IDENTYFIKACJA ODCISKÓW PALCÓW: POZYTYWNA
Na pakiecie znów pojawiła się lustrzana powierzchnia. Yoda pokazał jej język i zrobił głupią minę.
SKAN SIATKÓWKI: NIEOKREŚLONY
PROSZĘ PRZYSTAWIĆ TWARZ ODBIORCY LUB INNY RÓWNOWAŻNY INTERFEJS KOMUNIKACJI

BEZPOŚREDNIEJ DO ZWIERCIADLANEJ POWIERZCHNI. - Maszyny - burknął Yoda.

SKAN SIATKÓWKI: POZYTYWNY
OBECNY  POSIADACZ  ZOSTAŁ  ZIDENTYFIKOWANY  JAKO  WSKAZANY  ADRESAT  PILNEJ

PRZESYŁKI BIURA RZECZNIKA DYPLOMATYCZNEGO. SAMOZNISZCZENIE WYŁĄCZONE.

Wokół  krawędzi  pakietu  pojawiła  się  mikroperforacja  i  worek  zwinął  się  w  rulon,  odsłaniając  zwęgloną  i

zniszczoną rękojeść miecza świetlnego Jedi. Grube zielone palce Yody owinęły się wokół niej. Mistrz westchnął. -
Mistrzu? - Jang Li-Li - rzekł. - Tylko tyle zostało z niej.

W ogrodzie woda nadal kapała i szeptała swoje śpiewki.
- O zmarłych myślałem.
- Lista z każdym dniem staje się dłuższa - z goryczą odparła mistrzyni Leem. Myślała teraz o ostatnim spotkaniu

z Jang Li-Li. Niedługo przed jej wyjazdem obie miały dyżur przy obiedzie i razem zeszły do ogrodów, żeby zebrać
jarzyny  na  wieczorny  posiłek.  Pamiętała,  jak  siedziała  na  odwróconym  kubełku,  a  Jang  robiła  miny.  pytając,  czy
użycie Mocy do łuskania antariańskiego groszku to przesada. W kącikach jej migdałowych oczu pojawiły się wtedy
zmarszczki śmiechu.

Twarz Yody, pociemniała w odbiciu, spoglądała na niego surowo z głębiny.
- Niektórzy uważają, że po śmierci można całkowicie połączyć się z Mocą. - Z pewnością wszyscy tak sądzimy,

mistrzu.

- Ach... lecz może jedynym w swoim rodzaju się zostaje. Można zostać sobą.

background image

-  Myślałeś  o  Jang  Li-Li  -  rzekła  Granka  ze  smutnym  uśmiechem.  -  Chciałabym  uwierzyć,  że  jest  bezpieczna,

wolna i śmieje się dalej, lecz nie mogę. Każdy pragnie czegoś po śmierci. Te dłonie i oczy zostały ulepione w swój
kształt przez siły wszechświata, pozostawały w nim przez parę lat, po czym znów zginą. I to musi wystarczyć. Aby
zupełnie wejść w Moc, trzeba się rozpłynąć, niczym miód zmieszany z gorącą stymkafą.

Yoda wzruszył ramionami, patrząc na rękojeść miecza biednej Jang Li-Li.
- Może rację masz. Ale zastanawiam się... - Podniósł kamyczek tkwiący w szczelinie skałki, na której siedział. -

Jeśli wrzucę ten kamyk do wody, co się stanie? - Zatonie. - A przedtem?

- No cóż - odparła mistrzyni Leem, czując, że traci grunt pod nogami. - Kiedy uderzy w wodę, pojawią się kręgi

i zaczną się rozprzestrzeniać. Uszy Yody uniosły się czujnie.

- Tak! Kamyk uderza w wodę, fala niesie się aż...
- Aż do brzegu.
- Właśnie. Lecz czy woda, do której wpada kamyk, jest tą samą wodą, która jako fala dotyka brzegu? - Nie... -

Ale fala jest tą samą falą?

- Sądzisz, że możemy się stać... falami w Mocy, zachowując nasz kształt?
Yoda wzruszył ramionami. - Raz Qui-Gon mówił o tym.
-  Brak  mi  go  -  odparła  smutno  Maks  Leem.  Nigdy  tak  naprawdę  nie  lubiła  Qui-Gona  Jinna;  był  zanadto

porywczy i zbyt łatwo buntował się przeciwko zakonowi, zawsze gotów był narzucać własną wolę dla dobra grupy.
A  jednak  był  człowiekiem  szlachetnym  i  dzielnym,  a  dla  niej  dobrym,  kiedy  była  młoda.  Zwróciła  uwagę  na
zniszczony miecz świetlny Jang.

- Kto go przysłał, mistrzu?
Maks  nie  była  pewna,  czy  Yoda  usłyszał  jej  pytanie.  Przez  długą  chwilę  milczał,  gładząc  rękojeść  grubymi,

pomarszczonymi palcami.

- Masz teraz padawana, mistrzyni Leem? - spytał. Skinęła głową. - Drugiego? - Trzeciego. Pierwszym była Rees

Alrix. Walczy teraz na czele klonów na Sullust. Drugim... drugim był Eremin Tam - dokończyła niechętnie. Eremin
stał  się  wyznawcą  Jeisela,  jednego  z  najbardziej  wygadanych  i  dysydenckich  Jedi,  którzy  wierzyli,  że  Republika
stracili autorytet moralny, a więc nie może panować. Eremin zawsze stawiał opór autorytetom - jej również, kiedy
była jego mistrzynią - lecz miał żelazne zasady. Maks rozumiała jego decyzję usunięcia się z zakonu, lecz jej serce
rozdzierało się na dwoje, kiedy widziała, jak jej własny padawan, którego uczyła przez trzynaście lat aż do statusu
pełnego rycerza Jedi, świadomie opuszcza zakon. Jakby czytając w jej myślach, Yoda zapytał:

- Czy w twoim sercu nowy padawan puste miejsce wypełnia? Maks spąsowiała i odwróciła wzrok.
- Nie wstyd to jest, jak myślę. Uważasz, że związek między mistrzem a padawanem polega tylko na pomaganiu

mu?

Yoda przechylił głowę na bok i spojrzał na nią mądrymi oczami.
- Och, tak pozwalamy im wierzyć, oczywiście. Lecz kiedy przyjdzie dzień, że nawet stary Yoda nie będzie miał

czego się od swoich uczniów nauczyć... wtedy doprawdy, nauczycielem nie powinien być więcej... - Sięgnął w górę
i delikatnie uścisnął jej dłoń, oplatając swoimi trzema palcami jej sześć. - Nie ma daru większego niż hojne serce.

Do oczu mistrzyni Leem napłynęły łzy. Nie próbowała ich powstrzymać.
- Przywiązanie nie przystoi Jedi, wiem, ale...
Yoda  raz  jeszcze  uścisnął  jej  dłoń  i  znów  zajął  się  rękojeścią  miecza.  Na  chwilę  jego  palec  zatrzymał  się  na

małym kawałeczku metalu, zaskakująco czystym i nowym, jakby uniknął eksplozji lub został dodany po niej. Yoda
zmarszczył brwi.

- Ten twój padawan... na wielką galaktykę gotów jest? - zapytał.
- Whie? I tak, i nie - odparła. - Jest młody. Wszyscy oni są tacy młodzi. Moc jest w nim silna. Nie tak silna, jak

w młodym Skywalkerze, lecz niewiele mniej. Między nami mówiąc, lepiej to znosi niż Anakin. Taki spokój, taka
powaga  i  duma...  Doprawdy,  niewiarygodne  u  kogoś  tak  młodego.  -  Doprawdy.  Coś  w  głosie  Yody  przykuło  jej
uwagę.

- Uważasz, że to niemożliwe?
- Myślę, że bardzo się stara - odparł ostrożnie stary mistrz.
Zanim zdążyła zapytać, co to oznacza, rozległ się gong.
-  Och...  moje  lekcje!  -  wykrzyknęła  Maks,  otwartą  dłonią  uderzając  się  w  rogi.  -  Powinnam  teraz  nauczać

nawigacji nadprzestrzennej w Wieży Trzeciej. Yoda wytrzeszczył oczy i lekko zamachał rekami.

-  Wiec  własny  hipernapęd  włączyć  musisz!  -  Patrzył  ze  śmiechem,  jak  wybiega  z  sali  z  podkasanymi  połami

szaty łopoczącymi wokół włochatych kostek, łomocząc ciężkimi butami po podłodze.

Kiedy był już pewien, że jest sam, przycisnął przycisk włączający urządzenie, które kiedyś było mieczem Jang

Li-Li. Tak, jak podejrzewał, zostało zmodyfikowane. Zamiast błękitnego ostrza Jang, z pomrukiem budzącego się
do  życia,  pojawił  się  hologram  -  postać  hrabiego  Dooku  wysokości  dziesięciu  centymetrów,  stojąca  jakby  na

background image

rękojeści  miecza.  Wydawał  się  stary...  o  wiele  starszy  niż  na  Geonosis.  I  zatroskany.  Siedział  przy  eleganckim
biurku, za nim widać było chłostane deszczem okno, a za oknem - smutne szare niebo. Przed nim na biurku leżała
świeca, którą przysłał mu Yoda. - Powinniśmy porozmawiać - rzekł Dooku.

Nie patrzył w holokamerę, jakby nawet przez cały miniony czas i nieskończone otchłanie przestrzeni obawiał się

spojrzeć w oczy staremu mistrzowi.

-  Otacza  mnie  teraz  chmura.  Otacza  nas  wszystkich.  Czułem  jej  narastanie  w  Republice  lata  temu.  Wtedy

uciekłem,  próbując  zabrać  zakon  ze  sobą,  ale  nie  chcieliście  pójść.  Wtedy  myślałem,  że  to  tchórzostwo.  Albo
korupcja.  Teraz...  -  znużonym  gestem  potarł  twarz.  -  Teraz  nie  wiem.  Może  mieliście  rację.  Może  Świątynia  była
jedynie latarnią, która utrzymywała mrok w ryzach, a ja nie miałem racji, że wszedłem w mrok... a może ciemność
była  we  mnie  przez  cały  czas.  Po  raz  pierwszy  podniósł  wzrok.  Jego  oczy  były  spokojne,  jeśli  nie  liczyć  słabego
blasku czystego przerażenia, jak nagły szloch w zamkniętym pokoju.

- To jak choroba - szeptał. - Gorączka we krwi. Wojna jest wszędzie. Okrucieństwo. Zabijanie. Nieraz i w moim

imieniu. Krew jak deszcz. Czuję ją wszędzie, krzyki umierających w Mocy tłuką się we mnie jak serce, które zaraz
pęknie.  -  Zebrał  się  w  sobie,  wzruszył  ramionami  i  ciągnął  dalej:  -  Doszedłem  do  kresu.  Nie  wiem,  co  jest
sprawiedliwe, a co nie. Jestem zmęczony, mistrzu, taki zmęczony. I jak każdy stary człowiek, który czuje zbliżający
się  koniec,  chcę  wrócić  do  domu.  Niewielki  holograficzny  Dooku  dotknął  świecy  przysłanej  mu  przez  Yodę,
przesuwając ją między pomarszczonymi palcami.

-  Chcę  się  z  tobą  spotkać.  Nikt  poza  Świątynią  nie  może  o  tym  wiedzieć.  Jestem  stale  obserwowany,  a  ciebie

zdradza  więcej  osób,  niż  mógłbyś  sądzić,  mistrzu.  Przybądź  do  mnie,  Jai  pokaże  ci  drogę.  Porozmawiamy.  Nie
obiecuję  niczego  więcej.  Nie  sądzę,  żebyś  był  skorumpowany,  mistrzu.  Ale  nawet  ciebie  okłamują.  Jeśli  moi
sojusznicy  dowiedzą  się,  że  przybywasz,  nic  ich  nie  powstrzyma  przed  zabiciem  ciebie.  Jeśli  domyśla  się,  po  co
przybywasz, nic ich nie powstrzyma przed zniszczeniem także i mnie.

Jego oczy nagle nabrały całkiem przytomnego wyrazu, przebiegłego i pragmatycznego.
-  Byłbym  rozczarowany,  gdybyś  uznał  moje  zaproszenie  za  okazję  taktyczną.  Jeśli  ujrzę  bodaj  najdrobniejszą

oznakę pojawienia się nowych sił zbrojnych w okolicy Szlaku Hydiańskiego, opuszczę moje obecne miejsce pobytu
i  będę  kontynuował  wojnę  tak  długo,  aż  krążowniki  bojowe  z  robotami  na  pokładzie  wypalą  ogniem  plazmowym
Coruscant  do  żywej  ziemi.  Nie  przyprowadzaj  ze  sobą  nikogo  oprócz  Jedi.  -  Uśmiechnął  się  smutno  jednym
kącikiem ust. - Są sprawy, które należy zachować w rodzinie...

Hrabia  Dooku  z  Serenno,  dowódca  potężnej  armii,  jedna  z  najbogatszych  istot  w  całej  galaktyce,  legendarny

szermierz, dawny uczeń, sławny zdrajca, syn marnotrawny, zamigotał przed oczami Yody i znikł.

Yoda wyłączył miecz, włączył go ponownie i po raz kolejny odtworzył nagranie. Potem jeszcze trzy razy. Znów

wspiął się na ulubiony kamień i pogrążył w zadumie. Gdzieś ponad nim, w jego prywatnej kwaterze, gromadziły się
wiadomości z Republiki, rozkazy od dowódców wojsk, pytania zadawane przez innych Jedi, dotyczące aktualnych
zadań i rozkazów, może nawet wezwania z senatu lub żądania spotkań z biura kanclerza. Zbyt dobrze poznał ciężar
wszystkich  niespokojnych  spojrzeń,  jakie  na  nim  spoczywały.  Dzisiaj  muszą  poczekać.  Dziś  Yoda  potrzebował
mądrości Yody i nikogo innego.

Odetchnął głęboko, usiłując oczyścić umysł w medytacji; pozwalał, aby myśli same krążyły wokół niego.
Dłonie Dooku na świecy, szmer uczuć jak ukryty prąd, sprawiający, że końce jego palców drżały.
Jai  Maruk  składający  swój  zwięzły  raport  w  sali  Rady,  z  raną  wypaloną  mieczem  świetlnym  na  chudym

policzku.

A wcześniej on i Dooku w jaskini na Geonosis. Syk i błyski mruczących cicho mieczy świetlnych, mrocznych i

pięknych  jak  ważki.  Dooku  jako  dwudziestoletni  chłopiec,  nie  ten  stary  człowiek,  szepczący  z  emitera  rękojeści
miecza  biednej  Jang.  Uszy  Yody  opadały  powoli.  W  miarę  jak  zagłębiał  się  w  Moc,  czas  roztapiał  się  pod  żarem
jego  umysłu  niczym  stary  lód,  swobodnie  mieszając  przeszłość  i  teraźniejszość.  Ten  dumny  chłopak  w  ogrodzie
sześćdziesiąt lat temu, który mówił: „Każdy Jedi to dziecko, którego rodzice zdecydowali, że mogą bez niego żyć".

Mała Jang Li-Li, ośmiolatka skrapiająca orchidee w Komnacie Tysiąca Fontann. Jasny dzień, słońce wlewa się

przez  panele  z  transpastali.  Li-Li  puszcza  kłęby  mgły  wodnej  z  aerozolu  i  śmieje  się  radośnie,  kiedy  każda  mała
chmurka  w  promieniach  słonecznych  rozszczepia  się  w  gamę  ulotnych  barw:  czerwień,  fiolet  i  zieleń.  Mistrzu,
mistrzu.  patrz,  robię  tęcze!  Te  kolory  nigdy  nie  miały  oznaczać  barw  sygnalizacji  wojskowej  ani  świateł
nawigacyjnych  statków  międzygwiezdnych,  ani  ostrzy  mieczy  świetlnych.  Tylko  tęcze  robione  z  pary  przez  małą
dziewczynkę.

I Dooku przywieziony dopiero co z Serenno, chłopiec o poważnych oczach, dość dorosły, żeby wiedzieć, że to

matka go oddała. Dość dorosły, żeby wiedzieć, że zawsze można zostać zdradzonym.

Woda  bulgotała,  sączyła  się  i  szemrała  wokół  Yody,  łącząc  czas  teraźniejszy  i  przeszłość  w  sposób  płynny  i

ulotny;  i  nagle  zjawił  się  obok  niego  Qui-Gon.  Nie  można  powiedzieć,  że  martwy  Jedi  nawiedził  Yodę.  Bliższe
prawdy byłoby stwierdzenie, że Qui-Gon zawsze tam był, w tym nieruchomym punkcie, wokół którego obraca się

background image

czas;  Qui-Gon  czekający,  aż  Yoda  odnajdzie  swoją  ścieżkę  i  przejdzie  przez  zamknięte  drzwi  do  ogrodu  w
nieruchomym sercu wszelkich rzeczy.

Yoda  otworzył  oczy.  Wrażenie  obecności  Qui-Gona  w  Mocy  było  bardzo  silne:  jakby  tu  stał,  posępny,

energiczny,  jak  kawałek  dobrej  liny  związany  w  mocny  węzeł  marynarski.  Falą  się  stał,  pomyślał  Yoda,  falą  bez
brzegu. Yoda postukał w rękojeść miecza Jang Li-Li. - Widziałeś? Widziałem.

-  Sprytne  to  jest.  Jeśli  spotkać  się  z  nim  wybiorę,  wszystkie  statki  Republiki  z  dala  od  Szlaku  Hydiańskiego

trzymać muszę. Całkowicie szansę pokoju zanegować trzeba lub dać mu kolejne miesiące spokoju w norze.

To szermierz - zgodził się Qui-Gon. Dźwignia, pozycja, przewaga... wszystko to jest dla niego tak naturalne jak

oddychanie.

- To mój dawny uczeń, i twój nauczyciel, Qui-Gonie. Czy prawdę on mówi?
Myśli, że kłamie.
Yoda nastawił uszu.
- Co takiego?
Myśli, że kłamie.
Na okrągłą twarz Yody wypłynął nagle błogi uśmiech. - Tak - wymruczał.
Chwilą później Yoda poczuł wibracje w Mocy jak falę przetaczającą się od dormitoriów uczniów znajdujących

się  na  niższych  piętrach,  jak  odgłos  odległej  burzy.  Qui-Gon  zadrżał  i  znikł,  jakby  Moc  była  jeziorem,  a  on
odbiciem na jej powierzchni, zmąconym przez zakłócenie, jakie nagle się pojawiło.

Prawdziwe sny zdarzają się rzadko. Szczerze mówiąc, Whie starał się w ogóle ich nie mieć.
Nie chodziło o koszmary, wcale nie. Tych miał wiele, prawie co noc, przynajmniej przez ostatni rok. Przeżywał

pełne zamieszania i dziwne sytuacje, ale zawsze i we wszystkich ponosił klęskę. Zawsze było coś, co powinien był
zrobić, lekcja, na której miał być, paczka, którą miał dostarczyć. Często ktoś go gonił. Nieraz był nagi. Wiele z tych
snów  kończyło  się  w  jakimś  wysokim  miejscu,  którego  czepiał  się  kurczowo,  ale  potem  i  tak  spadał,  spadał...  z
iglicy  Świątyni,  z  mostu,  ze  statku  kosmicznego,  z  drzewa  w  ogrodach.  Zawsze  spadał,  a  w  dole  czekał  na  niego
szemrzący tłum rozczarowanych, tych, których zawiódł.

Prawdziwe  sny  były  inne.  W  nich  chłopiec  jakby  przenikał  granice  czasu.  Często  zasypiał  w  dormitorium,  a

potem z przerażeniem budził się w przyszłości, jakby wpadł przez zapadnię i wylądował we własnym ciele.

Pewnego razu, kiedy zasnął, a miał wtedy osiem lat, obudził się w wieku lat jedenastu, budując swój pierwszy

miecz świetlny. Pracował nad nim przez ponad godzinę, kiedy do warsztatu wszedł drugi chłopiec i powiedział: -
Rhad Tarn nie żyje.

Próbował  zapytać,  kim  jest  Rhad  Tarn,  ale  słyszał  swój  własny  głos  wypowiadający  całkiem  inne  słowa.

Dopiero wtedy zorientował się, że nie jest tym Whie, który buduje swój miecz świetlny, lecz kimś, kto siedzi w jego
głowie jak duch. Nie było nic gorszego - naprawdę nic - niż uczucie, że jest się żywcem pochowanym we własnym
ciele. Czasem uczucie paniki było tak silne, że go budziło. Kiedy indziej mijały całe godziny, zanim podniósł się z
łóżka,  płacząc  i  z  trudem  chwytając  oddech,  ale  szczęśliwy,  że  zbudził  go  alarm  lub  dotyk  przyjaznej  dłoni.  Tym
razem prosto z prawdziwego snu wylądował w dziwnym, bogato umeblowanym pokoju. Stał na grubym, miękkim
dywanie  wyhaftowanym  w  splątane  gałęzie  cierniokrzewów  i  w  płaty  jadowitego  mchu.  a  w  mroku  lśniły  ślepia
drapieżnych ptaków. Dywan zbryzgany był krwią. Sądząc po palącym bólu w ramieniu i tępym ucisku pod żebrami,
krew należała do niego.

Starożytny chronometr, zwisający w metalowej obudowie, wyrzeźbionej w plecionkę gałęzi i cierni, tykał cicho

w kącie pokoju. Uderzenia wydawały się powolne i niepewne jak bicie konającego serca.

W pokoju widział jeszcze co najmniej dwie osoby. Jedną była łysa kobieta z czaszką pomalowaną w podłużne

kształty, o wargach barwy świeżej krwi. Czuł od niej Ciemną Stronę jak dym z płonącego drewna, które pali się w
wilgotną noc. Przerażała go.

Drugą osobą była jeszcze jedna uczennica Jedi, rudowłosa dziewczyna imieniem Scout. Na jawie była od niego

starsza  o  rok,  pyskata  i  przemądrzała  i  nigdy  dotąd  nie  zwracała  na  niego  uwagi.  We  śnie  krew  ściekała  jej  po
twarzy z rozcięcia na głowie. Patrzyła na niego.

- Pocałuj ją - szepnęła kobieta. Czerwone łzy spływały spośród włosów dziewczyny. Ściekając z kącików jej ust,

a  potem  niżej,  na  podbródek,  by  wreszcie  wsiąknąć  w  krawędź  tuniki  tuż  powyżej  drobnych  piersi.  -  Pocałuj  ją,
Whie. Śniący Whie cofnął się.

Whie  na  jawie  chciał  ją  pocałować.  Był  zawstydzony,  przerażony  i  wściekły,  ale  chciał  tego.  Krew  płynęła.

Zegar tykał. Łysa kobieta uśmiechnęła się do niego. - Witaj w domu.

- Whie!
- Hm?
- Zbudź się, Whie, zbudź się. To ja, mistrzyni Leem.
Jej  łagodna  twarz  pochylała  się  nad  nim  w  mroku  dormitorium,  wszystkimi  trojgiem  oczu  wyrażając  troskę.  -

background image

Wyczuliśmy zakłócenie w Mocy - wyjaśniła.

Zamrugał,  ciężko  chwytając  powietrze;  usiłował  uczepić  się  teraźniejszości,  która  wydawała  się  w  dalszym

ciągu śliska jak kawałek mokrego mydła.

Chłopcy dzielący z nim sypialnię stłoczyli się wokół jego łóżka. - Znowu miałeś jeden z tych swoich snów?
Pomyślał o dziewczynie, Scout, jeszcze jednej uczennicy Jedi. O strużce krwi na jej szyi. O swoim pożądaniu.
Mistrzyni Leem położyła mu na dłoni swoich sześć, palców. - Whie?
- To nic - wykrztusił po chwili. - Zwykły koszmar i tyle.
Chłopcy zgromadzeni wokół jego łóżka zaczęli powoli się rozchodzić, nieco zawiedzeni i pełni niedowierzania.

Wciąż jeszcze byli na tyle młodzi, że mieli nadzieje, zobaczyć cud. Uważali, że mieć wizje to świetna zabawa. Nie
mogli  zrozumieć,  jakie  to  straszne,  widzieć  chwilę  majaczącą  w  przyszłości  jak  słup  wyłaniający  się  nagle  na
zamglonej drodze, bez możliwości wyminięcia go.

Kim mogła być ta łysa kobieta, którą widział w wizji? Czuć ją było Ciemną Stroną, a jednak nie walczył z nią.

Czy  jakieś  dziwne  zrządzenie  losu  uczyniło  z  nich  sojuszników?  I  ta  dziewczyna,  Scout...  dlaczego  krew  tak
zabarwiła jej usta i dlaczego miałaby na niego patrzeć z taką uwagą? Może Scout stanie się sojuszniczką złej, łysej
kobiety?  Może  zacznie  ulegać  swoim  pragnieniom,  gniewowi,  żądzom?  Może  będzie  próbowała  i  jego  zwabić,
uwieść, przeciągnąć na Ciemną Stronę... - Whie? - zagadnęła mistrzyni Leem.

Uścisnął jej dłoń krzepiąco, usiłując mówić normalnym głosem.
-  To  tylko  zły  sen  -  powtórzył.  Upierał  się,  że  tak  jest,  grzecznie  i  z  wdzięcznością,  twierdząc,  że  nic  mu  nie

będzie, absolutnie nic dopóki nie opuściła sypialni.

 

Prawdziwe sny miały jeszcze jedną ciekawą cechę: przeładowały Whie jak przekleństwo przez całe życie, ale po

raz pierwszy zbudził się w miejscu innym niż Świątynia Jedi i nigdy do tej pory nie zdarzyło mu się obudzić w ciele
starszym aniżeli obecne. Wiedział, że nadchodzi jego śmierć. Jest blisko.

 

background image

R O Z D Z I A Ł 3

 
 

Białe ściany sali treningowej w świątyni Jedi byty świeżo wyczyszczone, biała podłoga wyszorowana, a nowe

białe  maty  leżały  przygotowane  do  turnieju.  Nerwowi  uczniowie  Jedi  w  lśniąco  białych  tunikach  przygotowywali
się do prób, każdy zgodnie ze swoją osobowością. Uczennica Jedi. Tallisibeth Enwandung Esterhazy, zwana Scout,
podzieliła ich w przybliżeniu na cztery kategorie.

Gaduły  -  ci  zbierali  się  w  grupkach,  rozmawiając  przyciszonymi  głosami,  aby  oderwać  się  od  narastającego

napięcia.

Rozgrzewacze, którzy rozciągali mięśnie, więzadła i ścięgna, strzelali stawami, podskakiwali, biegali lub kręcili

się w miejscu, zależnie od potrzeb własnego ciała. Byli też medytujący, którzy usiłowali pogrążyć się w Mocy, co
polegało  -  w  opinii  Tallisibeth  -  na  zaniknięciu  oczu  i  przybraniu  afektowanej  miny,  pełnej  sztucznej  powagi  i
błogości. No i były Łaziki. Scout była Łazikiem.

Pewnie powinna spróbować medytacji. Dobrze wiedziała, że zbytnie napięcie i skłonność do ekscytacji były jej

największym problemem. Na ostatnim turnieju przed zniszczeniem Honoghr i Kryzysem Floty Rendili wyleciała już
w pierwszej rundzie, przegrywając z dwunastolatkiem, którego zawsze pokonywała w czasie sparringu. Klęska była
tym bardziej poniżająca, że chłopak miał akurat złamaną nogę i walczył w szynie.

Wyminęła małą grupkę Gadułów. czując, że zalewa się bolesnym rumieńcem na samo wspomnienie.
- Hej, Scout - zawołał jeden z nich, ale udała, że nie słyszy. Nie miała dzisiaj czasu na rozmowy. Dzisiaj pora

tylko na interesy.

Wszyscy, którzy mieli w głowach mózg bodaj tak duży jak sevarcosańska świnka, wiedzieli, że nie miała prawa

przegrać.  W  istocie  Moc  w  Tallisibeth  Enwandung  Esterhazy  była  słaba.  Miała  jej  tyle  tylko,  żeby  wywrzeć
wrażenie na poszukiwaczach talentów Jedi, kiedy była jeszcze dzieckiem... choć od jednego z mistrzów słyszała i
taką  wersję,  że  jej  rodzice  byli  potwornie  biedni  i  błagali  Jedi,  aby  zabrali  ich  córkę  z  tej  rozpaczliwej  nędzy.
Prześladowała ją myśl, że jej rodzice, bracia i siostry - jeśli ich miała - pozostali uwięzieni w slumsach Vorzyda V,
podczas  gdy  jej  jednej  udało  się  uciec.  Tylko  ona  dostała  tę  niewiarygodną  szansę,  aby  do  czegoś  dojść.  Gdyby
poniosła klęskę, nie przeżyłaby tego.

Jednak  nie  czyniła  postępów  w  poznaniu  Mocy,  mimo  że  dorastało  jej  ciało.  Zauważyła  u  siebie  dar

przewidywania. Kiedy walczyła, otwierając się na Moc, miała przebłyski, podczas których wiedziała, co przeciwnik
zrobi  za  chwilę,  zanim  nawet  wiedział  to  on  sam.  Jej  zwyczaj  analizowania  sytuacji  i  odczytywania  jej  nieco
szybciej  niż  inni  stał  się  źródłem  jej  przydomku.  Jednak  nawet  ta  cecha  zanikała,  kiedy  była  zdenerwowana  lub
zmieszana; to samo zresztą działo się z wszystkimi tradycyjnymi zdolnościami Jedi w Mocy.

Bywały  dni,  kiedy  siłą  umysłu  mogła  przenosić  szklankę  ze  stołu  do  ręki...  lecz  częściej  zdarzało  się,  że

naczynie  po  drodze  spadało  i  roztrzaskiwało  się  na  podłodze.  Albo  pękało,  jak  zbyt  mocno  ściśnięte.  Albo
wylatywało świecą w górę i rozbijało się o sufit, zalewając ją kaskadą bladego mleka i odłamków. Nie trzeba być
Mrlissi,  żeby  wiedzieć,  co  na  jej  widok  mówią  do  siebie  przyciszonym  głosem  mistrzowie  Jedi.  Nie  trzeba  być
bardzo inteligentnym - a Scout była inteligentna - żeby zauważyć, jak inni uczniowie na jej widok wznoszą oczy ku
niebu, śmieją się lub - co gorsza - ukrywają jej błędy.

Zanim skończyła trzynaście lat, właściwie straciła nadzieję, że stanie się Jedi. Kiedy mistrz Yoda wezwał ją na

prywatną  rozmowę  w  Komnacie  Tysiąca  Fontann,  wlokła  się  tak,  jakby  miała  na  nogach  permabetonowe  buty.
Żołądek  jej  się  buntował  i  zastanawiała  się  tylko,  w  jakim  sektorze  Oddziału  Rolniczego  ją  zatrudnią.  Ludzie
mówili, że to uczciwa, honorowa praca. Taka hipokryzja doprowadzała ją do szału. Jakby nie dość było poniżenia,
że  nie  potrafiła  dopiąć  jedynej  rzeczy,  jakiej  kiedykolwiek  pragnęła,  musieli  pogarszać  jeszcze  sprawę  udając,  że
motyka nie jest gorsza od miecza świetlnego, a błoto pól ziemniaczanych pod stopami równie ekscytujące jak pył
setek planet.

Zanim weszła do Sali, twarz miała mokrą od łez. a na ramieniu tuniki, w miejscu, gdzie wycierała cieknący nos,

widniała wielka plama. Mistrz Yoda spojrzał na nią, zmarszczył z troską okrągłą twarz i zapytał, czemu płacze.

-  Tylko  Jedi  muszą  się  starać  nie  okazywać  przywiązania  -  rzekła  dumnie  pomiędzy  jednym  siąknięciem  a

drugim.  -  Farmerzy  mogą  płakać  ile  chcą.  Wtedy  powiędnął  jej,  że  Chankar  Kim  poprosiła,  aby  została  jej  nową
padawanką. A Tallisibeth Enwandung Esterhazy, dla przyjaciół Scout, nagle doznała uczucia, które - jak się później
miała  przekonać  -  zawsze  towarzyszyło  spotkaniu  z  Yodą.  Wydała  się  sobie  tak  głupia  i  szczęśliwa,  aż  dech
zapierało w piersi. A trzy miesiące później Chankar Kim już nie żyła.

Gdyby  życie  Scout  od  początku  nie  było  walką,  ta  wieść  by  ją  zabiła.  I  tylko  silna  wola  sprawiła,  że  nie

popędziła,  gnana  krwawą  żądzą  zemsty  i  całkiem  nietypową  dla  Jedi  wściekłością,  do  walki  z  Gildią  Kupiecką,  z
Losem,  z  samą  sobą.  „Zabiorę  cię  ze  sobą  na  następną  misję  -  obiecała  mistrzyni  Kim  z  uśmiechem.  -  Najpierw

background image

jednak  nieco  cię  doszlifujemy.  Pojedziesz  następnym  razem,  obiecuję".  Żałosny  żart,  bowiem  Chankar  Kim
wykrwawiła się na śmierć na odległej planecie i „następny raz" miał nigdy nie nastąpić.

I tak Scout została sierotą, dorastającym uczniem bez nauczyciela. Jedynym sposobem, aby stać się Jedi, było

przejście przez etap padawana. Padawan jeździł na misje, miał szansę udowodnienia, że coś sobą reprezentuje. A to
z kolei mogła osiągnąć tylko w jeden sposób: zdobywając zaufanie drugiego Jedi.

Zapisywała się jako pierwsza na kolejne kursy, ćwiczyła blokady stawów aż do bólu nadgarstków; nieprzespane

noce sprawiały, że gwiazdy na mapach tańczyły jej przed piekącymi oczami. Uczyła się pilniej niż kiedykolwiek w
życiu:  astrokartografii,  walki  wręcz,  matematyki  hipernapędów,  techniki  instalacji  urządzeń  komunikacyjnych,
technik miecza świetlnego. Była delikatnej budowy i jej dziewczęce ciało bardzo powoli nabierało mięśni, lecz ona
trenowała  dalej,  aż  strumienie  potu  spływały  jej  po  grzbiecie.  Musiała  tak  robić.  Musiała,  ponieważ  nie  mogła
polegać na drobnym ułatwieniu, które mieli wszyscy inni - na Mocy.

A jednak codziennie, kiedy w czasie nauki przychodziło do używania Mocy, przeżywała tortury. Dołączana do

grupy  ośmio-,  dziewięciolatków,  górowała  nad  nimi  jak  wielkolud.  Każdego  dnia  próbowała  odegnać  od  siebie
rozpacz, lecz jej kroki stawały się coraz cięższe, jakby już brnęła przez błotniste pola ziemniaczane, które zdawały
się jej przeznaczeniem.

-  Hej,  Scout,  odpręż  się!  -  Czyjś  głos  wyrwał  dziewczynę  z  zadumy,  zwracając  jej  uwagę  na  to,  gdzie  się

znajduje:  w  sali  bojowej.  W  dzień  turnieju.  Wolała  ją  Lena  Missa,  mila  Chagrianka  w  wieku  Scout.  -  Jesteś  taka
napięta, że słyszę, jak skrzypisz przy każdym kroku!

Lenie  łatwo  było  mówić.  Ona  także  straciła  mistrza  w  zeszłym  roku,  lecz  była  sprytna  i  lubiana,  a  jej

umiejętność władania Mocą - wystarczająca; mistrzowie Jedi ubiegali się o prawo wybrania jej na swą padawankę,
gdy tylko zakończył się okres żałoby. Scout zmusiła się do uśmiechu. - Jasne, spróbuję - odparła.

Lena pochyliła się poufale, a jej rozwidlony język zatańczył między niebieskimi wargami. Miękkie dolne różki

zwróciły się do przodu.

-  Scout,  nie  martw  się.  Jesteś  naprawdę  dobra  w  walce.  Odpręż  się  i  użyj...  -  zawahała  się.  -  Zaufaj  swoim

umiejętnościom. Scout zmusiła się do uśmiechu.

- Jesteś dla mnie miła, bo wiesz, że możesz skończyć ze mną na macie.
-  A  jak  myślisz?  -  zaśmiała  się  Lena.  -  Wciąż  mnie  boli  łokieć  od  tej  blokady,  którą  założyłaś  mi  w  zeszłym

tygodniu. Nie skrzywdzisz przecież koleżanki, co? W turnieju miało brać udział trzydziestu dwóch uczniów. Uczeń
musiał mieć przynajmniej dziesięć lat; najwięcej było jedenasto- i dwunastolatków. Młodsze dzieci nie były całkiem
gotowe,  aby  spotykać  się  ze  starszymi  w  walce,  potem  zaś,  które  stały  się  już  padawanami,  miały  dużo  innych
obowiązków. Lena początkowo nie zamierzała startować, ale potrzebowali jeszcze jednej osoby do pełnego składu.

Uczniowie  dostali  do  wyboru  turniej  kilkustopniowy  lub  eliminację  na  zasadzie  „nagłej  śmierci",  w  którym

pierwsza przegrana oznaczała natychmiastowe odejście. Scout była zdecydowanie zwolenniczką takich eliminacji.
W  prawdziwym  świecie,  argumentowała  swoją  decyzję,  żaden  nieprzyjaciel  nie  proponował  zwycięstwa  na
podstawie  trzech  walk  z  pięciu.  Prywatnie  uważała  również,  że  tryb  „wygraj  albo  do  domu"  zaakcentuje  jej
przewagę. Choć była doskonała w fizycznych elementach walki, Moc była w niej słabsza niż w kimkolwiek innym z
uczniów. Aby zwyciężyć, musiała przechytrzyć swoich przeciwników. Wybieg był doskonałą metodą za pierwszym
razem, więc im mniej walk będzie musiała stoczyć, tym większa jej szansa na zwycięstwo.

Mistrzyni  Żelazna  Ręka  poprawiła  tunikę  i  ruszyła  ku  środkowi  Sali,  mijając  po  drodze  grupki  Gadułów  i

Rozgrzewaczy, którzy natychmiast milkli, kiedy się koło nich znalazła. Wyglądamy jak wołki zbożowe wijące się w
skrzyni mąki, pomyślała Scout. Mistrzyni stanęła pośrodku sali i ogłosiła, że pierwsze dwie rundy turnieju odbędą
się  tutaj,  a  kiedy  wsunie  już  tylko  osiem  osób,  pozostałe  walki  zostaną  przeniesione  w  mniej  sztuczne  otoczenie.
Studenci spojrzeli po sobie z uniesionymi brwiami.

-  Chcieliście,  żeby  było  jak  w  naturze  -  przypomniała  żelazna  Ręka  -  no  to  będziecie  mieli.  A  teraz  prosimy

pierwsze pary. - Spojrzała do notesu. - Atresh Pikil i Gumbrak Hoxz.

Atresh,  drobna,  czarnoskóra  dwunastolatka,  wystąpiła  naprzód.  To  samo  uczynił  Gumbrak,  trzynastoletni

Kalamarianin, którego łososiowa cera pokryła się cętkami z podniecenia. Kalamarianin był silniejszy, ale w ciągu
ostatniego  roku  bardzo  urósł  i  ciągle  miał  tendencję  do  potykania  się  o  własne  błoniaste  stopy.  Gdyby  Atresh
wykorzystała swoją szybkość i umiejętnie usuwała się spoza jego zasięgu, dopóki chłopak się nie potknie, powinna
sobie poradzić. Oczywiście Atresh nie była zbyt wyrachowaną wojowniczką. Podobnie jak większość uzdolnionych
uczniów  starała  się  raczej  ufać  własnym  siłom,  aniżeli  dokonywać  tak  szczegółowych  obserwacji  wstępnych,  za
które Scout otrzymała swój przydomek. Inne dzieci śmiały się z jej bezlitosnego wyrachowania, ale one mogły sobie
na  to  pozwolić.  Scout  musiała  ciężko  pracować.  Przez  kilka  ostatnich  tygodni  spędziła  wiele  godzin  na
obserwowaniu  walczących,  nieraz  otwarcie,  a  kiedy  indziej  z  ukrycia.  Miała  plan,  jak  zająć  się  każdym  z  nich,  i
choć nie była całkiem pewna siebie, przynajmniej czuła się przygotowana. - Flerp, Zrum - wywołała mistrzyni Xan.
- Page, Gilp, Horororibb, Boofer.

background image

Scout zastanawiała się, czy pary dobierano za pomocą symulacji komputerowych, aby walka była wyrównana,

czy  za  pomocą  innych  kryteriów,  znanych  jedynie  mistrzom  i  przewidzianych,  aby  odkryć  słabości  wszystkich
uczniów. - Chizzik, Enwandung Esterhazy.

Serce  Scout  zamarło.  Pax  Chizzik  był  jedenastolatkiem,  ogromnie  bystrym  i  czarującym.  Jako  wojownik  był

silny Mocą, sprytny, dość krępy, niezbyt dobrze pracujący nogami, lecz o wyjątkowo sprawnych nadgarstkach. Był
szybki  i  jak  większość  dzieci  w  tym  wieku  zdobywał  punkty  w  kontratakach,  odznaczał  się  również  dużą
wyobraźnią  w  ataku,  a  przy  tym  taką  kreatywnością  i  szybkością  ręki,  że  mógł  wyprowadzać  skomplikowane  i
piękne  kombinacje  fint  i  sztychów.  Miły,  a  przy  tym  uduchowiony,  był  naturalnym  przywódcą,  zrodzonym,  aby
odegrać rolę wspaniałego księcia w epickiej opowieści zeszłego wieku. Wszyscy go lubili. Scout lubiła go nawet tak
bardzo,  że  uszczupliła  nieco  czas  własnej  nauki,  aby  pomóc  mu  wyćwiczyć  dwanaście  węzłów  pośrednich,  kiedy
miał problemy ze wspinaniem się i pracą z linami. Miała kilka pomysłów, jak go pokonać w turnieju, ale niektóre z
nich  naprawdę  nie  były  przyjemne,  zwłaszcza  dla  dziecka,  więc  Scout  miała  nadzieję,  że  nie  będzie  musiała  ich
użyć.

Zapewne  dlatego  znaleźli  się  w  parze,  pomyślała  kwaśno.  Podejrzliwie  zerknęła  na  Żelazną  Rękę,  lecz  ta

odpowiedziała jej niewinnym spojrzeniem i zajęła się na powrót swoją listą.

Starcia były otwartą walką - wszystkie chwyty dozwolone - i miały trwać, aż osoba, któro uzna się za pokonaną,

uderzy  trzykrotnie  dłonią  w  podłogę  lub  zarobi  trzy  oparzenia  od  ćwiczebnego  miecza  świetlnego,  na  tę  okazję
ustawionego  na  najniższą  moc.  Nawet  jednak  przy  tym  ustawieniu  cięcie  takim  mieczem  nie  należało  do
przyjemnych. Dotknięcie ostrza było ogromnie bolesne; ten gorący pocałunek sprawiał, że mięśnie kurczyły się, a
nerwy  drgały.  Czerwona  smuga,  jaką  zostawiał,  wymagała  wielu  dni  gojenia.  Scout  wiedziała  o  tym,  ponieważ
przez  ostatnie  trzy  miesiące  codziennie  szła  do  odosobnionego  kąta  ogrodu  i  dotykała  boku,  ramienia  lub  nogi
ostrzem miecza. Ból, jak ostrzegała Żelazna Ręka, był ogromnie rozpraszający, więc Scout, wiedząc, że z pewnością
oberwie,  postanowiła  nie  dopuścić,  aby  trafienie  spowodowało  utratę  koncentracji.  Nic  mogła  sobie  pozwolić  na
klęskę.

Rozpoczęły się pierwsze starcia. Scout próbowała uważać, obserwując wszelkie widoczne słabości, na wypadek,

gdyby spotkała zwycięzcę w następnej rundzie, ale dławiący niepokój sprawiał, że nie umiała się skoncentrować. Po
kilku próbach dołączyła więc do Medytujących, myśląc jedynie o własnym oddechu, milczeniu, głębokim spokoju
krwi  omywającej  całe  jej  ciało  jak  ukryły  przypływ.  Czuła  też  Moc,  wypełniającą  pokój  jak  ciężki  ładunek
elektryczny. Moc dwukrotnie przeskoczyła od jednego walczącego do drugiego, pozostawiając zarówno zwycięzcę,
jak  i  pokonanego  oślepionych,  zdumionych.  jakby  trafionych  piorunem.  Scout  nawet  nie  próbowała  się  na  nią
otworzyć. Moc nie była sojusznikiem, któremu mogła ufać; nie teraz, kiedy tak wiele od tego zależało.

Miała  suche  usta  i  metaliczny  posmak  na  języku.  Weź  się  w  garść,  powtarzała  sobie.  No,  Scout.  Wdech.

Wydech. Wdech. Wydech.

Wreszcie nadeszła pora. Dłonie miała mokre od potu, gdy z trudem szła na środek Sali, a nogi jak z galarety.

Rękojeść miecza świetlnego zwisała z pętli w tunice, uderzając o ranę na udzie. Przebrnęła przez rytuały otwarcia,
kłaniając  się  najpierw  mistrzyni  Xan  i  podając  jej  miecz  świetlny  do  skontrolowania.  Xan  sprawdziła  ustawienia
Mocy i zwróciła go właścicielce. Teraz i Pax skłonił się nisko. Z teatralnym pokłonem podając swoją broń. Kiedy
Żelazna Ręka ją oglądała, spojrzał wesoło na Scout i leciutko mrugnął. Nie można się było nie uśmiechnąć. „Cieszę
się, że to ty", wyszeptał samymi wargami.

Przypięli na powrót miecze i odstąpili, stając naprzeciwko siebie. Skłonili się. - Niech Moc będzie z tobą - rzekł

Pax i Scout wiedziała, że powiedział to szczerze.

Szmer rozmów w sali ucichł powoli. Żelazna Ręka ujęła małą, czerwoną chusteczkę. Teraz, kiedy przerażające

oczekiwanie  dobiegło  końca,  Scout  była  spokojniejsza.  Poczuła,  jak  jej  koncentracja  rozluźnia  się  i  rozpływa,
napełniając całą salę. Oddychała coraz wolniej, uświadamiając sobie obecność każdej osoby oddzielnie, nawet tych,
którzy znajdowali się za jej plecami. Czuła też obecność mistrza Yody, świecącą jak lampa.

Mistrzyni Xan wypuściła chusteczkę z palców. Czerwona szmatka spadła, trzepocząc tym wolniej, że dla Scout t

Paxa czas zmienił swój bieg, aż wreszcie łagodnie jak płatek śniegu opadła na podłogę.

Dwa miecze świetlne ożyły z trzaskiem. Starły się, zawirowały, znów starły. Przez chwilę trwały nieruchomo,

mrucząc  i  trzeszcząc  w  powietrzu.  Pax  zaśmiał  się,  a  Scout  stwierdziła,  że  odpowiada  mu  uśmiechem.  Było  jej
trochę  wstyd,  że  tak  kombinowała.  Trudno  nie  życzyć  Paxowi  jak  najlepiej.  Mogłabym  pozwolić  mu  wygrać,
pomyślała.  Aż  zamrugała,  zastanawiając  się  nad  tym  pomysłem.  Może  oddać  starcie.  Jeśli  sprawi,  że  będzie  aż
nadto widoczne, że „pozwoliła" mu wygrać, każdy pomyśli sobie, że przecież mogłaby go pobić, gdyby naprawdę
chciała. To niezupełnie prawdziwa przegrana. Mogłabym pozwolić mu wygrać, pomyślała. Poczuła ogromną ulgę.
Pax  teraz  wejdzie  do  kolejnej  rundy,  będzie  się  świetnie  bawił,  a  Scout  po  raz  pierwszy  od  sześciu  tygodni
przestanie  się  martwić  o  turniej  i  wspólnie  z  nim  będą  świętować  jego  zwycięstwo.  Pax  wykonał  lekki  pokłon
brzęczącą,  zieloną  klingą  miecza.  -  Gotowa,  Scout?  -  zapytał  i  leciutko  opuścił  miecz,  jakby  zapraszając  ją  do

background image

starcia. Powinnam pozwolić mu wygrać.

Cisza  wypełniona  jedynie  pomrukiem  mieczy  nagle  została  zakłócona  pełnym  irytacji  chrząknięciem  mistrza

Yody.

Scout zamrugała, jakby budząc się ze snu. Na wszystkie czarne gwiazdy - syknęła. - Prawie mnie miałeś. Pax

próbował użyć na niej Mocy.

Potrząsnęła  głową,  aby  całkowicie  pozbyć  się  oszołomienia,  Pax  nie  był  manipulatorem,  pewnie  nawet  nie

zdawał sobie sprawy z tego, co robi. Ale nie można się było pomylić; on potrafił skłonić ludzi, aby go lubili. Zawsze
tak było. Scout roześmiała się i wykonała palcami mistyczny gest.

- Nie szukasz zwycięstwa - rzekła. Pax spojrzał na nią ze sporym zaskoczeniem. - Tak, jestem gotowa - dodała. I

zaatakowała.

Weszła szybko ze skosu, sprawdzając jego pracę nóg. Klinczem unieruchomiła ich ostrza i wykorzystała swój

wzrost i wagę, aby go odepchnąć. Cofnął się niepewnie, a ona spróbowała wykorzystać przewagę. Rozluźnił ciało,
wykonał pad w tył, wysuwając ostrze z klinczu, i zgrabnie ciął na wysokości jej karku. Zaledwie zdołała odparować
cios,  ale  to  wytrąciło  ją  z  równowagi  i  sprawiło,  że  poleciała  do  przodu.  Przeskoczyła  nad  przeciwnikiem,
przetoczyła  się  przez  ramię  i  skoczyła  na  nogi,  wysoką  paradą  zatrzymując  jego  ostrze  w  snopie  iskier.  O  nie,  to
było zbyt blisko.

Pax odstąpił do pozycji en garde, śmiejąc się od ucha do ucha. Widać, że dawno się tak dobrze nie bawił. Dla

niego  to  tylko  gra.  Nikt  nie  wyśle  Paxa  Chizzika  do  oddziału  rolniczego.  Nie,  nawet  za  dwadzieścia  lat  będą  z
zapartym  tchem  czytać  o  jego  dzielnych  wyczynach  jako  rycerza  Jedi.  Oczywiście  zapisanych  przez  zakochane
dziennikarki. Wystarczyło, żeby zrobiło jej się niedobrze.

Zaatakował.
Zazwyczaj  byli  równi  sobie,  lecz  dziś  Pax  wyraźnie  czuł  Moc.  Jego  atak  był  długi  i  płynny,  seria  fint  i  cięć

oślepiająco szybka, jedno bez trudu przechodziło w drugie, a prawdziwe ataki przeplatały się z markowanymi. Scout
sparowała  pierwsze  trzy  ciosy  z  coraz  większym  trudem,  odstąpiła  do  tyłu  i  poczuła,  że  zaczyna  się  gubić  w
wirujących skrętach światła, aż wreszcie wycofała się biegiem, wykorzystując swoją szybkość, aby uciec z labiryntu
mruczącej zieleni, w który omal nie dała się złapać.

Kolejna pauza. Stali teraz o pięć kroków od siebie. Scout oddychała ciężko. Spojrzała w dół i stwierdziła, że ma

nadpaloną tunikę w miejscu, gdzie ostrze przeciwnika podeszło zbyt blisko. Zapach zwęglonej tkaniny łaskotał ja.
W gardle. Pax spojrzał na swój miecz i wytrzeszczył oczy. - Rozpoznałaś to, Scout? - Co?

- Mrlissańska półzapora. Sama mnie tego nauczyłaś. Szukałem cię w Mocy, wiesz, tak jak nas tego uczą, i nagle

wydawało mi się, że wykonuję wokół ciebie półzaporę, ale tylko światłem.

Przez  salę  przebiegły  szmery  i  rzadkie  oklaski.  To  tyle,  jeśli  chodzi  o  próbę  zwycięstwa  wprost,  pomyślała

ponuro Scout. Czas na plan B. Pax spojrzał na nią zdumiony.

- Nigdy w życiu czegoś takiego nie zrobiłem - rzekł zachwycony. Ruszył w jej stronę z nową ufnością, gotów po

raz kolejny rozpłynąć się w spokojnej furii Mocy. Scout upuściła miecz na ziemię.

Pax zatrzymał się, zaskoczony. Scout wysunęła obie ręce dłońmi do góry i skłoniła się.
Pax wreszcie zrozumiał. Przypiął miecz do pasa i z szacunkiem oddał jej ukłon. Scout widziała, jak bardzo stara

się nie stracić twarzy.

- Dobra walka - rzekł. A potem, postępując krok bliżej, dodał szeptem. - To chyba nie znaczy, że cię wyślą do

oddziałów rolniczych, co?

Scout próbowała uśmiechać się krzepiąco. Wyciągnęła dłoń do uścisku.
- Nie martw się o mnie - rzekła łagodnie, gdy ich dłonie się splotły. - Wszystko będzie...
W  pół  zdania,  kiedy  tylko  poczuła,  że  go  trzyma,  przekręciła  dłoń,  blokując  ją  w  nadgarstku.  Pax  zamrugał

zaskoczony, po czym szybko padł na kolana pod rosnącym naciskiem. - O mamo - jęknął. - Tu mnie masz. Drugą
ręką trzykrotnie uderzył w podłogę. Scout natychmiast zwolniła blokadę.

- Przepraszam - rzuciła.
Hanna Ding, arkaniańska uczennica w wieku Scout, wyminęła ją i podeszła do Paxa.
-  To  było  chamskie  -  rzekła.  W  najlepszych  czasach  Hanna  wykazywała  się  znacznie  większą  od  przeciętnej

dozą arkaniańskiego zarozumialstwa, a teraz spojrzenie jej mlecznobiałych oczu świadczyło o tym, że choć niewiele
dobrego spodziewała się po Scout, to jednak miała o niej lepsze mniemanie. Mistrzyni Żelazna Ręka zbliżyła się do
nich.

- W porządku, Chizzik?
- Moja duma jest lekko poszkodowana - przyznał smutno, potrząsając obolałą dłonią - ale poza tym nic mi nie

jest.

- Rozumiem, że zdyskwalifikujecie Enwandung Esterhazy - syknęła Hanna.
- Z całym szacunkiem - wycedziła Scout, zmuszając się do spojrzenia mistrzyni Xan prosto w oczy - warunki

background image

starcia były dokładnie określone.

- Walka ma trwać tak długo, aż jeden z walczących nie podda się lub nie otrzyma trzech ciosów - przypomniał

Pax.  -  To  nie  wina  Scout,  że  byłem  głupi  i  zapomniałem  o  zasadach.  Wystrychnęła  mnie  na  dudka  i  to  całkiem
uczciwie.

-  Nie  widzę  podstaw,  aby  zmieniać  wynik  starcia  -  odparła  Xan  i  wyszła  znów  na  środek  sali.  Hanna  Ding

popatrzyła w ślad za nią.

-  Brawo,  Scout.  Udowodniłaś,  że  potrafisz,  bić  się  z  małymi  chłopcami,  jeśli  tylko  pozwolą  ci  kantować.  -

Spojrzała na nią mlecznymi oczami. - Ależ musisz być z siebie dumna.

Scout jakoś nie była zaskoczona, kiedy stwierdziła, że w drugiej rundzie ma walczyć właśnie z Hanną. To było

całkiem w stylu Jedi - postawić je naprzeciwko siebie i sprawdzić, która lepiej sobie poradzi z zachowaniem zimnej
krwi.  Na  dumnej,  bladej  twarzy  Hanny  odmalowało  się  zadowolenie,  kiedy  usłyszała  imię  Scout  wymienione  po
swoim. - Już się cieszę - syknęła.

Jasne,  wiem,  pomyślała  posępnie  Scout.  Realistycznie  rzecz  biorąc.  Hanna  była  o  wiele  lepszą  wojowniczką.

Fizycznie  Scout  miała  niewielką  przewagę  w  szybkości  i  sile  dzięki  dodatkowym  treningom.  Technicznie  były
porównywalne  -  może  Hanna  nieco  lepsza  we  władaniu  mieczem  świetlnym,  za  to  Scout  zdecydowanie
przewyższała ją w technikach walki wręcz, których nauczała mistrzyni Żelazna Ręka. Jeśli jednak uwzględnić Moc,
starcie nawet w przybliżeniu przestawało być wyrównane. Hanna miała czternaście lat i potrafiła wykorzystać Moc
znacznie lepiej niż Pax Chizzik - była opanowana i zręczna. Scout obserwowała jej rozgrzewkę po drugiej stronic
Sali, skoki w powietrze na nieprawdopodobną wysokość i spadanie powoli, niczym płatek śniegu. - Powodzenia -
mruknęła Lena, obserwując rozgrzewkę Hanny. Scout syknęła.

- Jest dobra strona tego medalu. Wreszcie będę walczyć z kimś, komu naprawdę chcę dołożyć.
Nadszedł  czas  starcia.  Skłoniły  się  Xan,  podały  swoją  broń  do  sprawdzenia,  po  czym  złożyły  pokłon  sobie

wzajemnie. Mistrzyni Xan oznajmiła:

- Podobno kilku uczniów bardzo głośno domagało się, aby turniej odbywał się w naturalnych warunkach. - Czy

Scout się zdawało, czy mistrzyni Xan patrzyła prosto na nią? - W rzeczywistości rzadko mamy optymalne warunki
do  walki.  Możemy  nagle  znaleźć  się  w  nieważkości  albo  zostać  zaatakowani  z  zaskoczenia  przez,  roboty  lub
obcych,  których  fizjologia  utrudnia  lub  uniemożliwia  pewne  techniki.  Oczywiście  wprowadzenie  na  przykład
Goraksa  do  świątyni  nie  miałoby  sensu,  ale  istnieje  parę  rzeczy,  których  możemy  spróbować.  Na  przykład  w
rzeczywistej walce - teraz Scout mogłaby przysiąc, że oczy Xan spoczęły właśnie na niej - często bywa ciemno. I
światła zgasły.

O rany, pomyślała Scout. Też mi problem. Nic muszę wcale ufać tylko oczom. Mogę zaufać Mocy.
Było  całkiem  ciemno.  Scout  słyszała  jedynie  oddechy  widzów  oraz  własne  głośno  bijące  serce.  Cichy  szelest

tkaniny  podpowiedział  jej,  gdzie  stoi  mistrzyni  Xan.  Teraz  zapewne  unosi  czerwoną  chusteczkę...  a  Scout  nic  ma
pojęcia, kiedy ją wypuści. O, nie.

Próbowała  użyć  Mocy;  usiłowała  uwolnić  świadomość  i  rozpostrzeć  ją  na  ciemny  pokój.  Czuła  obecność

wyczekujących akolitów, mistrza Yody w kącie, mistrzyni Xan. Ale nie mogła dostrzec małego strzępka czerwonej
szmatki.  Jeśli  chodzi  o  ścisłość,  miała  również  niewielkie  pojęcie,  gdzie  znajduje  się  Hanna.  Wydawałoby  się,  że
Arkanianka  potrafi  modyfikować  Moc  tak  jak  Quarren  wypluwa  atrament  do  morza.  No  cóż,  z  tym  nic  nie  da  się
zrobić.  Nie  może  włączyć  miecza,  dopóki  chusteczka  nie  dotknie  ziemi,  a  nie  mogła  stwierdzić,  kiedy  to  nastąpi.
Będzie  musiała  pozostawać  czujna,  gotowa  odskoczyć  w  tył,  gdy  tylko  Hanna  wykona  jakikolwiek  ruch.  Scout
spoglądała  w  ciemność  oczami  wielkimi  jak  spodki;  z  napięciem  nasłuchiwała  każdego  skrzypnięcia,  każdego
szeptu. Włoski na jej ramionach uniosły się lekko, jakby mogła słuchać skórą.

I wtedy otrzymała dar od Mocy: nagle, wstrząsające poczucie, że Hanna zaatakuje i... Teraz!
Moc  powiedziała  Scout,  kiedy  nadejdzie  atak.  Dzięki  własnej  ciężkiej  pracy  wiedziała,  jaki  ten  atak  będzie.

Scout  od  sześciu  tygodni  bardzo  pilnie  obserwowała  Hannę.  Wiedziała,  że  Arkanianka  rozpocznie  wysokim,
wspomaganym  Mocą  skokiem,  aby  znaleźć  się  poza  polem  widzenia  Scout  i  w  nadziei,  że  spadnie  na  nią  z  góry
niczym drapieżny ptak. Ostrze przeciwniczki zaświeciło jak uderzenie zielonej błyskawicy i spadło wprost z góry,
lecz ostrze Scout, niebieski, zimny promień, bezbłędnie wyszło mu na spotkanie. Ostrza starły się w spektakularnym
snopie  iskier,  a  siła  parady  sprawiła,  że  Hanna  poleciała  w  tył,  koziołkując  w  powietrzu.  Arkanianka  wykonała
idealne salto w tył i wylądowała w pozycji bojowej, nie tracąc równowagi. Po sali przebiegła fala oklasków.

Zielone i niebieskie odblaski syczały i pulsowały w mlecznobiałych oczach Arkanianki.
-  Chodź  tu,  Esterhazy.  Może  wypróbujesz  na  mnie  jedną  z  tych  swoich  brudnych  sztuczek?  Nie  zużyłaś  ich

chyba wszystkich na biednego Paxa, co? Scout zaśmiała się. - Nawet jednej dziesiątej.

Jeśli  Hanna  miała  jakąś  słabość,  była  nią  zbyt  wielka  miłość  do  miecza  świetlnego.  W  jej  lubiącej  komfort

naturze było coś takiego, że strumienie potu podczas walki wręcz budziły w niej wstręt. Naprawdę czuła się o wiele
lepiej, stojąc dwa kroki od swojego przeciwnika, kiedy to ostrze walczyło za nią.

background image

- Wiesz, Hanna, zastanawiałam się zawsze nad jedną rzeczą. Jak ci się udawało... Scout w pół zdania rzuciła się

ku  niej  jak  strzała,  w  nadziei  że  ją  zaskoczy.  Hanna  sparowała,  Scout  odskoczyła.  Arkanianka  tryumfalnie
przechwyciła jej ostrze i odbiła w bok. Błękitny miecz Scout przeleciał obok, nie czyniąc szkody, ale o to chodziło;
miało  to  służyć  jedynie  odwróceniu  uwagi  i  sprawić,  że  Hanna  poczuje  się  lepsza  i  sprytniejsza,  przynajmniej  do
momentu, kiedy Scout nie znajdzie się tuż obok, a jej sprężysty kopniak nie zwali przeciwniczki z nóg. Obie ciężko
upadły na matę.

Scout  próbowała  wykorzystać  swoją  przewagę,  ale  zanim  znalazła  się  z  powrotem  na  nogach,  Arkanianka

przygotowała  się  już  do  nowego  ataku.  Hanna  miała  chaotyczny  styl  walki,  wymierzała  szybkie  cięcia  pod  ciągle
zmieniającym  się  kątem.  Tylko  talent  Scout  ją  uratował,  uprzedzając  dyskretnie  o  kolejnych  fintach  i  pozwalając
parować jedynie prawdziwe ciosy.

Pamiętaj,  to  ty  jesteś  bronią,  powiedziała  sobie  Scout.  Nie  możesz  liczyć  wyłącznie  na  miecz  świetlny.  Bądź

bronią.

Cięcie,  parada,  ciecie,  parada,  cięcie  -  i  tym  razem,  zamiast  wykonać  spodziewaną  wysoką  paradę.  Scout

zanurkowała nisko pod ostrzem przeciwniczki, aby podciąć Hannie kolana. Arkanianka odskoczyła, zrobiła salto, aż
Scout  znalazła  się  pomiędzy  jej  nogami,  po  czym  wykonała  obrót  i  znów  wylądowała  w  pozycji  bojowej.  Teraz
przykucnęła,  z  nurkowania  przeszła  w  przewrót  i  skoczyła  w  górę.  Już  obie  dyszały  ciężko.  Zielony  i  niebieski
miecz świetlny syczały cicho.

Hanna znów zaatakowała, lecz tym razem użyła również Mocy, pociągając za sobą prawe ramię Scout, aby jej

parada przyszła zbyt późno i by dziewczyna musiała odskoczyć w tył, z dala od kręgu mat. Scout wstała, odzyskując
równowagę,  i  wsunęła  się  pomiędzy  zaskoczonych  widzów,  którzy  pospiesznie  schodzili  jej  z  drogi.  -  Hej!  -
wykrzyknęła  Hanna.  -  Nie  możesz  tam  iść!  -  Odwróciła  się  do  mistrzyni  Xan.  -  Ona  nie  powinna  tego  robić,
przecież widzowie mogą przy okazji oberwać! Scout wsunęła się za plecy Leny Missy.

- Czasem widzowie też obrywają - rzekła, wzruszając ramionami.
- Mistrzyni Xan!
Scout wydawało się, że kąciki ust Jedi unoszą się w lekkim uśmieszku.
- To jest prawdziwa sytuacja, mistrzyni Xan. - Scout lekko poklepała Lenę po ramieniu. - A to jest poligon.
- Może i tak - oschle odparła Żelazna Ręka. - Ale myślę, że przy najmniej dzisiaj postaramy się uniknąć ofiar,

Scout. Walczymy jedynie w kręgu centralnym. - Uniosła dłoń, zamykając tym samym usta Hannie. - To nie stanowi
podstaw  do  dyskwalifikacji  Enwandung  Esterhazy.  Właśnie  tak  postanowiłam,  a  ona  może  rozpocząć  walkę  we
właściwych granicach bez żadnej kary. W ten sposób obie będziecie usatysfakcjonowane - dodała i bynajmniej nie
było to pytanie.

- Oczywiście - natychmiast odparła Scout z niskim ukłonem. - Oczywiście - wycedziła jej przeciwniczka.
Hanna  odstąpiła  na  bok,  a  Scout  z  całym  opanowaniem,  na  jakie  było  ją  stać,  wróciła  na  środek  kręgu  mat.  -

Zaczynajcie.

Koniec miecza Hanny opadł i Arkanianka skoczyła do przodu, tnąc w kierunku głowy Scout. A Scout schowała

się za mistrzynią Xan.

Ostrze  miecza  świetlnego  Hanny  znalazło  się  o  szerokość  dłoni  od  twarzy  mistrzyni  Xan,  znieruchomiało  i

odskoczyło  jak  palce  dziecka  od  gorącego  pieca.  -  No  proszę  -  syknęła  Scout.  -  O  mało  nie  zraniłaś  niewinnego
widza.

Hanna otworzyła usta i wydała coś w rodzaju warknięcia. Rzuciła się za Żelazną Rękę. Scout uciekła na druga,

stronę.

- Stop! - wykrzyknęła mistrzyni Xan.
- To nie moja wina - odparła Scout. - Jesteś w samym środku pola walk, mistrzyni. Hanna bulgotała gniewnie.
Żelazna Ręka naprawdę z trudem walczyła o zachowanie powagi.
-  To  prawda,  Scout.  -  Podeszła  do  krawędzi  kręgu,  a  Scout  i  Hanna  podążyły  za  nią  niczym  dwa  orbitujące

księżyce. - Ale czasem teren się zmienia.

- Obawiałam się, że to powiesz - westchnęła Scout, odskakując w tył, aby uniknąć cięcia, kiedy mistrzyni Xan

opuściła ring. Hanna ruszyła za nią.

- Jeszcze jakieś inteligentne pomysły?
- Właśnie nad tym pracuję.
Wreszcie rozzłościła Arkaniankę w wystarczającym stopniu, aby ta przestała władać Mocą z taką subtelnością,

jak to robiła na początku starcia. Jednocześnie zaczynało jej brakować sztuczek, które mogłaby zastosować wobec
Hanny.  Druga  uczennica  również  zdawała  sobie  z  tego  sprawę.  Zaatakowała  znowu,  tym  razem  bardziej
metodycznie,  krok  za  krokiem  wypierając  Scout  poza  krawędź  ringu.  Nie  mogę  na  to  pozwolić,  pomyślała  Scout.
Nie wolno jej dać się zepchnąć wyłącznie do defensywy. Odskoczyła, odparowała cięcie i wygięła nadgarstek, aby
zblokować  ostrza,  po  czym  pochyliła  się,  jakby  chciała  zaatakować,  tak  samo  jak  w  walce  z  Paxem.  Tym  razem

background image

wyciągnęła lewą dłoń i dźgnęła dwoma palcami we wrażliwy punkt pod lewym łokciem Hanny.

To było doskonałe zagranie. Przedramię Arkanianki zdrętwiało na chwilę, jej pozbawione czucia palce rozwarły

się, lecz w tej samej chwili Scout kopnęła ją w rękę z całej siły, aż miecz świetlny Hanny poszybował w powietrzu.
Scout z triumfalnym pomrukiem rzuciła się do przodu, zataczając krąg ostrzem...

...ale  Hanna  w  jakiś  nieprawdopodobny  sposób  zdołała  przeskoczyć  nad  jej  klingą.  Scout  przeleciała  przez

miejsce, gdzie powinna była znajdować się przeciwniczka, potknęła się, odzyskała równowagę i odwróciła w samą
porę,  gdy  Hanna  z  zaciśniętymi  ustami  ściągała  Mocą  z  powietrza  swój  miecz  świetlny.  Rękojeść  wylądowała  w
dłoni Arkanianki z głuchym stukiem. Hanna bezlitośnie napierała na Scout.

- To była twoja ostatnia szansa.
Runęła na Scout jak burza; machała rękami z nieprawdopodobną szybkością, a długie, brzęczące ostrze spadało

jak zielona rozwidlona błyskawica.

Scout powoli i bezlitośnie traciła grunt pod nogami. Widziała nadchodzące ataki, wiedziała, które są prawdziwe,

a które tylko zwodzą, lecz Hanna całą swoją wolą blokowała jej prawe ramię, wykorzystując Moc do spowolnienia
ruchów przeciwniczki, aż Scout wydawało się, że walczy w wodzie lub błocie. Finta, cięcie, finta, sztych, sztych, a
potem ostry, głęboki cios w nogę, który przeorał tkaninę szaty Scout i pozostawił na jej udzie czerwoną smugę.

Ból  rzucił  nią  o  podłogę.  Przetoczyła  się  na  bok  i  wstała,  parując  atak  Hanny,  który  prawie  musnął  jej  twarz.

Miecz syknął jak wściekły wąż, zalewając jej oczy zielonym światłem. Scout stęknęła i obróciła się znowu, usiłując
wyprowadzić  cios,  lecz  Hanna  była  już  po  wewnętrznej  stronie  jej  ostrza  i  ściągnęła  je  do  parteru  tak  mocno,  że
palce  Scout  musiały  na  ułamek  sekundy  poluzować  chwyt.  Hanna  użyła  Mocy,  aby  chwycić  jej  miecz,  tę  smugę
błękitnego ognia; wyrwała go z palców Scout, odrzucając daleko, na drugą stronę sali.

No,  zacznij  walczyć  naprawdę,  modliła  się  Scout.  Gdyby  Hanna  spróbowała  starcia  wręcz,  istniałaby  dla  niej

nadzieja. Cokolwiek, dźwignia na staw, blok ramieniem... cokolwiek. Arkanianka wstała.

Scout  uwolniła  ramię  i  przetoczyła  się  na  plecy,  wyrzucając  do  przodu  nogi,  lecz  Hanna  była  już  poza  jej

zasięgiem,  zimna  i  opanowana,  a  jej  zielony  miecz  brzęczał  i  śpiewał  o  centymetry  od  serca  Scout.  Arkanianka
spojrzała w  dół  na Scout,  z  wysokości, która  leżącej  wydawała  się olbrzymia,  nie  do pokonania,  jak  odległość  od
pola na farmie do gwiazd. - Poddaj się - syknęła Hanna.

Scout leżała pod ostrzem, z trudem chwytając oddech. Noga paliła i pulsowała. Hanna niecierpliwie zerknęła na

przeciwniczkę.

- Poddaj się!
- Nie.
Arkanianka zamrugała.
- Co?
- Nie. - Scout odkaszlnęła i splunęła. - Mówię: nie. Nie poddam się.
Hanna wytrzeszczyła oczy, szczerze zdumiona.
- Ale... przecież ja zwyciężyłam. Teraz ty musisz się poddać.
Scout pokręciła głową.
- Nie sądzę. - Pomyślała, że mogłaby użyć Mocy i ściągnąć ku sobie miecz, kiedy uwaga Hanny skupiona była

na czym innym, ale przez ból głowy trudno jej było się skoncentrować. I była zmęczona, tak strasznie zmęczona. -
Nie jestem jeszcze gotowa się poddać.

- Ale dlaczego? Scout wzruszyła ramionami. - Chyba jeszcze za mało boli. Hanna z niedowierzaniem pokręciła

głową.

- Jesteś szalona. Co ja mam teraz zrobić? Przeciąć cię, kiedy tak leżysz? - Jej miecz świetlny brzęczał i szumiał,

tryskając snopami iskier. Wtedy Sout nagle doszła do wniosku, że jest w stanie wygrać tę walkę. Uśmiechnęła się.

-  Walczymy,  dopóki  jedno  z  nas  się  nie  podda  lub  nie  zainkasuje  trzech  oparzeń.  Dotknęłaś  mnie  raz.  A  to

znaczy, że jeszcze dwa mi pozostały - powiedziała przez zaciśnięte zęby i chwyciła ostrze miecza Hanny nagą lewą
dłonią. - Nie możesz tego zrobić! - wrzasnęła Hanna.

-  Chcesz  się  założyć?  -  Ostrze  pluło  ogniem  i  paliło,  ale  Scout  trzymała  się  go  jak  ostatniej  deski  ratunku.

Szarpnęła w dół. Hanna, nie dowierzając własnym oczom, nie zdążyła dość szybko puścić rękojeści i pozwoliła się
pociągnąć  do  przodu.  Upadła  na  Scout,  która  jednak  zdążyła  się  już  przetoczyć  na  bok  i  prawą  ręką  sięgnęła  do
kołnierza tuniki Arkanianki.

Zaczęły  się  turlać  po  podłodze.  W  pewnej  chwili  Scout  znalazła  się  na  górze,  z  lewą  dłonią  wciąż  trzymającą

ostrze miecza Hanny, a prawą zaciśniętą wokół gardła przeciwniczki. Scout była najlepszą uczennicą Żelaznej Ręki;
jej  chwyty  na  gardle  odznaczały  się  wyjątkową  precyzją,  zawsze  doskonale  wypośrodkowane  na  trójkącie  krtani.
Nieodmiennie  powodowały  utratę  przytomności  w  ciągu  dziesięciu  sekund.  Scout  naciskała,  odliczają  czas,  przez
jaki musiała jeszcze trzymać klingę miecza Hanny. Jeden, dwa. trzy...

Mleczne oczy Arkanianki zasnuły się mgłą, lekką jak opar, który nasuwa się na srebrzysty staw. Cztery, pięć.

background image

- To nie...
Sześć.
-...uczciwe - szepnęła Hanna.
Siedem.
Poddała się.
Scout  krzyknęła  dziko  i  odrzuciła  od  siebie  miecz  świetlny  Hanny.  Stoczyła  się  z  bezwładnego  ciała

przeciwniczki,  z  trudem  dźwignęła  się  na  nogi  i  zaczęła  potrząsać  biedną,  poparzoną  dłonią,  wyrzucając  z  siebie
potok słów, które nigdy nie powinny były zabrzmieć pod sklepieniem Świątyni Jedi. Nogi drżały pod nią tak silnie,
że bała się upaść znowu. Zdołała jednak pokłonić się mistrzyni Xan.

Żelazna Ręka spoglądała na nią. Już się nie śmiała. - Wiesz, Esterhazy, gdyby to była prawdziwa walka...
-  Z  całym  szacunkiem,  mistrzyni...  -  Scout  urwała,  żeby  złapać  oddech  i  otrzeć  pot  z  czoła.  -  Z  całym

szacunkiem,  to  była  prawdziwa  walka.  To  jest  prawdziwe  -  powiedziała,  obejmując  gestem  całą  salę.  -  Miecz
świetlny był prawdziwy, tylko ustawiony na najniższą moc. Za jej plecami Hanna poruszyła się i jęknęła.

- Ona też jest prawdziwa. - Scout spojrzała na Hannę. - To była prawdziwa walka. Po długiej chwili mistrzyni

Xan skinęła głową. - Chyba jednak masz rację.

W  kilka  sekund  później  rozległy  się  pierwsze  oklaski.  Aplauz  trwał  jeszcze,  kiedy  Scout  wychodziła  z  sali,

odtrącając pomocne dłonie. Sama dokuśtykała do skrzydła medycznego.

 

background image

R O Z D Z I A Ł 4

 
 

Cały  refektarz  Świątyni  aż  huczał  od  komentarzy  na  temat  turnieju,  kiedy  uczniowie  i  nauczyciele  zasiedli  do

południowego  posiłku.  Nawet  mistrz  Yoda,  który  zazwyczaj  spożywał  posiłki  w  swoim  pokoju,  dowlókł  się  do
jednego z długich, wspartych na krzyżakach stołów i stękając, wgramolił się na ławkę, skąd mógł łaskawym okiem
obserwować całą salę.

- Mistrzyni Leem! - zawołał, machając laską, kiedy ujrzał Maks wchodzącą do sali. - Usiądź ze mną na chwilę,

dobrze?

Długa  szczęka  Maks  wykonywała  delikatnie  przeżuwające  ruchy.  Naprawdę  to  miała  zamiar  znaleźć  swojego

padawana,  Whie,  żeby  przekazać  mu  ostatnie  instrukcje  przed  popołudniową  serią  rozgrywek.  Szczerze  mówiąc,
chciała  to  zrobić  raczej  po  to,  aby  uspokoić  własne  nerwy,  aniżeli  pomóc  chłopcu,  który  przez  pierwsze  dwie
konkurencje przeszedł bez wysiłku, pierwszego przeciwnika rozbrajając, a drugiemu zakładając prześliczną blokadę
na  nadgarstek,  tak  że  tamten  zaledwie  odczuł  porażkę.  Chłopak  świetnie  sobie  radził,  jak  skoczek,  który  gładko
wchodzi w wodę, nie rozbryzgując jej. Nie potrzebował jej pomocy.

Poza  tym,  kiedy  wielki  mistrz  zakonu  Jedi  zaprasza  kogoś  na  obiad,  trudno  mu  odmówić.  Nawet  gdyby  się

chciało.

Szczerze mówiąc, nawet osoby, które chętnie poszłyby za Yodą do samych bram Śmierci, wolały nie dzielić z

nim  posiłku.  Być  może  przemierzanie  galaktyki  wzdłuż  i  wszerz  przydało  podniebieniu  mistrza  wyjątkowej
odporności, większej niż u innych śmiertelników, a może tak wyewoluował, że nie dbał o to, czym się zapycha, a
może po ośmiuset latach życia obumarły mu wszystkie kubki smakowe. W każdym razie ulubione potrawy starego
gnoma były nieodmiennie odrażające. Lubił gorące, bagienne potrawki cuchnące jak gotowane błoto: malutkie, bure
przystaweczki,  które  niezgrabnie  pełzały  po  talerzu,  i  lepkie,  ciągnące  się  napoje  rozmaitej  konsystencji  -  od
przesłodzonego  syropu  po  ziarnisty  szlam.  Mistrzyni  Leem  usiadła  obok  niego  i  przyglądała  się  niepewnie,  jak
najstarszy  i  największy  z  żyjących  Jedi  radośnie  zagląda  do  miski  pełnej  brązowoszarej  papki,  w  której  pływały
niewielkie  kawałki  czegoś,  co  wyglądało  jak  surowy  tłuszcz  zwierzęcy;  całość  była  posypana  łuskami  jakiegoś
małego gada. Pachniało to jak martwy piżmoszczur, który za długo pozostawał na słońcu.

- Doskonale walczył rano twój padawan - zauważył Yoda z pełnymi potrawki ustami.
Mistrzyni Leem dopiero co ostrzyła sobie apetyt na talerz suchych ziaren z dodatkiem suszonych woskownic i

kubek wonnej herbatki z pączków narisa, ale w miarę, jak do jej nozdrzy docierał odór lunchu Yody, traciła chęć do
jedzenia.  -  Tak,  Whie  świetnie  sobie  poradził  -  odparła,  a  jej  oczy  nagle  przybrały  nieobecny  wyraz.  -  Koszmar
zeszłej nocy miał?

- Twierdził, że to nie był jeden z tych... szczególnych snów.
Yoda spojrzał na nią ostro spod pomarszczonego czoła. - Uwierzyłaś mu?
- Nie jestem pewna - przyznała. - Kłamstwo jest do niego niepodobne, zwłaszcza w takiej sprawie. Ale przeraził

się bardzo, poczułam też... - Poruszenie w Mocy. Mistrzyni Leem skinęła głową ze smutną miną.

- A wiec ty też je poczułeś. - Obudziło ją w środku nocy, jak odległy krzyk, tak cichy z początku, że nie mogła

zrozumieć,  co  wyrwało  ją  ze  snu  i  sprawiło,  że  usiadła  na  łóżku  jak  ukłuta  szpilką,  a  włosy  podniosły  jej  się  na
karku. Yoda pochylił się nad miską, siorbiąc i mlaszcząc.

- Powiedziałem ci, skąd wziął się u nas?
- Właściwie nie. Byłam na długiej misji, kiedy przybył do Świątyni. Przebywał tu już, chyba od trzech lat, zanim

go  poznałam.  -  Wciąż  pamiętała,  jak  to  się  stało.  Wyprowadziła  do  ogrodu  klasę  pięciolatków  na  lekcję  botaniki,
aby  nauczyć  ich  nazw  i  stosowania  roślin.  Już  wtedy  Moc  u  Whie  była  bardzo  silna.  Odszedł  od  grupy,  a  kiedy
poszła go szukać, znalazła chłopca głaszczącego pączki rigeliańskiego irysa, które pod jego palcami otwierały się i
kwitły, jakby bardzo delikatnie wsączał w nie wiosenną aurę.

Uśmiechnęła się na to wspomnienie i rozejrzała, żeby odnaleźć go w zatłoczonej sali. Częściowo z sympatii, a

częściowo po to, aby nie czuć potwornego smrodu unoszącego się z miski Yody. Whie siedział o trzy stoły dalej, z
innymi chłopcami w jego wieku, a jednak wyobcowany, prawie nie biorąc udziału w rozmowach. Zawsze była w
nim pewna rezerwa, jakby widział coś, czego inni nie byli w stanie ujrzeć i nie potrafił się tym podzielić. W końcu
jednak był jednym z ośmiorga uczniów, którzy pozostali w turnieju, może zatem nie było nic dziwnego w tym, że
siedział samotnie, zbierał myśli i koncentrował się na oczekującym go zadaniu. Poczuł chyba jej spojrzenie na sobie,
bo odwrócił się i spojrzał mistrzyni w oczy z lekkim uśmieszkiem i pełnym szacunku ukłonem.

Dobry padawan. Najlepszy, jakiego miała, choć podobno nie powinno się nikogo faworyzować. Yoda podążył

wzrokiem za jej spojrzeniem.

-  Urodził  się  na  Vjunie  -  rzekł,  zlizując  pomarszczonym  językiem  brązowoszare  resztki  potrawki,  które

background image

przylgnęły  mu  wokół  ust.  -  Szalony  jego  ojciec  był.  A  jego  matka...  silna  bardzo  była.  Bardzo  silna.  Maks
zmarszczyła lekko brwi. - Nie wiedziałam.

- Mm. Żeby wziąć go, błagała. „Zabierzcie go z tej rzeźni", takie jej słowa były. Pijana była, na pół oszalała z

rozpaczy, bo morderstwo dom jej nawiedziło tego dnia. - Wielkie nieba! Yoda skinął głową.

- Niejasna dla mnie nasza ścieżka tego dnia była. Wiedziałem wtedy nawet, że matka zmienić zdanie może. Lecz

Moc  silna  w  nim  się  wydawała...  -  Stary  mistrz  wzruszył  ramionami  i  siąknął  nosem.  -  Domyślaliśmy  się.
Odważyliśmy się. Dobrze czy źle, kto wie? Nieraz zło i dobro w krótkim czasie nie mają znaczenia. W dłuższym
okresie, w dziesięcioleciach, w stuleciach... wtedy widzimy rzeczy, jakimi są. Każdy wybór gałęzią drzewa jest: co
na  decyzję  wyglądało,  w  istocie  jest  drogą  rozwoju.  Każdy  czyn,  widzisz,  jest  jak  kopalnia,  pogrążona  w  Mocy,
jak...  Zaraz!  -  Yoda  urwał,  kiedy  android  usługujący  w  refektarzu  podszedł  i  chciał  zabrać  mu  miskę,  wciąż  do
połowy napełnioną. - Stop! Stop! Jem to przecież!

- Ta miska zawiera substancję, której moje receptory nie identyfikują jako żywność - oznajmił mały, okrąglutki

android. - Proszę tu zaczekać, a przyniosę, panu specjalność dnia. Yoda chwycił brzeg miski.

- Arogancka maszyna! Nie w menu moje posiłki są. Specjalnie dla mnie robione to jest!
Serwomotory androida zawyły, jakby próbował wyrwać miskę mistrzowi.
- Wstępne odczyty nie mogą potwierdzić jadalności tego, co jest w tej misce. Proszę zaczekać, a przyniosę panu

specjalność dnia.

-  Precz!  -  krzyknął  Yoda,  waląc  androida  laską  po  chwytaku.  -  To  moje.  Odejdź!  -  Powinien  pan  spróbować

specjalności  dnia  -  przekonywał  android.  -  Pieczone  plastry  dru'una  w  sosie  rybnym.  Proszę  poczekać,  zaraz
przyniosę.

Yoda jeszcze raz przyłożył androidowi laską, po czym szarpnął miskę. Android pociągnął w swoją stronę. Miska

pękła, potrawka rozbryznęła się na wszystkie strony, głównie zaś na szatę mistrzyni Jedi Maks Leem.

- O rany, rozlało się - jęknął android z satysfakcją. - Zaraz to posprzątam.
Okrągłe  oczy  Yody  zrobiły  się  jeszcze  większe.  Wbił  wzrok  w  androida.  -  Ba!  -  rzekł  z  pogardliwym

prychnięciem. - Roboty!

Mistrz  zakonu  Jedi,  drżąc  ze  złości,  pokazał  język  androidowi,  który  radośnie  zbierał  z  szaty  mistrzyni  Leem

kawałki  czegoś,  co  wyglądało  jak  duszone  ścięgna.  W  dziesięć  minut  później  mistrzyni  Leem  wróciła  na  salę  w
świeżym  ubraniu,  a  mistrz  Yoda  zezował  ponuro  na  talerz  pieczonych  plastrów  dru'una  w  sosie  rybnym.
Rozpogodził się, kiedy do refektarza wszedł Jai Maruk, i skinięciem laski zaprosił szczupłego Jedi do swojego stołu.
- Popatrzeć przyszedłeś?

Mistrz  Maruk  dołączył  do  siedzących.  Złożył  Yodzie  dostojny  pokłon,  a  Leem  skinął  przyjaźnie  głową.  -

Mistrzyni Xan powiedziała mi o tym.

- O czym? O czym ci powiedziała? - zapytała Maks Leem.
Jai  Marok  wziął  z  tacy  przechodzącego  androida  filiżankę  parującej  stymkafy,  którą  Yoda  obrzucił  pełnym

dezaprobaty spojrzeniem. - Masz padawana, który po turnieju wciąż żyje, tak?

- To właściwie była odpowiedz - zauważyła mistrzyni Leem.
Mistrz Maruk pozwolił sobie na rzadki u niego, blady uśmieszek.
- Zostało ośmioro - odparł Yoda, ze zmarszczonymi brwiami wpatrując się w plecy oddalającego się androida z

napojami.

- Chyba siedmioro - rzekł Maruk. - Ta dziewczyna, Esterhazy, jest ranna; słyszałem, że zgłosiła się do medyka z

poparzoną ręką i nogą.

W  tej  chwili  po  sali  przebiegł  szmer,  zwłaszcza  wśród  siedzących  najbliżej  wschodnich  drzwi,  w  których

właśnie stanęła Scout. Yoda z przekornym uśmiechem spojrzał na wysokiego Jedi. - Zgłosiła się, tak.

- Wiedziałeś, że wróci?
- Domyślać tylko się mogłem.
- Nie może dalej walczyć - rzekł Maruk, kręcąc głową. - Lewa ręka paskudnie poparzona, obandażowana, kuleje

na lewą nogę... prawdopodobnie jeszcze jedno oparzenie od miecza świetlnego. Co sądzisz o sposobie, w jaki dziś
rano  walczyła?  -  zapytał,  zwracając  się  do  Yody.  -  Nie  całkiem  zgodnie  z  ideałami  Jedi,  moim  zdaniem.  Yoda
wzruszył ramionami. - Jakie ideały na myśli masz?

- Zbyt wiele oszustw.
- Ale i wytrwałość - odparła mistrzyni Leem. - Dużo wytrwałości. I odwaga.
- Hm. I jeszcze jedno - mruknął Yoda. Młodsi Jedi spojrzeli na niego. - Nigdy się nie poddaje - rzekł, mrużąc

pomarszczone powieki. - Dalej uważacie, że do oddziałów rolniczych należy ją posłać?

-  Nie  do  mnie  należy  kwestionowanie  twoich  decyzji  dotyczących  rozwoju  naszych  uczniów.  Yoda  postukał

Maruka laseczką po łydkach.

-  A  więc  dobrze  -  ostrożnie  odparł  Jai.  -  Tak,  właśnie  tak  uważam.  Myślę,  że  jest  mądra  i  zdecydowana,  a  w

background image

oddziałach rolniczych może w ciągu wielu lat zdziałać mnóstwo dobrego. Rycerz Jedi ma inny rodzaj misji, a jeśli
tu zostanie, zginie w ciągu pół roku. Czy będziemy się cieszyć, że pozwoliliśmy spełnić się jej marzeniom, kiedy
marzycielka nie przeżyje?

- To, że nie jest silna Mocą jak niektórzy, z pewnością wymaga od niej dodatkowego wysiłku - zgodziła się w

zadumie mistrzyni Leem. - Może też jednak nakłada na nas większą odpowiedzialność.

Była Granką o łagodnym sercu i nie podobał jej się pomysł wystania Scout do oddziałów rolniczych.
- Może powinniśmy podjąć starania, bardziej, przyłożyć się do jej szkolenia. Nikt nie może powiedzieć, że Scout

nie  dała  z  siebie  wszystkiego,  aby  stać  się  padawanką.  Czy  możemy  twierdzić,  że  i  my  pracowaliśmy  tak  ciężko,
aby zostać rycerzami Jedi? Yoda zachichotał.

-  Dobre  serce  i  spryt  masz,  mistrzyni  Leem.  Jaiu  Maruku,  załóż  się  ze  mną,  co?  Jai  wyglądał  na  bardzo

nieszczęśliwego. - Oczywiście, mistrzu, jeśli takie jest twoje życzenie.

-  Popatrz  na  turniej,  jak  się  zakończy.  Jeśli  z  ośmiu  pozostałych  nasza  dziewczyna  znajdzie  się  w  ostatniej

czwórce, do oddziałów rolniczych ją wyślę.

-  Po  zwycięstwie  odniesionym  nad  trzema  czwartymi  innych  uczniów?  Po  tym,  jak  daleko  zaszła?  -

wykrzyknęła mistrzyni Leem. Yoda wzruszył ramionami.

- Gorsze próby Jedi muszą odbywać, szanse bywają mniejsze. I jak powiada mistrz Maruk, nie jest silna Mocą ta

dziewczyna.

- A jeśli skończy w pierwszej czwórce? - podejrzliwie zapytał mistrz Maruk.
- Druga, trzecia, czwarta uczennicą będzie. Ale jeśli wygra - rzekł Yoda, dźgając Jaia Maruka laseczką w pierś -

twoim padawanem zostanie. - Moim! - wykrzyknął Marok. - Czemu moim?

Yoda zachichotał.
- Bo przecież wtedy przegrasz, Jaiu Maroku. I będziesz musiał się nauczyć zwyciężać... najlepiej od kogoś, kto

się na tym zna.

Mistrz Marok wyglądał tak, jakby przed chwileczką ktoś siłą wtłoczył mu do gardła kolczastogrzbietą ropuchę z

Tatooine, lecz oszczędzono mu konieczności udzielenia odpowiedzi, bo mistrzyni Xan kiwnęła w dłonie, prosząc o
uwagę. Stoły, przy których siedzieli uczniowie Jedi, doskonale wdrożeni do natychmiastowego posłuszeństwa - w
końcu nie na darmo przezywano ją Żelazną Ręką - natychmiast ucichły.

-  Uczniowie,  padawani,  rycerze  Jedi  i  mistrzowie!  Pierwsza  połowa  dzisiejszego  turnieju  była  niezwykle

pouczająca.  Uczestnicy  walczyli  dzielnie  i  zręcznie,  a  nieraz  wręcz  pięknie...  -  Spojrzała  przelotnie  na  Whie.  -
Niekiedy  też  z  zaskakującą,  eee...  pomysłowością.  -  Tej  uwadze  towarzyszyło  kose  spojrzenie  w  kierunku  Scout,
która  zarumieniła  się,  lecz  dumnie  zadarła  podbródek.  -  Mówiłam  już  wcześniej,  że  uczniowie,  którzy  mieli
zmierzyć  się  w  tym  turnieju,  życzyli  sobie,  aby  walki  bardziej  przypominały  rzeczywistość,  sytuacje,  w  których
mogą  się  znaleźć,  kiedy  wyjdą  poza  te  ściany  w  świat,  gdzie  właśnie  szaleje  wojna.  -  Zgromadzeni  wokół  stołów
refektarza przytaknęli z przekonaniem. Jacyż oni poważni, pomyślała mistrzyni Leem. Jej serce się wyrwało do tego
pokolenia dzieci, wychowywanych nie jako strażnicy pokoju Republiki, lecz jako żołnierze w galaktycznej wojnie. -
Często  słyszę,  że  nasi  uczniowie  mówią  o  Coruscant  i  leżących  blisko  gwiazdach  jako  o  „prawdziwym  życiu".
Zastanawiam się czasem, czy im się nie wydaje, że to, czego ich uczymy, to tylko zabawa - ciągnęła mistrzyni Xan.
-  Zapewniam  was,  że  tak  nie  jest.  Żywa  Moc,  którą  tu  nauczycie  się  widzieć,  prowadzeni  przez  mistrza  Yodę,  to
najprawdziwsza  rzeczywistość.  Poza  tymi  ścianami  prawda,  zamaskowana  przez  nadzieję,  lęk  i  zdradę,  jest
najtrudniejsza do zobaczenia.

Pomarszczona głowa Yody pochyliła się, przytakując tym słowom.
- Prawdą jest jednak, że w rzeczywistym życiu rzadko spotykamy naszych wrogów w pojedynkę, w zamkniętym

pomieszczeniu, na wygodnych matach - ciągnęła Żelazna Ręka. - W galaktyce sytuacja bywa bardziej chaotyczna,
zamiast  walki  w  sali  treningowej  musicie  czasem  dobywać  miecza  świetlnego  w  doku,  bibliotece,  na  ulicy,  a
nawet... - urwała, unosząc brwi - ...a nawet w jadalni. Przekonani, że macie jeszcze wiele godzin do następnej walki,
spożyliście  duży  posiłek.  -  Wymownie  spojrzała  na  Sisseri  Deo,  wysokiego,  złotoskórego  Firrerreo,  który  był
jednym z ósemki jeszcze wałczących. Spojrzał na talerz i błony mrużne na jego oczach zafalowały z przerażenia. -
Poza  tym  miejscem  nie  zawsze  będziecie  pamiętać,  aby  pilnie  na  wszystko  zwracać  uwagę,  a  zatem  często  nie
rozpoznacie, kim są wasi przeciwnicy. - Ciągnęła, spoglądając na Lenę Missę, która oblizując wargi rozwidlonym
językiem,  gorączkowo  rozglądała  się  po  sali,  usiłując  sobie  przypomnieć  skład  pierwszej  ósemki.  -  Na  zewnątrz
rzadko zdarza się taka miła sytuacja, że walka toczy się jeden na jednego w określonym miejscu i czasie. Częściej
jest to karczemna burda, walka na pięści w jakiejś ciemnej alejce. - Żelazna Ręka podniosła czerwoną chusteczkę.
Na jej widok zdenerwowani uczniowie poderwali się z ławek. - A nawet wspólna jadalnia. Pozostało zatem ośmiu
zawodników. Niech Moc będzie z wami - ogłosiła mistrzyni Xan i pozwoliła, aby czerwona szmatka wyśliznęła jej
się z palców.

Jak tylko mistrzyni Xan zaczęła mówić o „prawdziwym życiu", Scout odgadła, co się święci. Rozejrzała się po

background image

sali,  odnotowując,  gdzie  znajdują  się  pozostali  zawodnicy  z  Rundy  Ośmiu  i  oceniając,  kto  będzie  dla  niej
najlepszym przeciwnikiem. Nie Lena. Lena to przyjaciółka, a poza tym Chagrianka patrzyła wprost na nią.

Sisseri Deo, prawie dwa i pół metra złocistej skóry, siedział zwrócony plecami do Scout o jeden stół dalej. Kiedy

mistrzyni  Żelazna  Ręka  ciągnęła  swoje  przemówienie  -  ależ  miała  świetną  zabawę,  ta  upiorna  staruszka!  -  Scout
ześliznęła się z ławki, biorąc ze sobą kubek soku muja, i przysunęła się kilka kroków, jakby chciała lepiej usłyszeć
słowa nauczycielki.

Czerwona  chusteczka  powędrowała  w  górę.  Wszyscy,  którzy  nie  chcieli  znaleźć  się  na  drodze  ostrzy  mieczy

laserowych i brudnych talerzy, skoczyli na nogi. Scout rozejrzała i sprawdziła, czy Lena nie próbuje jej podejść. Jak
dotąd nieźle. Niedbale przesunęła się tuż za plecy Sisseriego. W czysto fizycznym tego słowa znaczeniu Sisseri był
zdecydowanie  najsilniejszym  z  pozostałych  zawodników.  Był  to  ogromny  wyrostek  o  mięśniach  podobnych  do
korzeni  drzew  pokrytych  lśniącą  skórą.  Scout  obserwowała  jego  starcie  w  drugiej  rundzie,  kiedy  to  kopniakiem
pozbawił przytomności Forzi Ghula, i nie zamierzała stawać z nim do walki.

Nie miała szczęścia. Zaledwie czerwona chusteczka opadła z palców mistrzyni, Sisseri obejrzał się i stanął przed

Scout. Zaklęła.

Chusteczka dotknęła ziemi.
Sisseri chwycił za miecz świetlny.
Scout cisnęła mu w twarz kubek z sokiem.
Poderwał  dłonie,  a  niebieski  promień  miecza  zatańczył  nad  głową  Scout,  gdy  jego  właściciel  gorączkowo

próbował wytrzeć sok z oczu. Całkowicie ignorując miecz - nie było sensu wyzywać Sisseriego do walki, był na to
zbyt  dobry  -  zaatakowała  go  ciosem  w  pierś,  pozwalając,  aby  jej  dłonie  same  odnalazły  kołnierz  jego  tuniki.
Zastosowała  ulubiony  uchwyt,  jej  silne  nadgarstki  napięty  się,  a  ona  poczuła  znajomy  nacisk  palców  na  tkaninę
wrzynającą się w szyję przeciwnika. Świetnie, pomyślała. Teraz doliczyć do dziesięciu i trzymać. Jeden, dwa...

Mięśnie nóg Sisseriego napięły się i dzięki delikatnemu ukłuciu Mocy Scout zorientowała się, co będzie dalej.

Dał susa w tył, przekręcając się w powietrzu jak smokowąż na skraju śmierci, po czym z trzaskiem spadł na stół,
przygniatając sobą Scout. Ona jednak zorientowała się w jego zamiarach i w połowie trajektorii wywinęła się. Kiedy
z głośnym hukiem wylądował na blacie stołu, znowu siedziała na nim. Trzy, cztery..

Forrerreo  toczył  się  dalej.  Jego  olbrzymie  dłonie  powędrowały  w  kie  runku  szyi,  ale  z  jakiegoś  powodu  Moc

nagle zaczęła swobodniej przepływać przez Scout i dziewczyna wcześniej niż on sam wiedziała, że będzie próbował
oderwać jej ręce. Nie zwalniając chwytu prawym ramieniem i dłonią, sięgnęła lewą i nacisnęła na splot nerwów pod
jego lewym łokciem. Ramię Sisseriego zwisło, bezwładne i pozbawione czucia. Pięć, sześć...

Sisseri przestał się rzucać i leżał na stole, mrugając oczami, jakby wzywał Moc na ratunek, lecz jego wzrok już

zasnuwał  się  mgłą.  Westchnął  głęboko  i  z  desperacją,  spojrzał  na  nią  wypukłymi  oczami  i  skrzywił  ociekającą
sokiem twarz. - Nienawidzę...

Siedem...
- Nienawidzę soku muja - jąknął i poddał się.
Scout  stoczyła  się  z  niego  i  przykucnęła  przy  stole,  rozglądając  się  po  refektarzu.  Pozostało  sześciu

zawodników.  Pirt  Neer  i  Enver  Hoxha  ściągali  na  siebie  najwięcej  uwagi  wspaniałym  pojedynkiem  na  miecze
świetlne. Whie i HeraTuix walczyli wręcz, wciąż jeszcze jednak na dystans, wymieniając kopniaki, ciosy i blokady.
To  nie  potrwa  długo.  Nieważne,  jak  elegancko  wygląda  walka  wręcz  na  dystans,  zawsze  się  kończy  na  ziemi,  na
zapasach i blokadach stawów. Lena stała właśnie nad Bargu, zmiennokształtną, która trzymała się za ramię drugą
ręką i składała pokłon na znak kapitulacji.

Oczy  Leny  napotkały  wzrok  Scout  i  dziewczyny  wymieniły  między  sobą  znużone,  czujne  uśmiechy.  Tłum

wydał nagle głośne westchnienie.

Whie chwycił Herę Tuix w elegancki blok za nadgarstek, a choć Hera próbowała kontratakować, wiadomo było,

że za chwilę odstuka porażkę. Scout poszukała wzrokiem Leny. „Teraz!" - szepnęła i rzuciła się przed siebie, z Leną
depczącą  jej  po  piętach.  Whie  był  silniejszy  niż  każda  z  nich,  ale  jeśli  zdołają  go  pokonać  razem,  kiedy  jest
odwrócony plecami i trzyma Herę, może uda im się go wyeliminować. Były tuż za nim. Lena skoczyła, ale coś w
pozycji ciała Whie powiedziało Scout, że chłopiec doskonale wie, co się dzieje. Hera poddała się.

Whie  skoczył  w  powietrze,  bez  wysiłku  pokonując  pięć  metrów  w  górę,  obrócił  się  saltem  w  tył  i  zgrabnie

wylądował na stole za ich plecami. Lena rzuciła się w tamtą stronę, a gdyby podszept Mocy nie przyszedł Scout z
pomocą, ona zrobiłaby to samo, dzięki czemu obie znalazłyby się na łasce Whie. Zamiast tego czekała już na niego
przy stole i zatoczyła krąg mieczem świetlnym na wysokości jego nóg. Odbił jej zielone ostrze swoim niebieskim,
wzniecając fontannę iskier.

Nagle stało się coś dziwnego. Whie spojrzał na nią, wytrzeszczył oczy i otworzył usta, po czym wycofał się.
- Co się dzieje? - warknęła Scout. Otarła twarz lewą, zranioną dłonią. Bandaż poplamiony był kilkoma kroplami

soku muja, ale przecież to nie mógł być powód, że patrzył na nią tak dziwnie, jakby zobaczył ducha.

background image

Lena syknęła, pozbierała się i rzuciła do ataku. Scout wiedziała, że przyjaciółka zaatakuje od dołu, więc sama

zadała  cios  z  góry,  mając  nadzieję,  że  Whie  nie  odeprze  obu  ataków  naraz.  Zamiast  jednak  odskoczyć  jak  każdy
normalny Jedi i spaść ze stołu, Whie rzucił się naprzód ponad ich głowami. Pchnięcie Mocą w plecy posłało Scout
na  stół,  na  którym  Whie  stał  jeszcze  przed  chwilą.  Stół  przewrócił  się,  rozbryzgując  wokół  deszcz  pieczonych
plastrów dru'una, fontanny sosu rybnego, soku muja i wody. Podniosła się i potrząsnęła głową, usuwając z włosów
resztki  lunchu.  Z  drugiej  strony  sali  dobiegł  odgłos  kilku  błyskawicznych  ciosów  miecza  świetlnego,  a  po  nim
gromki aplauz. Zobaczyła przebiegające obok stopy Leny. Miecz świetlny przeleciał przez pokój, wirując i sycząc w
powietrzu, odbił się od podłogi i potoczył, aby znieruchomieć o metr od niej. Scout sięgnęła po broń.

- Nie! - wrzasnął Enver, kiedy Pirt Neer dobiegła do niego i przystawiła mu ostrze swojego miecza do gardła. -

No i co? - rozległ się głos Pirt gdzieś z wysoka. Enver spojrzał na Scout morderczym wzrokiem.

- Piękne dzięki, Scout - warknął i poddał się. Stał przez chwilę, przyjmując oklaski, po czym otrzepał spodnie. -

Świetnie ci poszło, Pirt. Możesz się teraz zabrać do Esterhazy, żebym mógł odzyskać miecz.

-  Niezły  pomysł...  ups!  -  To  Lena  wyskoczyła  zza  pleców  Pirt,  kiedy  ta  przyjmowała  kapitulację  Envera,  i

zacisnęła jej ramię na szyi. Pirt westchnęła i poddała się. Lena uśmiechnęła się do Scout radośnie.

- Masz zamiar tak tam siedzieć, czy idziesz się dalej bawić?
Rozległ się syk i wizg, miecze świetlne starły się ze sobą. Poszły iskry i Lena oddała się wymyślnemu tańcowi

na blatach stołów refektarza. Scout jęknęła. Powinna, naprawdę powinna jej pomóc.

Wysunęła się na otwartą przestrzeń. Lena i Whie byli ostatnimi walczącymi. Kierowali się ku szerokiej otwartej

przestrzeni  przed  uchylnymi  drzwiami  kuchni.  Whie  ostro  atakował  Lenę,  jego  miecz  świetlny  splatał  wokół  niej
klatkę z zielonych promieni. Scout pobiegła w kierunku walczących.

Zbyt powoli, za późno. Na jej oczach Lena wyminęła kombinację parada-fintacios i wymierzyła sztych prosto w

pierś Whie. On jednak odskoczył na bok, zwinny i giętki jak pejcz. Użył swojego miecza, aby odbić jej ostrze bez
szkody  dla  nikogo,  wolną  zaś  dłonią  przechwycił  jej  prawą  rękę.  Kontynuował  skręt,  opuszczając  nisko  środek
ciężkości  dokładnie  tak,  jak  ich  uczyła  mistrzyni  Xan,  i  teraz  prawa  dłoń  Leny  znalazła  się  w  blokadzie  kciuka,
którą jej własny rozpęd jeszcze pogarszał. W chwilę potem stanęli jakby do tańca: Whie znalazł się za Chagrianką,
przyciskając  jej  ramię  do  pleców  z  kciukiem  zgiętym  pod  nienaturalnym  kątem.  Delikatnie  nacisnął  i  dziewczyna
wypuściła z dłoni miecz. Jeszcze jedno naciśnięcie i Lena stanęła na czubkach palców. Poddała się.

Uśmiechnął  się  i  przyjął  jej  kapitulację  z  poważnym  ukłonem.  Odpowiedziała  mu  dygnięciem  i  śmiechem,  a

widzowie obdarowali ich rzęsistymi oklaskami. No, nieźle, pomyślała Scout. Niezły pomysł z tym Whie, dwie na
jednego.  Miała  swój  plan,  ale  miała  też  szczerą  nadzieję,  że  nie  będzie  musiała  z  niego  skorzystać.  Westchnęła  i
przełożyła miecz do lewej ręki. Dość często ćwiczyła walkę lewą ręką, więc jeśli zajdzie taka potrzeba, z pewnością
będzie mogła użyć tego sposobu, aby zdezorientować przeciwnika. Jeśli chodzi o ścisłość, mógłby nawet pomyśleć,
że  jest  leworęczna.  Prawda  była  jednak  taka,  że  prawdopodobnie  Scout  spędziła  o  wiele  więcej  czasu  na
obserwowaniu go, niż on kiedykolwiek zastanawiał się nad jej metodami walki.

Włączyła miecz i ostrze ożyło. Bogowie, jakże ona lubiła ten dźwięk i ten promień, błękitny jak świetliste niebo,

wytryskający z jej dłoni. Może i nie jest najlepszą uczennicą w Świątyni Jedi, ale kocha świątynię, swoją broń i to
życie, i jeśli nawet sam Yoda spróbuje jej to odebrać, będzie się bronić, kopać i wrzeszczeć do samego końca.

Przez  uchylne  drzwi  kuchni  wytoczył  się  mały  android  i  rozejrzał  po  refektarzu,  wydając  z  siebie  serię

przerażonych  pisków  i  gwizdów.  Jego  receptory  odnotowały  potłuczone  naczynia,  jedzenie  porozrzucane  po  całej
podłodze,  a  nawet  przyklejone  do  ścian.  Kilką  stołów  wykazywało  wyraźne  ślady  nadpalenia  ostrzem  miecza.
Tallisibeth  Enwandung  Esterhazy,  dla  przyjaciół  Scout,  lekko  machnęła  mieczem,  aby  zwrócić  na  siebie  uwagę
Whie. - Zdaje się, że zostało nas dwoje do tego tańca, bracie. Whie odwrócił się. Mina mu zrzedła.

- Ty jeszcze... to znaczy, myślałem, że skończyłem.
W sposobie, w jaki na nią popatrzył, by zaraz odwrócić wzrok, było coś obraźliwego. - Hej, nie musimy się bić.

Widać było, że jej słowa sprawiły mu ulgę.

- Też bym wolał, chodzi tylko o to, że...
- ...zawsze możesz się poddać - odparła słodko.
Po sali przetoczyła się fala nieśmiałych śmieszków. Android potoczył się przed siebie, niespokojnie kręcąc na

boki okrągłą głową.

- Ja? Poddać się tobie? - Whie z trudem opanował irytację. - Nie sądzę. - Wyprostował się chłodno i oficjalnie,

dobył miecza i skłonił się najpierw jej, potem mistrzyni Xan i na końcu mistrzowi Yodzie.

Scout wyprostowała się, aby uczynić to samo, ale kiedy skłoniła się przed Whie, android podtoczył się do niej.
-  O  rany,  rozlało  się  -  rzekł,  zdejmując  z  jej  spodni  zmiażdżony  plaster  dru'una  w  sosie  rybnym.  -  Zaraz  to

posprzątam.

Na sali rozległ się śmiech. Scout spąsowiała aż po korzonki włosów. To tyle, jeśli chodzi o wielkie wejście. - Do

roboty - mruknęła i skoczyła.

background image

Z  mieczem  w  lewej  ręce  wykonała  mocny,  prosty  sztych  wokół  pierwszej  parady  Whie,  łatwo  zablokowany

przez drugą. Przesuwał się wzdłuż klingi jej miecza tak samo, jak to robił z Leną... jego wolna dłoń opadła na jej
rękę  trzymającą  miecz  i  wykręciła  ją,  wykorzystując  rękojeść  miecza  jako  dźwignię  do  stworzenia  pierwszej
blokady  kciuka.  Całość  została  wykonana  niewiarygodnie  gładko,  wojowniczka  w  Scout  nie  mogła  nie  pochylić
czoła  przed  wyczuciem  równowagi  przeciwnika,  precyzją  i  świadomością  własnego  ciała.  Miałaby  wielkie
problemy z reakcją na tę technikę, nawet gdyby chciała to zrobić.

Po trzech sekundach walki wydawało się, że już jest po wszystkim. Stał za nią, podobnie jak przedtem za Leną.

Jedno  dobrze  wycelowane  pchnięcie  wywołało  w  jej  kciuku  i  nadgarstku  ostre  ukłucie  bólu.  Z  brzękiem  upuściła
miecz.

Dziwne  -  Whie  nie  wydawał  się  aż  tak  zakłopotany,  kiedy  pokonał  Lenę,  choć  Lena  była  dla  niego  znacznie

bardziej niebezpieczną przeciwniczką niż Scout. Przynajmniej zdaniem większości. Scout widziała już zadurzonych
chłopaków, którzy stawali się nerwowi wobec dziewczyn swoich marzeń - co sprawiało, że treningi stawały się dla
wszystkich ogromnie kłopotliwe - ale przecież jeszcze wczoraj przerabiała z Whie blokady ramienia i przysięgłaby
na wszystkie gwiazdy Republiki, że zachowywał się całkiem normalnie.

Jeszcze  raz  nacisnął  jej  kciuk  i  Scout  poczuła,  że  staje  na  palcach,  jakby  zamierzała  wyśliznąć  się  ponad  tę

cieniutką igiełkę bólu, która przeszywała jej kciuk. - Poddaj się! - szepnął.

- Nie tym razem - odparła i zaciskając zęby z całej siły, opadła na całe stopy, kierując się w kierunku bólu, a

potem w tył, wprost w nacisk jego uchwytu. Gdyby teraz go utrzymał, jej kciuk pękłby jak sucha gałązka.

Ale puścił. Scout wiedziała, że tak będzie. Był zbyt miły, zbyt szlachetny, żeby ją tak skrzywdzić, a Moc teraz

jej sprzyjała, podobnie jak element zaskoczenia. Obróciła się ku niemu, prostując ramię, które wciskał w jej plecy,
gdy  tylko  rozluźnił  uchwyt.  Zanim  zdecydował  się  na  skok,  ona  już  o  tym  wiedziała,  chwyciła  jego  ramię  jak
szprychę koła i w chwili, gdy rzeczywiście skoczył, wykonała płynnie elegancki wyrzut ramienia. W trzy sekundy
później było po wszystkim. Whie leżał na plecach, rozpłaszczony na podłodze, dysząc ciężko, a Scout z szerokim
uśmiechem siedziała mu na piersi. Prawą ręką okręciła sobie wokół dłoni kołnierz jego szaty i zaciskała, jak tylko
zaczynał się wiercić.

- No, no... spokojnie - rzekła wreszcie, zaciskając dłoń odrobinę mocniej, żeby pokazać, że w razie czego może

go poddusić.

Whie spojrzał na nią posępnie, westchnął i poddał się. Scout puściła kołnierz jego szaty i wstała. Mały android z

przerażeniem kręcił się po sali.

- O rany - mamrotał - rozlało się.
Ktoś  się  roześmiał,  kto  inny  zaklaskał.  Zerwała  się  owacja.  Mistrzyni  Leem  podbiegła  do  Whie,  wymijając

Scout, a mistrzyni Xan obdarowała ją delikatnym, zimnym uśmieszkiem. Lena wybiegła z tłumu.

-  Scout!  To  było  niewiarygodne!  -  krzyknęła,  chwytając  przyjaciółkę  za  ręce  i  okręcając  ją  wokoło  w  tańcu

zwycięstwa. - To było wielkie! Kto by pomyślał... Scout? - Ręka - jęknęła Scout. - Zostaw lewą rękę.

- Ona to zrobiła specjalnie, wiesz - wycedziła Hanna i zimnym wzrokiem zmierzyła Scout. - Liczyła na dobre

serce Whie, domyślała się, że będzie się bał ją skrzywdzić i przestanie walczyć, a ona złapie go, kiedy się tego nie
będzie spodziewał. - To nie był żaden domysł - odparła Scout.

-  Nie  wiem,  czemu  mówisz  o  tym  takim  pogardliwym  tonem,  Hanno  -  oburzyła  się  Chagrianka.  -  Pomysł  był

doskonały i trzeba było naprawdę zimnej krwi, żeby go zrealizować. Hanna wzruszyła ramionami.

- No jasne! Kimże ja jestem, żeby odmówić Esterhazy jej chwili triumfu? I tak jak w przypadku mojego miecza,

z pewnością w prawdziwej walce będzie to doskonała taktyka. Jak długo będzie walczyła przeciwko najmilszym z
robotów Gildii Kupieckiej, oczywiście... i dopóki starczy jej kciuków.

- Słuchaj. przykra mi... - powiedziała Scout półgłosem. - Zrobiłam to, co uznałam za stosowne. Nie chciałam... -

Ale  Hanna  już  odwróciła  się  do  niej  plecami.  -  Ani  mi  się  waż  ją  przepraszać!  -  syknęła  Lena.  -  Mściwa,
zarozumiała arkaniańska jędza. Jest wściekła, bo zwyciężyłaś ją w uczciwej walce.

- Owszem, zwyciężyłam - odparła Scout znużonym głosem. Mały android wciąż wyskubywał z jej szat resztki

obiadu. Oparzenia od miecza świetlnego na nodze i dłoni pulsowały tępym bólem. - Nie wiem tylko, czy uczciwie.
Nieraz trudno mi uwierzyć, że kiedykolwiek będę Jedi. - Hej, Tallisibeth?

Scout obejrzała się i zobaczyła Paxa Chizzika, krępego jedenastolatka, którego pokonała w pierwszym starciu.

Siedział za nią w kucki.

- Tallisibeth - oznajmił stanowczo - być Jedi to znaczy mieć pomysły, szeroko otwarte oczy i nigdy, nigdy się

nie poddawać. Dzisiaj nauczyłem się od ciebie wiele na ten temat. Spojrzała na niego zdumiona.

- Nie, naprawdę... jesteś... taki miły! - szepnęła, pociągając nosem, i zalała się łzami.

 

background image

R O Z D Z I A Ł 5

 
 

Yoda i Jai Maruk znaleźli Scout w szpitaliku, gdzie mistrz Caudle nakładał plastry z bacty na jej spaloną dłoń.
- Właściwie nie wiem, po co to robią, jeśli ma zamiar dalej chwytać miecze świetlne za ostrza. - Mistrz Caudle

chłodno spojrzał na Yodę. - Za trzy dni będzie zdrowa.

- To nic takiego - rzekła Scout. - Pilnowałam, żeby to była lewa ręka, którą mogę, hm... poświęcić. - Spojrzała z

niepokojem na mistrza Yodę. - Mam kłopoty, prawda? Powoli pokiwał głową.

- Na twoją walkę jako ucznia w Świątyni patrzeć już nie możemy - rzekł łagodnie. Scout nagle ogłuchła i jakby

zesztywniała wewnątrz. Przymknęła oczy i odcięła się od słów mistrza. Nie chcę tego słyszeć, pomyślała. Nie chcę
tego słyszeć. To nie jest w porządku. - ...padawana i wysłać cię poza Coruscant.

Otworzyła jedno oko.
- Eee... przepraszam, co mówiłeś?
Yoda dźgnął ją delikatnie - bardzo delikatnie! - laską w ramię.
- Uszy masz też posiniaczone? Jaia Maruka padawanem zostać masz i wyjechać z nim na misję poza Coruscant.

Teraz otworzyła także usta.

Mistrz Yoda zachichotał.
- Jak rybka wyglądasz, wiesz, Tallisibeth Enwandung Esterhazy? Mała rybka, gul, gul, gul!
Spojrzała  z  przestrachem  na  Jaia  Maruka,  chudego,  gniewnego  mistrza  Jedi,  który  wrócił  z  ostatniej  misji  ze

śladem po mieczu świetlnym na policzku. Oparzenie już się zagoiło, lecz pozostała jeszcze biała blizna, biegnąca od
szczęki do ucha, jako świadectwo jego spotkania z niesławną Asajj Ventress.

- Będę twoim padawanem? - Skierowała wzrok na Yodę. - Nie wysyłacie mnie do oddziałów rolniczych? Stary

mistrz potrząsnął pomarszczoną, zieloną głową.

-  Nagroda  za  twoje  techniki  walki  to  nie  jest.  Za  mało  Jedi  nam  zostało.  Ale  gdybym  nawet  tysiące  ich  miał,

mała, bez walki bym cię nie oddał. Inteligencję i determinację masz. Między gwiazdami ciemności tyle jest. Czemu
odrzucać taką, która świeci jasno?

Scout  wytrzeszczyła  oczy.  Wydawało  jej  się,  że  przez  całe  życie  starała  się  wyłącznie  o  to,  by  nie  zawieść

mistrza Yody. Chyba spodziewał się, że będzie szalała z radości, ale tymczasem nie mogła powstrzymać łez.

- Co się stało? - spytał Jai Maruk. Spojrzał na Yodę zaskoczony. - Czemu ona się nie cieszy?
- Będzie się cieszyć - odparł mistrz Yoda. - Więzy wokół jej serca przez lata zaciśnięte były. Rok za rokiem. A

teraz one znikły i krew do serca jej wraca. I boli to! - Tak! - szepnęła Scout między jednym chlipnięciem a drugim. -
Właśnie tak! Skąd wiedziałeś?

Yoda  wdrapał  się  na  łóżko  i  usiadł  obok  niej,  bujając  w  powietrzu  drobnymi  stopami.  Uniósł  uszy  prawie

pionowo.

-  Tajemnicę  ci  powiem  -  pochylił  się  ku  niej  tak  nisko,  że  wąsikami  musnął  jej  policzek.  -  Wielkim  mistrzem

zakonu  Jedi  jestem!  -  krzyknął  wprost  do  jej  ucha.  -  Wygrałem  tę  posadę  w  karty,  uważasz?  -  Pociągnął  nosem  i
zatrzepotał  w  powietrzu  grubymi  palcami.  -  Skąd  wiedziałeś,  skąd  wiedziałeś,  mistrzu  Yoda?  -  Przedrzeźniał  ją,
chrząkając. - Mistrz Yoda wie takie rzeczy. Praca jego to jest.

Scout  zaśmiała  się  i  dopiero  teraz  poczuła,  że  ogarnia  ją  wielkie  szczęście.  Było  to  uczucie  ostre,  piękne  i

brzęczało jak klinga miecza świetlnego, którym stała się nagle jej dusza. Tą ostrą, kąsającą klingą.

Pomieszczenie  na  holomapy  w  Świątyni  Jedi  było  wielką,  sklepioną  komnatą,  przystosowaną  do  nawigacji

gwiezdnej.  Projektory  holograficzne  tworzyły  trójwymiarowe  mapy  gwiezdne,  aby  studenci  mogli  wśród  nich
spacerować. Można je było nastawić na prawie dowolną skalę, a zatem uczeń mógł badać szczegółowo jeden system
gwiezdny,  gdzie  każda  planeta  i  każdy  satelita  wyświetlane  były  ze  wszelkimi  szczegółami,  a  wraz  z  rosnącą
rozdzielczością  oglądać  na  nich  każdą  górę  i  każde  morze.  Całą  galaktykę  można  było  wcisnąć  w  to  jedno
pomieszczenie,  tak  że  mgławice  i  tysiące  rozjarzonych  słońc  były  jedynie  punkcikami  w  głębokich  otchłaniach
kosmosu.

Whie  zawsze  lubił  Gwiezdną  Komnatę.  Nie  znał  drugiego  tak  magicznego  miejsca  w  Świątyni.  Kiedy  był

zdenerwowany,  zły  lub  tylko  potrzebował  trochę  czasu  dla  siebie,  przychodził  tu  przechadzać  się  między
gwiazdami.  To  było  trudne  popołudnie.  Odprowadził  Scout  do  szpitalika  i  został  tak  długo,  dopóki  mistrz  Caudle
nie  oznajmił  mu,  że  naciągnięty  kciuk  nie  jest  poważnym  urazem.  Potem  wrócił,  aby  przyjąć  grzecznościowe
gratulacje  od  swoich  kolegów,  do  których  dołączyła  również  mistrzyni  Xan.  Wszystko  to  robił  z  naturalną
uprzejmością i chętnie, ponieważ takie właśnie standardy sobie narzucił. Nie było to jednak łatwe, zatem wymknął
się tak szybko, jak to było możliwe, gdy tylko uznał, że może to zrobić bez wstydu.

Dokładnie  obejrzał  swój  miecz  świetlny,  upewniając  się,  czy  nie  został  uszkodzony  w  czasie  walki,  ostrożnie

background image

starł plamę na rękojeści w miejscu, gdzie uszkodziło ją ostrze przeciwnika. A potem próbował zmusić się do nauki,
przeglądając  wiadomości,  aby  wyrobić  sobie  konkretny  pogląd  na  działania  wojenne  od  czasu  katastrofy  na
Honoght. Starsi uczniowie mówili o tym przez cały czas, a niektórzy z instruktorów nie wahali się użyć scenariuszy
Wojen  Klonów  do  szkolenia.  W  zeszłym  tygodniu  mistrz  Tycho,  który  w  tym  semestrze  nauczał  strategii
wojskowych, zażądał od każdego ucznia dokładnej oceny błędów popełnionych w przypadku Honoghta, jak również
pomysłów,  co  należałoby  uczynić,  aby  uniknąć  zaistniałej  sytuacji.  Whie  dobrze  poradził  sobie  z  tym  zadaniem  -
zawsze sobie radził, bo to również był standard, który sobie narzucił - ale w głębi serca wcale nie był przekonany, że
zastosowanie jego propozycji mogłoby cokolwiek zmienić. Miał niejasne wrażenie, że rzeczywistość była znacznie
bardziej skomplikowana i jednocześnie prostsza, niż to sobie wyobrażał mistrz Tycho.

Bardziej  skomplikowana,  ponieważ  jedyną  nauczką  z  tej  katastrofy  było  stwierdzenie,  że  żaden  plan,  nawet

najpiękniejszy, nie przetrwa chaosu wojny. A prostsza, ponieważ Whie zaczynał podejrzewać, że sytuacje, podobnie
jak  ludzie,  mogą  poddawać  się  Ciemnej  Stronie,  a  kiedy  już  dostanie  ona  kogoś  w  swoje  szpony,  nigdy  go  nie
wypuści.

Po  godzinie  bezskutecznych  prób  przyswajania  wiedzy  poddał  się  i  przyszedł  tu,  do  Gwiezdnej  Komnaty.

Ostatnia  osoba,  która  z  niej  korzystała,  analizowała  bitwę  pod  Brentaal  -  kluczowy  obszar  zakodowany  był
odpowiednimi barwami, zależnie od tego, która strona go kontrolowała. Niebieski kolor oznaczał Republikę, lśniące
stalowe srebro zaś obszary, które roboty Gildii Kupieckiej utrzymały w decydującym momencie konfliktu.

Whie  skasował  Brentaal  i  ustawił  projektor  na  obraz  całej  galaktyki,  biegnącej  z  prędkością  miliona  lat  na

sekundę.  Spacerował  po  tych  otchłaniach  historii,  obserwując  narodziny  i  śmierć  gwiazd,  czując  na  sobie  i  wokół
siebie wirującą, rozkołysaną materię wszechświata. Z tego punktu widzenia nic nie miało znaczenia - ani jego sen
ostatniej  nocy,  ani  dzisiejsza  wojna,  ani  całe  długie  czuwanie  zakonu  Jedi.  W  istocie  pojawianie  się  i  zamieranie
rozumnego życia trwało jedno mgnienie oka, jak zaledwie dostrzegalne zakłócenie w wielkiej defiladzie: komety i
konstelacje tańczyły w ciemności, a Moc również była muzyką i tańcem.

Drzwi do Gwiezdnej Komnaty uchyliły się i czyjś głos zakłócił bezosobowy wir czasu. - Whie?
- Mistrzyni Leem! - No cóż, koniec samotności. Mimo wszystko uśmiechnął się. Mistrzyni Leem lubiła go, a on

ją.  Była  starsza  i  mądrzejsza  od  jego  towarzyszy,  oczywiście,  ale  tylko  jej  miał  odwagę  pożalić  się  na  trudności,
jakie wynikały z posiadania ogromnego talentu. Odpowiedzialność. Naciski.

-  Myślałam  właśnie,  że  cię  tu  znajdę.  -  W  ciemności  ona  także  pławiła  się  w  gwiazdach.  Konstelacja  Eryona,

którą na Coruscant zwano Płonącym Wężem, zatańczyła powoli wokół jej ramion i odleciała. - Mam nadzieję, że nie
czujesz się pokrzywdzony ostatnim starciem. Miałeś absolutną rację, że się powstrzymałeś. Wzruszył ramionami.

-  Doprawdy?  Może  to  jest  ta  różnica  pomiędzy  Jasną  a  Ciemną  Stroną  Mocy  i  nami.  Jak  długo  ktoś  pozwala

sobie na robienie tego, czego my nie robimy, zawsze będzie miał nad nami przewagę.

Zawahał  się  pod  koniec  zdania,  bo  ogarnęło  go  nagle  poczucie  déjŕ  vu.  Był  tu  już  kiedyś.  Mówił  kiedyś  to

samo...

No właśnie... zeszłej wiosny wyśnił sobie tę chwilę. Czy to oznacza, że nawet teraz jego „ja" z zeszłej wiosny

tkwi gdzieś ukryte w jego głowie i obserwuje rozwijające się kontinuum? Whie wejrzał ostrożnie w głąb siebie, ale
było to niczym włożenie ręki w gniazdo węży... spanikowany śniący Whie, zamknięty w jego czaszce jak dziecko
pochowane  żywcem,  był  ostatnią  rzeczą,  jaką  chciał  tam  ujrzeć.  -  Tak,  lecz  Ciemna  Strona  pożera  młodość  -
usłyszał słowa Maks Leem, które już znał, które już kiedyś do niego wypowiedziała. - W końcu, gdybyście ze Scout
mieli znów walczyć teraz, kto byłby lepszy?

- O, to nic nie znaczy - odparł Whie. We własnych uszach jego głos brzmiał idealnie spokojnie i rozsądnie, ale

miał wrażenie, że mówi mechanicznie, jakby wypowiadał słowa wyuczonej roli. Wydawało się prawie, jakby jego
obecna świadomość mieszała się ze śpiącym ja, czyniąc go jedynie widzem teraźniejszości, niepotrafiącym zmienić
tego,  co  ma  się  stać.  -  „Co  by  było  gdyby"  to  gra,  w  której  zawsze  można  wygrać.  W  prawdziwym  starciu,  tym,
które miało znaczenie, ona pragnęła tego bardziej i wygrała.

-  Może  i  tak  -  odparła  mistrzyni  Leem  -  ale  cieszę  się,  że  nie  muszę  łatać  twojego  kciuka.  A  skoro  już  o  tym

mowa... - Mistrz Yoda chce nas widzieć w szpitaliku. Mistrzyni Leem zamrugała. - Skąd wiedziałeś?

-  Wyśniłem  ten  moment  zeszłej  wiosny.  Po  prostu  go  rozpoznałem.  Przez  całe  miesiące  zastanawiałem  się,  o

czym będziemy rozmawiać.

Teraz  to  były  już  dwa  sny,  w  których  pojawiała  się  Tallisibeth  Endwanung  Esterhazy.  Przypomniał  mu  się

fragment ostatniego snu - Scout wpatrująca się w niego, z kroplami spływającymi po jej twarzy jak łzy i z oczami
błyszczącymi tęsknotą. Zmusił się, aby przestać o tym myśleć. Ta ścieżka wiodła na Ciemną Stronę. Czuł ją tam,
czyhającą na niego jak zwierzę w dżungli.

Mistrzyni Leem zmarszczyła troje brwi, a jej długa, wąska szczęka zaczęła poruszać się nerwowo.
- Powinniśmy już iść, Whie. Nie możemy pozwolić, aby mistrz Yoda czekał na nas.
- Koniec programu - rzekł Whie, ruszając za nią. Na jego rozkaz cała galaktyka gwiazd zamigotała i zgasła jak

background image

świeczki na torcie urodzinowym.

W  szpitaliku  rozległy  się  przyspieszone  kroki  i  w  chwilę  później  mistrzyni  Leem  dołączyła  do  mistrza  Jaia

Maruka przy łóżku Scout.

- To zabawne - odezwała się tęsknym głosem Scout. - Czuję się jak księżniczka otoczona dworzanami.
Whie pojawił się chwilę później i stanął u boku Maks Leem. Oczywiście, był padawanem Leem, tak samo jak

Scout  była  teraz  padawanką  mistrza  Maruka.  Ta  myśl  sprawiła,  że  poczuła  się  absurdalnie  szczęśliwa.  Prawdę
mówiąc,  znała  mistrza  Maruka  bardzo  słabo,  ale  to  nie  miało  wielkiego  znaczenia.  Ważne  było  jedynie  to,  że  w
końcu będzie prawdziwą Jedi. Teraz muszę już tylko wyjechać na misję, pomyślała, walczyć przeciwko straszliwym
wrogom i wycinać sobie drogę poprzez armie Gildii Kupieckiej. I nic więcej!

Scout  stwierdziła,  że  od  szerokiego  uśmiechu  rozbolały  ją  policzki.  Zachichotała.  Mistrzyni  Leem  spojrzała  z

powątpiewaniem na obandażowaną dziewczynę leżącą na kozetce i nachyliła się do Jaia Maruka. - Czy ona jest pod
wpływem narkotyków?

- Nie, psze pani - zaszczebiotała Scout. - Czuję się jak promyk słońca.
Mistrzyni Leem poczuła, że jej krzaczaste brwi powoli wspinają się w kierunku linii włosów.
- Cieszę się, że przyjść zechciałaś - odezwał się Yoda. Wiercił się tak długo, aż udało mu się usiąść w nogach

łóżka.  -  Wieści  dla  was  mam,  Tallisibeth  i  Whie.  Mistrzyni  Leem  i  mistrz  Maruk  opuszczają  Świątynię,  na  misję
wyruszają. Jako ich padawani, z nimi wyjedziecie. - Już? - spytała Scout wstrząśnięta.

- Zostałaś padawanką? - wykrzyknął Whie, nie mniej wstrząśnięty.
- Gdzie wy... - Scout opanowała się szybko i groźnie spojrzała na Whie. - Co miałeś na myśli?
- Miałem na myśli, że ci gratuluję - gładko odparł Whie. Usta Jaia Maruka wygięły się w lekkim uśmiechu.
- Twój chłopak to zręczny dyplomata - mruknął pod adresem Leem.
Yoda pociągnął nosem i machnięciem pulchnej dłoni uciął rozmowy.
- Przyjaciołom powiedzieć to możecie, kiedy wasze przygotowania do podróży zobaczą. Zdradzić jednak wam

nie wolno, że mistrz Yoda też pojedzie.

- Nie wyjeżdżałbyś ze stolicy, mistrzu, gdyby nie chodziło o coś niezwykle ważnego - zauważyła Scout. - Coś,

co dotyczy wojny - dodał Whie. Uszy Yody opadły nieco.

- Prawda to, co powiadacie. Lepsze rzeczy niż walka mistrz Jedi powinien robić! Szukać mądrości. Znajdować

równowagę. Ale także są dni, które nam dano. - Dokąd jedziemy? - zapytał Whie. Scout wydawało się, że w jego
głosie brzmi dziwny ton. Jakby znał już odpowiedź i obawiał się jej skrycie. Yoda pokręcił głową.

-  Powiedzieć  wam  tego  jeszcze  nie  mogę.  Ale  problem  mam  dla  was.  Yoda  musi  opuścić  Coruscant,  i  to  w

tajemnicy. Nikt wiedzieć nie może.

W milczeniu, jakie nastąpiło, mały robot medyczny wytoczył się z magazynu mistrza Caudle'a i zbliżył do łoża

Scout, niosąc na tacy pudełko z maścią na poparzenia i rany.

- Tego się nie da zrobić - odparła mistrzyni Leem. - Senat i biuro kanclerza oczekują codziennych kontaktów z

tobą.

-  Urządźcie  przedstawienie  -  rzekł  Whie.  Mistrzowie  Jedi  spojrzeli  na  niego.  -  Powiedz  wszystkim,  że

wyjeżdżasz.  Zrób  z  tego  wielką  imprezę,  mistrzu.  Pokazuj  hologramy,  przedstawiające  ciebie  wsiadającego  do
myśliwca Jedi...

- ...obrazy stanowić mogą oszustwo - odezwał się Jai Maruk, podejmując tok myślenia chłopca. - Podczas gdy

świat  będzie  obserwował  twój  wyjazd  na  bardzo  publiczną  misję,  przemkniesz  się  chyłkiem  do  innego  statku  i
pojedziesz z nami. Sprytny pomysł, chłopcze.

- Ale... - Scout czekała, aż ktoś przypomni rzecz oczywistą. Mały robot medyczny zatrzymał się przy jej łóżku i

podał  jej  pudełko  z  maścią  mistrza  Caudle'a.  Zielona  i  okrągła  jak  księżyc  twarz  mistrza  Yody  zwróciła  się  w  jej
stronę. - Tak, padawanko?

-  Mistrzu,  łatwo  powiedzieć,  że  wyśliźniesz  się  niepostrzeżenie,  ale  śmiem  twierdzić,  że  jesteś  raczej,  hm...

bardzo rozpoznawalny. Mistrzyni Leem skinęła głową.

-  Dziewczyna  mówi  prawdę.  Wszyscy  na  Coruscant  znają  oblicze  wielkiego  mistrza  zakonu  Jedi.  Twoje

przemowy  do  senatu  były  wielokrotnie  transmitowane,  a  twoje  podobizny  w  czasie  rozmów  z  kanclerzem  są
rutynowo używane przez wszystkich dziennikarzy w stolicy.

- Za dziecko przebrać mnie możecie, no nie? - podsunął Yoda. - Mistrzyni Leem i mistrz Maruk, podróżujący

jako rodzina z trójką dzieci... i Yoda słodki sześciolatek? - Jego twarz wykrzywiła się w dziwnie mało przekonujący
dziecięcy grymas. Pozostali cofnęli się mimo woli.

Scout  mocowała  się  z  wieczkiem  pudełka,  wreszcie  musiała  się  poddać.  Było  zakręcone  za  mocno  jak  na  jej

poranione ręce.

-  Otwórz  mi  to,  proszę  -  rzekła,  podając  pudełko  robotowi.  Jego  przekładnie  i  serwomotory  zawyły,  kiedy

wyciągał  metalowe  chwytaki.  Zgrabnie  odkręcił  wieczko.  Maść  pachniała  pszczelim  woskiem  i  palonymi

background image

pomarańczami. - Nie mam pojęcia, jak cię wywieźć z planety. Chyba że... - Objęła Yodę spojrzeniem. W jej oczach
pojawił się odkrywczy błysk. Zakrztusiła się śmiechem.

- Chyba że co? - niecierpliwie odezwał się Jai Maruk, jej nowy mistrz.
Scout przełknęła kolejny atak śmiechu i potrząsnęła głową. - Nie. Nic. To okropny pomysł.
-  Pozwól,  że  ja  to  osądzę  -  odparł  mistrz  Maruk  niepokojąco  łagodnym  tonem.  Scout  spojrzała  na  niego

błagalnie i zwróciła się do mistrza Yody.

- Muszę mu to powiedzieć?
Stary, zielony, garbaty gnom zerknął na nią zwężonymi oczami. - O, tak.
Na Vjunie znowu padało. Mocniej niż zwykle. Zerwał się wiatr, miotając krzewami pąsowych i kremowych róż

w ogrodzie Château Malreaux. Paskudna pogoda. Hrabia Dooku obserwował kwaśne krople deszczu rozbijające się
o  szyby  gabinetu  jak  wojska  Republiki,  które  każdego  dnia  rozbijały  się  o  jego  roboty  bojowe  i  sterowane
komputerowo  instalacje  jak  galaktyka  długa  i  szeroka.  Każda  drobna  kropelka  pozostawiała  na  szybie  odcisk
własnej śmierci, po czym spływała jako bezkształtny strumyk.

Na  wpół  szalona  starucha,  którą  Dooku  znalazł  włóczącą  się  po  zamku,  kiedy  się  wprowadził,  twierdziła,  że

potrafi odczytać przyszłość z odłamków stłuczonych talerzy, z rozbryzgów niechcący rozlanych napojów. Zabawna
mania. Zastanawiał się, co mogłaby zobaczyć w tych spływających kroplach. Z pewnością coś ponurego. „Uważaj,
jedna  z  twoich  ukochanych  planuje  zdradę!"  albo  „Wkrótce  przybędzie  do  ciebie  niemile  widziany  gość..."  Albo
inne bzdury.

Na zewnątrz wycie wiatru wzniosło się o kolejną oktawę; wichura jęczała w jedenastu kominkach, jakby istotnie

zwiastowała przybycie jakiegoś potwornego gościa.

Konsola  komunikacyjna  Dooku  zapiszczała.  Spojrzał  na  nią,  spodziewając  się  tylko  codziennego  raportu  od

generała  Grievousa  albo  wiadomości  od  Asajj  Ventress.  Sięgnął  do  klawiszy,  rozpoznał  podpis  cyfrowy
nadchodzącej transmisji, czym prędzej otworzył kanał i zerwał się na równe nogi. - Wzywałeś mnie, mistrzu?

Projektor holograficzny na jego biurku nagle ożył i w twarz spojrzała mu falująca podobizna Dartha Sidiousa.

Obraz jak zawsze był rozmyty i niewyraźny, jakby samo światło nie najlepiej się czuło w obecności lorda Sithów.
Ciemne szaty, sine cienie... fragment bladej, plamistej skóry, wyglądający spod kaptura niczym grzyb spod zgniłej
kłody. I oczy mistrza pod ciężkimi powiekami: zimne jak u węża i jak u węża mądre. - Czego sobie życzysz ode
mnie, mój panie?

- Od ciebie? Wszystkiego, oczywiście. - Darth Sidious wydawał się rozbawiony. - Kiedyś nie byłem pewien, czy

potrafisz  stłumić  w  sobie  tę...  żyłkę  niezależności.  W  końcu  urodziłeś  się  w  jednej  z  najbogatszych  rodzin  w
galaktyce,  z  darami  i  zdolnościami  znacznie  większymi  aniżeli  można  sobie  kupić  za  największe  pieniądze.
Odznaczasz się głębokim intelektem i żelazną wolą. Czy to dziwne, że masz z czego być dumny? Dlaczego miałoby
być inaczej?

- Zawsze służyłem ci dobrze i wiernie, mój mistrzu - przypomniał Dooku.
- Tak jest. Ale sam musisz przyznać, że twój duch nie jest wcieleniem wierności. W końcu człowiek, który nie

zgiął karku przed Radą Jedi ani nawet przed mistrzem Yodą... nie wiem, czy lojalność nie jest zbyt pospolitą, zbyt
ograniczającą cechą dla osoby twojego pokroju. Dooku próbował się uśmiechnąć.

- Wojna toczy się pomyślnie. Nasze plany posuwają się zgodnie z harmonogramem. Zajmowałem się dla ciebie

zabójstwami, spiskami i zdradami. Zapłaciłem za twoją wojnę moim czasem, bogactwem, przyjaciółmi i honorem. -
I nic nie zostawiłeś dla siebie? - swobodnie rzucił Sidious.

- Nic, przysięgam.
- Doskonale - skwitował Darth Sidious. - Yoda był dzisiaj rano w biurze kanclerza. Wybiera się na ważną, ściśle

tajną  misję.  Ściśle  tajną.  -  Zaśmiał  się  nieprzyjemnym  śmiechem,  przypominającym  raczej  krakanie  kruka.  Wiatr
wzmógł się znowu, wyjąc wokół domu jak torturowana istota. - Kiedy przybędzie, Dooku... pamiętaj, potraktuj go
tak, jak na to zasługuje.

Darth Sidious zachichotał. Dooku chciał się roześmiać wraz z nim, ale nie udało mu się, zanim mistrz przerwał

połączenie.

Hrabia  Dooku  krążył  po  gabinecie.  Po  zakończeniu  jego  rozmowy  z  Sidiousem  sztorm  ucichł  częściowo  i

szalejący na zewnątrz wiatr już tylko szlochał łagodnie pod szczytami Château Malreaux.

Zatrzymał  się  przy  biurku  i  przyjrzał  małemu,  czerwonemu  przyciskowi,  który  zainstalował  tu  w  tym  samym

dniu,  kiedy  się  dowiedział,  że  Yoda  wybiera  się  na  Vjun.  Jak  na  taki  mały  guziczek,  pełnił  niezmiernie  ważną
funkcję. Ostatnia karta, jaką zamierzał rozegrać. Dooku poczuł, że dłoń mu drży.

Wciąż przyglądał się przyciskowi, kiedy drzwi gabinetu uchyliły się, ukazując strzępy różowej balowej sukni. -

Ach, Whirry... Właśnie miałem...

- ...wezwać robota, żeby przyniósł panu filiżankę gorącej stymkafy, tak?
Wariatka  wtoczyła  się  przez  próg,  niosąc  na  ślicznej,  staroświeckiej  tacy  z  krwawo-kremowym  herbem

background image

Malreaux  srebrny  imbryk  pełny  stymkafy  i  napełnioną  już  filiżankę  z  najdelikatniejszej  porcelany.  Paskudny
pupilek, mały lisek, kręcił się wokół jej nóg.

-  Na  dole  widziałam,  że  pokojówka  stłukła  jajko,  wie  pan?  Dałam  jej  po  tych  paskudnych  łapskach.  Jeśli

będziemy marnować jajka, to się szybko skończą, a wtedy popadniemy w ruinę, prawda, panie? Panie? - dopytywała
się.

Dooku  pozwolił  jej  mieszkać  w  starym  domostwie  głównie  dla  kaprysu.  Wydawała  się  w  sam  raz  tak

zwariowana,  aby  pasować  do  dekoracji.  Z  jakiegoś  jednak  powodu  hrabiego  nagle  ogarnęła  irytacja.  Widać  było
wyraźnie,  że  ta  stara  nietoperzyca  czegoś  od  niego  chce,  a  nie  miał  zamiaru  pozwolić  jej  na  przymilanie  się  i
pochlebstwa, żeby coś z niego wyciągnąć.

- Teraz zmykaj - rzekł. - Mam ważne sprawy do załatwienia. Lup!
- Och, hrabio, przepraszam z całego serca! Nie wiem, jak to się stało, że panna Vix zaplątała się panu między

kostkami! I jeszcze ta śliczna filiżanka do stymkafy! W całej scenie było coś niewymownie komicznego. Potknął się
o lisa i stłukł filiżankę, która rozbryznęła się po całej podłodze. Zaczynał podejrzewać, że to Whirry zaaranżowała
ten  wypadek.  Już  pochylała  się  łakomie  nad  okruchami  porcelany  i  stymkafą  rozlaną  na  marmurowej  podłodze,
wbijając wzrok w układ resztek filiżanki i kropel płynu. Poczuł, że widok tak otwartego dążenia do celu rozjaśnia
mu umysł i przywraca właściwą perspektywę.

- I co, Whirry? - zapytał rozbawiony. - Co ma dla nas przyszłość w zanadrzu? - Śmierć przyjdzie z wysokości -

powiedziała,  a  jej  tłuste,  różowe  palce  zatrzepotały  nad  kałużą.  Oczka  zabłysły  łakomie.  -  A  tu  jest  Lokaj,  co
oznacza  łatwe  zniszczenie  wiernego  sługi.  -  Spojrzała  z  ukosa.  -  Mam  nadzieją  i  błagam,  żebym  to  nie  była  ja,
Wasza Miłość. Nie zrobiłby pan tego starej Whirry, co?

-  Bądź  grzeczna,  to  się  nie  dowiesz  -  rzekł  drwiąco.  Nagle  przyszła  mu  do  głowy  nieproszona,  nieposłuszna

myśl: Jak łatwo zdradzamy bliskie nam stworzenia. Drgnął niepewnie. - Posprzątaj to - warknął.

Konsola znów zadźwięczała i Dooku usiadł za biurkiem, aby odczytać codzienny meldunek generała Grievousa.

Całkowicie zapomniał o starej kobiecie. Dlatego nie zauważył, jak jej zapchlona towarzyszka, Panna Vix, zaczęła
zlizywać stymkafę. Nie słyszał też, jak staruszka położyła palec na podstawce porcelanowej filiżanki, czule gładząc
wygięty uchwyt, i szepnęła:

- A oto Dziecię, które wreszcie wraca do domu, kochanie moje.
Palleus  Chuff  był  z  całą  pewnością  największym  dorosłym  aktorem  na  Coruscant  o  wzroście  poniżej  jednego

metra.  Jako  chłopiec  lubił  udawać,  że  jest  pilotem  myśliwca,  rycerzem  Jedi,  wielkim  bohaterem.  Dlatego,  kiedy
dorósł,  napisał  sztukę  Jedi!  Jeśli  ktoś  ma  niecały  metr  wzrostu,  nie  ma  zbyt  wielu  możliwości  zagrania
olśniewającego  bohatera.  Już  prędzej  złośliwe,  knujące  intrygi  karły  albo  postacie  komiczne.  Niewiele  z  tych  ról
przemawiało do chłopca, który dawno temu chciał zostać kosmicznym piratem.

Oczywiście,  najbardziej  i  prawdziwie  kochał  samą  grę.  Udawanie.  Nie  przepadał  za  lataniem.  Kiedy  rząd

zwrócił się do niego w sprawie wcielenia Yody („Zdumiewające podobieństwo do samego Wielkiego Mistrza - Moc
jest  z  tym  świetnym  aktorem!"  -  jak  uprzejmie  napisał  „TriNebulon  News")  z  prośbą  o  pomoc,  poczuł  się
zaszczycony i może też odrobinę onieśmielony. Kiedy ludzie w mundurach i uzbrojeni w miotacze proszą o pomoc,
zazwyczaj im się nie odmawia.

Teraz  jednak,  stojąc  na  platformie  lądowniczej  Świątyni  Jedi  i  czekając  na  prawdziwy  gwiezdny  myśliwiec,

który  miał  unieść  go  w  przestrzeń  z  jakąś  niewyobrażalną  wielokrotnością  prędkości  światła,  zaczął  się  poważnie
zastanawiać, w co właściwie wdepnął.

Jedi dali mu znak. Chuff przełknął ślinę. Przedstawienie się zaczyna, pomyślał. Wykuśtykał z doku i skierował

się na pokład platformy ładowniczej Świątyni Jedi. Grupa reporterów, stojących za linami odgradzającymi miejsce
dla prasy, zasypała go gradem pytań.

- Proszę nam powiedzieć, co to za misja? Co jest tak istotnego na Ithorze? - Kiedy pan wróci, mistrzu?
- Czy nie obawia się pan, że nagła zmiana frontu może uniemożliwić panu łączności z biurem kanclerza?
Palleus machnął laską w kierunku reporterów i zastrzygł uszami. Uszy były doskonałą, najlepszą z dostępnych

protezą,  a  on  wiedział  świetnie,  jak  ich  używać.  Uśmiechnij  się,  Chuff,  powtarzał  sobie.  Nie  myśl  o  obciążeniu,
spójrz  na  swoją  widownię,  popatrz  jej  prosto  w  oczy  i  sprzedaj  to.  Palleus  miał  całą  kolekcją  uśmiechów  Yody:
Radosny  Chichot,  Senny  Wyszczerz,  Prawie  Groźny  Grymas,  Łagodna  Radość,  która  najczęściej  pojawiała  się  na
twarzy  mistrza  w  obecności  dzieci.  Ale  nie  miał  zamiaru  próbować  jego  głosu:  nie  odważyłby  się  użyć
nieodpowiedniego tonu, źle zaakcentować słowo, co mogłoby skłonić kogoś do wzięcia sonogramów i sprawdzenia
podpisu  głosowego,  a  potem  do  wygadania  wszystkim,  że  Yoda  wdrapujący  się  dziś  mozolnie  na  rampę  statku
kurierskiego klasy Seltaya wcale nie jest Yodą.

Dotarł wreszcie do transportera i wgramolił się do środka. Tej części przedstawienia bał się najbardziej. Nigdy

nie  przepadał  za  zamkniętymi  przestrzeniami  i  w  ogóle  za  lotami  kosmicznymi.  A  także  za  dużymi
przyspieszeniami.  Obiecali  mu,  że  jednostka  R2  na  statku  zajmie  się  prawdziwym  pilotażem.  Był  również  obwód

background image

awaryjny,  który  miał  pozwolić  im  obejść  sterowanie  i  prowadzić  statek  z  wieży  kontrolnej.  Przynajmniej  tak
twierdzili. Może tak i było. Ale co, jeśli Gildia Kupiecka dobrała się do tego małego R2? W końcu czy robot nie
powinien  trzymać  z  innymi  robotami?  Może  to  była  jakaś  mechaniczna  piąta  kolumna?  Zdrajca  robot
prawdopodobnie  poświęciłby  siebie  bez  zmrużenia  fotoreceptora,  aby  tylko  pozbyć  się  najstarszego  członka  Rady
Jedi.

Kopuła  statku  uniosła  się,  zawisła  nad  nim  i  opadła,  zamykając  się  i  odcinając  go  od  hałaśliwego  tłumu

reporterów. Palleus Chuff poczuł się nagle bardzo, bardzo samotny.

Kabina miała klimatyzację, ale jemu było gorąco. Gorąco i zaczynał się pocić. Silniki myśliwca ożyły, a Palleus

nagle przyłapał się na tym, że myśli o wojennej linii produkcyjnej, z której pochodzi ten statek: każda jego część,
każdziuteńka, od pasów foteli po nity kopuły, była zbudowana z najtańszych materiałów.

Statek zakołysał się niepewnie i wzniósł na wysokość metra nad platformę. Palleus wyszczerzył zęby i pomachał

tłumowi. A w duchu zaczął się modlić.

Tymczasem na dachu wieżowca górującego nad dzielnicą Świątyni dwa roboty kończyły partię hologry. Solis,

zwykły  robot,  obserwował,  jak  jego  piony  systematycznie  zbija  i  niszczy  wesoło  pomalowany  towarzysz,  Fidelis.
Rozegrali już wszelkie możliwe wariacje dejarika, każdą po wiele razy. Solis prawie wyrównywał tam, gdzie los i
brutalność  przeważały  szalę,  ale  obaj  woleli  dworzanina,  który  był  wariantem  opartym  wyłącznie  na
umiejętnościach i strategicznym myśleniu. Problem polegał na tym, że Fidelis, jako stale pozostający na służbie, był
co  jakiś  czas  poddawany  rutynowym  modernizacjom.  Solis  z  kolei  przez  długi  czas  zdany  był  sam  na  siebie,  a
zaawansowane oprogramowanie holograficzne nie należało do jego priorytetów.

Ostatecznie  przegrał.  Nie  jakoś  zdecydowanie,  nie  za  każdym  razem,  ale  przegrywał  systematycznie,  a  tej

tendencji nigdy się już nie zmieni. Tak jest zawsze - ci w liberii mają lepiej. Ci bez niej... niekoniecznie.

- Jeszcze jedna partyjka? - grzecznie zapytał Fidelis, resetując planszę.
- Myślę, że nie.
- Jesteś pewien? Może to być najlepsze dziewięćset sześćdziesiąt siedem tysięcy czterysta trzynaście gier z jeden

przecinek dziewięciu milionów trzydziestu czterech tysięcy ośmiuset dwudziestu czterech. - Nie mam ochoty.

-  Nie  mów  tak.  Przecież  to  nawet  nic  nie  znaczy.  Bardzo  swobodnie  sobie  poczynasz  z  tymi  organicznymi

wyrażeniami - z oburzeniem zauważył Fidelis. - Jestem pewien, że twoje początkowe oprogramowanie nie zwierało
tego typu... nowotworów socjolingwistycznych. - Jasne - mruknął Solis. - Kto to zresztą wie.

Fidelis uważał, że zakres emocji, do jakich zostali zaprogramowani, był bardzo wąski: składał się z lojalności,

lojalności,  lojalności  i  lojalności  -  wszelkie  zaś  podobieństwa  do  stanów  organicznych,  takich  jak  zdenerwowanie
czy  uraza,  były  czystą  afektacją  w  wątpliwym  guście.  Co  nie  przeszkadzało  mu  rozegrać  solo  gamy  dejarika  ze
zdecydowanie poirytowaną miną.

Solis  wędrował  wzdłuż  krawędzi  dachu  i  patrzył  w  dół,  obserwując  istoty  rojące  się  jak  insekty  w

poduszkowcach i na chodnikach. Ktoś leżący na tym dachu i wyposażony w strzelbę snajperską typu SoruSuub X45
byłby w stanie wyłowić swój cel, samemu pozostając niedostrzeżonym. Śmierć z góry.

Jakby  w  odpowiedzi  na  te  myśli,  nad  ich  głowami  pojawił  się  sokół;  dryfował  na  rozpostartych  skrzydłach,

dosiadając  słupów  ciepłego  powietrza.  Wszystko,  co  ludzie  zwykle  określają  mianem  „przyrody",  zostało  z
Coruscant wyeliminowane dawno temu. Dla większości obserwatorów planeta stanowiła jedno gigantyczne miasto,
niepozostawiające  miejsca  dla  żadnych  istot  rozumnych,  oprócz  typowo  miejskich.  Lecz  natura  potrafi  się
adaptować  -  jak  dobrze  wiedział  o  tym  sam  Solis!  -  i  teraz  nawet  tak  niezwykłe  środowisko  jak  miasto-świat
hołubiło setki stworzeń nieświadomych faktu, że ulice i wieże stolicy nie zostały zbudowane dla ich przyjemności.
Małe ptaki, ssaki i płazy były zwykle sprowadzane na Coruscant jako zwierzęta domowe, a potem dość regularnie
uciekały do  kanałów,  na ulicę  czy  na dachy,  jak  gdyby  miasto było  ferrobetonową  dżunglą, a  one  jej  naturalnymi
mieszkańcami.  Oczywiście,  zawsze  było  tu  też  mnóstwo  robactwa,  które  rozmnażało  się  w  cieple  i  w  odpadach
życia rozumnego: szczury wodne, ropuchy, ferrorobaki, ślepe węże, które gnieździły się w budynkach, oraz gołębie
pocztowe  zamieszkujące  poddasza.  A  nad  nimi  wszystkimi,  na  szczycie  tego  szalonego  łańcucha  pokarmowego,
krążyły sokoły.

Ten  był  samicą  o  wysmukłych  skrzydłach;  upierzenie  barwy  sadzy  i  betonu  pięknie  maskowało  ją  na  tle

budynków. Unosiła się na niewidzialnych prądach powietrza jak płatek sadzy. Nagle zawisła w powietrzu i jak grom
spadła na coś, co znajdowało się w dole. Solis obserwował jej lot, śledząc go poprzez pasma światła i cienia; bez
trudu powiększył sobie jej obraz tak mocno, że mógł obejrzeć nawet żółty rąbek okalający oko. Dostrzegł również
cel - małą śmietnikową mysz węszącą wokół sterty odpadów w ślepej alejce dwieście trzydzieści siedem pięter pod
nim. Wzrok Solisa bez przesady nie miał sobie równych w całej galaktyce. Nadążanie za optyką taktyczną Tan/Zeiss
było  nieporównanie  ważniejsze  aniżeli  aktualizacja  oprogramowania  holograficznego.  Kiedy  się  nie  nosi  liberii,
trzeba  na  zimno  kalkulować,  w  jakiej  pracy  jest  się  najlepszym  i  jakie  kroki  należy  podjąć,  żeby  ją  znaleźć.
Celownik odnalazł mysz, jej mały łebek i pyszczek, który otworzył się w jednym pisku, zanim żelazne szpony wbiły

background image

się w drobny korpus niczym gwoździe. Śmierć z góry.

Solis odwrócił wzrok od ofiary sokoła, przelotnie zerkając na Świątynię Jedi.
- Hej.
- Co?
- Twój cel opuszcza Świątynię.
Głowa  Fidelisa  obróciła  się  raptownie.  Wbił  wzrok  w  schody  Świątyni,  odległe  o  tysiąc  siedemset  trzydzieści

metrów. - O - powiedział tylko.

- Dwoje Jedi, dwoje padawanów, jeden Artoo - rzekł Solis. Stali teraz obaj na krawędzi dachu. Solis spojrzał na

towarzysza.  -  Ten  Artoo  wygląda  dziwnie,  nie  wydaje  ci  się?  Nie  porusza  się  całkiem  normalnie.  Może  mu  jakiś
serwo wysiadł.

Fidelis nie odpowiedział. Obserwował małą grupkę wychodzącą ze Świątyni głodnym wzrokiem kogoś, kto po

wielu dniach spędzonych na pustyni nagle ujrzał wodę. Po tygodniach. Po latach.

Solis tak dawno nie nosił liberii, że zaledwie pamiętał szok lojalności, ten połączony na stałe prąd, płynący przez

obwody niczym religijny strach w obliczu Rodziny. Doprawdy, Fidelis wyglądał z tym raczej głupio. Trzymał się
poręczy dachu tak mocno, że pozostawił ślady nawet na durabetonie. A jednak trudno było mu nie zazdrościć. Miło
by  było  choć  raz,  tylko  jeszcze  jeden  raz,  poczuć  ten  dreszcz  więzi.  Jeśli  oczywiście  roboty  mogą  odczuwać
zazdrość.  Fidelis  słusznie  zauważył,  że  ich  oprogramowanie  tego  nie  przewiduje.  Zazdrość,  rozczarowanie,  żal.
Samotność. Wszystko to afektacja, jedno po drugim. Nic prawdziwego.

- Idziemy - rzekł, niezbyt delikatnie biorąc Fidelisa za ramię. - Czas na łowy.
W  przestrzeni  nie  ma  takiego  pojęcia  jak  góra  i  dół.  Oczywiście,  każdy  wystarczająco  duży  obiekt  -  planeta,

gwiazda - ma własną grawitację, ale jeśli nie spada się w studnię grawitacyjną, przyciąganie odczuwa się raczej jako
działanie w danym kierunku, nie zaś w dół. Dlatego też, w sensie ściśle mechanicznym, Asajj Ventress, wisząca w
przestrzeni w „Ostatnim Zewie", myśliwcu gwiezdnym typu Happa Psa Tisc, tak smukłym i zabójczym, że wydawał
się  wcieleniem  jej  własnego,  morderczego  ja,  tyle  że  z  transpastalową  skórą  i  oczami  z  działek  laserowych,  nie
krążyła nad Coruscant niczym sokół nad swoją ofiarą.

Jednak  dla  mniej  naukowo  nastawionego  obserwatora,  który  niewiele  zna  się  na  mechanice  kosmicznej,  a

zauważyłby jedynie okrutne, pełne satysfakcji spojrzenie jej oczu, kiedy statek Yody opuszczał lokalną przestrzeń,
tak  właśnie  mogło  to  wyglądać.  Podczas  gdy  Palleus  Chuff,  wykonując  swój  patriotyczny  obowiązek  artysty,
przyspieszał,  aby  opuścić  studnię  grawitacyjną  Coruscant,  prawdziwy  Yoda  tkwił  w  gigantycznej  kolejce,  tak
długiej, jakby stała w niej cała populacja jednej z przygranicznych planet. Kolejka posuwała się ponuro przez nowy,
ogromny Port Kosmiczny i Handlowy Nexus, dumę kanclerza Palpatine'a.

Problem z tajnymi misjami polega zawsze na tym, że trzeba zrezygnować z wielu drobnych korzyści bycia Jedi,

myślał  Jai  Maruk.  W  normalnych  warunkach  wyruszenie  na  spotkanie  ze  śmiercią  w  imię  Republiki  było  dość
prostą sprawą. Pakowanie na najdłuższą nawet wyprawę zajmowało zwykle mniej niż godzinę. Szybka przekąska w
refektarzu, a potem przejście do prywatnego doku Świątyni Jedi. Kilka słów z głównym technikiem, odcisk palca i
zdjęcie  siatkówki  wymagane  do  zrealizowania  wcześniej  zatwierdzonego  wyboru  statku,  krótkie  sprawdzenie
wszystkiego według listy kontrolnej i mógł już lecieć. I to było dobre. Nie to co teraz.

Musieli  podróżować  w  przebraniu,  wykorzystując  komercyjne  loty  statków  przez  całą  drogę  na  Vjun.  Do  tej

pory  procedura  ta  była  przerażająco  nudna.  Oddanie  bagażu  zajęło  im  prawie  całą  standardową  godzinę,  drugą
strawili na kupowaniu biletów, a teraz już od ponad trzech godzin stali w tej potwornej kolejce do odprawy. Maks
Leem to nie przeszkadzało, w końcu była Granką, Granowie zaś pochodzili od zwierząt stadnych i lubili tłumy. Jai,
wręcz przeciwnie. W najlepszych chwilach był człowiekiem zamkniętym w sobie, a strumień emocji, który kotłował
się  teraz  wokół  niego  -  niepokój,  irytacja,  zdenerwowanie  przed  lotem  i  koszmarna  nuda  -  wydawał  się  zarazem
oddalony  i  drażniący,  jakby  ktoś  owinął  go  kłującą  derką  z  włosia  banthy.  Poza  wszystkim  innym  byli  tu  w
groteskowy  sposób  odsłonięci.  W  każdej  chwili  z  tłumu  mógł  się  wyłonić  potencjalny  zabójca.  Nawet  gdyby  Jai
miał  czas  zareagować,  wyjęcie  w  tym  tłoku  miecza  świetlnego  oznaczałoby  pozbawienie  kończyn  przynajmniej
kilku najbliżej stojących osób.

Oprócz tego musiał się jeszcze opiekować swoją nową padawanką, Scout. Nie w tym rzecz, że robiła cokolwiek

niewłaściwego, przynajmniej do tej pory, jeśli nie liczyć irytującej maniery sprzeczania się z nim w każdej sprawie.
U czternastolatki było to co najmniej drażniące. Wciąż jednak miała zabandażowaną lewą rękę i plastry z bacty na
nodze. Nie tylko Moc była w niej słaba. Prawdę mówiąc, powinna była leżeć w szpitalu, popijając rosołek z bażanta
hillindorskiego.

Poza  tym,  szczerze  mówiąc  -  a  Jai  Maruk  był  szczery  do  bólu,  nawet  w  środowiskach,  gdzie  ludzie  zwykle

stosują najgorsze kłamstwa - nie czuł się gotów na opiekę nad padawanem. Wciąż jeszcze był człowiekiem czynu,
nie nauczycielem. Chciał wrócić na Vjun i załatwić sprawę ostatniego przykrego spotkania z hrabią Dooku, nie miał
jednak  zamiaru  wlec  ze  sobą  nastolatki  przez  pól  galaktyki.  Widocznie  mistrz  Yoda  miał  jakiś  powód,  żeby  mu

background image

narzucić padawankę, ale Jai nie nauczył się jeszcze z tego cieszyć. A co do samego mistrza Yody...

Jai spojrzał niepewnie na podróżującego z nimi niewielkiego robota typu R2. Przyłapał go właśnie, jak próbował

opuścić kolejkę i prześliznąć się pod taśmami odgradzającymi strefę ochrony.

- Scout, zobacz, co z tym robotem - warknął. - Zdaje się, że ma problemy z ustaniem w jednym miejscu.
Dziewczyna  trzepnęła  dłonią  kopułkę  R2,  która  wydała  dziwny,  brzękliwy  odgłos,  jakby  uderzyła  w  wieczko

pustej puszki.

- Nie martw się, ojcze - zaszczebiotała. - Mam na niego oko.
-  Przynajmniej  jesteśmy  już  bliżej  początku  -  łagodnie  wtrąciła  mistrzyni  Leem.  Niewielka  grupka  oficerów

ochrony w beżowo-czarnych barwach Republiki kierowała ludzi do dwunastu różnych skanerów, więc jedna duża
kolejka pod koniec rozwidlała się jak rzeka, rozpływająca się na dwanaście odnóg, zanim wpadnie do morza. Każde
stanowisko  obsadzała  dwójka  zmęczonych,  zirytowanych  pracowników  ochrony.  Za  nimi  osobne  oddziały
przeprowadzały wyrywkową kontrolę, otwierając bagaż podręczny, nakazując opróżnienie kieszeni i obmacując w
poszukiwaniu niebezpiecznych narzędzi.

- Powinieneś był wpakować miecz świetlny do bagażu - mruknęła Scout do Jaia Maruka.
Zgrzytnął  zębami  i  złapał  R2,  który  potoczył  się  do  przodu  i  wpadł  na  stojącego  przed  nimi  Chagrianina.  -

Bardzo przepraszam - wycedził. Dotarli wreszcie do początku kolejki.

- Linia siódma - rzekł strażnik do Jaia Maruka. - Ty na linię jedenastą, ty na drugą - rzucił do Maksa i Whie. -

Dziewczyna na linię trzy. Z kim idzie robot? - Ze mną - odpowiedziała cała czwórka jednocześnie. Strażnik uniósł
brew.

-  Ja  go  wezmę  -  rzekł  Jai  Maruk.  -  Podróżujemy  wszyscy  razem.  Powinieneś  pozwolić  nam  przejść  przez

skanery jednocześnie - dodał powoli i z dziwnym akcentem.

Strażnik już chciał się zgodzić, kiedy nagle się opamiętał i spojrzał na Jaia Maruka podwójnie podejrzliwie.
- Jak mówi piosenka, spotkacie się wszyscy po drugiej stronie, Twinkletoes. Ale właśnie zapracowałeś sobie na

pełną losową kontrolę tkankową. DTI na numerze siódmym! - zawołał. - Ale... - zaczęła mistrzyni Leem.

- Nie ma na to czasu - odparł strażnik i pchnął ją w kierunku linii siódmej. - Ale... - zaczęła Scout.
- Na to też nie ma czasu. - Strażnik popchnął Scout w kierunku bramki trzeciej. - I zabierz ze sobą robota.
Kilku  strażników  wystąpiło  z  grupki.  Tłum  z  ponurymi  minami  zaczął  coś  mamrotać  o  opóźnieniu.  Czwórka

Jedi  wymieniła  spojrzenia  i  rozdzieliła  się.  -  Mogę  wiedzieć,  dlaczego  jestem  poddawany  dodatkowej  kontroli?  -
lodowatym tonem zapytał Jai Maruk.

- To losowe przeszukanie, proszą pana, całkowicie losowe, wyłącznie dla waszego bezpieczeństwa - wyjaśniła

strażniczka na stanowisku numer 7, kompetentna i rzeczowa kobieta w średnim wieku. - Poza tym wygląda pan jak
Druckenwellianin. - To dlatego, że urodziłem się na Druckenwell - wycedził Jai.

- Ale ma pan papiery z Coruscant, rozumiem. Niezłe - odparła strażniczka.
- Mieszkam tu prawie od urodzenia...
-  Z  wyjątkiem  paru  godzin  po  narodzinach?  Na  wypadek,  gdyby  pan  nie  wiedział,  Druckenwell  jest

zaprzysiężonym członkiem Gildii Kupieckiej, z którą... może i to panu umknęło... jesteśmy obecnie w stanie wojny.
Oho-ho! - mruknęła, kładąc dłoń na rękojeści miecza świetlnego. Ręka Maruka natychmiast znalazła się na jej dłoni,
a w oczach Jedi pojawił się niebezpieczny błysk. Strażniczka wytrzymała jego spojrzenie.

- Czy przeszkadza pan strażnikowi w wykonywaniu swoich obowiązków służbowych?
- Jestem członkiem zakonu Jedi - rzekł spokojnie Jai. - To rękojeść mojego miecza świetlnego. Wolałbym, aby

go nikt nie dotykał.

- Nie powinien był pan więc umieścić go w bagażu? - zapytała wesoło.
-  A  gdyby  piraci  zaatakowali  statek,  musiałbym  popędzić  do  ładowni  i  szukać  go  między  koszulami  i

skarpetkami? - syknął Maruk. Strażniczka uśmiechnęła się z politowaniem.

-  Niech  pan  posłucha...  i  pan,  i  ja  wiemy,  że  zakon  Jedi  ma  własne  statki.  Gdyby  pan  naprawdę  był  rycerzem

Jedi, nie leciałby pan kancpalpem, prawda? - Ale...

- Zawsze może pan porozmawiać o tym z moim zwierzchnikiem. Chodzą słuchy, że czeka się tam nie więcej niż

dwie godziny.

Strażnik w punkcie numer 3 był młodym człowiekiem o tępym spojrzeniu i ustach pełnych chugger's chaw.
- Przejść bezpośrednio pod promieniem skanera z dłońmi przy bokach - wymamrotał.
-  Jasne  -  odparła  Scout.  Lekko  trąciła  R2  i  oboje  weszli  jednocześnie.  Scout  przeszła  pod  skanerem,  R2  zaś

niepewnie przetoczył się obok.

Żadnych  świateł,  żadnych  syren.  Nieźle,  pomyślała  Scout.  Spojrzała  na  bramkę  numer  7  i  stwierdziła,  że  Jai

właśnie  odbiera  pouczenie  od  strażniczki.  Wydawało  się,  że  zaraz  dostanie  wylewu  i  padnie  trupem.  Scout
pogratulowała sobie raz jeszcze, że schowała miecz świetlny w bagażu.

Jej  strażnik  zrobił  sobie  przerwę,  żeby  wypluć  do  pustego  kubka  po  stymkafie  długą  nitkę  jaskrawozielonej

background image

śliny.

- Przepraszam panią, ale robot też musi przejść pod skanerem. - Robot? Ależ on nie może! - wypaliła Scout.
Strażnik zamrugał.
-  Takie  są  przepisy,  psze  pani.  Gildia  Kupiecka  rozpowszechnia  za  pośrednictwem  naszych  robotów

oprogramowanie  dywersyjne.  Jeśli  pozwolimy,  aby  sprzątacze  omijały  skanery,  pewnego  dnia  obudzi  się  pani  we
własnym domu i stwierdzi, że jest więźniem inteligentnego odkurzacza i pralki. - Mówi pan poważnie?

- Oni wykorzystują mikrofale - odparł strażnik, z poważną miną spluwając znowu do kubka. - Ten robot musi

przejść przez skaner. No chodź, mały. - Zachęcił go, jakby przywoływał wiernego psa, jednocześnie odchrząkując
głęboko i wilgotno. R2 wydał z siebie dziwny, skrzekliwy pisk i pokręcił kopułką.

- On nie może przejść - desperacko wykrzyknęła Scout. - On się boi skanerów. - Boi się skanerów?
-  Chodzi  o  oczy.  Znaczy,  o  czujniki  wideo.  Bardzo  delikatne.  Wyspecjalizowane  -  bełkotała.  Whie  właśnie

przeszedł  przez  swoją  bramkę  i  Scout  spojrzała  na  niego  błagalnie.  -  Ten  maluszek  należy  do  mojego  dziadka  -
tłumaczyła.  Klepnęła  go  po  kopułce,  ale  kiedy  znów  w  odpowiedzi  rozległ  się  ten  sam  pusty  dźwięk,  od  razu
pożałowała swego gestu. - To widzący robot. Dlatego jego czujniki są takie... Usta strażnika otworzyły się tępo; z
dolnej wargi ściekała mu cieniutka strużka śliny.

- Widzący robot, akurat... a ja jestem senator Amidala - burknął. Zmrużył oczy. - Obejrzyjmy no jeszcze raz te

twoje  papiery,  a  puszka  ma  natychmiast  przejść  za  czerwoną  linię  i  wejść  pod  skaner.  Whie  wziął  swój  bagaż
podręczny i podszedł do Scout.

- Nie musisz chyba jeszcze raz skanować tego robota - rzekł niedbale.
Strażnik mrugnął jednym okiem.
- Przecież przeszedł za dziewczyną - tłumaczył Whie. - Oboje przeszli bez problemu.
Plask. Kolejna strużka zielonej śliny wolno spłynęła na koszulę strażnika. Spojrzał na plamę i zaklął cicho.
- Wynocha - rzekł, machając dłonią z irytacją. - Nie muszę jeszcze raz skanować tego małego. Scout spojrzała

najpierw na Whie, potem na strażnika.

- Więc... przeszliśmy?
- Tak, przeszliście! A teraz idźcie już. Nie widzicie, że jestem zajęty?
-  Tak  jest,  dziękuję,  proszę  pana.  -  Scout  szybko  odeszła  od  stanowiska  strażnika.  Whie  podążył  za  nią,

sprawdzając, czy miecz ma dobrze przypięty do pasa. Uśmiechnął się.

- Zrobiłeś wrażenie - zauważyła Scout. - To musi być niezwykłe, sprawiać, aby ludzie robili to, co ty chcesz.
- Czasem to się nawet przydaje... - spojrzał na nią i nagle urwał, a uśmiech znikł z jego twarzy.
- Co się dzieje? - zapytała Scout i nagle się ocknęła. - Hej... chyba kogoś tu brakuje?
W  tłocznym  holu  portu  kosmicznego  jednostkę  R2  łatwo  jest  przeoczyć.  Po  pierwsze,  z  powodu  wielkości.

Wysoki na metr R2 łatwo ginie w tłumie ludzi, Chagrian, Granów i innych humanoidów. Poza brakami fizycznymi,
istnieje  jeszcze  kwestia  psychologicznego  wymiaru  robota.  A  raczej  jego  niedostatków.  Dla  organicznej  istoty
rozumnej  inna  organiczna  istota  rozumna  jest  obiektem  zainteresowania:  czy  ta  nowa  osoba  okaże  się  moim
przyjacielem,  czy  wrogiem?  Pomoże  mi  czy  będzie  mnie  nękać,  wzgardzi  mną  czy  zarezerwuje  mi  miejsce  w
kolejce po stymkafę? Roboty z kolei zajmują w świadomości istoty rozumnej miejsce analogiczne do, powiedzmy,
skomplikowanych  i  pomysłowych  urządzeń  gospodarstwa  domowego:  programowalnego  podajnika  posiłków  czy
inteligentnego łóżka. Dla humanoida robot - o ile nie jest to robot bojowy z działkiem laserowym ustawionym na
ogień automatyczny - po prostu nie ma wielkiego znaczenia.

Z drugiej strony dla jednego robota inny robot jest czymś całkowicie naturalnym. Wyjaśnia to częściowo, jakim

cudem  mały  robot  R2,  wciąż  pomalowany  na  oryginalne,  niezbyt  ciekawe  kolory  fabryczne,  mógł  praktycznie
niezauważony  przeciskać  się  przez  gęsty  tłum  wypełniający  Terminal  Delta  kanclerza  Palpatine'a,  nieustannie
piszcząc i miotając się, potrącając łydki, ściany i fontanny, jakby zamiast czujników i doskonałego komputerowego
mózgu  był  kierowany  od  wewnątrz  przez  zgrzaną,  humorzastą  i  coraz  bardziej  zdenerwowaną  istotę,  która  może
widzieć świat jedynie przez cztery małe dziurki.

Wyjaśnia  to  częściowo,  dlaczego  wśród  ogólnego  braku  zainteresowania  tenże  robot  był  bardzo  uparcie

śledzony  przez  drugiego  R2,  pomalowanego  na  elegancki  szkarłatny  kolor  Republiki  z  insygniami  ochrony
narysowanymi na pancerzu.

-  Proszę  pani?  -  Strażnik  w  punkcie  kontroli  numer  11  był  spoconym  mężczyzną  w  średnim  wieku,  z

podwójnym  podbródkiem.  Siwawe,  krótkie,  przycięte  na  wojskowego  jeża  włosy  wystawały  spod  przepoconego
otoka  czapki.  -  Czy  mogę  panią  prosić,  aby  zechciała  pani  podejść  do  mnie?  Szczęka  mistrzyni  Leem  zaczęła  się
szybko poruszać.

- Ale co się stało, panie oficerze? Czy coś...?
- Proszę tu podejść.
Mistrzyni  Leem  zmarszczyła  troje  brwi  i  przeszła  za  strażnikiem  o  kilka  kroków  poza  urządzenia  skanujące.

background image

Strażnik stanął zwrócony plecami do tłumu.

-  Proszę  się  nie  rozglądać.  Proszę  zachowywać  się  naturalnie,  tak  jakbym  oglądał  pani  płytkę  ID.  Mistrzyni

Leem spojrzała na niego tępo.

- Płytkę identyfikacyjną - powtórzył.
Podała mu płytkę.
Udając, że wsuwają do swojego notatnika, strażnik wymamrotał:
-  Proszę  pani,  czujniki  wskazują,  że  ma  pani  przy  sobie  wysokoenergetyczną  broń  działającą  na  zasadzie

zogniskowanych cząstek... - Mogę to wyjaśnić...

-  Większość  tutejszej  obsługi  nie  rozpoznałaby  tego  obrazu  -  ciągnął  strażnik,  nie  podnosząc  głosu.  -  Nie  ja.

Wiem,  kim  pani  jest.  Wiem,  co  to  jest.  Jest  nas  cała  grupa,  wymieniamy  informacje,  wie  pani,  ale  nigdy  tak
naprawdę nie myślałem, że rzeczywiście zobaczę...

- Chyba nic z tego nie rozumiem - odparła mistrzyni Leem.
-  Proszę  się  nie  rozglądać.  Zachowywać  się  naturalnie.  Rozpoznaję  obraz  na  skanerze  -  dodał  rozmarzonym

tonem. - Jesteś Jedi, prawda? To znaczy, taką prawdziwą?

Maks Leem poruszyła szczęką dwukrotnie. I jeszcze raz. - Tak, jestem.
- Wiedziałem! - Głos strażnika rwał się ze wzruszenia. - Podróżujesz w ukryciu, prawda? Ludzie powiadają, że

Jedi  nie  są  już  tacy  sami,  że  stali  się  tajną  policją  kanclerza.  Nigdy  w  to  nie  uwierzyłem.  Ani  przez  sekundę.  To
niepodobne do Jedi. - Z całą pewnością nie - odparła Maks Leem, szczerze zdumiona, że ktokolwiek mógłby myśleć
o zakonie jako o prywatnej bandzie zabijaków kanclerza.

-  Jesteś  w  misji,  tak?  -  zapytał  strażnik.  -  Nie  patrz,  nie  rozglądaj  się,  bądź  naturalna.  Powiedz  mi  tylko,  jak

mogę pomóc. Chętnie to zrobię, ryzyko nie ma znaczenia - dodał chrapliwie.

- Naprawdę jesteś przyjacielem zakonu - powiedziała Maks.
-  Opowiedz  mi  o  nim.  Wiesz,  ile  razy  widziałem  Jedi?  Piętnaście.  Piętnaście  razy.  A  w  przyszłym  tygodniu

wyjeżdżam z moim siostrzeńcem. Daj mi jakieś zadanie. Zachowuj się naturalnie i daj mi zadanie.

-  Już  je  wypełniłeś  -  łagodnie  odparła  mistrzyni  Leem.  -  Myślisz,  że  to  przypadek,  że  dzisiaj  miałeś  dyżur?  -

zapytała. - Myślałeś, że znalazłam się na twoim stanowisku przypadkiem? Spojrzał na nią zdumiony. - Na Moc! -
wyszeptał.

-  Wiemy,  kto  jest  naszym  przyjacielem,  panie...  Charpp  -  odparła,  odczytując  jego  nazwisko  z  plakietki.

Delikatnie pogładziła rękojeść miecza świetlnego pod szatą. - Ale pamiętaj, nikt nie może się o niczym dowiedzieć.
Dla  wszystkich  innych  jestem  tylko  pokorną  podróżniczką  w  drodze  na  Malastare,  gdzie  mam  zamiar  odwiedzić
rodzinę. A teraz ty musisz zachowywać się naturalnie.

-  Zachowywać  się  naturalnie,  oczywiście.  -  Służbiście  skinął  głową,  aż  zadrgały  mu  podbródki.  -  Oczywiście,

oczywiście, ale... - W jego głosie znów pojawiła się tęskna nuta. - Może coś jeszcze? - Możesz mi oddać płytką ID.

- Och, racja. - Wcisnął ją z powrotem w jej dłoń. Płytka była pokryta odciskami jego spoconych palców.
- Kiedy przyjdzie czas, skontaktujemy się z tobą - obiecała Leem. - Tymczasem niech Moc będzie z tobą!
Pozostawiając go z oczami pełnymi łez, mistrzyni pospieszyła do dwójki padawanów.
- Cieszę się, że wam się też udało. Ale gdzie jest Jai? - zapytała. - I gdzie jest sami-wiecie-kto?
Evan Chan nie cierpiał latać. Chyba że w atmosferze. Śmiganie w atmosferze w jakimś lekkim stateczku było

całkiem  przyjemnie.  Statki  też  były  niezłe.  Jako  hydrograf  środowiskowy  -  tak  zwany  wodnik,  bo  tak  nazywali
specjalistów jego klasy w biznesie wpływu na środowisko - spędzał wiele czasu, przemierzając powierzchnie planet
i pobierając próbki z oceanów, rzek i jezior. Największym problemem było zawsze przedostanie się na inną planetę.

Sama idea skoku w nadprzestrzeń - żonglerka atomami, rozmazywanie się światła, skok skręcający molekuły -

to  wszystko  budziło  w  Evanie  mdłości.  Nie  tylko  w  sensie  fizycznym,  takim  jak  torsje  czy  ból  żołądka,  choć  i  to
także,  lecz  głównie  w  aspekcie  duchowym.  A  jednak  nie  było  innego  sposobu  wypełnienia  zadania  -
wszechplanetarnego  badania  wód  -  jak  tylko  za  pomocą  skoków.  Przemieszczanie  się  na  planety  poza  system
Coruscant trwałoby inaczej dosłownie wieki.

Dlatego teraz znajdował się w męskiej odświeżalni terminalu Delta na Kancpalpie, dyskretnie czerpiąc płynną

odwagę ze swojej drogocennej piersiówki - somnaskol red, w butelce podróżnej o pojemności stu gramów.

Spojrzał  na  swoje  odbicie  w  lustrze  nad  umywalką.  Mówiąc  szczerze,  nie  wyglądał  olśniewająco.  W  obliczu

dłuższej niż zwykle podróży przez hiperprzestrzeń nie spał już od prawie trzech dni. Oczy miał podkrążone i błędne,
na  podbródku  dwudniowy  zarost,  który  pokrywał  mu  twarz  niczym  nieprzyjemna  pleśń,  jego  kolana  zaś
zachowywały się dokładnie tak, jakby były zrobione z galarety. Objął głowę dłońmi i pochylił się nad lśniąco białą
miską.

Do  odświeżalni  wtoczył  się  robot,  odbił  się  od  ściany  z  brzękiem  blaszanej  puszki  upuszczanej  na

ferrobetonowy chodnik i wtoczył do jednej z kabin.

Evan  zamrugał.  Próbował  sobie  przypomnieć,  czy  kiedykolwiek  wcześniej  widział  robota  w  toalecie.  Może

background image

sprzątacza, ale nie jednostkę R2, bez insygniów ochrony. - Dziwne - odezwał się głośno Evan. A przynajmniej to
właśnie miał zamiar powiedzieć, okazało się jednak, że somnaskol znieczuliła mu usta i słowa wypływały z nich jak
ślina, kiedy dentysta poda zbyt mocne znieczulenie.

Do  odświeżalni  wtoczył  się  drugi  robot.  Ten  nosił  barwy  Kancpalpu:  czarne  i  beżowe,  z  logo  ochrony.  Jego

mała  metalowa  kopułka  kręciła  się  agresywnie,  kierując  wizjer  kamery  na  różne  części  wyłożonego  białymi
kafelkami  pomieszczenia.  Kamerka  znieruchomiała  wycelowana  w  kabiną,  gdzie  ukrył  się  pierwszy  robot.
Przesłona kamery otworzyła się powoli.

Evan  Chan  mocno,  bardzo  mocno  zacisnął  oczy,  po  czym  otworzył  je  znowu.  Drugi  robot  wciąż  tam  był.

Pociągnął jeszcze jeden łyk somnaskol.

Robot ochrony skradał się teraz - trudno było to inaczej określić - w kierunku podejrzanej kabiny. Była to jedna

z dużych, wielofunkcyjnych kabin, z toaletą, pisuarem, kanałem, prętami odbiorczymi i teleskopowym odpływem o
działaniu  ssącym.  Mały  robot  z  niezmierną  ostrożnością  wysunął  metalowy  hak,  bezszelestnie  zacisnął  go  na
uchwycie i szybko pociągnął do pozycji półotwartej.

Zabłysły  światła  i  robot-ochroniarz  zakołysał  się,  pomrukując  i  piszcząc  z  konsternacji.  Evan  zmrużył  oczy,

obserwując scenę w lustrze. Kamerka robota ochrony starannie omiatała całą podłogą kabiny. Była pusta.

Po chwili wahania robot wtoczył się do środka. W tym momencie oko Evana pochwyciło cień ruchu w lustrze.

Pierwszy robot bezgłośnie unosił się ponad górną framugą drzwi kabiny.

Rozległy się przerażone skrzeki i piski, częściowo ze strony robota ochrony, ale też z ust Evana. Obserwował,

jak  pierwszy  robot  bezszelestnie  wypływa  zza  drzwi  kabiny.  Teraz  ich  pozycje  się  odwróciły  -robot  ochrony,
kompletnie  zdezorientowany,  kręcił  się  po  kabinie,  uciekinier  zaś  tkwił  w  głównej  części  odświeżalni,  ukryty  za
drzwiami kabiny.

Uciekinier wysunął ramiona. Zamek w drzwiach kabiny zatrzasnął się z odgłosem przypominającym wystrzał z

miotacza, po czym zaskrzypiał w dość nietypowy sposób, jakby transpastalowy pręt zawiązywano na kokardkę.

Robot ochroniarz oszalał. Wyjąc i piszcząc, zaczął walić w drzwi kabiny. W białych kafelkach odbijała się feeria

kolorowych  światełek.  Uciekinier  z  kolei  wydał  z  siebie  jeszcze  bardziej  przerażający  odgłos:  dziwaczny,  głuchy
dźwięk, zupełnie niemechaniczny - odgłos, jaki mógłby wydawać kowakiański małpojaszczur zamknięty w beczce.

Wtedy Zły R2, jak go w myśli nazwał Evan, okręcił się i niezgrabnie wytoczył z pomieszczenia.
Evan gapił się na rozkołysane drzwi kabiny, słuchając przerażającego wycia zamkniętego robota-ochroniarza. A

potem drżącymi palcami wydobył flaszkę somnaskol red i wylał do umywalki aż do ostatniej kropli, przysięgając
sobie, że nigdy więcej nie dotknie tego draństwa.

 

background image

R O Z D Z I A Ł 6

 
 

Ventress przejęła kuriera Jedi tuż po jego wejściu w lokalną przestrzeń Ithora. „Ostatni Zew" był wyposażony w

najlepszą  technologię,  jakiej  mogła  dostarczyć  Geonosis,  włącznie  z  prototypem  diamentu,  wybudowanym  na
podstawie planów, o których ludzie z Carbanti United Electronics nie wiedzieli nawet jeszcze, że zostały skradzione.
Diament  został  wymyślony  w  celu  niwelowania  efektu  maskowania  statków  podróżujących  w  nadprzestrzeni,  aby
nie  mogły  się  one  nagle  materializować  w  środku  czyjejś  floty  niczym  pantera  pustynna  spadająca  z  drzewa  na
bezradnego  roślinożercę.  Prototyp  z  Carbanti  działał  niczym  sejsmograf,  wyczuwając  linie  zakłóceń,  jakie  statek
powoduje w kontinuum czasowo-przestrzennym, wychodząc z nadprzestrzeni. Ostrzeżenie przychodziło zazwyczaj
z wyprzedzeniem krótszym niż pięć sekund, ale te sekundy mogły oznaczać różnicę pomiędzy życiem a śmiercią. I
oczywiście,  jeśli  umieściło  się  taki  diament  na  statku  szybkim  i  śmiercionośnym,  takim  jak  „Ostatni  Zew",
pilotowanym  przez  istotę  jeszcze  szybszą  i  jeszcze  bardziej  śmiercionośną,  sytuacja  mogła  ulec  całkowitemu
odwróceniu: zgodnie z przytoczoną wyżej metaforą, to pantera mogła wylądować na zaostrzonym kole.

Poza  ostatnią  planetą  systemu  ithoriańskiego  przestrzeń  nagle  rozciągnęła  się,  napęczniała  i  pękła.  Przez

rozdarcie, niczym kropla pary skraplająca się na zimnym oknie, wypłynął pierwszy okręt bojowy Republiki. Asajj
zidentyfikowała go jako opancerzony okręt pikietujący HKD typu Tavya, z dodatkową baterią torped protonowych
zamontowaną na podwoziu.

Ignorując  swój  komputer  taktyczny  i  siatkę,  celowniczą  HUD  „Ostatniego  Zewu",  sięgnęła  ku  niemu  czule

poprzez  Moc,  obejmując  go  niczym  kochanka.  Widziała,  jak  oczy  pilota  rozszerzają  się  ze  zdumienia,  i  poczuła
szalony przypływ adrenaliny w jego żyłach, kiedy zawyły syreny. Posmakowała nagłych, lepkich kropli potu wokół
jego ust. - Ostatni zew, ukochany - szepnęła. - Czas się zwijać.

Działa laserowe zalśniły w milczącej przestrzeni kosmosu i statek pikietujący rozpadł się na odłamki, jak kwiat

dantooińskiego  mlecza,  który  pęka,  rozrzucając  wokół  nasionka.  Zawsze  ją  dziwiło,  jak  cicha  jest  śmierć  w
kosmosie, gdzie nie ma atmosfery, żeby przeniosła grzmot setek eksplozji i krzyków umierających. Nawet w Mocy
jedno  marne  życie  stanowiło  niewielką  różnicę,  a  ten  pilot  skończył  pokornie,  bez  burzy  w  umyśle,  niczym
zdmuchnięta świeczka - był i już go nie ma.

Towarzysze  eskadry  Yody  doskonale  znali  swoje  zadanie.  Kolejne  dwa  okręty  pikietujące  pojawiły  się  w

przestrzeni i ich piloci natychmiast zorientowali się, że są atakowani. Otworzyli ogień z przednich dział. Wyminęli
Asajj i pomknęli z dużą prędkością w kierunku środka systemu.

Asajj obróciła „Ostatni Zew" i pozwoliła mu opadać, lawirując pomiędzy śmiercionośnymi smugami światła z

działa  laserowego  lewej  tavyi.  Ta  po  prawej  rzygnęła  dwoma  pociskami  samonaprowadzającymi  -  torpedami
protonowymi, poruszającymi się z prędkością niemal dwa razy większą niż statek Asajj. Ventress wywinęła pętlę i
zawróciła,  zmuszając  torpedy  do  wytracenia  prędkości  w  manewrowaniu.  Im  trudniejszym  będzie  celem,  tym
bardziej  będą  musiały  dostosować  swoją  prędkość  do  niej.  Czuła  ich  bezmyślne  komputerki  celownicze,
niezmordowanie przeliczające kąty przechwycenia przy każdym jej podskoku i obrocie. Zachichotała i puściła się w
korkociąg za pierwszym statkiem.

Diament rozbłysnął nagłe i w chwilę potem „Ostatni Zew" powiedział jej, że opancerzony statek kurierski klasy

Seltaya wychodzi właśnie z nadprzestrzeni. Mistrz Yoda przybył.

Teraz  szybko  doganiała  pierwszą  tavyę.  Statek  miał  jeden  laser  na  wieżyczce,  którym  mógł  teoretycznie  ją

zestrzelić, lecz ani razu nie podeszła do niego na wystarczającą odległość. Kiedy Asajj Ventress miała dobry okres,
mogła  spacerować  pomiędzy  kroplami  deszczu,  a  każdy  dzień,  który  dawał  jej  szansę  oddania  zwęglonej  zielonej
głowy Yody swojemu mistrzowi, był dla niej dobrym dniem.

Pilot  tavyi  przestał  nagle  strzelać,  kierując  się  dzikim  skokiem  w  stronę  pierwszej  planety  systemu  -

pozbawionej  życia,  zamarzniętej  skały,  którą  można  by  najwyżej  zaszczycić  mianem  księżyca.  Ithorianie
wyposażyli  jednak  tę  planetę  we  wspaniałą  baterię  automatycznych  systemów  obronnych,  odstraszającą
nieproszonych gości. Widocznie pilot liczył na ochronę dużych dział.

Nic mu to nie pomoże. „Ostatni Zew" był zbyt szybki. Musiał się o tym przekonać. Jego odczyty powinny mu

już  coś  powiedzieć  na  ten  temat.  Biedak  po  prostu  nie  umiał  się  zatrzymać.  Asajj  sięgnęła  przez  Moc,  z  lekka
muskając powierzchnię świadomości i intencji pilota. W dół.

Zamierzał  zanurkować  w  kierunku  szybko  zbliżającej  się  baterii  i  miał  nadzieję,  że  Asajj  przestrzeli.  Czuła

przyspieszone bicie jego serca, czuła, jak spina się, żeby odczekać, wytrzymać, nie angażować się zbyt wcześnie.

Zrobiła mu na skrzydłach kilka czarnych smug, tylko po to, żeby go zdenerwować.
I wtedy zanurkował. Szybki spadek, dziesięć miażdżących g. Nawet jego skafander ciśnieniowy nie był w stanie

w pełni skompensować przeciążenia. Asajj czuła, że pilot zaczyna tracić przytomność. Doprawdy, cóż za łaska.

background image

Kiedy krew krzepła mu w żyłach od ciśnienia, nie uświadamiał sobie jeszcze, że „Ostatni Zew" wyskakuje spod

niego i szybko wznosi się w górę. Nie miał dość świadomości, aby zrozumieć, że Asajj przewidziała jego ruch i już
go udaremniła. Nie zwracał po prostu większej uwagi na drobny obiekt, który go ścigał.

Nowy  kąt  przechwytywania  torpedy  protonowej  skierował  ją  wprost  w  podwozie  tavyi.  Statek  rozpadł  się  na

dwoje  jak  jajko,  wylewając  białe  światło  i  krwawe  żółtko.  Jeszcze  jedna  mała  świeczka  zgasła.  Yoda  pewnie  to
poczuł.

Tavya, która wystrzeliła torpedy protonowe w kierunku Asajj Ventress, zawracała, aby dołączyć do Yody. Asajj

unieszkodliwiła go równie niedbale jak pierwszy okręcik. Teraz w realnej przestrzeni znalazł się ostatni z czwórki
towarzyszącej  Yodzie.  Trzech  pokonanych,  został  jeden,  a  potem  zabierzemy  się  do  samego  mistrza.  Asajj
zmarszczyła brwi. To dziwne, że Yoda sam nie otworzył ognia. Wprawdzie nieustannie mamrotał jakieś komunały
na  temat  naturalnego  piękna,  jakim  jest  życie,  lecz  ta  stara  ropucha  bagienna  nigdy  się  nie  leniła,  by  w  razie
potrzeby  użyć  miecza  świetlnego.  Jeśli  wierzyć  przekazom  na  temat  Geonosis,  powinien  przyjść  swoim
towarzyszom na pomoc, strzelając z wszystkich działek na pokładzie.

Jakby  w  odpowiedzi  na  jej  myśl,  statek  otworzył  ogień,  lecz  jego  strzały  były  powolne  i  niecelne.  Może

staruszek albo jego robot R2 mieli coś nie w porządku z głową? A może Yoda miał plan, którego subtelności nie
była w stanie wychwycić? W pewnym stopniu miała nadzieję, że chodzi o tę ostatnią możliwość. Jeśli stary mistrz
siedzi teraz w kabinie i, dysząc, walczy z zawałem, to zdecydowanie zmniejszy przyjemność zabicia go. No cóż, w
raporcie dla Dooku z pewnością nie będzie się rozwodziła nad takimi szczegółami.

Kolejne  błyski  ognia  laserowego  minęły  ją  w  sporej  odległości,  chyba  ponad  trzydziestu  stopni.  Jeśli  stary

potwór  ma  jakiś  plan,  to  jest  on  zbyt  skomplikowany,  żeby  mogła  go  teraz  rozpracować.  Może  daje  sygnał
posiłkom, a te strzały są jakąś zakodowaną wiadomością?

Asajj  wzruszyła  ramionami  i  przyspieszyła,  znów  wchodząc  w  korkociąg,  aby  zaatakować  ostatni  z  okrętów

pikietujących. Lepiej pozbyć się wszystkiego, co mogłoby przeszkadzać.

Na monitorach znów pojawiło się ostrzeżenie diamentu i w chwilę później ostatni z obrońców Yody skoczył z

powrotem w nadprzestrzeń. Asajj uniosła jedną brew. No cóż, lepszy żywy szczur niż martwy kot, jak mówi stare
porzekadło.  Gwiazdy  wiedziały,  że  nigdy  nie  cierpiała  na  przerost  współczucia,  lecz  także  nie  czerpała  wielkiej
przyjemności z mordowania niewinnych i bezbronnych gapiów. Zajmijmy się zatem samym mistrzem Jedi.

Przymknęła oczy, szukając go w niezmierzonej przestrzeni. Było to trudniejsze, niż przypuszczała. Na przykład

obecność Dooku wyczuwała przez pół planety: płonący cień, widzialna ciemność. Od wielkiego mistrza zakonu Jedi
spodziewała  się  czegoś  więcej...  ale  gdy  wreszcie  trafiła  na  maleńki,  przerażony  punkcik  życia  wewnątrz  statku,
wydał jej się nędzny i słaby.

Może  to  wiek,  ten  niestrudzony  łowca,  dogonił  go  nareszcie.  Widziała  już  starców,  którzy  poddawali  mu  się

właśnie  w  ten  sposób;  ogień  życia  przygasał,  przycichał,  aż  wreszcie  nie  zostało  go  już  na  wielkie  namiętności,
gorący gniew, nienawiść i miłość. Ostatnie lata spędzali jak w popiele, rozniecając jedynie czasem wątłe płomyki
skąpstwa, złośliwości, niepokoju. Przezroczysty, smutny powidok życia. Sięgnęła ku niemu jeszcze raz i otworzyła
oczy szeroko, obserwując, jak statek Yody powoli zbliża się do „Ostatniego Zewu". Położyła palce na przyciskach
wyzwalających ogień i czekała, aż komputer celowniczy namierzy jego silniki, rdzeń stosu, owiewkę. Początkowo
zamierzała  zacząć  od  rdzenia,  bo  teoretycznie  był  to  najszybszy  i  najpewniejszy  sposób  na  osiągnięcie  celu,  lecz
jeśli  stary  Jedi  zamierzał  poddać  się  tak  łatwo,  może  powinna  spróbować  przebić  się  do  kabiny  i  nakarmić  go
próżnią. Z pewnością w ten sposób uzyska bardziej przekonujące trofeum dla Dooku aniżeli seria zarchiwizowanych
analiz spektrograficznych, która jedynie potwierdzi istnienie szczątków organicznych w stosie złomu.

Seltaya  podskakiwała  i  kręciła  się  w  jej  iluminatorach,  lecz  czyniła  to  mechanicznie,  bez  cienia  zrozumienia.

Asajj zgięła palec. Nie.

Zdjęła  dłonie  z  przycisków  sterowania  ogniem.  Wiedziała  już,  co  robi  seltaya.  Jej  R2  wykonywał  fabryczne

uniki. Rozpoznawała je z dziesiątków innych zestrzeleń. Ktokolwiek siedział w tym statku, z pewnością nie był to
Yoda.

Ventress  warknęła  i  strzeliła  tylko  raz,  ścinając  tylne  stabilizatory  Seltayi  i  wysyłając  ją  w  przestrzeń  bez

sterowności. W dużym powiększeniu widziała iluminatory kabiny seltayi, które nagle przybrały zielonkawą barwę,
Ktokolwiek  tam  był  -  najprawdopodobniej  sobowtór  -  nie  znosił  kosmosu  i  zapewne  wymiotował.  Zastawiła
pułapkę na sobowtóra. Jeden do zera dla nich.

Asajj wzięła długi, spokojny oddech. Co teraz robić? Zabić to biedne stworzenie w ataku mściwości to niezbyt

dobre  rozwiązanie.  No  i  mało  konstruktywne.  Ten  sobowtór  może  być  dzieckiem,  jeśli  się  nad  tym  dobrze
zastanowić; widziała przecież reportaż z jego wyjazdu i z pewnością nie miał więcej niż metr wzrostu, a jeśli nawet,
to niewiele.

Przełączyła  się  na  promień  ściągający  i  powoli  uspokoiła  rozszalały  stateczek.  Mogłaby  go  wypuścić,

oczywiście.  R2  będzie  w  stanie  odprowadzić  go  na  Ithor,  choć  z  powodu  szkód,  jakie  wyrządziła  stabilizatorom,

background image

lądowanie  może  by  utrudnione.  Kiedy  już  wyląduje,  lokalne  władze  spakują  go  i  dostarczą  z  powrotem  na
Coruscant. Co za farsa.

Asajj pokręciła głową. Ależ zrobiła z siebie idiotkę. Jak mogła pomyśleć, że wielki mistrz zakonu Jedi tak łatwo

odda siebie w ofierze. Chyba że...

Świat wiedział, że właśnie tak jest.
Tchórzliwy czwarty myśliwiec widział, jak zniszczyła resztę eskorty. Zdalna obserwacja z ithoriańskiej baterii

potwierdzi,  że  to  ona  wywołała  starcie.  Gdyby  pozwoliła  sobowtórowi  dotrzeć  do  Ithoru,  z  pewnością  Republika
byłaby  nieco  zakłopotana.  Jeśli  jednak  zniszczy  statek  tak,  aby  się  upewnić,  że  spalone  resztki  dotrą  do  wnętrza
systemu i zostaną odnalezione przez odpowiednie czynniki... co wtedy? Kształtne, okrutne wargi Asajj wygięły się
w uśmiechu. Co to kiedyś powiedział jej Dooku? „Istnieją dwie rzeczy, które coraz bardziej docenia się z wiekiem:
doskonałe wino i wprowadzenie w błąd wroga". Zaśmiała się i ściągnęła bliżej bezradną seltayę. - Wprowadzenie w
błąd wroga. Otóż to - mruknęła.

Obi-Wan Kenobi i Anakin Skywalker stali po kostki w wodzie z wiosennych roztopów w arkaniańskiej tundrze,

patrząc  na  twarz  trzeciej  osoby  -  wysmukłej,  władczej  kobiety  o  lodowatych  oczach  charakterystycznych  dla  jej
gatunku. - Proszę - rzekł Obi-Wan. - Rozważ to jeszcze.

- Rozważałam tę sprawę długo i wnikliwie - odparła Arkanianka. Nazywała się Serifa Altunen i była rycerzem

Jedi. Byłym rycerzem Jedi.

Ostrożnie zdjęła płaszcz Jedi, złożyła starannie i oddała Obi-Wanowi.
- Służę Mocy, nie prawu. Służę ludowi, nie senatowi. Chcę szerzyć pokój, nie wojnę.
- Złożyłaś przysięgę zakonowi Jedi - wtrącił Anakin.
Wzruszyła ramionami.
- Więc ją złamałam. Muszę przyznać, że nie odczuwam tego zbyt dotkliwie.
- Jeśli każdy Jedi zamierza się zastanawiać, które rozkazy wypełniać, a które nie, niedługo wszyscy będziemy

zgubieni - rzekł Obi-Wan. Serifa uniosła brwi.

- Nie czuję się zgubiona. Moc jest taka jak zawsze. To zakon zszedł z prostej ścieżki.
Obi-Wan  zapewne  zasłużył  sobie  na  to  za  próby  filozofowania  z  Arkanianką.  Yoda  umiał  odciąć  się  od  tych

dyskusji, ale Obi-Wanowi nigdy się to do końca nie udawało. Widocznie najpierw trzeba się było nieco zestarzeć.

- Za to nasz świat będzie zgubiony po przegranej wojnie - gniewnie wtrącił Anakin. - Możesz sobie mówić co

chcesz, twierdzić, że postępujesz zgodnie z sumieniem, ale jeśli podzielimy nasze siły. Gildia Kupiecka zwycięży.
Jeśli  uważasz,  że  Republika  zeszła  z  drogi  pokoju  i  mądrości,  poczekaj,  aż  doświadczysz  rządów  robotów
bojowych.

- Zależy wam na wygraniu tej wojny? - zapytała Arkanianka. - Oczywiście że tak! - Dlaczego? Anakin wzniósł

w górę ręce.

- Jak to dlaczego?
Serifa obdarzyła go wzgardliwym spojrzeniem, które Arkanianie doskonalili przez ostatnie tysiąclecie.
-  Może  ty  także  powinieneś  przyjrzeć  się  ścieżce,  którą  podążasz.  Przynajmniej,  dopóki  nie  znajdziesz  lepszej

odpowiedzi na to pytanie.

Patrzyli,  jak  wsiada  na  sanie  repulsorowe,  którymi  przybyła  na  to  spotkanie,  i  znika  w  topniejącej  tundrze,

wzbijając podwójne fontanny zlodowaciałej wody. Rozsiane wokół łaty śniegu i lodu miały tę samą biel co jej oczy
i tak samo błyszczały na podmokłej równinie jak odłamki szkła. Obi-Wan odetchnął głęboko. - Nie za dobrze nam
poszło.

- Czy ona naprawdę ma jakiś wpływ na sfery rządzące?
- Trzeba przyznać, że jeśli szanowana Jedi ogłasza, że opuściła zakon i zaleca, aby Arkania zajęła w tej wojnie

stanowisko neutralne, może mieć to pewne znaczenie. W najlepszym przypadku zaszkodzi to naszej dyplomacji, a
dla rzeczników prasowych stanie się koszmarem.

Obi-Wan  odwrócił  się  i  powoli  zaczął  brnąć  w  kierunku  statków.  Wylądowali  z  dala  od  osad,  aby  uniknąć

zwracania  na  siebie  niepotrzebnej  uwagi,  ale  przez  jedną  krótką  chwilę  Obi-Wan  zapragnął  znaleźć  się  w
przytulnym barze z porządnym kominkiem i z wielką szklanicą doskonałego arkaniańskiego słodkiego mleka - było
to eufemistyczne określenie kremowego miodu pitnego, który nawet silnego człowieka mógł zwalić pod stół.

- Wstąp do mnie na chwilą. - Obi-Wan zaprosił Anakina na swój statek. Anakin wsiadł za nim do myśliwca. -

Wytrzyj  nogi,  bo  naniesiesz  błota  -  ostrzegł  Kenobi.  -  Artoo  tego  nie  lubi.  -  Kiedy  odzyskasz  swojego  starego
Artoo?

- Kiedy skończą naprawę. Biorąc pod uwagę, ile ognia musi wziąć na siebie, latając ze mną jako strzelec, wcale

się  nie  dziwię,  że  mu  nie  spieszno  wracać  do  służby  -  sucho  odparł  Obi-Wan,  siadając  przed  konsolą
komunikacyjną. - Wysyłałeś prywatne wiadomości na Coruscant. Anakin spąsowiał.

- Śledziłeś moje zewnętrzne połączenia... - Urwał nagle. - Nie, po prostu zgadłeś. - Jestem mądrym i potężnym

background image

Jedi, wiesz? - odrzekł Obi-Wan, pozwalając sobie na blady uśmiech.

Mały  R2  wtoczył  się  do  części  nawigacyjnej  i  pisnął  smutno  na  widok  mokrych  śladów.  Nastąpiła  niezręczna

cisza.

-  Ponieważ  do  moich  obowiązków  jako  mistrza  należy  przekazywanie  ci  własnej  niezmiernej  mądrości...  -

zaczął Obi-Wan. - Zaczyna się - mruknął Anakin.

-  ...chyba  powinienem  oficjalnie  ci  przypomnieć,  że  w  życiu  Jedi  nie  ma  miejsca  na...  pewne  typy

zaangażowania uczuciowego. - Będę o tym pamiętał.

- Brak związków jest fundamentalną zasadą zakonu, padawanie. Wiedziałeś o tym, kiedy podpisywałeś akces.
- Nie doczytałem tej części po toydariańsku - burknął Anakin.
Po raz pierwszy od początku rozmowy Obi-Wan obrócił się od konsoli nadbiornika.
- Czy ty myślisz poważnie o tej dziewczynie, Anakinie?
-  Nie  o  to  chodzi  -  odpalił  chłopak,  wciąż  wściekły  i  zaczerwieniony.  -  Chodzi  o  to,  że  jesteśmy  tutaj,  żeby

prosić ludzi o wsparcie dla Republiki, o której istnieniu oni ledwie wiedzą, i dołączenie do... sił policyjnych Jedi,
którzy przysięgli, że nie będą się nimi przejmować! A my się dziwimy, że to się nie chce sprzedać! - Machnął ręką
w  kierunku  iluminatora.  -  A  jeśli  Serifa  ma  rację?  Jeśli  to  właśnie  my  straciliśmy  orientację?  Ufam  temu,  co  sam
czuję,  mistrzu.  Tego  przecież  zawsze  mnie  uczyłeś,  prawda?  Ufam  żywej  Mocy.  Ufam  miłości.  Zasada  braku
związków...?  Strasznie  abstrakcyjna  rzecz,  na  podstawie  której  trudno  ślubować  lojalność.  -  Ufasz  nienawiści?  -
rzucił Obi-Wan. - Oczywiście że nie.

-  Mówię  poważnie,  padawanie.  -  Obi-Wan  wytrzymał  wzrok  młodego  człowieka.  -  Aby  pójść  za  głosem

swojego  serca,  w  kierunku  miłości  czy  nienawiści,  na  dłuższą  metę  popełniasz  ten  sam  błąd.  Twój  osąd  zostaje
przyćmiony.  Twoje  motywy  tracą  jasność.  Jeśli  nie  będziesz  bardzo  ostrożny,  padawanie,  miłość  zabierze  cię  na
Ciemną Stronę. Wolniej od nienawiści, tak, ale nie mniej pewnie.

Powietrze między nimi aż iskrzyło od napięcia; wreszcie Anakin opuścił wzrok. - Rozumiem, mistrzu.
- Nie jesteś w stanie nic na to poradzić - kwaśno dodał Obi-Wan. - Nie chodzi o to, czy mi wierzysz, czy nie. -

Westchnął. - Nie wiem, czy cię to pocieszy, ale wszyscy Jedi popełniają ten sam błąd. Uczą się na jego podstawie i
wyrastają  z  niego.  Gdyby  zakon  był  stworzony  wyłącznie  z  istot  niewrażliwych  na  miłość,  to  byłaby  naprawdę
smutna  banda.  -  Odwrócił  się  w  kierunku  holokomu,  przeglądając  arkaniańskie  informacje;  przez  ten  czas  drugą
ręką przygotowywał kod szyfrujący do transmisji, którą zamierzał wysłać na Coruscant.

- Czy to znaczy, że w przeszłości Obi-Wana również można znaleźć kobietę? - zapytał Anakin. - Wyobrażam

sobie, że była piękna i ciemnowłosa. Żałośnie zdesperowana, aby w ogóle kogoś mieć, to się rozumie samo przez
się...

- Anakinie - wyszeptał Obi-Wan, wbijając wzrok w tekst przewijający się po monitorze. - Milcz. - Żartowałem

tylko!

Obi-Wan  obrócił  się  w  swoim  fotelu.  Nigdy  nie  wyglądał  na  tak  zagubionego  jak  w  tej  chwili.  -  Chodzi  o

mistrza Yodę - rzekł. - Nie żyje.

- Co? - krzyknęła Padmé.
-  Wpadł  w  zasadzkę  tuż  poza  systemem  Ithora  -  wyjaśniła  dworka.  -  Ithorianie  potwierdzili  autentyczność

szczątków statku mistrza.

Informacje  o  katastrofie  przebiegały  przez  głowę  Padmé  jak  meteoryty.  Strata  Yody  była  miażdżącym  ciosem

dla całej Republiki... z pewnością stoi za tym Dooku. Ale jak to przyjmie Anakin? Anakin kochał Yodę. Wszyscy
go kochali, naturalnie, ale Anakin mówił też, że stary mistrz nigdy całkowicie mu nie zaufał, zawsze trzymał go na
odległość ramienia... Jeśli to prawda, kto teraz przejmie przywództwo w zakonie? Mace to żołnierz na ciężkie czasy,
ale nawet on nie dogaduje się najlepiej z kanclerzem Palpatine'em...

Jej myśli wirowały jak oszalałe płatki śniegu, aby ostatecznie zatrzymać się na jednym mrożącym fakcie: skoro

Yoda nie żyje, cały wszechświat stanie się przez to odrobinę bardziej mroczny.

Odwagi,  powiedziała  sobie.  Nadziei.  Kiedy  nadchodzą  mroczne  czasy,  nadzieja  musi  lśnić  jasnym  światłem.

Jeśli mam oddać życie za nadzieję jaśniejszego dnia dla kolejnych pokoleń, pomyślała, uczynię to. W jednej chwili.

-  Jadę  do  senatu.  Kanclerz  będzie  miał  najlepsze  i  najbardziej  wiarygodne  wieści.  -  W  drzwiach  Padmé

odwróciła się raz jeszcze, aby spojrzeć na swoje dworki. Wydawały się wstrząśnięte i przerażone... o wiele bardziej
niż gdyby to kanclerz umarł. Któż zresztą mógłby je winić... po ośmiuset latach trudno było nie przyzwyczaić się do
myśli, że Yoda jest wieczny.

- Ja bym jeszcze nie spisywała starego mistrza na straty - zakończyła Padmé. - Uwierzę w śmierć Yody, kiedy

mi pokażą jego ciało. Nie wcześniej.

-  Dziękuję,  że  pan  mnie  przyjął,  kanclerzu  -  rzekł  Mace  z  lekkim  skrępowaniem  do  holograficznego  obrazu

kanclerza Palpatine'a, wyświetlanego w sali Rady Jedi. - Istotnie, mam wyjątkowo mało czasu, mistrzu Windu, ale
cenię sobie niezmiernie pańską opinię. - Inteligentna twarz Palpatine'a rozjaśniła się w lekkim uśmiechu. - Może pan

background image

śmiało  przypuszczać,  że  gdybym  miał  do  wyboru  wysłuchanie  rady  Mace'a  Windu  albo  powiedzmy  szanownego
senatora  z  Sermerii,  który  każdy,  nawet  najbardziej  błahy  temat  dyskusji  sprowadza  głównie  do  analizy  własnego
wpływu  na  handel  bulwami  na  jego  planecie...  no  cóż,  wolę  jednak  wysłuchać  pana.  Mace  Windu  miał  swoje
słabości, ale nie należała do nich podatność na pochlebstwa.

-  Dziękuję  -  rzekł  zwięźle.  -  Czy  mogę  spytać,  dlaczego  nie  zdementował  pan  natychmiast  wiadomości

dotyczących mistrza Yody? Wiem... Palpatine przerwał mu: - Czy ten kanał jest szyfrowany, mistrzu? - Zawsze.

- Tak przypuszczałem, moje siły bezpieczeństwa jednak twierdzą, że Coruscant przeżywa teraz najazd wszelkiej

maści  szpiegów,  włącznie  z  elektronicznymi.  Niestety,  jest  to  nieprzyjemny  efekt  uboczny  naszej  polityki
nieograniczonego dostępu na planetę praktycznie dla wszystkich, skoro kontrole są wręcz symboliczne.

-  Najlepszą  ochroną,  jak  twierdził  mistrz  Yoda,  jest  stworzenie  społeczności,  której  nikt  nie  będzie  chciał

atakować.

- Oczywiście! Ale skoro jakoś nie udało nam się przekonać do tego Gildii Kupieckiej, musimy rozegrać karty

tak, jak je rozdano - odparł kanclerz. - To nie jest doskonały świat, a nasze wybory nie należą do najłatwiejszych. -
Oczywiście była to prawda, a Mace czuł się z tym lepiej aniżeli z galanterią i komplementami. - A pozostawiając na
razie kwestię szpiegów, przyjmuję pańskie zapewnienie, ze ta transmisja jest poufna. Proszę mówić, mistrzu Windu.

- Wiem, że Yoda nie znajdował się na pokładzie statku zniszczonego przez Asajj Ventress. Pan też o tym wie.
- To była Asajj Ventress? O ile pamiętam, przesłał mi pan kiedyś jej dokumentację.
- Tak, panie kanclerzu. A przynajmniej był to jej statek. To bardzo wyróżniająca się konstrukcja, wzorowana na

statku hrabiego Dooku. Przeanalizowaliśmy zapisy czwartego pilota...

-  ...Który  jutro  wieczorem  stanie  przed  sądem  wojskowym  za  tchórzostwo.  Wyrok  będzie  szybki  i  publicznie

wykonany - ponuro stwierdził Palpatine.

- ...statek zaś to z całą pewnością „Ostatni Zew" Ventress. Zmierzam do tego - uporczywie ciągnął Mace Windu

- że mistrz Yoda nie znajdował się na pokładzie tego statku. Powiedziałem panu, że mistrza Yody nie było na tym
statku. Dlaczego zatem, w obliczu wiadomości o jego śmierci, która ma bardzo zły wpływ na morale społeczeństwa,
pańskie biuro nie przekaże publicznie dementi?

Po raz pierwszy od początku rozmowy w głosie kanclerza dał się słyszeć lekki cień irytacji.
-  Mistrzu  Windu,  proszę  sobie  przypomnieć,  że  tylko  pan  poinformował  mnie  o  tym,  iż  osoba,  którą  wszyscy

widzieli  wsiadającą  na  statek  jako  mistrz  Yoda,  w  istocie  była  sobowtórem.  Mam  więc  tylko  pańskie  słowo  na
potwierdzenie faktu, że mistrz Yoda żyje.

-  Moje  słowo  -  mistrz  Windu  odparł  z  namysłem  -  jest  jedną  z  niewielu  prawd  w  galaktyce,  którym  kanclerz

Republiki może ufać.

-  Oczywiście,  że  panu  ufam  -  warknął  Palpatine.  -  Ale  to  nie  wystarczy.  Mam  do  tego  poważne  podstawy.

Kanclerz służy ludowi i senatowi, a nie zakonowi Jedi. Jedi z kolei nie mogą być uważani za moją prywatną armię.
Lud  Republiki  musi  wierzyć,  że  ich  rząd  odpowiada  bezpośrednio  przed  nim  i  tylko  przed  nim.  To  tylko  hrabia
Dooku twierdzi, że Republika jest rządzona przez garść skorumpowanych senatorów i ich popleczników w zakonie
oraz przez biurokrację rządową. Jeśli stanę przed ludźmi i powiem: „Wiem, że widzieliście zdjęcia, ale moi kumple
ze  Świątyni  twierdzą  coś  wręcz  odwrotnego,  to  był  kawał,  a  mistrz  Yoda  nadal  żyje,  tyle  że  nie  chcemy  go  teraz
wam pokazywać...", jak według pana to będzie wyglądać? Mace Windu zmęczonym gestem przetarł twarz.

- Pan jest politykiem.
-  Jestem,  mistrzu  Windu.  Nie  jest  to  profesja,  którą  pan  by  szanował,  ale  rzeczywiście  jestem  politykiem...

bardzo dobrym politykiem... i do momentu, kiedy usłyszy pan ode mnie podpowiedzi, jak się obchodzić z mieczem
świetlnym, proszę zapamiętać, że może jednak wiem co robię.

Po krótkim milczeniu kanclerz westchnął i dodał, już bez urazy:
-  Mistrz  Yoda  przygotował  sobie  sobowtóra,  żeby  móc  niepostrzeżenie  odbyć  bardzo  delikatną  misję.

Tragicznym zbiegiem okoliczności wiele osób musiało zginąć, aby ten wybieg się udał. Czy mamy zaprzepaścić ich
poświęcenie? Czy lepiej je uszanować i dać mistrzowi Yodzie kilka dni więcej, aby pod osłoną tajemnicy dotarł na
Vjun i być może położył kres tej straszliwej wojnie?

- W porządku - powiedział wreszcie Mace Windu. - Mam tylko nadzieję, że postępuje pan właściwie.
-  Ja  również  -  poważnie  odparł  Palpatine.  -  Tymczasem  uznałbym  za  miły  gest,  gdyby  zechciał  pan  przejąć

oficjalnie codzienne raporty, które składał mi mistrz Yoda. - Oczywiście.

Na skraju pola widzenia nadbiornika pojawił się nagle adiutant kanclerza, przyciszonym głosem przypominając

Palpatine'owi, że bardzo jest spóźniony na kolejne spotkanie.

- Wzywają mnie obowiązki - oznajmił Palpatine, wyciągając dłoń, aby przerwać połączenie, ale zawahał się. -

Mistrzu Windu, skoro jesteśmy dziś ze sobą tak szczerzy, dodam jeszcze, że w tych raportach chciałbym usłyszeć
pańską  osobistą  opinię,  a  nie  to,  co  według  pana  powiedziałby  mistrz  Yoda.  To  wielka  osobowość...  może
największa w całej Republice. Ale mistrz Yoda w głębi serca jest nauczycielem. Pan jest wojownikiem. To smutne,

background image

że muszę to powiedzieć, ale ten straszny czas jest może czasem odpowiednim bardziej dla pana niż dla niego.

- Mistrz Yoda ma wiele talentów i nie dorównam mu ani w czasie wojny, ani pokoju.
-  Szkoda  -  odparł  kanclerz.  -  Ponieważ  w  tej  chwili  mamy  tylko  pana.  Mam  nadzieję,  że  da  pan  z  siebie

wszystko.

- Dla zakonu i Republiki oddam wszystko. Włącznie z własnym życiem.
Kanclerz znów wyciągnął rękę, żeby przerwać połączenie. - To nam także może być potrzebne.
- ...i w tej trudnej chwili kryzysu - grzmiał senator Orn Free Taa z Rylotha - powiem więcej, pogłębiającego się

kryzysu,  śmierć,  a  właściwie  morderstwo  popełnione  na  osobie  wielkiego  mistrza  zakonu  Jedi  uwidacznia  pilną
potrzebę uzyskania nowego poziomu bezpieczeństwa. Jedi naturalnie nadal będą wykonywać dobrą robotę, ale jest
ich  zbyt  mało.  Tragiczna  śmierć  mistrza  Yody  uświadomiła  nam  top  z  całą  jasnością.  Po  sali  senatu  przeszła  fala
twierdzących pomruków.

-  Potrzebujemy  -  ciągnął  senator  Tw'lek  -  dużej,  kompetentnej,  zaangażowanej  służby  bezpieczeństwa  i  sił

kontrwywiadu.  Moi  drodzy  koledzy,  w  takiej  wojnie,  jaką  w  tej  chwili  toczymy,  możemy  z  trudem  zwyciężać  w
bitwach,  ale  łatwo  ją  przegrać  dzięki  zdradzie  i  sabotażowi.  Rezolucja,  jaką  wam  proponuję,  ma  właśnie  na  celu
stworzenie  takiej  wielkiej,  niezależnej,  mobilnej  jednostki,  niepodlegającej  jurysdykcji  żadnego  z  naszych
niezliczonych, powolnych jak lodowiec biurokratów, lecz odpowiadającej bezpośrednio przed biurem kanclerza, a
więc pośrednio również przed nami. Nadszedł czas, aby na pierwszym miejscu postawić bezpieczeństwo Republiki.
- Senator podniósł głos. - Czas, aby bezpieczeństwo Republiki znalazło się bezpośrednio w rękach ludu!

To znaczy naszych, pomyślała senator Amidala, spoglądając na swoich kolegów. Wszyscy wiwatowali, tupali,

gwizdali  i  bili  brawo.  Serce  Padmé  ścisnęło  się  bólem.  Oczywiście  bardzo  chcieli  przejąć  kontrolę  nad  sytuacją,
która  się  wydawała  ze  wszech  miar  nie  do  opanowania.  Jeśli  jednak  ta  rezolucja  zostanie  przyjęta  -  a  wszystko
wskazywało na to, że zostanie - wtedy bezpieczeństwo Republiki z chłodnych, beznamiętnych, profesjonalnych rąk
zakonu  Jedi  przejdzie  w  ręce  tego  rozwrzeszczanego,  emocjonalnie  reagującego,  rozpolitykowanego  tłumu
senatorów. Ta świadomość jakoś nie poprawiła jej poczucia bezpieczeństwa.

Statek,  na  którym  wreszcie  znaleźli  się  Whie,  Scout,  Maks  Leem,  Jai  Maruk  i  mistrz  Yoda,  zdążał  do

Zewnętrznych  Rubieży.  Po  zejściu  z  linii  montażowych  Verpine  został  nazwany  „Asymptotyczne  Podejście  do
Boskości" i miał służyć jako statek pielgrzymkowy dla kolonii czcicieli matemagii. Niestety, stracili oni wszystkie
swoje oszczędności w skandalu z bankowością inwestycyjną i pozostawili „Podejście" bez właściciela. Statek został
zatem  przechrzczony  na  „Gwiezdny  Pył"  i  przerobiony  na  luksusowy  liniowiec,  obwożący  dobrze  sytuowanych
obywateli  po  egzotycznych  miejscach  i  wydarzeniach  galaktyki,  takich  jak  Czarna  Dziura  Nakatu  lub  bardzo
wyczekiwana  nowa  Ariarcha-17.  Niestety,  błąd  w  obliczeniach  fali  uderzeniowej  pochodzącej  od  umierającej
gwiazdy spowodował dramatyczną i nieoczekiwaną awarię sztucznej grawitacji statku, co spowodowało dziesiątki
procesów. Sprawa ciągnęła się przez dwa pokolenia, aż prawnicy broniący właścicieli „Gwiezdnego Pyłu" przejęli
statek  w  zamian  za  niezapłacone  honoraria,  przechrzcili  na  „Rozsądną  Wątpliwość"  i  sprzedali  liniom  Kut-Rate
Kruise.  Firma  konserwowała  jednostkę  w  sposób  niezbyt  skomplikowany:  napełniała  ją  powietrzem  zdatnym  do
oddychania i zostawiała na kilka dni w doku, aby sprawdzić, jak szybko powietrze się ulatnia.

Verpine,  doskonali  konstruktorzy  statków  kosmicznych,  byli  dwumetrowymi  dwunożnymi  insektoidami,

komunikującymi się za pomocą fal radiowych generowanych przez ich klatki piersiowe; ich ostrość widzenia była
tak  niezwykła,  że  potrafili  na  dwadzieścia  kroków  odróżnić  płeć  wszy  w  futrze  nerfa.  W  wyniku  tego  „Rozsądna
Wątpliwość"  miała  koje  szerokie  na  dłoń,  system  komunikacyjny  na  poziomie  zerowym  oraz  oznakowania,  które
być może stanowiły oczywistość dla innych Verpine, jednak Scout nie umiała ich nawet zlokalizować. Pierwszego
dnia w przestrzeni potrzebowała prawie godziny, aby znaleźć stację odświeżalni, aż wreszcie musiała się złamać i
spytać o drogę załogi. Było to wprawdzie dość żenujące, ale nie bardziej niż to, że w dwie minuty później musiała
wyjść i wyznać, iż nie wie, których urządzeń użyć.

Trzy  dni  później  ona  i  Whie  znowu  się  zgubili,  przemierzając  labirynt  korytarzy  nieco  zbyt  wąskich  jak  dla

ludzi. Mistrz Yoda, który nie cierpiał tkwienia w pułapce skorupy R2, ale jednak próbował zachować anonimowość,
wysłał  ich  po  jedzenie  już  prawie  godzinę  temu.  Linie  Kut-Rate  Kruise  nie  bawiły  się  w  takie  błahostki  jak
podawanie posiłków do kabin. Inne luksusowe usługi - łóżka na przykład - były również warte odnotowania głównie
przez  to,  że  ich  nie  było.  Scout  spędziła  prawie  całe  życie  na  marzeniach  o  podróżach  pozaplanetamych,  o
opuszczeniu  Świątyni  Jedi  i  zatłoczonego  Coruscant  na  rzecz  cudów  galaktyki.  Jednak  przez  zamieszanie  na  cle
spędzili  w  doku  tyle  godzin,  że  w  momencie  startu  właściwie  już  spała,  a  raczej,  owinięta  płaszczem,  drzemała
niespokojnie na czymś, co bardziej przypominało deskę niż łóżko. Wielką chwilę uświadomiła sobie dopiero wtedy,
kiedy potężny wstrząs zrzucił ją na podłogę. Wypadek ten nieco popsuł jej nastrój i od tamtej pory nie odzyskała
humoru.

Poza tym była prawie pewna, że Jai Maruk, jej mistrz, wcale jej nie lubi. Nie miała jednak zamiaru zastanawiać

się nad tym dłużej.

background image

Co zaś do posiłków... Scout zadrżała. Mistrz Yoda zjadał je bez słowa skargi, lecz on chyba już nie miał potrzeb

zwykłych śmiertelników oraz ich problemów. Takich jak smród.

W każdym razie, kiedy po raz ostatni widziała starego Jedi z miską jedzenia w Świątyni, przez krawędź miski

zwieszał się ogon.

- Mówię ci, jesteśmy za nisko - odezwała się do Whie. - Powinniśmy pojechać windą na poziom czternasty. Tak

mówił znak.

- Nie było żadnego znaku. To tylko rysa na ścianie windy. - Znak. - Rysa. - Znak! Whie odetchnął głęboko.
- Może to nawet był znak, a ja się mylę. Spróbujmy znaleźć poziom czternasty. Scout ruszyła wzdłuż wąskiego

korytarza.

- Wiesz, odbierasz mi całą przyjemność z tego, że mam rację. - W jaki sposób?
- Poddajesz się. Wygląda to tak, że nawet jeśli ja mam rację, a ty nie, to ty robisz mi przyjemność, ustępując.

Powaga Jedi to wspaniała rzecz, ale u trzynastolatka to trochę upiorne. - Czego ode mnie chcesz?

-  Kłóć  się!  Walcz!  Nie  bądź  taki...  taki  Jedi  -  rzekła  Scout.  -  Nie  możesz  choć  trochę  być  człowiekiem?  Usta

Whie wygięły się w dziwnym uśmiechu. - Nie - odparł.

Prawda była taka, że Whie był bardzo zaaferowany. Mistrzyni Leem dała mu do zrozumienia, że wyjeżdżają na

Vjun spotkać się z kimś bardzo ważnym - może nawet z samym hrabią Dooku, a może ze sławną zabójczynią Jedi
Asajj Ventress. Whie sprawdził Ventress w komputerze i stwierdził, że to kobieta z jego snu.

A więc Ventress będzie na nich czekała na Vjunie. Za kilka dni, najwyżej za tydzień, Whie stanie w pokoju z

tykającym detonatorem. Ventress będzie się uśmiechać, a Scout popatrzy na niego ze strużką krwi spływającą jej na
tunikę. - Pocałuj ją - powie Ventress. Żałował, że nie wie, co odpowie.

Stali w kolejce po gotowany posiłek - kolejki do surowych potraw były o wiele za długie - kiedy ktoś grzecznie

poklepał Scout po ramieniu. - Pasażerka Pho?

-  Co?  To  znaczy  tak  -  odparła  Scout,  w  ostatniej  chwili  przypominając  sobie,  że  ona,  Whie  i  Jai  Maruk

podróżują jako rodzina Pho, w drodze na wesele kuzyna na Corphelionie.

Stwierdziła,  że  ma  przed  sobą  wysokiego,  humanoidalnego  robota,  który  widział  już  lepsze  czasy.  Jeśli

kiedykolwiek miał jakiekolwiek oznaczenia - barwy, instrukcje interfejsów, a nawet nazwę fabryczną - dawno temu
uległy zatarciu; teraz jego korpus odznaczał się matową, porysowaną, powyginaną powierzchnią, jakby ktoś poddał
go piaskowaniu i nie pomyślał o dalszym wykończeniu.

-  Płatnik  statku  prosił  o  przyprowadzenie  pani  -  rzekł  robot.  -  Zdaje  się,  że  do  działu  rzeczy  zgubionych  i

znalezionych ktoś przyniósł rzecz należącą do pani. Scout pobladła. W ciągu ostatnich kilku dni stawało się coraz
bardziej jasne, że mistrz Jai Maruk nie ma na jej temat najlepszego zdania. Mogła sobie zatem wyobrazić wyraz jego
szczupłej,  zamkniętej  w  sobie  twarzy,  gdyby  się  okazało,  że  musi  wykupić  swój  miecz  świetlny  z  działu  rzeczy
zgubionych i znalezionych „Rozsądnej Wątpliwości". - Co zgubiłam?

- Płatnik nie wspomniał nic na ten temat - odparł robot grzecznie. - Mogę prosić tędy? Spojrzała na Whie, który

skinął głową.

- Idź, poradzę sobie - rzekł, a kiedy nadal się wahała, dodał: - Nie martw się. Nikomu nie powiem.
On nie próbuje mnie upokorzyć, powiedziała sobie Scout. Po prostu tak mu wychodzi.
Porysowany  robot  odwrócił  się  i  ruszył  w  kierunku  windy.  Scout  podążyła  za  nim.  -  Jesteś  dość  zniszczony  -

zauważyła konwersacyjnym tonem.

-  Nie  stanowię  stałej  części  załogi  „Rozsądnej  Wątpliwości"  -  wyjaśnił.  -  Zaofiarowałem  się,  że  popracuję  w

zamian za przejazd. Niestety, mój właściciel nie żyje - ciągnął. - Jestem sam odpowiedzialny za swoje utrzymanie.
Drzwi windy otworzyły się.

- Nigdy o tym nie myślałam - zastanowiła się Scout. - To znaczy, o tym, co dzieje się z robotem bez właściciela.
- Ja też nie - oschle zauważył jej towarzysz. - Dopóki nie zdarzyło się to mnie. - Co robisz w sprawie serwisu? -

zapytała. - Wracasz do fabryki? Szukasz technika? Jak płacisz za naprawę?

- Pani zrozumienie dla sprawy jest godne podziwu - odparł robot. - Tak się składa, że stanowiłem część bardzo

niewielkiej serii produkcyjnej, obecnie dość przestarzałej. Jestem zaprogramowany tak, abym większość napraw na
własnej osobie mógł przeprowadzać sam, za to części zamienne są trudne do zdobycia i dość kosztowne, ponieważ
albo bywają kupowane jako antyki, albo produkuje się je na zamówienie według moich specyfikacji. Wyzwanie jest
duże,  tak  jak  pani  się  domyśliła.  -  Kilka  puszek  farby  do  metalu  pewnie  by  cię  nie  zrujnowało  -  zauważyła,
przyglądając  się  zmatowionym  powierzchniom  obudowy  swojego  przewodnika.  -  Ozdoby  nie  mają  wysokiego
priorytetu, logicznie rzecz biorąc.

-  Ale  łatwiej  jest  znaleźć  pracę,  jeśli  się  dobrze  wygląda.  Uznaj  to  za  koszt  uzyskania  przychodu.  Robot

wzruszył ramionami. Był to dziwnie ludzki gest.

-  Jest  trochę  prawdy  w  tym,  co  pani  mówi...  i  myślę,  że  jest  pani  szczera  -  dodał,  dotykając  nagiego  metalu

swojej twarzy. - Wydaje mi się, że większość istot rozumnych żyje w... kokonie iluzji i oczekiwań. Jesteśmy pełni

background image

hipotez, wydaje nam się, że znamy siebie i istoty wokół nas. Że rozumiemy kręte drogi naszego istnienia. A potem
Los bierze sprawę w swoje ręce, odziera nas do nagiego metalu i wtedy widzimy, że nie jesteśmy niczym więcej, jak
tylko unoszącymi się w mroku śmieciami. Scout spojrzała na niego.

- Nieźle. Musiałeś być najbardziej rozfilozofowanym robotem na linii montażowej.
- Wręcz przeciwnie - odparł z dziwną miną. - Filozofia przyszła później.
Winda  dotarła  na  poziom  trzydziesty  czwarty  i  drzwi  się  rozsunęły.  -  Musi  się  pani  kawałek  cofnąć  -  rzekł.  -

Przyjaciele nazywają mnie Scout - wyciągnęła dłoń.

Robot uścisnął ją poważnie.
- Nie wiem, czy mogę się już uważać za pani przyjaciela. Jestem tylko zapracowanym robotem.
- Powiedz mi teraz, jak masz na imię - poprosiła Scout. - Tak to powinno wyglądać.
- Może i tak. Jest pani dziwnie ufna, ale ja nie wiem o pani wystarczająco dużo, żeby podać moje prawdziwe

imię..  -  Po  chwili  dodał  nieco  łagodniejszym  tonem:  -  Na  razie  może  mnie  pani  nazywać  Solisem,  jeśli  ma  pani
ochotę.

-  Brzmi  to  lepiej  niż  Odrapany.  -  Scout  miała  dziwne  wrażenie,  że  gdyby  oprogramowanie  fabryczne  robota

obejmowało funkcję wywracania oczami, użyłby jej właśnie w tej chwili. Zaśmiała się. - Niech będzie Solis.

Kolejka  w  kafeterii  wydawała  się  nie  mieć  końca,  nawet  przy  gotowanych  posiłkach,  ale  po  czasie,  który

wydawał  się  galaktyczną  erą,  Whie  wreszcie  złożył  zamówienie  i  zapłacił.  Teraz  stał  niepewnie  nad  swoim
ładunkiem.  Jeden  duży  napój  bąbelki-i-fontanna,  pięć  kwiatów  próżni,  pół  tuzina  czegoś,  co  menu  nazywało
„Blasteroidy!",  a  co  wyglądało  jak  mocno  wysmażone  kluski  chili,  kubełek  chrupiących  nóżek  oraz  pół  kubełka
czegoś  chlupoczącego  i  śmierdzącego,  wraz  z  pięcioma  drinkami  i  garścią  serwetek.  To  powinno  wystarczyć,
pomyślał. Ciekawe, jak to teraz zaniesie do kabiny?

Czy to Asajj sprawi, że Scout będzie krwawić? - zastanawiał się. Czy zostaną pojmani przez strażników i staną

przed nią już pokaleczeni?

Jeśli pocałuje Scout, czy na skraju jej ust poczuje smak krwi? Stop! Przestań o tym myśleć!
Nie myśl, nie myśl.
Najbliższym  problemem  Whie  było  ułożenie  posiłków  na  tacy  w  stanie  jakiej  takiej  równowagi  oraz

odpowiednie i subtelne użycie Mocy, żeby wszystko się nie rozsypało, choć i tak mogłoby to wyglądać podejrzanie.
Jak normalna osoba zabrałaby się do czegoś takiego? Niezręcznie, uznał, rozglądając się po kafeterii i obserwując,
jak  potężna  kobieta  przeciska  się  pomiędzy  stołami,  niosąc  w  każdej  ręce  tacę  i  ciągnąc  wrzeszczącego  dzieciaka
uczepionego każdej nogi. Może uda mu się dopaść któregoś z małych robotów z obsługi „Rozsądnej Wątpliwości" i
wziąć go do pomocy, by bezpiecznie donieść tacę do kajuty.

- Mogę panu pomóc? - zapytał wysoki robot pomalowany nieskazitelnie na purpurowo i kremowo. Pojawił się u

jego boku, jakby Whie ściągnął go myślami. Moc jest ze mną, pomyślał Whie z lekkim uśmieszkiem.

- Nie, nie ma takiej potrzeby. Nie chcę przeszkadzać ci w pracy dla twojego właściciela. Gdybyś jednak pomógł

mi znaleźć jakiegoś robota z załogi...

Robot wziął z tacy „Blasteroidy" i kubełek śmierdziucha.
- Nalegam, paniczu Whie.
- To bardzo mi... - Whie zamarł - słucham? Jak mnie nazwałeś?
- Panicz Whie - rzekł robot niskim, wyraźnie zadowolonym głosem. - Nazywam się Pho...
Robot pokręcił głową.
- To nie ma sensu, paniczu Whie. Naprawdę. Wiem o paniczu bardzo dużo. Może nawet więcej niż panicz sam o

sobie.

Whie odstawił jedzenie na pusty stół. Dłoń aż go swędziała, taką miał ochotę wsunąć ją pod szatę i wyjąć miecz

świetlny. - Kim jesteś? Do kogo należysz?

- Proponuję - rzekł robot - aby panicz sam sobie zadał te pytania.
W  sali  treningowej  statku  Jai  Maruk  przygotowywał  się  do  drugiego  spotkania  z  hrabią  Dooku,  dostrajając

swoje  ciało  w  taki  sam  sposób,  jak  inni  ostrzą  nóż.  Maks  Leem  medytowała  w  miejscu,  które  kiedyś  było
magazynkiem,  ale  zostało  oficjalnie  wciągnięte  na  listę  pomieszczeń  „Rozsądnej  Wątpliwości"  jako  kabina  523.
Mistrzyni  Leem  miała  więc  własną  kabinę,  sąsiadującą  z  kabiną  pozostałych.  Częściowo  dlatego  że  lubiła
medytować, nieraz przez długie godziny, otoczona, jak w tej chwili, dławiącym obłokiem grańskiego kadzidła, które
dla  ludzkiego  nosa  miało  zapach  płonącego  smaru.  Najistotniejszym  powodem  jednak,  dla  którego  pozostali
zachęcali  ją  do  zamieszkania  w  oddzielnej  kabinie,  była  praca  jej  czterech  żołądków  przeżuwacza,  której  odgłosy
nie pozwalały spać współlokatorom.

Będąc w głębi serca bardzo towarzyską osobą, mistrzyni Leem żałowała, że jest oddzielona od swoich ludzkich

towarzyszy, choć większość godzin w ciągu dnia i tak spędzała z nimi. Teraz jednak, kiedy Jai ćwiczył, a padawani
poszli  do  kafeterii,  wróciła  do  swojej  małej  ostoi.  Otoczona  dymem  tak  gęstym,  że  można  go  było  kroić  nożem,

background image

radośnie  odtwarzała  swój  kontakt  z  żywą  Mocą,  która  wiąże  wszystko.  W  następnej  kabinie,  numer  524,  mistrz
Yoda zastanawiał się, jaka to kosmiczna katastrofa zatrzymała padawanów. Nie martwił się o ich bezpieczeństwo,
ale był głodny.

Najważniejszym celem podróży jest poznanie samego siebie, myślała Scout. W tym sensie ta podróż naprawdę

spełniała swoje zadanie. Dowiedziała się o sobie wszystkiego, co można. Dowiedziała się, że zostanie padawanem
niekoniecznie  przynosi  szczęście,  jak  jej  się  zdawało,  zwłaszcza  jeśli  własny  mistrz  traktuje  cię  jak  nadbagaż.
Dowiedziała się, że jej ciało zanadto przywykło do smacznego i znajomego jedzenia, jakie serwowano w Świątyni
Jedi, tym bardziej że galaktyka jest pełna istot, które z rozkoszą zjedzą absolutnie niewyobrażalne i wstrętne rzeczy.
Dowiedziała  się,  że  ma  fatalną  orientację  w  terenie,  ponieważ  wydawało  jej  się,  że  nieskończona  trasa,  którą
pokonywała z robotem imieniem Solis - choć nadal myślała o nim jako o Odrapanym - okrążyła statek przynajmniej
trzykrotnie.

-  Słuchaj,  to  śmieszne  -  rzekła  w  końcu.  -  Czy  płatnik  statku  nie  mógłby  przysłać  tej  rzeczy  do  mojej  kabiny,

jeśli w ogóle kiedykolwiek do niej trafię?

-  Jesteśmy  na  miejscu  -  odparł  Solis  niewzruszonym  tonem.  Istotnie,  skręcili  jeszcze  raz  i  stanęli  przed

niewielkimi  drzwiami  oznakowanymi  BIURO  PŁATNIKA,  TYLKO  PERSONEL  STATKU  w  alfabecie
verpińskim, a zatem tak niewyraźnym, że Scout musiała przysunąć nos do powierzchni drzwi, aby odczytać napis. -
Proszę tutaj zaczekać - rzekł robot i znikł wewnątrz.

Scout czekała.
I czekała. I czekała.
- No właśnie - burknęła. W chwili, kiedy zamierzała się wreszcie oddalić, drzwi uchyliły się z sykiem i stanął w

nich Solis.

- Dobre wieści - rzekł bardzo uprzejmie. - Zgubiony przedmiot nie należał do pani. Już się po niego zgłoszono.

Co?

- Chodziło chyba o torebkę, która należała do innej panny Pho - wyjaśnił robot. - Zwykły przypadek pomyłki w

identyfikacji.  Przepraszam  bardzo  za  kłopot.  Jedi  jest  spokojny,  powtarzała  sobie  w  duchu  Scout.  Nie  daje  się
ponieść przeciwnościom dnia codziennego. Prawdziwy Jedi nie wyobrażałby sobie, jak ten robot mógłby wyglądać
rozmontowany na trzy kubełki śrubek i stos złomu. Robot przekrzywił głowę. - Czy coś nie w porządku, panienko?

-  Nie  -  wycedziła  przez  zaciśnięte  zęby.  -  Nic  a  nic.  Po  prostu  zamierzam  teraz  wrócić  do  swojego  pokoju.  -

Odwróciła się plecami do biura płatnika i skręciła w labirynt korytarzy statku.

Solis  -  którego  zdolność  wychwytywania  dźwięków  opierała  się  na  legendarnych  audiowłóknach  Chiang/Xi  -

słuchał, jak jej kroki cichną, a następnie, po dłuższej chwili, zawracają.

-  Dobrze  -  warknęła,  kiedy  w  kilka  minut  później  wyłoniła  się  zza  tego  samego  zakrętu.  -  Jak,  na  wszystkie

miażdżące czarne dziury, mam znaleźć swoją kabinę?

Proszę pozwolić sobie pomóc - robot zaproponował uprzejmie.
- Będę zaszczycona - zapewniła.
Daleko, w trzeciej klasie, Szary Korytarz, poziom 17A, drzwi kabiny 524, zarejestrowanej na nazwisko rodziny

Pho,  bezszelestnie  wsunęły  się  w  podłogę.  Verpine  zazwyczaj  budowali  drzwi  tak,  że  opadały  w  dół,  aby  osoby
zajmujące pokój mogły najpierw wyjrzeć na zewnątrz i w razie potrzeby porozmawiać z gościem bez zakłopotania,
nawet gdyby miały na sobie jedynie szlafrok. Te drzwi jednak otworzyły się prawie całkowicie, pozostawiając na
dole wystającą listwę, przez którą mógł przeskoczyć każdy rozgarnięty pięciolatek, ponieważ zgodnie z aktualnymi
zaleceniami  sprytnych  techników  okrętowych  cykle  naprawcze  w  trzeciej  klasie  przestrzegane  były  jedynie
wówczas, jeśli coś się zepsuło „ponad wszelką Rozsądną Wątpliwość". Dla dwunożnego człowieka przebycie progu
wysokości  niecałych  piętnastu  centymetrów  nie  było  wielkim  wyzwaniem.  Dla  krępego  robota  R2  o  wzroście  i
kształtach kosza na śmieci na kółkach było to prawie niemożliwe.

Rutynowa  ochrona  miejsc  publicznych  na  „Rozsądnej  Wątpliwości"  była  sprawowana  przez  monady  Carbanti

najgorszego  gatunku.  Monada  taka  składała  się  z  małej  kamery  i  mikrofonów  sterowanych,  obdarzonych  raczej
niewielką  sztuczną  inteligencją.  Produkcja  skutecznych  inteligentnych  urządzeń  była  w  równym  stopniu  sztuką  i
nauką, ale moduły przeznaczone dla monad ochrony były naprawdę największymi i najbardziej tępymi dzieciakami
w  klasie.  Nawet  jednak  według  tych  standardów,  mechaniczna  świadomość  kontrolująca  korytarz  wokół  kabiny
524,  poziom  17A,  była  zdecydowanie  tępa.  Analiza  zachowań  kryminogennych,  ich  wzorce  i  motywacje
znajdowały się całkowicie poza zakresem jej możliwości. Pod mało czujnym okiem tej kamery wydarzyły się już co
najmniej  dwie  spektakularne  kradzieże  i  jedna  raczej  zabawna  sytuacja,  w  której  brały  udział  ryba,  brylant  i  dwaj
głuchoniemi.  Oczywiście,  monadzie  nawet  przez  myśl  nie  przeszło,  aby  przygotować  Raport  o  Podejrzanej
Działalności  i  przekazać  większej,  bardziej  inteligentnej  komórce,  która  zgłosiłaby  go  ochronie  statku.  Prawdę
mówiąc,  ta  konkretna  monada  myślała  tylko  o  jednym,  o  pożarze.  Przez  całe  swoje  istnienie  mniej  więcej
siedemdziesięciu trzech cykli procesora oczekiwała na coś, co mogłaby zarejestrować czujnikami podczerwieni lub

background image

dymu. Wtedy wreszcie przerwie odwieczne milczenie wyciem klaksonów i migotaniem świateł.

Stwierdzenie,  że  monada  ochrony  w  Szarym  Korytarzu  poziomu  17A  marzyła  o  pożarze,  nie  byłoby  żadną

przesadą.  Światła  alarmowe,  które  nigdy  się  nie  zaświeciły,  syreny,  które  nigdy  nie  zawyły,  były  niczym
siedemdziesiąt trzy tryliony cykli procesora przygotowującego się do kichnięcia, które nigdy nie nastąpiło. Przez ten
czas  mała  monada  chętnie  przetopiłaby  własne  procesory  na  piasek,  gdyby  miało  to  najpierw  spowodować  alarm
pożarowy.

Widok  jednostki  R2  toczącej  się  w  kierunku  zablokowanych  drzwi  kabiny  524  nie  przykuł  jej  uwagi  -  nawet

wtedy, kiedy wspomniany R2 łupnął boleśnie w przeszkodę i wydał z siebie zaskakująco niemetaliczny wrzask, a po
nim pełne frustracji chrząknięcie. Zachowanie małego robota, sięgającego drżącym mechanicznym ramieniem, aby
kilkakrotnie uderzyć w zablokowaną płytę, nie pasowało do normalnego zachowania tego typu maszyn i mogłoby
wzbudzić  uzasadnioną  ciekawość  bardziej  rozgarniętej  jednostki.  Szczerze  mówiąc,  inżynierowie  z  Carbanti  sami
powinni przyznać, że nawet ich najbardziej tępa monada ochrony zareagowałaby na widok tegoż R2 unoszącego się
powoli w powietrze bez pomocy jakichkolwiek widocznych urządzeń podnośnikowych ani rakiet. Kiedy robot opadł
po  drugiej  stronie  przeszkody  z  głośnym  brzękiem  i  odtoczył  się  w  sposób  zdecydowanie  nadąsany,  każda
normalnie  reagująca  monada  z  minimum  inicjatywy  powinna  przynajmniej  oflagować  robota  jako  obiekt  dalszej
wnikliwej obserwacji.

Lecz  monada  w  Szarym  Korytarzu  nie  zrobiła  niczego  podobnego.  Istniała  tylko  jedna  sytuacja,  kiedy

zwróciłaby uwagę na tego głodnego, latającego i wściekłego R2 - gdyby jakiś usłużny pasażer oblał go łatwopalną
cieczą i podpalił.

W kafeterii długie kolejki znudzonych pasażerów wciąż czekały na posiłek. Dzieci malowały na blatach stołów

obrazki, używając jako farb resztek rozlanego sosu, albo przekonywały rodziców, że zjadły warzywa, ukrywając je
pod  przewróconymi  filiżankami.  Po  drugiej  stronie  pomieszczenia,  naprzeciwko  części  jadalnej,  zamontowano
gigantyczny ekran holowidu, który bez końca wyświetlał informacje o ostatnich tragediach Wojen Klonów.

Krótko mówiąc, nic nie wskazywało na to, że świat, który Whie znał, właśnie zachodzi za straszliwy horyzont

zdarzeń,  skąd  miał  już  nigdy  nie  powrócić.  -  Urodziłeś  się  jako  Whie  Malreaux  -  mówił  z  dziwnym,  surowym
akcentem czerwono-kremowy robot. - Przyszedłeś na świat na planecie Vjun, wczesną wiosną, po długim i ciężkim
porodzie, który trwał dwie standardowe noce i jeden dzień. Byłeś dobrym dzieckiem, w przeciwieństwie do twojego
nieszczęsnego brata szybko nauczyłeś się chodzić i mówić. On umiał tylko spać i robił to lepiej od ciebie - ciągnął
robot. Mówił cicho, lecz nie spuszczał fotoreceptorów z twarzy Whie. - Byłeś nękany tymi snami od maleńkości. -
Skąd to wszystko wiesz? - szepnął Whie.

- Byłem tam. - Ale... Robot dotknął swojej namalowanej liberii.
- To są kolory Domu Malreaux: szkarłatny i kremowy, krew i kość słoniowa, jeśli wolisz. A ja jestem sługą tego

domu.

Whie  czuł,  że  jego  umysł  właśnie  wykonał  skok  w  nadprzestrzeń.  Przed  oczami  pojawił  mu  się  obraz  z

ostatniego  wizjonerskiego  snu  -  on,  Scout  i  zła  kobieta  stoją  w  bogato  urządzonej  komnacie,  z  grubym  dywanem
pod stopami, a spod dywanu widać podłogę - szachownicę czerwonych i kremowych kwadratów. Dom. To słowo
obudziło w jego sercu pewność. Wracał do domu. - Kiedy Jedi wykradli cię z domu...

- Wykradli? Jedi nie kradną! Robot zignorował go szybkim machnięciem ręki.
-  Znaleźli  twoją  matkę  w  chwili  słabości,  wstrząśniętą  śmiercią  męża  i  pijaną  do  nieprzytomności.  Prosiłem,

żeby to sobie przemyślała, ale nikt nie słucha rad robota - westchnął. - Ostatecznie stało się i nie można było tego
odwrócić.  W  ciągu  kilku  dni  jednak  twoja  matka  zorientowała  się,  że  Jedi  ukradli  dziedzica  szlachetnego  rodu.
Wysłała mnie na Coruscant, abym nad tobą czuwał i czekał.

- Dziesięć lat? Prawie jedenaście? - z niedowierzaniem dopytywał Whie.
Robot  wzruszył  ramionami.  Był  niezwykle  dobrze  zaprogramowany  -  jeśli  nadal  pozostawał  maszyną,  to  jego

gesty były dziwnie płynne, naturalne i precyzyjne. - Nazywam się Fidelis - ciągnął robot. - Jestem zaprogramowany
na absolutną lojalność względem Domu Malrcaux, któremu służyłem w czasach szaleństwa i wojen przez dwanaście
pokoleń. Teraz służą tobie.

-  Ale...  ale  ja  nie  chcę  -  wyszeptał  Whie.  -  Jestem  Jedi,  nie  mam  innej  rodziny.  Nie  mogę  przyjąć  twojej

propozycji.

- Wybacz mi, paniczu, ale to ja rozporządzam moimi usługami. Czy przyjmiesz ją, czy nie, to nie mieści się w

parametrach mojego oprogramowania. - Więc rozkazuję ci zostawić mnie w spokoju.

- Twoja matka stoi teraz na czele rodu Malreaux i chociaż szanuję twoje życzenia, nie masz w tej chwili żadnej

władzy,  aby  sprzeciwić  się  jej  rozkazom.  Poza  tym  -  tłumaczył  Fidelis  -  jestem  lojalny  wobec  samego  rodu
Malreaux  i  mój  program  przewiduje  duże  możliwości  decyzyjne  w  kwestii  tego,  jakie  działania  będą  najlepiej
służyły rodzinie. W tym przypadku, czy się to paniczowi podoba, czy nie, mogę jedynie podsunąć pewne warianty
tego, jak moja służba miałaby wyglądać. Najlepiej się czuję w mojej ulubionej roli osobistego robota należącego do

background image

wytwornego  dżentelmena,  lecz  jeśli  panicz  woli  milczącego  ochroniarza  albo  nawet  dyskretnego  zawodowego
mordercę, który po prostu towarzyszy paniczowi w podróży, jestem w pełni przygotowany do wypełnienia tej roli.

-  Nie  rozumiesz  mnie  -  żałośnie  stwierdził  Whie.  -  Nie  ma  czegoś  takiego  jak  Jedi  krążący  po  galaktyce  z

osobistym robotem wytwornego dżentelmena.

- Teraz już jest, paniczu Whie. Trzeba wziąć pod uwagę pańskie zobowiązania wobec rodziny. W tej chwili ma

panicz  matkę,  która  oczekuje  na  panicza  w  Château  Malreaux,  codziennie  szkalowana  i  poniżana  przez  hrabiego
Dooku.

- Dooku! - zawołał Whie. - Dooku mieszka teraz w moim domu? Zerwał się od stołu i rzucił w kierunku wind.
- Muszę o tym powiedzieć Y... muszę powiedzieć innym, i to natychmiast.
Fidelis,  nucąc  coś  do  siebie  i  z  lubością  obracając  w  myślach  użyte  przez  Whie  wyrażenie  „mój  dom",  wziął

wyładowane  tace  i  podążył  za  nim.  Nie  umiał  władać  Mocą,  ale  usługiwał  do  stołu  w  Château  Malreaux  przez
dwanaście  pokoleń,  co  sprowadzało  się  właściwe  do  tego  samego  -  przenoszenia  z  miejsca  na  miejsce  dużych
ładunków potraw i trunków.

Po drugiej stronie kafeterii, którą opuszczali właśnie Whie i Fidelis, holowid przerwał nadawanie programu, aby

przedstawić  specjalny  biuletyn  informacyjny.  Tymczasem  w  windzie  kierującej  się  ku  Szaremu  Korytarzowi,
poziom 17A, Scout i Solis debatowali nad zachowaniem się Republiki i Konfederacji w obecnym konflikcie.

-  Uczciwie  mówiąc  -  odezwała  się  Scout  z  żarem  -  czy  chciałbyś  żyć  w  świecie  rządzonym  przez  roboty

bojowe?

Gdyby producent pomyślał o wyposażeniu Solisa w brwi, teraz na pewno powędrowałyby one w górę.
- Och - mruknęła Scout, widząc zamglone odbicie własnej twarzy w porysowanej metalowej płycie piersiowej

robota. - No tak, z twojego punktu widzenia to będzie wyglądało trochę ina...

Urwała nagle, bo jej uwagę przykuły słowa „mistrz Yoda", które rozległy się metalicznym echem z niewielkiego

holoekranu nad przyciskami windy.

- ...to nagranie, wykonane przez instalację obronną na krawędzi systemu ithoriańskiego, pokazuje wyraźnie, że

napastnik  zniszczył  wszystkie  statki  eskortujące  mistrza  Jedi  z  wyjątkiem  jednego.  Statek  napastnika,
zmodyfikowana  wersja  słynnego  żaglowca  hrabiego  Dooku,  został  zidentyfikowany  jako  „Ostatni  Zew",
zarejestrowany  na  osławioną  piratkę  i  sabotażystkę  Asajj  Ventress,  która  jest  poszukiwana  na  ośmiu  światach  w
związku ze śmiercią jedenastu rycerzy Jedi.

- Siedemnastu- warknęła Asajj, kręcąc głową. - Kto by w to uwierzył? I oni siebie nazywają dziennikarzami?
Palleus  Chuff,  mocno  przywiązany  do  siedzenia  drugiego  pilota  na  pokładzie  „Ostatniego  Zewu",  uznał,  że  to

pytanie retoryczne. Nie szkodzi. Zwykle był czarującym towarzyszem rozmów, w społeczności aktorskiej Coruscant
uważanym  za  bardzo  inteligentnego,  a  to  już  był  sukces.  Niestety,  zarówno  knebel  w  ustach,  jak  i  żenująca
skłonność  do  omdleń,  która  prześladowała  go  od  chwili,  kiedy  promienie  ściągające  Ventress  pochwyciły  jego
statek, sprawiły, że uprzejma konwersacja była ostatnią rzeczą, do jakiej byłby teraz zdolny.

-  ...podczas  gdy  drugi  fragment,  przedstawiony  przez  władze  ithoriańskie,  wyraźnie  pokazuje  pole  szczątków,

zidentyfikowane  pozytywnie  jako  pozostałości  statku  mistrza  Yody.  Biuro  kanclerza  Palpatine'a  odmówiło
komentarzy,  dopóki  nie  zostanie  zakończone  drobiazgowe  śledztwo  dotyczące  pułapki.  Prywatnie  jednak
mieszkańcy  stolicy  są  w  złych  nastrojach,  ponieważ  Republika  musi  się  przygotować  do  nowej  ofensywy
Konfederacji bez Jedi, który nie tylko był głównym strategiem wojskowym, lecz także w pewnym sensie sercem i
duszą tej armii.

- Ale to niesprawiedliwe! - wybuchła Scout. - To niemożliwe! - Spojrzała na Solisa. - Musimy im powiedzieć. -

Co powiedzieć? - spytał.

- Hm... nic - odparła, opanowując emocje. - Powiedzieć moim przyjaciołom, o to mi chodziło. Muszą wracać do

pokoju i wszystko powiedzieć moim towarzyszom. Natychmiast.

- Oczywiście - zgodził się Solis. - Jesteśmy prawie na miejscu.
W  Kiz  Arkade  Donni  Bratz  obserwował,  jak  jego  brat  Chuck  gra  czwartą  z  kolei  partią  Ścieżki  Wojennej

Wookie.

- Czy teraz moja kolej? - zapytał nieśmiało. Próbował powiedzieć to cichutko, żeby nie przeszkadzać.
-  Donni,  zamknij  się.  Jestem  w  środku  poziomu  Gozar.  -  Chuck  grał  teraz  ostro,  wykorzystując  niewiele

przemieszczenia oraz wszystkie zalety, jakie mogły zaoferować mu jego cztery kciuki.

Donni pomyślał, że w kwestii Ścieżki Wojennej Wookie Chuck jest bogiem.
Chuck postawił kartoniki Star Fries i Fizzy Bipem obok maszyny. Gorsza część charakteru Donniego rozważała,

czy  nie  przewrócić  Fizzy  Bipa,  ale  tak  naprawdę  nigdy  by  tego  nie  zrobił.  Chuck,  jak  mamusia  zawsze  mu
powtarzała,  był  najlepszym  starszym  bratem,  jakiego  może  mieć  chłopiec.  Poza  tym,  kiedy  ostatnio  zrobił  coś
takiego,  Chuck  przywiązał  go  do  starej  huśtawki  i  tak  długo  bujał,  aż  dzieciak  zwymiotował  na  świeżą  tapicerkę
kanapy mamusi.

background image

Donni obserwował zatem grę Chucka, próbując znaleźć zadowolenie w podziwianiu umiejętności brata, ale po

poziomie Latających Noży i Bagna, i kiedy już Chuck kompletnie rozwalił wszystkie Pływające Ropuchy Zagłady,
Donni nie mógł się powstrzymać, żeby nie zagadnąć:

- Powiedziałeś, że będę mógł sobie zagrać kolejkę po tobie. Powiedziałeś. A to było cztery kredyty temu - dodał

cicho. - Nie marudź, Tłuściochu. Antenki Donniego zwisły lekko.

- Mamusia powiedziała, że nie wolno ci tak mnie nazywać.
Chuck zręcznie wykonanym Chwytem ze Skrętem urwał ramię zielonemu Wookie. - Ale mamusi tu nie ma, co?
Niezauważony  przez  Chucka,  który  właśnie  był  zajęty  ostrą  walką  wręcz  z  czwórką  oszalałych  Wookie,  do

Arkade  nie  całkiem  pewnie  wtoczył  się  mały  robot  R2.  Jego  centralny  czujnik  wbity  był  w  Fizzy  Bipa.  Donni  z
zainteresowaniem  przyglądał  się,  jak  mały  robot  podchodzi  do  Ścieżki  Wojennej  Wookie  i  wyciąga  niepewny
mechaniczny chwytak po napój. Chwytak zamknął się, chybił, złapał znowu. - Hej - odezwał się Donni. - Zamknij
się, Tłuściochu! To jeszcze nie twoja kolej!

- Ake... - Donni urwał, gdy kopułka małego R2 obróciła się i spojrzała na niego. Ogarnęło go dziwne, lodowate

uczucie. A potem, jakby za sprawą magii, do głowy przyszły mu dwie myśli, jedna po drugiej. Pierwsza była taka,
że kiedy tak się dobrze zastanowić, ten cały Chuck to kawał drania i dobrze mu tak, jeśli jakiś robot R2 ukradnie mu
drinka. Myśl druga brzmiała: jakiego drinka?

W drodze z Arkade mały R2 przystanął, kierując się ku niewielkiemu holoekranowi obok drzwi, gdzie starannie

utrzymany holowizor, prawie niedosłyszalny w symulowanym ogniu miotaczy, mówił:

- O komentarz do dzisiejszych wstrząsających wieści poprosimy korespondenta Zorunka Brielfy'ego, który zada

pytanie dnia: „Co dalej, rycerze Jedi?"

Dwa  dzwonki  zadźwięczały  łagodnie  w  szeregu  turbowind  w  Szarym  Korytarzu,  dwoje  drzwi  po  dwóch

stronach foyer rozsunęło się i Scout stanęła nos w nos z robotem R2.

Mały R2 upuścił pusty karton Fizzy Bip w sposób, który uważny obserwator mógłby określić jako ukradkowy.

Scout,  przejęta  nowinami,  nawet  nie  zauważyła  tego  manewru.  Ale  metalowy  robot,  stojący  obok  niej,  zauważył.
Scout biegła już korytarzem.

- Słuchajcie, musimy wysłać wiadomość do... - obejrzała się na Solisa - do naszych przyjaciół i to czym prędzej.

Nastąpiła okropna pomyłka.

R2 wydał z siebie mało przekonujący szczebiot i potoczył się za nią, biorąc zakręt tak szybko, aż uniósł jedno

kółko.

Solis bardzo uważnie obserwował małego R2, po czym bez widocznego pośpiechu ruszył za nimi.
Kilka chwil później po drugiej stronie Szarego Korytarza pojawił się Whie. Biegł i krzyczał coś jak opętany.
- Słyszałeś? - zawołała Scout, waląc pięścią w drzwi numeru 524.
- On jest na Vjunie! - wykrzyknął Whie. - Hrabia Dooku jest na Vjunie!
Monada  bezpieczeństwa  zamontowana  w  korytarzu  nie  była  aż  tak  bacznym  obserwatorem,  aby  zauważyć,  że

uwaga ta nie była skierowana do Scout, lecz do robota R2.

Solis  z  kolei  byt  naprawdę  doskonałym  obserwatorem.  Może  i  nie  miał  najnowszych  nakładek  do  obsługi

hologier,  ale  Los  obdarzył  go  życiem  o  wiele  bardziej  urozmaiconym  aniżeli  jego  towarzysza,  Fidelisa,  który
właśnie dogonił Whie. Pod metalową powłoką Fidelis był nieco przytłoczony spełnieniem się dawno piastowanego
marzenia o służbie u młodego Malreaux. Solis, który nie żywił szczególnych uczuć dla rodu Malreaux jako takiego,
dla chłopaka zaś w szczególności, był bardziej zdumiony faktem, że taca, którą niósł Fidelis, zawierała pięć, a nie
cztery drinki.

-  Mistrzu  Jai!  Mistrzu  Jai!  Proszą  otworzyć,  to  ja!  -  zawołała  Scout,  waląc  dalej  w  drzwi.  -  Musimy  wysłać

wiadomość do Świątyni!

W tym momencie wydarzenia zaczęły następować po sobie po prostu błyskawicznie. Po pierwsze, drzwi kabiny

524 uchyliły się, uwalniając kłęby pary i odsłaniając wściekłą twarz mistrza Jedi Jaia Maruka, odzianego jedynie w
ręcznik, chwycony po drodze z prysznica.

- Lepiej, żeby to było coś ważnego - rzekł, mierząc zezem Scout.
Zanim  jeszcze  skończył  mówić,  drzwi  od  kabiny  523  również  zsunęły  się  w  dół,  a  ze  szczeliny  wyjrzała

zatroskana twarz mistrzyni Leem, okolona chmurą gęstego czarnego dymu z kadzideł. - Whie? Co się dzieje? Skąd
to zamieszanie?

- Właśnie się dowiedziałem, gdzie jest Doo...
W  tym  momencie  Whie  urwał,  bo  nagle  rozległ  się  głośny  huk.  Mała  jednostka  R2  wjechała  -  pozornie

przypadkowo  -  na  Fidelisa,  a  reszta  słów  padawana  utonęła  w  brzęku  i  łomocie,  z  jakim  pięcioosobowa  kolacja
wylądowała na podłodze. W tym samym momencie monada strzegąca Szarego Korytarza stwierdziła w elektrycznej
ekstazie,  że  kłęby  pary  i  dymu  wreszcie  przekroczyły  poziom  alarmowy  na  wbudowanych  czujnikach  dymu.
Zabłysły światła, a syreny alarmowe rozwrzeszczały się z całą pasją hamowaną przez siedemdziesiąt trzy miliony

background image

cykli procesora. - Panno Pho - odezwał się Jai Maruk poważnie. - Czy pamiętasz, jaki był priorytet tej podróży? -
Jedną  ręką  podciągnął  ręcznik  i  posępnie  przenosił  wzrok  ze  Scout  na  wyjący  alarm,  rozrzucone  jedzenie  i
przyglądające się temu roboty. Scout przełknęła ślinę. - Tak, mist... ojcze. - Więc co to było?

Whie i Scout spojrzeli po sobie z przerażeniem, zanim odpowiedzieli chórem: - Nie wychylać się...
Ściśle prywatna konsola na pokładzie „Ostatniego Zewu" zabrzęczała. - Tak? Robot.
- Mam informację, której uzyskaniem możesz być zainteresowana - powiedział obcy robot. - Nie sądzę - odparła

Asajj. - Wiem, gdzie jest Yoda. Ten prawdziwy. Asajj usiadła prosto.

- Co masz na myśli? Nie oglądałeś wiadomości? Yoda nie...
-  Mogę  w  tej  chwili  przerwać  łączność  -  odparł  robot.  Był  nieoznakowany  i  niepomalowany,  a  w  jego

spokojnym  głosie  brzmiało  całkowite  przekonanie.  -  Nie!  -  ostro  zawołała  Asajj.  -  Przyznajesz,  że  jesteś
zainteresowana? - Mogę być.

-  Czy  twoje  zainteresowanie  rozciąga  się  na  siedemset  trzydzieści  cztery  tysiące  dziewięćset  dziewięćdziesiąt

pięć kredytów Republiki? - Dziwaczna suma. Robot wzruszył ramionami.

- Moje tabele zdrady są bardzo precyzyjnie skalkulowane.
Asajj zastanowiła się przez chwilę. - Sądzę, że możemy ubić interes.
Po  wynegocjowaniu  warunków  i  rozłączeniu  się,  Asajj  ustawiła  kurs  na  port  kosmiczny  Phindar.  Po  chwili

zastanowienia skopiowała wizerunek robota z konsoli komunikatora i poprosiła komputer o dokładne sprawdzenie,
szukając odpowiednika. Wyszukiwanie takie trwało dość długo, biorąc pod uwagę zwłokę w transmisji pomiędzy jej
obecną  pozycją  a  HoloNetem,  więc  przekąsiła  coś  szybko  i  zaaplikowała  ampułkę  adrenaliny  swemu  więźniowi,
którego tendencja do spazmów i omdleń stawała się irytująca.

Konsola komunikacyjna odchrząknęła grzecznie, aby zaanonsować zakończenie poszukiwań.
- Znaleziono odpowiednik - oznajmiła, wyświetlając ilustrację z poważnego Przewodnika po Robotach Republik

Petersona, tom VII, Era Wielkiej Ekspansji Korporacyjnej.

LEGENDARNY  ROBOT  KAMERDYNER  TYPU  TAC-SPEC,  WYPRODUKOWANY  KOSZTEM

OGROMNYCH  NAKŁADÓW  W  KRÓTKIEJ  SERII  PRODUKCYJNEJ.  WIĘKSZOŚĆ  EKSPERTÓW  UWAŻA
KAMERDYNERÓW ZA NAJGROŹNIEJSZE W HISTORII SZTUCZNE JEDNOSTKI OCHRONY OSOBISTEJ.
ŁĄCZĄ FANATYCZNĄ LOJALNOŚĆ ZE WSPÓŁCZYNNIKIEM SKUTECZNOŚCI ZABÓJSTW ZNACZNIE
WYŻSZYM  NIŻ  MISTRZOWIE  MORDÓW  W  DZISIEJSZYCH  CZASACH.  Asajj  odeszła  od  konsoli  z  bardzo
zafrasowaną miną.

 

background image

R O Z D Z I A Ł 7

 
 

Jai Maruk sypiał lekko i przy pierwszym cichym szeleście natychmiast się budził. Rękę miał zawsze gotową do

chwycenia  za  miecz  świetlny  schowany  pod  pryczą.  Spojrzał  poprzez  Moc,  przeszukując  pokój;  dziewczyna
Esterhazy spała jak kłoda i lekko pochrapywała. Przez ściany Jai wyczuwał łagodny żar, niczym drzemiący ogień,
mistrza  Yody,  który  spał  teraz  obok,  w  kabinie  522,  bo  zwolniła  się  dwa  dni  temu.  Kolejny  szelest.  Jai  Maruk
rozluźnił  się.  To  nie  żaden  intruz,  po  prostu  Whie  ubierał  się  cicho.  Jai  czuł  go  poprzez  Moc  w  drugim  końcu
pokoju, jego nerwy były napięte jak struny trójharfy.

No cóż, nic nowego, pomyślał Jai. Pierwsza podróż chłopca w kosmosie, pierwszy wyjazd poza Świątynię Jedi -

a żadne z wyzwań, jakie napotkał, nie miało nic wspólnego z tym, czego go uczono. Uczniowie zawsze sądzili, że
życie rycerza Jedi jest jednym pasmem zwycięskich pojedynków na miecze świetlne i negocjacji dyplomatycznych
na wysokim poziomie, ponieważ do tego właśnie byli przygotowywani.

Na żadnej lekcji nie uczono, co zrobić, gdy wpadniesz na służącego, który twierdzi, że jesteś dawno zaginionym

księciem z Vjuna.

Kiedy  ekipy  sprzątaczy  zrobiły  już  porządek  w  Szarym  Korytarzu,  on  i  Maks  Leem  spotkali  się  z  Fidelisem,

robotem, który twierdził, że służy ludzkiej rodzinie Whie, oraz z jego partnerem, Solisem. Przynajmniej Jai uważał,
że  byli  partnerami;  nie  wiedział,  czy  padawani  zdawali  sobie  sprawą,  iż  mała  wycieczka  Scout  do  biura  płatnika
statku  była  jedynie  wybiegiem,  aby  Fidelis  mógł  spokojnie  dotrzeć  do  Whie.  W  sumie  wszystko  to  było  dość
zagmatwane, nic dziwnego, że chłopiec wydawał się roztargniony.

Jai żywił gorącą nadzieję, że robot zechce przekazać im informacje na temat Dooku i jego planów, ale okazało

się, że wszystko, co wie, to głównie pogłoski. Nie był na Vjunie od dziesięciu lat.

Jednak opis Château Malreaux, jaki Jai otrzymał od robota, pasował do tego, co sam zauważył w czasie swojej

krótkiej  rozmowy  ze  znienawidzonym  wygnańcem  Jedi,  hrabią  Dooku,  oraz  tą  nędzną  suką,  Asajj  Ventress.  Jai
poprosił  Fidelisa  o  rozkład  pomieszczeń  zamku  i  opis  otaczającego  go  terenu,  aby  mogli  przygotować  sobie  plan
ucieczki,  gdyby  negocjacje  Yody  się  nie  powiodły.  Niestety,  robot  zignorował  go  zupełnie,  gdyż  przyjmował
rozkazy  jedynie  od  Whie.  Z  pewnością  wiedział,  że  Jai  i  Maks  są  Jedi  -  tyle  że  tego  określenia  chętnie  używałby
wymiennie ze słowami „kidnaper" lub „sekciarz".

Była to jedna z rzeczy, o których w Świątyni Jedi właściwie nigdy się nie mówiło: ilu ludzi, nawet w Republice,

odnosiło się do Jedi z nieufnością lub wręcz przerażeniem i wrogością. Uczucia te pogłębiły się z wybuchem Wojen
Klonów, do tego stopnia, że Jai nie lubił jeździć na misje w poszukiwaniu nowych Jedi. Wiedział, że dzieci, które
znaleźli, miały prowadzić życie lepsze, bogatsze i bardziej użyteczne, lecz szepty „porywacz dzieci" sprawiały mu
przykrość, podobnie jak zrozpaczone spojrzenia rodziców, którym zabierano potomstwo. Mniej bólu, za to więcej
przykrości  sprawiały  mu  spojrzenia  innego  gatunku  rodziców  -  tych,  którzy  z  radością  pozbywali  się  dodatkowej
gęby do wyżywienia.

Nie  można  było  na  to  patrzeć,  nie  zastanawiając  się,  jakich  się  miało  rodziców.  A  teraz  słowa  „tajna  policja

Palpatine'a" powtarzała się w szeptach coraz częściej. Nawet w ustach Jedi, którzy opuścili już szeregi zakonu.

Choć jednak Jai boleśnie odczuwał objawy lęku i nieufności zamiast wdzięczności i nadziei, zdążył się już do

tego  przyzwyczaić.  Maks  Leem,  która  rzadko  opuszczała  Świątynię,  a  zwłaszcza  młodzi  padawani  byli  jednak
wstrząśnięci, widząc, jak mieszane uczucia budzą Jedi wśród zwykłych ludzi.

A oprócz tego, jeśli chodzi o Whie, wchodziła jeszcze w grę ta dziewczyna.
Tallisibeth  była  przebojowa,  inteligentna  i  ładna  na  swój  atletyczny  sposób,  lecz  słaba  Mocą.  Jai  pomyślał,  że

trudno sobie wyobrazić bardziej niszczycielską kombinację. Prawdopodobnie mistrz Yoda miał powody, aby ją ze
sobą  ciągnąć,  ale  jakiś  silniejszy  padawan  o  mniej  wyraźnej  osobowości  z  pewnością  wiele  spraw  by  ułatwił.  Po
pierwsze,  Whie  nie  odrywał  od  niej  wzroku.  To  oczywiście  normalne,  trzynastolatek  prawie  siłą  umieszczony  w
pobliżu ładnej dziewczyny powinien się tak zachowywać, ale naprawdę, nie ułatwiało to koncentracji pozostałym.
Wydawało  się,  że  Scout  nie  dostrzega  wlepionych  w  nią  oczu  chłopca.  Sądząc  jednak  z  pobłażliwego  uśmieszku,
jaki ostatnio często gościł na twarzy mistrzyni Leem, Whie z pewnością nie zwiódł swojej opiekunki. W Świątyni
Jedi śmiechom i żartom nie byłoby końca - co roku cielęca miłość zbierała swoje żniwo docinków - lecz tutaj, tuż
przed  konfrontacją  z  hrabią  Dooku,  było  to  kolejne  źródło  problemów,  którego  Jai  sobie  nie  życzył.  A  przecież
polubił tę dziewczynę.

Nie  chciał,  żeby  do  tego  doszło,  szczerze  mówiąc.  Wojna  szalała  w  najlepsze,  życie  Jedi  znajdowało  się  w

niebezpieczeństwie  o  wiele  częściej  niż  kiedykolwiek  w  czasie  Wojny  Sithów.  Dziewczyna  taka  jak  Scout  -
Enwandung Esterhazy, skarcił się w myśli, nie pozwalaj sobie na poufałe używanie przydomków, Jai - zginie, nim
minie  rok.  I  to  też  będzie  bolało.  A  on  już  nie  chciał  cierpieć.  Whie  cichutko  wśliznął  się  w  szatę.  Drzwi  pokoju

background image

zsunęły  się  prawie  do  samej  podłogi,  ukazując  mroczny  korytarz.  Światła  wysiadły,  kiedy  zadziałał  alarm,  a  choć
serwis  usunął  ogromnie  podekscytowaną  monadę  ochrony,  nikt  nie  pomyślał  o  naprawie  oświetlenia.  Jai
obserwował, jak chłopiec wychodzi, starannie zasuwając za sobą drzwi.

Mistrz  założyłby  się  o  dziesięć  kredytów,  że  dzieciak  wybiera  się  do  siłowni.  Pamiętał,  jak  sam  o  północy

trenował,  aby  usunąć  z  głowy  myśli  o  pewnej  dziewczynie...  kto  to  był?  Aha,  rudowłosa  przyjaciółka  Jang  Li-Li.
Miała  na  imię  Politrix.  Zginęła  w  zasadzce  dwa  miesiące  po  Geonosis.  Granat  plazmowy.  Pamiętał  rudą  kaskadę
włosów  i  te  loczki  na  ramionach.  Ich  zapach...  Pewnego  dnia,  a  ćwiczyli  wtedy  w  sali  treningowej,  ona
przygwoździła go do maty i śmiała się, a jej włosy opadły mu na twarz. Nie ma jej.

Jai poczuł, że łza spływa mu po policzku, ale nie otarł jej. Smutek również był częścią życia i nie wolno było go

negować. Obserwował go ze swego najgłębszego, spokojnego ja. Tyle smutku. Tylu jego przyjaciół z dzieciństwa
już zginęło. Teraz będzie jeszcze trudniej, czuć smutek i nie poddawać się jego sile. Co to kiedyś powiedział mistrz
Yoda? „Zbyt długi smutek zamienia serce w kamień". Dlatego starał się nie polubić Scout zanadto, a jednocześnie
czuł, jak instynktownie ją popycha, chce, by była coraz silniejsza, szybsza, skuteczniejsza, ponieważ to będzie jej
potrzebne. Na wszystkie gwiazdy, była bardzo dzielna - nawet on musiał to przyznać. Ale dzielność to nie wszystko.
On też był dzielny, stając przed Dooku i Asajj Ventress. A jednak nie uchroniło go to przed klęską.

Jai westchnął głęboko, z irytacją. To tyle, jeśli chodzi o jego powagę i spokój Jedi. Jeszcze przez chwilę leżał w

mroku,  po  czym  porzucił  wszelką  nadzieję  na  zaśnięcie,  narzucił  szatę  (o  wiele  ciszej  niż  się  to  udało  Whie)  i
poszedł  za  chłopcem  w  głąb  statku,  pozostawiając  za  plecami  dziwnie  wzruszające,  dziewczęce  pochrapywanie
Scout.

Tak jak przewidywał, znalazł chłopca w siłowni. Whie właśnie przechodził przez ścieżkę walki wręcz Rozbitej

Bramy - przerzut, skok, uderzenie, rzut. Był dobry. Lepszy niż dobry, był jak rtęć, pozwalając Mocy wznosić się i
opadać  w  rytm  własnych  gestów:  wysoki  skok,  przewrót,  po  czym  za  chwilę  upadek,  jak  grom,  w  ostatnim
uderzeniu.  Kiedy  stopy  chłopca  dotknęły  podłoża,  mata  pękła,  rozsiewając  wokół  fontanny  pianki.  -  Doskonale  -
cicho pochwalił Jai.

Whie  obejrzał  się,  przekoziołkował  i  przyjął  pozycję  bojową,  z  otwartymi  i  szeroko  rozpostartymi  ramionami,

obejmując nimi Moc jak łańcuch błyskawic. - Czego chcesz? Jai zamrugał zdumiony. - Czy tak się mówi do mistrza,
padawanie?

Whie spojrzał na niego. Pierś unosiła mu się w ciężkim oddechu. - Padawanie!
- Czy zabiłbyś drugiego Jedi? - zapytał nagle Whie. - Gdybyś uważał, że przeszedł na Ciemną Stronę? - Tak. -

Tak po prostu? Nie powinniśmy być niczym rodzina?

- Właśnie dlatego że był rodziną - odparł Jai Maruk. - Jedi, który przeszedł na Ciemną Stronę, nie jest zwykłym

przestępcą,  Whie.  Jego  umiejętności  i  zdolności  dają  mu  wielką  moc  czynienia  zła.  -  Nie  dałbyś  mu  szansy  na
poprawę?

-  Chłopcze,  kiedy  padniesz  już  ofiarą  Ciemnej  Strony,  nigdy  cię  nie  wypuści  ze  swoich  szponów.  -  Jai

przekrzywił  głowę.  -  Mam  nadzieję,  padawanie,  że  nie  pomyliłeś  chwilowej  słabości  z  całkowitym  przejściem  na
Ciemną Stronę. Wszyscy mamy pewne słabostki... - Nawet mistrz Yoda?

- Nawet mistrz Yoda! A przynajmniej sam tak twierdzi. Nie wiem, co to jest, ale powiedziałbym, że na przykład

kiedy  mistrz  Yoda  jest  głodny,  jego  humor  nie  poprawia  się.  -  Jai  skrzywił  się  lekko.  -  Moje  humory  też  czasem
wymykają  mi  się  spod  kontroli.  Można  powiedzieć,  że  jestem  pamiętliwy  i  skłonny  do  gniewu.  Jestem  też  zbyt
szybki  w  oskarżaniu  i  zbyt  powolny  w  przebaczaniu.  Zdarzało  mi  się  walczyć  w  gniewie.  -  I  dodał  powoli,  bez
szczególnego akcentu: - Zdarzało mi się też czuć coś do kobiet. To naturalne. Ale choć Ciemna Strona czerpie siłę z
takich  uczuć,  samo  ich  posiadanie  jeszcze  nie  znaczy,  że  wybrałeś  złą  ścieżkę.  Rozumiesz?  Dopiero  decyzja  o
dominacji,  zmiażdżeniu,  czerpanie  sił  ze  słabości  innej  istoty  sygnalizuje,  że  zwracasz  się  ku  Ciemnej  Stronie.
Ciemność i jasność to nie uczucie, to wybór.

Gniewna energia zaczęła powoli opuszczać ciało Whie. Znikło napięcie w ramionach, a ręce opadły do boków.
-  Zawsze  myślałem,  że  jestem  dobrym  człowiekiem  -  rzekł  cicho  chłopiec.  -  Nigdy  nie  widziałem  powodu,

żeby... kraść jedzenie z kuchni. Albo ściągać na egzaminie. Byłem dobry - powtórzył z bólem. - Myślałem, że to to
samo,  co  cnota.  -  Zdumiewające,  jak  łatwo  nam  przychodzi  stawianie  oporu  pokusom  innych  osób,  prawda?  -  Jai
rzucił z goryczą.

Poczuł  nagle  niewytłumaczalny  przypływ  litości  dla  młodzieńca;  z  jednej  strony  empatia,  z  drugiej

wyrozumiałość dla samego siebie, jakie pamiętał z czasów, gdy był w jego wieku: spięty, zawsze wściekły i nawet
tego nieświadom. Udając dobrego chłopca przez całe życie, młody człowiek u progu dorosłości zaczyna dokonywać
wyborów  -  takich  samych,  jakie  stoją  przed  każdym  synem  sklepikarza,  a  cóż  dopiero  przed  przyszłym  rycerzem
Jedi.

- Nie martw  się - rzekł  Jai. - Zawsze  są mistrz Yoda  i mistrzyni  Leem. Oni znają  cię lepiej niż  ty sam siebie.

Wiem o tobie parę rzeczy, młody Whie. Życie na tym świecie nigdy nie bywa łatwe, ale wszyscy wciąż widzimy w

background image

tobie  kogoś,  kogo  ty  sam  w  sobie  widziałeś  do  tej  pory:  wspaniałego  młodzieńca,  który  pewnego  dnia  stanie  się
świetnym  rycerzem  Jedi.  Dokonuj  swoich  wyborów,  padawanie.  Nie  wszystkie  będą  właściwe,  ale  większość  z
pewnością tak, a żaden z twoich mistrzów nie obawia się, że mógłbyś kiedyś przejść na Ciemną Stronę.

Twarz chłopca rozjaśniła się nieśmiałym promykiem nadziei.
- Dziękuję - rzekł.
- Wrócisz teraz do łóżka? Chyba jeszcze nie wszystkie sny wyśniłeś sobie tej nocy.
Bardzo nieszczęśliwy dobór słów. Twarz Whie pomroczniała znowu.
- N-nie - wyjąkał. - Sądzę, że nie zasnę i tak. Dziękuję. - Wyregulował maszynę do podnoszenia ciężarów, którą

ktoś przestawił na ciało z płetwami. - A co ze Scout? Czy sądzisz, że ona mogłaby kiedykolwiek przejść na Ciemną
Stronę? Jai pokręcił głową.

- Wybacz, że to wyrażę w ten sposób, ale jej nie było tak łatwo jak tobie, Whie. Ona żyła ze swoimi pokusami

od  lat:  z  potrzebą  oszukiwania,  zaglądania  przez  ramię  innym  dzieciakom,  zmawiania  się  przeciwko  lepszym
uczniom, żeby samej wypaść lepiej. Może nie gra zgodnie z normalnymi zasadami, ale całą swoją duszę poświęciła
honorowemu  życiu  pomimo  swoich  ograniczeń.  Jak  długo  pozostanie  w  zakonie,  nic  jej  nie  będzie.  Gdyby  miała
zostać wydalona, może gorycz sprowadziłaby ją na Ciemną Stronę. Gdyby poczuła, że ją zdradziliśmy...

-  Ja  też  tak  sądziłem  -  odparł  Whie.  -  Zawsze  myślałem,  że  zostanie  skierowana  do  oddziałów  rolniczych,  ale

teraz rozumiem, dlaczego tak się nie stało. Nie tylko mistrzowi Yodzie było jej żal. Ona już przeszła tę próbę, którą
my wszyscy musimy przechodzić w obliczu tej straszliwej wojny.

-  Scout  powiedziała  mi  wczoraj,  że  bardzo  ją  irytuje,  kiedy  jakiś  smarkacz  jest  tak  mądry  -  powiedział  Jai.  -

Zaczynam rozumieć, o co jej chodziło.

Whie  prychnął  i  usadowił  się  w  maszynie,  wypychając  sztangę  bardzo  mocno  przez  pierwszych  dziesięć

powtórzeń.  Nie  było  sensu  używać  Mocy  do  podnoszenia  ciężaru,  chodziło  o  ciało,  o  ogień  w  nogach,  o  coraz
głębszy  oddech,  komórki  krzyczące  o  dodatkowy  tlen.  Dobrze  było  tak  przeciwstawić  żywe  mięśnie  metalowi.
Prawdę mówiąc, miał jeszcze jeden sen, znacznie gorszy od tego z Asajj Ventress, najgorszy ze wszystkich, jakie
miał do tej pory. Wyciskaj tę sztangę, nie myśl o tym. Nie myśl.

Jak tylko jednak odłożył sztangę, aby odpocząć pomiędzy kolejnymi seriami, obrazy ze snu powróciły.
- Mistrzu Maruk? - odezwał się, kiedy Jai odwrócił się, by wyjść z sali. - Tak? - Czy boisz się śmierci?
-  To  chyba  jedyna  rzecz,  którą  się  nie  przejmuję  -  odparł  Jedi.  -  Moim  zadaniem  jest  żyć  z  honorem,  bronić

Republiki,  chronić  jej  ludzi,  dbać  o  mój  statek,  moją  broń  i  mojego  padawana.  Moja  śmierć  -  rzekł  z  lekkim
uśmiechem - jest problemem kogoś innego, nie moim.

Port kosmiczny Phindar, Brama do Zewnętrznych Rubieży. Phindianie, znani w całej galaktyce ze złośliwości,

byli wysocy, szczupli i wyglądali ponuro. Żółte oczy z czerwonymi żyłkami, zbyt długie ramiona, przez co wlekli
bagaże za sobą, zamiast je nieść. W zatłoczonej stacji kosmicznej jakiś handlarz sprzedawał im kule dmuchanego
chleba i stymkafę w bukłakach do wyciskania, zamiast w filiżankach. Nawet oczyszczone powietrze stacji pachniało
inaczej.  Bezbarwny,  syntetyczny  głos,  który  płynął  z  głośników,  cedził  słowa  ze  specyficznym,  sarkastycznym
akcentem,  co  sprawiało,  że  sposób  mówienia  turystów  z  Coruscant  zdawał  się  oschły  i  prawie  opryskliwy.  „Jeśli
chcecie,  aby  wasze  roboty  zostały  przejęte  i  przeszukane,  proszę  bardzo,  pozwólcie,  aby  same  włóczyły  się  po
stacji".

- Słyszałeś? - zapytała Scout, delikatnie stukając paznokciami w obudowę R2. - To bądź grzeczny.
Z wnętrza obudowy dał się słyszeć stłumiony, pełen buntu pomruk.
Stali w kolejce oczekujących do kasy, aby kupić bilety potrzebne do odbycia kolejnego etapu podróży, ze stacji

Joran na sam Vjun, tym razem jako rodzina Coryksów.

- W interesach czy dla przyjemności? - zapytał urzędnik, kiedy Jai Maruk znalazł się na czele kolejki. - Głównie

dla przyjemności.

- Na Vjun? - odparł urzędnik. - Jasne, jasne.
- Mam nadzieję - dodał Jai Maruk z dobrze udanym wahaniem. - Jestem chemikiem wodnym i zawsze chciałem

zbadać te słynne kwaśne deszcze. Dzieciaki jadą ze mną tak sobie, pobawić się na plaży i te rzeczy...

-  Rany,  ale  będzie  zabawa  -  rzekł  urzędnik,  mierząc  Scout  wzrokiem.  -  Jej  i  tak  zapewne  nie  zaszkodzi  na

wygląd. Właśnie, widzę tylko jedno dziecko. Jestem ślepy czy nie umiem liczyć?

- Syn poszedł skorzystać z... hm... przybytku - odparł Jai. - Ale mam tu jego kartę ID.
Urzędnik wziął do ręki ich dokumenty. Była to dobra robota, najlepsze z fałszywek, jakie mogli dostarczyć Jedi,

lecz Scout poczuła, jak serce jej zamiera, kiedy ze zmarszczonym brwiami przerzucał stosik.

„Jeśli chcecie, aby wasze roboty zostały przejęte i przeszukane, proszę bardzo, pozwólcie, aby same włóczyły

się po stacji". - Wszystko w porządku - podpowiedział Jai.

- Rany, wiesz, aż mi ulżyło - odparł urzędnik, oddając mu kartę. - Proszę postawić robota na wadze obok toreb.
Scout  dosłownie  podskoczyła,  kiedy  ktoś  dotknął  jej  ramienia,  Obejrzała  się  i  stanęła  nos  w  nos  z

background image

podniszczonym  robotem,  którego  spotkała  już  na  „Rozsądnej  Wątpliwości".  -  Odrapany!  Robot  wyprostował  się
lekko.

- To znaczy Solis - poprawiła się Scout. - Opuściłeś pracę?
-  W  pewnym  sensie.  Właściwie  zastanawiałem  się,  czy  nie  mogłaby  mi  pani  oddać  pewnej  przysługi.  -  Robot

wskazał  palcem  na  stoisko  spożywcze  w  dalszej  części  terminalu,  tuż  nad  ich  głowami.  -  Mam  się  tam  spotkać  z
przyjacielem. To tylko pięć minut, a zdaje się, że Gildia Kupiecka zaatakowała port kosmiczny Dużej Piasty jakieś
dwa  dni  temu  i  teraz  Phindianie  bardzo  poważnie  traktują  kwestie  bezpieczeństwa.  -  Scout  spojrzała  pytająco.
Widać  było,  że  nie  rozumie,  o  co  mu  chodzi.  -  Nie  chcę  znajdować  się  na  terenie  portu  jako  „robot  bez  opieki"  -
wyjaśnił. - Och! -jęknęła Scout. - No tak, o tym nie pomyślałam.

- Phindar, między innymi, znany jest również z posiadania BPWI... Biura Przestępstw Własności Inteligentnej,

zajmującego się zbieraniem i sprzedażą myślących artefaktów, takich jak ja. A że wolałbym raczej nie zostać ujęty i
sprzedany, zastanawiałem się, czy mogłabyś mnie odprowadzić na to spotkanie?

Jai Maruk zajęty był wstawianiem oburzonego R2 na wagę przy kasie biletowej, ale Scout udało się ściągnąć na

siebie spojrzenie trojga oczu Maks Leem.

- Idź - powiedziała Granka. - To będzie dla ciebie dobry uczynek na dziś. I przyprowadź brata, jeśli go gdzieś

znajdziesz po drodze. Solis skłonił się.

- Będę ogromnie wdzięczny.
Ruszyli szybkim marszem, przeciskając się przez tłoczny terminal. Scout prześlizgiwała się pomiędzy grupkami

Phindian, robot deptał jej po piętach. - Jesteś tym samym modelem, co robot, który twierdzi, że jest służącym Whie?
- Masz dobry wzrok. - Czy ty nie, poczekaj. Czy robot może się obrazić? - Zazwyczaj nie - odparł Solis ostrożnie.

- Mhm.
- Ale spróbuj.
-  No  cóż,  zastanawiałam  się  po  prostu,  czy  może  zostałeś...  eee...  zezłomowany  przez  właściciela  i  dlatego

właśnie nie masz na sobie lśniącej farby i tak dalej... Takie rzeczy budzą we mnie niezdrową ciekawość - ciągnęła
pospiesznie. - Za to już omal raz nie zostałam wysłana... wyrzucona ze szkoły - dokończyła szybko.

-  Nie  zostałem  zezłomowany.  Choć  można  powiedzieć,  że  straciłem  pracę.  -  Solis  wskazał  na  schody  -  Tędy.

Obaj,  Fidelis  i  ja,  zostaliśmy  zbudowani  jako  kamerdynerzy.  -  Wytworny  robot  wytwornego  dżentelmena  -
wyrecytowała Scout ze śmiechem. - Whie powiedział nam o tym.

-  Właśnie.  Początkowo  byliśmy  zaprogramowani  na  wykonywanie  szerokiego  zakresu  obowiązków...

domowych.  Producenci  inteligentnych  przedmiotów  szybko  się  przekonali,  że  jeśli  ktoś  używa  takiego  modelu,
wyposażonego w szeroki wachlarz umiejętności i zdolności, a potem wyśle go w świat w roli wymagającej pewnego
przewidywania  i  inicjatywy...  jeśli  pozwoli  mu  żyć...  przedmiot  ten  ma  zdumiewającą  tendencję  do  rozwijania
własnej osobowości i własnych opinii. W naszym przypadku podstawą oprogramowania była lojalność... lojalność
wzglądem nabywcy, i cecha ta była podłączona na stałe.

- Ale okazało się, że bez wzajemności - odparła Scout. - Z tego rozumiem, że rodzina cię opuściła.
- W pewnym sensie - odparł Solis, docierając na szczyt schodów. - Zostali wymordowani. Scout nie wiedziała,

co powiedzieć.

- To była taka wojna. Żołnierze wdarli się do domu. Moja rodzina zamierzała skorzystać z tajnego przejścia na

zewnątrz.  Pani  posłała  mnie  do  sejfu  po  biżuterią  rodzinną.  Powiedziałem,  że  według  mnie  powinienem  zostać  i
osłaniać  ich  ucieczkę.  Pani  nazwała  mnie  idiotą  i  włączyła  obejście  podstawowej  funkcji.  Poszedłem  po  klejnoty.
Ale rodzinę ktoś zdradził, tajne przejście przestało być tajne. Żołnierze dogonili ich i rozstrzelali, zanim wróciłem.
Kiedy dotarłem na miejsce, wszyscy już nie żyli. Rzuciłem klejnoty na trupy i odszedłem.

Wysoki,  chitynowy  obcy  nieokreślonej  płci  wpadł  na  Scout,  która  zdała  sobie  sprawę,  że  stoi  nieruchomo  na

schodach, jakby ją zamurowało.

-  Wielkie  gwiazdy  -  wymamrotała.  -  Co  się  stało  z  żołnierzami?  Tymi,  którzy  zabili  twoją  rodzinę?  -  Nie

pamiętam - odparł Solis bezbarwnym głosem.

Jasne, że nie, pomyślała Scout. Przełknęła ślinę, zastanawiając się, jak naprawdę potoczyła się dalsza część tej

historii. Ruszyli znowu, kierując się w stronę baru, a Scout przyłapała się na analizowaniu wyżłobień i zadrapań na
metalowym  ciele  robota.  Myślała,  ile  z  nich  zawdzięcza  swoje  istnienie  normalnemu  zużyciu,  a  ile  pochodzi  z
miotaczy, wyrzutni grotów czy wibroostrzy.

- Fidelis wciąż ma rodzinę, ale poza tym chyba jesteście dość podobni.
- Wcale nie. Moja rodzina została wymordowana prawie dwieście standardowych lat temu. Gdybyś miała siostrę

bliźniaczkę... a może tak być, przecież wiesz...jak bardzo według ciebie życie mogłoby zacząć różnić się od twojego
w ciągu na przykład dziesięciu lat?

- Dwieście? - Scout wybałuszyła oczy. - To ile ty masz lat?
-  Jestem  młodszy  od  twojego  robota  -  odparł  Solis,  wpatrując  się  w  nią  nieprzyjemnie  przenikliwie.  Scout

background image

zrozumiała  aluzję  i  ogarnęło  ją  zakłopotanie.  Podeszli  do  niewielkiego  kręgu  stolików  w  okolicach  stoiska.  Whie,
który teoretycznie miał być w odświeżalni, siedział z Fidelisem przy jednym ze stolików. Chłopiec ze spuszczoną
głową  słuchał  uważnie  słów  robota.  -  Hej,  a  co  ty  tu  robisz?  -  zawołała  Scout.  Whie  obejrzał  się  z  wyraźnie
zawstydzoną miną.

- Nie twoja sprawa - burknął. - Rozmawiam, to chyba dozwolone, co?
- Nie moja sprawa? Czy ja to naprawdę usłyszałam z ust Świętego Whie? Z pewnością to moja sprawa, kiedy

widzę,  jak  zadajesz  się  z  obcymi,  i  do  tego  jeszcze  kłamiesz.  A  może  już  zapomniałeś,  kto  jest  twoją  prawdziwą
rodziną? - wycedziła przez zęby, ruchem głowy wskazując terminal na dole, gdzie Jai pracowicie odliczał kredyty za
bilety na Vjun.

-  Z  mojego  miejsca  odnoszę  wrażenie,  że  zadajesz  się  z  obcymi  dokładnie  tak  samo  jak  ja  -  odparł  Whie,

opanowując się.

Było  to  jednak  dziwne  opanowanie:  wciąż  pełne  gniewu  i  gotowości  do  obrony.  Scout  zazwyczaj  łatwo  się

obrażała, ale w tej całej sytuacji było coś tak dziwnego, że nie mogła spokojnie skupić się na własnej złości.

-  Co  się  z  tobą  dzisiaj  dzieje?  -  zapytała  szczerze  zaskoczona.  -  Przez  cały  dzień  jesteś  jakiś  dziwny.  Nie

chciałam  ci  dokuczyć...  szczerze  mówiąc,  nie  wiedziałam,  że  tobie  w  ogóle  można  dokuczyć.  Co  się  dzieje?  -
Spóźniłeś się - rzekł Fidelis do Solisa.

Niepomalowany robot wzruszył ramionami. Spóźniłeś się? - zdziwiła się w duchu Scout. Ciekawe, na co?
Na teren stoiska wkroczył niewielki oddział uzbrojonych Phindian w niebieskobiałych mundurach. W dłoniach

mieli  miotacze,  a  na  twarzach  posępne  miny.  Dowódca,  Phindianin  o  twardych  rysach  i  oznakach  rangi  na
ramionach, był jedynym, którego karabin swobodnie zwisał na plecach.

-  Proszę  o  zachowanie  całkowitego  spokoju  -  zwrócił  się  do  klientów.  -  Jestem  major  Quecks,  BPWI  Portu

Kosmicznego Phindar. Otrzymaliśmy raport o niezmiernie niebezpiecznym robocie, który miałby się tu znajdować.
- Spojrzał na Fidelisa. - Producent, model oraz numer serii, proszę. - Paniczu? - odezwał się Fidelis, spoglądając na
Whie. Whie zachichotał.

- Jesteś właścicielem tego robota? - ostro zapytał dowódca.
- Tak - odparł Fidelis.
- Nie - zaprzeczył Whie. - Co się dzieje, kim jesteście?
-  Biuro  Przestępstw  Własności  Inteligentnej,  oddział  taktyczny  -  odparł  Solis.  -  Mają  przepisowe  miotacze  i

erasery  sieci  neutralnych.  -  Uwaga  oddziału  taktycznego  momentalnie  skierowała  się  na  zniszczonego,  odartego  z
farby robota. - On jest ze mną - oburzyła się Scout.

- To się jeszcze zobaczy. Czy którekolwiek z was ma przy sobie broń? - major Quecks zwrócił się do Whie.
Nie patrz na mnie, pomyślała Scout, wiedząc, że ma zamiar to zrobić. Nie rozglądaj się, po prostu kłam. Whie

spojrzał na nią. - Scout?

- Mam nadzieję, że sprawdziłeś swoje działko laserowe, braciszku?
- Podoba mi się twoje poczucie humoru - zauważył Quecks. - My w ochronie uwielbiamy żarty na temat działek

laserowych, wypowiadane przez smarkatych obcych podróżujących z niebezpiecznymi robotami. To nasza ulubiona
rozrywka. Żołnierze mocniej ścisnęli swoje miotacze. Scout spojrzała majorowi w oczy i przywołała Moc najlepiej,
jak umiała.

- Nie, nie mamy przy sobie żadnej broni, majorze. Prawda, Whie?
Oczy Whie rozszerzyły się i chłopak poszedł za jej przykładem.
-  Nie,  panie.  Jesteśmy  dziećmi  -  wyjaśnił  i  nawet  Scout,  która  doskonale  wiedziała,  gdzie  pod  płaszczem  ma

schowany  miecz  świetlny,  odniosła  wrażenie,  że  to  absurd,  żeby  dorosły  człowiek  tak  bezczelnie  napastował
niewinne dzieci. Ośmiu żołnierzy za jego plecami widocznie było tego samego zdania, bo opuścili broń. Phindianin
uspokoił się nieco. Miał tak długie ramiona, że zwisające mu wzdłuż ciała ręce prawie zahaczały o kostki.

- Dobrze zatem. Pozostańcie przy stoliku z robotami, aż usłyszycie sygnał odwołania alarmu.
Fidelis  przechylił  głowę  na  bok,  jakby  czegoś  nasłuchiwał.  Solis  uczynił  to  samo  w  sekundę  później.  -  Co?  -

spytała niecierpliwie Scout. - Co się dzieje?

- Zabezpieczenie portu kosmicznego jest tak skonstruowane - zauważył Solis - aby pasażerowie nie byli w stanie

kontaktować  się  z  personelem  statku.  -  Teraz  nawet  Scout  mogła  usłyszeć  odległą  strzelaninę  i  wyczuć  zapach
ozonu w powietrzu. - Ale nie na odwrót - dokończył robot.

W korytarzu prowadzącym do bramki w oślepiającej plamie metalu i nowoczesnej ceramiki pojawił się oddział

robotów  bojowych,  przeciął  linię  zabezpieczeń  i  rozwinął  pełny  szyk  bojowy,  prezentując  cały  arsenał  ostrzy,
miotaczy, wyrzutni strzałek oraz typów broni, których Scout nawet nie znała. Same roboty były mniej więcej o metr
wyższe od człowieka, zbudowane jak kanciaste egzoszkielety, a ich wąskie niczym ostrze topora oblicza były lekko
cofnięte w stosunku do reszty ciała. Fluorescencyjne lampy odbijały się w każdej niemal powierzchni ich powłoki.

Grupa speszonych Phindian i podróżnych przejeżdżających tylko przez port kosmiczny stała nieruchomo przez

background image

dłuższą chwilę, osłupiałym wzrokiem wpatrując się w śmiercionośny sprzęt, który nagle im zaprezentowano.

- Popatrzcie - zauważył Solis. - Włączyli wykrywacze metalu. I wówczas rozpętało się piekło.
Jai  Maruk  i  mistrzyni  Leon  dobyli  mieczy.  Jak  świetliste  klingi,  gotowe  były  odbić  każdy  strzał  robotów

bojowych. To tyle jeśli chodzi o przebranie, pomyślał Jai Maruk.

- Bez paniki! - ryknął, wkładając w swój głos tyle Mocy, aby zabrzmiał on jak ostateczny rozkaz.
W  tej  chwili  cywile  mogli  być  dla  siebie  nawzajem  równie  niebezpieczni,  jak  roboty  bojowe.  Ciekawe,  po  co

właściwie zjawił się tu ten komitet powitalny. Sprawka Dooku czy zwykły pech? - Proszę spokojnie kierować się do
wyjść.

Przerażony  tłum,  utrzymywany  w  pozornym  spokoju  czystą  siłą  jego  woli,  z  pochylonymi  głowami,  niczym

stado  pajęczych  ropuch  pospiesznie  skierował  się  do  bocznych  chodników  głównej  galerii,  znikając  w  sklepikach
bezcłowych, chowając się do wind lub tłocząc w odświeżalniach.

Sześć robotów bojowych kopniakami odrzuciło na boki ciała ofiar i stanęło tak, aby wziąć Jaia i mistrzyni Leem

w krzyżowy ogień. - Czy to superroboty bojowe Ohma D'un? - zapytała. Jai Maruk pokręcił głową.

-  To  roboty-mordercy  Konfederacji  -  ryknął  tak,  żeby  wszyscy  go  słyszeli.  Rozpoznał  je  z  raportu  Anakina

Skywalkera z jego misji na Jabiim. Przeciwnicy Anakina mieli dość charakterystyczne uzbrojenie, zazwyczaj jeden
ręczny miotacz i wspomaganie na ramieniu. Ta ekipa miała znacznie więcej broni, poza wbudowanymi miotaczami
rozpoznał kilka wyrzutni strzałek, granaty soniczne, dwa miotacze płomieni, a nawet dwie wielkie, puste w środku
rury, które, jak przypuszczał, były prototypami generatorów promieni ściągających.

Uzbrojenie pod konkretne zadanie. Wygląda to mniej więcej tak, pomyślał posępnie Jai, jakby te roboty bojowe

wyposażono  specjalnie  do  polowania  na  Jedi.  Dwa  roboty  podniosły  i  włączyły  coś,  co  wyglądało  jak  rozkładane
anteny.  W  czaszce  Jaia  eksplodował  nagle  głośny,  przerażająco  głośny  dźwięk.  Z  pękającymi  z  bólu  bębenkami
upadł na kolana. Dźwięk był tak ogłuszający, że powalił nawet małego R2. Napór fal dźwiękowych uderzył Jaia w
twarz jak żelazna pięść. Maks Leem upuściła miecz i otworzyła szeroko usta - prawdopodobnie krzyczała, ale Jai
tego nie słyszał. Podejrzewał, że jeszcze długo niczego nie usłyszy. Skoncentruj się, nakazał sobie.

Nie mógł myśleć. Głowa pękała mu na części, kości czaszki grzechotały jak tłuczona porcelana. Broń soniczna

działająca na przenikliwych falach dźwiękowych - słyszał o niej, lecz nic go nie mogło przygotować do jej użycia.

Poczuł coś mokrego na szyi: krew. Z uszu ciekła mu krew. Skoncentruj się.
Pomiędzy  nim  a  Maks  Leem  przemknęła  nagle  z  trzaskiem  smuga  energii,  a  taktyczny  promień  ściągający

wyrzucił R2 w górę jak puszkę z wyrzutni na strzelnicy. Promień ustabilizował się po chwili i postawił robota na
podłodze, uwięzionego w jego uchwycie jak w elektromagnetycznym imadle. Roboty wiedziały, że mistrz Yoda tam
jest. Polowały na niego.

Stojąca  obok  Jaia  Maks  Leem  uniosła  dłoń.  Wykrzywione  w  skupieniu  wargi  odsłaniały  długie,  wąskie  zęby.

Miecz  wskoczył  jej  do  ręki.  Jednym  ruchem  ścięła  zwieńczenie  jednego  z  małych  słupków,  które  podtrzymywały
taśmy  rozdzielające  kolejki.  Kawałek  metalu  poszybował  w  powietrzu.  Gran  chwyciła  go  wolną  ręką  i  rzuciła.
Uderzył  z  całym  rozpędem  w  jedną  z  czasz  emitujących  przenikliwe  fale  dźwiękowe.  Czasza  eksplodowała  w
snopie iskier.

Jai nie potrafiłby powiedzieć, czy druga nadal wydawała z siebie jakieś dźwięki. Chyba przepalił się bezpiecznik

chroniący  część  jego  mózgu  odpowiedzialną  za  słuch.  Wszystko  działo  się  szybko,  ale  bezgłośnie.  Wreszcie
wrażenie grzechotania w jego czaszce ustało, a on zdołał odnaleźć w niej nieruchomy punkt, niczym spokojne oko
cyklonu.  Całe  życie  treningu  wzięło  górę  i  już  po  chwili  biegł,  skakał,  obracał  się  w  powietrzu  przecinanym
chmurami strzałek, które otworzyły na jego ciele setki ran. Wszystko odbywało się w krystalicznej ciszy, jakby poza
grubym arkuszem transpastali. Dziwnie bezosobowa była ta ostatnia bitwa jego życia.

Terminal  stanowił  pandemonium  krzyków  i  wrzasków.  Tłum,  widząc,  jak  Jai  pada  na  kolana  z  uszami

broczącymi  krwią,  stracił  nagle  orientację.  Ludzie  zaczęli  bezmyślnie  czołgać  się  po  podłodze  niczym  mermyny
uciekające  z  płonącego  gniazda.  Na  drugim  poziomie,  obok  stoiska  z  żywnością,  Scout  oderwała  wzrok  od  tego
szaleństwa i zaczęła myśleć.

-  Hej,  majorze!  -  zawołała  do  dowódcy  BPWI.  -  Wydaje  mi  się,  że  tam  na  dole  właśnie  działa  Bardzo

Niebezpieczna  Inteligentna  Własność!  Zacznijcie  strzelać!  Żołnierze  spojrzeli  niepewnie  na  niezdecydowanego
majora  Quecksa.  Jeden  z  nich  podniósł  karabin  i  wycelował  w  dół,  w  kierunku  głównej  części  terminalu.  Robot
Konfederacji spojrzał w górę i już po chwili żołnierz leżał na ziemi z krwawą dziurą w miejscu, gdzie do niedawna
miał twarz. Major Quecks popatrzył na ciało.

- No właśnie - rzekł niepewnie. Wyjął eraser sieci neutralnych i gestem drżącej dłoni objął Solisa i Fidelisa. -

Zabierzcie te roboty i ukryjcie się, dopóki nie nadejdą posiłki.

- To całkiem niezły pomysł - rzekł Solis. - No, może nie do końca.
Krótki, niewyobrażalnie szybki ruch, niczym strzał z samopowtarzalnego miotacza - i nagle major stwierdził, że

w połamanych palcach prawej dłoni nie trzyma już erasera, który wygodnie spoczywa w dłoni Solisa. - Chcesz żyć?

background image

- zapytał robot. - T-t-ak!

- Ja też - odparł robot i zmiął w dłoni eraser jak kartkę papieru. Zrobił to błyskawicznie, jakby eraser znalazł się

nagle pod stopą transportera PT-PT. Żołnierze BPWI rozpierzchli się w jednej chwili.

Druga grupa robotów-morderców skierowała się chodnikiem prowadzącym z terminalu do doków. Powitało ich

wycie kilku syren i feeria migających świateł, kiedy czwórkami maszerowały w strefie detektorów metalu. Za nimi
szła smukła, łysa kobieta o wytatuowanej czaszce. Uśmiechała się. Nie był to miły uśmiech.

Osiemnaście  robotów-morderców  -  pełny  oddział,  bo  tylu  „Ostatni  Zew"  mógł  pomieścić  na  pokładzie  -

podzielił  się  teraz  na  cztery  oddzielne  grupy.  Piąć  robotów  wdało  się  w  bliskie  starcie  z  dwójką  Jedi;  tylko  ten,
którego  zastrzelił  Jai,  leżał  na  podłodze  jak  sterta  dymiącego  złomu.  Dwa  obsługiwały  taktyczny  promień
ściągający, trzymający jednostkę R2 w bezpiecznej odległości od reszty, dwa kolejne zaś podeszły dość blisko, aby
granaty soniczne wylądowały tuż obok małego robota. Granaty eksplodowały przetaczającą się powoli, morderczą
wibracją, od której pod kółkami R2 zadygotała podłoga, a on sam zagrzechotał wszystkimi nitami.

Ventress  czuła,  że  akcja  całkowicie  odbiega  od  jej  oczekiwań.  Zasadniczo  wolałaby  pojmać  starego  Jedi  w

pojedynku  -  ona  przeciwko  niemu,  Asajj  Ventress  i  mistrz  Yoda,  miecz  przeciwko  mieczowi.  Lecz  Dooku,
elegancki i obdarzony głębokim poczuciem estetyki, nigdy nie mieszał dobrego smaku ze skutecznością i nigdy nie
przedkładał  piękna  stylu  nad  konkretne  rezultaty.  Celem  była  śmierć  Yody  i  jeśli  nawet  miała  ona  być  brudna  i
brutalna, a może też niedbale zaaranżowana, znacznie gorsze byłoby pozostawienie go przy życiu.

Co nie oznaczało, że następny etap zadania będzie przyjemniejszy. Asajj nie była mazgajem, ale nie podobało jej

się to, co granaty soniczne mogły zrobić z drobnym, starym ciałem zamkniętym w stalowej puszce. Jeśli oczywiście
mały kaleka przeżył niezręczne prowadzenie go promieniem ściągającym. Ale trzeba to było zrobić. Asajj podeszła
do  R2,  osłaniana  przez  strażnika,  wyjęła  oba  miecze  świetlne,  zamaszystym  gestem  rozcięła  metalową  powłokę.
Pojemnik rozpadł się powoli na kawałki jak płatki kwiatu unoszące się na wietrze.

Był to wspaniały, dramatyczny moment; cały efekt wszakże zniweczył fakt, że pojemnik okazał się pusty.
Asajj zamrugała. W miejscu, gdzie powinno było znajdować się dno, ział kolisty otwór. Yoda wyciął sobie właz

ewakuacyjny w podłodze i zeskoczył na ciemny parking statków piętro niżej.

Ventress warknęła jak piaskowa pantera, której nie udało się polowanie. Poszerzyła otwór wycięty przez Yodę,

aby mógł się w nim zmieścić również robot morderca. - Złaź na dół - poleciła.

Pierwszy z jej robotów posłusznie zeskoczył w dół i znikł z pola widzenia. Rozległ się głuchy odgłos. A potem

błysk.

Krótka fontanna iskier wystrzeliła z otworu, a potem słychać było już tylko brzęk i łomot. Cisza.
- Robot-morderca A Siedem Siedem, zgłoś się - mechanicznym głosem odezwał się dowódca robotów.
Po krótkiej chwili głowa A77 wyskoczyła przez otwór, z brzękiem uderzyła w podłogę terminalu i potoczyła się

powoli.

Asajj  spojrzała  na  nią  z  niesmakiem  i  kopnięciem  posłała  w  głąb  holu.  Odetchnęła  głęboko.  -  Chyba  jednak

trzeba będzie wyciąć większy otwór.

Czas  dla  Maks  Leem  płynął  coraz  wolniej.  Krwawiła  z  tuzinów  drobnych  skaleczeń,  zadanych  przez  strzałki,

żadna rana jednak nie była poważna. Cały czas musiała się oganiać od ostrych jak brzytwa blaszek, aby nie stracić
wzroku, a i tak kilka jeszcze zdołało zahaczyć ją przy następnych salwach. Teraz stała się ruchomym celem, no i nie
oszałamiały  jej  już  przenikliwe  fale  dźwiękowe.  Wyrzutnie  strzałek  okazały  się  doskonale  dobraną  bronią  -  nie
dawało się odparować ich wszystkich naraz, trudno też było im uciec. Same blaszki były raczej lekkie, więc roboty
nie  musiały  się  obawiać,  że  same  się  postrzelą.  Małe  brzytwy  odbijały  się  od  transpastalowych  egzoszkieletów,
pozostawiając  najwyżej  drobne  rysy.  Dla  żywego  ciała  stanowiły  znacznie  większe  niebezpieczeństwo.  Wkrótce,
jeśli  Maks  nie  będzie  miała  szczęścia,  seria  blaszek  przetnie  jej  ścięgno  w  kostce  lub  kolanie  i  wtedy  sytuacja
naprawdę  się  pogorszy.  A  mistrzyni  była  coraz  bardziej  zmęczona.  I  teraz,  w  tej  krystalicznej  jasności  bitwy
zrozumiała,  że  jej  nienawiść  do  wojny  pochodzi  z  podświadomego  oporu  przed  samą  ideą  walki.  Trenowała,
oczywiście. Ale nie dość. Za mało jak na ten nowy scenariusz, w którym Jedi nie są już strażnikami pokoju; kiedy
musieli  zrezygnować  ze  swojego  prawdziwego  powołania  i  stać  się  czymś  w  rodzaju  najemników.  Wywinęła
wysokie,  potrójne  salto,  przyjmując  na  bok  część  kolejnego  roju  strzałek.  Jej  miecz  świetlny  był  niczym  piorun.
Miała ochotę ściąć głowę jednemu z robotów, który właśnie się nawinął, ale nie było na to czasu. Obcięła mu tylko
ramię i chwyciła je w przelocie, lądując na ziemi. Przetoczyła się, przyciskając metalowe ramię do siebie, zerwała
się na nogi, strzelając z wciąż trzymanego przez nie miotacza. Jej dłoń zaciskała się na metalowych palcach robota
jak na spuście. Jeden strzał, drugi, trzeci w plecy robota, który strzelał do Jaia Maruka. Każdy impuls diamentowego
światła  uderzał  w  to  samo  miejsce  między  łopatkami,  aż  jego  zbroja  eksplodowała.  Z  ust  i  oczu  robota  buchnął
ogień, jak krew.

W  samym  środku  tego  kataklizmu  Jai  wydawał  się  gniewny  i  szczęśliwy,  nareszcie  w  swoim  żywiole,  jakby

urodził się do walki, a ten moment przyniósł mu długo oczekiwane spełnienie.

background image

Twarz  pokrywała  mu  krew,  ale  uśmiechnął  się  do  Maks  Leem  i  ciął  mieczem  po  kolejnym  pancerzu.  Maks

chciałaby  odczuwać  taką  radość.  Odrobina  bitewnego  szaleństwa  pomogłaby  jej  zapewne,  ale  niestety,  jej  umysł
ukształtowany był inaczej. Z całych sił starała się zachować spokój Jedi, lecz smutek coraz bardziej wzbierał w jej
duszy, przesączając się przez setki drobnych ranek i plamiąc szaty.

Kolejna chmara strzałek zaskoczyła ją od tyłu i Maks Leem opadła na kolano.
- Chodźcie! - krzyczała Scout. - Musimy im pomóc!
Położyła dłonie na barierce galerii wychodzącej na główny terminal i już chciała skoczyć, lecz na szczęście ciało

reagowało szybciej niż głowa i nie miało ochoty na upadek z ośmiu metrów. Obejrzała się na Whie.

- Ty możesz skoczyć stąd... tobie się uda. Ja biegnę schodami... zresztą lepiej będzie, jeśli nadejdziemy z dwóch

kierunków. Solis, idziesz ze mną. - Nie - rzekł robot. Scout obejrzała się na niego.

- Co? - To nie moja walka - wzruszył ramionami robot. - Ale oni tam umierają!
- To zwierzęta umierają. Wy umieracie - wyjaśnił. - Maszyny mogą działać tak długo, jak długo są utrzymywane

w  dobrym  stanie.  Na  dłuższą  metę  moje  życie  pewnie  niewiele  znaczy,  ale  pracowałem,  kombinowałem,
rozrabiałem  i  oszukiwałem  przez  czterysta  standardowych  lat,  żeby  je  zachować.  Przywiązałem  się  do  własnej
egzystencji i nie zaryzykuję jej dla czegoś tak bezsensownego, jak opóźnienie i tak nieuchronnego końca jakiegoś
zwierzęcia.

Wyraz oburzenia, jaki pojawił się na twarzy Scout, przerodził się w pogardę.
- Jeśli taka jest twoja koncepcja na temat życia, to droga wolna.
Fidelis aż zadrżał na znak całkowitej aprobaty dla jej słów.
- Uważasz, że brak podstawowych wartości? Cóż, w każdej serii produkcyjnej znajdzie się ktoś taki.
Scout oszczędziła sobie komentarza i biegiem rzuciła się do schodów.
Za  jej  plecami  Whie  położył  dłoń  na  poręczy,  obserwując,  co  się  dzieje  na  dole,  aby  wybrać  najwłaściwsze

miejsce do lądowania. W kierunku schodów przedzierały się cztery nowe roboty. Jeśli walka dojdzie i do nich, to
tym  lepiej.  Będzie  mógł  przebiec  po  poręczy,  skoczyć  i  spaść  za  tylną  dwójką.  Miał  nadzieję,  że  taki  manewr
pozwoli Scout uszkodzić nieco parę z przodu.

Nagle na jego nadgarstku zacisnęła się stalowa dłoń. Spojrzał w dół. Ręka Fidelisa przygważdżała go do barierki

tak skutecznie, jakby był do niej przyspawany. - Co robisz? - To niebezpieczne. - Ale...

-  Nie  po  to  czekałem  przed  Świątynią  Jedi  przez  dziesięć  lat,  żebyś  teraz  zmarnował  swoje  życie  w

bezsensownej  obronie  pary  Jedi,  która  już  i  tak  jest  na  straconej  pozycji  -  oznajmił  robot,  jakby  tłumaczył  coś
małemu dziecku. - Jeśli nie dopadną ich roboty, załatwi Asajj Ventress.

- Jesteś szalony! - Whie sięgnął po miecz świetlny, ale robot natychmiast unieruchomił mu w żelaznym uścisku

również i drugą rękę. - Nie, paniczu. Tylko rozsądny. Whie usłyszał krzyk Scout: - Biegnę, mistrzu Maruk!

W  chwilę  potem  zbiegła  ze  schodów  po  cztery  stopnie,  z  płonącym  w  dłoni  mieczem  świetlnym.  Czy  ona  w

ogóle zdawała sobie sprawę, że ma przed sobą roboty morderców?

- Słuchaj - syknął. - Jeśli jestem twoim panem, masz wypełniać moje rozkazy, prawda?
-  No  właśnie  -  ucieszył  się  Fidelis.  -  Wreszcie  do  czegoś  dochodzimy!  Przyznajesz  zatem,  że  jesteś  moim

panem?

- Tak, tak, co tylko zechcesz, ale teraz musisz mnie puścić!
-  To  już  lepiej  -  zgodnie  odparł  robot.  -  Muszę  jednak  panu  powiedzieć,  panie,  jako  pański  doradca,  co  jest

sprawą  nie  do  przecenienia  w  przypadku  wytwornego  przedmiotu  należącego  do  wytwornego  właściciela...  że
udział  w  tym  starciu  nie  jest  działaniem,  które  bym  zalecał.  Szanse  są  doprawdy  małe.  Praktycznie  żadne.  Scout
znalazła  się  pośrodku  platformy  pomiędzy  dwoma  ciągami  schodów,  gdzie  czekały  już  na  nią  cztery  hojnie
uzbrojone  roboty-mordercy.  Były  tylko  o  dziesięć  metrów  od  niej  i  zbliżały  się  bardzo  szybko.  Zahamowała  i
obejrzała się w poszukiwaniu Whie. Napotkała jego spojrzenie i stwierdziła, że chłopiec wciąż stoi w bezpiecznym
miejscu. Wlepiła w niego oczy z mieszaniną zdziwienia, gniewu i rodzącego się lęku.

Whie  wiedział,  że  jeśli  dziewczyna  zginie,  jej  widok  będzie  prześladował  go  w  każdej  sekundzie  życia  aż  do

śmierci.

Scout  i  roboty  mierzyły  się  wzrokiem  przez  trzy  długie  uderzenia  serca.  Potem  dziewczyna  odwróciła  się  i

pobiegła z powrotem na górę, uchylając się i odskakując przed świszczącymi w ślad za nią smugami z miotaczy.

- Proszę mi wybaczyć - mówił właśnie Fidelis - lecz uważam doradzanie panu za część moich obowiązków. -

Puszczaj mnie! - wrzasnął Whie.

Fidelis zawahał się, rozdarty między poczuciem obowiązku a posłuszeństwem. - Ja bym nie puścił - powiedział

Solis cicho.

Lecz ten moment niezdecydowania wystarczył. Whie użył Mocy, aby podważyć palce robota, skoczył w górą i

pobiegł po poręczy w kierunku schodów. - Idę, Scout!

Dziewczyna  obejrzała  się,  na  ułamek  sekundy  tracąc  koncentrację.  Strzał  z  miotacza  trafił  ją  w  głowę  i  Scout

background image

ciężko upadła na schody.

 

background image

R O Z D Z I A Ł 8

 
 

Dok portu kosmicznego Phindar stanowiło jego mroczne dno. Wielkie jednostki - transportery handlowe, promy

pasażerskie,  okręty  wojskowe  -  wisiały  w  przestrzeni,  a  komunikację  z  portem  miały  zapewnioną  dzięki
wysuwanym  chodnikom.  Mniejsze  stateczki,  jednoosobowe  skoczki  międzysystemowe  i  luksusowe  jachty  do
trzydziestu pasażerów przechodziły przez ziejące szczęki śluzy do doku, który znajdował się we właściwym wnętrzu
portu.  Po  usadowieniu  się  z  brzękiem  na  wzmocnionej  płycie  lądowiska  czekały  na  odtworzenie  atmosfery  i
ciśnienia,  po  czym  roboty-piloci  parkowały  je  zgodnie  z  planowanym  kierunkiem  lotów.  Asajj  Ventress,  która
potrzebowała  miejsca  dogodnego  do  ucieczki,  zrezygnowała  z  obsługi  w  doku.  Do  tego  stopnia,  że  z  personelu
pozostała tylko garść śrubek, podkładek, złomu i spalonego smaru.

Kamery  ochrony  zwisały  z  sufitu  jak  żywe  gałki  oczne  -  żałosne,  dymiące  festony  kabli  z  końcówkami  ze

stopionego szkła na końcach. Gdyby jeszcze działały, ujrzałyby zmierzające w tamtą stronę dwie dość interesujące
postacie.

Z  jednej  strony,  zwinnie  wymijając  zaparkowane  statki,  zdążał  mistrz  Yoda,  a  w  oczach  tliło  mu  się

niebezpiecznie zielone bojowe światełko.

Ten  drugi  Yoda  wydostał  się  właśnie  z  kabiny  „Ostatniego  Zewu"  i  teraz  schodził  po  drabince,  zmęczony,

posiniaczony, brudny i odwodniony. Kostki i przeguby wciąż miał skrępowane, a jedno z uszu odkleiło się i smutno
zwisało z boku głowy, zwijając się i rozwijając spazmatycznie.

Pierwszy  Yoda  podniósł  miecz  świetlny  i  w  jego  blasku  przyjrzał  się  sfatygowanej  parodii  samego  siebie.  -

Zużyty nieco się stałem, jak widzę.

- Na wszystkie gwiazdy - wychrypiał Palleus Chuff, - To naprawdę ja, to znaczy ty!
Gdzieś w oddali pojawił się nagle rozbłysk, a potem seria pojedynczych, wyraźnych łomotów: to cztery roboty-

mordercy zeskoczyły z ośmiometrowej wysokości głównego terminalu na pokład doku.

- Teraz dwóch nas tu jest - mruknął Yoda. - Zero wkrótce będzie, jeśli szybko się nie ruszymy.
Poruszył dłonią i ku wielkiemu zdumieniu Palleusa Chuffa taśma oblepiająca mu nadgarstki i kostki zaczęła się

sama rozwijać. Krzyknął, kiedy paski oderwały się raptownie, zabierając ze sobą część owłosienia. - Szczypać może
- zauważył Yoda.

Metalowe kroki w ciemności były coraz bliżej.
- To Ventress! - poinformował Chuff. - Przybyła tu, żeby cię zabić. Wzięła mnie do niewoli, myśląc, że ja to ty,

ale  jakoś  się  dowiedziała,  że  tutaj  jesteście.  Wybrała  się  po  oryginał.  Ale  w  jednym  się  przeliczyła  -  dodał
triumfalnie.  -  Pozostawiła  mnie  samego  na  statku.  Nie  myślała,  że  mogę  jej  zaszkodzić,  o  nie!  Co  tam  Chuff,
aktorzyna! A ja zaprogramowałem jej paskudny statek na samozniszczenie!

Strzał z miotacza rozświetlił mrok jak błyskawica. Yoda odparował go.
- Samozniszczenie?
- Tak! Zrobiłem to samo w Jedi!... akt trzeci, scena druga, kiedy uciekałeś Tholianom... - Chuff urwał. - Może

powinieneś jednak wyłączyć ten miecz? Aż się prosi, żeby do niego strzelać...

Yoda  użył  Mocy,  żeby  unieść  ich  wysoko  w  powietrze,  na  drugą  stronę  „Ostatniego  Zewu".  Deszcz  strzałek

zastukał w burtę statku. - Ustawiłeś go na wybuch? - upewnił się Yoda.

-  Tak...  ustawiłem  licznik,  żeby  włączył  hiper...  -  Palleus  Chuff  urwał.  -  Chociaż,  wiesz  co?  W  Jedi!  statki

przebywają  zazwyczaj  w  otwartej  przestrzeni  i  zawsze  masz  pod  ręką  kapsułę  ratunkową.  Myślisz,  że  jeśli
ustawiłem silniki „Ostatniego Zewu" na odpalenie i losowy skok w nadprzestrzeń z wnętrza portu kosmicznego, to
może być źle?

W  pulsującym  świetle  ciągłego  ognia  z  miotaczy  trudno  było  dokładnie  odczytać  wyraz  twarzy  mistrza,  ale

Chuff,  który  miesiącami  uważnie  studiował  nagrania  Yody,  pomyślał,  że  pomarszczone  oblicze  starego  Jedi
wygląda na nieco... skwaszone.

 

Whie skoczył z poręczy balkonu z głośnym okrzykiem, mając nadzieję, że w ten sposób odwróci uwagę robota-

mordercy,  kierującego  wyrzutnię  strzałek  na  Scout.  Robot  odwrócił  się,  wyrzutnia  ryknęła  gardłowo  i  w  kierunku
Whie poleciała chmara ostrych jak brzytwy blaszek. Okręcił się w powietrzu, używając Mocy, aby odbić strumień w
sufit.  Sztuczna  grawitacja  stacji  wynosiła  jedynie  0,69  g,  co  sprawiało,  że  ruchy  chłopca  wydawały  się  pełne
wdzięku. Zeskoczył, wirując, trzymany w ręku miecz lśnił jak plama gniewnego, zielonego światła. Cztery roboty
na  schodach  rozdzieliły  się  -  dwa  zeskoczyły  w  dół,  pod  nogi  Whie,  pozostałe  dwa  rzuciły  się  w  kierunku  Scout.
Jeden sięgnął do jej kostki z zamiarem zmiażdżenia jej stalową dłonią, ale jedno dotknięcie błękitnej smugi ostrza
oddzieliło metalową dłoń u nadgarstka. Robot podniósł kikut kończyny. Z przekładni i przewodów sypały się snopy

background image

iskier, Scout rzuciła się naprzód, próbując przebić grubą blachę pancerza na piersi, ale robot odwrócił się bokiem i
ostrze  przemknęło  obok,  nie  czyniąc  mu  szkody.  Zamachnął  się  na  dziewczynę  -  tak  potężny  cios  z  pewnością
pozbawiłby  jej  głowę,  gdyby  dłoń  robota  znajdowała  się  na  swoim  miejscu.  Kikut  tylko  mignął  obok  jej  twarzy,
sycząc i plując iskrami.

 

Lata szkolenia u Żelaznej Ręki odniosły skutek. Scout bez wahania rzuciła miecz, chwyciła przelatujący obok jej

twarzy  kikut,  przyciągnęła  do  siebie  i  zakręciła  w  kierunku  schodów,  wykorzystując  własny  rozpęd  robota,  żeby
przerzucić  go  przez  barierkę.  Przez  chwilę  wydawał  się  zawieszony  w  powietrzu,  po  czym  z  hukiem  spadł  sześć
metrów niżej.

-  Dobry  rzut  -  usłyszała  za  sobą  metaliczny  głos.  Scout  obejrzała  się  w  tej  samej  chwili,  kiedy  drugi  robot

zacisnął jej metaliczną dłoń wokół gardła.

Zdyszana Maks Leem leżała na podłodze terminalu, krwawiąc z dziesiątków skaleczeń. Jej miecz świetlny leżał

tam, gdzie go upuściła, kiedy ostatnia chmura strzałek zmieniła jej prawą rękę w siekaninę.

Z sześciu robotów-morderców, które wysłano do pojmania jej i Jaia Maruka, pozostały dwa.
Podróżując  incognito  przez  port  kosmiczny,  oboje  z  Jaiem  nie  mieli  przy  sobie  broni  palnej.  Ich  przeciwnicy

wykorzystali to w pełni. Głupie roboty bojowe atakowałyby ich na oślep wszelką dostępną bronią, roboty-mordercy
jednak, znacznie inteligentniejsze, trzymały się poza ich zasięgiem. Strzelały z dużej odległości, same zaś chowały
się  za  pobladłymi  śmiertelnie  kasjerami  i  strażnikami  ochrony,  którym  nie  udało  się  w  porę  uciec.  Dobre
oprogramowanie albo dobre przygotowanie taktyczne... albo jedno i drugie.

Robot,  którego  strzał  ostatecznie  powalił  Leem,  odrzucił  od  siebie  pilota  wahadłowca,  którego  wykorzystywał

jako  osłonę,  i  podszedł  prawie  na  pięć  metrów.  Nie  bliżej,  naturalnie.  Krew  ściekała  na  troje  oczu  Granki,  kiedy
rozglądała  się  za  swoim  mieczem.  Nie  wiedziała,  czy  jest  sens  ściągać  go  ku  sobie  Mocą.  Musiałaby  użyć  ręki,  a
bezlitosny robot i tak pozostałby daleko, czekając nie wiadomo na co. - Zostaniesz zdemontowana - ostrzegł robot,
podnosząc miotacz. - Wiem - odparła Maks. - Ale nie przez ciebie.

Użyła Mocy, aby wykonać dwa krótkie manewry. Pierwszy, trudniejszy, polegał na zgięciu lufy jego miotacza.

Wymagało to wielkiego wysiłku, ale kiedy metal już uległ, wciśnięcie spustu i przytrzymanie go w tej pozycji było
dziecinną zabawką. Miotacz wypalił, urywając robotowi ramię i rzucając nim o podłoże.

Wtedy  Maks  Leem  użyła  podobnej  sztuczki  z  miotaczem  dużego  kalibru  wbudowanym  w  drugie  ramię.  Ten

eksplodował  jak  mała  bomba,  rozrywając  robotowi  pierś.  Krople  rozgrzanego  metalu  rozprysnęły  się  po  całym
terminalu.

Jai Maruk odbił pierwszy strzał, śmiejąc się z dziką satysfakcją. Sięgnął poprzez Moc i skierował wybuch tak,

aby stopione fragmenty eksplodującego robota wbiły się niczym dymiące kule armatnie w korpus tego, który znęcał
się  nad  nim.  Siła  uderzenia  rzuciła  robotem  o  ścianę,  wgniatając  transpastalową  blachę.  Jai  użył  Mocy,  aby
przytrzymać robota w tej pozycji, i podbiegł do niego. Ogarnięty wściekłością przeraźliwie bliską Ciemnej Stronie,
opuścił miecz i zadał potężny cios, przecinając robota-mordercę na dwie części.

Stał teraz nad nieprzyjacielem, dysząc ciężko. Oddech z trudem wydostawał się z jego krtani. Usta miał pełne

krwi. Splunął. To tylko maszyna, powtarzał sobie. Tylko narzędzie. Jego prawdziwym nieprzyjacielem był umysł,
który stał za wykorzystaniem tych morderców.

W  prawie  opustoszałym  kompleksie  rozległy  się  nagle  pojedyncze  brawa.  -  Dobra  robota,  Jedi  -  rozległ  się

drwiący głos.

Mistrz Marok poczuł między łopatkami rozlewającą się plamę ciepła. Obejrzał się powoli, szukając źródła tych

słów.  Wielki  terminal  był  prawie  pusty.  Tylko  kilkoro  ludzi  kuliło  się  jeszcze  z  przerażeniem  za  kasami  i
taśmociągiem bagażowym. Maks Leem powoli dźwigała się na kolana, wspierając się na biurku informacji. Plamy
krwi  znaczyły  białą  podłogę  wokół  niej.  Czerwień  na  bieli.  Strzaskane  korpusy  pięciu  robotów-morderców,  które
wspólnie zniszczyli, leżały porozrzucane po całym terminalu. Szósty, iskrząc i drgając, dogorywał u stóp schodów.
Wciąż próbował się podnieść, ale coś złamało mu nogę lub staw biodrowy. Zamiast wstać, chwiejnie kręcił się w
kółko, zataczając małe kręgi, jak zepsuta dziecięca zabawka. Ani śladu mistrza Yody.

Wśród  tej  ruiny  i  zniszczenia  tylko  jedna  osoba  pozostała  wyprostowana  i  spokojna:  Asajj  Ventress,  wysoka,

smukła, elegancka i zabójcza, taka, jaką ją pamiętał. - Ach... więc jednak siedemnastu - odezwała się uprzejmie. Jej
czerwone,  okrutne  usta  wykrzywiały  się  groteskowo,  lecz  nie  miał  żadnego  problemu  z  odczytaniem  słów.  W  jej
dłoniach z sykiem ożyły dwa miecze świetlne. - Doprawdy, to miło, że roboty cię nie wykończyły. To by mi zepsuło
rachunek.

- Twoich ofiar? - zapytał Jai. - To by wymagało armii księgowych.
-  Bez  przesady,  najczęściej  podróżuję  bez  bagażu  -  rzekła  Ventress,  zginając  nadgarstki,  aż  rozjarzone  ostrza

zatoczyły w powietrzu świetliste kręgi. - Liczę tylko Jedi i uważam, że do tego celu wystarczy mi zwykła lista ofiar.

Na  dole,  w  doku,  Palleus  Chuff  ustawił  „Ostatni  Zew"  na  włączenie  silników  za  dziesięć  minut.  Z  pewnością

background image

minęły  już  dwie  albo  trzy.  Im  dłużej  aktor  zastanawiał  się  nad  wielkimi  silnikami,  które  zaraz  odpalą  wewnątrz
zamkniętego  pomieszczenia,  tym  bardziej  dochodził  do  wniosku,  że  może  ten  pomysł  jednak  nie  był  najlepszy.
Yoda pracował bardzo szybko. „Ostatni Zew" był przycumowany do pokładu mocnymi magnesami umieszczonymi
na stopach pięciu wsporników. Jedi odcinał je mieczem jeden po drugim.

- Po co to robisz? - spytał Chuff, wysuwając głowę do przodu, aż znalazła się dokładnie pod tą częścią statku,

która już była pozbawiona podparcia.

Yoda aż wydął zielone policzki z wysiłku. Używając Mocy, z wielkim trudem zdołał podtrzymać statek, by nie

spadł na Chutfa, rozpłaszczając go na tłustą plamę na pokładzie. - Cofnij się! - warknął.

- Nie musisz się tak wściekać. - Strumień przegrzanej plazmy wytrysnął w kierunku Chuffa, jakimś tajemniczym

sposobem skręcając mu prawie przed nosem. - O rany, blisko było!

Yoda  warknął,  chwycił  aktora  za  rękę  i  wyrwał  go  spod  statku,  pozwalając,  aby  kadłub  z  hukiem  opadł  na

miejsce,  gdzie  jeszcze  przed  chwilą  znajdowała  się  jego  głowa.  Powietrze  zatrzeszczało  i  kolejna  chmura  strzałek
odbiła się od powłoki statku. - Nie sądzisz, że lepiej byłoby zaopiekować się tymi robotami? - zapiszczał Chuff. -
Nie mam zamiaru pouczać cię, co masz robić, ale w tych okolicznościach... Spod statku wyskoczył granat soniczny.
Yoda odesłał go tam, skąd przyleciał. - Jeśli silniki statku wypalą, na części port kosmiczny rozerwą - burknął.

- Och - jęknął przerażony ChufF. - Nie pomyślałem o tym.
- To prawda! - mruknął Yoda, po czym kolejnym ostrym uderzeniem Mocy poderwał ich obu z pokładu doku.

Pod ich stopami przeleciał strumień plazmy. Powoli opadli na podłogę, która teraz parzyła stopy.

- Ja się zajmę maszynami - rzekł Yoda z błyskiem w oku. Wyłączył miecz świetlny i podał go Chuffowi. - Weź

to. Ostatnią nogę uciąć musisz, żebym statek z doku wypchnąć zdołał. Potem uciekaj do wind. - Ja! - jęknął aktor. -
Ale...

Yoda chwycił dłonie Chuffa i zacisnął wokół rękojeści miecza.
-  Przeżyć  swoją  rolę  możesz.  Być  bohaterem  Jedi  musisz.  -  Siła,  odwaga  i  ufność  wydawały  się  emanować  z

dłoni starego mistrza i Chufu poczuł się nagle lepiej niż kiedykolwiek dotychczas. Jak gdyby odwaga była ogniem, a
on stał zbyt blisko Yody, żeby się nie sparzyć.

Poczuł,  że  oczy  zaczynają  mu  błyszczeć,  a  usta  wyginają  się  w  uśmiech.  -  Niech  Moc  będzie  z  tobą,  mistrzu

Yoda. - Zwykle jest - zachichotał stary Jedi.

W półmroku rozległo się nagle szczekanie działka automatycznego, wzbijając z podłogi fontanny iskier. Yoda

zniknął.  W  chwilę  później  jeden  z  robotów-morderców,  poderwany  jak  niewidzialną  dłonią,  spadł  na  swojego
towarzysza. Ślady ognia skupiły się na mrocznej postaci uciekającej jak najdalej od Chuffa.

Ile czasu zostało? - zastanawiał się aktor. Trzy minuty? Dwie? Odetchnął. Podszedł do ostatniej magnetycznej

kotwy „Ostatniego Zewu".

Dok wypełnił się nagle zgrzytliwym, chropowatym dźwiękiem - to jednoosobowy jachcik wyczynowy w drugim

końcu doku zaczął kołować w kierunku śluzy. Yoda odciągał roboty.

Chuff  pokuśtykał  do  ostatniej  łapy  statku.  Po  kilku  dniach  spędzonych  w  więzach  Ventress  całe  ciało  miał

sztywne,  obolałe  i  niezgrabne.  Skóra  na  plecach  mu  ścierpła,  kiedy  pomyślał  o  ogniu  miotaczy,  który  może  go
trafić. Zmusił się, żeby zignorować to uczucie. Nie mógł zawieść Yody.

Rozbłyski  z  luf  rozświetlały  odległy  koniec  doku  jak  nieustające  błyskawice.  Eksplodował  granat  soniczny,

podkreślając  basowym  pomrukiem  trajkotanie  karabinów  i  miotaczy.  Bez  miecza  świetlnego  Yoda  i  tak  dawał
robotom-mordercom tyle, ile mogli znieść.

Kiedy  Chuff  dotarł  do  ostatniego  słupka,  nagle  ogarnęła  go  panika.  Był  przekonany,  że  nie  potrafi  włączyć

miecza.  Przycisnął  coś,  co  w  rekwizycie  teatralnym  do  wszystkich  tysiąca  czterystu  trzydziestu  siedmiu  spektakli
sztuki Jedi! służyło za wyłącznik, i z radością stwierdził, że broń natychmiast ożyła.

- O nieba - wyszeptał, przybierając najprawdziwszy Uśmiech Wszystkowiedzącego Yody, na jaki było go stać. -

Moc jest ze mną.

Szybko ciął wspornik, wyłączył miecz, żeby nie zdradzać swojej pozycji i raptownie odskoczył w tył, kiedy nad

głową zatrajkotały mu pociski samonaprowadzające.

„Ostatni Zew", pozbawiony więzów magnetycznych, osiadł na pokładzie z potężnym hukiem.
Zanim Chuff dotarł do turbowindy, zegar odliczający, który miał w głowie, podpowiedział mu, że to już ostatnie

sekundy,  że  silniki  „Ostatniego  Zewu"  lada  chwila  obudzą  się  do  życia.  Nagle  wyobraził  sobie,  co  to  oznacza:
falujące pasma energii magnetycznej i wybuchów plazmowych pulsujące w całym doku, potężny statek rzucany na
ścianę.  Energia,  niezbędna  do  ślepego  skoku  w  nadprzestrzeń.  Niech  Moc  pomoże  każdemu,  kto  znajdzie  się  z  tą
potęgą w zamkniętym pomieszczeniu. Z trudem przełknął ślinę. Zabawa w bohatera z mieczem świetlnym Yody w
dłoni nagle przestała być atrakcją. Cień odwagi, jaką do tej pory dawała mu broń, nagle gdzieś uleciał i została tylko
niepewność.  Skulił  się  w  kąciku  i  odwrócił  twarz  do  ściany,  żeby  nie  widzieć  pierwszego  błysku  ożywających
silników „Ostatniego Zewu". Ktoś dotknął jego ramienia. Chuff poderwał się z krzykiem, obejrzał za siebie i ujrzał

background image

wesołe oczy Yody. Jedi chwycił Chuffa i rzucił się do windy. Chmura strzałek zasypała miejsce, gdzie jeszcze przed
chwilą stali.

Kadłub „Ostatniego Zewu" rozjaśnił się światłami, w jego silnikach narastało głębokie dudnienie. Statek zaczął

szorować  po  podłodze  doku,  nabierając  rozpędu,  aż  wreszcie  z  ogłuszającym  metalicznym  zgrzytem  wbił  się  w
ścianą stacji kosmicznej. Przebił ją na wylot i wyrwał się na wolność w deszczu transpastali, zerwanych izolacji i
iskrzących  przewodów.  Nabierał  prędkości,  oddalając  się  coraz  bardziej,  kiedy  zaskoczyły  pierwsze  silniki
manewrowe.

Wybuchowa  dekompresja  wyssała  całe  powietrze  z  doku,  zabierając  ze  sobą  krzesła,  papiery,  narzędzia,

mniejsze  statki,  a  co  najważniejsze  -  cztery  roboty  morderców.  Wszystko  powędrowało  w  mroczną  czeluść
kosmosu.  Wicher  omal  nie  wyrwał  Chuffa  z  szybu  windy,  ale  dłoń  mistrza  Yody  trzymała  go  mocno.  W  windzie
pozostała kieszeń powietrzna, którą Yoda utrzymywał siłą woli.

Daleko,  w  czarnej  przestrzeni,  cztery  roboty-mordercy  żeglowały  z  wolna,  dryfując  coraz  dalej  i  dalej,  aż

chaotyczny ogień z ich miotaczy stał się jedynie migotaniem odległych świateł. Yoda spojrzał na Chuffa. - Dziękuję
- rzekł.

 

Na  schodach  pomiędzy  głównym  terminalem  a  stoiskiem  spożywczym  Scout  czuła  zimno  metalowej  dłoni

robota  zaciśniętej  na  jej  szyi.  Kręgi  zaczęły  już  trzeszczeć,  kiedy  z  wolna  unosił  ją  z  ziemi.  Whie  patrzył  na  to  z
przerażeniem. Wokół niego leżały szczątki dwóch pozostałych robotów.

 

- Odłóż broń - polecił robot.
-  Nie  rób  tego  -  jęknęła  Scout.  -  Nie  jestem  dość  waż...  -  Palce  robota  zacisnęły  się  jeszcze  odrobinę,

uniemożliwiając  jej  wydobycie  jakiegokolwiek  dźwięku.  Z  trudem  chwytała  powietrze.  Czerpiąc  z  własnego
doświadczenia w chwytach duszących, wyliczyła sobie, że ma około trzydziestu sekund, zanim straci przytomność.
Chyba że robot ściśnie raz, a mocno, oczywiście. Wtedy zginie.

Whie zastanawiał się nad sytuacją, oddychając ciężko. Skinął głową, a płomień jego miecza świetlnego splunął

iskrami i zgasł. - Spróbuj ją skrzywdzić, to cię rozmontuję.

- To bez znaczenia - odparł robot monotonnym głosem. - Znaczenie ma jedynie misja. Nie możesz przeszkadzać

w wypełnieniu misji.

Na krawędzi widzenia Scout pojawił się czarny pierścień. Walczyła o zachowanie świadomości. Robot stał na

schodach, trzymając ją z dala od siebie z mechaniczną swobodą. Było to wyraźne ostrzeżenie dla Whie, który stał o
pięć stopni niżej. Nagle Scout zauważyła, że z głową robota coś jest nie tak. Zamrugała i zmusiła się do skupienia
wzroku. Rzeczywiście - maleńka czerwona kropeczka, niczym światełko z pręta żarowego, lśniła na skroni robota.
Dziwne.

- Jakiś problem? - zapytał Fidelis, sztywno schodząc ze schodów.
-  Każda  próba  interwencji  w  misję  spowoduje  likwidację  jednostki  -  oznajmił  robot,  podkreślając  swoje

oświadczenie lekkim zwiększeniem nacisku, co wydobyło z gardła Scout zdławiony krzyk. Fidelis podszedł bliżej.

-  Ta  dziewczyna  mnie  nie  interesuje.  Służę  jedynie  panu  Malreaux,  który  stoi  za  tobą.  Ty  i  twoi  kompani,

według mojego rozeznania, próbowaliście wywrzeć na niego wpływ siłą.

-  Próbował  wtrącać  się  do  misji  -  odparł  robot.  Chyba  nie  zauważył  czerwonej  plamki  na  czole.  -  Każdy,  kto

przeszkadza w wypełnieniu misji, musi zostać zlikwidowany. Odstąp, bo i ty zostaniesz zdemontowany.

-  To  dość  niegrzeczne  -  zauważył  Fidelis.  Błyskawicznym  ruchem  wyciągnął  dłoń,  wbił  robotowi  palce  w

receptory i ukręcił mu głowę.

Jednocześnie  rozbłysło  zielone  ostrze  miecza  Whie  i  Scout  upadła  na  ziemię,  z  odciętą  dłonią  zabójcy  wciąż

uczepioną gardła. O pół metra dalej widziała odcięte przekładnie i kable w kikucie nadgarstka, daremnie próbujące
zamknąć uchwyt. Bezgłowa i bezręka maszyna chwiejnie stanęła na nogi.

-  Nic  z  tego  -  zapowiedział  Fidelis.  Wytworny  przedmiot  wytwornego  dżentelmena  wsadził  rękę  w  otwór

sprzęgający szyję robota z głową, po czym wyjął ją pełną elektronicznych części, ciągnąc za sobą rurki i przewody,
jakby wyrwał z ciała bijące jeszcze serce. Fidelis zacisnął dłoń z tą samą miażdżącą siłą, z jaką wcześniej zgniótł
pistolet strażnika, redukując wnętrzności robota-zabójcy do lśniącego kawałka metalu wielkości kostki cukru. Robot
upadł na schody jak kupa złomu.

- Tania banda - mruknął pogardliwie Fidelis. - Paskudnie źle wychowana.
Whie wytrzeszczył zdumione oczy na swego sługę.
- Kim ty jesteś?
- Wytwornym przedmiotem wytwornego dżentelmena, panie. - Hej... pomoże mi ktoś? - jęknęła Scout.
Whie przestał się głupio gapić i użył Mocy, żeby rozgiąć metalowe palce wciąż zaciśnięte wokół jej gardła.

background image

Scout nabrała powietrza głęboko w płuca. Może i było zatęchłe, tysiąc razy przerabiane i oczyszczane, ale żadna

bryza morska nie smakowała tak słodko. Spojrzała na kawałki robota porozrzucane po schodach. Whie doskonale
sobie radził, podczas gdy ona testowała na własnej szyi siłę rąk robotów. - Dzięki za ratunek, piękny książę.

Whie  zachichotał.  Scout  stwierdziła,  że  kiedy  przestał  być  Poważny  i  Wyższy  Ponad  Wszystko,  miał  całkiem

miłą twarz. Chwycił ją za rękę i postawił na nogi. - Taka praca, księżniczko.

Spojrzeli w dół ze szczytu schodów. Po robocie R2, w którym ukrywał się mistrz Yoda, nie został nawet ślad.

Cały  terminal  usiany  był  metalowymi  szczątkami.  Ferroceramiczne  podłogi  plamiła  krew.  Kilku  Phindian  wciąż
próbowało wydostać się z pomieszczenia. W oddali wyły syreny. Gdzieś z dołu, z doków, dobiegł nagle stłumiony
łoskot.

Jai  i  Maks  mieli  kłopoty.  Mistrzyni  Leem  próbowała  dźwignąć  się  na  nogi,  ale  nawet  z  tej  odległości  po  jej

niepewnych,  chwiejnych  ruchach  poznali,  że  walczy  z  omdleniem.  Trzydzieści  metrów  dalej  mistrz  Jai  Maruk
toczył  zaciętą  walkę  z  Asajj  Ventress  -  jego  jeden  miecz  świetlny,  niebieski  jak  niebo,  przeciwko  jej  dwóm,
czerwonym  jak  krew.  Asajj  zwyciężała.  Whie  i  Scout  spojrzeli  po  sobie  z  przerażeniem.  -  Idziemy!  -  zawołała
Scout.

Jai Maruk zupełnie ogłuchł. Poruszał się we mgle białego szumu, który stawał się coraz cichszy, aż przeszedł w

cichy  szmer,  jak  odgłos  krwi  płynącej  pod  skórą.  Nigdy  nie  walczył  tak  zacięcie.  Roboty  to  była  jedynie
rozgrzewka,  coś  w  rodzaju  rozciągania  przed  właściwą  walką.  Kosztowały  go  może  z  filiżankę  krwi  i  nieco
zwinności, a to przez strzałkę, która utkwiła mu w prawym udzie.

Przez jedenaście i pół tygodnia, odkąd po raz ostatni widział Asajj Ventress, analizował wielokrotnie przebieg

spotkania,  katalogując  każdy  błąd,  analizując  wszystko,  co  mógł  sobie  przypomnieć  z  ich  pierwszego  starcia.  Po
powrocie  na  Coruscant  zaczęło  do  niego  docierać,  że  jej  nie  docenił.  Na  samym  początku  próbował  ją  po  prostu
rozbroić,  potem,  kiedy  się  przekonał,  że  popełnia  błąd,  ona  przejęła  inicjatywę  i  odparła  go  bezlitosnym  atakiem.
Jego parady stały się nieskładne, aż wreszcie zbytni rozmach uniemożliwił obronę.

Wyobrażał  sobie  rewanż  setki  razy:  rozważał,  jakie  otwarcie  powinien  zastosować,  które  ataki  będą  bardziej

korzystne  i  najskuteczniejsze,  jakie  zalety  może  wykorzystać.  Mistrzostwo  Ventress  w  posługiwaniu  się  dwoma
mieczami  było  godne  podziwu,  lecz  z  doświadczenia  wiedział,  że  tacy  szermierze  zbytnio  polegają  na  swoich
ostrzach i za mało uwagi poświęcają Mocy.

Jednak czegoś nie wziął pod uwagę w swojej analizie. Asajj była lepsza od niego. Po prostu. Lepsza.
W  ciągu  długiego  lotu  do  domu  mógł  wygodnie  zapomnieć  o  tym  fakcie.  Kiedy  leżał  na  kozetce  w  Świątyni

Jedi,  planując  kombinacje  i  układy  stóp,  zapomniał  o  tym  jednym,  wydawałoby  się  istotnym  szczególe.  Ona  była
lepsza.

Szybsza.  Bardziej  elegancka  i  skuteczna.  Lepsza  praca  nóg.  Więcej  precyzji  w  ruchach.  Przejście  na  Ciemną

Stronę  Mocy  mogło  być  niewłaściwą  decyzją  życiową,  ale  nawet  kontakt  z  Mocą  miała  lepszy:  silniejszy,
subtelniejszy,  pełen  niuansów  i...  to  przyszło  mu  przyznać  z  wielką  trudnością...  pełen  zrozumienia.  Rozumiała
własną naturę, umiejętności i słabości lepiej niż on swoje. Po prostu lepiej.

Wiedza ta opadła z niego jak zły sen, gdy tylko opuścił Vjun. Trudno, żeby chętnie w to uwierzył. Lecz teraz,

jak koszmar zapomniany w ciągu dnia, lecz powracający nocą, głęboka prawda, że Asajj Ventress jest lepsza i zabije
go,  przeszywała  myśli  Jaia  Maruka  jak  celnie  wbita,  twarda  i  ostra  klinga  noża.  Po  trzech  złożeniach  zdołała
zadrasnąć  go  w  ramię,  kiedy  jego  parada  przyszła  zbyt  późno.  Wtedy  wiedział  już,  że  same  umiejętności  go  nie
uratują.  Próbował  sztuczek:  używając  Mocy,  podniósł  kawałek  zniszczonego  robota  i  rzucił  w  nią.  Poczuła  go,
okręciła  się  jak  askajjańska  tancerka  i  ten  sam  kawałek  metalu  ze  świstem  poleciał  w  jego  stronę.  Próbował  go
odbić, ale udało mu się jedynie przeciąć go na pół, a wtedy jedna z połówek uderzyła go bardzo mocno w prawą
nogę.

Przerzucił się ze sztuczek na czyste działanie woli. Tak też zdarzało mu się zwyciężać. Kiedy był jeszcze małym

chłopcem, silna wola była najczęściej jego głównym atutem. Wygrywał pojedynki na spojrzenia od siódmego roku
życia, ponieważ po prostu chciał, aby jego oczy pozostawały otwarte; chociaż bolały i łzawiły, patrzył uporczywie,
aż  ból  stał  się  nie  do  zniesienia  dla  jego  przeciwnika.  Taki  był  Jai  Maruk.  Nazywali  go  Jastrzębionietoperzem
właśnie z powodu tego gniewnego, zaciętego spojrzenia. Lecz to nie wystarczyło.

Nie  podobało  mu  się  to.  Ta  kobieta  była  zła.  Godna  pogardy.  Całe  swoje  życie  poświęcił  zasadom

sprawiedliwości, wiedzy i prawdy, swoje ciało zahartował w jeszcze jedno ostrze: duch-miecz, szybki i szlachetny.
Lecz to nie wystarczyło.

Ta kobieta, młodsza od niego o piąć lub więcej lat, ta złośliwa, drwiąca morderczyni, była po prostu lepsza, a

jego  to  doprowadzało  do  wściekłości.  Atakował  z  mroczną  furią,  spychając  ją  w  tył,  pozwalając  sobie  na  ataki,
jakich nigdy przedtem nie stosował, tłukąc przeciwniczkę ze ślepą, szaloną nienawiścią. Spychał ją coraz dalej po
zakrwawionej podłodze.

Nagle  rozległ  się  straszliwy  huk,  cały  terminal  zakołysał  się  pod  ich  stopami.  Maruk  wyskoczył  w  górę,

background image

spychając  Ventress  aż  do  miejsca,  gdzie  stała  Maks  Leem,  jego  dobra,  słodka,  umierająca  teraz  partnerka.  Życie
uchodziło  z  niej  wraz  z  krwią  do  otworu  wyciętego  w  podłodze.  Była  za  delikatna  i  miała  teraz  przez  to  umrzeć,
ponieważ tym razem to mordercy byli silniejsi.

Ventress  uśmiechała  się.  Jej  usta  znów  się  poruszały.  Nie  słyszał  jej,  oczywiście,  ale  mógł  -  jak  przedtem  -

czytać z jej ust. - Jak miło - mówiła. - Jesteś siedemnasty.

Okręciła  się  na  pięcie  niemal  niedbale,  wycinając  dymiącą  bruzdę  w  brzuchu  Maks  Leem.  Granka  upadła  na

kolana. Patrzyła na Jaia, a jej troje przepełnionych smutkiem oczu mówiło: „Nie rób tego, Jai".

Jeszcze jeden miażdżący huk. Nie słyszał go, ale wyczuł podeszwami butów. A potem w terminalu zerwał się

huragan,  potężny  wicher,  który  zaczął  wszystko  wysysać  przez  dziurę  w  podłodze.  Przerwano  ciągłość  powłoki
stacji  kosmicznej,  pomyślał  Jai.  Z  brzucha  Maks  Leem  unosił  się  dym,  ale  mistrzyni  nie  odrywała  wzroku  od
przyjaciela. „Nie rób tego, Jai". Wszędzie cisza. Wszystko znieruchomiało.

Z serca tej ciszy objawiła się Jaiowi prawda i rozkwitła, wypełniając mu serce. Zginie tutaj i teraz.
Nie  będzie  cudownego  ocalenia.  Nie  będzie  cudownej  ucieczki.  Oboje  zginą.  Ventress  zabije  ich,  zaś  nieme

pytanie w oczach Maks Leem znaczyło jedynie - czy Jai zginie jak Jedi, czy ostatnie sekundy swego życia poświęci
ostatecznie i na zawsze Ciemnej Stronie?

Teraz  właśnie  jej  dotykał.  Na  skraju  tego  martwego  miejsca  w  sercu  Jai  czuł  całą  swoją  nienawiść.  I  całą

rozpacz,  o  tak.  To  karygodne  marnotrawstwo,  pokorna  przewrotność,  że  Ventress  zwycięży.  Wszystko  to  widział
bardzo wyraźnie, każdy dowód, każdy powód, aby przyznać, że Ciemna Strona jest silniejsza. Aby się poddać. Jego
ciosy straciły na pewności. Ciało Maks Leem zostało wessane w otwór w podłodze. Nie mogła już patrzeć na Jaia,
lecz ostatkiem sił używając Mocy, próbowała uszczelnić otwór i zapobiec dalszemu wyciekowi atmosfery.

- Nie zrobię tego! - rzekł, ale nie słyszał własnych słów. - Nie zrobię tego! - zawołał głośniej. W jakiś sposób

zrozumiał, że Maks Leem, choć ogłuszona i umierająca, usłyszała go i była zadowolona.

Nikt  nigdy  już  nie  miał  się  dowiedzieć,  jak  blisko  Ciemnej  Strony  znalazł  się  Jai.  Nikt,  oprócz  Maks,  nie

domyśli się, że pod koniec stawił opór. W ciągu kilku następnych minut oboje umrą, a dla wszechświata jego wybór
nie będzie miał żadnego znaczenia. Dla Jaia Maruka jednak był to wybór ostateczny.

Przez kolejnych trzydzieści sekund walczył piękniej niż kiedykolwiek w życiu, a kiedy Asajj wreszcie przeszyła

go mieczem, uśmiechał się do siebie.

 

Whie miał tak fenomenalne wyczucie równowagi, że utrzymał się na nogach, choć właśnie zbiegał ze schodów,

kiedy uderzył go pierwszy podmuch powietrza zasysanego przez otwór w podłodze terminalu. Scout nie miała tyle
szczęścia.  Podmuch  przewrócił  ją  i  ściągnął  po  schodach  w  dół.  Musiała  najpierw  oprzytomnieć  po  silnym
uderzeniu  w  głowę,  zanim  zdołała  stanąć  na  nogi.  Wyglądało  już,  że  Maks  Leem  zdołała  opanować  wyciek
atmosfery, Whie zaś był daleko na przodzie, w połowie drogi do Asajj Ventress.

 

Scout  ruszyła  biegiem  w  momencie,  gdy  Ventress  zabiła  Jaia.  Mistrz  Maruk  podniósł  miecz,  aby  zablokować

cios w dół zadany jednym z jej ostrzy, ale drugie przeszło gładko przez jego piersi w morderczym cięciu, po którym
Jedi  padł  jak  kłoda.  Scout  straciła  dech;  poczuła  się,  jakby  uderzył  w  nią  ścigacz.  Nie  przyszło  jej  do  głowy,  aby
martwić się o siebie. Mistrz Maruk zginął. Jej mistrz, którego przysięgała szanować i bronić. Godzinę temu jeszcze
żaliła  się  na  niego,  lecz  kiedy  przyszła  godzina  próby,  udowodniła,  że  każde  słowo,  które  mówił  ojej  braku
gotowości, było prawdą. Spadła ze schodów, upuściła miecz świetlny, straciła mnóstwo czasu, ponieważ pozwoliła,
aby ten głupi robot złapał ją za gardło. Jeden idiotyczny błąd za drugim, a każdy z nich kradł kolejne cenne sekundy,
które okazały się decydujące dla życia jej mistrza. A teraz umierał... albo już nie żył.

Whie zachwiał się i przystanął.
- O nieba - szepnął, kiedy Scout podbiegła do niego. Śmiertelnie blady wbijał wzrok w Asajj Ventress. - To nie

tak. To nie miało zdarzyć się tutaj.

Z dołu dobiegł kolejny huk. Wiatr już nie świstał przez dziurę w podłodze.
Maks Leem nie wytrzymała dłużej koncentracji. Opadła bezwładnie na otwór, oddychając ciężko i płytko.
Ventress odwróciła się od ciała Maruka i podeszła do miejsca, gdzie spoczywała mistrzyni.
-  O,  to  ładnie...  chyba  już  ktoś  załatał  dziurę  -  mruknęła,  przebijając  mieczem  świetlnym  pierś  Maks  Leem.  -

Osiemnaście - dodała.

Whie  z  okrzykiem  wściekłości  rzucił  się  w  jej  kierunku,  wymachując  lśniącym  ostrzem.  Ventress  odstąpiła  w

tył. - Nie rób tego - ostrzegła spokojnie.

Zaatakował ją z oślepiającą prędkością, ale Ventress była szybsza. Rzucił się ku niej. Odstąpiła na bok. Sięgnęła

Mocą i przerzuciła go przez metalową kasę tak mocno, że upadek opróżnił jego płuca z powietrza. Leżał tam teraz,
bezradny, spazmatycznie chwytając oddech, usiłując pokonać skurcze przepony.

background image

-  Niekoniecznie  muszę  cię  zabić  -  oznajmiła.  -  Ale  jeśli  będziesz  nalegał,  zrobię  to.  Powietrze  z  głośnym

świstem wróciło do płuc Whie.

- Nie, nie zrobisz tego. Nie tutaj - wyszeptał. - Jesteś Jedi? Ventress splunęła pogardliwie, z rozmysłem.
- Nie.
- Masz miecz świetlny.
- Mój pierwszy mistrz był Jedi. Zakon porzucił go na cierpienie i śmierć. Nie, nie mam ochoty dołączyć do tego

klubu.

Whie zaśmiał się. Nie był to miły śmiech. Wpadł w histerię, pomyślała Scout. Widok śmierci mistrzyni Leem

całkowicie go rozstroił.

- Rzadko musi się wstępować do zakonu. Cholera, ja nie wstępowałem. Zapisali mnie.
Ventress przyjrzała mu się uważniej, po czym czujnie obrzuciła wzrokiem Fidelisa, który stanął u boku swego

pana. - Moc jest w tobie silna - zauważyła.

-  Tak  powiadają  -  rzekł.  -  Mam  też  szczególny  talent.  Potrafię  wyśnić  przyszłość.  Ostatniej  nocy  na  przykład

wyśniłem  swoją  własną  śmierć.  Ale  to  nie  było  tu.  Scout  spojrzała  na  niego  wytrzeszczonymi  oczami.  Nic
dziwnego, że dziś rano Whie wydawał się taki dziwny.

- Właściwie... może nawet wyda ci się to zabawne - ciągnął Whie, wciąż bardzo bliski histerii - dowiedziałem

się, że zginę z ręki Jedi. Więc obawiam się, że nie masz szczęścia - dodał. - Ale to nie oznacza, że ja nie mogę zabić
ciebie. - A chciałbyś?

- Zabiłaś osobę, którą kochałem najbardziej na świecie - rzekł Whie. - Ugodziłaś ją w pierś w chwili, kiedy była

bezbronna. Powiedziałbym, że mam całkiem niezłe powody.

-  Zgodziłabym  się  z  tobą.  -  Ventress  przyjrzała  się  swoim  paznokciom.  -  Ale  to  chyba  nie  świadczy  dobrze  o

unikaniu  związków  uczuciowych  przez  Jedi?  -  Obserwując  uważnie  chłopca,  a  przy  okazji  nie  spuszczając  oka  z
Fidelisa, zaczęła spacerować. Stuknięciem obcasów akcentowała każde słowo. - Chodzi mi o to, że prawdziwy Jedi
nigdy  nie  atakuje  pierwszy,  prawda?  Prawdziwy  Jedi  przyjrzy  się  sytuacji  od  strony  taktycznej:  uszanuje  swoją
odpowiedzialność  za  dziewczynę;  uszanuje  potrzebę  zachowania  własnego  życia  jako  cennego  i  kosztownego
depozytu należącego do Republiki. Prawdziwy Jedi będzie próbował odnaleźć mistrza Yodę. Prawdziwy Jedi będzie
tchórzem - rzekła, a w jej tonie nie było cienia drwiny, tylko zaduma. I to stukanie butów po podłodze, jak wahadło
zegara, tnące czas na sekundy. - Prawdziwy Jedi zostawiłby ich ciała tutaj. - Spojrzała na niego z zainteresowaniem.
- I co, chcesz być prawdziwym Jedi? Popatrzył z nienawiścią.

- Nie sądzę, abyś naprawdę tego chciał - ciągnęła Ventress. Klik, klak. - Jesteś jeszcze bardzo młody. I nie do

końca  zindoktrynowany.  Sądzę,  że  w  głębi  serca  rozumiesz,  iż  nauka  Jedi  to  kłamstwo.  Czy  naprawdę  nie
zamierzasz myśleć o tym, że zabiłam twoją mistrzynię? Czy chcesz być osobą, której to nie obchodzi?

Klik, klak, klik, klak. Czarne buty. Powolne kroki. Spokojny głos. Dziwnie łagodny. Dziwnie wzruszony, jakby

Ventress widziała odbicie samej siebie w szalonej furii Whie. I w przerażonych oczach Scout.

- Porozmawiajmy o Ciemnej Stronie - rzekła łagodnie. - Typowa propaganda Jedi, żeby to tak nazwać. Dajmy

jej jeszcze inne imię - mówiła dalej. Klik. Klak. - Nazwijmy ją prawdą.

Przystanęła, żeby z pewnym smutkiem przyjrzeć się martwemu ciału mistrzyni Leem.
- Prawda jest taka, że obchodzi cię śmierć tej osoby. Powinna. Gdyby cię nie obchodziła, nie zaliczałbyś się do

świata żywych. Prawda jest taka, że zasady, które wydają się właściwe dla osiemsetletniego hipokryty, nie muszą
mieć  sensu  dla  innych  ludzi,  którzy  na  tym  świecie  żyją  i  cierpią,  i  umierają.  Nasz  czas  tutaj  jest  taki  krótki:  tak
cenny  i  słodki.  Odwrócić  się  plecami,  zamknąć  w  klasztorze  i  nauczyć  się  nie  czuć...  cóż  za  marnotrawstwo  -
mówiła Ventress, a głos jej drżał. - Co za... bluźnierstwo! Jeśli wszechświat kocha dobro, jak każą ci wierzyć Jedi...
jeśli  moralność  maluczkich  rządzi  tańcem  gwiazd,  jeśli  życie  jest  sprawiedliwe...  to  dlaczego  twoja  mistrzyni  nie
żyje? - Przez moment wydawało się, że zamierza dotknąć stopą ciała Maks Leem. Nie uczyniła tego.

Poszła dalej, a hipnotyczne klik, klak jej butów roznosiło się po pustym terminalu. - Prawda jest taka, że nie ma

ani  dobra,  ani  zła  -  powiedziała  z  łagodnym  uśmiechem.  -  Jest  tylko  życie...  lub  śmierć.  Potężni  zawsze  oszukują
maluczkich  obietnicą  Mocy.  To  najłatwiejszy  sposób,  aby  kogoś  sprowadzić  na  Ciemną  Stronę.  „Poddaj  się
gniewowi".  Prosta  sztuczka  i  bardzo  skuteczna.  Działa.  Kiedy  ludzie  przestaną  zaprzeczać  temu,  o  czym  zawsze
wiedzieli w głębi serca, że jest prawdą, do pewnego stopnia osiągną potęgę. Albowiem nie jest to koniec podróży -
mówiła dalej Ventress. - Jedynie początek. Ta rozpacz, ta pełna szaleństwa chwila, kiedy otwierasz oczy i widzisz
świat  taki,  jakim  jest  naprawdę...  to...  to  niezbędny  pierwszy  krok  i  tyle.  Spojrzała  najpierw  na  Whie,  potem  na
Scout i znowu na chłopca.

-  Patrzcie,  ofiaruję  wam  dar  życia.  Możecie  mnie  znienawidzić,  jeśli  chcecie.  Ale  powinniście  nienawidzić

również  tego  -  rzekła,  wskazując  na  ciała  dwojga  Jedi.  -  Powinniście.  Składam  wam  dar  z  własnego  złamanego
serca. Jeśli wyciągniecie z tego wnioski, będziecie mogli stanąć twarzą w twarz z pustką wszechświata, a przy tym
zyskacie  szansę,  aby  dorosnąć.  -  Wzruszyła  ramionami.  -  Jeśli,  jak  przerażone  dzieci,  nie  uwolnicie  się  spod  ręki

background image

starego Yody, jeśli będziecie wracać do niego po bajki na dobranoc i pociechę, cóż, niech i tak będzie. Ale jeżeli
mając szansę ujrzenia prawdy, świadomie wybierzecie życie w kłamstwie Jedi, wówczas będę wiedziała, co zrobić,
kiedy znów się spotkamy. Będę miała o wiele mniejsze wyrzuty sumienia niż po dokonaniu tych egzekucji.

Na przegubie Asajj zabrzęczał komunikator. Podniosła go do ust.
- Tak... Gdzie jesteście? Pozwoliliście się... lecicie w przestrzeń...? Nie, nie mam zamiaru was zbierać po drodze

-  odparła,  przewracając  oczami  na  użytek  padawanów.  Słuchała  jeszcze  przez  chwilę,  po  czym  wyłączyła
komunikator i westchnęła. - Yoda zniszczył mój statek, a roboty wyrzucił przez śluzę. Kilka wielkich krążowników
Phindian kieruje się w tę stronę. Biorąc pod uwagę moje szanse... - Jej wzrok znów powędrował w kierunku Fidelisa
-  ...cóż,  lepiej  zajmę  się  kradzieżą  innego  statku,  zanim  mistrz  Yoda  powróć.  Scout  drżącą  ręką  włączyła  miecz
świetlny.

- Nigdzie nie pójdziesz.
Ventress wyjęła z kabury przy pasie coś, co wyglądało jak pistolet na lotki, i strzeliła w ścianę. Musiał to być

jakiś silny środek, ponieważ w miejscu. gdzie trafiła, ściana natychmiast wygięła się i eksplodowała.

- Wyrwa w powłoce - niewinnie rzuciła Ventress. - Na waszym miejscu zajęłabym się tym czym prędzej.
Odwróciła się do nich tyłem i pobiegła z powrotem przez bramki, kierując się ku krążownikom dokującym przy

pomoście  stacji.  Whie  gniewnym  spojrzenie  odprowadził  ją  do  wyjścia  i  zajął  się  wyrwą,  sięgając  w  Moc,  aby
zamknąć otwór, zanim zjawi się Yoda. - Scout? - dobiegł do nich szept pełen bólu.

Scout obejrzała się. Jai Maruk jeszcze żył i próbował coś powiedzieć. Podbiegła i uklękła u jego boku. Zabójczy

cios  Asajj  Ventress  wyrwał  mu  straszliwą  dziurę  w  piersi.  Oddychał  z  trudem,  chwytając  powietrze  małymi
haustami.

Na  jej  widok  uśmiechnął  się.  Skrzywił  się,  kiedy  dostrzegł  krew,  sińce  na  twarzy  i  wokół  gardła.  Poruszył

wargami.

- Wciąż... zwyciężasz... trudniejszą drogą - wyszeptał. - Ja... też.
Uśmiechał się. Nie pamiętała, aby kiedykolwiek wcześniej widziała jego uśmiech. Poczuła, jak wzbiera w niej

szloch.

- Nie mów nic, mistrzu. Wszystko będzie dobrze. Mistrz Yoda wkrótce się zjawi i tobą zajmie. - Łzy spływały z

policzków dziewczyny na jego otwartą pierś. Nagle przestał oddychać i zamknął oczy. - Mistrzu Maruku? Mistrzu
Maruku! Nie odchodź! - krzyknęła Scout. - Nie zostawiaj mnie! Otworzył oczy i znów się uśmiechnął.

- Nigdy... - szepnął - ...moja padawanko.
Przymknął delikatnie powieki i odszedł.

 

background image

R O Z D Z I A Ł 9

 
 

Hrabia Dooku odsunął krzesło od stołu w jadalni Château Malreaux; musiał wytrzeć rozlane wino, które zaczęło

już  ściekać  na  podłogę.  Szalona  Whirry,  która  jakby  tylko  czekała  na  ten  wypadek,  wpadła  do  jadalni,  okrywając
postrzępioną etolą z lisich skórek ramiona i dekolt wytartej sukni balowej.

- Czy mogę to posprzątać, Wasza Lordowska Mość? Mogę, skarbie?
Dooku westchnął. Każdemu rozsądnemu człowiekowi - a on uważał się za takiego - wydawałoby się, że rozlał to

wino niechcący. Był roztargniony, bo analizował postępy wojny. Na Zewnętrznych Rubieżach sprawy miały się tak
dobrze,  że  prasa  Republiki  domagała  się  konkretnych  działań,  „zanim  całe  Rubieże  przejdą  na  zawsze  w  ręce
Konfederacji". Doprawdy, czasami Dooku wydawało się, że Darth Sidious niepotrzebnie komplikuje swoje plany.
Darth  uważał,  że  Dooku  może  po  prostu  zwyciężyć:  wyprowadzić  swoje  roboty  bojowe  na  Coruscant  i  wprost
zażądać przejęcia Republiki.

Nie  zamierzał,  doprawdy,  kwestionować  potęgi  Dartha  Sidiousa  i  wszelkich  mrocznych  sekretów,  jakie  lord

Sithów  miał  na  swoje  rozkazy.  Ale  każdy  człowiek  powinien  zajmować  się  tym,  co  potrafi:  daj  problem
żołnierzowi,  a  dostaniesz  rozwiązanie  militarne;  gdy  przedstawisz  go  dyplomacie,  otrzymasz  rozwiązanie
dyplomatyczne,  krawiec  zaś  po  prostu  uszyje  ci  ubranie.  Darth  Sidious  miał  umysł  intryganta,  dlatego  wierzył
głównie w intrygi.

Dooku  skarcił  się  w  myśli.  Takie  rozumowanie  było  nieuczciwe.  Powiedzmy  raczej,  że  Darth  Sidious,  jako

jedyny w galaktyce, zna dokładnie mroczne prądy, które przepływają przez serca wszystkich istot. Był ekspertem w
dziedzinie  dezintegracji  osobowości.  Znał  milion  sposobów,  jakimi  można  doprowadzić  człowieka  do  tego,  aby
zdradził  samego  siebie.  Nic  dziwnego  zatem,  że  nawet  starcie  imperiów  Sithowi  jawiło  się  głównie  jako  walka
psychologiczna,  którą  zwycięża  się  lub  przegrywa  na  poziomie  wewnętrznych  sił  i  słabości  każdej  istoty.  Sam
Dooku  -  choć  z  pewnością  obdarzony  psychiką,  zarówno  naturalną,  jak  i  wpojoną  przez  szkolenie  Jedi,  a  od
niedawna  wspartą  także  mądrością  Sithów  -  został  zrodzony  do  bogactwa  i  potęgi  i  od  wielu  lat  już  miał  liczne
grupy  zwolenników,  zarówno  w  armii,  jak  i  w  korporacjach.  Uważał,  że  wewnętrzna  natura  istoty,  czy  to
szlachetnej, czy zdegenerowanej, będzie wyglądała mniej więcej tak samo, jeśli jej właściciela przejedzie gąsienica
czołgu. Jeśli ma się dość sił, nie istnieje potrzeba intryg.

-  Ojej  -  szepnęła  Whirry.  Wyciągnęła  rękę,  żeby  wytrzeć  rozlane  wino  starą  ścierką...  nie  będzie  przecież

ryzykowała  plam  na  eleganckich  lnianych  serwetkach  Malreaux...  ale  dłoń  jej  zawisła  w  powietrzu  nad  plamą
burgunda.  -  Ma  pan  kłopoty.  -  Whirry  -  Dooku  zaczął  surowym  tonem  -  powiedziałem  ci  już  kiedyś,  nie  lubię...
Rozległ się brzęczyk konsoli komunikacyjnej. Hrabia zerknął, zobaczył wizerunek rozmówcy i urwał w pół zdania.
- Odbiorę w gabinecie - rzekł.

Darth Sidious przez dłuższą chwilę się nie odzywał, przełączył tylko wymownie wiadomości na konsolę Dooku.

Uśmiechnięty Palleus Chuff, posiniaczony, ale triumfujący i emanujący skromnością. Dalekie, panoramiczne ujęcie
wnętrza  portu  kosmicznego  Phindar.  Reporterzy  wskazujący  z  podnieceniem  na  zużyte  strzałki  i  ślady  ognia
plazmowego.  Pospiesznie  załatane  dziury  w  podłodze  i  ścianie.  Zbliżenia  twarzy  mistrza  Yody  -  „jeszcze  jeden
chwalebny  rozdział  w  jego  imponującej  karierze".  Relacja  nakręcona  przez  kamery  ochrony  -  roboty-mordercy
uciekające na wszystkie strony. Dwaj rycerze Jedi walczący do ostatniej kropli krwi, żeby obronić cywilów, zanim
sami  zginęli.  Asajj  Ventress  oczywiście.  Zdjęcie  z  zewnętrznej  kamery  portu  kosmicznego  -  „Ostatni  Zew"
unoszący  się  w  przestrzeni,  aby  zaraz  przyspieszyć,  a  potem  wykonać  skok  w  nadprzestrzeń  na  pewną  zagładę.
Supernowoczesny statek zbudowany na własny koszt Dooku - trzeci, który straciła, jeśli liczyć ten, który ukradli jej
Anakin i Kenobi. Dooku wolałby, żeby Darth Sidious już przemówił.

Wszystko  to  wina  Ventress.  Ta  kobieta  jest  niemożliwa.  Oczywiście,  ogromnie  utalentowana,  ale  naprawdę

batalion  robotów  byłby  pożyteczniejszy  i  bardziej  praktyczny.  A  przy  tych  stawkach  również  znacznie  tańszy.
Powinien z nią skończyć. Na konsoli zamigotała nieruchoma jak kamień postać w kapturze.

-  Nie  miałem  o  tym  pojęcia  -  powiedział  hrabia.  -  Dziękuję,  że  mi  to  pokazałeś.  Nie  muszę  chyba  mówić,  że

Ventress  działała  z  własnej  inicjatywy.  -  Arogancja,  a  nawet  pewna  pobłażliwość,  z  jaką  myślał  o  swoim  mistrzu
jeszcze  kilka  chwil  temu,  spłynęła  z  niego  szybko  jak  krew  z  otwartej  żyły.  -  Ale  podstawowe  fakty  pozostają
niezmienione. Yoda zmierza do mnie, a tutaj ja go wykończę raz na zawsze. - Wierzę ci. - Darth Sidious uśmiechnął
się. Raz, na początku kariery jako Jedi, Dooku przybył na odległą planetę, aby powstrzymać masakrę, i spóźnił się.
Długi  szałas  z  drewna  i  trawy,  gdzie  zamknięto  wrogów  plemienia,  został  z  zewnątrz  oblany  naftą  i  podpalony.
Tańczące  płomienie  robiły  wtedy  mniej  więcej  takie  wrażenie,  jak  teraz  uśmiech  mistrza.  -  Oczywiście,  hrabio,
pozostawiam twojemu uznaniu załatwienie sprawy z Ventress, ale może chciałbyś wiedzieć, co ja robię, kiedy moi
słudzy przejawiają nadmiar inicjatywy?

background image

Dooku poczuł, że jego palec dotyka - tylko dotyka - czerwonego przycisku na biurku. - Tak, mistrzu?
- Miażdżę ich - odparł Darth Sidious.
Sala Rady Jedi na Coruscant. - Mistrzu Windu! - Witam, kanclerzu.
- Pozwoli pan, że wyrażę moją wielką radość z powodu dzisiejszych nowin! Tam, gdzie pomoc jest najbardziej

potrzebna i najmniej oczekiwana, przybywa mistrz Yoda i ratuje sytuację. To wspaniałe dla podtrzymania morale:
jednego dnia mówią o jego śmierci, następnego już pojawia się po drugiej stronie galaktyki i odnosi spektakularne
zwycięstwo!  Ktokolwiek  powiedział,  że  opinia  publiczna  straciła  wiarę  w  Jedi,  musi  dzisiaj  odszczekiwać  swoje
słowa. - Próbujemy do tego doprowadzić, kanclerzu. Pauza. - Jest pan dziwnie poważny.

-  Straciliśmy  dwóch  rycerzy  Jedi,  panie,  przyjaciół,  których  znałem  od  dzieciństwa  w  Świątyni,  i  niezwykle

wartościowych  wojowników.  Mistrz  Yoda  podróżuje  teraz  w  samo  serce  nieprzyjacielskiego  terytorium,  chociaż
stracił incognito, a towarzyszy mu tylko dwoje uczniów, którzy zaledwie wyrośli z wieku dziecięcego. - Ach tak,
rozumiem. Polityk jest pod wrażeniem zwycięstwa, jakie odnieśliśmy na polu mediów, lecz dowódca wojskowy już
nie.  Przewidziałem  jednak  pańskie  zachowanie,  mistrzu  Windu,  przynajmniej  częściowo,  i  powiem  jedno:  ja
również  nie  jestem  uszczęśliwiony  sytuacją,  w  jakiej  znalazł  się  mistrz  Yoda,  z  tych  samych  powodów,  które
zechciał pan uprzejmie opisać. Czułbym się znacznie lepiej, gdyby można było zastąpić zabitych innymi rycerzami.
Nie  jestem  jednak  pewien,  kim...  a  może  by  tak  Obi-Wan?  Na  ostatniej  odprawie  słyszałem,  że  zakończył  swoją
misję. Obi-Wan i młody Skywalker właśnie. Będę się czuł znacznie spokojniejszy, wiedząc, że są na Vjunie. Bardzo
sobie cenię mistrza Yodę, lecz to wiekowa osoba; pewnie jest mniej sprawny niż dawniej. Kiedy sobie pomyślę, że
miałby stanąć przed obliczem hrabiego Dooku sam, w jego własnej twierdzy... zimno mi się robi. Tak, Obi-Wan i
Skywalker będą doskonali. - Czy to rozkaz, panie kanclerzu?

- Nazwijmy to raczej prośbą, mistrzu Windu. Gorącą prośbą.
-  Ta  transmisja  idzie  już  dość  długo  -  oznajmił  Dooku  w  postaci  dwudziestocentymetrowego  hologramu  o

barwie  jaskrawego  różu,  stojącego  bezpośrednio  na  pulpicie  transmisyjnym  statku,  który  Asajj  ukradła  w  dokach
portu kosmicznego Phindian.

-  Byłam  trochę  zajęta,  hrabio.  -  Asajj  próbowała  poprawić  kolory,  zastanawiając  się,  czy  to  system  jest

uszkodzony,  czy  też  może  został  wyregulowany  pod  kątem  innego  gatunku  istot,  dla  których  ten  odcień  różu  jest
naturalną barwą. Nie spieszyła się też ze spojrzeniem Dooku w oczy. - Musiałam najpierw przeliczyć kilka skoków
w nadprzestrzeń, żeby zrzucić ogon phindiańskiej ochrony. - Straciłaś „Ostatni Zew".

- Tak. Przez Yodę.
- Chyba raczej przez aktora. - Co?
- Może moje informacje są bardziej aktualne - odparł Dooku. Jego głos był bardzo spokojny. Bardzo uprzejmy.

Asajj zorientowała się, że jest w poważnych opałach.

- Ten aktor udawał Yodę. Złapałam go nad Ithorem.
- Gdybyś go zostawiła razem z resztą statku, zaoszczędziłoby to nam sporo kłopotów i czasu, nie sądzisz?
Ventress poczuła, że zaczynają jej się pocić dłonie. Wolałaby tysiąc razy, żeby rozerwał ją na strzępki, zamiast

przemawiać  tym  chirurgicznie  precyzyjnym,  zimnym,  odległym  tonem.  Walka  mogłaby  być  załatwieniem  sprawy
pomiędzy sprzymierzeńcami. To wyglądało bardziej na sekcję zwłok.

-  Gdybym  pozostawiła  go  w  przestrzeni,  jego  ciało  zidentyfikowano  by  od  razu,  jako  nienależące  do  Yody.

Mogłam go wypchnąć ze śluzy gdzie indziej, ale... - Ale co? Wzruszyła ramionami.

-  Wybieram  sobie  przyjaciół  i  wrogów.  Zabijanie  przypadkiem,  bez  sensu  i  innej  motywacji  niż  złośliwość

wydaje mi się słabością. Brakiem wewnętrznej dyscypliny. - A gdybym kazał ci go zabić? - Zrobiłabym to. - A co z
twoimi skrupułami? - Lojalność jest ważniejsza. - Ale przecież nie kazałem ci go zabić, prawda?

- A czy w ogóle wiedziałeś, że był na pokładzie „Ostatniego Zewu"? - zapytała Ventress. Zorientowała się, w

jaką wpadła zasadzkę, zanim jeszcze skończyła mówić. - Nie, nie wiedziałeś. Nie dałam ci takiej możliwości. Nie
powiedziałam ci. A może powinnam. - Wyprostowała się. - Cóż, przyjmuję za to odpowiedzialność. Działałam na
własną rękę.

Po tych słowach na różowej twarzy pojawiło się dziwne, trudne do zidentyfikowania uczucie.
-  Zasady,  skrupuły  to  domena  raczej  osób  młodych.  W  miarę  dorastania  człowiek  staje  się  praktyczniejszy  -

rzekł  hrabia.  -  Nigdy  mnie  nie  obchodziły  teoretyczne  interpretacje  dobra  i  zła.  Interesują  mnie  czas,  skutek,
precyzja.  Jeśli  mam  więźnia  czy  nawet  sojusznika  -  spojrzał  na  nią  łagodnie  -  który  kosztuje  mnie  zbyt  wiele  lub
wprowadza za dużo niepewności w ogólną sytuację, eliminuję tę osobę. Rozumiesz mnie? Asajj przełknęła ślinę.

- Myślę - ciągnął obojętnie hrabia - że powinnaś mnie przekonać, jak cennym nabytkiem jesteś dla mnie i jak

podnosisz  moją  skuteczność  działania,  Asajj.  Straciłaś  dwa  moje  statki,  jeden  na  rzecz  Obi-Wana,  a  drugi  dzięki
podrzędnemu  aktorzynie  ze  sceny  Coruscant.  Bez  konsultacji  ze  mną  przerwałaś  łańcuch  wydarzeń,  który
uruchomiłem,  aby  zwabić  Yodę  na  mój  teren.  I  teraz,  zamiast  podziwiać  jego  głowę  na  tacy,  obserwuję  punkt
zwrotny  w  popularności  Jedi  i  wybuch  radości  w  Republice,  gdzie  dwa  dni  wcześniej  morale  osiągnęło  dno.  Na

background image

razie,  Asajj,  jesteś  bardzo  kosztownym  sojusznikiem.  W  tej  chwili  kosztujesz  więcej,  niż  jesteś  dla  mnie  warta.
Zimne, mrożące słowa uderzyły ją niczym struga płynnego azotu. Jeśli nie zrobi czegoś tu i teraz, hrabia zabije ją.
Nie próbowała nawet myśleć o ucieczce. Jeśli Dooku zechce ją wykończyć, zrobi to. Nie nauczył jej całej wiedzy
Sithów,  którą  sam  posiadał,  lecz  nawet  to  wątłe  połączenie,  jakie  istniało  między  nimi,  sprawiało,  że  stawała  się
ogromnie  wrażliwa  na  jego  psychikę.  Poza  tym  Dooku  z  całą  pewnością  był  jednym  z  najpotężniejszych  ludzi  w
całej galaktyce, z pełnym zasobem sił i środków do dyspozycji. Kwota, której braku na koncie Dooku nawet by nie
zauważył,  pozwoliłaby  jej  uciekać  przed  mordercami  przez  całą  resztę  krótkiego,  nieszczęśliwego  życia,  ukrywać
się  w  dżungli  i  żyć  z  tego,  co  upoluje,  albo  przejść  serię  operacji  plastycznych,  która  dałaby  jej  minimalną,
desperacką szansę spokojnego żywota.

Ale... każdym włóknem ciała Asajj czuła, że ucieczka, obrona, ukrywanie się zawsze były kiepską strategią. W

każdym  starciu  ktoś  musi  przejąć  inicjatywę.  W  każdym  starciu  atak  był  kluczową  zagrywką.  -  Zabij  swojego
mistrza - rzuciła. Dooku zamrugał. - Co?

No cóż, tego się przynajmniej nie spodziewał, pomyślała z okrutnym uśmieszkiem. Postawiła wszystko na jedną

kartę... teraz nie mogła się już wycofać. - Zabij swojego mistrza. Pomogę ci. Teraz, dopóki jeszcze możesz.

- Zauważyła minimalny skurcz na twarzy hrabiego. - Wcześniej czy później każdy uczeń Sithów próbuje obalić

swojego  mistrza.  Ja  to  wiem  i  ty  to  wiesz.  On  też.  Teraz  nadszedł  twój  czas.  Jesteś  niezależnym  agentem  na
planecie-fortecy.  Masz  na  swoje  rozkazy  całe  armie.  Bogactwa  świata  leżą  u  twoich  stóp.  Nadszedł  twój  czas.  -
Podziwiam  ten  nieoczekiwany  i  tak  precyzyjnie  wymyślony  atak  -  mruknął  Dooku.  -  Wspomniałem  ci  już
niejednokrotnie  o  korzyściach  płynących  z  wieku,  ale  niestety,  ma  on  również  swoje  wady.  Człowiek  się
przyzwyczaja do pewnych spraw. Ale ty... jednak nadal mnie zaskakujesz. Wciąż jesteś nieprzewidywalna.

- Jak ci się zdaje, w którą stronę zmierza wojna? - zapytała Ventress, korzystając z drobnego momentu przewagi.

- Co się stanie, jeśli zwyciężysz? Czy triumfalnie powrócisz na Coruscant? A może usiądziesz po prawicy wielkiego
człowieka, kiedy wojna dobiegnie końca? Nie sądzę. Przecież on nie pozwoliłby ci żyć... Dooku, generał-zdobywca.
Dooku bogacz. Dooku mądrzeć. Chyba za dużo przebywasz na słońcu, hrabio.

- Blefujesz. Nie możesz wiedzieć tego wszystkiego, Asajj. To ładne przedstawienie, ale nie wystarczy.
Próbował uśmiechnąć się pobłażliwie, ale nie bardzo mu się to udało.
-  On  cię  wykorzysta  -  zapewniła.  -  Postawi  cię  w  pierwszych  szeregach,  gdzie  tylko  będzie  mógł.  Rzuci  na

ciebie Yodę, a potem jego sługusów: Kenobiego, Windu, Skywalkera.

- Wielki talent to także wielka odpowiedzialność, Ventress. Zdaje się, że to nie twoja specjalność.
- Świetnie, świetnie, wyładuj się - odparła niecierpliwie. - Teraz grasz na zwłokę, bo wiesz, że mam rację. Zadaj

sobie  jedno  pytanie,  korzystając  z  Ciemnej  Strony...  spójrz  na  to  bez  uprzedzeń,  hrabio.  W  tej  chwili  mistrz
wykorzystuje  cię,  ponieważ  jest  otoczony  zagrożeniami.  Co  się  stanie,  kiedy  zostaniesz  ostatnim  niebezpiecznym
osobnikiem w jego otoczeniu?

Przez  kanał  komunikatora  nie  dobiegał  żaden  dźwięk,  jedynie  słaby  szum  odległych  gwiazd,  płonących  w

nieskończoność.

- Gdybym ci kazał popełnić samobójstwo, zrobiłabyś to? - zapytał wreszcie Dooku. - Nie. - A gdybym kazał ci

wrócić tutaj, na Vjun? - Wróciłabym. - Nie bałabyś się?

- Byłabym przerażona. - Tu, w głębokim kosmosie, mogła trzymać się od niego z daleka. Mogła uciec. Kiedy

jednak postawi stopę na Vjunie, w Château Malreaux, kiedy znajdzie się w orbicie potęgi Dooku, nigdy nie wyjdzie
z tego żywa, jeśli on nie zechce. - Ale przyjechałabyś? - Jeśli rozkażesz. Dooku wbił w nią wzrok.

- Dobrze. I tyle, jeśli chodzi o blef.
- Zabijesz mnie czy wysłuchasz, co mam ci do powiedzenia? - Nie twój interes.
- On cię wykorzysta, hrabio. Wyssie z ciebie całą krew i wyrzuci. Weźmie kogoś młodszego, słabszego, bardziej

podatnego na wpływy. - Kogoś takiego jak ty?

- Chciałabym. Nie, kiedy ty odejdziesz, ja także zniknę - odparła posępnie. - Jestem dla niego tylko jednym z

twoich zwierzątek. Dla ciebie zapewne też. Lojalność jest silniejsza w dół niż w górę hierarchii, gdybyś tego sam
nie zauważył.

-  Zwykle  to  prawda  -  zgodził  się  hrabia.  -  Może  jedynym  wyjątkiem  jest  mistrz  Yoda.  Jego  lojalność  wobec

uczniów jest większa niż uczniów w stosunku do niego. Tak mi się zdaje.

- Uroczne - odparła Ventress oschle. - Ale żadnemu z nas to chyba nic nie da, prawda?

 

Asajj  Ventress  długo  siedziała  przed  komputerem  nawigacyjnym  na  skradzionym  statku,  klnąc  cicho,  ale

systematycznie.  Nie  wiedziała,  co  robić.  Wreszcie  wprowadziła  współrzędne  na  Vjun.  Ostatecznie  ucieczka  i
ukrywanie się nie były w jej stylu. Jej szanse przekonania hrabiego, że powinni pracować razem, byłyby znacznie
większe w rozmowie twarzą w twarz. Lubił jej ogień i pasję, i... choć jego żelazna samokontrola nigdy jeszcze nie
zawiodła... uważał ją za ładną. To także nie zaszkodzi.

background image

 

A  jeśli  wszystko  pójdzie  złym  torem...  no  cóż,  lepiej  załatwić  to  szybko  i  osobiście,  z  dobytymi  mieczami,

aniżeli  żyć  w  rozpaczy  i  przerażeniu  przez  resztę  dni,  obawiając  się  każdego  promienia  słońca  na  plecach,  jakby
miał to być punkt celownika snajpera.

Po  wszystkim,  co  zostało  powiedziane,  wprowadzenie  współrzędnych  Vjuna  do  komputera  wydawało  się  jak

umyślne  wsadzenie  palców  w  ogień.  Asajj  była  więc  w  fatalnym  humorze,  kiedy  odezwała  się  konsola
komunikacyjna. Zignorowała sygnał. W końcu nie był to jej statek. Lecz wezwanie powtarzało się, uparte i natrętne,
aż  wreszcie  podniosła  wzrok  i  ujrzała  kod  wywoławczy  robota  kamerdynera  Tac-Spec.  Tego  samego,  który
poinformował ją o miejscu pobytu Yody. No, nieźle.

- A ty czego chcesz?
-  Myślałem,  że  wiesz  -  odparł  spokojny  głos  po  drugiej  stronie  linii.  -  Chcę  reszty  moich  pieniędzy.

Uzgodniliśmy pewną cenę. Teraz widzę, że na moje konto wpłynęła tylko jedna trzecia tej kwoty. - Nie dostałam
celu.

-  Moja  informacja  była  dokładna  i  prawidłowa,  a  za  to  płaciłaś.  Twoja  nieudolność  nie  może  być  powodem

karania mnie.

- No cóż, takie jest życie, twarde i ciężkie - warknęła Ventress. - Jak zapewne wiesz, zostałam bez statku. Nie

mam kredytów, żeby ci zapłacić. Prawdę mówiąc, dołożyłam ci życie dzieciaków jako bonus. Uznaj to za zapłatę. -
Tego nie było w umowie.

- Mówisz jak zimnokrwisty robot, zgadza się. A może zimnoolejowy?
Ventress  przeglądała  szybko  system  komputerowy  statku  w  poszukiwaniu  instrukcji  serwisowej.  W  połowie

ostatniego skoku hiperprzestrzennego zaczęła migać lampka alarmowa. Była to mała ikonka, przedstawiająca coś w
rodzaju meduzy przebitej włóczniami i grubą czerwoną kreską. Nie miała pojęcia, co to za znaczek. - Wiesz, nawet
w  najlepszych  momentach  mojego  życia  nie  przepadałam  za  targowaniem  się,  a  jeśli  mam  być  całkiem  szczera,
targowanie się z blaszaną puszką... do tego zdradziecką blaszaną puszką... interesuje mnie jeszcze mniej.

- Może i jestem zdrajcą - odparł robot - ale nie zmieniam stawek. Proszę, rozważ to sobie.
Aha!  -  pomyślała  Ventress,  przeglądając  instrukcję.  Jest!  Mrugające  światełko  było  wskaźnikiem  stanu  łącza

hydraulicznego. Przejrzała szybko rozdział dotyczący awarii:

...kiedy lampka miga, przewody cieczy hydraulicznej zagrożone są zapętleniem albo już się zapętliły.
Zapętlenie  może  prowadzić  do  nadmiernego  zużycia,  straty  ciśnienia  transświetlnego  albo  zwiększenia  wagi

spowodowanego niestabilnością urządzeń sztucznej grawitacji. W rzadkich przypadkach również do śmierci.

Od czasu do czasu lampka przewodów cieczy hydraulicznej może migać bez powodu.
No  cóż,  nieźle.  Leciała  na  Vjun  skradzionym  statkiem,  który  mógł  mieć  zapętlone  przewody  cieczy

hydraulicznej  lub  nie,  a  najbliższym  zagrożeniem  było  zwiększenie  wagi  spowodowane  grawitacją,  na  końcu
podróży zaś czekał na nią rozgniewany lord Sithów, rozważający egzekucję.

- Blaszana puszko, powiem ci coś... w tej chwili doprawdy jesteś najmniejszym z moich zmartwień.
Daleko,  w  anonimowej  budce  komunikacyjnej,  Solis,  który  zdradził  tajemnicę  Yody,  a  teraz  miał  nawet  nie

dostać za  to  zapłaty, bezmyślnie  wpatrywał  się w  napis  na  ekranie: Połączenie  przerwane  przez odbiorcę.  -  No  to
zobaczymy - mruknął.

W  tej  samej  chwili,  kiedy  to  połączenie  zostało  przerwane,  ożyło  inne,  łączące  salę  Rady  Jedi  ze  statkiem

Anakina Skywalkera. - Odezwij się. - Mace Windu? - Obi-Wan? Dlaczego nie jesteś we własnym statku?

Obi-Wan skrzywił się.
- Naprawa. Anakin mnie podrzucił.
- Rozumiem. Bieżąca lokalizacja?
Obi-Wan przewrócił oczami pod adresem Anakina, który odpowiedział mu śmiechem. Mace Windu, niezwykle

uzdolniony w różnych innych kierunkach, nie miał pojęcia o sztuce konwersacji.

- Kierujemy  się  na Coruscant.  Plan  lotu zgodnie  z  założeniami  - rzekł  Anakin.  - Półtora  dnia  na  podświetlnej,

żeby  nabrać  paliwa  i  zapasów.  Będziemy  w  domu  za  cztery  dni.  Zgodnie  z  lokalnymi  wiadomościami,  wieści  o
śmierci mistrza Yody były mocno przesadzone.

- Fakt. Szkoda, że nie można powiedzieć tego samego o Maks Leem i Jaiu Maruku - odparł Mace ponuro.
- Och! - Obaj Jedi spojrzeli po sobie i spoważnieli. - Nie wiedzieliśmy.
- Mistrz Yoda jest w drodze do... czy ten kanał jest kodowany?
Protokoły  komunikacyjne  na  statku  Anakina  były  ustawione  na  potrójnie  szyfrowany  kod  dla  każdego  kanału

łączącego ze Świątynią, ale na wszelki wypadek sprawdził. Poważna awaria reaktora silnika mogła ich kosztować
życie,  ale  nawet  drobne  usterki  w  kodowaniu  sygnałów  mogły  kosztować  życie  miliony  istot.  -  Wszystko  w
porządku - oznajmił zwięźle. Ponuractwo Mace'a Windu było zaraźliwe.

-  Mistrz  Yoda  jest  w  drodze  na  Vjun,  aby  w  tajemnicy  negocjować  możliwą  kapitulację  wysoko  postawionej

background image

osobistości Konfederacji. Bardzo wysoko postawionej - powtórzył Mace znacząco.

- Mistrz Yoda? - zdziwił się Anakin. - Z pewnością jest wiele ważniejszych rzeczy, jakie... Urwał, kiedy Obi-

Wan spojrzał na niego przeciągle.

- Sądzę, że to ktoś wyjątkowo wysoko postawiony - rzekł Kenobi. W pół sekundy później Anakin pojął.
- Dooku? Jedzie negocjować z Dooku?... To pułapka. Przecież chyba wie, że to pułapka, nie? - Pułapka, tak...

ale na kogo? - mruknął Obi-Wan.

- W tej chwili mistrz Yoda jest w drodze na Vjun z ważną misją - ciągnął Mace. - Chcieliśmy zachować to w

tajemnicy,  ale  sekret  się  niestety  wydał.  Również  niestety  twoja  stara  przyjaciółka  Asajj  Ventress  depcze  mu  po
piętach. Zabiła obu Jedi, którzy z nim jechali. Pozostała dwójka padawanów. Chciałbym...

- Ho, ho - mruknął Obi-Wan. - Czemu mam wrażenie, że jednak nie lecimy na Coruscant?
- ...żebyście obaj polecieli na Vjun jak najszybciej i wsparli mistrza Yodę, na ile będzie tego potrzebował.
-  Nie  ma  nikogo  innego?  -  nieoczekiwanie  spytał  Anakin.  -  Mieliśmy  wrócić  na  Coruscant  już  trzy  tygodnie

temu. Złamałem już jedną obietnicę, że wrócę... Słowo zawisło w powietrzu i nie można go było cofnąć.

- Obietnicę? - zapytał Mace. - Komu złożyłeś tę obietnicę?
-  Studentom  z  klasy  mistrza  Żelaznej  Ręki  -  swobodnie  odparł  Obi-Wan.  -  Anakin  obiecywał,  że  nauczy  ich

pewnych sztuczek.

- Trudno, twoje popisy będą musiały poczekać - odparł Mace. Wyraz niesmaku na jego twarzy był Anakinowi

doskonale znajomy, prawie męczący. Dezaprobata Mace'a dla Anakina była zasadnicza i odruchowa, i trudno było
mieć o nią pretensje nawet w takiej chwili jak teraz, kiedy było więcej powodów do dezaprobaty, niż Windu sądził.
- Proszę jechać na Vjun. Windu się wyłącza.

Anakin pokraśniał lekko i nawet nie spojrzał na Obi-Wana.
- Dzięki. Obi-Wan wzruszył ramionami nieco zirytowany.
- Właściwie nie wiem, czemu nadstawiam dla ciebie karku - mruknął i zajął się ustawianiem kursu na Vjun. - W

dodatku czuję każdym nerwem mojego ciała, że pewnego dnia bynajmniej mi za to nie podziękujesz.

Po walce w porcie kosmicznym Phindar Scout chciała już tylko zwinąć się w kłębek i płakać. Yoda miał inne

pomysły.

Porozmawiał z władzami stacji, aby pozwolili im wynająć statek na Jovan. Następnie publicznym wahadłowcem

polecieli  na  drugą  część  portu  Jovan,  gdzie  znajdowały  się  punkty  sprzedaży  używanych  statków  i  złomowiska.
Yoda nie chciał już korzystać z transportu publicznego. Ciągnął padawanów od jednego złomowiska do drugiego w
poszukiwaniu statku, którym można będzie polecieć na Vjun.

Mieli  do  wyboru  kilka  przyzwoicie  wyglądających  jednostek,  ale  mistrz  Yoda  wszystkie  odrzucił.  Zbyt

jaskrawe, zbyt nowe, zbyt kosztowne.

- Kosztowne? - zawołała Scout. - Przecież możesz użyć kredytów Świątyni Jedi, no nie? Albo nawet funduszy

kanclerza, jeśli mam być szczera.

Yoda wciągnął policzki, a uszy skręciły mu się na końcach na znak odrazy.
- Więc publiczne pieniądze marnować powinienem? Scout uniosła w górę ręce, ale nic nie powiedziała.
Cała czwórka szukała zatem dalej: Yoda, Whie, Scout i Fidelis, wytworny przedmiot wytwornego dżentelmena.

Po  Solisie  ślad  zaginął.  Nietrudno  było  zgadnąć,  dlaczego.  Ventress  przyjechała  po  nich.  Jej  roboty  natychmiast
namierzyły jednostkę R2. Kiedy Solis zniknął po bitwie, stało się oczywiste, że to on ich zdradził. Scout przybrała
posępną minę, bo przypomniała sobie, jak robot wyprowadził ją w pole, twierdząc, że potrzebuje eskorty człowieka.
Podzielił  w  ten  sposób  grupę.  Może  gdyby  zostali  razem,  niczego  by  to  nie  zmieniło.  Może  nie  byłaby  w  stanie
uratować  ani  Maks  Leem,  ani  mistrza  Maruka,  ale  przynajmniej  nie  stałaby  o  sto  metrów  dalej,  na  schodach,
obserwując, jak ich mordują.

Fidelis był niepocieszony. Z początki Scout chciała go oddać na złom lub porzucić, ale jego rozpacz z powodu

sprowadzenia  im  na  głowy  konfederata,  który  naraził  na  niebezpieczeństwo  ostatniego  z  linii  Malreaux,  była  tak
głęboka  i  obsesyjna,  tak  w  oczywisty  sposób  zaprogramowana,  że  nawet  ona  nie  mogła  uwierzyć,  żeby  był
zamieszany w tę zdradę. Mieli zamiar go odesłać, ale ostatecznie i to okazało się niepraktyczne. Kiedy już odnalazł
Whie, trzeba by go chyba pokroić mieczem świetlnym na kawałki, żeby za nim nie poszedł.

- Jeśli nie pozwolicie mi jechać z paniczem wewnątrz statku, przynituję się do powłoki - uprzedził i, szczerze

mówiąc, wszyscy mu uwierzyli.

Yoda znalazł wreszcie to, czego szukał, na piątym składowisku złomu, jakie odwiedzili na stacji Jovan. Był to

stary, mocno zdezelowany lekki frachtowiec typu B-7 z plackami czerwonej farby na włazie do ładowni.

- Rdza? - zdziwił się Whie. - Skąd rdza bez powietrza i wody? Operator składowiska roześmiał się tubalnie.
-  Bo  widzisz,  to  cacuszko  zostało  skradzione  przez  piratów,  a  te  czerwone  plamy  to...  -  Ile?  -  szybko  zapytał

Yoda.

Scout i Whie skrzywili się porozumiewawczo. Mistrz Yoda nie chciał używać Mocy do czynności tak prostej jak

background image

negocjacja ceny. Mawiał, że takie zachowanie oznacza brak szacunku dla Mocy i dla przeciwnika w tej handlowej
walce,  lecz  Scout  podejrzewała,  że  Yoda  był  po  prostu  złośliwym,  wrednym  i  bezlitosnym  negocjatorem,  który
uważał  targowanie  się  za  świetną  zabawę.  A  w  tej  zabawie  wiele  zależy  od  cierpliwości.  Handlarze  na  bazarach
setek  planet  nieraz  przekonali  się,  ku  swemu  niezadowoleniu,  że  nie  wiedzieli,  co  to  jest  cierpliwość,  dopóki  nie
spróbowali przetrzymać osiemsetletniego sknery Jedi. Whie i Scout wiedzieli już, że mistrz Yoda potrafił spędzać
całe  godziny  na  targowaniu  się  w  kolejnych  złomowiskach,  aby  wreszcie  odejść,  wymachując  kijaszkiem  i
mamrocząc  do  siebie  pod  nosem.  Pozostawiał  właścicieli  w  takim  stanie,  jakby  przeszli  przez  zgniatacz  śmieci.
Padawani oddalili się dyskretnie od Strefy Targowania. Scout pomyślała, że Whie wygląda strasznie. Wychudły, z
oczami podkrążonymi od płaczu i braku snu. - Hej - zagadnęła. - Wszystko w porządku? - Jasne. - Łżesz.

-  Owszem  -  spojrzał  na  nią  długo,  badawczo,  prawie  z  desperacją.  Zauważyła,  że  po  chwili  zerknął  na  Yodę,

który nie przestawał się targować.

Whie wskazał kciukiem niewielki korytarzyk pomiędzy B-1 a następnym statkiem, frachtowcem klasy Epoch, z

pojedynczą wieżyczką działa laserowego, którego lufa była zgięta jak złamana antena. Widocznie miał chęć coś jej
powiedzieć.  Scout  uznała,  że  odrobina  prywatności  nie  zaszkodzi,  może  nawet  rozwiąże  mu  język.  Yoda  był
wprawdzie dobrotliwą osobą, ale istniały pewne rodzaje słabości, rozmaite wątpliwości, których nie wyznaje się w
obecności osoby zdolnej przesądzić o twoim losie jako rycerza Jedi.

Wsunęła się za nim w wąską alejkę, delikatnie muskając palcami powłokę epocha. Jego pancerz był odrapany,

powyginany  i  podziurawiony  milionem  małych  otworków.  Prawdopodobnie  ostatnich  kilka  lat  statek  spędził  na
wewnątrzsystemowym  handlu,  przemierzając  niebezpieczne  przestrzenie  w  okolicach  słońca,  pełne  gwiezdnej
materii i innych kosmicznych śmieci. Ze statkami kosmicznymi było tak samo jak z morskimi: tylko ofermy lubiły
widok lądu. Dla prawdziwego żeglarza niebieska woda lub czarna, twarda przestrzeń była jego własnym miejscem
na świecie, z dala od zgubnych, zdradzieckich brzegów i studni grawitacyjnych.

Kiedy znaleźli się już bezpiecznie poza zasięgiem wzroku, Scout odezwała się pierwsza: - No już, wygadaj się.
Whie z nieobecną miną stukał nogą w bucie od skafandra o powłokę statku.
-  Wczoraj...  to  było  wczoraj  czy  przedwczoraj?  Straciłem  poczucie  czasu.  Nieważne.  Ostatnio,  kiedy  spałem,

miałem sen. - Urwał. - Taki specjalny sen. - Ten, w którym...

- Tak, ten, w którym zostałem zabity przez Jedi. - Przełknął ślinę i uśmiechnął się blado. - Ale to nie jedyny sen,

jaki miałem ostatnio. Był jeszcze jeden, tuż przed naszym wyjazdem z Coruscant. Ty w nim byłaś. - Ja!

- Tak. - Po raz pierwszy od śmierci Maks Leem na twarz Whie wypłynęła odrobina koloru. - Byliśmy w pokoju,

w pięknym, ale strasznym pokoju, a ty krwawiłaś...

-  Paniczu  Whie?  -  Zza  kadłuba  epocha  rozległ  się  niespokojny  głos  wytwornego  przedmiotu  wytwornego

dżentelmena rodziny Malreaux. - Paniczu, gdzie pan jest? - Tutaj! Co się dzieje? - warknął Whie.

- Jest pan! - Fidelis pospiesznie wychynął zza rogu. - Właśnie robiłem przeliczenia walutowe dla mistrza Yody,

kiedy podniosłem wzrok, a panicza nie było. - Oddaliłem się o dwadzieścia metrów, Fidelis. Nie zostałem porwany
przez kosmicznych piratów.

-  To  nie  pana  wina  -  kwaśno  odparł  robot.  -  Proszę  się  nie  oddalać  samotnie.  Nie  wie  panicz,  kto  się  kręci  w

takich miejscach?

- Chyba nikt? - domyślił się Whie. - Nie jesteśmy raczej w części rozrywkowej stacji Jovan. Nie sądzę, aby w tej

chwili grupa kosmicznych zabijaków wyturlała się z najbliższej knajpy i zaczęła ze mną bójkę.

- Mimo twojej szlachetności i wykształcenia jesteś naiwny, jeśli chodzi o wielki świat - rzekł Fidelis sztywno. -

Złomowisko  jest  dokładnie  takim  miejscem,  gdzie  można  się  spodziewać  zdziczałych  robotów.  Uciekinierzy
szukający części z odzysku, bezpańskie stworzenia, które nie cofną się przed wzięciem człowieka jako zakładnika,
jeśli ich oprogramowanie uległo wystarczającej degrengoladzie.

-  To  ostrzeżenie  przyszło  nieco  za  późno  -  zauważyła  z  pasją  Scout.  -  Nie  pomyślałeś  jakoś  o  tym,  zanim

wynająłeś Solisa?

- Fakt, że pomyliłem się w swoich sądach, nie znaczy, że... - Fidelis, spadaj! - warknął Whie.
Robot  wyprostował  się  dumnie  i  wycofał  na  koniec  korytarza  pomiędzy  dwoma  frachtowcami,  znacząco  nie

spuszczając z nich wzroku. - Myślisz, że umie czytać z warg? - mruknęła Scout. - Jasne - zawołał Fidelis.

-  Robot,  zamknij  się  -  burknął  chłopak.  Widać  było,  że  szansa  na  prywatną  rozmową  przepadła.  Scout

zamrugała.

- Nie słyszałam, abyś kiedykolwiek był dla kogoś taki nieprzyjemny.
- Wybacz.
- Nie szkodzi - zaśmiała się. - Mnie się to wydaje urocze.
- Urocze?
Nawet Scout musiała przyznać, że Yoda zrobił na B-1 świetny interes.
- Jak ci się udało kupić go tak tanio? - zapytała, wytrzeszczając oczy na złośliwie uśmiechniętego starego Jedi,

background image

który  właśnie  wsuwał  notatnik  za  pas.  -  Musiałeś  chyba  użyć  Mocy  umysłu  Jedi.  Podobno  mówiłeś,  że  to
nieuczciwe.

-  Nie  interesuje  mnie  uczciwość,  tylko  wyniki  -  odparł  Yoda.  -  Poza  tym  Mocy  Jedi  nie  używałem.  Cenę

uczciwą zapłaciłem.

Scout i Whie spojrzeli z powątpiewaniem na zniszczony kadłub.
- Co z nim jest nie w porządku? - zapytała Scout. - Oczywiście poza tym, co widać?
Yoda podrapał laseczką powłokę statku, wzbijając niewielką chmurę kurzu. I farby. I metaceramiki.
- Dobry kadłub. Dobre linie - rzekł.
- Jedno działko laserowe - zauważył Whie. - Nie ma wyrzutni torped udarowych. Nie ma miotacza.
- Ma na pokładzie Hanx-Wargel SuperFlow II i pasywną antenę czujnikową SiepIrol - dodał właściciel żarliwie.

-  Zapasowe  generatory.  Baterię  aktywnych  czujników  Carbanti,  prawie  nowe  tylne  tarcze,  produkcji  lokalnej,  ale
całkiem przyzwoite. - A dziobowe?

- Jeśli zjawi się ktoś z bronią i tak trzeba uciekać - rzekł handlarz. - A jeśli się nie uda? - Trzeba się poddać.
- Bardzo zachęcające - burknęła Scout.
- Trudno mi się pogodzić z tym, że szkalujecie moje małe śliczności. - Handlarz szybko spojrzał na burtę statku,

gdzie wymalowano jego nazwę: „Nocny Sokół". - Mogłem właściwie podnieść cenę, skoro jesteście tacy niemili.

- Jeśli ma te wszystkie zalety, o których mówisz - upierała się Scout - dlaczego sprzedajesz ją tak tanio? Czego

ona nie robi?

Handlarz odchrząknął i mlasnął. Scout spojrzała na Yodę, który uśmiechał się błogo. - Nie lata - wyjaśnił.
„Faktycznie  okazja!",  powiedział.  „Naprawić  go  w  jednej  chwili  zdołacie".  Podaj  mi  ten  klucz  soniczny  -

warknęła  Scout.  Blada  ciecz  barwy  miodu  skapywała  spod  rozrusznika  silnika,  który  próbowała  zainstalować.
Każda  kropla  unosiła  się  i  wędrowała  w  powietrzu  z  powodu  słabej  grawitacji  panującej  na  stacji  Jovan.  -  Chyba
udało mi się już zainstalować te złącza - mruknął Whie. - Czerwonym do góry? - Tak.

Pracowali  ramię  w  ramię,  instalując  układ  rozrusznika,  który  Yoda  odzyskał  z  koreliańskiego  frachtowca  w

głębi złomowiska.

- Co robi mistrz Yoda, kiedy my pracujemy? - burknęła Scout.
-  Nie  mam  pojęcia!  Mówił  coś  o  zapasach.  Słyszałaś  może  o  wodzie?  -  Scout  rozejrzała  się.  -  Dla  nas  i  jako

chłodziwo. Dziesięć skrzynek po pięćset litrów. Załadujemy je chyba na własne grzbiety! - burknął Whie. - Pięćset!

-  Mistrz  Yoda  twierdzi,  że  wynajęcie  wózka  do  palet  na  jedną  robotę  to  strata  pieniędzy  -  wyjaśnił  Whie.

Wymienili spojrzenia.

Kolejna  tłusta  kropla  smaru  oderwała  się  i  poszybowała  w  powietrzu.  W  tej  zamknięty  był  martwy  robal  -

świdrak metalowy z pierzastymi antenkami i szczękami poplamionymi rdzą.

- Podaj mi lutownicę! - Whie pracował o jakieś pięć metrów od niej. Scout rzuciła mu kolbę, która przez niską

grawitację łagodnie przeleciała wprost do jego dłoni. Pchnęła jeszcze w jego stronę zwitek spoiwa do kompletu. -
Dzięki.

Whie  podniósł  wzrok.  Zdjął  płytę,  odsłaniając  przewody  i  rurki  zwinięte  jak  wielobarwne  wnętrzności.  Nic

dziwnego, że mówi się o „bebechach" statku, pomyślał. Właśnie pracował nad obudową pompy próżniowej; korpus
był  pęknięty,  więc  uszczelnienie  cały  czas  zawodziło.  Śmieszne,  kiedy  człowiek  pomyśli,  że  to  cieniutkie,
włosowate pęknięcie powoduje wszelkie możliwe problemy, ponieważ nic nie wypuszcza.

Próżnia na statku to jak honor Jedi. Nicość, której się nie widzi, dopóki nie zniknie.
-  Scout?  Zastanawiałaś  się  kiedy,  czy  nie  jesteś  przypadkiem  złym  człowiekiem?  -  Zastanawiać  się?  -

zachichotała. - Ależ ja wiem.

- Bądź poważna. Gdybyś odkryła, że nie jesteś dobrą osobą, byłoby ci przykro, prawda?
- Nigdy nie byłam dobrą osobą. - Scout użyła klucza sonicznego, żeby odkręcić nakrętkę, która przyrdzewiała do

śruby. - Starałam się tylko być w porządku. Dlaczego pytasz? - Bez powodu.

Scout  czekała,  nie  patrząc  na  Whie.  Zgodnie  z  kalendarzem  była  starsza  od  niego  o  rok,  ale  on  był  tak

doskonały, tak mądry, że zwykle zapominała o różnicy wieku. Dzisiaj mówił jak ktoś bardzo młody, a ona poczuła
się nagle o wiele starsza od niego. Przypomniała sobie, co kiedyś mówił Yoda na temat wieku: „Wiek czymś więcej
niż liczbą uderzeń serca jest. Wiek to liczba błędów, jakie popełnić zdążyłeś". Gdyby miała policzyć błędy, byłaby
co najmniej dziesięć lat starsza od Whie.

-  Kiedyś  myślałem,  że  jestem  dobrym  człowiekiem  -  powiedział  cicho  Whie.  -  A  potem  zdarzyły  się  różne

rzeczy. Miałem sen. A w tym śnie miałem złe myśli. - Hej, chłopcze, nie możesz się gnębić tylko dlatego, że coś
sobie myślałeś podczas snu.

-  Nie  rozumiesz.  To  nie  był  sen.  Ani  nawet  moja  podświadomość,  która  przeze  mnie  przemawiała.  To  się

naprawdę zdarzyło. To się zdarzy - poprawił się. Ból w jego głosie był teraz bardzo wyraźny i Scout zrozumiała, że
to  dla  niego  ogromnie  ważne.  Whie  przycisnął  spoiwo  do  obudowy  komory  próżniowej  i  przeciągnął  po  nim

background image

lutownicą. Dziwne te metalowe pręty, takie się wydają twarde i proste, a tak łatwo je zmiękczyć. Nietrwałe.

- Potem był inny sen. Ten o umieraniu. Nigdy wcześniej mi się to nie śniło. Scout czekała.
- Wszystko wydawało się zamglone. Nie jestem pewien, gdzie byłem i co robiłem; widziałem rozbłyski mieczy

świetlnych.  Walczyłem  z  kimś  we  własnej  głowie.  Próbowałem  się  bronić,  ale  tamten  był  dla  mnie  za  silny.  Za
szybki. A potem miałem światło w oczach. Jak słońce. - Lutownica iskrzyła i jarzyła się w mrocznym zagłębieniu
powłoki frachtowca. - I już nic nie było.

- Nawet jeśli to był miecz świetlny, to nie znaczy, że władał nim Jedi.
-  Och,  ale  ja  wiedziałem.  Sen  był  taki  krótki.  Nie  widziałem  dobrze,  kto  to  taki.  Ale  kiedy  wpadłem  w  to

wszystko,  nawet  nie  byłem  przestraszony.  Raczej  zaskoczony.  Myślałem:  Więc  tak  mam  umrzeć?  Czy  to  nie
dziwne? Mimo że miałem ten sen, moja śmierć i tak okaże się zaskoczeniem, kiedy już nastąpi. Chyba zawsze tak
jest - dodał po chwili.

Scout wstrzyknęła do opornej nakrętki kolejny strumyk odrdzewiacza.
-  Może  źle  to  zinterpretowałeś.  Może  wcale  nie  umrzesz.  We  śnie  nie  umarłeś,  prawda?  Nie  wiesz  tego  na

pewno.  Może  to  był  jakiś  test  albo  ćwiczenie.  Jeśli  sądzisz,  że  to  był  Jedi,  to  by  była  bardzo  prawdopodobna
odpowiedź.  Jakieś  ćwiczenia  albo  turniej,  taki  jak  mieliśmy  przed  wyjazdem  -  zapewniała  go  gorączkowo.  -  Na
pewno tak jest.

- Może - odparł Whie. Wiedziała, że jej nie wierzy. - Potrzebujesz jeszcze lutownicy?
-  Nie,  w  porządku.  -  Scout  zdołała  wreszcie  odkręcić  oporną  nakrętkę.  -  A  ten  sen,  w  którym  ja  byłam?  Czy

umarłam? - Nie w tej części, którą widziałem.

Nie była to tak pocieszająca odpowiedź, jakiej oczekiwała Scout.
- Scout, myślę, że przejdę na Ciemną Stronę - wyznał Whie. - Tylko wtedy miałoby to sens. Dlatego pamiętam,

co myślałem w pierwszym śnie. Dlatego Jedi mnie pokona.

- To idiotyczne - odparła Scout, naprawdę wstrząśnięta. - Jesteś ostatnią osobą na świecie, którą bym posądziła o

przejście na Ciemną Stronę. Jesteś lepszy niż ktokolwiek z nas. Wszyscy to wiedzą. Zawsze byłeś lepszy. Kiedyś
nienawidziłam tego w tobie. Nie, to niemożliwe - dodała z przekonaniem.

- Zawsze myślałem o sobie jako o dobrym człowieku - powiedział cicho Whie. - Byłem z tego dumny. Ale teraz,

patrząc wstecz, chyba tylko udawałem, że jestem dobry. Wiesz? Grałem. To wcale nie było naturalne. Po prostu...
udawałem, że jestem Jedi.

Po raz pierwszy Scout odłożyła narzędzia i przysiadła pod podwoziem statku. Położyła mu dłoń na ramieniu.
- Whie, słuchaj. Nieraz udawanie to wszystko, co nam zostaje.
Godzinę później Fidelis ładował zapasy do pojemników niewielkiego magazynku frachtowca. Yoda polecił mu

nakupić  żywności  jak  na  przyjęcie,  więc  robot  starał  się  jak  mógł.  Zaprogramowany  na  spełnianie  kaprysów,  byt
przerażony myślą, że będzie musiał gotować dla gości, których upodobań nie zna. Cóż, upomniał się filozoficznie,
całe  życie  to  jedna  wielka  improwizacja,  a  poza  tym  jedyną  kuchnią,  jaką  znał  Whie,  to  kafeteria  Świątyni  Jedi.
Gdyby Fidelis nie dał rady wyjść poza ten standard, to już lepiej, aby z resztą złomu pozostał na składowisku stacji
Jovan. Wprawdzie jego kontakt z Whie był do tej pory raczej powierzchowny, lecz gotował klanowi Malreaux przez
dwanaście pokoleń, a oprócz tego miał do dyspozycji kompletny skan genetyczny chłopca. Zaspokajanie apetytów
kulinarnych wciąż jeszcze pozostawało bardziej sztuką aniżeli dziedziną nauki, ale wyposażony w takie informacje
mógł liczyć na to, że zdoła przynajmniej w przybliżeniu odgadnąć jego upodobania.

Układając składniki, usłyszał dochodzący z przedniej kabiny głos Yody, który burczał i marudził, przeglądając

manifest  i  instrukcję  statku.  Z  rufy,  gdzie  panicz  Whie  i  dziewczyna  układali  skrzynie  z  wodą,  dochodziły
poskrzypywania, łomoty i okrzyki. Fidelis wytknął głowę przez właz do kabiny.

-  Proszę  wybaczyć,  mistrzu  Yoda,  ale  chciałbym  opóźnić  nieco  gotowanie  i  pomóc  przy  ładowaniu  wody.

Wrócę za kilka chwil. - Nie - burknął stary Jedi.

- Słucham? - Nie możesz. Pracą padawanów ładowanie statku jest.
-  Jednak,  jako  znacznie  silniejsza  osoba,  z  pewnością  byłbym  skuteczniejszy  przy  podnoszeniu  ciężkich

ładunków, zwłaszcza że wyeliminowałoby to naciągnięcie mięśni i obrażenia młodych ludzi. - Użyć Mocy muszą.
Praktyka dobra to jest.

- Ale żadne z nich nie spało dłużej niż jeden dzień.
Yoda  nie  raczył  nawet  podnieść  oczu  znad  instrukcji,  w  której  studiował  właśnie  dość  intrygujące  protokoły

wyjścia B-7 z nadprzestrzeni. Wyciągnął tylko rękę i uderzył Fidelisa laseczką po nodze.

- Co mówię, nie słuchasz, opiekaczu. Padawani pracować muszą. Jeśli pracować nie będą, myśleć zaczną. - Och

- przejął się Fidelis.

Yoda  odwrócił  głowę  i  popatrzył  na  niego  ponad  zgarbionym  ramieniem.  Ich  spojrzenia  -  istoty  rozumnej  i

maszyny - spotkały się na chwilę.

- Starzy jesteśmy i silni. Drzewa, co wiele mrozów przeżyły. Ale dla tych dwojga śmierć ich mistrzów pierwszą

background image

zimą jest. Pracować im pozwól. I jeść - dodał łagodnie. - I płakać. I może, ale tylko może, spać. Robot spojrzał na
niego uważnie.

- Jesteś mądry, mistrzu Yoda.
- Tak powiadają - burknął Yoda. - Ale skoro tu jesteś, więcej o domu hrabiego Dooku opowiedzieć mi musisz.
- To nie jego dom - odparł robot sztywno. - Sądzę, że hrabia zatrzymał się jako gość rodu Malreaux. Dokładna

natura sytuacji nie jest dla mnie jasna. Przebywałem na Coruscant zbyt wiele lat, moja zaś łączność z lady Malreaux
była w najlepszym razie sporadyczna. Yoda przyjrzał się robotowi.

-  Jai  Maruk  wspomniał  mi  o  damie,  którą  widział  w  domostwie.  Towarzyszył  jej  yjuński  lisek.  -  To  lady

Malreaux. Lisek to jej przyjaciel. - Przyjaciel? Fidelis wzruszył ramionami.

- Tak go nazywa służba. Nie będę wspominał tutaj o przesądach, choć z pewnością na Vjunie Moc jest bardzo

silna. Ród Malreaux zaś oczywiście zrodził najlepszych adeptów tej sztuki. - Silna jest... Ciemna Strona - mruknął
Yoda.

Fidelis wzruszył ramionami.
-  Próby  hrabiego  Malreaux,  aby  zastosować  modyfikacje  genetyczne  w  midichlorianach,  z  perspektywy  lat

wydają się może zbyt ambitne. A jednak trzeba podziwiać jego horyzonty i wizję!

-  Naprawdę  trzeba?  -  spytał  Yoda  oschle.  -  Stare  powiedzonko  jest  na  temat  zabawy  z  ogniem,  wytworny

przedmiocie wytwornego dżentelmena. A co do lady Malreaux... szaloną gosposią hrabiego Dooku jest.

Nawet Yodzie rzadko zdarzało się widzieć wstrząśniętego robota, lecz wyrazu metalowego oblicza Fidelisa nie

dało  się  określić  inaczej.  Szok,  zgroza  oraz  coś,  co  u  istoty  rozumnej  można  by  określić  mianem  gniewu.  -  To
niemożliwe.

- Myje podłogi, Jai mówił... czyści odświeżalnie - odparł Yoda. - Czy „gosposia" to niedobre słowo? „Służąca"

lepiej zabrzmi? „Sprzątaczka"? - dociekał niewinnie. - „Niewolnica"?

- „Lady" to odpowiednie określenie - ostro odparł Fidelis. - Albo „pani".
-  Spotkać  się  z  Dooku  chciałbym  -  ciągnął  Yoda  radośnie.  -  Przekonać  do  powrotu  na  Coruscant  go  muszę.

Łatwo  nie  będzie.  Strażników  on  ma.  Zwolenników,  żołnierzy  może  także.  Znasz  jakieś  dyskretne  wejście  do
Château Malreaux? - W istocie - odparł Fidelis.

W  trzy  godziny  później  „Nocny  Sokół"  opuszczał  majestatycznie  dok  stacji  Jovan,  rozpoczynając  długą,

mozolną trasą, konieczną, aby rozgrzać napędy przed skokiem w nadprzestrzeń. Jego eklektyczna załoga zebrała się
w miejscu, które instrukcja obsługi B-7 określała jako „mesę" - był to mały pokoik w przewężeniu statku między
kabiną a ładownią, szeroki na tyle, aby pomieścił mały stół do gier holograficznych albo wyświetlania holowidów,
które musiały być zakodowane w jednym z dwóch formatów Szlaku Hydiańskiego, niemających nic wspólnego ze
standardem filmów Republiki używanym na Coruscant.

Innymi szczegółami wyposażenia mesy były dwie niepełne talie kart, cztery używane i zapewne kradzione stołki

barowe z wgłębieniem pośrodku, modne jakieś dwadzieścia lat standardowych temu, gdzie siedzący miał wrażenie,
że usiadł na rurze, oraz składana prasowalnica do ubrań. Mistrz Yoda siedział właśnie na niej, wymachując nogami.
Był  zbyt  drobny,  aby  usiąść  na  stołku,  nie  klinując  się  w  zagłębieniu.  Z  korytarza  rozległ  się  zaskakująco  miły
dźwięk. - Kolacja podana - wołał Fidelis.

Whie przełączył projektory na stole na obraz z zewnętrznych czujników, dzięki czemu pośrodku mesy panowała

teraz  czerń  przestrzeni  migocząca  maleńkimi  punkcikami  słońc,  z  bieżącą  lokalizacją  frachtowca  w  postaci
świecącej  kropki  pośrodku.  Chłopiec  miał  bladą  i  zmęczoną  twarz,  oczy  podkrążone  głębokimi  cieniami.  -  Nie
jestem głodny - oznajmił.

- Ale ja zrobiłem crępes Malreaux - zawołał Fidelis, wnosząc do mesy dwie łagodnie parujące tace z jedzeniem.

- Ten przepis stworzyłem specjalnie dla dziewiątego hrabiego. Moi wytworni właściciele byli tak dobrzy, że przez
ostatnich osiem pokoleń bardzo je sobie chwalili. - Pachną wspaniale - zgodziła się Scout.

-  Nie  miałem  niestety  buraków  kwasowych,  aby  przyrządzić  z  nich  zwyczajową  przystawkę,  zresztą  Vjun  już

ich chyba nie eksportuje. Jednak udało mi się kupić sznurek suszonych stynek i doskonały ser, więc przystawka jest
mimo  wszystko.  Jeszcze  kilka  reythańskich  krakersów  i  sos  musztardowy  tapenade  według  starego  ortolańskiego
przepisu. Mam nadzieję, że będzie smakowało.

Fidelis postawił tace na stole projektora. Stynki na przypieczonym serze parowały wśród gwiazd.
-  Przewidziałem,  że  tak  będzie,  i  przygotowałem  serwetki  -  rzekł  Fidelis  i  rozłożył  je  na  stole.  -  Wszystko  to

można jeść palcami, bo w magazynku jest mało miejsca i nie chciałem zapychać go talerzami i sztućcami.

- Jest pyszne - zauważyła Scout z ustami pełnymi krakersów i tapenade. - Nieba, nie wiedziałam, że jestem aż

tak głodna.

-  Dla  pana,  mistrzu  Yoda,  trochę  dennej  papki...  -  Fidelis  podsunął  miskę  lepkiej,  czarnej  zupy,  po  której

pływały niewiadomego pochodzenia blade kluchy o barwie pleśni. Zupa smakowicie pachniała spalonym smarem. -
Przestrzegałem przepisu - dodał szybko Fidelis.

background image

Yoda  pochylił  się  nad  miską  i  pociągnął  nosem,  wywracając  oczami  z  rozkoszy.  -  Doskonała,  doskonała  -

zawołał. Scout rozkoszowała się stynkami na opiekanym serze.

- Rany...
Mistrz Yoda uniósł miskę.
- Opiekacza poprosiłem, aby ucztę przygotował - rzekł, łaskawie kiwając głową w kierunku Fidelisa. - Abyśmy

do posiłku wspólnie zasiedli i mistrzów Leem i Jaia Maruka wspomnieli.

Fidelis podał padawanom dzban wonnego, purpurowego napitku, który pachniał jak woskownica, deszczówka i

jeszcze coś słodkiego. Scout spełniła toast. Napój łaskotał w język.

- To tak? - odezwał się Whie gniewnie. - Tego chcecie? Maks i Jai Maruk nie żyją. A wy potraficie myśleć tylko

o tym, jak sobie napełnić brzuchy!

Scout podniosła wzrok z pewnym poczuciem winy, zlizując okruszki z warg.
- A może lepiej znajdziemy Ventress? - krzyknął Whie. - Może sprawimy, żeby nam za to zapłaciła? Czy Jedi

szukają sprawiedliwości, czy deseru?

- Profitrolki Ukio - wtrącił Fidelis spokojnie. - Z karmelowym nadzieniem.
Yoda smakował kolejną łyżkę zupy.
-  Życie  należy  czcić,  żyjąc,  padawanie.  Hołdem  dla  Ciemnej  Strony  zabijanie  jest.  -  No  cóż,  to  znaczy,  że

Ciemna Strona odebrała ostatnio wiele hołdów - zauważył Whie z goryczą.

- Mały, od wielu godzin nie zmrużyłeś oka - zauważyła Scout.
- Nie nazywaj mnie tak - odparł Whie groźnie. - Nie jestem twoim młodszym bratem. To ja się tobą opiekują, a

nie na odwrót, Tallisibeth. Jai Maruk miał co do ciebie rację. Gdybym nie musiał pilnować twojego tyłka w porcie
kosmicznym, może zdążyłbym zejść na dół na czas i uchronić go od śmierci.

-  Ty  się  mną  opiekujesz?  A  kto  został  przyszpilony  do  poręczy  przez  własnego  lokaja,  kiedy  próbowałam

zeskoczyć?  A  kto  się  dyskretnie  ulotnił,  żeby  słuchać  rodzinnych  opowieści?  Też  ja?  -  syknęła,  blada  ze  złości.
Yoda z żalem odstawił miskę. - Słyszycie, jak pracuje? - Co słyszymy? - warknął Whie.

-  Ciemną  Stronę.  Zawsze  do  nas  przemawia  z  cierpienia.  Ze  smutku.  Nasz  ból  z  powszechnym  bólem  łączy.

Nasze cierpienie z powszechnym cierpieniem. - Może to za dużo powiedziane. - Whie wpatrywał się w gwiezdną
przestrzeń ponad stołem. - Tobie może łatwiej. Co cię to obchodzi?

-  Nie  jesteś  z  nikim  związany,  prawda?  Pewnie  nigdy  nie  umrzesz.  Kim  była  dla  ciebie  Maks  Leem?  Jeszcze

jedną uczennicą. Po tylu stuleciach kto może cię winić, że ledwie ich wszystkich pamiętasz? Dla mnie była czymś
więcej. - Podniósł wzrok wyzywająco. Na jego policzkach lśniły ślady łez, ale w oczach miał gniew. - Była istotą
najbardziej przypominającą matkę, jaką miałem w życiu, odkąd zabraliście mnie rodzinie. Wybrała mnie na swojego
padawana, a ja ją zawiodłem. Pozwoliłem jej umrzeć, a teraz mam tu siedzieć, napychać się i udawać, że się nic nie
stało! - Jęknął z bólu i jednym ruchem zmiótł ze stołu talerz z naleśnikami. Obiad poleciał na podłogę. Oczy Yody,
do  połowy  przykryte  ciężkimi  powiekami,  zabłysły  nagle.  Poruszył  palcem.  Potrawy,  talerze,  napoje,  wszystko
zawisło  w  powietrzu.  Talerz  osiadł  na  stole,  naleśniki  opadły  na  niego.  Przewrócony  kubek  Whie  sam  odzyskał
równowagę, a gęsty czerwony płyn wrócił do naczynia. Wszystko z powrotem znalazło się na stole. Jeszcze jeden
ruch palców Yody, nie więcej niż drgnienie, i głowa Whie obróciła się raptownie, jakby pociągnięta za niewidzialny
sznurek,  aż  spojrzał  w  oczy  starego  Jedi.  Były  zielone,  zielone  jak  woda  z  bagien.  Nigdy  wcześniej  chłopiec  nie
zdawał sobie sprawy, że mogą być aż tak przerażające. Można się było w nich utopić. Mogły wciągnąć.

- Cierpienia uczyć mnie będziesz? Że lepiej je znasz, sądzisz? - rzekł Yoda cicho. - Myślisz, że starego mistrza

nic  nie  obchodzi,  co?  Kim  jestem,  zapomniałeś?  Stary  jestem,  tak.  Hm.  Kochałem  więcej  od  ciebie,  padawanie.
Straciłem  więcej.  Więcej  nienawidziłem.  Więcej  zabiłem.  -  Zielone  oczy  pod  grubymi  powiekami  wyglądały  jak
lśniące szparki. Smocze oczy, wiekowe i straszliwe. - Za darmo mądrość przychodzi, myślisz? Ciemna Strona, tak...
dla  nich  jest  łatwiejsza.  Ból  zbyt  silny  się  staje,  a  oni  mrok  pochłaniają,  żeby  przed  nim  uciec.  Nie  Yoda.  Yoda
kocha i cierpi za to... kocha i cierpi.

Zapadła taka cisza, że można było usłyszeć piórko rzucone na podłogę.
- Cena mądrości Yody wysoka jest, bardzo wysoka. Koszt jest wieczny. A ty mnie o bólu uczyć będziesz, tak?
- Ja... - Usta Whie zadrżały. - Przepraszam, mistrzu. Byłem wściekły. Ale co się stanie, jeśli oni mają rację? -

wykrzyknął  z  rozpaczą.  -  Jeśli  galaktyka  naprawdę  jest  mroczna?  Jeśli,  tak  jak  mówi  Ventress,  rodzimy  się,
cierpimy i umieramy, i to wszystko? A jeśli nie ma żadnego planu, jeśli nie ma czegoś takiego jak dobroć? Co, jeśli
cierpimy na ślepo, usiłując znaleźć powód cierpienia, ale tylko się oszukujemy, rozglądając się za nadzieją, która nie
istnieje? A jeśli nie ma nic więcej, tylko gwiazdy i ciemna przestrzeń pomiędzy nimi, a galaktyki nic nie obchodzi,
czy umrzemy, czy będziemy żyli? - To prawda - odparł Yoda. Padawani spojrzeli na niego wstrząśnięci.

Krótkie nogi mistrza bujały się w tył i w przód, w tył i w przód.
-  Może  prawda  -  dodał  po  chwili  i  westchnął.  -  Przez  wiele  dni  większą  nadzieję  czuję.  Kiedy  indziej  nie.  -

Wzruszył ramionami. -A co to za różnica?

background image

- Ventress miała rację! - wyszeptał Whie tak zszokowany, że zapomniał o gniewie.
-  Nie.  Myli  się!  Tak  się  myli,  jak  tylko  można!  -  warknął  Yoda.  -  Żal  w  galaktyce  jest?  O,  tak.  Oceany  całe.

Światy. I ciemność? - Yoda wskazał palcem na projekcję przestrzeni kosmicznej nad stołem. - Widzicie ciemność.
Ciemność  wszędzie  i  kilka  gwiazd.  Kilka  punktów  świetlnych.  Jeśli  nie  ma  planu,  nie  ma  losu,  nie  ma
przeznaczenia, nie ma opatrzności, nie ma Mocy, to co pozostaje? - Spojrzał na każdego z nich po kolei. - Nic, tylko
nasze wybory, prawda? - Asajj pożera mrok, a mrok pożera ją - dodał po chwili. - Zrób tak samo, Whie, jeśli chcesz.
Zrób  tak  samo,  jeśli  chcesz.  -  Stary  Jedi  spojrzał  na  gwiezdną  mapę,  na  tańczące  słońca  i  mgławice,  maleńkie
punkciki światła migoczące w ciemności. - Być Jedi to prawdzie w oczy spojrzeć i wybrać. Zapomnij o świetle i o
ciemności, padawanie. - Krzaczaste brwi uniosły się wysoko nad oczami koloru bagien, Yoda dźgnął Whie końcem
laseczki. Dziab, dziab. - Bądź światłem lub nocą, padawanie, ale wybierz!

Whie plakat długo, bardzo długo, a przynajmniej tak mu się zdawało. Scout jadła. Fidelis podawał. Mistrz Yoda

opowiadał im o Maks Leem i Jaiu Maruku: historie z ich najciekawszych wypraw, oczywiście, lecz również wesołe
anegdoty z czasów, kiedy byli tylko dziećmi w Świątyni. Wypili razem wiele toastów. Potem Scout płakała. Whie
jadł. Fidelis podawał.

Yoda opowiadał historie i jadł, i płakał, i śmiał się, a padawani ujrzeli nagle, że w jego dłoniach samo życie jest

mieczem świetlnym; nawet w obliczu zdrady i śmierci, kiedy już wszelkie nadzieje przepadły, płonął jak świeca w
ciemności. Jak gwiazda błyszcząca w mrocznej otchłani kosmosu.

 

background image

R O Z D Z I A Ł 10

 
 

Château  Malreaux  stał  na  wysokim  wzgórzu  w  północnej  części  Zatoki  Łez,  głębokiej  przystani,  strzeżonej

przez  nagłe  szkwały.  Płacząca  Rzeka,  która  wpadała  do  zatoki,  wyżłobiła  w  nadbrzeżnych  klifach  fantastyczny
labirynt  jaskiń.  Cechy  te  -  przystań  przyjazna  dla  wszystkich,  którzy  znali  jej  tajemnice,  oraz  śmiercionośna  dla
tych,  którzy  ich  nie  znali,  oraz  długie  amfilady  jaskiń,  które  drążyły  całe  nabrzeże  -  uczyniły  Zatokę  Łez
znakomitym  portem  dla  przemytników.  Pierwszy  hrabia  Malreaux  był  piratem,  wydzierającym  bogactwa  z
otaczających go ziem i tylko z rzadka dotrzymującym obietnicy, że jako szlachcic nie będzie łupił przepływających
statków.  Widok  ze  wzgórza  charakteryzował  się  pewną  posępną  wzniosłością:  wysunięty,  chłostany  wiatrem
przylądek,  nagi,  jeśli  nie  liczyć  wszechobecnej  powłoki  yjuńskiego  mchu,  lśnił  jadowitą  zielenią  pomiędzy
ołowianym niebem a cynowym morzem. Wiatr wiał mocno, pchając przed sobą długie fale, póki się nie rozbiły o
klify. Miotane nim cienkie strugi deszczu chłostały powietrze, mieszając się z rozbryzgującą się pianą. Kilka mew,
czarnych ze srebrnymi znakami, krążyło, skrzecząc wokół niewielkiej jamy.

System jaskiń i tuneli prowadzący z plaży miał wszędzie wyjścia, także w piwnicach Château Malreaux. Jeden z

tych podziemnych pasaży otworzył się właśnie w zboczu wysokiego, porośniętego cierniodrzewami wzgórza, mniej
więcej  pół  kilometra  w  głąb  lądu.  Z  osłony  tego  korytarza  ciekawskie  oczy  obserwowały  schodzenie  starego
frachtowca  B-7  oraz  dwóch  podobnych  do  os  myśliwców  Gildii  Kupieckiej.  Pojazdy  wyraźnie  szykowały  się  do
lądowania  w  strefie  opuszczonego  lądowiska  w  ruinach  Gorzkiego  Przylądka,  miasta  po  drugiej  stronie  zatoki.
Gorzki  Przylądek  przed  wybuchem  zarazy  liczył  sobie  około  sześćdziesięciu  tysięcy  dusz,  zanim  szaleństwo  i
śmierć dziesięć lat temu zmieniły go w miasto-widmo.

Frachtowiec podskoczył nagle, jakby miał kłopoty z silnikami manewrowymi. Szybko ześliznął się w bok, dość

przekonująco zakręcił w miejscu i zniknął pomiędzy dwoma kamienistymi wzgórzami. Obserwator pomyślał, że to
bardzo  ładna  sztuczka.  Myśliwce  Gildii  Kupieckiej  podskoczyły  i  wykręciły,  żeby  ostatecznie  wylądować  w
Gorzkim Przylądku.

Sto  dwadzieścia  sekund  później  od  strony  miasta  nadleciał  z  wizgiem  pierwszy  ścigacz,  kierując  się  na  drugą

stronę zatoki. Tu droga się kończyła, przechodząc w słynny punkt widokowy.

Ze swojego ukrytego punktu obserwacyjnego Solis dostroił teleskopowy wizjer snajperski T/Z z implantowaną

siatką,  aby  zidentyfikować  żołnierzy  wysypujących  się  ze  ścigaczy  i  kierujących  na  nierówny  teren.  Dziesięciu,
dwunastu...  piętnastu  ludzi,  plus  dziesięć  elitarnych  robotów-morderców,  podobnych  do  tych,  jakie  Ventress
sprowadziła  do  portu  kosmicznego  Phindar,  oraz  dwa  plutony  robotów-piechurów,  żeby  pomagały  przy
przeszukiwaniu  krzaków.  Wkrótce  miały  się  zapewne  pojawić  kolejne,  bardziej  wyspecjalizowane  oddziały  -
„komitet powitalny", jaki Dooku wysłał na spotkanie Yody.

O trzy minuty intensywnej wspinaczki od miejsca, gdzie wylądował B-7, znajdował się wlot do jaskini. Grupa

Yody powinna zdążyć bez problemu, pomyślał Solis. W jaskini z całą pewnością jeszcze zwiększą przewagę, o ile
łowcy nie przywloką ze sobą jakichś naprawdę wymyślnych czujników.

W  sumie  nic  nieoczekiwanego  -  całkiem  rozsądne  otwarcie  gry  z  obu  stron,  mocno  zainteresowanych

spotkaniem, lecz pragnących zachować pod kontrolą jego miejsce i czas.

Solis skinął głową. Najwyższy czas ruszyć w kierunku jaskiń.
- Spóźniłaś się - spokojnie zauważył Dooku, kiedy zgrzana i zdyszana Whirry wbiegła do gabinetu.
- Jest mi niezmiernie przykro, panie, ale szukałam Panny Vix... o, tu jesteś, moje kochanie! - zawołała Whirry,

gdyż  hrabia  trzymał  liska  na  rękach.  Jedną  wielką  dłonią  podtrzymywał  brzuszek  zwierzątka,  drugą  gładził
rudobrązową sierść. Lisek wyrywał się i piszczał w jego objęciach. Dyszał ciężko, a z ogromnych wytrzeszczonych
ślepiów wyzierał lęk.

Palce Dooku przesunęły się za uszkami stworzenia, po czym duża dłoń spoczęła na jego delikatnych jak gałązki

łopatkach.

- Powiedziałem ci, że będę miał gości: jednego, którego zaprosiłem, i kilkoro, których tu widzieć nie chciałem. -

Dooku  dalej  gładził  przerażonego  liska.  -  Przejrzałem  uważnie  pewne  zapisy.  Kiedy  twój  mąż  oszalał,  oddałaś
dziecko  Jedi.  -  Dziecię  -  wyszeptała  Whirry.  -  Ukradli  mi  go,  brutale.  Zabrali  go,  kiedy  byłam  nie  tego...  Krew
miałam  na  całej  sukni...  -  nieobecnym  wzrokiem  spojrzała  na  swoją  balową  kreację,  na  plamy  na  obrąbku,  nieco
ciemniejsze niż zwykły brud. - Ukradli mi go.

-  Był  tu  wtedy  robot  -  rzekł  Dooku.  -  Kamerdyner  Tac-Spec,  który  służył  rodowi  Malreaux  przez  dwanaście

pokoleń,  a  potem  zniknął  w  tajemniczych  okolicznościach.  To  dziwne,  ale  Asajj  Ventress  widziała  takiego  robota
kilka dni temu, jak podróżował z padawanem Jedi. Głaśnięcie, głaśnięcie. Lisek drżał i skamlał.

- Czyżbyś chciała tutaj kogoś sprowadzić, nie mówiąc mi o tym, Whirry? To by mnie... rozczarowało.

background image

- To raczej miała być niespodzianka - wyszeptała kobieta.
- Nie lubię niespodzianek.
- Och. No trudno. - Z trudem przełknęła ślinę. - Przyjmuję, że możesz się skomunikować z robotem?
- Tak.
Hrabia spojrzał na nią uważniej.
- Tak, panie - poprawiła się szybko.
Dooku  delikatnie  przesunął  dłonią  po  grzbiecie  Panny  Vix.  Lisek  szarpnął  się  i  zaskowytał.  Dooku  podniósł

dłoń. Jego palce pełne były futra.

-  Hm  -  mruknął.  Strzepnął  futro  z  palców  i  wrócił  do  głaskania.  Kolejny  skowyt  i  kolejna  garść  futra.  Urwał,

jakby tknięty nagłą myślą. Odwrócił liska tak, żeby mogła zobaczyć dziury w sierści.

- Popatrz, Whirry... możesz odczytać swoją przyszłość?
Gospodyni spoglądała z drżeniem warg to na swojego pana, to na liska.
- Co mam zrobić, panie?
- Co się dzieje z tym twoim wytwornym gadżetem? - zapytała Scout Whie. Przedzierali się przez jaskinie już od

jakiegoś  czasu,  idąc  śladem  blasku  miecza  świetlnego  Yody,  kiedy  robot  zatrzymał  się  nagle,  jakby
oprogramowanie mu się zawiesiło.

- Fidelis? - rozległ się głos Whie, ostry i rozkazujący. Echo poniosło się po korytarzach.
Rozległ się cichy warkot i brzęk. Fidelis wydawał się budzić ze snu. Potrząsnął głową. - Tak, paniczu Whie? -

Jakiś problem?

- Nie, panie, wcale. Po prostu... eee... przeglądałem moje wewnętrzne mapy.
- Chodźcie - rzekł Yoda. - Duża jaskinia tam jest. Odpocząć możemy.
- Nie potrzebuję odpoczynku - odparł Whie. Jego kroki, zawsze pełne wdzięku, teraz tryskały energią, a głos był

pełen podniecenia. - Muszę dotrzeć do domu. Scout mogła tylko ostrożnie wybierać drogę pośród ponurych jaskiń.
Oczy piekły ją od wysiłku, z jakim usiłowała przebić mrok. Już dwa razy od początku drogi podrapała sobie golenie.
Whie z kolei poruszał się jak przy świetle dziennym. Oczy lśniły mu jasnym, prawie opętanym blaskiem. - Moc jest
tu silna - rzekł i zaśmiał się z radości.

Miał rację. Nawet Scout ją czuła, ten nerwowy dreszcz, który przenikał ją do głębi, jakby cały świat pełen był

magnesów, a ona czuła ich przyciąganie poprzez żelazo we krwi. Whie czuł się z tym wspaniale, Scout uważała, że
to upiorne. W Mocy tutaj było coś dziwnego, jakieś ostre wrażenie nierównowagi, tak różne od łagodnego światła
Świątyni Jedi jak mokry, kwaśny wiatr Vjuna od powietrza w domu. Whie pobiegł naprzód. Fidelis podążał za nim.
Scout szła wolniej. Mistrz Yoda ujął ją za ramię.

- Spokojnie teraz - szepnął. - Słuchaj, padawanie. Zostawić tutaj was muszę.
- Zostawić nas? - syknęła.
-  Czy  Fidelisowi  ufać  można,  nie  wiem.  Chronić  twojego  towarzysza  padawana  będzie,  pewien  jestem.  Lecz

sprawy Jedi to całkiem co innego.

Prawda, niestety, pomyślała Scout, przypominając sobie zdradę Solisa.
Yoda pociągnął nosem.
- Droga na powierzchnię w pobliżu jest. Nią wyjdę. Ty i reszta w jaskiniach macie zostać. Jeśli wszystko pójdzie

dobrze,  przyjdę  do  was.  Jeśli  za  dwanaście  godzin  na  spotkanie  się  nie  stawię,  wracajcie  na  statek  i  prześlijcie
wiadomość do Świątyni Jedi, że Yoda nie wróci. - Ale...! Dłoń ścisnęła ją za ramię.

- Twojego towarzysza padawana pilnować musisz! Vjun woła do Ciemnej Strony w nim!
- Zaczekajcie! - dobiegł ich gdzieś z przodu głos Whie. - Szkielety!
- To co ja mam z nim zrobić? - szepnęła Scout, lecz Yody już nie było.
Klnąc pod nosem, Scout wspięła się na naturalne stopnie z wapienia. Jedynym źródłem światła był majaczący w

oddali  miecz  świetlny  Whie.  Podłoga  pokryta  była  szarym  pyłem,  delikatnym  jak  popiół.  Nic  tu  nie  rosło,  choć
czasem  Scout  widziała  małe  kosteczki  -  szczątki  zwierząt,  które  spadły  w  dół  do  jaskini  przez  otwór  w  ziemi  lub
zostały tu zniesione przez falę przypływu. Gdzieś w oddali woda ściekała do podziemnego jeziorka: kap, kap, kap.
A każda kropla budziła echa, które zaraz cichły i umierały.

Scout przyszło do głowy, że każda kropla jest jak życie; wzbiera do istnienia pod niewidzialnym dachem jaskini,

po czym następuje krótki lot kończący się rozbiciem w zimnej wodzie - i tylko echa, jak wspomnienie, które po nich
pozostało, słabe, zamierające, wygasłe.

-  Jak  ci  się  zdaje,  co  się  stało,  Scout?  -  Usłyszała  dziwny,  wesoły  głos  Whie.  -  Lepiej  pójdę  sprawdzić!  -

odpowiedział  sam  sobie  wysokim,  skrzekliwym  tonem.  Rozległ  się  grzechot,  coś  jakby  stare  gałązki  uderzające
jedne  o  drugie.  Scout  wspięła  się  na  krawędź  otworu  wiodącego  do  kolejnej  jaskini  i  wtedy  spojrzała  na  nią
roześmiana, biała ludzka czaszka. Kościste ramię wyciągnęło się ku niej i zamachało kościstą dłonią. Whie używał
Mocy, aby utrzymać w powietrzu delikatne kości. - Wyglądasz, jakby miała ci się przydać pomocna dłoń - rzekł tym

background image

samym  skrzekliwym  głosem  i  unoszące  się  w  powietrzu  palce  oplotły  jej  nadgarstek.  Scout  wrzasnęła  i  uderzyła
ramieniem  o  kamień.  Kości  trzasnęły  i  rozsypały  się.  Unoszący  się  szkielet  -  niewiele  większy  od  dziecka  -
wyciągnął dłoń, teraz już bez palców, i podniósł ją do pustego oczodołu.

-  Ooo,  teraz  mam  kikut  -  wyskrzeczał  tym  samym  głosikiem  małego  chłopca.  Drugi  szkielet,  wielkości

dorosłego człowieka, podpłynął w powietrzu do pierwszego.

-  Uważaj,  juniorze  -  odezwał  się  Whie  w  paskudnej  parodii  głosu  matki.  -  Ona  jest  odważna.  Serce  Scout

załomotało.

- Whie, przestań, proszę.
- Trochę się tylko chciałem zabawić - rzekł Whie, pojawiając się nagle. - Scout, to nieprawdopodobne. W tym

miejscu jest coś dziwnego. Nie czujesz tego? Nigdy do tej pory nie czułem Mocy tak silnie. Zwykle musiałbym się
skoncentrować tylko na tym, żeby utrzymać kości w powietrzu, a teraz... - zanucił, wymachując mieczem świetlnym
jak pałeczką dyrygenta. Dwa szkielety zaczęły tańczyć.

- Odłóż te kości - poprosiła Scout, usiłując zachować zimną krew.
- Dlaczego? Ich właściciele już ich nie potrzebują. - To brak szacunku - zaoponowała. - Nie widzę...
- Whie, błagam cię. Proszę - jęknęła.
Milczenie.
-  Dobrze.  -  Whie  odwrócił  się.  Kości  grzechocząc  spadły  na  podłogę.  -  To  rzeczywiście  chyba  niegrzecznie

straszyć małe dziewczynki.

Scout czekała, aż serce przestanie jej łomotać jak szalone.
- Whie? - Tak? - Wiesz, że nie zachowujesz się normalnie, prawda? Milczenie. - Wiem.
-  To  mnie  przeraża  -  odezwała  się  Scout.  -  Moc  jest  tu  bardzo  silna,  jeśli  nawet  ja  to  czuję.  Mogę  sobie

wyobrazić, co to musi znaczyć dla kogoś takiego jak ty. Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł, aby jej używać, jeśli
nie musimy koniecznie. To jak... oddychanie zbyt dużą ilością tlenu. Ciemna Strona tylko czeka, żeby rozgorzeć. -
Mam  dla  ciebie  nowinę,  Scout.  Ciemna  Strona  jest  tu  -  rzekł  Whie,  klepiąc  się  po  piersi.  -  Nosimy  ją  w  sobie
wszędzie, gdziekolwiek się udajemy. Wyłączył miecz.

Zapanowała natychmiast całkowita ciemność. Gdzieś w oddali zebrała się kropla wody, nabrzmiała i spadła w

ciemną otchłań jeziora. Kap-kap-ap-ap-p.

Cisza.
W ciemności nagle pojawiły się świetliste punkty jak gwiazdy migoczące pod sklepieniem jaskini. - Widziałem

już te światła - odezwał się Whie.

-  Świetliki  -  wyjaśnił  Fidelis.  -  Kiedyś,  kiedy  byłeś  małym  dzieckiem,  paniczu,  schodziliśmy  tutaj.  Ty,  twój

braciszek i ojciec, przed... chorobą. - Co się z nim stało?

Scout wyjęła miecz świetlny i ustawiła na najniższy poziom, żeby tylko dawał światło.
-  Lepsze  rodziny  na  Vjunie  zazwyczaj  miały  wysoki  poziom  midichlorianów  -  rzekł  Fideiis.  -  Była  to  oznaka

statusu. Vjun ustanowił intensywny handel z Republiką dopiero w ciągu kilku ostatnich pokoleń. Przedtem Jedi nie
mieli  szans...  proszę  mi  wybaczyć  szczerość...  terroryzować  mieszkańców,  zabierając  im  dzieci  o  szczególnych
zdolnościach,  jak  to  mają  w  zwyczaju.  W  dawnych  czasach  Vjun  miewał  pewne  kontakty  z  Sithami,  ale  ostatnie
postępy Republiki zaznaczyły pierwsze związki z kultem Jedi. Zainteresowanie zjawiskiem midichlorianów zawsze
oczywiście  było  bardzo  duże,  ale  przybycie  łowców  dzieci  Jedi  w  naturalny  sposób  skłoniło  najlepsze  rodziny  do
zastanowienia się, jak najlepiej wykorzystać i zwiększyć swoje zdolności, aby zabezpieczyć się przed zagrożeniem,
jakie  sobą  przedstawiali...  -  odchrząknął  lekko  -  ...przybysze.  Hrabia,  twój  ojciec,  należał  do  konsorcjum
zajmującego  się  genetycznym  podwyższaniem  naturalnego  poziomu  midichlorianów  wśród  populacji  Vjun.
Eksperyment, szczerze mówiąc, udał się nad podziw.

-  Chcesz  powiedzieć,  że  stworzyli  całą  planetą  ludzi  wrażliwych  na  Moc,  nie  szkoląc  ich,  żeby  umieli  się  nią

posługiwać? - zapytała ze zgrozą Scout.

-  No  tak,  właśnie  ten  zapach  czuję  w  powietrzu  -  mruknął  Whie.  -  Szaleństwo.  Wszyscy  oszaleli,  prawda?  W

tych skałach wciąż, jeszcze słychać krzyki. Scout poczuła, że zaschło jej w ustach. - Whie?

- Nie słyszysz tego? Nie mogę sprawić, żeby zamilkły - rzekł. - Znowu się ciebie boję.
- Nie bój się. To moje miejsce. Mój dom. Znają mnie tutaj. - Zamieszał stopą w stercie kości. - Zdaje się, że to

matka i dziecko. Uciekli tu, żeby się ukryć przed moim ojcem, prawda?

- No cóż, panie - wyjąkał Fidelis. - Nie potrafią powiedzieć.
Scout  podniosła  dłoń,  bo  z  oddali  dobiegł  ją  odgłos  kroków,  szelest  i  szczęk  metalu  uderzającego  o  metal.  A

potem,  jakby  dzięki  jakiejś  sztuczce  akustycznej,  rozległ  się  głos,  który  wprawdzie  dobiegał  przez  szczelinę  w
sklepieniu, ale zdawał się dochodzić z odległości kilku metrów.

- Rozstawić się w jaskiniach. Brać ich żywych lub martwych.
Scout drgnęła. - Roboty Dooku nas szukają.

background image

- Czas ruszać - zgodził się Whie. - Hej, a gdzie jest mistrz Yoda?
- Odszedł. Powiedział, że powinniśmy spotkać się na statku za dwanaście godzin. - Nie słyszałem tego - odparł

Whie podejrzliwie. - Czemu powiedział tobie, a nie mnie?

- Nie wiem - warknęła. - Może dlatego, że teraz zachowujesz się naprawdę dziwnie.
Whie miał już odpowiedzieć coś nieprzyjemnego, ale ugryzł się w język. Skinął głową, zaciskając usta.
- Dobra odpowiedź. Nie jest mi łatwo tu przebywać. Myśli mi uciekają i muszę je chwytać. Używałem Milczącej

Medytacji, której nauczył mnie mistrz Yoda, kiedy byliśmy jeszcze w piątkę. Pamiętasz ją?

- Tak... - Siedzisz z przymkniętymi oczami, z językiem zwiniętym tak, aby dotykał podniebienia. Moc płynie od

głowy, rozpływając się po kręgosłupie, po szpiku kości udowych, a potem przesącza się punktem nacisku na stopach
aż do wyładowania. „Dziecko pełne Mocy jak chmura niosąca błyskawice jest", mówił Yoda. „Niech wyładowanie
przepłynie  przez  ciebie  do  ziemi,  do  ziemi".  Wciąż  jeszcze  słyszała  jego  łagodny  głos:  „Odprężyć  się  musisz!".  I
chichoty dzieci wokół niej w sennym, zalanym słońcem pomieszczeniu. W jej wspomnienie wdarł się głos Whie.

-  To  się  przytrafiło  mistrzyni  Asajj  Ventress,  wiesz?  Znalazła  się  na  dziwnej,  przerażającej  planecie  i  Jedi

opuścili ją. Mistrz Yoda ją opuścił. - Sądzisz naprawdę, że to całość historii?

Whie wzruszył ramionami.
- Dziwny zbieg okoliczności. Tylko tyle. Fidelisie, zabierz nas jak najdalej od tych robotów, dobrze?
- Z pewnością, panie. Znam tu każdą szczelinę i zagłębienie. Możesz pójść za mną?
Padawani  ruszyli  za  robotem.  Scout  szła  jako  druga,  unosząc  miecz  świetlny  rozsiewający  bladoniebieskie

światło. Whie zamykał pochód. Grubość warstw kamienia ponad ich głowami nie wydawała się go wzruszać, lecz
Scout czuła niemal ten miażdżący ciężar, miliony ton metrycznych głazów przeżartych erozją i dziurami. Kilka serii
z  moździerza,  jeden  granat  i  wszystko  się  zawali,  grzebiąc  ich  żywcem.  Przestań,  powtarzała  sobie.  Jedi...  nawet
młody,  fanatyczny  Jedi...  nie  pozwala  sobie  na  panikę.  Przez  całe  życie  pracowałaś  po  to,  aby  podejmować  to
ryzyko,  Tallisibeth.  Zapracowałaś  sobie  na  ten  strach.  Co  by  pomyślał  Jai  Maruk?  Na  samą  myśl  o  nim  ciepły
smutek  ogarnął  jej  serce.  Przypomniała  sobie,  jak  nad  nim  płakała,  kiedy  umierał  w  porcie  kosmicznym  Phindar.
„Nie zostawiaj mnie, mistrzu", błagała. Odpowiedział: „Nigdy, moja padawanko". Za jej plecami Whie zaśmiał się
nagle.

- Pamiętasz, co mawiał mistrz Yoda? „Kiedy na Ciemną Stronę patrzysz, ostrożny musisz być..."
- „...bo Ciemna Strona patrzy na ciebie" - dokończyła Scout.
Kap, kap, kap, cyk.
Hrabia Dooku siedział przy biurku w gabinecie, udając, że czyta codzienne meldunki z Wojen Klonów, ale w

istocie  wsłuchując  się  w  nieustanne  bębnienie  o  szyby  yjuńskiego  deszczu.  Uruchomił  też  inne  zmysły,  nie  tylko
słuch. Yoda nadchodził.

Zbliżał  się  ostrożnie,  cicho,  ukrywając  swoją  obecność  w  Mocy,  płynąc  na  jej  powierzchni  jak  liść,  łagodnie

unoszony na falach strumienia. Na Vjunie jednak Moc była ukierunkowana raczej na Ciemną Stronę i od czasu do
czasu mistrz musiał płynąć pod prąd. Właśnie na te chwile Dooku czekał. Raz, kilka minut temu, stary Jedi popełnił
błąd, stawiając stopę pod prąd, i wstrząs, jaki nastąpił, szarpnął posadami Château Malreaux, anonsując przybycie
mistrza jak odległy grzmot.

A może to nie był błąd. Może Yoda chciał, aby Dooku wiedział, że nadchodzi. Od tamtej pory wszystko ucichło.

Stary  Jedi  poruszał  się  jak  ważka  po  powierzchni  Mocy  i  nic  nie  zapowiadało  jego  nadejścia,  z  wyjątkiem
delikatnego  mrowienia  skóry  Dooku.  Czuł  się,  jakby  był  ślepcem  w  słońcu,  a  świt  jawił  mu  się  wyłącznie  jako
blade, rozprzestrzeniające się ciepło.

Nie spodziewał się, że mistrz pozwoli się sprowadzić do Château Malreaux pod strażą. „Walka synchronizacją

jest  -  mawiał  zawsze  mistrz  -  a  zadaniem  wojownika  jest  zniszczyć  synchronizację  przeciwnika".  Nawet  teraz
Dooku  widział  w  myślach  swojego  mistrza  -  małą,  krępą  postać  w  brunatnej  szacie,  rozdającą  ćwiczebne  miecze,
wokół  roześmiane,  rozchichotane  dzieciaki,  zapach  świeżej  bielizny  i  mat  i  mistrz  przechadzający  się  przed  nimi;
długie,  chrapliwe  westchnienie,  a  potem  drobna  postać  wzywa  Moc,  by  ją  wypełniła.  Oddziaływanie  jest  tak
potężne, że co silniejsze dzieci, w tym również i Dooku, czują je niczym prąd przepływający z narożników sali do
zrogowaciałych stóp Yody, przenikający strumieniem energii jego ciało; płomień w oczach, Moc zebrana na czubku
drewnianego miecza jak błyskawica zamknięta w klatce. Gdy mistrz podniósł wtedy stopą i uderzył nią w ziemią,
wydawało się, że to cala Świątynia drży w posadach. Tap, kap, tip.

Ciekawie  byłoby  zobaczyć  Yodę.  To  jak  odwiedzić  dom  swojego  dzieciństwa.  Dooku  nie  miał  zamiaru

poddawać się nostalgii, lecz siedząc teraz z losem milionów w rakach, wśród podwładnych proszących o rozkazy,
ofiar  błagających  o  litość,  oczywiście  kuszące  było  przypomnieć  sobie  te  dawne,  beztroskie  czasy,  kiedy  był
chłopcem marzącym o istnieniach, które uratuje, zamiast liczyć trupy w tysiące. Dziwne - kiedyś był taki młody, że
każde życie wydawało mu się cenne.

Teraz jednak dorósł, wyzbył się sentymentów. Już nie był chłopcem, któremu można rozkazywać. Oczywiście, z

background image

wyjątkiem Sidiousa.

Krążyły  mu  po  głowie  słowa  Ventress.  „Jak  może  pozwolić  ci  żyć?...  Wykorzysta  cię..."  Niby  próbowała

wykręcić  się  z  kłopotów,  ale,  do  licha,  sprytnie  wybrała  metodę.  To  jedno  trzeba  było  Asajj  przyznać:  miała
nieomylny instynkt, gdzie ugodzić, żeby zabić. „Musisz za dużo pozostawać na słońcu, hrabio..."

Dooku spojrzał na holomonitory pogrupowane na blacie biurka. Wiele obrazów domagało się jego uwagi: widok

bitwy  na  Omwat,  panorama  zniszczeń  na  Honoghr,  sześć  miesięcy  po  katastrofie  toksycznej,  kiedy  dzięki
propozycji  generała  Grievousa  zwiększono  użycie  broni  biologicznej  w  kampaniach  na  Zewnętrznych  Rubieżach,
obraz holograficzny z sali senatu w Republice, pilna informacja dotycząca dość raptownego wejścia na orbitę Vjuna
małego stateczku, ściganego przez dwa myśliwce przechwytujące z wysokoorbitalnych pikiet; aktualizacja w czasie
rzeczywistym informacji na temat żołnierzy, którzy podążyli za Yodą i dziećmi do jaskiń, oraz cały cykl obrazów
samego zamku: tereny frontowe, główny hol, wejście dla służby oraz hol przed jego gabinetem. Hrabia Dooku nie
przepadał za niespodziankami.

Tap, dip, tap! Deszcz padał teraz mocniej, waląc w szyby.
Sięgnął  przed  siebie,  aby  powiększyć  obraz  nadlatującego  statku,  który  ścigały  jego  myśliwce.  Nagle

znieruchomiał i spojrzał na swoją dłoń. Cholera, znowu zaczyna drżeć. Wrażenie ciepła na skórze zintensyfikowało
się jak rumieniec wstydu, a drżenie narastało. Czuł się dziwnie, zupełnie jakby się bał. Jego racjonalny umysł był
całkiem spokojny, ale z jakiejś przyczyny jego ciało reagowało tak, jak wtedy, kiedy był uczniakiem, który ma się
odezwać do pięknej dziewczyny: strach, wstyd, tęsknota i nadzieja, wszystko zmieszane razem. Tap. Tap!

Wreszcie hrabia zrozumiał, że to nie odgłos deszczu. Odwrócił się, żeby spojrzeć w okno gabinetu. W sposób

stanowiący zaprzeczenie grawitacji usadowiony na gzymsie, pięć pięter nad ziemią, siedział mistrz Yoda i stukał w
szybę kosturkiem. Deszcz spływał po jego pomarszczonej twarzy, roześmianej jak gargulec.

Szybki statek kurierski Hoersch-Kessel zmodyfikowanej klasy Chryya spadał przez atmosferę Vjuna jak piorun.

Dwa  statki  pikietujące  Gildii  Kupieckiej  gorączkowo  próbowały  go  dogonić.  „Gorączkowo"  jest  tu  odpowiednim
słowem, ponieważ pilot chryyi wydawał się nieobeznany z lądowaniem atmosferycznym. Zamiast wypalać prędkość
w  drugich,  płytkich  seriach  pętli  w  górnej  atmosferze,  szybki  kurier  spadał  pod  kątem  graniczącym  z
samobójstwem.  Jego  powierzchnia  z  wolna  przybierała  głęboki,  złowróżbny,  pulsujący  pomarańczowy  kolor.  Za
statkiem - niczym ogon komety - ciągnęła się smuga przegrzanego powietrza i płonących pyłów.

Jeden  ze  ścigających  statków  leciał  wyżej,  trzymając  się  w  pewnej  odległości,  bo  nie  miał  odwagi  zachować

tego  niemożliwie  stromego  kąta  zejścia.  Drugi  jarzył  się  już  na  czerwono,  ale  przypiął  się  do  chryyi,  krótkimi
seriami strzelając z przednich działek. Niebo jęczało, gdy statki przedzierały je na pół niczym flimsiplast. Chryya
podskakiwała  i  kręciła  się  radośnie  w  gradzie  strzałów,  aż  wreszcie  obróciła  wieżyczkę  do  tyłu  i  wypuściła  jeden
nieprzerwany strumień ognia.

Przez długą chwilę przednie deflektory statku pikietującego wytrzymywały.
Lecz  kiedy  przyszedł  koniec,  zniszczył  go  nie  promień  energii  przeszywający  pancerz,  lecz  sama  temperatura

otoczenia, która osiągnęła punkt topnienia powłoki. Przez jedną ciągnącą się jak wieczność chwilę krawędzie statku
wydawały się zachodzić mgłą i spływać ku ziemi jak płonąca kropla krwi. Pilot usiłował wyjść z nurkowania, ale
potworne siły przeciążenia rozdarły topniejący korpus na części i statek rozsypał się, a deszcz płonących szczątków
spadł na zrujnowane miasto Gorzkiego Przylądka.

Kilka kilometrów dalej chryya delikatnie usiadła na ziemi jakieś sto metrów od opuszczonego B-7 Yody.
- Co to miało być? - zawołał Obi-Wan Kenobi, odpinając pasy fotela w wieżyczce strzelniczej. - Myślałem, że

pozwolisz nas rozstrzelać. Potem, że nas spalisz. A teraz byłem przekonany, że nas rozwalisz. Anakin wyskoczył z
fotela pilota i zachichotał. - O, to nic takiego, ja to nazywam... - Popisywaniem się?

- Popisywaniem? Nie chodzi o zwycięstwo, mistrzu. Roboty Federacji nadchodzą w dwóch szeregach od strony

B-7...  sześć,  siedem,  w  sumie  osiem  -  dodał  beztrosko,  spoglądając  na  monitor  taktyczny  chryyi.  -  Chodzi  o
zwycięstwo w dobrym stylu. - Położył dłoń na mieczu świetlnym i przygotował się do skoku z przedniego włazu. -
Gotów?

-  Nie!  -  Obi-Wan  opadł  z  powrotem  na  fotel  artylerzysty  i  za  pomocą  działka  laserowego  wypalił  otwory  w

trzech robotach biegnących w ich kierunku, zanim pozostałe rozbiegły się jak oszalałe w poszukiwaniu schronienia.
- No dobrze, teraz jestem gotów.

Anakin wyjął z szafki przy przednim włazie dwa miotacze.
- Kocham, tę planetę. Jest cała pogrążona w Mocy. Czuję to od pierwszej chwili, kiedy dotknęliśmy atmosfery.

Jestem zwykle dobrym pilotem... - Wspaniałym pilotem - poprawił Obi-Wan.

- ...ale teraz to było tak, jakby powłoka statku i moja skóra stanowiły jedność. Czułem dokładnie, ile ciepła może

przyjąć, jaki moment, ile obrotów...

- Widać, że nie użyłeś Mocy, aby zjednoczyć się z moim żołądkiem. - Obi-Wan, wciąż lekko zielony na twarzy,

wybrał  rusznicę  laserową  i  kilka  granatów.  -  Różnica  pomiędzy  Coruscant  a  tą  planetą  jest  taka,  jak  między

background image

pływaniem w jeziorze a w oceanie. Czuję się taki pełny życia...

Anakin dotknął blokady włazu i wyprysnął na zewnątrz wysokim skokiem. Otwór włazu natychmiast rozjaśnił

się  jaskrawymi  plamami  ognia  z  miotaczy,  ale  on  już  był  na  zewnątrz,  koziołkując  w  powietrzu,  z  miotaczem  w
każdej  ręce,  strzelając  raz  po  raz...  dwa  roboty  zostały  przedziurawione  na  wylot  przez  czujniki  wideo  i  na  oślep
pobiegły w dół wzgórza, sypiąc iskrami z uszkodzonych matryc.

Anakin  zawisł  w  powietrzu  na  nieprawdopodobnie  długi  czas,  upadł,  przetoczył  się  przez  ramię,  wystrzelił

jeszcze  dwukrotnie  do  robota,  który  próbował  zajść  go  od  tyłu,  odstrzeliwując  mu  rękę  razem  z  bronią  i  nogę  w
kolanie,  po  czym  zerwał  się  i  stanął  w  doskonałej  równowadze.  Miotacze  parowały  w  rzadkim  deszczu  Vjuna.  -
Mógłbym chodzić po wodzie - oznajmił.

Roboty zaczęły się wycofywać - szybka, skuteczna akcja tych, które jeszcze nie zostały uszkodzone, choć dwa

na wpół oślepione wciąż kręciły się bezradnie po okolicy, wydając wysokie krzyki, które brzmiały jak nienaturalne,
mechaniczne wycie z bólu. Obi-Wan poszedł w ślady Anakina i wyskoczył na otwartą przestrzeń, odbijając ostrzem
miecza  świetlnego  kilka  strzałów,  które  zdążyły  jeszcze  oddać  uciekające  roboty.  -  Czemu  one  tak  wrzeszczą?  -
spytał Anakin.

-  Echolokacja.  To  najnowszy  system  naprowadzania:  skrzeczą  jak  jastrzębionietoperze,  usiłując  wykonać

aktywną mapę soniczną terenu. Anakin spojrzał na niego podejrzliwie.

- Nie żartuję - odparł Obi-Wan. - To jedna z najnowszych modernizacji.
-  Musiałem  ją  jakoś  przeoczyć  -  mruknął  Anakin,  obserwując  oślepione  roboty,  które  obijając  się  o  siebie,

dołączyły do swoich towarzyszy.

- Chodź, zobaczymy, czy mają tam Yodę i padawanów.
Pobiegli za wycofującymi się robotami, zatrzymując się tylko na chwilę przy B-7, aby się upewnić, że nie ma

tam jeńców Jedi. Roboty wspięły się na zbocze i wycofały do jaskini.

- Co o tym sądzisz? - zapytał Obi-Wan, podając Anakinowi makrolornetkę.
Teraz  obaj  leżeli  płasko  za  niewielką,  pokrytą  mchem  skarpą,  wpatrując  się  w  czarną  szczelinę,  ziejącą  jak

wielka rana na tle jadowicie zielonego zbocza. Widzieli iskry światła na końcach luf robotów osłaniających wylot
jaskini. Anakin zamyślił się.

- Długi bieg w górę, żeby dostać się do jaskini. Brak osłony. Będą do nas strzelać z osłoniętych pozycji. Jeśli się

dobrze zastanowić, to jatka. - Też mi się tak jakoś zdawało.

Anakin odpiął od pasa małą żłobkowaną kulę i rzucił w górę.
-  Czekaj!  -  zawołał  Obi-Wan,  ale  było  już  za  późno.  Anakin  zdążył  użyć  Mocy,  aby  poprowadzić  granat  do

wnętrza jaskini, gdzie po chwili rozległa się głucha, głęboka detonacja. Jedno uderzenie serca. Dwa.

Z  otworu  jaskini  posypały  się  odłamki  metalu  jak  konfetti.  W  chwilę  później  Obi-Wan  poczuł  głęboki,

rezonujący  odgłos,  który  wstrząsnął  ziemią  pod  jego  brzuchem.  Potem  kolejny.  I  jeszcze  jeden.  Z  wylotu  jaskini
dobiegi odgłos walących się skał, a potem ogromna chmura pyłu, która wyrwała się z otworu jak oddech konającego
olbrzyma. - Świetnie - mruknął Obi-Wan. - Jaskinie się zapadają.

Całe  partie  zbocza  nabrzmiały  i  sklęsły,  mięknąc  i  ciemniejąc  jak  obity  owoc  pod  cienką  skórką  vjuńskiego

mchu. Przetaczające się grzmoty walących się skał nie ustawały. Ziemia, wypchnięta przez eksplozję, zapadła się i
osunęła do stóp wzgórza. Uśmiech powoli zniknął z twarzy Anakina.

- Nie jestem pewien, czy ten granat to był dobry pomysł - zauważył Obi-Wan. - Chyba nie sądzisz, że Yoda tam

był, co? - spytał Anakin. - Albo padawani?

-  Mam  nadzieję,  że  nie.  -  Widząc  przerażoną  twarz  młodzieńca,  Obi-Wan  złagodniał.  -  Jestem  pewien,  że

poczulibyśmy  w  Mocy,  gdyby  Yoda  zginął.  Ale  następnym  razem  pomyśl  trochę  dłużej,  zanim  przemodelujesz
krajobraz, dobrze? - Tak, mistrzu - odparł Anakin. Technicznie rzecz biorąc, nie był już padawanem Obi-Wana, ale
często zdarzało mu się tak zachowywać, kiedy czuł, że narozrabiał. - Co teraz? Obi-Wan wstał.

- Teraz chyba... no, nie! - mruknął, spoglądając w dół. Jego szaty Jedi były splamione czymś zielonym, jakby

sokiem trującego owocu. A w miejscach, gdzie leżał na mchu, zmoczonych lekko kwaśnym deszczem planety, nitki
osnowy już zaczynały się rozkładać.

- Wiem, ja też czuję, że od tej mżawki skóra mnie piecze - rzekł Anakin.
- Co za ohydna planeta. - Obi-Wan otrząsnął się. - Nie chciałbym tu być ministrem turystyki.
Wskazał ręką wspaniale domostwo, położone mniej więcej kilometr w głąb lądu, zbudowane z białego kamienia

okolonego czerwoną cegłą.

-  Chyba  to  tam  zdążamy.  Wygląda  na  coś  bardzo  w  stylu  hrabiego  Dooku,  a  gdziekolwiek  jest  Dooku,  Yoda

znajdzie się w pobliżu.

Moc  zazwyczaj  jedynie  pomagała  Scout  przewidywać  ruchy  wroga,  kiedy  byli  twarzą  w  twarz,  ale  nawet  ona

uznała,  że  powietrze  Vjuna  było  od  niej  aż  gęste.  Zanim  jaskinie  zaczęły  się  walić,  poczuła  na  całym  ciele
ostrzegawczy dreszcz.

background image

- Fidelisie! Wynosimy się stąd! - wrzasnęła i robot, odpowiadając na jej rozkazujący, niecierpliwy ton, chwycił

ją za pas i wyciągnął.

Pędem wybiegli do wąskiego korytarza. Wtedy nastąpiła pierwsza eksplozja - kilka zdławionych trzasków, jak

niezbyt odległe strzały z miotacza, a potem przetaczający się grzmot, który nie tylko nie cichł, ale przybierał na sile
w  miarę,  jak  jaskinie  za  nimi  zaczynały  się  zapadać.  Spojrzeli  po  sobie  z  ogromnym  zdumieniem,  kiedy  stojące
powietrze  jaskini  zaczęło  nagle  wirować  i  pulsować  jak  szalona  bryza.  Podłoga  korytarza  zadygotała  pod  ich
stopami. - O rany - jęknęła Scout.

- Biegnijcie - wołał Fidelis. - Jesteśmy prawie bezpieczni! Szybko poruszając się w półmroku, przeciągnął ich

przez kolejny korytarz. Ciągnął Scout tak szybko, że jej stopy ledwie dotykały podłoża. Grzmot, ryk, przerażający,
ogłuszający trzask. - Jedno z jezior się osunęło! - poinformował Fidelis.

Scout  próbowała  zrozumieć,  co  to  znaczy,  kiedy  nagle  spadła  na  nich  ściana  wody.  Widocznie  w  jednym  z

podziemnych  jezior  otworzyła  się  nagle  szczelina  i  to,  co  kiedyś  było  spokojnym  i  przewidywalnym  zbiornikiem,
nagle  zmieniło  się  w  ruchomy  wodospad,  który  runął  na  nich  z  góry.  Pod  strumieniem  wody  głowa  Scout
odskoczyła  raptownie  i  uderzyła  w  bok  robota  tak  mocno,  że  dziewczynie  pociemniało  w  oczach.  -  Paniczu!  -
krzyknął Fidelis.

W pulsującym świetle miecza świetlnego Whie Scout zauważyła, że chłopca zwalił z nóg nagły strumień wody,

unosząc go z powrotem w głąb korytarza. Rozległ się kolejny ogłuszający huk i jaskinia, którą dopiero co opuścili,
zawaliła  się.  Fidelis  cisnął  Scout  w  bezpieczne  miejsce  i  pognał  z  powrotem  do  korytarza,  który  zmienił  się  w
tymczasowe  koryto  rzeki.  Prąd  unosił  Whie  w  kierunku  nowo  utworzonego  wodospadu,  z  hukiem  spadającego  w
dół,  w  przepaść.  Blada  twarz  chłopca  pojawiała  się  i  znikała  pod  powierzchnią  lodowatej  wody.  Whie  wyciągnął
rękę, usiłując chwycić jakikolwiek wystający głaz, zanim rzeka wciągnie go w otchłań na pewną śmierć.

Ignorując szok, jaki wywołała lodowata woda, i dzwonienie w uszach, Scout wezwała na pomoc wszystkie siły i

dodała swoją wolę do woli Whie, wykorzystując Moc, by przyszpilić jego dłoń do skały.

W kilka chwil później niebezpieczeństwo minęło. Jezioro opróżniło się z wody, prąd złagodniał i Fidelis dotarł

wreszcie  do  swojego  pana.  Robot  wyciągnął  chłopca  z  wody  i  wyniósł  w  bezpieczne  miejsce.  Scout  poczuła
ogromną ulgę. - Dzięki - wyszeptał Whie.

- Za co?
- Czułem, jak mnie złapałaś. Skała była śliska, chwyciłem ją, ale wiedziałem, że tracę oparcie. A wtedy ty mnie

złapałaś i wytrzymałem. - Uśmiechał się, dysząc ciężko. Twarz miał mokrą i posiniaczoną. - Dzięki, że uratowałaś
mi życie. Nawet jeśli jestem pompatycznym, aroganckim pajacem.

- No cóż... jesteś moim aroganckim pajacem - warknęła Scout, ale zarumieniła się z radości. - Tym są dla siebie

Jedi.

Ziemia pod ich stopami znów się zatrzęsła. Kolejne tony kamieni zapadły się w głąb. - Chodźcie - rzekł Fidelis.
Pchał  ich  przed  sobą  wąskim  korytarzem,  mijając  jedną,  a  potem  drugą  boczną  jaskinię.  Skręcił  dopiero  do

trzeciej. Jeszcze jedna szczelina, tak wąska, że Scout musiała się odwrócić bokiem, żeby się przecisnąć. Nagle pod
stopami poczuli równo obrobione kamienie. Znajdowali się w ciemnym korytarzu przypominającym pusty kanał. W
kilka chwil później stanęli przed drzwiami. Fidelis otworzył je.

- Szybko! - Zalało ich jaskrawe światło, oślepiając nawykłe już do ciemności oczy. Robot pchnął ich do środka i

zatrzasnął za nimi drzwi.

Whie  mrugał  raz  po  raz,  oślepiony  nagłym  blaskiem.  Stwierdził,  że  nie  są  już  w  piwnicy  ani  w  lochu,  lecz  w

wygodnie urządzonym pokoju, z gobelinami na ścianach i ogniem trzaskającym wesoło na kominku. Na podłodze
leżał piękny dywan, tkany w sceny leśne i obrzeżony szkarłatem i beżem. Był to pokój z jego snu.

Tyle że wokół stało sześć robotów-morderców, czekających na nich z bronią gotową do strzału, a za nimi, obok

drzwi, przez które właśnie weszli, stała Asajj Ventress. - Pan Malreaux - rzekła leniwie. - Witaj w domu.

 

background image

R O Z D Z I A Ł 11

 
 

Jak daleko sięgał pamięcią, Yoda większość czasu spędzał w Świątyni Jedi z najmłodszymi. Bawił się z nimi -

kiedy mieli po dwa lub trzy lata - w chowanego, w dwa ognie, w przyciąganie Mocą. Wczesne lekcje w ogrodzie,
gdzie  uczył  ich  sekretnego  życia  roślin,  nieopanowane  okrzyki,  zabawy  z  kwiatami,  zbieranie  ich  wokół,  żeby
obserwować, jak pająk tka swoją sieć albo jak pszczoła brzęczy w płatkach.

Kiedy zaczynały się pierwsze zajęcia walki, z upadkami, koziołkami i zabawami ćwiczącymi pracę nóg, Yoda

także je prowadził. Po pierwsze, odpowiadał im wzrostem. Pierwszym prawdziwym kontaktem z walką, jaki Dooku
pamiętał,  była  zabawa  z  „piórkowym  dotykiem",  jak  ją  nazywał  mistrz.  Celem  gry  było  uświadomienie  sobie
najsłabszych nawet, najdelikatniejszych zmian w ciśnieniu i równowadze, nauka kontrowania siły przeciwnika nie
za pomocą blokady większą siłą, lecz poprzez zwrócenie jego energii przeciw niemu samemu.

W miarę jak zdobywało się zręczność w tej grze - a Dooku był doprawdy jednym z najlepszych studentów na

roku  -  wkrótce  zaczynała  ona  coraz  bardziej  przypominać  sparring,  gdzie  zwycięstwo  przechodziło  w  ręce  tego
wojownika, który potrafił wytrącić przeciwnika z równowagi. Z wiekiem coraz częściej otwierali starcie w pozycji
gotowości, z palcami lekko złożonymi na przedramieniu partnera. Pierwsze pchnięcie Dooku było lekkie i szybkie
lub powolne i ciężkie; energia pochodziła z dołu lub spadała z góry, bądź też pojawiała się jako nagły cios w pierś.
Wygrał  Turniej  Dwunastu-i-Mniej,  kiedy  miał  dziewięć  lat,  wykorzystując  jedną  ze  swoich  sztuczek:  zaczynał
bardzo delikatnymi sondami, jakby sprawdzał swego nieprzyjaciela w dziecięcej grze, po czym naciskał wrażliwy
punkt na łokciu tamtego i atakował w chwili szoku i bólu.

Lecz  choć  był  coraz  lepszy,  nigdy  nie  zdołał  pokonać  mistrza  Yody.  Nieważne,  jakiej  używał  sztuczki  -

pchnięcie  Mocą  od  tyłu,  uderzenie  po  oczach  -  mistrz  zawsze  wyczuł  cios,  zanim  jeszcze  został  zadany,  i
odskakiwał na bok jak szerszeń uciekający przed wściekłą dłonią. Za każdym razem, kiedy Dooku się już zdawało,
że osaczył starego Jedi i wykonywał ostateczne pchnięcie, Yoda roztapiał się pod ciosem jak człowiek schodzący po
schodach,  z  których  ktoś  w  sekrecie  ukradł  dwa  stopnie,  Dooku  stwierdzał,  że  znów  wymachuje  rękami  i  traci
równowagą.  A  potem  pada.  Szczególnie  jednak  frustrujące  było  to,  że  Yoda  często  przegrywał  grę  z  piórkowym
dotykiem.  Popychał  chłopca  lub  dziewczynkę  nawet  w  połowie  nie  tak  utalentowaną  jak  Dooku,  która  niezdarnie
uciekała w bok, a mistrz padał u jej stóp, robiąc żałosne miny, podczas gdy dzieci zanosiły się śmiechem i krzyczały
z radości. Pozwalał im zwyciężyć. Dooku wiedział o tym. Budził w nich pewność siebie. Nigdy jednak nie przegrał
z Dooku. Ani razu. To było niesprawiedliwe, jawnie niesprawiedliwe. Przez sześć miesięcy Dooku atakował z coraz
większą siłą i furią, próbując wszystkiego, by zwyciężyć, ale jednocześnie jego własna równowaga stawała się coraz
bardziej wrażliwa, więc kiedy przegrywał, a przegrywał zawsze, zawsze, zawsze, robił to w sposób coraz bardziej
spektakularny. Obrał sobie za punkt honoru przegrywać brzydko i boleśnie. Wzywał wszystkich, aby dostrzegli, jak
niesprawiedliwie traktuje go Yoda.

Dooku zagrał po raz ostatni w wieku dwunastu lat. Yoda przychodził na lekcje walki wręcz raz na tydzień lub

rzadziej i przez całą wiosnę walczyli w długiej serii coraz bardziej poniżających porażek, z których Dooku zaczął
nagle  czerpać  dumną,  wzgardliwą,  pełną  goryczy  satysfakcję.  Teraz  dwukrotnie  przewyższał  mistrza  wzrostem,  a
jednak Yoda nadal nie pozwolił mu wygrać. Ani razu. Oczywiście, nigdy też nie przyznał się, jak to robi, a Dooku
był zbyt dumny, aby sprawić mu przyjemność skargą lub głośnym wyrażeniem żalu.

Skłonili  się  sobie  i  Dooku  stwierdził,  że  tym  razem  ze  swojej  klęski  uczyni  coś  spektakularnego,  tak

oczywistego, iż każdy będzie musiał zauważyć, co się dzieje. Uznał, że sam sobie złamie ramię.

Wyprostowali się po ukłonach. Dooku ustawił się w pozycji gotowości, uspokajając się i szykując na przyjęcie

bólu. - Wygrałem - rzekł Yoda.

- Co? - wykrzyknął Dooku. - Przecież nawet nie zaczęliśmy!
- Kiedy jeden wojownik równowagę straci, zwyciężył przeciwnik - spokojnie wyjaśnił Yoda. - Wygrałem.
I w tej chwili, jak zawsze zresztą, nastąpił nagły ruch i upadek. Dooku zrozumiał, że Yoda ma rację. Nieważne,

jak bardzo się starał, by jego członki były elastyczne, duma pozostawała sztywna. W nią zawsze uderzał Yoda, nie
pozwalając mu zwyciężyć, aż przyszła taka chwila, że stanął do starcia z zamiarem przegranej. Oświecenie było tak
gwałtowne, że zniósł je z wielkim trudem. Zamrugał, oszołomiony geniuszem nauk mistrza, które ukazały mu jego
słabość. Sam nigdy by na to nie wpadł, choćby nie wiadomo ile razy walczył ze swoimi kolegami.

-  D-dziękuję  -  wyszeptał,  czując,  jak  w  brzuchu  kłębi  mu  się  szalona  mieszanina  wściekłości,  poniżenia  i

bezgranicznej  wdzięczności.  Twarz  starego  Jedi  rozpromieniła  się  uśmiechem.  Chwycił  dłoń  Dooku  i  przyciągnął
go ku sobie, po czym uściskał serdecznie. - Jeśli upadać będziesz, uczniu... złapię ciebie!

Tej  nocy,  leżąc  na  pryczy,  czuł,  jak  w  jego  sercu  kotłują  się  dwa  niezrozumiałe  uczucia.  Ten  wstrząs,

zachwianie, zawieszenie w przestrzeni bez równowagi... znów przechytrzony i pokonany, a potem ten ciepły, pełen

background image

zachwytu  uścisk,  fizyczna  obietnica,  podana  z  bezpośredniej  bliskości:  „Jeśli  upadać  będziesz,  uczniu...  złapię
ciebie!"

Właśnie  ten  wstrząs  i  upadek,  ten  brak  równowagi,  nagły  i  nie  do  uniknięcia,  znów  ogarnął  Dooku  po  tych

wszystkich latach, kiedy patrzył na starego, roześmianego goblina, który siedział na gzymsie i ociekał deszczem.

Przyszło mu do głowy, że mógłby jednym uderzeniem Mocy stłuc okno i zasypać starego mistrza odłamkami,

spychając go z gzymsu. Wyobraził sobie zakrwawionego, nieprzytomnego Yodę spadającego w dół, by roztrzaskać
sobie czaszkę na kamieniach. Wszystko wtedy skończy się raz na zawsze i Dooku nie będzie musiał przeżywać tego
dziwnego, niezrozumiałego zmieszania. Ręce przestaną mu drżeć, stanie się suchy i napięty, suchy, napięty i pusty
jak bęben, na którym zagra Darth Sidious. Jakież to będzie łatwe.

Lecz Yoda na pewno jest na to przygotowany, nie pozwoli się zniszczyć tak łatwo. Hrabia Dooku był dumny z

tego, że potrafi zobaczyć rzeczywistość taką, jaka jest naprawdę. Otworzył okno. - Wejdź, mistrzu!

Yoda zeskoczył z gzymsu na biurko Dooku, klucząc pomiędzy wyświetlanymi na nim obrazami i otrząsając się

jak pies. Fontanna vjuńskiego deszczu ochlapała blat i grzbiety wielu cennych woluminów należących do kolekcji
Dooku.  Yoda  miał  przy  sobie  miecz  świetlny,  lecz  broń  zwisała  mu  u  boku.  W  jednej  dłoni  miał  laseczką  -
zastanawiające,  jak  wspiął  się  na  gzyms  okna  na  piątym  piętrze  ani  na  chwilę  nie  wypuszczając  jej  z  dłoni.  W
drugiej trzymał różę Malreaux - kremowe płatki okolone krwawą czerwienią.

- Zrywasz róże z mojego żywopłotu? - odezwał się bez sensu Dooku.
Yoda uniósł kwiat.
- Tak. Piękna rzecz to jest - rzekł, przyglądając się ostrym jak igły kolcom. Nachylił kremowo-szkarłatną główką

kwiatu  ku  sobie  i  powąchał.  Przymknął  oczy,  przez  chwilą  rozkoszując  się  cudownym  zapachem,  odwiecznym,
dzikim, uderzającym do głowy, ostrym i emocjonującym jak dziecięca tajemnica.

-  Właściwie  postanowiłem  tu  zostać  z  powodu  róż  -  tłumaczył  się  Dooku.  -  Na  Vjunie  jest  wiele  innych

pałaców, które również by mi odpowiadały. Na Serenno też mieliśmy róże i sądzę, że to chyba one przypomniały mi
o domu. - Pamiętasz je, prawda? - zapytał Yoda lekko.

- Oczywiście, powiedziałem tylko...
- Sprzed...?
- Ach - Dooku zaśmiał się. - Szczerze mówiąc, tak. To jedno z niewielu wspomnień, jakie zachowałem sprzed

czasów  Świątyni  Jedi.  Był  gorący  dzień,  tyle  pamiętam.  Jasny,  słońce  lało  się  z  czystego  nieba.  Zapach  róż  był
bardzo silny, jakby to słońce wysysało go z nich i unosiło ku sobie. Jakby spalało je niczym kadzidło. Ukrywałem
się  w  różanym  ogrodzie,  palec  mi  krwawił.  Chyba  musiałem  bawić  się  wśród  krzewów  i  ukłułem  się.  Wciąż
pamiętam, jak wysysałem krew. Jak wypływała z dziurki w skórze. - Ukrywałeś się?

- Co? Yoda przykucnął na biurku Dooku. - Ukrywałeś się, powiedziałeś.
Wysunął krótkie nóżki poza krawędź blatu i zaczął nimi machać. Nawet nie zwracał uwagi na obrazy z Omwat,

wyświetlane teraz na jego głowie.

-  Do  domu  nie  poszedłeś  ani  po  bandaż,  ani  o  całusa  poprosić?  -  Moja  matka  była  wściekła,  kiedy  się

skaleczyłem. Yoda spojrzał na niego z zainteresowaniem. - Wściekła?

- To nie w naszym stylu - gwałtownie odparł Dooku. - Hrabiowie Serenno nie skarżą się i nie płaczą. Rodzimy

się,  aby  się  opiekować  innymi.  Nie  oczekujemy,  że  inni  zaopiekują  się  nami.  -  A  jednak  twój  palec...  boleć  to
musiało.

-  Nie  oczekuję,  że  zrozumiesz  -  syknął  Dooku.  Poczuł  nagle  gniew  na  Jedi,  absurdalny  gniew  bez  przyczyny.

Brak równowagi. Rozległo się stukanie do drzwi.

- Co jest? - zawołał Dooku ostro.
Drzwi otworzyły się ze zgrzytem i do gabinetu wbiegła wyraźnie podniecona Whirry.
-  Dziecię!  -  zawołała.  -  Dziecię  wróciło!  Ale  ziemia  osuwa  się  zbyt  szybko,  żebym  zdążyła  z  niej  wyczytać

przyszłość. Obawiam się, że młoda pani może mu zrobić coś złego. Jeśli pan wybaczy, hrabio...

Mały  lisek  wbiegł  do  gabinetu,  prześlizgując  się  między  jej  nogami.  Wyczuł  zapach  Yody,  zatrzymał  się  na

sztywnych łapach, wygiął grzbiet i zasyczał. Yoda spojrzał na niego gniewnie z blatu, obnażył zęby i odpowiedział
podobnym syknięciem. Whirry podskoczyła z cichym okrzykiem.

-  Ależ  to  musi  być  jeden  z  tych  paskudnych  piwnicznych  goblinów!  -  zawołała,  patrząc  na  Yodę.  -  Niech  się

Wasza Lordowska Mość nie martwi, wezmę miotłę i dam mu po głowie!

- Mistrz Yoda może i jest stary, mały i pomarszczony jak trujący zielony kartofel - zauważył hrabia Dooku - ale

jest moim gościem i wolałbym, żebyś jednak nie biła go miotłą, jeśli sobie tego nie zażyczę.

- Och! Więc to jest gość Waszej Lordowskiej Mości? - zdziwiła się gospodyni. - Każda potwora znajdzie swego

amatora, tak mówią... ale czy mógłby pan porozmawiać z tą damą z nożami w oczach i dopilnować, żeby nie zrobiła
Dziecięciu krzywdy? Zrobiłam wszystko, co Wasza Lordowska Mość kazał, robot przyprowadził ich tutaj jak stynki
w sieci - dodała żałośnie, a jej obfita pierś falowała z emocji pod brudną różową suknią balową.

background image

- W tej chwili jestem zajęty - odparł Dooku ostro. - Asajj może się bawić czym chce, jeśli o mnie chodzi, nawet

myszami ze śmietnika. - Ale, panie...!

- Nie udawaj, że go kochasz - rzekł hrabia surowo. - Gdybyś go kochała, nie oddałabyś go. Whirry spojrzała na

niego wstrząśnięta.

- Kochać Dziecię? Oczywiście, zawsze go kochałam...
- Miałaś piękny dom, bogactwa, wszystko, czego może zażądać kobieta, a jednak go oddałaś - ciągnął Dooku. -

Jedi przybyli jak żebracy do twoich drzwi, poprosili o twojego pierworodnego, twojego dziedzica, twoje drogocenne
Dziecię...  -  Twarz  hrabiego  pobladła.  Zdradliwa  dłoń  znów  zaczęła  się  trząść.  -  Wysłałaś  go  na  odległą  planetę,
nigdy nie dostawał od ciebie listów ani wiadomości, wyrzuciłaś go z jedynego domu, jaki miał, pozwoliłaś zamknąć
w  Świątyni  i  odebrać  mu  wszystko,  co  prawowicie  mu  się  należało.  A  teraz  masz  czelność  tu  przychodzić  i
twierdzić, że go kochałaś? Kochałaś? - krzyczał hrabia.

Whirry i jej lisek wycofywali się z gabinetu z przerażeniem w oczach. Dooku opanował się wreszcie.
-  Matka?  Syn?  Miłość?  -  rzekł  ze  znużeniem  w  głosie.  -  Nie  znasz  nawet  znaczenia  tych  słów.  -Odprawił  ją

machnięciem ręki. - Zostaw nas.

Gospodyni obróciła się na pięcie i uciekła. Lisek przez chwilę stał jeszcze w drzwiach, wpatrując się w hrabiego

Dooku i mistrza Yodę. Ale i on po chwili odwrócił się i odbiegł. Dooku potarł czoło znużoną dłonią.

- Wybacz. Jak wiesz, większość ludności Vjuna oszalała. Whirry nie stanowi wyjątku.
- Wszyscy na Vjunie szaleni się stają, tak myślę - mruknął Yoda. -Wcześniej czy później.
-  Wybacz  moje  komentarze  na  temat  Świątyni.  Wiesz,  że  nigdy  nie  wątpiłem  w  twoją  dobroć  -  mówił  dalej

Dooku.  -  Ale...  mówię  to  z  całym  szacunkiem...  są  pewne  sprawy,  których  postanowiłeś  nie  widzieć,  mistrzu.
Zasady  Jedi...  twoje  zasady...  są  szlachetne.  Lecz  Jedi  stali  się  narzędziem  w  rękach  skorumpowanej  Republiki.
Gdybyś tylko chciał ujrzeć prawdziwą sprawiedliwość...

Yoda podniósł wzrok i spojrzał Dooku w oczy z tak nieskończonym, odległym znudzeniem, że hrabia zająknął

się i zamilkł.

-  Nie  kłam  mi,  Dooku  -  rzekł  Yoda,  leniwym  machnięciem  laseczki  strącając  z  blatu  cenną  statuetką.  -  Tych

ruchów ze mną nie próbuj. Sora Bulq nie jestem, w sieć ideałów schwytać się nie dam. Błahostka. Zachowaj ją dla
młodych.  Ja  nie  jestem  młody  -  dodał,  zwracając  na  Dooku  głębokie,  zielone  oczy.  -  Stary  jestem.  Znudzić  łatwo
mnie  możesz.  Nawet  Yodę.  Uczuć  twoich  nie  zranię.  Znudzenia  nie  okażę.  Słuchać  o  szlachetności  i
sprawiedliwości od ciebie? Po to całą galaktykę przebyłem? - Zaśmiał się. Był to najbardziej nieprzyjemny, pełen
goryczy i znużony śmiech, jaki Dooku kiedykolwiek słyszał.

Myślał, że już nic nim nie wstrząśnie. Ale niesmak w głosie Yody był dla niego prawdziwym szokiem.
Yoda spojrzał na podłogę, rysując w powietrzu drobne wzorki końcem laski.
-  O  czymś  prawdziwym  lepiej  mów.  Drogę  inną  mi  pokaż,  jak  wojnę  zakończyć.  O  takich  rzeczach  mi

opowiedz,  które  Dooku  wie,  a  nie  wie  Yoda.  -  Hrabia  spojrzał  na  mistrza  ze  zdumieniem.  -  Przez  całą  galaktykę
przyjechałem po jedno, Dooku. - Tak, mistrzu? - zapytał Dooku, nienawidząc się za te słowa od chwili, kiedy zaczął
je artykułować. Teraz miał tylko jednego mistrza i to bardzo zazdrosnego. - Oczywiste to jest chyba, co, Dooku? - I
znów  Yoda  spowodował  to  samo:  nieoczekiwany  wstrząs,  utrata  równowagi.  Świat  wywrócił  się  na  lewą  stronę,
kiedy Yoda rzekł: - Dooku, zmień mnie. Błagam. Wielkość Ciemnej Strony mi pokaż.

Daleko w dole, w Komnacie Łez Château Malreaux Scout z cichym mruknięciem sięgnęła po miecz świetlny.
Ventress uderzyła ją w głowę krótkim, bolesnym ruchem. Dziewczyna osunęła się na podłogę. - Nie ruszaj się,

dopóki ci nie pozwolę - wycedziła.

Na  kominku  po  drugiej  stronie  pokoju  palił  się  ogień.  Drewno  było  wilgotne,  płomienie  trzaskały  i  sypały

iskrami. Cienkie pasma gorzkiego dymu unosiły się z polan i dryfowały w kierunku sufitu.

Scout jęknęła i podniosła się na klęczki, czekając, aż gwiazdy znikną spod jej powiek. Krew spływała z rozcięć

na  skórze  głowy,  skapując  na  bogato  haftowany  dywan.  Małe,  czerwone  krople.  Kap-kap.  Czerwone  plamki  na
dywanie. Kap-krap-kap-krap-plum.

-  Dziękuję  -  rzekła  Asajj,  patrząc  na  Fidelisa.  -  Któż  nie  cieszyłby  się  z  uroczego  postępku  wytwornego

przedmiotu  wytwornego  dżentelmena?  O,  nie  bądź  taki  wstrząśnięty  -  zwróciła  się  do  Whie.  -  Myślałeś,  że  moja
obecność tutaj to tylko pech? Whie spojrzał na Fidelisa. - Ale... miałeś przecież się mną opiekować.

-  Istotnie,  panie  -  odparł  Fidelis  z  lekko  zakłopotaną  miną  -  Ale  twoja  matka  wciąż  jeszcze  jest  głową  rodu

Malreaux  i  powiedziała  mi,  że  to  będzie  najlepsze  dla  was  obojga...  na  dłuższą  metę,  w  świetle  interesów  rodu
Malreaux,  jeśli  panicz  mnie  rozumie...  abyście  oboje  doszli  do  porozumienia  z  hrabią  Dooku  i  jego...  hm...
przedstawicielami. Ventress zachichotała.

-  Trudno  dzisiaj  o  dobrą  pomoc.  Wiesz,  z  kim  się  bawiłeś,  chłopaczku?  To  kamerdyner  Tac-Spec.  Bardzo

niebezpieczny.  Kosztuje  dzisiaj  tyle,  co  mała  planeta,  oczywiście  u  kolekcjonera.  -  Zmarszczyła  brwi.  -Właściwie
przydałoby  mi  się  trochę  grosza.  Cena  małej  planety...  brzmi  nieźle.  Prezentuj  broń  -  rzuciła  nieobecnym  tonem.

background image

Roboty-mordercy  natychmiast  poderwały  karabiny  i  wycelowały  w  pierś  i  głowę  Whie.  -  Co  robisz?  Żądam
rozmowy z lady Malreaux - zawołał Fidelis. - Opuśćcie to natychmiast albo będę zmuszony podjąć pewne kroki -
dodał  znaczącym  tonem.  -  Nie  bądź  idiotą.  Nawet  ty  nie  jesteś  w  stanie  pokonać  mnie  i  sześciu  robotów,  zanim
zabijemy  chłopca.  A  zabiję  go,  jeśli  będziesz  mi  sprawiał  kłopoty.  Dałam  mu  szansę  przeżycia  podczas  naszego
ostatniego spotkania.

Scout ciężko podniosła się na nogi, rękawem ocierając krew z oczu. Zerknęła na Fidelisa, zastanawiając się, co

robot teraz zrobi. W jego receptorach prawie było widać przetwarzane liczby i schematy, kiedy analizował sytuację
taktyczną. Asajj wyjęła ciężki pistolet. - Wiesz, co to jest?

Padawani  spojrzeli  po  sobie  tępo.  Fidelis  przestąpił  z  nogi  na  nogę  i  odchrząknął.  -  Eraser  sieci  neutralnych  -

rzekł.

- Właśnie - Asajj odparła uprzejmie. - Weź go. - Podała mu broń. - No, już, robocie. Bierz to albo... - Jej oczy

przeniosły się na Whie. Fidelis powoli sięgnął po niebezpieczną broń.

- Przyłóż go do głowy i naciśnij spust - rzekła Asajj.
Kap-kap-kap. Po twarzy Scout płynęły kolejne krople krwi.
- No już, robocie. Przyłóż go do głowy i naciśnij spust. Albo ja odstrzelę chłopakowi głowę. Na co czekasz? -

spytała. - Czy to jest ta legendarna lojalność, o której tyle słyszałam? Przecież Malreaux jest teraz w widocznym i
rzeczywistym niebezpieczeństwie. Whie oblizał wargi.

- Fidelisie, nie rób tego. Ja tu nie umrę. Na pewno. Mogę być zabity jedynie przez Jedi. Widziałem to we śnie.

Nie marnuj życia.

- To bardzo duże ryzyko, jeśli opierasz się na informacji ze snu - odparła Asajj. - A jeśli nawet to prawda, to jak

sądzisz,  dlaczego?  Ponieważ  Fidelis  ocali  ci  życie.  Złoży  ostateczną  ofiarę,  jak  każdy  dobry  robocik.  Wie,  co  do
niego należy, prawda? Robot spojrzałby na nią z nienawiścią, gdyby był zaprogramowany na to uczucie. Podniósł
eraser  do  głowy.  -  Proszę  tylko  pamiętać,  że  służyłem  rodowi  Malreaux.  -  Fidelisie,  nie!  Nie  rób  tego!  Robot
spojrzał na niego.

- Nie wiedziałem, że to się tak skończy - rzekł i przycisnął spust.
Scout  i  Whie  krzyknęli  równocześnie.  Oczy  robota  stały  się  puste,  korpus  osunął  się  na  podłogę  w

konwulsyjnych  drgawkach.  Wzdłuż  map  obwodów  popędziły  błękitne  nitki  iskier,  w  miarę  jak  mordercze  prądy
przenikały  jego  kanały  przetwarzania,  spalając  je  niczym  cieniutkie  strumienie  kwasu.  Robot  rzucał  się  i  dygotał
przez  dłuższą  chwilę,  aż  wreszcie  wydał  z  siebie  potworny,  grzechoczący,  mechaniczny  dźwięk,  jak  wibroostrze
spadające  w  głąb  rury.  Była  to  upiorna  parodia  ludzkiego  krzyku,  który  trwał  i  trwał,  aż  wreszcie  robot
znieruchomiał - był już tylko stertą elektroniki leżącą na dywanie.

Asajj spojrzała na niego i lekko trąciła martwą maszynę końcem buta.
- Lojalność - mruknęła filozoficznie. - Zawsze cię wykończy.
Wspaniałą cechą super dokładny eh czujników słuchowych Einblatz/Docker z wbudowanym oprogramowaniem

analizy  głosu  w  czasie  rzeczywistym  i  możliwościami  mikrofonu  kierunkowego  HyperBolic™  było  to,  że  dawało
się je wyłączyć, myślał Solis z rozpaczą, siedząc w swojej kryjówce po drugiej stronie drzwi piwnicy i czekając, aż
śmiertelny krzyk Fidelisa ucichnie wreszcie.

Solis także nie był zaprogramowany na nienawiść, ale szybko się uczył.
- Chcesz, żebym ci opowiedział o potędze Ciemnej Strony? - zapytał Dooku ze zdumieniem.
Yoda znów miał smocze oczy: półprzymknięte, lśniące zielono spod ciężkich powiek.
-  Silna,  silna  jest  Ciemna  Strona  w  tym  miejscu  -  wymamrotał.  -  Dotknąć  jej  możesz  jak  brzucha  węża

ślizgającego  ci  się  po  dłoni.  Posmakować  jej  możesz  jak  krwi  w  powietrzu...  Opowiedz  mi  o  Ciemnej  Stronie,
uczniu. - Nie jestem już twoim uczniem - rzekł Dooku.

Yoda pociągnął nosem, zaśmiał się, machnął w powietrzu wygiętą laską.
- Myślisz, że Yoda nauczać przestaje tylko dlatego, że uczeń słuchać go nie chce? Yoda nauczycielem jest. Yoda

uczy,  tak  jak  pijacy  piją,  jak  zabójcy  zabijają  -  dodał  miękko.  -  Ale  teraz  ty  nauczycielem  będziesz,  Dooku.
Opowiedz: trudno jest odnaleźć siłę Ciemnej Strony?

- Nie. Wiedza Sithów to jedna sprawa. Ale żeby poczuć potęgę Ciemnej Strony, żeby ją poznać, musisz tylko...

pozwolić  na  to.  Odprężyć  się.  Nosimy  ją  w  sobie  -  rzekł  Dooku.  -  Na  pewno  sam  już  o  tym  wiesz.  Z  pewnością
nawet Yoda ją czuł. Ciemność, by zrównoważyć światło, czeka w tobie przez pół życia niczym sierota. Czeka, aż ją
przyjmiesz do domu.

Wszyscy  czegoś  pożądamy,  Yoda.  Wszyscy  się  boimy.  Wszyscy  jesteśmy  osaczeni.  Jedi  uczy  się  tłumić  te

uczucia. Ignorować je. Udawać, że nie istnieją, a jeśli nawet, to dotyczą kogoś innego, nie nas. Nie tych czystych.
Nie  obrońców.  -  Dooku  stwierdził,  że  krąży  po  pokoju.  -  Poznać  Ciemną  Stronę  to  przestać  kłamać.  Przestać
udawać, że nie chcesz tego, czego chcesz. Przestać udawać, że nie boisz się tego, czego się boisz. Połowa dnia to
noc, mistrzu Yoda. Aby widzieć prawdę, musisz nauczyć się widzieć w ciemności.

background image

- Hm... - zamruczał Yoda, przymykając oczy. - Ciemna Strona siłę mi dać może, tak?
-  Siłę  ponad  wszystko.  Kiedy  zrozumiesz  własne  zło  i  zło  w  innych,  okaże  się,  że  są  oni  żałośnie  łatwi  do

zmanipulowania.  To  jeszcze  jeden  rodzaj  zabawy  w  piórkowy  dotyk  -  mówił  hrabia.  -  Ciemna  Strona  ukaże  ci
miejsca, w które możesz uderzyć inną istotę. Jej lęki i potrzeby. Ciemna Strona daje ci do niej klucz.

-  Tak,  tak...  Bardzo  ładne  to  jest,  lecz  Yoda  ma  już  siłę  -  odparł  wiekowy  mistrz,  przyglądając  się  swoim

kosmatym stopom. - Żyję w pałacu większym od tego, jeśli Świątynia to pałac. Dooku jest panem armii... lecz Yoda
też jest panem armii. Więc jak dotąd jesteśmy równi.

- Czy istnieje coś takiego, jak zbyt wielka potęga? - zastanawiał się Dooku. - Na przykład - ciągnął ostrożnie -

pamiętam  czas,  kiedy  twoja  Moc  była  zdecydowanie  większa  od  mojej.  Dzisiaj  jednak  ja  urosłem,  a  ty  się
skurczyłeś.  Jesteś  w  mojej  cytadeli.  Mam  na  swoje  rozkazy  sługi  i  roboty  oraz  własne  moce,  które,  jak  sądzę,
pokonają  nawet  ciebie.  Prawdopodobnie  jednym  słowem  mogę  sprawić,  że  zginiesz.  A  bez  ciebie  jak  długo
przetrwają  drogie  ci  istoty?  Mogę  je  mieć  jednego  po  drugim.  Mace'a  i  Żelazną  Rękę,  Obi-Wana  i  drogocennego
młodego Skywalkera też. Z pewnością czułbyś się bezpieczniejszy, gdyby tak nie było. Yoda przechylił głowę na
bok.

- Anakina nie lubisz chyba?
-  Może  za  bardzo  przypomina  mi  mnie  samego  w  tym  wieku.  Arogancki.  Impulsywny.  Dumny.  Wiem,  że

skromność i pokora są na poczesnym miejscu pośród Wymuszonych Cnót, tych, których człowiek nigdy nie nabywa
z  własnej  woli.  Jeśli  jednak  Los  szuka  narzędzia,  aby  upokorzyć  młodego  Skywalkera,  to  wyznam,  iż  chętnie
zgłoszę się na ochotnika.

Yoda sięgnął laseczką za plecy, usiłując podrapać się dokładnie pomiędzy łopatkami.
- Mocy nad istotami nie potrzebuję. Co jeszcze dać mi może ta twoja Ciemna Strona? - W jaką grę grasz ze mną,

mistrzu Yoda?

Yoda uśmiechnął się, kiedy usłyszał słowo „mistrz" - niech będzie przeklęte - i wzruszył ramionami.
-  To  nie  żadna  gra.  Marnotrawstwem  ta  wojna  jest.  Nawet  ty  się  z  tym  zgadzasz.  Świecą  ci  przesłałem,  więc

wiesz, że do domu zawsze wrócić możesz. Wiemy to obaj, a jeśli powrót do Świątyni twoim życzeniem jest, zabiorą
cię tam.

- To bardzo uprzejme - odparł Dooku oschle. - Miło, że ofiarujesz mi ramię, na którym mogę się wesprzeć.
- Zawsze złapię cię, kiedy będziesz upadał - zapewnił Yoda. - Przysięgałem.
Dooku skrzywił się, jakby ukłuty.
- Ale inny sposób na zakończenie wojny jest. Jeśli przyłączyć się do mnie nie chcesz, może ja do ciebie przystać

powinienem. Powiedz mi coś jeszcze - nalegał Yoda. - Skoro władza nad istotami nie jest mi potrzebna, co jeszcze
Ciemna Strona zrobić dla mnie może?

- A czego byś chciał? - warknął Dooku. - Powiedz mi, czego chcesz, a ja ci pokażę, jak Ciemna Strona może ci

pomóc  to  osiągnąć.  Chcesz  przyjaciół?  Ciemna  Strona  może  ich  do  ciebie  zwabić.  Kochanki?  Ciemna  Strona
rozumie  namiętność  w  taki  sposób,  w  jaki  wy  nigdy  jej  nie  pojmiecie.  Chcesz  bogactw...  wiecznego  życia...
głębokiej mądrości...?

- Chcę... - Yoda podniósł ręką, w której trzymał kwiat, i powąchał go jeszcze raz. - Chcę różę. - Bądź poważny -

zniecierpliwił się Dooku.

- Poważny jestem! - krzyknął Yoda. Poderwał się na nogi. Stojąc na blacie biurka był niemal równy wzrostem

hrabiemu. Władczym gestem wyciągnął kwiat do swojego dawnego ucznia. - Jeszcze jedną różę stwórz dla mnie!

- Ciemna Strona wypływa z serca - tłumaczył Dooku. - Nie jest podręcznikiem tanich magicznych sztuczek.
- Ale taką sztuczkę chcę zobaczyć! - upierał się Yoda. - Sztuczkę, która wywabi kwiat z ziemi. Sztuczkę, która

rozpala słońce.

-  Moc  to  nie  magia.  Nie  mogę  stworzyć  kwiatu  z  powietrza.  Nikt  nie  może.  Ani  ty,  ani  lord  Sithów.  Yoda

zamrugał oczami.

- Moja Moc może. Wiąże wszystkie żywe istoty, Moc, którą ja rozumiem.
- Mistrzu, to gra w słówka. Moc jest taka, jaka była zawsze. Ciemna Strona to nie jest inna energia. Używać jej

to znaczy tylko otworzyć się na nowe sposoby władania tą energią. Sposoby, które wiążą się z sercami żywych istot.
Zapragnij czegoś innego. Zapragnij władzy. - Mam władzę.

- Zażądaj bogactwa.
- Bogactwa nie potrzebuję.
- Zapragnij być bezpieczny! - zawołał Dooku z rozpaczą. - Wolny od lęku!
- Nigdy nie będę bezpieczny - rzekł Yoda. Odwrócił się tyłem do Dooku; bezkształtna bryła pod zniszczonym,

spalonym  przez  kwas  płaszczem.  -  Wszechświat  jest  zimny  i  wielki,  i  bardzo  ciemny:  to  jest  prawda.  To,  co
kocham, zabrane mi zostanie wcześniej czy później. Nie ma takiej mocy, ani jasnej, ani ciemnej, która uratować by
mnie mogła. Zamordowany Jai Maruk został, kiedy pod moją opieką był. I Maks Leem, i wielu, wielu innych Jedi

background image

straciłem. Rodziną moją oni byli.

-  Więc  bądź  o  to  wściekły!  -  jęknął  hrabia.  -  Nienawidź!  Szalej  z  gniewu!  Rozpaczaj!  Pozwól  sobie  choć  raz

zaprzestać zabawy w rycerza Jedi. Przyznaj to, co zawsze wiedziałeś, że lepiej jest oddać cios, niż nadstawić drugi
policzek.  Czuj,  Yoda!  Wyczuwam  wzbierającą  w  tobie  ciemność.  Tu,  w  tym  miejscu,  bądź  choć  raz  uczciwy  i
poznaj prawdę o samym sobie.

W tym momencie Yoda odwrócił się i Dooku aż krzyknął. Nie wiadomo, czy była to gra światła padającego od

holomonitorów,  ukazujących  odległe  krajobrazy  bitewne,  czy  jakaś  inna  sztuczka  oświetlenia,  lecz  twarz  Yody
składała się z cieni w barwach czerni i błękitu, tak że przez jedną krótką chwilę wyglądał dokładnie tak jak Darth
Sidious.  Albo  raczej  jak  Yoda,  którym  mógłby  się  stać,  ale  którym  się  jeszcze  nie  stał.  Yoda  zmurszały.  Yoda,
którego  przerażająca  moc  została  ostatecznie  uwolniona  przez  więź  z  Ciemną  Stroną.  Gdyby  Yoda  kiedykolwiek
zwrócił się w tamtym kierunku, sam Darth Sidious uległby zagładzie. Wszechświat dopiero wtedy dowiedziałby się,
jakim złem może władać prawie dziewięćsetletni rycerz Jedi. Yoda przemówił z cienia: - Rozczarowania nie lubię,
uczniu - warknął. - Daj mi moją różę!

Na  ścianach  Komnaty  Łez  były  wyrzeźbione  cudownie  naturalnie  wyglądające  róże  i  cudownie  ostre  ciernie.

Krew  z  twarzy  Scout  wydawała  się  skapywać  nieco  szybciej.  To  nic  poważnego,  powtarzała  sobie.  Rany  głowy
zawsze mocno krwawią. To nie znaczy, że są poważne. Kap-kap-kap. Krople krwi powoli spływały jej z policzka,
ściekając po podbródku, skapując jak ziarenka piasku w klepsydrze. Ściekały. Uciekały.

Kap.  Kap.  Z  kominka  dochodził  zapach  płonącego  drewna.  Płomienie  drżały  i  pryskały  iskrami.  Tam,  gdzie

polizały drewno, na jasnej korze pojawiały się rany i bąble. - Co z nami zrobisz? - zapytał Whie.

- Nie przejdziemy na Ciemną Stronę - odezwała się Scout chrapliwym głosem. - Nie...
- Nie odzywaj się niepytana do lepszych od siebie - rzekła Asajj spokojnie.
Trzask. Kap.
Scout próbowała coś powiedzieć, ale Asajj chwyciła ją Mocą za gardło jak żelazną dłonią. Kap.
- Powiem ci, kiedy nadejdzie właściwy czas na odezwanie się - oznajmiła Ventress. Scout poczuła, że oczy jej

łzawią z braku powietrza.

Kap, trzask, kap. - Nie rób jej tego - zaoponował Whie.
- Jej? Moc jest w niej słaba - odparła Ventress. - Żywa czy martwa, nie ma wielkiego znaczenia. Zabić ją byłoby

uczciwiej, ale się nie upieram. Ty za to bardzo mnie interesujesz. - Asajj wyciągnęła rękę i dotknęła, tylko dotknęła,
policzka  Whie.  -  Są  rzeczy,  których  pragniesz  -  powiedziała.  -  Czemu  ich  nie  weźmiesz?  -  Nie  wiem,  o  czym
mówisz.

- Nie jestem twoją matką - odparła łagodnie. - Nie musisz być dla mnie grzeczny i miły. Doskonale wyczuwam

Ciemną Stronę. Doskonale. - Spojrzała na Scout - Widziałam, jak na nią patrzysz.

-  Zmyślasz  sobie  -  odparł  Whie  chrapliwie.  -  Myślisz,  że  możesz  zabić  mojego  robota,  moją  przyjaciółką,  a

potem przeciągnąć mnie na swoją stronę?

- Właśnie tak myślę. - Znów samymi kostkami palców musnęła jego policzek. - Zabiłam twojego robota i mogę

zabić  dziewczynę.  Życie  to  nie  bajka,  chłopcze.  Nie  zawsze  zwyciężają  ci  dobrzy.  Wiesz  już  teraz,  że  jesteś  po
niewłaściwej stronie, prawda? - Jej głos wciąż był miękki i leniwy. - Na tym świecie jedyną zasadą jest potęga; górą
ci, którzy ją mają i chcą jej użyć.

- Nie jestem taki jak ty - odparł Whie, ale głos mu się załamał, jakby miał wybuchnąć płaczem.
- Jesteś pewien? Sam mi powiedziałeś, że zginiesz od miecza Jedi - odparła. - Dla mnie to wygląda tak, jakbyś

miał zmienić obóz. Ogień zasyczał.

- Walczysz ze mną wszystkim, co masz - mruknęła Ventress. - Tak jakbym próbowała cię skrzywdzić, a ja chcę

cię  jedynie  uwolnić.  -  Stała  tak  blisko  niego,  że  czuł  ciepło  emanujące  z  jej  ciała.  Jej  szept  był  delikatny,  niczym
pająk wpełzający mu do ucha. - Możesz mieć wszystko, czego chcesz, chłopcze. To, czego pożądasz, możesz sobie
wziąć. Wszystko należy do ciebie - rzekła, gestem obejmując pokój. - Ten pokój jest twój, ten zamek jest twój. Jedi
zabrali ci go, ale jest twój i możesz go sobie odebrać. Ogień też należy do ciebie. Wszystko jest twoje i wraz z tym
możesz  wziąć  wszystko  inne,  czego  pragniesz  -  dodała,  zerkając  na  Scout.  -  Ją  także  możesz  mieć,  jeśli  chcesz.
Gorzki zapach płonącego mokrego drewna.

-  Powiedz  mu,  że  wszystko  w  porządku  -  szepnęła  Ventress  do  Scout.  Ku  swojemu  przerażeniu  dziewczyna

poczuła, jak Asajj Mocą zmusza ją do uśmiechu. Kap, kap.

- Pocałuj ją, Whie. - Krew ściekająca po twarzy Scout. Jej kołnierz mokry i czarny. - Pocałuj ją. A on chciał to

zrobić.

Asajj uśmiechnęła się. - Witaj w domu - rzekła. - A teraz wybieraj.
- Ręka ci drży - zauważył Yoda.
- Tak. - Dooku przyjrzał się jej ze zmarszczonymi brwiami. - Wiek. Yoda uśmiechnął się. - Strach. - Nie sądzę...
Yoda wyszedł z cienia. Wcielenie potęgi Sithów zniknęło. Znów był tylko Yodą, tym samym co zawsze. Ujął

background image

dłoń  Dooku  i  obejrzał  ją  uważnie,  jakby  był  szaloną  Whirry  i  próbował  wyczytać  przyszłość  z  kształtu  plam
wątrobowych. - Czuć drżenie nawet ty musisz.

Za jego plecami, na holomonitorach toczyła się bitwa na Omwat.
- Zwabiłem cię tutaj - powiedział Dooku. - To pułapka.
- Pułapka? - odparł Yoda. - A tak, rzeczywiście.
Dotknięcie jego starczej dłoni było silne i ciepłe. „Jeśli upadać będziesz... złapię ciebie!"
Nie.  Nie  „jeśli**,  lecz  „kiedy".  Tak  powiedział  Yoda.  „Kiedy  upadać  będziesz...  złapię  ciebie!"  Czy  już

wówczas, siedemdziesiąt lat temu, wiedział, że taki dzień nadejdzie? Z pewnością Yoda nie mógł się domyślać, że
jego najlepszy uczeń upadnie tak bardzo, bardzo nisko.

-  Na  Ciemną  Stronę  nie  sądzę,  bym  chciał  przejść  -  rzekł  Yoda  konwersacyjnym  tonem.  -  Nie  dzisiaj.  Pociąg

czuję,  tak?  Oczywiście!  Ale  sekret  ci  powiem,  uczniu.  -  Nie  jestem  twoim  uczniem  -  zaoponował  Dooku.  Yoda
udał, że nie słyszy.

- Yoda ciemność w sobie nosi - rzekł mistrz - a Dooku jasność. Po tych wszystkich latach! Poprzez te oceany

kosmosu! Wszystkie te trupy, które próbowałeś między nas rzucić... a jednak wzywa mnie wciąż ten mały Dooku.
Leci ku prawdziwej Mocy jak żelazo przyciągane magnesem - zachichotał Yoda. - Nawet ślepe nasienie potrzebuje
Światła, aby rosnąć. Czy potężny Dooku nie jest zdolny uczynić tego, co może nawet zwykła róża?

- Za daleko poszedłem ciemną ścieżką, abym mógł powrócić - mruknął Dooku. - Phi! - Yoda strzelił palcami. -

Pusty wszechświat, gdzie on teraz jest? Sam zostałeś, hrabio. Nikt nie jest twoim panem. Co chwila wszechświat się
sam  unicestwia  i  zaraz  odradza.  -  Mocno,  boleśnie  pchnął  Dooku  w  pierś  końcem  laski.  -  Wybierz  i  zacznij  od
nowa.

W komnacie na niższych piętrach Whie stał o centymetry od zakrwawionej twarzy Scout.
Scout  uśmiechnęła  się  szczerze,  ponieważ  wiedziała  już,  dobrze  wiedziała,  co  chłopiec  zamierza  zrobić.  Moc

wezbrała  w  niej  tak,  że  zerwała  uchwyt  Asajj  z  gardła.  -  Dobrze!  -  wyszeptała.  -  Dokonujesz  dobrego  wyboru!  -
Tak? - Tak!

Na  twarzy  chłopca  odmalowała  się  ulga,  niczym  blask  świtu  zalewający  ciemny  kąt.  -  Co  robisz?  -  zapytała

gniewnie Asajj. Whie zaśmiał się i strzelił palcami.

- Budzę się! - zawołał. - Scout, Scout, masz rację! Nie poddam się! Nie jestem złym człowiekiem!
-  Będziesz  za  to  martwym  człowiekiem  -  odparła  Ventress.  Jej  dwa  czerwone  miecze  świetlne  ożyły.  Whie

zaśmiał się znowu.

- Wierz mi, mniej mnie to przeraża niż myśl, że mógłbym stać się kimś... kimś podobnym do ciebie - odparł. -

Nie obraź się. - Nie obrażam się - wycedziła Asajj. - Roboty, zabić!

Przez  drzwi  przebił  się  nagle  grad  błyskawic,  rozbijając  je  na  drobne  drzazgi.  Po  drugiej  stronie  sali,  gdzie

jeszcze przed chwilą stało sześć robotów-morderców ze swoimi karabinami, teraz zostały już tylko dwa, poważnie
uszkodzone, a między nimi kupa stopionego żelastwa. - Co to było? - zawołała Ventress.

-  Miniarmata  szynowa  Rika/Moab  -  rzekł  Solis,  wchodząc  przez  dziurę  po  drzwiach.  -  To  nie  należy  do

wyposażenia kamerdynera.

Wzruszył ramionami.
- Modernizacja - mruknął i zlikwidował dwa pozostałe roboty.
- Nie wiedziałam, że było was dwóch - powiedziała Ventress, obserwując go bacznie - ale jestem prawie pewna,

że to on zdradził mi miejsce pobytu Yody. - Trąciła stopą szczątki Fidelisa. - Nie... to jednak byłem ja.

- Więc dlaczego nas ratujesz? - zapytała zdumiona Scout.
- Jeszcze nie jesteście uratowani - kwaśno odparła Asajj.
- Inaczej wycofa się z interesu. Nie możemy sobie na to pozwolić - rzekł Solis. - To niekorzystne dla biznesu.

Uratowałem was, ponieważ szanse na pokonanie jej są większe, jeśli cała nasza trójka jest żywa i zdolna do walki.
Scout zmierzyła go zwężonymi oczami.

- Nie jestem pewna, czy chodzi właśnie o to. Zdaje mi się, że po prostu nie spodobała ci się myśl o umieraniu.

Solis westchnął.

- Nie chciałem, żebyś zginęła - odparł. - Bo do chłopaka jakoś się specjalnie nie przywiązałem.
Scout dobyła miecza i włączyła go - bladobłękitną smugę światła. - Też mi się podoba ta myśl o przewadze.
Asajj  skoczyła  wysoko  w  górę,  aby  uniknąć  nagłej  śmierci  w  ogniu  działka  przymocowanego  do  ramienia

Solisa.  Strumień  energii  trafił  w  szafkę,  która  rozpadła  się  na  drobne  kawałki.  Ventress  zamierzyła  się  na
dziewczynę,  lecz  Scout  w  tym  miejscu  i  w  tej  chwili  również  była  silna  Mocą  i  jej  parada  trafiła  w  odpowiednie
miejsce, zanim padł cios.

Whie też włączył miecz. Pomieszczenie było jednym wielkim rumowiskiem, pełnym ognia i ruin, odoru dymu i

rozgrzanego metalu.

Kolejny dreszcz przeczucia przebiegł po karku Scout i dziewczyna jęknęła, widząc, jak Ventress wykorzystuje

background image

delikatne pchnięcie Mocy, aby unieść zapomniany eraser z metalowej dłoni Fidelisa.

- Solis! - wrzasnęła, kiedy spust sam zagłębił się w obudowie. - Za tobą!
Za późno. Po plecach robota przemknęły błękitne strugi energii.
-  Uciekajcie!  -  zawołał  Solis.  Strzelił  do  Ventress  z  mechaniczną  szybkością  i  celnością,  wbijając  w  jej  lewą

nogę  strumień  metalu.  Eraser  sieci  neutralnych  zaczął  działać  i  w  chwilę  później  robot  strzelał  już  obok  celu,  a
potem przestał w ogóle, bo ogarnęły go agonalne drgawki. Whie z pobladłą twarzą obserwować jak robot umiera. -
Chodź! - zawołała Scout, chwytając go za kołnierz. - Musimy stąd wyjść i znaleźć mistrza Yodę!

Pociągnęła  go  za  sobą  w  kierunku  drugich  drzwi,  po  czym  oboje  pobiegli  przez  nieznany  dom.  Syreny  wyły,

dzwoniły alarmy. Skręcili w pierwszy lepszy korytarz i Scout popędziła w kierunku amfilady, która wydawała się
prowadzić do dużego westybulu. Zatrzymała się jak wryta, kiedy spod łuku wytrysnął strumień ognia z miotacza.

- Dobrze... i tak szukamy czegoś innego - szepnęła i wybrali następne drzwi.
Za ich plecami Asajj Ventress oddarła pas tkaniny od swojej koszuli i owinęła nim krwawiącą nogę. Rana nic

była  poważna,  ale  bolała,  a  ona  miała  zamiar  sprawić,  aby  padawani  za  nią  zapłacili.  Mocno  zacisnęła
zaimprowizowany bandaż i wybiegła za nimi, z narastającym w gardle głuchym warczeniem. Rzuciła się w ten sam
korytarz, nasłuchując dźwięków strzałów, po czym wpadła do wielkiego westybulu Château Malreaux.

- Teraz was mam! - warknęła i stwierdziła, że znajduje się twarzą w twarz z Obi-Wanem i Anakinem.
-  Skoro  tak  mówisz,  to  widocznie  prawda  -  jak  zawsze  grzecznie  odparł  Obi-Wan.  -  A  skoro  już  przy  tym

jesteśmy,  to  co  z  nami  zrobisz?  Za  jego  plecami  miecz  Anakina  ożył  z  cichym  sykiem.  Ventress  obróciła  się  na
pięcie i uciekła.

-  Płonie  twój  dom  -  zauważył  Yoda,  spoglądając  z  wielkim  zainteresowaniem  na  holomonitory.  Na  konsoli

łączności  zabłysło  światełko.  Specjalne,  czerwone  światełko.  Dooku  spojrzał  na  nie  i  z  wielkim  trudem  oderwał
wzrok. - Wiadomość - podpowiedział usłużnie Yoda. - Możesz odebrać? Po twarzy hrabiego strugami ściekał pot.

-  Może  to  ktoś,  o  kim  nie  powinienem  się  dowiedzieć?  To  wiadomość  od  twojego  nowego  mistrza,  prawda,

Dooku? Zapytaj sam siebie: który z nas kocha cię bardziej? - Służę jedynie Darthowi Sidiousowi - odparł Dooku. -
Nie o to pytałem, uczniu.

Czerwona lampka migała. Z dołu dobiegł huk kolejnej eksplozji. Rozległa się syrena, kilka monitorów zaczęło

migać.

-  Chodź  -  z  naciskiem  rozkazał  Yoda.  Znów  położył  dłoń  na  ramieniu  Dooku.  -  Złapię  cię,  powiedziałem.

Wierzyć musisz. Więcej przebaczenia znajdziesz u starego mistrza niż u nowego.

Rozległy się szybkie, nerwowe kroki i do pokoju wpadła gosposia.
- Panie, tam w sali balowej są Jedi! Przyszli po moje Dziecię! - wrzasnęła.
Dooku  spojrzał  na  monitory  ochrony  i  przełączył  jeden  z  nich  na  salę  balową.  -  Ach  -  rzekł.  Jego  twarz

znieruchomiała  i  zamarła.  -  Widzę,  że  przyprowadziłeś  swojego  protegowanego.  -  Nie  rozumiem  ciebie  wcale  -
odparł Yoda.

- Nie mówiłeś, że przywieziesz tu młodego Skywalkera - wyjaśnił Dooku, wskazując na monitor. - I Obi-Wana.

To  bardzo  zmienia  układ  sił.  Masz  tu  teraz  swojego  Cudownego  Chłopca,  który  walczy  z  robotami-mordercami
postawionymi przeze mnie na straży frontowych drzwi. - Jego dłoń nagle odzyskała stabilność. - Twojego nowego
ukochanego syna. - Nie sprowadziłem go!

- A jednak jest tam, razem z Obi-Wanem. Z pewnością to cud. Zapewne uciekłeś od nich w sekrecie. Może nie

stawiłeś się na spotkanie. Tak łatwo stracić poczucie czasu, kiedy się plotkuje ze starymi przyjaciółmi - zauważył
hrabia.

W drzwiach wciąż stała Whirry, przestępując z nogi na nogę w najwyższym poruszeniu.
- Panie, proszę! Nie pozwól, aby Jedi znów skradli moje Dziecię! Zrób coś dla mnie, panie, za całą moją ciężką

pracę! Dooku podniósł głowę.

-  Zrobić  coś  dla  ciebie?  -  Jego  oczy  przeniosły  się  na  Yodę  i  na  miecz  świetlny  u  boku  starego  mistrza.  -

Oczywiście, że coś dla ciebie zrobię.

Delikatnym ruchem dłoni i Mocą poderwał ciężką kobietę i rzucił nią w okno. Oczy Yody zrobiły się wielkie z

przerażenia. - Mogłeś chcieć jej pomóc - wyjaśnił Dooku.

Yoda jednym skokiem znalazł się przy framudze. Whirry leciała w dół, krzycząc i nieuchronnie kierując się ku

ciemności.  Yoda  zmrużył  oczy  i  sięgnął  poprzez  Moc,  unieruchamiając  ją  niecałe  trzy  metry  nad  ziemią.  W  tej
samej  chwili  sam  znalazł  się  w  powietrzu,  wirując  i  lecąc  w  dół  po  zdradzieckim  ataku  hrabiego.  Nawet  nie
zauważył,  kiedy  to  się  stało.  Powietrze  przecięła  oślepiająca  czerwona  plama  miecza  Dooku,  rysując  palący  szlak
wzdłuż  boku  Yody,  by  za  chwilę  przepołowić  biurko.  Yoda  wyrwał  zza  pasa  swoją  broń,  próbując  jednocześnie
bezpiecznie opuścić Whirry na bruk. - Skrzywdzić ciebie nie chcę!

- Dziwne - zauważył Dooku. - Bo ja mam zamiar cię zabić i to z wielką przyjemnością.
W chwili, gdy Yoda uwalniał Whirry z uchwytu Mocy, pozwalając jej upaść na kamienie, ostrze miecza Dooku

background image

ponownie drasnęło go w ramię. Klinga hrabiego była szybka jak język węża. Wśród innych Jedi może tylko Mace
Windu  mógł  mu  dorównać  na  neutralnym  gruncie;  lecz  tu,  na  Vjunie,  skłaniającym  się  ku  Ciemnej  Stronie,  jego
sposób  walki  był  wcieleniem  i  materializacją  podłości  -  zło  skoncentrowane  w  czerwonym  promieniu.  -  Zraniłem
cię! - ucieszył się Dooku.

- Wiele razy - odparł Yoda. Zastanowił się na chwilę nad swoim bólem; wytrzyma. Teraz musiał się skupić na

Dooku, a jego miecz świetlny błyszczał tym samym groźnym zielonym światłem, co oczy spod ciężkich powiek. -
Ale  zabić  mnie  nie  zdołałeś,  choć  miałeś  szansę.  Błąd  to  był.  Ponad  osiemset  lat  przeżył  Yoda,  wśród
niebezpieczeństw, jakich wyobrazić sobie nie zdołasz. - Umiem zabijać - syknął Dooku.

Oczy Yody otworzyły się szeroko jak kule zielonego ognia. - Tak... lecz Yoda umie żyć!
Ich klingi starły się w fontannie iskier zielonych i czerwonych, ale zieleń płonęła jaśniejszym blaskiem. Powoli,

powoli Dooku ustępował. A w ciemnym, oszałamiającym powietrzu Vjuna Yoda stanowił straszliwy widok.

- Tak - wyszeptał Dooku. - Poczuj mnie. Poczuj zdradę. Wszystkie te lata nauczania, wychowywania, ufności... I

oto  jestem  tutaj,  twój  ukochany  syn,  i  zabijam  twoich  drogocennych  Jedi  jednego  po  drugim.  Znienawidź  mnie,
Yoda. Wiesz, że tego chcesz.

Hrabia ciął mieczem świetlnym. Yoda odskoczył szybko i poczuł, jak żar czerwonego ostrza przecina powietrze

o  centymetry  od  jego  tuniki.  Skoczył,  okręcił  się  i  uderzył  w  plecy  Dooku,  zanim  jeszcze  dotknął  stopami  ziemi.
Dooku w ostatniej chwili odwrócił się na bok, przecinając ostrzem miejsce, gdzie jeszcze przed ułamkiem sekundy
był  jego  przeciwnik.  Znów  zaczęli  krążyć  wokół  siebie.  Ich  ostrza  spotkały  się  i  zamarły.  -  Sprytny  jesteś  -  rzekł
Yoda, oddychając ciężko.

- Miałem świetnych nauczycieli - odparł Dooku.
Yoda upadł i przetoczył się na bok. Jego miecz świetlny błysnął, sięgając kostek Dooku. Hrabia skoczył w górę i

wykonał przewrót w tył, aby wylądować wprost przed Yodą. Ten jednak zdążył się już poderwać, okręcić i znów
uderzyć. Ich ostrza spotkały się znowu. Zielona klinga zaczęła spychać czerwoną w tył. Dooku atakował na oślep,
napędzany nienawiścią. Miecze syczały, brzęczały i rzucały iskry.

Dooku nagle opuścił miecz w kierunku drobnego mistrza Jedi i Yoda odparował cios, blokując ostrze hrabiego.

Yoda odetchnął, uspokajając się.

- A jednak nawet tu, na Vjunie, gdzie Ciemna Strona szepce do mnie i szepce... kocham cię dość, aby śmierć ci

zadać.

Pchnął  znów  Dooku  w  tył,  ostrza  zabłysły  i  sypnęły  snopami  światła  -  zielonego  jak  morze  i  czerwonego  jak

krew.

Po  czole  i  brodzie  Dooku  spływały  strumienie  potu,  lecz  hrabia  zaciskając  zbielałe  wargi,  odbijał  każdy  cios

Yody.  Holobitwy  wrzały  wokół  nich,  bo  konsole  ukazywały  teraz  Obi-Wana  i  Anakina  walczących  z  kolejnymi
falami  robotów  bojowych.  Dooku  spojrzał  znów  na  czerwony  przycisk  na  biurku  i  użył  Mocy,  aby  włączyć
transmisję. Yoda przechylił głowę. - Wyboru dokonałeś, hrabio?

- Stwierdziłem, że nie jestem już twoim uczniem - rzekł Dooku pomiędzy jednym ciężkim oddechem a drugim. -

Oczywiście,  zawsze  istniała  możliwość,  że  zdołasz  mnie  pokonać.  -  Yoda  zaatakował.  Dooku  sparował.  -  Więc
umieściłem  na  wysokiej  orbicie  rakietę,  skierowaną  w  tę  stronę.  Właśnie  tu  leci.  Nabiera  prędkości.  -  Dooku
ostrożnie  zbliżył  się  do  okna.  -  Czujesz,  jak  spada?  Cierń,  igła,  strzała,  coraz  szybsza  i  szybsza.  -  Urwał,  aby
zaczerpnąć tchu. - Obi-Wan i twój drogocenny Skywalker zostaną starci w pył, kiedy rakieta uderzy. Więc teraz ty
musisz zdecydować, co dla ciebie ważniejsze, mistrzu Yoda... zabrać moje życie... czy ocalić ich?

Jednym skokiem w tył znalazł się za oknem. Yoda rzucił się za nim. W ciemnym powietrzu Vjuna musiał użyć

całej swej woli, żeby nie skoczyć i nie zetrzeć go w proch raz i na zawsze.

Lecz  czuł  już  nadlatującą  rakietę,  przebijającą  atmosferę  z  ognistym  wrzaskiem;  dwieście  uzbrojonych

kilogramów  materiałów  wybuchowych,  wycelowane  w  Château  Malreaux.  Yoda  prychnął,  spojrzał  w  niebo  i
zauważył jarzącą się kropkę na horyzoncie.

W dole Dooku wylądował delikatnie na bruku i zniknął w ogrodzie różanym.
Rakieta  pędziła  z  ogromną  prędkością  i  siłą  -  było  to  zbyt  wiele  nawet  dla  Yody.  Nie  mógł  jej  całkowicie

zatrzymać, nawet gdyby miał czas i absolutny spokój. Sięgnął jednak w Moc, wiążąc nawet jadowity mech Vjuna i
pokręcone  cierniodrzewa,  przyjął  ją  w  siebie  jak  wiatr,  oddech  świata,  zebrał  ją  w  sobie  i  uwolnił  w  grze  w
piórkowy  dotyk,  gdzie  stawką  było  życie  ich  wszystkich.  Nie  działał  siłą  na  siłę  rakiety.  Ale  dotknął  jej  lekko  z
boku  -  tyle  tylko,  żeby  z  wizgiem  przeleciała  obok  wybitego  okna  i  kilometr  od  brzegu  zanurzyła  się  w  zimne,
wyczekujące morze.

Po długiej chwili z tafli oceanu buchnęła trzystumetrowa fontanna wody i ognia - i opadła.
Zamek i wszyscy w jego wnętrzu byli uratowani, lecz Dooku uciekł.
W chwilę później Yoda zszedł do pomieszczenia, które niedawno jeszcze było reprezentacyjnym holem Château

Malreaux, a teraz pozostała z niego jedynie sterta dymiących ruin.

background image

Obi-Wan w zadumie grzebał stopą w szczątkach robota bojowego, którego jego towarzysz przeciął na pół.
-  Niezła  robota,  Anakinie.  -  Rozejrzał  się  wokół,  obejmując  wzrokiem  jatkę.  -  Jeśli  kiedyś  będziesz  rozważał

karierą dekoratora wnętrz, sądzę, że powinieneś jeszcze trochę się poduczyć.

- Wykluczone - odparł Anakin. - To jest neobrutalizm. Zobaczysz, że przyjdzie na to moda, jeśli Wojny Klonów

się szybko nie skończą.

-  Mistrz  Yoda!  -  zawołał  Obi-Wan  i  ruszył  biegiem  w  kierunku  wielkich,  kręconych  schodów,  po  których

schodził powoli stary mistrz. - Nic ci nie jest?

-  Smutny  jestem,  ale  cały  i  zdrowy.  -  Stary  Jedi  westchnął.  -  A  tak  blisko  byłem!  -  Czyżbyś  omal  nie  zabił

Dooku? - ze współczuciem zapytał Anakin. - To naprawdę frustrujące!

Yoda obrzucił go dziwnym - można by przysiąc, że wściekłym - spojrzeniem. Anakin nic nie zauważył.
-  Może  go  jeszcze  dopadniemy...  musi  przecież  gdzieś  tu  być.  Myślałem,  że  uda  nam  się  raz  na  zawsze

zlikwidować Ventress, ale nam zwiała. To miejsce jest całkiem zwariowane... więcej tajnych przejść niż zwykłych
pokoi.

- A za każdą ścianą roboty bojowe - posępnie dokończył Obi-Wan. W dali rozległ się nagle grzmot silnika statku

kosmicznego.  Obi-Wan  rzucił  się  do  drzwi.  -  Mistrzowie!  -  syknął  Anakin.  Położył  palec  na  ustach,  dając
pozostałym znak, aby byli cicho. Podszedł ukradkiem do ściany holu i ostrożnie zbliżył się do wejścia wiodącego do
wnętrza domostwa. Włączył miecz świetlny i z mrożącym krew w żyłach okrzykiem wyskoczył na korytarz - w tej
samej  chwili,  kiedy  Scout  i  Whie  nadbiegli  z  przeciwnej  strony.  Cała  trójka  zamarła  w  pozycji  bojowej  na  długą,
komiczną chwilę. Yoda wybuchnął śmiechem, aż zgiął się wpół. Anakin pierwszy odzyskał przytomność umysłu. -
Hej, przecież to mały!

-  Ależ  miło  mi  was  widzieć!  -  zawołał  Yoda.  -  Ale  ranni  jesteście  -  dodał,  a  jego  wielkie  uszy  zwinęły  się  z

troski. Szata Whie była nadpalona i poszarpana od zbłąkanych strzałów umierającego Solisa, a włosy Scout zlepiała
krew. - To nic - odparła Scout radośnie. - Mogło być gorzej.

Whie roześmiał się i rzucił Anakinowi na szyję z czystej radości. - Tak się cieszę, że nie przyszedłeś mnie zabić.
Anakin w zadumie poklepał go po plecach.
- Ja też - rzekł. Obejrzał się przez ramię i dodał: - Może byś sprawdził, mistrzu, czy z jego głową wszystko w

porządku? - Anakinie? - odezwał się Obi-Wan.

- Tak?
- Pamiętasz ten pierwszy raz, kiedy spotkałem się z Asajj Ventress? Ukradłem jej wtedy statek. - Na Queycie,

tak?

- A potem spotkaliśmy się jeszcze raz i znów zabraliśmy jej statek.
- Owszem. Czemu pytasz? - spytał Anakin, stając w drzwiach obok Obi-Wana. Wspólnie obserwowali, jak ich

śliczna  chryya  powoli  wznosi  się  w  rozpłakane  niebo  Vjuna,  przyspiesza  szybko  i  znika  w  chmurach.  -  Och,  tak
sobie - mruknął Obi-Wan.

 

background image

R O Z D Z I A Ł 12

 
 

Dłonie  Obi-Wana  poruszały  się  po  kontrolkach  używanej  seltayi,  którą  Yoda  kupił  na  Szlaku  Hydiańskim.  Po

wielu godzinach targowania się mistrz uzyskał doskonałą cenę, kiedy do uzgodnionej sumy dołożyli jeszcze wartość
handlową dwóch kanonierek Gildii Kupieckiej przywłaszczonych na Vjunie. - Gotowi do wyjścia z nadprzestrzeni?
- Jeszcze jak- mruknął Anakin.

Starszy Jedi spojrzał na młodzieńca, który szczerzył zęby z radości. Zazdroszczę mu, pomyślał z zaskoczeniem.
- O czym myślałeś, Obi-Wanie? Widziałem twój uśmiech.
- Czy pamiętasz małą maksymę Yody na temat pokory? - Pokora nieskończona jest - zacytował Anakin.
-  Właśnie.  A  może  słyszałeś  kiedykolwiek  tłumaczenie  Mace'a  Windu?  -  Anakin  pokręcił  głową.  -  Nigdy  nie

jesteś za stary na popełnienie kolejnego wielkiego błędu. Obi-Wan ustawił stery na wyjście z nadprzestrzeni.

- Wyjście do podprzestrzeni Coruscant na trzy, dwa, jeden.
Statek  zatrząsł  się,  jakby  wszedł  na  falę,  rozmazane  gwiazdy  na  powrót  stały  się  świetlnymi,  migoczącymi

punktami,  a  Coruscant  wisiał  w  ciemności  przed  nimi,  jasny  i  lśniący,  jakby  rozświetlony  milionami  dusz  swoich
mieszkańców.

W drugiej części statku Scout i Whie oglądali ten sam obraz na ekranie.
- Dziwne, wracamy do Świątyni Jedi już jutro. Wydawałoby się, że to wszystko był sen... dziewczyna zawahała

się i pożałowała, że użyła tego słowa.

- Teraz nie śnimy - spokojnie odparł Whie. - To Świątynia była snem.
- Może... może się nie spełni... ta twoja ostatnia wizja - szepnęła Scout. - A może źle coś zrozumiałeś?
- Może... - Widziała jednak, że sam w to nie wierzy. - Ale nie szkodzi. Boję się śmierci, ale jeszcze bardziej się

bałem,  że...  -  urwał.  -  Ale  tak  się  nie  stało,  dzięki  tobie.  To,  co  powiedziałaś...  było  tak,  jakbyś  znowu  oddała  mi
moje „ja". Dałaś mi pozwolenie, abym był dobry. Scout pokręciła głową.

-  To  nie  były  żadne  sztuczki,  Whie.  Nic  takiego  nie  zrobiłam.  Wiedziałam  po  prostu,  co  wybierzesz.  Whie

uśmiechnął się.

- Niech będzie i tak. Właściwie to dość interesujące, widzieć u ciebie pokorę. Myślę, że to... urocze.
Scout uderzyła go Mocą po głowie, ale lekko. Nie dość mocno, żeby przestał się śmiać. - Złośliwiec - rzekła z

godnością.

Na końcu korytarza pojawił się Yoda, niosący tacę, a na niej butelkę czegoś bursztynowego i trzy szklanki.
-  Nie  masz  się  czego  martwić  -  rzekł.  -  Szansę  na  bycie  złym  znowu  masz.  -  Zachichotał  i  nalał  każdemu  po

szklance napoju. - I dobrze. W każdej chwili wszechświat na nowo się odradza. Wybierz i od nowa zaczynaj.

Scout podniosła szklaneczkę i z powątpiewaniem zajrzała do środka. Yoda z urazą pociągnął nosem.
- Coś niedobrego mistrz Yoda może ci dać, tak myślisz?
Scout  i  Whie  wymienili  spojrzenia.  Skwapliwie  podnieśli  szklanki  i  powąchali.  Aromat  doskonałego  soku  z

reythańskich jagód rozniósł się po całej kabinie, słodki jak promień słońca na stokrotce.

- Prawie w domu - szepnęła Scout, ochoczo popijając ze szklaneczki. Sok spłynął w jej przełyk niczym słodki

jak miód letni deszcz.

- Dzięki tobie - odparł ze śmiechem Whie. - Nie mogę się doczekać, kiedy wszystkim opowiem, jak zawróciłaś

głowę  tym  pilotom  we  yjuńskim  porcie  kosmicznym.  „Szybko,  poruczniku!  Ci  mordercy  Jedi  uciekają  w  swojej
chryyi! Musimy wziąć jakieś statki i dogonić ich!"

- Nie, to wy, chłopcy, swoimi myślowymi sztuczkami przekonaliście tamtych - odparła skromnie, rumieniąc się

z radości. Miło było słyszeć od Whie takie słowa, od razu miała wrażenie, że istotnie przyczyniła się do powodzenia
misji i nie była nadbagażem, jak się tego spodziewał jej mistrz Jai Maruk. Jai i wielu innych, pomyślała po chwili,
przypominając sobie Hannę i jej błyszczące pogardą białe arkaniańskie oczy na Turnieju Uczniów. Upiła jeszcze łyk
soku. - O rany, nagle zatęskniłam nawet za Hanną Ding. - Tą Arkanianką, która tak ci dała popalić?

- Martwiła się, że zginie w tej wojnie - odparła Scout, zaskakując tym samą siebie. - Nie chciała umierać za nic.

Jedi są dla niej ważni. Dla nas wszystkich zakon jest jedyną rodziną, jaką mamy.

Po raz drugi w ciągu kilku minut położyła dłoń na ustach. Whie uśmiechnął się boleśnie. Yoda pociągnął nosem.
- Trudne to było, tak myślę. Matkę zobaczyć, kiedy Dooku zbiegł.
- Czekała na mnie przez tyle lat - rzekł Whie. - Ale najdziwniejsze jest, że to nie na mnie czekała. Nie całkiem

na mnie. Straciła swoje dziecko i na to dziecko czekała. A kiedy zobaczyła mnie... cóż, byłem dla niej kimś obcym.

-  Tak  samo  było,  kiedy  wszyscy  pojechali  na  Geonosis  -  nieoczekiwanie  odezwała  się  Scout.  -  Świątynia

wyglądała jak wymarła. Próbowaliśmy pracować i być grzeczni, ale właściwie tylko zabijaliśmy czas, czekając, aż
wrócą. Ale nie wrócili. - Znów napiła się soku. - Nie chodzi nawet o tych, którzy zginęli. Także ci, którzy przeżyli,

background image

wrócili całkiem odmienieni. Posępni. Whie kręcił sokiem w szklance.

-  Myślisz,  że  się...  dopasujemy,  kiedy  wrócimy?  Nie  potrafię  sobie  wyobrazić,  że  znowu  będę  się  uczył  tego

samego, rozmawiał z tymi samymi ludźmi, jakby nic się nie wydarzyło. Wszystko mi się wydaje takie inne - rzekł.
W  jego  głosie  brzmiał  niepokój.  Zmienił  się,  pomyślała  Scout.  Był  chłopcem,  który  wiedział  wszystko.  Teraz
wydawał  się  znacznie  mniej  pewny  siebie,  ale  to  sprawiało,  że  zdawał  się  również  starszy.  Już  nie  był  chłopcem
bawiącym się w Jedi, lecz młodzieńcem, który zaczynał zmagać się z niepewnym, ulotnym światem ludzi dorosłych,
w jakim żyją prawdziwi rycerze Jedi. Whie spojrzał na nią.

- Wciąż jeszcze się boisz, że cię odeślą do oddziałów rolniczych?
Scout z zaskoczeniem stwierdziła, że w ogóle o tym nie myślała.
- Skądże - odparła swobodnie. - Myślę, że Jedi są na razie na mnie skazani.
- Chyba nauczymy się jakoś z tym żyć - uśmiechnął się Whie, ale w oczach miał pustkę. - Wiesz przecież - rzekł

po chwili - że postanowiłem opuścić Château Malreaux i wrócić na Coruscant. Miałem nadzieję, że tu także poczuję
się w domu... jak na Vjunie, kiedy po raz pierwszy postawiłem stopę na planecie. Ale tak nie jest. Spojrzał na glob,
który szybko powiększał się w iluminatorze.

- Czuję się tak, jakbym się nagle odkleił. Moim domem nie jest Vjun... wiem, nie mógłbym tam teraz wrócić,

choćby nawet moja matka bardzo tego chciała. Nie jestem wicehrabią Malreaux. Jestem sobą, Whie, uczniem Jedi.
Nie  wydaje  mi  się  też,  aby  moim  domem  było  Coruscant.  Czy  takie  jest  przeznaczenie  Jedi?  -  zapytał  Yody.  -
Wędrować  wszędzie  i  nigdy  nie  zaznać  spoczynku?  Jeśli  tak,  akceptuję  to,  ponieważ  ślubowałem  całym  życiem
służyć zakonowi i nie mam zamiaru się wycofać, ale tak mi się zdaje, że... że chyba nie wiedziałem, jakie to trudne.
Chyba nie wiedziałem, że nigdy nie będę miał domu. Yoda napełnił mu szklankę z westchnieniem.

- Do tej samej rzeki nigdy dwa razy wejść nie możesz. Za każdym razem odpływa rzeka. Za każdym razem ten,

kto  wchodzi  do  niej,  całkiem  się  zmienia.  -  Zwinął  uszy,  pogrążony  we  wspomnieniach.  -  W  wiele  podróży
wyruszałem albo czekałem, aż inni z takich podróży powrócą. Jedi wędrują wśród gwiazd i czekają ze świeczką w
oknie, i mają nadzieję. Niektórzy wracają, inni zostają złamani. Niektórzy Ciemną Stronę wybierają, straceni są aż
po  ostatnią  podróż,  którą  wszyscy  wspólnie  przebyć  musimy.  Nieraz,  w  mroczniejsze  dni,  czuję  zew  tej  ostatniej
podróży i ja. - Jednym haustem wychylił swój sok i spojrzał na Whie. - Ciemna Strona w tobie jest, teraz wiesz o
tym. Whie odwrócił wzrok. - Tak.

- Ale inne rzeczy w tobie również są. - Yoda poklepał go łagodnie po piersi. - Moc jest w tobie. Prawdziwy Jedi

żyje  w  Mocy.  Dotyka  Mocy.  Ona  go  otacza,  sięga  z  jego  wnętrza,  by  dotykać  tego,  co  jest  na  zewnątrz.  -  Yoda
uśmiechnął się i Scout poczuła jego obecność w Mocy, ciepłą i jasną, jak latarnia świecąca pośrodku kabiny. - Nie
żadną stertą permabetonu dom jest - ciągnął Yoda. - Nie pałacem i chatą, statkiem czy szałasem. Gdziekolwiek Jedi
jest, Moc musi być także. Gdziekolwiek my jesteśmy, dom jest.

Scout uniosła szklankę i poważnie trąciła się z pozostałymi. Ting, ding.
- Za powrót do domu - powiedziała i wszyscy wypili.
Daleko, daleko, na maleńkiej planecie w zapomnianym systemie głęboko poza frontem Gildii Kupieckiej, hrabia

Dooku z Serenno wędrował wzdłuż brzegu obcego morza. Był sam. Tu urządził sobie siedzibę. Za godzinę będzie z
powrotem w obozowisku, otoczony przez doradców, roboty, sługi, popleczników, inżynierów i oficerów. Wszyscy
będą  prosić  o  chwilę  jego  czasu,  będą  przedstawiać  swoje  schematy  i  strategie,  spijając  jak  pszczoły  nektar  jego
potęgi.  Może  pojawi  się  i  Asajj  Ventress,  jego  protegowana,  żądając,  aby  uczynił  z  niej  swoją  uczennicę.  Miał
zaplanowane spotkanie z wielkim generałem Grievousem, który był jeszcze potężniejszy niż Ventress, lecz znacznie
mniej interesujący jako partner do rozmowy przy kolacji. No i oczywiście w każdej chwili może go wezwać jego
mistrz. „Kim jesteśmy?"

Na  powierzchni  zatoki  woda  wzbierała  i  falowała,  po  czym  rozbijała  się  wśród  białej  piany,  która  sycząc

wspinała się po zimnym piasku. „Kim jesteśmy, jak sądzisz, Dooku?"

Morze  zapieniło  się  wokół  jego  butów  i  cofnęło,  pozostawiając  muszlę  na  pół  zakopaną  w  piasku.  Dooku

podniósł ją. Nagle przypomniał sobie żywo, jak uczynił ten sam gest na Serenno, kiedy był chłopcem, jeszcze przed
przybyciem Jedi. Pamiętał teraz zapach morza, drobne, słone błoto wyciekające z muszelki, kiedy przykładał ją do
ucha. I wtedy nagle stało się coś cudownego, coś magicznego, co napełniło go radością... dziś jednak nie mógł sobie
przypomnieć, co to było.

Potrząsnął  muszelką,  żeby  ją  osuszyć,  i  przyłożył  do  ucha...  do  ucha  starego  człowieka;  dziecko,  którym  był,

żyło dawno temu. Serce nagle zaczęło mu bić mocniej, jakby - cóż za absurd - mógł naprawdę coś usłyszeć w tej
muszli,  coś  bardzo  ważnego.  Jednak  albo  muszelka  była  inna,  albo  morze,  albo  coś  w  jego  wnętrzu  pękło
bezpowrotnie. Słyszał tylko cichy syk wiatru i fal, a głębiej tępe uderzenia własnego serca. Ostatecznie jesteśmy po
prostu samotni.

Samotni, szepnęła muszelka. Samotni, samotni, samotni.
Zmiażdżył ją w dłoni i rzucił odłamki na plażę. Odwrócił się i ruszył w kierunku obozowiska.

background image

 

Matka  Whie  siedziała  w  wielkim  fotelu  w  gabinecie  pośród  ruin  Château  Malreaux  i  spoglądała  na  zachód

słońca.  Okno,  które  Dooku  wybił  jej  ciałem,  nigdy  nie  zostało  naprawione;  ostre  noże  szkła  szczerzyły  się  wokół
futryny niczym zęby wyjącej paszczy. Szkło pocięło jej różową suknię na strzępy i poplamiło krwią. Nie dbała o to.
Dziecię odeszło.

 

Kiedy po raz pierwszy odczytała swoją przyszłość z rozbitego szkła, zapłakała. Potem czas łez minął. Nic jej już

nie  pozostało.  Nic,  tylko  siedzenie  przy  oknie.  Słońce  zaszło.  Wraz  z  nadejściem  nocy  wiatr  odwrócił  kierunek  i
ciągnął teraz od lądu; chmury się rozstąpiły, słońce dotknęło wody, zanurzyło się i zatonęło. Na niebo - czyste choć
raz - wpełzła ciemność. Gwiazdy błyszczały jak odłamki lodu. Jej chłopiec był gdzieś tam daleko i miał już nigdy
nie wrócić.

Zapadła czarna noc, ale ona nie wstała, żeby zapalić światło.
W ciemności było jeszcze zimniej. Mały lisek yjuński piszczał i węszył wokół jej sztywniejących stóp.
O świcie i ciemność odeszła.
Brzask.
Z  początku  szary,  ledwie  muskający  iglice  Świątyni  Jedi  i  wyniosłe  szczyty  rezydencji  kanclerza.  Miękkie

światło  tej  samej  barwy  co  gołębie  pocztowe,  właśnie  budzące  się  w  swoich  gniazdach  na  wielkich,
ferrobetonowych  wieżowcach  Coruscant.  Niski,  ciągły  szum  ruchu  narastał  w  miarę,  jak  pierwsi  mieszkańcy
spieszyli  do  swoich  porannych  zajęć  w  piekarniach,  fabrykach  i  stacjach  holokomów.  A  potem  nad  horyzontem
pojawił  się  cienki  jasny  pasek.  Światło  zmieniło  barwę  na  wodniste,  blade  złoto  i  rozlało  się  po  oknach.  Na
zaparkowanych  pojazdach  zabłysła  rosa,  gdy  ich  smukłe,  metaliczne  ciała  przyjęły  pierwszy  podmuch  dziennego
ciepła. Świt na Coruscant.

W głębi wygodnego apartamentu, w którym mieszkała senator Naboo, rozległ się dzwonek, a już chwilę później

druga dworka z otoczenia Padmé wbiegła do salonu, niezdarnie wciągając szlafrok. Jej pani stała przy oknie. - Pani
dzwoniła?

-  Nastaw  wodę  na  herbatę  i  przygotuj  mi  ubranie,  dobrze?  Coś,  co  mogłabym  nosić  na  zewnątrz,  ale  żebym

wyglądała  w  tym  cudownie  -  poleciła  senator  Padmé  Amidala  i  zaśmiała  się  głośno.  Druga  dworka  też  się
uśmiechnęła.

- Cudownie? Oczywiście, pani. Mogę zapytać, co to za okazja?
- Popatrz tylko! - Kilometr dalej na platformie lądowiska Świątyni Jedi właśnie osiadał statek. Po rampie zeszło

kilka  maleńkich  postaci.  Inne  małe  figurki  wybiegły  im  na  spotkanie.  Padmé  obejrzała  się  z  promiennym
uśmiechem. - Wrócili do domu - oznajmiła.

background image

Spis treści

C H R O N O L O G I A   W O J E N   K L O N Ó W
R O Z D Z I A Ł 1
R O Z D Z I A Ł 2
R O Z D Z I A Ł 3
R O Z D Z I A Ł 4
R O Z D Z I A Ł 5
R O Z D Z I A Ł 6
R O Z D Z I A Ł 7
R O Z D Z I A Ł 8
R O Z D Z I A Ł 9
R O Z D Z I A Ł 10
R O Z D Z I A Ł 11
R O Z D Z I A Ł 12


Document Outline