background image

Merle

i Królowa Laguny
Kai Meyer

Merle
i Królowa Laguny

Przekład z języka niemieckiego Arkadiusz Stempin
yiDEOGRAF II

Katowice
TYTUŁ ORYGINAŁU

Die Fließende Königin
REDAKCJA Joanna Szewczyk

REDAKCJA TECHNICZNA Jerzy Kuśmierz
PROJEKT OKŁADKI Joachim Knappe

„GROSIK DLA DZIECKA" - Kupując książkę wydawnictwa Videograf II, pomagasz 
dzieciom i młodzieży niepełnosprawnej. Jeden grosz z każdej sprzedanej książki, 

opatrzonej tym logo, trafia do Fundacji Pomocy Dzieciom i Młodzieży 
Niepełnosprawnej im. Św. Stanisława Kostki w Katowicach.

KOREKTA
Elżbieta Spadzińska-Zak

SKŁAD I ŁAMANIE Piotr Kowalski
Wydanie I, marzec 2006

Videograf II Sp. z o.o.
41-500 Chorzów. Al. Harcerska 3c

tel. (0-32) 348-31-33, 348-31-35
fax (0-32) 348-31-25

office@videograf.pl
www.videograf.pl

Text © 2001 Kai Meyer
Original German edition © 2001 Loewe Verlag GmbH, Bindlach © Copyright for the 

Polish edition by Videograf II Sp. z o.o.
ISBN 83-7183-382-2

Spis treści
Syreny ....................................................    7

Zwierciadlane oczy................................. 34
Historia Unke...............,......................... 64

Zdrada................................................... 85
Koniec i początek...................................145

Przez kanały............................................170
Łodzie ognia...........................................179

Odwieczny wróg.....................................210
Słoneczne barki.......................................233

Syreny
Gondola z dwiema dziewczynkami wyłoniła się z jednego z bocznych kanałów. 

Musiała chwilę odczekać, by przepuścić łodzie wyścigowe mknące szybko po Canale 
Grandę. Jeszcze przez

następnych lalka minut u ujścia kanału panował tak duży ruch, że gondolier wolał 
uzbroić się w cierpliwość i dać pierwszeństwo przepływającym parowcom i łodziom.

— Zaraz płyniemy dalej! — krzyknął w stronę dziewczynek i mocno chwycił wiosła. 
— Chyba się nie spieszycie?

— Ależ skądże — odpowiedziała Merle, starsza z nich. Tak naprawdę jednak była 
podniecona jak jeszcze nigdy dotąd.

Od kilku dni w Wenecji nie mówiono o niczym innym, jak właśnie o regatach na 
Canale Grandę. Organizatorzy zapowiadali, że łodzie będą ciągnięte przez 

rekordowo liczną rzeszę syren.
„Kobiety-ryby", tak niektórzy z pogardą określali syreny, co było jedną z 

licznych inwektyw, jakimi je obdarzano. Przede wszystkim uparcie twierdzono, że 
syreny wchodzą w układy z Egipcjanami. Jednocześnie mało kto dawał temu wiarę, 

ponieważ to właśnie
7

armie faraona przepędziły je niegdyś z akwenów Morza Śródziemnego.
W dzisiejszych regatach na starcie, usytuowanym na południowym krańcu Canale 

Grande, na wysokości Casa Stecchini, stanęło dziesięć łodzi. Każdą z nich 
ciągnęło dziesięć syren.

Dziesięć syren — liczba dotychczas niespotykana, prawdopodobnie rekord. La 

background image

Serenissima, Najjaśniejsza, jak nazywano Wenecję, takiego widowiska jeszcze nie 

oglądała.
Syreny płynęły w formacji przypominającej wachlarz. Zaprzęgnięto je do łodzi 

długimi linami, które potrafiły się oprzeć nawet ich ostrym jak igła zębom. 
Prawa i lewa strona kanału, promenady, balkony oraz okna pałaców wypełniły się 

ludźmi oczekującymi na pasjonującą rozgrywkę.
Ale fala podniecenia ogarniająca Merle nie miała nic wspólnego z regatami. Jego 

powód był zupełnie inny, w jej przekonaniu o wiele lepszy.
Gondolier odczekał jeszcze dobre dwie, trzy minuty, zanim skierował swoją czarną 

smukłą gondolę do leżącej naprzeciwko zatoczki. Omal nie doszło przy tym do 
kolizji z łodzią jakichś ważniaków, ciągniętą przez zaprzężone do dziobu syreny. 

Jej załoga przy dobiegającym znad brzegu wrzasku próbowała równać się z 
uczestnikami regat.

Merle zarzuciła do tyłu swoje długie czarne włosy, które wiatr nieustannie 
zwiewał jej na oczy. Miała

8
14 lat i nie była ani za duża, ani za mała jak na swój wiek, jeśli już, to może 

tylko trochę za szczupła. Zresztą tak jak wszystkie dzieci wychowujące się w 
sierocińcu, gdzie jedynie Ruggero był gruby. Podobno za sprawą choroby — tak 

przynajmniej utrzymywali jego opiekunowie. Ale czy rzeczywiście nocne zakradanie 
się do kuchni i pałaszowanie podwieczorku przygotowanego dla wszystkich dzieci 

można było wytłumaczyć chorobą?
Merle głęboko zaczerpnęła powietrza. Widok zniewolonych syren napełniał ją 

smutkiem. Istoty te miały ludzki tułów, pokryty jasną, idealnie gładką skórą, 
która była przedmiotem westchnień i wieczornych modlitw niejednej damy. Zdobiły 

je długie włosy. Ich obcięcie uchodziło wśród syren za przestępstwo, co 
respektowali także ludzie.

Od normalnych kobiet syreny odróżniały się przede wszystkim długim i mocnym 
ogonem-płetwą wyrastającym na wysokości bioder i z rzadka tylko nie-

przekraczającym dwóch metrów. Ogon ten był gibki niczym pejcz, silny jak 
drapieżny kot i srebrny jak szkatułka w skarbcu rady miasta.

Druga wielka różnica w stosunku do kobiet polegała na tym, że syreny miały 
potworne, budzące ogromne przerażenie wśród ludzi pyski, które niczym otwarta 

rana rozpoławiały ich głowy na dwie części. Nawet jeśli inne ich rysy, choćby 
najpiękniejsze, przypominały ludzkie — w licznych wierszach opiewano

9
ich oczy, a całe zastępy zakochanych młodzieńców gotowe były wejść dla nich do 

mokrego grobu — to właśnie pyski syren przekonały wielu, że nie mają do 
czynienia z istotami ludzkimi, tylko zwierzęcymi. Gardziel syreny sięgała od 

ucha do ucha. Ze szczęk wyrastało kilka rzędów ostrych zębów, wąskich i ostrych 
jak igły z kości słoniowej. Kto upierał się, że nie ma straszniejszej szczęki 

niż szczęka rekina, ten jeszcze nigdy nie zajrzał syrenie do pyska.
Tak naprawdę jednak niewiele o nich wiedziano. Wiadomo było tylko tyle, że 

syreny unikają ludzi. Dla wielu mieszkańców Wenecji stanowiło to wystarczający 
powód, by zapolować na nie od czasu do czasu. Szczególnie młodym chłopcom 

sprawiało wiele radości, kiedy mogli ścigać dorastające syreny, gubiące się 
jeszcze w labiryntach weneckich kanałów. Jeśli w trakcie pościgu któraś z nich 

zginęła, wyrażano po niej żal. Ale żeby z tego powodu czynić chłopcom jakiś 
zarzut? Nie, to było raczej niemożliwe.

Częściej jednak syreny wpadały w pułapkę. Zamykano je wtedy w arsenale, dopóki 
nie znaleziono powodu, by zacząć je karmić. Najczęściej czyniono to, mając na 

względzie wyścigi lodzi, rzadziej zupę rybną, nawet jeśli smak ich łuskowatych 
ogonów uchodził za legendarny, dalece przewyższający inne morskie przysmaki.

— Tak mi ich szkoda — westchnęła druga dziewczynka, która razem z Merle 
siedziała w gondoli.

10
Podobnie jak ona wyglądała na wygłodzoną i może jeszcze bardziej od niej 

kościstą. Długie jasnoblond, niemal białe włosy opadały jej na plecy. O swojej 
towarzyszce Merle wiedziała tylko tyle, że podobnie jak ona była wychowanką 

sierocińca, ale znajdującego się w innej dzielnicy Wenecji. Miała 13 lat, więc 
była młodsza od Merle o rok. Przynajmniej tak twierdziła. Na imię miała Junipa i 

była niewidoma.
— Szkoda ci ich? — zapytała Merle. Niewidoma dziewczynka skinęła głową: — Przed

chwilą słyszałam ich głos — powiedziała.

background image

— Przecież one nic nie mówiły.

— Ależ tak, pod wodą — zapewniła Junipa. — Śpiewały przez cały czas. Wiesz, mam 
świetny słuch, jak większość niewidomych.

Merle wlepiła oczy w Junipę. Dopiero teraz zrozumiała, jak nietaktownie się 
zachowała, i to niezależnie od tego, czy jej towarzyszka była niewidoma, czy też 

nie.
— Tak — wykrztusiła w końcu z siebie Merle. — Też mam takie wrażenie. Wydaje 

się, że one są jakby trochę melancholijne. Jakby coś utraciły, coś, co dla nich 
wiele znaczyło.

— Może wolność? — wtrącił gondolier, cały czas przysłuchujący się ich rozmowie.
— Coś ważniejszego — odpowiedziała Merle, której brakło teraz słów na wyrażenie 

swoich myśli. — Może zdolność przeżywania radości. — To nie było
11

Podobnie jak ona wyglądała na wygłodzoną i może jeszcze bardziej od niej 
kościstą. Długie jasnoblond, niemal białe włosy opadały jej na plecy. O swojej 

towarzyszce Merle wiedziała tylko tyle, że podobnie jak ona była wychowanką 
sierocińca, ale znajdującego się w innej dzielnicy Wenecji. Miała 13 lat, więc 

była młodsza od Merle o rok. Przynajmniej tak twierdziła. Na imię miała Junipa i 
była niewidoma.

— Szkoda ci ich? — zapytała Merle. Niewidoma dziewczynka skinęła głową: — Przed
chwilą słyszałam ich głos — powiedziała.

— Przecież one nic nie mówiły.
— Ależ tak, pod wodą — zapewniła Junipa. — Śpiewały przez cały czas. Wiesz, mam 

świetny słuch, jak większość niewidomych.
Merle wlepiła oczy w Junipę. Dopiero teraz zrozumiała, jak nietaktownie się 

zachowała, i to niezależnie od tego, czy jej towarzyszka była niewidoma, czy też 
nie.

— Tak — wykrztusiła w końcu z siebie Merle. — Też mam takie wrażenie. Wydaje 
się, że one są jakby trochę melancholijne. Jakby coś utraciły, coś, co dla nich 

wiele znaczyło.
— Może wolność? — wtrącił gondolier, cały czas przysłuchujący się ich rozmowie.

— Coś ważniejszego — odpowiedziała Merle, której brakło teraz słów na wyrażenie 
swoich myśli. — Może zdolność przeżywania radości. — To nie było

do końca to, o co jej chodziło, ale trochę bardziej oddawało jej myśl.
Merle była przekonana, że syreny są takimi samymi istotami ludzkimi jak ona. 

Inteligencją przewyższały niejednego jej kolegę z sierocińca. Ponadto miały 
uczucia. Oczywiście, że były one innego rodzaju, ale to jeszcze nikogo nie 

uprawniało do tego, by je zaprzęgać do łodzi albo według własnego uznania 
urządzać na nie polowania w lagunie.

Wenecjanie byli wobec syren bardzo okrutni. Właściwie wszystko, co zarzucali 
syrenom, czynili sami.

Merle westchnęła i powiodła wzrokiem po tafli wody. Dziób gondoli, w której 
siedziała, niczym ostrze żyletki przecinał szmaragdowozieloną toń wody. W 

wąskich kanałach woda była spokojna. Jedynie na Canale Grandę pojawiały się 
silniejsze fale. Tu jednak, parę zakrętów od głównej arterii Wenecji, panował 

zupełny spokój.
Gondola szybowała bezgłośnie pod sklepieniami kolejnych mostów. Niektóre z nich 

były zdobione inkrustracjami. Ale większość porastały chwasty.
Kamienice po obydwu stronach kanału były częściowo zanurzone w wodzie. Każda z 

nich miała przynajmniej cztery piętra. Przed kilkuset laty, kiedy Wenecja 
uchodziła za największą handlową potęgę świata, rozliczne towary wyładowywano 

bezpośrednio przed pałacami i kamienicami, przekazując je w ręce miejscowych 
handlarzy. Dziś jednak wiele murowanych

12
platform stało pustych, w większości okien było ciemno, a niemal wszystkie drzwi 

stojące na wysokości powierzchni wody były nadgniłe — i to nie od chwili, kiedy 
wokół miasta zamknął się szczelny pierścień egipskiego oblężenia. Za ten stan 

rzeczy winę ponosił nie tylko ponownie narodzony faraon i jego sfink-sowaci 
generałowie.

— Lwy... — wyrwało się nagle Junipie.
Merle skierowała wzrok w stronę kolejnego mostu. Nigdzie nie dostrzegła ludzi, 

nie mówiąc już
0 lwach tutejszej gwardii miejskiej.

— Gdzie? Nie widzę tu żadnego!

background image

— Ja je czuję — odpowiedziała z naciskiem Juni-pa, bezgłośnie węsząc nosem w 

powietrzu. Merle zauważyła kątem oka, że stojący za nimi gondolier z 
niedowierzaniem kręci głową.

Nieprzyjemna woń zmurszałego, cuchnącego i nad-psutego muru unosiła się w 
powietrzu z taką intensywnością, że przewyższała nawet odór zapadającego się w 

wodę miasta.
— Masz rację.

Zapach niewątpliwie pochodził od lwów, które gwardzistom weneckim służyły za 
zwierzęta do ujeżdżania

1 za towarzyszy walki.
W tej samej chwili jeden z potężnych lwów nagle pojawił się przed nimi na 

moście. Był z granitu, jednej z najczęściej spotykanych ras weneckich lwów. 
Wprawdzie występowały w lagunie rasy inne, silniejsze, ale

13
ostatecznie nie robiło to większej różnicy. Kto wpadł w pazury lwa z granitu, 

tego los był właściwie przesądzony. Od niepamiętnych czasów lwy stanowiły symbol 
miasta. Odkąd jako uskrzydlone zwierzęta były w stanie fruwać w powietrzu. Dziś 

tylko nieliczni We-necjanie godzili się na to, by skromną liczbę lwów 
przydzielić do ochrony rajców miejskich. Wszystkie pozostałe treserzy, 

zamieszkujący Lwią Wyspę położoną w północnej części laguny, oduczyli fruwania. 
Wskutek tego przychodziły one na świat już ze zdeformowanymi skrzydłami, które 

nosiły na grzbietach niczym smutne dodatki. Żołnierze gwardii miejskiej z 
lubością umocowywali tam swoje siodła.

Także granitowy lew z mostu był tylko zwykłym zwierzęciem wykutym w kamieniu. 
Jego jeździec miał na sobie kolorowy mundur gwardzisty. Przewieszona przez ramię 

strzelba jakby od niechcenia ucieleśniała wojskową butę. Żołnierze nie uchronili 
miasta przed nawałnicą egipską — zamiast nich dokonała tego Królowa Laguny — ale 

od ogłoszenia stanu oblężenia miasta przed trzydziestu laty pozycja gwardii 
znacznie wzrosła. Arogancją ustępowała ona jednie jej mocodawcom, rajcom 

miejskim, rządzącym miastem według własnego uznania. Być może w ten sposób 
zarówno rajcy, jak i żołnierze chcieli sobie coś wmówić. Ostatecznie przecież 

byli świadomi, że w razie poważniejszego zagrożenia miasta ich siły nie 
wystarczą do jego obrony. Jednak tak długo, jak Królo-

14
wa Laguny roztaczała nad Wenecją swoje opiekuńcze skrzydła, obydwie formacje 

mogły się rozkoszować władzą.
Gwardzista na moście spojrzał w dół, w kierunku gondoli, puścił oko do Merle i 

dał lwu znak do marszu. Zwierzę, parskając lekko, ruszyło do przodu. Uszu Merle 
wyraźnie dobiegł odgłos lwich pazurów szurających po podłożu z kamiennej kostki. 

Most zadrżał w posadach, kiedy potężny drapieżnik wydał z siebie donośny ryk. 
Jego echo rozniosło się niczym balon odbijający się od kolejnych kamienic. Nawet 

cicha toń wody zaczęła się marszczyć. Gondola za-kołysała się.
Gondolier odczekał, dopóki jeździec nie zniknął w ulicznym gwarze, po czym 

splunął do wody i wymamrotał: — Spadaj, ty stary zdrajco!
Merle odwróciła się do tyłu i zobaczyła, że gondolier z niewzruszoną miną 

wpatruje się w daleki kanał. Powoli płynął przed siebie.
— Wiesz może, jak długo jeszcze będziemy płynąć? — spytała Junipa swoją 

towarzyszkę.
Gondolier uprzedził odpowiedź: — Jesteśmy prawie na miejscu. Widzisz to miejsce, 

tam z przodu, zaraz za rogiem? — I dopiero po chwili zorientował się, że 
określenie, którego użył, nie było żadną wskazówką dla niewidomej dziewczynki. 

Więc szybko dodał: —Jeszcze tylko kilka minut i już dopłyniemy do Kanału 
Odszczepieńców.

15
Ciasnota i mrok — to przede wszystkim rzuciło się Merle w oczy.

Wzdłuż Kanału Odszczepieńców pięły się ku niebu wysokie kamienice, jedna 
mroczniejsza od drugiej. Niemal wszystkie świeciły pustkami. Okna straszyły 

czarnymi dziurami w szarych fasadach. Większość szyb była potłuczona, a 
drewniane okiennice zwisały krzywo niczym skrzydła szkieletów martwych ptaków. Z 

jednych, nieco uchylonych drzwi dobiegał pisk walczących między sobą kotów. W 
mieście, w którym pieniły się one w nieskończoność, nie było to nic 

nadzwyczajnego. Gołębie gruchały na parapetach okien, a wijące się pomosty 
pokrywał po obydwu stronach kanału mech i ptasie odchody.

Na tle długiego rzędu zmurszałych murów odróżniały się jedynie dwie zamieszkałe 

background image

kamienice. Leżały one dokładnie naprzeciwko siebie, wpatrzone w siebie jak dwóch 

szachistów o przeoranych bruzdami twarzach i pomarszczonych czołach. Od ujścia 
kanału dzieliło je tylko sto metrów. Każda z kamienic miała jeden balkon, z 

których ten po lewej stronie wybudowany był z kamienia, a ten po prawej z 
wijących się metalowych ornamentów. Wysokie balustrady prawie dotykały wody.

Kanał był szerokości trzech kroków. Toń wody, dopiero co błyszcząco zielona, 
wydawała się tutaj mętna i głęboka. Odległość między rzędami domów była tak 

mała, że docierało tu niewiele promieni sło-
16

necznych. Na falach wywołanych przez płynącą gondolę kołysało się leniwie kilka 
ptaków.

Merle tylko z grubsza przypuszczała, co ją tu czeka. W sierocińcu nieustannie 
wbijano jej do głowy, jakie to szczęście ją spotyka, że wysyła się ją tu, by 

przyuczyła się do zawodu. W tym kanale, ginącym w zie-lonoszarym półmroku, 
spędzi kilka następnych lat.

Gondola zbliżała się do zamieszkałych kamienic. Merle z napięciem wsłuchiwała 
się w odgłosy dochodzące ze środka, ale mogła wyłowić jedynie niewyraźny pomruk 

niezrozumiałych dla niej głosów. Spojrzała na Junipę i zauważyła, że każdy 
mięsień niewidomej dziewczynki był naprężony jak struna. Oczy miała przymknięte, 

a usta układały nieskładne słowa, być może te, które rejestrowały w tym szumie 
jej wyćwiczone uszy. Jak zgrabne ruchy tkacza dywanów, który cieniutką igłą 

wyłapuje to jedno spośród tysiąca innych włókien. Junipa była w rzeczywistości 
niezwykłą dziewczynką.

W kamienicy po lewej stronie mieścił się warsztat tkacki sławnego na całe miasto 
Umberta. W powszechnej opinii za bezbożne uchodziło noszenie ubrań uszytych w 

jego warsztacie. Zbyt zszarganą miał opinię, a jego wojna z kościołem zataczała 
szerokie kręgi. Ale kobiety, które w największej tajemnicy przed wszystkimi w 

mieście zakładały uszytą przez niego bieliznę i suknie, przysięgały na wszystkie 
świętości, że mają one magiczne działanie. „Suk-

17
nie Umberta wyszczuplają", mówiono w weneckich salonach i na ulicach. Naprawdę 

wyszczuplają. Te, które je nosiły, wyglądały nie tylko zgrabniej. Jakby magiczna 
nić mistrza tkackiego wyssała ze wszystkich kobiet strojących się w jego szaty 

zbędny tłuszcz. Przepełnieni nienawiścią duchowni pomstowali z ambon kościołów 
na złowieszczą działalność tkacza tak długo, aż dopięli swego i został on 

usunięty z szeregów gildii kupieckiej.
Gniew gildii kierował się nie tylko przeciwko Umbertowi. Tym samym uczuciem 

darzono właściciela domu leżącego naprzeciwko. Mieścił się tam warsztat 
pozostający na usługach piękności, przy czym nie zajmowano się w nim tkaniem 

szat, a jego właściciel, czcigodny Arcimboldo, głośno by protestował, gdyby ktoś 
chciał jednym tchem wymienić jego nazwisko z jego wielkim wrogiem, Umbęrtem.

Warsztat magicznych luster mistrza Arcimbolda, lśnił wygrawerowanymi literami 
napis nad drzwiami wejściowymi. Tuż obok wisiała tabliczka:

Magiczne lustra Dla dobrych i złych macoch, Dla pięknych i brzydkich wiedźm, 
Użyteczne w każdym celu. —Jesteśmy w domu — powiedziała Merle do Junipy. — Jak 

on może wyglądać?
Merle zawahała się. Trudno przychodziło jej wyrazić swoje pierwsze odczucia. 

Rzeczywiście, dom
18

sprawiał ponure wrażenie, podobnie zresztą jak kanał wraz z całym otoczeniem. 
Ale tuż obok drzwi stała waza z kolorowymi kwiatami — przyjazny kleks 

rozświetlający szary półmrok. Merle dopiero po chwili dostrzegła, że płatki 
kwiatów były zrobione ze szkła.

— Jest lepszy niż mój sierociniec — stwierdziła z lekką niepewnością w głosie.
Schody prowadzące od kanału na kładkę były śliskie. Gondolier pomógł 

dziewczynkom wysiąść z łodzi. Należność za ich przewóz otrzymał już przy 
wsiadaniu. Zanim odpłynął, życzył im wiele szczęścia w życiu.

Nieco zagubione, każda z zapełnionym do połowy tobołkiem w ręku, stanęły tuż 
przed tabliczką oferującą niedobrym macochom magiczne zwierciadła. Merle nie 

była pewna, czy może to uważać za dobry znak. Prawda zapewne leżała pośrodku.
W poświacie jednego z okien warsztatu leżącego na drugim brzegu przemknęła 

czyjaś twarz. Zaraz potem druga. „To na pewno zaciekawieni przybyciem obydwu 
dziewczynek czeladnicy", pomyślała Merle. Nieprzyjacielscy czeladnicy, jeśli dać 

wiarę krążącym plotkom.

background image

Nie było tajemnicą, że Arcimboldo i Umberto za sobą nie przepadają. Ich 

jednoczesne wykluczenie z gildii niewiele tu zmieniło. Jeden zrzucał winę na 
drugiego. „Dlaczego wykluczacie mnie, a nie tego szalonego majstra od luster?", 

cytował Arcimboldo słowa wy-
19

powiedziane rzekomo przez Umberta. Z kolei mistrz tkacki twierdził, że 
Arcimboldo przy jego wykluczeniu miał wykrzykiwać: „Ja opuszczam szeregi gildii, 

ale wy dobrze na tym wyjdziecie tylko jeśli temu nędznemu tkaczowi wytoczycie 
proces!" Trudno było dociec, co z tego wszystkiego jest prawdą. Jedno tylko nie 

ulegało wątpliwości, że obydwaj zostali wykluczeni pod zarzutem uprawiania 
magii.

— Czarodziej... — szepnęła podekscytowana Merle. — Arcimboldo jest prawdziwym 
czarodziejem!

Drzwi warsztatu otwarły się z lekkim skrzypnięciem. Za nimi stała niesamowita 
kobieta. Jej długie włosy były spięte w kok. Na sobie miała skórzane spodnie, 

podkreślające smukłość jej nóg, i luźną bluzkę przetykaną srebrną nitką. Tak 
wysmakowanego stroju Merle mogła spodziewać się raczej w warsztacie tkackim, na 

przeciwległym brzegu, ale nie w domu Arcimbolda.
Najbardziej niezwykła była jednak maska skrywająca część twarzy kobiety. Ostatni 

karnawał wenecki — niegdyś znany na całym świecie — odbył się przed prawie 
czterdziestu laty. Był wtedy 1854 rok, trzy lata po obudzeniu się faraona 

Amenophisa z piramidy w Amun-Ka-Re do nowego życia. Ale dziś, w czasach wojny, 
niedoli i oblężenia, nie było powodu, by się przebierać.

A jednak kobieta miała na twarzy papierową maskę pokrytą masą szklaną i 
artystycznie przyozdobioną. Niewątpliwie musiała ona pochodzić z które-

20
goś z weneckich warsztatów. Maska zakrywała dolną część twarzy i sięgała aż do 

nosa. Jej biała powierzchnia błyszczała niczym porcelana. Artysta, który ją 
wykonał, domalował jej delikatne ciemnoczerwone usta.

— Unke — powiedziała nieznajoma i ledwo słyszalnym szeptem dodała: — To moje 
imię.

— Merle. A to jest Junipa. Jesteśmy nowymi cze-ladniczkami.
— Tak, tak. — Jedynie oczy Unke zdradzały, że się uśmiecha. Merle zastanawiała 

się, czy to przypadkiem nie choroba zniekształciła twarz kobiety.
Ta tymczasem wpuściła dziewczynki do środka. Za drzwiami znajdował się duży hol 

wejściowy, jak zresztą w większości domów w mieście. Oszczędnie umeblowany, 
ściany wytynkowane, bez tapety — wszystkie środki przedsięwzięte w razie nagłych 

powodzi, które od czasu do czasu zimą nawiedzały Wenecję. Z reguły domowe życie 
Wenecjan toczyło się na pierwszym i drugim piętrze. Parter świecił pustkami.

— Zrobiło się już późno — powiedziała Unke, jakby właśnie w tej chwili spojrzała 
na zegar. Ale Merle nigdzie go nie dostrzegła. — Arcimboldo wraz z najstarszymi 

uczniami jest jeszcze w warsztacie. Nie można im przeszkadzać. Poznacie ich 
jutro. Teraz pokażę wam wasz pokój.

Merle nie mogła powstrzymać radości, choć już wcześniej sądziła, że ona i Junipa 
będą mieszkać ra-

21
zem. Dostrzegła też, że słowa Unke ucieszyły jej niewidomą towarzyszkę.

Kobieta w masce na twarzy poprowadziła je na piętro wijącymi się do góry 
schodami.

— Jestem gospodynią w warsztacie Arcimbolda. Będę wam gotować i prać wasze 
rzeczy. Wy w pierwszym okresie waszego tu pobytu będziecie mi pomagać. Tego 

przeważnie wymaga od nowo przybyłych mistrz, zwłaszcza jeśli jesteście teraz 
jedynymi dziewczynami w domu — wyjaśniła.

Jedynymi dziewczynami? Merle nie przyszło nawet do głowy, że wszyscy pozostali 
czeladnicy mogą być chłopcami. Tym bardziej odetchnęła z ulgą, że ma obok siebie 

Junipę.
Niewidoma dziewczynka nie była zbytnio rozmowna. Merle przypuszczała, że w 

sierocińcu za bardzo jej nie rozpieszczano. Z własnego doświadczenia wiedziała, 
jak okropne mogą być dzieci w stosunku do uznanych za słabszych rówieśników. 

Upośledzenie Junipy z pewnością niejednokrotnie dostarczało im powodów do 
żartów.

Dziewczynki cały czas kroczyły za Unke. Na ścianach wisiało mnóstwo luster. 
Większość z nich odbijała się w sobie. Lustro w lustrze, a to znowu w kolejnym 

lustrze. Merle powątpiewała, czy to są te sławne, magiczne lustra mistrza 

background image

Arcimbolda, ponieważ niczego niezwykłego nie potrafiła się w tym doszukać.

22
Kiedy gospodyni poinformowała dziewczynki o porze posiłków, zasadach wychodzenia 

na miasto i zachowania się w domu, Merle zaptyała:
— A kto właściwie kupuje lustra Arcimbolda?

— Jesteś szalenie ciekawska — stwierdziła Unke, nie zdradzając jednak, czy ta 
cecha charakteru podoba jej się, czy nie.

— Bogaci ludzie? — Merle nie dawała za wygraną i w zamyśleniu gładziła swoje 
włosy.

— Być może. Kto wie? — Unke zakończyła temat, a dziewczynki już więcej nie 
dopytywały się. Będą przecież miały dostatecznie dużo czasu, by dowiedzieć się 

wszystkiego o warsztacie i jego klientach. „Dobre i złe macochy — powtarzała 
sobie Merle w myślach. — Piękne i brzydkie czarownice". To brzmiało doprawdy 

ekscytująco.
Pokój, który wskazała im Unke, nie był duży. Rozchodziła się w nim nieprzyjemna 

woń. Na szczęście był słoneczny i jasny, gdyż znajdował się na trzecim piętrze 
budynku. W Wenecji promienie słoneczne docierają do środka przy sprzyjających 

warunkach już na wysokości drugiego piętra. Okno pokoju dziewczynek wychodziło 
na morze czerwonożółtych dachówek.

Sam pokój leżał w oficynie warsztatu. W dole, pod oknem Merle mogła rozpoznać 
niewielkie podwórko z okrągłą cysterną i studnią pośrodku. Stojące naprzeciwko 

domy zdawały się niezamieszkane. Wielu We-necjan z chwilą wybuchu wojny z 
imperium faraoń-

23
skim opuściło miasto i znalazło schronienie na lądzie, co później okazało się 

tragicznym w skutkach błędem.
Unke zostawiła dziewczynki same, informując je, że w ciągu godziny przyniesie im 

coś do jedzenia. Zaraz potem mają się położyć, żeby następnego ranka, w 
pierwszym dniu pracy, były wypoczęte.

Junipa wymacała kąt łóżka i delikatnie osunęła się na materac. Ostrożnie 
gładziła rękami kołdrę.

— Widziałaś kołdrę? Jest taka miękka!
Merle usiadła obok niej. — Musiała być strasznie droga — rzekła po chwili. W 

sierocińcu przyzwyczaiła się do cienkich i szorstkich kołder. Zresztą panoszyło 
się tam różnego rodzaju robactwo, które potrafiło ukąsić podczas snu.

— Wygląda na to, że mamy szczęście — powiedziała Junipa.
— Jeszcze nie widziałyśmy Arcimbolda.

Junipa uniosła jedną brew. — Ten, kto zabiera niewidomą dziewczynkę z 
sierocińca, by ją czegoś nauczyć, nie może być złym człowiekiem.

Merle pozostała nieprzejednana w swojej podejrzliwości. — Arcimboldo jest znany 
z tego, że często przyjmuje sieroty do swojego zakładu. Którzy rodzice 

zgodziliby się na to, żeby ich dzieci pobierały naukę w tym miejscu, zwanym 
nieprzypadkowo Kanałem Odszczepieńców?

— Merle, ja przecież nie widzę! Przez całe życie byłam jedynie kulą u nogi.
24

— Wbijali ci to do głowy w sierocińcu? — Merle z ciekawością przyjrzała się 
Junipie. Szybko uchwyciła szczupłą i bladą rękę dziewczynki: — W każdym razie 

jestem szczęśliwa, że tu jesteś.
Junipa uśmiechnęła się lekko zmieszana. — Rodzice pozbyli się mnie, kiedy 

skończyłam pierwszy rok życia. Do sukienki wsadzili list, w którym napisali, że 
nie chcą wychowywać kaleki.

— To wstrętne.
— A jak ty trafiłaś do sierocińca?

Merle westchnęła. — Jeden z tamtejszych opiekunów opowiadał mi, że znaleziono 
mnie w wiklinowym koszu dryfującym po Canale Grandę. — Wzruszyła ramionami od 

niechcenia i dodała: — Brzmi jak w bajce, prawda?
— Jak w smutnej bajce.

— To się stało kilka dni po moim urodzeniu.
— Któż może wyrzucić dziecko do kanału?

— A kto chce się go pozbyć, bo jest niewidome?
Dziewczynki uśmiechnęły się do siebie. Merle ogarnęło przeczucie, że nawet jeśli 

oczy Junipy błądziły dookoła, to jej spojrzenie nie było puste. Dzięki 
wyostrzonemu zmysłowi słuchu i dotyku odbierała świat prawdopodobnie dużo 

bardziej intensywnie niż większość ludzi.

background image

— Twoi rodzice nie chcieli, żebyś się utopiła — powiedziała Junipa. —W 

przeciwnym razie nie wkładaliby cię do koszyka z wikliny.
25

Merle spuściła oczy. — Oni włożyli do koszyka coś jeszcze. Chcesz to... — nagle 
zamilkła.

—.. .zobaczyć? —Junipa dokończyła pytanie i skrzywiła się.
— Przepraszam cię.

— Ależ nie musisz. Ja mogę tę rzecz dotknąć i wymacać placami. Masz ją przy 
sobie?

— Zawsze, obojętnie gdzie jestem. Raz w sierocińcu ukradła mi ją koleżanka. Omal 
nie powyrywałam jej za to wszystkich włosów z głowy. — I trochę zawstydzona 

żachnęła się: — No tak, miałam wtedy tylko osiem lat.
Junipa uśmiechnęła się: — W takim razie wolę na noc związać włosy w kok.

Merle delikatnie pogładziła włosy koleżanki. Były gęste, grube i jasne jak włosy 
Królowej Śniegu.

— No to co jeszcze leżało w wiklinowym koszu? — spytała Junipa.
Merle wstała, rozwiązała tobołek i wyjęła z niego najpierw swój najcenniejszy 

dobytek — jedyną sukienkę, nie licząc tej prostej, miejscami pocerowanej, którą 
miała na sobie.

Wreszcie wyciągnęła podręczne lusterko, tak duże jak jej twarz, owalne i z 
krótką rączką. Ramę z ciemnego stopu w sierocińcu niejeden ciekawski brał za 

przyczernione złoto. W istocie nie była ani ze złota, ani z innego znanego 
metalu, za to twarda jak diament.

26
Merle spuściła oczy. — Oni włożyli do koszyka coś jeszcze. Chcesz to... — nagle 

zamilkła.
—.. .zobaczyć? —Junipa dokończyła pytanie i skrzywiła się.

— Przepraszam cię.
— Ależ nie musisz. Ja mogę tę rzecz dotknąć i wymacać placami. Masz ją przy 

sobie?
— Zawsze, obojętnie gdzie jestem. Raz w sierocińcu ukradła mi ją koleżanka. Omal 

nie powyrywałam jej za to wszystkich włosów z głowy. — I trochę zawstydzona 
żachnęła się: — No tak, miałam wtedy tylko osiem lat.

Junipa uśmiechnęła się: — W takim razie wolę na noc związać włosy w kok.
Merle delikatnie pogładziła włosy koleżanki. Były gęste, grube i jasne jak włosy 

Królowej Śniegu.
— No to co jeszcze leżało w wiklinowym koszu? — spytała Junipa.

Merle wstała, rozwiązała tobołek i wyjęła z niego najpierw swój najcenniejszy 
dobytek — jedyną sukienkę, nie licząc tej prostej, miejscami pocerowanej, którą 

miała na sobie.
Wreszcie wyciągnęła podręczne lusterko, tak duże jak jej twarz, owalne i z 

krótką rączką. Ramę z ciemnego stopu w sierocińcu niejeden ciekawski brał za 
przyczernione złoto. W istocie nie była ani ze złota, ani z innego znanego 

metalu, za to twarda jak diament.
26

Najbardziej niezwykłym elementem lusterka była jego zwierciadlana powierzchnia. 
Wcale nie ze szkła, tylko z wody. Można było wywoływać na niej małe fale, ale 

jakkolwiek by się lusterko trzymało, nie wyciekała z niego ani kropla.
Merle włożyła Junipie uchwyt lusterka do otwartej dłoni i zacisnęła wokół jej 

palce. Dziewczynka, zamiast przedmiot obmacać, przyłożyła go sobie najpierw do 
ucha.

— To szepcze — powiedziała cicho.
Merle była zaskoczona. — Szepcze? Nigdy nie słyszałam żadnego szeptu.

— Bo nie jesteś niewidoma. — Na czole Junipy pojawiła się niewielka pionowa 
bruzda. Starała się skupić. — Słyszę wiele szeptów. Słów nie mogę zrozumieć, 

zbyt wiele głosów dochodzi, a wszystkie są bardzo odległe. Ale one szepczą 
między sobą. — Opuściła lustro i lewą ręką wodziła wokół owalnej ramy. — To 

obraz? — zapytała.
— Zwierciadło — odpowiedziała Merle. — Nie przestrasz się tylko, ono jest z 

wody.
Junipa nie okazała zdziwienia, jakby miała do czynienia z najbardziej oczywistą 

rzeczą. Dopiero gdy dotknęła powierzchni wody, wzdrygnęła się.
— Jest zimna — stwierdziła.

Merle potrząsnęła głową — Nie, wcale nie. Woda w zwierciadle jest zawsze ciepła. 

background image

I cokolwiek do niego włożyć, po wyciągnięciu zawsze będzie suche.

27
Junipa raz jeszcze dotknęła tafli wody. — Dla mnie ta woda jest lodowata.

Merle chwyciła lustro i wsadziła wskazujący i środkowy palec do środka. — Ciepła 
— powtórzyła trochę jakby z przekory. — Jeszcze nigdy nie była zimna, 

przynajmniej tak długo, jak sobie przypominam.
— Czy ktoś oprócz ciebie go kiedyś dotknął?

— Jeszcze nikt. Tylko raz chciałam pozwolić na to pewnej zakonnicy, która 
przyszła do naszego sierocińca, ale tak się wystraszyła, że uznała lustro za 

narzędzie szatana.
Junipa zamyśliła się. — A może woda dla każdego z wyjątkiem właściciela jest 

zimna?
Merle zmarszczyła czoło. — Całkiem możliwe. — Spojrzała na powierzchnię, która 

jeszcze się nie uspokoiła, zataczając kręgi. W lustrze odbijało się jej oblicze, 
drżące i zniekształcone.

— Zamierzasz je pokazać Arcimboldowi? — spytała Junipa. — W końcu on zna się na 
magicznych zwierciadłach.

— Nie sądzę. Przynajmniej nie od razu. Możliwe, że kiedyś tak.
— Obawiasz się, że może ci je zabrać?

— A ty byś się nie obawiała? — westchnęła Merle. — To jedyna rzecz, która mi 
została po rodzicach.

— Ty jesteś częścią twoich rodziców, nie zapominaj o tym.
28

Merle zamilkła na chwilę. Zastanawiała się, czy może Junipie zawierzyć, czy może 
niewidomej dziewczynce powiedzieć całą prawdę. W końcu spojrzała w kierunku 

drzwi i upewniwszy się, że nikt jej nie słyszy, szepnęła: — Woda to jeszcze nie 
wszystko.

— O czym ty mówisz?
— Mogę zanurzyć rękę w wodzie aż po ramię, a ta nie wyjdzie z drugiej strony.

— Zrobisz to teraz? — spytała zdumiona Junipa.
— To znaczy, w tym momencie?

— Jeśli chcesz — Merle zanurzyła w wodzie najpierw palce, potem całą dłoń, aż w 
końcu całe ramię. Wydawało się, że jej ramię zupełnie znikło z realnego świata.

A przecież odwrotna strona zwierciadła była sporządzona z tego samego twardego 
materiału jak jego rama.

Junipa wyciągnęła rękę przed siebie i obmacywała Merle od pleców aż po ramę 
lustra. — I jaka jest woda?

— Bardzo ciepła, niezwykle przyjemna i nie za gorąca — jej głos stał się niższy 
i bardziej tajemniczy.

— Chwilami czuję jeszcze coś.
— Co?

— Dłoń.
— Dłoń?

— Tak, ta obca dłoń szuka mojej ręki, chwyta ją bardzo delikatnie i trzyma.
— Trzyma cię mocno?

29
— Nie, nie mocno. No, tak po prostu, trzyma mnie za rękę. Tak jak czynią to 

przyjaciółki.
— Albo rodzice? —Junipa przyglądała się jej w napięciu. — Myślisz, że to tata 

albo mama trzyma cię za rękę tam w środku?
Merle nie chciała o tym mówić. Mimo to czuła, że może Junipie zaufać. Po 

krótkiej chwili zawahania przełamała wreszcie swoją nieśmiałość.
— To byłoby całkiem możliwe. Ostatecznie to oni włożyli mi zwierciadło do 

koszyka. Możliwe, że postąpili tak, by w jakiś sposób utrzymać ze mną kontakt, 
bym czuła, że oni gdzieś tam są...

Junipa skinęła głową. Ale wyjaśnienie Merle nie przekonało jej do końca, choć 
przyjęła je ze zrozumieniem. Trochę zasmucona powiedziała: — Przez długi czas 

wyobrażałam sobie, że mój tata jest gondolierem. Wiem, że gondolierzy są 
najprzystojniejszymi mężczyznami w Wenecji... Myślę, że każdy to wie, nawet 

jeśli ja ich nie mogę zobaczyć.
— Ale nie wszyscy są przystojni — odparła Merle.

Głos Junipy brzmiał trochę tak, jakby bujała w obłokach: — Wyobrażam sobie też, 
że moja mama pracuje jako roznosicielka wody.

Z kolei o roznosicielkach wody, które, ustawione wzdłuż ulic, sprzedawały wodę w 

background image

dużych naczyniach, mówiono, że są najpiękniejszymi kobietami pod słońcem. I tak 

jak w przypadku gondolierów, tkwiło w tym źdźbło prawdy.
30

Junipa opowiadała dalej: — Wyobrażałam więc sobie, że moi rodzice są tak 
pięknymi ludźmi, że ich piękno stanowiło także o mnie, o moim prawdziwym ja. 

Próbowałam nawet ich usprawiedliwić: dwoje idealnych ludzi, tak sobie wmawiałam, 
nie może wychowywać dziecka-kaleki. Mieli prawo się mnie pozbyć. — Nagle 

gwałtownie potrząsnęła głową. Jej jasne włosy zawirowały w powietrzu. — Dziś 
jednak już wiem, że to wszystko bzdura. Może są piękni, ale równie dobrze mogą 

być brzydcy. Możliwe, że już nie żyją. Ale to wszystko nie ma ze mną nic 
wspólnego. Ja to ja, to wszystko, co się liczy. A moi rodzice uczynili mi 

krzywdę, ponieważ bezbronne dziecko po prostu wyrzucili na ulicę.
Merle słuchała z przejęciem. Wiedziała, o co chodzi Junipie, choć nie bardzo 

rozumiała, co to ma wspólnego z nią i jej ręką zanurzoną w zwierciadle.
— Merle, nie powinnaś się okłamywać — powiedziała niewidoma dziewczynka, a jej 

słowa brzmiały przy tym niezwykle mądrze, za mądrze jak na jej dziewczęcy wiek. 
— Twoi rodzice ciebie nie chcieli. Dlatego włożyli cię do kosza z wikliny. I 

jeśli ktoś w twoim zwierciadle podaje ci rękę, to nie musi to być ani twój tata, 
ani twoja mama. To, co czujesz, Merle, jest magiczne. A z magią należy się 

obchodzić ostrożnie.
Przez krótki moment Merle czuła, jak wzbiera w niej złość. Urażona pomyślała, że 

Junipa nie ma
31

prawa mówić jej czegoś takiego. Nie ma prawa pozbawiać jej tych wszystkich 
marzeń, które powstają, kiedy trzyma dłoń zanurzoną w zwierciadle. Ale szybko 

pojęła, że Junipa jest wobec niej uczciwa i szczera, i ta szczerość stanowiła 
najpiękniejszy prezent, jakim mogła zostać obdarowana u progu ich przyjaźni.

Merle wsunęła zwierciadło pod poduszkę. Dobrze wiedziała, że w ten sposób ani 
nie narazi go na rozbicie, ani też materiał poduszki nie nasiąknie wodą nawet 

wtedy, gdy wodna powierzchnia będzie do niego mocno przylegać. Potem usiadła 
obok Junipy i objęła ją ramieniem. Niewidoma dziewczynka odwzajemniła ten gest i 

obydwie trwały we wzajemnym uścisku niczym siostry lub dwoje ludzi niemających 
przed sobą żadnych tajemnic. Merle ogarnęło niesamowite uczucie bliskości i 

zrozumienia, dalece przewyższające ciepło bijące od ręki w zwierciadle. To był 
spokój i siła, dzięki którym Junipa zdobyła jej zaufanie.

Po chwili powiedziała: — Jeśli chcesz, możesz je wypróbować.
— Zwierciadło? —Junipa pokręciła głową. — Ono należy do ciebie. Bo jeśli 

zechciałoby, żebym włożyła do niego rękę, to i ja odczuwałabym ciepłotę wody.
Merle czuła, że Junipa ma rację. Niezależnie od tego, czy tam w środku dotykała 

ją dłoń rodziców, czy też zupełnie kogoś innego, jedno nie ulegało
32

wątpliwości, dłoń w zwierciadle akceptowała tylko ją. Dla kogoś sięgającego 
głęboko do przestrzeni za lustrem mogło to być nawet niebezpieczne.

Dziewczynki siedziały jeszcze na łóżku, kiedy otworzyły się drzwi i stanęła w 
nich Unke. Na drewnianej desce przyniosła im kolację: aromatyczny rosół z 

warzywami i bazylią, do tego białe pieczywo i dzban z wodą z cysterny stojącej 
na podwórzu.

— Gdy rozpakujecie swoje rzeczy, połóżcie się spać — wysepleniła, skrywając się 
za maską. — Macie jeszcze mnóstwo czasu, by się nagadać do woli.

Czy Unke podsłuchiwała i w ten sposób dowiedziała się o zwierciadle wciśniętym 
pod poduszkę? Merle szybko wytłumaczyła sobie, że nie ma powodu być tak bardzo 

podejrzliwą wobec gospodyni, która do tej pory zachowywała się po przyjacielsku 
i była nad wyraz wspaniałomyślna. Sam fakt, że połowę jej twarzy zakrywała 

maska, nie przesądzał jeszcze o nieprawości jej charakteru.
O masce Unke Merle rozmyślała jeszcze w łóżku, zanim zasnęła. W półśnie zadała 

sobie pytanie, czy nie jest przypadkiem tak, że każdy nosi na twarzy maskę.
Maskę radości, smutku, obojętności. Maskę z napisem: Wy i tak nie widzicie.

Zwierciadlane oczy
We śnie Merle spotkała Królową Laguny.

Zdawało jej się, że Królowa dosiada jakiegoś zwierzaka z delikatnego szkła i 
galopuje po wodach laguny. Wokół niej brzęczały zielonkawe i niebieskawe duszki 

oraz miliony kropelek tak ciepłych jak woda wypełniająca wnętrze jej lustra. 
Przylegały one do jej policzków, szyi, dłoni, które wystawiała przeciw nurtowi 

wody. Merle czuła, że scala się z Królową Laguny, zjawiskiem tak niepojętym jak 

background image

wschód słońca, magia burzy i sztormu, jak życie i śmierć. Razem nurkowały pod 

wodą, ale Merle nie miała żadnych problemów z oddychaniem, ponieważ Królowa była 
w niej w środku i utrzymywała ją przy życiu, tak jakby obydwie były dwoma 

częściami tego samego ciała.
Otaczały je ławice ryb połyskujących łuskami. Coraz mniej ważny stawał się dla 

Merle cel ich podróży. Liczyła się sama przygoda, odczuwana jedność z Królową, 
poznawanie urzekającej laguny.

Choć nic innego się nie wydarzyło, a Merle tylko pędziła razem z Królową przed 
siebie, jej sen okazał się najcudowniejszy od lat. Noce spędzone w siero-

34
cińcu przepełniał strach przed kradzieżą, ukąszeniem pcheł i zimnem. Tu jednak, 

w domu Arcimbolda, czuła się wreszcie bezpieczna.
W końcu obudziła się. W pierwszej chwili sądziła nawet, że ze snu wyrwał ją 

jakiś odgłos. Ale wokół panowała absolutna cisza.
Królowa Laguny. Słyszał o niej każdy. Lecz kim była naprawdę, pozostawało 

niezgłębioną tajemnicą. Gdy galery Egipcjan, odnoszące triumfy we wszystkich 
zakątkach świata, próbowały wedrzeć się także do laguny, stała się rzecz 

zupełnie nieoczekiwana i niewyobrażalna. Królowa Laguny zmusiła je do odwrotu. 
Imperium egipskie, największa i najstraszniejsza potęga w dziejach świata, 

musiało się wycofać jak niepyszne.
Od tej pory Królowa otoczona jest czcią.

Jedno było pewne — nie była istotą z krwi i kości. Wypełniała sobą wody laguny, 
akweny między jej wysepkami oraz wąskie kanały miasta. Rajcowie miejscy 

utrzymywali, że prowadzą z nią regularne rozmowy i działają zgodnie z jej 
życzeniem. Jeśli jednak kiedykolwiek miałaby przemówić, to nigdy w obecności 

zwykłych obywateli miasta.
Niektórzy twierdzili, że jest ona niewiele większa niż kropelka wody, która 

spada raz tu, raz tam. Inni z kolei przysięgali, że to po prostu sama woda, 
nawet w najmniejszej ilości. Za nią miała się kryć bar-

35
dziej siła niż istota, dla niektórych nawet bóstwo napełniające każdą rzecz i 

każdego człowieka.
Wyprawy wojenne egipskiego tyrana, który zdążył podbić cały świat, sprowadzały 

same nieszczęścia, śmierć i spustoszenie, ale już sama aura Królowej od ponad 
trzydziestu lat nakładała na lagunę parasol ochronny. I nie było w mieście 

nikogo, kto nie byłby jej za to wdzięczny. W kościołach odprawiano ku jej czci 
nabożeństwa, rybacy składali jej w ofierze część swoich połowów, a nawet owiana 

tajemnicą gildia złodziei wyrażała swoją wdzięczność, wstrzymując się w 
ustalonych dniach roku od złodziejskiego procederu.

Oho, znowuż jakiś odgłos. Teraz nie było już najmniejszej wątpliwości.
Merle usiadła na łóżku. Strzępy snu opłukiwały jeszcze jej zmysły, jak czyni to 

piana morska z nogami podczas spaceru brzegiem morza.
Dziwny odgłos powtórzył się. Jakiś metaliczny dźwięk dochodzący od strony 

podwórza. Merle rozpoznała go. To wieko studni. Gdy tylko podnoszono jej ciężką 
i metalową pokrywę, metaliczny dźwięk rozbrzmiewał tak samo we wszystkich 

zaułkach. Studnie znajdowały się w całym mieście, na każdym publicznym placu i 
podwórku. Otoczone były obmurowaniem ozdobionym kamiennymi wzorami i bajkowymi 

postaciami. Potężne zaokrąglone wieka chroniły drogocenną wodę pitną przed 
zanieczyszczeniami i szczurami.

36
Ale kto o tej porze miałby się trudzić podnoszeniem pokrywy? Merle przetarła 

zaspane oczy. Zanim obudziła się na dobre, chwiejnym krokiem podeszła do okna.
W poświacie księżyca dostrzegła jakąś postać, która wspięła się na obmurowanie i 

weszła do środka studni. Zaraz potem z ciemności szybu wyłoniły się dłonie, 
które uchwyciły pokrywę i nałożyły ją ze zgrzytem na otwór.

Merle odruchowo przykucnęła, nie bacząc na to, że postać już dawno zniknęła w 
czeluściach studni.

Unke! To właśnie ona była tym niespokojnym duchem hałasującym na podwórku. Lecz 
cóż takiego mogło skłonić gospodynię do wchodzenia nocą do studni?

Merle postanowiła obudzić Junipę. Ale jej łóżko było puste.
— Junipa? — wyszeptała zdenerwowana. Rozejrzała się po pokoju, nigdzie nie 

widząc dziewczynki. Chyba że...
Pochyliła się i zajrzała pod obydwa łóżka. Tam także nie było żadnego śladu jej 

towarzyszki.

background image

Podeszła do drzwi. Były bez zasuwy i zamka, na które wieczorem dałoby się je 

zaryglować lub zamknąć. Na korytarzu panowała błoga cisza.
Merle westchnęła głęboko. Podłoga, po której stąpała bosymi stopami, była 

przeraźliwie zimna. Szybko narzuciła na siebie sukienkę i włożyła mocno roz-
37

chodzone skórzane buty; sięgały jej powyżej kostek i trzeba było je zasznurować, 
co w tej chwili zabierało za dużo czasu. Ale nie mogła pozwolić sobie na to, by 

szukając Junipy, potknąć się o sznurówki. Zaczęła je nerwowo wiązać, ręce drżały 
jej ze zdenerwowania. Dlatego zajęło jej to więcej czasu niż zwykle.

Wreszcie wyszła na korytarz, zamykając za sobą drzwi od pokoju. Z oddali 
dochodziło groźne syczenie, wcale nie pochodzące od jakiegoś zwierza, brzmiące 

raczej jak odgłos maszyny parowej. Lecz Merle nie była pewna, czy dochodziło ono 
z wnętrza domu. Syczenie powtórzyło się. Po nim nastąpiło rytmiczne dudnienie. 

Zaraz potem zapanowała idealna cisza. Dopiero kiedy Merle zbiegała po schodach, 
przypomniała sobie, że przy Kanale Odszczepieńców były zamieszkane tylko dwa 

domy — warsztat luster mistrza Arcimbolda i warsztat tkacki na drugim brzegu.
W całym domu unosił się nieokreślony zapach, będący mieszanką oleju, 

wypolerowanej stali i ostrej woni, którą Merle znała z warsztatów szklarskich 
znajdujących się na jednej z wysp laguny, w Murano. Raz jeden była tam nawet, 

gdy pewien rzemieślnik nosił się z zamiarem przyjęcia jej do siebie. Kiedy się u 
niego zjawiła, rozkazał wyszorować sobie plecy. Merle odczekała, aż mężczyzna 

zanurzył się w balii i ile sił w nogach pobiegła do miejsca cumowania łodzi. 
Ukryła się w jednej z nich i w ten sposób wróciła do miasta. Opiekunowie 

sierocińca nie byli zbytnio szczęśliwi z powo-
38

du powrotu Merle, ale na tyle przyzwoici, że nie wysłali jej z powrotem do 
Murano.

Merle zbiegła już na drugie piętro. Na razie nie natknęła się na żywego ducha. 
„Gdzie mogą spać inni czeladnicy?", pomyślała. Chyba tak jak ona i Junipa, na 

trzecim piętrze. Unke, tego była raczej pewna, nie było w domu. Nie zastanawiała 
się teraz, czego może szukać w studni ta dziwna kobieta.

Właściwie pozostał tylko sam Arcimboldo. I rzecz jasna Junipa. A co zrobić, 
jeśli będzie musiała wyjść na zewnątrz? Niewielki wykusz, z którego okrągły szyb 

bezpośrednio prowadził do kanału, znajdował się także na trzecim piętrze. Tam 
Merle jednak nie zajrzała. Teraz przeklinała siebie za to. O tym, co jawiło się 

jako najbardziej oczywiste i było w zasięgu ręki, zapomniała. Być może dlatego, 
że w sierocińcu uznawano za naganne, gdy któreś dziecko zniknęło w nocy. Mało 

które wracało.
Właśnie chciała zawrócić, kiedy znów usłyszała syczenie. Dźwięk w dalszym ciągu 

brzmiał trochę sztucznie, mechanicznie i powodował, że drżała na całym ciele.
Przez krótką chwilę wydawało jej się, że w tle słyszy czyjeś łkanie. — Junipa!

Merle za wszelką cenę starała się coś dostrzec w ciemności korytarza. Na próżno. 
Tylko przez wysokie okno tuż obok niej wpadała do środka niewieł-

39
ka smuga światła księżyca, która rozświetlała kilka schodów. Na korytarzu po 

lewej stronie stał w półmroku zegar ścienny niczym jakieś monstrum lub trumna, 
którą ktoś oparł o ścianę.

Teraz była już pewna. Syczenie i łkanie dochodziło z wnętrza domu. Z dołu. Z 
warsztatu na pierwszym piętrze.

Zbiegła schodami w dół. Po korytarzu, który wychodził z klatki schodowej i miał 
wysokie sklepienie, biegła szybko i bezszelestnie. Z wrażenia zaschło jej w 

gardle. Jej własny oddech wydał jej się przy tym jak łoskot łodzi parowych na 
Canale Grandę. A co będzie, jeśli ona i Junipa wpadły z deszczu pod rynnę? Jeśli 

Arcimboldo okaże się takim samym tyranem, jak wcześniej stary szklarz z Murano?
Przestraszyła się, kiedy wokół siebie zauważyła jakiś ruch. Ale to było tylko 

jej własne odbicie, które równie szybko jak ona przemknęło w jednym z licznych 
luster stojących na korytarzu.

Syczenie stawało się teraz częstsze i głośniejsze. Unke nie pokazała im, gdzie 
znajduje się wejście do warsztatu. Wspomniała tylko, że gdzieś na pierwszym 

piętrze. Ale tu aż roiło się od drzwi. Wszystkie były wysokie, ciemne i 
zamknięte. Merle nie pozostało nic innego, jak nasłuchiwać odgłosów. Łkanie już 

się nie powtórzyło. Ale sama myśl, że gdzieś tam bezsilna Junipa narażona jest 
na niebezpieczeństwo, wyciskała Merle łzy z oczu.

40

background image

Jedno było pewne: nie pozwoli na to, by coś złego przytrafiło się jej nowej 

przyjaciółce. Nawet jeśli ceną za to miałaby być zsyłka do sierocińca. O czymś 
jeszcze gorszym Merle nie chciała nawet myśleć. Mimo to do głowy wkradały jej 

się złe myśli niczym brzęczące i natrętne muchy.
„Dookoła noc. I ciemność. W kanałach zginęło już wielu ludzi. Nikt nie będzie 

się martwił zniknięciem dwóch dziewczynek. Dwie gęby do wykarmienia mniej".
Korytarz gwałtownie skręcał na prawo. Na jego końcu czerwieniał zarys podwójnych 

szpiczastych drzwi. Prześwity w obu skrzydłach błyszczały i złociły się niczym 
drut trzymany w płomieniu świecy. W warsztacie musi palić się duży ogień — piec 

węglowy tej maszyny, która syczy i parska.
Kiedy Merle na palcach podeszła do drzwi, zobaczyła, że kamienna podłoga 

korytarza niczym we mgle ginie w kłębach dymu. Dym wydobywał się ze szczeliny 
pod drzwiami.

„A jeśli w warsztacie wybuchł pożar? Spokojnie, tylko spokojnie — powtarzała 
sobie Merle. — Najważniejsze to zachować spokój".

Nogami przerzedziła dym kłębiący się na podłodze, wyczarowując kontury mgielnych 
duchów, o wiele większych i bardziej zniekształconych niż cienie na ścianach. 

Jedyne światło, które rozświetlało korytarz, docierało przez szczeliny wokół 
drzwi.

41
Ciemność, mgła i żarzące się przed nią drzwi. Nieprawdopodobne i zapierające 

dech w piersi wrażenie.
Gryzący zapach, który docierał w górę klatki schodowej, był tu jeszcze bardziej 

dokuczliwy. Także smród oleju rozchodził się z większą intensywnością. W mieście 
krążyły pogłoski, że wysłannicy piekła zwrócili się do rady miejskiej, oferując 

pomoc w walce z imperium. Rajcowie mieli odrzucić tę propozycję, ponieważ 
przynajmniej tak długo, jak Królowa Laguny roztaczała swoją opiekę nad Wenecją, 

nie było takiej potrzeby. Od chwili, kiedy ekspedycja National Geographic 
Society, kierowana w 1833 roku przez sławnego profesora Charlesa Burbrid-ge'a, 

udowodniła naukowo istnienie piekła jako miejsca we wnętrzu ziemi, doszło do 
kilku spotkań wysłanników szatana z przedstawicielami ludzkości. Ich szczegóły 

pozostały nieznane, niewątpliwie z korzyścią dla tych drugich.
Wszystko to przemknęło Merle przez głowę, kiedy dochodziła do drewnianych drzwi. 

Ostrożnie położyła na nich rękę. Przypuszczała, że będą gorące, ale myliła się. 
Podobnie jak pozostałe drzwi w domu, także i te okazały się chłodne. Nawet 

metalowa klamka była zimna.
Przez chwilę zastanowiła się, czy może tak po prostu wejść do środka. Była w 

końcu sama i raczej nikt z domowników nie przyszedłby jej z pomocą.
42

Kiedy wreszcie podjęła decyzję, ktoś nagle nacisnął klamkę z drugiej strony. 
Merle raptownie odskoczyła, chciała nawet uciec, schowała się jednak w cieniu 

lewego skrzydła, podczas gdy prawe otworzyło się do środka.
Szeroki strumień jarzącego się światła wylał się na ginącą we mgle podłogę. Tam, 

gdzie jeszcze przed chwilą stała Merle, rozwiały się kłęby dymu. Wtedy na tle 
światła pojawił się cień. Ktoś stanął w drzwiach.

Dziewczynka z całych sił przylgnęła do drzwi. Od obcej postaci dzieliły ją 
jakieś dwa metry.

Cienie mogą uczynić z ludzi straszydła, nawet jeśli w rzeczywistości nimi nie 
są. Najmniejszych powiększają i pogrubiają do rozmiarów słonia. Tak było i tym 

razem.
Potężny cień zmniejszał się, im bardziej niewysoki mężczyzna oddalał się od 

źródła światła. Stojąc tak, dotąd nie zauważywszy Merle, wydawał się nawet nieco 
śmieszny w przydługich spodniach i chałacie, który był czarny od sadzy i dymu. 

Zmierzwione siwiejące włosy sterczały na wszystkie strony. Twarz świeciła się od 
potu. Słone krople spływały mu po czole i ginęły w gęstwinie bujnego zarostu.

Zamiast obrócić się tam, gdzie czaiła się Merle, mężczyzna stanął twarzą do 
drzwi i wyciągnął dłoń w kierunku światła. Cień drugiej postaci stopił się na 

podłodze z jego cieniem.
43

— Chodź, moje dziecko — powiedział łagodnie.
— Chodź.

Merłe zastygła w bezruchu. Nie tak wyobrażała sobie swoje pierwsze spotkanie z 
Arcimboldem. Jedynie opanowanie i wewnętrzny spokój, emanujące z jego głosu, 

dawały jej jakiś cień nadziei.

background image

Ale zaraz potem mistrz luster powiedział: — Ból zaraz ustąpi.

„Ból?"
— Nie musisz się niczego obawiać — kontynuował Arcimboldo, zwrócony w kierunku 

otwartych drzwi.
— Szybko się do tego przyzwyczaisz, uwierz mi. Merle wstrzymała oddech.

Arcimboldo zrobił dwa, trzy kroki do tyłu w głąb korytarza, trzymając ręce 
wyciągnięte do przodu. Zachęta, by mu wyjść naprzeciw.

— Podejdź bliżej... tak, dokładnie tak. Powoli, bardzo powoli.
W drzwiach pojawiła się Junipa. Niepewnie i pomału przeszła przez próg i stanęła 

na korytarzu. Poruszała się ostrożnie i sztywno.
„Przecież ona nic nie widzi — pomyślała Merle. — Dlaczego Arcimboldo pozwala jej 

błądzić w miejscu, którego nie zna? Dlaczego nie czeka, aż uchwyci jego dłoń? 
Tymczasem on kroczy ciągle do tyłu, oddala się od drzwi". Już dawno powinien 

zauważyć skrywającą się w cieniu Merle, która jak zaczarowana wpatrywała się w 
Junipę chwiejnie idącą korytarzem.

44
Także Arcimboldo skupiał swą uwagę na niewidomej dziewczynce.

— Dobrze, bardzo dobrze to robisz — zachęcał ją. — Bardzo, bardzo dobrze.
Dym na podłodze stopniowo się rozrzedzał. Ze środka warsztatu nie wydobywały się 

już kłęby pary. Na korytarz wylewało się teraz jarzące światło, które migotało 
ciemnopomarańczową poświatą.

— Wszystko jest takie... zamazane — powiedziała Junipa z cichą skargą w głosie.
Zamazane? Merle nie mogła w to uwierzyć.

— To szybko przejdzie — odpowiedział mistrz. — Musisz poczekać do jutra rana. W 
świetle dziennym wszystko wygląda inaczej. Musisz mi jednak zaufać. Podejdź 

trochę bliżej.
Kroki Junipy stały się teraz pewniejsze.

— Co rozpoznajesz? — zapytał Arcimboldo. — Co dokładnie widzisz?
— Nie wiem. Coś się porusza.

— To tylko cienie. Nie bój się.
Merle nie dowierzała własnym uszom. Czy rzeczywiście było możliwe, by Arcimboldo 

podarował Ju-nipie wzrok?
— Ja nigdy nie widziałam — powiedziała nieco zmieszana dziewczynka. — Zawsze 

byłam niewidoma.
— Czy światło, które widzisz, jest czerwone? — spytał ponownie.

45
— Nie wiem, jak wygląda światło — odpowiedziała niepewnie. — I nie znam żadnych 

kolorów.
Grymas, który teraz pojawił się na twarzy Arcim-bolda, zdradzał złość na samego 

siebie.
— Jakież to głupie z mojej strony! Przecież powinienem o tym pamiętać. — 

Zatrzymał się i chwycił wyciągnięte ręce Junipy. — W ciągu następnych miesięcy 
nauczysz się wielu rzeczy.

— To dlatego tu przyjechałam?
— Twoje życie zmieni się teraz, ponieważ odzyskałaś wzrok.

Merle nie mogła już wytrzymać w swojej kryjówce. Nie bacząc na wszelkie 
konsekwencje, stanęła w promieniach światła.

— Co pan jej zrobił?
Mistrz spojrzał na nią zdumiony. Także Junipa wydawała się zaskoczona. Z 

widocznym wysiłkiem na twarzy starała się cokolwiek rozpoznać.
— Merle? — spytała.

— Jestem tutaj — Merle stanęła obok niej i delikatnie musnęła jej ramię.
— A oto nasz drugi uczeń — Arcimboldo szybko ukrył zdziwienie. — Raczej dość 

ciekawski, jak mi się wydaje. Nie szkodzi. Jutro rano i tak dowiedziałabyś się o 
wszystkim.

Merle skinęła głową. — A pan jest mistrzem Ar-cimboldem? — spytała.
— W istocie.

46
Merle spojrzała teraz na Junipę. To, czego się dowiedziała, zrobiło na niej 

spore wrażenie. Na pierwszy rzut oka, w słabym świetle nie dostrzegła istotnej 
różnicy. Mimo to zadawała sobie pytanie, jak mogła nie zauważyć. W tym momencie 

czyjaś zimna dłoń dotknęła jej pleców.
— Ale... jak...

Arcimboldo uśmiechał się dumnie. — Godne podziwu, nieprawdaż?

background image

Dziewczynka nie mogła wydobyć słowa. W milczeniu wpatrywała się w Junipę.

W jej twarz.
W jej oczy.

Białe gałki oczne Junipy zniknęły. Zamiast nich pod powiekami iskrzyły się 
srebrzyste lusterka, wtopione w oczodoły. Nie były zaokrąglone jak oczy, lecz 

płaskie. Arcimboldo zastąpił oczy Junipy odpryskami ze zwierciadła.
— Co pan...

— ...jej zrobił? — przerwał jej łagodnie. — Nic, moje dziecko. Teraz odzyskała 
wzrok, przynajmniej częściowo. Ale z dnia na dzień będzie widzieć coraz lepiej.

— Czy ma w oczach lusterka?
— Tak, w istocie.

— Ale... ale to jest...
— Magia? — Arcimboldo wzruszył ramionami. — Niektórzy tak to właśnie nazywają. 

Ja określam
47

to językiem nauki. Oprócz ludzi i zwierząt jest tylko jedna rzecz na świecie, 
która potrafi widzieć. Spójrz w lustro, a ono spojrzy na ciebie. To pierwsza 

lekcja, jakiej udzielam wam w warsztacie, Merle. Zapamiętaj ją sobie dobrze: 
lustra potrafią widzieć.

— On ma rację, Merle — wtórowała mistrzowi Junipa. — Ja rzeczywiście widzę. I 
mam wrażenie, że z każdą minutą coraz lepiej.

Mistrz ucieszył się: — To cudownie. — Po czym chwycił Junipę za ręce i odtańczył 
z nią taniec radości, na tyle jednak ostrożnie, by dziewczynka się nie 

przewróciła. — Powiedz sama, czy to nie fantastyczne?
Merle wlepiła wzrok w obydwie postaci, wciąż nie mogąc uwierzyć w to, co 

rozgrywało się na jej oczach. Junipa, niewidoma od urodzenia, odzyskała wzrok. 
Trzynaście ciemnych lat odchodzi do lamusa. Dzięki temu szczupłemu mężczyźnie z 

rozwichrzonymi włosami.
— Pomóż przyjaciółce wrócić do pokoju — powiedział mistrz luster, gdy wreszcie 

wypuścił Junipę z rąk. — Jutro czeka was ciężki dzień. Każdy dzień w moim 
warsztacie jest pracowity. Ale myślę, że wam się spodoba. Tak, na pewno wam się 

spodoba. — To powiedziawszy, podał rękę Merle i dodał: — Witaj w domu 
Arcimbolda.

Nieco zmieszana dziewczynka przypomniała sobie, co w sierocińcu wbijano im do 
głowy.

48
V— Bardzo dziękujemy, że mogłyśmy tu przyjechać — powiedziała z przesadną 

grzecznością. Ale niemal nie słysrała swoich słów. Zdziwiona wpatrywała się w 
do-brotlftoego starszego mężczyznę, który tanecznym krokiem wócił do warsztatu i 

zamknął za sobą drzwi.
Poten\nieśmiało chwyciła Junipę za rękę i pomogła jej wejść po schodach na 

trzecie piętro. Co chwilę pytała bojaźliwie, czy bardzo ją bolało. Za każdym 
razem, kiedy Junipa obracała się w jej stronę, Merle przebiegały dreszcze. W 

zwierciadlanych oczach przyjaciółki dostrzegała własne oblicze, dwukrotnie 
odbite i lekko skrzywione. Pocieszała się, że to na pewno tylko kwestia czasu, 

że przyzwyczai się do wzroku Junipy jak do czegoś normalnego.
A jednak cień niepewności został. Przedtem oczy dziewczynki były ślepe i 

mleczne, teraz są zimne niczym wyszlifowana stal.
—Ja widzę, Merle! Naprawdę widzę! —Junipa mamrotała te słowa, kiedy obydwie 

leżały już w łóżku.
Raz jeden, godzinę później Merle obudziła się, kiedy znów usłyszała dobiegający 

z podwórza, bardzo odległy zgrzyt pokrywy studni.
Pierwsze dni w warsztacie Arcimbolda przebiegały pod znakiem wytężonej pracy. 

Merle i Junipa wykonywały wszystkie te czynności, na które trzech starszych 
czeladników nie miało ochoty. I tak Merle wielokrotnie musiała chwytać za 

miotłę, by wymieść
49

drobne okruchy szkła, które zbierały się na podłodze w warsztacie tak jak piasek 
pustyni docierający do Wenecji w niektóre lata.

Zgodnie z tym, co przepowiedział Arcimboldo, Junipa z dnia na dzień widziała 
coraz lepiej. Wprawdzie w dalszym ciągu rozpoznawała jedynie kontury, ale mogła 

je od siebie odróżnić. Jednocześnie upierała się, by wykonywać w warsztacie 
samodzielne prace. Na szczęście obarczono ją nie tak ciężkimi obowiązkami jak 

Merle, choć nie były one wcale przyjemne. Po wydarzeniach pierwszej nocy nie 

background image

dano jej dnia na odpoczynek i od razu musiała zabrać się do odważania piasku 

kwarcowego i wsypywania go do pojemników. Do czego mistrzowi tak naprawdę były 
potrzebne dziewczynki, pozostało dla nich na razie tajemnicą.

W ogóle wytwarzanie luster w warsztacie Arcim-bolda miało niewiele wspólnego z 
tradycyjną, odziedziczoną po przodkach metodą, z której Wenecja była tak dumna. 

W XVI wieku ze sztuką wytwarzania luster zaznajomionych było niewielu. Wszyscy 
wtajemniczeni mieszkali pod ścisłym dozorem na Wyspie Szklarzy, Murano. Tam 

pławili się w zbytkach, nie brakowało im niczego z wyjątkiem wolności. Gdy tylko 
zostali czeladnikami, nie wolno im było opuścić wyspy. Próby ucieczki karano 

śmiercią. Agenci Serenissimy tropili uciekinierów po całej Europie i likwidowali 
ich natychmiast, zanim ci zdążyli wyjawić

50
tajemnicę robienia luster. Zwierciadła rodem z Mu-rano jako jedyne zdobiły 

ściany pałaców najświetniejszych europejskich rodów, ponieważ jedynie w Wenecji 
znano sztukę ich wytwarzania. Bacznie strzeżona tajemnica była dla miasta 

bezcenna. Jednak za sprawą kilku mistrzów luster, którym udało się uciec z 
Murano, w jej posiadanie weszli Francuzi. Ci pozbyli się ich szybko i otworzyli 

własne warsztaty. Wenecja bezpowrotnie straciła monopol na produkcję luster, 
które wytwarzano teraz w wielu krajach Europy. Zakazy i kary obowiązujące 

mistrzów na Murano przestały mieć znaczenie i szybko popadły w zapomnienie.
Produkcja luster Arcimbolda łączyła w sobie jednak sztukę rzemieślniczą i 

alchemię. Dlatego Merle przypuszczała, że miną lata, zanim zostanie 
wtajemniczona w jej tajniki. Nawet trzech starszych czeladników, w tym 

najstarszy stażem Dario, już ponad dwa lata pracujący w warsztacie, nie miało 
najmniejszego pojęcia, na czym polegała tajemnica wytwarzania luster u 

Arcimbolda. Jasne, że cała trójka podsłuchiwała, podpatrywała, zapuszczała 
czujki, ale proces technologiczny pozostawał dla nich tajemnicą.

Dario, smukły młodzieniec z czarną czupryną, był z całej trójki najważniejszy. W 
towarzystwie mistrza zachowywał się bardzo grzecznie, ale tak naprawdę pozostał 

tym samym urwisem, jakim był w chwili przybycia tu przed dwoma laty. W rzadkich 
wolnych chwi-

51
lach był arogancki, niekiedy też despotyczny, i to częściej wobec swoich dwóch 

kolegów niż w stosunku do Junipy i Merle. Właściwie przez cały czas ignorował 
obydwie dziewczynki. Nie podobało mu się, że Arcimboldo przyjął je do warsztatu 

już choćby z tego powodu, iż sam zbytnio nie przepadał za Unke. Obawiał się, że 
w razie konfliktu dziewczynki od razu staną po stronie gospodyni albo że 

wypaplają jej kilka jego tajemnic. Chociażby tę, że regularnie zakradał się do 
wina, które Unke serwowała Arcimboldo-wi, a które trzymała pod kluczem. Unke nie 

miała pojęcia, że Dario dorobił sobie wytrych do szafy, gdzie stały trunki. 
Merle już trzeciej nocy odkryła, że popija on wino Arcimbolda, kiedy przez 

przypadek napatoczyła się na idącego z dzbanem chłopca. Nigdy nie przyszło jej 
na myśl, by wykorzystać to na swoją korzyść. A tego właśnie obawiał się Dario. 

Od tej chwili przyjął wobec niej jeszcze bardziej obojętną, graniczącą z 
wrogością postawę, chociaż nie ważył się wywoływać otwartego konfliktu. 

Traktował ją jak powietrze, podobnie jak Junipę, która zupełnie dla niego nie 
istniała.

Merle zastanawiała się, dlaczego akurat tego krnąbrnego Daria Arcimboldo przyjął 
do swojego domu. Nieuchronnie jednak cisnęło się jej drugie, mniej przyjemne 

pytanie: cóż takiego dostrzegł on w niej samej? Żadna odpowiedź nie zakiełkowała 
jej w głowie. Ju-nipa mogła być na przykład idealnym królikiem do-

52
świadczalnym do przeprowadzenia eksperymentu z okruchami lustra. W międzyczasie 

bowiem dziewczynki dowiedziały się, że takiej operacji Arcimboldo wcześniej nie 
przeprowadzał. Ale co skłoniło go do przygarnięcia z sierocińca właśnie jej? 

Nigdy wcześniej jej nie widział, nigdy jej nie spotkał, nic o niej nie wiedział. 
W istocie musiał polegać na informacjach otrzymanych od opiekunów z sierocińca, 

którzy, jak przypuszczała Merle, nie powiedzieli o niej nic dobrego. Tam uważano 
ją za krnąbrną i zadzierającą nosa — określenia te w ustach jej opiekunów 

oznaczały osobę ciekawą świata i stanowczą.
Jeśli chodzi o dwóch pozostałych czeladników, to byli oni tylko o rok starsi od 

Merle. Jeden z nich, o jasnej karnacji i rudych włosach, nazywał się Ti-ziano, 
drugi z kolei, szczuplejszy i z zajęczą wargą, miał na imię Boro. Obydwaj 

wydawali się zadowoleni z faktu, że nie są już najmłodszymi czeladnikami 

background image

Arcimbolda i dzięki temu mogą rozkazywać Merle. Ich władcze zachowanie nie było 

jednak podyktowane złośliwością. Jeśli zauważyli, że Merle nie może podołać 
powierzonym obowiązkom, szybko przychodzili jej z pomocą, i to bez specjalnego 

zaproszenia. Przed Junipą natomiast trzymali się na dystans. Szczególnie Boro 
unikał jej jak ognia. Akceptowali uprzywilejowaną pozycję Daria, jednak bez 

cienia wierno-poddańczej służalczości, tak dobrze znanej Merle z relacji między 
członkami band w domach dziecka.

Ze względu na dłuższy o rok staż czeladniczy Daria, obydwaj chłopcy odnosili się 
do niego z należnym respektem.

Po niecałych trzech tygodniach Merle znów zaobserwowała, że Unke około północy 
schodzi do studni. Przez chwilę pomyślała, żeby obudzić Junipę. Szybko jednak 

zrezygnowała z tego pomysłu. Niczym słup soli zastygła przy oknie, wpatrując się 
w pokrywę od studni, po czym niespokojna wróciła do łóżka.

Już następnego wieczora zwierzyła się przyjaciółce ze swojego odkrycia.
— I to naprawdę ona schodziła do studni? — spytała Junipa.

— Przecież ci mówię!
— Może urwał się sznur od wiadra?

— A schodziłabyś do zupełnie ciemnej studni w środku nocy? I to tylko dlatego, 
że urwał się sznur? Gdyby tak się rzeczywiście stało, trzeba by naprawić go w 

ciągu dnia. I pewnie kazano by to zrobić jednej z nas — Merle potrząsnęła głową. 
— Nie miała ze sobą nawet lampy.

W zwierciadlanych oczach Junipy odbijało się światło księżyca, wpadające tego 
wieczora do pokoju. Dwa żarzące się ogniki, białe i zimne. Merle musiała 

opanować dreszcz przeszywający w takich momentach jej ciało. Niekiedy ogarniało 
ją uczucie, że oczy dziewczynki przenikają przez zewnętrzną powłokę ciała.

54
— Boisz się Unke? — spytała Junipa.

Merle zastanowiła się. — Nie, ale musisz przyznać, że zachowuje się dziwnie.
— Może każdy się tak zachowuje, jeśli musi nosić na twarzy maskę?

— To dlaczego ją nosi? Nikt prócz Arcimbolda nie wie dlaczego. Pytałam nawet 
Daria.

— Może spytałabyś o to ją samą?
— To byłoby nieuprzejme z mojej strony, jeśli rzeczywiście cierpi na jakąś 

chorobę.
— Cóż więc pozostaje?

Merle zamilkła. Często zadawała sobie to pytanie. W głowie zaświtała jej pewna 
myśl. Pojawiła się nagle i nie chciała zniknąć. Mimo to nie zamierzała zdradzić 

jej Junipie.
Od tej pory dziewczynki do tematu Unke już nie wróciły. Zbyt wiele innych spraw 

zaprzątało im głowy — każdy nowy dzień przynosił przecież tyle nowych wrażeń, 
odkryć i wyzwań. Przede wszystkim dla Junipy, której wzrok ciągle się poprawiał 

i dla której każdy kolejny poranek oznaczał nowe przygody. Merle zazdrościła 
przyjaciółce, że ta potrafi okazywać radość z najmniejszych rzeczy. Jednocześnie 

cieszyła się, że Junipa widzi coraz lepiej.
Na drugi dzień po owej nocy, kiedy Merle widziała, że Unke znów schodzi do 

studni, zdarzyło się coś, co odwróciło uwagę dziewczynek od tajemniczego 
postępowania gospodyni.

55
Doszło wtedy do wspólnego spotkania z czeladnikami z drugiej strony kanału, 

czyli uczniami mistrza tkackiego Umberta.
W ciągu jedenastu dni, które spędziła w domu Ar-cimbolda, Merle zupełnie 

zapomniała o istnieniu warsztatu tkackiego. Nie czuło się atmosfery osławionej 
kłótni, niegdyś wywołującej ogromne emocje w całym mieście. Przez ten czas Merle 

nie opuszczała domu. Przebywała w warsztacie, w jadalni i w swoim pokoju. 
Wprawdzie ktoś ciągle musiał towarzyszyć gospodyni, kiedy szła na targ warzywny 

na Rio San Barnabo, ale za każdym razem jej wybór padał na któregoś z chłopców. 
Jako roślejsi, mogli bez trudu dźwigać ciężkie skrzynki z zakupami.

Merle była więc bardzo zaskoczona, kiedy uczniowie z naprzeciwka przypomnieli 
jej o swoim istnieniu. Jak się później dowiedziała, obydwie strony wciąż 

urządzały sobie psoty, które nierzadko kończyły się sińcami i skaleczonymi 
kolanami, rozbitymi szybami w oknach i pomstowaniem obydwu mistrzów. Ostatniego 

figla splatali przed trzema tygodniami Dario, Boro i Tiziano. Chłopcy mistrza 
tkackiego szykowali się do rewanżu.

Merle nie dowiedziała się nigdy, dlaczego uczniowie Umberta przypuścili atak na 

background image

warsztat Arcimbolda akurat tego ranka. Nie była też pewna, jak w ogóle 

przedostali się do domu, choć prawdopodobnie musieli przerzucić przez kanał 
długą deskę, sięgającą od

56
jednego do drugiego balkonu. Fakt, że zdarzyło się to przed południem, czyli w 

godzinach pracy, rzucał cień podejrzenia na Umberta dającego na wszystko 
przyzwolenie. Nie inaczej zresztą jak w przypadku psot Daria, mających 

błogosławieństwo Arcimbolda.
Merle kleiła akurat drewnianą ramę lustra, gdy przy drzwiach warsztatu rozległo 

się głuche dudnienie. Przestraszona spojrzała w górę, obawiając się, że to 
Junipa potknęła się o jakieś narzędzie.

Ale to nie była Junipa, tylko niewielka postać, która poślizgnęła się na 
śrubokręcie i próbując zachować równowagę, chaotycznie wymachiwała rękami. Jej 

twarz kryła się za papierową maską niedźwiedzia. Jedną ręką wymachiwała w 
powietrzu, podczas gdy z drugiej wpadł jej worek z farbą, robiąc na podłodze 

potężnego kleksa.
— Tkacz!!! — wrzasnął Tiziano i natychmiast przerwał pracę.

— Tkacz! Tkacz! — wtórował mu Boro w drugiej części warsztatu. Także Dario 
szybko dołączył do pokrzykujących kolegów.

Merle wyprostowała się trochę poirytowana i zaczęła się rozglądać po warsztacie. 
Zupełnie nie wiedziała, co się tu dzieje, bo też nie miała zielonego pojęcia o 

toczącej się rywalizacji pomiędzy uczniami z obydwu warsztatów.
Postać w masce wywróciła się już u wejścia, poślizgnąwszy się na rozlanej przez 

siebie farbie. Niepro-
57

szony gość z hukiem runął na podłogę. Zanim Dario, Tiziano i Boro zdążyli 
parsknąć śmiechem, w korytarzu pojawiło się następnych trzech chłopców w 

kolorowych maskach z papieru. Jedna z nich szczególnie przykuła uwagę Merle. 
Przedstawiała w połowie głowę człowieka, w połowie ptaka. Długi zakrzywiony 

dziób połyskiwał złotem, a na pomalowanych brwiach iskrzyły się malutkie szklane 
kamyczki.

Merle nie zdążyła jeszcze przyjrzeć się pozostałym maskom, kiedy w jej kierunku 
nadleciało kilka worków z farbą. Jeden z nich pękł tuż u jej stóp, tryskając 

czerwoną kleistą zawiesiną. Inny uderzył ją w plecy i zsunął się na podłogę. 
Junipa, która stała z dużą miotłą w ręku, była początkowo zupełnie 

zdezorientowana. W lot jednak pojęła, w czym rzecz, schyliła się szybko, 
podniosła worek z farbą i cisnęła nim w kierunku napastników. Chłopiec w masce 

niedźwiedzia uskoczył w bok. Kolorowy pocisk trafił kolegę w masce ptaka, 
pękając z hukiem na końcu dzioba i oblewając nieszczęśnika zieloną farbą.

Dario wydał okrzyk triumfu, a Tiziano z uznaniem poklepał Junipę po plecach. 
Tymczasem napastnicy przeprowadzili kolejny atak. Tym razem uczniom Arcimbolda 

szczęście nie dopisało. Bora, Tiziana, a także Merle dosięgnęły worki z farbą.
Merle kątem oka dostrzegła jak Arcimboldo, przeklinając po nosem, zamknął i 

zaryglował drzwi prowadzące do magazynu z lustrami. Jeśli już jego
58

uczniowie chcą rozwalić sobie głowy, to przynajmniej niech magiczne lustra 
pozostaną nienaruszone.

Chłopcy byli zdani na własne siły. Szanse zdawały się wyrównane, czterech na 
czterech. Choć właściwie pięcioro na czterech, jeśli liczyć Junipę — było nie 

było, pomimo słabego wzroku jako pierwsza zadała napastnikom celny cios.
— To czeladnicy tkacza z przeciwnego brzegu kanału! — krzyknął Boro do Merle, 

chwytając miotłę i wymachując nią jak mieczem. — Nieważne, co się stanie. My 
musimy obronić nasz warsztat!

„Ot, chłopcy — pomyślała Merle, bezradnie rozmazując farbę na swojej sukience. — 
Dlaczego oni muszą ciągle coś sobie udowadniać?"

W tym momencie spojrzała w górę i została trafiona w czoło workiem z żółtą 
mazią, która zaczęła ściekać jej po głowie i plecach.

Dosyć! Z dzikim okrzykiem chwyciła butelkę kleju, którego przed chwilą używała 
do klejenia ram, i rzuciła się na pierwszego z brzegu tkacza w niedźwiedziej 

masce. Ten, widząc ją, sięgnął po kolejny worek z farbą. Za późno, bo Merle 
pchnęła go do tyłu, powaliła na plecy, usiadła mu na brzuchu i podsunęła pod oko 

flaszeczkę kleistej zawiesiny.
— Zamknij oczy! — ostrzegła go, wlewając pod maskę za jednym zamachem sporą 

ilość kleju. Chłopiec zaklął. Zaraz potem jego słowa zamieniły się w bulgot.

background image

59

Kiedy uznała, że przeciwnik przynajmniej chwilowo został wyeliminowany z walki, 
zwolniła uścisk i podniosła się. Flaszkę trzymała niczym pistolet, głównie dla 

postrachu, ponieważ kleju zostało w niej niewiele. Kątem oka dostrzegła, jak 
Boro i Tiziano walczą z dwójką tkaczy, okładając się nawzajem z taką 

determinacją, że jednemu z napastników pękła maska. Zamiast jednak udzielić 
wsparcia kolegom, podbiegła do Junipy, chwyciła ją za ramię i ukryła pod jedną z 

ławek.
— Nie ruszaj się — szepnęła jej do ucha.

Ale Junipa zaprotestowała: — Nie jestem tak bezradna jak sądzisz.
— Pewnie, że nie. — Merle rzuciła ironiczne spojrzenie na tkacza z ptasią maską. 

Jego tułów oblany był zieloną farbą. —Ale będzie lepiej, jeśli się tu skryjesz. 
To długo nie potrwa.

Wyprostowała się i rozglądając się po warsztacie musiała przyznać, że jej triumf 
był przedwczesny. W starciu górę brali ich przeciwnicy. A Dario przepadł gdzieś 

bez śladu. Dostrzegła go dopiero, gdy stanął na tle drzwi. W ręku trzymał nóż, 
którego Arcimboldo używał zwykle do przecinania cienkich metalowych płyt 

mocowanych z tyłu lustra. Jego ostrze nie było długie, za to ostre jak brzytwa.
— Serafin... — warknął Dario buńczucznie do tkacza w masce ptaka. — Podejdź, 

jeśli się nie boisz.
Chłopiec, choć widział połyskujący w rękach Daria nóż, nie zawahał się. Jego 

dwaj towarzysze cofnęli się
60

w kierunku drzwi, podczas gdy Boro pomógł wstać Tizianowi i popchnął Merle pod 
ścianę.

— Czy oni obydwaj potracili głowy? — wycedziła przez zęby. — Pozabijają się 
nawzajem.

Zmarszczki na czole Bora zdawały się potwierdzać jej troskę. — Dario i Serafin 
nienawidzą się już od pierwszego spotkania. To Serafin zainicjował bratobójcze 

walki — powiedział.
— To jeszcze nie powód, by ruszać na niego z nożem.

Wtem Dario i Serafin ruszyli na siebie. Przy tej okazji dziewczynka mogła 
stwierdzić, że Serafin porusza się z lekkością tancerza. Zwinnie wymykał się 

dość prostym ciosom Daria, którego nóż przecinał jedynie powietrze. Zanim Dario 
zdążył się zamachnąć, przeciwnik wytrącił mu nóż z ręki. Chłopak z dzikim 

okrzykiem rzucił się na tkacza i ściśniętą pięścią zdradziecko uderzył go w 
krtań. Żółtawa maska ptaka uleciała na bok, odsłaniając piękne rysy twarzy i 

kilka piegów na nosie. Chłopiec miał blond czuprynę, choć nie tak jasną jak 
Junipa. Teraz blond włosy przeplatały mu się z zielonymi pasemkami.

Niebieskie oczy tkacza błysnęły groźnie i szybko wymierzył Dariowi cios, zanim 
ten zdążył uskoczyć w bok. Dario przeskoczył przez ławkę, dzielącą go od 

przeciwnika. Schowana tam Junipa cofnęła się. Ale Serafin chciał najpierw 
porachować się z Darłem, którego nos po ostatnim ciosie trochę krwa-

61
wił. Jednak ten, zamiast stanąć twarzą w twarz z przeciwnikiem, zakręcił się 

dookoła, chwycił Junipę za ramiona, przycisnął do siebie i pchnął w objęcia 
Serafina.

Merle wydała przeraźliwy okrzyk: — Co za tchórz!!!
Tkacz widział, że dziewczynka szybuje w jego kierunku, ale jednocześnie 

zauważył, że Dario, wietrzący swoją szansę, gotuje się do zadania ciosu. Serafin 
miał do wyboru: albo złapać Junipę, lecącą dokładnie na szklaną szafkę, albo też 

uskoczyć na bok i odeprzeć atak arcywroga.
Złapał Junipę. Na moment przytrzymał ją w rękach i próbował uspokoić. — Wszystko 

będzie dobrze — szepnął jej do ucha. — Nie stanie ci się żadna krzywda.
Ledwo wymówił te słowa, poczuł na twarzy pięść Daria, który dosięgnął go zza jej 

ramienia.
— Nie! — krzyknęła oburzona Merle, przebiegając przed Borem i Tizianem. 

Wskoczyła na ławkę i stanęła pomiędzy Dariem a Serafinem i Junipą.
— Co robisz? — warknął młodzieniec, ale Merle zdążyła już powalić go na ziemię.

Na jedną krótką chwilę jej wzrok spotkał się ze wzrokiem Serafina, który 
ostrożnie postawił Junipę na ziemi. Uśmiechnął się tylko, umazany w zielonej 

farbie i krwi, po czym czmychnął do swoich kumpli, stojących przy wejściu.
— Spadamy — powiedział. W mgnieniu oka tkacze ulotnili się z warsztatu.

62

background image

Merle nie zważała na Daria. Całą uwagę poświęciła Junipie, która, oniemiała z 

wrażenia, stała obok szklanej szafy.
— Wszystko w porządku?

Junipa skinęła głową. — Tak... dziękuję. Już dobrze.
Za plecami Merle Dario ciskał przekleństwa. Nawet stojąc tyłem, wyczuwała bijącą 

od niego wrogość. Nagle odwróciła się w jego stronę, spojrzała mu głęboko w oczy 
i z całej siły wymierzyła policzek.

Zanim zdążył do niej doskoczyć, między nimi stanęła Unke. Merle poczuła silne 
szarpnięcie. To gospodyni chwyciła ją za ramię i odciągnęła od Daria. Ale 

dziewczynka zupełnie nie słuchała, co mówi do niej Unke. Nie docierały do niej 
też ordynarne oskarżenia Daria, który aż kipiał ze złości. Z melancholią 

wpatrywała się w korytarz, gdzie przed chwilą zniknął Serafin z kolegami.
Historia Unke

— I CO JA MAM TERAZ Z WAMI POCZĄĆ?
— w głosie mistrza dało się wyczuć więcej rozczarowania niż złości. Ar-cimboldo 

siedział przy swoim biurku w bibliotece, którą wypełniały rega-
ły z książkami oprawionymi w skórę. Merle była ciekawa, czy pryncypał wszystkie 

je przeczytał.
— Szkody, jakie wyrządzili uczniowie tkacza, są śmieszne w porównaniu z tym, co 

zrobiliście wy — kontynuował, patrząc to na Merle, to na Daria. Ci zaś stali 
przed mistrzem z opuszczonymi głowami. Złość im jeszcze nie przeszła, ale nawet 

Dario czuł, że należałoby spuścić z tonu.
— Wszczęliście wśród uczniów spór, zachęcając ich tym samym do opowiedzenia się 

po jednej lub po drugiej stronie. Gdyby nie interwencja Unke, to Junipa, Boro i 
Tiziano musieliby stanąć po stronie jednego z was — oczy starca zaiskrzyły 

groźnie, a z jego postaci biła surowość i niedostępność. — Nie mogę na to 
pozwolić, by moi uczniowie byli ze sobą skłóceni. Wymagam od nich zgody w pracy 

i unikania konfliktów. Tej zgody potrzebują magiczne zwierciadła, by mogły stać 
się tym, czym być powinny. W atmosferze przepełnionej

64
nienawiścią szkło szybko pokryje się cieniem, który tylko zaślepia.

Merle wydawało się, że Arcimboldo nie mówi prawdy. Jakby chciał jej wmówić 
poczucie winy. Byłoby lepiej, gdyby w ogóle nie poruszał tematu konfliktów; 

przecież to właśnie rywalizacja między nim a Umbertem sprawiła, że doszło do 
dzisiejszej bijatyki.

A między nią a Dariem i tak prędzej czy później doszłoby do konfrontacji. To 
przeczucie towarzyszyło jej od pierwszego dnia w warsztacie. Była nawet pewna, 

że podobne wrażenie miał również Arcimboldo. Może teraz żałuje, że zabrał ją z 
sierocińca? Czy nie grozi jej więc powrót do biedy i brudu?

Pomimo nachodzących ją obaw, nie miała wyrzutów sumienia. Dario okazał się 
żałosnym tchórzem, co udowodnił dwukrotnie: raz, kiedy rzucił się na Serafina z 

nożem, a drugi, kiedy posłużył się Junipą jako tarczą. Dlatego zasłużył sobie na 
policzek, a gdyby Merle mogła go ukarać, dostałby sporą porcję batów.

Całkiem podobnie widział to Arcimboldo.
— Dario — zaczął mistrz — poniesiesz karę za skandaliczne zachowanie. Sam 

będziesz musiał posprzątać warsztat. Jutro rano nie chcę tam widzieć ani jednego 
kleksa. Zrozumiano?

— A co z nią? — zaskowyczał wściekły Dario, wskazując na Merle.
65

— Pytam cię, czy mnie zrozumiałeś?! — powtórzył mistrz raz jeszcze, groźnie 
unosząc krzaczaste brwi, które przypominały burzowe chmury.

Chłopak spuścił głowę, w dalszym ciągu wpatrując się w Merle z nienawiścią.
— Tak, mistrzu.

— Ponieważ Dario będzie potrzebował dużo wody, ty, Merle, będziesz ją nosić w 
wiadrach na górę. To kara dla ciebie.

— Ależ mistrzu... — zaczął Dario. Arcimboldo przerwał mu w pół zdania. — Swoim
zachowaniem okryłeś wszystkich nas hańbą. Wiem, że jesteś wybuchowym 

młodzieńcem. Ale jednocześnie jesteś moim najlepszym uczniem, dlatego na tym 
poprzestanę. Jeśli chodzi o Merle, to jest ona tu dopiero dwa tygodnie. Musi się 

jeszcze nauczyć, że nie ma tu miejsca dla rozstrzygania waśni i sporów za pomocą 
pięści. Inaczej niż w sierocińcu. Czy wyraziłem się dostatecznie jasno? Kiwnęli 

głowami: — Tak, mistrzu.
— Są jeszcze jakieś pytania?

— Nie, mistrzu.

background image

— To dobrze. — Dał znak, że mogą już wyjść.

Obydwoje jeszcze przed drzwiami biblioteki zdążyli obrzucić się nawzajem ponurym 
spojrzeniem, po czym każde poszło w swoją stronę. Podczas gdy Dario zabierał się 

za usuwanie plam z podłogi, Merle zeszła na podwórko. Tuż przy tylnym wyjściu 
stał

66
cały rząd drewnianych wiader. Wzięła pierwsze z brzegu i pomaszerowała do 

studni.
Jej obmurowanie zdobiły przedziwne postacie z kamienia, wymyślne stwory z kocimi 

oczami, głowami meduz i ogonami gadów. Niczym w procesji kroczyły jeden za 
drugim. Na czele maszerowała postać będąca w połowie człowiekiem, w połowie 

rekinem. W dłoniach trzymała ludzką głowę.
Pokrywa studni była ciężka. Merle z trudem odsunęła ją na bok. Jej oczom ukazała 

się czarna otchłań. Dopiero głęboko, bardzo głęboko dostrzegła malutki jasny 
punkcik, w którym odbijało się światło słoneczne.

Odwróciła się i spojrzała w górę. Widok, który ujrzała, nie różnił się zbytnio 
od tego z wnętrza studni. Wokół podwórka wznosiły się mury starych domów. 

Możliwe, że woda nie była aż tak głęboko, jak najpierw sądziła. To światło 
strzelistego podwórka odbija się w wodzie studni, powiększając optycznie jej 

głębokość. Więc nie trzeba aż tyle zachodu, by zejść do poziomu wody, tym 
bardziej, że zauważyła metalowe klamry prowadzące w głąb studni. Cóż takiego 

mogło skłaniać Unke do ciągłego schodzenia do środka?
Merle przymocowała drewniane wiadro do długiego sznura leżącego obok studni i 

zaczęła spuszczać je w dół. Wiadro uderzało o kamienną ścianę, wydając przy tym 
charakterystyczny dźwięk, odbijający się naj-

67
pierw o dno studni i jako echo powracający w górę. Oprócz Merle na podwórku nie 

było nikogo. Odgłos odbijał się od fasad stojących wokół kamienic, przypominając 
bardziej cichy szept wydobywający się z okien. Głosy tych wszystkich, którzy już 

nie żyli. Szept duchów.
Merle nie mogła rozpoznać, kiedy wiadro uderzyło o wodę. We wnętrzu studni było 

zbyt ciemno. Ale widziała, że odbijające się w wodzie światło słoneczne porusza 
się. Widocznie wiadro zanurzyło się w wodzie, marszcząc jej powierzchnię. Dziwne 

było jednak to, że nie poczuła szarpnięcia sznura oraz że nadal słychać było 
wiadro uderzające o ściany studni. Skoro to nie wiadro wprawiło wodę w ruch, to 

w takim razie co?
Ledwo zdążyła zadać sobie to pytanie, kiedy w głębi studni coś się pojawiło. 

Czyjaś głowa. Odległość była zbyt duża, by Merle mogła rozróżnić wszystkie 
szczegóły, ale mimo to była pewna, że wpatrywały się w nią wielkie oczy.

Przestraszona zrobiła raptownie krok do tyłu, wypuszczając z ręki sznur, który 
wijąc się wokół obmurowania, zaczął wpadać do wnętrza studni. Prawdopodobnie 

wraz z wiadrem całkiem wpadłby do środka, gdyby nieoczekiwanie ktoś go nie 
złapał.

Unke.
Merle nie zauważyła, kiedy gospodyni pojawiła się na podwórku. Unke chwyciła 

sznur w ostatnim momencie, ciągnąc teraz wiadro do góry.
68

— Dziękuję — wymamrotała Merle. Nie popisałam się zręcznością.
— Co widziałaś? — spytała Unke, nie zdejmując maski.

— Nic.
— Nie okłamuj mnie.

Merle zawahała się. Unke cały czas ciągnęła wiadro do góry. Dziewczynce 
instynktownie przebiegła po głowie myśl, by dać drapaka. Tak zrobiłaby jeszcze 

przed kilkoma tygodniami, w sierocińcu. Tu jednak nie chciała zachowywać się w 
ten sposób. Ostatecznie nie zrobiła nic złego.

— Widziałam coś na dole.
— Co?

— Czyjąś twarz.
Gospodyni wyciągnęła wiadro pełne wody i postawiła je na krawędzi obmurowania. 

Woda chlusnęła, oblewając kamienny relief.
— Czyjąś twarz, mówisz. Jesteś pewna? — westchnęła i sama udzieliła sobie 

odpowiedzi: — No tak, oczywiście, że jesteś pewna.
— Bo naprawdę ją widziałam. — Merle nie wiedziała, jak się zachować. Czasem bała 

się Unke, a czasem nie odczuwała przed nią żadnego lęku. Raczej czuła się 

background image

nieswojo w jej towarzystwie, co wynikało ze sposobu, w jaki gospodyni patrzyła 

na nią, mając na twarzy maskę. Jakby na podstawie najmniejszego ruchu i gestu 
chciała czytać w jej myślach.

69
— Już coś takiego widziałaś, nieprawdaż? — Unke oparła się o obmurowanie studni. 

— Na przykład ostatnio w nocy.
Nie było sensu kłamać.

— Słyszałam odgłos podnoszonej pokrywy. I widziałam, jak pani schodziła w dół.
— Mówiłaś o tym komuś?

— Nie — skłamała, by nie wciągać Junipy w sprawę.
Unke przygładziła ręką włosy i westchnęła głęboko.

— Merle, muszę ci wyjaśnić parę rzeczy. Jesteś inna niż pozostali uczniowie — 
zaczęła. Jej oczy rozbłysły. — Inna niż Dario. Potrafisz szanować prawdę.

Merle podeszła do Unke na taką odległość, że z łatwością mogła dotknąć jej maski 
z namalowanymi czerwonymi ustami.

— Czy chce mi pani zdradzić jakąś tajemnicę?
— A jesteś na to gotowa?

— Ale pani mnie zupełnie nie zna.
— Znam cię lepiej, niż ci się wydaje.

Merle nie zrozumiała, co Unke ma na myśli, ale rozbudziła w niej ciekawość. 
Możliwe, że właśnie o to chodziło gospodyni. Im więcej okaże zainteresowania, 

tym więcej się dowie, dzięki czemu Unke będzie jej mogła zaufać.
— Chodź ze mną — rozkazała gospodyni, przechodząc od studni do tylnych drzwi 

opuszczonego domu.
70

Wejście było otwarte. Przeszły przez próg i stanęły w wąskiej sieni, która 
kiedyś służyła za przejście dla służących.

Przeszły przez opuszczoną kuchnię oraz spiżarnię, aż dotarły do niewysokich 
schodów, prowadzących w dół, co było dość dziwne w mieście, gdzie domy stały na 

palach i rzadko miały piwnice.
Dopiero chwilę potem Merle zorientowała się, że Unke zaprowadziła ją do 

podziemnej przystani. Oprócz kanału, który z obydwu stron wpadał do tunelu, 
znajdowała się tu rampa, skąd kiedyś załadowywano towar na łodzie. W powietrzu 

unosił się zapach słonej wody i wilgoci.
— Dlaczego nie wchodzi pani od tej strony do wody? — spytała Merle.

— Co masz na myśli?
— Przecież schodzi pani po klamrach do studni, by w końcu gdzieś dojść. Pewnie, 

że w szybie studni może być jakieś tajemne przejście, ale mówiąc szczerze, nie 
bardzo w to wierzę. To raczej woda wywiera na panią magiczne działanie. Pani 

jest syreną, nieprawdaż? — dodała po chwili.
Unke nie dała po sobie poznać, że jest zaskoczona. Natomiast Merle dobrze 

zdawała sobie sprawę z bezsensowności swojego przypuszczenia. W przeciwieństwie 
do wszystkich znanych syren, u których z bioder wyrastał rybi ogon, ona miała 

przecież ludzkie nogi.
71

W tym momencie Unke bardzo ostrożnie zdjęła maskę zakrywającą dolną część jej 
twarzy.

— Ty się mnie nie boisz, prawda? — spytała, otwierając szeroki pysk, sięgający 
od ucha do ucha. Nie miała ust, ale kiedy mówiła, fałdy jej skóry podciągały 

się, odsłaniając szczękę składającą się wielu małych i ostrych zębów.
— Nie — odpowiedziała zgodnie z prawdą Merle.

— To dobrze.
— Czy zdradzi mi pani tajemnicę? -Jaką?

— Dlaczego nie idzie pani właśnie tą drogą, kiedy nocą spotyka się z innymi 
syrenami? Dlaczego podejmuje pani ryzyko, wybierając drogę przez studnię?

Unke zmrużyła oczy, co oznaczało niewypowiedzianą pogardę.
— Ponieważ woda w kanale jest zatruta, jak we wszystkich kanałach w mieście. 

Jest śmiertelnie trująca. Dlatego tak niewiele syren decyduje się dobrowolnie 
przybyć do Wenecji. Woda w kanałach zabija nas. Powoli, zdradziecko, ale 

konsekwentnie.
— Ale syreny zaprzężone do łodzi...

— Umrą. Każda z nas, złapana i uwięziona lub zagoniona przez was, ludzi, do 
wyścigów, z całą pewnością umrze. Trucizna w wodzie zeżre najpierw skórę, a 

potem rozum. Nawet Królowa Laguny nie potrafi nas przed tym uchronić.

background image

72

Merle zamilkła z wrażenia. Wszyscy ludzie, którzy dla rozrywki trzymali u siebie 
syreny, tak jak inne zwierzęta, byli zwykłymi mordercami.

Zawstydzona patrzyła Unke w oczy. Z trudem wydobywała słowa.
— Nigdy nie złapałam syreny.

Unke uśmiechnęła się, ukazując ostre jak szpilki zęby. — Wiem. Czuję to. 
Zawdzięczasz to Królowej Laguny.

-Ja?
— Czy nie wyciągnięto cię z wody tuż po urodzeniu?

— Pani podsłuchiwała moją rozmowę z Junipą, kiedy tu przyjechałyśmy, pierwszego 
dnia, tam na górze... — Na każdą inną osobę Merle byłaby wściekła. Ale w 

przypadku Unke było inaczej.
— Tak, podsłuchiwałam — przyznała syrena. — Skoro jednak poznałam twoją 

tajemnicę, zdradzę ci moją. Tak będzie sprawiedliwie. Ale tak jak z nikim o niej 
nie rozmawiam, tak i ty musisz zachować w tej sprawie milczenie.

Merle skinęła głową. — Co pani miała na myśli, mówiąc, że zostałam uratowana 
przez Królową Laguny?

— Wyrzucono cię do kanału. To, niestety, przytrafia się wielu noworodkom. Tylko 
nieliczne z nich przeżywają. Większość topi się. Ale ciebie znaleziono. Niósł 

cię prąd. To może oznaczać tylko jedno: za tobą wstawiła się Królowa Laguny.
73

Słowa Unke brzmiały tak przekonująco, że Merle miała wrażenie, jakby była ona 
naocznym świadkiem tamtego wydarzenia. Nic dziwnego, skoro syreny czciły Królową 

Laguny jak swoją boginię. Merle snuła dalej swoje rozważania, aż dostała gęsiej 
skórki: a jeśli Królowa nie otacza opieką ludzi żyjących w lagunie? Ostatecznie 

przecież syreny były istotami żyjącymi w wodzie, a gdyby dać wiarę niektórym 
teoriom, to Królowa była samą wodą, ucieleśniającą jej potęgę.

— Kim jest Królowa Laguny? — Merle nie miała większej nadziei, że Unke zna 
odpowiedź na to pytanie.

— Jeśli kiedykolwiek ją znano, dziś jest zapomniana — odpowiedziała cicho 
syrena. — Tak jak ty i ja, tak i Królowa będzie kiedyś zapomniana.

— Ale Królowa Laguny jest przez wszystkich czczona. I każdy Wenecjanin ją kocha. 
To ona nas uratowała. Nikt nie może tego zapomnieć.

Unke nie odpowiedziała, wzruszyła jedynie ramionami. Wskazała jej niewielką 
gondolę przymocowaną do brzegu linami. Wyglądała jakby dryfowała w powietrzu, 

tak gładka i ciemna była toń wody.
— Mam do niej wejść? — spytała Merle. Unke skinęła głową.

— A potem?
— Chcę ci coś pokazać.

— Długo to potrwa?
— Najwyżej godzinę.

74
— Arcimboldo ukarze mnie za to. Kazał mi przecież nosić wodę na górę...

— Załatwione. — Unke uśmiechnęła się. — Zdradził mi, co zamierza z wami zrobić. 
Dlatego postawiłam w warsztacie dziesięć wiader wody.

Merle nie dawała za wygraną. — A Dario?
— Nie puści pary z ust. W przeciwnym razie Arcimboldo dowie się, kto zakrada się 

do jego szafki z winem.
— To pani o tym wie?

— Nic w tym domu nie dzieje się bez mojej wiedzy.
Dziewczynka o nic więcej już nie pytała. Syrena puściła linę, stanęła w tyle 

łodzi i wzięła kurs na jedno z wejść do tunelów. Panowała tam absolutna 
ciemność.

— Nie martw się — powiedziała po chwili. Przed tobą leży pochodnia i zapałka.
Merle zapaliła pochodnię. Żółty migoczący płomień rozświetlił ciężkie 

sklepienie.
— Mogę pani zadać jeszcze jedno pytanie?

— Chcesz wiedzieć, dlaczego mam nogi zamiast kalimarul
— Kali... co?

— Kalimaru. Tak my, syreny, nazywamy łuskowa-ty ogon.
— Opowie mi pani o tym?

Unke prowadziła łódź w głąb kanału. Pokryte pleśnią duże płaty sklepienia 
częściowo oderwały się od

75

background image

niego i wisiały w powietrzu niczym postrzępione zasłony. W powietrzu unosił się 

zapach morskiej trawy i zgnilizny.
— To raczej smutna historia — stwierdziła Unke. — Dlatego opowiem ją w skrócie.

— Lubię smutne historie.
— Być może staniesz się bohaterką jednej z nich — syrena odwróciła się do Merle 

i spojrzała jej w twarz.
— Dlaczego pani tak twierdzi?

— Zostałaś wybrana przez Królową Laguny — odparła Unke, jakby to wystarczyło za 
całą odpowiedź. Wyprostowała się i znów spojrzała przed siebie. Nagle 

spoważniała i zaczęła swą opowieść: — Kiedyś podczas sztormu morze wyrzuciło na 
brzeg wyspy syrenę. Była tak wycieńczona, że leżała w sitowiu bez ruchu. Chmury 

rozstąpiły się, z nieba zaczął lać się żar. Ciało syreny stawało się coraz 
bardziej wysuszone i słabe. Powoli umierała. Wtedy pojawił się młody mężczyzna, 

którego ojciec, handlarz z Wenecji, obarczył niewdzięcznym zadaniem handlowania 
z innymi rybakami z wyspy Eiland. Wprawdzie młodzieniec spędzał z biedakami całe 

dnie, oni zaś dzielili się z nim wodą i rybami, to jednak nie mogli nic u niego 
kupić, ponieważ żyli w wielkiej biedzie i nie mieli ani pieniędzy, ani innych 

towarów na wymianę. Po pewnym czasie młodzieniec postanowił wrócić do domu. Ale 
trudno mu było stanąć przed ojcem z pustymi ręka-

76
mi. Bał się, że zostanie ukarany, ponieważ już kilkakrotnie wracał do Wenecji 

bez należytego utargu. Lękał się też, że surowy ojciec, niemający zrozumienia 
dla biednych ludzi z wyspy, skupiony jedynie na osiąganiu zysków i pomnażaniu 

pieniędzy, pozbawi go dziedzictwa.
Młody człowiek chodził brzegiem portu tam i z powrotem, by jak najdłużej odwlec 

nieuchronny moment powrotu. Kiedy pogrążony w myślach zapuścił się w sitowie, 
natknął się na leżącą tam syrenę. Pochylił się nad nią, spojrzał jej w oczy i 

zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia. Nie zwracał uwagi na łuskowaty 
ogon, wystający jej z bioder, nie dostrzegał ostrych zębów, budzących w ludziach 

lęk. Patrzył jej prosto w oczy, a ona wpatrywała się w niego bezradnie. 
Natychmiast podjął decyzję, że weźmie z nią ślub. Szybko zaniósł ją do wody, 

gdzie zaczynała nabierać sił. On zaś wyznał jej miłość. Im dłużej syrena mu się 
przysłuchiwała, tym bardziej jej się podobał. Sympatia przemieniła się w uczucie 

przywiązania. Obydwoje przysięgli sobie, że spotkają się już następnego dnia. I 
rzeczywiście na drugi dzień doszło do spotkania, potem do kolejnego.

Po kilku tygodniach mężczyzna odważył się zapytać syrenę, czy nie zechciałaby 
pojechać z nim do miasta. Odmówiła, gdyż dobrze znała życie, jakie wiodły tam 

syreny. Niezrażony młodzieniec poprosił ją o rękę, proponując, by żyła u jego 
boku jak człowiek.

7T7
„Spójrz na mnie — odpowiedziała. — Przecież ja nigdy nie stanę się człowiekiem".

Następnej nocy przypomniała sobie legendę o pewnej morskiej czarownicy żyjącej w 
jednej z odległych jaskiń Morza Adriatyckiego. Wypłynęła na pełne morze i 

ruszyła do niej w drogę, dużo dłuższą od tej, którą zwykle pokonują syreny. 
Zastała czarownicę siedzącą na jednej ze skał, skąd wypatrywała ciał morskich 

rozbitków. Bo musisz wiedzieć, że morskie czarownice przepadają za ludzkim 
mięsem, szczególnie starym i na-pęczniałym od wody. Ponieważ syrena przepływała 

po drodze obok zatopionego kutra rybackiego, zabrała stamtąd smakowity kąsek dla 
starej czarownicy. A ta nie poskąpiła jej swojej łaskawości. Wysłuchała 

opowieści syreny, zajadając się przy tym smakowitą delicją, po czym postanowiła 
jej pomóc. Rozmówiła się ze znajomym magikiem, a następnie nakazała syrenie 

powrócić do laguny, położyć się na brzegu i odczekać do następnego ranka. W ten 
sposób miała pozbyć się ogona i zamiast niego mieć nogi. „Tylko twojego pyska 

nie potrafię ci zmienić w ludzką twarz bez groźby utraty mowy", dodała po 
chwili.

Syrena zbytnio się tym nie przejęła. Ostatecznie przecież syn kupca zakochał się 
w niej, nie zważając na jej rybi pysk. Bezwzględnie zastosowała się do rad 

morskiej czarownicy.
Na drugi dzień rano znaleziono ją na jednej z weneckich przystani. W istocie, 

tam gdzie kiedyś wyra-
-8

stał rybi ogon, były teraz ludzkie nogi. Ale mężczyźni, którzy znaleźli ją 
pierwsi, robili sobie na czole znak krzyża, mówili, że to dzieło szatana i 

okładali syrenę batami, gdyż właśnie po twarzy rozpoznali, z kim mają do 

background image

czynienia. Wszyscy byli przekonani, że oto syreny znalazły sposób na 

przeobrażenie się w ludzi, dzięki czemu opanują miasto, wymordują jego 
mieszkańców i zawładną ich bogactwami.

Co za bzdura! Jakby jednej syrenie zależało na przejęciu bogactwa Wenecjan.
Przez cały czas, gdy mężczyźni bili syrenę, ta wciąż powtarzała imię ukochanego. 

W końcu posłano po niego. Mężczyzna przybiegł wraz z ojcem, wietrzącym spisek 
zagrażający jemu i jego rodzinie. Syrena i młodzieniec stanęli naprzeciwko 

siebie. Obydwoje długo patrzyli sobie w oczy. Mężczyzna zapłakał, a i syrenie 
zaczęły spływać po policzkach łzy zmieszane z krwią. Nagle mężczyzna odwrócił 

się i powiedział: „Nie znam jej i nie mam z tym dziwolągiem nic wspólnego". 
Okazał się zwykłym tchórzem, obawiającym się gniewu ojca.

Syrena zamilkła. Nic więcej już nie powiedziała. Nawet wtedy, gdy bito ją 
jeszcze mocniej. Ba, nie rzekła ani słowa, gdy jej ukochany do spółki z ojcem 

kopali ją po głowie i żebrach. Później jak zdechłą rybę wrzucono ją do wody, 
sądząc, że jest martwa.

Unke zamilkła. Na chwilę zatrzymała wiosło w ręku, nie zanurzając go w wodzie. 
Pochodnia oświetlała jej

79
twarz, po której spływały łzy. Nie opowiadała przecież historii obcej syreny. To 

wszystko spotkało właśnie ją.
— Znalazło ją jakieś dziecko, uczeń z warsztatu luster, którego mistrz przyjął 

niedawno do siebie z jednego z weneckich domów dziecka. Chłopiec zaopiekował się 
nią, ukrył, przynosił jedzenie, picie i dodawał otuchy, kiedy traciła chęć do 

życia. Na imię miał Ar-cimboldo. Syrena przysięgła sobie, że z wdzięczności 
pozostanie mu wierna przez całe życie. Ponieważ syreny żyją dłużej niż ludzie, 

ówczesny młodzieniec jest dziś starym człowiekiem, podczas gdy ona zachowała 
młodość. Zachowa ją nawet wtedy, kiedy jej wybawca umrze. Tracąc go, znów będzie 

samotna, zawieszona między dwoma światami, do których w pełni nie należy, 
światem ludzi i światem syren.

Merle spojrzała na Unke. Łzy, które ciekły jej po policzkach, już wyschły. 
Dziewczynce przez chwilę wydało się, że historia, którą właśnie usłyszała, nie 

dotyczy Unke, tylko obcej osoby. Merle bardzo chciała objąć swoją towarzyszkę. 
Ale wiedziała, że ona tego nie oczekuje.

— Ot, krótka historia — szepnęła syrena. — Prawdziwa i nieprawdziwa, jak 
wszystkie inne, których lepiej byłoby nigdy nie usłyszeć.

— Ale ja się cieszę, że mi ją pani opowiedziała.
Unke skinęła głową, po czym spojrzała przed siebie i powiedziała do Merle: — 

Spójrz, jesteśmy prawie u celu.
80

Światło pochodni zbladło, chociaż paliła się takim samym płomieniem. Trochę 
czasu minęło, zanim Merle zorientowała się, że łódź wypłynęła z tunelu, 

docierając do jakiejś podziemnej jaskini.
Przed nią rozpościerało się ciemne zbocze. Wyrastało prosto z wody i było czymś 

przykryte, czymś, czego Merle z tej odległości nie mogła rozpoznać. „Może 
rośliny?", pomyślała. Białawy wijący się krzak. Ale jaka roślina mogłaby się tak 

świetnie rozwijać w tych warunkach?
Przez krótki moment, kiedy gondola pokonywała w poprzek podziemne jezioro, 

zdawało się jej, że dostrzega jakieś ruchy dochodzące gdzieś z głębi wody. „To 
na pewno ryby, duże ryby", wmawiała sobie.

— Skoro wokół Wenecji nie rozciąga się żadne pasmo górskie, to jak może się tu 
znajdować jakaś jaskinia? — wypowiadała na głos swoje myśli. Na tyle znała prawa 

fizyki, że wykluczyła możliwość dryfowania po wodzie, pod powierzchnią morza. 
Obojętnie, co to jest za hala, musi ona leżeć w obrębie miasta, między 

wspaniałymi pałacami i eleganckimi fasadami kamienic. A jezioro musi być 
sztucznym zbiornikiem.

— Kto to wszystko wybudował? — spytała.
— Przyjaciel syren — odparła Unke tonem, który zdradzał, że nic więcej nie chce 

ujawnić.
Takie miejsce, i to w dodatku w środku miasta! Ale jak udało się je zamaskować? 

Czy znajduje się pod
81

fasadą jakiegoś zapomnianego pałacu, należącego niegdyś do starej, szlacheckiej 
rodziny? A może kryje w sobie potężną halę składową? W pomieszczeniu nie było 

okien, a gołym okiem nie można było dostrzec ani sufitu, ani ścian, które 

background image

pozwalałyby wysnuć jakieś przypuszczenia. Tylko to dziwne wzniesienie stawało 

się coraz wyraźniejsze.
Merle znalazła potwierdzenie swoich wątpliwości. Zbocza nie pokrywały żadne 

rośliny. Rozgałęziony twór to było coś zupełnie innego.
Kiedy go rozpoznała, zaparło jej dech w piersi.

Przed nią wznosiła się góra kości. Szczątki setek syren wciśnięte w siebie, 
zachodzące jedne na drugie, przylegające do siebie. Serce łomotało jej z 

przerażenia, kiedy rozróżniała ludzkie szkielety kręgosłupów i rybie szkielety 
ogonów. Widok ten łączył w sobie absurdalność i przerażenie.

— Czy one wszystkie przybyły tu, by umrzeć?
— Tak, dobrowolnie — odrzekła Unke, kierując gondolę w lewo, tak by strona, po 

której znajdował się ster, była zwrócona na górę kości.
W świetle pochodni wydawało się, że złączone ze sobą kości poruszają się. Wąskie 

cienie drgały... Przypominały nogi owadów, które same, bez tułowia 
przemieszczały się o własnych siłach.

— Cmentarz syren — szepnęła Merle. Każdy zna tę starą legendę. Do tej pory 
sądzono, że znajduje się on gdzieś na peryferiach laguny albo na otwartym mo-

82
rzu. Bezskutecznie szukali go poszukiwacze skarbów i inni śmiałkowie. A to 

dlatego, że kości syren uchodziły za cenniejsze od kości słoniowej. Były od niej 
o wiele twardsze i dzięki temu służyły mężczyznom jako narzędzie walki. Teraz 

jednak trudno było uwierzyć w to, że cmentarz znajduje się w centrum miasta, w 
zasięgu wzroku jego mieszkańców. A jeszcze przy jego budowie pomagać miał jakiś 

człowiek. Cóż go do tego skłoniło? I kim był?
— Chciałam, byś zobaczyła to miejsce — Unke skłoniła się lekko i Merle dopiero 

po chwili pojęła, że ten gest był adresowany do niej. — Tajemnica za tajemnicę. 
Milczenie aż po grób. I przysięga Wybranki.

— Mam złożyć przysięgę? Unke skinęła głową.
Merle nie bardzo wiedziała, co należy robić, ale podniosła prawą rękę do góry i 

powiedziała uroczyście: — Przysięgam na moje życie, że nikomu nie zdradzę 
tajemnicy cmentarza syren.

— Przysięga Wybranki — dorzuciła Unke.
— Składam tę przysięgę jako ta, która została wybrana przez Królową Laguny.

Unke skinęła głową zadowolona, a dziewczynka odetchnęła z ulgą.
Dno gondoli zahaczyło o coś, co leżało pod powierzchnią wody.

— To kości, tysiące kości — wyjaśniła syrena. Teraz zawróciła gondolę, wiosłując 
w kierunku tunelu.

83
— Unke?

— Tak?
— Czy ty naprawdę wierzysz, że jestem kimś wyjątkowym?

Syrena uśmiechnęła się tajemniczo: — Tak, jesteś kimś zupełnie wyjątkowym.
Później, już leżąc w łóżku, Merle włożyła rękę pod kołdrę, do wodnego lustra, 

rozkoszując się upajającym ciepłem wody i szukając dłoni po drugiej stronie. Po 
chwili coś dotknęło jej palców delikatnie i czule. Dziewczynka westchnęła cicho 

i zapadła w niespokojny sen.
Na niebie pojawiły się gwiazdy. Ich światło załamywało się w lustrzanych oczach 

Junipy, które przeszywały ciemny pokój zimne i szkliste.
Zdrada

— Zaglądałaś kiedyś do środka? — spytała Junipa na drugi dzień rano, po tym, jak 
na korytarzu rozległ się gong, w który Unke codziennie uderzała na pobudkę.

Merle, jeszcze zaspana, przecierała rękami oczy: — Ale gdzie?
— Do wodnego lustra.

— No jasne. Często.
Junipa spuściła nogi z łóżka, przypatrując się uważnie Merle. Odłamki szkła w 

jej oczach mieniły się złotawo od wschodzącego słońca.
— No, ale mam na myśli nie tylko wpatrywanie się.

— Pytasz, czy zaglądałam pod powierzchnię wody? Junipa skinęła głową.
— Dwa albo trzy razy. Włożyłam twarz do środka tak głęboko, jak tylko było 

możliwe. Ramy lusterka są dość wąskie. Ale udało się. Oczy miałam całkowicie pod 
wodą.

— No i...?
— I nic. Sama ciemność.

— Nic nie widziałaś?

background image

85

— Przecież mówię.
Junipa w zamyśleniu gładziła włosy. —Jeśli chcesz, mogę spróbować — powiedziała.

Merle, której właśnie zebrało się na ziewanie, natychmiast zamknęła usta. — Ty? 
— spytała z niedowierzaniem.

— Moje lustrzane oczy potrafią widzieć w ciemności.
Merle ściągnęła brwi.

— Nic mi o tym nie mówiłaś. — Szybko starała się sobie przypomnieć, czy nie 
zrobiła w nocy czegoś, czego musiałaby się wstydzić.

— Wszystko zaczęło się przed trzema dniami. Ale z nocy na noc jest coraz lepiej. 
Widzę jak w ciągu dnia. Czasami nie mogę spać, bo światło wdziera się przez 

powieki. Wszystko staje się wtedy czerwone, tak jakbym patrzyła z zamkniętymi 
oczami na słońce.

— Musisz porozmawiać o tym z Arcimboldem. Junipa skrzywiła się: — A jeśli 
wyciągnie mi lustra

z oczu?
— Nie uczyni tego. — Zatroskana Merle próbowała wyobrazić sobie, jak można żyć, 

nie mogąc wyzwolić się od światła słonecznego. A jeśli się pogorszy, to czy jej 
przyjaciółka w ogóle będzie mogła spać?

— Więc jak? — Junipa zmieniła temat. — Jak sądzisz, czy mam spróbować?
Merle wyjęła lusterko spod kołdry i wzruszyła ramionami. — Dlaczego nie?

86
Junipa usiadła na łóżku przyjaciółki. Obydwie miały jeszcze na sobie koszule 

nocne i rozczochrane włosy.
— Daj mi najpierw jeszcze raz spróbować — powiedziała Merle.

Junipa przyglądała się, jak dziewczynka przysuwa sobie lusterko do oczu. Potem 
ostrożnie wsadziła do niego nos, a następnie całą twarz, aż jej kości policzkowe 

zatrzymały się na ramie, nie pozwalając wsunąć się głębiej.
Pod wodą Merle otworzyła oczy. Ale ponieważ wiedziała, co ją czeka, nie była 

rozczarowana. Panowała tu absolutna ciemność.
Wyjęła twarz z lustra. Nawet kropla wody nie wylała się przy tym na zewnątrz. 

Także twarz Merle była całkiem sucha.
— No i? — spytała podekscytowana Junipa.

— Nic, zupełnie nic. Merle podała jej lusterko. — Tak jak dotychczas.
Dziewczynka uchwyciła jego rączkę w swoją małą dłoń. Wpatrzona w powierzchnię 

zwierciadła, przyglądała się z uwagą swoim nowym oczom. — Myślisz, że są ładne? 
— spytała niespodziewanie.

Merle zawahała się. — Są niezwykłe — odpowiedziała.
— To nie jest odpowiedź na moje pytanie.

— Nie gniewaj się... — Merle wolałaby zaoszczędzić przyjaciółce prawdy. — 
Czasami na ich widok

87
dostaję gęsiej skórki. Ale nie dlatego, że są brzydkie, tylko..., no, one są...

— Takie zimne — dodała Junipa cicho. — Czasami mnie samej jest zimno, nawet 
kiedy świeci słońce.

Jasność w nocy, zimno w słońcu.
— Naprawdę chcesz zajrzeć do środka? — spytała Merle.

— Właściwie nie. Ale jeśli chcesz, mogę spróbować. Chyba, że nie chcesz 
wiedzieć, co jest w środku, skąd dochodzi ręka.

Merle skinęła głową bez słowa.
Junipa podsunęła sobie lustro do twarzy, zanurzając ją w nim. Miała mniejszą 

głowę niż Merle. W ogóle była drobniejsza, bardziej krucha i delikatna.
Jej głowa zniknęła pod powierzchnią lustra. Merle siedziała obok, wpatrując się 

w smukłą postać przyjaciółki w zbyt obszernej koszuli nocnej, w jej przebijające 
spod niej plecy, w wystające spod dekoltu obojczyki, tak wyraźne, jakby leżały 

nie pod skórą, a na niej.
Widok był niesamowity, niemal nie do wiary, ponieważ po raz pierwszy widziała 

kogoś, kto dotykał jej lusterka. Z szaleństwami można żyć za pan brat, jeśli się 
je czyni samemu. Gdy popełnia je jednak ktoś inny, wtedy kręci się nosem albo 

obraca na pięcie i szybko ulatnia.
Ale Merle cały czas siedziała na łóżku, zadając sobie pytanie, cóż takiego 

Junipa widzi w tej chwili.
88

W końcu nie wytrzymała i spytała:

background image

— Junipa, słyszysz mnie?

Oczywiście, że ją słyszała. Uszy dziewczynki wystawały ponad powierzchnię wody. 
Mimo to nie odpowiedziała.

— Junipa?
Merle zaniepokoiła się, ale jeszcze wytrwała na swoim miejscu. Powoli ogarniały 

ją wizje, jak to dzikie bestie z drugiej strony rzucają się na twarz 
przyjaciółki, odgryzając kawałek po kawałku. Gdy wreszcie wyciągnie głowę, 

pozostanie po niej tylko czaszka pokryta włosami. Dokładnie jak ten hełm 
znaleziony przez profesora Burbridge'a podczas jego ekspedycji w głąb ziemi.

— Junipa! — krzyknęła, tym razem mocno zaniepokojona. Złapała ją za rękę. Była 
ciepła, puls całkiem normalny.

Junipa wróciła. W istocie był to powrót. Sprawiała wrażenie, jakby przez jakiś 
czas przebywała w odległych i nieznanych krajach, które leżały po drugiej 

stronie ziemi lub wypełniały jej wyobraźnię.
— Co tam było? — spytała zatroskana Merle. — Co widziałaś?

W tym momencie oddałaby góry złota, byle móc Junipie spojrzeć w oczy, jakie mają 
zwykli ludzie. Oczy, z których dałoby się cokolwiek wyczytać. Czasami 

nieprzyjemną prawdę, ale prawdę.
Lecz oczy przyjaciółki pozostały zimne i nieruchome.

„Czy ona potrafi jeszcze płakać?", przemknęło Merle przez głowę. I ta myśl nie 
dawała jej spokoju.

Junipa nie płakała. Jedynie kąciki jej ust poruszały się nerwowo. Merle 
pochyliła się nad nią, wzięła lusterko z ręki, położyła je na łóżku i pogładziła 

przyjaciółkę po plecach.
— Co jest w zwierciadle?

Dziewczynka milczała przez chwilę. Potem skierowała wzrok na Merle.
— Tam jest ciemno.

„To wiem", miała Merle na końcu języka, zanim przyszło jej do głowy, że 
przyjaciółka mogła mówić o innej ciemności niż ta, którą znała ona.

— Opowiedz mi — naciskała.
Junipa potrząsnęła głową. — Nie, o to nie możesz mnie prosić.

— Co takiego?!
Junipa odsunęła się od niej i wstała. — Nie pytaj, co tam widziałam — 

odpowiedziała chłodno. — Nigdy.
— Ależ proszę. Przecież to nie może być nic złego! — Merle nie dawała za 

wygraną. Zaczęła ją ogarniać przekora i zwątpienie. — Przecież czułam twoją 
dłoń!

Gdy za oknem czarna chmura przysłoniła wpadające do pokoju promienie słońca, 
lustrzane oczy Ju-nipy zasępiły się. — Zapomnij o tym, Merle. Najlepiej zapomnij 

o tym lustrze — to powiedziawszy, odwróciła się na pięcie, otworzyła drzwi i 
wyszła na korytarz.

90
Merle siedziała na łóżku w bezruchu, niezdolna objąć myślami to, co zdarzyło się 

przed chwilą. Kiedy usłyszała trzaśniecie drzwi, poczuła się bardzo, bardzo 
samotna.

Tego dnia Arcimboldo posłał dziewczynki na poszukiwanie ukrywających się w 
lustrach zjaw.

— Chcę wam dziś pokazać coś niezwykłego — oznajmił. Merle dostrzegła kątem oka, 
że Dario, Ti-ziano i Boro spojrzeli na siebie porozumiewawczo, z szyderczym 

uśmiechem.
Mistrz wskazał drzwi, które prowadziły do magazynu za warsztatem.

— Jeszcze tam nie byłyście — powiedział. — I to nie bez powodu.
Merle przypuszczała, że przechowuje w magazynie magiczne lustra.

— Kontakt z lustrami, które powstają w moim warsztacie, jest trochę 
niebezpieczny. — Arcimboldo oparł się rękami o ławkę. — Od czasu do czasu trzeba 

je z pewnych — mistrz zawahał się na chwilę — elementów oczyścić.
Trzej uczniowie znowu się uśmiechnęli. Merle ogarnęła wściekłość. Nie znosiła, 

kiedy Dario wiedział więcej niż ona.
— Dario z chłopcami zostaje tu, w warsztacie. Ju-nipa i Merle, wy idziecie ze 

mną — powiedział Arcimboldo.
91

Odwrócił się i podszedł do drzwi magazynu. Dziewczynki szybko wymieniły 
spojrzenia i podążyły za mistrzem.

— Dużo szczęścia! — krzyknął za nimi Boro. W jego głosie nie brzmiała nuta 

background image

fałszu.

— Dużo szczęścia! — podchwycił Dario, mamrocząc jeszcze coś pod nosem, czego 
Merle nie zrozumiała.

Arcimboldo wpuścił dziewczynki do pomieszczenia i zamknął za nimi drzwi.
— Witajcie! — powiedział. — Witajcie w sercu mojego warsztatu!

Widok, który ujrzały, usprawiedliwiał jego uroczysty ton.
Trudno było określić wielkość pomieszczenia, ponieważ jego ściany aż do sufitu 

były wyłożone lustrami. Pośrodku stały rzędy luster opierające się o siebie jak 
kostki domina na krótko przed zawaleniem się. Przez szklany dach wpadało do 

środka światło słoneczne — warsztat znajdował się w przybudówce, która nie była 
tak wysoka jak reszta budynku.

Lustra były zabezpieczone łańcuchami przymocowanymi do ściany. Nie miały prawa 
upaść, chyba że Wenecję nawiedziłoby trzęsienie ziemi albo pod miastem 

rozstąpiłaby się ziemia, jak to się zdarzyło kiedyś na początku wojny w 
Marrakeszu, mieście leżącym w Afryce Północnej. Ale od tego czasu minęło prawie 

trzydzieści lat. Dziś już nikt nie wspominał
92

tego wydarzenia. Miasta nie było na mapach, nie wspominali też o nim ludzie.
— Ile luster się tu znajduje? — spytała Junipa. Właściwie nie można było nawet w 

przybliżeniu
określić ich liczby, nie mówiąc już o dokładnym policzeniu. Jedne odbijały się w 

drugich, optycznie zwielokrotniając swoją ilość. Merle zastanowiła się, czy 
lustro, które odbijało się w innym lustrze, istniało w rzeczywistości, tak jak 

jego oryginał. W końcu spełniało taką samą funkcję jak jego pierwowzór — 
odbijała się w nim rzeczywistość.

Wtedy po raz pierwszy zadała sobie pytanie, czy przypadkiem wszystkie lustra nie 
są magicznymi lustrami.

„Lustra mogą widzieć", powiedział kiedyś Arcim-boldo. Teraz uwierzyła jego 
słowom.

— Poznacie dziś szczególny rodzaj natrętów. Moje ulubione: zjawy lustrzane — 
wyjaśnił.

— Co to są... zjawy lustrzane? — spytała Junipa nieśmiało, jakby obrazy tego, co 
zobaczyła w lustrze Merle, dalej migotały jej przed oczami, przepełniając 

lękiem.
Arcimboldo podszedł do pierwszego lustra, stojącego w środkowym rzędzie. Sięgało 

mu ono aż do brody. Jego ramy były wykonane ze zwykłego drewna, podobnie zresztą 
jak ramy innych luster w warsztacie. Ramy nie służyły jako ozdoba, lecz podczas 

transportu chroniły palce przed skaleczeniem.
93

— Przypatrzcie się mu uważnie — polecił mistrz. Dziewczynki podeszły do lustra.
Junipa dostrzegła coś pierwsza: — Coś tam jest — powiedziała.

Bezkształtne w formach zjawy przypominały postrzępione nitki mgiełki 
przebiegające po powierzchni lustra. Lecz nie ulegało wątpliwości, że ich blade 

zarysy znajdowały się pod lustrem, w jego wnętrzu.
— Lustrzane zjawy — powiedział rzeczowo Arcim-boldo. — Irytujące pasożyty, które 

zagnieżdżają się w moich lustrach od czasu do czasu. I zadaniem uczniów jest je 
wszystkie wyłapać.

— Ale w jaki sposób? — Merle domagała się szczegółów.
— Wejdziecie do lustra i wypędzicie je za pomocą środka, który wam teraz dam — 

mistrz roześmiał się. —No, nie patrzcie tak na mnie! Dario i pozostali uczniowie 
robili to już setki razy. Jeśli to zadanie wydaje się wam nawet trochę dziwne, w 

gruncie rzeczy nie jest trudne. Raczej nużące. Dlatego wykonujecie je wy, 
podczas gdy wasz stary mistrz wyłoży sobie nogi na stół, zakurzy fajkę, czując 

się jak u Pana Boga za piecem.
Merle i Junipa spojrzały na siebie. Obawiały się, czy sprostają temu zadaniu. 

Jednak za wszelką cenę chciały dobrze je wykonać. Ostatecznie przecież, jeśli 
podołał mu Dario, one też sobie poradzą.

Arcimboldo wyciągnął z kieszeni kitla mały przedmiot i trzymając go kciukiem i 
palcem wskazującym,

94
podsunął dziewczynkom pod nos. Przezroczysta kula, nie większa niż pięść Merle.

— Prawda, że mała? — uśmiechnął się tajemniczo. A Merle po raz pierwszy 
zauważyła, że ma przerwę między zębami. — Ale to najlepszy środek na zjawy 

lustrzane. Niestety też jedyny.

background image

Zamilkł na chwilę, ale dziewczynki nie odważyły się o nic go zapytać. Merle była 

pewna, że Arcimbol-do będzie kontynuował swój wywód.
Po krótkiej przerwie, kiedy mogły dokładnie przypatrzeć się kuli, powiedział do 

nich: — Pewien mistrz z Murano wytwarza te czarodziejskie kule na podstawie 
moich planów.

Plany? Merle nie mogła ukryć zdziwienia. Dla prostej kuli ze szkła?
— Kiedy staniecie naprzeciwko zjawy lustrzanej, musicie wypowiedzieć tylko jedno 

słowo, a zostanie ona uwięziona w środku kuli — wyjaśnił dalej. — To słowo to 
intorabiliuspeteńs. Musicie je sobie dobrze zapamiętać, jak własne imię. 

Intorabiliuspeteńs.
Dziewczynki kilka razy z trudem powtórzyły dziwne słowo. Ale były pewne, że 

dobrze je zapamiętały.
Mistrz wyciągnął drugą kulę i wręczył je dziewczynkom. Merle i Junipa podeszły 

do luster.
— W wielu lustrach grasują zjawy. Ale dziś wystarczy, jeśli wypędzicie je z 

jednego. — Skłonił się przed wybranym lustrem i wypowiedział niezrozumiałe dla 
dziewczynek słowo w obcym języku.

95
— Wejdźcie — powiedział.

— Tak po prostu? — spytała Merle. Arcimboldo zaśmiał się: — Oczywiście, chyba że
chcecie tam wjechać na koniu?

Merle przebiegła wzrokiem powierzchnię lustra. Była gładka i wyglądała na 
solidną. Inaczej niż w przypadku jej lusterka. Skojarzenie, które jej się 

nieuchronnie nasunęło, kazało jej spojrzeć na Junipę. Obojętnie, co przyjaciółka 
dziś zobaczyła, wywarło to na niej duże wrażenie. Teraz wyglądała na 

przestraszoną i bała się wykonać polecenie Arcimbolda. Merle przez chwilę była 
nawet gotowa opowiedzieć mu o wszystkim i przekonać go, by to ona weszła do 

środka lustra, a przyjaciółka została na zewnątrz.
Lecz właśnie w tej chwili Junipa zrobiła pierwszy krok, wyciągając ręce przed 

siebie. Palcami przełamała powierzchnię lustra, ale tak delikatnie, jak przerywa 
się kożuch na mleku. Spojrzała przez ramię na Merle, uśmiechnęła się do niej i 

weszła do środka lustra. Zarys jej sylwetki stał się niewyraźny, jakby bardziej 
płaski i trochę nieprawdziwy; wyglądała niczym postać z obrazu. Skinęła do 

Merle.
— Odważna dziewczyna — wyszeptał zadowolony Arcimboldo.

Merle jednym krokiem przeszła przez powierzchnię lustra. Czuła lekkie drgawki na 
całym ciele, jak delikatny podmuch wiatru o północy. Zaraz potem znalazła się po 

drugiej stronie lustra. Rozejrzała się.
96

Kiedyś słyszała o lustrzanym labiryncie, który miał się rzekomo znajdować w 
pałacu przy Campo Santa Maria Nova. Nie znała jednak nikogo, kto by go widział 

na własne oczy. Ale wyobrażenia, jakie o nim miała, nie mogły równać się z tym, 
co zobaczyła teraz.

Jednego była pewna: świat luster był imperium złudzeń. Był miejscem sztucznym, 
wyimaginowanym, wyśnionym przez tych, którzy w niego wierzyli. A jednocześnie 

wydawał się Merle tak prawdziwy jak ona sama. Czy na przykład postacie z 
jakiegoś obrazu wierzą w realność miejsca, w którym się znajdują? Więźniowie, 

którzy nie są świadomi swojej niewoli?
Przed jej oczami rozpościerał się widok na lustrzaną salę. Różniła się znacznie 

od magazynu luster Arcim-bolda. Stanowiła przestrzeń, którą z góry na dół, z 
lewej do prawej wypełniały wyłącznie lustra. Ale pierwsze wrażenie było złudne. 

Jeśli zrobiło się krok do przodu, natrafiało się na niewidoczną ścianę ze szkła, 
podczas gdy tam, gdzie powinien być koniec sali, zaczynała się pusta przestrzeń, 

wypełniona kolejnymi lustrami, niewidocznymi przejściami i dalszymi złudzeniami.
Minęło trochę czasu, zanim Merle zorientowała się, co się w tym miejscu nie 

zgadza: lustra odbijały siebie wzajemnie, ale już nie stojące między nimi 
dziewczynki. Dlatego mogły kroczyć prosto do lustra, wejść do niego, nie będąc 

ostrzeżone własnym w nich odbiciem.
Ten fenomen ciągnął się w nieskończoność, w świecie srebra i kryształu.

Merle i Junipa wielokrotnie podejmowały próby, by wejść głębiej do labiryntu. 
Ale za każdym razem napotykały na szklany opór.

— To nie ma większego sensu — irytowała się Merle, tupiąc nogą ze złości. Spod 
jej buta doszedł odgłos zgrzytającego szkła, które jednak nie rozbiło się na 

kawałeczki.

background image

— One nas otaczają ze wszystkich stron — szepnęła Junipa.

— Zjawy?
Junipa skinęła głową.

Merle rozejrzała się: — Nie widzę żadnej.
— One się boją. Boją się moich oczu. I schodzą nam z drogi.

Merle zakręciła się dookoła. W miejscu, w którym przekroczyły próg świata 
luster, znajdowało się coś w rodzaju bramy. Właśnie tam coś się teraz poruszyło, 

ale prawdopodobnie był to Arcimboldo, który czekał na nie na zewnątrz.
Coś przeleciało jej tuż koło głowy. Dwie ręce, dwie nogi, jedna głowa. Z bliska 

w niczym nie przypominało mgielnych postaci. Merle podniosła szklaną kulę. 
Wydała się sobie trochę śmieszna, ale wypowiedziała magiczne słowo 

intorabiliuspetris. Poczuła się dziwnie.
Rozległo się ciche westchnięcie. A zaraz potem w jej kierunku nadleciała zjawa. 

Kula szybko wessała ją do
98

środka, migotając i zostawiając smugę, jakby była wypełniona białą i oleistą 
substancją.

— To działa! — wykrzyknęła Merle.
Junipa przytaknęła. Ale nie zamierzała pójść śladem przyjaciółki.

— One się teraz bardzo boją. Widzisz je wszystkie?
— Całkiem wyraźnie.

Junipa musiała zawdzięczać tę zdolność swoim oczom, magii zwierciadlanych 
kawałków. Także Merle mogła zobaczyć teraz zarysy mgielnych postaci, ale w 

przeciwieństwie do przyjaciółki nie rozróżniała zjaw wyraźnie.
— Jeśli się boją, to znaczy, że są żywymi istotami — wypowiadała na głos swoje 

myśli.
— Tak. Ale sprawiają wrażenie, jakby nie były tu same. Jakby stanowiły tylko 

część siebie, jak cień, który nagle zgubił właściciela.
— Może to dobrze, że to my je łapiemy. Może są więźniami?

— Myślisz, że nie znajdują się w szklanej kuli?
Junipa jak zwykle miała rację. Ale Merle jak najszybciej chciała opuścić ten 

szklany ogród złudzeń i powrócić do realnego świata. Rzecz jasna Arcimbol-do 
tylko wtedy będzie zadowolony, kiedy złapią do kuli wszystkie zjawy. W 

przeciwnym razie obawiała się, że natychmiast wyśle je z powrotem do świata 
luster.

99
Przestała zważać na to, co robi Junipa. Zaczęła wymachiwać kulą i wypowiadać 

magiczne słowo: intorabiliuspeteris..., intorabiliuspeteris..., intorabi-
liuspeteńs\

Odgłosy świstu i ssania stawały się coraz głośniejsze i bardziej wyraźne. 
Jednocześnie kula napełniała się mglistą substancją. Jej ścianki wyglądały, 

jakby były zaparowane. Merle przypomniała sobie, jak kiedyś w sierocińcu jeden z 
opiekunów wdmuchał dym papierosowy do butelki po winie: smugi dymu wirowały w 

środku jak żywe stworzenie, które walczy, by wydostać się na zewnątrz.
Cóż to były za istoty, które jak szarańcza osiadały na lustrach Arcimbolda? 

Merle chętnie dowiedziałaby się czegoś więcej na ich temat.
Junipa z takim zacięciem objęła kulę, że nagle rozległ się głuchy trzask i 

szklany przedmiot pękł jej w ręku. Drobniutkie kawałeczki szkła pospadały na 
ziemię, a wraz z nimi sączyły się ciemne krople krwi, po tym jak ostre odłamki 

szkła przecięły jej palce.
— Junipa! — Merle włożyła swoją kulę do kieszeni, podbiegła do przyjaciółki i 

obejrzała uważnie jej dłoń. — Och, Junipa... — Ściągnęła sweter i obwiązała nim 
ramię dziewczynki. Nagle z kieszeni jej sukienki wysunęło się wodne lusterko.

Jakaś zjawa zawirowała tuż obok niej, wykręciła ostrą spiralę i zniknęła pod 
powierzchnią lustra.

— Och, nie! — przeraziła się Junipa. — To moja wina.
100

/
Ale Merle bardziej przejmowała się stanem przyjaciółki niż lustrem.

— Myślę, że i tak wszystkie już złapałyśmy — wycedziła przez zęby, nie mogąc 
oderwać oczu od czerwonej plamy na podłodze. Jej twarz odbijała się w kroplach 

krwi: jakby krew posiadała malutkie oczy, które patrzyły teraz na nią. — 
Ulatniamy się stąd!

Junipa próbowała ją powstrzymać. — Powiesz mistrzowi, że jedna ze zjaw wpadła do 

background image

twojego lustra?

— Nie — przerwała przyjaciółce w pół słowa.
Junipa z przejęciem skinęła głową, a Merle położyła jej rękę na ramieniu, jakby 

chciała ją pocieszyć. — Nie przejmuj się tym — powiedziała.
Delikatnie popchnęła przyjaciółkę w kierunku bramy, w niewielkiej odległości od 

świecącego się kwadratu. Mocno obejmując się nawzajem, obydwie wyszły z lustra i 
znalazły się z powrotem w magazynie.

— Co się stało? — zapytał Arcimboldo, gdy zauważył owinięte ramię Junipy. Szybko 
odkrył rany na jej dłoni. Natychmiast podbiegł do drzwi, wołając: — Unke! 

Przynieś opatrunek. Byle szybko!
Także Merle dokładniej przyjrzała się ranom. Na szczęście żadna z nich nie 

wydawała się groźna. Nie były głębokie, tylko czerwone pręgi pokryte cieniutkim 
strupem.

Junipa wskazała plamy krwi na pomiętym swetrze przyjaciółki: — Zaraz ci je 
zmyję.

101
— To może zrobić Unke — włączył się mistrz. — Powiedz lepiej, jak to się stało.

Merle opowiedziała w skrócie przebieg wydarzeń, przemilczając jedynie ucieczkę 
ostatniej zjawy do jej lustra. — Udało mi się złapać wszystkie zjawy — 

wyciągnęła z kieszeni kulę. Jasne smugi w jej środku wirowały teraz ze zdwojoną 
szybkością.

Arcimboldo chwycił kulę i popatrzył w nią pod światło. To, co zobaczył, musiało 
mu się spodobać, ponieważ z zadowoleniem kręcił głową. — Dobrze wykonałyście 

zadanie — pochwalił dziewczynki, nie wspominając o roztrzaskanej kuli. — Teraz 
możecie odpocząć — powiedział, kiedy Unke opatrzyła Juni-pie rany. Potem skinął 

na Daria, Bora i Tiziana, którzy z ciekawością zaglądali do magazynu przez 
otwarte drzwi, i oznajmił: — Resztę wyłapiecie wy.

— Co się teraz z nimi stanie? — spytała Junipa, wskazując kulę, którą trzymał w 
ręku mistrz.

— Wyrzucimy je do kanału — wyjaśnił Arcimboldo, wzruszając ramionami. — Zeby 
mogły się zagnieździć na powierzchni wody.

Merle przytaknęła, jakby spodziewała się takiej odpowiedzi. Wzięła Junipę pod 
ramię i zaprowadziła do pokoju.

Ta wiadomość lotem błyskawicy obiegła warsztat Arcimbolda. Wenecja będzie 
świętować kolejną rocznicę zwycięstwa nad Egipcjanami. Dokładnie jutro miną

102
sześćdziesiąt trzy lata, odkąd armia egipska stanęła u bram laguny. W zatoce 

pojawiły się galery i parowce, a słoneczne barki przygotowywały się do 
powietrznego ataku na bezbronne miasto. Ale Królowa Laguny uchroniła Wenecję i 

od tego czasu hucznie świętowano każdą rocznicę tego wydarzenia. Z tej okazji 
organizowano wiele festynów i zabaw. Jedna z nich miała się odbyć niedaleko 

warsztatu. Dowiedział się o tym dziś rano Tiziano, który odprowadzał Unke na 
targ rybny. Po powrocie opowiedział o tym Dariowi, a ten puścił nowinę w obieg, 

aż dotarła do Junipy i Merle.
— Uroczystości ku czci Królowej Laguny! Zaraz obok! Wszędzie zawisną lampiony, 

zewsząd będzie dochodził odgłos stukających kufli piwa i odkorko-wywanych 
butelek wina!

— Także z waszym udziałem, dzieci? — wtrącił przysłuchujący się im Arcimboldo. 
Na jego twarzy widniał szelmowski uśmiech.

— Nie jesteśmy już dziećmi — oburzył się Dario. — Przynajmniej większość z nas — 
dorzucił ironicznie, obrzucając Junipę szyderczym wzrokiem.

Merle chciała się wstawić za przyjaciółką. Ale okazało się to niepotrzebne.
— Jeśli dorosłość ma polegać na dłubaniu w nosie, gdy nikt tego nie widzi, 

drapaniu się po pośladkach i jeszcze na kilku innych rzeczach, to rzeczywiście, 
Dario, jesteś bardzo dorosły — powiedziała Junipa z przekąsem.

103
Na dźwięk tych słów chłopak stał się pąsowy jak róża. A Merle patrzyła na 

przyjaciółkę z niedowierzaniem. Czyżby zakradła się w nocy do pokoju Daria i 
obserwowała go? A może dzięki swoim oczom mogła widzieć przez ścianę? Na samą 

myśl zrobiło jej się nieswojo.
Dario nastroszył się jak paw, ale Arcimboldo natychmiast załagodził spór. — 

Uspokójcie się, bo nikogo z was nigdzie nie puszczę! Z drugiej strony, jeśli 
jutro do zachodu słońca wykonacie wszystkie zadania, to nie widzę powodu, by...

Dalsze słowa zagłuszył dziki ryk. Nawet Junipa szalała z radości. Ponury cień 

background image

zniknął z jej twarzy.

—Ale jedno musicie wiedzieć — kontynuował mistrz. — Uczniowie z warsztatu 
tkackiego także z pewnością tam będą. Nie chcę żadnych burd. Wystarczy, że nasz 

kanał stał się areną walki. Nie dopuszczę do tego, by przenosić ją gdzie 
indziej. I tak ściągnęliśmy na siebie wystarczająco dużo uwagi. A więc żadnych 

obelg, żadnych walk, nawet prowokujących spojrzeń — zerknął znacząco na Daria. —
Jasne?

Chłopak głęboko westchnął i przytaknął naprędce. Pozostali poprzestali na 
niewyraźnej obietnicy. W istocie Merle była wdzięczna Arcimboldowi za jego 

słowa, bo nowa burda z młodymi tkaczami była ostatnią rzeczą, której sobie 
życzyła. Rany Junipy goiły się niezwykle szybko. Teraz potrzebowała jedynie 

spokoju, by nie pozostał po nich ślad.
104

— No to wszyscy do roboty! — zawołał zadowolony mistrz.
Czas do inauguracji święta wydał się Merle wiecznością. Była tak podekscytowana, 

że z trudem mogła się doczekać, kiedy znowu wmiesza się w tłum ludzi. Nie, w 
warsztacie nie było jej źle, lubiła wszystkich — może z wyjątkiem Daria — ale 

tęskniła za tętniącym w wąskich uliczkach miejskim życiem, gwarem 
szczebioczących kobiet i widokiem dumnie wypinających piersi mężczyzn.

Wreszcie nadszedł oczekiwany wieczór. Wszyscy wspólnie wyszli z domu. Uczniowie 
kroczyli na przedzie. Za nimi szły dziewczynki. Arcimboldo podarował Junipie 

okulary z ciemnego szkła, aby nie wyróżniała się wśród tłumu.
Zaraz za rogiem skręcili w bok, w miejscu, gdzie Kanał Odszczepieńców wpadał w 

szeroką arterię wodną. Już z daleka widać było setki błyszczących lampionów, 
dyndających na fasadach domów albo zawieszonych w oknach i na drzwiach. Obydwa 

brzegi łączył w tym miejscu wąski mostek, bardziej przypominający kładkę. Ludzie 
siedzieli na chodnikach, na przyniesionych z domów krzesłach lub w fotelach, na 

poduszkach albo na gołej ziemi. W wielu miejscach rozdawano napoje, chociaż piwo 
i wino lały się z rzadka, co, jak zauważyła Merle, musiało wielce rozczarować 

Daria. Świętowali przede wszystkim ludzie ubodzy. Nikt z nich nie mógł sobie 
pozwolić

105
na wydawanie pieniędzy na winogrona czy jęczmień, który z reguły przemycano do 

miasta po niebezpiecznych drogach. Zamykający się wokół miasta pierścień faraona 
był po tylu latach tak szczelny, jak na początku wojny. Jeśli nawet nie było to 

tak bardzo odczuwalne w dzień powszedni, to nikt nie powątpiewał w to, że 
najmniejsza mysz, nie mówiąc już o przemytnikach, nie przemknęłaby się 

niezauważalnie obok stanowisk Egipcjan. Naturalnie istniały możliwości dotarcia 
do wina — Arcimboldo czynił z nich użytek — ale nie należały one do łatwych ani 

bezpiecznych. Biedacy pragnienie gasili przeważnie wodą. Jedynie podczas świąt 
popijali sok i przyniesioną ze sobą wódkę z owoców lub warzyw.

Merle rozpoznała stojącego na moście ucznia tkackiego, który pamiętnego dnia 
jako pierwszy stracił maskę. Teraz stał w otoczeniu dwóch kolegów. Twarz jednego 

z nich świeciła się na czerwono, jak po zbyt długiej kąpieli słonecznej. 
Widocznie zmycie klajstru, który Merle wstrzyknęła mu pod maskę, nie przyszło 

tak łatwo.
Serafina nigdzie nie było widać. Dziewczynka dopiero teraz uświadomiła sobie, że 

mimo woli rozgląda się zanim. Kiedy go nie odnalazła, poczuła rozczarowanie.
Natomiast Junipa przeszła metamorfozę. Nie mogła się nadziwić otaczającemu 

światu. „Widzisz tamtego?", „Przyjrzyj się tamtej", wciąż szeptała Merle
106

do ucha z szelmowskim uśmiechem, ale tak głośno, że niejeden uczestnik festynu 
oglądał się za nimi. Tym bardziej, że okulary Junipy wzbudzały pewną sensację. 

Na podobne mogli sobie pozwolić właściwie tylko bogaci Wenecjanie. Z drugiej 
strony jej postrzępiona sukienka nie pozostawiała żadnych wątpliwości, że progi 

pałaców pozostawały dla niej zamknięte.
Dziewczynki stały po lewej stronie mostu, popijając mocno rozcieńczony sok, 

kiedy po drugiej stronie kanału rozległ się dźwięk skrzypiec. Rychło dołączył do 
nich flet. Spódnice dziewczyn zawirowały.

— Co ty jesteś taka spokojna? — zdziwiła się Juni-pa, rozglądając się dookoła. 
Merle nie przypominała sobie, żeby jej przyjaciółka kiedykolwiek była aż tak 

podekscytowana. Właściwie cieszyła się z tego, bo jeszcze przed wyjściem 
obawiała się, czy aby cały ten zgiełk zbytnio jej nie przestraszy.

— Szukasz tego chłopaka. — Oczy Junipy zasre-brzyly się pod ciemnymi okularami. 

background image

— Serafina.

— Jak na to wpadłaś?
— Trzynaście lat byłam niewidoma. Znam się trochę na ludziach. Jeśli są pewni, 

że nic nie widzisz, przestają być ostrożni. I mylą ślepotę z głuchotą. Wtedy 
tylko trzeba się uważnie wsłuchać. Zawsze zdradzą to, co myślą.

— Tobie się tylko tak wydaje.
— Nieprawda.

107
— Właśnie, że tak.

— Jestem przecież twoją przyjaciółką. A dziewczyny rozmawiają ze sobą na takie 
tematy.

Merle udała, że ma ochotę dać jej szturchańca. Ju-nipa zachichotała jak dziecko
— Daj mi spokój! — krzyknęła Merle z grymasem niezadowolenia na twarzy.

Junipa rozejrzała się: — O, on jest tam!
— Gdzie?

— Po drugiej stronie.
Nie myliła się. Serafin siedział na brzegu kanału, wymachując nogami. Podeszwami 

butów niemal muskał taflę wody.
— No, podejdź do niego — namawiała Junipa.

— Nigdy w życiu.
— Dlaczego?

— W końcu on jest uczniem tkackim. Jednym z naszych przeciwników. Już 
zapomniałaś? Nie mogę przecież. Nie wypada...

— Jeszcze bardziej nie wypada udawać, że się słucha przyjaciółki, jeśli tak 
naprawdę myślami jest się zupełnie gdzie indziej.

— Potrafisz także czytać w myślach? — zapytała nieco rozbawiona Merle.
Junipa potrząsnęła przecząco głową, ale uczyniła to z taką powagą, jakby 

rzeczywiście brała taką możliwość pod uwagę. — Wystarczy tylko na ciebie 
spojrzeć.

108
— Naprawdę myślisz, że powinnam z nim jednak porozmawiać?

— Jasne! A co, boisz się?
— Bzdura. Właściwie to chciałabym go zapytać, jak długo pracuje dla Umberta — 

broniła się Merle.
— Głupia wymówka.

— Głupia krowa! O nie, nie jesteś nią. Jesteś moim skarbem!
Zawisła Junipie na szyi, przytuliła do siebie i pomaszerowała na drugi brzeg. Na 

moment odwróciła się do tyłu i zobaczyła, że Junipa macha jej na pożegnanie z 
łagodnym uśmiechem.

— Cześć.
Merle stanęła jak wryta. Przed nią stał Serafin. Chyba musiał ją zobaczyć, skoro 

nagle wyrósł przed nią jak spod ziemi.
— Cześć — odpowiedziała nieśmiało. — Też tu przyszedłeś?

— Na to wygląda.
— A ja myślałam, że raczej przesiadujesz w domu i głowisz się nad tym, jak by tu 

kogoś oblać farbą.
— Eee..., gdzie tam. Tego się nie robi codziennie. Chcesz się czegoś napić?

— Tak, poproszę o sok — powiedziała.
Serafin podszedł do stoiska z napojami. Merle przyjrzała mu się od tyłu. 

Przewyższał ją o głowę. Był dość szczupły, ale szczupli byli tu wszyscy. Kto 
miał szczęście urodzić się podczas oblężenia, ten nie zamartwiał

109
się swoją wagą. Chyba, że było się Ruggerem i zżerało wszystko, co wpadło w ręce 

w kuchni sierocińca.
Serafin wrócił z drewnianym kubkiem. — Sok jabłkowy dla ciebie. Chyba lubisz?

Z grzeczności wypiła łyk. — Tak, i to bardzo.
— Od niedawna pracujesz u Arcimbolda, nieprawdaż?

— Przecież dobrze wiesz — odburknęła, ale szybko pożałowała swoich słów. 
Dlaczego musi być taka zadziorna? — Od kilku tygodni — dorzuciła szybko.

— Razem z twoją przyjaciółką wychowywałyście się w tym samym sierocińcu?
— Nie.

— Czy Arcimboldo zrobił jej coś z oczami?
— Tak, bo była niewidoma. A teraz widzi wszystko.

— Czyli prawdą jest to, co twierdzi mistrz Umberto.

background image

— A mianowicie?

— Ze Arcimboldo zna się na magii.
— O to inni posądzają z kolei Umberta. Serafin uśmiechnął się tajemniczo.

— Od ponad dwóch lat pracuję i mieszkam w jego domu, ale żadnej sztuczki do tej 
pory mi nie pokazał.

Uśmiechnęli się do siebie, choć bardziej z zakłopotania, ponieważ nie bardzo 
wiedzieli, jak kontynuować rozmowę.

— Przejdziemy się trochę? — Serafin wskazał ręką w stronę kanału, gdzie tłum 
ludzi już się przerzedził,

110
a światełka lampionów rzucały kolorowe smugi na taflę wody.

Merle odrzekła z przekąsem: — No dobrze. Ostatecznie nie należymy do doborowego 
towarzystwa. W przeciwnym razie byłoby to raczej niezręczne. Prawda?

— Gwiżdżę na całe to doborowe towarzystwo.
— To nasza druga wspólna cecha.

Spacerowali wzdłuż kanału. Ich ciała niemal przylegały do siebie, ale się nie 
dotykały. W miarę jak oddalali się od festynu, muzyka coraz bardziej cichła, aż 

zamilkła zupełnie. Woda uderzała rytmicznie o ciemny kamień. Gdzieś w górze nad 
nimi gruchały gołębie ukryte w niszach gzymsów. Gdy skręcili za jednym z nich, 

oświetlona droga z lampionami została z tyłu.
— Musiałaś już uganiać się za lustrzanymi duchami? — zapytał po chwili Serafin.

— Za duchami? Myślisz, że to duchy ukrywają się w lustrach?
— Mistrz Umberto powiada, że są to duchy tych wszystkich nieszczęśników, których 

załatwił Arcim-boldo.
Merle zaśmiała się głośno. — I ty w to wierzysz?

— Nie, ponieważ znam odpowiedź — odpowiedział z powagą.
— Ty? Przecież jesteś tkaczem.

— Z tym, że dopiero od dwóch lat. Wcześniej przemierzyłem niemal całą Wenecję, 
pracując to tu, to tam.

111
— Twoi rodzice żyją?

— Nie wiem. Nigdy mi się nie przedstawili.
— Ale nie wychowywałeś się w sierocińcu?

— Nie, wychowywała mnie ulica. Bywałem w różnych miejscach. W tym czasie udało 
mi się podpatrzyć wiele rzeczy. Rzeczy, o których wielu nie ma najmniejszego 

pojęcia.
— Jak złapać szczura, zanim ten znajdzie się na talerzu? — zapytała 

uszczypliwie.
Serafin skrzywił się. — No jasne, to też. Ale nie

0 tym myślałem. Drogę przebiegł im czarny kot, obszedł ich łukiem
1 zawrócił. Nagle, ni stąd, ni zowąd skoczył na Serafina. Ale nie zaatakował go, 

lecz wylądował pewnie na jego ramieniu i zamruczał cicho. Chłopak zaczął go 
głaskać.

— Jesteś złodziejem! — wyrwało się Merle. — Bo tylko złodzieje potrafią się tak 
poufale obchodzić z kotami.

— Bezdomni rozumieją się między sobą — odrzekł z lekkim uśmiechem. — Złodzieje i 
koty mają ze sobą wiele wspólnego. I jadą na tym samym wózku. Ale nie pomyliłaś 

się, wychowywałem się wśród złodziei. Kiedy miałem pięć lat, zostałem nawet 
członkiem gildii, a potem jej mistrzem.

Mistrz złodziejski! Merle nie mogła wyjść z podziwu. Znakomita większość 
mistrzów gildii złodziejskiej uchodziła za najzręczniejszych kieszonkowców w 

mieście.
112

— Ale ty nie masz nawet piętnastu lat!
Serafin skinął głową. — Kiedy miałem trzynaście lat, opuściłem gildię i 

przeszedłem pod opiekuńcze skrzydła Umberta, który potrzebował kogoś takiego jak 
ja. Kto pod osłoną nocy, niezauważalnie wejdzie przez okno do mieszkania, 

przynosząc klientce zamówiony towar. Chyba wiesz, że większość obywateli Wenecji 
krzywo patrzy na interesy ich żon z Umbertem. On nie cieszy się...

— Najlepszą opinią?
— No, coś w tym rodzaju. Ale jego suknie wyszczuplają! I większość kobiet nie 

chce, by ich mężowie weszli w posiadanie ich tajemnicy i dowiedzieli się, że w 
rzeczywistości są tęższe. Umberto ma zszarganą opinię, ale jego interes kwitnie.

— Mężowie dowiedzą się całej prawdy najpóźniej wtedy, gdy kobiety... — Merle 

background image

pokryła się rumieńcem — ... gdy kobiety się rozbiorą.

— I na to mają one swoje sposoby. Mogą na przykład zgasić światło albo podsunąć 
mężowi o jeden kieliszek wina za dużo. Są sprytniejsze, niż sądzisz.

— Też jestem kobietą!
— Będziesz nią za kilka lat.

Merle zatrzymała się, nie kryjąc swojego oburzenia. — Serafin, ty mistrzu 
złodziejski!. Nie sądzę, byś znał się dostatecznie na kobietach. Możliwe, że 

wiesz, gdzie ukrywają swoje portmonetki. Ale to wszystko, co o nich wiesz.
113

Czarny kot, siedzący na ramieniu tkacza, ofuknął Merle, ale ta niewiele sobie z 
tego robiła. Serafin szepnął mu coś na ucho i kot stał się spokojniejszy.

— Nie chciałem cię obrazić — odrzekł przejęty. — Naprawdę nie.
Przyjrzała mu się uważnie. — No dobrze, tym razem ci wybaczam.

Serafin skłonił się tak głęboko, że kot musiał uchwycić się pazurami jego 
koszuli, by nie spaść na ziemię.

— Z największą podzięką, łaskawa pani.
Merle odwróciła się, by ukryć uśmiech. Kiedy znowu na niego spojrzała, kota już 

nie było. Tam, gdzie pazurami wbił się w ramiona Serafina, spod koszuli 
przebijały czerwone punkty.

— Musi boleć — powiedziała z przejęciem.
— Cóż boli bardziej, zwierzęca czy ludzka szorstkość?

Wolała przemilczeć to pytanie. Ruszyła do przodu. Chłopak natychmiast ją 
dogonił.

— Chciałeś mi opowiedzieć o duszkach lustrzanych
— zagadnęła po chwili.

— Naprawdę?
— To nie trzeba było zaczynać.

Serafin przytaknął. — Właściwie masz rację. Tyle, że... — jego głos zawisł w 
próżni, a on sam zatrzymał się i wsłuchiwał w odgłosy nocy.

— Co się stało?
114

— Pst — powiedział, delikatnie przykładając palec do jej ust.
Merle w napięciu wsłuchiwała się w otaczającą ciemność. W wąskich uliczkach i 

kanalikach często dały się słyszeć niecodzienne odgłosy. Niewielkie prześwity 
między domami zniekształcały je, aż stawały się nierozpoznawalne. Labirynt 

krętych uliczek przypominał nocą wymarłe miasto, ponieważ większość mieszkańców 
o tej porze wolała chodzić głównymi ulicami, przede wszystkim z obawy przed 

czającymi się w niektórych dzielnicach złodziejami lub skrytobójcami. Tylko od 
czasu do czasu słychać było krzyki, jęki lub kroki. Odgłosy te odbijały się od 

starych murów w pustych uliczkach i dochodziły do odległych miejsc. Jeśli 
Serafin rzeczywiście coś usłyszał, mogło to zdradzać poważne niebezpieczeństwo 

czające się zaraz za rogiem albo setki metrów stąd.
— Żołnierze! — wycedził przez zęby, po czym chwycił Merle za ramię i pociągnął 

do wąskiego tunelu przebiegającego pod kamienicami, w którym panowała absolutna 
ciemność.

— Jesteś pewny? — szepnęła mu do ucha.
— Dwóch mężczyzn na lwach. Tuż za rogiem.

Zaraz potem ujrzeli żołnierzy w mundurach, uzbrojonych w miecz i strzelbę, 
cwałujących na bazaltowych lwach. Dzikie koty, które przemknęły przed wejściem 

do tunelu, poruszały się z nadzwyczajną gracją, dorównując w gibkości domowym 
kotom.

115
Zadziwiające, skoro ich ciała były z masywnego kamienia. Ich pazury, ostre jak 

ostrze sztyletu, szurały po bruku, pozostawiając na nim głębokie ślady.
Kiedy patrol znikł z horyzontu, Serafin szepnął Merle: — Niektórzy z nich znają 

moją twarz. Wcale nie mam ochoty się z nimi spotkać.
— Kto w wieku trzynastu lat doszedł do godności mistrza złodziejskiego, ma się 

czego obawiać.
Uśmiechnął się zadowolony. — Chyba tak.

— Dlaczego opuściłeś gildię?
— Starsi mistrzowie nie mogli znieść, że moim łupem pada więcej zdobyczy. 

Zaczęli rozpuszczać
0 mnie plotki i próbowali wyrzucić z gildii. Wolałem więc dobrowolnie 

zrezygnować. — Wyszedł z ciemnego przejścia i stanął oświetlony smugą światła 

background image

gazowej latarni. — Chodź, obiecałem opowiedzieć ci coś więcej o duszkach 

lustrzanych. Ale najpierw muszę ci coś pokazać.
Szli labiryntem wąskich uliczek i przejść. Skręcali to na prawo, to na lewo, 

przekraczali mosty wznoszące się nad kanałami ze spokojną, cichą wodą, 
przechodzili pod rozwieszonymi między domami sznurami z suszącą się bielizną, 

która przypominała armię białych duchów. Po drodze nie spotkali żadnego 
przechodnia— jedna z kolejnych osobliwości tego najdziwniejszego z miast. Można 

było przejść kilka kilometrów
1 nadziać się jedynie na polujące w śmieciach koty czy szczury.

116
Droga, którą szli wzdłuż kanału, skończyła się. Przed nimi wyrastały mury 

kamienic stojących w wodzie. Wzdłuż nich nie było żadnego chodnika. W zasięgu 
wzroku nie było też żadnego mostu.

— Ślepa uliczka — burknęła Merle. — Musimy zawrócić.
Serafin zaprzeczył: — Nie, dotarliśmy dokładnie tam, gdzie chciałem. — Wychylił 

głowę i spojrzał w górę, na niewielki skrawek nieba rozciągający się między 
dachami domów. Potem ogarnął wzrokiem wodę. — Widzisz to tam?

Merle stanęła obok niego. Podążała wzrokiem za palcem, którym wskazywał 
spokojnie falującą taflę wody. W powietrzu unosił się słonawy odór kanału. Wcale 

go nie poczuła. Spod wody wystawały bujnie rozrastające się algi.
W wodzie odbijało się oświetlone okno, jedyne jak okiem sięgnąć. Znajdowało się 

na drugim piętrze domu po drugiej stronie brzegu, nie dalej niż pięć metrów od 
nich.

— Nie wiem, o co ci chodzi — powiedziała. Widzisz to światło w oknie?
— Jasne.

Serafin wyciągnął z kieszeni zegarek, niezwykle drogi, pochodzący zapewne z 
czasów, gdy był złodziejem, po czym otworzył jego wieko: — Dziesięć po 

dwunastej. Jesteśmy punktualnie.
— Co?

117
Chłopak uśmiechnął się tajemniczo. — Wszystko ci wyjaśnię. Więc widzisz to 

odbicie okna w wodzie? Skinęła głową.
— Dobrze. To spójrz teraz na dom i pokaż mi okno, które odbija się w wodzie. To 

oświetlone.
Merle przebiegła wzrokiem po ciemnej fasadzie domu. Wszystkie okna ginęły w 

ciemnościach, żadne nie było oświetlone. Spojrzała na taflę wody. Odbicie 
pozostało niezmienione: w jednym z okien paliło się światło. Kiedy znowu 

podniosła wzrok, okno było ciemne.
— Jak to możliwe? — spytała zdezorientowana. — Odbijając się w wodzie, okno 

jaśnieje światłem, podczas gdy w rzeczywistości jest całkiem ciemne.
Serafin wciąż się uśmiechał: — Tak, tak.

— Magia?
— No, niezupełnie. Może tylko trochę. Zależy, jak na to spojrzeć.

— Czy mógłbyś wyrażać się trochę jaśniej?
— To zjawisko występuje w paru miejscach w mieście, zawsze między dwunastą a 

pierwszą w nocy. Tylko niektórzy o tym wiedzą. Ja sam znam kilka takich miejsc. 
Ale to nie złudzenie. W tej jednej godzinie niektóre domy odbijają się w wodzie, 

ale ich odbicie nie jest zgodne z rzeczywistością. Różnice nie są wielkie. 
Czasami sprowadzają się do oświetlonych okien, innych drzwi czy przechodzących 

ludzi, których w rzeczywistości nie ma.
— Jak to wyjaśnić?

ns
— Nikt nie zna na to odpowiedzi. Ale w mieście krążą pogłoski... — zawiesił 

głos, przybierając tajemniczy wyraz twarzy — o drugiej Wenecji.
— O drugiej Wenecji?

— Takiej, która istnieje wyłącznie jako wodne odbicie albo jest tak bardzo 
odległa od naszej, że nie dotrą do niej najszybsze statki, nawet słoneczne barki 

będące na usługach imperium. Powiada się, że druga Wenecja leży w całkiem innym 
świecie, podobnym do naszego, a jednak odrębnym. Około północy granica między 

obydwoma światami staje się bardziej płynna, możliwe, że nadszarpnięta zębem 
czasu zużyła się jak postrzępiony dywan.

Merle patrzyła na niego wielkimi ze zdumienia oczami. — Myślisz, że to okno z 
odbijającą się poświatą..., myślisz, że ono naprawdę istnieje — tyle, że nie 

tutaj?

background image

— Myślę, że sprawa jest jeszcze bardziej interesująca. Pewien stary żebrak, 

który od lat dniami i nocami przesiaduje w jednym z tych niezwykłych miejsc, 
opowiedział mi, że czasami kobiety i mężczyźni z tej drugiej Wenecji 

przekraczają mur dzielący obydwa światy. Nie wiedzą jednak, że w naszym świecie 
nie są już istotami ludzkimi. Są jedynie duchami uwięzionymi w lustrzanych 

odbiciach naszego miasta. Niektórym z nich udaje się przedostać z lustra do 
lustra. W ten sposób dostają się do warsztatu twojego mistrza i jego magicznych 

luster.
119

Merle nie miała pewności, czy Serafin nie drwi sobie z niej. — Chyba nie chcesz 
mnie nabrać?

— Czy wyglądam na kogoś, kto mógłby kłamać? — spytał, szeroko się uśmiechając.
— Oczywiście, że nie, wielce szanowny mistrzu złodziejski.

— Wierz mi. Niczego nie wymyśliłem. Jak dużo prawdy zawiera ta historia, tego 
nie potrafię ci powiedzieć. — Raz jeszcze wskazał odbijające się w wodzie okno. 

— W każdym razie pewne poszlaki wskazują na to, że jest prawdziwa.
— Ale z tego wynikałoby, że w szklanej kuli uwięziłam ludzi!

— Nie przejmuj się. Widziałem, jak Arcimboldo wyrzucił ich do kanału, z którego 
z pewnością się wydostaną.

— Teraz dopiero rozumiem, co miał na myśli, mówiąc, że duszki mogą się 
zagnieździć na odbiciach w wodzie. — Merle odetchnęła z ulgą. — Mistrz na pewno 

zna prawdę!
— Co zamierzasz teraz zrobić? Zapytać go? Wzruszyła ramionami. — Dlaczego by 

nie? — Ale
nie zdążyła rozwinąć swego planu, ponieważ na wodzie nagle coś się poruszyło. 

Kiedy się temu dokładniej przyjrzała, zobaczyła zarys jakiejś postaci, która 
zbliżała się w jej kierunku po powierzchni wody.

— Czy to jest... — przerwała, gdy zorientowała się, że nie było to żadne 
złudzenie.

120
— Zawracamy! — krzyknął Serafin również wpatrzony w poruszającą się postać.

Szybko schronili się w pobliskim zaułku i mocno przywarli do ściany domu.
Po lewej stronie coś dużego mknęło tuż nad powierzchnią wody, nie dotykając jej 

wcale. To lew z potężnymi skrzydłami, cały z kamienia, frunął niemal 
bezszelestnie. Słychać było jedynie równomierne uderzenia skrzydłami, co 

przypominało lekki świst, jak przy oddychaniu. Potężne ciało niczym ptak unosiło 
się w powietrzu z niesamowitą lekkością. Przednie i tylne łapy miał podkurczone, 

pysk zamknięty. Oczy lwa zdradzały wielką przebiegłość, przewyższającą pozostałe 
zwierzęta.

Dosiadał go żołnierz z kwaśną miną. Miał na sobie mundur z czarnej skóry ze 
stalowymi nitami. Żołnierz gwardii przybocznej strzegący bezpieczeństwa jednego 

z rajców miejskich. Spotkanie z nim należało do rzadkości i z reguły nie 
zwiastowało niczego dobrego.

Lew z dosiadającym go gwardzistą poszybował nad ulicą, nie zauważywszy nikogo. 
Merle i Serafin powstrzymali oddech aż do chwili, kiedy latający drapieżnik 

zniknął im z pola widzenia. Ostrożnie wysunęli głowy do przodu i zobaczyli, jak 
lew wzbił się w górę, i frunąc ponad dachami Wenecji, zatoczył łuk. Potem 

stracili go z oczu.
— On krąży — stwierdził Serafin. — Ten, kogo chroni, jest gdzieś blisko.

121
— Rajca miejski? — wyszeptała Merle. — O tej porze? W tej dzielnicy? Nigdy w 

życiu. Rajcowie wychodzą ze swoich pałaców jedynie wtedy, kiedy naprawdę muszą.
— Fruwających lwów nie jest zbyt dużo. Te, które zostały w mieście, nie oddalają 

się zbytnio od swoich panów. — Serafin zaczerpnął powietrza. — Któryś z rajców 
musi być gdzieś niedaleko.

Nagle w ciemności rozległ się potężny ryk frunącego lwa, jakby chciał 
potwierdzić słowa Serafina. Odpowiedział mu ryk drugiego lwa, potem trzeciego.

— Jest ich więcej. — Merle z niedowierzaniem kręciła głową. — Co one tu robią?
Oczy Serafina zaiskrzyły się. — Możemy znaleźć na to odpowiedź.

— A lwy?
— Już nieraz udało mi się przed nimi uciec.

Merle nie była pewna, czy tylko się przed nią zgrywał, czy rzeczywiście mówił 
prawdę. Możliwe, że w grę wchodziło jedno i drugie. Tak dobrze go jeszcze nie 

znała. Natomiast instynkt podpowiadał jej, że może mu zaufać, że w tej chwili 

background image

musi mu zaufać, ponieważ ruszył już na drugi koniec zaułku, skąd dochodziły ryki 

lwów.
Pobiegła za nim, aż wreszcie go dogoniła. — Nienawidzę, kiedy muszę kogoś gonić.

— Czasami bywa to pomocne przy podjęciu decyzji.
122

— Jeszcze bardziej nienawidzę, kiedy inni decydują za mnie — sapnęła ze złością.
Serafin zatrzymał się i chwycił ją za ramię. — Masz rację. Obydwoje musimy 

chcieć tego samego. Za chwilę może być dość niebezpiecznie.
Merle westchnęła. — Nie należę do dziewczyn, które szybko rezygnują. Więc nie 

traktuj mnie w ten sposób. Nie boję się też latających lwów. — I oczywiście 
dodała, ale już w myśli, że jeszcze nigdy przed żadnym lwem nie uciekała.

— Nie ma powodu do strachu, nie złapią nas.
— Wcale się nie boję!

— Właśnie, że tak.
— A ty stale szukasz powodu do kłótni.

Serafin zamyślił się. — Choroba zawodowa — powiedział po chwili.
— Blagier! I nie jesteś już złodziejem. — Pierwsza ruszyła dalej. — No chodź. 

Inaczej lwy, szczury i wszystko inne umknie nam sprzed nosa.
Tym razem Serafin podążył za Merle. Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że chłopak 

chce ją poddać próbie. Ale czy wybrała dobry kierunek? Ten, skąd dobiegają 
odgłosy łopotania lwich skrzydeł? Czy dotrze do celu?

Zmierzała naprzód szybkim krokiem, zostawiając za sobą kolejne ulice. Cały czas 
zerkała na skrawki nieba rozpościerającego się między dachami domów,

123
potem zwolniła tempo i starała się zachowywać jak najciszej. Teraz istniało duże 

ryzyko, że zostaną odkryci. Nie wiedzieli jedynie, czy większe niebezpieczeństwo 
grozi im z powietrza, czy czai się za kolejnym rogiem.

— To ten dom po drugiej stronie — szepnął Serafin, wskazując wejście do wąskiego 
budynku, w którym widać było drzwi i dwa zabarykadowane okna. Wyglądał na dom 

dla służby pracującej w sąsiednim pałacu z czasów, kiedy fasady weneckich domów 
świadczyły o bogactwie i przepychu ich mieszkańców. Dziś pałace świeciły pustką, 

podobnie jak domy przy Kanale Odszczepieńców czy gdziekolwiek indziej. Nie 
kusiły nawet żebraków i włóczęgów miejskich. W olbrzymich salach było 

przeraźliwie zimno, gdyż w mieście brakowało drewna do ich ogrzania. Od początku 
oblężenia drewno opałowe należało do towarów deficytowych. Powszechna stała się 

praktyka pozyskiwania belek ze stropów opuszczonych budynków i podpalania ich w 
piecach podczas zimowych miesięcy.

— Dlaczego miałoby chodzić akurat o ten dom? — zapytała Merle cicho.
Serafin wskazał na dach. Musiała przyznać, że jej towarzysz miał zdumiewająco 

dobry wzrok. Przez prześwit w dachu zobaczył, że znad gzymsu wystaje czyjaś 
łapa. Z wąskiej uliczki nie sposób było dostrzec lwa, który w ciemnościach nocy 

trzymał tam wartę.
124

Mimo to Merle ani przez moment nie wątpiła, że spogląda bacznie w dół.
Merle i Serafin stali w cieniu wejścia do sąsiedniego domu, pozostając 

niewidoczni dla obserwatora z góry. Jeśli jednak chcieliby się przedostać do 
wąskiego budynku, niechybnie staliby się widoczni dla strażnika na dachu.

— Spróbujemy od tyłu — powiedział Serafin cicho.
— Ale tył domu graniczy z kanałem. — Merle miała doskonały zmysł orientacji w 

wąskich uliczkach. Wiedziała nawet, co się kryje z tyłu, za tą pierzeją domów. 
Mury były tam gładkie, a wzdłuż brzegu nie było żadnej alejki.

— Poradzimy sobie, wbrew wszystkiemu — powiedział Serafin. — Zaufaj mi.
—Jak przyjacielowi czy jak mistrzowi złodziejskiemu?

Znieruchomiał na moment, obrócił głowę i spojrzał na Merle zdziwiony. Potem 
podał jej rękę. — Przyjaciele? — spytał ostrożnie.

— Przyjaciele. — Mocno uścisnęła mu dłoń. Twarz Serafina promieniowała radością. 
— To

powiem ci teraz jako mistrz złodziejski, że w jakiś sposób dostaniemy się do 
tego domu. A jako przyjaciel... — zawahał się na krótko, ale szybko dokończył: — 

Jako przyjaciel obiecuję ci, że cię nie zawiodę, obojętne, co się wydarzy tej 
nocy.

Nie czekając na jej odpowiedź, zaciągnął ją z powrotem do cienia w uliczce, z 
której wcześniej wy-

125

background image

szli. Szli najpierw przez tunel, a potem przez podwórka niezamieszkałych domów.

Nie minęło dużo czasu, a przesuwali się już po wąskim gzymsie tylnej ściany 
domu, mając pod nogami czarną, lekko falującą wodę kanału. Dwadzieścia metrów od 

nich wyłaniały się z ciemności zarysy mostu, na którym stali lew z jeźdźcem 
odwróceni do nich tyłem. Nawet jeśliby się odwrócili, nie dostrzegliby w mrokach 

nocy dwóch śmiałków.
— Zeby nas tylko lew nie zwietrzył — szepnęła Merle. Naśladując Serafina, z 

całych sił przylgnęła do muru. Gzyms był na tyle szeroki, że mogła po nim 
ostrożnie stąpać. Ale nie było jej łatwo zachować równowagę i jednocześnie 

zerkać na wartę stojącą na moście.
Serafin radził sobie dużo lepiej. Przede wszystkim jako złodziej, a potem jako 

posłaniec Umberta, wielokrotnie w najprzeróżniejszy sposób musiał się wdzierać 
do obcych domów. Mimo to nie dał Merle odczuć, że opóźnia tempo akcji.

— Dlaczego on się nie odwraca? — wycedził przez zęby. — Nie podoba mi się to.
Niższa od niego Merle mogła zobaczyć to, co dzieje się pod mostem. Dostrzegła, 

że teraz w ich kierunku zbliża się niewielka łódź. Szeptem powiedziała o tym 
Serafinowi: — Wartownik wcale się tym nie przejmuje. Raczej sprawia wrażenie, 

jakby na nią czekał.
126

— Tajne spotkanie? — zastanowi! się. — Nieraz już widziałem, jak radny miasta 
spotykał się ze swoim informatorem. Rajcy wszędzie mają swoich agentów.

Merle trapiły inne myśli. „Jak długo jeszcze będzie się ciągnął ten gzyms?"
Chłopak wychylił głowę do przodu. — Jeszcze trzy metry do pierwszego okna. Jeśli 

jest otwarte, wejdziemy przez nie do środka. — Odwrócił się do Merle. — Widzisz, 
kto jest w łodzi?

Uważnie przyjrzała się dryfującej łodzi, by rozpoznać siedzącą w niej postać. 
Ale podobnie jak dwóch wioślarzy, tak i ona skrywała się pod płaszczem z mocno 

nasuniętym kapturem. Uwzględniając nocną porę i panujące zimno, był to całkiem 
normalny widok, a jednak Merle poczuła zimny dreszcz na całym ciele. Tylko jej 

się wydaje, czy lew naprawdę nerwowo szura łapą?
Serafin dotarł do okna. Od mostu dzieliło ich teraz niecałe dziesięć metrów. 

Zajrzał ostrożnie do środka i skinął na Merle. — Pokój jest pusty. Muszą być w 
jakimś innym pomieszczeniu.

— Potrafisz otworzyć okno? — Wprawdzie Merle nie kręciło się w głowie, ale 
zaczęły boleć ją plecy i czuła, jak drżą jej nogi.

Chłopak nacisnął na szybę, najpierw delikatnie, potem trochę mocniej. Rozległ 
się cichy trzask. Prawe skrzydło ustąpiło.

127
Merle głęboko odetchnęła. Co za ulga. Podczas gdy on wchodził do środka, 

spojrzała na łódź, która podpłynęła właśnie do brzegu po drugiej stronie kanału. 
Jeździec na lwie pogalopował szybko w jej kierunku, by powitać wysiadającą 

postać w kapturze.
W tym momencie Merle zauważyła na niebie trzy nadlatujące lwy. A może i więcej. 

Jeśli chociaż jeden z nich obniży swój lot i przefrunie nad kanałem, niechybnie 
ich odkryje.

Na szczęście Serafin szybko podał jej rękę i energicznie wciągnął do środka. 
Poczuła podłogę pod stopami. Ze szczęścia mogłaby ją nawet pocałować. Albo 

Serafina. Nie, lepiej nie.
— Jesteś cala czerwona — stwierdził.

— Starałam się, jak mogłam — odpowiedziała, szybko odwracając twarz. — Co teraz?
Nie odpowiedział od razu. Merle podejrzewała, że dalej bacznie się jej 

przygląda, by odgadnąć, dlaczego się zarumieniła. Dopiero po chwili zorientowała 
się, że wsłuchuje się w docierające do pomieszczenia odgłosy, podobnie jak 

czyniła to Junipa podczas ich wspólnej eskapady po Kanale Odszczepieńców — z 
niezwykłą koncentracją, by wychwycić najcichszy nawet dźwięk.

— Muszą być w przedniej części domu — powiedział po chwili. — Przynajmniej dwóch 
mężczyzn, albo i trzech.

— Z żołnierzami jest ich więc co najmniej sześciu.
128

— Boisz się?
— Wcale.

— Kto tu jest blagierem? — zaśmiał się. Odpowiedziała uśmiechem. Tak, przejrzał 
ją na

wylot. Nawet w ciemności. W towarzystwie każdej innej osoby czułaby się 

background image

skrępowana. „Zaufaj mi", powiedział. I rzeczywiście, ufała mu. Wszystko toczyło 

się w oszałamiającym tempie. Ale na rozmyślania nie było czasu.
Niemal bezszelestnie opuścili pokój i posuwali się dalej mrocznym korytarzem. Na 

jego końcu znajdowały się drzwi wejściowe do domu. W pierwszym poprzecznym 
przejściu po prawej stronie błysnął płomień świecy. Po lewej znajdowały się 

schody wiodące na piętro.
Serafin przyłożył usta do ucha Merle: — Poczekaj tu. Rozejrzę się.

Chciała zaprotestować, ale energicznie potrząsnął głową.
— Proszę — dodał szybko.

Z ciężkim sercem patrzyła, jak zakrada się do oświetlonego świecą przejścia. W 
każdej chwili drzwi mogły się otworzyć. W każdej chwili mogła się w nich pojawić 

postać w kapturze i towarzyszący jej żołnierze.
Serafin dotarł aż do drzwi, odczekał chwilę i wrócił do Merle. W milczeniu 

wskazał schody prowadzące na piętro.
129

Merle poszła za nim bez słowa. To on był mistrzem złodziejskim, nie ona. Choć 
trudno było jej to przyznać, to on wiedział najlepiej, co w takiej sytuacji 

należy zrobić. Niechętnie wykonywała polecenia innych, nawet jeśli miały wyjść 
jej na dobre.

Schody były z solidnego kamienia. Merle szybko wyszła na piętro i skierowała się 
do pokoju, który leżał nad parterowym pomieszczeniem ze świecą. Gdy tam weszła, 

zrozumiała, co Serafin miał na myśli, kiedy tak gnał na górę.
Spora część drewnianej podłogi była zawalona. Drewniane belki zmurszałe na 

końcach leżały nieskładnie, a pośrodku widniała duża dziura. Z dołu przebijało 
światło świecy i gwar ludzkich głosów, choć Merle nie rozumiała dobiegających 

słów.
— Trzech mężczyzn — szepnął jej Serafin na ucho. — Sama śmietanka, wszyscy są 

rajcami.
Merle zerknęła w dół. Poczuła, jak ciepło płomienia rozchodzi jej się po twarzy. 

Serafin nie mylił się. Mężczyźni konferujący w półmroku mieli na sobie długie 
płaszcze, złoty, purpurowy i szkarłatny, które mogli nosić wyłącznie rajcowie 

miejscy.
W Wenecji nie było wyższej instancji niż rada miejska. Od czasów inwazji 

egipskiej i zerwania kontaktów z innymi państwami na kontynencie, właśnie do jej 
członków należało podejmowanie najważniejszych decyzji dla oblężonego miasta. To 

oni utrzymywali kontakt z Królową Laguny — przynajmniej tak roz-
130

głaszali na zewnątrz, przyjmując pozę nieomylnych mężów stanu. Ale w mieście 
krążyły plotki o nadużyciach, korupcji i degeneracji wśród przedstawicieli 

szlacheckich rodów, zasilających skład rady miejskiej. Nie było tajemnicą, że 
ten, kto miał pieniądze lub nazwisko rodowe, uchodził za ważniejszego niż 

pospolity członek z gminu.
Jeden z mężczyzn rozmawiających na parterze wniósł do pokoju szkatułkę z drzewa 

hebanowego.
— Co to jest? — wyszeptała Merle. Serafin wzruszył ramionami.

Na dole coś zaskrzypiało. Otworzyły się drzwi wejściowe. Najpierw rozległy się 
kroki, a zaraz potem stukot żołnierskich butów.

— Dostojni panowie rajcowie, zjawił się egipski posłaniec! — oznajmił żołnierz.
— Do diaska, zamknij gębę! — syknął rajca w purpurowym płaszczu. — Chyba że 

chcesz, by zbiegła się tu cała dzielnica?
Skarcony żołnierz opuścił dom, podczas gdy posłaniec wszedł do pomieszczenia. 

Kaptur wciąż miał nasunięty na głowę. Światło świecy nie wystarczyło, by 
oświetlić jego ginącą w półmroku twarz.

Zrezygnował z ceremonii powitania i od razu przeszedł do sedna sprawy: — Czy 
macie to, co obiecaliście?

Merle jeszcze nigdy w życiu nie słyszała mowy Egipcjanina. Zdumiało ją jednak, 
że w słowach mężczy-

131
zny nie pobrzmiewał obcy akcent. Ale w tej chwili podniecenie nie pozwalało jej 

ocenić sytuacji, której była świadkiem. Dopiero docierała do niej ranga 
rozgrywających się tu wydarzeń. Tajne spotkanie między członkami rady miejskiej 

a egipskim posłańcem! To musi być agent ukrywający się w Wenecji. Bo jakże 
inaczej mógłby posługiwać się czystym dialektem weneckim?

Serafin zbladł jak ściana. Z czoła spływały mu krople potu. Wstrząśnięty śledził 

background image

wydarzenia na dole, siedząc na skraju otworu w podłodze.

Rajca w złotym płaszczu skłonił się lekko, dwóch pozostałych poszło za jego 
przykładem.

— Cieszymy się, że przyjęliście nasze zaproszenie. I oczywiście mamy to, o co 
prosiliście.

Rajca w szkarłatnym płaszczu nerwowo poruszał palcami: — Faraon chyba doceni 
nasz gest, nieprawdaż?

Mężczyzna w kapturze energicznie zwrócił się w jego stronę: — Boski król 
Amenophis dowie się o waszej prośbie, by przyłączyć się do nas. Jaką podejmie 

decyzję, to zależy tylko od jego Boskiej woli.
— Zaiste, zaiste — pospiesznie zapewnił rajca w purpurze, rzucając koledze w 

szkarłacie gniewne spojrzenie. — Nie śmiemy powątpiewać w słuszność decyzji jego 
Boskiej Wysokości.

— Gdzie to macie?
Rajca w złotym płaszczu podał posłańcowi hebanową szkatułkę. — Z najuniżeńszymi 

pozdrowie-
132

niami dla faraona Amenophisa. Od jego wiernych sług.
— Rajcy-zdrajcy — wymknęło się Merle, która nie potrafiła ukryć pogardy. — 

Zdrajcy, zdrajcy, zdrajcy... — Niedobrze jej się robiło, gdy słyszała ich 
służalczy ton.

Posłaniec wziął szkatułkę do ręki i otworzył zamek. Rajcowie wymienili między 
sobą spojrzenia.

Merle pochyliła się głębiej, by zobaczyć, co kryje się w środku. Także Serafin 
wytężył wzrok.

Szkatułka była wyściełana aksamitem. Spoczywała w niej kryształowa karafka, nie 
większa niż ludzki palec. Posłaniec wziął ją ostrożnie do rąk, szkatułka upadła 

przy tym na podłogę, wyrywając rajców z letargu.
Mężczyzna w kapturze zbliżył karafkę do świecy.

— Po tylu latach, wreszcie! — mruczał do siebie. Merle nie bardzo rozumiała, 
czemu ta niewielka

karafka może być tak drogocenna. Spojrzała pytająco na Serafina.
Rajca w purpurze uroczyście wzniósł ręce: — Tak, to ona. Zaiste. Esencja 

Królowej Laguny. Magik, który nam ją dał, dokonał prawdziwego cudu.
Merle zamurowało. Wymieniła porozumiewawcze spojrzenie z Serafinem.

—Alchemicy faraona pracowali nad tym przez dziesięć lat — odrzekł posłaniec 
chłodno. — Nie ulegało wątpliwości, że pewnego dnia czar zacznie działać.

— Ależ oczywiście, jak najbardziej.
133

Rajca w szkarłacie, który już raz zdążył popełnić gafę, przestępował 
niecierpliwie z nogi na nogę. — Ale wasza magia nie na wiele by się zdała, 

gdybyśmy się nie odważyli przeprowadzić czarów w obecności Królowej Laguny. 
Żaden ze sług faraona nie miałby szans, by dostać się tak blisko jej osoby.

— Więc nie uważacie się, rajco de Angeliis, za sługę faraona? — spytał posłaniec 
szorstko.

Rajca zbladł. — Ależ jak najbardziej, jak najbardziej.
— Jesteście jedynie żałosnym tchórzem. I to najgorszego rodzaju: zdrajcą!

Rajca pocierał sobie nos. Odtrącił rękę, którą chciał mu położyć na ramieniu w 
geście pojednania dostojnik w purpurze. — Bez nas nie bylibyście...

— Rajco de Angeliis! — fuknął posłaniec, którego ton przypominał zrzędzenie 
starej baby. — Jeśli zapłata za waszą przyjacielską usługę stanowi źródło 

waszych zmartwień, to bądźcie pewni, że ją otrzymacie. Najpóźniej wtedy, gdy 
faraon ze swoją armią zajmie lagunę i uczyni was swoim zarządcą. Ale teraz, 

zaklinam was w imieniu Amenophisa, zamilczcie!
— Za pozwoleniem — odrzekł rajca w purpurze, nie zważając na żałosny wzrok de 

Angeliisa — powinniście wiedzieć, że czas nagli. Ponownie zapowiedział się 
wysłannik piekieł, by zaproponować nam układ wymierzony w imperium. Nie mam 

pojęcia, jak dłu-
134

go jeszcze możemy go zwodzić. Inni członkowie rady miejskiej są bardziej otwarci 
na tę propozycję niż my. Na dłuższą metę nie uda się ich trzymać w szachu. Tym 

bardziej, że wysłannik piekieł zapowiedział już, że następnym razem ujawni się 
publicznie, by wszyscy mieszkańcy Wenecji mogli się dowiedzieć o tej propozycji.

Posłaniec przerwał gwałtownie: — Do tego nie wolno dopuścić. Atak na lagunę jest 

background image

już przesądzony i zostanie przeprowadzony lada moment. Układ z piekłem wszystko 

by przekreślił — zamilkł na chwilę, by zebrać myśli. — Jeśli wysłannik piekieł 
pojawi się rzeczywiście, to musicie udaremnić jego publiczne wystąpienie. Trzeba 

go zabić.
— A zemsta piekieł... — zaprotestował de Ange-liis nieśmiało, ale rajca w złotym 

płaszczu przerwał mu energicznym ruchem ręki, zmuszając do milczenia.
— Zapewne, panie — zwrócił się w stronę posłańca — stanie się tak, jak 

rozkażecie. Imperium uchroni nas od wszystkiego, jeśli wreszcie wejdzie w 
posiadanie miasta.

Egipcjanin skinął głową: — Tak będzie.
Merle odetchnęła, gdyż przez cały czas dyplomatycznych manewrów wstrzymywała 

oddech. Dźwięk, który z siebie wydała, był cichy, ale zwrócił uwagę rajcy w 
szkarłatnym płaszczu. Spojrzał do góry, na dziurę w suficie. Merle i Serafinowi 

udało się scho-
135

wać w ostatniej sekundzie. Teraz mogli przysłuchiwać się dalszym słowom 
posłańca, ale widzieć go już nie mogli.

— Kryształ karafki jest na tyle mocny, że nie wypuści Królowej Laguny. Jej rządy 
w lagunie się skończyły. Potężna armia faraona stoi gotowa do ataku na lądzie i 

wodzie. Kiedy faraon stanie na jej czele, galery i barki słoneczne uderzą na 
miasto.

Merle poczuła z prawej strony szturchnięcie. Obróciła się, ale Serafin był 
daleko od niej. A jednak coś dotknęło ją w udo! Może szczur? Po chwili wszystko 

stało się jasne. To wodne zwierciadło wyślizgnęło się jej z kieszeni, 
podskakując rytmicznie. Teraz wypadki potoczyły się w błyskawicznym tempie. 

Merle chciała je pochwycić, ono jednak wysunęło się jej z ręki, zsuwając się na 
brzeg dziury w podłodze, by w końcu do niej wpaść.

Merle zauważyła, że jego powierzchnia pokryła się mleczną mgiełką, utworzoną 
przez uwięzione w niej duszki.

Lusterko, które nadludzkim wysiłkiem próbowała złapać, spadło w dół, dokładnie 
na egipskiego posłańca, trafiając go w rękę. Mężczyzna krzyknął, po części z 

bólu, po części ze złości, a już na pewno z przerażenia, bo uderzony w rękę, 
wypuścił z niej karafkę, która razem z lusterkiem upadła na podłogę.

— Nie! — na krzyk Serafina rajcowie poderwali się na równe nogi. Dodając sobie 
otuchy śmiałym

136
okrzykiem, chłopak skoczył do dziury w podłodze i w okamgnieniu znalazł się 

pośrodku konferujących dostojników. Merle nie miała czasu zastanawiać się nad 
tym, co się wydarzyło. Nie namyślając się długo, poszła w ślady Serafina. 

Skoczyła w dół, wydając przy tym dziki wrzask, który miał budzić grozę, w 
rzeczywistości jednak wcale nie brzmiał groźnie.

Posłaniec cofnął się. Inaczej Merle uderzyłaby go nogami w głowę. Schylił się 
gwałtownie, próbując podnieść karafkę z ziemi. Ale, z trudnością zachowując 

równowagę, chwycił nie ją, tylko lusterko. Palce musnęły jego powierzchnię, po 
czym zniknęły w środku. Kiedy siłą wyciągnął dłoń, wrzeszcząc przy tym 

potwornie, na czubkach palców tkwiły osmalone kości, dymiące i spalone, jakby 
oblane kwasem.

Spod kaptura posłańca wydobył się przeraźliwy krzyk.
Serafin, który szybko stanął na nogi, doskoczył do okna, w jednej ręce trzymając 

karafkę, a w drugiej lusterko Merle.
W tym czasie rajca w purpurze chwycił Merle, próbując wykręcić jej rękę. 

Jednocześnie zamachnął się, by wymierzyć jej cios. Dwaj pozostali biegali po 
pomieszczeniu niczym wystraszone kury, wydzierając się głośno na swoją straż 

przyboczną. Merle udało się uniknąć ciosu i wyrwać z obcego uścisku, uderzyła 
jednak plecami o czarny płaszcz egipskiego posłańca. Obezwładnił ją swąd 

spalonego ciała.
137

Nagle w pomieszczeniu z zabitym deskami oknem powstał przeciąg. Przed domem 
wylądowały fruwające lwy. Ktoś z tyłu dotknął jej ramienia, ale zwinnym ruchem 

wymknęła się w ten sam sposób, jaki wielokrotnie praktykowała w sierocińcu. 
Posiadała cenne doświadczenie, jak należy się bić, gdzie zadać cios, by 

przeciwnik go poczuł. Kiedy rajca de Angeliis zagrodził jej drogę, kopnęła go z 
całej siły. Tłusta postać w szkarłatach wrzasnęła dziko, jakby ją smażono na 

rożnie, łapiąc się za podbrzusze.

background image

— Tędy! Uciekamy! — krzyknął do niej Serafin. Trzymał pozostałych rajców w 

szachu, grożąc im, że roztrzaska karafkę.
Merle rzuciła się w jego stronę. Oboje wypadli na korytarz właśnie w tym 

momencie, kiedy drzwi wejściowe do domu otworzyły się i pojawiło się w nich 
dwóch gwardzistów w czarnych mundurach ze skóry.

— Do diaska! — zaklął Serafin.
Gwardziści stanęli jak wryci. Bardziej spodziewali się podstępu ze strony 

Egipcjan i ich uzbrojonych po zęby żołnierzy, godnych ich przeciwników. Zamiast 
tego stanęli twarzą w twarz z dziewczynką w podartej sukience i chłopcem 

trzymającym dwa świecące przedmioty, wcale nie wyglądające na miecze.
Merle i Serafin wykorzystali moment zaskoczenia. Nim gwardziści zdążyli wykonać 

jakiś ruch, obydwoje stali już przy wejściu do tylnego pomieszczenia.
138

Tam, przed otwartym oknem, czekał na nich posłaniec. Dobrze wiedział, że 
istnieje tylko jedna droga ucieczki. Przez okno, do kanału.

— Lustro! — krzyknęła Merle do Serafina.
Chłopak rzucił je prosto w jej ręce. Merle zamachnęła się nim na posłańca. Ten 

zręcznie się uchylił, odblokowując dostęp do okna. Osmalone czubki jego palców 
dymiły jeszcze.

— Karafka! — wysyczał. — Występujecie przeciwko faraonowi!
Serafin zaśmiał się drwiąco, co zaskoczyło samą Merle. Zaraz potem wykonał w 

powietrzu salto, wymijając posłańca. Zręcznie wskoczył na parapet okna i kucnął 
na nim, przybierając ironiczny wyraz twarzy.

— Na cześć Królowej Laguny! —wykrzyknął, podczas gdy Merle wykorzystała ten 
moment, by do niego dołączyć. — Za mną!

Skoczył z okna tyłem, szybując prosto do wody.
Merle bez wahania poszła w jego ślady. Porwał ją jego entuzjazm, jego siła woli 

wykluczająca rezygnację. Po raz pierwszy w życiu czuła podziw dla innego 
człowieka.

Posłaniec darł się wniebogłosy, bo mógł jedynie chwycić rąbek sukienki Merle 
swoimi czarnymi kikutami.

Woda w kanale była przeraźliwie zimna. Natychmiast zmoczyła jej ubranie i ciało. 
Merle nie mogła oddychać, poruszać się ani nawet myśleć. Później nie

139
mogła sobie też przypomnieć, jak długo pozostawała pod wodą — może sekundy, a 

może całe minuty? W końcu wypłynęła na powierzchnię. Serafin był tuż obok niej, 
a ona powoli odzyskiwała władzę w kończynach. Musiała więc znajdować się pod 

wodą jedynie kilka sekund.
— Bierz to! — pod powierzchnią wody podał jej do lewej ręki karafkę. W prawej 

trzymała kurczowo swoje lusterko.
— Co mam z nią zrobić?

— Jeśli sytuacja stanie się krytyczna, odwrócę ich uwagę — powiedział, 
wypluwając wodę z ust. Fale uderzały go w twarz.

„Jeśli sytuacja stanie się krytyczna? — pomyślała Merle. —Jeszcze bardziej 
krytyczna?"

Posłaniec stanął w oknie i wykrzykiwał coś niezrozumiałego.
Serafin znowu wypluł wodę z ust i zagwizdał. Merle spojrzała na okno i 

zobaczyła, jak czarne kształty i czworonożne cienie zeskakują z góry, wyłaniają 
się z nisz, rynien na dachach, miaucząc i piszcząc, aż wreszcie z ostrymi 

pazurami rzucają się na czarny płaszcz posłańca. Jeden z kotów wyskoczył na 
parapet, a stamtąd prosto pod czarny kaptur. Rozległ się przeraźliwy wrzask i 

Egipcjanin, potykając się, zatoczył się do pokoju.
— Niewinna sztuczka złodzieja — skwitował Serafin z szelmowskim uśmiechem.

140
— Musimy wyjść z wody! — Merle odwróciła się, wkładając do kieszeni sukienki 

karafkę i lusterko. Podpłynęła w stronę przeciwległego brzegu, gdzie mury domów 
sięgały głęboko do wody i nie było żadnej kryjówki. Ale na coś trzeba było się 

zdecydować!
— Na brzeg? — zawtórował jej Serafin i spojrzał na niebo. — Wygląda na to, że 

mamy to z głowy.
Merle podpłynęła do niego dość wolno, ponieważ sukienka utrudniała jej ruchy. 

Wreszcie pojęła, o co mu chodzi.
Dwa lwy, które wyłoniły się z ciemności nocy, rzuciły się na nią z rozpostartymi 

skrzydłami, niemal pionowo.

background image

— Pod wodę! — krzyknęła, wstrzymała oddech i zanurkowała. Nie zdążyła zobaczyć, 

czy Serafin poszedł za jej przykładem. Czuła słonawe zimno wody na wargach i 
ciśnienie w uszach i nosie. Kanał był głęboki na jakieś trzy metry. Zeszła do 

połowy jego głębokości.
Nie widziała i nie słyszała, co się wokół niej dzieje. Obróciła się w poziomie i 

odpychając się rękami, popłynęła wzdłuż kanału. Może uda się jej dopłynąć do 
jakichś starych drzwi dawnego magazynu?

Dawniej, kiedy Wenecja uchodziła za potęgę handlową, wielu kupców 
przetransportowywało towary z kanału prosto do magazynów, korzystając przy tym z 

drzwi znajdujących się na wysokości poziomu wody.
141

Dziś większość właścicieli pusto stojących domów nie żyła, ale drzwi do 
magazynów pozostały. Częściowo przeżarte od soli, pordzewiałe i w dolnej części 

zbutwiałe, dawały Merle szansę, na schronienie. Ale co z Serafinem?
Właściwie mogła się tylko modlić, że nurkował gdzieś obok niej, nie za płytko, 

bo byłby wtedy łatwą ofiarą dla drapieżnych lwów. Kamienne lwy bały się wody. Od 
niepamiętnych czasów zawsze czuły przed nią respekt i ostatni ich 

przedstawiciele niczym się od nich nie różnili. Mogły wprawdzie zanurzyć pazury 
w wodzie, ale nigdy, przenigdy nie odważyłyby się w niej zanurzyć. Merle dobrze 

znała tę ich słabość i cały czas żywiła nadzieję, że Serafin też o tym wie.
Powoli zaczynało brakować jej powietrza. W tej krytycznej sytuacji zaniosła 

modły do Królowej Laguny. I wtedy przyszło jej do głowy, że Królowa znajduje się 
w karafce, w kieszeni jej sukienki, uwięziona i bezradna jak ona sama.

„Esencja Królowej Laguny", powiedział rajca miejski.
A Serafin? Gdzie jest Serafin? I gdzie są drzwi?

Ogarniało ją coraz większe znużenie. Zdawało się jej, że wszystko kręci się 
wokół niej, a ona sama zapada się coraz głębiej. W rzeczywistości woda wypychała 

ją w odwrotnym kierunku, do góry.
Ale przełamała się. Powietrze dotarło do jej płuc. Otworzyła oczy.

142
Dopłynęła dalej, niż sądziła. W pobliże jakichś drzwi, kanciastych i mocno 

zbutwiałych, które w wielu miejscach były przeżarte przez wodę. Górna ich część 
wisia-a nienaruszona w zawiasach, natomiast w dolnej zbu-wiałe drewno 

przypominało szczękę podmorskiego itwora, rząd ostrych igieł, pokrytych algami i 
pleśnią.

— Merle!
Głos Serafina zawirował w wodzie. To, co zobaczyła, odebrało jej siły. Niemal 

poszłaby na dno.
Jeden z lwów krążył nad wodą, trzymając w łapach przemoczonego Serafina jak 

upolowaną w wodzie zdobycz.
— Merle! — krzyknął Serafin raz jeszcze. Dopiero teraz stało się dla niej jasne, 

że nie mógł wiedzieć, gdzie się znajduje i czy w ogóle żyje. Bał się o nią i 
miał przeczucie, że utonęła.

Chciała mu odpowiedzieć i w ten sposób skierować uwagę lwów na siebie, 
otwierając Serafinowi drogę ucieczki. Ale to byłoby niemożliwe. Żaden lew nie 

wypuści z łap raz upolowanej zdobyczy.
Bestia, trzepocząc skrzydłami, zatoczyła już łuk, wzbiła się do góry, 

przyciskając bezbronnego Serafina do siebie, kiedy Merle usłyszała słabnący głos 
przyjaciela: — Gdziekolwiek jesteś, musisz uciekać! Ukryj się! Ratuj Królową 

Laguny!
Zaraz potem lwy, jeźdźcy i Serafin rozpłynęli się we mgle nocy, tak jak to czyni 

wiatr z dymem unoszącym się nad ogniskiem.
143

Merle znowu zanurkowała. Jej Izy zlały się z wodą kanału, z nim samym. Tak 
długo, jak płynęła do jeszcze większej ciemności przez drewnianą gardziel, 

zbutwiałe drzwi, tak długo, jak kurczyła się do rozmiarów małego dziecka, tak 
długo leżała i płakała.

Oddychała i płakała.
Koniec i początek

— Merle, Merle, posłuchaj mniei Merle stanęła na równe nogi i rozglądała się w 
ciemności. Pomieszczenie, w którym się znajdowała, stary magazyn skór, cuchnął 

wilgocią i zbutwiałym drewnem. Jasne promienie docierały tu jedynie przez 
zniszczone drzwi do kanału. Z góry dochodziły jakieś głosy i migotanie światła. 

Ktoś musiał przeczesywać powierzchnię kanału z pochodnią w ręku.

background image

Merle jak najszybciej musiała stąd zniknąć.

— Merle, ty nie śnisz.
Słowa dobiegały z jej wnętrza, ale głos wyraźnie słyszała w uszach.

— Kim jesteś? — spytała cicho i wyprostowała się.
— Ty wiesz, kim jestem. Nie bój się.

Merle sięgnęła do kieszeni sukienki i wyciągnęła lusterko. Obejrzała je pod 
światło. Jego powierzchnia była całkiem gładka, duszków nie było widać. Ale 

Merle podejrzewała, że to nie lusterko przemawia do niej. Szybko włożyła je z 
powrotem do kieszeni i wyjęła karafkę. Całkiem swobodnie mogła utrzymać ją w 

dłoni.
145

— Musisz opuścić to miejsce. Przeczeszą wszystkie domy, które graniczą z 
kanałem. A potem całą dzielnicę.

— A co z Serafinem?
— Jest w rękach gwardzistów.

— Zabiją go!
— Być może, ale nie tak szybko. Gdyby chcieli, zabiliby go już w wodzie. Ale na 

pewno będą chcieli dowiedzieć się, kim jesteś i gdzie mogą cię znaleźć.
Merle wsunęła karafkę z powrotem do kieszeni. Ostrożnie szła przed siebie. 

Dreszcz zimna przebiegł jej po ciele. —Jesteś Królową Laguny? — spytała 
nieśmiało.

— Chcesz mnie tak nazywać? Królową?
— Najpierw chcę stąd uciec.

— To musimy coś wymyślić.
— My? Widzę tu tylko jedną osobę gotową do ucieczki.

W ciemności dostrzegła drzwi prowadzące do domu. Weszła przez nie i znalazła się 
w pustym holu. Podłogę i klatkę schodową pokrywała gruba warstwa kurzu. Na niej, 

jak na śniegu, odciskały się ślady jej stóp. Prosta sprawa dla tych, którzy 
chcieliby pójść jej tropem.

Drzwi były zabite deskami, jak większość drzwi w Wenecji w tych czasach. Ale 
nieopodal znalazła okno: bez namysłu wybiła szybę głową posągu, który leżał na 

podłodze. Przechodząc przez okno, na szczęście się nie skaleczyła.
146

Co teraz? Najlepiej jak najszybciej dostać się do Kanału Odszczepieńców. 
Arcimboldo będzie już wiedział, co należy dalej robić. Albo Unke. Albo Junipa. 

Ktokolwiek! Tajemnicy, którą poznała, nie mogła pozostawić dla siebie.
— Jeśli twój przyjaciel puści parę z ust, to właśnie tam będą cię szukać — 

ostrzegł ją głos znienacka.
— Serafin mnie nie zdradzi — odburknęła rozzłoszczona. — Przysiągł, że nigdy nie 

zostawi mnie samej.
No tak, ale ona przyglądała się biernie, jak lew szybował z nim w powietrzu. 

Tylko co mogła wtedy zrobić?
— Mc — szepnął głos. — Byłaś bezradna. Dalej jesteś.

— Czytasz w moich myślach?
Na to pytanie nie otrzymała odpowiedzi, co było jednak odpowiedzią samą sobie.

— Zostawmy to — powiedziała szorstko. — Uratowałam cię. Jesteś moją dłużniczką.
Odpowiedziało jej milczenie. Czyżby czymś uraziła ten głos? Tym lepiej, niech 

zostawi ją wreszcie w spokoju. Sytuacja była wystarczająco trudna dla niej. Nie 
potrzebowała żadnego wewnętrznego głosu komentującego każdą jej decyzję.

Z największą czujnością biegła przez jakąś uliczkę. Od czasu do czasu 
zatrzymywała się, by wsłuchać się w dochodzące odgłosy. Obserwowała także niebo, 

które jednak było tak ciemne, że nawet gdyby pojawił się na nim cały tuzin lwów, 
i tak by ich nie za-

147
uważyła. Do wschodu słońca pozostało jeszcze wiele godzin.

Wkrótce zorientowała się, gdzie jest: niedaleko Campo San Polo. To połowa drogi 
do warsztatu. Niedługo będzie bezpieczna.

— Me będziesz bezpieczna, przynajmniej tak długo, jak chłopak jest w rękach 
gwardzistów — przypomniał jej głos.

Tym razem nie wytrzymała. — Cóż to znaczy??? — krzyknęła tak głośno, że jej głos 
odbił się echem w uliczce. — Kim jesteś, moim głosem opamiętania?

— Jeśli chcesz, mogę nim być.
— Chcę, żebyś zostawił mnie w spokoju!

— Daję ci tylko rady, nie wydaję żadnych rozkazów.

background image

— Wcale ich nie potrzebuję!

— Obawiam się, że jednak tak.
Merle zatrzymała się, obejrzała za siebie i znalazła prześwit w drewnianym 

płocie między dwoma kamienicami. Postanowiła zrobić z tym porządek. Natychmiast. 
Przecisnęła się przez dziurę, skryła w ciemnym podwórku i przykucnęła.

— Jeśli chcesz ze mną rozmawiać, to teraz. Natychmiast!
— Jak chcesz.

— Czym albo kim jesteś?
— Sądzę, że już wiesz.

— Królową Laguny?
148

J
— W tej chwili jedynie głosem i myślami w twojej głowie.

Merle zawahała się. Jeśli głos rzeczywiście należał do Królowej, to czy nie 
byłoby wskazane okazać jej więcej szacunku? Ale dalej targały nią wątpliwości.

— Nie przemawiasz jak Królowa.
— Mówię dokładnie tak, jak ty mówisz. Przemawiam twoim głosem, wyrażam twoje 

myśli.
— Jestem tylko zwykłą dziewczynką.

— Teraz już nie. Otrzymałaś zadanie do wypełnienia.
— Wcale nie! — odrzekła wzburzona. — Ja się do tego nie paliłam. I nie wmawiaj 

mi mojego przeznaczenia. To bzdura! To, w co zostałam wplątana, to nie bajka!
— Niestety, nie. W bajce wszystko jest proste i łatwe. Wracasz do domu i 

zastajesz spalony przez żołnierzy dom. Twoi przyjaciele zostali uprowadzeni. 
Wzbiera w tobie gniew. Czujesz, że musisz podjąć walkę z faraonem. Stajesz wobec 

tego wyzwania i podstępem zabijasz faraona. Tak wyglądałby scenariusz bajki. Ale 
my mamy do czynienia z rzeczywistością. Droga jest niby ta sama, ale w praktyce 

inna.
— Mogłabym chwycić karafkę i wlać jej zawartość do najbliższego kanału.

— Me, to by mnie zabiło!
— W takim razie nie jesteś Królową Laguny! Ona czuje się w kanałach jak ryba w 

wodzie.
149

— Królowa Laguny jest tylko tym, kim pozostaje w twojej wyobraźni. W tej chwili 
jest jedynie cieczą w karafce. I twoim wewnętrznym głosem.

— Mam mętlik w głowie. Nic z tego nie rozumiem.
— Egipcjanie przepędzili mnie z kanałów, kiedy rzucili na wodę czarodziejską 

klątwę. Tylko dzięki temu zdrajcom udało się zamknąć mnie w karafce. Klątwa 
będzie działała jeszcze kilka miesięcy, zanim straci moc. Do tej pory moja 

esencja nie może wejść w kontakt z wodą.
— Sądziliśmy wszyscy, że jesteś... kimś innym.

— Przykro mi, jeśli cię rozczarowałam.
— Kimś niematerialnym...

— Jak bóg?
— Tak, raczej tak.

— Bóg także objawia się tym, którzy w niego wierzą. Tak jak ja teraz tobie.
— To nie to samo. Ty nie pozostawiasz mi swobody decyzji. Wmawiasz mi, że ja 

muszę w ciebie uwierzyć, w przeciwnym razie...
— W przeciwnym razie, co?

— W przeciwnym razie wyjdzie na to, że jestem szurnięta, że rozmawiam tylko sama 
z sobą.

— Czy to aż takie złe, by wsłuchiwać się w swój wewnętrzny głos?
Merle z niecierpliwością potrząsnęła głową. — Robisz wodę z mózgu. Możliwe, że 

jesteś tylko jednym z tych duszków zamkniętych w moim lusterku.
150

— Wystaw mnie na próbę. Schowaj lusterko i sprawdź, czy mnie rzeczywiście przy 
tobie nie będzie.

Merle zastanowiła się i po chwili przystała na to. Położyła lusterko w 
najdalszym kącie podwórka, oddalonym od wejścia o kilkanaście metrów. Idąc, 

potykała się o śmieci, które zebrały się tu w ciągu wielu lat. Pod nogami 
plątały jej się szczury, od których aż się tu roiło. W końcu wróciła na 

poprzednie miejsce.
— No i co? — spytała cicho.

—Jestem tutaj— odpowiedział głos z nieukrywaną radością.

background image

Merle westchnęła. — A więc dalej twierdzisz, że jesteś Królową Laguny?

— Tego nigdy nie twierdziłam. To mówiłaś ty. Merle szybko podbiegła do lusterka 
i zabrała je

z powrotem. Wsadziła do kieszeni sukienki, zapinając ją na guzik.
— Powiedziałaś, że posługujesz się moimi słowami i myślami. Czy to oznacza, że 

masz wpływ na moją wolę?
— Nawet gdybym miała taką zdolność, nie zrobiłabym z niej użytku.

— Muszę ci wierzyć na słowo.
— Uwierz mi!

Po raz drugi w ciągu tej nocy żądano od niej absolutnego zaufania. Wcale jej się 
to nie spodobało.

— Zawsze może być tak, że wszystko to sobie tylko wyobrażam, nieprawdaż?
151

— A co byś wolała? Żeby przemawiał do ciebie wyimaginowany czy prawdziwy głos?
— Ani jeden, ani drugi.

— Me będę cię fatygowała dłużej, niż będzie to potrzebne.
Merle przetarła oczy ze zdumienia: —Jestem twoją służącą, czy co?

— Potrzebuję twojej pomocy. Egipski agent i zdrajcy nie spoczną, dopóki nie 
znajdę się w ich rękach. Będą szukać i ciebie. Musimy więc opuścić Wenecję.

— Opuścić Wenecję? Ależ to niemożliwe! Pierścień okrążenia wokół miasta jest 
wciąż tak samo szczelny jak przed trzydziestu laty.

Głos brzmiał teraz nieco bezradnie: — Zrobiłam, co mogłam, ale ostatecznie też 
padłam ofiarą podstępu wroga. Nie jestem w stanie dalej chronić laguny. Musimy 

znaleźć inne wyjście.
— Ale... co się stanie z mieszkańcami? I z syrenami?

— Nikt nie stanie na przeszkodzie Egipcjanom. Wejdą do miasta. Ponieważ nie mają 
mnie w swoich rękach, zostało nam trochę czasu do działania. Ale nie za wiele. 

Dopóki nie wpadną na mój trop, miasto jest bezpieczne.
— To tylko odroczenie wyroku.

— Tak — przyznał ze smutkiem głos. — Dokładnie tak. Kiedy faraon wyda wyrok na 
lagunę, nie spocznie, dopóki mnie nie znajdzie. A agent zna twoją twarz. Nie 

spocznie, aż ujrzy cię martwą.
152

Merle pomyślała o Junipie, Serafinie, o Arcimbol-dzie i Unke. O wszystkich tych, 
którzy byli jej bliscy. Miałaby zostawić ich wszystkich i uciec?

— Me uciec — poprawił ją głos — tylko szukać pomocy. Ja jestem laguną. Nigdy jej 
nie oddam. Jeśli ona zginie, zginę i ja. Ale musimy opuścić miasto, by znaleźć 

pomoc.
— Poza miastem nie ma nikogo, kto mógłby nam pomóc. Imperium zawładnęło całym 

światem.
— Możliwe, ale nie na sto procent.

Merle miała dosyć tych zagadkowych sugestii, nawet jeśli coraz mniej wątpiła w 
to, że jej wewnętrzny głos należy do Królowej Laguny. I chociaż wyrosła w 

mieście, w którym Królowa była przez wszystkich czczona, to nie czuła przed nią 
żadnego lęku. Nie prosiła się przecież, by ją wciągnięto w to wszystko.

— Najpierw idę do warsztatu — powiedziała. — Muszę rozmówić się z Junipą i 
Arcimboldem.

— Tracimy cenny czas.
— Tak zdecydowałam! — burknęła.

— Jak uważasz.
— Czy to oznacza, że nie będziesz próbowała mnie przekonać?

— Me.
Zaskoczyło ją to. Nabrała większej pewności siebie.

Już chciała wyjść z podwórka na uliczkę, kiedy znowu usłyszała głos.
153

— Jeszcze coś.
— Co?

— Nie mogę dłużej pozostać w karafce.
— A to dlaczego?

— Pustynny kryształ paraliżuje moje myśli. Merle zaśmiała się. — Czy to oznacza, 
że będziesz

mniej mówić?
— To oznacza, że umrę. Moja esencja musi się połączyć z żyjącymi organizmami. 

Wody laguny są ich pełne. Ale karafka jest zrobiona z zimnych, zabijających 

background image

kryształów. Zwiędnę niczym pozbawiona gleby i światła roślina.

— Jak mogę ci pomóc?
— Musisz mnie wypić.

Merle skrzywiła się. — Wypić... ciebie?
— Musimy stać się jednością. Ty i ja.

— Wypełniasz już całą moją głowę. A teraz chcesz jeszcze zawładnąć moim ciałem. 
Znasz przysłowie, które mówi, że podało się komuś palec, a on chce całą rękę?

— Merle, przecież ja umrę. A wraz ze mną cała laguna.
— To szantaż, wiesz o tym? Jeśli ci nie pomogę, wszyscy umrą. Jeśli cię nie 

wypiję, wszyscy umrą. Co jest następne w kolejności?
— Merle, wypij mnie.

Wyciągnęła karafkę z kieszeni. Kryształki mieniły się niczym oczy owadów.
154

— I nie ma innej możliwości?
— Me ma.

— Jak, no... jak wyjdziesz ze mnie z powrotem? I kiedy?
— Kiedy nadejdzie właściwy czas.

— Wiedziałam, że tak odpowiesz.
—Me prosiłabym cię o tę przysługę, gdyby było inne wyjście.

Merle przyszło na myśl, że istnieje inne rozwiązanie. Mogła wyrzucić karafkę 
gdziekolwiek i zachować się tak, jakby tej nocy nic się nie wydarzyło. Ale jak 

mogła unicestwić wszystkie wydarzenia? Serafina, walkę z posłańcem, Królową 
Laguny?

Czasami poczucie odpowiedzialności niepostrzeżenie osacza człowieka. I potem 
trudno się od niego wyzwolić.

Merle wyciągnęła korek z karafki i powąchała ją. Ze środka nie wydobywał się 
żaden zapach.

— Hm..., jak... jak właściwie smakujesz?
— Jak sobie tylko życzysz.

— To może jak świeże maliny?
— Dlaczegóż by nie?

Przełamawszy ostatnie opory, Merle wzięła karafkę do ust i wypiła jej zawartość. 
Ciecz była przezroczysta i chłodna jak woda. Dwa, trzy łyki, nie więcej, i po 

wszystkim.
— To nie smakowało jak maliny!

— Tylko jak?
155

— Było bez smaku.
— Me było w każdym razie obrzydliwe, jak początkowo sądziłaś.

— Nie cierpię, gdy ktoś mnie robi w balona.
— To się więcej nie powtórzy. Czujesz się teraz trochę inaczej?

Merle wsłuchiwała się w siebie, ale nie czuła żadnych zmian. W karafce równie 
dobrze mogła znajdować się woda.

— Tak jak przedtem.
— Dobrze. To teraz pozbądź się pustej karafki. Nikt nie może jej znaleźć.

Merle zatkała ją i wsadziła pod stertę śmieci. Powoli docierało do niej, co 
stało się przed chwilą.

— Czy teraz noszę w sobie Królową Laguny?
— Nosisz ją od zawsze. Jak każdy, kto w nią wierzy.

— To przypomina mi kościół, księży i cały ten kościelny ton.
Jej wewnętrzny głos westchnął: —Jeśli miałoby cię to uspokoić, to teraz jestem w 

tobie. Naprawdę jestem.
Merle zmarszczyła czoło i wzruszyła ramionami: — Nie da się tego już odwrócić.

Głos milczał, co Merle przyjęła za znak, że należy opuścić kryjówkę. Ile sił w 
nogach biegła uliczkami do Kanału Odszczepieńców. Starała się przemieszczać 

wzdłuż ścian kamienic, by nie być widoczną z góry. Niebo roiło się zapewne od 
latających lwów.

156
— Me bardzo w to wierzę — sprzeciwiła się jej Królowa Laguny. — Zdradziło mnie 

tylko trzech rajców miejskich. I tylko ich gwardziści są na ich usługach. A 
ponieważ każdy z rajców ma do dyspozycji dwóch gwardzistów, to najwyżej sześć 

lwów bierze udział w pościgu.
— Sześć lwów, które nic innego nie robią, tylko mnie szukają? — wymknęło się 

Merle. — I to miałoby mnie uspokoić? Serdeczne dzięki.

background image

— Ależ proszę bardzo.

— Nie bardzo nas znasz, nas ludzi, nieprawdaż?
— Me miałam okazji poznać was bliżej.

Merle potrząsnęła głową. Od dziesięcioleci Królową Laguny otaczano największą 
czcią, wznoszono jej ołtarze. A ona sama nic o tym nie wiedziała. Nie wiedziała 

nic o ludziach, o tym, co dla nich znaczyła.
Ona była laguną. Ale czy od razu bogiem?

— Czy faraon jest bogiem, skoro Egipcjanie oddają mu boską cześć? — zapytał 
głos. — Dla nich pozostaje bogiem, dla was nie. Boskość zależy od punktu 

widzenia danej osoby.
Merle nie była w nastroju, by dyskutować na ten temat. Dlatego zapytała: — 

Przedtem, ta historia z lustrem, to byłaś ty, prawda?
— Me.

— Czyli to samo lustro? Albo duszki?
— Zapomniałaś, że rzuciłaś nim w egipskiego posłańca?

157
— Jasne, że nie.

— Słyszysz głos wydobywający się z ciebie. Możliwe, że jest on twoim głosem. 
Możliwe, że robisz rzeczy nieświadomie tylko dlatego, że są one słuszne.

— Bzdura.
— Jak uważasz.

Nie rozmawiały więcej, ale ta myśl cały czas chodziła jej po głowie. A jeśli 
głos Królowej Laguny jest tylko jej złudzeniem? A jeśli rzeczywiście rozmawia z 

widmem? I, co najgorsze, jeśli sama nie kontroluje swoich poczynań, a 
odpowiedzialność za nie przypisuje pozaziemskim mocom, których po prostu nie ma?

To wyobrażenie przeraziło ją bardziej niż sam fakt, że coś obcego zagnieździło 
się w jej ciele. Chociaż, szczerze mówiąc, nie czuła, że ma w sobie coś obcego. 

Wszystko to było niepojęte.
Merle dobiegła do ujścia Kanału Odszczepieńców. Festyn jeszcze trwał. Kilku 

biesiadników siedziało na moście, inni gapili się w swoje kubki. Junipy i 
chłopców nigdzie nie było. Prawdopodobnie już dawno wrócili do domu.

Szła wąską promenadą wzdłuż brzegu kanału, aż dotarła do warsztatu Arcimbolda. 
Woda w kanale chlupała, rozpryskując się o kamień. Po raz ostatni spojrzała w 

górę na ciemne niebo i wyobraziła sobie, że krążą tam lwy, tyle że nieoświetlone 
blaskiem lamp gazowych i pochodni. Jeźdźcy na ich grzbietach, moż-

158
liwe że są niewidomi, ale czyż koty to nie zwierzęta nocy? W myślach widziała 

żółte ślepia drapieżników gotowych zatopić kły w ciele kolejnej ofiary, a teraz 
szukających dziewczynki w mokrej, postrzępionej sukience, o rozwichrzonych 

włosach i z wiedzą, która mogła oznaczać śmierć.
Zapukała do drzwi. Odpowiedziało jej głuche milczenie. Zapukała znowu. Ten 

odgłos wydał się jej tak donośny, że musiano go słyszeć w całej dzielnicy. 
Możliwe, że jeden z lwów udał się jej tropem i lada chwila lotem koszącym rzuci 

się pod warsztatem prosto na nią — jak strzała przeszywająca warstwy zimnego 
powietrza, unoszące się nad miastem opary, wydobywający się z kominów dym i 

słaby blask latarni. Nerwowo spojrzała do góry, za siebie. I być może 
rzeczywiście dojrzała potężne kamienne skrzydła i wielkie łapy...

Nagle drzwi się otworzyły. Merle wpadła w objęcia Unke i znalazła się w środku.
— Jak mogłaś tak po prostu zniknąć? — spytała syrena, gdy tylko zamknęła za sobą 

drzwi. Jej wzrok zdradzał gniew. — Od kogo, jak od kogo, ale właśnie od ciebie 
oczekiwałabym więcej rozsądku.

— Muszę pomówić z mistrzem — Merle z trwogą spojrzała na drzwi.
— Tu nikogo nie było — przemówiła Królowa uspokajająco.

— Z mistrzem? — zdziwiła się Unke. — Wiesz, która jest godzina?
159

— Bardzo mi przykro. Naprawdę. Ale to ważne.
Wytrzymała spojrzenie Unke i próbowała wyczytać myśli z jej oczu. „Jesteś 

wybrana przez Królową", usłyszała kiedyś od niej. Teraz te słowa brzmiały jak 
proroctwo, które wypełniło się dzisiejszej nocy. Czy syrena mogła wyczuć zmianę, 

jaka zaszła w Merle? Obecność jeszcze kogoś w jej myślach?
Obojętne, co Unke przychodziło do głowy, przestała robić jej wyrzuty. Zamiast 

tego powiedziała: — Chodź!
W milczeniu szły aż do bramy warsztatu. Tam powiedziała do Merle: — Arcimboldo 

jeszcze pracuje. Jak każdej nocy. Powiedz mu to, co masz mu do powiedzenia. — Po 

background image

tych słowach zniknęła w ciemności. Merle nawet nie słyszała jej kroków.

Została sama przed drzwiami. Musiała się przemóc, żeby zastukać do drzwi. Co ma 
powiedzieć mistrzowi? Całą prawdę? Nie uzna jej przypadkiem za szaloną i nie 

wyrzuci z domu? Jeszcze gorzej — czy nie zorientuje się w mig, jakie 
niebezpieczeństwo ściąga na warsztat i jego mieszkańców?

Mimo to była przekonana, że dobrze postąpiła, niczego nie mówiąc Unke. Syrena 
ubóstwiała Królową Laguny. To, co się dzisiaj wydarzyło, mogło zabrzmieć w 

uszach Unke jak przechwałki dziewczynki, która chciała stać się ważna.
Z drugiej strony bramy rozległ się odgłos kroków. Zaraz potem w drzwiach pojawił 

się Arcimboldo.
160

— Merle, wróciłaś!
Nie przypuszczała nawet, że zauważy jej zniknięcie. Pewnie Unke powiedziała mu o 

tym.
— Wejdź do środka! — niezgrabnie machał do niej rękami. — Martwiliśmy się o 

ciebie.
Te słowa słyszała po raz pierwszy w życiu. Nie widziała dotąd, by ktoś, 

zwłaszcza w sierocińcu, martwił się o kogoś drugiego. Jeśli jakieś dziecko 
uciekło, to szukano go wprawdzie, ale bez przekonania i najczęściej bez efektu. 

Jeden ciężar na głowie mniej, jedno wolne miejsce więcej.
W warsztacie było ciepło. Z urządzeń Arcimbolda, połączonych ze sobą rurami, 

wężami i szklanymi kulami, unosiły się kłęby pary. Mistrz luster wprawiał je w 
ruch nocą, kiedy przebywał tu sam. W ciągu dnia pracowano tradycyjną metodą, 

prawdopodobnie dlatego, by podopieczni nie mieli wglądu w tajniki jego sztuki.
Czy w ogóle chodził spać? Trudno powiedzieć. W oczach Merle należał do 

niezmiennego wyposażenia warsztatu, jak dębowe drzwi i wysokie, ciągle brudne 
okna, na których kolejne pokolenia uczniów pisały swoje inicjały.

Arcimboldo podszedł właśnie do jednego z urządzeń, sprawdził pokrętło i odwrócił 
się do Merle. Tuż za jego plecami maszyna puściła trzy kłęby pary w krótkich 

odstępach.
— No to opowiadaj. Gdzie byłaś?

161
W drodze powrotnej Merle długo się zastanawiała, co powiedzieć Arcimboldowi. 

Podjęcie decyzji nie przyszło jej łatwo.
— Nie wiem, czy pan mnie zrozumie.

— Tym się nie przejmuj. Chcę usłyszeć tylko prawdę. Zaczerpnęła powietrza: — 
Przyszłam, by podziękować. I powiedzieć, że ze mną wszystko w porządku.

— Ale to brzmi tak, jakbyś miała zamiar nas opuścić.
— Muszę zniknąć z Wenecji.

Właściwie liczyła się z każdą możliwą reakcją na tę wiadomość, że mistrz ją 
wyśmieje, skrzyczy albo zamknie w komórce, ale nie przypuszczała, że jego oczy 

wypełnią się smutkiem. Żadnego gniewu, żadnego szyderstwa, tylko żal.
— Co się stało?

Opowiedziała mu o wszystkim. Począwszy od spotkania z Serafinem, poprzez walkę w 
opuszczonym domu, aż po karafkę z Królową Laguny i schwytanie Serafina. Opisała 

mu twarze trzech zdrajców. Rozżalony kiwał głową przy opisie każdego z nich, 
jakby dokładnie wiedział, o kogo chodzi. Powiedziała mu też o obcym głosie 

gnieżdżącym się w jej głowie i, nieco zawstydzona, o wypiciu zawartości karafki.
Kiedy skończyła, Arcimboldo zasępiony opadł na krzesło. Przetarł pot z czoła 

ręcznikiem, potem kichnął, przytykając go sobie do nosa. W końcu rzucił go do 
kominka. Obydwoje patrzyli w milczeniu, jak ogień trawi materiał, jakby 

płomienie niszczyły jeszcze coś in-
162

nego: wspomnienie albo wyobrażenie tego, co byłoby, gdyby nie pojawili się 
Egipcjanie, zdrajcy, którzy przepędzili Królową Laguny z kanałów.

— Masz rację — powiedział po chwili. — Dalszy pobyt w Wenecji nie jest dla 
ciebie bezpieczny. Ale dzięki tobie Królowa Laguny może opuścić lagunę.

— Pan wie o niej dużo więcej niż to, co nam pan o niej mówił.
Uśmiechnął się lekko zmieszany. — Trochę. Zawsze była ważną częścią mojej pracy. 

Bez niej nie będzie magicznych luster.
— Ale to oznacza, że...

— Prędzej czy później będę musiał zamknąć warsztat. Tak to jest. Woda w lagunie 
jest istotnym elementem mojej sztuki. Bez obecności Królowej Laguny, która 

przenika każde moje lustro, na nic się zdadzą moje zdolności.

background image

Merle zatkało: — Co się stanie z innymi? Z Junipą, Borem i... — nie mogła 

przełknąć śliny. — Muszą wrócić do sierocińca?
Arcimboldo zastanowił się i po chwili potrząsnął głową. — Nie, nie. Ale nikt nie 

wie, co się stanie, kiedy do miasta wejdą Egipcjanie. Nikt nie jest w stanie 
tego przewidzieć. Możliwe, że dojdzie do walk. Wtedy chłopcy zasilą szeregi 

obrońców miasta. — Przetarł rękami twarz. — Jakby to miało jakiś sens.
Merle bardzo chciała, by Królowa Laguny udzieliła jej na to odpowiedzi. 

Powiedziała przynajmniej
163

kilka pocieszających słów. Cokolwiek! Ale jej wewnętrzny głos milczał, a ona 
sama nie wiedziała, w jaki sposób mogłaby pocieszyć mistrza.

— Musi się pan dalej troszczyć o Junipę — odrzekła. — Musi mi pan to przyrzec.
— Jak najbardziej. — Ale ta obietnica zabrzmiała w uszach Merle niezbyt 

przekonująco. Nie tak, jakby sobie tego życzyła.
— Myśli pan, że grozi jej ze strony Egipcjan niebezpieczeństwo ze względu na jej 

oczy?
— Obojętnie, gdzie uderzyli, zawsze na największe cierpienia narażeni byli 

chorzy, ranni, najsłabsi. Zdrowych mieszkańców podbitych terenów faraon każe 
zatrudniać w swoich fabrykach. Ale z resztą... Trudno za to ręczyć, Merle.

— Junipie nie może się nic przytrafić! — Nagle pojęła, że nie może wyruszyć z 
Wenecji bez pożegnania z Junipą. Więc teraz szybko do niej! Może uda się zabrać 

ją ze sobą...
— Me — odezwała się Królowa Laguny. — To niemożliwe.

— Dlaczego nie? — spytała Merle natarczywie. Arcimboldo spojrzał na nią, myśląc 
że rozmawia właśnie z nim. Szybko jednak zorientował się, do kogo adresowała 

pytanie.
— Droga, którą musimy przebyć, jest wystarczająco ciężka dla jednej osoby. Ten 

mężczyzna obiecał przecież, że będzie miał pieczę nad twoją przyjaciółką.
164

— Ale ja...
— Me, to niemożliwe.

— Nie przerywaj mi w połowie zdania!
— Musisz mi zawierzyć. Tu jest bezpieczna. Wystawiłabyś ją i siebie na 

niepotrzebne niebezpieczeństwo.
— Nas obydwie? — spytała Merle kąśliwie. — Masz na myśli siebie!

— Merle! — Arcimboldo wstał z krzesła i chwycił ją za ramiona. — Jeżeli 
rzeczywiście rozmawiasz z Królową Laguny, to powinnaś zmienić ton.

Merle cofnęła się. Do oczu napłynęły jej łzy. — Co pan może wiedzieć?! Junipa 
jest moją przyjaciółką! Nie mogę jej zostawić!

Cofała się, przecierając załzawione oczy. Nie, nie może płakać, nie tu, nie 
teraz.

— Nie zostawisz mnie — odpowiedział jej ktoś z tyłu cicho i łagodnie.
Merle zadrżała. — Junipa!

W mrocznych drzwiach warsztatu srebrne oczy dziewczynki jaśniały niczym para 
gwiazd, które jakby przez przypadek zagubiły się tutaj. Junipa zrobiła krok do 

przodu. Żółtawy płomień, buchający w kominku, oświetlił jej pociągłą twarz. Na 
sobie miała białą koszulę nocną i czerwony płaszcz.

— Nie mogłam zasnąć — powiedziała. — Martwiłam się o ciebie. Potem Unke przyszła 
do mnie do pokoju i powiedziała, że cię tu zastanę.

165
„Kochana, dobra, Unke — pomyślała z wdzięcznością Merle. — Choć nigdy tego po 

sobie nie pokaże, dobrze wie, co doskwiera każdej z nas".
Z nieskrywaną ulgą objęła Junipę. Widok przyjaciółki i jej spokojny głos 

podziałały na nią kojąco. Miała wrażenie, jakby nie widziały się od tygodni. A 
przecież rozstały się na festynie dopiero przed paroma godzinami.

Kiedy wypuściła Junipę z objęć, spojrzała jej prosto w lustrzane oczy. Tym razem 
nie przeraził jej ten widok. W międzyczasie zdążyła przecież zobaczyć gorsze 

rzeczy.
— Podsłuchiwałam pod drzwiami — wyznała Ju-nipa, uśmiechając się lekko. — Unke 

zdradziła mi, jak to się robi — powiedziała i wskazała na stojącą w ciemności 
syrenę. Ta jedynie zmarszczyła brwi, ale nie powiedziała nic.

Teraz Merle nie wytrzymała. Choć nie było jej do śmiechu, nie była w stanie go 
powstrzymać. Jakby zupełnie straciła nad sobą kontrolę. Śmiała się do łez...

—Więc wszystko słyszałyście? — wykrztusiła wreszcie. — Obydwie?

background image

Junipa przytaknęła, podczas gdy Unke dusiła się ze śmiechu, próbując zachować 

śmiertelną powagę.
— Pewnie uważacie, że zwariowałam?

— Nie — odpowiedziała Junipa, a Unke dodała szeptem:
166

— Wybrana powróciła do domu, żeby się pożegnać. Bohater wstępuje na drogę sławy.
Merle wcale nie czuła się jak bohater. A że miałaby stać na początku jakiejś 

drogi, o tym w ogóle nie chciała teraz myśleć. W gruncie rzeczy wiedziała 
jednak, że Unke ma rację. Pożegnanie, początek, a potem wędrówka. Jej wędrówka.

Junipa chwyciła ją mocno za rękę. — Zostanę u Ar-cimbolda i Unke. A ty idź tam, 
dokąd musisz iść.

— Junipa, pamiętasz jeszcze, co mi opowiedziałaś podczas pierwszej nocy?
— Ze wcześniej byłam dla wszystkich piątym kołem u wozu?

Merle skinęła głową. — Ale nie jesteś! I nie byłabyś także wtedy, gdybyś 
wyruszyła teraz razem ze mną!

Twarz Junipy promieniała bardziej niż chłodna sre-brzystość bijąca z jej oczu. — 
Wiem, od tej nocy wiele się zmieniło. Arcimboldo potrzebuje mojej pomocy, 

szczególnie jeśli rzeczywiście dojdzie do walki Wenecjan z Egipcjanami. Chłopcy 
jako pierwsi zasilą szeregi obrońców.

— Nie możecie do tego dopuścić!
— Chyba dobrze znasz Daria — westchnął Arcimboldo. — Nie przepuści żadnej okazji 

do burdy.
— Wojna to nie burda!

— Tak, ale on tego nie pojmuje. A Boro i Tiziano pójdą jego śladem — mówiąc to, 
mistrz sprawiał

167
wrażenie zmęczonego życiem starca. Jakby przyznanie się do własnej bezsilności 

kosztowało go zbyt wiele. — Junipa będzie nam bardzo potrzebna. We wszystkich 
sprawach.

Merle przyszło na myśl, czy przypadkiem Arcim-boldo nie kocha Unke miłością 
mężczyzny do kobiety. I czy nie traktuje Junipy jak własnej córki, której Unke 

nie mogła mu urodzić.
Ale czy miała prawo tak myśleć? Kim ona właściwie jest, że na jakiejś skali 

mierzy uczucia innych? Sama nie wychowywała się w rodzinie. Skąd więc mogła 
wiedzieć, co to znaczy żyć pod jednym dachem z ojcem i matką? Możliwe, że 

doświadczy tego właśnie Junipa, jeśli Arcimboldo i Unke dadzą jej taką szansę.
Decyzja opuszczenia Wenecji w pojedynkę była więc ze wszech miar słuszna. Ona i 

Królowa Laguny. Natomiast miejsce Junipy było właśnie tu, w tym domu, pod 
opiekuńczymi skrzydłami tych dwóch osób.

Jeszcze raz objęła Junipę i przycisnęła ją mocno do siebie, po czym pożegnała 
się z Arcimboldem i z Unke.

— Do zobaczenia! Na pewno kiedyś spotkamy się wszyscy razem — powiedziała.
— Znasz drogę? — spytała Junipa.

— Ja jej pokażę — odpowiedziała Unke tak szybko, że Merle nie zdążyła 
wypowiedzieć słowa. Arcimboldo tylko skinął głową.

Oczy Unke zaszkliły się. Ale może to tylko jasna maska rzuciła na jej twarz 
cień?

168
Merle i Junipa spojrzały sobie w oczy. Po raz ostatni Junipa chwyciła dłonie 

przyjaciółki. — Życzę ci szczęścia — powiedziała wzruszona. — Uważaj na siebie!
— Królowa Laguny jest razem ze mną. — Te słowa wyszły się z niej, zanim jeszcze 

zdążyła je wymyślić i sformułować. Czy to nie Królowa przyszła jej teraz w 
sukurs, by pocieszyć Junipę?

— Chodź, idziemy! — Unke dziarskim krokiem ruszyła przez korytarz.
Merle zrobiła parę kroków i odwróciła się w kierunku bramy warsztatu. Przed nią 

stali Arcimboldo i Junipa. Wyobraziła sobie, że to ona zamiast Junipy stoi obok 
mistrza. To jego ręka spoczywała na jej ramieniu. Szybko jednak ta wizja 

ustąpiła rzeczywistości, jej wyimaginowany obraz ustąpił dziewczynce ze 
szklanymi oczami, ciemne włosy jasnym, a dziewczęca sylwetka stała się jeszcze 

bardziej szczupła i bezbronna.
Unke zaprowadziła ją na podwórko, przed cysternę z wodą. Gdy schodziła w dół, 

szyb studni wydawał jej się czymś żywym, i to pomimo zimna bijącego od 
kamiennych ścian. Ale powietrze wokół niej było gorące.

„Tak, zaczyna się — pomyślała. — Naprawdę się zaczyna".

background image

Przez kanały

Syreny! Niekończący się tłum syreni W szarawozielonych ciemnościach ich 
łuskowate ogony migotały srebrzyście, przypominając robaczki świętojańskie 

podczas letniej nocy. Dwie syreny trzymały Merle za ręce i prowadziły przez 
kanały.

Unke zeszła z Merle do studni. Dopiero po pewnym czasie Merle uświadomiła sobie, 
że dobiegający z dołu łagodny szum nie był spowodowany pluskiem wody. Coś szybko 

obiegało ją dookoła i muskało lekkimi jak piórka palcami, delikatniejszymi niż 
psi pyszczek, który ostrożnie i z wyczuciem obwąchuje obcego. Merle zdawało się, 

że kolejne muśnięcia przeszywają ją tak, jakby ktoś próbował wniknąć w 
najintymniejsze zakamarki jej ciała.

Unke wypowiedziała parę słów w niezrozumiałym dla niej języku syren. Obco i 
tajemniczo brzmiało w szybie studni ich echo, odbijające się po kamiennych 

ścianach i docierające do uszu tych, którzy je rozumieli i wiedzieli, co teraz 
należy czynić.

Czyjaś blada ręka wysunęła się z wody tuż przed Merle, podając jej szklaną, 
poprzecinaną żyłkami kulę, rodzaj hełmu. Unke pomogła jej założyć go na

170
głowę i zapiąć na skórzane rzemyczki zwisające pod szyją. Merle już się nie 

bała. Obezwładniający strach już minął.
— Jestem przy tobie — powiedziała Królowa Laguny, dla której ponowna obecność w 

kanale była powrotem do rządzonego przez nią królestwa, powrotem w ciele Merle, 
chroniącej ją przed trucizną egipskich magików.

Unke została w studni, powierzając Merle syrenom, które prowadziły ją teraz 
przez labirynt kanałów. Ale dokąd? Dlaczego w szklanej kuli na głowie mogła 

swobodnie oddychać? I dlaczego od syren promieniowało przyjemne ciepło, 
powodujące, że Merle w wodzie zupełnie nie marzła?

Wiele pytań cisnęło się jej do głowy. I ciągle dochodziły nowe, budząc w niej 
kolejne wątpliwości.

— Na niektóre mogę ci dać odpowiedź — powiedziała Królowa Laguny.
Ale Merle nie odważyła się nic powiedzieć, w obawie, że zużyje na to całe 

powietrze wypełniające szklaną kulę.
—Me musisz nic mówić, ja i tak cię usłyszę — przemówiła Królowa we wnętrzu 

Merle. — Sądziłam, że tyle to już zrozumiałaś.
Merle zadała sobie trud formułowania swoich myśli w pełne zdania.

— Jak długo mogę oddychać, mając na głowie tę kulę?
171

— Tak długo, jak zechcesz.
— Czy także Unke zakłada ją, kiedy nocami schodzi do studni?

— Tak, choć nie została zrobiona dla niej. Pochodzi z okresu, kiedy ród morski 
był w posiadaniu wiedzy przodków, pamiętających czasy, gdy życie koncentrowało 

się w oceanach. Relikty z tego okresu w postaci starych miast leżą zatopione w 
morzach i rowach oceanicznych. Przed wieloma laty do podwodnych miast wyruszało 

wiele ekspedycji, które powracały z drogocennymi skarbami, jak na przykład z tym 
hełmem.

— Jest on bardziej wytworem techniki czy magii?
— Czyż magia nie jest techniką, której większość ludzi jeszcze lub już nie 

rozumie? — przez chwilę Królowa zdawała się rozkoszować własną puentą. Ale zaraz 
spoważniała. — Ty jednak nie mylisz się. Z twojej perspektywy hełm jest raczej 

wytworem magii niż techniki. Co tobie wydaje się szkłem, jest w rzeczywistości 
utwardzoną wodą.

— Arcimboldo wspominał, że do produkcji magicznych luster potrzebuje koniecznie 
wody z laguny. Ale używa tylko takiej, w której obecna jesteś ty.

— Mistrz posługuje się podobną techniką. Jego lustra wyglądają, jakby były 
zrobione ze zwykłego szkła. W rzeczywistości jednak ich powierzchnia pokryta 

jest utwardzoną wodą. Przed tysiącami lat, w epoce oceanicznych imperiów 
rzemieślnicy ob-

172
rabiali wodę tak jak dzisiaj czynią to z drzewem lub metalem. Inna epoka, inna 

technika. Arcimboldo należy do tych, którzy są w posiadaniu dawnej wiedzy, 
jakkolwiek już szczątkowej. Bowiem ta wiedza stanowi dziś jedynie ułamek tego, 

co ongiś wytworzyła cywilizacja oceanów. Dlatego Arcimboldo mówi prawdę: moja 
obecność w wodach laguny czyni je tym, czym były kiedyś. Tylko dzięki mojej 

obecności da się ona utwardzić.

background image

Merle ze zrozumieniem kiwnęła głową. Wszystkie wyjaśnienia Królowej dawały się 

sprowadzić do wspólnego mianownika. Niemniej zawahała się, zanim odważyła się 
zadać kolejne pytanie: — Czy w takim razie jesteś praoceanem?

Królowa zamilkła na chwilę, a syreny otaczające Merle w półmroku kanału z 
największą gracją poruszyły błyszczącymi ogonami, jakby chciały wokół niej 

zatańczyć.
—Jestem tak stara, nieskończenie starsza od całego życia toczącego się w morzach 

— odrzekła w końcu.
Coś jednak w tonie Królowej Laguny budziło w Merle wątpliwości. Na pewno nie 

kłamała, ale czy mówiła całą prawdę? Merle wiedziała, że Królowa, która przecież 
czyta w jej myślach, natychmiast dowie się o jej wątpliwościach. Ale z jakiegoś 

powodu ominęła tę kwestię i zmieniła temat.
— Przed chwilą chciałaś się dowiedzieć, dokąd prowadzą nas syreny.

173
— Czy wyprowadzają nas z laguny?

— Me, tego nie mogą uczynić. Groziłoby nam zbyt duże niebezpieczeństwo. Jeśli 
jakiś egipski zwiadowca dostrzegłby je pod powierzchnią wody, niechybnie 

rzuciłby się za nimi w pościg. Nie można ryzykować. Zbyt wiele syren straciło 
już życie z rąk ludzi. Nie mogę pozwolić na to, by kolejne padły ich ofiarą.

Merle utkwiła wzrok w szczupłych, otaczających ją sylwetkach, które 
przeprowadzały ją przez kanały. Z dłoni dwóch syren, delikatnie podtrzymujących 

ją w wodzie, promieniowało opiekuńcze ciepło.
— Syreny poprowadzą nas do placu Św. Marka — powiedziała Królowa.

— Ale to jest ...
— Sam środek miasta. Tak, wiem o tym.

— I tam wpadniemy gwardzistom prosto w ręce!
— Me, jeśli temu zapobiegnę.

— Nie zapominaj, że to jest moje ciało! To ja muszę uciekać. To ja będę 
torturowana. To mnie zabiją.

— Me mamy innej możliwości. Tylko w ten sposób możemy wydostać się z miasta. I 
ktoś musi nam w tym pomóc.

— Właśnie na placu św. Marka?
— Me mamy wyboru. Tylko tam możemy go zastać, gdyż właśnie tam jest więziony.

Merle zatkało. Tuż obok placu św. Marka wznosił się Pałac Dożów, była rezydencja 
weneckich władców, a dziś siedziba rajców miejskich. Więzienie pa-

174
łacowe owiane było legendą. I to zarówno to znajdujące się tuż pod ołowianym 

dachem, jak i to po drugiej stronie kanału, do którego z pałacu można się było 
dostać wyłącznie przez Most Westchnień. Kto nim szedł, ten już nigdy nie miał 

szans na to, by ujrzeć światło dzienne.
— Masz zamiar uwolnić jakiegoś więźnia, żeby pomógł nam opuścić Wenecję? Równie 

dobrze możemy skoczyć z najbliższej wieży w dół.
— Jesteś bliżej prawdy, Merle, niż myślisz. Ten, kto nam pomoże, nie gnije w 

więzieniu, lecz przebywa w Campanile.
— W najwyższej wieży w mieście?

— Zgadza się.
Campanile stała na placu św. Marka, górując nad miastem. Ale Merle dalej nie 

wiedziała, do czego zmierza Królowa.
— Tam nie ma żadnego więzienia!

— Me dla zwykłych przestępców. Przypominasz sobie pewną legendę?
— Jak brzmi imię twojego przyjaciela?

— Vermithrax. Ale ty znasz raczej ...
— Ten stary zdrajca...

— Tak, to on.
— Ale to tylko legenda! W rzeczywistości Vermi-thrax nigdy nie żył.

— Myślę, że sam zainteresowany będzie miał inne zdanie na ten temat.
175

Merle na chwilę przymknęła oczy. Musiała się skoncentrować. Nie wolno jej 
popełnić teraz żadnego błędu. Od tego zależy jej życie.

Vermithrax, ten stary zdrajca. Postać rodem ze starych legend i mitów. Jego imię 
brzmiało jak przekleństwo. Ale jako realna postać — nigdy w życiu! Magia i 

czarownice morskie stanowiły część rzeczywistości. Ale Vermithrax? Równie dobrze 
można by się upierać przy tym, że właśnie zjadło się obiad z bogiem. Albo wypiło 

duszkiem Królową Laguny.

background image

— Dobrze — westchnęła Merle. — Więc twierdzisz, że ten stary zdrajca jest 

więziony w Campanile na placu św. Marka?
— Tak.

— A my sobie do niego pójdziemy, uwolnimy go i... co wtedy?
— Sama zobaczysz, kiedy się tam znajdziemy. Jest mi winien przysługę.

— Vermithrax jest twoim dłużnikiem?
— Przed wieloma laty pomogłam mu.

— Najwidoczniej bardzo na tym skorzystał, bo wylądował w więzieniu.
— Daruj sobie tę uszczypliwość.

Merle z rezygnacją potrząsnęła głową. Jedna z syren spojrzała w jej stronę, 
chcąc się upewnić, że wszystko jest w porządku. Merle uśmiechnęła się do niej. 

Syrena zrewanżowała się, pokazując ostre zęby jak u rekina.
176

— Jeśli on od lat przebywa w więzieniu, to dlaczego nikt o tym nie wie?
— Wszyscy o tym wiedzą.

Ale jego postać uchodzi za mityczną.
— Ponieważ ludzie chcą tak myśleć. Niewykluczone, że niektóre legendy i mity 

przestano by traktować jak baśnie, gdyby ktoś wreszcie odważył się poszukać w 
studni złotej kuli albo przyciął cierniowy żywopłot przed pałacem.

Merle zastanowiła się. — On naprawdę jest tam, na górze?
— Tak. W istocie.

— Jak zamierzasz go uwolnić? Z pewnością jest bacznie strzeżony.
— Przy odrobinie szczęścia...

Merle chciała jeszcze o coś zapytać, lecz spostrzegła, że syreny zbliżają się do 
powierzchni wody. Nad głową zauważyła kile łodzi, które kołysały się lekko w 

rytmie fal. Wszystkie stały w równym szeregu. Domyśliła się, dokąd dotarła. To 
przystań dla gondoli przy placu św. Marka.

Woda wokół gondoli nabrała czerwonego odcienia. „To wschód słońca" — pomyślała z 
ulgą Merle. Nastrój nieco jej się poprawił, chociaż światło słoneczne wcale nie 

było sprzymierzeńcem przy wejściu na wieżę.
— Za wcześnie — zawyrokowała Królowa. W jej głosie pobrzmiewała nuta 

zatroskania. —Jest jeszcze za wcześnie na wschód słońca.
177

— To co to jest?
Królowa zamilkła, a syreny nieco zdezorientowane zatrzymały się kilka metrów pod 

powierzchnią wody.
— Ogień — odrzekła po chwili. — Plac Św. Marka stoi w płomieniach!

Łodzie ognia
Trzy metry nad ziemią lew wypu-ścił go ze swoich szponów. W powietrzu Serafin 

zgiął plecy, spadając pewnie na ręce i nogi, głównie dzięki tysiącom skoków 
wykonanych z wysokich okien, balustrad, dachów czy tarasów. Nie był już mistrzem 

złodziejskim, ale nadal umiał poruszać się jak akrobata.
Wyprostował się, po czym z lekko pochyloną głową stanął do walki, mając przed 

sobą dwóch uzbrojonych gwardzistów. Żołnierze wycelowali lufy w jego kierunku, 
odbierając mu chęć do walki. Chłopak westchnął głęboko, wyprostował się i 

rozluźnił mięśnie. Został pojmany. Może strategia niestawiania oporu wyjdzie mu 
na korzyść? Później, kiedy przedstawią go dyrektorowi więzienia i jego 

służalczym podwładnym, będzie potrzebował wiele siły. Nie trzeba jej tracić 
bezsensownie na z góry przegraną walkę z gwardzistami.

Zrezygnowany wyciągnął ręce w ich stronę, by nałożyli mu kajdanki. Ale mężczyźni 
wcale się do tego nie śpieszyli, bo dalej trzymali go na muszce. Nie był godnym 

ich przeciwnikiem.
179

Serafin powstrzymał śmiech. Nie bał się gwardzistów. Dopóki przebywał na 
wolności, z dala od więzienia i Mostu Westchnień, dopóty strach nie zaglądał mu 

w oczy. Pewność siebie była jego tarczą obronną, także przed myślami o Merle, 
choć to ostatnie średnio mu się udawało.

„Nic złego nie mogło się jej przytrafić! Żyje i jest bezpieczna!" Te życzenia 
urosły do rangi wyznania wiary, które wciąż cicho sobie powtarzał.

„Skoncentruj się na najbliższym otoczeniu! — wbijał sobie do głowy. — I zastanów 
się, dlaczego wylądowałeś właśnie tu, a nie na przykład na podwórku więziennym".

Rzeczywiście. To było dziwne. Lew zrzucił go na skraju placu Św. Marka, gdzie 
czekało na niego dwóch gwardzistów. Teraz doszło dwóch pozostałych. Wszyscy 

mieli na sobie czarne skórzane mundury przyozdobione złotymi nitami, w których 

background image

załamywały się promienie światła.

Plac św. Marka rozpościerał się w samym sercu Wenecji. Miał kształt litery L: 
jedna jego strona graniczyła z Canale Grandę, podczas gdy na przeciwległej pięły 

się w górę wieże i dachy domów z wyspy Giudecca. Plac otaczały bogato zdobione 
gmachy. Najświetniejszym z nich była bazylika św. Marka, ogromna budowla 

zwieńczona kopułą i wieżami. Znajdujące się w niej liczne wota kapiące od złota 
były ofiarami złożonymi przez żeglarzy, którzy przez

180
stulecia w ten sposób wyrażali swoje dziękczynienie. Dlatego jedni nazywali 

bazylikę domem bożym, inni zaś katedrą piratów.
Obok niej lśniła fasada Pałacu Dożów, w którym już od dawna nie rezydował żaden 

władca. Obecnie za losy Wenecji odpowiadali rajcowie miejscy, układający 
polityczne plany podczas sutych uczt i biesiad.

Serafin i strażnicy znajdowali się po przeciwległej stronie placu, tuż przy 
końcu długiej arkady, w niewielkiej odległości od wody. Pobliska kolumnada 

chroniła ich przed wścibskimi oczyma handlarzy, którzy, nie bacząc na wczesną 
porę i ciemność, zaczęli wystawiać swoje nędzne towary. I tak graniczyło wręcz z 

cudem, że po tylu latach oblężenia handel w mieście nie zamarł.
Serafinowi błysnęła myśl podjęcia ucieczki i rzucenia się w odmęty wody. Ale 

gwardziści uchodzili za wyborowych strzelców. Nie dobiegłby nawet do brzegu, a 
już położyłaby go kula któregoś z nich. Trzeba było poczekać na lepszą okazję.

W międzyczasie zrozumiał, dlaczego lew wypuścił go akurat tu, a nie gdzie 
indziej. Gwardziści, którzy go pojmali, podlegali trzem rajcom w największej 

konspiracji pracującym dla imperium faraona. Pozostali rajcowie nie mogli się o 
tym dowiedzieć. Tymczasem pojmany przez gwardzistów więzień, transportowany w 

powietrzu przez lwa, musiałby niechybnie wzbudzić powszechne zainteresowanie w 
mieście. A tego

181
zdrajcy pragnęli za wszelką cenę uniknąć. Ostatni odcinek drogi musiał więc 

pokonać na własnych nogach. W ten sposób sprawiał wrażenie zwykłego przestępcy, 
schwytanego przez gwardzistów raczej przez przypadek. Tym bardziej, że niejeden 

przechodzień mógł teraz rozpoznać w nim byłego mistrza gildii złodziejskiej.
A jeśli wykrzyczałby na głos całą prawdę? Jeśli każdemu napotkanemu 

Wenecjaninowi opowiedziałby to, czego stał się mimowolnym świadkiem? Wtedy...
Nagle poczuł silne szarpnięcie. Czyjeś ręce wepchnęły mu brudną szmatę do ust i 

zawiązały z tyłu głowy. Knebel ściskał go aż do bólu. Jego zapach nie był 
przyjemny.

To tyle, jeśli chodzi o jego mało przemyślany plan.
Gwardziści wypędzili go z cienia arkad na otwarty plac. W powietrzu unosił się 

dziwny zapach. Możliwe, że dochodził z pałacowego więzienia. Także inni 
przechodnie czuli ten odór. Kilku handlarzy z irytacją przyglądało się swoim 

straganom, pociągało mocno nosami i krzywiło się.
Serafin chciał przyjrzeć się swojemu oprawcy. Kiedy jednak odwrócił głowę w bok, 

poczuł mocne uderzenie kolbą w plecy i usłyszał rozkaz: — Patrz do przodu!
Stragany ciągnęły się w dwóch szeregach od strony kanału do bazyliki św. Marka. 

Serafin minął je dokładnie w samym środku placu. Niektórych han-
182

dlarzy, którzy przy świetle pochodni lub gazowych latarni rozkładali towar, mógł 
teraz wyraźnie rozpoznać. Wprawdzie do wschodu słońca pozostała jeszcze cala 

godzina, jednak handlujący woleli być przygotowani na przyjęcie pierwszych 
klientów.

Chłopak zauważył, że coraz mniej kupców skupiało się na wykładaniu towarów. 
Niektórzy gromadzili się w jednym miejscu, dyskutując głośno.

— Siarka — słyszał z lewa i z prawa. — Ale dlaczego siarka? Dlaczego akurat 
tutaj?

Chyba się przesłyszał. Swąd nie dochodził z więzienia.
Właśnie wyszli z handlowej uliczki. Pozostało im jeszcze jakieś sto metrów, by 

dotrzeć do niewielkiego bocznego wejścia wiodącego do Pałacu Dożów. Po jego 
obydwu stronach wartę pełnili gwardziści. Wśród nich znajdował się kapitan, 

którego czarny mundur zdobiła specjalna odznaka przedstawiająca szybującego w 
powietrzu lwa. Marszcząc czoło, patrzył na zbliżającą się do niego grupkę osób.

Głosy handlarzy dobiegające Serafina z tyłu stawały się głośniejsze, ale i 
niejasne. Coś wisiało w powietrzu. Dreszcz podniecenia przeszedł mu po plecach.

Ktoś krzyknął. Kapitan gwardzistów, trzymający wartę przy wejściu do Pałacu 

background image

Dożów, oderwał wzrok od Serafina i spojrzał na środek placu. Swąd siarki stał 

się tak przenikliwy, że chłopak poczuł go w żo-
183

łądku. Kątem oka dostrzegł też, że pilnujący go gwardziści chwycili się za nosy. 
Siarczany odór był nie do zniesienia. Naciągnięty na nos i usta knebel okazał 

się zbawienny, gdyż chronił go przed natrętnym i przenikliwym swądem.
Jeden z gwardzistów zatrzymał się i zwymiotował. Zaraz potem drugi.

— Stój! — krzyknął jeden z żołnierzy. Serafin zawahał się i odwrócił.
Dwaj strażnicy stali pochyleni do przodu i kaszląc, wymiotowali na lśniące 

oficerki. Trzeci przytrzymywał ręką usta. Jedynie ten, który przed chwilą kazał 
się Serafinowi zatrzymać, celował prosto w niego.

Nieco dalej chłopak dostrzegł wymiotujących handlarzy, którzy zataczali się, 
chodzili jak obłąkani, brodzili w kałużach wymiocin. Teraz znowu spojrzał na 

boczne drzwi pałacu. Tam także strażnicy walczyli z własną niemocą. Jedynie 
kapitan stał wyprostowany jak struna, na przemian zatykając nos i wydając 

rozkazy, których nikt już nie słuchał.
W gruncie rzeczy Serafin mógł być wdzięczny swoim oprawcom za założenie mu 

knebla. Wprawdzie także czuł się nieswojo, ale materiał chronił go przed 
natrętnymi siarczanymi oparami.

Kiedy zastanawiał się, czy właśnie los nie stwarza mu niepowtarzalnej okazji do 
ucieczki, nagle rozległ się potężny huk. Ziemia zadrżała. Huk stawał się coraz 

głośniejszy, przemieniając się w grzmot.
184

Jeden ze straganów na środku placu stanął w płomieniach. Przerażeni handlarze 
jak szaleni krążyli wokół swoich stoisk. Ogień zaczął trawić jeszcze jedno 

przepierzenie z desek. Zaraz potem kolejne. Po chwili płonęła już cała uliczka, 
także tam, gdzie stragany stały w dużej odległości od siebie. Wiatru, który 

przenosiłby płomienie z miejsca na miejsce, nie było, a mimo to ogień 
rozprzestrzeniał się. Dokoła było cicho. Jedynie niecodzienne grzmoty od czasu 

do czasu rozsadzały ziemię, tak że Serafinowi włosy zjeżyły się na głowie.
Kapitan gwardzistów spojrzał na wzburzone morze, szukając tam wrogich łodzi 

wyposażonych w armaty lub miotacze ognia. Ale na horyzoncie nie było widać 
żadnych napastników. Natomiast Serafin spojrzał w niebo. Z tamtej strony także 

nie nadciągały barki słonecznego imperium.
Wszystkie stragany trawił ogień. Czy to zapowiedź niechybnej katastrofy w 

bazylice Św. Marka i Pałacu Dożów? Handlarze nie próbowali nawet ratować swojego 
dobytku. W panice uciekali na skraj placu.

Serafin zaczerpnął powietrza. Siarka, wciąż siarka! Potem rzucił się do 
ucieczki. Dopiero kiedy oddalił się na odległość dziesięciu kroków, jeden ze 

strażników, ten, który jako pierwszy zwymiotował, zauważył jego zniknięcie. 
Właśnie przecierał usta. W ręku trzymał broń i wymachiwał nią w stronę chłopca. 

Teraz i pozostali gwardziści zauważyli uciekającego
185

więźnia. Jeden z nich chwycił za broń i wystrzelił. Kula przeleciała ze świstem 
tuż obok ucha Serafina. Zanim gwardzista po raz drugi zdążył nacisnąć na spust, 

obezwładniła go kolejna fala nudności. Strzał jego kolegi przeszedł daleko od 
Serafina. Kula wbiła się w wyłożoną kostką powierzchnię, tworząc małą wyrwę — 

złotawy krater na tle ściany ognia.
Serafin uciekał ile sił w nogach, nie bacząc na to, że nie starcza mu tchu. Mimo 

to nie zerwał z ust knebla. Pędził w kierunku bazyliki św. Marka i dopiero w jej 
pobliżu odważył się odwrócić głowę do tyłu. Nie ścigał go nikt. Gwardziści 

zmagali się z własną słabością. Jeden z nich podpierał się strzelbą niczym kulą. 
Niektórzy handlarze kucali, trzymając się z dala od szalejących płomieni i 

zakrywając twarze dłońmi. Inni szukali schronienia w podcieniach arkad, gapiąc 
się oniemiałym wzrokiem na to, co dzieje się wokół.

Znowu rozległ się potężny grzmot, tym razem tak mocny, że wszyscy zakryli sobie 
rękami uszy. Serafin schronił się za kubłem z kwiatami, jednym z wielu, które 

otaczały bazylikę św. Marka. Pewnie rozsądniej byłoby uciekać dalej i zniknąć w 
którejś z pobliskich uliczek, ale nie pozwalała mu na to ciekawość. Chciał 

zobaczyć, co się stanie.
W pierwszej chwili wydawało się, że wszystkie płonące stragany zapadną się i 

runą. Dopiero po chwili Serafin rozpoznał właściwy rozmiar katastrofy.
186

Między buchającymi ogniem rzędami stoisk, dokładnie wzdłuż prześwitu między 

background image

nimi, rozstąpiła się ziemia. Szczelina była długa, miała około sto, sto 

dwadzieścia kroków. Jej szerokość wystarczała, by pochłonąć obydwa rzędy stoisk.
Serafin wstrzymał oddech. Nie był w stanie myśleć o niczym innym, nawet o 

ucieczce. Gwardziści pod bramą pałacu przypominali rozgęgane stado drobiu. 
Wrzeszczeli jeden przez drugiego, wymachiwali strzelbami, podczas gdy kapitan 

próbował zaprowadzić wśród nich porządek.
Serafin schylił się jeszcze niżej, tak że tylko oczy wystawały mu ponad brzeg 

kubła z kwiatami.
Z wnętrza szczeliny zionął ogień. Z początku płonął równomiernym płomieniem. 

Później jednak przeszedł z obydwu krańców do środka pod postacią jasnej, 
żarzącej się kuli.

Kula unosiła się w powietrzu, tworząc nad sobą coś, co przypominało aureolę. 
Taki widok nasuwał skojarzenia z wizerunkiem wstępującego do nieba, 

zmartwychwstałego Chrystusa z pobożnie złożonymi rękami — często uwiecznianego w 
tej postaci na starych ołtarzach. Z tym, że aureola szybko okazała się tarczą 

piły z zębami długimi jak palce Serafina. Tkwiła ona z tyłu głowy dziwnej 
istoty, jakby zlana w całość z jej skórą i kośćmi. Skrzyżowane szarawe ręce były 

pokryte łuskami i zakończone pazurami. Tułów nie wyrastał z nóg, lecz jakby z 
obleczonego mokrym ban-

187
dażem gadziego ogona, mocno skrępowanego i pozbawionego większej możliwości 

ruchu. Pod mokrymi powiekami iskrzyły się czarne źrenice. Mięsiste usta 
pozostawały lekko otwarte, ukazując ostre i szpiczaste zęby.

— Piekło przysyła pozdrowienia — wypowiedział stwór dziecięcym, choć donośnym i 
przejmującym głosem. Echo tych słów rozległo się po całym placu.

Gwardziści natychmiast wymierzyli broń w jego stronę, ale ambasador piekła 
zaśmiał się jedynie, unosząc się w powietrzu jakieś dwa metry nad płonącą 

szczeliną. Małe płomienie migotały na bandażach okrywających jego brzuch, nie 
paląc ich zupełnie.

— Mieszkańcy tego miasta!!! — posłaniec ryczał teraz tak potężnym głosem, że 
tłumił nawet trzask gorejącego ognia. — Moi mistrzowie proponują wam układ! — Z 

ust ciekła mu zielona ślina, rozlewając się po pomarszczonym podbródku i kapiąc 
na ziemię. Ale w buchającym żarze natychmiast wyparowywała.

— Jest naszym życzeniem, byśmy mogli stać się waszymi przyjaciółmi — powiedział 
i skłonił się. Na jego twarzy pojawił się ironiczny uśmiech.

Nagle nastąpił gwałtowny wstrząs.
Jeszcze przed chwilą klucz syren krążył tuż pod powierzchnią wody. Teraz 

przeraźliwy wybuch i trąba powietrzna ciskały nimi na różne strony. Jakby roz-
188

gniewany bóg pięścią uderzył w morze. Merle dostrzegła, że kołyszące się nad nią 
gondole wyleciały do góry niczym papierowe łódki. Spadając zahaczały o siebie. 

Inne znów pękały. W tym momencie poczuła, że dwie syreny, trzymające ją dotąd za 
ręce, puściły ją, same porwane przez potężne siły natury. Najpierw zostały 

wciągnięte na dno, a zaraz potem wypchnięte na powierzchnię. Tam, gdzie wirowały 
gondole. Otwarła szeroko oczy i zobaczyła ostre kile łodzi spadające prosto na 

nią. Chciała krzyczeć...
Hełm z utwardzonej wody, który miała na głowie, uchronił ją przed uderzeniem 

fali. Przez jej ciało przebiegł silny dreszcz. Woda wokół była wzburzona jak 
podczas szalejącego orkanu. Nagle jakaś syrena wepchnęła ją pod gondolę, tuż 

obok drewnianych pali wytyczających jedną z przystani na kanale. Syrena 
popatrzyła na nią wytężonym wzrokiem. Merle, targana dwoma przeciwstawnymi 

siłami, napierającą falą i ściągającym ją w dół wirem, z największym wysiłkiem 
dobrnęła do mostku. Kolejny podmuch fali wyrzucił ją na powierzchnię wody. Wtedy 

usłyszała dobywający się z jej wnętrza głos Królowej Laguny:
— Trzymaj się mocno.

Rozpostarła szeroko ręce i uchwyciła się śliskiego drewnianego pala. Opuściła 
się po nim w dół, by mieć grunt pod nogami. Zaraz jednak wspięła się po nim do 

góry i padła wyczerpana na mostku, wymiotując słonawą wodą.
189

Toń wody w dalszym ciągu była wzburzona, choć nie tak bardzo jak przed chwilą. 
Merle ściągnęła hełm, a gdy dostrzegła w odmętach fal czyjąś rękę wyciągniętą w 

jej stronę, rzuciła go do wody. Uchwyciły go delikatne palce, które szybko 
zniknęły w pod powierzchnią. Teraz Merle dostrzegła, że klucz syren w mgnieniu 

oka odpłynął.

background image

— Czuję coś... — Królowa zaczęła mówić, ale natychmiast zamilkła.

Merle odwróciła się, odgarnęła spadające jej na oczy, mokre włosy i spojrzała w 
stronę placu.

Najpierw dostrzegła tylko ogień.
A zaraz potem jakąś postać. Widziała ją wyraźnie. I każdy jej szczegół, każdy 

obrzydliwy szczegół tej postaci.
—.. .waszymi przyjaciółmi — usłyszała ostatnie słowa wypowiedziane przez 

potwora.
Wstała i weszła na ląd. Po chwili zatrzymała się. Ogarnęły ją wątpliwości. 

Gwardziści otaczali szybującego posłańca piekieł, stojąc od niego w znacznej 
odległości, wystarczającej jednak, by dosięgnąć go kulą.

Ten jednak ignorował ich całkowicie, kierując swoje słowa do ludzi zgromadzonych 
za kolumnami arkad i na skraju placu.

— Niewdzięczni mieszkańcy Wenecji, piekło oferuje wam układ — posłaniec z 
nieukrywaną rozkoszą przysłuchiwał się własnym słowom. Echo zniekształcało jego 

dziecięcy głos, czyniąc z niego coś w ro-
190

dzaju kwiku. — Wasi panowie, rajcowie tego miasta, odrzucili naszą ofertę. Wy 
jednak zdecydujcie sami, podejmując słuszną decyzję — znowu zrobił przerwę. W 

tym czasie kolejne oddziały gwardzistów nadciągały z pomocą. Towarzyszyło im 
ponad dziesięciu jeźdźców na kamiennych lwach.

— Drżycie przed gniewem faraona — kontynuował po chwili. — I nie bez kozery. 
Długi czas opieracie się siłom imperium. Wkrótce jednak armie egipskie uderzą ze 

zwiększoną siłą i zmiotą was z powierzchni ziemi. Chyba że..., chyba że 
będziecie mieli potężnego sojusznika po swojej stronie. Takiego jak ja i moi 

mistrzowie! — z mięsistych ust wydobyło się lekkie westchnienie. — Armia naszego 
królestwa może podjąć walkę z imperium egipskim. Możemy zapewnić wam ochronę i 

bezpieczeństwo. Tak, to możemy wam zapewnić.
Merle jak oniemiała patrzyła na ognistą postać. Na placu gromadził się coraz 

liczniejszy tłum ludzi zwabionych buchającymi płomieniami, hukiem zwiastującym 
niecodzienny spektakl.

— Me możemy stracić ani minuty — odezwała się Królowa. — Szybko, do Campanile!
— A ten ogień?

— Jeśli przemkniesz lewą stroną, to na pewno się uda. Merle, proszę, teraz jest 
najlepsza okazja.

Merle zaczęła biec. Wieża, która górowała nad placem, znajdowała się w samym 
rogu. Dziewczynka

191
musiała najpierw przebiec wzdłuż ziejącej ogniem szczeliny, a potem jeszcze 

przemknąć za plecami posłańca piekieł, który z twarzą zwróconą w stronę pałacu 
lekko unosił się nad ziemią. W powietrzu wciąż czuć było siarkę. Posłaniec dalej 

ciągnął swój wywód, ale Merle już go nie słuchała. Na pierwszy rzut oka oferta 
księcia piekieł wydawała się kusząca. Jednak już sam wygląd jego posłańca budził 

odrazę i wątpliwości. Wenecjanie nabierali przekonania, że mogą wpaść z deszczu 
pod rynnę. Bo wprawdzie pojawiłaby się szansa na odniesienie militarnego sukcesu 

w postaci usunięcia sił imperium z laguny, ale kto ręczyłby za to, że nowi 
zwycięzcy nie zastąpią żołdaków spod znaku sfinksa i nie zamieszkają w pałacu, 

żądając dla siebie wysokiego haraczu?
Merle była już w połowie drogi do Campanile, kiedy uświadomiła sobie, że wejście 

do wieży pozostaje niestrzeżone. Wszak wszyscy strażnicy przyłączyli się do 
oddziałów stojących na placu. Przynajmniej setka strzelców mierzyła już w 

ambasadora piekieł, a przez cały czas przybywali kolejni. Lwy, wszystkie z 
granitu i bez skrzydeł, przebierały nerwowo łapami, zostawiając na ziemi 

odciski. Dosiadający ich jeźdźcy z trudem utrzymywali je na wodzy.
— Każdy mieszkaniec miasta zobowiązany jest do oddania kropli krwi! — ryczał 

ambasador piekieł do tłumów. — Tylko jedna kropla od głowy i pakt
192

jest przypieczętowany! Pomyślcie! Jak dużych ofiar będzie od was żądać imperium? 
Ilu z was padnie w walce o lagunę, ilu zginie pod rządami faraona?

Nagle mały, najwyżej siedmioletni chłopczyk wyrwał się mamie, która przerażona 
patrzyła, jak jej syn biegnie wzdłuż rzędu gwardzistów i staje oko w oko z 

bestią.
— Uchroni nas Królowa Laguny! — krzyknął. — Nie potrzebujemy waszej pomocy!

Matka chciała pobiec za synem, ale ją powstrzymano. Nie dała za wygraną, 

background image

szamotała się, próbując wyrwać się z obcych objęć. I cały czas wykrzykiwała imię 

dziecka.
Chłopiec z przekorą spojrzał na posłańca.

— Królowa Laguny zawsze będzie nas chronić! — odwrócił się i pobiegł z powrotem 
do matki. Posłaniec nie zareagował.

Słysząc słowa chłopczyka, Merle poczuła lekkie ukłucie w piersi. Uprzytomniła 
sobie, że to nie było jej własne doznanie, ale ból przeszywający Królową Laguny. 

Jej rozpacz, jej wstyd.
— Oni na mnie liczą — powiedziała bezgłośnie. — Wszyscy na mnie liczą. A ja nie 

spełniam ich oczekiwań.
— Przecież tu, na placu, nikt nie wie, co się z tobą dzieje.

— Wkrótce się dowiedzą. Najpóźniej wtedy, kiedy nadciągną galery faraona, a jego 
barki słoneczne będą

193
ziać z nieba ogniem. — Na chwilę zamilkła, po czym dodała: — Powinniście przyjąć 

ofertę posłańca.
Merle z przerażenia o mało się nie potknęła. Jeszcze tylko dwadzieścia metrów do 

wieży.
— Co?! — wykrzyknęła. — Mówisz poważnie?

— To jedna z możliwości.
— Ależ... to piekło! Cóż my o nim wiemy? — I szybko dodała: — Już same wyniki 

badań profesora Burbridge'a są wystarczające, żeby... żeby wysłać ich do diabła.
— To jedna z możliwości — powtórzyła Królowa raz jeszcze. Jej głos brzmiał 

beznamiętnie. Słowa chłopczyka poruszyły ją do głębi.
— Układ z diabłem nie może wchodzić w grę — powiedziała Merle i zaczerpnęła 

tchu. Trudno jej było równocześnie biec i rozmawiać. — Przecież już z 
dawniejszych przekazów wiemy, że każdy, kto zdał się na pomoc piekieł, 

przegrywał. Każdy!
— To jedynie stare historie. Możesz zaręczyć, Merle, że ktokolwiek próbował 

zawrzeć sojusz z piekłem}
Merle spojrzała przez ramię i raz jeszcze przyjrzała się stojącemu wśród ognia 

posłańcowi.
— Przypatrz mu się! I nie zbywaj mnie jakimiś porzekadłami w stylu: „Nie można 

oceniać pana po kaloszach!" Przecież w nim nie ma nic ludzkiego!
— We mnie również.

Merle, potykając się, dobiegła wreszcie do bramy wieży. Na szczęście była 
otwarta. — Posłuchaj

194
— zaczęła zdyszana. — Nie chciałam cię obrazić. Ale piekło... — przerwała i 

potrząsnęła głową. — Może rzeczywiście nie jesteś człowiekiem i dlatego pewnych 
rzeczy nie pojmujesz. Dziarsko wkroczyła do wieży.

Przeszła tylko kilka metrów obok kryjówki Serafina. Ale on jej nie spostrzegł. 
Był wpatrzony w posłańca i w rosnącą grupę żołnierzy na placu.

Także druga część placu, tuż obok bazyliki św. Marka, ciągle zapełniała się 
ludźmi. Napływali z różnych stron, zwabieni niezwykłym widowiskiem. Dowiedzieli 

się o przybyciu ambasadora piekieł, ale nie dawali temu wiary. Teraz mogli 
skonfrontować pogłoski z rzeczywistością.

Serafin zmagał się sam ze sobą. Chciał uciekać. Miał szczęście, że nie wylądował 
w więzieniu. Tymczasem z każdą minutą rosło niebezpieczeństwo, że zostanie 

rozpoznany i aresztowany. To głupie, strasznie głupie, tkwić za donicą z 
kwiatami, podczas gdy gwardia cały czas go szuka. Wprawdzie nie w tym momencie, 

bo całą swoją uwagę skupiła przejściowo na czymś innym. Ale czy nie zdawał sobie 
sprawy z położenia, w jakim się znalazł? Tymczasem z najwyższą uwagą 

przysłuchiwał się posłańcowi.
I jeszcze coś rzuciło mu się w oczy. Trzech mężczyzn wyszło z pałacu. Trzech 

rajców w dostojnych togach: purpurowej, szkarłatnej i złotej. Zdrajcy.
195

Rajca w złotej sukni podszedł prosto do kapitana gwardii i mówił coś do niego 
wzburzony.

W pewnym momencie płomienie buchnęły ze zdwojoną siłą, ich języki dosięgły 
postaci posłańca, ukazując jego szyderczy uśmiech.

— Kropla krwi! — zawołał. — Pomyślcie dobrze, obywatele Wenecji! Tylko jedna 
kropla krwi!

W wieży Merle przeskakiwała po kilka schodów na raz. Dyszała. Serce waliło jej 

background image

tak mocno, jakby chciało wyskoczyć z piersi. Nie mogła sobie przypomnieć, kiedy 

ostatni raz była tak zmęczona.
— Co wiesz o tym zdrajcy? — spytała Królowa Laguny.

— To, co wszyscy. Stare historie.
— W rzeczywistości nigdy nie był zdrajcą. Nie w tym sensie, za jakiego uchodzi w 

przekonaniu ogółu.
Merle z trudem łapała powietrze. Nawet uważne wsłuchiwanie się w słowa Królowej 

nie przychodziło jej łatwo.
— Opowiem ci, co zdarzyło się naprawdę. Wtedy, kiedy Vermithrax został zdrajcą — 

kontynuowała Królowa. — Ty jako pierwsza powinnaś dowiedzieć się, kim jest w 
rzeczywistości.

— No..., to... kim... jest? — spytała zdyszana, ciągle biegnąc po schodach.
— Vermithrax jest lwem. Jednym ze starych lwów.

— Lwem?
196

— Fruwającym i mówiącym lwem — Królowa zamyśliła się. — Przynajmniej byl nim, 
kiedy widziałam go ostatni raz.

Merle aż zatrzymała się ze zdumienia. Właśnie dostała kolki.
— Ale... lwy nie mówią!

— Te, które znasz. Wcześniej jednak, przed wielu laty, jeszcze przed 
zmartwychwstaniem faraona i w okresie wojen o mumie, lwy mogły mówić, fruwać 

wyżej i szybciej niż orły, a wyśpiewywane przez nie pieśni były piękniejsze niż 
pieśni syren lub ludzi.

— I co się stało? — Merle znowu zaczęła biec. Ale tym razem szybo spuściła z 
tonu i zaczęła człapać po schodach do góry. Była mokra i wykończona. Czuła, jak 

jej ciałem wstrząsają dreszcze.
— Od niepamiętnych czasów kamienne lwy i ludzie byli połączeni sojuszem. Nikt 

jednak nie wie, jak tu dotarły. Możliwe, że były istotami z odległych krańców 
ziemi. Albo wytworami jakiegoś alchemika. Nieważne. Lwy służyły Wenecjanom jako 

zwierzęta bojowe w wojnach, konwojowały statki podczas niebezpiecznych rejsów 
przy wybrzeżach Afryki i chroniły samo miasto. W dowód wdzięczności Wenecjanie 

wyryli ich oblicze na herbie miasta i przyozdobili nim flagę miejską. Do ich 
dyspozycji oddano też jedną wyspę w północnej części laguny.

— Skoro lwy były tak mocne i potężne, dlaczego nie wzniosły własnego miasta? — 
Merle nie sły-

197
szała nawet własnych słów, z trudem wypowiadanych.

— Ponieważ całkowicie ufały Wenecjanom i były wobec nich lojalne. Zaufanie 
należało do ich najważniejszych cech. Poza rym same nie chciały. Ich kamienne 

ciała, szybkie loty i poetyckie pieśni mogły wprawdzie zachwycać, ale czy 
ktokolwiek widział lwa budującego dom? Przyzwyczaiły się do łudzi, dzieliły z 

nimi ich los, miały dach nad głową i korzystały z wygód, jakie dawało mieszkanie 
w mieście. I to, jak sądzę, zdecydowało o ich upadku.

Merle zatrzymała się na chwilę przy wąskim oknie, które wychodziło na plac. 
Zdębiała, kiedy zauważyła, że w ciągu kilku minut zebrało się tam mnóstwo 

żołnierzy i gwardzistów. Widocznie rajcowie ściągnęli wszystkich zbrojnych w 
mieście, od stróża nocnego aż po kapitana. Musiały ich być setki. I wszyscy 

mierzyli w posłańca, niektórzy tylko samymi połyskującymi szablami.
— Dalej, biegnij dalej. Pospiesz sięl

Merle, sapiąc, wspinała się po schodach, podczas gdy Królowa kontynuowała swoją 
opowieść: —Musiało się to źle skończyć. Ludzie nie potrafią żyć w zgodzie z 

innymi istotami. Stało się to, co się stać musiało. U zarania konfliktu stanęła 
obawa. Obawa przed potęgą lwów, przed ich imponującymi skrzydłami i groźnymi 

pazurami. Ludzie powoli zapominali, ile im zawdzięczają. Choćby mocarstwową
198

pozycję Wenecji w basenie Morza Śródziemnego. Lęk przeszedł w nienawiść, ta zaś 
w żądzę zdegradowania lwów do roli poddanych. Bo przecież nie można było pozbyć 

się ich zupełnie. Pod pretekstem zorganizowania święta ku ich czci, mającego 
wyrazić wdzięczność Wenecjan, zwabiono je wszystkie na wyspę. Statkami zwożono 

tam góry wieprzowiny i cielęciny. Rzeźniom przyznawano odznaczenia, byle tylko 
wydały swoje ostatnie zapasy. Podczas uczt wino lało się strumieniami. 

Najprzedniejsze gatunki i krystaliczna woda alpejska zdobiły suto zastawione 
stoły. Dwa dni i dwie noce lwy delektowały się przygotowanymi dla nich 

smakołykami. Powoli jednak podany im do mięsiwa, wody i wina środek nasenny 

background image

zaczął działać. Na trzeci dzień nie było już ani jednego lwa, który stałby na 

własnych nogach. Wszystkie zapadły w kamienny sen. Wtedy do dzieła przystąpili 
rzeźnicy, którzy pozbawili je skrzydeł!

— To... to oni im je tak po prostu, ob...
— Obcięli. Jak najbardziej! Lwy niczego nie zauważyły. Tak silny okazał się 

podany im środek nasenny. Potem opatrzono je, aby żaden nie zmarł na skutek 
odniesionych ran. Wszystkie pozostawiono na wyspie, w przekonaniu, że osłabione 

zwierzęta nie zdecydują się na ucieczkę przez wody laguny. Jak wiadomo, lwy 
lękają się wody. Te, które się jednak odważyły, utonęły w odmętach morza.

199
Merle poczuła taki wstręt, że aż musiała przystanąć.

— Dlaczego wytężamy wszystkie nasze siły, by ratować to miasto? Po tym 
wszystkim, co Wenecjanie wyrządzili lwom i syrenom? Czyż nie zasłużyli na najazd 

Egipcjan, którzy zmietliby miasto z powierzchni ziemi?
Dziewczynka wyczuła, że Królowa uśmiecha się lekko. Jej wnętrze promieniowało 

cudownym ciepłem.
— Me bądź taka zgorzkniała, Merłe. Przecież tak samo jesteś rodem z Wenecji, jak 

wielu innych mieszkańców laguny, którzy nie mają o niczym pojęcia. Zbrodnia na 
lwach dokonała się strasznie dawno temu.

— A ty sądzisz, że ludzie są dziś mądrzejsi niż wtedy? — zapytała z pogardą.
— Me. Mądrzejsi nie staną się nigdy. Ale nie można karać tych, na których nie 

ciąży bezpośrednia odpowiedzialność.
— A co z syrenami, które ludzie zaprzęgają do łodzi? Sama przyznałaś, że w ten 

sposób syreny wyginą.
Królowa na moment zamilkła.

— Jeśli większość ludzi miałaby tego świadomość, jeśli znałaby prawdę..., to 
takie niesprawiedliwości nie zdarzałyby się więcej.

— Sama mówisz, że nie jesteś istotą ludzką. A bronisz nas. Skąd u ciebie ta 
przeklęta dobroć?

200
— Przeklęta dobroć? — powtórzyła lekko rozbawiona Królowa. — Tylko człowiek może 

zestawić te dwa słowa obok siebie. Możliwe, że właśnie stąd czerpię wiarę w 
ludzi, że jej jeszcze nie pogrzebałam. Chcesz, żebym opowiedziała ci historię 

lwów do końca? Zaraz wyjdziemy na szczyt wieży. Zanim tam staniemy, powinnaś 
dowiedzieć się, jaka rola przypadła w udziale Vermithraxowi.

— Opowiadaj!
— Lwy powoli dochodziły do siebie, targane wewnętrznymi starciami i walkami. 

Jedno nie ulegało wątpliwości: stały się więźniami na wyspie. Pozbawione siły, 
nękane strasznymi bólami, popadały w zwątpienie. Wenecjanie zaoferowali im 

dalszy dowóz żywności, pod warunkiem jednak, że zgodzą się im służyć jako 
niewolnicy. Po długich debatach lwi ród przyjął te warunki. Część z nich została 

przetransportowana na inną wyspę, gdzie służyły naukowcom i alchemikom jako 
zwierzęta doświadczalne. Nowe pokolenia kamiennych lwów opuszczały laboratoria 

uczonych. Dzisiejsza ich generacja nie jest już tą dumną rasą przodków, 
przyozdobioną w skrzydła i potrafiącą śpiewać.

— A co z Vermithraxem? — pytała Merle. — Albo z lwami, które także dziś potrafią 
fruwać?

—Kiedy Wenecjanie podstępem rozprawiali się z lwami, jeden lwi oddział nie 
stacjonował w Wenecji, tylko przeprowadzał zwiad w krajach Wschodu. Gdypowró-

201
city i dowiedziały się, co się wydarzyło, zawyły z wściekłości. Ale musiały 

poprzestać na małej potyczce z mieszkańcami laguny. Było ich zbyt mało. Dlatego 
zamiast pewnej porażki w starciu z Wenecjanami, wybrały ucieczkę. Około 

dziesięciu lwów pofrunęło na południe, przez Morze Śródziemne aż do samego serca 
Afryki. Tam przez jakiś czas żyły z miejscowymi lwami, zanim nie zorientowały 

się, że gospodarze sawanny przyjmują ich tylko dlatego, że boją się ich. 
Kamienne lwy ruszyły więc w dalszą drogę. Tym razem w wysokie góry, 

rozpościerające się w tropikach. I tam zadomowiły się na dłużej. 
Niesprawiedliwość Wenecjan obrosła w legendy.

Przed około dwustu laty na scenę wydarzeń wkroczył Vermithrax. Przepełniony 
smutkiem z powodu losu, jaki spotkał lwi ród, mocno wierzył w stare legendy. 

Postanowił wrócić do Wenecji, by wziąć odwet na jej mieszkańcach za wyrządzoną 
ongiś krzywdę. Niestety, tylko nieliczni chcieli się do niego przyłączyć. Dla 

większości potomków uciekinierów góry stały się nową ojczyzną. Mało kto chciał 

background image

wyruszyć w nieznane.

W ten sposób Vermithrax z garstką towarzyszących mu lwów wziął kurs na Wenecję. 
Święcie wierzył przy tym, że ujarzmione lwy weneckie staną po jego stronie i 

wystąpią przeciwko swoim ciemiężcom. Ale przeliczył się. Nie docenił znaczenia 
czasu.

— Znaczenia czasu? — spytała Merle zdziwiona.
202

— Tak, Merle, czas zaleczył dawne rany. Jeszcze gorzej, uczynił z lwów wiernych 
poddanych. Pęd do wygodnictwa zupełnie zawładnął bezskrzydłą, niemą lwią rasą. 

Jako niewolnicy Wenecjan nie skarżyły się na swój los. Zdolności przodków dawno 
popadły w zapomnienie. Żaden z nich nie pamiętał życia na wolności. Nic 

dziwnego, że żadnemu też nie uśmiechało się nadstawiać karku w jakimś 
powstańczym zrywie. Posłuszeństwo rozkazom ludzkich przełożonych przedkładano 

nad jakikolwiek bunt. Stąd atak Vermithraxa na miasto kosztował życie wielu 
ludzi i pomimo że wywołał spustoszenie w wielu dzielnicach, od początku był 

skazany na porażkę. Przeciwko Vermithraxowi wystąpił jego własny ród. Lwy też, 
te same, którym chciał przynieść wolność, a które z własnego wyboru stały się 

przedłużeniem ludzkiej ręki, zadały mu ostateczny cios.
— Ale w takim razie to one byli zdrajcami, nie on!

— Wszystko zależy od punktu widzenia. Dla mieszkańców Wenecji Vermithrax 
uchodził za zdrajcę. To on napadł na nich znienacka, to on zabił wielu ludzi, to 

on próbował podjudzić przeciwko nim miejscowe lwy. Z ich punktu widzenia 
wszystko się zgadza. Dlatego też pozbawili oni życia większość napastników. 

Nieliczną garstkę zostawili przy życiu, by naukowcy mogli wyhodować z niej nowe 
pokolenie latających lwów. Wtedy nikt już nie pamiętał czasów, kiedy lwy miały 

skrzydła. A wielu mieszkańców nie mogło
203

oprzeć się pokusie posiadania lwich sług ze skrzydłami. Dzięki nim mogły one 
transportować duże ciężary albo podczas wojen atakować przeciwnika z powietrza, 

jak to uczynił Vermithrax w trakcie inwazji na miasto. W laboratorium powstała 
nowa generacja lwów, będąca krzyżówką wolnych, oskrzydlonych rebeliantów z 

Afryki i bezwolnych, służalczych niewolników z Wenecji. Co z tej krzyżówki 
powstało, sama wiesz: fruwające lwy, których dosiadają dziś gwardziści. Miałaś 

możliwość zapoznać się z nimi bliżej.
— A Vermithrax?

— Wymyślono dla niego szczególnie perfidną karę. Zamiast wyroku śmierci osadzono 
go w tej wieży. Tu musiał znosić swój los. A trzeba ci wiedzieć, Merle, że dla 

skrzydlatego lwa nie ma nic gorszego niż pozbawienie możliwości fruwania. Dla 
Vermithraxa, który latami szybował po dalekich stepach Afryki, kara ta okazała 

się straszna w dwójnasób. Prócz tego załamał się psychicznie. Mniej w wyniku 
porażki, bardziej z powodu zdrady własnych ziomków. Nie mógł pojąć obojętności w 

ich sercach, ich psiej wierności i łatwowierności każącej im wystąpić w imieniu 
Wenecjan przeciwko niemu. To doświadczenie stało się dla niego najcięższą karą. 

Dlatego postanowił odebrać sobie życie. Odmawiał jedzenia, które mu przynoszono. 
I to wcale nie powodowany lękiem przed otruciem, lecz w nadziei szybkiego 

zakończenia życia. Ale Vermithrax, ten
204

buntownik nad buntownikami, musiał jako pierwszy ze swojej rasy stwierdzić, że 
kamienna istota może obyć się bez jedzenia. Oczywiście kamienne lwy odczuwają 

głód, ba, obżeranie się jest jedną z ich największych namiętności. Do 
przetrwania konieczne jednak nie jest. I tak Vermithrax do dzisiejszego dnia 

przebywa na samym szczycie wieży, skąd rozpościera się widok na całe miasto. I 
to pogłębia jego poczucie upokorzenia — Królowa Laguny przerwała na chwilę, by 

zaraz podjąć nowy wątek. — Szczerze mówiąc, nie wiem, w jakim znajdziemy go 
stanie.

Merle wchodziła już na ostatnie schody. Światło słoneczne padało przez okno na 
potężne stalowe drzwi. Ich powierzchnia połyskiwała niebieskawo.

— Jak poznałaś Vermithraxa?
— Gdy przed niemal dwustu laty przewodził on grupie afrykańskich lwów, która 

przybyła do Wenecji, wierzył niezbicie, że lwy muszą dorównać ludziom w jednej 
rzeczy: muszą pokonać wrodzony lęk przed wodą. Wszak jego przodkowie zostali 

zdegradowani do roli niewolników właśnie dlatego, że nie sprostali wodom laguny. 
Stali się niewolnikami na własnej wyspie. Vermithrax nie zamierzał wpaść w tę 

samą pułapkę. Skoro tylko z góry zobaczył lagunę, rzucił się z brawurą w odmęty 

background image

wody. Ale przed takim wyzwaniem nawet najbardziej śmiały ze śmiałych musiał 

skapitulować. Woda i zimno sparaliżowały jego ruchy. Zaczął tonąć.
205

— I wtedy go uratowałaś?
— Śledziłam jego myśli, kiedy spadał na dno. Dostrzegłam śmiałość jego 

przedsięwzięcia i podziwiałam silną wolę. Tak brawurowy plan nie mógł spalić na 
panewce, i to jeszcze w momencie, gdy się na dobre nie zaczął. Rozkazałam więc 

syrenom, by wyniosły go na powierzchnię, a potem zaprowadziły na ląd. Spotkałam 
się też z nim osobiście, kiedy w ukryciu dochodził do siebie. Prowadziliśmy 

długie rozmowy. Nie mogę powiedzieć, że zostaliśmy przyjaciółmi. Chyba nie 
wszystko zrozumiał, przede wszystkim, kim jestem. A ponadto trochę się mnie 

lękał, ponieważ...
— Ty sama jesteś wodą?

—Jestem laguną. Jestem wodą. Ale Vermithrax był tym, kto walczy do końca. 
Zapaleniec o nieugiętej woli. Okazywał mi respekt i wdzięczność, ale także bał 

się.
Królowa Laguny zamilkła, kiedy Merle zupełnie wyczerpana weszła na ostatni 

stopień. Stalowe drzwi, zaryglowane na dwa potężne zamki, były co najmniej 
trzykrotnie większe od niej.

— Jak miałybyśmy tu... — zaczęła Merle, ale przerwała, kiedy z zewnątrz wdarł 
się donośny ryk. Natychmiast podbiegła do zakratowanego okna i spojrzała w dół.

Rozpościerał się stąd zapierający dech w piersi widok na przednią część placu 
oraz płonącą szczelinę.

206
Merle dopiero teraz spostrzegła, że szczelinę od brzegu dzieliło niewiele 

metrów. Gdyby rozstęp w ziemi doszedł do morza, Merle i syreny zostałyby siłą 
wody wciągnięte w sam jej środek.

Ale nie to zmroziło jej krew w żyłach, lecz seria wydarzeń, które rozgrywały się 
na dole i zwiastowały niechybną katastrofę.

Trzy skrzydlate lwy rzuciły się z dachu Pałacu Dożów w dół, smagane biczem przez 
dosiadających je jeźdźców. Rajcowie podjęli decyzję. Żadnych rokowań z 

wysłannikiem piekieł. Nieodwołalnie.
Zanim posłaniec zdążył zareagować, lwy były już przy nim. Dwa z nich przeleciały 

tuż obok niego z tak dużą prędkością, że siedzący na nich jeźdźcy nie odnieśli w 
wyniku kontaktu z ogniem żadnych obrażeń. Natomiast trzeci, lecący pośrodku, 

chwycił posłańca w swoją rozdziawioną paszczę i wyrywając go z płonącej 
szczeliny, poniósł ze sobą. Posłaniec wrzeszczał jak opętany. Leżał poziomo w 

pysku lwa. Na całym placu ludzie zginali się wpół. Nawet żołnierze upuścili broń 
na ziemię i zatykali sobie palcami uszy.

Lew z posłańcem w paszczy zatoczył koło nad dachami miasta, potem zniżył lot, 
szybując w kierunku stojących przed pałacem żołnierzy. Upuścił posłańca 

dokładnie nad ich głowami, jakby ten był jedynie zepsutym kawałkiem mięsa.
— Merle! — krzyknęła Królowa Laguny w myślach dziewczynki. — Merle, drzwi...

207
Ale Merle nie mogła oderwać wzroku od toczących się na dole wydarzeń. Żołnierze 

rozbiegli się na tyle szybko, że spadający posłaniec nie upadł im na głowy, 
tylko obok nich. Odarty z dostojeństwa, stal się jedynie monstrualnej wielkości 

rzeczą o ogromnych, wymachujących w powietrzu pazurach, wijącą się w panice na 
kamiennych płytach.

— Merle...
Na placu zaległa cisza. Ludzie zaniemówili, zastygli w bezruchu, niezdolni 

pojąć, co się tu naprawdę wydarzyło.
Ale zaraz potem podniósł się triumfalny okrzyk. Zapachniało krwią. Nikt nie 

myślał o konsekwencjach czynu. Z okrzyków dało się wyłowić coraz wyraźniejsze 
skandowanie:

— Zabić bestię! Zabić tę bestię!
— Merle! Nie mamy czasu!

— Zabić bestię!
— Proszę!

— Zabić bestię!
Puste miejsce, które w formacji żołnierzy powstało po upadku posłańca, szybko 

wypełniły napierające ciała żołdaków o wykrzywionych twarzach, z błyszczącymi 
szablami w dłoniach. Wymachiwali szablami, strzelbami albo wygrażali posłańcowi 

nagimi pięściami. Wrzask posłańca zamienił się w rzężenie. Potem zamilkł 

background image

zupełnie.

— Drzwi, Merle!
208

Gdy dziewczynka odwróciła się wreszcie, jej wzrok utkwił na dwóch potężnych 
ryglach. Były takie wielkie!

— Musisz je otworzyć! — błagała Królowa. Po drugiej stronie drzwi rozległ się 
ryk lwa.

Odwieczny wróg
Nie było sensu powątpiewać w wy-mowę faktów. A te układały się w logiczny ciąg 

zdarzeń. Czyż nie podjęła się wykonania zadania? Czyż klamka nie zapadła już 
wtedy, kiedy zdecydowała się wypić zawartość karafki? A może nawet dużo 

wcześniej, gdy wraz z Serafinem opuściła festyn i rzuciła się w wir przygód.
Z łatwością odsunęła dolną zasuwę. Oparła się o nią całym ciężarem, nie 

przypuszczając, że masywny stalowy trzpień puści tak gładko, jakby dopiero 
wczoraj został naoliwiony.

Z drugą zasuwą nie poszło już tak łatwo. Przymocowana była kilkadziesiąt 
centymetrów nad jej głową. Uniemożliwiało to oparcie się o nią całym ciałem. 

Musiało trochę potrwać, zanim nieco popuściła. Twarz Merle pokryły krople potu. 
Królowa Laguny milczała. W końcu się udało.

— Drzwi musisz pchnąć do środka — powiedziała Królowa. W jej głosie słychać było 
napięcie. Cały czas wisiała nad nimi groźba dostania się w ręce żołnierzy. 

Trzeba było jak najszybciej uwolnić Vermithraxa.
210

Merle zawahała się tylko chwilę. Zaraz potem pchnęła stalowe drzwi. Te, mocno 
zgrzytając, ustąpiły i otwarły się do środka.

Cela w wieży Campanile była większa, niż przypuszczała. Pomimo panującej tam 
ciemności mogła rozpoznać zarysy belek podtrzymujących szpiczasty strop, pod 

którym urzędowały gołębie. Plamy ich białawych odchodów pokrywały deski na 
podłodze niczym śnieżny puch, suchy i zakurzony. Przy każdym kroku w górę 

wzbijały się tumany kurzu. Czuć było stęchliznę. Natomiast pomieszkujący w celi 
więzień nie wydzielał żadnego zapachu. Przynajmniej nie dało się go odróżnić od 

wszechobecnej przykrej woni.
W pomieszczeniu panowała ciemność. Jedyny promień światła nieśmiało wdzierał się 

przez malutkie okienko umieszczone między podłogą a dolną belką podtrzymującą 
frontową ścianę wieży. Właśnie wschodziło słońce. Grube kraty okienne przecinały 

słoneczny promień, dzieląc go na mniejsze wiązki światła.
Także ściany pokrywała konstrukcja stalowych krat. Jakby obawiano się, że bez 

nich więzień mógłby się stąd wydostać. Nawet na belkach dachowych zawieszone 
były kraty.

Wpadające do środka światło przypominało kilka mocno naprężonych, równoległych 
do siebie lin, które przechodziły po podłodze na skos, urywając się

211
w samym środku celi. Po obu stronach promieni panowała tak głęboka ciemność, że 

nie było widać przeciwległej ściany.
Przekraczając próg celi, Merle poczuła się zagubiona. „Cóż mam teraz czynić?", 

pomyślała.
— Musisz się z nim najpierw przywitać, ale tak, żeby wiedział, iż mamy uczciwe 

zamiary.
— On cię nie pozna, jeśli sama do niego nie przemówisz — odpowiedziała Merle.

— Ależ jak najbardziej, pozna mnie.
— Hm..., halo..., dzień dobry — bąknęła cicho. Pod stropem zagruchały gołębie.

— Vermithrax?
Odpowiedział jej charkot wydobywający się z ciemności.

— Vermithrax? Przyszłam, żeby...
Przerwała nagle, gdy wyrosły przed nią cień zmienił się w żywe ciało. Dobiegł ją 

najpierw lekki szmer, a potem jakby podmuch wiatru. Wibrujące fale to nasilały 
się, to słabły. W końcu usłyszała kroki tak lekkie, jakby w celi stąpał kot. 

Całkiem inne niż u ociężale kroczących lwów. Zwierzęco drapieżne, ale 
jednocześnie stawiane z rozmysłem. Wyczekujące.

— Królowa Laguny jest ze mną — wyrwało jej się. Vermithrax pewnie ją wyśmieje.
Z ciemności wyłaniał się zarys postaci wyższej od konia i szerokiej jak dwa 

ogiery. W ciągu kilku se-
212

kund stanął przed nią w całej okazałości, z głową oświetloną promieniami 

background image

wschodzącego słońca.

— Vermithrax! — powtórzyła odruchowo. Okrzyknięty odwiecznym zdrajcą lew 
przyglądał się

jej dumnym wzrokiem. Wyciągnął mordercze szpony prawej przedniej łapy, ale zaraz 
schował je z powrotem. Powiew szybkiej, nieuchronnej śmierci. Każda z jego łap 

była tak duża jak głowa Merle, jego zęby tak długie jak jej palce. Grzywa, 
chociaż z kamienia, była zwiewna jak szlachetny jedwab.

— Kim jesteś? — spytał niskim głosem.
— Jestem Merle, uczennica mistrza Arcimbolda — odpowiedziała nieśmiało.

— I nosicielka Królowej Laguny.
— Tak.

Vermithrax zbliżył się do niej majestatycznie.
— Otworzyłaś bramę. Czy na dole czekają już żołnierze, by mnie zabić? — spytał.

— Teraz wszyscy przebywają na placu św. Marka. Ale żołnierze zaraz się tu 
zjawią. Nie mamy chwili czasu do stracenia.

Lew ani drgnął. Teraz promień porannego światła oświetlił jego sylwetkę.
Merle jeszcze nigdy w życiu nie widziała lwa czarnego jak obsydian. Jednolicie 

czarna sierść pokrywała całe ciało, od pyska aż po bujnie owłosiony ogon. Lekki 
połysk uszlachetniał sierść po bokach, na wąskim grzbiecie i na pysku. 

Imponująca grzywa zdawała się nieustan-
213

nie wibrować, nawet gdy głowa pozostawała nieruchoma. Potężne, szerokie skrzydła 
miały dobre trzy metry. Teraz jakby mimowolnie i bezszelestnie je opuścił. 

Powietrze w celi zawirowało.
— Nie mamy czasu do stracenia? — bezwiednie powtórzył za Merle.

A w niej wszystko się już gotowało. Od środka rozsadzała ją niecierpliwość. Z 
lwem czy bez lwa, nie zamierzała ginąć. A już na pewno nie dlatego, że nie 

chciał jej zaufać.
— Tak, musimy się pospieszyć — powtórzyła stanowczo.

— Podaj mu rękę.
— Mówisz poważnie?

Królowa nie odpowiedziała. Dziewczynka z ciężkim sercem podeszła do Vermithraxa. 
Ten zamarł w bezruchu. Dopiero gdy wyciągnęła do niego rękę, powoli podniósł 

przednią łapę, i to na tyle wysoko, by od dołu musnąć palce Merle.
Jego wzrok złagodniał.

— Królowa Laguny... — mruczał niewyraźnie i kiwał głową.
— Czy wyczuwa twoją obecność? — spytała Merle.

— Kamienne lwy są wrażliwymi istotami. Vermith-rax wyczuł moją obecność, kiedy 
otworzyłaś drzwi. Inaczej już byś nie żyła.

Lew przemówił ponownie. Ale tym razem utkwił wzrok w Merle. Po raz pierwszy 
podczas tego spotkania.

214
— I nazywasz się Merle? — spytał. Skinęła głową twierdząco.

— To ładne imię.
Na takie rozmowy nie mamy czasu, chciała powiedzieć. Ale tylko skinęła głową.

— Czy mogłabyś na mnie usiąść?
Oczywiście przeczuwała, że to pytanie kiedyś padnie. Ale kiedy dotarło do niej, 

że będzie musiała siedzieć na grzbiecie prawdziwego kamiennego lwa, ugięły się 
pod nią nogi.

— Nie bój się — uspokajał ją łagodnym głosem Vermithrax. — Trzymaj się mocno 
mojej grzywy.

Podeszła do niego. Zniżył się, by mogła go dosiąść.
— No wskakuj! — poganiała ją szorstko Królowa. Merle westchnęła i dosiadła 

lwiego grzbietu. Ku jej
zdziwieniu był ciepły w dotyku i jakby dopasowany do jej sylwetki. Siedziała na 

nim pewnie i wygodnie, prawie tak, jakby miała pod sobą siodło.
— Gdzie mam się ciebie trzymać?

— Wbij się palcami głęboko w moją grzywę — odpowiedział Vermithrax. — Tak 
głęboko, jak tylko potrafisz.

— Nie będzie cię to bolało?
Uśmiechnął się lekko, choć z pewną dozą goryczy. Ale pytanie przemilczał. Merle 

chwyciła się grzywy. Poczuła w dłoniach coś pośredniego między kamieniem a 
pokrytą futrem skórą, twardość połączoną ze śliskością, jak przy dotyku 

podwodnej rośliny.

background image

215

— Jeśli dojdzie do walki — ostrzegał lew, zerkając w kierunku drzwi — pochyl się 
i przylgnij do mojej szyi tak mocno, jak tylko potrafisz. Na ziemi ochronię cię 

skrzydłami.
— W porządku — dziewczynka starała się opanować drżenie głosu, przychodziło jej 

to jednak z najwyższym trudem.
Vermithrax ruszył w kierunku drzwi z kocią zwinnością, jakby płynął w powietrzu. 

W mgnieniu oka przemknął przez nie, docierając do najwyższego piętra na klatce 
schodowej. Sprawdził, ile ma miejsca, i rozpostarł skrzydła.

— Czy nie możemy zejść normalnie po schodach? — spytała lekko zaniepokojona 
Merle.

— Nie mamy ani chwili do stracenia. Sama powiedziałaś — jego słowa jeszcze nie 
przebrzmiały, a już wzbił się łagodnie do góry, by zaraz potem gwałtownie 

poszybować w dół.
Merle wydała głośny okrzyk. Prąd powietrza zacisnął jej powieki i omal nie 

zrzucił z lwiego grzbietu. Wtedy poczuła, że z tyłu coś ją gniecie. To Ver-
mithrax przyciskał ją ogonem do siebie.

Żołądek przewracał się jej na wszystkie możliwe strony. Spadali, spadali, 
spadali...

Nagle lew wylądował na czterech łapach i z przeraźliwym rykiem wyskoczył z bramy 
wieży. Czarna strzała z kamienia, tyle że większa, twardsza i cięższa od 

armatniej kuli, o sile orkanu.
216

— Wolnyyyy!!! — ryknął triumfalnie, a jego głos przedzierał się przez miasto, w 
którym unosił się jeszcze odór siarki. — Nareszcie wolny!!!

Wypadki toczyły się tak szybko, że Merle nie pozostawało wiele czasu do namysłu. 
Mogła tylko rejestrować błyskawicznie po sobie następujące zdarzenia i 

przesuwające się obrazy.
Na placu ludzie podnieśli wrzask. Żołnierze biegali zupełnie zdezorientowani. 

Oficerowie nerwowo wydawali rozkazy. Ktoś oddał strzał, potem słychać było serię 
z karabinu. Jeden z pocisków odbił się od kamiennego boku Vermithraxa, nie 

trafiając jednak Merle.
W locie koszącym, trochę ponad trzy metry nad ziemią, obsydianowy lew z 

dziewczynką na grzbiecie frunął nad placem św. Marka. Ludzie gromadzili się tam, 
nadciągając ze wszystkich stron. Matki w popłochu chwytały swoje dzieci.

Vermithrax wydał z siebie głęboki pomruk niczym lawina skalistych odłamków 
spadająca w gardziel kamieniołomu. Dopiero po chwili Merle zorientowała się, że 

lew po prostu się zaśmiał. Poruszał się z nienaganną gracją, jakby nie 
przesiedział mnóstwa czasu w Campanile. Jego skrzydła nie usztywniły się, wciąż 

były silne i gibkie, oczy nadal dorównywały sokolim, nogi nie stały się wiotkie 
a szpony tępe, zaś przepełniający go duch nie zamarł.

— Utracił wiarę w swój ród, ale nie stracił wiary w siebie — wyjaśniła Królowa 
pośpiesznie.

217
— Przecież sama powiedziałaś, że chciał umrzeć.

— To było dawno temu.
— Chcę żyć, żyć, jeszcze raz żyć!!! — ryczał obsy-dianowy lew, jakby usłyszał 

słowa Królowej.
— Czy on cię słyszał?

— Me, ale on mnie wyczuwa, a niekiedy też odczytuje moje myśli.
— Odczytuje moje myśli?

— Nie, nasze myśli.
Vermithrax poszybował dokładnie nad szczeliną w ziemi. Ogień wprawdzie już 

dogorywał, ale szara ściana dymu niczym zasłona unosiła się jeszcze nad placem. 
Merle z trudem dostrzegła, że kamienie i skały wypiętrzyły się od dołu, 

wypełniając rozstęp w ziemi. Wkrótce jedynie powyrywana kostka brukowa będzie 
przypominać o niezwykłym wydarzeniu.

Kolejne kule świstały Merle koło uszu, ale podczas całego lotu przed żadną z 
nich nie odczuwała lęku. Wszystko toczyło się w szalonym tempie.

Spojrzała w lewo i pośród szeregów gwardzistów dostrzegła trzech zdradzieckich 
rajców stojących w samym środku kałuży mazistych ekskrementów wyciekających ze 

zwłok posłańca piekieł.
Purpura. Złoto. I szkarłat. Wszyscy trzej natychmiast rozpoznali jeźdźca, który 

dosiadał lwa. I dobrze wiedzieli, że Merle jest w posiadaniu ich mrocznej 

background image

tajemnicy.

218
Znowu spojrzała przed siebie. Plac św. Marka pozostał za jej plecami. Pod nią 

unosiły się już wzburzone fale morza. W promieniach wschodzącego słońca jaśniały 
czerwonym żarem. To jej droga do wolności. Po prawej leżała wyspa Giudecca. 

Szybko przemknęli obok niej, zostawiając za sobą górujące nad wyspą dachy i 
wieże.

Merle wydała z siebie dziki okrzyk. Wcale nie ze strachu, lecz z 
przepełniającego ją uczucia euforii i ulgi. Wreszcie mogła odetchnąć pełną 

piersią. Co za rozkosz, nie musieć wdychać siarczanych wyziewów! Chłodna-wy 
wiatr świszczał jej w uszach. Ten wiatr wdzierał się pod jej suknię, przenikał 

przez skórę. Zwiewał i mierzwił włosy, omiatał oczy, odświeżał. Łączył się z 
prądami powietrza i z Vermithraxem, który unosił Merle dziesięć, może piętnaście 

metrów powyżej wzburzonych fal. Wszystko w pobliżu mieniło się czerwienią i 
żółcią, nawet ona sama. Jedynie obsydianowa czerń lwa pozostała nietknięta, jak 

noc ukrywająca się przed blaskiem dnia.
— Dokąd lecimy? — starała się przekrzyczeć świst wiatru, ale nie była pewna, czy 

jej się to udaje.
— Jak najdalej stąd! — wykrzyknął lew. — Przed siebie, przed siebie, przed 

siebie!
— Pierścień oblężenia — przestrzegała Królowa Laguny. — Pamiętaj o egipskich 

zwiadowcach i barkach słonecznych.
Merle powtórzyła Vermithraxowi przestrogę Królowej. Uświadomiła sobie też, że 

skrzydlaty kompan
219

tak długo przebywał za kratami, że przecież nie mógł wiedzieć o zwycięstwach 
imperium i wyniszczającej wojnie prowadzonej przez faraona.

— Toczy się wojna — wyjaśniła. — Cały świat pogrążony jest w wojnie. A Wenecję 
oblegają armie Egipcjan.

— Egipcjan? — zdziwił się.
—Tak, imperium faraonów okrążyło lagunę. Bez planu ucieczki nie uda nam się 

przedrzeć.
Vermithrax roześmiał się szczerze. — Dziewczynko, przecież ja potrafię latać!

— Podobnie jak słoneczne barki faraona — odparowała Merle z rumieńcami na 
policzkach.

— Phi!
Lew zatoczył nieduży łuk i spojrzał za siebie.

— Dobrze, sporządź plan, a ja zajmę się tymi z tyłu! Merle odwróciła się i 
dostrzegła stado ścigających

ich skrzydlatych lwów. Siedziały na nich czarne postacie w skórze i w stali.
— To gwardziści! Potrafisz ich zgubić?

— Zobaczymy.
— Ale nie działaj lekkomyślnie!

Lew zaśmiał się ponownie: — Dogadamy się, dzielna amazonko.
Nie miała ani chwili czasu, by zastanowić się, czy mówi poważnie, czy sobie z 

niej drwi. Ostry świst wdarł się do jej uszu — to kule przelatujące tuż obok 
niej.

220
— Strzelają do nas!

Ścigający ich gwardziści byli najwyżej sto metrów za nimi. Sześć lwów, sześciu 
uzbrojonych mężczyzn ślepo oddanych rozkazom trzech zdrajców.

— Kule się mnie nie imają! — krzyknął do niej Vermithrax.
— Ciebie być może nie, ale mnie — tak!

— Wiem, dlatego musimy... — przerwał niespodziewanie i roześmiał się. — Pozwól, 
że zrobię ci niespodziankę.

— On jest walnięty — wyrwało Merle. W jej glosie brzmiała rezygnacja.
— Może tylko troszeczkę.

— Sądzisz, że jestem stuknięty? — zapytał Vermi-thrax nieco rozbawiony.
— Dlaczego miałabym kłamać? Zbyt długo przebywałeś zamknięty w wieży, w związku 

z czym masz niewielką wiedzę o nas, ludziach.
— Czyż tego samego zarzutu nie skierowałaś również pod moim adresem} — wtrąciła 

się Królowa Laguny. — Me ułatwiasz sobie życia.
Vermithrax gwałtownie skręcił w prawo, by czmychnąć przed kolejnym gradem kul. 

Merle ostro zarzuciło na grzbiecie. Na szczęście silny ogon przyciskał ją mocno 

background image

do bujnej grzywy.

— Jeśli oni dalej będą tak strzelać na oślep, to amunicja szybko im się skończy! 
— krzyknęła głośno, walcząc jednocześnie z przeciwnym wiatrem.

221
— To tylko strzały ostrzegawcze. Chcą nas żywych, nie martwych.

— Jesteś tego pewna?
— Gdyby im na tym zależało, już dawno by nas trafili.

— Czy Vermithrax wie o tym?
— Oczywiście. Nie doceniasz jego inteligencji. Te wszystkie jego manewry to 

tylko niewinne igraszki. Robi je dla przyjemności. Chce też mieć pewność, że 
przez te lata nie stracił swojej dawnej zręczności.

Merle czuła, jakby mnóstwo rąk ciągnęło jej żołądek we wszystkie strony.
— Niedobrze mi.

— Przejdzie ci — pocieszył ją Vermithrax.
— Łatwo ci mówić.

Lew spojrzał za siebie. — Aha, już są — powiedział.
Pozwolił, by pościg zbliżył się na niewielką odległość. Czterech gwardzistów 

ustawiło się z tyłu, dwaj pozostali otoczyli go z prawej i lewej strony. Jeden z 
jeźdźców, kapitan gwardii, o śnieżnobiałych włosach, który dosiadał kwarcowego 

lwa, spojrzał Merle prosto w oczy.
— Poddaj się! — krzyknął do niej. — Jesteśmy uzbrojeni i mamy nad wami liczebną 

przewagę! Lecąc w tę stronę, i tak wpadniecie prosto w ręce Egipcjan. Nie chcemy 
do tego dopuścić, a wy pewnie też sobie tego nie życzycie.

— Któremu rajcy podlegacie? — spytała Merle.
222

— Panu Damianiemu.
— To nie jest jeden ze zdrajców— powiedziała Królowa.

— Dlaczego nas ścigacie?
— Wykonujemy rozkazy. I, na boga, tam pod tobą jest odwieczny zdrajca, który 

połowę Wenecji obrócił w perzynę.
Vermithrax spojrzał na kapitana swoimi obsydia-nowymi oczami i powiedział: —

Jeśli zaniechasz pościgu i zawrócisz, zostawię cię przy życiu.
Nagle zdarzyło się coś niespodziewanego. To nie reakcja gwardzisty zaskoczyła 

Merle, lecz reakcja pędzącego pod nim lwa. Na słowa Vermithraxa otrząsnął się z 
obojętności, z jaką zwykle przyjmował rozkazy swojego pana. Wbił oczy w 

Vermithra-xa, podczas gdy ruchy jego skrzydeł stały się chaotyczne. Nie uszło to 
uwadze kapitana, który mocniej pociągnął za cugle.

— Tylko spokojnie — powiedział. Ale wiatr porwał jego słowa i uniósł ze sobą.
— On nie bardzo pojmuje, dlaczego Vermithrax mówi ludzkim głosem — wyjaśniła 

Królowa Laguny.
— Porozmawiaj z nim! — krzyknęła Merle. — To nasza szansa!

Vermithrax gwałtownie obniżył lot. Od wzburzonego morza dzieliły go jakieś 
cztery metry. Im bardziej zbliżali się do morskich fal, tym bardziej Merle 

odczuwała rosnącą prędkość.
223

— Teraz! — ryknął. — Trzymaj się mocno! Jeszcze mocniej chwyciła powiewającą na 
wietrze

grzywę, a obsydianowy lew nagle przyśpieszył, zaczął szybciej machać skrzydłami, 
zawrócił o 180 stopni, wzbił się do góry i z rozdziawionym pyskiem ruszył wprost 

na zupełnie zaskoczonych gwardzistów.
— Lwy! — ryknął. — Posłuchajcie mnie!

Sześć skrzydlatych lwów stojących na usługach gwardzistów zawahało się. Prawie 
przestały machać skrzydłami. Jakby zawisły w powietrzu. Ich zady z pozycji 

poziomej przeszły w pionową. Klamry i pasy ich uprzęży zaczęły trzeszczeć, gdy 
sześciu jeźdźcom zostało wyrwane chroniące ich zawieszenie. Żaden z nich się z 

tym nie liczył, ani też nie mogli poradzić sobie z krnąbrnymi lwami.
Kapitan rozkazał wycelować broń w dziewczynkę. Ale w tej pozycji gwardzistom 

trudno się było utrzymać, gdyż na linii strzału znajdował się potężny łeb lwa, a 
ponadto jedną ręką musieli się chwycić lwiej grzywy, a drugą celować w Merle.

— Posłuchajcie! — krzyknął Vermithrax raz jeszcze, przenosząc wzrok z jednego 
lwa na drugiego. Także on zawisł w powietrzu w bezruchu, od czasu do czasu 

wymachując skrzydłami. — Kiedyś wróciłem do tego miasta, by wyzwolić was z 
jarzma niewoli. By dać wam wolność, bez konieczności poddawania się rozkazom 

innych i obowiązku uczestniczenia w walkach, które nie są waszymi walkami. 

background image

Wolność

224
dla waszych skrzydeł! Wolność polowania i walki! Zdolność mówienia! Zycie takie 

jak życie waszych przodków!
— Vermithrax posługuje się waszą mową — wyjaśniła Królowa Laguny. — Swojej 

dawnej lwy już nie rozumieją.
— Wsłuchują się w jego słowa.

— Tylko jak długo jeszcze?
Sześciu jeźdźców próbowało zmusić lwy do posłuszeństwa, ale ich starania nie 

odnosiły żadnego skutku. Wszystkie z uwagą słuchały Vermithraxa:
— Wahacie się, ponieważ jeszcze nigdy nie słyszałyście lwa mówiącego ludzkim 

głosem. Porzućcie wasze rozterki, bo widzicie przed sobą lwa, który jest gotów 
walczyć o wolność! Spójrzcie na mnie i odpowiedzcie sobie na pytanie: czyż nie 

dostrzegacie we mnie samych siebie?
Jeden z lwów parsknął głośno, na co Vermithrax jedynie się żachnął.

—Jest smutny, ponieważ każdy z nich mógłby być taki jak on. Tymczasem wszystkie 
pozostają jedynie zwierzętami.

Teraz także pozostałe lwy zaczęły parskać. Kapitan, który od dziecka wyrastał w 
bliskim kontakcie z lwami i znał ich mowę, uśmiechał się triumfalnie.

— Wystąpcie przeciwko waszym panom! — ryczał gniewnie Vermithrax. — Nie 
pozwólcie sobą rządzić! Zrzućcie dosiadających was gwardzistów do morza

225
albo zawróćcie z nimi do miasta! A nas zostawcie w spokoju!

W jednej chwili atmosfera zmieniła się, czego Merle nie mogła pojąć.
Lew, który parsknął pierwszy, teraz groźnie machnął przednią łapą.

— To bezcelowe — westchnęła Królowa Laguny. — Może warto było spróbować je 
przekonać, ale teraz widać, że to tylko strata czasu.

— Zupełnie tego nie rozumiem — przyznała Merle. — Dlaczego nie dają wiary jego 
słowom?

— Boją się go. Czują lęk przed jego dominacją. Od wielu, wielu lat żaden lew nie 
przemawiał w Wenecji. Wszystkie wyrosły więc w przekonaniu, że dzięki swoim 

skrzydłom mają przewagę nad innym lwami. A teraz staje przed nimi taki, który 
okazuje się jeszcze potężniejszy niż one.

Merle wpadła w gniew. — To one w niczym nie odróżniają się od nas, ludzi.
— Tak, tak — odrzekła Królowa. W jej głosie pobrzmiewała nuta ironii. — Sierota 

przeobraża się w mędrca?
— Nie śmiej się ze mnie!

— Wybacz, wcale nie zamierzałam. Vermithrax odezwał się spode łba: — Musimy 
uciekać, przygotujcie się!

Merle skinęła głową. Raz jeszcze spojrzała na sześciu gwardzistów. Żadnemu z 
nich nie udało się do

226
tej pory ustawić do strzału. Ale wszystko się zmieni, kiedy lwy rzucą się do 

lotu.
— W drogę! — ryknął obsydian owy lew.

Wypadki potoczyły się teraz tak szybko, że do Merle dopiero po jakimś czasie 
dotarło, jak bliska była śmierci.

Vermithrax, wydając donośny ryk i mocno poruszając skrzydłami, ruszył do przodu, 
wprost na formację złożoną z sześciu lwów i gwardzistów. Przedarł się przez nią, 

po czym niemal pionowo wzbił się do góry.
Merle zapiszczała przestraszona. Ba, nawet Królowa wydała okrzyk przerażenia.

Gdy się wyprostował, Merle znowu usadowiła się na jego grzbiecie, jeszcze 
mocniej wbijając się palcami w jego grzywę. Nie mogła ochłonąć z przerażenia. 

Wcześniej przez chwilę ujrzała pod sobą pieniące się morze, ale nie trwało to 
długo. Vermithrax na tyle szybko powrócił do pozycji poziomej, że na szczęście 

nie osunęła się z jego grzbietu. Mógł ją przynajmniej uprzedzić!
Znowu mknęli tuż nad powierzchnią wody, kierując się tym razem na południe, 

gdzie wysepki laguny były mniejsze i bardziej rozproszone niż w północnej 
części. W ten sposób rezygnowali dobrowolnie z jednej z wymarzonych kryjówek, 

jakich wiele było na północy. Merle wierzyła gorąco, że lew wie, co robi. „Ma 
plan" wmawiała sobie.

— Me sądzę — bąknęła z przekąsem Królowa.
227

— Nie ma? — Merle świadomie zrezygnowała z głośnego zadania pytania.

background image

— Me, on nie zna terenu.

— Jakież to uspokajające...
— Ty musisz mu powiedzieć, dokąd ma się udać. -Ja?

— A niby kto?
— Chyba dlatego, żebyś potem mogła zrzucić winę na mnie, jeśli wylądujemy bóg 

wie gdzie.
— Merle, wybór drogi zależy od ciebie, nie od Ver-mithraxa. Nawet nie ode mnie. 

To jest twoja droga, twój wybór.
— Nawet jeśli nie mam pojęcia, co zamierzamy?

— Przecież już wiesz. Po pierwsze, musimy opuścić Wenecję, po drugie, znaleźć 
sojuszników w walce z imperium.

— A niby gdzie?
— To, co wydarzyło się na placu Św. Marka, wznieciło iskrę. Może uda nam się 

przemienić ją w pożar?
Merle skrzywiła się: — Możesz wyrażać się nieco jaśniej?

— Merle, książęta piekieł zaoferowali nam pomoc.
Dziewczynka znowu poczuła, że traci grunt pod nogami, a z oczu linię horyzontu, 

chociaż Vermithrax pruł prościutko przed siebie.
— Czyżbyś chciała prosić o pomoc piekło? — spytała zbita z tropu.

— Me mamy wyjścia.
228

— A co z imperium carów? Wiem z opowiadań, że potrafiło ono przeciwstawić się 
wojskom faraona.

— Nad imperium carów parasol ochronny roztacza Baba Jaga. Nie sądzę, żeby to był 
dobry pomysł, zwrócić się o pomoc do jakiejś bogini.

— Z tego, co wiem, Baba Jaga jest wiedźmą, nie boginią.
— W jej przypadku to, niestety, wszystko jedno. Zanim zdążyła odpowiedzieć, 

Vermithrax wydał
ostrzegawczy okrzyk: — Uwaga, teraz może być nieprzyjemnie!

Spojrzała przez ramię w dół. Spomiędzy czarnych skrzydeł wystawał rozdziawiony 
pysk lwa wyciągającego przed siebie szpony. Właśnie gotował się do skoku. Nie na 

Vermithraxa, lecz na nią!
— Skoro nie chcą inaczej, niech będzie... — zamruczał smutno obsydianowy lew. W 

jednej chwili cały się zatrząsł. Merle ze wszystkich sił chwyciła się jego 
grzywy, by nie spaść z grzbietu. Nagle znalazł się poniżej swojego przeciwnika, 

odwrócił się na bok i jednym ruchem szponów rozpłatał mu brzuch. Kiedy Merle 
odwróciła się, nie dostrzegła już napastnika. Za to woda w jednym miejscu 

zabarwiła się na czerwono.
— On krwawi?

— Tylko dlatego, że są z kamienia, nie oznacza wcale, że w swoim wnętrzu w 
sposób istotny różnią się od innych żywych stworzeń. Śmierć zawsze jest 

odrażająca — podsumowała Królowa.
229

Dziewczynka szybko odwróciła wzrok od pieniących się czerwonawych fal i znów 
spojrzała przed siebie, na zarysy majaczących w dali wysepek. Na mglistym 

horyzoncie wyłaniał się ciemnawy grzebień wypiętrzających się z wody wzniesień. 
Przed nią rozpościerał się ląd.

W międzyczasie zaatakowały ich dwa kolejne lwy. Vermithrax rozprawił się z nimi 
tak samo szybko i bezlitośnie, jak z ich poprzednikiem. Ale już następnemu 

napastnikowi udało się uchylić się przed śmiertelnym uderzeniem obsydianowej 
łapy i sam starał się zadać Vermithraxowi cios. Ten zawył, kiedy przeciwnik 

drasnął go lekko, i w ostatniej chwili uskoczył w bok. Głośno rycząc, zatoczył w 
powietrzu koło i z zawrotną prędkością wziął kurs na oniemiałego lwa. Nabierając 

prędkości, leciał wprost na niego. Dopiero w ostatniej chwili minął go, drapiąc 
mu twarz szponami tylnej łapy. Kamienne ciało rozsypało się na kawałki i zginęło 

w morskiej otchłani.
Po policzkach Merle spływały łzy. Nie chciała tych śmierci. Jednocześnie nie 

mogła im zapobiec. Ver-mithraxowi nie pozostało nic innego, jak po nieudanych 
pertraktacjach z gwardyjskimi lwami chronić życie swoje i jej. Czynił to mężnie 

i z konsekwencją cechującą jego dumnych przodków.
— Jeszcze trzech — podpowiedziała Królowa Laguny.

— Czy wszyscy muszą zginąć?
230

— Me, jeśli się poddadzą.

background image

— Nie uczynią tego. Dobrze o tym wiesz. Jednego z pozostałych przy życiu lwów 

dosiadał
kapitan gwardii. Wiatr mierzwił mu włosy, a na jego twarzy widoczny był 

niepokój. Mógł zdecydować o odwrocie. Ale Merle widziała, że takiej możliwości 
nie bierze pod uwagę. Ścigać, złapać, w ostateczności zabić — tak brzmiały jego 

rozkazy, dla których nie było alternatywy.
Wypadki potoczyły się szybko. Trzech przeciwników nie miało nawet cienia szansy. 

Jako ostatni z nich ostał się kapitan. Vermithrax kilkakrotnie namawiał go do 
odwrotu. Bezskutecznie. Oficer jeszcze bardziej zagrzewał swojego lwa do walki. 

Niemal w locie błyskawicy rzucił się na Vermithraxa. W pierwszej chwili 
wyglądało na to, że zatopi szpony w jego ciele. Vermithrax zwinnie uskoczył na 

bok, a Merle przechyliła się niebezpiecznie do tyłu. Jej drapieżny rumak 
natychmiast przeszedł do ataku, nie dostrzegając w oczach przeciwnika 

jakiejkolwiek myśli o porażce czy odwrocie. Wydał dziki okrzyk i wbił szpony w 
jego bok, po czym odwrócił się, nie patrząc nawet, jak lew z jeźdźcem runęli do 

morza.
Przez dłuższy czas nikt nie był w stanie wypowiedzieć słowa. Nawet Królowa 

Laguny milczała.
Mijali wysepki ozdobione ruinami dawnych murów obronnych wzniesionych niegdyś 

przed wojska-
231

mi imperium; dziś wyglądały jak zniszczone szkielety z kamienia i stali. Lufy 
armatnie rdzewiały w słonecznym żarze, a słonawy morski wiatr wyciskał na nich 

swe piętno. W tej podmokłej dziczy tu i ówdzie sterczały zapomniane na wieki 
drągi namiotów, trudne do odróżnienia od metrowych trzcin.

Przelatywali też nad obszarem, gdzie woda miała nieco jaśniejszy odcień, jakby 
pod jej powierzchnią rozpościerały się duże połacie mielizny.

— Zatopiona wyspa — skomentowała Królowa. — Prąd morski już dawno zmiótł z 
powierzchni jej mury.

— Znam ją — odpowiedziała Merle. — Czasami dochodzi stąd odgłos bicia dzwonów.
Ale dziś milczały tu nawet duchy. Merle mogła wsłuchiwać się jedynie w szum 

wiatru i aksamitny trzepot obsydianowych skrzydeł.
Słoneczne barki

Poranne słońce nieśmiało wdzie-|"|;    rało się do Kanału Odszczepieńców, l' 
rozjaśniając swoim blaskiem ten wod-Igf1    ny prześwit. W jego promieniach 

skąpane były jedynie górne piętra domów. Poniżej, w kanale, panował wieczny 
mrok.

Samotna postać, która w tych ciemnościach chyłkiem przedzierała się od bramy do 
bramy, była z tego niezmiernie rada. Panujący w kanale półmrok był tylko jej 

sprzymierzeńcem.
Serafin, skradający się wzdłuż fasad opustoszałych kamienic, co rusz odwracał 

się do tyłu, kontrolując miejsce, gdzie Kanał Odszczepieńców łączył się z innym. 
Jeśli ktokolwiek go śledzi, to właśnie tam powinien się najpierw pojawić. 

Ewentualnie nad jego głową, jeśli ścigający dosiadałby skrzydlatego lwa. Ale tę 
możliwość chłopak wykluczył. Po tym, co wydarzyło się na placu św. Marka, 

gwardziści mieli ważniejsze sprawy na głowie niż organizowanie pościgu za nim 
czy za Merle.

Serafin rozpoznał ją, jak siedziała na grzbiecie czarnej bestii, która niczym 
grzmot burzy z hukiem wytoczyła się z bramy Campanile. Najpierw nie wierzył

233
własnym oczom. Po chwili nie miał już jednak najmniejszych wątpliwości. Tak, to 

była Merle. Tylko dlaczego dosiadała tego skrzydlatego olbrzyma? Większego 
Serafin w życiu nie widział. Wyjaśnienie, jakie mu przyszło do głowy, kazało 

powiązać ten fakt z osobą Królowej Laguny. Wierzył niezbicie, że Merle nic nie 
grozi. Ostatecznie to on puścił w ruch wszystkie te kostki domina. Dlaczego 

musiał wtykać nos w sprawy, które go bezpośrednio nie dotyczyły? Jeśli obydwoje 
nie poszliby za lwem, który doprowadził ich do miejsca tajnego spotkania rajców 

z posłańcem... No właśnie, co wtedy? Możliwe, że galery faraona zarzuciłyby już 
kotwicę w Zattere Kai, a w wodzie kanałów odbijałby się niszczycielski ogień, 

wystrzeliwany ze słonecznych barek.
W rozgardiaszu i powszechnej panice, która wybuchła na placu, z łatwością udało 

mu się czmychnąć w jedną z pobliskich przecznic. Nie wyzbył się przy tym 
złudzeń, że gwardia dość szybko ustali, iż on, niegdyś mistrz złodziejski i 

rzeczywisty członek gildii o tej nazwie, mieszka obecnie w domu Umber-ta. 

background image

Najpóźniej wieczorem żołnierze rozpoczną poszukiwania w Kanale Odszczepieńców.

Dokąd uciekać? Mistrz tkacki na pewno go wyrzuci, kiedy tylko się dowie, w co 
jest zamieszany. Na szczęście przypomniał sobie, co Merle opowiadała o 

Arcimboldzie. W przeciwieństwie do Umberta, miał on być dużo łagodniejszego 
usposobienia niż jego vis

234
ä vis. Choć po wybrykach czeladników Umberta, pewnie nie byłby skłonny udzielić 

mu schronienia. Ale akurat o tym Serafin dobrze wiedział.
Przed wejściem do warsztatu luster stała zacumowana łódź. Arcimboldo raz w 

miesiącu zawoził nią klientom zwierciadła. W gruncie rzeczy nikt nie wiedział, 
kim byli odbiorcy jego wyrobów. Kogóż jednak mogło obchodzić kilka magicznych 

luster? Serafinowi wydawało się to zupełnie bez znaczenia.
Drzwi wejściowe były otwarte. Ze środka dobiegał odgłos rozmowy. Chłopak zawahał 

się. Nie, nie może tak po prostu wejść do środka, bo jeśli Dario lub inny 
czeladnik stanie mu na drodze, to spotkanie z Ar-cimboldem nie dojdzie do 

skutku. Jednak musi być jakiś sposób, by do niego dotrzeć.
W głowie zaświtała mu pewna myśl. Uważnie przyjrzał się warsztatowi tkackiemu po 

drugiej stronie kanału. W oknach nie dostrzegł żadnych poruszających się 
postaci. Na całe szczęście. Także przed domem Arcimbolda nie było nikogo.

Wyszedł z cienia, jaki rzucała jedna z bram wejściowych, i ile sił w nogach 
popędził do łodzi. Była dość płaska i trochę wydłużona, w tylnej części wisiał 

tuzin luster zabezpieczonych drewnianą konstrukcją ochronną. Wąskie prześwity 
między nimi wypełniały grube koce.

Reszta koców leżała na dziobie łodzi ułożona w stos. Serafin wygrzebał kilka 
sztuk, przykucnął i przykrył

235
się nimi. Przy odrobinie szczęścia nikt nie powinien go zauważyć. Przed 

Arcimboldem ujawni się dopiero wtedy, gdy obydwaj pozostaną sami w łodzi.
Po pewnym czasie znowu usłyszał dobiegające z warsztatu głosy. Wśród nich głos 

Daria. Chłopcy wnieśli do łodzi ostatnią partię luster, włożyli je do 
drewnianych ram i wrócili do warsztatu. Arcimbol-do wydał jeszcze kilka poleceń, 

po czym łódź ruszyła, kołysząc się lekko.
Serafin wychylił głowę spod koców i zobaczył, że mistrz stoi na drugim końcu 

łódki i wprawnym ruchem gondoliera energicznie porusza wiosłem. Łódź 
równomiernie i spokojnie płynęła w kierunku ujścia kanału. Od czasu do czasu 

chłopak słyszał sygnały ostrzegawcze, jakie gondolierzy tradycyjnie puszczali do 
siebie, zbliżając się do skrzyżowań wodnych arterii. Ale przez większość czasu 

panowała cisza. Nigdzie w mieście nie było tak spokojnie, jak właśnie w bocznych 
kanałach stanowiących nieodłączną część wodnego labiryntu tej melancholijnej 

dzielnicy.
Serafin postanowił odczekać i dowiedzieć się, dokąd zawinie łódź Arcimbolda. 

Łagodne kołysanie działało na niego jak środek nasenny...
Nagle ocknął się ze snu. Nic dziwnego, że pod ciepłym stosem koców spało mu się 

przez całą noc całkiem nieźle. Obudziło go dopiero burczenie w żołądku.
236

Wychylił głowę przez niewielki otwór i spojrzał przed siebie. Widok, jaki 
ujrzał, trochę go zdziwił. Łódź dawno wypłynęła z miasta i dryfowała na otwartym 

morzu. Wenecja została daleko z tyłu. Ar-cimboldo najwyraźniej kierował się na 
północ, w stronę wodnego labiryntu, składającego się z maleńkich podmokłych 

wysepek.
Teraz nadarzała się idealna okazja do rozmowy. Tu nie zobaczy ich nikt. Z 

drugiej strony Serafin był ciekaw, dokąd i komu mistrz dostarcza swoje magiczne 
lustra. Od wybuchu wojny nikt nie zamieszkiwał tych okolic. Umberto 

przypuszczał, że Arcimboldo sprzedaje swoje towary majętnym damom z dobrego 
towarzystwa. Podobnie zresztą jak on sam. Ale tu, na tym pustkowiu? Nawet Lwia 

Wyspa została daleko za nimi. Tylko wiatr hulał w najlepsze i ostro smagał 
zielonobrązowe fale. Gdzieniegdzie można było dostrzec samotną rybę.

Minęło kolejne pól godziny. Przed nimi wyłoniła się malutka wysepka. Ku niej 
właśnie kierował się teraz mistrz luster. Na horyzoncie, wysoko nad lądem 

Serafin zauważył jakby wąskie kreski. To zwiadowcy faraona: słoneczne barki 
napędzane czarną magią jego najwyższych kapłanów. Ale znajdowały się one jeszcze 

w zbyt dużej odległości, by w tej chwili stanowić zagrożenie dla ich łodzi. 
Ponadto żadna z barek nie ryzykowałaby aż tak dalekiej eskapady na terytorium 

podległe Królowej Laguny.

background image

237

Wyspa była szeroka najwyżej na dwieście metrów. Porastała ją trzcina i bujnie 
rozgałęziające się drzewa. W wielu miejscach wiatr bezlitośnie powalił na ziemię 

drzewa i krzewy. Wcześniej na takich pustkowiach szlachta wenecka z upodobaniem 
stawiała samotne wille. Ale od ponad trzydziestu lat nikt już tego nie robił. 

Wyspa taka jak ta była odpryskiem niczyjego archipelagu, gdzie niepodzielne 
rządy sprawowało spienione morze.

Łódź zbliżała się do ujścia jakiejś rzeki, która wijąc się prowadziła w głąb 
wyspy. Po obydwu jej stronach gęsto wyrastały drzewa. Ich wiotkie gałęzie 

opadały prosto do wody. Na drzewach roiło się od ptactwa. Kiedy Arcimboldo zbyt 
energicznie poruszył wiosłem, stado mew poderwało się do lotu i pofrunęło do 

góry, kryjąc się w koronach wysokich drzew.
Za ostatnim zakolem rzeki zaczynało się niewielkie jezioro. Leżało ono na samym 

środku wyspy. Chłopak chętnie wychyliłby się za burtę, by sprawdzić, jak jest 
głębokie. Taki ruch wydał mu się jednak zbyt ryzykowny. Możliwe, że Arcimboldo 

pogrążył się w rozmyślaniach, ale na pewno nie był ślepy.
Mistrz luster łagodnie wyprowadził na brzeg łódź, która, zgrzytając mocno, 

ocierała się o morski piasek. Odstawił wiosło na bok i wyszedł na ląd.
Serafin podniósł się na tyle, że mógł widzieć, co się dzieje na brzegu wyspy. 

Arcimboldo kucał przed gęstą
238

ścianą zarośli i rysował coś na piasku. Potem wstał, rozchylił rękami zarośla i 
zniknął w nich.

Chłopak natychmiast zrzucił z siebie koce i wyszedł z łodzi. Minął niezrozumiałe 
rysunki na piasku i również zniknął w gąszczu roślin. Cały czas widział przed 

sobą Arcimbolda przedzierającego się przez gęstwinę liści i krzaków.
Jeszcze tylko kilka kroków i poznał cel marszruty mistrza. Na niewielkiej 

polanie wznosiły się ruiny budynku, zapewne letniej rezydencji jakiegoś 
weneckiego szlachcica. Z dumnej budowli pozostały jedynie zarysy murów pokryte 

czarną sadzą świadczącą o pożarze, który kiedyś musiał strawić kamień. Teraz 
zadomowiły się tu rośliny. Bujne paprocie porastały ściany budowli, trawa 

wypełniała poszczerbione korony murów, a z wnęki okiennej wyrastało drzewo, żywo 
przypominając szkielet z wyciągniętymi do powitania dłońmi.

Arcimboldo zbliżył się do ruin i wszedł do środka. Serafin zawahał się chwilę, 
wyskoczył ze swojej kryjówki i zaczął skradać się wzdłuż murów, przywierając do 

nich całym ciałem. Lekko schylony doszedł do spalonej wnęki okiennej. Ostrożnie 
podniósł głowę na wysokość parapetu i zajrzał przez okno.

Wnętrze ruin przypominało nieskładny labirynt składający się z murów sięgających 
najwyżej do kolan. „Wyniesiono stąd zdumiewająco dużo kamienia" — pomyślał. 

Wiele ścian leżało przewróconych. Po
239

ziemi walały się dachówki, spomiędzy których wyrastały metrowe chwasty. Zwykły 
pożar nie pozostawiłby po sobie takich zniszczeń. Ich przyczyny należałoby się 

dopatrywać w jakieś eksplozji.
Arcimbołdo pochylił się i napisał coś palcem na ziemi. Obrócił się dookoła 

własnej osi, zanim znaki na ziemi nie utworzyły koła. Dopiero wtedy wyprostował 
się i stanął dokładnie naprzeciw środka ruiny.

Potem zaczął spacerować, przy czym cały czas oglądał się za siebie. Serafina 
niepokoiła myśl, że na wyspie mogą znajdować się jeszcze inni ludzie. Co się 

stanie, jeśli go zauważą? A jeśli zostawią go na tym pustkowiu, z dala od 
szlaków wodnych, z dala od centrum laguny?

— Talamar! — krzyknął nagle Arcimbołdo. Serafin nie znał tego słowa. Możliwe, że 
to było

czyjeś imię.
— Talamar! — powtórzył mistrz. — Życzeniu stało się zadość, czar zadziałał, 

układ dotrzymany — dodał. Wszystko brzmiało jak magiczne zaklęcie. Chłopak drżał 
z podniecenia i ciekawości.

Zaraz też poczuł zapach siarki. Swąd wydobywał się z ruin, a dokładnie z 
miejsca, które znajdowało się za czarnym kamiennym kikutem.

— Talamar! — krzyknął mistrz po raz trzeci. Nagle rozległo się syczenie. Serafin 
podbiegł wzdłuż

muru do okna, skąd miał lepszy widok na źródło unoszącego się smrodu.
240

Tak, to była dziura w ziemi, trochę podobna do studni. Jej krawędź, mocno 

background image

nieregularna, przywoływała na myśl krater. To tu musiało dojść do detonacji, 

która pochłonęła pałacyk. Trudno było ocenić, jak głęboki jest otwór. Tymczasem 
syczenie stawało się głośniejsze. Coś się poruszało.

Arcimboldo skłonił się usłużnie.
— Talamar! — powiedział raz jeszcze, tym razem nie w formie zawołania, a raczej 

poddańczego pozdrowienia.
Z otworu w ziemi wypełzła istota na długich, patykowatych kończynach, chuda jak 

szkapa. Wyglądem trochę przypominała człowieka, choć jej stawy zginały się w 
nieprawdopodobnych miejscach. Poruszała się na czterech kończynach, z brzuchem 

do góry, jak dziecko, które robi mostek. Była całkiem łysa i w dodatku ślepa. Na 
oczach miała wieniec ze stalowych cierni, przypominający opaskę. Jeden z 

pokręconych cierni poluzował się i opadał na twarz, zakrywając bezzębną gębę. 
Tam, gdzie ciernie ocierały się o wargi, straszyły grube mięsiste blizny.

— Majster lustrzany! — zakwiczała istota o imieniu Talamar i powtórzyła słowa 
Arcimbolda: — Życzeniu stało się zadość, czar zadziałał, układ dotrzymany. 

Ciemności zawsze do usług. — Po czym rzuciła pod nogi gościa worek z brzęczącymi 
monetami.

— Ciemności zawsze do usług — powtórzył tym razem Arcimboldo. Ceremonia 
powitania została

241
w ten sposób dopełniona. — Przybywam z kolejną dostawą. Trzynaście luster, 

zgodnie z życzeniem twojego mistrza — dodał po chwili.
— Który jest także twoim mistrzem, lustrzany majstrze. — Pomimo niewyraźnej 

wymowy, w głosie dziwacznej istoty słychać było nutę wyczekiwania. Ta-lamar 
obrócił się, wykonując przy tym dość skomplikowane ruchy, aż jego czaszka 

zawisła nad otworem w ziemi. W tej pozycji wydobył z siebie kilka przeraźliwych 
dźwięków. Z cuchnącego siarką otworu wydostała się chmara czarnych postaci, nie 

większych niż nieduże małpki. Podobnie jak Talamar, wszystkie były ślepe, z 
wyskrobanymi oczodołami. Mamrocząc coś niewyraźnie, szybko przemknęły przed 

Serafinem, który słyszał teraz, jak majstrowały coś przy łodzi.
— Przynoszę złe wieści — powiedział Arcimboldo, nie wychodząc z koła. — Królowa 

opuściła lagunę. Woda straciła swoją moc. Dopóki ona nie wróci, nie będę mógł 
produkować luster.

— Co? Koniec z dostawami luster? — zaskrzeczał Talamar, wymachując chudziutkimi 
rękami. — Bredzisz, stary człowieku.

Mistrz wciąż zachowywał spokój. Nie dał po sobie poznać, że trochę się boi
— Chyba mnie zrozumiałeś, Talamarze — zaczął. — Bez Królowej Laguny w wodach nie 

mogę wytwarzać magicznych luster, ponieważ brakuje mi
242

podstawowego składnika. Krótko mówiąc, dziś dostarczyłem ostatnią partię — 
westchnął, pozwalając sobie w obecności Talamara na pierwszy ludzki odruch. — 

Prawdopodobnie i tak jest to bez znaczenia, skoro imperium zajmie miasto.
— Mistrzowie zaoferowali wam pomoc — zasy-czał Talamar. — Ale odrzuciliście ją i 

zabiliście naszego posłańca. Sami ponosicie za to odpowiedzialność.
— Nie my, lecz ci, którzy nami rządzą — ton głosu Arcimbolda stał się 

lekceważący. — Ci przeklęci rajcowie miejscy.
— Rajcowie miejscy! Głupie gadanie! Wszystko bez sensu! — Talamar gestykulował 

chaotycznie. Ruchy, jakie wykonywał, czyniły go jeszcze bardziej dziwacznym i 
obcym. Cały czas stał na czterech kończynach. Serafin dopiero teraz zauważył, że 

jego serce jest zamknięte w szklanym naczyniu przymocowanym rzemieniem do 
brzucha — czarny, sękaty mięsień przypominający pulsującą stertę odchodów.

— Głupie gadanie! Głupie gadanie! — przeklinał pod nosem. — Potrzebujemy luster, 
dużo luster, dużo, dużo luster! Takie jest życzenie naszego mistrza!

Arcimboldo zmarszczył czoło: — Przekaż mu, że bardzo chętnie robię z nim 
interesy. Jego Wysokość Lord Światło był zawsze dobrym klientem — powiedział z 

nutą cynizmu w głosie, którą Serafin natychmiast wyłowił, a Talamar puścił mimo 
uszu. — Ale

243
dopóki Królowa Laguny jest nieobecna, nie mogę produkować luster. Poza tym 

Egipcjanie zamkną mój warsztat, jeśli wcześniej nie obrócą miasta w proch. 
Talamar w dalszym ciągu był zdenerwowany.

— To nie spodoba się mistrzowi. Na pewno mu się nie spodoba.
— Obawiasz się gniewu twojego mistrza, Talama-rze?

— Głupie gadanie! Głupie gadanie! Niczego się nie obawiam. Ale ty powinieneś się 

background image

obawiać, majstrze! Ty powinieneś się obawiać mnie! I gniewu Lorda Światło!

— Na nic nie mam wpływu. Robiłem z wami interesy, by przeżyć. Bez waszego złota 
już dawno musiałbym zamknąć warsztat. A co wtedy stałoby się z dziećmi? — 

zatroskany pokręcił głową. — Nie mogłem do tego dopuścić.
— Dzieci, dzieci, dzieci! — Talamar pogardliwie machnął ręką. Po chwili jego 

obolałe usta wykrzywiły się w lekkim grymasie. Cierniowy strąk wiszący nad jego 
ustami naciągnął się, zaciskając mocniej nasadzony na oczach stalowy wieniec.

— Obydwie dziewczynki przyjąłem do siebie zgodnie z życzeniem waszego mistrza — 
powiedział Ar-cimboldo i zamilkł nagle. Serafin zorientował się, że postanowił 

nie wspominać o zniknięciu Merle.
Głowa Talamara kołysała się tam i z powrotem.

— Spełniłeś wszystkie życzenia mistrza? — spytał.
— Tak.

244
— I wybrałeś właściwe dziewczynki?

— Wszystko stało się zgodnie z wolą Lorda Światło.
— Skąd możesz to wiedzieć?! Nigdy nie stałeś przed jego obliczem.

— Gdyby było inaczej, nie omieszkałbyś mi o tym powiedzieć, nieprawdaż 
Talamarze? — Arcimboldo skrzywił się. — Sprawiłoby ci wielką radość, gdybym 

popadł w niełaskę u Lorda Światło?
Talamar zarechotał. —Jeśli nie zapewnisz kolejnych dostaw luster, mistrz wpadnie 

w złość — burknął, po czym zamyślił się, a na jego twarzy pojawił się szyderczy 
uśmiech. — W ramach odszkodowania będziemy musieli zawrzeć nowy układ. 

Wcześniej, niż sądziliśmy.
Mistrz nie mógł już dłużej kryć swych obaw: — Nie, na to jest stanowczo za 

wcześnie. Plan...
— ... zostaje zmieniony. Natychmiast.

— To nie leży w twoich kompetencjach.
Talamar zbliżył się do Arcimbolda, tak że jego kościste palce mogły dotknąć koła 

ze znakami. — Mój autorytet jest równy autorytetowi Lorda Światło! Nie masz 
prawa go kwestionować! Człowieku, masz być posłuszny, to wszystko!

Arcimboldo stał się pokorniejszy.
— Czy chcecie dziewczynkę?

Talamar zachichotał. — Dziewczynka z lustrzanymi oczami. Ona jest nasza. O tym 
wiedziałeś od samego początku.

245
— Ale uzgodniliśmy, że przez kilka lat zostanie u nas!

— Tu nastąpiła pewna zmiana. Przyjmij to do wiadomości. Lord Światło zajmie się 
nią osobiście.

— Chwileczkę...
— Przypomnij sobie, stary człowieku: ciemności zawsze do usług. Złożyłeś 

przysięgę. Życzeniu stało się zadość, czar zadziałał, układ musi zostać 
dotrzymany. A ty łamiesz układ, nie dostarczając luster. Dlatego bierzemy 

dziewczynkę do siebie. Dobrze wiesz, że prędzej czy później i tak trafiłaby w 
nasze ręce.

— Junipa jest jeszcze mala.
— To lustrzana dziewczynka. Po to ją stworzyłeś. A jeśli chodzi o tę drugą...

— Merle...
— W niej drzemie potężna siła. I wielka wola. Ale nie posiada takiej władzy jak 

ta pierwsza. Dlatego dostarczysz nam lustrzaną dziewczynkę, stary człowieku. 
Twoją kreację, a wkrótce naszą.

Arcimboldo przygarbił się. Wbił oczy w ziemię. Zrozumiał, że przegrał tę partię. 
Nieuchronnie. Serafin współczuł mu szczerze, pomimo tego wszystkiego, co przed 

chwilą usłyszał.
Czereda małpich stworów przemaszerowała z powrotem. Trójkami dźwigały na głowach 

po jednym lustrze. Jakby niosły odłamki lazurowego nieba. Gęsiego wchodziły do 
otworu w ziemi, krocząc w środku po pochyl-

246
ni przypominającej gwint śruby. Wkrótce wszystkie lustra zniknęły pod 

powierzchnią ziemi. Arcimboldo i Talamar stali na skraju wejścia do piekła.
— Ciemności zawsze do usług — zaskrzeczała dziwaczna kreatura.

— Zawsze i niezmiennie — wyszeptał przygnębiony Arcimboldo.
— Oczekuję tu na twoje ponowne przybycie, by przejąć lustrzaną dziewczynkę. 

Stanowi ona część wielkiego przedsięwzięcia. Nie zawiedź nas, stary człowieku.

background image

Mistrz nie odpowiedział nic. W milczeniu przyglądał się, jak Talamar na mocno 

podkurczonych kończynach, prawie jak pająk, schodzi do lochu. Po kilku sekundach 
zniknął pod powierzchnią ziemi.

Arcimboldo podniósł worek z monetami i ruszył w kierunku łodzi.
Serafin już na niego czekał.

— Słyszałeś wszystko? — spytał mistrz. Był zbyt wyczerpany rozmową, by na widok 
chłopca okazać zdziwienie. Jego ruchy były ociężałe, głos pełen rezygnacji, a 

oczy przepełnione melancholią.
Chłopak przytaknął.

— I co teraz o mnie myślisz?
— Ogarnia was czarna rozpacz, mistrzu.

— Merle opowiedziała mi o tobie. Jesteś dobrym chłopcem. Gdybyś znał całą 
prawdę, wtedy mógłbyś mnie zrozumieć.

— W takim razie opowiedz mi wszystko!
247

Arcimboldo zawahał się i wszedł do łodzi. „Może nawet powinienem?", pomyślał. 
Przeszedł obok Serafina, cisnął worek ze złotymi monetami na pokład i chwycił 

wiosła. Poruszając nimi bez werwy, wyprowadził łódź na pełne morze.
Chłopak usiadł między pustymi schowkami na lustra. Jego stopy pozostawiały na 

pokładzie mokre ślady.
— Zrobicie to? Mam na myśli wydanie Junipy?

— To jedyne wyjście. Tu chodzi o dużo więcej niż o moje życie. To jedyne wyjście 
— powtórzył mimochodem.

— Co powiecie Junipie? Całą prawdę?
— Ze jest wybranką, i że zawsze nią była. Tak jak Merle, choć w nieco inny 

sposób.
Serafin westchnął głęboko i powiedział: — Pewnie macie sporo do opowiedzenia, 

mistrzu.
Arcimboldo spojrzał przed siebie, potem objął wzrokiem całą lagunę, obszar 

ciągnący się aż po linię horyzontu, ba, świat cały.
Na relingu do Serafina przysiadła się mewa, spoglądając na niego ciemnymi 

oczami.
— Zrobiło się chłodno — powiedział cicho mistrz.

W pewnym momencie Merle przypomniała sobie o lusterku. O tym w kieszeni 
sukienki. Trzymając się jedną ręką lwiej grzywy, drugą wyciągnęła je powoli. 

Przetrwało w nienaruszonym stanie, bez uszczerbku znosząc ucieczkę z Wenecji. 
Wodna powierzch-

248
nia srebrzyła się w przedpołudniowym słońcu, pluskając to w jedną, to w drugą 

stronę. Ale ani jedna kropla nie wyciekła z ram. Raz jeden coś mgliście w nim 
zamigotało, a zaraz potem zniknęło. Duszek. Istota z innego wymiaru, z innej 

Wenecji. Jak ona może wyglądać? Czy Wenecjanie czują przed mieszkańcami z innego 
świata taki sam lęk jak przed faraonem? Czy w tym innym świecie także krążą po 

niebie słoneczne barki, czy także istnieje taka Merle, taki Serafin i Królowa 
Laguny?

— Może tak — odrzekł znajomy głos w jej głowie. — Kto wie?
— A któż ma wiedzieć, jeśli nie ty?

— Ja jestem tylko laguną.
— Tak dużo wiesz.

— A mimo to nie posiadam wiedzy, która wychodziłaby poza granice tego świata.
— Naprawdę?

Do rozmowy włączył się Vermithrax. Jego dudniący głos zagłuszył szum skrzydeł. — 
Rozmawiasz z nią? Z Królową?

— Tak.
— Co mówi?

— Ze jesteś najmężniejszym lwem, jakiego świat w ogóle oglądał.
Vermithrax fuknął niczym kot. — To bardzo miłe z jej strony. Ale ty nie musisz 

mi kadzić, Merle. Tobie zawdzięczam wolność.
249

— Nic mi nie zawdzięczasz — westchnęła zrezygnowana. — Bez ciebie już bym nie 
żyła.

Schowała lusterko z powrotem do kieszeni sukienki. Kieszeń zapięła na guzik. 
„Kawałek tego drugiego świata — pomyślała przejęta. — Tak blisko mnie". A może 

Serafin rzeczywiście miał rację, kiedy w kanałach rozprawiał z nią o lustrzanych 

background image

odbiciach?

Biedny Serafin. Co się z nim teraz dzieje? Jaki spotkał go los?
— Uwaga, z przodu! — krzyknął Vermithrax. — Na lewo od nas, na południowej 

stronie.
Wszyscy troje wiedzieli, że kiedyś nadejdzie ta chwila, kiedy oko w oko staną z 

wojskami faraona. Ale od opuszczenia celi w Campanile tyle się wydarzyło... 
Pierścień okalający miasto wydawał się tak odległy i mało realny...

Teraz nabrał prawdziwego wymiaru. Za kilka minut muszą się przez niego przebić, 
przez zamazaną jeszcze na horyzoncie linię, która z każdą minutą nabierała 

wyraźniejszych konturów.
— Muszę się wzbić jeszcze wyżej — wyjaśnił Vermithrax. — Powietrze stanie się 

rzadsze, więc nie przestrasz się, jeśli będzie ci trudniej oddychać.
— Postaram się — Merle starała się mówić pewnym i stanowczym głosem.

Vermithrax wznosił się wyżej i wyżej, aż morze pod nimi stało się jednolitą i 
gładką powierzchnią, bez widocznych fał.

250
Przed sobą Merle dostrzegła wojenne galery faraona. Były jeszcze daleko, więc 

nie były większe niż zabawki. Odległość nie mogła jednak zwieść nikogo, kto 
powątpiewałby w niszczycielską siłę powietrznych statków, które w ciągu kilku 

godzin bez większego problemu mogły zaatakować nieliczną flotę wenecką. Te same 
statki przed wieloma laty, w okresie wojny mumii pozrzucały we wszystkich 

krajach hordy skarabeuszy. Żarłoczne maszyny wielkości kciuka, składające się z 
chityny i złośliwości, rozpleniły się po kontynentach. Ich ofiarą padło najpierw 

zboże, potem bydło, a w końcu ludzie. Za skarabeuszami podążyły mumie faraona, 
tysiące wyciągniętych z grobów trupów, uzbrojonych po zęby i wysianych do boju, 

niezdolnych do odczuwania bólu.
Wielka wojna ciągnęła się przez trzynaście lat. Ale jej wynik był z góry 

przesądzony. Imperium egipskie ujarzmiło liczne narody, a jego armie zatykały 
zwycięskie proporce na krańcach świata.

Merle jeszcze głębiej wtuliła się w grzywę kamiennego lwa. Jakby to miało ją 
ochronić przed największym niebezpieczeństwem, zagrażającym jej od dołu, od 

strony morza.
Kadłuby galer lśniły w złocie, jakby na wzór obleczonej w szlachetny metal, 

niezniszczalnej skóry egipskich bogów. Każda galera miała trzy maszty i sporą 
liczbę żagli. Z boków kadłuba wystawały dwa rzędy

251
długich wioseł. W tyle wznosił się stojący na podwyższeniu ołtarz, przy którym 

przybrany w złote szaty kapłan składał ofiary; były to najczęściej zwierzęta, 
ale podobno także ludzie.

Między galerami kursowały małe parowce, przeważnie używane do lotów zwiadowczych 
i zaopatrzeniowych. Pierścień oblężenia wokół miasta był szeroki na jakieś 

pięćset metrów i ciągnął się po obu stronach morza aż do wybrzeża. Wzdłuż tych 
linii wyczekiwały na rozkaz tysiące maszyn bojowych, żołnierzy piechoty oraz 

niezliczone oddziały wojow-ników-mumii. Wydanie rozkazu do ataku na Wenecję było 
kwestią kilku dni. Bez Królowej Laguny bezbronne miasto czekało właściwie na 

wypełnienie swego losu.
Merle zamknęła oczy, ale z zamyślenia wyrwał ją głos Vermithraxa:

— Czy to statki powietrzne, o których mówiłaś? — w jego głosie słychać było 
irytację na przemian z fascynacją.

— Słoneczne barki — potwierdziła Merle, zagryzając wargi i patrząc znad 
rozwianej lwiej grzywy przed siebie. — Myślisz, że nas rozpoznano?

— Nie sądzę.
Pół tuzina smukłych statków krążyło w znacznej odległości od nich. Vermithrax 

wzbił się jeszcze wyżej. Przy odrobinie szczęścia mogą minąć egipską flotyllę 
niezauważeni.

252
Słoneczne barki imperium mieniły się złotawo, tak jak galery. Ponieważ jednak 

krążyły bliżej nieba niż potężne statki morskie, błyszczały w słońcu jaśniej niż 
ich odpowiedniki na morzu. Były trzykrotnie dłuższe od gondoli pływających po 

weneckich kanałach, zadaszone, z wąskimi poziomymi okienkami. Ile osób 
przebywało na ich pokładach, pozostawało zagadką. Merle przypuszczała, że na 

jednej barce mogło przebywać najwyżej dziesięciu członków załogi: kapitan, ośmiu 
żołnierzy i kapłan, którego magiczne modły utrzymywały statek w powietrzu. Przy 

słonecznej pogodzie smukłe barki poruszały się zwinnie i szybko. Przy 

background image

zachmurzonym niebie ich prędkość malała, a one same stawały się ociężałe. W nocy 

były zupełnie bezużyteczne.
Tego dnia słońce świeciło mocnym blaskiem. Na tle lekko zamazanego tła wody i 

lądu, barki iskrzyły się jak kocie oczy.
— Za chwilę przelecimy nad nimi — powiedział Vermithrax.

Merle zaczęła szybciej oddychać. Obsydianowy lew miał rację. Na tej wysokości 
powietrze było rzadsze. Poczuła ból w klatce piersiowej. Nie mówiła jednak nic, 

wdzięczna Vermithraxowi za to, że ten, dokładając wszelkich starań, unosi ją 
wysoko ponad głowami Egipcjan.

— Zaraz ich miniemy — powiedziała Królowa z wyraźną ulgą.
253

Barki słoneczne znajdowały się dokładnie pod nimi. Oślepiające stalowe klingi 
krążące nad laguną. Na ich pokładzie nikomu nie przyszłoby na myśl, że gdzieś 

nad nimi jakiś lew ucieka z dziewczynką na grzbiecie. Kapitanowie koncentrowali 
się na obserwacji miasta, nie na śledzeniu przestrzeni powietrznej powyżej ich 

głów.
Vermithrax obniżył lot. Merle poczuła, że jej płuca wypełniają się powietrzem. 

Ale nie mogła oderwać oczu od barek, które zostały daleko w tyle.
— Czy teraz mogą nas dostrzec? — spytała lekko ochrypłym głosem. Nikt jej nie 

odpowiedział.
Właśnie wylecieli poza obręb pierścienia statków wojennych.

— Udało się! — zatriumfowała Królowa.
— To drobnostka — zaburczał Vermithrax. Tylko Merle milczała. Dopiero po jakimś 

czasie
włączyła się do rozmowy:

— Nic się wam nie rzuciło w oczy? — spytała.
— Co masz na myśli?

— Tę idealną i niezmąconą ciszę.
— Lecieliśmy bardzo wysoko — odrzekł lew. — Tak wysoko głosy nie docierają.

— Nieprawda — powiedziała Królowa, ale Vermi-thrax jej nie słyszał. — Masz 
rację, Merle. Na galerach panowała cisza. Idealna cisza.

— Sądzisz, że to...
— Zołnierze-mumie. Załogi statków składają się z żywych trupów. Podobnie jak 

wszystkie wojenne
254

maszyny imperium. Z cmentarzy w zdobytych krajach egipscy kapłani pozyskują 
poborowych do nowych armii. Jedyni żywi mężczyźni na pokładzie to kapitan i 

kapłan.
Merle zamilkła. Wyobrażenie trupów walczących w służbie faraona przerażało ją w 

takim samym stopniu, jak najbliższa przyszłość.
— Dokąd lecimy? — spytała po chwili. Zataczając duży łuk, zostawili armie 

faraona daleko w tyle i szybowali w kierunku lądu.
— Chętnie zobaczyłbym moją ojczyznę — wymamrotał Vermithrax.

— Nie! — krzyknęła Królowa Laguny, po raz pierwszy posługując się głosem Merle. 
— Vermithraxie, nasz cel jest inny!

Ruchy lwich skrzydeł stały się teraz nieskładne.
— Królowo, to ty? — spytał nieśmiało.

Merle chciała coś odpowiedzieć, ale ku jej przerażeniu wola Królowej okazała się 
silniejsza i stłumiła jej własne słowa. Poczuła, że jej ciało nie należy już 

wyłącznie do niej.
— Tak, to ja, Vermithraxie. To długa historia.

— W istocie, Królowo.
— Pomożesz mi? — spytała.

Lew zawahał się, a potem skinął ogromną obsydia-nową głową.
— To posłuchaj, co mam ci do powiedzenia. Także ty, Merle. Mój plan dotyczy nas 

wszystkich.
255

Z ust Merle popłynęły słowa, które dla niej samej brzmiały obco: miejsca, 
pojęcia i jakieś zupełnie nieznane imiona.

Lord Światło.
Serce waliło jej jak młot. Jakby chciało wyskoczyć z piersi. Krew szumiała w 

uszach, a oczy paliły od silnego wiatru. Nieważne. Ważne, że umknęli.
Z wywodów Królowej nie zrozumiała nic. I wcale nie była pewna, czy chciałaby 

cokolwiek zrozumieć. W tej chwili nic nie mogło zmącić jej radości. Przedarli 

background image

się przez pierścień wojsk egipskich. Tylko to się liczyło. Wymknęli się z 

okrążenia największej armii, jaka kiedykolwiek istniała na świecie. Ulga, jaką 
poczuła, była tak ogromna, że wszystkie te mroczne przepowiednie i plany 

Królowej Laguny nie robiły na niej żadnego wrażenia. Jakby w tych planach w 
ogóle nie chodziło o nią.

Wciąż odwracała się za siebie. Rzędy galer i barek słonecznych kurczyły się, aż 
ostatecznie zlały się z la-zurowoszarym horyzontem. Ziarenka piasku w świecie, 

który nie godził się dłużej na to, by Egipcjanie rządzili nim wedle swojego 
upodobania.

„Coś się wydarzy", przeczuwała Merle. Coś wielkiego, niesamowitego. Intuicja 
podpowiadała jej, że wszystkie te wydarzenia, w których uczestniczyła, były 

jedynie niewinnym preludium tego, co nastąpi.
Powoli rodziło się w niej przekonanie, że w tym scenariuszu los wyznaczył jej 

szczególną rolę. Jej,
256

Królowej Laguny i prawdopodobnie Vermithraxo-wi.
Nie zważając na to, że Królowa posługiwała się jej ustami, bez przerwy 

wypowiadając niezrozumiałe dla niej słowa, pozwoliła sobie zamknąć oczy. Przerwa 
na odprężenie. Nareszcie. Przez moment chciała pozostać sama ze sobą. Była 

zdumiona, że jej się to udało, pomimo stałej obecności w sobie Królowej.
W końcu dolecieli do lądu, mijając po drodze wyschnięte pola zbóż, wygolone 

grzbiety gór i spalone wioski. Przez długi czas milczeli.
Merle zagłębiła palce w grzywie obsydianowego lwa. Ciepłe uczucie pośród 

licznych nieprzyjemnych doznań.
W oddali na horyzoncie dostrzegła górskie szczyty. Kraj, który rozciągał się od 

morza aż po gór, niegdyś tętnił pełnią życia i był gęsto zaludniony.
Teraz jednak życie ustało. Zniknęły rośliny, zwierzęta i ludzie. Nie pozostało 

nic.
— Nikt nie żyje — powiedziała cicho Królowa Laguny.

Merle czuła, że z Vermithraxem coś się dzieje, i to jeszcze zanim wyciągnęła 
rękę, by sprawdzić, czy pada deszcz.

Szybko pojęła, że obsydianowy lew płacze.
— Nikt nie żyje.

W milczeniu wpatrywali się w ciemny grzebień wyłaniających się gór.
Dalsze przygody Merle poznacie w kolejnych tomach trylogii Kaia Meyera:

Świat Merle jest pełen magii. Jednak od czasu gdy czar Królowej Laguny 
przechwyciły złe moce, w Wenecji panuje strach i smutek. Syreny, sfinksy i 

czarodziejscy kapłani wszyscy oni przeczuwają, że jedynie Merle może zmienić los 
położonego na lagunie miasta.

Podczas gdy przyjaciele walczą w pałacach Wenecji ojej uwolnienie, Merle na 
plecach kamiennego lwa ucieka poprzez głębokie podziemia aż do osi ziemi. Tu, w 

państwie Kamiennego Światła musi podjąć trudną decyzję - dokonać wyboru między 
starymi przyjaźniami a pokojem dla całego świata.

Kai Meyer
Merle

i Szklane
Gdy Wenecja została opanowana przez egipskie mumie, Merle wraz z Królową Laguny 

wyrusza do Państwa Sfinksa. Jedynie Szklane Słowo może im pomóc w ocaleniu 
ukochanego miasta.

Egipt jest w tym czasie pokryty grubą warstwą śniegu. Tu, w lodowej lustrzanej 
twierdzy walczą o panowanie nad całym światem wiedźmy, kapłani Horusa, dawni 

bogowie i nowi tyrani. W trakcie swej wędrówki Merle spotyka dawno niewidzianego 
przyjaciela, od którego dowiaduje się, że prawda o jej pochodzeniu i 

przeznaczeniu jest ukryta w tajemnicy Królowej Laguny.
Miłośnikom książek Kaia Meyera polecamy także wielotomową serię powieści fantasy 

- „Siedem pieczęci".
Bohaterką serii jest rudowłosa Kyra i trójka jej przyjaciół, którzy walczą z 

wiedźmami i demonami, wykorzystując moc czarodziejskich pieczęci.
Seria obejmie 10 tytułów, które co miesiąc będą pojawiać się w księgarniach:

„Powrót czarnoksiężnika"
„Czarny bocian"

„ Tajemnicze katakumby"
„Kolczaste monstrum"

„Anioły cienia"

background image

„Noc żywych straszydeł"

„Demony morskich głębin"
„Diabelskie Hałloween"

„Brama do zaświatów"
„Księżycowy wędrowiec"

W serii „Przygoda i magia" polecamy pasjonującą trylogię Andrzeja Żaka -„Władca 
Czasu":

„Władca Czasu" - to trzytomowa opowieść o dwóch dzielnych chłopcach, którzy 
wyruszają do krainy magii, by uciec przed śmiertelną chorobą. Po drodze muszą 

pokonać wiele baśniowych przeszkód i ominąć magiczne pułapki, a także podjąć 
walkę z potworami i smokami, które czyhają na śmiałków wędrujących po bezdrożach 

Państwa Czasu.
Videograf przygotowuje również kilkutomową serię o przygodach niezwykłej 

nastolatki Laury, której tajemne moce wyznaczyły specjalną misję.
„Laura i tajemnica Aventerry"

„Laura
i klątwa Króla Smoków"

„Laura i proroctwo Srebrnego Sfinksa"
„Laura i pieczęć Siedmiu Księżyców"

Druk i oprawa:
Drukarnia Wydawnicza im. W. L. Anczy w Krakowie