background image

Juan Arias

Wyznania pielgrzyma

Rozmowy z Paulem Coelho

(Las Confesiones del Peregrino)

Przełożył Marcin Małkowski

W   książce   wykorzystano   tłumaczenia   Tadeusza   Kubiaka,   Marka   Obarskiego 

i Bronisława Zielińskiego.

Rozmowy nad zatoką Copacabana

Te rozmowy z Paulem Coelho prowadziliśmy w jego domu w Rio de Janeiro przy 

wspaniałej plaży Copacabana na początku lipca 1998, w gorączce Mundialu we Francji. 
Przerywały je tylko mecze, których pisarz nie mógł przegapić, bo obiecał komentować je 
dla prasy francuskiej.

Podczas naszych długich rozmów, Coelho otworzył duszę i po raz pierwszy odsłonił 

bolesne   chwile   z przeszłości:   przejście   przez   pustynię   narkotyków,   czarnej   magii 
i satanizmu,   szpital   psychiatryczny,   więzienie   i tortury.   Kiedy   się   żegnaliśmy, 
powiedział, że pragnąłby nie mówić o swoim życiu przez następnych dwadzieścia lat.

W   spotkaniach   tych   brała   udział   moja   przyjaciółka,   brazylijska   pisarka   i poetka 

Roseana Murray. Początkowo umawialiśmy się popołudniami, kiedy Coelho wracał ze 
spaceru po plaży, na który wybierał się zazwyczaj zaraz po przebudzeniu. Pisarz pracuje 
bowiem do późna w nocy, kładzie się spać o świcie, przesypia poranek, a popołudnie 
poświęca na spotkania z ludźmi, na przeglądanie stosów korespondencji, faksów, maili 
i na rozmowy telefoniczne nadchodzące z czterech stron świata.

Nasze   pogawędki   –   prowadzone   w jego   sypialni   z widokiem   na   plażę,   obok 

background image

komputera, na którym pisze wszystkie swoje powieści – często przerywały wiadomości, 
które   nagrywano   mu   na   automatyczną   sekretarkę.   Paulo   nadstawiał   wtedy   ucha   i w 
zależności   od   tego,   o co   chodziło,   wstawał,   aby   podnieść   słuchawkę,   lub   nie.   Raz 
powiedział nam: „Przepraszam was na chwilę, ale właśnie mi przekazano, że otrzymałem 
faks od Borysa Jelcyna z zaproszeniem do Moskwy”.

Pewnego   popołudnia   otworzył   przy   nas   obfitą,   jak   co   dzień,   korespondencję. 

Zazwyczaj są to listy od nieznajomych, czasami bardzo długie, w których ludzie piszą 
o tym,   co   czują,   gdy   czytają   jego   książki,   zadają   mu   najdziwniejsze   pytania   albo 
otwierają się przed nim jak przed dobrym czarodziejem. Tego dnia, pośród tuzina innych, 
był   także   list   od   brazylijskiego   ministra   obrony.   Pisał,   że   przeczytał  Podręcznik 
wojownika światła
. „To nie jest normalne – stwierdził Coelho. – Ludzie na stanowisku 
nie zadają sobie trudu, by pisać do mnie listy, choć często kiedy się spotykamy, mówią 
mi, że czytają moje książki, jak na przykład Szymon Peres podczas ostatniego szczytu 
gospodarczego   w Davos   w Szwajcarii,   gdzie   zbierają   się   najtęższe   głowy   światowej 
ekonomii”.   Wspominając   tamto   spotkanie   w Davos,   na   które   z Brazylii   zaproszono 
jedynie Coelho i ówczesnego prezydenta Fernanda Lnrique Cardoso, pisarz powiedział, 
że „prawdziwy popis magii” dają dziś ekonomiści i finansiści, a nie zwykli, zawodowi 
magicy.

Widok   morza   w zatoce   Copacabana,   które   wraz   z wędrówką   słońca   po   niebie 

przybierało coraz to inne odcienie błękitu, sprawił, że Paulo bardzo często w naszych 
rozmowach przywoływał metaforę morza. Zawsze mówił po hiszpańsku, w języku, który 
kocha   i którym   świetnie   włada.   Autor  Alchemika  nie   lubi   półśrodków,   jest   raczej 
człowiekiem   skrajności   i namiętności,   przywykłym   do   tego,   co   sam   nazywa   „dobrą 
walką”. Nie unika polemik, choć cechuje go ogromna prostota, która sprawia, że nie ma 
w nim nadmiernej pewności siebie – umie słuchać i przyznawać się do błędów.

Pewnego  popołudnia   musieliśmy  na  godzinę  przerwać   naszą  rozmowę,   ponieważ 

przyjechała przedstawicielka jego brazylijskiego wydawnictwa z fotografem, aby zrobić 
zdjęcia   do   promocji   powieści  Weronika   postanawia   umrzeć.   Coelho   chciał,   abyśmy 
uczestniczyli   w tej   sesji,   podczas   której   uchwycono   go   we   wszystkich   możliwych 
pozach, nawet boso, siedzącego po turecku przed komputerem. Dla nas, obserwujących 
maestrię fotografa, stało się jasne, że będą to najlepsze zdjęcia Paulo, jakie do tej pory 
mu zrobiono. Dlatego wydawczyni zapytała: „No i co my teraz zrobimy z poprzednimi?”. 
Coelho   odparł:   „Możecie   je   wysłać   do   redakcji   prowincjonalnych   gazet”.   W tym 
momencie moja przyjaciółka, Roseana, zganiła go łagodnie: „Paulo, robisz dokładnie to, 
co świat zachodni robi z nami, wysyłając do nas swoje śmieci!”. Coelho bez namysłu 
przyznał   jej   rację   i poprosił,   aby   stare   zdjęcia   schowano   do   archiwum,   a nowe   też 

background image

wysłano na prowincję.

Parę dni później  opowiedziałem o tym  zdarzeniu teologowi Leonardowi Boffowi. 

Boff zawsze występował w obronie Coelho wobec jego krytyków, albowiem uważa, iż 
w świecie   tak   beztroskim   i obojętnym   jego   książki   rozbudzają   umiłowanie   tajemnicy 
i spraw ducha. Kiedy Boff dowiedział się o historii ze zdjęciami, stwierdził: „Zawsze 
ceniłem ludzi, którzy nie boją się przyznać do własnych błędów. To właśnie znamionuje 
wielkość duszy”.

W   ciągu   ostatnich   dni   spotykaliśmy   się   wieczorami.   Przyzwyczajony   do   pracy 

w porze, gdy inni idą spać, Paulo czuje się wtedy rześki jak ptaszek, jest nawet bardziej 
rozmowny. Przerywaliśmy dopiero wtedy, gdy zaczynały kleić nam się oczy, ale gdyby 
to zależało tylko od niego, moglibyśmy przegadać całą noc. Był tylko jeden moment, 
kiedy pisarz zarządzał krótką przerwę: o północy. To dla niego rytualna pora, podobnie 
jak   szósta   wieczorem   przed   zachodem   słońca.   Prosi   wtedy   o kilka   sekund   ciszy   na 
modlitwę.

W tych wieczornych rozmowach, bardziej intymnych i sprzyjającym zwierzeniom, 

uczestniczyły   niekiedy   inne   osoby.   Często   towarzyszyła   nam   jego   żona,   Cristina, 
delikatna i dyskretna. W pewnej chwili Coelho powiedział do niej: „A teraz uważaj, bo 
będę mówił o rzeczach, o których nawet ty dotąd nie słyszałaś. Postanowiłem wyznać 
wszystko, obnażyć  się, tak aby wszyscy wiedzieli, kim byłem i kim jestem, żeby nie 
tworzyli sobie o mnie fałszywych wyobrażeń”.

Nocą   zwykle   rozmawialiśmy   w jadalni   po   przeciwległej   stronie   domu.   Na   stole 

zawsze   było   coś   do   przegryzienia,   hiszpańskie   przystawki,   szynka,   ser,   a do   tego 
wyborne włoskie wino. Wszystko to sprzyjało wyznaniom. O tej porze żadne odgłosy 
świata zewnętrznego nie zakłócały naszego spokoju, milkły telefony, faksy i komputery. 
Wtedy   dom   oddychał   ciszą   nieobecną   w ciągu   dnia,   kiedy   cały   świat   szturmuje 
najmodniejszego obecnie pisarza.

W jednym z tych wieczorów towarzyszyły nam trzy młode Hiszpanki: siostry Ana 

i Paula oraz ich przyjaciółka Maria. Ich ojcowie pracowali w jakiejś wielkiej korporacji 
w Rio de Janeiro, a one studiowały w Madrycie i na wakacje przyjechały do rodziców. 
Poznałem je w samolocie z Madrytu do Rio. Gdy tylko dowiedziały się, że będę pisał 
książkę o Paulo Coelho, zabłysły im oczy. I każda z nich pokazała mi powieść pisarza, 
którą   właśnie   czytała:  Bridę,  Piątą   Górę  i Na   brzegu   rzeki   Piedry...   W ich   oczach 
wyczytałem, że marzyły o poznaniu go osobiście. Coelho, bardzo czuły na pewne znaki, 
zinterpretował to moje spotkanie jako dobry omen dla zadania, które mieliśmy przed 
sobą.

Spotkanie pisarza z młodymi Hiszpankami było nie tylko pełne wzruszeń, ale także 

background image

bardzo bezpośrednie i szczere. Towarzyszył  nam wtedy człowiek niezwykły – Mauro 
Salles,   przedsiębiorca   reklamowy,   intelektualista,   poeta,   osoba   otoczona   w Brazylii 
wielkim szacunkiem. Paulo uważa go za swojego ojca duchowego. Obaj razem z żonami 
od lat świętują koniec roku w grocie w Lourdes. Mauro siedział między Hiszpankami, 
notował ich wypowiedzi, włączał się do rozmowy.

Pisarz i mag Coelho jest wierny pewnym rytuałom i wcale tego nie kryje. Tej nocy, 

kiedy zdecydował   się  poruszyć  temat  swoich  bolesnych   doświadczeń   z czarną  magią 
i satanistycznymi obrzędami, kazał zgasić światło i zapalić świece. „W ten sposób będzie 
mi łatwiej mówić o tych sprawach” – stwierdził. I nie musiałem wcale zadawać mu wielu 
pytań   –   sam   opowiedział   wszystko.   Przypominało   to   trochę   dialog   z samym   sobą 
i rozpamiętywanie dawnych ran.

Napięcie   i wzruszenie   dosięgło   szczytu,   kiedy   opowiadając   o swoim   duchowym 

przeżyciu w obozie koncentracyjnym w Dachau, które miało całkowicie odmienić jego 
losy,   wybuchnął   płaczem.   Po   kilku   chwilach   ciszy,   chcąc   umniejszyć   wagę   tego 
wydarzenia, rzekł: „Chyba za dużo wypiłem”.

Zależało   mu,   abyśmy   zakończyli   nasz   długi   wywiad   w tym   samym   miejscu, 

w którym go rozpoczęliśmy, w jego sypialni z widokiem na plażę Copacabana skąpaną 
w łagodnych promieniach zimowego słońca. Kiedy spytałem go, czy uważa się bardziej 
za maga czy za pisarza, odpowiedział: „Rzeczywiście, jestem też odrobinę czarodziejem, 
ale tak jak są czarodziejami wszyscy ci, którzy potrafią odczytać tajemny język rzeczy, 
szukając swojego własnego przeznaczenia”.

Chciałem zachować nieformalny charakter tych przyjacielskich rozmów z pisarzem. 

Rozmów,   które   czasem   przeradzały   się   w polemikę,   czasem   zaś   w spowiedź   dzięki 
intymnemu   nastrojowi,   który   się   między   nami   wytworzył.   W geście   zaufania   Paulo 
Coelho nie chciał czytać spisanego wywiadu przed publikacją, dając mi całkowicie wolną 
rękę. Dlatego jeżeli gdzieś zaplątał się jakiś błąd, jest to tylko moja wina.

Z całego serca dziękuję Mauro Sallesowi – osobie, która bodaj najlepiej zna Paula 

Coelho – za wsparcie moralne oraz wszelkie informacje, których z wielką szczodrością 
mi udzielił, abym mógł lepiej zgłębić bogatą i złożoną osobowość brazylijskiego pisarza.

A czytelników prozy Coelho, tych dawnych i tych nowych, chcę zapewnić, że to 

właśnie im przy każdej okazji pisarz poświęcał najwięcej uwagi. Myślał o nich zawsze, 
gdy wydawał  jakiś  sąd albo odkrywał  nieznaną  stronę swojego bujnego i burzliwego 
życia.   To   oni   są   prawdziwymi   bohaterami   i odbiorcami   tej   książki.   Kim   jest   Paulo 
Coelho?

Paulo Coelho, jeden z najbardziej znanych pisarzy na świecie, urodził się w dzielnicy 

Botafogo w Rio de Janeiro, dwudziestego czwartego sierpnia 1947 roku. Tego samego 

background image

dnia, tego samego miesiąca i w tym samym znaku Panny, co jego literacki idol, Jorge 
Luis Borges, choć oczywiście wiele lat później. We wczesnej młodości, gdy już znał na 
pamięć wiersze Borgesa, postanowił poznać go osobiście. Wsiadł do autobusu w Rio de 
Janeiro   i jechał   czterdzieści   osiem   godzin   do   Buenos   Aires.   Po   wielu   perypetiach 
odnalazł pisarza, a kiedy stanął przed nim, nie powiedział ani słowa. Spojrzał na niego, 
pomyślał: „Idole milczą”, i wrócił do Rio.

Nie zaprzecza, że w jego książkach jest wiele z Borgesa, poczynając od Alchemika

powieści, która przyniosła mu światową sławę. Bez wątpienia to właśnie przykład tego 
genialnego argentyńskiego pisarza sprawił, że niespokojny syn inżyniera, Pedra Cueimy 
Coelho   de   Souza,   i głęboko   religijnej   Lygii   Araripe   wbił   sobie   do   głowy,   że   będzie 
pisarzem, wbrew woli ojca, który chciał, by został prawnikiem.

Paulo   od   dziecka   marzył,   by   być   artystą,   co   wcale   nie   cieszyło   jego   rodziców 

pochodzących z wyższych warstw klasy średniej. Bardziej interesował się twórczością 
Borgesa,   Henry’ego   Millera   czy   teatrem   niż   nauką.   Rodzice   wysłali   go   więc   do 
najsurowszego gimnazjum jezuickiego San Ignacio w Rio de Janeiro. Nauczył się tam 
wprawdzie   dyscypliny,   ale   stracił   wiarę   w Boga.   Nie   stracił   jednak   zamiłowania   do 
literatury, o czym świadczy fakt, że wygrał tam swój pierwszy konkurs poetycki.

Ulegając   woli   ojca,   który   zaplanował   dla   syna   karierę   adwokata,   zaczął   studia 

prawnicze,   ale   szybko   je   porzucił.   Rodzice   postanowili   wyleczyć   syna   z miłości   do 
sztuki, zamykając go w szpitalu psychiatrycznym, z którego trzykrotnie będzie uciekał.

Kiedy   w gorączce   1968   roku   rodzą   się   ruchy   rewolucyjne   i hipisowskie,   Coelho 

nonkonformista,  zawsze ciekaw  nowego, rzuca się w wir idei  Marksa, Engelsa i Che 
Guevary. Chodzi na wiece i manifestacje uliczne. Działa w organizacjach lewicowych 
i ruchach pokolenia Peace and Love.

Właśnie   wtedy   zaczyna   powątpiewać   w swój   ateizm   i poszukuje   nowych 

doświadczeń duchowych: sięga po narkotyki i środki halucynogenne, wstępuje do sekt 
i poznaje   arkana   magii,   podróżuje   po   całej   Ameryce   Łacińskiej   śladami   Carlosa 
Castanedy. Próbuje zarabiać jako aktor w teatrze, wyjeżdża do Stanów Zjednoczonych. 
Gdy nie ma już pieniędzy, pomagają mu hipisi.

Nie   zdradza   jednak   swojej   wielkiej   namiętności   –   pisarstwa.   Zdobywa   pierwsze 

szlify jako dziennikarz, tworzy alternatywne czasopismo „2001”. Wprawdzie udaje mu 
się wydać zaledwie dwa numery, ale dzięki jednemu z opublikowanych tam artykułów 
poznaje producenta muzycznego Raula Seixasa, dla którego napisze później setki tekstów 
piosenek. Tak przychodzi pierwszy wielki sukces. Raul Seixas zyskał międzynarodową 
sławę jako piosenkarz, a Paulo za zarobione pieniądze kupił pięć mieszkań. Jednocześnie 
pisze dla dziennika „Globo” wydawanego w Rio de Janeiro, a w 1974 roku ukazuje się 

background image

jego pierwsza książka na temat roli teatru w nauczaniu.

Są to dla niego także najcięższe lata doświadczeń z czarną magią inspirowaną przez 

Aleistera   Crowleya.   Na   stronach   niniejszej   książki   opowiada,   jak   stanął   na   skraju 
przepaści. Potem przyszło najgorsze.

Ocalał z tego piekła niemal cudem. Wtedy decyduje się położyć kres narkotykowemu 

szaleństwu   i czarnej   magii,   ustatkować   się.   Pracuje   w kilku   wytwórniach   płytowych. 
W 1976 wyjeżdża do Anglii jako korespondent kilku brazylijskich gazet. Tam z górą rok 
poświęca na pisanie swojej autobiografii. Jednak pewnego dnia gubi rękopis w jednym 
z londyńskich pubów i tak jego życie jest wciąż nieopisane.

Po trzech nieudanych małżeństwach ożenił się w 1981 ze swoją obecną towarzyszką 

życia,   malarką   Cristiną   Oiticicą.   Od   tej   pory   dzieli   z nią   swój   światowy   sukces. 
Z Cristiną wybrał się w sześciomiesięczną podróż po świecie, która zaprowadziła ich do 
Niemiec.   W obozie   koncentracyjnym   w Dachau   przeżył   duchowe   doświadczenie   tak 
silne, że znów dokonał się zwrot w jego życiu i Paulo w wieku trzydziestu czterech lat 
powraca   do   wiary   katolickiej   swoich   przodków.   Wyrusza   w drogę   do   Santiago   de 
Compostela   i w   ciągu   pięćdziesięciu   pięciu   dni   przemierza   na   piechotę   siedemset 
kilometrów szlakiem średniowiecznych pielgrzymów.

Z tej wędrówki będącej swoistym wtajemniczeniem rodzi się jego debiut literacki 

Pielgrzym.   Po   nim   napisze  Alchemika  oraz   kolejne   powieści,   które   postawią   go 
w dziesiątce   najlepiej   sprzedawanych   autorów   świata,   budzącego   tyleż   miłości,   co 
nienawiści.

Paulo Coelho mówi często żartem, że starczy mu pieniędzy na trzy wcielenia, ale 

woli przekazywać co roku czterysta tysięcy dolarów ze swoich praw autorskich na rzecz 
fundacji jego imienia, prowadzonej przez Cristinę. Fundacja ta niesie pomoc porzuconym 
dzieciom z najbiedniejszych dzielnic Rio, starszym ludziom bez dachu nad głową, a także 
wspiera   tłumaczenia   klasycznych   autorów   brazylijskich   na   inne   języki   oraz   badania 
paleontologiczne w Brazylii, którą Paulo uważa za najbardziej magiczny zakątek świata, 
bo jak twierdzi, nie istnieje tu różnica między sacrum i profanum, i nikt nie wstydzi się 
wierzyć w duszę.

Trudno spotkać prawdziwe recenzje literackie analizujące dzieła Coelho. Mało kto 

rozumie,   że   Paulo   Coelho   to   ktoś   więcej   niż   pisarz.   To   przede   wszystkim   zjawisko 
społeczne i kulturowe, które warto zbadać. Czasem jego czytelnicy w Hiszpanii pytali 
mnie, co mówi się o nim w Brazylii. Dlatego przed opublikowaniem tej książki szukałem 
jakiejś   recenzji,   która   nie   byłaby   ani   nadmiernie   pochlebna,   ani   nie   ocierała   się 
o śmieszność, jak ta:

Tygodnik „Veja”: «Co pan sądzi o twórczości Coelho?»

background image

Davi Arrigucci Junior: «Nie czytałem i nie podoba mi się».
Znalazłem artykuł, dość chyba bezstronnie analizujący ten fenomen. Znany pisarz 

i dziennikarz Carlos Heitor Cony opublikował na łamach dziennika „Republica” w maju 
1999 roku artykuł zatytułowany „Dlaczego Paulo Coelho?”

Podczas   Targów   Książki   w Paryżu   miałem   okazję   przyglądać   się   osobiście 

niezwykłemu wydarzeniu literackiemu i wydawniczemu naszych czasów. Paulo Coelho 
osiągnął   tak   ogromne   międzynarodowe   uznanie   oraz   popularność,   jakich   kultura 
brazylijska nigdy wcześniej nie znała.

Wciąż jeszcze istnieje liczne grono osób, które ma mu to za złe. Krytykują nie tylko 

jego sukces, lecz także uważają jego pisarstwo za mierne, merkantylne, po prostu za 
pseudoliteraturę.

Ja inaczej widziałbym to zjawisko. Nie należę do osobistych przyjaciół pisarza i choć 

darzymy się wzajemnym  szacunkiem, a nawet odnosimy się do siebie z życzliwością, 
nigdy podczas spotkania nie zamieniliśmy ze sobą więcej niż pięćdziesiąt słów. Mimo to 
już od dawna mam odpowiedź na nurtujące wszystkich pytanie dotyczące jego sukcesu.

W  minionym  stuleciu  narodziły  się dwie  utopie,   które  rzekomo  miały  rozwiązać 

wszelkie problemy ciała i ducha. Marks i Freud, każdy w swojej dziedzinie, stworzyli 
reguły,   które   wywarły   wpływ   na   miliony   ludzi,   zaprzątniętych   bądź   myślą 
o sprawiedliwości   społecznej,   bądź,   dzięki   psychoanalizie,   sprawiedliwości   wobec 
samych siebie.

Na   przełomie   wieków   rozpadają   się   dwa   potężne   totemy   –   stały   bowiem   na 

glinianych   nogach.   Marksowi   nie   udało   się   uniknąć   porażki   ustrojów,   którym 
„patronował”,   nawet   jeśli   socjalizm   jako   taki   wciąż   pozostaje   marzeniem   ludzkości. 
Z kolei Freud jeszcze za życia był krytykowany, rozszarpywany, a jego następcy ogłosili 
schizmę, co otworzyło drogę do buntu. Dzieła Freuda traktowane są dziś raczej jako esej 
literacki, coraz mniej jako teoria naukowa.

Upadek obu tych utopii obnażył pustkę w duszy ludzkiej na koniec stulecia i, jak to 

zwykle   bywa,   zwrot   ku   mistycyzmowi,   w tym   magii,   był   nieunikniony.   I tu   właśnie 
wkracza nasz czarodziej, który – z właściwą sobie prostotą – przypomina świętych ze 
wszystkich epok i wszystkich religii, wypowiada słowa, jakie wszyscy pragną usłyszeć. 
Słowa te bowiem, w pewnym sensie, drzemią w duszy każdego z nas.

Paulo   Coelho   odnalazł   te   słowa   w księgach   świętych   i świeckich,   w legendach 

Wschodu   i opowieściach   Zachodu.   Przyrządził   genialną   miksturę   Ewangelii   z magią 
średniowieczną i nieznaną nam cudowną poezją wschodnią. Z prostotą człowieka, który 
nie narzuca niczego, przelał na papier swoje myśli i odczucia.

Wielu już próbowało i nadal próbuje robić to co on, lecz nie osiągają podobnego 

background image

sukcesu. Jeśli o mnie chodzi, to w życiu osobistym  i zawodowym mam skłonność do 
strasznego pesymizmu, do negatywnego i dość okrutnego widzenia ludzkości, a zatem 
znajduję się na przeciwległym biegunie. Jednak Paulo Coelho wzrusza mnie i chciałbym 
pogratulować wszystkim, którzy podobnie jak on starają się – każdy na swój sposób – 
uczynić człowieka lepszym, a życie mniej nieznośnym.

Najmniej przychylni Coelho są zazwyczaj krytycy literaccy, którzy oskarżają go, że 

nie umie pisać. Dlatego poprosiłem o wypowiedź jedną z wielkich pisarek brazylijskich, 
Nelidę Pinon, cieszącą się międzynarodową sławą. Jej książki tłumaczone są na wiele 
języków. Do ubiegłego roku Nelida była przewodniczącą Brazylijskiej Akademii Języka 
i jej intelektualny prestiż jest niepodważalny. Z Paulem Coelho uczestniczyła w dyskusji 
panelowej podczas Targów Książki w Barcelonie, Liber 1998.

Ja nie mam uprzedzeń estetycznych. Coelho i ja jesteśmy częścią tej samej sztuki, 

choć   gramy   zupełnie   inne   role.   Jest   to   pisarz,   którego   twórczość   przynosi   zaszczyt 
mojemu krajowi. To człowiek ze wszech miar godny szacunku, bardzo go podziwiam. 
Poznaliśmy   się   kiedyś   na   stacji   benzynowej,   tankując   paliwo.   Ukłonił   mi   się 
z szacunkiem   i jakby   nieśmiało.   Powiedziałam:   „Paulo,   nie   masz   ochoty   pójść   coś 
zjeść?”.  Tak  się  poznaliśmy.   I wyznam  pewną  tajemnicę:  zamierzamy   napisać  razem 
książkę. Mamy już tytuł, ale pozwoli pan, że na razie go nie zdradzę. Znak to język, 
alfabet, którego się uczysz, by móc porozumiewać się z duszą świata.

Paulo   Coelho   to   ktoś   więcej   niż   pisarz,   czego   wielu   krytyków   literackich   nie 

rozumie.   Jest   postacią   o wielu   twarzach,   charakterystyczną   dla   końca   dwudziestego 
wieku. Jego twórczość to coś więcej niż fikcja literacka, dlatego wywołuje gwałtowne 
emocje i kontrowersje, ale też ma swoich żarliwych wyznawców. Z tego powodu jego 
relacje z czytelnikami  są również wyjątkowe.  Mogłem się o tym  osobiście przekonać 
w Rio   de  Janeiro,   w Centrum   Kulturalnym   Banco   de   Brasil.   Coelho   pojawił   się   tam 
w ramach   cyklu   spotkań   z czytelnikami,   żeby   przeczytać   fragmenty   swojej   książki 
zatytułowanej  Piąta Góra, a następnie publiczność – jakieś tysiąc osób – zadawała mu 
pytania.  To   spotkanie,   mimo   protestów   pisarza,   przerodziło  się  w sesję  psychoterapii 
grupowej.   Chociaż   pytania   miały   być   przekazywane   na   kartkach,   wbrew   ustalonym 
regułom   ludzie   wstawali   z miejsc,   by   rozmawiać   z nim   bezpośrednio,   i wyznawali 
publicznie,  w jaki  sposób jego powieści  odmieniły  ich życie.  Chcieli  wiedzieć  o nim 
wszystko. Gdy podchodzili do pisarza po autograf, obejmowali go ze łzami w oczach. 
Podpisywanie książek trwało wiele godzin i obfitowało w osobliwe zdarzenia.

Sam Coelho uważa, że jego życie koncentruje się głównie wokół pisarstwa. O to, by 

mógł pisać, walczył od wczesnych lat i sukces przerósł jego najśmielsze oczekiwania. 
Ale ten pisarz uwielbia zanurzać się w życiu, badać je, rozszyfrowywać sekretny alfabet 

background image

wszechświata, owe znaki – komunikaty wysyłane nam przez rzeczywistość.

Takim właśnie znakiem rozpoczęły się nasze spotkania w Rio de Janeiro. Pierwsze 

miało się odbyć pierwszego lipca o drugiej po południu. Ustaliliśmy to sześć miesięcy 
wcześniej, ale gdy zjawiłem się pod jego domem, okazało się, że Paulo jeszcze nie wrócił 
ze swojego porannego spaceru po plaży. Tak jak ma to w zwyczaju, poszedł napić się 
świeżego mleka kokosowego i spotkać z ludźmi, którzy rozpoznawszy go, podchodzą, by 
z nim   porozmawiać.   Postanowiłem   poczekać   w pobliskim   barze.   Przyszedł 
z półgodzinnym opóźnieniem, uśmiechnięty, ale wyraźnie czymś zafrasowany. I zanim 
zdążyłem włączyć dyktafon, zaczął opowiadać mi o tym, co mu się przydarzyło i co jego 
zdaniem   było   takim   właśnie   „znakiem”,   zmuszającym   do   refleksji   nad   życiem.   To 
wydarzenie  okazało  się   na  tyle   ważne,  że   poświęcił   mu   swój   cotygodniowy  felieton 
w dzienniku   „Globo”,   zatytułowany   „Człowiek   leżący   na   ziemi”,   który   przytaczam 
poniżej:   Był   pierwszy   lipca,   pięć   po   pierwszej   po   południu.   Jakiś   człowiek   około 
pięćdziesiątki leżał na deptaku przy plaży Copacabana. Przechodząc tamtędy, rzuciłem 
na   niego   okiem   i poszedłem   dalej   w stronę   straganu,   gdzie   codziennie   piję   mleko 
kokosowe. Jak każdy mieszkaniec Rio de Janeiro, mijałem leżących na ziemi mężczyzn, 
kobiety   i dzieci   setki   czy   nawet   tysiące   razy.   Jako   człowiek,   który   wiele   podróżuje, 
natrafiałem   na  taki   sam  widok  niemal   we  wszystkich   krajach,   które  zdarzyło  mi  się 
odwiedzić – od bogatej Szwecji po biedną Rumunię. Widziałem ludzi leżących na ziemi 
w pogodę   i niepogodę:   podczas   przenikliwych   zim   w Paryżu,   Madrycie   czy   Nowym 
Jorku, przycupniętych w pobliżu gorących wylotów wentylacyjnych metra, pod palącym 
słońcem Libanu, na zgliszczach domów  zniszczonych  przez wojnę. Ludzie  leżący na 
ziemi – pijani, bezdomni, wyczerpani – to widok nieobcy chyba nikomu. Wypiłem mleko 
kokosowe i musiałem zaraz wracać do domu, ponieważ byłem umówiony na wywiad 
z Juanem   Ariasem,   dziennikarzem   z hiszpańskiego   dziennika   „El   Pais”.   W drodze 
powrotnej zauważyłem, że ten człowiek wciąż leży na ziemi, w ostrym słońcu, i że każdy 
przechodzień zachowuje się dokładnie tak samo jak ja: zerka na niego ukradkiem i idzie 
w swoją stronę. I tak się stało, że choć sam sobie z tego nie zdawałem sprawy, moja 
dusza miała już dosyć tego widoku. Gdy zbliżyłem się do leżącego, coś silniejszego ode 
mnie   kazało   mi   uklęknąć   i spróbować   go   podnieść.   Nie   reagował.   Przechyliłem   mu 
głowę i zauważyłem ślady krwi na jego skroni. A jeśli to poważna rana? Otarłem mu 
krew rąbkiem podkoszulka i wyglądało, że to nic groźnego. W tym momencie mężczyzna 
wymamrotał: „Poproś, żeby mnie nie bili”. A więc żył. Teraz musiałem tylko odciągnąć 
go   ze   słońca   i zawołać   policję.   Zaczepiłem   pierwszego   z brzegu   przechodnia 
i poprosiłem,   by   pomógł   mi   przenieść   rannego   do   pobliskiego   cienia.   Człowiek   ten 
ubrany był w szary garnitur, niósł aktówkę i jakieś pakunki, ale odłożył wszystko na bok, 

background image

aby mi pomóc – widocznie jego dusza również była zmęczona widokiem tej samej sceny. 
Kiedy już umieściliśmy rannego w cieniu, postanowiłem wrócić do domu. Wiedziałem, 
że niedaleko jest posterunek żandarmerii, gdzie będę mógł prosić o pomoc. Ale zanim 
tam dotarłem, spotkałem po drodze dwóch policjantów. „Naprzeciwko takiego a takiego 
numeru leży pobity mężczyzna  – powiedziałem. – Położyłem go w cieniu na piasku, 
trzeba   by   wezwać   karetkę”.   Policjanci   zapewnili   mnie,   że   zaraz   się   tym   zajmą. 
W porządku, spełniłem swoją powinność. To był mój dobry uczynek tego dnia! Problem 
oddałem już teraz w ich ręce, to oni mieli sobie z tym poradzić. Zresztą musiałem się 
spieszyć, bo hiszpański dziennikarz pewnie już na mnie czekał. Nie uszedłem jednak 
nawet   kilku   kroków,   kiedy   zaczepił   mnie   jakiś   obcokrajowiec   i powiedział   łamaną 
portugalszczyzną: „Ja już mówiłem policji o tamtym człowieku. Ale powiedzieli, że jeśli 
to nie złodziej, to nie ich sprawa”. Nie słuchałem go dalej. Wróciłem do policjantów, 
przekonany, że będą wiedzieć, kim jestem, bo piszę do wielu gazet, czasem pojawiam się 
w telewizji. Uwierzyłem, że moja sława wszystko załatwi. „Czy jest pan jakimś wysokim 
urzędnikiem?” – spytał jeden z nich, gdy coraz usilniej nalegałem, aby udzielili pomocy 
temu nieszczęśnikowi. Najwyraźniej nie mieli pojęcia, kim jestem. „Nie, ale uważam, że 
musimy działać natychmiast”. Stałem tam cały spocony, w podkoszulku poplamionym 
krwią, w szortach ze starych dżinsów z obciętymi nogawkami. Byłem dla nich zwykłym, 
anonimowym   facetem,   którego   najmocniejszym   argumentem   jest   dusza   zmęczona 
oglądaniem ludzi leżących na ulicy. Dusza, którą przez wiele lat wystawiałem na próbę, 
nie robiąc dla tych ludzi nic. I to właśnie wszystko zmieniło. Są chwile, kiedy nagle 
uwalniasz się od wszelkich zahamowań i lęków. Są chwile, kiedy twoje oczy mają inny 
blask i ludzie  naprzeciw  ciebie  wiedzą,  że tym  razem wcale  nie żartujesz. Policjanci 
poszli ze mną na komisariat i zadzwonili po karetkę pogotowia. W drodze powrotnej do 
domu   rozważałem   w myślach   trzy   lekcje,   jakie   dostałem   podczas   tego   porannego 
spaceru:

1. Wszyscy możemy powstrzymać coś złego, kiedy mamy czyste intencje.
2. Zawsze znajdzie się ktoś, kto ci powie: „Jak już zacząłeś, to skończ”.
3. Każdy, kto jest głęboko przekonany o słuszności tego, co robi, posiada władzę 

wysokiego urzędnika.

Juan Arias
–   Znaki,   takie   jak   ten,   który   przydarzył   ci   się   podczas   dzisiejszego   spaceru, 

umiejętność ich odczytania oraz ich rola w naszym życiu to temat, który często powraca 
w twoich książkach. Ale jak rozpoznać, że chodzi o prawdziwy znak? Tak łatwo byłoby 
doszukiwać się ich w większości codziennych zdarzeń...

Paulo Coelho

background image

–   Masz   rację.   Gdybyśmy   dostrzegali   znaki   we   wszystkim,   co   nas   otacza,   łatwo 

popadlibyśmy w paranoję. Na przykład w tej chwili widzę różę wyhaftowaną na torebce 
twojej   przyjaciółki   Roseany,   a na   ekranie   komputera   mam   właśnie   obrazek   świętej 
Teresy z Lisieux z różą. Mógłbym w tym zobaczyć jakiś bardzo konkretny znak poczucia 
jedności   duchowej   ze   świętą   Teresą,   ale   wtedy   można   by   zwariować,   bo   na   widok 
papierosów marki Galaxy od razu zaczynałbyś myśleć o galaktykach. Nie oto chodzi.

– Czym w takim razie jest znak?
–   Znak   to   język,   alfabet,   którego   się   uczysz,   by  móc   porozumiewać   się   z duszą 

świata, z absolutem, z Bogiem, jakkolwiek byśmy to nazwali. Każdy ma swój własny 
alfabet i uczymy się go na własnych błędach. Nasze poszukiwania duchowe są również 
indywidualną sprawą. Nie można ich globalizować.

Moim zdaniem przez następne sto lat ludzkość będzie dążyć ku duchowości. Widzę, 

że już dziś ludzie są bardziej otwarci na sprawy ducha niż w ubiegłym stuleciu. Zdaliśmy 
sobie sprawę, że slogan: „Religia to opium dla ludu” nie wytrzymuje próby czasu, tym 
bardziej, że ci, którzy przy nim twardo obstawali, zapewne nigdy nie spróbowali opium. 
Kiedy   zaczynamy   odkrywać   religijność,   zanurzamy   się   w nieznane   morze.   A kiedy 
ogarnia nas lęk przed nieznaną głębią, szukamy pomocy u pierwszej lepszej osoby, która 
nam się nawinie. Dzieje się tak również dlatego, że potrzebujemy bliskości, styczności 
duchowej   z innymi   ludźmi.   Ale   zarazem   musimy   iść   o własnych   siłach,   tak   jak   na 
pielgrzymkę. Rozpoczynasz ją po omacku, w ciemności, nie mając pojęcia, co odkryjesz, 
choć masz szczerą nadzieję, że odkryjesz jakąś ścieżkę do siebie samego, do swojego 
przeznaczenia. I te tropy prowadzą nas przez przebogaty alfabet znaków, który pozwala 
przeczuć, co trzeba, a czego nie należy robić.

– Ale czy nie widzisz niebezpieczeństwa w tym, że dostrzeżemy tylko te znaki, które 

chcemy zobaczyć, albo takie, które mogą sprowadzić nas z prawdziwej drogi? Skąd brać 
pewność, że to jest właśnie prawdziwy znak?

– Na początku nie wierzymy w nic albo prawie w nic, następnie zaczynamy wątpić, 

sądzimy, że się pomyliliśmy, potem wszystko wydaje nam się znakiem, ale dopiero dużo 
później, kiedy ten sam znak napotykasz na swojej drodze wielokrotnie, choć wcale go nie 
szukałeś, dopiero wtedy zaczynasz rozumieć, że masz do czynienia z językiem, który 
wykracza poza rzeczywistość.

– Czy mógłbyś podać jakiś osobisty przykład czegoś, co przydarzyło ci się ostatnio 

i co zinterpretowałeś jako znak?

–   Przed   chwilą   mówiłem   o obrazku   świętej   Teresy   z Lisieux,   który   mam 

w komputerze. Może wam się to wydać dziwne, ale moja wiara w tę francuską świętą, 
zrodziła   się   z całego   łańcucha   znaków.   Jeszcze   do   niedawna   nie   miałem   z nią   nic 

background image

wspólnego. Przeczytałem jej książkę i moje pierwsze wrażenia były raczej niepochlebne 
–   wydała   mi   się   biedną   histeryczką.   Jednak   z czasem   zaczęła   być   dla   mnie   coraz 
ważniejsza.

Wszystko   zaczęło   się   w zeszłym   roku,   parę   tygodni   zanim   poznałem   ciebie 

w Madrycie.   Wróciłem   z Niemiec   i poproszono   mnie,   bym   został   ojcem   chrzestnym 
dziecka   moich   przyjaciół.   Ksiądz,   który   odprawiał   chrzest,   podczas   kolacji   zaczął 
opowiadać mi o świętej Teresie i dał mi jej książkę. Przy pożegnaniu poprosiłem, by 
mnie   pobłogosławił,   ponieważ   miałem   przed   sobą   długie   tournee   po   świecie.   Kiedy 
udzielił mi już błogosławieństwa, ukląkł i powiedział: „A teraz ty pobłogosław mnie”. 
Ja?!” – spytałem zaskoczony. Przecież księża błogosławią ludzi, a nie odwrotnie, ale on 
nalegał   i by   nie   sprawić   mu   przykrości,   pobłogosławiłem   go.   I wtedy   wszystko   się 
zaczęło.   Podczas   Targów   Książki   ktoś   zbliżył   się   do   mnie   –  zostawiłem   książkę   od 
księdza   w hotelu,   bo   nie   lubię   podróżować   objuczony   jak   wielbłąd,   a zwłaszcza 
książkami,  które mnie  nie interesują – i powiedział:  „Mam dla ciebie  wiadomość  od 
świętej Teresy”. Na marginesie powiem ci, że przyszła taka chwila w moim życiu, że 
jestem w stanie uwierzyć absolutnie we wszystko. Jeżeli ktoś mi powie: „Chodź obejrzeć 
latające   konie”,   idę.   W pierwszym   odruchu   staram   się   obdarzać   zaufaniem   każdego 
człowieka,   choć   –   muszę   przyznać   –   jestem   nieubłagany   dla   kłamstwa   i fałszu.   Ale 
widziałem już tyle cudów w swoim życiu, że kiedy tamten nieznajomy powiedział mi, że 
ma dla mnie wiadomość od świętej Teresy, uwierzyłem.

– Ale chyba musiało być coś jeszcze, abyś odebrał to jako znak, że ta święta odegra 

jakąś rolę w twoim życiu.

–   Oczywiście,   ale   od   tamtej   chwili   zacząłem   odkrywać   rzeczy,   o których   nigdy 

wcześniej mi się nie śniło. Na przykład dowiedziałem się od mojego ojca – tego samego, 
który zamknął mnie w szpitalu psychiatrycznym,  gdy byłem bardzo młody – że moja 
matka otaczała świętą Teresę szczególną czcią. Teraz powstaje francusko-kanadyjsko-
amerykański film o moich podróżach po świecie. Kiedy byliśmy w Japonii, kamerzysta 
mówi   mi   (a   zaznaczam,   że   nigdy  wcześniej   o tym   nie   rozmawialiśmy):   „Robię   film 
o świętej Teresie, bo to moja ulubiona święta. Czy nie chciałbyś powiedzieć mi paru słów 
o niej? Wiem, że nie wierzysz w świętą Teresę, ale może...”. „Jak to nie wierzę w świętą 
Teresę?!” – wykrzyknąłem. To właśnie są znaki. Opowiadam ci tę historię, aby wyjaśnić, 
że na początku znaki odrzucasz, ale pojawiają się coraz częściej, mówią do ciebie twoim 
językiem, nie do pomylenia z żadnym innym.

– A jeśli  się  jednak pomylisz   i pójdziesz  za  fałszywym  tropem?  Czy  nie  istnieje 

ryzyko, że zmarnujesz życie?

–   To   sprawa   delikatna.   Według   mnie   największym   niebezpieczeństwem   nie   jest 

background image

wcale  to,  że   mógłbyś  się  pomylić,   podążając  za   znakiem,  który  okaże  się   fałszywy. 
Największym   niebezpieczeństwem   na   drodze   duchowych   poszukiwań   są   guru, 
mistrzowie,  fundamentalizm,  to co nazwałem  wcześniej  duchową globalizacją.  Kiedy 
ktoś   mówi:   Bóg   to   jest   to   albo   tamto;   mój   Bóg   jest   potężniejszy   niż   twój...   Tak 
wybuchają   wojny.   Jedynym   sposobem,   by   tego   uniknąć,   jest   zrozumienie,   że 
poszukiwanie drogi duchowej to osobista odpowiedzialność  każdego z nas, której nie 
możemy   przerzucić   na   barki   innych.   Lepiej   pomylić   się,   idąc   za   znakami,   w które 
wierzysz, niż dopuścić, by inni decydowali o twoim losie. Co nie znaczy, że krytykuję 
religię. Uważam ją za bardzo istotną w życiu człowieka.

– Czym więc jest dla ciebie religia?
– Pojmuję religię jako sposób wspólnego oddawania czci. Mówię „oddawania czci”, 

a nie posłuszeństwa. To dwie zupełnie różne sprawy. Można czcić Buddę, Allacha, Boga, 
Jezusa, kogokolwiek. Ważne jest, że w jednej chwili grupa ludzi łączy się z tajemnicą, 
czujemy się bardziej zespoleni, bardziej otwarci na życie i rozumiemy, że nie jesteśmy 
samotni w świecie, że nie żyjemy sami. Tym właśnie dla mnie jest religia, a nie jakimś 
zbiorem zasad i przykazań narzuconych przez innych.

– O ile się nie mylę, akceptujesz dogmaty wiary katolickiej, na którą się nawróciłeś 

parę lat temu.

–   Jeżeli   o dogmaty   chodzi,   to   moglibyśmy   długo   dyskutować.   Jesteś   skłonny 

zaakceptować dogmaty tylko dlatego, że tego chcesz, a nie dlatego że ci je ktoś narzuca. 
Kiedy byłem dzieckiem, powtarzałem jak wszyscy, nie rozumiejąc: że Maryja poczęła 
bez   grzechu,   że   Jezus   był   Bogiem,   że   Bóg   jest   Trójcą.   Później   poznałem   teologie 
prawicowe, liberalne i jeszcze dużo innych. To są formy zmienne i ewoluujące. Ja mam 
pięćdziesiąt lat, a dogmaty liczą wieki. Zdaniem Junga dogmaty są z pozoru absurdalne, 
ale stanowią przejaw najbardziej oczywisty, magiczny i zarazem genialny ludzkiej myśli, 
ponieważ dzieją się poza świadomością. Dzisiaj akceptuję dogmaty całkiem dobrowolnie 
i z całego serca, jakkolwiek absurdalne by mi się wydawały. Nie jako nakaz, nie dlatego, 
że mnie zmuszono, jak w przeszłości, tylko dlatego, że staram się być pokorny wobec 
tajemnicy.   W gruncie   rzeczy   wszystkie   religie   mają   swoje   dogmaty,   będące 
paradygmatami   najgłębiej   ukrytej   tajemnicy.   Uważam,   że   to   bardzo   piękne.   Fakt,   iż 
czegoś nie pojmuję rozumem, nie oznacza wcale, że to nie jest prawdziwe, choć nadal 
pozostaje tajemnicą.

– Najgorsze  jest  to,  że  religie  narzucają  nam  swoje  dogmaty,  wzbudzając  strach 

przed wiecznym potępieniem.

– Przeżyłem to w młodości. Dlatego właśnie porzuciłem religię i stałem się ateistą. 

Przekonano   mnie,   że   katolicyzm   jest   czymś   najgorszym   na   świecie,   kolejną   sektą. 

background image

Musiałem przejść długą drogę, zanim do niego powróciłem. Nie mówię, że katolicyzm 
jest lepszy czy gorszy nizinne religie, ale to są moje korzenie kulturowe, moja krew. Był 
to   mój   własny,   całkowicie   wolny   wybór.   Mogłem   zwrócić   się   w stronę   islamu, 
buddyzmu  albo nicości. Ale czułem, że potrzebuję w swoim życiu czegoś więcej niż 
ateizm, i wybrałem katolicyzm jako pewną formę obcowania z tajemnicą oraz z ludźmi, 
którzy wierzą w to samo co ja. I nie ma to nic wspólnego z księdzem, który odprawia 
mszę.   Dogmat   jest   czymś,   co   wychodzi   poza   rytuał.   A poszukiwanie   tajemnicy   jest 
poszukiwaniem wolności.

– Czy nie przeszkadza ci, że dogmaty, które akceptujesz jako przejaw obcowania 

z istotą boską, wyszły od instytucji, która stworzyła inkwizycję, bezlitośnie zwalczającą 
wszystkich nie akceptujących dogmatów?

– Tak, i z tego samego Kościoła, który ciągle jeszcze nie uznaje prawa kobiety do 

pełnego uczestnictwa w życiu eklezjastycznym.

– Instytucji, która tyle razy nadużyła swej władzy i zniewoliła wiele ludzkich sumień.
– Tu w Ameryce Łacińskiej wiele od niej wycierpieliśmy, ale wam w Hiszpanii też 

nie było lepiej.

– Więc mimo wszystko to nie jest dla ciebie kłopotliwe...
– Nie, bo umiem odróżnić to, co jest esencją religii, od zachowań ludzi, którzy mogą 

być dobrzy albo źli i mogą nadużywać religii do własnych celów. Widzą religię jako 
grupę ludzi tworzących jedno żywe ciało, w którym rozwija się zarówno to co podłe, jak 
i to co wzniosłe.

– Jeżeli dobrze zrozumiałem, zachowujesz z religii misterium i komunię wiernych.
– Tak. Interesują mnie ludzie, którzy wierzą w misterium, nie zaś ci, którzy celebrują 

tajemnicę   i mogą   być   tego   niegodni.   Tajemnica   jest   ponad   wszystkimi,   którzy   ją 
celebrują. W przypowieści o dobrym samarytaninie Jezus gani zachowanie lewity, który 
przechodzi obok rannego i nie zatrzymuje się. I odwrotnie, chwali samarytanina, który 
pomaga   nieszczęśnikowi.   A w   tamtych   czasach   lewita   uważany   był   za   człowieka 
świątobliwego, natomiast samarytanin za bezbożnika.

– Uważasz, że każde poszukiwanie duchowe potrzebuje Kościoła jako instytucji?
– Nie. Wręcz przeciwnie, musisz uważać, kiedy wstępujesz do jakiegoś Kościoła, by 

tam nie próbowano zdjąć z ciebie odpowiedzialności za twoje czyny. Uważam tylko, że 
religia sama w sobie – a nie taka, jak się ją czasem przedstawia nie stoi w sprzeczności 
z duchowym rozwojem jednostki. Najważniejsze to oczyścić swoje wnętrze, pozbyć się 
tego co zbędne, nauczyć się żyć tym co najważniejsze, być zawsze w drodze. Pamiętam, 
że   w czasach   hipisowskich   mieliśmy   mieszkania   pełne   plakatów,   płyt,   książek, 
czasopism   i najróżniejszych   bibelotów.   Nie   było   tam   wolnej   przestrzeni.   Dziś 

background image

wyzwoliłem się od tego. Jak widzisz, mój dom jest bardzo duży, ale pusty. Zachowałem 
zaledwie kilka symbolicznych przedmiotów. Nawet moje książki są ukryte, bo nie chcę 
wystawiać na widok publiczny tego, co w danej chwili czytam lub właśnie przeczytałem.

– Bardzo mnie intryguje waga, jaką nadajesz pustce. Jest taki piękny wiersz Lao-tsy:
Trzydzieści szprych jednoczy się w piastę koła.
Pusty otwór sprawia, że staje się użyteczne.
Lepimy naczynie z gliny.
Dzięki pustce w środku można go używać.
Wstawiamy drzwi i okna, budując dom.
To pustka wewnątrz czyni go mieszkaniem.
Korzyść jest z tego, co istnieje, A pożytek z tego czego nie ma.
– Tak, to piękny wiersz. Ja również staram się dziś maksymalnie uprościć swoje 

życie, zatrzymać tylko to co najważniejsze. Nawet kiedy podróżuję, biorę ze sobą jedynie 
to co niezbędne, aby czuć się swobodny i lekki. Budda zwykł mawiać: „Bardzo łatwo 
impotentowi składać śluby czystości, a biedakowi odrzucić bogactwa”. Ja wprawdzie nie 
ślubowałem   czystości,   ale   z drugiej   strony   pomału   odkrywam,   czym   jest   życie   i jak 
niewiele  potrzeba,  by żyć  szczęśliwie.  Podróżuję z niewielką  walizką.  I zdałem  sobie 
sprawę,   że   ta   maleńka   walizka   sprawdza   się   zarówno   w długich,   jak   i w   krótkich 
podróżach. Nikt nie może czuć pełni, dopóki nie nauczy się czynić w sobie pustki, jak to 
zawsze tłumaczyli wielcy mistycy wszystkich wielkich religii.

– Kładziesz duży nacisk na to, że człowiek musi podążać drogą ducha, obojętnie 

jaką, bo rzeczy materialne, choćby najbardziej pożądane, nigdy nie wystarczą, by uczynić 
go   w pełni   szczęśliwym.   Czy   nie   sądzisz   jednak,   że   czasami   strach   skłania   nas   do 
ucieczki w duchowość?

–   Nie.   A wiesz   dlaczego?   Bo   we   wszystkich   epokach   zarówno   mężczyźni,   jak 

i kobiety wyruszali na poszukiwanie nieznanego. Zawsze pociągało ich to, co nie jest 
oczywiste, namacalne, materialne. Szukali tego na tysiące sposobów, czasem błądząc, 
czasem wbrew zdrowemu rozsądkowi.

– Może dzieje się tak dlatego, że obszary poznane przez człowieka są coraz bardziej 

rozległe, więc stara się on badać za wszelką cenę to co nieznane.

– Właśnie. Chodzi o to, że czasem wpadamy w pułapkę kłamliwych utopii. Utopia 

marksistowska   chciała   zmienić   wszystko,   wywracając   struktury   społeczne   do   góry 
nogami i burząc kapitalizm. Nie udało się jej. Utopia freudowska uzależniała wyleczenie 
duszy od powrotu do przeszłości. Inną jeszcze utopią jest konserwatyzm uznający, że 
wszystko da się rozwiązać, pozostawiając sprawy swojemu biegowi, w bezruchu, bez 
żadnych zmian, a jeżeli już trzeba coś zmienić, to tylko na tyle, aby wszystko dalej było 

background image

po staremu. I wszystkie te utopie XX wieku poniosły klęskę, a w każdym razie w dużej 
części.

– Jaka jest alternatywa?
– Wielkie   poszukiwania,   podróże  do nieznanych  miejsc,  przez  wzburzone  morza 

najeżone niebezpieczeństwami, zasadzkami, mistrzami  i guru wszelkiego autoramentu, 
którzy usiłują narzucić nam swoją wizję świata i swoją wolę. Mówiłeś, że czasem ludzie 
zwracają się w stronę duchowości ze strachu, ale ze strachu ludzie także potrafią leżeć 
plackiem na plaży, nie próbując nic zmienić. Ludzkość znajduje się na rozstaju. Z jednej 
strony biegnie znana już droga konserwatywna, ustalone zasady, reguły, nakazy prawne, 
religia   jako   prawny   system   postępowania.   Z drugiej   –   ciemny,   nieznany   gąszcz, 
niewiadoma,   nowe,   prawdziwa   kultura   twórcza,   pytania,   na   które   jeszcze   nie   ma 
odpowiedzi, akceptacja życia jako wielkiej przygody duchowej.

– Jeden z twoich krytyków twierdzi, że w XXI wieku, w nowym tysiącleciu, nikt nie 

będzie potrzebował twoich książek.

– Tak się dziwnie składa, że dla mnie nie ma znaczenia, czy wiek się kończy, czy nie. 

To umowne. A zresztą za dwa lata już nie będziemy mówić o końcu tysiąclecia, bo sami 
zobaczymy, że nic się nie zmieniło i wszystko jest po staremu. Ci, co mnie krytykują, 
sądzą być może, że zdarzy się coś szczególnego, a ja jestem pewien, że nic się nie stanie. 
Problemy z ostatniej nocy 1999 roku pozostaną aktualne także pierwszego dnia nowego 
tysiąclecia, wszechświat będzie istniał dalej, a ludzie będą mieć te same obawy, te same 
nadzieje i tę samą ochotę, by szukać czegoś, co ugasi to pragnienie nieskończoności, 
które ich nie opuszcza od wieków i popycha w nieznane.

W tym momencie przez niebo nad zatoką Copacabana przeleciał helikopter, ciągnąc 

za sobą ogromne  ogłoszenie  o otwarciu  nowej  stacji metra,  które po piętnastu  latach 
wreszcie dotarło do mitycznej plaży. Paulo powiedział, że poproszono go o pozwolenie 
na umieszczenie tam jednego zdania z jego książki, ale nie zgodził się, nie chcąc robić 
reklamy politykom.

– Wracając do tematu poszukiwań duchowych, czy rzeczywiście traktujesz je jak 

wielką przygodę?

– To wielka, ekscytująca przygoda. Weźmy przykład hiszpańskiej Grenady – miasta 

dla mnie magicznego. W 1492 roku Grenada została zdobyta, a Boabdil, ostatni Maur, 
wygnany.   Jaka   mogła   być   następna   przygoda?   Przekroczenie   cieśniny   i Afryka,   to 
wydawało   się   najbardziej   rozsądne.   Pewien   człowiek,   który   widział   poddanie   się 
ostatniego Maura, powiedział: „Dlaczego Afryka? Afrykę już znamy, chcę pieniędzy na 
podróż do Indii”. Jakie Indie? Po co? Bo przecież bardziej logiczna była Afryka. Ten 
człowiek, Krzysztof Kolumb, mimo wszystko nie zrezygnował ze swojej podróży – nie 

background image

przełożył   tego   na   następny   rok,   nie   zrobił   tego   też   rok   wcześniej.   Dokładnie   w tym 
samym   roku,   w którym   odbito   Grenadę,   dwunastego   października   1492   roku   ów 
człowiek dopływa do wybrzeży Ameryki i cały strumień energii Hiszpanii, który zgodnie 
z wszelką logiką miał popłynąć w stronę Afryki, raptem skierował się ku Ameryce.

– I dzięki Kolumbowi my tu dzisiaj jesteśmy.
–   Być   może.   Trudno   ocenić,   ale   na   pewno   gdyby   nie   Kolumb,   losy   Hiszpanii 

potoczyłyby się inaczej. Jedno nie ulega kwestii, że to nie jakiś system polityczny czy 
wojskowa strategia zmieniły plany ówczesnych polityków, ale jeden człowiek, uparty 
ryzykant.   Właśnie   tacy   ludzie   zmieniają   świat.   To   się   zdarza   w naszych   czasach 
w małych i dużych sprawach. Pewnie, że dziś trudniej jednemu człowiekowi odmienić 
losy   świata.   Ale   gdyby   zebrać   do   kupy   wszystkich   ryzykantów,   którzy   nie   dają   za 
wygraną, poszukują niestrudzenie nieznanych lądowi pozwalają się prowadzić energii 
ducha, zostanie osiągnięta masa krytyczna zdolna odmienić bieg rzeczy. Dziś jest więcej 
ryzykantów duchowych, niż się powszechnie sądzi. Wędrują przez nieodkryte lądy i to 
oni w końcu, nie wiadomo jak i kiedy, raptem zmienią kierunek wiatru historii. Dlatego 
ja nie lubię tak bardzo kierować się logiką, wolę filozofię paradoksu, która już wiele razy 
wygrała ze wszystkimi logikami i oczywistościami.

– Czy można w ogóle rozpoznać duchowych ryzykantów pośród tłumu tych, którzy 

zadowalają się kawałkiem chleba powszedniego?

– Można, w ich oczach świeci płomień entuzjazmu. Napisałem książkę zatytułowaną 

Podręcznik wojownika światła. Mówię w niej o zwykłych ludziach wierzących w to co 
nieznane.  Są mistrzami,  nie będąc mistrzami.  Prawda jest taka, że wszyscy bywamy 
i uczniami, i mistrzami wiele razy w ciągu tego samego dnia. Tak jak ten cudzoziemiec, 
który   uprzedził   mnie   o zachowaniu   policji   wobec   rannego   mężczyzny   leżącego   przy 
plaży.   On   był   moim   mistrzem,   bo   sprawił,   że   uzmysłowiłem   sobie,   iż   ja,   jako 
Brazylijczyk, mogę coś poradzić. Wszyscy jesteśmy mistrzami dla innych. Wojownicy 
światła, nowi poszukiwacze przygód duchowych rozpoznają się nawzajem, bo choć są 
pełni wad, próżności, poczucia winy jak wszyscy inni śmiertelnicy, mają jednocześnie 
coś, co ich różni, ów ogień w oczach. Przeżywają życie z zapałem, choć nie czują się 
odmienni ani uprzywilejowani.

– To jest antidotum na defetyzm i samotność ogarniające współczesnego człowieka, 

który sądzi, że nie ma już miejsca na nic, co wykracza poza codzienność.

– Tak, bo wojownicy wiedzą, że nie są sami. Moje książki są tak szeroko czytane – 

czego wielu nie potrafi sobie wytłumaczyć – po części dlatego, że pomagają czytelnikowi 
rozpoznać siebie w poszukiwaniach duchowych. Bo pełne są znaków i choć o znakach 
mówię tylko w jednym akapicie Alchemika, to wszyscy doskonale rozumieją, o co mi 

background image

chodzi.

– Dlaczego?
–   Bo   wszyscy   podlegamy   jednej   wibracji.   Pisarz   jest   tylko   jeszcze   jednym 

towarzyszem tej przygody, ale nie on przewodzi. Co nowego mówią moje książki? Nic. 
Czym   dzielą   się   z moim   czytelnikiem?   Moim   życiem,   moim   doświadczeniem.   Toteż 
czytelnik   z Japonii,  który  wyrósł   w zupełnie   innej  kulturze   niż  moja,  mówi  mi:   „Już 
o tym wiedziałem, nie umiałem sobie tylko tego uświadomić, ale uważam, że mówisz 
o mnie”.   W powieści   Weronika   postanawia   umrzeć   podjąłem   temat   szaleństwa 
i samobójstwa. Rękopis odbiłem w dziesięciu kopiach i dałem do przeczytania różnym 
osobom. I jakież było  moje zdziwienie, gdy dowiedziałem się, że każda z nich miała 
w swojej   rodzinie   przypadek   samobójstwa   albo   szaleństwa.   Dostałem   faks   z Anglii: 
„Przeczytałam twoją książkę. Oczarowała mnie. Jedyna chwila w moim życiu, I kiedy 
byłam   daleko   od   Boga,   wydarzyła   się,   gdy   próbowałam   popełnić   samobójstwo,   ale 
przeżyłam.   Amelia”.   Otóż   Amelia   pracuje   ze   mną   od   dwudziestu   lat   i nie   miałem 
zielonego pojęcia, że kiedyś próbowała popełnić samobójstwo.

– Czyli pisarz jest katalizatorem doświadczeń innych ludzi?
– Tak, funkcja katalizatora polega właśnie na tym, że sam nie wchodzi w reakcję, ale 

ją umożliwia, ułatwia, przyspiesza. Dzięki niemu inni odkrywają różne rzeczy. Chłopak 
studiuje   prawo,   ale   nagle   zdaje   sobie   sprawę,   że   wolałby   być   ogrodnikiem.   Dostaję 
tysiące listów od ludzi, którzy chcieliby zmienić pracę i poświęcić się uprawie ogrodu. 
Niektórzy się skarżą, że ich rodziny uważają, że lepiej być inżynierem, ale oni pragnęliby 
zajmować się ogrodem, być na świeżym powietrzu, obcować z przyrodą.

– Wszystko to jest bardzo piękne. Ale czy nie zdarzyło się nigdy, że ktoś podążający 

za tym twoim przesłaniem poniósł klęskę?

– Tak, ja sam.
– Żartujesz!
– Więc teraz na serio. Tak naprawdę nie wysyłam żadnych przesłań do nikogo. Po 

prostu opowiadam w moich książkach to, co mi się w życiu przydarzyło. Nie, mówię, że 
to przydarzyło się mnie, ale wcale nie dodaję: zrób to samo.

– Nie.
– O moich tragediach, błędach, tarapatach, o tym jak mi się udało z nich wykaraskać, 

ale nie twierdzę, że to jest rozwiązanie dla wszystkich, bo życie każdego człowieka jest 
inne i niepowtarzalne. Gdybyśmy ustawili wszystkich ludzi na ziemi w jednym rzędzie, 
nie znaleźlibyśmy dwóch takich samych osób.

Nie wierzę w przesłania zbiorowe, wierzę w elementy katalizujące i zapalające. Na 

przykład próbuję przekazać, na podstawie własnego doświadczenia, że przegrać i być 

background image

pokonanym   to   nie   to   samo.   Przegrywają   ci,   którzy   nawet   nie   próbowali   walczyć, 
a pokonani są ci, którzy byli zdolni do walki. I taka porażka nie przynosi wstydu. Może 
być trampoliną do nowych zwycięstw. I jak trafnie to określa Jose Saramago w twojej 
książce El amor posible, nigdy nie ma porażek ani zwycięstw ostatecznych, bo dzisiejsza 
porażka może być jutrzejszym zwycięstwem.

– Mówisz, że jesteś wierzący. Kim jest dla ciebie Bóg?
– Doświadczeniem  wiary.  Niczym  więcej. Uważam,  że próba definicji  Boga jest 

pułapką. Zadano mi już to pytanie na spotkaniu autorskim i odpowiedziałem wtedy: „Nie 
wiem. Bóg nie jest dla mnie tym samym, czym jest dla ciebie”, i publiczność zaczęła bić 
brawo. Właśnie to czują ludzie, że nie istnieje Bóg, który pasuje wszystkim, bo to jest 
bardzo indywidualne.

– Leonardo Boff zwykł mawiać, że Bóg to wielka namiętność.
– W tym sensie Bóg jest taki sam dla wszystkich, gdyż wszyscy jesteśmy zdolni 

doświadczyć i pojąć wielką namiętność.

– Kim jest w takim razie dla ciebie ateista?
– Według mnie problem nie tkwi w wierze. Znam ateistów, którzy zachowują się 

tysiąc razy lepiej niż wielu bardzo bogobojnych. Bo bywa, że wierzący ulegają pokusie, 
by stać się sędzią swojego bliźniego, tylko dlatego, że wierzą w Boga.

Dla   mnie   ateista   to   człowiek,   który   wyraża   Boga   jedynie   poprzez   swoje   czyny. 

Czujemy się dziećmi Boga poprzez nasze czyny, a nie wyznanie wiary. „Pokaż mi swoje 
czyny, a ja ci pokażę twoją wiarę”, mawiał święty Jakub. Z drugiej strony my, którzy 
uważamy   się   za   wierzących,   musimy   przyznać,   że   nasza   wiara   zawsze   jest   bardzo 
krucha.   Teraz   sądzę,   że   jest   we   mnie   duża   wiara,   a może   dziś   w nocy   ta   pewność 
zniknie? Wiara to nie jest linia prosta.

– Sycylijski pisarz Leonardo Sciascia mawiał, że czasami wierzy w chodnik uliczny, 

a kiedy przechodzi przez ulicę, już w niego nie wierzy.

– Właśnie. Różnica jest taka, że człowiek wierzący jest przekonany, że istnieje. I, coś 

więcej, choć czasami nie czuje tej wiary.

– Powiedziałeś kiedyś, że gdy łączysz się ze źródłem energii, czujesz przyjemność. 

Czym dla ciebie jest przyjemność?

– To nie takie proste. Zajmowałem się kiedyś sadomasochizmem i dowiedziałem się, 

że czasem przyjemność bierze się z bólu. Nie mam w zwyczaju używać metafor. Borges 
twierdzi,   że   istnieją   cztery   prawdziwe   metafory,   ja   użyję   tylko   jednej:   dla   mnie 
przyjemność   to   „dobra   walka”,   to   znaczy   coś   zupełnie   odmiennego   od   poczucia 
szczęścia, nie wiążę bowiem szczęścia z przyjemnością. Moje wyobrażenie szczęścia jest 
bardzo   nudne:   to   niedzielne   popołudnie,   kiedy   nic   się   nie   dzieje.   W Podręczniku 

background image

wojownika   światła   mówię   o walce   i o   bitwie,   o entuzjazmie   podjęcia   batalii   dla 
osiągnięcia   czegoś,   co   da   ci   radość.   Czasem   przegrywasz,   innym   razem   wygrywasz, 
nieważne, liczy się walka o osiągnięcie tego, czego pragniesz. Tak więc powiedzmy, że 
przyjemność to wszystko, co robisz z entuzjazmem: może być w tym ból i cierpienie, ale 
to nie przekreśla tej podstawowej przyjemności, że wiesz, iż walczysz o to, co kochasz.

– A jednak wszyscy ludzie szukają takiego szczęścia, które uśmierzy ból.
– Sądzę, że to pułapka. Szczęście to pytanie bez odpowiedzi, jak na przykład: „Kim 

jestem?”.   To   nie   są   pytania   użyteczne.   Niemniej   jednak   ludzkość   nie   bez   powodu 
strawiła   tysiące   lat   na   szukanie   tego   próżnego   szczęścia.   Dla   mnie   szczęście   to   coś 
bardzo abstrakcyjnego. I tak naprawdę nigdy nie jestem szczęśliwy.

– Nawet wtedy, gdy wychodzi twoja nowa książka, która znów sprzedaje się jak 

świeże bułeczki?

– Nawet wtedy. Oczywiście czuję radość. To chwila napięcia, wyzwania i to sprawia 

mi   radość,   bo   jest   owocem   walki,   którą   prowadziłem   z wielkim   poświęceniem,   ale 
szczęście – nie. Szczęściem byłoby powiedzieć sobie: „Brawo! Napisałem książkę, która 
cieszy się powodzeniem. Sprawdziłem się jako pisarz. Mogę spać spokojnie”. A to nie 
jest prawda. Jestem człowiekiem zadowolonym, mam swoje wzloty i upadki, wygrane 
bitwy i sromotne klęski, ale przyjmuję je zawsze z radością, z radością toreadora. Tak 
naprawdę uwielbiam corridę, choć wiem, że to okropnie niepoprawne politycznie.

– Ja za corridą nie przepadam.
– A ja tak. Bo jest to chwila, kiedy stają naprzeciw siebie, oko w oko, życie i śmierć. 

Tam   nie   ma   miejsca   na   filozofowanie,   bo   jedno   z nich   zginie   –   byk   albo   toreador. 
Dlatego znawcy corridy mówią, że zarówno byk, jak i toreador musi odczuwać radość. 
Byk, który nie ma w sobie radości, nie nadaje się do corridy.

– Ale częściej umierają byki niż toreadorzy.
– To prawda, lecz czasami umiera też toreador. On dobrze wie, zeza każdym razem, 

kiedy wychodzi na arenę, ryzykuje życie, dlatego przed rozpoczęciem corridy modli się 
do Matki Boskiej. Kiedy w księgarniach pojawia się moja nowa książka, to trochę tak 
jakbym wychodził na arenę – cieszę się, gdyż podejmuję nowe wyzwanie, choć wiem, że 
to może być  niebezpieczne. Walczyłem  o to, wyszedłem na arenę, wiedząc, że mogę 
zostać   zwyciężony,   ukrzyżowany,   ale   przepełnia   mnie   radość,   że   osiągnąłem   to,   co 
chciałem: stworzyłem nową książkę.

–   Dla   mnie   życie   jest   jak   corrida.   Muszę   ciągle   ścierać   się   z bykiem   swojej 

odpowiedzialności i nigdy nie wiem, czy temu podołam. Wszystko to sprawia mi radość, 
ale to nie jest szczęście.

– Czym w takim razie dla ciebie jest nieszczęście? Kiedy czujesz się nieszczęśliwy?

background image

– W chwilach tchórzostwa, kiedy szukam zbyt łatwej drogi. Paradoksalnie, czuję się 

nieszczęśliwy, kiedy szukam wygodnego szczęścia.

– Uważasz się za osobę kochającą, skrajności. W takim razie nie powinieneś również 

lubić harmonii zdobytego spokoju, skoro wolisz radość walki.

– Masz rację. Nigdy nie szukałem harmonii. Sądzę, że życie kończy siew chwili, 

kiedy   przestajesz   walczyć   i mówisz:   „Doszedłem”.   To   byłoby   szczęście,   którego   nie 
lubię i nie szukam. W całym swoim życiu czułem się tak dwa albo trzy razy, to znaczy 
w pełni szczęścia, nieruchomy, z uczuciem, że doszedłem do kresu drogi. Ale trwało to 
krótko, bo dobry Bóg bardzo szybko dawał mi kopniaka i znowu wprawiał mnie w ruch.

Uważam, że ludzie dzielą się na tych, co szukają świętego spokoju, i wojowników 

światła, którzy – jak to określał święty Paweł – uwielbiają walczyć, nie spoczywając na 
laurach   zdobytego   szczęścia.   To   ludzie,   którzy   lubią   ciągłe   wyzwania,   starcia, 
poszukiwania bez końca. Wojownik światła jest jak toreador, który nie wyobraża sobie 
życia bez areny. Życie pisarza też jest ciągłym wyzwaniem: iść na pierwszą linię ognia, 
narażać się i na gwizdy, i na owacje.

– Gdybyś miał wytłumaczyć grupie młodych ludzi, kim jest Paulo Coelho, jak byś 

siebie opisał?

– Jako pielgrzyma, który przemierza drogę, co nie ma końca. Jako pielgrzyma, który 

wie,   że   istnieje   skarb,   zmierza   w jego   stronę   prowadzony   przez   znaki,   jak   pasterz 
z Alchemika.  Dla  niego  ważne  jest  dojście   do  skarbu,  ale   kiedy  dociera  na   miejsce, 
spostrzega,   że   już   nie   jest   taki   jak   przedtem,   zmienił   się,   jest   kimś   innym.   Droga 
i poszukiwanie hartuje cię i przeistacza. Ja ciągle szukam.

Początki

Dzieciństwo   i młodość   Paula   Coelho   nie   były   łatwe,   za   to   bogate   w różnorodne 

przeżycia,   czasem   skrajne   i okrutne,   jak  szpital   psychiatryczny   i więzienie,   gdzie   był 
torturowany   przez   bojówki   paramilitarne   podczas   dyktatury   w Brazylii.   Był   młodym 
buntownikiem,   gotowym   na   wszelkie   nowe   wyzwania,   nieodrodnym   dzieckiem 
sześćdziesiątego ósmego roku, czasu szaleństw i łamania utartych zwyczajów. Zawsze 
poszukiwał   czegoś,   co   dałoby   mu   poczucie   pełni,   nie   poddawał   się   rodzinnym   czy 
społecznym   konwencjom.   Był   zdeklarowanym   nonkonformistą,   zdolnym   jednakże 
przyznać się do błędów lub wycofać się, gdy przebrał miarę. Jak wyznaje na kartach tej 
książki,  nigdy nie  czuł nienawiści czy urazy do swoich rodziców, którzy trzykrotnie 
zamykali go w szpitalu psychiatrycznym. Jest przekonany, że zrobili to dla jego dobra.

            Juan Arias

background image

– Jakie było twoje dzieciństwo? Czy masz rodzeństwo?
Paulo Coelho
–   Mam   młodszą   siostrę,   jest   inżynierem   chemikiem.   Ja   byłem   najstarszym 

i najbardziej zbuntowanym dzieckiem w domu. Bardzo szybko odkryłem pewną życiową 
prawdę:   jeżeli   jesteś   najstarszy   w rodzinie,   cokolwiek   by   się   działo,   zawsze   ciebie 
obwiniają,   zawsze   będziesz   ofiarą.   Na   początku   bardzo   mi   to   przeszkadzało,   bo 
oczywiście   nie   byłem   za   wszystko   odpowiedzialny,   aż   pewnego   dnia   powiedziałem 
sobie:   „A   więc   dobrze,   skoro   już   wszystkie   winy   zawsze   zwalają   na   mnie,   to 
przynajmniej   będę   robił,   co   mi   się   podoba”.   Tak   zbuntowałem   się   przeciw 
niesprawiedliwości.

– Jakie są twoje pierwsze wspomnienia z dzieciństwa?
–   To   zabawne,   ale   mam   parę   wyraźnych   wspomnień   z bardzo   wczesnego 

dzieciństwa. Mieszkaliśmy w Botafogo, przeciętnej dzielnicy Rio. I powiem ci coś, w co 
zapewne nie uwierzysz i czego ja sam nigdy nie mogłem sobie wytłumaczyć. Pytałem 
nawet lekarzy, czy to możliwe, czy zdarzało się coś takiego innym dzieciom. Pamiętam 
bardzo   dokładnie,   że   zaraz   po   urodzeniu   rozpoznałem   moją   babkę.   Pamiętam,   że 
otworzyłem oczy i powiedziałem sobie: „To jest moja babcia”. A przecież dopiero co 
przyszedłem na świat.

– A jak wspominasz swoich rodziców?
– Ojciec był inżynierem, pochodził z rodziny bardzo przywiązanej do tradycji; matka 

studiowała muzeologię na uniwersytecie. Mój ojciec jeszcze żyje, ma bardzo dominującą 
osobowość i miał duży wpływ na matkę.

– Chodziliście na msze? Byliście typową katolicką rodziną?
– Pamiętam, że rodzice zmuszali mnie do chodzenia do kościoła co niedziela, a w 

ostatnich latach gimnazjum u jezuitów chodziło się także w piątki. Moje wykształcenie 
było absolutnie formalistyczne. Nie wiem, jak teraz jest u jezuitów, ale wtedy byli bardzo 
konserwatywni   i surowi.   Moja   matka   dość   wcześnie   przeżyła   kryzys   wiary.   Zaczęła 
interesować   się   bardziej   otwartą   teologią,   mniej   dogmatyczną.   Nie   była   to   jeszcze 
teologia wyzwolenia, ale bardzo blisko i to otworzyło jej oczy na wiele spraw, zaczęła 
kwestionować   swoją   wiarę.   Poznała   bardziej   otwartych   księży   oraz   środowisko 
archeologów   i powoli   zaczęła   patrzeć   na   religię   pod   innym   kątem,   mniej   sztywno 
i tradycyjnie. Działo się to w okresie, w którym nie byłem już zbyt blisko rodziny.

– Teraz jezuici są raczej postępowi, zwłaszcza w krajach Trzeciego Świata.
–  W tamtych   czasach,   niestety,   uważali   się  za   armię   Chrystusa.   Dali  mi  świetne 

podstawy dyscypliny,  ale także  wywołali  wstręt  do religii,  więc zupełnie  się od niej 
oddaliłem.   Dlatego,   na   znak   protestu   przeciw   tamtym   sztywnym,   zamkniętym 

background image

strukturom,   kiedy   tylko   wyszedłem   z jezuickiego   gimnazjum   –   dokąd   wysłali   mnie 
rodzice, bo w szkole publicznej nie dawałem sobie rady – rzuciłem się w wir najbardziej 
skrajnych ugrupowań studenckich, a przede wszystkim niewierzących. I zachłysnąłem się 
pismami Marksa, Engelsa, Hegla.

– Czy byłeś niespokojnym duchem?
–   Całkowicie.   Po   wielu   nieudanych   próbach,   a szczególnie   po   strasznych 

doświadczeniach z czarną magią, o których jeszcze ci opowiem, stałem się ateistą.

– Ale ostatecznie znów wróciłeś do katolicyzmu.
– Kiedy wróciłem do duchowych poszukiwań, byłem przekonany, że ostatnią rzeczą, 

do   której   się   zwrócę,   będzie   katolicyzm,   bo   napawał   mnie   odrazą.   Byłem   święcie 
przekonany,   że   nie   tędy   droga,   że   katolicki   Bóg   jest   prawicowy,   nie   ma   kobiecego 
oblicza. To był Bóg surowy, pozbawiony miłosierdzia, współczucia, tajemnicy. Wtedy 
zacząłem   eksperymentować   z innymi   religiami   i sektami,   przede   wszystkim 
przychodzącymi   ze   Wschodu.   Próbowałem   wszystkiego   co   się   dało:   Hare   Kriszna, 
buddyzmu, filozofii joginów, naprawdę wszystkiego. Do kościoła zacząłem regularnie 
chodzić dopiero po powrocie z pielgrzymki do Santiago de Compostela.

– Co studiowałeś na uniwersytecie?
– Studiowałem prawo, ale z obowiązku, zresztą nigdy go nie skończyłem. Do końca 

szkoły   średniej   mój   odruch   buntu   był   całkowicie   stłamszony   przez   rodziców, 
społeczeństwo, środowisko. W tym okresie całkowicie zatrzymałem się w nauce, przez 
trzy lata nie mogłem skończyć szkoły średniej, nie umiałem się z niej wygrzebać, aż 
w końcu moja rodzina zapłaciła, żeby dopuszczono mnie do egzaminów. Tak było. Ale 
kiedy już wybuchłem, wybuchłem na dobre. Stało się to zaraz po tym, jak dostałem się na 
uniwersytet.

– A kiedy wybuchłeś, jak zareagowała twoja rodzina?
– Za pierwszym razem zamknęli mnie w szpitalu psychiatrycznym, jak wariata.
–   Jak   można   było   zamknąć   zdrowego   na   umyśle   człowieka   w szpitalu 

psychiatrycznym?

– Wtedy było to możliwe. W każdym razie moim rodzicom się udało. Zamykano 

mnie  zresztą  trzy razy,  bo zawsze  uciekałem.  Ten szpital  jeszcze  istnieje. Niedawno 
chciałem   się   dowiedzieć,   jakie   powody  podali,   aby  zamknąć   mnie   z wariatami.   I nie 
mogłem uwierzyć własnym oczom, bo powody były bardzo banalne. W karcie pacjenta 
napisano,   że   łatwo   się   denerwuję,   kłócę   się   na   tematy   polityczne,   mam   trudności 
w nauce, moja matka uważa, że mam problemy seksualne, jestem bardzo niedojrzały jak 
na swój wiek i kiedy czegoś chcę, staram się to osiągnąć za wszelką cenę, co sprawia, że 
reaguję coraz bardziej gwałtownie. I to wystarczyło, by zamknąć mnie w szpitalu.

background image

– Jak się tam czułeś?
– Miałem wtedy siedemnaście lat i pragnąłem tylko jednego – pisać książki. Właśnie 

zacząłem   pracować   jako   reporter   w pewnym   dzienniku   i przeczytałem   całego   Oscara 
Wilde’a.   Byłem   idealistą,   w głębi   duszy   myślałem   sobie,   że   jak   ktoś   chce   zostać 
pisarzem, powinien przejść wiele prób – szpital psychiatryczny,  czemu nie? Czyż nie 
przytrafiło się to innym artystom, jak choćby Van Goghowi? Widziałem w tym część 
mojej własnej legendy, mojej żądzy przygód. W szpitalu pisałem wiersze, ale w końcu 
uciekłem, bo było dla mnie jasne, że nie jestem wariatem: chciałem po prostu żyć pełnią 
życia,  tak jak mi  się podobało.  Niektórzy dziś  sądzą, że dostałem  się tam z powodu 
narkotyków. To nieprawda. Wtedy nawet jeszcze nie spróbowałem narkotyków. Moje 
próby ze środkami odurzającymi zaczęły się o wiele później, w wieku około dwudziestu 
lat.

–   Jaką   lekcję   wyniosłeś   z tej   ekstremalnej   sytuacji,   kiedy   przebywałeś   wśród 

wariatów, choć sam wariatem nie byłeś?

– Będę z tobą szczery. Sądzę, że największym niebezpieczeństwem szaleństwa nie 

jest samo szaleństwo, lecz przyzwyczajenie się do niego. W szpitalu psychiatrycznym 
odkryłem, że mogę wybrać szaleństwo i spędzić całe życie nie pracując, nic nie robiąc 
i udając wariata. To była bardzo silna pokusa. W powieści Weronika postanawia umrzeć 
– w formie fikcji literackiej – opisałem część moich doświadczeń z tamtego okresu. Już 
trzeciego dnia w szpitalu mówiłem sobie: „No dobrze. Przyzwyczajam się, nie jest wcale 
tak źle, a nawet całkiem wygodnie, na dodatek nie docierają tu żadne problemy ze świata 
zewnętrznego”. Panował tam taki spokój, jak w łonie matki.

– Jakie były twoje relacje z innymi pacjentami?
– Z wariatami? Wszyscy wydawali mi się normalni. Miewali napady szału, tak jak ty 

i ja   w normalnym   życiu.   Trzeba   przyznać,   było   kilku   schizofreników,   którzy   stracili 
kontakt z rzeczywistością, ale można ich było policzyć na palcach jednej ręki. Z resztą 
dyskutowałem   o filozofii,   o książkach   i w   ogóle   o wszystkim.   Mieliśmy   telewizję, 
mogliśmy słuchać muzyki i całkiem nieźle się bawiliśmy.

– A elektrowstrząsy?
– Nie były przyjemne, ale nie myśl, że dużo czujesz. Jak mi to robili wiele lat później 

w okolicach   genitaliów,   kiedy   zostałem   porwany   i torturowany,   ból   był   przejmujący, 
poniżający i haniebny. Naprawdę nie do wytrzymania. Istny koszmar!

– Pierwszy raz wypuszczono cię ze szpitala za dobre sprawowanie. Ale za drugim 

razem, według zapisków szpitalnych, uciekłeś. Jak ci się to udało?

– Znalazłem się na dziewiątym piętrze, na oddziale zamkniętym, nie mogłem stamtąd 

wyjść, bo uznano mnie za niebezpiecznego wariata. Faszerowano mnie więc lekami – 

background image

ogromną ilością leków – i poddawano elektrowstrząsom. Przebywałem na tym oddziale 
prawie   dwa   miesiące,   nie   docierało   tam   słońce,   od   tego   faktycznie   można   było 
zwariować. Była tam winda, ale obsługiwał ją windziarz. Pewnego dnia wsiadłem do 
windy   z jakąś   grupą   ludzi,   zjechałem   na   parter,   wyszedłem   głównym   wejściem 
i poczułem się niesamowicie wolny. To było jak z Kafki.

– To bardzo symboliczne – byłeś więźniem, ale tak naprawdę nim nie byłeś.
– To niezmiernie symboliczne. W jednym  z opowiadań Kafki bohater staje przed 

bramą   zamku   i pyta:   „Czy   mogą   wejść?”.   Strażnik   nie   odpowiada,   więc   bohater 
odchodzi, a pod koniec życia wraca i pyta strażnika: „Dlaczego nie pozwoliłeś mi wtedy 
wejść?”,   a strażnik,   który   też   jest   już   stary,   odpowiada:   „Przecież   nie   powiedziałem 
„nie”. Ty pytałeś, a mnie nie wolno było mówić. Dlaczego nie wszedłeś?” To samo mnie 
przytrafiło się w szpitalu psychiatrycznym. Jednak w końcu wsiadłem do windy, tak jak 
stałem, w piżamie i kapciach, i po prostu wyszedłem. Byłem bez grosza przy duszy, nie 
miałem   absolutnie   nic.   Poszedłem   na   piechotą   do   przyjaciela,   dał   mi   gitarę   i trochę 
pieniędzy. Odchodząc zadałem sobie pytanie: „Co ja mam teraz z sobą począć?” Wtedy 
zacząłem podróżować i pracować dorywczo.

– Nie skontaktowałeś się z rodziną?
– Dopiero po dwóch miesiącach, kiedy już było ze mną bardzo źle, bo nie miałem 

nawet najedzenie, zadzwoniłem do rodziców. Oczywiście powiedzieli mi, żebym wracał 
jak najszybciej, że nie będą mi robić żadnych wyrzutów, że tym razem nie zamkną mnie 
w szpitalu. Wysłali mi pieniądze na powrót, bo byłem bardzo daleko od Rio, i w końcu 
wróciłem. Ale kiedy upłynął rok, znowu zaczęli się mnie czepiać: „Paulo oszalał, teraz 
dla odmiany chce bawić się w teatr”, bo moją nową pasją, oprócz pisarstwa, stał się teatr. 
Znowu oddali mnie do szpitala i znowu uciekłem, ale tym razem uprzedzono windziarza, 
aby miał mnie na oku. Za drugim razem wykorzystałem wizytą u dentysty, bo mój lekarz 
doszedł   do   genialnego   wniosku,   że   z powodu   bólu   zęba   tracę   panowanie   nad   sobą. 
Według niego nie pojmowałem, że ból pochodzi od zęba i dlatego byłem taki agresywny 
dla otoczenia. Wracając od dentysty, zwiałem.

Znów wyruszyłem w podróż i znów wróciłem do rodziny, bo nie miałem pieniędzy. 

Już w progu powiedziałem: „Teraz naprawdę zwariowałem!”, bo wtedy byłem już sam 
przekonany, że coś jest ze mną nie tak, i nie chciałem więcej uciekać. Upłynęły jakieś 
dwa tygodnie, pogrążyłem się całkowicie w apatii, nie reagowałem na żadne bodźce ze 
świata.

– To chyba też nie było łatwe dla twoich bliskich?
– Prawdę mówiąc, w tamtej chwili nie myślałem o nich. Myślałem tylko o sobie. 

Zrozumiałem   to   dopiero   później.   Ale   przydarzyło   mi   się   coś   paradoksalnego,   co 

background image

radykalnie miało odmienić moje życie. Pewnego dnia, pamiętam, siedziałem w swoim 
pokoju, miałem tam biurko, łóżko, ubrania, wszystkie rzeczy, które kochałem, i raptem 
powiedziałem sobie: „Nie mogę tak dłużej żyć”. Straciłem już wtedy pracę w gazecie, 
straciłem przyjaciół i musiałem porzucić teatr. Pomyślałem, że może moi rodzice mają 
rację, że jestem naprawdę szalony.  I po raz pierwszy zachowałem się jak prawdziwy 
wariat. Zamknąłem się u siebie i zacząłem wszystko niszczyć: podarłem książki, które 
tak   kochałem,   całą   serię   Sherlocka   Holmesa,   Henry’ego   Millera,   połamałem   płyty, 
roztrzaskałem pamiątki. Rozwaliłem wszystko w drobny mak. Kiedy rodzice usłyszeli, 
jak systematycznie demoluję pokój, natychmiast zadzwonili do lekarza, który prowadził 
mnie w zakładzie psychiatrycznym, ale go nie było. Zadzwonili do innego psychiatry, 
doktora Fajardo, którego pamiętam bardzo dobrze, bo był to człowiek bez nosa, bardzo 
interesująca postać. Kiedy przyjechał, otworzył drzwi do mojego pokoju i ujrzał całe to 
pobojowisko, byłem pewien, że zabierze mnie prosto na oddział zamknięty. Ale jakież 
było moje zdziwienie, kiedy spokojnie i z uśmiechem zapytał mnie: „Co się stało?”. „Nie 
widzi pan? – odpowiedziałem. – Właśnie wszystko tu zdemolowałem”. A on, niczym nie 
zrażony, rzekł tylko: „To świetnie! Teraz, kiedy już wszystko rozwaliłeś, możesz zacząć 
nowe życie. Zrobiłeś właśnie to, co powinieneś był zrobić, czyli zniszczyłeś negatywną 
przeszłość,   aby   móc   zacząć   nowe   pozytywne   życie”.   „Co   też   pan   wygaduje?”   – 
wybąkałem   do   tego   dziwnego   psychiatry,   który   chwalił   mnie   za   zniszczenie 
najukochańszych przedmiotów. Powtórzył  wtedy: „Zrobiłeś właśnie to, co powinieneś 
był zrobić. Unicestwiłeś zmory przeszłości. Teraz twoje życie zaczyna się na nowo”.

– A jak zareagowali na to twoi rodzice?
–   Byli   bardzo   wyrozumiali   i zgodzili   się   z tym,   co   mówił   ten   osobliwy   lekarz. 

Powiedzieli mi: „Teraz już będzie dobrze, zaczniesz wszystko od początku, najgorsze już 
za   tobą.   Pozbieramy   wszystko,   co   zniszczyłeś,   i wyrzucimy   na   śmietnik”.   Tamten 
człowiek uratował mnie, bo ja naprawdę stanąłem już na skraju szaleństwa, a najgorsze 
było to, że się z tym pogodziłem, zrezygnowałem z walki o siebie.

– Utrzymywałeś kontakt z tamtym psychiatrą?
– Tamtego dnia na pożegnanie powiedział: „Teraz ja zajmę się twoim leczeniem”. 

Byłem u niego jakieś kilkanaście razy, aż wreszcie rzekł: „Od dziś musisz już chodzić 
o własnych siłach. Praktycznie jesteś już zdrowy. Wprawdzie trochę szalony, ale każdy 
z nas ma w sobie odrobinę szaleństwa”. I wtedy eksplodowała we mnie cała moc buntu. 
Powiedziałem sobie w duchu: jeżeli nie ma znaczenia, że jestem trochę szalony, i jeśli 
każdy musi stawić czoło własnemu szaleństwu, to powinienem teraz nauczyć się żyć 
pełną parą, robić wszystko, na co mam ochotę, niczego sobie nie żałować. Straciłem 
wszystko – pracę w redakcji, przyjaciół, teatr, nawet dziewczynę, która zostawiła mnie, 

background image

bo kiedy trafiłem do szpitala nie mogliśmy się widywać.

– Czułeś nienawiść albo urazę w stosunku do swoich rodziców za to, że cię wysłali 

do domu wariatów, mimo że nie byłeś chory?

– Nie, nigdy. Byli przekonani, że ich nienawidzą, ale to nieprawda. Wysłali mnie tam 

z miłości, wprawdzie miłości pokrętnej, dominującej, desperackiej, ale koniec końców 
z miłości. Nie zamknęli mnie w szpitalu z nienawiści czy dlatego, że chcieli się mnie 
pozbyć, tylko dlatego że chcieli pomóc mi w urządzaniu sobie dorosłego życia. Był to 
szalony akt  rozpaczy,   który  dotknął  bardziej  ich  samych  niż  mnie.   Ale jednocześnie 
wszystko to dało mi możliwość stoczenia dobrej walki, stanięcia oko w oko z samym 
sobą.

– Kiedy niedawno odkryłeś prawdziwe powody, dla których rodzice zamknęli cię 

w szpitalu psychiatrycznym, jak zareagowałeś?

–   Poczułem   jedyny   raz   nienawiść   i gniew   przed   paroma   tygodniami,   gdy 

przeczytałem w aktach szpitalnych, dlaczego mnie zamknęli. I wściekłem się, bo podali 
przyczyny tak absurdalne, że aż trudno mi było uwierzyć. Ale paradoksalnie najbardziej 
odczuł to mój angielski wydawca, na którym skrupił się cały mój gniew. „Nie mogę już 
wytrzymać   w tym   podłym   hotelu!”   –   darłem   się   jak   opętany.   Zasypywałem   go 
telefonami, niezadowolony z wyjazdu do Dublina, gdzie podpisywałem książki i gdzie 
wziąłem udział w programie telewizyjnym, który mi się nie spodobał. Aten biedak, Bogu 
ducha winien, pytał tylko: „Dlaczego jesteś tak zdenerwowany?”. Poszliśmy później do 
parku, wyjaśniłem mu wszystko i odzyskałem pogodę ducha. To był  jedyny raz, gdy 
zareagowałem tak gwałtownie z powodu tamtej historii ze szpitalem. Ale naprawdę nie 
chowam urazy do rodziców. Przyrzekłem sobie, że nie będę przywoływał tego bolesnego 
doświadczenia, dopóki będą żyć moi rodzice, a robię to teraz, ponieważ mama już nie 
żyje, a ojciec jest bardzo stary, choć w pełni sił umysłowych i kibicował mi wiernie przy 
wydaniu książki Weronika postanawia umrzeć. Sądzę, że fakt, iż opowiedziałem tamtą 
historię, sprawił mu wielką ulgę. A jeszcze bardziej się ucieszył, kiedy dowiedział się 
z wielu listów, które do mnie napływają, że nie tylko on zrobił coś takiego swojemu 
dziecku, że to samo zdarzało się w wielu innych rodzinach.

– Czy twoi rodzice próbowali kiedykolwiek wytłumaczyć się przed tobą?
– Nie, nigdy nie próbowali, ale przeprosili mnie. Powiedzieli: „Wybacz nam, to był 

największy błąd naszego życia”, ale nigdy nie wytłumaczyli mi, dlaczego tak postąpili. 
Jednak to dotknęło nas wszystkich, bo jak mówi Jose Ortegay Gasset: Ja to jestem ja 
i okoliczności mojego życia”. Bez wątpienia ucierpieliśmy wszyscy.

– I wtedy zostałeś hipisem?
– Tak. Ruch hipisowski był  dla mnie nową rodziną, nową wspólnotą plemienną. 

background image

Próbowałem dostać się na uniwersytet, ale to już nie było to. I właśnie wtedy rzuciłem się 
w wir narkotyków  i seksu. Jakiś czas  sądziłem nawet, że jestem homoseksualistą,  bo 
moja matka wbiła mi do głowy, że mam jakieś problemy seksualne. Pomyślałem, że aby 
pozbyć się wątpliwości, trzeba spróbować. I tak też zrobiłem. Za pierwszym razem wcale 
mi się to nie spodobało, być może dlatego, że byłem zbyt spięty. Upłynął rok, a ja ciągle 
miałem wątpliwości i znów spróbowałem. Tym razem już nie byłem spięty, ale też mi to 
nie przypadło do gustu. I wtedy powiedziałem sobie: do trzech razy sztuka, spróbuję 
ostatni   raz   i jeśli   tym   razem   mi   się   także   nie   spodoba,   to   znaczy,   że   nie   jestem 
homoseksualistą.   No   i nie   spodobało   mi   się.   Miałem   wtedy   dwadzieścia   trzy   lata. 
W owym czasie grałem w teatrze, a w tym  środowisku było wielu homoseksualistów, 
sądziłem   więc,   że   ja   też   jestem,   choć   nie   zdaję   sobie   z tego   sprawy.   I tak   w końcu 
dowiedziałem się, na czym stoję.

– Uwolniony od tej obsesji, zacząłeś znowu pracować i podróżować. Rozpierała cię 

młodość. Jak ją wspominasz?

–   Zacząłem   udzielać   korepetycji   kandydatom   do   szkoły   teatralnej,   grałem   także 

w przedstawieniach dla dzieci. Były to prace dorywcze – przez dwa czy trzy miesiące 
w roku – które pozwalały mi przez resztę roku podróżować, co wtedy było bardzo tanie. 
Pamiętam,   że   nie   znając   angielskiego   przejechałem   przez   całe   Stany   Zjednoczone 
i dotarłem do Meksyku za dwieście dolarów. W Stanach kupowałeś bilet autobusowy za 
dziewięćdziesiąt dziewięć dolarów i mogłeś jeździć po całym tym ogromnym kraju przez 
półtora   miesiąca.   Nie   miałem   pieniędzy   na   noclegi,   więc   spałem   w autobusie   osiem 
godzin i dojeżdżałem do jakiejś mieściny, o której nie miałem bladego pojęcia, ale było 
mi   wszystko   jedno,   a w   ten   sposób   poznałem   wiele   ciekawych   miejsc.   Jeździliśmy 
zawsze   grupą,   bo   hipisi   są   bardzo   solidarni.   Wtedy   kompletnie   wsiąkłem   w kulturę 
hippie.

– A co się stało z twoją pasją pisarską?
– W tamtym  czasie nie pisałem,  ale kiedy wróciłem do Brazylii,  odkryłem  prasę 

alternatywną, underground, zjawisko, które powstało za czasów dyktatury wojskowej. 
Nie   była   to   prasa   lewicowa,   raczej   coś   dla   tych,   którzy   szukali   alternatywy   nie 
mieszczącej   się   w żadnym   systemie:   Beatlesi,   Rolling   Stonesi,   Peter   Fonda 
z amerykańską  flagą  i Easy Rider. To była  klasyka  amerykańskiej  kultury pop. Moja 
ówczesna dziewczyna – bo kobiety zawsze odgrywały ważną rolę w moim życiu – miała 
mieszkanie, ale byliśmy bez grosza. Pewnego dnia zaczęliśmy szukać pracy. W jakiejś 
firmie, która mnie zatrudniła, stał powielacz, więc przyszedł mi do głowy pomysł, by 
założyć  czasopismo. Ukazały się wprawdzie tylko dwa numery,  ale to zadecydowało 
o mojej przyszłości. Dzięki tej gazecie poznałem producenta muzycznego z CBS, Raula 

background image

Seixasa, który był moim rówieśnikiem i wkrótce potem stał się sławnym piosenkarzem 
rockowym.

– W wielu środowiskach do dziś jesteś bardziej znany jako autor przebojów Seixasa 

niż autor powieści.

–   Raul   spytał,   dlaczego   nie   piszę   tekstów   piosenek.   On   był   częścią   systemu, 

producentem wielkiej wytwórni płytowej, a my, hipisi, mieliśmy wiele uprzedzeń wobec 
wszelkich systemów. Iść pod prąd wszystkiego co ustanowione i bezpieczne – to była 
nasza filozofia. Zdecydowałem się wtedy zrobić to zupełnie na zimno, bo wiedziałem 
już, jak jest po obu stronach  barykady.  Raul  był  producentem  Jerry’ego  Adrianiego, 
piosenkarza śpiewającego bolera w stylu  Julia Iglesiasa, czego zupełnie nie trawiłem. 
Mówiłem   sobie:   „Przecież   tego   faceta   nie   da   się   słuchać!”.   A jednak,   mimo   moich 
uprzedzeń,   okazał   się   ostatecznie   człowiekiem   wspaniałym,   uroczym,   naprawdę 
fantastycznym.  Był  kiedyś  program  telewizyjny  Poeto,  pokaż  swoją  twarz,  w którym 
brali udział różni tekściarze brazylijscy i różni wykonawcy. Mój producent zapytał mnie, 
któremu   wykonawcy   powierzyłbym   zaśpiewanie   moich   tekstów,   a ja   bez   namysłu 
odpowiedziałem,   że   Adrianiemu,   bo   naprawdę   na   to   zasługiwał.   Pamiętam,   że 
Adrianiego bardzo wzruszyło to, że wybrałem właśnie jego. To był  swoisty hołd dla 
niego, odegrał bowiem bardzo istotną rolę w życiu Raula i moim.

– Od tej chwili wiodło się wam znacznie lepiej.
– Bez wątpienia.  Pomyśl  tylko,  pierwszy raz w życiu  z dnia  na dzień  stałem  się 

bogaty.  Jednego dnia brakowało mi na kino czy na restaurację, a następnego miałem 
czterdzieści   tysięcy   dolarów   na   koncie,   istne   szaleństwo!   W pierwszej   chwili 
pomyślałem, że zafunduję sobie sportowy samochód, ale ostatecznie kupiłem mieszkanie. 
Moi   rodzice   z powodu   tej   osobliwej   zależności,   jaka   zachodzi   między   pieniądzem 
i sukcesem,   zaczęli   mnie   rozpieszczać.   Miałem   wtedy   dwadzieścia   cztery   lata   i mój 
ojciec pomógł  mi w kupnie tego mieszkania. Pożyczył  mi  jeszcze trzydzieści  tysięcy 
dolarów, które zresztą zaraz mu zwróciłem, bo moja dobra passa trwała. Do tego stopnia, 
że   w 1978   roku   miałem   trzydzieści   lat   i pięć   mieszkań.   Bywa,   że   na   twojej   drodze 
pojawiają się ludzie opatrznościowi niczym drogowskazy i całkowicie odmieniają twoje 
życie. Takim człowiekiem był dla mnie z pewnością psychiatra Fajardo, Raul Seixas, 
a później   inna   osoba,   którą   spotkałem,   kiedy   wyszedłem   z więzienia.   To   zresztą 
znamienne, że nie instytucje, ale pojedynczy ludzie kierują twoje życie na dobre lub złe 
tory.

– Byłeś także więźniem politycznym. Czy to prawda, że porwano cię i torturowano?
–   Tak.   Trzy   razy.   U mnie   wszystko   zdarza   się   trzy   razy.   W Alchemiku,   jeśli 

pamiętasz, jest takie przysłowie: „Wszystko, co zdarzyło się raz, może już nie przydarzyć 

background image

się nigdy więcej, ale to, co zdarza się dwa razy, zdarzy się na pewno i trzeci”. Często tak 
właśnie patrzą na życie: to znaki i symbole, które pojawiają się na mojej drodze. Tak 
naprawdę byłem więziony sześć razy, trzy razy w zakładzie psychiatrycznym i trzy razy 
w zakładzie karnym.

– Co było gorsze?
–   Więzienie   było   po   tysiąckroć   gorsze.   To   było   najokrutniejsze   doświadczenie 

mojego   życia,   bo   oprócz   tego   co   tam   przeżyłem,   po   wyjściu   na   wolność   byłem 
traktowany   jak   trędowaty.   Ciągle   słyszałem   wokół   siebie:   „Lepiej   się   do   niego   nie 
zbliżaj, siedział w więzieniu, na pewno nie bez powodu”.

Więzienie   to   nienawiść,   okrucieństwo,   złowroga   siła   i całkowita   bezradność. 

Pierwszy raz  trafiłem  tam prosto z kolacji,  którą jadłem  w gronie przyjaciół  w stanie 
Parana i ktoś dokonał napadu na pobliski bank. Nosiłem wtedy długie włosy i nie miałem 
przy sobie dokumentów, a to wystarczyło, żeby mnie wsadzić do pudła. Przetrzymali 
mnie tam przez tydzień, ale włos mi z głowy nie spadł.

– A kolejnym razem?
–   To   było   poważniejsze   i bardziej   niespodziewane,   bo   wtedy   już   pracowałem 

z Raulem.  Byłem  znanym  autorem tekstów  piosenek i zarabiałem  krocie. Na dodatek 
byłem   już   dosyć   wtajemniczony   w arkana   czarnej   magii   i czułem   się   prawie 
wszechmocny. A jednak znów znalazłem się za kratkami.

– Dlaczego cię zatrzymano?
– Pamiętam, jakby to było wczoraj. Zaczęliśmy wtedy z Raulem hołdować utopijnej 

idei społeczeństwa alternatywnego. Podczas koncertu w Brasilii wygłosiłem parę słów na 
temat naszej wizji społeczeństwa i jak chcemy je zmienić. Wszystko to wydawało mi się 
dziecinnie niewinne. Byliśmy młodymi idealistami. Ale następnego dnia Raul otrzymał 
wezwanie   na   policję.   Poszedł,   ja   z nim.   Czekałem   na   korytarzu,   kiedy   jego 
przesłuchiwali. W pewnym momencie Raul wyszedł, nucąc pod nosem jakąś piosenkę. 
Poszedł   zadzwonić   i powiedział   mi:   „To   o ciebie   im   chodzi,   nie   o mnie”.   Kiedy 
zbierałem   się   do   wyjścia,   zapytano   mnie:   „Gdzie   idziesz?”.   „Napić   się   kawy”   – 
odpowiedziałem.   „Nie,   nie,   poproś   kolegę,   niech   ci   przyniesie”.   I już   stamtąd   nie 
wyszedłem. Na początku nie przejąłem się tym zbytnio, bo miałem nawet romantyczną 
wizję wiezienia. Myślałem, że więzienie polityczne stanowi część naszej przygody.

– Czy twoi rodzice w jakiś sposób ci pomogli?
– Tak. Udało im się znaleźć adwokata, który mnie uspokoił i zapewnił, że nie zrobią 

mi   krzywdy,   że   wszystkie   te   okropności   na   temat   tortur,   o których   chodziły   słuchy 
w czasach   dyktatury,   nie   dotyczą   mojej   osoby.   To   działo   się  już   pod  koniec   reżimu 
wojskowego   w Brazylii   i generał   Ernesto   Geisel   zarządził   właśnie   polityczną   odwilż. 

background image

Istniała jednak ultraprawicowa frakcja twardogłowych, trzęsąca całą tą machiną wojenną, 
która rozprawiła się z partyzantką.  Wiedzieli,  że jestem jednym  z zapaleńców, którzy 
należą do społeczeństwa alternatywnego, i że nie mam nic wspólnego z partyzantką, ale 
mieli już mało więźniów politycznych, bo prawie wszystkich wykończyli, więc musieli 
znaleźć nowych wrogów, aby usprawiedliwić jakoś swoje istnienie. Kiedy przyjechał mój 
adwokat,   wypuścili   mnie,   bo   zgodziłem   się   podpisać   jakiś   dokument,   w którym 
przyznałem, że rząd nie jest odpowiedzialny za wydarzenia i tym podobne bzdury.

– Ale najgorsze przyszło dopiero później!
– Tak, tuż po wyjściu z więzienia pewne ugrupowanie paramilitarne porwało moją 

żonę   i mnie,   kiedy   jechaliśmy   taksówką.   Pokazałem   im   papiery,   które   podpisałem 
w więzieniu, a oni powiedzieli mi: „W takim razie to prawda, że jesteś partyzantem, bo 
nie wróciłeś prosto do domu”. I dodali, że na pewno konspiruję w podziemiu ze swoimi 
towarzyszami   z opozycji.   Nikt   nie   wiedział,   co   się   z nami   stało.   Dla   mnie   były   to 
najgorsze dni w moim życiu. Lecz tym razem rodzice nie mogli mi pomóc, bo nawet nie 
wiedzieli, gdzie jestem.

– Gdzie was zawieźli?
–   Nie   wiem.   Po   moim   uwolnieniu   rozmawiałem   o tym   z paroma   osobami 

i podejrzewamy,  że to było gdzieś na ulicy Barao de Mezquita, gdzie znajdowały się 
koszary wojskowe otoczone ponurą sławą miejsca tortur, ale nikt tego nie wie na pewno, 
bo pierwsze, co ci robią, kiedy cię porywają, to wkładają ci na głowę kominiarkę, która 
zasłania ci oczy. Zdejmowali mi ją tylko wtedy, gdy byłem sam. Moja rodzina nie miała 
pojęcia, gdzie jestem.

To nie było więzienie, państwo odżegnało się od jakiejkolwiek odpowiedzialności – 

byłem zatrzymany przez jakieś ugrupowanie paramilitarne, tak przynajmniej twierdzili, 
i najbardziej  bałem się, że przeniosą mnie  do Sao Paulo, gdzie represje były jeszcze 
gorsze.   Wielokrotnie   rozmawiałem   o tym   z ojcem   Betto,   bo   to   był   dla   mnie   horror. 
Powiedział mi, że najgorsze są zawsze pierwsze dni. Tak też było ze mną.

– Jak długo byliście z żoną przetrzymywani?
– Przez tydzień, ale tam każdy dzień wydaje się całym rokiem, bo jesteś całkowicie 

zagubiony,  bezsilny,  z nikim nie możesz  zamienić  słowa. Jedyną  osobą, której twarz 
widziałem,   był   fotograf,   bo   musiał   mi   zdjąć   kominiarkę,   żeby   zrobić   zdjęcie.   No 
a tortury...

Paulo Coelho nie chciał szczegółowo opisywać tortur, by nie przeżywać raz jeszcze 

najgorszych i najbardziej poniżających chwil swojego życia. Podczas tortur miał zawsze 
na głowie kominiarkę. Ale wydaje mu się, że po latach rozpoznał jednego ze swoich 
oprawców i, że on także rozpoznał swoją ofiarę.

background image

– Co chcieli z ciebie wydobyć tymi torturami?
– Chcieli, żebym sypał, co wiem o partyzantce w Bahii, a ja nie wiedziałem nic, nie 

miałem o niczym pojęcia. Ich technika była następująca: jeżeli facet jest winny, musi 
szybko wyśpiewać, bo później przywyknie do tortur. W pierwszej chwili nie reagujesz. 
Pamiętam, że wywlekli nas z taksówki. Najpierw zobaczyłem hotel Gloria i ich broń, 
wszystko to działo się w ułamku sekundy. „Wyłaź!” – wrzasnęli w kierunku mojej żony 
i wyciągnęli ją za włosy. Spojrzałem na hotel i pomyślałem: „Zaraz zginę. Czy to nie 
głupie   umierać,   patrząc   na   hotel!?”   Takie   bzdury   przychodzą   do   głowy 
w najtragiczniejszych chwilach. Żonę wsadzili do jednego auta, mnie do drugiego. Dla 
niej  było  to z pewnością  dużo gorsze  przeżycie,  bo straszyli,  że  ją zabiją,  mnie  nie. 
Związali mnie, naciągnęli mi kominiarkę na głowę i powiedzieli, żebym siedział cicho, to 
ujdę   z życiem.   Ale   jak   mogłem   być   spokojny   ze   świadomością,   że   wiozą   mnie   do 
jakiegoś obozu koncentracyjnego, że będą mnie tam torturować! A ja nie mogłem, nawet 
gdybym chciał, powiedzieć im nic, bo nie miałem najmniejszego pojęcia o partyzantce.

Tu   Coelho   opowiedział   mi   bardzo   intymny   epizod,   który   do   dziś   nie   daje   mu 

spokoju. Któregoś dnia zaprowadzono go w kominiarce do ubikacji, gdzie w sąsiedniej 
kabinie   była   jego   żona.   Rozpoznała   jego   głos   i zapytała:   „To   ty   Paulo?   Jeśli   to   ty, 
powiedz do mnie coś, proszę”. Wpadł w panikę i choć rozpoznał doskonale jej głos, nie 
odważył się odezwać. Tak dowiedział się, że ona jest w tym samym więzieniu i zapewne 
jest   tak   samo   torturowana   jak   on.   Ale   wtedy   nie   znalazł   w sobie   dość   odwagi,   by 
powiedzieć do niej choćby słowo i wrócił do celi. Paulo, z wilgotnymi oczami, wyznał 
mi: „To było największe tchórzostwo, za które będę się kajać do końca życia”. Kiedy już 
oboje   wyszli   z więzienia,   poprosiła   go   o jedno:   aby   nigdy   już   nie   wypowiedział   jej 
imienia. I Coelho dotrzymał słowa. Zawsze kiedy o niej opowiada, mówi o niej „moja 
żona bez imienia”.

Juan Arias
– Porozmawiajmy o twoim życiu prywatnym. Czy bronisz do niego dostępu?
Paulo Coelho
– Nie, ale najpierw trzeba zdefiniować, co dokładnie rozumiesz przez moje życie 

prywatne.

– To co jest poza twoim życiem publicznym, twoja intymność.
– Kiedy wracam do Brazylii,  staje się raczej  samotnikiem,  nie dlatego że bronię 

dostępu do mojego życia prywatnego ani że mam coś do ukrycia – choć jak każdy, mam 
swoje   tajemnice,   ale   ukrywam   je   w sposób   najbardziej   jawny   z możliwych,   zgodnie 
z założeniem,   że   najlepszym   kłamstwem   jest   prawda.   Robię   to   tak   otwarcie,   że 
zazwyczaj ludzie mówią, z niedowierzaniem: „To niemożliwe!”.

background image

– Czy uważasz się za człowieka towarzyskiego?
– Nie. Jestem raczej niezbyt  towarzyski. Uwielbiam swoją pracę, którą wykonuję 

z radością   i entuzjazmem.   Jeżeli   mam   wybrać   się   w podróż,   podróżuję;   jeśli   muszę 
wystąpić   publicznie   –   co   dla   mnie   jest   najtrudniejsze   –   to   występuję.   Jeżeli   chodzi 
o wywiady,   sprawiają   mi   mniej   kłopotu,   bo   przypominają   zwykłą   rozmowę,   ale 
publiczne wystąpienia są dla mnie prawdziwą męczarnią.

– A te ciągłe podróże? Przecież więcej niż połowę roku jesteś w ciągłych rozjazdach 

po świecie.

–   To   prawda,   że   spędzam   więcej   czasu   zagranicą   niż   tutaj,   bo   jak   wiesz,   dziś 

wydawca chce, by autor promował swoje książki. Prawdę mówiąc, te wszystkie podróże, 
hotele, lotniska przyjmuję, jeżeli nie z przyjemnością, to przynajmniej ze stoicyzmem, 
nie przeszkadza mi to – taka jest moja filozofia życiowa. Dzięki podróżom mogę spotkać 
się   osobiście   z moimi   czytelnikami,   „zbadać   ich   puls”,   podzielić   się   z nimi   moimi 
nadziejami   i pomysłami.   Podczas   tych   spotkań   zdarzają   się   chwile   naprawdę 
wzruszające.   Lubię   to   i to   mnie   wzbogaca.   A poza   tym   za   każdym   razem   poznaję 
interesujących ludzi, którzy zaczynają odgrywać ważną rolę w moim życiu. Na przykład 
ty   i ja   spotkaliśmy   się   dzięki   jednej   z takich   moich   podróży   do   Madrytu,   gdzie 
promowałem Piątą Górę.

– Dużo podróżujesz, mimo że boisz się latać samolotem.
– Kiedyś bałem się, ale dzisiaj już nie. Przeszło mi raz na zawsze w Avili, mieście 

świętej Teresy, wielkiej hiszpańskiej mistyczki. Doznałem tam bardzo silnego religijnego 
przeżycia i wszystkie moje małe lęki, między innymi strach przed lataniem, zniknęły. 
A skoro już o tym mówimy, nigdy nie zapomnę pewnego lotu z czasów, kiedy jeszcze się 
panicznie   bałem.   Obok   mnie   siedziała   pewna   kobieta,   która   przez   cały   czas   piła. 
W pewnej chwili patrząc na mnie, rzekła: „Proszę nie sądzić, że jestem alkoholiczką, po 
prostu umieram ze strachu”. I zaczęła opisywać mi w najdrobniejszych szczegółach to, co 
mogłoby   nam   się   przydarzyć,   gdyby   samolot   raptem   się   popsuł   i zaczął   spadać. 
Opowiadała z takim przejęciem, z tyloma szczegółami, jak gdyby właśnie to przeżywała. 
Temat strachu poruszyłem w powieści Piąta Góra.

– W takim razie jesteś człowiekiem, który niczego już się nie boi?
–   No   nie,   mam   jeszcze   swoje   małe   lęki,   na   przykład   przed   publicznymi 

wystąpieniami.

– A jak się zachowujesz w obliczu strachu?
–   Jeśli   mam   być   z szczery,   zawsze   bałem   się   wielu   rzeczy,   ale   zazwyczaj 

okazywałem odwagę w obliczu niebezpieczeństw – to jedna z moich zalet. Strach nigdy 
mnie nie paraliżował.

background image

– Potrafisz go w sobie pokonać, czy po prostu go jakoś znosisz?
– Nigdy nie opanowuję strachu, lecz stawiam mu czoło. Opanować strach znaczy 

zwyciężyć,   a ja   go   nie   zwyciężam,   ja   z nim   żyję,   ale   nie   pozwalam,   by   mnie 
sparaliżował. I idę dalej. Odwaga to strach, który zmawia modlitwy.

– A strach przed śmiercią?
– Nie boję się śmierci, bo już wiele razy stałem z nią twarzą w twarz. W czasach, gdy 

brałem narkotyki i oddawałem się czarnej magii, byłem przeświadczony, że zaraz umrę. 
Patrząc na to z perspektywy czasu sądzę, że strach przed śmiercią albo przed tym, w jaki 
sposób będę umierał, nie miał nigdy dużego znaczenia w moim życiu. Na przykład strach 
przed lataniem samolotem był nie tyle obawą przed śmiercią, ile strachem przed ciągłymi 
zmianami, przed zagubieniem.

– Kiedy przestałeś bać się śmierci?
– Po pielgrzymce do Santiago de Compostela. Doświadczając tam czegoś dla mnie 

ciekawego   i ważnego,  przeżyłem  własną  śmierć.  Od  tego  momentu  nigdy więcej   nie 
obawiałem się śmierci. Teraz wręcz przeciwnie, myśl o śmierci wzbudza we mnie wielką 
chęć życia. Bardzo pięknie mówił o śmierci Castaneda, i on też jej się nie bał.

– Ale pewnego dnia śmierć przyjdzie po ciebie, jak po nas wszystkich. Jak dziś sobie 

wyobrażasz śmierć?

–   W mojej   pierwszej   powieści   Pielgrzym   opisuję   śmierć   jako   swoistego   anioła, 

spokojną  postać,  która  zawsze  przy mnie  stoi, odkąd  odbyłem  pielgrzymkę  szlakiem 
jakubowym.   Oczywiście   jestem   w pełni   świadomy,   że   muszę   umrzeć.   Dlatego   nie 
inwestuję   w mnożenie   bogactwa,   inwestuję   w samo   życie.   I sądzę,   że   tego   właśnie 
brakuje naszej cywilizacji. Dopiero, kiedy jesteśmy w pełni świadomi nieuchronności 
naszej śmierci, czujemy się w stu procentach żywi.

– Zatem nie boisz się śmierci. A przegranej?
–   Trudno   mi   pojąć,   czym   jest   przegrana.   Bez   względu   na   to   co   się   stanie 

w przyszłości, nie będę mógł uważać siebie za kogoś przegranego, bo otrzymałem od 
życia dużo więcej, niż oczekiwałem, rzeczywistość przerosła moje najśmielsze marzenia. 
A więc klęska – na pewno nie, ale mógłbym doznać porażki. A wtedy lizałbym rany 
i zaczynał wszystko od nowa.

– O ile wiem, obawiasz się, że po twojej śmierci ukażą się drukiem teksty, których 

nie chciałeś opublikować za życia.

– Tak, i w tej kwestii byłem bardzo stanowczy, gdy sporządzałem testament. Cały 

mój majątek zapisałem fundacji, o której ci wspominałem. W testamencie zastrzegłem 
także, iż nie życzę sobie pod żadnym pozorem, aby ktokolwiek opublikował coś, czego 
nie pozwoliłem opublikować za życia. Zresztą byłoby to trudne, bo zawsze ilekroć piszę 

background image

jakiś   tekst   i postanawiam   tego   nie   publikować,   po   prostu   to   niszczę,   aby   uniknąć 
niebezpieczeństwa, które czyhało na tylu pisarzy.  Nie wydaje mi się przyzwoite, gdy 
teksty,   których  autor  nie   chciał  publikować   za  życia,  są  wydawane  po  jego  śmierci. 
Chyba, że taka by była ostatnia wola pisarza.

– Czy wierzysz w reinkarnację?
–   To   co   mnie   naprawdę   uspokaja,   to   fakt,   że   żyję,   a nie   myśl   o ewentualnej 

reinkarnacji. Nigdy nie zapominam o śmierci, trochę tak jakby siedziała naprzeciw mnie, 
przypominając w każdej chwili: „Uważaj, rób porządnie to, co masz do zrobienia; nie 
zostawiaj na jutro tego, co możesz zrobić dziś; pozbądź się poczucia winy i nienawiści do 
samego   siebie”.   Tak,   śmierć   jest   najbardziej   naturalną   rzeczą,   jaka   może   nam   się 
przydarzyć.

–   Wracając   do   twojego   życia   prywatnego,   co   najbardziej   przeszkadza   ci 

w kontaktach z ludźmi?

– Przyjęcia, na których często muszę bywać. Kiedy są to ludzie książki, wydawcy, 

księgarze,   czuję   się   dobrze,   ale   nie   znoszę   być   przedstawiany   jakimś   ważnym 
osobistościom. Często jednak nie mogę odmówić, szczególnie, gdy prosi mnie o to ktoś, 
kto bardzo mi pomógł. Nie odpowiada mi rola sławnej osoby. Muszę bywać na takich 
przyjęciach – czasami nawet całkiem nieźle się tam bawię – ale zapewniam cię, że staram 
się ich unikać, jak mogę. Wolę zostać w hotelu i w spokoju poczytać książkę lub zrobić 
cokolwiek innego.

– A kiedy jesteś tutaj w Brazylii, u siebie?
– Kiedy podróżuję, żyję w stałym napięciu, wydatkuję energię i dopiero tu, w domu 

ją w sobie odnawiam. Teraz ukazała się moja nowa książka o Weronice i będę musiał 
znowu jeździć po świecie, ale gdyby nie to, z przyjemnością nie wychodziłbym z domu 
przez cały boży dzień. Dziś na przykład jestem zaproszony na ślub. Wysłałem prezenty, 
ale wszyscy już wiedzą, że nie przyjdę, bo siedzę w domu. Bardzo się z tego cieszę, 
uwielbiam mój komputer i spacery po plaży.

– Umiesz być sam?
– Umiem. Prawdą jest też, że nigdy nie jestem zupełnie sam, bo zawsze obok jest 

Cristina,   moja   żona,   ale   ona   siedzi   w swojej   pracowni,   naprzeciwko,   a ja   przed 
komputerem. Czasami nie rozmawiamy ze sobą całymi godzinami, ale każde z nas czuje 
obecność drugiego. Bezgranicznie uwielbiam spacery po plaży Copacabana, którą mam 
tuż obok. Dla mnie taki spacer po wstaniu z łóżka – niezbyt wcześnie, bo pracują do 
późna   w nocy   –   jest   rytuałem,   którego   nie   mogę   sobie   darować.   Lubię   spacerować, 
spotykać się z ludźmi i robić wszystko jak najzwyczajniej.

– Chyba niełatwo ci żyć zwyczajnie, od kiedy stałeś się dla wielu osobistością, do 

background image

której nie ma dostępu.

– Ciekawe zjawisko, kiedy stałem się sławny, ludzie zaczęli mówić: „Wiem, że jesteś 

bardzo zajęty...”. A to wcale nieprawda, nie jestem bardzo zajęty. „Nie masz czasu na nic 
i dla   nikogo”,   i to   też   nie   jest   prawda   ani   w moim   przypadku,   ani   w przypadku 
dziewięćdziesięciu  procent  osób,  które  stały  się  sławne.  Widzisz,  dziś   obudziłem  się 
o dwunastej,   bo   chciałem   obejrzeć   mecz,   następnie   miałem   długi   wywiad,   później 
zdrzemnąłem się chwilę. Nie mam nic specjalnego do roboty. Przygotuję felieton, bo 
wiem, że zbliża się termin oddania gazety do druku, ale od kiedy wróciłem do Brazylii 
dziesiątego czerwca, nic wyjątkowego jeszcze nie zrobiłem.

– Ale tak dzieje się nieuchronnie z wszystkimi sławnymi ludźmi. Traktuje się ich jak 

istoty z innej planety, które nie mają czasu oddychać.

– To tworzy barierę między mną i przyjaciółmi. Nawet najbliżsi myślą, że coś się we 

mnie zmieniło i powoli zaczynają mnie traktować inaczej. A przecież tak naprawdę nic 
się nie zmieniło. Niektórzy moi znajomi mówią nawet: „Wolałem Paula z czasów, kiedy 
nie było wokół niego tyle szumu”. Jak oni mogą tak mówić, skoro ja ciągle jestem taki 
sam?  Przeciwnie, teraz bardziej doceniam moich  starych  przyjaciół,  bo wiem,  że ich 
przyjaźni nie zawdzięczam sławie, bo przyjaźnili się ze mną już wcześniej, kiedy byłem 
nikim.

–   Ale   kiedy   ktoś   staje   się   osoba,   medialną,   trudno   by   nie   był   w ten   sposób 

postrzegany nawet przez dawnych przyjaciół.

– Z pewnością, ale ja wciąż istnieją, a moją podporą są moje przyjaźnie. Jeżeli stracę 

kontakt z serdecznymi przyjaciółmi, ta równowaga zostanie zachwiana. Już kiedyś mi się 
to zdarzyło, popełniłem ten błąd, kiedy pisałem teksty piosenek. Uważałem się za króla 
świata, zaczynałem mieć sławę, pieniądze, pracowałem w międzynarodowym koncernie 
fonograficznym i od razu zmieniłem przyjaciół. Mówiłem sobie: „Teraz jestem kimś i nie 
mam już nic wspólnego z tymi hipisami i ich pomysłami”. I co się stało? Otóż w dniu, 
w którym straciłem pracę, zostałem zupełnie sam. Ludzie, których uważałem za moich 
nowych   przyjaciół,   przestali   do   mnie   dzwonić,   a dawnych   też   już   straciłem.   Wtedy 
powiedziałem   sobie:   „Jeżeli   kiedykolwiek   dostanę   od   życia   jeszcze   jedną   szansę,   za 
wszelką cenę utrzymam wszystkie przyjaźnie”.

– Udało ci się?
– Nie całkiem, lecz tym razem nie było w tym mojej winy, bo bardzo dbałem o to, by 

nie utracić przyjaciół z powodu czegoś tak ulotnego jak sława. Nie jest to jednak łatwe, 
bo to oni zachowują się dziś bardziej oficjalnie w stosunku do mnie, to oni stwarzają 
dystans.   Na   początku,   kiedy   pojawiał   się   w prasie   jakiś   artykuł   o mnie,   wszyscy 
dzwonili, by mi powiedzieć, że go przeczytali albo, że widzieli mnie w telewizji. Dziś 

background image

rozmawiam   z papieżem,   lecz   nikt   nie   dzwoni,   żeby   powiedzieć:   „Widziałem   cię 
z papieżem”.

– Zazdroszczą ci?
–   Nie,   nie   sądzę,   żeby   to   była   zazdrość,   raczej   wydaje   im   się,   że   stałem   się 

nieprzystępny,  że osoba, którą przyjmuje  nawet papież,  nie  może  utrzymać  dawnych 
przyjaźni. Ale mylą się. Staram się zachować dziecięce spojrzenie na świat i właśnie to 
pozwala   mi   iść   naprzód.   Jeżeli   to   stracę,   stracę   cały   mój   entuzjazm.   Dlatego   lubię 
kontakty z czytelnikami,  których  spotykam  podczas  moich  wypadów  w głąb Brazylii. 
Brazylia   to   fantastyczny   kraj.   Jej   mieszkańcy,   szczególnie   ci   z prowincji,   to   ludzie 
otwarci, pełni godności, nie dają się łatwo onieśmielić. A zauważam, że sukces często 
trochę   onieśmiela   nawet   najbliższych.   Dlatego   dziś   została   mi   garstka   serdecznych 
przyjaciół,   którzy   nie   pozwolili   się   onieśmielić,   którzy   mają   być   może   takie   same 
problemy jak ja. Oni mnie rozumieją i nie oddalają się. Dziś jestem przystępny, a jeśli 
bywam nieprzystępny, to tylko wtedy, gdy chodzi o sprawy, które mnie nie interesują. 
Jednak zawsze, ilekroć tracę dawnych przyjaciół, zdobywam nowych. Być może nie są to 
ci, którzy będą się wspinać ze mną na szczyt góry, ale w gruncie rzeczy są dobrymi 
przyjaciółmi, na których mogę liczyć.

–   Jak   się   bronisz   przed   nieuchronną   zazdrością,   którą   muszą   wzbudzać   twoje 

sukcesy, przede wszystkim u innych pisarzy?

– Przed zazdrością bronię się magicznymi zaklęciami. Tworzę zaporę ochronną, bo 

otwarcie   z nią   nie   walczę.   Moim   zdaniem   zazdrość   jest   najbardziej   niszczycielskim 
z siedmiu grzechów głównych. Dlatego że zawistni nie mówią: „Chcę też to mieć!”, lecz: 
„Nie chcę, aby on to miał”. To bardzo podłe, bo zawistni spychają świat w dół. Wiem, że 
mogę zniszczyć się sam, że Bóg może mnie zniszczyć, ale zazdrości się nie poddam. 
Zazdrość niszczy tylko tego, kto nosi ją w sercu jak jadowitego węża.

Młodość

Przez   całą   burzliwą   młodość   Paulo   Coelho   działał   w najbardziej   lewicowych 

ruchach, był tak radykalny, że nawet Beatlesi wydawali mu się konserwatywni. Marzył 
o społeczeństwie alternatywnym,  zgłębiał ideologię marksistowską. Przyszło mu za to 
drogo zapłacić: szpitalem psychiatrycznym, więzieniem i torturami.

Jaką   ma   wizję   polityki   i etyki   dziś,   kiedy   jest   już   człowiekiem   spełnionym, 

o ugruntowanej sławie światowej, cenionym przez najbardziej wpływowych ludzi na kuli 
ziemskiej   i uwielbianym   przez   czytelników?   Cały   czas   uważa   się   za   „zwierzę 
polityczne”, ale zarazem chce trzymać się z dala od pokusy jakiejkolwiek partyjności. 

background image

W głębi duszy pozostał romantykiem wierzącym, że tolerancja, uszanowanie tajemnicy 
i owej   części   szlachetnej   magii,   która   kryje   się   w życiu   każdego   człowieka,   może 
sprawić, że nasz świat będzie mniej nieszczęśliwy, mniej, okrutny i pełen marzeń, które 
pewnego   dnia   się   spełnią.   Dlatego   uważa,   że   w bezwzględnym   świecie   przemocy 
i niezaspokojonej żądzy władzy trzeba za wszelką cenę chronić dziecko, które nosimy 
w sobie,   nie   zatracać   niewinności,   jeżeli   chcemy   zrozumieć,   kim   jesteśmy   i po   co 
żyjemy.

Juan Arias
– Mieszkasz tutaj, w Brazylii, choć przez połowę roku przemierzasz świat wzdłuż 

i wszerz.   W tym   rozwijającym   się   kraju,   pełnym   bogactw   naturalnych,   jest   ciągle 
czterdzieści milionów biedaków żyjących na marginesie społeczeństwa, pozostawionych 
całkowicie   samym   sobie.   Przy   nich   wszyscy   jesteśmy   bogaczami.   Zanim   stałeś   się 
sławny,   miałeś   sporo   kłopotów   finansowych.   Teraz   jesteś   bogaty,   zarabiasz   miliony 
dolarów   i mieszkasz   we   wspaniałym   apartamencie   w Rio   de   Janeiro,   przy   cudownej 
plaży...   Na   pewno   wielu   twoich   czytelników   chciałoby   wiedzieć,   jakie   są   twoje 
zapatrywania na politykę i etykę wobec wyzwań Trzeciego Świata.

Paulo Coelho
– Oczywiście moja wizja świata i polityki  zmienia się z czasem.  Poznałem różne 

skrajności,   widziałem   ich   dobre   i złe   strony.   W pewnym   sensie   wszyscy   jesteśmy 
sierotami naszych marzeń o społeczeństwie bardziej sprawiedliwym, o które walczyliśmy 
i za które przyszło nam czasem słono zapłacić. Dziś jestem przekonany, że to nie wielkie 
ideologie odmieniają świat. Wiele z nich poniosło klęskę, a nowe, jeszcze groźniejsze 
mogą nadejść, sądząc po rozlicznych ruchach fundamentalistycznych, które się rodzą. 
Wciąż czuję się człowiekiem zaangażowanym politycznie, lecz polityka, która wyłania 
się z moich książek, burzy mury konwencji kulturowych, z których rodzi się fanatyzm.

Podobnie   jak   hiszpański   filozof   Fernando   Savater   wierzę,   że   najważniejsza   jest 

postawa etyczna każdego z nas, by społeczeństwo przyszłości było coraz mniej okrutne 
i coraz bardziej braterskie.

– Idąc tym tropem, jaka jest twoja osobista postawa?
– Jestem przekonany, że dziś każdy powinien zrobić coś na rzecz społeczeństwa. 

Dlatego   głęboko   wierzę   w nową   falę   solidarności   międzyludzkiej,   która   wzbiera   na 
całym   świecie,   przede   wszystkim   wśród   młodzieży.   Aby   nie   pozostawać   w złudnym 
kręgu   dobrych   chęci,   chciałem   zrobić   coś   konkretnego   na   miarę   swoich   możliwości 
i stworzyłem fundację nazwaną moim imieniem, która, mam nadzieję, mnie przetrwa.

– Jakie są jej zadania?
– Na początku muszę powiedzieć, że wszystkim zajmuje się moja żona, Cristina. To 

background image

ona czuwa nad tym, aby cele fundacji były skrupulatnie spełniane. Od samego początku 
chciałem,   aby   była   to   sprawa   poważna   i przejrzysta.   Mam   pięć   celów:   pomoc 
bezdomnym dzieciom w Brazylii i ludziom starszym, osamotnionym i bez środków do 
życia; tłumaczenie na języki obce klasycznych autorów brazylijskich, by świat poznał 
bardzo   bogatą   kulturę   mojego   kraju.   Przede   wszystkim   chodzi   tu   o klasyków   już 
nieżyjących, by uniknąć zbędnej zawiści i zranionej dumy. Czwarty cel to badania nad 
prehistorią   Brazylii,   niepisaną   historią   tego   kraju,   który   tak   kocham.   Właśnie 
zastanawiamy się, w jaki sposób opublikować wyniki naszych badań. Skontaktowałem 
się   już   w tej   sprawie   z naszym   Ministerstwem   Kultury,   a także   myślałem   nad 
rozpowszechnieniem tego w internecie. I w końcu piąty kierunek, jedyny, który zniknie 
wraz z moją śmiercią, bo jest to coś bardzo osobistego: postanowiłem spełniać życiowe 
marzenia, a nawet kaprysy, ale ja sam decyduję, komu pomogę, a komu nie. Może to być 
gitara, księgozbiór dla zapalonego miłośnika książek albo pokrycie kosztów pielgrzymki 
do Santiago de Compostela, co sam przeżyłem i co diametralnie odmieniło moje życie.

– Musisz być osaczony ze wszystkich stron!
– Rzeczywiście, w codziennej stercie listów lwia część to prośby. I nie ukrywam, że 

zgoda albo odmowa często zależy od mojego humoru danego dnia. Daję się prowadzić 
intuicji. Całą resztą zajmuje się zarząd fundacji.

– Ile pieniędzy przeznaczasz na fundację? Bo słyszałem na ten temat niestworzone 

historie.

– Przeznaczam co roku trzysta tysięcy dolarów z moich praw autorskich. Z powodu 

mojego przejęzyczenia w wywiadzie, jakiego udzieliłem w zeszłym roku, urosło to do 
czterystu tysięcy. A skoro tak powiedziałem, żeby nie wyjść na kłamcę, przeznaczyliśmy 
dodatkowe sto tysięcy dolarów na zakup nowego domu dla porzuconych dzieci z faveli, 
bo dotychczasowy jest już za mały. Obawiam się, że ta moja pomyłka będzie co roku 
kosztowała mnie sto tysięcy dolarów więcej.

– Dlaczego zdecydowałeś się ujawnić działalność twojej fundacji? Na początku nikt 

nic o niej nie wiedział, pracowaliście dyskretnie.

– To prawda, ale  pewnego dnia  ukazała  się notka  w jakiejś  gazecie  i dzięki  niej 

odkryłem   ze   zdumieniem   całą   sieć   cichej   solidarności   społecznej.   Tysiące   ludzi 
ofiarowało   nam   swoją   pomoc.   Takie   rzeczy   pozwalają   ci   pojednać   się   z rodzajem 
ludzkim,   bo   wtedy   mówisz   sobie,   że   wcale   nie   jest   tak   źle,   jak   sobie   wyobrażałeś. 
Odkryłem poza tym, że ta sieć cichej solidarności jest bardzo zróżnicowana, bo łączy nie 
tylko młodych idealistów z ludźmi dojrzałymi, którzy chcą zrobić coś dla innych, choć 
często sami niewiele mają, ale także bogatych przedsiębiorców, szefów wielkich firm. 
A wspólny dla nich jest entuzjazm, z jakim starają się zrobić gest naprawdę konkretny 

background image

wobec   najbardziej   potrzebujących.   I to   na   dodatek   bez   zbędnego   szumu,   jakby   na 
paluszkach, jak pisze Ewangelia, tak by nie wiedziała twoja lewa ręka, co czyni prawa.

– A gdzie siebie sytuujesz na scenie politycznej?
– Uważam się za człowieka polityki, choć nie człowieka partii. Traktuję moje książki 

jako pewną formę polityki, bo nie tylko uświadamiam ludziom wiele spraw, opowiadając 
im o mojej Własnej Legendzie,  o przebudzeniu pierwiastka kobiecego, o konieczności 
podarcia   Podręcznika   Dobrych   Manier   i zapłacenia   ceny   za   swoje   marzenia,   to   na 
dodatek ostrzegam ich przed fanatyzmem wszelkiego autoramentu, przed tymi, którzy 
usiłują   zawładnąć   ich   sumieniem,   przed   fałszywym   kultem   nauki   i przed   hipokryzją 
pewnych polityków, którzy zamiast służyć obywatelom, posługują się nimi, by zaspokoić 
swoje zachcianki.

– I nigdy nie kusiło cię, zważywszy na otaczającą cię sławę, by zająć się polityką 

w jakiejś partii?

– Kandydować w wyborach? To mnie zupełnie nie interesuje. Polityka tradycyjna ma 

już swoich liderów i popularnych przedstawicieli. Mnie interesuje polityka innego typu. 
Próbuję   zburzyć   mur   pomiędzy   społeczeństwem   a władzą,   połączyć   fikcję 
z rzeczywistością – czy to nie jest przypadkiem polityka?

– Często podkreślasz, że uprawianie polityki oznacza także robienie czegokolwiek 

dobrze i z entuzjazmem.

– Tak. Moja polityka to powtarzanie na wszelkie możliwe sposoby, że należy iść 

przez   swoje   życie   z entuzjazmem,   że   każdy   jest   odpowiedzialny   za   własny   los   i nie 
powinien zdawać się z tym na nikogo, że w świecie pisarz, nawet najbardziej sławny, nie 
jest ważniejszy od sprzedawcy orzechów kokosowych albo policjanta, który czuwa nad 
twoim   bezpieczeństwem   na   ulicy,   choć   temu   pisarzowi   może   się   czasem   wydawać 
niesłusznie, że jest ważniejszy od innych.

Dla mnie polityką jest próba zmiany tego, co ja nazywam „Akademią”, to znaczy 

konwencjonalnej,   skostniałej   i biurokratycznej   wiedzy,   uważanej   za   źródło   jedynej 
mądrości, za władzą dla wybrańców. Trzeba na nowo popuścić cugli kreatywności, oddać 
głos zwykłemu człowiekowi; uznać, że nie chcemy uprzywilejowanych mędrców, którzy 
wykorzystują tytuły i zaszczyty, by narzucać swoje wzorce innym. Sądzę, że tu pomoże 
internet, który wreszcie wszystkim da głos, choćby nawet miał on brzmieć fałszywie. 
O ile   rządzący   nie   popsują   internetu,   przywłaszczając   go   sobie,   powstanie   doskonałe 
forum   uniwersalnej   dyskusji,   z której   nikt   nie   będzie   czuł   się   wykluczony.   Może 
stworzyć zdrową anarchię, poza kontrolą tych, którzy mają władzę nad światem. Ale 
zapewne jest to kolejna utopia, w którą chcę wierzyć.

–   A jeżeli   ktoś   zapyta   cię,   jakie   jest   dziś   twoje   zdanie   o nowych   ruchach 

background image

wyzwoleńczych Trzeciego Świata, takich jak na przykład Ruch Zapatystów w Chiapas 
w Meksyku albo Movimiento Sin Tierra [MST] – „ludzi bez ziemi” w Brazylii, co wtedy 
odpowiesz?

– Zawsze mam jasne stanowisko. Nigdy nie wykręcam się od odpowiedzi, jestem za 

albo przeciw, ale nigdy nie milczę, zawsze się angażuję.

– W takim razie co powiesz o tych ruchach?
– To zależy. W Zapatystach dostrzegam ich wątek romantyczny, ale nie znam ich 

zbyt   dobrze.   Jeżeli   zaś   chodzi   o MST,   który   znam   lepiej,   przyznaję,   że   nie   zawsze 
zgadzam się z nim, bo moim zdaniem czasem działa niekonsekwentnie.

Następnego dnia Paulo sam powrócił do tego tematu. Obawiał się, iż jego stanowisko 

mogło wydać się niezbyt jasne dla czytelników, i martwiło go to.

–   Powiedziałeś,   że   nigdy   nie   wykręcasz   się   od   odpowiedzi   na   sporne   kwestie 

polityczne, że nigdy nie robisz uników.

– To prawda, ale nie w tym rzecz. Od kiedy stałem się sławny, wszyscy chcą znać 

moją   opinię   na   każdy   temat,   nawet   najbardziej   błahy,   od   śmierci   księżniczki   Diany 
począwszy, na piłce nożnej kończąc. Jeżeli chodzi o piłkę, to przynajmniej lubię ten sport 
i trochę się na nim znam, ale są rzeczy, o których nie mam zielonego pojęcia, a jednak 
jestem zmuszany wygłaszać o nich opinie. Podobnie z polityką. Polityka nie jest mi obca, 
ponieważ ona rządzi naszym życiem. Nie można być politycznie neutralnym, bo to by 
znaczyło, że pozwalasz, aby inni decydowali o twoim życiu i twoich sprawach. Trzeba 
być aktywnym uczestnikiem. A ja przecież nie jestem ani zawodowym politykiem, ani 
politologiem.

– Ale na przykład na temat ruchu MST nie jest tak trudno wyrobić sobie zdanie. 

Macie w Brazylii dużo informacji na ten temat, chodzi mi raczej o to, w którą stronę 
zwraca się twoje serce.

– To nie tylko kwestia serca. Trzeba przemyśleć to zjawisko. Moim zdaniem ten ruch 

bardzo   dobrze   zapowiadał   się   w konkretnych   akcjach.   W Brazylii   istnieją   ogromne 
latyfundia, a więc to całkiem logiczne, że MST próbuje przejąć te tereny i stworzyć nowy 
ład społeczny. A jednak, prawdopodobnie z braku doświadczenia, robią oni rzeczy, które 
podobają mi się znacznie mniej. Na przykład zajmują cudzą własność, a tego nie da się 
usprawiedliwić. Pod koniec zeszłego roku spotkałem się osobiście z liderem tego ruchu, 
Joao Pedro Stedile, na przyjęciu u przedstawiciela Unesco w Brasilii. Wydał mi się osobą 
bardzo rozsądną, ale sądzę, że wykorzystuje swoją gigantyczną władzę w sposób niezbyt 
trafny politycznie. Chodzi mi tu o tradycyjną politykę. Obawiam się, że może on być 
manipulowany  przez  siły  prawicowe,   tak   jak  kiedyś  partyzantka  brazylijska  stała  się 
marionetką w ich rękach. Sądzę, że chłopi bez ziemi przesadzają w niektórych kwestiach, 

background image

co mnie smuci i niepokoi, bo to może zaszkodzić demokratycznej lewicy, która umacnia 
się w kraju.

– Nie widzisz nic pozytywnego w tym ruchu?
–   Ależ   widzę   mnóstwo   pozytywów,   dlatego   smuci   mnie   fakt,   że   mógłby   być 

wykorzystany   instrumentalnie   z powodu   swoich   błędów.   Ale   najwyraźniej   zaczyna 
tworzyć koalicję z innymi siłami politycznymi, i to dobrze. Zawsze trzeba zrównoważyć 
surowość pewnych ideologii ze współczuciem, aby wyczuć moment, w którym przyszło 
nam żyć. PT, lewicowa Partia Pracujących Luiza Ignacia Luli, jest według mnie bardziej 
dojrzała. MST może przydać się PT, pod warunkiem, że nie straci poczucia politycznego 
realizmu.

– W mijającym  wieku było zbyt  dużo krwi, zbyt  dużo wojen. Żyjemy w czasach 

przełomu, bardzo wzburzonych i niepewnych. Wiemy, że najbliższe lata nie przyniosą 
nic spektakularnego, jak sam już powiedziałeś. Ale, jak twierdzi Saramago, zbliżamy się 
do   kresu   pewnej   cywilizacji.   I nie   jesteśmy   w stanie   odgadnąć,   jaka   będzie   ta,   która 
właśnie się rodzi. Z jakimi odczuciami żegnasz tę epokę? Z obawami czy z nadzieją?

– Trudno tu prorokować. Mogę jedynie  powiedzieć,  że decydujące  będzie  to, co 

stanie   się   przez   najbliższych   pięćdziesiąt   lat.   One   naznaczą   nowe   tysiąclecie.   Wiele 
będzie  zależeć  od tego, czy ludzie  zechcą  wejść na drogę poważnych  i gruntownych 
poszukiwań   duchowych.   Malraux   już   powiedział,   że   przyszły   wiek   będzie   wiekiem 
ducha albo go nie będzie. Inni twierdzą, że będzie wiekiem kobiecości. W przeciwnym 
razie   istnieje   niebezpieczeństwo,   że   wybuchnie   bomba   fundamentalizmu,   który 
paradoksalnie, według mnie, będzie pozbawiony wiary.

–   Jakie   może   być   antidotum   na   ten   nowy   fundamentalizm,   który   zaczyna   nas 

zewsząd osaczać?

– Może to się wyda banalne, ale trzeba zrozumieć, że poszukiwanie własnej drogi 

duchowej to poszukiwanie odpowiedzialności za własne czyny, bez przerzucania jej na 
mistrzów czy kapitanów statku. Trzeba kultywować ideę tolerancji, która mówi, że jest 
miejsce dla wszystkich w sferze religii, polityki czy kultury. Że nikt nie powinien nam 
narzucać   swojej   wizji   świata.   Jak   mówi   Jezus:   „W   domu   Ojca   mego   jest   mieszkań 
wiele”. Nie ma powodu, byśmy wszyscy gnieździli się na jednym piętrze, czy mieli te 
same   poglądy.   Bogactwo   jest   w wielości,   w różnorodności.   Inaczej   to   faszyzm! 
Fundamentalizm   spycha   nas   w mroki   najgorszego   zacofania   z przeszłości.   Trzeba 
otwarcie   głosić,   że   można   być   ateistą,   muzułmaninem,   katolikiem,   buddystą   czy 
agnostykiem i że nie stanowi to żadnego problemu. Każdy jest panem swojego sumienia. 
Jeśli nam się to nie uda, nieuchronnie wybuchną  wojny,  bo to znaczy,  że będziemy 
postrzegać każdego, kto jest odmienny, jako wroga, którego należy zwalczyć.

background image

– Czy w Davos ze wszystkimi wielkimi guru światowej ekonomii zastanawialiście 

się nad niebezpieczeństwem globalizacji ducha?

– W Davos ze zdziwieniem stwierdziłem, że ci, którzy mają władzę ekonomiczną 

i polityczną,   są   także   zainteresowani   kwestią   nowej   duchowości,   związanej   nie 
z fundamentalizmem,   ale   z wolnością   ducha.   Zrobił   na   mnie   wrażenie   na   przykład 
Szymon   Peres,   który   opisał   mi   swój   pomysł,   jak   zaprowadzić   pokój   na   Bliskim 
Wschodzie. Powiedział, że trzeba „sprywatyzować” pokój, czyli uwewnętrznić go. To 
znaczy, że każdy człowiek miałby pokochać pokój i uczynić z niego cel swojego życia. 
A to   z kolei   zakłada,   że   damy   pierwszeństwo   tolerancji   przed   nietolerancją. 
I najważniejsze, że ta idea pochodziła z Izraela.

– Czego konkretnie boisz się najbardziej w tym wieku globalizacji?
–   Niepokoi   mnie,   że   idea   globalizacji   ekonomicznej   rozciągnie   się   kiedyś   na 

globalizację Boga. Tak jak przeraża mnie idea jednorodnej kultury stworzonej na miarę 
wszystkich, tak boję się idei jednego szablonowego Boga, dogmatycznie uznanego przez 
wszystkich,   Boga   nieosobistego,   w miejsce   tego,   co   każda   istota   ludzka   odkrywa   – 
zależnie od „koloru” swojego sumienia. Kultura i religia muszą wyrażać duszę jednostki. 
Wspólnotę   ludzi   wierzących   powinien   tworzyć   zbiór   osób   wolnych,   oryginalnych 
i różnorodnych, obdarzonych własnym, indywidualnym bogactwem duchowym. Wielkim 
niebezpieczeństwem rynku globalnego byłoby stworzenie kultury będącej uniwersalną 
kontrolą umysłów. Stąd do nowej formy nazizmu już tylko mały krok.

–   Mówisz   wiele   o walce,   o bitwach,   o wojownikach   światła   –   to   zresztą   temat 

przewodni jednej z twoich książek. Wielu ludziom wojownik kojarzy się raczej z wojną 
niż z pokojem. Jak określiłbyś prawdziwego wojownika światła?

– To bardzo proste. Na poziomie jednostki zaakceptować siebie samego jako osobę 

rozdartą wprawdzie przez lęki, lecz która mimo wszystko walczy z nimi i idzie naprzód 
w poszukiwaniu Własnej Legendy. Na poziomie społecznym: omijać z daleka wszelkie 
przejawy   fundamentalizmu   kulturowego,   politycznego   czy   religijnego;   unikać 
wszystkiego, co zakłada wykluczenie innych ludzi, a zwłaszcza tych, którzy różnią się od 
nas,   otworzyć   się   z entuzjazmem   na   wszelkie   formy   nowej   ekspresji,   komunikacji 
międzyludzkiej, współuczestnictwa i – jeśli pozwolisz, choć to słowo wyświechtane – 
miłości.

– Przy jakiejś okazji, jeśli sobie dobrze przypominam, we Włoszech, wspomniałeś 

o „etyce ryzyka”. Co to według ciebie znaczy?

– Dla mnie etyka ryzyka oznacza umiejętność odważnego dążenia do celu, mimo że 

wokół nas słychać tylko głośne nawoływania do bezruchu. Społeczeństwo coraz mocniej 
narzuca nam ściśle określone normy zachowania. Odwaga wyłamania się z tych reguł to 

background image

właśnie   ryzyko   prawdziwego   poznania,   które   zazwyczaj   oznacza   zerwanie 
z tradycyjnymi   i przestarzałymi  dogmatami.   W tym  tkwi   mądrość  szaleńca,   która  jest 
tematem jednej z moich powieści.

–   Czy   uważasz,   że   nowe   technologie   i odkrycia   naukowe   mają   skutki   raczej 

negatywne dla rozwoju ducha?

– Nie. Co prawda, wiele osób myśli, że technika wszystkim zachwiała, że odebrała 

nam   całe   człowieczeństwo,   ale   ja   w to   nie   wierzę   i jest   to   jedna   z niewielu   rzeczy, 
z którymi   się   nie   zgadzam   z Saramago,   kiedy   w wywiadzie   z tobą   mówi   o swoich 
obawach przed nową technologią.

– On raczej skarży się, że nowe technologie nie są dla jego pokolenia, że urodził się 

zbyt późno. Trudno jednak nie przyznać mu racji, kiedy mówi, że listu elektronicznego 
„nigdy nie zmoczy niczyja łza”.

– Moim zdaniem technika i zdobycze naukowe, od internetu po telefon komórkowy 

i inne nowinki, które nas czekają, to naturalne dążenie ludzkości do wygody.  Ważne, 
abyśmy   nie   czcili   tych   wynalazków   niczym   bożków   i nauczyli   się   ich   używać   jako 
narzędzi, które ułatwiają nam życie i pozwalają lepiej komunikować się z bliźnimi, nic 
więcej. Bo największym grzechem ludzkości jest brak komunikacji, samotność, kiedy 
czujemy się odrzuceni i niekochani, kiedy zapominamy, że zostaliśmy stworzeni, abyśmy 
się spotykali i przeglądali siew sobie nawzajem jak w lustrze. I wszystko, co ułatwia nam 
spotkanie i porozumienie, sprawia, że jesteśmy mniej nieludzcy i bardziej solidarni.

Wizja kobiety

Żeby   poznać   Paula   Coelho,   trzeba   wiedzieć,   jak   istotną   rolę   w jego   życiu 

i twórczości   odgrywa   pierwiastek   kobiecy.   Jak   sam   przyznaje   w tych   rozmowach, 
kobieta   zajmowała   i zajmuje   do   dziś   najważniejsze   miejsce   w jego   życiu.   On,   który 
przede wszystkim stąpał ścieżką wojownika światła, ścieżką walki, w zgodzie ze swoją 
męską  tożsamością,  pewnego  dnia  zapragnął   odkryć  kobietę  w sobie.   I w  ten  sposób 
poznał nowy rys swojej osobowości: współczucie, umiejętność poddania się życiu bez 
oporu. Było to również spotkanie z kobiecym obliczem Boga. Dziś książek Coelho nie 
można zrozumieć bez tej wizji kobiety i jej miejsca w nas i poza nami. Dwa jego dzieła: 
Brida  i Weronika   postanawia   umrzeć  mają   w tytule   imię   kobiety,   a w   wielu   innych 
postacie kobiece są pierwszoplanowe. Lecz powieść, która najlepiej chyba kreśli kobiecą 
stronę duszy, to Na brzegu rzeki Piedry usiadłam i płakałam, napisana z punktu widzenia 
kobiety.

Juan Arias

background image

– Porozmawiajmy o kobiecej stronie twojej duszy, bo jestem przekonany, że wiek 

XXI będzie przede wszystkim wiekiem kobiet.

Paulo Coelho
– I ja jestem pewien, że najbliższe stulecie będzie naznaczone obecnością kobiety 

w społeczeństwie.   Mężczyzna   przeżywa   dzisiaj   głęboki   kryzys   tożsamości.   Kobieta 
przynajmniej zdaje sobie sprawę, czego chce i ile jej jeszcze brakuje do pełnej autonomii 
po wielu wiekach absolutnej dominacji mężczyzn. Jeżeli chodzi o mnie, możemy mówić 
o dwóch rzeczach: o kobiecie w moim życiu i o kobiecie, która jest we mnie.

– Zacznijmy o tego, jaką rolę pełni twoim życiu kobieta.
– W pewnym sensie moim życiem całkowicie rządziła kobieca energia. Skoro mają 

być   to   szczere   zwierzenia,   wyznam   ci   coś   bardzo   osobistego,   bardzo   znamiennego 
w moich stosunkach z kobietami. Bo to, co przydarzyło mi się z moją pierwszą miłością, 
przydarzało mi się później ze wszystkimi kobietami, które spotkałem na swojej drodze, 
a także z moją obecną żoną, Cristiną. Był  taki czas, kiedy bardzo chciałem zająć się 
teatrem. To była wielka pasja mojego życia, choć oczywiście najważniejsze było zawsze 
pisanie. Nie miałem wtedy ani grosza. Poza tym byłem skłócony z rodziną, która nie 
akceptowała   moich   artystycznych   ambicji   i oczekiwała,   że   zdobędę   szacowny  zawód 
adwokata, lekarza czy inżyniera. I tak zamknęli mnie w szpitalu psychiatrycznym. Byłem 
czarną owcą w rodzinie, ale jak każdy dobry wojownik nie dawałem za wygraną i nadal 
walczyłem o swoje marzenia – chciałem grać w teatrze. To był jeden z najtrudniejszych 
momentów w moim życiu, choć dzisiaj zdaję sobie sprawę, że tak naprawdę te próby 
hartowały   mój   charakter   i siłę   woli.   To,   że   dziś   jestem   pogodny,   bez   wewnętrznych 
konfliktów, zawdzięczam przede wszystkim tamtym bitwom z rodzicami, które mogły 
mnie zniszczyć raz na zawsze, ale dzięki Bogu mnie wzmocniły... Tak więc w tamtych 
czasach miałem zamiar grać w teatrze, ale nie bardzo wiedziałem, do kogo się zwrócić, 
i wtedy   w moim   życiu   pojawiła   się   kobieta,   a właściwie   jeszcze   dziecko.   Ja   miałem 
osiemnaście lat, ona siedemnaście. To, co się wtedy stało, wiele mówi o ludzkiej naturze, 
a w tym przypadku o naturze kobiety. W Brazylii bardzo hucznie świętuje się osiemnaste 
urodziny. Rodzice organizują wielkie przyjęcie, podczas którego solenizantka otrzymuje 
kosztowne   prezenty   od  krewnych   i przyjaciół.   Fabiola,   niebieskooka   blondynka,   była 
naprawdę śliczna i czekały ją wspaniałe podarki. To było jej pierwsze wielkie przyjęcie. 
Ja czułem się przy niej trochę niezręcznie, bo nie dość, że nie miałem grosza przy duszy, 
to na dodatek musiałem prosić ją o pieniądze na papierosy. Było mi naprawdę ciężko.

– Zaprosiła cię na to przyjęcie?
–   Nie,   ale   zrobiła   dużo   więcej.   W tajemnicy   przede   mną   poprosiła   rodzinę 

i przyjaciół,   aby   zamiast   prezentów   dali   jej   pieniądze.   A potem   przyszła   do   mnie 

background image

i powiedziała:  „Paulo, wiem,  że od dawna  marzysz  o teatrze,  więc będziesz  grał.  Na 
urodziny zamiast prezentów dostałam mnóstwo pieniędzy. Masz. Teraz możesz spełnić 
swoje wielkie marzenie”.

Myślałem, że śnię. Otworzyły się przede mną nowe horyzonty. Na początku Fabiola 

pomagała mi nawet w pracy. Minęło parę lat, stanąłem na nogi, zaczęło mi się nieźle 
powodzić. W międzyczasie rozstaliśmy się. Aż pewnego dnia – pracowałem wtedy jako 
tekściarz i scenarzysta w telewizji Globo, najważniejszej stacji telewizyjnej w Brazylii – 
Fabiola mnie odwiedziła.

– Chciała do ciebie wrócić?
–   Nie.   Poprosiła   o przysługę,   a ja   jej   odmówiłem.   W tamtej   chwili   Bóg   był 

świadkiem,   na   jakie   dno   niewdzięczności   upadłem.   Było   tak:   przyszła   taka   radosna 
i powiedziała: „Paulo, wiem, że nie zajmujesz się już teatrem, ale piszesz scenariusze dla 
telewizji, to cudownie!”, i dodała: „Chciałabym cię o coś prosić. Dowiedziałam się, że 
twój szef jest właścicielem teatru, i pomyślałam sobie, że mógłbyś mnie z nim poznać, bo 
chciałabym zostać aktorką”. Powtarzała się moja historia z czasów, kiedy ja chciałem 
grać   w teatrze,   a ona   pomogła   mi   w tym,   rezygnując   wielkodusznie   ze   swoich 
urodzinowych prezentów.

– Czyżbyś zapomniał, ile ona dla ciebie zrobiła?
–  Skąd!   Jak  mogłem   zapomnieć?   Po   prostu   stchórzyłem,   bo   nie   miałem   odwagi 

przedstawić   jej   szefowi.   Odpowiedziałem:   „Fabiola,   nie   mogę   ci   pomóc”.   Odeszła 
zasmucona.   Wówczas   myślałem   tylko   o sobie,   ale   po   jakimś   roku   dotarła   do   mnie 
podłość,   jaką   jej   wyrządziłem,   i zacząłem   się   tego   bardzo   wstydzić.   W głębi   serca 
błagałem Boga o jeszcze jakąś okazję, by pozbyć się z wyrzutów sumienia.

– I dał ci ją?
–   Tak,   bo   Bóg   najpierw   ukazuje   ci   to,   co   jest   w tobie   złe,   a następnie   daje   ci 

możliwość poprawy. Tak się złożyło, że Fabiola ostatecznie nigdy nie zajęła się teatrem 
i została rzeźbiarką. Odniosła sukces, bo rzeczywiście jest w tej dziedzinie fantastycznie 
utalentowana. Pewnego dnia, kiedy już stałem się w Brazylii  sławny, spotkaliśmy się 
w jakimś   barze   i powiedziała   mi:   „To   wspaniałe,   Paulo,   swoimi   książkami   odniosłeś 
triumf!”. Poczułem straszny wstyd za to, co się wydarzyło w przeszłości, i patrząc jej 
prosto w oczy spytałem: „Co, ciągle jesteś dla mnie miła, chociaż zachowałem się wobec 
ciebie jak łajdak?” Ale ona zdawała się nie słyszeć tego pytania. Nawet nie musiałem jej 
prosić o wybaczenie. Uznałem wtedy, że szczyt wielkoduszności człowieka polega na 
tym, że on nie potrzebuje wybaczenia, ponieważ nigdy się nie obraził – a gdy wybaczasz, 
to znaczy, że czujesz się lepszy i upokarzasz tego, kto przeprasza.

– A więc nie dość, że ci wybaczyła,  po prostu zapomniała  o wszystkim,  byś  nie 

background image

musiał czuć się poniżony?

– Bez wątpienia. Ale dała mi kolejną szansę. „Nie wracajmy już do przeszłości – 

powiedziała. – Może to i lepiej, że nie zajęłam się wtedy teatrem? Rzeźba daje mi wiele 
radości i satysfakcji, dlatego chciałam prosić cię o jeszcze jedną przysługę”. Strasznie się 
ucieszyłem   i odpowiedziałem:   „Proś,   o co   zechcesz,   tym   razem   cię   nie   zawiodę”. 
Wyznała mi, że marzy o tym, aby jej rzeźba stanęła na jednym z publicznych placów 
w Rio de Janeiro. „Fabiola, nieważne, ile to będzie kosztować – odrzekłem bez namysłu. 
– Już teraz mogę ci obiecać, że będziesz miała taki pomnik, zapłacę za niego i załatwię 
wszystkie niezbędne formalności, aby mógł stanąć w mieście”.

– I dotrzymałeś słowa?
– Tak. Rzeźba stoi na placu Nossa Senhora da Paz. Jeśli chcesz, możesz ją tam 

obejrzeć.  Przedstawia  dwoje dzieci,  mnie  i ją. Fabiola  chciała,  aby na pomniku  było 
napisane, że to ja jestem ofiarodawcą. Ale kategorycznie odmówiłem i powiedziałem: 
„Nie. Ja ci nic nie daję. To ty dałaś mi szansę odkupienia dawnego grzechu w stosunku 
do ciebie”. To bardzo ważna historia, która pozwala zrozumieć moje życie, dlatego ci ją 
opowiedziałem.

– Tak naprawdę ta kobieta dała ci szansę, byś pogodził się z najlepszą, stroną siebie 

samego i ujrzał swoje najgorsze strony.

– Tak czy inaczej, wszystkie kobiety, które przeszły przez moje życie, pojawiały się 

w momentach dla mnie kluczowych. Brały mnie za rękę, akceptowały mnie, powodowały 
zmiany w moim życiu.

– Także twoja obecna żona, Cristina?
–   Ona   także.   Jesteśmy   razem   od   osiemnastu   lat.   Zachęcała   mnie   do   pisania. 

Powiedziała  mi pewnego dnia: „Chcesz być  pisarzem?  Więc będziemy podróżować”. 
Dzięki   Cristinie   przeżyłem   rzeczy   niezwykłe,   poznała   mnie   z interesującymi   ludźmi, 
zawsze była wspaniałą towarzyszką, serdeczną przyjaciółką. A kiedy nadszedł sukces, 
nie pozwoliła, by woda sodowa uderzyła mi do głowy, i pomogła mi zachować prostotę. 
Zawsze szła ze mną ręka w rękę, nigdy nie walczyła przeciw temu, co dla mnie było 
ważne, szanowała mnie, wspierała, zaszczepiała we mnie entuzjazm, ilekroć go traciłem, 
dodawała otuchy w chwilach słabości.

Jak   wszystkie   pary   czasem   się   kłócimy.   Obecnie   spędzam   prawie   dwieście   dni 

w roku z dala od niej, ale zawsze czuję jej bliskość, a ona z miłością zajmuje się fundacją 
i poświęca swojej pasji – malarstwu.

– Jak się poznaliście?
– W okropnym momencie mojego życia. Byłem wtedy jakby opętany przez diabła, 

związany z satanistami. Kiedy po raz pierwszy przyszła do mnie, na stole leżała książka 

background image

o satanizmie.   Zapytałem   ją:   „Co   dziś   robisz?”.   Odparła,   że   idzie   na   plac   śpiewać 
z ewangelikami. Poszedłem posłuchać i całkowicie mnie oczarowała. Od tego momentu 
jesteśmy razem. Wie, że uwielbiam kobiety, ale nie zadręcza mnie, jest wierna swoim 
wartościom i przecież jesteśmy już tyle lat razem z miłości.

– A twoje poprzednie kobiety?
– Wszystkie były lepsze dla mnie niż ja dla nich. Już ci wspomniałem o Fabioli. 

Moja pierwsza żona Vera, Jugosłowianka, sporo ode mnie starsza – miała trzydzieści trzy 
lata, a ja dwadzieścia – nauczyła mnie najważniejszych rzeczy w związku, od seksu po 
umiejętność dialogu. Moja druga żona, kobieta bez imienia, została porwana wraz ze mną 
przez ugrupowanie paramilitarne i okazałem się wobec niej podłym tchórzem. Trzecia też 
była dla mnie kimś bardzo ważnym. Miała dziewiętnaście lat, a ja dwadzieścia dziewięć. 
Pracowała ze mną w wytwórni płytowej Polygram. Choć wtedy uważałem się za całkiem 
normalnego faceta, zachowałem się w stosunku do niej okropnie i wyrządziłem jej wiele 
zła.   Taki   byłem.   Jednak   bez   tych   wszystkich   kobiet,   o wiele   dojrzalszych   od   mnie, 
byłbym nikim. Dziś jeszcze, oprócz Cristiny, dającej mi tak duże poczucie równowagi, 
we wszystkich moich zawodowych relacjach przeważają kobiety, od agentów literackich 
po wydawców. Kobiety są obecne w każdej minucie mojego życia.

– Może dlatego, że je dobrze rozumiesz. Nie wszyscy mężczyźni budzą ten rodzaj 

miłości w kobietach. Ale jak jest z tą kobietą, która mieszka w tobie?

–   Prawdę   mówiąc,   długo   broniłem   się   przed   kobiecą   stroną   mojej   osobowości. 

Wojownik, którym  jestem, woli toczyć  bitwy, a to raczej rozwija poczucie męskości. 
Dlatego długo nie wiedziałem, co to współczucie, umiłowanie życia, aż do dnia, kiedy 
odkryłem   w sobie   kobiecy   aspekt,   a on   jest   bardzo   istotny,   bo   bez   niego   nigdy   nie 
staniemy się prawdziwymi, spełnionymi mężczyznami.

– Co sprawiło, że uświadomiłeś sobie potrzebę pierwiastka żeńskiego?
–   Przez   całe   życie   walczyłem   z przeszkodami,   które   stawały   na   mojej   drodze, 

podejmowałem ważne decyzje, jak choćby porzucenie z dnia na dzień narkotyków. Ale 
życie, czy tego chciałem czynie, narzucało mi swoją wolę. Nieraz złościłem się na siebie, 
plułem sobie w brodę, że nie wiem nic o życiu, że nie potrafię kierować swoim losem. 
Próbowałem więc się rozluźnić i żyć chwilą. W tych rzadkich momentach, kiedy udawało 
mi się poddać ufnie nurtowi życia, czułem się lepiej, to było tak, jakby los prowadził 
mnie za rękę. Po czym te same problemy wracały, znowu musiałem brać się w garść, 
podejmować decyzje, trzymać ster w raku – nie wystarczało mi poddanie się biegowi 
rzeczy.

Aż kiedyś po mojej pieszej pielgrzymce do Santiago de Compostela, która była dla 

mnie   momentem   zwrotnym,   postanowiłem   również   przeżyć   to,   co   w RAM   –  bardzo 

background image

starej tradycji duchowej sprzed pięciuset lat, zrodzonej w łonie Kościoła katolickiego, do 
której   przystąpiłem   wraz   z trzema   innymi   adeptami   –   znane   jest   pod   nazwą   „drogi 
kobiecej”, choć niektórzy nazywają ją „drogą rzymską”. Ma ona na celu ukazanie nam 
żeńskiej strony naszej osobowości. Z tamtego doświadczenia narodziła się moja powieść 
Brida. To  historia   pewnej   kobiety,   którą  poznałem  podczas   tamtej  wędrówki  i której 
koleje losu są bardzo podobne do moich. W pewnym sensie Brida jest właśnie tą kobietą, 
której szukałem w sobie.

– Dlaczego nazywa się tę drogę kobiecą?
–   Bo   w przeciwieństwie   do   tradycyjnej   pielgrzymki   do   Santiago   de   Compostela, 

która   kształtuje   przede   wszystkim   silną   wolą,   opartą   na   dyscyplinie,   wysiłku 
i wytrwałości,   droga   kobieca,   wedle   tradycji   RAM,   odkrywa   i rozwija   w tobie 
współczucie, budzi zadumą i poczucie bliskości ze źródłem życia, z ziemią. Droga do 
Santiago   jest   aktywniejsza,   bardziej   wojownicza.   Dlatego   zazwyczaj   mówią,   że   jest 
bardziej „jezuicka”, bo przecież założycielem jezuitów był światy Ignacy Loyola, były 
żołnierz. Droga kobieca zaś jest bardziej kontemplacyjna, jakby po linii trapistów, którzy 
oddają się medytacji i starają się odkryć głębiny ducha. To rodzaj religijności bardziej 
kobiecy   niż   religijność   jezuicka.   Trapiści   bowiem   dużo   pracują   własnymi   rękoma, 
uprawiają   ogrody,   poświęcając   się   zarazem   medytacjom.   Jezuici   są   bardziej 
przedsiębiorczy i częściej uczestniczą w bitwach tego świata.

– Na czym dokładnie polega ta droga?
– Wielu ludziom może się to wydać  głupie, ale dla mnie było to siedemdziesiąt 

najważniejszych,   niezapomnianych   dni   życia.   Kiedy   wyruszasz   w taką   pielgrzymkę, 
musisz   całkowicie   zmienić   swój   punkt   widzenia.   Podążasz   własnym   rytmem   i żaden 
mistrz nie mówi ci, którędy masz iść. Najważniejsze były sny. Bo czyż sny nie są od 
najbardziej zamierzchłych czasów częścią kobiecej duszy? A w ciągu dnia miałem jak 
najdosłowniej robić to, co mi się przyśniło.

– Czy musiałeś interpretować te sny?
– Nie chodziło  o żadną  interpretację, tylko  o wykonanie  co do joty tego, o czym 

śniłeś. Jeżeli na przykład przyśnił ci się dworzec autobusowy, to powinieneś udać się na 
najbliższy dworzec i zobaczyć, co ci się tam przydarzy. Pewnej nocy śnił mi się mecz 
piłki nożnej. Następnego dnia Brazylia miała grać z Danią. Pamiętam, śniło mi się, że 
Dania   wygrała   3:2.   Kiedy   oglądałem   ten   mecz   na   jawie   i był   już   remis   2:2, 
powiedziałem,   że   musi   paść   jeszcze   jeden   gol.   I rzeczywiście,   mecz   zakończył   się 
wynikiem 3:2, tak jak śniłem, tyle że dla Brazylii.

– A jeśli nic ci się nie śniło?
– Zawsze coś misie śniło. Podobnie się dzieje, gdy poddajesz się psychoanalizie. 

background image

Wcale   nie   śni   ci   się   więcej,   po   prostu   lepiej   pamiętasz   swoje   sny.   Kiedy   czasem 
oznajmiałem mojemu mistrzowi, że nic mi się nie śniło, odpowiadał: „Na pewno coś ci 
się śniło, zawsze coś się śni”. Wtedy mówiłem: „Ale śnił mi się tylko jakiś warsztat 
samochodowy”. A on na to: „A co ty byś chciał, żeby ci się śniła Matka Boska? To 
szukaj teraz tego warsztatu i zobacz, co się stanie”.

– Czy nigdy nie miałeś wrażenia, że się pomyliłeś?
– Raz naprawdę się pomyliłem i omal nie przypłaciłem tego życiem. W moim śnie 

pojawiło się słowo Gez, które jest nazwą górskiego szczytu, ale również pewnej kapliczki 
w pobliskim miasteczku. Ponieważ wydawało mi się, że to słowo odnosiło się do góry, 
więc   tam   poszedłem.   To   była   bardzo   trudna   góra   do   wspinaczki   i o   mały   włos   nie 
złamałem tam karku. A chodziło jednak o kapliczkę o tej samej nazwie.

–   W istocie   pierwsze   bóstwo   w historii   było   rodzaju   żeńskiego.   To   Gaja,   bogini 

płodności – Ziemia. Mężczyźni, najczęściej wojownicy, z czasem zaczęli oddawać cześć 
męskiemu   bóstwu.   Wtedy   kobietę   zepchnięto   na   drugi   plan,   a Bóg   przyjął   postać 
surowego   pana,   wymierzającego   sprawiedliwość,   ferującego   wyroki,   spragnionego 
krwawych ofiar.

– Dlatego nie podoba mi się sposób, w jaki religie skradły Bogu kobiece oblicze, 

oblicze współczucia, miłości dożycia, ludzi i rzeczy. Tworzenie jest procesem kobiecym, 
powolnym, tajemniczym, związanym nie tyle z naszą maską, żelazną logiką, ileż istotą 
kobiecości, bo przecież kobieta jest obrończynią życia i nie kocha wojen, które zabijają 
owoce jej łona.

– Co nazywasz „kobiecym przebudzeniem”?
– To wyrażenie nie ma nic wspólnego z seksualnością, tylko z twórczym myśleniem, 

wykraczającym poza konwencjonalną logiką. Jak wiesz, wielu pisarzy sięga po symbol 
kobiety, by uchwycić ów osobliwy mariaż intuicji z logiką, bliski marzeniom sennym. 
Według Ewangelii żona Poncjusza Piłata miała sen sprzeczny z racjonalnym umysłem 
swojego męża, Poncjusz jej nie posłuchał i popełnił błąd. W dramacie Szekspira Juliusz 
Cezar   żona   przyszłego   wtedy   cesarza   ostrzega   go   przed   niebezpieczeństwem,   które 
sławetnego   marcowego   wieczoru   czyhało   na   niego   w Senacie.   Ale   Juliusz   Cezar 
logicznie   pomyślał,   że   kobieta   nie   może   mieć   pojęcia   o politycznych   zawiłościach 
sytuacji, w której się znalazł. I on również popełnił błąd.

– Czy łatwo ci było odnaleźć w sobie pierwiastek żeński?
– Nie, był to proces powolny i trudny, bo musiałem wyzbyć się zasad stworzonych 

przez   oficjalną   wiedzę,   która   jest   z zasady   maską   i gardzi   przymiotami   kobiety.   Tak 
jakby w historii nie istniał żaden inny filozof prócz Kartezjusza. A przecież byli także 
mistycy, oni nie patrzyli na świat jedynie przez pryzmat kartezjańskiej logiki, w której 

background image

dwa i dwa zawsze daje cztery. Posługując się tylko logiką, tracimy kontakt z tajemnicą, 
z bogactwem świata wyobraźni. Dlatego tak bardzo jest mi bliska wschodnia filozofia 
paradoksu, która nie jest filozofią linii prostej, lecz koła, gdzie wszystko może być i nie 
być jednocześnie, bo życie nie jest robotem z gotowymi odpowiedziami na wszystko. 
Życie jest nieprzewidywalne i w każdym ułamku sekundy może odmienić swój bieg.

– A propos „dwa plus dwa równa się cztery” w klasycznej matematyce, hiszpański 

filozof   Fernando   Savater   powiedział   mi:   „Wzajemnych   uczuć   nie   da   się   zmierzyć, 
a inteligencja operuje zawsze stałymi wielkościami, które można policzyć. Dwa i dwa 
daje cztery w matematyce, podczas gdy dwa nieszczęścia i dwa nieszczęścia nie tylko 
dają cztery nieszczęścia, ale też czasami sprawiają, że wyskakujesz przez okno”.

– Uważam, że to wspaniałe zdanie.
– Jedno jest pewne, że nasza wiedza, zwłaszcza na zachodzie, a mniej w kulturach 

choćby afrykańskich, jest zasadniczo męska.

–   Czasem   potrzeba   nam   namacalnych   symboli,   aby   lepiej   zrozumieć   i dlatego 

przemawia do mnie obraz gołębia i węża, czyli tradycja Ducha Świętego – ważne jest nie 
tyle,   by   gromadzić,   ile   umieć   odczytać   ów   język   zbiorowej   podświadomości,   który 
nazywamy  anima mundi. To właśnie jest język  gołębia. Z drugiej strony istnieje kult 
gromadzenia, kult węża, klasycznie pojmowanej mądrości. Nie możemy zadowolić się 
tylko  jedną bądź drugą, musimy  pogodzić  ze sobą obie  – i logikę,  i intuicję. Pewnie 
dlatego tak bliski mi jest wizerunek Niepokalanej z wężem u stóp.

– Leonardo Boff w swojej książce  El aguila y la gallina  [Orzeł i kura] przytacza 

pewną  afrykańską   baśń,  która  dokładnie   ilustruje  to,  o czym   mówisz.   Orzeł  jest  tam 
częścią   tajemnicy   niebios,   którą   każdy   z nas   nosi   w sobie,   nawet   jeśli   o niej 
zapomnieliśmy, natomiast kura latająca tuż nad ziemią to konkret, logika kartezjańska, 
w której   nie   ma   wiele   miejsca   na   marzenia   ani   na   to   co   nadprzyrodzone 
i nieprzewidywalne, ale to także rzeczywistość, z którą trzeba się liczyć.

– Ta książka Boffa jest cudowna, ale w Ewangeliach również można znaleźć wiele 

podobnych przykładów, jak choćby chwila kiedy Jezus mówi, że przyszedł nie po to, aby 
znieść stare prawa, tylko po to by je wypełnić. Istotnie, czasem zdarza się, że szacunek 
i posłuszeństwo wobec prawa paraliżują cię i nie pozwalają żyć, z drugiej jednak strony 
nie można pogrążyć się w całkowitej anarchii. Inny fragment Ewangelii, który bardzo 
lubię, to ten, w którym Jezus mówi do swoich uczniów, że gdy wejdą między ludzi, 
muszą   być   „roztropni   jak   węże   i nieskazitelni   jak   gołębie”.   Dlatego   musimy   stąpać 
mocno   po   ziemi,   być   konkretni   i obiektywni,   ale   jednocześnie   umieć   przyglądać   się 
biegowi rzeczy, czerpać przyjemność z ich kontemplacji i starać się odkryć ów sekretny 
język, który przemawia bardziej do naszej podświadomości, do naszej kobiecej strony, 

background image

niż do naszego rozsądku.

– Często mówisz o kobiecym sposobie myślenia. Co to znaczy?
–   To   przeciwieństwo   tego,   co   zazwyczaj   nazywamy   kartezjańskim   systemem 

myślenia.   Myśleć   w sposób   kobiecy,   to   myśleć   w sposób   odmienny   od   klasycznej, 
męskiej logiki, która tak długo dominowała myśl, zwłaszcza zachodnią – dominuje do 
dziś. Mimo rozlicznych bitew, które kobieta stoczyła o swoją autonomię, wciąż przyznaje 
się   jej   zbyt   mało   miejsca   w tym,   co   nazywasz   Akademią,   czyli   w oficjalnej   nauce. 
W Hiszpanii na przykład tylko raz kobieta objęła urząd rektora uniwersytetu.

– I pewnie sprawowała tę funkcję, kierując się kryteriami bardziej męskimi niż sami 

mężczyźni.

– Tak jak wielkie kobiety w polityce, od Goldy Meir do Margaret Thatcher, które 

były bardzo męskie.

– I w tym cały szkopuł. Dlatego kobiecym systemem myślenia nazywam co innego. 

Kobieta nie pozwala wznosić murów między sacrum i profanum, to logika tajemnicy, 
tego   co   niepojęte,   cudu.   Jeżeli   idziesz   kobiecą   drogą   i przyśni   ci   się   warsztat 
samochodowy, po przebudzeniu musisz go odnaleźć i sprawdzić, co ci się tam przydarzy. 
To   całkiem   pozbawione   logiki,   a więc   bliższe   temu   co   niewyrażalne,   nowe,   co   ma 
związek   z najgłębiej   skrywaną   częścią   naszego   bytu.   To   właśnie   dla   mnie   jest 
pierwiastek żeński.

– Stwierdziliśmy, że wiek XXI będzie z pewnością kobiecy, bardziej „matriarchalny” 

niż poprzedni, bardziej płynny. Jak sądzisz, jaka będzie w nim rola kobiety?

–   Taka   sama   jak   mężczyzny.   Bo   ja   nie   mówię   o kobiecie,   tylko   o kobiecym 

pierwiastku. Spójrzmy dla przykładu na to, co stało się z najbardziej śmiałymi ruchami 
feministycznymi: kobiety próbowały zdobyć część władzy, ale po to by sprawować ją 
w ten sam sposób co mężczyźni. Nie o taką kobiecość mi chodzi. Kobieta musi umieć 
utrzymać w równowadze swoją energię żeńską i męską, tak samo mężczyzna musi umieć 
utrzymać  harmonię  między tymi  dwiema  energiami,  z których  jest stworzony,  męską 
i żeńską.

–   Chciałem   zapytać   cię   o kwestię,   o której   mężczyźni   rozmawiają   niewiele. 

Zgadzamy się, że my, mężczyźni, skoro nie składamy się w stu procentach z pierwiastka 
męskiego, musimy rozpoznać w sobie kobiecą stronę. Ale ciągle nie przyjmujemy do 
wiadomości,   że   kobieta   także   poszukuje   męskiej   cząstki,   którą   nosi   w sobie,   i wciąż 
pragniemy, by była coraz bardziej kobieca. Moim zdaniem to bardzo egoistyczne. Bo 
sądzimy, że my będziemy pełniejsi, jeżeli odkryjemy naszą stronę żeńską, podczas gdy 
kobiecie   odmawiamy   prawa   do  jej   elementu   męskiego.   Stworzyliśmy   społeczeństwo, 
w którym   władza   wymaga   cech   męskich,   co   automatycznie   wyklucza   kobietę 

background image

z kierowniczych stanowisk. Czy to ci się wydaje sprawiedliwe?

– W zasadzie zgadzam się z tobą, tyle, że ten problem nie jest ani twój, ani mój, tylko 

samych kobiet. Powinniśmy odrzucić ten wieczny paternalizm w stosunku do nich. Masz 
rację, jeżeli my odkrywamy naszą kobiecość, to nic nie powinno stać na przeszkodzie, by 
i one odkryły w sobie własną męskość, choć wolelibyśmy  widzieć w nich uosobienie 
czystej kobiecości. Ale to one muszą stoczyć tę bitwę. Muszą chwycić miecz i walczyć, 
nie możemy ich w tym wyręczyć. Jeśli potrafią walczyć, odkryją w sobie męską energię. 
Podobnie jak rozpętały kiedyś  pierwszą rewolucję feministyczną, dążąc do zniesienia 
dyskryminacji   i,   przynajmniej   w teorii,   takiego   samego   dostępu   do   władzy   jak 
mężczyźni, tak teraz powinny rozpocząć drugą bitwę. Ale kiedy już zdobędą władzę, 
będą   musiały   unikać   sprawowania   rządów   na   męską   modłę,   bo   wtedy   uda   nam   się 
jedynie zastąpić mężczyznę kobietą, a cała reszta będzie po staremu.

Dlatego   kiedy   kobieta   zajmuje   wysokie   stanowisko,   musi   zrobić   wszystko,   aby 

piastować je, nie zapominając o swojej kobiecości, bo struktury społeczne są w dużej 
mierze męskie. Kobiety muszą przełamać ten schemat, wprowadzając trochę żeńskiej 
energii i na niej budować społeczeństwo, w którym współistniałyby elementy pozytywne 
zarówno ze świata mężczyzn, jak i kobiet.

Mag

Zanim Paulo Coelho stał się słynnym pisarzem, znany był w pewnych kręgach jako 

mag, któremu przypisywano nadprzyrodzone moce, jak choćby wywoływanie deszczu. 
W naszej   rozmowie   zdecydował   się   wyznać   wszystko   na   temat   swoich   bolesnych 
doświadczeń z magią. Porzucił ją, kiedy zrozumiał, że ociera się o bezmiar Zła i że ta 
droga prowadzi w przepaść. Coelho wciąż jednak wierzy w magiczny wymiar życia, bo 
uważa, że wszyscy jesteśmy zdolni rozwinąć drzemiący w nas potencjał, a każdy, kto 
tego pragnie, może odczytać tajemny język, którym przemawia otaczający nas świat.

Juan Arias
– Czy nadal wierzysz w magiczny wymiar życia?
Paulo Coelho
–   Całkowicie.   Ale   trzeba   rozróżniać   pojęcie   „magiczny”   od   „magii”.   Magia   jest 

instrumentem, jej skutki są magiczne. Magia to narzędzie, jak młot, miecz, instrument. 
Możesz tylko magicznie się nim posługiwać.

– Ciągle czujesz się magiem? Wielu ludzi pamięta, że byłeś kiedyś magiem.
– Teraz też jestem magiem, tak jak magiem może być każdy. Oczywiście szanuję 

duchową   tradycję   katolicyzmu,   ale   wierzę   głęboko,   że   wszyscy   posiadamy   talenty, 

background image

których   w sobie   nie   rozwijamy,   bo   oficjalna   nauka   ich   nie   akceptuje,   a o   nas   mówi 
„przesądni” czy jeszcze gorzej. Ja jestem człowiekiem, który podobnie jak mag, stara się 
rozwijać swoje uśpione moce, co wcale nie oznacza, że czuję się lepszy czy gorszy od 
innych.

Te nasze rozmowy to też magia, bo odprawiamy pewien rytuał  i tylko  ode mnie 

zależy, czy zechcą się otworzyć przed tobą i powierzyć ci moje tajemnice. W tej chwili 
jesteś nie tyle sobą, ile uosobieniem ciekawości wszystkich moich czytelników. Jesteś tu, 
by zadawać mi pytania, to twoje zadanie. To samo robiłeś w swojej książce-wywiadzie 
z Saramago  El   amor   posible.   Kiedy   ją   czytałem,   dostrzegłem   wiele   pytań,   które 
chciałbym   zadać   jako   czytelnik,   aby   poznać   lepiej   tego   znakomitego   portugalskiego 
pisarza. Takie rzeczy wydają mi się prawie święte, bo dotykają najintymniejszej sfery 
naszego ja.

– Miałeś także do czynienia z niszczycielską czarną magią. Jak to wspominasz?
Nagle Coelho zapragnął zrobić przerwę. Zbliżała się północ, a dla niego ta godzina 

między dniem a nocą jest święta i rytualna. W żadnym innym momencie naszej rozmowy 
Coelho nie był bardziej spięty i niespokojny niż wtedy, gdy zajęliśmy się kwestią czarnej 
magii. Był świadom, że zaraz wyjawi najważniejsze i najboleśniejsze momenty swojego 
życia, i wiele go to kosztowało. Powiedział, że chce zgasić światło i zapalić świece. Tak 
też zrobiliśmy.

– Świat magii jest mało znany. Twoi czytelnicy z pewnością chcieliby wiedzieć, co ci 

się przydarzyło.

–   Spróbuję,   wytłumaczyć   ci   to   w chronologicznym   porządku.   Wykształcili   mnie 

jezuici, którzy zaszczepili mi pewne pojęcie Boga. Dla mnie – nie wiem jak dla innych – 
było   to   bardzo   złe   przeżycie,   bo   właśnie   tam   straciłem   wiarę   dzieciństwa.   Próba 
narzucenia człowiekowi wiary to najlepszy sposób na to, by się zbuntował i przeszedł na 
drugi biegun. Słyszałem, że Fidel Castro też uczył się u jezuitów. Dla mnie bunt wobec 
narzuconej   siłą   edukacji   religijnej   oznaczał   ucieczkę   w marksizm.   Właśnie   wtedy 
zacząłem czytać Marksa i Engelsa. Był to czas dyktatury wojskowej w Brazylii i pewnie 
dlatego  zacząłem  sięgać po wszystko,  co było  wtedy zabronione, bez wyboru.  Jedną 
z takich   zakazanych   lektur   była   literatura   marksistowska,   uważana   niemal   za 
demoniczną. Czułem się ateistą, ale nie trwało to długo, bo miałem w duszy ciekawość 
pisarza   i zacząłem  zadawać   sobie  klasyczne  pytania:  Kim  jestem?   Co ja tutaj  robię? 
Dokąd idę? Skąd przychodzę? Nie pamiętam dokładnie, ile miałem wtedy lat. Było to 
mniej więcej w 1969 roku, kiedy ruch hipisowski z całym swoim ładunkiem mistycyzmu 
eksplodował w Brazylii.

– Z wielkim entuzjazmem przyjąłeś narodziny tego ruchu.

background image

– Zadawałem sobie mnóstwo pytań. Na początku wydawało mi się, że była to jakaś 

ucieczka od rzeczywistości, bo byłem przesiąknięty ideami marksistowskimi, chciałem 
walczyć o wolność, braterstwo i wzniosłe ideały.  Tak naprawdę jednak było we mnie 
wiele sprzeczności, bo walczyłem o dyktaturę proletariatu, chodziłem na manifestacje, 
a zarazem   uwielbiałem   Beatlesów.   Było   coś   we   mnie,   co   wykraczało   poza   czysty 
marksizm   i sprawiało,   że   na   manifestacjach   skandowałem:   Sergeant   Pepper’s!   Na 
dodatek uwielbiałem teatr.

– W istocie twoje poszukiwania były bardziej duchowe niż polityczne.
–   Tak   naprawdę   bardziej   pociągał   mnie   świat   duchowości   i właśnie   tego   świata 

szukałem po omacku we wszystkich kierunkach, byle dalej od mojej tradycyjnej religii. 
I tak dotarłem do kosmogonii hinduskiej, w którą wpadłem z całym impetem. Zacząłem 
recytować wszystkie mantry, jakie tylko wpadły mi w ręce, uprawiać jogę, medytację i co 
tylko miało jakikolwiek związek z duchowością Wschodu.

– Czy byłeś wtedy kawalerem?
– Nie, byłem już po ślubie z pierwszą żoną, która miała pieniądze, więc nie musiałem 

się o nic martwić i zajmowałem się tylko czytaniem. A czytałem najróżniejsze rzeczy, od 
Poranka   magów   Louisa   Pauwelsa   i Jacques’a   Bergiera   po   literaturę   wywodzącą   się 
z materializmu   historycznego.   Mieszkałem   wtedy   w hipisowskiej   komunie   i nagle 
przyszła mi do głowy pewna ciekawa refleksja. Myślałem tak: gdybym żył w 1928 roku, 
jechał   samochodem   i w   pewnej   chwili   wyszedłby   mi   pod   koła   Hitler,   a ja   bym   go 
niechcący przejechał, to czyż nie odmieniłbym  losu milionów ludzi, nie mając o tym 
pojęcia? A tymczasem zamknęliby mnie do więzienia za zabójstwo. Nikomu nawet do 
głowy   by   nie   przyszło,   że   ta   ofiara   wypadku   byłaby   w przyszłości   znienawidzonym 
Hitlerem, ja też bym nie wiedział, że zabiłem potencjalnego ludobójcę i tak naprawdę 
odmieniłem cały ład społeczny, całą epokę, losy całego świata. Zacząłem się nad tym 
zastanawiać  i powiedziałem  sobie: To obłęd! Nie do wiary!  W takim razie  musi być 
więcej   takich   rzeczy   na   ziemi,   o których   nie   mamy   pojęcia.   Pod   wpływem   tych 
przemyśleń   i mitologii   hinduskiej   szukałem   nowych   doświadczeń,   tak   jak   wszyscy, 
którzy wkraczają na drogę duchową.

– Wtedy zacząłeś szukać mistrzów, którzy wtajemniczyliby cię w sferę ducha.
– No właśnie. W takiej chwili pokładamy całą naszą nadzieję i zaufanie w kimś, kto 

pewnego dnia bardzo nas zawiedzie, ale w początkowej fazie wydaje nam się ważny 
i niezbędny, bo prowadzi nas za rękę przez labirynty i tajemnice życia. Przechodziłem od 
mistrza  do mistrza,  od sekty do sekty,  wyznawałem  wiele filozofii,  aż wreszcie mój 
niepokorny charakter sprawił, że zacząłem szukać tego, co jest najbardziej radykalne, co 
było najbardziej na lewo w lewicowym poszukiwaniu duchowości.

background image

– Chciałeś odciąć się od swoich przyjaciół i szukać czegoś innego.
–   Tak,   ale   miałem   jeszcze   inny   powód,   który   dziś   wydaje   mi   się   bardzo   głupi: 

chciałem  uwodzić  kobiety,  szokować, robić na nich wrażenie  swoją wiedzą tajemną. 
Rozglądałem się za tajną społecznością, która byłaby uznawana za najczarniejszą owcę. 
Dowiedziałem   się   o pewnej   sekcie,   której   nie   chcę   teraz   nawet   nazwać   z imienia. 
Powiedzmy,   że   była   to   społeczność   dnia   Apokalipsy.   Miała   ona   wielkiego   guru. 
Czytałem   wszystko,   co   znalazłem   na   jego   temat.   Działo   się   to   w okresie,   kiedy 
próbowałem pisać i stworzyłem czasopismo alternatywne. Żeby jak najwięcej dowiedzieć 
się   o tej   osobie,   poszedłem   zrobić   wywiad   do   czasopisma   z kimś,   kto   miał   wiele 
wiedzieć. Ku mojemu zdziwieniu zobaczyłem u niego ledwie kilka książek. A sądziłem, 
że ludzie, którzy mają dużą wiedzę, mają też wielką bibliotekę.

W tym momencie żona Paula wyjęła aparat, aby zrobić nam zdjęcie. Coelho poprosił, 

żeby tego nie robiła: „Rozmawiamy o magii, a magowie twierdzą, że wizerunki mają 
niezwykłą moc. Na przykład Castaneda nie pozwalał się fotografować. Nie została po 
nim żadna fotografia. Ja nie jestem Castaneda, ale...”. Cristina mimo to chciała pstryknąć 
zdjęcie. Była noc i flesz nie zadziałał. „A widzisz – rzucił Paulo. – Mówimy o magii 
i zdjęcie nie wychodzi”.

– Wróćmy do człowieka, do którego poszedłeś  na wywiad.  Miał ci opowiedzieć 

o sekcie uprawiającej czarną magię.

– Wydało mi się, że rozmowa z nim jest bardzo owocna, a te trzy czy cztery książki, 

które   miał,   niezmiernie   interesujące.   Zapytałem   go   o autora,   odpowiedział:   Aleister 
Crowley.   Była   tam   ze   mną   moja   żona,   żona   bez   imienia,   i oboje   wyszliśmy 
zafascynowani.

– Jaka wyglądała ta tajemnicza sekta?
–   Było   to   stowarzyszenie,   które   zaczęło   formować   się   na   początku   XIX   wieku 

i stawiało   sobie   za   cel   „totalne   poszukiwanie   w totalnej   anarchii”,   co 
dwudziestotrzyletniemu młokosowi mogło się wydać najwyższym ideałem. Napisałem 
później o tym książkę, ale Cristina nie pozwoliła mi tego opublikować. Przeczytała tekst 
z dużym zainteresowaniem, a kiedy doszła do końca, spojrzała na mnie wzrokiem Matki 
Boskiej   z Aparecida,   patronki   Brazylii   i rzekła:   „Nie   publikuj   tej   książki,   ona   mówi 
o twoich doświadczeniach ze Złem”. Odpowiedziałem: „Ależ Cristina, to tylko tragiczne 
przeżycie”. Lecz ona nalegała: „To fascynujące, ale nie publikuj jej, bo mogłaby zostać 
źle   odczytana”.   Więc   wykasowałem   tekst   z pamięci   komputera.   Tamtej   nocy   nie 
zmrużyłem oka. Następnego dnia poszedłem na obiad z moim wydawcą i powiedziałem 
mu: „Rzuć na to okiem, bo będziesz ostatnią osobą, która to przeczyta”. Spojrzał na mnie 
jak na szaleńca, bo książka miała już iść do druku. Powiedziałem mu, że mam zamiar ją 

background image

zniszczyć.

I   tak   też   zrobiłem.   Zachowałem   tylko   jeden   Rozdział   opowiadający   o moim 

pierwszym spotkaniu z Raulem. Całą resztą wyrzuciłem.

– Jaki nosiła tytuł?
– Społeczeństwo  alternatywne.  Abyś  lepiej  zrozumiał  moją  ówczesną  fascynację, 

muszę ci trochę opowiedzieć o samym Crowleyu. To bardzo dziwna postać w dziejach 
magii. Jeśli przyjrzysz się jego zdjęciu w internecie, zobaczysz oblicze Zła. Crowley był 
diaboliczną postacią o bardzo silnej osobowości. Pojawił się w Anglii w momencie, gdy 
klasyczna   magia   –   z masonerią   i innymi   tajnymi   stowarzyszeniami   –   popadła 
w dekadencję. I tu nagle zjawia się ktoś taki i mówi: „Koniec z sekretami!”. Zaczyna 
publikować   wszystkie   książki,   które   dotąd   krążyły   w podziemnym   obiegu,   i zakłada 
swoją sektę z własnym systemem społecznym, politycznym, ideologicznym, który, jak 
każdy system, ma swoją sztandarową księgę, jak Kapitał albo Biblia – Księgę praw, 
podyktowaną mu rzekomo przez anioła w Kairze. Jest to bardzo przejrzysta deklaracja 
zasad. Przedstawia teorię  systemu władzy,  którą można  by streścić tak: istnieją słabi 
i silni,   a rządzi   prawo   dżungli.   Słabi   są   niewolnikami,   silni   mają   władzę   i wolność. 
Wszystko   to   napisane   stylem   niesamowicie   solidnym,   magicznym,   mistycznym,   jak 
zresztą   cała   twórczość   Crowleya.   Zafascynowany   i lekkomyślny   zarazem,   zacząłem 
wcielać w życie te nauki, z dobrym skutkiem.

Na   stronie   internetowej   poświęconej   Aleisterowi   Crowleyowi   można   przeczytać: 

„Postać   enigmatyczna   i powszechnie   krytykowana,   nie   tylko   w jego   epoce, 
zdominowanej   przez   wiktoriańską   moralność,   która   okrzyknęła   go   „najbardziej 
perwersyjnym człowiekiem świata”. Także w naszych czasach, wśród tych, co pretendują 
do   miana   znawców   Człowieka   i jego   Systemu,   imię   Crowleya   przywołuje   aurę   zła 
i perwersji, która niesłusznie czyni z niego czarnoksiężnika, a wręcz, co jeszcze bardziej 
absurdalne, ucznia Szatana. Najczęściej jednak zapomina się w jego biografiach, że był 
człowiekiem szukającym rozwoju duchowego, że naprawdę był Magiem w najszerszym 
tego słowa znaczeniu”.

– Wtedy ślepo wierzyłeś tamtej sekcie.
– Szczerze mówiąc, wierzyłem i nie wierzyłem, wierzyłem nie wierząc, choć trzeba 

przyznać, że mnie to uwiodło. Właśnie wtedy na mojej drodze pojawił się Raul Seixas, 
sławny piosenkarz, który miał tak ogromny wpływ na moje życie. Wprowadziłem Raula 
do tej sekty. Nie stawiała żadnych szczególnych wymagań, nie rządziły nią żadne prawa, 
mogłeś być potworem albo aniołem, było tam miejsce dla każdego. Panowała całkowita 
swoboda   seksualna   i intelektualna.   Chodziło   o to,   aby   doprowadzić   doświadczenie 
władzy do granic ostatecznych.

background image

– Nie przerażało cię to?
– Patrzyłem na to wszystko bez przekonania albo widziałem tylko strony pozytywne. 

W tamtym   czasie   byłem   dość   podatny   na   wpływy   i widziałem   duże   zmiany   w życiu 
moim   i innych   członków   sekty.   Dopiero   później   zacząłem   zdawać   sobie   sprawę,   że 
granica   między   białą   magią   a czarną   jest   czasem   bardzo   subtelna.   Chodzi   o to,   że 
w czarnej magii próbujesz wywierać wpływ na losy innych. To jest właśnie ta granica, 
bariera   i przepaść.   Jeśli   pójdziesz   do   kościoła,   zapalisz   świeczkę   Matce   Boskiej 
i powiesz: „Chcę poślubić taką to a taką osobę” – to w tym momencie zaczyna się już 
czarna   magia,   chociaż   jesteś   w świątyni.   Jeżeli   natomiast   pójdziesz   na   rozstaje   dróg 
i złożysz ofiarę demonom, prosząc o zdrowie, bo się źle czujesz – to jest biała magia, bo 
nie starasz się panować nad innymi. Cała różnica polega na tym, czy ingerujesz w cudze 
życie, czy nie. Wszystko miało wtedy w moim odczuciu pełno znaczeń, jakbym widział 
symbole   w ciągłym   ruchu.   Tak   więc   postanowiliśmy   z Raulem   oddać   naszą   muzykę 
w służbę   tej   tajnej   sekty.   Między   słowami   pieśni   ukryliśmy   deklarację   jej   zasad, 
docierające   podprogowo   do   świadomości.   Były   to   mantry   całkowicie   techniczne, 
precyzyjne, doskonałe, Zło bowiem bywa bardzo precyzyjne.

– Jak to się stało, że zaciąłeś widzieć w tym dominację Zła?
– Wtedy jeszcze nie widziałem Zła, raczej rewolucję, bo Crowley głosił początek 

Apokalipsy:   „Ja   jestem   życiem,   na   które   czekacie.   Przybyłem,   aby   przeobrazić   całe 
społeczeństwo”. Wydawało mi się, że to jest w porządku i praktykowałem rytuały, choć 
nie wszystkie,  bo nie chciałem  rozstać się z pewnymi  wierzeniami  z dzieciństwa,  jak 
anioł stróż czy święty Józef.

– Czy ta sekta była skrajnie antyreligijna?
– Tak, całkowicie. Ja także byłem wtedy zagorzałym przeciwnikiem katolicyzmu i, 

jak już ci   mówiłem,  porzuciłem   wiarę  moich   rodziców,  ale  w głębi  duszy  nigdy nie 
wyrzekłem się pewnych elementów dawnej wiary.

– Kiedy zorientowałeś się, że ta sekta jest ucieleśnieniem zła?
– Pewnego dnia, tuż przed moim  aresztowaniem (mam na to świadków, możesz 

zadzwonić  i zapytać)  byłem  w domu,  kiedy nagle  zaczęło  się ściemniać.  Miałem coś 
konkretnego do zrobienia, już nie pamiętam co. Moja żona bez imienia gdzieś wyszła, 
więc byłem sam. Robiło się coraz ciemniej. Pomyślałem sobie, że to skutek uboczny 
pewnego   narkotyku,   który  kiedyś   wziąłem.   Wtedy   już   nie   szprycowałem   się  ani   nie 
brałem psychotropów, to był rok 1974. Sięgałem jeszcze czasem po kokainę.

– Co właściwie się wtedy stało?
– Był  jeszcze dzień, a wokół mnie zapadał zmrok. To była  ciemność namacalna, 

fizyczna, a nie wytwór mojej wyobraźni. W pierwszej chwili pomyślałem, że umieram.

background image

– Czy widziałeś coś w ciemności?
– Tak, bo nie zajmowała całej przestrzeni. Tak jakby nagle świeca na stole zaczęła 

dymić   i ten   dym   wypełniał   dom.   To   był   czarny   gęstniejący   dym,   który   chwilami 
przesłaniał mi cały widok, ale przede wszystkim mnie przerażał.

– Nie było innych zjawisk? Tylko ten dym?
– Najgorsze były dźwięki, których nie potrafię, ci opisać.
– Był jeszcze ktoś w domu, czy byłeś całkiem sam?
– Byłem sam w moim własnym mieszkaniu, bogaty i zadowolony z siebie. Ale ta 

ciemność między podłogą a sufitem napawała mnie tak przemożnym lękiem, że wpadłem 
w panikę. Poczułem, że przyszło Zło. W pierwszej chwili zacząłem to łączyć z moimi 
wizytami u pewnej kobiety, do której chodziłem na seanse autosugestii.

– Jak zareagowałeś na to dziwne zjawisko?
– Teraz już nie pamiętam, czy to ja zadzwoniłem do kogoś z grupy, czy ten ktoś 

zadzwonił do mnie i powiedział drżącym głosem, że zdarzyło mu się dokładnie to samo. 
Wtedy zrozumiałem, że to się dzieje naprawdę, że to nie halucynacje. Tamten człowiek 
znał sektę, lepiej ode mnie. Nie mogliśmy skontaktować się z naszym guru, bo nie miał 
telefonu – w Rio, w latach siedemdziesiątych, telefon był rzadkością. Byłem zagubiony 
i przerażony. Chciałem koniecznie coś zrobić, więc powtarzałem sobie uparcie: musisz 
o tym zapomnieć, pomyśl o czymś innym. Zacząłem liczyć wszystkie płyty, jakie miałem 
w domu, a było ich wiele. Kiedy skończyłem liczyć płyty, zacząłem liczyć książki, ale 
ciemność nie rozpraszała się ani na chwilę.

– Kiedy policzyłeś już wszystko, co się dało, co zrobiłeś?
– Ponieważ strach ciągle mnie trzymał, powiedziałem sobie, że jedynym ratunkiem 

może być pójście do kościoła, ale jakaś siła nie pozwalała mi ruszyć się z domu, ciągle 
miałem   poczucie,   że   śmierć   nadejdzie   lada   chwila.   Wtedy   wróciła   moja   żona,   która 
należała  do tej  samej  sekty.  Okazało  się, że ona też  widziała  tę czerń. I tak pomału 
dowiedzieliśmy   się,   że   wszyscy   członkowie   owej   sekty   doświadczyli   tego   samego. 
Czułem obecność Zła, widoczną i namacalną. Tak jakby Zło mówiło: „Wzywaliście mnie 
i oto jestem”.

– Jak długo już należałeś do tej sekty?
– Około dwóch lat. Przypomniałem sobie, że w czasach kiedy braliśmy z żoną sporo 

narkotyków, dużą ulgę przynosiło picie mleka lub skrapianie twarzy zimną wodą. Ale 
w tamtej chwili ani ona, ani ja nie mieliśmy odwagi przejść przez tę okropny półmrok, 
żeby   dotrzeć   do   łazienki.   W końcu   jakoś   się   udało,   skropiliśmy   sobie   twarze   wodą 
i poczuliśmy się lepiej. Wzięliśmy prysznic, ale kiedy wyszliśmy z łazienki, wszystko 
było jak przedtem, ciemność ciągle zalegała w mieszkaniu, groźnie i tajemniczo. W tym 

background image

momencie przypomniała się mi cała moja dziecięca religijność. I przestało być ważne, 
czy umrę, a najważniejsza była pewność, że ta dziwna energia istnieje naprawdę, że jest 
rzeczywista, wręcz namacalna.

– Czy podczas rytuałów tej tajemnej społeczności wzywaliście czasami Zło?
– Zawsze, ale rozumiejąc Zło jako bunt, niejako Zło samo w sobie.
– To była sekta satanistyczna?
–   W porównaniu   z tym,   co   tam   przeżyliśmy,   rytuały   satanistyczne,   które   znałem 

bardzo dobrze, były niczym. Tamto było o wiele bardziej złowrogie.

– Groźniejsze niż Kościół Szatana?
– I to znacznie bardziej, bo to była sekta o ściśle określonej strukturze, wyznająca 

jasno sformułowaną filozofię. Odprawialiśmy tam konwencjonalne rytuały magiczne, ale 
to   było   królestwo   mocy   w najczystszej   formie.   Czasami   robiliśmy   inwokacje   Zła 
i uzyskiwaliśmy bardzo konkretne efekty, ale nigdy nie były tak rzeczywiste jak owa 
czerń, która zapanowała w moim domu.

– Do czego zobowiązywaliście się podczas tych rytuałów i inwokacji?
– Do niczego. Mieliśmy władzę absolutną. Diabeł igra z tobą tak samo jak kokaina, 

wmawia ci, że masz nieograniczoną moc. Kokaina daje ci to samo wrażenie panowania 
nad światem, całkowitego bezpieczeństwa, ale to są tylko pozory. Prawda jest taka, że to 
ty jesteś niewolnikiem.

– Wróćmy do tamtego doświadczenia. Jak to wszystko się skończyło?
– Była sobota, około dziesiątej rano. W końcu wziąłem do ręki Biblię. Otworzyłem ją 

na  chybił-trafił   i natknąłem  się  na  akapit  z Ewangelii,  w którym   Jezus  pyta  pewnego 
człowieka, czy ten wierzy, a on odpowiada: „Wierzę, ale zaradź mojemu niedowiarstwu”. 
Przeczytałem   ten   werset   i złożyłem   sobie   pewną   obietnicę,   taką   samą   jak   później 
w kwestii   narkotyków.   Powiedziałem:   „Kończę   z tą   sektą   raz   na   zawsze”.   I wtedy 
wszystko   znikło.   Kiedy   wiele   lat   później   rozmawiałem   o tym   z moimi   przyjaciółmi 
z sekty, dowiedziałem się, że wszyscy przeżyli to samo co ja.

– Jak odszedłeś z tej sekty? Nie próbowano cię zatrzymać?
– Poszedłem porozmawiać z jednym z guru, a on tłumaczył mi, że to był mój rytuał 

inicjacyjny.   Odpowiedziałem   mu:   „Nieważne,   od   tej   chwili   już   nie   jestem   jednym 
z was”. Mojego mistrza wtedy tam nie było, więc wysłałem mu telegram. Oczywiście 
miałem   kłopoty   ze   zredagowaniem   tego   telegramu,   bo   panowała   wtedy   dyktatura 
w Brazylii i wszystko było cenzurowane. W aktach tej tajnej sekty na pewno mają sporo 
na mój temat, moje listy, moje artykuły, tysiące innych rzeczy.

– Nigdy cię nie prześladowali, że odszedłeś od nich?
– Nigdy. Oczywiście naciskali na mnie, wmawiali mi, że jestem tchórzem, głupcem, 

background image

że przekonam się jeszcze, ile stracę. Ale nie byłem prześladowany. I nie wierzę w to, co 
czasem się podaje w telewizji, że sekty swoich byłych wyznawców nękają aż do śmierci. 
Po prostu nie wierzę.

– Niektóre sekty chyba jednak to robią.
– W szanujących się stowarzyszeniach są zadowoleni, kiedy jesteś z nimi, ale jeśli 

już   zdecydujesz   się   odejść,   nic   się   nie   dzieje.   Przynajmniej   mnie   nigdy   nie 
prześladowano, a było to przecież jedno z najniebezpieczniejszych tajnych stowarzyszeń.

– Mimo tych strasznych przeżyć z czarną magią ciągle uważasz się za maga. Nie 

obawiasz się, że to może w pewien sposób zaszkodzić twemu wizerunkowi?

–   Nie,   bo   ja   inaczej   pojmuję   magię.   To   siła,   jaką   posiada   każdy,   przynajmniej 

potencjalnie. Być magiem to rozwijać zdolności poznawcze, których nie uznaje oficjalna 
nauka. Mag to zwykły człowiek, tyle, że świadomy, iż pod powierzchnią widzialnego 
istnieją inne światy, inne żywioły, inne prądy. To, co się kryje pod pozorem rzeczy, ów 
sekretny język, którym przemawiają, jest niedostrzegalny, ale tak samo prawdziwy jak 
miłość, której też nie można dotknąć.

– Czy uważasz ten wymiar magii za jakąś nadprzyrodzoną moc?
–   Wręcz   przeciwnie.   Prawdziwym   magiem   jest   ten,   kto   –   jak   powiedział   Jezus, 

walczy o jawność. Mag ma odsłaniać przed ludźmi to, co władza chce przed nimi zataić, 
obnażyć te kręgi, które posługują się tajemnicą, aby zawładnąć wolą innych, mamiąc ich 
fałszywą potęgą, która potrafi tylko niszczyć. W naszym społeczeństwie jest wielu ludzi, 
którzy zasłaniają się tajemnicą, aby przejąć kontrolę nad innymi. Dlatego ten ma więcej 
władzy, kto panuje nad informacją. Oglądałem raz w teatrze sztukę o rewolucji w jakimś 
kraju, gdzie ministrem kultury zostaje dotychczasowy cenzor, ponieważ on już wszystko 
wie, wszystko kontroluje. Prawdziwy mag nie daje się zdominować kastom tych, którzy 
twierdzą, że posiadają całą wiedzę świata.

– Jedno jest pewne: wiele osób boi się magii.
– I dobrze, bo magia może być bardzo niebezpieczna. Porównałbym ją do energii 

jądrowej – zależy do czego jej użyjesz. Możesz z niej zrobić bombę atomową albo prąd 
elektryczny. Nie każda energia atomowa jest zła, tak jak i nie każda magia. Trzeba umieć 
odróżnić jedno od drugiego.

– Nie odpowiedziałeś jeszcze na jedno pytanie. Czy wierzysz w diabła?
– Wierzę w uosobienie sztucznego demona!
– Co chcesz przez to powiedzieć?
–   Że   jest   diabeł   –   lewa   ręka   Boga,   ale   istnieje   także   inny,   będący   wytworem 

zbiorowej   podświadomości,   która   go   ucieleśnia.   Czym   jest   na   przykład   słowo? 
Uosobieniem   myśli.   Tak   samo   jak   uosabiasz   miłość,   wymawiając   słowo   „kocham”, 

background image

możesz uosobić diabła, wzywając jego imię. Ale w chwili, gdy w swoim życiu zapalisz 
światło, zniszczysz go, bo on ma tylko tyle władzy, ile sam mu dasz.

– Ty przecież na własne oczy widziałeś uosobienie diabła.
– Bo przedtem sam mu dałem władzę nad sobą. Ale dziś nie ma już władzy nade 

mną, bo mu jej odmówiłem. A teraz, Juan, porozmawiajmy o czymś innym...

Narkotyki

Niektórzy przyjaciele Coelho próbowali ukryć jeden z najboleśniejszych rozdziałów 

życia pisarza: koszmar narkotyków. Albo starali się to bagatelizować, jakby narkotyki 
były w jego życiu nic nieznaczącym epizodem. On sam się z tym nie zgadza. Nie ma 
zamiaru wymazywać ze swojej historii tej ciemnej strony, która niemal doprowadziła go 
do   śmierci,   jak   sam   tu   z niesamowitą   szczerością   opowiada.   Wyszedł   z tego 
doświadczenia   tak   bardzo   wyczerpany,   że   jeszcze   dziś   ma   bardzo   konserwatywne 
poglądy w kwestii narkotyków i sprzeciwia się nawet zniesieniu kar za ich posiadanie.

Juan Arias
– Co sprawiło, że definitywnie skończyłeś z narkotykami?
Paulo Coelho
– Narkotyków nie odstawia się z dnia na dzień. W moim przypadku wychodziłem 

z tego   etapami.   Najtrudniejszy   okres,   kiedy   brałem   przeróżne   narkotyki   i środki 
halucynogenne,   nawet   te   najsilniejsze   i najgroźniejsze,   to   lata   siedemdziesiąte. 
A rzuciłem je z wielu różnych powodów.

–   Dlaczego   jesteś   tak   bardzo   przeciwny   obecnej   antynarkotykowej   polityce 

informacyjnej?

– Bo na tym polu opowiada się straszne bzdury, zarówno jeżeli chodzi o narkotyki, 

jak i o papierosy. Najgorsza rzecz, jaką można zrobić, to je demonizować, przedstawiać 
je jako środki straszne, nieprzyjemne  i bezsensowne. To może  doprowadzić  tylko  do 
tego, że całe pokolenie młodych ludzi rzuci się na narkotyki.

– Dlaczego?
–   Bo   wystarczy   powiedzieć   młodzieży,   że   narkotyki   są   złe,   aby   zaczęły   ich 

fascynować.  Osobiście   głęboko  wierzę  w siłę  buntu,  bez  niego  nie  wyobrażam  sobie 
życia. A młodzież buntuje się dla zasady, niemal fizjologicznie.

– Dlaczego ty zacząłeś brać narkotyki?
– To był właśnie bunt, bo były zakazane, a wszystko co zakazane mnie fascynowało. 

Narkotyki były dla mnie i dla pokolenia 68 formą protestu przeciwko rodzicom, jednym 
ze sposobów kontestacji. Zawsze popadałem w skrajności, nie cierpiałem półśrodków i, 

background image

dzięki Bogu, nie zmieniłem się. Podpisuję się pod zdaniem z Biblii, które mówi: „Obyś 
był zimny lub gorący! A tak, skoro jesteś letni, chcę cię wyrzucić z mych ust”. Po stokroć 
wolę   być   wojownikiem   światła,   walczyć,   dlatego   trudno   mi   przyjąć   harmonię 
wszechświata. Najlepiej symbolizuje to słońce, które jest życiem i światłem, a wcale nie 
jest harmonijne. Jest wielką atomową eksplozją, która cię zabije, jeśli się do niej zanadto 
zbliżysz.

–   A więc   twoje   wejście   w narkotyki   było   przejawem   buntu   przeciwko   zakazom 

i konwencjom krępującym ówczesne społeczeństwo. A dlaczego je rzuciłeś?

– Ze strachu. Zaszedłem już daleko: kokaina, halucynogeny, LSD, pejotl, meskalina 

i jeszcze inne specyfiki. Odstawiłem najmocniejsze, zostałem przy kokainie i marihuanie. 
Jednak  dziś   dla  mnie  kokaina  jest   istnym  szatanem,   diabelską   energią,   która  daje  ci 
złudne   poczucie  wszechmocy,   a tak  naprawdę  niszczy cię,  odbierając   ci  zdolność  do 
podejmowania decyzji.

– Wtedy nie zdawałeś sobie z tego sprawy?
– Nie, ciągle byłem na kokainie i nic się nie działo o dziwo, nie działała na mnie 

jakoś   specjalnie.   To   było   fantastyczne,   miałem   wrażenie   ogromnej   władzy   i dobre 
samopoczucie.

– Jednak w końcu doprowadziła cię do silnej paranoi.
– Rzeczywiście, kiedy wyszedłem trzeci raz z więzienia, moja paranoja nasiliła się 

do tego stopnia, że życie tutaj, w Rio de Janeiro, stało się dla mnie nie do zniesienia. Na 
ulicy   miałem   wrażenie,   że   jestem   śledzony,   zdawało   mi   się,   że   mój   telefon   jest   na 
podsłuchu.   Pamiętam,   jak   podczas   Mundialu   w 1974   roku,   gdy   Brazylia   grała 
z Jugosławią,   pomyślałem,   że   wreszcie   mogę   spokojnie   wyjść,   ulice   będą   puste,   bo 
wszyscy   oglądają   mecz,   nawet   wojskowi,   i nikt   nie   będzie   mnie   śledził.   Byłem 
zdesperowany i powiedziałem sobie: „Albo wyjdę dziś, albo nie wyjdę już nigdy”.

– I wyszedłeś?
– Tak, i pamiętam, że ulice były całkowicie wyludnione.  Rozglądałem  się wokół 

i mówiłem do siebie: „Jeśli ktoś mnie teraz śledzi, od razu go zauważę”. Lecz przyszło 
takie   stadium   paranoi,   że   to   stało   się   nie   do   zniesienia.   Postanowiłem   wyjechać   do 
Stanów Zjednoczonych, choć nie było to fair wobec moich bliskich. Tylko Raul pojechał 
ze mną do Nowego Jorku.

– Ale w Nowym Jorku także brałeś narkotyki.
– Tak. Kokaina była modna, choć ja ciągle byłem na nią wyjątkowo odporny, jeśli 

oczywiście   nie   liczyć   paranoi   oraz   poczucia   nieograniczonej   władzy.   Ale   w Nowym 
Jorku przeholowałem. Do dziś to świetnie pamiętam. Był to dzień dymisji Nixona, ósmy 
sierpnia. Miałem tam dziewczynę. Mieszkaliśmy w hotelu Village. Nafaszerowaliśmy się 

background image

oboje kokainą. I wtedy po raz pierwszy, a brałem już od roku, poczułem jej destrukcyjną 
moc. Miałem niesamowity odlot. Później obejrzeliśmy ustąpienie Nixona i poszliśmy się 
przejść   po   Time   Square,   a stamtąd   do   dyskoteki.   Kiedy   wróciliśmy,   o dziwo   nie 
kochaliśmy się. Pamiętam, że moja dziewczyna spała naga. Doczekałem do dziewiątej 
rano, nie mogąc zmrużyć oka. I wtedy coś mnie tknęło. Powiedziałem sobie: „Jak tak 
dalej pójdzie, kokaina mnie zniszczy”. Wyjrzałem przez okno, ulica była pusta. To nie 
było nic konkretnego, tylko silne przeczucie, że idą prostą drogą do śmierci. Do tamtej 
chwili   byłem   spokojny  i nawet   jeśli   widziałem,   jak   narkotyki   niszczyły   wielu   moich 
przyjaciół, niewiele sobie z tego robiłem. Ale tamtego dnia zrozumiałem, że jeśli nie 
rzucę tego w diabły, skończę jak oni.

– I rzuciłeś?
– Tak, złożyłem przysięgę, co zdarza mi się rzadko: „Już nigdy więcej nie wezmę 

kokainy”.   A z   narkotykami   naprawdę   bardzo   trudno   powiedzieć:   „Nigdy   więcej”. 
Przysiągłem przed moją nagą dziewczyną.

– I dotrzymałeś słowa?
– Do dzisiaj tak. Choć zdarzało mi się jeszcze później palić marihuanę. Ale kokainę 

rzuciłem na zawsze. Nie przysięgałem, że rzucę papierosy, i ciągle palę, choć wiem, że 
mi to szkodzi. Ale narkotyki to zamknięty rozdział. Dlatego ósmy sierpnia 1974 roku, 
dzień, w którym ustąpił Nixon, był bardzo ważny dla mojego przyszłego życia.

– Ale później skończyłeś także z marihuaną.
–   Tak,   kiedy   byłem   z Cristiną   w Amsterdamie.   Zdałem   sobie   sprawę,   że   po 

marihuanie mam zawsze te same objawy, w gruncie rzeczy nic wielkiego, że lepiej z tym 
skończyć. Od tamtej chwili, a był rok 1982, nie spróbowałem już żadnej niedozwolonej 
używki.

– Jak sądzisz, dlaczego dziś młodzież tak szaleje za narkotykami?
–   Z tego   samego   powodu   co   nasze   pokolenie,   choć   jest   może   i inny   powód:   bo 

dorośli przedstawiają je jako coś strasznego. Później  młodzi palą jointa i zdają sobie 
sprawę, że to wcale nie takie straszne, że seks jest po tym przyjemniejszy.

– Co należałoby w takim razie mówić?
–   Że   narkotyki   są   niebezpieczne,   właśnie   dlatego   że   czujesz   się   po   nich   tak 

fantastycznie, wcale nie zauważasz, jak powoli zżerają cię od środka, niszczą twoją wolę, 
robią z ciebie automat niezdolny do podjęcia żadnej decyzji, stajesz się niewolnikiem. 
Dlatego mówię, że są diaboliczne, bo są straszną pułapką, wielkim oszustwem. Kiedy 
żyłem z tą kobietą, którą porwano i torturowano razem ze mną w jakimś wojskowym 
więzieniu, przez dwadzieścia cztery godziny na dobę faszerowaliśmy się czym popadło. 
Byliśmy   po   prostu   wykolejeni.   Jak   gdyby   nigdy   nic   przewoziliśmy   do   Stanów 

background image

Zjednoczonych narkotyki w walizce. Było nam wszystko jedno, czy wsadzą nas do paki, 
czy nie, nie zastanawialiśmy się nad tym. Nie wiem, jak bym skończył, gdybym dalej 
szedł tamtą drogą. Prawdopodobnie tak jak niejeden z moich nieszczęsnych przyjaciół... 
Powtarzam, że kokaina to narkotyk diabła, bardzo niebezpieczny. Ale większość ludzi 
przemawiających  do młodzieży nie ma pojęcia, o czym mówi, bo sami nigdy ich nie 
spróbowali. Dlatego ich propaganda jest nieodpowiedzialna i zakłamana.

Włącza   się   Cristina.   Opowiada,   że   widziała   ostatnio   plakat   kampanii 

antynarkotykowej, na którym ogromy jaszczur wkłada sobie do nosa człowieka i je jego 
mózg. A na innym plakacie w Anglii były rady dla tych, którzy nie potrafią rzucić – co 
zrobić, żeby narkotyki jak najmniej szkodziły.

– Muszę to opowiedzieć mojemu znajomemu, który pracuje w reklamie. Nie można 

oszukiwać młodych ludzi. Sądzę, że dzisiejsze kampanie informacyjne raczej zachęcają 
do narkotyków i napędzają nowych klientów.

– A co mówisz o narkotykach publicznie?
–   Zawsze   mówią,   że   jestem   przeciw,   bo   na   własnej   skórze   doświadczyłem,   jak 

bardzo są groźne. I jestem w tym względzie konserwatystą: nie zgadzam się na zniesienie 
kary   za   posiadanie   narkotyków,   choć   może   się   to   wydać   sprzeczne,   bo   mówiłem 
wcześniej, że narkotyki najbardziej kuszą dlatego, że są zakazane. Mimo wszystko, po 
moich ciężkich doświadczeniach, wolę, aby były zakazane.

Nowa droga

W wieku trzydziestu czterech lat, porzuciwszy szaleństwa młodości, Paulo Coelho 

wyruszył w podróż ze swoją żoną Cristiną, szukając nowej drogi duchowej. Podczas tej 
podróży,  w najbardziej nieprawdopodobnym  miejscu, na terenie hitlerowskiego obozu 
koncentracyjnego w Dachau, doznał bardzo silnego przeżycia duchowego, które na nowo 
pogodziło   go   z katolicyzmem.   Musiało   być   ono   bardzo   silne,   skoro   opowiadając   mi 
o tym prawie dwadzieścia lat później, Coelho wybuchnął płaczem.

Juan Arias
– Miałeś trzydzieści cztery lata, kiedy postanowiłeś wreszcie zostać osobą poważną 

i zrównoważoną.

Paulo Coelho
–   Przeszedłem   już   zbyt   dużo   i popełniłem   zbyt   wiele   szaleństw.   Moja   żona   bez 

imienia odeszła ode mnie. Miałem za sobą już trzecie małżeństwo, z Cecilią. W 1981 
ożeniłem  się z Cristiną. Straciłem  pracę w Polygramie,  ale nie musiałem się martwić 
o pieniądze,   bo   byłem   właścicielem   pięciu   mieszkań,   a na   koncie   miałem   wtedy 

background image

siedemnaście   tysięcy   dolarów.   Zacząłem   znowu   tęsknić   za   czymś   nieokreślonym,   co 
zniknęło z mojego życia, które przestało być moim życiem.

– I znów udałeś się w podróż.
– Właśnie. Powiedziałem do Cristiny: „Mam trzydzieści cztery lata i niedługo będę 

stary, zacznijmy żyć, pojedźmy w świat szukać sensu życia, wróćmy do miejsc naszej 
młodości”.   Tak   wyruszyliśmy   w wielką   podróż.   Przejechaliśmy   całą   Europę   wzdłuż 
i wszerz. Odwiedziliśmy między innymi kraje komunistyczne, gdyż w głębi duszy wciąż 
byłem  socjalistą  i chciałem  poznać  tę rzeczywistość  z bliska. W Jugosławii  kupiliśmy 
samochód w ambasadzie Indii i wyruszyliśmy do Niemiec, gdzie mieszkała wtedy siostra 
Cristiny. Za mercedesa, którego normalnie nie można tam było kupić, zapłaciliśmy tysiąc 
dolarów – był w świetnym stanie, bardzo piękny, z dyplomatyczną rejestracją. To była 
fantastyczna   podróż,   pełna   przygód.   Dojechaliśmy   do   Bonn,   gdzie   mieszkała   moja 
szwagierka, która właśnie urodziła córeczkę. Potem zatrzymaliśmy się w Monachium, bo 
zawsze ciekawiła mnie historia drugiej wojny światowej. Nigdy nie widziałem obozu 
koncentracyjnego, a bardzo mnie to interesowało. Postanowiliśmy udać się do Dachau. 
Pamiętam, była niedziela i nie wiem dlaczego, poszliśmy do kościoła na mszę. Później 
dopiero pojechaliśmy do obozu. Zaparkowałem. Było kompletnie pusto, luty, zero stopni, 
mroźny wiatr wiał nam prosto w twarz. Weszliśmy. W muzeum nie było żywej duszy, 
zaczęliśmy zwiedzać i w pewnej chwili poczułem jakieś wielkie wzruszenie.

–   Rzeczywiście,   kiedy   pierwszy   raz   zwiedza   się   obóz   koncentracyjny,   człowiek 

czuje,   że   krew   zamarza   mu   w żyłach.   Nigdy   nie   zapomnę   wrażenia   w celi   śmierci 
w obozie Auschwitz w Polsce.

– Ja to widziałem na filmach, ale one nie mają nic wspólnego z rzeczywistością, 

przejmującą i straszną. W jednym z baraków spotkaliśmy rodzinę, która straciła w obozie 
krewnego, i to mnie szczególnie poruszyło, bo o ile obóz był przeszłością, ta scena działa 
się na moich oczach. Zwiedziliśmy potem dom strażników obozu i jeden mały barak. 
Wszystko to było przygnębiające. A gdy wyszliśmy, ogromny kontrast: po lewej stronie 
od bramy bujna roślinność, rzeka, po prawej dawne piece krematoryjne.

– Ja nie miałem odwagi wejść do krematorium. Dla mnie są to miejsca przeklęte, 

dowód na upadek ludzkości.

–   Potworność!   –   wyrwał   mi   się   okrzyk   i moja   wyobraźnia   zaczęła   pracować. 

Zamknąłem siew toalecie, żeby zastanowić się, co się ze mną dzieje. Wpadające tam 
poranne światło było jakieś inne, piękne, całkowite przeciwieństwo wszystkiego wokół.

–   Takie   kontrasty   w obozach   koncentracyjnych   wywołują   dreszcze.   Nie   mogę 

zapomnieć,   jak   w Auschwitz,   przy   jednej   z zardzewiałych   rur,   którą   w tamtych 
straszliwych czasach musiała lecieć woda, wyrósł maleńki polny kwiat, być może dzięki 

background image

jednej kropli wody, która tam spadła.

–   Kiedy   wyszedłem   z toalety,   dochodziło   południe.   Poszliśmy   z żoną   w stronę 

samochodu,   który   zaparkowałem   w pobliżu   budki   stróża.   Na   skraju   Dachau   są   trzy 
kaplice:   katolicka,   żydowska   i chyba   protestancka.   Weszliśmy   do   kaplicy  katolickiej, 
zapaliliśmy   świeczkę   i ruszyliśmy   w drogę   powrotną.   Samochód   stał   daleko,   było 
przenikliwie zimno. Kiedy tak szliśmy, rozległy się dzwony na Anioł Pański.

– Te same dzwony wzywały więźniów na apel...
– I wtedy odleciałem wyobraźnią bardzo daleko. Jako pisarz przywykłem tworzyć 

nastroje,   widziałem   baraki   przepełnione   więźniami,   każdą   komórką   ciała   czułem   to 
upodlenie   człowieka.   Szedłem,   zmagając   się   z tą   straszną   wizją.   W pewnej   chwili 
zatrzymałem się i zobaczyłem napis na dachu strażnicy: „Nigdy więcej...”. Ta myśl, że to 
już nigdy się nie powtórzy, uspokoiła mnie na chwilę, bo to niemożliwe, aby człowiek 
mógł jeszcze raz dopuścić się takiego barbarzyństwa.

– Niestety nie miałeś racji.
– I raptem właśnie to do mnie dotarło, że wcale nie jest pewne, że to się nigdy nie 

powtórzy,   bo   już   się   powtórzyło   i będzie   się   jeszcze   powtarzać.   Przecież   ja   sam 
doświadczyłem na własnej skórze okrutnych tortur zadanych mi przez inną istotę ludzką, 
mojego   bliźniego,   byłem   poniżony   i bezbronny.   Myślałem   o brudnych   wojnach, 
o ludziach   ginących   wtedy   w Salwadorze.   Myślałem   o matkach   na   placu   Majowym 
w Argentynie,   o wojskowych,   którzy   zrzucali   niewinnych   ludzi   z samolotów, 
o bestialstwach i torturach w więzieniach dyktatorów.

– I zdałeś sobie sprawę, że człowiek ciągle jest tak samo szalony i podły.
–   Poczułem   rozpacz,   bezsilność   oraz   całkowitą,   beznadziejną   daremność. 

Pomyślałem: ta cholerna ludzkość nigdy się niczego nie nauczy; jesteśmy skazani na 
powtarzanie   tych   samych   błędów.   To,   co   się   wydarzyło   w Niemczech   w latach 
czterdziestych,  dzieje  się teraz  na moim  kontynencie.  Ale zarazem  wydawało  mi  się 
niemożliwe,   aby   człowiek   nie   wyciągnął   żadnej   lekcji   z przeszłości.   I zacząłem 
powtarzać sobie to, co napisał kiedyś inny pisarz: „Żaden człowiek nie jest samoistną 
wyspą”. Gdzie ja to czytałem?  W jakiej książce?... I powolutku przypomniałem sobie 
cały akapit: „Jeżeli morze zmyje choćby grudkę ziemi, Europa będzie pomniejszona... 
Śmierć każdego człowieka umniejsza mnie”. Kto to napisał? – zastanawiałem się. Tkwiło 
mi w pamięci jeszcze ostatnie zdanie: „Nie pytaj, komu bije dzwon: bije on tobie”. Kiedy 
przyszedłem   do   siebie,   stałem   pośrodku   obozu   koncentracyjnego,   dzwony   dzwoniły 
wokół mnie i byłem wstrząśnięty, bo raptem zrozumiałem, jak w chwili olśnienia, że te 
wszystkie dzwony biją dla mnie.

Tu trzeba było przerwać nagranie, bo Paulo Coelho wybuchnął płaczem. Po kilku 

background image

sekundach, jakby bagatelizując swoje wzruszenie, powiedział: „Przepraszam. Chyba za 
dużo wypiłem”.

I to nie był jakiś akt symboliczny, bo w chwili, kiedy odkryłem, że te dzwony biją 

dla mnie, i zrozumiałem, że ja też muszę zrobić coś, aby zatrzymać tę ohydę, tę straszną 
prawidłowość, że ludzkość nie wyciąga wniosków ze swoich szaleństw, usłyszałem głos 
i zobaczyłem postać. Pojawiła się i znikła. Nie miałem czasu z nią porozmawiać, ale jej 
obraz został mi pod powiekami.

– I co zrobiłeś?
–   Wróciłem   do   samochodu,   opowiedziałem   tę   historię   Cristinie,   popłakałem   się, 

a następnego dnia o wszystkim zapomniałem. Znowu nie wiedziałem, komu bije dzwon. 
Uznałem, że to było jeszcze jedno doświadczenie mojego życia. Upłynęły kolejne dwa 
miesiące,   dalej   podróżowaliśmy.   Aż   pewnego   dnia   w Amsterdamie   postanowiliśmy 
spędzić noc w hotelu, który teraz już nie istnieje, bo był nielegalny, ale za to bardzo tani 
i po prostu fantastyczny. Właśnie tam podjąłem decyzję, że przestaję palić marihuanę, 
a Cristina właśnie tam po raz pierwszy i ostatni wzięła LSD. Na parterze hotelu był bar. 
Piliśmy z Cristiną  kawę, kiedy ktoś wszedł  i też zamówił  kawę. Pomyślałem:  „Ja go 
skądś   znam,   tylko   skąd?”.   Po   chwili   przypomniałem   sobie,   że   widziałem   tę   osobę 
w obozie   koncentracyjnym.   Przestraszyłem   się,   że   może   mnie   śledzić   w związku 
z wydarzeniami z 1974 roku, kiedy zajmowałem się czarną magią. Jednocześnie byłem 
ciekaw i pomyślałem sobie, że jeśli go nie zaczepię, odejdzie i już nigdy go nie spotkam.

– I podszedłeś do niego?
– Tak, wstałem i powiedziałem: „Spotkaliśmy się dwa miesiące temu”. Spojrzał na 

mnie i odpowiedział po angielsku: „Pan chyba oszalał?”. „Nie, nie oszalałem, widziałem 
pana przed dwoma  miesiącami”.  Byłem  poruszony,  bo stanęła  mi  przed oczami  cała 
sytuacja z obozu koncentracyjnego. A zarazem bałem się, bo słyszałem, że sekty czasem 
prześladują   swoich   byłych   członków,   choć   nigdy   w to   tak   naprawdę   nie   wierzyłem. 
Wtedy on powiedział do mnie: „Usiądź!”, i zaczął mi zadawać pytania. W czasie, gdy 
mnie przepytywał, coraz bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że to on mi się ukazał 
w obozie.

– I co ci powiedział?
–   Powiedział:   „Może   mnie   widziałeś,   istnieje   przecież   coś   takiego   jak   widmo 

astralne, bo raczej nie mogłeś mnie spotkać przedtem. Zdarza się tak po zażyciu środków 
halucynogennych”.   Poprosiłem,   by   nie   odchodził,   bo   czułem   podskórnie,   że   to 
opatrznościowa postać w moim życiu. On mówił dalej o widmie astralnym i w końcu 
rzekł: „Widzę, że masz jakieś problemy.  Pracuję w międzynarodowej firmie, mam na 
imię Jean, chyba mogą ci jakoś pomóc, ale musisz mi szczerze powiedzieć, czy tego 

background image

chcesz”. Odpowiedziałem, że muszę się zastanowić. „Zawsze przychodzę tu na kawę 
o tej porze, jutro mi odpowiesz, masz dwadzieścia cztery godziny, nie więcej. Jeśli nie 
przyjdziesz, uznam, że nie chcesz mojej pomocy”. Nie wiedziałem, czy ten człowiek 
chce  mojego dobra, czy mojej zguby.  Rozmawiałem  z Cristiną, nie spałem  całą  noc. 
Czułem się całkowicie zdezorientowany.

– Co w końcu postanowiłeś?
– Zgodziłem się. I wtedy rozpoczął się nowy rozdział mojego życia i mój powrót do 

Kościoła katolickiego. Człowiek ten należał do katolickiego zakonu RAM (od łacińskich 
słów Rigor, Amor, Misericordia – Surowość, Miłość, Miłosierdzie). To on opowiedział 
mi  o całej  historii   zakonu,  o jego  symbolice   zakorzenionej   w Kościele.  Spędził  wiele 
czasu w Watykanie. Od tego czasu zacząłem się interesować tą starą katolicką tradycją, 
tradycją   węża.   Aż   pewnego   dnia   pojechaliśmy   razem   do   Norwegii   i dał   mi   tam   ten 
pierścień, który noszę, z dwugłowym wężem. Zacząłem uczyć się języka symboli, nie 
jakiegoś chrześcijańskiego ezoteryzmu, lecz chrześcijańskiej symboliki.

– Czy Kościół akceptuje te nauki?
– To bardzo stara tradycja.
– Wstąpienie do zakonu RAM pogodziło cię z katolicyzmem. To zakon mało znany. 

Czy ma wielu członków?

– Adepci tego zakonu mało o nim mówią. Jest to zakon założony ponad pięć wieków 

temu   w łonie   Kościoła   katolickiego.   Uczy   języka   symboli,   przekazywanego   głównie 
ustnie, ale to nic tajnego. RAM jest raczej praktyką sacrum, a nie jego teorią. Dlatego jest 
nas niewielu. W grupie jest zawsze czterech uczniów.

Pisanie

Wielu krytyków  uparcie odmawia twórczości Paula Coelho wymiaru literackiego, 

ustawiając   jego   książki   na   półce   z poradnikami   psychologicznymi   lub   z ezoteryką. 
Coelho   zaś   uważa,   że   musi   pisać   prostym   językiem,   aby   docierać   do   wszystkich 
czytelników. Uważa się za bajarza, a swoje książki chciałby widzieć w księgarni w dziale 
literatury lub filozofii. Tym, którzy przyłapują go na błędach gramatycznych, odpowiada 
z ironią, że niektórzy znawcy literatury znajdowali je nawet w Don Kichocie Cervantesa. 
Nikt nie zaprzeczy, że jest jednym z dziesięciu najlepiej sprzedających się pisarzy świata. 
Jego książki rozeszły się w ponad trzydziestu milionach egzemplarzy, choć jego dorobek 
literacki obejmuje zaledwie kilkanaście tytułów. W ciągu paru lat Coelho sprzedał więcej 
książek   niż   Jorge   Amado   przez   całe   swoje   długie   życie.   W tym   rozdziale   opowiada 
o swoim procesie twórczym – żeby pisać, musi najpierw kochać się z życiem.

background image

Juan Arias
– Dlaczego czujesz potrzebę pisania?
Paulo Coelho
– Jedyny sposób dzielenia się miłością to praca, a moją pracą jest pisanie, tak jak 

pracą taksówkarza jest prowadzenie samochodu.

– Czy ktoś ci narzucił pisanie, czy to był twój wybór?
–   Całe   życie   marzyłem   o pisaniu.   Zawsze   do   tego   dążyłem,   czasem   wbrew 

rozsądkowi, nieraz błądząc, ale się nie zniechęciłem. To był mój świadomy wybór.

– Powiedziałeś kiedyś, że do pisania potrzebujesz połączenia ze źródłem energii. Co 

to znaczy?

–   Lubię   sięgać   po   pojęcia   rodem   z alchemii,   będącej   duszą   świata,   albo   do 

podświadomości   zbiorowej   Junga.   Łączę   się   z przestrzenią,   w której   zawiera   się 
wszystko.

– Pisze o tym Borges.
– U Borgesa to się nazywa Alef, punkt gdzie zbiegają się wszystkie rzeczy świata. 

Alef   pochodzi   z kabały,   to   pierwsza   litera   hebrajskiego   alfabetu.   Jest   punktem 
skupiającym  wszystko w tym samym  czasie. W opowiadaniu Borgesa, zatytułowanym 
właśnie Alef, pewien człowiek idzie ulicą, potyka się i upada. Bezwiednie trafia właśnie 
w taki   punkt   przestrzeni,   gdzie   widać   wszystko   naraz:   wszystkich   ludzi,   lasy,   rzeki, 
wszystkie wszechświaty.

– Czy tego właśnie doświadczasz, gdy piszesz?
– Jest taki moment w trakcie pisania, kiedy czujesz zmęczenie, ale mimo to piszesz 

dalej z powodu dyscypliny, jaką sobie narzuciłeś. W pewnej chwili, nie wiadomo kiedy 
i nie wiadomo jak, łączysz się z czymś, co sprawia ci przyjemność, jakby ze źródłem 
energii i wtedy czas zaczyna płynąć bardzo szybko. Sądzę, że w takim właśnie momencie 
twórczym człowiek łączy się z bliźnimi. Życie ma dla mnie ważny wymiar symboliczny, 
bo jesteśmy nie tylko istotami ludzkimi, lecz również swoistymi symbolami.

– Bardzo lubisz symbol wody.
– Może dlatego że zawsze mam ją tutaj przed oczami, kiedy pracuję i odpoczywam: 

wspaniały   Ocean   Atlantycki   i dostojną   plażę   Copacabana.   Woda   jest   wyjątkowo 
symboliczna, to bowiem podstawa życia i tworzenia. W morzu dochodzi też do konfliktu, 
wtedy powstaje fala, a to sprawia, że możemy odróżnić morze od lądu. I w tej strefie, 
czasem spokojnej, czasem wzburzonej, czasem zgubnej, zawiera się akt twórczy.

Szanuję tajemnicę. Wiem, że zdarzają się rzeczy, których nie rozumiemy, i trzeba 

uszanować tę tajemną sferę.

– Podobno czasami zaczynasz pisać coś, czego później żałujesz i porzucasz tekst albo 

background image

go niszczysz.

–   To   prawda.   Kiedy   zaczynam   pisać,   nie   wiem,   czy   robię   dobrze.   Piszę   przede 

wszystkim dla siebie, bo jestem swoim pierwszym czytelnikiem. Kiedyś dawałem moje 
książki do czytania innym przed publikacją. Teraz nie. Radzę sobie sam. I kiedy zdaję 
sobie   sprawę,   że   to,   co   piszę,   nie   działa,   porzucam   to.   Tak   wydarzyło   się   ostatnio 
z książką o Cyganach. W pewnej chwili po prostu przestałem ją pisać.

– Po czym poznajesz, że tekst nie działa?
– Stwierdzam, że nie jest szczery, że nie płynie. To się czuje.
– Jak wybierasz tematy do swoich książek?
– Jestem pisarzem zaangażowanym politycznie, ale moje poszukiwania są głównie 

natury duchowej. Dlatego właśnie najwięcej o tym piszę. Był taki czas, kiedy uważałem, 
że   potrafię   odpowiedzieć   na   każde   pytanie,   ale   teraz   zdaję   sobie   sprawę,   że   to 
niemożliwe,   a nawet   śmieszne.   Mógłbym   wszystko   wytłumaczyć,   powołując   się   na 
mistrzów czy guru, ale to nie wychodziłoby ode mnie. A przecież ciągle jesteśmy sami 
dla siebie tajemnicą  i jednego jestem pewien:  musimy dawać to, co w nas najlepsze. 
Tylko   to   może   nam   dać   prawdziwe   spełnienie.   Jeżeli   w życiu   nie   kierujesz   się 
szczerością, oszukujesz samego siebie i oszukujesz innych, lecz to jak każde kłamstwo 
ma krótkie nogi, bo imperium zła też się rządzi swoją logiką.

– Co sprawia, że piszesz nową książkę?
– Dam ci obrazowy przykład. Właśnie wróciłem z Japonii, gdzie przez wiele dni 

podpisywałem książki. Widziałem tam bardzo pomysłowe urządzenie do płoszenia jeleni, 
które   skojarzyło   mi   się   z moim   procesem   twórczym.   Urządzenie   to   składa   się 
z wydrążonego w środku bambusa, który napełnia się wodą. Kiedy bambus jest już pełen, 
woda   wylewa   się   i spada   na   coś,   co   powoduje   straszliwy   łoskot,   a to   z kolei   płoszy 
jelenie. To urządzenie stało się dla mnie symboliczne, bo my tak samo napełniamy się 
i w pewnej chwili musimy się tym podzielić. Możemy to nazwać miłością albo potrzebą 
uczestnictwa   w życiu,   ale   tak   naprawdę,   gdy   robimy   coś   z entuzjazmem,   czujemy 
potrzebę podzielenia się tym z drugim człowiekiem.

– A jak ty się „napełniasz”?
–   To   się   dzieje   poza   moją   świadomością,   jakbym   po   akcie   miłosnym   z życiem 

zaszedł w ciążę i nigdy nie wiem, kto był ojcem. Przez dwa lata – tyle mniej więcej czasu 
zazwyczaj upływa między powstaniem jednej a drugiej książki – nie robię nic, nic nie 
notuję, ale jestem całkowicie otwarty na życie. I w pewnej chwili coś wchodzi we mnie 
i mnie zapładnia. Wtedy przychodzi potrzeba pisania.

– A jak się orientujesz, że jesteś bliski „poczęcia”?
– Zaczynam czuć... może nie złość, raczej pewne rozdrażnienie. Wtedy mówię do 

background image

siebie: czuję się pełny, brzemienny, gotowy do „wydania na świat”.

– Czyli  musisz być otwarty,  aby przyjąć, a później spalić kokon, by odsłonić, co 

nosisz w sobie?

– To jest właśnie klasyczna formuła w alchemii, którą można streścić tak: roztopić 

się i zastygnąć. Rozproszyć i skupić. Rozkurczyć i skurczyć. To tak jak z mechanizmem 
serca i tyloma innymi w przyrodzie.

– Czy w trakcie pisania ważna jest dla ciebie dyscyplina, czy wolisz anarchię?
–   Anarchię   lubię   kiedy   indziej,   ale   przy   pisaniu   dyscyplina   jest   podstawą.   To 

zdyscyplinowanie jest chyba jedyną pozytywną rzeczą, jaką wyniosłem z czasów mojej 
młodości,   z gimnazjum   jezuitów.   Zazwyczaj   kiedy   siadam   przed   komputerem,   żeby 
zacząć pisać, ogarnia mnie straszliwe lenistwo. Mówię sobie: przecież już napisałeś dość 
książek,   jesteś   znanym   pisarzem,   czego   ci   trzeba   więcej?   To   są   oczywiście   wybiegi 
mojego lenistwa. Początek jest zawsze trudny. Później historia zaczyna płynąć. A gdzieś 
tak w połowie książki opuszcza cię już ten początkowy entuzjazm i wiesz, że jeszcze 
daleko do końca. Właśnie wtedy wielu pisarzy się poddaje.

– Czy ty także jak inni pisane masz jakieś manie w czasie pisania?
– O tak, mnóstwo. Na przykład kiedy zaczynam pisać, nie mogę przerwać nawet na 

jeden dzień, bo jeśli przerwę, tracę wątek i nie jestem w stanie pisać dalej. W podróży 
piszę  w samolotach  i hotelach.  Dopiero  w tym  roku złamałem  tę zasadę  przy pisaniu 
ostatniej   powieści   Weronika   postanawia   umrzeć.   Musiałem   przerwać   pracę   na   kilka 
miesięcy. Dzięki Bogu, udało mi się do tego wrócić, co oznacza, że w przypadku manii 
też mogą być pewne odstępstwa od reguły. Inną moją manią jest to, że muszę pisać swoje 
książki tutaj, w Brazylii, obok mojej Copacabany.

– Co ciekawe, prawie wszystkie twoje książki czerpią inspirację z Hiszpanii, a żadna 

z Brazylii.

–  To  jeden  z paradoksów.  W dzieciństwie   miałem   nianię,   Hiszpankę.  Stąd   chyba 

bierze się mój sentyment do Hiszpanii i cała moja wyobraźnia kieruje się w tamte strony. 
Akcja   większości   moich   powieści   toczy   się   w Hiszpanii.   Ale   do   pisania   potrzebuję 
pewnego   dystansu   i muszę   być   tutaj,   choć   dopadają   mnie   tysiące   problemów.   By 
tworzyć, potrzebuję zmęczenia codziennością. Inaczej mówiąc, czuję się Brazylijczykiem 
do szpiku kości i dlatego do pisania trzeba mi mojej Brazylii.

– Co oznacza dla ciebie być Brazylijczykiem?
– To znaczy żyć w jedynej na świecie kipiącej mieszance ras i kultur, z wpływami 

afrykańskimi, japońskimi, europejskimi, indiańskimi. Ten koktajl tysiąca rzeczy nauczył 
nas, Brazylijczyków, tolerancji dla świata ducha ze wszystkim, co magiczne i wyraża się 
poprzez symbole, przede wszystkim w muzyce, tańcu i poezji.

background image

– W Europie już nie ma tej tolerancji.
– Jest, ale zapomnieliście o niej. Cofnijmy się do historii, kiedy nomadzi zeszli z gór, 

aby zbudować pierwsze osady. Kto wybierał na nie miejsce? Czym się kierował? Nie 
kryteriami logicznymi, lecz magicznymi. Tak było w czasach, kiedy Bóg jeszcze nie miał 
imienia   ani   konkretnego   miejsca,   bo   towarzyszył   ludziom   w ich   wiecznej   tułaczce. 
Politeizm i imiona Boga powstają wraz z pierwszymi osadami. Osada rodzi się, kiedy 
ludzie odkrywają rolnictwo i zaczynają rozumieć, że mogą się wyżywić  bez ciągłego 
przenoszenia się z miejsca na miejsce. Wtedy też pojmują powolny upływ czasu, jaki jest 
potrzebny od zasiania ziarna  do zebrania plonu. Taka też jest moja mentalna podróż 
pisarza. W okresie pierwszego osadnictwa człowiek zaczyna odkrywać związek między 
aktem miłości i brzemiennością. Dopóki nie zrozumiano tego procesu, nie wiadomo było, 
kto jest ojcem. Człowiek stopniowo zdawał sobie sprawę, że do kiełkowania, rodzenia 
i wzrostu potrzeba czasu.

– Ludzie wznoszą świątynie, a wokół nich się osiedlają.
– Pierwszy mur powstaje nie wokół miasta, lecz wokół świątyni. Tak rodzi się kasta 

kapłanów, władza świętości. Bóg ma już imię i ołtarz, a część ludzi przywłaszcza go 
sobie. Zostało oddzielone sacrum – świątynia, gdzie skupia się władza – od profanum, 
którym jest świat poza świątynnym murem.

– I ten podział przetrwał do naszych czasów.
– Zmienia się wprawdzie struktura miasta, zmieniają się środki transportu, systemy 

społeczne i rządy, ale symbol tego muru, tego podziału na sacrum i profanum jest wciąż 
aktualny. Podział ten burzy Jezus w Ewangelii. Do pewnej Samarytanki mówi on, że 
nadejdzie dzień, kiedy ludzie będą czcić Boga nie w świątyni tej czy tamtej, tylko „będą 
oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie”. A w przypowieści o dobrym Samarytaninie 
wychwala go za to, że pomaga rannemu na drodze, mimo że Samarytanie byli ateistami, 
bezbożnikami, a krytykuje lewitę, człowieka sacrum, świątyni.

Teraz   wielu   ludzi   zaczyna   rozumieć,   że   aby   dostąpić   misterium   i zaszczepić   je 

w nasze życie, trzeba zburzyć  podział na sacrum i profanum. Gdy mur runie, sacrum 
i profanum wzajemnie się przenikną. I to właśnie dzieje się w Brazylii.

– Europejczycy czują tą własną inność.
– A wiesz dlaczego? Bo w Brazylii ta wielka mieszanka ras i kultur nie zostawiła 

czasu na wzniesienie muru wokół ołtarza. Do Brazylii afrykańscy niewolnicy przywieźli 
swoje   rytuały   i zmieszali   się   z chrześcijanami.   Tak   zrodził   się   ekumenizm,   który 
wprawdzie nie zawsze się sprawdza, ale mimo wszystko jest lepszy niż dominacja jednej 
religii   nad   innymi.   Ponieważ   nie   zbudowano   tego   muru,   który   oddziela   sacrum   od 
profanum, magię od rzeczywistości, misterium przeniknęło do wszystkich dziedzin życia. 

background image

Sacrum wdarło się do profanum. Dlatego Brazylijczycy nie wzdragają się tak bardzo na 
sprawy ducha i akceptują każde doświadczenie przesycone duchowością i tajemnicą. Nie 
wiem, czy zauważyłeś, że drużyna Brazylii to jedyni piłkarze świata, którzy wychodzą na 
boisko, trzymając się za ręce, aby przekazać sobie energię. Ronaldo zawsze jest na końcu 
tego pochodu i ma jedną rękę wolną, dotyka nią murawy boiska, by zaczerpnąć z niej 
energii z ziemi. Jeśli przyjedziesz do Rio na sylwestra, tu, na plaży Copacabana, ujrzysz 
niewiarygodne widowisko. Znajdziesz się wśród miliona katolików, ubranych na biało 
i rzucających  kwiaty do morza, jak każą dawne afrykańskie obrzędy.  Tutaj wszystkie 
wierzenia współistnieją ze sobą, wierni i teologowie potrafią godzić je bez wyrzutów 
sumienia.   Dlatego   mówię,   że   fakt   bycia   Brazylijczykiem   ma   duży   wpływ   na   moją 
twórczość, bo tutaj wszyscy kierują się intuicją, nie wstydzą się duchowości czy magii, są 
dużo   bardziej   otwarci   na   paradoks   niż   na   kartezjańską   logikę.   Są   niezwykle   ludzcy 
i otwarci na wszystko, co jest tajemnicą.

– Dlatego tutaj mieszkasz?
– Wybrałem życie w Brazylii, a konkretnie w Rio de Janeiro, które jest najżywszym 

i najcudowniej   niekonwencjonalnym   miastem   świata.   Już   ci   mówiłem,   że   jestem 
człowiekiem  skrajności. William Blake napisał: „Droga skrajności wiedzie do pałacu 
mądrości”. Wierzę w to. Dlatego kiedy piszę książką, to „po brazylijsku”, czyli z pasją. 
W Rio jest wiele spokojniejszych miejsc, pośród zieleni, ale ja chcę mieszkać właśnie tu, 
w dzielnicy   Copacabana.   Tu,   między   morzem   a lasem   tropikalnym,   zobaczysz   silne 
kontrasty. Chodnik obok plaży jest czarno-biały, biedni i bogaci żyją ciasno obok siebie. 
Są też inne dzielnice mieszane, ale ta ma silną osobowość, która pasuje jak ulał do mojej 
natury i tutaj dobrze mi się pisze.

– A propos sylwestra, spędzasz go w Rio?
– Mogę ci zostawić mój dom na sylwestra, bo my koniec roku spędzamy w grocie 

Massabielle  w Lourdes.  W 1989  obchodziłem  tam   samotnie  swoje  urodziny  i było   to 
mocne przeżycie. Odtąd postanowiliśmy z Cristiną spędzać ostatni dzień roku w grocie 
objawień. Jest tam zazwyczaj bardzo zimno, zbiera się nie więcej niż pięćdziesiąt osób, 
ludzi   z najróżniejszych   stron   świata   i z   najróżniejszymi   uczuciami,   połączonych 
atmosferą   prostej   modlitwy.   Za   pierwszym   razem   bardzo   mnie   to   poruszyło,   Matka 
Boska   niemal   oczarowała   mnie.   To   miałem   na   myśli,   mówiąc   ci   o religii   jako 
o wspólnym oddawaniu czci.

– A co robicie w sylwestra?
– Właściwie nic. Nie ma radości ani smutku, tylko pogoda ducha. Prawie zawsze 

pada.   Zazwyczaj   jemy   skromną   kolację   w hotelowej   restauracji,   a następnie   wszyscy 
życzymy  sobie szczęśliwego Nowego Roku. Tak obcujesz z bliska z tajemnicą wiary. 

background image

Jednego   roku   pojechałem   do   groty   rano.   Jakiś   mężczyzna   siedział   tam   i medytował. 
Kiedy wróciłem wieczorem, jeszcze tam był. Może wypełniał jakieś śluby, nie wiem. 
W Lourdes w nocy, kiedy jest mało ludzi, wszystko jest niesamowicie magiczne.

–   Ale   czy   nie   sądzisz,   że   dziś   magia   wyszła   trochę   z mody   w społeczeństwie 

zdominowanym przez produkcję, konsumpcję, nowe technologie i globalizację rynku?

– Coś ci powiem, Juan, cała ta globalizacja rynku światowego, te wszystkie giełdy 

i tak   dalej,   to   są   dopiero   prawdziwe   czary.   Najmagiczniejsze   z magicznych.   Bo   nie 
powiesz mi, że dziś ekonomiści coś rozumieją. Są zagubieni, niezdolni do jakiejkolwiek 
prognozy,   nic   nie   mogą   zaplanować.   Magia   rynków   światowych   nadchodzi   z giełd 
i wystarczy, że japońska dostanie kataru, by wszyscy nagle się pochorowali na śmiertelną 
grypę.   Wszyscy   ekonomiści   podlegają   skutkom   magii,   której   nie   umieją   i nie   mogą 
kontrolować.

Wszyscy ci guru, ci najwyżsi kapłani ekonomii mają swoją religię, swoje dogmaty, 

swoje misteria, którymi żonglują, by wywrzeć wrażenie na biednych śmiertelnikach, lecz 
w rzeczywistości z tej magii giełd wychodzą nadzy, bez Boga.

– Zdaje się, że ty też grasz na giełdzie.
– Bardzo rzadko. I zawsze przeciwstawiam się maklerom i wprawiam w zakłopotanie 

mojego bankiera. Mówię mu na przykład: „Te akcje, które spadają, zaraz wzrosną”. On 
odpowiada mi, że nie, a ja, że tak. A kiedy rzeczywiście rosną, on mnie pyta: „Skąd 
wiedziałeś?” Odpowiadam mu: „Mam kobiecą intuicję, a poza tym wiem, że jeżeli tak 
bardzo spadły, to muszą wzrosnąć. Wy mówicie, że to niemożliwe, podajecie tysiące 
powodów, a ja znam  po prostu  odwieczny  ruch  morza,  gdzie  po  odpływie   następuje 
przypływ”. Ot i wszystko. Oni gubią się w naukowych prognozach. My sądzimy, że oni 
wiedzą, ale ci wszyscy ekonomiści tak naprawdę nic nie wiedzą. To tak jak siły Dobra 
i Zła.   Jeśli   pewnego   dnia   siły   Zła   postanowią   zdewaluować   pieniądz   w Brazylii 
i zrujnować jej gospodarkę, zrobią to i żaden ekonomista nic tu nie poradzi, żaden rząd 
tego nie zahamuje. Dlatego ja się w to nie mieszam, trzymam pieniądze na książeczkach 
oszczędnościowych i już.

– A więc wierzysz w Zło?
–   Dobre   pytanie.   Wierzę   w dwa   rodzaje   Zła:   w zło   naturalne   i sztuczne.   Jako 

monoteista wierzę w Zło naturalne, które jest lewą ręką Boga, czyli w historie, które się 
przytrafiają. Zło sztuczne to sprawy, które stwarzamy sami i projektujemy w czasie, bo to 
jest   świat   symboliczny,   który   staje   się   rzeczywistością.   Aby   rozproszyć   ciemności, 
wystarczy zapalić światło, bo przecież nie można zapalić ciemności.

– I ty mówisz, że nie lubisz metafor!
– Pewne sprawy można wytłumaczyć tylko poprzez obrazy. Ale wracając do Zła: 

background image

nazywamy tak rzeczy, które się dzieją i nie możemy ich zrozumieć, choć głęboko ranią. 
Klasyczny jest przykład Hioba.

–   Nie   uważasz,   że   istnieje   niebezpieczeństwo,   że   zaczniemy   usprawiedliwiać 

cierpienie i niesprawiedliwość, zamiast zwalczać ich przyczyny?

– Zawsze istnieje takie niebezpieczeństwo i wszelkie poszukiwania duchowe niosą 

niebezpieczeństwo.  Trzeba  być  czujnym.  Ale zapewniam cię,  że nie poznałem nigdy 
człowieka, który by szedł drogą duchową i usprawiedliwiał cierpienie, a nie starał się mu 
zaradzić w miarę swoich możliwości.

– Istnieją jednak ludzie, którzy szczycą się swoją duchowością, a w gruncie rzeczy 

nie robią nic, aby zmienić ten niesprawiedliwy świat.

–   Nie   należy   uogólniać.   Kto   zmienił   moje   życie?   Ludzie,   którzy   oświecili   mnie 

swoim   przykładem,   ale   do   tego   musieli   być   widoczni   i bez   kompleksów   pokazywać 
swoje cnoty. Już Ewangelia mówi, że nie zapala się świecy, aby ją schować pod korcem, 
przeciwnie, stawia się ją na świeczniku, aby świeciła wszystkim. Ja także widziałem 
straszne rzeczy w swoim życiu, spotkałem ludzi, którzy próbowali mną manipulować 
w sferze   magii   i ducha.   Nawet   ja   sam   w latach   sześćdziesiątych   próbowałem 
manipulować   innymi.   Ale   przecież   ludzie   nie   są   tacy   głupi,   jak   sądzimy,   i umieją 
odróżnić tych, co prowadzą ich ku światłu, od tych, co zapędzają w ciemności. Parę dni 
temu widziałem w telewizji program o sektach. Boję się sekt, ale ten program był po 
prostu nie do przyjęcia. Wyglądało na to, jakbyśmy wszyscy byli maleńkimi dziećmi 
niezdolnymi do samodzielnego myślenia.

– Miliony ludzi czytają twoje książki i pod ich wpływem zmieniają swoje życie. Czy 

to nie jest wielka odpowiedzialność dla pisarza?

– Poprzednia dygresja pomoże moim czytelnikom lepiej mnie zrozumieć, bo pisarz 

pisze o tym, co czuje i przeżywa. Oczywiście czuję się odpowiedzialny, i to bardzo, bo 
widzę skutki moich książek. A także dlatego, że jestem świadomy niejednego błędu, jaki 
popełniłem w życiu.

Wiem,  że jestem sławnym  pisarzem,  tłumaczonym  na dziesiątki  języków,  bardzo 

kochanym, ale także szkalowanym, nielubianym i wręcz znienawidzonym. Ale obecnym 
i żywym. Pierwsze pytanie, jakie sobie zadaję jako pisarz, to czy jestem w zgodzie z sobą 
samym,   i na   razie   sądzę,   że   tak.   Poza   tym   jeżdżenie   po   świecie   i opowiadanie   po 
wielokroć   w wielu   różnych   miejscach   o tej   samej   książce   zmusza   mnie   do   ciągłych 
przemyśleń nad tym, co napisałem.

– Czy nie przeszkadza ci to, że oprócz pisarza twoi czytelnicy widzą w tobie guru lub 

mistrza?

– To jest problem. Czasem niepokoi mnie ta cienka granica między pisarzem a guru 

background image

i zadają sobie pytanie, czy podołam wyzwaniu. To bardzo niebezpieczna mina. Do tej 
pory udało mi się ją omijać, ograniczając się w mojej profesji pisarza, do tego co mam do 
powiedzenia w moich książkach i zadziałało to jak katalizator.

–   Federico   Fellini,   kiedy   go   pytano   o wydarzenia   minione   bądź   przyszłe, 

odpowiadał: „Wszystko już powiedziałem w moich filmach”.

– To bardzo ładne. Prawda jest taka, że do tej pory broniłem się, aby nie wypaść 

z roli   pisarza.   Pięć   lat   temu   mogłem   spędzać   życie   na   prowadzeniu   wykładów 
i konferencji,   zarabiając   w ten   sposób   krocie.   W samej   Brazylii   sprzedałem   sześć 
milionów   książek.   Gdybym   pobierał   jednego   dolara   za   udział   w spotkaniu   ze   mną, 
zbiłbym fortunę. Ale nie zrobiłem tego.

– Jak przyjmujesz krytykę swego stylu pisania?
– Krytycy takie mają zadanie i nam, pisarzom, bardzo pomagają. Nigdy nie czuję się 

osobiście urażony krytyką, bo świadomie piszę książki w sposób bardzo zwyczajny, lekki 
i potoczysty,   tak,   aby   wszyscy   mogli   mnie   zrozumieć.   Dlatego   czasem   rozlegają   się 
oburzone głosy,  że nie umiem pisać, że jestem zbyt  prosty.  Mnie się wydaje, że nie 
istnieje   jeden   sposób   pisania.   Każdy   pisarz   ma   odrębną   osobowość,   indywidualność 
i każdy pisze dla swojego odbiorcy. Z wielką miłością i czułością odnoszę się do ludzi 
prostych, którzy są także szczerzy i prawdziwi. To z nimi się utożsamiam. Nigdy nie 
przeciwstawiam się moim krytykom, a kiedy ich spotykam, jestem dla nich bardzo miły, 
nie z cynizmu czy z poczucia zwycięstwa, bo sprzedałem miliony książek, tylko dlatego, 
że jestem szczery.

– Za to bardzo się wściekasz na niektórych swoich wydawców.
–   Już   ci   tłumaczę   dlaczego.   Na   początku   nie   miałem   żadnego   doświadczenia 

i podpisywałem   kontrakty   na  tłumaczenia   nie   na   dany  kraj,  ale   na   język.   I tak   moje 
książki przyjeżdżały do Indii z Anglii czy Irlandii i chciano je sprzedawać po piętnaście 
dolarów, kiedy średnia cena książki wynosi tam trzy dolary. A w tym kraju żyje pięćset 
milionów   mieszkańców.   Sprzeciwiałem   się.   Wymusiłem,   aby   moje   książki   były 
wydawane w danym kraju i sprzedawane po lokalnej cenie, żeby nie były importowanym 
luksusem.   Tak   samo   było   tutaj   w Ameryce   Łacińskiej   i w   Afryce.   Na   przykład 
pokłóciłem się z moim portugalskim wydawcą, który wysyłał  moje książki do Afryki 
w cenie obowiązującej w Europie. I mówiłem mu: „Mario, jesteś socjalistą i nie wierzysz 
w Boga. Ja wierzę, ale twoje serce socjalisty musi zrozumieć, że nie możemy sprzedawać 
książek w Afryce po tak wysokich cenach. Trzeba je tam drukować”. I teraz mamy już 
tanie książki na przykład w Angoli czy na Wyspach Zielonego Przylądka.

– Dlaczego chowasz swoją bibliotekę?
– Mówiłem ci, że krępuję się pokazywać, co czytam czy przeczytałem. W 1973 roku 

background image

miałem dom pełen książek. Pewnego dnia, kiedy wróciłem z pracy, zobaczyłem, że półki 
mojej biblioteki zawaliły się pod ciężarem książek, i pomyślałem, że gdybym w tamtym 
momencie był w domu, niechybnie bym zginął przywalony książkami. Przypomniałem 
sobie,   jak   Borges   stawał   przed   swoją   biblioteką   i zadawał   sobie   pytanie:   „Ilu   z tych 
książek  nigdy nie przeczytam?”.  I zacząłem się zastanawiać:  „Po co mi  te wszystkie 
książki,   skoro   wiem,   że   i tak   ich   nie   przeczytam?   Na   kim   chcę   zrobić   wrażenie?” 
I postanowiłem wtedy, że moja biblioteka nie przekroczy czterystu książek, co i tak jest 
zbyt dużo, gdybym chciał je kiedyś przeczytać jeszcze raz. I nie myśl przypadkiem, że 
trzymam je tutaj, w salonie, są gdzie indziej, zamknięte w szafie.

– Czy uważasz, że w swoich książkach przekraczasz jakieś granice?
– Żeby być pisarzem, trzeba mieć trochę fantazji i umieć wykraczać poza granice, 

łamać   schematy   przyjętych   konwencji.   Zawsze   staram   się   pogodzić   rygor   ze 
współczuciem, tak jak mamy odrobiną rozsądku, by nie robić pewnych głupstw. Ale 
przede wszystkim nie można zabić tego dziecka, które nosimy w sobie. Sądzę, że moje 
książki są czytane właśnie przez dziecko, które w nas mieszka. Dlatego piszę historie, 
które się podobają, nie redaguję rozpraw filozoficznych, nudnych wielkich teorii. Jeśli 
ktoś   chce   dowiedzieć   się,   co   sądzę   o życiu   i ludziach,   przeczyta   ten   wywiad.   Po   to 
rozmawiam   teraz   z tobą.   Ale   jeśli   chcę   opowiedzieć   o granicach   szaleństwa 
i rzeczywistości, wtedy piszę powieść opartą na jakiejś ciekawej  historii i w niej jest 
wszystko.  Ale ta  historia  mówi  do dziecka  w nas, bo to właśnie  ono jest kapitanem 
dającym rozkazy mózgowi i całej reszcie.

– Ktoś mógłby ci zanucić, że to poszukiwanie dziecka, które nosimy w sobie, jest 

obawą przed spotkaniem z naszą dorosłością.

– A co to jest ta dorosłość? Czym jest dojrzałość? Początkiem dekadencji, bo każdy 

dojrzały owoc albo zostanie zjedzony, albo zgnije. Bać się tego dziecka, które w nas 
żyje? Toż to głupota! Kto z nas może o sobie powiedzieć, że dojrzał, jest w pełni dorosły, 
nie   potrzebuje  wiary  w Boga   i sam  jest   wzorem  do  naśladowania  dla   innych?   Tylko 
szaleniec   mógłby   tak   powiedzieć.   Prawda   jest   taka,   że   podlegamy   ciągłej   ewolucji, 
dojrzewamy i rodzimy się w każdym ułamku sekundy.

– Są też tacy, co twierdzą, że niczego się nie boją.
– Właśnie. W jednej z moich książek bohater pyta, co to jest odwaga. Odwaga to 

strach, który umie się modlić. Głęboko w to wierzą, bo ten, co się nie boi, nie może też 
być odważny. To wielki paradoks, bo jeśli się nie boją, to wyskoczą przez okno albo nie 
cofną się przed nadjeżdżającym samochodem. Człowiek odważny odczuwa strach, ale 
nie daje się zastraszyć, a to spora różnica.

– Kim byli twoi idole z młodości?

background image

– Zasadniczo jeden muzyk John Lennon i jeden pisarz Jorge Luis Borges. Byłem nim 

zafascynowany do tego stopnia, że aby poznać osobiście tego wielkiego Argentyńczyka, 
pewnego   dnia   wsiadłem   do   autobusu   z moją   ówczesna   dziewczyną   i pojechałem   do 
Argentyny. Jakimś cudem udało mi się dowiedzieć, gdzie mieszka. Przychodzimy pod 
wskazany adres. Tam mówią nam, że siedzi przed hotelem obok domu. Zbliżam się do 
niego. On siedzi przy stoliku. Nie zmrużyłem oka w podróży przez czterdzieści osiem 
godzin, tak chciałem z nim porozmawiać, ale kiedy stanąłem przed nim, zaniemówiłem. 
„Stoję przed swoim idolem, ale idole milczą” – pomyślałem w duchu i nie odezwałem się 
ani słowem. Moja dziewczyna  nie mogła tego zrozumieć. Wytłumaczyłem jej, że tak 
naprawdę pragnąłem zobaczyć tylko swój mit i udało mi się. Słowa były zbyteczne.

– Identyfikowałeś się z nim przez całe życie.
– Niewątpliwie. Borges miał ogromny wpływ na moją twórczość. Uwielbiam jego 

prozę i poezję. Czuję się dumny, że jesteśmy spod tego samego znaku – urodziłem się 
dwudziestego czwartego sierpnia jak on, choć oczywiście wiele lat później.

– Wolisz jego prozę czy poezję?
– Uwielbiam bez wyjątku wszystko, co napisał. Jego wiersze czytałem tysiące razy, 

wiele z nich znam na pamięć.

– Nie wierzę! Spróbujesz powiedzieć któryś?
– Proszę bardzo. Może być sonet? Posłuchaj na przykład tego:
Nie będę szczęśliw już.
To nieistotne. Chyba.
Na świecie tym są inne rzeczy;
Jakakolwiek chwila głębokości przeczy
I wielkości morza.
Życie jest ulotne
I   choć   godziny   –   długie,   dźga   ta   szpica,   Mroczna   zagadka,   co   na   nas   czyhała,  

Śmierć, to drugie morze, ta druga strzała, Co ma nas uwolnić od słońca i księżyca

Oraz miłości. Szczęście, coś mi dała
I zabrała, w proch będzie roztarte;
Co było wszystkim, nic nie będzie warte.
I tylko radość smutku mi została, Ten marny zwyczaj, co mnie pcha ku górom, Na  

Południe, ku drzwiom pewnym i murom.

Coelho wyrecytował sonet zatytułowany 1964 [II] z tomu  El otro, el mismo, bez 

błędu, bez zająknienia, w czystym dialekcie kastylijskim.

– Gdzie chciałbyś, aby stały twoje książki w księgarni?
– Jedne w dziale literatury, inne filozofii, ale nie w ezoteryce. I mówię to bez wstydu 

background image

i pruderii, lecz z dumą.

– Jakim jesteś czytelnikiem?
–   Moja   relacja   z książkami   jest   niemal   magiczna   i tutaj   też   mam   różne   swoje 

dziwactwa. Przede wszystkim czytam tylko te książki, które sam kupię, nigdy nie te, 
które   dostaję   w prezencie.   Codziennie   dostaję   kilkanaście   książek   i nawet   ich   nie 
otwieram.

– Ale w ten sposób możesz przegapić jakieś arcydzieło!
– Jeżeli to naprawdę dobra książka, wcześniej czy później dowiem się o tym. Wtedy 

pójdę do księgarni i ją kupię. Uważam, że pisarz nie powinien dawać w prezencie swoich 
książek.  Żaden szewc nigdy nie przysłał  mi  butów, dlaczego  niby mam otrzymywać 
książki?

– Nie mów mi, że nigdy nie zrobiłeś wyjątku. Na pewno kiedyś podarowałeś komuś 

swoją książkę i przeczytałeś jakąś książkę, którą ci ktoś przysłał. Sam pokazałeś mi list 
od ministra obrony Brazylii, w którym on dziękuje ci za książkę Podręcznik wojownika 
światła, która bardzo mu się podobała.

– Oczywiście są wyjątki. W tym wypadku minister sam poprosił mnie o tą książkę.
– Założę się, że przeczytałeś mój wywiad-rzekę z Jose Saramago, który ci wysłałem.
– Przeczytałem, i to niejeden raz. Ale to co innego. Miałeś zrobić ze mną podobny 

wywiad, ale też byłem bardzo ciekaw osobowości tak sławnego i cenionego pisarza jak 
Saramago. Podobnie zresztą było z twoją książką Un Dios para el Papa. Nie wiedziałem 
nawet   zresztą,   że   już   jest   w księgarniach.   Powiedziano   mi   o tym   w Madrycie,   więc 
poprosiłem cię o nią, bo chciałem poznać bliżej papieża Wojtyłę. Ale zazwyczaj, jeśli 
mam ochotę przeczytać jakąś książkę, choćby przez wzgląd na autora, nie chcę jej dostać 
w prezencie. Wolę kupić.

– Ale fundacja twojego imienia czasami daje w prezencie książki.
–   To   prawda,   fundacja   kupiła   ostatnio   dwanaście   tysięcy   moich   książek   w celu 

ofiarowania   ich   bibliotekom   w więzieniach,   szpitalach   i tak   dalej.   Wydawca   zapytał 
mnie, czy ma sprzedać je po cenie produkcji, ale powiedziałem, że ma być to normalna 
cena detaliczna, jakbym je kupił w księgarni.

Naszej rozmowie przysłuchuje się jego mała siostrzenica. Coelho mówi, że kiedyś 

podarował jej Alchemika i pyta: „Przeczytałaś?”. Siostrzenica kręci głową, że nie. Wujek 
udaje   oburzonego:   „Jak   to!   Książki   twojego   wujka   czyta   cały   świat,   a ty   jedna   nie! 
Gdybyś kupiła tę książkę za swoje kieszonkowe, na pewno byś ją przeczytała”. Moja 
przyjaciółka, aby troszkę sprowokować Coelho, wręczyła mu po południu swój tomik 
poezji ze słowami: „Daję ci tę książkę, żebyś ją wyrzucił do kosza”. Coelho uśmiecha 
się, całuje ją i mówi: „Musisz mi ją zadedykować”.

background image

– Czy jesteś jakoś obecny w swoich książkach?
– Tak naprawdę jestem wszystkimi postaciami z moich książek. Jedyna postać, którą 

nie jestem, to alchemik.

– A to dlaczego?
– Bo alchemik już wszystko wie, a ja wiem, że nie wiem wszystkiego. Oczywiście 

Alchemiku  jestem   Pasterzem,   Sprzedawcą   Kryształów,   a nawet   Fatimą.   W innych 
powieściach   zawsze   jestem   głównym   bohaterem.   Nawet   Bridą.   W dwóch   jestem 
całkowicie sobą: w As Valkirias  i w  Pielgrzymie. Bo większość moich książek nie jest 
fikcją.   To   prawdziwe   historie,   które   sam   przeżyłem.   Nawet   Weronika   postanawia 
umrzeć,   moja   ostatnia   powieść,   to   nic   innego   jak   zbeletryzowana   historia   mojego 
trzykrotnego pobytu w szpitalu psychiatrycznym.

– Czujesz się pisarzem pielgrzymującym?
–   Wszyscy   pisarze   muszą   być   w ciągłym   ruchu,   przynajmniej   wewnętrznie.   Nie 

sądzę,   aby   Proust   dużo   się   przemieszczał   fizycznie,   ale   on   też   sporo   podróżował. 
Wszystkie   wielkie   klasyczne   dzieła   literatury   to   opowieści   o wielkich   podróżach,   od 
Biblii  po Boską komedię,  od Don Kichota  po Iliadę.  To zawsze poszukiwanie Itaki, 
zawsze metafora narodzin i śmierci, tej wielkiej podróży, którą musimy odbyć wszyscy, 
czy tego chcemy, czy nie.

Spotkania

Paulo Coelho ma miliony czytelników na wszystkich kontynentach i we wszystkich 

językach. Trudno powiedzieć, jacy są, bo są bardzo różni. Z tysięcy listów, jakie dostaje 
pisarz, nie wyłania się jeszcze dość jasny ich obraz. Wiadomo jedynie, że autor czuje się 
wobec nich raczej przyjacielem niż mistrzem,  a przede wszystkim  współtowarzyszem 
podróży. On z kolei ma pewien wgląd w uczucia, jakie budzi wśród czytelników, dzięki 
podróżom   po   świecie.   Odkrywa   wówczas   entuzjazm,   jaki   wywołują   nie   tylko   jego 
książki,   ale   sama   jego   obecność.   W tym   rozdziale   opowie   o kilku   wzruszających, 
magicznych, zaskakujących spotkaniach.

Juan Arias
– Porozmawiajmy o tym, kim są twoi czytelnicy.
Paulo Coelho
– Muszę ci powiedzieć przede wszystkim, że mój związek z tą ogromną, anonimową 

masą jest bardzo intensywny, daleki od relacji mistrz – uczeń czy pisarz – czytelnik. To 
jak z przyjaciółmi, z którymi dzielę się czymś bardzo intymnym, tym co mamy wszyscy 
i co w nas najlepsze. Zobacz choćby ostatni list, jaki do mnie  przyszedł.  Jest bardzo 

background image

dziwny. Młody chłopak przesyła mi zdjęcie, na którym jesteśmy obaj. Spotkaliśmy się na 
jakiejś promocji książek w Anglii. To list bardzo kobiecy, ozdobiony rysunkami. Pisze, 
że uczy się portugalskiego, że w nocy śnią mu się anioły. Wysyła to zdjęcie, żebym mu je 
podpisał. Ja nic nie pamiętam, ale on przypomina mi, gdzie się poznaliśmy i jak go to 
spotkanie poruszyło. Pisze mi też o Alchemiku. Listów jak ten dostaję tysiące, czasem 
mają   po   osiem,   dziesięć   stron.   Piszą   do   mnie   przeważnie   prości   ludzie,   bo   ważne 
osobistości z reguły nie mają na to czasu.

– Jak uważasz, jesteś czytany częściej przez mężczyzn czy przez kobiety?
–   Na   początku   czytało   mnie   więcej   kobiet,   ale   to   się   zmieniło.   Kiedy   zacząłem 

spotykać   się   z czytelnikami,   dziewięćdziesiąt   procent   audytorium   stanowiły   kobiety, 
dziesięć mężczyźni. Teraz proporcje są sześćdziesiąt do czterdziestu. Mężczyźni już nie 
boją się okazywać emocji, stoją w kolejce po mój autograf tak samo jak kobiety. I sądzę, 
że pośród czytelników zachodzi ta sama proporcja. Ale nie wiem tego na pewno.

– Czy miałeś jakieś niespodzianki?
–   Wiele   razy.   Czasem   spotykam   ludzi,   których   nigdy   bym   nie   podejrzewał,   że 

czytają moje książki. Myślę, że moi czytelnicy należą do bardzo różnych światów. Łączy 
ich wszystkich bardzo emocjonalny stosunek do mnie. Nie ma tutaj znaczenia, czy piszę 
dobrze, czy źle, rodzi się jakieś braterstwo, swoista wspólnota dusz. Kiedy czasem myślę 
o nich, jak wychodzą z domu, wsiadają do autobusu, wchodzą do księgarni i bywa, że 
stoją w kolejce po moją książkę, jestem naprawdę poruszony.

– Jak sądzisz, dlaczego odniosłeś taki sukces?
– Kiedy ludzie czytają moją książkę, na pewno mówią sobie: „Mógłbym napisać ją 

sam,   ta   książka   mówi   o rzeczach,   które   znam,   ale   o których   zapomniałem   w natłoku 
codziennych   spraw”.   To   jest   właśnie   to,   co   nazywamy   zbiorową   podświadomością. 
Sądzę, że moje książki łączą się z jakimś tajemniczym procesem twórczym, który wiele 
zawdzięcza kobiecej stronie ludzkiej duszy. A ta część w nas, która nie wznosi murów 
między   sacrum   i profanum,   umie   posługiwać   się   intuicją,   magicznym   wymiarem 
istnienia, na co dzień posługuje się paradoksem.

– Czy sądzisz, że jesteś dla młodych dzisiaj tym, kim Castaneda był dla pokolenia 

68?

–   W przedmowie   do   Pielgrzyma,   mojego   debiutu   literackiego,   cytuję   Castanedę 

i utożsamiam Petrusa z Don Juanem, ale nie uważam się za kontynuatora jego dzieła. 
Podczas   mojej   pielgrzymki   do   Santiago   de   Compostella   odebrałem   najważniejszą 
w życiu lekcję: to, co nadzwyczajne, nie jest przywilejem kilku wybrańców, lecz nas 
wszystkich, zwykłych śmiertelników. I jestem naprawdę, pewien, że wszyscy jesteśmy 
przejawem   boskości   Boga.   U Castanedy   przeciwnie,   tylko   wybrani   mogą   dotrzeć   do 

background image

tajemnicy, choć nadal pozostaje on moim idolem. Zawsze powtarzam, że odmienił moje 
życie. Kiedy umarł w kwietniu 1998 roku, napisałem o nim artykuł w dzienniku „Globo”.

–   Zdaje   się,   że   pielgrzymka   do   Santiago   de   Compostela   była   bardzo   ważnym 

wydarzeniem w twoim życiu.

–   W pewnym   sensie   było   to   dla   mnie   wydarzenie   przełomowe.   Na   początku 

pielgrzymki myślałem, że tylko nielicznym wybrańcom dane będzie dotrzeć do tajemnicy 
ducha. Z tego powodu w połowie drogi przeżyłem bardzo głęboki kryzys.

– Niektórzy wątpią nawet, czy naprawdę szedłeś przez tyle dni.
– Wiem o tym i niestety nie mam na to wpływu. Ale to znaczy, że nie przeczytali 

mojej książki, gdzie opowiadam o tym niezwykle dla mnie ważnym doświadczeniu, bo 
gdyby ją przeczytali, nie mogliby tego powiedzieć. Gdybym nie odbył tej pielgrzymki, 
trudno by mi było opisać ją w najdrobniejszych szczegółach, dzień po dniu, a przede 
wszystkim niemożliwe, by wywołała takie zamieszanie w moim życiu. Tamto przeżycie 
zetknęło  mnie  ze zwykłymi  ludźmi,  którzy okazali  się bardzo mądrzy i udało im się 
przełamać moje schematy myślowe. Pewnego dnia – nigdy tego nie zapomnę – w jakimś 
wiejskim barze spotkałem chłopaka, który był wprawdzie niewykształcony i zapewne nie 
miał   pojęcia,   kim   był   Proust,   ale   powiedział   mi   rzeczy   tak   fantastyczne   o życiu,   że 
osłupiałem. Inny nie odezwał się nawet słowem, ale okazał mi przyjaźń i pomoc, do 
jakiej ja nigdy nie byłem zdolny, pomimo całej mojej religijności, wiedzy i otwartości na 
sprawy ducha.

– I wróciłeś odmieniony.
– To była  radykalna  zmiana,  o sto osiemdziesiąt  stopni. I właśnie wtedy powstał 

w mojej   głowie   pomysł,   by   napisać   o tym   dla   tych   właśnie   ludzi,   których   czasem 
uważamy   za   ignorantów,   a w   których   przecież   drzemią   ogromne   pokłady   głębokiej 
mądrości.   Uważałem   się   za   pisarza,   choć   nigdy   przedtem   nie   odważyłem   się   pisać. 
Wielką lekcją wyniesioną z tamtej pielgrzymki było zrozumienie, że największe piękno 
jest w prostocie. Dlatego mój dom, jak sam widzisz, jest urządzony wyjątkowo skromnie 
i prawie pusty. Dopiero tam, w kącie salonu, stoi kwiat. I jest piękny, bo wokół nie ma 
nic innego. Prostota jest największym pięknem.

– Potem długo mieszkałeś w Madrycie.
–   Przez   kilka   miesięcy   i nie   opuściłem   chyba   żadnej   corridy.   To   były   bardzo 

szczęśliwe   czasy.   Po   pierwsze,   nic   nie   musiałem   robić.   Po   drugie,   nie   miałem   już 
zamiaru stać się wybrańcem, nie twierdziłem, że cierpienie jest święte, że zawiłość to 
mądrość,   a to   co   wyszukane   –   w dobrym   guście.   I już   ślepo   nie   wierzyłem   w ten 
idiotyczny pogląd, że im bardziej coś jest trudne, tym ważniejsze.

– Jeśli już mówimy o zwykłych ludziach, czy wiesz, że konserwatywni teologowie 

background image

katoliccy nie uznają objawień Matki Boskiej, z dość ciekawego powodu: gdyby miała coś 
do   powiedzenia   ludzkości,   nie   posługiwałaby   się   dziewczynami   tak   prostymi 
i niewykształconymi jak wizjonerki z Lourdes czy Fatimy.

– Tak jakby Jezus był wielkim mędrcem swoich czasów! Nie był. I aby głosić swoją 

prawdę, otoczył się nie mędrcami, lecz prostymi rybakami. Jest taka interesująca powieść 
science fiction zatytułowana Czarna chmura. To opowieść o chmurze, która przemierza 
światy i galaktyki, wysysając z nich całą mądrość. Chmura jest mądrością całkowitą i ma 
zamiar połknąć także Ziemię. Człowiek porozumiewa się z chmurą i wyjaśnia jej, że na 
Ziemi istnieją już istoty rozumne, więc niech idzie sobie gdzie indziej. Lecz jeszcze inni 
ludzie proszą: Zanim odejdziesz, przekaż nam swoją wiedzę, gdyż jesteś taka mądra. 
Wybierz   najmądrzejszego   spośród   nas   i załatw   to   z nim.   Czarna   chmura   łączy   się 
z mędrcem, który w wyniku tego kontaktu dostaje wylewu krwi do mózgu. Ale zanim 
umiera,   do   szpitalnej   sali   wchodzi   sprzątacz,   i wtedy   mędrzec   mówi   chmurze,   że 
powinna przekazać swoją mądrość nie jemu, tylko właśnie temu sprzątaczowi.

– Dlaczego?
–   Bo   świat   mędrca   jest   już   poukładany   i spotkanie   z chmurą   mu   ten   jego   świat 

przewraca   do   góry   nogami.   Natomiast   człowiek   prosty,   kierujący   się   zdrowym 
rozsądkiem, bez uprzedzeń, przejąłby nową wiedzę bez problemu i z radością. Czarna 
chmura Freda Hoyle’a, klasyczne dzieło literatury science fiction, bardzo pasuje do tego, 
co ci mówią o swoich czytelnikach. Piszą dla dziecka, które nosimy w sobie. Pełno jest 
fałszywych mitów o niewinności i dzieciach, tak jakby niewinność sprawiała, że ludzie są 
głupi. Nie, istnieje niewinność entuzjazmu, niespodzianki, przygody, którą najlepiej czują 
przede wszystkim dzieci. To właśnie chciał nam dać do zrozumienia Jezus w Ewangelii, 
kiedy   mówi,   że   będzie   uczył   mądrości   maluczkich,   a ukryje   ją   przed   mędrcami 
i możnymi tego świata. I to cała filozofia mojej twórczości.

– Powiedziałeś, że podczas twoich spotkań z czytelnikami na całym świecie zdarzały 

ci się rzeczy niezwykłe, czasem wręcz magiczne.

– I na szczęście mam świadków, którzy mogą to potwierdzić, bo inaczej nikt by mi 

nie uwierzył. Opowiem ci dwie takie historie. Raz miałem wykład w księgarni Books & 
Books, w Miami, na temat książki  Na brzegu rzeki Piedry usiadłam i płakałam, której 
bohaterką   jest   kobieta   o imieniu   Pilar.   W pewnej   chwili   powiedziałem   tak:   „Gustave 
Flaubert stwierdził kiedyś: Madame Bovary to ja”. I dodałem: „Pilar to ja”. I jak zwykle 
podczas moich amerykańskich wykładów zacząłem czytać fragmenty książki. Podczas 
lektury   usłyszeliśmy   straszliwy   łoskot,   jakby   się   zwaliło   coś   ciężkiego.   Ale   nie 
przerwałem czytania. Kiedy skończyłem, powiedziałem: „Zobaczmy teraz, co się stało”. 
Okazało się, że z wysokiej półki spadła książka. Podniosłem ją i nie mogłem uwierzyć 

background image

własny oczom: to była Madame Bovary Gustave’a Flauberta. Mam tą książkę tutaj. Może 
ci to potwierdzić Michael Kaplan, właściciel księgarni, który zdumiał się najbardziej. 
Wiele   takich   rzeczy   mi   się   przydarza.   Druga   historia   też   wydarzyła   mi   się   Miami. 
Miałem wtedy tournee po Stanach Zjednoczonych, a zaraz stamtąd jechałem do Japonii. 
Nie przywykłem jeszcze do tych ciągłych podróży po świecie, a wtedy program ustalali 
wydawcy.   Teraz   robię   to   ja.   Jeśli   to   możliwe,   jeden   miesiąc   podróżuję,   jeden 
odpoczywam.   W ten   sposób   nie   jest   to   tak   wyczerpujące.   Zazwyczaj   wydawca   nie 
towarzyszy mi w podróży, jedzie ze mną ktoś inny, kto czasem nie ma nic wspólnego 
z wydawcą. W Miami była ze mną przedstawicielka Harpera, Shelley Mitchell. Szliśmy 
do księgarni, gdzie miałem spotkanie autorskie. Była ósma wieczór. „Poczekaj chwilę – 
powiedziała Shelley – dam tylko całusa swojemu chłopakowi i zaraz wracam”. Zostałem 
sam.   Stany   Zjednoczone   to   trudny   kraj   i ja   na   dodatek   byłem   zmęczony   ciągłymi 
podróżami.   Przysiadłem   gdzieś   trochę   obrażony,   smutny,   zgorzkniały   i samotny 
pośrodku  tego   brzydkiego   miasta   i mówię   do  siebie:   „Co   ja   tu   robię?   Po  co   mi   to? 
Przecież moje książki sprzedają się dobrze i bez tego. Tęsknię za Brazylią, za domem”. 
Zapaliłem papierosa i pomyślałem: „I jeszcze ta małpa zostawia mnie tu samego i jak 
gdyby nigdy nic idzie się całować z narzeczonym”.

– I wyobrażam sobie, że właśnie wtedy przydarzyło ci się coś niezwykłego.
– Przechodziły akurat trzy kobiety z dwunastoletnią dziewczynką. Mała odwróciła 

się   w kierunku   jednej   z nich   i powiedziała:   „Czytałaś   Alchemika?”   Skamieniałem. 
Kobieta, pewnie mama tej dziewczynki, odpowiedziała jej coś, czego nie dosłyszałem, 
a dziewczynka   upierała   się:   „Musisz   koniecznie   przeczytać   tę   książkę,   jest   bardzo 
piękna”.   Nie   wytrzymałem.   Wstałem,   podszedłem   do   nich   i powiedziałem:   „Jestem 
autorem Alchemika”. Matka popatrzyła  na mnie podejrzliwie i zawołała  wystraszona: 
„Uciekajmy, to jakiś wariat!” Poszedłem do Shelley do sklepu, gdzie poszła ucałować 
ukochanego,   i poprosiłem,   żeby   wytłumaczyła   tym   paniom,   że   nie   jestem   wariatem. 
Udało nam się je dogonić, choć zaczęły uciekać w popłochu. Shelley powiedziała im: 
„Jestem Amerykanką, a ten pan nie jest wariatem, tylko naprawdę autorem Alchemika”. 
Wtedy   dziewczynka   z radością   wyznała:   Ja   w to   od   razu   uwierzyłam,   ale   one   nie”. 
Shelley powiedziała do niej: „Widzisz, to jest dobra lekcja na przyszłość. Daj prowadzić 
się   swojej   intuicji,   bo   nie   zawsze   mamy   mają   rację”.   Zaprosiłem   je   do   księgarni. 
Przedstawiłem   wszystkim   dziewczynkę,   opowiedziałem   całą   historię   i poprosiłem 
o oklaski   dla   niej.   Pamiętasz   naszą   rozmowę   o znakach?   Kiedy   straciłem   energię 
i entuzjazm, kiedy poczułem się pusty i wypalony, ta mała przyniosła mi znak z nieba, 
anioł   posłużył   się   nią,   aby   dodać   mi   otuchy   i przekonać   mnie,   jak   ważne   jest,   bym 
spotykał się osobiście z moimi czytelnikami.

background image

–   Co   odpowiesz   tym,   którzy   twierdzą,   że   nie   możesz   być   dobrym   pisarzem,   bo 

budzisz zbyt wiele entuzjazmu wśród prostych ludzi?

– Że to jest faszyzm kulturalny. Ci intelektualiści mają usta pełne słów o demokracji 

i tolerancji, a w głębi duszy uważają, że zwykli ludzie to idioci.

– Jesteś autorem znienawidzonym i kochanym. Czym jest dla ciebie miłość?
– To rodzaj magii, energia atomowa, która może dać ci spełnienie lub rozerwać cię 

na strzępy. Miłość jest dla mnie najbardziej niszczycielską i zarazem najbardziej twórczą 
siłą na świecie.

Wielu czytelników Paula Coelho marzy,  by go kiedyś  spotkać, usiąść z nim przy 

jednym stole i zadawać tysiące pytań. Trzem młodym Hiszpankom: siostrom Pauli i Anie 
Gomez oraz ich przyjaciółce Marii Chamorro, spełniło się to marzenie.

Poznałem je w samolocie z Madrytu do Rio de Janeiro, którym leciałem na rozmowę 

z Coelho. Paula studiuje architekturę, Ana psychologię, Maria pedagogikę. Co ciekawe, 
wszystkie trzy akurat czytały jego powieści i bardzo chciały poznać osobiście pisarza, 
którego tak podziwiają. W ten sposób zrodził się ostatni rozdział tej książki. W domu 
Coelho do późnej nocy siedziały trzy młode Hiszpanki, a także żona pisarza, Cristina, 
oraz   jeden   z najbliższych   przyjaciół   Coelho,   Mauro   Salles,   poeta   i bardzo   znany 
w Brazylii intelektualista.

Pauli, przyszłej architektce, spodobało się rozplanowanie mieszkania pisarza. To co 

najintymniejsze,   czyli   łóżko   i stolik   do   pracy,   pisarz   ustawił   w najpiękniejszej   części 
domu   z widokiem   na   zatokę,   po   drugiej   stronie   zaś,   mniej   reprezentacyjnej   urządził 
salon.

Ana i Maria były zachwycone, że pisarz rozmawia z nimi tak bezpośrednio. Miały 

świadomość, jak bardzo dzielą ich wiek, doświadczenia życiowe i kulturowe różnice, ale 
Coelho   nie   dał   im   wcale   tego   odczuć.   Wyznały   potem,   że   to   spotkanie   bardzo   je 
wzbogaciło, bo rozmowa przebiegała nie tylko na płaszczyźnie intelektualnej, ale przede 
wszystkim poruszyła bardzo głębokie emocje.

Paulo również był poruszony – nigdy jeszcze młodzi ludzie nie zadawali mu tak 

dociekliwych i szczerych pytań.

Paulo Coelho
– Nim zaczniemy rozmawiać, chciałbym coś wyjaśnić. Nie sądźcie, że mam gotową 

odpowiedź na każde pytanie. Będziemy sobie gawędzić po przyjacielsku i wzajemnie się 
przy tym poznawać, zgoda?

Paula Gomez
– Paulo, ty tak dobrze znasz młodych ludzi. Jak wytłumaczysz, że młodzież u nas, 

w Hiszpanii – nie wiem, jak to jest w Brazylii – jest zrozpaczona, nie wie, czego się 

background image

trzymać, dokąd iść. Oczywiście, nie wszyscy, bo na przykład ja się tak nie czuję.

Paulo Coelho
– Skoro nie jesteś zrozpaczona, to co czujesz?
Paula Gomez
– Czuję coś, co odnajduję w twoich książkach i co powoli odkrywam. Wydaje mi się, 

że   przychodzi   taka   chwila,   kiedy   odkrywamy   siebie   samego   i zauważamy,   że   mamy 
w sobie   potencjał,   który   ujawnia   się   nieoczekiwanie   w zetknięciu   ze   światem 
zewnętrznym.  W takich chwilach czuję, że żyję, czuję się wolna i szczęśliwa. Zadaję 
sobie wtedy pytanie, na ile twoje książki są uniwersalne, bo nieraz, biorąc którąś z nich 
do ręki, odnoszę wrażenie, że to list adresowany specjalnie do mnie.

Paulo Coelho
–   Wszystko   to,   sądzę,   ma   związek   z poszerzaniem   świadomości.   Opowiadałem 

Juanowi i Roseanie o tym, jak zostałem pisarzem. Kluczem do mojej pracy, oczywiście 
w ogromnym uproszczeniu, jest to, co w Alchemiku nazywam Własną Legendą. I choć 
wydaje się ona tajemnicą, to jest właśnie racją naszego bytu. Czasem nie widzimy jej 
wyraźnie,   więc   próbujemy   sprzeciwić   się   przeznaczeniu,   a wtedy   czujemy   się   słabi 
i tchórzliwi. Ale mimo to nasza własna historia toczy się dalej i uświadamiamy sobie, po 
co   tu   jesteśmy.   Tak   więc   dla   mnie   poszukiwanie   duchowe   jest   poszerzaniem 
świadomości. Na przykład, kiedy bierzesz do ręki kieliszek wina, to tak jakbyś doznała 
nagłego   olśnienia,   bo   z każdym   łykiem   dociera   do   ciebie   szum   winnic,   odgłosy 
winobrania, gwar ludzi przy pracy... totalna świadomość wszystkiego. Życie przynosi mi 
właśnie to. I na tym się skupiam, by czerpać radość i entuzjazm, a nie żeby się umęczać.

Paula Gomez
– I wtedy czujesz się naprawdę sobą?
Paulo Coelho
– Dokładnie tak. Myślę, że przez wieki zapisała się księga, która nigdy fizycznie nie 

powstała,   a którą   ja   nazywam   Podręcznikiem.   To   zbiór   zasad,   których   musimy 
przestrzegać od pokoleń. Czasem nie wiemy nawet, dlaczego trzeba się nimi kierować, 
ale one po prostu są i bez względu na wszystko ciągle się im podporządkowujemy. Jeżeli 
na   dwudziestej   stronie   tej   księgi   jest   napisane:   należy   iść   na   studia,   zrobić   dyplom, 
założyć rodzinę między dwudziestym piątym a trzydziestym rokiem życia, a ty tego nie 
zrobisz, popadniesz w konflikt z całym światem.

Juan Arias
– Mówisz o systemie społecznym, który jest nam z góry narzucony.
Paulo Coelho
– Tak. O systemie narzuconym nam od pokoleń. Ponieważ księga ta nie jest zbyt 

background image

jasna, a na dodatek niewidzialna, walczymy z nią po omacku. Każdy młody człowiek 
zderza się z jej nakazami i albo intuicyjnie walczy, albo się poddaje. Jeśli pogodzi się 
z nimi,   zaczyna   żyć   nie   swoim   życiem,   lecz   życiem   swoich   rodziców,   rodziny, 
społeczeństwa,   środowiska.   Chociaż   jestem   optymistą,   uważam,   że   kiedy   wpadniesz 
w głęboki   kryzys,   po   nim   nastąpi   przemiana,   bo   docierasz   do   kresu   wytrzymałości, 
padasz, podnosisz się i wracasz z nowymi siłami.

Juan Arias
– Twoja filozofia jest bardzo heglowska.
Paulo Coelho
–   Bez   wątpienia.   Sądzę,   że   młodzi   ludzie   już   zdali   sobie   sprawę   z istnienia 

Podręcznika   i chcą   go   zmienić.   Właśnie   teraz   jesteśmy   w takiej   fazie,   choć   jeszcze 
czasami Podręcznik wygrywa. Poprzednie pokolenie próbowało wyjść poza jego ramy 
przez sport, gimnastykę  i cały styl yuppies. Obecne pokolenie jest chyba trochę inne. 
Uważam jednak, że poszukiwania duchowe są jednym z symptomów zdrowego buntu, 
który nadchodzi. Głęboko wierzę w uzdrowicielską moc religii, sądzę, że zbliżamy się do 
punktu, w którym zdrowy bunt wybuchnie z wielkim impetem.

Paula Gomez
– Mnie osobiście podróże pomogły się wyzwolić z nakazów tego Podręcznika.
Paulo Coelho
– Mnie także, kiedy byłem w twoim wieku.
Maria Chamorro
–  Piąta Góra  oparta jest na historii biblijnej i na jej kanwie rozwijasz opowieść, 

w której zawierasz swoje przemyślenia, trochę tak jakbyś chciał utrzymać równowagę 
między tym, co ludzkie, a tym, co duchowe. Może taki jest twój styl, a może po prostu 
unikasz skrajności, by dotrzeć do wszystkich ludzi. Chcesz powiedzieć, że nasz los jest 
w rękach Boga, czy wymyślasz prostą historię tak, aby każdy mógł zrozumieć, że Bóg 
jest ludzkością?

Paulo Coelho
– Przede wszystkim w Piątej Górze ukazuję nie tyle Boga, ile ciszę Boga. To chwila, 

kiedy Bóg milczy, a zdaje się mówić: „Pomogę ci, ale dopiero wtedy, gdy podejmiesz te 
decyzje, które masz podjąć”.

Marta Chamorro
– Jasne, wszystko, co się w twoim życiu wydarza, bardziej wynika z twojej ufności 

niż z przypadku, bo w chwili, gdy zaczynasz ufać, zaczynasz też widzieć. Jeśli nie ufasz, 
masz   zamknięte   oczy.   Dopiero,   gdy   robisz   krok   naprzód   albo   dokonujesz   wyboru, 
pojawiają się znaki i twoje życie nabiera sensu.

background image

Paula Gomez
– Ale to znaczy zaufać czemuś, czego nie znasz...
Paulo Coelho
– ... i nigdy nie poznasz.
Paula Gomez
–   To   po   prostu   działa.   Dotarłam   do   punktu,   w którym   odnalazłam   coś,   co   mnie 

uwalnia, uszczęśliwia. Podróż była tu tylko iskrą zapalną.

Paulo Coelho
– W wielu książkach poruszam temat podróży. Wiesz dlaczego? Należę do pokolenia 

hipisów,   którzy   włóczyli   się   po   świecie,   chłonąc   inne   kultury.   A w   życiu   człowieka 
podróż ma bardzo ważny aspekt symboliczny. Kiedy podróżujesz, to już nie jesteś sobą, 
musisz być bardziej otwarta, bo wiesz, że zwiedzanie zabytków, muzeów czy kościołów 
nie jest prawdziwym  przeżyciem.  Ja rzadko zwiedzam,  tylko  wtedy,  gdy mam na to 
naprawdę wielką ochotę. Zgadzam się z Henrym Millerem, że to nie to samo, kiedy ci 
mówią: „Notre-Dame jest fantastyczna, musisz ją zobaczyć”, a ty jedziesz zobaczyć tę 
katedrę, która rzeczywiście jest fantastyczna, i dochodzisz do wniosku, że tak naprawdę 
znalazłaś się w Paryżu, bo cię ktoś do tego nakłonił. Ale jeśli nagle wyjdziesz zza zakrętu 
i natkniesz się na Notre-Dame, to zupełnie co innego. Katedra jest wtedy cała twoja, ty ją 
odkryłaś. Często w podróżach odkrywamy prawdziwe cuda, maleńkie kościółki, urokliwe 
zakątki,   których   nie   ma   w przewodnikach.   Przerażają   mnie   czasem   te   wszystkie 
przewodniki.

Juan Arias
– Ostatnio w Wenecji znaleźliśmy niesamowite miejsca, a przecież byłem w Wenecji 

już przedtem parę razy, tylko, że zawsze zwiedzałem to miasto z przewodnikiem w ręku. 
Tym   razem   powiedzieliśmy   sobie:   pójdźmy   gdzie   nas   oczy   poniosą,   i znaleźliśmy 
cudowne zaułki, ujrzeliśmy niesamowite sceny. Widzieliśmy na przykład staruszka, który 
musiał mieć z dziewięćdziesiąt lat, szedł zgarbiony pustą ulicą, a jego kroki słychać było 
tak, jakby były to kroki całej ludzkości, zmęczonej i pozostawionej swojemu losowi.

Paulo Coelho
– I o to właśnie chodzi, trzeba dać się ponieść z ufnością dziecka, że nic złego nie 

może się nam przydarzyć. Wiesz, że z miastem poznanym w podróży połączą cię twoje 
przeżycia i napotkani ludzie. Spodoba ci się jakiś kraj dlatego, że ludzie są tam mili, 
radośni, serdeczni, albo dlatego, że odkryjesz tam najpiękniejszą rzecz, jaką dotychczas 
widziałeś. Wiesz, że musisz być otwarty na ludzi, więc się otwierasz. Już nie chroni cię 
twoje środowisko, jesteś istotą ludzką, a człowiek skazany jest na samotność, i choćbyś 
podróżował z kimś jeszcze, jesteś zarazem zawsze sam. Tutaj, w Rio mam przyjaciół, 

background image

spotykam się z nimi, spaceruję po plaży, zazwyczaj jednak widuję wciąż te same osoby, 
rozmawiam   o tych   samych   sprawach.   Natomiast,   kiedy   jestem   na   Tajwanie   i ruszam 
w miasto, rozmawiam z pierwszą napotkaną osobą, dyskutuję z taksówkarzem, jednoczę 
się z innymi, choć na pierwszy rzut oka to okropne miejsce.

Juan Arias
– Mówi się, że podróże to najlepszy uniwersytet życia. Możesz czytać tony książek 

o jakimś mieście, ale dopiero, gdy tam pojedziesz, przekonasz się na własne oczy, że 
wszystko, co czytałeś, na niewiele ci się zdało.

Paulo Coelho
–   Zgadza   się.   Z dala   od   swojego   środowiska   tracisz   pewność   siebie   i poczucie 

bezpieczeństwa, jesteś zagubiony i zdany na pomoc innych. To także część człowieczej 
doli: dać się prowadzić, jak w Alchemiku. Możesz być w podróży, ale ta podróż w dużej 
mierze  zależy od ludzi, którzy pomogą  ci odnaleźć  drogę, choć twoja droga jest już 
gdzieś zapisana.

Masz kontakt z tym, co fizyczne i z tym, co metafizyczne, czego zbyt dobrze nie 

pojmujesz, tak jak nie rozumiesz wartości pieniądza, który przecież jest tak zakorzeniony 
i ważny w twoim życiu, a zarazem tak bardzo metaforyczny. W obcym kraju nie wiesz, 
co jest drogie, a co tanie, cały czas coś tam przeliczasz. Z drugiej strony musisz uprościć 
swoje życie, starasz się zmniejszyć ciężar walizki, bo trudno taszczyć ze sobą własną 
próżność. Ja sam, wiecznie między jednym lotniskiem a drugim, zabieram ze sobą tylko 
maleńką   walizkę,   bo   wiem,   że   bagaż   ciąży.   Pewnego   dnia   zdałem   sobie   sprawę,   że 
mógłbym spędzić resztę życia z tą właśnie jedną walizeczką.

Juan Arias
– Roseana przyjechała do Madrytu na trzy miesiące. Zdębiałem, kiedy zobaczyłem, 

że miała tylko bagaż podręczny.

Paulo Coelho
– Kiedy uprzytomnisz sobie, że to, co wziąłeś na trzy dni, starczy ci na trzy miesiące, 

podróżujesz już zawsze z małą walizką. Ta symbolika podróży porusza bardzo głębokie 
kwestie  psychologiczne,  dlatego   we wszystkich   religiach  tak  ważna  jest  pielgrzymka 
i odrzucenie tego, co zbyteczne.

Juan Arias
– W podróży musisz także się wysilić, by zrozumieć, co ludzie do ciebie mówią 

w obcym języku.

Paulo Coelho
– To tak jak z bagażem. Kiedy podróżujesz, jesteś zmuszony uprościć swoje życie, 

bo za parę dni zabraknie ci słów, aby rozmawiać z ludźmi. Ale to uproszczenie języka 

background image

zmusza   cię   do   uproszczenia   wszystkiego,   także   w sobie   samym.   Kiedy   miałem 
dwadzieścia lat, przejechałem Stany Zjednoczone, znając ledwie parę słów po angielsku. 
Pod koniec podróży czułem się dużo prostszy, bo brakowało mi słów, aby dyskutować 
o wielkich   problemach   egzystencjalnych,   i musiałem   zredukować   swój   język   do 
elementarza. I to naprawdę bardzo dyscyplinuje.

Maria Chamorro
– Znaki możesz spotkać tam, gdzie mieszkasz, ale często dopiero podróż albo silne 

przeżycie pokazują ci to, czego wcześniej nie dostrzegałeś, choć zawsze miałeś to przed 
oczyma. Więc podróż to także wstrząs.

Ana Gomez
– Każdy człowiek przeżywa swój rozwój boleśnie. Kiedy byłam mała, bolały mnie 

nogi po prostu dlatego, że rosłam. Podobnie czuję się teraz, czytając twoje książki. One 
mnie „bolą”.

Paulo Coelho
– Jak to, ja ci sprawiam ból?
Ana Gomez
–   Bo   twoje   książki   są   dla   mnie   ciągłą   konfrontacją   z samą   sobą.   Widzę,   że   się 

rozwijam,   ale   ta   zmiana   czasem   boli,   dlatego   nie   tylko   wzbogacam   się,   ale   także 
wyrzucam z siebie to, co zbyteczne.

Paulo Coelho
–   To   bardzo   dobrze   powiedziane.   Świetnie   wyraził   to   Conan   Doyle   w swojej 

pierwszej   powieści,   kiedy   doktor   Watson   spotyka   Sherlocka   Holmesa   i dyskutują   na 
temat jakiejś oczywistości, na przykład że ziemia jest okrągła, Sherlock Holmes okazuje 
zdziwienie   i mówi:   „Jak   to?!   Ziemia   jest   okrągła?!”   „Ależ   oczywiście!   –  odpowiada 
Watson. – Czyżbyś  o tym nie wiedział?” „Nie. Nigdy o tym nie myślałem i zapomnę 
o tym   czym   prędzej,   bo   mój   umysł   nie   może   tego   przyswoić,   ma   ograniczoną 
pojemność!” A więc wiem, że ziemia jest okrągła, ale ponieważ nie przyda mi się ta 
informacja ani w życiu, ani w pracy, zapominam ją bardzo szybko, żeby zarejestrować 
inne fakty, które są mi bardziej przydatne. Tak więc chodzi nie tylko o dodawanie, ale 
także odejmowanie, jak choćby nakazów, które bezwiednie przyjęliśmy pod wpływem 
Podręcznika.

Ana Gomez
– Niektórzy ludzie nie lubią czytać książek, które zmuszają ich do zastanawiania się 

nad   swoim   życiem,   do   stawiania   sobie   pytań   kim   są.   To   bardzo   ludzki   strach. 
Rzeczywiście, może mnie boleć to, że idę naprzód, że przebudowuję całą moją hierarchię 
wartości. Osobiście wolę myśleć o sobie, że jestem zerem, ale dalej szukać, niż zamknąć 

background image

oczy ze strachu, że jeszcze zobaczę w sobie coś, co mi się nie spodoba. Dlatego chciałam 
cię spytać, czy każdy jest w stanie wyłamać się z Podręcznika?

Paulo Coelho
–   Opowiem   ci,   co   mi   się   przydarzyło   podczas   pielgrzymki   do   Santiago   de 

Compostella. Gdzieś po tygodniu czy dziesięciu dniach marszu, sam nie wiem, zacząłem 
dostrzegać w sobie wszystko co najgorsze i najobrzydliwsze. Czułem się podły, miałem 
ochotę   się   mścić,   no   po   prostu   koszmar.   Wtedy   poszedłem   do   mojego   przewodnika 
i powiedziałem:   „Przemierzam   tutaj   świętą   drogę,   starając   się   dać   z siebie   to,   co 
najlepsze, a zamiast zmienić się na lepsze, wychodzi ze mnie to co marne i nikczemne”. 
Odpowiedział mi: „Tak jest teraz, później zobaczysz światło. Na razie odkrywasz, jaki 
naprawdę jesteś. Jeszcze nie nastąpiła w tobie przemiana, ale po prostu zacząłeś o wiele 
wyraźniej widzieć małość twojego świata, a to zawsze rozjaśnia wiele spraw”. Kiedy 
zapalimy światło i widzimy obrzydliwe pająki, gasimy czym prędzej lampę, żeby tego 
nie oglądać. Przechodzimy przez bolesny proces wzrostu, bo najpierw widzimy wcale nie 
to co w nas najlepsze, tylko co najciemniejsze. Jasność przychodzi dopiero później.

Maria Chamorro
– Nie potrafimy siebie kochać, bo przecież, kiedy twierdzimy, że jesteśmy źli, to 

dowód na to, że brak nam miłości do siebie samych. Sądzę, że trzeba w sobie akceptować 
nawet   własną   małość,   uświadomić   sobie   własne   słabości   i pokochać   siebie   z całym 
dobrodziejstwem inwentarza.

Paulo Coelho
– Ja to widzę trochę inaczej. Wszystko jest w ciągłym ruchu i zawsze możliwa jest 

zmiana. Niemniej zwykle paraliżuje nas poczucie winy. Widzisz coś, co chciałabyś mieć, 
a dręczą cię wyrzuty sumienia, bo uważasz, że na to nie zasługujesz. Ja sam na początku 
naszej rozmowy powiedziałem: nie jestem nikim wyjątkowym, abyście nie sądziły, że 
macie   do   czynienia   z mędrcem   znającym   odpowiedzi   na   wszystkie   pytania,   tylko   ze 
zwykłym śmiertelnikiem. W ten sposób pomogłem wam i sobie. Chciałem, abyście nie 
miały mojego fałszywego obrazu i od pierwszej chwili zaakceptowały mnie takiego, jaki 
jestem. I na dodatek bez tego idiotycznego poczucia winy.

Maria Chamorro
– Ale zawsze wpierw akceptujesz samego siebie, a dopiero później pokazujesz się 

innym taki, jaki jesteś. Bo jest wiele nakazów, które nas paraliżują: tego się nie robi, tego 
się nie mówi, tamtego nie wypada...

Paulo Coelho
– Niewątpliwie.
Ana Gomez

background image

– Żeby zrobić ten krok, musisz przyjąć, że masz swoje prawa, że jako człowiek 

możesz wyjść poza ten Podręcznik.

Paulo Coelho
– I że to nie grzech. Jako katolik myślę często o pierwszym cudzie Jezusa, że nie był 

„politycznie poprawny”. Nie przywrócił wzroku ślepcowi, zdrowia paralitykowi, tylko 
przemienił   wodę   w wino.   Rzecz   bardzo   przyziemna,   świecka,   doczesna   –   po   prostu 
zabrakło   wina.   To   nie   było   wcale   niezbędne   do   zbawienia   ludzkości,   bynajmniej. 
Podczas wesela w Kanie Galilejskiej skończyło się wino i Jezus zapytał sam siebie: „Co 
robić?”. I nie zawahał się: „Mam moc, aby przemienić wodę w wino, więc zrobię to”. Na 
dodatek   przemienił  ją w wyborne  wino.  Dla mnie   tym  symbolem  chciał  powiedzieć: 
Spójrzcie,   chociaż   przede   mną   bolesne   chwile,   ta   droga   jest   drogą   radości,   a nie 
cierpienia. Nieuniknione, wcześniej czy później i tak nas dopadnie, nie da się go ominąć, 
ale też na siłę nie trzeba go szukać.

Juan Arias
– Błędem niektórych religii jest uznanie ofiary za cel sam w sobie. Zawsze mówię, że 

za   każdym   razem,   gdy   Jezus   napotykał   cierpienie,   starał   się   temu   zaradzić.   Mógłby 
przecież powiedzieć: Nie przejmuj się, cierp, a to cierpienie cię uszlachetni. Ale nie, on 
nie mógł znieść ludzkiego cierpienia i leczył wszystkie choroby, przede wszystkim wśród 
najbiedniejszych, bo oni są najbardziej pokrzywdzeni.

Paulo Coelho
– Całkowicie się zgadzam. Nie mogłem uniknąć wszystkich cierpień, jakich w życiu 

doznałem, ale też ich nie poszukiwałem po to, by składać siebie na ołtarzu ofiarnym. 
Słowo   „poświęcenie”   nawiązuje   do   świętego   obowiązku,   ale   dotyczy   bardziej 
zaangażowania   w to,   co   robisz.   Są   chwile,   w których   musisz   zrezygnować   z jednej 
rzeczy, aby wybrać inną, ale poświęcenie jako rezygnacja sama w sobie nie ma sensu.

Maria Chamorro
– Wydaje mi się, że najważniejsze jest nie tyle poświęcenie, ile poczucie, że jest się 

kochanym.   Wtedy   wszystko   się   zmienia.   Dla   misjonarzy   ważna   jest   miłość,   a nie 
poświęcenie.

Juan Arias
–   Wtedy   to   już   nie   jest   poświęcenie.   Miłość   pomaga   znieść   wyrzeczenia 

i zaakceptować drugą osobę, ale wynagradza cię tak szczodrze, że już trudno to nazwać 
ofiarą. Znam księdza w Rio de Janeiro, który codziennie karmi czterystu żebraków. On 
czuje   się   szczęśliwy.   Oczywiście   nie   jest   mu   łatwo:   szuka   codziennie   żywności   dla 
czterystu biedaków i żyje razem z nimi. Ale nie mam wątpliwości, że czuje się naprawdę 
szczęśliwy, bo to, co dla każdego z nas byłoby poświęceniem, dla niego nim nie jest, 

background image

inaczej byłby masochistą.

Maria Chamorro
– Nie byłoby to zdrowe.
Juan Arias
– I nie czułby się szczęśliwy.
Maria Chamorro
– Kiedy coś mi  nie wychodzi  i usłyszę słowa: „Postaraj  się! Zrób to jeszcze raz 

i zobaczysz, że ci się uda”, próbuję tak długo, aż w końcu rzeczywiście mi się to udaje, 
ale gdy ktoś mi powie: „Jesteś do niczego!”, poddaję się, bo jestem pewna, że zrobię to 
źle.

Paula Gomez
– Chciałabym jeszcze wrócić do podróży i poczucia wolności. Widzę w tym pewien 

szkopuł.   W podróży   dość   łatwo   czuć   się   wolnym,   odkrywać   siebie   samego;   to   cię 
wzbogaca,   czujesz   się   tak,   jakbyś   był   zakochany.   Przeczytałam   książkę   Francesco 
Alberioniego Kocham cię i podróż kojarzy mi się z narodzinami miłości, która raptem 
uwalnia cię od wszelkich kłopotów. Ale problem zaczyna się, kiedy wracasz z podróży 
do codziennej rzeczywistości. Dla mnie najtrudniejsze jest to, że muszę żyć z ludźmi, 
którzy nie odkryli jeszcze tego, co ja, i to mnie spycha z powrotem w ramy Podręcznika. 
Z jednej strony byłabym zachwycona, gdyby i oni mogli odkryć to co ja, ale z drugiej – 
czy oni rzeczywiście muszą to odkryć?

Paulo Coelho
–   Tak,   to   duży   problem.   Obserwuję   coś   takiego   tu   na   plaży.   Rano   jest   pusta, 

przychodzi   matka   z dzieckiem   i siada,   przychodzą   chłopcy   pograć   w piłkę,   później 
przychodzą ślicznotki, uwodzące na skąpe bikini. Następna matka, która przyjdzie, nie 
usiądzie już w pobliżu tych dziewczyn, bo będzie czuć się trochę brzydka, ani obok tych, 
co  grają w piłkę,  bo  przecież   z nimi  nie  zagra.   Wtedy  siada  oczywiście  obok  tamtej 
matki, ich dzieci zaczynają się bawić. Piękni młodzieńcy siadają obok ślicznotek. Plaża 
zaczyna   porządkować   swój   świat.   Rozumiesz?   I tak   pomału   zaczynają   tworzyć   się 
plemiona matek z dziećmi, plemiona ślicznotek, podrywaczy. Ale trzeba trochę czasu, 
aby   wszystko   znalazło   swoje   naturalne   miejsce.   Nie   możemy   tego   zmienić.   Matki 
z dziećmi są matkami z dziećmi, piłkarze chcą uprawiać sport i i daje im to wiele radości, 
to ich sposób czczenia Boga. Dlatego często mówię o wojowniku światła, o chwili, gdy 
nagle odkrywam spojrzenie kogoś, kto jak przeczuwam, szuka tego samego co ja, mimo 
iż  oboje jesteśmy  niedoskonali.  Mamy  swoje  kłopoty,   swoje chwile   tchórzostwa,  ale 
czujemy też, że jesteśmy zdolni coś zmienić, że jesteśmy w drodze. Nie chodzi o to, 
Paula, aby przekonać ludzi do swoich racji, tylko aby znaleźć tę osobę, która tak jak ty 

background image

czuje się na świecie samotna i myśli podobnie. Czy wyrażam się dość jasno?

Paula Gomez
– Problem w tym, że takich ludzi jest bardzo niewielu, a przynajmniej ja niewielu 

spotkałam.

Paulo Coelho
– Są ich całe zastępy i co ciekawe, pisarz albo książka bywają katalizatorem takich 

procesów. Jeśli przeczytasz książki Henry’ego Millera czy Borgesa, zauważysz, że coś 
cię z nimi łączy, poczujesz z nimi wspólnotę. Tak więc książka, film, w ogóle sztuka 
posiada właściwości katalizatora, bo pomaga ci odkryć, że nie jesteś sama, że jest ktoś, 
kto myśli podobnie jak ty.

Juan Arias
– Na przykład widzisz kogoś w samolocie z pewną konkretną książką i już wiesz, że 

możesz z nim porozmawiać.

Paula Gomez
– Kiedyś jechałam pociągiem do Saragossy z moim ojcem i babcią, i usiadłam obok 

dziewczyny,   która   czytała  Bridę.   Poprzedniego   dnia   byłam   na   Targach   Książki 
w Madrycie i wahałam się długo, czy kupić Piątą Górę, czy właśnie Bridę, i w końcu, nie 
wiem   dlaczego,   wybrałam  Piątą   Górę.   Gdy   siedziałam   w pociągu,   patrzyłam   na 
dziewczynę, której nie znałam, na książkę, którą trzymała w ręku, i myślałam: „Co za 
zbieg okoliczności, wczoraj przeglądałam akurat tę książkę”. Wreszcie nie wytrzymałam 
i jej o tym powiedziałam. „Ja też się wahałam między  Piątą Górą  i Bridą”– odrzekła. 
A ja na to: „Piąta Góra? Spójrz, mam ją tutaj w torbie”. Na dodatek okazało się, że jest 
córką   przyjaciółki   mojej   ciotki   z Saragossy.   Ja   już   tylko   się   rozglądałam,   gdzie   jest 
ukryta kamera, bo byłam przekonana, że to wszystko musi być ukartowane.

Paulo Coelho
– Doskonale cię rozumiem, ja też miewam wrażenie, że ktoś filmuje to, co mi się 

przytrafia.

Paula Gomez
– Czasem  zdarza  mi  się,  że  otwieram   Biblię  na  chybił   trafił  i wydaje  się,  jakby 

przemawiała tylko do mnie. I pytam sama siebie: jak to możliwe?

Paulo Coelho
– To tak jakby anioł mówił ustami innych.
Juan Arias
– Ta historia z pociągu jest bardzo znacząca. Kiedy widzisz kogoś z książką, którą 

lubisz, możesz bez problemu nawiązać z nim rozmowę, bo wydaje ci się, że ten ktoś 
nadaje na tych samych falach co ty.

background image

Paula Gomez
–   Studiuję   architekturę   i bardzo   interesuję   się   sztuką.   Mam   wrażenie,   że   sztuka 

współczesna skupia w sobie  wiele namiętności  i jeśli masz  szczęście  poznać  jakiegoś 
malarza, odkrywasz, że obraz przekazuje wiele emocji współczesnych ludzi. Co sądzisz 
o sztuce współczesnej?

Paulo Coelho
–   Sądzę,   że   sztuka   jest   zawsze   manifestem   pokolenia,   przekładem   uczuć   tego 

pokolenia dla jego współczesnych. Oczywiście trzeba oddzielić to, co jest sztuką, od 
sezonowej mody. Historię można opowiadać na różne sposoby, a architektura należy do 
najbardziej niesamowitych, bo opowiada długie dzieje ludzkości. Istnieje wiele teorii, 
wiele   książek   o budowlach,   w których   odzwierciedla   się   cała   ludzka   wiedza.   I to 
począwszy od piramid, poprzez katedry gotyckie, gdzie widać dokładnie, że chodzi nie 
tylko o wzniesienie gmachu. Odbija się w nich życie epoki, są sposobem przekazywania 
wiedzy o świecie następnemu pokoleniu.

Życie jest jak karawana, która nie wie, skąd wychodzi ani dokąd zmierza. W czasie 

tej wędrówki rodzą się dzieci i słuchają historii babci, która widziała wiele ciekawych 
rzeczy. Później babcia umiera, dzieci stają się dziadkami, opowiadają o swojej podróży 
i umierają. Historia przekazuje potomnym doświadczenia naszego pokolenia, z serca do 
serca, sztuka zaś – że użyję pojęcia z alchemii – przekazuje kwintesencję rzeczy. Bo jak 
wytłumaczyć,   jaki   był   świat   w 1998   roku,   kiedy   spotkali   się   pisarz,   malarka,   trzy 
studentki   z Madrytu,   dziennikarz,   poetka,   inny   wielki   poeta?   Tego   nie   da   się 
wytłumaczyć. A tymczasem wyrazi to poezja, malarstwo, rzeźba czy budowla, której ty 
przekażesz   swoje   uczucia.   Pewnego   dnia   twoje   wnuki   staną   przed   nią   i zobaczą,   co 
stworzyłaś jako architekt, i być może, nie poznają całej historii, tak jak my nie wiemy 
dokładnie,  kto zbierał  winogrona na to wino, które pijemy,  ale poczują, tak jak my, 
wielką przyjemność. To właśnie jest kwintesencja. Sztuka nie jest niczym  innym  jak 
przekazywaniem   karawanie   życia   tego,   co   poznaliśmy.   Jest   dużo   przesady   we 
współczesnej   sztuce.   Czasem   ma   ona   niewiele   wspólnego   z prawdziwą   sztuką, 
poruszającą serca, nie tylko ogląda własny pępek.

Juan Arias
– Hiszpański filozof Fernando Savater mówił mi, że budujemy i pozostawiamy po 

sobie   ślady,   bo   wiemy,   że   musimy   umrzeć.   Tak   rodzi   się   cywilizacja.   Zwierzęta, 
nieświadome swojej śmierci, nie zostawiają po sobie śladu.

Paulo Coelho
–   Może   faktycznie   z powodu   tęsknoty   za   wiecznością   mamy   dzieci   i stawiamy 

katedry, choć uważam, że to coś więcej, bo inaczej artyści nie mieliby dzieci. Kiedy masz 

background image

już dzieci, wiesz, że pozostawisz po sobie trwały ślad i nie potrzebujesz tworzyć żadnych 
innych. Sądzę, że zostawiamy po sobie to wszystko z potrzeby dzielenia się, bo kochamy 
życie. Nie dlatego że musimy umrzeć, tylko dlatego że jest w nas miłość, którą chcemy 
się podzielić. Kiedy miłość nas wypełnia, pragniemy natychmiast przekazać to innym i ta 
potrzeba nas inspiruje.

Ana Gomez
– A także  potrzeba  opowiedzenia  o tym,  bo pisarz jest po to, by opowiadał  nam 

o życiu.

Paulo Coelho
–   Żeby   przeżywać   życie.   Otrzymujesz   je,   przekształcasz   i dzielisz   się   nim.   Jak 

powiedziałem   w Pielgrzymie,   „agape”   to   miłość,   która   wykracza   poza   siebie   samą 
i właśnie tym trzeba się dzielić.

Juan Arias
–   Skoro   już   o tym   mówisz,   jak   odróżnić   „agape”   od   „erosa”?   W Pielgrzymie 

rozróżniasz trzy typy miłości.

Paulo Coelho
– „Eros” to miłość między dwiema osobami, „filos” to miłość poznania, „agape” to 

miłość  wykraczająca  poza zwykły fakt, czy ktoś podoba mi  się, czy nie.  To miłość, 
o której   Jezus   mówi:   „Miłujcie   waszych   nieprzyjaciół”.   Mogę   miłować   wrogów 
i symbolicznie   ich   unicestwiać   bez   litości.   To   jest   moja   własna   prawda,   mój   sposób 
widzenia   świata.   Pojęcie   antagonizmu   rozumiem   jako   centrum   tworzenia.   Życie   jest 
walką, ani dobrą, ani złą, po prostu walką, zderzeniem energii. Jeśli wykonuję jakiś ruch, 
to popycham ileś atomów czy cząsteczek powietrza, które z kolei poruszają następne i w 
ten   sposób   nawet   najmniejszy   mój   ruch   odbija   się   echem   w najdalszym   zakątku 
wszechświata. Wszystkie moje gesty, wszystkie słowa, które wypowiadam, wszystko, co 
myślę,   jest   skutkiem   zderzenia   różnych   żywiołów.   To   leży   u podstaw   stworzenia, 
w momencie znanym jako Big Bang, wielki wybuch, początek.

Kiedy miałem chyba osiemnaście lat, przeczytałem książkę, która wywarła na mnie 

ogromny wpływ – Mahabharatę. To święta księga, klasyka literatury hinduskiej, coś jak 
Don Kichot dla was, Hiszpanów. W tej epopei zawiera się cała historia Indii. Król zapisał 
w spadku   królestwo  bratankowi   zamiast  synowi.   Oczywiście   syn  nie   godzi  się   na  to 
i ogłasza,   że   będzie   walczyć.   Bratanek   przyjmuje   wyzwanie.   Wojna   domowa   jest 
nieunikniona. Ślepy król stoi na wzgórzu nad polem bitwy. Ruszają do boju dwie armie – 
jedna   królewskiego   syna,   druga   bratanka,   kroczą   wojska   ze   sztandarami,   wojownicy 
uzbrojeni w łuki gotowe do strzału. W tym momencie pojawia się Bóg, aby przyjrzeć się 
bitwie. Generał jednego z wojsk wsiada do rydwanu bojowego, odłącza się od swoich 

background image

ludzi,   staje   na   środku   pola   bitwy,   rzuca   łuk,   strzały,   odwraca   się   w kierunku   Boga 
i mówi:  „To  straszne!  Za  chwilę   rozpocznie  się  tutaj   prawdziwa  jatka,  będziemy   się 
zabijać, umierać. To jest wojna domowa, a przecież po jednej, i po drugiej stronie są 
ludzie dobrzy i szlachetni. Mój mistrz jest po jednej stronie, moja matko po drugiej. To 
będzie rzeź. Więc ja nie mam zamiaru walczyć, składam się tutaj w ofierze”. Bóg mu 
odpowiada: „Co ty wyprawiasz? Bitwa się zaczyna. To nie pora na wątpliwości. Jeśli los 
przywiódł cię tutaj, walcz. Teraz idź i zacznij się bić. Później podyskutujemy o reszcie, 
ale w tej chwili czeka cię bitwa”. Tak więc Bóg mówi mu, że bitwa, jaką ma stoczyć, jest 
częścią   ruchu   świata.   To   część   odwiecznego   konfliktu   między   wszystkimi   siłami 
kosmosu.

Juan Arias
– Czyli pojmujesz świat jako bitwę?
Paulo Coelho
– Jeśli tę myśl doprowadzić do skrajności, wszystko jest konfliktem, nie w sensie złej 

walki, tylko  dobrej walki, tego ruchu Wszechrzeczy.  Kończy się podróż, wracasz do 
domu i pytasz: A teraz co? I rodzi się konflikt, ale to jest konflikt twórczy, bo pcha cię 
naprzód.

Juan Arias
– Chcesz przez to powiedzieć, że nie możesz nie wybrać.
Paulo Coelho
–   Możesz   wybrać   między   dwiema   klasycznymi   drogami,   medytacją   albo   dobrą 

walką, ale musisz wybrać. Jeśli jesteś mnichem trapistą, buddystą czy jakimś innym, 
zamykasz   się   w klasztorze   i oddajesz   medytacji.   Ale   jeśli   jesteś   człowiekiem   czynu, 
zostaniesz jezuitą, który w duchu ma walkę. Musisz wybrać pomiędzy jogą działania 
a jogą bezruchu.  Nie możesz  zatrzymać  się pośrodku, bo nie  ma  Dobra ani  Zła,  jak 
powiedział   Bóg   w Mahabharacie,   jest   tylko   ruch.   A skoro   jest   ruch,   często   widzimy 
rzeczy raz z punktu widzenia Dobra, raz Zła.

Juan Arias
– Czasem jednak niełatwo odróżnić siły Dobra od sił Zła.
Paulo Coelho
–   Kiedy   toczysz   bitwę,   to   oczywiste,   że   dostrzegasz   siły   negatywne,   i walczysz 

przeciwko nim. W książce Na brzegu rzeki Piedry... opisuje, coś, co przydarzyło się mnie 
samemu. Byłem w Olite ze świetną hiszpańską przewodniczką z Saragossy i chciałem 
pójść do kościoła. Podszedłem, drzwi były otwarte, chciałem wejść do środka, ale jakiś 
człowiek   przy   drzwiach   zatrzymał   mnie:   „Nie   wolno”.   „Jak   to   nie   wolno   wejść?”, 
zapytałem.   „Nie   wolno,   bo   jest   południe   i kościół   jest   zamknięty”.   Przeprosiłem   go, 

background image

wyjaśniłem, że przyjechałem z daleka tylko na kilka dni, i poprosiłem, żeby pozwolił mi 
wejść na parę minut. „Nie, nie można, bo jest dwunasta. Kościół będzie otwarty dopiero 
od trzeciej”. Niemal zacząłem go błagać, by dał mi się pomodlić przez chwilę, ale był 
nieprzejednany.   Zbuntowałem   się.   „Jak   to   nie?!   Wejdę   na   chwilę   i pan   będzie   mnie 
pilnował”. Bo nie było w tym żadnej logiki, on przecież siedział tam tak czy inaczej i nic 
nie miał do roboty przez kilka godzin. Ten człowiek był symbolem sytuacji, w której 
musisz   powiedzieć   „nie”   prawu,   władzy,   autorytetom.   Na   drodze   staje   przeciwnik, 
a wojownik czy podróżnik symbolicznie zabija go albo sam zostaje zabity, bo tamten 
może być przecież silniejszy. Wprawdzie zostałem poniżony, ale lubię walkę.

Juan Arias
– To przypomina sytuację, gdy uczniowie Jezusa naruszyli święto szabatu, a Jezus 

gani   faryzeuszy   i tłumaczy   im,   że   szabat   został   ustanowiony   dla   człowieka,   a nie 
człowiek dla szabatu.

Paulo Coelho
– W grę wchodzą dwie energie. Jesteś nieubłagany, bo idziesz do przodu, nie bacząc 

na konsekwencje, ryzykujesz skok w przepaść z ufnością. Nie obrażam tego człowieka, 
nie przeszkadzam mu w obiedzie, nie zatrzymuję go. Nie, to on nie pozwala mi wejść, 
tylko dlatego że sądzi, że ma nade mną władzą. Z tym się nie zgadzam. Zapominam 
o prawie i zabijam go symbolicznie – wchodzę do kościoła.

Juan Arias
– Nie przypomina ci to sceny z Ewangelii, w której Jezus wymawia posłuszeństwo 

swoim rodzicom?

Paulo Coelho
– Niewątpliwie, Jezus często przeciwstawiał się Marii i Józefowi.
Juan Arias
– To szokuje wielu katolików.
Paulo Coelho
– I kiedy matka idzie do Niego, by z Nim porozmawiać, On odpowiada: „Któż jest 

moją matką?”.

Paula Gomez
– Kiedyś myślałam, że on odrzuca własną matkę i braci, ale teraz rozumiem, że jest 

to raczej otwarcie na innych, a nie odrzucenie.

Juan Arias
–   Nie.   Oznacza   to,   że   muszę   iść   dalej   swoją   drogą,   a ty   nie   możesz   mi   w tym 

przeszkodzić.

Paula Gomez

background image

– Ale to także otwarcie umysłu na innych. Z perspektywy naszych czasów możemy 

pomyśleć, że jeśli zwrócisz się tak do swojej matki, jej się to nie spodoba, ale jeżeli 
potraktujesz to jako otwarcie na ludzi, nie może mieć ci tego za złe.

Juan Arias
– To właśnie mówi Paulo: musisz wybrać, musisz ruszyć w podróż, choćbyś miała 

sprawić ból własnej matce. To nie znaczy, że jej nie kochasz. To jest konflikt między 
miłością do niej, której nie odrzucasz, a miłością do siebie samej, która każe ci iść własną 
drogą. W tej trudnej konfrontacji musisz podjąć decyzję.

Paulo Coelho
–   Konflikt   z rodziną   jest   kwestią   kluczową.   Często   mówię,   w swoich   książkach 

o tarciach z moimi rodzicami, którzy byli bardzo surowi. Jednak muszę im podziękować, 
bo oni też mi się przeciwstawili i dali mi wykształcenie, starli się ze mną w dobrej walce.

Paula Gomez
– Mówisz, że trzeba żyć każdą chwilą. Istnieje droga, ale jest także wiele rzeczy, 

które trzeba przeżyć. Nie chodzi o to, by powiedzieć: pójdę tędy i zobaczymy,  co się 
stanie.   W każdej   sytuacji   musisz   zadecydować,   czy   wejdziesz   do   kościoła,   czy   nie. 
Sądzisz, że trzeba się przeciwstawiać za wszelką cenę?

Paulo Coelho
– Nie, ostre, totalne starcie może potrwać jeden dzień, dwa, a potem opuszczacie siły. 

Dlatego w Piątej Górze kładę ciągle na szali rygor i współczucie. Są takie chwile, kiedy 
musisz powiedzieć „nie”, i takie, kiedy musisz pozwolić się nieść i patrzeć, dokąd cię to 
zaprowadzi. To nie ma nic wspólnego z siłą twoich postanowień i nie oznacza braku 
decyzji.   Decydujesz,   kiedy   pozwalasz   się   prowadzić,   i decydujesz   także,   kiedy   się 
przeciwstawiasz. Ale podejmujesz decyzje, nie stoisz na rozstaju.

Juan Arias
– We wszystkich religiach rozdroża uznawane są za miejsca święte.
Paulo Coelho
–   Tak,   począwszy   od   Merkurego,   boga   rozstajnych   dróg.   Tutaj,   w Brazylii,   jeśli 

wyjdziesz   w piątek   wieczorem,   zobaczysz,   jak   składa   się   w ofierze   jedzenie   na 
skrzyżowaniach dróg, bo tam właśnie, we wszystkich religiach, patrzą bogowie.

Maria Chamorro
– Niedawno rozmawialiśmy w domu o kosmosie i chaosie. Mówiliśmy, że chaos jest 

częścią kosmosu, co z kolei potwierdzałoby, że wszystko ma jakiś sens, nawet chaos. Tu, 
w Rio, gdzie na każdym kroku napotkać można ogromny kontrast między dzielnicami 
zamożnymi i favelami, bogactwo i nędza zderzają się ze sobą i mieszają. Rozdroża, gdzie 
patrzą bogowie, są symbolem takich przełomowych momentów w naszym życiu. Wiesz, 

background image

że na skrzyżowaniu musisz podjąć decyzję: iść w prawo czy w lewo, choć jakaś siła 
trzyma cię w miejscu, bo boisz się nieznanego, bez względu na to czy jest dobre, czy złe. 
A nawet, jeśli w końcu na coś się decydujesz, zawsze trochę żałujesz, że nie poszedłeś 
w drugą stronę.

Paulo Coelho
– To właśnie jest problem, Mario. Wielu ludzi zadaje mi pytanie: A gdyby w twoim 

życiu zdarzyło się to czy tamto? W moim słowniku nie ma trybu warunkowego, nie ma 
słowa gdyby. Jest w nim nie wiem ile tysięcy słów, ale tego gdyby nie ma. To gdyby 
może mnie zniszczyć, bo jeżeli w jakimś momencie podjąłem decyzję, wybrałem drogę, 
to idę nią dalej i nie rozważam, czy jest słuszna. Tak postanowiłem i już. Jeśli zaczynam 
wzdychać: Ach, gdybym wtedy zrobił to czy tamto... – wszystko psuję.

Maria Chamorro
– Moim zdaniem, choć możemy zdecydować, jaką iść drogą, to nigdy nie wiemy, czy 

jest ona dobra, czy zła. W takim razie może wątpienie też jest dobre?

Paulo Coelho
–   Wybacz,   Mario,   ale   mówiłem   teraz   o ufności,   a wątpienie   nie   ma   z nią   nic 

wspólnego.   Wątpliwość   pojawia   się   w momencie   decyzji,   ale   wyklucza   zaufanie. 
Rozumiesz? Mogę cię zapewnić, że do końca życia będziesz mieć wątpliwości. Ja zawsze 
miałem i z upływem lat mam ich coraz więcej, ale nie przeszkadza mi to podejmować 
decyzji. Wątpić nie znaczy dociekać, czy się mylę, czy mam rację. Podejmuję decyzję, 
a później   mogę   to   jeszcze   raz   przemyśleć.   Z upływem   lat   zrozumiałem,   że   zawsze 
istnieje możliwość poprawy, zawsze jest jakaś druga szansa.

Maria Chamorro
–   Czy   mówimy   o wątpliwościach   przed   podjęciem   decyzji,   czy   już   po?   To   są 

wątpliwości, kryzysy, plątanina dróg. Jeśli nie udało ci się zrealizować jakichś planów, 
sprawy wymknęły ci się z rąk, to musisz dalej szukać albo wejść w starcie, które pozwoli 
ci odnaleźć drogę. Dlatego kryzys jest dobry.

Paulo Coelho
– Kryzysy zawsze są dobre, bo zmuszają cię do podjęcia decyzji.
Mauro Salles
– Chińczycy słowo „kryzys” tłumaczą jako szansa.
Paula Gomez
– Mój chłopak powiedział mi dokładnie to samo na lotnisku, kiedy wylatywałam do 

Rio, tylko nie użył słowa kryzys, ale kłopot: „Paula, Chińczycy słowo „kłopot” tłumaczą 
jako szansa”.

Paula Gomez

background image

– Mam przyjaciółkę  Włoszkę,  która niedługo  przyjedzie  do Rio. Powiedziała  mi 

kiedyś:   „Zawsze   miałam   obsesję   na  punkcie   doskonałości,   choć   nie   zdawałam   sobie 
z tego   sprawy.   Często   wprowadzałam   ludzi   w błąd   i udawało   mi   się   uchodzić   za 
doskonałą.   Wiesz,   co   to   znaczy   doskonałość,   prawda?”.   Odpowiedziałam   jej,   że   nie 
wiem. „Być doskonałym – odparła – to znaczy być całością. Człowiek nie może być 
całością bez swojej ciemnej strony, ale musi utrzymywać między ciemną a jasną stroną 
równowagę.   To   znaczy   być   doskonałym”.   Takie   podejście   cię   uwalnia,   pozwala   ci 
zaakceptować swoje człowieczeństwo, zobaczyć, że jesteś – jak mówiła Maria – chaosem 
i kosmosem zarazem.

Paulo Coelho
– Nawet Jezus się złości, kiedy ktoś mu mówi, że jest dobry. „Dlaczego Mnie pytasz 

o dobro? Jeden tylko jest Dobry” – odpowiada.

Mauro Salles
–   Paulo   mówił   o pielgrzymce,   o drodze   jako   poszukiwaniu   własnej   tożsamości. 

Pytam, czy chodzi o zadanie, które kiedyś wypełnisz, czy też trwa ono wiecznie? Czy jest 
to zdarzenie czy proces? Za tym pytaniem kryje się sens lub bezsens pielgrzymowania.

Paulo Coelho
– Kiedyś starałem się odpowiedzieć na słynne pytanie: Kim jestem? Teraz nawet nie 

próbuję. To już nie jest pytanie, to odpowiedź: Jestem. I od momentu kiedy jestem, nie 
mogę odpowiadać, muszę w pełni być. To samo powiedział Bóg, kiedy Mojżesz zapytał: 
„Jakie jest Twoje imię?” – „Jestem, który Jestem”. Sądzę, że jesteśmy, i nic poza tym. 
I tu zaczyna się pielgrzymka. Dawniej miałem cele – moim zdaniem zawsze warto mieć 
jakiś cel, jakiś pomysł, organizować trochę swoje życie – ale teraz rozumiem, że sama 
droga jest wielką radością.

Mauro Salles
– To znaczy, że celem jest proces. Wielu ludzi frustruje się tym, że nie dochodzą do 

celu   swojej   pielgrzymki   czy   drogi   duchowej,   bo   nie   rozumieją,   po   co   naprawdę 
wyruszyli. Trzeba pamiętać, że my tu wszyscy czegoś szukamy, każdy na swój sposób 
i powodowany innymi przyczynami.

Paulo Coelho
– Jest taki wiersz Kawafisa, świetnego greckiego poety – Itaka. Itaka to rodzinne 

miasto   Ulissesa,   do   którego   pragnie   powrócić   po   wojnie.   Zaczyna   się   tak:   „Kiedy 
wyruszasz w podróż do Itaki, pragnij tego, by długie było wędrowanie...”. A kończy tak: 
„Gdy dobijesz do tej wyspy, bogaty we wszystko, co zyskałeś po drodze, nie oczekuj 
wcale, by ci dała bogactwo Itaka. Itaka dała ci tę piękną podróż”.

Kiedy   po   siedemdziesięciu   dniach   marszu   po   raz   pierwszy   ujrzałem   katedrę 

background image

w Santiago de Compostela, to był wstrząs. Powiedziałem sobie: „Oto miejsce, do którego 
za wszelką cenę chciałem dotrzeć, i koniec, teraz muszę podjąć decyzję”. Do tej pory 
było jasne, że muszę pielgrzymować, a kiedy doszedłem do celu, pomyślałem: „I co mam 
teraz   zrobić?   Co   mam   począć   z tą   całą   katedrą,   z tym   wszystkim?”.   Sens   podróży 
zawarty jest w słowach Antonia Machado, hiszpańskiego poety:  „Wędrowcze, nie ma 
drogi, drogą jest wędrowanie”.

Mauro Salles
– Na pogrzebie Jacqueline Kennedy oczekiwano, że towarzysz ostatnich lat jej życia 

wygłosi uroczystą mowę pogrzebową. A on tylko przeczytał wiersz Haka, zacytowany tu 
przez Paula.

Paulo Coelho
– Niemożliwe! Nic o tym nie wiedziałem.
Mauro Salles
– Wcześniej rozmawialiśmy o rozstajach dróg, o „tak” i o „nie”, czy iść naprzód, czy 

wstecz. Wydaje mi się, że najgroźniejszym uczuciem podczas drogi jest właśnie takie 
„być może”, które dopuszcza wahanie w miejscu, gdzie krzyżują się drogi. Te słowa 
paraliżują,   przerywają   podróż.   Powiedziałeś,   Paulo,   że   to   nie   ma   nic   wspólnego 
z wątpieniem, ale wielu ludzi sądzi, że to „być może” jest formą działania. Jeśli chcemy 
wartościować   wątpienie   i ufność,   to   wątpienie   jest   dobroczynne,   a „być   może”   jest 
niedobre, bo unicestwia działanie.

Ana Gomez
–   Największym   dramatem   człowieka   jest   konieczność   wyboru,   bo   oczywiście 

wolałoby się mieć wszystko. Ale trzeba wybierać.

Paulo Coelho
– I tu zachodzi paradoks, bo kiedy wybierasz, masz wszystko, absolutnie wszystko. 

W chwili kiedy wprawiasz w ruch swoją moc podejmowania decyzji, wszystkie drogi 
zbiegają się w jedną drogę, tę, którą właśnie pójdziesz.

Ana Gomez
– Ale kiedy już idziesz jedną drogą, to czy nie rezygnujesz z tego, co mogło ci się 

przydarzyć na drugiej?

Paulo Coelho
– Nie. I to nie jest metafora, to rzeczywistość. W Alefie Borgesa wszystkie drogi są tą 

samą drogą, ale musisz wybrać jedną, by ujrzeć po drodze wszystkie te, których  nie 
wybrałaś.   To   metafora,   bo   nie   musisz   z niczego   rezygnować.   Droga,   którą   idziesz, 
zawiera w sobie wszystkie drogi.

A wracając do Jezusa, powiedział On: „W domu Ojca mego jest wiele mieszkań”. 

background image

Wszystkie drogi prowadzą do tego samego Boga. My mamy swoją drogę, to nasz wybór, 
ale  tych   dróg  jest  sto  lub   dwieście.  Starożytni   mawiali,  że   jest  osiem   albo  dziewięć 
sposobów umierania. Jeśli wybierzesz swoją drogę, to jest to twoja własna historia, twój 
los, twoja legenda. Nie powinnaś iść drogą swojego ojca albo małżonka, bo to nie są 
twoje drogi, i dotrzesz do kresu życia, nie doświadczywszy swojej własnej. Drogi innych 
nie zawierają twojej, ale twoja zawiera wszystkie inne. A teraz zjedzmy coś i napijmy się 
wina...

Pisarz   był   pod   dużym   wrażeniem   tej   rozmowy   ze   studentkami,   która   wciągnęła 

wszystkich innych gości. Po krótkiej przerwie na przekąskę – hiszpańską szynkę i ser 
oraz wyborne włoskie wino, które ktoś mu podarował – jeszcze trochę gawędziliśmy.

–   Chciałabym   cię   zapytać,   czy   nie   bałeś   się   opowiedzieć   Juanowi   intymnych 

szczegółów ze swojego życia, które pojawią się w książce. To przecież trochę tak, jakby 
cię ktoś obnażył.

Paulo Coelho
– Nie boję się nagości, wręcz przeciwnie. Uważam, że to obowiązek pisarza. Bardzo 

łatwo   ukryć  się  za   jakąś  książką  i stworzyć   pewien  obraz,   który  później  się   za  tobą 
wlecze.   Przeżyłem   to   już   w show   biznesie:   narzucono   mi   rolę   sławnego   faceta, 
odegrałem ją i co? Dwa, trzy lata później źle się to dla mnie skończyło. Przyrzekłem 
sobie, że nigdy więcej nie będę grał roli idola. Jestem sławny, ale chcę być prawdziwy, 
nie chcę nosić masek.

Ana Gomez
– Musisz się przygotować, że to będzie szok dla wielu twoich czytelników.
Paulo Coelho
–   Mam   taką   nadzieję.   Jezus   dobrze   to   ujął:   „I   poznacie   prawdę,   a prawda   was 

wyzwoli”.  Poznanie   Prawdy  to  jedyny   sposób,  by stać  się  człowiekiem  wolnym.  To 
właśnie daje mi ochotę do dalszego pisania. Opowiadanie Juanowi o całym moim życiu 
bez tajemnic może nie jest politycznie poprawne w tej chwili, ale na dłuższą metę ja będę 
się   czuł   bardziej   wolny,   a moi   czytelnicy   zrozumieją,   że   to   jest   moja   prawda, 
i zaakceptują  mnie  takiego,  jaki jestem,  choć  mój  rozwój  jeszcze  trwa, wciąż  jestem 
w ruchu.

Paula Gomez
– Czego szukasz w pisaniu?
Paulo Coelho
– Siebie samego. Przez całe życie, w każdej jego chwili przechodziłem wewnętrzne 

przemiany   i ciągle   jeszcze   nie   całkiem   siebie   znam   i rozumiem.   Piszę   także,   aby 
dowiedzieć się, kim jestem w konkretnym momencie pisania. Później przeistaczam się 

background image

i muszę napisać kolejną książkę. W ten sposób mogę się dzielić moimi metamorfozami, 
moimi twarzami, moimi odcieniami. Dopóki jestem uczciwy i szczery wobec siebie – co 
nie jest wcale łatwe, to kwestia samodyscypliny – moja osobowość przenika do książek, 
które piszę, a jeśli tam jest, z pewnością będę potrafił przekazać poza słowami energię tej 
osobowości. Może mój światowy sukces zawdzięczam jedynie temu, że przekazuję coś, 
co wykracza poza słowa moich książek? Ale trudno mi to wytłumaczyć.