background image

Płomień Tiergarten 
Grzegorz Wiśniewski 

 

Pamiętała Reichstag zamieniony w kupę gruzów, płomienie i dywan ciał pokrywające całą Unter 
den Linden, a także zasnuwającą niebo kurtynę czarnego, smolistego dymu. Widziała cienie 
czterosilnikowych polskich lataczy, bombardujących z pułapu zbyt wysokiego dla 
przechwytujących myśliwców Rzeszy. Te obrazy wyryte były na zawsze w sercu każdego 
berlińczyka. Doszła do tego jeszcze gorycz porażki, gdy w sierpniu 1947 roku polskie armie 
pancerne przedarły się przez Odrę, zajmując Brandenburgię i Turyngię oraz zdobywając Berlin. 

 

 

 

I′ll make you an offer you can′t refuse 
You′ve only got your soul to lose 
Eternally...? 
Let yourself go
 
1. 
Kolumna postaci odzianych w buropiaskowe, sięgające ziemi płaszcze wolno wypełzła zza 
drzew i ruszyła noga za nogą szerokim leśnym traktem. Poranek był chłodny. Z pysków 
oficerskich koni, idących w awangardzie, unosiły się kłęby pary. Wprawdzie zza horyzontu 
wychynęło już słońce, ale dywan burych chmur nie pozwalał jego promieniom dotrzeć do 
spragnionej ciepła ziemi. Niesprzyjająca aura wyraźnie pogarszała nastroje żołnierzy. Nad 
kolumną unosiło się od czasu do czasu pełne jadu rosyjskie przekleństwo, a skuleni w siodłach 
oficerowie puszczali je mimo uszu. Też mieli najwyraźniej dość tej ekspedycji. 
Katarina odjęła na moment lornetę od oczu i zaklęła pod nosem. Ci rosyjscy durnie leźli wprost 
w zasadzkę. Spojrzała w prawo, kciukiem włączając obwody termowizyjne. Trakt przebiegał 
pomiędzy dwoma niewysokimi pagórkami, pokrytymi gęstym liściastym borem i kępami 
krzewów. Rosyjski kapitan nie powinien pakować się na tę drogę bez wysłania przodem patrolu 
kozackiego. Zresztą, poprawiła się wyostrzając lornetę, i tak niczego by nie zauważyli. Przez 
termowizor dostrzegła białe widma kilkunastu postaci, zaczajonych na tle czarnogranatowej 
pustki lasu. Zatoczyła głową łuk. Były tam co najmniej dwa plutony, to samo na pagórku po 
drugiej stronie drogi. Wepchnęła lornetę do futerału i do oka podniosła celownik optyczny 
swojego SturmSchützera. Po krótkim poszukiwaniu dostrzegła jednego z zaczajonych żołnierzy, 
odzianego w maskujący mundur i wspartego o kolbę długiego karabinu. Mogła go z łatwością 
dosięgnąć, ale cóż z tego. Rosyjskie kompanie i tak były już skazane na zagładę. 
Jakby w odpowiedzi na jej myśl po obu stronach drogi rozległ się szczęk granatników i w środku 
rosyjskiej kolumny eksplodował łańcuch ognistych fontann. Między końmi oficerów jaskrawo 
rozbryznęły się dwa granaty fosforowe. Jedno czy dwa zwierzęta przewaliły się na bok konając 
w drgawkach i przygniatając jeźdźców. Pozostali bezładnie spadali z grzbietów szalejących 
wierzchowców albo zeskakiwali potykając się o poły płaszczy. Spomiędzy drzew zagrzmiała 
palba i otumanione szeregi rosyjskiej piechoty przerzedziły się. Do akcji włączyły się dwa 
wielolufowe karabiny maszynowe kosząc z dobrze zamaskowanych stanowisk czoło kolumny. 
Salwa granatników podniosła znów fontanny ziemi i odłamków. Leśną drogę niemal całkowicie 
ogarnął tuman wzburzonego pyłu, tak, że niewiele było widać z tego, co tam się działo. Do uszu 
Katariny docierały tylko odgłosy strzałów i eksplozji oraz przytłumione jęki rannych. 
- Sałdaty, wpieriod! - krzyknął dowódca, wstając z kolan i wzniesioną szablą wskazując na 
północny pagórek. - Za cara i wielikuju Rossiju! Za... - strzał strzelca wyborowego powalił go w 
pył drogi. 

background image

- W sztuki! Wpieriod! - podchwycił któryś z młodszych oficerów. Nierówna falanga piechoty 
runęła poprzez zarośla, osadzając na swoich kapiszonowych karabinach długie jęzory bagnetów. 
Chcieli ze wszystkich sił zewrzeć się z niewidocznym wrogiem, wyrwać się z pułapki 
ostrzeliwanego traktu, na którym zostało tak wielu ich kolegów. Katarina przez moment myślała, 
że mają szansę. Jeżeli dotrą pod osłonę krzaków, staną się bezpieczni od ognia z drugiej strony 
drogi. Nie doceniła jednak maestrii zasadzki. Zaledwie Rosjanie wpadli na skraj lasu, rozległy 
się tam silne detonacje, trysnęły kłęby drewnianych strzępów i odłamków. Korony niektórych 
drzew zafalowały, a poszycie zajęło się ogniem. Zaraz zrozumiała, co się stało. Miny. Pobocze 
traktu roiło się od min. 
Rozległy się przenikliwe sygnały gwizdków. Granatniki zaprzestały ostrzału. Ogień z obu 
pagórków zgęstniał, a płytki wąwóz niemal zatrząsł się od gromkiego "Hurrrraaaa! ", gdy na 
Rosjan ruszyli naraz żołnierze z obu stron drogi. Po jakiejś minucie spomiędzy drzew wypadło 
kilkadziesiąt przerażonych, odzianych w buropiaskowe płaszcze postaci i z rozpaczą zaległo po 
obu stronach drogi, kryjąc się wśród porzuconego sprzętu, ciał swoich towarzyszy i koni. Nad 
lasem na moment zapadła cisza. Katarina przyjrzała się sytuacji przez celownik. Atakujący 
zatrzymali się w odległości jakichś pięćdziesięciu metrów od traktu. Co planowali? 
Wśród drzew ktoś chrząknął przez tubę nagłaśniającą. 
- Russkije sałdaty! Was ostałos′ mało, waszi oficiery pogibli, u was niet szansow na spasienije. 
Sdawajties′! - powiedział miękki, spokojny głos. Któryś z żołnierzy strzelił w tamtym kierunku. 
Niemal natychmiast przygwoździł go strzelec wyborowy. Głos powtórzył apel jeszcze dwa razy, 
ale już po pierwszym niektórzy Rosjanie wstawali, rzucając broń. Ostatecznie poddali się 
wszyscy. Katarina zgrzytnęła zębami. Gdyby to byli żołnierze Rzeszy... 
Spomiędzy drzew wyłoniło się kilkanaście postaci w maskujących mundurach i spędziło 
wszystkich jeńców w niewielką, ponurą gromadę. W tej ekspedycji brały udział co najmniej 
dwie kompanie, oceniła Katarina, ale bez szwanku wyszło z niej nie więcej jak czterdziestu 
Rosjan. Nie było wśród nich żadnego oficera. Przyjrzała się spacerującym po pobojowisku 
grupkom zwycięzców. Każdy z nich miał tornister i samopowtarzalny model karabinu, o niebo 
lepszy od kapiszonowej broni rosyjskiej. Ale najbardziej interesującą częścią był mundur. 
Składała się nań krótka, gruba kurtka i spodnie niknące w sięgających nieco ponad kostkę 
solidnych butach. Materiał wyglądał, jakby pokryto go drobniutkimi, długimi strzępami tkanin w 
różnych odcieniach zieleni. Kogoś odzianego w taki mundur można było w biały dzień z kilku 
metrów wziąć za przerośniętą kępkę trawy. Jedna tylko rzecz nie pasowała do reszty. Rzecz, 
której Katarina nauczyła się nienawidzić z całej duszy. Wyhaftowana czerwonymi nićmi na 
prawym rękawie, stylizowana sylwetka orła w koronie. 
- Verdammte polnische Schweine - mruknęła z wściekłością pod nosem. - Ich hasse Euch! 
Pochyliła się nad swoim karabinem i nie bacząc na niebezpieczeństwo, z odległości dwustu 
metrów ścięła serią trzy najbliższe postacie w maskujących mundurach. 
- Ich hasse! Ich hasse! Ich hasse! 
2. 
Pierwszą rzeczą, która przychodziła jej do głowy na myśl o Polakach, było morze płomieni i 
uczucie bezradnej nienawiści. Pamiętała Reichstag zamieniony w kupę gruzów, płomienie i 
dywan ciał pokrywające całą Unter den Linden, a także zasnuwającą niebo kurtynę czarnego, 
smolistego dymu. Widziała cienie czterosilnikowych polskich lataczy, bombardujących z pułapu 
zbyt wysokiego dla przechwytujących myśliwców Rzeszy. Te obrazy wyryte były na zawsze w 
sercu każdego berlińczyka. Doszła do tego jeszcze gorycz porażki, gdy w sierpniu 1947 roku 
polskie armie pancerne przedarły się przez Odrę, zajmując Brandenburgię i Turyngię oraz 

background image

zdobywając Berlin. Świetnie rozpoczęta wojna sudecka nie zakończyła się dla Rzeszy 
pomyślnie. Rozgromienie Francji, odbicie Alzacji i Lotaryngii okazało się niczym wobec 
ofensywy ze wschodu. Prawdziwy wróg krył się właśnie tam. Katarina gorzko płakała w dniu, w 
którym zdolny generał Heinz Guderian podpisywał kapitulację. Obiecała sobie, że nie dopuści, 
aby Rzesza i Cesarz zostali ponownie znieważeni. 
Przystanęła na moment i poprawiła wyprofilowane szelki plecaka. Zerknęła najpierw na mapę, a 
potem przed siebie. Dostrzegła fragment ścieżki, prowadzącej ostro pod górę, aż na szczyt 
niewielkiego zalesionego wzniesienia. Sprawdziła busolę. To był dobry kierunek, prawie była 
już u celu. Rozpoczęła wspinaczkę starając się trzymać brzegu dróżki, jej świetnie wytrenowane 
ciało bez protestu znosiło tempo marszu. 
Podobno to któryś z cesarskich historyków zwrócił uwagę na przeszłość. Na wojnę 1864 roku, 
przez Polaków nazywaną wyzwoleńczą. Katarina kilkakrotnie przeglądała stare zapisy z tamtego 
okresu oraz stosy traktujących na ich temat opracowań i zawsze zdumiewała się, że nikt nie 
zwrócił wcześniej uwagi na łatwość, z jaką Polacy odnieśli zwycięstwo.  
Najpierw pokonali interwencyjne armie rosyjskie, a potem kilka korpusów Rzeszy, idących na 
pomoc dziesiątkowanym wojskom Aleksandra II. 
A przecież początkowo sytuacja nie wyglądała na groźną. Po wyeliminowaniu oddziałów 
buntowników Langiewicza i Kurowskiego, po zwycięstwach pod Miechowem i Grochowiskami 
Rosjanie doszli do wniosku, że czeka ich długotrwała wojna partyzancka. Polacy nie wydawali 
się zdolni do wystawienia większego związku taktycznego. Tak sądzili do lipca, kiedy to oddział 
polskiego generała Kruka rozbił konwój rosyjski pod Żyrzynem i dał się otoczyć pod 
Fajsławicami, w województwie lubelskim. Z pomocą jakiejś świeżej polskiej jednostki pokonał 
przeważające siły pułkownika Szewczenki. Kiedy zaniepokojony tym głównodowodzący armii 
carskiej w Królestwie, generał Teodor Berg, ruszył z korpusem warszawskim zbadać sytuację, 
nadział się pod Dęblinem na dwie regularne polskie dywizje. Obie wyszkolone tak, jak żadne 
inne wojsko na świecie i uzbrojone w świetną, francuską - jak głosiły plotki - broń. Po 
całodziennym boju w okrążeniu, wobec prawdziwej masakry kawalerii Rosjanie poddali się. 
Długo nikomu nie przyszło do głowy, że ta przewaga mogła zostać spowodowana czymś innym, 
niż słynną walecznością Polaków. 
Katarina zeszła ze ścieżki między krzaki i zaczęła wspinać się po kamienistym, niezbyt stromym 
zboczu. Gdy stanęła na szczycie, schowała mapę do kieszeni i odpięła od pasa spłaszczony walec 
nadajnika. Rozejrzała się. Rosło tutaj kilkanaście drzew i trochę krzaków, ale większość pagórka 
zajmował olbrzymi głaz narzutowy, pozostałość epoki lodowcowej. Obeszła go od północnej, 
porośniętej mchem ściany i wcisnęła guzik nadajnika. 

 

Przez chwilę czekała w napięciu, czy coś się wydarzy. Inżynierowie Ośrodka Temporalnego 
Rzeszy często mówili o krzywej Heisenberga-Kortenaera i dużym rozrzucie czasowym 
transmitowanych obiektów. Jej docelową datą był marzec 1863 roku, a trafiła na pełnię lata. 
Pytanie tylko, którego roku. Jeżeli trafiła w energetyczne ekstremum przekaźnika, to mogła 
wtargnąć w continuum najgłębiej i przybyć najwcześniej. 
Odetchnęła z ulgą, gdy spod ściany głazu odezwał się sygnał ostrzegacza. Ktoś z grupy był tu 
przed nią. Zaczęła kopać, pomagając sobie szerokim nożem i po paru minutach wydobyła spod 
sterty kamieni brunatnoczarny korpus pojemnika. Wewnątrz znalazła zegar atomowy, trzy 
identyfikatory i trochę notatek na spolimeryzowanym papierze. Ciekłokrystaliczny wyświetlacz 
zegara wskazywał, że jest 24 lipca 1863 roku. Zaczęła czytać, żując koncentrat wyciągnięty z 
plecaka. 

background image

Pierwszy zjawił się w 1860 Peter Lützow, wysoki, roześmiany blondyn, który w ich grupie 
Spezialzeitdienst był zawsze duszą towarzystwa. Zostawił trochę szkiców dużego kompleksu 
gospodarczego, który odkrył na północny wschód od Lublina. Pozdrawiał serdecznie wszystkich 
czytelników. Ostatnia notatka pochodziła z czerwca 1861. Zapisał, że prawdopodobnie 
namierzył cel i idzie wykonać swój obowiązek. Katarina zmarszczyła brwi. Co się z nim stało 
potem? Przewertowała pozostałe kartki, ale niczego więcej nie zapisała ręka Petera. Reszty 
zapisków dokonali Otto Stern i Horst Keller. Przypominając sobie twarz Kellera, Katarina 
przymknęła na moment oczy. Jej pamięć zasnuły niedawne wspomnienia. Chmury dymu i 
płomieni. Jęzory elektrycznych wyładowań pełzające po systemach zasilających Ośrodka. 
Kellerowie, Horst i Rudi, w pośpiechu wbiegający na salę przekaźników, dopinający sprzęt. 
Nagły błysk spod sufitu, nieznośne, białe światło. Zakrwawiony profesor Bergenhardt machający 
na nich ręką. " Skaczcie! Skaczcie! ". Horst żegnający spojrzeniem ciało brata, zmasakrowane 
wybuchem samosterującego pocisku. 
A jednak im się udało. Mimo nagłego, bezwzględnego ataku na Ośrodek, udało się wysłać co 
najmniej dziewięcioro z nich.  
Otworzyła oczy, wracając do lektury. Stern pojawił się w grudniu 1861. Zapiski dokonane jego 
ręką nie wnosiły właściwie nic nowego. Kompleks przemysłowy w pobliżu Lublina nadal 
działał, a nawet powiększył się trochę, sądząc z kilku nowych szkiców. Stern wysłał do 
warszawskich biur Ochrany kilka anonimowych donosów, ale nie spowodowało to żadnej reakcji 
Rosjan. Wreszcie na wiosnę 1862 roku, po miesiącu obserwacji celu, zdecydował się na 
zbadanie wnętrza budynków. Wtedy jego notatki się urywały. Horst Keller pierwszego zapisu 
dokonał w marcu 1863, na samym początku ciepłej wiosny. Katarina wyczytała między 
wierszami przygnębienie z powodu śmierci brata, która z jego punktu widzenia nastąpiła 
kilkadziesiąt godzin wcześniej. Keller, wzorem Sterna i Lützowa, zainteresował się tajemniczym 
kompleksem. Napisał wprost, że nie wierzy, aby Otto i Peter nadal pozostawali wśród żywych. 
Cel najwyraźniej był sprytniejszy od nich. Horst spędził wiele dni na podkradaniu się pod 
budynki i instalacje kompleksu, zauważył duży ruch w drewnianych koszarach. Był świadkiem 
manewrów pułku piechoty, przebiegających ze złowróżbną precyzją. Udało mu się też ustalić 
wygląd celu. Był to wysoki, ciemnowłosy mężczyzna, zazwyczaj noszący wyjściowy, 
pozbawiony dystynkcji mundur. Horst przyłapał go, jak demonstrował kilku polskim inżynierom 
technologię niskich temperatur. Nie dało się wprawdzie dostrzec twarzy tamtego, ale Keller był 
pewien, że za którymś razem wreszcie mu się powiedzie. 
Nie powiodło się. Zapiski urywały się 26 maja. 
Katarina zamyśliła się. Trzech agentów Spezialzeitdienst zostało prawdopodobnie zabitych i to 
wtedy, kiedy według teoretyków Ośrodka nie powinni napotkać żadnych problemów. Wszyscy 
byli wszak świetnie wyszkoleni, przeszli morderczy, kilkumiesięczny trening w Serbii. Znali 
sztukę maskowania, potrafili bezszelestnie się skradać, byli doskonałymi strzelcami. 
Najwyraźniej jednak to nie wystarczyło, pomyślała ze smutkiem, wspominając twarze kolegów. 
Nie wystarczyło. 
Dołożyła swój identyfikator do trzech spoczywających w pojemniku i spojrzała na widoczny z 
pagórka horyzont, górujący nad nierównym dywanem lasu. Robiło się późno. Promienie słońca 
zaczynały już słabnąć, ustępując pola pogodnemu wieczorowi. Katarina stwierdziła, że zostanie 
przy głazie do rana. Chciała trochę odpocząć po trudach marszu, zamierzała też dopisać kilka 
kolejnych akapitów na stronicach z pojemnika. 
3. 

background image

Rankiem trzeciego dnia udało jej się kupić od chłopa wymizerowaną szkapę, dzięki której 
dotarła w okolice Lublina w niecałe dwanaście godzin. Po drodze napotkała sporo niedobitków z 
rozgromionej pod Fajsławicami dywizji Szewczenki. Wlekli się wzdłuż dróg długimi 
kolumnami. Obdarci, wycieńczeni, z oczami pełnymi złych błysków. Nikt z nich, nawet nieliczni 
oficerowie, sporadycznie pojawiający się w tej masie, nie wydawał się mieć pojęcia, że jest 
świadkiem czegoś, co nie miało prawa się zdarzyć. 
Kilka razy próbowali ją zatrzymać i zabrać jej konia. Musiała kilku zabić, nim dali jej spokój. Na 
szczęście po paru kilometrach minęła ogon ostatniej, rozciągniętej na ponad kilometr grupy i 
droga opustoszała. Zza trawiastego, niewysokiego pagórka wychynął kanciasty kształt karczmy, 
wybudowanej z niewypalonych cegieł i pokrytej gęstą strzechą. Zatrzymała konia i spojrzała w 
niebo. Słońce było jeszcze wysoko, ale z zachodu zbliżały się kłęby burych chmur. 
Zdecydowała, że zasłużyła sobie na małą przerwę i posiłek. 
Niski, grubawy karczmarz zaoferował jej miejsce przy drewnianym stole, tłustą polewkę i kilka 
pajd gruboziarnistego chleba. Trochę niewygodnie siedziało jej się z karabinkiem pod peleryną, 
ale wolała go nie odkładać. Chłopi zajmujący ławy w kątach raz po raz częstowali ją 
nieprzychylnymi spojrzeniami. Najwyraźniej raziły ich jej maniery i ubranie, wykonane z 
wyraźnie lepszych materiałów niż ich przyodziewek. Czuła się zupełnie jak przybysz z innego 
świata, którym zresztą była. 
Przez dyskretny szum rozmów, toczonych z silnie plebejskim akcentem, przedarł się nagle 
skrzyp schodów. Katarina dostrzegła jak chłopi przenieśli swoją uwagę w tamtą stronę, pod 
powałę. Celowo się nie obejrzała, nie obchodziło jej, na co się tak patrzą. Nie obchodziło jej 
przynajmniej do chwili, gdy poczuła na ramieniu czyjąś dłoń. Obejrzała się. 
Dłoń należała do wysokiego, zwalistego mężczyzny, którego usta rozciągały się właśnie w 
przyjaznym uśmiechu. Miał na sobie bluzę i spodnie o identycznym kolorze co jej ubranie. 
- Wie geht′s, Katarina? - odezwał się spokojnym głosem. 
Kąciki jej ust wbrew jej woli powędrowały w górę. Boże, jak to dobrze, że cię widzę. 
Książę Heinrich von Hohenzollern trafił do Spezialzeitdienst z oddziałów spadochronowych 
Reichswehry, tak samo jak Katarina. Tyle, że jego wyprzedzała sława znakomitego żołnierza, 
zdobyta podczas akcji korpusu Ligi Narodów w Hiszpanii. Stał się jednym z filarów kadry 
Projektu. I jej bliskim przyjacielem. 
- Boże, Heini, nie masz nawet pojęcia jak się cieszę, że cię widzę... - zaczęła, próbując 
zapanować nad głosem. W duszy wezbrała jej fala ulgi i radości, zupełnie jakby wszystko 
najgorsze było już poza nią. 
- Nie tutaj - przerwał jej trzeźwo. - Wynająłem pokój na górze - wskazał na schody. Nie czekając 
na jej reakcję obrócił się do karczmarza i powiedział: 
- Ta pani zostaje ze mną. Każ przynieść dodatkową poduszkę do mojego pokoju. 
- Czy zająć się też jej koniem? 
- Oczywiście. Nie żałuj mu obroku. I znajdź miejsce w stajni. 
Srebrny rubel znajdował się dopiero u szczytu paraboli, tuż pod powałą, ale karczmarz już 
skłonił się lekko, nie spuszczając monety z oka. 
- Wedle życzenia, panie. 
Pokój, a raczej pokoik, był bardzo mały i niski. Stojące w kącie koślawe łóżko zapychało go 
niemal całkowicie. Umeblowania dopełniały dwa stołki, stół z miednicą, piec i cebrzyk z wodą. 
Światło wpadało do środka przez niewielkie, przerażająco nieszczelne okienko. Katarina 
przestąpiła próg, obrzucając niechętnym spojrzeniem rozpięte w kątach pajęczyny i wyleniałą 
makatę, w zamierzeniu mającą zdobić ścianę. Podłoga zaskrzypiała jej pod nogami. 

background image

Heinrich zamknął drzwi. 
- Das ist ein Wunder, ein richtiges Wunder - natychmiast przytuliła się do niego. - Nie potrafię 
tak do końca uwierzyć w nasze spotkanie, ale to wspaniale, że tak się stało. 
- Ja też się cieszę, mała - pocałował ją lekko w usta, po czym gestem zaprosił dalej. - Rozgość 
się. 
Zrobiła kilka kroków, Heinrich zatrzymał się tuż za nią. 
- Jak ty możesz mieszkać w takich warunkach ? - Rzuciła karabinek na łóżko i odwróciła się do 
niego twarzą. - Po kwaterach Ośrodka to chyba niezbyt miła odmiana? 
- W Hiszpanii bywało gorzej - dotknął dłonią jej policzka. - Przyzwyczaiłem się. Nie mam 
przecież innego wyjścia. 
- Zmieniłeś się, Wasza Wysokość - stwierdziła przyglądając mu się. - Ta broda. Zmarszczki. 
Wyglądasz na kogoś, kto wiele przeszedł. 
- Nawet o tym nie wspominaj. 
Przywarła do niego mocno i ich usta zetknęły się w gorącym pocałunku. Pozwoliła swojej dłoni 
ześlizgnąć się po jego karku w rozcięcie koszuli, delikatnie trąciła kolanem jego kolano... 

 

- Nie. Daj spokój - zrobił krok wstecz, ale nadal trzymał ją za ramiona. Opanowała iskrę gniewu, 
która zabłysła jej w umyśle. Heinrich zmierzył ją wzrokiem, a na jego twarzy zakwitł lekki 
uśmiech. - Nie zrozum mnie źle. Nic się między nami nie zmieniło. Chodzi po prostu o nich - 
wskazał podłogę. - Przestali rozmawiać i teraz nasłuchują. Pewnie czekają na skrzypienie łóżka. 
Katarina nadstawiła ucha. Szum rozmów, który słyszała na schodach i zaraz po wejściu do 
pokoju faktycznie zniknął. 
- Wann bist du hier erschienen? - zapytała zmieniając temat. Odpięła uprząż plecaka, zrzuciła go 
i zajęła się ściąganiem płaszcza. 
- Prawie dwa tygodnie temu - też wolał przejść na niemiecki. Podszedł do okna i usiadł na 
stołku. - Skakałem jako ostatni. W zmodyfikowane koordynaty, więc mocno mnie zniosło. 
Obudziłem się przy jakiejś wiosce koło Wilna. Prawie całą drogę musiałem pokonać na 
własnych nogach. 
- Byłeś ostatni? - spojrzała na niego z zaskoczeniem. - Ilu naszych udało się wysłać? 
Pokręcił głową i jego uśmiech zgasł. Zastanowił się chwilę. 
- Niewielu - stwierdził sucho. - Dwie sekcje naszej grupy i kilku ludzi od Schmidta. Brama 
drugiego przekaźnika oberwała zaraz na samym początku. Niekontrolowane wyładowanie 
załatwiło wszystkich, którzy tam byli. Co do jednego. 
Milczeli oboje przez chwilę. Pod podłogą znów odezwał się nieco wytłumiony szum rozmów. 
- Jak oni się dowiedzieli? - zapytała podnosząc wzrok. - Istnienie Ośrodka było przecież 
całkowitą tajemnicą. Generał Steiner tyle razy chwalił się swoimi systemami bezpieczeństwa. 
Bunkra pod Tiergartenem nie były w stanie odkryć nawet polskie satelity. 
- To już przeszłość, Kati - wstał i przeniósł się na łóżko obok niej. - Nie myśl o tym. 
- Ty tego nie rozumiesz - wykrztusiła czując napływające do oczu łzy. Wspomnienia wróciły do 
niej z siłą tsunami. - Wciąż pamiętam czterdziesty siódmy, miewam koszmary z tamtych kilku 
dni. Dym, gruz i stosy ciał. Wyjące syreny. Krzyki. I nade wszystko te sięgające nieba 
płomienie. Połowę miasta iluminowaną gigantycznymi plamami pożarów, ulatującą w niebo 
czarnymi chmurami kopcia. 
Objął ją delikatnie i wplótł palce w jej włosy. 
- Wiesz, że szukałam mojej matki cały dzień? - powiedziała bezbarwnym głosem. - A przez ten 
czas polskie latacze bez przerwy bombardowały. Potem wkroczyli do Berlina i urządzili sobie 

background image

defiladę sto metrów od krateru, w którym kiedyś stał mój dom. Tak samo jak teraz. Bunkier 
Ośrodka znajdował się prawie w centrum Berlina, ale to nie przeszkodziło im wystrzelić całej 
chmary samosterujących pocisków. 
Pocałował ją delikatnie w kark. 
- Ale teraz zapłacą za wszystko - po policzku potoczyła jej się duża łza. - Co do feniga. Co do 
każdego pieprzonego feniga. 
Oddała mu pocałunek. To, czy ci na dole zwrócą uwagę na skrzypienie łóżka, przestało ją 
obchodzić. 
4. 
- Czy to tutaj? - zapytał Heinrich, wskazując panoramę, której fragmenty były widoczne 
pomiędzy pniami drzew. 
- Tak wynika z notatek - odparła Katarina, zatrzymując się na chwilę. Porównała z mapą 
położenie pagórka, z którego właśnie schodzili. - Tego jest więcej, niż sądziłam. Cała ta dolina 
jest zapchana budynkami, mnóstwem kominów i innych konstrukcji o charakterze wyraźnie 
przemysłowym. Wybudowanie tego od zera musiało zabrać komuś z pięć-dziesięć lat. 
- Stamtąd będzie niezły widok - Heini wskazał niewielką polankę na zboczu pagórka. - 
Spróbujmy odnaleźć coś, co wygląda na laboratorium. - Przewiesił swój karabinek przez ramię i 
wyciągnął z futerału lornetkę. 
Dolina nie była chyba ani duża, ani głęboka. Przez jej centrum płynęła wąziutka rzeczka, na 
mapie nie posiadająca nawet nazwy. Zabudowania zajmowały na oko dwa, najwyżej trzy 
kilometry kwadratowe. Katarina naliczyła półtora tuzina niewysokich kominów, wychylających 
się z warstwy wiszącej nisko mgły i co najmniej pięć stożkowych rusztowań szybów 
wiertniczych. Kilka kominów dymiło. Sam kompleks posiadał wyraźny układ ulic, połączony 
jednak z całkowitym brakiem oznaczeń budynków. Widoczne było jednak rozgraniczenie. Na 
lewo, bardziej na północ, skupiały się grupy niskich, dwupiętrowych domów, poprzedzielanych 
gdzieniegdzie pasami zieleni. Tam najwyraźniej mieszkali robotnicy, pracujący w południowej, 
większej części. Tam budynki były większe, wyraźnie podobne do hal fabrycznych, najeżone 
kominami, otoczone bryłami metalowych zbiorników. 
- Spójrz na ogrodzenie - usłyszała szept Heiniego. 
Wokół kompleksu ciągnął się pas drucianego, wysokiego na ponad trzy metry ogrodzenia, 
rozpiętego na powbijanych w ziemię słupach. Parę metrów za nim widoczne było drugie, o 
połowę niższe. Każdy ze słupów wieńczyła graniasta konstrukcja ze szkła i metalu, wewnątrz 
której jarzył się niewielki płomyk. 
- Oświetlenie gazowe? - zapytała. 
- Najwyraźniej centralnie sterowane - odpowiedział Heini. - Cały teren jest w nocy oświetlany. Z 
pewnością są też patrole. 
Jakby na potwierdzenie jego słów rozległ się przenikliwy dźwięk gwizdka i z prawej strony 
weszło w pole widzenia trzech ludzi w znanych już Katarinie maskujących mundurach. Przy 
nodze pierwszego z nich dreptał duży pies. 
- Przekazują sobie sygnały gwizdkami - stwierdziła z uznaniem. - Sieć patroli jest pewnie tak 
gęsta, że mogą się nawzajem kontrolować. 
- I na noc spuszczają psy - dodał Heini. - Ogrodzenie jest podwójne. 
- Trafiliśmy do właściwych drzwi. Poznaję ich mundury. To oni zrobili zasadzkę, o której ci 
opowiadałam. 
- No to mamy ich. 

background image

Od świtu minęła już ponad godzina i w kompleksie zaczął się ruch. Na uliczkach pojawiły się 
grupy ludzi, od strony hal nadbiegł szczęk i posapywania uruchamianych maszyn, a liczba 
dymiących kominów podwoiła się. Cały kompleks ruszał do pracy. Po następnej godzinie z 
północnej części doliny dobiegał jednostajny już chór młotów, szczęk pił i niskotonowe 
dudnienie tokarek. Wnętrze jednego z budynków rozjaśniała od wewnątrz pomarańczowa łuna 
przetapianego metalu, ściany innego omiatały raz po raz gęste pęki iskier. Wszystko to 
przebiegało ze sprawnością świadczącą o dużej rutynie. Uwagę Katariny przyciągnął rozległy, 
kilkupiętrowy budynek stojący na północnym skraju kompleksu. Przesunęła pokrętło skali do 
maksimum i dostrzegła wieńczące tamtą konstrukcję dwie wieżyczki. Obie zajęte przez 
żołnierzy. 
- Spójrz w lewo, Heini - powiedziała. - Na krańcu kompleksu. To z pewnością koszary. Pewnie 
takie same są po przeciwnej stronie. Widzielibyśmy je, gdyby nie gałęzie. 
Ale Heinrich nie obrócił głowy. Wciąż patrzył gdzieś między hale przemysłowe. 
- Hej, co z tobą... - zaczęła. 
- Spójrz - opuścił lornetkę, ale nie oderwał wzroku od horyzontu. 
Zza kompleksu podnosił się w górę biały, cygarowaty kształt, na oko o długości dwustu metrów. 
Chwilę później dołączył do niego drugi. Oba zawisły na moment nieruchomo ponad rzednącymi 
pasmami mgły, po czym skręciły nieco i majestatycznie odpłynęły na wschód. Katarina zdążyła 
dostrzec przez lornetkę sporo szczegółów: gondole podwójnych silników, podwieszone pod 
kadłubami pojemne kabiny transportowe i uzbrojone w lunety stanowiska obserwatorów. Zaklęła 
bezsilnie w myślach. Nie istniała rzecz, której mogłaby bardziej nienawidzić niż polskich 
lataczy. Nie były to wprawdzie te same skrzydlate maszyny, znane jej z dzieciństwa, a jedynie 
ich unoszone helem pierwowzory, wystarczały jednak w zupełności do przywołania z pamięci 
rzeczy, które tak bardzo chciała zapomnieć. 
- Mają tylko dwa? - zapytała Heiniego, siląc się na spokój. - W starych raportach była mowa o co 
najmniej dwudziestu. 
- Może to nie jest ich jedyna baza - odpowiedział, nie odrywając oczu od oddalających się 
lataczy. - A może nie wyprodukowali jeszcze tylu. W końcu do bitwy brzeskiej zostało jeszcze 
kilka miesięcy. Mają czas. 

background image

 

Tak, pomyślała Katarina, mają czas. Muszą minąć jeszcze dwa tygodnie, nim Korpus 
Warszawski Berga wypełznie spod osłony miasta i spotka swoje przeznaczenie gdzieś pod 
Dęblinem. Potem musi minąć półtora miesiąca, nim Rosja zbierze armię interwencyjną, nim ta 
armia wymaszeruje z białoruskich twierdz i nim dotrze pod Brześć nad Bugiem. Dopiero wtedy 
dopadnie ją z powietrza chmara polskich lataczy, samym swoim widokiem wywołując panikę 
wśród żołnierzy, i rozpocznie bezlitośnie celne bombardowanie ciasnych kolumn wojska. Na 
głowy Rosjan spadną setki ton bomb z fosforem, iperytem, sarinem, dynamitem i Bóg wie z 
czym jeszcze. A kiedy dziesiątkowana z powietrza armia, na rozkaz głównodowodzącego 
marszałka Ramsaya, nadal będzie kontynuowała marsz na zachód, natknie się w końcu na 
umocnione pozycje polskiego korpusu. Umiejętnie podpuszczona przez informatorów spróbuje 
pokonać przeciwnika z marszu, w wyniku czego na Białoruś wrócą jedynie niedobitki tylnej 
straży. Rozmiar tej klęski tak oszołomi Aleksandra II, że następną armię będzie on w stanie 
wystawić dopiero po ośmiu miesiącach i porozumieniu z Rzeszą oraz Austrią. Nie nastąpi 
planowane na 22 stycznia ogłoszenie ukazu carskiego o uwłaszczeniu, co pozwoli oficjalnemu 
rządowi powstańczemu wykorzystać to politycznie i społecznie. 
Potem wszystko pójdzie szybko. Gdy na początku czerwca 1864 roku doborowe korpusy Rzeszy 
i Rosji wkroczą na tereny pozostające pod kontrolą powstańców, Polacy będą mieli ponad setkę 
lataczy oraz 150 tysięcy dobrze wyszkolonych i świetnie uzbrojonych żołnierzy. Wyniszczająca 
wojna trwać będzie jeszcze rok i przyniesie całkowitą zagładę wojskom cara, a naciskany przez 
Francję kanclerz Bismarck rozkaże wycofać się resztkom wojsk niemieckich. 

 

Rzesza przegra swoją jedyną szansę na hegemonię w Europie, nie zdając sobie nawet z tego 
sprawy. 
Heinrich znów podniósł do oczu lornetkę i skierował ją ku budynkom koszar. 

background image

- Tam może mieszkać cały batalion - mruknął pod nosem. - Verdammte scheisse, nasza misja 
może być trudniejsza, niż myślałem. 
- Co masz na myśli? 
- Te wszystkie budynki - zatoczył dłonią półkole wskazując dno doliny - te hale przemysłowe, 
naftowe szyby, warsztaty. Jest ich bardzo dużo i wyraźnie są używane od dawna. Boję się, że to 
wszystko zaszło już za daleko. Daleko poza punkt, w którym bylibyśmy jeszcze w stanie coś 
zmienić. 
- Ale takie jest przecież nasze zadanie - Katarina wbiła mu wzrok w oczy. - Musimy chociaż 
spróbować. Pomyśl o ludziach, którzy zginęli przy realizacji projektu. Pomyśl o Kellerach, o 
Sternie i Bóg wie ilu innych z sekcji Schmidta. Pomyśl, ile wysiłku i pieniędzy wymagała 
budowa Przekaźnika. Pamiętaj o zaufaniu, jakim obdarzył nas twój ojciec i cała Rzesza. 
Heinrich uśmiechnął się blado. 
- Dla mojego ojca istnieje tylko Otto, mój najstarszy brat - powiedział ze śladem goryczy w 
głosie. - On będzie następcą tronu, więc o niego tylko wypadało się troszczyć. Ostatni raz 
rozmawialiśmy prywatnie po moim powrocie z Hiszpanii, gdy wręczał mi Żelazny Krzyż. 
- Nie bądź małostkowy - zganiła go. - To nie tylko twój ojciec, to także panujący nam Cesarz. 
Musi umieć panować nad emocjami. 
- Nawet nie przyszedł pożegnać się ze mną przed skokiem - wzrok Heinricha powędrował gdzieś 
w horyzont i tak pozostał. 
- Hej - dotknęła jego dłoni swoją - Co cię ugryzło? 
Pokręcił głową. 
- Nawet jeżeli dostaniemy tego, kto jest za to odpowiedzialny - wyjaśnił zamyślonym tonem - ta 
machina może nadal funkcjonować. Polacy wciąż będą mieli zaplecze gospodarcze, kilka dobrze 
wyszkolonych jednostek i sporą część nowoczesnej technologii. A co jeżeli przeciwników będzie 
kilku i nie zdołamy zabić wszystkich? 
- Skąd u ciebie ten defetyzm? - spojrzała mu w twarz. - Nigdy nie słyszałam, żebyś mówił coś 
takiego wcześniej. 
- To nie defetyzm - pogładził jej policzek, ale w oczach pojawiło mu się zatroskanie. - Staram się 
być realistą. Jeżeli coś zrobimy, musimy szczegółowo to zaplanować i zrealizować. I musi nam 
się udać. 
- Jesteś ze mną - uśmiechnęła się lekko - więc nie boję się niczego, co może nadejść. Niczego. 
Jego spojrzenie stężało na moment. 
- Nie zapomnij o tym. Nigdy. 
5. 
Obudziła się tuż przed świtem, odruchowo łapiąc za broń. Las wokół pogrążony był w tumanach 
mlecznej mgły. W koronach drzew świergotały nieliczne ptaki, w pobliskich krzakach 
hałasowały jakieś drobne zwierzęta, ale ogólnie panował spokój. Było dość chłodno, czujnik w 
zegarku Katariny wskazywał ledwie trzynaście stopni powyżej zera. Rozejrzała się za tym, co ją 
obudziło i uśmiechnęła się szeroko na widok rudej wiewiórki, ostrożnie obwąchującej jej plecak. 
Zwierzątko wyprostowało się węsząc czujnie, po czym powiewając rudą kitą uciekło na drzewo. 
Katarina przeciągnęła się w śpiworze i wpatrzyła w dywan burych chmur nad swoją głową, 
widocznych przez dziury w szałasie. Cumulusy wisiały tak nisko, że zdawały się wspierać o 
czubki drzew. Lato 1863 roku było bardziej deszczowe, niż można to było wywnioskować z 
historycznych zapisków. 
Wstała, przeciągając się i ruszyła w kierunku leśnego źródełka, aby zażyć krótkiej, orzeźwiającej 
kąpieli. To był już drugi poranek, w który budziła się sama. Heinrich pojechał na jej koniu ukryć 

background image

w pojemniku kontaktowym kopię zapisków tego, co udało się im odkryć we dwójkę. Zrobili 
bardziej szczegółową mapę kompleksu, oszacowali liczebność garnizonu i zbadali ogrodzenie. 
Prawdę mówiąc, Katarina miała nadzieję, że kiedy ona i Heini wykonają zadanie, to nikt już nie 
będzie musiał narażać się na niebezpieczeństwo. Korekta rzeczywistości zostanie dokonana, 
Rosja i Rzesza pokonają powstańców, porządek w Europie zostanie przywrócony. Na zawsze. 
Po kąpieli zjadła śniadanie, na które złożyła się resztka jej koncentratów. Następnie z bronią, 
notatnikiem i lornetką pomaszerowała do upatrzonego punktu obserwacyjnego. Usiadła w 
płytkim dołku i umieściwszy lornetkę na zaimprowizowanym z gałęzi statywie, zajęła się 
rozczesywaniem włosów. Ze szczytu pagórka, na którym się usadowiła, miała dobry widok na 
większość doliny i fragment drogi prowadzącej wprost pod główną bramę kompleksu. 
Stacjonujące w koszarach oddziały wojska, wymaszerowujące tędy na oddalony o kilka 
kilometrów poligon, tędy też wracały z niego. Trzy razy w ciągu ostatnich dwóch dni wjeżdżały 
przez tę bramę długie kolumny transportowych wozów. Ich platformy pozakrywane były 
płachtami szarego płótna, tak że Katarina nie mogła dostrzec, co wiozą. Domyślała się jednak, że 
są to surowce i półprodukty, niezbędne kompleksowi do pracy. 
Przerwała rozczesywanie włosów i zbliżyła oczy do okularów lornetki. A to co? 
Na drodze z Lublina pojawiła się nagle grupa jeźdźców, odzianych w schludne, jednolicie 
skrojone płaszcze. Nim Katarina zdążyła przyjrzeć się któremuś z nich, jej wzrok przyciągnęło 
coś innego. Za plecami jeźdźców pojawiła się duża, starannie wykonana w drewnie kareta, 
ciągniona przez szóstkę koni. 
Nie wyglądało to na kolejny transport czy przemarsz wojsk. Katarina skoncentrowała wzrok na 
karecie, za którą zresztą pojawiło się następnych czterech jeźdźców. Powóz robił wrażenie 
solidnego, jego ściany były grube i ponachylane pod dziwnymi kątami, a w oknach tkwiły 
masywne, przyciemniane szyby. Tym, co jednak najbardziej zwracało uwagę, była rączka 
hamulca, wyrastająca tuż obok nogi pomocnika woźnicy. Biegł od niej gąszcz linek, 
spotykających się pod przednią i tylną osią na systemie rozbudowanych szczęk hamulcowych. 
Powóz tak zabezpieczony przed wypadkiem musiał być przeznaczony do użytku jakiejś 
znaczącej osoby. 
Katarina poprawiła pokrętłem ostrość. Na widok zbliżającego się pojazdu strażnicy natychmiast 
otworzyli bramę, tak że kareta i jej eskorta nawet nie zwolnili. Kareta podjechała jeszcze jakieś 
sto metrów w głąb kompleksu, po czym zawróciła wąskim łukiem i zatrzymała się pod drzwiami 
okazałego dwupiętrowego budynku. Katarina sprzeczała się z Heinrichem o domniemane 
przeznaczenie tej budowli. Oboje przystali wreszcie na kompromis przyjmując, że mieszczą się 
tam kwatery oficerskie. Wyglądało na to, że trafili w samo sedno. 
Drzwi karety otworzyły się i w tym momencie Katarina przeżyła szok. Sądząc po grubości i 
widocznej strukturze drzwi, powóz był całkowicie kuloodporny. Nie zdołałaby przebić ściany 
serią ze swojego SturmSchützera nawet z odległości kilku metrów. Do rozwalenia tej skorupy 
potrzebowałaby ładunku wybuchowego, i to sporego. 
Z powozu wyskoczyło dwóch zwalistych młodzieńców, zapewne ochroniarzy, a po nich wysiadł 
wysoki mężczyzna w płaszczu, szczelnie opatulony długą, szaroczarną jedwabną chustą. 
Poruszał się zgarbiony, jakby niepewny tego, co ma robić. Dość niedbale zasalutował majorowi, 
który wynurzył się z kwater oficerskich. Za to tamten wyprężył się jak struna. Rozpoczęli 
rozmowę. Major pozostał wyprężony, z nosem mierzącym ponad horyzont, a tajemniczy 
przybysz zgarbił się jeszcze bardziej i gniewnie machał rękami. 
Brzęczyk alarmowy za plecami jej duszy nagle dostał szału i wtedy Katarina zrozumiała, a 
zrozumienie to zaraz okrzepło w pewność. To był on. Cel. Człowiek odpowiedzialny za śmierć 

background image

jej matki i masakrę z czterdziestego siódmego. Za śmierć setek berlińczyków, za klęskę Rzeszy, 
za jej hańbę. Świadomość tego spadła na Katarinę jak grom. Na moment odebrała jej wszelką 
możliwość działania, myślenia, czucia...  
Ale tylko na moment. 
- Ich habe etwas für dich - wycedziła z nienawiścią i podniosła karabinek do oka. - Das wartet 
auf dich lange Zeit...  
Odnalazła celownikiem optycznym zakutaną w chustę, zgarbioną figurkę. Z tej odległości nawet 
z użyciem lunety wydawała się ona zbyt mała, aby można było trafić ze stuprocentową 
pewnością, ale Katarina nie była w stanie o tym myśleć. Ściskała karabinek tak mocno, że aż 
pobielały jej dłonie. Usiłowała powstrzymać deszcz obrazów budzących się w pamięci i 
pojawiających się jej przed oczami, usiłowała zapanować nad erupcją nienawiści i nad palcem 
wskazującym prawej dłoni, z każdą sekundą coraz bardziej zbliżającym się do spustu. On tam 
był, widziała go. Wprost po drugiej stronie lufy. Nienawidzić go było rzeczą tak łatwą, iż niemal 
naturalną. I wystarczało tylko podjąć decyzję... 
Przybysz podjął decyzję za nią. Zakończył konwersację z majorem i zniknął w budynku. 
Ochroniarze podążyli za nim. Powóz odprowadzono w kierunku koszarowych stajni. 
Katarina wypuściła karabinek z dłoni i usiadła na igliwiu, ukrywając twarz w dłoniach. 
Przepełniały ją strach i niepewność. A najbardziej przerażała ją jej własna, zdająca się żyć 
własnym życiem nienawiść, potrafiąca spiętrzyć się w ułamku chwili do niebotycznych 
rozmiarów. Nienawiść, skandująca z mrocznych zakątków duszy, że oto miała okazję dokonać 
zemsty i nie wykorzystała jej. I że druga taka szansa nie będzie jej dana. Z meandrów pamięci 
znów wypłynęły obrazy, które tak starannie próbowała zapomnieć. Znów przed oczami stanęło 
jej morze sięgających nieba płomieni.  

 

I z czasem, gdy to wspomnienie blakło w jej świadomości, gdzieś w głębi duszy krzepła jej 
decyzja. Nierozsądna i podjęta z pobudek emocjonalnych, ale jedyna, na jaką potrafiła się 
zdobyć. 
Ułożyła się wygodnie twarzą do kompleksu i wymierzyła karabinek w drzwi budynku kwater 
oficerskich. Zamierzała zabić przybysza, jak tylko się wychyli, wyjdzie lub pojawi w oknie. 
Ale druga szansa nie została jej dana. Nie tym razem. Przybysz pilnował się przez cały pobyt i 
ani razu nie udało się jej go dostrzec, a przy odjeździe udało mu się wskoczyć do powozu tak 
szybko, że Katarinie mignęła jedynie szaroczarna, jedwabna chusta. 
Wieczorem wrócił Heinrich. Ostudził jej nienawiść i spróbował ukoić jej rany. Nawet on nie 
mógł jednak wiedzieć, że to niemożliwe. 
6. 
W pięć dni później nieznajomy wrócił. 
Heinrich i Katarina wracali właśnie z poligonu, w prześwicie drzew dostrzegli karetę stojącą 
wewnątrz kompleksu. Musiała stać tam co najmniej od godziny, służący wyprzęgli już konie i 
kilku sprzątało jej wnętrze. Przy drzwiach budynku kwater oficerskich stało dwóch wyprężonych 
wartowników, bagnety na ich karabinach błyszczały w świetle zachodzącego słońca. 
Heinrich opuścił lornetkę, przez którą oglądał kompleks i zrobił kilka kroków w głąb lasu. 
Zatrzymał się, gdy dostrzegł, że Katarina nie rusza się z miejsca. Stała nadal bez ruchu z lornetką 
przyciśniętą do twarzy. Ściskała ją tak mocno, że pobielały jej kostki palców. 
- Hej - zawołał do niej - Co ci się stało? 
Nie odpowiedziała. 
- Hej - powtórzył i podszedł do niej. - Kati. Spójrz na mnie. 

background image

Opuściła lornetkę i spojrzała mu w oczy. 
- Sądzę, że powinniśmy zrobić to dziś - stwierdziła, ruchem głowy wskazując na kompleks. - 
Najdalej jutro. On tu jest, a ja wiem, że to o niego nam chodzi. Powinniśmy wykonać zadanie. 
- Nie dowiedzieliśmy się jeszcze wszystkiego - zauważył. - Jeżeli zaczekamy kilka dni, może 
pewne kwestie się wyjaśnią. Może ten człowiek, którego widziałaś nie jest sam? 
- To może być nasza ostatnia szansa - zmierzwiła włosy nerwowym ruchem. - Zgromadzone 
tutaj oddziały zaczynają szykować się do wymarszu, wyruszają pod Dęblin, rozgromić korpus 
generała Berga. Jeżeli cel odejdzie wraz z nimi i znajdzie się pod ciągłą wojskową osłoną, szanse 
dosięgnięcia go będą żadne. 
- Może jednak jest już za późno? - rzucił Heinrich. - Polacy mają wystarczająco dużo żołnierzy, 
aby pokonać wojska Berga. Zabicie jednego człowieka, nawet tak ważnego jak cel, raczej 
niewiele zmieni. Wydarzenia będą toczyły się z tą samą bezwładnością historyczną. 
- Nie masz racji - pokręciła głową. - Czytałam analizy bitwy dęblińskiej. Rosjanie mieli tam 
przewagę pozycyjną i liczebną, a Polakom nie szło z początku najlepiej, mimo znakomitego 
uzbrojenia. Ale potem zastosowali nadzwyczajnie skuteczną taktykę, dzięki której odnieśli 
miażdżące zwycięstwo. Taktyka. To właśnie ich uratowało. A za taktykę odpowiedzialny jest z 
pewnością cel, nie zdołałby tak szybko wyszkolić oficerów szczebla sztabowego. Tym bardziej - 
spojrzała w kierunku kompleksu - że przez cały czas był zajęty innymi rzeczami. 
Przez chwilę Heinrich milczał, ważąc coś w myślach. 
- Do diabła, Heini! - wybuchnęła w nagłym gniewie. - Jeżeli mi nie pomożesz, zrobię to sama! 
Wyprostował się wolno, a w oczach mignął mu nieprzyjemny cień. Katarina przypomniała sobie, 
że bardzo nie lubił, gdy podnosiło się na niego głos. Jak wszyscy Hohenzollernowie. 
- Przepraszam, że... - zaczęła łagodniejszym tonem. 
- Dobrze - przerwał jej perfekcyjnie kontrolowanym głosem. - Zrobimy to. Dzisiaj. 
Wepchnął lornetkę do futerału, odwrócił się i sztywno wmaszerował między drzewa. W jego 
zachowaniu było coś dziwnego, stwierdziła Katarina. Jakiś ulotny cień, coś nieokreślonego. I 
niepokojącego. 
Wróciła do tej myśli później, gdy wśród chaszczy i zapadających ciemności skradała się pod 
kompleks. Zatrzymała się kilkanaście metrów od siatki, tuż przed pasem wyciętego wzdłuż 
ogrodzenia poszycia. Nasunęła noktowizyjne gogle na oczy i rozejrzała się po przedpolu. Z 
prawej zbliżał się patrol z psami, punktualnie jak w zegarku. 
- Heini, nadchodzą - powiedziała cicho. Mikrofon przy kąciku ust natychmiast przekazał jej 
słowa w dal. 
- Dobrze. Przygotuj się - rozległ się w słuchawkach szept Heinricha, zaczajonego dobre czterysta 
metrów dalej, w pobliżu głównej bramy. 
W tym samym momencie na szczytach słupów ogrodzenia rozbłysły płomienie gazowych lamp. 
Obraz w noktowizyjnych goglach Katariny raptownie zbladł, gdy zadziałały fotooptyczne 
bezpieczniki. Pociągnęła ryj noktowizora w górę, zsuwając gogle na czoło. 
- Heini. Włączyli oświetlenie. 
- Ja, ich hab′ gesehen. Wir fangen das Spiel an. 
Po jej lewej stronie, gdzieś w pobliżu bramy, rozległy się dwie silne detonacje, a korony drzew 
podświetliła para ognistych fontann. Płomień w lampach gazowych na szczycie ogrodzenia 
zamigotał i zgasł, dowodząc, że Heinrich dobrze założył ładunki i skutecznie przeciął instalację 
gazową. Katarina natychmiast opuściła gogle z powrotem na oczy i dostrzegła, jak patrolujący 
żołnierze po krótkim wahaniu ruszają biegiem w kierunku bramy. Słychać było stamtąd suche 
strzały karabinków i dudnienie co najmniej dwóch karabinów maszynowych. 

background image

Błyskawicznie poderwała się i podbiegła do ogrodzenia. Nożem szturmowym szybko wycięła 
przejście w pierwszej drucianej siatce. Gdy zabierała się do drugiej, z prawej dobiegł jej pełen 
groźby warkot psa. Opuszczając nóż sięgnęła po wiszącego na pasku SturmSchützera i 
wygarnęła w kierunku zwierzęcia długą serię. Pociski przecięły psa, wielką, kudłatą bestię, 
niemal na pół. Mimo tłumika odgłos strzałów przyciągnął czyjąś uwagę, bo skądś dobiegło: 
- Patrol, co tam się dzieje? 
Gdy zza budynku wynurzyła się sylwetka mówiącego, Katarina dosięgła go precyzyjnym 
strzałem w głowę. Padł bez najmniejszego jęku. W pośpiechu dokończyła przecinania 
ogrodzenia, bo kanonada w pobliżu bramy zaczęła słabnąć. Gdy dopadła do ściany najbliższego 
budynku kompleksu, gazowe lampy na ogrodzeniu zamigotały i znów się zapaliły. Ktoś 
najwyraźniej zdołał uszczelnić instalację. Chwilę później strzały umilkły, a przy bramie 
rozszczekały się psy. Katarina wyjrzała zza dwupiętrowego budynku na uliczkę biegnącą w głąb 
kompleksu. Nawierzchnia wyłożona była kostką, a środkiem biegł rząd dużych latarni, obficie 
oświetlających otoczenie. Echo niosło w jej kierunku stukot podkutych butów nadbiegających 
żołnierzy. Scheisse, zaklęła z pasją w myślach, czy mogli się tak szybko zorientować? Obejrzała 
się z desperacją na przecięte ogrodzenie, jeszcze miała czas, aby się wycofać. Ale... 
Jej wzrok zahaczył o tańczący wewnątrz gazowej lampy płomień. Ogień rozrósł się w jej oczach 
i zahipnotyzował ją. Poczuła w nozdrzach dym płonącego miasta, jej uszu dosięgły jęki rannych 
i trzask walących się budynków. Na twarzy poczuła muśnięcie morza sięgających nieba 
płomieni. Ale już w następnej chwili morze płomieni zniknęło pod wzbierającą, czarną falą 
nienawiści. 
- Nein - przywarła plecami do ściany i zacisnęła dłonie na karabinku. - Tym razem się nie 
wycofam. Dostanę cię wreszcie. Dostanę. 
Pozwoliła sobie na kilka głębokich oddechów, które przywróciły jej nieco równowagi 
psychicznej. Potem przyklękła przy zabitym wcześniej żołnierzu i z pewnym trudem ściągnęła z 
niego grubą, maskującą kurtkę. Szybko się w nią przebrała, a noktowizyjne gogle zawiesiła na 
pasie. Na głowę naciągnęła płócienną czapkę zabitego, chowając pod nią swoje sięgające ramion 
czarne włosy. Jeszcze raz odetchnęła i ruszyła uliczką naprzód. 
Zdążyła przejść pięćdziesiąt metrów, gdy spotkała biegnący z przeciwka trzyosobowy patrol. 
Zasalutowała starając się trzymać twarz z daleka od światła. 
- Co tam, żołnierzu? - zapytał pierwszy z tamtych, niedbale odpowiadając na jej salut. - Co to za 
zamieszanie? I dlaczego oddalacie się od posterunku? 
Nabrała powietrza w płuca, aby zmyślić coś w odpowiedzi, ale nie zdążyła. 
- To kobieta! - zauważył drugi i wszyscy trzej zaczęli unosić swoje karabiny.  
Nie miała już wyboru. Poderwała lufę swojej broni i wygarnęła w nich resztę magazynka. Miała 
jednak pecha. Strzelała już wcześniej kilka razy, ale nie pomyślała o tym, aby wymienić tłumik. 
Gdy żołnierze patrolu padali na bruk uliczki, echo rozniosło w powietrzu wyraźny, suchy trzask 
serii. Nagle z prawej, z lewej i skądś zza niej, spod ogrodzenia, rozległy się ostre, modulowane 
dźwięki gwizdków. W wylocie uliczki pojawiło się następnych trzech żołnierzy. Otworzyli 
ogień, gdy tylko zobaczyli Katarinę. Jeden pocisk zerwał jej czapkę z głowy, a pięć czy sześć 
innych zagwizdało koło uszu. Przebiegła kilka kroków i szczupakiem zanurkowała w przesmyk 
między budynkami. Noktowizor chrupnął żałośnie, gdy wylądowała bez amortyzacji, ale 
zlekceważyła to. Rozcierając stłuczony łokieć, ruszyła biegiem naprzód. Na dwóch kolejnych 
skrzyżowaniach była zaledwie o włos szybsza od pojawiających się tam patroli. Skręciła gdzieś 
w ciemność, w kierunku, który, jak pamiętała z obserwacji, powinien prowadzić do budynku 
kwater oficerskich. To był jednak ślepy zaułek, bo drogę zablokowały jej drzwi jakiegoś 

background image

warsztatu. Przestrzeliła zamek i kopnięciem utorowała sobie dalszą drogę. W przeciwległej 
ścianie, po drugiej stronie długiej, niskiej hali były następne drzwi. Ostrożnie wyjrzała przez 
znajdujące się w nich małe okienko na zewnątrz. Przez chwilę nie mogła uwierzyć swojemu 
szczęściu. Po drugiej stronie całkowicie pustego placyku znajdował się budynek kwater 
oficerskich. Rozejrzała się uważnie, ale niczego nie dostrzegła w zalegających tu i ówdzie 
cieniach. Sięgnęła po noktowizor, ale na pasie wisiały już tylko potrzaskane elektroniczne 
strzępy. Rzuciła je gdzieś w kąt, po czym ściągnęła z siebie także kurtkę. Zmieniła magazynek w 
karabinku i zdecydowała, że zaczeka chwilę na rozwój wypadków. Atmosfera ulotnego spokoju 
na tym placyku bardzo ją zaniepokoiła. Dlaczego patrole szalały gwiżdżąc po reszcie kompleksu, 
ale tylko tutaj nie? Gdzie podziali się wartownicy, zawsze wyprężeni przy drzwiach 
wejściowych? Może tam nikogo nie było? 
Jakby w odpowiedzi na tę myśl światła w pięciu oknach na piętrze budynku zapaliły się. 
Katarina przyjrzała im się przez lunetę karabinka, ale nie była w stanie dostrzec niczego ani 
nikogo wewnątrz. 
- Nie ruszaj się i rzuć broń! - dobiegło ją nagle zza pleców. 
Znieruchomiała, a potem zaryzykowała lekkie obrócenie głowy. Przy drzwiach, przez które 
weszła do hali, stało trzech żołnierzy. Mierzyli do niej z karabinów. 
- Nie ruszaj się i rzuć broń! Natychmiast! - powtórzył jeden z nich, Katarina nie dostrzegła który. 
Zastanawiała się tylko, czy zdąży obrócić się i strzelić. Nie miała jednak szans. Nim zrobiłaby 
choć pół obrotu, tamci przygwoździliby ją pociskami bez trudu. To nie miało sensu. 
Za ich plecami, w prześwicie drzwi, dostrzegła wątły, odległy płomyk ulicznej latarni. 
Lekceważąc wszystko, obróciła się błyskawicznie. Karabinek w ostrym terkocie wyrzucił z 
siebie grad kul. Żołnierze nie oddali ani jednego strzału. Zrejterowali na boki, pod osłonę 
pakunków i gratów tarasujących prawą i lewą część hali. Katarina nie czekała, aż umilknie 
wizgot rykoszetujących pocisków. Długą serią odrąbała zamek dębowych drzwi przed sobą i 
wypadła na placyk przed budynkiem oficerskim. Biegiem ruszyła do wejścia, spodziewając się w 
każdej chwili strzału w plecy. Nikt jednak nie strzelał. Do wnętrza budynku wpadła niedraśnięta. 
Zatrzasnęła za sobą grube, dębowe drzwi i zablokowała je metalową zasuwą. Wnętrze budynku 
było urządzone z dużą celowością i bez zbędnego przepychu. Przedsionek wiódł do zwykłych 
drewnianych schodów, prowadzących na piętro. Na ścianach było dużo lamp gazowych o prostej 
konstrukcji, zapewniających za to jasne światło. Nie było żadnych chodników ani dywanów, w 
powietrzu unosił się charakterystyczny zapach pasty podłogowej. Katarina podeszła do schodów. 
W prowadzącym w prawo korytarzu mignęła jej ludzka sylwetka. Obejrzała się. Polski oficer 
właśnie sięgał do kabury po rewolwer. Uskoczyli prawie jednocześnie. On do jakiegoś pokoju, 
ona na schody. Wygarnęła do niego serię, aż drzazgi masakrowanej drewnianej tapicerki 
bryznęły mu w twarz. Wtedy jednak pojawiło się jeszcze paru innych i Katarina wolała 
zrezygnować z walki. Wspięła się po schodach na półpiętro. Ktoś zaczął dobijać się do 
zablokowanych drzwi wejściowych. Przecięła je serią i zmieniła magazynek. Ostatni. 
Na piętrze był długi, biegnący wzdłuż budynku korytarz. Skręciła tam, gdzie widziała światło. 
Wytypowała drzwi i kopniakiem otworzyła je na oścież. Z gotowym do strzału karabinkiem 
wskoczyła do środka. 
To był duży, jasno oświetlony pokój z pozaciąganymi zasłonami. Dawała się tu zauważyć ta 
sama, co na korytarzach skłonność do unikania przepychu. Na środku stał długi, jakby 
konferencyjny, stół zawalony stosami sporządzanych ołówkiem rysunków i planów. Wokół stołu 
siedziało ośmiu mężczyzn w średnim wieku, ubranych w cywilne ubrania i jakieś odmiany 
płóciennych, roboczych fartuchów. Żaden z nich nie wykonał najmniejszego ruchu, gdy Katarina 

background image

powoli się do nich zbliżała. Zatrzymała się zaraz obok stołu, naprzeciw brodatego okularnika, 
siedzącego na honorowym miejscu. 
- Więc to tak - powiedziała obracając się tak, aby mieć na oku drzwi, przez które weszła. - Nie 
jeden. Nie dwóch nawet. Jest was ośmiu. Ośmiu sukinsynów, którym przyśniło się, że posiądą 
władzę nad Europą i światem. - Ponownie omiotła ich wzrokiem. - Jak ja was nienawidzę. 
Przymknęła na moment oczy, wsłuchując się w hałasy za oknem i na schodach. Czekała, aż 
któryś z nich wykona jakikolwiek, nic nie znaczący ruch. Zrobi coś, co zwolniłoby sprężynę jej 
nienawiści. Ale oni nawet nie drgnęli. Gdy otworzyła oczy, nadal patrzyli na nią wyczekująco i 
tak jakoś bez wyrazu. 
- Nie potrzebuję więcej powodów, by was zabić - rzuciła jakby z ulgą. Zarepetowała 
SturmSchützera i uniosła go mierząc w nich. - Do zobaczenia w piekle. 
- Nie zabijaj moich inżynierów - powiedział za nią głos. Głos, który dobrze znała. - Poświęciłem 
naprawdę wiele czasu, aby ich wykształcić. 
Zdumiona, obróciła się do niego twarzą. 
7. 
Heinrich von Hohenzollern stał w drzwiach. Był bez broni, ale nadal miał na sobie mundur 
Spezialzeitdienst. Za jego plecami, w korytarzu, nie było nikogo, ale Katarina widziała końcówki 
luf karabinów, wystające zza futryny. Na szyi Heiniego, zauważyła z niezrozumiałą dla niej 
samej obojętnością, wisiała szaroczarna, jedwabna chusta. Jego twarz miała spokojny wyraz, ale 
miał w oczach coś Katarinie znajomego. 
- Przykro mi, Kati - powiedział cicho. - Myślałem, że uda mi się tego uniknąć. 
Nie odpowiedziała. 
- Próbowałem cię od tego odwieść. Próbowałem - dodał jakby z wyrzutem. - Ale ty musiałaś być 
uparta. Musiałaś dociągnąć tę sprawę do końca. - Ostrożnie obszedł Katarinę z boku i stanął 
naprzeciw niej, obok brodatego okularnika. Ściągnął z szyi chustę, zmiął ją i rzucił na blat, przed 
siebie. 
Spojrzeli sobie w oczy ponad stołem. Katarina usiłowała uchwycić się jakiejś myśli, 
skoncentrować na czymkolwiek, ale czuła tylko pustkę w głowie. Opuściła ręce i karabinek 
zwisł lufą do podłogi. Przymknęła oczy. 
- Das warst du... - zdołała wreszcie szepnąć. - Das war deine...deine... 
- Tak. Ja to zrobiłem - potwierdził, wolno kiwając głową. - I tylko ja jestem za to 
odpowiedzialny. Ci ludzie - wskazał na mężczyzn siedzących wokół stołu - są stąd. Z tej 
teraźniejszości. Ja ich wykształciłem. Pozwól im odejść. 
Brodaty okularnik zrobił ruch, jakby chciał wstać. 
- Keine Bewegung! - krzyknęła ostro i poderwała lufę broni. - Żaden z was stąd nie wyjdzie. 
Heinrich uniósł nieco głowę, ale nic nie powiedział. Pozwolił ciszy wisieć w powietrzu co 
najmniej przez minutę. 
- Jeżeli strzelisz, - odezwał się wreszcie spokojnym głosem - to zaprzepaścisz wszystko, co nas 
kiedykolwiek łączyło. Zaprzepaścisz to i całą naszą przyszłość. Skażesz nas na nieistnienie. 
Katarina próbowała skoncentrować się na przypomnieniu sobie twarzy matki, ale słowa 
Heinricha wytrąciły ją z równowagi. 
- O czym ty mówisz? - zapytała ledwo słyszalnym głosem. - O czym...? 
- Mówię o nas, Kati. O nas. - Ruszył w jej kierunku. Gdy podchodził, śledziła go lufą karabinka. 
- Przecież nie zrobiłem tego wszystkiego - rozłożył ręce i rozejrzał się dookoła - tylko po to, aby 
zadowolić własną manię wielkości. Już wkrótce moja armia będzie najpotężniejsza na świecie, a 
ja w oparciu o nią stworzę potężne imperium. Nikt mi się nie oprze i nikt nie będzie śmiał 

background image

powiedzieć mi ′nie′. Potrzebuję tylko jeszcze jednej rzeczy - spojrzał na nią. - Potrzebuję mojej 
cesarzowej. 
Katarina wbiła w niego zaskoczony wzrok. 
- Ty nią jesteś - dodał cicho. 
Nie odpowiedziała. 
- Kocham cię, Kati. 
Nadal trwała bez ruchu. Heinrich wykorzystał to. Jego dłoń błyskawicznie wystrzeliła naprzód i 
wyrwała SturmSchützera Katarinie z rąk. Odrzucił go za siebie, w kąt pokoju. Ona zareagowała 
z opóźnieniem. Bez trudu zablokował jej cios, po czym pchnął ją i przygwoździł do ściany. 
Dostrzegła nad jego ramieniem, jak siedzący przy stole mężczyźni zerwali się i stłoczyli przy 
drzwiach. Gdy pomieszczenie opustoszało, puścił ją. 
Z zamachu uderzyła go pięścią w szczękę. Zachwiał się, ale gdy próbowała przemknąć się obok 
niego w kierunku broni, złapał ją wpół i oboje upadli na podłogę. Usiłowała wbić mu łokieć pod 
brodę, złapał ją jednak za nadgarstki i przygniótł obie ręce do dywanu. Targnęła się całym 
ciałem próbując zrzucić go z siebie. 
- Przestań, Katarina! - krzyknął jej niemalże do ucha. - Przestań! Uspokój się! 
Zaniechała walki. Leżała przygnieciona do podłogi, w aureoli ciemnych włosów i wpatrywała 
się Heinrichowi w oczy. 
- Posłuchaj - powiedział z naciskiem. - To, co powiedziałem wcześniej, to była prawda. Kocham 
cię, ale potrzebuję też ciebie i twoich umiejętności. Potrzebuję cię pod Dęblinem. Stworzymy 
nasze imperium razem i razem będziemy nim rządzić. Ty i ja. 
Zamknęła oczy. 
- Jesteś cholernym, pieprzonym, kłamliwym mordercą - wycedziła wolno. - Uroiłeś sobie, że uda 
ci się zapanować nad światem. To przez ciebie zginęli Kellerowie, Stern, sekcja Schmidta... 
Mein Gott, masz na sumieniu setki berlińczyków i tysiące niemieckich patriotów. I moją matkę... 
Warum, Heini? Warum? 
Puścił ją i usiadł na podłodze. 
- Pamiętasz, jak opowiadałem ci o moim ojcu? - zapytał opuszczając nieco głowę. - O Jego 
Cesarskiej Mości Wilhelmie Trzecim? Nienawidzę tego drania z całej duszy. Pamiętam, jak 
odnosił się do mnie przez ostatnie dwadzieścia lat. To jego lekceważenie... Nawet gdy wróciłem 
z Hiszpanii, wręczał mi Krzyż Rycerski z tym swoim cholernym uśmieszkiem, Heini-starałeś-
się-widzę-ale-to-twój-brat-Otto-zakończył-wojnę. Tak, jak robił to wcześniej. Tak, jak robił to 
zawsze. 
Zaklął bezgłośnie. Katarina usiadła na dywanie i wpatrzyła się w jego zmęczoną, poznaczoną 
zmarszczkami twarz. 
- Prymityw, oto jak o mnie mówił - dodał z goryczą Heinrich. - Pogardzał mną za to, że nie 
zostałem dyplomatą jak Otto, albo politykiem jak Günter. Kiedy zaczynałem mówić o armii przy 
stole, zawsze ośmieszał moje zdanie. "Armia niczego nie wygrywa. Armia służy do tracenia 
potencjalnie wartościowych ludzi w wojnach, których nie można wygrać". 
Przerwał na chwilę, jakby dla nabrania oddechu. 
- Ale ja mu pokażę, do czego służy armia - uniósł nieco głowę i wycedził w przestrzeń przed 
sobą. - Zbuduję sobie własne imperium, z którym nic nie będzie się w stanie równać. I dokonam 
tego przy pomocy armii. - Spojrzał na Katarinę. - Przy pomocy armii i mojej cesarzowej. 
Katarina musnęła spojrzeniem jego oczy i wpatrzyła się w gazowy, pozbawiony ozdób żyrandol, 
zwisający z sufitu. Na końcach jego czterech ramion jarzyły się żółto-niebieskie płomyki. 
Heinrich przysunął się do niej i chwycił ją za rękę. 

background image

- Zostaniesz ze mną, Kati? 
Cztery płomyki rozlały się szerzej, połączyły w jej oczach w ogniste jezioro. 
- Zostaniesz ze mną, Kati... 
Jezioro rozciągnęło się aż po granice jej widzenia. Lewą dłonią zjechała do rękojeści bagnetu na 
pasie. 
- Zostaniesz ze mną... 
Odpięła blokujący ostrze zatrzask. 
- Zostaniesz.... 
Teraz było to już morze płomieni. Podnosiły się na nim jedna za drugą wysokie, jakby 
rozwścieczone, fale płomieni. Wołały do niej. 
- Kati... 
Zamknęła oczy. Heinrich pocałował ją. 
Zostawiła bagnet na pasie. 
Płomień się wypalił.