background image

PEGGY WEBB

SZTUKA UWODZENIA

Przełożył Krzysztof Jarecki

background image

PROLOG

Kate Midland zatrzymała swój sfatygowany wóz  i nadrabiając miną uśmiechnęła się do 

córki. 

– Jesteśmy na miejscu, Jane. 
Dom był duży, masywny i miał już swoje lata. Kate uniosła rękę, jakby chciała ogarnąć 

go razem z rosnącymi wokół starymi dębami. 

– Nasz nowy dom. 
Wobec  Jane  starała  się  trzymać  fason.  Ton  jej  głosu  był  wesoły  i  swobodny,  choć  ze 

zdenerwowania czuła ucisk w żołądku. 

Jane uśmiechnęła się niepewnie. 
– Ładne tu drzewa. 
– Moja dzielna córeczka. Zobaczysz, wszystko będzie dobrze. 
Wyskoczyła z samochodu i zaczęła wypakowywać bagaże. 
– Nauczysz się lubić wszystko w tym miasteczku. Paplała wesoło, by dodać ducha sobie i 

Jane. 

– Weź to małe pudełko z tylnego siedzenia i chodź ze mną. Spójrz, jaki wspaniały ogród. 

Widziałaś kiedyś tyle kwitnących kwiatów naraz? Zobacz, ile miejsca będą teraz miały twoje 
zwierzaki. 

Jane  postawiła  pudełko  na  schodach  werandy  i  usiadła  ciężko.  Podparła  twarz  na 

brudnych dłoniach i smutno spojrzała na matkę. 

– Będzie mi brakować przyjaciół. Nie znam nikogo w Saltillo. 
Kate postawiła walizki, usiadła obok Jane i objęła jej szczupłe ramiona. 
– Wiem, że tęsknisz za przyjaciółmi. Ja też. Ale tu poznamy nowych ludzi. A poza tym, 

mamy teraz Myrtle. Możemy ją odwiedzać, kiedy chcemy. 

Twarz Jane rozjaśniła się na dźwięk imienia ulubionej kuzynki. 
– Czy Myrtle może nam powiedzieć, jak jest w czwartej klasie?
Na myśl o szkole bez dawnych koleżanek Jane znów się zachmurzyła. 
– A co będzie, jeśli nie spodoba mi się czwarta klasa? Wrócimy wtedy do Biloxi?
– Nie, Jane. Tu jest teraz nasz dom. Zaczynamy od nowa. – Uniosła jeden z loków Jane i 

patrzyła,  jak  słońce  wydobywa  z  niego  miodowy  blask.  – Przypomnij  sobie,  jak  się  bałaś, 
kiedy pierwszy raz szłaś do szkoły, przed pierwszą lekcją tańca, przed pierwszym meczem?

Jane przytaknęła. 
– Początki  są  trudne,  kochanie.  Aleja  zawsze  jestem  z  tobą.  Wszystkie  problemy

będziemy rozwiązywać razem. 

– Mamo, ja się boję. 
– Chodź do mnie. 
Kate rozpostarła ramiona, a Jane przywarła do niej mocno. 
– Zaaplikuje ci teraz jeden z moich dobrych na wszystko uścisków, a potem wybierzemy 

się na największe lody, jakie tu można dostać. 

background image

Wtuliła  twarz  we  włosy  Jane.  Sama  też  była pełna  obaw,  no  i  nie  było  tu  Joego,  który 

udzieliłby jej swojego dobrego na wszystko uścisku. Nie było nikogo takiego. Uniosła twarz 
w  stronę  słońca.  „Użalanie  się  nad  sobą  nie  zaprowadzi  cię  do  nikąd,  Kate  Midland –
strofowała się. – Teraz, po rozwodzie, trzeba pozbierać się i zacząć na nowo”. 

background image

1

Ben Adams spoglądał na zuchwałą blondynkę, która położyła się przed spychaczem. 
– Stoi  pani  na  przeszkodzie  postępowi – rzeki  – Ja  nie  stoję,  burmistrzu,  tylko  leżę –

odparła Kate Midland. – I nie ruszę się stąd, dopóki nie każe pan temu człowiekowi, by zabrał 
stąd swój spychacz z powrotem do magistratu. 

Strużka potu spływała jej po twarzy za kołnierzyk bawełnianej koszulki, ale Kate dałaby 

się raczej ugotować w oleju, niż starłaby strużkę w obecności tego człowieka. Powodzenie jej 
przedsięwzięcia zależało w dużym stopniu od tego, czy zdobędzie się na brawurę. 

– A jeśli nie każę?
Jego pytanie, wypowiedziane na pozór spokojnie, było jak ukłucie stalowym ostrzem. Był 

wytrawnym graczem i nie zamierzał kapitulować przed tą filigranową postacią. 

– W  takim  razie  jestem  gotowa  poświęcić  siebie  w  obronie  tej  wspaniałej  magnolii –

odrzekła Kate. 

Tłumek,  który  przyglądał  się  starciu  między  burmistrzem  Saltillo,  a  nowoprzybyłą  do 

miasta kobietą, wydał zbiorowe westchnienie. Wszyscy znali Bena Adamsa i wiedzieli, że to 
twardy  człowiek.  Jeśli  ta  krucha  istota  nie  będzie  ostrożniejsza,  schrupie  ją  na  drugie 
śniadanie. 

Ben potrząsnął ciemną czupryną i westchnął z żalem.
– Co za strata. 
Gestem uniesionej ręki kazał kierowcy spychacza uruchomić silnik. 
Kate poczuła drżenie  gruntu  pod sobą, lecz dalej  uparcie trwała na  miejscu. Co  więcej, 

skrzyżowała ręce na piersi, by zaznaczyć, że przyjmuje wyzwanie. 

Ben, mimo woli, odczuł podziw dla jej determinacji. Okazało się, że źle ją ocenił. Nie jest 

tak krucha, jak mu się wydawało. Niechętnym gestem kazał zatrzymać silnik spychacza. Miał 
nadzieję,  że  ją  speszy,  kiedy  stanie  nad  nią,  wyniosły  i  górujący.  Był  na  tyle  blisko,  że 
spostrzegł plamki w jej ciemnych oczach. 

– Czy  pani  już  jadła  lunch? – zapytał.  – Co  pani  powie  na  zimną  lemoniadę?  A  może 

przynieść parasol dla osłony przez południowym słońcem? Za godzinę będzie można smażyć 
jajka na chodniku. 

Kate wolałaby, żeby nie podchodził tak blisko. „Prawo powinno zabraniać – pomyślała –

żeby  burmistrzem  mógł  zostać  człowiek  mający  oczy  Paula  Newmana  i  sylwetkę  Toma 
Sellecka”.  Wysunęła  podbródek  i  starała  się  nieznacznie  unieść  biodra.  Już  od  dziesięciu 
minut uwierał ją patyk, na którym leżała. 

– Gotowa jestem zapomnieć o potrzebach ciała, gdy chodzi o wspaniałe, stare drzewo –

odpowiedziała. 

Stojąc  nad  nią,  Ben  myślał  jeszcze  o  czymś  innym,  niż  tylko  o  tym,  żeby  ją  speszyć. 

Nigdy  jeszcze  nie  widział  tak  doskonale  pięknej  twarzy.  Jej  skóra,  połyskująca  od  potu, 
przypominała  pokryty  rosą  płatek  róży.  Ciemnooka,  miała  niewinny  wygląd  niesfornego 
dziecka o zdziwionym spojrzeniu. Co więcej, ów ruch, który zrobiła, zwrócił jego uwagę ku 

background image

jej zgrabnym biodrom i najbardziej ponętnym nogom, jakie zdarzyło mu się widzieć. 

– Jak długo pani wytrwa? – zapytał. – Możemy się pobawić, kto kogo przetrzyma. 
– Czyżby, panie burmistrzu? Dziwię się. Pan się przygląda, jak postęp grzęźnie, a ja i moi 

ludzie marnujemy lato pod tą magnolią. 

– A czemuż to panią tak obchodzi to drzewo? W Saltillo są tuziny takich jak to. 
– Czy  nie  uważa  pan,  że  możemy  się  nim  chlubić?  Na  miłość  boską,  to  przecież  jest 

magnolia. Niech  pan spojrzy na  te rozłożyste  gałęzie, niech pan powącha te kwiaty. To nie 
jest byle jakie drzewo. Ono ma swoją historię. 

– Mógłbym odpowiedzieć pani podobnie. Proszę spojrzeć na tamten skromny budynek. –

Zrobił gest w kierunku pobliskiego domu. – Tam, w środku sumienni pracownicy magistratu 
robią, co  tylko  możliwe, by w  mieście  wszystko  szło  jak należy. Trzeba  usunąć  to  drzewo, 
żeby zrobić miejsce dla wydziału wodociągów i oświetlenia. 

W  miarę,  jak  rosła  temperatura  dyskusji,  krąg  gapiów  zacieśniał  się.  Ci,  którzy  po 

przerwie  na  lunch  musieli  już  wracać  do  pracy,  prosili  znajomych  o  dokładną  relację  z 
wydarzeń. 

– Czy to dla pana nic nie znaczy, że William  Faulkner pod tym właśnie  drzewem pisał 

pierwszy rozdział Kiedy umieram?

Ben zasłonił twarz, by ukryć rozbawienie. 
– A pani zamierza odegrać tu tę historię?
– Jefferson  Davis  wiązał  konia  do  tego  drzewa.  Gubernator  Bilbo,  jeden  z  najbardziej 

ekscentrycznych  polityków  stanu  Mississipi,  właśnie  tutaj  wygłaszał  jedno  ze  swoich 
sławnych przemówień wyborczych. 

– Obchodzą mnie żywi, a nie umarli. Niech pani mi nie mówi, że zainteresowanie historią 

zmuszą panią do mieszania się w sprawy magistratu. 

Kate uderzyła pięściami o ziemię. 
– A tak! Obchodzi mnie, że resztki przeszłości zaorywuje się w imię postępu. I to, że ten 

zielony  świat,  w  którym  żyję,  gwałtownie  zmienia  się  w  zabetonowany  i  oszpecony 
jednakowymi  straszydłami,  które  nazywacie biurowcami.  I  to,  że  moje  prawnuki  być  może 
nie będą wiedziały, co to szum sosen na wietrze ani nie będą mogły się huśtać na gałęziach 
wielkiego dębu. 

Po tej namiętnej przemowie przez chwilę panowała głucha cisza, w końcu dały się słyszeć 

nieśmiałe  oklaski.  Ben  odwrócił  się,  by  oszacować  zgromadzenie.  Nigdy  zbytnio  nie 
przejmował  się  opinią  publiczną,  ale  miał  dość  politycznego  rozumu,  by  wiedzieć,  kiedy 
należy  poczynić  pewne  ustępstwa.  A  poza  tym  ta  zuchwała  kobieta  poruszyła  w  nim  czułą 
strunę.  Jedna  z  jego  największych  rozterek  dotyczyła właśnie  konfliktu  między  postępem  a 
historią, między stalą i betonem a naturą. 

Pochylił się nad nią i wyciągnął rękę. 
– Dobrze powiedziane, panno...
Przerwał w oczekiwaniu, że poda mu swoje nazwisko. 
– Kate  Midland.  – Nie  uczyniła  najmniejszego  gestu,  by  podjąć  wyciągniętą  dłoń.  –

Pochlebstwem nic pan nie zdziała. A poza tym nie jestem panną. 

background image

Nie wiedzieć czemu ta ostatnia informacja popsuła Benowi nastrój. 
– Nie widzę przeszkód, byśmy dokończyli tę rozmowę w klimatyzowanym wnętrzu. 
Nie  chciał  nazywać  jej  panią  Midland.  Myśl  o  tym,  że  jest  mężatką,  podsuwała  mu 

irytujące  obrazy.  Przez  chwilę  wyobrażał  sobie  Kate  z  gwiazdorem  z  popołudniowego 
teatrzyku.  I życzył jej  nieobecnemu  mężowi  pokaźnego brzucha  i  łysiny.  Otarł  ręką  szyję  i 
stwierdził,  że  już  i  jemu  upał  dokuczył.  Chyba  powinien  spędzać  więcej  czasu  na  łowieniu 
ryb, niż w dusznych pomieszczeniach. 

– Zajdzie pani do mnie do biura? – zapytał Wciąż nie przyjmowała wyciągniętej ręki. 
– A w tym czasie pana spychacz dokończy brudną robotę? Nie, dziękuję bardzo. 
Ben  wyprostował  się.  Obszedł  wielki,  żółty  spychacz  i  powiedział  kilka  słów  do 

operatora. Maszyna sapiąc, odtoczyła się z hałasem. 

Wyczuwając,  że  to  już  koniec  potyczki,  tłumek  szybko  się  rozpraszał.  Rozczarowanie 

brakiem odpowiedniego finału wypisane było na wszystkich twarzach. 

Ben jeszcze raz stanął nad leżącą. 
– Ma pani moje słowo, że nic się tu nie będzie działo, dopóki nie odbędziemy prywatnej 

konferencji. 

Kate rzuciła mu triumfalny uśmiech. Bitwa nie była skończona, ale czuła, że zwycięstwo 

jest już bliskie. 

– Mieszkam tu od niedawna. Czy umie pan dotrzymać danego słowa, panie burmistrzu?
Nie zwracając uwagi na wciąż wyciągniętą rękę, podniosła się energicznie i stanęła obok 

niego. Nie wiedziała dlaczego, ale myśl o dotknięciu jego opalonej na brąz, muskularnej ręki, 
przyprawiała ją o drżenie kolan. 

– Moje słowo to mur. – Sięgnął po jej dłoń i umieścił w zgięciu swego łokcia. – Chodźmy 

do mojego biura. 

Szczególną  przyjemność  sprawił  jej  dotyk  włosów  na  jego  przedramieniu,  twardym  i 

sprężystym,  bardzo  męskim.  Od  czasu  rozwodu  z  Joem  nie  zwracała  uwagi  na  mężczyzn. 
Czyżby ten akurat miał obchodzić ją bardziej, niż inni? Walczyła z sobą, by nie podskakiwać 
jak  mała  dziewczynka  idąca  do  sklepu  ze  słodyczami.  Gdy  przechodzili  przez  ulicę  do 
budynku magistratu, rozpoczęła rozmowę. 

– Bardzo lubię to miasteczko, panie burmistrzu. 
– Nazywam się Ben Adams. Mów mi Ben, Kate. 
Kiedy wziął ją za rękę, z miejsca zauważył, że nie nosi obrączki. 
– Co cię sprowadza do Saltillo? Poza ochroniarskim zapałem, który zademonstrowałaś?
Podobały jej się zmarszczki, pojawiające się w kącikach jego niebieskich oczu, kiedy się 

uśmiechał.  Starając  się  odwrócić  swe  myśli  od  niego  i  skierować  je  ku  magnolii,  uwolniła 
rękę i machnęła nią w powietrzu. 

– Mnóstwo rzeczy. Rozwód. Dalecy krewni. Dom z ogrodem, który mogłam tu kupić. To

przede wszystkim. Chodziło mi o dom pod miastem dla mojej córki z jej menażerią. 

Nie  zwrócił  uwagi  na  to,  co  powiedziała  po  słowie  „rozwód”.  Przeskakując  po  kilka 

stopni, wchodził do magistratu w nadzwyczaj dobrym humorze, zbyt dobrym chyba, jak na tę 
awanturę  o  drzewo.  Przez  moment  zastanawiał  się  nawet,  czy  aby  na  pewno  jest  przy 

background image

zdrowych zmysłach. Kate Midland wcale nie była nadzwyczajną pięknością. Jej czarne oczy 
nie  pasowały  do  delikatnej  cery  i  platynowych  włosów,  usta  były  zbyt  szerokie  jak  na 
klasyczną piękność, a nos, jak u chochlika, był na końcu zadarty. Diabli wiedzą, czemu ujrzał 
w niej doskonałość. 

Szedł  pierwszy,  pokazując  drogę  do  swego  biura.  Przeszedł  obok  sekretarki,  otworzył 

drzwi i przytrzymał je zapraszająco. 

– Wejdź do mego salonu... 
– ... powiedział pająk do muchy. 
Oboje uśmiechnęli się z zażenowaniem, wyczuwając, że ten żart wypadł niezręcznie. 
Ben gestem zaprosił Kate, by usiadła i rzekł do sekretarki:
– Masz otwarte usta, Kasandro. 
Zamknął  drzwi  i  trzema  długimi  krokami  przeszedł  z  jednego  końca  pokoju  na  drugi. 

Odchylił się na krześle i oparł nogi na masywnym, dębowym biurku. Demonstrował sposób 
bycia człowieka, który jest u siebie i czuje się bardzo swobodnie. 

– Porozmawiajmy. 
– Oczywiście, Ben. 
Ku  jego  zdumieniu,  Kate  odchyliła  się  do  tyłu  na  swoim  krześle  i  oparła  nogi  na 

stylowym stojaku pod popielnicą. Czyż miała pozwolić, by odgrywał tu wielkiego pana? Nie 
po to wygrała pierwsze starcie, by teraz przegrać całą bitwę na jego terenie. 

– O czym chcesz mówić najpierw? Jego oczy rozbłysły zachwytem. 
– Wydział wodociągów i oświetlenia tłoczy się tu w ciasnocie. W tych warunkach ludzie 

nie chcą pracować i pracują coraz gorzej. To są oczywiste fakty, Kate, z którymi muszę się 
liczyć jako burmistrz tego miasta. 

– Szanuję pana stanowisko, burmistrzu. 
– Ben – poprawił ją. 
– Ben.  Ale  jest  jeszcze  kilka  innych  faktów,  które  powinieneś  wziąć  pod  uwagę.  W 

Ameryce  ubywa  drzew  w  zastraszającym  tempie.  Jest  to  problem,  który  niepokoi  bardzo 
wielu ludzi. Są coraz większe obawy, że dzisiejsze drzewa jutro staną się tylko eksponatami 
muzealnymi. 

– TU nie chodzi o las, Kate. Mówimy o jednym drzewie. 
– O magnolii – poprawiła go. – Drzewie stanu Mississipi. 
– Nie potrzebuję lekcji historii – rzekł szorstko. 
Ciągnęła dalej, jakby go nie słyszała. 
– Od czegoś trzeba zacząć. Ja postanowiłam zacząć od jednej magnolii. 
– Źle wybrałaś. To właśnie drzewo musi być wycięte. 
– Po moim trupie. 
– A więc zaczynamy od nowa? – Tak. 
Ich  wrogie  spojrzenia  krzyżowały  się  ponad  biurkiem.  Każde  z  nich  zastanawiało  się, 

dlaczego  właściwie  uważało  drugie  za  atrakcyjne.  Teraz  ona  uznała  go  za  gruboskórnego 
dyktatora, a on ją – za zawziętą intrygantkę. 

Kasandra  z  trudem  powstrzymywała  się  od  przyłożenia  ucha  do  dziurki  od  klucza. 

background image

Widziała, że wchodząc do biura, burmistrz promieniał z zadowolenia. W porównaniu z tym, 
jak wyglądał, gdy dowiedział się, że jakaś kobieta kładzie się pod spychacz, była to zmiana o 
sto osiemdziesiąt stopni. W końcu postanowiła nie podsłuchiwać, ale nie mogła się skupić na 
pracy.  Zbyt  była  ciekawa  tego,  co  działo  się  za  zamkniętymi  drzwiami.  Aż  cztery  razy 
musiała przepisywać pismo burmistrza do straży pożarnej, zanim zrobiła to bezbłędnie. 

Tymczasem w gabinecie burmistrza walka rozgorzała na dobre. 
Kate  z  hałasem  zerwała  się  z  miejsca  i  stanęła  naprzeciw  burmistrza,  przy  biurku 

zarzuconym papierami. 

– Będę  walczyć  z  panem  i  dotrę  aż  do  Białego  Domu.  Zorganizuję  marsze  i  strajki 

okupacyjne. Wciągnę prasę i telewizję do mojej kampanii. Zrobię takie zamieszanie wokół tej 
jednej magnolii, że dla pana i magistratu będzie to jak huragan, który przychodzi znad Gulf 
Coast i niszczy wszystko wokół siebie. Będę kamieniem młyńskim u pana szyi, burmistrzu. 

Ben podniósł się gwałtownie. 
– Już pani nim jest, pani Midland. 
– To dobrze. 
Powietrze  było  jak  naładowane  elektrycznością.  Oboje  czuli,  że  coś  ich  silnie  ku  sobie 

popycha, tym silniej, że byli przecież przeciwnikami. 

Kate  zakręciła  się  na  pięcie  i  podeszła  do  drzwi.  Naciskając  klamkę,  odwróciła  się 

jeszcze, by zakończyć rozmowę. 

– Pan mnie jeszcze nie zna, burmistrzu. 
Trzaśniecie drzwi przypieczętowało jej słowa. 
Ben spojrzał na zamknięte drzwi i uderzył pięścią w biurko. „Co się, do diabła, właściwie 

stało?” – Zastanawiał się. Nigdy jeszcze w całej jego karierze sprawy nie wymknęły mu się z 
rąk do tego stopnia. Jedno było pewne – żadna kobieta nie przysporzyła mu tyle kłopotu, co 
Kate Midland. 

Po  wyjściu  na  korytarz, Kate  oparła  się  o  ścianę  i  wzięła głęboki oddech.  Mieszkała  w 

Saltillo niecałe dwa tygodnie i już była w stanie wojny z magistratem, lak samo jak przedtem 
w Biloxi, tylko że tym razem nie była to praca wolontariuszki; nie było też Joego, któremu 
można by się wyżalić. Gdyby był, na pewno powiedziałby, że najważniejszą rzeczą powinien 
być  dla  niej  dom,  a  nie  tak  zwana  działalność  społeczna,  przez  którą  zaniedbuje  rodzinę. 
Zostawił ją jednak razem  z „jej sprawami” i  znalazł sobie taką, której wystarczało niewiele 
więcej ponad zajmowanie się jego skarpetkami. 

Strzepnęła  źdźbło  trawy  ze  spodni  i  dumnie  uniosła  głowę.  Stanowczo  nie  chciała  być 

tylko kurą domową. Lubiła działanie i ruch, miała swoje zdanie o wszystkim i wyrażała to w 
czynach. Teraz najważniejsza była dla niej magnolia. Była zdecydowana uratować ją, nawet 
gdyby miała dojść do celu po trupie burmistrza miasta Saltillo. 

Ben słyszał w swoim  gabinecie energiczny rytm  kroków Kate  wychodzącej z  budynku. 

Były  to  kroki  kobiety  zdeterminowanej,  brzmiały  jak  werbel  zagrzewający  do  boju. 
Nieoczekiwanie dla samego siebie Ben uśmiechnął się. Wyobrażał już sobie, jaką w gruncie 
rzeczy  będzie  miał  uciechę  z  utarczek  z  tą  nieobliczalną  Kate  Midland.  Podszedł  do  okna, 
odchylił  zasłonę  i  obserwował,  jak  przechodziła  przez  ulicę.  Był  właściwie  zadowolony  z 

background image

obrotu  sprawy.  Przypomniał  sobie  jak  Ciem,  przerywając  mu  rozmowę,  wpadł  do  niego  i 
powiedział o kobiecie zagradzającej drogę spychaczowi. „Nie ma co – stwierdził – ożywiło 
się w Saltillo, odkąd jest tu ta kobieta. „

Kate  zwolniła  kroku  dopiero  przy  swoim  dużym,  białym,  drewnianym  domu  na  rogu 

Second  Avenue  i  East  Water  Street.  Urok  ogrodu  w  pełnym  rozkwicie  kazał  jej  niemal 
zapomnieć, po co tu przyszła. Zatrzymała się i przez chwilę podziwiała widok. 

Pęki  różnokolorowych  liliowców  chyliły  się  w  promieniach  słońca,  a  krzewy  mirtu, 

okalające wielki ogród jak czarna koronka, uginały się pod ciężarem białoróżowego kwiecia. 
Wdzięczność  za  wynalezienie  tej  wspaniałej  posiadłości  należała  się  ulubionej  siostrze 
ciotecznej, Myrtle. Mniej więcej w miesiąc po rozwodzie Kate napisała do niej, że nie może 
już  wytrzymać  w  Biloxi,  a  wtedy  Myrtle  zaproponowała  jej  przeprowadzkę  do  Saltillo. 
Wyszukała  ten  dom  dla  Kate  i  dopilnowała  budowy  małego  pawilonu.  Kate  otworzyła  tam 
gabinet  kosmetyczny,  który  żartobliwie  nazwala  „Moda  i  Miłosiedzie”.  Myrtle  zgodziła  się 
nawet zrezygnować z emerytury, by pomóc Kate. 

Kate dała znać ręką córce, która wystawiła głowę spomiędzy gałęzi dębu. 
– Co słychać, Jane?
– Jest wspaniale, mamo. 
Napięcie opuściło Kate, gdy usłyszała radosny głos córki. Chciałaby zaczerpnąć od niej 

trochę młodzieńczej siły, żeby stawić czoła czekającym ją przeciwnościom. 

– To jest Kotlet, mój nowy kolega. 
Pulchna buzia, brudna i piegowata, wyjrzała z góry. 
– On mi pomaga ratować kotki. 
– Nie  byłbym  taki  pewny,  czy  te  koty  życzą  sobie,  żeby  je  ratować – rzekł  Kotlet 

śmiesznym głosikiem. – Jeden właśnie mnie podrapał. 

– To może zejdź już i pokaż mi to zadrapanie – powiedziała Kate. 
Jane obejrzała rękę Kotleta. 
– Nawet krew nie leci. Zrobię mu opatrunek, jak zejdziemy na placuszki. 
Kate uśmiechnęła się. „Jak to miło mieć samodzielną córkę” – pomyślała. 
– Świetnie. Zobaczymy się jeszcze. Teraz wychodzę, muszę dopilnować ważnych spraw. 
– A czym się zajmuje twoja mama? – Kate usłyszała pytanie Kotleta, kiedy wbiegała na 

werandę, przeskakując po dwa stopnie. 

– Estetyką – odpowiedziała Jane tonem dorosłej osoby. 
– Czy to coś fajnego?
Kate,  ubawiona  tym  pytaniem,  spieszyła  dalej  przez  ocienioną  drzewami  werandę. 

Roztrącając wiklinowe meble, wpadła do salonu piękności. 

Myrtle  podniosła  wzrok  znad  preparatu  do  trwałej  ondulacji,  który  właśnie 

przygotowywała. 

– Latasz, jakby się ubranie na tobie paliło. Lepiej powiedz mi co się stało, a ja rozgłoszę 

to po mieście. 

Ze  swoją  pociągłą  twarzą,  ciemnymi  włosami,  ciasno  związanymi  w  kok  i  czarnymi 

oczami, spoglądającymi znad drucianych okularów, wyglądała jak zuchwały wróbel. 

background image

– Dobrze, ale najpierw muszę się czegoś napić, najlepiej soku jabłkowego – odparła Kate. 

– Umieram z pragnienia. 

Poszła  na  zaplecze  i  z  małej  przenośnej  lodówki  wyjęła  ćwierćlitrową  butelkę  soku. 

Nalała sobie do kubka i wychyliła jednym haustem. 

– Oooch!. Jak cudownie. 
Zamknęła  butelkę  i  włożyła  ją  do  papierowej  torby,  razem  z  kawałkiem  sera,  który 

odkryła w lodówce. 

– Czy wydarzyło się coś ciekawego, kiedy mnie nie było? Myrtle roześmiała się. 
– Jeśli masz na myśli jakieś drzewo do uratowania, jakąś kampanię do poprowadzenia lub 

jakiś komitet, któremu trzeba by przewodzić, to dzięki Bogu odpowiedź brzmi „nie”. Wydaje 
mi się, że nie możesz zajmować się więcej niż jedną tego typu sprawą naraz. 

– Ha!  Szkoda,  że  cię  nie  było  w  Bilon  i  nie  widziałaś  jak,  sobie  radzę  w  takich 

przypadkach. 

– Rzeczywiście, żałuję. Bardzo bym też chciała zobaczyć reakcję Joego na to wszystko. 
– Niezmiennie  kwaśna  mina.  Jak  na  ironię,  rozdzieliło  nas  to  samo,  co  nas  kiedyś 

zbliżyło. 

– On chyba nie zaprzątał sobie głowy powtórnym ożenkiem?
– Nie. Z tego, co wiem od niego, znalazł sobie jakąś pannę ideał i szczęśliwie osiadł w 

beztroskiej nudzie. 

W głosie Kate nie było złośliwości. Rozstali się z Joem po przyjacielsku. Ich rozwód był 

zwykłym  anulowaniem  związku  między  ludźmi,  którzy  nigdy  nie  powinni  byli  się  pobrać. 
Kate  mówiła  o  tym,  nie  przerywając  szperania  w  lodówce.  W  końcu  znalazła  to,  czego 
szukała. Przez dłuższą chwalę trzymała butelkę w górze, podziwiając musującą zawartość. 

– Wiedziałam, że gdzieś tu musi być. 
– Szampan? – spytała Myrtle. 
Pytanie  było  retoryczne.  Dobrze  wiedziała,  co  jest  w  butelce,  ponieważ  nic,  co  się  tu 

działo, nie uchodziło jej uwagi. Po prostu chciała wiedzieć, co powie jej zwariowana siostra. 

– Tym uczcimy moje zwycięstwo. 
Starannie umieściła butelkę z powrotem w lodówce i zajęła się przeszukiwaniem szafy. 
– Czy będziesz mogła zająć się Jane?
Jej głos ledwo wydobywał się z przepastnych głębin szafy, mieszczącej zapomniane teraz 

i pachnące naftaliną zimowe okrycia, które czekały na swoją porę. 

– Oczywiście. Wiesz, jak bardzo ja i Willy Bob lubimy z nią być. 
Myrtle i  jej  mąż  byli  bezdzietni.  Kiedy  Myrtle  namawiała  Kate  do  przeniesienia  się  do 

Saltillo, zdawała sobie sprawę, że robi to częściowo także z pobudek egoistycznych. Oboje z 
mężem  bardzo  lubili  Kate  i  Jane.  Mieszkanie  z  nimi  w  jednym  mieście  było  dla  nich 
namiastką posiadania własnych dzieci. 

Kate znalazła to, czego szukała, i wynurzyła się z szafy. 
– To powinno przyciągnąć jego uwagę. 
Trzymała  mały  przenośny  magnetofon,  który  był  pamiątką  po  beztroskich  czasach 

studenckich. 

background image

– Czyją uwagę?
Myrtle, tłumiąc śmiech, zadała to niewinne pytanie jak gdyby nie znała odpowiedzi. Od 

momentu  rozpoczęcia  tej  krucjaty,  Myrtle  była  pewna,  ze  Kate  trafi  w  końcu  do  biura 
burmistrza. Nic, co działo się w tym mieście, nie obywało się bez Bena Adamsa. 

– Bena Adamsa. 
Wymawiając na głos jego nazwisko, Kate poczuła osobliwe ukłucie w żołądku, zupełnie 

jak  człowiek  zmuszony  do  przestrzegania  diety, który  zobaczył  zabroniony  przysmak. 
Odruchowo zwilżyła usta końcem języka. 

Myrtle  niczego  nie  przeoczyła – ani  miękkiej  tonacji  głosu  Kate,  gdy  wymieniała  jego 

nazwisko, ani jej wzroku wpatrzonego w dal, ani zwilżenia ust. 

– Nie wydaje mi się, żebyś potrzebowała tej trąby, żeby zwrócić jego uwagę. Ben Adams 

trzyma rękę na pulsie we wszystkim, co dotyczy tego miasta. 

Kate uśmiechnęła się szeroko. 
– Być może, ale ja chcę przyspieszyć ten puls. Do zobaczenia po bitwie. 
Wyszła, machając wesoło na pożegnanie. 
Myrtle  wpatrywała  się  w  zamknięte  drzwi.  Dałaby  dużo,  by być  świadkiem  walki  tych 

dwojga. Mogłaby to być bitwa tytanów. Ale też znając ich obojga, nie miała pewności, czyj 
puls będzie przyspieszony i kto będzie czcił zwycięstwo szampanem. 

background image

2

Wzmocniona sokiem jabłkowym i kawałkiem sera, Kate przystąpiła do dzieła. Poklepując 

stary, powykręcany pień, uspakajająco przemawiała do drzewa. 

– Nie pozwolę, żeby Ben Adams cię ściął. Nie martw się o nic. Póki ja tu jestem, nic ci 

nie grozi. 

Dzieci  bawiące  się  w  pobliżu  zaczęły  chichotać  na  widok  dziwaczki  rozmawiającej  z 

drzewem. 

Kate siedziała pod magnolią i  oganiała się od komarów obsiadających jej  gołe nogi. W 

każdej  chwili  oczekiwała  ryku  silnika  spychacza.  Swoją  wizytą  u  burmistrza  nie  osiągnęła 
niczego  poza  tym,  że  go  rozwścieczyła.  Spodziewała  się,  że  teraz  będzie  tym  bardziej 
zdecydowany ściąć drzewo i realizować swoje projekty budowlane. 

Ujrzawszy  kilka  kobiet,  które  odważyły  się  wyjść  na  zakupy  mimo  wielkiego  upału, 

podniosła  megafon  do  ust.  Było  to  właśnie  takie  audytorium,  jakiego  potrzebowała,  nawet 
jeśli było nieliczne. 

– Proszę  pań! – krzyczała  Kate  do  megafonu.  – Oto  widzicie  tutaj  wspaniałe  drzewo 

przeznaczone na zagładę. Szanowny burmistrz miasta Saltillo zarządził, że to piękne drzewo 
musi umrzeć. Ta magnolia ma ustąpić miejsca jakiemuś budynkowi! Czy pozwolimy na to? –
Zrobiła dramatyczną przerwę. – Oczywiście, że nie. Będziemy walczyć i zwyciężymy!

Obie  kobiety  przystanęły,  żeby  wysłuchać  przemowy,  ale  słońce  prażyło  mocno, a  w 

Gentry’s  była  właśnie  sezonowa  wyprzedaż.  Pospiesznie  zniknęły  więc  w  klimatyzowanym 
wnętrzu domu towarowego. 

Kate opuściła megafon. 
– Hmm. Nie bardzo wyglądały na społeczniczki. Niepotrzebnie zrywałam sobie gardło. 
Z powrotem usadowiła się pod drzewem i czekała na spychacz. Z pewnością pojawi się 

zaraz zza rogu, sapiąc ciężko. Pot sączył jej się spod włosów, spływał po twarzy i skapywał z 
czubka nosa. Osunęła  włosy znad  mokrej  szyi w  nadziei  na jakiś zabłąkany  wietrzyk.  Lecz 
niestety. W Saltillo był większy upał, niż na polu bawełnianym w samo południe. 

Już  nie  nasłuchiwała  spychacza,  wstała  energicznie  i  zaczęła  się  przechadzać. 

Zastanawiała się, co zamierzał  Ben Adams. Jeśli  oceniała go właściwie, to nie w jego stylu 
byłoby siedzieć w biurze i nic nie robić. Była przekonana, że w tej właśnie chwili knuł jakiś 
niecny plan na zgubę jej magnolii. „Tak naprawdę nie jest to moja magnolia” – poprawiła się 
w myśli Kate. Ale przecież patrzyła na nią jak na własną. I tak było ze wszystkim, za co się 
zabierała. 

Zniecierpliwiona  wyszła  z  cienia  drzewa  i  z  ukosa  spojrzała  w  stronę  magistratu. 

Przysłoniła dłonią oczy przed oślepiającym blaskiem słońca, Wydawało jej się, że dostrzegła 
jakiś ruch za oknem, które najprawdopodobniej było oknem jego gabinetu. 

– Panie Adams, tym razem to nie pan wygra, tylko ja! – krzyknęła przez megafon. 
Była  pewna,  że  ją  usłyszał  Jeszcze  w  wesołych  czasach  studenckich  mówiono  jej,  że 

kiedy się zapali do czegoś, słychać ją aż w Nowym Jorku. 

background image

– Podoba nam się to, co robisz. – Nie wiadomo skąd odezwał się łagodny głos. 
Kate  odwróciła  się  na  pięcie.  Stało  za  nią  siedem  kobiet  w  różnym  wieku.  Była  tak 

skupiona na przekazaniu burmistrzowi swej opinii, że nie usłyszała jak podchodziły. 

Uśmiechnęła się do nich. 
– Cześć. Jestem Kate Midland. 
– Wiemy. – Energiczna rudowłosa kobieta wyglądała na rzecznika ich grupy. 
– Dowiedziałyśmy się o tobie dziś rano – powiedziała, podając Kate rękę. – Nazywam się 

Sara  Callicut  i  jestem  prezesem  Towarzystwa  Historyczno – Genealogicznego  Saltillo. 
Przyszliśmy, żeby ci pomóc uratować to drzewo. 

Kate uścisnęła jej dłoń. 
– Wiedziałam,  że  w  Saltillo  znajdzie  się  ktoś  taki,  jak  wy! – zakrzyknęła  radośnie.  –

Witajcie na polu bitwy, żołnierze. 

– Mów, co mamy robić – rzekła Sara. 
– Czy miewacie skrupuły? – Uśmiech Kate był zagadkowy. 
– Gdy idzie o ratowanie spuścizny historii, to żadnych. 
– Oto więc, co zrobimy... 
Ryczały ze śmiechu, gdy Kate objaśniała im swój plan. 
– A teraz – sza! Nigdy nie wiadomo,  gdzie mogą  być szpiedzy burmistrza – ostrzegała 

Kate, kończąc udzielania instrukcji. 

– Dobrze, że Ben Adams tego nie słyszy – rzekła Sara. – Miałby prawo się obrazić. On 

jest bezwzględnie uczciwy. 

– Wydaje mi się, że jest teraz w swoim biurze i obmyśla jakiś przewrotny plan, żeby mi 

popsuć  szyki – powiedziała  Kate.  – Ale  my  go  przechytrzymy.  – Radośnie  pomachała  na 
pożegnanie  swym  wspólniczkom,  które  rozchodziły  się  po  rekwizyty.  Była  zadowolona. 
Niezłą niespodziankę będzie miał Ben Adams. 

Przez  następne  dwie  godziny  Kate  trzymała  straż  przy  magnolii,  gotowa  odeprzeć  atak 

żółtego  potwora  do  niszczenia  drzew.  Nie  wydarzyło  się  nic,  oprócz  tego,  że  opaliła  sobie 
nos.  Posyłała  nienawistne  spojrzenia  w  stronę  magistratu.  „Co  też  ten  diabeł  zamyśla”? –
zachodziła w głowę. 

O czwartej po południu przybyły „posiłki” w odpowiednich przebraniach. Z megafonem 

w ręku Kate ustawiła rzędem nowe „drzewa” i rozpoczęła zaimprowizowane widowisko. 

– Panie i panowie! – krzyczała. – Spójrzcie na ten wspaniały cedr. 
Wskazała  na  Sarę,  przebraną  w  zieloną  krepinę  i  olbrzymie  ozdoby  choinkowe. 

Zaciekawieni przechodnie zaczęli się gromadzić. 

– Dotąd rósł sobie spokojnie w Saltillo i czekał tylko, kiedy zostanie przybrany na Boże 

Narodzenie.  Ale,  niestety,  burmistrz  wypowiedział  drzewom  wojnę  i  dni  tego  cerdru  są 
policzone. Co nam o tym powiesz, szlachetny cedrze?

– Jestem za młody, by umierać – odrzekł cedr głosem Sary. 
Gapie  zachichotali.  Niczego  podobnego  nie  widzieli  jeszcze  w  Saltillo.  Dwaj  chłopcy 

pobiegli po swoich braci, a jakaś dziewczynka poszła po mamę. 

– Najpierw magnolie! – krzyczała Kate. – Potem cedry. Kto padnie następny?

background image

Trzy  jabłonie  obwieszone  tekturowymi  owocami,  zaczęły  się  chylić  do  upadku.  Tłum 

ryczał z zachwytu. 

Ben Adams usłyszał w swoim biurze odgłos zamieszania dochodzący z przeciwnej strony 

ulicy.  Przeprosił  uczestników  zebrania  i  wyjrzał  przez  okno.  Nie  bardzo  rozumiał,  co  się 
dzieje.  Wiedział  tylko,  że  zebrał  się  tłum,  i  że  Kate  Midland  była  w  samym  jego  środku. 
Kręcąc głową ni to z niesmakiem, ni to z podziwem, wrócił do swojego zebrania. 

A pod nieszczęsną magnolią Kate ciągnęła dalej swoje przedstawienie. „Trudno było coś 

powiedzieć  o  skuteczności  tej  akcji;  na  razie  widać  było,  że  dostarcza  ludziom  rozrywki. 
Tłum nie rozchodził się aż do momentu, kiedy ostatnie nibydrzewo runęło, ścięte za młodu, 
jak Kate klarowała ciekawskim, przez burmistrza ogarniętego obsesją rozbudowy miasta. 

Kiedy już wszystkie „drzewa” poszły do domu i tłum się rozproszył. Kate czuwała nadal. 

Celowo nie wzięła ze sobą zegarka, ponieważ uważała, że kiedy chodzi o wielką sprawę, nie 
można  działać  od  gwizdka  do  gwizdka;  ale  wnosząc  z  położenia  słońca  i  burczenia  w 
brzuchu, zorientowała się, że było już po piątej. Usiadła ciężko pod drzewem i zjadła resztkę 
sera. Ser rozpuścił się od upału i rezultat był taki, że zdołała go zjeść mniej więcej tyle samo 
co zostało jej na twarzy. 

– Czy oberwała pani  od kogoś kawałkiem  cheddara? – W  głosie Bena Adamsa słychać 

było z trudem tłumiony śmiech. Stał w cieniu w odległości paru kroków i spoglądał na nią z 
góry. 

– Nie, ale zdaje się, że pan życzyłby sobie tego. 
Otarła twarz wierzchem dłoni; dziwiła się, jak to możliwe, że podszedł do niej tak blisko, 

zupełnie nie zauważony. 

– No, niekoniecznie. 
– Ale będzie pan tego chciał, jak skończę sprawę z panem. Roześmiał się. 
– Czy pani ciosy są tak samo straszne, jak pogróżki? Kate spojrzała na niego ze złością. 

Nie powinien się teraz śmiać, tylko trząść jak galareta. 

– Są  sto  razy  straszniejsze.  Kiedy  zabieram  się  do  czegoś,  nie  rezygnuję,  dopóki  nie 

dopnę swego. 

– Ach, rozumiem. 
Podszedł bliżej i spojrzał na nią z góry. 
– Widzę, że to dla pani nie pierwszyzna. – I owszem. 
Wolałaby nie czuć jego oddechu na szyi. Wolałaby też, by nie wyglądał jak wymuskany, 

biurowy czyścioszek. Wiedziała, że sama jest brudna i zakurzona. „I cóż z tego – pomyślała. 
– Czy to ważne, że wyglądała jak kominiarz?  To była walka o sprawę, a nie pozowanie do 
zdjęcia na okładkę modnego czasopisma”. 

– Czy robi pani czasem przerwy na tak przyziemne rzeczy jak posiłek? – zapytał. – Albo 

kąpiel?

Nawet nie próbował ukryć rozbawienia. 
– Na pewno nie wtedy, kiedy za rogiem czeka spychacz, żeby wykonać brudną robotę. 
– Nie słyszałem jeszcze, żeby ktoś nazywał postęp brudną robotą. 
– A ja nie słyszałam, żeby niszczenie piękna i pamiątek historii nazywać postępem. 

background image

– Zdaje  się,  że  dzieli  nas  pewna  niewielka  różnica  poglądów.  Myślę,  że  wymaga  to 

kolejnej narady. 

– Panie burmistrzu, to, co nas dzieli, to głęboka przepaść, której nie da się zasypać. 
– Czy chce pani powiedzieć, że odrzuca moją propozycję, żebyśmy odbyli naradę?
– Równie dobrze mógłby mnie pan zaprosić do gniazda szerszeni. 
Kate,  ocierając  twarz  z  potu,  jednocześnie  rozsmarowała  sobie  ser  po  policzku.  Ku  jej 

zdumieniu, burmistrz rozsiadł się obok niej. 

– Czy to obawa przed ukąszeniem, pani Midland?
– Wprost  przeciwnie, panie  burmistrzu.  Rozgniatam szerszenie  gołymi rękami. Jeśli  się 

czegoś obawiam, to pozostawienia tego drzewa bez ochrony. 

Stał tak blisko, że nogawką spodni dotykał jej gołego kolana. Kate próbowała odsunąć się 

niepostrzeżenie,  ale  nie  udało  jej  się.  Poznała  to  po  jego  oczach,  przypominających  oczy 
Paula Newmana, a raczej po sposobie zmarszczenia kącików powiek. Nagle zapragnęła być o 
trzy cale wyższą i mieć głęboki dekolt. A nie ser rozmazany twarzy i brudne kolana. 

– Czy stek i szklanka piwa poprawiłyby pani humor?
– Usiłuje mnie pan skorumpować?
– Otóż to. 
– Nic z tego. Mam swoje zasady. 
– A gdybym dorzucił do tego pieczone ziemniaki i szpinak?
Przechylając głowę, podniosła wzrok i spojrzała na niego. 
– Nie wie pan, że to okrucieństwo, kusić zgłodniałą kobietę?
– Czyż ja panią kuszę, Kate?
Wiedziała, że to śmieszne, ale przez chwilę zdawało się jej, że mówił o czymś innym niż 

jedzenie.  To  te  niesamowite  oczy,  ciemne,  prawie  granatowe,  len  głos,  coraz  niższy,  jak 
odległy grzmot. „Przyjechałaś do Saltillo – strofowała się Kate – a twoje  zmysły zostały w 
Biloxi.  Mężczyzna  wyglądający  jak  Mister  Ameryki  nie  robiłby  propozycji  takiemu 
smoluchowi,  nawet,  gdyby  miał  wiadome  zamiary.  A  poza  tym,  był  on  przypuszczalnie 
jednym z tych, którzy najbardziej cenią kury domowe”. 

Spojrzała mu prosto w oczy. 
– Nie, burmistrzu, wcale mnie pan nie kusi. 
Nauczyła się kłamać w ten sposób, kiedy miała dziesięć lat. Wtedy razem z jakąś kuzynką 

przemyciła  do  domu  kota.  Kiedy  babcia,  która  była  pewna,  że  koty  przenoszą  białaczkę,  a 
może nawet dymienicę morową, zapytała ją o to, Kate po raz pierwszy posłużyła się sztuką 
kłamstwa.  I  chociaż  jako  dorosła  rzadko  musiała  z  niej  korzystać, to  wciąż  uważała  ją  za 
przydatną w takich okolicznościach, jak dziś. Sięgnął po jej dłoń. 

– A jednak chcę panią skusić. Nie słyszy panijak panią woła ten stek?
„Łotr” – pomyślała  z  wściekłością.  Zdawało  się  jej,  że  jego  dotknięcie  podniosło 

temperaturę  w  Saltillo  o  piętnaście  stopni.  Czy  on  prześwietlał  ludzi  oczami?  Czy  zdołał 
wyczytać  w  jej  duszy,  że  lizałaby  mu  stopy,  gdyby  choć  trochę  bardziej  się  postarał? 
Żałowała, że nie spotkała go, zanim zajęła się sprawą magnolii. 

– Nie – odparła, choć za dobry stek gotowa byłaby teraz dać swój tygodniowy zarobek. –

background image

Nie jestem głodna. Jadłam już ser. 

Odwrócił jej lepiącą się dłoń i przyjrzał się bacznie. 
– Właśnie widzę. 
Usiłowała uwolnić rękę, ale równie dobrze mogłaby próbować uwolnić się ze stalowego 

potrzasku. 

– Niech mi pani nie każde tu stróżować. Wyraźnie słyszę, jak ten stek panią wzywa. 
Wstając, pociągnął ją za sobą. 
– Wiedziałem, że będzie się pani upierać. Upór to chyba najważniejsza pani cecha?
– A pana? – Posłała mu złe spojrzenie. – Chęć niszczenia?
– Zostawmy to przeklęte słowo. Przyszedłem zawrzeć z panią pokój, a nie rozpoczynać 

nową wojnę. 

– Nie wiem, czy mogę panu ufać. 
– Pani  Midland,  ja  postępuję  otwarcie.  Mogę  pani  obiecać,  że  jeśli  to  drzewo  będzie 

usuwane, nie będę się krył po kątach. 

Kate uwierzyła mu. 
– Czy sprawa steku jest aktualna?
Pomyślała,  że  wspólny  obiad  mógłby  być  dla  niej  dobrą  okazją,  żeby  dowiedzieć  się 

czegoś o przeciwniku. To, że była już słaba z głodu, a w domu miała tylko puszkę tuńczyka, 
nie miało nic wspólnego z jej decyzją. Podobnie zresztą jak jego czarujący uśmiech. 

– Myślałem, że nigdy pani nie wróci do tego – powiedział i niemal na siłę odciągnął ją od 

magnolii.  Jego  samochód,  replika  dawnego  Stutz  Bearcata,  czekał  zaparkowany  przy 
chodniku. 

– Jeśli pani sobie życzy, pojedziemy pani domu, żeby mogła się pani odświeżyć. 
– Odświeżyć  się,  to  nie  jest  właściwe  określenie – roześmiała  się.  – Chodzi  raczej  o 

solidne szorowanie. 

W czasie jazdy pokazywała mu drogę do swego domu. Gdy przyjechali, pokiwał głową z 

aprobatą na widok ogrodu usianego kwiatami. 

– Dawny dom rodziny Estes. Zawsze bardzo mi się podobał. 
Zaprowadziła  go  do  salonu  z  wysokim  sufitem,  wiklinowymi  krzesłami,  stolikami  o 

szklanych blatach i kolorowymi poduszkami. 

– Kuchnia jest na wprost – powiedziała Kate, wskazując na szerokie, przeszklone drzwi. –

W lodówce jest lemoniada, niech pan sobie weźmie. Za chwilę będę gotowa. 

– Gdyby pani potrzebowała jakiejś pomocy w sprawie tego sera, proszę mnie zawołać. –

Zachichotał, gdy pospiesznie umknęła. 

Odnalazł lemoniadę, nalał sobie do szklanki i usiadł, czekając na jej powrót. Pomyślał, że 

mógłby  od  razu  powiedzieć  jej  otwarcie,  ale  wtedy  popsułby  sobie  całą  uciechę.  A  Kate 
Midland była ucieszna, to  pewne. Któraż ze  znanych mu  kobiet umiałaby zachować  się jak 
królowa  angielska,  mając  twarz  umazaną  roztopionym serem?  Poza  tym  chciał,  żeby  to,  co 
miał jej do powiedzenia, otrzymało odpowiednią oprawę. 

Kostki  lodu  dźwięczały  w  szklance.  „Sam  siebie  oszukuję,  pomyślał.  – Odpowiednia 

oprawa – przecież  nie o to  chodzi w tej dzisiejszej randce przy obiedzie”. Chciał po prostu 

background image

być  blisko  Kate  Midland.  Kropka.  I  tylko  jeden  Bóg  wie,  dlaczego.  Było  z  nią  więcej 
problemów niż ze stadem dzikich koni. 

Kiedy weszła do pokoju, z wrażenia o mało nie oblał się lemoniadą. Niebieskie wdzianko 

z marynarskim kołnierzem jak u uczennicy, opalone nogi i koniuszki niedużych, cudownych 
piersi,  odznaczające  się  pod  spodem.  Strój  do  gry,  tak  to  się  chyba  nazywa.  Uznał,  że  to 
bardzo odpowiednie określenie. Przyszło mu do głowy parę różnych gier i żadna z nich nie 
była niewinna. 

– Czy jest pan gotów, burmistrzu? – spytała Kate z uśmiechem. 
Zdumiał się, że nawet słowa były właściwie dobrane. 
– Ależ tak, jestem gotów. 
Prowadził pewnie i spokojnie. „Jak wszystko, co robi” – pomyślała Kate. Samochód ze 

świstem  pochłaniał  przestrzeń.  Wkrótce  skręcili  w  boczną  drogę,  prowadzącą  przez  las  do 
jeziora Lamar Bruce. 

– Mam  nadzieję,  że  w  tej  restauracji  nie  wymagają  jakichś  wieczorowych  strojów –

powiedziała Kate. – Za wielki upał, żeby się ubierać. 

– Przyjemnie się tego słucha. 
Gdyby Kate nie była sobą, z pewnością by się zarumieniła. 
– Mam na myśli suknię wizytową, pończochy i inne damskie drobiazgi. 
Ben roześmiał się. 
– No więc jak to jest?
– Co jak jest?
– Trzeba mieć strój wizytowy, czy nie?
– Myślę, że nie. 
Wciąż  uśmiechając  się,  wjechał  na  żwirowy  podjazd  i  zatrzymał  się  przed  dużym 

wiejskim domem, otoczonym cyprysami, cedrami i sosnami. 

– Jesteśmy na miejscu, pani Midland. Witam w moim domu. 
– W pana domu! Przywiózł mnie pan do swojego domu?
– O co chodzi, Kate? Boisz się, że cię zjem?
Znów  się  z  niej  naśmiewał.  Dlaczego  nie  traktował  jej  poważnie?  „Niech  mnie  diabli, 

jeśli tym razem dam się naciągnąć” – pomyślała. 

– Oczywiście, że nie. Boję się, że to ja mogę ci coś zrobić. 
Uśmiechnęła się krzywo. Niech on to sobie dobrze przemyśli. 
Szarmancko  wziął  ją  pod  rękę  i  poprowadził  ścieżką  wykładaną  okrągłymi  kamykami. 

Przy drzwiach oczekiwała ich groźnie wyglądająca kobieta. 

– Steki gotowe, proszę pana. 
Lekkie skinienie głową było jedyną oznaką, że zauważyła Kate. Przez korytarz wyłożony 

boazerią poprowadziła ich do pokoju o dużych oknach, wychodzących na jezioro. Każdy jej 
ruch wywoływał odgłos podobny do szelestu bielizny zbyt długo trzymanej w krochmalu. 

– Chwileczkę, panno Turner – powiedział Ben. – Pozwoli pani, to jest Kate Midland, mój 

gość. 

Kate  nie  mogła  zrozumieć,  jak  Ben  może  być  taki  układny  wobec  tej  wiedźmy, 

background image

posyłającej im złe spojrzenia. Najchętniej schowałaby się w mysiej norze, ale niczego takiego 
nie było w zasięgu wzroku. Zebrała się jednak na odwagę i postanowiła się przywitać. Nigdy 
jeszcze nie odtrącono jej wyciągniętej ręki, ale przecież wszystko kiedyś zdarza się pierwszy 
raz. 

– Milo mi panią poznać, panno Turner – powiedziała. Wiedźma zignorowała jej gest. 
– Pani jest nowa w tym mieście, prawda? – Jej głos był zimniejszy od sopla lodu. 
– Nie przejmuj się, Kate. – rzekł Ben. – Panna Turner wszystkim daje trzecią kategorię. 

Nie staniesz  się oficjalnym  członkiem  społeczności Saltillo, dopóki  nie uzyskasz  urzędowej 
aprobaty panny Turner. 

Kate uświadomiła sobie, że jeśli będzie się to odbywać w takim tempie, to może potrwać 

i sto lat. Chyba, że panna Turner dałaby się przekupić. 

Ben czule spojrzał na swą gospodynię. 
– Jak to się dzieje, że ja z panią wytrzymuję?
– Bo ja jestem jedyną osobą, która wytrzymuje z panem. W każdym kącie wędka, robaki 

w lodówce i ten pana rozkład dnia, który i świętego wyprowadziłby z równowagi. 

Panna Turner odwiązała fartuch, złożyła go i schowała do torebki. 
– Powiedziałam  już  Sarze,  że  zostanę  z  nią  na  noc.  Czy  na  pewno  nie  będę  panu 

potrzebna?

– Nie. Może pani już iść, panno Turner. Nie będziemy pani potrzebować. 
Kate  patrzyła,  jak  panna  Turner  opuszcza  pokój  przy  akompaniamencie  szelestów.  Ta 

kobieta  z  pewnością  była  gosposią – domownikiem,  a  Ben  Adams,  najwyraźniej,  dał  jej 
wychodne na noc. „Dlaczego? – zastanawiała się Kate. – Czy to właśnie był ów przewrotny 
plan, ułożony dzisiejszego  popołudnia za zasłoniętymi oknami?  Dom ukryty w lesie, obiad, 
pewnie  z  winem.  A  co  potem?  Uwiedzenie?  Takie  małe  coś,  co  spowoduje,  że  zapomni  o 
sprawie?”

Kate nie przeceniała swojej urody, wiedziała, że nie jest szalową pięknością. Ben Adams 

jest burmistrzem i w dodatku bardzo przystojnym mężczyzną. Jeśli chodzi o towarzystwo do 
obiadu, na pewno miał w kim wybierać? Czemu więc ona?

– Może to pomoże ci się odprężyć – powiedział, podając jej kieliszek wina. 
Wzięła kieliszek i przyjrzała mu się. Wino! Wiedziała, że tak będzie. On z pewnością coś 

zamierzał. Odprężyć się, a to dobre!

Ben zauważył wyraz jej twarzy i stłumił śmiech. 
– Wojowanie to ciężka praca, nie uważasz?
Kate  ocknęła  się  z  zamyślenia.  Uniosła  głowę  i  starała  się  przybrać  obojętny  i 

nieprzenikniony wyraz twarzy. 

– Z pewnością – odrzekła. 
Nie bardzo wiedziała, z jaką jego myślą się zgodziła, ale ta odpowiedź wydała się jej dość 

bezpieczna.  Spojrzała  w  intensywnie  niebieskie  oczy  burmistrza  i  wtedy  niespodziewanie 
przyszedł jej do głowy pewien pomysł. A może by tak odwrócić role? Zaaplikować mu jego 
własną miksturę?

Zniżyła głos tak, żeby brzmiał jak uwodzicielskie mruczenie. 

background image

– Bardzo  mi  się  podoba  twój  dom...  – Miała  nadzieję,  że  zabrzmiało  to  wystarczająco 

uwodzicielsko. Brakowało jej wprawy, była zbyt prostolinijna, ale pragnęła posiąść tę sztukę. 
W końcu to dla dobra sprawy. – Wypijmy za pokój i przyjaźń – rzekła unosząc kieliszek. 

– Za to chętnie wypiję. 
Ben  przypatrywał  się  jej  znad  kieliszka.  Domyślił  się,  że  powzięła  jakiś  zamiar. 

Wyglądała jak kot, który połknął kanarka. 

– Za pokój. 
Wypiła łyk z kieliszka. 
– Za przyjaźń. 
Nie spuszczał oczu z Kate. – I za przygodę – dodał. 
– Lubisz przygody, Ben?
„A  więc  znów  „Ben” – pomyślał  ze  zdumieniem,  a  nie  „panie  burmistrzu”,  mówione 

szorstkim,  wojskowym  tonem”.  Pociągnął  jeszcze  jeden  łyk  wina,  żeby  przełknąć  śmiech. 
Zanosiło się na lepszą zabawę, niż przypuszczał. Kusiło go, żeby jej powiedzieć o zamiarach, 
jakie  miał  w  sprawie  magnolii.  Postanowił  jednak  pozostawić  rzeczy  własnemu  biegowi. 
Bardzo  lubił  niespodzianki.  Kate  na  pewno  trzymała  jakąś  kartę  w  rękawie,  uznał  więc,  że 
warto grać dalej. 

– Przygody stawiam na drugim miejscu. 
– Na drugim miejscu po czym?
– Po przygodach romantycznych. 
Pociągnęła duży łyk wina i od razu podjęła wątek. 
– Miejsce jest wymarzone. 
Przeszła przez pokój i stanęła przy nim. Czuła zapach płynu po goleniu, widziała blask 

słońca na jego twarzy. 

– Czy mógłbyś mi jeszcze dolać, Ben? Nie wiem dlaczego, ale w taki letni, upalny dzień 

wino bardzo mi smakuje. 

Kiedy  odwrócił  się,  żeby  nalać  wino,  zgasiła  jedną  z  lamp.  Wydawało  się,  że  tego  nie 

zauważył, gdyż na jego twarzy nie można było wyczytać żadnej reakcji; być może potrafił to 
dobrze ukryć. 

– Może coś nastrojowego, Kate?
– Chętnie posłuchałabym bluesa, jeśli masz. 
W  czasie  gdy  Ben  był  zajęty  wybieraniem  taśmy,  Kate  szukała  wyłącznika  górnego 

światła.  Znalazła  go  za  doniczką  z  paprocią.  Jeden  mały  ruch  i  pokój  pogrążył  się  w 
półmroku.  Jedynym  źródłem  światła  była  mała,  mosiężna  lampa  za  sofą  i  księży chultaj, 
zaglądający  przez  oszklone  drzwi.  Była  zadowolona.  To,  co  zamierzała  zrobić,  wymagało 
ciemności. 

Zmierzając ku sofie, zatrzymała się, żeby napełnić kieliszek. Zadanie, które miała przed 

sobą, wymagało także pokrzepienia się. Przy akompaniamencie monotonnej melodii Jestem w 
nastroju do miłości, 
która wypełniała teraz pokój, Kate oparła się na poduszkach i przybrała 
starannie dobraną pozę. „Przynajmniej nogi mam ładne” – pomyślała. Chcąc je jak najlepiej 
wyeksponować, podciągnęła nieco krótką, plisowaną spódnicę. 

background image

Ben podszedł do sofy i, patrząc z góry, ze znastwem oszacował jej pozę. Blaski w jego 

oczach przyprawiły Kate o dreszcze. Usiadł obok niej na tyle blisko, że poczuła ciepło jego 
nogi. 

– Czy to miałaś na myśli? – zapytał miękko. 
Choć wiedziała, że mówi o muzyce, to jednak z trudem tylko udało się jej pozbyć myśli o 

nodze. 

– Właśnie to. 
Potem,  biorąc  głęboki  oddech,  Kate  Midland  zabrała  się  do  uwodzenia  burmistrza 

Saltillo. Wszystko dla dobra sprawy. 

background image

3

Kate widziała pokój nie wyraźnie. Uśmiech Bena i jego twarz chwiały się, jak oglądane 

przez  rozgrzane  nad  ogniem  powietrze.  Nie  wiedziała  czy  to  skutek  upału,  wina,  czy 
podniecenia. A  może  wszystkiego  naraz.  Wiedziała  natomiast,  że  jej  plan  był  chyba  dobry. 
Jeśli Ben zaangażuje się w ten romans choć w połowie tak, jak ona, to niedługo zdekapituluje. 
Zaraz...  chyba  skapituluje?  Zdaje  się,  że  jej  umysł  pracuje  nie  całkiem  sprawnie.  Skąd  w 
ogóle  wzięła  się  ta  gra  miłosna?  To  ma  coś  wspólnego  z  kwiatami  pomarańczy?  Utkwiła 
wzrok  w  kieliszku  z  winem.  Nie,  coś  nie  tak.  Z  kwiatami  magnolii.  Tak,  to  o  to  chodziło. 
Poświęciła się dla drzewa. 

Postawiła kieliszek na stoliku od kawy i położyła rękę na nodze Bena. 
– Czy ktoś ci już mówił, że masz wspaniałe nogi? – zapytała poważnym tonem. 
– Nie, ty jesteś pierwsza – odparł równie poważnie. 
– Wspaniale – Bawiła się, spacerując palcami po jego nodze. – Benny, kochanie, powiedz 

mi, czy przywiozłeś mnie tutaj, żeby... 

Postawiwszy  łokieć  na  jego  kolanie,  podparła  dłonią  podbródek.  Zastanawiała  się  nad 

tym, co miała powiedzieć. 

– Czy  zwabiłeś  mnie  tutaj,  żeby  się  ze  mną  przespać?  Ben  nie  chciał,  by  widziała 

rozbawienie na jego twarzy. 

– Jeśli  nawet tak, to mój plan spalił na panewce. Ale wygląda na to, że to  ty próbujesz 

dobrać się do moich sekretów, idąc ze mną do łóżka. 

Ujął jej twarz w dłonie.
– Czy o to ci chodzi, Kate?
– Mnie? – Spiorunowała go wzrokiem. – Ja nigdy nie zdradzam swoich planów. 
Tym razem Ben nie starał się już ukryć śmiechu. 
– A  ja  swoich.  Nawet  kobietom  o  takich  oczach  i  uśmiechu  małej  dziewczynki.  Ani 

takim, które nawet w stroju uczennicy wyglądają frywolnie. 

Tak dobrze było czuć jego dłonie wokół twarzy, że wolałby, żeby ich wcale nie zabierał. 

Chciała się trochę przysunąć do niego, ale łokieć, oparty na jego kolanie zsunął się i w efekcie 
wylądowała na jego piersi. Żeby uwodzicielsko zaglądać w oczy, należałoby się podnieść, ale 
uczucie po tym upadku okazało się tak przyjemne, (szeroka męska pierś, mocne ramiona), że 
pozostała tak jeszcze przez chwilę, zbierając myśli do dalszych działań. 

– To miło – rzekł Ben, podkładając jej ramię pod głowę. – Dobrze, że pomyślałaś o tym. 
Ujął pasemko złotych włosów i patrzył, jak lśni na nich światło księżyca. Podniósł je do 

ust. Miały dotyk jedwabiu i pachniały cytryną, subtelnie i cierpko, tak jak sama Kate. 

Odwróciła  głowę,  tak  żeby  widzieć  jego  twarz.  Jej  usta  znalazły  się  tuż  przy  gładkiej, 

opalonej szyi Bena, jakby czekającej na miłosne ukąszenia. Ugryzła go lekko. Potem jeszcze 
raz. 

– Smakujesz mi. 
– Zawsze ceniłem szczerość u kobiet. 

background image

– Dużo znasz takich?
Wędrowała ustami po jego szyi, wyczuwając tętno bijące pod brązową skórą. Przyłożyła 

język do pulsującego miejsca. Było to tak, jakby pod spodem trzepotał motyl. 

– Kilka – odparł. – Ale żadna nie jest taka jak ty. 
Przenosiła tę niesamowitą pieszczotę coraz wyżej, aż trafiła na jego usta. Ben nie chciał, 

by  sprawy  zaszły  za  daleko.  Polubił  Kate.  Polubił  ją  tak  bardzo,  że  nie  chciał  narażać  na 
szwank ich stosunku; ale chyba każdy mężczyzna uległby takiej pokusie. Pomyślał, że byłoby 
zbrodnią  mieć  te  wargi  tak  blisko  i  nie  pocałować.  W  mądrych  książkach  prawdopodobnie 
jest to wręcz zalecane. Kiedy nachylał się do pocałunku, wiedział, że  jutro trzeba będzie to 
odpokutować. 

Ten  pocałunek  wart  był  tego.  Jej  szczodre  usta  były  czułe  i  ulegle,  miały cierpki  smak 

wina  i  jakąś  słodycz,  jej  tylko  właściwą.  Otoczona  jego  ramieniem,  zupełnie  rozluźniona, 
poruszała  ustami  powoli  i  zmysłowo.  Ben  nie  był  pewien,  czy  znajdzie  dość  siły,  by 
poprzestać na jednym pocałunku. 

Objęła  go  nogami  i  w  miarę,  jak  pocałunek  stawał  się  coraz  bardziej  namiętny, 

przywierała do niego coraz mocniej. Niewiele brakowało, a byłby przewrócił ją pod siebie i 
posiadł na sofie, przy świetle księżyca. 

W  końcu zmusił  się, żeby przerwać  pocałunek.  Wziął  głęboki oddech i  spojrzał  na nią. 

„Boże – pomyślał – wygląda tak ufnie i bezbronnie. Jak mała dziewczynka, która bawi się w 
dorosłą. Jak to jest, że wygląd może być tak mylący?”

– Zrobię ci kawę, a potem zawiozę cię do domu. Zapędziliśmy się, Kate. 
– Nazywaj mnie Katie. Bardzo lubiłam, jak babcia tak do mnie mówiła. – Uśmiechnęła 

się, ale zaraz zmarszczyła brew. – Coś chciałam zrobić i zapomniałam, co to miało być. 

Potrząsnęła głową, żeby się pozbyć szumu w głowie. Delikatnie głaskał jej twarz. 
– I ja chciałem coś zrobić, ale to musi poczekać. Gdybym powiedział ci teraz, szybko byś 

zapomniała. Zachichotała. 

– Wypróbuj mnie, Benny. 
– Nie ma pośpiechu. 
Oparł ją na poduszkach sofy i poszedł zrobić kawę. Gdy wrócił, znalazł Kate dokładnie w 

takiej samej pozycji, w jakiej ją zostawił. Przytrzymał jej głowę i przystawił do ust filiżankę. 

– Katie, ty chyba nie pijesz dużo, prawda?
– Kawy, herbaty czy... 
– Wina. 
– Nie, dziękuję – odpowiedziała uroczyście. – Jeden kieliszek to mój limit. 
Roześmiał się. 
– Zdaje się, że tak. 
Znów zbliżył jej filiżankę do ust. 
– Jeszcze łyk. 
Wypiła łyk kawy i rzuciła mu spojrzenie znad filiżanki. 
– Czy ty mnie kusisz?
– Nie. To ty się w to bawiłaś. Ja chcę cię otrzeźwić. Odsunęła filiżankę. 

background image

– Wolę się bawić, niż trzeźwieć. 
– Ja też, Kate, ale jutro też jest dzień. 
– Wiesz Benny, to jest bardzo głęboka myśl. Powinieneś ubiegać się o jakieś stanowisko. 

Na przykład prezydenta Saltillo. 

– Niektórzy twierdzą, że już nim jestem. 
Usiłował  postawić  ją  na  nogi,  ale  nie  chciała  stać.  Wziął  ją  więc  na  ręce,  zaniósł  do 

samochodu jak miękki tobołek i zawiózł do domu. 

– Nie  ruszaj  się  z  miejsca – pouczył ją,  kiedy  przyjechali  na  miejsce.  – Wniosę  cię  do 

środka. 

Nie potrzebował tego mówić. Kate nie poruszyłaby się, nawet gdyby obok przepędzano 

stado byków. Ben wyłowił klucz z jej torebki i wniósł ją do domu. 

– Jak to się mówi w filmach? – powiedział – Jutro mnie za to znienawidzisz. 
Ułożył ją na wiklinowej kanapie. 
– Jak to dobrze, że jesteś taka filigranowa. Gdyby nie to, byłbym zmuszony rozejrzeć się 

za czymś solidniejszym, na przykład za łóżkiem. 

Kate nie odpowiadała. Spała już głęboko. 
Rozejrzawszy się, Ben znalazł na górnej półce szafy lekki wełniany szal  i przykrył nim 

Kate. Potem usiadł na wiklinowym fotelu i przez chwilę przyglądał się, jak spała. W końcu, 
zadowolony, że będzie jej dobrze, wsiadł do samochodu i odjechał do domu. 

W  pierwszym  momencie  Kate  myślała,  że  wybuchła  u  niej  bomba  zegarowa;  potem 

stwierdziła, że to tylko dzwonek do drzwi. Zerwała się i usiadła wyprostowana, jak to miała w 
zwyczaju i zrobiła trzy ważne odkrycia; że nie jest w swoim łóżku; że ciągle jest w ubraniu; 
że nie odbija się od podłogi. Spadła z wiklinowej kanapy i wylądowała na siedzeniu. Wstała i 
trzymając się za ciężką głowę, podążyła ku drzwiom ruchem krzywoliniowym. 

– Mhm, już otwieram. 
To  był  Ben  Adams,  wesoły  i  odświeżony;  poranne  słońce  zaglądało  mu  przez  ramię,  a 

chór ptaków w ogrodzie obwieszczał jego przybycie. Kate nie podchwyciła tego nastroju. 

– Wyglądasz jak postać z filmu Disney’a – mruknęła. 
– Czy to w ten sposób wita się kogoś, kto przynosi radosne nowiny?
Nie  czekając  na  zaproszenie,  wszedł  do  domu  i  usiadł  na  wiklinowym  krześle  z 

wachlarzowatym oparciem. 

Kate  obróciła  się  ku  niemu,  ale  zaraz  pożałowała  tego  ruchu. Trzymając  się  za  głowę, 

osunęła się na kanapę. 

– Ty chyba nacierałeś te steki prochem strzelniczym. Podwinęła nogi i spojrzała na swoje 

zmięte ubranie. 

– A w ogóle to dlaczego ja tak wyglądam?
– Nie pamiętasz?
– Nie. Wszystko mi się pomieszało po tym drugim kieliszku wina. 
– Próbowałaś mnie uwieść wczoraj wieczorem. 
To,  co  usłyszała,  pobudziło  do  działania  zamgloną  pamięć.  Ostatnią  rzeczą,  którą 

pamiętała,  było  to,  że  zabrała  się  do  uwodzenia  Bena,  aby  poznać  jego  zamiary  w  sprawie 

background image

magnolii. Uznała, że najlepszą obroną będzie atak. 

– A ty, dlaczego mnie nie powstrzymałeś?
– Wygląda  na  to,  że  poprzysięgłaś  sobie  to  zrobić.  A  poza  tym,  nie  chciałem  ci  psuć 

zabawy. 

Kate zżymała się w duchu. Jakaż to była, u licha, zabawa? „Z pewnością pamiętałabym, 

gdybyśmy...” – zastanawiała się. Nawet nie chciało jej się o tym myśleć. 

– Gdybyś był chociaż trochę dżentelmenem, nie pozwoliłbyś mi na to. 
Miała nadzieję, że Ben powie coś więcej o „tym”. 
– Nigdy nie podawałem się za dżentelmena. – Roześmiał się. 
Zauważył  jednak,  że  Kate  była  rzeczywiście  przejęta  tym,  co  się  stało,  chciał  więc  ją 

uspokoić. 

Mimo to, jednak przyznaję się do pewnej domieszki szlachectwa. 
– Szlachectwa! Ty!
– lak. Uważam, że postąpiłem bardzo szlachetnie, nie przyjmując twojej hojnej oferty. 
Poczuła ulgę w całym ciele. Nie dlatego, żeby Ben się jej nie podobał, i nie dlatego, że 

miałaby coś przeciwko pójściu z nim do łóżka, tylko że wczoraj absolutnie nie zamierzała iść 
na całego. Chciała tylko ratować swoje drzewo. Kiedy się z kimś kochała, to dlatego, że był 
to dla niej ktoś szczególny. 

Chcąc ukryć swe prawdziwe uczucia, zdobyła się na pokaz brawury. 
– Burmistrzu, ja nigdy nie powtarzam tej samej oferty. Brzmiało to tak przekonywująco, 

że nawet jej babcia by uwierzyła. 

– A teraz, jeśli pozwolisz. – Wstając, oparła się o poręcz kanapy. – Muszę się przykuć do 

mojej magnolii. 

– Nie musisz, chyba że dla samej przyjemności. – Ben także wstał. – Przyszedłem, żeby 

ci powiedzieć, że zmieniłem decyzję w sprawie drzewa. Wczoraj po południu spotkałem się z 
architektem.  Opracowaliśmy  plan  rozbudowy  wydziału  wodociągów  i  energetyki  przez 
nadbudowanie jednego piętra. Twoje drzewo jest bezpieczne. 

Kate wydała okrzyk zwycięstwa i zaraz tego pożałowała. Dzwonek wolności w jej głowie 

umilkł. Wydała jeszcze jeden, bardziej powściągliwy okrzyk pochwalny i przestała. 

– Wiedziałeś o tym wczoraj po południu?
– Tak. 
– To  wobec tego  dlaczego  mi  o  tym nie  powiedziałeś,  zamiast  zwabiać  mnie  do  siebie 

propozycją obiadu?

– Ja cię nie zwabiłem, Kate. Zaprosiłem cię, a ty przyjęłaś to zaproszenie. 
– Tylko dlatego, że byłam bardzo głodna. 
– Będę musiał pamiętać, żeby łapać cię w momentach, kiedy jesteś głodna. 
Ruszył w stronę drzwi. 
– Ciągle nie odpowiedziałeś na moje pytanie. 
Z ręką na klamce odwrócił się i uśmiechnął do niej. 
– I nie zamierzam. Idę do biura, muszę zająć się sprawami Saltillo. Dobrego dnia, panno 

Katie. 

background image

Kate  niepewnym  krokiem  poszła  do  kuchni  i  przyłożyła  sobie  na  głowę  okład  z  lodu. 

„Cały wieczór po prostu mi gdzieś wyparował” – pomyślała. To był stanowczo i absolutnie 
ostatni raz, kiedy wypiła więcej niż jeden kieliszek wina. 

– Wyglądasz  jak  śmierć  na  chorągwi – powiedziała  Myrtle,  pojawiając  się 

nieoczekiwanie.  Zaczęła  właśnie  robić  kawę.  – Jane  jest  na  dworze,  przedstawia  kotom 
nowego psa, a ja włączyłam klimatyzację w salonie kosmetycznym. 

Kiedy kawa zaczęła bulgotać, Myrtle odwróciła się i spojrzała na Kate z zaciekawieniem. 
– Opowiedz, co się wydarzyło. 
– Próbowałam uwieść burmistrza. – Kate poprawiła sobie okład na głowie. – Czy możesz 

mi podać aspirynę? Przy każdym ruchu czuję ból. 

Nie  skwitowała  nawet  słowem  pojawienia  się  nowego  psa.  Jane  urządzała  w  domu 

nieprzerwaną  paradę  różnych  bezdomnych  zwierząt,  które  zbierała,  tak  jak  inni  zbierają 
znaczki. 

Myrtle podała Kate dwie tabletki. 
– No i co, udało ci się?
– On  twierdzi,  że  nie,  ale  przypominam  sobie  jak  przez  mgłę,  że  bawiłam  się  jego 

nogami. 

– Sama bym się chętnie tak pobawiła. 
– Co cię powstrzymuje?
– Sumienie metodystki i moralność Południowych Baptystów. Że nie wspomnę już Willy 

Boba. 

Nalała dwie filiżanki kawy. 
– Idę do pracy. O dziewiątej mamy robić trwałą. 
Idąc do drzwi, zatrzymała się. Odwracając się przez ramię, powiedziała:
– Wiem, kto wypił większość szampana przeznaczonego do oblewania zwycięstwa. Czy 

to ma znaczyć, że wygrałaś?

– Myrtle, czy ty kiedykolwiek widziałaś, jak przegrywam? Myrtle roześmiała się. 
– Nie  przechwalałabym  się  tym  razem  zbyt  wcześnie.  Wydaje  mi  się,  że  trafiłaś  na 

równego sobie przeciwnika. 

Kate nie chciała już o tym myśleć. Kiedyś myślała, że Joe jej dorównuje, a teraz tak wiele 

już  ich  dzieliło.  Zdjęła  okład  z  głowy  i  zrobiła  sobie  śniadanie  jak  dla  drwala.  Kiedy  już 
zjadła, wzięła prysznic i przebrała się w czerwoną, bawełnianą, leciutką sukienkę, wróciła jej 
prawie cała dawna brawura. 

– Zaczynamy  nowy  dzień,  Kate  Midland – powiedziała  do  siebie  na  głos.  – Na  pewno 

przydarzy ci się coś wspaniałego. 

Kate zdarzało się mówić do siebie, kiedy chciała dodać sobie otuchy. Robiła to tak często, 

że jej córka myślała, że wszystkie matki mówią same do siebie. 

– Cześć, mamo! – zawołała Jane z głębi podwórza, gdy Kate przechodziła, idąc do salonu 

piękności. – Czy chcesz poznać Dżeka?

– Pewnie, że chcę. 
Kate  podeszła  i  spojrzała  na  skrofulicznego  białobrązowego  psa.  Jego  matka  była 

background image

prawdopodobnie seterem angielskim, a ojcem mógł być jakikolwiek pies. 

– Jak się masz, Dżek?
– On  będzie  naszym  nowym  strażnikiem.  Zobaczyłyśmy  go  wczoraj  z  Myrtle  koło 

śmietnika. 

Ciemnobrązowe  oczy  jak  guziczki,  zupełnie  takie  jak  u  Kate,  wypełniły  się  łzami,  gdy 

podniosła wzrok na matkę. 

– Mamo, czemu ludzie wyrzucają psy?
Kate przytuliła ją i pocałowała w czubek głowy. 
– Wiesz,  kochanie,  niektórzy  zapominają,  że  zwierzęta  to  żywe  stworzenia,  które  tak 

samo, jak my, odczuwają głód, pragnienie, zimno i ból. 

Rozluźniła uścisk i uśmiechnęła się. 
– Wiesz co, idź do kuchni i przynieś dla Dżeka którąś z tych plastikowych misek. Może 

na początek zje trochę kociego jedzenia. 

– Mamo, nie mów tego tak głośno. Mógłby usłyszeć, a wiesz, on też ma swoją dumę. 
– lak, widzę to. – Kate wstała. – Teraz muszę już iść do pracy, Jane. 
– Oj, mamo, zapomniałam ci powiedzieć. Pani Henecke chce mi dać kurę. Już nazwałam 

ją Królową Wiktorią. 

– Kto to jest pani Henecke?
– Mieszka  obok  Myrtle.  Pozwolisz  mi,  mamo?  Królowa  Wiktoria  jest  bardzo  mądra. 

Nawet znosi jajka, jak jej się zachce – tak mi powiedziała pani Henecke. 

Kate roześmiała się. 
– Nie daj Boże, żeby była głupia. Jeśli rzeczywiście taka z niej mądrala, powiedz jej, że 

może zamieszkać u nas. 

Kiedy  Kate  przyszła,  salon  piękności  tętnił  już  życiem.  Pani  Maxie  czekała  na  trwałą, 

pani Ascot siedziała  pod suszarką, a Córa  Lee  Brady, z  głową w umywalce, była w trakcie 
zabiegu modelowania brwi za pomocą gorącego wosku. 

Na widok Kate, pani Maxie przerwała lekturę ilustrowanego magazynu. 
– Całe Saltillo mówi o tobie, wiesz? Pół miasta przyglądało się twoim występom przed 

magistratem, a druga połowa nie może sobie darować, że tego nie widziała. 

Kate podprowadziła panią Maxie do umywalki i okryła ją plastikową peleryną. 
– Przypuszczalnie  będą  jeszcze  inne  występy.  Mam  coś,  co  się  oględnie  nazywa 

instynktem walki. 

Córa Lee odezwała się z sąsiedniej umywalki. 
– Powinnaś była usłyszeć, jak o tym mówią ludzie nieoględni. 
Ona  sama  zwykle  słyszała  takie  rzeczy.  Miała  ucho  wyczulone  na  nieokrzesane 

rozmówki. 

– Au, Myrtle, uważaj z tym woskiem. Mogę być oskubana, a nie poparzona. 
Pani Ascot wychyliła się spod suszarki. 
– Co wy tam gadacie? Mówcie głośniej, ni cholery nie słychać pod tą rakietą. 
Córa Lee wyjrzała z umywalki. 
– Mówiłam, że niektórzy nazywają Kate wojującą intrygantką. 

background image

Kate, słysząc to, nawet nie mrugnęła; po prostu dalej myła włosy pani Maxie. Nigdy nie 

przejmowała się zbytnio tym, co ludzie mówią. 

– Zawsze staram się zasłużyć na swoją reputację – rzuciła ozięble. 
Pani  Ascot  wyczuła  okazję.  Sprzeciwianie  się  wszystkiemu,  co  mówiła  Córa  Lee,  było 

dla niej jedną z największych przyjemności w życiu. 

– Są tacy, którzy mówią, że ona jest bohaterem. 
– Jeśli już, to bohaterką. Gramatyka ci już chyba całkiem wywietrzała, co, Maudie Ascot?

– Córa Lee stawiała sobie za punkt honoru, żeby zawsze mieć ostatnie słowo. 

Nie  wiadomo  jak  długo  trwałaby  dyskusja  między  Maudie  i  Córą  Lee,  gdyby  nie 

posłaniec, który pojawił się w drzwiach salonu piękności. 

– Mam  przesyłkę  dla  Kate  Midland – powiedział.  Myrtle  podniosła  wzrok  z 

nawoskowanych brwi Córy Lee. 

– Czy zamawiałaś coś, Kate?
– Nie. 
Kate, biorąc pakunek, poczuła jakby zapach jakiejś potrawy. 
– Kto to przysyła?
– Magistrat. 
Chłopiec wyciągnął kartkę z kieszeni. 
– To dla pani. 
Kate wiedziała, kto wysłał paczkę, jeszcze zanim przeczytała kartkę. 
Droga Katie. Jeśli coś obiecam, zawsze dotrzymują. 
Zastanawiała się, czemu Ben wciąż ją tak nazywa. 
Uśmiechając się, wcisnęła kartkę do kieszonki w sukience i otworzyła paczkę. W środku 

był największy chyba pieczony stek, jaki kiedykolwiek widziała. Do tego olbrzymi pieczony 
ziemniak i pajda chleba. 

Kate postawiła pudełko na stole. 
– Poczekaj tu – powiedziała do posłańca. – Chcę przesłać odpowiedź. 
– Co jest w tym pudełku? – zawołała Córa Lee z głębi umywalki. 
Kate nie odpowiedziała. Była już w połowie drogi do drzwi. 
– Znów idzie – rzekła Myrtle – zarabiać na reputację. Kate poszła prosto do ogrodu. Nie 

miała dokładnie tego, co by chciała, ale wymyśliła coś, co świetnie to zastępowało. Cały czas 
się śmiejąc, zbierała „odpowiedź” dla burmistrza. Trwało to niecałe dwie minuty. Popędziła 
do domu,  obwiązała „wiadomość”  czerwoną wstążeczką  i  wcisnęła  ją do  pudełka. Napisała 
parę słów na jakimś kawałku torebki papierowej. 

Gwiżdżąc wesołą melodyjkę, wróciła do salonu piękności i wręczyła paczkę chłopcu. 
– To dla burmistrza. Pamiętaj, żeby mu to wręczyć osobiście. 
Córa Lee widziała wszystko, bo znów wyjrzała ze swej umywalki. 
– Co posyłasz burmistrzowi? – zapytała. 
– Niespodziankę – odparła Kate. 
Ben Adams oderwał wzrok od sprawozdania budżetowego, które właśnie studiował. 
– Dostarczyłeś paczkę, John? – zapytał posłańca. 

background image

– Tak, proszę pana, i jest odpowiedział John wręczył mu wiadomość i pudełko. 
– Wiesz, co tam jest w środku? – spytał Ben. 
– Nie wiem, ale to ciekawie pachnie. Ben najpierw odczytał wiadomość: Zapomniałeś o 

szczypiorku. Podpisane było po prostu „Kate”. Rozpruł pudełko i ryknął śmiechem. 

– Kasandro! – zawołał do sekretarki. – Przynieś ten wazon, który stoi u ciebie na biurku. 
Kasandra weszła, niemalże zanim skończył mówić. Umierała z ciekawości. 
– Proszę bardzo, panie burmistrzu. Czy mam nalać wody?
– Nie ma potrzeby. 
Ben  wyjął  bukiet  z  pudełka.  Bryłki  ziemi,  osypujące  się  z  korzeni  spadały  na  biurko, 

kiedy przekładał tę niezwykłą kompozycję do wazonu. 

– No i co, Kasandro, co o tym powiesz?
– Bukiet z cebuli, panie burmistrzu? Kto posyła bukiety z cebuli?
– Katie – odparł. 
– Co jeszcze zrobi ta kobieta? – pytała Kasandra. 
Ale burmistrz jej nie słyszał. Z upodobaniem przyglądał się swojemu bukietowi. 

background image

4

Czas  wlókł  się  niemiłosiernie  i  niewiele  brakowało,  żeby  Ben  zmarnował  cały  dzień  z 

powodu osobliwego bukietu na biurku. Ratowała go tylko wielka zdolność koncentracji. Od 
czasu do czasu podnosił wzrok znad papierów i uśmiechał się na widok cebuli. Wspomnienia 
ciemnych oczu, opalonych nóg i uroczego niebieskiego sportowego wdzianka, nakładały się 
na jego raporty i wreszcie spostrzegł, że wyczekuje już końca dnia pracy. Kiedy wskazówki 
dopełzły do piątej, wiedział już, co będzie robił. 

Rzucił  Kasandrze  wesołe  „do  zobaczenia”  i,  pogwizdując,  poszedł  do  samochodu.  Po 

chwili  Stutz  Bearcat  mknął  Drugą  Aleją,  wzbijając  tumany  kurzu  na  rozpalonej  słońcem 
ulicy. Ben zatrzymał wóz pod wielkim dębem i wysiadł, wciąż pogwizdując. 

– Znam tę melodię. – Usłyszał  dziecinny  głos.  Dziewczynka rozchyliła  gałęzie drzewa, 

przyglądając  mu  się  z  góry.  – To  jest  Dlaczego  cię  kocham  ? – Zsunęła  się  z  drzewa  i  z 
hałasem wylądowała tuż obok Bena. – Mama zawsze to śpiewała, zanim ona i tatuś rozwiedli 
się. 

Ben  uśmiechnął  się.  To  dziecko  było  nad  wiek  rozwinięte.  Była  to  jakby  Kate  w 

pomniejszeniu. 

– Cieszę  się,  że  jesteś  naprawdę.  Przez  chwilę  myślałem,  że  to  ktoś  w  rodzaju  Kota-

Dziwaka z „Alicji w Krainie Czarów”. 

– Nie, jestem Jane, choć czasami udaję kota. Czy pan jest tu klientem?
– Właściwie tak. Nazywam się Ben Adams. 
– Moja  mama  fantastycznie  strzyże,  ale  wie  pan,  nie  robiłabym  sobie  trwałej  na  pana 

miejscu. To bardzo brzydko pachnie. 

– Dzięki. Będę pamiętał. 
Otwarta życzliwość tego dziecka sprawiła, że Ben znów się uśmiechnął. Nigdy przedtem 

nie dostrzegł, jak cudowne mogą być dzieci. Chyba dlatego, że nigdy im  się nie przyglądał 
tak uważnie. A może dlatego uważał Jane za zachwycające dziecko, bo była córką Kate. 

– Czy możesz mi powiedzieć, jak trafić do salonu piękności?
– Oczywiście. Tędy. 
Jane wzięła go za rękę i, wciąż podskakując, poprowadziła na tyły domu. 
– To jest zaraz za rogiem. Ale jak pan będzie wchodził, proszę wstrzymać oddech, bo tam 

w  środku  czuć  płyn  do  układania  włosów.  I  niech  pan  uważa,  żeby  nie  nadepnąć  na  koci 
ogon. Boots lubi zwinąć się w kłębek obok suszarki. 

– Tyle dobrych rad naraz – roześmiał się Ben. – Idź pierwsza, Jane. 
– Nie, ja nie wchodzę. Dżek czeka, żebym go nauczyła, jak się zakopuje kości. 
– Kto to jest Dżek?
– Mój  nowy  pies.  Kiedyś  był  nieśmiały,  ale  teraz  zrobił  się  dzielny.  Mama  i  ja 

wyleczyłyśmy go naszymi wszystko leczącymi uściskami. 

Dziecko z oczami jak słoneczniki i anielskimi włosami, puściło jego rękę. 
– Do  widzenia,  panie  Adams.  Następnym  razem  jak  pan  przyjdzie,  przedstawię  pana 

background image

wszystkim moim zwierzętom. 

– Będę bardzo rad. 
Z jego strony nie była to tylko grzeczność. Patrzył za Jane oddalającą się w podskokach i 

zdumiewał  się,  że  rozmowa  z  dzieckiem  mogła  tak  rozgrzać  jego  serce.  „Ale  przecież 
pomyślał – nie  było  to  po  prostu  jakieś  tam  dziecko,  tylko  córka  Kate”.  Uśmiechnął  się. 
Niepowstrzymana Katie, niedoszła uwodzicielka, Katie-od-bukietu-z-cebuli... 

Wchodząc do salonu piękności, wciąż jeszcze się uśmiechał. 
Pierwsza ujrzała go Myrtle. Niosła właśnie porcję ręczników do prania. 
– O! Pan burmistrz!
Kate, zajęta dotąd porządkowaniem wałków do trwałej, obróciła się na fotelu fryzjerskim 

i  zagryzła  usta, żeby  nie  wybuchnąć  śmiechem.  Burmistrz  Saltillo,  ponad  tutejszą  miarę 
przystojny i postawny, był w jej salonie piękności tak samo nie na miejscu, jak niedźwiedź na 
pikniku szkółki niedzielnej. 

– Dzień  dobry,  burmistrzu – powitała  go.  – Sprawdza  pan,  czy  działam  zgodnie  z 

przepisami?

– Nie, przyszedłem się ostrzyc Powiedział  to tak zwyczajnie i  bez śladu zmieszania, że 

zaczęła  się  zastanawiać,  co  się  za  tym  kryje.  Nie  podobała  się  jej  ta  pewność  siebie. 
Postanowiła zyskać na czasie. 

– Czy był pan umówiony?
– Nie, ale czy to konieczne?
– Dobrze jest się wcześniej umówić. Ma pan jednak dzisiaj szczęście. Myrtle skończyła 

właśnie ostatnią klientkę i na pewno zdąży jeszcze pana obsłużyć. 

Myrtle pilnie przysłuchiwała się tej wymianie zdań. 
– Nie licz na mnie – powiedziała. – Idę do domu napić się lemoniady i poleżeć z nogami 

w górze. Pan burmistrz jest w twoich rękach. – Mrugnęła do Kate porozumiewawczo. 

– Dezerter – szepnęła Kate do sunącej ku drzwiom Myrtle. 
– Nie. Swatka. – odszepnęła Myrtle. 
Drzwi zatrzasnęły się za nią i Kate została sam na sam z mężczyzną, którego dopiero co 

usiłowała uwieść. Poczuła lekką duszność i jakby zawrót głowy. Tłumaczyła sobie, że są to 
objawy  nagłej  alergii  na  płyn  do  układania  włosów,  bo  przecież  mężczyzna  po  prostu  nie 
mógłby na nią tak zadziałać. Nawet jeśli ma usta aż proszące o pocałunek. 

Usiłowała się uspokoić, mocno ściskając w ręce nożyczki. 
– Samo strzyżenie, czy z myciem?
Miała nadzieję, że Ben będzie życzył sobie samego strzyżenia. Wiedziała, że im krócej to 

będzie trwało, tym prędzej odzyska normalny oddech. 

– Poproszę o całość. 
Powiedział  to  w  taki  sposób,  że  pomyślała  o  czymś  więcej’,  niż  strzyżenie.  Znacznie 

więcej’.  Gdyby  nie  to,  że  „trzymała  się  nożyczek”,  zrobiłaby  jakieś  głupstwo,  na  przykład 
przebiegłaby językiem po jego wargach. 

Błyskawicznie  znalazła  się  przy  umywalce.  Miała  nadzieję,  że  burmistrz  Saltillo  nie 

zorientował się, że znów ma ochotę go uwieść. Tym razem absolutnie na trzeźwo. Pomyślała, 

background image

jak to świadczy o jej libido. Być może jednak opary płynu do układania włosów rzeczywiście 
uderzyły jej do głowy. 

– Usiądź tu – powiedziała. 
Usłuchał,  ale  dopiero  po  dokładnym  przypatrzeniu  się  jej  tymi  niewiarygodnymi,  jak  u 

Paula  Newmana,  oczami.  Czuła  się  tak,  jakby  ktoś  ją  dokładnie  obmierzył  i  na  koniec 
opatrzył w metkę. Regulując temperaturę wody zastanawiała się, jaki napis znajdzie się na tej 
metce:  „przyjęto”,  „wstrzymać”,  czy  może  „zły  rozmiar”.  Podświadomie  wyprostowała  się; 
chciała  wyglądać  na  wysoką.  Zawsze  bardzo  chciała  być  wysoka,  nawet  bardziej,  niż  mieć 
przedziałek między piersiami. Właściwie nie wiedziała, dlaczego chciała go mieć. Pomyślała, 
że  głównie z  nudów. Ale być wysoką – to  jest coś, co pozwala inaczej żyć. Można  patrzeć 
ludziom prosto w oczy, szczególnie takim, jak burmistrz i szczególnie w takie oczy, jak jego, 
niebieskie. 

Podczas, gdy Kate snuła te rozważania, woda cały czas lała się do umywalki. 
– Daj mi znać, kiedy będziesz gotowa. Głos Bena wyrwał ją z zamyślenia. 
– Co mówisz?
– Powiedziałem – daj  znać,  jak  będziesz  gotowa.  Zacisnęła  przewód  od  prysznica  tak 

mocno, że wyśliznął jej się i woda trysnęła Benowi prosto w ucho. 

– Och! Przepraszam. 
Chwyciła ręcznik i osuszyła ucho. Pomyślała sobie, że to jej doszukiwanie się ukrytych 

znaczeń we wszystkim, co Ben mówi, może mu grozić utopieniem. 

– Nic nie szkodzi. To ucho i tak powinno być umyte – odparł ze śmiechem. 
– Nic nie doliczam za mycie uszu, to należy do całości. 
Z uśmiechem rzuciła ręcznik na półkę i wzięła szampon. „Pora już skupić się na fryzurze 

burmistrza  i  skończyć  z  tym  śmiesznym  marzeniem  na  jawie – mówiła  sobie  Kate.  – Czas 
przestać  myśleć  o  jego  niebieskich  oczach  i  zająć  się  nim  jako  klientem”,  la  jej  cicha 
autoperswazja działała tylko do chwili, kiedy zanurzyła ręce w jego włosach. Poczuła, jak fala 
drżenia przechodzi po niej od czubków palców aż po ramiona. Jego włosy były kędzierzawe, 
sprężyste i bardzo męskie. Nie wiedziała dotąd, że włosy mogą być aż tak podniecające. 

Wcierając szampon, bezskutecznie starała się wmawiać sobie, że są to po prostu włosy. 

Włosy Bena Adamsa to było coś niezwykłego. Były tak pełne energii i witalności, jak on sam. 
Owijały się wokół palców i kusiły ją. 

– Och, mój... – Te słowa były nieledwie westchnieniem. 
– Czy coś mówiłaś?
– Pytałam, czy nie dostał ci się szampon do oczu? – dorzuciła to kłamstwo, bez drgnienia 

powieki, do coraz dłuższej listy grzechów. 

– Nie. A to co robisz z moją głową, jest cudowne. 
Wstrzymała ręce. A więc znów dwuznaczniki. Czy domyślił się, że chciałaby przenieść 

ruchy  swych  rąk  na  jego  pierś?  Czy  świeżo  upieczona  rozwódka  powinna  myśleć  o  takich 
rzeczach? Czy nie powinna odbyć uczciwej żałoby po, dopiero co, pogrzebanym małżeństwie 
z  Joem?  Nie  była  jednak  w  nastroju  żałoby.  Chciało  jej  się  śpiewać.  A  wszystko  to  przez 
magnolię, ser rozmazany na twarzy, wino, jego wspaniałe nogi i usta, czekające na przyjęcie 

background image

pocałunków. Myślała, jak  by to  było,  gdyby zaczęła  go całować, wyjaśniając, że  to  też  jest 
wliczone do rachunku. 

– lak  mnie  uczono – odparła  z  wystudiowaną  swobodną.  Czuła  zuchwałe  pożądanie  i 

wiedziała, że jest niebezpiecznie bliska uwiedzenia burmistrza. Po raz wtóry. 

– Nie wiedziałem, co tracę, chodząc do golibrody. Będę musiał robić sobie taką frajdę co 

tydzień. 

Frajdę.  „Dobre  sobie – pomyślała.  – Co  ten  człowiek  chce  z  nią  zrobić?  Czyżby  nie 

zdawał sobie sprawy, że ona może rzucić się na niego lada moment?”

– Jeśli chcesz mieć tę frajdę ze mną, musisz wcześniej zadzwonić i umówić się na wizytę. 
– W porządku. Chcę. 
Z rękami wciąż zanurzonymi w jego włosach i mając jego twarz tak blisko, nie mogła się 

zdobyć  na  odpowiedź.  Nie  była  już  w  ogóle  w  stanie  myśleć.  Poruszając  się  jak  we  mgle, 
wypłukała  mu  włosy  i  przeprowadziła  go  do  miejsca,  które  było  jej  stanowiskiem  pracy. 
Miała  nadzieję,  że  zdoła  go  ostrzyc,  polegając  jedynie  na  instynkcie.  W  przeciwnym  razie 
mogłaby obciąć mu ucho. 

– Jak sobie życzysz – zapytała – czy mam cię ostrzyc brzytwą czy nożyczkami?
– Nie  jestem  pewien,  czy  pod  brzytwą  będę  bezpieczny.  –  I  słusznie.  Ja  też  nie  mam 

pewności. 

Przez  moment  ciszę  w  salonie  piękności  zakłócił  tylko  szum  klimatyzacji  i  szczęk 

nożyczek Kate. Ben starał się udawać, że strzyżenie było jedynym powodem, dla którego się 
tu znalazł, a Kate – że jest on dla niej po prostu jednym z klientów. Ale nie wychodziło im to 
udawanie. Na  brwiach Bena perlił się pot, Kate  czuła gęsią skórkę  na ramionach. Ben miał 
ochotę ściągnąć ją na swoje kolana, tu, wśród tych wszystkich akcesoriów toaletowych; Kate 
zastanawiała  się,  co  by  się  stało,  gdyby  wycisnęła  mu  pocałunek  na  karku,  miejscu  gdzie 
szyja łączy się ze wspaniałymi ramionami. 

Cisza  przeciągała  się,  aż  stała  się  tak  napięta,  jak  ich  nerwy.  Ben  miał  zamiar 

podziękować Kate za bukiet. Chciał zaprosić ją na obiad. Miał powiedzieć mnóstwo rzeczy, 
wszystko składnie i dowcipnie. Ale potem Kate zanurzyła ręce w jego włosach. Nie myślał, 
że  dostanie  się  do  niewoli.  Nie  przewidział  tego  przypływu  pragnienia,  które  niemalże 
odebrało mu mowę. 

Słyszał  brzęk  nożyczek  koło  ucha,  czuł,  jak  Kate  muska  jego  włosy  i  ogarnęło  go 

pożądanie.  „Namiętność  przychodzi  przy  księżycu,  w  satynowej  pościeli – myślał  ze 
zdumieniem – a  nie  przybrana  w  plastikową  pelerynę  fryzjerską,  wśród  ścinków  włosów”. 
Przy dźwięku nożyczek Kate, Ben doszedł do wniosku, że czasami namiętność przywdziewa 
dziwaczny kostium. 

– Czy dobra długość? – spytała Kate. 
– Przytnij jeszcze trochę. 
Ben  dałby  się  ostrzyc  do  gołej  skóry,  byleby  tylko  przedłużyć  to  posiedzenie.  Nawet 

gdyby go oskalpowała, zawsze przecież będzie mógł przykryć głowę rybacką czapeczką. 

W miarę, jak strzyżenie przedłużało się, jego pożądanie rosło. Nie zdawał sobie sprawy, 

że  dotyk  kobiecych  rąk  we  włosach  może  być  tak  delikatny  i  napastliwy  jednocześnie,  –

background image

zmysłowy,  sugestywny  i  obiecujący  wszystko  to,  co  sprawia,  że  męska  pierś  się  napręża. 
Pomyślał,  że  ci  sami  ludzie,  którzy  w  reklamach  telewizyjnych  przepędzają  stada  słoni  po 
różnych  przedmiotach,  musieli  także  przetestować  zamek  błyskawiczny  w  jego  spodniach. 
Inaczej już by się rozszedł. 

– A teraz?
– Skróć jeszcze trochę. 
– Jeśli  jeszcze  skrócę,  będziesz  musiał  pójść  do  klasztoru.  Zamierzał  powiedzieć 

cokolwiek, co pozwoliłoby przedłużyć ten zabieg, ale zrezygnował. Zamiast tego powiedział:

– Tak jest dobrze. Ładnie to zrobiłaś. 
– Zawsze się staram, żeby klient był zadowolony. 
– Mnie zadawalasz aż nadto. 
Gdy ich oczy spotkały się, omalże dali się ponieść fali namiętności, która ich zalewała. 

Gdyby nie to, że Ben zachował resztkę przytomności, zrobiliby pewnie coś takiego, co dałoby 
Córze Lee materiał do plotek na całe miesiące. 

Wstał,  zapłacił  za  strzyżenie  i  wyszedł.  Siadając  za  kierownicą,  pomyślał,  że  dobrze 

byłoby,  gdyby  samochód  trafił  do  domu  bez  jego  udziału,  bo  on  sam  nie  umiałby  znaleźć 
domu nawet z helikoptera patrolowego. 

Przez pełne trzy minuty Kate wpatrywała się w drzwi swego salonu piękności. 
– Nie do wiary – stwierdziła. 
Położyła nożyczki na stole i w roztargnieniu znów wzięła je do ręki. 
– A to dopiero!
W zamyśleniu strzepnęła i zwinęła plastikową pelerynę, by znów ją rozwinąć i strzepnąć 

po raz wtóry. 

– A może to?
Usiadła  na  obrotowym  krześle,  wciąż  ciepłym  po  Benie,  i  zaczęła  się  kręcić  jak  na 

karuzeli. 

– To jest najbardziej zdumiewające – oznajmiła, nie przestając się obracać. 
– Co jest zdumiewające, mamo?
Jane wskoczyła do środka, chwyciła swojego kota i zamierzała od razu wyjść. 
– Co? – zapytała Kate. 
– Właśnie o to pytam. 
Jane wsparła podbródek na puszystej głowie kota i spojrzała na matkę. 
– Co jest zdumiewające?
– Burmistrz. 
– Powiedziałabym, że jest miły, a nie zdumiewający. Czy on się ostrzygł?
– Pytanie!
Jane podrapała kota za uszami i spojrzała badawczo na matkę. 
– Dzieją  się  tu  dziwne  rzeczy.  Po  pierwsze,  burmistrz  nuci  tę  piosenkę,  a  potem  ty 

obracasz się na krześle jak na karuzeli. 

Kate  przyszła  do  siebie  na  tyle,  że  przestała  się  kręcić.  Wstała,  zatoczyła  się  i  musiała 

chwycić się stołu, żeby nie upaść. 

background image

– Za  dużo  tego  kręcenia – powiedziała  z  zakłopotaniem.  Kiedy  słowa  Jane  dotarły 

wreszcie do niej, zapytała: – Jaką piosenkę?

– Znasz  ją.  To  taka  piosenka o  miłości,  którą zawsze  śpiewałaś,  kiedy mieszkaliśmy w

Biloxi. 

– Dlaczego cię kocham?
– 
Tak. 
– A to heca! Zdumiewające!
– O  Boże! – Jane  podniosła  błagalnie  oczy.  – Mamo,  obiecaj  mi,  że  jak  cię  o  coś 

poproszę, to nie powiesz „Zdumiewające!”. 

Kate podniosła dwa palce jak do przysięgi. 
– Słowo harcerza!
– Mój  nowy  kolega,  Kotlet,  powiedział  mi,  że  na  wakacje  zapisał  się  do  drużyny  piłki 

nożnej. Czy ja też mogę?

– Myślę, że to byłaby dobra zabawa. Zajmiemy się tym jutro rano. 
– Dzięki, mamo. 
Drzwi zatrzasnęły się za Jane. Kate wzięła szczotkę, żeby zmieść włosy Bena. 
– Dzięki  Bogu,  jest  Jane – mruczała  do  siebie.  – Nic  tak  jak  dziecko  nie  otrzeźwia 

kobiety. Już sama myśl! Zachowywać się tak, jakby strzyżenie było czymś nadzwyczajnym. 
A to dopiero! Zaraz zacznę gadać do siebie. 

Pochyliła  się  i  zaczęła  zgarniać  włosy  na  śmietniczkę.  I  wtedy  jakiś  drobny  kosmyk 

uczepił  się  jej  dłoni.  Mały  kędziorek  uruchomił  nowy  łańcuch  myśli  na  temat  swego 
właściciela.  Kate  przystanąła  na  moment,  wpatrując  się  w  przestrzeń.  Wreszcie  strzepnęła 
kosmyk, jakby to był rozżarzony węgielek. 

– Nie będę tego robić. 
Wnet  zamknęła sobie usta  dłonią. „Wielkie  nieba,  pomyślała. Rzeczywiście  zaczęła  już 

mówić  do  siebie.  Całkiem  już  zgłupiała  z  powodu mężczyzny,  którego  dopiero  co  poznała. 
Czy lekcja z Joem poszła na marne? Czy nie nauczyła się nie pozwalać sercu rządzić sobą? 
Owszem, można stracić głowę w miłosnym uniesieniu, wszystko to bardzo pięknie, a potem 
co – zostać  kurą  domową?  Spójrzmy,  co  się  dzieje,  gdy  twarda  rzeczywistość  dochodzi  do 
głosu. Oboje z Joem byli uparci, podobnie zresztą jak Ben Adams. Żadnych kompromisów. 
Byli jak dwa słonie, ciągnące każdy w swoją stronę, niezdolni ani ustąpić, ani wybaczyć, ani 
zapomnieć. Ciągnęli tak jakiś czas, aż w końcu rozpruło się. 

Musiała przyznać, że początkowo udawało im się jakoś to zszywać w łóżku. Ale z czasem 

i łóżko zeszło na dalszy plan. Nie umiejąc rozwiązać swoich problemów, popsuli także i to. 

Kate  wyrzuciła  zawartość  śmietniczki  do  kubła  na  śmieci  i  zatrzasnęła  pokrywę  nad 

włosami Bena Adamsa. „Tu jest miejsce na takie rzeczy” – powiedziała sobie, jakby razem z 
jego włosami mogła też pozbyć się całego ambarasu z burmistrzem. 

– Co z oczu, to z serca – mruknęła. 
Stwierdziwszy, że znów mówi do siebie, uciekła z salonu piękności i rzuciła się na pranie. 

Ze złością chwytała i składała ręczniki; ciągle jednak łapała się na tym, że zamiast posuwać 
robotę  naprzód,  wpatruje  się  w  przestrzeń  i  myśli  o  sprężystych  włosach  i  oczach  koloru 

background image

nieba. 

Idąc  Second  Avenue  do  East  Mobile  Street,  Kate  i  Jane  zatrzymały  się  koło  starszego 

człowieka, siedzącego na ławce, okupowanej zwykle przez miejscowych próżniaków. 

– Dzień  dobry – zagadnęła  Kate.  – Czy  może  pan  mi  powiedzieć,  gdzie  jest  Wydział 

Parków i Wypoczynku?

Mężczyzna  przemieścił  porcję  tytoniu,  którą  właśnie  żuł,  spod  jednego  policzka  koloru 

wyprawionej skóry pod drugą i splunął pod stopy. 

– Powiedziałbym, gdyby był, ale go nie ma. 
– A kto organizuje letnie drużyny piłkarskie?
– Biuro burmistrza. 
Gdy podniósł na nią wzrok, jego wodnisto-niebieskie oczy utonęły w sieci zmarszczek. 
– Na drugą stronę i w prawo. 
Kate pomyślała, że nie ma sensu mówić, iż wie, gdzie jest biuro burmistrza. 
– Dziękuję – powiedziała Kate i zaczęły z Jane przechodzić na drugą stronę. 
– On pojechał na ryby. Kate odwróciła się. 
– Słucham?
– Burmistrz pojechał na ryby. Widziałam go dziś rano z wędką. 
„To dobrze – pomyślała Kate. – Nie będzie musiała mieć z nim do czynienia. Im mniej 

będzie go widywać, tym lepiej”. 

– W takim razie będę rozmawiać z jego sekretarką. Dziękuję za informację. 
Gdy  przechodziły  przez  ulicę,  Kate  usłyszała  za  sobą  śmiech  mężczyzny.  Poczuła  się 

nieswojo na myśl, że on wie coś, czego ona nie wie. Gdy tylko ujrzała budynek magistratu, 
serce zaczęło jej walić jak młotem. Nie miało znaczenia, że burmistrz akurat jest na rybach; 
Ben tak silnie kojarzył się jej z tym miejscem, że stanął jej przed oczami jak żywy. 

– Nie idź tak szybko, mamo – powiedziała Jane. – Nie mogę nadążyć. 
– Przepraszam. 
Kate zwolniła kroku, ale obraz Bena miała ciągle przed sobą. 
Kasandra spojrzała znad maszyny na Kate i Jane, wchodzące do biura. 
– Czym mogę służyć, pani Midland?
Nie musiała pytać o nazwisko. Od incydentu z  magnolią wszyscy w mieście znali Kate 

Midland. Kate ruszyła prosto do jej biurko. 

– Przyszłam zapisać Jane na letnie zajęcia z piłki nożnej. Kasandra bezskutecznie starała 

się ukryć zdumienie. Jej brwi schowały się pod starannie polakierowaną grzywkę, a nozdrza 
trzepotały. 

– Powiedziała pani z piłki nożnej?
– Tak. Kotlet Clark powiedział Jane o tym. Czy tu się można zapisać?
– No tak, ale... 
– Dobrze. Czy płaci się wpisowe?
Kasandra patrzyła na Kate z takim samym przerażeniem, jak na widok pędzącego na nią 

stada mustangów. 

– Tak, ale... 

background image

– Ile?
– Tylko pięć dolarów, ale... 
– Wspaniale. – Kate ostentacyjnie zabrzęczała monetami. 
– Czy są do podpisania jakieś formularze?
Kasandra patrzyła na te pieniądze, tak jakby obawiała się, że ją pogryzą. 
– Och... pani Midland... – Patrzyła to na pieniądze, to na zdeterminowaną interesantkę i 

nie mogła się przełamać. Odchrząknęła i spróbowała jeszcze raz. – Dziewczynki nie grają w 
piłkę nożną. 

Kate roześmiała się. 
– Owszem, grają. Sama grałam w kilku meczach i chwaliłam to sobie. 
– Chciałam  tylko  powiedzieć,  że...  – Kasandra  zrobiła  przerwę,  żeby  zwilżyć  językiem 

wyschnięte wargi. – Dziewczynki nigdy nie zapisywały się na piłkę nożną. 

– A więc najwyższy czas, żeby zaczęły. 
Kasandra, która uważała pocenie się za rzecz godną prostaka, jeśli nie komunisty, otarła 

wilgotne czoło. 

– Dla dziewcząt mamy przyjemne zajęcia z haftu. Opłata jest ta sama. 
– Haftować już umiem – powiedziała Jane. – Chcę grać w piłkę. 
– Ona chce grać w piłkę – powtórzyła Kate jak echo. – Dobrze byłoby, gdyby pani nam 

dała odpowiednie formularze i powiedziała, jaki jest program zajęć. 

– Ja... – Kasandra przygryzła dolną wargę. – Przepraszam, ale nie mogę tego zrobić. 
– Dlaczego? – Kate z trudem utrzymywała spokój. Nie cierpiała przesądów co najmniej 

tak bardzo, jak nienawidziła masakrowania drzew. 

– W  Saltillo  po  prostu  się  tego  nie  robi.  Nie  podobałoby  się  to  trenerom  i  rodzicom 

chłopców. Być może jest nawet przepis, który nie pozwala dziewczętom grać w piłkę. 

Kate  trzymała  nerwy  na  wodzy.  „W  końcu – pomyślała  sobie – to  nie  sekretarka 

burmistrza ustanowiła takie przepisy, ona co najwyżej usiłuje je wyegzekwować”. 

– Jestem pewna, że pani zapisałaby Jane, gdyby pani mogła – powiedziała. Ale wcale nie 

była tego tak pewna, postanowiła  jedynie podejść  do sprawy dyplomatycznie. – Czy jest tu 
dyrektor od spraw rekreacji lub osoba odpowiedzialna za takie zajęcia, ktoś, z kim mogłabym 
porozmawiać? Na twarzy Kasandry pojawił się słaby uśmiech ulgi. 

– Nasze  miasto  jest  za  małe  na  to,  żeby  mieć  osobnego  urzędnika  zajmującego  się 

wypoczynkiem. To tylko tysiąc pięćset mieszkańców. Zarząd, łącznie z burmistrzem, pracuje 
w  niepełnym  wymiarze  godzin.  Wszystko  załatwia  biuro  burmistrza.  Będzie  pani  musiała 
zwrócić się bezpośrednio do niego. On jest albo w swoim biurze handlu nieruchomościami na 
North Third Avenue, albo łowi ryby nad jeziorem Lamar Bruce. 

– Łowi ryby. 
Fakt, że Kate to wiedziała, wywołał u Kasandry efekt zdumienia w postaci mimowolnego 

otwarcia ust. 

Kate zaczęła zbierać swoje pieniądze z biurka, ale potem zmieniła zamiar. 
– Niech pani zatrzyma to wpisowe. Po rozmowie z burmistrzem wpadnę, żeby wypełnić 

formularze. 

background image

Posyłając  Kasandrze  wesoły  uśmiech,  wzięła  Jane  za  rękę  i  wyszła  z  biura.  Kasandra 

jeszcze przez dwie minuty po ich wyjściu miała usta otwarte ze zdumienia. 

– Czy to znaczy, że nie będę grać w piłkę? – zapytała Jane, kiedy znalazły się na zalanych 

słońcem frontowych schodach magistratu. 

– Nie,  to  znaczy,  że  będziesz  zapisana  z  małym  opóźnieniem.  Z  bardzo  niewielkim 

opóźnieniem. 

– Myrtle! – zawołała, wpadając do salonu piękności, wciąż holując za sobą Jane. 
Myrtle wystawiła głowę z szafy. 
– Nie musisz krzyczeć. Nie jestem głucha. 
– Czy możesz przez chwilę popilnować Jane? Muszę coś załatwić z burmistrzem. 
– A tym razem o co chodzi? – Myrtle wynurzyła się z szafy ze stertą ręczników. 
– Zamierzam wydać walkę rażącej dyskryminacji płci w tym mieście. Co za pomysł – nie 

pozwolić dziewczętom grać w piłkę nożną. 

– Oho, czuję, że szykuje się bitwa. 
– To nie będzie bitwa, tylko wojna. Kto to słyszał, żeby tak spychać kobiety na podrzędne 

pozycje, zupełnie jak w dziewiętnastym wieku. Niedługo dowiemy się, że w Saltillo kobiety 
nie mogą głosować. 

Myrtle roześmiała się i powiedziała do Jane:
– Uwaga, uwaga nadchodzi!
Jane,  która  była  przyzwyczajona  do  tego  rodzaju  konceptów,  spokojnie  wzięła  swego 

kota i skierowała się ku drzwiom. 

– Nie złość się tak na burmistrza. Ja go lubię. Zwracając się do Myrtle, powiedziała:
– Gdybym ci była potrzebna, będę u Kotleta. 
– Wiesz,  Jane  ma  rację – rzekła  Myrtle.  – Nie  powinnaś  być  taka  ostra  wobec  Bena 

Adamsa. On nie wydał żadnych przepisów zabraniających dziewczętom grać w piłkę nożną. 
Po prostu w Saltillo zawsze tak było, a my zawsze żyliśmy zgodnie z tradycją. Poza tym ja też 
lubię burmistrza. Wszyscy go lubią. To fajny facet. Chyba najlepszy, jak dotąd, w Saltillo. 

Kate wzięła się pod boki. 
– Myrtle, pewnie  będziesz  zaskoczona, ale i  ja  lubię Bena  Adamsa. Pewnie  więcej, niż 

powinnam... 

– Wcale mnie nie zaskoczyłaś. Musiałabym być ślepa, żeby nie zauważyć, jak się iskrzy 

między wami. 

Kate mówiła dalej, jakby nie usłyszała, słów Myrtle. 
– Mimo wszystko nie zamierzam się przyglądać, jak się dyskryminuje moją córkę tylko 

dlatego, że nikt jeszcze nie zakwestionował tradycji. Chcę stanąć oko w oko z burmistrzem i 
tym razem nie zamierzam go uwodzić. 

– No,  nie  zakładałabym  się  o  to – mruknęła  Myrtle,  kiedy  Kate  znikła  za  drzwiami.  –

Wcale bym się nie zakładała. 

background image

5

Ben Adams siedział zadowolony w swojej łódce. Przysłuchując się łagodnemu szmerowi 

wody,  obserwował  spławik,  unoszący  się  na  gładkiej  powierzchni  jeziora.  „Nie  ma  to –
pomyślał  sobie – jak  dzień  spędzony  na  wędkowaniu – zapomina  się  o  wszystkich 
problemach.  Żadnego  użerania  się  z  szefem  straży  pożarnej,  żadnego  dziurawego  budżetu, 
żadnego  widma  wzrastających  podatków  ani  braków  wody  dla  miasta”.  Otóż  to.  Łatwo 
można  by  się  przyzwyczaić  do  takiego  trybu  życia.  Nic  oprócz  nieba,  jeziora  i  mądrego, 
nieufnego suma, którego trzeba przechytrzyć. 

Zwinął  żyłkę  i  zarzucił  wędkę  w  miejscu,  gdzie  na  dnie  spoczywały  stare  spróchniałe 

pnie,  świetna  kryjówka  dla  sumów.  Z  czapką  zsuniętą  na  tył  głowy,  gwiżdżąc  przez  zęby, 
patrzył jak blaski słoneczne igrają na powierzchni jeziora. 

Nagle  poczuł  na  kiju  szarpnięcie.  Popuścił  trochę  żyłki,  żeby  dać  rybie  pewien  luz  i 

zaczął  z  nią  walkę  podobną  do  przeciągania  liny.  Ryba  rzucała  się,  trzepiąc  ogonem  i 
usiłowała uwolnić się od haczyka. Ben pogwizdywał. 

– To  dziadek  wszystkich  sumów.  No,  dalej  staruszku,  rób,  co  do  ciebie  należy.  – Jego 

głos był miękki i przymilny, niemalże zalecał się do ryby. – Stawaj dzielnie. Przed wieczorem 
będę cię miał na patelni. 

Ryba znów  rozcięła powierzchnię  wody i  ukazała swe połyskliwe boki. Szarpiąc żyłkę, 

zanurkowała i usiłowała wypluć haczyk tkwiący jej w pysku. 

– Uparta  z  ciebie  sztuka – nie  ma  co.  – Uśmiechnął  się  Ben.  To  było  to,  co  lubił 

najbardziej – wyzwanie i próba sił, zmaganie się. 

Ben i  ryba zwarli się w walce na śmierć i życie. Minuty płynęły niepostrzeżenie. Ciszę 

nad  jeziorem  zakłócały  tylko  plaśnięcia  wielkiego  ogona  ryby  i  brzęk  spragnionych  krwi^ 
komarów. 

Trudno powiedzieć, jak długo trwałaby walka, gdyby nie Kate. Zjawiła się nad jeziorem 

jak  bogini  zemsty.  Gałązki  trzeszczały  pod  jej  stopami,  a  niższe  gałęzie,  zagradzające  jej 
drogę  odsuwała  na  bok  zdecydowanym  ruchem.  Nawet  gdy  jakaś  gałąź,  zahaczając  o 
czerwoną wstążkę, rozsypała jej koński ogon, parła naprzód, nie chcąc zatrzymywać się dla 
takiego głupstwa. Spod jej nóg czmychnął przerażony królik, a jaszczurka, zażywająca kąpieli 
słonecznej na kamieniu, przezornie umknęła na bok. Twarz Kate była jak chmura gradowa, 
tak  groźna,  że  z  pewnością  zakryłaby  słońce,  gdyby  nie  to,  że  kierunek  poruszania  się  tej 
chmury był z góry ustalony. 

Kate miała sposobność przemyślenia sytuacji podczas krótkiego przejazdu nad jezioro; im 

więcej  o  tym  myślała,  tym  bardziej  była  wściekła.  Zanim  zaparkowała  swój  podstarzały 
furgon na podjeździe u Bena i, obchodząc dom dookoła, skierowała się ku jezioru, była już w 
pełnej  formie  do  walki.  „Nikt – powiedziała  sobie – nie  będzie  bezkarnie  dyskryminował 
mojej córki. Dotyczy to również burmistrza tego miasta”. Odrzuciła myśl, że jej złość jest po 
prostu formą samoobrony przed siłą, jaka pchała ją ku niemu. 

Jej  determinacja  sprawiała,  że  wydawała  się  wyższa,  gdy stanęła  na  brzegu.  Osłaniając 

background image

oczy przed słońcem, patrzyła na jezioro. A tam był Ben. Siedział w łódce sam, z wędziskiem 
w  ręce.  Nie  miała  wątpliwości,  że  to  był  on.  Nikt  inny  nie  potrafiłby  wyglądać  w  zwykłej 
łódce  rybackiej  w  taki  sposób,  iż  wydawało  się,  że  została  ona  zbudowana  tylko  po  to,  by 
podkreślić  jego  męskość.  Odwrócony  profilem,  oblany  złotym  światłem  słonecznym, 
wyglądał jak kosztowna rzeźba. Wspaniała i pociągająca. 

Kate  potrząsnęła  niecierpliwie  głową,  chcąc  pozbyć  się  tego  rodzaju  myśli.  Przyszła  tu 

przecież  po  to,  by  stoczyć  bitwę  z  burmistrzem,  a  nie  po  to,  by  go  uwodzić.  Z  pewnym 
wysiłkiem zdołała przestawić się na myślenie o właściwym przedmiocie swej akcji. 

– Ben! – Pozdrowiła go podniesioną ręką. 
Ben rozejrzał się zaskoczony i nie dopilnował żyłki, która się rozluźniła. Wielki sum nie 

potrzebował  wyraźniejszej  zachęty – rzucił  się  naprzód  i,  zrywając  żyłkę,  pociągnął  ją  w 
chłodne głębiny jeziora. 

– A niech to diabli – warknął Ben. – Straciłem go. 
Ale nie martwił się. Wręcz przeciwnie. Widok Kate Midland stojącej na brzegu sprawił, 

że niemal całkiem zapomniał o łowieniu ryb. 

– Hej tam, Kate! – Położył wędkę na dnie łódki i zaczął wiosłować do brzegu. – Co cię 

sprowadza nad jezioro?! – wołał ponad spokojną wodą. 

– Nie ryby! – odkrzyknęła. 
Ben nie odpowiadał, aż do czasu, gdy pokonał oddzielającą ich przestrzeń. Wyjął wiosła z 

wody i dryfował ku brzegowi. 

Łódka, wcinając się w rzęsę, dobiła do brzegu. Ben odwrócił się i przez chwilę siedział 

nieruchomo,  napawając  się  widokiem  Kate  Midland  stojącej  w  słońcu  na  brzegu; 
rozświetlone włosy, energiczne spojrzenie i dumnie wysunięty podbródek. Kiedy się nasycił, 
przemówił do niej:

– Katie, przez ciebie wymknął mi się największy sum, jaki jest w tym jeziorze. 
– Burmistrzu – odpowiedziała. – Zanim nie skończę sprawy z tobą, nie będziemy mówić 

o tym, co ci się wymyka. 

Ben ryknął śmiechem, odrzucając głowę do tyłu. 
– Czy to znaczy, że znów nastajesz na moją reputację? – zapytał. 
– Nie. Chodzi mi o twój skalp. 
– Jestem zawiedziony. 
– Dlaczego, burmistrzu? Myślałam, że lubisz walczyć. 
– Wolę się kochać. 
Kate usiłowała rozluźnić kołnierzyk, żeby się trochę ochłodzić. Nie była dziś nastrojona 

zbyt wojowniczo. Być tak blisko niego i nie stracić panowania nad sobą, oznaczało dla niej 
wielką próbę. Nie była pewna, czy uda się jej skupić myśli na sprawie piłki nożnej dla Jane, 
ale postanowiła zacisnąć i zęby i spróbować. 

Gdyby  Ben  nie  siedział  w  łódce,  nie  wyglądałby  tak  pociągająco.  Pływanie  łódką  to 

słońce, zabawa, śmiech i miłość. Powinna więc wyciągnąć go z tej łódki na suchy ląd, żeby 
nie  powiedzieć – na  ubitą  ziemię.  Może  nie  będzie  wyglądał  tak  romantycznie  z 
zapiaszczonymi nogami. Może wtedy będzie mogła spokojnie myśleć o grze w piłkę, zamiast 

background image

o grze miłosnej. 

– Mam ważną sprawę do omówienia z tobą, burmistrzu – rzekła. – I nie chciałabym stać 

tu na brzegu i krzyczeć. 

– W takim razie chodź tutaj. 
Chwycił ją za rękę i bez ceremonii wciągnął do łódki. Kiedy pomagał jej się usadowić, 

jego niebieskie oczy zalśniły blaskiem przyćmiewającym blask nieba i jeziora. 

– Uważam, że taka łódka i przyroda to najlepsze tło dla każdej dyskusji. 
Nie puszczał jej ręki, mimo że już się usadowiła. 
– A teraz, Katie, powiedz mi, co to za sprawa. Musi to być coś rzeczywiście poważnego, 

inaczej nie nazywałabyś mnie ciągle burmistrzem. 

Z ręką  w  jego dłoni  i  słońcem za  plecami  było  jej tak dobrze  i  ciepło, że  miała ochotę 

przeciągać  się  i  mruczeć.  Ben  Adams  ani  nie  wyglądał,  ani  nie  zachowywał  się  jak 
przeciwnik. Czuła się przy nim jak przy starym przyjacielu i powierniku. Gniew, który ją tu 
przywiódł, ulotnił się zupełnie. Pomyślała, że gdyby natura działała w taki sposób także i na 
innych  ludzi,  można  by  osiągnąć  wielkie  korzyści  polityczne,  urządzając  biura  na  łodziach 
pontonowych, zamiast w zimnych, sterylnych budynkach. 

– Dziś  rano chciałam zapisać Jane  na letnie zajęcia  z  piłki  nożnej. – W tym momencie 

wydawało się jej to już odległą przeszłością. – Twoja sekretarka powiedziała mi, że dziewcząt 
nie mogą zapisywać. Powiedz, Ben, czy to nie jest jaskrawy przykład dyskryminacji płci?

– Absolutnie tak. 
– Co powiedziałeś?
– Powiedziałem – absolutnie tak. Nie ma żadnego powodu,  żeby dziewczęta  nie mogły 

uczestniczyć w letnich zajęciach z piłki nożnej. Zadzwonię do Kasandry, jak tylko wrócę do 
domu. 

– Nie spodziewałam się, że usłyszę to od ciebie. 
– Czemu? Roześmiała się. 
– Mam  takie  uprzedzenia.  Wesz,  mocny  człowiek,  rządzący  żelazną  ręką,  przypisujący 

kobietom służebne role – boso, w ciąży i przy kuchni. 

– Jesteś uczciwa, Kate. Podoba mi się to. 
– Zaskakujesz mnie, Ben. Podoba mi się to. Uścisnął jej rękę i wziął się do wioseł. 
– Kiedy już  rozstrzygnęliśmy tę  sprawę, możemy teraz  wziąć się za  coś poważnego, to 

znaczy za łowienie ryb. 

– Przyszłam tu nie po to, by łowić ryby – zaprotestowała Kate, ale bez przekonania. Była 

bardzo rada widząc, jak Ben wiosłuje na otwarte jezioro. 

– Łowienie ryb to tylko pretekst, by poznać się lepiej – powiedział. – Ty chyba też tego 

chcesz, prawda Katie?

– Tak. 
– Tak myślałem. 
Przez chwilę trwali w przyjaznym milczeniu. Kate przyglądała się rytmicznemu ruchowi 

wioseł.  Gdzieś  daleko  żuraw  błotny  zerwał  się  ze  skrzekiem.  Żaba,  wyrwana  z  drzemki, 
zarechotała.  Łódka  płynęła  w  stronę  środka  jeziora,  gdzie  woda  była  głęboka  i  chłodna,  a 

background image

komary trafiały się rzadko. 

Ben ułożył wiosła w łódce i wziął do ręki dwie bambusowe wędki. Jedną z nich wręczył 

Kate. 

– W tym jeziorze pływa dwudziestofuntowy sum z moim haczykiem w pysku. Chcę go 

złowić  na  kolację.  – Uśmiechnął  się,  widząc  jak  Kate  przygląda  się  wędce.  – Łowiłaś  już 
kiedyś ryby?

– Czy  łowiłam  ryby? – zapytała  Kate  chełpliwie.  – Trzeba  ci  wiedzieć,  że  pochodzę  z 

Biloxi i umiałam trzymać wędkę, zanim nauczyłam się chodzić. Gdzie masz przynętę?

– Robaki są w tym pojemniku koło twoich nóg. – Uśmiechnął się, widząc grymas na jej 

twarzy. – Mam ci założyć robaka?

– Nie ma potrzeby. – Wzięła do ręki tłustego, czarnozielonego  robaka. – Wcale się nie 

brzydzę. 

Wysunąwszy  język  dla  lepszej  koncentracji,  ostrożnie  trzymała  robaka  w  palcach  i 

usiłowała go nawlec na  haczyk. Robak wił się i  wykręcał, ale Kate nie dawała za wygraną. 
Brak doświadczenia starała się nadrobić uporem. Włosy zaczęły się kleić do spoconego czoła. 

Ben z rozbawieniem, ale i uznaniem przypatrywał się, jak w całej jej twarzy odbijał się 

wysiłek i determinacja – w zaciśniętych ustach, ściągniętych brwiach, w lekkim połysku potu 
na  brzoskwiniowej  cerze.  Widział  jej  silną  wolę,  wytrwałość  i  niezależność.  I  wszystko  to 
podobało mu się. 

– Może pomóc? – zapytał. 
– Nie. Moment, już wiem jak to się robi. 
Ben założył przynętę na swój haczyk i zarzucił wędkę. 
– Gdybyś jednak chciała, żeby ci pomóc, powiedz mi. 
– Nie będę chciała. – Zerknęła na niego znad przedmiotu swej udręki. – Mało tego, jak 

już założę przynętę, to wyłowię ci tę rybę sprzed nosa. 

– Czy to wyzwanie?
– To jest obietnica. – Ostatnim  wysiłkiem, zgrzytając zębami, założyła wreszcie robaka 

na haczyk i zarzuciła wędkę. 

– Ładny  rzut – ocenił  Ben.  – Szczególnie  ten  zwrot  pod  koniec,  przez  który  tak  się 

zarzuciło. – Podśmiewał się. 

Kate pomyślała, że powinna przynajmniej żachnąć się i już. O wiele bardziej była zajęta 

szerokimi ramionami Bena niż robakiem. 

– Jak mamy złapać tego suma, jeśli myślimy o czymś innym? – rzekła. 
– Moglibyśmy odłożyć na chwilę łowienie i przejść do rzeczy bardziej interesujących. 
– Nie. Na razie to ja łowię ryby, a co do innych spraw będę sama decydować. Kiedyś się 

pospieszyłam i nigdy więcej tego nie zrobię. 

– Mówisz o swoim byłym mężu? – lak. 
– Czy możesz mi opowiedzieć, jak to było?
– Spotkaliśmy się z Joem, kiedy pracowałam u senatora Waxholta. W Jackson był wielki 

wiec  na  rzecz  senatora.  Oboje  z  Joem  byliśmy  młodymi  idealistami.  Ja  byłam  świeżo  po 
studiach,  z  dyplomem  politologii  w  kieszeni,  a  Joe  właśnie  zdał  egzamin  adwokacki. 

background image

Fascynacja  przyszła  natychmiast,  zdaje  się,  że  głównie  fizyczna,  podbarwiona  tylko 
romantyzmem walki. Razem mogliśmy podpalić świat, ale on wolałby, żebym trzymała się z 
boku. 

Ben bacznie przyglądał się Kate, gdy opowiadała swoją historię. Na jej twarzy nie widział 

śladu  urazy  ani  rozgoryczenia.  Jej  opowieść  o  nieudanym  małżeństwie  była  szczera  i 
spokojna. Ben doszedł do wniosku, że w Kate najbardziej pociąga go właśnie jej uczciwość i 
prostolinijność. 

– Błąd taktyczny. Nie należysz do takich, które przyglądają się z boku. 
– Nie. Ani do takich, które z wdziękiem przyjmują przegraną. Ale z początku tak było. 

Weszłam w rolę żony, a potem matki, wkrótce jednak zaczęło mnie to niecierpliwić. Kiedy 
powiedziałam, że chcę kandydować do rady miejskiej, Joe odrzucił ten pomysł. Odpowiedział 
mi, że chce mieć żonę, która na wieczór wraca do domu, a nie radnego miejskiego. Inaczej 
mówiąc, kurę domową. 

Ben roześmiał się. 
– Już ty na pewno nie jesteś kurą domową. Wiem to od momentu, kiedy zobaczyłem cię 

leżącą  przed  spychaczem.  – Zwinął  żyłkę  i  zarzucił  wędkę  w  innym  miejscu.  – Myślę,  że 
prawie  każdy  mężczyzna  chce  tego  samego – kochającej  żony,  czuwającej  nad  domowym 
ogniskiem, podczas gdy on spełnia swą rolę jako żywiciel i obrońca. To są pradawne wzorce
– Ewa  pilnująca  ognia,  a  Adam  przynosi  do  domu  zdobycz.  Na  szczęście  minął  już  wiek 
jaskiniowy, tyle że niektórym trudno się z tym pogodzić. 

– Skąd ty jesteś taki mądry?
– To zasługa liberalnych rodziców i babki, przy której najznamienitsze feministki wydają 

się statecznymi matronami. 

– Czy oni tu mieszkają?
– Tak. Przy Walnut Street. Któregoś dnia poznasz ich. 
– Skąd wiesz?
– laki mam zamiar. 
– Nie,  Ben.  Jeśli  się  z  nimi  spotkam,  to  przypadkiem.  Nie  chcę,  żeby  to  było  z  góry 

zaplanowane. Czy nie słuchałeś mojej historii?

– Owszem, słuchałem. 
– A więc nie wyraziłam się dość jasno. Pozwól,  że  zrobię  to teraz. Nie popełniam dwa 

razy tego samego błędu. Nie będę wiązać się z mężczyzną tylko dlatego, że jest pociągający. 
Poza tym, to ryzykowane wiązać się ze mną. 

– Nie sądzę. 
– Jestem uparta, chodzę swoimi drogami i... – ... uczciwa i czarująca. 
– Ciężko mi zdobyć się na kompromis. Wiem, że mam swój udział w rozkładzie naszego 

małżeństwa. Może, gdybym starała się współdziałać z Joem, zamiast tylko ciągnąć w swoją 
stronę... 

– ... to przypuszczalnie i tak byś się z nim rozwiodła. 
– Skąd wiesz?
– Przeznaczenie. 

background image

– A tam, nie wierzę w przeznaczenie. 
– No to posłuchaj, co mówi ktoś starszy od ciebie – rzekł Ben z uśmiechem. – Wiem, że 

twoim przeznaczeniem jest złapać największą rybę w tym jeziorze. 

– Skąd ta pewność?
– Bo właśnie masz branie. 
W chwili, gdy to mówił, Kate poczuła silne szarpnięcie na swojej żyłce i zobaczyła, jak 

spławik znika pod wodą. 

– Ben! Chyba go mam!
– Daj mu trochę luzu, Katie. Wymanewruj go. Opierając jedną nogę na burcie łódki, Kate 

ze znastwem operowała wędką. Gdy przyciągnęła już rybę do samej łódki, Ben wychylił się, 
schwycił ogromnego suma w sieć i gwizdnął przeciągle. 

– Waży ze dwadzieścia pięć funtów, jak nic. 
– Wygrałam – rzekła triumfująco. 
– Bez wątpienia. I dostaniesz nagrodę. 
Zanim  zdążyła  zapytać,  jaka  to  nagroda,  Ben  schwycił  ją  w  ramiona.  Odblask  słońca 

zamigotał w jego niebieskich oczach, gdy pochylał się do pocałunku. Zagłębił język między 
jej  giętkie  wargi  i  badał,  próbował,  szukał.  Kate  przywarła  do  niego  mocno.  Rozgrzana 
słońcem, wtulona w szerokie ramiona Bena, poddawała się czarowi tego pocałunku. Była w 
nim słodycz, czułość i ciepło. Była gorączka, pragnienie i rozkosz niemal nie do zniesienia. 

Wplotła  ręce  w  jego  włosy  i  z  uległością  przyjmowała  jego  pocałunek.  Pochłonięta  i 

rozsmakowana, pomrukiwała z lubością. 

Sum  szamotał  się  u  ich  stóp,  domagając  się  uwagi.  Bezskutecznie.  Byli  całkowicie 

zaabsorbowani sobą. 

– Nawet nie wiesz, jak dawno już chciałem to zrobić – wymruczał Ben. 
Kate żal było odrywać usta, żeby odpowiedzieć. 
– Hmm... – To wszystko, na co mogła się zdobyć. Ben wtrącał słowa między pocałunki-

ukąszenia. 

– Kiedy  cię  pierwszy...  raz  zobaczyłem...  a  potem...  z  tym  serem  na  twarzy...  i  wtedy, 

kiedy chciałaś... mnie uwieść... prawie że... zachowałem się jak hultaj. 

– Hmm. – Odciskała pocałunki na jego szyi. – Chciałabym. 
– Co? – mruknął z ustami we włosach. 
– Żebyś zachował się jak hultaj. – Zakreśliła językiem kółeczko na jego skórze. 
Jego ręce, wędrujące pod bluzką, pieściły gładkie plecy Kate. 
– Teraz jest najlepszy moment. 
– W  łódce? – Pospiesznie  rozpięła  dwa  górne  guziki  koszuli  i  okryła  jego  pierś 

pocałunkami. Dotyk twardych mięśni i sprężystych włosów mącił jej zmysły. 

– Tak. W łódce. – Pochwycił ją i gdy znaleźli się na dnie* łódki. Mocno przycisnął Kate 

do siebie. 

On  zapomniał,  że  powinien  jej  dać  swobodę  wyboru;  ona  zapomniała,  że  miała  się  nie 

angażować.  Zapomniała  też  o  letnich  zajęciach  piłkarskich,  on  zaś  zapomniał  o  budżecie 
miejskim.  Ben  myślał  o  przeznaczeniu,  a  ona  o  pożądaniu.  Kate  myślała  o  rozkoszy,  on  o 

background image

miłości. A potem, pogrążeni w namiętności, w ogóle zapomnieli o wszystkim. 

Jedynie sum nie dał im zapomnieć o sobie. Kate gwałtownie ocknęła się z rozkosznego 

odrętwienia. 

– Aj! Twoja kolacja gryzie! – zawołała. 
Od chwili złowienia Ben teraz dopiero pomyślał o swej nieszczęsnej, dyszącej kolacji. 
– Zły moment wybrałaś, rybo. 
Schwycił ją, włożył do siatki i wyrzucił do wody. 
– A więc, na czym stanęliśmy? – zapytał, odwracając się w stronę Kate. 
Podniosła się już i poprawiała bluzkę. 
– Odzyskiwaliśmy przytomność. 
– Nie masz racji. Myśmy się sobą cieszyli. Rozdzielając palcami splątane włosy, czekała, 

aż serce przestanie jej walić, jak u człowieka, który ucieka. 

– Mówiłam ci, że nie chcę się angażować z tego tylko powodu, że... 
– Ale ty już to zrobiłaś. 
– Nieprawda. To była tylko chwila słabości. Wszystko przez to słońce. 
– A dlaczego nie namiętność, oczarowanie i wzajemny podziw?
– Dlatego, że nie jestem gotowa. 
– Dobrze, Katie, nie nalegam. – Podniósł wiosło. – Ale na kolacji zostaniesz. W końcu to 

ty złapałaś rybę. 

– Nie  będę  się  spierać.  – Patrzyła,  jak  wiosłuje,  delektując  się  jego  bliskością;  potem 

przerwała milczenie. • Ale muszę cię ostrzec, że to nie ryba będzie główną atrakcją. 

– A co? – Uniósł brwi w zdziwieniu. 
– Ty. 
– Miło słyszeć. – Wiosła uderzały o wodę. – Tak, jak mówiłem, przeznaczenie. 
– Nie. To po prostu próba charakteru. Jeśli mamy mieszkać w tym samym mieście, muszę 

przyzwyczaić się do twego widoku i pozbyć się ochoty połknięcia cię za każdym spotkaniem. 
Muszę się nauczyć powściągać swoje najniższe pragnienia. 

– Może te twoje pragnienia nie są takie niskie. 
– Są, są. Zwykła chuć. 
– Może twoje uczucia opierają się na czymś więcej, niż pożądanie, lak jest ze mną. 
– Skąd to wiesz?
– Wiem.  Inaczej  w  czasie  kilku  naszych  spotkań  nie  umiałbym  zachować  zdrowego 

rozsądku i przyzwoitości. 

Kate  schyliła  się  i  zanurzyła  rękę  w  przepływającej  wodzie.  Zamyśliła  się  nad  tym,  co 

mówił.  Czy  jej  uczucie  było  czymś  więcej  niż  pożądaniem?  Czy  on  mówił  o  miłości? 
Niemożliwe. Miłość nie przychodzi tak szybko. Trzeba dbać o nią jak o ogród. Rozwija się 
powoli. Ale czy nie bywa inaczej?

Kate  obserwowała  Bena  kątem  oka.  Zaskoczył  ją  dzisiaj  swoim  poglądem  na  temat 

udziału  dziewcząt  w  grze  w  futbol.  Oczywiście  zaskoczył  ją  także  w  sprawie  magnolii. 
Uśmiechnęła się. Jest więc w nim coś więcej, niż widać na pierwszy rzut oka. „A przecież –
pomyślała – już to, co widać, zadawala najbardziej wybredny gust kobiecy”. Ale miłość? Nie. 

background image

Przeznaczenie?  Nieprawdopodobne.  Trzeba  tym  razem  podejść  do  rzeczy  na  chłodno.  Nie 
lubiła przegrywać. Nie było sensu angażować się znowu w coś takiego. 

Kate  poczuła  uderzenie  łódki  o  brzeg.  Ben  wyszedł  na  ląd  i  pomógł  jej  wysiąść, 

przytrzymując łódkę. Stanęła przy nim i wciąż trzymając jego rękę, zajrzała mu w oczy. 

– Ben,  będziesz  musiał  być  rozsądny  i  przyzwoity  za  nas  oboje.  – Przerwała,  po  czym 

dodała z napięciem w głosie: – Bardzo cię proszę. 

– Katie, gdy tak na mnie patrzysz, zrobiłbym dla ciebie wszystko. 
Wziął rybę i poszli pod górę, do jego domu. 
– Dlaczego nazywasz mnie Katie? – zapytała. – Babcia mnie tak nazywała. 
– Wiem. Mówiłaś mi. 
– Kiedy?
– lego wieczoru, kiedy chciałaś mnie uw... 
– Proszę cię, nie przypominaj mi. Wstydzę się tego. Było dużo śmiechu przy sprawianiu 

ryby i Ben musiał od czasu do czasu przypominać sobie, że to on ma trzymać pion za nich 
oboje.  Mógł  się  na  to  zdobyć  tylko  dzięki  szacunkowi,  jaki  miał  dla  niej.  Być  z  nią  i  nie 
pożreć  jej – było  dla  niego  wielkim  osiągnięciem.  Pomagał  sobie,  starając  się  nieustannie 
podtrzymywać ożywioną rozmowę. Wiedział już, że Kate ma silną wolę i lubi niezależność. 
Natomiast nie wiedział dotąd, że uwielbia grać w pokera, i że gra na skrzypcach; i że choć nie 
są  to  wielkie  dzieła  muzyki  klasycznej,  to  jej  granie  wcale  nie  jest  przez  to  mniej  warte. 
Dowiedział  się,  że  poszła  za  radą  Myrtle  i  została  fryzjerką,  aby  pogodzić  pracę  z 
wymaganiem  Joego,  żeby  jako  żona  pilnowała  domu.  Zaletą  takiej  pracy  było  to,  że  miała 
możliwość  angażowania  się  we  wszelkiego  rodzaju  działalność  społeczną,  co  z  kolei 
pozwalało jej być blisko polityki, jej największej pasji. 

Kate  spostrzegła,  że  Ben  również  pasjonuje  się  polityką.  Mówił  z  entuzjazmem  o 

czekającej  go  walce  o  fotel  burmistrza;  będzie  to  już  jego  trzecia  kadencja,  a  wybory,  nie 
wiedzieć  czemu,  mają  się  odbyć  w  sierpniu.  Z  podobnym  zapałem  mówił  o  swojej  firmie 
handlującej  nieruchomościami,  no  i  oczywiście  o  swoim  hobby.  Przez  cały  wieczór 
rozśmieszał  ją  rybackimi  anegdotami.  Jeszcze  zanim  uporali  się  z  rybą,  Kate  uświadomiła 
sobie, że nigdy przedtem nie czuła się tak dobrze w towarzystwie mężczyzny. 

A  kiedy  przyszło  do  przyrządzania  ryby – albo  raczej  jej  części,  bo  resztę  odłożyli  w 

lodówce  do  rozporządzenia  pani  Turner – Ben  poczuł  się  tak,  jakby  znał  Kate  od  zawsze. 
Była  otwarta  i  szczera  we  wszystkich  sprawach – co  do  swego  małżeństwa,  ambicji, 
upodobań i antypatii. Niczego nie udawała, co uważał za rzadką zaletę. 

– Kate – rzekł  do  niej  przy  ostatnim  kęsie  zapiekanki – czy  nie  mogłabyś  być  moim 

przeciwnikiem w wyborach na burmistrza?

Roześmiała się. 
– Chyba żartujesz?
– Nie.  Mówię  zupełnie  poważnie.  Przez  długi  czas  nie  miałem  godnego  konkurenta.  A 

teraz właściwie nie mam nawet oponenta. 

Kate oparła brodę na dłoniach i utkwiła zamyślony wzrok w przestrzeni. 
– Burmistrz Saltillo – rzekła cicho. – Mogłabym działać. Mogłabym... – przerwała wpół 

background image

zdania.  – Ben,  powiedz  mi,  czy  trzeba  spełniać  jakieś  warunki,  na  przykład  co  do 
zamieszkania i tak dalej?

– Ty  spełniasz  te  warunki.  Mieszkasz  tutaj  i  jesteś  zarejestrowanym  wyborcą.  –

Zachwycał go żywy blask jej oczu, wywołany myślą o walce wyborczej, jej zapał i werwa. –
Mówiłaś mi, jak bardzo podobała ci się praca dla senatora Waxholta. Mówiłaś mi o planach, 
które miałaś, zanim wyszłaś za Joego. Czy coś cię teraz powstrzymuje, Kate?

Wysunęła podbródek i spojrzała mu prosto w oczy. 
– Nic – W jej głosie słychać było  zapał. – Nic, Ben. To naprawdę jest najznakomitsza, 

najcudowniejsza,  absolutnie  najlepsza  propozycja,  jaką  słyszę  od  bardzo  długiego  czasu. 
Gdyby nie to, że bardzo staram się trzymać z daleka od ciebie, przeszłabym przez ten stół i 
rozcałowałabym cię na kawałki. 

Roześmiał się. 
– Czy to znaczy, że to zrobisz?
– A jakże. 
– To cudownie. 
– Obiecuję ci interesującą kampanię. 
– Byłbym zawiedzony, gdyby było inaczej. – I jeszcze coś, Ben. 
– Tak?
– Mam zamiar wygrać. 
– Nie mów hop... 
la  wieść  poruszyła  całe  miasto.  Kate  Midland  kandyduje  t  na  burmistrza!  Niektórzy 

mówili, że czas najwyższy, żeby Ben Adams miał jakiegoś przeciwnika, ale byli i tacy, którzy 
uważali,  że  kobieta  nie  ma  czego  szukać  w  polityce.  Ławka  próżniaków  wyrażała  zgodnie 
opinię,  że  Kate  Midland  ma  co  prawda  ładne  nogi,  ale  nie  ma  najmniejszych  szans,  żeby 
pokonać Bena Adamsa. Nieprzejednani konserwatyści, przeważnie mężczyźni, którzy zebrali 
się w Sklepie Żelaznym Braci Jones, doszli do wniosku, że gdyby wygrała te wybory, byłoby 
to coś gorszego niż marsz Shermana przez Georgię. Słyszeli już o tym, jak Kate domagała się 
miejsca dla swej córki w drużynie piłkarskiej i byli zdania, że jeśli wygra wybory, wszyscy 
mężczyźni w mieście  wylądują  w kuchni przybrani w fartuszki. Wieloletnia  klientela domu 
towarowego Gentry’s, przeważnie kobiety, uważała, że kobieta-burmistrz stworzyłaby szansę 
realizacji  ich  dążeń,  poczynając  od  sprawienia  sobie  nowej  wykładziny  na  podłogę  a  na 
osiągnięciu stanowiska dyrektora miejscowej filii banku kończąc. 

Nazajutrz po ogłoszeniu kandydatury Kate, Córa Lee Brady i Maudie Ascot odbywały w 

jej zakładzie fryzjerskim zaciętą debatę na ten temat. Kate akurt nie było, pojechała do Tuplo, 
żeby  kupić  sobie  u  Marshalla  pantofelki,  zwane  przez  nią  samą  „kokietkami”.  No  i  na 
szczęście Myrtle była w dobrym humorze, bo inaczej obie panie wyszłyby z zakładu z fryzurą 
„na baranka” w kolorze szkarłatnym. 

– A  ja  mówię – obwieściła  Córa  Lee – że  ona  nie  powinna  wsadzać  swojego  nosa  do 

polityki.  To  są  męskie  sprawy.  – Wypowiadała  swoją  kwestię  głośno  i  uroczyście,  jakby 
odczytywała dekret królewski. 

Maudie Ascot ustawiła swoją suszarkę na niższą temperaturę, żeby włosy nie wyschły jej 

background image

zbyt  szybko.  Postanowiła  zostać  tak  długo,  jak  długo  będzie  tu  Córa  Lee  Brady.  Choć  ten 
jeden raz chciała mieć ostatnie słowo. Wystawiła głowę spod suszarki i krzyknęła:

– Córa,  co  ty możesz  wiedzieć o  polityce?  Nie głosowałaś  już  chyba  od  czasów,  kiedy 

Roosevelt został prezydentem. 

Córa Lee przybrała swą wypróbowaną minę niewinnie skrzywdzonej. Składały się na nią: 

oczy błagalnie wzniesione ku niebu, buzia w ciup i nos spuszczony na kwintę. 

– Ty już kompletnie postradałaś zmysły, Maudie. Kiedy Roosevelt został prezydentem, ja 

dopiero co wyszłam z pieluszek. 

– Phi! – prychnęła Maudie pogardliwie. – Kochana, nie tłumacz swej ignorancji wiekiem. 

W  szkole  byłaś  o  jedną  klasę  niżej  ode  mnie.  Pewnie  nawet  nie  wiesz,  że  już  raz  kobieta 
kandydatowała na wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych. 

– Kto? – podejrzliwie zapytała Córa Lee. Maudie mrugnęła porozumiewawczo do Myrtle. 
– Marylin Monroe. 
– Coś podobnego! A ja myślałam, że ona nie żyje. 
– No i widzisz, pokazałaś, jak się znasz na polityce. Gdybyś miała trochę więcej oleju w 

głowie, nie wypowiadałabyś się na temat tego, kto ma zostać burmistrzem Saltillo. 

Córę Lee zamurowało. 
– No nie, ja nigdy... – wydukała tylko. 
Zadowolona  i  uśmiechnięta  Maudie  Ascot  zniknęła  pod  suszarką,  ustawiwszy  ją  z 

powrotem na intensywne grzanie. 

Myrtle też nie mogła ukryć uśmiechu, ale jednocześnie pomyślała, że Kate czeka ciężka 

orka,  jeśli  w  ogóle  uda  się  jej  wygrać  wybory.  Pierwszą  przeszkodzą,  na  jaką  się  natknie, 
będzie mentalność mieszkańców tego miasta. 

Kate cieszyła się ze swojego wypadu po zakupy do Topelo, nie mając pojęcia, że w jej 

salonie piękności toczy się ostra dyskusja polityczna. Wracała do Saltillo, nucąc i podziwiając 
swoje  nowe,  czerwone  pantofelki  na  trzycalowych  obcasach,  pantofelkikokietki,  w  których 
czuła się wysoka. Zapomniała o wyborach, ale nie o Benie Adamsie. Choć nie planowała tego 
wcześniej, przejeżdżając, wpadła do niego do biura. 

Ben z uśmiechem spojrzał na nią znad papierów. 
– Jaka miła niespodzianka – rzekł. Kate roześmiała się. 
– Chciałam zobaczyć moje przyszłe biuro. 
Ben splótł dłonie z tyłu głowy i rozprostował się na swoim obrotowym fotelu. 
– Wydaje mi się to trochę przedwczesne. 
– Nie przedwczesne, tylko świadczące o pewności siebie. Tak zachowują się zwycięzcy. 
– Widzę, że będę miał co robić. – Uśmiechnął się do niej. 
– Usiądź, Katie. Zostań na chwilę. Zamiast usiąść, Kate wykonała obrót. 
– Czy nie zauważyłeś żadnej zmiany?
– Sukienka? Świetnie ci w czerwonym. Szczerze mówiąc bardzo apetycznie. 
– Nie. To nie sukienka. Zgaduj dalej. – Przemaszerowała do okna i z powrotem. 
– Włosy. Kapitalnie wyglądają, tak zaczesane do góry. Niecodzienna fryzura. 
Opadła na krzesło, rozdrażniona. 

background image

– Nie,  nie  włosy.  – Podwinęła  spódnicę  i  uniosła  nogę,  tak  żeby  Ben widział  z  drugiej 

strony biurka. – Pantofle. Podwyższają mnie. 

Ben o mało nie przepłacił tego widoku atakiem serca. 
– O Boże!
– Uważasz, że mnie nie podwyższają?
– Zatkało mnie. 
Obróciła nogę w powietrzu i spojrzała na nią krytycznym okiem. 
– Co, te pantofle?
– Noga. 
Pospiesznie opuściła nogę. 
– To nie było naumyślnie, Ben. – Wiem. 
– Ja po prostu mam bzika na punkcie bycia wysoką. 
– Nie  potrzebujesz  się  podwyższać,  Kate.  Masz  wszystko,  co  się  liczy – energię, 

charakter, determinację, wytrwałość... 

– Czy  chciałbyś  pracować  jako  szef  mojej  kampanii  wyborczej?  Razem  dobrze  by  się 

nam pracowało. 

– To samb pomyślałem o tobie. Stworzylibyśmy dobry zespól Kate siedziała przez chwilę 

w  milczeniu,  przyglądając  się  Benowi.  „On  chyba  ma  rację” – pomyślała.  Byli  do  siebie 
podobni  pod  wieloma  względami – oboje  byli  elokwentni,  bojowi,  idący  za  ciosem.  Mogli 
stanowić znakomitą drużynę polityczną. 

Błądziła  spojrzeniem  po  jego  twarzy  i  szerokim  torsie.  W  dalszej  eksploracji 

przeszkadzało jej biurko. Na wspomnienie pocałunku w łodzi oblała ją fala gorąca. Zdaje się, 
że  i  poza  areną  polityczną  mogliby  stworzyć  znakomity  zespół.  Po  raz  pierwszy,  odkąd 
weszła  do  biura  burmistrza,  zaczęła  się  zastanawiać,  czy  nie  zrobiła  błędu.  Czy  nie  napyta 
sobie  biedy,  trzymając  się  tak  blisko  Bena  Adamsa?  Teraz,  na  przykład,  ledwo 
powstrzymywała  chęć  przeskoczenia  przez  biurko  i  dotknięcia  go.  A  i  to  jego  mówienie  o 
wspaniałym zespole nie ułatwiało jej zadania. 

– Myślę, że bylibyśmy znacznie lepszymi przeciwnikami – powiedziała. Wstała i zaczęła 

wygładzać  spódnicę  na  udach,  co  spowodowało  przyspieszenie  tętna  u  Bena.  – Muszę  się 
namyślić, jak odbijać twoje ciosy, burmistrzu. 

– Jeśli  nadal  będziesz  stosować  tego  rodzaju  dywersję,  zapomnę  jak  się  nazywam,  nie 

mówiąc już o przemówieniach. 

Idąc już w stronę drzwi, roześmiała się. 
– Będę o tym pamiętać. – Katie. Zaczekaj!
Ben prędko obszedł biurko i objął ją. 
– Przyjacielski gest. Jak kandydat z kandydatem – mruczał, dopadając jej ust. 
Było to jak zaspokojenie wielkiego głodu, powodujące jeszcze wzrost apetytu. Tulili się 

do siebie, szukając ukojenia pragnień, które ich spalały. Usta chłonęły usta, języki napierały 
na siebie, aż w końcu oboje osłabli w uścisku. 

Przywierając  do  niego,  Kate  zapomniała  o  wszystkim  prócz  tego,  że  jest  w  jego 

ramionach. Nie myślała o pożądaniu, udającym przyjaźń, ani o zalotach, pod pozorem walki \

background image

politycznej.  Nie  myślała,  jakim  szaleństwem  jest,  gdy  serce  rządzi  głową,  ani  o  tym,  jak 
niebezpieczne jest być nierozsądną. Wiedziała tylko, ze pragnie Bena. 

Pozostawali w uścisku aż do momentu, gdy trzeba było wybrać – albo się wycofać, albo 

brnąć dalej tam, skąd już nie ma odwrotu. 

Ben uwolnił ją, ociągając się. 
– Niech wygra najlepszy – powiedział. 
– Najlepsza – poprawiła go i, zmuszając wielkim wysiłkiem woli swe fantastyczne nogi 

do posłuszeństwa, wyszła z biura. 

background image

6

Kate  była  tak  zajęta  planowaniem  kampanii,  prowadzeniem  zakładu  fryzjerskiego  i 

usiłowaniami,  by nie  tracić  zbyt  wiele  czasu  na  marzenia  o  Benie,  że  ledwo  zauważała  jak 
mijają dni. Ani się spostrzegła, kiedy nadszedł dzień pierwszego mityngu wyborczego. 

Ubrana  w  czerwoną  sukienkę  i  „podwyższające”  pantofle,  zmieszała  się  z  tłumem, 

wymieniając  uściski  dłoni,  gawędząc  z  przyjaciółmi,  poznając  nowych  ludzi.  Kątem  oka 
spostrzegła Bena; wyglądał świetnie i robił to samo, co ona – zjednywał sobie zwolenników. 
Mimo, że słońce zaczynało się już chylić ku zachodowi, ciągle jeszcze było bardzo gorąco. 
Kate usiłowała nie zwracać uwagi na strużkę potu, spływającą jej po policzku. 

Zapach  mięsa  pieczonego  na  rożnie  przesycał  powietrze,  a  nieco  fałszywe  dźwięki 

orkiestry  jazzowej  zagłuszały  rozmowy  koło  prowizorycznego  podium.  Grupa  wyrostków 
zabawiała  się  odpruwaniem  brzegu  czerwonobiałego  materiału,  którym  panie  z  Kółka 
Krawieckiego z takim trudem udekorowały podwyższenie. 

Kate z uśmiechem zeszła z drogi szalejącym chłopakom. „Nic nie jest tak ekscytujące, jak 

walka  polityczna’’ – pomyślała.  Czuła  w  sobie  wielką  energię  i  radość  życia.  Po  raz 
czterdziesty piąty dziękowała Benowi w myślach za wciągnięcie jej do tej kampanii. 

Napotkała  jego  wzrok.  Uniosła  rękę  w  geście  pozdrowienia.  Było  to  ich  pierwsze 

spotkanie od dnia, kiedy w jego biurze defilowała w swoich „podwyższających” pantoflach, a 
następnie została gruntownie wycałowana. Specjalnie trzymała się z dala od niego i słusznie, 
jak teraz stwierdziła. Za każdym spotkaniem z nim jej wola słabła. Dobrze więc, że teraz stała 
między nimi cała ludność Saltillo, bo gdyby nie to, cisnęłaby pewnie swoje przemówienie do 
jeziora i pofrunęła mu na spotkanie. 

– Weź  kawałek  mięsa,  Kate.  – Myrtle  trzymała  talerz  napełniony  żeberkami 

wieprzowymi i udkami z kurczaka. 

– Po  przemówieniu,  Myrtle.  – Kate  roześmiała  się  na  widok  ogromnej  porcji  mięsa.  –

Sama chyba nie zjesz tego wszystkiego. 

– Nie. Chcę podkarmić męża, jeśli uda mi się go odnaleźć. Wychudł ostatnio na szczapę. 
– Niedawno widziałam go z Jane nad wodą, jak uczyli Dżeka przynosić patyki. 
– No to uciekam. – Ścisnęła ramię Kate. – Zrób im tu piekło, Kate. 
– Dziś tylko wstępne przypiekanie. Siarkę zostawiam na później. 
Za  nią  orkiestra  zgrzytliwie  i  nierówno  ukończyła  grać  swój  kawałek,  a  głośniki 

wychrypiały ogłoszenie o następnym punkcie programu. Bobby Cranston Dale, wiceburmistrz 
i  zasłużony członek Rady  Miejskiej  Saltillo,  wszedł po rozchwianych stopniach na podium. 
Wyjął z kieszeni ogromną, kolorową chustkę i wytarł usta po jedzeniu. 

– Minąłeś się z powołaniem, Bobby! – zakrzyknął Henry  Franks, szef straży pożarnej i 

miejscowy kpiarz. – Zdaje się, że próbowałeś zjeść całego wieprzka. 

– Ty pilnuj paleniska, a ja zajmę się jedzeniem – odrzekł dobrodusznie Bobby Cranston. 

Odchrząknął głośno do mikrofonu. 

– Uwaga wszyscy. Teraz pora na coś, na co czekaliśmy – wystąpienie kandydatów. 

background image

Z tłumu dały się słyszeć lekkie oklaski, gdzieniegdzie pomruki niezadowolenia. 
– Zwykle  jako  pierwszy  zabiera  głos  urzędujący  burmistrz,  ale  tym  razem  mamy 

wyjątkową sytuację. Kobieta ubiega się o stanowisko burmistrza i Ben Adams wielkodusznie 
ustąpił jej pierwszeństwa. 

Kate wzdrygnęła się. Zezłościł  ją ten szarmancki, pojednawczy ton. Pierwszoplanowym 

zadaniem dla niej po objęciu urzędu będzie sprawić, by ludzie przestali widzieć w niej przede 
wszystkim kobietę. Teraz musi zrobić wszystko, by zapomnieli o jej płci i ujrzeli w niej po 
prostu  kandydata  na  burmistrza.  Wchodząc  na  podium  przeredagowała  w  myśli  wstęp  do 
swojego przemówienia, który w początkowym zamyśle miał rozgrzać słuchaczy i wprowadzić 
ich  w  dobry  nastrój.  Teraz  zdecydowała  się  na  frontalny  atak.  Sięgnęła  bez  wahania  po 
mikrofon. W publicznych wystąpieniach nie była nowicjuszka. 

– Byłabym niepocieszona, gdyby urzędujący pan burmistrz i jego zastępca nie rozpoznali 

we mnie kobiety, wszak noszę czerwoną sukienkę i buty na wysokich obcasach. 

W tłumie tu i ówdzie dały się słyszeć wybuchy śmiechu. Kate z uśmiechem odczekała, aż 

dobry nastrój udzieli się pozostałym i przeszła do ataku. 

– Oczywiście,  jestem  kobietą,  i  jestem  dumna  z  mojej  kobiecości.  Ale  jest  tak  samo 

oczywiste,  że  to  nie  jest  wyścig  między  mężczyzną  i  kobietą,  tylko  między  kandydatem  i 
kandydatem. Ta kampania ma wam dać możliwość wyboru. Możecie wybrać osobę najlepiej 
nadającą się na ważny urząd burmistrza. I właśnie ja chcę być tą osobą. 

Ben  Adams  klaskał  najgłośniej.  Nieliczni  mruczeli  pod  nosem  z  niezadowoleniem,  ale 

przeważały komentarze osób, które ku własnemu zaskoczeniu aprobowały wystąpienie Kate. 
Ona zaś odczekała, aż gwar ucichnie i kontynuowała przemówienie. Mówiła swobodnie i bez 
wysiłku.  Obiecywała  swe  poparcie  dla  spraw  szkolnictwa  i  rozwoju  przedsiębiorczości  i 
przyrzekła, że biuro burmistrza będzie zawsze otwarte dla każdego. 

Schodziła z podium zadowolona z dobrego początku swej kampanii. Zajęła miejsce wśród 

publiczności  i  czekała  na  przemówienie  Bena.  Kiedy  wchodził  na  podium,  mogła  się 
przekonać,  że  wyborcy  bardzo  go lubią  i  szanują.  Owacja,  jaką  mu  zgotowali,  była długa  i 
głośna. W końcu, gestem uniesionej ręki, Ben poprosił o ciszę. 

Choć pierwsza część wystąpienia Bena zawierała rutynowe wyliczenie jego dokonań, to 

jednak  Kate  musiała  przyznać,  że  nigdy jeszcze  nie  słyszała  przemówienia  wygłaszanego  z 
takim  entuzjazmem  i  wigorem.  Ben  z  pewnością  miał  predyspozycje  do  publicznych 
wystąpień, co więcej, umiał wytworzyć atmosferę ciepła i szczerości, bez czego żaden polityk 
nie może  się obejść, jeśli  chce osiągnąć sukces.  I wcale nie przeszkadzało, że  wyglądał jak 
skrzyżowanie  greckiego  bóstwa  z  gwiazdorem  z  popołudniowego  teatrzyku.  Kate  miała 
wrażenie, że mówi do niej mężczyzna o nieograniczonych możliwościach. Jednocześnie zdała 
sobie sprawę, że pokonanie go będzie dla niej herkulesowym zadaniem. 

Nagle Ben wystrzelił z rewelacją. Tłum zamilkł i chłonął jego słowa. 
– Jeziora  położone  na  wschód  od  naszego  miasta  przedstawiają  sobą  ogromny, 

niewykorzystany potencjał – powiedział. – Obiecałem moje poparcie prywatnej firmie, która 
chce uzyskać subwencję rządową na zagospodarowanie jezior. Cały ten teren mógłby być po 
pewnym  czasie  przyłączony  do  miasta,  z  gotową  infrastrukturą  gospodarczą  i  podatkami, 

background image

które  by  z  niej  wpływały.  Ten  dodatkowy  dochód  pozwoliłby  nam  przeznaczyć  większe 
fundusze  na  oświatę  i  na  naszą  skromną  straż  pożarną,  a  także  przyciągnąć  innych 
przedsiębiorców do Saltillo. Rozwój wspiera rozwój. 

Ben  zrobił  efektowną  pauzę.  Tłum,  zwykle  ożywiony,  był  teraz  tak  spokojny,  że 

kumkanie żab w jeziorze i bzykanie komarów brzmiało jak mormoński chór kościelny. 

– Są  dwa  istotne  punkty  w  mojej  propozycji.  Po  pierwsze,  korzyści  wynikające  z 

zagospodarowania  jezior  nie  będą  okupione  zwiększeniem  podatków.  – Stwierdzenie  to 
spotkało się z gorącym aplauzem. – Punkt drugi może się wam na pierwszy rzut oka wydać 
niepożądany,  ale  jestem  przekonany,  że  nie  będzie  miał  niekorzystnego  wpływu  na  nasze 
miasto. Umowa przewiduje wybudowanie drogi dojazdowej od drogi numer czterdzieści pięć 
do  jeziora.  Owa  droga  dojazdowa  omijałaby Saltillo.  – Zgromadzenie  wydało  westchnienie 
rozczarowania.  Ben  uniósł  rękę.  – Już  i  tak  od  czasu  zbudowania  drogi  czterdzieści  pięć 
pozostajemy  na  uboczu  głównych  szlaków.  To,  że  droga  dojazdowa  omija  miasto  nie  jest 
więc żadną wadą. 

Kate  z  uwagą  słuchała  wystąpienia  Bena  do  końca.  Reszta  jego  przemówienia  była 

rutynowym  zakończeniem.  Była  tak  zajęta  przemierzaniem  miasta  i  wypytywaniem 
mieszkańców o konieczne, ich zdaniem, reformy,  że nie miała czasu wyjść poza miejscowe 
opłotki.  Aż  do  dzisiaj  nie  pomyślała  nawet  o  jeziorach.  Rozważała  teraz  każde  słowo  jego 
wypowiedzi.  Jasne  jest,  że  sprawa  jezior  jest  istotna  i  na  dodatek  budzi  emocje.  Musi  się 
znaleźć jakiś sposób zagospodarowania ich bez omijania miasta. 

– Czy moje przemówienie było aż tak złe? Spojrzała na niego zaskoczona. 
– Co mówisz?
– Zrobiłaś tak poważną minę, iż myślałem, że moje przemówienie było do niczego. 
– Odwrotnie. To była bomba. Zabiłeś mi klina. 
– Tak mówisz. Ale myślę, że nasze szanse są wyrównane. Nawet, jeśli popieramy ten sam 

projekt, to nie musimy rezygnować z dobrej kampanii. 

– Postęp interesuje mnie tak samo, jak ciebie, ale będę musiała zastanowić się jeszcze nad 

twoim projektem. Myślę, że istnieje lepszy sposób na zagospodarowanie tych jezior. 

– Masz jakiś pomysł?
– Mam ci zdradzić sekrety mojej kampanii? Nie ma mowy! Ty ogłosiłeś swoje rewelacje 

dzisiaj, a ja ogłoszę swoje następnym razem. 

– Nie  będę  się  mógł  doczekać.  Ale  muszę  cię  uprzedzić,  że  mam  słabość  do

emancypantek. Nie wiem, jak długo jeszcze będę mógł ciągnąć tę ciuciubabkę i zachowywać 
przytomność  umysłu  za  nas  dwoje.  – Jego  oczy  iskrzyły  się  w  zachodzącym  słońcu,  gdy 
mierzył ją wzrokiem od stóp do głowy. – Szczególnie, jeśli nadal będziesz nosić tę czerwoną 
sukienkę i te prowokacyjnie czerwone pantofle. 

– Czyżby przeszkadzały ci skupić się na kampanii, burmistrzu? – zapytała z przekąsem. 
– Jeszcze jak. 
– Wobec tego myślę, że dość często będziesz widział tę czerwoną sukienkę. Ben, bo... –

Przerwała, by wziąć go pod brodę palcem wskazującym. – Tak, jak mam ochotę cię schrupać, 
tak  samo  zamierzam  skupić  się  na  kampanii  na  tyle  skutecznie,  by  przejąć  twój  urząd –

background image

zakończyła z uśmiechem. 

– A co potem?
– A  potem,  kto  wie.  Zawsze  chciałam  mieć  przystojnego  sekretarza.  Kogoś,  kto 

siedziałby mi na kolanach w czasie dyktowania. – Kate otwarcie podśmiewała się z niego. 

– Katie,  ty  okropna  kobieto,  czy  wiesz,  co  bym  zrobił,  gdyby  nie  było  tu  sześciuset 

świadków?

Kate przybrała pozę osoby zamyślonej. 
– Spróbuję  zgadnąć.  Sprzedałbyś  mnie  na  targu  niewolników?  Ukamieniowałbyś  mnie 

serem? Spoiłbyś mnie winem, żeby wydobyć ze mnie tajemnice?

– Ciepło, ciepło... – Bawiła  go ta  gra,  podobnie,  jak i  ją. Kołysał się na  piętach, ledwo 

powstrzymując od wzięcia jej w ramiona. Patrzą, nie patrzą, wszystko jedno.  – To, co bym 
zrobił, Katie... 

– To  było  kapitalne  przemówienie,  Ben – wtrącił  się  Bobby  Cranston  Dale.  – Dobry 

wieczór, pani Midland. – Kiwnął głową na znak, że dostrzega jej obecność i zwrócił się znów
do burmistrza. – Jest jednak parę spraw, które chciałbym z tobą omówić. Proszę wybaczyć, 
pani Midland. – Wziął Bena pod ramię i poprowadził w stronę jeziora. 

– Kate, dokończymy naszą rozmowę później – powiedział Ben. 
– Liczę na to, Ben. 
Zapach  pieczonego  mięsa  przypomniał  jej,  że  jeszcze  nie  jadła.  Kiedy  szła  w  stronę 

stołów z jedzeniem, zaczepiła ją Córa Lee Brady. 

– Młoda  pani,  myślę,  że  byłoby  lepiej  gdyby  trzymała  się  pani  fryzjerstwa  i  zostawiła 

poważne sprawy mężczyznom. 

– Przykro mi, pani Brady, że pani tak uważa. Czy mogę coś zrobić, żeby pani zmieniła 

zdanie?

– Nie. Ja po prostu wiem, gdzie jest miejsce kobiety. To wszystko. 
– Pani Brady, wszyscy powinniśmy się cieszyć, że Maria Curie i Jane Addams myślały 

inaczej. – Kate poszła swoją drogą, zostawiając Córę Lee Brady w niepewności co do tego, 
kiedy Maria Curie i Jane Addams kandydowały na wiceprezydenta. 

Sara Callicut, znajoma Kate od czasu happeningu z drzewami, przyłączyła się do niej w 

drodze. 

– Jestem z ciebie dumna – powiedziała. – Myślę, że zdobyłaś trochę głosów. Szczególnie 

po tym, jak Ben Adams wspomniał o tym objeździe. 

– Zaskoczył mnie zupełnie – odrzekła Kate. – Ale Ben Adams często tak robi. 
– Czyżbym  dostrzegła  w  twym  spojrzeniu  blask,  który  nie  ma  nic  wspólnego  z  walką

wyborczą?

Kate nakładała sobie pieczone żeberka na talerz i próbowała przybrać pozę obojętności. 
– Jeśli tak, to są to tylko oznaki chwilowej słabości. Sara roześmiała się. 
– Teraz już wiem, dlaczego nałożyłaś sobie porcję jak dla trzech głodnych mężczyzn. 
Kate, zbita z tropu, odłożyła trochę żeberek z powrotem na tacę. 
– Nie  martw  się – rzekła  Sara – nie  jesteś  pierwszą  kobietą  przeżywającą  chwilową 

słabość z powodu Bena Adamsa. 

background image

– Ooo? – Kate  zdziwiło  jej  własne  zaskoczenie  tą  wiadomością.  Burmistrz  Saltillo  był 

jednym  z  najbardziej  pociągających  mężczyzn,  jakich  spotkała.  Co  gorsza,  nie  wiedziała, 
dlaczego ta wiadomość zirytowała ją. Była prawie zazdrosna!

– Ta choroba dotknęła już niemal połowę zdolnej do małżeństwa żeńskiej populacji tego

miasta.  Nazywamy  ją  syndromem  burmistrza.  Ja  sama  miałam  to  kiedyś.  Nie  martw  się, 
wyżyjesz. 

Kate nie była pewna, czy samo wyżycie mogłoby być jej celem. O wiele bardziej wolała 

zwyciężyć. 

– Łowca serc niewieścich, kolekcjoner, czy tak? – Wstrzymała oddech, w nadziei, że Sara 

zaprzeczy. 

Zaprzeczyła. 
– Och,  nie.  Jest  łaskawy,  czarujący,  pociągający  i  nie  interesuje  go absolutnie  nic  poza 

polityką i łowieniem ryb. My, odrzucone, doszłyśmy do zgodnego  wniosku, że każda z nas 
miałaby u niego jakieś szanse tylko jako dwudziestofuntowy sum. 

W  śmiechu  Kate  była  ulga  i  radość.  Wzięła  spory  kęs  mięsa  i  postanowiła,  że  radosną 

stroną tej sprawy zajmie się później. 

– Powiedz  mi  coś  o  nim – poprosiła.  Dostrzegłszy  badawcze  spojrzenie  Sary,  dodała 

szybko: – Żeby pokonać przeciwnika, trzeba go poznać. – Mówiąc to wyobraziła sobie, że to, 
co usłyszy, będzie równie sensacyjne, jak afera Watergate. 

– On jest takim tutejszym ideałem. Wiesz, gwiazda piłki nożnej w szkole średniej, potem 

Ivy  League  College,  doskonała  opinia  z  wojska.  Osiągnął  sukces  w  interesach.  Oddany 
rodzinie. Żadnych wybryków, skandali, nałogów. Chyba, że namiętne łowy można uznać za 
nałóg. 

Kate  pomyślała,  iż  właściwie  powinna  być  zawiedziona,  że  w  jego  życiorysie  nie  było 

nic,  co  mogłaby  przeciw  niemu  wykorzystać.  Ale  nie  była  zawiedziona.  Była  nad  wyraz 
zadowolona. 

– Powiedz mi coś o jego rodzinie. Są teraz tutaj?
– Nie. Jego rodzice i babka na lato wyjeżdżają do Europy. Ma jedną siostrę, jest zamężna 

i  mieszka  w  Tulsa.  Jego  rodzice  mieszkają  tutaj,  tak  jak  i  jego babka,  Elsa  Haversham.  To
prawdziwa dziwaczka. Mam nadzieję, że ją poznasz, jak wróci. 

– Ja też. Ben wspomniał o niej. Bardzo jestem ciekawa. 
– Ben wspomniał o niej, naprawdę? – Tak. 
– To ciekawe. Może wreszcie i on padł ofiarą syndromu burmistrza?
Kate zarumieniła się na myśl o tym. 
– Na pewno nie – zaprzeczyła. – W każdym razie to ma być dyskusja polityczna. 
– Polityczna? – Sara  roześmiała  się  znad  swojego  talerza.  Tu  nigdy  nie  chodziło  o 

politykę i Kate świetnie o tym wiedziała, ale nie chciała, żeby Sara domyśliła się, że ona wie. 
Westchnęła w duchu. Nie była już nawet w stanie poprawnie myśleć. 

– Zjadaj te żeberka, zanim wystygną – powiedziała. 
– Tak jest, proszę pani – odparła Sara jak grzeczna uczennica. 
Przeszły  do  bezpieczniejszych  tematów,  a  tymczasem  orkiestra  wróciła  na  podium  i 

background image

zaczęła się szykować do wykonania kolejnej porcji radosnej twórczości. 

– Chwytaj partnerkę – wrzasnął saksofonista w mikrofon. – Zaraz wam pokażemy, jak się 

to powinno robić w Carnegie Hall. 

– Nie oglądaj się teraz – powiedziała Sara – ale w twoim kierunku idzie jakiś mężczyzna, 

któremu świecą się oczy. Nie jestem pewna, czy chodzi o taniec. 

Kate  nigdy  nie  była  odporna  na  pokusę.  Spojrzała  i  zobaczyła,  że  Ben  Adams 

rzeczywiście miał błyski w oczach. I to błyski tak niedwuznaczne, że Kate o mały włos nie 
wypuściła z ust kęsa, który właśnie odgryzła. Wybełkotała tylko coś z pełnymi ustami. 

– Tak,  tak,  zgadzam  się całkowicie – rzekła  Sara.  – Chyba się  teraz  prędko  wycofam i 

zostawię  cię  twojej  chwilowej  słabości.  – Pomachała  jej  wesoło  i  poszła  przyłączyć  się  do 
grających w latający talerz na brzegu jeziora. 

– Jest ci do twarzy we wszystkim, co jesz – rzekł Ben, kiedy już dotarł do Kate. Pochylił 

się i kciukiem zebrał sos od pieczeni z jej policzka. 

– Ostrożnie,  burmistrzu,  bo  cię  oskarżą  o  konszachty z  opozycją.  – Była  zdumiona,  że 

stać ją było na swobodny ton w momencie, gdy dotykał jej twarzy. Zawsze, gdy jej dotykał, 
topniała  wewnętrznie.  Jeśli  to  jest  ów  „syndrom  burmistrza”,  to  może  się  to  źle  skończyć. 
Przy takim tempie topnienia, do rana zostanie z niej tylko kałuża. 

– Poradzę  sobie  z  takim  oskarżeniem – powiedział.  – Natomiast  nie  radzę  sobie  w 

sytuacji,  gdy jestem  przy  tobie  i  nie  mogę  cię  dotknąć.  W  końcu  jednak  znalazłem  legalne 
rozwiązanie tego problemu. – Podał jej ramię. – Czy mogę prosić do tańca?

– Możesz.  – Śmiała  się  z  niego,  gdy  umieszczał  jej  dłoń  w  zgięciu  swego  łokcia.  –

Uprzedzam się, Ben, dla mnie to jest taniec pożądania. 

– A nie taniec miłości?
Zanim zdążyła odpowiedzieć, porwał ją w ramiona i już wirowali dookoła namiotu. Tylko 

nieliczne odważne pary próbowały dotrzymać  kroku nieregularnym rytmom  orkiestry, mieli 
więc  plac  taneczny  prawie  wyłącznie  dla  siebie.  Kate  prędko  zorientowała  się,  że  Ben  jest 
znakomitym  tancerzem.  Choć  nigdy  nie  przeceniała  swoich  umiejętności,  nie  miała  jednak 
trudności  z  dorównaniem  mu  w  tańcu.  Jej  czerwona  sukienka  świeciła  jaskrawą  plamą  w 
namiocie  oświetlonym  lampionami.  Liczne  spojrzenia  śledziły  taniec  tej  pięknej  pary. 
Niejeden  z  widzów  wyrażał  pogląd,  że  wyglądają  raczej  na  wspólników,  niż  na 
przeciwników. 

Ben był niestrudzony. Prowadził Kate od jednego tańca do drugiego, gładko zmieniając 

rytmy  i  nie  puszczając  jej  nawet  na  chwilę.  Gdy  przyszła  kolej  na  spokojniejszą  melodię  i 
Kate tańczyła, opierając głowę – dzięki „podwyższającym” pantofelkom – na jego ramieniu, 
wydawało  się  jej,  że  Ben  jest  właśnie  tym  mężczyzną.  Był  wspaniale  męski  i  pociągający. 
Ale, co więcej, czuła się przy nim dobrze i bezpiecznie. Przesunęła głowę, żeby móc patrzeć 
na  niego.  Trudno  było  powiedzieć,  co  wyraża  jego  twarz,  jeśli  nie  liczyć  owego  błysku  w 
oczach, który można było tłumaczyć na najróżniejsze sposoby. 

Znów wtuliła się w jego ramię i sunęła wraz z nim w rytm powolnej muzyki. 
– Bardzo to miłe – wymruczał jej we włosy. – Zrób to jeszcze raz. 
– Co?

background image

– To sadowienie mi się na ramieniu, które wystawia na próbę moje opanowanie. 
– To? – Zrobiła  głową  ruch  przypominający  zagrzebywanie  się  ptaka  w  gnieździe  i 

przytuliła się mocniej. 

Odpowiedzią był jeszcze mocniejszy uścisk jego ramion. 
– Człowiek chciałby się przyzwyczaić. 
– Kobieta też. 
Błogość odurzyła ich i nawet nie zauważyli, że są jedyną parą, która została na parkiecie. 

– Ben? – Hmm?

– Jak myślisz, ludzie będą gadać? – O czym?
– O tym, że tak tańczymy. 
– Będą się bardziej interesować kampanią, to wszystko. 
– Byłoby nieuprzejmie z mojej strony, gdybym ci odmówiła. 
– Zgadzam się. 
– A nawet nie fair. 
– Zupełnie. 
Na  zewnątrz  namiotu  ostatni  już  uczestnicy  imprezy  wyrzucali  swe  puste  tekturowe 

talerzyki do śmietnika i szli do domów, syci jadła i politycznych dyskusji. Kate i Ben tańczyli 
dalej. 

– Ben?
– Hmm?
– Zdaje się, że zbzikowałam na twoim punkcie. 
– Czy to to samo, co być zakochaną?
– Nie wiem. 
– Ja myślę, że tak. 
Orkiestra zakończyła ostatni utwór na płaczliwą, bluesową nutę, spakowała instrumenty i 

wyniosła się po cichu. A Kate i Ben wciąż tańczyli. 

– Zastanawiam się, co by było, gdybyśmy poszli do łóżka? – rzekła Kate. 
Ben  zgubił  rytm  i  nagle  spostrzegł,  że  muzyka  już  nie  gra.  Zatrzymał  się  i  spojrzał  na 

Kate. 

– To wspaniały pomysł, Katie. 
– To nie jest pomysł. Po prostu zastanawiam się na głos. – Rozejrzała się po namiocie i 

wróciła spojrzeniem do Bena. – Gdzie są wszyscy?

– Mam  nadzieję,  że  rozeszli  się  do  domów.  – Jego  zegarek  wskazywał  pierwszą.  –

Wracając do twojego pomysłu, Kate. – Oczy błyszczały mu, gdy spoglądał na nią. – Myślę, 
że moglibyśmy zacząć tutaj. – Pocałował ją w lewą skroń. 

– Ben! Ja nie żartuję. 
– Ja  też.  Absolutnie  nie.  – Ujął  jej  twarz  w  dłonie  i  przechylił  lekko  ku  górze.  –

Zakochuję się w tobie, Katie. 

– Nie  jestem  pewna  swoich  uczuć  do  ciebie,  Ben.  Kocham  być  w  twoich  ramionach, 

kocham  całować  się  z  tobą.  Ale  nie  myślę,  żeby  to  była  miłość.  Bardzo  możliwe,  że  są  to 
zwyczajnie skutki stłumienia seksualnego. To dlatego powiedziałam to, co powiedziałam. 

background image

– O pójściu do łóżka?
– Tak. Ciekawa jestem, czy mogłabym uwolnić się od ciebie, idąc z tobą do łóżka. 
Obejmując ją dłońmi w pasie, trzymał ją na odległość wyprostowanych ramion, aby móc 

czytać w jej twarzy. 

– Czy ty mówisz poważnie? – Tak. 
– A  więc,  Katie,  widzę,  że  jest  to  sprawa  wymagająca  ode  mnie  pełnej  uwagi.  –

Wyprowadził ją z namiotu. 

– Dokąd idziemy?
– Znam  miejsce,  gdzie  będzie  nam  się  lepiej  rozmawiało.  Minęli  rożny  i  podium  z 

postrzępioną  dekoracją.  Przeszli  obok  stołów  i  pojemników  na  śmieci  przepełnionych 
podartymi  tekturowymi  talerzykami  i  ogryzionymi  kośćmi.  Odbyli  szybką  rundę 
samochodem i przywieźli sobie koc. Potem weszli do gęstego sosnowego zagajnika. 

Kate przyglądała się, jak Ben rozkłada koc pod drzewami. Zaczynała mieć wątpliwości. 

Czy  wytrwa,  siedząc  przy  nim  na  kocu  i  nie  połknie  go?  Co  osiągnie  przez  tę  rozmowę? 
Chciała już odwołać swoje słowa. Chciała już odejść, lecz wtedy zobaczyła jego twarz. Była 
spokojna, mądra i całkiem niegroźna. Była to twarz przyjaciela, z którym można podzielić się 
zmartwieniem. 

Kiedy  rozpostarł  już  koc,  usiadł  i  oparł  się  plecami  o  drzewo.  Wziął  Kate  za  rękę  i 

posadził ją obok siebie. Objął ją i dał wygodne oparcie na zgięciu ramienia. 

– Teraz możemy rozmawiać, Kate. 
– Jest  mi  tak  dobrze  u  ciebie,  że  zapomniałam,  o  czym  mieliśmy  mówić.  – I  było  tak 

naprawdę.  Bliskość  Bena  zawsze  działała  na  nią  w  ten  sposób.  Jego  obecność  przesłaniała 
wszystko inne. 

– Zupełnie mi to nie przeszkadza. Będziemy tu siedzieć i patrzeć w gwiazdy. 
Przez chwilę siedzieli w milczeniu, patrząc w gwiaździste niebo, wystawiając twarze na 

ciepły oddech nocy i słuchając dalekiego wołania sowy. Ben chłonął jej bliskość i upajał się 
nią. Uczył się na pamięć jej kształtów. Patrząc w górę ku gwiazdom, stwierdził, że ta noc jest 
po prostu stworzona do romantycznej przygody. 

– Katie. – Hmm?
– Cudownie się przytulasz. 
– A ty jesteś dobrą przytulanką. 
– Przytulanką?
– Tak. – Uniosła głowę i uśmiechnęła się do niego. – Ja jestem przylepą, a ty przytulanką, 

ja jestem dawcą, a ty biorcą. Wiesz, nie każdy jest dobrą przytulanką. 

– Na szczęście nie. Ja na pewno zaliczam się do pierwszej dziesiątki tej elitarnej grupy. 
– Z  pewnością  tak.  – Roześmieli  się  oboje,  lecz  potem  Kate  spoważniała.  –  I  to  jest 

właśnie część mojego problemu. 

Ben wyczuł zmianę nastroju. 
– Słucham cię, Katie – rzekł przyciszonym głosem. 
– Jesteś  częścią  mojego  problemu,  Ben,  a  ja  jestem  drugą  jego  częścią.  Jesteś  tak 

okropnie  przystojny,  inteligentny  i  stanowczy,  że  przytłaczasz  mnie  czasem.  Sprawiasz,  że 

background image

zapominam o wszystkim, oprócz pożądania. 

– To chyba nie tak źle, Katie. 
– Dla  mnie  to  źle.  Nie  chcę,  żeby  moje  serce  rządziło  moją;  głową. Już  raz  tak  było. 

Pamiętasz?

– Ja nie jestem Joem, a ty, jak myślę, nie jesteś już tą samą Kate. Nie nakładaj przeszłości 

na teraźniejszość. 

– Nie  robię  tego.  Po  prostu  próbuję  nie  powtarzać  tych  samych  błędów.  To  dlatego 

powiedziałam to, co powiedziałam wcześniej. 

– O uwolnieniu się ode mnie przez pójście do łóżka?
– Tak. – Wysunęła się z jego ramion i usiadła naprzeciwko. – Być może to, co czuję do 

ciebie  jest  tylko  odwieczną  grą  hormonów.  Może,  gdybyśmy  poszli  do  łóżka,  ta  gra 
znalazłaby swój finał, a ty stałbyś się dla mnie po prostu jednym z mężczyzn. 

Wyciągnął ręce i ujął jej twarz w dłonie. 
– Kusisz  mnie,  Katie.  – Zataczał  kciukiem  kółeczka  na  jej  delikatnej  skórze.  – Kiedy 

będziemy razem, nie będzie żadnych wątpliwości i niepewności. Nie będzie między nami nic, 
oprócz miłości. 

– Chciałabym, żeby miłość była tak prosta. – Westchnęła i przykryła jego dłonie swoimi. 

– W każdym razie, nie powiedziałam, że cię kocham. Po prostu chyba narkotyzuję się tobą. 

– Na początek to wystarczy. – Pochylił się i pocałował ją w czoło. 
W tym pocałunku nie było pożądania. Był znakiem otuchy i zrozumienia. Kate odczuła 

ciepło rozchodzące się po całym ciele, aż do czubków palców i zaczęła zastanawiać się nad 
sobą. Czy nie chciała ukryć prawdy za słowami w rodzaju „gra hormonów” i „narkotyzować 
się^’? Czy nie zakochała się już w Benie Adamsie? Były to otrzeźwiające pytania, na które 
nie umiała odpowiedzieć. 

– Ben, czy ty mówiłeś poważnie?
– O czym?
– O zakochaniu się we mnie. 
– Tak. Naprawdę. 
– Powiedz, dlaczego mnie kochasz?
– Czy koniecznie musi być jakiś powód?
– Nie taką odpowiedź chcę usłyszeć. 
Roześmiał się. 
– Moja Katie jest bardzo dociekliwa. – Ujął jej dłonie i całował czubki palców. – Każdy 

mężczyzna szuka kobiety, dzięki której czułby się szlachetny i silny, dla której chce budować 
zamki  i  zabijać smoki, dla której myśli o królestwach i  dynastiach. Ty jesteś dla mnie taką 
kobietą. 

W jej oczach zalśniły łzy. 
– To piękne, Ben. – Niecierpliwym  gestem starła łzę, spływającą po policzku. „Wielkie 

nieba – pomyślała.  – Zachowałam  się  jak  kobieta  zakochana,  a  nie  jak  ktoś,  kto  jest  tylko 
chwilowo zauroczony. To się już nie powtórzy”. 

– Czy mogę cię zatrudnić do pisania moich przemówień? – zadrwiła, żeby uwolnić się od 

background image

czarów jego słów. 

– Nie zdołasz schować się przede mną na zawsze, Katie. 
– A któż się chowa?
– Ty. Za tymi lekceważącymi słowami. 
– Lekceważącymi, mówisz?
– Bardziej lekceważącymi, niż sójka na przyjęciu u czyżyka. Uśmiechnęła się przebiegle i 

skoczyła na niego. 

– Ja  ci  pokażę  lekceważenie.  – Chwyciła  go  i  oboje  potoczyli  się  na  koc.  Kate 

wylądowała na wierzchu i zaczęła łaskotać Bena pod żebrami. 

– Ty mała  psotnico. – Śmiał  się, zaciskając ramiona  wokół niej. – Wiem,  co się  robi z 

takimi niegrzecznymi dziewczynkami, które łaskoczą łaskotliwych. 

Pociągnął  ją  ku  sobie  i  pochwycił  jej  usta.  Dotyk  jego  warg  odniósł  natychmiastowy 

skutek.  Kate  poczuła,  jak  gorąco  wzbierające  jej  w  piersi  zamienia  się  w  płomień,  który 
stopniowo ogarnia ją całą. Wydała cichy jęk błogości i potoczyli się razem po kocu, ciasno 
spleceni, usta przy ustach. Kate wczepiła palce w jego czarne, sprężyste włosy, przytrzymując 
Bena przy sobie. Ich języki rozpoczęły erotyczny pojedynek. Zamknęła oczy, by nie widzieć 
nieba usianego gwiazdami  ani połyskującego księżycową poświatą jeziora  Lamar Bruce, by 
zapomnieć o wszystkim oprócz rozkosznych doznań, które ją pochłaniały. 

Dłonie  Bena  przemierzały  jej  ciało,  odnajdując  spadzistość  ramion,  głębokie  wycięcie 

talii, ponętne krzywizny ust. Jego palce robiły z nią przedziwne rzeczy i Kate pomyślała, że te 
palce  powinny  być  specjalnie  pokazywane  w  muzeum  historii  naturalnej,  jako  cudowne 
narzędzia miłości. 

Przez małą wieczność pozostawali w uścisku, ucząc się na pamięć jedno drugiego i aż do 

bólu pragnąc spełnienia. Całowali się aż do utraty tchu i nie dbali już o żadne przybranie dla 
swego pożądania. Lecz kiedy żądza miała już całkiem zapanować nad nimi, Ben otrząsnął się. 

– Następnym  razem,  kiedy  będziesz  chciała  być  arogancka,  Katie,  postaraj  się  lepiej  o 

audiencję.  – Usiadł  i  odsunął  włosy  zasłaniające  jej  twarz.  – Nie  wiem,  jak  długo  jeszcze 
wytrwam w tej szlachetnej wstrzemięźliwości. 

– A  ja  nie  wiem,  jak  długo  jeszcze  zniosę  tę  obsesję  na  twoim  punkcie,  nie  robiąc 

jakiegoś szalonego kroku. 

Ben, po tak trudnej walce z pożądaniem, raczej miał dreszcze, niż śmiał się. 
– Na przykład?
– Na  przykład  pójdę  do  magistratu  i  będę  cię  całować  tak  długo,  aż  dostaniesz  zeza.  –

Mówiła  to  lekko,  ale  wewnętrznie  czuła  się  przygnieciona.  Była  jak  w  oku  cyklonu. 
Przyłożyła dłonie do gorących policzków i spojrzała na Bena. Widok był tak uroczy, że serce 
zabiło mu mocniej. – Czy ja dobrze robię, Ben?

– O czym mówisz?
– O wyborach na burmistrza. Zdaje mi się, że biorę w tym udział z fałszywych pobudek. 
– Z jakich fałszywych pobudek?
– Tylko  po  to,  żeby  być  przy  tobie.  Żeby  sobie  udowodnić,  że  dam  sobie  radę  i  nie 

popełnię tych samych błędów, co z Joem. 

background image

– Nie wydaje  mi  się.  Ale nawet  jeśli  tak jest, nie  zmienia  to  faktu, że  jesteś znakomitą 

kandydatką. Nie zapominaj o tym. – Splótł swoje palce z jej palcami i uniósł jej dłoń do ust. 

Kate zamknęła oczy i chciała wierzyć, że dotyk tych ust będzie trwał wiecznie. Czerpała z 

jego  ciepła  delikatności  i  wyrozumiałości  i  owijała  się  nimi  jak  tęczą,  od  stóp  do  głowy. 
Kiedy w końcu opuścił jej rękę, uśmiechnęła się do niego. 

– Dziękuję, że jesteś taki, jaki jesteś. 
– Bardzo cię proszę, Katie. 
– Teraz możesz odwieźć mnie do domu. I tak też zrobił. 

background image

7

Nazajutrz  po  mitingu  wyborczym Kate  chodziła  po  domu  i  uśmiechała  się  całkiem  bez 

powodu. Dwa razy przyłapała się na głośnym śmiechu, a raz, podczas pielenia klombu koło 
domu ze zdumieniem stwierdziła, że śpiewa do Królowej Wiktorii, ulubionej kury Jane. Kura 
mrugnęła tylko żółtym okiem i zignorowała cały występ. 

Kate podniosła głowę i spojrzała z ukosa na słońce. 
– Chyba jestem stuknięta – powiedziała głośno. – Śpiewałam do kury!
Próbowała skupić się na pieleniu, ale zamiast chwastów zaczęła trzebić petunie. 
– Muszę pomyśleć o kampanii – rzekła do kota, który nie miał się gdzie podziać, bo salon 

piękności był tego dnia zamknięty. Kot machnął ogonem i posłał jej lekceważące spojrzenie, 
jak gdyby chciał powiedzieć, że wie, że Kate mówi nieszczerze. 

Kate przysiadła na piętach, żeby się przyjrzeć spustoszeniu, którego była autorką. Sześć 

czerwonych  petunii  marniało  na  słońcu,  a  jedna  ledwo  już  dyszała  w  jej  brudnej  dłoni. 
Wsadziła biedny, więdnący kwiat z powrotem tam, gdzie rósł i uklepała ziemię wokół niego. 

– Muszę cię przeprosić – powiedziała do rośliny. – Nie mam nic przeciw tobie osobiście. 

To przez to, że gdy patrzę na ciebie, widzę Bena Adamsa. 

– A  czemu  nie  próbujesz  rozejrzeć  się  wokół  siebie?  Kate  wypuściła  kwiat  tak 

gwałtownie, że można by pomyśleć, że ją ugryzł. Spojrzała w górę i klapnęła na siedzenie. 

– Nie śmiej się, Ben. Śmiertelnie mnie przestraszyłeś. 
– Od rana w nerwach?
– Od rana nieprzytomna. Rozmawiałam z Królową Wiktorią. 
– To poważne osiągnięcie, zważywszy, że ona od dawna nie żyje. 
– Królowa Wiktoria to ulubiona kura Jane. 
– Teraz rozumiem – rzekł, choć niczego nie rozumiał. – Pozwól, że pomogę ci wstać. –

Chciał jej podać rękę. 

Kate nie przyjęła wyciągniętej dłoni. 
– To ty mnie doprowadziłeś  do tego stanu. Wolałabym, żebyś poszedł  zbierać te swoje 

skarabeusze. – Powiedziała to, ale tak naprawdę wcale tego nie chciała. 

– Nie żadne skarabeusze, tylko robaki na przynętę. – Ukucnął koło niej. – Nawet z brudną 

twarzą wyglądasz cudownie. – Uśmiechając się do niej, ścierał jej brud z policzka. 

Kate  siedziała  nieporuszona,  z  lubością  przyjmując  dotyk  jego  rąk  i  nie  wiedząc,  co 

począć z tym wszystkim. Stwierdzić, że to tylko pożądanie i zlekceważyć? Niemożliwe. Ben 
nie uwierzyłby. Nawet ona sama już w to nie wierzyła. Szczególnie po wczorajszej nocy. Czy 
ma go wessać w siebie i smakować po kawałeczku, zaczynając od tych cudownych dłoni aż 
po  wspaniałe  nogi?  I  cóż  by  przez  to  osiągnęła?  Chyba  tylko  potwierdzenie  własnych 
podejrzeń,  że  wszystko,  co  robi,  łącznie  z  kandydowaniem  na  burmistrza,  robi  po  to,  żeby 
zbliżyć się do Bena Adamsa. 

Nie  mogła  tak  przesiedzieć  całego  dnia.  Leniwym  gestem  strzepnęła  brud  z  nogi. 

Wiedziała, że Ben patrzy na nią. O czym on myśli? Jakby odgadując jej rozterkę, pogładził ją 

background image

po policzku. 

– Katie, kochana, powiedz mi, chcesz tak przesiedzieć cały dzień w tym kurzu, czy może 

razem  dokończymy  pielenia? – Spojrzał  na  więdnące  petunie.  – Czy  raczej  niszczenia 
klombu?

„Razem? – powtórzyła w myśli. Wielkie nieba. Ben zamierzał spędzić z nią sobotę. Nic 

dobrego  z  tego  nie  wyniknie.  Była  absolutnie  pewna,  że  nie  wysiedzi  przy  nim  spokojnie 
nawet  dziesięciu  minut  i  po  prostu  pożre  go.  A  to  wykraczało  już  poza  jej  zamierzenia. 
Przyjeżdżając do Saltillo, chciała zostawić ze sobą nieudane małżeństwo i nie miała zamiaru z 
zamkniętymi oczami rzucać się w następne. W każdym razie ; tak myślała na początku. Teraz 
zaś  nie  była  wcale  pewna  swych  zamierzeń.  Kiedy  się  nie  wie,  co  zrobić,  najlepiej 
zaatakować. 

– Ben, wydaje mi się, że przyszedłeś, żeby wydobyć ode mnie moje tajemnice – wypaliła. 
– Wracamy do punktu wyjścia, tak?
– Ja uważam, że nigdy nie wyszliśmy poza punkt wyjścia. 
– Ach, nie?
– Nie. 
– A wczorajsza noc?
– Odmawiam udzielenia odpowiedzi, która może być użyta przeciwko mnie. 
– Nie  widziałem  jeszcze  tak  nieznośnej  kobiety.  Kiedy  zaczynam  wierzyć,  że  jesteś 

najuczciwszą pod słońcem, ty zaczynasz grać. 

– Kłamać – poprawiła go. – Mam wprawę. Roześmiał się. 
– To, czego ci trzeba, Katie, to pocałunek. – Pochylił się ku niej. 
Zasłoniła się rękami. 
– Ani się waż. 
– No dobrze. Odłóżmy to na chwilę. – Przebiegł ją spojrzeniem od stóp do głowy i gdyby 

jego  oczy  były  laserami,  spaliłby  ją  na  węgielek.  – Jeśli  potrafimy – dodał.  – Przychodzę 
zabrać cię nad jeziora. 

– Czy to łapówka, burmistrzu?
– Tylko o tyle, o ile spędzenie ze mną dnia ma dla ciebie jakąś wartość. 
„Chce, żebym powiedziała, że ma” – pomyślała. Postanowiła to zignorować. 
– Ben wyjaśnił swój zamysł. 
– Myślałem,  że  gdybyś je  sama  zobaczyła,  miałabyś lepszy  pogląd  na  to,  co  proponuję 

tam zrobić. 

– Jeśli wygrasz. Uśmiechnął się. 
– Chcę wygrać. 
– Ja też. 
– W  takim  razie,  moja  uparta  Katie,  nie  będę  ci  przeszkadzał  w  planowaniu  twojej 

kampanii. – Spojrzał na więdnące na ziemi kwiaty i roześmiał się. – I w uprawianiu ogródka. 
– Schylając się, głośno pocałował ją w usta, po czym poszedł przez podwórko, pogwizdując. 
Nim  wsiadł  do  samochodu,  odwrócił  się.  – A  propos,  bardzo  mi  się  podobał  twój  bukiet  z 
cebuli. 

background image

Kate patrzyła, jak odjeżdżał. Paliły ją dwa ognie – od wewnątrz tłumione pożądanie, a od 

zewnątrz słońce. 

– Muszę ułożyć sobie jakiś plan – mruknęła do Królowej Wiktorii, która rozgrzebywała 

ziemię wokół dopiero co odratowanej, nieszczęsnej petunii. 

Kate  wpadła  do  domu,  wzięła  prysznic,  przebrała  się  w  lekką  sukienkę  i  wskoczyła do 

swego  sfatygowanego  auta.  Przez  resztę  dnia  przemierzała  miasto  w  poszukiwaniu 
materiałów i sprzymierzeńców do swej kampanii. Pojechała nad jeziora i dokonała tam wizji 
lokalnej. Nim słońce zaszło, miała już dokładny plan działania. 

Wkrótce  znalazła  to,  czego  szukała.  Musiała  wygłosić  podniosłe  przemówienie,  żeby 

przekonać pewnego farmera, że powinien się chwilowo rozstać ze swoim „przyjacielem”. 

Obiecała, że będzie „przyjaciela” dobrze karmić i dawać mu dużo świeżej wody, oraz że 

nie pozwoli mu zjadać sznurów od bielizny. 

Pospiesznie napisała swój adres na kawałku papieru. 
– Dobrze byłoby, gdyby pan mógł przywieść mi go jeszcze dziś. Potrzebuję trochę czasu, 

żeby go obłaskawić. Do środy oddam go panu, całego i zdrowego. 

Dobili  targu  uściskami  dłoni,  a  farmer  nawet  obiecał,  że  będzie  na  nią  głosował.  Kate 

wracała do domu z poczuciem, że nie zmarnowała czasu. Jeden tylko drobiazg – brak decyzji, 
co dalej z Benem – psuł radosny obraz tego dnia. 

Podśpiewując, weszła do kuchni lekkim krokiem. Jane akurat smarowała kanapkę masłem 

orzechowym. 

– Jeśli chcesz, to sobie śpiewaj na wiecu we wtorek, ale ja nie będę. 
Kate uścisnęła córkę. 
– Czasami zastanawiam się, czy ty masz dziewięć, czy dziewięćdziesiąt dziewięć łat. Jak 

tam twoje ćwiczenia piłkarskie?

– Wspaniale. Biegałam szybciej, niż Scotty Enlow. 
– Kto to jest Scotty Enlow?
– To ten, co biega do tyłu. – Jane chodziła po kuchni i zajadając kanapkę, opowiadała o 

meczu. Nagle przerwała i podbiegła do drzwi. – Mamo! Zobacz, jakiś pan coś nam przywiózł 
przed dom. 

Kate  podeszła  do  drzwi  i  spokojnie  patrzyła  na  rozgrywającą  się  scenę.  Farmer  usilnie 

przekonywał swego opornego przyjaciela co do korzyści wynikających z udziału w wyścigu 
do magistratu. 

– Mamo, czy to nasz nowy domownik?
– Nie.  To  jest  niespodzianka  dla  Bena  Adamsa.  – Kate  wyszła  przed  dom  przywitać 

nowego członka swego sztabu wyborczego. 

Widok wojowniczego zwierzęcia ostudził jej pierwotny entuzjazm. Co będzie, jeśli nie da 

sobie z nim rady? Jeśli zwierzak nie będzie jej słuchał? Wzruszyła ramionami i odsunęła na 
bok wątpliwości. Wzięła zwierzę za uzdę i poprowadziła w stronę domu. 

– Chodź już, chodź. Do wtorku musisz się jeszcze wiele nauczyć. 
Prawdę mówiąc, oboje musieli jeszcze dużo się nauczyć. Zanim nadszedł wtorek, zwierzę 

straciło  trochę  wojowniczości,  a  i  Kate  nieco  spuściła  z  tonu.  Ale  nie  traciła  ducha. 

background image

Wspólnymi siłami, ona i zwierzę, wypracowali w końcu trudny kompromis. 

W  dniu  mityngu,  wieczorem,  Kate  załadowała  swoją  niespodziankę  wyborczą  na 

pożyczoną  ciężarowe  i  ufna  w  swe  siły  wyruszyła  do  miejscowego  liceum,  które  użyczyło 
swej sali gimnastycznej na cele akcji wyborczej. 

Rozpalona upałem sala gimnastyczna była wypełniona do ostatniego miejsca. Od chwili, 

gdy  Ben  Adams  ujawnił  swój  projekt  zagospodarowania  jezior,  wybory  burmistrza  Saltillo 
cieszyły  się  większym  zainteresowaniem,  niż  kampania  prezydencka.  Tym  bardziej,  że 
jednym z kandydatów była kobieta. W pełnym składzie  stawiła się redakcja Saltillo  Weekfy 
News, 
przyjechała też ekipa telewizyjna z Tupelo. 

Kate  z  zadowoleniem  lustrowała  zgromadzenie.  Było  to  idealne  audytorium  dla 

spektaklu, który zamierzała pokazać. Efekt był murowany. 

Spostrzegła Bena koło fontanny z wodą do picia. Grupa wiernych zwolenników otaczała 

go i chłonęła każde jego słowo. Od zeszłej soboty Kate z rozmysłem trzymała się z dala od 
niego i teraz była rada ze swej decyzji. Widzieć go, nawet na odległość zatłoczonej sali, i nie 
dotknąć, wymagało najwyższego wysiłku. 

Przyłożyła dłonie do skroni, jakby próbując w ten sposób usunąć Bena ze swych myśli. 
– Po prostu nie będę o nim teraz myśleć – mruknęła do siebie. 
– O kim? – spytała Myrtle, która zjawiła się obok niej. 
– O Benie Adamsie. 
– Tak  myślałam.  – Myrtle  przechyliła  głowę  na  bok  i  spojrzała  na  Kate  jak  zuchwały 

wróbelek. – Czy jesteś pewna tego, co robisz?

– Ale o co chodzi?
– O  wszystko.  Na  przykład  o  tę  niespodziankę.  – Reakcja  Myrtle  nie  była  zbyt 

entuzjastyczna, kiedy Kate i Jane powiedziały jej o tym w sobotę. 

– Nie martw się Myrtle. Wiem, co robię. Jeśli chcę, żeby ludzie słuchali tego, co mam do 

powiedzenia, muszę najpierw zrobić coś, co przykuje ich uwagę. 

– Tyle,  że  jak  ci  się  to  dziś  nie  uda,  to  już  nigdy.  – Myrtle  zdjęła  druciane  okulary  i 

przecierając je mówiła dalej: – Chodzi mi nie tyle niespodziankę, co o Bena Adamsa. To jest 
człowiek, z którym trzeba się liczyć. 

– Nie mam zamiaru się z nim liczyć. Mam zamiar go pokonać. 
– Nie mówię o wyborach, tylko o sprawach sercowych. Jak cię znam, to w tych sprawach 

zawsze byłaś nieustraszona. 

– Ależ ja się niczego nie boję. Po prostu kieruję się zdrowym rozsądkiem.
Kate uśmiechnęła się jak ktoś, kto jest zupełnie pewien swoich racji. Ona sama jednak nie 

była tak zupełnie pewna. Szczególnie, że Ben był w tej samej sali. I szczególnie od czasu tego 
pięknego  wieczoru,  który  spędziła  z  nim,  jedząc  suma  na  kolację.  Na  razie  postanowiła  go 
ignorować. Uznała, że jest to jedyny sposób, choć doraźny, na otrząśnięcie się z rozterek. 

– Jak się miewa mój przyjaciel? – zwróciła się z pytaniem do Myrtle. 
– Jane  i  Willy  Bob  przywiązali  go  na  zewnątrz.  Już  teraz  gromadzą  się  tam  gapie. 

Szczególnie po tym, jak zabrał się do konsumowania nowiutkiej plecionej torebki Córy Lee 
Brady. 

background image

– Dobrze jej tak. – Zaśmiała się Kate. 
Skierowała się ku drzwiom, lecz potem odwróciła się do Myrtle. 
– Pamiętaj  dać  mi  sygnał,  kiedy  przyjdzie  moja  kolej.  Gdy  wychodziła,  Myrtle 

powiedziała cicho:

– O, Boże, mam nadzieję, że miasto jest na to gotowe. – Poprawiła okulary, przygładziła 

kok  i  starała  się  zachować  spokój.  Na  próżno  jednak.  Tak  się  denerwowała  niespodzianką 
Kate, że nie słyszała ani słowa z tego, co mówił Bobby Cranston Dale. 

Zapadła pełna oczekiwania cisza, gdy Bobby Cranston po raz drugi ogłaszał:
– A teraz zabierze głos kandydatka na burmistrza. 
– Wygląda na to, że już odpadła, Bobby – krzyknął ktoś z sali. – Niech mówią następni. 
Drzwi  sali  rozwarły  się  z  hałasem  i  do  środka  wjechała  Kate,  dosiadając  wielkiego 

czarnego kozła. Zdumniony tłum przez chwilę obserwował w milczeniu, jak Kate steruje na 
środek  sali.  Potem  wybuchł  nieopisany  harmider.  Rozległy  się  okrzyki  radości,  śmiechy, 
wiwaty i  gwizdy. Ludzie zaczęli  się tłoczyć i  przepychać, każdy wyciągał  szyję, żeby mieć 
lepszy widok na skandaliczną Kate Midland. 

Kate  jedną  ręką  trzymała  sznurowane  wędzidło,  a  drugą  pozdrawiała  tłum.  Prowadziła 

capa  z  taką  pewnością  siebie,  jakby  to  cuchnące  zwierzę  było  cadillakiem.  Kozioł  ze  swej 
strony  zachowywał  się  tak,  jakby  wiedział,  że  dzieje  się  coś  ważnego.  Kroczył  przez  salę 
gimnastyczną z dumą godną konia arabskiego pełnej krwi, i nie zatrzymał się ani razu, żeby 
skubnąć  plecioną  torebkę.  Koło  podium  dla  mówców  Kate  zsiadła  i  oddała  wędzidło  Jane. 
Kątem oka dostrzegła Bena. Usiłował zachować powagę, ale nie bardzo mu się to udawało. 
Kąciki ust drgały mu i pocierał twarz dłonią, żeby nie wybuchnąć śmiechem. 

Kate  wchodząc  na  podium  posłała  mu  znak  zwycięstwa.  Podeszła  do  mikrofonu  i  bez 

wstępów zaczęła mówić. Jej wjazd na capie był wystarczającym wstępem. 

– Jeśli plan Bena Adamsa zostanie zrealizowany, wszyscy będziemy jeździć na kozłach, 

ponieważ droga ominie nasze miasto – powiedziała milczącemu tłumowi. Na te słowa znów 
podniósł  się  tumult.  Teraz  dopiero  ludzie  zrozumieli  dramatyczną  wymowę  jej  wjazdu  na 
grzbiecie kozła i zaczęli klaskać, tupać, krzyczeć i gwizdać. Sprawa drogi dla nikogo już teraz 
nie była obojętna. Wystąpienie Kate musiało również być pewną skrajnością, choć podaną w 
żartobliwy sposób. 

Kiedy  sala  uspokoiła  się,  Kate  przedstawiła  konkurencyjną  propozycję.  Teren  wokół 

jezior  zostałby  zakupiony  i  zagospodarowany  przez  miasto.  Trzyletni  plan  przewidywałby 
utworzenie tam parku  miejskiego oraz  odsprzedanie  lub  wydzierżawienie  większości  terenu 
pod biura i przedsiębiorstwa. 

Kate śmiało mogła powiedzieć, że potrafiła skupić uwagę całego audytorium. Mieszkańcy 

Saltillo  byli  dumni  ze  swego  miasta  a  sprawy,  które  poruszyła,  bardzo  ich  obchodziły. 
Klaskali  długo  i  głośno,  kiedy  powiedziała,  że  według  jej  projektu  główna  droga  będzie 
przebiegać  przez  miasto,  co  dodatkowo  zwiększy  szanse  jego  rozwoju.  Podatki  z 
zagospodarowanych  terenów  pokryłyby  po  pewnym  czasie  poniesione  nakłady,  miasto 
miałoby też dodatkowe pieniądze na szkoły i założenie biblioteki publicznej. 

Negatywny  aspekt  tego  planu  Kate  zostawiła  na  koniec.  «  Żeby  zakupić  jeziora, 

background image

należałoby podnieść podatki. Swe przemówienie zakończyła płomiennym wezwaniem:

– Musimy być gotowi zapłacić pewną cenę za to, co bezcenne. 
Kate  schodziła  z  podium  wśród  burzliwego  aplauzu  sali,  a  Ben  należał  do  tych,  którzy 

oklaskiwali ją najgorliwiej. Po tym, co powiedziała, jego przemówienie wypadło blado i Ben 
wiedział  o  tym.  Starał  się  mówić  jak  najkrócej.  Będzie  jeszcze  wiele  okazji,  żeby 
szczegółowo  odpowiedzieć  na  jej  propozycje.  Na  kampanię  została  im  jeszcze  reszta 
długiego, gorącego lata. 

Po zejściu z podium skierował kroki prosto do swej przeciwniczki. 
– Moje gratulacje, Kate. Wygrałaś dzisiejszy bieg. 
– Obiecałam ci ostrą walkę, Ben. Zawsze staram się dotrzymać słowa. 
Reporter z telewizji podsunął jej mikrofon. 
– Czy możemy to zacytować, pani Midland?
Kate i  Ben odwrócili się w stronę kamer i reflektorów. Dziennikarze nie widzieli takiej 

kampanii od czasów prohibicji i starali się dobrze wykorzystać okazje. 

Następnego ranka prasa pytała: CZY KATE WYWIEZIE BURMISTRZA NA KOŹLE? 

Kate odłożyła gazetę i uśmiechnęła się zadowolona. 

– Na pewno się na nim przejedzie – powiedziała do siebie. Gdy sprzątała po śniadaniu, 

wykonała  kilka  tanecznych  kroków,  po  części  dlatego,  że  tak  dobrze  szła  jej  kampania,  ale 
głównie dlatego, że była sobą. Schyliła się i pogłaskała Bootsa. 

– Kocie, patrzysz na przyszłego burmistrza Saltillo. Salon piękności pękał dziś w szwach. 

Niektóre panie były stałymi gośćmi, ale było wiele nowych klientek, które przyszły z czystej 
ciekawości.  Od  dociekań  i  sporów  huczało  jak  w  ulu.  Wymiana  poglądów  była  bardziej 
ożywiona niż w Sądzie Najwyższym Stanów Zjednoczonych. 

Wśród  tego  zgiełku  rozległ  się  dzwonek.  Goniec  od  burmistrza  stanął  w  drzwiach  i 

zadrżał, widząc, że znalazł się w oku cyklonu. Przesuwając się bokiem, podszedł  do Kate i 
wręczył jej liścik. 

– Od burmistrza? – zapytała. 
– Tak, proszę pani. Reszta jest na zewnątrz. 
Oczy jej błyszczały, gdy otwierała kopertę. Jeśli było coś, co zajmowało ją bardziej niż 

polityka, to właśnie niespodzianki. Przepadała za nimi, szczególnie, gdy ich autorem był Ben 
Adams. Jego niespodzianki były tak samo zaskakujące jak on sam. 

Zważywszy  na  trudności  w  zaopatrzeniu,  przesyłam  roczny  zapas  paliwa  do  twojego 

nowego  środka  lokomocji – czytała.  Kolejny  miting  zaczyna  się  o  siódmej.  Sugeruję,  żebyś 
osiodłała  swego  kozła  i  wyruszyła  z  domu  na  godzinę  przed  rozpoczęciem,  bo,  jak  się 
dowiaduję, rozwija on prędkość nie większą niż cztery mile na godzinę. 

Pozdrowienia. Ben. 

P. S. Powiedz swemu kozłowi, żeby darował życie plecionym torebkom. Od czasu tamtego 

wypadku z Córą Lee, magistrat jest oblegany przez właścicielki (czy może – byłe właścicielki) 
torebek,  które  domagają  się,  żebym  coś  zrobił  w  tej  sprawie.  Obawiają  się,  że  jeśli  dalej 

background image

będziesz praktykować te swoje koźle hobby, ich torebki będą w niebezpieczeństwie. 

Przeczytawszy  list,  Kate  pobiegła  do  drzwi  frontowych.  Sześciu  krzepkich  mężczyzn 

wyładowywało  bele  siana  z  trzech  półciężarówek.  Samochody  udekorowane  były 
transparentami z napisem: „NASTĘPNA KADENCJA DLA BENA ADAMSA”

Jeden z mężczyzn zauważył Kate stojącą w drzwiach. 
– Gdzie mamy to wyładować? Kate roześmiała się. 
– Zostawcie to tutaj, na samym froncie. Niech będzie na widoku. 
Myrtle wyjrzała przez drzwi. – I co teraz zrobisz?
– Pamiętasz, Myrtle bajkę o karzełku, który potrafił zamienić słomę w złoto? Ja właśnie 

zamierzam zamienić siano od Bena Adamsa w złoto. Polityczne złoto. 

Myrtle  patrzyła,  jak  ogród  zapełnia  się  belami  siana.  Potem  odwróciła  się  do  swej 

zwariowanej kuzynki. 

– Mogę  tylko  powiedzieć,  że  oboje  jesteście  siebie  warci.  – Wycofała  się  do  domu, 

uśmiechając  się,  potrząsając  głową  i  mrucząc  pod  nosem.  – Ta  dziewczyna  ma  wrodzony 
talent do kawałów. Wszystko tu stoi na głowie, odkąd się sprowadziła. 

Kiedy samochody zostały rozładowane, a ludzie od burmistrza odjechali do miasta, Kate 

podziwiała górę siana i zanosiła się od śmiechu. Miała już gotowy plan działania. 

Wróciła do salonu piękności, wyłożyła swój plan i poprosiła o pomoc. Cztery panie i tak 

zamierzały głosować na Kate i chętnie się zgodziły. Dwie inne przekonała sama przewrotność 
planu.  Ochotniczki  pospieszyły  do  domów  po  niezbędne  akcesoria,  a  Kate  zadzwoniła  do 
Sary Callicut i jej wiernych zwolenniczek. 

Wkrótce przed domem rozpoczęła się ożywiona krzątanina. Olbrzymi transparent głosił:
SIANO DLA TWOJEGO KOZŁA. POZDROWIENIA OD BENA ADAMSA. 
Panie  rozstawiły  składane  stoliki  i  wiązały  siano  przysłane  przez  Bena  Adamsa  w 

mniejsze wiązki. 

Kiedy  Jane  i  jej  przyjaciel  Kotlet  wrócili  z  treningu,  postanowili  zrobić  interes  na  tej 

sytuacji  i  otworzyli  pod  dębem  stoisko  z  lemoniadą.  Ożywienie  udzieliło  się  nawet 
zwierzętom. Dżek, piesznajda, i Boots, leniwa kotka, zaczęli się gonić między belami siana. 
Królowa Wiktoria patrzyła na to zawistnym okiem. Od czasu do czasu i ona dawała znać o 
sobie, wydziobując czerwony lakier, którym Kate pomalowała sobie paznokcie u nóg.

Wieść  o  tym,  co  się  dzieje  u  Kate  szybko  rozeszła  się  po  Saltillo  i  wkrótce  jej  ogród 

zapełnił  się  ludźmi.  Ochotniczki  wręczały przybywającym  miniaturowe  bele  siana,  a  Jane  i 
Kotlet  rozprowadzali  swoją  lemoniadę,  inkasując  po  pięć  centów  za  kubeczek. 
Niepostrzeżenie  rozpoczął  się  zaimprowizowany  wiec.  Kate  wystąpiła  w  ogrodzie  jak  na 
mównicy.  Agitowała,  gestykulowała,  wskazywała  na  górę  siana  i – posuwała  naprzód  swą 
kampanię. Było to jedno z najlepszych wystąpień publicznych w całej jej karierze. 

Myrtle,  dumna  jak  paw,  przechadzała  się  wśród  zgromadzenia,  podziwiając  błazeństwa 

swej  zuchwałej  siostry i  pilnie  obserwując  wszystko,  co  się  działo.  To,  co  słyszała,  jeszcze 
bardziej wbijało ją w dumę. 

– Ma  kobieta  charakter – oznajmił  jeden  ze  stałych  bywalców  Składu  Towarów 

background image

Żelaznych  Braci  Jones.  Jego  towarzysz,  zatwardziały  konserwatysta,  przerwał  na  moment 
żucie cygara. 

– Saltillo nie widziało jeszcze nic takiego – przyznał. 
– Niech mnie diabli, jeśli nie oddam głosu na babkę z takim biglem. 
– Ma pomyślunek – dorzuciła kobieta z różowymi papilotami na głowie. Korzystając ze 

słońca, strzygła trawę w  swoim  ogródku i  jednocześnie suszyła włosy, kiedy zauważyła, że 
naprzeciwko coś  się  dzieje.  Oczywiście  przeszła  na  drugą  stronę,  zobaczyć w  czym rzecz  i 
wypowiedzieć swoje zdanie. 

– Ten projekt urządzenia jezior wydaje mi się dobry. Co to za pomysł, żeby droga omijała 

miasto?

– No chyba! – dorzucił trener piłki nożnej. Zauważył co się dzieje w drodze powrotnej z 

treningu.  – Ben  Adams  powinien  uważać,  co  robi,  bo  przepadnie  w  wyborach,  jak  nic.  –
Obwieścił  to  z  widoczną  satysfakcją.  Choć  niechętnie  przyjął  Jane  Midland  do  swojej 
drużyny,  to  z  czasem  bardzo  ją  polubił.  Grała  bardzo  ofensywnie  i  okazała  się  dobrym 
nabytkiem. 

– Świetnie idzie – zameldowała Myrtle przechodząc. – Chyba ich zwojujesz. 
– Doskonale.  To  nauczy  Bena  Adamsa,  co  to  znaczy  przesłać  na  mój  adres  trzy 

ciężarówki siana. 

Obserwując  rozwój  wypadków,  Kate  poczuła,  jak  ogarnia  ją  to  samo  uniesienie,  jak 

wtedy, przed laty, gdy pracowała dla senatora Waxholta. „Tak, Ben miał rację – pomyślała. –
Nic już nie może jej powstrzymać. „ Miała ochotę podziękować mu, że ją do tego wciągnął. 
Chciałaby  mu  powiedzieć,  jak  bardzo  ceni  zrozumienie,  jakie  jej  okazał.  Chciałaby  tylko 
spojrzeć mu w oczy, zarzucić ręce na szyję i nic więcej. Ale wiedziała, że to niemożliwe. Nie 
umiała  już  powstrzymać  swej  namiętności,  tak  jak  nie  umiała  powstrzymać  wschodzącego 
słońca. „Za dnia przeciwnicy, nocą kochankowie” – pomyślała. 

– Boże,  jak  ja  dotrwam  do  końca  tej  kampanii? – mówiła  cicho  do  siebie.  – Może 

powinnam go zabić, zamiast mu dziękować?

Ale oczywiście nie zrobiła żadnej z tych rzeczy. Poszła do domu po skrzypce. 
Zaimprowizowany  wiec  trwał  jeszcze  długo  po  zachodzie  słońca.  Światła  latarek  i 

lampionów  oraz  gromady  świetlików  stwarzały  nastrój  zabawy  karnawałowej.  Zapas 
lemoniady  Jane  dawno  się  wyczerpał,  ale  ktoś  przyniósł  z  domu  skrzynkę  coli,  ktoś  inny 
dostarczył  piwo.  Kanapki  z  szynką  i  domowe  ciasta  przemknęły  tylko  przez  stoliki.  Były 
żarty, śmiechy i przyjacielski nastrój. I gdy w końcu ktoś dał sygnał do odwrotu, wszyscy byli 
zdania, że nigdy jeszcze polityka nie była w Saltillo rzeczą tak interesującą. 

Tego  wieczoru  Ben  Adams  późno  wyszedł  z  biura  i  wsiadł  do  samochodu.  Na  jego 

twarzy  był  uśmiech.  Myślał  o  Kate,  o  koźle  i  o  swojej  niespodziance  i  nie  przestawał  się 
uśmiechać. Skręcił w Drugą Aleję, bo chciał powiedzieć Kate, że jutro każe uprzątnąć swoją 
niespodziankę. Włączył radio i w takt muzyki bębnił palcami po kierownicy. Jechał powoli. 
Koniec dnia, letni wieczór i przyjazny nastrój znanych ulic dawały odprężenie. 

Z łatwością wyobraził sobie minę Kate, kiedy dostarczono jej siano – czarne jak węgiel 

oczy,  rozszerzające  się  ze  zdumienia,  usta  składające  się  do  śmiechu.  Wiedział,  że  Kate 

background image

będzie się śmiała. Śmiech był częścią jej natury. 

Ku  swemu  zdumieniu,  po  przybyciu  na  miejsce,  Ben  natrafił  na  najbardziej  hałaśliwy 

piknik,  jaki  zdarzyło  mu  się  widzieć.  Zatrzymał  samochód  po  drugiej  stronie  ulicy,  żeby 
rozejrzeć  się  w  sytuacji,  samemu  będąc  niezauważonym.  Po  chwili  stwierdził  jednak,  że 
niepotrzebnie trudził się parkując po drugiej stronie. Mógłby nawet urządzić paradę zwierząt 
cyrkowych  wzdłuż  Second  Avenue,  a  i  tak  prawdopodobnie  nikt  z  tego  rozbawionego 
towarzystwa nic by nie zauważył. Śmiano się tam i dyskutowano w najlepsze. Pito, jedzono i 
tańczono. 

Nietrudno było zauważyć, kto był duszą towarzystwa. Kate, ubrana w dżinsy, niebieską 

bluzkę  i  sandały,  siedziała  na  trzech  belach  ułożonych  jedna  na  drugiej,  w  samym  środku 
zgromadzenia, i przygrywała na skrzypcach. Pomyślał, że jest ona najcudowniej pociągająca, 
najskandaliczniej wspaniała i najbardziej zachwycająco nieobliczalna ze wszystkich znanych 
mu kobiet. I w tym właśnie momencie stwierdził bez cienia wątpliwości, że jest zakochany w 
Kate Midland. Wychylił się do tyłu na siedzeniu samochodu i śmiał się, aż zabolały go boki, 
śmiał się radosnym śmiechem szczęścia i miłości. 

Gdy przestał się śmiać, wysiadł z samochodu i przeszedł na drugą stronę ulicy. Nikt go 

nie  zauważył  oprócz  Królowej  Wiktorii.  Dziobnęła  kilka  razy  sznurowadła  u  jego  stóp  i 
stwierdziwszy, że są mało zachęcające, przeszła do przyjemniejszych zajęć. Ben oparł się o 
pień dębu i chłonął dźwięki i obrazy zabawy u Kate. Była kolorowa, wesoła i beztroska jak 
sama Kate. Wszystko to wzmocniło go i oczyściło. Chciał budować zamki, zabijać smoki, być 
panem swego losu i założycielem dynastii, a wszystko za przyczyną owej kobiety w dżinsach 
i niebieskiej bluzce. 

– Kocham  cię,  Kate  Midland – powiedział  głośno,  lecz  jego  słowa  zginęły  w  zgiełku 

zabawy. 

Kate skończyła właśnie swą wspaniałą wersję The Wabash Cannonball, gdy spostrzegła 

Bena. Serce zabiło jej mocniej i niechcący trąciła struny smyczkiem. Wydawał się tak ufny w 
swe  siły,  tak  spokojny,  przystojny,  tak  opanowany  i  cholernie  pociągający,  że  wyobraziła 
sobie, że wszyscy obecni uciszyli się i zaczęli mu się przyglądać. W wyobraźni widziała już 
siebie i Bena na pustej scenie, na oczach całej ludności Saltillo, która obserwuje zjawisko z 
pogranicza świata ducha i fizyki wysokich napięć – łączącą ich namiętność pod postacią łuku 
elektrycznego. 

– Ben.  – Poruszyła  bezgłośnie  ustami.  Uśmiechnął  się,  na  znak,  że  odebrał  jej  nieme 

pozdrowienie. Słowa były im teraz zbędne. Wystarczyło spojrzenie. 

– Zagraj nam coś jeszcze, Kate – zawołał jakiś mężczyzna z tłumu. 
– Tak, Kate, chcemy się jeszcze zabawić. 
Kate  automatycznie umieściła skrzypce  pod brodą  i  uniosła smyczek,  ale  w jej  muzyce 

nie  było  już  serca.  Pofrunęło  przez  ogród  i  uwiło  sobie  gniazdko  obok  serca  Bena.  Kiedy 
grała  The  Orangeblossom  Special  przyszło  jej  do  głowy,  że  gdy  uczyła  się  tego  utworu, 
musiała chyba podświadomie myśleć o kościołach i białych welonach, zamiast o pociągach. 
Przez chwilę nie panowała nad smyczkiem i nie widziała niczego prócz twarzy Bena Adamsa. 
Rutyna  jednak  zrobiła  swoje  i  Kate  grała  dalej  już  bez  potknięć.  Zanim  jednak  skończyła, 

background image

zdążyła jeszcze zadać sobie pytanie, co jeszcze może przegrać tego lata, oprócz wyborów. 

Kate włożyła skrzypce do futerału i wmieszała się między pozostałych jeszcze gości, stale 

pamiętając o obecności Bena. Rozmawiała jeszcze, dziękowała za przybycie i prosiła o głosy. 
I  stale  czuła  na  sobie  wzrok  Bena.  Zachodziła  w  głowę,  dlaczego  nie  ruszał  się  z  miejsca. 
Dlaczego stał tak i patrzył na nią?

Zrozumiała, gdy odeszli ostatni goście. Podszedł i wziął ją w ramiona. 
– Skoro już tu przyszedłem – rzekł – nie mogłem tak po prostu odejść. 
Wsparła się na nim, rozkoszując się jego siłą i dotykiem ramion, którymi ją otoczył. 
– Jak ci się podoba to, co zrobiłam z twoim sianem?
– Mogę ci podpowiedzieć jaki jest, lepszy sposób wykorzystania siana. 
Mówiąc  to  układał  ją  na  wiązce  siana,  w  miejscu  ukrytym  wśród  rozkwitających 

krzewów hortensji. Pieścił pocałunkami jej szyję. 

– Katie – szeptał namiętnie. 
Odchyliła  głowę  do  tyłu  i  wygięła  szyję  w  łuk,  tak,  by  jego  usta  mogły  swobodnie 

przesuwać się ku szczytom jej piersi. 

– Ben – wyszeptała – w ten sposób nie uprawia się polityki. Szczypał ustami  jej skórę, 

pachniała cytryną i smakowała miodem. 

– Tak, ale właśnie w ten cudowny sposób uprawia się romanse. 
Kate  chciała  się  jeszcze  nacieszyć  pieszczotą  jego  ust,  odsunąć  moment,  w  którym 

powróci na bezpieczną ścieżkę rozsądku. Tłumaczyła sobie, że  nie będzie w tym nic złego, 
jeśli  zakosztuje  tej  zakazanej  rozkoszy,  zakazanej  dlatego,  że  uparła  się  nie  wiązać  z  nim 
uczuciowo. 

– Pocałuj mnie tam, Ben. 
– Tutaj? – Tak. – Atu?
– O tak, Ben. Tak. 
Magia jego ust zatopiła ją w rozkoszy. Wplotła mu dłonie we włosy i potoczyła się z nim 

przez siano. W przebłysku świadomości pomyślała, że naprawdę udało się jej zamienić siano 
w złoto. Ale nie było to polityczne złoto, było to złoto miłości. 

– Ben, ty wiesz, że to tylko chwilowe szaleństwo. Zatrzymam się dokładnie w momencie, 

w którym zaspokoję swoją namiętność. 

– Katie, Katie – strofował ją delikatnie. – Nie zatrzymasz się nigdy. To już tak miało być. 
– Nie – sprzeciwiała się, postanawiając przerwać działanie czaru, jak tylko całe to złoto 

zmieni się na powrót w siano. 

background image

8

Upłynęło wiele czasu, zanim złoto zamieniło się z powrotem w siano. Zanim to nastąpiło, 

obejmowali  się  i  całowali  i  wciąż  nie  mogli  się  sobą  nasycić.  W  tych  pocałunkach  była 
namiętność i potrzeba wzajemności, szacunek i podziw, radość i ukojenie. Lgnęli do siebie w 
swym gniazdku uwitym z siana, za jedynych świadków mając świetliki. 

Ciało  Katie  szczelnie  dopasowało  się  do  ciała  Bena,  gdy  jego  język  wykonywał  taniec 

miłosny.  Wiła  się  i  tuliła  do  niego,  starając  się  brać,  co  tylko  możliwe,  nie  przekraczając 
pewnej  granicy, którą sobie  zakreśliła. Była odurzona  i  syta tej rozkoszy,  którą był dla niej 
Ben Adams. 

Źdźbła  siana  wplątywały  się  jej  we  włosy  i  oblepiały  spodnie.  Drobne,  drapiące  listki 

wciskały się wszędzie; w kieszenie, do sandałów, pod bluzkę i za stanik. Ale nie zauważyła 
tego, i w ogóle niczego, poza bliskością Bena. Zanurzała się w nią jak w tęczę, pełną blasków 
i kolorów. 

– Katie? – Zabrzmiało to jak prośba raczej, niż początek rozmowy. Ben rozpiął suwak jej 

dżinsów. 

Całą  siłą  woli  zmusiła  się,  żeby  odmówić.  Wydobyła  skądś  resztki  godności,  odwagi  i 

zdrowego rozsądku. 

– Nie – powiedziała  z  westchnieniem  rezygnacji,  tak,  że  brzmiało  to  raczej  jak 

przyzwolenie. 

Zapinając zamek uznała, że za mniejsze rzeczy ludzie zyskiwali miano bohaterów. 
– Wciąż jesteś rozsądna, Katie?
– Niełatwo mi o to przy tobie. 
– Cieszy mnie to. 
– Dlaczego?
– Bo  cię  kocham? – Położył  palec  na  jej  ustach,  nie  chcąc  dopuścić  jej  do  głosu.  –

Kocham cię, Katie i nie możesz tego zmienić, cokolwiek byś powiedziała. 

– Ale ja nie odwzajemniam twojej miłości. – Gdy to mówiła, skrzyżowała palce, chcąc 

się upewnić, czy mimowolnie nie kłamie. Nie dlatego, żeby chciała skłamać. Nie tym razem. 
Uważała, że gdy mowa o miłości, nie wolno kłamać. 

Ben wyjął źdźbło siana z jej włosów. 
– Nic nie szkodzi, Katie. To przyjdzie. Ja będę czekał. 
– TU, w tym sianie? – Pozwoliła sobie na drobną uszczypliwość, częściowo dlatego, że 

taka już była, ale głównie dlatego, że dzięki temu mogła przez chwilę nie walczyć z własną 
chęcią pożarcia go. 

– W sianie, na łódce, pod drzwiami – gdziekolwiek zechcesz, Katie. 
Gładziła  go  po  twarzy,  wyczuwając  pod  palcami  mocny  podbródek,  muskające  czarne, 

krzaczaste brwi. 

– Ledwo mogę ci się oprzeć, Ben. 
– To czemu się opierasz?

background image

– Muszę. 
– Czy tak?
Wyciągnęła się na sianie i skrzyżowała ręce pod głową. Chciała zostać tu już na zawsze. 

Albo chociaż dotąd, aż księżyc odbędzie do końca swą podróż po nocnym niebie. Chciała być 
z Benem, dotykać go, obejmować, całować. Chciała słuchać jego głosu, brzmiącego czasem 
jak pomruk dalekiego grzmotu, a czasem miękkiego i kuszącego jak szum nocnego wiatru w 
gałęziach sosen. Ale nie mogła robić tego wszystkiego. Jeszcze nie. Może nigdy. Westchnęła. 

– Tak. Muszę wytrwać – orzekła. Odwróciła się na brzuch, żeby go widzieć i wsparła się 

na łokciach. 

– Czasem  wydaje  mi  się,  że  przez  ten  swój^  rozsądek  staję  się  głupia  jak  Królowa 

Wiktoria. 

– Jane uważa, że ona jest inteligentna. 
– Nie zniosła nawet jednego jajka. Potrafi tylko wydziobywać lakier z paznokci u nóg i 

przyglądać mi się tymi swoimi malutkimi, żółtymi oczkami. 

– Przyglądać ci się – to nienajgorsza rozrywka. 
– Czy wiesz, co najbardziej w tobie lubię? – Co?
– Kiedy nie chcę być poważna – pozwalasz mi na to. Nigdy nie starasz się przeforsować 

żadnej sprawy. 

– Czy to znaczy, że będziesz na mnie głosować? Połaskotała go w nos źdźbłem siana. 
– Nigdy  w  życiu.  Jak  myślisz,  dlaczego  tak  dzielnie  agitowałam  dzisiaj  cały  dzień 

przeciw tobie?

– Żebym nie uważał, że zmarnowałem pieniądze?
– Dlatego, że zamierzam cię pokonać. 
Oboje leżeli na plecach i patrzyli, jak gwiazdy wędrują po niebie. Oboje pragnęli, by ta 

chwila trwała. 

– Co do siana, Katie, to jutro przyślę ciężarówki, żeby zabrały wszystko. 
– Nie chciałabym, żeby zabrali. To taki świetny domek do zabawy. 
Ben roześmiał się. 
– W takim razie nie zabieram. Ale będę przychodził co wieczór i będziemy się bawić w 

dom. Albo w cokolwiek innego, w co według ciebie można się bawić na sianie. 

– Nie waż się. 
– Zostawić siano, czy przychodzić?
– Ani to, ani to. Po raz drugi na sianie nie oparłabym się pokusie. 
– Muszę to sobie zapamiętać. 
– Jako chwyt wiecowy?
– Jako sztuczkę miłosną. 
Zostali jeszcze chwilę w swym gniazdku, na tyle długo, że zastała ich tam nocna rosa i 

Królowa Wiktoria, która najwyższą belę siana obrała sobie na grzędę. Wystarczająco długo, 
żeby nasycić się odczuciami wzajemnej bliskości na zapas, na czas, kiedy publicznie będą dla 
siebie  przeciwnikami.  Wreszcie  Ben  poruszył  się.  Pochylił  się  nad  Kate  i  delikatnie 
pocałował. 

background image

– Na do widzenia – powiedział – Pospiesz się, zanim zrobię ten błąd i zatrzymam cię na 

zawsze. 

– Katie... 
– Idź już, Ben. A więc poszedł. 
Kate  i  Ben  widywali  się  teraz  bardzo  rzadko.  Ich  kampanie  nabierały  tempa.  Jeśli  się 

spotykali,  to  tylko  publicznie.  Wymieniali  wtedy  spojrzenia,  które  mówiły  o  wzajemnej 
tęsknocie. Poza tym jednak każde z nich dążyło do wygranej w wyborach. 

Całe  miasto  obwieszone  było  plakatami,  a  wyborcy  zaopatrywali  się  w  najrozmaitsze 

przedmioty,  przy  pomocy  których  manifestowali  swoje  wyborcze  sympatie.  Największą 
popularnością  cieszyły  się  wachlarze,  jako  że  Saltillo  przeżywało  właśnie  największą  falę 
upałów od 1939 roku. 

Tego  wieczoru  w  szkolnej  sali  gimnastycznej  było  tak  gorąco,  że  nawet  komary 

omdlewały  z  upału.  Córa  Lee  Brady  zdobyła  się  na  rzecz  nie  do  pomyślenia,  mianowicie 
pokazała się publicznie bez pończoch. Maudie Ascot odważyła się na rzecz niewybaczalną i 
pozbyła  się  na  ten  wieczór  pasa  z  podwiązkami.  Siedziały  obok  siebie  na  twardych, 
składanych  krzesełkach  w  dusznej,  nagrzanej  sali  gimnastycznej.  Ich  wachlarze  miesiły 
ciężkie,  wilgotne  powietrze.  Jedyną  pociechę  czerpały  z  tego,  że  mogły  sobie  wzajemnie 
dopiekać. 

– Jeśli  ona  myśli,  że  będę  na  nią  głosować,  to  znaczy,  że  całkiem  postradała  zmysły –

rzekła Córa Lee. – Patrz, jak ona siedzi na tym podium, zupełnie jak mężczyzna. 

– Nie  widziałam  jeszcze  mężczyzny  ubranego  w  sukienkę  z  dekoltem  na  plecach –

odparła Maudie  Ascot. – Uważam, że  wygląda ślicznie. Jest  inteligentna i  wie, czego chce. 
Spójrz, jak dumnie trzyma głowę. 

– Hmm! Po prostu wyciąga szyję, żeby lepiej widzieć Bena Adamsa. Niektórzy mówią, 

że stanęła do wyborów tylko ze względu na niego. 

– Niektórzy  są  za  głupi,  żeby  w  ogóle  otwierać  buzię.  Stanęła  do  wyborów,  bo  ma 

kwalifikacje. 

Córa Lee przeniosła swe zainteresowanie z Kate na Bena. 
– Mówisz, że ślicznie wygląda. A spójrz na Bena Adamsa. Zobacz jaką ma opaloną szyję. 

Mówią, źe każdego lata jest opalony od stóp do głowy. Założę się, że łowi ryby na golasa. 

– Więc to dlatego codziennie chodzisz z wędką na ryby?
– Czyś ty już całkiem zgłupiała, Maudie? Gdybym go tam kiedyś zdybała na golasa, nie 

tak bym na niego teraz patrzyła. 

– Niewiele ci brakuje, szczerze mówiąc. 
– Och, daj już spokój. Co to, nie wolno nawet popatrzeć?
Maudie otwierała już usta, żeby odpowiedzieć, ale zagłuszył ją hałas głośników. Wcisnęła 

się w swoje niewygodne krzesło i jak wszyscy wyborcy w Sal tillo niecierpliwie oczekiwała 
kolejnej  odsłony  dramatu  z  udziałem  dwojga  kandydatów  na  burmistrza.  Od  czasu,  gdy  na 
scenie tej kampanii pojawił się kozioł, a potem i siano, nawet chorzy podnieśli się z łóżek, by 
być świadkami tych zmagań. 

Kate  przemawiała  jako  pierwsza  i,  jak  zwykle,  z  werwą.  Ale  na  dziś  nie  przygotowała 

background image

żadnej niespodzianki. Słuchacze nieco zawiedzeni, kręcili się niecierpliwie w upale. 

Wtem w tłumie zawrzało. Nikt nie zauważył, kiedy Ben Adams zszedł z podium, a teraz 

okrążał audytorium na jasnoczerwonym, damskim  rowerze, z  dziesięciobiegową  przerzutką. 
Dwaj chłopcy biegli obok z transparentami, które głosiły:

KONIEC  Z  ZANIECZYSZCZANIEM  ŚRODOWISKA  i  POMÓŻMY  SŁUŻBOM 

OCZYSZCZANIA. 

Przez tłum przeszedł pomruk. 
– Co on szykuje? – pytali jedni. 
– Można mu zaufać, on gra fair – mówili drudzy. 
– To urodzony polityk – oznajmili jeszcze inni. 
Kate, uśmiechnięta, siedziała na brzegu krzesła. Spodziewała się, że Ben dzisiaj z czymś 

wystąpi. Ostatnie sondaże opinii świadczyły, że idą łeb w łeb. Najwyższy czas, żeby któreś z 
nich skupiło na sobie uwagę kapryśnego czasem elektroratu jakimś publicznym wyczynem. 

Obserwowała ten rajd dookoła sali gimnastycznej i uznała, że jej pomysł z kozłem był co 

najmniej dwa razy lepszy. 

Teraz  jednak  liczyło  się  to,  że  skupił  na  sobie  całą  uwagę  zachwyconej  publiczności. 

Łącznie  z  nią  samą.  Ogorzały,  szeroko  uśmiechnięty,  muskularny.  Prezentował  się 
znakomicie  na  plakatach  wyborczych,  a  jeszcze  lepiej  na  sianie.  Na  tę  myśl  oblał  ją 
rumieniec, miała jednak nadzieję, że nawet jeśli ktoś to zauważył, pomyśli może, że to skutek 
upału. 

Przejeżdżając  koło  podium,  machał  wysoko  podniesioną  ręką.  Radosny  gest  małego 

chłopca.  Wśród  ludzi,  w  atmosferze  wiecu,  był  w  swoim  żywiole.  Podobnie  jak  Kate. 
Pokrewne dusze. Tacy właśnie byli. 

Po uzyskaniu całego efektu scenicznego swego pomysłu, Ben zatrzymał się przy podium. 

Skinął głową i Bobby Cranston Dale podał mu mikrofon. 

– Panie  i  panowie – zagrzmiał  Ben  do  mikrofonu.  – Dziś  przygotowałem  prezent  dla 

mojej przeciwniczki – spojrzał na Kate. – Czy mogłabyś tu zejść, Kate?

– Co ty chcesz zrobić? – szepnęła, podchodząc z tyłu. Odwrócił się ku niej z uśmiechem. 
– Zobaczysz. 
Gdy stanęła obok niego, podjął przerwany wątek. 
– Kate  Midland.  Doszedłem  do  wniosku,  że  powinnaś  mieć  jeszcze  jakiś  środek 

lokomocji,  oprócz  swojego  kozła.  Coś  bez  rogów  i  ogona.  Coś,  co  nie  będzie  przysparzać 
dodatkowej roboty zakładowi oczyszczania miasta. 

Tłum  zaryczał  ze  śmiechu,  gdy  Ben  wręczył  jej  rower.  Kate  nie  należała  do  tych,  co 

przepuszczają okazje. Chwyciła mikrofon. 

– Ben,  widzę,  że  to  nie  jest  rower  dwuosobowy.  Rozumiem  więc,  że  nadal  planujesz 

jeździć na koźle, jeśli twoja droga ominie Saltillo. 

Odpowiedzią  był  śmiech  i  oklaski.  Podwijając  spódnicę,  wsiadła  na  rower  i  zrobiła 

rundkę wokół sali gimnastycznej. „Nie ma powodu oddawać mu pola” – pomyślała. Zajechała 
od tyłu podium i zsiadła z roweru, aby Ben mógł kontynuować swoje przemówienie. 

Następnie publiczność podzieliła się na dwie części i otoczyła swoich kandydatów. Mimo 

background image

upału humor dopisywał wszystkim. Poklepywali Bena i  Kate po ramieniu, żartowali, śmiali 
się i skutecznie ich rozdzielili. 

Po powrocie do domu, Kate była tak wyczerpana, że nie mogła zasnąć. Leżąc w łóżku i w 

duchu  przeklinając  upał,  rozmyślała  o  tym,  jak  to  będzie,  gdy  zostanie  burmistrzem  i  o 
miłości do Bena. „No, o czymś, co prawie można nazwać miłością” – poprawiła się. Wstała z 
łóżka i wyjrzała przez okno. Pod dębem stał czerwony rower. Uśmiechnęła się. Kozioł, siano, 
czerwony  rower  i  wybory  burmistrza.  Co  za  lato!  W  tym  momencie  Saltillo  było  realne, 
obecne i pełne znaczenia, a Biloxi wydawało się odległe o lata świetlne. Ben Adams był tu i 
teraz, Joe oddalał się w przeszłość. Czy nie czas już, by uwolnić się od niego? Czy nie czas, 
by to, co przeszło, stało się przeszłością?

Rzuciła  jeszcze  jedno  spojrzenie  na  czerwony  rower  i  wróciła  do  łóżka.  Tym  razem 

zasnęła mocno jak kamień. 

– Czytałaś dzisiejsze gazety? – zapytała Myrtle, wchodząc do salonu piękności. 
– Nie. Nie miałam kiedy. Zaspałam – powiedziała Kate. 
– Spójrz  na  to.  – Myrtle  rzuciła  gazetę  na  kontuar,  gdzie  Kate  ustawiała  butelki  z 

szamponem. Tytuł na pierwszej stronie głosił:

BURMISTRZ PĘDZI DO ZWYCIĘSTWA NA ROWERZE!
– Pędzi do zwycięstwa, coś takiego! Niech no tylko skończę z nim sprawę, to nie będzie 

nawet kuśtykał do zwycięstwa. 

– W polityce jak w miłości. 
– O czym ty mówisz?
– Że nigdy nie wiadomo. 
Kate skrzyżowała ręce na piersi. 
– Nie mogłabyś od razu powiedzieć, o co ci chodzi?
– Skąd wiesz, że mi o coś chodzi?
– Widać to po tobie. 
– Jak to, widać?
– Wyglądasz  jak  ktoś,  w  kim  aż  kipi  od  dobrych  rad.  Drżą  ci  kąciki  ust,  a  twoje  uszy 

przylegają płasko do głowy. 

Myrtle wybuchnęła śmiechem. 
– Brzmi to tak, jakbyś mówiła o koniu wyścigowym. Kate odłożyła butelki z szamponem 

i uściskała Myrtle. 

– A ty jesteś przecież moją ukochaną siostrą. Tylko nie wiem, czemu jesteś dzisiaj taka 

małomówna.  Zwykle  wypowiadasz  swoją  kwestię,  nie  zważając,  czy  ktoś  ma  ochotę  cię 
słuchać, czy nie. 

– Są rzeczy, które są zbyt ważne, żeby o nich paplać. – Myrtle zdjęła okulary i zaczęła 

czyścić szkła. – Z drugiej strony są rzeczy zbyt poważne, żeby o nich nie mówić. 

– A więc mów. 
– Chodzi mi o ciebie i Bena Adamsa. 
– Mów dalej. Ja słucham. 
– Obserwuję was dwoje przez całe lato i wydaje mi się, że się kochacie, ale jest coś, co 

background image

was wstrzymuje. I podejrzewam, że to wychodzi od ciebie. Czy mam rację?

– Nie wiem nic o miłości, ale co do reszty, to tak. To ja nas wstrzymuję. 
– Dlaczego?
– Joe. 
– To jest najśmieszniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek słyszałam. 
– Nie  masz  racji.  Nasze  małżeństwo  było  błędem.  Częściowo  był  to  mój  błąd.  Źle 

wybrałam i nie umiałam znaleźć znośnego kompromisu. 

– A więc zamierzasz płacić za to przez resztę życia?
– Nie. Nie uważam, że płacę za błędy. Po prostu jestem rozsądna. 
– Odrzucając Bena Adamsa nie jesteś rozsądna. To wspaniały mężczyzna. 
– Wiem  o  tym.  – Kate  usiadła  na  krześle  dla  klientek  i  zaczęła  się  na  nim  obracać.  –

Wczoraj wieczorem, kiedy spojrzałam przez okno na ten idiotyczny rower, pomyślałam sobie, 
czy nie czas już przestać się przejmować tym, co było kiedyś. – Zatrzymała się i spojrzała na 
Myrtle. – Sama już nie wiem. Czasem wydaje mi się, jakby to wszystko było wczoraj, a znów 
kiedy indziej, że minęły już miliony lat. Po prostu nie wiem, co mam o tym myśleć. 

– Daj sobie z tym spokój. Oderwij się od Joego, od złego małżeństwa i od Biloxi. Od razu 

będziesz wiedziała, co masz myśleć i robić. 

Kate uśmiechnęła się krzywo. 
– Czy możesz mi to obiecać, Myrtle?
– Mogę to wypisać szminką na czole Córy Lee, jeśli sobie życzysz. 
– Jesteś wspaniała, Myrtle. 
– Należy ci się wygrana. Bierz Bena. Wygrywaj wybory. Zgarniaj całą stawkę. 
Kate  uniosła  kciuki  na  znak,  że  przyjmuje  wyzwanie  i  poszła  przywitać  pierwszą  tego 

dnia klientkę. 

Okazało  się  wkrótce,  że  Kate  nie  ma  czasu  na  rozważania  o  przyszłości  i  o  miłości  do 

Bena.  Zbyt  była  zajęta  wyborami.  Czasem  wydawało  się  jej,  że  pędzi  szaloną  kolejką  w 
wesołym miasteczku, bez żadnej osłony i bez wpływu na kierunek i szybkość jazdy. Czuła się 
wtedy wątła i  nieodporna na ciosy. Marzyła tylko o tym, żeby schronić  się w bezpiecznym 
zaciszu  serca  Bena,  oprzeć  się  na  nim  jak  na  niewzruszonej  opoce,  być  bezpieczną  i 
hołubioną. A więc zawsze Ben. Wśród gorączki tego lata, która trawiła Saltillo, Ben trwał jak 
uosobienie pewności, niezmienności i bezpieczeństwa. Gdy widziała jego uśmiechniętą twarz 
w tłumie, gdy czuła przelotny dotyk jego dłoni, gdy słyszała jego głos, dźwięczny i głęboki –
wszystko to zbliżało ją do niego coraz bardziej. 

Kiedy indziej bywało, że Kate czuła się silna i niezależna. Całą duszę wkładała w walkę 

wyborczą,  parła  naprzód  z  wigorem  i  konsekwentnie.  Miała  ambicję  i  jasne  poczucie  celu. 
Patrząc na Bena, widziała wtedy siłę, błyskotliwość i zapał. Widziała charakter i wytrwałość 
godne jej samej. A więc  znów Ben. W te dni, gdy Saltillo dyszało w gorącym uścisku lata, 
Kate  patrzyła  na  niego  z  podziwem  i  szacunkiem.  Osaczał  ją  delikatnie  i  swą  potężną 
obecnością  nasycał  stopniowo  pory  jej  skóry  aż  do  momentu,  kiedy  „prawie  kocham”
zamieniło się w „kocham na pewno”. Rozstała się z przeszłością bezboleśnie, nie tęskniąc za 
nią i nawet nie zauważając, że odchodzi. Na jej miejsce przyszła bardzo realna obecność Bena 

background image

Adamsa. 

Ben  zmagał  się  z  problemami  miasta,  prowadził  swą  kampanię  i  znajdował  czas  na 

odnowę sił przy łowieniu ryb. Kate była obecna w tym wszystkim. Była w samym centrum 
jego  egzystencji.  Wkroczyła  jak  żołnierz  przy  wtórze  werbli,  wojownicza  i  uzbrojona  do 
walki i... została na obiedzie. I nie tylko na ten jeden obiad, ale na wszystkie następne obiady 
w jego życiu. Ben wiedział, o tym i świadomość tego dawała mu siłę. 

Tego  lata,  gdy  uprzykrzone  upały  nie  opuszczały  Saltillo,  Ben  wypatrywał  Kate.  Jego 

oczy ścigały ją wśród tłumu  na wiecach, jego ręce wyciągały się ku niej, gdy przechodziła, 
dotykały  jej,  wspierały  i  same  też  czerpały  otuchę.  Coraz  głębiej  zapadała  mu  w  serce  i 
wiedział,  że  ich  czas  nadejdzie.  Może  nie  teraz,  może  nie  w  gorączce  tej  kampanii.  Ale 
nadejdzie.  Ben  Adams,  zadowolony  z  życia,  ze  stanowiska  burmistrza,  ze  swej  pozycji  w 
mieście  rodzinnym,  z  wędkowania – Ben  Adams,  który  nie  pragnął  miłości,  znalazł  ją,  nie 
szukając. 

Lato miało się ku końcowi, a wraz z nim i kampania wyborcza. Po raz pierwszy od kilku 

tygodni  Ben  i  Kate  byli  razem  i  sami.  Prawie  sarni.  Siedzieli  na  wiklinowych  fotelach 
bujanych na werandzie Kate i czekali, aż ekipa telewizyjna zainstaluje się w pokoju. 

– Miałaś dobrą kampanię, Kate – rzekł Ben wesoło. Był zupełnie odprężony, tak jakby tu 

właśnie było jedyne miejsce na świecie, w którym chciałby być. I prawie tak było, bo był z 
Kate. 

– I ty też, Ben – odpowiedziała. – Zasłużyłeś na mój podziw. – Odpychała się drobnymi 

stopami od podłogi, utrzymując swój fotel w stałym ruchu. 

– Czy to znaczy, że przed kampanią mnie nie podziwiałaś?
– Kiedy  spotkałam  cię  po  raz  pierwszy,  uznałam,  że  jesteś  arogancki.  Pociągający,  ale 

arogancki. 

– Ty dla mnie byłaś wtedy jak kolec w boku. 
– A teraz?
– Nadal jesteś. 
Chwyciła poduszkę ze swego fotela i cisnęła w niego. Złapał ją jedną ręką. Rozbawiła ich 

ta nieskomplikowana riposta. Ciszyło ich, że potrafią też być dla siebie kumplami. Lecz naraz 
coś zmieniło się w ich oczach. 

– Ale nie takim, który kaleczy – rzekł Ben. – Tylko takim, który wciska się pod skórę i 

zostaje tam na zawsze. 

Kate  spojrzała  mu  w  oczy  i  zapragnęła  wtulić  się  w  jego  ramiona.  Szukała  jakiejś 

niefrasobliwej  odpowiedzi,  ale  nie  znalazła.  Zwilżyła  usta  językiem.  Na  werandzie  było 
gorąco, a powietrze przesycał zapach gardenii. 

– Ben? – W jej spojrzeniu było mnóstwo pytań: „Co się stało z Joem i kiedy się zaczął 

twój najazd? Jak to się stało, że nie wiedzieć kiedy rozstałam się z przeszłością? Czy nie robię 
kolejnego błędu, pozwalając sercu rządzić sobą?”

Ben, widząc te pytania, uspokajał ją: „Tak jest dobrze dla nas. Zawsze było. „
Kate zastygła w swoim fotelu. Było tak cicho, że głos szpaka w ogrodzie zabrzmiał, tak 

jakby ktoś  stłukł  wielką szybę. A potem na jej twarzy pojawił  się uśmiech. Był to  uśmiech 

background image

ulgi i zadowolenia. Pogodny uśmiech pewności. Wiedziała, że Ben ma rację i zrobiło jej się 
lekko na sercu. 

– Dzisiejszy wieczór, Ben. 
– Tak.  I  jutro.  Mamy  dla  siebie  ten  weekend.  Zanim  nasza  publiczność  znów  nas 

zagarnie. 

Kamerzysta z telewizji, który wyszedł do nich na werandę oznajmić, że wszystko gotowe, 

zastał  ich  trwających  w  tym  uśmiechu.  Jeśli  nawet  był  nieco  zaskoczony,  że  kandydaci  do 
urzędu burmistrza Saltillo wyglądają raczej jak gruchające gołąbki, niż jak przeciwnicy, to nie 
dał tego po sobie poznać. 

Od jupiterów telewizyjnych  w pokoju  zrobiło  się jeszcze  bardziej  gorąco. Kate poczuła 

się  słabo,  zanim  jeszcze  usiadła.  Reporter,  człowiek  o  agresywnej,  szybkiej  wymowie  i 
rzadkich, szarych włosach, przypiął im mikrofony i zaczął zadawać pytania. Zaczął od Bena. 

– Panie burmistrzu, to była bardzo nieszablonowa kampania. Proszę powiedzieć, co pan 

czuł, gdy pańska przeciwniczka wjechała do szkolnej sali gimnastycznej na koźle?

Kate żachnęła się w duchu. A więc o to chodzi w tym wywiadzie. Nie o problemy, ale o 

sensację. 

– Byłem zdumiony jej odwagą, ale kozioł nie wzbudził mojego zachwytu – mówił Ben. –

Zorientowałem  się,  że  był  to  ten  sam  kozioł,  przed  którym  jako  piętnastoletni  chłopiec 
uciekałem przez pola farmera nazwiskiem Mabry. 

„Zręcznie” – pomyślała  Kate.  Ben  podszedł  do  tego  z  humorem  i  pokazał  się  jako 

rodowity mieszkaniec miasta. Dziennikarz zwrócił się teraz do niej:

– Pani Midland, czy pani specjalnie wybrała tego właśnie kozła?
– Oczywiście.  Jeśli  przegonił Bena  Adamsa  z  pola,  to  tym razem  może  go przegonić z 

urzędu. 

– Przegnać z urzędu, czy ma pani taką intencję?
Kate zorientowała się, że nie jest to niewinnie pytanie. Nie chciała, by z jej odpowiedzi 

wynikało, że prowadzi kampanię negatywną. 

– Nie, to nie jest moja intencja. – Widok zaskoczonej twarzy reportera ubawił ją, ale nie 

dała tego poznać po sobie. – Burmistrz Ben Adams jest przeciwnikiem, z  którym  warto się 
zmierzyć.  Wartościowych  ludzi  nie  przegania  się  z  urzędu.  Mogą  zostać  pokonani  przez 
równych sobie lub lepiej kwalifikowanych kandydatów. Moją intencją jest więc pokonać go 
w wyborach. 

– A jakie są pańskie zamiary, panie burmistrzu?
– Dalej służyć mieszkańcom Saltillo jako burmistrz. Kontynuować... 
Benowi  nie  dane  było  skończyć.  Dżek,  niegdyś  bezdomny  pies,  wpadł  do  pokoju  w 

pogoni  za  Boots,  kotką  rezydującą  zwykle  w  salonie  piękności.  Z  wielkim  jazgotem 
przemknęli  między  nogami  kamerzysty,  omal  nie  wywracając  kamery  i  runęli  prosto  na 
dotychczasowego burmistrza  Saltillo. Boots wskoczyła Benowi na kolana, wygięła  grzbiet i 
zaczęła prychać na swego prześladowcę. Reporter był zachwycony. 

– Kręć dalej, Mitch – krzyknął do zdezorientowanego kamerzysty. 
Kate zerwała się z krzesła i porwała prychającą, drapiącą kotkę z kolan Bena. 

background image

– Dzięki Bogu, że to nie jest wywiad na żywo – rzekła do niego. 
– Nie cieszmy się zbyt wcześnie – powiedział Ben. – Zobacz co się tu dzieje. 
– Takich właśnie rzeczy szukamy – mówił reporter – kiedy coś się dzieje, gdy jest jakaś 

akcja. 

Słowo „akcja” podziałało na Dżeka jak sygnał do wejścia na scenę. Podskoczył do swej 

przeciwniczki, wskutek czego Kate i Boots wywrócili się do tyłu na Bena. Wiklinowe krzesło 
nie było przewidziane na takie obciążenie. Całe towarzystwo wylądowało na podłodze. 

– Filmuj ich! – krzyczał zachwycony reporter. 
Dżek wciąż ujadał. Kate wypuściła kotkę i usiłowała się podnieść. Upadły (na podłogę) 

burmistrz  nie  ułatwiał  jej  tego,  obejmując  ją  w  pasie.  Był  wyraźnie  ubawiony  tym,  co  się 
stało. 

Gdy  wciąż  jeszcze  Ben,  Kate  i  wiklinowe  krzesło  tworzyli  jedną  splątaną  całość, 

wkroczyła do pokoju Jane w towarzystwie Królowej Wiktorii. 

– Czy ktoś nie widział Dżeka i Boots? – zapytała. Niestrudzony reporter ruszył ku niej z 

mikrofonem. 

– Kto ty jesteś?
– Nazywam się Jane Midland. 
– Czy  to  jest  twoja  mama? – Wskazał  na  tę  część  Kate,  która  akurat  była  widoczna –

wierzgające, opalone nogi i zgrabne pośladki. 

– Oczywiście. 
– Wyglądasz na nadzwyczaj opanowaną. Czy takie rzeczy zdarzają się często?
– Ciągle. Mama mówi,  że żyjemy na granicy szaleństwa. – Uśmiechnęła się Jane. – To

bardzo zabawne. 

– Z  pewnością! – Reporter  niemal  tańczył  z  podniecenia.  Mniej  więcej  w  tym  czasie 

Królowa Wiktoria  postanowiła  znaleźć  sobie  odpowiedni  punkt  obserwacyjny,  położony na 
tyle wysoko, żeby mogła śledzić swymi paciorkowatymi oczami całą rozgrywającą się scenę. 
Z łopotem skrzydeł wzbiła się w powietrze i wylądowała na ramieniu przerażonego reportera. 

– Sio! – krzyknął. 
Królowa Wiktoria trwała, nieporuszona. 
– Zabierz  ze  mnie  tę  cholerną  kurę! – wrzasnął  do  kamerzysty,  ale  ten  był  zbyt  zajęty 

filmowaniem. 

Kate  i  Ben  zdołali  się  w  końcu  doprowadzić  do  porządku.  Na  widok  kury  na  ramieniu 

reportera, wybuchnęli śmiechem. 

– On chciał, żeby się coś działo – zauważył Ben. 
– Wygląda na to, że ma, czego chciał – dodała Kate. Dżek znów przemknął przez pokój, 

następując Boots na pięty. Otarli się o nogi reportera, omal go nie przewracając. Ale Królowa 
Wiktoria siedziała mocno na swej grzędzie i nie straciła równowagi. 

– Tu jest całe zoo! – zawołał reporter. 
– No, może cyrk. – Uprzejmie zgodziła się Kate. 
– Potrzeba  nam  jeszcze  tylko  tortu,  lądującego na  czyjejś  twarzy  i  mielibyśmy  wywiad 

doskonały – dodał Ben. 

background image

Tortu  niestety  nie  było,  ale  Królowa  Wiktoria  miała  w  zanadrzu  coś,  co  mogło  go  z 

powodzeniem  zastąpić.  Przysiadła,  natężyła  się  i  złożyła  jajko,  które  staczając  się  po  piersi 
reportera, rozbiło się na jego wyglansowanych butach. Kamerzysta, śmiejąc się, zarejestrował 
tę scenę dla potomności. 

– Widziałaś, mamo? Królowa Wiktoria zniosła swoje pierwsze jajko. 
– Wiesz, jakie bywają królowe – powiedziała Kate. – Po prostu czekała na odpowiednią 

widownię. 

– Przeklęte zoo. – Reporter zepchnął kurę z ramienia i łypnął na kamerzystę. – Wyłącz to 

cholerstwo. 

– Kończymy już? – zapytał kamerzysta. 
Reporter  nawet  nie  raczył  odpowiedzieć.  Schylony,  ścierał  jajecznicę  ze  swych 

wypolerowanych butów. 

– Czy  ten  wywiad  był  dla  pana  wystarczająco  nieszablonowy? – Kate  nie  mogła  sobie 

odmówić zadania tego pytania. 

Wyprostował się. 
– Pani Midland, był tak bardzo nieszablonowy, że przyspieszył moją decyzję odejścia na 

emeryturę. Mogę się tylko modlić, żeby Bóg miał w opiece Saltillo, jeśli któreś z was wygra. 

Kate pożałowała swego trochę złośliwego pytania. 
– Możemy wyprosić zwierzęta i zamknąć drzwi, jeśli chciałby pan spróbować jeszcze raz. 
– O ile tym razem będziemy mówić o poważniejszych sprawach – dodał Ben. 
– Wołami  mnie  nikt  nie  zaciągnie  do  następnego  wywiadu.  Dla  mnie  ta  kampania 

wyborcza  jest  zakończona.  – Reporter  odwrócił  się  i  zaczął  pakować  sprzęt.  – Dziwi  mnie 
tylko, że kozioł nie wziął udziału w akcji – rzucił przez ramię. 

– Wydaje  mi  się,  że  jest  na  zewnątrz  i  jeszcze  nie  skończył  charakteryzacji  przed 

występem w telewizji – rzekła Kate. Kamerzysta śmiał się, natomiast reporterowi nie było do 
śmiechu. Był zły z powodu jajka na bucie i czuł się ośmieszony. 

– Nigdy się tak nie ubawiłem na żadnym  wywiadzie z politykami – zwierzał się Kate i 

Benowi kamerzysta. – Saltillo ma szczęście, że ma was oboje. Razem jesteście świetni. 

Ben wziął Kate za rękę. 
– No jasne. 
Ten gest nie uszedł uwagi kamerzysty. Gdy wraz z reporterem odchodzili, zabierając cały 

sprzęt,  odwrócił  się  jeszcze  w  drzwiach  i  spojrzał  na  kandydatów  na  burmistrza  Saltillo. 
Nadal trzymali się za ręce. 

– Fajny facet – powiedział sobie po cichu. 
Kiedy drzwi zamknęły się za nimi, Kate, Ben i Jane zaśmiewali się do łez. 
– To był chyba najbardziej humorystyczny wywiad w całej mojej karierze. 
– Z mamą zawsze jest wesoło – rzekła Jane. 
– Tak, zauważyłem to. 
Ben spojrzał na Kate. Wyraz jego oczu i obietnice w związku z dzisiejszym wieczorem i 

jutrzejszym dniem, które z nich wyczytała, sprawiły, że wstrzymała oddech. 

– Ktoś musi posprzątać ten bałagan. Czy są ochotnicy?

background image

– My – powiedzieli  jednocześnie  Ben i  Jane.  Ben  zrobił  oko  do  „Kate w  miniaturze”  i 

razem rzucili się do sprzątanie z entuzjazmem dwojga rozbawionych uczniów. 

background image

9

Kiedy uporali się ze zwierzętami, jajkiem i poprzewracanymi meblami, Kate, Ben i Jane 

zasiedli  do  zaimprowizowanego  posiłku.  Każde  z  nich  zaproponowało  przy  tym  swoją 
specjalność. 

– Moje  kanapki  z  dżemem  i  masłem  orzechowym  są  najlepsze  w  całym  Mississipi –

chełpiła się Kate. 

– Są prawie tak dobre, jak moja lemoniada – stwierdziła Jane. 
– Nic nie mówcie, dopóki nie spróbujecie mojej specjalności – rzekł Ben. 
– Umieram z ciekawości – powiedziała Kate, smarując kromki razowego chleba dżemem 

truskawkowym. – Jaka jest ta twoja specjalność?

– Chrupki ziemniaczane. 
– Chrupki ziemniaczane! – zawołały Kate  i Jane. Ben sięgnął do szafki  i wyjął torebkę 

chrupek. 

– Tajemnica  polega  na  sposobie  otwierania  torebki  i  wyjmowania  chrupek,  jedna  po 

drugiej, tak żeby się nie pokruszyły – mówiąc to, Ben ilustrował swój wykład praktycznym 
pokazem. 

– Nadzwyczajne – rzekła Kate. Jane roześmiała się. 
– Zdaje się, że jest pan trochę zwariowany, tak jak mama. Ben przyjął to z uśmiechem. 
– Rozumiem, że jest to komplement. 
Wszyscy  troje  byli  w  świetnych  humorach – Jane  dlatego,  że  lubiła  Bena  i  była 

zadowolona,  że  usiadł  z  nimi  do  stołu;  pozostali  dwoje  dlatego,  że  z  radością  myśleli  o 
nadchodzącym weekendzie. Rozbrzmiewał śmiech i beztroskie rozmowy i, mimo że przyjęcie 
było skromne, wszyscy czuli się jak na bankiecie. 

– Chciałabym, żeby pan częściej z nami jadał – zadeklarowała Jane. 
Kate i Ben wymienili znaczące spojrzenia. 
– Mam taki zamiar. 
Te trzy słowa obiecywały Kate cały wymarzony świat. 
Kiedy zjedli, Ben został jeszcze, pomógł sprzątnąć ze stołu, a potem zagrał z Kate i Jane 

w inteligencję. W tej grze Jane biła ich oboje na głowę. 

– Mamo, ty się wcale nie skupiasz. Musisz chyba myśleć o kampanii. 
– Muszę, rzeczywiście.  – Spojrzała  na  Bena i  oblała  się rumieńcem.  Ben wyglądał, tak 

jakby wygrał główną nagrodę na loterii. 

Po wyjściu Bena, Kate spytała Jane, czy nie spędziłaby weekendu z Myrtle. 
– Wspaniale – zgodziła się Jane. – Myrtle obiecała, że nauczy mnie tańczyć charlestona. 
– Myrtle?
– Oczywiście.  Mówi,  że  jest  jeszcze  żwawa  jak  wróbel  na  wiosnę.  Mamo,  dlaczego 

wróbel na wiosnę jest żwawy?

– Wyjaśnię ci to w drodze do Myrtle. 
Kate pomachała Jane i Myrtle na pożegnanie. Czuła, że rozpiera ją energia i radość, tak 

background image

jakby  w  jej  żyłach  płynął  szampan.  Jadąc  do  Bena  nuciła  urywki  różnych  melodii  i 
postukiwała do taktu palcami o kierownicę. Rozklekotany samochód toczył się z hałasem. W 
pewnym momencie zaczął skakać i dławić się, jakby miał się zepsuć. 

– Nie  zawiedź  mnie  teraz.  – Kate  pompowała  pedałem  gazu,  nie  chcąc  dopuścić  do 

zgaśnięcia silnika. – Możesz się rozlecieć w poniedziałek, ale teraz, proszę cię, zawieź mnie 
do Bena. 

Objechała jezioro Lamar Bruce – a w żyłach wciąż miała szampana – i skręciła na drogę 

dojazdową do domu Bena. Księżyc, jak wielki krąg sera, oświetlał jego dom. „ Wymarzona 
noc dla miłości” – pomyślała, zatrzymując samochód pod cyprysem. 

Ku  drzwiom  Bena  zmierzała  pewnym  krokiem.  Wiedziała,  że  postępuje  słusznie. 

Wszystkie wątpliwości ulotniły się i przyjechała tu już bez balastu przeszłości. 

Zanim  dotknęła  dzwonka,  Ben  otworzył  drzwi  gwałtownym  ruchem.  Przyciągnął  ją  do 

siebie  i  wpił  się  w  jej  usta.  Kate  czuła,  jak  jego  serce  zaczyna  gwałtownie  przyspieszać, 
wpadając w jeden szalony rytm z jej własnym. 

Tym  pocałunkiem  chcieli  sobie  wynagrodzić  czas  rozłąki,  kiedy  zajęci  byli  wyborami. 

Były  w  nim  wszystkie  ukradkowe  spojrzenia  w  salach  pełnych  ludzi,  wszystkie  przelotne 
dotknięcia, wszystkie niespełnione tęsknoty długiego, upalnego lata. Ich usta, głodne siebie, 
mówiły o tym bez słów na tysiąc cudownych sposobów. 

– Myślałem, że nigdy już nie przyjdziesz – powiedział Ben, gdy wreszcie oderwali się od 

siebie. 

Kate oparła głowę na jego piersi. 
– Nie całowaliśmy się całe lata, Ben. – Podniosła na niego oczy. – Całuj  mnie jeszcze. 

Prawie zapomniałam już, jak to jest. 

– O  mało  nie  oszalałem  przez  ciebie.  – Ostatnie  słowa  były  mało  zrozumiałe,  bo  Ben 

znów całował jej usta. 

Kate  rozpięła  jego  koszulę  i  wsunęła  dłonie.  Biały  płomień  namiętności  strzelał  w  niej 

coraz  wyżej.  Czuła  surową  i  zarazem  delikatną  szorstkość  jego  języka,  a  pod  palcami 
jedwabną sprężystość włosów na jego torsie. Pocałunek trwał tak długo, aż księżyc, podobny 
do wielkiego sera, przesunął się, żeby lepiej widzieć kochanków. 

– Czy pamiętasz, jak przyszłam tu po raz pierwszy?
– Doskonale pamiętam. Próbowałaś mnie uwieść. 
– Dziś znów przyszłam, żeby cię uwieść. 
– Chcesz przez łóżko poznać moje tajemnice? Roześmiała się. 
– Nie. Chcę cię uwieść dla samego uwiedzenia. Chcę zaznać miłości. 
– Jeśli tak, to mam miejsce, które lepiej się do tego nadaje niż przedpokój. 
Wziął  ją  za  rękę  i  poprowadził  przez  gabinet  lustrzany,  koło  biblioteki,  gdzie  na 

mahoniowych  półkach  stały  oprawione  w  skóry  tomy,  koło  łazienki,  z  której  dochodził 
zapach  mięty i  wreszcie  do  sypialni.  Jego  sypialni,  Kate  nie  miała  co  do  tego  wątpliwości, 
bowiem miejsce to było bardzo w stylu Bena. Obszerna sypialnia, urządzona po męsku, bez 
zbędnych  bibelotów,  zdobionych  mebli  i  esów-floresów,  proste  linie,  dużo  przestrzeni. 
Królewskie  łoże  było  tam  głównym  sprzętem.  Światło  księżyca,  wpadające  przez  wysokie 

background image

okno, pokrywało podłogę szachownicą jasnych plam. 

– Jakie  cudowne  miejsce  do  uwodzenia – rzekła  Kate.  Ben  puścił  jej  rękę,  by  włączyć 

muzykę. 

– Czego posłuchamy?
– Jazzu. Uśmiechnął się. 
– Muzyka miłości. 
Utwór, który wybrał, zaczął się powolnym, pulsującym  rytmem. Gdy Ben odwrócił się, 

Kate ruszyła ku niemu, pewna swego celu. Nie mogli oderwać od siebie wzroku. Słychać było 
tylko  szelest  kroków  po  dywanie  i  zmysłowy  puls  jazzu.  Stanęła  przy  nim  i  zdjęła  z  niego 
koszulę. W rytm muzyki, pieszczotą miękką jak szept i namiętną, prowadziła dłonie po jego 
nagim torsie. 

– Mogłabym całą wieczność tulić się do twojej piersi – powiedziała. 
– Mógłbym na to przystać. – Sięgnął do guzików jej bluzki. 
– Nie. To ja dziś uwodzę. 
Odstąpiła krok do tyłu i znalazła się w plamie światła. Rozpinała bluzkę. Światło księżyca 

zmieniło jej oczy w czarny kryształ. Spojrzała na niego, wciąż poruszając się w takt muzyki. 
Usłyszała, jak gwałtownie wciągnął powietrze, gdy jej bluzka opadła na dywan, odsłaniając 
wąziutką czarną koronkę, która pełniła rolę stanika. 

Rytm  muzyki  stał  się  szybszy.  Kate  wróciła  w  jego  objęcia  i  przywarła  do  piersi.  Ich 

oddechy zmieszały się. Czarna koronka niepokoiła opalone ciało. Patrzyli sobie w oczy, bez 
słów, bez pocałunków, chłonąc tylko swą bliską obecność. Jazzowy bas wokół nich przeszedł 
w natarczywe ostinato, któremu nie sposób było się oprzeć. 

Ręce  Kate  odnalazły  teraz  sprzączkę  jego  paska.  Zsunęła  spodnie,  dodając  ostrogi 

pulsującemu  pod  spodem  ciału.  Oddech  Bena  zmienił  się  w  chrapliwy  kontrapunkt  do 
jazzowej melodii. 

Jeszcze  raz  Kate  wysunęła  się  z  jego  ramion.  Pozbyła  się  spódnicy.  W  snopie 

księżycowego  światła  jej  nogi  nabrały  jedwabnego,  miodowego  blasku.  Zdjęła  z  włosów 
opaskę. Pochyliła się i potrząsnęła głową. Chmura złotych włosów otoczyła jej twarz. 

Zbliżała  się  powoli,  nie  spuszczając  z  niego  oczu.  Jeszcze  raz  zmieniła  się  wymowa 

muzyki. Słychać było teraz  delikatne muskanie najcieńszych strun. Ben oddał ten nastrój w 
pocałunku,  miękkim  i  zwiewnym  jak  sama  muzyka.  Spleceni  w  uścisku,  usta  przy  ustach, 
sunęli w kierunku wielkiego łoża.

Kate kładła się wśród jasnych plam światła księżycowego. 
– To z miłości, Ben. – Ujęła jego twarz w dłonie. – Kocham cię. 
– Całe lato czekałem, żeby to usłyszeć. – Odsunął czarne koronki, jedyną wątłą zasłonę, 

która ich dzieliła. – Kocham cię, Katie. 

Stali się jednością, a ich ciała poznały muzykę miłości. Przenikał ją jazz, we wszystkich 

swych nastrojach i rytmach. Szli przez glissanda i crescenda, posłuszni jazzowemu metrum. 
Ich  ciała  powtarzały  chrapliwy  rytm  basu  i  dźwięczne  akordy  fortepianu.  A  kiedy  ostatnia 
nuta wybrzmiała w nieruchomym powietrzu, Kate i Ben leżeli, spleceni ramionami, nasyceni. 

– Katie? – Ben tulił ją do piersi i odgarniał jej z czoła wilgotne od potu włosy. 

background image

– Hmm? – Zataczała palcami leniwe kółeczka na jego piersi. 
– Cudownie mnie uwiodłaś. 
– Zobaczysz, co będzie następnym razem. 
– Czy chcesz mi coś obiecać?
Uniosła się na łokciach. 
– Tak, to obietnica. 
– Katie, wyjdź za mnie. 
Patrzyła w milczeniu na jego kochaną twarz. Wiedziała, że naprawdę kocha. Chciała się 

zgodzić  od  razu.  Chciała  wziąć  go  za  rękę  i  pójść  do  ołtarza.  Chciała  powierzyć  mu  swą 
przyszłość. Lecz jeszcze nie teraz. Teraz została jeszcze sprawa wyborów. 

– Nie, Ben. 
– Dlaczego?
– To nie jest dobry moment. 
– A kiedy będzie dobry?
– Po wyborach. 
– Zwycięzca zabiera całą pulę, tak?
– Tak czy owak, czy my możemy przegrać?
– To prawda, moja mądra, roztropna Kate. Roześmiała się. 
– Nikt mnie jeszcze nigdy nie nazwał mądrą i roztropną. 
– Jak się czujesz w tej roli?
– Powoli się przyzwyczajam. Przytuliła policzek do jego gorącej szyi. 
– Mogłabym tak zostać na zawsze. 
– Nie zgłaszam sprzeciwu. 
Okryci srebrem księżyca, zaspokojeni,  zdrzemnęli się przez  chwilę i  każde z  nich śniło 

swoje sny. Kiedy księżyc zaczął blednąc, przebudzili się, witając uśmiechem. 

– Ben, mam mądry i roztropny pomysł. Przejechał językiem dookoła jej ust. – To?
– No, nie bardzo... – Jego język dokonywał czarodziejskich sztuk. – Ale może być. – Z 

westchnieniem osunęła mu się w ramiona i znów pochłonął ich jazz. 

Gdy już przebrzmiały ostatnie tony, Kate uniosła się na łokciach i spojrzała na niego. 
– Zanim znów ściągniesz mnie na boczny tor... Oboje wybuchnęli śmiechem. 
– Czy chcesz znów zostać ściągnięta na boczny tor?
– Nie wierzę, że możesz. 
– Przyjmuję wyzwanie. – Chwycił jej rękę i przesunął ją ku dołowi. 
– Tak Ben, muszę powiedzieć, że stajesz na wysokości zadania. 
– Bardzo dobrze to ujęłaś – rzekł Ben i porwał ją do następnego jazzowego walca. 
A potem poprosił:
– Teraz już powiedz mi, co to za mądry i roztropny pomysł. 
– Popływajmy sobie przy księżycu. 
– To ma być mądre i roztropne?
– Nie, ale za to cudowne. 
Wyskoczył z łóżka i pociągnął ją za sobą. 

background image

– Pospieszmy  się,  bo  niewiele  już  tego  księżyca.  Przemknęli  koło  miętowej  łazienki, 

skórzanej biblioteki i lustrzanego gabinetu i wypadli z domu przez boczne drzwi. Ben chwycił 
ją na ręce i zniósł po stromym brzegu do jeziora. Księżyc już bladł, a na horyzoncie widać 
było pierwsze blaski świtu. 

Zanurkowali  nago  w  małej  zatoczce  za  domem  Bena,  otoczonej  cedrami,  cyprysami  i 

sosnami.  Woda,  jeszcze  letnia po  gorącym dniu,  delikatnie spłukiwała  z  nich miłosne  poty. 
Dokazywali jak dwie rozbawione foki, nurkując, chlapiąc i nawołując się. Pobudzili żaby w 
jeziorze, a żuraw błotny zmuszony był przenieść się na inne łowisko. Godzina była osobliwa
– za  późno  dla  ptaków,  za  wczesna  dla  komarów.  Cichy  przedświt  oddychał  wonią 
kapryfolium i obiecywał nowy, piękny dzień. 

Wychodzili  z  wody,  trzymając  się  za  ręce,  właśnie  w  chwili,  gdy  słońce  uroczyście 

wkraczało  na  firmament,  rozpościerając  po  wschodnim  niebie  swe  złote  i  różowe  suknie. 
Ścigali się pod górę, ze śmiechem roztrącając gałęzie, a ranna rosa łaskotała ich w stopy. 

– Pierwsza! – zawołała Kate i zdyszana, oparła się o drzwi. 
– Wyścig nieważny, oszukiwałaś. – Ben przypadł  do niej i  zanurzył twarz  w jej mokre 

włosy. – Hmm, jak mi dobrze. 

– Mnie też. – Wtuliła się w niego. – Ale nie oszukiwałam. 
– Właśnie, że tak. Kiedy mnie wyprzedzałaś i zaczęłaś zarzucać tyłem, o, w ten sposób, 

całkiem mnie wybiłaś z rytmu. 

– W jaki sposób?
– Sama wiesz dobrze. 
– Możesz mi to pokazać?
Ben wypuścił ją z objęć i zademonstrował to, co mu tak przeszkodziło. Kate zaniosła się 

śmiechem. 

– Ben,  jeśli  rzeczywiście  chcesz  wygrać  wybory,  musisz  to  powtórzyć  na  najbliższym 

wiecu. Publiczność będzie zachwycona. 

Na  wzmiankę  o  najbliższym  wiecu  Ben  nieco  spoważniał.  Wziął  Kate  za  rękę  i 

wprowadził do domu. 

– Zróbmy jakieś śniadanie – powiedział. 
Myśli Kate szybowały jeszcze zbyt wysoko, by mogła dostrzec zmianę nastroju. 
– Umieram  z  głodu,  Ben. Mam  nadzieję,  że  twoją  specjalnością  śniadaniową  nie  są 

chrupki ziemniaczane. 

– Co powiesz na omlet z różnościami?
– Mniam, mniam. 
Chciała iść do sypialni, ale Ben chwycił ją za rękę. 
– Dokąd idziesz?
– Ubrać się. 
– I  zepsuć  mi  całą  przyjemność? – Uprzejmym  gestem  wskazał  jej  miejsce  na  stołku 

barowym. – Usiądź tam, proszę. 

Podparła się na łokciach i patrzyła, jak Ben bobruje w lodówce. 
– Ty często tak kucharzysz?

background image

– Jak? – Ben z niewinną miną ubijał jajka drucianą trzepaczką i udawał, że nie wie o co 

chodzi. 

– Na golasa. 
– Skóra powinna oddychać. 
– Nie boisz się, że poparzy cię pryskający tłuszcz?
– Umiem w porę odskoczyć, gdy leci coś gorącego. – Uśmiechnął się przez ramię. – Jako 

polityk mam wprawę. 

Podczas  śniadania  co  najmniej  tyle  samo  uwagi  poświęcali  frywolnym  żartom,  co 

jedzeniu.  Potem  zmęczenie  wzięło  górę  i  przespali  kilka  godzin.  Po  przebudzeniu,  Kate 
zniknęła  w  pachnącej  miętą  łazience.  Urządziła  sobie  długą,  niespieszną  kąpiel,  nie  żałując 
cytrynowego  płynu  do  kąpieli,  który  wzięła  ze  sobą  z  domu.  Zanurzona  po  szyję  w  pianie 
leżała w wannie, odprężona i uśmiechała się, aż rozbolały ją policzki. 

Gdzieś  w  głębi  domu  usłyszała  stłumiony  dzwonek  telefonu  i  basowe  dudnienie  głosu 

Bena,  gdy  rozmawiał.  Ten  głos  sprawiał,  że  czuła  się  bezpieczna  i  otoczona  miłością. 
Szorując się od stóp do głów, pomyślała, że z Joem nigdy nie było jej tak dobrze, nawet w 
najlepszym  okresie  ich  małżeństwa.  Zdała  sobie  sprawę,  że  Ben  Adams  był  dla  niej  jakby 
nieoczekiwanym prezentem, szansą, która się nie powtarza. 

W  gabinecie  Ben  wisiał  na  telefonie  i  rozważał  swój  dylemat.  Musiał  podjąć  decyzję, 

która miała zaważyć na jego dalszej karierze jako polityka i na jego przyszłości z Kate. Nie 
był  przygotowany  na  natychmiastowe  podjęcie  takiej  decyzji.  Cudowne  doznania,  które 
dzielił z Kate, nie pozwalały mu jeszcze myśleć o niczym innym. Ale jego rozmówca pilnie 
domagał  się  odpowiedzi.  On  i  inni  polityczni  sojusznicy  Bena  już  od  tygodnia  czekali  na 
sygnał do działania. 

Przechodząc  koło  łazienki,  usłyszał,  jak  Kate  śpiewa.  Ciekawe,  czy  śpiewałaby,  gdyby 

znała  treść  tej  rozmowy.  Wszedł  do  głównej  łazienki  i  odkręcił  kurki  prysznica  na  cały 
regulator. „Życie jest pełne nieprzewidzianych zwrotów i zasadzek” – pomyślał. Namydlił się 
energicznie i zaczął się zastanawiać nad nową sytuacją. Musi być z tego jakieś wyjście. Musi 
być jakiś sposób, żeby mieć i to, i to. 

Ben i Kate założyli szorty, zapakowali prowiant i wyruszyli na wyprawę dookoła jeziora. 

Wsiedli do łódki i popłynęli przez gładką jak lustro toń jeziora. Ułożywszy się w łódce, Kate 
wystawiła twarz do słońca i wodziła dłonią po powierzchni wody. 

– W taki dzień, jak dzisiaj, człowiek myśli, że nic złego nie może się na świecie zdarzyć –

rzekła. 

– Niestety, złudzenie. 
– Żeby przeżyć, każdy potrzebuje trochę złudzeń. 
– To prawda. 
Słychać  było  tylko  delikatny  plusk  wioseł  i  dalekie  szczekanie  psa.  Głodny  komar 

brzęczał Benowi koło ucha. 

– Dokąd płyniemy, Ben?
– Czy to ważne?
– Nie. Póki płyniemy razem. 

background image

– Wyjdź za mnie, Katie. 
Powiedział  to,  ot  tak  sobie.  Jakby  zupełnie  bez  związku  cały  czas  oganiając  się  od 

komarów. Kate roześmiała się. 

– Dziwny wybrałeś moment na oświadczyny. 
– Czy to znaczy, że się zgadzasz?
– To znaczy, że uchylam się od odpowiedzi. 
– Będę się dopytywał. 
– Kiedyś pewnie się zgodzę. 
– Będę czekał. 
Dopłynęli do drugiego brzegu. Ben wyskoczył z łódki i wciągnął ją na piasek, żeby Kate 

mogła wysiąść na ląd suchą nogą. 

– Nie  jestem  z  porcelany – zaprotestowała,  gdy  pomagał  jej  wysiadać.  – Tak  samo 

mogłabym wyskoczyć. 

– Mogłabyś wpaść do wody, a ja nie życzę sobie, żeby ta wspaniała tylna część twojego 

ciała w jakikolwiek sposób ucierpiała. Uważam ją za moją własność. 

– Czy zgłosiłeś już swoje roszczenia w tej sprawie?
– Zrobiłem to na początku lata, gdy siedziałaś w moim biurze z nogami na stojaku pod 

popielnicą. – Dał jej małego klapsa. – Moja zuchwała Katie. 

– Co  to  jest,  Ben? – zapytała,  wskazując  na  ukryty  wśród  sosen,  mocno  podniszczony 

budynek. 

– Cel naszej podróży. 
– Dość krótka ta podróż. 
– Ta podróż dopiero się zaczyna, Katie. 
Wziął  ją  za  rękę  i  przez  zagajnik  zaprowadził  do  opuszczonej  stodoły.  Ściany  tej 

szacownej budowli zbielały i wypaczyły się ze starości. Drewniana konstrukcja nosiła ślady 
wieloletniego  zaniedbania  i  licznych  zmagań  z  deszczem  i  wiatrem.  Ben  pchnął  skrzypiące 
wrota.  Weszli  do  środka.  W  smugach  słońca,  przenikającego  przez  szpary  w  ścianach, 
wirowały drobiny kurzu. Powietrze było ciężkie od zapachu siana. 

Ben postawił koszyk z prowiantem i wziął Kate w ramiona. 
– Mówiłaś kiedyś, że na sianie nie będziesz mogła mi się oprzeć. 
– Mówiłam. 
– Możesz to teraz potwierdzić?
– Jak najbardziej. 
– Ale czynem. 
Kate czynem potwierdziła swe słowa. 
– Nigdy  jeszcze  całe  przedpołudnie  nie  zleciało  mi  tak  szybko – wyznała  Kate  dużo 

później. 

– Pobierzmy się, a obiecuję ci wiele takich przedpołudni. 
– Czy to znaczy, że bez ślubu to niemożliwe?
– Kiedy  patrzysz  na  mnie,  tak  jak  teraz,  możesz  mieć  wszystko,  czego  tylko  sobie 

zażyczysz. 

background image

– W  takim  razie...  – Przechyliła  głowę,  udając,  głęboki namysł.  – W  takim  razie życzę 

sobie kanapkę z tuńczykiem, a ty możesz zjeść z szynką. 

Siedzieli  na  sianie  wśród  bezładnie  rozrzuconych  ubrań  i  jedli  drugie  śniadanie.  Kiedy 

skończyli,  ubrali  się,  pozbierali  swoje  rzeczy  i  poszli  zbadać  okoliczne  lasy.  Kate  nie
spodziewała się, że Ben tak dużo wie o lesie i jego mieszkańcach. Z upodobaniem wymieniał 
różne gatunki paproci i leśnych kwiatów. Ciekawość, z jaką Kate wypytywała go na przykład 
o  żuka  o  lśniącym  grzbiecie  czy  ujrzanego  w  przelocie  ptaka,  sprawiała  mu  wyraźną 
przyjemność. 

– Skąd ty to wszystko wiesz?
– Wrodzona ciekawość. Zawsze kochałem naturę. 
– To chyba dlatego gotujesz na golasa. Uszczypnął ją w siedzenie. 
– Kobieto, to jest lekcja przyrody. Nie rozpraszaj nauczyciela. 
– Ben. – Zatrzymała się i pokazała między gałęzie. – Widzisz tego ptaka?
– Acha. 
– Jak myślisz, o czym on myśli?
– Katie, tylko ty możesz zgadnąć, o czym myśli ptak. 
– Ja wiem, o czym on myśli. 
– Powiesz mi?
– On myśli o kochaniu się w łódce. 
– Ja też. 
– Na środku jeziora, Ben? W biały dzień?
– Nie. Znam ukrytą zatoczkę. 
– W takim razie mam propozycję. – Jaką?
– Pospieszmy się. Tak też zrobili. 
Ściemniało,  nim  dotarli  do  domu.  Zmyli  z  siebie  siano  i  szczątki  zabitch  na  ciele 

komarów i zabrali się do pieczenia dwóch ogromnych steków. Steki skwierczały na ruszcie, a 
Kate  zastanawiała  się,  kiedy  ma  powiedzieć  Benowi  „tak”,  a  Ben  szukał  w  myśli 
odpowiedniej chwili, kiedy powie Kate o swej rozmowie telefonicznej. 

Tego wieczora nie nadarzyła się. Oboje byli zbyt zaabsorbowani sobą nawzajem, dobrym 

jedzeniem, i więcej niż dobrą sztuką miłosną. 

W pewnej chwili nocne niebo poczerniało i spadł deszcz. Dzwonił po dachu i pluskał o 

szyby. Potem wzmógł się i przesłonił gęstymi strugami jezioro Lamar Bruce. Zmienił się w 
ponurą,  zimną  ulewę,  która  uparła  się,  żeby  podmyć  wysuszoną  upałem  ziemię.  Potem 
przyszedł wiatr i rozszalała się burza. 

W  domu  Bena  kochankowie  spali  przytuleni  do  siebie,  a  ich  ciała  stykały  się  w 

beztroskiej, domowej bliskości. Ani wiatr, ani ulewa nie budziły ich ze snu. Byli bezpieczni w 
swej romantycznej kryjówce, w swej miłości, spokojni o wspólną przyszłość. 

Kate poczuła, że  coś łaskocze  ją w nos. Niespiesznym ruchem próbowała  odgonić owo 

coś, ale łaskotanie nie ustawało. Otworzyła jedno oko i zobaczyła Bena, pochylonego nad nią 
z uśmiechem. Jeszcze raz połaskotał ją źdźbłem siana. 

– Siano! Od samego rana! – Otworzyła drugie oko. – Skąd u licha się tu wzięło?

background image

– Z mojej kieszeni. Pomyślałem sobie, ze może się przydać. – Schylił się i pocałował ją w 

czubek nosa. – I przydało się. 

Kate zarzuciła mu ręce na szyję i przyciągnęła do siebie. 
– Chodź no tutaj. – Pocałowała go w czubek nosa, powieki, brwi i policzki. 
– Czy tak będziesz mnie witać co rano przez resztę życia?
– lak... jak już zdecyduję się spędzić z tobą resztę życia. 
– Zgadzam się. 
Przerwała całowanie, żeby podrażnić go trochę oczekiwaniem na dalszy ciąg. 
– Oczywiście pod jednym warunkiem. 
– Jakim?
– Ze zawsze będziesz trzymał w sypialni trochę siana. Niesamowicie podnieca. 
– Zauważyłem.  – Ustami  odnalazł  jej  usta,  i  nie  wyrzekli  więcej  ani  słowa,  dopóki 

odpowiednio nie uczcili nadejścia nowego dnia. 

W końcu Ben poszedł do kuchni, żeby zrobić śniadanie, a Kate w tym czasie ubierała się. 

Ubijając  jajka  pomyślał,  że  nadszedł  już  ten  dzień.  Weekend  skończył  się,  Kate  będzie 
wybierać się do domu. Był czas, żeby podzielił się z nią swoimi planami. 

Przyrządzając śniadanie, pogwizdywał i myślał o nowych perspektywach, jakie otwierały 

się  przed  nim.  Nieoficjalnie  mówiło  się  o  tym  już  od  roku.  Propozycja,  którą  mu  złożono, 
pochlebiała mu i jednocześnie niepokoiła. 

Kate stanęła w drzwiach. Ben odwrócił się i zagwizdał z podziwu. 
– Obróć się – zakomenderował. 
Miała na sobie jedno ze swoich wdzianek, które nazywała „figielkami”. Było niebieskie i 

odpowiednio podkreślało wszystkie jej uroki. Odsłaniało pięknie opalone plecy i sporą część 
wspaniałego biustu, jak również gładką skórę na brzuchu, prawie aż do pępka. 

– Nie wychodź w tym na zewnątrz, jeśli nie chcesz wywołać zamieszek – rzekł Ben. 
– Chciałam  tylko  zwrócić  na  siebie  uwagę.  – Przemaszerowała  przez  kuchnię  i  usiadła 

przy barze. – Udało mi się?

– Retoryczne pytanie, Katie. 
– Dobrze.  Teraz,  kiedy  udowodniłam  już,  że  jestem  zarówno  kobietą,  jak  i  politykiem, 

możemy jeść. 

– Nigdy nie musiałaś mi udowadniać, że jesteś kobietą, Katie. I że jesteś politykiem też 

nie. – Włożył jajecznicę na talerze i usiadł koło niej. – Skąd to się wzięło?

– Och, nie wiem. Weekend się skończył, zbliża się dzień wyborów. Chyba próbuję się w 

tym  wszystkim  odnaleźć.  Czy  też  raczej  usiłuję  pogodzić  dwie  moje  połowy,  czy  natury –
kobietę, która chce, żeby ją bronić i kobietę, która chce zostać burmistrzem. 

Zmierzył ją od stóp do głów, pełnym uznania spojrzeniem. 
– Powiedziałbym, że wszystkie twoje części składowe pasują do siebie doskonale. 
– Tak, ale ty patrzysz od zewnątrz, a nie od wewnątrz. Wziął ją za rękę. 
– Katie, czy ty się czymś martwisz?
– Ben,  czy  ja  staję  do  tych  wyborów  z  właściwych  pobudek?  Czy  będę  dobrym 

burmistrzem? Czy będę umiała być jednocześnie żoną i matką?

background image

Ben uśmiechnął się. 
– Mówisz, jakbyś już wygrała wybory. 
– Chcę wygrać. 
Odsunął talerz i sięgnął po filiżankę z kawą. 
– Kate, cieszę się, że poruszyłaś ten temat. 
– Powiedziałeś do mnie „Kate”. 
– Naprawdę?
– Tak. Chyba jakaś poważna sprawa. 
– Tak,  poważna.  – Wziął  ją  za  rękę.  – Jesteś  inteligentna,  błyskotliwa.  Poza  tym  masz 

żyłkę do polityki. Będziesz świetnym burmistrzem. 

Uśmiechnęła się. 
– Czy już odstępujesz mi zwycięstwo?
– W pewnym sensie tak. 
– Ben! Dlaczego? Chyba się nie poddajesz!
– Nie, nie poddaje się. Wycofuję się z wyborów na burmistrza, bo chcę kandydować na 

gubernatora stanu. 

Kate znieruchomiała. 
– Kiedy to się stało? – zapytała bardzo cicho. 
– Mówiło  się  o  mojej  kandydaturze  przez  rok.  Jakieś  dwa  tygodnie  temu  grupa  moich 

zwolenników  skontaktowała  się  ze  mną.  Mieliśmy  kilka  spotkań.  Omawialiśmy  różne 
problemy i ewentualny program. Uważają, że mogę wygrać i ja też tak myślę. 

– Wiedziałeś o tym od dwóch tygodni!
– Nie podejmowałem decyzji aż do tego weekendu. Kate, proszę cię, zrozum. To nie ma 

nic wspólnego z tobą, z wyborami burmistrza. To jest dla mnie życiowa szansa i możliwość 
zrobienia czegoś dla mojego rodzinnego stanu. Proponowałem, żeby poczekać jeszcze cztery 
lata, ale inni uważają, że powinienem startować teraz i mam szansę być wybrany. 

Kate powoli uwalniała dłonie z jego uścisku. 
– Kontynuowałeś kampanię, wiedząc, że nie będzie cię na liście kandydatów? Pozwoliłeś 

mi  wierzyć,  że  mam  przeciwnika?  Godnego  przeciwnika? – Wściekłość  narastała  w  niej  w 
miarę mówienia. – Kochałeś się ze mną. A nawet  proponowałeś mi małżeństwo, wiedząc o 
tym. 

– Katie,  nie  mieszaj  tych  rzeczy.  Kocham  cię.  Chcę  się  z  tobą  ożenić.  Nie  ma  to  nic 

wspólnego z polityką ani z żadnymi wyborami – na burmistrza czy na gubernatora. 

– Owszem,  ma  bardzo  dużo  wspólnego,  Ben!  Ty  będziesz  w  rezydencji  gubernatora  w 

Jackson, a ja w magistracie w Saltillo. Poza tym moje zwycięstwo będzie nic nie warte. 

– Miłość przezwycięża przeszkody. Kate z hałasem zerwała się z miejsca. 
– Użyj tego jako hasła wyborczego, Ben. Wyszła, nie oglądając się za siebie. 

background image

10

Kate  nie  zatroszczyła  się  nawet,  żeby  zabrać  swoje  rzeczy.  Poszła  najkrótszą  drogą  do 

drzwi  wyjściowych.  Wciąż  padało,  ale  nie  zważała  na  to.  Zanim  doszła  do  samochodu, 
figlarne wdzianko przemokło na niej, a strumyki deszczu ściekały z włosów na gołe ramiona. 

Trzasnęła  drzwiami  wozu  i  przekręciła  kluczyk  w  stacyjce.  Spod  maski  wydobyły  się 

jakieś ospałe jęki. Kate rąbnęła pięścią w deskę rozdzielczą. 

– Co jest, idioto jeden! Zapalaj!
Podpompowała gazem i jeszcze raz przekręciła kluczyk. Samochód zakaszlał i niechętnie 

ruszył. Jechał nierówno, ksztusząc się i szarpiąc, co nie działało na Kate uspokajająco. 

– Co za pomysł – mówiła, przeżuwając słowa. – Tak długo, a on nawet słowa nie pisnął. 

Jak on mógł?

Wyrzuciła  ręce  do  góry  w  dramatycznym  geście.  Samochód  niebezpiecznie  zboczył  w 

stronę rowu. Kate złapała kierownicę i poprawiła kurs. 

– Jeszcze mi tylko brakuje, żebym przy tym deszczu wylądowała w rowie – mówiła dalej. 

– Na złość Benowi Adamsowi. Jak on mógł!

Pomstowała przez całą drogę do domu. Jane była jeszcze u Myrtle, Kate mała więc cały 

dom dla siebie. Miotała się od ściany do ściany, nie zważając na swe ociekające wodą włosy i 
przemoczone  ubranie.  Czuła  się  zdradzona,  wykorzystana.  Złość  omroczyła  jej  myśli,  nie 
umiała  więc  inaczej  tego  nazwać  jak  zdradą.  Zapomniała  całkiem  o  dwóch  dniach 
wypełnionych  miłością.  Złość  przyćmiła  blask  słońca,  stłumiła  zapach  siana  i  zagłuszyła 
dźwięki jazzu. 

Dzwonek telefonu wyrwał ją z gniewnego odrętwienia. 
– Halo! – wykrzyknęła do słuchawki, jakby obrażona na sam aparat telefoniczny. 
– Kate – odezwał się Ben. 
– Nie mam ci nic do powiedzenia. 
– Ale ja mam. Chcę przyjechać i porozmawiać z tobą. – Nie. 
– Katie, wiem, że jesteś teraz zdenerwowana... 
– Zdenerwowana?  Chcesz  tym  małym  słówkiem  skwitować  to,  co  się  stało?  Całe  to 

podstępne,  skryte,  oszukańcze,  zdradzieckie  draństwo?  Ciesz  się,  że  nie  pływasz  teraz  po 
jeziorze Lamar Bruce brzuchem do góry i z haczykiem na ryby w ustach. 

Ben zaśmiał się. 
– Jak już coś powiesz, to od serca, prawda, Katie?
– Nie nazywaj mnie Katie! – krzyknęła. 
– Będę u ciebie za piętnaście minut. 
– Nie waż się! Nie mam ci nic do powiedzenia. 
– Mógłbym przywieźć kopkę siana. 
– To nie fair, panie Adams. Nie myśl, że uda ci się przekupić mnie seksem. 
– A miłością?
– Też nie. Co to za miłość, która gryzie w zadek. 

background image

Ben roześmiał się znowu. Kate najwyraźniej złościł jego spokój. 
– I mnie ugryzła – powiedział. – Ale nie tam. Kate daj spokój, bądź rozsądna. 
– Nie chcę być rozsądna. Chcę gryźć i kopać. I nie chcę z tobą rozmawiać. Do widzenia, 

Ben. 

Rzuciła  słuchawkę.  Trochę  pomogło.  Poszła  do  łazienki  i  po  drodze  kopnęła  stołeczek 

pod nogi. Poczuła się jeszcze lepiej. Zrzuciła z siebie mokre ubranie i weszła pod prysznic. 
Silny strumień wody biczował jej zesztywniałe plecy i zdrętwiałe nogi. Nagle Kate poczuła, 
jakby wypuszczono z niej powietrze. Oparła się czołem o ścianę i zapłakała. 

– Dlaczego, Ben? Dlaczego?
Łzy,  zmieszane  z  wodą,  spływały  jej  po  twarzy.  Nie  mając  siły  ustać,  wsparła  się  o 

ścianę.  Cudowny  weekend  z  Benem  znów  stanął  jej  przed  oczami.  Jazz  ogarnął  ją 
powracającą falą. Płakała tak bardzo, że dostała czkawki. 

– Co ja teraz zrobię? – Było to małe, zagubione pytanie małej, zagubionej istoty. Pytanie, 

na które nie znała odpowiedzi. 

Powlokła się do łóżka i wpełzła pod kołdrę, zakrywając się razem z głową. Nie chciała 

podejmować  żadnych  decyzji,  nie  chciała  nawet  myśleć,  ale  bez  skutku.  Liczyła  barany; 
liczyła  kozły;  wreszcie  liczyła  polityków.  Na  nic.  W  głowie  miała  rozszalałą  karuzelę. 
Dlaczego Ben czekał prawie do końca kampanii i dopiero wtedy jej powiedział? Co by było, 
gdyby został gubernatorem? Ona siedziałaby w Saltillo, a on stale wyjeżdżał do Jackson. Czy
ich  małżeństwo  zniesie  ciągłe  rozstania?  Czy  może  być  oparciem  dla  dwóch  karier 
politycznych?  Dlaczego  Ben  nie  przedyskutował  z  nią  żadnej  z  tych  spraw,  zanim  podjął 
decyzję?

Przekręciła  się  na  plecy  i  starała  się  odsunąć  od  siebie  wszystkie  te  pytania,  ale  stale 

wracały. Czy miała prawo cokolwiek doradzać Benowi w sprawie jego kariery? Czy nie jest 
egoistką? Czy jej oburzenie jest proporcjonalne do „zbrodni”? To ostatnie pytanie sprawiło, 
że podniosła się i zaczęła walić pięścią w poduszkę. 

Zmęczyła  się  tymi  pytaniami  i  próbami  znalezienia  odpowiedzi.  Była  na  pewno  zbyt 

zmęczona,  by  trzymać  fason.  W  końcu  zmusiła  swój  mózg  do  bezczynności  i  leżała  bez 
ruchu. Wreszcie przyszedł błogosławiony sen. 

Ben inaczej podszedł do rzeczy. Nie zagłębiał się w rozważania w rodzaju „co by było, 

gdyby”. Przeszłości nie da się zmienić, co innego przyszłość, lii da się zrobić wiele. 

Po rozmowie z Kate odłożył słuchawkę i odszukał swoją wędkę. Z wędką w dłoni jakoś 

lepiej mu się myślało, a myśleć rzeczywiście było o czym. Wyszedł przez tylne drzwi i ruszył 
w stronę jeziora. 

Deszcz jeszcze nie ustał, przeszedł w drobną mgiełkę, która przesłaniała słońce i łagodnie 

zwilżała zmęczoną upałami ziemię. Ben wszedł do łódki i powiosłował na środek jeziora. 

Rzucił kotwicę i siedział bez ruchu. Nie zarzucał wędki, trzymał ją tylko. Mgła skraplała 

mu  się  na  włosach,  osiadała  na  twarzy  i  ubraniu.  Podniósł  głowę  i  wystawił  twarz  na  jej 
chłodzące działanie. 

Największa trudność polegała na przełamaniu bariery złości i poczucia krzywdy u Kate. 

To, czy mógł jej powiedzieć wcześniej, było sprawą do dyskusji. Ale nie zrobił tego. Teraz 

background image

powinien zdecydować, czy ma jej dać czas na ochłonięcie, czy naciskać. 

Cichy  plusk  wody  o  boki  łódki  wtórował  jego  myślom.  Gdyby  ją  teraz  zostawił,  dając 

czas na rozmyślania, mogłaby to wziąć za obojętność. A przecież, Bóg widzi, że Kate nie jest 
mu obojętna. Chce się z nią ożenić. Z drugiej strony ona nie pozwala mu nawet przyjść. Nie 
może  tak  po  prostu  wyłamać  jej  drzwi.  Musi  teraz  wymyślić  sposób,  żeby  być  dla  niej 
jednocześnie  widzialnym  i  niewidzialnym.  Być  obecnym  w  jej  życiu,  ale  też  usunąć  się  na 
bok, by dać jej możliwość spokojnego przemyślenia wszystkiego. 

Ben  był  cierpliwy.  Siedział  spokojnie  w  łódce,  dopóki  na  wszystkie  strony  nie 

zanalizował sytuacji i nie znalazł wyjścia. Niestrudzone słońce zaczynało już rozganiać mgłę, 
gdy w końcu wziął się do wioseł i popłynął w stronę domu. Uśmiechał się, cumując łódkę. 

Nazajutrz Kate czuła się, tak jakby ktoś zarzucił jej na plecy worek cegieł. Kręciła się po 

salonie piękności, przygarbiona, powłócząc nogami. 

Myrtle przyglądała się temu w milczeniu, aż w końcu nie wytrzymała. 
– Co się stało, Kate?
– Czarny poniedziałek. 
– To jakaś nowa choroba?
– Całkiem nowa. 
– Zaraźliwa?
– Żeby się tym zarazić, trzeba być wystawionym na działanie Bena Adamsa. 
– Aha. 
– Co znaczy to aha?
– To znaczy, że tak przypuszczałam. 
Kate,  która  była  zajęta  ustawianiem  butelek  z  szamponami  na  półce,  odwróciła  się  do 

Myrtle. 

– Nie mówmy już o tym. Chcę zostać sama i cierpieć. 
– Nieźle ci to idzie. 
– Myrtle, jesteś bardzo kochana, ale proszę cię, nie próbuj nic tu naprawiać. 
Myrtle wzruszyła ramionami. 
– Jestem  najdalsza  od  udzielania  niechcianych  rad.  – Składając  ręczniki  użyła  nieco 

więcej energii, niż potrzeba. – Powiem ci tylko tyle, że na pewno nie jest tak źle, jak ci się 
wydaje. W sprawach miłości nie ma sytuacji bez wyjścia. 

Kate zdobyła się na mały uśmiech. „Powinnam zaufać Myrtle – pomyślała – dać jej dojść 

do  słowa”.  Zamiast  odpowiadać,  Kate  wzięła  się  za  porządki  w  swoich  przyborach  i 
specyfikach fryzjerskich. Robiła to z zapamiętaniem, starając się nie myśleć o niczym. Przez 
jakiś  czas  wszystko  szło  dobrze,  ale  w  pewnym  momencie  Ben  Adams  wśliznął  się 
niepostrzeżenie. Wszystkie cudowne, ciepłe obrazy lata stanęły jej przed oczami. Ogarnęły ją 
wątpliwości, czy jednak nie działała zbyt pochopnie. Oczywiście, miała pełne prawo być zła 
na  niego  nawet  tylko  za  to,  że  brał  pod  uwagę  wcześniejsze  wycofanie  się  z  wyborów  na 
burmistrza.  W końcu to on stale podkreślał, jak bardzo ceni uczciwość między nimi. Mimo 
wszystko jednak mogła wybaczyć mu to. A więc czy uciekła z jego domu dlatego, że poczuła 
się zdradzona, czy może  kierowała się innymi, mniej wzniosłymi motywami?  Może była to 

background image

tylko  fałszywa  duma,  uraza,  wywołana  myślą,  że  jej  zwycięstwo  polityczne  będzie  bez 
wartości,  że  urząd  burmistrza  dostanie  jej  się  bez  walki?  Mniejsza  o  dobrą  kampanię, 
mniejsza o pracę całego lata. Chciała, do cholery, zdobyć w walce ten urząd, a nie dostać go 
na srebrnej tacy. 

Własna małostkowość i niedoskonałość ciążyły jej bardzo. Składając plastikową pelerynę 

zobaczyła  nagle  twarz  Bena  i  pomyślała,  czy  przypadkiem  cena  dumy  nie  okaże  się  za 
wysoka. 

Wtedy właśnie rozległ się dzwonek do drzwi. 
– Specjalna  przesyłka  dla  Kate  Midland – oznajmił  młody  człowiek.  Ubrany  był  w 

zielony kombinezon z napisem na piersi „KWIACIARNIA SMITHA”. 

– To ja. 
– Proszę tu podpisać. 
Serce tak jej waliło, że ledwo zdołała utrzymać pióro w ręce. Te kwiaty mogły być tylko 

od Bena Adamsa.  Ale niech mu  się nie zdaje,  że przebłaga ją bukiem róż. Nim zakończyła 
swój podpis efektownym zawijasem, już czuła się pewniej. 

Posłaniec poszedł do samochodu i wrócił z olbrzymim bukietem dzikich słoneczników. 
– Gdzie mam je postawić? – zapytał. 
– Tam. – Wskazała miejsce na swoim biurku. 
– Widziałaś kiedy coś takiego? – wykrzyknęła Myrtle. 
– Gdzież on je wynalazł?
Nim  Kate  zdążyła  się  odezwać,  posłaniec  był  już  z  powrotem  z  następnym  naręczem 

złotych kwiatów. 

– Jeszcze? – spytała Kate. 
– Tak proszę pani. Mam tego całą ciężarówkę. Gdzie mam stawiać?
– Gdziekolwiek. 
Kate w zdumieniu przyglądała się, jak jej salon piękności z wolna wypełnia się kwiatami. 

Po wniesieniu ostatniej porcji kwiatów posłaniec wręczył jej bilecik. 

Katie – czytała – te  kwiaty  przypominają  mi  ciebie,  moją  złotą  dziewczyną  z  czarnymi 

oczami Kocham cię. Ben. 

Posłaniec już odjechał, Myrtle zachwycała się kwiatami, a Kate stała w jednym miejscu i 

wciąż na nowo odczytywała list od Bena. Chciała mieć twarde serce. Chciała trwać w gniewie 
i schować się za nim jak za tarczą. Chciała znienawidzić Bena Adamsa. Ale nic z tego jej się 
nie  udawało.  Uśmiechała  się.  Ten  uśmiech  nie  przyszedł  od  razu.  Zaczął  się  nieśmiało  w 
kącikach ust i powoli narastał, aż w końcu i jej oczy zaczęły się uśmiechać. 

– Nieprawdopodobne. – Opadła na fotel obrotowy i zaczęła się kręcić. 
– Prawdopodobne  jest  natomiast,  że  on  jest  zakochany – rzekła  Myrtle.  – Czy  inaczej 

mężczyzna zadałby sobie  tyle trudu? – Myrtle, zachwycona, skakała od jednego bukietu do 
drugiego. 

– Jak myślisz, skąd oni wzięli te wszystkie dzikie słoneczniki? Nie wiedziałam, że jest ich 

aż tyle w całym Mississipi. 

Kate nie zwracała na nią uwagi. Wciąż obracała się na swoim fotelu i marzyła. Marzyła o 

background image

oczach bardziej niebieskich niż niebo i o cudownym głosie. O sianie i jazzie. Wsłuchiwała się 
w swoje serce i słyszała słowa miłości. 

– Ben wszystko robi w wielkim stylu – powiedziała. 
Miała  rację.  We  wtorek  wynajął  zespół  jazzowy,  który  zainstalował  się  pod  dębem 

naprzeciw  domu  i  przez  cały  dzień  wygrywał  jej  serenady.  Klientki  Kate  i  przypadkowi 
przechodnie sądzili, że to chwyt wyborczy. Kate nie starała się wyprowadzać nikogo z błędu. 

Ale sama doskonale wiedziała, w czym rzecz. Każdy pełen skargi dźwięk uderzał prosto 

w serce. Ben otaczał ją ze wszystkich stron, wdzierając się do serca, myśli i duszy. Pomyślała, 
że może postępuje niesłusznie. Czyżby chciała odegrać tę samą rolę, co Joe, kiedy dławił jej 
ambicje  polityczne?  Chociaż  myślała,  że  zostawiła  przeszłość  za  sobą,  odkryła  teraz,  że 
powraca  ona  pod  zmienioną  postacią.  Tym  razem  nie  chodziło  o  jedną,  ale  o  dwie  kariery 
polityczne. Czy nie nauczyła się niczego na błędach przeszłości? Czy gotowa jest poświęcić 
następny  związek,  zamiast  usiąść  i  dojść  do  jakiegoś  kompromisu?  Na  tę  myśl  serce  jej 
zadrżało. Jeśli chodzi o Bena, to nie jest to zwykły związek. To jej życie. 

Objęła  rękami  skronie.  W  głowie  miała  wielki  zamęt.  Nie  wiedziała  już,  czego  ma  się 

trzymać. Gorący rytm jazzu  atakował ją przez cienkie drzwi. Powoli opuściła ręce. Musiała 
porozmawiać z Benem. 

– Zaraz wrócę, Myrtle – powiedziała, idąc do drzwi. Myrtle spojrzała na nią znad swojej 

roboty:

– Dokąd idziesz?
– Na chwilę do domu. Mam coś ważnego do zrobienia. – Drzwi zatrzasnęły się za Kate. 

Obiegła werandę, starając się nie słyszeć orkiestry, ale nie było ucieczki przed jej pulsującym 
rytmem. Zanim wbiegła do domu, czuła się jakby poszarpana na strzępy tą muzyką. 

Palce  jej  drżały,  gdy  wykręcała  numer  magistratu.  Odebrała  Kasandra  i  minęła  mała 

wieczność, zanim odezwał się Ben. 

– Ben Adams. – Kate musiała usiąść, gdy usłyszała jego głos. Działał na nią niezwykle 

ekscytująco. 

– Na nic te kwiaty i muzyka – powiedziała. 
– Katie! – zawołał z nieskrywaną radością. – Przyjadę i porozmawiamy. 
– Nie, Ben. Nie możemy się widywać. Chcę, żebyś wiedział, że muzyka i kwiaty niczego 

tu  nie  zmienią.  Już  raz  z  Joem  przeżywałam  konflikt  karier  i  nie  mogę  sobie  pozwolić  na 
powtarzanie tego. 

– Ja nie jestem Joe. 
– Wiem o tym. 
– Czy aby na pewno?
Zawahała  się.  Chciała  być  uczciwa  wobec  siebie  i  Bena.  Próbowała  uniknąć  starych 

błędów. Miała jednak coraz więcej wątpliwości. 

– Tak, na pewno. Ty jesteś silniejszy, bardziej pewny siebie, bardziej stanowczy. 
– O co więc chodzi, Katie?
– To ja. Chodzi o mnie. – Westchnęła ciężko. – Znam siebie. Bardzo mi trudno zdobywać 

się  na  kompromis.  Nie  chcę  się  znaleźć  w  sytuacji,  kiedy  będę  musiała  wybierać  między 

background image

twoją i moją karierą. 

– Nic  takiego  się  nie  zdarzy.  – Jesteśmy  dorosłymi,  rozumnymi  ludźmi  i  zawsze 

znajdziemy jakieś rozwiązanie. Poza tym kochamy się. Pozwól mi przyjść. 

– Nie, boję się, że jak cię zobaczę, zmienię zdanie. Ben roześmiał się. 
– O to właśnie chodzi. 
– Nie wiem nawet, dlaczego zadzwoniłam. 
– Ponieważ mnie kochasz. 
– Ben, nie rób już tego. 
– Czego?
– Wiesz bardzo dobrze – nie oblegaj mnie przy pomocy jazzu i kwiatów. Muszę się sama 

przegryźć przez ten problem. 

– Chciałbym go z tobą dzielić, pomóc ci znaleźć wyjście. 
– Muszę zrobić to sama – bez jazzu i kwiatów. 
– Dobrze  Katie.  Żadnych  kwiatów  i  jazzu.  Ale  to  wszystko,  co  mogę  obiecać.  Nie 

pozwolę, żebyś mnie wypchnęła ze swego życia za pomocą chłodnych kalkulacji. 

Pomimo zamętu w głowie, uśmiechnęła się. 
– Panie Adams, niech pan się nie waży przysyłać mi tu siana. 
– To znakomity pomysł. Nie wiem, czemu sam na to nie wpadłem. 
– Ani się waż!
– Katie, odważę się na wszystko, żeby cię nie stracić. Gdyby nie to, że już siedziała, nogi 

by  się  teraz  pod  nią  ugięły.  Ścisnęła  słuchawkę  tak  mocno,  że  zbielały  jej  palce.  W  tym 
momencie nie chciała niczego innego, jak tylko znaleźć się w jego ramionach. Pomyślała, że 
już czas skończyć tę rozmowę, zanim namiętność wygra z rozsądkiem. 

– Do widzenia, Ben. 
– Kocham cię, Katie. 
Odłożyła  słuchawkę,  nim  zdążył  powiedzieć  coś  więcej.  Muzyka  zaatakowała  ją,  gdy 

wracała do salonu piękności. 

– No i co? – spytała Myrtle. 
– Nie chcę o tym mówić. 
Przez resztę dnia Kate starała się nie słyszeć jazzu za oknem. 
lego wieczora Kate siedziała w dużym pokoju z nogami opartymi wysoko, zadowolona, 

że ma już dzień za sobą i że umilkła wreszcie zmysłowa muzyka za oknem. Dość nieuważnie 
słuchała wiadomości o dziewiątej, aż do chwili, kiedy padło nazwisko Bena. 

– Całkowicie  niespodziewanie – mówił  spiker  telewizyjny – Ben  Adams  wycofał  się  z 

kampanii  wyborczej  na  burmistrza  Saltillo  i  zapowiedział,  te  zamierza  kandydować  na 
gubernatora stanu Mississip. Wyjaśniając swój krok, powiedział.. 

Kate wyłączyła telewizor. Nie chciała dalej słuchać. Już raz słyszała to wyjaśnienie i ten 

raz jej wystarczał. Podniosła się z krzesła i zaczęła niespokojnie chodzić po pokoju. „Gdyby 
nie te jego wyjaśnienia – myślała gniewnie – byłabym teraz w jego ramionach. „

W  nastroju  sztucznie  podtrzymywanej  złości  Kate  udała  się  na  górę  i  rozpoczęła 

przygotowania do snu. Ale sumienie nie dawało jej spokoju. „Bądź sprawiedliwa – upominało 

background image

ją.  – Byłabyś  teraz  w  jego  ramionach,  gdyby  nie  twoja  zawzięta  duma  i  niezdolność  do 
kompromisu. „ Ta myśl zmroziła ją. A więc to tam chciałaby się znaleźć – w ramionach Bena. 
Mniejsza  o  kariery,  oddalone  miasta,  urojone  zdrady  i  nic  nie  warte  zwycięstwa.  Cóż  to 
wszystko znaczyło wobec bardzo realnego niebezpieczeństwa, że utraci Bena. Problemy będą 
stale – na  miejsce  rozwiązanych  pojawią  się  nowe,  ale  nigdy  nie  będzie  już  nowego  Bena 
Adamsa. Dla Kate nie będzie już tęczy ani jazzu. Ben był miłością i – stwierdziła to nagle i 
bez żadnych wątpliwości – po prostu nie może go odrzucić. 

Odruchowo sięgnęła do telefonu, ale spojrzała na zegar. „Za późno, by dzwonić do Bena

– pomyślała. – Trzeba poczekać do rana. Odłożyć rzecz do jutra. Jak mawia Myrtle, gdy się 
chce coś ujrzeć we właściwych proporcjach, nie ma jak dobrze przespana noc”. 

Kate wstała wesoła jak skowronek. Przygotowując śniadanie, podśpiewywała i chodziła 

po  kuchni  dumna  jak  paw.  Uściskała  Jane,  Dżeka  i  Boots,  a  uściskałaby  też  Królową 
Wiktorię, gdyby się na nią natknęła. 

– Cieszę się, że jesteś dziś wesoła, mamo – powiedziała Jane. 
– Jestem  wesoła,  bo  znalazłam  rozwiązanie  pewnego  problemu.  – Przystawiła  sobie 

krzesło i usiadła naprzeciw córki. – Co powiesz na to, że kocham Bena Adamsa?

Jane odłożyła łyżkę i z powagą spojrzała na matkę. 
– Czy to znaczy, że wyjdziesz za niego? Że on zostanie moim tatusiem?
– To oczywiście oznacza małżeństwo, ale Joe zawsze pozostanie twoim tatą. Ben będzie 

dla ciebie jak ojciec, ale nie będzie próbował zająć miejsca Joego. 

– Jeśli tak to ja mówię juhuu! – Jane obdarzyła matkę najpiękniejszym uśmiechem. 
Kate chciała uściskać Jane, ale po drodze potknęła się o krzesło. Wśród tego radosnego 

zamieszania rozległ się dzwonek do drzwi. 

– Specjalna  przesyłka  od  Bena  Adamsa – oznajmił  posłaniec.  Przyniósł  całe  naręcze 

małych  złocistych  paczuszek,  przewiązanych  czerwonymi  wstążeczkami.  Kate  kazała  mu 
zostawić je na kanapie w dużym pokoju. 

Gdy  wyszedł,  Kate  zaczęła  rozpakowywać  paczuszki.  Wewnątrz  każdej  z  nich  drzemał 

mary kłębek siana. W ostatnim pudełku była karteczka. 

Katie, mam nadzieją, te na sianie ciągle jeszcze mam dla ciebie nieodparty urok. 
Biegnąc do telefonu w kuchni, nastąpiła na koci ogon. Boots wrzasnęła i  naprychała na 

Dżeka, który natychmiast pogonił za nią dookoła stołu. Jane wskoczyła na krzesło, żeby zejść 
im z drogi. Wśród największego zamieszania do kuchni weszła Myrtle. 

– Na litość Boską, co się tu dzieje?
– Mama wychodzi za mąż – oznajmiła Jane.
Kate zatykając sobie jedno ucho, krzyczała w słuchawkę:
– Co pani mówi? Tu jest straszny hałas, nic nie słyszę. Na drugim końcu linii Kasandra 

słyszała  wrzaski  kota,  ujadanie  psa  i  odgłosy  ożywionej  rozmowy  między  Jane  i  Myrtle. 
Przewracała oczami i uśmiechała się. Teraz już nie dziwiła się niczemu, co miało związek z 
Kate. 

– Mówię, że burmistrza nie ma dziś w biurze. Chyba jest , na ry... 
– Nie udało się jej dokończyć zadania. 

background image

– Dziękuję! – krzyknęła Kate. Rozłączyła się i  wykręciła następny numer. Zawsze, gdy 

się na coś zdecydowała, chciała to zrobić natychmiast. Niecierpliwie uderzała stopą o podłogę 
w oczekiwaniu na głos Bena. Odebrał telefon dopiero po czterech dzwonkach. 

– Halo! – Dźwięk jego głosu przejął ją drżeniem. – Ben!
– Katie! – Słychać  było,  że  bardzo  się  ucieszył.  Kate  poczuła  jak  jej  serce  wypełnia 

słodycz i błogość. 

– Kocham cię, Ben. Przyjeżdżam. 
– Poczekaj,  Katie.  To  ja  przyjadę – powiedział,  ale  Kate  go  nie  słyszała.  Rzuciła 

słuchawkę i była już w połowie drogi do drzwi. 

– Nie wiem, kiedy wrócę – zawołała przez ramię do Jane i Myrtle. 
Kate  wskoczyła  do  samochodu  i  przekręciła  kluczyk.  Silnik  milczał.  Nie  pomogło 

przymilanie  się  i  pochlebstwa,  stary  wóz  nawet  nie  drgnął.  Wysiadła  i  zaczęła  zastanawiać 
się, co ma robić. Nie mogła wziąć samochodu Myrtle, bo Willy Bob podwiózłszy ją, zabrał go 
dziś na swoje potrzeby. Jedyna możliwość to czerwony, błyszczący rower. 

Pognała do dębu, pod którym stał rower i wskoczyła na siodełko. Jadąc już, pomyślała, że 

rower  to  całkiem  dobry  środek  lokomocji.  Podarunek  od  Bena  stał  się  rydwanem  miłości. 
Zakręciło jej się w głowie ze szczęścia, gdy wjeżdżała na żwirową drogę wiodącą do jeziora 
Lamar Bruce. 

Wyprzedzająca  ją  półciężarówka,  wyrzuciła  spod  kół  chmurę  kurzu  ze  żwirem.  Kate 

zatrzymała się na poboczu i starła z twarzy grubą warstwę pyłu. Wjeżdżając z powrotem na 
drogę, dostrzegła coś, co z daleka przypominało zbliżającą się burzę piaskową. 

– Ten wóz frunie – rzekła do siebie. – Komuś się potwornie spieszy. Ale dzielna Kate nie 

zeszła z drogi. Ona też się spieszyła. 

Spotkanie  z  demonem  szybkości  nastąpiło  na  zakręcie.  Wśród  tumanów  kurzu  Kate 

rozpoznała  samochód  Bena.  Oba  pojazdy  zatrzymały  się  z  poślizgiem.  Drzwi  samochodu 
trzasnęły, rower potoczył się i upadł. 

Kate rzuciła się do Bena i wspięła się na niego, opasując go nogami. 
– Ben...  Ben...  – powtarzała  bez  końca  jego  imię,  wyciskając  na  jego  twarzy  żarliwe, 

pełne kurzu pocałunki. – Tęskniłam za tobą. 

Ben przycisnął ją mocno do siebie. 
– Myślałem już, że nigdy się nie zdecydujesz. – Wędrował ustami po jej twarzy i uczył 

się na nowo wszystkich miejsc, które kochał. 

– To wszystko te podarunki. – Słowa Kate zdołały się przecisnąć między ich ustami. A 

potem nie było już czasu na słowa. 

Z  rowu  wyskoczyła  ropucha,  żeby  się  rozejrzeć.  Nie  zobaczywszy  jednak  nic,  poza 

dwiema zakurzonymi postaciami, usiłującymi stać się jedną osobą, wskoczyła z powrotem do 
rowu. Zaskroniec prześliznął się, niezauważony, między stopami Bena i powędrował na drugą 
stronę drogi. Para szpaków przerwała wzajemne wymysły i zaczęte się gapić na nich z gałęzi 
dzikiej wiśni. Po chwili jednak ptaki doszły widocznie do wniosku, że tych dwoje splecionych 
ze sobą ludzi nic nie zmienia w ich sytuacji, bo powróciły do swojej sprzeczki. 

Kate  i  Ben  byli  głusi  i  ślepi  na  wszystko,  oprócz  siebie  nawzajem.  Całą  ich  uwagę 

background image

pochłaniał  miłosny  rytuał  ust  i  języków.  Nadrabiając  stracone  chwile,  napawali  się  sobą 
wzajemnie,  przepraszali  się,  składali  obietnice,  kipieli  miłością.  Rozkosz  ponownego 
połączenia była tak słodka, że aż prawie nie do zniesienia. 

Kiedy ciężar namiętności stał się już zbyt wielki, Ben delikatnie postawił Kate na ziemi. 

Ujął jej twarz w dłonie i zajrzał jej w oczy. 

– Jeśli zaraz nie przestaniemy, zachowam się skandalicznie wobec przyszłego burmistrza 

Saltillo na drodze publicznej. 

– Nie dbam o nic Zachowaj się skandalicznie, Ben. 
Roześmiał się. 
– Wolałbym, żeby ten skandal miał miejsce w czterech ścianach. 
– Psujesz wszystko. 
– Wsiadaj do samochodu, póki czas. – Zapakował rower i usiadł koło Kate. 
Do  domu  Bena  Kate  jechała  wtulona  w  skórzane  siedzenie.  Nie  byłaby  wstanie 

powiedzieć,  czy  jazda  trwała  dziesięć  minut,  dziesięć  godzin  czy  dziesięć  dni.  Ben  Adams 
wypełniał  ją  zbyt  szczelnie,  by  mogła  myśleć  prawidłowo.  Wiedziała  tylko,  że  w  pewnym 
momencie wyłonił się dom Bena; potem była sypialnia, a potem – cały świat pozostał daleko. 

Nie istniało nic, oprócz  tych dwojga i ich miłości. Ją wypełniał ogień, tęczowe światła, 

pieśń nocy i jazz. On był wszędzie, odcisnął swe usta niczym piętno, nawet na podeszwach jej 
stóp, na znak, że na zawsze należy do niego. Szaleli z miłości, jak rumaki puszczone luzem, 
jak utracjusze zbyt bogaci, by do końca życia przehulać swój majątek. 

Łoże  było  ich  wszechświatem,  a  oni – panującymi  w  nim  monarchami.  Nic  nie  mogło 

przekroczyć granicy tego państwa, chyba że na ich rozkaz. Byli wspaniałomyślni, twórczy i 
śmiali. Ich świat mieścił w sobie wszystkie cuda świata. 

Kiedy w końcu opadli na prześcieradła, słowa były im zbędne. Powiedzieli już wszystko. 

Leżeli  przy  sobie,  ze  splecionymi  dłońmi,  aż  do  chwili  gdy  milczenie  wypełniło  ich  dusze 
spokojem. 

Rzeczywistość wśliznęła się tykaniem zegara przy łóżku. 
– Katie?
– Hmm?
– Kiedy?
– Co kiedy?
– Kiedy się pobierzemy?
– Po wyborach. 
– Dopilnuję, żeby ksiądz czekał przed lokalem wyborczym. 
– Jesteś  szalony.  – Uśmiechnęła  się,  zaglądając  mu  w  oczy.  – Ale  ja  to  ubóstwiam.  –

Odsunęła mu włosy z czoła. – Co byś powiedział na ślub w Boże Narodzenie?

– Czy  jest  jakieś  miejsce,  gdzie  niecierpliwi  narzeczeni  mogliby  czekać?  Jakaś 

przedmałżeńska przechowalnia?

Roześmiali się oboje. Potem Ben spoważniał. 
– Musimy pomówić o mojej kampanii na gubernatora. 
– Wiem.

background image

– Chcę dokładnie wiedzieć, co myślisz, Katie. Chcę, żebyśmy między sobą byli uczciwi i 

otwarci. 

Zatrzepotała powiekami z miną zalotnej pięknotki z Południa. 
– Kłamstwo to mój sposób na życie. Nie wiem, czy mogę się nauczyć uczciwości. 
Ben wymierzył jej żartobliwie klapsa w gołą pupę. 
– Ja ci pokażę uczciwość. 
Obrócił  się  i  począł  wyciskać  na  jej  szyi  pocałunki,  kąsając  przy  tym  lekko. 

Niepostrzeżenie zarówno żarty, jak i zamiar poważnej dyskusji ustąpiły miejsca namiętności. 
Jeśli chodzi o dyskusję, to czekała tak długo, że chcąc do niej powrócić, musieli sięgnąć do 
głębokich pokładów pamięci. 

– O czym to mówiliśmy? – zapytał Ben. 
– Nie wiem. 
– Z miłością to tak jest. Przesłania wszystko inne. Kate uniosła się i położyła głowę na 

ramieniu Bena. 

– W tym miejscu myśli mi się najlepiej. 
– Bardzo proszę, jest w każdej chwili do twojej dyspozycji. 
– Dziękuję. – Splótłszy razem swoje i jego palce, podniosła jego dłoń do ust i pocałowała. 

– Już pamiętam. Chodziło o twoją kampanię. 

– Tak. 
– Będę cię popierać. Będę nawet za tobą agitować. 
– Jesteś pewna?
– Całkowicie.  W  ciągu  ostatnich  paru  dni  dobrze  się  sobie  przyjrzałam  i  nie  jestem 

zachwycona. Byłam impulsywna i samolubna. – Podniosła się i spojrzała na niego z góry. –
Chcę,  żeby  nasz  związek  dał  nam  wolność  i  pozwolił  każdemu  z  nas  realizować  swoje 
aspiracje, nawet jeśli z tego powodu znajdziemy się w dwóch różnych miastach. 

Ben uśmiechnął się. 
– Mówisz, jakbyś miała pewność, że zostanę wybrany gubernatorem. 
– To jest dla mnie oczywiste. 
– Jak przyjdzie pora, znajdziemy jakieś wyjście. Na razie myślę o czymś innym. 
– O czym?
– Żeby pójść na ryby. – Chwycił ją wpół i przyciągnął do siebie. 
– Oszust. 
Kampania  Bena  nabierała  tempa,  a  kampania  Kate  miała  się  ku  końcowi.  Mimo  że  nie 

miała  już  poważnego  przeciwnika,  wciąż  występowała  na  wiecach.  Chciała,  żeby  wyborcy 
wiedzieli, że traktuje poważnie swą przyszłą funkcję. 

Pomimo  nawału  zajęć,  Ben  i  Kate  starali  się  zawsze  znaleźć  czas  dla  siebie.  Chwile, 

kiedy byli razem, były tym cenniejsze, że zdarzały się rzadko. 

Dzień  wyborów  przypadł  na  sam  koniec  lata,  a  mimo  to  mieszkańcy  Saltillo  pamiętali 

niewiele tak upalnych dni. Aura skłaniała raczej do drzemki w zacienionym miejscu, niż do 
jakiejkolwiek  aktywności,  nie  mówiąc  już  o  ruszeniu  się  z  domu.  Mimo  to  wyborcy  nie 
zawiedli.  Spoceni,  z  wachlarzami,  ale  dyskutujący  i  roześmiani,  tłumnie  stawili  się  w 

background image

punktach  wyborczych,  żeby  wybrać  Kate  Midland  na  burmistrza  Saltillo.  I  chociaż  nic  nie 
zagrażało jej wyborowi, chcieli, żeby wiedziała, że ma poparcie. 

Tego  lata  zaszły  w  Saltillo  historyczne  zmiany.  Do  drużyny  piłkarskiej  przyjęto 

dziewczynę, a jej matka stanęła do wyborów na burmistrza. To nie było już to samo miasto. 
Kate,  ten  sowizdrzał  z  Biloxi,  przy  pomocy  humoru,  skandalizujących  akcji  i  doskonałych 
wystąpień  na  wiecach,  zmieniła  sytuację  kobiet  w  tym  mieście.  Ośmieszyła  przesądy, 
sprawiła, że ludzie zaczęli inaczej patrzeć na rolę kobiety. A przy tym robiła to w taki sposób, 
że  zaskarbiła  sobie  ludzką  sympatię.  Była  elokwentna,  czasem  agresywna,  a  jednocześnie 
potrafiła  zachować  wdzięk  kobiecości.  Nawet  nieprzejednana  Córa  Lee  Brady  zmiękła  w 
końcu. 

Myrtle natknęła się na nią przy lokalu wyborczym i pilnie nasłuchiwała jej komentarzy, 

żeby móc potem wszystko dokładnie przekazać Kate. 

– Zawsze uważałam, że  Kate Midland będzie świetnym burmistrzem – rzekła Córa Lee 

do Maudie Ascot. 

– Co  ty  powiesz?  A  przecież  mówiłaś,  że  to  intrygantka – odparła  Maudie  nie  bez 

satysfakcji. Bardzo lubiła chwile, gdy udawało jej się pogrążyć Córę Lee. 

– Wiesz, są intrygantki i intrygantki. Cała rzecz w tym, żeby umieć je rozróżnić. 
– Mnie się wydaje, że nie ma żadnej różnicy. 
– Od razu widać, że  nie  znasz  się na rzeczy, Maudie.  Jak  ktoś  ma głowę do parady, to 

wie, na czym polega różnica. 

– Chciałaś chyba powiedzieć „nie od parady”?
– Powiedziałam, co chciałam powiedzieć. Zresztą to wychodzi na jedno – nie od parady, 

czyli do parady. 

– Bóg widzi, że masz słuszność. 
Później, wieczorem, kiedy Kate miała już za sobą przemówienia inauguracyjne, siedziały 

obie z Myrtle przy stole w kuchni i zaśmiewały się z tej wymiany zdań  między Córą Lee i 
Maudie. 

– Któż  mógł  sobie  wyobrazić,  że  Córa  Lee  Brady  potrafi  jeszcze  zmienić  poglądy? –

mówiła Kate. 

– Sama widzisz – rzekła Myrtle. Kate roześmiała się. 
– Mówisz zupełnie jak Córa Lee. Co sama widzę?
– Ze czasem jedna kobieta może wszystko zmienić – Myrtle uścisnęła swą siostrę. – Czy 

już ci mówiłam, jak bardzo jestem dumna, że to ty jesteś tą kobietą?

– A  ja?  Mówiłem  ci  już? – obie  odwróciły  się  ku  drzwiom  i  zobaczyły  wchodzącego 

Bena  Adamsa.  Dla  Kate  świat  otoczyła  tęczowa  aureola.  – Wpadłem,  żeby  pogratulować 
nowemu burmistrzowi Saltillo. 

– Ja rzeczywiście wygrałam, prawda, Ben?
– Tak, bez wątpienia. Z obliczeń wynika, że na Kate Midland głosowała rekordowa liczba 

wyborców. – Wstrzymała oddech, gdy szedł przez kuchnię. – Myślę, że trzeba to uczcić, co ty 
na to?

– lak.  – Nie  mogła  złapać  oddechu,  widząc,  jak  Ben się  zbliża.  Już  sam sposób  w  jaki 

background image

wypowiedział słowo „uczcić”, przyprawił ją o drżenie serca. 

Myrtle wstała. 
– Uważam, że tego rodzaju okazja wymaga intymnej atmosfery i... – Otworzyła lodówkę 

i  wyjęła  butelkę  szampana.  –  ... i  tego – dokończyła.  – Willy  Bob  i  Jane  czekają  na  mnie. 
Idziemy do kina. Do jutra, pani burmistrz – mrugnęła porozumiewawczo i wyszła. 

– Mądra kobieta – rzekł Ben, biorąc Kate w ramiona. 
– To rodzinne. 
Ben wybuchnął śmiechem. 
– Oficjalnie jesteś burmistrzem Saltillo dopiero od piętnastu minut, a już zadzierasz nosa. 
– Jak myślisz, czy dasz sobie radę z kobietą, która tak zadziera nosa?
– No to popatrz. – Wziął ją na ręce i ruszył do sypialni. 
– Zapomniałeś o szampanie. 
– Nie będzie nam potrzebny. Poza tym, przecież jeden kieliszek to twój limit. 
Cały  dom  rozbrzmiewał  śmiechem,  gdy  nowa  pani  burmistrz  Saltillo  i  przyszły 

gubernator  Mississipi  przystępowali – w  nadzwyczaj  ścisłym  gronie – do  uczczenia  swego 
wspólnego zwycięstwa. 

KONIEC