background image

 

 - 1 - 

Swiat Ksi

ążki, Warszawa 2003 

Copyright 1987 by Paulo Coelho 

Copyright for the Polish translation by Bertelsmann Media Sp. z o.o., Warszawa 2003 

 
 

 

 

Książka jest udostępniona przez prywatną bibliotekę: 

http://www.spojrzenie.com

 

 

Zachęcamy do zakupu oryginału. 

 

Przypominamy o konieczności usunięcia z dysku tego pliku po upływie 3 tygodni. 

background image

 

 - 2 - 

Oni rzekli: „Panie, tu są dwa miecze". Odpowiedział im: „Wystarczy".

 

Ewangelia wg œw. Łukasza, 22, 38. 

 

 

Kiedy  przed  dziesięciu  laty  przekraczałem  próg  małego  domu  w  Saint-Jean-Pied-de-Port,  byłem 

przekonany, że tracę czas. W tym okresie w poszukiwaniach duchowych kierowałem się myślą, że istnieją 
sekrety,  tajemne  ścieżki,  ludzie  zdolni  rozumieć  i  kontrolować  zjawiska  niedostępne  dla  większości 
śmiertelników. Toteż podążanie „drogą zwykłego człowieka" uważałem za niegodne uwagi. 

Wielu  przedstawicieli  mojego  pokolenia  -a  wśród  nich  ja  -  uległo  fascynacji  sektami,  tajemnymi 

stowarzyszeniami i uwierzyło, iż zrozumienie tego, co trudne i złożone, prowadzi ku zgłębieniu tajemnicy 
życia.  W  1974  roku  przyszło  mi  drogo  za  to  zapłacić.  Mimo  to,  gdy  uwolniłem  się  od  strachu,  trwałe 
miejsce w moim życiu zajęła fascynacja tym co tajemne. Dlatego kiedy mój Mistrz wspominał o wędrówce 
do  Santiago  de  Compostela,  uznałem  tę  pielgrzymkę  za  męczącą  i  bezsensowną.  Rozważałem  nawet 
możliwość porzucenia RAM, małego, niewiele znaczącego bractwa, opierającego się na ustnym przekazie 
języka symbolicznego. 

Gdy wreszcie okoliczności skłoniły mnie do wypełnienia prośby Mistrza, postanowiłem zrobić to 

na własny sposób. W pierwszych dniach pielgrzymki starałem się uczynić z Petrusa czarownika, don Juana, 
postać, którą pisarz Carlo Castańeda posłużył się jako łącznikiem z tym co niezwykłe. Byłem przekonany, 
że przy odrobinie wyobraźni zdołam czerpać zadowolenie z doświadczenia, jakim była droga do Santiago, i 
zastąpić prawdy ujawnione tajemniczością, proste złożonym, zrozumiałe niepojętym. 

Ale  Petrus  potrafił  się  oprzeć  każdej  mojej  próbie  przemienienia  go  w  bohatera.  To  bardzo 

utrudniało nam kontakt i ostatecznie rozstaliśmy się, czując, że nasza zażyłość przywiodła nas donikąd. 

Długo  po  tym  rozstaniu  pojąłem,  co  przypominały  mi  tamte  przeżycia.  Dziś  to  wiem:  niezwykłe 

napotkać  można  na  ścieżkach  zwykłych  ludzi.  Dzięki  zrozumieniu  tej  prawdy,  najcenniejszemu,  jakie 
posiadam, gotów jestem podjąć największe choćby ryzyko, dążąc do osiągnięcia tego, w co wierzę. Z niego 
czerpałem  odwagę,  pisząc  swą  pierwszą  książkę,  Pielgrzyma.  Ono  dawało  mi  siłę  do  walki,  nawet  gdy 
mówiono,  że  żaden  Brazylijczyk  nie  zdoła  żyć  z  literatury.  Pomogło  zachować  godność  i  wytrwałość  w 
Dobrej  Walce,  którą  muszę  co  dnia  toczyć  z  samym  sobą,  jeśli  chcę  nadal  podążać  „drogą  zwykłego 
człowieka". 
Nigdy już nie spotkałem mojego przewodnika. Usiłowałem nawiązać z nim kontakt po opublikowaniu tej 
książki  w  Brazylii,  lecz  nie  otrzymałem  odpowiedzi.  Kiedy  pojawił  się  angielski  przekład  Pielgrzyma, 
cieszyłem  się,  że  nareszcie  będzie  mógł  poznać  moją  wersję  naszych  wspólnych  przeżyć.  I  znów 
próbowałem się z nim skontaktować, ale zmienił numer telefonu. 
W  dziesięć  lat  później  Pielgrzym  został  wydany  w  kraju,  od  którego  zacząłem  tamtą  podróż.  To  na 
francuskiej ziemi po raz pierwszy ujrzałem Petrusa. Mam nadzieję, że pewnego dnia się spotkamy, a wtedy 
powiem: „Dziękuję i dedykuję ci tę książkę!". 

Paulo Coelho 

background image

 

 - 3 - 

Prolog 

 

-  I  stojąc  przed  Świętym  Obliczem  RAM,  dotknij  dłońmi  Słowa  życia,  zyskując  dość  siły,  by 

świadczyć za nim tu i choćby na kraju świata! 

Mistrz wzniósł mój nowy miecz, nie wysunąwszy go z pochwy. Płomienie wystrzeliwały z trzas-

kiem.  Przychylna  wróżba  oznaczała,  że  wolno  nam  kontynuować  rytuał.  Pochyliłem  się  więc  i  gołymi 
rękami zacząłem kopać ziemię. 

Działo  się  to  nocą  2  stycznia  1986  roku.  Znajdowaliśmy  się  na  szczycie pasma Serra do Mar, w 

pobliżu  masywu  zwanego  Czarnymi  Wierchami,  Oprócz  mnie  i  Mistrza  była  tam  moja  żona,  jeden  z 
uczniów, miejscowy przewodnik oraz reprezentant wielkiego bractwa, które obejmowało znane pod nazwą 
„Tradycja"  ezoteryczne  zakony  całego  świata.  Towarzysząca  mi  piątka,  także  przewodnik,  którego 
wcześniej  uprzedzono  o  celu  naszej  wyprawy,  uczestniczyła  w  wyświęceniu  mnie  na  Mistrza  Zakonu 
RAM, starego bractwa chrześcijańskiego założonego w 1492 roku. 

Wygrzebałem  w  ziemi  niezbyt  głęboki,  lecz  szeroki  dół.  Z wielkim namaszczeniem uderzałem w 

glebę,  wypowiadając  rytualne  słowa.  Wtedy  podeszła  do  mnie  żona.  Wręczyła  mi  miecz,  którym 
posługiwałem się przez z górą dziesięć lat i który przez cały ten czas był mi pomocny. Złożyłem w dole 
miecz,  potem  przysypałem  go  ziemią  i  wyrównałem  powierzchnię.  Gdy  wykonywałem  te ruchy, wracały 
wspomnienia  trudnych  chwil,  które  przeżyłem,  rzeczy,  których  się  nauczyłem,  i  zjawisk,  które  mogłem 
wywołać tylko dlatego, że był przy mnie ten stary miecz, mój wierny druh. Teraz miała go trawić ziemia, 
stal jego ostrza i drewno rękojeści miały znowu żywić miejsce, z którego zaczerpnęły tak wielką moc. 
Mistrz  zbliżył  się  do  mnie  i  położył  nowy  miecz  w  miejscu,  gdzie  pogrzebałem  stary.  Wtedy  wszyscy 
otwarli  ramiona,  a  Mistrz  sprawił,  że  wokół  mnie  roztoczyła  się  niezwykła  poświata,  która  nie  dawała 
światła, ale była widoczna i kładła się na sylwetkach zebranych barwą odmienną od żółtego blasku ognia. 

Dobywszy z pochwy własnego miecza, dotykał nim moich ramion i głowy, mówiąc: 

- Mocą i miłością RAM mianuję cię Mistrzem i kawalerem Zakonu, dziś i po kres twych dni. R jak Rygor, 
A jak Afirmacja Miłości,  M jak  Miłosierdzie;  R jak Regnum, A jak Agnus, M jak Mundi.  Przyjmując ten 
miecz, pamiętaj, by nigdy nie spoczywał zbyt długo w pochwie, gdyż przeżarłaby go rdza. Kiedy jednak go 
dobędziesz, niechaj nigdy nie wraca na miejsce, nie uczyniwszy dobra, nie otwarłszy nowej drogi. 

Ostrzem swego miecza lekko zranił mą głowę. Nie musiałem już milczeć. Nic nie zobowiązywało 

mnie  teraz  do  ukrywania,  czego  potrafię  dokonać,  ani  do  tajenia  cudów,  jakie  nauczyłem  się  czynić  na 
drodze Tradycji. Odtąd byłem jednym z braci. 

Wyciągnąłem  rękę,  żeby  chwycić  nowy  miecz,  wykuty  z  doskonałej  stali,  miecz  o  czarno-

czerwonej rękojeści z drewna, którego nie strawi ziemia, drzemiący w czarnej pochwie. Lecz w chwili, gdy 
moje ręce dotknęły pochwy i gdy zamierzałem zabrać miecz, Mistrz postąpił krok do przodu i nadepnął mi 
na palce z takim impetem, że krzyknąłem bólu i upuściłem miecz. 

Patrzyłem  na  niego,  nie  rozumiejąc.  Dziwne  światło  zniknęło,  a  blask  płomieni  sprawił,  że  jego 

twarz wyglądała jak twarz zjawy. 

Obrzucił  mnie  lodowatym  spojrzeniem,  przywołał  moją  żonę  i  wręczył  jej  nowy  miecz.  Potem 

zwrócił się do mnie i wypowiedział te słowa: 

-  Cofnij  rękę,  która  cię  zdradziła!  Albowiem  droga  Tradycji  nie  jest  drogą  kilku  wybranych,  lecz 

drogą wszystkich ludzi! A moc, którą, jak ci się wydaje, posiadłeś, nic nie znaczy, ponieważ nie dzielisz się 
nią z innymi ludźmi! Powinieneś był odmówić przyjęcia miecza. Wówczas bym ci go wręczył, wiedząc, że 
twoje serce jest czyste. 

Jak się jednak obawiałem, w tej samej chwili poślizgnąłeś się i upadłeś. Zaślepiony żądzą, będziesz 

musiał raz jeszcze ruszyć drogą w poszukiwaniu miecza. Okazałeś pychę, przyjdzie ci zatem szukać wśród 
prostych ludzi. Zafascynowany cudami, będziesz musiał długo walczyć, by odnaleźć to, co chciano ci tak 
hojnie podarować. 

Poczułem się, jakby nagle runął świat. Klęczałem, niezdolny przemówić, z pustką w sercu. Teraz, 

kiedy zwróciłem ziemi mój stary miecz, nie mogłem go już odzyskać. A ponieważ nie otrzymałem nowego, 
znów  znalazłem  się  w  położeniu  debiutanta,  bezsilny  i  bezbronny.  W  dniu  najwyższych  niebiańskich 
święceń mój gwałtowny Mistrz, miażdżąc mi palce, zesłał mnie do świata Nienawiści i Ziemi. 

Przewodnik wygasił ogień, żona podeszła do mnie i pomogła mi się podnieść. To ona trzymała mój 

nowy  miecz;  ja,  zgodnie  z  regułą  Tradycji,  nie  mogłem  go  nawet  dotknąć  bez  pozwolenia  Mistrza. 

background image

 

 - 4 - 

Schodziliśmy w ciszy leśną ścieżką, podążając za latarnią przewodnika, i wreszcie dotarliśmy do ziemnego 
duktu, gdzie zaparkowaliśmy samochody. 

Nikt mnie nie żegnał. Żona schowała miecz do bagażnika i uruchomiła silnik. Przez dłuższy czas 

milczeliśmy. Żona jechała powoli, omijając wyboje i dziury na drodze. 
- Nie martw się - powiedziała, chcąc dodać mi otuchy. - Jestem pewna, że go odnajdziesz. 
Zapytałem, co powiedział jej Mistrz. 
-    Trzy  rzeczy.    Po  pierwsze,  że  powinien  zabrać  ciepłe  ubranie,  bo  na  górze  było  znacznie  zimniej,  niż 
przypuszczał. Po drugie, że cała ta sytuacja wcale go nie zaskoczyła i że zdarzało się to już wielu innym, 
którzy  osiągnęli  to,  co  ty.  Po  trzecie,  że  miecz  będzie  na  ciebie  czekał  w  pewnym  punkcie  drogi,  którą 
przyjdzie ci przemierzyć. Nie znamy dnia ani godziny. Wskazał mi tylko miejsce, w którym mam go ukryć, 
abyś go odnalazł. 
-  Co to za droga? - zapytałem nerwowo. 
-  Ach, tego dokładnie mi nie wyjaśnił. Powiedział  tylko,  że  powinieneś  odnaleźć  na mapie Hiszpanii 
stary średniowieczny szlak, znany pod dziwną nazwą Camino de Santiago. 

 
 

Przyjazd 

 

 

 

Celnik  długo  przypatrywał  się  mieczowi,  który  wiozła  moja  żona,  i  w  końcu  zapytał,  co  zamie-

rzamy z nim zrobić. Odparłem, że jeden z naszych przyjaciół przeprowadzi ekspertyzę przed wystawieniem 
miecza  na  aukcji.  Kłamstwo  okazało  się  przekonywające  -  celnik  wydał  nam  zaświadczenie,  z  którego 
wynikało,  że  wwieźliśmy  miecz  przez  granicę  celną  na  lotnisku  Barajas,  i  poinformował,  że  gdybyśmy 
mieli problemy przy ponownym przekraczaniu granicy, wystarczy okazać celnikom ten dokument. 

Podeszliśmy  do  biura  wynajmu,  żeby  potwierdzić  rezerwację  dwóch  aut.  Już  z  dokumentami 

wpadliśmy  do  lotniskowej  restauracji,  żeby  coś  przekąsić.  Potem  każde  z  nas  miało  już  podążyć  własną 
drogą. 

Miałem za sobą bezsenną noc w samolocie -nie zmrużyłem oka po trosze ze strachu przed lataniem, 

po  trosze  z  obawy  przed  tym,  co  miało  się  wydarzyć,  mimo  to  byłem  bardzo  podniecony  i  nie  czułem 
znużenia. 

-  Nie martw się - powtórzyła żona po raz enty. - Musisz jechać do Francji i odszukać w Saint-Jean-

Pied-de-Port panią Savin. Skontaktuje cię z kimś, kto poprowadzi cię Camino de Santiago. 

-  A ty? - zapytałem także po raz enty, doskonale znając odpowiedź. 
-  Ja udam się tam, dokąd muszę, i przekażę to, co mi powierzono. Potem zatrzymam się na kilka 

dni w Madrycie i wrócę do Brazylii. Równie dobrze jak ty potrafię poprowadzić nasze sprawy. 

-  Nie wątpię - uciąłem, nie chcąc poruszać tej kwestii. 
Interesy, które prowadziłem w Brazylii, zaprzątały mnie niemal bez reszty. W ciągu dwóch tygodni 

po zajściu na Czarnych Wierchach zebrałem najważniejsze informacje o szlaku wiodącym do Santiago de 
Compostela, jednak dopiero po siedmiu miesiącach postanowiłem rzucić wszystko i odbyć tę podróż. 

W  końcu  pewnego  ranka  moja  żona  oznajmiła,  że  godzina  i  dzień  są  bliskie  i  że  jeśli  nie  po-

dejmiemy decyzji, na zawsze już mogę zapomnieć o magii i Zakonie RAM. Próbowałem ją przekonać, że 
Mistrz  powierzył  mi  niewykonalne  zadanie,  ponieważ  nie  mogę  tak  po  prostu  zrzucić  z  siebie 
odpowiedzialności za codzienną pracę. Roześmiała się i orzekła, że to kiepska wymówka, bo przecież przez 
ostatnie  siedem  miesięcy  niewiele  zrobiłem,  całymi  dniami  i  nocami  zastanawiając  się,  czy  powinienem 
odbyć tę podróż, czy też nie. I jakby nigdy nic, podała mi dwa bilety z wpisaną datą lotu.  

-  Dlaczego  podjęłaś  tę  decyzję  teraz,  kiedy  już  tu  jesteśmy?  -  zapytałem  ją  w  kawiarence.  -Nie 

wiem, czy słusznie jest pozostawiać komuś innemu decyzję o przystąpieniu do poszukiwań mojego miecza. 

Żona odparła, że jeśli mamy znów opowiadać głupstwa, lepiej od razu się rozstać. 
-  Nie  dopuściłbyś  do  tego,  by  najdrobniejszą  decyzję  dotyczącą  twojego  życia  podjął  ktoś  inny. 

Chodźmy, robi się późno. 

background image

 

 - 5 - 

Zabrała  swój  bagaż  i  poszła  w  kierunku  agencji.  Nie  ruszyłem  się  z  miejsca.  Siedziałem,  przy-

patrując się, jak z namaszczeniem niesie mój miecz, który w każdej chwili mógł się jej wyślizgnąć spod 
ręki. 

W połowie drogi przystanęła; wróciła do stolika, przy którym siedziałem, głośno cmoknęła mnie w 

usta  i  długo  przyglądała  mi  się  w  milczeniu.  Nagle  zrozumiałem,  że  to  Hiszpania,  że  już  nie  mogę  się 
cofnąć.  Miałem  przerażającą  pewność,  że  ryzyko  porażki  jest  ogromne,  ale  uczyniłem  przecież  pierwszy 
krok. Pocałowałem ją więc bardzo czule, włożywszy w pocałunek wiele przepełniającej mnie w tej chwili 
miłości, i tuląc ją w ramionach, błagałem wszystko, w co wierzyłem, prosiłem z głębi serca o siłę, która po-
zwoli mi powrócić z mieczem. 

-  Widziałeś, jaki piękny miecz?  - rozbrzmiał przy sąsiednim stoliku kobiecy głos, gdy tylko żona 

odeszła. 

-  Nie martw się - odparł głos męski. - Kupię ci dokładnie taki sam. Tu, w Hiszpanii, w butikach dla 

turystów są takich setki. 

Po  godzinie  siedzenia  za  kierownicą  zacząłem  odczuwać  zmęczenie,  które  narastało  po  nieprze-

spanej nocy. A sierpniowy upał był tak dotkliwy, że nawet na w miarę pustej drodze samochód przejawiał 
oznaki  przegrzania.  Postanowiłem  zatrzymać  się  na  trochę  w  miasteczku  oznaczonym  na  mapach 
samochodowych  jako  zabytkowe.  Wspinając  się  stromą  drogą,  która  do  niego  wiodła,  po  raz  kolejny 
przypomniałem sobie wszystko, czego dowiedziałem się na temat Camino de Santiago. 

Muzułmańska tradycja nakazuje, żeby każdy wierny przynajmniej raz w życiu odbył pielgrzymkę 

do  Mekki.  Również  chrześcijaństwo  pierwszego  tysiąclecia  miało  trzy  święte  szlaki,  zapewniające  wiele 
błogosławieństw  i  odpustów  każdemu,  kto  przemierzy  jeden  z  nich.  Pierwszy  wiódł  do  Grobu  Świętego 
Piotra  w  Rzymie.  Symbolem  tej  drogi  był  krzyż.  Tych,  którzy  wędrowali  szlakiem  rzymskim,  zwano 
romeros.  Drugi  prowadził  do  Grobu  Chrystusowego  w  Ziemi  Świętej,  do  Jerozolimy,  tych zaś, którzy go 
obrali,  zwano  palmeros,  symbolem  tej  pielgrzymki  były  bowiem  palmy,  które  witały  Chrystusa  wjeż-
dżającego  do  miasta.  I  wreszcie  trzecia  droga  -szlak  tych,  którzy  pragnęli  przyklęknąć  przy  relikwiach 
apostoła  Jakuba,  pogrzebanych  w  miejscu,  gdzie  pewien  pasterz  ujrzał  migocącą  nad  polem  gwiazdę. 
Legenda głosi, że święty Jakub i Maryja Dziewica szli tamtędy po śmierci Chrystusa, głosząc Słowo Boże i 
nakłaniając ludy do nawrócenia. Miejscu temu nadano nazwę „Compostela" - Gwiezdne Pole - i wkrótce 
wyrosło  tu miasto, do którego ściągać zaczęli wędrowcy z całego świata chrześcijańskiego. Tych, którzy 
wybrali trzecią ze świętych dróg, zwano peregrinos iacobitas, a ich symbolem stała się muszla. 

W  złotym  wieku,  który  przypadał  na  XIV  stulecie,  ponad  milion  osób  przybywających  z  całej 

Europy podążało każdego roku Drogą Mleczną (którą nazywano tak, ponieważ nocą ta właśnie galaktyka 
wskazywała  kierunek  wędrowcom).  Jeszcze  w  dzisiejszych  czasach  żarliwi  katolicy,  duchowni i badacze 
przemierzają  pieszo  siedmiusetkilometrowy  szlak  wiodący  z  francuskiego  Saint-Jean-Pied-de-Port  do 
katedry w Santiago de Compostela w Hiszpanii

1

Dzięki francuskiemu kapłanowi, Aymeriemu Picaudowi, który odbył pielgrzymkę do Composteli w 

1123  roku,  droga  pokonywana  przez  współczesnych  pielgrzymów  jest  tą  samą,  którą  podążali  w 
średniowieczu  Karol  Wielki,  Franciszek  z  Asyżu,  Izabela  Kastylijska,  a  w  bliższych  nam  czasach  Jan 
XXIII. Picaud opisał swoje przeżycia w pięciu księgach, które świat poznał jako dzieło Kaliksta II, owego 
papieża darzącego  świętego Jakuba szczególnym uwielbieniem, a które to dzieło nazwano później  Codex 
Calixttinus.  
W  księdze  V  Kodeksu,  Liber  Sancti  Jacobi,  Picaud  wymienia  charakterystyczne  cechy 
ukształtowania  terenu,  źródła,  gospody  i  klasztory,  w  których  można  się  schronić,  a  także  miasta  leżące 
przy szlaku. Opierając się na przekazie Picauda, Stowarzyszenie Przyjaciół Świętego Jakuba (Santiago to 
po  francusku  Saint  Jacques,  Saint  James  po  angielsku,  Santo  Giacomo  po  włosku,  a  Sanctus  lacobo  po 
łacinie)  postanowiło  zadbać  o  to,  by  wszystkie  te  znaki  dotrwały  do  naszych  czasów,  nadal  stanowiąc 
wskazówkę dla pątników. 

Mniej więcej w XII wieku naród hiszpański począł wykorzystywać kult świętego Jakuba w walce z 

Maurami,  którzy  zawładnęli  półwyspem.  Przy  szlaku  powstawały  zakony  rycerskie,  a  szczątki  apostoła 
przeistoczyły się w potężny bastion duchowy w zmaganiach z muzułmanami, którzy utrzymywali, że po ich 
stronie stoi Mahomet. Kiedy jednak rekonkwista dobiegała kresu, zakony rycerskie tak bardzo obrosły w 
siłę, że stały się zagrożeniem dla państwa. Toteż Arcykatoliccy Królowie musieli podjąć działania, które 

                                                      

1

?

 

Szlak,  zwany  z  francuska  Szlakiem  Świętego  Jakuba,  na  terytorium  Francji  tworzą  liczne  drogi  zbiegające  się  w 

hiszpańskim mieście Puentę La Reina. Saint-Jean-Pied-de-Port leży przy jednym z trzech szlaków, nie jedynym ani nie 
najważniejszym. 

background image

 

 - 6 - 

miały zapobiec zwróceniu się tych zakonów przeciw szlachcie. Wówczas to Camino de Santiago popadła w 
zapomnienie  i  gdyby  nie  dzieła  nielicznych  artystów,  jak  Droga  Mleczna  Buńuela  czy  Caminante  Joana 
Manuela  Serrata,  dziś  nikt  już  by  nie  pamiętał,  że  wędrowały  nią  tysiące  ludzi  podobnych  tym,  którzy 
później ruszyli, by osiedlić się w Nowym Świecie. 

Miasteczko, gdzie zatrzymałem samochód, wyglądało na wyludnione. Po długich poszukiwaniach 

trafiłem  do  barku  mieszczącego  się  w  starej  budowli  w  stylu  średniowiecznym.  Właściciel,  który  nie 
oderwał  oczu  od  ekranu  telewizora,  pochłonięty  jakimś  serialem,  mruknął  tylko,  że  to  pora  sjesty,  a  ja 
muszę być szaleńcem, skoro podróżuję w taki upał. 

Zamówiłem  coś  zimnego  do  picia,  potem  opanowała  mnie  chęć,  by  pooglądać  telewizję,  ale  nie 

byłem w stanie się skupić. Wciąż powracała myśl, że w ciągu dwóch dni przyjdzie mi przeżyć - teraz, w 
XX  wieku  -  choć  cząstkę  wielkiej  przygody  ludzkości  i  doznać  tego,  co  wiodło  Ulissesa  spod  Troi,  co 
towarzyszyło Don Kichotowi z Manczy, prowadziło Dantego i Orfeusza do Piekieł, a Krzysztofa Kolumba 
do Ameryki. To była przygoda wyprawy w Nieznane. 

Do samochodu wróciłem już nieco spokojniejszy. Choćbym nawet nie odnalazł mojego miecza, to 

pielgrzymka Szlakiem Świętego Jakuba pomoże mi w końcu odkryć samego siebie. 

 

Saint-Jean-Pied-de-Port 

 

 

 

Zamaskowane  twarze  postaci  defilujących  przy  dźwięku  fanfar,  wszyscy ubrani w czerń, zieleń i 

biel  -  barwy  francuskiej  Gaskonii  -  wypełniały  główną  ulicę  Saint-Jean-Pied-de-Port.  Była  niedziela,  a  ja 
spędziłem dwa dni za kierownicą samochodu i nie mogłem stracić już ani minuty, nawet na udział w tym 
festynie. Utorowałem sobie drogę przez tłum, wysłuchałem paru francuskich obelg, ale w końcu minąłem 
fortyfikacje, które otaczają najstarszą część miasta, gdzie miałem się spotkać z panią Savin. Nawet w tym 
zakątku Pirenejów w dzień było gorąco, toteż z samochodu wysiadłem zlany potem. 

Zapukałem  do  drzwi.  Po  chwili  zapukałem  raz  jeszcze,  lecz  na  próżno.  I  po  raz  trzeci.  Jedyną 

odpowiedzią była głucha cisza. Zaniepokojony, przysiadłem na murku. Żona powiedziała mi, że mam się tu 
pojawić właśnie dziś, telefonowałem, ale nikt nie odpowiadał. Być może pani Savin wyszła popatrzeć na 
defiladę, pomyślałem; nie mogłem jednak wykluczyć, że przyjechałem za późno i postanowiła się ze mną 
nie spotykać. Wędrówka do Santiago kończyła się więc, zanim jeszcze się na dobre zaczęła. 

Nagle  drzwi  się  otwarły,  a  na  ulicę  wybiegło  dziecko.  Poderwałem  się  błyskawicznie  i  łamaną 

francuszczyzną  zapytałem  o  panią  Savin.  Dziewczynka  ze  śmiechem  wskazała  teren  za  ogrodzeniem. 
Dopiero  wtedy  zrozumiałem,  co  się  stało:  drzwi  prowadziły  na  rozległy  dziedziniec,  otoczony  starymi, 
pamiętającymi średniowiecze domami o jednakowych balkonach. Drzwi stały przede mną otworem, ą ją nie 
śmiałem nawet dotknąć klamki. 

Wbiegłem na dziedziniec, kierując się w stronę domu wskazanego przez dziewczynkę. Wewnątrz 

podstarzała  gruba  kobieta  wrzeszczała  po  baskijsku  na  wątłego  chłopca  o  smutnych  piwnych  oczach. 
Czekałem, aż wreszcie krzyki ucichły i stara odprawiła chłopca do kuchni, ciskając w ślad za nim obelgi. 
Dopiero wtedy spojrzała na mnie i nawet nie pytając, czego chcę, poprowadziła - na przemian uprzejma i 
burkliwa  -  na  drugie  piętro  niewielkiego  domu.  Tu  otwarte  były  drzwi  tylko  jednego  pomieszczenia  -
gabinetu  zarzuconego  książkami,  rozmaitymi  drobiazgami,  posążkami  świętego  Jakuba  i  pamiątkami  z 
Camino. Wyjęła z biblioteki książkę i usiadła przy jedynym w tym pokoju stole, pozwalając, bym stał. 

-  Pewnie  jest  pan  kolejnym  pielgrzymem  do  Composteli  -  oznajmiła  bez  zbędnych  wstępów.  -

Muszę wpisać pańskie nazwisko do rejestru osób, które ruszają w tę drogę. 

Podałem  jej  nazwisko,  ona  zaś  zapytała,  czy  przyniosłem  muszle.  Tak  nazywano  duże  konchy 

składane  na  grobie  apostoła  -  symbol  pielgrzymki  umożliwiający  pątnikom  rozpoznanie  się  na  szlaku

2

                                                      

2

?

 

Camino de Santiago zapisała się we francuskiej kulturze jedynie poprzez to, co stanowi dumę kraju, czyli poprzez 

gastronomię,  pozostawiając  po  sobie  „pamiątkową"  nazwę  cocquilles  Saint-Jacques,  co  dosłownie  oznacza  „muszle 
świętego Jakuba". (Są to małże zwane po polsku przegrzebkami - przyp. tlum.). 

background image

 

 - 7 - 

Przed wyjazdem do Hiszpanii wybrałem się do brazylijskiego sanktuarium Aparecida do Norte. Kupiłem 
tam  wizerunek  Matki  Boskiej  z  Aparecida,  wykonany  na  trzech  muszlach.  Wydobyłem  go  z  torby  i 
podałem pani Savin. 

-  Ładny,   ale  niezbyt  praktyczny -  oceniła, zwracając mi muszle. - Może się potłuc w drodze. 
-  Nie potłucze się.  Złożę go na grobie apostoła. 
Pani Savin najwyraźniej nie zamierzała poświęcać mi wiele czasu. Wyjęła karnecik, który miał mi 

ułatwić zatrzymywanie się w klasztorach przy szlaku, i opatrzyła go pieczęciami Saint--Jean-Pied-de-Port, 
aby wiadomo było, skąd wyruszyłem, po czym oznajmiła, że mogę iść z błogosławieństwem bożym. 

-  A co z moim przewodnikiem? - zapytałem. 
-    Z  jakim    przewodnikiem?    -    odpowiedziała  pytaniem,    nieco  zaskoczona,  lecz  w  jej  oczach 

pojawił się blask. 

Zrozumiałem,  że  pominąłem  rzecz  wielkiej  wagi.  Chcąc  jak  najszybciej  się  tu  dostać i spotkać z 

moją rozmówczynią, nie wypowiedziałem pradawnego Słowa, znaku rozpoznawczego tych, którzy należą 
lub  należeli  do  zakonu  Tradycji.  Czym  prędzej  naprawiłem  ten  błąd  i  wyrzekłem  Słowo.  Pani  Savin 
gwałtownym ruchem wyrwała z moich rąk karnet, który wręczyła mi przed kilkoma minutami. 

-  Nie będzie panu potrzebny -- powiedziała, zdejmując stertę gazet z kartonowego pudła. - Pańska 

droga i odpoczynek zależeć będą od decyzji przewodnika. 

Wydobyła z pudła kapelusz i płaszcz. Wyglądały jak stare ubrania, ale były w doskonałym stanie. 

Poprosiła, żebym stanął pośrodku izby, i zaczęła modlić się w ciszy. Potem zarzuciła mi płaszcz na ramiona 
i wcisnęła kapelusz na głowę. Zauważyłem, że kapelusz, a także epolety płaszcza ozdobione są muszlami. 
Nie  przerywając  modłów,  starsza  pani  chwyciła  pątniczy  kij  stojący  w  rogu  pokoju  i  wcisnęła  mi  go  do 
prawej  ręki.  Do  tej  długiej  laski  przywiązany  był  bukłak  na  wodę.  Stałem  przed  panią  Savin  ubrany  w 
bermudy z teksasu i bawełnianą koszulkę z napisem: I love NY, oraz w średniowieczny strój pielgrzymów 
podążających do Composteli. 

Stara kobieta zbliżyła się do mnie. Jak w transie złożyła dłonie na mojej głowie i rzekła: 
-    Niechaj  prowadzi  cię  apostoł  Jakub  i  niechaj  wskaże  ci  jedyne,  co  musisz  odkryć.  Nie  idź 

krokiem zbyt spiesznym ani zbyt powolnym, lecz zawsze szanując prawa i potrzeby Drogi, i słuchaj   tego,   
który    będzie    twym    przewodnikiem,  choćby rozkazał ci zabić, bluźnić lub popełnić bezsensowny czyn. 
Musisz złożyć przysięgę bezwzględnego  posłuszeństwa  swojemu   przewodnikowi. 

Przysiągłem. 
-  Duch dawnych pielgrzymów Tradycji towarzyszyć ci będzie w tej podróży. Kapelusz ochroni cię 

przed słońcem i złymi myślami; płaszcz ochroni przed deszczem i złymi słowami; laska da ci ochronę przed 
wrogami i złymi uczynkami. Niechaj błogosławieństwo Boga, świętego Jakuba i Maryi Panny będzie z tobą 
przez wszystkie noce i dni. Amen. 

Po chwili zachowywała się już zwyczajnie -pospiesznie zebrała ubrania i manifestując przy tym zły 

humor,  schowała  je  do  pudła,  odstawiła  kij  i  bukłak  w  kąt  pokoju,  podała  mi  hasło  i  poprosiła,  żebym 
natychmiast wyszedł, ponieważ mój przewodnik czeka już kilometr czy dwa za Saint-Jean-Pied-de-Port. 

-    Nie  znosi  fanfar  --  poinformowała  mnie.  -Ale  pewnie  nawet  z  odległości  dwóch  kilometrów 

dobrze je słychać: Pireneje to świetne pudło rezonansowe. 

I nie mówiąc nic więcej, zeszła na dół, do kuchni, żeby dalej dręczyć chłopca o smutnych oczach. 

Zanim  opuściłem  jej  dom,  zapytałem,  co  mam  zrobić  z  samochodem,  a  ona  poradziła,  żebym  zostawił 
kluczyki, ponieważ ktoś przyjedzie go stąd zabrać. Wyjąłem z bagażnika mały niebieski plecak, do którego 
przymocowałem śpiwór. Do najlepiej chronionej kieszeni wsunąłem wizerunek Matki Boskiej z Aparecida, 
założyłem plecak i wróciłem do domku, żeby zostawić pani Savin kluczyki do wozu. 

-    Z  miasta  wyjdzie  pan  tą  ulicą;  prowadzi  aż  do  ostatniej  bramy  murów.  Kiedy  dotrze  pan  do 

Santiago   de   Compostela,   proszę   odmówić   za mnie Ave Maria. Wielokrotnie przemierzałam tę drogę. 
Teraz  muszę  zadowolić  się  zapałem,  który  widzę  w  oczach  pielgrzymów.  Sama  wciąż  jeszcze  go 
odczuwam,  ale  wiek  nie  pozwala  mi  w  pełni  cieszyć  się  życiem.  Niech  pan  o  tym  powie  świętemu 
Jakubowi.  Proszę  mu  także  powiedzieć,  że  nadejdzie  czas,    gdy  dotrę  na  spotkanie  z  nim  inną  drogą, 
prostszą i mniej męczącą. 

Opuściłem  miasteczko,  wychodząc  Bramą  Hiszpańską  poza  mury  obronne.  Dawniej  tędy  wiodła 

ulubiona droga rzymskich najeźdźców, tędy maszerowały armie Karola Wielkiego i Napoleona. Szedłem w 
milczeniu,  słysząc  brzmiące  w  dali  fanfary,  aż  nagle,  gdy  szedłem  przez  opuszczoną  wioskę  nieopodal 
Saint-Jean, ogarnęło mnie bezgraniczne wzruszenie i łzy stanęły mi w oczach. Tu, pośród tych ruin, po raz 
pierwszy uświadomiłem sobie, że moje stopy wędrują niezwykłą Camino de Compostela. 

background image

 

 - 8 - 

Otaczające dolinę Pireneje, strojne muzyką i porannym słońcem, piętrzyły się przede mną niczym 

zjawisko  pierwotne  zapomniane  przez  rasę  ludzką  -  zjawisko,  którego  w  żaden  sposób  nie  potrafiłem 
zidentyfikować. Mimo wszystko doznanie było tak niezwykłe i silne, że postanowiłem przyspieszyć kroku i 
jak najszybciej dojść do miejsca, gdzie zgodnie z zapowiedzią pani Savin miał czekać przewodnik. Wciąż 
idąc,  zdjąłem  koszulkę  i  schowałem  ją  do  plecaka.  Paski  zaczynały  dotkliwie  wpijać  się  w  obnażone 
ramiona, tym bardziej więc doceniłem wygodne stare trampki, idealnie dopasowane do moich stóp. Mniej 
więcej  po  czterdziestu  minutach  marszu,  na  łuku  drogi,  która  okrążała  gigantyczną  skałę,  zauważyłem 
porzuconą starą studnię. Obok, na ziemi, siedział mężczyzna około pięćdziesiątki, czarnowłosy, o urodzie 
Cygana, i szukał czegoś w plecaku. 

- Witam - zagadnąłem po hiszpańsku, onieśmielony jak zawsze, gdy po raz pierwszy spotykam się z 

nieznajomym. - Pewnie na mnie czekasz. Mam na imię Paulo. 

Mężczyzna  przestał  grzebać  w  plecaku  i  zmierzył  mnie  spojrzeniem  od  stóp  do  głów.  W  jego 

oczach  dostrzegłem  chłód.  Nie  wydawał  się  zaskoczony  moim  nadejściem.  Ja  także  odniosłem  niejasne 
wrażenie, że skądś się znamy. 

- Tak, czekałem na ciebie, ale nie sądziłem, że tak szybko się spotkamy. Czego chcesz? 
Nieco  zbity  z  tropu,  odparłem,  że  to  mnie  poprowadzić  ma  Drogą  Mleczną,  gdy  ruszę  w  po-

szukiwaniu miecza. 

-    Nie  warto  się  trudzić  -  powiedział  mężczyzna.  -  Jeśli  chcesz,  odnajdę  go  za  ciebie.  Tylko 

natychmiast podejmij decyzję. 

Ta  rozmowa  wprawiała  mnie  w  coraz  większe  zdziwienie.  Ponieważ  jednak  przysiągłem  być 

bezwzględnie  posłusznym,  zamierzałem  udzielić  odpowiedzi.  Gdyby  wyręczył  mnie  w  poszukiwaniu 
miecza, zyskałbym mnóstwo czasu i mógłbym znacznie szybciej wrócić do Brazylii, do najbliższych i do 
interesów, o których nawet na chwilę nie potrafiłem zapomnieć. Może miałem do czynienia ze zwykłym 
oszustem, ale przecież udzielenie odpowiedzi nie było niczym złym. 

Postanowiłem  przyjąć  jego  propozycję.  I  nagle,  tuż  za  plecami,  usłyszałem  głos,  który  po  hisz-

pańsku, z silnym obcym akcentem, oznajmił: 

-  Nie trzeba wspinać się na szczyt góry tylko po to, żeby się dowiedzieć, czy jest wysoka. 
To  było  nasze  hasło.  Odwróciłem  się  i  ujrzałem  mężczyznę  około  czterdziestki,  ubranego  w 

bermudy koloru khaki i przepoconą białą koszulę. Nowo przybyły uporczywie przypatrywał się Cyganowi. 
Miał  szpakowate  włosy  i  spaloną  słońcem  skórę.  Działając  w  pośpiechu,  zapomniałem  o  elementarnych 
zasadach bezpieczeństwa i na oślep rzuciłem się w ramiona pierwszemu napotkanemu człowiekowi. 

-    Statek  jest    bezpieczniejszy,      gdy    kotwiczy  w  porcie,  nie  po  to  jednak  buduje  się  statki  -  od-

powiedziałem hasłem na hasło.  

Mimo  to  mężczyzna  nie  odrywał  oczu  od  Cygana,  wciąż  mu  się  przyglądając.  Ta  wymiana 

spojrzeń,  w  których  nie  było  ani  obawy,  ani  zaczepki,  trwała  kilka  minut.  Aż  do  chwili,  gdy  Cygan  z 
lekceważącym uśmiechem ruszył w kierunku Saint-Jean-Pied-de-Port. 

-    Na  imię  mam  Petrus

3

  -  odezwał  się  wreszcie  przybysz,  gdy  Cygan  zniknął  za  skałą,  którą  nie-

dawno   okrążałem.  Następnym razem bądź ostrożniejszy. 

Jego głos zabrzmiał miło; tej nutki zabrakło mi u Cygana, a nawet u pani Savin. Podniósł plecak, na 

którego klapie widniała muszla. Wydobył z niego butelkę wina, wypił łyk, a potem mi ją podał. Napiłem się 
i zapytałem, kim jest ten Cygan. 

-    To    droga  wiodąca  do    granicy.      Przechodzi  tędy  wielu  przemytników  i  ukrywających  się  ter-

rorystów z Kraju Basków - wyjaśnił Petrus. - Policja prawie nigdy się tu nie zapuszcza. 

-    Nie  odpowiedziałeś  na  moje  pytanie.  -  Popatrzyliśmy  na  siebie  jak  starzy  znajomi.  -  I  ja  mam 

wrażenie, że już go spotkałem, dlatego zachowywałem się tak śmiało. 

Petrus  roześmiał  się i stwierdził, że czas ruszać w drogę. Zabrałem  rzeczy.  Szliśmy w milczeniu, 

lecz uśmiech Petrusa pozwolił mi odgadnąć, że myśli to samo co ja: spotkaliśmy demona. 

Przez pewien czas wędrowaliśmy bez słowa. Pani Savin miała całkowitą rację - nawet z odległości 

trzech  kilometrów  słychać  było  dźwięk  fanfar,  które  nie  milkły  ani  na  chwilę.  Miałem  ochotę  zasypać 
Petrusa pytaniami o jego życie, pracę, dowiedzieć się, co go tu przywiodło. Wiedziałem jednak, że czeka 
nas jeszcze siedemset kilometrów wspólnej wędrówki i nadejdzie właściwa chwila, bym na każde z tych 

                                                      

3

?

 

W rzeczywistości Petrus podał mi swoje prawdziwe imię. Ale by chronić jego prywatność, zmieniłem je, podobnie 

jak nazwiska innych osób z Camino de Santiago. 

background image

 

 - 9 - 

pytań uzyskał odpowiedź. Mimo to nie mogłem uwolnić się od myśli o Cyganie, toteż w końcu przerwałem 
milczenie. 

-  Petrusie, sądzę, że ten Cygan był demonem. 
-  Tak, to był demon. 
Kiedy potwierdził moje domysły, ogarnęło mnie przerażenie, zarazem jednak doznałem ulgi. 
-  Ale to nie ten demon, którego znałeś z Tradycji. 
W Tradycji demon jest duchem, którego nie cechuje ani dobro, ani zło. Uważa się go za strażnika 

większości  tajemnic  dostępnych  dla  ludzi  i  przypisuje  mu  się  moc  i  władzę  nad  światem  rzeczy 
materialnych.  Jako  upadły  anioł  utożsamia  się  z  rodzajem  ludzkim  i  zawsze  gotów  jest  zawrzeć  pakt  lub 
odpłacić przysługą za przysługę. 

Zapytałem więc, w czym tkwi różnica między Cyganem a demonami z Tradycji. 
-    Spotkamy  jeszcze  inne  na  tej  drodze  -  odparł  ze  śmiechem  Petrus.  -  Sam  to  zrozumiesz.  Ale 

spróbuj przypomnieć sobie rozmowę z Cyganem, a zdołasz się już trochę w tym zorientować. 

Przywołałem  w  pamięci  dwa  zdania,  które  z  nim  zamieniłem.  Powiedział,  że  mnie  oczekiwał,  i 

zaproponował, że odnajdzie mój miecz. 

Wówczas  Petrus  wyjaśnił,  że  te  dwa  zdania  doskonale  pasują  do  złodzieja  przyłapanego  na 

gorącym  uczynku  -  stara  się  zyskać  na  czasie  i  zdobyć  względy,  szykując  się  do  ucieczki.  W  owych 
słowach mógł się kryć głębszy sens, być może też były dokładnym odzwierciedleniem jego myśli. 

-  Która z tych dwóch hipotez jest trafna? 
-    Obie  są  słuszne.  Ten  nieszczęsny  złodziej,  broniąc  się,  w  lot  chwycił,  jakich  słów  oczekujesz. 

Myślał,  że  jest  bystry,  tymczasem  stał  się  narzędziem  w  ręku  siły  wyższej.  Gdyby  umknął,  kiedy  tylko 
przyszedłem,  nie  mielibyśmy  powodu  prowadzić  tej  rozmowy.  Ale  stanął  ze  mną  twarzą  w  twarz,  a  ja 
wyczytałem z jego oczu imię demona, którego spotkasz na swej drodze. 

Według Petrusa to spotkanie było dobrą wróżbą, skoro demon ujawnił się tak wcześnie. 
-  Mimo  wszystko  teraz  nie  zaprzątaj   sobie nim głowy. Mówiłem ci już, że nie z nim jednym 

będziesz miał do czynienia. Możliwe, że ten jest najpotężniejszy, ale na pewno nie jedyny. 

Kontynuowaliśmy  wędrówkę.  Pustynną  dotąd  roślinność  zastąpiły  rozrzucone  z  rzadka  krzewy. 

Może  rzeczywiście  powinienem  posłuchać  rady  Petrusa  i  pozwolić,  żeby  sprawy  rozwijały  się  własnym 
tokiem. Od czasu do czasu mój kompan opowiadał o wydarzeniach historycznych, których świadkami były 
mijane przez nas miejsca. Zobaczyłem dom, gdzie pewna królowa spędziła ostatnią noc życia, i wykutą w 
skale kapliczkę, pustelnię świętego męża, o którym nieliczni rdzenni mieszkańcy tego regionu opowiadali, 
że potrafił czynić cuda. 

-  Nie sądzisz, że cuda są bardzo ważne? - zapytał. 
Odparłem, że owszem, dodając jednak, że nigdy nie zetknąłem się z prawdziwym, wielkim cudem. 

Terminując w Tradycji, przyjąłem skrajnie intelektualną postawę. Wierzyłem, że odzyskawszy miecz - ale 
dopiero wówczas - ja także będę zdolny dokonywać wielkich czynów, jakie były dziełem mojego Mistrza. 

-  Nie są to jednak Cuda, ponieważ nie odmieniają praw natury. To, co czyni mój Mistrz, polega na 

wykorzystywaniu tych sił do... 

Nie mogłem dokończyć zdania, nie umiejąc wyjaśnić faktu, że Mistrz potrafi materializować duchy, 

przemieszczać rzeczy, których wcale nie dotyka, albo, co nieraz widziałem na własne oczy, odsłaniać błękit 
nieba w środku zasnutego gęstymi chmurami popołudnia. 

-  A może robi to, by cię przekonać, że posiadł wiedzę i moc? - zasugerował Petrus. 
-  Możliwe - przytaknąłem mu z przekonaniem. 
Przysiedliśmy  na  kamieniu,  bo  Petrus  wspomniał,  że  nie znosi palić podczas marszu. Uważał, że 

płuca wdychają wtedy znacznie więcej nikotyny, a dym przyprawiał go o mdłości. 

-  Dlatego Mistrz odmówił ci prawa do miecza. Bo nie potrafiłeś dostrzec powodu, który każe mu 

dokonywać cudów. Bo zapomniałeś, że droga wiedzy stoi otworem przed wszystkimi ludźmi, przed każdym 
zwykłym  człowiekiem.  Podczas  tej  podróży  nauczę  cię  kilku  ćwiczeń  i  pewnych  rytuałów  zwanych 
Praktykami RAM. Każdy w jakiejś chwili życia ma okazję dostąpić przynajmniej jednego z nich.  Ten,  kto 
w  poszukiwaniach  wykaże  cierpliwość  i  przenikliwość,  zdoła  odkryć    je      wszystkie      bez      wyjątku,   
wyciągając  wnioski  z  lekcji,  jakich  udziela  mu  życie.  Praktyki  RAM  są  tak  proste,  że  ludziom  twojego 
pokroju,  przyzwyczajonym  do  komplikowania życia, często wydają się pozbawione wartości. Ale to one, 
podobnie  jak  trzy  inne  grupy  praktyk,  czy-się,  że  śpię,  a  ta  cząstka  nalegała.  Najpierw  to  ona  poruszyła 
moimi  palcami,  potem  palce  ożywiły  ramiona.  A  jednak  to  ani  palce,  ani  ramiona,  lecz  właśnie  ta  mała 
cząsteczka walczyła, próbując pokonać siłę ziemi i ruszyć „w górę". Poczułem, że moje ciało poddaje się 

background image

 

 - 10 - 

ruchom  ramion  i  idzie  ich  śladem.  Każda  sekunda  była  jak  wieczność,  ale  nasienie  musiało  się  narodzić, 
chciało się dowiedzieć, czym jest owo „w górze". Z ogromnym trudem wzniosła się najpierw moja głowa, 
potem tułów. Wszystko było zbyt spowolnione i musiałem zmagać się z siłą, która ściągała mnie w głąb 
ziemi,  gdzie  dotąd  spokojnie  spałem  snem  wiecznym.  Lecz  w  końcu  mi  się  udało  -  złamałem  tę  siłę  i 
powstałem. Przebiłem się przez skorupę ziemi i już otaczało mnie to „na górze". 

Byłem  na  wsi.  Czułem  ciepło  promieni  słonecznych,  słyszałem  bzyczenie  owadów,  szmer  rzeki, 

która  gdzieś  daleko  toczyła  wody.  Wstawałem  bardzo  wolno,  wciąż  z  zamkniętymi  oczami,  i  przez  cały 
czas miałem wrażenie, że lada chwila stracę równowagę i wrócę do ziemi. A jednak stale rosłem. Moje ręce 
wznosiły się, ciało było bardziej prężne. Byłem tu, odradzałem się, marząc, żeby to ogromne słońce, które 
świeci  i  zachęca,  bym  nadal  wzrastał,  bym  wyciągał  się  i  w  końcu  dosięgną!  go  wszystkimi  gałęziami, 
rozgrzewało me wnętrze, muskało miłym ciepłem z zewnątrz. Wyciągałem ramiona najwyżej, jak mogłem, 
czułem ból ogarniający wszystkie napię te mięśnie, wydawało mi się, że wyrosłem do tysiąca metrów, że 
mógłbym  objąć  góry.  Ciało  prężyło  się  i  prężyło,  aż  ból  mięśni  stał  się  tak  silny,  że  nie  mogłem  go  już 
znieść. Wtedy krzyknąłem.

 

Otworzyłem oczy i ujrzałem przed sobą Petrusa, który uśmiechał się, paląc papierosa. Światło dnia 

jeszcze nie zagasło, ale stwierdziłem ze zdumieniem, że słońce nie grzeje tak mocno, jak mi się wydawało. 
Zapytałem mojego przewodnika, czy chce, żebym opisał, czego doznałem. Odpowiedział, że nie. 
- To bardzo osobiste przeżycia, powinieneś zachować je dla siebie. Jakże miałbym je oceniać? Należą do 
ciebie. 

Dodał,  że  spędzimy  tu  noc.  Rozpaliliśmy  niewielkie  ognisko,  dopiliśmy  resztę  wina,  a  ja  przy-

gotowałem kilka kanapek z pasztetem z gęsich wątróbek, który kupiłem przed przyjazdem do Saint-Jean. 
Petrus  poszedł  nad  płynący  nieopodal  strumień  i  wrócił  z  rybami.  Upiekł  je  nad  ogniskiem.  Potem  obaj 
ułożyliśmy się w śpiworach. 

Pośród wszystkich wrażeń, jakich doznałem w życiu, ta pierwsza noc pielgrzymki do Composteli 

pozostanie  niezapomniana.  Choć  działo  się  to  latem,  było  zimno,  a  w  ustach  czułem  jeszcze  smak  wina, 
którym  poczęstował  mnie  Petrus.  Patrzyłem  w  niebo  i  obserwowałem  Drogę  Mleczną,  wskazującą  długi 
szlak,  który  mieliśmy  te  mięśnie,  wydawało  mi  się,  że  wyrosłem  do  tysiąca  metrów,  że  mógłbym  objąć 
góry. Ciało prężyło się i prężyło, aż ból mięśni stał się tak silny, że nie mogłem go już znieść. Wtedy krzyk-
nąłem. 

Otworzyłem oczy i ujrzałem przed sobą Petrusa, który uśmiechał się, paląc papierosa. Światło dnia 

jeszcze nie zagasło, ale stwierdziłem ze zdumieniem, że słońce nie grzeje tak mocno, jak mi się wydawało. 
Zapytałem mojego przewodnika, czy chce, żebym opisał, czego doznałem. Odpowiedział, że nie. 
- To bardzo osobiste przeżycia, powinieneś zachować je dla siebie. Jakże miałbym je oceniać? Należą do 
ciebie. 

Dodał,  że  spędzimy  tu  noc.  Rozpaliliśmy  niewielkie  ognisko,  dopiliśmy  resztę  wina,  a  ja  przy-

gotowałem kilka kanapek z pasztetem z gęsich wątróbek, który kupiłem przed przyjazdem do Saint-Jean. 
Petrus  poszedł  nad  płynący  nieopodal  strumień  i  wrócił  z  rybami.  Upiekł  je  nad  ogniskiem.  Potem  obaj 
ułożyliśmy się w śpiworach. 

Pośród wszystkich wrażeń, jakich doznałem w życiu, ta pierwsza noc pielgrzymki do Composteli 

pozostanie  niezapomniana.  Choć  działo  się  to  latem,  było  zimno,  a  w  ustach  czułem  jeszcze  smak  wina, 
którym  poczęstował  mnie  Petrus.  Patrzyłem  w  niebo  i  obserwowałem  Drogę  Mleczną,  wskazującą  długi 
szlak,  który  mieliśmy  przemierzyć.  W  innych  okolicznościach  ta  odległość,  ów,  zdawałoby  się,  bezmiar, 
budziłaby straszliwy lęk, a ja bałbym się, że nie sprostam trudom wędrówki. Ale dziś byłem ziarnem i uro-
dziłem się na nowo. Odkryłem, że choć w ziemi jest wygodnie i głęboko tam śpię, życie na górze okazuje 
się znacznie piękniejsze. Mogłem narodzić się jeszcze tyle razy, ile chciałem, aż me ramiona staną się dość 
długie, by objąć ziemię, z której wyszedłem. 

 

background image

 

 - 11 - 

 

 

ĆWICZENIE ZASIEWU 

 
 

Uklęknij  na  ziemi.  Potem  usiądź  na  piętach  i  pochyl  się  tak,  aby  głowa  dotykała  kolan.  Wyciągnij 

ramiona  do  tylu.  Przybrałeś  pozycję  płodową.  Teraz  odpręż  się  i  uwolnij  od  wszelkich  napięć.  Oddychaj 
spokojnie i głęboko. Stopniowo narasta w tobie wrażenie, że jesteś maleńkim ziarenkiem, które otacza dobro tej 
ziemi. Wszystko wokół jest ciepłe i cudowne. Śpisz spokojnym snem.

 

Nagle  drga  jeden  z  palców.  Ziarno  nie  chce  już być  nasieniem,  pragnie  narodzin.  Zaczynasz  z wolna 

poruszać ramionami, potem twoje ciało prostuje się i oto znów siedzisz na piętach. Teraz się podnosisz i wolno, 
bardzo wolno, z wyprostowanymi plecami, klękasz na kolanach. Przez cały ten czas wyobrażasz sobie, że jesteś 
nasieniem, które przemienia się i pęcznieje, i wolniutko rozbija grudki ziemi.

 

Przyszedł  czas  rozkruszyć  ziemię.  Podnosisz  się  powoli,  stawiając  najpierw  jedną,  potem  także  drugą 

stopę. Przez chwilę trudno ci utrzymać równowagę, więc walczysz niczym ziarno, które zdobywa przestrzeń dla 
rośliny. Aż wreszcie stajesz wyprostowany. Wyobraź sobie otaczające cię pola, słońce, wodę, wiatr i ptaki: jesteś 
nasieniem,  które  wy-kiełkowało i  wypuszcza pierwszy  pęd.  Łagodnym  gestem  wyciągasz  ręce  ku  niebu.  Potem 
wyprężasz się coraz bardziej, jakbyś chciał chwycić ogromne słońce, które świeci nad tobą, daje ci siłę i wabi. 
Twoje  ciało  zyskuje  większą  sztywność,  mięśnie  prężą  się,  a  ty  czujesz,  jak  rośniesz,  roś-niesz,  by  stać  się 
ogromnym.  Napięcie  narasta,  wreszcie  staje  się  dotkliwe,  przyprawia  o  nieznośny  ból.  Nie  możesz  go  już 
wytrzymać, krzyk wyrywa się z twoich ust i otwierasz oczy.

 

Powtarzaj to ćwiczenie przez siedem kolejnych dni, zawsze o tej samej godzinie.

 

 

 
 
 
 

Stwórca i stworzenie 

 

 

 

Przez  sześć  dni  przemierzaliśmy  Pireneje,  to  wspinając  się,  to  schodząc.  Petrus  czuwał,  abym 

codziennie, kiedy słońce padało już tylko na najwyższe szczyty, powtarzał ćwiczenie zasiewu. Trzeciego 
dnia  ujrzeliśmy  cementowy  słup  informacyjny  i  dowiedzieliśmy  się,  że  od  tej  chwili  stąpamy  po 
hiszpańskiej ziemi. Petrus po trosze wyjawiał mi informacje o swoim życiu prywatnym. Okazało się, że jest 
Włochem, projektantem urządzeń przemysłowych

4

. Zapytałem, czy nie ucieka myślą do wszystkich spraw, 

które musiał odłożyć na później, by przeprowadzić pielgrzyma wyruszającego w poszukiwaniu miecza. 

-  Chciałbym,    żebyś    coś    zrozumiał    - odparł. - Ja nie prowadzę cię do miecza. Tylko ty jeden 

możesz go odnaleźć. Jestem tu, by przeprowadzić  cię  Camino  de   Santiago  i  nauczyć Praktyk RAM. To, 
w jaki sposób je wykorzystasz, poszukując miecza, zależy od ciebie. 

-  Nie odpowiedziałeś na moje pytanie. 
-  Podróżując,   w  bardzo   praktyczny   sposób doświadczasz aktu odrodzenia. Stajesz przed zu-

pełnie  nowymi  sytuacjami,  dzień  przemija  wolniej,    przeważnie  nie  rozumiesz  języka,    którym  mówią  
miejscowi.    Zupełnie  jak    dziecko,      które  wyszło  z  łona  matki.  W  takich  warunkach  zaczynasz  
przywiązywać  znacznie  większą wagę  do tego, co cię otacza, ponieważ od tego zależy twoje przetrwanie. 

                                                      

4

?

 

Colin Wilson twierdzi, iż na tym świecie nic nie jest przypadkowe, ja zaś raz jeszcze miałem okazję się przekonać o 

słuszności  tego  poglądu.  Pewnego  popołudnia,  bawiąc  w  Madrycie,  przeglądałem  w  hotelowym  hallu  czasopisma. 
Moją  uwagę  zwrócił  reportaż  z  wręczenia  Nagród  Księcia  Asturii,  ponieważ wśród laureatów znalazł się  brazylijski 
dziennikarz,  Roberto  Marinho.  Baczniej  przyjrzawszy  się  fotografii  z  bankietu,  aż  podskoczyłem  -  przy  jednym  ze 
stołów,  elegancko  prezentując  się  w  smokingu,  siedział  Petrus,  którego  w  notatce  pod  zdjęciem  przedstawiono  jako 
Jednego z najsławniejszych obecnie europejskich designerów". 

background image

 

 - 12 - 

Stajesz się bardziej otwarty na kontakty z ludźmi, bo wiesz, że mogliby ci pomóc w trudnych sytuacjach. A 
każdy przejaw łaskawości bogów przyjmujesz z wielką radością, jakby chodziło o wydarzenie, które trzeba 
zapamiętać  na  całe  życie.  Równocześnie,  ponieważ  wszystko  wokół  ciebie  jest  nowe,  dostrzegasz  w 
rzeczach  wyłącznie  piękno  i  bardziej  cieszysz  się  życiem.  Dlatego  pielgrzymki  religijne  zawsze  były 
jednym z najbardziej obiektywnych sposobów osiągnięcia iluminacji. Aby odpokutować za grzechy, trzeba 
iść  coraz  to  dalej,  dostosowując  się  do  zmienności  sytuacji.  W  zamian  otrzymuje  się  niezliczone 
dobrodziejstwa, których życie nie skąpi tym, co o nie proszą. Wydaje ci się, że mógłbym zamartwiać się z 
powodu paru projektów, których nie wykonam, bo jestem tu z tobą? 

Oczy  Petrusa  zwróciły  się  w  innym  kierunku,  a  ja  natychmiast  podążyłem  wzrokiem  za  jego 

spojrzeniem.  Stado  kóz  szło  zboczem  góry.  Jedna  z  nich,  najodważniejsza,  stała  na  niewielkim,  bardzo 
stromym  występie  skalnym.  Zastanawiałem  się,  jakim  cudem  zdołała  wdrapać  się  tak  wysoko  i  jak  się 
stamtąd wydostanie. Jednak właśnie wówczas, gdy nad tym dumałem, koza skoczyła i znajdując oparcie na 
niewidocznej dla mnie części stoku, dołączyła do stada. Wszystko w tym miejscu przepojone było pełnym 
życia, dynamicznym spokojem świata, który może jeszcze wypięknieć i wiele stworzyć i który wie, że aby 
tak  się  stało,  trzeba  iść,  wciąż  iść  przed  siebie.  Chociaż  czasem  straszliwe  trzęsienie  ziemi  albo 
niszczycielska burza rodzą we mnie przekona nie, że natura jest okrutna, zrozumiałem, że takie właśnie są 
zmienne koleje drogi zwanej losem. Natura również wędrowała w poszukiwaniu iluminacji. 

-  Jestem  bardzo  zadowolony,  że  się  tu  znalazłem  -  powiedział  Petrus.  -  Bo  praca,  której  nie 

wykonani, nic już nie znaczy, a prace, które zrealizuję potem, będą znacznie lepsze. 

Po  przeczytaniu  dzieła  Carlosa  Castańedy  gorąco  pragnąłem  spotkać  starego  indiańskiego 

czarownika, don Juana. Obserwując spoglądającego na góry Petrusa, poczułem, że u mego boku stoi ktoś 
podobny do niego jak brat. 

Po południu siódmego dnia, wyszedłszy z sosnowego lasu, dotarliśmy na szczyt wzgórza. Tu Karol 

Wielki modlił się po raz pierwszy na hiszpańskiej ziemi. Na starym pomniku widniała łacińska inskrypcja 
nakłaniająca wędrowca, by dla upamiętnienia tamtych wydarzeń odmówił Salve Regina. Obaj wypełniliśmy 
to, do czego wzywała inskrypcja. Potem Petrus poprosił, abym po raz ostatni poddał się ćwiczeniu Zasiewu. 

Wiał  silny  wiatr  i  było  zimno.  Zaoponowałem,  twierdząc,  że  jest  jeszcze  bardzo  wcześnie  -  wy-

dawało mi się, że ledwie dochodzi trzecia po południu - ale polecił mi zamilknąć i natychmiast uczynić, co 
każe. 

Przyklęknąłem na ziemi i zacząłem wykonywać ćwiczenie. Wszystko przebiegało normalnie aż do 

chwili, kiedy uniosłem ręce i usiłowałem wyobrazić sobie słońce. Gdy już mi się to udało, a przede mną 
rozbłysło ogromne słońce, poczułem, że ogarnia mnie wielka ekstaza. Me człowiecze wspomnienia powoli 
wygasały;  ja  już  nie  wykonywałem  ćwiczenia,  lecz  stałem  się  drzewem.  Czułem  przepełniające  mnie 
szczęście  i  ogromną  satysfakcję.  Słońce  świeciło  i  wirowało  wokół  własnej  osi,  co  nigdy  dotąd  się  nie 
zdarzyło. Stałem w miejscu z wyciągniętymi gałęziami, wiatr targał mymi liśćmi, a ja pragnąłem na zawsze 
tak pozostać. Aż nagle coś mnie dotknęło i na ułamek sekundy wszystko spowiło się mrokiem. 

Natychmiast otworzyłem oczy. Petrus uderzył mnie w twarz i chwycił za ramiona. 
-  Nie   zapominaj,   co   jest   twoim   celem! - krzyknął pełen gniewu. - Nie zapominaj, że musisz 

się jeszcze wiele nauczyć, zanim znajdziesz miecz! 

Usiadłem na ziemi, drżąc w podmuchach lodowatego wiatru. 
-  Czy zawsze tak się dzieje? - zapytałem. 
-    Prawie  zawsze.  Zwłaszcza  z  ludźmi  takimi  jak  ty,  zafascynowanymi  i  łatwo  zapominającymi  o 

celu poszukiwań. 

Petrus wyciągnął z plecaka sweter i szybko się ubrał. Ja włożyłem drugi t-shirt na mój I love NY - 

nawet  nie  przyszło  mi  na  myśl,  że  w  środku  lata,  przez  gazety  okrzykniętego  najbardziej  upalnym  w 
ostatnim  dziesięcioleciu,  może  zrobić  się  tak  zimno.  Dwie  warstwy  bawełny  nieco  skuteczniej  chroniły 
przed wiatrem, jednak poprosiłem Petrusa, żeby przyspieszył kroku, musiałem się bowiem rozgrzać. 

Ścieżka  biegła  teraz  bardzo  łagodnym  zboczem.  Pomyślałem,  że  chłód,  który  odczuwam,  jest 

skutkiem kiepskiego jedzenia, bo żywiliśmy się wyłącznie rybami i owocami drzew

5

. Ale Petrus wyjaśnił, 

że marzniemy, ponieważ dotarliśmy do najwyżej położonego miejsca na naszym górskim szlaku. 

Przeszliśmy może pół kilometra, gdy nagle, za załomem drogi, krajobraz uległ zmianie. Rozległa, 

lekko pofałdowana dolina ciągnęła się aż po horyzont. Na lewo, w kotlinie, w odległości najwyżej dwustu 

                                                      

5

?

 

Były  to  czerwone  owoce,  których  nazwy  nie  znam, a  na  których widok jeszcze  dziś mam mdłości  -  tak dużo ich 

zjadłem podczas wędrówki przez Pireneje. 

background image

 

 - 13 - 

metrów, czekała wioska, a w niej domki z dymiącymi kominami. Chciałem przyspieszyć kroku, lecz Petrus 
mnie powstrzymał. 

- Myślę, że to najwłaściwsza chwila, żeby nauczyć cię drugiej Praktyki RAM - powiedział, siadając 

na ziemi i dając znak, żebym uczynił to samo. 

Usiadłem  wbrew  sobie.  Widok  wioski  i  wydobywającego  się  z  kominów  dymu  zburzył  mój  we-

wnętrzny spokój. Nagle uświadomiłem sobie, że od tygodnia przebywaliśmy na pustkowiu, nie widzieliśmy 
żywego  ducha,  spaliśmy  pod  gołym  niebem  i  całymi  dniami  wędrowaliśmy.  Zabrakło  mi  papierosów  i 
musiałem palić paskudne skręty z tytoniu Petrusa. Spać w śpiworze i jeść ryby nawet bez soli - uwielbiałem 
to,  ale  jako  dwudziestolatek,  teraz,  na  Camino  de  Santiago,  było  to  dla  mnie  wielkim  poświęceniem. 
Niecierpliwie  czekałem,  aż  Petrus  skończy  zwijać  papierosa  i  go  wypali.  Milczałem,  marząc  o  cieple 
kieliszka  wina  w  barze,  który  widziałem  o  pięć  minut  drogi  od  nas.  Opatulony  w  sweter  Petrus  siedział 
sobie spokojnie i w roztargnieniu spoglądał na rozległą nizinę. 

- Jak ci się podobała przeprawa przez Pireneje? - zapytał po krótkiej chwili. 
-  Wspaniała - odparłem, nie chcąc przedłużać rozmowy. 
-  Całe szczęście, bo poświęciliśmy sześć dni na przejście odcinka, który zazwyczaj pokonuje się w 

ciągu dnia. 

Nie  uwierzyłem.  Wyciągnął  mapę  i  pokazał  mi  cały  szlak,  który  liczył  zaledwie  siedemnaście 

kilometrów.  Nawet  wolno  się  wspinając  i  pokonując  strome  zejścia,  tę  drogę  należało  przejść  w  sześć 
godzin. 

- Z tak wielkim uporem dążysz do odnalezienia miecza, że zapomniałeś o najważniejszym: trzeba 

do niego dotrzeć. Zapatrzony w stronę Composteli, której stąd na pewno nie ujrzysz, nie zauważyłeś, że w 
niektóre miejsca wracaliśmy cztero- albo pięciokrotnie, raz po raz, chociaż różnymi drogami. 

Teraz,  kiedy  Petrus  to  powiedział,  zdałem  sobie  sprawę,  że  górę  Itchasheguy,  najwyższą  w  tym 

rejonie, widywałem to po mojej lewej, to znów po prawej stronie. I chociaż przypadkiem to dostrzegłem, 
nie wyciągnąłem jedynego słusznego wniosku: przez tydzień krążyliśmy po niewielkim skrawku gór. 

-    Po  prostu  wybierałem  różne  drogi,  wykorzystywałem  wiodące  przez  las  ścieżki  przemytników. 

Jednak powinieneś był się zorientować. Nie zauważyłeś tego,  ponieważ   wędrówka    sama w sobie nic dla 
ciebie nie znaczy. Liczy się tylko wola dotarcia do celu. 

- A gdybym się zorientował? 
-  I tak wędrowalibyśmy przez siedem dni, bo Praktyki   RAM   tego   wymagają.   Ale wówczas w 

inny sposób cieszyłbyś się pięknem Pirenejów. 

Tak bardzo mnie zaskoczył, że zapomniałem o zimnie i o wiosce. 
-  W podróży do obranego celu - podjął Petrus - szczególnie ważne jest baczne obserwowanie drogi. 

Bo właśnie droga najlepiej nam podpowiada, jak osiągnąć ten cel, każdego dnia podróży wzbogaca nas i 
uczy.  Gdyby  porównać  to  z  seksem,  powiedziałbym,  że  gra  wstępna,  faza  pieszczot,  decyduje  o  sile   
orgazmu.   Wszyscy o tym wiemy. Tak to jest, kiedy ma się cel w życiu. Może okazać się wspaniały lub zły, 
wszystko zależy od tego, jaką obierzemy drogę, i tego, jak ją przemierzamy. Dlatego druga Praktyka RAM 
jest  tak  ważna:  polega  na  odkrywaniu  w  tym,  na  co  patrzymy  każdego  dnia,  tajemnic,  które  obojętnie   
mijamy,   pochłonięci  rutynowym  działaniem. 

I Petrus nauczył mnie ĆWICZENIA SZYBKOŚCI. 
-    W  mieście,  gdzie  zaprzątają  nas  codzienne  zajęcia.,  na  to  ćwiczenie  należy  poświęcić  dwa-

dzieścia minut. Ponieważ jednak wędrujemy niezwykłym szlakiem Santiago de  Compostela, przeznaczymy 
godzinę na dotarcie do wioski. 

Chłód, o którym na chwilę zapomniałem, znów zaczął mi doskwierać. Zniechęcony patrzyłem na 

Petrusa.  Lecz  on  tego  nie  zauważał:  wziął  plecak  i  w  przytłaczającym,  żółwim  tempie  zaczęliśmy 
przemierzać dwustumetrową odległość. 

Początkowo patrzyłem wyłącznie na tawernę, stary dwupiętrowy budynek z drewnianym szyldem 

nad drzwiami. Byliśmy tak blisko, że mogłem nawet odczytać datę budowy: 1652. Zbliżaliśmy się, a jednak 
miałem  wrażenie,  że  stoimy  w  miejscu.  Petrus  niezwykle  wolno  wysuwał  stopę  przed  stopę,  a  ja  go 
naśladowałem. Sięgnąłem do plecaka po zegarek i założyłem go na rękę. 

-  Będzie jeszcze gorzej - powiedział - bo czas nie zawsze przemija w jednakowym rytmie. To my 

zdecydujemy o rytmie czasu. 

Raz  po  raz  spoglądając  na  zegarek,  zrozumiałem,  że  Petrus  ma  rację.  Im  częściej  patrzyłem  na 

wskazówki,  tym  wolniej  się  przesuwały.  Postanowiłem  posłuchać  jego  rady  i  schowałem  zegarek  do 
plecaka. Usiłowałem skoncentrować się na krajobrazie, na nizinie, na kamieniach, które trącałem nogami, 

background image

 

 - 14 - 

ale przez cały czas zerkałem w kierunku tawerny i wciąż miałem wrażenie, że nie ruszyliśmy się z miejsca. 
Pomyślałem, że będę opowiadał sobie w myśli różne historyjki, lecz to ćwiczenie tak mnie irytowało, że nie 
mogłem  się  skupić.  Kiedy  nie  będąc  w  stanie  dłużej  tego  wytrzymać,  wyjąłem  z  plecaka  zegarek, 
przekonałem się, że upłynęło zaledwie jedenaście minut. 

-  Nie  rób  z  tego  ćwiczenia  tortur,  bo  nie  po  to  je  wymyślono  -  powiedział  Petrus.  -  Staraj  się 

czerpać  przyjemność  z  tempa,  do  którego  nie  przywykłeś.  Wykonując  codzienne  ruchy  w  zupełnie  inny 
sposób, pozwalasz, aby rozwinął się w tobie nowy człowiek. Zresztą, decyzja należy do ciebie. 

Życzliwość, z jaką dodał to ostatnie zdanie, trochę mnie uspokoiła. Skoro sam decydowałem o tym, 

co zrobię, należało jak najlepiej wykorzystać sytuację. Odetchnąłem głęboko i starałem się nie rozmyślać. 
Wprawiłem  się  w  cudowny  stan,  miałem  wrażenie,  że  czas  jest  sprawą  odległą,  że  mnie  nie  dotyczy. 
Spokojniejszy  z  każdą  chwilą,  innym  okiem  spojrzałem  na  otoczenie.  Wyobraźnia,  która  buntowała  się, 
kiedy byłem spięty, teraz znów ożyła i zaczęła mnie wspierać. Spoglądałem na rozpościerające się przede 
mną miasteczko i tworzyłem jego historię: jak zostało zbudowane, jak zatrzymywali się w nim pielgrzymi, 
jak  czuli  się  uszczęśliwieni,  widząc  wreszcie  ludzi  i  zaznając  gościnności  po  wędrówce  przez  Pireneje, 
gdzie  smagał  ich  przejmujący  chłodem  wiatr.  W  pewnej  chwili  wydało  mi  się,  że  w  sercu  wioski 
dostrzegam  potężną,  tajemniczą  i  mądrą  obecność.  Moja  wyobraźnia  wypełniała  dolinę  rycerzami  i 
bitwami. Widziałem nawet połyskujące w słońcu miecze i słyszałem okrzyki wojenne. Wioska przestawała 
być tylko miejscem, gdzie rozgrzeję duszę winem, a ciało ciepłą kołdrą. Teraz stała się pomnikiem historii, 
dziełem  heroicznych  ludzi,  którzy  porzucili  wszystko,  aby  osiąść  na  tym  pustkowiu. Świat był tu, wokół 
mnie, i zrozumiałem, że dotąd bardzo rzadko zwracałem na niego uwagę. 

Kiedy  sobie  to  uświadomiłem,  staliśmy  już  przed  drzwiami  tawerny,  a  Petrus  zapraszał  mnie  do 

środka. 

-  Stawiam  wino  -  powiedział.  -  Powinniśmy  wcześnie  iść  spać,  bo  jutro  muszę  ci  przedstawić 

wielkiego maga. 

Spałem kamiennym snem,  nie śniąc. Świt ledwie rozjaśnił dwie jedyne uliczki Roncesvalles, gdy 

Petrus  zapukał  do  drzwi  mojego  pokoju.  Mieszkaliśmy  na  drugim  piętrze  tawerny,  która  pełniła 
jednocześnie rolę hotelu. 

Zamówiliśmy  kawę,  pieczywo  i  oliwę.  Zaraz  po  śniadaniu  wyszliśmy.  Wioskę  spowijała  gęsta 

mgła.  Zrozumiałem,  że  Roncesvalles  nie  jest  typową  wsią,  jak  mi  się  wydawało  w  pierwszej  chwili;  w 
epoce  wielkich  pielgrzymek  Szlakiem  Świętego  Jakuba  istniał  tu  najpotężniejszy  klasztor  w  regionie, 
obejmujący  wpływami  terytorium  sięgające  aż  po  granice  Nawarry.  Do  dziś  Ronces-valles  zachowało 
znamiona  swej  roli  z  tamtych  lat  -  kilka  budynków  należało  do  kolegium  zakonnego.  Jedynym  domem  o 
charakterze świeckim była tawerna, w której się zatrzymaliśmy. 

Wędrowaliśmy  pośród  mgły,  by  po  chwili  wejść  do  kolegiaty.  Ubrani  w  białe  kapłańskie  szaty 

zakonnicy  modlili  się,  uczestnicząc  w  pierwszej  porannej  mszy.  Nie  rozumiałem  słów  ich  modlitw,  bo 
nabożeństwo odprawiano po baskij-sku. Petrus usiadł w ławce z dala od ołtarza i poprosił, żebym trzymał 
się w pobliżu. 

Kościół  był  ogromny,  wypełniony  bezcennymi  dziełami  sztuki.  Petrus  wyjaśnił  mi  szeptem,  że 

wzniesiono  go  dzięki  darowiznom  królów  i  królowych  Portugalii,  Hiszpanii,  Francji  i  Niemiec,  miejsce 
budowy natomiast wskazał Karol Wielki. Na ołtarzu Maryja Panna z Roncesvalles, wykonana ze srebra, o 
twarzy  wyrzeźbionej  w  szlachetnym  drewnie,  trzymała  w  ręce  bukiet  kwiatów  z  cennych  kamieni.  Woń 
kadzidła,  gotycka  świątynia,  kapłani  i  ich  kantyczki  wprowadziły  mnie  w  stan  bliski  transu,  którego 
doświadczyłem już, poddając się obrzędom Tradycji. 

- A mag? - zapytałem Petrusa, przypomniawszy sobie, co zapowiedział poprzedniego dnia. 
Skinieniem głowy wskazał kapłana w średnim wieku, chudego mężczyznę w okularach, siedzącego 

z innymi mnichami na jednej z długich ławek, które otaczały ołtarz. Mag zakonnik! Pragnąłem, żeby msza 
szybko się skończyła, ale -jak tłumaczył wczoraj Petrus - to my określamy rytm czasu: mój lęk sprawił, że 
obrządek religijny trwał przeszło godzinę. 

Gdy  msza  dobiegła  końca,  Petrus  zostawił  mnie  samego  w  ławce i zniknął za drzwiami, którymi 

wyszli kapłani. Zupełnie sam, podziwiałem świątynię, myśląc o tym, że powinienem odmówić modlitwę, 
jednak nie byłem w stanie się skupić. Obrazy wydawały mi się odległe, uwięzione w przeszłości, która już 
nie powróci, jak nie wróci złoty wiek Camino de Santiago. 

Petrus stanął w drzwiach i nie mówiąc ani słowa, gestem nakazał, żebym poszedł za nim. 
Znaleźliśmy  się  w  ogrodzie  zamkniętym  murami  klasztoru  i  otaczającymi  klauzurę.  Na  obrzeżu 

usytuowanej pośrodku fontanny czekał na nas zakonnik w okularach. 

background image

 

 - 15 - 

- Padre Jordi, oto pielgrzym - przedstawił mnie Petrus. 
Kapłan  podał  mi  rękę,  którą  uścisnąłem  na  powitanie.  Potem  zamilkliśmy.  Spodziewałem  się,  że 

coś  się  wydarzy,  lecz  do  moich  uszu  dobiegło  tylko  pianie  kogutów  gdzieś  w  oddali  i  krzyki  mew 
polujących na codzienną strawę. Mnich przypatrywał mi się spokojnie, a jego spojrzenie podobne było do 
tego, którym obrzuciła mnie pani Savin, gdy wypowiedziałem pradawne Słowo. 

 
 

 

 

ĆWICZENIE SZYBKOŚCI 

 
 
 
 

Idź przez dwadzieścia minut dwukrotnie wolniej niż zazwyczaj. Zwracaj uwagę na każdy szczegół, na 

ludzi i krajobrazy wokół ciebie.

 

Najstosowniejsza pora do wykonywania tego ćwiczenia przypada po obiedzie.

 

Powtarzaj to ćwiczenie przez siedem kolejnych dni. 
 
 

 

 
 
 
 

W końcu, przerywając długą i ciążącą mi ciszę, padre Jordi przemówił. 
-  Ponoć   przedwcześnie   pokonałeś   szczeble Tradycji, drogi chłopcze. 
Odpowiedziałem, że mam trzydzieści osiem lat i przeszedłem wszystkie ordalia

6

-    Oprócz    jednej,      ostatniej      i      najważniejszej  próby  -  podjął,  nadal  spoglądając  na  mnie  po-

zbawionymi wyrazu oczyma. - A bez niej wszystko, czego się nauczyłeś, jest niczym. 

-  Dlatego przemierzam Camino de Santiago. 
-  To niczego nie gwarantuje. Chodź ze mną. Petrus został w ogrodzie, a ja podążyłem za 
padre  Jordim.  Minęliśmy  klauzurę,  przeszliśmy  obok miejsca pochówku króla Sancha el Fuerte i 

zatrzymaliśmy się w małej kaplicy, usytuowanej na tyłach budynku klasztoru Roncesvalles. 

Jej wnętrze było praktycznie puste - tylko stół, księga i miecz. Ale nie mój. 
Padre Jordi usiadł przy stole, nie proponując, bym również spoczął. Potem sięgnął po jakieś zioła, 

podpalił je, a ich woń wypełniła pomieszczenie. Cała ta sytuacja coraz bardziej przypominała mi spotkanie 
z panią Savin. 

-  Przede  wszystkim  udzielę   ci   przestrogi  -oznajmił padre Jordi. - Rota jacobea to tylko jedna z 

czterech dróg. To droga Pikowa. Może dać ci moc, ale to nie wystarczy. 

-  A trzy pozostałe drogi? 
-  Słyszałeś o co najmniej dwóch z nich - drodze Jerozolimy, która jest szlakiem Kiera albo Graala i 

da ci zdolność czynienia cudów; i drodze Rzymu, która jest szlakiem Trefla, a umożliwi ci porozumienie z 
innymi światami. 

-  Brakuje   tylko   drogi   Karo,   a   mielibyśmy wszystkie cztery kolory - dodałem żartobliwie. 
Padre Jordi roześmiał się. 
-  Słusznie. To tajemna droga i gdybyś kiedyś ją przeszedł, nie mógłbyś nikomu o tym opowiedzieć. 

Ale  nie   czas  zajmować   się  tą  sprawą. Gdzie twoja muszla? 

Otworzyłem plecak i wyjąłem muszle z wizerunkiem Matki Boskiej z Aparecida. Mnich położył je 

na stole. Trzymając nad nimi dłonie, zaczął się koncentrować. Poprosił, abym czynił to, co on. Woń ziół 

                                                      

6

?

 

Ordalia to rytualne próby, na których wynik mają wpływ nie tylko zachowania ucznia, ale także przepowiednie poja-

wiające  się  w  trakcie  przeprowadzania  owych  prób.  (Termin  ten  pochodzi  z  czasów  Świętej  Inkwizycji,  kiedy  to 
oznaczał wyłącznie „sądy boże" - przyp. tłum.). 

background image

 

 - 16 - 

stawała  się  coraz  silniejsza.  Zarówno  kapłan,  jak  i  ja  mieliśmy  otwarte  oczy  i  nagle  stwierdziłem,  że 
powtarza się zjawisko, jakie widziałem już na Itatiaia: muszle rozbłysły światłem, które nie oświetla. Blask 
stawał się coraz silniejszy, ja zaś usłyszałem tajemniczy głos dobywający się z gardła padre Jordiego: 

-  „Bo gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje"

7

Było to zdanie z Biblii. 
- Tam zaś, gdzie jest twoje serce, będzie kolebka ponownego przyjścia Chrystusa; niczym muszle, 

pielgrzym na drodze świętego Jakuba jest tylko skorupą. Jeśli ta skorupa, która powstaje z życia, pęknie, 
wyłoni się Życie, które uczynione jest z Agape. 

Cofnął dłonie i blask muszli zagasł. Potem zapisał moje nazwisko w księdze, która leżała na stole. 

Na  szlaku  Composteli  natknąłem  się  na  trzy  księgi,  w  których  zapisano  moje  nazwisko:  pierwszą u pani 
Savin, drugą u padre Jordiego i trzecią, księgę Mocy, w której później sam zapisałem swoje imię. 

-  Skończyliśmy. Idź i niechaj cię błogosławią Przenajświętsza Panna z Roncesvalles i święty Jakub 

od Miecza. 

-    Camino  de  Santiago  wytyczają  żółte  znaki  wiodące  przez  całą  Hiszpanię  -  mówił  kapłan,  gdy  

wracaliśmy  do  miejsca,   gdzie  zostawiłem Petrusa.  - Gdybyś w pewnym momencie się zgubił, szukaj 
tych znaków na drzewach, na kamieniach,   tablicach  informacyjnych,   a  bez  trudu znajdziesz bezpieczne 
schronienie. 

-  Mam dobrego przewodnika. 
-  Spróbuj polegać przede wszystkim na sobie. Żeby nie krążyć przez tydzień po Pirenejach. 
A zatem mnich znał już tę historię. 
Dołączyliśmy  do  Petrusa  i  niemal  natychmiast  mnich  nas  pożegnał.  Był  jeszcze  ranek,  gdy 

opuszczaliśmy Roncesvalles, ale mgły, które wcześniej spowijały okolicę, zniknęły bez śladu. Otwierała się 
przed nami prosta jak na równinach droga, a ja zaczynałem szukać żółtych znaków, o których powiedział 
mi  padre  Jordi.  Niosłem  teraz  nieco  cięższy  plecak,  bo  w  tawernie  kupiłem  butelkę  wina,  chociaż  Petrus 
powiedział, że nie ma takiej potrzeby. Za Roncesvalles droga wiodła przez setki wsi, a noclegi pod gołym 
niebem mogły nam się zdarzyć od przypadku do przypadku. 

-  Petrusie, padre Jordi mówił o powtórnym przyjściu Chrystusa tak, jakby ono już się wydarzyło. 
-  I wciąż się wydarza. To tajemnica twojego miecza. 
-  A poza tym powiedziałeś,  że  spotkam się z magiem, tymczasem rozmawiałem z kapłanem. Co to 

ma wspólnego z Kościołem katolickim? 

Odpowiedź Petrusa zamknęła się w jednym słowie: 
-  Wszystko. 

 

Okrucieństwo 

 

 

 

- Właśnie tu, w tym miejscu, zamordowano Miłość -- powiedział stary wieśniak, wskazując wykutą 

w skale kapliczkę. 

Wędrowaliśmy  przez  pięć  dni,  zatrzymując  się  tylko  na  posiłki  i  noclegi.  Petrus  zachowywał 

dyskrecję  w  sprawach  dotyczących  jego  prywatnego  życia, okazując ogromne zainteresowanie Brazylią i 
moją pracą. Mówił, że lubi mój kraj ojczysty, ponieważ najbliższym mu obrazem był wizerunek Chrystusa 
Zbawiciela z Corcovado, przedstawionego z rozpostartymi ramionami, a nie umęczonego na krzyżu. Chciał 
wiedzieć wszystko i na każdym kroku wypytywał, czy brazylijskie kobiety były równie ładne jak tutejsze. 
W  ciągu  dnia  panował  nieznośny  upał,  toteż  w  każdym  barze  i  w  każdej  wiosce,  do  której  zawitaliśmy, 
ludzie  uskarżali  się  na  suszę. Przerywaliśmy wędrówkę między drugą a czwartą po południu, gdy słońce 
grzało najmocniej, i przyjęliśmy hiszpański zwyczaj sjesty. 

                                                      

7

?

 

Mt 6, 21. Cytaty z Pisma Świętego wg Biblii Tysiąclecia (przyp. tłum.). 

background image

 

 - 17 - 

Tego popołudnia, gdy odpoczywaliśmy w gaju oliwnym, stary wieśniak przyszedł poczęstować nas 

winem. Nawet podczas największych upałów mieszkańcy tego regionu nie wyrzekali się panującego tu od 
stuleci obyczaju picia wina. 

-  Dlaczego zamordowano tu miłość? - zapytałem, widząc, że staruszek stara się zagaić rozmowę. 
-  Przed wiekami pewna księżniczka, która ruszyła   na   pielgrzymkę   do   Composteli,   Felicja 

Akwitańska,  postanowiła  rzucić  wszystko  i  osiąść  tu,  gdy  odwiedzi  już  grób  świętego  Jakuba.  To  była 
prawdziwa Miłość, bo księżniczka dzieliła się dobrami z miejscową biedotą i leczyła chorych. 

Petrus zapalił swego paskudnego skręta i chociaż minę miał obojętną, wyczułem, że uważnie słucha 

opowieści starca. 

-    Wówczas  jej  brat,  książę  Wilhelm,  otrzymał  od  ojca  rozkaz  sprowadzenia jej do domu. Felicja 

odmówiła.    Zrozpaczony  książę  zasztyletował  ją  w  kaplicy,  którą  tu  widzicie,  a  którą  ona  budowała 
własnymi  rękami,  żeby  opiekować  się  ubogimi  i  chwalić  Pana.  Kiedy  się  opamiętał  i  pojął,  co  uczynił, 
uciekł  do  Rzymu  błagać  papieża  o    rozgrzeszenie.  Jako  pokutę  Ojciec  Święty  nakazał      mu      odbyć   
pielgrzymkę   do   Composteli. 

I  wtedy wydarzyło się coś niezwykłego - w drodze powrotnej, dotarłszy tu, ogarnięty pragnieniem, 

któremu uległa Felicja, osiadł w kapliczce wzniesionej przez siostrę, aby po kres długiego życia opiekować 
się biedakami. 

-  Oto i prawo zwrotu - podsumował ze śmiechem Petrus. 
Wieśniak  nie  zrozumiał  jego  uwagi,  lecz  ja  dokładnie  wiedziałem,  co  Petrus  miał  na  myśli.  W 

drodze odbyliśmy niejedną dyskusję teologiczną o relacjach między Bogiem a ludźmi. Przyznawałem, że w 
Tradycji  zawsze  mamy  do  czynienia  z  relacją  człowiek-Bóg,  ale  na drodze zupełnie innej niż ta obierana 
podczas pielgrzymki do Santiago  - pełna księży magów, Cyganów, którzy stali się demonami, i świętych, 
którzy  czynią  cuda.  To  wszystko  wydawało  mi  się  bardzo  archaiczne,  zbyt  mocno  związane  z 
chrześcijaństwem,  odarte  z  uniesienia,  w  jakie  niekiedy  wprowadzały  mnie  obrzędy  Tradycji.  Petrus  za-
wsze powtarzał, że droga do Composteli jest jedną z tych, które każdy jest zdolny przemierzyć, i że tylko 
taką drogą można dotrzeć do Boga. 

-    Uważasz,  że  Bóg  istnieje,  i  ja  również  tak  myślę  -  ciągnął  Petrus.  -  A  zatem  według  nas  Bóg 

istnieje.  Lecz  jeśli  ktoś  w  Niego  nie  wierzy,  On  mimo  to  nie  przestaje  istnieć.  Lecz  to  nie  oznacza,  że 
osoba, która w Niego nie wierzy, jest w błędzie.

 

-  Bóg   miałby   sprowadzać   się   do   pragnień i władzy człowieka?

 

-    Miałem  przyjaciela,  który  zawsze  chodził  pijany,    ale  co  wieczór  odmawiał  trzy  zdrowaśki, 

ponieważ w dzieciństwie wpoiła mu to matka. Nawet kiedy wracał do domu kompletnie zalany, nawet nie 
wierząc w Boga, mój przyjaciel co wieczór   klepał   trzy   zdrowaśki.   Po  jego   śmierci, uczestnicząc   w  
jednym   z   rytuałów   Tradycji, zwróciłem się do ducha Starszych, pytając, gdzie przebywa mój przyjaciel. 
A duch powiedział, że zmarły   miewa   się   doskonale,    że   otacza   go światło. Choć w życiu zabrakło 
mu  wiary,  ocalił  go  wysiłek  ograniczony  do  automatycznego  odmawiania  trzech  modlitw,  po  prostu  z 
poczucia obowiązku. Bóg przejawiał swą obecność w jaskiniach naszych praprzodków, dla nich istniał w 
piorunach; kiedy człowiek odkrył, że to zjawisko   naturalne,   On   zamieszkał   w   niektórych zwierzętach 
i świętych drzewach. Nadeszła epoka, kiedy istniał wyłącznie w katakumbach wielkich miast starożytności.  
Lecz przez cały czas przepełniał  ludzkie   serca,   przybierając  postać Miłości. Za naszych czasów Bóg jest 
tylko ideą, niemal dowiedzioną naukowo. Ale na tym etapie istnienia dokonuje zwrotu i wszystko zaczyna 
się od nowa. To jest prawo zwrotu. Kiedy padre Jordi przytoczył Jezusowe zdanie: „Gdzie jest twój skarb, 
tam będzie i serce twoje", właśnie do tego nawiązał. Gdziekolwiek zapragniesz ujrzeć oblicze Boga, tam je 
zobaczysz. Jeśli zaś nie chcesz go widzieć, nic się nie zmienia, o ile tylko twe wysiłki są szlachetne. Kiedy 
Felicja  Akwitańska  wybudowała  kaplicę  i  zaczęła  wspierać  biedaków,  zapomniała  o  Bogu  z  Watykanu  i 
głosiła Go na swój prosty i mądry sposób: poprzez Miłość. Dlatego wieśniak miał całkowitą rację, mówiąc, 
że Miłość została zamordowana.

 

Wieśniak,  który  nie  był  w  stanie  pojąć  naszej  dyskusji,  czuł  się,  nawiasem  mówiąc,  trochę  nie-

swojo.

 

-    Prawo  zwrotu  zadziałało,  gdy  jej  brat  został  przymuszony    do    podjęcia    dzieła,    które    chciał 

zniweczyć. Wolno nam wszystko - nie wolno tylko stawać na drodze miłości. Kiedy do tego dochodzi, ten, 
kto   próbował   zburzyć jej   dzieło, musi je odbudować.

 

Wyjaśniłem mu, że w moim kraju prawo zwrotu oznacza, iż ludzkie kalectwo i choroby są karą za 

przewiny poprzednich wcieleń.

 

background image

 

 - 18 - 

-    Głupstwa!  -  oburzył  się  Petrus.  -  Bóg  nie  jest  mściwy,  Bóg  jest  miłością.  Jedyna  kara,  po  jaką 

sięga,  polega na przymuszeniu tego,  kto przerwał dzieło miłości, do jego kontynuacji.

 

Wieśniak uciekł się do wymówki, twierdząc, że zrobiło się późno i musi wracać do pracy. Petrus 

uznał to za doskonały pretekst, by wyruszyć w dalszą drogę. 

-  Oto co kładzie kres rozmowie  - powiedział, gdy przechodziliśmy przez gaj oliwny. Bóg jest we 

wszystkim, co nas otacza, trzeba Go przeczuwać, przeżywać, a ja próbuję uczynić Go kwestią logiki, abyś 
zrozumiał. Ćwicz się dalej w powolnym marszu,  a coraz lepiej będziesz uświadamiał sobie Jego obecność. 

W dwa dni później musieliśmy pokonać szczyt zwany Górą Wybaczenia. Wspinaczka zajęła nam 

wiele  godzin,  kiedy  zaś  dotarliśmy  na  wierzchołek,  stałem  się  świadkiem  sceny,  która  mną  wstrząsnęła: 
grupa  turystów,  przy  grającym  na  cały  regulator  radiu  samochodowym,  zażywała  kąpieli  słonecznej, 
popijając piwo. Dotarli tu wiejską drogą, biegnącą wzdłuż zbocza na górę. 

-    Tak  to  już  jest  -  powiedział  Petrus.  -  Myślałeś,    że    spotkasz  tu  jednego  z  rycerzy  Cyda,  który 

pełni wartę, by w porę ostrzec przed kolejnym atakiem Maurów? 

Podczas  gdy  schodziliśmy,  po  raz  ostatni  wykonałem  ćwiczenie  Szybkości.  Przed  nami  znów 

rozpościerała się rozległa dolina, otoczona szarawymi wzgórzami, porośnięta lichą zielenią wypaloną przez 
suszę. Drzew prawie tu nie było, kamienistą ziemię przebijały tylko nieliczne iglaki. Kiedy zakończyłem 
ćwiczenie, Petrus zapytał mnie o pracę i wtedy zdałem sobie sprawę, że już od dawna o niej nie myślałem. 
Obawa  o  interesy  i  zadania,  które  zaniedbałem,  praktycznie  zniknęła.  Przypomniałem  sobie  o  sprawach 
zawodowych dopiero owego wieczoru, ale nawet w tej chwili nie przywiązywałem do nich większej wagi. 
Cieszyłem się, że jestem na Camino de Santiago. 

-  Jeszcze trochę, a prześcigniesz Felicję Akwi-tańską - zażartował Petrus, kiedy zwierzyłem się mu 

ze swoich odczuć. Potem zatrzymał się i poprosił, żebym położył plecak na ziemi. - Rozejrzyj się wokół i 
zatrzymaj wzrok na wybranym punkcie. 

Wybrałem  krzyż kościoła,  który widać  było w dali. 
-  Nie odrywaj oczu od tego punktu i spróbuj się skupić na tym, co będę mówił. Nawet gdybyś czuł, 

że coś się zmienia, nie rozpraszaj się. Zrób, jak mówię. 

Stałem całkowicie odprężony, z oczyma zwróconymi na dzwonnicę, podczas gdy Petrus stanął za 

moimi plecami i naciskał mi palcami punkt na karku. 

-  Droga, którą teraz przemierzasz, jest ścieżką mocy, toteż uczyć cię będę ćwiczeń Mocy. Podróż,  

która  początkowo    była  dla  ciebie    czystą  udręką,      ponieważ    pragnąłeś      tylko      dotrzeć    do  celu,  z 
upływem  czasu  przemieniła  się  w  przyjemność,      przyjemność    poszukiwania    przygody.  W  ten  sposób 
podsycasz  marzenia,  które  są  najistotniejsze.    Człowiek  nigdy  nie    przestaje    marzyć.      Marzenie  jest 
pokarmem  dla duszy, jak żywność jest strawą dla ciała. Przez lata naszego życia bardzo często się zdarza, 
że marzenia niosą rozczarowanie, a pragnienia kończą się zawodem, mimo to wciąż trzeba marzyć, w prze-
ciwnym  razie  nasza  dusza  umiera  i  Agape  nie  może  jej  przeniknąć.  Wieś,  którą  masz  przed  oczyma, 
spływała krwią, toczyły się tu najstraszliwsze bitwy rekonkwisty. Kto miał rację albo kto znał prawdę, nie 
ma  znaczenia.  Ważne,  by  wiedzieć,  że  obie  strony  toczyły  Dobrą  Walkę.  A  Dobra  Walka  to  taka,  którą 
podejmujemy, bo chce tego nasze serce. W epokach heroicznych, w czasach błędnych rycerzy, wydawało 
się to łatwe -tyle było ziem do podbicia, tyle należało zrobić. Dziś świat bardzo się zmienił, a Dobra Walka 
przeniosła  się  z  pól  bitewnych  do  wnętrza  nas  samych.  Dobra  Walka  to  ta,  którą  podejmujemy  w  imię 
naszych  marzeń.  Kiedy  wybucha  w  nas  z  pełną  mocą  -  w  młodości  -  mamy  wielką  odwagę,  ale  nie 
potrafimy jeszcze walczyć. Gdy po licznych wysiłkach zdołamy posiąść tę umiejętność, nie mamy już tyle 
odwagi w walce. Wówczas zwracamy się przeciw sobie, by w końcu stać się swym najgorszym wrogiem. 
Uważamy  własne  marzenia  za  infantylne,  nieziszczalne,  za  owoc  nieznajomości  realiów  życia.  Zabijamy 
nasze marzenia, bojąc się podjąć Dobrą Walkę. 

Nacisk palca Petrusa na mój kark stawał się coraz silniejszy. Wydawało mi się, że dzwonnica się 

przemienia  -  zarys  krzyża  upodabniał  się  do  skrzydlatego  człowieka.  Do  anioła.  Zmrużyłem  oczy  i  krzyż 
odzyskał rzeczywisty kształt. 

- Pierwszym symptomem, który ujawnia, że zabijamy marzenia, jest brak czasu - ciągnął Pe-trus. - 

Najbardziej zajęci ludzie, jakich zdarzyło mi się spotkać, zawsze mieli czas na wszystko. Ci, którzy nic nie 
robili, byli wciąż zmęczeni, nie zdawali sobie sprawy, jak mało pracują, i stale narzekali, że dzień jest za 
krótki.  W  rzeczywistości  bali  się  podjąć  Dobrą  Walkę.  Drugim  objawem  śmierci  naszych  marzeń  jest 
pewność  przekonań.  Ponieważ  nie  chcemy  spoglądać  na  życie  jak  na  wielką  przygodę  do  przeżycia, 
zaczynamy uważać się za rozważnych, sprawiedliwych i przykładnych, ale naprawdę wymagamy od siebie  
równie  mało jak  od  życia.   Zerkamy poza mury dnia powszedniego i odkrywamy  szczęk kruszonych 

background image

 

 - 19 - 

kopii,  odór  potu  i  kurzu,  wielkie  klęski  i  spojrzenia  żądnych  zdobyczy  wojowników.  Nigdy  jednak  nie 
odczuwamy radości, niewypowiedzianej radości, która przepełnia serce walczącego, dla niego bowiem nie 
ma znaczenia ani zwycięstwo, ani klęska, ważna jest tylko Dobra Walka.  I wreszcie trzecim symptomem 
śmierci  naszych  marzeń  jest  spokój:  życie  staje  się  niedzielnym  popołudniem,  nie  żąda  od  nas  niczego 
szczególnego,  a  i  my  nie    mamy    ochoty  wiele  z  siebie  dawać.  Wtedy  sądzimy,  że  dojrzeliśmy,  że 
odsuwamy od siebie dziecięce fantazje i że osiągnęliśmy spełnienie w życiu osobistym oraz zawodowym.   
Jesteśmy zaskoczeni, gdy  osoba w naszym wieku mówi, że wciąż lubi to czy tamto. Ale naprawdę, w głębi 
ducha, wiemy, co się stało: wyrzekliśmy się naszych marzeń i walki o nie, Dobrej Walki. 

Dzwonnica kościoła przemieniała się raz po raz, a na jej miejscu pojawiał się anioł z rozpostartymi 

skrzydłami.  Na  próżno  mrugałem  powiekami,  postać  wciąż  tam  była.  Miałem  ochotę  powiedzieć  o  tym 
Petrusowi, lecz czułem, że jeszcze nie skończył. 

-  Kiedy  wyrzekamy  się  marzeń  i  odnajdujemy  spokój  -  podjął  po  chwili  -  zaznajemy  krótkiego 

okresu cichego zadowolenia. Jednak trupy marzeń zaczynają w nas gnić i zatruwać atmosferę. Stajemy się 
okrutni wobec otoczenia, a w końcu to okrucieństwo zwraca się przeciw nam samym. Skądś wyłaniają się 
cierpienie  i  psychozy.  Ryzykowne  skutki  walki,  której  chcieliśmy  uniknąć  -rozczarowanie  i  klęska  - 
okazują się jedynymi owocami naszego tchórzostwa. A pewnego pięknego dnia martwe, przegniłe marzenia 
czynią  powietrze  cuchnącym  i  dławiącym,  my  zaś  pragniemy  śmierci,  która  uwolni  nas  od  niepodważal-
nych przekonań, od zajęć, od tego straszliwego spokoju niedzielnych popołudni. 

Teraz  miałem  pewność,  że  naprawdę  widzę  anioła,  i  nie  byłem  w  stanie  słuchać  Petrusa. 

Prawdopodobnie  domyślił  się,  że  tak  jest,  bo  zdjął  palec  z  mojego  karku  i  zamilkł.  Obraz  anioła  przez 
chwilę  jeszcze  unosił  się  przy  kościele,  lecz  wkrótce  zniknął.  Na  jego  miejscu  znów  pojawiła  się 
dzwonnica. 

Przez parę minut staliśmy w milczeniu. Petrus zwinął i zapalił papierosa. Ja sięgnąłem do plecaka 

po butelkę wina: było ciepłe, lecz pełne aromatu. 

-    Co  zobaczyłeś?  -  zapytał.  Opowiedziałem  mu  o  aniele.  Wspomniałem,  że  początkowo  obraz 

znikał, gdy mrugałem oczyma. 

-    I  ty  także  musisz  się  nauczyć  Dobrej  Walki.  Nauczyłeś    się    godzić    na  przygody  i  wyzwania 

rzucane przez życie, ale wciąż usiłujesz przeczyć temu, co nadzwyczajne. 

Petrus wydobył z plecaka jakiś drobiazg. Była to złota spinka. 
-    To  prezent  od  mojego  dziadka.  W  zakonie  RAM  każdy  ze    Starszych  miał  taki  przedmiot. 

Nazywa  się  go  Ostrzem  Okrucieństwa.  Widząc, jak na  dzwonnicy kościoła pojawia  się  anioł, chciałeś 
zaprzeczyć  temu  zjawisku.  Bo  nie  przywykłeś  do  takich  rzeczy.  W  twojej  wizji  świata  kościoły  są 
kościołami, a widzenia zdarzająsię wyłącznie w stanie ekstazy, w jaką wprowadzają rytuały Tradycji! 

Odpowiedziałem, że widzenie musiało być skutkiem nacisku jego palca na mój kark. 
-  To  prawda,  ale  prawda,  która  niczego  nie  zmienia.  Faktem  jest,  że  odrzuciłeś  widzenie.  Felicja 

Akwitańska prawdopodobnie dostąpiła podobnego widzenia, ale ona za to, co ujrzała, rzuciła na szalę całe 
swe życie. W efekcie przemieniła pracę w miłość. To samo stało się zapewne z jej bratem, to samo dzieje 
się  z  każdym  z  nas,  co  dnia:  zawsze  widzimy  tę  najlepszą  z  dróg,  wybieramy  jednak  tę,  do  której 
przywykliśmy. 

Petrus  ruszył  w  drogę,  a  ja  podążyłem  za  nim.  Promienie  słońca  ożywiały  blask  spinki,  którą 

trzymałem w ręce. 

-  Jedyny  sposób  ocalenia  marzeń  to  hojność  wobec  samego  siebie.  Trzeba  srogo  rozprawić  się  z 

każdą próbą samokarania, choćby najłagodniejszego. Aby wiedzieć, kiedy stajemy się okrutni wobec siebie, 
musimy przemienić w ból fizyczny najlżejsze objawy bólu duchowego, takiego jak poczucie winy, wyrzuty 
sumienia, brak zdecydowania, tchórzostwo. Czyniąc ból duchowy fizycznym, poznajemy zło, jakie może on 
spowodować. 

I Petrus nauczył mnie ĆWICZENIA OKRUCIEŃSTWA. 
-  Niegdyś   używano   złotej   spinki   -   powiedział. - Dziś wiele się zmieniło, jak zmieniają się 

pejzaże na szlaku do Santiago. 

Petrus miał rację. Widziana z dołu dolina wyglądała jak pokryta kurhanami. 
-  Pomyśl o czymś okrutnym, co zrobiłeś dzisiaj przeciwko sobie, i wykonaj ćwiczenie. 
Nie potrafiłem sobie niczego takiego przypomnieć. 
-    Zawsze  tak  jest.  Na  szlachetność  wobec  siebie  zdobywamy  się  tylko  w  rzadkich chwilach, gdy 

zasługujemy na surowość. 

Nagle uświadomiłem sobie, jak zwymyślałem się od głupców tylko dlatego, że z takim trudem 

 

background image

 

 - 20 - 

wdrapałem się na Górę Wybaczenia, podczas gdy turyści znaleźli łatwiejszą drogę. Wiedziałem, że 

to absurdalny i okrutny zarzut; turyści szukali słońca, ja chciałem odnaleźć mój miecz. Nie byłem głupcem, 
ale tak się czułem. 

Mocno  wbiłem  paznokieć  palca  wskazującego  u  nasady  paznokcia  kciuka.  Poczułem  ostry  ból  i 

skupiając  się  na  cierpieniu  fizycznym,  obserwowałem,  jak  znika  wrażenie,  że  jestem  durniem. 
Powiedziałem o tym Petrusowi, a on roześmiał się tylko. 

Tego wieczoru zatrzymaliśmy się w przytulnym hotelu we wsi, której kościołowi przypatrywałem 

się z daleka. Po kolacji postanowiliśmy się wybrać na przechadzkę, żeby potem lepiej spać. 

-  Spośród  wszystkich  wymyślonych  przez  człowieka  sposobów  zadawania  bólu  sobie  samemu 

najgorszym jest Miłość. Cierpimy zawsze dla kogoś, kto nas nie kocha, kto nas porzucił, dla kogoś, kto nie 
chce nas opuścić. Żyjemy samotnie, jeśli nikt nas nie kocha: mając żonę lub mężaczynimy z małżeństwa 
niewolę. To naprawdę potworne - dodał Petrus, zniechęcony. 

Dotarliśmy do placyku, gdzie wznosił się kościół, który widziałem z góry. Usiłowałem wypatrzyć 

anioła, ale mi się nie udało. 

Petrus  przyglądał  się  krzyżowi.  Myślałem,  że  on  widzi  anioła,  ale  nie  --  prawie  natychmiast 

odezwał się do mnie. 

 

 

 

ĆWICZENIE OKRUCIEŃSTWA 

 

Zawsze,  gdy  w  twej  głowie  rodzi  się  myśl,  która  czyni  ci  zło  -  zazdrość,  zawiść,  litość  nad  sobą, 

cierpienie miłosne, nienawiść i inne - postępuj zgodnie z poniższymi wskazówkami.

 

 

Wbij  paznokieć  palca  wskazującego  w  ciało  u  nasady  paznokcia  kciuka  tak,  aby  ból  stał  się  silny. 

Skoncentruj się na cierpieniu: jest ono fizycznym odbiciem bólu duchowego, który cię gnębi. Nie osłabiaj nacisku 
paznokcia, dopóki zła myśl cię nie opuści.

 

Powtarzaj  to  ćwiczenie  tyle  razy,  ile  będzie  trzeba,  nawet  bez  przerwy,  aż  wyzbędziesz  się  tej  myśli.  Będzie 
wracała coraz rzadziej, a wreszcie zupełnie zniknie, o ile nie zapomnisz poddawać się ćwiczeniu zawsze, kiedy 
się ona pojawi. 
 
 
 

 

 

-  Kiedy Syn Boży zstąpił na Ziemię, przyniósł ludziom miłość. Ponieważ jednak rodzaj człowieczy 

nie potrafi pojąć miłości, która nie jest cierpieniem,  Jezus  został  w  końcu  ukrzyżowany. Gdyby nie to, 
nikt by nie uwierzył w jego miłość, ludzie przywykli bowiem do tego, że dzień za dniem cierpią z powodu 
władających nimi namiętności. 

Przysiedliśmy  na  niskim  murku  i  razem  przypatrywaliśmy  się  kościołowi.  I  znowu  milczenie 

przerwał Petrus. 
-  Czy wiesz, co znaczy Barabasz, Paulo? Bar to syn, a abba - ojciec. 

Nie  odrywał  spojrzenia  od  krzyża  na  dzwonnicy.  Jego  oczy  błyszczały,  a  ja  czułem,  że  coś  nim 

zawładnęło, może ta miłość, o której mówił, a której nie potrafiłem w pełni zrozumieć. 
-  Jakże mądre są ścieżki chwały bożej! - wykrzyknął,   a  echo   tych   słów  brzmiało jeszcze przez chwilę 
nad  wyludnionym  placem.  -  Kiedy  Piłat  zwrócił  się  do  tłumu,  by  dokonał  wyboru,  w  rzeczywistości  nie 
pozostawił mu żadnego wyboru. Wystawił na widok publiczny mężczyznę wychłostanego, złamanego oraz 
tego,  który  dumnie  wznosił  głowę  -  Barabasza,  rewolucjonistę.  Bóg  wiedział,  że  lud  pośle  na  śmierć 
słabszego, aby dowiódł swej miłości. 
I Petrus dodał: 
-    A    tymczasem,    bez  względu    na  dokonany  tamtego  dnia  wybór,  Syn  Boży  i  tak  w  końcu  zostałby 
ukrzyżowany. 

Posłaniec 

background image

 

 - 21 - 

 

 

 

„W tym miejscu wszystkie drogi wiodące do Santiago de Compostela łączą się w jedną". 
Wczesnym  rankiem  przybyliśmy  do  Puentę  La  Reina.  Zdanie  to  było  wykute  na  cokole  posągu 

pielgrzyma w średniowiecznym stroju - trój graniastym kapeluszu i pelerynie - trzymającego w ręce muszlę, 
bukłak  i  kij  wędrowca.  Przypominało  niemal  już zapomnianą epopeję podróży, którą teraz przeżywałem, 
mając za przewodnika Petrusa. 

Ostatnią  noc  spędziliśmy  w  jednym  z  wielu  na  tym  szlaku  klasztorów.  Witając  nas,  brat  furtian 

uprzedził, że w obrębie murów nie wolno wypowiedzieć ani słowa. Młody mnich odprowadził nas kolejno 
do cel wyposażonych tylko w najprostsze sprzęty - twarde łóżko, pościel sfatygowaną, ale czystą, dzbanek z 
wodą i miskę, w której mogliśmy się umyć. Nie było tam ani kranów, ani ciepłej wody, a pory podawania 
posiłków wypisano na drzwiach. 

Gdy  wybiła  godzina,  poszliśmy  do  refektarza.  Zakonnicy,  którzy  złożyli  śluby  milczenia,  poro-

zumiewali  się  wyłącznie  wzrokiem  i  może  dlatego  odniosłem  wrażenie,  że  ich  oczy  błyszczą  silniej  niż 
oczy zwykłych ludzi. Jedzenie czekało już na długich stołach, przy których usiedliśmy pośród mnichów w 
habitach z grubej wełny. Petrus spojrzał na mnie i wykonał gest, którego znaczenie wydało mi się zupełnie 
oczywiste - oddałby wszystko za papierosa, a tymczasem wyglądało na to, że przez całą noc jego pragnienie 
pozostanie  niespełnione.  I  mnie  to  dotknęło,  więc  wbiłem  paznokieć  w  nasadę  paznokcia  kciuka,  niemal 
raniąc się do krwi. Ta chwila była zbyt piękna, bym mógł się dopuścić wobec siebie najmniejszego choćby 
okrucieństwa. 

Kolacja  składała  się  z  zupy  jarzynowej,  chleba,  ryb  i  wina.  Przyłączyliśmy  się  do  modlitwy 

mnichów.  Podczas  gdy  jedliśmy,  młody  lektor  monotonnym  głosem  czytał  fragmenty  listów  świętego 
Pawła. 

-    „Bóg  wybrał  właśnie  to,  co  głupie  w  oczach  świata,  aby  zawstydzić  mędrców,  wybrał  to,  co 

niemocne,  aby  mocnych  poniżyć  -  oznajmiał  delikatny,  ale  pewny  głos  zakonnika.  -  My  głupi  dla 
Chrystusa. Staliśmy się jakby śmieciem tego świata i odrazą dla wszystkich aż do tej chwili. Albowiem nie 
w słowie, lecz w mocy przejawia się Królestwo Boże"

8

Adresowane  do  Koryntian  napomnienia  Pawła  rozbrzmiewały  pośród  gołych  ścian  refektarza  już 

do końca posiłku. 

Do  Puentę  La  Reina  dotarliśmy,  rozprawiając  o  krótkim  pobycie  wśród  mnichów.  Wyznałem 

Petrusowi, że ukradkiem wypaliłem w celi papierosa i że umierałem ze strachu, by ktoś nie poczuł zapachu 
tytoniowego dymu. Wybuchnął śmiechem, a ja odgadłem, że i on zrobił to samo. 

-  Święty Jan Chrzciciel odszedł na pustynię, lecz Jezus pozostał wśród grzeszników i nie zaprzestał 

wędrówki - powiedział. - I ja to wolę. 

Rzeczywiście, nie licząc pobytu na pustyni, Chrystus całe życie spędził pośród ludzi. 
-  Pamiętaj, że jego pierwszy cud to nie ocalenie czyjejś duszy, uleczenie chorego czy przepędzenie 

demona, lecz przemiana wody w wyborne wino podczas uczty weselnej, gdy okazało się, że pan domu nie 
ma już czym napoić gości. 

Wypowiedziawszy te słowa, nagle znieruchomiał. Uczynił to tak gwałtownie, że i ja zatrzymałem 

się,  zaniepokojony.  Znajdowaliśmy  się  tuż  przed  mostem,  który  dał  nazwę  miasteczku.  Ale  Petrus  nie 
patrzył na drogę. Jego wzrok skierowany był na dwójkę dzieci bawiących się nad brzegiem rzeki gumową 
piłką.  Jedno  wyglądało  na  osiem,  drugie  na  dziesięć  lat.  Chłopcy  zdawali  się  nie  dostrzegać  naszej 
obecności.  Zamiast  przejść  przez  most,  Petrus  zbiegł  po  stromym  brzegu  i  skierował  się  w  stronę 
dzieciaków. Ja, jak zawsze, poszedłem w jego ślady, o nic nie pytając. 

Dzieci nadal nie zwracały na nas uwagi. Petrus usiadł i przypatrywał się ich zabawie, dopóki piłka 

nie upadła tuż obok niego. Chwycił ją zwinnym ruchem i rzucił do mnie. Złapałem ją w locie i czekałem na 
dalszy rozwój wydarzeń. 

Podszedł  do  nas  chłopiec  wyglądający  na  starszego.  W  pierwszym  odruchu  chciałem  oddać  mu 

piłkę, ale zachowanie Petrusa było tak dziwne, że postanowiłem sprawdzić, co się teraz stanie. 

                                                      

8

?

1 Kor l, 27; l Kor 4, 10 i 13; l Kor 4, 20 (przyp. tłum.).

 

background image

 

 - 22 - 

- Proszę pana, proszę mi oddać piłkę - powiedział chłopiec. 
Przyglądałem  się  małej  postaci  stojącej  dwa  metry  ode  mnie.  Wyczułem  w  tym  dziecku  coś 

znajomego, podobnie jak wówczas, kiedy natknąłem się na Cygana. 

Chłopiec  wielokrotnie  ponawiał  prośbę,  w  końcu,  widząc,  że  nie  reaguję,  pochylił  się  i  chwycił 

kamień. 

-  Niech pan odda tę piłkę albo rzucę w pana kamieniem - napierał. 
Petrus i drugi dzieciak obserwowali mnie bez słowa. 
-  Rzuć - powiedziałem - ale jeśli trafisz, złapię cię i stłukę na kwaśne jabłko. 
Poczułem, że Petrus odetchnął z ulgą. Coś usiłowało wydostać się z głębi mego jestestwa. Miałem 

nieodparte  wrażenie,  że  już  przeżyłem  tę  sytuację.  Wystraszyłem  chłopaka.  Upuścił  kamień  i  zastosował 
inną technikę.               

-  Tutaj, w Puentę La Reina, jest relikwiarz, który należał  do  bardzo  bogatego  pielgrzyma. Macie 

muszle i plecaki, a to znaczy, że też jesteście  pielgrzymami.  Jeżeli  odda  mi  pan  piłkę, ja  dam  panu  ten  
relikwiarz.   Leży zagrzebany w piasku nad rzeką. 

-  Chcę piłkę - odrzekłem bez przekonania. 
W  rzeczywistości  pragnąłem  zdobyć  relikwiarz.  Wyglądało  na  to,  że  dzieciak  mówi  prawdę.  Ale 

może Petrus z jakiegoś powodu potrzebował tej piłki. Nie mogłem go zawieść, był moim przewodnikiem. 

-  Przecież ta piłka wcale nie jest panu potrzebna - wykrztusił chłopiec bliski łez. - Jest pan silny, 

podróżuje i zna świat. Ja nie widziałem niczego oprócz brzegów tej rzeki, a piłka jest moją jedyną zabawką. 
Proszę ją oddać. 

Słowa dziecka raniły mi serce. Ale ta dziwnie znajoma atmosfera i wrażenie, że już zetknąłem 
się - może w książkach, a może w życiu - z tą sytuacją, skłoniły mnie do uporu. 
-  Nie. Ta piłka jest mi potrzebna. Dam ci pieniądze, żebyś mógł sobie kupić nową, ładniejszą, ale 

ta będzie moja. 

Gdy to powiedziałem, czas jakby się zatrzymał. Krajobraz się zmienił, chociaż Petrus nie uciskał 

punktu  u  podstawy  mojej  czaszki  -  na  ułamek  sekundy  jakaś  siła  przeniosła  nas  na  rozległą  pustynię 
popiołów.  Nie  było  tam  ani  Pe-trusa,  ani  drugiego  chłopca,  tylko  ja  i  stojący  przede  mną  dzieciak.  Był 
starszy, miał miłą i przyjazną twarz, jednak w jego oczach dostrzegłem blask, który mnie przerażał. 

Wizja  rozwiała  się  niemal  natychmiast.  Powróciłem  do  Puentę  La  Reina,  miejsca,  w  którym 

zbiegały się liczne drogi do Santiago de Compo-stela, wiodące z różnych stron Europy. Stąd prowadziła już 
tylko jedna. Przede mną stało dziecko proszące o piłkę, a jego oczy były łagodne i smutne. 

Petrus podszedł, wyjął piłkę z moich rąk i oddał ją chłopcu. 
-  Gdzie ukryto ten relikwiarz? - zapytał malca. 
-  Jaki relikwiarz? - burknął chłopak, biorąc przyjaciela za rękę, i razem z nim wskoczył do wody. 
Wdrapaliśmy  się  na  skarpę  i  w  końcu  przeszliśmy  na  drugi  brzeg.  Teraz  zasypałem  Petrusa 

pytaniami o to, co się wydarzyło, powiedziałem mu o wizji pustyni, on jednak zmienił temat i obiecał, że do 
tej sprawy wrócimy, kiedy znajdziemy się nieco dalej stąd. 

W pół godziny później doszliśmy do odcinka drogi, na którym przetrwał bruk z czasów rzymskich. 

Był  tu  także  inny  most,  ale  w  kompletnej  ruinie.  Urządziliśmy  sobie  krótki  postój,  żeby  zjeść  śniadanie 
przygotowane przez zakonników - żytni chleb, jogurt i kozi ser. 

-  Dlaczego  chciałeś  mieć  piłkę  tego  chłopca? - zapytał Petrus. 
Odparłem, że nie chciałem tej piłki. Że zachowałem się tak, ponieważ on, Petrus, przyjął według 

mnie dziwną postawę. Jakby ta piłka miała w jego oczach ogromne znaczenie. 

-    Bo  rzeczywiście  miała.    Postępowałem  tak,  abyś    mógł    stoczyć  zwycięską  walkę    ze    swoim 

osobistym demonem. 

Mój osobisty demon... Od początku tej podróży nie słyszałem czegoś równie absurdalnego. Przez 

sześć dni krążyłem po Pirenejach, poznałem zakonnika maga, który nie uprawiał magii, pokancerowałem 
sobie palec, bo za każdym razem, kiedy w głowie zaświtała mi okrutna myśl -hipochondria, poczucie winy, 
kompleks  niższości  -  musiałem  wbijać  paznokieć  w  ranę.  Przyznaję,  że  tym  razem  Petrus  miał  rację  - 
negatywne  myśli  pojawiały  się  coraz  rzadziej.  Ale ta bajeczka o demonie osobistym była czymś zupełnie 
nowym. I trudno było mi ją przełknąć. 

-  Dzisiaj, zanim przeszliśmy przez most, bardzo wyraźnie czułem czyjąś obecność, jakby ktoś 
chciał udzielić nam przestrogi. Ale ta przestroga była przeznaczona raczej dla ciebie niż dla mnie. 

Zapowiada się bój i przyjdzie ci stoczyć Dobrą Walkę. Dopóki nie znasz swojego osobistego demona, ten 
przeważnie staje przed tobą pod postacią bliskiej ci osoby. Rozejrzałem się wokół i zobaczyłem bawiące się 

background image

 

 - 23 - 

dzieciaki;  doszedłem  do  wniosku,  że  właśnie  w  tym  miejscu  powinien  się  objawić.  Ale  to  było  tylko 
przeczucie. Nie byłem pewien, czy to twój osobisty demon. Aż do chwili, gdy powiedziałeś, że nie oddasz 
piłki. 

Odparłem, że postąpiłem tak, ponieważ myślałem, że on, Petrus, tego ode mnie oczekuje. 
-  Dlaczego ja? Czy w którymś momencie coś powiedziałem? 
Poczułem  lekki  zawrót  głowy.  Może  z  powodu  jedzenia,  które  po  kilkugodzinnej  wędrówce  na 

czczo  pochłaniałem  z  ogromną  żarłocznością.  Ale  przez  cały  ten  czas  nie  mogłem  uwolnić  się  od 
przeświadczenia, że chłopiec miał w sobie coś znajomego. 

-  Twój osobisty demon kusił cię na trzy klasyczne   sposoby:   groźbą,   obietnicą   i   trafiając w 

czuły punkt. Gratuluję - dzielnie odparłeś jego ataki. 

Teraz  przypomniałem  sobie,  że  wypytywałem  chłopca  o  relikwiarz.  W  pierwszej  chwili  pomyś-

lałem,  że  próbuje  mnie  oszukać.  A  jednak  tam  naprawdę  musiał  gdzieś  spoczywać  ukryty  relikwiarz  - 
demon nigdy nie posuwa się do fałszywych obietnic. 

-    Chłopiec  nie  pamiętał  o  relikwiarzu,  dlatego  że    wtedy  twój      osobisty  demon  już    odszedł.   -I 

dodał bez wahania: - Czas go wezwać. Będzie ci teraz potrzebny. 

Siedzieliśmy  na  ruinach  starego  mostu.  Petrus  starannie  pozbierał  resztki  jedzenia  i  schował  do 

papierowej torby, którą dali nam mnisi. Ludzie szli do pracy na rozpościerające się przed nami pola, lecz z 
daleka nie mogłem usłyszeć, co mówią. Teren był pofałdowany, a uprawiane ręką człowieka skrawki ziemi 
tworzyły  w  krajobrazie  zagadkowe  kształty.  U  naszych  stóp  wody  rzeki,  której  poziom  obniżył  się  w 
okresie suszy, płynęły niemal bezszelestnie. 

-    Zanim  Chrystus  wyruszył  w  świat,  udał  się  na  pustynię  i  odbył  rozmowę  ze  swoim  osobistym 

demonem - podjął Petrus. - Dowiedział się tego, co powinien wiedzieć o człowieku, ale nie pozwolił,  aby  
demon  narzucił  mu  reguły gry, i dzięki temu go pokonał. Jak rzekł pewien poeta: „Żaden człowiek nie jest 
samoistną wyspą". Aby podjąć Dobrą Walkę, potrzebujemy wsparcia. Potrzebujemy przyjaciół, a kiedy ci 
są daleko, naszą najpotężniejszą bronią musimy uczynić samotność. Wszystko dookoła musi nam pomagać 
w  pokonywaniu  odległości  dzielącej  nas  od  celu.  Wszystko  musi  być  osobistą  manifestacją  woli 
zwycięstwa  w  Dobrej  Walce.  W  przeciwnym  razie,  jeśli  nie  rozumiemy,  że  potrzebni  są  nam  wszyscy  i 
wszystko, jesteśmy tylko pełnymi arogancji wojownikami. I ta arogancja w końcu nas zniszczy, bo zbytnia 
pewność siebie sprawia, że nie dostrzegamy zasadzek na polu bitwy. 

Opowieść  o  wojownikach  i  walkach  znów  przypomniała  mi  don  Juana  Carlosa  Castańe-dy. 

Zastanawiałem się, czy stary indiański czarownik udzielał lekcji rankiem, zanim jego uczeń zdążył strawić 
śniadanie. Ale Petrus mówił dalej. 

-  U  naszego  boku,  oprócz  otaczających  nas  i  wspierających  sił  fizycznych,  stoją  też  dwie główne 

siły  duchowe:  anioł  i  demon.  Anioł  zawsze  nas  ochrania,  jest  darem  boskim  -  nie  trzeba  go  wzywać. 
Oblicze twego anioła ukazuje się zawsze, gdy ze szlachetnością odnosisz się do świata. Jest strumieniem, 
polem, błękitem nieba. Na tym starym moście, który umożliwia nam przejście suchą nogą na drugi brzeg, a 
który  wybudowały  anonimowe  ręce  rzymskich  legionistów,  także  na  tym  moście  widać  twarz  twojego 
anioła.  Nasi  przodkowie  znali  go  jako  anioła  stróża,  anioła  obrońcę  i  opiekuna.  Demon  również  jest 
aniołem, lecz to potęga oswobodzona, zbuntowana. Wolę nazywać go Posłańcem, ponieważ odgrywa rolę 
głównego  łącznika  między  tobą  a  światem.  W  starożytności  pojawiał  się  jako  Merkury,  Hermes 
Trismegistos,  posłaniec  bogów.  Działa  wyłącznie  w  sferze  materialnej.  Jest  obecny  w  złocie  Kościoła, 
ponieważ  złoto  pochodzi  z  ziemi,  a  ziemia  to  jego  władztwo.  Jest  obecny  w  naszej  pracy  i  stosunku  do 
pieniądza. 

Jeśli  dajemy  mu  wolność,  zaczyna  nas  rozpraszać.  Jeśli  poddajemy  go  egzorcyzmom,  tracimy 

wszystko,  co  dobre,  a  czego  mógł  nas  nauczyć,  ponieważ  doskonale  zna  świat  i  ludzi.  Jeżeli  jednak 
ulegniemy fascynacji jego mową, zawładnie nami i zniechęci do Dobrej Walki. Mimo wszystko jedynym 
sposobem  poznania  naszego  Posłańca  jest  pozyskanie  jego  przyjaźni.  Słuchając  rad,  wzywając  go  na 
pomoc,  kiedy  to  konieczne,  nigdy  nie  wolno  pozwolić,  by  to  on  dyktował  warunki.  Tak  postąpiłeś  z  tym 
dzieciakiem. Musisz jednak przede wszystkim wiedzieć  czego chcesz, a ponadto znać jego twarz i imię. 

-  Jak mam je poznać? - zapytałem. 
I Petrus nauczył mnie RYTUAŁU POSŁAŃCA. 
-    Zrób  to  raczej  wieczorem,  wtedy  będzie  łatwiej.  Dziś,  podczas  waszego  pierwszego  spotkania, 

wyjawi  ci  swoje  imię.  To  imię  jest  tajemnicą  i nikomu nie możesz go zdradzić, nawet mnie. Każdy, kto 
pozna imię twojego Posłańca, będzie mógł go zniszczyć. 

background image

 

 - 24 - 

Petrus  wstał  i  ruszyliśmy  w  dalszą  drogę.  Wkrótce  dotarliśmy  do  pól,  na  których  pracowali 

wieśniacy. Wymieniliśmy kilka buenos dias i poszliśmy dalej. 

-  Gdybym miał odwołać się do jakiegoś obrazu,   powiedziałbym,   że   anioł  jest   twą  zbroją, a   

Posłaniec   mieczem.   Zbroja   chroni   cię   bez względu na okoliczności, ale miecz może wypaść z ręki 
podczas  walki,  uśmiercić  przyjaciela  lub  zwrócić  się  przeciwko  właścicielowi.    Nawiasem  mówiąc, 
mieczem można zrobić prawie wszystko, nie można tylko na nim siadać - zakończył, parskając śmiechem. 

Zatrzymaliśmy  się  we  wsi  na  obiad.  Kelner,  który  nas  obsługiwał,  nie  krył  złego  humoru.  Nie 

odpowiadał nawet na nasze pytania. Niechętnie, byle jak postawił przed nami jedzenie, a na domiar złego 
zachlapał  spodnie  Petrusa.  Wtedy  zobaczyłem,  jak  w  moim  przewodniku  zachodzi  przemiana:  wpadł  w 
gniew,  wezwał  właściciela  i  żywo  protestował.  W  końcu  poszedł  do  toalety  zmienić  bermudy, 
właścicielowi pozostawiając usunięcie plamy i rozwieszenie ubrania. 

Kiedy  czekaliśmy,  aż  ostre  popołudniowe  słońce  wysuszy  bermudy  Petrusa,  myślałem  o  naszej 

porannej  rozmowie.  Faktem  było,  że  większość  opinii  Petrusa  o  chłopcu  okazała  się  trafna.  Poza  tym 
ujrzałem  pustynię  i  twarz.  Ale  ta  opowieść  o  Posłańcu  wydawała  się  bardzo  archaiczna.  Żyliśmy  w  XX 
wieku i pojęcia piekła, grzechu i demona dla nikogo już nie miały sensu, nawet dla głupców. W Tradycji, 
której nauki zgłębiałem znacznie dłużej, niż trwała nasza wędrówka Camino de Santiago, Posłaniec, zwany 
po prostu demonem - któremu to słowu nie nadawano pejoratywnego sensu - był dominującym duchem sił 
ziemskich.  Często  odwoływano się do niego, nigdy jednak nie przypisywano mu roli sprzymierzeńca ani 
doradcy  w  sprawach  powszednich.  Petrus  dał  mi  do  zrozumienia,  że  mógłbym  wykorzystać  przyjaźń 
Posłańca,  aby  osiągnąć  sukces  w  pracy  lub  wśród  ludzi.  Taka  idea  wydała  mi  się  godna  profana,  a  w 
dodatku infantylna. 

Ale przecież przysięgałem pani Savin, że będę bezwzględnie posłuszny. I po raz kolejny musiałem 

wbić paznokieć w kciuk, do żywego. 

-  Nie  powinienem  był  się unosić  - powiedział Petrus, kiedy wyszliśmy z gospody.  - Nie wylał tej 

kawy  na  mnie,  tylko  na  świat,  do  którego  pała nienawiścią. Wie, że istnieje ogromny świat, gdzieś poza 
granicami  jego  wyobraźni,  a  jego  obecność  w  tym  świecie  sprowadza  się  do  wczesnego  wstawania, 
chodzenia do piekarni, obsługiwania przypadkowych klientów i nocnych ma-sturbacji, które pomagają mu 
marzyć o kobiecie, jakiej nigdy nie spotka. 

Nadeszła pora sjesty, lecz Petrus zrezygnował z postoju i ruszyliśmy dalej. Powiedział, że to forma 

pokuty  za  jego  brak  wyrozumiałości.  Ja,  choć  nic  złego  nie  uczyniłem,  musiałem  podążać  za  nim  w 
palącym  słońcu.  Myślałem  o  Dobrej  Walce  i  milionach  ludzi,  którzy  w  tej  chwili,  w  różnych  punktach 
planety, robili rzeczy, których robić nie lubili. Ćwiczenie Okrucieństwa do żywego raniło mój palec, mimo 
to  było  źródłem  dobra.  Pozwoliło  mi  zrozumieć,  jak  dalece  zdradzał  mnie  czasami  umysł,  skłaniając  do 
czynów, które uważałem za naganne, i do uczuć, które niczemu nie służyły.  
 

 

 

RYTUAŁ POSŁAŃCA 

 

Usiądź  i  całkowicie  się  rozluźnij.  Pozwól  myślom  swobodnie  wędrować,  płynąć  poza  wszelką 

kontrolą. 

Po paru chwilach powiedz sobie: „Teraz jestem odprężony, a moje oczy śpią snem świata". 

Kiedy  poczujesz,  że  twój  umysł  uwolnił  się  od  wszelkich  trosk,  wyobraź  sobie  słup  ognia  po  prawicy. 
Spraw,  żeby  płomienie  były  silne  i  błyszczące.  Wtedy  powiedz  półgłosem:  „Rozkazuję,  aby  moja 
podświadomość się ujawniła. Niechaj otworzy się przede mną i odkryje magiczne sekrety". Skup się chwilę 
na słupie ognia. Jeżeli pojawi się obraz, będzie projekcją twojej podświadomości. Spróbuj go zatrzymać. 

A teraz, wciąż mając po prawicy słup ognia, wyobraź sobie jeszcze jeden, po lewej stronie. Kiedy 

płomienie nabiorą życia, wypowiedz szeptem te słowa: „Niechaj moc Baranka, który żyje we wszystkim i 
we wszystkich, zamieszka także we mnie, kiedy będę wzywać mego Posłańca. [Imię Posłańca] stanie wtedy 
przede mną". 

Rozmów się z Posłańcem, który ukaże się między dwoma słupami ognia. Podziel się z nim swoim 

problemem, poproś o radę i wydaj niezbędne rozkazy. 

Po  zakończeniu  rozmowy  zwolnij  go,  mówiąc:  „Dziękuję  Barankowi  za  cud,  którego  dokonałem. 

Niechaj  [imię  Posłańca]  wraca  na  każde  wezwanie  i  choćby  był  daleko,  niechaj  pomaga  mi  wypełnić 
zadanie". 

background image

 

 - 25 - 

Uwaga!  W  pierwszej  inwokacji  -  lub  w  pierwszych  inwokacjach,  zależnie  od  koncentracji  osoby, 

która  dopełnia  rytuału  -  nie  wypowiada  się  imienia  Posłańca.  Mówi  się  tylko  „On".  Jeżeli  rytuał  został 
wypełniony prawidłowo, Posłaniec ujawni swe imię, posługując się telepatią. W przeciwnym razie nalegaj, 
by zdradził to imię, i potem podejmij dialog. Im częściej powtarzać będziesz rytuał, tym silniejsza okaże się 
obecność Posłańca, a jego działania szybsze. 

 
 
 

 

 

 
W tej chwili pragnąłem, aby Petrus miał rację  - aby naprawdę istniał Posłanieć, z którym można 

dyskutować o praktyce życia, którego można poprosić o pomoc w sprawach doczesnych. Z niecierpliwością 
czekałem, aż zapadnie zmrok. 

Tymczasem Petrus nieustannie mówił o kelnerze. W końcu, raz jeszcze sięgając po chrześcijański 

argument, zdołał przekonać samego siebie, że postąpił słusznie. 

- Chrystus wybaczył jawnogrzesznicy, przeklął jednak figowiec, który poskąpił mu figi. Ja również 

nie muszę być zawsze pełen życzliwości. 

Słusznie. Nękający go problem został rozwiązany. Raz jeszcze ocaliła go Biblia. 
Do Estelli dotarliśmy około dziewiątej wieczorem. Wziąłem kąpiel, a potem poszliśmy na kolację. 

Autor  pierwszego  przewodnika  po  szlaku  wiodącym  do  Composteli,  Aymeri  Picaud,  opisał  Estellę  jako 
skrawek „żyznej ziemi, gdzie nie brakuje dobrego chleba, wybornego wina, mięsa oraz ryb. Wody Egi są 
łagodne,  zdrowe  i  smaczne".  Nie  skosztowałem  wody  z  rzeki,  lecz  jeśli  idzie  o  strawę,  opinia  Picauda 
pozostaje  prawdziwa  nawet  po  ośmiu  stuleciach.  Podano  nam  plastry  jagnięciny,  karczochy  i  doskonałe 
rioja.  Popijając  wino  i  gawędząc  o  tym  i  owym,  spędziliśmy  przy  stole  długie  chwile.  W  końcu  Petrus 
oznajmił, że to dobry moment, abym nawiązał pierwszy kontakt z Posłańcem. 

Wstaliśmy i zaczęliśmy szybko przemierzać uliczki miasta. Kilka wiodło prosto nad rzekę - jak w 

Wenecji  - i właśnie przy jednej z nich postanowiłem usiąść. Petrus powiedział, że od tej chwili ja jestem 
mistrzem ceremonii, trzymał się więc nieco na uboczu. 

Długo wpatrywałem się w rzekę. Jej wody, jej szmer stopniowo odgradzały mnie od świata i na-

pawały  głębokim  spokojem.  Zamknąłem  oczy  i  wyobraziłem  sobie  pierwszy  słup  ognia.  Pojawił  się  po 
chwili. 

Wypowiedziałem rytualne słowa i po lewej stronie buchnął drugi słup ognia. Przestrzeń, która je 

dzieliła, rozświetlona ich blaskiem, była zupełnie pusta. Stałem, wpatrując się w tę pustkę i starając się nie 
myśleć,  aby  mógł  się  pojawić  Posłaniec.  Zamiast  niego  jednak  ujrzałem  egzotyczne  scenki  -  wejście  do 
piramidy,  kobietę  odzianą  w  czyste  złoto,  czarnych  mężczyzn,  którzy  tańczyli  wokół  ogniska.  Obrazy 
zmieniały się błyskawicznie, a ja pozwoliłem im się przesuwać, nie usiłując ich nawet kontrolować. Stanęły 
przede  mną  także  liczne  sceny  z  kolejnych  etapów  Drogi,  którą  przemierzałem  z  Petrusem  -krajobrazy, 
restauracje,  lasy.  Aż  nagle,  bez  uprzedzenia,  między  słupami  ognia  wyrosła  pustynia  popiołów,  którą 
widziałem rankiem. Pośród niej stał sympatyczny mężczyzna, a w jego oczach połyskiwały iskierki perfidii. 

Roześmiałem się, wprawiony w trans. Pokazał mi zamkniętą sakiewkę, potem ją otworzył i zajrzał 

do  środka,  ale  z  miejsca,  w  którym  stałem,  nie  mogłem  niczego  zobaczyć.  Wtedy  na  myślprzyszło  mi 
pewne  imię:  Astrain*.  Wyobraziłem  sobie  to  imię,  sprawiłem,  że  zadrgało  między  słupami  ognia,  a 
Posłaniec z własnej woli przytaknął; odgadłem jego imię. 

Nadszedł czas, by zakończyć ćwiczenie. Wypowiedziałem rytualne słowa i ugasiłem słupy ognia - 

najpierw po lewej, potem po prawej. Otworzyłem oczy - przede mną znów płynęła Ega. 

-  To było znacznie trudniejsze, niż się spodziewałem - przyznałem, opowiedziawszy Petru-sowi, co 

się wydarzyło. 

-  To był twój pierwszy kontakt. Kontakt wzajemnego zrozumienia, wzajemnej przyjaźni. Rozmowa 

z  Posłańcem  stanie  się  owocna,  jeśli  będziesz  go  wzywał  codziennie,  jeśli  będziesz  dzielił  się  z  nim 
problemami  i  nauczysz  się  doskonale  odróżniać  prawdziwą  pomoc  od  zasadzek.  Podczas  spotkań  z  nim 
nigdy nie trać z oczu swego miecza. 

-  Ale przecież nie mam jeszcze miecza - odburknąłem. 
-  Dlatego nie będzie mógł ci wyrządzić wielkiej krzywdy. Jednak lepiej nie ułatwiać mu zadania. 

background image

 

 - 26 - 

Rytuał  dobiegał  końca.  Życząc  Petrusowi  dobrej  nocy,  wróciłem  do  hotelu.  Leżałem  w  łóżku  i 

rozmyślałem o nieszczęsnym kelnerze, który obsługiwał nas przy obiedzie. Miałem ochotę tam 

To imię jest oczywiście nieprawdziwe. 
wrócić, spotkać się z nim, nauczyć go rytuału Posłańca i powiedzieć, że jeśli tego pragnie, wszystko 

może odmienić. Ale nie warto było podejmować próby ocalenia świata - nie zdołałem jeszcze ocalić nawet 
siebie

9

                                                      

9

?  Rytuał  Posłańca  nie  został  tu  dokładnie  opisany.  W  rzeczywistości  Petrus  podał  mi znaczenie wizji, wspomnień i 

sakiewki,  którą  pokazał  mi  Astrain.  Ponieważ  jednak  spotkanie  z  Posłańcem  ma  różny  przebieg  w  przypadku 
konkretnych  osób,  opisywanie  mojego  osobistego  doświadczenia  mogłoby  wywrzeć  negatywny  wpływ  na 
doświadczenia tych, którzy takie spotkanie dopiero przeżyją. 

background image

 

 - 27 - 

Miłość

 

 

 

 

- Rozmowa z Posłańcem to nie zadawanie pytań na temat świata duchowego - powiedział nazajutrz 

Petrus.  -  Posłaniec  może  być  pomocny  wyłącznie  w  świecie  materialnym.  Ale  udzieli  ci  wsparcia  tylko 
wówczas, gdy będziesz dokładnie wiedział, co chcesz osiągnąć. 

Zatrzymaliśmy  się  w  wiosce,  żeby  ugasić  pragnienie.  Petrus  zamówił  piwo,  ja  wodę  sodową. 

Podstawę mojej szklanki stanowił plastikowy krążek wypełniony zabarwioną wodą. Palcami 

rysowałem na nim abstrakcyjne kształty. Rozmyślałem. 
-  Wspomniałeś,    że    Posłaniec    objawił    się w chłopcu, ponieważ miał mi coś do powiedzenia. 
-  Coś niecierpiącego zwłoki - potwierdził. 
Rozmawialiśmy jeszcze o Posłańcu, o aniołach i demonach. Z trudem przychodziło mi pogodzić się 

z  tak  praktycznym  wykorzystaniem  tajemnic  Tradycji.  Petrus  podkreślał,  że zawsze powinniśmy pragnąć 
zadośćuczynienia, a ja miałem w pamięci słowa Jezusa: bogaci nie wejdą do Królestwa Niebieskiego. 

-    Jezus      nagrodził    człowieka,      który    potrafił  pomnożyć  majątek  swego  pana.  Poza  tym ludzie 

uwierzyli w niego nie tylko za sprawą jego zdolności oratorskich - musiał czynić cuda, wynagradzać tych, 
którzy za nim podążali. 

-  W moim barze nikt nie będzie źle mówił o Jezusie - przerwał właściciel, który przysłuchiwał się 

naszej dyskusji. 

-  I nikt nie mówi źle o Jezusie - odparł Petrus. - Źle mówić o Jezusie to grzeszyć, wzywając jego 

imienia. Jak pan zrobił tu, w tym. miejscu. 

Właściciel baru zmieszał się na chwilę. Ale zaraz zripostował: 
-  Nie mam z tym nic wspólnego. Byłem jeszcze dzieckiem. 
-  Winę zawsze ponoszą inni - zgromił go Petrus. 
Właściciel baru zniknął za kuchennymi drzwiami. Zapytałem, o czym mówili. 
-  Przed  pięćdziesięciu  laty,  w  dwudziestym wieku, tam, na wprost, spalono pewnego Cygana. 

Oskarżono  go  o  czary  i  zbezczeszczenie  hostii.  Sprawę  dało  się  wyciszyć,  bo  trwała  potworna  wojna 
domowa, i dziś nikt już o tym nie pamięta. Z wyjątkiem mieszkańców tego miasteczka. 

-  Skąd więc ty o tym wiesz, Petrusie? 
-  Po   prostu   wędrowałem  już   szlakiem   do Composteli. 
I dalej piliśmy w opustoszałym barze. Słońce zalewało ziemię oślepiającym blaskiem  - była pora 

sjesty. Wkrótce właściciel baru wrócił w towarzystwie miejscowego proboszcza. 

-  Kim jesteście? - zapytał ksiądz. 
Petrus pokazał mu narysowaną na plecaku muszlę. Przez tysiąc dwieście lat pielgrzymi przechodzili 

obok  tego  baru  i  tradycją  było  każdego  z  nich  traktować  z  szacunkiem,  zawsze  udzielając  schronienia. 
Toteż teraz kapłan zwrócił się do nas zupełnie inaczej. 

-  Jakże to możliwe, żeby wędrujący do Composteli pielgrzymi źle wyrażali się o Jezusie? -zapytał 

tonem katechety. 

-  Nikt  tu  nie  powiedział  niczego  złego  o  Jezusie.  Wspominaliśmy  zbrodnie  popełnione  w  imię 

Jezusa. Na przykład sprawę tego Cygana, którego spalono na placu. 

Także  właściciela  baru  muszla  na  plecaku  Petrusa  zmusiła  do  zmiany  zachowania.  Tym  razem 

odezwał się z respektem. 

- Klątwa Cygana ciąży na nas do dziś - oświadczył mimo karcącego spojrzenia proboszcza. 
Petrus  chciał  się  dowiedzieć,  na  czym  to  polega.  Ksiądz  odparł,  że  to  tylko  krążące  wśród  ludu 

bajki, które nie zyskały potwierdzenia Kościoła. Ale właściciel ciągnął: 

-  Przed  śmiercią Cygan powiedział,  że najmłodsze dziecko we wsi będzie nawiedzone i opętane 

przez demony. Kiedy to dziecko się zestarzeje, a w końcu umrze, demony wybiorą inne. I tak bez końca, 
przez całe wieki. 

background image

 

 - 28 - 

-  Ziemia tu jest taka jak w innych okolicznych wsiach - wtrącił ksiądz. - Kiedy tam panuje susza, 

panuje także i u nas. Kiedy tam pada i plony są obfite, my też zapełniamy spichlerze. Nie przydarza się nam 
nic, co nie działoby się w sąsiednich wsiach. Cała ta opowiastka to czyste wymysły. 

-  Nic się nie stało, bo odizolowaliśmy klątwę -wyjaśnił właściciel baru. 
- Chodźmy więc do niej - zaproponował Petrus. 
Kapłan skwitował te słowa śmiechem. Właściciel się przeżegnał. Lecz żaden z nich nie ruszył się z 

miejsca. 

Petrus  uregulował  rachunek  i  ponowił  prośbę,  by  ktoś  zaprowadził  nas  do  osoby,  na  którą  padła 

klątwą.  Proboszcz  przeprosił  -  musiał  wracać  do  kościoła,  ponieważ  został  oderwany  od  pilnej  pracy.  I 
wyszedł, zanim którykolwiek z nas zdążył otworzyć usta. 

Właściciel baru obrzucił Petrusa pełnym niepokoju spojrzeniem. 
- Niech się pan nie obawia - powiedział mój przewodnik. - Wystarczy wskazać nam dom, w którym 

mieszka klątwa. A my spróbujemy uwolnić od niej wieś. 

Właściciel baru wyszedł z nami na uliczkę, nad którą unosiły się tumany kurzu, a bezlitosne słońce 

oślepiało każdego, kto zerknął w górę. Dotarliśmy do skraju wsi. Właściciel baru wskazał nam oddalony 
dom przy drodze. 

-  Zawsze  posyłamy  tam  żywność,  odzież,  wszystko,  czego  trzeba  -  tłumaczył  się,  jakby 

przepraszając. - Ale nawet proboszcz nigdy tam nie zachodzi. 

Pożegnaliśmy go. Stary czekał, myśląc pewnie, że nie zatrzymamy się przy tym domu. Ale Petrus 

zapukał do drzwi. Kiedy się odwróciłem, właściciela baru już nie było. 

Otworzyła nam kobieta około sześćdziesiątki. Obok niej stało ogromne czarne psisko, merdaniem 

ogona  okazując  zadowolenie  z  odwiedzin.  Kobieta  zapytała,  po  co  przyszliśmy,  i  wyjaśniła,  że 
przeszkodziliśmy jej w praniu, a poza tym zostawiła garnki na ogniu. Nie sprawiała wrażenia zaskoczonej 
naszą  wizytą.  Z  jej  zachowania  wywnioskowałem,  że  wielu  pielgrzymów,  którzy  nie  słyszeli  o  klątwie, 
pukało do tych drzwi, szukając schronienia. 

-  Jesteśmy  pielgrzymami,  podążamy  do  Composteli  i  potrzeba  nam  trochę  gorącej  wody  - 

powiedział Petrus. - Wiem, że nam pani nie odmówi. 

Trochę  wbrew  sobie  starucha  szeroko  otworzyła  drzwi.  Weszliśmy  do  izdebki,  schludnej,  ale 

biednie  urządzonej.  Była  tam  sofa  z  podartym  plastikowym  obiciem,  kredens,  obraz  Przenajświętszego 
Serca Jezusowego, święci i krucyfiks z gałęzi kolczastego krzewu. Na izbę otwierało się dwoje drzwi: za 
jednymi zobaczyłem sypialnię, drugimi, wiodącymi do kuchni, kobieta poprowadziła Petrusa. 

-  Mam trochę wrzątku - powiedziała. - Poszukam jakiegoś naczynia, żebyście mogli zaraz iść, skąd 

przyszliście. 

Zostałem  sam  na  sam  z  psiskiem.  Zwierzak  merdał  ogonem,  łagodny  i  zadowolony.  Po  chwili 

kobieta wróciła, niosąc starą puszkę po konserwie. Napełniła ją wrzątkiem i podała Petrusowi. 

-  Proszę. Idźcie i niechaj Bóg wam błogosławi. 
Ale Petrus nie ruszył się z miejsca. Wyjął z plecaka saszetkę herbaty, włożył do wody i oznajmił, że 

chętnie podzieli się skromnym wiktem z gospodynią, aby podziękować za życzliwość. 

Wyraźnie  zakłopotana  kobieta  przyniosła  dwie  filiżanki  i  usiadła  z  Petrusem  przy  stole.  Ja 

tymczasem przypatrywałem się psu, równocześnie słuchając rozmowy, którą zagaił Petrus. 

-  We wsi słyszałem, że nad tym domem ciąży klątwa - powiedział beznamiętnym tonem. 
Oczy psa rozbłysły, jakby i on zrozumiał sens tych słów. Stara kobieta poderwała się z krzesła. 
-  To kłamstwo! Stare przesądy! Proszę, niech pan   szybciej   pije   tę   herbatę,   mam  mnóstwo 

pracy. 

Pies wyczuł nagłą zmianę nastroju swej pani. Nie poruszył się, ale wzmógł czujność. Petrus jednak 

zachował  niezmącony  spokój.  Powoli  napełnił  herbatą  filiżankę  i  uniósł  ją  do  ust,  by  odstawić,  nie 
wypiwszy nawet łyka. 

-  Jest   gorąca.   Zaczekajmy, aż   trochę   wystygnie. 
Kobieta  nie  usiadła.  Było  widać,  że  drażni  ją  nasza  obecność  i  że  żałuje,  iż  otwarła  nam  drzwi. 

Zauważywszy, że uparcie przyglądam się psu, przywołała go do siebie. Zwierzę usłuchało, jednak nadal nie 
spuszczało ze mnie oka. 

-  Właśnie dlatego, mój drogi  - Petrus zwracał się teraz do mnie  - właśnie dlatego twój Posłaniec 

ukazał się pod postacią dziecka. 

Nagle  uświadomiłem  sobie,  że  to  nie  ja  przypatrywałem  się  psu.  Odkąd  tu  wszedłem,  zwierzak 

mnie hipnotyzował i zmuszał, żebym patrzył mu prosto w oczy. To pies mi się przyglądał i powodował, że 

background image

 

 - 29 - 

spełniałem  jego  wolę.  Ogarniało  mnie  narastające  zmęczenie,  miałem  ochotę  zwinąć  się  w  kłębek  na 
podartej sofie i zasnąć, ponieważ na dworze panował upał i nie chciało mi się ruszać w drogę. Wszystko to 
wydawało się dziwne; czułem się, jakbym wpadł w pułapkę. 

Pies wpatrywał się we mnie, a im dłużej to robił, tym większej ulegałem senności. 
- Rusz się - powiedział Petrus, wstając i podając mi filiżankę herbaty. • Napij się. Pani chciałaby, 

żebyśmy się jak najszybciej wynieśli. 

Zatoczyłem się, ale jakoś utrzymałem filiżankę, a gorąca herbata pomogła mi się ocknąć. Chciałem 

coś  powiedzieć,  zapytać,  jak  wabi  się  to  zwierzę,  ale  nie  mogłem  wykrztusić  słowa.  Coś  się  we  mnie 
obudziło, coś, czego Petrus mi nie przekazał, zaczynało dawać o sobie znać. Była to niepohamowana chęć 
wypowiadania słów, których znaczenia nie znałem. Byłem przekonany, że Petrus dodał czegoś do herbaty. 
Wszystko  stało  się  odległe,  odnosiłem  niejasne  wrażenie,  że  kobieta  powtarza  Petrusowi,  iż  powinniśmy 
już  sobie  iść.  Ogarnęła  mnie  swoista  euforia  i  postanowiłem  głośno  wymawiać  dziwne  słowa,  które 
przychodziły mi do głowy. 

Nie potrafiłem już wyraźnie dostrzec w tej izbie niczego oprócz psa. Kiedy zacząłem wypowiadać 

obce słowa, zareagował warczeniem. On rozumiał. Podniecony, mówiłem coraz głośniej. Pies wyprężył się 
i  obnażył  zęby.  Nie  był  już  tym  łagodnym  stworzeniem,  które  zobaczyłem,  wchodząc,  ale  złą  i  groźną 
bestią, gotową lada chwila skoczyć mi do gardła. Wiedziałem, że słowa mnie chronią, więc wypowiadałem 
je coraz głośniej, koncentrując wszystkie siły na psie i czując w sobie dziwną moc, która powstrzymywała 
zwierzę przed atakiem. 

Teraz wydarzenia toczyły się jakby w zwolnionym tempie. Zauważyłem, że kobieta zbliżyła się do 

mnie  i  próbowała  wypchnąć  za  drzwi,  że  Petrus  ją  przytrzymywał,  a  pies  nie  zwracał  uwagi  na      ich   
szamotaninę.   Utkwił   we   mnie   ślepia i wstał, warcząc i szczerząc zęby. Starałem się zrozumieć obcy 
język,  którym  mówiłem,  ale  kiedy  tylko  milkłem,  żeby  zastanowić  się  nad  znaczeniem  słów,  moja  moc 
słabła,  pies  się  zbliżał,  jego      agresja    zaś      narastała.      W      pewnej      chwili  wrzasnąłem,      a    kobieta  
zawtórowała    mi      krzykiem.  Pies  ujadał  i  wciąż  groził,  dopóki  jednak  nie  przestawałem  mówić,  nic  nie 
mogło mi się stać. Usłyszałem gromki śmiech, nie wiedziałem jednak, czy jest rzeczywisty, czy też zrodził 
się w mojej wyobraźni. 

Nagle, jakby wszystko działo się w jednej chwili, do izby wdarł się wicher, a pies potężnym susem 

skoczył  na  mnie.  Uniosłem  ramię,  by  osłonić  twarz,  wykrzyknąłem  jakieś  słowo  i  czekałem  bez  ruchu. 
Zwierzę runęło całym ciężarem i przewróciło mnie na sofę. Przez kilka chwil patrzyliśmy sobie prosto w 
oczy, po czym psisko odskoczyło i pędem wybiegło z domu. 

Wybuchnąłem  płaczem.  Myślami  byłem  z  rodziną,  z  żoną  i  przyjaciółmi.  Odczułem  gwałtowny 

przypływ miłości, nieuzasadnioną, absurdalną radość, równocześnie jednak byłem świadom tego, co zaszło 
między  mną  a  psem.  Petrus  ujął  mnie  pod  ramię  i  wyprowadził  z  domu,  a  kobieta  popychała  nas  obu. 
Rozejrzałem  się  wokół  -  po  psie  nie  było  już  ani  śladu.  Przytuliłem  się  do  Petrusa  i  wciąż  płakałem,  w 
palącym słońcu przemierzając drogę. 

Nie  zachowałem  żadnych  wspomnień  z  tego  odcinka  Szlaku.  Doszedłem  do  siebie,  kiedy 

siedzieliśmy  przy  źródełku.  Petrus  skrapiał  mi  wodą  twarz  i  kark.  Domagałem  się  jakiegoś  napoju,  ale 
odparł,  że  jeśli  teraz  coś  wypiję,  skończy  się  to  wymiotami.  Trochę  mnie  mdliło,  a  mimo  to  czułem  się 
dobrze. Spłynęła na mnie bezgraniczna miłość do wszystkich i wszystkiego. Rozejrzałem się i zobaczyłem 
drzewa  na  skraju  drogi,  źródełko,  przy  którym  się  zatrzymaliśmy,  poczułem  rześki  powiew  wiatru, 
usłyszałem śpiew ptaków w lesie. Widziałem twarz mojego anioła, jak powiedział Petrus. Zapytałem, czy 
odeszliśmy daleko od domu tej kobiety. Odparł, że dzieli nas od niego kwadrans pieszej wędrówki. 

- Pewnie chciałbyś się dowiedzieć, co tam zaszło - powiedział. 
W gruncie rzeczy nie miało to żadnego znaczenia. Pies, kobieta, właściciel baru - wszystko to stało 

się  już  odległym  wspomnieniem,  które  zdawało  się  nie  mieć  nic  wspólnego  z  tym,  co  teraz  czułem. 
Zaproponowałem Petrusowi, żebyśmy przeszli jeszcze kawałek drogi, czułem się bowiem całkiem dobrze. 

Podniosłem  się  i  ruszyliśmy  Szlakiem  Świętego  Jakuba.  Przez  resztę  popołudnia  prawie  się  nie 

odzywałem, pochłonięty tym zbawiennym uczuciem, które zdawało się przepełniać wszystko. Od czasu do 
czasu myślałem o tym, że Petrus dodał jakiegoś narkotyku do herbaty, ale i to nie miało dla mnie znaczenia. 
Liczyło się tylko, by napawać się pięknem gór, strumieni, przydrożnych kwiatów, dumnych rysów twarzy 
mojego anioła. 

O  ósmej  wieczorem  natrafiliśmy  na  hotel,  a  ja  wciąż  -  choć  już  nie  bez  reszty  -  trwałem  w 

błogostanie. Właściciel zażądał paszportu, by dopełnić formalności, więc mu go podałem. 

-  Pochodzi pan z Brazylii? Kiedyś już tam byłem. Mieszkałem w hotelu przy plaży Ipanema. 

background image

 

 - 30 - 

To absurdalne zdanie sprowadziło mnie na ziemię. Gdzieś na szlaku pielgrzymki do Compo-steli, 

we wzniesionym przed wiekami miasteczku, żył hotelarz, który znał Ipanemę. 

-  Teraz jestem w stanie  podjąć  dyskusję -oznajmiłem    Petrusowi.  Muszę    zrozumieć wszystko, 

co się dziś wydarzyło. 

Poczucie  błogostanu  zniknęło.  Jego  miejsce  znów  zajął  rozum,  a  wraz  z  nim  powróciły  obawa 

przed nieznanym i paląca potrzeba stąpania po twardym gruncie. 

-  Po kolacji - odparł. 
Petrus poprosił właściciela o włączenie telewizora, ale bez dźwięku. Wyjaśnił mi, że to najlepszy 

sposób,  abym  wysłuchał  opowieści,  nie  zadając  zbyt  wielu  pytań,  ponieważ  jakaś  cząstka  mnie  będzie 
pochłonięta scenami pojawiającymi się na ekranie. Próbował się zorientować, w jakim stopniu pamiętam 
to, co zaszło. Powiedziałem, że przypominam sobie wszystko oprócz tego kwadransa drogi do źródła. 

-  To nie ma najmniejszego znaczenia - odparł. 
W telewizji zaczynał się film, którego akcja toczyła się w kopalni węgla kamiennego. Bohaterowie 

ubrani byli w stroje z początku wieku. 

-  Wczoraj,   kiedy   wyczułem   presję    twojego Posłańca, zrozumiałem, że do walki dojdzie na 

Camino  de  Santiago.  Przybyłeś  tu,  aby  odnaleźć  miecz  i  poznać  Praktyki  RAM.  Lecz  zawsze,  gdy 
przewodnik  prowadzi  pielgrzyma,  pojawia  się  co  najmniej  jedna  okoliczność,  która  wymyka  się  im  obu 
spod  kontroli.  To  rodzaj    praktycznego  testu,        sprawdzającego,        czego        się        nauczyłeś.  W  twoim 
przypadku  było  to  spotkanie  z  psem.  Szczegóły      walki      i      obecność      wielu   demonów w zwierzęciu 
wyjaśnię  ci  później.  Teraz  najważniejsze  jest,  abyś  zrozumiał,  że  ta  kobieta  była  oswojona  z  klątwą. 
Pogodziła się z nią, jakby to było normalne, a podłość ludzi wydała jej się dobrem. Nauczyła się żyć tak, by 
niewiele wystarczało jej do szczęścia, podczas gdy życie zawsze chce nam dać jak najwięcej. Przepędziłeś 
z  biednej  staruszki  demony,  lecz  w  ten  sposób  zburzyłeś      równowagę      jej        świata.        Któregoś      dnia 
rozmawialiśmy o okrucieństwach, do jakich ludzie są wobec siebie zdolni. Bardzo często, gdy ktoś próbuje 
pokazać, co jest dobre, pokazać, że życie jest hojne, inni odrzucają te wizje, jakby ich oczom ukazał się 
demon. Nikt nie lubi oczekiwać od życia zbyt wiele, a to w obawie przed porażką. Lecz ten, kto pragnie 
toczyć Dobrą Walkę, musi patrzeć na świat jak na nieprzebraną skarbnicę, która czeka, by ktoś ją odnalazł i 
zdobył. 

Petrus zapytał, czy wiem, co właściwie robię na Szlaku Świętego Jakuba. 
-  Poszukuję mego miecza - odparłem. 
-  Dlaczego chcesz zdobyć ten miecz? 
-  Ponieważ da mi moc i mądrość Tradycji. Czułem, że moja odpowiedź nie w pełni go zadowoliła. 

Podjął: 

-    Jesteś  tu,  bo  pragniesz  nagrody.  Ośmieliłeś  się  marzyć  i  czynisz,  co  w  twojej  mocy,  aby 

przemienić   marzenie   w   rzeczywistość.   Powinieneś dokładniej wiedzieć,  co zrobisz z mieczem. To 
musi  być  dla  ciebie  jasne,  zanim  do  niego  dotrzemy.  Ale  masz  pewien  atut:  pragniesz  zdobyć  nagrodę. 
Przemierzasz Camino de Santiago tylko dlatego, że pragniesz zostać nagrodzony za wysiłek. Zauważyłem, 
że wszystko, czego cię uczę, wykorzystujesz z myślą o praktycznym celu. To bardzo pozytywna reakcja. 
Pozostaje ci już tylko wesprzeć Praktyki RAM intuicją. To mowa twojego serca wskaże właściwy sposób 
odkrycia  i  wykorzystania  miecza.  W  przeciwnym  razie  Praktyki  RAM  zatracą  się  w  bezużytecznej  
mądrości Tradycji. 

Petrus   mówił  mi  to już  wcześniej,   innymi słowy, mnie zaś, nawet gdybym się z nim zgadzał, 

nie  to  najbardziej  interesowało.  Zetknąłem  się  z  dwoma  zjawiskami,  których  nie  potrafiłem  wyjaśnić:  z 
dziwnym językiem, którym mówiłem, i tym uczuciem radości i miłości, którego doznałem po przepędzeniu 
psa. 

-  Radość się zrodziła, ponieważ twój gest natchniony był Agape. 
- Wiele mówisz o Agape, ale dotąd nie wytłumaczyłeś mi dokładnie, czym ona jest. Mam wrażenie, 

że to wyższa forma miłości. 

-  Właśnie tym jest Agape. Już wkrótce nadejdzie czas, byś odczuł tę potężną Miłość, która trawi 

tego, kto kocha. Na razie niech wystarczy ci świadomość, że taka Miłość rodzi się sama z siebie. 

-    Doznałem  już  tego  uczucia,  lecz  było  bardziej  przelotne  i  odmienne.  Pojawiało  się  zawsze  po 

sukcesie  zawodowym,  podboju  lub  wówczas,  gdy  czułem,  że  los  znów  mi  sprzyja.  Jednak  kiedy      mnie   
ogarniało,      zamykałem      się      i      bałem  w  pełni  je  przeżywać.  Jakby  taka  radość  mogła  być  powodem 
ludzkiej zazdrości albo jakbym nie był godzien jej doznać. 

background image

 

 - 31 - 

-    Wszyscy  tak  postępujemy,    dopóki  nie  poznamy  Agape  -  przyznał,  wpatrując  się  w  ekran 

telewizora. 

Zapytałem go o nieznany język, którym przemówiłem. 
-    Zaskoczyło  mnie  to.  Takie  zjawisko  nie  należy  do  Praktyk  Camino  de  Santiago.  Chodzi  tu  o  

rodzaj charyzmy, która stanowi element Praktyk RAM na drodze do Rzymu. 

Słyszałem o charyzmach, poprosiłem jednak Petrusa o bliższe wyjaśnienia. 
-    Charyzmy  są  darami  Ducha  Świętego,  przejawiającymi  się  w  każdym  z  nas.  Może  to  być  dar 

uzdrawiania, dar czynienia cudów, dar wieszczenia, a także wiele innych. Ty zaznałeś władania językami, 
czyli  tego  daru,  który  otrzymali  apostołowie  w  dniu  Zesłania  Ducha  Świętego.  Dar  języków  jest  ściśle 
powiązany z bezpośrednim porozumieniem z Duchem  Świętym.  Jest warunkiem mów, które oddziałują na 
słuchaczy,  egzorcyzmów      jak      w      twoim      przypadku  i    mądrości.  Dni  wędrówki  i  Praktyk  RAM 
przypadkowo rozbudziły dar języków, gdy pies stał się  dla ciebie niebezpieczny.  Ten dar już nie wróci, 
chyba że odnajdziesz miecz i zdecydujesz się podążyć drogą do Rzymu. W każdym razie to dobry znak. 

Na  ekranie  niemego  telewizora  kopalniana  opowieść  przeistoczyła  się  w  serię  następujących  po 

sobie obrazów, których bohaterowie - kobiety i mężczyźni - bez przerwy mówili, spierali się, gawędzili. Od 
czasu do czasu jakiś aktor całował aktorkę. 

-    I  jeszcze  jedno  -  dodał  Petrus.  -  Może  się  zdarzyć,  że  znowu  spotkasz  tego  psa.  Nie  próbuj 

wówczas  ożywić  daru  języków,  ponieważ  nie  powróci.  Zdaj się całkowicie na intuicję. Nauczę cię innej 
Praktyki RAM, która rozbudzi twoją intuicję. W ten sposób będziesz stopniowo poznawał tajemny język 
twej duszy, bardzo przydatny w całym naszym życiu. 

Petrus wyłączył telewizor, właśnie gdy zainteresowałem się intrygą filmu. Potem podszedł do baru i 

poprosił o butelkę wody mineralnej. Wypiliśmy po parę łyków. 

Przenieśliśmy się w chłodnę miejsce i siedzieliśmy tam dość długo, lecz żaden z nas nie odezwał 

się  słowem.  Wokół  panowała  niezmącona  najlżejszym  szmerem  cisza  nocy,  a  Droga  Mleczna  na  niebie 
nieustannie przypominała o celu wędrówki - odnalezieniu miecza. Po pewnym czasie Petrus przedstawił mi 
ĆWICZENIE WODY. 

-    Jestem  zmęczony,  pójdę już spać  - powiedział.  - Ty jednak wykonaj teraz to ćwiczenie. Obudź 

swoją intuicję, ukryte strony osobowości. Nie przejmuj się logiką, woda to żywioł płynny, nie pozwoli się 
tak łatwo zdominować. Alę pomoże ci stopniowo, unikając gwałtowności, wypracować nowy stosunek do 
wszechświata. 

Zanim wszedł do hotelu, dodał jeszcze: 
-  Nie codziennie pomocy udziela ci pies. 
Jeszcze przez pewien czas napawałem się chłodem i spokojem nocy. Hotel leżał z dala od miast i 

miasteczek, nikt nie przejeżdżał biegnącą przed nim drogą. Przypomniałem sobie spotkanie z właścicielem, 
który znał Ipanemę, a mój przyjazd na tę jałową ziemię, co dnia wypalaną przez rozwścieczone, zdawałoby 
się, słońce, musiał uważać za szaleństwo. 

Ogarniała  mnie  senność,  postanowiłem  więc  bez  dalszej  zwłoki  wykonać  ćwiczenie.  Wylałem 

resztę  wody  z  butelki  na  cementową  posadzkę.  Natychmiast  utworzyła  się  kałuża.  Niczego  nie 
przypominała, nie miała żadnego kształtu i nie była tym, czego oczekiwałem. Wodziłem palcami po zimnej 
wodzie  i  poczułem  się  jak  w  hipnotycznym  śnie,  po  trosze  tak,  jak  to  się  dzieje,  gdy  wpatrujemy  się  w 
ogień. Nie myślałem o niczym, bawiłem się. Bawiłem się kałużą. Narysowałem parę linii na jej obrzeżach, 
a  wówczas  przemieniła  się  w  mokre  słońce,  ale  zaraz  potem  rysunek  rozmazał  się  i  zlał.  Otwartą  dłonią 
uderzyłem  w  środek  kałuży  -  rozprysnęła  się,  pokrywając  cement  kroplami,  czarnymi  gwiazdkami  na 
szarym tle. Bez reszty skupiłem się na tym dziwnym ćwiczeniu bez określonego początku i zakończenia, a 
jednak zabawnym dla ćwiczącego. Poczułem, że mój umysł niemal całkowicie uwolnił się od myśli, a to 
udawało mi się osiągnąć dopiero po długich medytacjach i ćwiczeniach relaksacyjnych. Równocześnie coś 
mi  mówiło,  że  w  głębi  mojego  jestestwa,  w  najskrytszych  zakamarkach,  formowała  się  jakaś  siła,  która 
wkrótce dojrzeje do tego, by się ujawnić. 

Długo siedziałem, bawiąc się wodą, bo trudno mi było położyć kres tej czynności. Gdyby Petrus 

nauczył mnie ćwiczenia Wody na początku podróży, z pewnością uznałbym je za stratę czasu. 

Ale  teraz,  kiedy  mówiłem  różnymi  językami  i  przepędzałem  demony,  ta  kałuża  umożliwiła  mi 

nawiązanie kontaktu - choć kruchego - z Drogą Mleczną. Odbijała gwiazdy, tworząc rysunki, których nie 
potrafiłem  zinterpretować,  i  budziła  we  mnie  nie  poczucie  trwonienia  czasu,  lecz  poczucie  tworzenia 
nowego języka komunikacji ze światem. Tajemnego języka duszy - języka, który tak słabo znamy i w który 
tak rzadko się wsłuchujemy. 

background image

 

 - 32 - 

Kiedy zdałem sobie z tego sprawę, było już bardzo późno. Lampy przed wejściem dawno zgaszono, 

wślizgnąłem  się  więc  bezszelestnie  do  budynku.  W  pokoju  raz  jeszcze  wezwałem  Astraina.  Ukazał  się 
wyraźniej, a ja przez chwilę opowiadałem mu o mieczu i celach, jakie wyznaczałem sobie w życiu.  

Nie odezwał się do mnie, ale Petrus uprzedzał, że Astrain dopiero po wielu przywołaniach stanie 

się u mego boku bytem żywym i potężnym. 

background image

 

 - 33 - 

 

 

ĆWICZENIE WODY 

 

Wylej wodę na gładką i niechłonną powierzchnię, tworząc maleńką kałużę. Wpatruj się w nią przez 

chwilę.  Potem  zacznij  się  bawić  tą  wodą,  bezcelowo,  bezmyślnie.  Kreśl  rysunki,  które  zupełnie  nic  nie 
znaczą. Wykonuj to ćwiczenie codziennie przez tydzień, przeznaczając na nie za każdym razem co najmniej 
dziesięć minut. 

Nie  doszukuj  się  w  nim  praktycznego  celu  ani  efektów.  To  ćwiczenie  stopniowo  rozbudza  twoją 

intuicję. Kiedy zaś już da ona o sobie znać w innych porach dnia, zawsze jej ufaj. 

 

 

 

 
 
 

Ślub

 

 

 

Logrońo jest jednym z większych miast na szlaku pielgrzymów podążających do Composteli. Dotąd 

zawitaliśmy tylko do jednego dużego miasta, Pampeluny, lecz nawet nie zatrzymaliśmy się tam na noc. 

Po  południu  w  dzień  naszego  przybycia  do  Logrońo  miasto  miało  hucznie  się  bawić  i  Petrus 

zaproponował, abyśmy zostali przynajmniej na tę jedną noc. 

Lecz ja  przywykłem  do  wiejskiego   spokoju i swobody, toteż ten pomysł nieszczególnie przypadł 

mi do gustu. Od incydentu z psem upłynęło pięć dni i od tamtej pory co wieczór wywoływałem Astraina, a 
także powtarzałem ćwiczenie Wody. Czułem się o wiele spokojniejszy, świadom znaczenia, jakie Camino 
de  Santiago  ma  dla  mych  dalszych  losów.  Choć  na  tej  jałowej  ziemi  nużył  oczy  pustynny  krajobraz, 
jedzenie bywało nie najlepsze i doskwierało nam zmęczenie po dniach spędzonych w drodze, żyłem jak we 
wspaniałym śnie. 

Wszystko to uleciało, kiedy dotarliśmy do Logrońo. Tu już nie było gorącego i czystego powietrza 

pól i wsi, lecz miasto pełne samochodów, dziennikarzy i ekip telewizyjnych. Petrus wszedł do pierwszego 
na naszej drodze baru, żeby zapytać, co się dzieje. 

-  Jak  to?!  Nie  wie  pan?!  Córka  pułkownika  M.  wychodzi  za  mąż  -  odparł  mężczyzna.  -  Na  placu 

odbędzie się bankiet dla mieszkańców, więc dziś wcześniej zamykam. 

Trudno  było  znaleźć  miejsce  w  hotelu,  jednak  starsze  małżeństwo,  widząc  muszlę  na  plecaku 

Petrusa,  zaproponowało  nam  schronienie.  Po  kąpieli  ubrałem  się  w  jedyną  parę  zapasowych  spodni,  jaką 
zabrałem w tę podróż, i wyszliśmy. 

Na placu służba - dziesiątki kobiet w czarnych sukienkach i mężczyzn w smokingach - krzątała się 

przy  rozstawionych  wokół  stołach,  modląc  się  zapewne  o  odrobinę  chłodu  i  dokonując  ostatnich 
przygotowań.  Hiszpańska  telewizja  utrwalała  na  taśmie  te  chwile  przed  uroczystością.  My  tymczasem 
ruszyliśmy uliczką wiodącą do parafii Santiago el Real, gdzie wkrótce miała się odbyć ceremonia ślubna. 

Tłumy elegancko ubranych gości - kobiet, których makijaż mógł lada chwila spłynąć w potwornym 

upale, dzieci w białych strojach - dumnie przestępowały próg kościoła. W powietrze wystrzeliły z hukiem 
sztuczne  ognie  i  przed  świątynią  zatrzymała  się  czarna  limuzyna.  Przyjechał  pan  młody.  Petrus  i  ja,  nie 
zdoławszy  się  dostać  do  przepełnionego  kościoła,  postanowiliśmy  wrócić  na  plac.  On  wybrał  się  na 
przechadzkę po mieście, ja usiadłem na ławce, czekając, aż zakończy się ceremonia, a rozpocznie bankiet. 
Obok stał sprzedawca prażonej kukurydzy, licząc, że po ślubie nadejdą klienci. 

-  Pan także został zaproszony? - zapytał. 
-  Nie.   Jesteśmy   pielgrzymami,   idziemy   do Composteli. 

background image

 

 - 34 - 

-    Z  Madrytu  można  tam  dojechać  bezpośrednim  pociągiem,  a  jeżeli  kupi  pan  bilet  na  piątek, 

dostanie pan darmowy nocleg w hotelu. 

-  Ale to ma być pielgrzymka. Sprzedawca przyjrzał mi się uważniej i dodał z wielką powagą: 
-  Pielgrzymki to zajęcie dla świętych. Wolałem nie podejmować dyskusji. Staruszek 
zaczął opowiadać, jak to wydał za mąż córkę, która teraz żyje w separacji z mężem. 
-  Za czasów Franco ludzie odnosili się do siebie z większym szacunkiem - westchnął. - Dzisiaj nikt 

już nie troszczy się o rodzinę. 

Nawet w obcym kraju, gdzie raczej nie należy rozmawiać o polityce, nie mogłem nie zareagować 

na takie stwierdzenie. Powiedziałem, że Franco był dyktatorem i że nic, co działo się za jego czasów, nie 
mogło być dobre. 

Stary spąsowiał. 
-  Kim pan jest, żeby wygłaszać takie poglądy? 
-    Znam  historię  tego  kraju.    Wiem,    że  wasz  naród  walczył  o  wolność.  Czytałem  o  zbrodniach 

hiszpańskiej wojny domowej. 

-  Byłem na wojnie. I mogę o tym mówić, bo moja rodzina przelewała tu krew. Historia, którą pan 

gdzieś  wyczytał,  nic  mnie  nie  obchodzi.  Obchodzi  mnie  to,  co  dzieje  się  w  mojej  rodzinie.  Walczyłem 
przeciw Franco, ale po jego zwycięstwie mnie też żyło się lepiej. Nie jestem biedakiem, mam swój wózek 
do prażenia kukurydzy. I nie zdobyłem go dzięki pomocy tego socjalistycznego rządu.  Dziś jest mi gorzej,  
niż było dawniej. 

Przypomniałem sobie, co mówił Petrus: ludzie potrafią zadowolić się w życiu małym. Nie podjąłem 

dalszej dyskusji i przesiadłem się na inną ławkę. 

Po chwili wrócił Petrus. Opowiedziałem mu o sprzedawcy prażonej kukurydzy. 
-    Dyskusja  to  doskonały  sposób,  by  przekonać  samego  siebie  o  słuszności  tego,  co  się  mówi  - 

podsumował. - Należę do PCI

10

, a nie zauważyłem w tobie faszystowskich przekonań. 

-  Jakich faszystowskich przekonań?! - krzyknąłem oburzony. 
-    Pomogłeś  staruszkowi  utwierdzić  się  w  przekonaniu,  że  reżim  Franco  był  lepszy.  Może  dotąd 

biedak nie miał pojęcia dlaczego, ale teraz już wie. 

-  Nigdy bym  nie  przypuścił,  że  PCI  wierzy w dary Ducha Świętego! 
Roześmialiśmy się. Znów wystrzeliły sztuczne ognie. Orkiestra zajęła miejsce na podium i muzycy 

zaczęli stroić instrumenty. Od rozpoczęcia uroczystości dzieliły nas zaledwie minuty. 

Spojrzałem  w  niebo.  Zapadała  noc  i  już  rozbłysło  kilka  gwiazd.  Petrus  podszedł  do  jednego  z 

kelnerów, a ten wrócił po chwili, niosąc dwa plastikowe kubeczki wina. 

-  Podobno   picie   wina   przed   rozpoczęciem przyjęcia przynosi szczęście  - powiedział Petrus, 

podając mi kubeczek. - To ci pomoże zapomnieć o staruszku od prażonej kukurydzy. 

-  Już o nim zapomniałem. 
-    A  jednak  będziesz  musiał  o  nim  pomyśleć.  To,    co  się  stało,  jest  zwiastunem  niewłaściwej 

postawy.  Na  każdym  kroku  staramy  się  jednać  adeptów  naszego  postrzegania  świata.  Uważamy,  że  jeśli 
zwiększy  się  liczba  ludzi  wierzących  w  to,  w  co  my  wierzymy,  ta  wiara  stanie  się  rzeczywi  stością. 
Rozejrzyj się wokół. Szykuje się wielka uroczystość. Ludzie będą tu świętować równocześnie wiele spraw: 
marzenie  ojca,  który  chciał  wydać  za  mąż  córkę,  marzenie  dziewczyny,  która  chciała  wyjść  za  mąż, 
marzenie pana młodego. To dobrze, bo wierzą w te marzenia i chcą pokazać wszystkim, że się ziściły. To 
nie jest święto, które ma kogoś o czymś przekonać, i dlatego będzie wesołe. Wszystko wskazuje na to, że ci 
ludzie podjęli Dobrą Walkę miłości. 

-    Ale  ty  przecież  usiłujesz  mnie  przekonać,  Petrusie.      Prowadzisz      mnie    Szlakiem   Świętego 

Jakuba. 

Obrzucił mnie lodowatym spojrzeniem. 
-    Uczę  cię  Praktyk  RAM.  Ale  odnajdziesz  swój  miecz,  tylko jeśli zrozumiesz, że w twoim sercu 

wypisana jest ta droga, i prawda, i życie. 

Uniósł  palec,   wskazując  niebo,   na  którym lśniły już gwiazdy. 
-    Droga  Mleczna  wytycza  szlak  aż  do  Composteli.  Żadna  religia  nie  potrafi  zebrać  wszystkich 

gwiazd, bo gdyby tak było, wszechświat stałby się bezkresną próżnią i straciłby rację bytu. Każda gwiazda - 
i  każdy  człowiek  -  ma  swą  przestrzeń  i  specyficzne  cechy.  Istnieją  gwiazdy  zielone,  żółte,  niebieskie,   
białe,      komety,      meteory  i  meteoryty,  mgławice  i  pierścienie.  To,  co  z  Ziemi  wygląda  jak  jednakowe 

                                                      

10

? Włoska Partia Komunistyczna; istniała do  1991  roku (przyp. tłum.). 

background image

 

 - 35 - 

punkty,  w  rzeczywistości  składa  się  z  milionów  rozmaitych  elementów,  rozproszonych  w  przestrzeni 
niepojętej dla ludzkiego rozumu. 

Bukiet  sztucznych  ogni  rozbłysł  na  niebie  i  na  moment  przyćmił  światło  gwiazd.  Kaskada 

migoczących zielonych punkcików rozprysła się w powietrzu. 

- Przedtem postrzegaliśmy tylko dźwięk, ponieważ było widno. Teraz możemy patrzeć na ich blask 

- zakończył Petrus. - To jedyna odmiana, do jakiej może dążyć człowiek. 

Panna  młoda  wyszła  z  kościoła,  tłum  sypał  ryżem  i  wiwatował.  Była  to  chuda,  mniej  więcej 

siedemnastoletnia dziewczyna, krocząca u boku odświętnie ubranego chłopca. Tłum ruszył w stronę placu. 

-  To  pułkownik  M.!  Popatrz  na  suknię  panny  młodej!  Jaka  piękna!  -  wykrzykiwały  stojące  w 

pobliżu dziewczęta. 

Goście  podeszli  do  stołów,  kelnerzy  podali  wino,  zagrała  orkiestra.  Sprzedawcę  prażonej 

kukurydzy  natychmiast  obiegły  podekscytowane  dzieciaki,  które  wyciągały  monety  i  szybko  układały 
torebki popcornu na ziemi. Pomyślałem, że dla mieszkańców Logrońo, przynajmniej tego wieczoru, reszta 
świata, groźba wojny nuklearnej, bezrobocie, zbrodnie po prostu nie istniały. Ten wieczór był świętem, na 
placu rozstawiono stoły dla mieszkańców i każdy czuł się ważny. 

Ekipa  telewizyjna  kierowała  się  w  naszą  stronę,  więc  Petrus  osłonił  twarz.  Jednak  dziennikarze 

podeszli wprost do jednego z gości, znajdującego się w pobliżu. Natychmiast rozpoznałem tego człowieka - 
był  to  Manolo,  kapitan  reprezentacji  Hiszpanii  podczas  Mistrzostw  Świata  w  Piłce  Nożnej  w  Meksyku. 
Kiedy udzielił już wywiadu, podszedłem do niego. Powiedziałem, że jestem Brazylijczykiem, a on, udając 
oburzonego,  wypomniał  mi  bramkę  ukradzioną  podczas  pierwszego  meczu  mistrzostw

11

.  Zaraz  potem 

jednak serdecznie mnie uścisnął, mówiąc, że Brazylia znów będzie miała najlepszych piłkarzy na świecie. 

-  Jak   możesz   obserwować   grę,   skoro   bez przerwy biegasz po boisku i kierujesz drużyną?  -

zapytałem. Było to jedno ze spostrzeżeń, które uczyniłem, oglądając retransmisje z mistrzostw świata. 

-  Dla mnie to przyjemność, że pomagam drużynie wierzyć w zwycięstwo. 
I na zakończenie, jakby i on był przewodnikiem na Camino de Santiago, dodał: 
-  Drużyna, której brak wiary, pozbawia swój klub zwycięskiej gry. 
Wkrótce Manola obiegli inni rozmówcy, ja jednak długo jeszcze rozmyślałem nad jego słowami. 

On  także,  choć  zapewne  nigdy  nie  przemierzył  Szlaku  Świętego  Jakuba,  wiedział,  co  znaczy  prowadzić 
Dobrą Walkę. 

Odszukałem Petrusa,  który ukrył  się w jakimś kącie, najwyraźniej zakłopotany obecnością ekip 

telewizyjnych.  Dopiero  gdy  zniknęli  kamerzyści,  wysunął  się  zza  rosnących  na  placu  drzew  i  nieco 
odprężył.  Poprosiliśmy  o  wino,  ja  napełniłem  talerz  kanapkami,  a  Petrus  wybrał  stół,  przy  którym 
usiedliśmy  wśród  innych  gości.  Państwo  młodzi  przystąpili  do  krojenia  imponującego  tortu  weselnego. 
Znów rozbrzmiały wiwaty. 

-  Na pewno bardzo się kochają - myślałem głośno. 
-    Oczywiście,  że  się  kochają  -  włączył  się  siedzący  przy  naszym  stole  jegomość  w  ciemnym 

garniturze. - Spotkał pan już kogoś, kto brałby ślub z innego powodu? 

Odpowiedź na to pytanie zachowałem dla siebie, wspominając słowa, jakimi Petrus skomentował 

potyczkę ze sprzedawcą prażonej kukurydzy. Ale mój przewodnik nie przemilczał tej uwagi. 

-  Jaki rodzaj miłości ma pan na myśli - spod znaku Erosa, Filos czy Agape? 
Mężczyzna spojrzał na niego zbity z tropu. Petrus wstał, napełnił szklankę winem i zaproponował, 

żebyśmy rozprostowali nogi. 

-    Greka  ma  trzy  słowa  na  określenie  miłości  -zaczął.  -  Dziś  byłeś świadkiem manifestowania się 

Erosa, tego uczucia, które łączy dwoje ludzi. 

Młodzi małżonkowie uśmiechali się do obiektywów i przyjmowali powinszowania.  
- Wyglądają na zakochanych powiedział, wskazując na młodą parę. - Myślę, że miłość to uczucie, 

które się rozwija. Wkrótce będą sami toczyć walkę, założą rodzinę, będą przeżywać wspólną przygodę. To 
powoduje  wzrost  miłości,  czyni  ją  szlachetną.  On  będzie  dalej  robił  karierę  w  wojsku,  ona  pewnie  już 
świetnie gotuje i zostanie wspaniałą panią domu, bo do tego przygotowywano ją od dziecka. Będzie jego 
towarzyszką, urodzą im się dzieci, a jeśli teraz już przeczuwają, że razem coś zbudują, to znaczy, że podjęli 
Dobrą  Walkę.  I  jeśli  tak  jest,  to  wbrew  wszelkim przeszkodom nigdy nie przestaną być szczęśliwi. Lecz 

                                                      

11

? W czasie meczu Hiszpania-Brazylia na M Ś w Meksyku w 1986 roku nie uznano hiszpańskiej bramki, ponieważ 

arbiter nie zauważył, że piłka dotknęła murawy za linią bramkową, a potem odbiła się rykoszetem. Brazylia wygrała 
1:0. 

background image

 

 - 36 - 

historia, którą ci opowiadam, może się potoczyć zupełnie inaczej. Może on poczuje, że nie jest wolny, lub 
nie dość wolny, aby dawać wyraz pełni Erosa, całej miłości, jaką żywi do innych kobiet. Ona może sobie 
uświadomić, że poświęciła karierę i wspaniałe życie, aby podążyć za mężem. Wówczas, zamiast wspólnie 
tworzyć, oboje poczują się ograbieni w pojmowaniu miłości. Eros, nić, która ich łączy, będzie stopniowo 
odsłaniać swe najgorsze aspekty. I to, co Bóg dał człowiekowi jako najszlachetniejsze z uczuć, stanie się 
źródłem nienawiści i zniszczenia. 

Rozejrzałem  się  wokół.  Eros  zawładnął  wieloma  z  obecnych  tu  par.  Ćwiczenie  Wody  obudziło 

język mojego serca i teraz inaczej patrzyłem na ludzi. Być może sprawiły to dni samotności na wsi, może 
też Praktyki RAM. Potrafiłem odróżnić obecność dobrego Erosa i złego Erosa, dokładnie tak, jak opisywał 
to Petrus. 

- Widzisz, jakie to ciekawe - podjął mój przewodnik, który dostrzegł to samo. - Dobry czy zły, Eros 

dla każdego człowieka ma inne oblicze. Zupełnie jak gwiazdy, o których mówiłem pół godziny temu. Nikt 
nie  umknie  przed Erosem. Wszyscy potrzebujemy jego obecności, choć to właśnie on często sprawia, że 
czujemy się odizolowani od świata, zasklepieni w samotności, odtrąceni. 

Muzycy  zagrali  walca.  Goście  wychodzili  na  estradę  ustawioną  tuż  obok  orkiestry  i  tańczyli. 

Wszyscy  wyglądali  na  lekko  podchmielonych  i  szczęśliwszych  niż  na  co  dzień.  Zwróciłem  uwagę  na 
ubraną  w  błękit  dziewczynę,  która  najwyraźniej  czekała  na  to  wesele,  by  teraz  zatańczyć  walca,  gdyż 
chciała,  żeby  wziął  ją  w  ramiona  chłopak,  o  którym  marzyła  już  jako  gąska.  Śledziła  każdy  ruch 
eleganckiego chłopca w jasnym garniturze, stojącego z grupą przyjaciół. Młodzieńcy prowadzili ożywioną 
dyskusję  i  nie  zauważyli,  że  zaczął  się  walc  ani  że  kilka  metrów  dalej  dziewczyna  w  błękitnej  sukience 
uporczywie przypatruje się jednemu z nich. 

Pomyślałem  o  małych  miasteczkach,  o  pielęgnowanych  od  dziecka  marzeniach  o  ślubie  z  tym 

jednym jedynym, wybranym chłopcem. 

Dziewczyna  w  błękitnej  sukience  zauważyła,  że  ją  obserwuję,  i  odeszła  od  podium.  Teraz  to 

chłopak jej szukał, rozglądając się wokół. Kiedy ją odnalazł, już w grupie innych dziewcząt, powrócił do 
rozmowy z przyjaciółmi. 

Zwróciłem uwagę Petrusa na tych dwoje młodych ludzi. Przez jakiś czas śledził grę spojrzeń, po 

czym skupił się na swojej szklaneczce wina. 

-  Zachowują się, jakby uważali, że okazanie sobie miłości to wstyd - stwierdził po prostu. 
Z  przeciwka  przyglądała  się  nam  jakaś  dziewczyna.  Była  prawdopodobnie  o  połowę  młodsza  od 

nas.  Petrus  odwzajemnił  jej  spojrzenie  i  uniósł  szklaneczkę  jak  przy  toaście.  Smarkula  zachichotała, 
wyraźnie speszona, i gestem ręki wskazała rodziców, niemal przepraszając, że do nas nie podeszła. 

-  Oto piękna strona miłości - powiedział Petrus. - Miłość, która rzuca wyzwanie, miłość do dwóch 

obcych  i  starszych,  którzy  przybyli  z  daleka,  a  jutro  odejdą.  W  świat,  który  ona  także  chciałaby 
przemierzać. 

Wyczułem z jego głosu, że wino trochę go oszołomiło. 
-    Dziś  pomówimy  o  miłości!  -  oznajmił  nieco  za  głośno    mój    przewodnik.    -  Pomówmy    o    tej 

prawdziwej miłości, pewnej, że to ona nieustannie rządzi światem i czyni człowieka mędrcem! 

Szykowna  kobieta,  która  kręciła  się  w  pobliżu,  zdawała  się  nawet  nie  obserwować  zabawy. 

Chodziła od stołu do stołu, ustawiając szklanki, talerze, układając widelce. 

-  Popatrz   na   tę   panią,   która   nieustannie sprząta  - powiedział Petrus.  - Wiesz, że Eros ma 

wiele twarzy, a to jest jedna z nich. To miłość zawiedziona, która spełnia się w szczęściu innych. Całując 
pannę młodą i pana młodego, w głębi ducha będzie szeptała, że nie są dla siebie stworzeni. Stara się uładzić 
cały  świat,  bo  sama  popadła  w  stan  bezładu.  A  tam  -  wskazał  jakąś  parę,  kobieta  była  zbyt  mocno 
umalowana i wy-fiokowana - to Eros oswojony, miłość jako rodzaj spółki, wyzbyta choćby resztek uczucia. 
Ta kobieta zaakceptowała swoją rolę i przecięła wszelkie więzi ze światem i Dobrą Walką. 

-  Przemawia   przez   ciebie   gorycz,   Petrusie. Czyż nikt tu nie wymyka się tym normom? 
-    A  jakże!  Dziewczyna,  która  się  nam  przyglądała.  Młodzież,  która  tańczy  i  zna  tylko  dobrego 

Erosa. Jeżeli nie ulegną wpływowi hipokryzji miłości, która opanowała starsze pokolenie, świat na pewno 
się zmieni. 

A potem wskazał na siedzącą przy stole parę staruszków. 
-  I jeszcze tych dwoje. Nie pozwolili, aby zawładnęła nimi hipokryzja, w której pogrążyło się tylu 

innych. Sądząc z wyglądu, to małżeństwo wieśniaków. Głód   i   potrzeba   zmusiły   ich   do wspólnej   
pracy.   Nauczyli   się   Praktyk,   które znasz, chociaż nigdy nie słyszeli o RAM. Ponieważ czerpali siłę 

background image

 

 - 37 - 

miłości  z  pracy.  Eros  tak  odsłania  najpiękniejszą  ze  swych  twarzy,  jest  bowiem  wówczas  zjednoczony  z 
Filos. 

-  Czym jest Filos? 
-  Filos to Miłość, która przybiera postać przyjaźni. Nią właśnie darzę ciebie i wielu innych. Kiedy 

płomień Erosa zatraca już moc i blask, Fi-los utrzymuje jedność małżeństw. 

-  A Agape? 
-  To nie jest odpowiednia chwila, by mówić o Agape. Agape żyje w Erosie i w Filos, ale to tylko 

frazes. Zabawmy się trochę na tym weselu, nie zbliżając się do Miłości, która trawi człowieka.  - I Petrus 
dolał sobie wina. 

Wokół  nas  panowała  zaraźliwa  wesołość.  Petrus  był  pijany.  Początkowo  to  mnie  zaszokowało. 

Przypomniałem sobie jednak, co powiedział pewnego dnia  - że Praktyki RAM mają sens tylko wówczas, 
gdy  może  je  wypełniać  zwyczajny  człowiek.  Tej  nocy  Petrus  wydał  mi  się  najzwyklejszym  z  ludzi.  Był 
kumplem, przyjacielem, klepał po plecach nowo poznanych, wdawał się w dyskusje z tymi, którzy chcieli 
zwrócić na niego uwagę. Wkrótce potem był już tak pijany, że musiałem zawlec go do hotelu. 

Po  drodze  zdałem  sobie  sprawę  z  sytuacji.  Stałem  się  przewodnikiem  mojego  przewodnika. 

Zrozumiałem, że w żadnym momencie podróży Petrus nie zrobił nic, aby udowodnić, że jest mądrzejszy, 
bliższy  świętości  czy  lepszy  ode  mnie.  Ograniczał  się  do  przekazywania  mi  swych  doświadczeń  w 
Praktykach  RAM.  Poza  tym  chciał  pokazać,  że  jest  takim  samym  człowiekiem  jak  inni,  zdolnym  do 
odczuwania Erosa, Filos i Agape. 

Poczułem się silniejszy. Camino de Santiago była drogą zwykłych ludzi. 
 

 

Zapał

 

 

 

 
-  „Gdybym  mówił  językami  ludzi  i  aniołów,  a  miłości  bym  nie  miał,  stałbym  się  jak  miedź 

brzęcząca albo cymbał brzmiący. Gdybym też miał dar prorokowania (...) i wszelką wiarę, tak iżbym góry 
przenosił, a miłości bym nie miał, byłbym niczym"

12

Petrus  znów  przywołał  słowa  świętego  Pawła.  Uważał  tego  apostoła  za  wielkiego  komentatora 

przesłania Chrystusowego. Tego popołudnia, po porannej wędrówce, łowiliśmy ryby. Jak dotąd żadna nie 
połknęła haczyka, ale mój przewodnik wcale się tym nie przejmował. Jego zdaniem ćwiczenie połowu było 
w pewnym sensie symbolem relacji między człowiekiem a światem: wiemy, czego chcemy, osiągamy to, 
jeśli mamy dość wytrwałości, ale czas, jakiego trzeba na realizację zamierzeń, uzależniony jest od pomocy, 
której udziela nam Bóg. 

-    Dobrze  oddawać  się  zajęciom  wymagającym  powolnych  działań,  zanim  podejmie  się  ważną 

życiową decyzję - powiedział. - Mnisi zen przysłuchują się, jak rosną skały. Ja wolę łowić ryby. 

O  tej  porze,  podczas  upałów,  nawet  rozleniwione  złote  rybki,  snujące  się  tuż  pod  powierzchnią 

wody,  nie  interesowały  się  przynętą.  To,  czy  spławik  był  zanurzony,  czy  leżał  na  brzegu,  nie  miało 
znaczenia.  Wolałem  więc  zostawić  wędkę i wybrać się na przechadzkę po okolicy. Dotarłem do starego, 
zapomnianego  cmentarza,  którego  brama  wydała  mi  się  nieproporcjonalnie  duża,  a  potem  wróciłem  do 
Petrusa. Zapytałem go o cmentarz. 

-    Brama  wiodła  niegdyś  do  domostwa,  w  którym  zatrzymywali  się  pielgrzymi  -  odparł.  -  Ale  z 

czasem zapominano o tym miejscu. Później komuś przyszedł do głowy pomysł, żeby wykorzystać fasadę, a 
za nią założyć cmentarz. 

-  Który także popadł w zapomnienie. 
-  Rzeczywiście. Na tym świecie wszystko skazane jest na krótki żywot. 

                                                      

12

? l Kor. 13, 1,2 (przyp. tłum.). 

 

background image

 

 - 38 - 

Powiedziałem  mu,  że  minionego  wieczoru  bardzo  surowo  osądzał  weselnych  gości.  Przyjął  to  z 

zaskoczeniem. Przyznał, że to, o czym mówiliśmy, jest odzwierciedleniem doświadczeń życia osobistego 
każdego  z  nas.  Wszyscy  szukamy  Erosa,  a  kiedy  Eros  chce  przerodzić  się  w  Filos,  uznajemy  miłość  za 
zbędną. Nie rozumiemy, że to Filos prowadzi nas ku najwyższej formie miłości - Agape. 

- Opowiedz mi o Agape - poprosiłem. 
Petrus  odparł,  że  o  Agape  nie  można  opowiedzieć,  trzeba  jej  doznać.  Jeżeli  nadarzy  się  okazja, 

jeszcze dziś pokaże mi jeden z aspektów Agape. Aby jednak mógł to uczynić, świat musi przybrać postawę 
wędkarza - współpracować, by wszystko potoczyło się pomyślnie. 

-    Posłaniec  cię  wspiera,  jest  jednak  coś,  co  wykracza  poza  domenę  Posłańca,  twoich  pragnień  i 

twoją. 

-  Co to takiego? 
-  Iskra boża. To, co ludzie nazywają szczęściem. 
Kiedy  słońce  chyliło  się  już  ku  zachodowi,  ruszyliśmy  w  dalszą  drogę.  Szlak  Świętego  Jakuba 

wiódł przez winnice i pola uprawne, o tej porze całkowicie wyludnione. Minęliśmy jedną z głównych dróg, 
gdzie  także  nie  było  żywego  ducha,  i  znaleźliśmy  się  pośród  zarośli.  W  dali  dostrzegłem  szczyt  San 
Lorenzo, dominujący nad królestwem Kastylii. Od spotkania z Petrusem, tam, pod Saint-Jean-Pied-de-Port, 
dokonały  się  we  mnie  wielkie  zmiany.  Moje  troski  -  Brazylia,  interesy  -  właściwie  zniknęły.  Liczył  się 
tylko cel i co noc rozmawiałem o nim z Astrainem, który stawał przede mną coraz wyraźniejszy i bliższy. 
Udawało mi się widzieć go teraz siedzącego tuż obok, zauważyłem, że miał nerwowy tik - drgała mu prawa 
powieka - i uśmiechał się pogardliwie, kiedy powtarzałem mu pewne rzeczy, chcąc się upewnić, czy mnie 
zrozumiał. Jeszcze kilka tygodni temu, szczególnie w pierwszych dniach, zdarzało mi się lękać, że nigdy 
nie dotrę do celu wędrówki. Kiedy byliśmy w Roncesvalles, ogarnęło mnie głębokie znużenie wyprawą i 
zapragnąłem jak najszybciej znaleźć się w Santiago, zabrać miecz i poświęcić się temu, co Petrus nazywał 
Dobrą  Walką

13

.  Odtąd  więzi  z cywilizacją, którą porzucałem wbrew sobie, praktycznie za-niknęły. Teraz 

obchodziło mnie jedynie słońce nad głową i podniecenie przeżywaniem Agape. 

Szliśmy po trzęsawiskach. Przeprawa przez strumień zakończyła się mozolną wspinaczką na stromy 

brzeg. Kiedyś na pewno płynęła tędy rzeka, a nurt żłobił ziemię, wdzierając się w jej głębie i odkrywając 
tajemnice.  Nie  była  to  struga,  którą  można  przejść  suchą  nogą.  Ale  jej  dzieło,  głębokie  koryto,  które 
niegdyś wypełniały wody, pozostało. 

-  Na tym świecie wszystko skazane jest na krótki  żywot  - usłyszałem  kilka  godzin  temu z ust 

Petrusa. 

-  Petrusie, czy w twoim życiu dużo było miłości? 
Pytanie  wyrwało  mi  się  z  ust;  sam  byłem  zaskoczony,  że  ośmieliłem  się  je  zadać.  Dotąd  nie 

wiedziałem prawie nic o prywatnym życiu mojego przewodnika. 

-  Byłem z wieloma kobietami, jeśli to masz na myśli. I każdą z nich bardzo kochałem. Ale tylko z 

dwiema zaznałem Agape. 

Wyznałem, że i ja kochałem wiele razy i że zaczynałem się już martwić niezdolnością do trwania 

przy jednej osobie. Jeśli to nie uległoby zmianie, skończyłbym jako samotny starzec, a myśl o takim życiu 
wprawiała mnie w panikę. 

-    Zatrudnij  pielęgniarkę  roześmiał      się.  Prawdę  mówiąc,  nie  sądzę,  żebyś  miłość  uważał  za 

gwarancję spokojnej starości. 

Dochodziła dziewiąta wieczorem, kiedy na dobre się ściemniło. Minęliśmy winnice i znaleźliśmy 

się w pustynnej niemal krainie. Rozglądając się wokół, dostrzegłem w dali wykutą w skale kaplicę, jakich 
wiele  widzieliśmy  na  naszym  szlaku.  Szliśmy  jeszcze  przez  chwilę,  oddalając  się  od  żółtych  znaków  i 
kierując wprost ku małej budowli. 

Kiedy  byliśmy  wystarczająco  blisko,  Petrus  wykrzyknął  jakieś  imię,  którego  nie  zrozumiałem,  i 

przystanął,  czekając  na  odzew.  Ale  odpowiedziała  nam  tylko  cisza.  Petrus  zawołał  raz  jeszcze,  jednak  i 
teraz bez skutku. 

-  Chodźmy - powiedział. 
Były to tylko cztery pobielone wapnem ściany. Drzwi stały otworem, a raczej - wcale ich nie było, 

zastępowała je jakby furtka wysokości pół metra, wisząca na jednym zawiasie. We wnętrzu stał kamienny 
piec i piętrzył się stos starannie ułożonych misek. Dwie z nich były napełnione ziarnem i ziemniakami. 

                                                      

13

? Później udało mi się odkryć, że jest to wyrażenie zapożyczone od świętego Pawła. (l Tm, l, 18 - przyp. tłum.). 

background image

 

 - 39 - 

Usiedliśmy, nie odzywając się do siebie. Petrus zapalił papierosa i zaproponował, żebyśmy chwilę 

zaczekali.  Nogi  miałem  obolałe  ze  zmęczenia,  lecz  coś  w  tej  kapliczce,  zamiast  mnie  uspokajać, 
ekscytowało, a gdyby nie obecność Petrusa, czułbym wręcz przerażenie. 

-  Kimkolwiek jest  mieszkający  tu  człowiek, gdzieś chyba musi sypiać? - zapytałem, przerywając 

ciszę, która zaczynała mi ciążyć. 

-  Śpi tam, gdzie teraz siedzisz - odparł Petrus, wskazując na gołą ziemię. 
Chciałem się przesunąć, ale poprosił, żebym został dokładnie tam, gdzie byłem. Musiało się trochę 

ochłodzić, bo zaczynało mi być zimno. 

Czekaliśmy prawie godzinę. Petrus jeszcze dwukrotnie wywoływał tajemnicze imię, potem jednak 

zrezygnował z dalszych prób. Kiedy sądziłem już, że wstaniemy i pójdziemy dalej, przemówił. 

- Tu obecna jest jedna z dwóch postaci Aga-pe - wyjaśnił, gasząc trzeciego papierosa. - Nie jedyna, 

ale jedna z najbardziej czystych. Agape jest właśnie totalną Miłością, która trawi tego, kto ją czuje. Ten, 
kto  poznał  lub  przeżywa  Agape,  wie,  że  na  tym  świecie  liczy  się  tylko  miłość.  Taką  miłością  darzył 
ludzkość  Jezus,  a  była  ona  tak  potężna,  że  sięgnęła  gwiazd  i  odmieniła  bieg  historii  świata.  Samotnie 
osiągnął to, czego nie udało się dokonać królom, armiom i imperiom. Przez tysiąclecia dziejów cywilizacji 
wielu  było  ludzi  ogarniętych  tą  miłością,  która  trawi.  Tak  dużo  mieli  do  ofiarowania,  a  świat  żądał  tak 
mało,  że  musieli  szukać  pustyni  lub  pustelni,  bo  potęga  tej  miłości  czyniła  ich  lepszymi.  Stawali  się 
świętymi eremitami, których dziś dobrze znamy. Tobie i mnie, odczuwającym inną postać Agape, życie tu 
może  wydawać  się  surowe,  straszne.  Lecz  miłość,  która  pochłania  bez  reszty,  sprawia,  że  wszystko  - 
wszystko bez wyjątku - traci znaczenie. Tacy ludzie żyją wyłącznie po to, by strawiła ich miłość. 

Petrus  powiedział  mi,  że  mieszka  tu  mężczyzna  imieniem  Alfonso.  Spotkał  go  podczas  pierwszej 

pielgrzymki  do  Composteli,  zbierającego  owoce.  Jego  przewodnik,  wizjoner,  z  którym  nie  mógłby  się 
równać, był przyjacielem Alfonsa i we trzech dopełnili rytuału Agape, ćwiczenia Błękitnego Globu. Petrus 
powiedział, że było to jedno z najważniejszych doświadczeń w jego życiu, że jeszcze dziś, gdy je wypełnia, 
myśli  o  kaplicy  i    o    Alfonsie.  W  jego  głosie    wyczuwałem    silne  wzruszenie,  którego  nigdy  dotąd  nie 
zauważyłem. 

-    Agape  to  miłość,  która  trawi  --  powtórzył,  jakby  była  to  najtrafniejsza  definicja  tej  dziwnej 

odmiany  miłości.  -  Martin  Luther  King  powiedział  ongiś,  że  kiedy  Chrystus  nauczał  miłości  do 
nieprzyjaciół, czynił aluzję do Agape. Ponieważ, twierdził King, „nie jest możliwe, byśmy kochali naszych 
wrogów, tych, którzy nas krzywdzą i pragną pogłębić nasze codzienne cierpienia". Ale Agape to znacznie 
więcej niż miłość. To wszechogarniające uczucie,   które   wdziera   się przez  każde  okienko  i  obraca w 
pył    każdego  agresora,  nim  ten  rozpocznie  napaść.  Potrafisz  już  dokonać  własnego  odrodzenia, 
powściągnąć okrucieństwo wobec siebie, rozmawiać ze swym Posłańcem. Lecz wszystko, co do tej chwili 
robiłeś, wszelkie korzyści, jakie przyniosła ci wędrówka Camino de Santiago, zatraca sens, jeśli nie ogarnie 
cię Miłość, która trawi. 

Przypomniałem  Petrusowi,  że  mówił  o  dwóch  formach  Agape.  On  nie  doznał  zapewne  tej 

pierwszej, gdyż nie został pustelnikiem. 

-    Masz  rację.  Ty  i  ja,  jak  większość  pielgrzymów,    którzy  przemierzali  Camino  de    Santiago  w 

słowach  RAM,  poznaliśmy  inne  oblicze  Agape:  to  entuzjazm.  Starożytni  uważali,  że  entuzjazm  oznacza 
trans, ekstazę, kontakt z bogiem. Entuzjazm jest Agape wykierowaną na pewną ideę lub obiekt. Każdy z nas 
doświadczył tego przeżycia. Kiedy kochamy lub głęboko w coś wierzymy, czujemy się silniejsi od całego 
świata, ogarnia nas pogoda ducha, która bierze się z pewności, że nic nie zdoła pokonać naszej wiary. Ta 
niepojęta  siła  pomaga  nam  podejmować  trafne  decyzje  we  właściwym  czasie,  a  kiedy  osiągniemy  cel, 
jesteśmy  zaskoczeni  swoimi  zdolnościami.  Bo  podczas  Dobrej  Walki  nic  już  się  nie  liczy,  a  entuzjazm 
wiedzie nas do celu. Zwykle entuzjazm daje o sobie znać z pełną mocą w pierwszych latach naszego życia. 
Wówczas łączy nas jeszcze silna więź z elementem boskości, bardzo przywiązujemy się do zabawek - lalki 
ożywają,  ołowiane  żołnierzyki  potrafią  maszerować.  Kiedy  Jezus  powiedział,  że  Królestwo  Niebieskie 
należy do dzieci, czynił aluzję do Agape przyjmującej postać entuzjazmu. Dzieci przyszły do niego, chociaż 
nie  interesowały  ich  jego  cuda,  mądrość,  faryzeusze  ani  apostołowie.  Przyszły  szczęśliwe,  powodowane 
entuzjazmem. 

Opowiedziałem  Petrusowi,  że  właśnie  tego  popołudnia  pojąłem,  iż  bez  reszty  pochłonęła  mnie 

pielgrzymka do Santiago. Noce i dnie spędzone na hiszpańskiej ziemi sprawiły, że niemal zapomniałem o 
mieczu, i stały się niezwykłym doświadczeniem. 

-  Po  południu  wybraliśmy  się  na  ryby.  Pamiętasz,  wcale  nie  brały  -  przypomniał  Petrus.  - 

Zazwyczaj  pozwalamy  sobie  na  okazywanie  entuzjazmu  w  sytuacjach  pozbawionych  znaczenia, 

background image

 

 - 40 - 

niewywierających  wpływu  na  rzecz  tak  wielkiej  wagi  jak  życie  ludzkie.  Zatracamy  entuzjazm  z  powodu 
drobnych i nieuniknionych porażek w Dobrej Walce. A ponieważ nie wiemy, że entuzjazm jest siłą wyższą, 
spoglądającą ku końcowemu zwycięstwu, pozwalamy, by przeciekał nam przez palce, i nie zauważamy, że 
wyzbywając  się  go,  tracimy  z  oczu  także  prawdziwy  sens  życia.  Obwiniamy  świat  o  monotonię  życia,  o 
własne  porażki,  zapominając,  że  sami  pozwoliliśmy  umknąć  tej  potężnej  sile,  która  wszystko 
usprawiedliwia -Agape przyjmującej postać entuzjazmu. 

Przypomniałem  sobie  cmentarz  nieopodal  strumienia.  Ta  dziwna  brama,  o  wiele  za  duża,  była 

doskonałym symbolem zatracenia sensu życia. Za tymi drzwiami nie było nikogo oprócz zmarłych. 

Petrus jakby czytał w moich myślach. 
-  Kilka  dni  temu  -  podjął  -  byłeś  pewnie  zaskoczony,  widząc,  jak  tracę  zimną  krew  i  rugam 

nieszczęsnego chłopaka, który wylał odrobinę kawy na moje spodnie, i tak już brudne po długiej wędrówce. 
W rzeczywistości w irytację wprawił mnie wyraz oczu tego dzieciaka - entuzjazm wyciekał z nich jak krew 
z podciętej żyły nadgarstka. Zobaczyłem, jak silny i pełen życia chłopak powoli kona, bo z każdą chwilą 
gaśnie w nim odrobina Agape. Nauczyłem się żyć, nie troszcząc się o to, ale ten kelner swym wyglądem i 
całym  dobrem,  które,  czułem  to,  mógł  dać  światu,  wstrząsnął  mną  i  zasmucił.  Jestem  pewien,  że  moje 
agresywne  zachowanie  zraniło  jego  dumę  i  przynajmniej  na  pewien  czas  powstrzymało  konanie  Agape. 
Również  ty,  odmieniając  ducha  w  psie  tamtej  kobiety,  odczułeś  Agape  w  czystej  postaci.  Twój  gest  był 
szlachetny,  cieszyłem  się  więc,  że  jestem  obok  ciebie  jako  twój  przewodnik.  Dlatego  po  raz  pierwszy 
wykonam to ćwiczenie razem z tobą.  

I Petrus nauczył mnie rytuału Agape, ĆWICZENIA BŁĘKITNEGO GLOBU. 
-  Pomogę  ci  rozbudzić  entuzjazm,  stworzyć  siłę,  która  zamknie  w  błękitnej  kuli  całą  planetę  - 

powiedział. - Dowiodę, że szanuję cię za twe poszukiwania, za to, jaki jesteś.  

Nigdy wcześniej Petrus nie wygłaszał żadnych opinii - ani dobrych, ani złych - o sposobie, w jaki 

wykonuję ćwiczenia. Pomógł mi zinterpretować wyniki pierwszego spotkania z Posłańcem, wyprowadził z 
transu po ćwiczeniu Zasiewu, nigdy jednak nie interesował się rezultatami. Nieraz go pytałem, dlaczego nic 
nie chce wiedzieć o moich doznaniach, a on odpowiadał, że jego jedynym obowiązkiem jako przewodnika 
jest  prowadzić  mnie  Drogą  i  zapoznawać  z  Praktykami  RAM.    To  ja  miałem  czerpać  korzyści  z  moich 
osiągnięć lub je lekceważyć. 

Kiedy  Petrus  oświadczył,  że  będzie  współuczestnikiem  ćwiczenia,  poczułem  się  niegodny  jego 

pochwał: znał przecież moje ułomności i  wielokrotnie powątpiewał, czy potrafi poprowadzić mnie  Drogą.  
Chciałem mu  o  tym powiedzieć, ale nie dał mi dojść do słowa. 

- Nie bądź okrutny wobec siebie, bo uznam, że nie skorzystałeś z lekcji, której ci udzieliłem. Bądź 

miły. Przyjmij pochwałę, na którą zasłużyłeś. 

Łzy  napłynęły  mi  do  oczu.  Petrus  wziął  mnie  za  rękę  i wyszliśmy. Noc była wyjątkowo ciemna. 

Usiadłem obok niego. Zaczęliśmy śpiewać. Melodia wypływała z mych ust, a on mi wtórował, bez trudu 
podchwyciwszy nutę. Teraz klaskałem jeszcze z cicha w dłonie, a moje ciało kołysało się w przód i w tył. 
Tempo  klaskania  się  wzmagało,  muzyka  płynęła  ze  mnie  swobodnie,  wyśpiewując  hymn  ku  chwale 
mrocznego nieba, pustynnej równiny, zastygłych w bezruchu skał. Wkrótce moim oczom ukazali się święci, 
w których wierzyłem, będąc dzieckiem, a których oddaliło ode mnie życie, bo także i ja zabiłem w sobie 
dużą cząstkę Agape. Lecz teraz Miłość, która pochłania, powracała, hojna i szlachetna, święci uśmiechali 
się z nieba, a ich twarze były niezmienione i wyrażały tyle samo miłości co wówczas, gdy pojawiały mi się 
w dzieciństwie. 

Rozłożyłem  ręce,  żeby  Agape  swobodnie  wypływała,  a  tajemniczy  strumień  błyszczącego 

błękitnego światła przepływał przeze mnie, obmywając mą duszę i niosąc wybaczenie za grzechy. Światło 
najpierw przeniknęło krajobraz, potem wypełniło świat, a ja się rozpłakałem. Płakałem, bo znów ogarnął 
mnie entuzjazm, byłem dzieckiem życia i nic w tej chwili nie mogło sprawić mi najlżejszego bólu. Czułem, 
że jakaś istota zbliża się do nas i siada po mojej prawicy; wyobrażałem sobie, że to mój Posłaniec, że tylko 
on  jeden  mógł  dostrzec  to  wydobywające  się  ze  mnie  i wnikające we mnie silne światło, które zalewało 
cały świat. 

Blask światła się nasilał, odgadłem więc, że ogarnęło już cały glob, wdzierało się przez wszystkie 

drzwi, wnikało w każdą uliczkę, przepełniając przez ułamek sekundy każdą żywą istotę. 

Poczułem,  że  ktoś  ujmuje  me rozłożone, wzniesione ku niebu ręce. Wtedy strumień niebieskiego 

światła  nabrał  takiej  siły,  że  sądziłem,  iż  lada  chwila  zniknie.  Zdołałem  jednak  zatrzymać  go  jeszcze  na 
kilka minut, do końca mojej piosenki. 

background image

 

 - 41 - 

A  potem  odprężyłem  się,  wyczerpany,  ale  wolny,  uszczęśliwiony  życiem  i  tym, czego doznałem. 

Ręce,  które  trzymały  moje,  cofnęły  się.  Zrozumiałem,  że  jedna  jest  dłonią  Petrusa,  a  w  głębi  serca 
wiedziałem też, do kogo należy druga. 

Otworzyłem  oczy:  tuż  obok  stał  pustelnik  Alfonso.  Uśmiechnął  się  i powiedział: Buenas noches. 

Odwzajemniłem  uśmiech,  chwyciłem  jego  rękę  i  mocno  przytuliłem  ją  do  piersi.  Nie  pozwolił  mi  na  to, 
delikatnie wysuwając dłoń z mego uścisku. 

Żaden  z  nas  trzech  nie  odezwał  się  słowem.  Po  chwili  Alfonso  podniósł  się  i  ruszył  ku  swej 

kamienistej równinie. Odprowadzałem go spojrzeniem, dopóki nie zniknął w ciemności. 

Wkrótce potem Petrus przerwał milczenie. Nie wspomniał jednak o Alfonsie. 
 

 

 

 

RYTUAŁ BŁĘKITNEGO GLOBU 

 
Usiądź wygodnie i odpręż się. Staraj się oddalić wszelkie myśli. 
Poczuj,  jak  dobrze  kochać  życie.  Daj  sercu  wolność,  niechaj  wzniesie  się,  przyjazne,  ponad 

małostkowe sprawy. Zanuć po cichu piosenkę z dzieciństwa. Wyobraź sobie, że twoje serce rośnie, wypełnia 
pokój, a potem cały dom błękitnym światłem, silnym i pełnym blasku. 

Kiedy  to  osiągniesz,  poczuj  przyjazną  obecność  świętych,  w  których  wierzyłeś,  będąc  dzieckiem. 

Upewnij się, że już są, że przybywają zewsząd, uśmiechnięci, i niosą ci wiarę i zaufanie do życia. Wyobraź 
sobie  świętych,  którzy  się  zbliżają,  kładą  ręce  na  twej  głowie,  życząc  ci  miłości,  spokoju  i  harmonii  ze 
światem. Harmonii świętych. 

Kiedy to wrażenie nabierze siły, odczuj płynność błękitnego światła, które napełnia cię i wypływa 

niczym błyszcząca, nieustannie tocząca wody rzeka. To światło zalewa dom, potem całą dzielnicę i miasto, 
kraj i świat, który otula ogromnym Błękitnym Globem. Jest upostaciowaniem Miłości wyższej, która wznosi 
się ponad codzienne zmagania, dodając ci sił, energii, wigoru i kojąc. 

Zatrzymaj  możliwie  najdłużej  to  światło,  które  spowija  blaskiem  świat.  Twoje  serce  jest  otwarte, 

obdarza miłością. Ta część ćwiczenia musi trwać co najmniej pięć minut. 

Stopniowo  wychodzisz  z  transu  i  powracasz  do  rzeczywistości.  Święci  pozostaną  przy  tobie. 

Błękitne światło zawsze będzie świecić. 

Ten  rytuał  może  i  powinien  być  dopełniany  przez  kilka  osób.  Wówczas  jednak  uczestnicy  winni 

trzymać się za ręce. 

 
 
 

 

 
 
-    Wykonuj  to  ćwiczenie,  kiedy  tylko  będziesz  mógł.  Z  czasem  Agape  znów  w  tobie  zamieszka. 

Powtarzaj je przed przystąpieniem do realizacji nowego projektu, w pierwszych dniach podróży albo kiedy 
poczujesz,  że  coś  cię  wzruszyło  do  głębi.  Jeżeli  to  możliwe,  wykonuj  je  z  kimś,  kogo  kochasz.  Tym 
ćwiczeniem trzeba się dzielić. 

Znów miałem przed sobą dawnego Petrusa - technika, instruktora i przewodnika, o którym tak mało 

wiedziałem. Emocje, którym pozwolił się ujawnić w kapliczce, zniknęły. Jednak kiedy podczas ćwiczenia 
uścisnął mą dłoń, poczułem wielkość jego ducha. 

Wróciliśmy do białej kapliczki, gdzie zostały nasze rzeczy. 
-  Myślę, że jej lokator dziś już nie wróci, więc możemy tu przenocować - oznajmił, kładąc się. 
Rozłożyłem  śpiwór,  wypiłem  łyk  wina  i  także  się  położyłem.  Byłem  wyczerpany  Miłością,  która 

trawi.  Ale  było  to  przyjemne  zmęczenie.  Nim  zamknąłem  powieki,  wspomniałem  chudego,  brodatego 
mnicha, który życzył mi dobrej nocy i usiadł obok mnie. Gdzieś tam pośród pól pozostał człowiek trawiony 
boskim płomieniem. Być może właśnie dlatego ta noc była taka mroczna -bo w nim skupiło się całe światło 
globu. 

 

background image

 

 - 42 - 

Śmierć 

 

 

-  Jesteście pielgrzymami? - zapytała starsza pani, podając nam śniadanie. 
Byliśmy  w  Azofrze,  osadzie,  której  kilka  domostw,  o  fasadach  zdobionych  średniowiecznymi 

puklerzami, skupiało się wokół studni, gdzie parę minut wcześniej napełniliśmy bukłaki. 

Potwierdziłem jej przypuszczenie, a ona spojrzała na nas z szacunkiem i dumą. 
-  Kiedy byłam mała, chodziłam na pielgrzymkę do Composteli przynajmniej raz w roku. Po wojnie 

i  w  czasach  Franco  jakby  coś  się  stało,  sama  nie  wiem  co,  i  pielgrzymki  chyba  nie  są  już  w  modzie. 
Powinni wybudować dobrą drogę. W dzisiejszych czasach ludzie podróżują chętnie tylko samochodami. 

Petrus  milczał.  Obudził  się  w  fatalnym  nastroju.  Przyznałem  kobiecie  rację  i  wyobraziłem  sobie 

nowoczesną asfaltową szosę, która biegnie przez góry i doliny, samochody z wymalowanymi na maskach 
muszlami  i  sklepiki  z  pamiątkami  przy  klasztornych  furtach.  Wypiłem  kawę  z  mlekiem,  zjadłem  chleb  z 
oliwą.  Zerknąwszy do przewodnika Aymeriego Picauda, obliczyłem, że po południu powinniśmy dotrzeć 
do Santo Domingo de la Calzada, i zaplanowałem nocleg w parador nacional

14

. Moje wydatki okazały się 

znacznie  niższe  od  przewidywanych,  chociaż  codziennie  jadaliśmy  po  trzy  posiłki.  Nadszedł  czas,  żeby 
pozwolić sobie na drobne szaleństwo i zapewnić ciału takie same względy, jakimi cieszył się żołądek. 

Obudziłem się ogarnięty dziwnym pragnieniem, by jak najszybciej znaleźć się w Santo Domingo, 

choć jeszcze przed dwoma dniami, kiedy szliśmy w stronę kapliczki, byłem pewien, że nie doznam już tego 
uczucia.  Także  Petrus  wyglądał  na  pogrążonego  w  melancholii  i  cichszego  niż  zwykle,  a  ja  zadawałem 
sobie  pytanie,  czy  taki  nastrój  był  wynikiem  spotkania  z  Alfonsem.  Miałem  wielką  ochotę  przywołać 
Astraina.  Jednak  nigdy  dotąd  nie  wzywałem  go  rankiem  i  nie  wiedziałem,  czy  to  się  uda,  więc 
zrezygnowałem. 

Skończyliśmy śniadanie i ruszyliśmy w dalszą drogę. Minęliśmy średniowieczny dom, na którym 

widniał herb, ruiny starej oberży dla pielgrzymów i park na skraju wsi. Kiedy skręcałem w ścieżkę wiodącą 
przez pola, wyczułem z lewej strony silną obecność. 

Petrus mnie zatrzymał. 
-  Ten bieg na nic się nie zda.  Przystań na chwilę i staw temu czoło. 
Zapragnąłem rozstać się z moim przewodnikiem i dalej iść samotnie. Doznałem przykrego uczucia, 

jakby ściskało mnie w żołądku. Przez moment wierzyłem nawet, że to za sprawą chleba z oliwą, ale kiedyś 
już mnie to dopadło i wiedziałem, że nie ma mowy o pomyłce. Napięcie. Napięcie i strach. 

-  Obejrzyj  się za siebie!   - krzyknął Petrus, a w jego głosie brzmiało ponaglenie.  - Obejrzyj się, 

póki nie jest za późno! 

Odwróciłem  się  gwałtownie.  Po  lewej  stronie  zobaczyłem  opuszczony  domek.  Rośliny,  które 

wdzierały  się  już  niemal  do  jego  wnętrza,  były  spalone  słońcem.  Drzewko  oliwne  wznosiło  ku  niebu 
poskręcane  gałęzie.  A  między  oliwką  i  domem,  wpatrując  się  we  mnie,  stał  pies.  Czarny  pies.  Ten  sam, 
którego parę dni temu przegnałem z domu starej kobiety. 

Zapomniałem o obecności Petrusa i patrzyłem zwierzęciu prosto w ślepia, starając się nie mrugać 

powiekami. Coś we mnie - może głos Astraina, a może mojego anioła stróża  - szeptało, że jeśli odwrócę 
oczy, on mnie zaatakuje. Staliśmy tak przez minuty długie jak wieczność. Gdy już zaznałem potęgi Miłości, 
która trawi, przyszło mi znowu zmierzyć się z powszednimi zagrożeniami, czyhającymi na każdym kroku 
naszego życia. Zastanawiałem się, po co zwierzę tak długo za mną podążało i czego właściwie mogło ode 
mnie chcieć, ponieważ ja pielgrzym poszukujący miecza - nie miałem ani ochoty, ani cierpliwości borykać 
się na tej drodze z problemami i nie obchodziło mnie, czy ich źródłem są ludzie, czy zwierzęta. Usiłowałem 
powiedzieć mu to oczyma - pamiętałem przecież mnichów, którzy porozumiewali się wzrokiem - ale pies 
nawet  nie  drgnął.  Wciąż  na  mnie  patrzył,  bez  cienia  emocji,  gotów  zaatakować,  jeśli  się  odwrócę  albo 
okażę strach. 

                                                      

14

? Stary zamek lub inna zabytkowa budowla przekształcona przez rząd hiszpański w luksusowy hotel (przyp. tłum.). 

background image

 

 - 43 - 

I nagle zrozumiałem, że strach zniknął. Miałem ściśnięty żołądek, silne napięcie przyprawiało mnie 

o  mdłości,  ale  się  nie  bałem.  Po  prostu  nie  mogłem  odwrócić  oczu,  nawet  kiedy  dostrzegłem  po  lewej 
zbliżającą się ścieżką postać. 

Zatrzymała się na kilka chwil, po czym ruszyła prosto ku nam. Przecięła linię naszych spojrzeń i 

wypowiedziała parę słów, których nie zdołałem zrozumieć. Głos był kobiecy. A obecność dobra, przyjazna, 
przychylna. 

Wystarczył ułamek sekundy, odkąd postać pojawiła się na linii spojrzeń - mojego i psa -żeby skurcz 

żołądka  ustąpił.  Miałem  przyjaciółkę,  która  przyszła  pomóc  mi  w  tej  absurdalnej,  niepotrzebnej  walce. 
Kiedy postać zniknęła, pies spuścił ślepia. Jednym susem skoczył za opuszczony dom i zaraz straciłem go z 
oczu. 

Dopiero  wówczas  strach  przyprawił  mnie  o  tak  gwałtowne  bicie  serca,  że  stałem  oszołomiony  i 

myślałem, że zemdleję. Świat wokół wirował, a ja patrzyłem na drogę, którą kilka minut temu szedłem z 
Petrusem. Szukałem tam postaci, która dodała mi sił i wsparła, gdy zmagałem się z psem. 

Była  zakonnicą.  Odwrócona  do  nas  plecami,  szła  w  stronę  Azofry.  Nie  mogłem  zobaczyć  jej 

twarzy,  ale  przypomniałem  sobie  brzmienie  głosu  i  uznałem,  że  miała  najwyżej  dwadzieścia  lat. 
Spoglądałem na drogę, którą nadeszła - była to ścieżka wiodąca donikąd. 

-  To ona... to ona mi pomogła - wyszeptałem, coraz bardziej oszołomiony. 
-  Nie zapełniaj nowymi fantazjami tego niezwykłego świata  - powiedział Petrus, chwytając mnie  

za  ramię    i    podtrzymując.    -    Przyszła  tu  z  klasztoru  w  Cańas,  to  około  pięciu  kilometrów  stąd.  Nic 
dziwnego, że nie możesz go dostrzec. 

Serce  tłukło  mi  się w piersi, obawiałem się, że zasłabnę. Zbyt przerażony, żeby mówić czy żądać 

wyjaśnień, usiadłem na ziemi, a Petrus skropił mi wodą głowę i kark. Przypomniałem sobie, że podobnie 
postąpił, kiedy opuściliśmy dom starej kobiety, tyle że tamtego dnia płakałem i czułem się dobrze. Teraz 
było zupełnie inaczej. 

Petrus  dał  mi  dość  czasu  na  odpoczynek.  Powoli  dochodziłem  do  siebie,  mdłości  stopniowo 

ustępowały. W końcu Petrus zapytał, czy możemy ruszać w dalszą drogę, a ja potakująco skinąłem głową. 
Ale  po  kwadransie  marszu  wycieńczenie  dało  o  sobie  znać.  Usiedliśmy  u  stóp  rollo,  średniowiecznej 
kolumny zwieńczonej krzyżem, charakterystycznej dla niektórych odcinków Camino de Santiago. 

-  Strach  wyrządził   ci  większą  krzywdę   niż pies - stwierdził Petrus, kiedy odpoczywałem. 
Chciałem poznać przyczyny i cel tej absurdalnej konfrontacji. 
-  W życiu i na Szlaku Świętego Jakuba pewne wydarzenia pozostają niezależne  od  naszej woli.  

Podczas  pierwszej  rozmowy  powiedziałem  ci,  że  z  oczu  Cygana  udało  mi  się  wyczytać  imię  demona,  z 
którym przyjdzie ci się zmierzyć. Zaskoczyło mnie, że ten demon miał być psem, ale nie wspomniałem o 
tym.  Dopiero  kiedy  weszliśmy  do  domu  tej  kobiety,  a  ty  po  raz  pierwszy  okazałeś  Miłość,  która  trawi, 
ujrzałem twojego wroga. Przepędzając psa tej kobiety, nie znalazłeś mu nowego miejsca. A przecież na tym 
świecie  nic  nie  znika  bez  śladu,  wszystko  się  przeobraża.  Nie  puściłeś,  jak  to  uczynił  Jezus,  duchów 
nieczystych w stado świń, które pognały na oślep i spadły w przepaść. Ty po prostu przepędziłeś psa. Teraz 
ta siła błąka się bez celu i podąża za tobą. Zanim odnajdziesz miecz, musisz zdecydować, czy chcesz być 
niewolnikiem, czy panem tej siły. 

Zmęczenie powoli ustępowało. Oddychałem głęboko, czując chłód bijący od kamiennej kolumny. 

Petrus dał mi jeszcze trochę wody. 

-  Obsesje - mówił - wyłaniają się z mroków, kiedy człowiek traci kontrolę nad mocami ziemskimi.   

Klątwa  Cygana  przelała  na  tę  kobietę strach, a strach wyżłobił szczelinę, przez którą wtargnął Posłaniec 
Śmierci.  Nie  jest  to  zjawisko  typowe,  ale  nie  zalicza  się  też  do  wyjątkowych.  Wiele  zależy  od  reakcji 
człowieka na groźby innych. 

Tym  razem  to  mnie  przyszedł  na  myśl  pewien  urywek  z  Biblii.  W  Księdze  Hioba  jest  napisane: 

„Spotkało mnie, czegom się lękał, bałem się, a jednak to przyszło"

15

-  Groźba  nie  wywoła  zła,  jeśli  nie  została przyjęta. Nigdy o tym nie zapominaj, tocząc Dobrą 

Walkę.    Nie  zapominaj    również,    że    i  atak,  i  ucieczka  są  nieodłączną  częścią  walki.  Poddanie  się 
paraliżującemu strachowi nie jest jej jedynym elementem. 

Nie odczuwałem strachu. Sam byłem tym zaskoczony i postanowiłem podzielić się wrażeniami z 

Petrusem.  

                                                      

15

? Hb 3, 25 {przyp. tlum.). 

background image

 

 - 44 - 

-  Dostrzegłem to - odparł. - Gdyby było inaczej, pies by cię zaatakował. I z pewnością wygrałby tę 

walkę, ponieważ i on się nie bał. Ale najzabawniejsze było pojawienie się tej zakonnicy. Gdy zauważyłeś 
obecność dobra, twoja ożywiona wyobraźnia podsunęła ci myśl,  że ktoś przybył ci z pomocą. I ta wiara cię 
ocaliła. Chociaż była oparta na całkowicie błędnej interpretacji faktów. 

Petrus  miał  rację.  Śmiał  się  teraz  serdecznie,  a  ja  mu  wtórowałem.  Postanowiliśmy  wyruszyć  w 

drogę. Byłem odprężony i miałem doskonały nastrój. 

-    Jest  jednak  coś,  o  czym  musisz  wiedzieć  -  oznajmił  Petrus,  kiedy  oddaliliśmy  się  od  miejsca 

postoju. Pojedynek z psem musi zakończyć się zwycięstwem jednej ze stron. On jeszcze wróci. Następnym 
razem postaraj się położyć kres tej walce. W przeciwnym razie zjawa będzie cię nękała do końca twych dni. 

Po spotkaniu z Cyganem Petrus wyznał mi, że zna imię demona. Zapytałem, jak brzmi to imię. 
-  Legion - odparł. - Ponieważ jest ich wielu. 
Szliśmy  przez  pola  przygotowywane  pod  zasiew.  Tu  i  ówdzie  widać  było  beczkowozy,  których 

rolnicy używali w trudnych zmaganiach z wyjaławiającą glebę suszą. Po obu stronach drogi do Composteli, 
jak  okiem  sięgnąć,  ciągnęły  się  kamienne  murki,  które  krzyżowały  się  i  wtapiały  w  krajobraz  wsi.  Te 
ziemie uprawiane są od stuleci - pomyślałem - a mimo to wciąż wyrzucają z siebie kamienie, które trzeba 
usuwać, kamienie, które tępią ostrza pługów, koniom ranią kopyta, a dłonie rolnika pokrywają odciskami. 
To walka, która co roku wybucha na nowo i nigdy się nie kończy. 

Petrus sprawiał wrażenie spokojniejszego niż zazwyczaj. Uświadomiłem sobie, że od rana prawie 

się nie odzywał. Po rozmowie przy średniowiecznej kolumnie pogrążył się w milczeniu i nie odpowiadał na 
większość moich pytań. Chciałem dowiedzieć się czegoś więcej o „wielu demonach", ale on wyraźnie nie 
miał ochoty wracać do tego wątku. Postanowiłem więc zaczekać na bardziej sprzyjającą okazję. 

Weszliśmy na niewielkie wzniesienie i z góry ujrzałem dzwonnicę kościoła w Santo Domingo de la 

Calzada.  Ten  widok  dodał  mi  otuchy;  oddałem  się  marzeniom  o  wygodach  i  urokliwej  magii  parador 
nacional.  Z  lektury  wiedziałem,  że  gmach  został  wzniesiony  przez  świętego  Dominika  i  miał  być 
schronieniem dla pielgrzymów. Święty Franciszek z Asyżu spędził tam jedną noc w drodze do Composteli. 
Wszystko to wprawiało mnie w radosne podniecenie. 

Zbliżała się już chyba siódma wieczorem, kiedy Petrus zaproponował krótki postój. Przypomniałem 

sobie Roncesvalles, ów powolny marsz w chwilach, gdy byłem zziębnięty i marzyłem o kieliszku wina, i 
ogarnęła mnie obawa, że i tym razem Petrus szykuje dla mnie podobną niespodziankę. 

-    Żaden  Posłaniec  nie  pomoże ci nigdy w pokonaniu innego. Nie są ani dobrzy, ani źli, już ci to 

mówiłem, po prostu mają silne poczucie lojalności wobec pobratymców. Nie licz na Astraina, jeśli chcesz 
pokonać psa. 

Teraz ja z kolei nie miałem nastroju do rozmów o Posłańcu. Chciałem jak najszybciej znaleźć się w 

San Domingo. 

-  Posłańcy zmarłych mogą zawładnąć ciałem tego, który żyje w strachu. Dlatego w przypadku psa 

jest ich wielu, zwabionych przez strach tkwiący w kobiecie. I nie tylko Posłaniec zamordowanego Cygana, 
ale i inne błądzą w poszukiwaniu szansy na nawiązanie łączności z mocami ziemskimi. 

Dopiero  teraz  odpowiedział  na  moje  pytanie.  Jednak w jego głosie brzmiała sztuczność, jakby w 

gruncie rzeczy nie chciał ze mną na ten temat rozmawiać. Intuicja natychmiast mi to podszepnęła. 

-  Czego właściwie chcesz, Petrusie? - zapytałem, z lekka poirytowany. 
Mój  przewodnik  nie  odpowiadał.  Zszedł  z  drogi  i  ruszył  w  stronę  starego,  niemal  bezlistnego 

drzewa, rosnącego kilkadziesiąt metrów dalej pośród pól  - jedynego drzewa w zasięgu wzroku. Ponieważ 
nie dał mi znaku, bym za nim podążył, stałem na drodze, nie wiedząc, co robić. I wtedy na mych oczach 
rozegrała  się  dziwna  scena:  Petrus  zaczął  krążyć  wokół  drzewa i głośno mówić, wpatrując się w ziemię. 
Pod koniec tej wędrówki skinął na mnie. 

-  Usiądź  tu.  -  W  jego  głowie  brzmiał  nowy  dla  mnie  ton  i  nie  potrafiłem  odgadnąć,  czy  to 

rozczulenie, czy cierpienie. - Zostaniesz tu. Jutro spotkamy się w Santo Domingo de la Cal-zada. 

Zanim zdążyłem otworzyć usta, Petrus podjął: - W najbliższych dniach, ale zaręczam, że nie dziś, 

przyjdzie  ci  zmierzyć  się  z  najgroźniejszym  z  twoich  wrogów  na  Camino  de  Santiago  -z  psem.  Bądź 
spokojny  -  kiedy  wybije  ta  godzina,  nie  zostawię  cię  samego  i  dam  ci  potrzebną  do  walki  siłę.  Lecz  dziś 
stawisz  czoło  przeciwnikowi  innego  rodzaju,  przeciwnikowi  fikcyjnemu,  który  może  cię  zniszczyć,  ale 
może też stać się twoim najlepszym kompanem: Śmierci. Człowiek jest jedyną na świecie istotą świadomą 
bliskości  swej  śmierci.  Z  tego  i  choćby  tylko  z  tego  względu  żywię  wobec  rodzaju  ludzkiego  głęboki 
szacunek i wierzę, że jego przyszłość będzie o wiele lepsza od teraźniejszości. Nawet wiedząc, że jego dni 
są policzone i że kres wszystkiego nastąpi w najmniej spodziewanym momencie, człowiek czyni ze swego 

background image

 

 - 45 - 

życia  walkę  godną  istoty  nieśmiertelnej.  To,  co  ludzie  zwą  dumą  -  pozostawić  po  sobie  trwałe  dzieło, 
potomstwo, uczynić coś, by ich imię nie popadło w zapomnienie - uważam za najwyższą formę człowieczej 
godności. W świecie ludzi występuje pewna prawidłowość: ta krucha istota, jaka jest człowiek, stara się za 
wszelką cenę ukryć przed sobą to, czego ma absolutną pewność - świadomość nieuniknionej śmierci. I nie 
dostrzega, że w ludzkim życiu to właśnie ona mobilizuje do czynienia najwspanialszych rzeczy. Człowiek 
boi się przejścia na mroczną stronę, z przerażeniem spogląda na nieznane, a jedynym znanym mu sposobem 
przezwyciężenia  tego  strachu  jest  zapomnienie,  że  dni  są  policzone.  Nie  potrafi  zrozumieć,  że  świadom 
śmierci mógłby zdobyć się na większą brawurę, posunąć znacznie dalej w codziennych bojach, ponieważ 
nie miałby nic do stracenia, pamiętając, że śmierć jest nieunikniona. 

Myśl  o  spędzeniu  nocy  w  San  Domingo  pozostała  już  tylko  odległym  wspomnieniem.  Z  coraz 

większym  zainteresowaniem  wsłuchiwałem  się  w  słowa  Petrusa.  Na  horyzoncie,  przed  nami,  powoli 
umierało słońce. Może i ono usłyszało te słowa. 

-  Śmierć  jest  naszą  wierną  towarzyszką,  ponieważ  właśnie  ona  nadaje  sens  naszemu  życiu.  Aby 

jednak ujrzeć prawdziwe oblicze śmierci, musimy najpierw poznać wszystkie pragnienia i wszystkie lęki, 
jakie potrafi wzbudzić w każdej istocie żywej samo przywołanie jej imienia. 

Petrus usiadł pod drzewem i poprosił, abym i ja to uczynił. Wyjaśnił mi, że przed chwilą chodził 

wokół  drzewa,  bo  przypomniał  sobie,  co  się  wydarzyło,  kiedy  sam  jako  pielgrzym  podążał  do  Santiago. 
Potem wyjął z plecaka i podał mi dwie ogromne kanapki, które kupił w porze obiadowej . 

-  Tu, gdzie jesteś, nic ci nie zagraża - powiedział. - Nie ma tu jadowitych węży, a pies ponowi atak 

dopiero, kiedy zapomni o dzisiejszej porażce. W tej okolicy nie spotkasz ani włóczęgów, ani złoczyńców. 
Znajdujesz  się  w  miejscu  całkowicie  bezpiecznym,      z  jednym  jedynym    wyjątkiem  -  jesteś  zagrożony 
strachem. 

I  wytłumaczył  mi,  że  przed  dwoma  dniami  doznałem  uczucia  równie  silnego  i  gwałtownego  jak 

śmierć: Miłości, która trawi. Nawet przez chwilę nie wahałem się ani nie bałem, ponieważ do uniwersalnej 
miłości nie żywiłem żadnych uprzedzeń. Lecz każdy z nas ma uprzedzenia wobec śmierci, nikt nie rozumie, 
że jest ona inną formą Agape. 

Odpowiedziałem Petrusowi, że po wielu latach terminowania lęk przed śmiercią właściwie we mnie 

wygasł. Prawdę mówiąc, bardziej bałem się tego, jak przyjdzie mi umierać, niż śmierci samej w sobie. 

-    W  takim  razie  dziś  wieczorem  będziesz  miał  okazję  doświadczyć  najbardziej  przerażającej 

postaci śmierci. 

I Petrus nauczył mnie ĆWICZENIA POGRZEBANIA ŻYWCEM. 
-  Musisz je wykonać tylko ten jeden raz  - powiedział, a ja przypomniałem sobie bardzo podobne   

ćwiczenie   teatralne.   -   Musisz   obudzić całą prawdę, cały strach konieczny do tego, by ćwiczenie mogło 
wypływać z głębi twej duszy i by opadła przerażająca maska, która zakrywa miłe oblicze śmierci. 

Petrus wstał. Ujrzałem jego sylwetkę odcinającą się na tle nieba, które płonęło zachodem słońca. 

Siedziałem i może dlatego wydał mi się potężny niczym ogromna, władcza postać. 

-  Petrusie, chcę ci zadać jeszcze jedno pytanie. 
-  Jakie? 
-    Dziś  rano  byłeś  milczący  i  zachowywałeś  się  dziwnie.  Wcześniej  niż  ja domyśliłeś się, że pies 

znowu się pojawi. Jak to możliwe? 

-    Kiedy  wspólnie    doznaliśmy    Miłości,    która  trawi,  złączyliśmy  się  również  w  absolucie.  A 

absolut  ujawnia  ludziom,  kim  naprawdę  są,  odkrywa  ogromną  osnowę  przyczyn  i  skutków,  a  każdy 
najdrobniejszy gest jednego człowieka znajduje odbicie w życiu innych.  Tego ranka owa cząstka   absolutu   
była   jeszcze   bardzo   żywa w mojej duszy. Rozumiałem ciebie  - i nie tylko ciebie, lecz wszystko, co 
istnieje na tym świecie, bez żadnych ograniczeń w czasie i przestrzeni. Teraz te wrażenia osłabły i ożywia, 
się dopiero, gdy powtórnie wykonam z tobą ćwiczenie Miłości, która trawi. 

Przypomniałem sobie, w jak fatalnym nastroju był dziś rano Petrus. Jeżeli mówił prawdę, to świat 

przeżywał bardzo trudny okres. 

-  Będę na ciebie czekał w parador - powiedział, odchodząc. - Podam twoje nazwisko w recepcji. 
Odprowadzałem go wzrokiem, aż zniknął w oddali. Rolnicy zakończyli pracę na polach i wracali do 

domów. Postanowiłem wykonać ćwiczenie, skoro tylko zapadnie noc. 

Byłem spokojny. Po raz pierwszy od początku tej niezwykłej wędrówki Szlakiem Świętego Jakuba 

zostałem  zupełnie  sam.  Wstałem  i  przeszedłem  parę  kroków,  ale  noc  gęstniała  bardzo  szybko  i 
postanowiłem wrócić pod drzewo, obawiając się, że za chwilę nie zdołam go odnaleźć. Zanim zrobiło się 
zupełnie  ciemno,  określiłem  odległość  dzielącą  drzewo  od  drogi.  Ponieważ  w  okolicy  nie  było  żadnych 

background image

 

 - 46 - 

świateł, które mogłyby przytłumić blask księżyca, czułem się na siłach dotrzeć do Santo Domingo w blasku 
cienkiego rogalika, który pojawił się już na niebie. 

Powiedziałem sobie, że tylko usilna praca bujnej wyobraźni mogłaby rozbudzić we mnie lęk przed 

straszliwą  śmiercią.  Jednak  bez  względu  na  to,  ile  lat  człowiek  przeżył,  zapadająca  noc  niesie  ze  sobą 
obrazy skrywane w duchu od najwcześniejszego dzieciństwa. Im ciemniej robiło się wokół, tym bardziej 
czułem się nieswojo. 

Znalazłem  się  tu  samotny  pośród  pól  i  nawet  gdybym  krzyknął,  nikt  by  mnie  nie  usłyszał. 

Przypomniałem sobie, że dziś rano byłem bliski omdlenia. Jeszcze nigdy w życiu nie czułem, by serce tak 
okropnie miotało się w mej piersi. 

A  gdybym  umarł?  Logicznie  rzecz  ujmując,  wszystko  by  się  skończyło.  Lecz  przecież  na  drodze 

Tradycji rozmawiałem już z wieloma duchami. Byłem całkowicie przekonany o istnieniu życia po życiu, 
nigdy jednak nie zastanawiałem się, jak dokonuje się to przejście. Pomyślałem, że przekraczanie granicy 
obu wymiarów musi być potworne, choćbyśmy nie wiedzieć jak dobrze się do niego przygotowali. Gdybym 
na  przykład  umarł  dzisiejszego  ranka,  pielgrzymka  do  Composteli,  lata  studiów,  żal  rodziny,  pieniądze 
ukryte  w  moim  pasku  -  wszystko  to  nie  miałoby  już  najmniejszego  sensu.  Na  myśl  przyszła  mi  roślina, 
która  stała  na  moim  biurku,  w  Brazylii.  Ta  roślina  wciąż  by  była,  podobnie  jak  omnibus,  sprzedawca 
warzyw  z  mojej  uliczki,  który  zawsze  oszukiwał  klientów,  czy  telefonistka,  która  bez  większego  oporu 
podawała  mi  zastrzeżone  numery.  Wszystkie  te  drobiazgi,  które  mogłyby  zniknąć,  gdybym  rano  dostał 
zawału, nagle okazały się niesłychanie ważne. To właśnie one, a nie gwiazdy czy mądrość, przekonywały 
mnie, że naprawdę żyję. 

Noc  była  już  ciemna,  a  na  horyzoncie  dostrzegłem  bladą  łunę  miasta.  Ułożyłem  się  na  ziemi  i 

zapatrzyłem  w  gałęzie  drzewa  nad  głową.  Po  chwili  usłyszałem  dziwne,  różnorodne  dźwięki.  To  nocne 
zwierzęta  wyruszały  na  łowy.  Petrus  nie  mógł  wiedzieć  wszystkiego,  był  przecież,  tak  jak  ja,  zwykłym 
człowiekiem.  Czy  rzeczywiście  mógł  mi  zagwarantować,  że  nie  ma  tu  jadowitych  węży?  A  wilki, 
odwiecznie  europejskie  wilki?  Może,  czując  mój  zapach,  postanowiły  podejść  tu  tej  nocy?  Drgnąłem, 
słysząc jakiś gwałtowny hałas podobny do trzasku łamiącej się gałęzi, a moje serce biło znów jak szalone. 

Czułem, że ogarnia mnie coraz większe napięcie. Uznałem, że najlepiej będzie wykonać ćwiczenie i 

ruszyć do hotelu. Powoli wytłumiłem emocje i splotłem ręce na piersi, jak splata się je zmarłym. Tuż obok 
mnie coś się poruszyło. Zerwałem się na równe nogi. 

Nic się nie stało. Noc zawładnęła światem, wiodąc za sobą orszak ludzkich lęków. Znów ułożyłem 

się na ziemi, postanawiając, że tym razem każdy element strachu wykorzystam jako czynnik pobudzający 
mnie do ćwiczenia. Stwierdziłem, że pomimo znacznego spadku temperatury mocno się pocę. 

Wyobraziłem  sobie  zamkniętą  trumnę,  którą  skręcono  już  śrubami.  Leżałem  nieruchomo,  lecz 

żyłem  i  chciałem  powiedzieć  najbliższym krewnym, którzy byli w pobliżu, jak bardzo ich kocham,  ale z 
moich  ust  nie  wydobył  się  żaden  dźwięk.  Ojciec,  zapłakana  matka,  wokół  mnie  przyjaciele,  a  ja  byłem 
zupełnie sam! Wszystkie drogie memu sercu istoty stały tu i nikt nie potrafił dostrzec, że jestem żywy, że 
jeszcze  nie  dokonałem  wszystkiego,  czego  zamierzałem  dokonać  na  tym  świecie.  Podejmowałem 
rozpaczliwe próby, pragnąc otworzyć oczy, dać jakiś znak, uderzyć w pokrywę trumny. Lecz w moim ciele 
nic nawet nie drgnęło. 

Poczułem,  że  trumna  się  kołysze.  Niesiono  mnie  do  grobu.  Słyszałem  nawet  zgrzyt  metalowych 

ogniw trących o żelazne okucia, kroki ludzi podążających w kondukcie, odgłosy rozmów. Ktoś powiedział, 
że  po  pogrzebie  odbędzie  się  kolacja,  ktoś  inny  stwierdził,  że  młodo  umarłem.  Oszałamiała  mnie  woń 
kwiatów leżących nad moją głową. 

 

 

 

ĆWICZENIE POGRZEBANIA ŻYWCEM 

 

Usiądź na ziemi i odpręż się. Spleć ręce na piersi, przybierając pozycję zmarłego. 
Wyobraź sobie, szczegół po szczególe, własny pogrzeb, jakbyś wiedział, że odbędzie się już jutro.  

Jedyna różnica polega na tym, że jesteś pogrzebany żywcem. Wraz z rozwojem sytuacji - od kaplicy poprzez 
drogę do grobu - napinaj mięśnie, czyniąc rozpaczliwy wysiłek, by się ruszyć. Ale nie ruszaj się. Nie ruszaj 
się  aż  do  chwili, gdy  - nie mogąc wytrwać dłużej  - jednym ruchem, który poderwie całe ciało, odrzucisz 
deski  trumny,  nabierzesz  tchu  i  będziesz  oswobodzony.  Efekt  tego  ruchu  się  nasili,  jeśli  będzie  mu 
towarzyszył krzyk, krzyk dobywający się z głębi twego ciała. 

background image

 

 - 47 - 

 
 
 

 

 
 
Przypomniałem sobie, że nie odważyłem się zalecać do kilku kobiet, ponieważ obawiałem się, że 

mnie nie zechcą. Wspomniałem także kilka innych sytuacji, gdy stłumiłem własne pragnienia, sądząc, że 
zdążę  je  zrealizować  w  przyszłości.  Ogarnął  mnie  głęboki  żal  -  i  nie  tylko  dlatego,  że  grzebano  mnie 
żywcem,  ale  także  dlatego,  że  dotąd  bałem  się  życia.  Czym  jest  obawa  przed  odtrąceniem,  odkładanie 
planów na później, skoro liczy się przede wszystkim to, by cieszyć się pełnią życia? Stałem się więźniem 
tej trumny i było już za późno, żeby zacząć od nowa, wykazując odwagę, na którą dawno powinienem się 
zdobyć. 

Byłem  dla  siebie  Judaszem,  zdrajcą  samego  siebie.  Leżałem  tu,  nie  mogąc  poruszyć  żadnym 

mięśniem,  i  w  myśli  wołałem  o  pomoc,  podczas  gdy  tamci  ludzie  na  zewnątrz  nurzali  się  w  życiu, 
pochłonięci myślą o tym, co mają robić dzisiejszego wieczoru; spoglądali na posągi i budowle, których ja 
miałem już nigdy nie zobaczyć. Ogarnęło mnie poczucie straszliwej niesprawiedliwości, krzywdy, jaką mi 
wyrządzano,  zamykając  w  grobie,  kiedy  tamci  mieli  dalej  żyć.  Wolałbym  już  jakąś  wielką  katastrofę; 
wolałbym,  abyśmy  wszyscy  razem  znaleźli  się  na  statku,  sunąc  ku  czarnemu  punktowi,  do  którego  mnie 
ponieśli. Ratunku! Ja żyję, nie umarłem, mój mózg funkcjonuje prawidłowo! 

Ludzie  ustawili  trumnę  nad  przygotowanym  grobem.  Zaraz  zostanę  pogrzebany!  Żona  o  mnie 

zapomni, wyjdzie powtórnie za mąż i będzie trwoniła pieniądze, które przez te wszystkie lata staraliśmy się 
odkładać... i cóż z tego! Chcę z nią teraz być, bo przecież żyję! 

Słyszę  plącz  i  czuję,  że  mnie  także  łzy  kręcą  się  w  oczach.  Gdyby  w  tej  chwili  ktoś  otworzył 

trumnę, zauważyliby to i byłbym uratowany. Ale trumna bezlitośnie opuszcza się w dół. Nagle wszystko 
ogarniają ciemności. Dotąd słaba smuga światła docierała do mnie przez szparę pod pokrywą, teraz mrok 
jest  nieprzenikniony.  Łopaty  grabarzy  zasypują  grób,  a  ja  przecież  żyję!  Pogrzebany  żywcem!  Powietrze 
staje  się  ciężkie,  woń  kwiatów  nieznośna,  słyszę  odgłos  kroków  ludzi,  którzy  odchodzą.  Wpadam  w 
straszliwe  przerażenie.  Nie  jestem  w  stanie  się  poruszyć,  a  oni  już  odeszli.  Zaraz  nastanie noc i nikt nie 
usłyszy pukania w głębi grobu! 

Krzyk dobywający się z mych myśli nie dotarł do żałobników, zostałem sam, a ciemności, duszące 

powietrze  i  zapach  kwiatów  doprowadzały  mnie  do  szaleństwa.  I  nagle  hałas.  To  robaki,  robaki,  które 
pełzną, żeby pożreć mnie żywcem. Staram się ze wszystkich sił poruszyć ręką lub nogą, ale wciąż jestem 
bezwładny.  Robaki  wtargnęły  już  na  moje  ciało.  Są  tłuste  i  zimne.  Chodzą  mi  po  twarzy,  wpełzają  pod 
spodnie. Jeden wślizguje się do odbytu, inny wyłazi przez dziurkę w nosie. Ratunku! One pożerają mnie 
żywcem, a nikt nie słyszy mego krzyku, nikt nic nie mówi. Robal wpełza do nozdrza i przedostaje się do 
gardła. Inny wsuwa się do ucha. Muszę się stąd wydostać! Gdzie jest Bóg, dlaczego nie odpowiada? One 
zaczęły  już  zjadać  moje  gardło,  teraz  nie  będę  mógł  nawet  krzyczeć!  Wdzierają  się  przez  każdy  otwór, 
okiem, kącikiem ust, przez penis. Czuję w sobie te tłuste i odrażające stwory, muszę krzyknąć, muszę się 
oswobodzić!  Tkwię  w  tym  mrocznym  i  zimnym  grobie  zupełnie  sam,  pożerany  żywcem.  Brakuje  mi 
powietrza i zjadają mnie robaki! Muszę się poruszyć. Muszę roztrzaskać trumnę! Boże, pomóż mi zebrać 
wszystkie  siły,  bo  naprawdę  muszę  się  poruszyć!  MUSZĘ  STĄD  WYJŚĆ,  MUSZĘ!  PORUSZĘ  SIĘ! 
PORUSZĘ! UDAŁO SIĘ! 

Deski trumny wzleciały z trzaskiem, grób zniknął, a ja pełną piersią czerpałem czyste powietrze pól 

wzdłuż Camino de Santiago. Drżałem od stóp do głów, zlany rzęsistym potem. Otrząsnąłem się i po chwili 
zrozumiałem, że wyrzuciłem z siebie całą zawartość przewodu pokarmowego. Ale takie drobiazgi nie miały 
znaczenia: żyłem! 

Drżenie  nie  ustępowało,  a  ja  nawet  nie  usiłowałem  go  opanować.  Ogarnęło  mnie  wrażenie 

niewyczerpanego wewnętrznego spokoju, czułem, że ktoś stoi u mego boku. Spojrzałem w stronę tej siły i 
zobaczyłem oblicze mojej śmierci. Nie była to śmierć, jakiej doświadczyłem przed paroma minutami, ale 
moja prawdziwa śmierć, przyjaciółka i doradczyni, dzięki której już nigdy, nawet przez jeden dzień życia, 
nie będę tchórzem. Od tej chwili ona udzieli mi wsparcia pewniejszego niż ręka i rady Petrusa. Nie pozwoli 
mi już odkładać na potem tego, co mogę przeżyć teraz. Nie pozwoli uchylać się od zmagań życia i pomoże 
prowadzić  Dobrą  Walkę.  Już  nigdy,  w  żadnej  chwili,  nie  będę  czuł  się  śmieszny  dlatego,  że  pozwalam 
sobie  na  jakiś  drobny  gest.  Była  tu,  zapewniała,  że  kiedy  wyciągnie  rękę,  by  zabrać  mnie  w  podróż  ku 

background image

 

 - 48 - 

innym światom, nie będę musiał dźwigać najcięższego spośród wszystkich grzechów: żalu. Pewien, że przy 
mnie  stoi,  patrząc  w  jej  życzliwą  twarz,  wiedziałem  teraz,  że  pobiegnę  ukoić  pragnienie  u  źródła  żywej 
wody, jaką jest nasz byt doczesny. 

Noc  nie  kryła  już  przede  mną  tajemnic  ani  lęków.  To  była  szczęśliwa  noc,  noc  spokoju.  Kiedy 

drżenie  ustąpiło,  podniosłem  się  i  ruszyłem  w  stronę  beczkowozów  pozostawionych  przez  rolników. 
Uprałem bermudy i przebrałem się w te zapasowe, które miałem w plecaku. Potem wróciłem pod drzewo i 
zjadłem  kanapki  od  Petrusa.  Było  to  najsmakowitsze  jedzenie,  jakie  kiedykolwiek  miałem  w  ustach,  bo 
przecież żyłem, a śmierć już mnie nie przerażała. 

Postanowiłem spędzić tu noc. Ciemności nigdy jeszcze nie emanowały takim spokojem. 
 
 

 

Przywary ludzkie 

 

 

Znaleźliśmy się na bezkresnym polu zboża, gładkim i monotonnym polu, które ciągnęło się aż po 

horyzont.  Jednostajność  krajobrazu  zakłócała  tylko  zwieńczona  krzyżem  średniowieczna  kolumna,  która 
znaczyła szlak pielgrzymki. Przed tą kolumną Petrus rzucił plecak na ziemię i padł na kolana. Polecił mi 
uczynić to samo. 

-  Pomódlmy  się.  Pomódlmy  się,  by  przezwyciężyć  to,  co  wiedzie  do  porażki  pielgrzyma,  gdy 

odnajdzie już swój miecz -- ludzkie przywary.  

Choćby  bardzo  długo  uczył  się  u  Wielkich  Mistrzów  władać  ostrzem,  jedna  z  rąk  na  zawsze 

pozostanie  jego  najgroźniejszym  wrogiem.  Będziemy  się  modlić,  abyś  -  jeśli  rzeczywiście  odnajdziesz 
miecz - dzierżył go w dłoni, która cię nie zawiedzie. 

Była druga po południu. Wokół panowała niezmącona cisza. 
-  Zmiłuj  się,  Panie,  albowiem  jesteśmy  pielgrzymami  podążającymi  do  Composteli  i być może to 

nasza  wada.  Spraw  w  swym  niewyczerpanym  miłosierdziu,  abyśmy  nigdy  nie  zwrócili  naszej  wiedzy 
przeciw sobie samym. 

Zmiłuj  się  nad  tymi,  którzy  okazują  zmiłowanie  wobec  siebie  i  uważają  się  za  ludzi  dobrych, 

uznając,  że  życie  jest  wobec  nich  niesprawiedliwe,  ponieważ  nie  zasłużyli  sobie  na  to, co ich spotkało  - 
albowiem ci nigdy nie będą zdolni podjąć Dobrej Walki. Zmiłuj się także nad tymi, którzy są wobec siebie 
okrutni, dostrzegają w swych czynach samo zło i winią się za niesprawiedliwość tego świata. Albowiem ci 
nie znają Twego prawa, które głosi: „U was zaś nawet włosy na głowie wszystkie są policzone"

16

Zmiłuj się nad tymi, którzy rozkazują, i tymi, którzy przestrzegają swych godzin pracy, sobie zaś 

poświęcają  w  zamian  niedzielę,  kiedy  wszystko  jest  zamknięte  i  nie  ma  dokąd  iść.  Zmiłuj  się  wszelako 
także nad tymi, którzy uświęcając Twe dzieło, przekraczają granice Twego szaleństwa i kończą zadłużeni 
lub przybici do krzyża przez własnych braci. Ci bowiem nie znali Twego prawa, które głosi: „Bądźcie więc 
roztropni jak węże, a nieskazitelni jak gołębie!"

17

Zmiłuj  się,  albowiem  człowiek  może  pokonać  świat,  a  nigdy  nie  stoczyć  Dobrej  Walki  z  sobą 

samym. Zmiłuj się wszelako także nad tymi, którzy wygrali Dobrą Walkę i teraz tkwią na rozdrożach albo 
w karczmach życia, gdyż nie zdołali pokonać świata. Ci nie znają bowiem Twego prawa, które głosi: „Kto 
(...) słów moich słucha i wypełnia je (...) dom swój zbudował na skale"

18

Zmiłuj się nad tymi, którzy lękają się sięgnąć po pióro, pędzel, instrument lub dłuto. Sądzą bowiem, 

że inni lepiej potrafią się nimi posługiwać, oni zaś uważają się za niegodnych, by przestąpić progi świątyni 
sztuki.  Lecz  więcej  miłosierdzia  okaż  tym,  którzy  chwycili  za  pióro,  pędzel,  instrument  czy  dłuto  i 

                                                      

16

? Łk 12, 7; Mt 10, 30 (przyp. tłum.). 

17

? Mt 10, 16 (przyp. tłum.) 

18

? Mt 7, 24 (przyp. tłum.) 

background image

 

 - 49 - 

przemienili  natchnienie  w  niskie uczucie, siebie zaś uważają za lepszych od innych. Ci nie znają Twego 
prawa, które głosi: „Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie miało być ujawnione, ani nic tajemnego, co by 
nie było poznane i na jaw nie wyszło"

19

Zmiłuj  się  nad  tymi,  którzy  jedzą,  piją  i  dogadzają  sobie,  lecz  są  samotni  i  nieszczęśliwi  pośród 

dostatku.  Jednak  więcej  miłosierdzia  okaż  tym,  którzy  poszczą,  wzbraniają  i  karcą,  uważając  się  za 
świętych, i w Twoim imieniu głoszą nauki. Ci nie znają bowiem Twego prawa, które głosi: „Gdybym Ja 
wydawał świadectwo o sobie samym, sąd mój nie byłby prawdziwy"

20

Zmiłuj  się  nad  tymi,  którzy  lękają  się  śmierci,  niepomni,  jak  wiele  przemierzyli  królestw  i  jak 

wieloma śmierciami już umarli, i czują się nieszczęśliwi, ponieważ sądzą, że pewnego dnia nadejdzie kres 
wszystkiego. Lecz więcej miłosierdzia miej dla tych, którzy zaznali już wielu śmierci i dziś uważają się za 
nieśmiertelnych, zapomnieli bowiem o Twym prawie, które głosi: „Jeśli się ktoś nie narodzi powtórnie, nie 
może ujrzeć Królestwa Bożego"

21

Zmiłuj  się  nad  tymi,  którzy  pozwalają  się  zniewolić,  dobrowolnie  przyjmując  jedwabne  pęta 

miłości, uważają się za pana drugiego człowieka, żywią zazdrość i zatruwają swój umysł, udręczając się, 
ponieważ nie potrafią dostrzec, że miłość jest zmienna niczym wiatr  - jak wszystko na tym świecie. Lecz 
więcej  miłosierdzia  okaż  tym,  którzy  umierają  ze  strachu  przed  miłością  i  odrzucają  ją  w  imię  miłości 
wyższej, której nie znają, nie znają bowiem Twego prawa, które głosi: „Kto (...) będzie pił wodę, którą Ja 
mu dam, nie będzie pragnął na wieki"

22

Zmiłuj  się  nad  tymi,  którzy  chcą  zamknąć  wszechświat  w  ścisłych  formułach,  Boga  uczynić 

magicznym  napojem,  a  człowieka  istotą  o  podstawowych  potrzebach,  które  trzeba  zaspokoić,  oni  nigdy 
bowiem  nie  usłyszą  muzyki  sfer  niebieskich.  Zmiłuj  się  jednak  i  nad  tymi,  którzy,  zaślepieni  wiarą,  w 
laboratoriach  przemieniają  rtęć  w  złoto  i  zagłębiają  się  w  księgach,  opisujących  sekrety  tarota  i  moc 
piramid. Ci nie znają bowiem Twego prawa, które głosi: „Kto nie przyjmie Królestwa Bożego jak dziecko, 
ten nie wejdzie do niego"

23

.                               

Zmiłuj  się  nad  tymi,  którzy  nie  dostrzegają  nikogo  poza  sobą,  dla  których  inni  są  ledwie 

zamazanymi zjawami, oni zaś widzą ich tylko z daleka niczym zjawy poruszające się po ulicach oglądanych 
z  okien  limuzyny,  sami  zaś,  odizolowani  w  klimatyzowanych  gabinetach  na  najwyższych  piętrach 
biurowców, boleją w milczeniu nad samotnością swej władzy. Jednak okaż miłosierdzie także tym, którzy, 
zawsze hojni, są miłosierni i pragną pokonać zło samą miłością, ci bowiem nie znają Twego prawa, które 
głosi: „Kto nie ma [miecza], niech sprzeda swój płaszcz i kupi miecz!"

24

Zmiłuj  się,  Panie,  nad  nami,  którzy  szukamy  i  ośmielamy  się  chwycić  miecz,  który  Ty  nam 

obiecujesz,  jesteśmy  bowiem  ludem  świętym  a  grzesznym,  rozproszonym  po  świecie.  Albowiem  nie 
rozpoznajemy samych siebie i często sądzimy, że jesteśmy przyodziani, choć jesteśmy nadzy, myślimy, że 
dopuszczamy  się  zbrodni,  w  rzeczywistości  zaś  niesiemy  ocalenie.  Nie  zapominaj  o  nas  w  swym 
miłosierdziu, o nas, którzy dzierżymy miecz ręką anioła i ręką demona. Ponieważ jesteśmy na tym świecie, 
trwamy na nim i potrzebujemy Cię. Zawsze potrzebujemy Twego prawa, które głosi: „Czy brak wam było 
czego, kiedy was posyłałem bez trzosa, bez torby i bez sandałów?"

25

Petrus zamilkł. Cisza trwała długo. A on wpatrywał się w otaczające nas łany zboża. 
 

Zwycięstwo 

 

 

                                                      

19

? Łk 8, 17 (przyp. tłum.). 

20

? J 5, 31 (przyp. tłum.). 

21

? J 3, 3 (przyp. tłum.) 

22

? J 4, 14 (przyp. tłum.). 

23

? Mk 10, 15; Łk 18, 17 (przyp. tłum.). 

24

? Łk 22, 36 (przyp. tłum.). 

25

? Łk 22, 35 (przyp. tlum.). 

background image

 

 - 50 - 

Któregoś  popołudnia  stanęliśmy  u  stóp  starego  zamku,  a  raczej  ruin  zamku  templariuszy. 

Usiedliśmy,  żeby  trochę  odpocząć.  Petrus,  zgodnie  ze  swym  zwyczajem,  zapalił  papierosa,  a  ja  wypiłem 
resztkę  wina,  specjalnie  w  tym  celu zostawioną po śniadaniu. Rozejrzałem się wokół i zobaczyłem kilka 
wiejskich domów, zamkową wieżę, ciągnące się po horyzont pagórki i pola uprawne przygotowane już pod 
zasiew. Nagle, na prawo ode mnie, tuż pod ruinami, pojawił się pasterz, który prowadził z pastwiska stado 
owiec. Pył unoszący się spod racic zwierząt przesłonił czerwone niebo szarawą mgiełką, nadając pejzażowi 
charakter wizji ze snu albo krainy magii. Pasterz uniósł ramię w powitalnym geście. Odpowiedzieliśmy mu 
skinieniem ręki. 

Owce minęły nas, podążając swoją drogą. Petrus wstał. Ta scenka zrobiła na nim silne wrażenie. 
-  Chodźmy. Musimy się pospieszyć - powiedział. 
-  Dlaczego? 
-  Po prostu. Nie wydaje ci się, że spędziliśmy na Camino de Santiago sporo czasu? 
Coś mi mówiło, że jego nagły pośpiech miał związek z pojawieniem się pasterza i stada owiec. 
W  dwa  dni  później  znaleźliśmy  się  u  podnóża  gór,  których  pasma,  usytuowane  na  południu, 

przerywały monotonię bezkresnych łanów zbóż. Nawet pośród naturalnych wzniesień żółte znaki, o których 
powiedział mi padre Jordi, były doskonale widoczne. Lecz Petrus bez słowa wyjaśnienia coraz bardziej się 
od nich oddalał, kierując się na północ. Zwróciłem na to jego uwagę, ale rzucił tylko oschłym tonem, że to 
on jest przewodnikiem i wie, dokąd mnie prowadzi. 

Po mniej więcej półgodzinnej wędrówce usłyszałem szum, który kazał mi pomyśleć, że znaleźliśmy 

się  w  pobliżu  wodospadu.  Wokół  rozpościerały  się  jednak  tylko  spalone  słońcem  pola.  Rozglądałem  się 
więc,  szukając  źródła  tych  dźwięków.  Im  dalej  się  posuwaliśmy,  tym  szum  był  głośniejszy,  aż  w  końcu 
rozwiały  się  moje  wątpliwości  --  to  naprawdę  był  wodospad.  Ze  zdumieniem  stwierdziłem,  że  mam  do 
czynienia z niezwykłym zjawiskiem - wciąż rozglądałem się wokół siebie, nie mogąc dostrzec jednak ani 
gór, ani wody. 

Lecz po chwili minęliśmy lekkie wzniesienie i niespodziewanie znalazłem się przed zadziwiającym 

wytworem  natury:  teren  gwałtownie  się  obniżał,  a  sunąca  w  dół  woda  gładkim  lustrem  opadała  w  głąb 
ziemi. Brzegi tego wąwozu porastała bujna roślinność, całkiem odmienna od tej, którą dotąd widzieliśmy. 

-  Zejdziemy na dno wąwozu -- oznajmił Petrus. 
Gdy  ruszyliśmy  w  dół,  przypomniałem  sobie  Juliusza  Verne'a  -  czułem  się,  jakbyśmy  podjęli 

wyprawę  do  wnętrza  Ziemi.  Zbocze  było  urwiste  i  musiałem  chwytać  się  kolczastych  gałęzi  i  ostrych 
kamieni, żeby nie runąć. Zanim dotarłem na dno wąwozu, miałem pokaleczone ręce i nogi. 

-  Imponujące dzieło przyrody - stwierdził Petrus. 
Przytaknąłem.  To  była  oaza  pośród pustyni. Bujna roślinność i unoszące się pomiędzy listowiem 

krople wody tworzyły tęczę, a widok był równie piękny z dołu jak z góry. 

-  Tutaj natura dowiodła swej potęgi - ciągnął Petrus. 
-  Rzeczywiście - wtrąciłem. 
-    Nam  także  pozwala  dowieść  naszej  siły.  Teraz  wdrapiemy  się  na  górę.  Pójdziemy  środkiem 

wodospadu. 

Jeszcze przez chwilę podziwiałem wspaniały widok. Teraz dostrzegałem w nim coś więcej niż tylko 

piękną  oazę,  wyrafinowany  kaprys  natury.  Stałem  przed  ścianą  wysokości  ponad  piętnastu  metrów,  po 
której  z  hukiem  lała  się  woda.  Rozlewisko  utworzone  u  stóp  wodospadu  było  płytkie,  woda  mogła  tam 
sięgać  najwyżej  do  pasa,  rzeka  natomiast  toczyła  nurt  przez  jamę  wiodącą  chyba  do  trzewi  Ziemi.  Na 
skalnej  ścianie  nie  było  żadnego  załomu ani występu, który mógłbym wykorzystać jako punkt oparcia, a 
woda w dole była za płytka, żeby zamortyzować upadek. Zadanie wymyślone przez Petrusa wydawało mi 
się absolutnie niewykonalne. 

Przypomniałem sobie pewne wydarzenie sprzed pięciu lat. Było to podczas spełniania wyjątkowo 

niebezpiecznego rytuału, którego element, podobnie jak teraz, stanowiła wspinaczka. Mistrz pozostawił mi 
decyzję o kontynuowaniu lub przerwaniu rytuału. Byłem młodszy, fascynowała mnie moc, jaką posiadł, i 
świat cudów Tradycji. Postanowiłem nie rezygnować. Uznałem, że muszę dowieść swej odwagi i brawury. 

Miałem  za  sobą  mniej  więcej  godzinę  wspinaczki,  przed  sobą  --  najtrudniejsze  podejście,  gdy 

zerwał się nadspodziewanie silny wiatr i musiałem z całych sił uczepić się małego występu skalnego, do 
którego  przylgnąłem,  żeby  nie  runąć  w  przepaść.  Zamknąłem  oczy,  licząc  się  z najgorszym i  wczepiając 
paznokcie  w  skałę.  Z  ogromnym  zdumieniem  stwierdziłem  po  chwili,  że  ktoś  pomaga  mi  utrzymać 
wygodną  i  bezpieczną  pozycję.  Otworzyłem  oczy  tuż  przy  mnie  stał  Mistrz.  Kreślił  w  powietrzu  jakieś 

background image

 

 - 51 - 

figury  i  oto  wiatr  ucichł  równie  nieoczekiwanie,  jak  się  zerwał.  Ze  zdumiewającą  zręcznością,  czasem 
wykonując manewry bliskie lewitacji, zszedł na dół i polecił mi uczynić to samo. 

Gdy  wreszcie  stanąłem  u  podnóża  góry,  drżały  pode  mną  nogi.  Oburzony  zapytałem,  dlaczego 

uciszył wiatr, zanim mnie dosięgnął. 

-  Ponieważ to ja poderwałem ten wiatr. 
-  Żeby mnie zabić? 
-  Żeby cię ocalić. Nie zdołałbyś wspiąć się na ten szczyt. Kiedy zapytałem, czy chcesz go zdobyć,  

nie  wystawiałem  na  próbę  twojej    odwagi.  Poddałem  próbie  twą  rozwagę.  Wymyśliłeś  sobie  rozkaz, 
którego  wcale  ci  nie  wydałem  -  wyjaśnił  Mistrz.    --  Gdybyś  posiadł  sztukę  lewitacji,    nie  byłoby 
problemów. Ale ty chciałeś wykazać się odwagą, kiedy należało dowieść rozsądku. 

Tamtego  dnia  opowiedział  mi o magach, którzy popadli w szaleństwo, dążąc do iluminacji, i nie 

potrafili już odróżnić własnej mocy od mocy swoich uczniów. W mym życiu, przez lata wędrówki drogami 
Tradycji, poznawałem wielkich ludzi podążających tą samą ścieżką. Spotkałem nawet trzech Mistrzów - w 
tym  mojego  -  którzy  sztukę  panowania  nad  materią  fizyczną  posiedli  w  stopniu  nieosiągalnym,  a  wręcz 
niewyobrażalnym dla zwykłych ludzi. Widywałem cuda, przepowiednie, które się spełniały, reinkarnacje. 
Mój Mistrz powiedział mi o wojnie o Malwiny na dwa dni przed zajęciem wysp przez Argentyńczyków. 
Szczegółowo opisał mi jej przebieg i wyjaśnił przyczyny konfliktu, opierając się na układzie gwiazd. 

Od tego czasu miałem okazję odkryć, że niektórzy magowie - jak ujął to Mistrz - „popadli w obłęd, 

dążąc  do  iluminacji".  Ci  ludzie  byli  pod  niemal  każdym  względem  podobni  do  Mistrzów,  także  pod 
względem  posiadanej  mocy:  widziałem,  jak  jeden  z  nich,  dzięki  maksymalnej  koncentracji,  w  ciągu 
kwadransa sprawił, że wy-kiełkowało ziarno. Lecz ten człowiek, podobnie jak kilku innych, wpędził wielu 
uczniów  w  obłęd  i  desperację.  Niektórzy  skończyli  w  szpitalach  psychiatrycznych,  raz,  co  udało  się 
potwierdzić,  doszło  do  samobójstwa.  Ludzie  ci  figurowali  na  sławetnej  „czarnej  liście"  Tradycji,  nie 
istniała jednak możliwość zachowania kontroli nad ich poczynaniami. Do dziś wielu z nich nie zaprzestało 
działalności. 

Wszystko to w ułamku sekundy przemknęło mi przez myśl, gdy stałem przed urwiskiem, na które 

nie można było się wspiąć. Rozmyślałem o dniach, które Petrus i ja spędziliśmy na wspólnej wędrówce, 
wspominałem  psa,  który  mnie  zaatakował,  jemu  nie  wyrządzając  najmniejszej  krzywdy,  rozdrażnienie 
postawą kelnera, pijaństwo podczas przyjęcia weselnego. 

-    Petrusie,  nie  zamierzam  wspinać  się  po  tej  ścianie.  A  to  z  pewnej  prostej  przyczyny  -  to 

niewykonalne. 

Nie  odpowiedział  ani  słowem.  Usiadł  na  trawie,  a  ja  poszedłem  w  jego  ślady.  Przez  dobre 

piętnaście  minut  żaden  z  nas  nie  przerywał  ciszy.  Rozbrojony  jego  milczeniem,  postanowiłem  przejąć 
inicjatywę i odezwałem się pierwszy. 

-    Petrusie,  nie  chcę  wdrapywać  się  pod  wodospadem,  bo  wiem,  że  spadnę.  Wiem  też,  że  się  nie 

zabiję,  ponieważ  kiedy  ujrzałem  oblicze  mojej  śmierci,  zobaczyłem  także  dzień,  w  którym  po  mnie 
przyjdzie, jeśli pozostanę wierny obranej drodze. Ale przecież mogę spaść i do końca życia zostać kaleką. 

-    Paulo,  Paulo...  -  Spojrzał  na  mnie  i  uśmiechnął  się.    Dokonała  się  w  nim  jakaś  gruntowna 

przemiana. W jego głosie brzmiała nutka Miłości, która trawi, oczy się rozświetliły. 

-  Może  powiesz,   że  łamię  przysięgę   posłuszeństwa,  którą złożyłem,  zanim wyruszyliśmy na 

pielgrzymi szlak? 

-  Nie złamałeś przysięgi. Nie kierujesz się ani strachem, ani lenistwem. Zapewne nie przyszło ci na 

myśl,  że  wydałem  ci  bezużyteczny  rozkaz.  Nie  chcesz  się wspinać, ponieważ prawdopodobnie myślisz o 
czarnych magach

26

. Korzystanie z prawa do decyzji nie oznacza złamania przysięgi. Tego prawa pielgrzym 

nigdy nie jest pozbawiony. 

Przez  moment  przyglądałem  się  wodospadowi,  a  potem  zwróciłem  oczy  na  Petrusa.  Próbowałem 

ocenić szansę podejścia pod górę, ale tylko umocniłem się w przekonaniu, że to niewykonalne. 

-  Uważaj - podjął. - Wejdę pierwszy, nie wykorzystując żadnych mocy. I powiedzie mi się. A jeśli 

zdołam to zrobić wyłącznie dzięki temu, że znajdę oparcie dla stóp, ty także będziesz musiał wejść. Będąc 
na górze, pozbawię cię prawa do decyzji. Jeżeli odmówisz, wiedząc, że wszedłem, uznam to za złamanie 
przysięgi. 

                                                      

26

? Tak w Tradycji określa się Mistrzów, którzy zatracili magiczną łączność z uczniem. Nazwa ta odnosi się również 

do tych Mistrzów, którzy zaprzestali zgłębiania wiedzy, posiadłszy władzę wyłącznie nad siłami ziemi 

background image

 

 - 52 - 

Petrus zdjął buty. Był ode mnie starszy o co najmniej dziesięć lat, więc gdyby mu się powiodło, nie 

miałbym żadnej wymówki. Zerknąłem na wodospad i poczułem, jak ściska mi się żołądek. 

Lecz  on  nie  ruszył  się  z  miejsca.  Już  boso,  wciąż  siedział  na  trawie  obok  mnie.  Spoglądając  w 

niebo, zaczął opowiadać: 

-    W  tysiąc  pięćset  drugim  roku  kilka  kilometrów  stąd  Maryja  Dziewica  objawiła  się  pasterzowi.  

Dziś    przypada  Jej    święto  --  Matki    Boskiej  Opiekunki  Pielgrzymów  --  toteż  złożę  w  ofierze  me 
zwycięstwo. Tobie radzę uczynić to samo. Dar zwycięstwa. Nie składaj Jej w darze bólu strudzonych nóg 
ani  blizn  na  pokaleczonych  przez  skały  rękach.  Cały  świat  składa  w  ofierze  tylko  ból  i  cierpienie.  Nie 
sądzę, aby było to godne potępienia, uważam jednak, że uradowałaby się, gdyby ludzie obdarzali Ją także 
swymi radościami. 

Nie byłem w nastroju do rozmów. Nadal powątpiewałem, by Petrus miał siły i umiejętności, jakich 

wymagała  wspinaczka  po  tej  ścianie.  Powtarzałem  sobie,  że  to  tylko  jakaś  farsa.  Próbował  zmylić  mnie 
pięknymi  słówkami,  żeby  potem  zmusić  do  zrobienia  czegoś,  czego  nie  chciałem  się  podjąć.  Jednak  na 
wszelki  wypadek  zamknąłem  oczy  i  modliłem  się  do  Przenajświętszej  Panny  Opiekunki  Pielgrzymów. 
Ślubowałem, że jeśli Petrus i ja szczęśliwie pokonamy tę stromiznę, pewnego dnia powrócę w to miejsce. 

- Wszystko, czego się dotąd nauczyłeś, zatraci sens, jeśli nie potrafisz znaleźć zastosowania dla tej 

wiedzy. Pamiętaj, że Camino de Santiago jest drogą zwykłych ludzi. Powtarzałem ci to setki razy. Na tej 
drodze,  podobnie  jak  w  życiu,  mądrość  jest  coś  warta  tylko  wówczas,  gdy  może  pomóc  człowiekowi  w 
pokonywaniu  przeszkód.  Istnienie  młotka  nie  miałoby  sensu,  gdyby  nie  istniały  gwoździe,  które  trzeba 
wbijać.  Ale  istnienie  gwoździ  to  jeszcze  nie  wszystko.  Młot  musi  trafić  w  ręce  Mistrza,  który  użyje  go 
zgodnie z przeznaczeniem. 

Przypomniało mi się, co powiedział mój Mistrz na szczycie Serra do Mar: „Ten, kto posiada miecz, 

musi wciąż wystawiać go na próbę, aby nie zardzewiał w pochwie". 

-  Wodospad  jest  miejscem,  w  którym  praktycznie  wykorzystasz  wszystko,  czego  się  dotąd 

nauczyłeś - dodał mój przewodnik. - Masz już pewien atut: znasz datę własnej śmierci, więc strach przed 
nią nie sparaliżuje cię, kiedy nadejdzie czas, by podjąć błyskawiczną decyzję, szukając punktu oparcia dla 
stopy. Pamiętaj jednak, że musisz liczyć się z wodą i że to ona przyniesie ci to, czego będziesz potrzebował. 
Nie  zapomnij  też  wbić  paznokcia  w  kciuk,  jeśli  najdzie  cię  zła  myśl.  Przede  wszystkim  zaś  podczas  tej 
wspinaczki musisz szukać oparcia w Miłości, która trawi. To ona cię prowadzi i uzasadnia każdy twój krok. 

Petrus zamilkł. Rozebrał się do naga. Potem zanurzył ciało w zimnych wodach tej małej laguny i 

wzniósł  ręce  ku  niebu.  Zrozumiałem,  że  jest  zadowolony,  że  radością  napawają  go  rześka  woda  i  tęcze, 
które tworzyły wokół nas rozpryskujące się krople. 

- I jeszcze jedno - powiedział, zanim skrył się za kotarą wodospadu. - Ta sunąca w dół woda nauczy 

cię,  jak  być  Mistrzem.  Pójdę  pierwszy,  lecz  przez  cały  ten  czas  między  nami  pozostanie  zasłona  wodna. 
Będę się wspinał, a ty nie zdołasz dostrzec, gdzie dokładnie stawiam stopy ani czego chwytam się dłońmi. 
Podobnie  uczeń  nigdy  nie  może  naśladować  wszystkich  poczynań  swego  przewodnika.  Każdy  postrzega 
życie  na  własny  sposób,  każdy  inaczej  przeżywa  porażki,  problemy  i  triumfy.  Uczyć  się  znaczy  stać  się 
znośnym dla siebie samego. 

Nie  odpowiadałem.  Wsunąłem  się  między  skałę  a  opadającą  wodę  i  zacząłem  go  obserwować. 

Widziałem  jego  sylwetkę,  jak  widzimy  kogoś  przez  matowe  szkło.  Wolno,  lecz  pewnie  wspinał  się  po 
ścianie.  Im  bliżej  był  szczytu,  tym  bardziej  się  bałem,  bo  chwila,  gdy  miałem  pójść  jego  śladem, 
nieuchronnie  się  zbliżała.  I  wreszcie  nadeszła  ta  przerażająca  minuta  --  zmagając  się  z  wodą,  musiał  się 
spod niej wynurzyć, stale podążając w górę. Siła wodospadu o mało nie odrzuciła go w dół, na skały. Lecz 
głowa Petrusa wyłoniła się ponad wodę, która sunąc w dół, przyodziewała go niczym srebrzysty płaszcz. 
Widziałem  scenę  ledwie  przez  ułamek  sekundy.  Petrus  błyskawicznie  wyprężył  się,  chwycił  z  całych  sił 
skał na szczycie i przylgnął do nich wszystkimi członkami, wciąż jednak tkwił w środku rwącego nurtu. Na 
kilka chwil straciłem go z oczu. 

Wreszcie pojawił się na brzegu.  Mokry, skąpany w blasku słońca, uśmiechał się promiennie.  
- Widzisz! - krzyknął, machając mi ręką. -Teraz twoja kolej! 
Musiałem mu dorównać. Albo już na zawsze wyrzec się miecza.  
Zdjąłem ubranie i jeszcze raz odmówiłem modlitwę, oddając się pod opiekę Przenajświętszej Panny 

Opiekunki Pielgrzymów. Potem zanurzyłem głowę w wodzie. Była lodowata, więc na chwilę zdrętwiałem, 
ale zaraz potem to doznanie ustąpiło miejsca przyjemności. Nie zastanawiając się dłużej, ruszyłem prosto 
ku wodospadowi. 

background image

 

 - 53 - 

Silny  strumień  wody  lejącej  się  na  głowę  przywrócił  mi  absurdalne  „poczucie  rzeczywistości", 

które osłabia człowieka w chwili, gdy jak nigdy dotąd potrzebuje wiary i mocy. Wodospad toczył wody o 
wiele gwałtowniej, niż przypuszczałem. Uderzeniem w klatkę piersiową mógłby mnie zwalić z nóg, nawet 
gdy dno rozlewiska dawało mi pewne oparcie dla obu stóp. Ominąłem rozszalały strumień i przylgnąłem do 
skał, kuląc się w ciasnej przestrzeni między ścianą wody a kamiennym urwiskiem. I właśnie wtedy zdałem 
sobie sprawę, że ta wspinaczka jest dużo łatwiejsza, niż początkowo sądziłem. 

To, co z daleka wyglądało na gładką ścianę, teraz okazało się porowatą skałą. Na samą myśl, że o 

mało  nie  wyrzekłem  się  miecza  ze  strachu  przed  śliskimi  kamieniami,  wpadłem  we  wściekłość. 
Stwierdziłem, że jest to zwykła ściana, jakich pokonałem dziesiątki. Wydało mi się, że słyszę głos Petrusa: 
„A widzisz? Kiedy już rozwiążesz jakiś problem, przekonujesz się, że było to dziecinnie łatwe". 

Wspinałem  się,  tuląc  twarz  do  wilgotnych skał. W ciągu dziesięciu minut miałem za sobą ponad 

połowę  odległości  dzielącej  mnie  od  szczytu.  Teraz  pozostało  mi  już  tylko  zmierzyć  się  z  najwyżej 
położonym odcinkiem wodospadu. Zwycięstwo nad skalną ścianą byłoby nic niewarte, gdybym nie pokonał 
małego ostańca dzielącego mnie od otwartej przestrzeni. Ten fragment drogi był najbardziej niebezpieczny, 
a  ja  nie  widziałem  dokładnie,  jak  poradził  sobie  z  nim  Petrus.  Znów  więc  zacząłem  się  modlić  do 
Przenajświętszej  Panny  Opiekunki  Pielgrzymów,  o    której  nigdy  wcześniej  nie  słyszałem,  a  w  której 
pokładałem  teraz  całą  wiarę,    całą  nadzieję  na  zwycięstwo.  Bardzo  ostrożnie  wsunąłem  najpierw  czubek 
głowy, potem także twarz pod strumień spienionej wody. 

Zalała  mnie,  zmąciła  wzrok.  Poczułem  jej  siłę  i  mocno  przywarłem  do  skały,  spuszczając  głowę 

tak, by utworzyć sobie rodzaj powietrznej kieszeni i mieć czym oddychać. Musiałem bez reszty zawierzyć 
mym stopom i dłoniom. Te dłonie trzymały   przecież   stary  miecz,   nogi   przemierzały Szlak  Świętego 
Jakuba.   Były moimi wiernymi sprzymierzeńcami. Lecz huk wody stał się ogłuszający, z coraz większym 
trudem chwytałem też oddech.  Zanurzyłem głowę w spienionych wodach i na kilka sekund pogrążyłem się 
w nieprzeniknionej ciemności. Zmagałem się z żywiołem, kurczowo trzymając się skał, ale czułem, że ten 
huczący wodospad unosi mnie ku tajemniczemu i odległemu miejscu, gdzie nic już nie ma najmniejszego 
znaczenia.  Wiedziałem,  że dotrę tam, jeśli oddam się we władanie tej mocy. Nadludzki wysiłek, na który 
próbowałem  się  zdobyć,  żeby  nie  odpaść  od  ściany,  był  bezcelowy:  za  chwilę  wszystko  mogło  stać  się 
wytchnieniem i spokojem. 

Lecz moje nogi i ręce oparły się zabójczej pokusie. A głowa zaczęła się powoli wynurzać spod tafli 

wody tak samo, jak się w niej zanurzyła. Ogarnęła mnie głęboka miłość do własnego ciała, które pomagało 
mi  w  tym  szaleńczym  przedsięwzięciu,  w  przygodzie człowieka, który w poszukiwaniu miecza pokonuje 
wodospad. 

I wówczas zwróciłem oczy ku słońcu nad głową i odetchnąłem pełną piersią. Ta odrobina świeżego 

powietrza przywróciła mi siły i zapał. Rozejrzałem się wokół i o parę centymetrów od siebie zobaczyłem 
wyżynę,  którą  przemierzaliśmy  i  która  wytyczała  kres  podróży.  Doznałem  silnej  pokusy,  żeby  po  niej 
biegać,  żeby  chwycić  się  tej  ziemi,  ale  nie  mogłem  znaleźć  żadnej  podpory,  która  pomogłaby  mi  się 
wydostać spod lustra sunącej w dół wody. Uczucia, jakie owładnęły mną u szczytu ściany, były gwałtowne, 
ale moment triumfu jeszcze nie nadszedł, musiałem zachować kontrolę nad sobą, nad każdym ruchem. To 
był przecież krytyczny moment wspinaczki: woda uderzała w mój tułów, napór był tak silny, że w każdej 
chwili mogłem runąć ku ziemi, od której ośmieliłem się oderwać, ulegając marzeniom. 

Nie była to odpowiednia chwila, żeby myśleć o Mistrzach, o przyjaciołach. Nie mogłem spoglądać 

w  bok,  żeby  się  przekonać,  czy  Petrus  byłby  w  stanie  pospieszyć  mi  z  pomocą,  gdybym  się  poślizgnął. 
Pewnie  odbył  tę  wspinaczkę  setki  razy  -  pomyślałem  -  i  doskonale  wie,  że  rozpaczliwie  potrzebuję 
wsparcia. Ale mnie zostawił. A może wcale nie zostawił, może stoi tuż za mną, tylko ja nie mogę odwrócić 
głowy, bo straciłbym równowagę. Muszę sam zdobyć ten szczyt! 

Mocno stojąc na skałach i podtrzymując się jedną ręką, oswobodziłem drugą, aby mogła osiągnąć 

harmonię z wodą. A woda nie powinna już stawiać oporu, ponieważ wykorzystywałem pełnię swych sił. I 
oto  ręka  stała  się  rybą,  mogła  swobodnie  wybierać  drogi,  którymi  podąży,  doskonale  jednak  wiedziała, 
dokąd  chce  dotrzeć.  Przypomniałem  sobie  film,  który  oglądałem  jako  mały  chłopiec,  i  pokazane  w  nim 
łososie, skaczące do wodospadów, aby dotrzeć do celu. 

Moja ręka unosiła się wolno, czerpiąc siłę z wody. Oswobodziła się i niczym łosoś, bohater filmu 

zapamiętanego  z  dzieciństwa,  zanurkowała  w  poszukiwaniu  punktu,  od  którego  mogłaby  się  odbić,  aby 
wykonać  ten  ostatni  skok.  Dokonująca  się  przez  stulecia  erozja  wygładziła  kamienie.  Na  pewno  była  tu 
jakaś  szczelina  lub  występ.  Skoro  udało  się  Petrusowi,  mnie  także  musi  się  udać.  Zaledwie  krok  dzielił 
mnie od osiągnięcia celu i była to ta chwila, kiedy człowiek opada z sił i traci wiarę w siebie. Wcześniej 

background image

 

 - 54 - 

zdarzało mi się już przegrywać w ostatniej chwili: przepłynąłem wpław ocean i o mały włos nie utonąłem 
przy  silnej  fali  nieopodal  brzegu.  Ale  teraz  wędrowałem  Camino  de  Santiago,  a  historia  nie  mogła 
powtarzać się bez końca - tym razem musiałem zwyciężyć. 

Wolna ręka wędrowała po gładkiej skale, napór wody był coraz silniejszy. Czułem, że słabną mi 

nogi i druga ręka, w każdej chwili mógł mnie złapać skurcz. Woda mocno uderzała także w genitalia, ból 
stawał się dotkliwy. Nagle wolna ręka znalazła oparcie  - było nieco poza linią wspinaczki, mogło jednak 
później posłużyć drugiej ręce. Zapisałem w pamięci jego położenie, a wtedy dłoń, która szukała dla mnie 
ocalenia, natrafiła na drugi wyłom w skale, oddalony od pierwszego o zaledwie kilka centymetrów. 

To  było  miejsce,  w  którym  przez  wieki  pielgrzymi  zmierzający  do  Santiago  de  Compostela 

znajdowali  oparcie.  Z  całych  sił  chwyciłem  się  tej  szczeliny,  uwalniając  drugą  rękę.  Siła  wodospadu  w 
pierwszej chwili odrzuciła ją w tył, zaraz jednak dłoń natrafiła na otwór w skale. A wtedy ciało podążyło 
drogą utorowaną przez ręce. Wdrapałem się na płaskowyż. 

Zdołałem  wykonać  ten  ostatni  krok.  Wyrwałem  się  z  wartkich  nurtów,  które  nagle  z 

nieokiełznanych  zmieniły  się  w  niemal  leniwe.  Wdrapałem  się  na  brzeg  i  pozwoliłem  odpocząć 
zmęczonemu ciału. Słońce rozgrzewało mnie i myślałem tylko o tym, że mi się powiodło, że jestem żywy 
jak  przed  chwilą  na  dole.  Mimo  hałasu,  który  czyniła  woda,  usłyszałem  odgłos  kroków  zbliżającego  się 
Petrusa. 

Chciałem się podnieść, okazać radość, ale strudzone mięśnie odmówiły posłuszeństwa. 
-  Leż spokojnie, odpocznij. Staraj się zwolnić oddech. 
Tak  właśnie  zrobiłem  i  niemal  natychmiast  zapadłem  w  głęboki  sen  bez  marzeń.  Kiedy  się 

obudziłem, słońce stało tuż nad horyzontem, a Petrus, już ubrany, podał mi moją odzież i powiedział, że 
czas ruszać w dalszą drogę. 

-  Jestem bardzo zmęczony - odparłem. 
-  Nie martw się. Nauczę cię, jak czerpać siły ze wszystkiego, co cię otacza. 
I Petrus nauczył mnie TCHNIENIA RAM. 
Wykonywałem to ćwiczenie przez pięć minut i poczułem się znacznie lepiej. Wstałem, ubrałem się 

i sięgnąłem po plecak. 

-  Podejdź tu - powiedział Petrus. Zbliżyłem się do skraju płaskowyżu. Niemal 
spod moich nóg tryskało źródło. 
-  Stąd podejście wydaje się znacznie łatwiejsze niż z dołu - zauważyłem. 
-  To prawda. I gdybym wcześniej pokazał ci tę panoramę, w pewnym sensie bym cię zdradził. Źle 

oceniłbyś własne siły. 

Wciąż  czułem  się  słaby,  powtórzyłem  więc  ćwiczenie.  Wkrótce  między  mną  a  wszechświatem 

zapanowała  harmonia,  która  przeniknęła  serce.  Zapytałem  Petrusa,  dlaczego  wcześniej  nie  nauczył  mnie 
Tchnienia RAM, skoro na Camino de Santiago często bywałem zmęczony i rozleniwiony. 

-  Ponieważ  nigdy  tego  nie  okazywałeś  -  odparł,  śmiejąc  się,  i  zapytał,  czy  mam  jeszcze  pyszne 

maślane herbatniki kupione w Astordze.  

 

 

 

TCHNIENIE RAM 

 

Opróżnij  płuca  z  powietrza,  wydychając  go  możliwie  najwięcej.  Potem,  unosząc  ręce,  powoli 

wdychaj  powietrze.  Wykonując  wdech,  skoncentruj  się,  aby  twe  serce  wypełniło  się  miłością,  spokojem  i 
poczuciem harmonii ze wszechświatem. 

Zatrzymaj oddech i nie opuszczaj rąk, jak długo potrafisz, napawając się wewnętrzną i zewnętrzną 

harmonią. Potem wykonaj szybki wydech, wypowiadając słowo: RAM. 

Powtarzaj to ćwiczenie przez pięć minut. 

 
 
 

 

 

background image

 

 - 55 - 

Szaleństwo 

 

Upłynęły  już  prawie  trzy  dni,  odkąd  wędrowaliśmy  niemal  bez  wytchnienia.  Petrus  budził  mnie 

przed  wschodem  słońca,  a  zatrzymywaliśmy  się  dopiero  o  dziewiątej  wieczorem.  Jedyne  chwile 
wypoczynku przeznaczaliśmy na posiłki, ponieważ mój przewodnik odstąpił od zwyczaju odbywania sjesty 
wczesnym  popołudniem.  Miałem  wrażenie,  że  realizuje  jakiś  tajemny  program,  którego  nie  wolno  mi 
poznać. 

Także pod innymi względami jego zachowanie gwałtownie się zmieniło. Początkowo sądziłem, że 

to z powodu mego zwątpienia przy wodospadzie, potem jednak zrozumiałem, że tak nie jest. Łatwo wpadał 
w irytację i nie krył tego w kontaktach z ludźmi, a poza tym raz po raz zerkał na zegarek. Przypomniałem 
mu, co kiedyś powiedział: „To my sami tworzymy pojęcie czasu". 

-  Z  każdym  dniem  stajesz  się  coraz  mądrzejszy  -  zareplikował.  -  Przekonamy  się,  czy  potrafisz 

wykorzystać tę wiedzę w praktyce, kiedy będzie trzeba. 

Pewnego popołudnia ostre tempo marszu tak mnie zmęczyło, że wprost nie byłem w stanie zrobić 

ani kroku. Wtedy Petrus polecił mi zdjąć koszulę i oprzeć się plecami o rosnące w pobliżu drzewo. Stałem 
w tej pozycji przez kilka minut; wkrótce poczułem się znacznie lepiej. Petrus wyjaśnił, że rośliny, a przede 
wszystkim  stare  drzewa,  mają  moc  przekazywania  harmonii każdemu, kto dotknie ich pnia kręgosłupem, 
który  stanowi  część  układu  nerwowego.  Przez  całe  godziny  rozprawiał  o  fizycznych,  energetycznych  i 
duchowych właściwościach roślin. 

Wszystko  to  już  gdzieś  czytałem,  toteż  nie  zamierzałem  robić  notatek.  Jednak  wykład  Petru-sa 

przyniósł pewien dodatkowy efekt -- zatarł wrażenie, że przewodnik się na mnie obraził. Odtąd z większym 
szacunkiem przyjmowałem jego małomówność, a on, być może odgadując moją niepewność, w tych dniach 
fatalnego nastroju starał się być tak miły, jak tylko potrafił. 

Pewnego ranka doszliśmy do ogromnego mostu, którego rozmiary raziły w zestawieniu z wątłym 

strumyczkiem  wijącym  się  w  dole.  Była  niedziela,  a  o  tak  wczesnej  porze  tawerny  i  bary  pobliskiego 
miasteczka drzemały zamknięte. Usiedliśmy, żeby zjeść śniadanie. 

-    Człowiek  i  natura  miewają  podobne  kaprysy  -  rzuciłem,  chcąc  zagaić  rozmowę.  -  Budujemy 

piękne mosty, aby suchą nogą przechodzić przez strumyczki. 

-  To z powodu suszy - wyjaśnił. - Zjedz szybko tę kanapkę, musimy ruszać w drogę. 
Zdecydowałem w końcu zapytać o przyczyny tego pośpiechu. 
-    Od    dawna  wędruję    Camino    de      Santiago,  mówiłem  ci  o  tym.  Mam  we  Włoszech  sporo 

obowiązków. Wkrótce będę musiał wracać. 

Ta  odpowiedź  wcale  mnie  nie  przekonała.  Być  może  mówił  prawdę,  ale  z  pewnością  nie  był  to 

jedyny powód. Chciałem drążyć temat, jednak Petrus skierował rozmowę na inny tor. 

-  Co wiesz o tym moście? 
-  Nic. Ale nawet uwzględniając skutki suszy, jego rozmiary rażą nad taką rzeką.  Przypuszczam, że 

kiedyś zmieniła koryto. 

-  Nie mam pojęcia - odparł. - Ale ten most znany jest na Camino de Santiago jako Trakt Honoru. 

Pola wokół nas to scena, na której rozgrywały   się   krwawe   bitwy   między   Szwabami a Wizygotami, a 
potem między rycerzami Alfonsa III a Maurami. Być może jest taki długi, żeby cała krew mordowanych w 
boju mogła spływać, nie zalewając miasta. 

To już był czarny humor. Nie roześmiałem się. Nieco zbity z tropu, Petrus podjął: 
-    Jednak  nie  od  wojsk  Wizygotów  i  nie  od  triumfalnych  okrzyków  Alfonsa  III  wzięła  się  nazwa 

tego  mostu.    Bo  upamiętnia  dzieje  pewnej  miłości  i  śmierci.    W  pierwszych  wiekach  pielgrzymek  do 
Santiago za pątnikami, kapłanami, szlachtą, a nawet królami, którzy pragnęli złożyć hołd świętemu, ściągali 
na  Szlak  także  rozbójnicy    i    wszelkiego    autoramentu    bandyci,     zwykle grasujący przy uczęszczanych 
drogach.  Historia  opisuje  niezliczone  przypadki  rabunku  dokonywanego    na  karawanach    i    straszliwe  
zbrodnie, których ofiarą padali samotni pielgrzymi. 

Wszystko się powtarza - pomyślałem w skry-tości ducha. 
-  Dlatego szlachetni rycerze postanowili otoczyć pielgrzymów opieką i każdy zobowiązał się strzec 

odcinka Szlaku.  Lecz jak rzeka zmienia swój  bieg,  tak zmieniają się  ideały człowieka. Żywiący wrogość 

background image

 

 - 56 - 

do  złoczyńców,  błędni  rycerze  toczyli  spory  o  to,  który  z  nich  jest  najsilniejszym  i  najodważniejszym 
stróżem Szlaku. Wkrótce zaczęli ze sobą walczyć, a bandyci znów bezkarnie grasowali po drogach. Działo 
się tak bardzo długo, aż do chwili, gdy w roku tysiąc czterysta  trzydziestym  czwartym  pewien  szlachcic z 
miasta  Leon  rozkochał  się  w  pięknej  damie.  Nazywał  się  Suero  de  Ruińones,  był  bogaty  i  potężny.  Użył 
wszelkich sposobów, by zdobyć rękę tej damy, lecz ona - historia nie odnotowała jej imienia - nie chciała 
słuchać zakochanego do szaleństwa rycerza i odrzuciła jego względy. 

Chciałem  się  wreszcie  dowiedzieć,  jaki  związek  istniał  między  odtrąconą  miłością  a  walkami 

błędnych  rycerzy.  Petrus  dostrzegł  moje  zainteresowanie  i  obiecał  opowiedzieć  dalszy  ciąg  historii  pod 
warunkiem, że natychmiast zjem kanapkę, abyśmy mogli czym prędzej ruszyć w kierunku Santiago. 

-  Zachowujesz się jak moja matka, kiedy byłem mały - zażartowałem.  Przełknąłem jednak resztkę 

chleba, wziąłem plecak i już po chwili szliśmy przez uśpione miasteczko. 

Petrus kontynuował opowieść: 
-  Zraniony w swej  dumie rycerz postanowił uczynić to,  co  czynią wszyscy mężczyźni,  gdy czują 

się  odtrąceni:  stoczyć  własną  wojnę.  Poprzysiągł  sobie,  że  dokona  czynu  tak  wielkiego,  by  pannica  na 
zawsze    zapamiętała  jego    imię.  Przez  długie  miesiące  poszukiwał  szlachetnego  ideału,  któremu  mógłby 
poświęcić  swą  odrzuconą  miłość. Aż pewnego wieczoru, słuchając opowieści o zbrodniach i walkach na 
Camino  de Santiago, wpadł na pewien pomysł.  Skrzyknął dziesięciu przyjaciół, osiadł w miasteczku, w 
którym teraz jesteśmy, i rozpuścił wieść, iż gotów jest pozostać tu trzydzieści dni i skruszyć trzysta kopii, 
aby  dowieść,  że  jemu  należy  się  sława  największego  siłacza  i  śmiałka  pośród  rycerzy  Szlaku.  Wraz  z 
przyjaciółmi  rozbił  obóz,  przystroił  namioty  chorągwiami  i  herbami.  Pośród  giermków  i  sług  w  jego 
barwach oczekiwał na tego, kto rzuci mu wyzwanie. 

Wyobraziłem  sobie,  jak  bawili  się  tu  owi  rycerze.  Pieczone  dziki,  wino  lejące  się  strumieniami, 

muzyka, opowieści przy ognisku, turnieje. Przed oczyma stawały mi żywe obrazy, a tymczasem Petrus snuł 
historię: 

-  Pojedynki  na  kopie  zaczęły  się  dziesiątego  lipca,  po  przybyciu  pierwszych  rycerzy.  Quińo-nes  i 

jego  przyjaciele  we  dnie  toczyli  walki,  nocą  urządzali  huczne  zabawy.  Pojedynki  staczano  zawsze  na 
moście, aby nikt nie mógł umknąć chyłkiem. Chętni do walki nadciągali tak licznie, że pochodnie trzeba 
było  zapalać  wzdłuż  całego  mostu.  Dzięki  temu  pojedynki  mogły  trwać  aż  do  świtu.  Każdy  pokonany 
rycerz musiał przysiąc, że nigdy więcej nie zwróci broni przeciw żadnemu z biorących udział w turniejach, 
lecz  pełnić  będzie  jedyną  misję,  polegającą  na  chronieniu  pielgrzymów  na  Szlaku  Świętego  Jakuba.  W 
ciągu kilku tygodni imię Quińonesa powtarzano już w całej Europie. Oprócz rycerzy Szlaku zmierzyć się z 
nim  przybywali  wodzowie,  żołnierze  i  bandyci.  Wszyscy  wiedzieli,  że  ten,  kto  zdoła  pokonać  dzielnego 
rycerza  z  Leon, zyska sławę i okryje się chwałą. Lecz gdy tamci pragnęli tylko sławy, jemu przyświecał 
znacznie szlachetniejszy cel: miłość do kobiety. I dzięki temu ideałowi wychodził zwycięsko ze wszystkich 
potyczek.  Dziewiątego  sierpnia  zakończyły  się  turnieje,  a  don  Suero  de  Quińones  został  uznany  za 
najdzielniejszego i najwaleczniejszego spośród wszystkich rycerzy Szlaku Świętego Jakuba. Od tej chwili 
nikt już nie śmiał podawać w wątpliwość jego odwagi, a rycerze znów wiedli walkę ze wspólnym wrogiem 
-  rozbójnikami  grasującymi  po  drogach  i  napadającymi na pielgrzymów. Pamiątką tej epopei, w znacznie 
późniejszej epoce, pozostać miał order Świętego Jakuba od Miecza

27

Szliśmy przez miasteczko. Chciałem zawrócić, żeby jeszcze raz spojrzeć na Trakt Honoru, most, na 

którym wydarzyła się cała ta historia. Ale Petrus nalegał, byśmy ruszyli w dalszą drogę. 

-  A co się stało z don Quińonesem? - zapytałem. 
-    Udał  się  do  Santiago  de  Compostela,  aby  złożyć  w  ofierze  złoty  łańcuch,  który  do  dziś  zdobi 

figurę świętego Jakuba Starszego. 

-  Zastanawiam   się,   czy   poślubił   w   końcu damę swego serca. 
-  Och, tego nie wiem - odparł Petrus. - W tamtych czasach dziejopisarstwo było wyłączną domeną 

mężczyzn. Któż, mogąc zaprezentować tyle scen bitewnych, interesowałby się historią jednej miłości?  

Wypowiedziawszy  te  słowa,  mój  przewodnik znów stał się milczkiem i przez najbliższe dwa dni 

wędrowaliśmy w ciszy, prawie się nie zatrzymując i odpoczywając wyłącznie nocą. 

Trzeciego  dnia  Petrus  narzucił  mi  niezwykle  powolny  rytm  marszu.  Jak  powiedział,  trochę  go 

zmęczył wysiłek minionego tygodnia, a wiek i kondycja nie pozwalały mu już na utrzymywanie szybkiego 

                                                      

27

? W roku 1170 utworzono zakon rycerski św. Jakuba od Miecza, którego jedna gałąź działała w Hiszpanii, druga w 

Portugalii.  Order  przyznawany  jest  w  Portugalii  za  zasługi  dla  nauki  i  sztuki.  Taką  samą  nazwę  nosił  także  order 
przyznawany w XIX w. w Brazylii. 

background image

 

 - 57 - 

rytmu  podróży.  I  znowu  byłem  przekonany,  że  nie  mówi  prawdy  -  jego  twarz  zdradzała  raczej  silny 
niepokój niż zmęczenie -czułem, że ma to związek z wielkiej wagi wydarzeniem, którego się spodziewa. 

Po  południu  dotarliśmy  do  Foncebadón,  osady  ogromnej,  lecz  całkowicie  zrujnowanej.  Domy 

wznoszono tu z kamienia, a kryto łupkiem, który nie oparł się niszczycielskiemu działaniu czasu, podobnie 
jak  przegniłe  dziś  drewniane  belki  dachowe.  Za  osadą  otwierała  się  przepaść,  po  drugiej  stronie,  przed 
nami,  na  tle  wzgórza,  wznosił  się  Żelazny  Krzyż  -  jeden  z  najważniejszych  punktów  Szlaku  Świętego 
Jakuba. 

Tym razem to mnie było pilno stanąć przed niezwykłym dziełem ludzkich rąk  - przed krzyżem z 

żelaza wznoszącym się na dwumetrowym cokole. Krzyż ustawiono tu ku czci Merkurego za czasów Cezara. 
Wierni  pogańskiej  tradycji  pielgrzymi  zwykli  byli  składać  pod  krzyżem  przyniesiony  z  daleka  kamień. 
Korzystając z tego, iż opuszczone miasteczko pełne było kamieni, podniosłem z ziemi łupek. 

Potem,  zdecydowany  przyspieszyć  kroku,  zauważyłem,  że  Petrus  porusza  się  bardzo  wolno. 

Przyglądał  się  ruinom  domostw,  myszkował  pomiędzy  pniami  uschniętych  drzew,  podnosił  szczątki 
książek, a w pewnej chwili postanowił usiąść na środku placu, u podnóża drewnianego krzyża. 

-  Odetchnijmy chwilkę - zaproponował. 
Było  jeszcze  widno  i  gdybyśmy  nawet  spędzili  w  osadzie  godzinę,  zdążylibyśmy  przed 

zapadnięciem zmroku dotrzeć do Żelaznego Krzyża. 

Usiadłem obok mojego przewodnika i przyglądałem się wyludnionej osadzie. Jak rzeki zmieniają 

bieg, tak ludzie przenoszą się z miejsca na miejsce. Domy wydawały się solidne, na pewno długo jeszcze 
mogły się opierać kompletnej ruinie. Miejsce było urokliwe, w dali rysowały się szczyty gór, na pierwszym 
planie rozpościerała się dolina. Zadałem sobie pytanie: dlaczego ludzie opuścili taki zakątek? 

-  Uważasz,  że  don  Suero  de  Quińones  był szaleńcem? - zapytał Petrus. 
Zdążyłem już zapomnieć, kim był don Suero, i przewodnik musiał mi przypomnieć Trakt Honoru. 
-  Nie sądzę, żeby był szaleńcem - odparłem. Ale powątpiewałem w słuszność mojej odpowiedzi. 
-  A jednak był nim, podobnie jak Alfonso, pustelnik, do którego cię zaprowadziłem. I jak ja. Daję  

wyraz   swemu   szaleństwu  w  rysunkach. Albo jak ty, człowiek poszukujący miecza. We wnętrzu każdego 
z  nas  kryje  się  gorący,  święty  ogień  szaleństwa,  którym  żywi  się  Agape.  Aby  tak  było,  nie  trzeba  wcale 
marzyć  o  odkryciu  Ameryki  ani  nawróceniu  ptaków  wzorem  świętego  Franciszka  z  Asyżu.  Sprzedawca 
warzyw ze sklepiku na rogu twojej ulicy może nosić w sobie święty płomień szaleństwa, jeśli kocha to, co 
robi. Agape istnieje ponad sferą pojęć i idei; jest zaraźliwa, ponieważ ludzie są jej spragnieni. 

Petrus  przypomniał  mi,  że  potrafię  rozbudzić  Agape  dzięki  ćwiczeniu  Błękitnego  Globu.  Aby 

jednak  Agape  mogła  rozkwitnąć,  muszę  uwolnić  się od strachu przed zburzeniem spokoju mojego życia. 
Jeżeli kocham to, co robię, wszystko jest w porządku, lecz jeśli nie, nigdy nie jest za późno, aby to zmienić. 
Godząc się na zmiany, mogłem stać się urodzajnym skrawkiem ziemi i pozwolić twórczej wyobraźni, by 
zasiała we mnie ziarno. 

-  Wszystko,  czego  cię  uczyłem,  także  Agape,  ma  sens  pod  warunkiem,  że  jesteś  z  siebie 

zadowolony.  W  przeciwnym  razie  ćwiczenia,  które  poznałeś,  stopniowo  rozbudzą  w  tobie  pragnienie 
zmiany. Aby nie zwróciły się przeciw tobie, musisz przystać na tę przemianę. To najtrudniejsza chwila w 
życiu  człowieka.  Chwila,  gdy  pragnie  podjąć  Dobrą  Walkę,  lecz  czuje  się  niezdolny  do  zaakceptowania 
zmiany,  która  umożliwi  mu  stoczenie  tej  walki.  Wówczas  wiedza  zwraca  się  przeciwko  temu,  kto  ją 
posiadł. 

Spoglądałem  na  Foncebadón.  Może  wszyscy  ci  ludzie,  wszyscy  razem,  odczuli  potrzebę  zmiany. 

Zapytałem Petrusa, czy celowo wybrał ten pejzaż, aby mi to powiedzieć. 

-  Nie  wiem,  co  tu  się  wydarzyło  -  odparł.  -Ludzie  często  są  zmuszeni  zgodzić  się  na  zmianę 

narzuconą  przez  los,  ja  jednak  nie  o  tym  mówię.  Mówię  o  celowym  działaniu,  o konkretnym pragnieniu 
walki ze wszystkim, co nie zadowala cię w codziennym życiu. Często stajemy twarzą w twarz z poważnymi 
problemami.  Na  przykład:  jak  wspiąć  się  środkiem  wodospadu  na  górę  i  nie  pozwolić  masom  wody 
zepchnąć się w przepaść. W takiej sytuacji trzeba pozwolić, by zadziałała twórcza wyobraźnia. W twoim 
przypadku  stawką  było życie lub śmierć, nie miałeś czasu na wahanie: Agape wytyczyła ci jedną jedyną 
drogę.  Istnieją  jednak  problemy,  które  zmuszają  nas  do  wyboru  drogi  -  innej  niż  ta.  Są  to  sprawy 
powszednie,  takie  jak  decyzje  zawodowe,  zerwanie  związku,  zawieranie  znajomości.  Każda  z  tych 
drobnych  decyzji  może  oznaczać  wybór  między  życiem  a  śmiercią.  Kiedy  rankiem  wychodzisz  z  domu, 
żeby  udać  się  do  pracy,  wybierasz  środek  transportu,  a  ten  albo  dowiezie  cię  całego  i  zdrowego  przed 
wejście do biura, albo przydarzy mu się wypadek, który pociągnie za sobą śmierć pasażerów. W ten sposób 
banalna decyzja może zaważyć na całym ludzkim życiu. 

background image

 

 - 58 - 

Rozmyślałem,  słuchając  Petrusa.  Dokonałem  wyboru,  decydując  się wyruszyć na Szlak Świętego 

Jakuba  w  poszukiwaniu  miecza.  Tak  wiele  dla  mnie  znaczył,  musiałem  go  zdobyć.  Musiałem  podjąć 
uczciwą i słuszną decyzję. 

-  Jedynym sposobem podjęcia właściwej decyzji jest uświadomienie sobie, jaka decyzja byłaby zła 

- wyjaśnił Petrus, kiedy podzieliłem się z nim swoimi wątpliwościami. - Trzeba rozważyć inne możliwości, 
bez obaw i trzeźwo oceniając ich walory, a potem dokonać wyboru. 

I wtedy Petrus nauczył mnie ĆWICZENIA CIENI. 
-  Twoim problemem jest miecz - powiedział, kiedy już zapoznał mnie z ćwiczeniem. 
Skinąłem głową. 
-  Wykonaj więc to ćwiczenie teraz. Ja trochę się przejdę. Wiem, że po moim powrocie będziesz już 

znał słuszne rozwiązanie. 

Pomyślałem o ostatnich dniach, o ciągłym pośpiechu Petrusa i o rozmowie w opuszczonej osadzie. 

Można  by  powiedzieć,  że  starał  się  zyskać  na  czasie,  aby  także  podjąć  jakąś  decyzję.  Zdobyłem  się  na 
odwagę i wykonałem ćwiczenie. 

Zacząłem  od  Tchnienia  RAM,  aby  wytworzyć  harmonię  pomiędzy  mną  a  otoczeniem.  Następnie 

przez  kwadrans  przypatrywałem  się  cieniom.  Cieniom  chylących  się  ku  upadkowi  domostw,  kamieni, 
drzew,  starego  krzyża,  który  stał  za  mną.  Obserwując  je  przez  dziesięć  minut,  zrozumiałem,  jak  trudno 
określić,  która  część  rzeczy  ma  swe  odbicie.  Nigdy  dotąd  nie  zastanawiałem  się  nad  tym.  Czasami 
równiutki pień przeobrażał się w wężowaty kształt, a kamień o nieregularnych formach wyglądał na odbiciu 
jak otoczak. Nie miałem kłopotów z koncentracją, ponieważ ćwiczenie było fascynujące. Potem zacząłem 
analizować  rozwiązania,  które  odpowiadały  mojemu  celowi,  czyli  odnalezieniu  miecza.  Do  głowy 
przychodziły  mi  niezliczone  pomysły:  od  „wsiądź  do  autokaru,  który  dowiezie  cię  do  Composteli"  po 
„zadzwoń do żony i uciekając się do emocjonalnego szantażu, zmuś ją do wyjawienia, gdzie ukryła miecz".                             

Kiedy wrócił Petrus, uśmiechałem się do siebie. 
-  No i co? 
-    Już  wiem,  jak  Agatha  Christie  pisała  powieści  kryminalne  -  zażartowałem.  -  Przetwarzała 

najgorszą z hipotez tak, by uczynić ją trafną. Na pewno znała ćwiczenie Cieni. 

Petrus zapytał, gdzie jest mój miecz. 
-    Najpierw  przedstawię  ci  najogólniejszą  z  hipotez,  jakie  mi  się  nasunęły,  gdy  obserwowałem 

cienie: miecza nie ma na Camino de Santiago. 

-    Jesteś  genialny!  Odkryłeś,  że  od  początku  wędrujemy      w      poszukiwaniu      twojego      miecza. 

Sądziłem, że powiedziano ci to już w Brazylii. 

-  I jest przechowywany w bezpiecznym miejscu - ciągnąłem - do którego moja żona nie ma wstępu.  

Wnioskuję  z  tego,  że jest  to  miejsce całkowicie otwarte, ale w sposób niewidoczny. 

Tym razem. Petrus nie zareagował śmiechem. Mówiłem dalej: 
-  Ponieważ zaś najbardziej absurdalne wydaje się, że mógłby leżeć w miejscu pełnym ludzi, musi 

znajdować się w miejscu niemal bezludnym. Posunąłbym się nawet nieco dalej: aby nieliczni,  którzy go  
widzą,  nie  zauważyli  różnicy między moim mieczem a typowym mieczem hiszpańskim, musi spoczywać 
gdzieś, gdzie nikt nie potrafi odróżnić tych stylów. 

-  Sądzisz, że jest gdzieś tu? 
-    Nie,      tu    go      nie      ma.      Popełniłbyś      poważny  błąd,  każąc  mi  wykonywać  to  ćwiczenie  w 

miejscu, w którym ukryto mój miecz. Natychmiast odrzuciłem tę hipotezę. Musi się jednak znajdować w 
miasteczku  podobnym  do  tego.  W  grę  nie  wchodzi  opuszczone  miasto,  bo  tam  zwracałby  uwagę 
pielgrzymów i turystów. I wkrótce byśmy go odnaleźli, ale jako ozdobę na ścianie restauracji. 

-  Świetnie - powiedział i zauważyłem, że jest dumny ze  mnie,  a może z ćwiczenia,  którego mnie 

nauczył. 

-  I jeszcze jedno - podjąłem. 
-  Co takiego? 
-    Najgorszym    schronieniem    dla  miecza  jednego  z  braci  byłoby  miejsce  świeckie.  On  musi 

spoczywać   w   miejscu   świętym.   Na   przykład w kościele, z którego nikt nie poważyłby się go ukraść. 
Podsumowując:  mój  miecz  został  ukryty  w  kościele  w  małym  miasteczku  nieopodal  Santiago  de 
Compostela, w zasięgu ludzkich oczu, lecz tam, gdzie pasując do otoczenia, nie zwraca 

na siebie uwagi. Odtąd będę zaglądał do wszystkich kościołów na Szlaku. 
-    Nie  ma  takiej  potrzeby  -  zaoponował.  -  Na  pewno  nie  przeoczysz  właściwej  chwili,  gdy  ta 

nadejdzie. 

background image

 

 - 59 - 

Udało mi się. 
-  Powiedz mi, Petrusie, dlaczego szliśmy tak szybko i dlaczego tracimy tyle czasu w opuszczonym 

miasteczku. 

-  Jaka byłaby najgorsza z decyzji, które możesz podjąć? 

 

 

ĆWICZENIE CIENI 

 

Odpręż się. 
Przez  pięć  minut  obserwuj  pojawiające  się  wokół  cienie  rzeczy  czy  istot.  Postaraj  się  dokładnie 

określić, jaka część rzeczy lub istoty ma swe odbicie. 

Przez  kolejne  pięć  dni  kontynuuj  obserwację,  równocześnie  jednak  skoncentruj  uwagę  na 

problemie, który pragniesz rozwiązać, i rozważ wszystkie niewłaściwe decyzje, jakie mógłbyś podjąć. 

Wreszcie poświęć najbliższe pięć minut na przyglądanie się cieniom i wybierz słuszne rozwiązania, 

które ci pozostały. Odrzucaj je kolejno, aż pozostanie ci tylko jedno, najwłaściwsze. 

 
 

 

 

 
Raz jeszcze zerknąłem na cienie. Miał rację, nie znaleźliśmy się tu przypadkowo. 
Słońce  zniknęło  za  górą,  ale  jego  jaskrawe  światło  nie  ustępowało  jeszcze  zapadającemu 

zmierzchowi. Kilka promieni muskało Żelazny Krzyż - ten, który pragnąłem obejrzeć, a od którego dzieliło 
nas  zaledwie  kilkaset  metrów.  Chciałem  poznać  przyczyny  tego  wyczekiwania.  Przez  ostatni  tydzień 
szliśmy  bardzo  szybko  i  sądziłem,  że  działo  się  tak  dlatego,  że  musieliśmy  przybyć  w  to  miejsce  w 
wyznaczonym dniu i o wyznaczonej porze. 

Usiłowałem zagaić rozmowę, choćby po to, żeby zapełnić czas, ale wyczułem, że Petrus jest spięty 

i mocno skupiony. Często zdarzało mi się widywać go w złym humorze, nie przypominałem sobie jednak, 
żeby kiedykolwiek przejawiał takie napięcie. I nagle uzmysłowiłem sobie, że raz już się to zdarzyło - wtedy 
gdy jedliśmy śniadanie w wiosce, której nazwy zapomniałem, tuż przed spotkaniem z... 

Uniosłem  głowę.  On  tu  był.  Pies.  Napastliwy  pies,  który  najpierw  przewrócił  mnie  na  ziemię, 

tchórzliwe  psisko,  które  uciekło  pędem,  kiedy  spotkaliśmy  się  powtórnie.  Petrus  obiecał  mi  pomoc,  jeśli 
dojdzie do kolejnego starcia, więc zwróciłem się w jego stronę. Ale obok mnie nikogo już nie było. 

Utkwiłem oczy w ślepia zwierzęcia i pospiesznie zastanawiałem się, jak stawić czoło tej sytuacji. 

Żaden z nas nawet nie drgnął. Przez myśl przesunęły mi się sceny pojedynków z westernów, rozgrywające 
się  w  miastach-widmach.  Nikomu  nigdy  nie  przyszło  do  głowy,  żeby  pokazać  pojedynek  między 
człowiekiem a psem - to wydawało się zbyt nieprawdopodobne. 

Miałem przed sobą Legion, bo było ich wielu. W pobliżu stał opuszczony dom. Gdybym poderwał 

się do biegu, mógłbym wdrapać się na dach, a Legion nie podążyłby za mną. Uwięziony w ciele psa, był 
więźniem psich możliwości. 

Szybko  odrzuciłem  ten  pomysł.  Przez  cały  czas  patrzyłem  psu  prosto  w  oczy.  Na  Szlaku 

wielokrotnie z obawą myślałem o tej chwili -i oto nadeszła. Przed odnalezieniem miecza musiałem stanąć 
twarzą  w  twarz  z  wrogiem  i  zwyciężyć  lub  ponieść  klęskę.  Nie  miałem  wyboru  -musiałem  się  z  nim 
zmierzyć.  Gdybym  teraz  uciekł,  wpadłbym  w  pułapkę.  Być  może  pies  już  by  nie  powrócił,  ale  strach 
towarzyszyłby mi aż do Santiago de Compostela. I nawet potem całymi nocami śniłbym o psie, obawiając 
się, że zaraz przede mną stanie, i już po kres moich dni żyjąc w ciągłym lęku. 

Gdy  snułem  te  rozmyślania,  pies  przesunął  się  w  moją  stronę.  Natychmiast  skoncentrowałem  się 

wyłącznie  na  walce,  która  miała  wybuchnąć  lada  moment.  Petrus  uciekł  i  zostałem  sam.  Ogarnął  mnie 
strach.  I  w  tej  samej  chwili  pies  powoli  ruszył  w  moją  stronę,  cicho  powarkując.  Ten  głuchy  pomruk 
brzmiał  o  wiele  groźniej  niż  głośne  ujadanie, toteż strach się nasilił. Czytając z mych oczu słabość, pies 
rzucił się na mnie. 

To  było,  jakby  głaz  runął  na  mą  pierś.  Upadłem  na  ziemię.  Przez  głowę  przemknęła  mi  niejasna 

myśl - widziałem przecież swoją śmierć, wiedziałem, że nie tak przyjdzie mi skończyć, ale strach narastał i 
nie  potrafiłem  nad  nim  zapanować.  Walczyłem  tylko  w  obronie  twarzy  i  gardła.  Silny  ból  sprawił,  że 
zwinąłem  się  w  kłębek.  Zrozumiałem,  że  psisko  wyszarpało  mi  kawał  ciała  z  łydki.  Oderwałem  ręce  od 

background image

 

 - 60 - 

twarzy, żeby dotknąć rany. Pies wykorzystał tę chwilę i już szykował się do ataku na moją głowę. I właśnie 
wtedy natrafiłem palcami na kamień. Chwyciłem go i uderzyłem bestię z całą siłą rozpaczy. 

Pies  nieco  się  odsunął,  raczej  zaskoczony  niż  ranny,  a  mnie  udało  się  w  tym  czasie  poderwać  z 

ziemi.  Cofnął  się  jeszcze  trochę,  mnie  zaś  ten  zakrwawiony  kamień  w  ręce  dodał  odwagi.  Nadmiar 
szacunku  wobec  wroga  okazał  się  pułapką.  Zwierzę  nie  mogło  być  silniejsze  ode  mnie.  Może  bardziej 
zwinne, ale na pewno nie silniejsze, bo to ja byłem cięższy i większy od niego. Teraz nie bałem się już tak 
bardzo, jednak utraciłem kontrolę nad sytuacją i zacząłem potwornie krzyczeć, ściskając kamień. Zwierzę 
znów się cofnęło, a potem, nagle, zatrzymało się. 

Miałem wrażenie, że czyta w moich myślach. Pełen desperacji, czułem się silny i tę walkę z psem 

uważałem  za  żałosną.  Niespodziewanie  ogarnęło  mnie  przeświadczenie  o  własnej  mocy,  a  nad 
opuszczonym miastem powiał ciepły wiatr. Odczułem bezgraniczną niechęć do ciągnięcia tego pojedynku - 
wystarczyło  przecież  cisnąć  kamieniem  w  psi  łeb,  żeby  pokonać  to  zwierzę.  Chciałem  położyć  kres 
sprawie,  obejrzeć  skaleczoną  nogę,  zakończyć  to  absurdalne  doświadczenie  z  mieczem  i  dziwaczną 
pielgrzymką do Composteli. 

Lecz okazało się, że to kolejna pułapka. Pies skoczył i znów przewrócił mnie na ziemię. Tym razem 

zręcznie uniknął uderzenia kamieniem i wbił zęby w moją rękę, zmuszając mnie do wypuszczenia tej broni. 
Zacząłem okładać go pięściami, gołą ręką, ale nie zdołałem wyrządzić mu większej krzywdy. Mogłem tylko 
unikać  kolejnych  ugryzień.  Jego  ostre  pazury  rwały  na  strzępy  ubranie,  kaleczyły  ramiona,  ja  zaś 
zrozumiałem,  że  to  tylko  kwestia  czasu  i  że  psisko  zdobędzie  nade  mną  przewagę.  Nagle  rozbrzmiał  we 
mnie głos, który mówił, że jeśli pies weźmie górę, walka się zakończy i będę ocalony. Pokonany, ale żywy. 
Doskwierał mi ból nogi, paliła pokaleczona i podrapana skóra. Głos namawiał, żebym zaprzestał walki, a ja 
poznałem  ten  głos:  mówił  do  mnie  Astrain,  mój  Posłaniec.  Pies  zamarł  na  moment,  jakby także usłyszał 
jego  głos,  a  mnie  znów  ogarnęła  chęć,  by  wszystko  rzucić.  Astrain  przekonywał,  że  wielu  ludzi  nie 
odnajduje  w  tym  życiu  swego  miecza.  Jakie  znaczenie  mógł  mieć  ten  miecz?  W  głębi  ducha  pragnąłem 
wrócić  do  domu,  znaleźć  się  blisko  żony,  mieć  dzieci  i  wykonywać  pracę,  którą  lubię.  Dość  tych  bzdur, 
dość pojedynków z psami i wspinaczek po wodospadach! Powtarzałem sobie to już po raz drugi, ale teraz 
pragnienie było znacznie silniejsze i wiedziałem, że poddam się niemal natychmiast. 

Hałas  dobiegający  z  ulicy  odwrócił  uwagę  psa.  To  pasterz  prowadził  owce  z  pastwiska.  Nagle 

przypomniałem  sobie,  że  taka  scena  już  się  zdarzyła  przy  ruinach  starego  zamku.  Kiedy  pies  zauważył 
owce, puścił mnie i potężnym susem rzucił się w ich kierunku. Byłem ocalony. Pasterz zaczął krzyczeć i 
owce rozpierzchły się na wszystkie strony. Zanim pies zdążył się oddalić, zdobyłem się na odrobinę odwagi 
i  chcąc  zostawić  zwierzętom  nieco  więcej  czasu  na  ucieczkę,  chwyciłem  go  za  tylną  łapę.  Miałem 
absurdalną nadzieję, że pasterz pospieszy mi z pomocą, i na moment odzyskałem wiarę w miecz i potęgę 
RAM. 

Pies próbował się oswobodzić. Przestałem być dla niego wrogiem, byłem tylko natrętem. To, czego 

teraz  pożądał,  znajdowało  się  tam,  tuż  przed  nim  -  to  były  owce.  Ale  ja  wciąż  trzymałem  go  za  łapę, 
czekając na pasterza, który nie nadchodził. 

Ta  sekunda  ocaliła  moją  duszę.  Wyrosła  we  mnie  potężna  siła,  tym  razem  już  nie  iluzja  potęgi, 

która rodzi rezygnację i chęć odwrotu. Astra-in znów szeptał mi do ucha: powinienem zawsze, mierząc się 
ze światem, sięgać po taką samą broń, jaką on mnie atakuje. Aby zatem zmierzyć się z psem, powinienem 
także stać się psem. 

To było szaleństwo, o którym Petrus opowiadał mi rano. Wyszczerzyłem zęby i głucho warknąłem, 

całą nienawiść zamykając w wydobywającym się z mych ust dźwięku. Kątem oka dostrzegłem przerażoną 
twarz pasterza i owce, które bały się mnie tak samo jak psa. 

Legion zrozumiał i wystraszył się nie na żarty. Wtedy przypuściłem szturm. Pierwszy podczas tej 

potyczki. Zaatakowałem go zębami i pazurami, próbowałem kąsać jego gardziel, chwycić za kark - zrobić 
to, czego sam się obawiałem, kiedy to on atakował. Ogarnęła mnie nieodparta wola zwycięstwa. Nic innego 
nie miało znaczenia. Rzuciłem się na zwierzę i powaliłem je na ziemię. Pies walczył, próbował się uwolnić, 
jego pazury wbijały się w moją skórę, ale i ja gryzłem i drapałem. Gdyby mi się wyrwał, znów by uciekł, a 
ja nie chciałem dopuścić, by czyhał gdzieś na kolejną okazję. Musiałem pokonać prześladowcę tu i teraz - i 
pozbyć się go na zawsze. 

Zwierzę  patrzyło  na  mnie, zdezorientowane. Teraz ja byłem psem, on, jak się wydawało, stał się 

człowiekiem. Mój dawny strach zawładnął nim tak dalece, że choć pies zdołał mi się wyrwać, to jednak dał 
się zamknąć w opustoszałej zagrodzie. Za niskim kamiennym murem była już tylko przepaść - żadnej drogi 
ucieczki. Pies przeobraził się w człowieka, który teraz ujrzeć miał oblicze swej śmierci. 

background image

 

 - 61 - 

Nagle zrozumiałem, że wydarzyło się coś dziwnego. Byłem zbyt silny. Myśli zaczęły mi się mącić, 

widziałem  twarz  Cygana,  a  wokół  niej  jakieś  niewyraźne  obrazy.  Stałem  się  Legionem.  W  tym  tkwiła 
tajemnica  mojej  mocy.  Demony  opuściły  to  nieszczęsne,  wystraszone  psisko,  które  już  za  chwilę  mogło 
zginąć  na  dnie  przepaści,  i  teraz  żyły  we  mnie.  Poczułem  straszliwą  chęć  rozerwania  na  strzępy 
bezbronnego stworzenia. 

„Jesteś Księciem, a oni to Legion" - szepnął Astrain. Lecz ja nie chciałem być Księciem; gdzieś w 

dali rozbrzmiewał także głos mojego Mistrza, który powtarzał z naciskiem, że powinienem odnaleźć miecz. 
Nie wolno mi było zabić tego psa. 

To, co wyczytałem z oczu pasterza, potwierdziło moje przypuszczenia. Teraz bardziej bał się mnie 

niż  psa.  Zakręciło  mi  się  w  głowie,  świat  wokół  mnie  zawirował.  Nie  mogłem  zemdleć,  to  oznaczałoby 
triumf Legionu. Musiałem znaleźć jakieś rozwiązanie. Nie walczyłem już ze zwierzęciem, zmagałem się z 
mocą, która mnie opętała. Czułem, że nogi się pode mną uginają, przytrzymałem się ściany, ale zawaliła się 
pod moim ciężarem. Upadłem twarzą na ziemię pomiędzy drewniane belki i kamienie. 

Ziemia. Legion był ziemią, owocem ziemi. Owocami - dobrymi i złymi - ale owocami ziemi. Ona 

była  jego  domem,  rządzonym  albo  zarządzanym  przez  świat.  Gwałtowny  przypływ  Agape  sprawił,  że  ze 
wszystkich  sił  wczepiłem  się  palcami  w  ziemię.  Wydałem  przeraźliwy  okrzyk,  podobny  do  tego,  który 
usłyszałem podczas pierwszego spotkania z psem. Poczułem, że Legion przenika moje ciało, umykając ku 
ziemi, ponieważ we mnie była Agape: Legion nie chciał być pochłonięty przez  Agape, która trawi. Taka 
była  moja  wola,  wola,  która  kazała  mi  oprzeć  się  omdleniu,  wola  Agape  tkwiącej  w  mej  duszy,  Agape 
trwalszej od innych uczuć. Zadrżałem całym ciałem. 

Wymiotowałem, czułem jednak, że to narastająca Agape wychodzi wszystkimi porami mego ciała. 

Wciąż drżałem i było tak aż do chwili, gdy, znacznie później, zrozumiałem, że Legion powrócił do swego 
królestwa. 

Usiadłem na ziemi, okaleczony i wyczerpany, i wtedy przed oczyma stanęła mi absurdalna wizja: 

ujrzałem ociekającego krwią, merdającego ogonem psa i przerażonego pasterza, który mi się przypatrywał. 

-  Musiał pan zjeść jakieś paskudztwo - powiedział pasterz, najwyraźniej  nie chcąc uwierzyć w to, 

co widział. - Teraz, kiedy udało się panu zwymiotować, poczuje się pan lepiej. 

Pokiwałem  głową.  Podziękował,  że  powstrzymałem  „swojego"  psa,  i  odszedł  wraz  ze  stadkiem 

owiec. 

Petrus  zbliżył  się  do  mnie  w  milczeniu.  Oderwał  kawałek  koszuli  i  owinął  tkaniną  moją  nogę. 

Mocno krwawiła. Poprosił, żebym poruszył rękami i nogami, a potem tułowiem, i orzekł, że nie doznałem 
poważniejszych obrażeń. 

-    Strach  na  ciebie  patrzeć  -  stwierdził,  uśmiechając  się.  Był,  co  ostatnio  rzadko  się  zdarzało,  w 

dobrym nastroju. - W tej sytuacji oglądanie Żelaznego Krzyża z bliska nie wchodzi w grę. Na pewno jest 
tam sporo turystów, wystraszyłbyś ich. 

Przemilczałem  jego  uwagę.  Podniosłem  się,  otrzepałem  brud  z  ubrania  i  stwierdziłem,  że  mogę 

chodzić.  Petrus  poradził  mi  wykonać  ćwiczenie  Tchnienia  RAM  i  przyniósł  mój  plecak.  Ćwiczenie 
przywróciło mi harmonię ze światem. W pół godziny później stałem już przy Żelaznym Krzyżu. 

Pewnego dnia Foncebadón odrodzi się z ruin. Legion tchnął w to miejsce ogromną moc. 

 

Rozkaz i posłuszeństwo 

 

Do stóp Żelaznego Krzyża dotarłem podtrzymywany przez Petrusa, ponieważ okazało się, że rana 

nogi  uniemożliwia  mi  samodzielne  chodzenie.  Kiedy  mój  przewodnik  zrozumiał,  jak  poważne  są  skutki 
pogryzienia, zdecydował, że przerwiemy pielgrzymkę i podejmiemy ją dopiero, gdy wykuruję się na tyle, 
by iść dalej. W położonej nieopodal osadzie zawsze można było znaleźć miejsce dla pielgrzymów, których 
zaskoczyła tu noc. Petrus wynajął dwa pokoje u kowala i zaraz się tam udaliśmy. 

Mój  pokoik  miał  niewielki  balkon,  co  kiedyś  stanowiło  rewolucję  architektoniczną,  która  została 

zapoczątkowana  w  tym  miasteczku  i  w  VIII  wieku  rozpowszechniła  się  na  całą  Hiszpanię.  W  dali 
dostrzegłem wzgórza, które prędzej czy później miałem pokonać, aby dotrzeć do Santiago. Zwinąłem się w 

background image

 

 - 62 - 

kłębek  na  łóżku  i  spałem  tak  aż  do  rana.  Obudziłem  się  trochę  rozpalony,  poza  tym  jednak  w  całkiem 
niezłej formie. 

Petrus poszedł po wodę do studni zwanej przez miejscowych studnią bez dna i przemył moje rany. 

Po południu przyprowadził staruszkę, która mieszkała w okolicy. Obłożyli okaleczenia rozmaitymi ziołami, 
a  kobieta  zmusiła  mnie  do  wypicia  gorzkiego  naparu.  Codziennie,  dopóki  rany  całkowicie  się  nie 
zasklepiły,  Petrus  kazał  mi  je  wylizywać.  Zawsze  wtedy  czułem  metaliczny,  słodkawy  smak  krwi,  co 
przyprawiało mnie o mdłości, ale mój przewodnik twierdził, że ślina to   doskonały   antyseptyk   i   że   w   
ten   sposób zdołam zapobiec infekcji. 

Drugiego    dnia  znów  gorączkowałem.      Petrus  i  staruszka  i  tym  razem  wmusili  we  mnie  napar, 

nacierali        rany      jakimiś        ziołowymi        maściami.  Mimo  to  gorączka,  chociaż  niezbyt  wysoka,  nie 
ustępowała. Wtedy mój przewodnik poszedł do pobliskiej bazy wojskowej po bandaże, bo w całej osadzie 
nie udało się zdobyć ani gazy, ani plastrów do opatrzenia ran. 

Wrócił po kilku godzinach z bandażami i z młodym lekarzem wojskowym, a ten koniecznie chciał 

się dowiedzieć, gdzie jest zwierzę, które mnie pokąsało. 

-  Wygląd ran wskazuje, że zwierzę jest chore na  wściekliznę   -  stwierdził,   patrząc  na  mnie z 

troską. 

-    Ależ  skąd!  -  zaprzeczyłem.  -  To  była  zabawa,  która  wymknęła  się  spod  kontroli.  Znam  to 

stworzenie od bardzo dawna. 

Nie  zdołałem  przekonać  lekarza.  Zdecydował  podać  mi  szczepionkę  przeciw  wściekliźnie  i 

musiałem  się  zgodzić  na  przyjęcie  pierwszej  dawki,  zagrożony  przewiezieniem  do  szpitala  w  bazie 
wojskowej. Potem znów zaczął wypytywać, gdzie jest zwierzę, które mnie pogryzło. 

-  W Foncebadón - odparłem. 
-    Foncebadón  to  ruiny  miasta.  Nie  ma  tam  psów  -  stwierdził  z  miną  człowieka,  który  przyłapał 

rozmówcę na kłamstwie. 

Zacząłem  pojękiwać,  udając  zbolałego,  a  Petrus  wyprowadził  lekarza  z  pokoju.  Medyk  zostawił 

nam wszystko, czego potrzebowaliśmy - czyste bandaże, plaster i maść wspomagającą gojenie ran. 

Petrus  i  staruszka  nie  zastosowali  tej  maści.  Zabandażowali  rany,  kładąc  na  nie  gazę  nasączoną 

ziołami.  Bardzo  mnie  to  cieszyło,  ponieważ  teraz  nie  musiałem  przynajmniej  wylizywać  własnego  ciała. 
Nocą  oboje  uklękli  przy  moim  łóżku  i  trzymając  ręce  wyciągnięte  nad  moim  ciałem,  zaczęli  się  głośno 
modlić. Pytania o tę modlitwę Petrus skwitował niejasną aluzją do charyzmatów i pielgrzymiego szlaku do 
Rzymu. Próbowałem drążyć problem, ale mój przewodnik milczał. 

Po dwóch dniach byłem już zdrowy. Z okna zauważyłem żołnierzy, którzy prowadzili poszukiwania 

w osadzie i okolicznych dolinach. Zapytałem jednego z nich, czego lub kogo szukają. 

-  Gdzieś po okolicy błąka się wściekły pies -wyjaśnił. 
Tego samego dnia po południu zapukał do mnie kowal, który wynajmował nam pokoje, i poprosił, 

żebym  opuścił  miasto,  kiedy  tylko  będę  zdolny  do  dalszej  wędrówki.  Wieść  obiegła  całą  osadę;  ludzie 
obawiali się, że zachoruję na wściekliznę i stanę się źródłem zarazy. Petrus i staruszka usiłowali przekonać 
gospodarza, on jednak był niezłomny. Uciekł się nawet do stwierdzenia, że kiedy spałem, widział pianę w 
kąciku moich ust. 

Nie trafiały do niego żadne argumenty, nie chciał uwierzyć, że we śnie każdemu z nas może się to 

zdarzyć. Tej nocy staruszka i mój przewodnik długo się modlili, trzymając nade mną wyciągnięte ręce. A 
przed południem, z lekka utykając, znów ruszyłem na Szlak Świętego Jakuba. 

Zapytałem Petrusa, czy nie niepokoi go stan mojego zdrowia. 
-  Na Camino de Santiago obowiązuje zasada, o której nigdy ci nie wspominałem  - odparł. -Głosi 

ona:  Tego,  kto  podjął  pielgrzymkę  do  Santiago,  z  jej  zaniechania  usprawiedliwia  tylko  jedno  -  choroba. 
Gdyby twój organizm nie radził sobie z ranami, gdybyś wciąż gorączkował, byłby to dla mnie znak, że czas 
przerwać wędrówkę. Ale - dorzucił z dumą - twoje modlitwy zostały wysłuchane. 

A mnie ogarnęła pewność, że ten zapał jest równie ważny dla niego, jak i dla mnie. 
Na tym odcinku droga biegła cały czas w dół, a Petrus uprzedził mnie, że będzie tak jeszcze przez 

dwa dni. Wróciliśmy do poprzedniego rytmu wędrówki, przerywanej poobiednią sjestą w porze, gdy słońce 
grzało  najmocniej.  Ze  względu  na  opatrunki,  których  mi  jeszcze  nie  zdjęto,  Petrus  niósł  mój  plecak. 
Właściwie już nam się nie spieszyło - zdążyłem na tamto spotkanie. 

Stan mego zdrowia poprawiał się z godziny na godzinę i nawet byłem z siebie dumny: wspiąłem się 

po ścianie wodospadu i pokonałem demona Szlaku. Teraz mogłem się skupić na najważniejszym zadaniu - 
odnalezieniu miecza. Podzieliłem się refleksjami z Petrusem. 

background image

 

 - 63 - 

-  To było piękne zwycięstwo, ale przeoczyłeś najistotniejszy problem. 
Jego słowa zmroziły mnie. 
-  Co masz na myśli? 
- Wyczucie dokładnego czasu pojedynku. Musiałem narzucić nam ostrzejsze tempo, iść forsownym 

marszem,  ale  ty  skupiałeś  się  wyłącznie  na  jednym  -  na  poszukiwaniu  miecza.  Po  co  jednak  miecz 
człowiekowi, który nie wie, gdzie może natknąć się na wroga? 

-  Miecz to moje narzędzie mocy - odparłem. 
-  Za bardzo wierzysz w swą moc. Wodospad, Praktyki   RAM,    rozmowy   z   Posłańcem   -   to 

wszystko  sprawiło,  że  zapomniałeś,  iż  musisz jeszcze pokonać wroga. A przecież miałeś go spotkać. 
Zanim ręka poruszy mieczem, musi odnaleźć wroga i wiedzieć, jak z nim walczyć. Miecz służy tylko do 
zadania ciosu. Tymczasem ręka jest zwycięska lub pokonana na długo przed zadaniem ciosu. Zdołałeś bez 
miecza odnieść zwycięstwo   nad   Legionem.   W   tym   poszukiwaniu tkwi pewien sekret, którego jeszcze 
nie odkryłeś, a nie znając go, nigdy nie zdołasz odnaleźć tego, czego szukasz. 

Milczałem.  Za  każdym  razem,  kiedy  byłem  już  pewien,  że  zbliżam  się  do  celu,  Petrus  z  uporem 

powtarzał,  że  jestem  zwykłym  pielgrzymem  i  że  stale  jeszcze  brakuje  mi  czegoś,  co  jest  konieczne,  by 
osiągnąć cel. Szczęście, którego doświadczyłem na parę minut przed tą rozmową, znik-nęło bez śladu. 

Po raz kolejny znalazłem się na początku Ca-mino de Santiago i ogarnęło mnie zniechęcenie. Tą 

drogą,  po  której  stąpały  moje  nogi,  od  dwunastu  wieków  wędrowały  miliony  ludzi,  którzy  zmierzali  do 
Composteli lub z niej wracali. W ich sytuacji dotarcie do celu było jednak tylko kwestią czasu. W moim 
przypadku pułapki Tradycji raz po raz stawiały na mej drodze przeszkody, które musiałem pokonywać, i 
coraz to nowe zadania, z których musiałem się wywiązać. 

Powiedziałem  Petrusowi,  że  czuję  się  zmęczony,  i  usiedliśmy  w  cieniu  na  zboczu.  Wysokie 

drewniane krzyże ciągnęły się wzdłuż drogi. Petrus położył plecaki na ziemi. 

-  Wróg  jest   zawsze   odzwierciedleniem   naszych słabostek - podjął. - Może to być strach przed 

bólem fizycznym albo przedwczesna wiara w zwycięstwo, albo chęć wycofania się z walki pod pozorem, że 
triumf nie jest godzien wysiłku. Nasz wróg podejmuje walkę tylko dlatego, że wie, iż może nas ugodzić.  I 
to  dokładnie  w  punkt,  który  w  swej    pysze  uważamy  za  najsilniejszy.  Podczas      walki      staramy      się   
zawsze      osłaniać  naszą  słabą  stronę,  wróg  zaś  uderza  w  miejsca  źle  chronione  -  te,  których  jesteśmy 
najpewniejsi.  I  ostatecznie  ponosimy  klęskę,  ponieważ  stało  się  to,  do  czego  nie  powinno  było  dojść: 
pozostawiliśmy wrogowi wybór sposobu walki. 

Wszystko, o czym mówił Petrus, wydarzyło się podczas mojej szamotaniny z psem. Równocześnie 

odrzucałem  myśl,  że  mam  nieprzyjaciół  i  że  muszę  z  nimi  walczyć.  Kiedy  Petrus  wspominał  o  Dobrej 
Walce, zawsze byłem przekonany, że chodzi wyłącznie o walkę w imię życia. 

-    Masz  rację,  lecz  Dobra  Walka  to  znacznie  więcej  -  powiedział,  kiedy  podzieliłem  się  z  nim 

wątpliwościami. - Nie jest grzechem toczyć wojnę.  Toczenie wojny to  akt miłości.  Wróg daje nam okazję 
do rozwoju i spełnienia się, tak jak pies dał ją tobie. 

-    A  ja  odnoszę  wrażenie,  że  nigdy  nie  jesteś  zadowolony.  Zawsze  jeszcze  czegoś  brakuje.  Teraz 

powiedz mi o tajemnicy mojego miecza. 

A Petrus odparł, że to powinienem był wiedzieć, zanim wyruszyłem w tę podróż. I dalej mówił o 

wrogu. 

-    Wróg  jest  cząstką  Agape.  Pojawia  się,  żeby  sprawdzić  naszą  rękę,  naszą  wolę  i  przekonać  się, 

jaki użytek zrobimy z miecza. Został nam dany nie bez celu, a my nie bez celu zostaliśmy przypisani jemu. 
Toteż  ucieczka  przed  walką  jest  czymś  najgorszym,  co  może  się  nam  przytrafić.  Jest  o  wiele  gorsza  od 
przegranej, ponieważ klęska zawsze może stać się dla nas źródłem doświadczenia i nauką, a ucieczka daje 
nam tylko jedną możliwość: głosić zwycięstwo naszego wroga. 

Zaskoczyło mnie, że Petrus, właśnie on, głęboko przywiązany do Jezusa, tak mówi o przemocy i 

walce, i natychmiast podzieliłem się z nim tą refleksją. 

-  Weź pod uwagę, jak nieodzowny był Jezusowi Judasz - odparł. - Chrystus musiał znaleźć sobie 

wroga, w przeciwnym razie nie doszłoby do gloryfikacji jego ziemskiej walki. 

Drewniane krzyże przy drodze przypominały, jak rodziła się ta chwała. Z krwi, zdrady i porzucenia. 

Podniosłem się i powiedziałem, że jestem gotów kontynuować podróż. 

Już  idąc,  zapytałem,  jaki  jest  ów  najsilniejszy  punkt  mogący  zapewnić  człowiekowi  oparcie  w 

walce i zwycięstwo nad wrogiem. 

- Jego teraźniejszość. Najlepszym oparciem jest dla człowieka to, co właśnie robi, w tym bowiem 

skupia się Agape, entuzjastyczne pragnienie triumfu i siła sprawcza dalszych działań. Chciałbym, żebyś to 

background image

 

 - 64 - 

dokładnie zrozumiał: nieprzyjaciel rzadko uosabia Zło. Lecz zawsze jest w pobliżu, ponieważ miecz, który 
niczemu nie służy, tylko spoczywa w pochwie, w końcu pokrywa się rdzą. 

Przypomniałem  sobie,  że  kiedyś,  podczas  budowy  naszego  wiejskiego  domu,  żona  nagle 

postanowiła zmienić wygląd jednego z pomieszczeń. Mnie przypadło niemiłe zadanie poinformowania o tej 
zmianie  wykonawcy.  Był  to  mężczyzna  około  sześćdziesiątki.  Powiedziałem  mu,  czego  chce  żona. 
Popatrzył  na  plany,  zastanawiał  się  dłuższą  chwilę  i  zaproponował  znacznie  ciekawsze  rozwiązanie, 
pozwalające wykorzystać ścianę, którą częściowo już wzniesiono. Żona uznała jego pomysł za wspaniały. 

Być  może  to  właśnie pragnął wyrazić Petrus, używając tak skomplikowanych słów: aby pokonać 

wroga, wykorzystuj siłę tego, co właśnie robisz. 

Opowiedziałem mu o budowniczym naszego domu. 
- Życie zawsze uczy nas więcej niż niezwykły Szlak Świętego Jakuba - stwierdził. - My jednak nie 

pokładamy wielkiej wiary w naukach życia. 

Krzyże  co  trzydzieści  metrów  wytyczały  Cami-no  de  Santiago.  Zapewne  wzniósł  je  któryś  z 

pielgrzymów,  człowiek  obdarzony  nadludzką  siłą,  pozwalającą  dźwignąć  ciężkie,  mocne  drewno. 
Zapytałem Petrusa, co mają oznaczać. 

-  To stare i już niestosowane narzędzie tortur. 
-  Zastanawiam się jednak, co tu robią. 
-  Pewnie ktoś złożył ślubowanie. Skąd zresztą miałbym wiedzieć? 
Zatrzymaliśmy się przy jednym z tych krzyży, który w odróżnieniu od pozostałych leżał na ziemi. 
-  Może drewno przegniło - zastanawiałem się. 
-  Zrobiono go z takiego samego drewna jak wszystkie inne. I żaden z tamtych nie przegnił. 
-  Może  po   prostu  nie  został  wystarczająco mocno wbity w ziemię. 
Petrus rozejrzał się wokół. Rzucił plecak na ziemię i usiadł. Odpoczywaliśmy zaledwie kilka minut 

temu, nie rozumiałem więc jego postępowania. Instynktownie szukałem wzrokiem psa. 

-  Psa już pokonałeś - powiedział, jakby czytając w moich myślach. - Nie bój  się duchów zmarłych. 
-  Dlaczego w takim razie przerwałeś wędrówkę? 
Petrus  gestem  nakazał  mi  zamilknąć  i  przez  kilka  minut  w  ogóle  się  nie  odzywał.  Poczułem,  jak 

ożywa we mnie strach przed psem, i postanowiłem się podnieść, by stojąc, poczekać, aż mój przewodnik 
przemówi. 

-  Co słyszysz? - zapytał po chwili. 
-  Nic. Ciszę. 
-  Gdybyśmy byli tak mądrzy, by wsłuchać się w ciszę! Lecz wciąż jesteśmy ludźmi i nie potrafimy 

nawet  słuchać  własnych  rozmów.  Nigdy  nie  zapytałeś,  jak  odgadłem  przybycie  Legionu,  ale  teraz  ci  to 
powiem: dzięki słuchowi. Te odgłosy pojawiły się wiele dni wcześniej, kiedy jeszcze byliśmy w Astordze. 
Wtedy właśnie narzuciłem szybkie    tempo    marszu,    ponieważ    wszystko wskazywało, że nasze drogi 
skrzyżują  się  w  Fon-cebadón.  Ty  również  słyszałeś  te  dźwięki,  lecz  nie  wsłuchałeś  się  w  nie.  Wszystko 
zapisane  jest  w  dźwiękach.  Przeszłość,  teraźniejszość  i  przyszłość  człowieka.  Człowiek,  który  nie  potrafi 
ich słuchać, nie usłyszy też wskazówek, których życie udziela nam na każdym kroku. Tylko ten, kto słucha 
szmeru teraźniejszości, może podjąć trafną decyzję. 

Petrus poprosił, żebym usiadł i zapomniał o psie. Potem opowiedział mi o jednej z najłatwiejszych, 

ale zarazem najważniejszych Praktyk RAM na Camino de Santiago. 

I nauczył mnie ĆWICZENIA SŁUCHU. - Wykonaj je niezwłocznie. 
Skoncentrowałem się na ćwiczeniu. Wsłuchałem się w wiatr, w dobiegający z oddali kobiecy głos i 

w  pewnej  chwili  usłyszałem  trzask  łamiącej  się  gałęzi.  Ćwiczenie  nie  było  trudne  i  zafascynowała  mnie 
właśnie jego prostota. Przytknąłem ucho do ziemi i słuchałem jej głuchego pomruku. Stopniowo zacząłem 
rozróżniać dźwięki: szmer zamarłych w bezruchu liści, brzmiący gdzieś w dali głos, łopot ptasich skrzydeł. 
Gdzieś  pomrukiwało  jakieś  zwierzę,  ale  nie  potrafiłem  odgadnąć  jakie.  Piętnaście  minut  poświęconych 
temu ćwiczeniu upłynęło bardzo szybko. 

-  Z czasem przekonasz się, że to ćwiczenie pomaga w podejmowaniu trafnych decyzji - powiedział 

Petrus,  nie  pytając,  czego  słuchałem.  -Agape  wyraża  się  przez  Błękitny  Glob,  ale  także  poprzez  wzrok, 
dotyk, zapach, serce i słuch. Wystarczy tydzień, aby nauczyć się słuchania głosów. Początkowo nieśmiałe, 
wkrótce  zaczną  mówić  o  coraz  istotniejszych  sprawach.  Strzeż  się  tylko  poczynań      swego      Posłańca,   
który  będzie próbował wprowadzić cię w błąd.  Ale przecież znasz jego głos, więc nie będzie stanowił dla 
ciebie zagrożenia. 

background image

 

 - 65 - 

Petrus  zasypał  mnie  pytaniami,  chcąc  się  dowiedzieć,  czy  usłyszałem  radosne  wołanie  wroga, 

wabiący głos kobiety czy może sekret mojego miecza. 

-  Słyszałem tylko dobiegający z oddali głos kobiety - odparłem. - Ale to była wieśniaczka wołająca 

dziecko. 

-  W takim razie zwróć oczy na ten powalony krzyż i podnieś go siłą myśli. 
Zapytałem, co to za ćwiczenie. 
-  Ćwiczenie wiary twej myśli. 
Usiadłem  na  ziemi  w  pozycji  jogi.  Wiedziałem,  że  po  tym,  czego  dotąd  dokonałem  -  psie, 

wodospadzie - podołam także temu zadaniu. Wbiłem wzrok w krzyż. Wyobraziłem sobie, jak wychodzę z 
własnego ciała, chwytam jego ramiona i unoszę je mocą ciała astralnego. Na drodze Tradycji dokonałem 
już  kilku  takich  drobnych  „cudów".  Potrafiłem  kruszyć  szkło,  rozbijać  porcelanowe  figurki  i  przesuwać 
przedmioty leżące na stole. Były to łatwe działania, których nie należało uważać za przejaw mocy. Jednak 
właśnie one pomagały skutecznie przekonać „bezbożników". Nigdy dotąd nie miałem do czynienia z rzeczą 
o wadze i wielkości tego krzyża, ale skoro Petrus tak kazał, musiało mi się powieść. 

Przez  pół  godziny  podejmowałem  najrozmaitsze  próby.  Uciekałem  się  do  metody  gwiezdnej 

podróży i sugestii. Przypominałem sobie, w jaki sposób Mistrz panował nad siłą grawitacji, i starałem się 
odtworzyć  słowa,  które  zawsze  wtedy  wypowiadał.  Nic  się  nie  wydarzyło.  Byłem  skoncentrowany,  lecz 
krzyż  nawet  nie  drgnął.  Przywołałem  Astraina,  który  pojawił  się  między  dwoma  słupami  ognia.  Kiedy 
jednak powiedziałem mu o krzyżu, odparł, że pała nienawiścią do tego przedmiotu. 

background image

 

 - 66 - 

 

 
 

ĆWICZENIE SŁUCHU 

Odpręż się. Zamknij oczy. 
Spróbuj na kilka minut skoncentrować się na dźwiękach, które rozbrzmiewają wokół ciebie, jakbyś 

słuchał orkiestry, gdy grają wszystkie jej instrumenty.            

Stopniowo  wygaszaj  dźwięk  po  dźwięku.  Skup  uwagę  na  każdym  z  nich  kolejno  jak  na  grającym 

solową partię instrumencie. W tym samym czasie ignoruj pozostałe. 

Dzięki  codziennemu  wykonywaniu  tego  ćwiczenia  zaczniesz  słyszeć głosy. Początkowo pomyślisz, 

że to wytwory twojej wyobraźni, z czasem jednak odkryjesz, że to głosy osób z przeszłości, teraźniejszości 
lub przyszłości, zapisane w pamięci czasu. 

To ćwiczenie może wykonywać tylko ten, kto poznał już głos swego Posłańca. 
Minimalny czas trwania ćwiczenia: dziesięć minut. 

 

 
 
W końcu Petrus chwycił mnie za ramiona i, potrząsając, wyprowadził z transu. 
-  Już dość, to staje się nieprzyjemne. Skoro nie  możesz sobie  poradzić,  wykorzystując  siłę myśli, 

podźwignij go rękami. 

-  Rękami? 
-  Usłuchaj! 
Drgnąłem. Stojący przede mną mężczyzna nieoczekiwanie stał się twardy i surowy, tak odmienny 

od przyjaciela, który troskliwie opatrywał moje rany. Nie wiedziałem, co powiedzieć ani co robić! 

-  Usłuchaj! - powtórzył. - To rozkaz! 
Po walce z psem wciąż jeszcze miałem zabandażowane dłonie i ramiona. Nie wierzyłem własnym 

uszom.  Bez  słowa  pokazałem  Petrusowi  opatrunki.  Lecz  on  nadal  patrzył  na  mnie  lodowatym, 
niewzruszonym wzrokiem. Oczekiwał, że go usłucham. Przewodnik i przyjaciel, który towarzyszył mi przez 
całą pielgrzymkę, ucząc Praktyk RAM i snując piękne opowieści o Cami-no de Santiago, zniknął bez śladu. 
Jego miejsce zajął mężczyzna, który widział we mnie zwykłego niewolnika i wydawał idiotyczny rozkaz. 

-  Na co czekasz? - ponaglał. 
Przypomniałem  sobie  sytuację  przy  wodospadzie.  I  przypomniałem  sobie,  że  tamtego  dnia 

zwątpiłem w Petrusa, on zaś okazał się wobec mnie szlachetny. Dowiódł swej miłości, nie dopuścił, żebym 
zrezygnował z poszukiwania miecza. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego człowiek tak szlachetny nagle stał 
się brutalny, dlaczego uosabiał teraz wszystko, co cała ludzkość stara się przezwyciężyć - prześladowanie 
bliźniego. 

-  Petrusie... 
-  Usłuchaj.   Albo   zakończy   się   twoja   pielgrzymka do Composteli! 
Strach  powrócił.  Bałem  się  Petrusa  bardziej  niż  wodospadu,  bardziej  niż  tego  psiska,  które  tak 

długo  mnie  przerażało.  Rozpaczliwie  błagałem  naturę,  aby  dała  znak,  który  pomoże  mi  dostrzec  jakieś 
uzasadnienie  tego  bezsensownego  rozkazu.  Ale  wokół  panował  niezmącony  spokój.  Musiałem  usłuchać 
Petrusa albo na zawsze wyrzec się miecza. Jeszcze raz uniosłem zabandażowane ręce, on jednak usiadł na 
ziemi i czekał, aż wypełnię rozkaz. 

Wtedy postanowiłem go usłuchać. 
Podszedłem do krzyża i spróbowałem pchnąć go nogą, żeby oszacować jego ciężar. Ledwie drgnął. 

Nawet gdybym miał zdrowe ręce, tylko z najwyższym trudem mógłbym unieść tego drewnianego kolosa, a 
wiedziałem, że moje poranione dłonie nie podołają temu ciężarowi. A jednak zdecydowałem się usłuchać 
Petrusa.  Jeśli  będzie  trzeba,  skonam  przy  krzyżu,  poleje  się  ze  mnie  krwawy pot niczym z Jezusa, kiedy 
przyszło mu dźwigać tak wielki ciężar, ale Petrus pozna mą godność i dumę. Może to skruszy jego serce i 
każe zwolnić mnie z tej próby. 

Krzyż był złamany u podstawy, lecz trzymał się jej kilkoma skrawkami drewna. Nie miałem noża, 

aby  je  przeciąć.  Przezwyciężywszy  ból,  chwyciłem  go  i  usiłowałem  oderwać  od  podstawy,  nie  trudząc 
dłoni. Poranione ciało ramion zetknęło się z drewnem. Wrzasnąłem z bólu. Spojrzałem na Petrusa, który 
obojętnie obserwował moje zmagania. Postanowiłem, że odtąd będę dławił każdy jęk w zarodku, każąc mu 
skonać, zanim wyrwie się z piersi. 

background image

 

 - 67 - 

Stwierdziłem, że w tej chwili najtrudniejszym zadaniem jest nie podniesienie krzyża, ale oderwanie 

go  od  podstawy.  Potem  trzeba  będzie  wykopać  w  ziemi  dół  i  osadzić  w  nim  drzewce.  Wybrałem  ostry 
kamień i pokonując cierpienie, zacząłem piłować włókna drewna. 

Ból nasilał się z każdą chwilą, włókna przecierały się, ale bardzo wolno i opornie. A ja musiałem 

skończyć pracę jak najszybciej, zanim otworzą się świeże jeszcze rany, a cierpienie  stanie się nieznośne. 
Postanowiłem  jednak  pracować  nieco  wolniej,  aby  skończyć,  zanim  ból  mnie  pokona.  Zdjąłem  koszulę, 
owinąłem nią rękę i znów zacząłem przecinać włókna, teraz lepiej chroniąc okaleczenia. Pomysł okazał się 
dobry:  pierwsze  włókno  pękło,  po  nim  drugie.  Zebrałem  więcej  ostrych  kamieni  i  co  pewien  czas  je 
wymieniałem,  aby  łagodzić  doznanie  bólu  w  rozgrzanej  ręce.  Udało  mi  się  przeciąć  prawie  wszystkie 
włókna,  pozostało  już  tylko  jedno,  najgrubsze.  Pracowałem  teraz  gorączkowo,  wiedząc,  że  wkrótce 
cierpienie stanie się nieznośne. To była już tylko kwestia czasu, musiałem nad sobą zapanować. Ciąłem i 
uderzałem  kamieniem,  czując,  że  gromadząca  się  między  skórą  a  bandażem  lepka  substancja  zaczyna 
utrudniać mi ruchy. To pewnie krew - pomyślałem, ale uczyniłem co w mojej mocy, żeby jak najszybciej o 
tym zapomnieć. W pewnej chwili wydało się, że najgrubsze włókno pęka. Byłem tak podenerwowany, że 
błyskawicznie się poderwałem i zbierając siły, gwałtownie kopnąłem drzewce. 

Krzyż z potężnym trzaskiem runął na ziemię, oderwany od podstawy. 
Przypływ  sił  trwał  zaledwie  kilka  sekund.  Ręka  zaczęła  mi  gwałtownie  drżeć,  chociaż  dopiero 

przystąpiłem do właściwej pracy. Zerknąłem na Petrusa - spał. Przez moment rozważałem, czy nie da się 
postawić krzyża tak, by mój przewodnik niczego nie zauważył. Ale przecież Petrus właśnie tego chciał  - 
chciał,  abym  postawił  krzyż.  Nie  mogłem  w  żaden  sposób  go  oszukać,  bo  wykonanie  tej  pracy  zależało 
wyłącznie ode mnie. 

Spojrzałem na ziemię, suchą i żółtą. Kamienie znowu okazały się jedynym ratunkiem. Nie mogłem 

dłużej posługiwać się prawą ręką, zbyt obolałą, pokrytą lepką substancją, która przerażała mnie do głębi. 
Ostrożnie zsunąłem osłaniającą bandaż koszulę  - krew przesiąkła już przez gazę, chociaż rana prawie się 
zagoiła. Petrus był nieludzki. 

Rozejrzałem się, szukając cięższego kamienia. Owinąwszy koszulą lewą rękę, zacząłem uderzać w 

ziemię u stóp krzyża, żeby wydrążyć dół. Początkowo szło mi szybko, wkrótce jednak natrafiłem na opór 
twardej, wyschniętej ziemi. Wciąż drążyłem glebę, ale dołek już się nie pogłębiał. Uznałem, że otwór nie 
może  być  zbyt  szeroki,  w  przeciwnym  razie  krzyż  nie  wbiłby  się  w  niego  i  nie  zyskał  stabilności  u 
podstawy.  Tym  trudniej  jednak  przychodziło  mi  wygrzebywać  ziemię  z  dna.  Ból  prawej  ręki  ustąpił, ale 
zapach krzepnącej krwi przyprawiał mnie o mdłości. Ponieważ nie przywykłem posługiwać się lewą ręką, 
kamień co chwila wyślizgiwał mi się z dłoni. 

Wygrzebywałem  tę  dziurę  całą  wieczność. A przy każdym uderzeniu kamienia o ziemię, każdym 

wsunięciu  ręki  w  dół,  z  którego  wydobywałem  suche  grudki  i  pył,  myślałem  o  Petrusie.  Obserwowałem 
jego spokojny sen i nienawidziłem go z całego serca. Wydawało się, że ani hałasy, ani moja nienawiść nie 
zakłócają jego wypoczynku. Petrus na pewno ma swoje powody - powtarzałem sobie w duchu, nie mogłem 
jednak  pojąć,  dlaczego  potraktował  mnie  jak  niewolnika  i  poniżył.  Chwilami  ziemia  stawała  się  jego 
twarzą,  a  ja  tłukłem  ją  kamieniem.  Wściekłość  dodawała  mi  sił,  więc  drążyłem  glebę  głębiej  i  głębiej. 
Prędzej czy później musiało mi się udać. 

Kiedy tak rozmyślałem, kamień natrafił na silny opór i po raz kolejny wypadł mi z ręki. Tego się 

właśnie obawiałem -- po długiej pracy natknąłem się na skałę zbyt dużą, by ją usunąć i kopać dalej. 

Wstałem,  otarłem  pot  z  czoła.  Nie  miałem  dość siły, by przesunąć krzyż. Nie mogłem zacząć od 

nowa, bo lewa ręka, teraz, kiedy przerwałem pracę, zaczęła przejawiać oznaki bezwładu. Było to gorsze od 
bólu i poważnie mnie zaniepokoiło. Popatrzyłem na palce  - wciąż się poruszały, posłuszne mej woli,  ale 
instynkt podpowiadał, że nie mogę dłużej nadwerężać tej ręki. 

Przyjrzałem się dołkowi. Nie był wystarczająco głęboki, żeby utrzymać krzyż. 
„Złe rozwiązanie podsunie ci to właściwe". Przypomniałem sobie ćwiczenie Cieni i słowa Pe-trusa. 

Zwykł był także powtarzać, że Praktyki RAM mają sens tylko wówczas, gdy potrafię je zastosować, stając 
wobec wyzwań dnia powszedniego. Nawet w sytuacji tak absurdalnej jak ta Praktyki RAM miały okazać 
się przydatne. 

„Złe rozwiązanie podsunie ci to właściwe". Niemożnością było przesunięcie krzyża, bo przerastało 

moje siły. Inną drogą, której nie mogłem wybrać, było wykopanie głębszego dołu. Skoro zatem wdzieranie 
się w głąb ziemi okazało się złym rozwiązaniem, dobre polegało na podniesieniu ziemi. Ale jak? 

I nagle powróciła cała miłość, jaką darzyłem Petrusa. Miał rację. Mogłem podnieść ziemię. 

background image

 

 - 68 - 

Zacząłem znosić wszystkie leżące w pobliżu kamienie i układać je wokół dołu. Przesypywałem je 

ziemią, którą wydobyłem. Z wielkim wysiłkiem uniosłem nieco podstawę krzyża. W pół godziny później 
dół otaczał kopczyk i otwór w ziemi był już wystarczająco głęboki. 

Teraz  pozostało  mi  tylko  ciągnąć  krzyż  i  wciskać  go  w  dół.  To  był  wielki,  ale  zarazem  ostatni 

wysiłek.  Musiało  mi  się  udać.  Straciłem  czucie  w  jednej  ręce,  druga  dotkliwie  bolała. Ale plecy miałem 
tylko lekko podrapane. Kładąc się pod krzyżem i bardzo wolno unosząc, mogłem go stopniowo wsuwać do 
dołu. 

Położyłem  się  na  ziemi.  Poczułem,  że  piach  wciska  mi  się  do  ust  i  do  oczu.  Pozbawioną  czucia 

ręką,  nadludzkim  wysiłkiem,  uniosłem  nieco  krzyż  i  wsunąłem  się  pod  niego.  Bardzo  ostrożnie 
manewrowałem ciałem, ażeby drewno znalazło się na moim kręgosłupie. Przychodziło mi na myśl, że krzyż 
się  ześlizgnie,  i  poruszałem  się  niezwykle  wolno,  aby  utrzymać  go  w  równowadze,  korygując  jego 
położenie ustawieniem ciała. W końcu przybrałem pozycję płodową, z kolanami wysuniętymi do przodu, a 
krzyż spoczywał w doskonałej równowadze na moich plecach. Przez chwilę dolna część drzewca chwiała 
się na kopcu z kamieni, jednak krzyż pozostał na miejscu. 

Całe szczęście, że nie muszę ocalić wszechświata - pomyślałem, przytłoczony ciężarem krzyża oraz 

wszystkiego,  co  symbolizował.  Ogarnęła  mnie  głęboka  nabożność  -  przypomniałem  sobie,  że  ktoś  już 
dźwigał  go  na  plecach  i  że  jego  okaleczone  ręce  nie  miały  ucieczki  -  jak  moje  -  przed  bólem  i  przed 
drewnem. Moją religijność przenikało cierpienie, które natychmiast wyrzuciłem z serca. Musiałem zebrać 
siły i skupić uwagę, bo krzyż na moich plecach znów się zakołysał. 

Potem,  podnosząc  się  bardzo  wolno,  zacząłem  się  odradzać.  Nie  mogłem obejrzeć się za siebie i 

tylko dźwięki były dla mnie źródłem orientacji. Niedawno nauczyłem się słuchać głosów świata, zupełnie 
jakby Petrus przewidywał, że tej umiejętności będę potrzebował. Czułem, że krzyż z każdą chwilą ciąży mi 
nieco  mniej,  i  wiedziałem,  że  kamienie  układają  się,  jak  należy.  Krzyż  wolno  się  podnosił,  aby  uwolnić 
mnie od trudu i znów grać swą rolę przy Camino de Santiago. 

Musiałem zdobyć się już tylko na wysiłek, który sprawi, że dokonam tego dzieła. Kiedy usiądę na 

piętach, drzewce powinno zsunąć się po moich plecach i wbić w dołek. Kilka kamieni stoczyło się na bok, 
ale teraz krzyż mi pomagał, nie oddalając się od miejsca, w którym usypałem kopiec. W końcu rytmiczne 
uderzenia  w  plecy  obwieściły  mi,  że  podstawa  opada.  Nadeszły  ostatnie  chwile,  podobne  do  tych,  które 
przeżyłem,  wyłaniając  się  spod  lustra  sunącej  w  dół  wody  -  te  najtrudniejsze  chwile,  bo  towarzyszył  im 
strach  przed  klęską  i  chęć  odwrotu,  zanim  ona  nastąpi.  I  znowu  w  pełni  sobie  uświadomiłem,  jak 
absurdalne  było  to  zadanie  polegające  na  postawieniu  krzyża,  podczas  gdy  pragnąłem  tylko  jednego  - 
odnaleźć miecz i obalić wszystkie krzyże, żeby na świecie odrodził się Chrystus Zbawiciel. Cała reszta była 
bez  znaczenia.  Podniosłem  się  gwałtownie,  krzyż  zsunął  się  z  moich  pleców  i  wtedy zrozumiałem, że to 
przeznaczenie  kierowało  każdym  moim  krokiem.  Spodziewałem  się,  że  krzyż  runie,  rozrzucając  na 
wszystkie strony kamienie, z których ułożyłem kopiec. Potem pomyślałem, że może nie pchnąłem go dość 
mocno i że zaraz opadnie, przygniatając mnie. Ale usłyszałem tylko głuchy odgłos ciężkiego uderzenia o 
ziemię. 

Odwróciłem się powoli. Krzyż stał, kołysał się jeszcze z lekka. Kilka kamieni stoczyło się z kopca, 

lecz krzyż był stabilny. Szybko ułożyłem kamienie na miejscu i objąłem krzyż rękami, aby powstrzymać 
jego  kołysanie.  Poczułem,  że  on  żyje,  jest  ciepły,  i  już  wiedziałem,  że  przez  cały  ten  czas  był  moim 
przyjacielem. 

Przez  chwilę  z  dumą  patrzyłem  na  moje  dzieło  i  stałem  tak,  aż  dotkliwy  ból  mi  przypomniał,  że 

otworzyły się rany. Petrus wciąż jeszcze spał. Zbliżyłem się do niego i lekko trąciłem go nogą. 

Ocknął się natychmiast i spojrzał na krzyż. 
- Doskonale - powiedział krótko. - W Ponferradzie zmienimy opatrunki. 
 
 

 
 
 
 

background image

 

 - 69 - 

 

Tradycja 

 

 

-  Wolałbym  unieść  drzewo.  Kiedy  dźwigałem  ten  krzyż  na  plecach,  powtarzałem  sobie,  że 

poszukiwanie mądrości jawi się człowiekowi niczym ofiara. 

Tam gdzie się teraz znajdowałem, moje słowa zdawały się pozbawione sensu. Przygoda z krzyżem 

była już tylko wydarzeniem z odległej przeszłości, które zaszło nie wczoraj, ale bardzo dawno temu. Nie 
przystawało do łazienki z czarnego marmuru, do chłodnej wody w wannie z hydro-masażem i pieszczoty 
kryształu  wypełnionego  doskonałym  rioja,  które  sączyłem  powoli.  Petrus  siedział  gdzieś  poza  zasięgiem 
mojego wzroku w luksusowym pokoju hotelowego apartamentu, w którym się zatrzymaliśmy. 

-  Dlaczego właśnie krzyż? - domagałem się wyjaśnień. 
-    Z trudem przekonałem personel recepcji, że nie jesteś żebrakiem!  - krzyknął mój przewodnik z 

sypialni. 

Zmienił temat rozmowy i wiedziałem z doświadczenia, że nie warto nalegać. Wstałem, włożyłem 

czyste  spodnie  i  koszulę,  po  czym  zająłem  się  opatrywaniem  ran.  Ostrożnie  usunąłem  stare  bandaże, 
spodziewając  się,  że  ujrzę  pod  nimi  otwarte  rany,  zobaczyłem  jednak  tylko  pęknięty  strup,  z  którego 
wysączyła się odrobina krwi. Ale i tu zaczął się proces gojenia, a ja czułem się zdrów i pełen sił. 

Kolację zjedliśmy w hotelowej restauracji. Petrus zamówił specjalność firmy - paellę po wa-lencku, 

którą  jedliśmy  w  milczeniu,  delektując  się  wyśmienitym  rioja.  Pod  koniec  posiłku  Petrus  zaproponował 
wspólną przechadzkę. 

Opuściliśmy hotel i skierowaliśmy się w stronę dworca kolejowego. Mój przewodnik znów zapadł 

w  milczenie  i  praktycznie  nie  odzywał  się  aż  do  końca  spaceru.  Dotarliśmy  w  pobliże  parowozowni,  w 
miejsce brudne i cuchnące smarami. Petrus przysiadł na schodku ogromnej lokomotywy. 

-  Zatrzymajmy się na chwilę - zaproponował. 
Nie  chciałem  poplamić  spodni,  toteż  wolałem  stać.  Zapytałem,  czy  nie  lepiej  dojść  do  rynku 

Ponferrady. 

- Wkrótce pokonasz cały Szlak Świętego Jakuba - powiedział mój przewodnik. - A ponieważ nasza 

rzeczywistość  jest  znacznie  bliższa  tych  wagonów  i  pachnących  smarami  lokomotyw  niż  wiejskich 
krajobrazów, które widzieliśmy po drodze, lepiej przeprowadzić tę rozmowę w takim miejscu. 

Petrus  poprosił,  żebym  zdjął  koszulę  i  trampki.  Potem  poluzował  bandaż  na  moim  ramieniu,  nie 

dotknął jednak żadnego z opatrunków na dłoniach. 

-    Nie  martw  się.  Nie  będziesz  potrzebował  teraz  rąk,  w  każdym  razie  nie  do  chwytania  ani 

dźwigania. 

Był poważniejszy niż zazwyczaj, a ton jego głosu wzbudził we mnie niepokój. Najwyraźniej Petrus 

wiedział, że wkrótce nastąpi ważne wydarzenie. 

Siedząc na schodku lokomotywy, długo mi się przyglądał. Potem znów zaczął mówić. 
-    Nie  zamierzam  wracać  do  tego,  co  stało  się  wczoraj. Sam odkryjesz znaczenie owego epizodu, 

jeśli  pewnego  dnia  postanowisz  przemierzyć  drogę  do  Rzymu,  drogę  charyzmatów  i  cudów.  Powiem  ci 
tylko jedno: ludzie, którzy uważają się za mądrych, nie potrafią podjąć decyzji, kiedy nadchodzi czas, by 
wydawać rozkazy, a buntują się, gdy trzeba być posłusznym. Uważają, że wydawanie rozkazów to wstyd, a 
ich  wypełnianie  to  hańba. Nigdy tak nie postępuj. Przed chwilą, w apartamencie, powiedziałeś, że droga 
mądrości prowadzi ku ofierze. Mylisz się. Czas twojego terminowania nie dobiegł końca wczoraj - musisz 
odnaleźć miecz i odkryć jego tajemnicę. Praktyki RAM przygotowują człowieka do podjęcia Dobrej Walki 
i zwiększają jego szansę na zwycięstwo w życiu. Doświadczenie, które masz za sobą, to tylko jedna z prób 
Szlaku - jeśli wolisz, przygotowanie do drogi rzymskiej - dlatego zasmuciły mnie twoje poglądy. 

W jego głosie rzeczywiście pobrzmiewała nuta smutku. Zdałem sobie sprawę, że niemal przez cały 

czas,  jaki  spędziliśmy  razem,  nieustannie  powątpiewałem  w  jego  nauki.  Nie  byłem  skromnym,  lecz 
potężnym  Castańedą,  który  słucha  nauk  don  Juana,  tylko  człowiekiem  pełnym  pychy  i  buntującym  się 

background image

 

 - 70 - 

przeciw wszystkiemu, co jest prostotą Praktyk RAM. Pragnąłem mu o tym powiedzieć, wiedziałem jednak, 
że już trochę na to za późno. 

-  Zamknij  oczy  --  polecił  Petrus.  --  Wykonaj  Tchnienie  RAM  i  spróbuj  uzyskać  harmonię  z  tym 

żelazem,  z  maszynami  i  zapachem  smarów.  To  jest  nasz  świat.  Otworzysz  oczy  dopiero  wtedy,  gdy 
zakończywszy to, co należy do mnie, nauczę cię nowego ćwiczenia. 

Zamknąwszy  powieki,  skoncentrowałem  się  na  Tchnieniu  i  moje  ciało  stopniowo  się  odprężało. 

Otaczały mnie odgłosy miejskiego życia, dobiegające z oddali ujadanie psów, szmery rozmów toczących 
się gdzieś w pobliżu. Nagle usłyszałem, że Petrus śpiewa włoską piosenkę, bardzo popularną, kiedy byłem 
nastolatkiem, a wykonywaną przez Peppina Di Capri. Nie rozumiałem słów, lecz piosenka przywołała miłe 
wspomnienia i pomogła mi docenić niezwykły spokój tej chwili. 

-    Jakiś  czas  temu  -  powiedział,  kiedy  przestał  śpiewać  -  przygotowując  projekt,  który  miałem 

złożyć w mediolańskiej prefekturze, otrzymałem wiadomość   od   mojego   Mistrza. Ktoś   pokonał całą  
drogę  Tradycji,   ale  nie  otrzymał  miecza. Miałem być jego przewodnikiem na Camino de Santiago. To 
wydarzenie  wcale  mnie  nie  zaskoczyło.    Byłem  przygotowany  na  takie  wezwanie  w  każdej  chwili, 
ponieważ  nie  wywiązałem  się  jeszcze  ze  swego  zobowiązania  -  nie  poprowadziłem  pielgrzyma  Drogą 
Mleczną,  jak  niegdyś  ktoś  inny  poprowadził  mnie.  Ale  wpadłem  w  podenerwowanie,  ponieważ  miałem 
wykonać to zadanie po raz pierwszy i jedyny i nie wiedziałem, jak zdołam się z nim uporać. 

Słowa Petrusa bardzo mnie zaskoczyły. Byłem przekonany, że robił to już dziesiątki razy. 
-    Przyszedłeś  i  poprowadziłem  cię.  Wyznaję,  że  na  początku  było  mi  trudno.  O  wiele  bardziej 

interesowały cię intelektualne aspekty nauczania niż prawdziwe znaczenie Camino de Santiago, która jest 
drogą zwykłych ludzi. Po spotkaniu z Alfonsem nasze kontakty stały się znacznie bliższe i bardziej otwarte, 
toteż  uwierzyłem,  że  pomogę  ci  odkryć  tajemnicę  miecza.  Ale  nie  udało  mi  się  tego  dokonać  i  teraz 
będziesz musiał poznać ją sam w tym krótkim czasie, który ci jeszcze pozostał. 

Te słowa mnie zdenerwowały i nie potrafiłem już skupić się na Tchnieniu RAM. Petrus zapewne to 

zauważył, bo znów zaczął śpiewać starą piosenkę i zamilkł dopiero, kiedy zdołałem się odprężyć. 

-  Jeśli odkryjesz tajemnicę i znajdziesz miecz, poznasz także oblicze RAM i zostaniesz Mistrzem 

Mocy. Ale to nie wszystko: aby osiągnąć mądrość, będziesz musiał przemierzyć trzy inne drogi, w tym tę 
tajemną, o której nie powie ci nawet ten, kto nią podążał. Mówię ci to wszystko, ponieważ spotkamy się już 
tylko raz. 

Poczułem,  że  serce  skacze  mi  do  gardła,  i  mimowolnie  otworzyłem  oczy.  Petrusa  spowijała 

światłość, którą widziałem na Serra do Mar wokół mego Mistrza. 

-  Zamknij oczy! 
Usłuchałem  natychmiast.  Ale  miałem  ściśnięte  serce  i  nie  potrafiłem  już  się  skupić.  Mój 

przewodnik znów zaśpiewał włoską piosenkę, a ja odprężyłem się dopiero po dłuższym czasie. 

-  Jutro  otrzymasz liścik,  z którego  dowiesz się, gdzie jestem. To będzie rytuał zbiorowej inicjacji, 

honorowy  rytuał  Tradycji.  Przybędą  mężczyźni  i    kobiety,    którzy  przez  wieki    podsycali  płomień  
mądrości,  Dobrej  Walki  i Agape.   Nie wolno ci będzie się do mnie odzywać. Miejsce naszego spotkania 
jest święte, zroszone krwią rycerzy, którzy podążali drogą Tradycji i choć dzierżyli ostre miecze, nie zdołali 
pokonać ciemności. Lecz ich ofiara nie poszła na marne, czego dowodzi fakt, iż po wielu wiekach ludzie 
obierający odmienne drogi przybędą tam, aby złożyć im hołd. To bardzo ważne, nigdy o tym nie zapominaj 
- nawet jeśli zostaniesz Mistrzem, wiedz, że twoja droga jest tylko jedną spośród wielu wiodących do Boga. 
Jezus powiedział kiedyś: „W domu Ojca mego jest mieszkań wiele"

28

 

Petrus dodał, że pojutrze już go nie zobaczę. 
-  Pewnego dnia dostaniesz ode mnie depeszę z prośbą, byś poprowadził kogoś Szlakiem Świętego 

Jakuba, jak ja prowadziłem ciebie. Wtedy będziesz mógł przeżyć wielką tajemnicę tej podróży, tajemnicę, 
którą teraz ci ujawnię, lecz tylko poprzez słowa. Aby ją pojąć, trzeba ją przeżyć. 

Cisza, jaka zapanowała po tych słowach, przedłużała się. Pomyślałem już nawet, że Petrus zmienił 

zdanie albo że po prostu odszedł. Ogarnęło mnie nieodparte pragnienie, by otworzyć oczy i przekonać się, 
co się wydarzyło, jednak siłą woli narzuciłem sobie spokój i skupienie, potrzebne podczas wykonywania 
Tchnienia RAM. 

-  A oto i tajemnica  - odezwał się w końcu Petrus. - Sam uczysz się tylko wtedy, kiedy nauczasz. 

Przemierzaliśmy  razem  niezwykłą  Cami-no  de  Santiago,  lecz  podczas  gdy  ty  uczyłeś  się  Praktyk,  ja 
odkrywałem  ich  znaczenie.  Ucząc  cię,  w  rzeczywistości  sam  się  uczyłem.  Grając  rolę  przewodnika, 

                                                      

28

? J 14, 2 (przyp. tłum.). 

background image

 

 - 71 - 

zdołałem odnaleźć własną drogę. Jeżeli uda ci się zdobyć miecz, będziesz musiał komuś wskazać ten Szlak. 
Dopiero wtedy, gdy weźmiesz na siebie rolę Mistrza, odkryjesz wszystkie odpowiedzi, a wskaże ci je serce. 
Każdy z nas wie już wszystko, i to zanim cokolwiek czy ktokolwiek nam o tym powie. Życie uczy nas na 
każdym kroku, a tajemnica tkwi tylko w jednym: w akceptacji faktu, że każdy z nas może być na co dzień 
mądry jak Salomon i potężny jak Aleksander Wielki. Lecz dowiadujemy się o tym dopiero wtedy, gdy los 
zmusza nas do uczenia innych i uczestnictwa w przygodach tak niezwykłych jak nasza. 

Przeżywałem  jedno  z  najbardziej  nieoczekiwanych  rozstań  w  życiu.  Ktoś,  z  kim  czułem  się  już 

mocno  związany,  z  kim  spodziewałem  się  dotrzeć  do  celu,  porzucał  mnie  teraz  na  środku  drogi.  Na 
cuchnącym smarami dworcu kolejowym. I kazał mi słuchać tego z zamkniętymi oczyma. 

-  Nie  lubię  pożegnań  -  podjął  Petrus.  -  Jestem  Włochem,  a  Włosi  są  uczuciowi.  Jednak  prawo 

nakazuje, abyś samodzielnie odnalazł miecz - jedynie w ten sposób uwierzysz we własne siły. Przekazałem 
ci  wszystko,  co  miałem  przekazać.  Pozostało  nam  już  tylko  ćwiczenie  Tańca,  którego  nauczę  cię  teraz, 
żebyś mógł wykonać je jutro, gdy będziemy odprawiać rytuał. 

Zamilkł na chwilę, po czym dodał jeszcze: 
-  Kto    szuka   chwały,    niechaj    znajdzie   ją w chwale Pańskiej. Możesz otworzyć oczy. 

Petrus  siedział  spokojnie  na  schodkach  lokomotywy.  Wolałem  się  nie  odzywać,  bo  jako  Bra-zylijczyk 
również  łatwo  się  wzruszałem.  Lampa  rtęciowa,  która  świeciła  nad  nami,  zaczęła  migać,  gdzieś  w  dali 
gwizdał pociąg, obwieszczając rychły przyjazd. I wtedy Petrus nauczył mnie ĆWICZENIA TAŃCA.                

-  I jeszcze jedno - dodał, patrząc mi prosto w oczy. - Kiedy wróciłem z pielgrzymki, namalowałem 

ogromny  obraz  przedstawiający  wszystko,  co  mi  się  przydarzyło.  To  droga  zwykłych  ludzi,  toteż  i  ty 
możesz tak zrobić, jeśli zechcesz. A jeżeli nie umiesz malować, spisz to lub wyraź poprzez balet. W ten 
sposób  ludzie,  gdziekolwiek  są,  będą  mogli  przemierzyć  Szlak  Świętego  Jakuba,      Drogę      Mleczną,   
niezwykłą   Camino   de Santiago. 

Pociąg,  który  przed  chwilą  gwizdał,  wtoczył  się  na  dworzec.  Petrus  skinął  mi  ręką  i  wsiadł  do 

wagonu.  A  ja  zostałem  pośród  zgrzytu  hamulców  i  kół  trących  o  stalowe  tory,  próbując  rozszyfrować 
zagadkę Drogi Mlecznej nad moją głową, jej gwiazd, które przywiodły mnie tutaj i które, zawsze milczące, 
spoglądały na człowieczą samotność i zmienne losy. 

 

 

 

 

ĆWICZENIE TAŃCA 

 
 

Odpręż się. Zamknij oczy. 
Przypomnij  sobie  pierwsze  piosenki,  jakie  słyszałeś  w  dzieciństwie.  Nuć  je  w  myśli.  Kolejno 

pozwalaj,  by  wybrana  część  twojego  dala  -  nogi,  brzuch,  ręce,  głowa  itd.  -  ale  tylko  ta  wybrana  część, 
tańczyła w rytm nuconej melodii. 

Po  pięciu  minutach  przestań  śpiewać  i  wsluchaj  się  w  otaczające  dźwięki.  Skomponuj  z  nich 

melodię  i  tańcz,  teraz  już  całym  ciałem.  Nie  myśl  o  niczym  szczególnym,  postaraj  się  tylko  zapamiętać 
obrazy, które spontanicznie pojawią się przed twymi oczyma. 

Taniec jest jedną z najdoskonalszych form kontaktu z nieskończoną inteligencją. 
Czas wykonywania ćwiczenia: piętnaście minut.  
 
 

 

 

background image

 

 - 72 - 

Nazajutrz  w  skrzynce  hotelowej  mojego  pokoju  znalazłem  tylko  krótką  wiadomość:  „Godzina  7 

wieczorem, zamek templariuszy". 

Przez  resztę  popołudnia  błądziłem  bez  celu.  Kilka  razy  obszedłem  uliczki  Ponferrady,  wciąż 

patrząc w dal, w stronę zawieszonej na wzgórzu budowli - zamku, do którego miałem udać się o zmierzchu. 
Templariusze zawsze pobudzali moją wyobraźnię, a zamek w Ponferradzie nie był jedynym ich śladem na 
Camino  de  Santiago.  Zakon  założyło  dziewięciu  rycerzy,  którzy  postanowili  nie  wracać  z  wyprawy 
krzyżowej.  Wkrótce  ich  wpływy  ogarnęły  całą  Europę,  wywołując  na  początku  tego  tysiąclecia  istną 
rewolucję obyczajową. Podczas gdy lwia część szlachty myślała wyłącznie o bogaceniu się kosztem pracy 
poddanych, templariusze poświęcali życie i majątek, służąc mieczem ochronie pielgrzymów podążających 
do  Jerozolimy;  zakonnicy-rycerze  wskazywali  wzór  życia  duchowego,  którego  celem  było  dążenie  do 
mądrości. 

W  roku  1118  Hugon  z  Payns  wraz  z  ośmioma  innymi  rycerzami  stanął  na  dziedzińcu  starego, 

opuszczonego zamczyska, by ślubować miłość do ludzi. W dwa wieki później istniało ponad pięć tysięcy 
komandorii  rozrzuconych  po  całym  ówczesnym  świecie.  Zakon  godził  dwa  style  życia,  dotąd,  jak  się 
wydawało,  całkowicie  nieprzy-stawalne  -  rycerski  i  religijny.  Donacje  członków  zakonu  oraz  tysięcy 
wdzięcznych pielgrzymów pozwoliły templariuszom błyskawicznie zgromadzić nieoszacowane bogactwa, a 
majątek  ten  często  służył  wypłacaniu  okupów  za  wolność  możnych  chrześcijan  pojmanych  przez 
muzułmanów. Uczciwość tych kawalerów była tak nieskazitelna, że królowie i szlachta powierzali im swe 
dobra,  podróżując  jedynie  z  dokumentem  poświadczającym  posiadanie  owego  majątku.  Taki  dokument 
można  było  wymienić  w  każdym  zamku  templariuszy  na  odpowiednią  sumę.  Z  niego  zrodziły  się 
funkcjonujące do dziś weksle trasowane.                                           

Dzięki zaangażowaniu w życie duchowe kawalerowie potrafili pojąć prawdę, o której przypomniał 

mi poprzedniego wieczoru Petrus: że w domu Ojca jest wiele mieszkań. Dążyli do położenia kresu walkom 
toczonym  w  imię  wiary  i  do  pojednania  dominujących  religii  monoteistycznych  swojej  epoki  - 
chrześcijaństwa,  judaizmu  i  islamu.  Ich  świątynie  zwieńczone  były  kopułami  przypominającymi  kopułę 
judaistycznej  Świątyni  Salomona,  budowane  na  planie  ośmiokątów  jak  arabskie  meczety,  ale  z  nawami 
charakterystycznymi dla kościołów chrześcijańskich. 

Lecz  jak  wszystko,  co  choć  trochę  wyprzedza  swoją epokę, zakon templariuszy zaczął wzbudzać 

nieufność.  Potęga  ekonomiczna  sprawiła,  że  królowie  spoglądali  na  nich  z  zazdrością  i  niechęcią,  a 
przychylność wobec innych religii stanowiła zagrożenie dla Kościoła. W piątek 13 października 1307 roku 
Watykan,  wspierany  przez  najpotężniejszych  władców  Europy,  przeprowadził  jedną  z  największych 
operacji  policyjnych  średniowiecza:  nocą  w  zamkach  templariuszy  aresztowano  i  wtrącono  do  więzień 
Mistrzów  zakonu.  Zostali  oskarżeni  o  tajemne  praktyki,  w  tym  o  oddawanie  czci  diabłu,  bluźnierstwo 
wobec  Jezusa  Chrystusa,  urządzanie  orgii  i  zmuszanie  nowicjuszy  do  spółkowania.  Okrutne  tortury, 
oszczerstwa,  a  wreszcie  zdrada  sprawiły,  że  zakon  templariuszy  zniknął  z  kart  średniowiecznych  kronik. 
Skonfiskowano jego bogactwa, braci-rycerzy rozpędzono po świecie. Ostatni Wielki Mistrz zakonu, Jakub 
z Molay, został wraz z jednym ze swych towarzyszy spalony na stosie, który wzniesiono na wyspie Cite w 
sercu Paryża. Jego ostatnim życzeniem było, aby konając, mógł patrzeć na wieże katedry Notre Dame

29

Jednak  Hiszpania,  prowadząca  rekonkwistę  Półwyspu  Iberyjskiego,  uznała,  że  warto  przyjąć 

opuszczających  inne  państwa  templariuszy,  licząc  na  ich  wsparcie  w  walce  z  Maurami.  Rycerzy 
przygarnęły  hiszpańskie  zakony,  a  wśród  nich  Zakon  Świętego  Jakuba  od  Miecza,  czuwający  nad 
bezpieczeństwem Camino de Santiago. 

Pochłonięty    takimi    myślami,    punktualnie o siódmej wieczorem przekroczyłem bramę wiodącą 

do starego zamku templariuszy w Pon-ferradzie, gdzie wyznaczono mi spotkanie z Tradycją. 

Nikogo  nie  było.  Czekałem  pół  godziny,  paląc  papierosa  za  papierosem,  aż  do  chwili,  kiedy 

pomyślałem o najgorszym: rytuał odbył się o siódmej rano. Jednak gdy zamierzałem już odejść, pojawiły 
się  dwie  dziewczyny,  które  na  ubraniach  miały  naszyte  flagi  Holandii  i  muszle  -symbol  Camino  de 
Santiago. Podeszły do mnie, zamieniliśmy kilka słów i doszliśmy do wniosku, że czekamy na to samo. Do 
liściku nie zakradł się błąd - pomyślałem z ulgą. 

Co  kwadrans  przybywał  ktoś  nowy.  Australijczyk,  pięcioro  Hiszpanów,  jeszcze  jeden  Holender. 

Nie  licząc  paru  pytań  o  godzinę  spotkania,  która  wszystkich  nas  niepokoiła,  prawie  się  do  siebie  nie 
odzywaliśmy. Usiedliśmy razem w jednym z pomieszczeń - zrujnowanym przedsionku, dawniej pełniącym 

                                                      

29

? Tym, którzy pragną poznać dzieje i znaczenie templariuszy, polecam krótką, lecz ciekawą pracę Reginę Pernoud, 

Les Templiers. (Polski przekład pt. Templariusze, Marabut, Gdańsk 1995 - przyp. tłum.). 

background image

 

 - 73 - 

rolę spiżarni, i postanowiliśmy czekać na to, co zapewne miało się wydarzyć. Nawet gdyby trzeba było tak 
czekać cały dzień i noc. 

Czas  płynął.  W  końcu  zaczęliśmy  rozmawiać  o  motywach,  które  skłoniły  nas  do  przybycia  w  to 

miejsce. Przy okazji dowiedziałem się, że Szlak Świętego Jakuba jest wykorzystywany przez inne bractwa, 
na  ogół  związane  z  Tradycją.  Ludzie,  których  tu  spotkałem,  przeszli  już  przez  wiele  prób  i  inicjacji,  ale 
były  to  próby,  które  poznałem  dawno  temu  w  Brazylii.  Tylko  Australijczyk  i  ja  zdobywaliśmy  wyższy 
stopień Pierwszej Drogi. Nawet nie wdając się w szczegóły, zrozumiałem, że postępowanie Australijczyka 
zdecydowanie odbiega od Praktyk RAM. 

Mniej  więcej  za  dwadzieścia  dziewiąta,  kiedy  zaczynaliśmy  już  opowiadać  o  swoim  życiu 

prywatnym, rozbrzmiał gong. Dźwięk dochodził ze starej zamkowej kaplicy. 

Ten  widok  robił  ogromne  wrażenie.  Kaplicę,  a  raczej  to,  co  z  niej  zostało,  bo  znaczna  część 

budowli  była  ruiną,  oświetlały  pochodnie.  Tam  gdzie    dawniej    wznosił  się  ołtarz,    rysowało    się  siedem 
sylwetek odzianych w świecki strój templariuszy: kaptur, stalowy hełm i kolczugę. Postacie miały u boku 
miecze,  a  w  rękach  tarcze.  Zaparło  mi  dech  w  piersi  -  można  by  pomyśleć,  że  czas  nagle  się  cofnął. 
Jedynym,  co  nie  pozwalało  zatracić  poczucia  rzeczywistości,  były  nasze  ubrania  -  dżinsy  i  bawełniane 
koszulki, na których widniały muszle. 

Choć światło pochodni ledwie rozpraszało mrok, w jednym z rycerzy zdołałem rozpoznać 
Petrusa. 
- Zbliżcie się do swoich Mistrzów  - powiedział ten, który wyglądał na najstarszego.  - Patrzcie im 

prosto w oczy. Rozbierzcie się i przywdziejcie szaty. 

Ruszyłem w stronę Petrusa. Wyglądał, jakby był w transie, i miałem wrażenie, że mnie nie poznaje.  

Lecz w oczach mojego  przewodnika dostrzegłem cień smutku, takiego jak ten, który pobrzmiewał w jego 
głosie minionej nocy. Zdjąłem ubranie, a Petrus odział mnie w czarną, pachnącą tunikę, która opadła mi do 
samych  stóp.  Zorientowałem  się,  że  jeden  z  Mistrzów  miał  kilku  uczniów,  nie  mogłem  jednak  zobaczyć 
który, musiałem bowiem patrzeć Petrusowi w oczy. 

Zostali  poprowadzeni  na  środek  kaplicy  przez  najwyższego  kapłana,  który  -  podczas  gdy  dwóch 

rycerzy rysowało wokół nas krąg - zaczął odprawiać modły: 

- Trinitas, Soter, Mesjasz, Emmanuel, Sabaoth, Adonaj, Atanatos, Jezus...

30

 

Krąg, nieodzowna ochrona dla tych, którzy w nim się znajdowali, został wytyczony. Zauważyłem, 

że cztery spośród tych osób noszą białe tuniki, co oznacza drogę absolutnej czystości. 

-  Amides,  Teodonias,  Anitor!  -  ciągnął  najwyższy  kapłan.  -  Dzięki  pomocy  aniołów  wdziewam 

szatę  zbawienia  i  czerpię  wszystko,  co  pragnę  ujrzeć  rzeczywistym,  z  Twej  dobroci,  o  przenajświętszy 
Adonaj, którego Królestwo trwać będzie po wsze czasy. Amen! 

Najwyższy kapłan zarzucił na kolczugę biały płaszcz z wyszytym na plecach krzyżem templariuszy. 

Inni rycerze uczynili to samo. 

Była  dokładnie  dwudziesta  pierwsza,  godzina  Merkurego  Posłańca.  A  ja  znów  znalazłem  się  w 

środku kręgu Tradycji. Woń mięty, bazylii i żywicy wypełniła kaplicę. Wszyscy rycerze wypowiadali teraz 
wielką inwokację: 

-  O  wielki  i  potężny  królu  N.,  który  mocą  Boga  Najwyższego,  EL,  władasz  wszystkimi  duchami 

wyższymi i niższymi, a przede wszystkim piekielnym światem kręgu wschodniego [...], wzywam cię, abym 
mógł  spełnić  moje  pragnienie,  jakiekolwiek  by  ono  było,  o  ile  pozostaje  w  zgodzie  z  twym  dziełem, 
wzywam cię z mocy Boga, EL, stwórcy wszystkich rzeczy na niebie, w przestworzach, na ziemi i w piekle, 
i ich pana. 

Niezmącona  cisza  zapadła  pośród  starych  murów  i  choć  go  nie  widzieliśmy,  mogliśmy  poczuć 

obecność tego, którego imię zostało wypowiedziane. To było zwieńczenie rytuału. Uczestniczyłem już w 
setkach  podobnych  ceremonii,  które  przynosiły  znacznie  bardziej  zadziwiające  niespodzianki,  gdy 
nadchodziła ta chwila. Ale zamek templariuszy z pewnością pobudził mą wyobraźnię - wydawało mi się, że 
w lewej nawie kaplicy widzę unoszącego się lśniącego ptaka, jakiego dotąd nie spotkałem. 

Najwyższy  kapłan,  stojąc  poza  kręgiem,  skropił  nas  wodą.  Potem  święconym  tuszem  wypisał  na 

podłodze siedemdziesiąt dwa imiona, którymi w Tradycji nazywa się Boga. Wszyscy, pielgrzymi i rycerze, 

                                                      

30

?  Ponieważ  jest  to  bardzo  długi  rytuał,  zrozumiały  tylko  dla  tych,  którzy  poznali  drogę  Tradycji,  postanowiłem 

skrócić  wypowiadane  formuły.  Nie  ma  to  znaczenia  dla  treści  książki,  ponieważ obrządek służy tylko sprowadzeniu 
Starszych  i  oddaniu  im  czci.  Istotą  tego  odcinka  Camino  de  Santiago  jest  ćwiczenie  Tańca,  przedstawione  w  pełnej 
postaci. 

background image

 

 - 74 - 

poczęli  wypowiadać  święte  imiona.  Płomienie  pochodni  trzeszczały,  co  oznaczało,  że  wezwany  duch  się 
podporządkował. 

Nadszedł czas Tańca. Zrozumiałem, dlaczego Petrus uczył mnie wczoraj tańca, tak różniącego się 

od tych, które przywykłem wykonywać w tej fazie ceremonii. Nie podano nam tej zasady, ale wszyscy już 
ją znaliśmy: nie wolno było wystawić nogi poza krąg, ponieważ nie mieliśmy osłon, jakie rycerze włożyli 
pod kolczugi. Zapisałem w pamięci wielkość kręgu i robiłem dokładnie to, czego nauczył mnie Petrus. 

Wróciłem  myślami  w  świat  dzieciństwa.  Głos,  daleki  głos  kobiety,  nucił  w  mej  głowie  piosenki. 

Ukląkłem, potem skuliłem się w pozycji płodu. Mój tułów, i tylko tułów, wirował w rytm melodii. Czułem 
się dobrze i już pogrążyłem się w rytuale Tradycji. Z czasem rozbrzmiewająca we mnie muzyka odmieniała 
się, poruszałem się coraz gwałtowniej, ogarnięty potężną ekstazą. Wokół panowała ciemność, a moje ciało 
zatraciło  pośród  tego  mroku  wszelki  ciężar.  Wówczas  ruszyłem  na  przechadzkę  po  ukwieconych  polach 
Agaty  i  spotkałem  się  z  dziadkiem  i  wujem,  który  w  dzieciństwie  miał  na  mnie  bardzo  silny  wpływ. 
Poczułem wibracje czasu i jego osnowy, której wszystkie drogi krzyżują się, splatają, a wreszcie łączą w 
spójne całości tak, że trudno już odróżnić poszczególne ścieżki, choć każda jest odmienna od pozostałych. 
W pewnej chwili ujrzałem pędzącego Australijczyka - jego ciało lśniło czerwoną poświatą. 

Potem mym oczom ukazały się kielich i patena. Ten obraz trwał bardzo długo, jakby usiłował mi 

coś przekazać. Próbowałem odgadnąć jego wymowę, lecz nie potrafiłem zrozumieć przesłania; byłem tylko 
pewien, że ma związek z moim mieczem. Potem wydawało mi się, że widzę Oblicze RAM wyłaniające się 
z ciemności, która nagle zajęła miejsce kielicha i pateny. Lecz kiedy twarz się przybliżyła, okazała się tylko 
obliczem  N.,  przywołanego  ducha,  mojego  dobrego  znajomego.  Nie  nawiązaliśmy  bliższego  kontaktu  i 
twarz rozproszyła się w mroku, z którego się wyłoniła. 

Nie  wiem,  jak  długo  tańczyliśmy.  Nagle  dobiegł  mnie  głos:  „Jahwe,  Tetragrammaton...  Te-

tragrammaton..."  Nie  chciałem  wychodzić  z  transu,  jednak  najwyższy  kapłan  powtarzał:  „Jahwe, 
Tetragrammaton..." Rozgniewało mnie to. Wciąż jeszcze trwała więź z Tradycją i nie chciałem wracać. Ale 
Mistrz nalegał. 

Niechętnie  powróciłem  na  Ziemię.  Znów  znajdowałem  się  w  magicznym  kręgu,  pośród 

przesiąkniętej pradawną historią atmosfery zamku templariuszy. 

My, pielgrzymi, spoglądaliśmy na siebie. Nagłe przerwanie kontaktu dla wszystkich było przykre. 

Miałem wielką chęć porozmawiać z Australijczykiem o tym, co zobaczyłem. Kiedy na niego spojrzałem, 
zrozumiałem, że słowa są zbędne - on także mnie widział. 

Rycerze  stanęli  wokół  nas.  Uderzali  mieczami  o  tarcze,  a  my  słuchaliśmy  tych  ogłuszających 

dźwięków. Ucichły po chwili i wtedy najwyższy kapłan powiedział: 

- O duchu N., ponieważ gorliwie wypełniłeś me prośby, teraz pozwalam ci odejść, zaklinając, byś 

nie szkodził ludziom ani zwierzętom. Odejdź, powiadam, i bądź gotów i chętny przybyć tu ponownie, gdy 
wezwą cię należycie odprawione święte rytuały i egzorcyzmy Tradycji. Zaklinam, byś odszedł w pokoju i 
ciszy, i niechaj pokój boży po wsze czasy panuje między tobą i mną. Amen. 

Krąg zniknął, a my uklękliśmy, pochylając głowy. Jeden z rycerzy odmówił z nami siedem Pater 

noster i siedem Ave Maria. Najwyższy kapłan po siedemkroć odmówił Credo, wyjaśniając, iż poleciła mu 
tak uczynić Matka Boska z Med-jugorie, która objawiała się w Jugosławii od roku 1982. Postępowaliśmy 
zatem zgodnie z obrządkiem chrześcijańskim. 

- Andrew, powstań i podejdź tu – rozkazał najwyższy kapłan. 
Australijczyk ruszył w stronę ołtarza, przed którym stało siedmiu rycerzy. 
Jeden z nich, zapewne przewodnik Australijczyka, zapytał: 
-  Bracie, czy chcesz zostać przyjęty do naszego Domu? 
-  Tak - odparł Andrew. 
I zrozumiałem, w jakim rytuale chrześcijańskim bierzemy udział. Była to inicjacja templariusza. 
-  Świadom  jesteś   surowości   reguły   Domu i zawartych w niej nakazów służenia ludziom? 
-  Gotów jestem   znieść   wszystko   dla   Boga i pragnę być sługą i niewolnikiem Domu na zawsze, 

po kres mego żywota - odrzekł Australijczyk. 

Potem  nastąpiła  seria  rytualnych  pytań,  z  których  część  nie  miała  we  współczesnym  świecie 

żadnego sensu, podczas gdy inne oznaczały pełne oddanie i ogrom miłości. Andrew, ze spuszczoną głową, 
odpowiadał na wszystkie zadawane pytania. 

-    Dobry  bracie,  prosisz  o  wiele,  gdyż  z  naszej  reguły  widzisz  jeno  pozór  zewnętrzny,  piękne 

rumaki, wspaniałe szaty - powiedział jego przewodnik. - Nie znasz jednak surowych nakazów, które kryją 
się pod tą powłoką. Trudno bowiem przyjdzie tobie, któryś sam sobie panem, stać się sługą innych,  gdyż 

background image

 

 - 75 - 

rzadko    czynił    będziesz  to,  czego  pragniesz.  Jeśli  zechcesz  tu  zostać,  wyślemy  cię  za  morze.  Jeśli 
zapragniesz być w Akce, wyślemy cię do ziemi Trypolisu, Antiochii lub Armenii.   Gdy zapragniesz  snu,  
trzeba ci będzie czuwać.  Jeśli zechcesz poświęcić  się  zajęciom dnia, rozkażemy ci udać się na spoczynek. 

-  Chcę należeć do Domu - odparł Australijczyk. 
I  było,  jakby  dawni  templariusze,  którzy  mieszkali  w  zamku,  z  zadowoleniem  obserwowali 

ceremonię inicjacji. Pochodnie głośno trzeszczały. 

Potem nastąpiła seria przestróg, a Australijczyk przyjmował je wszystkie, powtarzając, że pragnie 

wstąpić do Zakonu. Wreszcie jego przewodnik zwrócił się do najwyższego kapłana i powtórzył odpowiedzi 
udzielone  przez  Australijczyka.  Kapłan  raz  jeszcze  uroczyście  zapytał,  czy  postulant  gotów  jest 
zaakceptować wszystkie nakazy Domu. 

-  Tak, Mistrzu, jeśli taka jest wola boża. Staję przed Bogiem i przed tobą, Mistrzu, a także przed 

braćmi,  by  błagać  w  imię  Boga  i  Maryi  Dziewicy  o    przyjęcie  mnie  do  Zakonu  i  dopuszczenie  do  jego 
dobrodziejstw, zarówno duchowych, jak i doczesnych, jako tego, który pragnie zostać sługą i niewolnikiem 
Domu po kres swego żywota. 

-  Przywiedźcie go do mnie w imię Boże - rzekł wówczas najwyższy kapłan. 
Wtedy  rycerze  dobyli  z  pochew  mieczy  i  unieśli  je  ku  niebu.  Potem  opuścili  broń,  by  po  chwili 

stalową  koroną  otoczyć  głowę  Australijczyka.  Ostrza  połyskiwały  w  ogniu  złotawym  blaskiem,  który 
podkreślał świętość tej chwili. 

Mistrz  Australijczyka  zbliżył  się  do  niego,  by  uroczyście  wręczyć  mu  miecz.  Ktoś  uderzył  w 

dzwon,  którego  dźwięk  odbił  się  echem  w  starym  zamczysku,  by  brzmieć  w  nieskończoność.  Wszyscy 
spuściliśmy  oczy,  a  rycerze  gdzieś  zniknęli.  Kiedy  podnieśliśmy  głowy,  było  nas  już tylko dziewięcioro, 
ponieważ Andrew udał się z rycerzami na obrzędową ucztę. 

Przebraliśmy  się  i  bez  zbędnych  formalności  każdy  z  nas  ruszył  w  swoją  stronę.  Taniec  musiał 

trwać  bardzo  długo,  ponieważ  właśnie  świtało.  Ogarnęło  mnie  poczucie  bezgranicznej  samotności. 
Zazdrościłem Australijczykowi, który znalazł swój miecz i zdołał osiągnąć cel. Byłem teraz sam, nikt nie 
wskazywał mi dalszej drogi, ponieważ Tradycja odtrąciła mnie w dalekim kraju Ameryki Południowej, nie 
podpowiadając, jak mogę wrócić na jej łono. Musiałem przemierzyć niezwykły Szlak Świętego Jakuba, a 
byłem już coraz bliżej jego kresu i wciąż nie znałem tajemnicy mojego miecza ani nie wiedziałem, w jaki 
sposób mam go odnaleźć. 

Dzwon  nadal  bił.  Wychodząc  z  zamku,  stwierdziłem,  że  głos  dochodzi  z  pobliskiego  kościoła  i 

wzywa  wiernych  na  poranną  mszę.  Miasto  budziło  się,  by  pracować,  kochać,  cierpieć  albo  oddawać  się 
marzeniom i płacić rachunki. I ani ten dzwon, ani miasto nie wiedziały, że tej nocy odprawiono pradawny 
rytuał i że to, co świat uważał za martwe od wieków, wciąż się odradzało, dowodząc swej wielkiej mocy. 

 
 

Cebreiro 

 

 

-  Jest  pan  pielgrzymem?  --  zapytała  dziewczynka,  jedyna  żywa  istota,  na  jaką się natknąłem w to 

skwarne popołudnie w Villafranca del Bierzo. 

Popatrzyłem na nią bez słowa. Miała około ośmiu lat i była biednie ubrana. Podbiegła do fontanny, 

na  której  obrzeżu  usiadłem,  żeby  trochę  odpocząć.  Myślałem  wyłącznie  o  tym,  żeby  szybko  dotrzeć  do 
Santiago  de  Compostela  i  raz  na  zawsze  zakończyć  to  szaleństwo.  Nie  potrafiłem  zapomnieć  smutnego 
głosu  Petrusa,  jaki  słyszałem,  gdy  żegnał  się  ze  mną  na  bocznicy  kolejowej, ani jego obcego spojrzenia, 
które dostrzegłem, gdy zwróciłem nań oczy podczas rytuału Tradycji. Wydawało się, że sądzi, iż wszystkie 
jego  starania,  aby  mi  pomóc,  poszły  na  marne.  Jestem  pewien,  że  kiedy  przywołano  do  ołtarza 
Australijczyka, Petrus pragnął, aby wezwano także i mnie. Mój miecz mógł przecież spoczywać w ukryciu 
właśnie w tym zamczysku, pełnym legend i mądrości przodków. To miejsce doskonale spełniało warunki, 
które uznałem za nieodzowne, rozmyślając nad taką idealną kryjówką: było opustoszałe, odwiedzane przez 
nielicznych pielgrzymów, którzy szanowali pamiątki po zakonie templariuszy, uświęcone. 

background image

 

 - 76 - 

Lecz wezwano tylko Australijczyka. A Petrus zapewne czuł się poniżony, bo nie dowiódł, że jako 

przewodnik potrafi doprowadzić mnie do miecza. 

Poza tym jednak rytuał Tradycji rozbudził we mnie fascynację wiedzą tajemną, choć nauczyłem się 

w sobie tłumić, wędrując zadziwiającym Szlakiem Świętego Jakuba, „drogą zwykłych ludzi". Inwokacje, 
niemal  pełne  panowanie  nad  materią,  kontakt  z  zaświatami  -  wszystko  to  interesowało  mnie  znacznie 
bardziej  niż  Praktyki  RAM.  Może  te  Praktyki  miały  bardziej  rzeczywiste  zastosowanie  w  moim  życiu. 
Niewątpliwie znacząco się zmieniłem od chwili wyruszenia na Szlak. Dzięki pomocy Petrusa odkryłem, że 
wiedza, którą posiadłem, może mi pomóc wspiąć się po ścianie wodospadu, pokonać wrogów i rozmawiać 
z  Posłańcem  o  sprawach  praktycznych.  Poznałem  oblicze  mojej  śmierci,  Błękitny  Glob  Miłości,  która 
trawi, zalewający cały świat. Gotów byłem toczyć Dobrą Walkę i uczynić z życia pasmo zwycięstw. 

A jednak jakaś ukryta cząstka mej duszy wciąż żałowała magicznych kręgów, transcendentalnych 

formuł,  kadzideł  i  święconego  atramentu.  To,  co  Petrus  nazywał  hołdem  składanym  Starszym,  dla  mnie 
było silną więzią i nostalgią za starymi, zapomnianymi naukami. A myśl, że prawo wstępu do tego świata 
miałoby mi zostać odebrane, pozbawiała mnie motywacji do dalszej wędrówki. 

Kiedy  po  rytuale  Tradycji  wróciłem  do  hotelu,  znalazłem  przymocowany  do  klucza  Przewodnik 

pielgrzyma- książkę, po którą sięgał Petrus, kiedy żółte znaki były słabo widoczne albo gdy chciał obliczyć 
odległość między miastami. Opuściłem Ponferradę tego samego ranka, nie tracąc czasu na sen, i ruszyłem 
na  Szlak.  Pierwszego  wieczoru  przekonałem  się,  że  mapa  ma  źle  oznaczoną  skalę,  i  musiałem  spać  pod 
gołym niebem, pod osłoną skały. 

Tu, rozmyślając nad tym, co mi się przydarzyło od wizyty u pani Savin, uświadomiłem sobie, jak 

uporczywie Petrus starał się mnie przekonać, że, wbrew temu, czego zawsze nas uczono, liczą się przede 
wszystkim  efekty  naszych  poczynań.  Wysiłek  jest  zbawienny  i  konieczny,  ale  jeśli  nie  przynosi 
oczekiwanego skutku, nic nie znaczy. 

Od  siebie,  po  wszystkim,  co  się  stało,  mogłem  oczekiwać  spełnienia  tylko  jednego  celu  - 

odnalezienia miecza. A tego wciąż jeszcze nie dokonałem. Od Santiago de Compostela dzieliło mnie już 
zaledwie kilka dni wędrówki. 

-    Jeżeli  jest  pan  pielgrzymem,  mogę  pana  zaprowadzić  do  Bramy  Przebaczenia.  -  Dziewczynka 

nachalnie proponowała swoje usługi, stojąc przy fontannie w Villafranca del Bierzo. -- Kto przejdzie przez 
tę bramę, nie musi już wędrować do Composteli. 

Dałem jej parę peset, żeby sobie poszła i czym prędzej zostawiła mnie w spokoju. Ale ona zaczęła 

się bawić, ochlapując wodą z fontanny mój plecak i bermudy. 

-  Proszę pana, proszę pana. 
I wtedy właśnie przyszły mi na myśl tak często powtarzane przez Petrusa słowa: „Oracz ma orać w 

nadziei, a młocarz młócić w nadziei, że będzie miał coś z tego"

31

. Był to urywek listu apostoła Pawła. 

Musiałem  jeszcze  trochę  wytrwać.  Szukać,  nie  poddając  się  strachowi  przed  porażką.  Zachować 

nadzieję,  że  odnajdę  miecz  i  poznam  jego  sekret.  Kto  wie,  czy  ta  dziewczynka  nie  próbowała  mi 
powiedzieć  czegoś,  czego  nie  chciałem  zrozumieć?  Jeżeli  Brama  Przebaczenia,  która  znajdowała  się  w 
kościele,  mogła  zapewnić  osiągnięcie  tego  samego  efektu  duchowego  co  przybycie  do  Santiago  de 
Compostela, dlaczego mój miecz nie miałby czekać właśnie tu? 

- Chodźmy powiedziałem w końcu do dziewczynki. 
Spojrzałem na górę, z której niedawno schodziłem. Teraz trzeba było zawrócić i częściowo wspiąć 

się  na  zbocze.  Minąłem  Bramę  Przebaczenia,  nawet  nie  starając  się  jej  przyjrzeć,  bo  wytyczyłem  sobie 
konkretny cel - dotrzeć do Santiago. Ale znalazła się mała dziewczynka, jedyna żywa istota, która wyszła z 
domu  w  to  upalne  popołudnie,  a  teraz  nalegała,  żebym  się  cofnął  i  zwrócił  oczy  na  coś,  co  ominąłem. 
Pośpiech  i  zniechęcenie  mogły  spowodować,  że  przeszedłem  obok  przedmiotu  moich  poszukiwań,  po 
prostu go nie zauważając. Dlaczego właściwie ta dziewczynka nie odeszła, kiedy dałem jej pieniądze? 

Petrus ciągle powtarzał, że lubię opowiadać sobie bajki. A może się mylił? 
Idąc  za  dziewczynką,  przypomniałem  sobie  historię Bramy Przebaczenia. Kościół zawarł swoisty 

układ  z  chorymi  pielgrzymami.  Ponieważ  od  tego  miejsca  do  Composteli  droga  znów  stawała  się 
niebezpieczna i wiodła przez góry, w XII wieku papież ogłosił, że wystarczy, jeśli ten, komu zbrakło sił, by 
kontynuować  wędrówkę,  przekroczy Bramę Przebaczenia. Uzyska takie same odpusty, jakie otrzymywali 

                                                      

31

?

1 Kor 9, 10 (przyp. tłum.). 

 

background image

 

 - 77 - 

ci,  którzy  docierali  do  ostatecznego  celu  pielgrzymki.  W  ten  sposób  papież  rozwiązał  problem  wielu 
pątników i zachęcił do pielgrzymek. 

Szliśmy  drogą,  którą  już  pokonywałem  -  krętymi,  stromymi  ścieżkami  biegnącymi  po  śliskim 

zboczu.  Dziewczynka  wyprzedzała  mnie,  zwinna  i  szybka  jak  strzała,  a  ja  nieraz  musiałem  prosić,  by 
zwolniła  kroku.  Słuchała  mnie,  ale  już  po  chwili  znów  ruszała  biegiem.  Po  półgodzinie  i  wielu  moich 
protestach stanęliśmy wreszcie przed Bramą Przebaczenia. 

- Mam klucze do kościoła - powiedziała. -Wejdę i otworzę bramę, aby mógł ją pan przekroczyć. 
Weszła bramą główną, a ja czekałem na zewnątrz. Kaplica była mała. Bramę, zwróconą na północ, 

zdobiły muszle i sceny z życia świętego Jakuba. W chwili gdy usłyszałem zgrzyt klucza w zamku, potężny 
owczarek niemiecki wyskoczył nie wiadomo skąd i stanął między mną a bramą. 

Moje ciało natychmiast przygotowało się do walki. 
Znowu - pomyślałem. Wygląda na to, że ta historia nigdy się nie skończy. Wciąż nowe próby walki, 

poniżenia. I ani śladu miecza. 

Jednak  w  tej  chwili  otwarła  się  Brama  Przebaczenia  i  stanęła  w  niej  dziewczynka.  Widząc 

wpatrującego się we mnie psa i mnie, z oczyma utkwionymi w jego ślepia, wypowiedziała kilka ciepłych 
słów i w ten sposób udobruchała zwierzę. Merdając ogonem, pies pobiegł w głąb kościoła. 

Być może Petrus miał rację  - uwielbiałem snuć opowieści. Zwykły owczarek niemiecki wyrósł w 

moich oczach do rozmiarów groźnego zwierzęcia nie z tego świata. To był zły znak  -przejaw zmęczenia, 
które czasem sprawia, że dajemy się zwodzić. 

Lecz  wciąż  jeszcze  była  nadzieja.  Dziewczynka  skinęła  ręką,  prosząc,  bym  wszedł.  Pełen 

oczekiwań  przekroczyłem  Bramę  Przebaczenia  i  uzyskałem  łaski,  jakich  dostępują  pielgrzymi  w  Com-
posteli. 

Ogarnąłem spojrzeniem pustą świątynię, w której prawie nie było posągów ani obrazów, szukając 

jedynej rzeczy, która mnie interesowała. 

-  Można   tu   zobaczyć   kapitele   w   kształcie muszli, symbolu Camino de Santiago  - zaczęła 

opowiadać  mała,   grając  rolę  przewodniczki.  Oto święta Agata z... wieku... 

Wkrótce zrozumiałem, że nie warto było zawracać z drogi. 
-    A  to  święty  Jakub  Matamoros

32

  z  uniesionym  mieczem  i  Maurowie  pod  kopytami  jego  koma, 

posąg z... wieku... 

Tu znajdował się miecz świętego Jakuba. Ale nie mój. Dałem dziewczynce jeszcze kilka peset, ale 

ich nie przyjęła. Z lekka urażona, nie udzielając żadnych wyjaśnień, powiedziała, żebym wyszedł. 

Zszedłem  po  stromym  zboczu  i  ruszyłem  w  kierunku  Composteli.  Kiedy  powtórnie  wędrowałem 

uliczkami Villafranca del Bierzo, stanął przede mną mężczyzna, który oświadczył, że ma na imię Angel, i 
zapytał,  czy  zechcę  zwiedzić  kościół  Świętego  Józefa  Cieśli.  Choć  imię  mężczyzny  miało  w  sobie  tyle 
magii

33

,  tuż  po  doznanym  rozczarowaniu  doszedłem  do  wniosku,  że Petrus był wielkim znawcą ludzkich 

dusz.  Cechuje  nas  skłonność  do  snucia  opowieści  o  tym,  co  nie  istnieje,  a  nie  wierzymy  w  rzeczy 
oczywiste, rzucające się w oczy. 

Jednak  wyłącznie  po  to,  by  potwierdzić  swe  przekonania,  pozwoliłem  Angelowi zaprowadzić się 

także i do tego kościoła. Był zamknięty, a on nie miał klucza. Pokazał mi usytuowany nad portalem posąg 
świętego  Józefa  trzymającego  narzędzia  ciesielskie.  Popatrzyłem,  podziękowałem  mężczyźnie  i  chciałem 
dać mu kilka peset. Nie przyjął ich i zostawił mnie na środku ulicy. 

- Jesteśmy dumni z naszego miasta - oznajmił. - Nie robimy tego dla pieniędzy. 
I  znów  ruszyłem  tą  samą  drogą,  by  po  kwadransie  zostawić  za  sobą  Villafranca  del  Bierzo  z  jej 

bramami, uliczkami i tajemniczymi przewodnikami, którzy za swe usługi nie przyjmowali zapłaty. 

Przez  jakiś  czas  przemierzałem  górzyste  tereny,  co  kosztowało  mnie  wiele  wysiłku  i  zajmowało 

dużo  czasu.  Początkowo  myślałem  wyłącznie  o  tym,  co  zaprzątało  mnie  już  wcześniej  -  o    samotności, 
poczuciu  wstydu,  bo  zawiodłem  Petrusa,  o  moim  mieczu  i  jego  tajemnicy.  Ale  postacie  dziewczynki  i 
Angela  wciąż  stały  mi  przed  oczyma.  Podczas  gdy  ja  szedłem  skupiony  wyłącznie  na  nagrodzie,  której 
pożądałem, oni dali mi z siebie to, co mieli najlepszego - swą miłość do tego miasta. Nie otrzymując nic w 
zamian. Niejasna jeszcze   myśl   przybrała   wyraźniejszy kształt w zakamarkach mej duszy. To była więź 
łącząca  wszystkie  siły  natury.  Petrus  nieustannie  podkreślał,  że  pragnienie  nagrody  jest  konieczne,  by 
osiągnąć  zwycięstwo.    Lecz  za  każdym  razem,  kiedy  zapominałem  o  całym  świecie, myśląc wyłącznie o 

                                                      

32

? Arabożerca (przyp. tłum.). 

33

? Angel to po hiszpańsku „anioł". 

background image

 

 - 78 - 

mieczu,  przywoływał mnie do porządku, stosując bolesne chwyty. Takie sytuacje wielokrotnie powtarzały 
się na Camino de Santiago. 

Robił  to  z  rozmysłem.  I  w  tym  musiał  tkwić  sekret  mojego  miecza.  Zagrzebane  w  najgłębszych 

zakamarkach  mej  duszy  przeczucia  drgnęły,  przeniknęła  je  odrobina  światła.  Nie  uświadamiałem  sobie 
jeszcze, ku czemu zmierzam, coś mi jednak podpowiadało, że jestem na dobrej drodze. 

Byłem  wdzięczny  za  spotkanie  z  dziewczynką  i  z  Angelem;    w  ich    sposobie    mówienia  o  

kościołach  kryła  się  Miłość,  która  trawi.  Zmusili  mnie,  abym  dwukrotnie  przemierzył  drogę,  którą 
planowałem pokonać po południu. Teraz znów zapomniałem o fascynacji rytuałem Tradycji i powróciłem 
na hiszpańską ziemię. 

Pomyślałem  o  dniu,  już  bardzo  odległym,  w  którym  Petrus  powiedział  mi,  że  wielokrotnie 

przeszliśmy tę samą drogę w Pirenejach. Zatęskniłem za tamtym dniem. To mógł być dobry początek - kto 
wie, czy powtórzenie takiej sytuacji właśnie teraz nie wróżyło szczęśliwego zakończenia? 

Wieczorem dotarłem do wioski i wynająłem pokój u starszej pani, która zażądała śmiesznie niskiej 

zapłaty  za  nocleg  i  posiłki.  Pogawędziliśmy  trochę,  a  ona  wyznała  mi,  jak  głęboką  wiarę  pokłada  w 
Przenajświętszym Sercu Jezusa i jak martwi się o zbiór oliwek w tym roku, kiedy panuje straszliwa susza. 
Wypiłem trochę wina, zjadłem zupę i wcześnie poszedłem spać. 

Byłem  teraz  znacznie  spokojniejszy  dzięki  tej  kiełkującej  we  mnie  myśli,  która  wkrótce  miała 

wybuchnąć. Pomodliłem się, wykonałem kilka ćwiczeń, których nauczył mnie Petrus, i wezwałem Astraina. 
Musiałem porozmawiać z nim o walce z psem. Usiłował wtedy za wszelką cenę wyrządzić mi krzywdę, a 
kiedy odmówił mi pomocy w zmaganiach z krzyżem, postanowiłem na zawsze usunąć go ze swego życia. 
Gdybym nie rozpoznał jego głosu, uległbym kuszeniu, któremu poddawał mnie przez całą walkę. 

- Zrobiłeś wszystko co w twojej mocy, żeby pomóc Legionowi mnie pokonać - powiedziałem. 
- Nie sprzymierzam się przeciw moim braciom - odparł Astrain. 
Spodziewałem  się  takiej  odpowiedzi.  Przecież  zostałem  o  tym  uprzedzony,  a  absurdem  było 

gniewać  się  na  Posłańca  tylko  dlatego,  że  pozostał  posłuszny  swej  naturze.  Powinienem  widzieć  w  nim 
towarzysza, który pomaga mi w chwilach takich jak ta - to było jedyne jego zadanie. Puściłem w niepamięć 
urazę i zaczęliśmy rozmawiać o Szlaku, o Petrusie, o tajemnicy miecza, o  moim przeczuciu, że ten sekret 
tkwi  we  mnie.  Nie  powiedział  mi  niczego  istotnego,  może  poza  tym,  że  takie  tajemnice  były  dla  niego 
niedostępne. Ale przynajmniej miałem z kim pogawędzić po całym popołudniu milczenia. Rozmawialiśmy 
do późna., aż staruszka zapukała do drzwi, żeby zwrócić mi uwagę, że mówię przez sen. 

Obudziłem   się   w   znacznie   lepszej   formie i wczesnym rankiem wyruszyłem w drogę. Zgodnie 

z  moimi  obliczeniami  już  po  południu  powinienem  znaleźć  się  w  Galicji,  gdzie  leży  Santiago  de  
Compostela.      Droga  wciąż  pięła  się  w  górę  i  przez  cztery  godziny  utrzymywałem  tempo  marszu  tylko  
dzięki  zdwojonemu  wysiłkowi.    Przez  cały  ten  czas  żywiłem  nadzieję,  że  za  następnym  zakrętem  droga 
pobiegnie w dół. Ale ta chwila nie nadchodziła, więc w końcu przestałem wierzyć, że tego popołudnia uda 
mi się posuwać nieco szybciej. W dali dostrzegałem jeszcze wyższe szczyty i nie mogłem uwolnić się od 
myśli,  że  prędzej  czy  później  będę  musiał  je  pokonać.  Jednak  wysiłek  fizyczny  niemal  całkowicie 
oswobodził mnie od innych trosk i ogarnęła mnie życzliwość wobec samego siebie. 

Psiakość!  --  pomyślałem.  Ilu  ludzi  potraktowałoby  poważnie  kogoś,  kto  rzuca  wszystko,  żeby 

wyruszyć  na  poszukiwanie  miecza?  I  jakie  znaczenie  w  moim  prawdziwym  życiu  miałby  fakt,  że  nie 
zdołałem  go  odnaleźć?  Nauczyłem  się  Praktyk  RAM,  poznałem  mojego  Posłańca,  walczyłem  z  psem  i 
ujrzałem własną śmierć  - powtórzyłem sobie raz jeszcze, próbując przekonać samego siebie o znaczeniu, 
jakie  miała  dla  mnie  Camino  de  Santiago.  Miecz  był  tylko  efektem.  Bardzo  chciałbym  go  odnaleźć,  ale 
jeszcze  bardziej  pragnąłem  wiedzieć,  co  z  nim  począć.  Bo  przecież  musiałem  zrobić  z  niego  praktyczny 
użytek, tak jak stosowałem w praktyce ćwiczenia, których nauczył mnie Petrus. 

Zatrzymałem się nagle. Myśl, dotąd stłumiona, eksplodowała. Wszystko wokół stało się jasnością, 

a fala niekontrolowanej Agape wypłynęła ze mnie. Gorąco pragnąłem, żeby był tu teraz Petrus, abym mógł 
mu wyznać to, czego chciał się o mnie dowiedzieć - to jedyne odkrycie, jakiego ode mnie oczekiwał, bo to 
odkrycie miało zwieńczyć długi okres nauk na niezwykłym Szlaku Świętego Jakuba - pragnąłem wyjawić 
mu sekret mojego miecza. 

A  sekret  mojego  miecza,  jak  sekret  każdej  zdobyczy,  której  człowiek  pożąda  w  tym  życiu, 

sprowadzał  się  do  najprostszego  pod  słońcem pytania: co z nim uczynić? 

Nigdy  nie  snułem  takich  rozważań.  Pokonując  Camino  de  Santiago,  chciałem  dowiedzieć  się 

jedynie, gdzie, w jakim miejscu ukryto miecz. Nie zastanawiałem się, dlaczego pragnę go znaleźć ani do 
czego jest mi potrzebny. Całą uwagę skoncentrowałem na nagrodzie i nie rozumiałem, że kiedy ktoś czegoś 

background image

 

 - 79 - 

pragnie, musi jasno określić powód tego pragnienia. To było jedynym motywem szukania nagrody i na tym 
właśnie polegał sekret mojego miecza. Petrus powinien był się dowiedzieć, że dokonałem tego odkrycia, 
byłem jednak przekonany, że nigdy już nie zobaczę mojego przewodnika. 

Dlatego  przyklęknąłem  w  milczeniu,  wyrwałem  kartkę  z  notesu  i  zapisałem,  jak  zamierzam 

wykorzystać miecz. Potem starannie złożyłem tę kartkę i wsunąłem ją pod kamień, który przypominał mi o 
jego imieniu i jego przyjaźni. Czas szybko zniszczy ten skrawek papieru, lecz ja w ten sposób symbolicznie 
wręczyłem go Petrusowi. 

On już wiedział, co uczynię z mieczem. Teraz moja i Petrusowa misja została spełniona. 
Wędrowałem  po  coraz  wyższych  partiach  gór,  a  Agape  przepływała  przeze  mnie  i  rozświetlała 

wokół świat. Teraz, kiedy znałem już tajemnicę, musiałem znaleźć to, czego szukałem. Całe moje jestestwo 
opanowała  niezachwiana  pewność.  Szedłem,  śpiewając  włoską  piosenkę,  którą  Pe-trus  nucił  na  bocznicy 
kolejowej.  Ponieważ  nie  znałem  słów,  sam  je  wymyślałem.  W  pobliżu  nie  było  żywego  ducha,  szedłem 
przez  gęsty  las,  więc  w  samotności  zacząłem  śpiewać  głośniej.  Wkrótce  uświadomiłem  sobie,  że  słowa 
mojej  piosenki  nabierają  absurdalnego  znaczenia  -  to  był  sposób  porozumiewania  się  ze  światem,  który 
tylko ja znałem, bo teraz świat stał się moim nauczycielem. 

Doświadczyłem  tego,  choć  w  inny  sposób,  podczas  pierwszego  spotkania  z  Legionem.  Wówczas 

ujawnił  się  we  mnie  dar  języków.  Stałem  się  sługą  Ducha,  który  mnie  wykorzystał,  aby  ocalić  kobietę, 
stworzyć  mego  wroga  i  ukazać  okrutną  twarz  Dobrej  Walki.  Teraz  było  inaczej  -  byłem  panem  samego 
siebie i uczyłem się rozmawiać ze wszechświatem. 

Podejmowałem  dialog  ze  wszystkim,  co  pojawiło  się  na  mej  drodze  z  pniami  drzew,  kałużami, 

zeschniętymi liśćmi i wspaniałymi pnączami. To było ćwiczenie zwykłych ludzi, dobrze znane dzieciom, a 
zapomniane przez dorosłych. Kryła się w nim tajemnicza odpowiedź rzeczy, jakby rozumiały, co mówię, i 
w zamian otaczały mnie Miłością, która trawi. Wszedłem w rodzaj transu i ogarnął mnie strach, lecz byłem 
gotów prowadzić tę grę, póki starczy mi sił. 

Jeszcze raz okazało się, że Petrus miał rację -ucząc siebie, stawałem się Mistrzem. 
Nadeszła pora obiadu, jednak nie zatrzymałem się na posiłek. Idąc przez małe osady, zniżałem głos 

do  szeptu,  śmiałem  się  do  siebie,  gdyby  więc  przypadkiem  ktoś  zwrócił  na  mnie  uwagę,  uznałby,  że  za 
naszych  czasów  do  katedry  w  Santiago  przybywali  pielgrzymi  dotknięci  obłędem.  Lecz  to  nie  miało 
znaczenia, bo oddawałem cześć otaczającemu mnie życiu i wiedziałem już, jak wykorzystam miecz, kiedy 
wreszcie go znajdę. 

Przez  resztę  popołudnia  szedłem  w  transie,  świadom,  dokąd  zmierzam,  lecz  jeszcze  bardziej 

świadom życia, które obdarzało mnie Aga-pe. Po raz pierwszy na niebie zaczęły się zbierać ciężkie chmury. 
Modliłem się, żeby spadł deszcz, bo po długiej wędrówce, po całej tej suszy, byłby nowym, ekscytującym 
doświadczeniem.  O  trzeciej  po  południu  stanąłem  na  galicyjskiej  ziemi i spojrzałem na mapę  - już tylko 
jedna  góra  dzieliła  mnie  od  końca  tego  etapu  drogi.  Uznałem,  że  muszę  ją  pokonać  i  spędzić  noc  w 
pierwszej osadzie u stóp góry - Tricasteli, gdzie potężny król, Alfons XI, pragnął wznieść wielkie miasto, 
lecz ono nawet po wiekach było tylko maleńką wioską. 

Wciąż śpiewając i mówiąc w języku, który sam stworzyłem, żeby gawędzić z naturą, zacząłem się 

wspinać na ostatnią górę - Cebreiro. Nosiła imię starożytnej osady rzymskiej, oznaczające prawdopodobnie 
luty,  w  którym  nastąpiło  jakieś  ważne  wydarzenie.  Niegdyś  uważano,  że  to  najtrudniejsza  przeprawa  na 
trasie pielgrzymki do Santiago, lecz dziś sytuacja wygląda inaczej. Oczywiście zbocze nadal jest strome, 
jednak  wysoka  antena  telewizyjna  na  sąsiednim  szczycie  służy  pielgrzymom  jako  punkt  orientacyjny  i 
dzięki niej nie zbaczają ze Szlaku, co dawniej zdarzało się często i niemal równie często miało tragiczne 
skutki. 

Chmury wisiały coraz niżej i wiedziałem, że wkrótce zacznę poruszać się we mgle. Żeby dotrzeć do 

Triscateli, musiałem kierować się żółtymi znakami, ponieważ antenę telewizyjną zakryła mgła. Gdybym się 
zgubił, czekałaby mnie kolejna noc pod gołym niebem, lecz tego dnia, kiedy zbierało się na deszcz, taka 
perspektywa  wydawała  mi  się  raczej  nieprzyjemna.  Poczuć na twarzy kropelki wody, napawać się każdą 
chwilą, cieszyć się wolnością i życiem, spędzić noc w gościnnym domu, gdzie znajdzie się kieliszek wina i 
wygodne łóżko, bym mógł wypocząć, myśląc o czekającej mnie jutro drodze - to jedno. Ale borykać się z 
bezsennością,  usiłując  zdrzemnąć  się  w  błocie,  i  bać  się  zakażenia  kolana,  bo  przemięka  bandaż  -  to 
zupełnie co innego. Musiałem szybko dokonać wyboru: albo iść najkrótszą drogą, pośród mgły, dopóki nie 
zapadnie  całkowita  ciemność,  albo  zawrócić  i  przenocować  w  wiosce,  którą  opuściłem  przed  kilkoma 
godzinami, a przejście Cebreiro zostawić sobie na jutro. 

background image

 

 - 80 - 

W chwili gdy zrozumiałem, że muszę natychmiast podjąć decyzję, zauważyłem, że stało się ze mną 

coś dziwnego. Pewność, że poznałem tajemnicę miecza, kazała mi iść dalej, prosto we mgłę, która już-już 
miała mnie otoczyć. To uczucie bardzo różniło się od impulsu, który kazał mi podążyć za dziewczynką do 
Bramy Przebaczenia czy za mężczyzną do kościoła Świętego Józefa Cieśli. 

Przypomniałem sobie, że kiedy - co zdarzało się rzadko - prowadziłem wykłady w Brazylii, zawsze 

porównywałem  doświadczenie  mistyczne  ze  znanym  nam  wszystkim  doświadczeniem,  jakim  jest  nauka 
jazdy na rowerze. Wsiadając po raz pierwszy na rower, większość z nas porusza pedałami i przewraca się. 
Potem przejeżdżamy króciutki odcinek drogi i znów się  przewracamy. Mimo to niespodziewanie uczymy 
się utrzymywać równowagę i panować nad rowerem. Nie polega to na gromadzeniu doświadczeń, ale raczej 
na swoistym „cudzie", który się dokonuje, kiedy rower „zaczyna prowadzić" jadącego. Rowerzysta godzi 
się poddać „brakowi równowagi" pojazdu dwukołowego, natomiast początkowy upadek wykorzystuje, by 
przyjąć właściwą postawę i nabrać rozpędu. 

Podczas wspinaczki na Cebreiro, o czwartej po południu, stwierdziłem, że stał się właśnie taki cud. 

Po  tak  długiej  wędrówce  Szlak  Świętego  Jakuba  zaczął  mnie  „prowadzić".  Podążyłem  za  tym,  co  ludzie 
nazywają  intuicją.  Za  sprawą  towarzyszącej  mi  przez  cały  ten  dzień  Miłości,  która  trawi,  za  sprawą 
odkrycia  sekretu  mojego  miecza,  a  także  dlatego,  że  człowiek  w  trudnych  chwilach  zawsze  podejmuje 
słuszną decyzję -bez lęku ruszyłem ku mgle. 

Ta chmura gdzieś się przecież kończy - myślałem, usiłując wypatrzyć żółte znaki na kamieniach i 

drzewach  Szlaku.  Już  od  blisko  godziny  widoczność  była  bardzo  słaba,  a  ja  śpiewałem,  aby  przepędzić 
strach,  i  czekałem,  aż  wydarzy  się  coś  niezwykłego.  Otoczony  przez  mgłę,  sam  pośród irrealnego świata, 
spoglądałem na Ca-mino de Santiago jak na scenę z filmu, kiedy to widzimy bohatera robiącego coś, czego 
nikt nie ważyłby się uczynić, a widzowie myślą, że takie rzeczy zdarzają się tylko w kinie. Ale ja naprawdę 
tu byłem i przeżywałem tę sytuację w realnym świecie. Las ogarniała coraz głębsza cisza, mgła zaczynała 
się rozpraszać. Być może zbliżałem się do celu, lecz światło przebijające się przez chmury raziło moje oczy 
i odmieniało koloryt pejzażu, czyniąc go tajemniczym i przerażającym. 

Teraz wokół panowała niezmącona cisza, a ja, wsłuchując się w nią, odniosłem w pewnej chwili 

wrażenie, że słyszę, gdzieś po lewej stronie drogi, kobiecy głos. Natychmiast się zatrzymałem. Sądziłem, że 
głos odezwie się znowu, ale nie dobiegł mnie nawet najlżejszy szmer, żadne z brzmień lasu, żaden szelest 
suchych liści, pośród których buszują zwierzęta, żaden łopot ptasich czy owadzich skrzydeł. Zerknąłem na 
zegarek  -  było  piętnaście  po  piątej.  Obliczyłem,  że  do  Torrestreli  zostało  mi  jeszcze  około  czterech 
kilometrów - miałem dość czasu, by pokonać tę odległość przed zapadnięciem zmroku. 

Gdy podniosłem oczy, ponownie usłyszałem kobiecy głos. To, co się potem wydarzyło, okazało się 

jednym z najważniejszych doświadczeń w moim życiu. 

Głos dobiegał znikąd, a może raczej brzmiał we mnie. Słyszałem go bardzo wyraźnie. Moja intuicja 

sprawiła, że stawał się coraz silniejszy. Nie ja byłem panem tego głosu, nie był nim też Astrain. Ten głos 
powtarzał  tylko,  że  powinienem  iść  dalej,  a ja usłuchałem go bez zmrużenia oka. Było tak, jakby wrócił 
Petrus  i  przypominał  mi  o  rozkazach  i  posłuszeństwie,  i  o  tym,  że  w  tej  chwili  jestem  tylko  narzędziem 
Szlaku, który mnie „prowadzi". Mgła stawała się coraz bardziej przejrzysta, miejscami prawie całkiem się 
rozwiała.  Obok  mnie  drzewa  rosły  rzadko,  skały  były  mokre  i  śliskie,  a  zbocze  równie  strome  jak  na 
odcinku, który przemierzałem od dłuższego czasu. 

Nagle,  jakby  za  dotknięciem  czarodziejskiej  różdżki,  mgła  zniknęła.  A  przede  mną,  na  szczycie 

góry,  wznosił  się  krzyż.  Rozejrzałem  się  wokół  i  zobaczyłem  morze  chmur,  z  których  się  wynurzyłem,  i 
drugie  morze  chmur,  wysoko  ponad  głową.  Pomiędzy  tymi  dwoma  oceanami  sterczały  wierzchołki 
najwyższych  gór  i  szczyt  Cebreiro.  Ogarnęła  mnie  głęboka  potrzeba  modlitwy.  Nawet  gdybym  musiał  z 
tego powodu zboczyć z drogi do Torrestreli, chciałem wejść na sam szczyt i pomodlić się u stóp krzyża. To 
było  czterdzieści  minut  wspinaczki  pośród  wewnętrznej  i  zewnętrznej  ciszy.  Język,  który  wymyśliłem, 
zamilkł  we  mnie,  nie  był  mi  już  potrzebny  do  rozmowy  z  ludźmi  ani  z  Bogiem.  „Wiódł"  mnie  Szlak 
Świętego Jakuba i on miał mi wskazać miejsce, w którym spoczywał mój miecz. Petrus i tym razem miał 
rację. 

Na  szczycie,  niedaleko  krzyża,  siedział  mężczyzna,  który  coś  pisał.  Przeszło  mi  przez  myśl, że to 

wysłannik, nadnaturalna wizja. Lecz intuicja podszepnęła mi, że jest inaczej, i wtedy dostrzegłem wyszytą 
na  jego  ubraniu  muszlę  -mężczyzna  był  pielgrzymem.  Przyglądał  mi  się  przez  dłuższą  chwilę,  a  potem 
odszedł, urażony, że zakłóciłem jego spokój. Być może obaj czekaliśmy na to samo na przybycie anioła? A 
obaj ujrzeliśmy przed sobą człowieka. Na drodze zwykłych ludzi. 

background image

 

 - 81 - 

Choć  tak  bardzo pragnąłem się modlić, nie byłem w stanie wyrzec ani słowa. Długo stałem przy 

krzyżu, patrząc na góry i na zakrywające niebo i ziemię obłoki, zza których wyłaniały się tylko najwyższe 
szczyty. W dole zapalały się światła osady złożonej z piętnastu domów i kościoła. A zatem będę miał gdzie 
spędzić  tę  noc,  jeśli  Szlak  mi  na  to  zezwoli.  Nie  wiedziałem  dokładnie,  o  której  może  to  nastąpić,  ale, 
pomimo nieobecności Petrusa, miałem przewodnika. „Prowadziła" mnie Camino de Santiago. 

Zbłąkany  baranek  wszedł  na  szczyt  i  stanął  między  krzyżem  a  mną.  Spoglądał  na  mnie,  trochę 

wystraszony. Stałem tak długo, wpatrując się w niemal czarne już niebo, w krzyż i białego baranka u stóp 
krzyża.  I  nagle  odczułem  zmęczenie  długim  okresem  prób,  walk,  nauki  i  marszu.  Potworny,  ściskający 
żołądek  ból  podszedł  mi  do  gardła  i  wyrwał  się  szlochem  bez  łez,  tu,  przed  barankiem  i  ogromnym 
samotnym krzyżem, ukazującym, jaki los człowiek zgotował nie swemu Bogu, lecz sobie. W mej pamięci 
ożyły wszystkie nauki Camino de Santiago, gdy szlochałem nad tą samotną owieczką. 

- Boże - zacząłem, odzyskując wreszcie zdolność wypowiadania słów modlitwy. - Nie przybili mnie 

do  tego  krzyża,  nie  widzę  na  nim  i  Ciebie.  Ten  krzyż jest pusty i takim powinien zostać po wsze czasy, 
ponieważ czas śmierci przeminął, a bóg odradza się teraz we mnie. Ten krzyż był symbolem niesłychanej 
władzy,  którą  posiedliśmy  wszyscy,  władzy  ukrzyżowania  drugiego  człowieka  i  wydania  go  na  śmierć. 
Teraz ta moc odradza się dla życia, świat jest ocalony, a ja potrafię dokonywać Twych cudów. Albowiem 
przemierzyłem drogę zwykłych ludzi i w nich odnalazłem Twój sekret. I Ty przemierzyłeś drogę zwykłych 
ludzi.  Przybyłeś,  aby  nauczyć  nas  wszystkiego,  co  byliśmy  zdolni  pojąć  lub  uczynić,  my  jednak  nie 
chcieliśmy przyjąć Twych nauk. Pokazałeś nam, że potęga i chwała są dostępne dla wszystkich, lecz tak 
nagłe  objawienie  naszych  zdolności  przerosło  nas.  Ukrzyżowaliśmy  Cię  nie  dlatego,  żeby  okazać 
niewdzięczność  Synowi  Bożemu,  lecz  dlatego,  że  bardzo  baliśmy  się  zaakceptować  nasze  zdolności. 
Ukrzyżowaliśmy  Cię,  ponieważ  baliśmy  się  stać  bogami.  Mocą  czasu  i  tradycji  stałeś  się  tylko  dalekim 
bóstwem, a my znów wypełnialiśmy swój człowieczy los. 

Nie,  to  nie  grzech  być  szczęśliwym.  Pół  tuzina  ćwiczeń  i  uważne  wsłuchanie  się  w  świat 

wystarczają, by człowiek zdołał ziścić najśmielsze marzenia. Pyszniłem się mą mądrością, kazałeś mi więc 
przemierzyć  drogę,  którą  przejść  może  każdy,  i  odkryć  to,  co  odkryłby  każdy,  kto  nieco  uważniej 
przyglądałby się życiu. Pokazałeś mi, że pogoń za szczęściem jest sprawą osobistą i że nie istnieje wzorzec, 
który  moglibyśmy  przekazać  innym.  Aby  odnaleźć  mój  miecz,  musiałem  zgłębić  jego  tajemnicę,  a  to 
okazało się takie proste - wystarczyło wiedzieć, co z nim uczynić. Co zrobić z mieczem i ze szczęściem, 
jakie dla mnie oznacza. 

Przeszedłem każdy kilometr tej drogi, aby odkrywać to, co już wiedziałem, co wie każdy z nas, z 

czym  jednak  trudno  się  pogodzić.  Cóż  bowiem  trudniejszego  dla  człowieka,  Panie,  niż  odkryć,  że  może 
posiąść władzę? 

Ból, który rozdziera teraz mą pierś, który wyrywa się szlochem z mego gardła, płosząc owieczkę, 

istnieje,  odkąd  istnieje  człowiek.  Niewielu  jest  takich,  którzy  przyjęli  sztandar  zwycięstwa  -  większość 
wyrzeka się marzeń, kiedy te stają się nierealne. Rezygnują z podjęcia Dobrej Walki, nie wiedzą bowiem, 
co  uczynić  z  własnym  szczęściem,  są  więźniami  spraw  doczesnych.  Jak  ja,  który  pragnąłem  odnaleźć 
miecz, choć nie miałem pojęcia, co z nim czynić. 

Uśpiony bóg rozbudził się we mnie i ból narastał z każdą chwilą. Czułem, że jest przy mnie mój 

Mistrz,  i  nareszcie  udało  mi  się  przemienić  szloch  we  łzy.  Płakałem,  pełen  wdzięczności  dla  człowieka, 
który kazał mi ruszyć na Szlak Świętego Jakuba w poszukiwaniu miecza. Płakałem, pełen wdzięczności dla 
Petrusa, który uczył mnie, nie wspominając o tym, że me marzenia się spełnią, jeśli wcześniej odgadnę, jaki 
zrobię z nich użytek. Patrzyłem na nagi krzyż i na baranka, który - wolny - mógł biegać po tych górach i 
spoglądać w obłoki. 

Baranek  wstał,  a  ja  podążyłem  za  nim.  Wiedziałem,  dokąd  mnie  prowadzi.  Nawet  pośród  chmur 

świat wydał mi się przejrzysty i jasny. Choć nie widziałem Drogi Mlecznej na niebie, byłem pewien, że tam 
jest  i  że  wskazuje  wszystkim  Szlak  Świętego  Jakuba.  Baranek  pobiegł  w  kierunku  wioski  noszącej,  jak 
góra, nazwę Ce-breiro. Tam wydarzył się pewnego dnia cud -cud przemiany tego, co się robi, w to, w co się 
wierzy. W tajemnicę miecza i niezwykłego Szlaku Świętego Jakuba. 

Kiedy  szedłem  w  dół,  przypomniała  mi  się  ta  historia.  Pewien  wieśniak  z  sąsiedniej  osady 

przyszedł  do  Cebreiro  na  mszę.  Tego  dnia  szalała  straszliwa  burza.  Mszę  odprawiał  mnich  małej  wiary, 
który  w  duchu  drwił  sobie  z  poświęcenia  wieśniaka.  Lecz  gdy  nadeszła  chwila  podniesienia,  hostia 
przemieniła się w ciało Chrystusa, a wino w Jego krew. Relikwie do dziś przechowywane są w tej małej 
kapliczce. To skarb wspanialszy od wszystkich bogactw Watykanu. 

background image

 

 - 82 - 

Baranek zatrzymał się na skraju wioski, skąd jedyna biegnąca przez nią uliczka wiedzie wprost do 

kościoła. Ogarnięty przerażeniem, powtarzałem w duchu: „Panie, nie jestem godzien przekroczyć progów 
Domu  Twego".  Lecz  baranek  zwrócił  oczy  w  moją  stronę,  a  jego  spojrzenie  przejęło  mnie  do  głębi. 
Mówiło, abym na zawsze zapomniał o swych niegodziwościach, moc bowiem odrodziła się we mnie, jak 
mogła  się  odrodzić  w  każdym  człowieku,  który  ze  swego  życia  uczyni  Dobrą  Walkę.  Nadejdzie  dzień  - 
mówiły  oczy  baranka  -  gdy  człowiek  znów  będzie  z  siebie  dumny,  a  wtedy  cała  natura  sławić  będzie 
rozbudzenie boga, który trwał w nim uśpiony. 

Baranek  był  teraz  moim  przewodnikiem  na  Camino  de  Santiago.  W  pewnej  chwili  wokół 

zapanowała ciemność, a ja miałem wizję. Ujrzałem sceny łudząco podobne do opisanych w Apokalipsie: 
Baranka zasiadającego na tronie i ludzi, którzy płukali swe szaty, oczyszczając je we krwi Baranka. To było 
przebudzenie  śpiącego  w  każdym  z  ludzi  boga.  Ujrzałem  także  bitwy,  czas  niepokoju,  katastrofy,  które 
miały  spaść  na  Ziemię  w  nadchodzących  latach.  Lecz  wszystko  to  zakończyło  się  triumfem  Baranka,  bo 
każda istota ludzka stąpająca po tej ziemi obudziła swą wielką mocą uśpionego w niej boga. 

Szedłem za barankiem do kaplicy wzniesionej przez wieśniaka i mnicha, który uwierzył w to, co 

czynił. Nikt nie wie, kim byli. Dwa bezimienne kamienie nagrobne na sąsiadującym z kościołem cmentarzu 
wskazują  tylko,  gdzie  pogrzebano  ich  szczątki  doczesne.  Ale  nie  wiadomo  nawet,  w  którym  grobie 
spoczywa mnich, a w którym wieśniak. Ponieważ, aby cud mógł się ziścić, dwie siły musiały stoczyć Dobrą 
Walkę. 

Kaplica  była  rzęsiście  oświetlona,  kiedy  stanąłem  w  jej  progu.  Tak,  byłem  godzien  tam  wejść, 

ponieważ miałem miecz i wiedziałem, jak go używać. To nie była Brama Przebaczenia - ja przebaczenie już 
uzyskałem,  oczyściłem  szaty  w  krwi  Baranka.  Teraz  chciałem  tylko  wziąć  do  ręki  mój  miecz  i  podjąć 
Dobrą Walkę. 

W  małej  świątynce  nie  było  krzyża.  Na  ołtarzu  ujrzałem  relikwie  cudu  -  kielich  i  patenę,  które 

widziałem, tańcząc, i srebrny relikwiarz, kryjący ciało i krew Jezusa. Odzyskiwałem wiarę w cuda, które co 
dnia  czynić  może  człowiek.  Otaczające  mnie  wysokie  szczyty  górskie  zdawały  się  mówić,  że  są  tu 
wyłącznie po to, by rzucać wyzwanie człowiekowi. I że człowiek żyje tylko po to, by przyjąć to zaszczytne 
wyzwanie. 

Baranek  skrył  się  za  ławkę,  ja  patrzyłem  przed  siebie.  Przy  ołtarzu,  uśmiechnięty,  może 

odczuwający ulgę, stał Mistrz. W ręce trzymał mój miecz. 

Zatrzymałem się. Zbliżył się do mnie, minął i wyszedł. Podążyłem za nim. Uniósł ostrze i zaczął 

recytować święty psalm tych, którzy podróżują i walczą, aby zwyciężyć. 

 

Polegnie u twego boku tysiąc i dziesięć tysięcy po prawicy twojej, a ciebie zło 
nie  dosięże.  Nie  przypadnie  na  ciebie  zło  i  zaraza  nie  zbliży  się  do  namiotu 
twego. 
Albowiem  aniołom  swoim  przykazał  o  tobie,  aby  cię  strzegli  na  wszystkich 
drogach twoich. 

 
Ukląkłem, a on uderzył płazem kolejno oba moje ramiona, mówiąc: 
 

Po lwie i żmii stąpać będziesz, 
deptać będziesz młodego lwa i smoka

34

 
Gdy  kończył  wypowiadać  te  słowa,  z  nieba  spadły  pierwsze  krople  deszczu.  Padało,  a  deszcz 

ożywiał  ziemię.  Ta  woda  miała  powrócić  do  nieba,  dopiero  gdy  wspomoże  kiełkowanie  ziarna,  wzrost 
drzewa, kwitnienie kwiatu. Padało coraz mocniej, a ja trzymałem uniesioną głowę, czując po raz pierwszy 
na  Szlaku  Świętego  Jakuba  wodę  zesłaną  przez  niebo.  Pomyślałem  o  wypalonych  polach  i  poczułem  się 
szczęśliwy, bo tej nocy miały wreszcie ukoić pragnienie. Pomyślałem o kamieniach z Leon, o łanach zboża 
Nawarry,  o  spękanej  kastylijskiej  ziemi,  o  winnicach  Rioja,  dziś  chłonących  te  strugi deszczu, z których 
sączyła się potęga niebios. 

Przypomniałem sobie krzyż, który dźwignąłem, a który burza prawdopodobnie przewróciła, by inny 

pielgrzym  mógł  nauczyć  się  posłuszeństwa.  Pomyślałem  o  wodospadzie,  teraz  potężnym,  bo  zasilonym 
opadami, i o Foncebadón, gdzie dałem z siebie tak wiele, by przywrócić życie tej ziemi. 

                                                      

34

? Psalm 91 (7, 10, 11 i 13) w przekładzie Czesława Miłosza (przyp. tlum.). 

background image

 

 - 83 - 

Pomyślałem  o  wodzie,  którą  czerpałem  z  tylu  studzien,  teraz  znów  obfitszych.  Byłem  godzien 

miecza, ponieważ wiedziałem, jak go używać. 

Mistrz  wyciągnął  miecz  w  moją  stronę,  ja  go  przyjąłem.  Rozglądałem  się,  szukając  baranka,  ale 

zniknął bez śladu. Jednak nie miało to już znaczenia woda życia płynęła z niebios, a ostrze mego miecza 
połyskiwało w jej strugach.  

 
 
 

background image

 

 - 84 - 

Epilog Santiago de Compostela 

 
Z  okna  hotelowego  pokoju  widzę  katedrę  Świętego  Jakuba  i  grupkę  turystów  przed  świątynią. 

Pośród  tłumu  przechadzają  się  studenci  w  ciemnych  średniowiecznych  strojach,  a  sprzedawcy  pamiątek 
kręcą  się  przy  swoich  straganach.  Jest  wczesny  ranek,  a  nie  licząc  notatek,  te  linie  są  pierwszymi,  jakie 
skreśliłem na Camino de Santiago. 

Przybyłem do miasta wczoraj autobusem, który zapewniał połączenie między Pedrafitą, położoną w 

pobliżu  Cebreiro,  a  Compostela.  W  ciągu  czterech  godzin  pokonaliśmy  sto  pięćdziesiąt  kilometrów 
dzielących obie miejscowości, a ja wspominałem pieszą wędrówkę z Petrusem -zdarzało się, że na przejście 
takiej  odległości  poświęcaliśmy  dwa  tygodnie.  Wkrótce  wyjdę,  żeby  złożyć  na  grobie  świętego  Jakuba 
wykonany na muszlach wizerunek Matki Boskiej z Aparecidy. Potem, jeżeli okaże się to możliwe, wsiądę 
do  samolotu  i  wrócę  do  Brazylii;  gdzie  czeka  mnie  dużo  pracy.  Nie  zapomniałem  słów  Petrusa,  który 
opowiadał  mi,  jak  zamknął  w  jednym  obrazie  całe  swoje  doświadczenie.  Przeszło  mi  przez  myśl,  żeby 
napisać książkę o tym, co przeżyłem, ale na razie był to tylko odległy projekt, bo teraz, kiedy odnalazłem 
miecz, czekało mnie wiele zajęć. 

Tajemnica mojego miecza należy do mnie i nigdy jej nie ujawnię. Została zapisana i spoczęła pod 

głazem, ale po deszczu, który niedawno spadł, prawdopodobnie już nie istniała. Dobrze się stało. Petrus nie 
musiał jej znać. 

Zapytałem Mistrza, skąd wiedział, kiedy dotrę do Cebreiro. Czy może czekał tam na mnie już od 

jakiegoś czasu? 

Roześmiał się i powiedział, że przyjechał poprzedniego dnia rano i że wyjechałby nazajutrz, nawet 

gdybym się nie pojawił. 

Chciałem się dowiedzieć, jak to możliwe, ale nie otrzymałem odpowiedzi. Kiedy się żegnaliśmy, 

zanim  wsiadł  do  wynajętego  samochodu  i  wyjechał  do  Madrytu,  wręczył  mi  symbol  Zakonu  Świętego 
Jakuba od Miecza i powiedział, że miałem już wielkie objawienie, gdy patrzyłem w oczy baranka. 

Jednak  przy  odrobinie  wysiłku  zdołam  może  kiedyś  zrozumieć,  że  ludzie  zawsze  przybywają 

punktualnie tam, gdzie są oczekiwani.