background image

ZŁOTE KLUCZE.

SZKLANA GÓRA.

KAZIMIERZ GLIŃSKI

BAJKI

ZE 4 KOLOROWEMI I 12 JEDNOBARWNEMI ILUSTRACYAMI  KONSTANTEGO 
GÓRSKIEGO

NAKŁAD GEBETHNERA I WOLFFA
WARSZAWA           LUBLIN       ŁÓDŹ

KRAKÓW  GEBETHNER I SPÓŁKA 
NEW YORK THE POLISH BOOK IMPORT. CO, INC.

ZASTRZEGA SIĘ WSZELKIE PRAWA PRZEDRUKU I PRZEKŁADU TEKSTU ORAZ 
PRAWA WŁASNOŚCI ILUSTRACYI.    

DRUK W.  L.  ANCZYCA I  SPÓŁKI W  KRAKOWIE.    
1912.

-   1   -

ZŁOTE KLUCZE.

Na skraju wielkiego lasu stała ubożuchna chałupka. Nie świeciła ścianami 

tynkowanemi, 
wesołemi szybkami okien nie patrzyła na świat Boży, ani zabrzmiała gwarem 

radosnym, 
który, 

bądź có bądź, mówi o jakiej takiej doli ludzkiej.

Nic z tego!

Przegniła słoma na strzesze, krokwie się wygięły od starości i 

gdzieniegdzie, niby 

żebra połamane, szarzeją, a już i mówić nie trzeba, że aby tylko deszczowa 
chmurka 

nadbiegła, 
to woda, jak przez sito, do środka się leje, a wiatr po całej chatynie chodzi, 

do wszystkich 
kątów zaziera, i huczy, i mruczy, i szemrze, niby gospodarz, niezadowolony ze 

slug swoich. 
Na przyzbach rozpanoszył się mech płowy, na ścianach wilgoć i pleśń, a jeżeliś 

gdziebądź 
dopatrzył wijącego się na tyczkach powoju, to — pożal się, Boże! — mizerota 

prawdziwa — 
ni kwiatków wonnych, ni listków o świeżej zieleni nie miał. Nad cembrowinami 

poszczerbionej 
studni sterczało ramię żórawia z wiaderkiem nieruchomem; wysoki komin z chróstu 

ledwie 
się 

trzymał na strzesze potarganej; leniwo i ospale unosiła się nad nim szara mgła 
brunatnego 

dymu;
 w jedynem  zaś  okienku  chałupy,  świecącem barwami tęczowemi,

background image

                                                                                

T

-   2   -

kiedy niekiedy ogień błysnął — znać, że gospodyni jest i pokarm dzieciakom 
warzy.

Ba!... nawet dzieciaków nie było!... Przecieżby śmiech zadzwonił albo 

słodkie lulanie 

matczyne; 
na progu chaty niejedenby się morusek pokazał i paluch do buzi włożył zamiast 

kawałka 
chleba 

z omastą.

Smutno w chałupie i dookoluśka niej — smutno i pusto! Okalający ją niegdyś

płot 
rozsypał się 

spróchniały; oprócz łopianu i szaleju niemasz innych kwiatów, a to już znak 
najlepszy 

zapomnienia 
i opuszczenia zupełnego.

A jednak w niej ktoś mieszka. — Spójrz ino!...
Stary, bezuchy pies, z postrzępionymi kudłami, wyszedł z sieni — na progu 

się 
zatrzymał 

— wyciągnął się... i ziewnął.

Był-że to jedjary mieszkaniec w tej pustce?

Nie!

Z chałupy wyszedł dziad siwy, za nim młoda jeszcze niewiasta i ośmioletnie

pacholę. 
Mówić nie trzeba, 

że ta kobiecina synową była, pacholę zaś wnuczkiem staruszka. A gdzież jest 
ojciec Stacha, 

mąż tej 
niewiasty, syn tego dziadula?... Daremnie patrzycie w drzwi tej chatyny — nie 

wyjdzie, nie 
wyjdzie!...

— Dlaczego?

Ano — była wielka wojna, króle się poswarzyły, a ludu tysiące poszły na 

bój krwawy. 
Poszedł i tatuś 

Stacha — i żadnej wieści o nim niema od lat kilku. Żyje, czy nie żyje — nikt nie
wiedział... A 

wojna 
objęła świat cały, a wrogowie zagarnęli dobro staruszka, który z synową do tej 

opustoszałej 
chałupki 

pod lasem wyniósł się. Stach malutki był wtedy, mało jeszcze rozumiał, o niczem 
nie 

wiedział. Patrząc 
na dziadka, widział jeno twarz jego smutną; patrząc na matuchnę, widział jeno 

łzy w jej 
oczach. Chłopaków 

w tej pustce nie było, z którymi mógłby poigrać a zaśmiać się wesoło. Ze słów 
wszystkich, 

które pojmował 
już dobrze, było jedno słówko, powtarzane codziennie niemal przez matkę i 

dziadka, 
niezupełnie rozumiane

—   3   —

background image

przez niego. Brzmiało ono: Nieszczęście!... Wymawiał je dziaduś, matuś je 

powtarzała za 
nim, jak echo.

Słońce już zachodziło, kiedy wszyscy troje wyszli z chałupy, poprzedzeni, 

jak zwykle, 

przez psa 
kudłatego.

Wieczór był ciepły. Las zieleniał i szumiał. Przed nim bujny, dziki step się 
rozciągał. Chwiały 

się trawy, 
tu i tam dziergane krasnymi makami, po ich powierzchni ślizgały się złote 

promienie słońca. 
Przez step 

biegła drożyna, z dalekiego gdzieś, z nieznanego świata idąca.

Na tę drożynę skierowały się oczy matki i dziadka.

Patrzą długo — długo — długo...
Dziaduś  posmutniał,  po  twarzy matki  potoczyły się łzy.

Czego oni chcieli od tego pustego gościńca? kogo oczekiwali?...
Pusto — cicho!...

—  Nieszczęście!... — szepnął dziaduś.
—  Nieszczęście!... — powtórzyła za nim synowa.

Pies nawet westchnął, zaskomlił i ułożył się u stóp swojego pana, który, 

podtrzymywany przez synową, 

usiadł na przyzbie.

Stach spojrzał na dziadka i matkę. Podszedł, łokciami wsparł się o kolana 

staruszka i 
szepnął:

—  Dziadziu!
—  Co, mój wnuczku?

—  I ty i matula: nieszczęście i nieszczęście — mówicie ciągle.
—  A jakże mówić inaczej, gdy ono tylko okrąża nas zewsząd? gdy, okrom 

niego, nic 
niemasz na świecie?

— A gdzież jest szczęście? — Stach spytał. 
Dziaduś pokiwał głową i rzekł smutnie:

Za lasami, 
Za górami,

—   4   —

Na Szklanej Górze,
W lazurze

Zaklęta królewna je trzyma
W skrzyni złotej,

Zamkniętej na zamki i sztaby;
Lecz człek jest za słaby,

By do tej
Zaczarowanej dojść góry,

Przez wichry się przedrzeć, przez chmury!
Na Szklanej Górze,

W lazurze
Jest szczęście — tutaj go niema!...

Stach zamyślił się. Po chwili szepnął:

—  Dziadulu! a jak dostać się do niej?
—  Nie wiem! — odpowiedział dziaduś. 

Słońce zaszło, na ziemię spadła obfita rosa.
—  Czas już wam na spoczynek, Ojcze! — odezwała się synowa.

—  Czas, czas — odpowiedział stary, stękając. 

background image

Pocałował   w  czoło   zamyślone   pacholę,   uśmiechnął   się

i rzekł:

—  Nikt jeszcze nie był na Szklanej Górze, dzieciaku! nikt nie otworzył 

złotych skrzyń 
królewny 

zaklętej!

—  Nikt?... — szepnęło pacholę.

Dziadek i matka do izby już weszli, za nimi powlókł się pies kudłaty.

Stach został sam na dworze, a dwiema głębokiemi brózdami zarysowało się czoło 

chłopięcia. 
Stał 

nieruchomy i patrzał na krwawo-czerwoną wstęgę, którą słońce zostawiło po sobie,
patrzał 

długo, 
jakby rozmyślał nad czemś, czy jakąś rozwiązywał zagadkę.

Po chwili szepnął:
—  Szklana Góra!...

Obrócił wzrok ku wschodowi.

—    5    —

Ponad lasy księżyc duży wypłynął w mgłach jeszcze.   ..
— Szklana Góra! — powtórzył raz drugi.

Nagle porwał się, jakby wichrem popchnięty, i zaczął biedź przed siebie.
Dokąd?

Nie wiedział sam.
Gnał go głos jakiś, silniejszy nade wszystko. Zagłębił się w las głuchy i 

biegł, biegł, 
biegł, 

dopóki tchu piersi, a nogom sił starczyło. Wreszcie znużył się — usiadł na 
pościeli traw 

miękkich. Pochylił się — i usnął.

Jak i kiedy się zbudził — nie wiedział, jak nie wiedział, czy spał 

godzinę, czy dni 
kilka. 

Marzyła mu się Góra Szklana, niby przezroczysta ściana z lodu o błękit oparta, 
na której 

szczycie 
wznosiły się mury kryształowego pałacu księżniczki zaklętej, siedzącej przy 

skrzyni złotej, 
okutej grubemi 

obręczami. Księżniczka była piękna i musiała być bardzo dobra, bo uśmiechała się
do niego, 

ale — gdy poczołgał się ku niej i poprosił o klucze do tej skrzyni, gdzie 
szczęście było 

zachowane, 
posmutniała i taką mu dała odpowiedź:

—  Biedni wy ludzie, biedni! Szukacie kluczów, a nie wiecie, że nie ja, 

lecz wy 

jesteście 
ich posiadaczami. Wszystkie zamki zaczarowanej skrzyni są otwarte, tylko umieć 

potrzeba 
podnieść 

jej ciężkie wieko.

Stach porwał za sztaby, ale wszelki wysiłek był na nic. Zamki nie puściły,

a on tylko 
palce 

sobie pokrwawił.

Obudził się...

Słońce już było wysoko, las cicho szeptał pacierze, zapach kwiatów i ziół 

unosił się 

dookoła.

background image

—  Dalej! dalej! — zawołał, zrywając się z leśnej pościeli swojej.

Znużony był i głodny, choć rosą się obmył, a jagodami pokrzepił — lecz o 

powrocie 

nie myślał. 
Nie liczył dni i nocy przebieżonych;  nie  trwożyły go przepastne  głębiny lasu 

nie

—   6   —

niezpajomego, dziki zwierz go nie lękał, choć nie miał przy sobie broni, innej, 

okrom małego 
krzyżyka na piersi, a pacierza na ustach. Śladów ludzkich nie spotkał nigdzie, 

za to moc 
ptactwa uwijało się po drzew gałązkach, a świergotało wesoło. Tańczyły 

wiewiórki, w 
błyskawicznych 

ruchach przeskakując z konaru na konar; zielone żabki skrzeczały, przytulone do 
listków 

osiny; 
czasami złotogłowy wąż się prześliznął i szybko w spróchniałym pniu drzewa się 

ukrył. Złote 
blaski 

słońca lub srebrne pasma księżyca snuły się naprzemian pa lesie, czasem noc 
czarna zapadła 

— a on biegł dalej i dalej...

Aż oto pewnego wieczora, gdy księżyc białemi plamami rozsypał się po 

przestrzeni 
leśnej, do ucha 

Stacha dobiegły gwałtowne tętenty kopyt i dźwięki rogów myśliwskich... 
Szeleszczą liście, 

chwieją się krzewy, piersią czyjąś trącone. I oto jeden i drugi rycerz pomknął 
na koniu 

spienionym; 
na twarzach jeźdźców niepokój, brwi groźnie ściągnięte. Biegną... stają... 

rozpatrują się 
dookoła... 

Pędzą dalej — i powracają, a głos trąb się przybliża, coraz gwałtowniejszy, 
ostrzejszy, jakby 

nawoływanie zbłąkanych.

Niepokój ten i Stachowi się udzielił, ale razem i ciekawość go zdjęła, bo 

nigdy jeszcze 
ani tak 

uzbrojonych rycerzy nie widział, ani takiej gędźby nie słyszał. Wskoczył tedy na
dąb 

rosochaty 
i ukrył się w gęstoliściu, rozglądając się dookoła ciekawie. Aż oto zobaczył 

widmo jakieś w 
postaci 

starca, o brodzie siwej, szacie długiej, w koronie z jemioły na głowie, 
występujące z cieniów. 

Szło tak cicho, że żadna trawka nie poruszyła się pod jego stopami i nie 
zaszeleściła. 

Okrążyło raz 
i drugi i trzeci ogromną przestrzeń lasu na mil cztery, a gdy przeszło raz 

pierwszy, ziemia, 
po której szło, zryła się w brózdy i szczeliny; a gdy przeszło raz drugi, 

wywróciły się korzenie 
drzew umarłych i przejścia wszystkie zamknęły; a gdy przeszło raz trzeci, 

ogromne zewsząd 
przepaści i wyrwy

—   7   —

background image

skaliste powstały, których głębi nawet promienie księżyca dosięgnąć nie mogły.

Przestraszonemi oczyma patrzał Stach na to wszystko, co się działo wkrąg 

niego. A 

oto już rycerze 
biegną 

ze stron wszystkich. Trwoga wzrasta i popłoch. Słychać tętent, gwar głosów 
ludzkich i 

wozów skrzypienie.
Rycerski orszak wysunął się z cieniów; na czele orszaku tego szedł król w 

koronie złotej; na 
wozach moc 

zwierza pobitego — żubry, niedźwiedzie i łosie.

—  Łowy się udały — rzekł król — ale czart jakiś drogi nam poplątał!

—  Nie czart, lecz ja! — dał się głos słyszeć — i nagle wśród koła 

rycerskiego groźne 

stanęło widmo.

—  Wszelki duch!... — tu i tam się ozwało.

Lecz przestrach trwał krótko, bo bać się nie rycerska to rzecz... Król 

pierwszy postąpił 

do widma i 
rzekł groźnie:

—  Ty?...
—   Słyszałeś!...

—  Jakiem prawem?
—  Twojem, królu ziemski! — odpowiedziało widmo.

—  Jaśniej, jaśniej!... Zagadek nie rozwiązuję...
—   Co robisz, gdy wróg najeżdża państw twych granice?

—  Zabijam! — odpowiedział król krótko.
—  Jam lasów tych pan, odwiecznych kniej tych dziedzic! — odparło widmo.

—  Gdzie jest stolica twoja? — król rzucił. 
Widmo rzekło:

Niedosiężna, niezdobyta, 

Kryształową mgłą okryta; 
Złoty miesiąc ma nad głową, 

U stóp wstęgę purpurową, 
Jaką wiąże świata końce

Kładnące się do snu słońce.

—   8   —

Kryształowe okna w dworze, 

Złote skrzynie są w komorze —
Skarbu strzeże mi królewna, 

Jak sen piękna, 
jak mgła zwiewna. 

Krocie biegną tam rycerzy, 
Lecz w każdego grom uderzy, 

Bo nie wiedzą tajemnicy 
Do jej serca i skarbnicy.

Rycerstwo  drgnęło,  sam  król  się poruszył,  a  Stachowi

dech w piersi się zaparł.

—  Szklana Góra!... — wyszeptał. 

Słuch i wzrok wytężył.
Wtem zastęp rycerski, jakby jedną myślą tknięty, otoczył dziwnego starca. 


prawicach 

błysnęły ostre miecze, a wszystkie skierowały się w piersi widma.     .

—  Nie wyjdziesz już stąd żywcem, królu leśny! — groźne odezwały się 

głosy. — 

background image

Śmierć 

twoja do rąk nam da skarb nad skarby, niedosiężną, niezdobytą dotąd Górę 
Szklaną, stolicę 

twoją, 
gdzie przechowujesz ukryte w skrzyniach złotych — szczęście!... Strzeże go 

urocza królewna, 
córa twoja, zostająca pod twych zaklęć potęgą. Teraz mamy cię w ręku — i nasze 

będą skarby 
twoje!

Sto   mieczów   skierowało   się w bezbronną  pierś  starca.
—  Śmierć królowi lasów! — padł rozkaz z ust króla ziemskiego.

Wtem dał się krzyk słyszeć:                                             ,

—  Nie zabijajcie!'

Miecze drgnęły — zatrzymały się. Między nimi a królem leśnym, z 

rozkrzyżowanemi 

obrończo 
rękoma. Stach stanął.

Widmo omgliło się, zbłękitniało i znikło, jakby wsiąknięte przez promienie

księżyca.

Ogarnął dziw wszystkich — a Stach posłyszał szept:

Daję ci pióro sokole,
Znak kładę na twojem czole:

Talizman, co cię ochroni
Od ostrza zdradzieckiej broni.

Gdy noc otuli las wokół,
Po pióro przyleci sokół,

Widmo, wabiące wołaniem...
Idź za niem! idź za niem! idź za niem!

W tej chwili spadło na ramię Stacha lśniące pióro sokole, a rosa chłodna 

na czoło. 
Pióro 

zawisło na czapeczce pacholęcia, po rosie drobny, biały znak został.

—  Cóżeś uczyniło, głupie chłopię! — rzekł król, litościwie głową kiwając.

—  Nie widziałem, panie królu, żeby ze ściętej gałązki kwiat piękny się 

wywinął, a 

jakie 
szczęście mógłby przynieść grzech zabójstwa? — odpowiedział Stach śmiało.

Dworzanie króla nie wiedzieli, co czynić mają i jak z zu-chwałem 

pacholęciem 

postąpić. 
Posypały się groźby, tu i tam zacisnęły się pięści, ale królowi podobała się 

odwaga Stacha; 
zresztą wiedział już, że cios żaden nie dosięgnąłby piersi widma, które w mgłę 

się zmieniło 
i rozwiało się, jak mgła. Zbliżył się, położył na główce Stacha rękę swoją 

królewską i rzekł:

—  Zostaniesz pazikiem moim!

Nie opierał się Stach woli królewskiej, bo cóż miał dalej robić sam, w 

lesie, znużony,

głodny, nie znający dróg wśród tej puszczy obłędnej? Zgodził się więc pozostać 
pazikiem 

króla 
i znaleźć się w gronie rycerzy, którzy wnet spójnem otoczyli go kołem i 

przyjaźnie już 
uśmiechali się 

do niego.

Ze zniknięciem tajemniczego widma zniknęły wyrwy, przepaści i rozkopy. 

Drużynie 
królewskiej 

dobry humor powrócił. Pachołkowie nazbierali wnet suchych gałęzi i wielki stos 
zapalili, a 

kucharze 

background image

królewscy wzięli się zaraz do przygotowania posiłku dla króla i jego orszaku. 

Łosie chrapy, 
niedźwiedzie 

łapy i pieczeń żubrza znalazły się wnet na stole pańskim, było i wina wbród i 
innego napoju 

niemało.   
Posilili się tedy

—   10   —

dobrze, a gdy ogień przygasł, każdy kułak pod głowę położył i czekał na sen 
przytulny.

Ale sen nie przychodził.
Nie dziwo!    

Byli w dziedzinie króla leśnego, niedaleko jego stolicy, tej zaczarowanej 

Góry 

Szklanej.

0 niej też i Stach marzył...

Po chwili ciszy, gdy król w namiocie chrapać zaczął, ten i ów głowę 

podniósł i 

szepnął:

—  Szklana Góra!...

—  Szklana Góra!... — i Stach powtórzył.
—  Cha! cha! cha! — zaśmieli się rycerze. — I ten malec o niebezpiecznej 

wyprawie 
myśli!

Zawstydził się Stach, bo jakże mu z groźnymi wojownikami się mierzyć?... A

każdy z 

nich 
o tej wyprawie niebezpiecznej myślał i o tem, by mógł w niej towarzyszów swoich 

ubiedz.

Nie spali, a udawali, że spali...

Tak samo i Stach uczynił.
Księżyc zaszedł — w ciemnościach pogrążyła się ziemia.

1 oto podniósł się rycerz jeden. Cicho, na palcach do konia swojego się 

zbliżył, 

skoczył 
na siodło — i w las pomknął... To'samo uczynił drugi, trzeci, dziesiąty, i ci, 

co postawieni 
byli na straży przed namiotem królewskim, kuchciki i ciurowie nawet; każdy z 

osobna udał 
się na 

poszukiwanie zaczarowanego pałacu, skrzyń złotych i pięknej królewny.

Ścisnęło się serce Stachowi, że on pobiedz za nimi nie może. Czekał 

przybycia 
obiecanego sokoła, 

wabiącego wołania jego.

Tymczasem w borze dzikie zaczęły się budzić zwierzęta. Zawył wilk — i, 

węsząc, 
zbliżył się do namiotu 

królewskiego; plamisty ryś na konarze dębu się przyczaił i jarzące ślepia utkwił
w bezbronne 

schronisko króla. W oddali krzew się 

—   ii   —

poruszył — z krzewu wyjrzała twarz zbója. Jeden skok, jedno uderzenie maczugi...
i z króla 

— trup!

Skoczył... ale nie zbój — jeno Stach.

Wilk umknął, ryś pierzchnął, zbój się ukrył. Nie wszyscy snadź opuścili 

background image

namiot 

królewski. 
Straż czuwa,groźna halabarda skrzy się w ręku Stacha, który wsparł się o nią i 

broni przystępu 
do opuszczonego namiotu.

Wtem na ciemnem tle nieba zakołysał się ptak obiecany.
Stach zadrżał...  W piersi  chłopięcej   zabiło mocno serce.

—  Jesteś, ptaku! — wyszeptał.
A sokół zaśpiewał głosem ludzkim:

Płynęły sokoły chmurą,

Ja nie poleciałem z niemi:
Wichr mi jedno wyrwał pióro...

I zwisło skrzydło ku ziemi.
Czyje chwyciły je dłonie,

Niech moimi ślady bieży...
Gdzie polecę — w tamtej stronie

Przeogromne szczęście leży.
Za mną! za mną, nim blask dzienny

Świtem ziemi pierś ozłoci...
Śpiesz! bo zniknie urok senny,

Stuli listki kwiat paproci!...

I śpiewający tak sokół wionął skrzydłem przed twarzyczką Stacha i wołał 

kusząco:

—  Pódź! pódź! pódź!...
Stach halabardę precz cisnął — i porwał się do biegu... Wtem przypomniał 

sobie, że 
namiot pusty, 

że wszyscy dobrego króla odbieżeli, że wyjrzy wilk z zarośli, na konary dębu ryś
skoczy, 

z krzewów wysunie się twarz zbója.

Zakołysał się i szepnął:

—  Jako mi iść, sokole? jako mi iść z tobą? 
A sokół zaśpiewał:

Co ci cudze znaczy życie, 

Kiedy twoje w poniewierce? 
Co obcego serca bicie, 

Gdy umiera twoje serce? 
Odbiegł króla orszak liczny, ' 

Obdarzany łask tysiącem, 
A ty rzucasz swój sen śliczny, 

Choć uderzasz sercem drźącem.

— Tak... tak... tak!... bije mi serce, bije mocno! — Stach odpowiedział. 

— Ale czy to nie ja powiedziałem królowi, że — nawet szczęścia nie zdobywa się 

grzechem?... 
Nie grzech-że dziś go opuścić, gdy w śnie cichym spoczywa, on, który mnie 

obronił 
przed gniewem wzburzonych rycerzy, obdarzył łaską swoją ?... Mam-że 

niewdzięcznością 
podłą 

okupić szczęście własne ?...

A sokół śpiewał dalej:

Przed porankiem chłodna rosa    

Juź nabrzmiewa w niebie bladerm. 
Gdy dzień wpłynie na niebiosa, 

Ja ulecę braci śladem. Za mną! 
za mną^ nim blask dzienny 

Świtem ziemi pierś ozłoci, 
Śpiesz! bo zniknie urok senny, 

Stuli listki kwiat paproci!

—  Już świta! świta! — zawołał Stach przestraszony. — Idę z tobą, idę z 

background image

tobą, sokole!

... Nie! nie! — zawołał nagle. — Nie kuś mnie, nie kuś!.,. Ja iść nie mogę, nie 
mogę!

Podniósł opuszczoną halabardę i, opierając się na niej, stanął przed 

namiotem, z 

którego 
dochodził oddech cicho śpiącego króla.

Ptak odleciał.                                                   
Przypomniał teraz Stach sobie, że to była noc Świętojańska, w której raz 

tylko zakwita 
kwiat tajemniczy.

Ból uczuł.

—     13    —

Zdawało mu się, że Szklana Góra w pył kryształowy rozsypała się przed nim.

Nad ranem tumult, gwar, wrzaski, krzyki i jęki wypełniły pustosz leśną. 

Zerwał się 

król 
z pościeli — dworzan wzywał, ale nikogo nie było, jeno Stach wpadł do namiotu 

królewskiego, a król 
go za zuchwałość zgromił i sponiewierał okrutnie, że, miasto spać, pieśni o 

Szklanej Górze 
śpiewa 

i jego królewską mość budzi. Stach chciał się tłómaczyć, ale rozsierdzony król 
precz mu iść 

kazał 
i sam już, nie czekając na nikogo, przed namiot skoczył, pewny będąc, że 

zdradzieckiego 
napadu dokonał 

król leśny.

Było tak i nie było...

Pan lasów i kniej rozgromił zastęp rycerski, który, to podejściem, to 

bojem wstępnym 

chciał 
opanować Szklaną Górę. Stu ich było — poległo pięćdziesięciu; z tych połowa 

powróciła 
strasznemi ranami 

okryta, ocalała tylko garstka znikoma, spieszną ucieczką się ratując, lecz 
oniemiała ze 

strachu. 
Król chciał opuścić niewdzięczne lasy, ale jak mu w podróż daleką się udawać bez

sług, 
rycerzy, 

obozowych ciurów nawet?... Pozostać więc musiał, dopókiby się z ran nie wygoili,

niemowom głos nie wrócił.
Pośród rycerzy tych, co dokazywali najwięcej, był jeden, Gromobojem zwany, który

na 
księżą ????? już patrzał. 

Głowę miał rozbitą, żebra połamane. Jęczał cicho, oczekując śmierci niechybnej. 
Ale, gdy 

towarzysze wyprawy 
krwawej jeden przez drugiego zaczęli o rycerskich czynach swoich mówić, on 

podniósł 
ociężałą głowę, 

na dłoni ją wsparł i słuchał. Ten już do połowy Szklanej Góry był dotarł, ale 
koń, źle podkuty, 

ześliznął 
się i w przepaść zleciał; ów, gromem strącony, w dół runął; temu przejście 

zagrodziły smoki 

background image

straszliwe 

o dziesięciu głowach; tamtego chmara much kąśliwych prosto w oczy uderzyła,  że 
nie 

wiedział,   
na  prawo   czy na lewo ma biedź,

—   i4   —

a bronić   się  musiał  od  napastników.   Gdy wypowiedzieli się wszyscy, on 

głową poruszył 
smutnie i rzekł:

—  Grom mnie nie dotknął, nie przeraziły smoki, złe muchy oczu nie 

zasypały, ani 

pośliznął się koń ostro kuty. Jużem na szczycie był stanął przed dyamentowemi 
wrotami 

pałacu, 
a ściany przezrocze odkryły przede mną czarodziejskie głębie swych sal... Ach! 

com widział, 
tego 

nie zapomnieć po wiek wieków!... Królewna, piękna jak pierwszy wschód majowego 
poranku, spała 

na skrzyni złotej, którą trzymały purpurowe skrzydła ptaków rajskich. Dwa sokoły
siedziały 

u stóp śpiącej — straż jej jedyna. Dobyłem miecza... Uderzyłem nim we wrota 
dyamentowe. 

Posypały się iskry — miecz prysnął — lecz się nie rozwarły wierzeje. A oto 
przede mną 

stanął 
stróż zaczarowanego zamczyska i rzekł: »Zdobyłeś Górę Szklaną — lecz wrót jej 

nie 
otworzysz, 

choć nikt ci już wejścia nie broni. Trzy klucze złote potrzeba mieć... Nic bez 
nich! nic bez 

nich! nic bez nich!...«

—  Trzy klucze?—zawołali rycerze, baśni tej słuchający.

—  Wichr mnie zwiał — dokończył rycerz głosem słabym — i w dół runąłem, 

rozbity, 

jak czerep 
gliniany.

Przytomność go opuściła — zaczął majaczyć...
—  Trzy klucze!... — dookoła szept płynął.

Napróżno król zabraniał wypraw już wszelkich — posłuchu nie było. Widząc, 

że rady 

nie może 
dać z rycerstwem, opętanem przez króla leśnego, którego zemstę teraz zrozumiał, 

z tymi, co 
oniemieli 

ze strachu, do swoich państw powrócił. O paziu zapomniał, odwrócił się nawet od 
niego, gdy 

ten 
nizkim żegnał go ukłonem.

Gromobój dogorywał... Nikt nie opatrywał jego ran, nikt kropli wody nie 

podał ustom, 

gorączką spalonym, cichego snu nawet nie miał, bo kowale królewscy, zatrzymani 
przez 

rycerstwo 
zbuntowane, kuli klucze złote, różnej formy, wielkości i miary, do dyamentowych 

drzwi 
zaklętego 

pałacu.

background image

—   15   —

O tych kluczach i Stach marzył... Może uproszony kowal niejeden zrobiłby 

te klucze i 

dla 
Stacha ze złota, które stosami leżało, ale jakże opuścić mu było rycerza 

umierającego? nie 
opatrzyć 

ran bolących? potu z czoła nie otrzeć? do ust spieczonych nie pochylić dzbanka 
wody?

—  Nie dla mnie skarby Szklanej Góry! — szepnął, siadając przy 

umierającym.

Noc zapadła.

Pracują miechy kowalskie — huczą młoty — skry się sypią. Stosy kluczów 

różnej 
wielkości, 

formy i miary leżą do wzięcia gotowe. Rycerze i kowale opuścili las głuchy, 
śpiesząc po 

skarby 
zaklęte. Klekocą klucze złote u pasów rycerskich, a w piersi chłopca drży serce 

obolałe.

Co mu się marzy, co mu się nie marzy!... Skrzynie rozbite — skarb 

rozkradziony...

Spojrzał na Gromoboja.

— Dobryś jest!... — szepnął umierający.
Stach rękę przyłożył mu do czoła — rycerz się uśmiechnął...

A oto w powietrzu zaszumiały skrzydła wielkiego ptaka. Nadleciał sokół, 

przysiadł na 

gałęzi 
buku starego i tak zaśpiewał:

Słyszysz? słyszysz, jak klekocą

Klucze od bram z dyamentu?
Wrota pękną przed północą,

Bez hałasu, bez zamętu.
Niech się twoja myśl wygrzebie

Z trosk, co dławią pierś twą zmorą:
Rycerz umrze i bez ciebie,

A tam złoty skarb rozbiorą!

—  Wiem, mój sokole, wiem! — odpowiedział Stach smutno — ale nie pójdę z 

tobą!... 

Patrz! — dodał, 
na Gromoboja wskazując — jakiemi on trwożnemi oczyma spojrzał na mnie. Bądź 

spokojny,  
biedny rycerzu!  

nie  opuszczę  ciebie w niedoli twojej.

—   I6   —

Rycerz uśmiechnął się, westchnął głęboko... i skonał.

A wtedy ptak rzucił się na Stacha, jakby chciał z nim zwieść walkę 

śmiertelną.

Rozpoczął się bój.
Sokół uderzał, groził dziobem, bil zamaszyście skrzydłami, szponami za 

suknię 
chwytał, 

a to wszystko tak szybko i z taką zaciętością czynił, że Stach nie mógł ruchów 
jego 

pochwycić, 
tak błyskawiczne i gwałtowne były. Widząc wreszcie, że z ptakiem oszalałym rady 

nie może 

background image

dać, 

za szpony silnemi rękoma go chwycił, palcami nogi drapieżnika omotał i przykuł 
do piersi 

swojej.                                                     z.

Zdawało się, że ptak chciał tego.

Dwukrotnie skrzydly potężnie uderzył — i wzniósł się w obłoki.
Stach w dół spojrzał.

Nie on leciał — ziemia zapadała się pod nim. Z niezmierną szybkością 

usuwają się 

lasy, 
góry, rzeki i doliny — a sokół płynie wyżej i wyżej, do gwiazd, do księżyca, 

którego róg 
srebrzysty 

świeci już pod stopami unoszonego. Nagle coś zaśnieżyło na błękicie, niby 
kolumna z 

kryształu ulana, 
niby złom skały lodowej, na której wierzchołku mienił się wszyst-kiemi barwami 

tęczy pałac 
królewski.

—  Szklana Góra! — Stach krzyknął.
Sokół ogromne koło zatoczył i rzucił Stacha przed wrota dyamentowe, które 

otwarły 
się wnet 

przy dźwięku pieśni, harf śpiewaniu i trzasku odmykającego się wieka złotej 
skrzyni. Piękna 

królewna 
podbiegła, ujęła za rękę przybysza i prosiła, by szedł po skarb zdobyty. Zjawił 

się i-król leśny 
i powtórzył słowa ukochanej córy.

—  Skarb zdobyłem? — nie wierząc oczom ni uszom, zapytało zdziwione 

chłopię.

—  Czy nie słyszałeś, jak pękły wrota zaczarowane? — rzekł król leśny.

—   17   —

— Bez kluczy? — pełen lęku i trwogi Stach wyszeptał. Zadzwoniły głośniej 

harfy i 

lutnie, 
trzymane przez piękne, ubrane w wieńce róż dziewice, a królewna zaśpiewała:

Rzuć troski, rzuć zgryzotę,

Przy tobie jest zwycięstwo: 
Posiadłeś klucze złote 

Przez litość, wdzięczność i męstwo!

Próżno się ludzie biedzą, 
Bezsilne wznoszą pięście; 

Pierś krwawią, a nie wiedzą, 

Że w dobrych uczynkach — szczęście!

Dźwięki sypały się, jak perły, i budziły dziwne wspomnienia w pamięci 

Stacha. 
Przypomniał 

teraz sobie, jaką dumę czuł w piersi, gdy bronił króla leśnego przed rycerzami 
ziemskiego 

króla: 
na miecze się rzucił — i miecze drgnęły, wstrzymały cios śmiertelny. Przypomniał

teraz 
sobie, jak, 

nie dając się skusić namowom sokoła, pozostał wierny obowiązkowi wdzięczności, 
gdy cała 

drużyna 

background image

rycerska opuściła wodza swojego, własnych szukając korzyści. Zrazu ból pierś 

jego ścisnął, 
później 

uczuł rozkosz z odniesionego nad samym sobą zwycięstwa. I przypomniał był sobie 
ostatnie 

spojrzenie 
umierającego rycerza... O! tego spojrzenia nie zapomni nigdy! takie głębokie 

było, 
przepełnione 

niebios błogosławieństwem. Zdobył klucze złote do skarbu, który wypełnił pierś 
jego dumą, 

spokojem 
i słodyczą. 

Nagle ciepły, wonny wiatr powiał i uniósł Stacha z tej Góry Szklanej i na 

bezbrzeżny 

step rzucił.

Przeciera oczy — patrzy...

Słońce zachodzi. W dali stoi las głuchy, pod lasem ubożuchna chata 

dziadula. Nie 

dobiegł do niej, 
a słyszy gwar radosny, niesłyszany dotąd okrzyk wesela.

Wpada do izby.

                                                                                

7

—   i8   —

Co to?

Dziadek, matka i jeszcze ktoś trzeci...

—  Szczęście! szczęście! — woła dziadek, rzucając Stacha w ramiona 

nieznajomego 

rycerza. 
Ale Stach zrozumiał to wołanie.

—  Tatuś! — krzyknął.
Rozpłakali się wszyscy — i ja się rozpłakałem, widząc szczęście tych 

dobrych ludzi.

Z wielkiej wojny powrócił ojciec Stacha — przywiózł łupy bogate w zamkach 


cerkwiach 

zdobyte, na czole bliznę miał krwawą, na piersi krzyżyk zasługi.

KOŻUSZEK BARANI.

Okrutny tumult powstał przed kościołem i taki wrzask bab i dziadów 

żebrzących, że 
ksiądz 

musiał kazanie przerwać i wysłać zakrystyana dla uśmierzenia kłótni jakiejś, 
która spokój 

nabożnych 
mąciła. Jedna z bab darła się w niebogłosy:

—  Patrzcie-no, jaka pani z Psiej Wólki! Nietylko, że dziurawej dychy nie 

da, ale 

nawet 
nie powie: niech Pan Bóg opatrzy!... I śmie to babom od wiedźm wymyślać!

—  Od wiedźm?! — zakrzyczała druga, a właśnie ta druga, która z 

towarzyszkami 

swojemi 
na odpust przybyła, była wiedźmą z Łysej Góry. — A pokaż-no mi tę gaździnę, 

niech-że ją 

background image

sobie 

zapamiętam dobrze, a zapłacę, jak się należy, za takie postponowanie godności 
naszej!

—  A oto tam... Widzisz ją? Kieby kolatorka w ławce się rozpiera, a raz 

wraz łeb 

spocony 
chustą wachluje. Gajdzińska się zowie, a rodzicielką jest tej, oto tam, pannicy,

co siedzi pod 
konfesyonałem, a od bab i dziadów plecyma się odwraca. Inaksza całkiem jest jej 

siostra 
przyrodnia, 

a pasierbica kukły tej starej; ta nie ominie nas, by choć dobrem słowem nie 
obdarzyła, jeżeli 

kaletkę ma pustą; nie tak, jak tamte

-   20   -

dwie, co zaraz fukają a zgarniają suknie, by fałdów jej dziad nie tknął abo baba

nie ułapiła, 
a zara od wiedźm i sufraganów!

—  Tak, tak! zaraz od wiedźm i sufraganów! — wrzasnęło kilku dziadów.
—  Popamiętają nas, popamiętają! — zakrzyczały jednocześnie mieszkanki 

Łysej 
Góry.

—  Nie zrobita im nic! pieniądze mają!
—  Cichoj-ta! — ozwał się jeden z kulasów, na progu kościelnym siedzący. —

Ksiądz 
przerwał kazać i zakrystyana wysłał... Idzie już, a zły bardzo!

—  Cicho, to cicho — odezwała się wiedźma. — My już z panią Gajdzińską 

poradzimy sobie.

To mówiąc, wraz z towarzyszkami ukryła się za węgieł dzwonnicy i szu — szu

— to 

jednej, 
to drugiej do ucha, a coś ważnego uradzić musiały, bo aż podskoczyły z radości.

Nazajutrz, gdy pani Gajdzińską z Gdusią i Różyczką sierotką siedziała na 

ganku 

wiejskiego 
dworu swojego, zbliżyła się do nich żebraczka jakaś, siwa, stara, trzęsąca się 

od słabości, 
a ledwie łachmanami okryta. Była to jedna z wiedźm Łysogórskich, którąśmy 

poznali pod 
kościołem. 

Wyciągnęła rękę i o wspomożenie prosiła. Ale Gdusia z panią matką porwały się z 
krzykiem 

do niej, 
co widząc, Różyczka podbiegła do nieszczęśliwej żebraczki i, niby za wrota ją 

wypraszając, 
wcisnęła 

jej w ręce grosików parę.

—  Bóg ci zapłać! — szepnęła wiedźma, niby cicho, ale o tyle głośno, że 

Gdusia i pani 
Gajdzińską każde słówko jej zasłyszały. — Bóg ci zapłać — mówiła — a za dobre 

serce 
twoje ślicznego 

królewicza dam tobie... Ale skryjmy się, by nikt nie posłyszał, co ci powiem, i 
z powierzonej 

tobie 
tajemnicy nie skorzystał.

—  Słyszysz, matka? — szepnęła Gdusia.
—  Nie przeszkadzaj wiedźmie  mówić — odpowiedziała

background image

—   21   —

Gajdzińską. — Niech tajemnicę wyjawi, my podsłuchamy i skorzystamy.

Wiedziała pani Łysogórska, że tak zrobią — i dlatego tak szeptała, by 

mogła być 

słyszaną. 
Zrazu Różyczka ociągała się, zerkając to na siostrę, to na macochę, ale widząc 

obie jakąś 
robotą 

zajęte, za obórkę z żebraczka się ukryła, a Gdusia z matką zaraz do obórki 
skoczyły.

—  Tutaj nas nikt nie posłyszy — mówiła wiedźma — a że dobra jesteś, 

dziecino, dam 

ci 
królewicza ślicznego. Weź oto ode mnie ten kożuszek barani i, odziawszy się weń,

jutro rano 
po jagody 

do lasu idź. Przez las królewicz przejeżdżać będzie... ty podaj mu jagody, a 
rozmiłuje się w 

tobie 
i za żonę cię weźmie.

—  Słyszysz, matka? — szepnęła znów Gdusia.
—  Ubierzesz się ty, nie Różyczka, w ten kożuch, i ty, nie ona, po jagody 

pójdziesz — 
odpowiedziała Gajdzińską.

Zaledwie wiedźma za bramę wyszła, tak obie razem, macocha i Gdusia, 

rzuciły się na 

sierotkę 
i wyrwały z jej rąk cudowny kożuszek. Dzień cały płakała skrzywdzona, noc całą 

nie spała, 
nad ranem 

dopiero sen ją zmorzył, a Gdusia, w kożuszek ubrana, skoczyła do lasu na 
spotkanie 

królewicza.

Królewicz był piękny i młody, na dziarskim koniu jechał, wesoło 

rozglądając się po 
lesie, 

gdy oto z za krzewu wysunęła się wiedźma-żebraczka i drogę mu zaszła.

—  Czego chcesz, stara? — spytał, zatrzymując rumaka i złoty pieniądz 

babie 
rzucając.

—  Zasadzka na ciebie jest, królewiczu, w tym lesie pustym — szepnęła 

wiedźma do 

ucha 
nachylającego się młodzieńca. — W kożuszku baranim zbliży się do ciebie 

dziewczyna 
młoda i da ci 

jagody uzbierane.  
Nie tykaj ich — są zatrute.

To rzekłszy, skryła się w zarosłe. Królewicz rami onam wzruszył i jechał 

dalej. Wtem 

spojrzy 
przed siebie i ujrzy dziewczynę młodą w kożuszku baranim, która, spostrzegłszy

-   22  -

jadącego, podbiegła ku niemu zaraz i podniosła jagody uzbierane.

—   Prawdę baba mówiła! — szepnął do siebie królewicz, i dodał, patrząc na

Gdusię: 
— Taka piękna a taka niegodziwa!

—  To dla ciebie, królewiczu! — odezwała się Gdusia.

background image

—  A to dla ciebie! — zawołał królewicz.

I podniósłszy rękę, prętem trzcinowym uzbrojoną, trzasnął nim po baranim 
kożuszku, a tak 

silnie, 
że Gdusia skręciła się jak wąż, jak psiak zaskomliła i ukryła się w krzewy 

leszczynowe.

Trudno wypowiedzieć, co to było po jej powrocie do domu. Matka za głowę 

się 
wzięła, 

zobaczywszy czerwoną pręgę na plecach Gdusi, najwięcej jednak Różyczka 
ucierpiała, bo na 

nią 
zwaliło się wszystko, choć była Bogu ducha winna.

—   Weź ten kożuch, a sama idź do twojego królewicza po pręt trzcinowy — 

wrzeszczała 

macocha.—No, pójdziesz? — pytała rozzłoszczona.

—  Pójdę! — odpowiedziała Różyczka z płaczem.

Ale dnia tego, pod wieczór, zjawiła się druga żebraczka.
—   Zlitujcie się nad nieszczęśliwą! — zaskomliła.

—   Precz! precz!—zaskrzeczały obie Gajdzińskie i psami poszczuły.
Różyczka skoczyła i stanęła w obronie napastowanej. Psy ujadały, lecz 

rzucić się już 
nie 

miały odwagi, a stara wiedźma spojrzała znacząco na dziewczynę i szepnęła tak, 
że matka i 

Gdusia 
każde słówko słyszały:

—  Byłaś w lesie?
—  Nie byłam.

—  Bóg cię strzegł — rzekła żebraczka. — Bo widzisz, dziecinko, siostra 

moja, która 

ci 
wczoraj cudowny kożuszek dała, że stara już bardzo jest i na pamięci 

szwankująca, 
zapomniała  

tobie  powiedzieć,  że  trzeba  ten  przyodziewek  wziąć

—    23    —

włosiem  na wierzch, a spotkanemu  królewiczowi  nie  maliny, nie poziomki, jeno
czarne 

jeżyny podać.

—  Aha! — szepnęła Gajdzińska.

—  Słyszysz, matka? — mruknęła Gdusia.
—  Odbierzemy jej kożuch i jutro pójdziesz do lasu z od-wróconem na 

wierzch 
włosiem 

i jeżyny królewiczowi  podasz.

Kożuszek barani znalazł się znów w rękach Gdusi.

Zaledwie słońce na niebie błysnęło, a już przez las jechał królewicz, 

rozkoszujący się 

porankiem majowym. Zbliżał się właśnie do źródła, gdzie jeżyn najwięcej rosło, 
gdy Gdusia 

drogę 
mu zastąpiła i na liściu dębowym śliczne, czarne, dorodne jeżyny podała.

—  Dziś już w wywróconym kożuchu do mnie przychodzisz, wiedźmo przeklęta! 

— 

krzyknął 
królewicz i świsnął prętem trzcinowym raz i drugi przez plecy Gdusi.

—  A-ja-jaj! — zakrzyczała, tak ją obie zabolały łopatki, i pomknęła do 

domu.

Znów się wszystko na Różyczkę zwaliło. Oddano jej kożuszek i rozkazano o 

background image

świcie 

iść 
na spotkanie królewicza.

Poszła, ale nie zbierała jagód; nauczona zaś doświadczeniem Gdusi, precz 

odrzuciła 

kożuszek, 
w główce zaś jej myśl powstała, by już nie powracać do domu, gdzie jeno bito ją 

i łajano. 
Siadła 

nad źródłem, włos płowy rozpuściła, który złotą falą do stóp jej spłynął. 
Wpatrzyła się w 

źródło 
kryształowe, w odbicie własnej postaci, i zdziwiła ją niezauważona dotąd jej 

piękność. 
Zaczęła się 

uśmiechać, coś szeptać do siebie, coś nucić, coś śpiewać — śpiewać piosenkę, 
która w tej 

chwili 
w sercu jej się urodziła:

Daremno patrzysz w zwierciadło wody, 
Daremno czeszesz warkocz swój złoty: 

Nikt nie zobaczy twojej urody, 
Nikt nie zrozumie twojej tęsknoty!

—    24    —

Wiją się nurty, wiją pomału, 
Niby z kryształu utkana chusta... 

Śliczna twarz patrzy z głębin kryształu, 
Różowe do mnie śmieją się usta.

Nie moje usta i twarz nie moja! 
Coś zczarowało przejrzyste wody: 

Szatka z purpury, złocista zbroja... 
Ach! to wyśniony królewicz młody!

Lecz niechaj tylko wiatr falą ruszy,
0  kryształ trąci jaskółka płocha — 

Zniknie widzenie, twór mojej duszy,
1  jeno głośniej serce zaszlocha!

—  Nie zniknie widzenie twoje, nie zniknie! — odpowiedział jej szept 

jakiś.

Różyczka podniosła źrenice.

Tuż nad nią, wpatrzony w jej oczy błękitne, królewicz stał śliczny.
—   Kto ty? — spytała przestraszona dziewczyna.

—  Twój sen! twoje marzenie! — odpowiedział królewicz. W tej chwili las 

cicho 

zaszumiał.

Różyczka nie wróciła do domu, a już było południe. Matka z Gdusią, 

zaciekawione 
tak długą 

jej nieobecnością, pobiegły do lasu.

—  Co? co? co?...

Królewicz zbiera jagody i podaje Różyczce, a na uboczu leży kożuszek 

barani, przy 

nim zaś 
siedzi wiedźma i wyciąga rękę po jałmużnę.

—  Daj jej, matko, złotówkę, dwie, trzy! — zawołała Gdusią.
—  Zapóźno! — odpowiedziała żebraczka. I znikła.

A królewicz z Różyczką oddalał się coraz bardziej, aż ich oboje pochłonęła

mgła 

błękitna, 
zalało słońce złote.

background image

PRZYMIERZE DYABELSKIE.

W wioszczynie ubogiej, na piaszczystym położonej wygonie, mieszkał Maciek 

Zapałka, o którym 
ksiądz proboszcz i ludzie okoliczni mówili, że drugiego takiego na świecie 

niemasz. Z 
pomocą i radą 

dobrą przychodził on zawsze najpierwszy; prawda, że częściej z radą, bo w głowie
zdrowy 

rozum miał, 
a kaletę prawie zawsze pustą. Ha — trudno!... bicza z piasku nie ukręcić, a 

piasku było po 
kolana 

na polu Maćkowem, że tylko ciężkiej pracy swojej zawdzięczał, jeżeli jakie takie
żytko mu 

się urodziło. 
Mimo to, jak mógł, braciom swoim dopomagał, częstokroć potrzebny posiłek 

odejmując od 
ust własnych.

Wyszedł raz był na pole, zatrzymał się nad ugorem i patrzy... Piachy i 

piachy, a 

spiekota, 
że ledwie wytrzymać można. Na niebie nie było chmur, upragnionego deszczu nic 

nie 
zapowiadało, a wiatr 

hasał po płaszczyźnie i szumiał w gałązkach wierzbowych.

— Duszę-bym dyabłu zapisał — mruknął Maciek — byleby tylko ludzie więcej 

dobra 
mieli.

Zaledwie to wyrzekł, jak z dalekości gdzieś wysunął się tuman kurzawy i, 

kręcąc się a 

warcząc, 
sunął przez pola piaszczyste, zrywał kłosy zbóż, targał listki wierzbiny i, 

rosnąc

—   26   —

ogromny, szedł prosto na stojącego Maćka. Maciek przeżegnał się, a w leju onym 

coś  
ryknęło,  

niby grzechot śmiechu dyabelskiego.

—  Jesteś, biesie! — zawołał Maciek. I skoczył naprzód.

Gadka mówi, że w wichru takiego tumanie dyabeł hasa i sprośne tany 

wyprawia; że 

wtedy 
potrzeba mieć nóż święcony przy sobie i cisnąć nim w sam środek wiru, w 

dyabelskie serce 
trafić, 

a czart się w swej postaci ukaże i pójdzie w służbę zwycięzcy. Maciek miał nóż 
święcony 

przy sobie, 
a już mu odwagi nie zbraknie zajrzeć w oczy dyabelskie, byleby tylko w garść 

złego ducha 
ułapił.

—  A, biesie! — wrzasnął.
I cisnął nożem w sam środek leja.

Ogromny słup kurzawy runął wałem przed nogami Maćka. Coś jękło, brzękło, 

zastękało, 

skręciło się wężem ogoniastym — i, z nożem w sercu, skulony, przestraszony, 
stanął przed 

Maćkiem

background image

dyabeł rogaty, zasromany okrutnie.

—  Mam cię, piekielniku! — zawołał Maciek, chwytając za brodę straszydło.
—  Masz, masz, Mazurze przeklęty! — warknął dyabeł.

—  Nie klnij! — krzyknął Maciek — a wiedz, że jeżeli Mazura żmija jadowita

ukąsi, 

to Mazur 
zostaje żyw, a żmija zdycha.

—  Zlituj się nade mną, a nóż z serca wyjmij, bo zdechnę! — zaskomlił 

dyabeł.

—  Nie zdechniesz, boś nieśmiertelny jest, choć duch nieczysty, a noża 

święconego 

nie wyjmę,
dopóki żądań moich nie spełnisz.

Wszystko zrobię,   panie Macieju,   wszystko' — kręcił się bies rogaty. - 

Przysięgam 

na rodzicielkę moją!

—  Rodzicielkę?

- Pomyliłem się... Chciałem powiedzieć: na rodzicielki moje.

-   27   —

—  Masz matek kilka? — spytał zdumiony Maciek.
—  Nie byłbym dyabłem, takim prawdziwym dyabłem!

—  Gdzież rodzicielki są twoje?
—  Tysiące, miliony ich mam!

—  Gdzież one są, gdzie, gdzie?—pytał Maciek zniecierpliwiony.
—  W duszyczkach ludzkich... Przysięgam na salamandrę, że w duszyczkach 

ludzkich!

Maćkowi dziwnie się jakoś zrobiło po tych słowach dya-belskich.

—  Wyjmij nóż! — bies jęknął.
—  Nie wyjmę, brachu! — rzekł Maciek, za brodę go targając.

—  Mówisz: brachu, braciszku... Przyznajesz się do pokrewieństwa ze mną, 

wymagający 

więc nie będziesz. Panie Macieju! — wrzasnął nagle — nie szarp-że mnie tak za 
brodę, bo to 

boli!
... Co chcesz, żebym uczynił?

—  Służ mi, jako przykazane jest — powiedział Maciek.
—  Mów, mów, wszystko zrobię, bo cierpię bardzo! Maciek za łeb go wziął i 

rzekł:

—  Zbuduj kościół.

—  Ojej! — syknął dyabeł.
—  Zbuduj kościół, mówię ci, biesie, bo o dwie mile ludzie z mojej wioski 

do domu 
Bożego 

iść muszą, a bez wizerunku krzyża, bez codziennej opieki księdza dobrego nijak 
duszom 

biednym 
w prawości się ostać.

—  Kościół! kościół! — bies stękał. — No, dobrze, dobrze! — zawołał, 

widząc, że 

Maciek 
zabiera się do przeżegnania go krzyżem świętym. — Postawię kościół, panie 

Macieju, 
pośrodku wsi 

postawię i kolatorem ciebie zrobię, tylko... tam... tego... na wieżycy, to już 
rzecz twoja, 

panie Macieju!...

—  Niech będzie moja, byleby przestronny był, a światła miał dużo —- rzekł

Maciek. 
— A dla księdza ornat uszyjesz — dodał.

background image

—    28    —

—  Czyś się zbiesił? — bies krzyknął. — Ornat?... Zasta-, nów się, panie  

Macieju!  

nie jestem panną z magazynu,  szyć
nie umiem, a, ścieg dyabelski na nic się nie przyda. Skarbonkę na zbieranie 

pieniędzy to 
jeszcze 

zrobię, ale ornat?... nie!

—  No, no, to ty zrób skarbonkę, a już dziewuchy ornat uszyją — zgodził 

się Maciek.

—  Wyjmij nóż! — jęknął dyabeł.

—  Nie rychło!
—   Co chcesz jeszcze?

—  Widzisz, dyable, jakie tu piachy i piachy — rzekł Maciek, na pola 

wskazując. — 

Zmień 
to wszystko na grunta czarnoziemne, by jeno bujna pszenica rodziła, a dawała 

ziarn sto, a 
ludzie 

tak nie harowali, jak harują.

—  Ach, panie Macieju, panie Macieju! — westchnął dyabeł, głową litościwie

kiwając 
— 

i co ty dobrego chcesz zrobić?... Przecie na dobrych uczynkach świat stoi, a ty 
chcesz siebie 

i braci swoich skarbu tego pozbawić!... Przecie, gdy każdy dostatek w groszu 
mieć będzie, 

na niedostatku cnót świat ucierpi, ludzie odzwyczają się od dobrych uczynków, 
nikornu już 

miłosierdzia 
ukazać nie, będzie można, miłość bliźniego dya-bli wezmą. Zresztą ja tobie tylko

służyć 
obiecałem. 

Chcesz czarnoziemu?... Dobrze!... Jutro pszenicą łan twój się zakołysze, zbieraj
snopki, 

stawiaj 
kopki, zgarniaj grosze w kubły, w kosze i chowaj, chowaj, a jak czerwiericami 

skrzynie 
malowane 

wypełnisz, podzielisz się nimi z braćmi swoimi, dobrodziejem się ich staniesz i 
zasłużysz na 

królestwo 
niebieskie, panie Macieju! na śliczne królestwo!

- Miła-ć to rzecz dać temu, kto potrzebuje 
— rzekł Maciek. Pozyskać miłość ludzką - wtrącił dyabeł. 

I błogosławieństwo Panjezusowe — dokończył Maciek 
- Wyjmij nóż -jęknął dyabeł - - bo zełgać gotowym tak cierpię!            

J   '

—    29    —

Maciek zamyślił się.., Ma-li posłuchać biesa, czy nie?... Wreszcie, 

lękając się, by 
przyrzeczenia, 

danego już, nie cofnął, rzekł:

—  Daj rękę, biesie!

Podali — Maciek rękę, bies łapę kosmatą.
—  Słowo?

—  Mur! — odpowiedział dyabeł.

background image

Maciek z serca dyabelskiego nóż wyjął. Zahuczał wichr, i dyabeł uniósł się


powietrze.

Nazajutrz wstaje Maciek rano, na próg swej chałupy wychodzi i dziwuje się 

okrutnie. 

Na polu 
jego bujna, niby las, pszenica; kłosiska, jak pałki oczereciane, ziarna, niby 

śliwy.

—  Poczciwy-ś, biesie! — szepnął. — Kubą nazwałbym ciebie, gdybyś się tak 

nie 
wyrzekał 

chrztu świętego.

Na wieś idzie... Tłum, ciżba... Ludzie, niby na odpust, śpieszą do 

murowańca, 
stojącego 

pośrodku sioła. Z wnętrza gwar dolata, tak tam tłumnie. Jeno co to nad drzwiami 
widnieje?... 

Duży 
szyld, na nim napis:

PROPINACYA MAĆKOWA.

—  Psia mać twoja! — wykrzyknął  i wbiegł do środka. 
Pojrzy — i  jakości  go  złość  opuściła. Za   szynkwasem uwija się dziwna

figura. 
Wódkę 

sprzedaje, grosze zbiera, wypełnia nimi szuflady stołu, aż trzeszczą od 
nadmiaru, zachęca do 

picia 
i zabawy, a bęben grzmi, a skrzypki rypią, a »hu-ha!« rozlega się dookoła.

Maciek podbiegł do szynkarza i krzyknął:
—  To ty, biesie?

—  Ja, panie Macieju, ja! Grosz zbieram na dobre uczynki. Maciek  porwał 

szuflady i 

uzbierane 
pieniądze  pomiędzy ludzi chciał cisnąć, ale błysnęło złoto... Zatrzymała się 

ręka Maćkowa, a 
dyabeł 

szepnął:

—  Na kościół jeszcze za mało.

—  Za rok... za dwa — mruknął Maciek.

—   30   —

I usiadł za szynkwasem.

Ogromny był urodzaj na polu Maćkowem. Sto stert stanęło, aż ludziom się w 

oczach 

mieniło. 
Ten i ów z biedaków o przysiewek poprosił, ale Maciek z omłotem się wstrzymywał,

bo ceny 
były 

złe. I tak jakoś dziwnie się zrobiło, że nie było ani kościoła, ani uczynków 
dobrych. Maciek 

spanoszył się, do miasta na mieszkanie się przeniósł; kupił sobie kamienicę w 
Warszawie, 

na balach boki obijał, a w wiosce jego nędza, opilstwo, bijatyki.

Po latach, długich latach przyszła choroba na Maćka — i śmierć.

Nad łożem umierającego dyabeł stanął i szepnął:
—  Dzień dobry, panie Macieju! Maciek oczy wytrzeszczył.

—  Po ciebie przyszedłem...
—  Biesie! — krzyknął umierający. I pierś tchu już nie złapała.

Gdy dusza Maćkowa uchodziła w zaświaty, biegł za nią lament i śpiew duchów

niewidzialnych.

background image

Nie buduje się z szatanem kościoła,
Do spraw świętych złych się duchów nie woła;

Nie gromadzi się gór wielkich ze złota,
Gdy pod płotem z głodu ginie sierota.

Źródło czyste garstka kału zatruje,
Zły przyjaciel myśl najlepszą popsuje,

Z Bogiem tylko iść przez życie potrzeba,
Bo bez niego nie traficie do nieba!

WYRWIDĄB I WALIGÓRA.

Dąb nie dąb, góra nie góra, aby jeno na drodze któremu ź braci przeszkodą 

stanęły, 
musiały przed siłą ich ustąpić i to bez żadnego oporu. Cuda nie cuda opowiadano 

o nich, 
prawda z nieprawdą się mieszała, ale Wyrwidąb i Waligóra żyją w baśniach 

ludowych i nawet 
niektórym poetom natchnienia dodają. Kiedy żyli — dziś trudno powiedzieć! Jedni 

mówią, 
że za króla Kraka, inni do czasów Leszkowych żywot ich odnoszą, lecz ze względu 

na smoka, 
pokonanego przez nich, najprawdopodobniej wówczas król Krakus panował i gościł 

ich na 
dworcu 

Wawelskim.                

W onych latach odległych nasz śliczny Kraków leżał wśród lasów 

nieprzebytych i jak 
wilk 

z zarośli wyzierał, a że otaczały go drzewa stare, duże, że stu ludzi jednego 
pnia objąć 

ramionami swemi nie mogło, trudno było rozszerzać się miastu, więc trochę za 
ciasno w niem 

ludziom, a królowi na Wawelu było, w którego skalnej jaskini smok straszny 
mieszkał i 

pożerał 
wszystko, co tylko mu w oczy wpadło. Smucili się ludzie, król się smucił, ale 

nijak poradzić 
sobie nie mogli. Nie było siekiery tak wielkiej, któraby mogła drzewa te 

olbrzymie  zwalić;  
nie  było miecza o ostrzu  takiem,  coby

—   ?2   —

twardą skórę potwora przeszył i do serca się jego dostał, a gdyby i był, któżby 
na spotkanie 

z b.estyą taką wyszedł, która, zanim rzuciła się na ofiarę, pierwej ją, z 
szybkością piorunową, 

ogonem stumilowym owijała, rozcierała na miazgę i dopiero się lubowała tak 
przyrządzoną 

marmoladą. 
Król już zamierzał opuścić gród swój wawelski, gdy oto do niego wieść doszła o 

Wyrwidębie 
i Waligórze. 

Wezwani, przybyli natychmiast — i wzięli się do roboty. Wyrwidąb zaczął lasy 
trzebić i to 

bez 
żadnej fatygi. Przechadzał się wśród borów, jak my dzisiaj wśród łanów żytnich; 

za czuby 

background image

brał drzewa, 

jak my to z kłosami robimy — i jednem szarpnięciem największe sosny, dęby i buki
wyrywał, 

które 
wnet ciskał na stepy węgierskie, gdzie lud, pozbawiony lasów, z radością wielką 

pozostałe 
drzazgi 

na opał zbierał. Po paru tygodniach takiej przechadzki Wyrwidęba, pod Krakowem 
śliczne się 

błonia 
ukazały, Wisła, ozłocona niewidzianem dotąd słońcem, z radośniejszym fał szumem 

do 
Gdańska popłynęła, 

a miasto zbliżyło się ku Wawelowi i opasało się bram setką.

Inną robotę miał Waligóra.

Oprócz lasów, wszędzie się moc wielka skał pokazała ostrych, 

niedostępnych, 

przepaścistych, gdzie 
i zwierz dziki i zbój dobre schronisko znajdowali. Tedy Waligóra łamał głazy 

granitowe, 
zatykał nimi 

wyrwy i rozpadliny, wygładzał dłonią potężną, ale nie niszczył zupełnie, wiedząc
o tern, że 

nietylko 
równiny lecz i wzgórza i pagórza mają piękność swoją. Zostawił więc, jako ślad 

swojej 
artystycznej 

roboty, skały, dziś Panieńskiemi nazwane, gdzie i król z przyjemnością spacerem 
chadzał i 

mieszkaniec 
miasta miłego używał wywczasu.

Pozostał teraz jeszcze smok wawelski.
Z nim sprawa trudniejsza!

Ale oto jak postąpili sobie bracia.
O północy potwór nie opuszczał swojej jaskini. Zjadłszy wieczerzę, zwijał 

się w kłąb 
wielki i spał.

—   33   -

Otóż razu pewnego, po spożyciu chłopów kilkunastu, schrupaniu pół baby 

starej, 
trojga dziewcząt 

i jednego wojewody na deser — zasnął snem twardym, skręconem cielskiem swo-jem 
wypełniwszy jaskinię 

całą, a chrapał tak, aż Wawel dygotał, co ułatwiało braciom zbliżenie się do 
strasznej jamy. 

Wyrwidąb 
z sosną okrutną stanął u wejścia do jaskini, a Waligóra ze złomem skalnym na 

skraju góry; 
pierwszy 

wpakował sosnę do otworu i konarami jej zaczął drażnić smoka śpiącego; drugi, 
stojąc nad 

wejściem, 
czekał chwili ukazania się łba potwornego. Oczywiście, że nie podobało się 

smokowi to 
kłucie sosny 

i nieustający szelest szyszek, które go ze snu budziły. Kręcił się, mruczał, 
wreszcie ryknął 

straszliwie 
i łeb z otworu wysunął, chcąc się przekonać, co to mu spać nie pozwala. Ale 

zaledwie błysnął 

background image

oczyskami, 

Waligóra grzmotnął skalnym odłamem między ślepie potwora i na miazgę łeb mu 
zgruchotał. 

Hej-hej! co to 
za radość była w mieście całem! Uderzyły dzwony wszystkie, trąby na zamku 

królewskim 
pieśń tryumfalną 

zagrały, a król tany wyprawił i sam w pierwszej parze poloneza poprowadził.

To powodzenie braci w niezmierną ich wbiło pychę. Obdarzeni przez króla, 

udarowani 
przez miasto, 

powrócili do swojej zagrody domowej, gdzie z utęsknieniem czekały na nich ich 
piękne 

małżonki. Prawda, 
że wielkich dokonali czynów, ale i wzrost i siły mieli po temu, co już nie ich 

było zasługą, 
tymczasem 

»ja« i »ja« wybiegało im ciągle na usta, jak gdyby »ty« i »on« nie było; 
krytykowali wszystko 

i wszystkich, 
tylko siebie wynosząc, co, powtarzane codziennie, nie-znośnem się już stawało. 

Ani pani 
Wyrwidębina, 

ani pani Wa-ligórzyna nic a nic o sobie powiedzieć nie mogły, bo zaraz to jeden,
to   drugi  

pan  mąż 
lekceważąco głową kiwał i mówił:

— Co... wy?... ni góry nie zwalicie, ni smokowi łba nie ukręcicie. 

Wolałybyście 

siedzieć cicho!

—    34    —

- Przecie i ty, Walusiu, nie wszystko zrobić potrafisz —

odezwała się pani Waligórzyna.

- I ty, Wyrwisiu, tegobyś i tego nie zrobił — szepnęła Wyrwidębina.

—  Jabym nie zrobił?
—  Albo ja może? — zawołali bracia.

—  Wytrzebiłem bór pod Krakowem.
—  Skały wygładziłem, które mi się podawały tak miękko, jak twoje włosy 

złociste, 
żonusiu!

—  Jeno zechcieć mi, a słońce na patyk wsadzę i kręcić niem będę po 

firmamencie 

niebieskim.

—  To wy do niczego, nie my! — wołali.

I znowu »ja« na wierzch wyłaziło, chwalenie siebie, a straszne niewiast 

postponowanie.

—  Poczekajcie, samochwały! — szepnęły do siebie Wyrwidębina i 

Waligórzyna. — 

Przyjdzie 
koza do woza!

Coś wesołego uradzić musiały, bo po naradzie, to jedna, to druga: chi-chi-

chi! w 

kułaczek, 
i mizdrzą się a przymilajądo mężów.

—  Co wam jest? — spytali żon swoich Waligóra i Wyrwidąb.
—  O świcie na jagody pójdziemy, bo mówią, że, jak nigdy, takie dorodne są

teraz. 
Jeno 

nie wiemy, jak wy sobie poradzicie bez nas.

background image

—  Cha-cha-cha! — zaśmieli się bracia, i udali się na spoczynek.

Noc. Cisza. Tylko w świetlicy niewieściej kaganek migoce. Jakiegoś figla 

przygotowują 

niewiasty mężom swoim.

O świcie skoczyły do lasu.

O wschodzie słońca zbudzili się Wyrwidąb i Waligóra. Wołają na służbę, 

pytają, czy 

żony 
powróciły, ale snadź jagód jest dużo, bo wszystkie pokojówki i służebne z 

paniami do boru 
poszły.

~   35   -

—  Zdrzemniemy się sobie, boć przecie bez nich winnej nie zrobimy polewki 

— 
szepnęli, 

w ciepłej wyciągając się pościeli.

Coś wedle południa już było, gdy znowu huknęli na służbę:

—  Są panie?
—  Niema.

—  To ci niedorajdy! Mybyśmy przez ten czas wytrzebili las cały.
Wstają i chcą się ubierać. 

Co to?...
Wszystkie kurtki i inne do porządnego ubrania się przynależności — 

rozprute.

—  Rozumiesz to ? — spytał po chwili Wyrwidąb Waligóry.

—  Musiały całą noc nie spać i co teraz? — brat spytał.
—  Trzeba po nie do lasu posłać. Niech wracają! 

Wysłany do   żon  pachołek  powrócił  z  wiadomością, że panie wesoło się 

bawią, ino 

jeszcze 
jagód nie uzbierały, i proszą panów mężów, by przyszli do nich... 

Przyjść, ale jak?
—  Paskudny koncept! — mruknął Waligóra. A tu już i wygłodniałe brzuchy 

grać 
zaczynają.

—  Nie damy się babom zwyciężyć — rzekł Wyrwidąb. —-Ty, Waluś, bierz się 

do 

szycia, 
a ja ci obiad ugotuję.

—  Nie szyłem ci ja nigdy.
—  Jak ja obiadu nie robiłem. Ale rady innej nie było.

Wyrwidąb poszedł do kuchni, Waligóra do kurtek się zabrał. Znalazł igły, 

nici, 

naparstek. 
Wszystko jest, jeno robota nijak nie idzie. Ogromne palce Waligóry cienkiej igły

ułapić nie 
mogą, 

do dziurki nici włazić nie chcą, naparstek na nic, nić się wymyka, igła kole. Na
nic trud, na 

nic 
ślinienie palców: szyte kawałki rozłażą się. Wreszcie Waligóra cisnął to 

wszystko o ziemię i 
ręce 

rozpaczliwie załamał. Po chwili grzmot dał się słyszeć, jakby trzaśniecie o 
ziemię rondla 

miedzianego.

-   36   -

background image

Waligóra parsknął śmiechem.

—  Zupę   wylałem! — wrzasnął   Wyrwidąb, w drzwiach

stając.

—  Dlaczego! — dusząc się od śmiechu, spytał Waligóra.
—  Zrobiłem takie paskudztwo, że, jakem na język wziął, dyabli mnie 

porwali, i już!

Tu spojrzał na rozchodzące się szwy kurtek, nad któremi pracował Waligóra,

i ryknął 
śmiechem.

—  Cha-cha-cha! — śmiał się Wyrwidąb.
—  Cha-cha-cha! — śmiał się Waligóra.

—  Cha-cha-cha! — dwa śmiechy cienkie odezwały się tuż za nimi, 

Wyrwidębiny i 

Waligórzyny.

Obaj mężowie poskoczyli ku rozweselonym a śmiejącym się śpiewnie żonom 

swoim.

—  Złociusiu, zszyj mi kurtę!

—  Milusiu, ugotuj nam zupę! — zawołali.
—  A weźmiesz słońce na tykę?

—  Wezmę, ale kurty nie zszyję.
—  Jak ja nie ugotuję obiadu.

—  Widzicie, samochwały, że nie mielibyście miodu bez pszczół, gzła bez 

snownic 

naszych — 
wołały, śmiejąc się tryumfująco. — Na początek macie jeżyny, a zupa i 

przyodziewek wnet 
będą gotowe.

Odtąd Wyrwidąb i Waligóra na dziesięć spustów swoje »ja« zamknęli.

MIECZ JANOSIKA.

MIECZ JANOSIKA.

Był sobie niegdyś Janosik, człek siły wielkiej, o jakiej dzisiaj w bajce 

tylko posłyszeć 

można. Stolicą jego były Tatry nieobejrzane, tron w chmurach, na szczycie 
Mięguszowieckim. 

Kiedy nocką błyskało się, czy grzmiało — to Janosik mrugał na latawice, albo 
juhasów na bój 

zwoływał; 
gdy piersią szeroką westchnął, mówiono: wichr halny dmie! gdy pięścią w kamień 

grzmotnął, 
mówiono: grom bije! Na kij swojej ciupagi pioruny nawijał, uderzeniem topora 

głazy skalne 
rozbijał. Królowi gór kłaniały się nizin władyki, w ciężkich chwilach o po-

ratunek go 
prosząc.

Wykuł był sobie Janosik miecz żelazny, a zahartował w ogniu lasów, z 

których wielki 

stos ułożył, 
a oblał wodą Dunajcową, że kipiała dni siedem. On jeden tylko miecz ten 

udźwignąć mógł, 
bo wagi 

takiej był, że gdy raz oparł go o bok Krywania, ten się pochylił i dotąd garbem 
na świat 

patrzy. 
Ale wszystkiemu jest koniec na tej ziemi: i szczęściu, i życiu, i mocy, i 

sławie. I w oczy 
Janosika zajrzała śmierć. Ano, czas powrócić do łona rodzicielki swojej! Na 

miecz swój 

background image

spojrzał — 

i westchnął.

-   38   -

— Nie urodzi się już drugi Janosik, by mógł pioruny w górach krzesać! — 

zaszeptal
Czując się blizkim śmierci, na skalnej grani stanął, ostrzem o głazy miecz oparł

i wtłoczył 
go po rękojeść w skałę. Skry się posypały, zagrzmiało we wnętrzu ziemi... 

Janosik nie żył...

Pobiegła gadka między lud górski o tem przedziwnem miecza schowaniu. Ten i

ów z 
dziarskich 

juhasów na Orlą Perć pobiegł do miecza Janosikowego. Sto razy za rękojeść 
chwycił, ale 

daremna 
była fatyga: miecz się nie poruszył, schowany w pochwie skalnej. I dużo, dużo 

lat upłynęło. 
Mchy 

oplotły miecza głowicę, nikt go już nie szukał, nawet wspomnienie o nim się 
zatarło, tylko 

bajka 
pamiętała o tym przesławnym mieczu Janosikowym.

Nad szumnym Dunajcem stał murowany dwór pewnego szlachcica. Szlachcic trzy

córy dorodne miał, 
które niby królewny wychowywał, marząc o zięciach bogatych. Okrom tego dworu i 

kłapcia 
ziemi marnej, 

nie miał dóbr innych, a jednak dobrobyt był większy, niż u niejednego z 
magnatów.

Przed laty, przed laty przelatywał tędy sokoł-czarodziej, unoszący w 

dziobie swoim 

ziarnko 
jabłoni, wykradzione z ogrodu rajskiego. Ziarnko ono uronił w sadzie szlachcica.

Po leciech 
kilku 

piękna jabłoń zeń wyrosła, bujne rodząca owoce. Codziennie spadało jabłek trzy 
ze złota 

szczerego. 
Zbierały je córki szlacheckie, mieniały na grosz bieżący, który na zabawy i 

stroje trwoniły 
zaraz, 

o jutrze nie myśląc, boć wiedziały, że nazajutrz znów trzy jabłka utrzęsą. A gdy
po śmierci 

ojca 
same paniami zostały, w pysze a dumie podniosły się tak wysoko, że już nielada 

kto mógł 
próg ich 

domu przestąpić i o żeniaczce pomyśleć. Był szlachcic — zachciało się pana; był 
pan — o 

księciu 
pomyślały; zjawił się książę — w głowach ich królewic zamajaczył; zabłąkał się 

królewic — 
o synu 

cesarskim przebąkiwać zaczęły. Gdy z nich który o rękę poprosił,   takie 
stawiały warunki,  

że  nie  było sposobu ich wykonać:

—    39    —

background image

przenieś   Giewont,   wypij   wody   Dunajca,   zatrzymaj w dłoni swej 
błyskawicę wiosenną.

—  Szalenice! — mruczeli konkurenci, i odjeżdżali, wzdychający, nie tak 

może na 

siostry 
patrząc, jak na jabłoń o jabłkach złotych.

Sokoł-czarodziej pilnował owoców. Właściwie zbyteczna była straż, bo trzy 

jabłka 

tylko można 
było utrząść z pierwszym dnia brzaskiem, a tego już siostry pilnowały; pień zaś 

drzewa był 
tak twardy, 

że gruchotały się siekiery, szkody żadnej jabłoni nie czyniąc. Ale sokół 
pilnował owoców, bo 

rzetelnym 
on ich był właścicielem.

W Kościelisku mieszkał juhas młody, grom na kozice, strach na 

krzywdzicieli 

górskiego narodu. 
Niejeden raz już o pannach szlacheckich słyszał i o jabłoni, rodzącej jabłka 

złote, które tak 
wszystkim 

smakowały.

—  Ano — pomyślał raz był sobie — może te panny nie książąt 

piecuchowatych, nie 
królów laskonogich, 

jeno juhasów chcą?... Każą mi przenieść Giewont?... toć będę głaz znosił po 
głazie, a na 

chałupę 
im sypał, że wrzasną przestraszone: »Co to takiego, Jędrek? — »A Giewont, moście

panny, 
wam buduję!« — 

rzeknę, i wygram sprawę. Każą mi wypić Dunajec? Czemu nie? Zaniosę jaśnie 
wielmożne 

panny na sam szczyt 
Krzesanicy, gdzie orłów siedziba, i powiem: «Siedźcie tu i patrzcie, jak se będę

wodę 
Dunajcową smakował. 

Bez mojej pomocy nie zejdziecie, a ja nie rychło ją wychlipie: może za rok, może
za dwa!« 

Niech 
se teraz czekają na opróżnienie Dunajca! Każą błyskawicę w dłoń chwycić? Ou-wa! 

Jak 
trzasnę toporzyskiem 

o skały, a skrami sypnę, to strach chyci panienki, że poczną, niby wiatr, 
śmigać. A nie 

błyskawicą-li 
jest dziewka uciekająca? W garść jedną, drugą i trzecią... A jako-że teraz 

będzie, panienki 
moje?

Dobrej więc myśli był Jędrek — i, nie namyślając się

—    40    —

długo,  na dwór poszedł i powiedział,  że  żeniatym  być   chce i że mu się 

panny podobały.

Ojej! co to było. śmiechu we dworze całym! Królewice odjechali z niczem, a

tu Jędrek 
do dziew szlacheckich się porywa!

—  Przypatrzcie się mi ino — rzekł Jędrek. — Zali nie na schwał chłop ze 

mnie?

—  A znasz warunki? — spytały.

background image

—  Giewont? Dunajec? Błyskawica? — odparł Jędrek, i rzucił lekceważąco 

ręką.

Panny spojrzały na Jędrka, pokręciły głowami, później szu-szu pomiędzy 

sobą i tak 
rzekły:

—  Ze skał pochwy wydobądź miecz Janosika, mieczem tym zetnij pień złotej 

jabłoni, 

a twoje-ć będą owoce; którą zaś z nas wybierzesz, także będzie twoja.

Żart nie żart, ale pannom, choć drwiły ze śmiałego juhasa, podobał się 

Jędrek; jeno 
on pomarkotniał, posłyszawszy o mieczu Janosikowym. Tedy podbiegnie do niego z 

sióstr 
najstarsza 

i rzuci w ucho:

—  Wiem-ci ja z książek starodawnych, że na Orlej Perci, na grani 

tamecznej 
spoczywa 

miecz Janosika... Pamiętaj jeno, żem ci to ja powiedziała.

—  Aha! chces juhasa — mruknął Jędrek do siebie. 

Wtem druga siostrzyca podbiegnie i szepnie:
—  Z opowiadań rodzica mojego wiem, że jeno o świtaniu, gdy rosy bujne 

grań 
operlą, 

przed pierwszym strzałem słońca grań zmięknie, i wtedy miecz wyciągnąć można... 
Pomnij 

jeno, 
żem ci to ja powiedziała.

—  To znaczy:  mnie wybierz! — uśmiechnął się Jędrek. 
Domyśliła się najmłodsza o spisku  sióstr  starszych, podbiegła tedy do 

Jędrka i 
szepnie:

—  Nie wierz siostrom! Każdaby ubiedz mnie chciała, a ciebie sobie 

wziąć... Przez 

Zawrat 
idź. Na prawo  Świnnica,

-    41    —

na lewo Orla Perć będzie. Mówił mi pewien juhas stary, że, na Zawracie 

stanąwszy, trzy razy 
trzeba 

wykrzyknąć imię Janosika. Jeżeli odkrzyknie, twój miecz. Jeżeli cisza będzie, na
nic twój 

trud. 
A gdybyś chciał czekać dłużej, ciężki głaz cię przywali!... Zrób tak, a pomnij, 

żem ci to ja 
powiedziała. 

Jędrek pannom ukłonił się nizko, a odchodząc, szepnął:
—  Abo bezrybie u nich, abo z juhasa chcom zadrwić. O świtaniu był już na 

Zawracie.

Huknął. Odkrzyknęło.

—  Dobra! — rzekł Jędrek.
Do Orlej Perci się zbliżył, do grani wskazanej.

Pojrzy.
Perlą się rosy, a najwięcej pereł onych przy rękojeści oręża Janosika. 

Ujął go za 
głownię 

i czekał pierwszego strzału słońca.

Błysnęło.

Jędrek szarpnął silnie i wydobył ze skał, jak z pochwy, miecz sławny.
—  Idzie! idzie! — wołały panny, widząc Jędrka do sadu wchodzącego.

—  A pamiętasz? — zawołał)7 wszystkie trzy razem, podbiegając do juhasa.

background image

—  Pamiętam! — odpowiedział — ino wpierw ściąć potrza on pień twardy, 

którego 
dotąd żadne 

toporzysko nie wzięło.

—  Tnij!  — odezwał się sokół, na złotej jabłoni siedzący. 

Rozległ się trzask   głuchy... Jabłoń  runęła,  posypały się,

jak grad, owoce złote.

Jędrek zdjął z pleców wór ogromny i zaczął doń ładować jabłka zaczarowane.
—  A teraz wybieraj! — zawołały panny.

—  Ba! ale którą? — rzucił Jędrek, pakując złoto do worka.

—   42   -

Jużci, że mnie! — krzyknęła pierwsza siostra. 

- Dlaczego ciebie? — odezwały się dwie młodsze.
—  Jam mu wskazała na Orlą Perć.

—   Ja na rosy obfitość.
—  Nicby nie było bez krzyknięcia imienia Janosikowego — zawołała trzecia.

— A to 
ja mu podałam!

—  Zdradziłaś tajemnicę? — wrzasnęły dwie pierwsze.
—  A wy?

—  Ja co?
—  Albo ja?

—  A Perć? a rosa?
—  Mnie weźmie!

—  Mnie!
—  Mnie!

I skoczyły do siebie z pięściami zaciśniętemi. 
Jędrek tymczasem wszystkie jabłka pozbierał, wór na plecy zarzucił, kręcił

głową i 
mruczał:

—  To ci sekutnice! Po chwili rzekł:
—  Uspokójcie   się,   panny!  adyć wybór do mnie należy.

—  Tak, tak, tak! — zawołały.
—  Mnie weźmie, obaczysz!

—  Jak rak świśnie!
—  A ryba piśnie!

—  Cichoj-ta! — krzyknął Jędrek. — U nas gaździny na polach se hukają, w 

chałupie 

milczą.

—  Którą chcesz, Jędrek,  którą?   — wrzeszczały panny.

—  Żadnej nie chcę — odpowiedział Jędrek z powagą, i nim siostry 

opamiętały się, 

juhas 
za wrota wyszedł, a za nim poleciał sokół-czarodziej.

Wtedy panny ogarnął strach wielki. Bez złotej jabłoni, bez złotych owoców,

o które 

dobijali się książęta i królewice, co one były warte same przez się?...

-   43   -

Spojrzały na góry.
Jędrek szedł powoluśku, krok za krokiem,  za  nim leciał sokół i śpiewał:

Na nic złote są jabłonie, 

Na nic czarodziejskie drzewa, 
Gdy przez serce wiatr przewiewa, 

Jak liść suchy po wygonie. 
Przypadkowych losów dary 

Starczyć mogą nie na długo: 

background image

Trzeba własną źyć zasługą, 

Własną pracą tworzyć czary!

Rozpłakały się panny, w mgłę   się   zmieniły,   i  snują się dotąd na tej

ziemi 

na nic nikomu niepotrzebne.

OCZY UROCZNE.

Nad brzegiem Wisły stał piękny zamek bogatego Mściwoja. Dobry to był pan, 

lecz los 

go dotknął 
srodze. Za nieodpokutowany jakiś grzech ojców został na samotność przez oczy 

swoje 
skazany.

Były to oczy uroczne...
Niech tylko na przedmiot jaki zapatrzy się dłużej, zły urok zaraz znak 

daje o sile 
swojej: 

kwiat więdnie, drzewo usycha, wody się burzą, zwierz z wyciem w zapadłe głębie 
lasu 

ucieka, 

W promieniu mil kilku od zamku pana Mściwoja głucha rozlegała się 

pustynia. 
Nadaremnie kmieć 

pracowity harował dniami i nocami; nadaremnie cieszył się urodzajem, który tego 
a tego roku 

plennego 
zbioru łudził nadzieją: pan Mściwoj wyszedł na zamku swojego krużganek, powiódł 

oczyma 
dookoła... 

i bujne zmarniało żyto, zeschły niewypełnione jeszcze kłosy jęczmienia, warzywa 
rdzawemi 

pokryły się 
plamami — i umarły. To zniszczenie straszliwe, jakie sprowadzały uroczne oczy 

pana zamku, 
znać było 

i na lasach, otaczających dwór jego. Tu dąb prastary, pamiętający jeszcze czasy 
Popielów, 

mający zdrowe 
korzenie i konary silne, zmarł nagle; tam modrzew o pniu

OCZY UROCZE.

—    45     —

olbrzymim, wczoraj pełen życia i zielem, dziś suchemi zaklekotał galęźmi; brzoza
biała, ta 

płaczka 
lasów, zeschłemi szeleści rózgami, przez które wiatr się przedziera i gwiżdże 

szyderczo: na 
tym 

dębie, na tym modrzewiu, tej brzozie, zatrzymały się były dłużej, niż zwykle, 
uroczne oczy 

Mściwoja. 
Lubił te drzewa, kochał nawet; chciał wzrok swój ich pięknością nasycić — i 

śmierć im 
przyniósł.

Razu pewnego, zwabiony pieśnią flisaczą, na zamkowy wyszedł krużganek. 

Wieczór 

był cichy, 

background image

na falach igrało złoto zachodzącego słońca, po tern złocie płynęły berliny, 

szkuty i tratwy, a 
pieśń 

wraz z niemi. Pan Mściwoj wpatrzył się, przejęty czarem wieczora. Wtem — bez 
wichru, bez 

burzy — 
skłębiły się wody dotąd spokojne. Huk wstrząsnął powietrzem. Berliny i szkuty 

uderzyły o 
siebie, 

a fala wiślana pokryła wszystkie. Nie rozumiał nieszczęścia Mściwoj, bo on nic 
nie wiedział o 

władzy 
oczu swoich, i sam się rzucił w głębinę, by ratować tonących. Niestety! 

uratowali się ci tylko, 
których on nie dotknął.

Znosili ludzie ten dopust Boży, nie wiedząc, skąd on przychodził. Aż oto 

gniewny 

wzrok pana 
zatrzymał się był na pachołku, nie spełniającym obowiązków swoich — i ten 

oszalał; innym 
razem spoczął 

na pięknej przodownicy, gdy szła na czele żeńców, śpiewająca: »Plon niesiemy, 
plon!« — i 

bić jej serce 
przestało; ten i ów zauważył, że nocą blaskiem fosforycznym świecą oczy 

Mściwoja... I 
pobiegła wieść 

głucha, wieść straszna a prawdziwa, że pan zamku ma oczy uroczne; że one to 
klęski 

sprowadzają na 
rośliny, zwierzęta i ludzi.

Wszczął się popłoch...
Lokaje opuścili kredensy, pachołki stajnie i folwarki. I doszło do tego, 

że w murach 
tych sam 

jeden tylko Mściwoj pozostał z wiernym, starym, nieodstępnym od lat dziecinnych 
Grzegorzem.

O czem ludzie dowiedzieli się później, Grzegorz oddawna

-   46   -

wiedział; Mściwoj zaś nie rozumiał: dlaczego tak wszystko marnieje dookoła? 

dlaczego 
służba go porzuciła i cały dobytek jego na zatratę skazała? dlaczego, gdzie jeno

okiem 
sięgnie, z pól, urodzajnych niegdyś, potworzyły się wydmy piaszczyste, a chaty 

wieśniacze 
aż płaczą z niedoli i nędzy?... Nieraz z trzosem grosza pełnym szedł, by pomódz 

gromadzie, 
tymczasem dzieci, niewiasty i mężczyźni umykali przed nim, jakby nie dobry pan 

szedł 
do nich, lecz widmo zarazy. Pytany o to Grzegorz milczał i ramionami wzruszał, 

sam zaś 
nigdy 

w oczy panu swojemu nie spojrzał. To unikanie przez Grzegorza wzroku pańskiego 
brał 

Mściwoj 
a wyraz szacunku. Stary inaczej nie patrzał od lat tyłu, jak przez spuszczone ku

ziemi 
powieki.

Mściwoja zgnębiła ta niedola ludzka, to opuszczenie niezasłużone. Zamknął 

się u 

siebie 

background image

i w samotności, ciszy i smutku przepędził lata długie. Czasami przez okna swojej

komnaty 
spojrzał na mętne fale Wisły: widział tratwy płynące — i zauważył, że, gdy 

zmuszone były 
mijać 

brzeg, na którym zamek się jego wznosił, dziwny ruch na nich panował: biegali 
flisowie, 

na żerdziach rozwieszali płachty, które ich kryły przed wzrokiem jego. Mściwoj 
wzruszył 

ramionami i już nie patrzał na Wisłę, ni na brzeg jej drugi... Co tam ujrzy?... 
Piaski, 

wsie smutne, pola nagie... Lepiej lasy zielone miłosnem obejmować spojrzeniem, w
których 

powoli niezrozumiałe posuwało się zniszczenie.

Pewnego razu Mściwoj, znudzony życiem, złamany smutkiem, wyszedł na 

krużganek 
zamkowy. 

drzew, umierających powoli.

Noc była — księżyc w pełni.

Ho! co on oświetli?
Wsie smutne i wydmy piasków!...

Nie — nie!
W blasku miesięcznym zaśnieżyły sady wiśniowe, zielenią

—    47    —

zbóż zakołysały się łany kmiece, a tyle nowych strzech złotem spojrzało, a na 

każdej z nich 
bocian gniazdo swe uwił!... Uczuciem radości napełniło się serce Mściwoja. 

Usiadł 
przy balustradzie i wpatrzył się w ten obraz sielskiej ciszy i dobrobytu. Ach! 

nie wiedział, 
jak groźnem było jego ukazanie się dla tych, co w tej chwili spojrzeli na gmach 

zamkowy...

—  Patrzy! patrzy! — pobiegł szept przerażenia.

Oczy Mściwoja świeciły, jak próchno, oczy straszne, utkwione w wieś 

szczęśliwą.

Błysnął płomień... zerwał się wichr — i pożar   buchnął...
Nazajutrz już tylko zgliszcza i nagie kominy świeciły; 'z drzew wiśniowych

opadł 
śnieg 

kwiatów, huragan piaskiem zasypał łany pszenne.

—  Skąd ta klęska? — pytał Grzegorza Mściwoj przerażony.

Stary sługa nie miał odwagi powiedzieć: to twoje oczy sprowadzają klęski i

nieszczęścia. 
Kochał Mściwoja, jak dziecko własne.

Pewnej zimy, podczas zawiei śnieżnej, dało się słyszeć gwałtowne do wrót 

kołatanie. 

Ktoś 
zbłąkał się i szukał przytułku.

—  Otwórz bramy! — krzyknął Mściwoj. — Niech wreszcie choć raz zblizka 

ujrzę 

twarz ludzką!

Grzegorz zawahał się, ale rozkaz był stanowczy.

Z dalekich stron jechał pan możny z córką prześliczną na święta do 

krewnych. 

Zaskoczyła 
ich zawieja. Z okrzykiem radości, z otwartemi rękoma przyjął Mściwoj gości 

przygodnych. 
Bawili dni kilka, hojnie podejmowani przez pana zamku. Po tygodniu gościny, gdy 

wszyscy 

background image

do snu się ułożyli, Mściwoj zawołał do siebie Grzegorza i, drżący od wzruszenia,

rękę 
na ramię jego kładąc, rzekł wesoło:

—  Grzegorzu!... minął czas utrapienia. Pokochałem córkę gościa mojego i 

pozyskałem jej 

wzajemność. Ciesz się, jak ja

_    48    -

się cieszę! Jutro mój ślub, ślub cichy, lecz będzie głośny od uderzeń serc 

naszych.

Uczucie strachu i radości zarazem wypełniło pierś starego Grzegorza: 

strachu, 
bo te oczy uroczne śmierć wróżą małżonce młodej; radości, bo choć chwilę 

szczęścia 
ukochany 

pan jego mieć będzie. Nie wiedział, co miał rzec, jak postąpić... Wreszcie runął
do nóg 

Mściwoja 
i rozpłakał się rzewnie, tak rzewnie, że i Mściwoj serdecznemi zalał się łzami. 

Te łzy pana 
uradowały dobrego sługę, te łzy zmywały z oczu urok na czas długi. Gdyby on mógł

płakać, 
codziennie płakać!... ale takie oczy nie płaczą nigdy prawie!

Ślub się odbył — i szczęście, krótkie szczęście weszło do domu Mściwoja.
Po kilku miesiącach pożycia, stary Grzegorz miał długą rozmowę z młodą 

panią. Mijał 
czas bezsilności uroku, oczy Mściwoja świeciły znów blaskiem fosforycznym. Znać 

było 
przestrach 

na twarzy słuchającej, gdy Grzegorz w ucho jej szeptał:

—  Nie patrz mu w oczy! Ochroń jego i siebie od nieszczęścia!

Dreszcz przebiegł po ciele młodej pani... Żona — ma nie patrzeć w oczy 

mężowi?...

A jednak tak było!...
Miała oczy śliczne, a Mściwoj nie mógł już ich widzieć!... Ach! gdyby mógł

zapłakać, 
ale on tylko cierpiał!...

Nadszedł dzień radości i smutku dla Mściwoja. W kolebce zakwiliło 

dzieciątko, ale 

matka 
ukryła je szczelnie przed wzrokiem ojca. Nadaremne były prośby i błagania: 

Mściwoj synka 
swojego 

nie widział.

—  Potworek być musi, dlatego ukrywa go przede mną — szeptał zbolały.

Upłynął miesiąc jeden i drugi. W sercu Mściwoja nie-przemożona rozparła 

się 

tęsknota 
do niewidzianej dotąd dzieciny.

—    49    —

—  Uśpię twą czujność, matko! —szeptał. — Niech będzie potworek, kochać go

będę 
tak, 

jak ty kochasz.

I oto nocy pewnej szelest stóp cichych rozbudził czujnie śpiącą matkę.

—  Kto tam? — spytała.
Szmer przycichł — i możeby usnęła, złudzona ciszą, gdyby nie dwoje 

jarzących oczu, 

background image

zbliżających się w ciemności do kolebki dziecka. To idzie mąż, ojciec — idzie 

spojrzeć na 
synka 

urocznemi oczyma swojemi.

Zerwała się z krzykiem i skoczyła do kołyski.

—  Dość tego! — zawołał Mściwoj. — Chcę widzieć dziecko moje!
—  Nie! nie! — zajęczała, osłaniając niemowlę piersią swoją.

Mściwoja gniew porwał. Dzieciątko było śliczne a matka je zazdrośnie przed

okiem 

jego 
kryje...

—  Pokaż mi dziecko! — krzyknął, silnemi chwytając ją ramiony.
Rozpoczęła się walka głucha, straszna, bezlitosna.

—  Co za szaleństwo! — krzyknął, rzucając na ziemię zwyciężoną.
—  Nie patrz! nie patrz!... — ostatkiem sił walcząc, wołała nieszczęśliwa.

—  Dla-cze-go? — ryknął.
—  Twoje oczy zabijają...

Dreszcz strachu wstrząsnął Mściwojem.
—  Mo-je oczy?... — wyszeptał.

—  Schną lasy, pola, fale się burzą, ogień wsie trawi... ludzie szaleją! —

wołała 

nieprzytomna z okiem ixtkwionem w jarzące się oczy męża.

—  Mo-je oczy? —powtórzył, wpatrując się w żonę i dziecko, które ciche, 

spokojne, 
podobne do posążku marmurowego, leżało w nieruchomej kolebce.

—    50    —

Nagle krzyk straszny rozdarł powietrze.
Wpadł Grzegorz   z   lampką nocną — w piersi dech mu

się zatrzymał.

Nad trupem pani młodej, ochraniającej trup dziecka, stał

Mściwoj, sam, jak trup, blady.

—  Moje oczy! — szeptał nieprzytomnie.

Grzegorz drżał, wśród ciszy nocnej rozchodził się szczęk jego zębów.
—  Schną lasy, pola, fale się burzą, ogień wsie trawi, ludzie szaleją... i

ta... 
i ten — dodał, wskazując na zwłoki żony i synka — i ta... i ten... przez moje 

oczy, przez oczy 
moje... Grzegorzu! czy to prawda?!

—  Panie mój, panie!... — wypadł jęk z piersi Grzegorza.
—  Ha! — krzyknął Mściwoj — i runął w drzwi, i znikł, jak wiatr. Grom 

tylko pobiegł 
za nim.

Całą noc szukał pana swojego sługa wierny. Nad ranem znalazł go w lesie z 

przepaską 

czarną 
na oczach.

—  Panie! panie! — zawołał.
—  Teraz już oczu moich nikt nie zobaczy — szepnął Mściwoj. — Ta przepaska

czarna na wieki 

spoczęła na nich!... Czuję, że las pachnie, ale go nie widzę, słyszę uginających
się szmer 

gałęzi, 
ale nie wiem, kto je potrąca: ptak czy człowiek?...

—  Młoda dziewczyna na jagody wyszła — odpowiedział Grzegorz.
—  Gdzie ona?

—  Tam!
Mściwoj dotknął przepaski.

—  Nie zrzucaj jej, panie... nie zrzucaj! — zawołał stary.
—  Moje oczy nikomu już nie zaszkodzą — rzekł Mściwoj. Zdjął przepaskę i 

zwrócił 

background image

się 

do Grzegorza.

Dwa straszne, krwawe, głębokie doły spojrzały na sługę wiernego.

—  Jezus!... — krzyknął Grzegorz.

—    51     —

- Zakopałem je pod gruszą Maćkową na odpoczynek wieczny — dokończył 

Mściwoj.

Wieść o wydarciu sobie oczu przez Mściwoja rozbiegła się szybko po całej 

okolicy 

i wielką radością napełniła serca wszystkie. Zabrzmiały pieśni flisacze, śpiewy 
żniwiarzy, 

wesoły kosiarzy śmiech. Zazieleniły się łany, zakwitły sady wiśniowe, w gumnach 
kmiecych 

plenne 
posypały się ziarna; tylko Mściwoj nie widział radości świata, pogrążony w nocy 

wiecznej i 
wiecznej 

żałobie. Po kilku leciech zleciał anioł pokoju i pożądaną śmierć mu przyniósł. W
starym 

zamku 
nad Wisłą pozostał Grzegorz samotny. I on chciał śmierci, ale śmierć nie 

przychodziła. Mijał 
rok 

za rokiem, a on żył i żył.

Razu pewnego, błądząc po lesie, zbliżył się do gruszy Maćkowej. 

Przypomniał sobie, 
że tutaj 

spoczęły oczy uroczne Mściwoja- O! gdyby mógł je raz jeszcze, raz ostatni 
zobaczyć!... Ale 

proch 
z nich, pył!...

Ukląkł i zaczął dłońmi rozkopywać miejsce, gdzie spoczęły te oczy.
Nagle blask go oślepił...

Nie proch, nie pył, lecz dwoje oczu jarzących spojrzało z grobu swojego.
Grzegorz pochylił się i wpatrzył w te dobre, a tak nieszczęśliwe oczy. Coś

go pociąga, 
jakiś 

czar ziemi, nieprzemo-żony sen — ostatni, upragniony sen śmierci.

Otrząsły liście drzewa i okryły swym puchem miękkim wiernego sługę. Wiatr 

nawiał 
piasku 

drobnego i usypał mogiłę

SKARB WOJEWODZIŃSKI.

Pan wojewoda Czachórski nie należał do tych ludzi, którzy, mając grosiwa 

sporo, 
sypią 

niem na prawo i na lewo bez miary i potrzeby. Sknerą nie był, tymczasem dlatego,
że nie był 

rozrzutny, za sknerę ogłosili go niektórzy, zwłaszcza służba, która, choć 
wynagradzana była 

sowicie i po przyjacielsku traktowana, podejrzewała pana swojego o skarby Krezu-
sowe, 

jakimi 
mógłby się przecie choć w części z nią podzielić. Źródłem tych podejrzeń była 

pewna piwnica 

background image

zamkowa, od której pan wojewoda klucze przy sobie nosił i nawet rodzonemu synowi

ich nie 
powierzał, do piwnicy sam chadzał zawsze, zamykając drzwi szczelnie za sobą, 

bawił w niej 
długo, 

a gdy opuszczał tajemniczą kryjówkę, powracał wesoły, rozpromieniony, 
uśmiechający się 

do wszystkich, szczególnie do dwóch ulubieńców swoich, pana Macieja Pitraszki i 
Bartłomieja 

Szar-bańskiego, służących mu wiernie od lat trzydziestu bez mała i wyróżnianych 
od innych 

dworzan. 
Ci właśnie ulubieńcy najwięcej podejrzewali zgrzybiałego już wojewodę, że musi 

do tej 
piwnicy 

złoto znosić, beczki dukatami wypełniać i, jako to u niektórych skąpców jest we 
zwyczaju, 

w ziemi skarb swój

SKARB WOJEWODZIŃSKI.

—    53    —

zakopywać, by nawet po jego śmierci żadnego zeń zysku ludzie mieć nie mogli.

Było-li tak, czy nie było, nikt na pewno o tern nie wiedział. Częste 

odwiedzanie 

piwnicy 
tajemniczej mogło różne domysły nasuwać, ale skądby pan wojewoda miał złota 

tyle, by aż 
niem mógł 

beczki wypełniać — to nie zdawało się prawdopodobne. Majątek miał duży, lecz nie

Radziwiłłowski 
wcale; wiedząc zaś, że oko pańskie konia tuczy, sam wszystkiego doglądał, co 

trudno mu 
było 

za złe brać; w wydatkach swoich zastosowywał się do znanej maksymy: »Pamiętaj, 
rozchodzie, 

żyć z przychodem w zgodzie« — i od niej na krok jeden nie odstępował. A przychód
musiał 

być duży, 
bo szpital w Czachórce postawił, kościół odnowił, proboszczowi dom zbudował i 

rok rocznie 
datkiem 

obfitym służbę i oficyalistów obdarzał, zwłaszcza Macieja i Bartłomieja, których
szczególnej 

opiece 
synowi swojemu polecał, gdyby go nagła śmierć z ziemi zdmuchnęła.

Pitraszka i Szarbański wiedzieli dobrze, że drugiego takiego pana i 

przyjaciela nie 

znaleźć już 
im na świecie. Odpłacali mu więc przywiązaniem i wiernością bezgraniczną, i jeno

piwnica 
owa spokoju 

im nie dawała i była niby poszeptem szatańskim, zatruwającym spokojne dni ich 
żywota. Im 

pan wojewoda 
częściej do swojej kryjówki zazierał, tern większa ciekawość piekła Macieja i 

Bartłomieja: co 
on 

w niej robił?... Nieraz — to jeden, to drugi — po zatrzaśnięciu drzwi 
piwnicznych, podkradał 

się 

background image

do nich i, ucho ciekawe do grubych desek dębowych przyłożywszy, najwyraźniej 

słyszał, jak 
złoto 

brzęczało. Być może, że było to złudzenie słuchowe, że wyobraźnia, wciąż jedną 
myślą 

podniecana, 
wytwarzała obrazy niebywałe, ale pan Maciej wyraźnie brzęk złota słyszał, pan 

Bartłomiej 
łopatę nawet 

widział, którą Czachórski czerwieńce zgartywał i zsypywał do beczek objętości 
niezwykłej.

— Niby nie krzywdzi a krzywdzi — zaczął przebąkiwać Pitraszka.

—    54    —

- Da nam czasami w podarunku po dziesięć czerwonych złotych, a mógłby dać 

po sto 
— mruknął 

Szarbański.

—  Co asan prawisz: po sto? — oburzał się Pitraszka. — Obrachuj-no tylko, 

ile tych 
setek 

w beczce takiej pomieścić się może, to i parę tysiączków nam ofiarowanych nie 
zubożyłoby 

starego 
sknery.

—  Lęk mam — szeptał Maciej — że, jeżeli stary zemrze nagle, to wojewodzie

nic 

nam z tych 
skarbów ojcowskich nie udzieli.

—  Ni on, ni my złamanego nie zobaczymy szeląga... Zakopie, w ziemię 

zakopie złoto 

wszystkie.

—  Nie można na to zezwolić!

—  Nie można!
I zaniepokojonym myślom Macieja i Bartłomieja nasuwały się różne sposoby, 

któreby 
przeszkodziły 

ostateczności podobnej.

Pewnego późnego wieczora, gdy usnął dwór cały, jeno Madejowych i 

Bartłomiejowych powiek sen się 
nie imał — jakieś ciche, ostrożne stąpanie na korytarzach zamkowych posłyszeli 

ulubieńcy 
wojewody.

—  Idzie!
—  Idzie! — zawołali jednocześnie prawie Pitraszka i Szarbański.

Wyjrzał wnet jeden, wyjrzał drugi — i zobaczyli, jak w nocnej odzieży, z 

mycką na 

głowie 
przesuwał się cicho pan Czachórski, kierując kroki swoje ku tajemniczej piwnicy.

W palcach 
trzymał 

zapaloną łojówkę, którą drugą ręką osłaniał od przewiewu; brzęk dwóch kluczów 
rozchodził 

się cicho 
w pustce korytarzowej, papucie na nogach tłumiły i tak już chód ostrożny

—  Dwa klucze — szepnął Maciej.
—  Dwoje drzwi tam być musi — dodał Bartłomiej.

—  Nie strzymam, podybam za nim — bąknął Pitraszka.
—  Oby tylko stary nas nie zobaczył, a nie posłyszał rypania butów — 

odpowiedział 
Szarbański.

background image

—    55    —

— Obawy niema, by dojrzał nas, bo niedowidzi stary, a i słuch mu już nie 

dopisuje. 
Dla większego 

bezpieczeństwa jednak buciska zdejmiemy i w onuciach podybamy za nim.

Myśl ta podobała się Bartłomiejowi. Przykucnęli więc do ziemi i rypiące 

pozdejmowali obuwie.

Pan wojewoda, zgarbiony, trzęsący głową siwą, posuwał się naprzód. Za nim,


odległości kroków 

dwudziestu szli Szarbański i Pitraszka. Stary, przeszedłszy wzdłuż korytarz 
zamkowy, po 

schodach kręconych 
spuścił się do podziemia i znów się zagłębił w szyję ważkich murów. Doszedł do 

drzwi 
piwnicznych... 

Otworzył... Wszedł... Przymknął — ale nie domknął. Zwykle oną wędrówkę swoją w 
dzień 

jasny odbywał, teraz 
noc była, noc głucha. Nie spodziewał się, żeby go ktobądź mógł śledzić. Przez 

długą szparę 
podwoi 

niedomkniętych migotało blaskiem czerwonym oddalające, się światło łojówki.

Poskoczył wnet Maciej, za nim Bartłomiej. Otworzyli drzwi cicho i wsunęli 

się obaj 
do niewidzianego 

dotąd podziemnego korytarza, i przykucnęli w małem zagłębieniu wilgotnych i 
omszonych 

murów. Pan wojewoda, 
nie spodziewając się zasadzki, szedł dalej. Doszedł do drzwi drugich, zatrzymał 

się i suchymi 
palcami zaczął 

ściany bocznej dotykać, to przypatrywał się czemuś, zbliżał, to oddalał świecę, 
wreszcie coś 

znalazł, 
niewielką wypukłość jakąś, którą mocno nacisnął.

Trzasnęło...
Drzwi, a raczej płyta żelazna, osłaniająca wejście, uniosła się do góry. 

Zaczerniała 
głębia ciemna, 

piwniczny chłód powiał, aż zakołysał się płomień świecy i długim zamigotał 
językiem. Przy 

słabym blasku łojówki 
pan Maciej dostrzegł, stojącą na podkładach dębowych, beczkę dużą.

Wojewoda próg przestąpił, znów się zatrzymał, znów ręką ściany dotknął, i 

płyta 

opadła.

— Widziałeś? - szepnął pan Maciej.

-   56   -

- Palcem dotknął, i ściana się rozwarła — rzekł Bartłomiej.
- Ja o beczce mówiłem.

- Jej nie widziałem... Snadź w tej chwili zamigotała była świeczka 

płonąca.

- Jejej, jaka beczuła!... niczem przy niej pani starościna
Bandrowska! a ściska ją kutych obręczy dziesięć.

—  Złotko! złotko! — mruknął pan Maciej.
—  Nie można pozwolić, by skarb taki w ziemię zakopał — rzekł Bartłomiej.

—  Nie można! — odparł Maciej.

background image

Lękając się, by obecności ich nie zauważył wojewoda, który, po 

podniesieniu płyty, 
frontem 

do nich stanie, wysunęli się cicho, coś szepcąc, nad czemś się naradzając, 
snując może jakie 

zamiary 
niegodne. Słyszeli powracającego wojewodę, jak, oddychając ciężko, wspinał się 

po schodach 
kręconych; 

jego kaszel suchy, chód nierówny, astmatyczny oddech piersi, później zatrzymanie
się nagłe i 

— 
łoskot upadku.

Drgnęli...
Zimny dreszcz przeszedł im po grzbietach.

Zali to głaz jaki runął, czy może... może śmierć nagła podcięła słabe nogi

wojewody?...

Wyjrzeli na korytarz.

Tak!... to wojewoda leżał, długi, blady, nieruchomy...
Pan Maciej chciał krzyknąć na alarm, ale Szarbański za rękę go ścisnął.

—  PstL. pst!... Umarłemu ni medyk, ni kadzidło żadne nie pomoże — 

zaszeptał.

—  Nie pomoże! — westchnął pan Maciej.
—  Gdy klucze zaś weźmie pan wojewodzie — ciągnął Szarbański — nie 

dostaniemy 
już ich nigdy... 

Rozumiesz?

Pan Maciej wytrzeszczył oczy na mówiącego.

—  Aha! — rzucił po chwili.

—   57   —

Zrozumieli się.
Nie o ratunku, któryby się zresztą na nic już nie przydał, bo pan wojewoda

na serce 
cierpiał 

i umarł na serce — myśleli w tej chwili dwaj ulubieńcy zmarłego. Jeden za 
klucze, drugi za 

łojówkę 
chwycił, potrącili nawet zewłok swojego dobroczyńcy, i pomknęli szybko do tylko 

co 
opuszczonych drzwi 

tajemniczej piwnicy. Nic, nic im teraz nie przeszkadzało w spełnieniu zamiarów 
grzesznych. 

Noc głucha, 
zamek śpi, śpi i pan wojewoda na głazach twardych korytarza, nieprzebudzonym śpi

snem.

Dopadli do drzwi.

Zamek trzasnął, drzwi otworzyły się. Przymknęli  je  napowrót i 

poskoczyli' do ściany, 

żelazną 
płytą zamkniętej. Zauważona w niej wypukłość, której palcem pan wojewoda 

dotknął, snadź 
poruszała 

maszyneryę misterną, która ciężką podnosiła zasłonę... Tak, tak! Dotknęli...

Płyta podniosła się.

Serce Pitraszki grzmotnęło, niby młot kowalski, pan Bartłomiej nie mógł 

tchu złapać. 

Przy 
migocącym płomyku ło-jówki dojrzeli beczkę, na podkładach stojącą, przy niej 

garniec 

background image

zwilgotniały, 

dalej kilof...

- Widzisz?... kilof!... — odezwał się pan Maciej.—Snadź, przewidując 

koniec swój, 
zamyślał 

stary o zakopaniu skarbu. Chwycili obaj za wątory i szarpać beczkę i targać 
poczęli, ale 

żelazne obręcze 
nie pozwoliły rozejść się klepkom, mocno przywartym do siebie. Wtedy Bartłomiej 

za kilof 
porwał 

i grzmotnął nim z całej siły w okucie. Głuche echo pobiegło wzdłuż korytarza, 
zakończone 

uderzeniem — gromu!

—  Jezus Marya! — wrzasnął nagle pan Maciej.

—  Czego tak wrzeszczysz? — Bartłomiej zawołał.

-   58   -

- Płyta żelazna zapadła - wyjąknął Pitraszka, blady jak trup.

Skoczyli do zasuwy. Szukali wypukłości w ścianach. Ramionami podpierali, 

ale 

żelazna 
płyta nie drgnęła nawet. Chwycili za kilof i w szale przerażenia tłuc zaczęli w 

zaporę, chcąc 
zamek rozbudzić, lecz daremne były ich wysiłki. Grube mury podziemia tłumiły 

głos wszelki; 
grób zaś nie puszcza swych ofiar, a zamknął ich — grób!...

Strach! strach! strach!...
— Nie lamentuj asan — rzekł po chwili Szarbański, pierwszy do przytomności

przychodzący. 

— Tam, w niszy, jakiś kartelusz mi błysnął... Może w nim znajdziemy opis sposobu

wydobycia się 
z tej jamy.

Maciej z rąk towarzysza wziął dopalającą się łojówkę, Bartłomiej po 

kartelusz sięgnął, 

zapisany ręką wojewody.

—  Co tam jest? co? co?... — głosem drżącym Pitraszka pytał.

—  Nie trzęś się, bo świeca miga, litery skaczą, a tam coś o nas jest 

pisano.

Pitraszka z wielkim wysiłkiem woli spokój zachował, Bartłomiej przytknął 

nos do 

papieru 
i czytał:

Dodatek do mojego testamentu. 

»Wiernym sługom moim: Maciejowi Pitraszce i Szarbariskiemu Bartłomiejowi, 

beczkę miodu, 

syconego ręką moją wojewodzińską, 50 lat żywota dziś kończącego, zapisuję, aby 
wiedzieli, 

iż za wierność pamięcią płacę, za zacność następującym kodycylem: Aby wyżej 
wymienieni 

Maciej 
Pitraszka i Szarbański Bartłomiej w starości swojej spokój mieli i utrzymanie 

dostatnie, 
każdemu 

z nich po 10.000 złotych czerwonych zapisuję, które po mojej śmierci wypłacone 
im zaraz 

zostaną 
przez J. W. kasztelana Wojnicza, na którego to dobrach suma ona jest legowana. A

prosząc 

background image

imć panów 

Macieja i Bartłomieja

—   59   —

o pamięć o duszy mojej, z za grobu im serdeczne pożegnanie posyłam. Amen!«

Kartelusz wypadł z rąk czytającego. Maciej drżał, aż zęby szczękały. 

Łojówka 

dopalała się, 
mrok głęboki zalewał piwnicę.

—  Pamiętał o nas, a my... — szepnął Maciej.
—  Wierzył nam, a my... — jęknął Bartłomiej.

—  Patrz! — wrzasnął nagle Pitraszka.
—  Jezus Marya! — wybełkotał Szarbański.

Utkwili oczy przerażone w jeden z kątów piwnicy, gdzie zarysował się cień 

wojewody... 

zbliżył się, westchnął-—i znikł.

Maciej i Bartłomiej runęli na ziemię.

Cisza, przerywana tylko jękiem grzeszników, grozą zbliżającej się śmierci 

z głodu, 

beznadziejnością ratunku. A na korytarzu zamkowym leżał wyciągnięty trup 
wojewody, 

samotny, 
opuszczony, zapomniany przez sługi niewierne.

GRZEŚ NIEDORAJDA.

Było trzech braci: dwóch mądrych a jeden głupi. Może w rzeczywistości 

Grześ nie był 

tak 
głupi, jak to o nim szeroka wieść głosiła, ale Wicek i Wacek, choć się za 

mądrych uważali, 
złymi 

byli braćmi, bo nietylko, że ciągle śmieli się z głupiego Grzesia i jego wymowy 
szepleniącej, 

lecz i różne niegodziwe figle mu płatali, że Grześ ani zasnąć spokojnie nie 
mógł, ani obiadu 

zjeść, 
ani nawet Panu Bogu ze skupieniem się pomodlić. Nocką, zaledwie zachrapał w 

komorze, a 
już mu 

z pułapu woda na nos kapać zaczynała; nie mogąc sobie z tą kąpielą nieproszoną 
poradzić, do 

sieni się 
wybiera, ale zaledwie na progu stanął, jakieś licho w oczy mu piaskiem sypnęło, 

że obiema 
rękoma 

za łeb się chwycił; oczu nie przetarł jeszcze a tu wyciągnięty sznur drogę mu 
przeciął, a 

szpony 
jakieś za łydki chwyciły, szczypią, targają i rwą.

— Siła niecysta! — szeptał do siebie Grześ nieszczęśliwy, a źli bracia w 

kułak się 

śmieli 
i dalej wyprawiali harce swoje niegodziwe.

Ojciec tych trzech synaczków miał chałupę niezgorszą i pólka spory kawał, 

gdzie 

dorodne żytko się 

background image

pieniło, i młyn,

GRZEŚ NIEDORAJDA. 

—   61   —

terkocący wiecznie nad rzeczką, który mu z mieliwa niezły dochód przynosił, i 
winnicę na 

stoku 
wzgórza, ku południowi zwróconą, z której wino, gdy się wystało a popracowało 

dobrze, 
rozbierali 

sąsiedzi za grosz gotowy. Lecz stary to był człek, uczciwie spracowany, trochę 
ślepy i trochę 

głuchy, co było powodem, że nie bardzo wiedział, jak się jego synaczko-wie 
sprawowali, 

częściej 
zaś widując Grzesia przy sobie i więcej od niego posług mając, lepsze trochę 

miał o nim 
mniemanie, 

niż o mądrym Wacku i Wicku. Dziwił się także, że Wacek i Wicek to to, to owo do 
zarzucenia Grzesiowi 

mieli, Grześ zaś nic nigdy o braciach swoich nie mówił i kochał ich i poważał, 
jako starszych 

i mędrszych od siebie.

—  Dlaczego wy, synaczkowie, tak mało ze mną przebywacie, a Grześ ciągle 

prawie? 
— pytał.

—  Bo Wicek porządku w młynie, a ja w polu i winnicy pilnujemy — 

odpowiadał 

Wacek. — Grześ 
zaś, panie ojcze, do niczego jest, to może przesiadywać przy tobie i podlizywać 

się.

Co prawda, to starowina sam wszystkiego doglądał w młynie, w polu i w 

winnicy, 
przez Grzesia 

prowadzony, bo nogi mu już trzęsły się od starości, a że przygłuchy był, nieraz,
gdy młyn 

nagle 
nierówno zaterkotał: »Co, panie kochany ?« — pytał, myśląc, że go ktoś z boku 

zagabał, a że 
i wzrok 

mu nie dopisywał, to nieraz przydrożnemu słupowi się ukłonił, za księdza plebana
go biorąc, 

a razu 
pewnego: — »Co słychać u pani dobrodziki?« — srokatą krowę zapytał. To wszystko 

było 
prawdą, ale 

o podlizywaniu się Grzesia nic a nic nie wiedział.

Że człek wiekować na ziemi nie może, zamyślił był stary ojciec, za życia 

jeszcze 
swojego, 

by potem swarów żadnych nie było, majątek pomiędzy synów rozdzielić.

—  Ty weźmiesz pólko, ty młynek, a Grześ winnicę — powiedział raz był.

—   62   -

- Nie da sobie z winnicą Grześ rady, panie ojcze — odpowiedzieli bracia.

— To młynek mu dam.
- Niedługo w ręku Grzesia mleć będzie — odparli.

— To pólko weźmie.

background image

— I wnet zachwaści, panie ojcze, niezdara taki! 

Starowina w głowę się podrapał,  do Grzesia się zwrócił
i rzekł:

- Cóż ty o tern wszystkiem myślisz, głuptasku?
- Das ociec, to wezmę, a nie das, toć wyrzekać i tak na ciebie nie bende —

odrzekł 
Grześ.

- Pierwszy raz mądrze  powiedział! — zawołali  bracia uradowani.
Stary pokręcił głową.

- Mądrze czy nie mądrze — szepnął — tego nie wiem! ino wiem, że poczciwie.
Po chwili znów się oz wie:

- Trzeba, mili synaczkowie, żebyście o żeniaczce już pomyśleli.
- Ja juzem pomyślał — rzekł Wacek.

- Proszę, proszę!
- Upatrzyłem sobie pannę ze dworu. Białych i żółtych pieniędzy ma wbród.

- Patrzcie! patrzcie! — pokręcił głową starowina. 
- A ty? — do Wicka się zwrócił.

- Mnie pachnie, tatulu, wojewodzianka.
- Wodzianka? — spytał ojciec, przykładając dłoń do ucha — jaka? z 

porzeczek czy 
agrestu?

- Wo-je-wo-dziaanka, tatusiu!—krzyknął Wicek w ucho ojcowskie. — Nie 

widzita jej 

murowanego 
pałacu pod lasem? — dodał, palcem na puste pole wskazując.

- Pałac murowany?... Nieźle, nieźle! — mruknął stary.— A ty, Grzesiu? — 

spytał.

-   63   -

- Widzę tatulu, co mnie braciskowie ślicną królewnę zostawili.

- Ot głuptas! — krzyknęli obaj bracia.
- Ale mądrze powiedział — rzekł stary. 

Zaniepokoili  się  jednak  bracia.  Kto  wie,  czy Grzesiowi królewna jaka

w oko nie 

wpadła?... 
A trzeba wiedzieć, że ani Wacek panny ze dworu, ani Wicek 

wojewodzianki nie widzieli, tumanili jeno starego ojca ożenkiem bogatym, by 
prędzej módz 

wyłudzić 
od niego pólko, winnicę i młyn. Wzięli tedy Grzesia na stronę i o królewnę 

pytali, ale on im 
rzekł, 

że to tak jakoś z ich rozmowy wypadło. Poznali się bracia na żarciku głupiego 
Grzesia i 

mocno 
urazili się o to.

- Patrz, jaki mądral! — mruknęli do siebie.
Nazajutrz poszli do młyna i, usiadłszy nad łotokami, zaczęli przemyśliwać,

jakąby to 
nową 

psotę mu wyrządzić ?... Tysiąc konceptów do głowy im przychodziło, ale i ten zły
i ten 

niedobry, 
bo choć mądrzy byli, nic takiego nie mogli wymyślić, czegoby już na biednym 

Grzesiu nie 
wypróbowali.

- Pokażmy mu królewnę piękną — rzucił nagle Wacek.
- A skąd ją wziąć? — Wicek spytał.

Wtem przed młyn wóz skrzypiący zajechał, z którego, stękając a kaszląc, 

wysiadła na 

ziemię 

background image

baba stara.

- Jest królewna! — zawołał Wacek. — Ubierzem ją w złotą, papierową koronę;

czerwoną chustę, 
niby płaszcz królewski, na ramiona zarzucimy, podbijemy płótnianką, w czarne 

ogonki 
malowaną, co Grześ 

za gronost- 

— To ci koncept! — wykrzyknął uradowany Wicek — i wołać na babę zaczęli, 

by 
przyszła do nich.

Gdy bliżej jej się przypatrzyli, nie mogli powstrzymać się od śmiechu. 

Łysa, stara, 

pokurczona, 
z garbem na plecach, z bielmem na oku, z nosem jak hak, bez zębów, wiedźma Łyso 

górska 
— i koniec!

-   64   —

- Cy to panice od młyna? — spytała szepleniąc.
- W sam raz połowica dla Grzela! —zaśmieli się bracia.

- Memu zmarło się latoś, jeżeli panickowie o mego Grzela pytajom — 

westchnęła 

baba.

- A coście przywieźli do młyna? urodę waszą? — zaśmiał się Wacek.

- Nie żartujcie, panickowie, z babiny niescęśliwej, która kwatereckę ino 

żytka do 

zmełcia 
przywiezła.

- Nie żartujemy, babciu! — rzekł Wacek. — Ślicznotka z ciebie prawdziwa!
Baba się obruszyła.

- Ej, zartowniki, zartowniki paskudne!
- Nie zartowniki, jeno czarodzieje. Królowę zrobimy z ciebie, tylko ubierz

się, babo, 
wedle gustu naszego i smaku, a damy ci i królewica, jak teraz złotych kilka na 

początek 
dajemy.

- Złotówecki! złotówecki! — zawołała uradowana baba. 
Targ w targ  i  babula  przekupić  się  dała.  Zaraz ją po królewsku 

przebrano i do 
blizkiego lasu kazano iść, gdzie na przybycie Grzesia czekać miała pod drzewem 

umówionem; 
ale baba uparła się i wlazła w pień wierzby spróchniałej, gdzie, siedząc 

przykucnięta, do 
szalonego 

śmiechu pobudzała zbytni-ków. Czy się poruszy, czy podskoczy: cha-cha-cha! 
rozlegało się 

po lesie, 
bo prawdę rzec, świat dotąd takiego czupiradła nie widział.

Przed zachodem słońca przyszli bracia do Grzesia i powiedzieli mu szeptem,

że w 

lesie 
cudna czeka królewna na niego.

- A kpiłem,  braciskowie? — odezwał się Grześ uradowany.
Bracia w kułak prychnęli na samą myśl krotochwili spodziewanej.

Poszli   tedy  do  lasu,   do wiadomej   wierzby  się  zbliżyli,

-    65    -

z której zaraz siedząca tam baba wylazła i mizdrzyć się, a dygać, a drygać 

background image

zaczęła do Grzesia. 

Co się 
ruszy, to bracia za boki się biorą a jęczą od śmiechu, Grześ zaś oczy wybałuszył

i patrzy, 
patrzy, 

jakby oczarowany widowiskiem, wreszcie ręce jak do pacierza złożył i:

— Ślicności moje! — zawołał.

Wicek na ziemię się położył i nogami przebiera, taki nim śmiech szalony 

podrzuca; 

Wacek 
nie śmieje się, lecz już ryczy, jak wół, a Grześ oczu od baby oderwać nie może i

szepce w 
zachwycie:

— Raju! maju! a tom-ci takiej piękności nie widział jesce!
I do gęby się wziął.

Tu już bracia wytrzymać nie mogli i tarzali się po ziemi od śmiechu, a 

Grześ w gębulę 

cmoka 
babulę i mówi:

- Uuu...  miód!...   miodek!...  nad słodkościami słodkości!... 
Wicek i Wacek wybiegli z lasu, oszaleli z radości, że im się krotochwila 

udała.

Nazajutrz, o tej samej godzinie, Grześ kapelusz na głowę nałożył i z izby 

się zabierał.

- A dokąd? — spytali zaraz Wicek i Wacek.

- Do wierzby, braciskowie! — odpowiedział.
Bracia w śmiech, ale Grześ na nic nie zważał i, jak opętany, pobiegł do 

lasu.

Na drugi dzień — to samo, to samo na trzeci, czwarty; aby jeno słoneczko 

ku 
zachodowi się zniżyło, 

czterema wołami Grzesia nie zatrzymać.

- Co mu jest? — spytał ojciec.

- W suchej wierzbie się zakochał, tatulu — odpowiedzieli niegodziwcy.
- A jak tam z twoją panną z dworu, Wacusiu?

- Juzem od niej złoty pierścionek otrzymał.
- Az twoją wojewodzianką, Wicusiu?

—   66   —

— Na zapowiedź już dałem.

— Czas mi już teraz o testamencie pomyśleć — rzeki

ojciec.

— Czas, czas, tatusiu! bo ci lada dzień po synowej przywieziemy — zawołali

uradowani 
bracia.

Tymczasem Grześ codziennie do lasu biegał. Deszcz nie deszcz, pioruny nie 

pioruny, 

nie skrewił babie swej ni razu, a bracia po dwa złote płacić jej musieli.

Nie podobało się to już braciom.

—  Wacku! — rzekł Wicek.
—  Co, Wicku? — Wacek zapytał.

—  Trzeba przy drodze Grzesiowi stracha postawić, by do lasu nie chodził, 

bo za 

drogo 
nas ta baba kosztuje.

—  Wiwat strach! — krzyknął Wacek.
Zrobili stracha, postawili w dołku przy drodze, którędy Grześ musiał 

przechodzić.

O zmierzchu, jak zwykle, Grześ wybrał się do lasku, ale już piszczałkę 

wziął z sobą, 

background image

widocznie, że babie grać będzie i śpiewać: »Rosła kalina z liściem szerokim...» 

Z Grzesiem 
Wicek 

i Wacek się wybrali.

Idą, zabawiają rozmową Grzesia, by nie odrazu stracha zobaczył. Aż oto, na

zakręcie 
drogi, pod lasem, wedle cmentarza, Grześ zatchnął się nagle i stanął. To samo 

Wicek i Wacek 
zrobili. Grzesiowi włosy dębem się podniosły, a oczy na wierzch zaczęły wyłazić.

Wtem za 
ramię 

Wacek go chwycił i rzucił w ucho:

—  Źle z nami!... martwieć wstał z grobu! Tu przed cmentarzem spoczywa 

zbój 
zakazany, 

którego rozbroić może tylko muzyka śliczna. Ty ślicznie grasz, Grzesiu. Zagraj 
mu: »Rosła 

kalina« — a graj, dopóki z Wickiem nie wrócę i nie przyniosę wody święconej. 
Graj, bez 

ustanku 
graj! a z oczu upiora tego nie spuszczaj, bo śmierć czeka!

Grześ wytrzeszczone oczy utkwił w straszydło nieruchome,

-   67   -

dudkę do ust przyłożył i zaczął »Kalinę« grać. Figlarze umknęli, śmiejąc się do 
rozpuku, a 

przez 
pola i niwy dzwoniła »Kalina o liściu szerokim«.

Przy młynie zatrzymali się, siedli nad łotokami, spuścili nogi ku wodzie i

czekali 

zaciekawieni, co z tego będzie? Siedzą, słuchają, a Grześ gra i gra, coraz 
ciszej, 

melancholijniej, 
jakby sił już brakło biedakowi. Gwiazdy wy pry snęły, księżyc wzeszedł, już we 

wsi psy się 
uśpiły, 

a »Kalina« wciąż liście swoje rozwiewa, zmienione w dźwięki dudki Grzesiowej... 
Wreszcie 

rozwiała, 
i było cicho jak makiem siał.

Wicek i Wacek czekali na powrót Grzesia, który pewnikiem, nogi za pas 

założywszy, 

bieży 
już ku nim. Czekają godzinę, czekają dwie — Grzesia niema i niema. Zaniepokoili 

się tedy, 
idą... 

i cóż widzą?

Strach stoi nienaruszony, a koło niego leży Grześ. Dudka z dłoni omdlałej 

wypadła, a 
on śpi 

sobie w najlepsze. Snadź zmógł go sen przemożny i z nóg zwalił.

— Wacku! — rzekł Wicek. — Idź ty do lasu i powiedz babie, żeby już nie 

przychodziła 
po złotówki, a ja w stracha wlezę i zacznę ryczeć, jak wół. Grześ się obudzi i 

ruszy jak lis 
szczwany, 

a my o nowym figlu pomyślimy.

Jak rzekł, tak zrobił. Wacek do lasu dojść jeszcze nie zdążył, jak już 

wole ryczenie 
posłyszał; 

później: szast-prast!... i czyjś bieg przyśpieszony. Patrzy, a to pomyka Grześ, 

background image

jeno nie do 

chaty 
ojcowej, lecz prosto do lasu, do wierzby swojej.

— Stój! stój! — zawołał Wacek. — A co tam o strachu twoim słychać?
  Oj, bracisku, bracisku! gdybyś ty był uwidział, tobyś się litował nade 

mną, taka 
okropność się 

działa. Gram-ci ja sobie, gram! a oka ze stracha nie spuscam, a on stoi, kieby 
martwy i ani 

ocyskami 
porusy. Widno, co jemu »Kalina« się spodobała i piękne granie moje. Ale mi palce

posłuchu 
odmówiły 

a spać się tak zachciało, zem, jak drewno, rypnął na ziemię.

—    68    —

Tedy pan strach, zły widno za to, co mu juz »Kaliny« nie gram, nuz ryceć, za 

boki mnie 
sarpać, 

a scypać, a tarmosić niemiłosiernie. Tedy mnie cierpliwości zabrakło. Jak odwinę
prawicę a 

lunę 
w pysk- ten bęc o ziemię i tchu się niegodnego pozbył.

Wicek za łeb się chwycił.
—  I cóżeś ty zrobił dobrego? — wrzasnął.

—   Stracha zakatrupiłem!
—  To Wacek był, nie strach żaden! — krzyknął Wicek.

—  O, la Boga! — zajęczał Grześ przestraszony. — I ce-muześ mi o tern nie 

powiedział 

wceśniej, bracisku?

Skoczyli do rozstaju.

Wacek leżał w dołku, gdzie strach był wkopany, ale żyw był, jeno oba 

policzki 

spuchnięte 
miał niemiłosiernie. Wicek zaczął obmacywać stękającego Wacka, a Grześ spytał:

—  Cy ty zyjes, bracisku?
- Dam ja ci! — wrzasnął Wacek, do przytomności przychodząc, i Wicka za 

Grzesia 
wziąwszy — 

bo Wicek go macał, a Grześ pytał — w pysk go zaraz. Tego nie lubił Wicek. 
Odpowiedział 

więc wnet, 
jak się należało, i poczęli się grzmocić, za czuby się wodzić, na nic już nie 

pamiętający. 
Przestraszony Grześ od jednego do drugiego biegał i wołał:

—  Uspokójcie się, braciskowie serdecni!
Ale uspokoili się wtedy dopiero, gdy im oczyska tak po-puchły, że brat 

brata nie 
widział. 

Wtedy Grześ wziął ich obu pod ramiona i do domu zaprowadził. Przestraszony 
ojciec jął 

pytać:

—  Co z wami się stało, synaczkowie mili?

—  To pscółki tak bracisków pokąsały — Grześ odpowiedział, nie chcąc 

zdradzić 

tajemnicy 
figlów braterskich.

Po tygodniu, gdy bracia wyzdrowieli, a stary ojciec zachorzał, wezwał 

synków do 

siebie 
i rzekł:

— Przeczytam wam testament, przy świadkach spisany, który

background image

—   69   -

uszanowany być ma. Ty, Wacku, który pannę ze dworu za żonę bierzesz, i ty, 
Wicku, który 

wojewodziankę 
zaślubiasz, do bogactw, jakie wam małżonki wasze przyniosą, niewiele-byście 

dodali ze 
spadku po mnie. 

To też wam, synaczkowie moi, nic nie zostawiam, a młynek, pólko i winnicę 
Grzesiowi 

zapisuję, który 
ani wojewodzianki ani panny ze dworu wziąć sobie nie potrafił.

—   A królewna, tatusiu? — zawołał Grześ. — O! słysy-cie: tur-tur-tur! 

złota karoca 

jedzie 
a w niej ślicnotka moja.

Rzucą się bracia do okna. Patrzą. Dawny śmiech ich porywa i nadzieja, że 

ojciec 

rozfuka się 
na głupiego Grzesia za wybór podobny.

Zajechał wóz drabiniasty, skrzypiący, a z niego wysiada baba im znajoma, 

kaszle, 

stęka 
i do Grzesia się zbliża. Wicek i Wacek duszą się od śmiechu, a stary patrzy na 

wóz, przez 
kulasa 

ciągniony, i prawi:

—  Karoca! złota karoca! a sześć koni ją ciągnie! 

Przypatruje się babie kaszlącej i szepce:
—  Śliczności! niczem różyczka przy niej, niczem lilijka i fijołek! a tak 

mówi, jakby 
na skrzypeczce grała!

Grześ zaś zwraca się do ojca i braci, i prawi:
—  Zonecka moja!

Opadła chusta czerwona i korona papierowa, a zdumionym oczom braci 

pokazała się 

śliczna 
postać królewny; wóz w karocę się zmienił, koń-kulas w zaprząg paradny, a na 

dworze 
muzyka zabrzmiała, 

jakiej nikt dotąd jeszcze nie słyszał. Uradowany ojciec przytulił do piersi 
swojej Grzesia i 

śliczną 
synową, a do Wacka i Wicka zwrócił się i rzekł:

—  Śpieszcie, synaczkowie!... ty po pannę ze dworu, a ty po wojewodziankę 

murowanego pałacu. 
Trzy wesela wyprawię!

Wicek i Wacek nie ruszyli się krokiem, jeno sponsowieli ze wstydu i słowa 

wymówić 

nie mogli.

—   Co wam, synaczkowie? — pyta ojciec.

—   70   —

— Ja za nich odpowiem — odezwała się królewna. 
I zwróciła się z temi słowami do nich:

Złymi byliście braćmi, 

Złymi byli synami, 

background image

Nie wiedzieliście o tem, 

Że jest prawda nad wami; 
Kto się jej sprzeniewierzy, 

Dłoń obłudzie podaje: 
Wstydem musi się oblać, 

Z mędrca głupcem się staje!

Grześ krzywdy braci nie chciał. W królewskim zamieszkawszy pałacu, oddał 

im 

pólko, młyn 
i winnicę, tylko zmądrzał, czego wszystkim ludziom głupim życzę.

MAJKA.

MAJKA.

Po śmierci króla Wyspy Złotej, który o rok przeżył małżonkę swoją, została

po nim, 

jako 
następczyni tronu, dziecinka kilkoletnia, imieniem Majka. Panowie radni byli 

mocno 
zakłopotani, 

kogo na tymczasowem wielkorządztwie posadzić, by i kraj podczas bezkrólewia nie 
ucierpiał 

i przyszła dziedziczka tronu krzywdy żadnej nie doznała. Uprzedzając narady 
panów, któreby 

może 
nie według jego myśli wypadły, zjechał natychmiast z licznym pocztem rycerzy 

brat 
nieboszczyka 

króla, pośpiesznie wojskiem swojem gród i stolicę obsadził, ogłaszając się 
regentem państwa 

i opiekunem sierotki. Nie w smak to poszło panom radnym, bo bez ich wiedzy i 
zgody 

dokonane 
zajęcie miasta niczem innem nie było, jak tylko bezprawiem srogiem, nasuwającem 

myśl o 
złych 

zamiarach regenta, ale sił nie mieli przeciwko gwałtownikowi wystąpić, on zaś 
zagroził 

karami 
strasznemi, jeśliby ktobądź woli się jego sprzeciwił. Na pozór zdawało się, że 

któż mógłby 
być 

lepszym opiekunem sieroty, jeżeli nie brat rodzony jej ojca? Ale stryj-regent 
zamyślał o tronie 

dla siebie, choć głośno mówił, że, jak tylko dziecina królewska do pełnych lat 
dojdzie, wnet 

z zajętego miejsca ustąpi,  a  prawą władczynię  na  tron ojcowski wprowadzi.

-   72   -

Wierzono i nie wierzono tym obietnicom, pozostawiając czasowi ich spełnienie.

Tymczasem w głowie złego stryja inne wcale zamiary się snuły. Oddanymi 

sobie 

ludźmi 
malutką Majkę otoczył, szczególnie polecił ją pilnemu nadzorowi starego Justa, 

dworzanina 
swojego, 

człowieka bez czci i wiary, którego nic wzruszyć, nic rozczulić nie mogło.

background image

Pod okiem więc tych ludzi wychowywała się dziecina królewska. Gdyby ją 

mógł 
ujrzeć który 

z panów radnych, tych dawnych przyjaciół i sług zmarłego króla, włosy-by mu na 
głowie 

powstały. 
Biedna królewna jak żebraczka wyglądała; najuboższe dziecko włościańskie w 

lepszej 
sukienczynie 

chodziło, niż ona, dziedziczka tronu. Jadło było źle uwarzone, że wielki głód 
tylko mógł 

zmusić 
do jego spożycia, a dawano tak mało, że nie wiem, czyby wróbel był z tej porcyi 

zadowolony. 
Widoczne było, że pan stryj głodem ją chciał zamorzyć, powolnym głodem, by 

później, w 
razie 

śmierci królewny, na karb choroby nieuleczalnej złożyć czyn swój zbrodniczy. Ale

Opatrzność czuwała 
nad sierotką. Pomimo opuszczenia, samotności i strawy niezdrowej, królewna rosła


piękniała, 

a taka była cicha, spokojna, nie narzekająca na dolę swoją, że nawet Just stary,
który nic 

i nikogo na świecie nie kochał, polubił Majkę i czasami kąski lepsze z kuchni 
królewskiej dla 

niej 
wykradał.

Razu pewnego usnął był stary Just pod drzewem w ogrodzie, upałem znużony. 

pobliżu dwa 
duże mrowiska były, a on położył się w poprzek gościńca mrówczego i wielkie 

zamieszanie 
w regularnej 

komunikacyi tych stworzeń pracowitych wprowadził. Mrówki, widząc na drodze 
swojej górę 

taką olbrzymią, 
zaczęły włazić na nią i mścić się okrutnie. A nie były to małe, czarne mrówki, 

lecz duże, 
szare, 

które w lasach wilgotnych mieszkają i kąsają bardzo. Just spał twardo, ale co 
chwila to za 

ucho się 
chwytał, to palcem za kołnierzem

—   73   —

drapał, to w pierś pięścią się walił. Widząc to, Majka podbiegła do starego, 

siadła przy nim 
i precz kąśliwe odganiała stworzenia, tak, że Just mógł wyspać się dobrze, 

żadnych 
rozpaczliwych 

ruchów już nie czyniąc. Gdy po przebudzeniu się dowiedział o tej troskliwej 
opiece Majki, 

nie mógł 
wyjść ze zdziwienia. Czuł, że nie zasłużył na jej dobroć, wiedział przecie, ile 

to złego jej był 
wyrządził, a ona zaopiekowała się nim, jak nikt dotąd w życiu, i choć paluszki 

od złych 
stworzeń 

skąsane miała, śmiała się wesoło, szczęśliwa, że stary Just nikomu innemu, jej 

background image

tylko ten sen 

spokojny 
zawdzięczał.

Dobroć zwyciężyła. W oczach oprawcy zakręciły się łzy. Ucałował malutkie 

ręce 

królewny 
i w podarunku przyniósł jej harmonijkę o dźwiękach srebrnych, daną mu niegdyś 

przez 
wróżkę sławną, 

a mającą moc czarodziejską, ale tylko w rękach istot czystych.

- Weź to ode mnie, dziecino — rzekł. — W mojej dłoni ona gra tylko, w 

twojej — 
może cudu dokonać.

To też, gdy nakręciła Majka to czarodziejskie narzędzie i ciche, słodkie 

dźwięki 

rozlały się 
dookoła, wnet z drzew wierzchołków skoczyły ku królewnie wiewiórki wesołe; węże 

i żmije 
z nor swych 

wypełzły; frunęło ptactwo, i otoczyły ją zaraz wróble, czyżyki, kosy i sikory, a
stary, posępny 

kruk 
z dalekiego pola przyleciał, naprzeciw Majki usiadł i w jej błękitne zapatrzył 

się oczy.

Odtąd było to jedyne towarzystwo, jakie otaczało królewnę. Zawiązała się 

pomiędzy 
nią a temi 

zwierzątkami przyjaźń szczera; kos gwizdał, wróble świergotały, terkotały 
czyżyki, wiewiórki 

tuliły się 
do piersi, węże owijały stopy, drobne ptactwo na ramionach siadało, a kruk 

rozumiał jej głos i 
na

zawołanie przylatywał.

Nic o tem nie wiedziało otoczenie panującego regenta, on zaś sam nie 

dowiadywał się 
o sierotę, 

całą pieczę nad nią srogiemu Justowi poruczywszy. Codziennie spodziewał się

—   74   —

wieści o chorobie i śmierci królewny, i stary Just go zawiadomił, że, choć 

sierota żyje, 
ale mizernieje z dnia na dzień i lada chwila pogrzebowym jękiem odezwą się 

dzwony kaplicy
zamkowej.

Mówił tak, ale kłamał. W zbóju starym zbudziło się serce. Nikt go nie 

kochał, 

a Majka go pokochała dlatego właśnie, że nikt go nie kochał. Wiało od niej 
ciepło serdeczne, 

nazywała go dziadziem. Ach! jak on wdzięczny jej był za to ciepło i za tę nazwę.

Królewna doszła do lat pełnych. Panowie radni, zmęczeni złem panowaniem 

regenta, 
zwołali sejm walny i, trzymając się praw starodawnych, zażądali od brata 

nieboszczyka króla 
oddania tronu prawej jego właścicielce. Bunt się rodził, opór był trudny.

- Trzymacie się praw zmurszałych — rzekł do panów rady. — Dobrze! Ja wam 

także 

przypomnę prawa, choć zapomniane od wieków, że: każdy nowowstępujący na tron 
powinien 

wykazać się: z cierpliwości, odwagi i miłości. Przez te trzy próby przejść musi 
królewna 

wasza, inaczej tronu nie ustąpię!

background image

Panowie radni musieli zgodzić się na to. Prawo, wymienione przez regenta, 

przestarzałe 
było, lecz nie zniesione. Do stryja należał też wybór prób, a on był pewny 

wygranej.

Nadszedł dzień niepokoju i trwogi. Ubrano sierotę w strój królewski i 

wprowadzono 
do jednej z sal zamku.

Po krótkiej przemowie o obowiązkach panującego stryj-regent wspomniał o 

próbach 

cnoty, 
przez które przejść musi każdy tronu dziedzic, i tak rzecz swoją kończył:

— Oto masz korzec maku, zmieszanego ze żwirem drobnym. Mak od piasku 

oddzielić 

musisz 
w przeciągu godziny jednej!

Zdrętwieli panowie, ale wyraz twarzy regenta był tak groźny, że głosu 

wydać nie 

śmieli. 
Wyszli wszyscy, zostawiając

—   75   -

przez godzinę królewnę samą, która siadła na tronie i zapłakała głośno. Płacz 
jej posłyszał 

kruk 
i zaraz przyleciał, a ona mu o swojem nieszczęściu wnet opowiedziała, wskazując 

na kupę 
piasku, 

rozsypaną na podłodze kamiennej.

Kruk zerwał się, poleciał do ogrodów zamkowych, i królewna posłyszała 

głośne 
krakanie 

jego:

— Hej, na pomoc! na pomoc, szczygły, sikory, wróble i czyżyki!... Na pomoc

królewnie 

naszej!... Kra-kra-kra!

Jak chmura, burzą gnana, wleciało ptactwo do komnaty zamkowej i wzięło się

zaraz 
do roboty. 

Ziarnka maku pracowite dzióbki ptaszków wybierały z masy drobnego żwiru i 
składały 

osobno, a kruk 
krakał i nawoływał do pośpiechu. Nie upłynęła godzina, jak żmudna praca 

skończona już 
była. 

O chwili naznaczonej wszedł regent ze zjadliwym uśmiechem na twarzy, a za 

nim 

panowie radni, 
drżący od niepokoju. Lecz wnet zmieniło się wszystko. Regent pobladł, a panowie 

do oklasku 
dłonie 

podnieśli: osobno leżał mak wybrany, piasek osobno. Daremno próbie sita poddano 
pracę 

królewny: 
w piasku jednego 

ziarnka nie znaleziono maku, w maku piasku nie było.

— Rad jestem z pośpiechu i cierpliwości — zgrzytnął

regent — rad jestem!... A teraz próba odwagi!...

Skinął.

Pachołkowie wnieśli skrzynie, po której otwarciu jadowitewypełzły gady.
- Walcz z nimi! — rzekł stryj. — Za godzinę przyjdziem do ciebie.

Odchodząc, szepnął:

background image

—  Kosteczki tylko twoje zobaczym!

Gady wpatrzyły się w Majkę i wyprężyły się,  jakby do skoku.
Wtem, zawieszona u pułapu przez Justa, słodkim, srebrzystym głosem 

odezwała się 
harmonijka 

czarodziejska, nakręcona

-   76   -

przez niego na czas trwania próby. Gady zakołowały, na krętych podniosły ogonach


skamieniały 

w zachwycie.

Po godzinie wszedł regent z panami. Głowę miał pysznie wzniesioną, gdy 

panów 
przerażała 

groza spodziewanego widoku. Lecz stryj-regent, po przestąpieniu progu komnaty, 
zbladł 

nagle, 
a odetchnęły piersi panów. Otoczona kolumnami gadów nieruchomych, siedziała na 

tronie 
złotym 

królewna uśmiechnięta.

—  Zwyciężyłaś raz drugi dyabelską siłą jakąś — mruknął niegodnik. — Teraz

próba 
miłości, 

ostatnia próba!... Chcemy dowodu takiej siły uczucia, jakiej świat jeszcze nie 
widział.

Panowie nie wiedzieli, jak z tego trudnego zadania królewna się wywiąże. 

Jedno 

wiadomem 
im było, że tyran, choćby i w tym wypadku przez Majkę był zwyciężony, 

dobrowolnie 
władzy się 

nie wyrzeknie. Zadanie było zbyt trudne, które miała podjąć królewna 
nieszczęśliwa.

Cisza. Biją serca... Okrutny tyran czeka dowodu miłości, jakiej świat 

jeszcze nie 

widział.

Aż oto Majka osuwa się do nóg stryjowskich, obejmuje kolana jego i tak 

powie:

—  Kocham ciebie, stryju! niekłamaną miłością kocham ciebie, bracie mojego

ojca!... 
a jako dowód prawdy słów moich: zrzekam się tronu i władzy nęcącego uroku.

Nie wytrzymało tej próby podłe serce tyrana, za małe było na wielkość 

ofiarowanego 

uczucia... Zalała je fala krwi, nabrzmiało, zatrzymało się... i pękło.

Prawa dziedziczka tronu do rąk swoich królewskie berło wzięła z wielką 

radością ludu 
Złotej Wyspy i moją zarazem.

SERCE ZAJĘCZE

SERCE ZAJĘCZE.

Nad wielką rzeką, na wyniosłej górze, w zamku najeżonym wieżami, mieszkał 

rycerz 

o sile 
tak wielkiej, że mógłby z niedźwiedziem się borykać, a tura za rogi wziąć i, 

poigraw-szy z 

background image

nim 

trochę, na ziemię zwalić. Wiedzieli o tem wszyscy: król i witezie, rycerze i 
panie i panny, 

bo za młodzieńczych jeszcze lat swoich, kiedy na zamku królewskim służbę 
sprawował, na 

igrzyskach 
rycerskich liść laurowy przypadał mu zawsze. Słysząc o tem, przybywali 

harcownicy z krain 
dalekich, 

chcąc mu ten wieniec chluby odebrać, ale nie udawało się to im wcale: w starciu 
się na kopie, 

przy pierwszem spotkaniu się zaraz, pierwszego zapaśnika z siodła wyrzucił, i 
ten, spadając 

na ziemię, kark sobie skręcił; drugiemu żelazną przyłbicę rozbił i oko w7yłupił;
trzeciemu 

rękę 
ze stawów wysadził i wszystkie żebra połamał; czwarty zaś, jak zarył się w 

piasek, tak trzy 
dni 

leżał, dopóki kopacze grodowi, dniami i nocami pracując, nie wydobyli 
nieszczęśliwca, 

stłuczonego 
jak garnek gliniany. W walce na miecze, w której zadaniem było uszu nadciąć, 

wątroby 
utrącić, 

bez nadwerężenia innych części ciała, nie gorzej mu się udawało; żeby zaś do 
uszu czy 

wątroby 
rycerskiej się dobrać, potrzeba było wpierw strzaskać

-   78   -

zbroję żelazną, miecz z rąk wytrącić, na ziemię zwalić, kolanem pierś przydusić 
i dopiero 

dżgać, 
co się zmieści. Doskonale król i dwór jego bawili się na igrzyskach podobnych; 

najpiękniejsze 
dziewice wieńczyły czoło zwycięzcy, przypinały szarfy złociste, a król jegomość,

przy surm 
śpiewie i armat huku, puhar wina słodkiego wypijał. Na chrzcie rycerskim dano mu

imię: 
»Niepokonany«, król zaś odezwał się do chrześniaka:

— Czem-że będziesz, gdy dojdziesz do lat męskich?!...
»Niepokonany«, który już tyle kości połamał, tyle oczu i zębów powybijał, 

wątrób 
utrącił 

i zakatrupił niejednego, miał dopiero lat ośmnaście niespełna. Słuszny więc był 
okrzyk 

królewski: 
»Czem-że będziesz, gdy dojdziesz do lat męskich?!«

Król mu dał prawo przestępowania progów pałacu swojego o każdej dnia 

porze; 

rycerze 
usuwali się przed nim, niz-kim go ukłonem witając, tłum zaś pospolity uciekał, 

co sił 
starczyło, 

i tylko z za płotu, to tu, to tam patrzyły oczy ciekawe na dzielnego rycerza, 
który, za boki się 

wziąwszy, a nos zadarłszy do góry, przechodził ulice miasta. Jeżeli spotkał 
jakiego kulasa, 

ślepca, 
beznogiego lub bezrękiego, pewnikiem był to z igrzysk rycerskich przeciwnik; 

jeżeli 

background image

niewiastę młodą 

w ciężkiej żałobie zobaczył, on to niezawodnie męża jej do mogiłki włożył; 
jeżeli gdziebądź 

dzieciaki nieboszczyka tatusia wspominają, toć »Niepokonanemu« te zawdzięczają 
wspomnienia. 

Niewiasty tylko nie bały się »Niepokonanego« i rade były w jego towarzystwie 
przebywać. 

To też 
on czas spędzał z niemi, na gitarze grał, śpiewał: »Wlazł kotek na płotek« i w 

kłę-buszki 
jedwabną 

nić motał.

Dzielny rycerz szedł w lata. Król go pieścił, rycerze ubiegali się o 

przyjaźń, dziewice 
trefiły włos, tłum pospolity uciekał. Wróże i wróżki przepowiadali mu przyszłość

świetną, że:

Pól świata zawojuje, 

Dużo ludzi pomorduje,

—   79   —

Bać się będą go zwierzęta, 

Krzyczeć przez sen niemowlęta. 
»I, rycerzu nasz, bądź pewien, 

»Że najpiękniejsza z królewien,
»Nie wladnąca wcale sobą, 

»Do ołtarza pójdzie z tobą«.

Ale — o, dziwo! —im bardziej »Niepokonany« zbliżał się do lat męskich, im 

niżej mu 
się 

kłaniali rycerze i nie rycerze, a coraz słodsze uśmiechy królewnę przesyłały, 
tem bardziej 

unikał 
on tych uśmiechów, z rycerzami nie rad był się spotykać, a podczas igrzysk 

zaszywał się 
między 

spódnice i — to igłą dłoń sobie rozpruł, to oczy proszkiem gryzącym zasypał. 
Doszło do tego 

nawet, 
że gdy pewien książę zamorski stanął był w szrankach turniejowych i rękawicę mu 

rzucił, on 
pobladł 

bardzo, rękawicy rzuconej nie podniósł i wymknął się cichaczem z pola popisów 
rycerskich.

Oburzenie i zdziwienie było niemałe.
—  Tchórz! — krzyknął książę i uciekającemu drogę zabiegł.

Ale   »Niepokonany«   wyminął  go  szybko,   dając  ostrogę

w bok koniowi.

—  Boisz się? — zawołał książę.
—  Boję się — odpowiedział »Niepokonany« i uciekł do zamku swojego.

Zagrzmiały surmy i trąby, i wyrok królewski ogłosił zwycięzcą księcia 

zamorskiego, a 

król 
jegomość wnet wysłał posłów swoich do niepokonanego dotąd rycerza z groźbą 

srogą, że: 
jeżeli nie 

stawi się natychmiast na polu turniejowem i dobrej sławy swojej nie poprawi — 
rozkazuje: 

wręczyć 

background image

posłowi metrykę chrztu rycerskiego, dary wszystkie, otrzymane niegdyś z rąk 

królewskich, 
przytem 

o mil sto  okrążać   dworzec
królewski.

»Niepokonany« pokornie przyjął posła,  metrykę wręczył,

—   8o   —

dary oddał i obiecał panu miłościwemu o mil sto dworzec jego objeżdżać.

Było we zwyczaju w czasach dawnych, że gdy na gościńcu publicznym choćby 

dwóch 

tylko 
rycerzy się spotkało, zaraz jeden drugiemu drogę zajechał, storcem stanął, 

obraźliwe słówko 
powiedział, czego następstwem było wydobycie mieczów i szast-prast! gdzie los 

zdarzył, 
byleby 

krew rycerska popłynęła. Dawniej nikt nie zajeżdżał drogi »Niepokonanemu«: 
każdy, 

spostrzegłszy 
go już zdaleka, jak ducha złego omijał; teraz nie wiedziano, jakby, w razie 

spotkania się z 
nim, 

postąpić należało.

Ale oto los zdarzył, że ten, to ów rycerz zetknął się z »Niepokonanym«. 

Nie chcąc 
boju 

z nim wszczynać przez pamięć na dawne czasy, w pół drogi się zatrzymał i już po 
czapkę 

sięgał, 
gdy nagle »Niepokonany« konia zawrócił i jak wiatr pierzchnął. Wtedy ów rycerz 

czapkę 
swoją 

poza uszy nasunął i wołać począł:

—  Hej, stój, panie czmychaczu!

Ale »Niepokonany« nie obejrzał się nawet, jeno zmiatał, jakby sto wilków 

za nim 

gnało.

Od tej chwili wszyscy zaczęli odwagi nabierać i — choć z lekkiem 

trzęsieniem się 
łydek — 

sami mu drogę zajeżdżać. Pewien rycerz, krzyknąwszy: »Broń się!«, miecz zaraz 
wyciągnął i 

groził 
już głowie »Niepokonanego, ale ten, miasto orężem się zasłonić, gołą zasłonił 

się ręką, co, 
oczywiście, powstrzymało napastnika. Schował więc miecz, a głową kręcąc, rzucił 

drwiąco:

—  Boisz się?

—  Boję — odpowiedział »Niepokonany« i dał nura. 
Inny  znów   spotkał  się  z  nim  w karczmie  przydrożnej.

»Niepokonany«, widocznie obawiając się zwady, udał, że go nie widzi, i plecy ma 
się 

odwrócił. 
Obrażony rycerz chwycił za czekan, u pasa wiszący, i straszny nim cios miał  

zadać,   gdy

—   81   —

»Niepokonany«, zamiast po miecz sięgnąć, porwał ogromny stół dębowy i nim, niby 

background image

tarczą, 

się osłonił. 
Czekan grzmotnął w deski i pękł na dwoje, stół runął na ziemię, a »Niepoko-nany«

znikł, jak 
kamfora.

Teraz dopiero przestały już zupełnie trząść się łydki rycerzom. Rzetelnej 

nabrali 

odwagi 
i głośno drwić a kpić z »Niepokonanego« zaczęli, że ten nigdzie pokazać się nie 

mógł i 
przestał 

z zamku swojego na świat Boży wychodzić.

Taka  zmiana w  dzielnym  niegdyś rycerzu  ciekawością napełniła serca 

ludzkie. Co 
się 

stało »Niepokonanemu«, że unika walk turniejowych, spotkań z rycerzami, a już 
nikt z 

żywych 
nie słyszał, by kiedybądź kupca jakiego na drodze złu-pił, co każdy z rycerzy 

robił? — Rada 
w radę postanowili wysłać do »Niepokonanego« kogoś ze swoich, by dowiedział się 


przyczynie 

tej zmiany. Ale tym razem opuściła odwaga rycerzy. »Niepokonany« sił nie 
stracił: przekonał 

ich o tem podniesiony w  karczmie   stół   dębowy,   którego   trzech   chłopów 
unieść nie 

mogło. 
Iść?... a nuż »Niepokonany« mścić się zechce za   obelg  i  drwin  tyle, i ławą 

grzmotnie 
w posła  niefortunnego?...  Ten więc brakiem   czasu, ten febrą,  która  go  

nagle chwyciła, 
ten takiem  lub owakiem   zajęciem się wytłómaczył. 

Co robić?
Aha!

Bezpieczniej będzie dla nich, a trochę ubliżająco dla rycerza, gdy dziadka

kościelnego 

wyślą.

Tak też zrobili.

Dziadek poszedł i dziwną wiadomość im przyniósł. Oto wiedźma stara, gdy 

»Niepokonany« 

usnął raz był w sadzie wiśniowym,   serce  rycerskie  wyjęła  mu  z  piersi,   a
zajęcze

włożyła.

Co za radość! teraz »Niepokonanemu« można finfę w nos puszczać, a on tylko

omykiem kiwnie 

i umknie. Ale snadź była i wiedźma druga,  która   go  skarbem jakimś  
obdarzyła.

                                                                                

6Gdy nędza, choroby i inne nieszczęścia nawiedzały lud, rycerzom podwładny, u 
»Niepokonanego« 

sioła bogactwem kwi-tnęły, kmiece chałupy śnieżyły się wśród drzew wiśniowych, 
wesoła 

nuta 
kosiarzy i żniwiarzy rozbrzmiewała na niwach i polach plennych, w innych zaś 

dobrach 
rycerskich 

głód, smutek i opuszczenie!... A niech się tam cieszy z chłopów bogactwa i niech
nawet 

z kmieciówną się ożeni, rycerzowi o sercu zajęczem nikt z herbownych ręki nie 
poda.

W państwie króla był spokój, codziennie niemal na dworcu odbywały się 

background image

igrzyska, 

gdzie 
łamały się kosteczki rycerzy i zęby wylatywały, dobrowolnie — panom, 

niedobrowolnie — 
służbie. 

Wszyscy weseli byli — jedna królewna smutna. Zapytana przez króla-ojca o smutku 
przyczynę, 

rzekła ze łzami:

—  Kochałam rycerza dzielnego, a zła wróżka wyjęła mu z piersi lwie serce 

a zajęcze 
włożyła.

Starali się o rękę pięknej królewny hrabiowie i baronowie, książę zamorski

swatów 

przysyłał, ale ona: nie i nie!

Król turniej wspaniały wydał, do »Niepokonanego« list zapraszający 

napisał; 
królewna 

dopisek zrobiła: »Przyjdź a popraw się!« — lecz ten odpowiedział:

—  Boję się krwi, boję się mieczów dobytych. 

Królewna zapłakała, później śmiać się zaczęła, a później...oddała rękę 

księciu zamorsk

iemu.

Aż oto wielka wojna wybuchła. Siedmiu królów wypowiedziało bój śmiertelny.

Do 
zamku 

ściągali rycerze ze zbrojnymi zaciągami swoimi. Tylko do »Niepokonanego« nie 
doszło 

zawołanie 
królewskie: mąż o sercu zajęczem na nic się nie przyda, zresztą odebrano mu pas 

rycerski, 
miecz i ostrogę, 'a kądziel posłano.

Bój rozgorzał.
Grzmiały trąby od świtu do nocy.

Bitwy po bitwach następowały... a wszystkie przegrane. Tysiące  rycerzy  

trupami   

pola  zawaliły,   tysiące   wróg  okuł

-   83   -

w kajdany i zastępy zwycięskie pod same mury stolicy przywiódł. Co ma znękany 
król zrobić 

teraz 
z niewielką garstką wojowników, skupionych przy nim?... Gród poddać czy walczyć 

do 
ostatniej 

kropli krwi?... Zginąć czy iść w jarzmo niewoli?

Zebrało się mężów stu, najdzielniejszych, najmożniejszych. Zeszli się w 

komnacie 
podziemnej królewskiego pałacu na naradę ostatnią. W prawicach miecze żelazne, 

hełmy 
spuszczone 

na głowach, zmieniony głos nawet, ażeby jeden drugiego nie poznał, gdy z 
czyichbądź ust 

wypadnie 
słowo:

— Poddać się!
Chyba, że wszyscy będą mieli myśl jednaką; wtedy bez sromu hełmy odkryją i

ugną 
przed 

nowym królem kolana.

Komnata duża — w komnacie mrok. Płoną czerwone pochodnie, czarny dym w 

kłęby 

background image

się wije. 

Stu mężów siedzi przy stole i oczekuje znaku. Głosować mają gałkami: czarne — za

poddaniem się, 
za walką i śmiercią — białe. Hasłem do rzucania ma być uderzenie północy przez 

zegar 
królewski. 

Za karmazynowa  kotarą, w loży swojej,  siedzą  król i królewna.

Milczenie — cisza.

Cyka wahadło zegarowe, wskazówka posuwa się powoli, ale wciąż naprzód i 

naprzód!

Groza! strach!...
Dochodzi północ...

Czas, czas losy rzucać...
Zegar cyknął i uderzył.

Głucho dzwoni tarcza miedziana, na którą padają gałki. Upadła jedna, 

druga, 

pięćdziesiąta 
i dziewięćdziesiąta dziewiąta...

Wszystkie czarne!
Piersi odetchnęły swobodniej. Nikt w oczy rycerzy nie rzuci obelżywem 

słowem 
podłości — 

bo wszyscy podli!...

-   84   -

Tarcza znów brzękła, brzękła po raz ostatni... Padła na stos czarny gałka 

biała.

Poruszyli się mężowie. Srom i gniew pali im policzki za bezczelną śmiałość

rycerza, 

który, ostatnim będąc, białą gałkę rzucił.

— Ktoś ty, zuchwalcze? — krzyknęli oburzeni.

— Zajęcze serce — odpowiedział rycerz, hełm odkrywając 
— Więc idź i walcz! — ryknęli.

— Idź i zgiń! — zawył książę zamorski.
— Idź i zwyciężaj! — zadzwonił głos niewieści, króle wny niegdyś, dziś 

pana 
zamorskiego 

małżonki.

»Niepokonany« skłonił się i wyszedł.

Cisza... przerażająca cisza...
Ha! co to?

Szczęk mieczów słychać, rżenie rumaków, szum, jakby burzy dalekiej, huk, 

jakby 

bicie 
piorunów. Ziemia drży, drgają posady gmachu królewskiego; gwar, zamęt, 

straszliwe sił 
jakichś 

mocowanie się.

Wtem trąby ryknęły, surmy zagrzmiały pieśń tryumfu... ale  — czyjego 

tryumfu?

Nie sposób stać i czekać końca świata. Opuszczają podziemia wiecownicy, 

poprzedza 
ich 

królewna. Wybiegają na gród... Patrzą — i oczom nie wierzą.

»Niepokonany« rozgromił pułki królów siedmiu; porwał za sobą rycerzy 

wahających 
się 

i wyparł z granic ojczyzny swojej wojska najezdników. Sto tysięcy trupa położył,
sto tysięcy 

jeńców w kajdany zakuł i, krwią oblany, ranami usiany, staje przed tronem króla 

background image

i tłumu 

zdziwionego.

— Co to znaczy, co to znaczy, rycerzu'mój? — król pyta, zgarniając pod 

stopy swoje 
sztandary zdobyte. — Ileż to ty serc masz w piersi swojej?

— Jedno tylko, królu mój miłościwy — odpowiedział »Nie-pokony« — o nazwach

tylko 
dwóch. Zajęcze — gdy idzie

-    85    -

o gruchotanie kości w turniejach głupich lub ograbienie kupców niewinnych; lwie 

— gdy o 
wolność 

ojczyzny chodzi i chwałę mojego narodu. Rzekłeś ongi: »Czemże on będzie, gdy 
dojdzie lat 

męskich?« Dziś widzisz, królu, czem jestem!

Ogromny okrzyk się podniósł. Zrozumieli teraz, na czem polega rycerskość 

prawdziwa, 
a żona księcia zamorskiego, królewna niegdyś, trzy dni i trzy noce nie mogła się

w płaczu 
utulić, 

dnia czwartego z żalu umarła, a umierając, przywołała rycerza niepokonanego do 
siebie i 

rzekła:

— Naucz synów moich, jak marnej chluby unikać, jak za ojczyznę ginąć.

KRÓL BARTEK.

Na skraju wsi, w chałupie napół rozwalonej mieszkała wdowa bardzo uboga z 

dwiema 

córkami, 
Białką i Śpiewną. Obie były tak piękne, że wieść o ich urodzie za siedm gór, za 

mórz siedm 
pobiegła, nawet na dworze królewskim zagadano o czarujących córkach wdowy, a 

niejeden z 
rycerzy 

chciał zaraz w podróż wyruszyć i w zaloty do pięknych dziewcząt się puścić, nie 
lękając się 

odkosza, 
gdyby którabądź z nich sercem jego zawładła. Król nie rad był pozbywać się 

rycerstwa, bo o 
wielkiej 

wojnie zamyślał, zresztą nie bardzo wieściom onym wierzył, wysłał więc posłów 
zaufanych, 

by rzecz 
całą na miejscu sprawdzili i podobizny Białki i Śpiewnej przywieźli.

Wieść nie kłamała. Przywiezione wizerunki przeszły oczekiwanie wszystkich.

Śpiewna rodzoną 
siostrą była lilii białej, Białka — róż stulistnych; u tamtej błękit był w 

oczach, u tej głębia 
morza czarnego; tamta złotym, ta kruczym chwaliła się warkoczem; pierwsza miała 

urok dnia 
słonecznego, 

druga czar nocy majowej. Rycerze powaryowali; teraz od wyjazdu nie można już ich
było 

powstrzymać, 

background image

król sam nawet, że młody był  i  o  żeniaczce  zamyślał, w ucho się podrapał  i 

z  
przyjemnościa

KRÓL BARTEK.

-   87   -

ślicznym obrazkom się przypatrywał. Wielką wojnę odłożono, dwór się opróżnił, w 
którym 

jeden tylko król pozostał i błazen jego, Pies, stary i brzydki, jak siedem 
grzechów 

śmiertelnych.

Długo, długo nie wracali rycerze: widocznie, że dobrze im się tam działo. 

Ale i 
przeciwnie 

być mogło: Białka i Śpiewna, pewne piękności swojej, może przebierają, jak 
wróble w maku, 

a rozkochani 
wojacy rozwiązują nici splątane, w powietrzu rozbierają kapłony i serenady 

śpiewają. Bądź 
co bądź, 

ta ich przedłużająca się gościna podrażniła pięknego króla, że niecierpliwić się
trochę i fukać 

zaczął.

—  Piesiu! — do błazna raz się zwrócił. — Wiesz, co mi się roi?

—  Wiem, miłościwy panie!
—  Jakim sposobem? •   ¦

—  Bo nasze myśli niedaleko od siebie odchodzą.
—  Ciekawym! — król się zaśmiał.

—  Chce się waszej królewskiej mości do córeczek wdowy pojechać.
—  Zgadłeś! —- zawołał uradowany młodzieniec.

—  Udamy się więc razem — rzekł Pies — tylko przemienić się musimy: ja — 

królem, a wasza 

wysokość — błaznem zostanie.

—  Ot, koncept! — oburzył się trochę młody władca.

—  Wielkiej różnicy nie będzie — uśmiechnął się błazen.
—  Nie, tego nie zrobię! Ty sobie, jeżeli chcesz, królem zostań, ja zaś 

wieśniaczą 
wezmę 

sukmankę 
i Bartkiem się nazwę.

—  Jak wola! — mruknął Pies. — Jeno może być wypadek brzydki.
—  Jaki? — spytał król-Bartek.

—  Król, choćby garbaty był, jak ja, i niby brzydki, jak ja, zawsze przed 

Bartkiem 

pierwszeństwo mieć będzie. A tymczasem

—   88   —

czasem, kto wie?... może waszej wysokości Śpiewna lub Białka się podoba.

Młody pan zaniepokoił się.
- Tem lepiej! — rzekł po chwili... i szeptem dokończył:

— Nie oszuka się serce, jeżeli szczerze pokocha. Ruszyli w podróż.
Tymczasem w chacie wdowinej gwarno, jak w ulu. Ten grajków, tamten 

wędrujących 
śpiewaków 

sprowadza; huczą bębny, dzwonią harfy, skrzypki zawodzą, uboga chatyna zmieniła 
się w 

jakieś 
narzędzie śpiewne, a mai się od kwiecia i zieleni, niby na Zielone Świątki 

przebrana. Hulają 

background image

rycerze, skaczą dziewczęta, piosnka za piosnką goni, żart za żartem. Z ucha do 

ucha biały 
czepiec 

jeździ na siwych włosach matki-wdowy, taka ją radość rozsadza.

Ze wszystkich jednak młodzieńców tylko Przegoń wpadł w oko Białki. Śpiewna

żadnego z nich 

dotąd nie wybrała. Nie przydały się namowy matki, docinki starszej siostry: nie 
rozbudziło się 

jeszcze serduszko w piersi dziewczyny, a, nie kochając, sprzedać się, 
najbogatszemu nawet 

rycerzowi, 
nie chciała. Tymczasem odbyły się zrękowiny Białki z Przegonieni i szyto już 

suknię ślubną, 
na którą pięknego jedwabiu Przegoń dostarczył. O klejnotach już nie mówić — 

garncami 
zbieraj! 

Białka nie posiadała się z radości, cieszyła się z powodzenia, na młodszą 
siostrę zaczęła z 

góry 
patrzeć, a zbiedzoną matkę pocieszała słowami zgryźliwemi:

—  Nie trwóż się, matka! Śpiewna na króle wica czeka... Zmądrzeje, gdy 

rutkę siać 

zacznie, 
a wtedy ja, będąc już żoną Przegonią, choćby o organistę postaram się dla niej. 

Znajdę też 
i dla ciebie kącik stosowny, pani matko!

Ścisnęło się serce matki, ale cóż jej odpowiedzieć mogła?
Aż oto dnia pewnego pozłocista karoca zatoczyła się przed dwór wdowy. 

Wszystkie 
trzy 

kobiety skoczyły do okna, a Białka krzyknęła:

-    89

—  Król przyjechał!
Ogromny rumor w chatce się zrobił. Stara do kuchni podreptała, by choć 

perliczkę 
królowi 

jegomości przygotować, Białka za zwierciadło i grzebień chwyciła, a zwracając 
się do siostry, 

zawołała rozkazująco prawie:

—  Tylko ty mi się nie waż   do  króla  zębów szczerzyć! 

Śpiewna zatrzymała się zdumiona.
—  Słyszysz? — krzyknęła Białka.

—  Słyszę, ale... nie rozumiem.
—  Nie rozumiesz... ty nie rozumiesz!

—  Bo... jakże — zaczęła Śpiewna.
—  Nie waż mi się do króla zębów szczerzyć!...

—  A cóż ciebie może obchodzić król, gdy masz Przegonią?
—  Mam czy nie mam, to tobie nic do tego! — burknęła Białka. — A ty 

posłuchaj 
rady mojej, 

bo... zobaczysz!...

Król jegomość nie odznaczał się pięknością. Brzydki był, podstarzały, 

prawą łopatkę 
miał 

wyższą od lewej i kulał trochę, ale to wszystko pokrywała korona złota, osłaniał
płaszcz 

karmazynowy, wyrównywała suknia, bogato perłami szyta. Zobaczywszy siostry, 
odrazu do 

nich 

background image

cholewki smalić zaczął, królewskie dary do stopek złożył i grzecznostkami 

obsypał, ale 
Śpiewna 

wymówiła się od podarunków i tylko białą różę wzięła, którą zaraz ozdobiła 
warkocz swój 

złoty.

—  Jaki on piękny! — szepnęła Białka.

—  Jaki on śmieszny! — odpowiedziała Śpiewna. 
Gniewnym wzrokiem przeszyła ją Białka.

Pomiędzy licznymi dworzanami króla był młody a piękny pachołek, Bartkiem 

zwany. 

Oczy 
Śpiewnej spotkały się ze spojrzeniem młodzieńca, który, olśniony pięknością 

dziewczyny, 
długo 

oczu swoich z niej nie spuszczał i, gdy król Białce klejnoty ofiarowywał, on 
zbliżył się 

do Śpiewnej i rzekł:

-   90   —

- Bogactwem mojem jest ta fujarka. Gra pięknie i przyjdzie czas, że ja ci 

wydobytą 
z niej pieśń podaruję.

Śpiewna, stojąca w progu izby, jak róża spłonęła, a Białka, spostrzegłszy 

to, złośliwie 

siostrze rzuciła w ucho:

- W sam raz dla ciebie mąż, a od króla mi wara!

- A Przegoń? — powtórzyła Śpiewna.
- Odstępuję go tobie — rzuciła Białka.

Przegoń nie widział króla, lecz dowiedział się o jego przybyciu i że 

narzeczoną mu 

zbałamucił. Chciał rozmówić się z Białką, ale ona, zajęta gościem swoim, który 
przesadzał się 

w grzecznościach i złote góry obiecywał, widzieć go nie chciała. Usunął się więc
na czas 

pewien 
od niewiernej i czekał, co czas przyniesie.

Pewnej nocy — a noc była księżycowa, wonna, upajająca — pod oknem 

świetlicy, 

gdzie obie 
siostry spały, dały się słyszeć dźwięki gitary i śpiew.

- Król!— szepnęła Białka i skoczyła do okna. A król śpiewał:
Wydmucham tobie ze mgły pałace, Za uśmiech każdy złotem zapłacę,

O twoich marząc wygodach. Utrefisz włosy, ubielisz lica, I chodzić 

będziesz, niby 

pawica,

W moich królewskich ogrodach.

—  Słyszysz? słyszysz? — zwróciła się Białka do Śpiewnej — tak śpiewa 

król!

Wtem pod oknem odezwała się fujarka wiejska. Białka wychyliła się przez 

okno i 

zobaczyła 
Bartka, przebranego w strój błazeński, a widząc siostrę, poruszoną rzewną nutą 

fujarki, do 
rozpuku 

śmiać się zaczęła.

Fujarka umilkła, zadzwonił śpiew:

-   91   —

background image

Ty nie idź do mnie w sztucznych warkoczach, Tylko z miłością w błękitnych 

oczach,

Co drugą miłość zrozumie; Niech cię królewska szata nie wzrusza, Jeśli w 

niej błazna 
kryje się dusza,

Dusza, co kochać nie umie!...

—  To śpiewa Bartek! — zawołała Śpiewna.

—  Cha-cha-cha! — dzwonił zjadliwy śmiech Białki. Wychyliła się przez okno

rzuciła 
w noc głuchą:

—  A przepędź tego błazna, królu mój miłościwy, który miał śmiałość pieśń 

ci 

przerwać 
i urągać duszy twojej królewskiej, a przepędź go, bo kradnie nam noc tak cudną!

—  Srożej go ukarzę, niż myślisz — zabrzmiała odpowiedź — bo jutro na 

ślubnym 

kobiercu 
z siostrą twoją stanie!

—  A my kiedy? — spytała Białka.
—  Choćby zaraz... Przyjdź do mnie!...

Białka skoczyła przez okno, i oko w oko spotkała się... z Przegoniem.
—  Co tu robisz? — rzuciła, wyprostowując się   dumnie.

—  Przyszedłem szczęścia ci życzyć z tym... błaznem królewskim — 

odpowiedział 

Przegoń, 
na Piesia wskazując.

—  Co? co? — wybełkotała Białka, przerażonemi oczyma patrząc na strój 

guzmański, 

niby 
króla.

A z świetlicy, gdzie Śpiewna została, zadzwoniła fletnia Bartkowa, a 

później śpiew:

Trudno jest znaleźć szczere kochanie
Przy szat nęcącej purpurze: Niepewność w sercu zawsze zostanie,

Choć wszystkie zerwałbyś róże. Krzywiznę pleców, uczuć brzydotę,
Zapadłych oczu blask chory Pokryją zawsze brzękadła złote,

Sztucznie dobrane kolory.

-   92   -

Król — chciałem serca, błazen — chciał śmiechu,

Nikt tu z nas szkody nie zazna! 

Błazen królewski strój wziął w pośpiechu,

Król w suknię ubrał się błazna. 

Płacz teraz, dziewko, po złudnej stracie,

A zrozum te słowa wieszcze: 

Że się nie sądzi ludzi po szacie,

Że serce, dusza jest jeszcze!

Zajechała złota karoca, błysnęło pochodni tysiąc, tysiąc rycerzy z 

Przegoniem na czele 

otoczyło pojazd królewski, w którym Śpiewna z drużkami usiadła i na ucztę 
weselną do 

królewskiego 
udała się zamku. Cieszyła się matka stara ze szczęścia Śpiewnej, bolała nad 

opuszczeniem 
Białki, 

która szesnaście grządek rutą obsiała, nim za starego organistę za mąż wyszła.

PAMIĄTKA PO PRADZIADKU.

background image

Zebrało się ludu dużo na naradę do księdza proboszcza aby, po rozpatrzeniu

sprawy 

całej 
i mądrym namyśle, nie już jako tako do ładu dojść z panią Komnacką, ale całą 

sprawę raz z 
nią 

zakończyć. Była to baba, jak organista mówił: z piekła rodem. Niech gdziebądź 
plotka się 

jaka 
urodzi, to ona ją wykołysze, wTyniańczy i taką niestworę z niej zrobi, że mąż 

żonę kijem 
obije, 

syn przeciw rodzicielowi stanie, córka z matką się pokłóci, rodzeni poswarzą się
bracia, 

a przyjaciele najlepsi, jak wilki złe, bokiem spojrzą na siebie; w 
najspokojniejszej wsi 

zakotłuje się zaraz, jak war w garnku, byleby pani Komnacką wrota jej 
przestąpiła, nawet 

ksiądz proboszcz roz-fukał się raz był okrutnie na dławidudę swojego, gdy pani 
Komnacką 

drogę 
mu przeszła, a on nie miał wody święconej pod ręką. Ni perswazye gospodarzy 

statecznych, 
ni 

mądre księdza kazania nie wpływały na babę-jędzę, która wszędzie nos swój 
musiała 

wsadzić, 
najzgodniejsze małżeństwo pokłócić, najbardziej kochającą się rodzinę poróżnić. 

Aby dzień 
zaświtał, już jedną i drugą sąsiadkę łapie ta baba utrapiona i szu-szu, to tej, 

to tej na ucho, 
miele ozorem, niczem młyn amerykański.

—   94   —

—  Wiesz, kumciu?
—  Nie wiem.

—  To słuchaj... Albo:
—  Kumciu, wiesz?

—  Wiem!
—  To posłuchaj...

A że człek ciekaw jest zawsze, więc ucha nastawia, a baba trzepie i 

trzepie, dopóki nie 

postawi na swojem i nie podniesie na nogi wsi całej. Wszczyna się rwetes, 
klątwy, bójki, 

połajanki: ty taki, ty owaki! ty taka, ty owaka! a baba.dolewa oliwy do ognia i 
szasta się, jak 

miotła, po kątach wszystkich, tylko że śmiecia nie wyrzuca, lecz coraz więcej go
przysparza. 

Wiedźma nie wiedźma, bies nie bies! ale tak ludziom dokuczyła, że postanowili 
ład nakoniec 

z nią 
zrobić i rzecz całą w wielkiej tajemnicy przeprowadzić.

Tajemnica przed panią Komnacką?... to ci gadanie!
Zebrali się w lesie, a każdy ciupasem na umówioną polankę przy dybał, lecz

wnet i 
pani 

Komnacką się zjawiła; zgromadzili się przed północką w pustej oborze dziedzica, 
a już w 

progu 
przywitała ich wiedźma; do starej pod lasem rudery się wsunęli, drzwi zaparli, 

okna wszystkie 

background image

zatkali — nic to nie pomogło: pani Komnacką przez komin się wsunęła i niby wie-

cownica 
zaraz 

na ławie siadła.

Rozpacz ogarnęła wszystkich.

Organista zaproponował spławić babę i jeżeliby na dno rzeki nie poszła, na

stosie 

spalić, 
ale ksiądz proboszcz dwukrotnie: nie wypada! powiedział, i raz jeszcze do 

sumienia pani 
Komnackiej 

przemówił. Wiedział, że nic z tego nie będzie, lecz może ją się uprosi, ubłaga, 
wszyscy zaś 

byli 
gotowi do ofiary największej, aby raz wreszcie pozbyć się obrazy boskiej i 

spokój mieć.

Zerwali ze schadzkami. Narada, to narada!... Niech na niej

-   95   -

i pani Komnacką się znajdzie i raz się już dowie, jako ludziom wszystkim 

obrzydła, 
co zamierzają uczynić i jakie może nieszczęście ją spotkać, albo: jeżeli groźby 

i prośby na 
nic, 

to jakiej zapłaty zażąda, by raz wreszcie ustatkować się zechciała.

Zebrali się tedy u księdza proboszcza i panią Komnacką poprosili. 

Przyszła, a jakże! 
w biały czepiec ubrana, w spódnicy szeleszczącej, z zawieszonymi koralami na 

szyi 
pomarszczonej 

a żółtej, jak wosk. Nikt przy niej siedzieć nie chciał, bo stara wiedźma tabaki 
zażywała 

i pchała ją w nos garściami całemi, a było w co pchać, bo nos był, niczem puzdro
dziedzica, 

gdzie grosze po dobrym urodzaju sypał. Przy proboszczu zajął miejsce organista, 
który także 

miał nos duży i czerwony, jeno od gorzałki. Po drugiej stronie księdza 
gospodarze zasiedli, 

dalej gospodynie, dziewuchy i parobczaki, między którymi Jontek przewodził, 
chłop na 

schwał, 
do tańca i do różańca, że uśmiechały się do niego dziewoje, a gospodarze, mające

córki na 
wydaniu, 

mówili: »Gdyby to Jontek chciał a wziął ciebie, Basiu czy Kasiu!« — Ale Jontek 
upor-nie się 

trzymał, wiedząc, że straty żadnej nie poniesie i najpiękniejszą dziewuchę 
weźmie, gdy 

zechce. 
Usiadł tedy za stołem, wąsiki kręci i patrzy i widzi, jako się do niego 

wszystkie usta 
uśmiechają, 

bo ni urody takiej, ni siły, ni gruntu tyla, co on, żaden z młodzieńców nie 
miał. Naprzeciw 

Jontka pani Komnacką usiadła i świdruje go oczyskami, a raz wraz w lipowe 
pudełeczko 

stuknie 
i tabaki zażyje.

Gdy już zebrali się wszyscy, a naradę rozpocząć potrzeba było, ksiądz 

proboszcz, 

jako że nie był leciwy, starszym od siebie gospodarzom pierwsze słowo zostawił; 

background image

ale, że to 

z panią Komnacką do czynienia się miało, ten i ów w głowę się podrapał i, choć 
zawsze 

wymowny 
był, dziś chrypy dostał. Baby może i odważyłyby się coś nie coś powiedzieć, bo 

już im się 
ckniło 

tak bez gadania siedzieć, ale, że nikt do nich się nie zwracał, milczeć musiały,
tembardziej 

dziewuchy i parobczaki,

-   96   -

bojący się, jak ognia, wiedźmy starej, z wyjątkiem Jontka. który już chrząknął 

był i na 
pozwolenie 

zabrania głosu czekał. Lecz na to ani ksiądz ani organista pozwolić nie mogli. 
Jeżeli nie 

gospodarze stateczni, to osoba duchowna albo ten, co przy organach siadywa, 
pierwszeństwo 

mieć 
muszą. Tedy podniósł się ksiądz proboszcz i tak zaczął:

- Zebraliśmy się tutaj, zacni gospodarze, aby z panią Komnacka taki libo 

owaki ład 

zrobić...

- Niedoczekanie wasze! — wtrąciła jędza.

- Stanęła już nam kolką w boku...
- Jeszcze wam lepiej stanę — przerwała proboszczowi baba.

- Ni groźby, ni prośby nie pomagają — ciągnął proboszcz — nie skutkuje i 

woda 

święcona, 
której złe dyabły boją się nawet, a we wsi niezgoda, wszystkich przykazań 

boskich 
poniewieranie, 

smutek w niebie, radość w piekle!... Byli już tacy, którzy, rady nie widząc 
innej, chcieli 

ciebie, wszystkich nieszczęść naszych przyczyno! — (tu zwrócił się do pani Ko-
mnackiej) — 

spławić 
i na stosie spalić, alem się oparł temu, nieśmiertelnej duszy twojej gubić nie 

chcąc. Dziś 
ostatni 

raz zwracamy się do ciebie, dyable w spódnicy, i pytamy, czego chcesz, ażebyśmy 
spokój 

mieli?

A pani Komnacka na to:

- Dajcie mi Jontka, inaczej — pławcie!
Gdyby piorun z jasnego nieba trzasnął, nie zrobiłby wrażenia większego. 

Ksiądz oczy 
wytrzeszczył, organista gębę rozdziawił, baby się zatchnęły, zmartwiały 

dziewuchy, a Jontek 
pobladł, jak ściana. Jeno gospodarze poważnemi oczyma spojrzeli na niego, jakby 

mówili:

—  Idź na ochfiarę!

Cisza. Słyszysz, jak mucha bzyka w objęciach pająka, jak pod podłogą mysz 

chroboce. 

Pani Komnacka świdruje oczyma Jontka zbolałego, a w nos  coraz  więcej tabaki 
pcha,  on 

zaś,

-   97   -

background image

co spojrzy na nią, to się odwróci; takie uczucie ma, jakby mu 

aptekarskiego oleju dali.

Cisza. Ksiądz milczy, organista gęby nie przymknął, baby nie odetchnęły, 

dziewuchy 

z martwoty nie wyszły, a gospodarze poważni patrzą i patrzą na Jontka, a on 
coraz wyraźniej 

w ich oczach czyta:

—  Idź na ochfiarę! Podniósł się tedy i rzekł:

—  Dla dobra gromady — bierz mnie, babo!
Poruszyli się wszyscy. Ksiądz: »amen!« powiedział, organista gębę stulił, 

dziewuchy 
się 

rozpłakały, a pani Komnacka nagliła, by iść do kościoła.

—  Ochfiara wymaga ochfiary — odezwał się Jontek, do oblubienicy się 

swojej 
zwracając. — 

Przykładnym ci ja mężem będę, zatabaczony nos twój nawet polubię, jeno ty, 
przyszła 

małżonko moja, 
ciekawością nie zgrzesz, bo koniec twój przyjdzie.

Pani Komnacka przyrzekła, mówiąc, że co a co, ale nigdy ciekawą nie była, 

jako to w 

każdej 
niewieściej naturze jest.

Po trzech niedzielach ślub się odbył, organista fałszywie »Veni creator!« 

zagrał, 

ksiądz 
pięknego nie mógł dokończyć kazania. Nocy tej wszystkie psy wyły we wsi, a wilki

z lasu 
powychodziły.

Od tego dnia zaślubin wszędzie święty zapanował spokój. Zło wszystko 

weszło do 

chaty 
Jontkowej, a trzeba było tak ludzi swoich miłować, jak on miłował, by to srogie 

utrapienie 
znosić 

tak cierpliwie. A baba, jakby się wściekła, że już żadnych komeraży nie może 
czynić, złość 

całą 
na nieszczęśliwego Jontka przeniosła. Gderała od świtu do nocy, głodem morzyła, 

pantoflami 
ciskała; 

gdy spał, tabakę tarła, a Jontek z jednem złem słowem do niej się nie odezwał, 
jeszcze z 

jarmarku 
korale i chusty piękne przywoził. —»Jakim-ci byłby on dla mnie!«— wzdychały 

Basie i 
Kasie.

                                                                          

7

-   98   -

Razu pewnego zobaczyła stara sekutnica pudło jakieś żelazne pod łóżkiem 

Jontkowem. 
Zaciekawiona, obie ręce wyciągnęła do niewidzianego dotąd przedmiotu.

- Nie tykaj! — krzyknął Jontek. 

Baba odskoczyła, przestraszona.

- A co to takiego, Jontku? — spytała.
—  Stary godzinnik po pradziadku.

- Gra?

background image

- I śpiewa — dodał Jontek.

- A bije?
- Ojej!

- Nakręć go!
- Klucz gdzieś zadziałem. 

Baba znów ręce wyciągnęła.
- Nie tykaj!! — wrzasnął Jontek.

Pogroził palcem pod nosem zatabaczonym i dodał:
—  Ani mi się waż poruszyć, spojrzeć nawet na tę pamiątkę po pradziadku!

Ani się waż!... Łatwo powiedzieć, a tu ciekawość żarem piecze.
Dotąd na krok nie odstępowała Jontka, teraz wyprawiła go z domu, by dla 

zdrowia 
przeszedł się sobie po polu. Jontek wyszedł, ale za drzwi się skrył, bo domyślił

się, że baba 
nie strzyma i do pradziadowskiej pamiątki zajrzy.

Tak się i stało.
Wyciągnęła pudło, klucz znalazła, a biorąc go do ręki, rzekła:

- Głupi chłop! dyć przy pudle wisiał.
Zaczęła nakręcać godzinnik, chcąc posłyszeć, jak śpiewa, gra i bije.

Kręci — i słucha.
- Cyk-cyk, cyk-cyk!...

Iść zaczyna, ale muzyki i bicia nie słyszy.

-   99   -

Kręci dalej.
Aha!... Już coś zaskrzeczało we środku... Nagle wierzch pudełka odskoczy, 

muzyka 
się 

odezwała, furknęło kijów dwa i nuż babę okładać, jak się należy — a tu i śpiew 
słychać, 

wychodzący z tego godzinnika pradziadowskiego:

Bijcie, kije Samobije, 
Walcie głucho W plecy, 

w ucho, Łupcie żebra, 
Niechaj febra Nią zatrzęsie. 

Baba w mięsie!... 
Nie wytrzyma?... 

Strachu niema! 
W tan jej chce się, 

Graj-źe, biesie!...

- Jontek! Jontek! - zakrzyczała pani Komnacka.
A kije łupią, kości chrupią, a baba aż od ziemi się odbija, tak walą 

rzetelnie.

- Jontek, ratuj! — wrzeszczy w niebogłosy. - Zakazany to jakiś ten twój 

godzinnik 
pradziadowski!

- A gra? - pyta Jontek, śmiejąc się z wiedźmy.
- Gra! gra!

- A śpiewa?
- Oj, śpiewa, żeby go tknęła chrypka!

- A bije?
- Jontek, ratuj! a roztłucz tę przeklętą maszynę!

- Nie głupim psować tak pożytecznej pamiątki po pradziadku... »Bijcie, 

kije — 

samobije!« — 
zawołał i dodał jeszcze ochoty kijom rozhulanym.

Nie wytrzymała takiej muzyki pani Komnacka. Skoczy na

background image

-   100   -

dach, kije za nią; na komin, kije za nią! Tedy dała susa w powietrze, uczepiła 
się za róg 

księżyca i znikła.

Po kilku dniach przyszedł do Jontka list z piekła, donoszący, że baba już 

w niem jest 
i trze tabakę Belzebubowi, i że wszyscy są z niej tam zadowoleni. Jontek, 

uwolniony od 
jędzy, 

za żonę pojął najładniejszą dziewczynę we wsi, godzinnik zaś pradziadowski, jako
bardzo 

pożyteczne narzędzie, nadal przechował.

ŹABA.

ŻABA.

Zła macocha, to gorzej kolki w boku. Przekonał się o tem Jaś sierota, gdy 

po śmierci 
mateńki nieopatrzny tatuś żonę drugą pojął. Nie było dnia, ażeby za drzwi nie 

wyleciał, ręką 
złej macochy wypchnięty, a co sińców na wynędzniałem ciałku miał swojem, to nie 

zliczyłby 
rachmistrz najbieglejszy. Zapóźno opatrzył się ojciec Jasia, że babę-jędzę do 

domu 
wprowadził 

i to z dorastającemi córkami dwiema, które nie lepsze od swojej mamusi były. 
Cierpiało nad 

tem 
nieszczęśliwe czleczysko i mocno pierwszej żałowało małżonki, dla której takim 

niedobrym 
był 

mężem, że zrozpaczona do rzeki skoczyła i już żadne niewody jej nie dostały. A z
Jasiem 

coraz 
to gorzej było, bo po ojcu ładny mająteczek na niego przypadał, macocha zaś 

chciała, by to 
wszystko 

jej córuchny zabrały. Bóg im nie dał urody, niech więc choć sporo grosza mają, a
tu 

przeszkodą 
Jaś staje, chłopczyk, jak malowanie,  grzeczny, cichy, potulny.

Jak się go pozbyć, a dobro jego zabrać?... Męczyła go głodem, biła, spać 

nie dawała, 

ale Jasio, choć jak deseczka wyglądał, nie wybierał się wcale do królestwa 
niebieskiego. 

Widział 
to wszystko ojciec, bolał nad tem, ale tak był zahukany  przez  babę-jędzę,  że 

słówka 
jednego  

pisnąć nie śmiał.

-   102   -

Razu pewnego, chcąc myśl swoją do skutku doprowadzić, zawołała Jasia do 

siebie i, 

background image

pokazując  

mu las daleki, taksię odezwała:

— Mówili mi ludzie, że w tym tam lesie złote grzyby wyrosły. Przynieś mi 

tych 
grzybów 

na dwie miski, a ugotuję wieczerzę, jakiej nikt dotąd nie jadł. Idź tylko prosto
przed siebie, 

na lewo ani na prawo nie patrz, a nie waż się bez tych grzybów złotych, 
wielkości kapelusza 

ojcowskiego, powracać, bo na śmierć ubiję!

Jasio iść musiał. Wiedział, że macocha, co rzekła, tego święcie dotrzyma; 

a baba-jędza 
wykombinowała sobie, że w lesie są wilki i inne zwierzęta złe, które już łatwo z

Jasiem 
malutkim 

poradzą.

Poszedł więc Jasio — i przepadł. Miesiąc jeden i drugi upłynął, a chłopca 

nie było. 
Dała 

niegodnica na Mszę świętą za duszę Jaśkową i już w chałupie i obejściu całem jak
na wła-

snem 
zakrzątała się gospodarstwie.

A Jasio szedł prosto przed siebie, zagłębiał się w las pusty, głuchy, ale 

nigdzie 

grzybów 
złotych napotkać nie mógł. Tu i tam na rydze się natknął, zatrzymał się nad 

żółtym 
muchomorem, 

lecz gdzie im do złota i wielkości kapelusza ojcowskiego!

Nocka zapadła. Jasio zmęczony był, głodny i senny. Odurzał go zapach 

kwiatów, 
same powieki 

do snu się kleiły. Położył się więc pod dębem omszonym i usnął. Usypiając, 
szepnął:

— Pilnuj mnie, lesie! I przymknął oczy.
Nie przespał godzinki jednej, jak go obudziło ciężkie stąpanie czyjeś. Coś

idzie, dyszy 
i zatrzymuje się tuż, tuż przy nim, jakby czekało na coś.

Jasio otwiera powieki.
Jezu! JezusieńkuL. potwór jakiś tuż przy nim usiadł i zielonemi

—    103    —

oczyma patrzy. Niby dwie świeczki nieruchome, ślepie błyszczą; czasami 

koralem się 
zakrwawią, 

czasami dwiema gromnicami spojrzą.

Wilk! wilk! wilk! z gęstego boru wyszedł, z krzewów dzikiej łoziny i 

pewnikiem o 
strasznej 

biesiadzie zamyśla. Jasio podniósł się, ukląkł, rączki jak do pacierza złożył i 
szepnął:

— Nie jedz mnie, panie wilku, nie jedz!
Wilk powoli głową poruszył, kłapnął zębami i rzekł:

— Co prawda, to miałem ochotę spróbować ciebie, mój baranku! ale same 

kosteczki 

masz, 
a to zła uczta dla mnie. Lecz co ty robisz tutaj, koźlątko?

Jaś westchnął i odpowiedział:
Zła macocha mnie wygnała, Jeść nie dała, pić nie dała, Pośród krzyku i 

hałasu, 

background image

Wypędziła 

precz do lasu.

— Musi być biedna kobiecina ta twoja macocha i własnych dziatek wyżywić 

nie może 
— rzekł wilk.

— Gdzie tam biedna! — wykrzyknął Jaś. — Daj Boże każdemu mieć takie 

gospodarstwo!

— Chałupa jest? — wilk spytał.
— I obora nie pusta — Jaś dodał.

— Obora?
— A jakie bydełko w niej dorodne!

— To bardzo miła wiadomość dla mnie — wilk szepnął.
— GProsiaki? — wilk podchwycił. — To bardzo miła wiadomość dla mnie, bo ze

mnie gospodarz 

zamknięte i żadnej szparki, szpa-reczki tam niema — z westchnieniem dokończył.

-   104   -

- jest w chlewku jedna dziura niezałatana — rzeki Jaś.
- Dziura?... to bardzo mila wiadomość dla mnie — wilk

szepnął. - Ale - dodał po chwili - tego wszystkiego musi pilnować pies zły

bardzo, 

jak to w dobrem gospodarstwie być powinno.

— Był Brysio — Jaś odpowiedział — ale  zdechł przed

dwoma dniami.

  To bardzo miła wiadomość — mruknął wilk. — No, dobranoc ci, robaczku! ja

muszę 
do moich 

towarzyszów iść i powiedzieć im, by dziurę tę załatali, bo o szkodę nie trudno!

— To powiedz, panie wilku, by i do obórki zajrzeli, bo i tam jest jedna 

deska w 
ściance 

wybita.

— Dziękuję ci i za tę wiadomość... Bardzo, bardzo przyjemna!... Polnische 

Wirtschaft! 
polnische Wirtschaft! — mruknął, odchodząc.

Wilk ukrył się w gęstwinie, a Jaś, choć nie lubił macochy, rad był, że jej

wygodzi.

— To ci się zdziwi, — szeptał, usypiając — gdy w chlewku i obórce porządek

niemiecki 
zobaczy!

Oczu nie przymknął jeszcze, aż tu mu coś przy ramieniu usiadło.
Była to kuna.

— Gryźć mnie chcesz? — zapłakał Jasio.
— Miałam ochotę, aleś mi do gustu, mizeraku, nie przypadł — odpowiedziała 

kuna. 
— Lecz 

co ty robisz sam w tym lesie głuchym?

Jaś westchnął i wyszeptał:

Zła macocha mnie wygnała, 

Jeść nie dala, pić nie dała, 
Pośród krzyku i hałasu, 

Wypędziła precz do lasu!

-   105   —

— Musi być biedna kobiecina ta twoja macocha i własnych dziatek wyżywić 

nie może 

— ulitowała 

background image

się kuna.

— Gdzie tam biedna! — wykrzyknął Jaś. — Cielątka, prosiątka, koniki ma...
— A kury?

— Pentarki nie pentarki, wszystko jest! — Jaś odpowiedział.
Kuna westchnęła.

— Pewnikiem kurnik tam murowany, że przystępu do niego niema...
Jaś opowiedział wszystko, jak i co było, i wspomniał o dziurze w dachu 

drewnianego 
kurnika, 

którą kuna postanowiła załatać.

— Biła mnie, jeść nie dawała — szeptał Jaś, usypiając — ale przynajmniej 

niech ma 
dobre 

wspomnienie o mnie!

Zasnął teraz snem głębokim i wyśniła mu się macocha, dziękująca za jego 

opiekę nad 
obórką, 

kurnikiem i chlewkiem. Pomimo to wszystko zaczęła go w nos szczypać, aż się 
obudził i 

zerwał 
na równe nogi. Razem z nim odskoczył ptak jakiś, ale wnet się zatrzymał i zaczął

przypatrywać się 

Jasiowi.

Był to kruk.

— Na co mnie dziobiesz? — Jaś spytał.
— Przez sen otworzyłeś oczki, a ja myślałem, że to dwa brylanciki 

błysnęły. Wiedzieć 
zaś musisz, 

- To popraw, panie kruku, macosze mojej nakrywkę od blaszanego pudełeczka,

gdzie 

chowa 
dukaty tatusiowe — wyszeptał Jaś rozespany. — Na stoliku przy łóżku stoi, a 

świeci, jak 
lusterko. 

Zrób to dla mnie, panie kruku!... Biła mnie, jeść nie dawała, niech jednak ma 
dobre 

wspomnienie o mnie!

Kruk przyrzekł zająć się jubilerską robotą i wszystkie dukaty wynieść ze 

szkatułki 
macochy Jasia.

-   106   -

Jasio już spał.
Obudziła go rosa zimna, z której otrząsały się drzewa, zbudził strzał 

słońca, które 
złotym prysnęło promieniem, rozdzierając lasu gęstwinę. Jasio sam nie wiedział: 

iść czy 
zostać, 

tak mu dobrze było w tym lesie rozpachnionym i rozzłoconym. Lecz głód mu 
dokuczał, 

trzeba 
go było zaspokoić. Umył się zimną rosą, łeśnemi jagodami posilił i poszedł 

naprzód. 
Obojętne 

mu już było, czy macocha czeka na grzyby złote czy nie: on wie, że do niej już 
nie wróci.

Las zrzedniał, wązki strumyk nicią srebrną przedarł dolinę, po której 

trawach 

puszystych 
chodził bocian krokiem poważnym. — »Klek-klek!« — zaznajomili się odrazu i 

przyjacielska 

background image

zawiązała się rozmowa. Zadrżał ze zgrozy bociek, gdy się dowiedział, że gniazdo 

jego nie 
wichr 

zrzucił, lecz zła macocha strącić kazała. Coś zaklekotał i uniósł się w górę, 
nad doliną, nad 

lasem popłynął i choć zniknął, Jasio jeszcze długie, gniewne słyszał klekotanie 
bociana.

Pewnej nocy, gdy księżyc na niebie świecił, usiadł biedaczek nad brzegiem 

stawu, 

który 
napotkał w lesie, zrozpaczony, bezradny, nie wiedzący sam, co dalej robić z 

sobą. Mimo 
wszystko 

jednak lepiej mu było, niż w chacie ojcowej. Dookoła zielony las szumiał, 
ptaszki śpiewały, 

a żadne zwierzątko nie tknęło go dotąd. Wszystkie, które rozmawiać z nim 
chciały, odsyłał 

do chałupy macochy, nawet niedźwiedź o pasiece się dowiedział, a jako bartnik 
doskonały, 

postanowił cale inny ład w pszczelnictwie macochy Jasia zaprowadzić. Jasio 
cieszył się, że 

tylu 
dobrych przyjaciół dał złej macosze, ale nie wróci do niej, nie wróci, choćby 

się przekonała, 
ile dobrego dla niej zrobił. Głodny był, to prawda! lecz czy on i tam nie bywał 

głodny? 
Tu przynajmniej nikt nie krzyczy, nie bije, jeno cicho, srebrzyście fala stawu o

brzeg uderza 
i szemrze, i dzwoni, i wzdycha...

Gdy tak siedzi na brzegu zielonym i patrzy na fal igraszki,

-   107   -

z toni srebrnej wyskoczyła żabka maleńka, usiadła na murawie tuż, tuż przy nim, 
a tak 

ślicznemi 
oczkami spojrzała na niego, że Jaś do ręki ją wziął, na dłoń położył, podniósł 

do ust i 
przytulił. 

Żabie serce zabiło mocno, widocznie z radości, nie ze strachu, bo nie 
zeskoczyła, choć od ust 

dłoń odjął, jeno widząc wpatrzonego w nią Jasia, odezwała się zaraz:

—  Kwa-kwa!

—  Po francusku nie rozumiem, żabciu! — Jaś odpowiedział. — Mów do mnie 

jak 

Pan Bóg przykazał.

—  Skąd się wziąłeś tutaj, synaczku? — spytała żaba.

—  Mówisz tak, jak niegdyś mama mówiła, a od tak dawna nikt nie zwrócił 

się do 

mnie z tern 
słówkiem — szepnął Jaś, rozrzewniony wspomnieniem matki, a dwie łzy błysnęły w 

oczętach 
jego.

—  Skądże się wzięłaś tutaj, dziecino? — powtórzyła żaba.
Zła macocha mnie wygnała, Jeść nie dała, pić nie dała, Pośród krzyku i 

hałasu, 
Wypędziła 

precz do lasu.

Jaś odpowiedział.

—  Głodnyś? — kwaknęła żaba, wyskakując, jakby strwożona z dłoni Jasiowej.
—  Przecie nie zjem ciebie, kiedym już ucałował tak serdecznie — rzekł Jaś

background image

wymówką.

—  Ktoby mnie tknął, brzydoty takiej! — odpowiedziała żaba. — Aleś ty 

głodny!

Skoczyła na krzew leszczynowy, wątłemi łapkami objęła gałązkę i nuż 

trząść, trząść, 

aż posypały się orzechy, niby grad perłowy. Dorodne były, dojrzałe, a Jasio miał
ząbki ostre, 

jak wiewiórka. Posilił się więc dobrze i, zwracając się do dobrodziejki swojej, 
odezwał się:

—  Dobra ty jesteś, żabciu, bardzo dobra!

?8    —

Snadź słowa te podobały się żabie, bo wnet na kilka cali urosła i 

wyglądała, niby 

ropucha 
duża, ale Jaś brzydoty jej nie widział, bo każdy dobry uczynek — wypięknia.

Jasio polubił ją bardzo, niemniej i ona Jasia. Chodzili razem na jagody, 

do błękitnych 

motylków się skradali, jedli razem, spali razem. Zdawało się nieraz Jasiowi, 
gdy, przytulona 

do piersi jego, żabka usnęła, że ciepłe, ludzkie serce bije przy nim. Wtedy 
dawne, dawne, 

niemowlęce jeszcze wspomnienia nawiedzały duszyczkę Jasia: słyszał cichy szmer 
chwieiącej 

się 
kołyski, słodki śpiew matuli, ciche słowa, senne »luli«, kołysankę o dziadku 

siwym, piesku 
szczekającym i deszczyku majowym. I opowiadał Jaś żabie o złej macosze i o swej 

doli 
sierocej, 

stawek zaś, nad którym codziennie przesiadywali, przypomniał mu historyę 
utopienia się jego 

własnej mamusi, którą pamiętał dobrze i kochał bardzo, aż rozpłakało się niebożę
łzami tak 

rzewnemi, że żabka nawet wytrzymać nie mogła i listkiem leszczynowym oczki sobie

obcierać 
zaczęła. Smutek Jasia, litość żaby złączyły ich węzłem przyjaźni prawdziwej. 

Postanowili nie 
rozstawać się już z sobą i razem dolę i niedolę przenosić.

Jak tylko słońce zaszło, księżyc zaświecił, żabka Jasiowa skoczyła zaraz 

do stawu, 

na szerokim liściu lilii wodnej usiadła i »kum-u-kum« zaśpiewała. Wnet ozwała 
się żab cała 

kapela; na całej przestrzeni stawu: »kum-u-kum!« zabrzmiało, zadzwoniło sto 
strun jakiejś 

harfy czarodziejskiej, zatopionej w kryształach wodnych. Rozległo się łkanie, 
smutkiem, 

bólem 
i żalem jakimś przepełnione, że Jaś nadziwić się nie mógł tej muzyce artystek 

niewidzialnych.

—  To ci jęk, to ci płacz, to ci zawodzenie!— powtarzał, zachwycony tą 

gędźbą 
wieczoru.

—  Wiedz, mój kochanku, że jestem królową żab — odezwała się przyjaciółka 

Jaśkowa. 

— Mieszkam w kryształowym pałacu, śpiewam pięknie, uprzyjemniam ludziom wieczory

księżycowe,

background image

—    109    —

ale nikt mnie nie   lubi,   nie   lubi  dla mojej brzydkiej postaci — dodała 
smutnie.

—  Ja ciebie polubiłem bardzo, bardzo! — zawołał z przejęciem się Jaś.
Ach! jak wdzięcznemi oczyma spojrzała żaba na Jasia, i znów na kilka cali 

urosła, 
że już mogła z Jasiem pod rękę chodzić i rozmawiać wygodnie. Kto inny 

przestraszyłby się 
takiego 

potwora, ale Jasiowi coraz piękniejszą ta brzydka żaba się wydawała. Teraz 
mógłby bez 

fatygi 
z nią potańczyć, dziarskim oberkiem dolinę całą okrążyć, tylko nie takiej 

smutnej muzyki 
potrzeba.

Grają żaby, w trzcinach wiatr szepce, cicho kołyszą się fale. Nad lasy 

księżyc wzbił 

się, 
wysrebrzą listki topoli, nadbrzeżne wierzby wyzłaca.

Jaś westchnął.
—  Czego ty wzdychasz? — spytała żaba.

—  Gdyby tu łódka była, popłynąłbym z tobą daleko... daleko...
—  Czy myślisz, że żab królowa, wód mieszkanka, łodzi niema?

Tu zwróciła się do trzcin nadbrzeżnych i zawołała:

Rozchylcie się trzciny
Ty, wietrze, z gęstwiny

Wyprowadź złotą łódź! 

Na łodzi tej deski 

Rzuć dywan królewski,

Na ramię płaszcz mi rzuć!

Staw miniem — i rzeką 
Popłyniem daleko

Z źab pieśnią, z szumem fal!... 

Cud stanie się wielki: 

Przeminie ból wszelki,

Przeminie smutek — żal!

—     110    —

Na rozkaz pani władnej złoto-zielona łódź ze trzcin się wysunęła i sama 

przybiła do 

brzegu. 
Dwie żabki-służebnice poskoczyły wnet do pani swojej i na głowę jej złotą 

koronę, na 
ramiona 

płaszcz granatowy rzuciły. Pazik podał berło srebrzyste i wiązankę z wrzosów 
różowych.

- Jazda! — odezwała się żab królowa.
Jaś skoczył i z wiosłem u steru stanął. Królowa żaba na malinowym kobiercu

usiadła. 
Zapieniły się fale, łódź odbiła od brzegu i, choć wiatru nie było, pognała 

szybko, szybko, 
widocznie prądem silnym porwana.

Nigdy tak jeszcze nie rozkoszował się Jaś, jak podczas tej podróży wodnej.

Zapomniał 

o swej niedoli, o macosze, o grzybach złotych. Zdawało mu się, że to nie łódź go
kołysze, 

lecz z lipowego drzewa kolebka, potrącana ręką matczyną. Mijają lasy, pola, 
miasta, grody 

i sioła; niekierowana łódź sama już płynie, pędzi przed sobą białe lilii kwiaty,

background image

kąpiące się 

w wód szmaragdach.

Dopływali właśnie do wsi jakiejś, gdy oto pobrzeżem stawu wilk pomknął, za

nim 
kuna 

skoczyła, zakołysało się kosmate cielsko niedźwiedzia, kruk czarnem powiał 
skrzydłem, a 

hen, 
hen... daleko, daleko za niemi, coś błysnęło, niby gwiazda ognista, w błękity 

niebios rzucona. 
Gwiazda rośnie, rośnie, rośnie, aż się zmieniła w żagiew płonącą, którą niósł 

bocian mściwy 
w dziobie swym długim.

Nagle rozdarł powietrze ryk krów, bek owiec, wrzask kur przerażonych i 

gęsi 

dławionych 
krzyk; zakołowały w powietrzu roje pszczele, z ułów ręką zbrodniczą wygnane, a 

żagiew 
bociana 

padła na słomianą strzechę złej macochy.

Błysnęła łuna pożaru... kościelny uderzył w dzwon.

- A oto nad stawem kruk powiał, jakby umykał od ognia tego i wrzasków; 

pudełko 

błyszczące 
trzymał w dziobie potężnym, z pudła sypały się, niby deszcz złoty, dukaty. Teraz

dopiero 
Jasio 

zrozumiał, jak i dlaczego to wszystko się zrobiło.

-   111   -

Za głowę się chwycił i zalamentował:
- Tom-ci pani macosze wy godził... Jej-jej-jej-jej!...

- Kara Boża! — odezwała  się  poważnie  królowa żab.

Złą macochę dyabeł porwał, 
Złe jej córy ogień strawił... 

Dziękuj Bogu! dziękuj Bogu! 
Ze ci ojca pozostawił.

Niech przybija łódź do brzegu, 

Rola moja już skończona; 
Wracam w tonie wód srebrzystych, 

Ty w ojcowskie śpiesz ramiona!

—  Nie, nie! — zawołał Jaś z płaczem. — Nie puszczę ciebie, zanadto kocham

ciebie!

Na to czarodziejskie słowo: »kocham!« prysła brzydka powłoka żaby, a 

ukazała się 

pani 
śliczna i białe do Jasia wyciągnęła ręce.

—  Mamuś! — Jaś krzyknął i, oszalały ze szczęścia, rzucił się w ramiona 

matki.

Ojciec posłyszał ten krzyk opłakanego już przezeń syna. Biegnie, patrzy, 

nie wierzy 

oczom, uszom nie wierzy, za pierś się chwyta, za czoło i nieprzytomnie bełkoce:

—  To ty, Magduś?... to ty, utopiona żonko moja?... 

A ona tak odpowiedziała:

Kiedy w opętania szale 
Rzuciłam się w stawu fale, 

Wychyliła się z wód ku mnie 

background image

Wód przemożna czarownica, 

Osypała piaskiem lica, 
W srebrnej położyła trumnie, 

Ale śmierci mnie wydarła: 
Byłam śpiąca, nie umarła!

-   112   -

- I zaklęła mnie w żabę - ciągnęła piękna pani - rozkazując za grzech mój,

grzech 

samobójstwa, 
dotąd siedzieć w powłoce jej brzydkiej, dopóki ktoś mnie bardzo, bardzo nie 

pokocha. Ty 
pokochałeś mnie, 

Jasiu! ty jeden, jedyny wypowiedziałeś zbawcze słowo: »kocham!« Po tylu latach, 
po tylu 

latach pokuty, 
słodkiem »luli« uśpię dziś synka mojego.

I dnia tego, wieczorem, zachwiała się kolebeczka przy słodkim śpiewie 

matczynym.

KUBA CHCIWIEC.

Kuba urodził się już był chciwcem i skąpcem. Zaledwie oczy na świat Boży 

otworzył, 

pierwszem jego słowem, jakie wymówił, było:

—  Daj!

Później, dziesięcioletnim malcem w szkole będąc, gdy go nauczyciel 

zapytał: »Ile ci 

jabłek zostanie, gdy, siedm ich mając, dasz braciszkowi dwa?« — odpowiedział bez
wahania:

—  Kiedy ja nikomu żadnego jabłka nie dam, panie psorze!
Nawet przed księdzem prefektem, wyliczając siedm grzechów głównych, 

wytrzepał 
bez 

zająknienia się:

—  Pycha, łakomstwo, miłość bliźniego...

Wziął w skórę za to, ale przekonania swojego nie zmienił.
Urósł więc na skąpca paskudnego, grosze, jak mógł i gdzie mógł, do 

kieszeni zgarniał, 
nic nigdy dobrego ludziom nie zrobił, aż mu dali nazwisko pewnego stworzenia, na

folwarku, 
w chlewku mieszkającego.

—  Świnia, to świnia! — mruczał Kuba do siebie — ale co mam, to mam! a 

przez was 

psia 
zazdrość mówi, że i dziesiątej części mienia mojego nie macie!

                                                                                

8

-   114   -

Codziennie oblicza? kapitały swoje i zawsze mu było mało. Wzdychał, 

narzekał, 
głową 

kręcił, przymierał głodem, aby tylko mieć więcej. Utopione muchy w śmietanie 
oblizywał, a 

raz 

background image

nawet oskrobał mysz, gdy w miodzie się utopiła.

Razu pewnego siedział u siebie w pokoju, w podartym szlafroku, papuciach 

dziurawych, 

i sarkał, że nie wszystko według jego myśli się dzieje.

- Źle, Panie Boże, świat ten stworzyłeś, o, źle!... Jabym

to lepiej zrobił — mruczał.

Coś szasnęło za nim w kominie, i dał się słyszeć głos:

- A jak?
- Jak? — odpowiedział  Kuba, nie zdając sobie sprawy

z szeptu zasłyszanego. — Jak?

- Chciałbym wiedzieć, mości dobrodzieju! — znów dało

się słyszeć.

- Jabym urządził tak, że nic, okrom pieniędzy, na ziemi-by nie było, lub 

to tylko, 
co za dobrą gotówkę sprzedałbym zaraz. Miast strąków grochu, szczere perły 

byłyby u mnie 
w łupinie ze srebra; z kaszy jaglanej siekane bursztyny-bym zrobił, z ziemniaków

brylanty, 
a w rubiny karczochy-bym przemienił, nawet kury, kaczki i indyki znosiłyby jaja 

złote; 
w rzekach zaś nie głupia woda, lecz kryształ roztopiony płynąłby, deszcz nawet 

przemieniłbym 
w dukaty, dopiero byłby plusk miły, aż mi oczy na myśl samą o tem z głowy na 

wierzch 
wyłażą... 

Źle, źle, panie Boże, świat stworzyłeś, o, źle!

- Szkoda, że ciebie się nie poradził — zaszeptało znów coś w kominie.

- Kiedy nie było mnie przy stworzeniu świata — odpowiedział Kuba.
- A gdzie-żeś był, kochanku? — padło pytanie.

- Dyabli wiedzą, gdzie!... i w tem bieda cała!
- Czy nie możnaby omyłki naprawić?

- Ba! — westchnął Kuba.

-   115   -

Coś wylazło z komina i zbliżyło się do stołu, Y>rzJ którym Kuba siedział. 

Czupiradło 

jakieś kosmate, pół psa a pół kozy, rzekło:

- Stanie się według woli twojej.

Powiedziawszy to, znikło nagle, tylko sadze w kominie się posypały.
Kuba głową pokiwał i szepnął:

- Majaki! majaki!... ale mógłby Stworzyciel mnie na-samprzód stworzyć i 

zapytać: co 

ty 
o tem wszystkiem myślisz, Kubo?

Że była już noc późna, Kuba spać się położył, i sen miał dziwny. Wyśnił mu

się Pan 

Bóg, 
który przyszedł do niego i rzekł:

się,   że   jesteś  niezadowolony z  dziełaodpowiedział py-mojego,
Dowiedziałem

Kubo?

Coś nie coś wypadałoby zmienić - odpowiedział pytany.

- Co? jak? mów, dobrodzieju! 
Kuba wypowiedział pragnienia swoje.

- Prawda twoja - odpowiedział Pan Bóg Kubie i na majestacie chmur 

purpurowych 

uniósł się 
w niebiosa.

Rano obudził się Kuba, wstał zaraz, szlafrok nałożył i w dłoń trzepnął, 

wołając:

- Kaśka!

background image

Wbiegła dziewucha młoda, hoża, która była u Kuby i praczką, i szwaczką, 

i kucharką zarazem.

- Daj mi dziś na śniadanie jajko na miękko! — rzekł. 

Kaśka zakręciła się i wybiegła. Po chwili powróciła z jajkami, ale dziwnie

głową 

kiwała.

- Co tak makówką kręcisz? — Kuba spytał.

- Okrutecnie ciężkie — odpowiedziała, kładąc na miseczkę dwa jajka, soli 

szczyptę 

i masła odrobinę.

Kuba  wziął jedno jajko w  palce i opuścił na ziemię.

-   116   -

Trzasnęło, jak rzecz wagi dużej, ale nie roztłukło się wcale, co niemało 

zdziwiło Kubę, 

a jednocześnie radosnem napełniło go niepokojem.

- Czyżby? — mruknął.

Podniósł, z łupiny obrał i na cały głos krzyknął:
- Złoto!

Słysząc to, Kaśka do drugiego rzuciła się jajka, które nietknięte jeszcze 

na miseczce 

leżało, ale Kuba ją precz odtrącił. Tym razem jednak Kaśka powolną nie była. 
Zaczęła się 

kłótnia, 
później bitwa, z której Kuba okrutnie poturbowany wyszedł, ale za wygraną nie 

dał. Porwał 
za stołek i w łeb Kaśkę nim grzmotnął. Kaśka chwyciła za lichtarz... Świst 

trzask!... lichtarz 
ominął Kubę i palnął w duże zwierciadło, które na kawałki się rozpadło. Kuba 

wściekł się, bo 
szkoda 

mu było zwierciadła pięknego, a widząc Kaśkę chwytającą za przycisk marmurowy, 
porwał 

drogocenny 
kałamarz bronzowy i odparował cios groźny. Oba pociski spotkały się w powietrzu,

grzmotnęły o siebie 

i w drzazgi się rozsypały, okruchami marmuru i bronzu tłukąc serwis porcelanowy,
na 

kredensowym 
blacie stojący. Skoczyli tedy do siebie, jeno Kuba w poduszkę, a Kaśka w 

pierzynę się 
zaopatrzyli. 

Poduszka pękła, pierzyna się rozdarła, a śnieżny puch łabędzi zaczął się unosić 
po izbie.

- Łapaj! — wrzeszczał Kuba, stratą przerażony, ale Kaśka otworzyła okno z 

takim 

impetem, 
że wszystkie szyby wyleciały, a wiatr gospodarować zaczął i wydmuchiwać puch 

drogocenny. Kuba 
darł się w niebogłosy, Kaśka piszczała, a przez otwarte drzwi weszła świnia 

opasła i 
pozostawione 

jajka pożarła. Kuba runął na piernat podarty, który na ziemi się znalazł, Kaśka,
ledwie 

dysząca, 
na zydlu beznogim siadła.

- Tfu! — odezwał się po chwili Kuba.
- Złe opętało i mnie i jegomościa —wykrztusiła Kaśka.

- Co tu szkody! co tu szkody! — lamentował Kuba.

background image

-   117   -

- Bo tyz jegomość do mnie się wziął, jak drwal do osiny.
- Pogódźmy się, Kaśka! a o tern, co było, zapomnijmy!

- Inacej nie może być — odpowiedziała. — Ale co jegomościowi na obiad 

uwarzyć, 

bo jegomość 
drugiego śniadania nigdy nie jada?

Kuba zamyślił się... Co prawda, to on i pierwszego śniadania nie jadł, ale

po przejściu, 

jakie miał z Kaśką, na nowo zaczynać nie chciał. Zamyślił się tedy, po chwili 
rzekł:

- Ugotuj mi grochu miseczkę i kartofelków parę usmaż! Kaśka wybiegła, a 

Kuba 

potrzaskane 
graty zbierać zaczął

i na niemałą stratę narzekać.

Zbliżyło się południe, pora obiadowa. Kuba głodny był po spożyciu tak 

wyśmienitego 
śniadania 

i czekał na Kaśkę. Ale minęła jedna i druga godzina, a Kaśki jak nie było, tak 
nie było. Zły, 

podreptał 
do kuchni i krzyknął, w drzwiach stając:

- Czy ty mnie zamorzyć chcesz dzisiaj?
- Nijak, jegomościu, grochu ugotować nie można, a ziemniaki skwircą na 

patelni, 
skwarzą się 

w masełku, ale takie przezrocyste się robią, kieby śkło.

- Co ty pleciesz? — mruknął Kuba.

Wziął łyżkę, wsadził do garnka z grochem — i oniemiał ze zdziwienia. Woda 

klejka 

była i gęsta, 
jak galareta, groch, potrącany łyżką, grzechotał, a ziemniaki świeciły na 

patelni, 
przezroczyste jak 

szkło, twarde jak kamienie.

- Perły i brylanty! - krzyknął nagle Kuba.

- Bryljanty? — zapiszczała Kaśka i rzuciła się na ziemniaki.
- Nie twoje-ć! — wrzasnął pan.

Ale Kaśka za warząchew chwyciła i jak nią trzaśnie w ucho nieszczęśliwego 

Kuby, 

tak ten, niby 
kloc drzewny, na tapczan rymnął. Zabrała się tedy Kaśka do brylantów i pereł,

-   118   -

lecz tylko już na patelni przepalone masło skwierczało, a w garnku sama 

woda 

bulgotała.

- Psia służba taka! — mruknęła, rozbijając garnek a patelnię w rów przez 

okno 
ciskając. 

Zabrała manatki swoje i do Warszawy na służbę poszła.

Kuba pozostał sam.

Łeb miał rozbity, siniaki pod oczyma, szum w uszach, szczególnie w tern, 

które 

bliższą 
znajomość z warząchwią Kaśki zabrało. Głodny był, jak pies, a tu o Kaśce ni 

widu, ni słychu.

background image

- Poszła szelma! — mruknął strapiony. — Ale dobrze, że poszła — dodał po 

chwili. 
— Sam 

sobie warzyć będę i sam sobie miesięczną pensyę wypłacać.

Rozpalił ogień, rondle i garnki przygotował; wziął klucze i udał się do 

piwnicy po 
warzywa.

Co za bies?...
Wszystko w niej jest, jak było. Beczki, wypełnione grochem, stoją, 

ziemniaki kupami 
leżą na podłodze, jeno mienią się, błyszczą, cudne, przecudne dla oka, ale Kuba 

chce jeść, 
a pragnienie go pali, że ledwie wytrzymać może. Porwał więc za konew z wodą i do

ust 
pochylił.

- Brrr!... — Nie woda do gardła mu się leje, lecz kryształ gęsty, lepki, 

niesmaczny. 

Z grochu — perły; z jagieł — bursztyny; z karczochów—rubiny... To śliczne, 
bardzo śliczne, 

ale on chce jeść, jeść! z głodu kiszki mu się skręcają, a tu w jego piwnicy 
tylko perły, brylanty 

i złoto!...

Strach go ogarnął.

Wyleciał na dwór, na rynek targowy pobiegł do bab, sprzedających warzywa, 

nie 

sprzecza 
się, płaci, ile chcą.

Zgroza!... Kupione dynie w banie złota się przemieniają; kury — w 

marmurowe 

rzeźby; połcie 
słoniny — w piankę morską; chleb — w bronz o patynie zielonej.

-   119   -

Kuba oszalał.

Siedzi teraz w domu waryatów, niestrudzenie patrzy w komin, z którego 

sypią się 

sadze 
i cichym szeptem mówią do niego:

- Widzisz, jakim byłby świat, gdyby nie Pan Bóg, lecz Kuba go stworzył!

WIOSENKA.

Jedynem i ukochanem dzieckiem króla Wszebora była Wiosenka. Imię to, 

nadane jej 
na Chrzcie 

świętym, doskonale odpowiadało piękności jej duszy i ciała. Oczy, błękitne jak 
niebo, 

świeciły 
niezamąconą niczem pogodą; złote, faliste włosy, rzekłbyś, że były skradzionymi 

u słońca 
promieniami; na słodkie usta złożyły się dwa listki róży, na ząbki — kwiaty 

konwaliowe, 
na rumieńce — zorze poranne. Mówiono, że słowiki milkły, gdy Wiosenka śpiewała; 

że 
wietrzyk 

zazdrościł jej oddechu, fala gibkości. To też do szaleństwa kochał ją król-oj-
ciec i chciał jej 

serce, nieświadome jeszcze trosk życia, ochronić od przykrości najmniejszej, 

background image

oczy od 

widoków 
smutnych. Tylko piękno i dobro, radość i wesele otaczało ją dookoła. Nie wolno 

było nikomu 
wspomnieć przed Wiosenką o łzach gdzieś płynących, o troskach ludzi pracujących,


najpowszed-niejszych 

kłopotach codziennego życia. Każda bajka świetlana być musiała, owiana czarem 
cudowności, 

dzwoniąca cichem, słodkiem marzeniem. Marzenie w pieśni, marzenie w życiu było 
udziałem 

ślicznego, 
królewskiego dziecięcia. W ogrodach nawet, pilnowanych troskliwie przez złotem 

opłacanych 
ogrodników, 

każdy krzew chory wycięty zaraz być musiał, każdy

WIOSENKA.

\

-   121   -

kwiat więdniejący nie mógł spokojnie na swojej łodydze umrzeć, nie widać było 

nawet drzew 
rozprutych piorunami, bo wnet sztuka ogrodnicza goiła rozdarcia, zasklepiała 

ciosy gromowe. 
I jakże się dziwić, że uśmiech szczęścia nie schodził nigdy z ust królewny, że 

błękitne oczy 
wieczystą pogodą patrzyły, gdy nie spoczęły ni razu na trupie ptaszka, na muszce

zabitej, 
na zeschłej gałązce drzewa, na złamanej łodyżce kwiatka? Figlarne wiewiórki 

pląsały wesoło, 
przeskakując z gałązki na gałązkę, z konara na konar; w pachnących krzewach 

bzów, róż i 
jaśminów 

o woni cudnej brzmiał, niezrównany z niczem, koncert słowików, iście królewska 
kapela; 

po sztucznie narzuconych kamieniach wartkie przebiegały strumyki, jak harfy, 
rozpłakane; 

skrzyły się klejnotami fontanny sennie drzemiące; w kryształowych sadzawkach 
złote 

pluskały się 
rybki; motyle, jak kwiaty wichrem gnane, w srebrzystem unosiły się przestworzu. 

Wonie, 
pieśni 

i kolory czarodziejskiem kołem otaczały Wiosenkę; oddychała wonią, pieśnią i 
barwami i 

sama 
była pieśnią, blaskiem i wonią.

Ale władza potężnego króla, w żelazne karby swej woli ziemię ująwszy, nie 

sięgała 

krain 
powietrznych, przez które żórawiane klucze się przesuwały, grom przelatywał, 

zbójeckie 
gonitwy 

swoje odbywały jastrzębie.

Razu pewnego błądziła Wiosenka po ogrodach umajonych. W błękitnej szatce 

była, 
szła 

przez zieleri trawników, błękitem niebios owiana. Poranek oddychał wonią 
budzącej się 

ziemi, 

background image

rozświecał się kwiatów barwami, podzwaniał świergotem ptaszków. Niebo było 

blado-
różowe, 

na wschodzie płomienne, na zachodzie turkusem zalane. Perliły się rosy, od 
stawów wiał 

chłód.

Cisza!... Pomimo pieśni ptaszków, pacierza drzew, była cisza.

Nagle uwagę jej zwrócił *piór szelest.
Spojrzała w górę.

-   122   -

To leciał gołąb biały, leciał pośpiesznie, goniony przez krwiożerczego 

jastrzębia. 
 Zakołysał się chwilę nad głową dziewczyny, zawahał się, jakby ratunku szukał, 

gdy oto, 
jak piorun, spadł nagle dziobu jastrzębiego cios śmiertelny. Ptak zakwilił i 

runął  u  stóp  
Wiosenki,  na  którą kilka kropel krwispadło.

Wiosenka z krzykiem skoczyła do drgającego w dreszczach konania gołębia, 

który 

omglonemi, 
pełnemi boleści oczyma spojrzał na nią, różowy dziobek otworzył, jakby powietrza

łaknący, 
rozwinął 

skrzydeł śnieżne wachlarze i został tak — nieruchomy.

Wiosenka uklękła przed ptaszkiem zabitym i wystraszo-nemi patrzyła oczyma.

- Dlaczego on się nie rusza? — szepnęła.
I łzy, jak perły, posypały się po jej jagodach.

- Główka rozbita, powieki przymknięte, dokoła krew... krew!... — szeptała.
Owiało ją, nieznane dotąd, tchnienie śmierci.

Odskoczyła strwożona i biedź zaczęła w głąb alei.
Ale fatalny to dzień był dla niej.

Spłoszyła szarą, dużą, sowę — lecz...
O, dziwo!...

Sowa nie uniosła się w powietrze, nie pierzchła przed nią, jeno przysiadła

na ziemi 

ze skrzydłem opuszczonem i czarne, piękne oczy utkwiła groźnie w zadziwioną 
Wiosenkę.

- Co ci jest, ptaku biedny? — spytała królewna.
- Złe pacholę wykręciło mi skrzydło — odpowiedziała sowa. — Och, jak 

boli!... 
Uciekłam 

do ogrodów twoich... Przytul mnie... Ratuj!

W oczach ptaka odmalowało się cierpienie, w oczach Wiosenki litość. 

Przygarnęła 
cierpiącą sowę do piersi swojej i biegła dalej.

—   123   —

Lecz nie sądzono jej dzisiaj było spokoju zaznać, ukołysać wrażeń.

Na gałęzi lipowej dostrzegła kruka.
Duży, czarny, posępny ptak!

Błysnął szklistemi oczyma i tym błyskiem oczu swoich zatrzymał Wiosenkę.
Spojrzała...

Okrwawiony miał dziób.
Kruk nie spuszczał jarzących swych oczu z królewny.

- Nie było tu ciebie — rzekła dziewczyna. — Widziałam, jak przyleciałeś, 

na tej 

usiadłeś 
gałązce i zatrzymałeś mnie spojrzeniem swojem. Skąd tutaj przybyłeś, kruku? 

Dlaczego krew 

background image

widzę 

na tobie?

A kruk zakrakał:

Nie zblizka lecę, nie zblizka,

Nie z krain, gdzie pachną kwiaty:
Ja wracam z pobojowiska,

Gdzie śmierć wygrzmiały armaty;
Gdzie leżą trupów tysiące

I rzężą piersi wpół żywe,
Dymami osnute słońce

Patrzy na pole straszliwe.
Tam pieśń nie dzwoni, nie kwieci

Ogrodów welon żałoby:
Krzyk słyszysz matek, płacz dzieci,

Na groby kładą się groby!
Krwi wonnej ciepłe opary

Osnuły to pole chwały,
Wiatr gwiżdże w krwawe sztandary,

Biją tryumfu wystrzały.
Na żer tam, na żer pognałem

Z mych braci czarną gromadą;
Źywem karmiłem się ciałem,

Tym dziobem kłułem twarz bladą!

—       124      —

- Jezus, Marya! — krzyknęła Wiosenka. 

Kruk spojrzał w jej oczy i zakrakał:

- Cierpisz?... to znaczy...
- Co? co? co? — spytała przerażona.

- Że... żyć zaczynasz.
Wiosenka    spojrzeniem    długiem    obwiodła    królewskie

ogrody.

Nie zmieniło się nic, a jednak... Mniej barw było, mniej woni, mniej 

słońca. W 
szmerach 

fontanny płacz posłyszała, jęk w zawodzeniach słowików. I stała tak długo w 
zamyśleniu 

poważnem, 
rozwiązując zagadkę tajemniczych słów czarnego ptaka.

- Cierpieć... to znaczy—żyć! — szepnęła — żyć... to cierpieć!... Ból 

wszędzie, ból 

i ból!... Gdzież jest szczęście?...

Otworzyła nagle szeroko oczy błękitne i krzyknęła:

- W kojeniu bólów, w pocieszaniu smutnych, w oddaniu siebie — cierpiącym!
I uczuła się więcej szczęśliwą w tej chwili, niż w życiu beztroskiem, 

jakie spędzała 
w pięknych, królewskich ogrodach.

ŁOWY.

ŁOWY.

Zachciało się staremu dyabłu młodą i piękną mieć żonę, a że zobaczył w 

okolicach 
Łysicy 

urodną córkę pana starosty, kiedy to na łowach w lasach świętokrzyskich za 

background image

lotnemi ubiegała 

się 
sarnami, z kołczanem strzał na pleckach i łukiem srebrzystym w dłoni, wysłał na 

zwiady 
wiedźmę, 

jak on sam, starą a nieodstępną towarzyszkę w kotylionie dyabelskim podczas 
balów, 

wydawanych 
przez Belzebuba na Łysej Górze, ażeby upatrzyła chwilę stosowną i, gdy 

starościanka z konia 
zsiądzie, nad źródłem się pochyli, by wody w dłoń zaczerpnąć, porwała ją, 

nieprzygotowaną 
do napadu niespodziewanego, usta trawą miękką zatknęła i tak pochwyconą na sam 

wierzch 
Łysicy 

zaniosła. Baczenie jednak mieć potrzeba, by ani pan starosta, ani żaden z 
towarzyszy 

wyprawy 
łowieckiej, porwania tego nie dostrzegł, bo nietylko wiedźma-uwodzicielka, ale i

cała 
kompania 

dyabelska srogo mogłaby na tem ucierpieć, albowiem pan starosta, mszcząc się za 
pochwycenie 

dziewki swojej, nie pożałowałby grosza i kościół na samym wierzchu Łysicy 
postawiłby, 

wzniósłby 
mury klasztorne i mnichom nabożnym w posiadanie oddał. Wtedy z trzech wież 

trzech 
kościołów

-   126   -

rozmawiałyby z sobą dzwony święcone, a już takiej muzyki żadenby dyabeł znieść 
nie mógł. 

Wyniosłyby się biesy i wiedźmy ze starodawnej siedziby swojej i lament okrutny 
byłby 

w królestwie piekielnem.

Rozkaz ten dyabła starego nie bardzo się wiedźmie spodobał. Zazdrosna była

o biesa. 
Z drugiej zaś strony uśmiechała się jej wyprawa po niewinną duszę ludzką i 

wyróżnienie jej, 
wiedźmy, w wyborze do tak trudnego przedsięwzięcia, Ku starościance nie łatwo 

przybliżyć 
się 

było: stróżowało przy niej baczng oko rodzica, młódź rycerska zwartem otaczała 
ją kołem, 

służba śledziła krok każdy, bo w rozpadlinach lasów świętokrzyskich nietylko 
jelenie gniazda 

swoje miały, ale i niedźwiedź pomrukiwał czasami i zbój ukryty czatował. Mimo 
to, wiedźma 

nie traciła nadziei, że dyabłu staremu wygodzi.

Razu pewnego, zasłyszawszy echa rogów myśliwskich, przebrała się w strój 

żebraczki, 
miotłę, która jej za rumaka służyła, ukryła w łachmanach— i to tam, to sam 

wałęsać się 
zaczęła, 

niby wróżbiarka zbłąkana, jałmużnica pokutująca, kwe-starka zresztą hen, z 
gdzieś daleko 

budującego się klasztoru. Aczkolwiek fizyonomia jałmużnicy owTej, wróżbiarki i 
kwestarki 

nie wzbudzała zaufania najmniejszego, bo z niej dyabelstwo patrzyło, sam pan 
starosta kilka 

groszaków jej rzucił, ten i ów z łowców do kalety sięgnął, choć jeden rzekł: »Za

background image

duży nos 

masz, 
babciu!«, drugi jej radził do balwierza pójść i ogolić się uczciwie, trzeci 

potraktował pomadą 
węgierską, by rozwichrzone wrąsy wygładziła sobie pod nosem. Wiedźma śmiała się 


dowcipne 

dawała odpowiedzi; temu z rąk, temu z kart powróżyła, a zawsze złotem i 
szczęśliwościami 

różnemi okapy-wały te wróżby, że nikt nie podejrzewał babiny o jakiebądź złe 
zamiary. Tak 

fortelem 
wcisnęła się w łaskę panów i służby, a gdy już starościance pięknego królewica 

wywróżyła 
(prawda, 

że wtedy myślała o dyable starym), uradowany pan starosta  dukata jej   dał  i  
razu  pewnego  

do  wspólnej   biesiady

-   127   -

przypuścił, gdy po udatnych łowach on sam i panowie myśliwi na murawie zielonej 
pokotem 

się rozłożyli.

Tego właśnie chciała wiedźma.

Krążyły puhary, tu i tam wesoła odezwała się piosenka, służbie nawet 

gorzały nie 

żałowano, 
tak, że trudno już było powiedzieć, kto więcej był pijany: pan czy pachołek? 

Korzystając z 
tego 

zamącenia zmysłów, wiedźma zbliżyła się do starościanki.

- Czy mówił wam kto — spytała — o źródle czarodziejskiem, które jest w 

tych 
górach?

- Nic o niem nie wiem — odpowiedziała starościanka.
- A takie śliczne, takie ciekawe źródło! — pokiwała głową wiedźma.

- Cóż w niem zobaczyć można? — spytała dziewczyna.
- Mówiłam już wam o królewicu pięknym, młodym. I zobaczyć go można... 

chciejcie 
tylko.

- Chcę, chcę! — zawołała starościanka.
- Ja ciebie zaprowadzę do tego źródła czarodziejskiego. Staniesz nad niem,

pochylisz 
się, 

zapatrzysz się w toń przezroczystą, i ujrzysz czar, wid niewidziany dotąd.

Starościanka zerwała się.

- Chodźmy! chodźmy!  — wyszeptała.
- Tylko cicho, cicho, cicho — odszepnęła wiedźma — by nikt nie zauważył, 

że 
uchodzimy, 

i czasami nie przeszkodził.

Ba! któż mógłby przeszkodzić? Jedni gadali, inni śpiewali, jak opętani; 

niektórzy, 
plecy 

ma oparci o pnie drzew świerkowych, chwiali się, mamrocąc coś pod nosem, pan 
starosta 

nawet 
pochrapywał, leżąc na murawie rozciągnięty, a służba piła na umor. 

Niepostrzeżenie więc 
wysunęła się 

wiedźma ze starościanka.

background image

Szły szybko, długo, jakiemiś zboczami skał, rozpadlinami dzikiemi, 

niewidzianemi 
dotąd 

ścieżynami, a źródło wciąż się oddalało i oddalało. Gdy były już tak daleko, że 
krzyk 

najsilniejszy

-   128   -

nie doszedłby do uszu biwakujących, wiedźma rzuciła się na starościankę i, 

ujmując ją wpół, 
chciała 

unieść w powietrze, ale pośliznęła się i rymnęła, jak długa, na ziemię, w jamę 
się jakąś 

staczając. 
Teraz zrozumiała starościanka, że stała się ofiarą napadu niegodziwego, 

uskoczyła więc w 
bok i biedź 

zaczęła. Ale droga była jej obca, wołanie zaś na nic się nie zdało, bo na krzyk 
napastowanej 

nikt, nikt, krom własnego jej echa, nie odpowiedział. Nie było innej rady, jak 
tylko biedź 

naprzód, 
dopaść do pierwszej lepszej chałupy wieśniaczej i w niej ratunku poszukać.

Nie tak łatwo udałaby się ucieczka starościance, gdyby wiedźma, w jamę 

wpadając, 

nie zgubiła 
gdzieś miotły swojej. To pozwoliło dziewczynie spory kawał drogi ubiedz i wpaść 

do chaty 
leśnika. 

Wiedźma jednak dopatrzyła kryjówki, bo, po odnalezieniu miotły, siadła na nią 
zaraz, uniosła 

się 
w powietrze wysoko, wysoko, a z takiej wysokości ogromny kawał

świata widać.

- Aha! w leśniczówce się skryłaś? — warknęła.

Gdy mrok zapadł, przebrała się za żebraczkę niewinną, weszła do sieni 

domku 

leśniczego, 
gdzie za drzwiami rumaka swojego postawiła, i skomląc a kuląc się, prosiła o 

nocleg. Ale 
starościanka, 

choć głos był zmieniony, poznała czarownicę, nie wiedząc zaś, na jakich ludzi w 
leśniczówce 

trafiła, 
skorzystała z pierwszego ich snu i drogą powrotną, ku górom Świętokrzyskim, skąd

dochodził niespokojny 

dźwięk rogów, biedź zaczęła. Nie spodziewała się tego wiedźma i, gdy cisza 
wypełniła każdy 

kątek 
leśniczówki, podkradła się, raczkując, do świetlicy, w której miała starościanka

spoczywać, 
drzwi 

cicho otworzyła i weszła do środka.

Jakież było jej zdumienie, gdy izbę zastała pustą... Ale starościanka 

przed chwilą 
musiała 

wybiedz, bo jeszcze ciepło wiało od opuszczonej pościeli, bo jeszcze nad łóżkiem
błądził sen, 

tak 

background image

nielitościwie przerwany.

—    129    —

- Nie uciekniesz mi teraz, nie uciekniesz! — zgrzytnęła wiedźma.

Skoczyła do sieni po miotłę.
Co zaś?... zostawiła ją za drzwiami, a ktoś sprzątnąć musiał i pozbawił ją

tak 
potrzebnego 

rumaka.

Nie omyliła się. Miotła czarownicy podobała się fornalowi pana leśniczego.

Tęga 
była, 

sprężysta, więc wziął ją i nie myślał wcale o oddaniu.

Wiedźma skręciła się.

Znów zdobycz z rąk jej się wysuwała. Nie pomykać pedałom starym za 

stopkami 

młodemi, 
i to wtedy jeszcze, gdy strach je gonił! Zaklęła brzydko i wsunęła się do 

komory, gdzie różne 
gospodarskie naczynia musiały być. Chodzi, maca... Na żadną nie natknęła się 

miotłę, lecz 
sito 

znalazła.

- I to dobre!

Wyszła przed chałupę, obróciła się twarzą do księżyca, usadowiła się w 

sicie i, 

zawoławszy:

- Wieś nie wieś, biesie, nieś!... Uniosła się w górę.

- Aha!... już moja starościanka pod Słupicą? — mruknęła. — Zmyliłaś pogoń,

panieneczko! 
może sama miotłę schowałaś, ale nie wiesz, że dla czarownicy i sito jest 

dobre... Co to? E-he! 
nóżki ustały, do chałupy chłopskiej skryłaś się... Znajdę cię, znajdę!

Spłynęła przed wrota i wzięła wnet na siebie postać dziada wędrownego. 

Sito 

powiesiła 
na płocie i zapukała do drzwi chałupy.

- Kto tam?
- Wspomóżcie, miłosierni ludzie, dziadka wędrownego.

Niemasz takiego gospodarza ani gospodyni, którzyby starego nie przyjęli 

dziadula. 

Wyszła 
niewiasta młoda i poprosiła do izby. Dziad pierwszy próg przestąpił, przy piecu 

usiadł

                                                                          

Q

-   130   -

i rozglądać  się  zaczął  bacznie dookoła,  a tymczasem gospodyni zauważyła 
wiszące sito na 

płocie.

—  A skąd się ono tu wzięło? — szepnęła, zbliżając się do płotu. — W 

południe pani 
leśniczyna 

pożyczyła odemnie to sito na dni kilka, a ono tu się znajduje... Tak!... moje! —
dodała, do 

ręki 

background image

je biorąc i przypatrując się uważnie. — Czegoś tylko smołą odgania... PfeL Ale 

to takie 
gospodynie 

dzisiaj... Pożyczą, zapaskudzą i oddadzą, że człek nie wieda kiedy i jak...

Zaniosła sito do komory, na klucz drzwi zamknęła i powróciła do izby.

Dziad na ^przypiecku już spał, raczej dziad-czarownica udawała, że sen ją 

zmorzył. 

Czekała, 
by wszystko ucichło w chacie i starościanka snem twardym zasnęła, a po zmęczeniu

jej mogła 
się 

tego spodziewać.

Omyliła się jednak.

Starościanka w dziadu przebranym poznała mieszkankę Łysej Góry, bo 

choć 

wiedźma 
do niepoznania prawie zmieniła fizyono-mię swoją, nosa, wielkości trąby, zmienić

nie mogła, 
i ten nos ją zdradził. Wymknęła się więc cicho i znajomą drogą pośpieszyła ku 

kościołowi 
Świętokrzyskiemu, 

nawojką okrywając się cała.

Głos rogów, zasłyszany jeszcze w leśniczówce, coraz bliższy się stawał. 

Widocznie, 
że pan 

starosta, zaniepokojony zniknięciem córki, szukał jej w lasach okolicznych. Ze 
wszystkich 

stron 
biegły odzewy, nawoływania dalekie, okrzyki i hukania. To wszystko zaniepokoiło 

czarownicę... 
Zsunęła się z pieca i zaczęła poszukiwać starościankę.

Nie było jej...
- Ha, przeczuła dziada! — mruknęła — ale teraz nie wymkniesz mi się, 

dzierlatko! bo 
już 

ni leśniczówki ni chaty chłopskiej nigdzie niema, jeno bór i bór!

Skoczyła po sito.

-   131   -

Znikło!...

- Czy ty czasami do zakonu wiedźm się nie zapisałaś?! — zgrzytnęła 

czarownica.

Miotły niema, sita niema, co tu począć?
Czarownica za łeb się chwyciła.

W tej chwili kogut na płot wyskoczył i zapiał.
Nim pierwsze swoje: ki-ki-ri-ki! wyśpiewał, już wiedźma za grzebień go 

porwała, 
skoczyła 

na grzbiet koguta, a że czarny był, duże w nim pokładała nadzieje.

- Wieś nie wieś, biesie nieś!... Hop-sa! — krzyknęła — i po raz trzeci 

uniosła się 
w powietrze.

Z wysokości dojrzała uciekającą starościankę.
W bok więc koguci wsadziła ostrogi dyabelskie, aż dziób otworzył kur 

stary, do jazdy 
takiej nieprzyzwyczajony, zakukurykał, zatrzepotał skrzydłami i sunął, jak grom,

za 
uciekającą.

Biedna starościanka ostatku dobywała sił. Wiatr rozwiał jej włosy, 

rozwinął nawojkę, 

a wiedźma tuż, tuż, już dogania, łapę wyciąga, a kukurykanie koguta budzi las 

background image

cały.

Wtem dał się słyszeć tętent szybko pędzących koni.
To pan starosta nadjeżdżał z orszakiem swoim.

- Patrzcie! patrzcie! — ze wszech stron zabrzmiały okrzyki. — Co to za 

potwór 

straszliwy 
gna nad lasem!

I kilkanaście rąk podniesionych wskazało na zsuwającą się z wyżyn 

powietrznych 

amazonkę.

- Czart!

- Bies! — odezwały się głosy.
Wtem jeden z łowców, młody a piękny kasztelanie, z błyskawiczną szybkością

łuk 
naciągnął... 

Cięciwa brzękła, gwizdnęła strzała... Kogut zakukurykał raz ostatni i razem z 
wiedźmą runął 

na ziemię.

Grot przeszył czarownicę, czarna posoka bluzgnęła z piersi.

Starościanka była ocalona.
Myśliwi podbiegli, ojciec ramiona otworzył do odzyskanej

-   132   -

jedynaczki, a pan kasztelanie chciał się zdobyczą pochwalić, lecz kur się zerwał
i uciekł 

do Słupicy, a z wiedźmy garstka popiołu została o duszącym zapachu siarki.

Radość była wielka z zakończonych tak szczęśliwie łowów. Dzielny 

kasztelanie 
pozyskał 

serce starościanki. Później na zamku pana starosty odbyło się wesele huczne, na 
którem i ja 

byłem, 
miód i wino piłem, a po ślubie i po tańcach tę baśń ułożyłem.

SPIS RZECZY.

                                             Str.
Złote klucze..............................    1

Kożuszek barani...........................   19
Przymierze dyabelskie.....................   25

Wyrwidąb i Waligóra.......................   31
Miecz Janosika............................   37

Oczy uroczne..............................   44
Skarb wojewodziński.......................   52

Grześ Niedorajda..........................   60
Majka.....................................   71

Serce zajęcze.............................   77
Król Bartek...............................   86

Pamiątka po pradziadku ...................   93
Żaba......................................  101

Kuba chciwiec.............................  IX3
Wiosenka..................................  I20

Łowy......................................  125