background image
background image
background image

Louisowi-Eliasowi, Raffaele

 i Stéphanie

background image

„Idę z pewnością lunatyka

drogą wyznaczoną 

mi

 przez Opatrzność”.

background image

1

21

 grudnia 1943

Dziecko

  przesunęło  białego  skoczka  na  g3  i  w  tym  momencie

uświadomiło  sobie,  że  nieuchronnie  czeka  je  mat  w  dwóch  ruchach.
A przecież było to jedyne możliwe posunięcie. Nieuniknione. Każdy na jego
miejscu,  nawet  starszy  gracz,  wybuchnąłby  płaczem,  a  przynajmniej  okazał
jakieś  emocje,  tymczasem  ono  pozostało  niewzruszone  jak  głaz.  Z  niemal
hipnotycznym skupieniem wpatrywało się w zimne jak odpryski niebieskiego
lodu oczy swego przeciwnika.

Odziany

  w  brunatny  płaszcz  oficer  uśmiechnął  się  kącikiem  ust.  Potem

splunął czarną od prymki śliną na pokrytą śniegiem ziemię, wprost pod stopy
strażników i więźniów.

Już 

od

 trzech kolejek wiedział, że wygrał zakład…

Pełnym 

pogardliwej

  wyniosłości  ruchem  przesunął  swoją  królową  o  trzy

pola, na h3.

Szach.

Dziecko

  poczuło  ucisk  w  gardle.  W  oczach  widzów  pojawiło  się

przerażenie. Wszyscy, bez względu na to, czy należeli do rasy panów, czy do
rasy  więzionych  tu  podludzi,  uświadomili  sobie,  że  jego  sytuacja  jest
beznadziejna.

Chłopczyk 

mimo

  wszystko  próbował  desperacko  znaleźć  wyjście.  Ale

żadnego wyjścia nie było i twarz mu pobladła.

– Graj! – ryknął oficer.

Dziecko

 aż podskoczyło. Do oczu napłynęły mu łzy.

– 

Graj

 – powtórzył z wściekłością mężczyzna.

Chłopiec  drżącą  ręką  przesunął 

swojego

  króla.  To  był  jedyny  możliwy

background image

ruch. Fatalny.

Hitlerowski

  oficer,  aby  uzyskać  lepszy  efekt,  nie  od  razu  okazał

zadowolenie.  Wyprostował  się  na  krześle,  po  czym  z  wystudiowaną
opieszałością umieścił swoją królową przed białym pionkiem na g5.

Szach

 i mat.

Nie

 musiał nawet wydawać żadnych rozkazów, jego ludzie sami podeszli

do dziecka. Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami obezwładnili je i zmusili
do położenia prawej dłoni płasko na stole. Malec błagał o pomoc, daremnie
próbując uniknąć przeznaczenia, ale nikt nie pospieszył mu na ratunek.

Potężniejszy 

z

  dwóch  strażników  wyjął  wielki  stalowy  nóż  o  nieco

stępionym  ostrzu.  Chłopczyk  krzyczał  i  rzucał  się  jak  oszalały,  a  drapieżca
smakował  zwycięstwo.  Wyjął  świeżą  porcję  tytoniu  i  upchnął  ją  między
wargę a dziąsło, nie spuszczając oczu z rozgrywającej się przed nim sceny.

Bez

  chwili  wahania,  opierając  się  o  kant  stołu,  człowiek  z  nożem  obciął

dziecku  palec  wskazujący  prawej  dłoni,  przeciąwszy  najpierw  skórę,
a następnie zmiażdżywszy pośrodku kość.

Szachownicę z jasnego marmuru skalał strumień karminowej krwi.

Straszne

  krzyki  chłopca  wypełniły  cały  dziedziniec  obozu  numer  1;

niektórzy  świadkowie  sceny  reagowali  szyderstwem,  inni  z  trudem
opanowywali mdłości.

Z  oddali  dochodziły  odgłosy  serii  wystrzałów  plutonu  egzekucyjnego,

który otworzył ogień do kolejnej rodziny wyczerpanej już i tak

  podróżą  bez

końca…

Obcięty 

palec

  potoczył  się  po  ziemi.  Na  środku  pokrytego  błotem

śmierdzącego  dziedzińca  głównego  obozu  stoczyły  o  niego  bitwę
przerażająco agresywne psy.

background image

I

REX

background image

2

Pierwsza

 połowa XXI wieku

Wiedeń, Austria

Elias

 był człowiekiem samotnym. Jak większość ludzi w jego wieku miał

swoje  przyzwyczajenia,  drobne,  niekiedy  absurdalne,  dziwactwa,  a  także
niejasne  wrażenie,  że  żył  nie  dość  intensywnie.  Przejawiał  wprost
pedantyczną troskę o rzeczy osobiste. Koszule w jego szafie były precyzyjnie
rozwieszone,  nieskazitelnie  czyste  i  idealnie  wyprasowane,  buty  ustawione
według kolorów i wyczyszczone z dokładnością graniczącą z obsesją.

Starzec

  miał  również  swoje  małe  sekrety.  W  ważnych  momentach

nieświadomie  powtarzał  ten  sam  rytuał:  palcami  prawej  ręki  bezdźwięcznie
wygrywał coś na wyimaginowanej klawiaturze. No i nadal nakrywał stół dla
dwóch osób, chociaż od śmierci jego żony minęło ponad trzydzieści lat.

*

Nazywał  się 

Elias

  Ein.  Pochodził  z  dużej,  bardzo  starej  żydowskiej

rodziny  z  Europy  Wschodniej.  Ale  jego  ród  należał  już  do  przeszłości:
wszyscy zginęli w odmętach wojny.

Elias

  i  jego  siostra  Jelena  jako  ostatni  nosili  to  nazwisko.  Byli

bezdzietnym rodzeństwem, dziś już mocno podstarzałym.

Teraz,

 w pierwszej połowie dwudziestego pierwszego wieku, pozostało im

jedynie  mgliste  wspomnienie  tego,  o  czym  kiedyś  opowiadał  im  ojciec,
a wcześniej ojciec ich ojca. To były odległe echa minionej złotej epoki.

Elias

  zachował  jednak  także  pewną  pamiątkę  z  tamtych  czasów  –  starą

pozytywkę, która znaczyła dla niego więcej niż cokolwiek na świecie. Dostał
ją od matki, kiedy był dzieckiem, i przechowywał z pietyzmem.

Miała  formę  kasetki,  została 

wykonana

  z  cedrowego  drewna

inkrustowanego  masą  perłową.  Ukryty  w  podwójnym  dnie  mechanizm

background image

uruchamiało się stalową korbką, umieszczoną dyskretnie na jednym z boków.
Po  tylu  latach  nadal  bezbłędnie  odtwarzała  słynny  utwór  Rachmaninowa,
Rapsodię 

na

 temat Paganiniego opus 43

. To

 była ulubiona melodia Eliasa.

Całe 

jego

 dziedzictwo sprowadzało się do zawartości tej kasetki. Wieczko,

któremu rzemieślnik nadał postać szachownicy, zakrywało wnętrze wyłożone
sfatygowanym  szkarłatnym  pluszem,  wystarczająco  pojemne,  by  pomieścić
skarby  emeryta:  trzy  rodzinne  fotografie  z  odłamanymi  rogami,  złotą
obrączkę, trochę listów i zepsuty pistolet marki Luger.

Miał  tę  broń 

po

  ojcu.  Przechowywał  ją  jak  relikwię  na  pamiątkę

straszliwych chwil, które przeżyli jego bliscy.

Elias

  nie  znał  się  na  polityce.  Nie  był  też  człowiekiem  towarzyskim.

Całkowitym  samotnikiem  stał  się  w  wieku  trzydziestu  trzech  lat,  kiedy  to
stracił Annę, swoją jedyną żonę, która nigdy nie urodziła mu dziecka. Do niej
należała obrączka spoczywająca w kasetce od ponad trzydziestu pięciu lat.

Przez

  ten  długi  czas  spędzony  w  Wiedniu  był  zatrudniony  w  dużym

towarzystwie ubezpieczeniowym, firmie Meyera. Dzień w dzień wykonywał
swą pracę sumiennie i pokornie.

Wydawało  się,  że  w  ten  oto  sposób  wypełnił  swoje  przeznaczenie

zwyczajnego, 

dyskretnego 

człowieka. 

Wkrótce 

miał 

rozpocząć

siedemdziesiąty  rok  życia  i  pragnął  tylko  jednego:  wyjechać  z  tego  miasta
i spędzić w spokoju lata emerytury, czekając, oby jak najdłużej, na moment,
gdy słabnące ciało odmówi mu posłuszeństwa i w końcu zabierze go śmierć.

Dlatego

  odpowiedział  na  ogłoszenie  o  sprzedaży  nieruchomości.

Wiedeński pośrednik z Rainergasse oferował za korzystną cenę skromny dom
w  Górnej  Austrii,  ściślej  mówiąc  w  Braunau

[1]

 

nad

  rzeką  Inn,  położonym

przy granicy z Niemcami.

Wprawdzie

  lato  było  tam  skwarne,  a  zima  sroga,  ale  za  to  miasteczko

otaczały ogromne lasy sprzyjające samotnym spacerom.

Co

  więcej,  wystawiony  na  sprzedaż  dom  o  brunatnożółtej  fasadzie

z oknami w białych ramach zdecydowanie miał duszę. Został zbudowany, jak
twierdził  pośrednik,  ponad  dwa  wieki  temu.  Niegdyś  mieszkał  w  nim
celnik

[2]

. Wydawało się, że położony 

na

 uboczu budynek nic sobie nie robi

z upływu czasu. Sprzątaczka musiała jednak spędzić tam długie godziny, by
nadawał  się  do  pokazania  kupującym.  A  i  tak  trudno  było  ukryć  pęknięcia

background image

politury,  która  złaziła  z  boazerii  i  sprzętów.  Stare  meble  zostały  sprzedane
razem z domem.

Składał  się 

on

  z  sześciu  pomieszczeń,  przynajmniej  tak  podano

w  ogłoszeniu.  W  urządzonej  na  półpiętrze  kuchni  dominowały  ciężki  stół
z  litego  drewna  i  opalany  węglem  piec.  Przylegał  do  niej  mały  salonik,  do
którego  Elias  natychmiast  wstawił  swój  pokryty  brązowym  pluszem  fotel
z  podgłówkiem  i  biblioteczkę,  przywiezione  z  Wiednia.  Drugi  salon,
prawdziwie  mieszczański  i  znacznie  większy,  o  ścianach  wyłożonych
rzeźbionymi  panelami  z  drewna,  znajdował  się  na  parterze  i  służył  do
przyjmowania gości.

Na

  piętrze  były  dwie  sypialnie.  Elias  wybrał  dla  siebie  większą,  drugiej

w  ogóle  nie  używał.  Łączyła  je  łazienka  ze  złuszczoną  armaturą
i zniszczonymi fajansowymi kafelkami.

Nadal

 czuło się tu nieuchwytną obecność rodziny, która kiedyś mieszkała

w  tym  domu.  Elias  wyobrażał  sobie  jej  członków  jako  ludzi  surowych,  ale
pełnych godności…

Ten

  położony  na  uboczu,  wyglądający  całkiem  zwyczajnie  dom  ukrywał

swą  prawdziwą  naturę:  było  to  w  istocie  miejsce  bogate  we  wspomnienia
i  mające  wartą  upamiętnienia  przeszłość.  Nie  mówiąc  o  tym,  że  wydzielało
jakieś  wewnętrzne  ciepło,  wyczuwalne  wyłącznie  dla  tych,  którzy  zadali
sobie trud, by dobrze poznać ten dom.

Oto

 dlaczego tak przypadł mu do gustu. W gruncie rzeczy był taki jak on

sam…

background image

3

Elias

 załatwił ostatnie formalności związane z przeprowadzką. Znalazł też

bardzo  szybko  pomoc  domową  w  osobie  typowej  Austriaczki,  surowej
kobiety,  która  nazywała  się  Renate  Polster.  Miała  pięćdziesiątkę  na  karku,
była nieprzyjemna i zimna, za to niesamowicie skuteczna.

Uzgodnili,  że 

Polsterka,  jak

  mówiono  o  niej  w  miasteczku,  rozpocznie

pracę za dwa dni.

*

Był wrzesień. 

Braunau

 wydawało się jeszcze bardziej senne niż zwykle.

Pewnego

  popołudnia,  bliźniaczo  podobnego  do  innych,  Elias  postanowił

powłóczyć  się  trochę  po  zaułkach  miasteczka.  Zainteresował  go  położony
nieco  na  uboczu  sklepik  ze  starzyzną,  ciemny  i  jakby  pokryty  kurzem.
Wyglądał na opuszczony. Kiedy jednak Elias rzucił okiem na wystawę, jego
wzrok  przyciągnął  osobliwy  przedmiot  wyeksponowany  na  staroświeckiej
podstawce z drewna.

Podszedł  bliżej  i  zobaczył,  że  to  wspaniała  zabytkowa  szachownica

wycięta z jasnego marmuru, inkrustowana hebanowym drewnem. Wydawała
się wibrować w półmroku.

Drzwi

 były uchylone, wszedł więc do środka. Nikt się jednak nie pojawił,

by go obsłużyć.

Elias

  stwierdził,  że  figury  są  rozstawione  do  gry.  Ich  rozmieszczenie

wskazywało,  że  trwa  rozgrywka,  zacięta  partia,  w  której  przewagę  mają
czarne.

Przez

 czystą przekorę wyciągnął dłoń w stronę białego króla.

– 

Dlaczego

  sądzi  pan,  że  to  kolej  białych?  –  powstrzymał  go  nagle

głęboki, jakby dobiegający zza grobu głos.

Elias

 podskoczył. W głębi zaplecza dostrzegł dwie świetliste plamki, które

background image

wysyłały opalizujący blask, błysk utkwionego w nim spojrzenia.

Nic

 nie odpowiedział.

Nieznajomy

 zbliżał się do niego, widział już wyraźnie jego sylwetkę. I oto

stanęła  przed  nim  postać  jakby  przeniesiona  żywcem  ze  starożytności.
Patriarcha, ktoś w rodzaju Sfinksa, który czuwał tu, jakby trzymał straż przed
wejściem do sekretnej świątyni.

Elias

  próbował  ukryć  zaskoczenie.  Po  krótkiej  chwili  milczenia,  która

pozwoliła mu odzyskać panowanie nad sobą, powiedział:

– 

To

 bardzo piękny okaz, nieprawdaż?

– 

Owszem,  bardzo

  piękny  –  potwierdził  starzec.  –  Dla  prawdziwego

konesera. Dla tych, których król dopuścił do swoich tajemnic, którzy wiedzą,
że szachy to konfrontacja i że czasem można stracić w niej życie…

Elias

 na wszelki wypadek milczał, ale po chwili spytał:

– 

Jaka

 jest ich cena?

– 

Nie

 są na sprzedaż…

– Mogę wiedzieć dlaczego?

W odpowiedzi

 patriarcha mruknął jakby sam do siebie:

– 

Dopiero

 w dniu, w którym ta partia zostanie zakończona, dopiero w tym

dniu będę mógł się z nimi rozstać.

Elias

 obrócił się tak, by stanąć twarzą w twarz z nieznajomym. Wydawało

się, że jego osoba zaintrygowała antykwariusza.

– 

Czy

 myśmy się już gdzieś wcześniej spotkali? – zapytał.

– 

Nie

 sądzę.

–  Naprawdę? 

No

  cóż…  Nie  odpowiedział  pan  jednak  na  moje  pytanie.

Dlaczego uważa pan, że następny ruch należy do białych?

– 

To

  kwestia  logiki  –  odparł  Elias.  –  Powinienem  nawet  powiedzieć:

matematycznej  dedukcji.  Białemu  królowi  grozi  szach  w  czterech  ruchach,
myślę, że mógłbym nawet odtworzyć przebieg całej partii.

Mężczyzna 

przez

 moment stał jak osłupiały, po czym przyznał:

– Rzeczywiście, grający 

czarnymi

 czeka na ruch przeciwnika od… ponad

osiemdziesięciu długich lat.

background image

– 

Ach

 tak! – wykrzyknął Elias jak dziecko. – To znaczy, że nieprędko je

od pana kupię…

Tajemniczy

 antykwariusz zrobił kolejny krok w stronę wpadającego przez

okno  światła,  jakby  chciał  się  lepiej  przyjrzeć  przybyszowi.  Wytrzeszczył
nagle  jasne  oczy  i,  starając  się  opanować  targające  nim  emocje,  powiedział
słabym głosem:

– 

Sof, nazywam

 się Gustav Sof.

– Miło 

mi. Elias

 Ein

[3]

, proszę mówić 

mi

 Elias.

Podali

 sobie ręce, uważnie przyglądając się sobie nawzajem.

– 

Herr

 Sof – ciągnął grzecznie Elias – pozwoli pan, że wręczę mu swoją

wizytówkę. Gdyby ta partia szachów dobiegła kiedyś końca, może będę mógł
zaoferować panu korzystną cenę…

–  Dziękuję  –  odparł  w  roztargnieniu  antykwariusz,  myśląc  o  czymś

zupełnie innym.

Elias

 zbierał się już do wyjścia, ale Sof go zawołał.

– 

Przepraszam,  Herr

  Ein,  tak  naprawdę  chciałbym  zaproponować  panu

pewien układ…

Elias

 kiwnął głową.

– 

Jestem

  gotów  je  panu  sprezentować  –  ciągnął  Sof.  –  To  unikat,  wie

pan… Pod warunkiem że zgodzi się pan skończyć tę partię… ze mną. Co pan
na to?

– 

No

 cóż, właśnie przeprowadziłem się do Braunau… Trochę towarzystwa

dobrze by mi zrobiło. Zgoda! Powiedzmy, jutro wieczorem?

– 

Doskonale!  Do

  jutra!  –  zakończył  rozmowę  Sof.  Potem  długo  jeszcze

patrzył  zamyślony,  jak  Elias  Ein  oddala  się  niespiesznie  krętą  brukowaną
uliczką.

background image

4

Minęło 

dopiero

  siedem  dni,  odkąd  Elias  zamieszkał  w  Braunau,  toteż

sporo jego rzeczy wciąż tkwiło w kartonach poustawianych w holu jeden na
drugim.

Bardzo

 szybko zdecydował się na kupno tego domu, obejrzał go tylko raz,

więc nie poczuł się zbytnio zaskoczony, kiedy w trakcie porządków zauważył
na  półpiętrze,  za  schodami,  pomieszczenie,  o  którego  istnieniu  nie  miał
wcześniej  pojęcia.  Był  to  dawny  pokój  dziecinny,  mała  sypialnia
pomalowana na niebiesko.

Zdziwiło go, że 

jest

 w takim dobrym stanie. W przeciwieństwie do reszty

domu  ten  pokoik  oparł  się  upływowi  czasu  i  rzec  by  można,  nie  doznał
żadnego  uszczerbku.  Było  to  tym  bardziej  dziwne,  że  pośrednik  z  agencji
nieruchomości twierdził, iż dom od lat pozostawał niezamieszkany.

*

Była 

jedenasta

  przed  południem,  kiedy  Elias  poczuł  nagle  ogromne

zmęczenie,  które  przypisał  trudom  przeprowadzki.  Na  chwilę  przysiadł  na
dziecięcym  łóżku  stojącym  w  kącie  pokoju.  Zamknął  oczy.  Wtedy
ogarniająca  go  senność,  spowodowana  zapewne  wiekiem,  a  może  zwykły
przypadek sprawił, że upuścił laskę na ułożone ukośnie deski parkietu.

Zdziwił 

go

 osobliwy odgłos, jaki wydała, upadając.

Nie

  wstając,  spod  zmrużonych  powiek  przyjrzał  się  podłodze.  Dostrzegł

coś w rodzaju łaty, która mogła świadczyć, że kiedyś była tu jakaś klapa.

Zaciekawiony

  podniósł  się,  zadziwiająco  żwawo  jak  na  swój  wiek,  by

obejrzeć to miejsce z bliska.

Z  trudem  przesunął  łóżeczko  wzdłuż  ściany  i  w  ten  sposób  całkowicie

odsłonił  starą  klapę  w  podłodze.  Nie  było  żadnego  kółka  ani  uchwytu,
podniósł więc laskę i próbował posłużyć się nią 

jak

 dźwignią.

background image

Drewno

  w  końcu  ustąpiło,  skrzypiąc  i  trzeszcząc.  W  czeluści  otworu

ukazały się szerokie kamienne schody niknące w ciemności.

Niepewnym

 krokiem pokonał mnóstwo stopni, miał wrażenie, że schodzi

do  bardzo  głębokiej  piwnicy  pod  swoim  nowym  domem.  Wkrótce  trafił  do
przestronnego pomieszczenia bez okien, w którym usłyszał taki pogłos, jakby
to była podziemna krypta.

Chwycił 

po

  omacku  starą  lampę,  zawieszoną  na  nadprożu.  Kiedy  knot

zajął  się  od  płomienia  zapalniczki,  Elias  zdał  sobie  sprawę,  że  wchodzi  do
najbardziej niezwykłego pomieszczenia, jakie kiedykolwiek oglądał.

background image

5

W słabym świetle lampy jego oczom ukazał się zarys monumentalnej sali.

Zauważył wejścia do licznych, zakreślających koła korytarzy, umieszczonych
na  dwóch  poziomach.  Wszystko  wskazywało  na  to,  że  znalazł  się
w  nieprawdopodobnych  wręcz  rozmiarów  bibliotece.  Niezliczone  rzędy
identycznych  ksiąg,  oprawionych  w  szlachetną  skórę,  zakrywały 

jej

  ściany

jak okiem sięgnąć.

Zbudowana

  na  planie  kwadratu  sala  miała  kilka  metrów  wysokości.

Pośrodku  stały  staroświecki  stół  i  zwykłe  drewniane  krzesło.  Ściany
korytarzy również pokrywały półki z książkami. Widziana z góry, biblioteka
miała kształt rozety okalającej kwadratowy diament.

Tchnęła jakimś 

nadnaturalnym

 dostojeństwem. Dlaczego ta ogromna, tak

perfekcyjnie  zaplanowana  sala  o  tak  skomplikowanej  konstrukcji  została
ukryta w podziemiach domu i sprawia wrażenie uśpionej? – zastanawiał się
Elias.

Samo

  rozmieszczenie  księgozbioru  uznał  za  przepiękne,  wręcz

fenomenalne.  Zakręciło  mu  się  w  głowie  od  patrzenia  na  ściany  wyłożone
grubymi tomami od podłogi aż po sufit.

Skierował 

spojrzenie

  w  stronę  wejścia  i  dostrzegł  wielkie  kamienne

schody, którymi tu zszedł i które łączyły to miejsce z domem.

Jego

  wzrok  przyciągnęło  blade  światło  bijące  od  wyrytego  na  ścianie

napisu. Litery zaczęły nagle świecić tak mocno, że zdawało się, iż ich blask
przeszywa na wylot zesztywniałe wskutek upływu lat ciało starca.

Elias

  odwrócił  oczy.  Światło  omiotło  salę,  odkrywając  całe  jej  piękno

i bogactwo zdobień. Jakby biblioteka się przed nim otwierała.

Ponownie

  spojrzał  na  wyryty  na  wprost  niego  napis,  na  antyczne

hebrajskie znaki, wielkie i rozżarzone do białości. Płonęły, lecz ogień ich nie
pochłaniał.

Zdumiony, wypowiedział 

na

 głos: s

efer

 ha-chaim. Księga Życia

[4]

.

background image

W  tej  samej  chwili  zadźwięczało  mu  w  uszach  zdanie:  „Zapisz  nas,

o, Wiekuisty, w Księdze Życia”, fragment modlitwy, którą od pięciu tysięcy
lat praktykujący żydzi  na całym świecie  odmawiają raz do  roku, w wielkim

Dniu Pojednania.

Przypomniał 

sobie

  melodię  pieśni,  którą  wierni  śpiewali  w  świątyni

z  niezwykłą  żarliwością.  Jako  dziecko  stał  koło  ojca  i  słuchał,  jak  intonuje
wraz z innymi. „O, Wiekuisty, zapisz nas w Księdze Życia!”

Pomyślał  o  swoim  ojcu.  Gdzie  on  teraz  jest?  Och,  gdybyż  mógł  w  tym

momencie dołączyć do syna, ujrzeć to cudowne miejsce!

Bo

 oto on, Elias Ein, zwykły stary człowiek, dziecię pozbawionej wyzwań

epoki, znalazł się w tej niesamowitej sali.

Ponownie

  przebiegł  wzrokiem  niezliczone  rzędy  książek.  To  było

niewątpliwie  święte  miejsce.  Wierzył,  że  unosi  się  tu  duch  Boga.  Miał
wrażenie, że czuje Jego obecność, że mógłby Go niemal dotknąć.

I  oto  ten  zmęczony  życiem  człowiek  osunął  się  na  podłogę  i,  otulony

przyjaznym złotym blaskiem ognistych liter, pogrążył się w rozmyślaniach.

background image

6

Elias

 uświadomił sobie wagę swojego odkrycia. Potrzebował trochę czasu,

by  się  pozbierać.  Wstał  z  podłogi,  ale  nadal  czuł  się  jak  zauroczony.  To
wrażenie  będzie  mu  towarzyszyło  już  do  końca  jego  dni  za  każdym  razem,
kiedy znajdzie się w tym miejscu.

Nie

  śmiał  niczego  dotknąć.  Taką  powściągliwość  musieli  zachowywać

starożytni  kapłani  Izraela,  kiedy  wchodzili  do  Świętego  Świętych  w  sercu
Świątyni Salomona, w której znajdowała się niegdyś Arka Przymierza.

Było 

tu

 tyle rzeczy, które go przerastały.

Kiedy

 zapalił jedną po drugiej stare lampy naftowe wiszące w olbrzymiej

sali,  mógł  w  pełni  docenić  szczegóły  jej  wspaniałego  wystroju.  Jego
spojrzenie  wędrowało  od  ścian  pokrytych  książkami  do  krętych  korytarzy,
które  niczym  płatki  kwiatu  okalały  kwadratowy  środek  tej  osobliwej
biblioteki. Zaczął zwiedzać salę, zaglądając we wszystkie jej kąty. Upłynęło
sporo czasu, nim zdołał je obejść.

W  każdym 

zakamarku

  biblioteki  odkrywał  rzeźbione  półki,  na  których

spoczywały dziesiątki przepięknych, bliźniaczo do siebie podobnych ksiąg.

Na

  każdej  z  nich  widniały  tajemnicze  kombinacje  złotych  hebrajskich

znaków. Elias zdołał je szybko rozszyfrować, odkrył bowiem, że ów system
jest  podporządkowany  pewnej  logice.  Dwie  pierwsze  litery  zdawały  się
wskazywać  na  porządek  alfabetyczny.  Po  łączniku  następowała  druga  seria
liter, które musiały oznaczać liczby.

Zgodnie

  z  tradycją  kabalistyczną  każdej  hebrajskiej  literze  odpowiada

określona  liczba.  Umożliwiało  to  odszyfrowywanie  ukrytego  sensu
niektórych  tekstów…  Elias  był  już  teraz  pewien,  że  ma  do  czynienia  ze
spisem, z czymś w rodzaju gigantycznego katalogu.

Przez

  chwilę  bił  się  z  myślami,  rozważając,  czy  ma  prawo  do  niego

zajrzeć.  Jeśli  ten  rejestr  został  stworzony  przez  Boga,  czy  on,  Elias  Ein,
będzie w stanie zrozumieć Jego dzieło?

background image

Ogarnęło 

go

 dziwne uczucie, że jest dzieckiem w rękach Opatrzności. Czy

rzeczywiście  przez  przypadek  zamieszkał  w  tym  miasteczku  na  odludziu?
Pozwolił się po prostu nieść biegowi wydarzeń, ale teraz nie mógł uwierzyć,
że to był zwykły zbieg okoliczności.

Przesunął żylastą dłonią 

po

  czole,  przejechał  nią  po  włosach  i  ni  stąd,  ni

zowąd  zaczął  rozmyślać  o  swoim  życiu,  o  zmarłej  żonie,  o  rodzinie,  którą
utracił.

Spojrzał 

na

  najbliższy  regał.  Na  brzegu  pierwszego  tomu  w  rzędzie

widniały  litery  O  i  R,  poprzedzające  kombinację  liter  P  i  A.  Elias
przypomniał sobie, że P to osiemdziesiąt, a A odpowiada jedynce. Połączone,
te dwie litery oznaczały osiemdziesiąt jeden.

Reszta

  była  prosta.  Miał  przed  sobą  osiemdziesiąty  pierwszy  tom  spisu

nazwisk zaczynających się na „Or”. Upewnił się, że ma rację, rzucając okiem
na kolejne księgi na półce. Różniły się tylko rosnącą numeracją. To odkrycie
wprawiło  Eliasa  w  entuzjazm,  potwierdzało  bowiem,  że  logika
przyświecająca twórcy rejestru jest dostępna dla ludzkiego rozumu.

Zdobył się 

na

 odwagę i wyjął pierwszy tom.

Wydał 

mu

 się zadziwiająco ciężki.

Podszedł 

powoli

 do stołu na środku sali, usiadł i bardzo ostrożnie położył

książkę na blacie.

Nie

  spuszczając  z  niej  wzroku,  nabrał  powietrza  w  płuca  i  raz  jeszcze

uważnie ją obejrzał. Ogromne wrażenie wywarła na nim perfekcyjna faktura
drogocennej  okładki,  na  której  widniały  te  same  litery:  O/R-PA  subtelnie
inkrustowane złotem.

Ledwo

 ją odchylił, zdarzyło się coś, co wprawiło go w osłupienie. Linijki

tekstu widniejącego na stronicach tej starannie oprawionej księgi zaczęły się
żarzyć.  Płonęły  wspaniałym  czerwonozłotym  ogniem…  ale  się  nie  spalały.
Osobliwy żar bijący z antycznych znaków rzucał na kartki blask mieniący się
żywymi kolorami.

Jakiż 

sekret

 kryły ta Księga i to miejsce?

Kiedy

  tylko  zbliżył  palec  do  świetlistych  liter,  natychmiast  poczuł,  że

mąci mu się umysł, jakby spowijała go mgła. Cofnął rękę i mgła opadła.

Było  już 

jednak

  za  późno,  nie  mógł  się  wycofać.  Musi  zrozumieć  sens

background image

tych  Pism.  Stwierdził,  że  zawartość  pergaminowych  stronic  przypomina
niekończący  się  ciąg  not  biograficznych  poprzeplatanych  niezrozumiałymi,
zakodowanymi fragmentami.

Odczytał następujący wpis:

Viktor

  Orbán  […]  urodzony  14  kwietnia  1902  roku  w  Nowym

Jorku; zmarł 12 maja 1947 roku w Budapeszcie.

Ta

  króciutka  nota  poprzedzała  kilka  linijek  zaszyfrowanego  tekstu,  na

pierwszy  rzut  oka  niezwykle  trudnego  do  odkodowania,  który  zawierał
zapewne utajnione szczegóły z genealogii tego „Viktora Orbána”. W dalszej
części  podano  garść  informacji  o  okolicznościach  przyjścia  na  świat  i  życiu
tego  człowieka,  wspomniano  o  podróżach,  o  ludziach,  których  spotkał  na
swojej drodze. Były też jakieś tajemnicze obliczenia, których Elias nie zdołał
rozszyfrować.

Wszystkie

  noty  zostały  najwyraźniej  skonstruowane  według  jednego

szablonu.  Różniły  się  natomiast  długością,  niektóre  liczyły  zaledwie  kilka
linijek, inne – nie wiedzieć dlaczego – zajmowały dziesiątki stron.

Elias

  patrzył  jak  urzeczony  na  teksty  w  Księdze,  które  zawierały  opisy

życia i śmierci całej ludzkości.

W  jakim  celu  były  przechowywane  w  tej

  bibliotece?  Przez  jakiego

Wielkiego Twórcę? Nie miał pojęcia.

I czyja ręka pracowicie dokonywała nowych wpisów w tym

 rejestrze?

Viktor

  Orbán,  urodzony  14  kwietnia  1902  roku  w  Nowym  Jorku;

zmarł  12  maja  1947  roku  w  Budapeszcie  (tu  następowały
niezrozumiałe cyfry), przyszedł na świat z woli jego matki Andry
Clément,  córki  Angeli  Miller  […]  i  Nathana  Damiana,  syna
Gustava  Damiana  […].  Rodzina  przestrzegająca  przykazań.
17092.  Związek  przypieczętowany  przez  Nathana  […]  14
grudnia 1923 roku w Nowym Jorku (zakodowany fragment). Brak
potomstwa  (zakodowany  fragment).  Zmarł  z  powodu  zakażenia
krwi (zakodowany fragment).

*

background image

Elias

  Ein  był  tylko  skromnym  agentem  ubezpieczeniowym  z  Wiednia,

obecnie  na  emeryturze,  ostatnim,  bezdzietnym  spadkobiercą  niemal
zapomnianych dziejów. On, który nic nie miał, który sam był niczym, znalazł
się w tym miejscu, zupełnie sam, przed czymś, co należało uznać za Księgę
Życia.

Przez

  kilka  godzin  czytał  przy  świetle  lamp  naftowych,  pochłonięty  bez

reszty  lekturą  niezrozumiałych  często  not  zawartych  w  zaszyfrowanych
tomach.  Było  ich  tak  dużo!  Za  pierwszym  rzędem  ksiąg  odkrył  kolejne
i  szybko  doszedł  do  wniosku,  że  na  przeczytanie  takiej  masy  tekstów  nie
starczyłoby całego życia jednego człowieka.

Mimo

 tych długich godzin spędzonych na studiowaniu zapisków zachował

jasność umysłu. Przyszła mu raptem do głowy pewna myśl: „Skoro te księgi
zawierają  opisy  egzystencji  każdego  człowieka,  który  kiedykolwiek  żył
w  przeszłości  lub  żyje  obecnie  na  ziemi,  z  pewnością  znajduje  się  w  nich
wzmianka  o  losie  Anny”.  Elias  wciąż  pielęgnował  pamięć  o  zmarłej  żonie
mimo upływu lat…

Poruszony

  tą  myślą,  postanowił  odnaleźć  w  labiryncie  korytarzy  tom

oznaczony  literami  K/A,  zawierający  historię  osoby,  której  brakowało  mu
najbardziej na świecie. Jakież było jego wzruszenie, gdy po kilku dłużących
mu się straszliwie minutach wziął do rąk księgę, której szukał.

Zasiadł 

przy

 stole i gorączkowo przebiegł wzrokiem pierwsze zdanie.

Anna

 Kasper, córka Isaaca i Marii Kasper, urodzona 12 sierpnia

1974 roku, zginęła w wypadku drogowym w Wiedniu…

Dalej

  następował  zaszyfrowany  fragment.  Elias  niemal  przyzwyczaił  się

już  do  takich  wstawek,  ale  wciąż  nie  potrafił  ich  odczytać.  Tym  razem  ciąg
cyfr był bardzo długi, zajmował ponad dwie strony.

Przystąpił 

do

 lektury zrozumiałych akapitów tekstu.

Szczęśliwe  dziecko,  miłość  rodziców.  […]  W  Wiedniu
wyróżniająca się studentka […].

Zanim

  skończył  czytać  te  dwa  zdania,  po  policzkach  popłynęły  mu  łzy.

Powrócił  myślami  do  owego  niezapomnianego  dnia,  gdy  zobaczył  ją,  taką

background image

młodziutką,  w  Café  Braslav  w  Wiedniu,  kiedy  jeszcze  czekała  ją  wspaniała
przyszłość.

Przypomniał 

sobie

  jej  żółtą  sukienkę  z  połyskliwego  materiału,  długie

czarne  włosy  luźno  związane  na  karku.  Kiedy  otworzył  oczy  i  ujrzał  swoją
własną starczą dłoń, nagle zdał sobie sprawę z upływu czasu. Anna ożyła na
chwilę w tych kilku świetlistych linijkach, ale przecież utracił ją na zawsze.

Wpis

 się jednak na tym nie kończył.

Kobieta

 była bezpłodna. Spotkała Eliasa Eina 12 maja 1995 roku

w Wiedniu. Ich ślub odbył się…

Widok

 własnego nazwiska poraził go jak grom.

Niepokój  ścisnął 

mu

  gardło.  Możliwe,  że  odsłoni  najpilniej  strzeżoną

z  tajemnic  Opatrzności,  pozna  własny  los.  Jakby  odważył  się  spojrzeć
Śmierci w oczy.

Mimo

  całej  jego  mądrości  i  sędziwego  wieku  perspektywa  spotkania

twarzą w twarz ze Śmiercią zmroziła mu krew w żyłach. Poczuł, że nie jest
w stanie się na to zdobyć.

Czy

  pozwoli,  by  czas,  który  mu  pozostał,  sprowadził  się  do  odliczania

nieodwracalnych kroków ku nicości?

Był przekonany, że 

nie

 może już oczekiwać od życia niczego dobrego, nie

potrafił  się  jednak  zdobyć  na  zrezygnowanie  z  resztek  zwykłej  ludzkiej
niefrasobliwości.

Dlatego

  doznał  tak  wielkiego  wstrząsu  i  panicznie  się  przeraził,  gdy

nieoczekiwanie  ujrzał  własne  nazwisko  zapisane  w  tekście  Boga.
Potrzebował trochę czasu, żeby ochłonąć.

Tyle

 tu było szczegółów, także o jego życiu, których sam już nie pamiętał.

Na  przykład  miejsce  ich  ślubu,  nazwiska  obecnych  na  nim  krewnych  itp.
I znowu te ciągi niemożliwych do rozszyfrowania znaków…

O  świcie  ogarnęło  go  zmęczenie,  zapadł  w  drzemkę  pełną  dziwacznych

snów, otulony przyjaznym światłem żarzących się liter. Ledwo zauważył, że
znów  lekko  zakręciło  mu  się  w  głowie, 

gdy

  jego  dłoń  musnęła  litery  złotej

księgi.

background image

Otwarty

  tom  leżący  przy  śpiącym  mężczyźnie  zaczął  łagodnie  pulsować,

jakby chciał się dostosować do rytmu jego serca.

background image

7

Niedługo  po  tym  jak  Elias  się  obudził  i  wrócił  do  niebieskiego  pokoju,

ktoś zapukał do drzwi jego domu.

Był  już  wieczór,  przespał  niemal  cały  dzień.  Pewnie  Herr  Sof  przyszedł

skończyć  partię  szachów.  Najszybciej  jak  potrafił,  Elias  przesunął
z  powrotem  dziecinne  łóżeczko  na  klapę  w  podłodze.  Zobaczywszy
antykwariusza  przez  wizjer  w  drzwiach,  poprosił,  by  zechciał  chwilę
poczekać.

Spróbował  pospiesznie  usunąć  z  twarzy  ślady  zmęczenia,  jakie

pozostawiły  na  niej  wydarzenia  poprzedniego  dnia.  Włożył  też  czystą
koszulę.

Zapadał  zmrok,  gdy  Elias  wreszcie  otworzył  drzwi  i  powitał  swojego

gościa.  Starzec  grzecznie  go  pozdrowił  i  niespiesznie  przekroczył  próg.
Zmierzyli się wzrokiem.

Sof  miał  na  dłoniach  skórzane  rękawiczki,  z  którymi  nigdy  się  nie

rozstawał.  Sprawiał  wrażenie  równie  wiekowego  co  samotnego  człowieka.
Jego twarz zdradzała nieprzeciętną inteligencję. Z tymi swoimi potarganymi
białymi włosami wyglądał jak stary, opuszczony przez resztę stada wilk. Biła
od niego jakaś wewnętrzna szlachetność.

– Mam nadzieję, że nie zapomniał pan o naszym spotkaniu?

–  Skądże  znowu  –  odpowiedział  Elias.  –  Zechce  pan  czegoś  się  napić,

zanim zaczniemy grać?

– Nie pijam alkoholu, ale czy nie będzie panu przeszkadzało, jeśli zapalę?

Okazało  się,  że  żaden  z  nich  nie  jest  zbyt  rozmowny.  Usiedli  w  salonie

przy  małym  prostokątnym  stoliku,  na  którym  Elias  rozłożył  wspaniałą
marmurową  szachownicę.  Sof  wyglądał  na  zdenerwowanego.  Wyciągnął
z  kieszeni  marynarki  sfatygowaną  drewnianą  fajkę  i  woreczek  z  tytoniem.
Zgodnie z jego przewidywaniami gospodarz zgodził się zagrać białymi.

background image

Sof  bez  wahania  odtworzył  z  pamięci  rozstawienie  figur  i  pionków  na

szachownicy,  niezmienione  od  dziesiątek  lat.  Najwyraźniej  był  to  dla  niego
wzruszający, podniosły moment.

– Herr Sof, czy mogę spytać, z kim rozpoczął pan tę partię?

Starzec nie od razu odpowiedział.

–  Przywołuje  pan  bardzo  stare  dzieje…  Ta  rozgrywka  zaczęła  się  tak

dawno temu, że nazwisko i twarz przeciwnika zaginęły w zakamarkach mojej
pamięci… – odrzekł zamyślony.

Przerwał na moment, spojrzał na Eliasa, po czym ciągnął:

–  Tak  czy  inaczej,  sądzę,  że  nadszedł  moment,  żebym  zakończył  tę

sprawę.

– Powinien pan wiedzieć, Herr Sof, że jestem zaszczycony wyświadczoną

mi przez pana uprzejmością. Mam nadzieję, że stanę na wysokości zadania –
 odpowiedział grzecznie gospodarz.

Minęło  kilka  minut.  Elias  starał  się  przede  wszystkim  skupić  na  grze,

zauważył jednak, że antykwariusz powoli ściąga rękawiczki.

Pierwszy  raz  ujrzał  nagie  dłonie  swego  gościa.  Sof  nie  miał  palca

wskazującego u prawej ręki.

Elias  szybko  przeniósł  wzrok  na  szachownicę,  by  oszczędzić  partnerowi

niezręcznej sytuacji.

Obaj panowie przez kilka godzin rozgrywali w milczeniu partię, na której

tak  bardzo  zależało  antykwariuszowi.  Obiecali  sobie,  że  będą  się  regularnie
spotykać w piątkowe wieczory, by pograć w szachy.

Sof wygrał zaciętą walkę, którą zakończyli późno w nocy.

–  No  cóż!  Moje  gratulacje,  Herr  Sof,  brawurowo  poprowadził  pan  tę

rozgrywkę – szepnął Elias, gdy za oknem wstawał już świt…

Stary antykwariusz ruszył do domu. Trudno było oprzeć się wrażeniu, że

odchodzi jeszcze smutniejszy, niż przyszedł.

background image

8

Tego  ranka  miała  rozpocząć  pracę  u  Eliasa  Frau  Polster.  Przyszła

w  towarzystwie  pomocnika,  który  wyglądał  na  jakieś  dziesięć  lat.  Nazywał
się  Thomas,  w  miasteczku  wołano  na  niego  Mały  Tom.  Polsterka  poleciła
mu, by odtąd regularnie robił Eliasowi zakupy.

Z  mocnym  austriackim  akcentem,  charakterystycznym  dla  mieszkańców

ziem  położonych  nad  Innem,  przedstawiła  nieśmiałego  chłopca  starcowi,
który uprzejmie się z nim przywitał.

Wydawszy Tomowi instrukcje, sama wzięła się do pracy.

W  południe,  kiedy  Elias  stanął  na  moment  przy  oknie  saloniku,  ujrzał

filigranową  sylwetkę  dziecka,  która  oddalała  się,  jakby  tańczyła  na  linii
horyzontu.  Twarz  starca  rozjaśnił  dobrotliwy  uśmiech,  który  pogłębił
zmarszczki  wokół  jego  oczu.  Widok  Toma  sprawił,  że  przypomniał  sobie
swoje  chłopięce  lata  i  pomyślał  o  synku,  którego  mogli  byli  mieć  z  Anną,
gdyby los nie zdecydował inaczej.

Potem  odszedł  od  okna,  usiadł  w  swoim  starym  fotelu  i  pomyślał,  że

gdyby wcześniej wiedział o niesamowitej tajemnicy, jaką kryje ten dom, nie
ściągnąłby sobie na kark gospodyni i chłopca na posyłki, nawet jeśliby mieli
przychodzić tylko raz w tygodniu.

Nie  mógł  się  już  jednak  wycofać,  nie  budząc  podejrzeń  w  tej  małej

mieścinie.

Przez  uchylone  drzwi  obserwował  kątem  oka  krzątającą  się  Polsterkę.

Będzie  musiał  poczekać  dwie  albo  nawet  trzy  godziny,  zanim  ta  kobieta
wreszcie sobie pójdzie.

Tymczasem  wrócił  chłopiec.  Był  obładowany  sprawunkami  i  nucił  coś

pod nosem. Po chwili grzecznie zapukał do drzwi saloniku.

– Wejdź, proszę, mój mały. Czego sobie życzysz?

– Dzień dobry. Znalazłem to, psze pana, w skrzynce, to listy do pana.

background image

Eliasa  zdziwiło,  że  otrzymał  jakąś  korespondencję,  przecież  prawie  nie

miał  już  krewnych.  Jego  uwagę  natychmiast  przyciągnęła  koperta
z  urzędowym  stemplem.  Znajdowały  się  na  niej  adres  i  pieczątka  kancelarii
wiedeńskiego notariusza.

Staruszek przyjrzał się uważniej twarzy dziecka. Mimo niedbałego stroju

chłopiec miał w sobie coś szczególnego. Z jego oczu bił taki blask, że Elias
od  razu  pomyślał  o  tajemnej  księdze.  Święty  ogień  w  spojrzeniu  dziecka
także musiał kryć jakieś przesłanie.

Tom  wyszedł  z  pokoju.  W  domu  było  słychać  już  tylko  szczęk  naczyń.

Elias otworzył kopertę…

background image

9

Wiedeń

Do rąk własnych Herr Eliasa Eina

Herr Ein!

Z  żalem  zawiadamiamy  o  śmierci  Pańskiej  siostry,  Pani  Jeleny
Ein,  która  zmarła  12  sierpnia  wskutek  ataku  serca  we  własnym
mieszkaniu w Wiedniu, w wieku 63 lat. Pogrzeb odbędzie się 16
sierpnia  w  Wiedniu,  na  cmentarzu  w  Ottakring.  Byłbym  Panu
niezmiernie  zobowiązany,  gdyby  zechciał  się  Pan  ze  mną
skontaktować 

celu 

omówienia 

praktycznych 

kwestii

związanych z pochówkiem Pana nieodżałowanej siostry, a także
dopełnienia kilku formalności urzędowych oraz natury prawnej.

Całkowicie Panu oddany

Mecenas Dorfmeister

Elias  był  tak  wstrząśnięty,  że  list  wypadł  mu  z  rąk.  Teraz  został  już

całkiem  sam.  Nie  żyje  nikt  z  jego  dawnej  rodziny,  a  przecież  nie  założy
nowej. Zakrył dłońmi oczy.

Jelena spoczywa w grobie.

Moja biedna kochana Jelena została pogrzebana i nikt nie odprowadził jej

na cmentarz. Jakże musiała się czuć samotna, moja miłość, moja najdroższa,
moja siostra – szlochał, kryjąc twarz w dłoniach.

On, który nie płakał od śmierci żony, znów poczuł smak łez. Opuściła go

również jego siostra.

Pogrzeb  odbył  się  szesnastego  sierpnia.  Teraz  jest  połowa  września.  List

na pewno dotarł tak późno dlatego, że Elias zmienił miejsce zamieszkania.

Zawstydzony, zerknął na uchylone drzwi.

Ujrzał Toma, który jeszcze nie poszedł do domu i stał przed biblioteczką.

background image

Zauważył  też,  że  Polsterka  pospiesznie  zamyka  drzwi  kuchni.  Dobiegł  go
jazgotliwy głos kobiety:

– Skończyłam na dziś, Herr Ein. Będę jeszcze panu do czegoś potrzebna?

–  Doskonale,  Frau  Polster.  Nie,  nie  będę  już  pani  dziś  potrzebował.  Do

jutra – zdołał wyjąkać.

– Do jutra – odpowiedziała i wreszcie usłyszał, że zamyka za sobą drzwi

domu.

Suchy  trzask  zamka  oznaczał,  że  może  znowu  pogrążyć  się  w  bólu

i opłakiwać swoją samotność.

Zaczął  odtwarzać  w  myślach  dzieje  swych  bliskich.  Po  odejściu  Jeleny

jest  już  ostatnim  kamieniem,  na  którym  opiera  się  stary  gmach  –  jego
rodzina.  Jak  długo  przetrwa?  Przeszłość  stała  się  jednym  wielkim
rumowiskiem, a zmierzch życia Eliasa przeobraził się zdradziecko w czarną
noc.

Z  zadziwiającą  dokładnością  przywoływał  w  pamięci  słowa  ojca,  jego

opowieści  o  dawnej  świetności  przodków,  zanim  dopadło  ich  „ostateczne
rozwiązanie”.

Grzebiąc  w  najskrytszych  zakamarkach  swojej  duszy,  przypomniał  sobie

pewną  scenę,  która  wycisnęła  mocne  piętno  na  jego  dalszym  życiu.  Jakieś
czterdzieści  lat  temu,  kiedy  ojciec  wiedział  już,  że  jest  nieuleczalnie  chory,
wezwał  Eliasa  i  Jelenę,  po  czym  zażądał,  by  pozostawiono  go  sam  na  sam
z jego dziećmi.

Tego  dnia  Gustav  Ein  przekazał  im  swą  ostatnią  wolę.  Oznajmił,  że

niedługo  pożegna  się  z  życiem,  dołączy  do  dwóch  braci  i  siostry,  których
pochłonęło  piekło  Majdanka.  Powiedział,  że  z  całej  jego  rodziny  wojnę
przeżyły tylko trzy osoby.

Jonathan Ein, stryjeczny brat ojca, który wymknął się nazistom, uciekając

w  1938  roku  do  Stanów  Zjednoczonych.  Zginął  wraz  z  żoną  w  1949  roku
w Rzymie, siedząc za kierownicą samochodu.

Joseph  Ein,  krewny  ojca,  jedyny  przedstawiciel  niemieckiej  gałęzi  rodu,

należał  do  nielicznych  więźniów,  którym  udało  się  przeżyć  obóz  pracy.
Ocalenie  zawdzięczał  niezwykłej  odporności  fizycznej.  Niestety,  utonął
w  wieku  trzydziestu  jeden  lat  porwany  przez  prąd  morski  podczas  kąpieli

background image

w  kurorcie  Aszdod  w  Izraelu,  dokąd  wyemigrował  w  1948  roku.  Nie  miał
dzieci.

Ostatnim z tego pokolenia Einów był on sam, Gustav. Uratował go status

dyplomaty akredytowanego w Genewie.

Do Eliasa i Jeleny dotarło, że po śmierci ojca to oni będą ostatnią nadzieją

na  przetrwanie  nazwiska.  Gustav  kazał  im  zresztą  przyrzec,  iż  uczynią
wszystko, aby ród Einów nie wymarł.

Elias  przypomniał  sobie  teraz  przysięgę,  której  znaczenie  nie  do  końca

rozumiał  przez  wszystkie  te  lata.  Teraz  zabrzmiała  w  jego  uszach  jak
straszliwy wyrok.

Dwudziesty  wiek  dopełniał  swego  dzieła.  Triumfował  nad  przeszłością,

a  niesiony  przez  wichry  historii  piasek  zasypywał  nazwisko  Einów.  Ginęło
nie  tylko  nazwisko,  kończył  się  pewien  rozdział  dziejów.  Prawo  dosięgło
katów. Powstało państwo żydowskie. Komu byli dziś potrzebni ci europejscy
Żydzi z całą tą ich diasporą, historią, starymi legendami i nostalgią?

Po co na siłę utrzymywać na powierzchni relikty minionej epoki? Einowie

odegrali  już  swoją  rolę,  która  pokrywała  się  poniekąd  z  historyczną  rolą
wszystkich europejskich Żydów.

Centrum  świata  kolejny  raz  się  przemieszczało,  tym  razem  w  kierunku

Atlantyku, a nawet dalej, w stronę Azji. Ich zaś porzucono jak jakieś nikomu
niepotrzebne  breloczki.  Zostali  daleko  w  tyle  z  mnóstwem  grobów  i  ze
swoimi wiecznymi lamentami.

Elias  do  wieczora  tkwił  pogrążony  w  tych  ponurych  rozmyślaniach.  Nie

ruszył się nawet z fotela.

Mały  Tom,  który  sam  był  sierotą,  odgadł,  że  starszego  pana  dopadła

rozpacz, i od razu poczuł do niego sympatię.

Kiedy nazajutrz przyjdzie Polsterka, znajdzie skreślony ręką Eliasa liścik,

w  którym  pracodawca  powiadamia  ją,  że  potrzebuje  trochę  samotności.
Dzięki temu będzie się mógł schronić w zaciszu swojego pokoju.

Odstawił  w  kąt  laskę  i  zabrał  ze  sobą  pozytywkę.  Wystarczyło  otworzyć

kasetkę,  by  nawiedziło  go  kolejne  wspomnienie  z  dzieciństwa.  Przypomniał
sobie siebie w wieku jedenastu lat, siedzącego pośród czerwonych aksamitów
i  złoceń  w  sali  Opery  Wiedeńskiej.  Poszedł  tam  z  matką,  ojcem  i  Jeleną.

background image

Pierwszy raz był na koncercie.

Wielka  Orkiestra  zagrała  tego  wieczora  Rapsodię  Rachmaninowa  w  tak

magiczny  sposób,  że  mały  Ein  został  naznaczony  na  całe  życie  pięknem  tej
muzyki.

Kilka  tygodni  później  matka  podarowała  mu  pozytywkę,  z  którą  jeszcze

teraz się nie rozstawał. Odtwarzana przez nią muzyka i tym razem wzruszyła
go do łez. To była dla Eliasa melodia jego rodziny.

Przejrzał  drobiazgi  przechowywane  we  wnętrzu  kasetki.  Zanim  ją

delikatnie zamknął, umieścił w niej list od notariusza.

Kiedy  zapadła  noc  i  wreszcie  został  sam  w  domu,  postanowił  oddać  się

jedynemu  zajęciu,  na  które  miał  jeszcze  ochotę  –  studiowaniu  świetlistej
Księgi.  Zszedł  do  ukrytej  sali  z  cichą  nadzieją,  że  odnajdzie  tam  pamięć
o zmarłej siostrze. Z doprawdy szaloną nadzieją, że właśnie tam odkryje sens
bezsensu.

background image

10

Już  podnosząc  klapę,  Elias  poczuł  osobliwy  klimat  biblioteki,  która

zdawała  się  go  chronić.  Poszukał  tomu  oznaczonego  literami  E/I  i  NP,
w którym spodziewał się przeczytać wzmiankę o siostrze.

Szybko  znalazł  poświęconą  jej  notę.  Zapisano  w  niej  datę  urodzenia,  ale

też  śmierci  Jeleny,  która  zmarła  zaledwie  przed  kilkoma  tygodniami.  Jakież
było  jego  wzburzenie,  gdy  zobaczył,  że  dotyczący  jej  fragment  jest  niemal
w  całości  zakodowany  i  jeszcze  bardziej  niezrozumiały  niż  inne  noty.
Zastanowiła go dokładność dat. Czy dzień śmierci jego siostry był znany od
zawsze, czy też ta adnotacja dopiero niedawno pojawiła się w tekście?

Innymi  słowy,  czy  jej  przeznaczenie  zostało  z  góry  zapisane  w  Księdze?

Czy  rejestr  dopuszcza  jakiekolwiek  niespodzianki  w  naszym  życiu?  Zaczął
szukać  noty  o  kimś,  kto  jeszcze  się  nie  narodził,  by  rozwiać  swoje
wątpliwości.

Przerzucił  dziesiątki  stron,  nie  znajdując  przekonującego  dowodu,  aż

wreszcie  jego  wzrok  zatrzymał  się  na  biografii  niejakiego  Helmuta
Lairumera, który miał przyjść na świat… dopiero za ponad dwadzieścia lat!

Z  opisu  wynikało,  że  ów  Lairumer  urodzi  się  w  Sydney  i  przeżyje

siedemdziesiąt osiem lat. Wszystko zostało jasno zapisane. To dowodziło, że
Księga  odtwarza  zarówno  wydarzenia  z  przeszłości,  jak  i  z  teraźniejszości,
a nawet z przyszłości, że jest ponadczasowa.

Według  Eliasa  to  przesądzało  o  jej  boskim  charakterze  i  potwierdzało

w spektakularny sposób istnienie Opatrzności.

Wszystko  zostało  zapisane  –  mówił  sobie.  –  Ale  czy  istnieje  możliwość,

by  tekst  był  później  modyfikowany  z  uwzględnieniem  pewnej  swobody,
którą Bóg dał ponoć Człowiekowi w momencie Stworzenia?

Elias  był  o  tym  głęboko  przekonany.  Czyż  Pisma  nie  uczą,  że  Człowiek

jest  jedyną  istotą  zdolną  zmienić  zamysły  Opatrzności?  Temu  zresztą  służy
przecież modlitwa…

background image

W tej samej chwili palec wskazujący jego lewej ręki musnął święte litery.

Znowu poczuł ten dziwny zawrót głowy.

Odruchowo  cofnął  dłoń  i  natychmiast  ustąpiła  mgła,  która  zaczęła

spowijać  jego  umysł.  Zaintrygowany  tym  osobliwym  zjawiskiem  starzec
postanowił  ponowić  doświadczenie.  Celowo  przysunął  czubek  palca  do
światła…

W  tym  samym  momencie  usłyszał  za  sobą  przytłumiony  hałas,

przypominający  trzeszczenie  parkietu.  Zdawał  się  dobiegać  z  pokoju  na
piętrze.  A  może  z  całkiem  bliska?  Elias  odwrócił  się  na  krześle  i  spojrzał
w stronę drzwi…

Zamknął Księgę i pospiesznie wstał.

– Jest tu kto? – krzyknął.

Nie doczekał się jednak odpowiedzi.

Bojąc się, że ktoś odkryje jego tajemnicę, pokonał najszybciej jak potrafił

schody prowadzące do niebieskiej sypialni. Była pusta.

Zorientował się, że nastał już ranek i że ktoś mocno wali w drzwi. Opuścił

pokój, upewniwszy się uprzednio, że klapa jest starannie zasłonięta, i zszedł
na dół. Głowa wprost pękała mu od pytań bez odpowiedzi.

Widok  despotycznego  oblicza  Polsterki,  które  ukazało  się  w  drzwiach,

brutalnie przywrócił go do rzeczywistości.

– Pukam od co najmniej dziesięciu minut – warknęło babsko.

– Przykro mi, Frau Polster, musiałem się zdrzemnąć – odpowiedział Elias.

Weszła, oszczędzając mu komentarzy, i zostawiła swoje rzeczy w holu. Po

chwili rzuciła z tym swoim wstrętnym akcentem:

–  Wczoraj  spotkałam  w  mieście  Herr  Sofa.  Powiedział  mi,  że  dziś

wieczorem zamierzacie zagrać razem w szachy.

– No tak… Rzeczywiście…

– Dziś wieczorem… Pamiętał pan o tym spotkaniu?

– To już mamy piątek? – zdziwił się Elias. – No cóż, przygotuje nam pani

coś na kolację, prawda?

W  tym  momencie  w  przedpokoju  pojawił  się  Tom.  Był  zdyszany,  jakby

biegł.

background image

– Ach, to ty? W samą porę! – ryknęła na niego Polsterka. – Szukam cię od

dobrych paru minut… Pójdziesz po zakupy. Pan będzie miał dziś wieczorem
gościa…

background image

11

Tom  nie  był  zwyczajnym  sierotą.  Wyglądał  jak  przebieraniec,  ale  temu

zaniedbanemu  dziecku  ulicy  nie  sposób  było  odmówić  bystrości  umysłu.
Prawie  nie  miał  przyjaciół.  Braunau  to  drobnomieszczańska,  bardzo
hermetyczna mieścina.

Nikt nie potrafił powiedzieć, skąd tak naprawdę wziął się ten chłopiec. Od

czasu do czasu ktoś zlecał mu drobne prace. Dostawał za to parę groszy albo
coś  do  jedzenia.  Tak  żył,  samotny,  ale  szczęśliwy,  bo  głowę  miał  pełną
marzeń.

Tom strzegł jak skarbu swoich sekretów: tajemnicy swojego pochodzenia,

okoliczności śmierci rodziców i swojego przybycia do Braunau.

Chociaż nie zagrzał długo miejsca w szkolnej ławie, w wielu dziedzinach

miał znacznie większą wiedzę niż jego rówieśnicy.

Ciekawość pchała go do zdobywania książek, gdzie się dało. Najczęściej

dostarczała  mu  ich  Marika,  urocza  córka  burmistrza  Braunau  Theodora
Riefenstahla. Dziewczynka bardzo lubiła tego chłopca, tak niepodobnego do
innych dzieci w jego wieku. Czasem Sof podsuwał mu jakieś stare wydania
książek o bardzo zróżnicowanej tematyce.

Thomasowi niewiele było potrzeba do szczęścia: mył się w rzece, czerpał

z niej też najczęściej wodę do picia, a policja dotąd zostawiała go w spokoju.
Polsterka  pomyślała  sobie,  że  ten  chłopak  za  nędzne  grosze  pomoże  jej
w zajmowaniu się domem nowego pracodawcy.

*

Zanim  Tom  wyruszył  zgodnie  z  poleceniem  gospodyni  do  sklepu

Krugerów,  kolejny  raz  zatrzymał  się  przed  pięknym  zbiorem  książek
i  czasopism,  wypełniających  oszkloną  biblioteczkę  w  małym  salonie.  Po
chwili  zauważył,  że  Elias  mu  się  przygląda,  i  odruchowo  zrobił  krok  w  tył,
jakby chciał odejść.

background image

– Lubisz książki, Thomasie? – zapytał mężczyzna.

Chłopak wyglądał na zmieszanego. Nie miał odwagi spojrzeć staruszkowi

w oczy.

– Dlaczego nie odpowiadasz? – nalegał dobrotliwie Elias.

– Chodzi panu o to, czy lubię czytać powieści? – wyjąkał chłopiec.

–  No  tak:  powieści,  opowiadania,  tego  rodzaju  rzeczy…  Lubisz  czytać?

Zauważyłem, że zainteresował cię mój księgozbiór…

– Ależ tak, psze pana, bardzo lubię.

Elias  podszedł  do  skromnej  biblioteczki  i  otworzył  jej  drzwiczki.  Jego

palce prześlizgiwały się po okładkach, szukał odpowiedniej lektury.

–  Co  byś  powiedział  na  tę  książkę?  –  zaproponował,  pokazując  piękne,

bardzo stare wydanie Jaszczura Balzaca.

– Już to czytałem… – ośmielił się wybąkać chłopiec.

Dłoń starca znowu rozpoczęła wędrówkę po grzbietach książek.

–  W  takim  razie,  spójrzmy…  A  co  myślisz  o  opowiadaniach  Poego?  –

 zapytał wyraźnie zadowolony z siebie Elias.

Ponieważ dziecko milczało skonsternowane, pytał dalej:

–  Poego  także  czytałeś?  No  cóż,  coś  podobnego,  nie  podejrzewałem,  że

chłopiec w twoim wieku może być takim wyrafinowanym znawcą literatury.

Widząc, że Tom nadal uśmiecha się z zażenowaniem, Elias rzucił:

– No dobrze. Może sam znalazłeś tu coś, co ci się spodobało?

Palec  dziecka  natychmiast  wskazał  niewielką  książeczkę  oprawioną

w skórę, ze srebrzystą obwódką. Elias wziął ją do ręki i przeczytał tytuł:

–  Nowela  szachowa

[5]

?  Widzę,  że  mamy  wspólne  zainteresowania,

Thomasie…  –  zauważył,  wręczając  dziecku  książkę.  –  Coraz  bardziej  mnie
zaskakujesz. Hm, możesz ją zatrzymać. To prezent.

Chłopiec  utkwił  w  twarzy  emeryta  pełne  wdzięczności  spojrzenie.

Zrozumiał, że Elias jest nie tylko zmęczonym, samotnym starcem, ale przede
wszystkim dobrym człowiekiem. A nawet kimś więcej – Mędrcem.

Zbity  z  tropu  przez  ten  nieoczekiwany  dowód  dobroci  Eina,  niezgrabnie

ruszył w stronę drzwi.

background image

12

Elias  gubił  się  w  domysłach  nad  sensem  niesłychanych  wprost  zmian,

jakie zaszły w jego życiu w ciągu niespełna tygodnia.

Istnienie  tajemnej  księgi  wywracało  do  góry  nogami  całą  koncepcję

wolnej woli. A jak było z jego własną wolną wolą?

Dlaczego  Bóg  wybrał  akurat  jego  spośród  tylu  innych  ludzi?  Czego  od

niego oczekiwał?

Jedno  nie  ulegało  wątpliwości:  z  powodu  odkrycia  tajemnej  księgi  wiara

Eliasa mogła się zamienić w niebezpieczne przekonanie. Był w rękach Boga,
gotów  podążać  „z  pewnością  lunatyka  drogą  wyznaczoną  przez
Opatrzność

[6]

.

Czy coś takiego jest w ogóle możliwe?

Musiał  się  też  nauczyć  znosić  innego  rodzaju  strach,  wywołany

świadomością,  że  przez  cały  czas  obserwuje  go  Bóg.  To,  że  miał  teraz
odpowiadać  przed  Stwórcą  za  każdy  swój  czyn,  wydało  mu  się  bardzo
ciężkim do udźwignięcia brzemieniem.

Jego  umysł  zaczynał  dryfować  na  wspomnienie  zawrotu  głowy,  który

odczuwał w chwili zetknięcia jego palców z płonącymi literami Pergaminu.

Stojący w salonie zegar wolno odmierzał czas. Elias był rad, że kończy się

tydzień.  Wkrótce  będzie  miał  całe  dwa  dni  na  to,  by  spróbować  znaleźć
w bibliotece odpowiedzi na nurtujące go pytania.

Polsterka krzątała się w kuchni. Wydawała grubym głosem coraz to nowe

rozkazy małemu Thomasowi, który uwijał się jak w ukropie.

Wreszcie  około  wpół  do  piątej  po  południu  chłodno,  jak  zwykle,

odprawiła chłopca. Elias i tym razem obserwował z okna salonu, jak dziecko
oddala się drogą, wolne niczym ptak.

Sof przyszedł punkt ósma. Kiedy Frau Polster otworzyła mu drzwi, Elias

poczuł  się  tak,  jakby  do  jego  domu  wtargnął  lodowaty  podmuch  wiatru.

background image

Z trudem wstał z fotela i obciągnął marynarkę.

Sof wszedł do salonu i grzecznie się z nim przywitał.

– Co z panem, Herr Ein? Przez cały tydzień ani razu nie widziałem pana

w miasteczku. Czyżby był pan aż tak bardzo zajęty?

– Wie pan, jak to jest, sprawy związane z przeprowadzką, dokumenty… –

 odpowiedział Elias.

–  Mam  nadzieję,  że  nie  otrzymał  pan  żadnych  złych  wiadomości?  –

 zapytał Sof niemal natrętnym tonem.

Elias  udał,  że  szuka  czegoś  na  stole  w  salonie,  by  nie  napotkać

przenikliwego spojrzenia gościa. Jak Sof mógł się domyślić treści listu, który
on dostał z Wiednia?

– Wszystko jest  w porządku –  odpowiedział z wahaniem.  – Dziękuję, że

się pan o mnie troszczy, Herr Sof. Frau Polster przygotowała dla nas kolację,
przepyszną, jak sądzę. Mam nadzieję, że jest pan głodny…

– Owszem, dziękuję. Ale czy moglibyśmy już teraz rozpocząć grę?

Elias  przytaknął.  Było  jednak  wyraźnie  widać,  że  tego  wieczora  szachy

niezbyt go interesują.

Kiedy  już  zostały  rozstawione  figury  i  gracze  wykonali  pierwsze  ruchy,

gość spytał, zamyślony:

– Herr Ein, chciałbym poznać pana zdanie w pewnej kwestii…

Elias podniósł na niego zmęczone oczy.

– Słucham pana…

– Herr Ein, czy sądzi pan, że istnieje Nicość?

– Nicość? – powtórzył zaskoczony Elias.

Nie czekając, aż Sof doprecyzuje swoje pytanie, dodał:

– Wolę kierować moje myśli ku Nieskończoności niż ku Nicości.

– Wierzy pan w Boga, nieprawdaż? – zapytał starzec.

– Całe życie szukałem odpowiedzi na to pytanie. Dziś sądzę, że z ręką na

sercu mogę odpowiedzieć: tak.

– Ciekaw jestem, co też pozwoliło panu dojść do takiego wniosku…

–  Powiedzmy,  że  myślę,  iż  skoro  istnieją  stworzenia,  to  musi  też  istnieć

background image

Stwórca.

Zaintrygowany Sof zamilkł na chwilę i skupił się na grze. Elias zaczynał

mieć niewielką przewagę.

– Czyli sądzi pan, że wszystko zostało wcześniej zapisane?

Elias  nie  odpowiedział.  Dotąd  był  jedynie  lekko  zakłopotany  pytaniami

staruszka. Teraz zaczął się zastanawiać, kim tak naprawdę jest Sof. Przecież
w ogóle go nie zna. Czy to możliwe, że antykwariusz wie coś o Księdze? Czy
jego pytania mogą nie mieć nic wspólnego z tymi, które stawia sobie on sam?
Może  Polsterka  wytropiła  kryjówkę  w  bibliotece  i  rozgłosiła  to  w  Braunau
bez  wiedzy  swego  pracodawcy?  Kroki,  które  słyszał…  Ta  perspektywa
przestraszyła Eliasa. Obawiał się, żeby z winy Sofa nie został zerwany jego
kontakt z Opatrznością.

–  A  co  pan  sam  o  tym  sądzi,  Herr  Sof?  Uważa  pan,  że  istnieje

Przeznaczenie?

Antykwariusz zmarszczył brwi.

–  Myślę,  że  Przeznaczenie  to  idea  sprzeczna  ze  zdrowym  rozsądkiem.

Uważam, że wola Człowieka jest w stanie dokonać wszystkiego. Może, sama
jedna, zmienić porządek rzeczy.

– No nie wiem… – odpowiedział Elias.

–  Ależ  oczywiście,  że  pan  wie!  Proszę  jednak  nie  dać  się  zwieść

pozorom… – uciął zagadkowo Sof.

–  Wierzę,  że  Przeznaczenie  jest  w  rękach  Stwórcy  i  że  to  On  wyznacza

właściwe miejsce wszystkim rzeczom tu, na ziemi…

– Łącznie z miejscem tego gońca na szachownicy? – zapytał z uśmiechem

starzec.

Elias pomyślał, że jego posunięcie wynikało wyłącznie z logiki przebiegu

partii,  jednak  nic  nie  odpowiedział.  Partner  zaś  wykonał  kolejny  ruch:  król
zbija gońca…

Sof podjął:

–  Widzi  pan?  Równie  dobrze  mógłbym  zabrać  wieżę…  Czyż  Bóg  nie

mógł  stworzyć  niepewności?  Zdecydować  się  na  obdarzenie  nas  zdolnością
modyfikowania własnymi środkami księgi naszego przeznaczenia?

background image

Siedzący  w  półmroku  Elias  poczuł,  że  oczy  zachodzą  mu  mgłą.

Zastanawiał się, o co tak naprawdę chodzi temu człowiekowi.

Po chwili milczenia zapytał:

– O jakiej księdze pan mówi, Herr Sof?

W  tym  momencie  weszła  Polsterka  i  oznajmiła  bez  ceregieli  swoim

chropawym głosem:

– Wybaczcie panowie, kolacja gotowa! Zechcą panowie usiąść do stołu?

Elias  odpowiedział,  że  zjedzą  w  dużym  salonie  i  że  wolą  sami  się

obsłużyć. Gospodyni nakryła więc stół do kolacji i poszła do domu.

Obaj mężczyźni wstali, zasiedli do posiłku i jedli w milczeniu do chwili,

gdy Elias ponowił swoje pytanie:

– Wspomniał pan, Herr Sof, o jakiejś księdze? O czym pan mówił?

–  Dajże  pan  spokój,  Herr  Ein…  Księga  to  stary  symbol…  odwołanie  do

koncepcji, 

że 

bieg 

wszechrzeczy 

jest 

podporządkowany 

woli

Wszechmogącego…

Ta  odpowiedź  przyniosła  Eliasowi  pewną  ulgę,  ale  nie  do  końca  go

uspokoiła.  Może  jednak  Sof  o  niczym  nie  wie?  Spojrzał  badawczo
w jasnozielone oczy swojego gościa, ale niczego w nich nie wyczytał.

–  Bardzo  często  odkrywam,  że  marzy  mi  się,  bym  mógł  zmienić  bieg

spraw – wyszeptał Sof jakby sam do siebie.

– A cóż takiego by pan zmienił, gdyby miał pan taką możliwość?

–  Moje  życie  jest  jednym  wielkim  usypiskiem  wyrzutów  sumienia,  Herr

Ein.  Będąc  dzieckiem,  przez  nieostrożność  sprowadziłem  zgubę  na
wszystkich moich bliskich. To straszny ciężar do udźwignięcia, kiedy ma się
siedem  lat…  Ale  jest  to  jeszcze  trudniejsze  dla  starca,  którym  teraz  jestem.
Coraz trudniejsze z każdym dniem. Pociągnąłem ich w przepaść, wszystkich.
Chciałbym  zmienić  tyle  rzeczy.  Podejmować  właściwe  decyzje  podczas  gry
w szachy, nie dać się okpić. Gdybym mógł zmienić przeszłość, cofnąłbym się
w  czasie,  uratowałbym  ich.  Nie  pozwoliłbym  niedoświadczonemu  dziecku,
którym  wówczas  byłem,  zagrać  z  Diabłem,  nauczyłbym  się  odpierać  jego
ciosy.  Gdybym  mógł,  Herr  Ein,  a  marzę  o  tym  co  noc  od  długich
osiemdziesięciu  lat,  odnalazłbym  ich  mordercę  i  zabiłbym  go  własnymi
rękoma!

background image

Cóż za fascynująca postać! – pomyślał Elias. Jakże dramatyczne musiało

być  jego  życie  spędzane  w  towarzystwie  duchów  z  przeszłości.  Uważnie
przyjrzał  się  niemal  przezroczystej  skórze  swego  gościa,  porytej
zmarszczkami twarzy, dłoniom, kikutowi palca wskazującego.

Zadumał się nad swoją własną melancholią, nad utratą ukochanej siostry,

zamkniętej teraz w grobie, nad przysięgą złożoną niegdyś ojcu.

Pomyślał,  że  on  także  ma  już  życie  za  sobą.  Że  on  także  zebrał  własne

usypisko wyrzutów sumienia.

W  końcu  Sof  jest  tylko  reliktem  historii,  jak  on  sam.  Dwóch  rozbitków

wyrzuconych  na  ląd,  na  który  napierają  zewsząd  coraz  wyższe  fale
zapomnienia.

Z jedną różnicą: on, Elias, ma Księgę… Dzięki niej jest w stanie dojrzeć

bezkresny horyzont boskiej woli. Wkrótce będzie mógł bez przeszkód wyjść
jej  na  spotkanie,  jak  niegdyś  Ezechiel  wychodził  na  pustyni  na  spotkanie
Bogu  jego  przodków.  Z  sercem  pełnym  nadziei  i  ściśniętym  ze  strachu
żołądkiem.

background image

II

TREMENDAE

background image

13

Kiedy  Sof  poszedł  do  domu,  Elias  poczuł  się  szczęśliwy,  że  wreszcie

został sam na dwie długie noce i dwa długie dni. Odczuwał pewien niedosyt
po rozmowie ze starym antykwariuszem, którego nie do końca rozumiał.

Opłukał talerze i niespiesznie poustawiał je na półkach.

Prześladowały  go  wciąż  te  same  pytania.  Bezustannie  myślał  o  Księdze.

Rozpamiętywał  również  życie  swoje  i  Sofa,  aż  wszystko  zaczęło  mu  się
mieszać.

Tak  czy  inaczej,  nie  bardzo  wiedział,  co  ma  zrobić  z  tą  Księgą?  Cóż  za

ironia  ze  strony  jej  Autora!  Czy  otrzyma  od  Niego  jakieś  przesłanie,  czy
wyznaczy mu On jakąś misję?

Życie przemija zbyt szybko, by można było wybrać drogę, stronę, w którą

kierujemy nasze kroki. Kierunek narzuca się sam.

Przeczuwał,  że  w  chwilach  zamroczenia,  jakiego  doznaje  w  zetknięciu

z  ognistymi  literami,  rozgrywa  się  coś  arcyważnego,  że  Księga  Życia  go
wzywa.

Zdołał się jednak już tak bardzo oderwać od świata, że ta myśl wcale go

nie  przeraziła.  Kiedy  tego  wieczora  kolejny  raz  wszedł  do  Sali  Księgi,
wiedział, że właśnie rozpoczyna ważny rozdział swojego życia.

Nie  zatrzymując  się  nawet  przy  gigantycznych  półkach  wypełnionych

inkunabułami, natychmiast ruszył do stołu.

Usiadł,  oparł  łokcie  na  blacie  i  ostatni  raz  pomyślał  o  zagrożeniach

wynikających  z  tego,  co  planował  zrobić.  Otworzył  jeden  z  leżących  przed
nim tomów. Zamierzał wybrać opis na chybił trafił.

Nic z tego, bo odkąd rozstał się z Sofem i jego tajemnicami, nie mógł się

uwolnić od myśli o losie starego antykwariusza.

Odstawił  na  miejsce  tom,  który  miał  w  rękach,  i  zaczął  przemierzać

koliste  korytarze  biblioteki.  Była  późna  noc,  gdy  Elias  Mędrzec  znalazł

background image

wreszcie właściwą księgę, oznaczoną złotymi literami S/O-NR.

Ponownie zasiadł przy  stole i otworzył  opasłe dzieło. Od  razu odkrył, że

poświęcona  Sofowi  nota  zajmuje  mnóstwo  zakodowanych  stron.  Stanowiły
one ponad jedną trzecią całego tomu, stwierdził, że jest ich około dwustu. To
było naprawdę osobliwe…

Część niezakodowana liczyła może dwadzieścia kartek, co także należało

uznać  za  bardzo  dużo  w  porównaniu  z  notami,  które  miał  okazję  przejrzeć
wcześniej.

Gustav Sof, syn Ethel Kemperman i Franza Sofa, […] urodzony
w Wiedniu, zmarł w Braunau nad Innem 3 października…

– Trzeciego, tego października! – powtórzył na głos Elias. – Na Boga, to

już za tydzień! – wykrzyknął zbulwersowany.

Przyczyna  zapowiedzianej  śmierci  Sofa  została  zaszyfrowana…  Uwagę

Eina przyciągnął kolejny fragment.

Pergamin informował:

Trafia  do  warszawskiego  getta  […].  Wywieziony  stamtąd  13
stycznia 1943 roku do Treblinki, Polska, oddzielony od rodziców.
Śmierć  matki.  Przetrwał  obóz  dzięki  swojemu,  odkrytemu  tam,
talentowi  szachowemu.  Przeciwnik  –  hitlerowski  oficer.  Partia
szachów.  Mord  Damiana.  Traci  palec  wskazujący  prawej  ręki.
Treblinka.  Egzekucja  ojca,  siostry  i  obu  braci…  Sierociniec.
Próba samobójcza w Wiedniu w wieku 16 lat […].

Tym  dzieckiem  był  Sof.  Wierzył,  że  wyciągnie  rodzinę  z  obozu  dzięki

talentowi  szachowemu,  a  stał  się  przyczyną  jej  zguby.  Której  i  tak  by  nie
uniknęła – pomyślał Elias.

Księga dość lakonicznie opisywała kluczową scenę.

Tamtego  dnia  więźniów  spędzono  na  dziedziniec  obozu  w  Treblince.

Przekonany,  że  potwierdzi  w  ten  sposób  wyższość  swojej  rasy,  niemiecki
oficer rzucił tym wycieńczonym ludziom wyzwanie:

„Dam  wolność  i  wystawię  podpisany  osobiście  przeze  mnie  glejt  temu

background image

z  was,  który  będzie  miał  czelność  stawić  mi  czoło  na  szachownicy!  Czy
znajdzie się ktoś taki pośród was? Uważaliście się za panów? No to spójrzcie
teraz na siebie! Został przywrócony naturalny porządek rzeczy, tutaj jesteście
mniej  warci  od  moich  psów…  Nie  zasługujecie  nawet  na  te  obrzydliwe
pomyje, którymi się was karmi, nie zasługujecie na to, by żyć. Spójrzcie na
siebie! Żaden z was nie śmie się zmierzyć z przedstawicielem rasy panów…”

Omiatający  zimnym  wzrokiem  szeregi  więźniów  oficer  widział  same

spuszczone głowy.

Wtedy  ku  ogólnemu  zaskoczeniu  przed  szereg  wystąpił  mały  Sof

z nieśmiało podniesionym do góry palcem.

Dzieciak stanął przed uzbrojonym mężczyzną i wymógł na nim obietnicę,

że jeśli to on zdoła go pokonać, zyska wolność dla siostry, ojca, dwóch braci
i  siebie  samego.  Matka  już  nie  żyła.  Rozbawiony  oficer  przysiągł  mu  to
publicznie.

Po zakończeniu tej strasznej rozgrywki oficer kazał obciąć chłopcu palec

wskazujący  prawej  dłoni,  ten  sam,  który  ośmielił  się  podnieść  do  góry,  by
rzucić  mu  wyzwanie.  Postanowił  nie  pozbawiać  go  życia,  by  mógł
zaświadczać o wyższości rasy aryjskiej nad żydowską, ale także po to, żeby
zobaczył egzekucję swoich bliskich…

Świetliste litery tej relacji wydawały się pulsować coraz mocniej, w miarę

jak Elias ją pochłaniał. Jakby niepostrzeżenie znowu chciały się dostosować
do rytmu jego serca.

Elias  teraz  już  wszystko  rozumiał  i  był  głęboko  wstrząśnięty.  Starego

antykwariusza  wiele  łączyło  z  nim  samym.  Obaj  rozgrywali  bezustannie  tę
samą partię szachów.

Obaj  też,  chociaż  nie  w  tym  samym  czasie,  w  odstępie  prawie  25  lat

z powodu nazistowskiego obłędu zostali skazani na najgłębszą samotność.

Tak  naprawdę  niewiele  osób  oprócz  nich  dwóch  zachowało  jeszcze

pamięć o tamtych czasach.

W  naszym  dwudziestym  pierwszym  wieku  pamięć  o  mrocznych  latach

nazizmu  ostatecznie  się  zaciera,  metodycznie  upychana  w  zakurzonych
książkach historycznych. Ludziom tak spieszno do innych spraw.

Europa, 

wykorzystując 

okrucieństwo 

armii 

izraelskiej 

wobec

background image

Palestyńczyków, nowych męczenników, pozbyła się poczucia winy.

Udało jej się też wreszcie zatrzeć ślady własnego barbarzyństwa.

Wszystko to do niczego nie posłużyło – pomyślał starzec.

Spojrzenie  Eliasa  znowu  spoczęło  na  rzucającej  złoty  blask  Księdze.

Jeszcze raz się upewnił, że gdy zbliża palce do świetlistych liter, te zaczynają
intensywniej migotać i dzieje się coś niezwykłego.

Jego  mózg  powiązał  ze  sobą  przerażającą  opowieść  o  obciętym  palcu

małego  Sofa,  talent  chłopca  do  gry  w  szachy,  straszliwe  warunki  życia
w Treblince i śmierć Jeleny. Wszystkie te historie łączyła Księga.

Palce starego człowieka odruchowo się poruszyły, jakby miał zagrać kilka

nut na niewidzialnej klawiaturze…

Postanowił dotknąć ognistych liter.

background image

14

Ocknął się w szarej, błotnistej uliczce. Leżał na brzuchu, twarzą do ziemi.

Nie  zdążył  jeszcze  dobrze  otworzyć  oczu,  kiedy  usłyszał,  że  ktoś  mówi  coś
do niego naglącym tonem:

– Co tu robisz, człowieku? Oszalałeś? Wstawaj, wstań, bo cię zabiją!

Elias  przekręcił  się  na  bok  i  podkulił  nogi.  Był  cały  uwalany  w  błocie.

Z trudem się podniósł, bolały go wszystkie członki.

Uświadomiwszy  sobie,  że  przyciska  do  piersi  jeden  z  tomów  Księgi,

natychmiast ukrył go pod płaszczem.

Podniósł 

głowę. 

Zobaczył 

zaniepokojoną 

twarz 

młodzieńca

w  łachmanach.  Chłopak  miał  jakieś  siedemnaście  lat,  coś  do  niego  mówił
i ciągnął go za rękaw.

– Gdzie jesteśmy? – zapytał niepewnie Elias.

– W getcie, staruszku… Witaj w piekle! Jeśli szybko się stąd nie oddalisz,

wkrótce dołączysz do innych, o tam, w tamtym dole.

Eliasa,  który  ledwo  trzymał  się  na  nogach,  dosłownie  zamurowało.

Zobaczył, że otacza go tłum spieszących dokądś ludzi, wpadających na siebie
pośród niewyobrażalnego wprost chaosu.

Zanim jego młody przyjaciel wziął nogi za pas, ostatni raz krzyknął:

–  Zabieraj  się  stąd,  idź  do  siebie!  Próbują  sterroryzować  ludzi  z  powodu

ulotek rozrzuconych na Umschlagplatz.

Elias  pozostał  sam  pośród  harmidru  i  bieganiny.  Czuł  nadciągające

zagrożenie,  jego  cierpki  odór,  toteż  jak  najszybciej  skierował  kroki  ku
walącym  się  arkadom.  Ukryta  pod  ubraniem  złota  księga  pulsowała  bez
ustanku.

Widział,  że  jest  w  warszawskim  getcie,  miejscu  kaźni  i  śmierci,  ale  jego

umysł  jeszcze  się  wzbraniał  przed  przyjęciem  tego  do  wiadomości.  Jest
w warszawskim getcie i musi ujść stąd z życiem.

background image

Serce biło mu jak oszalałe, waliło tak mocno, że bał się, iż padnie na ulicy

pośród  całego  tego  zamieszania.  Przerażenie  zmusiło  go  do  wzięcia  się
w garść. Przyspieszył kroku.

Wyczuł,  że  jego  też  ogarnia  niemy  strach  obecny  na  ulicach,  narastający

jak  fala  tsunami.  Dostrzegł  zgraję  brunatnych  hełmów  wypełniających  ulicę
jak  cienie,  siejących  na  oślep  spustoszenie  pośród  gwizdu  wystrzałów
z karabinów maszynowych.

Zobaczył,  jak  kobiety,  mężczyźni  i  dzieci  padają  na  bruk,  widział

zakrwawione ciała, deptane zwłoki, które wkrótce zostaną obrabowane przez
przymierających głodem szabrowników z getta.

Uświadomił  sobie  pierwszy  raz  w  życiu,  czym  jest  strach  ściganego

człowieka. Pragnienie przetrwania kazało mu otworzyć Księgę.

W  tym  momencie  jeden  z  esesmanów,  mężczyzna  o  budzącej  grozę

fizjonomii,  zatrzymał  się  gwałtownie  i  wyszedł  z  szeregu.  Kiedy  jego
spojrzenie  spoczęło  na  Eliasie,  starzec  poczuł,  że  mrozi  mu  ono  krew
w  żyłach.  Drapieżca  ruszył  w  stronę  ofiary,  na  jego  twarzy  malowała  się
beznamiętna nienawiść.

Elias schronił się  za filarem i  dotknął dłonią świętych  liter. Opuszczał to

piekło.

background image

15

Salę  wypełniało  jak  zwykle  łagodne  złotawe  światło.  Panowała  w  niej

niezakłócana niczym cisza, którą można by uznać za wieczną.

Głowa Eliasa spoczywała na kompletnie zdrętwiałym przedramieniu. Czuł

w  niej  dziwny  zamęt,  ale  wspomnienie  niedawnej  przygody  było  niezwykle
żywe.

Na  marynarce  i  na  dłoni  miał  jeszcze  ślady  błotnistej  ziemi  getta.

Doskonale  pamiętał  tamtą  ulicę.  Wpatrzone  w  niego  oczy  oficera,  odór
strachu.  Kolor  krwi  ofiar,  echo  ich  krzyków,  wrzaski,  odgłosy  wystrzałów
z  broni  maszynowej,  szare  niebo,  a  także  twarz  młodego  człowieka,  który
pomógł mu się podnieść. To nie mógł być tylko sen.

Całą duszą, całym ciałem czuł, że naprawdę odbył tę podróż i że była ona

związana z Księgą. To wszystko miało najwyraźniej jakiś sens.

Elias był tym zachwycony. Zdarzył się cud. Czyżby Bóg chciał przekazać

mu jakieś przesłanie? A jeśli tak, to jakie?

Euforia  dość  szybko  ustąpiła  miejsca  obawie,  bo  starszy  pan  zdał  sobie

sprawę  z  ogromnego  potencjału  Wielkiego  Rejestru.  Zyskał  dzięki  niemu
wyobrażenie  o  opisywanych  wydarzeniach,  ale  też  mógł  sam  przeniknąć  do
opowieści.

Wyglądało  to  tak,  jakby  Opatrzność  pozwoliła  mu  ni  stąd,  ni  zowąd

pogrzebać w swoich archiwach. Przypomniał sobie opisy z Księgi Proroków,
fragmenty  Pisma  Świętego  odnoszące  się  do  daru  jasnowidzenia  Natana,
Ezechiela, Eliasza, a także Józefa, który potrafił przewidzieć przyszłość.

Zastanawiało go, czy inni ludzie przed nim mogli mieć dostęp do tajemnej

księgi. Skoro Bóg zadał sobie trud, by nadać jej materialną postać, uczynił to
dlatego,  że  chciał,  by  ktoś  ją  przeczytał…  Tak,  tej  Księdze  potrzebny  jest
czytelnik, jeden na każde pokolenie na przestrzeni dziejów – pomyślał. Skoro
istnieje  Księga,  oznacza  to  przede  wszystkim,  że  jej  Autor  też  pragnął  się
objawić. Starzec z pokorą złożył mu w myślach pokłon.

background image

Elias, niezwykle podniecony nieograniczonymi możliwościami płynącymi

z  tego  odkrycia,  opuścił  Salę  Cudu  i  pomodlił  się  pierwszy  raz  od  śmierci
żony.

Przypomniał  sobie  uświęcone  tradycją  gesty  i  słowa:  „Błogosławiony

jesteś,  Panie,  Boże  nasz,  królu  Wszechświata,  który  udzieliłeś  mi  tego
błogosławieństwa”.

background image

16

Kiedy  Tom  obudził  się  tego  ranka,  w  Braunau  była  piękna  pogoda.

Rozpostarł  długą  pomiętą  listę  sprawunków,  wręczoną  mu  dzień  wcześniej
przez gospodynię.

Nad rzeką wyjął z kieszeni kawałek świeżej kiełbasy, którym Frau Polster

zapłaciła  mu  za  pracę.  Pochłonął  go  w  paru  kęsach,  po  czym  zanurzył  ręce
i twarz w przejrzystych wodach Innu.

Następnie  wrócił  do  położonego  kilka  metrów  wyżej  domu,  gdzie

najbardziej  lubił  się  bawić.  Była  to  niewielka  opuszczona  kamienica  na
obrzeżach miasteczka. Na budynku wisiała wielka tablica zapowiadająca jego
rychłą rozbiórkę, wielokrotnie przekładaną przez miejscowe władze.

Thomas  urządził  tu  sobie  własne  królestwo.  Bawił  się,  buszując  po

pozostawionych  na  pastwę  robactwa  korytarzach.  Spędzał  w  nich  długie
godziny.  Kiedy  otwierał  nadgryzione  zębem  czasu  drzwi  i  wchodził  do
mieszkań,  wyobrażał  sobie  ludzi,  którzy  żyli  tu  dawniej.  Zapuszczał  się  do
będących  w  opłakanym  stanie  pomieszczeń,  wymyślał  postacie  i  dialogi
z życia normalnych rodzin.

Znalazł w tej graciarni skórzany fotel, zniszczony, ale całkiem wygodny.

Odkrył  też  pokój  z  nadającym  się  nadal  do  użytku  kominkiem.  A  także
schowek  służący  niegdyś  do  przechowywania  drewna  oraz  kotłownię,
a  w  niej  trudno  dostępną  wnękę  w  podłodze,  która  w  razie  potrzeby  mogła
doskonale posłużyć za kryjówkę. Tylko po co miałby się chować?

Wstawił  fotel  do  swojej  nory,  wyścielił  podłogę  dywanem  i  kawałkami

znalezionej na ulicy wykładziny, przyniósł też świece, które zwinął w jednym
ze sklepów w centrum miasteczka.

Dla  Thomasa  to  zawalone  książkami  i  rozmaitą  tandetą  pomieszczenie

było domem, czuł się tu bezpieczny.

Na  małej  etażerce,  gdzie  trzymał  swoje  największe  skarby,  ustawił

z pietyzmem piękny egzemplarz Noweli szachowej, który dostał w prezencie

background image

od Eliasa.

Pomyszkował  jeszcze  chwilę  po  kątach  tej  graciarni,  po  czym  wyruszył

w stronę sklepu Krugerów.

Właściciele nie przepadali za nim, a on za nimi. Chłopiec był ich zdaniem

dziwny, nikt go nie kontrolował, przede wszystkim zaś sądzili, że może mieć
zły  wpływ  na  ich  własne  dzieci.  Toma  nie  interesowało,  jak  jest  przez  nich
odbierany.  Kiedy  wszedł  do  sklepu,  jak  zwykle  zignorował  spojrzenia
dorosłych.

– Przysyła cię Polsterka, prawda? – rzucił oschle Albert Kruger, właściciel

interesu.

– Tak, psze pana – odpowiedział grzecznie Thomas.

–  Możesz  brać,  co  chcesz,  otworzyła  u  nas  kredyt  na  nazwisko  tego

mężczyzny, który niedawno przeprowadził się do Braunau.

Pochłonięci  pogawędką  Krugerowie  i  ich  klienci  wkrótce  przestali

zwracać  uwagę  na  chłopca,  który  przechadzał  się  wśród  półek  z  kartonem
pod pachą.

W  pewnym  momencie  Thomas  podsłuchał  interesującą  rozmowę

pomiędzy  właścicielami,  panią  Schiller,  wdową  mieszkającą  w  pobliżu
sklepu, oraz siostrami Kraftównymi, dwiema starymi pannami, których willa
sąsiadowała z domem Eliasa.

–  Widziałyście  tego  człowieka,  który  wprowadził  się  do  dawnego  domu

celnika? – zapytała Martha Kruger.

–  Nie  –  odpowiedziała  Schillerowa.  –  Podobno  rzadko  wychodzi,

szwankuje mu zdrowie.

–  Frau  Polster  zwierzyła  mi  się,  że  już  w  drugim  dniu  pracy  nakryła  go

pochlipującego w salonie jak dzieciak.

– My go widziałyśmy – wtrąciły chórem Kraftówny. – Wydaje się bardzo

zaaferowany.  Nie  wygląda  na  Austriaka,  ani  trochę.  Zauważyłyśmy  zresztą,
że nie przychodzi na niedzielną mszę…

– Nic dziwnego… – rzucił półgłosem Albert.

–  Nie  sądzicie,  że  to  mimo  wszystko  zaskakujące,  iż  postanowił  spędzić

lata emerytury akurat w Braunau? – zauważyła pani Kruger.

background image

–  Owszem,  dziwne  –  przytaknęła  stara  Schillerowa.  –  Co  za  pomysł!

Uważam, że to nie jest normalne.

–  Ale  przecież  pani  też  tu  spędza  lata  emerytury,  pani  Schiller!  –

 wykrzyknęły razem siostry, które można by wziąć za syjamskie bliźniaczki.

– No cóż, ja jestem tu przez pamięć o moim ukochanym zmarłym mężu,

przecież wiecie. Nie mam odwagi zmieniać starych przyzwyczajeń.

–  Mnie  z  kolei  dziwi,  że  zechciał  kupić  tę  starą  ruderę  –  powiedział

Albert.

–  Dom  nie  jest  wcale  taki  brzydki  –  zaoponowała  Eva  Kraft,  która

mieszkała  z  siostrą  w  bardzo  podobnej  willi.  –  Mnie  najbardziej  zdumiewa
to,  że  ten  człowiek  przez  całe  noce  zamiast  spać,  wyprawia  Bóg  wie  co.  Ja
i  moja  siostra  zauważyłyśmy,  że  bardzo  często  świeci  się  u  niego  światło.
Zastanawia mnie, czym mężczyzna w jego wieku może się zajmować o takiej
porze…

– Polsterka mówiła, że cierpi na depresję, „depresję moniakalną” – jak to

określiła – dorzuciła Frau Schiller.

–  Depresję  maniakalną  –  sprostowała  Martha,  by  zaimponować  swoim

klientkom. – Co też ta deska może wiedzieć o psychologii?

Tom ukryty za wielką piramidą z puszek, nadstawił uszu.

– Tak czy siak – podsumowała wdowa po Schillerze – nie podobają mi się

ludzie, którzy nie chodzą do kościoła, nie wyściubiają nosa z domu i nie śpią
po nocach. Moim zdaniem nie wróży to niczego dobrego.

Żeby ukarać ich za obmawianie bliźnich, Tom wsadził pod kurtkę puszkę

wybornej zupy Griessnockerl, potem dołożył drugą…

Ciszej,  tak  by  chłopiec  jej  nie  usłyszał,  Schillerowa  dodała,  wykręcając

szyję, żeby wskazać wzrokiem miejsce w głębi sklepu, w którym znajdował
się Thomas:

–  Tak  jak  ten  szczeniak,  który  nie  wiadomo,  skąd  się  wziął.  Wychowuje

go ulica. Policja powinna coś z tym zrobić. Umieścić go w jakimś zakładzie.
Podobno w okolicy zdarza się coraz więcej drobnych kradzieży. Nie powinno
się  tolerować  tych  wszystkich  cudzoziemców,  to  nie  prowadzi  do  niczego
dobrego.

Pozostali nic nie odpowiedzieli, ale ich miny wyrażały aprobatę. Obawiali

background image

się jedynie, że malec może ich podsłuchać.

I tak się stało: Tom wszystko słyszał.

Dlatego, dobrze ukryty przed ich spojrzeniami, w ramach represji upchnął

do  wewnętrznych  kieszeni  niewielką  butelkę  lemoniady,  trzy  tubki
skondensowanego  mleka,  puszkę  pasztetu  z  łososia  dla  smakoszy  i  trzy
strasznie  drogie  czekoladowe  trufle,  owinięte  w  piękny  złoty  papier.  Nigdy
wcześniej nie jadł czekolady, nadarzyła się świetna okazja…

–  W  tym  kraju  zawsze  było  za  dużo  cudzoziemców  –  obwieścił  Albert

Kruger, błądząc wzrokiem gdzieś daleko.

background image

17

Kiedy  Elias  opuścił  Salę  Księgi  po  odbyciu  podróży  do  getta,  miał

problem  z  ustaleniem,  ile  czasu  naprawdę  upłynęło  w  Braunau.  Ostrożnie
zamknął klapę i zatarł ślady swojej wyprawy do biblioteki.

Słyszał Toma i Polsterkę krzątających się gdzieś w głębi domu. Zszedł na

dół,  nie  spotkawszy  żadnego  z  nich  po  drodze.  Podniósł  leżącą  na  progu
gazetę  i  stwierdził,  że  to  wydanie  poniedziałkowe.  Tak  więc  całą  sobotę
i  niedzielę  spędził  na  studiowaniu  Księgi,  podróżowaniu  i  głębokim  śnie,
w jaki zapadł po powrocie z getta.

Thomas  akurat  przyszedł  ze  sklepu  Krugerów,  przyniósł  zakupy.  Elias

przeciągnął  się,  żeby  rozprostować  obolałe  ciało,  po  czym  podreptał  na
piętro, wziął prysznic i wdział czyste ubranie.

*

Chwilę  później  usłyszał  przytłumione  hałasy  i  krzyki  dobiegające

z kuchni.

Polsterka  wpadła  z  jakiegoś  powodu  w  prawdziwą  furię.  Wściekle

pomstowała na Toma i próbowała go schwytać.

Kiedy  przyparła  dziecko  do  kamiennego  zlewozmywaka,  ogarnęła  je

panika. Teraz już się jej nie wywinie! Ukrywała coś w lewej dłoni, a prawą,
zwiniętą w pięść, podniosła w górę gotowa jej użyć.

Elias, który bezszelestnie zaszedł gospodynię od tyłu, chwycił ją za rękę,

zanim  pięść  zdążyła  dosięgnąć  struchlałego  z  przerażenia  chłopca.
Zamroczona  wściekłością  kobieta  obróciła  twarz  w  stronę  staruszka.  Wcale
się nie uspokoiła.

– Co pani wyprawia? – wrzasnął Elias. – Rozum pani odjęło?

– To mały nicpoń! – Proszę spojrzeć…

Polsterka otwarła lewą dłoń i pokazała trzy złote czekoladki.

background image

– Ten złodziejaszek je ukradł! Żeby zrobić coś takiego mnie! W dodatku

w sklepie Krugerów… Niech mi pan pozwoli odpowiednio go ukarać.

Elias,  który  nadal  mocno  trzymał  rękę  rozjuszonej  kobiety,  wziął  od  niej

czekoladki i powiedział z rozbrajającym uśmiechem:

–  Ach,  Thomasie!  To  bardzo  miłe  z  twojej  strony,  dziękuję,  że  o  tym

pomyślałeś…

Polsterka otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia.

– Jak to? – zapytała.

– Nie uprzedziłem pani, Frau Polster? Poprosiłem naszego Thomasa, żeby

przyniósł  mi  parę  czekoladek,  właśnie  takich.  No,  sama  pani  widzi,  nie  ma
powodów do robienia z tego tragedii, nieprawdaż?

Tom  popatrzył  na  Eliasa,  jakby  ten  uratował  go  ze  szponów  najbardziej

przerażającego z potworów, jakie stworzył Bóg.

Gospodyni  parsknęła,  wymamrotała  jednak  chcąc  nie  chcąc  kilka

bezładnych i niezrozumiałych słów w charakterze przeprosin. Stary człowiek
rzucił  za  jej  plecami  spoconemu  ze  strachu  dziecku  srogie,  ale  zarazem
porozumiewawcze spojrzenie.

Jędza wyszła z kuchni, nie przestając złorzeczyć. Zostawiła ich samych.

Nic nie mówiąc, Elias zajrzał do garnka, który stał na kuchence. Nałożył

sobie na talerz trochę dochodzącej na małym ogniu zupy gulaszowej i usiadł
przy  stole.  Wcześniej  jednak  ułożył  starannie  przed  sobą  na  widocznym
miejscu trefne czekoladki.

Wskazał  Thomasowi  krzesło  naprzeciwko  siebie  i  zaczął  jeść  obiad,  nie

spuszczając  z  chłopca  oczu.  Dziecko  czuło  się  nieco  zażenowane,  siedząc
przed pustym talerzem przeznaczonym dla Anny, ale staruszek nie zamierzał
go sprzątnąć.

– No i jak, Thomasie, przeczytałeś książkę?

– Tak, psze pana, przeczytałem, bardzo panu dziękuję.

– Wiesz co, możesz mówić mi Elias…

– Tak, psze pana, bardzo dziękuję.

Elias westchnął. Po zjedzeniu zupy wziął jedną czekoladkę i niespiesznie

odwinął ją ze złotka.

background image

– Przypadła ci do gustu?

– Wspaniała, psze pana, naprawdę wspaniała. Tylko trochę za krótka…

– Nie miałem na myśli książki! – odparł Elias z drwiącą miną. – Pytałem,

jak smakowały ci czekoladki?

Tom się zarumienił, pewien, że teraz dostanie za swoje.

– Nie wiem, nie próbowałem ich, nie zdążyłem.

–  Szkoda  –  powiedział  Elias,  wkładając  czekoladkę  do  ust.  Zaczął

ostentacyjnie się nią delektować. – Naprawdę szkoda… Jest przepyszna.

Malcowi napłynęła ślinka do ust.

– Zostały jeszcze dwie. Opowiesz mi coś więcej o sobie? – zapytał Elias,

odwijając z papierka drugą czekoladkę.

– Problem w tym, że nie ma wiele do opowiadania…

Starszy pan zjadł połowę kolejnej trufli.

– Hm… ta druga też się okazała bardzo dobra.

– Jestem sierotą, żyję zupełnie sam… i jeszcze nigdy w życiu nie jadłem

czekolady! – zaczął się sprytnie przymawiać chłopiec.

Nie  tracąc  rezonu,  Elias  pochłonął  drugą  połowę  trufli,  po  czym  wziął

ostatnią i wstał od stołu:

– No cóż, robiłem, co mogłem! Zostawiam sobie tę ostatnią do kawy! Ty

natomiast weź to…

Wręczył chłopcu kilka monet. Widząc rozradowaną twarz dziecka, szybko

sprowadził je na ziemię:

– To nie dla ciebie, tylko dla Krugerów. Przeproś ich, że zapomniałeś im

uregulować rachunek! Zapłać za czekoladki i… również za całą resztę.

Popchnął lekko Toma, który uśmiechnął się do niego ze skruszoną miną,

obmacując  butelkę  i  resztę  łupu  ukrytego  w  kieszeniach  kurtki.  Chłopak
niezwłocznie skierował kroki w stronę sklepu.

–  I  nie  zapomnij  o  pilnowaniu  kieszeni,  nigdy  nie  wiadomo,  co  może

w nie wpaść! – krzyknął od progu Ein.

W drodze do sklepu Thomas rozmyślał o tym dziwacznym, ale ujmującym

poczciwinie.  Nagle  poczuł,  że  coś  przesuwa  mu  się  w  kieszeni.  Wsadził  do

background image

niej  rękę  i  wyjął  trzecią  czekoladkę.  Nie  musiał  się  nawet  odwracać,  by
poczuć opiekuńczą obecność staruszka. Mędrzec nad nim czuwa.

background image

18

Późnym  popołudniem  Tom  wrócił  do  siebie.  Spędził  kilka  minut

w ruinach swojego małego, chylącego się ku upadkowi królestwa. Opuścił je
tuż  przed  siedemnastą.  Zawsze  wychodził  dokładnie  o  tej  porze,  bo
w miejscowej szkole uczniowie kończyli wtedy lekcje.

Na poboczu drogi, nieco w tyle za watahą młodych rozrabiaków, pojawiła

się Marika, jedyna córka Riefenstahlów. To właśnie na nią czekał Thomas.

Na  pierwszy  rzut  oka  bardzo  się  od  siebie  różnili:  on,  mały  łobuziak

z  Europy  Wschodniej,  ona  przykładna,  dobrze  ubrana  panienka.  Jej  szkolne
niebieskie sukienki były zawsze nieskazitelnie czyste i idealnie uprasowane,
a włosy blond o popielatym odcieniu porządnie związane i pachnące.

Oboje  przedwcześnie  dojrzeli.  Marika  chodziła  już  do  gimnazjum.  Była

najmłodszą uczennicą w swojej klasie i najbardziej skrytą. Tak jak Toma nie
pociągali  jej  rówieśnicy,  ale  w  nim  odkryła  pokrewną  duszę,  kogoś,  kto
podobnie  odbiera  świat  i  wyraża  swoje  odczucia  w  identyczny  sposób  jak
ona. Przede wszystkim jednak łączyło ich zamiłowanie do powieści i poezji.
Tego dnia Marika wzięła do szkoły tomik wierszy Hölderlina

[7]

.  Zamierzali

poświęcić kilka godzin na głośne czytanie ich sobie nawzajem.

W  czwartki  Marika  brała  lekcje  pianina.  Odbywały  się  one

w  mieszczańskim  salonie  jej  rodziców.  Ojciec  dziewczynki  Theodor
Riefenstahl  i  jej  matka  Gertrude  Riefenstahl,  z  domu  Kurtówna,  byli  dumni
z  wydania  na  świat  takiej  cudownej  istoty.  Herr  Riefenstahl  czerpał  zresztą
również  satysfakcję  z  tego,  kim  sam  był.  A  był  burmistrzem  miasteczka,
prowincjonalnym  austriackim  notablem,  obrosłym  tłuszczem  i  stereotypami.
Często agresywnym, z natury tępym ksenofobem.

Marika  nie  kochała  ojca,  szczerze  mówiąc,  wręcz  go  nienawidziła.  Była

piękna,  wielkoduszna,  wrażliwa.  Kompletne  przeciwieństwo  Theodora.
Odznaczała  się  też  nienagannym  wychowaniem.  Miała  wszystko,  ale  co
z tego? Dusiła się we własnym domu.

background image

Ucieczką była dla niej muzyka. Muzyka i towarzystwo Toma.

Chłopiec  zawsze  przychodził  posłuchać,  jak  gra.  Chował  się  za  białymi

okiennicami,  w  ogrodzie.  Wiedziała,  że  on  tam  jest,  czasami  mignął  jej  za
plecami nauczyciela muzyki. Rodzice nie mieli o niczym pojęcia.

Słuchając  ukradkiem,  jak  gra,  Tom  opanował  zasady  harmonii.  Melodie

Césara  Francka

[8]

  czy  Liszta  stały  się  dla  niego  doskonałymi  równaniami.

W każdy czwartek przychodził słuchać ich impromptus w wykonaniu Mariki,
poprawiając w myślach jej nieliczne potknięcia.

Dzieci  wiedziały,  że  muszą  się  ukrywać  z  tą  jedyną  w  swoim  rodzaju

przyjaźnią. Rodzice Mariki uznaliby Toma za pasożyta.

Thomas  się  jednak  tym  nie  przejmował  i  tego  dnia  jak  zwykle  czekał  na

Marikę  na  poboczu  drogi,  którą  wracała  ze  szkoły.  Na  widok  dumnie
wyprostowanej  dziewczynki  aż  podskoczyło  mu  serce.  Za  każdym  razem
odczuwał to samo wzruszenie.

Z  kolei  Marika  próbowała  za  każdym  razem  ukryć,  jak  bardzo  jest

szczęśliwa, widząc swojego wiernego Thomasa, który czekał tylko na nią, nie
widział nikogo poza nią.

Chwilę  szli  razem.  Ona  opowiadała  mu  o  Hessem  i  o  Mannie,  o  Górach

Skalistych  i  włoskich  jeziorach,  on  o  tym,  jak  spędził  dzień,  o  nowych
skarbach znalezionych w swoim królestwie, o swoich lekturach, o wspaniałej
Noweli  szachowej,  której  bohaterem  był  wręcz  zafascynowany.  Napomknął
o  Eliasie  Mędrcu,  o  cudownym  smaku  czekoladek  od  Krugerów,  który
Marika dobrze znała. Wymienili uśmiechy na samo ich wspomnienie.

Wtedy jednak wydarzyło się coś, czego Tom od dawna się obawiał.

Na  skrzyżowaniu  ulic  wpadli  niespodziewanie  na  Erwana  Grubera,

postrach okolicy.

Między  chłopcami  nieraz  dochodziło  do  gwałtownych  sprzeczek,

kilkakrotnie o mały włos się nie pobili. Erwan może i nie był dużo silniejszy
od Thomasa, za to o wiele bardziej brutalny. Nie mówiąc o tym, że nigdzie
się nie ruszał bez swojej bandy zabijaków.

Miał  czternaście  lat  i  już  palił  papierosy  jak  dorosły.  Thomas  widział

kiedyś, jak podczas zwykłej kłótni zgasił peta na twarzy jednego z uczniów.
W  miarę  upływu  lat  Erwan  stawał  się  coraz  bardziej  niebezpieczny,

background image

zauważyli  to  nawet  jego  nauczyciele,  a  ojciec  chłopaka  Hans  Gruber,
miejscowy lekarz, często go bił.

Dlatego  Thomas  i  Marika  zesztywnieli,  gdy  zobaczyli  tego  szatana

nadchodzącego  z  naprzeciwka  w  towarzystwie  dwóch  innych  opryszków
z jego paczki.

Jednak,  wbrew  wszelkim  oczekiwaniom,  ten  parszywiec  ograniczył  się

tym  razem  do  rzucenia  Tomowi  złowrogiego  spojrzenia,  po  czym  poszedł
dalej swoją drogą. Zacisnął tylko szczęki, a jego kompani natychmiast zrobili
to samo, idiotycznie małpując minę herszta.

Marika odwróciła głowę w drugą stronę, za to Thomas, gdy mijał Erwana,

niemal  się  o  niego  ocierając,  spróbował  dumnie  wytrzymać  jego  spojrzenie.
Natręt rzucił:

– Mariko! Nie powinnaś się włóczyć z tym łazęgą. To zwykły przybłęda,

zapchlony kundel!

Marika nie odpowiedziała, ujęła Toma za ramię i pociągnęła go za sobą.

Teraz z kolei Thomas zacisnął zęby i szedł z wysoko uniesioną głową, nie

zwalniając  kroku  i  nie  spuszczając  przeciwnika  z  oczu.  Obiecał  sobie,  że
Erwan kiedyś pożałuje tych słów…

background image

19

Popołudnie  niemiłosiernie  mu  się  dłużyło.  Elias  myślał  tylko  o  tym,  że

kiedy  Polsterka  wreszcie  sobie  pójdzie,  będzie  mógł  poświęcić  kolejny
wieczór na studiowanie Księgi.

Nie  czuł  zmęczenia,  modlitwa  go  wzmocniła.  Był  zdecydowany  spędzić

w wielkiej sali calutką noc.

Na biurku wciąż leżał tom relacjonujący historię Sofa, ten, dzięki któremu

Elias odbył podróż do getta.

Od  czasu  tamtego  cudownego  doświadczenia  jego  oczekiwania  jednak

znacznie wzrosły.

Wielokrotnie  przeczytał  opis  poświęcony  Sofowi,  wyobraził  sobie

cierpienia sieroty pozostawionego na pastwę losu w Treblince…

Tekst z tajemnej księgi niewiele mówił o życiu chłopca.

Elias stale powracał do najbardziej tajemniczych fragmentów relacji. Była

w  niej  mowa  o  jakiejś  decydującej  partii  szachów,  o  hitlerowskim  oficerze,
o  chłopcu,  któremu  obcięto  palec  prawej  dłoni.  Zaszyfrowane  fragmenty
przerywały narrację, czyniąc całość niezrozumiałą.

Trafia  do  warszawskiego  getta  […].  Wywieziony  stamtąd  13
stycznia 1943 roku do Treblinki, Polska, oddzielony od rodziców.
Śmierć  matki.  Przetrwał  obóz  dzięki  swojemu,  odkrytemu  tam,
talentowi  szachowemu.  Przeciwnik  –  hitlerowski  oficer.  Partia
szachów. Mord Damiana. Traci palec wskazujący prawej ręki.

Potem  przypomniał  sobie  słowa,  które  Sof  wymamrotał  podczas  ich

drugiej partii szachów…

„Chciałbym zmienić tyle rzeczy… Nie pozwoliłbym niedoświadczonemu

dziecku, którym wówczas byłem, zagrać z Diabłem, nauczyłbym się odpierać
jego ciosy…”

background image

I oto nagle Elias znalazł rozwiązanie zagadki. Było oczywiste.

–  Ależ  tak!  –  wykrzyknął.  Mord  Damiana  oznaczał  tak  naprawdę  Mat

Damiana.  Słowo  „mat”,  bardzo  podobne  do  hebrajskiego  met,  pochodzi
z  języka  arabskiego  i  oznacza  śmierć.  Starzec  zrozumiał,  że  chłopczyk
przegrał  tę  partię  szachów  dlatego,  że  wpadł  w  słynną  pułapkę  matową
Damiana,  fatalną  kombinację,  o  której  uczono  na  wszystkich  kursach  gry
w szachy.

Z  uśmiechem  na  ustach  przesunął  dłoń  nad  ognistymi  literami  Księgi

i  zachwycił  się  tańcem  płomieni.  W  ich  blasku,  jak  w  teatrze  cieni,  widać
było zarys fragmentu jego podpierającej czoło dłoni.

Wziął  głęboki  oddech,  po  czym  zaczął  zbliżać  palec  wskazujący  do

płomieni pergaminowych stronic. Musiał się pospieszyć.

Zamknął  oczy.  Księga  sama  zdecyduje  o  miejscu  i  wybierze  najbardziej

odpowiedni moment. Musi jej zaufać.

background image

20

Elias stał, przyciskając do piersi tom Księgi Świętego Prawa.

Tkwił  pośrodku  wąskiej  uliczki,  po  obu  jej  stronach  wznosiły  się

kamienice  w  opłakanym  stanie.  Kilku  przechodniów  podążało  gdzieś
pospiesznie chodnikiem. Jeden z nich wpadł na Eliasa, po czym ruszył dalej,
nie  zwracając  na  niego  uwagi.  A  on  rozglądał  się  dokoła,  próbując
zapamiętać jak najwięcej szczegółów.

Na rogu ulicy stał mały chłopiec, rozdawał jakieś pisma. Elias podszedł do

niego i zapytał:

– Czy mogę na chwilę pożyczyć od ciebie gazetę?

Malec  nie  ośmielił  się  odmówić  staremu,  nobliwie  wyglądającemu

mężczyźnie.  Skoro  ten  człowiek  nadal  żyje  i  jest  tak  dobrze  ubrany  mimo
zaawansowanego wieku, musi być jakąś ważną osobistością…

Szmatławiec  nazywał  się  „Auf  der  Wache”  (Na  straży)  i  nosił  datę

dziewiątego października 1940 roku.

Elias obrzucił małego gazeciarza smutnym spojrzeniem. Co z nim będzie?

Co się stanie ze wszystkimi tymi ludźmi?

Pierwsza  strona  była  w  całości  poświęcona  kwestii  przystąpienia  Stanów

Zjednoczonych  i  Związku  Radzieckiego  do  wojny.  Czy  Stalin  zerwie  pakt
z nazistami i zaatakuje Niemcy?

Elias  westchnął.  Nagle  ogarnął  go  głęboki  niepokój,  że  nie  będzie  mu

dane  wrócić  do  Braunau.  Wsunął  rękę  pod  płaszcz  i  chwycił  kurczowo
Księgę, żeby dodać sobie odwagi. Po plecach przeszedł mu dreszcz: Księga
go chroni, w żadnym razie nie może jej zgubić.

Oddał dziecku gazetę i przypominając sobie, po co tu przybył, zapytał:

–  A  tak  przy  okazji,  mój  mały  przyjacielu,  znasz  może  chłopca  mniej

więcej w twoim wieku, który ma na nazwisko Sof?

–  Tak  –  odpowiedział  dzieciak,  odkładając  gazetę  na  stosik.  Jego  twarz

background image

rozjaśnił uśmiech. – Dobrze go znam. Mieszka trochę dalej na tej ulicy, którą
pan  przyszedł,  w  domu  bez  okiennic.  O  tej  porze  na  pewno  bawi  się  na
podwórku.

Elias bezzwłocznie pożegnał chłopca i poszedł w górę pełnej dziur ulicy.

Kamienica, o której mówił mały gazeciarz, okazała się starą ruderą. Przeszedł
przez  nędzną  bramę  i  rzucił  okiem  na  podwórze.  Nie  było  tam  nikogo,  nie
licząc kilku wychudzonych kotów przetrząsających śmietnik.

Nagle  jednak  z  tego  przypominającego  szambo  podwórka  dobiegł  Eliasa

czyjś głos. Wołał go jakiś mężczyzna, który wyglądał na niezbyt przyjaźnie
usposobionego do nieznajomych.

–  Hej,  mówię  do  pana!  Kim  pan  jest?  Czego  pan  tu  szuka?  –  zapytał

z groźną miną.

– Dzień dobry panu, szukam małego Sofa.

– Czego pan chce od tego próżniaka? Panu też coś ukradł?

–  Nie  –  odpowiedział  Elias.  –  Przyszedłem  z  nim  porozmawiać.

Przybywam z daleka.

– Z daleka? Tutaj wszyscy przybywają z daleka! I między nami mówiąc,

nikt już stąd nie odejdzie!

–  Poszukuję  małego  Sofa,  to  pilna  sprawa.  Czy  wie  pan,  gdzie  mogę  go

znaleźć? – nalegał Elias.

–  Jeśli  nie  wypuścił  się  gdzieś  dalej,  może  siedzi  jeszcze  w  piwnicy

i  wyprawia  tam,  nie  wiadomo  co.  Tędy!  –  rzucił  szorstko  nieznajomy,
wskazując palcem drogę.

Pokazywał  schodki,  niknące  w  głębi  większej  z  dwóch  otaczających

podwórze kamienic.

Kiedy  Elias  zapuszczał  się  w  czeluście  budynku,  usłyszał  przytłumiony

odgłos dziwnej modlitwy, szeptanej anielskim głosikiem. W pierwszej chwili
niemal  go  to  przeraziło,  ale  na  myśl,  że  może  zaraz  będzie  zmuszony
błyskawicznie otworzyć Księgę, przyspieszył kroku.

W  miarę  jak  posuwał  się  w  ciemnościach,  szept  był  coraz  wyraźniejszy,

a wkrótce ujrzał w labiryncie podziemi blade światło, wydobywające się znad
progu żelaznych drzwi.

background image

Przykleił do nich ucho, starając się zachowywać możliwie najdyskretniej.

Wtedy usłyszał wyraźniej cichą litanię: był to nieprzerwany ciąg liter i cyfr…

„c2c3/g8f6, g1f3/d7d6, e2e4/c8g4, d2d4/f6e4,

d1d3/g4f3, g2f3/e4f6, f1e2/b8d7, e1g1/c7c5,

d3e3/e7e6, e2b5/a7a6, f1e1… a6b5 (westchnienie),

d4d5/f6d5, e3e2/d8a5 (przerwa i oddech),

b2b4/c5b4, a2a3/b4c3, b1c3/d5c3, e2d2/d7e5,

f3f4/e5f3, g1g2/f3d2 (po namyśle), c1d2/b5b4,

a3b4/a5d5, f2f3/d5d2, g2g3/a8a2, a1d1/d2f2,

g3g4/f2g2, g4h5/g2g6, h5h4… a2h2 (ulga)”

To  był  rzeczywiście  głos  dziecka.  Elias  zorientował  się,  że  długi  ciąg

szyfrów opisuje ruchy pionków i figur na szachownicy.

Skierował  wszystkie  swoje  myśli  ku  Wiekuistemu,  a  jego  twarz

rozpromienił  łagodny,  porozumiewawczy  uśmiech,  wyraz  czci  oddawanej
Opatrzności.

W  tym  czasie  głos  zamilkł.  Otworzyły  się  drzwi  i  Eliasa  oślepiło  białe

światło. Starzec zrobił krok do tyłu. Słabe serce podskoczyło mu w piersi.

Na progu stał wystraszony chłopczyk.

– Ty jesteś Sof? – zapytał Elias, by jakoś nawiązać z nim rozmowę.

– Tak, to moje nazwisko… A kim pan jest?

– Nie bój się, mój mały. Mam dobre zamiary. Mogę na chwilę wejść?

Chłopiec  przesunął  się  na  bok.  Był  przeraźliwie  chudy,  patrząc  na  jego

trupio bladą twarz, miało się wrażenie, że spędził w tej suterenie całe życie.

Elias  zmierzył  dziecko  współczującym  spojrzeniem,  myśląc  o  starcu,

którym się ono kiedyś stanie. Rozpoznał rysy, te same niesamowicie zielone
oczy, ten sam podłużny kształt twarzy, te same wystające kości policzkowe.
Przeobrażając  się  z  dziecka  w  starca  czy  ze  starca  w  dziecko,  człowiek  tak
naprawdę wcale się nie zmienia – pomyślał.

Nie  ulegało  najmniejszej  wątpliwości,  że  miał  przed  sobą  Sofa  w  wieku

dziecięcym. Zadrżał, uświadamiając sobie, jak niezwykłe jest ich spotkanie.

Wypełniała się Księga Życia.

background image

Kiedy  tak  stali  twarzą  w  twarz,  on  i  mały  Sof,  czuł,  że  w  tej  chwili  nie

przestraszyłby  się  śmierci,  gdyby  nagle  nadeszła,  tak  bardzo  był  pewien,  że
Bóg  istnieje.  Całe  jego  jestestwo  promieniowało  wiarą,  oddawał  się  bez
reszty w ręce Stwórcy, kiedy kładł dłoń na głowie chłopca, żeby udzielić mu
błogosławieństwa.

Mały  Sof  stał  jak  oniemiały  przed  tym  dziwnym  przybyszem,  który

pojawił  się  nie  wiadomo  skąd.  Nic  nie  rozumiejąc,  patrzył  nieśmiało  na
starego Mędrca, podczas gdy ten się za niego modlił.

Pomieszczenie,  w  którym  przebywali,  było  bardzo  ciasne,  światło

wpadało  tu  przez  niewielkie  okno  wychodzące  na  podwórze.  Umeblowanie
stanowiły  stara  szafa,  zniszczony  stół  i  kilka  drewnianych  skrzynek.  Elias
spoczął  na  jednej  z  nich,  Sof  usiadł  naprzeciwko  niego.  Nieznajomy  budził
w nim lęk, ale i ciekawość.

Po  kilku  ciągnących  się  w  nieskończoność  chwilach,  Elias  przerwał

medytacje i przemówił:

–  Chłopcze,  jestem  tu,  żeby  ci  pomóc,  przybyłem  w  tym  celu  z  bardzo

daleka.

– Skąd pan przybył? – zapytał naiwnie chłopczyk.

–  Kiedyś  otrzymasz  odpowiedź  na  twoje  pytanie.  Teraz  nie  mamy  na  to

czasu.

Przyciskając znów do piersi bezcenną Księgę, ciągnął:

– Przed chwilą powtarzałeś głośno ruchy z jakiejś partii szachów, prawda?

Dziecko się zarumieniło.

– Tata pana przysłał? On nie lubi, kiedy tutaj gram. Ciągle mi mówi, że to

niczemu  nie  służy  i  że  powinienem  raczej  poszukać  czegoś  do  jedzenia
w Warszawie, tak jak robią inni! To on pana przysłał, zgadłem?

–  Zapewniam  cię,  że  twój  ojciec  nie  ma  z  tym  nic  wspólnego  –  odparł

Elias.

Miły uśmiech starszego pana podniósł chłopca na duchu. Poczuł, że może

mu zaufać.

–  Wiesz,  ja  też  jestem  dobrym  szachistą.  I  to  właśnie  szachy  przywiodły

mnie do ciebie. Chciałbyś rozegrać ze mną teraz partyjkę?

background image

– Pan chce zagrać? – zapytał chłopczyk uszczęśliwiony. – Przyszedł pan,

żeby zagrać ze mną w szachy?

– Jeśli się zgodzisz – odpowiedział Elias z uśmiechem.

Chłopiec  podbiegł  w  podskokach  do  szafy,  zadowolony,  że  wreszcie

będzie  miał  prawdziwego  przeciwnika,  zapewne  poważnego,  i  bez
zastanowienia wyjął piękną szachownicę z marmuru i drewna, którą Elias od
razu rozpoznał. To był jedyny skarb dziecka. Mały Sof z dumą położył ją na
stole i usiadł naprzeciwko nieznajomego.

W  jednej  chwili  rozstawili  szachy.  Starszy  pan  zaproponował

z uśmiechem:

– Tym razem zgadzam się zagrać czarnymi.

Chłopczyk popatrzył na tajemniczego partnera, nie rozumiejąc jego uwagi,

ale ponieważ wolał grać białymi, nie protestował.

Zaczął partię w sposób klasyczny, umieszczając biały pionek na e4. Elias

wiedział  dokładnie,  dokąd  zmierza,  toteż  w  kilku  posunięciach,  z  godnym
mistrza opanowaniem, postawił chłopca w zupełnie nowej dla niego sytuacji.

Uśmiechnął się, po czym ostrzegł przeciwnika:

–  Teraz  patrz,  uważnie  obserwuj  tę  kombinację.  Tego  przyszedłem  cię

nauczyć.

Chłopczyk  był  zdziwiony,  bo  chociaż  został  obdarzony  niezwykłym

talentem,  jeszcze  nigdy  nie  widział,  by  gra  potoczyła  się  w  taki  sposób.
Zrozumiał,  że  już  nie  kontroluje  tej  partii,  że  wokół  jego  figur  zamyka  się
pułapka.

Elias ciągnął:

– Widzisz, moje dziecko, to klasyczna, ale niezwykle skuteczna sztuczka.

Nazywają ją matem Damiana. Pokażę ci, jak z tego wyjść.

Chłopiec uważnie obserwował grę. Musiał się pogodzić z tym, że wkrótce

zostanie pokonany. Poczuł się urażony.

Elias próbował go pocieszyć:

–  Nie  martw  się,  jesteś  doskonałym  szachistą,  zważywszy  na  twój  wiek.

Ucz się, a będziesz niepokonany. Oto moje przesłanie: wiedz, że możliwe jest
uniknięcie  tego  mata,  pod  warunkiem  że  w  porę  dostrzeżesz  pułapkę,  co

background image

wymaga  wprawy.  Uważaj  na  ruchy  gońca.  Jeśli  przypilnujesz,  żeby  twoja
dama  była  blisko  króla,  nie  będziesz  się  musiał  niczego  obawiać,  bo  dama
jest  spoiwem  systemu  obrony,  który  powinieneś  stworzyć.  Zapamiętaj  to
jednak  raz  na  zawsze:  trzymaj  damę  blisko  króla,  nie  posługuj  się  nią  do
atakowania  na  oślep.  Byłaby  to  dla  ciebie  ogromna  strata.  Będziesz  o  tym
pamiętał, mój chłopcze, jeszcze kilkadziesiąt lat po zakończeniu tej wojny.

Dzieciak przypatrywał się przez chwilę Eliasowi ze zdumieniem, próbując

zrozumieć,  co  ten  stary  człowiek  chce  przez  to  powiedzieć  i  po  co  to
wszystko  robi.  Rozeźlony  z  powodu  przegranej,  pragnął  rewanżu.  Elias
zgodził się na drugą partię pomimo późnej pory.

Sof grał teraz czarnymi, a jego partner zręcznie próbował doprowadzić do

identycznej sytuacji, ale tym razem dzieciak stanął na wysokości zadania.

W  trakcie  rozgrywki  starzec  z  rozczuleniem  obserwował  chłopca,

wiedząc,  co  przeżył  w  getcie  i  jakim  próbom  będzie  jeszcze  musiał  stawić
czoło.

W  chwili  gdy  Elias  chwycił  czarnego  gońca,  z  podwórza  dobiegł

przytłumiony hałas.

– Co to było? – zapytał starszy pan.

–  Na  pewno  policja  –  odpowiedział  chłopczyk  z  niepokojem  w  głosie.

Jego twarz stała się przezroczysta.

– Po co tu przyszli?

– Wpadają co jakiś czas, zabierają mieszkańców, żeby… ich przesłuchać,

tak mówi tata.

Na podwórko powrócił na chwilę spokój.

Potem  jednak  hałas  zaczął  się  nagle  przybliżać.  Usłyszeli  odgłosy

wyważania drzwi, jakieś trzaski, wystrzały, krzyki spanikowanych ludzi.

Elias  przez  moment  kurczowo  ściskał  Księgę,  ogarnął  go  lęk,  że  i  on

wpadł w pułapkę tamtych straszliwych czasów.

Jednak szybko wziął się w garść i powiedział:

– Mój mały przyjacielu, muszę teraz odejść. Nie bój się, wyjdziesz cało ze

wszystkich  zagrożeń  i  jeszcze  się  kiedyś  zobaczymy.  Musisz  przede
wszystkim  dobrze  zapamiętać  wszystko,  co  ci  powiedziałem.  Nie  zapomnij

background image

o żadnym szczególe. Kiedyś dokończymy tę partyjkę.

Dziecko  patrzyło  na  starca,  nie  spuszczając  wzroku  z  jego  ust.  Jakby

oczekiwało,  że  usłyszy  jakieś  magiczne  zdanie  zdolne  w  jednej  chwili
uwolnić je od strachu. Zaczęło płakać. Elias zapytał twardo:

–  No  co  ty?  Na  pewno  znasz  jakieś  przejście,  którym  zdołasz  uciec?

Prawda?

Chłopiec skinął głową.

–  Znam  takie  przejście,  ale  jest  bardzo  wąskie.  Panu  nie  uda  się

przecisnąć.

– O mnie się nie martw, moje dziecko – odpowiedział Elias. – Odejdę tak,

jak przyszedłem. Ale ty się pospiesz, no, zmykaj!

Chłopak na moment się zawahał. Kiedy jednak zagrożenie się przybliżyło,

puścił rękę starca. Otarł rękawem łzy i – ostrożnie otwierając drzwi – ostatni
raz spojrzał na Eliasa, jakby opuszczał przyjaciela, którego już nigdy więcej
miał nie zobaczyć. Po czym zniknął w ciemnościach.

Elias  stał  bez  ruchu,  pogrążony  w  myślach,  z  dłonią  spoczywającą  na

okładce Księgi.

W wąskim korytarzu rozległ się tupot wojskowych butów. Musieli być już

blisko, kiedy Elias, pokonując strach, otworzył wielką złotą księgę.

Pomieszczenie  rozświetliło  coś  na  kształt  błyskawicy.  Nie  widział  tego

nikt  oprócz  osłupiałego  z  wrażenia  owczarka  niemieckiego,  który  o  cztery
kroki wyprzedził swoich panów. Mat w czterech ruchach.

background image

21

Nazajutrz  Polsterka  długo  pukała  do  drzwi,  ale  nikt  jej  nie  otworzył.

Ponieważ  Elias  dał  jej  w  końcu  drugi  komplet  kluczy,  nie  chcąc,  by
podejrzewała go o brak zaufania, postanowiła wejść do środka.

Dom był pusty, jakby niezamieszkany. Warknęła coś pod nosem, po czym

zajrzawszy  do  głównych  pomieszczeń,  stwierdziła,  że  Elias  musiał  gdzieś
wyjść, i przestała zawracać sobie nim głowę.

Krzątała  się  po  domu  od  dobrych  dwóch  godzin,  kiedy  nagle  zobaczyła

małego Thomasa. Chłopiec wrócił właśnie od węglarza.

Wszedł do domu i jak zwykle pokazał zawartość worka gospodyni, która

tylko cicho stęknęła, co miało wyrażać zadowolenie.

Kazała  mu  rozpalić  ogień.  Chłopiec  znał  już  na  pamięć  rozkład  kuchni,

więc  bez  wahania  podszedł  do  zabytkowego  żeliwnego  pieca  i  włożył  do
niego trzy solidne garście węgla.

Tego  dnia  Tom  wyczuł  jakąś  inną  atmosferę  w  miasteczku.  Czy  to

z  powodu  nieobecności  Eliasa,  czy  może  był  to  efekt  kryzysu,  który
przeżywa kraj? Wszyscy o nim mówili. Ludzie nie mieli pieniędzy ani pracy,
przez  co  stawali  się  nerwowi.  Takie  rozważania  jednak  stanowczo  go
przerastały,  wolał  się  skupić  na  układaniu  węgla,  szczęśliwy,  że  dobrze
wykonuje swoje obowiązki.

Był  zadowolony  z  pracy  w  domu  Eliasa  nie  tyle  z  powodu  zarobku,

prawdę  mówiąc  dość  mizernego,  ale  dlatego,  że  umożliwiała  mu  ona
kontynuowanie  dyskretnych  kradzieży  w  wielkim  sklepie  spożywczym
Krugerów. Bez najmniejszych skrupułów podbierał towary tym oszczercom.
Zresztą  potrzebował  tych  wszystkich  rzeczy:  gromadził  w  swojej  kryjówce
zapasy podstawowych artykułów.

Kiedy  nie  absorbował  go  problem  zaopatrzenia,  myślał  o  Marice.  Jaką

książkę  mu  dziś  przyniesie?  Czego  nowego  nauczyła  się  w  szkole?  Na
olbrzymim  globusie,  który  dostrzegł  przez  okno,  gdy  zajrzał  do  klasy,  było

background image

tyle krajów, tyle wysp, kontynentów i granic.

Polsterka często gwałtownie sprowadzała go na ziemię, zlecając mu jakąś

dodatkową robotę. Na wszystko złorzeczyła, szczególnie tego dnia. Dlaczego
to  robi?  –  zastanawiał  się  chłopiec.  Prawdopodobnie  uważa,  że  pod
nieobecność Herr Eina może sobie pozwolić na plucie jadem.

–  Schowaj  te  kartony!  –  warknęła  gospodyni.  –  A  później  pójdziesz

wyszorować ubikację tego świntucha!

Tom  oniemiał,  słysząc  tę  obelgę  pod  adresem  miłego  staruszka.

Oczywiście nie ośmielił się przeciwstawić rozwścieczonej bestii.

Akurat  w  tym  momencie  przed  drzwiami  pojawił  się  Elias.  Polsterka

wyprostowała  plecy,  jakby  poraził  ją  prąd.  Poczuła  wstyd,  zastanawiała  się
też, czy starszy pan usłyszał, co o nim mówiła.

Jednak  pogrążony  w  myślach  Elias  niemal  nie  zwrócił  na  nich  uwagi,

ograniczył się do powiedzenia „dzień dobry” z nieobecnym wyrazem twarzy.

W przeciwieństwie do Frau Polster, Thomas zawsze cieszył się ze spotkań

z Eliasem. Jego spokój kontrastował – zwłaszcza tego dnia – z histerycznym
zachowaniem Polsterki i z jej prostackim sposobem bycia.

Kiedy  Ein  dostrzegł  go  w  kącie  kuchni,  na  jego  twarzy  pojawił  się

uśmiech.  Nie  mógł  przestać  myśleć  o  dziecku,  które  niedawno  pozostawił
w  mrokach  getta.  Obaj  chłopcy  mieli  ze  sobą  coś  wspólnego,  byli  tak  samo
inteligentni, tak samo samotni, tak samo delikatni.

Krzątanina  Toma  i  Polsterki  wnosiła  do  pustego  domu  trochę  życia.

Poddając  się  uspokajającemu  działaniu  dobrze  znanych  odgłosów,  Elias
odtwarzał  w  pamięci  obraz  zagubionego  malca,  tupot  żołnierskich  butów,
rozpacz mieszkańców getta, strach na ich twarzach.

Popatrzył  na  szachownicę  z  marmuru  i  hebanu,  która  odbyła  podróż

w  czasie.  Ogarnęło  go  rozgorączkowanie,  kiedy  pomyślał  o  cotygodniowej
partyjce  szachów  z  Sofem.  Może  wreszcie  uzyska  ostateczny  dowód,  że  to
nie był zły sen.

Musi poczekać zaledwie kilka dni, a antykwariusz przyjdzie na umówione

spotkanie  i  rozwieje  jego  wszelkie  wątpliwości.  Dokładnie  sześć  dni.  Sześć
dni  i  wszystko  się  wyjaśni.  Sześć  dni…  również  tyle  czasu,  według  Księgi,
pozostało Sofowi do śmierci.

background image

Rzecz  dziwna,  od  podróży  Eliasa  do  getta  ten  fragment  tekstu  stał  się

nieczytelny, był zaszyfrowany, cały rozżarzony. Czyżby istniał jakiś związek
między  ich  kolejną  partią  szachów  a  tą  przepowiednią?  Elias  mógł  tylko
czekać.

Siedząc  w  salonie  w  swoim  fotelu  z  podgłówkiem,  do  późnej  nocy

oddawał się rozmyślaniom.

Był  bliski  znalezienia  odpowiedzi.  Robił  to  wszystko  wyłącznie  po  to,

żeby  zweryfikować  swoją  hipotezę.  Bo  to,  co  zamierzał  udowodnić,  uważał
za zdecydowanie ważniejsze od życia jednego człowieka…

background image

22

Tego  wieczora  Tom  i  Marika  siedzieli  obok  siebie  przy  świecach,

w  półmroku  spowijającym  ich  pełną  gruzów  kryjówkę.  Dziewczynka
pierwszy raz odwiedziła tajemne królestwo Thomasa.

Streszczała  mu  ostatnie  lekcje  geografii.  Pokazywała  narysowane

w  kołonotatniku  mapy,  mówiła  o  dzikich  zwierzętach  w  Tanzanii,  o  bujnej
roślinności  porastającej  brzegi  rzeki  Casamance,  o  świętych  pałacach
Samarkandy.

Niezbyt  dokładnie  wskazywała  położenie  tych  miejsc  o  magicznych

nazwach, o wiele bardziej pociągających niż ich nudna austriacka prowincja.
Tom  marzył,  by  uciec  z  Braunau,  wyjechać  do  Nawakszut  albo  do  Dakaru,
zapolować na lwy nad rzeką Kongo.

– No bo chyba nad Kongiem są lwy, prawda? – upewniał się chłopiec.

– Sądzę, że tak – odpowiedziała Marika.

–  Muszę  cię  tam  kiedyś  zabrać  –  rzucił  Thomas,  udając,  że  mierzy  ze

strzelby.

–  Nie,  nie  będziemy  na  nie  polować!  –  zaprotestowała  dziewczynka,

zmuszając go do opuszczenia ręki. – Lepiej zostawić je w spokoju. Dlaczego
chłopcy zawsze chcą zabijać, zabijać i jeszcze raz zabijać?

Tom zastanawiał się przez moment nad jej słowami.

–  Masz  rację,  Mariko,  pojedziemy  do  Konga,  ale  nie  będziemy  polować.

Po prostu podejdziemy do nich bardzo blisko.

Zapominając  o  swoim  wybuchu  gniewu,  Marika  uśmiechnęła  się

i wyszeptała:

– Naprawdę myślisz, że ja też będę mogła tam pojechać?

Thomas  spojrzał  na  nią  uspokajająco  i  odwzajemnił  jej  uśmiech.

Dziewczynka się zarumieniła.

– To znaczy, że zgodziłabyś się ze mną wyjechać? – nalegał.

background image

– Nigdy nie będziesz mógł mnie tam zabrać – odparła.

– Znajdę sposób, możesz być pewna! Zawsze znajduję jakiś sposób!

– Przecież nie masz pieniędzy – zauważyła Marika.

–  Zdobędę  je.  Ty  i  ja  pojedziemy  do  Afryki,  będziemy  żyli  wśród  gazeli

i żyraf.

Marika  dała  się  ponieść  marzeniom.  Otworzyła  szkolny  podręcznik  na

stronie z kolorową mapą Afryki.

–  Byłoby  wspaniale…  Afryka  jest  piękna,  dzika  i  leży  bardzo  daleko  od

Braunau.

Thomas przytaknął, zastanawiając się po cichu, jak, do diaska, zdobędzie

tyle  pieniędzy.  Miał  jednak  mężne  serce,  był  gotów  pokonać  ocean
przeciwności. Popatrzył Marice w oczy.

–  Przyrzekam  ci,  że  kiedyś  tam  pojedziemy…  Poprosisz  rodziców

o pozwolenie?

– I tak byśmy go nie dostali… – odpowiedziała dziewczynka, zamyślona.

–  Nie  potrzebujemy  ich,  nikogo  nie  potrzebujemy…  Musimy  opuścić

Braunau. To miasto staje się… jadowite.

– To prawda – przytaknęła Marika.

Dzieci  zamilkły.  Dziewczynka  ujęła  dłoń  swojego  ukochanego

włóczykija, podniosła ją do różowych warg i szepnęła:

– Daj spokój, wolę, żebyś mi opowiadał o lwach znad rzeki Kongo…

Twarz Thomasa znowu rozjaśnił uśmiech. Ona także go kocha.

background image

23

Niedługo  po  tym,  jak  Elias  Mędrzec  ośmielił  się  rozszyfrować  tajemnicę

Księgi Życia, nad Braunau zaczęła nadciągać burza.

Na  widok  snujących  się  po  niebie  cieni  Tom  poczuł  jakiś  dziwny  strach,

który  miał  mu  odtąd  stale  towarzyszyć.  Nie  potrafił  jeszcze  wskazać  jego
przyczyny. Otoczone przez usiany chmurami horyzont miasto wyglądało jak
oblężone.

Tego dnia pierwszy raz nie spotkał Mariki na drodze ze szkoły do domu.

Nikt  nie  umiał  wyjaśnić  powodów  nagłej  zmiany  atmosfery  w  Braunau.

Jedynym człowiekiem, który zdołałby to uczynić, był Elias, ale staruszka bez
reszty  pochłonęła  realizacja  jego  własnych  celów.  Zresztą,  gdyby  nawet
odgadł,  co  się  święci,  i  tak  nie  mógłby  temu  przeciwdziałać,  bo  zakłócony
został  naturalny  bieg  wydarzeń.  Wymknęły  się  spod  kontroli  niczym  rzeka,
kiedy nagle opuści koryto.

Stary  Sof  przez  całe  popołudnie  siedział  w  domu.  Odczuwał  dziwny

niepokój. W ręce trzymał list. To właśnie jego tajemnicza treść sprawiła, że
nagle wypadł z mieszkania jak szalony.

W tym czasie niebo zrobiło się czarne, było naładowane elektrycznością,

co  zwiastowało  straszliwą  burzę.  Starzec  wiedział,  że  miasto  nie  jest  już
w  pełni  bezpieczne,  mimo  to  zdecydował  się  opuścić  dom  i  ruszył  główną
ulicą w stronę położonego przy niej cmentarza.

Co  wywołało  zaniepokojenie  antykwariusza?  Czego  szukał  wśród

grobów?  Nikt  tego  nie  wiedział  i  nikt  nigdy  się  nie  dowie.  W  znalezionym
później  w  mieszkaniu  starca  liście  była  mowa  o  jego  rodzicach.  Ta  sprawa
miała pozostać dla wszystkich zagadką.

Ciszę  przerwało  jednostajne  brzęczenie.  Sof  szedł  chwiejnym  krokiem

pod wiatr, kołysząc się jak statek wciągany w wir tajemnic przeszłości. Kiedy
podniósł  oczy,  złowieszczy  wygląd  nieba  zmroził  mu  krew  w  żyłach.  Na
miasteczko lada moment mogła spaść zapowiadająca koniec świata burza.

background image

Doszedł  do  kwatery  kostropatych  nierównych  nagrobków,  w  większości

straszliwie  zaniedbanych  i  pozieleniałych  od  mchu.  Na  niektórych  ktoś
niezdarnie  wypisał  obelżywe  słowa,  inne  –  to  się  rzucało  w  oczy  –  celowo
zostały rozbite. Starzec szedł dalej, coraz bardziej się chwiejąc.

Brzęczenie  też  było  z  każdą  chwilą  bardziej  dokuczliwe,  przypominało

teraz  odgłos,  jaki  mógłby  wydawać  gigantyczny  rój  os.  Kruchą  sylwetkę
antykwariusza  dostrzegł  Tom,  ukryty  na  szczycie  swojego  fortu  w  ruinach.
Zdziwiło go, że Sof wyszedł z domu w taką pogodę.

Chłopiec  odkrył  źródło  nieznośnego  hałasu,  który  jakby  ścigał  staruszka.

Kilka  metrów  za  nim  zobaczył  Erwana  i  jego  bandę!  To  ponure  miejsce
służyło im za kryjówkę, nie tolerowali intruzów.

Tomowi przeszedł po plecach dreszcz, gdy Sof niebezpiecznie się do nich

zbliżył.  Chwilę  później  dosłownie  zderzył  się  z  bandą.  Tak  mocno,  że  jego
ciało najpierw odskoczyło, a potem ciężko runęło na ziemię.

W tym momencie nad Braunau rozszalała się burza. Spadł ulewny deszcz.

Erwan  podszedł  do  leżącego  mężczyzny.  Jego  szatańska  twarz  ociekała

wodą.  Sof  go  nie  znał,  za  to  Erwan  od  razu  rozpoznał  antykwariusza.  Nie
znosił tego starucha. Rzadko się zgadzał ze swoimi rodzicami, ale podzielał
ich nienawiść do obcych.

Całkiem  bogata  już  przeszłość  czyniła  z  tego  chłopaka  przywódcę,  który

budził  lęk  wśród  kolegów.  Niełatwo  było  zostać  członkiem  jego  bandy.
Należało się wykazać siłą, przejść różne próby: dopuścić się kradzieży, wziąć
udział w bójce z użyciem białej broni…

Sof  chętnie  zszedłby  temu  opryszkowi  z  drogi,  gdyby  tylko  ten  pozwolił

mu  odejść.  Niestety  chłopak  już  nad  nim  stał,  niebezpieczny  jak  ostrze
brzytwy.

Należał  do  najgorszego  gatunku  kanalii,  do  ludzi,  którzy  czerpią

przyjemność  z  wymuszania  na  innych  uległości  i  upokarzania  ich.  Którzy
nieustannie odczuwają potrzebę wykazywania, że są więcej warci od innych.
Robią  to  wyłącznie  dlatego,  iż  nęka  ich  nieprzyjemne  przeczucie,  że  wcale
tak nie jest.

Sterylny  błękit  tęczówek  chłopaka  osadzonych  w  głębokich  oczodołach

przypominał starcowi spojrzenia, które spotykał niegdyś w obozach śmierci.

background image

Oczy, których Sof nigdy nie zdołał zapomnieć.

Antykwariusz  poczuł  strach,  którego  korzenie  sięgały  głęboko

w  przeszłość.  Na  próżno  próbował  wstać.  Zobaczył  nad  sobą  twarz  małej
bestii.

– Przeproś! – rozkazał Erwan.

Już  samo  zwrócenie  się  na  „ty”  do  osoby  dorosłej,  w  dodatku

w  podeszłym  wieku,  wywołało  spodziewany  efekt  wśród  przemoczonej
zgrai.

Sof  przeciągnął  dłonią  po  oczach.  Widok  gotowej  go  zaatakować  bandy

uświadomił mu, jak bardzo jest stary.

Ktoś krzyknął:

– Przeproś, przybłędo!

Potem rozległ się drugi, donośniejszy okrzyk:

– Albo cię załatwimy!

Przez chwilę wydawało się, że oburzenie starca weźmie górę nad paniką.

Zrozumiał jednak, że stawką w tym starciu jest jego życie i niewiele trzeba,
żeby  mu  roztrzaskali  na  tysiąc  kawałeczków  jego  szkielet,  kruchy  jak  ze
szkła.

Pokonany, sparaliżowany strachem, podniósł głowę i zaczął błagać:

– Zostawcie mnie, proszę, idźcie sobie.

Ponownie próbował się podnieść.

Erwan,  któremu  agresywność  jego  zgrai  dodała  jeszcze  animuszu,

wyprężył pierś.

Z całej siły uderzył staruszka w twarz.

Sof ciężko opadł na ziemię.

– Kpisz sobie ze mnie, żydku?

Cios zadany antykwariuszowi przez Erwana był tak mocny, że roześmiane

dotąd twarze jego żołdaków wykrzywił ohydny grymas.

Zamroczony,  oślepiony  przez  deszcz  Sof  raz  jeszcze  spróbował  się

podnieść.

Tego było za wiele: mały wódz nie mógł sobie pozwolić na taki afront.

background image

Wymierzył staruszkowi kopniaka, prosto w brzuch. Sof gwałtownie runął

na  bok,  jego  twarz  uderzyła  w  kamień,  na  którym  była  wyryta
sześcioramienna  gwiazda.  Zebrane  wokół  niego  diabły  zobaczyły,  że  z  ust
tryska mu krew.

Na  jej  widok  Erwana  ogarnęło  dziwne  podniecenie.  Ofiara  leżała  przed

nim, wydana na pastwę jego bandy, która otoczyła ją pierścieniem.

Burza szalała teraz ze zdwojoną siłą.

Jeden  z  wyrostków  podniósł  kamień  i  rzucił  go,  trafiając  Sofa  w  ramię.

Inny kamień mocno odbił się od boku starca. Szachista ostatni raz spróbował
wstać. Nie zdołał. Starał się więc przynajmniej zatrzymać dłonią w skórzanej
rękawiczce grad kamieni.

Przemienieni  w  bezimienną  bandę  chłopcy  dalej  znęcali  się  nad  starcem.

Kolejny, cięższy kamień przeciął mu skórę.

Tom  obserwował  tę  scenę  z  oddali.  Niestety  był  sam  i  zbyt  daleko,  żeby

móc interweniować.

Erwan  stał  teraz  nieruchomo,  nieco  na  uboczu,  trzymał  w  rękach  wielki

kamienny blok. On jeden przyciągał uwagę pośród całej tej zgrai. Patrzył na
starego pajaca, który błagał o litość i skręcał się z bólu. Nagle Tom zobaczył,
jak  młody  przywódca  podnosi  ramiona  ku  nisko  wiszącemu  nad  nim,
ciężkiemu od chmur niebu. I jak kamień gwałtownie spada na głowę starca.

Burza  na  chwilę  umilkła,  w  gronie  wspólników  zbrodni  też  przez  kilka

sekund panowała grobowa cisza. Sof leżał na ziemi ze zmiażdżoną czaszką.
Zmieszana  z  wodą  deszczową  krew  utworzyła  wokół  jego  głowy  coś  na
kształt korony.

Najbardziej  tchórzliwi  od  razu  wzięli  nogi  za  pas,  potem  reszta  zgrai

błyskawicznie  rozbiegła  się  we  wszystkie  strony.  Tylko  Erwan  pozostał
chwilę dłużej, by popatrzyć na swoją ofiarę.

W  tym  samym  momencie  na  drugim  końcu  miasteczka  Elias  zamykał

drzwi  swojego  domu.  Miał  dziwne  przeczucie,  że  doszło  do  jakiegoś
groźnego w skutkach wydarzenia. Tego wieczora nie rozegra partii szachów.

background image

24

Burza ucichła niemal równie gwałtownie, jak nadeszła. Ciało Sofa leżało

porzucone  na  ciągnącym  się  wzdłuż  drogi  cmentarzu,  pośród  mocno
przetrzebionych  mogił.  Zdążył  tam  już  dotrzeć  Tom.  Podszedł  do  zwłok
i długo stał przy nich w milczeniu.

Przez ten czas niebo zdążyło pojaśnieć i życie wydawało się znów toczyć

zwykłym rytmem.

Chłopca  dobiegł  jakiś  cichy,  dochodzący  z  oddali  odgłos,  coś  jakby

dzwonienie. Zobaczył ciemny punkt przesuwający się w jego stronę.

Pomimo podeszłego wieku Elias Mędrzec maszerował dziarskim krokiem.

Nękało  go  dziwne  przeczucie,  że  doszło  do  katastrofy.  Wyszedł  z  domu
pospiesznie, toteż stanął przed Tomem z potarganymi włosami i niedogolony.

Kiedy  zobaczył  zmasakrowane  ciało  antykwariusza,  padł  na  kolana.

Przytłoczyła  go  zatrważająca  sekwencja  wydarzeń.  Niedawno  rozstał  się
z małym Sofem, teraz, to znaczy kilkadziesiąt lat później, widzi go leżącego
przy  drodze  do  Braunau.  To  przyprawiło  go  o  zawrót  głowy.  Chwycił
nadgarstek  starego  szachisty  –  był  zimny.  Dotykając  rękawiczki  starca,
pomyślał, że może kryć się pod nią dowód, którego tak żarliwie poszukiwał.

– Wiem, kto to zrobił – powiedział Tom, poruszony.

– Kto? – zapytał Elias, rzucając dziecku zadziwiająco spokojne spojrzenie.

– Natknął się na Erwana i jego przyjaciół. Wyszli właśnie ze szkoły. Byli

na drodze, którą szedł Sof. Wyglądał na kompletnie zagubionego. Nie wiem,
dlaczego się tu znalazł ani dokąd zmierzał. Stałem tam, na górze, kiedy to się
wydarzyło.  Przewrócili  go,  była  burza,  więc  niezbyt  dobrze  to  widziałem,
a później zaczęli rzucać w niego kamieniami. Bał się, ale nie krzyczał. Nagle
zobaczyłem, jak podchodzi do niego Erwan. Roztrzaskał mu głowę. Sof padł
jak długi. A potem, potem… wszyscy uciekli stąd co sił w nogach.

Tom otarł łzy.

background image

– Przeczuwałem coś – wymamrotał Elias jakby sam do siebie.

Z przerażeniem odkrył, w jakim opłakanym stanie jest ciało jego partnera

od  szachów.  Zwracając  oczy  ku  niebu,  zadał  sobie  pytanie,  które  pozostało
bez odpowiedzi: czy ta tragedia jest jakimś znakiem?

Odmówił szeptem modlitwę za zmarłych. Prosił, by dusza tego człowieka,

który tyle wycierpiał,  wzniosła się aż  do Wiekuistego i  by wreszcie zaznała
przy  Nim  wytchnienia,  z  dala  od  brutalności  Jego  dzieci,  daleko  od  getta,
daleko od Braunau.

Tom  oderwał  wzrok  od  ciała  Sofa,  zaintrygowany  melodią  tej  modlitwy.

Wywoływała ona jakiś dziwny rezonans w jego sercu. W tym dramatycznym
momencie dziecko dostrzegło światełko w ciemnościach. Znalazło w Eliasie
namiastkę rodziny, której mu tak bardzo brakowało.

I nagle Tom zapłakał nad własnym losem. Czuł, że w miasteczku coś się

zmieniło.  Chociaż  sam  się  przed  sobą  do  tego  nie  przyznawał,  znał  ukryty
powód zbrodni, której był przed chwilą świadkiem. Erwan i jego kompani nie
przez  przypadek  uznali,  że  mogą  bezkarnie  podnieść  rękę  na  starego
antykwariusza.

Za  tą  zbrodnią  stał  świat  dorosłych,  to  oni  rzygali  nienawiścią,  oni

doprowadzili do tego wybuchu przemocy. Te ich półsłówka rzucane podczas
rodzinnych  posiłków,  w  barach,  w  salonach,  w  kolejkach,  nawet  podczas
rozmów w najwyższych sferach.

Elias  poprosił  Toma,  żeby  sprowadził  pomoc.  Chłopiec  zaprotestował,

zapewniając,  że  nikt  nie  przyjdzie.  Ponieważ  jednak  starszy  pan  nalegał,
w końcu ruszył do miasta.

Wtedy  Elias  delikatnie  uniósł  nadgarstek  swojego  byłego  szachowego

przeciwnika.  Kiedy  ściągnął  czarną  rękawiczkę  z  zesztywniałych  stawów
Sofa,  dokonał  niesamowitego  odkrycia:  prawa  dłoń  antykwariusza  była
w nienaruszonym stanie, miała wszystkie pięć palców.

background image

25

Kiedy  zapadł  zmrok,  jacyś  ubrani  na  biało  ludzie  zabrali  ciało  Sofa.

Wygląda  to  tak,  jakby  miasteczko  chciało  się  dyskretnie  pozbyć  wszelkich
śladów po tym staruszku – pomyślał Tom.

Policjanci  z  Braunau  przesłuchali  kilka  osób,  zrobili  parę  zdjęć  na

cmentarzu, sporządzili jakieś szkice. Jednak tak naprawdę los antykwariusza
mało  kogo  interesował,  niektórzy  traktowali  wręcz  jego  śmierć  jako
doskonały temat do żartów.

Wszechmocny  burmistrz  Braunau,  Herr  Riefenstahl,  oświadczył  bez

ogródek, że uważa za skandal marnowanie przez policję czasu i publicznych
pieniędzy  na  wyjaśnianie  sprawy,  która  mało  obchodzi  prawdziwych
Austriaków.

Marika  i  Tom  czuli,  że  narasta  w  nich  bunt.  Dziewczynka  marzyła

o uwolnieniu się od przytłaczającego ją brzemienia władzy ojca, ale w domu
Riefenstahlów było to nie do pomyślenia.

Elias,  z  zupełnie  innych  powodów  niż  pozostali  mieszkańcy  Braunau,

również  wymazał  z  pamięci  szok  wywołany  śmiercią  Sofa.  Widział  w  niej
jedynie dowód, którego szukał, tylko to go interesowało.

Teraz  najbardziej  liczyła  się  dla  niego  pewność,  że  posiada  instrument

dający mu możliwość wpływania na przeznaczenie. Był głęboko przekonany,
że Bóg jest po jego stronie.

Dlatego  od  tej  chwili  spędzał  większość  czasu  u  siebie  w  domu,  jak

pustelnik, unikając w miarę możliwości kontaktów z Polsterką.

Przeniósł  się  nawet  do  błękitnego  pokoiku  na  półpiętrze,  aby  być  jak

najbliżej  biblioteki.  Czasem  obserwował  stamtąd  przez  okno  codzienną
krzątaninę  małego  Thomasa.  Wymyślił  sobie  chorobę,  która  miała
usprawiedliwić przed gospodynią jego izolację. Kazał jej kupować lekarstwa,
które  później  wyrzucał.  Zawsze  zamykał  na  klucz  drzwi  swojego  pokoju,
schodził na dół raz dziennie, wyłącznie po to, by zjeść swój jedyny posiłek.

background image

Nie  musiał  nawet  udawać  skrajnego  zmęczenia,  bo  naprawdę  je  odczuwał.
Należało  to  jednak  przypisać  raczej  długim  godzinom  spędzanym  nocą  na
studiowaniu Księgi niż jego wiekowi.

W tym okresie Elias Mędrzec poświęcił się bowiem bez reszty zgłębianiu

tajemnicy Księgi i powodów, dla których została spisana.

Narzucił  sobie  przy  tym  tak  surową  dyscyplinę,  że  czasem  pościł,  nie

zdając  sobie  z  tego  sprawy,  mało  sypiał,  za  to  bezustannie  rozmyślał.
Przerzucił opisy życia setek ludzi, sławnych i nieznanych… Miał przed sobą
otwartą Księgę Opatrzności i nie przestawało go to zadziwiać.

Robił wszystko, by uniknąć fizycznego kontaktu ze świetlistymi literami.

Dlatego on również postanowił nosić rękawiczki.

Nadal  zastanawiał  się  nad  przyczyną,  dla  której  Wszechmogący

postanowił właśnie jemu powierzyć taki skarb.

Skoro  Księga  była  w  stanie  zmienić  bieg  życia  Sofa,  to  mogła  dokonać

wielu  innych  cudów.  Elias  starał  się  zachować  pokorę,  nie  chciał
przypisywać sobie zdolności, których nie posiadał. Nie ulegało wątpliwości,
że  niebiańska  moc  płynie  wyłącznie  z  Księgi,  on  zaś  jest  jedynie  jej
depozytariuszem.

W  ciągu  następnych  tygodni  poświęcił  dużo  czasu  fragmentom

dotyczącym jego własnej rodziny. Całymi dniami przerzucał przypominające
mozaikę  kroniki  smutnych  losów  swoich  krewnych,  podobnych  do  życia
milionów  innych  ludzi.  Tak  naprawdę  szukał  jakiegoś  sensu  w  tym,  że  to
akurat on przeżył.

Za  każdym  razem,  gdy  zamykał  Księgę,  czuł  się  przeraźliwie  samotny

pośród zmarłych i reliktów przeszłości.

Czasami  postrzegał  siebie  jako  podróżnego  zagubionego  na  obcej  ziemi,

raz po raz rzucającego przez okno pociągu smutne spojrzenie na swój dawny,
majaczący w oddali świat.

Każdego  dnia  Elias  znajdował  w  historii  dwudziestego  wieku  prawdziwe

korzenie  zła.  Widział  w  minionym  stuleciu  główną  przyczynę  wszystkich
swoich  nieszczęść,  oskarżał  je  o  to,  że  pozwoliło  na  rozpętanie  piekła  na
ziemi.

Przeklinał  zarówno  katów,  jak  i  ideologów,  ich  przepojone  nienawiścią

background image

przemówienia, ich nacjonalizm, rasizm i teorie polityczne, oraz tych, którzy
pozwolili,  by  te  teorie  się  rozwijały.  Miał  nawet  za  złe  ofiarom,  że  nie
wybrały buntu zamiast śmierci.

Nękane  przez  poczucie  winy  postmodernistyczne  społeczeństwo

europejskie  epoki  Eliasa  popadało  w  graniczącą  z  nerwicą  obsesję
zapomnienia,  „zamknięcia  pewnego  rozdziału”.  W  rzeczywistości  chodziło
o rozdział moralnego upadku Starego Kontynentu.

Elias widział, jak zanika pamięć o świecie jego rodziców wraz z całą jego

pradawną  spuścizną  i  otwiera  się  droga  do  nowej  ery  zagrożeń,  podobnych
do tych z przeszłości. Codziennie czytał ich zapowiedzi w Księdze Życia.

Jednak,  paradoksalnie,  jej  lektura  uświadamiała  mu  przede  wszystkim

beznadziejność  jego  własnej  egzystencji.  Coraz  wyraźniej  dostrzegał,  jak
bezsensowne stało się jego życie bez bliskich.

Nadal  był  jednak  równie  daleki  od  zrozumienia,  dlaczego  Stwórca

postanowił powierzyć Księgę właśnie jemu.

Pragnąc  znaleźć  odpowiedź  na  to  pytanie,  postanowił  w  końcu

przezwyciężyć strach i spojrzeć w oczy własnemu przeznaczeniu.

Wstał, nie robiąc hałasu, i kolejny raz przebiegł wzrokiem półki, szukając

tym razem swojego nazwiska.

Jakiż sekret o nim samym zdradzi mu Księga?

Osłupiał, gdy dotarł do właściwego miejsca: dotyczące go strony płonęły.

Trawił je nieubłaganie ogień!

To  było  absolutnie  niezrozumiałe.  Jego  życie  niknęło,  „wypadało”

z Rejestru Żywych. Czy to znak, że zbliża się do Nieskończoności? A może
do Nicości? Któż mógłby to powiedzieć?

Wyciągnął  z  tego  jeden  wniosek:  jego  dni  są  policzone.  Należy  działać

szybko.

background image

26

Mijały  dni.  Rzeczywiście  musiał  działać  szybko.  Ale  jak?  Potrzebował

pomocy.  Chciałby  móc  liczyć  na  jakieś  przesłanie  z  nieba,  wiedział  jednak,
że są to daremne nadzieje.

Nadal  poświęcał  dużo  czasu  na  studiowanie  Księgi.  Bezustannie

przemierzał korytarze biblioteki, śledził losy coraz to nowych osób, szukając
znaku, który by go poprowadził we właściwym kierunku, pokazał światełko
w tunelu.

Obleczonymi w rękawiczki dłońmi przewracał codziennie tysiące stron.

W  ten  sposób  odkrył  historię  wyjątkowego  człowieka,  hrabiego  Clausa

von Stauffenberga.

Z  Księgi  dowiedział  się  o  losie  Niemca,  który  w  1944  roku  podjął

nieudaną próbę zabicia Adolfa Hitlera.

Opis zamachu, który stanowił część życiorysu Clausa von Stauffenberga,

był  niezwykle  szczegółowy.  Zapisane  zostały  dokładna  data  i  moment
wybuchu  bomby,  która  miała  zabić  tyrana:  20  lipca  1944  roku,  godzina
12.42.

Elias  poznał  też  kryptonim  operacji  –  „Walkiria”  –  i  nazwę

pomieszczenia,  w  którym  doszło  do  próby  zamachu:  była  to  sala  map
Kwatery  Głównej  niemieckich  sił  zbrojnych,  znajdującej  się  w  lesie
w Wilczym Szańcu pod Kętrzynem, niedaleko wschodniej granicy Rzeszy.

Księga  szczegółowo  relacjonowała  wydarzenia,  które  nastąpiły  po

nieudanym  spisku.  Można  się  z  niej  było  dowiedzieć  o  okolicznościach
aresztowania  Stauffenberga  i  innych  konspiratorów  oraz  o  odrażających
detalach dotyczących ich egzekucji.

Ta  historia  urzekła  Eliasa.  Myślał  o  tym,  co  musiał  czuć  Stauffenberg,

kiedy umieszczał bombę w sali map, czy kilka godzin po eksplozji, z której
Hitler cudem uszedł z życiem, a hrabiego zatrzymali esesmani.

background image

Stauffenberg  należał  bez  wątpienia  do  tych,  których  po  wojnie  nazwano

Sprawiedliwymi – pomyślał Elias.

Gdybyż mu się wtedy powiodło… – westchnął.

Pomyślał, że losy jego rodziny potoczyłyby się wówczas zupełnie inaczej,

że nazwisko Einów prawdopodobnie by przetrwało.

Po  chwili  jednak  uświadomił  sobie,  że  nawet  gdyby  w  lipcu  1944  roku

Stauffenberg  zdołał  zabić  Hitlera,  śmierć  tyrana  i  tak  nie  położyłaby  kresu
koszmarowi.

Operacja „Walkiria” została zaplanowana o wiele za późno. Do tego czasu

wojna  pochłonęła  już  miliony  ofiar,  getta  zrównano  z  ziemią,  w  obozach
doszło do najgorszych zbrodni…

Za późno – pomyślał Elias z pewną ulgą, jakby przez moment obawiał się,

że  będzie  zmuszony  osobiście  interweniować,  by  skorygować  ten  rozdział
historii.

Przyszło mu bowiem do głowy, że on sam mógłby zmienić bieg dziejów.

Zamknął Księgę zbulwersowany, bo uświadomił sobie, w jakim kierunku

zmierza jego rozumowanie.

background image

27

Powszechnie  szanowany  burmistrz  Braunau,  Theodor  Riefenstahl,

rozmawiał przez telefon, siedząc w fotelu z pikowanej skóry, który królował
w jego pięknym gabinecie utrzymanym w tonacjach miedzi i mahoniu.

Podczas  gdy  rodzina  notabla  oddawała  się  swoim  zwykłym  zajęciom

piętro  wyżej,  dokładnie  nad  jego  gabinetem,  on  sam  naradzał  się
konfidencjonalnym  tonem  z  Hermannem  Böserem,  szefem  miejscowej
policji.

– O to właśnie chodzi, Hermannie, jestem o tym święcie przekonany.

–  Były  problemy  z  kilkoma  kolegami,  którzy  nie  myślą  tak  jak  my.  Na

szczęście nie ma ich wielu.

– Któż to taki? – zapytał burmistrz.

– Fuchs i Hofer, ale to już załatwione. Nie będą ryzykowali dla tej sprawy

utraty stanowiska.

–  Herr  Gruber  będzie  nam  bardzo  wdzięczny,  Hermannie.  Jego  syn,

Erwan,  nie  jest  złym  chłopcem.  Zresztą  sam  pan  wie,  że  za  kilka  tygodni
mamy wybory. Stawka jest wysoka, chodzi nie tylko o mnie.

– Oczywiście, Herr Riefenstahl, doskonale zdaję sobie z tego sprawę.

– No dobrze, jak w takim razie zamierza się pan do tego zabrać?

–  Jeszcze  tego  popołudnia  wyślemy  szczegółowy  raport,  zakończony

wnioskiem,  że  Sof  zginął  w  wyniku  niefortunnego  upadku  do  rowu
w miejscu, gdzie Enknach wpada do Innu.

– Ach tak? Świetnie, to dobry pomysł… Wręcz doskonały! – ucieszył się

burmistrz.  Mówiąc  to,  obracał  fotel,  żeby  lepiej  przyjrzeć  się  cieniowi
majaczącemu przed drzwiami jego gabinetu. – Hermannie, czeka pana ś…

Nie  dokończył.  Jego  córka  Marika  patrzyła  na  niego  ponuro.  Wszystko

słyszała.

– Zadzwonię do pana – powiedział, nim odwiesił słuchawkę. – Co panna

background image

tu robi?

Stała  nieruchomo,  mierząc  go  śmiałym  spojrzeniem,  jakiego  nigdy

wcześniej u niej nie widział.

–  Patrzę  na  ojca  i  myślę  sobie,  że  chciałabym,  by  okazało  się,  że  nie

jestem waszą córką!

– Słucham? – wykrzyknął zszokowany.

–  Sądzi  ojciec,  że  nie  wiem,  co  robicie?  Kryjecie  mordercę!  Nie  chcę

dłużej być waszą  córką! Nie chcę  już nosić waszego  nazwiska! Brzydzę się
nim, tak jak brzydzę się ojcem!

Riefenstahla ogarnął straszliwy gniew. Córka pierwszy raz zwracała się do

niego w taki sposób. Do gabinetu przybiegła Gertrude, matka Mariki.

– Mam dość! – wybuchnęła dziewczynka. – Dość waszego „droga córko”,

waszych  manier,  waszego  wychowania,  waszego  cynizmu  i  waszych  lekcji
pianina.  Nienawidzę  was!  Mam  dość  tego  nazwiska,  tego  domu  i  waszego
statusu.  Chciałabym  być  biedna,  miałabym  przynajmniej  godność.
Chciałabym  być  sierotą,  byłabym  wolna.  Mój  los  już  nie  będzie  spoczywał
w waszych rękach: jest na nich krew.

Gertrude  zakryła  dłonią  usta.  To,  co  usłyszała,  nie  mieściło  jej  się

w  głowie.  Próbowała  chronić  córkę,  ale  dla  ojca  było  tego  stanowczo  za
wiele.  Ruszył  prosto  na  dziewczynkę  i  pierwszy  raz  w  życiu,  w  przystępie
jakiegoś patologicznego napadu agresji, zaczął ją okładać pięściami.

Po  kilku  sekundach  matka  zdołała  unieruchomić  ramię  męża,  ale  zło  już

się dokonało. Dziewczynka próbowała uciec, ojciec ją zatrzymał, wykręcając
jej rękę tak, by powalić ją na kolana.

– Kto nauczył pannę mówić w taki sposób do ojca? – ryknął.

Ciosy pozostawiły widoczne ślady na twarzy i ciele Mariki. Dziewczynka

trwała w ciężkim od łez milczeniu.

– To wina panny towarzystwa, jestem tego pewien. Tego małego dzikusa,

z którym się panna spotyka po wyjściu ze szkoły, prawda? Myślała panna, że
o tym nie wiedziałem? W sumie, wcale mnie to nie dziwi! Widzisz, Gertrude,
mówiłem, że trzeba uważać…

Matka  nie  mogła  wyjść  z  szoku  zarówno  z  powodu  słów  Mariki,  jak

i straszliwej brutalności męża.

background image

–  Theodorze,  jak  można  było  tak  pobić  naszą  córkę?  –  powiedziała

zduszonym głosem.

–  Nie  będę  tego  tolerował  pod  moim  dachem.  Jestem  burmistrzem

Braunau,  dotarło  to  do  was?  Zaprowadzę  porządek  w  tym  mieście  i  w  tym
domu.  Od  tej  pory  Marika  ma  zakaz  spotykania  się  z  tym  włóczęgą.  To
gnida!

– Thomas nie jest niczemu winien, to mój jedyny przyjaciel!

–  Tak  właśnie  myślałem!  –  triumfował  Riefenstahl.  –  Słyszała  panna,  co

przed chwilą powiedziałem? Już go panna więcej nie zobaczy. I zaręczam, że
ten  szkodnik  będzie  miał  ze  mną  do  czynienia!  A  teraz  marsz  do  pokoju,
natychmiast!

Z trudem łapiąc powietrze, matka wzięła córkę za rękę i obie zniknęły na

piętrze.

Herr  Riefenstahl  poprawił  kołnierzyk  i  podszedł  do  biurka.  Podniósł

słuchawkę.

– Hermann? Tak, to znowu ja. Niech pan posłucha, mam dla pana nowe,

ważne zadanie, chciałbym, żeby pan jak najszybciej to załatwił…

background image

28

Thomas od kilku dni nie widywał Mariki na drodze ze szkoły. Większość

czasu spędzał więc na czytaniu książek i na obserwowaniu miasteczka z góry
swojej  popadającej  w  ruinę  wieży.  Nadchodziła  jesień,  była  jakaś  dziwna,
Braunau pogrążało się w półmroku.

Bardzo  brakowało  mu  Mariki.  Dlaczego  go  od  siebie  odsunęła?  Może

gdzieś się wyprowadziła?

Chciał to sprawdzić, dlatego mimo obaw skierował kroki do miasta, żeby

się czegoś o niej dowiedzieć.

Musiał  pójść  drogą,  na  której  zginął  Sof.  Dochodząc  do  miejsca

ukamienowania,  zwolnił  kroku.  Stwierdził  jednak,  że  po  zabójstwie  nie
pozostał żaden ślad.

Była  środa  po  południu.  Miasto  wyglądało  szaro,  upiornie.  Daremnie

szukał Mariki na skwerze, na ulicach. Przy okazji zauważył, że ulica Blocha
zmieniła nazwę.

W  końcu  stanął  przed  wspaniałą  rezydencją  Riefenstahlów.  Jak  zwykle

obszedł  ją  dokoła,  wślizgnął  się  pod  żywopłot  w  miejscu,  gdzie  była
uszkodzona  siatka,  i  przelazł  do  wielkiego  ogrodu.  Panował  w  nim  błogi
spokój,  trawnik  zachwycał  świeżą  zielenią,  główna  alejka  była  wysypana
białymi  kamykami,  a  olbrzymia  topola  muskała  liśćmi  kamienne  ściany
budynku.

Tom  nie  śmiał  zawołać  dziewczynki,  bał  się,  że  ktoś  odkryje  jego

obecność. Zebrał garść kamyków z dróżki, która wiodła na ganek, i rzucał po
jednym w okno znajdującego się na piętrze pokoju Mariki.

Zaszczekał  pies,  w  oknie  ukazała  się  wychudzona,  posiniaczona  twarz.

Zobaczywszy  Toma,  Marika  posłała  mu  smutny  uśmiech,  który  bardzo  go
zaniepokoił.

Potem przyłożyła palec wskazujący do ust i na moment zniknęła.

background image

Kiedy  ponownie  pokazała  się  w  oknie,  rzuciła  Tomowi  kawałek

pogniecionego  papieru.  Chłopiec  musiał  ścigać  przez  chwilę  liścik,  który
wirował na wietrze. Schronił się w ogrodzie pod topolą, żeby go przeczytać.

„Nie  mogę  cię  widywać,  rodzice  mi  zabraniają.  Mam  nadzieję,  że  to

zrozumiesz. Jest mi naprawdę bardzo przykro”.

Twarz Toma stężała. Raz jeszcze spojrzał w okno. Nikogo w nim nie było.

Marika zniknęła.

Stał  jeszcze  kilka  minut  przed  domem,  czekając  na  inny  znak,  na  dalsze

wyjaśnienia, jednak nikogo więcej nie zobaczył.

Wszedł  więc  na  drzewo,  żeby  spróbować  zajrzeć  do  pokoju  Mariki,

niestety  gałąź  złamała  się  pod  jego  ciężarem,  robiąc  przy  tym  mnóstwo
hałasu.

Pies  rozszczekał  się  na  dobre.  Tom  nie  zdążył  jeszcze  zejść  z  drzewa,

kiedy drzwi domu się otworzyły i stanął w nich mężczyzna o wykrzywionej
złością twarzy. Herr Riefenstahl. Ujadał jeszcze głośniej niż jego pies.

–  Wynocha  z  mojego  domu,  zapchlony  kundlu!  Jak  śmiesz  tu

przychodzić? Masz się więcej nie zbliżać do mojej córki. Zrozumiano?

Burmistrz wszedł do domu, chwycił słuchawkę i zadzwonił na komisariat.

–  Chodzi  o  tego  włóczęgę!  Jest  u  mnie…  Ośmielił  się  wejść  na  teren

mojej posiadłości. Przyjeżdżajcie natychmiast!

Thomas już jednak zmykał, gnany strachem. Dał nura pod żywopłot i po

chwili był na ulicy.

W twarz uderzyło go lodowate powietrze. Podniósł kołnierz i wtulił głowę

w ramiona.

Czuł  się  nieswojo.  Przez  jakiś  czas  błądził  po  ulicach  Braunau,  myślał

o Marice i o jej rodzicach, o niezrozumiałej nienawiści, jaką do niego żywią
ci ludzie.

Nagle na zakręcie jednej z ulic zauważył sylwetkę wysokiego mężczyzny

stojącego  na  chodniku.  Ów  człowiek  wyszedł  przed  chwilą  z  budynku,
którego  Thomas  nigdy  wcześniej  nie  widział.  Fasadę  gmaszyska  ozdabiały
ogromne emblematy.

Ich  żywy  kolor  rozweselał  ponurą  ulicę.  Kiedy  ubrany  w  szary  płaszcz

background image

mężczyzna  dostrzegł  z  daleka  Thomasa,  stanął  na  środku  chodnika,  jakby
chciał zagrodzić mu drogę.

Był  naprawdę  bardzo  wysoki.  I  bardzo  piękny.  Miał  uśmiech  archanioła.

W  tym  nieprzyjaznym  mieście  jego  widok  wydał  się  Tomowi  wręcz
sympatyczny.

Pozwoliwszy  dziecku  podejść  bliżej,  mężczyzna  odezwał  się  łagodnym

tonem:

– Dzień dobry, chłopcze.

Wzbudził zaufanie Thomasa. Dzieciak zatrzymał się przed nieznajomym.

–  Dzień  dobry  panu  –  odpowiedział,  zachowując  jednak  na  wszelki

wypadek bezpieczną odległość od swojego rozmówcy.

– Ty jesteś Thomas, prawda?

To pytanie obudziło czujność Toma. Skąd ten nieznajomy może znać jego

imię?

– A pan? Kim pan jest? – zapytał.

W  oczach  nieznajomego  pojawił  się  błysk.  Znalazł  dzikusa.  Podszedł  do

niego  powoli,  żeby  go  nie  spłoszyć,  po  czym  odpowiedział  uspokajającym
tonem:

– Nazywam się Hermann Böser, ale jeśli chcesz, możesz mówić do mnie

Hermann.

Böser był teraz bardzo blisko. Nagle chłopiec dostrzegł w jego twarzy coś,

co wyglądało na okrucieństwo. Zrobił krok w tył.

Oficer próbował go złapać.

– Daj spokój, mały, nie bój się, nie chcę ci zrobić krzywdy! – zapewniał.

W tym momencie intuicja Toma gwałtownie dała o sobie znać i – czując,

że grozi mu autentyczne niebezpieczeństwo – chłopiec wziął nogi za pas.

–  Nie  mam  czasu  na  rozmowy,  psze  pana,  muszę  już  iść  –  krzyknął,

biegnąc.

Na  twarzy  mężczyzny  pojawił  się  niezdrowy  grymas,  zdradzający  jego

prawdziwy charakter. Böser nie był jednak wystarczająco szybki, mógł więc
tylko  popatrzeć  na  plecy  Toma  uciekającego  przed  nim  jak  przed  zarazą
labiryntem uliczek starego miasta.

background image

*

Hermann  Böser  dołączył  do  kolegi  stojącego  po  drugiej  stronie  ulicy.

Fuchs czekał na niego oparty o ścianę. Był świadkiem całej sceny.

– Czego chciałeś od tego małego? – zapytał.

–  To  włóczęga,  okrada  sklepikarzy,  zakłóca  porządek  publiczny.

Burmistrz chce go za wszelką cenę unieszkodliwić.

– Unieszkodliwić? Dajże spokój, to przecież tylko sierota, nikomu nie robi

krzywdy.

– Nie zaczynaj, Fuchs!

– Teraz chcesz się dobrać do dzieci? – ciągnął nieustraszenie ten ostatni.

– Wracajmy na posterunek. Ostrzegałem cię, jesteś ze mną albo przeciwko

mnie. Tylko żebyś się potem nie skarżył!

Skierowali  kroki  w  stronę  siedziby  policji.  Fuchs  cały  się  w  środku

gotował.  Od  dawna  próbował  się  sprzeciwiać  swemu  szefowi,  ale  odkąd
Böser zacieśnił więzi z miejscowymi politykami, zwłaszcza z Riefenstahlem,
policjant  czuł,  że  stracił  jakikolwiek  wpływ  na  komendanta.  Krążyły
przerażające  pogłoski  o  sadystycznych  skłonnościach  jego  przełożonego.
Fuchs był coraz bardziej zaniepokojony.

Początkowo  koledzy  z  posterunku  żartowali  między  sobą  ze  skrajnych

poglądów  Bösera.  Przezwali  go  Archaniołem  nie  tylko  z  powodu  jego
pięknej  gęby,  ale  także  przez  skojarzenie  z  Lucyferem,  upadłym  aniołem.
Pod  perfekcyjnie  wyrzeźbionymi  rysami  kryła  się  bowiem  wyjątkowo
jadowita natura, którą czasami zdradzało zachowanie policjanta.

W  ostatnich  tygodniach  Archanioł  zdołał  narzucić  swoje  porządki

groźbami  lub  obietnicami  awansu.  Reszty  dokonała  bierność  większości
pozostałych policjantów. W dodatku, co odebrano jako rodzaj sakry, decyzją
burmistrza Böser został oficjalnie mianowany szefem policji w Braunau. Jego
władza  stała  się  niemal  absolutna.  Dieter  Fuchs  należał  do  nielicznych
podwładnych, którzy nadal ośmielali się mu przeciwstawiać.

Fuchs był pochodzącym z Salzburga trzydziestolatkiem. Miał żonę, córkę

i  syna,  których  kochał  najbardziej  w  świecie.  Dałby  sobie  wyrwać  dla  nich

background image

kawałek serca. Był prostym, przyzwoitym człowiekiem.

Na myśl, że Böser krąży jak sęp wokół bezbronnego sieroty, przeszedł go

zimny dreszcz. Natychmiast stanęły mu przed oczami jego własne dzieci.

background image

29

Elias  obudził  się  na  ławce  w  parku,  przy  głównej  alejce.  Niebo  było

bezchmurne, z oddali dobiegały go krzyki dzieci. Matki siedziały na ławkach
ustawionych  wzdłuż  alejki.  Wszystkie  były  elegancko  ubrane  w  sukienki
z mnóstwem falbanek.

Podczas gdy maluchy bawiły się w wojnę, mierząc do siebie z udających

karabiny gałązek, kobiety dla zabicia czasu ucinały sobie pogawędki.

Nadstawiwszy  uszu,  Elias  podsłuchał  rozmowę  jednej  z  matek  z  jej

synem.

–  No,  śmiało,  Dolfi,  idź  się  pobawić  –  zachęcała  kobieta

zniecierpliwionym głosem.

– Z kim mam się bawić? – spytało dziecko.

– Z innymi chłopczykami rzecz jasna! Masz przecież przyjaciół, prawda?

–  Nie,  to  nie  są  moi  przyjaciele  –  odpowiedział  malec.  –  Wyśmiewają

mnie, kiedy chcę się z nimi bawić.

– Chodzi ci o to, że wołają na ciebie Sałata?

– Nie chcę, żeby nazywali mnie Sałatą!

– Moim zdaniem – zauważyła sympatyczna mamuśka – to całkiem ładne

przezwisko. Na twoim miejscu nie obrażałabym się z tak błahego powodu.

Dziecko nie podzielało jednak jej opinii. Powtórzyło poirytowane:

– Nie chcę, żeby nazywali mnie Sałatą!

Elias rzucił im rozbawione spojrzenie. Ta dyskusja przypomniała mu jego

własne  dzieciństwo.  Odwrócił  się  w  stronę  chłopca.  Był  wątły,  miał
zielonkawą  cerę.  Śledząc  go  przez  jakiś  czas  wzrokiem,  Elias  zauważył,  że
w  końcu  jednak  przyłączył  się  do  innych  dzieci,  a  te  –  zafascynowane  jego
nowiuteńkim, błyszczącym karabinem – zaproponowały mu wspólną zabawę.

Sałata  został  mianowany  podkapitanem  przez  generała  dowodzącego

background image

siłami zbrojnymi, niejakiego Maximiliana, który miał najwyżej osiem lat. Po
czym wszyscy wyruszyli na wojnę, znikając w pobliskich krzakach.

Elias zainteresował się matką Sałaty, która rozmawiała z jakąś tęgą panią.

Obie  miały  wyraźny  akcent,  który  przypominał  mu  sposób  mówienia
Polsterki.

Minęło  kilka  minut.  Nagle  z  głębi  lasku  zaczęły  docierać  odgłosy

niezwykłej wrzawy.

Dzieci  przechodziły  zapewne  do  ofensywy  przeciwko  jakiemuś

wyimaginowanemu  wrogowi.  Pogrążone  w  rozmowie  panie,  najwyraźniej
przyzwyczajone  do  dziecięcych  hałasów,  nawet  nie  zwróciły  uwagi  na  ten
nagły zgiełk.

Po  chwili  Elias  ujrzał  ponownie  małego  Sałatę.  Biedne  dziecko  wyszło

zza drzew ubłocone, miało pościerane kolana, a twarz lepką od ziemi i od łez.
Jego piękny nowy karabin był połamany.

–  Mój  Boże!  Dolfi,  co  ty  znowu  przeskrobałeś?  –  wykrzyknęła  matka

chłopca.

Zmyła mu ostro głowę, zrzucając na niego całą winę. Tymczasem prawda

była taka, że Sałata padł ofiarą zasadzki urządzonej przez młodego generała
i  jego  wojska.  Nie  lubili  go  i  od  początku  mieli  tylko  chrapkę  na  piękny
błyszczący  karabin.  Sądząc  po  siniakach  na  jego  ciele,  Sałata  poniósł
straszliwą klęskę, żal było na niego patrzeć.

– Och, biedny malec! – ulitowała się nad nim tęga kobieta.

Elias wyczytał w oczach matki ogromny wstyd, że została pokarana takim

dzieckiem.  Odgadł  też,  jak  bardzo  się  obawia,  że  jej  syn  już  zawsze  będzie
należał do kategorii pokonanych…

–  No,  Dolfi,  chodź  się  przebrać!  –  rzuciła  czerwona  z  gniewu  matka

i  energicznie  pociągnęła  dziecko  w  stronę  domu.  Biedny  chłopiec  na  dobre
się rozszlochał, cierpienie wywołało nieprzyjemny grymas na jego twarzy.

– Ach, te dzieci! Robią tyle hałasu o nic! – wykrzyknęła ze współczuciem

jakaś inna kobieta. – No cóż, do zobaczenia, pani Hitler!

Zdumiony  Elias  poczuł  gwałtowne  szarpnięcie  w  piersi.  Natychmiast

skierował wzrok na matkę i jej syna oddalających się dróżką.

W  tym  momencie  uświadomił  sobie,  skąd  bierze  się  ciepło  bijące  spod

background image

jego  płaszcza.  Tom  Księgi  Życia  pulsował  jak  świetliste  serce.
Zbulwersowany, nie wiedząc, co ma robić, postanowił natychmiast wrócić do
domu.

background image

30

Kiedy  wieczorem  Elias  zamknął  za  sobą  klapę  w  podłodze  błękitnego

pokoju,  zauważył,  że  w  jego  domu  jest  brudno  i  panuje  bałagan.  Popatrzył
przez  okno  na  miasto,  spowijał  je  półmrok.  Wczesna  zima,  ostra  jak  to  się
często zdarza w tym regionie Austrii, chyba już zagościła tu na dobre.

Jego myśli błądziły pomiędzy przeszłością a teraźniejszością.

Próbował  raz  jeszcze  oszacować  konsekwencje  swojego  planu,  ale  nie

sposób  było  wszystkiego  przewidzieć.  Gdyby  Hitler  nie  istniał…  nie
doszłoby do Zagłady.

Gdyby  dziecko,  które  widział  płaczące  w  parku,  nie  dorosło,  gdyby

odniosło sukces w zawodzie malarza, tak jak planowało, gdyby nie wybrało
kariery politycznej, gdyby mu się nie powiodło…

Einowie  nie  zostaliby  wymazani  z  Księgi  Życia.  Dla  Eliasa  niesłychaną

ironią  losu  było  to,  że  ta  sama  Księga  dawała  mu  teraz  możliwość
skorygowania biegu wydarzeń.

Pięćdziesiąt  milionów  ofiar  śmiertelnych  i  zrujnowane  życie  dziesiątek

milionów ludzi.

Elias  usłyszał,  że  otwierają  się  drzwi  jego  domu.  Zszedł  na  dół  i  stanął

twarzą w twarz z Polsterką.

– Przyszłam po pieniądze! – warknęła gospodyni.

–  W  porządku,  moja  droga  Frau  Polster.  Czy  to  znaczy,  że  nie  chce  już

pani otrzymywać zapłaty pod koniec miesiąca?

– Nie o to chodzi – rzuciła sucho kobieta. – Nie zrozumiał pan? Nie będę

już u pana pracować.

Elias  był  zaskoczony  tą  nagłą  decyzją.  Zauważył  uciekające  spojrzenie

gospodyni i zmieniony wyraz jej twarzy, połączenie strachu z nienawiścią.

– Co się dzieje? – zapytał, starając się być miły.

–  Nic.  Nic  się  nie  dzieje.  Po  prostu  nie  chcę  już  u  pana  pracować,  to

background image

wszystko.  Od  kilku  dni  próbuję  się  z  panem  spotkać,  żeby  porozmawiać
o wypłacie. Ale siedział pan zamknięty w swoim pokoju…

Elias zaczął się usprawiedliwiać:

– Byłem cierpiący, dobrze pani wie. Nie mogłem się z nikim widywać.

– Teraz to ja chciałabym już odejść! Muszę jednak najpierw dostać moją

wypłatę – powtórzyła twardo gospodyni.

–  Dobrze,  już  dobrze,  Frau  Polster.  Proszę  chwileczkę  zaczekać  –

 powiedział zrezygnowany Elias.

Poszedł  do  swojego  pokoju,  który  –  jak  stwierdził  –  został  przewrócony

do  góry  nogami.  Otworzył  szafę  i  zaczął  szperać  w  wewnętrznej  kieszeni
płaszcza.  Brakowało  części  pieniędzy,  a  tylko  Polsterka  miała  klucze  od
domu…

Wolał jednak nie wdawać się z nią w dyskusję, wziął więc kilka ocalałych

banknotów,  żeby  jej  zapłacić.  Obrzydliwe  babsko  wyrwało  mu  pieniądze
z ręki i pospiesznie przeliczyło je przy zakłopotanym staruszku.

Następnie bez słowa odwróciło się na pięcie i wyszło. Elias rzucił za nią:

– Mimo wszystko mogłaby mi to pani wyjaśnić, Frau Polster…

Gospodyni nic nie odpowiedziała. Drzwi zamknęły się za nią z trzaskiem.

background image

31

Kiedy  Braunau  nad  Innem  ostatecznie  zatonęło  w  ciemnościach,  Tom

znalazł schronienie w swoim rozpadającym się domu.

Odszukał  w  dawnej  kotłowni  niewielką  wnękę  pod  podłogą.  Chociaż  ta

kryjówka  miała  wymiary  zaledwie  metr  na  sześćdziesiąt  centymetrów,
uspokajała  go  sama  świadomość,  że  może  się  tam  schować.  Posłuży  mu
w razie zagrożenia. Wystarczy, że się tam wślizgnie i zasunie nad sobą dwie
deski, by pomieszczenie wyglądało na puste.

Tom był coraz bardziej nieufny, szykował się na trudne czasy. Nurtowało

go  głębokie  przekonanie,  że  istnieje  jakiś  związek  między  zabójstwem
starego Sofa, bezkarnością Erwana i jego kumpli, ciągłym znikaniem Eliasa,
pojawieniem  się  Bösera,  a  także  tym  dziwnym  mrokiem,  który  przesłaniał
słońce nawet w środku dnia…

Polsterka  już  zdążyła  uprzedzić  Thomasa,  że  przestała  pracować  u  Eina.

Pozostawiła  chłopcu  decyzję,  czy  on  sam  nadal  będzie  do  niego  zaglądał.
Dzieciak zamierzał to robić, ale za każdym razem zastawał drzwi zamknięte.
Można było pomyśleć, że staruszek zniknął, tymczasem on zajmował się już
wyłącznie Księgą.

Elias  gdzieś  przepadł,  Marika  siedziała  zamknięta  w  domu  –  Tom  nigdy

nie  czuł  się  bardziej  samotny.  Na  szczęście  odłożył  wystarczająco  dużo
żywności, by przetrwać kilka tygodni.

Dla  zabicia  czasu  myszkował  po  zakamarkach  swojego  zapuszczonego

królestwa,  gdzie  nadal  zdarzało  mu  się  odkrywać  drobne  skarby:  stare
bibeloty, korespondencję…

Wkrótce  jednak  w  Braunau  zrobiło  się  całkiem  ciemno.  Thomas  miał

wrażenie, że noc zapadła nagle nad całą Austrią i nie tylko nad nią, również
nad innymi krajami. Z całych sił czepiał się resztek nadziei. Próbował sobie
wmówić, że wkrótce tę ciemność przebije słońce…

background image

32

Ten  wieczór  był  w  Braunau  wyjątkowo  mroczny,  w  dodatku  znowu

zacinał deszcz. Bezpieczny w swoim królestwie Tom siedział pośród książek
przed kominkiem, w którym napalił drewnem, kiedy nagle dobiegły go jakieś
metaliczne dźwięki.

Wstał  i  wyjrzał  przez  okno,  ale  z  powodu  ciemności  i  deszczu  nie  mógł

zobaczyć wyraźnie, co się dzieje na zewnątrz.

Miał  wrażenie,  że  w  oddali,  na  zalewanej  deszczem  drodze,  dostrzega

białą  sylwetkę,  która  zbliża  się  do  jego  domu.  To  była  Marika,  ociekająca
wodą i udręczona. Podjęła walkę z wichrem i zimnem, żeby do niego przyjść.
Silniejszy poryw wiatru zerwał jej z głowy białą chustkę, która zaczepiła się
o siatkę w dole pustej drogi.

Tom  oszalał  z  niepokoju,  ale  i  z  radości.  Wróciła!  Dziewczynka  zmyliła

czujność rodziców i uciekła z domu, nie zważając na ulewny deszcz. Cel jej
wyprawy mógł być tylko jeden – królestwo Thomasa.

Szybko  okrył  się  kocem  i  wybiegł  jej  na  spotkanie.  Wyglądała  na

przemarzniętą i kompletnie zagubioną.

– Tutaj! – krzyknął do Mariki.

Wziął  małego  rozbitka  w  ramiona.  Ściskali  się  tak  mocno,  że  przez

moment tworzyli jedno ciało.

–  Tak  się  cieszę,  że  znowu  jestem  z  tobą  –  powiedziała  Marika,  drżąc

z zimna.

– Myślałem, że już cię nigdy nie zobaczę…

Schronili  się  w  domu.  Tom  potrafił  jak  nikt  inny  dodać  jej  otuchy.

Przyniósł też suche ubranie. Kiedy się przebierała, zauważył, że ma na całym
ciele sińce.

– Co się stało? – zapytał zaniepokojony.

–  Uciekłam,  to  wszystko  –  odparła.  –  Nie  mogę  dłużej  żyć  w  tamtym

background image

domu. No i musiałam cię zobaczyć.

Spojrzeli na siebie. Z obydwojga biło onieśmielające piękno niewinności.

Nagle  wiedziony  naturalnym  odruchem,  nie  bardzo  wiedząc,  co  to  może
oznaczać, Tom złożył długi pocałunek na bladych ustach dziewczynki. Potem
się uścisnęli. W tym momencie nic nie było w stanie ich rozdzielić.

– Wiesz, w ostatnich dniach w Braunau wiele się wydarzyło.

– Co takiego? – zapytał chłopiec.

– Mój ojciec napuścił na ciebie Bösera. Chcą cię schwytać.

– Ach tak, Hermanna Bösera…

– Znasz go?

–  Przed  kilkoma  dniami  wpadłem  na  niego  w  mieście,  próbował  mnie

złapać, ale jestem za szybki dla tego faceta!

– Böser

[9]

! To nazwisko pasuje do niego jak ulał!

– O tak! To typ przesiąknięty złem aż po nazwisko. Robi to, co każe mój

ojciec, przysiągł mu, że cię dopadnie…

– Ale po co? – zapytał Thomas.

–  Nie  mam  pojęcia,  może  po  to,  żeby  cię  wypędzić  z  Braunau,  umieścić

w  jakimś  zakładzie,  rozdzielić  nas?  Naprawdę  nie  wiem,  oni  są  do
wszystkiego zdolni.

Thomas wyglądał na zaniepokojonego.

– A co ty robiłeś przez cały ten czas?

–  Pracowałem  u  Eliasa,  tego  staruszka,  który  mieszka  teraz  w  domu

celnika. Do czasu aż przepadł bez wieści. Dużo czytałem. No i, wiesz, ja też
coś odkryłem.

– Naprawdę? Co takiego?

– Nie powinienem na razie o tym mówić… To niebezpieczne, ale powiem

ci,  kiedy  tylko  będę  mógł.  Wiedz  jednak,  że  gdybyś  mnie  kiedyś  jeszcze
szukała, bardzo możliwe, że znajdziesz mnie w domu starego Mędrca.

Miło  spędzali  razem  czas,  ale  ogień  zaczął  przygasać  i  Thomas  musiał

pójść po drzewo do kotłowni. Poprosił Marikę, by chwilę na niego zaczekała.
Otuliła się kocem i od razu przysnęła…

background image

Tymczasem na drugim końcu miasta Riefenstahlowie przeżywali straszne

chwile.  Kiedy  zdali  sobie  sprawę  z  ucieczki  ich  dziecka,  natychmiast
zaalarmowali  policję.  Pomimo  burzy  patrole  przeczesywały  teraz  ulice
Braunau.

W  przeciwieństwie  do  innych  policjantów  Böser  postanowił  prowadzić

poszukiwania na obrzeżach miasta. Wziął ze sobą Fuchsa. Intuicja zawiodła
go w okolice opuszczonej kamienicy, w której Tom urządził sobie kryjówkę.
Z wnętrza samochodu dostrzegł coś przy drodze.

– Co to jest? – zapytał Fuchs.

– Pójdę sprawdzić – odpowiedział. – Poczekaj na mnie.

Fuchs  zobaczył,  jak  Böser  wysiada  i  pokonuje  w  strugach  deszczu  kilka

metrów. Szybko jednak stracił go z oczu.

Archanioł  zauważył  białą  szmatkę  uwięzioną  w  oczkach  ogrodzenia.

Kiedy  ją  odczepił  i  odkrył,  że  to  chustka,  zrozumiał,  że  jest  na  właściwym
tropie. Poszedł dalej.

Chociaż deszcz zalewał mu oczy, miał wrażenie, że dostrzega światło na

piętrze  niewielkiej  rudery.  Obciągnął  swój  nieprzemakalny  płaszcz  i  nie
robiąc hałasu, podszedł do drzwi.

background image

33

W  1922  roku  dziennikarz  Joseph  Hell  zapytał  Adolfa  Hitlera,  co  zrobi

z Żydami, gdy już zdobędzie pełnię władzy.

Odmieniony,  ze  wzrokiem  utkwionym  gdzieś  w  oddali,  Hitler

odpowiedział:

„Kiedy  naprawdę  będę  u  władzy,  moim  pierwszym  i  głównym  zadaniem

będzie  eksterminacja  Żydów.  Kiedy  tylko  uzyskam  taką  możliwość,  każę
wybudować (…) tyle rzędów szubienic, ile się da. Żydzi będą wieszani, jak
leci, i będą tak wisieć, aż zaczną cuchnąć”.

Elias  przypomniał  sobie  te  słowa  przeczytane  kilka  lat  wcześniej.  Miały

teraz dla niego zupełnie inny wydźwięk.

Kwestie  takie  jak  osobowość  Hitlera,  pytania  o  źródła  jego  nienawiści,

znaczenie  jego  psychiki  dla  historii  zaczęły  dosłownie  prześladować
staruszka.

Europa  nie  ma  przed  sobą  przyszłości.  Nie  mają  jej  również  europejscy

Żydzi.  Od  wojny  historia  Starego  Kontynentu  wydaje  się  obracać  w  kółko
bez  sensu.  Jak  ta  wspaniała  cywilizacja,  kolebka  oświecenia  i  największych
rewolucji intelektualnych, mogła wydać na świat absolutne Zło?

Według  Eliasa  wszystkiemu  był  winny  błąd  o  nazwie  Hitler,

niestandardowy  przywódca,  patologiczna  osobowość,  która  stanęła
przypadkowo na czele pogrążonego w rozpaczy narodu.

Elias  obserwował,  jak  jego  stara  Europa  błąka  się  bez  celu  po  historii,

a jego ojczyzna, Austria, zmierza ku upadkowi.

Co  się  stało  z  tym  cudownym  krajem,  który  na  początku  dwudziestego

wieku  był  centrum  europejskiego  życia  kulturalnego?  Czyż  Wiedeń  nie  jest
obecnie  wyłącznie  jednym  wielkim  muzeum  pod  gołym  niebem,  tak  jak
Rzym  czy  Paryż?  Przyszłości  świata  należy  szukać  gdzie  indziej,  gdzieś
pomiędzy Ameryką i Azją.

background image

Ludobójstwo  dokonane  na  wszystkich  niepożądanych,  zarówno

komunistach,  Żydach,  Cyganach,  homoseksualistach,  jak  i  kalekach,  było
planem na skalę przemysłową, nadzorowanym przez przykładających się do
swojej pracy urzędników.

Kapitalizm  uczynił  człowieka  trybikiem  w  systemie  służącym  zyskowi.

Natomiast  w  zamyśle  Hitlera  człowiek  był  trybikiem  w  systemie  służącym
własnej zagładzie…

Elias  znów  ujrzał  wątłą  twarzyczkę  Sałaty.  Pomyślał  też  o  rozpaczy

małego Sofa w ponurych piwnicach warszawskiego getta.

Potrzebował  tak  niewiele,  by  uratować  miliony  ludzi  i  dać  drugą  szansę

temu dryfującemu bez celu kontynentowi.

Pomyślał,  że  skoro  sam  Bóg  postanowił  powierzyć  mu  Księgę,  to  może

również  On  uznał  za  niezbędne  naprawienie  tej  gigantycznej  historycznej
aberracji,  której  wystąpienia,  zważywszy  na  Jego  nieskończoną  dobroć,  nie
mógł tak naprawdę sobie życzyć.

background image

34

Marika  spała  pod  kocem,  oświetlona  blaskiem  ognia  padającym

z kominka. Gdy poczuła, że ktoś przy niej stoi, otworzyła oczy i zobaczyła,
że spoczęła na niej czyjaś dłoń. Początkowo myślała, że to Tom.

Nagle  zaczęła  krzyczeć  ze  wszystkich  sił,  gdy  Hermann  Böser,  którego

twarz ociekała wodą, próbował ją obezwładnić.

–  Tu  jesteś!  Wiesz,  że  twoi  rodzice  odchodzą  od  zmysłów?  –  wyszeptał

dziewczynce do ucha z lubieżnym wyrazem twarzy.

Zakneblował  Marice  usta  jej  własną  chustką.  Następnie  wykręcił  jej  ręce

do tyłu i związał nadgarstki. Węzeł był tak ścisły, że dziewczynka próbowała
głośno protestować. Na próżno.

Kiedy Tom usłyszał z piwnicy hałas, od razu zrozumiał, co się wydarzyło.

–  A  teraz  –  wyszeptał  Böser  do  ucha  dziewczynki  –  grzecznie

zaprowadzisz mnie do twojego chłopaka. W przeciwnym razie…

–  Nie  wiem,  gdzie  on  jest!  –  zaoponowała  Marika  głosem  zduszonym

przez knebel.

– Nie rób ze mnie idioty, musi tu gdzieś być.

Böser wychylił się przez okno i zobaczył stojący przed domem samochód

z  wyłączonymi  światłami.  Ruchem  ręki  nakazał  Fuchsowi,  żeby  do  niego
przyszedł.

Następnie złapał Marikę za ramię i zaczął ją przed sobą popychać.

–  Chodź  ze  mną,  znajdziemy  twojego  kochasia  –  straszył  ją,  zapalając

przytwierdzoną do paska latarkę.

Z  pistoletem  w  dłoni,  jakby  miał  schwytać  groźnego  przestępcę,

oprowadzał  swoją  małą  zakładniczkę  po  kamienicy,  węsząc  jak  policyjny
pies. Szukał jakichkolwiek tropów.

Nagle  wydało  mu  się,  że  słyszy  jakiś  podejrzany  hałas  dobiegający

z niższych kondygnacji. Pociągnął dziewczynkę na schody. Powoli otworzył

background image

nogą  drzwi  do  kotłowni.  Widząc  ułożone  w  stosik  drewno,  zrozumiał,  że
chłopiec  niedawno  tu  był.  Popchnął  opierającą  się  Marikę,  by  zmusić  ją  do
wejścia do pomieszczenia. Dziewczynka nie przestawała szlochać.

Leżący  pod  podłogą  Tom  zagryzał  wargi.  Policjant  wydał  mu  się

olbrzymem,  chłopiec  mógł  jedynie  próbować  ratować  własną  skórę.  Pod
idącym  wolnym  krokiem  Böserem  nagle  zaskrzypiała  deska,  kilka
centymetrów nad twarzą dziecka.

Marika stała ze spuszczoną głową. Wytrzeszczyła oczy i wtem w zimnym

świetle  latarki  dostrzegła  przez  szparę  w  podłodze  rysy  twarzy  swojego
przyjaciela. Powstrzymała okrzyk, żeby nie zdradzić jego kryjówki.

Podczas  gdy  Böser  węszył  dalej,  szukając  śladów,  Tom  i  Marika

wymienili  przez  szparę  między  deskami  spojrzenia  pełne  bezgranicznej
miłości.  W  jednej  sekundzie  tym  jedynym  spojrzeniem  zdołali  wyrazić  siłę
swych uczuć i powiedzieć sobie, że nigdy nie wolno tracić nadziei.

Toma korciło, żeby wyskoczyć z drewnianego grobowca i połamać kości

temu  człowiekowi,  który  dręczył  jego  ukochaną  i  sprawił,  że  skórę  na
nadgarstkach  miała  przerżniętą  do  krwi.  Jednak  jego  zapał  gwałtownie
ostygł,  gdy  usłyszał  kroki  Fuchsa,  który  w  tym  momencie  wszedł  do
kotłowni.

– Znalazłeś ją? Doskonale. Czego tu jeszcze szukasz?

– Tego szczeniaka. Był z nią, jestem pewien, że nie odszedł daleko.

Fuchs omiótł wzrokiem pomieszczenie i powiedział:

– Przecież widzisz, że nikogo tu nie ma!

– Cicho! Zamknij się! – rzucił Böser, nadstawiając ucha jak myśliwy.

Tom  wstrzymał  oddech  i  zamknął  oczy  na  moment,  który  wydał  mu  się

wiecznością. Fuchs ponownie zaprotestował:

– Tracimy tylko czas! Chodźmy już stąd.

Archanioł  się  poddał,  opuścili  pomieszczenie.  Tom  mógł  znowu  zacząć

oddychać, ale strasznie się bał o Marikę.

W tym czasie Böser i dziewczynka wyszli z budynku. Nie robiąc hałasu,

chłopiec wygramolił się z kryjówki i pobiegł do pokoju na piętrze, żeby móc
obserwować ich przez okno. Osłupiał, gdy zorientował się, że Fuchs nadal tu

background image

jest i patrzy na niego, stojąc w drzwiach. Tom zrozumiał, że wpadł w pułapkę
i  już  się  z  niej  nie  wymknie.  Policjant  był  zbyt  silny  i  zwinny,  chłopiec  nie
miał szans na ucieczkę.

Fuchs  przyłożył  jednak  palec  do  ust  i  przyklęknął,  by  znaleźć  się  twarzą

w  twarz  z  małym  uciekinierem.  Obdarzywszy  go  życzliwym  spojrzeniem,
szepnął:

–  Nie  rób  hałasu.  Zbierz  szybko  trochę  rzeczy  i  zmykaj  przez  drzwi  od

podwórza…

– Dziękuję panu, panie Fuchs – powiedział Tom, z trudem powstrzymując

łzy.

– Masz gdzie pójść?

– Tak, psze pana – odparł chłopiec.

–  No  to  nie  marudź,  zmykaj,  to  miejsce  nie  jest  teraz  dla  ciebie

bezpieczne.

Tom zebrał kilka sztuk ciepłej odzieży oraz trochę jedzenia i wepchnął to

wszystko do szmacianej torby. Zanim przekroczył próg, odwrócił się jeszcze
do swojego wybawcy.

– Obiecuję ci, że on jej nie skrzywdzi – powiedział Fuchs.

Po tych słowach Thomas pomknął jak cień i zniknął pośród burzy i nocy.

background image

III

MAJESTATIS

[10]

background image

35

Kilka  dni  później  nad  miastem  znowu  panował  spokój.  Burza  odeszła,

ustępując miejsca nieoczekiwanemu ociepleniu i łaskawszemu niebu.

Marika  siedziała  zamknięta  w  swoim  pokoju,  teraz  naprawdę  była

uwięziona.  Jednak  w  głębi  duszy  już  się  nie  bała.  Tych  kilka  chwil
spędzonych  z  Thomasem  dało  jej  coś  w  rodzaju  wewnętrznej  siły.
Wspomnienie  pocałunku  odmieniło  ją.  Nie  była  już  małą  dziewczynką.
Stawała się kobietą, to było jej zwycięstwo nad ojcem, którego ten nigdy nie
zdoła jej wydrzeć.

Nie miała wiadomości od Toma, ale z jakiegoś nieznanego powodu wcale

się o niego nie martwiła. Pragnęła go tylko zobaczyć.

Böser  próbował  tropić  malca  jeszcze  przez  kilka  dni,  ale  chłopak  ulotnił

się jak kamfora. Tom znał wszystkie zakamarki Braunau jak własną kieszeń,
pod tym względem nikt nie mógł się z nim równać.

Ponieważ  widok  sieroty  już  nikogo  nie  kłuł  w  oczy,  napięcie

w miasteczku nagle dziwnie opadło.

Przecież  Braunau  potrafi  być  pięknym  miejscem,  jeśli  tylko  zechce  –

  pomyślała  dziewczynka,  wyglądając  przez  okno.  Mieszkańcy  umieją  być
mili i otwarci. Może wkrótce wszystko będzie znowu po staremu.

Rzeczywiście  wszystko  wydawało  się  zmierzać  ku  lepszemu.  Można  by

pomyśleć, że nastawała nowa epoka. Jednak pod popiołem nadal tlił się żar.
A tak naprawdę gra toczyła się zupełnie gdzie indziej.

background image

36

Mężczyzna siedział przy szerokim biurku z ciemnego drewna i rozmawiał

przez  telefon.  Za  nim  wznosiła  się  groźnie  rzeźba  monumentalnego  orła.
Przez  moment  ów  człowiek  dawał  upust  zdenerwowaniu,  po  czym
gwałtownie odłożył słuchawkę.

Wstał i skierował kroki w stronę wielkiego lustra w stiukowej pozłacanej

oprawie, które zdobiło ścianę w głębi pokoju.

Z zadowoleniem popatrzył na swoje odbicie, poprawił kołnierz, po czym

podszedł do okna. Niebo miało mleczną, oślepiającą barwę.

Telefon  zadzwonił  ponownie.  Nieśmiały  kobiecy  głos  oznajmił:  „Panie

kanclerzu, czekają na pana”.

Mężczyzna  szorstkim  ruchem  odłożył  słuchawkę  i  wrócił  przed  wielkie

lustro. Stwierdził, że szary garnitur leży na nim jak ulał, a on sam faktycznie
jest godnym następcą wielkich niemieckich cesarzy.

Otworzył  wysokie  drzwi  swojego  gabinetu  i  znalazł  się  w  przestronnym

holu z kolumnami.

Na  końcu  widać  było  schody  z  białego  marmuru,  po  których  kanclerz

zszedł piętro niżej.

Tam  już  czekało  na  niego  dwóch  mężczyzn.  Pierwszy  wyglądał  ponuro,

co akcentowały jeszcze jego krzaczaste brwi. Drugi, raczej krągły i jowialny,
przyjął kanclerza z otwartymi ramionami i zaczął mu serdecznie gratulować.

Pierwszy  przerwał  bez  ceregieli  to,  co  uważał  za  demonstrację

niestosownej wylewności, i rzucił:

– Śmiało, pana ruch, najwyższy czas, by tam pójść.

Kiedy otworzył oba skrzydła drzwi prowadzących na olbrzymi kamienny

balkon, twarze trzech mężczyzn zalało białe światło dnia.

Docierała  do  nich  narastająca  wrzawa.  Czynił  ją  nieprzebrany  tłum,

kłębiący  się  pod  balkonem.  Plac  był  czarny  od  ludzi,  w  stronę  trzech

background image

mężczyzn zwróciły się dziesiątki tysięcy głów.

Kiedy  ktoś  zapowiedział  przez  głośniki  władczym  tonem:  Hitlers

Rede

[11]

, w jednej chwili gwar zastąpiła kompletna cisza.

Kanclerz wyszedł na balkon i wtedy wrzawa wybuchła ze zdwojoną siłą,

aż zatrzęsło się niebo. Hitler stał jak posąg, jakby nie poruszył go entuzjazm
zgromadzonych  przed  budynkiem  mas.  Potem,  lekko  wychylając  tułów  do
przodu, popatrzył przez chwilę na plac.

Kiedy  rozpoczął  swoje  elektryzujące  przemówienie,  wbiły  się  w  niego

setki tysięcy oczu. Słowa mówcy porywały słuchaczy niczym wznosząca się
fala.

background image

37

Kołysany  ruchami  tego  morza  ludzi,  blady  jak  płótno  mężczyzna  patrzył

na  kanclerza  zupełnie  inaczej  niż  pozostali  uczestnicy  zgromadzenia.  Po
twarzy spływał mu pot.

Był  nim  Elias.  Kilka  dni  wcześniej,  siedząc  w  zaciszu  biblioteki,

postanowił wcielić w życie swój plan.

Prawą  dłoń  trzymał  w  kieszeni  marynarki.  Ściskał  w  niej  mocno

odziedziczonego  po  ojcu  lugera  kaliber  dziewięć  milimetrów.  Musiał
poświęcić  wiele  godzin  i  wykazać  ogromną  cierpliwość,  aby  doprowadzić
broń do stanu używalności.

Hitler  przyspieszył  tempo  przemówienia.  Zrządzeniem  Opatrzności  stał

przed nim, bardzo blisko, nareszcie był w zasięgu ręki.

Twarz  staruszka  zastygła.  Hitler  tak  silnie  oddziaływał  na  słuchaczy,  że

nikt niczego nie zauważy. Podniósł broń i wycelował w nowego kanclerza.

W tym samym momencie poczuł na ramieniu czyjąś dłoń.

–  To  nie  jest  odpowiedni  moment  towarzyszu…  Spójrz  tylko,  ilu

strażników cię otacza – usłyszał. Osłupiały, odwrócił się do intruza.

Ten wskazał mu ruchem głowy ludzi z SA, stojących bardzo blisko nich.

Rozmieszczeni  w  kilku  miejscach,  z  góry  obserwowali  tłum  wypełniający
plac.  Całe  szczęście,  że  ten  człowiek  mu  przeszkodził.  Nie  ulegało
najmniejszej wątpliwości, że od razu dałby się schwytać, nie zdążyłby nawet
wystrzelić.

– Uwierz mi, przeprowadzenie zamachu tu i teraz byłoby samobójstwem.

Chodźmy stąd – nalegał nieznajomy.

Gdyby  Elias  nie  był  w  tym  momencie  tak  bardzo  skonsternowany,  może

by  poczuł,  że  Księga  wyślizguje  mu  się  spod  płaszcza  i  upada  na  ziemię…
Opuszczając  plac  za  swoim  przewodnikiem,  który  torował  mu  drogę  wśród
zwartego tłumu, zastanawiał się, kim też jest ten nieoczekiwany wspólnik.

background image

–  Mecenas  Gomel,  adwokat  –  uprzedził  jego  pytanie  młody  człowiek.  –

  Podzielam  pańskie  poglądy.  Jest  nas  wielu.  Najlepiej  będzie,  jeśli
przedstawię panu teraz moich przyjaciół… – dodał.

Gomel  wyglądał  na  pewnego  siebie  notabla.  Był  wysoki,  szczupły,  nosił

elegancki  dwurzędowy  garnitur  z  szarej  flaneli.  Pewnie  nie  miał  jeszcze
trzydziestki.  Ciemnobrązowe  oczy  o  przenikliwym  spojrzeniu,  orli  nos,
wybrylantynowane,  czarne  jak  węgiel  włosy  sprawiały,  że  z  jego  twarzy
emanowało  coś  głęboko  ludzkiego…  Ein  poczuł,  że  jest  w  dobrych  rękach,
choć nie potrafiłby racjonalnie uzasadnić tego wrażenia.

–  Nazywam  się  Elias  –  powiedział  człowiek  podróżujący  w  czasie  pod

prąd.

Dopiero teraz zauważył, że stracił gdzieś w tłumie Księgę.

–  Proszę  zaczekać!  –  krzyknął.  –  Muszę  tam  wrócić.  Zgubiłem  coś

niezwykle ważnego!

Gomel  próbował  mu  to  wyperswadować,  ale  spanikowany  staruszek

zdążył już odejść.

Wracając  na  miejsce,  które  przed  chwilą  opuścili,  Elias  zauważył  świętą

księgę leżącą kilka metrów dalej, pod nogami tłumu.

Chwilę  później  przeżył  koszmar.  Po  książkę  sięgała  nieznana  dłoń.  Nie

była to pierwsza lepsza ręka. Oficer nazistowskich Oddziałów Szturmowych,
smukły  mężczyzna  o  walecznym  wyrazie  twarzy,  z  zaintrygowaną  miną
oglądał teraz okładkę Księgi.

Kiedy  ją  otworzył,  Elias  myślał,  że  zemdleje.  Jednak  dotknięte  obcymi

palcami litery zachowały zwyczajny wygląd, nie płonęły. Starzec żywił cichą
nadzieję,  że  tak  się  właśnie  stanie,  a  teraz  otrzymał  dowód:  Boski  Rejestr
odsłania swoje sekrety wyłącznie przed wybranymi.

Ale  sytuacja  i  tak  wyglądała  groźnie.  Księga  nie  tylko  była  święta,

stanowiła  dla  Eina  jedyną  drogę  powrotu.  Nie  mógł  zostawić  jej  w  rękach
nazistów!

Oficer  próbował  zrozumieć,  jak  ta  książka,  prawdopodobnie  hebrajska,

znalazła  się  w  tym  miejscu.  Kiedy  napotkał  nieruchomy  wzrok  Eliasa,
intuicja  podpowiedziała  mu,  że  powinien  zatrzymać  tego  człowieka.
Natychmiast wszczął alarm.

background image

W tym momencie poczuł mocne uderzenie w bok. Jakiś chłopiec wpadł na

niego,  biegnąc,  i  popchnął  go  z  całych  sił.  Oficer  się  zachwiał,  Księga
wypadła  mu  z  rąk.  Mały  napastnik  podniósł  ją  w  okamgnieniu,  popędził  co
sił przez zatłoczony plac, a potem zniknął w jednej z przyległych uliczek.

Elias  nie  mógł  uwierzyć  własnym  oczom.  Zdążył  zidentyfikować

złodzieja.  Znał  chłopca,  który  pędził  teraz  ulicami  Berlina  lat  trzydziestych.
Tak, nie miał żadnych wątpliwości… To był Tom!

background image

38

Oficer  SA  ryknął.  Tłum  ogarnęła  panika.  Elias  poczuł  na  sobie  wzrok

nazisty.

W tym momencie Gomel chwycił go za ramię i obaj mężczyźni rzucili się

do ucieczki wybrukowanymi ulicami starej części Berlina. Nie było czasu na
rozmowę.  Ścigani  przez  tupot  wojskowych  buciorów,  który  przypominał
strzały  ostrzegawcze,  biegli  tak  szybko,  że  serce  starca  o  mały  włos  nie
wybuchło mu w piersi.

Pomimo  szaleńczego  biegu  Elias  nie  był  w  stanie  zdławić  trawiącego  go

niepokoju. Jak, bez Księgi, zdoła wrócić do Braunau? Podążając za młodym
adwokatem, oddalał się od niej i od szansy na ocalenie.

Gomel, który zapewne znał Berlin jak własną kieszeń, nie pozostawił mu

czasu  na  dalsze  rozmyślania.  Musieli  uciekać.  Przemierzali  ślepe  zaułki,
które  wcale  nie  były  tak  ślepe,  na  jakie  wyglądały,  uliczki  prowadzące  do
prywatnych  posiadłości,  których  mieszkańcy  rzucali  im  zaniepokojone
spojrzenia.  Długo  kluczyli,  zanim  adwokat  uznał,  że  zdołali  zgubić
prześladowców.

Na koniec przeszli korytarzem jakiejś kamienicy i znaleźli się w strasznie

zaniedbanym,  skąpo  umeblowanym  mieszkaniu.  Zastali  tam  cztery  osoby,
wszystkie były młode i wyglądały na zdeterminowane.

– To nasi przyjaciele. Ręczę za nich – powiedział Gomel do Eliasa.

Po czym zwrócił się do swoich kolegów:

– Towarzysze, przedstawiam wam… Eliasa. A właśnie, Eliasa i jak dalej?

– Elias Ein.

–  Wyobraźcie  sobie,  że  ten  człowiek  przed  chwilą  zamierzał  zabić  na

placu Hitlera! Gdyby nie ja, już byłby w rękach brunatnych koszul, a Hitler
nadal  by  żył.  Sądzę,  że  możemy  z  nim  rozmawiać  równie  otwarcie,  jak
robimy to we własnym gronie…

background image

– Kim pan jest? – zapytał najmłodszy z grupy.

Elias  wykorzystał  lekką  przewagę,  jaką  dawał  mu  wiek,  by  odwrócić

pytanie:

– Kim wy jesteście?

Gomel,  który  wydawał  się  naturalnym  przywódcą  grupy,  przedstawił  mu

po kolei swoich towarzyszy.

–  Jesteśmy  komunistycznymi  bojownikami,  wszyscy  należymy  do

Czerwonego  Frontu.  Tak  jak  pan,  przysięgliśmy  zabić  Hitlera,  Göringa
i  resztę  tej  kliki.  Utworzyliśmy  w  łonie  partii  tę  komórkę  złożoną
z  ochotników.  Każdy  z  nas  znalazł  się  w  niej  wyłącznie  dlatego,  że  tak
postanowił.  Nikt  nie  został  oddelegowany  przez  Stalina  ani  przez
kogokolwiek innego, z Moskwy czy z innego miejsca…

–  Kepler  jest  najmłodszy  –  powiedział  Gomel,  wskazując  mniej  więcej

siedemnastoletniego  chłopca  z  układającymi  się  w  fale  włosami,  który
wyglądał na bardzo delikatnego.

–  A  to  Tilmann,  nasz  kolos!  –  kontynuował,  kładąc  dłoń  na  ramieniu

prawdziwego  okazu  natury,  mającego  co  najmniej  sto  dziewięćdziesiąt  pięć
centymetrów wzrostu i twarz dziecka.

– Tam siedzi Erik, zwany Miotełką – adwokat wskazał młodzika o twarzy

zaprawionego w bojach spryciarza. – Ten chłopak potrafi zdobyć w Berlinie,
co  tylko  się  zapragnie:  broń,  żywność,  narzędzia,  wszystko,  czego  będzie
potrzeba! Zna miasto lepiej niż ktokolwiek z nas.

– No i Hilda, nasza towarzyszka feministka, w walce warta tyle co dwóch

mężczyzn  –  powiedział,  zwracając  wzrok  w  stronę  młodej  kobiety
o niezwykle delikatnych rysach i włosach uczesanych na chłopczycę.

Elias  domyślił  się,  że  jej  atutem  musi  być  nie  tylko  zręczność,  ale

i wyrazista uroda.

Młoda kobieta oznajmiła uroczystym tonem:

–  Skoro  Gomel  przyprowadził  cię  do  nas,  to  znaczy,  że  zrobiła  na  nim

wrażenie twoja odwaga.

– Raczej jego nieświadomość – zauważył z uśmiechem Gomel.

– Muszę wypełnić moją misję do końca! – wypalił Elias.

background image

Determinacja  staruszka  ujęła  wszystkich  oprócz  Tilmanna  i  Keplera,

którzy wydawali się nieobecni.

Miotełka podjął temat:

–  Doskonale,  tyle  że  Hitler  jest  lepiej  strzeżony  niż  król  Anglii.  Jego

ochrona  czuwa  przez  cały  czas.  Nie  da  się  zabić  tego  człowieka  podczas
takiej zaimprowizowanej akcji…

–  To  pewne  –  dodała  Hilda.  –  Znam  kogoś  z  jego  straży  przybocznej.

Myśli, że jestem z nimi. Wiem, jak są zorganizowani. Kiedy Hitler przebywa
na  wolnym  powietrzu,  nigdy  nie  odchodzi  dalej  niż  dwa  metry  od  swoich
osobistych ochroniarzy, a członkowie SA nie zawsze mają na sobie mundury,
czasem pilnują go wmieszani w tłum, incognito.

–  Dzięki  temu  ocalał  w  Monachium  w  tysiąc  dziewięćset  dwudziestym

trzecim roku – dodał Gomel.

– Ale ja muszę go zabić, za wszelką cenę! Nie podejrzewacie nawet, jakie

zagrożenie  stanowi  ten  człowiek!  Wierzcie  mi,  jeśli  mu  nie  przeszkodzimy,
szybko doprowadzi do wojny, rzuci Europę na kolana i spowoduje dziesiątki
milionów ofiar.

Zgromadzeni osłupieli, słysząc tę straszliwą przepowiednię.

–  Skąd  ty  to  wiesz?  –  zapytał  Tilmann  z  wyrazem  niedowierzania  na

twarzy.

Elias zawahał się na moment, po czym oświadczył:

–  Proszę  was,  musicie  mi  uwierzyć  na  słowo!  Von  Papenowi

i Hindenburgowi

[12]

 wydaje się, że potrafią kontrolować Hitlera, ale wkrótce

się przekonają, że nikt nie jest w stanie powstrzymać tego człowieka. To on
nimi owładnie. Przejmie policję, wojsko, całe Niemcy. Zdobędzie wszystko,
także  rządy  dusz!  Ma  iście  szatański  umysł,  ludzkość  nieczęsto  miewała
z takimi do czynienia. Musicie pomóc mi znaleźć sposób…

– Przecież nie posiada większości w parlamencie – zauważył z wahaniem

Kepler.

–  Uwierzcie  mi,  posłuży  się  intrygą.  A  potem  wykorzysta  strach  przed

komunistycznym zamachem stanu, żeby zdobyć władzę absolutną.

–  Już  to  zrobił  –  szepnął  Gomel.  –  Właśnie  został  podpisany  dekret.  Już

ma pełnię władzy.

background image

Twarze  kompanów  zastygły  w  bezruchu.  Gomel,  Hilda  i  Miotełka  czuli

w  głębi  duszy,  że  Elias  ma  rację.  Sytuacja  Czerwonego  Frontu  była  wręcz
rozpaczliwa.  Hitler  zakaże  wkrótce  działalności  partii  politycznych,
zdelegalizuje  związki  zawodowe,  zgładzi  oponentów,  poczynając  od
komunistów. Już zaczęły się represje.

Niemrawe zmagania wyborcze i bójki uliczne przez jakiś czas przesłaniały

im  prawdziwy  problem.  To  jest  walka  na  śmierć  i  życie.  Naziści  ją
wygrywają. Oni zaś wkrótce będą musieli uciekać albo zginąć.

Tilmann  i  Kepler  nadal  nie  wyglądali  na  przekonanych,  ale  żaden  z  nich

nie zabrał głosu.

– Tak, już jest za późno – podjął temat Erik. – Hindenburga Hitler sobie

podporządkował, Göring został mianowany ministrem spraw wewnętrznych,
oprócz  brunatnych  koszul  z  SA  i  ich  własnych  oddziałów  kontrolują
państwową policję. Jest ich prawie dwa miliony.

–  Otóż  to,  dlatego  naszą  jedyną  opcją  jest  uderzenie  w  przywódcę!  To

ostatnia szansa – stwierdził Gomel.

–  Towarzysze,  otwórzcie  oczy!  –  zaprotestował  wreszcie  Tilmann.  –

  Nasza  partia  i  socjaldemokraci  nadal  są  największą  siłą  w  tym  kraju!
Mówcie,  co  chcecie,  ale  naziści  wykorzystują  przede  wszystkim  to,  że
jesteśmy podzieleni. Musimy zebrać wszystkich zwolenników lewicy.

–  Zapominasz  o  Reichstagu!  Ludzie  są  przekonani,  że  to  my  stoimy  za

pożarem!  Naród  się  od  nas  odwrócił,  straciliśmy  poparcie,  wielu  z  naszych
towarzyszy  poległo  albo  zostało  aresztowanych.  Ile  jeszcze  czasu
wytrzymamy? – zapytała Hilda.

Wszyscy  wyglądali  na  skonsternowanych  tą  wypowiedzią,  ale  podzielali

odczucia młodej kobiety. To prawda, że w Berlinie i w kilku innych dużych
miastach, w których większość mieszkańców stanowią robotnicy, komuniści
mogli  jeszcze  żywić  jakieś  złudzenia,  ale  wschód  kraju  już  całkiem  uległ
nazistom.  A  komuniści  przegrali  zbyt  wiele  bitew,  żeby  mieć  nadzieję  na
odwrócenie tendencji.

– Teraz tylko Stalin może nas wybawić z opresji – podsumował Tilmann.

–  Stalin  nic  nie  zrobi!  –  zaoponował  Elias.  –  Wkrótce  podpisze  pakt

z  Hitlerem…  Jeśli  nie  zabijemy  Hitlera  teraz,  wszyscy  zostaniemy

background image

unicestwieni!

Zapadła cisza.

–  Ten  człowiek  całkiem  oszalał!  Chyba  mu  nie  uwierzycie,  towarzysze?

Poza  tym,  kim  ty  jesteś,  żeby  znieważać  towarzysza  Stalina?  –  warknął
Tilmann. – Związek Radziecki nigdy nas nie opuści. Nikt nie zna przyszłości,
ani ty, ani ktokolwiek inny!

–  Zgadzam  się  z  tobą,  towarzyszu  Tilmann  –  zawtórował  mu  nieśmiało

Kepler,  który  rzadko  zabierał  głos  w  dyskusji.  –  Nigdy  nie  dojdzie  do  tego,
o czym on mówi, Stalin tego nie zrobi…

Elias  nie  odpowiedział,  popatrzył  Tilmannowi  prosto  w  oczy  z  wyrazem

współczucia  na  twarzy.  Pozostali  nie  odezwali  się  słowem,  co  świadczyło
o ich konsternacji. Chociaż scenariusz zdrady ze strony Moskwy wydawał im
się  nierealistyczny,  to  wszyscy  sądzili,  że  zamordowanie  Hitlera  jest
absolutną koniecznością, tak naprawdę ich ostatnią szansą. Zirytowany kolos
rzucił, zwracając się do Gomela:

–  Posłuchaj  mnie  uważnie,  tracisz  rozum!  To  jakieś  brednie.  Możecie

sobie wierzyć, w co chcecie. Ale beze mnie!

Wyszedł, trzaskając drzwiami. Kepler ruszył za nim z zasmuconą miną.

Pozostawili po sobie kłopotliwą ciszę. W mieszkaniu było ich teraz tylko

czworo:  Elias,  Gomel,  Hilda  i  Miotełka.  Bojownicy  darowali  sobie
komentarze  na  temat  odejścia  towarzyszy.  Powstrzymało  ich  coś  w  rodzaju
przeczucia, że ten Elias jednak nie jest szaleńcem.

– Powiedz nam, skąd przychodzisz? – zapytał Gomel.

–  Wszystko  wam  opowiem  –  odrzekł  starzec.  –  Będziemy  jednak

potrzebowali na to dużo czasu.

background image

39

Tom zdołał umknąć ścigającym go ludziom, jednak nadal był w opałach.

W Braunau chłopiec przez cały czas podążał za Einem i jego odkryciami.

Już  w  pierwszych  dniach  znalazł  jego  kryjówkę  w  bibliotece.  Był
spostrzegawczym dzieckiem, a Ein okazał się bardzo lekkomyślny.

Otwarcie  drzwi  od  błękitnego  pokoju  nie  zabrało  chłopcu  dużo  czasu.

Wpadł na pomysł, by wsunąć gazetę w dość szeroką szparę między drzwiami
a  progiem,  potem  ostrożnie  popychał  przez  dziurkę  klucz  tkwiący  w  zamku
od środka, tak by na nią upadł.

Podążał tą samą drogą co starzec, jednak aż do tego dnia robił wszystko,

by Elias go nie zobaczył.

Pod  nieobecność  Eina  chłopiec  miał  wystarczająco  dużo  czasu  na

zrozumienie, jak działa Księga, i na oswojenie się z nią.

Odkrył, że każdy tom Wielkiego Rejestru jest poniekąd bramą i że każda

z  bram  może  prowadzić  do  różnych  miejsc.  Wiodły  wybranego  podróżnika
dokładnie  tam,  gdzie  chciała  go  skierować  Księga.  Była  jak  niewidzialna
ręka, wszystkim dyrygowała, o wszystkim decydowała.

*

Wkrótce  miała  zapaść  noc,  a  chłopiec  był  zdany  na  pastwę  losu

i przenikliwy chłód zimy 1933 roku.

Zwinął  z  jednego  z  berlińskich  sklepików  skórzaną  teczkę  z  długim

paskiem.  Przewiesił  ją  sobie  przez  plecy,  schował  do  niej  Księgę,  która
przywiodła go do Berlina, a tom Eliasa wsunął pod pachę.

Bliskość  dwóch  Ksiąg  działała  na  niego  uspokajająco,  chociaż

spowalniały jego ruchy.

Chciałby  móc  przerwać  podróż  i  znaleźć  się  u  siebie,  ale  nie  mógł  sobie

wyobrazić, że wróci sam. Musi odszukać Eliasa.

background image

Sytuacja  wymknęła  się  spod  kontroli.  Teraz  obaj  ryzykowali  życie,

a Berlin lat trzydziestych wyglądał na o wiele bardziej niebezpieczne miejsce
niż  Braunau,  z  którego  przybyli.  Powietrze  było  lodowate,  nieprzyjazne.
Szybko  zapadał  zmrok,  a  Thomas  nadal  nie  miał  pojęcia,  gdzie  schronił  się
Elias.  Teraz  jednak  musiał  przede  wszystkim  znaleźć  miejsce,  w  którym
mógłby spędzić noc. Ale gdzie go szukać?

Powłóczywszy  się  trochę  po  mieście,  skierował  kroki  ku  skromnej

gospodzie  w  centrum,  licząc  na  to,  że  o  świcie  uda  mu  się  wymknąć  bez
wiedzy właściciela. Ów urządzony w typowo bawarskim stylu przybytek był
na  szczęście  dobrze  ogrzewany.  Kiedy  Tom  pchnął  drzwi,  fala  ciepłego
powietrza  uderzyła  w  niego  z  taką  siłą,  że  aż  przebiegł  go  dreszcz.  Ogień
trzaskał  w  kominku  znajdującym  się  w  niewielkim  holu,  który  pełnił  też
funkcje  salonu  i  palarni.  Kilku  gości  siedzących  na  sfatygowanych
skórzanych  kanapach  zabijało  czas,  paląc  papierosy  lub  czytając  gazety.
Jeden z nich, rozproszywszy machnięciem ręki dym wydobywający się z jego
fajki, zauważył chłopca.

Tom podszedł do właścicielki gospody.

–  Dobry  wieczór,  czy  znalazłby  się  może  u  pani  wolny  pokój  na  jedną

noc?

–  Jest  kawaler  o  wiele  za  młody,  żeby  nocował  sam  w  gospodzie,  mam

rację? – zauważyła miłym tonem kobieta.

–  Moja  matka  zmarła  dziś  rano  w  Berlinie,  przyjechałem  z  Salzburga,

żeby ją pochować – wymyślił na poczekaniu.

–  Ach,  moje  biedne  dziecko!  –  wykrzyknęła  zbulwersowana  kobieta.  –

 Proszę wejść i czuć się jak w domu…

Dała Tomowi do podpisania rejestr gości i wręczyła mu niewielki klucz.

– Numer cztery – powiedziała z uśmiechem. – Ostatni, który mi został…

„Dosyć ma dzień swojej biedy”: było późno, chłopiec czuł się zmęczony,

jutro jakoś to  wszystko załatwi. Odnajdzie  Eliasa i postara  się, by  wszystko
wróciło na właściwe tory.

Zapadała  noc,  położył  się  bezzwłocznie  do  łóżka,  chwilowo  uspokojony.

Przez  moment  przerzucał  jeszcze  ogniste  strony  świętej  Księgi,  które
świeciły  w  mroku  pokoju.  Jak  dziecko  bawiące  się  pod  kołdrą  latarką,  nim

background image

zmorzy je sen.

background image

40

Przyjaciele  z  Czerwonego  Frontu  nie  wierzyli  własnym  uszom,  kiedy

Elias,  podróżnik  w  czasie,  wyjaśniał  im,  kim  jest,  skąd  przybywa  i  jak
potoczą się ich własne losy.

Liczne szczegóły, które im podał, wystarczyły wprawdzie do wzbudzenia

w  nich  odrobiny  zaufania,  były  to  jednak  nadal  zdumiewające  rewelacje,
z trudem akceptowane przez ich umysły zdeklarowanych ateistów.

Chcieli dowodu, żądali pokazania im Księgi.

Elias  opowiedział  o  wydarzeniach,  które  rozegrały  się  na  placu  kilka

godzin wcześniej, o oficerze SA i interwencji Toma. W kilku słowach opisał
chłopca,  by  jego  nowi  przyjaciele  mogli  go  rozpoznać.  Gomel  przytakiwał.
Widział całą tę scenę.

– Jeśli to, co mówisz, jest prawdą, trzeba bezwzględnie odnaleźć chłopca

i Księgę. Wyobraźcie sobie przez moment, że wpadną w ręce hitlerowców! –
 powiedziała Hilda.

–  Jeśli  Księga  znajdzie  się  w  posiadaniu  Hitlera,  on  wykorzysta  ją  do

realizacji swoich celów – szepnął Miotełka.

W  pokoju  zaległa  straszliwa  cisza.  Elias  raz  jeszcze  przeanalizował

sytuację i ogarnął go głęboki smutek. Zmarnował szansę. Nie tylko Hitler jest
cały i zdrowy, ale on sam wciągnął Toma w swoje szaleństwo. Teraz im obu
grozi śmierć. Zostali zamknięci na zawsze w tym ponurym rozdziale historii.

Co gorsza, z jego winy Księga Boga może wpaść w ręce Szatana! Z jakimi

zgubnymi konsekwencjami?

Kiedy  nad  miastem  zapadała  zimna  noc,  on  myślał  już  tylko  o  Tomie.

Wszystko spoczywa teraz na jego wątłych dziecięcych ramionach. Czy udało
mu się uciec ludziom z SA? Czy znalazł jakąś bezpieczną kryjówkę dla siebie
i Księgi?

Elias  Mędrzec  miał  wrażenie,  że  pod  jego  stopami  otwarło  się  bezdenne

background image

piekło.

background image

41

Dzień  jeszcze  nie  wstał  na  dobre,  kiedy  Tom  wisiał  na  rynnie  gospody

i próbował się ześlizgnąć w dół, możliwie najciszej.

Wreszcie  dotknął  stopą  ziemi,  postawił  kołnierz  i  pomknął  szybkim

krokiem.

Tego  rześkiego  poranka  ruszał  w  miasto,  ogrzewany  ciepłem

przylegających do jego boków Ksiąg.

– Oto i on! – wrzasnął niespodziewanie jakiś człowiek stojący po drugiej

stronie ulicy. To był mąż właścicielki gospody, który zauważywszy chłopca,
głośno wzywał policję.

Tom  wziął  nogi  za  pas,  ale  jakiś  mężczyzna  w  ciemnym  mundurze  już

deptał mu po piętach. Do pościgu przyłączył się niewielki oddział brunatnych
koszul,  zaalarmowany  przez  wrzawę.  W  tym  samym  czasie  w  pobliżu
gospody ktoś powiadamiał o całym zajściu oficera, który dzień wcześniej był
na placu i nadal nie zrezygnował z odnalezienia dziecka.

Thomas pomykał jak zając pośród przechodniów i wystawianych rankiem

na trotuar kubłów ze śmieciami, przewracając wszystko na swojej drodze. To
był  szaleńczy  bieg.  Szybko  się  zorientował,  że  brunatne  koszule  są  tuż-tuż,
a człowiek, który go poszukiwał, biegnie już na ich czele.

– Nie masz co uciekać, szczeniaku! – wrzasnął oficer. Po czym rzucił do

swoich ludzi: – Rozdzielcie się, dopadniemy go!

Naziści szybko rozciągnęli sieć na przyległe uliczki. Tom skręcił w wąski

pasaż,  na  którego  końcu  dostrzegł  grupkę  ludzi  odzianych  w  rosyjskie
rubaszki. Stali tam Miotełka i Hilda wraz z kilkoma kolegami. Dyskutowali
o czymś z Keplerem.

–  To  on!  –  wydarł  się  Miotełka.  –  Jestem  pewien,  że  to  ten  dzieciak  od

Księgi!  Trzeba  mu  bezwzględnie  pomóc!  Biegnij  natychmiast  uprzedzić
Gomela i Eina! – krzyknął do Keplera. – Powiedz im, że chłopak jest tutaj!

background image

Kepler uwierzył, że starzec mówił prawdę. Podekscytowany popędził jak

wariat ulicami Berlina, wpadł do kamienicy i wrzasnął:

– Chodźcie, znaleźliśmy tego małego, ścigają go ludzie z SA. Za mną!

W  tym  czasie  Tom  próbował  umknąć  swoim  prześladowcom.  Gnał  na

oślep, aż znalazł się na jakiejś szerokiej ulicy. Naziści obeszli w koło kwartał
i teraz go otaczali.

Kilka  minut  później  na  miejsce  przybyli  Gomel  i  Kepler,  a  wkrótce

również Elias. Dołączyła do nich Hilda wraz z towarzyszami z Frontu.

Tom sądził przez chwilę, że jest uratowany. Jednak gdy tylko zaczął biec

ulicą, pojawiły się za nim brunatne koszule. Gdzieś między domami rozległ
się  odgłos  wystrzału.  Dziecko  stanęło  jak  wryte  i  rzuciło  się  w  bok,  do
niewielkiej budki z falistej blachy.

Pomiędzy  bojownikami  Czerwonego  Frontu  i  SA  wybuchła  strzelanina.

Pojedyncze  wystrzały  zamieniły  się  wkrótce  w  dobiegające  falami  salwy.
Walczący  po  jednej  i  po  drugiej  stronie  skryli  się  za  zaimprowizowanymi
barykadami.

Kilka kul przebiło blachę. W kącikach oczu Eliasa zaszkliły się łzy, zaczął

wykrzykiwać imię Toma.

W  tym  momencie  dzieciak  wychynął  z  kryjówki,  powaliwszy  jednym

silnym kopniakiem blaszaną ścianę, która uniemożliwiała dostrzeżenie go zza
barykady Czerwonego Frontu. Kiedy Elias zobaczył Thomasa, dzieliło go od
chłopca  około  piętnastu  metrów.  Strzały  padały  jednak  tak  gęsto,  że  malec
nie mógł myśleć o dołączeniu do starego przyjaciela bez narażania życia.

– Uciekaj! – krzyknął Elias.

Kule  powodowały  piekielny  hałas.  Dziecko  stanęło  i  pokazało  Eliasowi

Księgę, jakby chciało mu powiedzieć: „Mam ją, proszę się nie bać!”.

Jedna  z  kul  musnęła  chłopca,  o  mały  włos  nie  urywając  mu  ręki.  Druga

właśnie  powaliła  na  oczach  Gomela  i  Eina  jednego  z  komunistycznych
bojowników.

– Zmykaj! Użyj jej! – ponownie krzyknął Elias. W odpowiedzi Tom zrobił

minę, jakby chciał zapytać: „A pan? Jak pan sobie poradzi?”.

Brunatne  koszule  były  coraz  bliżej.  Kryjówka  chłopca  rozpadła  się

wskutek  intensywnej  strzelaniny.  Jedna  z  kul  przeryła  blachę  po  przekątnej.

background image

Ten widok zmroził Gomelowi krew w żyłach: Thomas nie zdoła wyjść z tego
bez  szwanku.  Ale  towarzysze  Eliasa  zobaczyli  nagle  nad  lichą  kryjówką
w górze uliczki oślepiający złoty błysk, który wzbił się w niebo.

Tom zniknął. Wrócił.

–  Tam  jest  Księga!  –  krzyknął  Miotełka,  który  stojąc  na  drewnianych

skrzynkach z góry obserwował pole walki.

– Koniecznie trzeba ją odzyskać – powiedział Elias błagalnym tonem.

–  Mają  nad  nami  liczebną  przewagę  –  zauważyła  Hilda,  celując

z  rewolweru  do  wroga.  –  Jeśli  będziemy  dłużej  się  tu  guzdrać,  wszyscy
zginiemy!

– Idę tam! – oznajmił Elias. – Muszę naprawić swoje błędy!

Już miał wybiec zza barykady, gdy nagle zarysował się za nimi ogromny

cień. To był Tilmann. Wrócił, żeby im pomóc.

Olbrzym  przez  moment  patrzył  Eliasowi  prosto  w  oczy,  jakby  chciał  się

usprawiedliwić,  że  mu  nie  zaufał.  Potem  podniósł  bez  słowa  ciężki  blat
z litego drewna i posługując się nim jak tarczą, ruszył żwawym krokiem na
wroga. Naziści zaczęli do niego strzelać ze zdwojoną siłą.

Został  wielokrotnie  trafiony,  ale  nadal  szedł  wprost  na  brunatne  koszule,

siejąc  popłoch  w  ich  szeregach.  Elias  przez  chwilę  mu  się  przyglądał.
Tilmann nie był przecież żadnym niepokonanym herosem, tylko zwyczajnym
młodym człowiekiem, który całkowicie identyfikował się ze sprawą, o którą
walczył, i postanowił poświęcić dla niej życie.

Idąc  za  jego  przykładem,  Elias  zaczął  podążać  jak  lunatyk  w  stronę

Księgi. Gdyby nie Tilmann, byłby łatwym celem. Gomel na próżno próbował
wzywać starca do powrotu. W końcu, mimo zagrożenia, ruszył za nim.

Bitwa  weszła  tymczasem  w  kluczową  fazę.  Kiedy  od  brunatnych  koszul

dzieliło  go  już  zaledwie  kilka  metrów,  Tilmann  uniósł  nad  głowę  swoją
drewnianą  tarczę  i  rzucił  nią  w  strzelców,  powodując  straszliwy  hałas.
Następnie sam zwalił się na ziemię, a jego potężne ciało zniknęło w chmurze
pyłu.

Zaskoczeni  taką  odwagą  przyjaciele  postanowili  pójść  w  ślady

towarzysza,  a  Gomel  i  Elias  już  dotarli  do  rozwalonej  psiej  budy.  Adwokat
nie posiadał się ze zdumienia.

background image

– To ta Księga?

–  Tak,  to  ona…  Gdyby  nie  Tom,  mogliśmy  ją  stracić  bezpowrotnie  –

 odpowiedział Elias.

Otworzył tom, mamrocząc jakieś psalmy.

–  Co  pan  robi?  –  wrzasnął  Gomel,  by  przekrzyczeć  hałas  powodowany

przez intensywną strzelaninę.

– Dokończę swoją misję!

Elias już położył  palce na płonącym  tekście, kiedy Gomel  chwycił go za

ramię.

– Idę z panem! – krzyknął.

Jasna poświata otoczyła obu mężczyzn i zalała ulicę, na której komuniści

i brunatne koszule toczyli bój na śmierć i życie.

background image

42

Pierwszy  doszedł  do  siebie  Gomel.  Zobaczył,  że  jest  przy  nim  Elias,  nie

miał  natomiast  najmniejszego  pojęcia,  w  jakim  miejscu  i  w  jakich  czasach
wylądowali.  Było  chłodno,  najwyraźniej  zima  jeszcze  się  nie  skończyła.
Zapadł  zmrok.  Gomel  nie  znał  tego  miasta,  za  to  wygląd  mijających  ich
konnych zaprzęgów kojarzył mu się z latami dwudziestymi.

Adwokat  obudził  Eliasa,  delikatnie  nim  potrząsając.  Kiedy  starzec

otworzył oczy, zobaczył zapadniętą twarz Gomela.

– Nie powinien był pan tu się znaleźć – zaprotestował.

–  Daj  pan  spokój,  mogę  się  przydać.  Nawet  we  dwóch  nie  będzie  nas  za

dużo, zważywszy na to, co mamy do zrobienia…

Prawdę  mówiąc,  obecność  Gomela  działała  na  Eliasa  pokrzepiająco.

Młody człowiek miał siłę i energię, których jemu brakowało. Ponadto ulżyło
mu, że nie musi już sam dźwigać na barkach brzemienia, jakie stanowił jego
potajemny plan.

Nagle uwagę Gomela przyciągnęła czerwona ulotka fruwająca nad ziemią.

Była  zmięta,  jakby  ktoś  ją  wyrzucił.  Adwokat  rozprostował  kartkę
i  przeczytał  jej  treść:  Was  uns  not  tut!,  czyli  „To,  czego  potrzebujemy!”,  i
dalej:  „Przemówienia  Dra  Johannesa  Dingfeldera  i  Antona  Drexlera

[13]

.

Dołączcie  do  nas  24  lutego  o  godzinie  19.00  w  sali  bankietowej
Hofbräuhaus

[14]

. Na dole ulotki widniał podpis: DAP.

Elias  i  Gomel  wymienili  spojrzenia.  Księga  wskazała  im  właściwy  trop.

DAP  była  poprzedniczką  partii  nazistowskiej.  Możliwe,  że  Hitler  będzie
uczestniczył w tym spotkaniu.

Znajdowali  się  w  Monachium,  dochodziła  godzina  dziewiętnasta.  Był

dwudziesty czwarty lutego 1920 roku.

–  Pospieszmy  się!  –  zawołał  Gomel,  zabezpieczając  rewolwer,  zanim

włożył go do wewnętrznej kieszeni marynarki.

background image

Elias  poczuł,  że  ściska  mu  się  żołądek.  Czy  spotkają  ponownie  Hitlera,

czy będą mogli się do niego zbliżyć, stanąć z nim oko w oko? Chociaż sława
tego  człowieka  już  rosła  w  środowiskach  nacjonalistycznych  ówczesnego
Monachium,  to  miał  on  jeszcze  długą  drogę  do  przebycia,  zanim  zostanie
nietykalnym Führerem z lutego 1933 roku.

Z  łatwością  znaleźli  Hofbräuhaus.  Wszyscy  znali  ten  lokal.  Kiedy  Elias

i Gomel przybyli na miejsce, w sali przewidzianej dla niespełna tysiąca gości
było już co najmniej dwa razy tyle ludzi.

Torując  sobie  drogę  pośród  sympatyków  DAP,  doszli  aż  do  podium

i  stanęli  z  boku.  Z  trybuny  przemawiał  nie  Hitler,  lecz  doktor  Dingfelder.
Wygłaszał  klasyczną  nacjonalistyczną  mowę,  publiczność  słuchała  go  bez
większych emocji.

Gomel zwrócił uwagę Eliasa na fakt, że w tłumie było sporo komunistów.

Podczas  gdy  uczestnicy  spotkania  nie  spuszczali  oczu  z  Dingfeldera,  Ein
odwrócił głowę, jakby przyciągany przez potężne pole magnetyczne. Tuż za
swymi 

plecami 

zauważył 

ciemnościach 

sylwetkę 

sztywno

wyprostowanego  mężczyzny  o  nieufnym  wyrazie  twarzy.  Adolf  Hitler
przyszedł na wiec.

Elias  stał  jak  osłupiały.  Pierwszy  raz  widział  Hitlera  jako  człowieka.

Dostrzegł  w  nim  autentyczną  pasję.  Coś  w  rodzaju  zatrważającej  szczerości
w  skrajnej  postaci.  Czuł,  że  w  tym  momencie  Hitler  nie  ma  najmniejszego
pojęcia,  kim  się  stanie.  Był  człowiekiem  całkowicie  oddanym  Niemcom,
zgoda – fanatykiem, jednak odrzuciwszy wszelakie uproszczenia, patrząc na
niego, Elias zrozumiał, że Hitler sądzi, iż działa na rzecz Dobra.

Dostrzegał to wszystko w Hitlerze człowieku. Był on istotą ludzką, jednak

miał kompletnie wypaczoną wizję świata. Jak kapitan wprowadzony w błąd
przez  aparaturę  nawigacyjną,  sprowadzi  na  ludzkość  bezprecedensową
katastrofę.

Niewiele osób czyniących Zło jest świadomych, że czyni Zło – pomyślał

Elias.

Gdyby Gomel dostrzegł Hitlera, może by do niego strzelił. Natomiast Ein

wciąż miał ściśnięte gardło i nie odrywał oczu od profilu przyszłego Führera.
Hitler  słuchał  Dingfeldera,  był  zaabsorbowany  jego  mową,  całkowicie
pochłonięty myślą o rychłym odzyskaniu przez Niemcy dawnej wielkości.

background image

W  tym  momencie  tłum  zaczął  oklaskiwać  mówcę  i  wznosić  okrzyki

uznania.  Elias  zobaczył,  że  Hitler  do  niego  podchodzi,  spokojnie  go  mija
i wstępuje na podium.

Kiedy  ów  człowiek  stawał  przed  tłumem,  w  sali  nadal  panowała  wielka

wrzawa.  Nic  nie  powiedział,  tylko  obserwował  zgromadzonych  cierpliwie
i  chłodno.  Skrzyżował  ramiona,  udał,  że  przerzuca  notatki,  po  czym
ponownie wbił w tłum mrożący krew w żyłach wzrok.

Publiczność ucichła, ale Hitler pozostał milczący, co zasiało w umysłach

zebranych  coś  w  rodzaju  obawy.  Kiedy  po  długiej  ciszy  uznał  wreszcie,  że
nadszedł  odpowiedni  moment,  zaczął  przemawiać.  Początkowo  bardzo
spokojnie.

Mówił  o  Niemczech.  O  wojnie  1914  roku.  O  skradzionym  zwycięstwie.

Atmosfera  szybko  się  podgrzewała.  Jego  zdania  nabierały  bardziej
agresywnej wymowy. Kontrastowały z banalnym wystąpieniem Dingfeldera.
Słowa Hitlera były jak fale przypływu, coraz mocniej porywały publiczność,
zwłaszcza  że  mówił  prostym,  przystępnym  językiem.  Używał  wyrażeń  tak
ciętych,  że  przywodziły  na  myśl  ciosy  noża.  Ostro  piętnował  traktat
wersalski,  narzucony  przez  aliantów  dyktat,  który  upokorzył  Niemców,
a  jego  sygnatariusze  byli  tchórzami,  zdrajcami  narodu.  Kiedy  zaatakował
Żydów,  wyzyskiwaczy,  jego  słowa  brzmiały  jak  trzaśnięcia  biczem
przecinające skórę niewolnika.

– Powiesić ich! – zawył tłum.

Pośród  burzy  oklasków  Hitler  szczegółowo  przedstawił  swój  liczący

dwadzieścia  pięć  punktów  program:  odbudowanie  wielkich  zjednoczonych
Niemiec,  unieważnienie  traktatu  wersalskiego,  pozbawienie  Żydów
obywatelstwa 

niemieckiego, 

wypędzenie 

cudzoziemców, 

konfiskata

wszelkich  „dochodów  z  wojny”,  udział  pracowników  w  zyskach
przedsiębiorstw,  utworzenie  wielkich  narodowych  sił  zbrojnych,  czystki
w gazetach będących w rękach cudzoziemców lub Żydów…

Publiczność szalała z radości.

– Naszym jedynym hasłem jest walka. Nic nie odwiedzie nas od naszego

celu! – zakończył Hitler.

background image

43

Ściany  sali  zatrzęsły  się  od  braw.  Gomel  dołączył  w  tłumie  do  Eliasa

i wziął go pod ramię.

– Wyjdźmy tamtędy – szepnął do ucha starca, pokazując drzwi.

Esplanada  na  zewnątrz  była  pusta.  Obaj  mężczyźni  czekali  w  milczeniu

z bijącym sercem, nic się jednak nie działo.

Po  jakimś  czasie  lokal  zaczął  wypluwać  grupki  entuzjastów,  upojonych

piwem i słowami. Pochłonięci dyskusją, mijali Eliasa i Gomela, nawet ich nie
zauważając.

Nagle z piwiarni wyszedł zwarty orszak ludzi w ciemnych ubraniach. Bez

trudu dostrzegli wśród nich sylwetkę Hitlera.

Gomel  wyjął  rewolwer  i  wycelował  pod  marynarką,  którą  zasłonił  sobie

ramię. Elias trzymał lugera po ojcu w dłoni ukrytej w kieszeni płaszcza.

– Teraz! – wycedził Gomel przez zęby.

Młody  Adolf  Hitler  i  jego  świta  przeszli  chodnikiem,  po  czym  przecięli

ulicę nieopodal miejsca, w którym stali.

Gomel  zrobił  kilka  kroków,  by  być  bliżej  celu,  ale  w  chwili,  gdy  miał

strzelić, rzucił się na nich jakiś człowiek z okrzykiem Achtung! na ustach.

Skutek  zderzenia  z  nieznajomym  był  taki,  że  Gomel  stracił  rewolwer,

a święta księga upadła na chodnik. Wybuchło zamieszanie. Hitler się cofnął.
Padły  strzały.  Komuniści,  którzy  uczestniczyli  w  wiecu  wmieszani  w  tłum,
przyłączyli się do burdy, potęgując chaos.

Ulica  stała  się  sceną  straszliwych  zamieszek.  Elias,  który  zdołał  umknąć

napastnikom, próbował wziąć się w garść. Dostrzegł ognistą księgę leżącą na
bruku i ruszył w jej kierunku. Kiedy schylał się, by ją podnieść, zauważył, że
jakiś człowiek zerka na niego ukradkiem, próbując uciec z pola bitwy. To był
Hitler.

Elias  ścisnął  mocno  kolbę  pistoletu  i  wyprostował  plecy.  Nadeszła

background image

odpowiednia  chwila.  Trzeba  z  nim  skończyć!  Hitler  krzyknął.  Rozległ  się
wystrzał.

Starzec  podszedł  do  swojej  ofiary  leżącej  na  ziemi.  Zauważył,  że

zwolennicy  skrajnej  prawicy  stoją  jakby  porażeni  strachem.  Padł  ich
przywódca.

Elias  pochylił  się  nad  Hitlerem.  Ponieważ  okazało  się,  że  ten  nadal

oddycha, wycelował w jego czaszkę i zamknął oczy.

Rozległ  się  drugi  wystrzał.  Adolf  Hitler  wreszcie  zszedł  z  tego  świata.

W 1920 roku. Na dobre.

background image

44

Kiedy  Tom  ocknął  się  z  odrętwienia,  siedział  skulony  w  Sali  Księgi

w Braunau.

Wszystko  sobie  przypomniał.  Dziękował  Niebu,  że  wrócił.  Natychmiast

jednak pomyślał o Eliasie, którego zostawił pośród zawieruchy.

W  tym  momencie  poczuł  ostry  ból  w  nodze.  Krwawił,  na  udzie  miał

piękną ciętą ranę.

Wstał  nie  bez  problemów.  Kiedy  jego  spojrzenie  padło  na  otwarty  tom

Księgi,  zamknął  go  raptownie,  jakby  chciał  przerwać  zły  sen  albo
uniemożliwić  prześladowcom  pościg.  Raz  jeszcze  przebiegł  wzrokiem
majestatyczną Salę Księgi.

Poszedł  na  górę,  by  opatrzyć  sobie  nogę.  Po  opuszczeniu  błękitnego

pokoju  skierował  kroki  ku  starym  schodom  prowadzącym  na  piętro,  do
łazienki.  Tam  oczyścił  ranę  i  właśnie  zaczął  owijać  nogę  bandażem  z  gazy,
gdy usłyszał odgłos rozbijanego szkła.

Wyjrzał do holu, ale nie zauważył niczego podejrzanego.

Dopiero  gdy  wszedł  do  kuchni,  dostrzegł,  że  za  przeszklonymi  drzwiami

przesunął  się  jakiś  cień.  Serce  podskoczyło  mu  w  piersi.  Ktoś  się  dostał  do
domu Eina…

background image

45

Kiedy  Elias  oddał  ostatni  strzał,  posypały  się  na  niego  ciosy,  kopniaki

i  obelgi.  Został  wciągnięty  w  istny  wir  przemocy,  ale  nie  stracił
przytomności.  Dopiero  gdy  powietrze  przeszył  ostry  dźwięk  gwizdków
i  ciasny  pierścień  napastników  nieco  się  rozluźnił,  dostrzegł  leżące  kilka
metrów dalej poranione ciało Gomela.

Zdołał się do niego doczołgać. Gomel gasł – dwa ciosy noża rozcięły mu

klatkę  piersiową.  Żaden  z  nich  nie  wypowiedział  nawet  słowa,  wymienili
tylko spojrzenia pełne głębokiej wzajemnej wdzięczności.

Zanim Gomel zamknął oczy, zrozumiał, że doprowadzili misję do końca,

że może odejść w pokoju.

Łza,  która  spłynęła  po  policzku  Eliasa  Mędrca,  zakończyła  bieg  na

martwej  twarzy  młodego  bojownika  chwilę  przed  tym,  jak  starca  pojmali
monachijscy policjanci.

Kiedy  go  zabierali,  myślami  był  zupełnie  gdzie  indziej:  Hitler  został

zabity, wymazany, wykreślony z dziejów.

Nieważne, co się teraz stanie z nim samym, jakież to miało znaczenie? Nic

nie  liczyło  się  bardziej.  Gomel  nie  umarł  na  darmo.  Wypełnili  wolę  Księgi,
wolę Boga.

Tłum  powoli  się  rozpierzchał.  Jeden  z  policjantów  zauważył  dziwny

przedmiot  porzucony  na  mokrym  bruku.  Zaciekawiło  go,  co  też  ta  książka
robi w tym miejscu.

background image

46

Tom od razu rozpoznał sylwetkę czającą się za przeszklonymi drzwiami.

Nie mogło być mowy o pomyłce, znalazł go Böser.

Kilka dni wcześniej Archanioł zadzwonił do burmistrza i przyznał się, że

zgubił  trop  i  nie  ma  pojęcia,  gdzie  jest  chłopak.  Szukał  go  wszędzie,  bez
rezultatu.  Riefenstahl  nie  krył  rozgoryczenia.  Nie  wypuści  Mariki  na
wolność, póki Böser nie zgarnie małego włóczęgi.

Szef  policji  wpadł  w  związku  z  tym  na  pewien  pomysł.  Zaproponował

burmistrzowi, by dał córce pełną swobodę ruchów, on zaś będzie dyskretnie
ją  śledził.  W  ten  sposób  dziewczynka  wcześniej  czy  później  doprowadzi  go
do kryjówki Toma.

Riefenstahl  się  zgodził,  a  Marika  uwierzyła,  że  może  wreszcie  znowu

zacząć normalnie żyć.

Kiedy pierwszy raz opuściła dom, miała się na baczności. Jednak zgodnie

z  przewidywaniami  Bösera  jej  czujność  szybko  osłabła  i  przestała  się
pilnować.

Już  pierwszego  popołudnia  po  odzyskaniu  wolności  przypomniała  sobie

słowa  Toma  z  tamtej  pamiętnej  nocy.  Poszła  do  domu  Eliasa  i  zapukała  do
drzwi.  Traf  chciał,  że  akurat  tego  popołudnia  chłopiec  wrócił  ze  swojej
wyprawy do Berlina.

Wyglądało na to, że przez ostatnie dni dom stał pusty. Teraz również nikt

nie otworzył Marice, ale zobaczyła w szybie odbicie Bösera, który śledził ją
z  daleka,  siedząc  w  samochodzie.  Dziewczynka  zadrżała,  wzięła  się  jednak
w garść i postanowiła zawrócić, by nie wzbudzać ciekawości Archanioła.

Było już jednak za późno. Böser szukał Toma wszędzie, ale nie tu! Teraz

wszystko stało się dla niego jasne. Malec znalazł schronienie u tego starucha.
Dlaczego on sam na to nie wpadł?

Kiedy Marika, wracając do domu, obejrzała się za siebie, zaniepokoiło ją,

że  nikt  jej  już  nie  śledzi.  Ogarnęła  ją  trwoga  na  myśl,  że  Böser  w  tym

background image

momencie dokładnie przeszukuje dom Eina.

background image

47

Chłopiec  dyskretnie  wyjrzał  przez  okno  i  aż  przeszedł  go  dreszcz.  Po

stłuczeniu  jednej  z  szybek  w  drzwiach,  intruz  wsadził  rękę  przez  dziurę,
otworzył je i wtargnął do domu. Tom błyskawicznie ukrył się za kuchennymi
drzwiami.  Mężczyzna,  nie  robiąc  hałasu,  wyjął  broń.  Rzekome  odkrycie
włamania  byłoby  świetnym  pretekstem  do  uzasadnienia  ewentualnego
zabicia  dziecka  „przez  pomyłkę”.  Wszedł  do  holu  i  skierował  kroki  do
salonu.

Rzucił  okiem  na  biblioteczkę,  na  szachownicę  z  marmuru  i  hebanu,

zauważył  pozytywkę  Eliasa,  ale  co  najważniejsze  odkrył  kurtkę  Toma
pozostawioną  na  ściennym  wieszaku.  Jego  podejrzenia  znów  okazały  się
słuszne.

Kilka  dni  wcześniej  pozbył  się  Fuchsa,  tłumacząc  mu,  że  wypełnia

specjalną misję, wymagającą działania w pojedynkę. Konflikt między dwoma
policjantami  ostatnio  drastycznie  się  zaostrzył.  Teraz  Archanioł  miał  wolną
rękę, mógł robić, co zechciał.

Wszedł do kuchni. Tom obserwował go zza drzwi, starając się nawet nie

mrugać.  Mężczyzna  omiótł  pomieszczenie  wzrokiem,  zajrzał  pod  stół,  po
czym przystąpił do metodycznego przeszukania reszty domu.

W  tym  momencie  twarz  Toma  pobladła:  zapomniał  zamknąć  za  sobą

klapę w podłodze błękitnego pokoju!

I  stało  się  to,  co  było  nieuniknione.  Böser  poszedł  na  półpiętro,  pchnął

drzwi  od  pokoiku  i  odkrył  tajemne  przejście.  Thomas,  który  śledził  go
z pewnej odległości, zobaczył, jak znika w otworze i schodzi po kamiennych
stopniach.

Przeraziło  go,  że  ten  zły  człowiek  trafił  do  świętego  przybytku.

Mężczyzna stał przez chwilę jak osłupiały pośród kolumn i półek: oczarował
go  niesamowity  majestat  tego  miejsca.  W  sercu  Toma  strach  już  zdążył
ustąpić  pola  gniewowi,  chęci  skończenia  z  tym  intruzem  raz  na  zawsze.

background image

Podążał za nim, wstrzymując oddech.

Przede wszystkim nie można dopuścić, by odkrył sekret Księgi – pomyślał

chłopiec.

Musi koniecznie spróbować coś zrobić…

background image

48

Elias 

siedział 

ciemnościach, 

balansował 

pomiędzy 

snem

a rzeczywistością.

Jego  myśli  znów  zaczęły  błądzić  gdzieś  daleko.  Próbował  sobie

wyobrazić, jaki będzie teraz świat.

Przed  oczami  przesuwały  mu  się  bajecznie  kolorowe  obrazy  dzieci

i  zabaw  pośród  wybuchów  śmiechu.  Gdyby  nie  Hitler,  nie  doszłoby  do
narodzin  nazizmu,  ale  wyeliminowanie  go  z  pewnością  nie  wystarczy  do
zbudowania doskonałego świata. Była to nadal bardzo odległa perspektywa.

Elias  żywił  jednak  przekonanie,  że  proces  ludobójstwa  na  skalę

przemysłową,  koordynowany  przez  partię  nazistowską,  stał  się  z  ludzkiego
punktu  widzenia  możliwy  wyłącznie  z  powodu  fanatycznej  osobowości
Hitlera.

Bez  niego  na  świecie  niewątpliwie  dokonałyby  się  inne  masakry,  Żydzi

doświadczyliby  innych  pogromów  w  Europie  Wschodniej  i  gdzie  indziej.
Zaznaliby innych upokorzeń, innej marginalizacji, byliby zamykani w innych
gettach.

Ale  bez  Hitlera  wszystko  to  byłoby  przejawem  zwyczajnej  nienawiści

o  przeróżnych  korzeniach,  niezdolnej  mimo  wszystko  do  stworzenia
moralnego lewiatana, który wymyślił przemysł śmierci godzący w cały naród
oraz w niektóre grupy społeczne, uznane za niegodne istnienia.

Druga  wojna  światowa  i  tak  wybuchnie  –  pomyślał  Elias.  Poczucie

upokorzenia  wywołane  w  Niemczech  przez  traktat  wersalski  było  faktem
historycznym,  niemożliwym  do  zanegowania,  z  Hitlerem  czy  bez  niego.
Dlatego nowa wojna wydawała się nieunikniona.

Upadek Republiki Weimarskiej czy jej dryfowanie w stronę autokratyzmu

również  wyglądały  na  logiczną  konsekwencję  określonego  procesu
historycznego.  Nie  ulegało  wątpliwości,  że  Niemcy  zakwestionują  dyktat
będący  wynikiem  pierwszej  wojny  światowej  i  wcześniej  czy  później

background image

zażądają Nadrenii.

Do  tego  wszystkiego  dochodziła  jeszcze  presja  w  postaci  ideologii

komunistycznej.  Może  bez  NSDAP  Niemcy  popadłyby  w  bolszewizm,
a  historię  drugiej  połowy  dwudziestego  wieku  naznaczyłoby  otwarte  starcie
dwóch bloków?

Któż,  oprócz  samego  Boga,  może  wiedzieć,  co  by  się  stało?  Elias  zaczął

rozważać  wszelkie  możliwe  scenariusze.  Przypominało  to  przewidywanie
przebiegu  partii  szachów.  Konieczność  poświęcenia  wieży,  żeby  zbić
gońca… To było dokładnie to.

Uprzedzać ciosy, z góry je przewidywać.

Podczas  gdy  jego  umysł  rozpatrywał  najrozmaitsze  kombinacje,  z  ust

Eliasa  nie  schodził  uśmiech.  Bez  względu  na  to,  jaką  drogę  obierze
uwolniona  od  Hitlera  historia,  i  tak  będzie  ona  z  pewnością  lepsza  od  tej,
którą świat podążył wcześniej.

Spekulacje Eliasa dotyczyły także trzech wielkich dekad silnego wzrostu,

którego  Zachód  zaznał  w  latach  1945–1973.  Wyobraził  sobie  inne  relacje
pomiędzy  Północą  a  Południem,  radykalną  zmianę  w  kwestii  Bliskiego
Wschodu.

Bez  Szoah  losy  idei  syjonistycznej  potoczyłyby  się  całkiem  inaczej.

Państwo żydowskie prawdopodobnie nie powstałoby w Palestynie.

Elias  próbował  przewidzieć  drogę  tego  zreorganizowanego  świata,  którą

można  by  porównać  do  naprawionej  spirali  DNA,  uwolnionej  od
niepożądanej  rakowatej  mutacji.  DNA  zmodyfikowanego  dla  wspólnego
Dobra przez działający samotnie podmiot.

Mogliby temu przyklasnąć nawet ci, którzy porzucili wiarę w Boga. Może

zresztą o to Mu chodziło.

Z  zamyślenia  wyrwał  Eliasa  jakiś  dziwny  chlupot.  Na  podłogę  celi

spadały  krople.  Poznał  po  zapachu,  że  to  nie  woda.  Ściany  tego  strasznego
więzienia były w opłakanym stanie, kanalizacja nie działała. Nikt nie dbał tu
o ludzką godność.

Z pokrytych pleśnią murów sączyła się ludzka niedola. Elias pogrążył się

w  rozmyślaniach,  żeby  nie  popaść  w  rozpacz.  Wyobraził  sobie  inne,
pomyślne i dostatnie życie własnej rodziny i poczuł radość.

background image

Dzięki  swemu  czynowi  w  końcu  wypełni  ostatnią  wolę  ojca.  Uratuje

nazwisko  Einów  od  zniknięcia.  Może  był  to  przypadek,  a  może  zwykła
konieczność,  ale  ten  cud  został  dokonany  przy  użyciu  ojcowskiej  broni…
Jego  dumny  ród  obdarzony  różnorakimi  talentami  ma  szansę  na  znalezienie
należnego mu miejsca w Księdze Życia.

Palce  Eliasa  ożyły  w  półmroku.  We  fragmencie  utworu,  który  wygrywał

bezdźwięcznie  od  lat,  rozpoznał  melodię  ze  swojej  pozytywki.  A  ręka
odtwarzająca  ją  od  czasów  dzieciństwa  w  jego  pamięci  była  dłonią  ojca,
który muskał nieistniejące klawisze, siedząc z synem w operze.

Samotny,  zamknięty  w  odrażającym  karcerze  Elias  uśmiechnął  się  do

swoich  myśli.  Nikt  na  świecie  nie  jest  w  stanie  odebrać  mu  tego
wspomnienia. Jego pamięć zaczęła się wreszcie godzić sama z sobą.

Uspokojony  tą  myślą,  spróbował  sobie  teraz  wyobrazić  twarze  dzieci

swych dziadków, które zginęły, oraz twarze dzieci tych dzieci, które byłyby
teraz  jego  kuzynami.  W  naprawionym  świecie  Elias  odzyskałby  rodzinę.
Oddałby wszystko, by, zanim umrze, móc zobaczyć na własne oczy rezultat
tych niewiarygodnych cudów.

W tym momencie usłyszał odgłos otwieranej zasuwy.

background image

49

Tom śledził intruza ukryty za jedną z kolumn wielkiej Sali. Zobaczył, że

Archanioł  podszedł  niebezpiecznie  blisko  do  półek,  na  których  stały  tomy
Księgi. Zamierzał właśnie otworzyć jeden z nich.

Chłopiec chwycił drewniane krzesło. Chciał nim ogłuszyć mężczyznę, ale

Böser – dając dowód zadziwiającej przenikliwości i zręczności – odwrócił się
i  pewnie  złapał  mebel.  Przy  okazji  wypuścił  jednak  broń,  która  upadła  na
podłogę. Wiedziony instynktem przetrwania Tom zdołał ją podnieść.

Wycelował  w  Bösera,  ale  policjantowi  udało  się  go  rozbroić  jednym

kopniakiem i rewolwer poleciał na drugi koniec sali. Archanioł wyprostował
plecy, był prawdziwym olbrzymem. Rozpoczęła się walka na śmierć i życie,
podczas której obaj przeciwnicy dali upust straszliwej wściekłości.

Była  to  jednak  nierówna  walka.  Böser  wyciągnął  zza  cholewki  długi

stalowy  szpikulec.  Kilka  razy  o  mały  włos  nie  przebił  nim  na  wylot  Toma,
który miał utrudnione zadanie, bo powłóczył ranną nogą. Księgi zdawały się
beznamiętnie śledzić tę scenę.

Thomas  nie  dawał  już  rady.  Próbował  uciec,  zgubić  Bösera  w  labiryncie

spiralnych  korytarzy,  ale  mężczyzna  tropił  go  rozbawiony,  idąc  po  śladach
krwi.

–  Daj  spokój,  bądź  grzeczny.  Chodź  do  mnie…  Zapewniam  cię,  że  nie

zrobię ci nic złego…

Tom  potknął  się,  próbując  wejść  na  schody.  Archanioł  zdołał  go  złapać.

Przyparł  go  do  podłogi  i  wykręcił  mu  rękę  tak,  by  zadać  dziecku  jak
największy ból.

Nie  ukrywał,  że  czerpie  radość  z  tej  walki  wręcz.  Jego  oczy  błyszczały

niezdrowo. Teraz nie działał już na rozkaz Riefenstahla, robił to dla własnej
przyjemności.

Przycisnął szpikulec do szyi małego przeciwnika, tuż pod tętnicą.

background image

– Teraz powiesz mi, do czego służą te książki!

Na szyi Toma pojawiło się kilka kropel krwi. Chłopca ogarnęła panika.

–  Będziesz  mówił,  bo  w  przeciwnym  razie  wyślę  cię  w  zaświaty,

dołączysz do twojego przyjaciela antykwariusza.

Ponieważ  dziecko  nadal  nie  wypowiedziało  ani  słowa,  Archanioł

przywiązał je do krzesła.

Tom  wciąż  milczał,  więc  Böser  zaczął  go  torturować.  Przebijając  mu

skórę  stalowym  ostrzem,  tak  bardzo  się  podniecił,  że  wyglądał  dziwnie.
Malujące  się  na  jego  twarzy  szaleństwo  kazało  chłopcu  oczekiwać
najgorszego.

Dlatego sierota zdradził oprawcy sekret Księgi.

–  Kiedy  dotyka  się  świetlistych  liter,  przenoszą  nas  gdzie  indziej.  Mają

moc wysyłania ludzi tam, gdzie one chcą – wyszeptał.

Skonsternowany,  a  zarazem  oczarowany,  mężczyzna  zapragnął  sam  się

o  tym  przekonać.  Otworzył  Księgę,  ale  nie  dostrzegł  żadnego  blasku.  Tekst
nie ożył. Położył dłoń na Księdze, ale i tym razem nic się nie wydarzyło.

– Co ty opowiadasz? Ta cegła nie ma żadnej mocy!

Zirytowany,  chwycił  szpikulec,  by  skończyć  z  Tomem,  gdy  ten

wykrzyknął:

– Niech pan zaczeka! Przekona się pan. Niech mi pan poda Księgę…

background image

50

Księga  rozbłysła.  Böser  wytrzeszczył  oczy  –  dzieciak  nie  kłamał.  Miał

przed sobą cudowny Tekst. Nie zauważył drobnej sylwetki, która wślizgnęła
się do sali, a teraz stała za nim.

To była Marika. Kiedy zdała sobie sprawę, że policjant przestał ją śledzić,

zrozumiała, iż teraz  interesuje go wyłącznie  dom Eliasa i  będzie tam szukał
Toma. Dlatego zawróciła. Widziała, jak Böser włamuje się do środka. Poszła
za nim i stwierdziła z przerażeniem, że Thomas też tu jest. Próba uprzedzenia
przyjaciela o zamiarach policjanta mogłaby zgubić chłopca i ją samą.

Pozwoliła  więc  Böserowi  pójść  przodem,  a  następnie  wślizgnęła  się  za

nim  przez  otwór  w  podłodze.  Ona  także  była  oczarowana,  odkrywając
niesamowity sekret Eliasa i jego domu.

Postanowiła działać powoli, bo nie wolno jej było popełnić błędu.

Böser  właśnie  pochylał  się  nad  związanym,  tonącym  we  łzach  Tomem,

więc uderzyła go z całej siły w kark lampą, którą odczepiła z nadproża.

Szklany  zbiorniczek  pełen  nafty  eksplodował  na  czaszce  Bösera,  jego

zawartość ochlapała mu głowę i górną część korpusu, ale poza tym policjant
zbytnio nie ucierpiał. Z wolna odwrócił się w stronę dziewczynki i popatrzył
jej prosto w oczy z przerażającym grymasem na twarzy.

W tej samej chwili, w ułamku sekundy, nafta zajęła się ogniem.

Zamieniony  w  żywą  pochodnię  Böser  zawył  z  bólu  jak  opętany  i  ruszył

przed siebie, wywracając wszystko, co napotykał na swojej drodze.

Walił  w  ściany  tak  mocno,  że  książki  zaczęły  spadać  na  podłogę,  a  jego

krzyki  odbijały  się  echem  we  wszystkich  zakątkach  sali.  Wreszcie  runął  na
niego cały wielki panel biblioteki.

Tom  próbował  powstrzymać  pożar,  by  ratować  tajemną  księgę,  ale

z  jakiegoś  nieznanego  powodu  książki  zaczęły  się  same  zapalać  od  środka.
W  ciągu  kilku  minut  na  oczach  zrozpaczonych  dzieci  sala  zamieniła  się

background image

w jedno wielkie palenisko wydzielające duszący dym…

Ogień  pochłonął  ciało  Archanioła,  ale  i  dla  biblioteki  było  za  późno  na

ratunek. Została skazana na zagładę, zniknąć miała też Księga. Nikt nie mógł
temu zapobiec.

Tom  i  Marika  wzięli  się  za  ręce,  by  dodać  sobie  nawzajem  odwagi,

i  pośród  płomieni  ruszyli  w  stronę  schodów.  Był  to  prawdziwy  bieg
z przeszkodami, ale zdołali się wydostać z tego piekła.

W końcu dotarli do błękitnego pokoju. Kiedy zamknęli klapę w podłodze,

szlochając, padli sobie w objęcia.

Dzieci  były  już  daleko  od  domu  Eliasa,  kiedy  z  ulicy  dostrzeżono

wydobywający  się  z  niego  dym.  Alarm  wszczęły  siostry  Kraftówny,  które
mieszkały po sąsiedzku. Kilka minut później na miejscu zjawili się strażacy
z Braunau oraz tutejsza policja.

Gruba chmura dymu przykryła całą dzielnicę, ale pożar nie rozprzestrzenił

się  poza  podziemia  i  został  szybko  ugaszony.  Sala  Księgi  zamieniła  się
oczywiście  w  popiół,  ale  reszta  domu  niezbyt  ucierpiała,  pominąwszy
bałagan spowodowany interwencją strażaków.

Elias  był  nadal  nieuchwytny,  policja  nie  znalazła  też  żadnego  świadka,

którego mogłaby przesłuchać w tej sprawie.

Obawiając  się  skandalu,  który  zapewne  naraziłby  na  szwank  nazwisko

jego  i  córki,  Theodor  Riefenstahl  i  tym  razem  użył  swych  wpływów.
Śledztwo  wszczęte  po  znalezieniu  w  zgliszczach  zwęglonych  zwłok
Hermanna Bösera miało zostać szybko zamknięte, a za przyczynę jego zgonu
postanowiono 

uznać 

nieszczęśliwy 

wypadek 

podczas 

rutynowego

patrolowania okolicy.

Thomas  odprowadził  Marikę  przez  posępne  miasto  do  bramy  z  kutego

żelaza broniącej dostępu do domu jej rodziców. Byli wciąż zszokowani tym,
co przeżyli. Obiecali sobie, że będą milczeć.

– Ja też wrócę do siebie – powiedział Tom. – Przynajmniej nie musimy się

już niczego obawiać ze strony Bösera…

Po tych słowach chłopiec udał się do swojej kryjówki.

Przez  całą  drogę  myślał  o  Mędrcu  Eliasie.  Gdzie  on  może  teraz  być?

Dzięki darowi intuicji chłopiec wyczuwał zagrożenie. Pomodlił się więc, jak

background image

potrafił, o ocalenie starca.

background image

51

Po kilku dniach pobytu w areszcie Elias usłyszał, że stanie przed sądem za

zabójstwo  Adolfa  Hitlera.  Ponieważ  biegli  z  zakresu  medycyny  orzekli,  że
nie ma przeszkód, by został pociągnięty do odpowiedzialności karnej za swój
czyn, groził mu najwyższy wymiar kary: śmierć przez powieszenie.

Elias  przekazał  sądowi,  że  nie  życzy  sobie  pomocy  adwokata,  gdyż  woli

się bronić sam. Tak naprawdę podchodził do własnego procesu z olbrzymim
dystansem, jakby nie należał już do tego świata.

Prokuratura  postanowiła  mu  narzucić  obrońcę  z  urzędu,  jednak  Elias  nie

chciał  o  tym  słyszeć.  Zamierzał  sam  przemówić  do  ówczesnego  wymiaru
sprawiedliwości. Pragnął ostatni raz zwrócić się do świata.

Przydzielony  mu  na  siłę  adwokat,  mecenas  Egon  Apfelmann,  był

człowiekiem młodym i pełnym zapału. Bardzo go martwiło, że aresztowany
uparcie odmawia skorzystania z jego pomocy. Mimo to poświęcał mnóstwo
energii na studiowanie jego akt i próby przekonania zbuntowanego klienta.

Siedzący  samotnie  w  celi  Elias  rozgrywał  od  czasu  do  czasu  partie

szachów z samym sobą, tak jak kiedyś robił to w getcie mały Sof.

Czy przedwczesna śmierć Hitlera zmieni los tego chłopca? Elias był o tym

głęboko przekonany. Miał nadzieję, że mały Sof zostanie kiedyś szachowym
mistrzem i ojcem żyjącej w spokoju rodziny, otoczonym miłością bliskich.

Apfelmann,  który  okazał  się  naprawdę  wytrwały,  składał  mu  regularnie

wizyty.  Adwokat  dobrze  wiedział,  że  Eliasowi  grozi  kara  śmierci,  jednak
przestał  się  już  łudzić,  że  zdoła  go  przekonać,  by  zmienił  zdanie  i  pozwolił
mu  się  bronić.  Przychodził  już  tylko  po  to,  żeby  się  uczyć  od  Eliasa,
zrozumieć go, ogrzać się w cieple jego mądrości.

W przeddzień procesu zadał mu pytanie natury osobistej:

– Czy to znaczy, że nie boi się pan umrzeć?

Elias  podniósł  oczy  na  młodego  adwokata,  który  wyglądał  na  bardzo

background image

poruszonego.  Na  jego  twarzy  pojawił  się  uśmiech  godny  prawdziwego
humanisty. Wyszeptał:

– A pan bał się urodzić?

Ponieważ jego rozmówca milczał skonsternowany, Elias mówił dalej:

–  Widzi  pan,  mecenasie,  ja  wiem,  że  wkrótce  umrę.  Taki  jest  porządek

rzeczy. Śmierć i życie są ze sobą związane, to dwie bramy na naszej drodze.

background image

52

Pewien mężczyzna oglądał wczesnym rankiem świat, stojąc nad wysokim

urwiskiem.

Nagle zorientował się, że ktoś zaszedł go od tyłu. Tajemniczy nieznajomy

przyłożył mu czubek noża do pleców.

Zaprowadził  go  na  sam  skraj  przepaści  i  kazał  stanąć  z  twarzą  zwróconą

w jej stronę.

Szepnął mu do ucha:

„Policzę do trzech… i wtedy pofruniesz”.

Postawiony  w  sytuacji  bez  wyjścia,  zakładnik  na  próżno  próbował  się

buntować.

Pomyślał o straszliwej śmierci, która go czeka na dnie przepaści.

Jednak,  gdy  miał  już  spaść,  z  jego  pleców  wyrosły  olbrzymie,  wspaniałe

skrzydła.

I  odleciał  niczym  majestatyczny  Anioł,  jakby  przeistoczył  się  w  postać

z obrazów Tycjana.

Szybując  w  powietrzu,  odwrócił  głowę,  by  ostatni  raz  rzucić  okiem  na

skraj  urwiska,  na  miejsce,  z  którego  poderwał  się  do  lotu.  Nikogo  tam  nie
było.

W tym momencie Elias ocknął się w celi ze snu, który nękał go co noc.

background image

53

Minęło wiele dni, od kiedy został zamknięty w świecie, który nie był jego

światem. Co dzieje się teraz u niego, w Braunau?

Respektując wolę oskarżonego, mecenas Apfelmann przybył na rozprawę,

ale  nie  wystąpił  przed  sądem.  Starzec  przyszedł  tam  eskortowany  przez
dwóch  strażników,  obaj  byli  od  niego  wyżsi  o  co  najmniej  piętnaście
centymetrów.  Podczas  gdy  prokurator  z  emfazą  prezentował  sądowi  zarzuty
postawione  „Eliasowi  Einowi,  synowi  nieznanego  ojca  i  nieznanej  matki,
urodzonemu nie wiadomo kiedy, podobno narodowości austriackiej”, starzec
wydawał się oglądać z zainteresowaniem szczegóły wystroju sali rozpraw.

Jego  wzrok  spoczywał  po  kolei  na  ścianach,  umeblowaniu,  ubiorach

woźnych  sądowych…  Wyglądał  na  nieobecnego  duchem,  co  przypisano
długim dniom spędzonym w samotności w mrocznej celi.

Tymczasem  on  nie  przestawał  ani  na  moment  myśleć  o  uparcie

powracającym  śnie.  Jego  znaczenie  było  dla  niego  jasne.  Powinien  się
oderwać od świata, nauczyć się nie lękać śmierci.

Przez  całe  życie  Elias  starał  się  oswoić  z  myślą  o  odejściu  z  ziemskiego

padołu.  Jednak  teraz,  kiedy  nadchodził  ten  moment,  musiał  przyznać,  że
mimo wszystkich cudów, których był świadkiem w ciągu ostatnich tygodni,
w głębi duszy boi się bardziej niż kiedykolwiek wcześniej…

Strażnicy  zmusili  go,  by  usiadł  na  ławie  oskarżonych.  Odwrócił  się

i zobaczył Apfelmanna, który powitał go nieśmiałym ruchem dłoni.

Reszta sali była niemal w całości wrogo nastawiona do zabójcy młodego

przywódcy  nacjonalistycznej  ekstremy.  Elias  uśmiechnął  się  w  duchu  na
myśl,  że  będzie  sądzony  przez  tylu  niedowiarków  za  to,  że  uratował  im
wszystkim życie, a nawet o wiele więcej niż życie.

Zdawał  sobie  sprawę,  że  tylko  on  jeden  potrafi  oszacować  historyczne

i  moralne  znaczenie  swojego  czynu.  I,  jeśli  taka  jest  wola  Stwórcy,  zapłaci
bez oporów za ową ironię losu przed tym złożonym z konformistów sądem,

background image

który ma wydać na niego wyrok.

Nigdy  się  nie  dowiedzą  prawdy!  –  powiedział  sobie.  –  Tak  naprawdę,

walczyłem właśnie o to, żeby nigdy nie musieli się dowiedzieć.

W tym momencie woźny odchylił się w bok, odsłaniając stolik, na którym

leżały dokumenty i dowody rzeczowe.

Serce  podskoczyło  Eliasowi  w  piersi,  gdy  zauważył,  że  obok  innych

przedmiotów będących jego własnością spoczywa tam zgubiony przez niego
tom Księgi Życia. Był tam. Jakby na niego czekał.

Wyprostował się na ławie, by go lepiej widzieć. Tak, to była Księga! Nie

bił teraz od niej żaden blask, nic nie pozwalało odgadnąć jej boskiej natury.
Podziękował za to niebiosom.

Nadzieja na wyjście z koszmarnej sytuacji była teraz bardziej realna. Bez

namysłu wstał, by pokonać kilka metrów, które dzieliły go od Dzieła Boga.
Jednak  zebrani  ostro  zareagowali,  widząc,  że  oskarżony  opuszcza  swoje
miejsce,  i  Elias  został  siłą  usadzony  na  ławie  przez  dwóch  pilnujących  go
mężczyzn.

Sędzia  słuchał  w  tym  momencie  prokuratora,  nie  śledził  zajścia  od

początku.  Dopiero  wywołany  przez  nie  tumult  skłonił  go  do  uderzenia
dwukrotnie  młotkiem  w  stół,  by  przestrzec  publiczność  przed  dalszym
zakłócaniem rozprawy.

Eliasa ogarnęło przygnębienie. Drzwi do wolności były tak bardzo blisko,

a on nie mógł przez nie wyjść. Czyżby kpił z niego również i Bóg?

Czyżby  Wiekuisty  planował  wydanie  go  ludzkiemu  osądowi?  Los  Eina

spoczywał w Jego rękach jak nigdy wcześniej…

Elias  zamknął  na  chwilę  oczy,  by  się  skupić.  Był  wycieńczony.  Prosił

Stwórcę, żeby pokazał mu jakieś wyjście z sytuacji.

Tylko  jeden  człowiek  dostrzegł,  że  aresztant  jest  w  rozterce.  Był  nim

mecenas Apfelmann.

Prokurator  przez  cały  ten  czas  wylewał  z  siebie  cichym  głosem  strumień

niekończących się oskarżeń. Elias go nie słuchał.

Do chwili aż padło bezpośrednio skierowane do niego pytanie:

– Herr Elias Ein, tak się pan nazywa?

background image

–  Tak,  to  moje  imię  i  nazwisko  –  wymamrotał  starzec  po  długiej  chwili

milczenia.

– Herr Ein, czy jest pan winny czy niewinny zarzucanych mu czynów?

Elias  popatrzył  na  sędziego.  Miał  on  czerwoną  togę,  która  tak  jak

przyodziany  w  nią  człowiek  domagała  się  krwi.  Nie  ulegało  dla  niego
wątpliwości,  że  Żyd  tułacz  unicestwił  polityczną  przyszłość  Niemiec.  Było
oczywiste, że Elias nie może liczyć ze strony tych ludzi na zrozumienie czy
wdzięczność za to, że uratował ich przed tak wielkim złem.

–  Przyznaję  się  do  winy,  wysoki  sądzie  –  oświadczył,  stając  w  ławie  ku

ogólnemu zaskoczeniu. – Zabiłem Adolfa Hitlera! – wykrzyknął.

Sala zareagowała jeszcze większym poruszeniem.

– Nie macie najmniejszego pojęcia, kim mógłby się on stać, nie wiecie, do

czego  mogłoby  dojść  z  jego  winy,  ku  jakiej  przepaści  prowadził  Niemcy
i świat! – rzucił.

Publiczność  przyjęła  te  słowa  z  ogromną  dezaprobatą.  Sędzia

interweniował, ale miał problemy z przywróceniem ciszy.

– Oskarżony, niech pan siada!

Elias  zignorował  rozkaz  i  przemówił  mocnym  głosem,  w  którym

pobrzmiewały prorocze tony:

– Zgodziłem się  być winnym w  waszych oczach! Dla  was zgodziłem się

przyjąć karę! Jeśli jestem czemuś winny, to przywróceniu wam niewinności
wobec  historii.  Byście  nie  byli  odpowiedzialni  w  oczach  świata  i  w  oczach
Boga za okropności, których ten tyran miał się dopuścić w waszym imieniu!

background image

54

Elias  wrócił  do  więziennej  samotni.  Od  rozprawy  minęło  zaledwie  kilka

dni. Biedak nie ustawał w zanoszeniu do Boga próśb o uwolnienie.

Z  zewnątrz  dochodziły  odgłosy  demonstracji  zgrai  sympatyków

nacjonalistów. Proces wywołał w Niemczech prawdziwy kryzys polityczny.

Czerwoni  i  umiarkowani,  którzy  poparli  Eliasa,  zebrali  się  na  dziedzińcu

sądu. Nie łudzili się już, że ktokolwiek wysłucha ich racji, wyrażali mu więc
tylko głośno wdzięczność i snuli nierealistyczne plany jego uwolnienia.

Był wieczór, dziwna pora na odwiedziny, jak zauważył Elias, gdy strażnik

oznajmił mu przez okrągłe okienko w drzwiach celi, że będzie miał gościa.

Do  małego,  przesiąkniętego  wilgocią  pomieszczenia  wszedł  mecenas

Apfelmann.  Wydawał  się  bardzo  zdenerwowany,  na  czoło  wystąpiły  mu
grube krople potu.

– Herr Ein, wiem, że nie życzył pan sobie mojej pomocy jako adwokata…

Chciałbym jednak zapewnić pana o mojej przyjaźni, mimo tego, co uczyniło
z  pana  przestępcę.  Proszę  ostatni  raz:  niech  pan  mi  pozwoli  sobie  służyć  –
 wyrzucił z siebie jednym tchem.

Serce  Apfelmanna  waliło  jak  oszalałe.  Ein  widział,  że  adwokat  coś

ukrywa.

–  Mecenasie  –  odpowiedział,  patrząc  na  niego  ze  współczuciem.  –

 Wykazał pan wobec mnie ogromną cierpliwość. Powtarzam jednak: nie jest
pan w stanie mi pomóc…

– Nawet przekazując panu to? – przerwał mu Apfelmann.

Wyjął z teczki zgubiony przez Eliasa tom świętej księgi.

–  Patrzyłem  na  pana  w  chwili,  kiedy  dostrzegł  go  pan  na  stole  w  sądzie.

Odniosłem wrażenie, że jest dla pana niezwykle ważny. Dlatego zabrałem go
z  kancelarii  sądowej!  Myślę,  że  nikt  się  nie  zorientuje  do  jutra  rana.
Musiałem  działać  szybko  i  przekupić  paru  strażników,  by  nie  zadawali

background image

żadnych pytań.

Apfelmann  przyglądał  się  przez  moment  z  rozmarzeniem  Księdze,  którą

trzymał ostrożnie w dłoniach. Po kilku sekundach dodał:

– Próbowałem to czytać, ale tekst jest dla mnie niezrozumiały…

Apfelmann ryzykował dla niego życie, ale Elias go nie słuchał. On także

wbił wzrok w Księgę. Całym jego jestestwem na nowo zawładnęła nadzieja.
Ponieważ nic nie odpowiedział, adwokat również umilkł.

Jednak po chwili Elias odezwał się do niego tymi słowy:

–  To  On  pana  przysyła.  Dziękuję,  Herr  Apfelmann,  jest  pan  Mędrcem,

który odkupuje winy tej epoki.

Spojrzał  na  okładkę  Księgi.  Nie  promieniowała  żadnym  blaskiem.  Czule

położył dłoń na ramieniu adwokata na znak przyjaźni i rzekł:

– Przyjacielu, nigdy nie zdołam wyrazić panu mojej wdzięczności.

Adwokat  podał  mu  Księgę,  która  od  razu  zaczęła  wydzielać  łagodne

ciepło,  dobrze  znane  Einowi.  Przez  moment  starzec  wahał  się,  czy  nie
zdradzić mecenasowi swojego sekretu. Zmienił jednak zdanie, bo jaki by to
miało sens?

Położył delikatnie Księgę na podłodze i usiadł przy niej.

– Nie otworzy jej pan? – zapytał Apfelmann.

– Nie teraz – odparł.

– Wydawała się mieć dla pana tak wielkie znaczenie…

– Bo ma, mecenasie. Ta Księga to najcenniejsze dobro na tym świecie.

–  Poważnie?  Może  dlatego  policja  tak  bardzo  się  nią  zainteresowała.

Dopiero niedawno została dołączona do akt sprawy.

Zgrzytnęły  drzwi  celi,  we  wpadającym  z  korytarza  świetle  pojawiła  się

potężna sylwetka strażnika. Mężczyzna zajrzał do środka.

– Muszę coś panu powiedzieć – rzucił do adwokata, pokazując gestem, by

podszedł  do  drzwi.  –  Niech  się  pan  pospieszy  –    szepnął.  –  W  zasadzie  nie
ma pan prawa przebywać tu o tej porze. Ja i kolega narażamy się na sankcje.
Gdyby  ktoś  zobaczył  pana  z  więźniem…  Rozumie  pan,  nie  chcemy  mieć
problemów.

background image

–  Proszę  się  nie  niepokoić  –  odpowiedział  Apfelmann,  próbując  ukryć

zdenerwowanie. – Wszystko jest w jak najlepszym porządku! Zaraz kończę.
Za chwilę pana zawołam.

Strażnik zaryglował drzwi, mrucząc coś ze złością pod nosem.

Kiedy  adwokat  obracał  się  w  stronę  celi,  zaskoczył  go  potężny  błysk

złotego światła. Usłyszał „dziękuję”, powtórzone cicho przez echo w pustym
pomieszczeniu. Księga się zamknęła. Więzień odszedł.

background image

Finał

Kiedy  Elias  ocknął  się  ze  snu,  strasznie  bolały  go  wszystkie  mięśnie.

Siedział  w  swoim  salonie  przed  starą  szachownicą  Sofa.  Na  podwórzu
zaszczekał  pies.  Elias  był  brudny,  na  twarzy  miał  kilkudniowy  zarost.  Ale
koszmar się już skończył. Czuł ogromną ulgę, bo wypełnił swoją misję.

Zdziwił go smród spalenizny i to, że zastał w domu taki straszny bałagan.

No  tak,  przecież  Polsterka  przestała  przychodzić,  a  on  był  przez  jakiś  czas
nieobecny.  Jednak  poza  tymi  małymi  niedogodnościami  dom  wydawał  się
w nienaruszonym stanie, pomyślał więc, że smród dochodzi z zewnątrz.

Otworzył  okno.  Niebo  miało  barwę  olśniewającego  błękitu.  To  był

wspaniały  dzień.  W  oddali,  na  drodze,  dzieci  bawiły  się  czerwoną  piłką.
Nadchodziły pogodne dni, wszystko się odradzało. Elias Mędrzec patrzył na
to z lekkim sercem, sądził, że świat odzyskał dawną harmonię.

Ostatni  raz  rzucił  okiem  na  stojącą  na  prostokątnym  stole  szachownicę

z marmuru i hebanu.

Widok naprawionego świata, żyjącego wreszcie w zgodzie z samym sobą,

dodał mu tyle otuchy, że starzec postanowił wyzbyć się starych pretensji. Był
gotów kochać tę nową epokę przez czas, jaki pozostał mu do końca jego dni.

Podniósł oczy ku błękitowi, by oddać cześć Bogu i Jego woli.

Następnie  poszedł  do  swojego  pokoju.  Od  razu  się  zorientował,  że  ktoś

grzebał  w  jego  rzeczach,  wcześniej  starannie  poukładanych.  Zniknęły
pieniądze,  które  trzymał  w  szafie.  To  była  pewnie  sprawka  drobnych
złodziejaszków.  Włamanie  tłumaczyło,  skąd  się  wziął  ten  bałagan.  „Na
zdrowie!” – pomyślał z ironią.

Obraz  nowego  świata  całkowicie  go  przekonał,  nie  potrzebował  więcej

dowodów. Atmosfera radykalnie się zmieniła, uważał, że nowe otwarcie jest
oczywiste, w zasięgu ręki.

Usiadł w swoim fotelu z podgłówkiem w małym salonie. Czuł się dumny,

że  to  on  stoi  za  tą  naprawą  świata.  Teraz  pragnął  już  tylko  odkrywać

background image

niezliczone pozytywne konsekwencje swojego czynu.

Z miejsca, gdzie siedział, zauważył listy wysypujące się zza progu drzwi

wejściowych. Sporo się ich nazbierało. Dwa przyszły z Wiednia.

Przeczuwał, że w jego życiu doszło do jakiegoś szczęśliwego wydarzenia,

o którym nie śmiał już nawet marzyć.

Serce wypełniła mu radość. Napisała do niego siostra, Jelena! Prosiła, by

przyjechał  do  niej  do  Wiednia,  bo  jej  dzieci  i  wnuki  stale  pytają  o  starego
wujka Eliasa.

– Wujka Eliasa! – wykrzyknął. – To cudowne!

Rzeczywistość  naprawdę  została  radykalnie  zmieniona.  Jakaż  była  jego

radość, gdy zapoznał się z treścią drugiego listu. Podpisał go niejaki Hubert
Ein,  którego  Elias  nie  bardzo  potrafił  umiejscowić  w  swoim  drzewie
genealogicznym. Donosił, co następuje:

Wiedeń, 24 października

Drogi Kuzynie!

Nadal nie rozumiemy, ja i Evelynn, podobnie jak reszta rodziny,
dlaczego  postanowiłeś  zamieszkać  w  tak  odległym  mieście,
daleko  od  nas  wszystkich.  Brakuje  nam  Ciebie.  Chciałbym
wiedzieć,  czy  wszystko  jest  w  porządku,  bo  od  jakiegoś  czasu
nie  odbierasz  telefonów.  Bylibyśmy  bardzo  szczęśliwi,  gdybyś
powiadomił nas, co u Ciebie słychać.

Wiesz,  że  Einowie  zawsze  trzymali  się  razem,  nawet
w  najtrudniejszych  momentach.  Dlatego  chciałbym  mieć
pewność, że niczego Ci nie brakuje i że znalazłeś w Braunau to,
czego pojechałeś tam szukać.

Nie  tracimy  jednak  nadziei,  że  wrócisz  do  Wiednia.  Bardziej  niż
kiedykolwiek  chciałbym,  żeby  rodzina  trzymała  się  teraz  razem.
Liczymy na Ciebie.

Twój wielce oddany Ci kuzyn

Hubert H. Ein

background image

W ten oto sposób Elias dowiedział się, że odzyskał rodzinę, że nie jest już

sam na świecie.

To  była  niewątpliwie  najbardziej  wzruszająca  z  wszystkich  zmian,  które

w  ostatnim  czasie  zaszły  w  jego  życiu.  Miał  niemal  wrażenie,  że  zna  tego
Huberta.  Twarz  kuzyna  zaczęła  się  powoli  rysować  w  jego  głowie.  Twarze
siostrzenic,  siostrzeńców,  kuzynów  i  ich  dzieci  pojawiały  się  jak
wspomnienia wypływające na powierzchnię po długotrwałej amnezji.

Elias był teraz bogaty, posiadał dwie historie.

Mam  rodzinę!  –  pomyślał.  W  tym  samym  momencie  usłyszał,  że  na

podwórzu znowu zaszczekał pies.

List napełnił go radością. Z tyłu koperty znalazł adres nadawców: Hubert

i Evelynn Ein. Schönburgstrasse 72, Wiedeń.

Nabrał ochoty, żeby natychmiast do nich pojechać, poznać ich, cieszyć się

wraz z nimi.

Musi jeszcze dziś wyruszyć do Wiednia.

Udał się do swojego pokoju. Nogi same go niosły, jakby miał dwadzieścia

lat. Podróż do Wiednia trwa zaledwie pięć czy sześć godzin. Pociąg odchodzi
co dwie godziny.

W  holu  rozległ  się  głuchy  łomot.  Elias  nawet  nie  zwrócił  na  to  uwagi,

nadal przeżywał chwile uniesienia. Nigdy nie był szczęśliwszy. Ochoczo udał
się do łazienki i wziął prysznic. Miał wrażenie, że woda oczyszcza nie tylko
jego  ciało.  Spojrzał  w  lusterko  i  postanowił  się  ogolić.  Gdy  już  to  zrobił,
stwierdził,  że  jego  twarz,  choć  wychudzona,  bardziej  nadaje  się  teraz  do
pokazania ludziom. Stał się zupełnie nowym człowiekiem. Mimo fizycznego
zmęczenia, jego rysy wyrażały spełnienie.

Z podwórka znowu dobiegło szczekanie.

Szybko  się  ubrał.  Zszedł  po  schodach  do  holu  z  małą  walizką  w  dłoni

i stanął przed drzwiami.

W  tym  momencie  rozległy  się  trzy  kolejne  głuche  uderzenia.  Łup!  Łup!

Łup! Piekielny hałas. Elias zamarł.

*

background image

Walenie  było  tak  silne,  że  drzwi  mogły  w  każdej  chwili  ustąpić.  Na

zewnątrz ryki ludzi mieszały się ze szczekaniem psów. Elias usłyszał słowa
wykrzykiwane z mocnym niemieckim akcentem.

To zmroziło mu krew w żyłach.

Łup! Elias poczuł, że ogarnia go straszliwe przerażenie.

– Raus! Raus sofort! Türe auf, Jude!

[15]

W tym momencie drzwi ustąpiły i upadły ciężko na podłogę.

Na  starca,  który  ciężko  dyszał,  rzuciły  się  dwa  psy.  Powstrzymały  je

brutalnie grube skórzane smycze, które świsnęły w powietrzu jak bicz.

Pojawiło  się  trzech  olbrzymów  w  ciemnych  mundurach.  Oficerowie.  Na

kołnierzach bluz mieli przyszpilone dziwne trupie główki.

– Elias Ein? To pan? – zapytał jeden z nich.

Elias przytaknął skinieniem głowy, jak duch. Oficerowie wyprowadzili go

z domu. Nikt już więcej o nim nie usłyszał…

background image

Epilog

Wszyscy  mieszkańcy  Braunau  widzieli,  jak  oficerowie  z  krzyżami

żelaznymi,  aniołowie  śmierci,  jak  ich  nazwano,  zabierali  z  domu  starego
Eliasa.  Nikt  nie  miał  pojęcia,  dokąd  prowadzili  wszystkich  tych  Żydów,
którym 

tak 

brutalnie 

przerwali 

dotychczasowe 

życie. 

Żydów,

opozycjonistów, cudzoziemców, homoseksualistów, kaleki, Romów…

Szeptano  po  kątach,  że  aniołowie  śmierci  mają  czczonego  przez

wszystkich przywódcę, który nie dopuszcza jakichkolwiek krytyk. Niektórzy
twierdzili, że zatrzymanych gromadzono w określonych miejscach, by swoją
pracą  wnosili  wkład  do  ogólnonarodowego  wysiłku,  inni  opowiadali,  że
wysyłano ich na niechybną śmierć.

Nieliczni  w  miasteczku  ośmielali  się  mówić,  że  to,  do  czego  teraz

dochodzi, jest przerażające, że jak daleko sięga ludzka pamięć, nigdy żaden
nowoczesny,  cywilizowany  naród  nie  starał  się  tak  usilnie  podporządkować
sobie tylu innych ludów.

Wkrótce 

jednak 

mieszkańcy 

Braunau, 

poddani 

indoktrynacji

i  rozgoryczeni  z  powodu  wyrzeczeń,  sami  zaczęli  denuncjować  obcych,
a  także  wszelakich  oponentów  i  miejscowych  „dewiantów”.  Tak  było
w całym kraju, a wkrótce także w całej Europie.

Dzieci  selekcjonowano  od  razu  po  narodzinach,  słabe  rzucano  psom  na

pożarcie,  a  noworodki  uznane  za  najbardziej  obiecujące  powierzano
niańkom,  które  zapewniały  im  doskonałe  wychowanie,  całkowicie
podporządkowane idei Narodu.

Jeśli  chodzi  o  Toma,  dzięki  pomocy  Fuchsa  po  pożarze  wreszcie  mu  się

poszczęściło: ukryła go jakaś życzliwa rodzina z okolicy. Niemniej wciąż był
poszukiwany,  prawdopodobnie  dlatego,  że  nie  wyglądał  tak  jak  inne
austriackie dzieci, zapewne z racji swojego pochodzenia.

Sprawiedliwi,  którzy  go  przygarnęli,  chcąc  zrobić  dziecku  przyjemność,

kupili mu pewnego dnia jedną ze słynnych czekoladowych trufli Krugerów.

background image

Tom przypomniał sobie wówczas na moment twarz Eliasa Eina. I ogarnął go
głęboki smutek, bo zrozumiał, że już nigdy nie zobaczy starego Mędrca.

Dzięki  uprzejmości  Fuchsa,  Marice  i  Tomowi  udało  się  wymienić  kilka

listów.  Może  tych  dwoje  kiedyś  jeszcze  się  spotka,  chyba,  że  los  i  polityka
zdecydują inaczej.

Tom  zanosił  modły,  żeby  to  wszystko  szybko  się  skończyło.  Najbardziej

jednak  nurtowało  go  pytanie,  jaki  był  początek  tych  zdarzeń.  Czasem  miał
wrażenie,  że  zachował  w  pamięci  jakiś  inny  bieg  dziejów,  ale  teraz  były  to
już bardzo odległe wspomnienia.

Zapomniał, tak jak zapomnieliśmy my wszyscy.

Dowiedział się, że walka, którą tak dzielnie toczy obecnie kraj, już długo

nie potrwa, że władze zamierzają szybko się uporać z wrogiem zewnętrznym.
A wówczas nastanie tysiąc lat szczęśliwości…

Czekał  w  swojej  kryjówce  na  oswobodzenie.  Modlił  się,  by  latające  nad

jego głową samoloty rozbiły w proch ten pełen przemocy świat zdążający ku
własnej zgubie.

Ta  wojna  kiedyś  wreszcie  dobiegnie  końca,  a  Thomas  był

zdeterminowany  ją  przetrwać,  by  cieszyć  się  pełnią  życia.  Fuchs,  który
patrzył, jak chłopiec dorasta, zdał sobie sprawę, że to dziecko niesie nadzieję,
a nawet więcej, jest swego rodzaju obietnicą.

*

Dom  starego  Eina  został  zrównany  z  ziemią  po  jego  aresztowaniu.

Któregoś  dnia  Tom  zapuścił  się  w  ruiny  i  znalazł  w  nich  stare  listy  od
wiedeńskiej rodziny Eliasa. Ta ostatnia też już nigdy nie dała znaku życia. Jej
członkowie zapewne uciekli albo zostali zatrzymani.

Z kupy śmieci wygrzebał notes. Należał do Eliasa. Starzec napisał w nim:

„Nie  wiem,  czy  Bóg  jest  ze  mną,  czy  nie,  ale  wierzę.  Wkrótce  wymażę  to
wszystko  z  dziejów  świata.  To  jest  misja,  którą  mi  powierzył.  Wtedy  świat
odzyska dawną czystość, odzyska niewinność i zapomni”.

Odkopał  również  z  gruzów  pozytywkę  należącą  niegdyś  do  jego  starego

mistrza  i  jedną  z  książek  z  jego  zbiorów.  Kasetka,  której  zawartość
bezpowrotnie  przepadła  w  pożarze,  kontynuowała  podróż  w  czasie,

background image

wygrywając  swoją  melodyjkę.  Stała  się  czymś  w  rodzaju  testamentowego
zapisu Eliasa dla Toma. Chłopiec zachowa ją przez długi czas.

Książką ocalałą z płomieni był Archipelag Gułag.

Thomas  podkreśli  w  niej  później  fragment,  który  z  jakiegoś  powodu  na

zawsze pozostanie wyryty w jego mózgu.

„Gdybyż  to  było  takie  proste!  –  że  są  gdzieś  te  czarne  charaktery,

w  czarnych  zamiarach  wykonujące  swoją  czarną  robotę  i  że  trzeba  tylko
umieć je rozpoznać i zniszczyć… Ale linia podziału między dobrem a złem
przecina serce każdego człowieka. A kto gotów jest odciąć kawałek własnego
serca?

[16]

Kiedy zamykam oczy, mój umysł nękają zawsze te same dźwięki i obrazy.

Turkot kół pociągów na szynach, transporty, wagony towarowe, mróz, śnieg
polskich  czy  węgierskich  zim,  pierwszy  kamień  w  bezdennej  studni
zapomnienia.

Listy  opozycjonistów,  Romów,  homoseksualistów,  członków  ruchu

oporu…  Czerwone  obwieszczenia.  Denuncjacje.  Spojrzenie,  jakim  ojciec
stojący  przed  plutonem  egzekucyjnym  obdarza  trzymane  w  ramionach
dziecko. Jego palec skierowany w niebo. To brzęczenie w mojej głowie.

Umrę. Z mego ciała wymknie się dusza, która we mnie mieszkała, i będzie

zaklinać ludzi, żeby nigdy nie zapomnieli, do czego są zdolni.

Zbliża się dzień, gdy wszystko to zniknie w wielkim bezludnym labiryncie

archiwów. Taka jest kolej rzeczy.

Gdzie  będziemy,  gdy  przyjdzie  poranek,  jak  wszystkie  inne,  kiedy

z naszej winy dzieci naszych dzieci już nie będą pamiętać? Bo taki moment
na pewno podstępnie nadejdzie.

Tego dnia, tego właśnie dnia, to, co ze mnie pozostanie, będzie błądzić po

białych,  pustych  plażach  Normandii,  by  wspominać,  słuchać  posępnego
krzyku mew i odgłosów fal uderzających o zimny piasek.

W hołdzie Dino Buzzatiemu

za jego opowiadanie Povero bambino!

[17]

Dla upamiętnienia 21 kwietnia 2002 roku

[18]

background image

Przypisy

[1]

 W Braunau urodził się w 1889 roku i mieszkał we wczesnym

dzieciństwie Adolf Hitler. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki)

[2]

 Urzędnikiem celnym był ojciec Hitlera.

[3]

 Ein Sof to w Kabale istota Boga, jego esencja.

[4]

 Sefer ha-chaim (hebr.) – Księga Życia. Zgodnie z tradycją żydowską to

znajdujący się w niebiosach aktualizowany co roku rejestr uczynków
ludzkich, na podstawie którego w żydowski Sądny Dzień (Jom Kipur)
Stwórca „wpisuje” swą decyzję o życiu i śmierci każdego człowieka
w nadchodzącym roku.

[5]

 Nowela szachowa (Schachnovelle) – opowiadanie austriackiego pisarza

Stefana Zweiga (1881–1942), napisane w 1941 roku. Jego akcja toczy
się w Austrii, po aneksji tego kraju przez Hitlera.

[6]

 Cytat z przemówienia Adolfa Hitlera wygłoszonego w 1936 roku

w Monachium.

[7]

 Friedrich Hölderin (1770–1843) – niemiecki poeta.

[8]

 César Franck (1822–1890) – kompozytor i organista pochodzący

z Liège (obecnie w Belgii).

[9]

 Böse (niem.) – zły, źle, zło.

[10]

 Tytuły trzech części książki: I – REX, II – TREMENDAE, III –

 MAJESTATIS (łac.), połączone (Królu mocy przeraźliwej) dają tytuł
fragmentu Requiem Wolfganga Amadeusza Mozarta.

[11]

 Hitlers Rede (niem.) – przemówienie Hitlera.

[12]

 Franz von Papen (1879–1969) – od czerwca do grudnia 1932 roku

kanclerz Rzeszy, w latach 1933–1934 wicekanclerz w rządzie Hitlera.
Paul von Hindenburg (1847–1934) – w latach 1925–1934 prezydent
Republiki Weimarskiej i III Rzeszy.

[13]

 Doktor Johannes Dingfelder (1867–1945) – lekarz, autor rasistowskich

background image

tekstów, znany przede wszystkim właśnie z przemówienia, jakie
wygłosił 24 lutego 1920 roku w Monachium na wiecu, kiedy to
Niemiecka Partia Robotników (DAP) przekształciła się
w Narodowosocjalistyczną Niemiecką Partię Robotników (NSDAP).
Anton Drexler (1884–1942) – założyciel DAP.

[14]

 Hofbräuhaus – słynna piwiarnia w centrum Monachium.

[15]

 Wyłaź! Wyłaź natychmiast! Otwieraj, ty Żydzie!

[16]

 Aleksander Sołżenicyn, Archipelag Gułag 1918–1956, przełożył Jerzy

Pomianowski, Rebis 2008.

[17]

 Dino Buzzati (1906–1972) – włoski pisarz i dziennikarz. Jego napisane

w 1966 roku opowiadanie Povero bambino! (Biedny chłopczyk)
zainspirowało tu epizod dotyczący dzieciństwa małego Hitlera.

[18]

 21 kwietnia 2002 roku do drugiej tury wyborów prezydenckich we

Francji przeszedł (obok Jacques’a Chiraca) lider nacjonalistycznego
Frontu Narodowego Jean-Marie Le Pen. Wygrał Chirac.

background image

Spis treści

1
I REX
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
II TREMENDAE
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31

background image

32
33
34
III MAJESTATIS[10]
35
36
37
38
39
40
41
42
43
44
45
46
47
48
49
50
51
52
53
54
Finał
Epilog
Przypisy

background image

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Marszałkowska 8

00-590 Warszawa

tel. 22 6211775

e-mail: 

info@muza.com.pl

Dział zamówień: 22 6286360

Księgarnia internetowa: 

www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: 

MAGRAF s.c.

, Bydgoszcz


Document Outline