background image

Spider i Jeanne Robinson

Gwiezdny Taniec

(przełożył Jacek Manicki)

Żeby odnaleźć swe miejsce

w nieskończoności istnienia

trzeba być zdolnym zarówno

do dzielenia, jak i jednoczenia.

I Cing

background image

CZĘŚĆ I - GWIEZDNY TANIEC

Rozdział 1

Nie mogę twierdzić, że naprawdę ją znałem, a już na pewno nie tak, jak Seroff znał Isadorę. 

Cała moja wiedza o jej dzieciństwie i dorosłym życiu opiera się na anegdotach, jakie zdarzyło mi 

się od niej zasłyszeć - akurat tyle, żebym nabrał pewności, iż wszystkie trzy sprzeczne ze sobą 

biografie z bieżącej listy bestsellerów są zmyślone. Wszystko, co mi wiadomo o jej dojrzałym 

życiu, pochodzi z tych kilku godzin, które spędziła w moim towarzystwie i na moich monitorach - 

a   to   aż   nadto,   abym   się   przekonał,   iż   każda   wzmianka   w   prasie,   jaką   czytałem,   jest   fikcją. 

Carrington sądził prawdopodobnie, że zna ją lepiej ode mnie i w pewnym stopniu miał rację - 

nigdy jednak o niej nie napisał, a teraz nie ma go już wśród żywych.

Ale ja byłem od samego początku jej wideo - operatorem i znałem ją od kulis: był to typ 

związku, którego odpowiednika nie znajdziecie ani na Ziemi, ani nigdzie indziej. Wątpię, żeby 

udało  się go opisać  komuś,  kto nie  uprawia  czynnie  tego  zawodu - można  to w  przybliżeniu 

porównać do więzi, jakie panują miedzy współpracownikami albo kumplami z wojska. Byłem z nią 

tego dnia, gdy pełna leku i zdecydowania przybyła na “Skyfac", by w imię marzeń ryzykować 

własnym   życiem.   Obserwowałem   ją   przy   pracy.   Przez   całe   te   dwa   miesiące   wypełnione   nie 

kończącymi się próbami, harowałem razem z nią i zachowałem wszystkie taśmy z tamtego okresu.

No i oczywiście widziałem “Gwiezdny taniec". Byłem tam. Filmowałem go.

Wydaje mi się, że mogę wam coś niecoś o niej opowiedzieć.

***

Zacznę   od   tego,   że   nie   zafascynowanie   kosmosem   i   podróżami   kosmicznymi,   jak   to 

sugerują “Taniec wyzwolony. Narodziny nowej fali" Derskiego i “Shara" Cahilla, doprowadziło do 

tego, że została .pierwszą tancerką, która występowała w stanie nieważkości. Kosmos był dla niej 

środkiem, nie celem i bezmiar jego pustki z początku ją przerażał. Nie stało się też tak dlatego, jak 

twierdzi Melberg w luksusowym wydaniu swojej “Prawdziwej Shary Drummond", że brakowało 

jej talentu, by zostać tancerką na Ziemi. Jeśli wyobrażacie sobie, że taniec w próżni jest łatwiejszy 

od tańca konwencjonalnego, to sami spróbujcie. Nie zapominajcie o torebce na wymiociny.

Ale w oszczerstwach Melberga, jak we wszystkich wielkich oszczerstwach, tkwi ziarnko 

prawdy. Nie mogła tańczyć na Ziemi, ale nie z braku talentu.

Po raz pierwszy spotkałem ją w lipcu 1989 roku w Toronto. Kierowałem wtedy działem 

background image

wideo Torontońskiego Teatru Tańca i mierziła mnie każda minuta tej roboty. Mierziło mnie wtedy 

wszystko. Harmonogram na ten dzień przewidywał spędzenie całego popołudnia na filmowaniu 

próby studentów - strata czasu i taśmy, a to mierziło mnie najbardziej ze wszystkiego, z wyjątkiem 

może towarzystwa telefonicznego. Nie oglądałem jeszcze tegorocznego narybku w akcji i wcale mi 

się do tego nie śpieszyło. Przepadałem za patrzeniem na taniec w dobrym wykonaniu - wysiłki 

nowicjusza są dla mnie zwykle czymś  tak ujmującym jak rzępolenie studenta pierwszego roku 

wiolonczeli.

Gdy   wkraczałem   do   studio,   noga   rwała   mnie   bardziej   niż   zwykle.   Norrey   dostrzegła 

malujący się na mej twarzy grymas i odłączywszy się od grupy obiecującej młodzieży podeszła do 

mnie.

 - Charlie...?

  -   Wiem,   wiem.   To   nieopierzone   żółtodzioby,   Charlie,   o   duszach   tak   kruchych,   jak 

wielkanocne jajo w grudniu. Nie ugryź ich, Charlie. Nawet na nich nie warcz, jeżeli potrafisz, 

Charlie.

Uśmiechnęła się.

 - Coś w tym rodzaju. Noga?

 - Noga.

Norrey Drummond jest tancerką, której w jakiś niewytłumaczalny sposób udaje się nie 

wyglądać na dojrzałą kobietę, bo jest mała. Jest jej raptem jakieś sto piętnaście funtów, a większość 

z tego to serce. Mierzy sobie około metra sześćdziesięciu, ale bez problemu potrafi górować nad 

najwyższym studentem. Ma w sobie więcej energii niż północnoamerykańska sieć energetyczna i 

wykorzystuje   ją   tak   wydajnie,   jak   pompa   skrzydełkowa   (czy   znacie   zasadę   działania   pompy 

skrzydełkowej?   Jeżeli   nie,   to   zapoznajcie   się   z   nią).   Jej   taniec   nacechowany   jest   jakąś 

niepowtarzalnością. Jest to, według mnie, jedyny powód, dla którego aż do nadejścia nowej fali 

tańca nowoczesnego, dostawała tak mało intratnych ról. Lubiłem ją, bo nie litowała się nade mną. 

Kiedyś żyliśmy ze sobą, ale nam nie wyszło.

  -   To   nie   tylko   noga   -   przyznałem.   -   Nie   mogę   patrzeć   jak   te   ofiary   katują   twoją 

choreografię.

  -  No  to   możesz   się  uspokoić.   Kawałek,   który   dzisiaj   kręcisz   jest   dziełem...   jednej   ze 

studentek.

 - O, to wspaniale. Wiedziałem, że trzeba było pójść na zwolnienie. 

Norrey skrzywiła się.

 - O co chodzi?

 - A co?

background image

 - Dlaczego zmienia ci się głos, gdy mówisz “jednej ze studentek"? 

Zarumieniła się.

 - Bo to moja siostra, cholera.

Norrey i ja często się dawniej widywaliśmy, ale nigdy nie spotkałem jej siostry - wydaje mi 

się, że nie jest to takie całkiem normalne w dzisiejszych czasach. Moje brwi powędrowały w górę.

 - A więc musi być dobra.

 - No wiesz, Charlie, dziękuje.

  -   Gadanie.   Albo   mówię   komplementy   szczerze,   albo   wcale   -   nie   mam   na   myśli 

dziedziczności. Chodzi mi o to, że jesteś tak beznadziejnie etyczna, iż skręciłabyś się, żeby tylko 

uniknąć nepotyzmu. Twoja siostra musi być przebojowa, jeżeli pozwoliłaś jej na taki występ.

 - Charlie, ona taka jest - powiedziała po prostu Norrey.

 - Zobaczymy. A jak ma na imię?

 - Shara - Norrey wskazała mi ją ruchem głowy i wtedy zrozumiałem resztę aluzji. Shara 

Drummond była o dziesięć lat młodsza od swojej siostry, dobre osiemnaście centymetrów wyższa i 

o piętnaście, a może nawet osiemnaście kilo cięższa. Spostrzegłem nadto, że jest uderzająco piękna, 

ale to w niczym nie zmniejszyło mojej konsternacji - Sophia Loren w swoich najlepszych latach za 

żadne skarby nie zostałaby tancerką nowej fali. Tam, gdzie Norrey była drobna, Shara była duża, a 

gdzie Norrey duża, Shara jeszcze większa. Gdybym zobaczył ją na ulicy, gwizdnąłbym z uznaniem 

- ale w studio twarz mi spochmurniała.

 - Mój Boże, Norrey, ależ ona jest wielka.

 - Drugi mąż naszej matki był futbolistą - powiedziała ponuro. - Ona jest strasznie dobra.

  -   Jeżeli   jest   dobra,   to   to   jest   straszne.   Biedna   dziewczyna.   No   nic,   czego   ode   mnie 

oczekujesz?

 - Czemu sądzisz, że czegoś od ciebie oczekuje?

 - Bo wciąż tu stoisz.

 - Och. Chyba rzeczywiście. No wiec... czy zjesz z nami lunch, Charlie?

  -   Dlaczego?   -   doskonale   wiedziałem   dlaczego,   ale   spodziewałem   się   niewinnego 

kłamstewka. 

Nie usłyszałem go od Norrey Drummond.

 - Bo wydaje mi się, że wy dwoje macie ze sobą coś wspólnego.

Odpłaciłem   jej   za   szczerość,   przełykając   ten   komplement   bez   mrugnięcia   okiem.   - 

Przypuszczam, że tak.

 - A zatem zgoda?

 - Zaraz po sesji.

background image

Puściła do mnie oko i już jej nie było. W zadziwiająco krótkim czasie zorganizowała studio 

pełne włóczących się po nim, rozgadanych młodych ludzi w coś, co z grubsza przypominało zespół 

tancerzy.   Podczas   gdy   rozstawiałem   i   sprawdzałem   mój   sprzęt,   przeprowadzili 

dwudziestominutową rozgrzewkę. Jedną kamerę ustawiłem przed nimi, jedną za nimi, a trzecią 

zatrzymałem przy sobie do ujęć z ręki. Nigdy dotąd jej nie włączałem.

Jest taka gra, którą prowadzi się w myślach. Zawsze, gdy ktoś przykuwa waszą uwagę, 

zaczynacie snuć na jego temat rozmaite domysły.  Próbujecie, opierając się na jego wyglądzie, 

określić jego charakter i przywary. Ten? Gburowaty, niedbały - nie zakręca tubki z pastą do zębów 

i pije whisky bez wody.  Ta? Typ  studentki szkoły teatralnej, używa  prawdopodobnie wkładki 

domacicznej i pisze listy stylizowaną kaligrafią swego wynalazku. Ci? Wyglądają na nauczycieli z 

Miami,   którzy   przybyli   tutaj,   żeby   po   raz   pierwszy   w   życiu   zobaczyć   prawdziwy   śnieg   i 

prawdopodobnie uczestniczą w jakimś zjeździe. Czasami byłem bardzo blisko. Nie pamiętam, jak 

w   tych   pierwszych   dwudziestu   minutach   zaszufladkowałem   Sharę   Drummond.   Gdy   zaczęła 

tańczyć, wszystkie uprzedzenia wyparowały mi z głowy. Stała się dla mnie czymś nieziemskim, 

czymś   niepoznawalnym,   żywym   mostem   pomiędzy   naszym   światem,   a   światem,   w   którym 

mieszkają Muzy.

Wiem chyba wszystko, co można wiedzieć o tańcu, a jednak nie potrafiłem zaliczyć do 

jakiejkolwiek   kategorii,   sklasyfikować   ani   nawet   zrozumieć   tańca,   który   wykonywała   tego 

popołudnia. Śledziłem go, nawet mi się podobał, ale nie byłem w stanie go pojąć. Tancerze mówią 

o swoim “centrum", miejscu, wokół którego koncentrują się wykonywane przez nich ruchy, często 

bardzo bliskim środka ciężkości. Starają się tańczyć “od centrum", a pojecie “skurczu i rozkurczu", 

na którym w tak wielkim stopniu opiera się Taniec Nowoczesny zależy właśnie od tego centrum, 

bo w nim skupia się cała energia. Centrum Shary zdawało się zgodnie z jej wolą przemieszczać po 

całej sali. Kończyny były z nim związane raczej z wyboru niż z konieczności. Jakim to słowem 

nazywana jest najbardziej zewnętrzna cześć słońca, cześć, którą widać nawet podczas zaćmienia? 

Korona?   Tym   właśnie   były   jej   kończyny:   cztery   wydłużone   jeżyki   płomieni,   podążające   za 

centrum po jego mimośrodowej, wirującej orbicie, wijące się płynnie po jego powierzchni. To, że 

dwie dolne często stykały się z podłogą wyglądało na przypadek - prawdę powiedziawszy, drugie 

dwie dotykały podłogi niemal tak samo regularnie.

Inni   studenci   też   tańczyli.   Wiem   to   stąd,   że   dwie   automatyczne   wideokamery   nie 

zaniedbywały   się   w   pracy   jak   ja   i   zarejestrowały   ten   taniec   jako   całość.   Zatytułowany   był 

“Narodziny" i opisywał tworzenie się galaktyki, która w końcu przypominała Andromedę. Nie było 

to dokładne odmalowanie tego procesu i nie miało takim być. Symboliczna wymowa przywodziła 

na myśl narodziny galaktyki.

background image

Gdy   to   teraz   wspominam,   uświadamiam   sobie,   że   dostrzegałem   wtedy   tylko   jądro   tej 

galaktyki: Sharę. Towarzyszący jej studenci przesłaniali ją od czasu do czasu, a ja tego nawet nie 

zauważyłem. Patrzenie na nią sprawiało ból.

Jeżeli wiecie coś niecoś o tańcu, wszystko to musi dla was brzmieć strasznie. Taniec o 

mgławicy?   Wiem,   wiem,   to   śmieszne.   Ale   udało   się.   Udało   w   najnormalniejszy,   przyziemny 

sposób - z tym tylko, że Shara była za dobra w porównaniu z resztą zespołu. Nie należała do tej 

gorliwej grupy niezgrabnych, niedouczonych terminatorów. Przypominało to słuchanie Stevelanda 

Wondera usiłującego śpiewać z przygodną kapelą w jakimś montrealskim barze.

Ale nie to sprawiało ból.

***

“Le Maintenant" była skromną restauracją, ale jedzenie podawano w niej dobre i cieszyła 

się świetną opinią. Już jej nie ma. Norrey i Shara nie chciały trawki, ale przy moim stylu pracy to 

pomaga. Poza tym potrzebowałem paru sztachów, bo jak tu powiedzieć tej uroczej damie, że jej 

marzenie jest nieziszczalne.

Nie potrzebowałem pytać Shary, by wiedzieć, że jej największym marzeniem jest taniec. 

Więcej - taniec profesjonalny. Często rozważałem motywy, jakimi kierują się zawodowi artyści, 

wybierając swój zawód. Jedni szukają narcystycznego zapewnienia, że inni zapłacą za bilet, żeby 

ich zobaczyć lub posłuchać. Inni są tak niekompetentni albo niezaradni, że nie potrafią w żaden 

inny sposób zarobić na życie. Jeszcze inni mają w zanadrzu coś, co jak sądzą, wymaga przekazania 

światu. Przypuszczam, że w przypadku większości artystów ma miejsce kombinacja wszystkich 

trzech motywów. To nie zarzut potrzebujemy tego, co dla nas robią. Powinniśmy być zadowoleni, 

że mają jakieś motywy.

Ale Shara należała do tych najmniej licznych. Tańczyła, bo po prostu czuła tego potrzebę. 

Musiała mówić rzeczy, których nie sposób wyrazić w żaden inny sposób i z mówienia ich musiała 

czerpać sens życia. Wszystko inne wypaczyłoby i zdeformowało wymowę jej tańca. Wiedziałem to 

po obejrzeniu jednego jej występu.

Na   nabieraniu   jedzenia   w   usta,   przeżuwaniu   go,   przełykaniu   i   ponownym   nabieraniu 

(umiarkowanych ilości, celem zyskania niewielkiej zwłoki czasowej, jaką przynosi konsumpcja) 

upłynęło więcej niż pół godziny. Dopiero potem zażądano ode mnie, żebym powiedział coś więcej 

ponad sporadyczne chrząknięcia w odpowiedzi na obiadową paplaninę pań. Gdy pojawiła się kawa, 

Shara spojrzała mi prosto w oczy i zapytała:

 - Potrafisz mówić, Charlie? 

To była cała siostra Norrey.

 - Tylko bzdury.

background image

 - Nic podobnego.

 - Lubi pani tańczyć, panno Drummond?

 - Co to znaczy “czy lubię"? - spytała poważnie. - I na miłość boską, niech mi pan wreszcie 

powie, czemu pan się tak uparł, żeby ze mną nie rozmawiać? Martwię się o pana.

 - Sharo! - Norrey sprawiała wrażenie skonsternowanej.

 - Cicho. Chce to wiedzieć.

 - Sharo - spróbowałem. - Miałem zaszczyt spotkać się z Bertramem Rossa. Byłem kiedyś 

na jego występie i podziwiałem jego taniec. Znajomy reżyser zabrał mnie za kulisy tak, jak zabiera 

się dzieciaka, żeby mu pokazać Świętego Mikołaja. Spodziewałem się, że gdy wypoczywa  po 

zejściu ze sceny, wygląda starzej. Wyglądał młodziej. Przemówił do mnie. Po chwili przestałem 

otwierać usta, bo i tak nie dobywał się z nich żaden dźwięk.

Milczała,   spodziewając   się   dalszego   ciągu.   Dopiero   stopniowo   zaczęła   pojmować 

komplement   i   jego   wymiar.   Zakładałem,   że   będzie   oczywisty.   Większość   artystów   oczekuje 

komplementów.   Gdy   go   wreszcie   zrozumiała,   nie   zaczerwieniła   się   ani   nie   uśmiechnęła   z 

zażenowaniem.   Nie   pochyliła   głowy   i   nie   powiedziała   “Och,   przestań".   Nie   powiedziała 

“Pochlebiasz mi", nie spuściła wzroku.

Pokiwała powoli głową i powiedziała:

  - Dziękuje, Charlie. To dużo więcej warte niż pusta gadanina - w jej uśmiechu czaił się 

cień smutku, jakbyśmy oboje dzielili ze sobą puentę ciętego dowcipu.

 - Nie ma za co.

 - Na miłość boską, Norrey. Czemu wyglądasz na taką wściekłą?

 - Ona jest zła na mnie - wtrąciłem. - Powiedziałem coś niewłaściwego.

 - To było coś niewłaściwego?

 - Ano było, panno Drummond. Sądzę, że powinna pani zrezygnować z tańca.

 - Zwracaj się do mnie po imieniu. Sądzisz, że powinnam... co?

 - Charlie... - zaczęła Norrey.

 - Miałem ci powiedzieć, że nie wszyscy możemy być zawodowymi tancerzami. Miałem ci, 

Sharo, powiedzieć, żebyś rzuciła taniec... zanim on rzuci ciebie.

W   tym   pragnieniu   bycia   dla   niej   miłym,   byłem   chyba   jeszcze   brutalniejszy   niż   to 

konieczne. Miałem się dopiero nauczyć, że szczerość nigdy nie zrażała Shary Drummond. Ona jej 

wymagała.

 - Dlaczego ty? - tylko tyle powiedziała.

 - Jedziemy na tym samym wózku, ty i ja. Oboje mamy taki świerzb, którego nasze ciała nie 

pozwalają nam podrapać.

background image

Jej oczy złagodniały - A jaki jest ten twój świerzb?

 - Taki sam jak twój.

 - Hmmm?

 - Ten człowiek miał przyjść we wtorek i naprawić telefon. Moja współlokatorka Karen i ja 

mieliśmy   próby   przez   cały   dzień.   Zostawiliśmy   w   drzwiach   kartkę:   “Panie   od   telefonów, 

musieliśmy wyjść, a z pewnością nie mogliśmy do pana zadzwonić, che, che. Proszę wziąć sobie 

klucz od dozorcy i wejść; telefon jest w sypialni". Człowiek od telefonów wcale się nie pokazał. 

Oni nigdy nie przychodzą. - Ręce zaczynały mi drżeć. - Weszliśmy do mieszkania kuchennymi 

schodami od strony alei. Telefon był nadal głuchy, a nie przyszło mi do głowy, żeby zdjąć kartkę z 

drzwi frontowych. Następnego ranka poczułem się źle. Skurcze. Wymioty. Karen i ja byliśmy tylko 

przyjaciółmi, ale została w domu, żeby się mną opiekować. Przypuszczam, że w nocy z piątku na 

sobotę kartka w drzwiach wyglądała na jeszcze bardziej wiarygodną. Odsunął zasuwę kawałkiem 

plastyku i rozłączał właśnie aparaturę, stereo, gdy Karen wyszła z kuchni. Był tym tak oburzony, że 

strzelił do niej. Dwa razy. Hałas go spłoszył: zanim tam dotarłem, był już jedną nogą za drzwiami. 

Miał jeszcze czas, żeby władować mi kule w staw biodrowy i już go nie było. Nigdy go nie złapali. 

Nigdy też nie przyszli naprawić telefonu. - Panowałem już nad dłońmi. - Karen była cholernie 

dobrą tancerką, ale ja byłem lepszy. W głowie nadal taki jestem. 

Jej oczy okrąglały z wolna.

 - Ty chyba nie jesteś Charlie... Charles Armstead? 

Skinąłem głową.

 - O mój Boże. A więc to tutaj wylądowałeś.

Byłem zaszokowany jej reakcją. Zawróciło mnie to z zimnej i wietrznej granicy litowania 

się, nad samym  sobą. Znowu zrobiło mi się jej trochę żal. Powinienem się domyślić  głębi jej 

empatii.   No  i  w  sposób,  który naprawdę  się  liczył  byliśmy  tak  cholernie  do  siebie  podobni  - 

dzieliliśmy ten sam okrutny żart. Zastanawiałem się, dlaczego pragnąłem nią wstrząsnąć.

 - Nie potrafili naprawić ci stawu? - spytała cicho.

 - Chodzę świetnie, tylko trochę asymetrycznie. Gdy mam wystarczająco silną motywacje, 

mogę nawet przebiec krótki dystans. Tańczyć nie mogę.

 - Zostałeś więc wideooperatorem?

  - Trzy lata temu. Ludzi, którzy równie dobrze znają się na tańcu, jak na technice wideo 

można dzisiaj policzyć na palcach jednej ręki. Zgoda, taniec rejestruje się na taśmie już od lat 

siedemdziesiątych - zwykle z wyobraźnią kamerzysty dziennika telewizyjnego. Jeżeli filmuje się 

sztukę sceniczną dwiema kamerami z kanału dla orkiestry, to czy jest to kino?

 - Starasz się uczynić dla tańca to, co kamera filmowa zrobiła dla dramatu?

background image

  - Dość zgrabna analogia. Tylko załamuje się na tym, że taniec ma więcej wspólnego z 

muzyką niż z dramatem. Nie można go tak po prostu przerwać w dowolnym momencie, a potem 

kontynuować dalej od miejsca, w którym się go przerwało, ani też wracać i powtórnie kręcić scenę, 

która nie wyszła od razu tak jak trzeba, czy też odwracać chronologii, żeby zachować ciągłość 

harmonogramu   zdjęć.   Następują   zdarzenia   i   rejestruje   się   je.   Moja   praca   jest   opłacana   przez 

przemysł nagraniowy najwyższymi stawkami, na które zasługuje człowiek z wystarczającą ilością 

oleju w głowie, żeby wiedzieć, jakie ujęcie wykonać w danej chwili i robić to bez pudła. Jest 

jeszcze paru takich jak ja. Ja jestem ten najlepszy.

Przyjęła to tak, jak wcześniej komplement pod swym adresem - wzięła za dobrą monetę. 

Zwykle,  gdy mówię  takie  rzeczy,  nie daje złamanego  szeląga za reakcje, jaką wywołam.  Lub 

jestem akurat dowcipny i pragnę kogoś oburzyć. Ale pochlebił mi sposób, w jaki odebrała moje 

słowa, pochlebił wystarczająco, żeby mnie wprawić w lekkie zakłopotanie. To z kolei popchnęło 

mnie znowu do brutalności, chociaż wiedziałem z góry, że nie wywoła ona pożądanego skutku.

  - A zmierzam  do tego,  że Norrey ma  nadzieje, iż zasugeruje ci jakąś  zbliżoną  formę 

sublimacji, bo mam już w tym doświadczenie.

 - Nie ma mowy, Charlie - upierała się. - Wiem, o czym mówisz, nie jestem taka głupia, ale 

wydaje mi się, że jakoś sobie poradzę.

  -   O,   na   pewno.   Jesteś   za   duża,   moja   panno.   Masz   cycki   jak   dwie   połówki   melona, 

nagrodzonego   na wystawie   rolniczej  i  dupę,  za  którą  każda  aktorka  z  Hollywood   sprzedałaby 

własnych rodziców, ale to dyskwalifikuje cię jako tancerkę nowej fali. Nie masz żadnych szans. I 

co, dasz sobie z tym radę? Najpierw puknij się w czoło. Jak mi idzie, Norrey?

 - Na miłość boską, Charlie!

Zmiękłem, Nie mogę doprowadzić Norrey do rozpaczy - za bardzo ją lubię. Kiedyś przez to 

niemal zaczęliśmy razem mieszkać.

 - Przepraszam, skarbie. To wszystko przez te nogę - doprowadza mnie do szału. Powinno 

się jej udać - ale się nie uda. Jest twoją siostrą i dlatego to cię smuci. No cóż, ja jestem obcy i mnie 

trafia szlag.

 - A jak według ciebie, wpływa to na moje samopoczucie - wybuchnęła Shara, zaskakując 

nas oboje. Nie wiedziałem, że ma taki silny głos. - Żądasz ode mnie, żebym zwinęła żagle, a ty 

pożyczasz mi kamerę, co Charlie? A może mam handlować pod studio jabłkami? - Po jej szczęce 

przebiegał leciutki skurcz. - Dowiedz się, że niech mnie przeklną wszyscy bogowie południowej 

Kalifornii, jeśli zrezygnuje. Bóg obdarzył mnie obfitymi kształtami, ale nie ma w nich ani jednego 

zbędnego funta, pasują na mnie jak ulał, potrafię, wprawić je w taniec i zrobię to. Może masz rację. 

- może najpierw powinnam puknąć się w czoło, ale dopnę, swego. - Zaczerpnęła tchu. - Dziękuje ci 

background image

teraz za dobre chęci, Char... panie Armst..., a mam to gdzieś! - Z jej oczu trysnęły łzy. Zerwała się 

z miejsca, wylewając na kolana Norrey ćwierć filiżanki zimnej kawy i wybiegła z restauracji.

 - Charlie - wycedziła przez zaciśnięte zęby Norrey - za co ja cię tak lubię?

 - Tancerze są tępi - podałem jej swą chusteczkę,

 - Aha - klepała się przez chwile po kolanie - a jak to się dzieje, że ty mnie lubisz?

 - Wideooperatorzy są inteligentni.

 - Aha.

***

Popołudnie spędziłem w swoim mieszkaniu, przeglądając metry nakręconej dzisiejszego 

dnia taśmy i im dłużej patrzyłem, tym większa ogarniała mnie wściekłość.

Taniec wymaga silnej motywacji od nadzwyczaj wczesnego wieku - ślepego poświecenia, 

zawierzenia niewykształconym jeszcze potencjałom dziedziczności i odpowiedniego odżywiania 

się. W przypadku baletu, zwykle ryzyko było większe, ale pod koniec lat osiemdziesiątych tak 

samo ryzykowny stał się taniec nowoczesny. Naukę w szkole baletu klasycznego można zacząć, 

dajmy na to, w wieku sześciu lat...a  kończąc lat  czternaście  stwierdzić,  iż ma  się za szerokie 

ramiona   i   straciło   się   bezpowrotnie   lata   wielkiego   wysiłku.   Shara   pasjonowała   się   tańcem 

nowoczesnym   od   wczesnego   dzieciństwa   i   za   późno   stwierdziła,   że   Bóg   obdarzył   ją   ciałem 

kobiety.

Nie była potężna - widzieliście ją przecież. Była wysoka, o grubych kościach i na tym 

szkielecie było zbudowane bogate ciało dojrzałej kobiety. Gdy wciąż od nowa przeglądałem taśmę 

“Narodzin", narastał we mnie ból i w końcu zapomniałem nawet o nieustępującym rwaniu w nodze. 

Przypominało to świetnie zapowiadającego się koszykarza, który mierzy zaledwie cztery stopy.

Dzisiaj   podstawowym   warunkiem   uprawiania   tańca   nowoczesnego   jest   dostanie   się   do 

dużego zespołu. Nie można być zauważonym, o ile nie jest się widocznym, subsydia rządowe zaś 

udzielane są na zasadzie Duże Jest Lepsze - zespoły mniejsze i amatorskie muszą wciąż walczyć ze 

sobą na noże o każdego pensa, z tym, że od początku lat osiemdziesiątych nie zobaczyli nawet 

jednego.

"Jej taniec widział  Merce Cunningham,  Charlie.  Tuż przed śmiercią  jej  taniec  widziała 

Martha Graham. Oboje nie skąpili pochwał zarówno choreografii, jak i wykonaniu. Żadne nie 

wyszło z jakąkolwiek propozycją. Nie wiem nawet, czy mieć o to do nich żal - trochę ich, u diabła, 

rozumiem".

Tak, Norrey potrafiła to zrozumieć. To była jej własna wada, spotęgowana i ustokrotniona: 

indywidualizm. Członek zespołu musi być zdolny do świetnej pracy solowej - ale musi też posiąść 

umiejętność   wtopienia   się   w   wysiłek   grupy,   umiejętność   pracy   zespołowej.   Już   sama 

background image

indywidualność  Shary czyniła  ją praktycznie  nieprzydatną  dla  zespołu. Ściągała na siebie  całą 

uwagę widza i nic na to nie mogła poradzić.

Oko   mężczyzny,   raz   przyciągnięte,   już   się   nie   odwróci.   Tancerki   nowoczesne   muszą 

czasami występować nago i dlatego zdarza się, że mają ciała czternastoletnich chłopców. Aktorka, 

pianistka,   śpiewaczka   czy   malarka   mogą   się   szczycić   bujnymi,   zachwycająco   zaokrąglonymi 

kształtami - ale tancerka musi być niemal taić bezpłciowa, jak modelka. Bóg jeden wie dlaczego. 

Shara nie była  stanie oczyścić  swego tańca  z seksu, nawet gdyby była  tym  zainteresowana,  a 

oglądając jej taniec na monitorze i wcześniej, w studio, dochodziłem do przekonania, że nie jest.

Że też jej geniusz musiał się objawić w tym jedynym, poza modelką i zakonnicą, zawodzie, 

w którym seks jest niepożądanym brzemieniem! To łamało mi serce.

 - Do niczego, prawda?

 - Jasna cholera - warknąłem odwracając się gwałtownie. - Przez ciebie o mało nie ugryzłem 

się w jeżyk.

 - Przepraszam. - Weszła z korytarza do pokoju. - Norrey powiedziała mi, gdzie mieszkasz. 

Drzwi były Uchylone.

 - Zapomniałem je zamknąć.

 - Zostawiłeś otwarte?

  - Uczę się na błędach. Żaden włamywacz, żeby nie wiem jak napalony, nie wejdzie do 

mieszkania, w którym drzwi są uchylone i gra radio. Wtedy na pewno ktoś jest w domu. Masz 

rację, to jest do niczego. Siadaj.

Usiadła na kozetce. Włosy miała teraz rozpuszczone i to podobało mi się dużo bardziej. 

Wyłączyłem monitor, zwinąłem taśmę, i odłożyłem ją na półkę.

 - Przyszłam cię przeprosić. Nie powinnam tak wsiadać na ciebie przy obiedzie. Starałeś się 

mi pomóc.

 - Musiałaś się w końcu rozładować. Przypuszczam, że wzbierało to w tobie od dłuższego 

czasu.

 - Od pięciu lat. Doszłam do wniosku, że lepiej zacząć w Stanach niż w Kanadzie, że tam 

szybciej się wybije. Teraz jestem z powrotem w Toronto i nie wydaje mi się, by udało mi się to 

tutaj. Ma pan rację, panie Armstead - jestem za duża. Amazonki nie tańczą.

  - Mów mi dalej Charlie. Słuchaj, chce cię o coś zapytać, o ten ostatni gest na końcu 

“Narodzin".  Co on miał  oznaczać?  Odebrałem  go jako przywołanie,  Norrey mówi,  że to było 

pożegnanie, a teraz, kiedy obejrzałem taśmę, wydaje mi się, że wyraża tęsknotę, że jest sięganiem 

po coś.

 - A więc wyszło.

background image

 - Pardon?

 - W moim odczuciu narodziny galaktyki łączą w sobie wszystkie te trzy aspekty. Są one 

tak do siebie zbliżone duchem, że według mnie niezręcznością byłoby wyrażenie każdego osobnym 

gestem.

 - Mmmm. - Coraz gorzej. Przypuśćmy, że Einstein miałby afazje? - Dlaczego nie zostałaś 

lichą tancerką? To by była tylko ironia losu. To - wskazałem na taśmę - jest wielką tragedią.

 - Czy nie zamierzasz mi czasem poradzić, żebym tańczyła dalej dla siebie?

 - Nie. Dla ciebie byłoby to gorsze, niż w ogóle nie tańczyć.

 - Mój Boże, jesteś spostrzegawczy. A może tak łatwo mnie rozgryźć? 

Wzruszyłem ramionami.

 - Och, Charlie - wybuchnęła - co ja mam robić?

 - Lepiej mnie o to nie pytaj - mój głos brzmiał zabawnie.

 - Dlaczego?

 - Bo już w dwóch trzecich jestem w tobie zakochany. I dlatego, że ty mnie nie kochasz i 

nigdy nie pokochasz. A więc jest to ten rodzaj pytania, którego nie powinnaś mi zadawać.

Trochę   ją   to   zaskoczyło,   ale   szybko   odzyskała   panowanie   nad   sobą.   Jej   spojrzenie 

złagodniało i powoli potrząsnęła głową.

 - Ty nawet wiesz, dlaczego cię nie kocham, prawda?

 - I dlaczego mnie nie pokochasz.

Bałem się okropnie, że zaraz powie “Przepraszam, Charlie", ale znowu mnie zadziwiła. 

Powiedziała:

 - Na palcach jednej ręki mogę policzyć dojrzałych mężczyzn, których spotkałam. Jestem ci 

wdzięczna. Ironiczne tragedie chodzą chyba parami.

 - Czasami.

  - No cóż, teraz pozostaje mi tylko zastanowić się, co począć ze swym życiem. To mi 

zepsuje cały weekend.

 - Będziesz kontynuowała nauką w szkole?

 - Chyba tak. Nauka nigdy nie jest stratą czasu. Norrey uczy mnie wielu rzeczy.

Nagle mój umysł zaczął pracować na zwiększonych obrotach. Człowiek jest zwierzęciem 

rozumnym, no nie? No tak!

 - A co byś powiedziała, gdybym przedstawił ci lepszy pomysł?

 - Jeśli masz jakiś inny pomysł, to na pewno będzie on lepszy. Mów.

 - Czy musisz mieć widownie? To znaczy, czy musi być ona żywa?

 - Wyrażaj się jaśniej.

background image

  -   Może   istnieje   droga   od   kuchni.   Słuchaj,   we   wszystkich   telewizjach   instalują   teraz 

urządzenia do rejestracji na taśmach, prawda? I do tej pory każdy nagrał już sobie wszystkie stare 

filmy i programy Ernie'ego Kovacsa i to, co zawsze chciał mieć na własność, a teraz wszyscy 

szukają nowego materiału. Materiału egzotycznego, zbyt egzotycznego dla sieci telewizyjnej czy 

telewizji przewodowej, materiału, który...

 - Mówisz o niezależnych towarzystwach wideo?

  - Właśnie. TDT nosi się z zamiarem wejścia na rynek, a towarzystwo Grahama już to 

zrobiło.

 - No wiec?

 - No więc przypuśćmy, że otwieramy własny interes. Ty i ja. Ty tańczysz, ja to rejestruje: 

prosta   sprawa.   Mam   trochę,   znajomości,   mogę   ich   nawiązać   więcej.   W   tej   chwili   potrafię   ci 

wymienić dziesięć widowisk w przemyśle muzycznym, które nigdy nie wyruszą na tournee - tylko 

nagrania i jeszcze raz nagrania. Dlaczego nie miałabyś ominąć struktury zespołów tanecznych i 

zaryzykować pośredniego pokazania się publiczności? Może w ten sposób...

Jej twarz zaczęła się rozjaśniać jak błędny ognik.

 - Sądzisz, Charlie, że to mogłoby się udać? Naprawdę tak myślisz?

  - Nie wydaje mi się, by szansa była większa niż ta, którą ma śnieżna piguła w lecie. - 

Wstałem, przeszedłem przez pokój, otworzyłem chłodziarkę do piwa i wyjąłem z niej śnieżną kule, 

którą   zawsze   trzymałem   tam   latem.   Cisnąłem   nią   w   Sharę.   Złapała   ją   z   trudnością,   a   kiedy 

zorientowała się, co to jest, wybuchnęła śmiechem. - Jestem wystarczająco przekonany do tego 

pomysłu, żeby porzucić prace w TDT i poświecić mu swój czas. Ja inwestuje swój czas, swoją 

taśmę, swój sprzęt i swoje oszczędności. Wnoś swój udział.

Starała się opanować; ale śnieżna kula ziębiła jej palce, więc znowu się rozkleiła.

  -   Śnieżna   piguła   w   lipcu.   Ty   wariacie.   Licz   na   mnie.   Mam   trochę   zaoszczędzonych 

pieniędzy. I... i nie mam chyba wielkiego wyboru, prawda?

 - Mnie się też tak wydaje.

background image

Rozdział 2

Następne trzy lata były jednym z najbardziej ekscytujących okresów mojego życia, życia 

nas dwojga. Gdy ją obserwowałem i nagrywałem, Shara przekształcała się z potencjalnie wielkiej 

tancerki w kogoś naprawdę godnego uwielbienia. Robiła coś, czego chyba nie potrafię wyjaśnić.

Stała się tanecznym odpowiednikiem jazzmana.

Taniec  był  dla  Shary  samookreśleniem   - czystym   i prostym,  pierwszym  i  ostatnim,   na 

zawsze. Gdy już raz uwolniła się od pragnienia dopasowania się do świata tańca zespołowego, 

zaczęła   uważać   choreografię   za   przeszkodę   w   dążeniu   do   tego   samookreślenia   -   za   z   góry 

zaprogramowaną   koleinę,   nieubłaganą   jak   scenariusz,   za   ograniczenie   swobody.   A   więc 

przekreśliła ją.

Jazzman może grać na trąbce “Noc w Tunisie" przez dwanaście kolejnych wieczorów i za 

każdym   razem   będzie   to   inne   doświadczenie,   ponieważ   interpretuje   on   i   przeinterpretowuje 

melodie zależnie od nastroju, jaki ma w danym momencie. Całkowita jedność artysty i jego sztuki - 

spontaniczne tworzenie. Melodyczny punkt wyjściowy odróżnia rezultat od zwykłej anarchii.

W ten właśnie sposób Shara sprowadzała przygotowywaną przed występem choreografię do 

szkieletu, na którym można było budować to, czego wymagała dana chwila, a potem snuła na nim 

swoją improwizacje. Przez te trzy pełne pracy lata nauczyła się burzyć barierę, stojącą miedzy nią a 

jej tańcem. Tancerze zawsze mieli skłonność do wyszydzania tańca improwizowanego, nawet gdy 

uprawiali go w studio. Powodem tego była swoboda, jaką dawał taki taniec. Nie zdawali sobie 

sprawy, iż improwizacja planowana, improwizacja na z góry zadany, przemyślany wcześniej temat 

jest w tańcu naturalnym krokiem naprzód. Shara zrobiła ten krok. Trzeba być bardzo, ale to bardzo 

dobrym, żeby zerwać z klasyczną choreografią. Ona była wystarczająco dobra.

Nie ma teraz sensu wyliczanie sukcesów, jakie przez te trzy lata odnosiło przedsiębiorstwo 

Drumstead. Pracowaliśmy w pocie czoła, nagraliśmy kilka świetnych taśm, ale nie mogliśmy ich 

przecież sprzedawać po cenie papieru. Rozwijał się za to przemysł wideokaset domowego użytku - 

a oni tyle  wiedzieli o tańcu nowoczesnym,  ile dawny przemysł  fonograficzny,  stawiając swoje 

pierwsze   kroki,   wiedział   o   bluesie.   Duże   towarzystwa   nagraniowe   wymagały   rekomendacji,   a 

mniejsze - taniego talentu. W końcu, doprowadzeni do rozpaczy, spróbowaliśmy z wytwórniami 

niezależnymi - i dowiedzieliśmy się tego, o czym już wiedzieliśmy. Nie prowadzili dystrybucji, nie 

mieli takiego prestiżu ani nie dysponowali takim zapleczem technicznym, by zwrócić na siebie 

uwagę   krytyków.   “Spider"   John   Koerner   jest   nadzwyczaj   utalentowanym   muzykiem   i 

background image

kompozytorem,   który   od   1972   roku   sam   produkuje   i   sprzedaje   własne   nagrania.   Ilu   z   was 

kiedykolwiek o nim słyszało?

W   maju   1992   roku   otworzyłem   swoją   skrytkę   pocztową   i   znalazłem   w   niej   pismo   z 

VisuEnt, Inc., które informowało, że z najgłębszym żalem i bez ekwiwalentu w gotówce kładzie 

kres naszej opcji. Poszedłem prosto do apartamentu Shary. To była bardzo długa droga.

Gdy tam wszedłem, pracowała nad utworem “Ciężar to tylko słowo". Przekształcenie jej 

wielkiego living roomu w studio kosztowało nas wiele czasu, energii, kręcenia głową oraz sutą 

łapówkę wręczoną właścicielowi domu, ale i tak, zważywszy dekoracje jakich potrzebowaliśmy, 

wyniosło   to   mniej,   niż   wynajmowanie   studia   na   godziny.   Tego   dnia   pokój   wyglądał   jak 

wysokogórska kraina i wchodząc, powiesiłem kapelusz na gałęzi sztucznej olchy.

Posłała   mi   uśmiech   i   tańczyła   dalej,   coraz   bardziej   wydłużając   skoki.   Wyglądała   jak 

najpiękniejsza   górska   kozica.   Byłem   w   podłym   nastroju   i   miałem   chęć   wyłączyć   muzykę 

(McLeughlin i Miles Davis grający w duecie i trochę się wzajemnie zagłuszający), ale nigdy nie 

potrafiłbym   przerwać   Sharze,   gdy   tańczyła.   Rozbudowywała   taniec   stopniowo,   z   wyraźnie 

określonym  kontrapunktem,  aż w  końcu zdawała  się podrywać  w powietrze  i zawisać tam na 

zaskakująco długą chwilę, by potem rzucać się znowu w dół. Czasami, uderzywszy o podłogę, 

toczyła się po niej, a czasami lądowała na rękach i energia upadku, zamiast zostać zaabsorbowana, 

zawsze była przetwarzana w jakiś nowy ruch. Wkładała w ten taniec całą swoją energie i zanim 

skończyła, ochłonąłem na tyle, aby niemal filozoficznie podejść do naszej ruiny zawodowej.

Kończyła, zapadając się w siebie, z pochyloną głową, znakomicie przekonywająca w swym 

dążeniu   do   przeciwstawienia   się   grawitacji.   Nie   mogłem   się   powstrzymać   od   nagrodzenia   jej 

oklaskami. Czułem się staroświecko, ale nie potrafiłem się opanować.

 - Dziękuje, Charlie.

  - Niech mnie diabli, ciężar, to faktycznie tylko słowo. Myślałem, że zwariowałaś, gdy 

usłyszałem od ciebie ten tytuł.

 - To jedno z najbardziej znaczących słów w tańcu - chyba najbardziej znaczące - i można je 

zmusić do wszystkiego.

 - Prawie wszystkiego.

 - Co?

 - VisuEnt zwrócił nam nasz kontrakt.

  - Och! - Nic nie pojawiło się w jej oczach, ale wiedziałem, co się kryje za nimi. - No 

trudno, kto jest następny na liście?

 - To już koniec listy.

 - Och. - Tym razem się pojawiło. - Och.

background image

  -   Powinniśmy   o   tym   pamiętać.   Wielcy   artyści   nigdy   nie   stają   się   sławni   za   życia. 

Powinniśmy uderzyć w kalendarz; wtedy by nas zauważono.

Tak jak umiałem, starałem się grać przed nią silnego człowieka. Dostrzegała to i również 

starała się zagrać te role - wobec mnie.

  -   Może   powinniśmy   zająć   się   ubezpieczeniami   artystów   na   okoliczność   śmierci   - 

powiedziała. - Wypłacamy klientowi premie za prawo dysponowania jego majątkiem po śmierci i 

gwarantujemy mu, że umrze.

 - Możemy stracić, bo jeżeli stanie się sławny za życia, będzie mógł się wykupić.

 - Straszne. Przestańmy, zanim zaśmieje się na śmierć. 

 - Tak.

Milczała przez dłuższy czas. Mój mózg pracował wydajnie, ale chyba nawalił w nim sprzęg 

informacyjny, bo z jego wysiłku nic nie wynikało. W końcu wstała i wyłączyła magnetofon, który 

od momentu kiedy skończyła się taśma pojękiwał cichutko. Trzasnął głośno.

 - Norrey ma jakąś ziemie na Wyspie Księcia Edwarda - powiedziała nie patrząc mi w oczy. 

- Jest tam i dom.

Starałem się odwieść ją od tego pomysłu puentą starego dowcipu o dziecku, który w cyrku 

podkopywało   klatkę   słonia.   Ojciec,   widząc   to,   zaproponował   szczeniakowi,   że   zabierze   go   z 

powrotem do domu i wymyśli mu jakieś sensowne zajęcie. - A dzieciak: “Co? I zostawić taki 

interes?"

  - Chromole show business - powiedziała cicho. - Jeśli wyjadę teraz na Wyspę Księcia 

Edwarda, może zdążę, jeszcze przygotować i obsiać ziemie pod ogród. - Wyraz jej twarzy zmienił 

się. - A co z tobą?

 - Ze mną? O mnie się nie martw. TDT prosiło mnie, żebym wrócił.

 - To było sześć miesięcy temu.

 - Znowu się do mnie zwrócili. W zeszłym tygodniu.

 - A ty powiedziałeś “nie" Moronowi.

 - Być może, być może.

 - To wszystko było tylko stratą czasu. Tyle czasu. Tyle energii. Tyle pracy. Równie dobrze 

mogłabym uprawiać ziemie na wyspie - teraz zbierałabym już obfite plony. Co za strata, Charlie, 

co za idiotyczna strata.

 - A ja tak nie myślę, Sharo. Łatwo powiedzieć “nic nie jest stracone", ale... no cóż, to jest 

jak z tym tańcem, który przed chwilą wykonywałaś. Może nie da się pokonać grawitacji - ale na 

pewno piękną rzeczą jest próbować.

 - Tak, wiem. Przypomnij sobie szarże Lekkiej Brygady. Przypomnij sobie Alamo. Oni też 

background image

próbowali roześmiała się gorzko.

 - Właśnie. Próbował również Jezus z Nazaretu. Czy robiłaś to dla korzyści materialnych, 

czy   dlatego,   że   czułaś   taką   potrzebę?   Mamy   co   najmniej   kilka   tysięcy   metrów   taśmy   z 

zarejestrowanym świetnym tańcem. Wartość komercjalna - zero, wartość realna - niewymierna i 

według mnie to nie jest strata. Teraz już z tym koniec i oboje pójdziemy własnymi drogami, ale to 

nie była strata - uświadomiłem sobie, że krzyczę i urwałem.

Zamknęła usta. Po chwili spróbowała się uśmiechnąć.

 - Masz rację, Charlie. To nie była strata. Jestem teraz lepszą tancerką niż kiedykolwiek.

 - O, właśnie. Uwolniłaś się od choreografii. 

Uśmiechnęła się ze smutkiem.

 - Tak. Nawet Norrey uważa, że to ślepa uliczka.

 - To nie jest ślepa uliczka. To jest bardziej zbliżone do poezji niż haiku i sonety. Tancerze 

nie muszą być robotami, które poruszają się po z góry zaprogramowanych i zapamiętanych liniach 

i wykonują zaprogramowane i zapamiętane ruchy.

 - Muszą, jeżeli chcą zarobić na życie.

 - Za kilka lat spróbujemy znowu. Może wtedy będą już gotowi.

 - Na pewno. Pozwól, że przygotuje drinki.

Tej  nocy spałem  z   nią  po  raz   pierwszy  i  ostami.  Rano,  gdy się   pakowała,  rozebrałem 

dekoracje w living roomie. Obiecałem napisać. Obiecałem, że kiedy tylko będę mógł, odwiedzę ją. 

Zniosłem jej walizki na dół i upchałem je w bagażniku samochodu. Pocałowałem ją i pomachałem 

na do widzenia. Poszedłem na drinka i o czwartej rano następnego dnia jakiś bandzior ocenił, że 

wyglądam   na   dostatecznie   zalanego,   więc   złamałem   mu   szczękę,   nos   i   dwa   żebra,   a   potem 

usiadłem nad nim i płakałem. W poniedziałek rano pojawiłem się w studiu z kapeluszem w ręku, 

bagnem w gębie i powoli wciągnąłem się w moje dawne obowiązki. Norrey o nic mnie nie pytała, 

Z uwagi na podwyżkę cen żywności zrezygnowałem z przyjmowania wszelkich pokarmów prócz 

whisky i po sześciu miesiącach znalazłem się na bruku. Taki tryb życia prowadziłem przez dłuższy 

czas.

Nigdy do niej nie napisałem. Grzęzłem zawsze po napisaniu słów “Droga Sharo...".

Gdy  doszedłem  do  takiego  stanu,  że   zacząłem  się  poważnie  zastanawiać   nad  wymianą 

mego   sprzętu   wideo   na   alkohol,   gdzieś   w   głowie   przeskoczył   mi   jakiś   przekaźnik.   Zrobiłem 

rachunek sumienia. Te graty były całym moim życiem, które porzuciłem. Zamiast do lombardu 

udałem   się   do   najbliższej   poradni   przeciwalkoholowej   i   po   raz   pierwszy   od   wielu   miesięcy 

wytrzeźwiałem. Po jakimś czasie moja skołatana dusza przestała protestować i po przebudzeniu nie 

dygotałem już na całym ciele. Sto razy zaczynałem wycierać z kurzu taśmy Shary, które wciąż 

background image

miałem - ona zatrzymała sobie kopie - ale coś się we mnie buntowało i nigdy nie doprowadziłem 

tej pracy do końca. Czasami zastanawiałem się, jak jej się wiedzie i nie mogłem pogodzić się z 

myślą, że nic o niej nie wiem. Norrey, gdyby nawet coś wiedziała, nie powiedziałaby mi ani słowa. 

Próbowała   nawet   po   raz   trzeci   załatwić   mi   prace,   którą   straciłem,   ale   to   było   beznadziejne. 

Reputacja może być straszną rzeczą, gdy już raz się ją sobie schrzani. I tak miałem szczęście, że 

wylądowałem w końcu w edukacyjnej stacji telewizyjnej w New Brunswick. To były długie dwa 

lata.

***

W1995 roku założono mi wideofon, a ja z miejsca przerobiłem go po swojemu bez wiedzy i 

bez zgody towarzystwa telefonicznego, które w dalszym  ciągu nienawidziłem ponad wszystko. 

Gdy pewnego czerwcowego wieczora orzechowa lampka, którą zastąpiłem ten przeklęty dzwonek, 

zaczęła   rozświetlać   się   łagodnym   blaskiem   i   gasnąć,   położyłem   słuchawkę   na   przystawce 

głośnomówiącej   i   włączyłem   lampę   obrazową   na   wypadek,   gdyby   dzwoniący   też   był   w   nią 

wyposażony.

 - Halo?

Miała wideofon. Gdy na ekranie pojawiła się twarz Shary,  poczułem w żołądku zimny 

skurcz przerażenia, bo już nie widziałem wszędzie jej twarzy od chwili gdy przestałem pić, a przed 

chwilą pomyślałem właśnie, żeby strzelić sobie jednego. Kiedy przetarłem oczy, nadal tam była. 

Poczułem się trochę lepiej i uczyniłem wysiłek, żeby się odezwać. Nie wyszło.

 - Cześć, Charlie. Dawno się nie widzieliśmy. 

Za drugim razem wyszło.

 - Wydaje się, jakby to było wczoraj. Wczoraj jakiegoś innego człowieka.

 - Tak, masz rację. Szukałam cię ładnych parę dni. Norrey jest w Paryżu, a nikt inny nie 

wie, co się z tobą dzieje.

 - Tak. Jak ci leci uprawa ziemi?

 - Ja... dałam temu spokój, Charlie. To może nawet bardziej twórcze niż taniec, ale jednak 

nie to samo.

 - Co zatem porabiasz?

 - Pracuję.

 - Tańczysz?

 - Tak, Charlie i potrzebuje ciebie. To znaczy, mam dla ciebie pracę. Potrzebne mi twoje 

kamery i twoje oko.

 - O kwalifikacje się nie martw. Poradzę sobie ze wszystkim. Gdzie jesteś? Kiedy odlatuje 

tam najbliższy samolot? Które kamery zapakować?

background image

 - W Nowym Jorku, za godzinę, nie bierz żadnej. Nie to miałam na myśli mówiąc o “twoich 

kamerach" - chyba że ostatnio używasz GLX - 5000 S albo Hamilton Board. 

Gwizdnąłem. Zabolały mnie usta.

 - Nie na moją kieszeń. Poza tym, jestem konserwatystą - lubię je trzymać w rękach.

  -   Przy   tej   pracy   będziesz   używał   Hamiltona   i   będzie   to   dwudziestowejściowy 

Masterchrome prosto z fabryki.

 - Hodowałaś na tej farmie makówki? A może wyorałaś glebogryzarką diamenty?

 - Będziesz opłacany przez Bryce Carringtona. 

Zamrugałem powiekami.

  - No więc jak? Złapiesz ten samolot, żebym mogła ci o wszystkim opowiedzieć? Hotel 

“New Agę". Pytaj o Apartament Prezydencki.

 - Do diabła z samolotem, pójdę pieszo. Będzie szybciej. - Odwiesiłem słuchawkę.

Jeżeli wierzyć informacjom z magazynu “Time" leżącego w poczekalni mojego dentysty 

Bryce Carrington był geniuszem, który został multimiliarderem dzięki temu, że przekonał licznych 

gigantów przemysłu do sfinansowania wielkiego kompleksu orbitalnego “Skyfac". Rozłożył nim na 

łopatki rynek kryształów przemysłowych, a przy okazji jeszcze od groma innych rynków. Jak sobie 

teraz przypominałem, jakaś poliopodobna choroba odjęła mu władze w nogach i przykuła do fotela 

na kółkach. Ale nogi utraciły tylko swoją siłę, nie zaś możność funkcjonowania - w zmniejszonym 

ciążeniu sprawowały się dość dobrze. Stworzył więc “Skyfac", założył kopalnie na Księżycu, by 

zaopatrywały   te   orbitalną   fabrykę   w   tanie   surowce   i   większość   czasu   spędzał   na   orbicie   w 

zmniejszonym   ciążeniu.   Na   zdjęciu   prezentował   się   jak   w   miarę   poczytny   autor   (jako 

przeciwieństwo   pisarza).   Nic   ponadto   o   nim   nie   wiedziałem.   Niewiele   uwagi   zwracałem   na 

wszelkiego rodzaju plotki, a już wcale na plotki kosmiczne.

Nowojorski   “New   Agę"   był   najbardziej   szykownym   hotelem,   wzniesionym   na   ruinach 

“Sheratona". Ultrasprawna ochrona, kuloodporne szyby w oknach, chyba półmetrowej grubości 

dywany oraz hol w stylu architektonicznym, który John D. MacDonald nazwał kiedyś “Wczesną 

sztuczną   szczęką".   Cuchnął   forsą   na   kilometr.   Cieszyłem   się,  że   zadałem   sobie   trud   włożenia 

krawata   i   żałowałem,   że   nie   wyglansowałem   butów.   Gdy   wchodziłem   frontowymi   drzwiami, 

zagrodził   mi   drogę   nieprawdopodobny   facet.   Poruszał   się   i   był   zbudowany   jak   najtwardszy, 

najszybszy wykidajło, jakiego w życiu widziałem, a przy tym był ubrany i zachowywał się jak 

lokaj Pana Boga. Przedstawił mi się jako Perry i spytał, czy może mi w czymś pomóc takim tonem, 

jak gdyby wcale nie miał zamiaru tego robić.

 - Tak, Perry. Czy nie mógłbyś unieść jednej nogi?

 - Po co?

background image

  - Założę  się o dwadzieścia  dolarów, że masz  wypucowane  podeszwy.  Uśmiechnął  się 

półgębkiem i nie usunął z drogi na cal.

 - Pan do kogo?

 - Do Shary Drummond.

 - Taka osoba nie figuruje w rejestrze gości.

 - Apartament Prezydencki.

 - Ach - zaświtało mu. - Pani Pana Carringtona. Trzeba było od razu tak mówić. Proszę tu 

poczekać.  - Podczas  gdy zezując na  mnie  jednym  okiem i  trzymając  rękę w  pobliżu  kieszeni 

telefonował na górę, żeby się upewnić czy jestem oczekiwany, zdołałem przełknąć z powrotem 

serce, które przed chwilą podeszło mi do gardła i przefasonować nieco zaskoczoną twarz. A więc 

tak się sprawy mają. No i co z tego. Jest jak jest.

Perry wrócił i dał mi mały nadajniczek z przyciskiem, który miał mi umożliwić podróż 

korytarzami   “New   Agę"   bez   narażenia   się   na   przecięcie   promieniem   automatycznego   lasera   i 

wyjaśnił  mi  troskliwie, że  ten  przyrządzik  wypali  we mnie  niemałą  dziurę,  gdybym  próbował 

opuścić   budynek   nie   zwróciwszy   go   uprzednio.   Z   jego   manier   zorientowałem   się,   że   właśnie 

przeskoczyłem cztery szczeble drabiny społecznej. Podziękowałem mu, chociaż niech mnie diabli 

wezmą, jeśli wiem za co!

Szedłem,   prowadzony   przez   zielone,   fluoryzujące   strzałki,   które   pojawiały   się   na 

pozbawionym   lamp   suficie   i   po   długim,   wywierającym   wrażenie   spacerze   dotarłem   do 

Apartamentu   Prezydenckiego.   Shara   oczekiwała   mnie   w   drzwiach   w   czymś   podobnym   do 

angielskiej piżamy. W tym stroju jej duże ciało wyglądało na filigranowe.

 - Cześć, Charlie.

Byłem jowialny i serdeczny.

 - Cześć, mała. Ale chata. Ile za nią bulisz?

 - Nie płace za nią.

 - No to ile Carrington płaci tobie? - (Spokojnie chłopie).

 - Wejdź, Charlie.

Wszedłem.   To   wyglądało   jak   miejsce,   w   którym   zatrzymywała   się   królowa,   bawiąc   w 

mieście i jestem przekonany, że się jej podobało. W salonie można było wylądować samolotem, nie 

budząc nikogo w sypialni. Stały tam dwa pianina i tylko jeden kominek, ale za to takiej wielkości, 

że swobodnie można było w nim piec bawołu na rożnie. Z aparatury kwadrofonicznej dochodziły 

dźwięki muzyki Rogera Kellewaya i przez chwile myślałem, że on naprawdę znajduje się w pokoju 

i gra na jakimś trzecim, niewidocznym pianinie. A więc tak się sprawy mają.

 - Podać ci coś, Charlie? 

background image

 - No jasne. Hash Oil, Citrolli Supreme, a do fajki Dom Perignon.

Bez cienia uśmiechu podeszła do szafki, przypominającej mikroskopijną katedrę i wyjęła z 

niej dokładnie to, co zamówiłem. Dalej grałem role zachwyconego i rozpromienionego. Łaskotało 

mnie w gardle, a rumieniec był wprost znakomity. Czułem, że się odprężam i kiedy podaliśmy 

sobie kilka razy nargile, wyczułem, że ona również się odpręża. Potem patrzyliśmy na siebie - 

naprawdę patrzyliśmy na siebie - potem rozglądaliśmy się po otaczającym nas pokoju, a potem 

znowu patrzyliśmy na siebie. Jednocześnie ryknęliśmy śmiechem, śmiechem, który wydmuchnął z 

salonu   cały   przepych   i   wpuścił   do   niego   bogactwo.   Jej   śmiech   był   tym   samym   urywanym, 

dźwięcznym,   rezonującym   śmiechem,   który   tak   dobrze   pamiętałem,   śmiechem   silnym, 

nieskrępowanym   i   bardzo   mnie   uspokoił.   Byłem   tak   rozluźniony,   że   nie   mogłem   przestać   się 

śmiać, a to z kolei rozśmieszało ją i w chwili, gdy właśnie mogliśmy przestać, zaciskała usta i 

parskała znowu. Jest taka płyta zatytułowana “Rozśmieszające nagranie Spike'a Jonesa", na której 

facet usiłuje grać na tubie “Lot trzmiela", przerywa ze śmiechem, za nim idzie w rozsypkę cała 

orkiestra i przez pełne dwie minuty wszyscy rżą jak konie, a za każdym razem, kiedy brak im już 

tchu, ten z tubą podchodzi do następnego pasażu i znowu zanosi się śmiechem, za nim ryczy ze 

śmiechu cała orkiestra. Kiedyś, gdy Shara była smutna, założyłem się z nią o dziesięć dolarów, że 

nie   zdoła   wysłuchać   tego   nagrania   przynajmniej   nie   zachichotawszy   i   wygrałem.   Teraz   kiedy 

zrozumiałem, że ona to naśladuje, zaniosłem się nowym śmiechem, a minutę później osiągnęliśmy 

takie stadium, że dosłownie spadliśmy ze śmiechu z krzeseł i wiliśmy się po dywanie w agonii 

wesołości, bębniąc słabo pięściami o podłogę i wyjąc. Przywołuje czasami ten śmiech w pamięci i 

przeżywam go na nowo - ale nie robię tego zbyt często, ponieważ takie momenty tracą drastycznie 

na wartości przy częstym ich odtwarzaniu. 

W końcu udało nam się powrócić do zdyszanych uśmiechów i pomogłem jej wstać.

 - Co za idealnie koszmarne miejsce - powiedziałem wciąż chichocząc. 

Rozejrzała się wokół i wzruszyła ramionami.

 - O Boże, masz rację, Charlie. To musi być okropne, gdy potrzebuje się takiej fasady.

 - Wyobraź więc sobie co czułem, gdy pomyślałem, że to ty jej potrzebujesz. 

Spoważniała i spojrzała mi w oczy.

 - Charlie, chciałabym móc wypiąć się na to. Jednak jest mi to potrzebne. 

Przymrużyłem oczy.

 - O czym mówisz?

 - Potrzebuję Bryce'a Carringtona.

 - Tym razem możesz targować się o warunki. Do czego jest ci potrzebny?

 - Potrzebuje jego pieniędzy.

background image

Czy można się jednocześnie odprężyć i napiąć?

 - Sharo, do cholery! To w ten sposób zamierzasz utorować sobie drogę do tańca? Chcesz 

kupić sobie wejściówkę? Na co zeszła dzisiejsza krytyka!

  -   Charlie,   przestań.   Potrzebuje   Carringtona,   po   to,   żeby   mnie   zauważono.   Zamierza 

wynająć mi sale, to wszystko.

 - Jeśli to wszystko, to wyrywajmy natychmiast z tego bagna. Mogę pozy.... zorganizować 

sumę, która wystarczy na wynajęcie dowolnej sali na świecie i zgadzam się ryzykować własne 

pieniądze.

 - Czy możesz załatwić mi “Skyfac"?

 - Hę?

Za   nic   nie   potrafiłem   sobie   wyobrazić,   dlaczego   chciała   tam   tańczyć.   Czemu   nie   na 

Antarktydzie?

 - Sharo, wiesz o kosmosie jeszcze mniej ode mnie, ale musisz chyba zdawać sobie sprawę, 

że program telewizji satelitarnej nie musi być nadawany z satelity?

 - Idiota. Chodzi mi o tło.

 - Wizualnie lepszy jest Księżyc. Góry. Oświetlenie. Kontrast.

 - Aspekty wizualne odgrywają tutaj wtórną role. Ja nie potrzebuje ciążenia zredukowanego 

do jednej szóstej. Ja chce nieważkości.

Otworzyłem usta.

 - I chce, żebyś został moim wideooperatorem.

Boże, ona była wyjątkowa. Pozostawało mi tylko usiąść z otwartymi ustami i pomyśleć 

przez  parę minut.  Pozwoliła  mi  na to, czekając cierpliwie  aż poukładam sobie to wszystko  w 

głowie.

 - Charlie - powiedziała w końcu - taniec zatrzymał się na założeniu, że nie można pokonać 

grawitacji.   Sam   to   powiedziałeś.   Dowiedz   się   wiec,   że   jest   to   błędne   założenie,   założenie 

zdezaktualizowane. Taniec dwudziestego pierwszego wieku będzie musiał to uznać.

 - A więc o to ci chodzi. Nowy rodzaj tańca dla nowego rodzaju tancerki. Oryginalne. To 

przyciągnie uwagę, opinii publicznej i te dziedzinę sztuki będziesz miała przez lata wyłącznie dla 

siebie. To mi się podoba, Sharo. Podoba mi się. Ale czy dasz sobie radę?

 - Przemyślałam sobie to, co kiedyś powiedziałeś: nie można pokonać grawitacji, ale piękną 

sprawą jest próbować. Chodziło mi to po głowie miesiącami i pewnego dnia byłam z wizytą u 

sąsiada, który miał telewizor. Nadawali akurat migawki z codziennych zajęć załogi “Skyfac 2". 

Całą noc nie spałam i rozmyślałam, a rano poleciałam do Stanów i zgłosiłam się do pracy na 

“Skyfac l". Przebywałam tam blisko rok, stając się drugą po Carringtonie. Dam sobie radę, Charlie, 

background image

potrafię, dopiąć swego - przez jej szczękę przebiegł skurcz, który widziałem już wcześniej - kiedy 

wygarnęła mi w “Le Maintenant". Był to skurcz determinacji.

Wciąż byłem naburmuszony.

 - Przy poparciu Carringtona. 

Spuściła oczy.

 - Nie ma nic za darmo.

 - Jaka jest jego cena?

Nie   odpowiadała   wystarczająco   długo,   żebym   sam   sobie   odpowiedział.   I   w   tej   chwili 

znowu, pierwszy raz od lat, zacząłem wierzyć w Boga... po to tylko, żeby móc Go nienawidzić.

Ale nie odezwałem się. Była na tyle dorosła, żeby troszczyć się o swe finanse. Cena marzeń 

rośnie z każdym rokiem. Do diabła, przecież domyślałem się tego już od chwili, gdy do mnie 

zadzwoniła.

Ale tylko się domyślałem.

 - Charlie, nie siedź tak z buzią w ciup. Powiedz coś. Zeklnij mnie, nazwij kurwą, powiedz 

cokolwiek.

 - Bzdury. Sama będziesz swoim sumieniem; mam dosyć kłopotów będąc własnym. Chcesz 

tańczyć, masz patrona. A teraz znalazłaś wideooperatora.

Tego ostatniego zdania wcale nie zamierzałem wypowiedzieć.

Dziwne, ale z początku zdawało się, że jest nim zaskoczona. Potem jednak odprężyła się i 

uśmiechnęła.

 - Dziękuje ci, Charlie. Czy możesz wycofać się z tego, co teraz robisz?

  -   Pracuję   w   stacji   edukacyjnej   w   Shediac.   Musiałem   tam   nawet   kręcić   trochę   tańca. 

Tańczącego misia z londyńskiego zoo. To zdumiewające jak on dobrze tańczył. - Uśmiechnęła się. 

- Tak, mogę złożyć wymówienie.

 - Cieszę się. Nie wyobrażam sobie, jak mogłabym robić to bez ciebie.

 - Ale pracuję dla ciebie. Nie dla Carringtona.

 - W porządku.

 - A tak właściwie, to gdzie się podziewa ten wielki człowiek? Nurkuje z akwalungiem w 

wannie?

 - Nie - rozległ się cichy głos z korytarza. - Skakałem w holu ze spadochronem.

Jego fotel na kółkach był samojezdnym tronem. Carrington miał na sobie garnitur w kolorze 

lodów truskawkowych, który kosztował go z pięćset dolarów, ultramarynowy golf i złoty kolczyk 

w jednym uchu. Buty były z prawdziwej skóry. Zegarek nosił najmodniejszy, taki bez paska, który 

oznajmia głosem, która godzina. Był  dla niej za niski i absurdalnie szeroki w barach, chociaż 

background image

garnitur usiłował ze wszystkich sił zatuszować i jedno i drugie. Jego oczy przypominały dwie 

bliźniacze, czarne jagody. Uśmiechał się jak rekin nie mogący się zdecydować, który kęs będzie 

mu najbardziej smakował. Miałem chęć zmiażdżyć mu głowę miedzy dwoma otoczakami.

Shara już stała.

 - Bryce, to Charles Armstead. Opowiadałam ci...

  - Ach tak. Ten facet od wideo. - Potoczył swój wózek do przodu i wyciągnął do mnie 

nieskazitelnie wypielęgnowaną rękę. - Jestem Bryce Carrington.

Pozostałem na swym krześle z dłońmi na kolanach.

 - Ach tak. Ten facet od miliardów.

Jedna jego brew powędrowała w górę o wytworne ćwierć cala.

 - No nie, jeszcze jeden grubianin. Cóż, jeżeli jesteś tak dobry, jak utrzymuje Shara, wolno 

ci.

 - Jestem do niczego.

Uśmiech spełzł z jego twarzy.

 - Zaprzestańmy tej szermierki, Armstead. Nie spodziewam się dobrych manier u twórców, 

ale   jeśli   muszę,   potrafię   wykrzesać   z   siebie   więcej   pogardy   do   świata   niż   ty.   Teraz   jestem 

zmęczony tą przeklętą grawitacją, a poza tym miałem paskudny dzień, zeznając w sądzie w sprawie 

przyjaciela. Wszystko wskazuje na to, że jutro ponownie zostanę wezwany do stawienia się na 

rozprawie. Przyjmujesz te prace, czy nie?

Tu mnie miał. Chciałem ją przyjąć.

 - Tak.

 - No to w porządku. Masz pokój numer 2772. Lecimy na “Skyfac" za dwa dni. Bądź tu o 

ósmej rano.

  - Charlie, muszę z tobą porozmawiać o tym, czego będziesz potrzebował - powiedziała 

Shara. - Zadzwoń do mnie jutro.

Odwróciłem się na pięcie, żeby spojrzeć jej w oczy, ale umknęła ze wzrokiem. Carrington 

nic nie zauważył.

 - Tak, sporządź do jutra wieczór wykaz swoich potrzeb, żeby można to było od razu zabrać 

na “Skyfac" - powiedział. - Nie żałuj sobie - jeśli o czymś zapomnisz, będziesz się musiał bez tego 

obyć. Dobranoc, Armstead.

Odwróciłem się do niego.

 - Dobranoc, panie Carrington. - (Ufff).

Potoczył się w kierunku nargili, a Shara pośpieszyła, by ponownie ją napełnić. Odwróciłem 

się szybko i ruszyłem ku drzwiom. Noga bolała mnie tak bardzo, że po drodze niemal upadłem, ale 

background image

zacisnąłem zęby i szedłem dalej. Gdy dotarłam do drzwi, powiedziałem sobie w myślach “teraz je 

otworzysz i grzecznie wyjdziesz" i nagle odwróciłem się.

 - Carrington!

Zamrugał oczyma zdziwiony odkryciem, że jeszcze istnieje.

 - Tak?

 - Czy do ciebie dociera, że ona wcale cię nie kocha? Czy cię to w ogóle w najmniejszym 

stopniu nie obchodzi? - głos miałem piskliwy, a pięści na pewno zaciśnięte.

 - Och - powiedział, a po chwili powtórzył - Och. A więc o to chodzi.

Nie sądziłem, że sam sukces w życiu może wzbudzić w kimś tyle pogardy do ludzi. Odłożył 

fajkę i splótł dłonie.

  - Pozwól, że ci coś powiem, Armstead. O ile wiem, nikt mnie nigdy nie kochał. Ten 

apartament też mnie nie kocha. - Po raz pierwszy w jego głosie pojawiły się ludzkie uczucia. - Ale 

jest mój. Teraz wynoś się.

Otworzyłem usta, żeby mu powiedzieć, gdzie może sobie wsadzić swoją prace, ale wtedy 

zobaczyłem twarz Shary i malujący się na niej ból sprawił nagle, że poczułem wstyd za samego 

siebie. Wyszedłem od razu i gdy drzwi zamknęły się za mną, zwymiotowałem na wytworny dywan 

niewiele   tylko   tańszy   od   kamery   Hamilton   Masterchrome.   Wtedy   pożałowałem,   że   założyłem 

krawat.

***

Droga do kosmodromu Pike's Peak była chociaż estetycznie przyjemna. Lubię podróżować 

samolotem prześlizgującym się pośród nieruchomych chmur, obserwując przesuwającą się w dole 

procesje   gór,   równin,   ogromnych   układanek   pól   uprawnych   i   powikłanych   mozaik   rozległych 

przedmieść.

Ale przelot na “Skyfac" w prywatnym wahadłowcu Carringtona “Ten pierwszy krok" mógł 

być   równie   dobrze   odtworzeniem,   po   raz   nie   wiadomo   który,   ogranego   filmu   na   temat 

Kosmicznego Patrolu. Wiedziałem, że na statkach kosmicznych nie może być iluminatorów - ale, 

do cholery,  pokładowy przekaźnik  wideo ma  rozdzielczość,  jakość koloru i  wygląd  wcale  nie 

lepsze niż zwykły, domowy telewizor. Jedyna różnica polega na tym, że gwiazdy nie przesuwają 

się,   żeby   stworzyć   wrażenie   ruchu   i   żaden   reżyser   nie   kieruje   pracą   kamer,   by   przekazać 

interesujące z dramaturgicznego punktu widzenia ujęcie.

Praktyczna różnica polega z kolei na tym, że gdy oglądasz “Kosmiczny Patrol", nikt nie 

sprzedaje   ci   środków   na   hemoroidy,   nie   przypina   pasami   do   fotela,   nie   grzmoci   w   ciebie 

piorunami,   nie   powoduje,   że   przez   niewiarygodnie   długi   czas   ważysz   dobrze   ponad   pół 

megagrama, a potem wreszcie nie strącają cię. z krawędzi świata w nieważkość. Płyny ustrojowe 

background image

zaczęły   mi   się   podnosić   do   górnej   połowy   ciała,   w   uszach   mi   szumiało,   z   nosa   ciekło   i 

“zarumieniłem" się na kolor buraczkowy. Przygotowałem się na mdłości, ale to, co mnie spotkało, 

było jeszcze bardziej szokujące - raptowny, nie spotykany dotąd zanik bólu w nodze. Za to Sharę 

mdliło za nas oboje i ledwo zdążyła otworzyć swoją torebkę na wymioty. Carrington odpiął się od 

fotela i wprawnie zaaplikował jej zastrzyk przeciwnudnościowy. Zdawało się, że upłynęły wieki, 

zanim   jej   organizm   zareagował,   ale   kiedy   już   do   tego   doszło,   nastąpiła   niesłychana   zmiana   - 

powróciły jej rumieńce oraz siła i do chwili, w której pilot oznajmił, iż rozpoczynamy dokowanie, 

w związku z czym prosi, żeby wszyscy zapieli pasy oraz zamknęli się z łaski swojej, całkowicie 

doszła do siebie. Byłem niemal pewien, że Carrington obruga pilota za brak manier, ale magnat 

przemysłowy nie był tego rodzaju głupcem. Zamknął się, jak mu kazano i zapiął pasy.

Noga nie bolała mnie ani trochę. Zupełnie.

Kompleks “Skyfac" wyglądał jak bezładny stos rowerowych dętek i najprzeróżniejszych 

rozmiarów piłek plażowych. Ta, na którą kierował się nasz pilot, przypominała bardziej oponę 

traktora. Wykonaliśmy zwrot, staliśmy się jej osią i zrównaliśmy naszą prędkość z szybkością jej 

wirowania, a ta cholerna konstrukcja wyrzuciła z siebie szprychę i trafiła nas prosto w śluzę. Śluza 

znajdowała się w suficie nad fotelami, ale weszliśmy do niej i wyszliśmy z niej nogami do przodu. 

Po przebyciu kilku jardów w głąb szprychy kierunek, w którym się poruszaliśmy stał się “dołem", a 

wystające ze ścian uchwyty - drabiną. Ciężar naszych ciał wzrastał z każdym krokiem, ale nawet 

wtedy, gdy znaleźliśmy się w dosyć obszernym, sześciennym pomieszczeniu, był daleko mniejszy 

niż na Ziemi. Niemniej noga znowu zaczęła mnie ćmić.

Pomieszczenie   to   miało   być   ekskluzywną   salą   recepcyjną   (Zechce   pan   spocząć.   Jego 

Wysokość wkrótce pana przyjmie), ale małe ciążenie i rozwieszone wzdłuż dwóch ścian skafandry 

próżniowe psuły miły efekt. W odróżnieniu od zbroi Kosmicznego Patrolu, prawdziwe skafandry 

kosmiczne przypominają wyłącznie człekoształtne worki, a szczególnie głupio wyglądają, gdy nie 

są   używane.   Zza   imponująco   wyposażonego   biurka   podniósł   się   ciemnowłosy   młodzieniec   w 

tweedowym garniturze.

 - Miło mi pana powitać, Mr. Carrington. Mam nadzieje, że miał pan przyjemną podróż.

  - Dziękuje, Tom, świetną. Oczywiście pamiętasz Share. To jest Charles Armstead. Tom 

McGillicuddy.   -   Obaj   wyszczerzyliśmy   zęby   w   uśmiechu   i   zapewniliśmy   się   nawzajem,   jak 

szalenie miło było nam się poznać. Dostrzegłem, że pod maską uprzejmości McGillicuddy jest 

czymś zdenerwowany.

 - Nills i pan Longmire czekają w pańskim biurze, sir. Znowu ... znowu się pojawiło.

  -   A   niech   to   diabli   -   zaczął   Carrington   i   urwał.   Spojrzałem   nań.   Cała   moc   mojego 

najlepszego sarkazmu nie potrafiła rozgniewać tego człowieka. - W porządku. Zaopiekuj się moimi 

background image

gośćmi,  a ja pójdę wysłuchać,  co Longmire ma  mi do powiedzenia.  - Skierował się do drzwi 

poruszając się skokami, w zwolnionym tempie, jak piłka plażowa. Jednak o własnych siłach. - Aha. 

Jeszcze jedno ... “Krok" jest wyładowany po brzegi, Tom. Każ im podejść do luków towarowych. 

Niech   wyładują   cały   ten   chłam   do  Szóstki.   -   oddalił   się   z   zafrasowaną   twarzą.   McGillicuddy 

uruchomił swoje biurko i wydał niezbędne rozkazy.

 - Co się dzieje, Tom? - spytała Shara, gdy skończył. 

Zanim odpowiedział, spojrzał na mnie.

 - Przepraszam, że pytam, panie Armstead, ale ... czy nie jest pan z prasy?

  - Proszę mi  mówić  Charlie.  Nie, nie jestem.  Jestem wideooperatorem,  ale pracuję dla 

Shary.

 - Mmmm. No dobrze, i tak usłyszelibyście o tym wcześniej czy później. Mniej więcej dwa 

tygodnie temu, w obrębie orbity Neptuna, pojawił się jakiś obiekt. Po prostu pojawił się znikąd. 

Nastąpiły...   pewne   anomalie.   Tkwił   tam   nieruchomo   przez   pół   dnia,   a   potem   znowu   zniknął. 

Dowództwo Sił Kosmicznych wpakowało sprawę głęboko do sejfów, ale na pokładzie “Skyfac" 

wszyscy ją znają.

 - I to coś znowu się pojawiło? - spytała Shara.

 - Tuż za orbitą Saturna.

Ten incydent nie zainteresował mnie zbytnio. Zapewne istniało jakieś rozsądne wyjaśnienie 

tajemniczego zjawiska, ale ponieważ nie było w pobliżu Isaaca Asimova, na pewno nic bym z tego 

nie   zrozumiał.   Kiedy   projekt   Ozma   skończył   się   niepowodzeniem,   większość   z   nas   przestała 

wierzyć w istnienie inteligentnego życia we wszechświecie.

 - To chyba te małe, zielone ludziki. Czy możesz pokazać nam sale. konferencyjną, Tom? 

Sądzę, że jest bardzo podobna do tej, w której będziemy pracowali.

Z zadowoleniem przyjął zmianę, tematu.

 - Oczywiście.

McGillicuddy przeprowadził nas przez drzwi ciśnieniowe znajdujące się naprzeciwko tych, 

za którymi zniknął Carrington i powiódł długimi korytarzami, których podłogi wyginały się za i 

przed   nami   ku   górze.   Każdy   był   inaczej   wyposażony,   każdy   roił   się   od   zabieganych, 

zaaferowanych ludzi i każdy przypominał mi w jakiś sposób hol w “New Agę" lub może stary film 

pod tytułem “Odyseja kosmiczna 2001". Wall Street przeniesiona żywcem na orbitę - nawet zegary 

wskazywały czas z Wall Street. Usiłowałem wyobrazić sobie, że niedaleko, w którą stronę spojrzeć 

znajduje się zimny, pusty kosmos, ale bez skutku. Doszedłem do wniosku, że to dobrze, iż statek 

kosmiczny   nie   miewa   iluminatorów   -   ktoś   oswoiwszy   się   z   małym   ciążeniem   mógłby   się 

zapomnieć i otworzyć jeden z nich, żeby wyrzucić cygaro.

background image

Po drodze obserwowałem McGillicuddy'ego. Był nieskazitelny pod każdym względem, od 

węzła krawata poczynając, a na połysku paznokci kończąc i nie nosił żadnej biżuterii. Włosy miał 

krótkie i czarne, nie dostrzegałem ani śladu zarostu, a oczy w jego zawodowo sterylnej twarzy 

błyszczały dziwnie ciepłym  blaskiem. Zastanawiało mnie, czemu zaprzedał swą dusze. Miałem 

nadzieje, że dobrze mu zapłacono.

Żeby   dostać   się   do   Sali   Klubowej   musieliśmy   zejść   dwa   poziomy   w   dół.   Ciążenie   na 

górnym poziomie wynosiło jedną szóstą normalnego ciążenia ziemskiego - częściowo dla wygody 

członków personelu baz księżycowych, którzy byli jedynymi regularnymi gośćmi stacji “Skyfac", a 

głównie jednak (oczywiście) dla wygody Carringtona. Ale w miarę schodzenia w dół, ciążenie 

wzrosło   ledwo   uchwytnie,   do   jednej   piątej,   a   może   jednej   czwartej   normalnego.   Moja   noga 

protestowała ostro, ale ku memu zdziwieniu stwierdziłem, że wolę już ten ból niż jego brak. To 

trochę przykre, gdy w ten sposób odchodzi stary znajomy.

Sala   Klubowa   była   pomieszczeniem   większym,   niż   się   spodziewałem   i   całkowicie 

wystarczała do naszych celów. Obejmowała wszystkie trzy poziomy, a całą jedną ścianę zajmował 

ogromny   ekran  wideo,  po  którym  w   oszałamiającym   tempie  krążyły   gwiazdy,  z   przypadkową 

regularnością zlewając się co chwila z plasterkiem matki Ziemi. Podłoga była zawalona stołami i 

krzesłami,   poustawianymi   w   najprzeróżniejsze   kombinacje,   ale   widziałem   od   razu,   że   po   ich 

usunięciu miejsca do tańca będzie wystarczająco dużo. Z dawnego nawyku moje stopy zaczęły 

badać przydatność podłogi. Potem przypomniałem sobie, jak mały użytek będzie z niej robiony.

 - No - powiedziała do mnie Shara, uśmiechając się. - Tak będzie wyglądał nasz dom przez 

najbliższe sześć miesięcy. Sala Klubowa Pierścienia Dwa jest identyczna.

 - Sześć miesięcy? - spytał McGillicuddy. - Nie ma mowy.

 - Co to znaczy? - spytaliśmy równocześnie Shara i ja.

Siła naszych połączonych głosów sprawiła, że przymrużył oczy.

  -   Ty,   Charlie,  prawdopodobnie   wytrzymasz   tak   długo,   ale   Shara   ma   już   za   sobą   rok 

przebywania w warunkach małego ciążenia. Pracowała przecież jako maszynistka.

 - No to co?

  - Słuchajcie, o ile dobrze zrozumiałem, macie zamiar przebywać przez długie okresy w 

stanie nieważkości?

 - Po dwanaście godzin dziennie - przyznała Shara.

  - Przykro mi to mówić Sharo... - skrzywił się - ale byłbym zdziwiony, gdybyś przeżyła 

miesiąc.   Ciało   przystosowane   do   ciążenia   ziemskiego   nie   funkcjonuje   prawidłowo   w   stanie 

nieważkości.

 - Ale się przystosuje, czyż nie? 

background image

Roześmiał się bez wesołości.

 - Jasne. Dlatego właśnie co czternaście miesięcy wymieniamy całą załogę. Twoje ciało się 

przystosuje. W jedną stronę. Nieodwracalnie. Gdy już się zupełnie przystosujesz, powrót na Ziemie 

spowoduje ustanie akcji serca - jeśli już wcześniej nie wystąpią jakieś inne poważne uszkodzenia 

organizmu. Byłaś teraz przez trzy dni na Ziemi. Czy odczuwałaś jakieś bóle w piersiach? Zawroty 

głowy? Kłopoty z jelitami? Mdłości w drodze powrotnej na “Skyfac"?

 - Wszystko o czym mówisz - przyznała.

  - Sama widzisz. Gdy stąd wyjeżdżałaś, zbliżał się koniec twego czternastomiesięcznego 

limitu. A przy zupełnym braku ciążenia, twoje ciało przystosowuje się jeszcze szybciej. Rekord 

przebywania w stanie nieważkości wynosi osiem miesięcy i został ustanowiony przez brygady 

montażowe budujące stacje “Skyfac", przy czym występowały już problemy z tą nieprzekraczalną 

granicą - a oni nie spędzili wcześniej roku w warunkach ciążenia zmniejszonego do jednej szóstej i 

nie eksploatowali tak swych serc, jak ty zamierzasz to czynić. Do diabła, na Księżycu przebywa 

teraz czterech ludzi z pierwszej grupy górników, którzy już nigdy nie ujrzą Ziemi. Ośmiu ich 

kolegów próbowało. Czy wy nic nie wiecie o kosmosie? Czy Carrington nic wam nie powiedział?

Zastanawiałem się, dlaczego Carrington zadał sobie tyle trudu, żeby oszczędzić nam badań 

medycznych przed lotem. Teraz wszystko stawało się jasne.

 - Ależ ja muszę mieć co najmniej cztery miesiące. Cztery miesiące wytężonej pracy dzień 

w dzień. Muszę.

Była przerażona, ale za wszelką cenę starała się nad sobą zapanować.

McGillicuddy wykonał taki ruch, jakby zamierzał pokręcić głową a potem się rozmyślił. 

Jego ciepłe oczy badały twarz Shary. Odgadywałem jego myśli i poczułem do niego sympatie.

Myślał: Jak powiedzieć tej uroczej dziewczynie, że jej największe marzenie nie ma szans 

ziszczenia?

Nie   wiedział   nawet   połowy.   Ja   natomiast   uświadamiałem   sobie,   jak   wiele   Shara   już, 

nieodwołalnie, zainwestowała w swe marzenie i coś we mnie krzyczało.

I wtedy dostrzegłem skurcz, przebiegający jej przez szczękę i odważyłem się mieć nadzieje.

***

Doktor Panzella był żylastym staruszkiem o brwiach jak dwie kędzierzawe gąsienice. Nosił 

dopasowany kombinezon, który nie stwarzał zagrożenia dla uszczelek skafandra, gdyby doktor 

musiał wskoczyć  weń w pośpiechu. Jego długie do ramion włosy zamiast tworzyć na wielkiej 

czaszce bujną grzywę były dla bezpieczeństwa, na wypadek nagłego zaniku ciążenia, spięte z tyłu. 

Ostrożny człowiek. Używając starej metafory, był facetem noszącym jednocześnie pasek i szelki. 

Obejrzał sobie Sharę, przeprowadził na miejscu niezbędne testy i dał jej zezwolenie na niecałe 

background image

półtora   miesiąca.   Shara   powiedziała   parę   słów.   Ja   powiedziałem   parę   słów.   McGillicuddy 

powiedział parę słów. Panzella wzruszył ramionami, przeprowadził dalsze, dokładniejsze testy i z 

ociąganiem   odpiął   szelki.   Dwa   miesiące.   Ani   dnia   więcej.   Może   mniej,   zależnie   od   wyników 

późniejszej reakcji jej ciała na przedłużający się pobyt w warunkach nieważkości. Potem rok na 

Ziemi przed ponownym podjęciem ryzyka. Shara wydawała się usatysfakcjonowana.

Nie wyobrażałem sobie, jak możemy uwinąć się w tak krótkim czasie.

McGillicuddy   zapewnił   nas,   że   sama   nauka   sprawnego   poruszania   się   przy   zerowym 

ciążeniu zajmie Sharze co najmniej miesiąc, nie mówiąc już o tańcu w tych warunkach. Według 

niego, jej zażyłość z ciążeniem równym jednej szóstej ziemskiego będzie raczej przeszkodą niż 

pomocą. Potem, załóżmy, trzy tygodnie choreografii i prób, tydzień zdjęć i może przed upływem 

terminu powrotu Shary na Ziemie zdołamy jeszcze wyemitować jeden program telewizyjny z jej 

tańcem.   Niezbyt   zachęcająca   perspektywa.   Wyliczyliśmy   z   Shara,   że   potrzeba   nam   trzech 

pomyślnych  występów przed kamerami. Każdy musi zostać życzliwie przyjęty przez widzów i 

krytykę, żeby wyrąbać w otaczającym świat tańca murze wyłom wystarczająco duży, by Shara 

zdołała się przezeń przecisnąć. Rok to o wiele za długa przerwa, aby przynieść coś dobrego - i kto 

wie, kiedy Carrington znudzi się Shara? Huknąłem więc na Panzelle z góry.

  -   Panie   Armstead   -   odparł   ostro.   -   Specjalnie   polecono   mi,   abym   nie   dopuścił   do 

popełnienia przez te młodą lady samobójstwa. - Uśmiechnął się kwaśno. - Powiedziano mi, że to 

zrobiłoby fatalną reklamę.

  - W porządku, Charlie - nalegała Shara. - Zdążę przygotować przez ten czas trzy tańce. 

Możemy stracić trochę snu, ale zdążymy.

 - Powiedziałem kiedyś komuś, że nie ma rzeczy niemożliwych. Spytał mnie, czy potrafię 

przejechać na nartach przez obrotowe drzwi. Nie masz ...

Mój  umysł   wrzucił  z   trzaskiem  hiperbieg,  rozważył  najrozmaitsze  warianty,  kopnął   się 

kilka razy piętami w tyłek i powrócił do czasu rzeczywistego w samą porę, by usłyszeć, jak moje 

usta, które przez cały czas nie przestawały mówić, kończą:

  - ... dużego wyboru,  jak mi  się wydaje.  Okay,  Tom,  każ wysprzątać  te cholerną Salę 

Klubową Pierścienia Dwa. Chce mieć ją pustą i nienagannie czystą i każ komuś zamalować te 

piekielną wideościanę; tym samym odcieniem, co pozostałe trzy ściany i ma to być naprawdę ten 

sam   odcień.   Shara,   wyskakuj   z   tych   ciuchów   i   zakładaj   trykot.   Doktorze,   zobaczymy   się   za 

dwanaście godzin, przestań się gapić, Tom i rusz się - udamy się tam od razu; gdzie są, u diabła, 

moje kamery?

McGillicuddy coś wybełkotał.

 - Daj mi ludzi z palnikami - chce mieć wycięte w ścianach otwory, za nimi kamery, szyby 

background image

ze szklą spolaryzowanego, sześć stanowisk, obok Sali Klubowej pomieszczenie wielkości kabiny 

pilotów odrzutowca pasażerskiego na konsole mikserską, a obok krzesła ekspres do kawy. Będę też 

potrzebował drugiego pomieszczenia na montaż taśm, zupełne odosobnienie i całkowita ciemność, 

wielkości sporej kuchni, drugi ekspres do kawy.

McGillicuddy wpadł mi wreszcie w słowo.

  - Panie Armstead, to jest Główny Pierścień kompleksu “Skyfac l". Mieszczą się w nim 

biura administracji jednej z najbogatszych korporacji. Jeśli sądzi pan, że cały Pierścień stanie dla 

pana na głowie...

Poszliśmy więc z tym do Carringtona. Powiedział McGillicuddy'emu, że odtąd Pierścień 

Dwa   jest   nasz   i   należy   udzielić   nam   wszelkiej   pomocy,   jakiej   zażądamy.   Sprawiał   wrażenie 

wyrwanego z zadumy. McGillicuddy zaczął mu tłumaczyć o ile tygodni odwlecze to ukończenie 

kompleksu “Skyfac l". Carrington odparł na to bardzo spokojnie, że potrafi doskonale dodawać 

oraz odejmować i że mu dziękuje. McGillicuddy zbladł i zamilkł.

Muszę Carringtonowi oddać sprawiedliwość. Dał nam wolną rękę.

Na “Skyfac 2" poleciał z nami Panzella. Wieźli nas długoszczęcy astronauci na pojazdach 

dokładnie przypominających ciężarne kije od mioteł. Dobrze się stało, że był z nami doktor - pod 

koniec podróży Shara zemdlała. Ja prawie też i jestem pewien, że ten kij od miotły, na którym 

leciałem, miał na dyszach odciski moich ud. Spadanie w otwartym kosmosie jest za pierwszym 

razem  straszliwym  przeżyciem.   Niektórzy  nigdy  nie  mogą   się  z tym   oswoić.  Większość.  Gdy 

znowu   wtaczaliśmy   Sharę   na   pokład   stacji   orbitalnej,   zareagowała   wspaniale   i   mdłości,   na 

szczęście,   nie   powróciły.   Nudności   mogą   być   przykrą   rzeczą   w   stanie   nieważkości,   ale   w 

skafandrze są katastrofą. Do czasu przybycia moich kamer oraz sprzętu mikserskiego była już na 

nogach   i   odczuwała   senność.   A   kiedy   ja   poganiałem   wypożyczoną   brygadę   spoconych 

montażystów do pracy szybszej, niż to leży w ludzkiej mocy, Shara rozpoczęła naukę poruszania 

się w warunkach zerowego ciążenia.

Po trzech tygodniach byliśmy gotowi do pierwszych zdjęć.

background image

Rozdział 3

Kwatery   prywatne   i   minimalne   środki   podtrzymywania   życia   przygotowano   dla   nas   w 

Pierścieniu Dwa tak, że jeśli chcieliśmy, mogliśmy pracować całą dobę na okrągło. Jednak niemal 

połowę naszego czasu wolnego spędzaliśmy na “Skyfac l". Shara musiała poświęcać połowę z 

trzech dni w tygodniu Carringtonowi, a znaczną cześć swego nominalnego czasu wolnego spędzała 

na zewnątrz, w kosmosie, ubrana w skafander. Najpierw była to świadoma próba przezwyciężenia 

naturalnego leku przed próżnią, lecz szybko stało się to pretekstem do medytacji, do ucieczki, do 

artystycznej   zadumy   -   stało   się   próbą   czerpania   z   kontemplacji   zimnych,   czarnych   głębin 

wystarczającego wejrzenia w istotę pozaziemskiego bytu, by potem móc w nim tańczyć.

Ja wykorzystywałem swój czas na droczenie się z inżynierami, technikami, elektrykami i 

cholernie   głupim   delegatem   związku   zawodowego,   który   obstawał   przy   tym,   aby   druga   Sala 

Klubowa,   ukończona   czy   nie,   stała   się   własnością   hipotetycznej   przyszłej   załogi   i   personelu 

administracyjnego. Uzyskanie jego zgody na prowadzenie tam prac kosztowało mnie zdarcie gardła 

i izolacji z nerwów. Zbyt dużo nocy spędzałem zaharowując się, miast spać. Drobny przykład: 

każda   ściana   wewnętrzna   w   całym   tym   cholernym   Drugim   Pierścieniu   była   pomalowana 

identycznym   odcieniem   turkusu   -   i   nie   potrafili   go   dobrać,   żeby   zamalować   te   przeklętą 

wideościane w Sali Klubowej. Dopiero Mc Gillicuddy uchronił mnie przed atakiem apopleksji - za 

jego   sugestią   zmyłem   trzecią   już   warstwę   latexu,   zdemontowałem   zainstalowaną   na   zewnątrz 

kamerę, która przekazywała obraz na ścianę - ekran, przeniosłem ją do wnętrza i wycelowałem w 

ścianę przyległego do Sali pomieszczenia. To znowu uczyniło nas przyjaciółmi.

Tak było ze wszystkim - prowizorka, improwizacja, spiłowywanie w celu dopasowania i 

zamalowywanie w celu zasłonięcia. Jeżeli nawaliła kamera, spędzałem czas przeznaczony na sen, 

konsultując się z nie mającymi akurat dyżuru inżynierami i sprawdzając, jakie części z tych, które 

są w magazynie mogą mi się przydać. Sprowadzenie czegokolwiek z ogromnej, ziemskiej studni 

grawitacyjnej było po prostu zbyt kosztowne, a Księżyc nie miał tego, czego potrzebowałem.

W tym czasie Shara pracowała jeszcze ciężej ode mnie. Żeby funkcjonować prawidłowo w 

warunkach braku ciążenia, ciało musi całkowicie zmienić system koordynacji ruchowej. Musiała 

zapomnieć   wszystko,   co   kiedykolwiek   wiedziała   lub   nauczyła   się   o   tańcu   i   przyswoić   sobie 

całkowicie   nowy   zestaw   umiejętności.   Okazało   się   to   zadaniem   znacznie   trudniejszym   niż 

przypuszczaliśmy. McGillicuddy miał rację - to, czego się nauczyła podczas rocznego pobytu w 

jednej   szóstej   ciążenia   ziemskiego,   było   przesadzoną   próbą   zachowania   ziemskich   wzorców 

background image

koordynacji. Odrzucenie ich wszystkich na raz było w praktyce łatwiejsze dla mnie.

Ale nie mogłem z nią ćwiczyć - musiałem zaniechać wszelkich pomysłów o filmowaniu z 

ręki i oprzeć swe plany jedynie na sześciu kamerach stacjonarnych. Na szczęście CLX - 5000S ma 

wspornik z przegubem kulowym - nawet za tymi przeklętymi, spolaryzowanymi szybami mogłem 

obracać każdą z kamer o czterdzieści stopni w poziomie. Nauka koordynowania za pomocą pulpitu 

ruchów wszystkich sześciu jednocześnie, wpłynęła na mnie wprost nadzwyczajnie: podniosła mnie 

o ten jeden, ostatni szczebel ku zjednoczeniu się z mą sztuką. Stwierdziłem, że potrafię ogarnąć 

świadomością  wszystkie  sześć monitorów,  widzieć  niemal  sferycznie,  obejmować  je wszystkie 

wzrokiem,   patrząc   niczym   jakieś   sześciooczne   stworzenie   pod   wieloma   kątami   na   raz.   Moja 

wyobraźnia   stawała   się   holograficzna,   moja   świadomość   wielowarstwowa.   Po   raz   pierwszy 

naprawdę zaczynałem rozumieć trójwymiarowość.

W   paradę   wszedł   mi   wymiar   czwarty.   Stwierdzenie,   że   niemożliwe   jest,   aby   nabrała 

dostatecznej   sprawności   w   manewrowaniu   w   stanie   nieważkości,   by   w   wymaganym   czasie 

doprowadzić do końca półgodzinny występ, zajęło Sharze dwa dni. Opracowała więc od nowa swój 

plan zajęć, przystosowując choreografię do wymogów sytuacji.

I jeśli o nią chodzi, wysiłek ten był też tym jedynym, ostatnim szczeblem do apoteozy.

W poniedziałek czwartego tygodnia rozpoczęliśmy zdjęcia do “Wyzwolenia".

***

Ujęcie wprowadzające:

Niewielkie,   turkusowe   pudło   widziane   od   wewnątrz.   Wymiary   nieznane,   ale   barwa 

wywołuje wrażenie bezmiaru, ogromnych odległości. Bujające się na tle ściany wahadło świadczy, 

że jest to środowisko o standardowej grawitacji, ale wahadło porusza się tak powoli i ma tak 

nieokreślony kształt, że nie sposób ocenić jego wielkość, a tym samym wymiary pomieszczenia.

Dzięki   temu   efektowi   w   chwili,   gdy   kamera   wycofuje   się   i   jesteśmy   gwałtownie 

przenoszeni do właściwej perspektywy przez pojawienie się Shary - apatycznej, leżącej twarzą do 

podłogi,   z   głową   zwróconą   ku   nam,   pomieszczenie   wydaje   się   być   mniejsze,   niż   jest   w 

rzeczywistości.

Shara ma na sobie beżowy trykot. Włosy koloru czystego mahoniu są ściągnięte do tyłu w 

luźny koński ogon, spływający na jedną łopatkę. Zdaje się nie oddychać. Nie daje znaku życia.

Wchodzi   podkład   muzyczny.   Stary   dobry   Mahavishnu   bez   pośpiechu   podaje   na 

nieużywanych   już   nylonowych   strunach   akustycznej   gitary   akord   e   -   moll.   Po   obu   stronach 

pomieszczenia pojawia się para małych świec, tkwiących w prostych świecznikach z brązu. Obie są 

zgaszone.

Jej ciało...nie ma na to słów. Nie porusza się w sensie motorycznym. Można powiedzieć, że 

background image

przebiega je skurcz, z tym, że to drgniecie rozpoczyna się wyraźnie od jej środka i rozchodzi na 

wszystkie strony. Shara pęcznieje, jakby cale jej ciało zaczerpnęło pierwszego oddechu życia. Ona 

żyje.

Zaczynają się jarzyć oba knoty świec. Muzyka przybiera ton spokojnego ponaglenia.

Shara unosi głowę i patrzy w naszym kierunku. Jej wzrok skupia się gdzieś za kamerą, 

jednak nie w nieskończoności. Jej ciało wije się, faluje, a jarzące się knoty są już węgielkami.

Gwałtowny   wyrzut   ciała   unosi   Sharę   na   kolana,   rozsypując   jej   włosy   na   ramionach. 

Mahavishnu   rozpoczyna   cykliczną   kaskadę   pasaży,   zwiększając   coraz   bardziej   tempo.   Z   obu 

knotów   zaczynają   zakwitać   w   dół   długie,   pełzające   jeżyki   żółtopomarańczowego   płomienia,   a 

czubki knotów robią się niebieskie.

Rozkurcz ciała podrywa ją na równe nogi. Dwa płomienie, które opływały dotąd knoty 

załamują się, spazmują, aby po chwili stać się zwykłymi  płomieniami świec, trzepoczącymi  w 

regularnych   odstępach.   Do   gitary   dołączają   czynele,   tamburyn   i   bas.   Świece   pozostają   w 

perspektywie, ale ich płomienie kurczą się i w końcu gasną.

Shara zaczyna badać możliwości ruchu. Z początku porusza się tylko prostopadle do linii 

widzenia kamery, zapoznając się z tym wymiarem. Każdy ruch rąk, nóg czy głowy jest wyraźnym 

prowokowaniem grawitacji - siły tak nieubłaganej, jak rozpad radioaktywny, jak sama entropia. 

Najgwałtowniejsze   zrywy   energii   starczają   tylko   na   chwile   -   poderwana   noga   opuszcza   się, 

wyrzucone ramie opada. Musi walczyć, żeby utrzymać się na nogach. Nieruchomieje i popada w 

zadumę.

Jej ręce wyciągają się do kamery i w tym samym momencie zaczynamy ją widzieć z lewego 

profilu. Wyciąga ręce i po chwili zaczyna poruszać się w tym nowym wymiarze. (Gdy dochodzi do 

krawędzi kadru, przekazywany przez kamerę obraz zaczyna przesuwać się na naszym ekranie w 

prawo, natrafia po drodze na obraz przekazywany przez drugą kamerę, która bez zauważalnego 

przeskoku przejmuje Sharę, gdy gubi ją kamera pierwsza).

Ten nowy wymiar także nie zaspokaja pragnień Shary, która dąży do uwolnienia się od 

grawitacji. Jednak kombinacja dwóch odkrytych  wymiarów  umożliwia jej tak wiele permutacji 

ruchu, że przez chwile miota się w nich, eksperymentując. Przez następne piętnaście minut w tańcu 

streszczana jest cała przeszłość i historia Shary. W oszałamiającym tempie przewijają się w tym 

streszczeniu   jazz,   taniec  nowoczesny  i  co   wdzięczniejsze   elementy   gimnastyki   artystycznej  na 

poziomie olimpijskim.

To jest oferta, zdaje się mówić Shara, której nigdy nie zaakceptujecie. To, samo w sobie, 

nie było wystarczająco dobre.

I nie jest. Nawet mimo tej oszalałej energii i całkowitej nad nią kontroli, jej ciało wciąż 

background image

powraca do zwykłej postawy wyprostowanej, tej prostej odmowy upadku.

Zaciskając zęby, rozpoczyna serie skoków - coraz dłuższych, coraz wyższych. W końcu 

zdaje się zawisać w powietrzu przez pełną sekundę, rwąc się do lotu. Kiedy, nieuchronnie, spada, 

czyni to opornie, w ostatniej dosłownie chwili podciągając nogi i zrywając się natychmiast po 

wykonaniu przewrotu w przód. Muzycy wpadają w trans. Widzimy ją teraz okiem jednej kamery - 

tej pierwszej. Zapaliły się znowu obie świece. Są małe, ale płoną jasno.

Skoki są teraz rzadsze i niższe i Shara do każdego dłużej się przygotowuje. Tańczy już od 

dwudziestu minut, wytężając wszystkie siły; gdy płomienie świec zaczynają zanikać, zanika też jej 

siła. W końcu wycofuje się pod obojętne wahadło, wydobywa z siebie resztki energii i zrywa się do 

biegu. Zbliża się szybko do nas. Na krótkim odcinku rozwija niewiarygodną szybkość, rzuca się w 

podwójne salto i odbiwszy jedną stopę od ziemi wzlatuje w górę, zdając się odpychać od pustego 

powietrza, by wznieść się jeszcze kilka centymetrów  wyżej. Jej ciało wypręża się, oczy i usta 

rozwierają   szeroko,   płomienie   osiągają   maksymalną   jasność,   muzyka   dochodzi   do   punktu 

kulminacyjnego   zawodząc   jękiem   torturowanej   gitary   elektrycznej   -   spada,   ledwie   nadążając 

zamortyzować przewrotem upadek. Przechodzi do pozycji kucznej. Trwa tak przez długą chwile, a 

potem jej ramiona i głowa opadają stopniowo, ku podłodze. Płomienie świec kurczą się w dziwny 

sposób i zdają się gasnąć. Dudni teraz sam bas, schodząc do D.

Mięsień po mięśniu, ciało Shary rezygnuje ze zmagań. Powietrze wokół knotów drży, a te 

zdają się teraz być tak duże jak jej skulona postać.

Z widocznym wysiłkiem Shara unosi twarz do kamery. Maluje się na niej udręka, oczy są 

niemal zamknięte. Długie solo perkusji.

Wszystko na raz - otwiera szeroko oczy. prostuje ramiona i ściąga je. Jest to najznakomitszy 

i   najpełniejszy   gest,   jaki   można   sobie   wymarzyć.   Filmowany   jest   w   czasie   rzeczywistym,   a 

wygląda jak kręcony w zwolnionym tempie. Trwa w tej pozycji. Mahavishnu przemieszcza się z 

wzrastającą szybkością z niskostrojonej struny basowej do akordu D, z wytłumioną czwartą struną. 

Shara nie porusza się.

Przełączamy się po raz pierwszy na obraz, przekazywany przez kamerę zainstalowaną w 

suficie, na dużej wysokości. Gdy szybkość uderzeń w struny gitary wzrasta do punktu, w którym 

akord zdaje się być nieustającym, wiszącym w powietrzu brzęczeniem, Shara, wciąż skulona, unosi 

powoli głowę i w końcu patrzy wprost na nas. Zastyga tak na wieczność, jak sprężyna nakręcona 

do ostatecznych granic...

...i eksploduje, wzbijając się w górę, ku nam. Leci płynnie, szybciej niż się spodziewamy, 

zbliżając się coraz bardziej i bardziej. W końcu jej ramiona znikają po obu stronach kadru, a ekran 

wypełnia twarz, obramowana dwiema świecami, które momentalnie rozkwitają kroplami żółtego 

background image

płomienia. Gitara i bas toną w zespole.

Niemal  od razu Shara szybko  się od nas  oddala  i znowu ujęcie robi pierwsza kamera. 

Widzimy,   jak   tancerka   mknie   dziesięć   metrów   w   dół,   w   kierunku   podłogi.   W   połowie   drogi 

zmienia zamiar i skręca, przechodząc  w absolutnie  płaską trajektorie, po której przelatuje całą 

długość pomieszczenia. Uderza o przeciwległą ścianę z łomotem, słyszalnym pomimo muzyki. Jej 

uda wchłaniają energie kinetyczną, a potem uwalniają ją i znowu pędzi ku nam, ciągnąc za sobą 

wyprostowane pasmo włosów. Na naszym ekranie rośnie szeroki uśmiech tryumfu.

Przez następne pięć minut wszystkie sześć kamer daremnie usiłuje śledzić, jak Shara miota 

się po ogromnym pomieszczeniu niczym koliber, próbując wydostać się z klatki. Grawitacja została 

pokonana. Podstawowe założenie tańca jest obalone.

Shara jest przetransformowana.

Zatrzymuje się wreszcie w połowie drogi miedzy sufitem, a podłogą. Ramiona, nogi, palce, 

twarz   wyprężone   na   zewnątrz.   Jej   ciało   powoli   wiotczeje.   Cztery   skupione   na   niej   kamery 

przekazują teraz poczwórny obraz, zespół gra swoje ostatnie E - dur i... cichnie.

***

Nie miałem ani czasu, ani sprzętu, żeby przygotować takie efekty specjalne, jakie chciała 

Shara. Znalazłem więc sposoby na nagięcie rzeczywistości do moich potrzeb. Pierwszy odcinek ze 

świecą był zdublowanym, puszczonym od końca obrazem zapalonej świecy, filmowanej od góry w 

bardzo   zwolnionym   tempie.   Drugi   odcinek   był   zwykłą   rejestracją   liniowej   rzeczywistości. 

Zapaliłem   świece,   zacząłem   kręcić   -   i   kazałem   wstrzymać   ruch   obrotowy   Pierścienia.   W 

warunkach zerowej grawitacji świeca zachowuje się dziwnie. Powstające przy spalaniu rzadkie 

gazy nie unoszą się w górę i nie dopuszczają do płomienia powietrza docierającego doń zwykle od 

spodu. Płomień przygasa: przyczaja się. Przywróćcie grawitacje po upływie mniej więcej minuty, a 

znowu ożyje. Pozostała mi tylko pewna manipulacja szybkościami, by zgrać wszystko z muzyką i 

tańcem   Shary.   Ten   pomysł   podsunął   mi   Harry   Stein,   brygadzista   grupy   technicznej   zespołu 

“Skyfac", który pomagał mi w projektowaniu trików potrzebnych Sharze do następnego tańca.

Rzuciłem obraz na wideościanę w Sali Klubowej Pierścienia Jeden i na czas transmisji na 

Ziemie zgromadzili się tam wszyscy, którzy mogli oderwać się od swych obowiązków. Prawie o 

całe pół sekundy wcześniej niż cały świat widzieli dokładnie to, co za pośrednictwem światowego 

systemu łączności satelitarnej było przekazywane na Ziemie (Carrington załatwił dwadzieścia pięć 

minut programu bez wstawek reklamowych).

Transmisje spędziłem, obgryzając paznokcie, w kabinie łączności. Obeszło się jednak bez 

wpadki, wyłączyłem więc swoją konsole i zdążyłem jeszcze do Sali Klubowej, żeby ujrzeć drugą 

połowę   owacji,   jaką   stojąc   zgotowali   Sharze   członkowie   załogi   “Skyfac".   Shara   stała   przed 

background image

ekranem, obok niej siedział Carrington, a różnice w ich minach uznałem za pouczającą. Przez cały 

czas wierzyła  w siebie, zatwierdziła do rozpowszechnienia swoją taśmę - była  świadoma, z tą 

nieprawdopodobną   obiektywnością,   do   której   zdolnych   jest   niewielu   artystów,   że   ten   szalony 

aplauz jest tym, na co zasługiwała. Ale jej twarz zdradzała, że była głęboko zaskoczona i głęboko 

wdzięczna za to, że otrzymuje to, na co zasługuje.

Carrington,   ze   swej   strony,   promieniał   tryumfem   dziwnie   przemieszanym   z   ulgą.   On 

również wierzył w Sharę i wsparł ją wielką inwestycją - ale jego wiara była wiarą biznesmana w 

grę, o której wie, że się opłaci i gdy obserwowałem blask jego oczu i migotanie kropelek potu na 

czole, zdałem sobie sprawę, że żaden człowiek interesu nigdy nie podejmie kosztownego ryzyka 

bez   obawy,   iż   może   się   ono   skończyć   fiaskiem,   które   zapoczątkuje   powolną   utratę   jego 

podstawowego towaru: twarzy.

Widok tego rodzaju tryumfu w zestawieniu z radością Shary zepsuł mi te chwile i zamiast 

wzruszyć się jej sukcesem, ze zdziwieniem stwierdziłem, że niemal jej nienawidzę. Spostrzegła 

mnie i pomachała, żebym poszedł i stanął u jej boku przed wiwatującym tłumem, ale odwróciłem 

się na pięcie i dosłownie wypadłem z sali. Pożyczyłem od Harry'ego Steina flaszkę i zalałem się w 

trupa.

Nazajutrz rano miałem wrażenie, że moja głowa jest piętnastoamperowym bezpiecznikiem 

w   czterdziestoamperowym   obwodzie   i   że   nie   pękła   jeszcze   tylko   dzięki   naprężeniom 

powierzchniowym.   Bałem   się   gwałtownie   poruszyć.   Kac   znika   powoli,   nawet   przy   małym 

ciążeniu.

Zabrzęczał   telefon   -   nie   miałem   czasu   go   przerobić   -   i   nieznany   mi   młody   człowiek 

oznajmił   uprzejmie,   że   pan   Carrington   wzywa   mnie   do   swego   gabinetu.   Natychmiast. 

Powiedziałem mu o czopku z drutu kolczastego i co pan Carrington może sobie z nim zrobić - 

natychmiast. Nie zmieniając wyrazu twarzy powtórzył wiadomość i wyłączył się.

Wpełzłem więc w swoje ubranie, postanowiłem zapuścić brodę i wyszedłem. Po drodze 

zastanawiałem się na co i po co zamieniłem swoją niezależność.

Gabinet   Carringtona   był   przytłaczająco   gustowny,   ale   przynajmniej   oświetlenie   miał 

stonowane. Co najlepsze, system filtrujący potrafił sobie poradzić z dymem - w powietrzu wisiał 

słodkawy zapach popielniczki. Przyjąłem od Carringtona pokaźną szklanice Maoi - Zowie z czymś 

zbliżonym do wdzięczności i zacząłem topić w niej swego kaca.

Obok jego biurka siedziała Shara. Miała na sobie trykot i warstwę potu. Najwidoczniej 

spędziła ranek na próbach do następnego tańca. Czułem się zawstydzony, a co za tym idzie zły i 

unikając jej oczu nie odpowiedziałem nawet na jej przywitanie. Zaraz za mną weszli Panzella i 

McGillicuddy, rozprawiając o ostatniej obserwacji tajemniczego obiektu z głębin kosmosu, który 

background image

ukazał się teraz w pasie asteroidów. Spierali się miedzy sobą, czy wykazuje on oznaki inteligencji, 

czy nie, a ja pragnąłem tylko, żeby się wreszcie zamknęli.

Carrington odczekał, aż wszyscy usiedliśmy i zapaliliśmy, po czym oparł się biodrem o 

swoje biurko i uśmiechnął.

 - No i jak. Tom? 

McGillicuddy rozpromienił się.

 - Lepiej niż się spodziewaliśmy, sir. Wszystkie sondaże są zgodne co do tego, że oglądało 

nas około siedemdziesiąt cztery procent światowej widowni.

 - Do diabła z pospólstwem - warknąłem. - Co mówią krytycy? 

McGillicuddy zamrugał oczyma.

 - No wiec, jak dotąd ogólna reakcja jest taka, że Shara była wspaniała. “Times"...

 - Jaka była reakcja mniej niż ogólna? - przerwałem mu znowu.

 - Cóż, trudno jest we wszystkim o jednomyślność.

 - Ściślej. Prasa taneczna? Liz Zimmer? Migdalski?

  - Hmmmm. Zimmer nazwała to wspaniałym tańcem, zepsutym przez zbyt przeładowane 

zakończenie.

 - A Migdalski? - nalegałem.

  - Zatytułował swój artykuł “Ale co pokażesz na bis?" - przyznał McGillicuddy. - Jego 

podstawowa teza brzmi, że był to czarujący, ale niepowtarzalny zryw. Natomiast “Times"...

 - Dziękuje ci. Tom - powiedział cicho Carrington. - Tego się właściwie spodziewaliśmy, 

prawda, moja droga? Wielki plusk, ale jeszcze nikt nie odważy się go nazwać falą przypływu.

Skinęła głową.

 - Ale zrobią to, Bryce. Następne dwa tańce dokończą dzieła.

 - Panno Drummond - odezwał się Panzella - czy mogę się dowiedzieć dlaczego odegrała to 

pani w taki właśnie sposób? Dlaczego zastosowała pani interludium w zerowej grawitacji tylko 

jako dodatek do konwencjonalnego tańca? Na pewno musiała się pani spodziewać, że krytycy 

nazwą to trikiem.

Shara uśmiechnęła się.

 - Szczerze mówiąc, doktorze - odparła - nie miałam wyboru. Uczę się korzystać ze swego 

ciała  w stanie  nieważkości, ale  wciąż  jest to dla mnie  świadomy wysiłek,  prawie pantomima. 

Potrzebuje jeszcze kilku tygodni, żeby stał się moją drugą naturą, a musi się stać, jeżeli mam 

wytrzymać   cały   występ.   Tak   więc   uciekłam   się   do   tańca   konwencjonalnego,   doczepiłam 

pięciominutowe zakończenie z wykorzystaniem tych  ruchów w stanie nieważkości, których  się 

dotąd   nauczyłam   i  ku   swej   nieopisanej   uldze   stwierdziłam,   że   tworzą   razem   sensowną  całość 

background image

tematyczną.   Przekazałam   Charlie'mu   swoje   uwagi,   a   on   postarał   się   już   o   kształt   wizualny   i 

dramatyczny   całości   -   ten   trik   ze   świecami   był   jego   pomysłu   i   podkreślał   to,   co   chciałam 

powiedzieć lepiej niż jakakolwiek dekoracja, którą mogliśmy tu zbudować.

 - A więc nie skończyła pani jeszcze tego, po co pani do nas przybyła? - spytał Panzella.

  - Och, nie. W żadnym wypadku. Mój następny występ udowodni światu, że taniec jest 

czymś   więcej   niż   tylko   kontrolowanym   spadaniem.   A   trzeci...   trzeci   będzie   ukoronowaniem 

wszystkiego.   -   Jej   twarz   się   rozjaśniła,   stała   się   natchniona.   -   Trzeci   taniec   będzie   tym,   co 

pragnęłam zatańczyć przez całe swoje życie. Nie mogę go sobie jeszcze zobrazować - ale wiem, że 

kiedy stanę się zdolna do jego wykonania, stworze go i to będzie moje największe dzieło.

Panzella chrząknął.

 - Ile czasu to pani zajmie?

 - Niewiele - odparła. - Będę gotowa do następnych zdjęć za dwa tygodnie i od razu mogę 

zaczynać prace nad tym ostatnim tańcem. Przy odrobinie szczęścia będę go miała na taśmie przed 

upływem miesiąca, jaki mi pozostał.

 - Panno Drummond - powiedział ponuro Panzella - przykro mi, ale pani już nie ma tego 

miesiąca. Shara zbladła jak śnieg, a ja uniosłem się z mego fotela. Nawet Carrington wyglądał na 

zaintrygowanego.

 - Ile mam czasu? - spytała Shara.

  - Pani ostatnie testy nie wyglądają zachęcająco. Zakładałem, że ustawiczne ćwiczenia i 

próby wpłyną na spowolnienie adaptacji pani organizmu. Ale większość czasu pracuje pani przy 

całkowitym   braku   ciążenia   i   nie   przewidziałem   stopnia   w   jakim   pani   ciało   przywykło   do 

długotrwałego wysiłku w warunkach ziemskich. Występują już u pani objawy syndromu Davisa 

w...

 - Ile mam czasu?

  - Dwa tygodnie.  Może trzy,  jeśli będzie  pani spędzać  trzy pełne godziny dziennie  na 

forsownych ćwiczeniach przy dwukrotnym przeciążeniu. Możemy to wprowadzić...

  -   To   śmieszne   -   wybuchnąłem.   -   Czy   pan   nic   nie   wie   o   plecach   tancerzy?   Ona   się 

wykończy przy 2g.

 - Muszę mieć cztery tygodnie - powiedziała Shara.

 - Panno Drummond, bardzo mi przykro.

 - Muszę mieć cztery tygodnie.

Twarz Panzelli wyrażała ten sam bezgraniczny smutek, co moja i McGillicuddy'ego, a mnie 

chciało się rzygać na taki wszechświat, w którym ludzie muszą w ten sposób patrzeć na Sharę.

 - A niech to szlag trafi - ryknąłem - ona potrzebuje czterech tygodni. 

background image

Panzella potrząsnął swoją kudłatą głową.

  - Jeżeli przez cztery tygodnie będzie pozostawać w warunkach całkowitej nieważkości, 

może umrzeć.

 - No to umrę - krzyknęła Shara zrywając się z fotela. - Zaryzykuje. Muszę. 

Carrington zakasłał.

 - Przykro mi, kochanie, ale nie mogę ci na to pozwolić. 

Odwróciła się do niego z furią w oczach.

 - Ten twój taniec jest świetną reklamą dla “Skyfaca" - powiedział spokojnie - ale jeśli cię 

zabije, to może podziałać jak bumerang, nieprawdaż?

Poruszyła ustami i rozpaczliwie starała się zapanować nad sobą. W mojej głowie kłębiło się 

rojowisko myśli. Umrze? Shara?

 - Poza tym - dodał - bardzo cię polubiłem.

 - A więc zostanę tu, w kosmosie - wybuchnęła.

  -   Gdzie?   Jedynymi   obszarami,   w   których   panują   warunki   całkowitej   nieważkości,   są 

zakłady produkcyjne, a ty nie masz kwalifikacji, żeby w którymś z nich pracować.

  -   No   to,   na   miłość   boską,   oddaj   mi   jedną   z   tych   gondol,   tych   małych   kul,   Bryce. 

Gwarantuje ci większy zwrot twojej inwestycji niż może ci przynieść gondola fabryczna i ja... - 

głos się jej załamał - ...będziesz miał mnie na każde skinienie.

Uśmiechnął się leniwie.

  -   Tak,   ale   kiedyś   mogę   się   tobą   znudzić.   Moja   matka   ostrzegała   mnie   bardzo   przed 

podejmowaniem nieodwołalnych decyzji w stosunku do kobiet. Szczególnie tych nieoficjalnych. 

Poza tym seks w stanie nieważkości wydaje mi się zbytnio wyczerpujący, podobnie jak monotonna 

dieta.

Niemal   odzyskałem   głos   i   znowu   go   straciłem.   Byłem   zadowolony,   że   Carrington   jej 

odmawia, ale sposób, w jaki to robił sprawił, iż zapragnąłem jego krwi.

Shark również zaniemówiła na pewien czas. Kiedy się odezwała, głos miała niski, napięty, 

niemal błagalny.

  - Bryce, to tylko sprawa odpowiedniego rozłożenia w czasie. Jeżeli nadam jeszcze dwa 

tańce w ciągu najbliższych czterech tygodni, będę miała świat, do którego można wracać. Jeżeli 

musiałabym teraz wrócić na Ziemie i czekać rok albo dwa, ten trzeci taniec przejdzie bez echa - 

nikt go nie będzie oglądał i nie będą już pamiętali dwóch pierwszych. To moja jedyna szansa, 

Bryce. Pozwól mi zaryzykować. Panzella nie może na pewno stwierdzić, że cztery tygodnie mnie 

zabiją.

 - Nie mogę gwarantować, że je przeżyjesz - powiedział doktor.

background image

 - Nie może pan gwarantować, że którekolwiek z nas przeżyje dzisiejszy dzień - warknęła.

Znów odwróciła się w stronę Carringtona i utkwiła w nim wzrok. - Bryce, pozwól mi 

zaryzykować. - Jej twarz dokonała straszliwego wysiłku i wykrzywiła się w uśmiechu. - To ci się 

opłaci.

Carrington   smakował   ten   jej   uśmiech   i   pełne   poddanie   w   jej   głosie   jak   człowiek 

rozkoszujący się czerwonym winem. Miałem chęć rozszarpać go własnymi rękoma i zębami na 

kawałki i jednocześnie modliłem się, żeby dorzucił jeszcze jedno okrucieństwo, aby ostatecznie 

odwieść ją od tego zamiaru. Ale nie doceniłem jego rzeczywistego okrucieństwa.

 - Prowadź dalej swoje próby, moja droga - powiedział w końcu. - Podejmiemy ostateczną 

decyzje, gdy przyjdzie na to czas. Będę musiał to przemyśleć.

Nie pamiętam, abym kiedykolwiek w życiu czuł się równie bezradny jak wtedy, równie 

bezsilny. Wiedząc, że to daremne, powiedziałem:

 - Sharo, nie mogę pozwolić, abyś ryzykowała życiem...

 - Ja to zrobię, Charlie - przerwała mi - z tobą czy bez ciebie. Nikt nie rozumie tego co robię 

na   tyle   dobrze,   żeby   to   rejestrować   tak   jak   ty,   ale   jeśli   chcesz   się   wycofać,   nie   mogę   cię 

zatrzymywać.

Carrington obserwował mnie z jakimś obojętnym zainteresowaniem.

 - No wiec? - nalegała. 

Zakląłem szpetnie.

 - Znasz odpowiedź.

 - No to bierzmy się do roboty.

***

Nowicjusze są transportowani na ciężarnych kijach od mioteł. Starzy wyjadacze zwieszają 

się   na   rękach   ze   śluzy   i   dyndają,   trzymając   się   uchwytów   po   zewnętrznej   stronie   wirującego 

Pierścienia   (nie  jest  to  trudne   przy  ciążeniu   mniejszym  niż   połowa  ziemskiego).  Zwracają   się 

twarzą w kierunku wirowania i kiedy pod horyzontem pojawia się miejsce przeznaczenia, po prostu 

puszczają  uchwyt.   Niezbędnych  korekt  kursu  dokonuje  się za  pomocą   silniczków  rakietowych 

wbudowanych w rękawice i buty. Pokonywane odległości nie są duże. A jednak tacy śmiałkowie 

stanowią tylko nieliczną gromadkę starych wyg.

Mając za sobą więcej godzin spędzonych w stanie nieważkości niż niektórzy technicy od lat 

zatrudnieni   na   “Skyfac",   byliśmy   z   Sharą   starymi   wyjadaczami.   Z   naszych   silniczków 

korzystaliśmy rzadko i efektywnie, głównie po to, by wygasić energie, kinetyczną, nadawaną nam 

przez Pierścień, który opuszczaliśmy. Mieliśmy larynogofony i odbiorniczki wielkości aparatów 

słuchowych,   ale   w   drodze   przez   pustkę,   nie   rozmawialiśmy.   Znalezienie   się   w   środowisku 

background image

pozbawionym lokalnego pionu - wyraźnie określonej “góry" i “dołu" - myśli i wywołuje niepokój 

bardziej, niż może to sobie wyobrazić ktoś, kto nigdy nie opuszczał Ziemi. Z tego tylko powodu, 

wszystkie konstrukcje zespołu “Skyfac" są ustawiane w tej samej, wyimaginowanej “ekliptyce", ale 

niewiele to pomaga. Zastanawiałem się niejednokrotnie, czy kiedykolwiek do tego przywyknę - a 

jeszcze częściej zastanawiałem się, czy w ogóle powinienem przyzwyczajać się do braku bólu w 

nodze. Zdawała się już boleć mnie mniej nawet niż przy wirowaniu.

Wylądowaliśmy na powierzchni naszego nowego studia z impetem mniejszym niż lądujący 

na   ziemi   spadochroniarz.   Była   to   stalowa   kula,   obłożona   bateriami   słonecznymi   i   ekranami 

cieplnymi. Połączono ją z innymi trzema kulami, znajdującymi się w różnych stadiach budowy. 

Nawet   teraz   pracowali   na   nich   chłopcy  Harry'ego   Steina.   McGillicuddy   powiedział   mi,   że   po 

ukończeniu ten kompleks wykorzystywany będzie do “przetwarzania w kontrolowanej gęstości", a 

kiedy   powiedziałem:   “Co   pan   powie?"   dodał:   “Spienianie   dyspersyjne   i   odlewanie   w 

kontrolowanej gęstości", jak gdyby to wyjaśniało wszystko. Może i wyjaśniało. W chwili obecnej 

było to studio Shary.

Śluza   prowadziła   do   dość   ciasnej   przestrzeni   roboczej,   otaczającej   mniejszą   kule 

wewnętrzną, która miała średnice jakichś pięćdziesięciu metrów. Wewnętrzna kula była również 

hermetyczna i docelowo miała zawierać próżnie, teraz jednak jej śluzy stały otworem. Zdjęliśmy 

skafandry, a Shara, trzymając się wspornika, zdjęła ze swego skafandra bransoletki z silniczkami 

rakietowymi i nałożyła je na kostki nóg. Potem zapięła na przegubach obrączki z takimi samymi 

silniczkami. Jako biżuteria były trochę za masywne - ale mogły pracować nieprzerwanie przez 

dwadzieścia minut, przy czym w normalnej atmosferze i przy odpowiednim oświetleniu ich praca 

była   zupełnie   niewidoczna.   Bez   nich   taniec   przy   zerowym   ciążeniu   byłby   niewypowiedzianie 

trudniejszy.

Gdy zapinała ostatni pasek, podpłynąłem do niej od przodu i chwyciłem się za wspornik.

 - Sharo...

  -   Poradzę   sobie,   Charlie.   Będę   ćwiczyła   przy   trzykrotnym   przeciążeniu   i   spała   przy 

dwukrotnym, ale dopnę swego. Wiem, że potrafię.

 - Mogłabyś opuścić “Masa to czasownik" i przejść od razu do “Gwiezdnego tańca". 

Potrząsnęła głową.

 - Nie jestem jeszcze do niego gotowa i nie jest jeszcze gotowa widownia. Najpierw muszę 

przeprowadzić ich i siebie przez taniec w kuli, w przestrzeni zamkniętej, zanim będę gotowa do 

tańca w otwartym kosmosie albo zanim oni będą gotowi do jego odbioru. Muszę uwolnić swój i ich 

umysły od każdego z przyjętych wyobrażeń o tańcu, zmienić wszystkie jego założenia. Nawet dwa 

etapy to za mało - ale to jest nieprzekraczalne minimum - jej oczy złagodniały. - Charlie, ja muszę.

background image

 - Wiem - burknąłem i odwróciłem się od niej. Łzy są przykrą rzeczą w stanie nieważkości - 

nigdzie nie spływają. Tworzą po prostu głupio wyglądające, wypukłe szkła kontaktowe, w których 

pływa świat. Zacząłem podciągać się po powierzchni kuli w kierunku stanowiska kamery, którą 

pracowałem, Shara zaś wpłynęła do jej wnętrza, żeby rozpocząć próbę.

Instalując   swój   sprzęt,   przeciągając   kable   pomiędzy   wspornikami   i   dołączając   je   do 

dryfujących rozgałęziaczy, modliłem się. Po raz pierwszy od lat. Modliłem się, żeby Sharze się 

udało. Żeby udało się nam obojgu.

Następne   dwanaście   dni   było   najtrudniejszym   okresem   mego   życia.   Shara   pracowała 

równie   ciężko,   jak   ja.   Połowę   każdego   dnia   spędzała   na   próbach   w   studio,   połowę   reszty   na 

ćwiczeniach w 2,5 g (to maksimum, na jakie zgodził się Panzella), a trzy z pozostałych sześciu 

godzin w łóżku Carringtona, starając się zadowolić go na tyle, żeby pozwolił jej na wydłużenie 

limitu czasu. Może spała przez te kilka godzin które jej pozostawały. Wiem tylko, że nigdy nie 

wyglądała  na zmęczoną,  nigdy nie pokazywała  po sobie zniechęcenia  i nigdy nie traciła  swej 

zawziętej   determinacji.   Uparcie,   opornie   jej   ciało   wyzbywało   się   niezgrabności,   przybierając 

wdzięk w środowisku, w którym wymaga to nadzwyczajnej koncentracji. Jak dziecko uczy się 

chodzić, tak Shara uczyła się latać.

Ja zaś zaczynałem się nawet przyzwyczajać do braku bólu w nodze.

***

Cóż mogę powiedzieć o “Masie", skoro jej nie widzieliście? Nie sposób jej opisać, tak 

samo, jak nie można słowami opisać symfonii. Konwencjonalna terminologia taneczna jest, ze 

względu na wbudowane w nią założenia, zupełnie bezużyteczna i jeśli w ogóle obeznani jesteście z 

nową   nomenklaturą,   to   musicie   znać   “Masa   to   czasownik",   z   której   czerpie   ona   swoje 

nazewnictwo.

Niewiele też mogę powiedzieć o technicznych aspektach “Masy". Nie było w niej żadnych 

efektów specjalnych, nie było nawet podkładu muzycznego. Wspaniała muzyka Raoula Brindle'a 

skomponowana została na podstawie samego tańca i nałożona na ścieżkę dźwiękową za moim 

pozwoleniem w dwa lata później. Ale nagrodę Emmy dostałem za oryginalną, niemą wersje. Cały 

mój wkład, poza montażem i zainstalowaniem dwóch trampolin, sprowadzał się do zamaskowania 

źródeł rozproszonego światła, które grupami otaczały obiektywy kamer i takiego ich połączenia, że 

były zasilane tylko wtedy, gdy nie znajdowały się w kadrze pracującej kamery. Dzięki temu Shara 

była   wciąż   oświetlona   od   przodu   i   miała   dwa   (nie   zawsze   jednakowej   wielkości)   cienie.   Nie 

próbowałem   nawet   wprowadzać   błyskotliwej   pracy   kamer;   po   prostu   rejestrowałem   jej   taniec 

zmieniając ujęcie tylko wtedy, gdy wychodziła mi z kadru.

Nie, “Masę" można opisać jedynie terminami symbolicznymi, a zatem ubogo. Mogę tylko 

background image

powiedzieć,  że Shara pokazała, iż masa i bezwładność, podobnie jak grawitacja, są zdolne do 

dostarczenia   konfliktu   dynamicznego,   który   jest   podstawą   tańca.   Mogę   wam   powiedzieć,   że 

wydestylowała z nich taki rodzaj tańca, który mogła wyobrazić sobie tylko grupa składająca się z 

akrobaty,   pilota   uprawiającego   akrobacje,   lotniczą,   pilota   piszącego   po   niebie   dymem 

wypuszczanym z samolotu i podwodnej baleriny. Mogę wam powiedzieć, że panując nad ciałem 

zgodnie ze swą wolą i nad samą przestrzenią zgodnie ze swą potrzebą, zburzyła ostatnią granice, 

jaka leżała miedzy nią a absolutną swobodą ruchu.

I wciąż jeszcze powiedziałem mniej niż nic. Ponieważ Shara znalazła coś więcej niż samą 

wolność - ona znalazła sens. “Masa" była ponad wszystko przeżyciem duchowym - jej dwuznaczny 

tytuł odzwierciedla tematyczną niejednoznaczność tego, co technologiczne, z tym co teologiczne: 

Shara uczyniła konfrontacje człowieka z bytem aktem przejściowym, dosłownym spotkaniem Boga 

w pół drogi. Nie zamierzam sugerować, że jej taniec w jakimkolwiek momencie odwoływał się do 

zewnętrznego Boga - dyskretnej istoty z białą brodą lub bez niej. Jej taniec odwoływał się do 

rzeczywistości, wyrażał sobą Trzy Wieczne Pytania zadawane przez każdą rozumną istotę, jaka 

kiedykolwiek żyła.

Jej taniec obserwował ją samą i pytał: jak to się stało, że jestem tutaj?

Jej taniec obserwował wszechświat, w którym istniał i pytał: jak to się stało, że to wszystko 

jest tu ze mną?

I w końcu, obserwując ją na tle swojego wszechświata, zadawał pytanie: Dlaczego jestem 

taka samotna?

I zadawszy te pytania otworzyła ciało i dusze przed tym wszechświatem i gdy odpowiedź 

nie nadeszła, skurczyła się w sobie. Nie w sensie dramatycznym, przypominającym kurczenie się 

sprężyny. Było to podobne fizycznie, a zarazem zupełnie inne zjawisko. Był to akt introspekcji, 

zwrócenie   na   siebie   oka   duszy,   aby  w   swym   wnętrzu   szukać   odpowiedzi,   których   nie   można 

znaleźć nigdzie indziej. Jej ciało też zdawało się zapadać w siebie, zmniejszając swą masę tak 

równomiernie, że jego położenie w przestrzeni nie uległo zmianie.

Kamera wyłączyła się, pozostawiając Sharę samą, sztywną, tęskniącą. Taniec się skończył, 

pozostawiając trzy pytania, które postawiła, bez odpowiedzi, ich napięcie nie rozładowane. Tylko 

wyraz cierpliwego oczekiwania na jej twarzy stępił szokującą krawędź niespełnienia, uczynił ją 

znośnym, małym, błogosławionym znakiem, szepcząc: ciąg dalszy nastąpi.

Osiemnastego  dnia mieliśmy  to gotowe do obróbki. Shara natychmiast  przestała o tym 

myśleć   i przystąpiła  do  pracy  nad  choreografią  “Gwiezdnego   tańca",  ale   ja  zanim  taśma   była 

gotowa   do   emisji,   spędziłem   jeszcze   dwa   ciężkie   dni   montując   ją.   Zostało   mi   cztery   dni   do 

wykupionej przez Carringtona półgodzinnej emisji - ale to nie oddech tej nieprzekraczalnej granicy 

background image

czułem na swym karku.

Gdy ślęczałem nad montażem, przyszedł do mojej pracowni McGillicuddy i chociaż widział 

łzy spływające  mi  po policzkach, nie odezwał się ani słowem.  Puściłem taśmę i oglądał ją w 

milczeniu. Wkrótce i jego policzki powilgotniały. Taśma dawno już się skończyła, gdy odezwał się 

bardzo cicho.

 - Lada dzień zamierzam rzucić te. śmierdzącą robotę. Nie odpowiedziałem.

  - Byłem przedtem instruktorem karate. Byłem niezły. Mogę znowu uczyć, może stoczyć 

parą walk zarabiając dziesięć procent tego, co tutaj.

Nie odpowiedziałem.

  -   Gdy   ostatnim   razem   wychodziliście   na   zewnątrz   widziałem   was   oboje   w   śluzie 

powietrznej.   Widziałem   jak   się   przewróciła.   Widziałem,   jak   pomagałeś   jej   dojść   do   siebie. 

Słyszałem, jak kazała ci przyrzec, że nic nie powiesz doktorowi Panzelli.

Czekałem. Pragnąłem zapaść się pod ziemie. 

Osuszył sobie twarz.

  -   Przyszedłem   tutaj,   żeby   ci   powiedzieć,   że   idę   poinformować   o   wszystkim   doktora 

Panzellę. On wymusi na Carringtonie, by Sharę natychmiast odesłać na Ziemie.

 - A teraz? - spytałem.

 - Widziałem te taśmę.

 - I wiesz, że “Gwiezdny taniec" prawdopodobnie ją zabije?

 - Tak.

 - Wiesz, że musimy jej na to pozwolić? 

 - Tak.

Pragnąłem umrzeć. Pokiwałem głową.

 - A więc wyjdź stąd i daj mi pracować.

Wyszedł.

***

Na Wall Street i na pokładzie “Skyfac" było późne popołudnie, gdy ku swej satysfakcji 

miałem taśmę zmontowaną. Zadzwoniłem do Carringtona, powiedziałem mu, żeby mnie oczekiwał 

za pół godziny, wziąłem prysznic, ogoliłem się, ubrałem i wyszedłem.

Gdy zjawiłem się w gabinecie Carringtona, był z nim major Sił Kosmicznych, ale nie został 

mi przedstawiony, więc go zignorowałem. Była tam również Shara, odziana w coś utkanego z 

pomarańczowego dymu, co odsłaniało cały jej biust. Najpewniej kazał jej się tak ubrać Carrington, 

ale ona nosiła to z osobliwą, perwersyjną godnością, co jak wyczuwałem irytowało go. Spojrzałem 

jej w oczy i uśmiechnąłem się.

background image

 - Czołem, mała. To dobra taśma.

 - Zobaczymy - powiedział Carrington. Wraz z majorem zajęli miejsca za biurkiem, a Shara 

usiadła obok niego.

Wsunąłem   taśmę   w   szczelinę   wmontowanej   w   ścianę   gabinetu   aparatury   wideo, 

przygasiłem   światła   i   usiadłem   z   drugiego   boku   biurka.   Film   trwał   nieprzerwanie   przez 

dwadzieścia minut bez ścieżki dźwiękowej, zupełnie nagi.

Był wspaniały.

“Osłupienie" to zabawne słowo. Żeby coś wprawiło cię w osłupienie, musi cię trafić w 

miejsce jeszcze nie opancerzone cynizmem. Zdaje mi się, że ja już się urodziłem cynikiem - o ile 

dobrze   sobie   przypominam,   w   stan   osłupienia   popadłem   tylko   trzy   razy.   Po   raz   pierwszy 

przydarzyło mi się to w wieku trzech lat, gdy dowiedziałem się, że istnieją ludzie, którzy mogą z 

premedytacją   dręczyć   małe   kotki.   Po   raz   drugi   osłupiałem   w   wieku   lat   siedemnastu,   gdy 

dowiedziałem się, że istnieją ludzie, którzy mogą  zażywać  LSD, a potem dla zabawy dręczyć 

innych ludzi. Po raz trzeci osłupiałem, gdy skończyła się “Masa to czasownik", Carrington zaś 

idealnie konwersacyjnym tonem powiedział: “Bardzo przyjemne; bardzo wdzięczne. Podoba mi 

się", a ja dowiedziałem się w wieku lat czterdziestu pięciu, że istnieją ludzie - nie głupcy, nie 

kretyni, ale ludzie inteligentni - którzy mogą oglądać taniec Shary i nic nie rozumieć. My wszyscy, 

nawet ci najbardziej cyniczni, mamy jakieś złudzenia, które pielęgnujemy.

Shara po prostu to przełknęła, ale widziałem, że major był tak samo osłupiały jak ja i z 

widocznym wysiłkiem panuje nad swą twarzą.

Zadowolony, że mogę odwrócić swą uwagę od wypełniającej mnie odrazy i konsternacji, 

zacząłem nagle przyglądać mu się uważniej i po raz pierwszy zastanawiać, co on tu robi. Był w 

moim wieku, szczupły i bardziej ogorzały ode mnie, ze srebrnym puszkiem na wierzchu czaszki i 

nadzwyczaj bujnym wąsem pod nosem. Wziąłbym go za przyjaciela Carringtona, ale przeczyły 

temu trzy spostrzeżenia. Coś nieokreślonego w jego oczach powiedziało mi, że jest wojskowym o 

długim stażu w armii. Coś równie nieokreślonego w jego postawie powiedziało mi, że jest w tej 

chwili na służbie. I coś zupełnie określonego w linii jego ust skłoniło mnie do przypuszczenia, że 

obowiązki służbowe, które go tu wezwały, napawają go wstrętem.

Gdy Carrington uprzejmym tonem ciągnął. - A co pan o tym sądzi, majorze? - ten człowiek 

milczał przez chwile, zbierając myśli i dobierając słów. Kiedy się odezwał, nie zwracał się do 

Carringtona.

  - Panno Drummond - powiedział spokojnie - jestem major William Cox, dowódca SC 

“Champion" i czuje się, zaszczycony tym, że poznałem panią. To był najgłębiej poruszający film, 

jaki w życiu widziałem.

background image

Shara podziękowała poważnym tonem.

 - To jest Charles Armstead, majorze Cox. On to nakręcił. 

Cox spojrzał na mnie z nowym zainteresowaniem.

 - Wspaniała robota, panie Armstead. 

Wyciągnął rękę, a ja ją uścisnąłem.

Carrington zaczynał zdawać sobie sprawę, że my troje dzielimy miedzy sobą coś, co dla 

niego jest nieosiągalne.

 - Cieszę, się, że się panu podobało, majorze - powiedział nie siląc się na szczerość. - Jutro 

wieczorem może pan to obejrzeć ponownie w swoim telewizorze, jeżeli nie będzie miał pan służby. 

I oczywiście będzie dostępne na kasetach. A teraz może przeszlibyśmy do sprawy, która wymaga 

załatwienia.

  - Twarz Coxa zamknęła się, jakby zapiął się na zamek błyskawiczny, stała się sztywno 

formalna.

 - Jak pan sobie życzy, sir.

Zaintrygowany, zacząłem od tego, co ja uważałem za sprawą do załatwienia.

 - Chciałbym, żeby tym razem nad emisją czuwał pański szef łączności, panie Carrington. 

Shara i ja będziemy zbyt zajęci, żeby...

 - Nad tą emisją będzie czuwał mój szef łączności, Armstead - przerwał mi Carrington - ale 

nie sądzę, aby pan był w tym czasie szczególnie zajęty.

Byłem otumaniony z braku snu; moja zdolność kojarzenia uległa spowolnieniu. 

Carrington dotknął delikatnie swojego biurka.

 - McGillicuddy zamelduje się u mnie natychmiast - powiedział i odsunął rękę. - Widzisz, 

Armstead. Ty i Shara wracacie natychmiast na Ziemią.

 - Co takiego?

 - Bryce, nie możesz - krzyknęła Shara. - Obiecałeś.

 - Obiecałem? Moja droga, ostatniej nocy nie było przy nas żadnych świadków. No i dobrze 

się stało, czyż nie mam racji?

Zaniemówiłem z wściekłości. Wszedł McGillicuddy.

 - Cześć, Tom - powiedział sympatycznie Carrington. - Jesteś wylany. Wracasz na Ziemie 

razem z panną Drummond i panem Armsteadem na pokładzie statku majora Coxa. Start za godziną. 

Nie zapomnij czegoś: - Przeniósł wzrok z McGillicuddy'ego na mnie. - Z biurka Toma można się 

podłączyć dyskretnie do każdego wideofonu na “Skyfac". Z mojego biurka można się podłączyć do 

biurka Toma.

 - Bryce, dwa dni - głos Shary był niski. - Bądź człowiekiem, wymień cenę..

background image

 - Przepraszam, kochanie - uśmiechnął się lekko. - Doktor Panzella powiadomiony o twoim 

upadku zajął wyraźne stanowisko. Nawet jednego dnia. Żywa, robisz doskonałą reklamę - jesteś 

moim darem dla świata. Martwa, będziesz kamieniem u mej szyi. Nie mogą ci pozwolić umrzeć na 

moim terenie. Spodziewałem się, że możesz stawiać opór, porozumiałem się wiać z przyjacielem - 

tu   spojrzał   na   Coxa   -   z   wyższego   szczebla   Dowództwa   Sił   Kosmicznych,   który   był   na   tyle 

uprzejmy, żeby przysłać tu majora z poleceniem eskortowania cię w drodze do domu. Nie jesteś 

aresztowana w sensie prawnym - ale zapewniam cię, że nie masz wyboru. Wchodzi tu w grę coś w 

rodzaju  troski o  twoje  zdrowie.  Do widzenia,   Sharo -  sięgnął  po  piętrzący  się  na biurku  stos 

meldunków, a ja zadziwiłem nawet samego siebie.

Zmiotłem z biurka dosłownie wszystko i pochyliwszy głowę wyrżnąłem go bykiem prosto 

w mostek. Krzesło, na którym siedział, przytwierdzone było do podłogi sworzniami, a więc pękło z 

trzaskiem. Odzyskałem równowagę na tyle szybko, żeby wyprowadzić jeszcze jeden przepiękny 

prawy prosty. Wiecie, jak podczas kozłowania odbija się od parkietu piłka do koszykówki? Tak 

właśnie, w zwolnionym  tempie,  charakterystycznym  dla zmniejszonego  ciążenia,  odbiła  się od 

podłogi jego głowa.

Cox podniósł mnie potem na nogi i popychając przed sobą wtłoczył w przeciwległy kąt 

gabinetu.

 - Nie - powiedział do mnie, a jego głos musiał mieć w sobie dużo z “nawyku wydawania 

rozkazów", ponieważ ochłonąłem od razu. Stałem, dysząc ciężko, podczas gdy Cox pomagał wstać 

Carringtonowi.

Multimiliarder pomacał swój rozkwaszony nos, popatrzył na powalane krwią palce i rzucił 

mi pełne nienawiści spojrzenie.

  -   Nie   będziesz   już   pracował   w   wideo,   Armstead.   Jesteś   skończony.   Bezrobotny, 

zrozumiałeś? 

Cox poklepał go po ramieniu i Carrington odwrócił się gwałtownie.

 - Czego pan chce, u diabła? - warknął. 

Cox uśmiechnął się.

  - Carrington, mój świętej pamięci ojciec powiedział kiedyś: “Bili, wrogów rób sobie z 

wyboru, nie z przypadku". Z upływem lat przekonałem się, że była to świetna rada. Zapamiętaj ją 

sobie.

Shara uśmiechnęła się ironicznie.

Carrington   zamrugał   oczyma.   Potem   jego   absurdalnie   szerokie   ramiona   poszerzyły   się 

jeszcze bardziej i ryknął:

 - Wynoście się stąd wszyscy! Precz z moich oczu!

background image

Milczące porozumienie kazało nam czekać aż i Tom wygłosi swoją kwestie:

  - Panie Carrington - powiedział - to rzadki przywilej i wielki zaszczyt być przez pana 

osobiście wylanym z pracy. Powinienem to sobie zapamiętać na zawsze jako pyrrusową kieskę. - I 

zgięty w pół wycofał się za nami z gabinetu. Każde z nas podtrzymywane było na duchu przez 

młodzieńcze poczucie tryumfu, które musiało nam starczyć na pełne dziesięć sekund.

background image

Rozdział 4

Uczucie spadania, które towarzyszy każdemu, kto po raz pierwszy znalazł  się w stanie 

nieważkości, nie jest wcale złudzeniem - ale zanika gwałtownie, gdy ciało nauczy się traktować je 

jako   złudzenie.   Teraz,   przeżywając   ostatnie   pół   godziny,   zanim   ponownie   znajdę   się   w   polu 

grawitacyjnym Ziemi, czułem się, jakbym spadał.

“Champion"   był   trzy   razy   większy   od   wahadłowca   Carringtona.   Ucieszyło   mnie   to   z 

początku jak dzieciaka, ale później uświadomiłem sobie, że wzywając go, Carrington nie ponosił 

kosztów paliwa ani utrzymania załogi. Wartownik przy śluzie powietrznej zasalutował nam, gdy 

wchodziliśmy.   Cox   zaprowadził   nas   na   rufę,   do   pomieszczenia,   w   którym   zostaliśmy 

zakwaterowani.   Po   drodze   zauważył,   że   do   podciągania   używałem   tylko   lewej   ręki   i   gdy   się 

zatrzymaliśmy, powiedział:

 - Panie Armstead, mój świętej pamięci ojciec mawiał tak: “Gołą ręką wal w miękkie partie. 

W twarde wal przyrządami". Poza tym nie dostrzegam braków w pańskiej technice. Chciałbym 

uścisnąć pańską dłoń. 

Spróbowałem się uśmiechnąć, ale bezskutecznie.

 - Podziwiam pański gust w dobieraniu sobie nieprzyjaciół, majorze.

 - Mężczyzna nie może żądać lepszej pochwały. Przykro mi, że dopóki nie wylądujemy, nie 

mogę rozkazać lekarzowi, by obejrzał pańską rękę.

 - Niech się pan nią nie przejmuje. Proszę tylko o zwiezienie Shary na dół w sposób szybki i 

bezbolesny.

Skłonił się Sharze, powiedział, jak bardzo jest mu, itd. i życzył nam wszystkim przyjemnej 

podróży. Przypięliśmy się pasami do foteli, żeby oczekiwać na odpalenie silników. Zapadło długie 

i   ciężkie   milczenie,   wypełnione   ogólnym   przygnębieniem.   Nie   patrzyliśmy   na   siebie,   jakby 

obawiając się, iż przez spojrzenia nasz smutek się połączy i osiągnie jakiś rodzaj masy krytycznej. 

Żal zamknął nam usta i wierzyłem, że było w tym nadzwyczaj mało rozczulania się nad sobą.

I wtedy wydało mi się, że upłynęło masę czasu. Z sąsiedniego pomieszczenia dochodziły 

przytłumione, odgłosy jakiejś paplaniny przez interkom, ale nasz nie był włączony do sieci. W 

końcu jednak zaczęliśmy chaotycznie rozmawiać, dyskutując nad spodziewaną reakcją krytyki na 

“Masa to tylko  słowo", spierając się, czy warto prowadzić  jej analizę,  czy też  teatr naprawdę 

umarł... Poruszaliśmy wszystkie tematy naraz, wszystkie z wyjątkiem planów na przyszłość. W 

końcu   nie   było   już   o   czym   rozmawiać,   więc   zamknęliśmy   się   znowu.   Powinienem   chyba 

background image

powiedzieć, że znajdowaliśmy się w szoku.

Z niewiadomej przyczyny wyszedłem z niego pierwszy.

 - Co jest, u diabła? Czemu to trwa tak długo? - warknąłem ze złością.

Tom zaczął mówić coś uspokajającego, potem zerknął na zegarek i wykrzyknął:

 - Masz racją. To już ponad godzinę.

Spojrzałem na zegar ścienny, zaplątałem się beznadziejnie, dopóki nie zorientowałem się, 

że wskazuje czas Greenwich, zamiast czasu Wall Street i stwierdziłem, że Tom nie myli się.

  - Do licha - krzyknąłem - całe cholerne sedno tej awantury tkwi w tym, żeby uchronić 

Sharę przed przekroczeniem limitu czasu przebywania w stanie nieważkości! Idę na dziób.

  - Poczekaj, Charlie - Tom dwiema zdrowymi  rękami odpiął pasy szybciej ode mnie. - 

Zostań tutaj i ochłoń trochę. Pójdę się dowiedzieć skąd ta zwłoka.

Wrócił po kilku minutach. Twarz miał odprężoną.

 - Nigdzie nie lecimy. Cox otrzymał rozkazy, żeby się stąd nie ruszać.

 - Co? Tom, o czym ty do diabła mówisz? 

Jego głos brzmiał całkiem zabawnie.

 - Czerwone ćmy. A może raczej podobne do pszczół. W balonie.

Nie   mógł   po   prostu   żartować,   a   to   znaczyło,   że   niedawne   przeżycia   dokładnie 

poprzestawiały mu wszystkie klepki w głowie, co z kolei oznaczało, że w jakiś sposób zbłądziłem 

w mój ulubiony koszmar, w którym każdy oprócz mnie popada w szaleństwo i zaczyna do mnie 

bełkotać coś, czego nie rozumiem. Pochyliłem więc głowę jak rozwścieczony byk i wypadłem z 

kajuty tak szybko, że drzwi ledwie zdążyły ustąpić mi z drogi.

Kiedy dopadłem drzwi prowadzących na mostek, pędziłem już tak szybko, że można mnie 

było zatrzymać tylko przewracając na podłogę. Członkowie załogi zostali kompletnie zaskoczeni. 

W progu wywiązała się krótka szamotanina i po chwili byłem już na stanowisku dowodzenia. W 

chwile później doszedłem do wniosku, że mnie również ogarnia szaleństwo, co w jakiś sposób 

uporządkowało natłok kłębiących się w mej głowie myśli.

Frontowa   ściana   mostka   była   jednym,   ogromnym   ekranem   wideo.   Kłębiło   się   na   nim, 

wyraźne na tle czarnej głębi, jak papierosy w mroku, mrowie czerwonych ciem.

Przeświadczenie o nierealności tego zjawiska uspokoiło mnie trochę. Ale w chwile potem 

Cox przywołał mnie do rzeczywistości, wrzeszcząc.

 - Wynoś się stąd, człowieku.

Gdyby mój umysł znajdował się w normalnym stanie, ten krzyk wymiótłby mnie za drzwi i 

poniósł w najdalszy kąt statku. W mojej obecnej kondycji psychicznej zdołał tylko skłonić mnie do 

zaakceptowania tej niemożliwej sytuacji. Otrząsnąłem się jak mokry pies i odwróciłem w stronę 

background image

Coxa.

 - Majorze - powiedziałem z desperacją - co się tu dzieje?

Tak jak króla może zadziwić pachołek, który odmawia przyklęknięcia na jego widok, tak 

Coxa zaskoczył fenomen, że ktoś śmiał nie posłuchać jego rozkazu. Tylko dzięki temu uzyskałem 

odpowiedź.

  -   Stanęliśmy   oko   w   oko   z   inteligentnym,   obcym   życiem   -   powiedział   krótko.   - 

Przypuszczam, że to rozumne plazmoidy.

Nigdy, ani przez chwile, nie pomyślałem, że ten tajemniczy obiekt, skaczący jak żaba po 

układzie słonecznym od chwili mojego przybycia na “Skyfac" jest żywy. Uczyniłem wysiłek, żeby 

to   sobie   uzmysłowić,   po  czym   zaniechałem  tego   przekraczającego  moją  wyobraźnie   zadania  i 

wróciłem do priorytetowej sprawy, która mnie tu przywiodła.

  - Równie dobrze może to być osiem malutkich reniferków. Nic mnie to nie obchodzi. 

Musicie natychmiast sprowadzić te. puszkę od konserw z powrotem na Ziemie..

  -   Sir,   na   tym   statku   ogłoszono   alarm   i   znajduje   się   on   obecnie   w   stanie   pogotowia 

bojowego. W tej chwili stygną nietknięte wszystkie kolacje w Północnej Ameryce. Będę się uważał 

za szczęściarza,  jeśli jeszcze kiedyś  ujrzę. Ziemie.  A teraz proszę wyjść z mojego stanowiska 

dowodzenia.

 - Przecież pan nic nie rozumie. Shara przekracza swój limit. To wasze opieprzanie się ją 

zabije. Przecież przyleciał pan tu po to, żeby temu zapobiec, jasna cholera...

  -   PANIE   ARMSTEAD!   To   jest   okręt   wojenny.   Stoimy   twarzą   w   twarz   z   ponad 

pięćdziesięcioma inteligentnymi istotami, które dwadzieścia minut temu pojawiły się nie wiadomo 

skąd, istotami, które, jak z tego wynika, posługują się napędem, o którym nie mamy zielonego 

pojęcia, napędem, nie posiadającym żadnych widocznych elementów mechanicznych. Jeżeli dzięki 

temu poczuje się pan lepiej, to powiem panu, że dociera do mnie, iż mam na pokładzie pasażerów o 

realnej dla mojego gatunku wartości. Być może nawet więcej wartych niż ten statek i ktokolwiek 

inny na nim przebywający.  Jeśli to pana w jakiś sposób usatysfakcjonuje, to powiem panu, że 

świadomość tego wywołuje moją rozterkę, której potrzebuje jak pryszcza na tyłku, a możliwość 

zejścia z tej orbity mam  taką  samą,  jak wyhodowanie  sobie rogów. Czy teraz opuści pan ten 

mostek, czy woli pan, żeby pana wywleczono?

Nie skorzystałem z pozostawionej mi szansy podjęcia decyzji; wywleczono mnie.

Z drugiej jednak strony, zanim wróciłem do naszej kajuty, Cox włączył już nasz wideofon 

do sieci i za jego pośrednictwem mogliśmy również odbierać obraz przekazywany na stanowisko 

dowodzenia. Gdy wchodziłem, Shara i Tom z wytężoną uwagą wpatrywali się w ekran. Nie mając 

nic lepszego do roboty, poszedłem za ich przykładem.

background image

Tom miał rację. Gwałtownością ruchów przypominały raczej pszczoły. Nie mogłem ich 

dokładnie   policzyć:   około   pięćdziesięciu.   I   znajdowały   się   w   balonie   -   niewyraźnym,   ledwo 

widocznym   tworze,   tkwiącym   na   pograniczu   miedzy   przezroczystością   a   półprzeźroczystością. 

Chociaż miotały się jak oszalałe, czyniły to tylko w przestrzeni ograniczonej kulistym balonem - 

nie opuszczały go ani na chwile. Zdawały się nawet nie dotykać jego wewnętrznej powierzchni.

Podczas   gdy  tak   patrzyłem,   z   moich   nerek   wypłukane   zostały  resztki   adrenaliny,   ale   - 

pozostało mi poczucie udaremnionej potrzeby zrobienia czegoś ważnego. Starałem się pogodzić z 

faktem, że te efekty specjalne reprezentowały sobą coś, co jest... ważniejsze od Shary. Było to 

spostrzeżenie przejmujące pierwotnym lekiem, ale nie potrafiłem się od niego uwolnić.

W mojej głowie darły się dwa głosy, każdy wywrzaskujący pytania na całe gardło, każdy 

ignorujący pytania tego drugiego. Jeden wrzeszczał: - Czy te stworzenia są przyjaźnie nastawione 

do ludzi? A może wrogo? A czy one w ogóle używają takich pojęć? Jak daleko stąd? Skąd są? 

Drugi głos był mniej ambitny, ale tak samo donośny; powtarzał tylko w kółko: Jak długo jeszcze 

możemy pozostawić Sharę w stanie nieważkości, nie skazując jej na śmierć?

Głos Shary był pełen zachwytu.

 - One... one tańczą.

Przyjrzałem się uważniej. Jeśli nawet w tym tańcu much nad śmietnikiem istniała jakaś 

prawidłowość, to ja nie potrafiłem jej dostrzec.

 - Dla mnie jest to zwykłe zamieszanie.

Charlie, popatrz uważnie. Tyle oszalałej aktywności, a nigdy nie zderzają się ze sobą, ani ze 

ściankami tej otoczki, w której się znajdują. Muszą poruszać się po orbitach tak pieczołowicie 

wychoreografowanych, jak orbity elektronów.

 - Czy atomy tańczą?

Spojrzała na mnie dziwnym wzrokiem.

 - A nie, Charlie?

 - Wiązka laserowa - powiedział Tom. 

Spojrzeliśmy oboje na niego.

 - Te stworzenia muszą być plazmoidami - człowiek, z którym rozmawiałem powiedział, że 

widać je na radarze dalekiego zasięgu. Oznaczałoby to, że są one jakiegoś rodzaju zjonizowanymi 

gazami,   tworami,   które   zwykle   powodują   lawinę   raportów   o   dostrzeżeniu   UFO   -   zachichotał, 

potem opanował się. - Założę się, że gdyby te otoczkę dało się przeciąć laserem, to można by je 

łatwo   zdejonizować   -   poza   tym,   ta   otoczka   musi   je   chronić   bez   względu   na   to   jaki   jest   ich 

metabolizm.

Byłem oszołomiony.

background image

 - A więc nie jesteśmy bezbronni?

  - Rozmawiacie  obaj jak żołnierze  - wybuchnęła  Shara. - Mówię wam,  że one tańczą. 

Tancerze nie są wojownikami.

 - Przestań, Sharo - warknąłem. - Nawet gdyby się zdarzyło, że te stworki chociaż w małym 

stopniu są do nas podobne, to i tak nie masz racji. Tai chi, karate, kung fu - to przecież są tańce. - 

Skinieniem głowy wskazałem na ekran. - O tych ożywionych węgielkach wiemy tylko tyle, że 

podróżują przez przestrzeń międzygwiezdną. To wystarczy, żeby mnie przerazić.

 - Popatrz na nie, Charlie - rozkazała. 

Popatrzyłem.

Na Boga, nie wyglądały przerażająco. I im dłużej patrzyłem, tym bardziej wydawało mi się, 

że poruszają się w taneczny sposób, wirując w szaleńczych piruetach trochę za szybko, żeby mogło 

za   nimi   nadążyć   oko.   Nie   było   to   wcale   podobne   do   konwencjonalnego   tańca   -   bardziej 

przypominało to, co zapoczątkowała Shara tańcem “Masa to tylko słowo". Przyłapałem się na tym, 

że mam ochotę włączyć drugą kamerę, dla uzyskania lepszej perspektywy i to sprawiło, iż mój 

umysł zaczął się wreszcie budzić. Od razu spłodził on dwa pomysły.

  -   Jak   daleko   według   ciebie   znajdujemy   się   od   zespołu   “Skyfac"?   -   spytałem   Toma. 

Przygryzł wargę.

  - Niedaleko. Nie czułem przyśpieszeń większych, niż manewrowe. Te cholerne stworki 

prawdopodobnie  zostały tu zwabione  przez “Skyfac"  - najbardziej  chyba  oczywisty  dowód na 

istnienie   inteligentnego   życia   w   tym   układzie   planetarnym   -   skrzywił   się.   -   A   może   one   nie 

korzystają z planet.

Wyciągnąłem rękę i wcisnąłem klawisz włączający fonie.

 - Majorze Cox.

 - Wyłącz się z tej sieci!

 - Co by pan powiedział na bliższe przyjrzenie się tym stworkom?

 - Pozostajemy na miejscu. A teraz przestań mnie pan szarpać za łokieć i wyłącz się pan, 

bo...

  -  Czy  mnie   pan   wysłucha?   Mam   w   kosmosie   rozmieszczone   cztery   ruchome,   zdalnie 

sterowane   kamery,   samowystarczalne   pod   względem   zasilania   i   oświetlenia,   o   najlepszej 

rozdzielczości,   jaką   można   sobie   wymarzyć.   Zostały   przygotowane   do   filmowania   następnego 

tańca Shary. 

Od razu spuścił z tonu.

 - Czy może je pan przełączyć na mój statek?

 - Sądzę, że tak. Ale będę musiał się dostać do głównej konsoli sterowniczej na Pierścieniu 

background image

Jeden.

 - A, to niedobrze. Nie mogę ograniczać swobody manewru cumując do niego. Co by się 

stało, gdybym musiał walczyć albo uciekać?

 - Majorze, jak to daleko na piechotę? 

Trochę go tym zaskoczyłem.

 - Parę kilometrów w prostej linii. Ale pan jest przecież szczurem lądowym.

  - Przebywam w stanie nieważkości ponad dwa miesiące. Daj mi pan przenośny radar, a 

wyląduje na Fobosie.

 - Mmmm. Jest pan cywilem... Ale niech tam, potrzebna mi lepsza wizja.

 - Chwileczkę, jeszcze jedna sprawa. Shara i Tom muszą iść ze mną. 

 - Wykluczone. To nie wycieczka.

  -   Majorze   Cox,   Shara   musi   powrócić   możliwie   najszybciej   pod   działanie   pola 

grawitacyjnego.   Warunki   panujące   na   Pierścieniu   Jeden   będą   dla   niej   odpowiednie   -   prawdę 

mówiąc, nawet idealne, jeśli wejdziemy do niego przez te “szprychę" w środku. Shara będzie 

mogła schodzić nią bardzo powoli i aklimatyzować  się stopniowo w sposób, w jaki czynią  to 

nurkowie głębinowi, którzy dekompresują się etapami, tyle że w odwrotną stronę. Tom będzie 

musiał pójść z nami i zostać z nią - jeśli zemdleje i spadnie na dno tej rury, może sobie złamać 

nogę. nawet przy jednej szóstej normalnego ciążenia. Poza tym, on ma więcej godzin spędzonych 

w przestrzeni poza statkiem niż każde z nas. 

Przemyślał to.

 - Idźcie. 

Poszliśmy.

Droga powrotna do Pierścienia  Jeden była  dłuższa od tras, jakie kiedykolwiek  z Sharą 

pokonywaliśmy,   ale   pod   przewodnictwem   Toma   przebyliśmy   ją   przy   minimalnych   korektach 

kursu.   Pierścień   "Champion"   i   obcy   tworzyli   trójkąt   równokątny   o   boku   pięciu   albo   sześciu 

kilometrów. Widziani z perspektywy obcy zajmowali niemal dwukrotnie większą objętość niż kula 

o średnicy Pierścienia Jeden ten balon był wielki jak cholera. Nie ustawali ani nie zwalniali w 

swoim szalonym wirowaniu, ale odnosiłem wrażenie, że nas obserwują. Przywodziło mi to na myśl 

biologa badającego dziwne błazeństwa nieznanego gatunku owadów. Radia naszych skafandrów 

mieliśmy wyłączone, żeby uniknąć rozpraszania uwagi i to czyniło mnie bardziej podatnym na 

takie podejrzenie.

Nie zwracałem nawet uwagi na brak lokalnego pionu. Zbyt byłem zaabsorbowany.

Odłączyłem się od Toma i Shary i pognałem rurą w dół, przeskakując po sześć szczebli na 

raz. Carrington z dwoma pachołkami oczekiwał mnie w pomieszczeniu recepcyjnym. Wyraźnie 

background image

było widać, że jest przestraszony jak diabli i że stara się to pokryć gniewem.

 - Do cholery, Armstead, to są moje kamery.

 - Zamknij się, Carrington. jeśli oddasz te kamery w ręce najlepszego speca - czyli mnie - i 

jeśli ją przekaże, uzyskane informacje najlepszemu umysłowi strategicznemu w kosmosie - czyli 

Coxowi być może zdołamy ocalić dla ciebie te twoją przeklętą fabrykę, a przy okazji rasę ludzką.

Ruszyłem naprzód i zeszli mi z drogi. Podziałało. Narażenie na niebezpieczeństwo całej 

ludzkości mogło przecież przynieść złą prasę.

***

Pomimo całej mojej praktyki, trudno mi było kierować jednocześnie i na oko pracą czterech 

ruchomych   kamer   rozmieszczonych   w   przestrzeni   kosmicznej.   Obcy   zupełnie   zignorowali   ich 

zbliżanie.   Służba   łączności   “Skyfac"   przekazywała   rejestrowane   przeze   mnie   obrazy   na 

“Championa"   i   zapewni   a   mi   połączenie   radiowe   z   Coxem.   Zgodnie   z   jego   wskazówkami 

otoczyłem balon kamerami i manewr wałem nimi tak, jak sobie tego życzył. Kwatera Główna Sił 

Kosmicznych musiała rejestrować obraz, ale nie słyszałem ich konwersacji z Coxem, za co byłem 

mu niezmiernie wdzięczny. Przesłałem mu powtórkę w zwolnionym tempie, zbliżenia, nakładki - 

wszystko,   co   mogłem.   Tory   poszczególnych   owadów   nie   stwarzały   wrażenia   szczególnie 

symetrycznych, ale wzory zaczęły się powtarzać. Ich szamotanina oglądana w zwolnionym tempie 

bardziej przypominała taniec i chociaż nie mogłem być tego zupełnie pewien, wydawało mi się, że 

ruchy ulegają przyspieszeniu. W ich tańcu zaczęło narastać jakieś dramatyczne napięcie.

I wtedy przełączyłem się na obraz przekazywany przez kamerę, która w tle zdejmowała 

“Skyfaca" i moje serce przemieniło się w "najczystszą próżnie. Krzyknąłem przerażony - pomiędzy 

Pierścieniem   Jeden   a   rojem   obcych,   wolno,   ale   nieubłaganie   zbliżała   się   do   nich   figurka   w 

skafandrze próżniowym. To musiała być Shara.

W progu pomieszczenia mikserskiego pojawił się Tom, wspierający się ciężko na ramieniu 

Harry'ego Steina. Jego twarz ściągnięta była bólem. Stał na jednej nodze. Drugą miał najwyraźniej 

złamaną.

 - Chyba, mimo wszystko... nie będę już mógł walczyć - wykrztusił zdyszanym głosem. - 

Powiedziała ... przepraszam. Tom... wiedziała, że zaraz uderzy mnie z boku... że w ten sposób się 

mnie pozbędzie. O cholera, Charlie, przepraszam - zwalił się w pusty fotel.

Rozległ się podniecony głos Coxa:

 - Co się tam, u diabła, dzieje? Kto to jest? 

 - Shara! - wrzasnąłem. - Bierz tyłek w troki i wracaj tutaj! 

Musiała być na naszej częstotliwości.

 - Nie mogę, Charlie. - Jej glos był zdumiewająco silny i bardzo spokojny. - W połowie rury 

background image

serce zaczęło mnie boleć jak diabli.

  - Panno Drummond - wtrącił ostro Cox - jeśli zbliży się pani jeszcze o metr do tych 

obcych, zniszczę, panią.

Roześmiała się radosnym śmiechem, który ściął mi krew w żyłach.

 - Gówno prawda, majorze. Nie powie mi pan, że zamierza bawić się wiązkami laserowymi 

w pobliżu tych stworków. Poza tym potrzebuje mnie pan tak samo, jak Charlie'ego.

 - Co to ma znaczyć?

  -  Te   stworzenia   komunikują   się  za   pośrednictwem   tańca.   To  ich   odpowiednik  mowy, 

wyrafinowany rodzaj jeżyka.

 - Pani nie może tego wiedzieć.

 - Czuje to. Wiem to. Do diabła, jak inaczej można się porozumiewać w próżni? Majorze 

Cox, mowa ludzka dysponuje obecnie jedynym wykwalifikowanym tłumaczem tego jeżyka. Mną. 

A teraz, czy się pan z łaski swojej zamknie i da mi się nauczyć ich mowy?

 - Nie jestem upoważniony do ...

Powiedziałem coś niebywałego. Powinienem bełkotać, błagać Share, żeby wróciła, nawet 

pędzić   po   skafander   próżniowy,   żeby   siłą   ściągnąć   ją   z   powrotem   na   pokład.   Zamiast   tego 

zawołałem:

 - Ona ma rację. Zamknij się, Cox.

 - Ale...

 - Do diabła z twoim “ale", nie marnuj jej ostatniego wysiłku. Zamknął się.

Wszedł   Panzella,   zaaplikował   Tomowi   potężny   zastrzyk   znieczulający   i   nastawił   mu 

kostkę,   ale   ja   na   nic   nie   zwracałem   uwagi.   Przez   ponad   godzinę   obserwowałem   Sharę,   która 

przypatrywała się obcym. Sam spoglądałem na nich w pełnym rozpaczy milczeniu i za nic nie 

mogłem  pojąć sensu ich  tańca. Wytężałem  umysł,  starałem  się wysnuć  jakieś  znaczenie  z ich 

szalonego wirowania i nie udawało mi się. Najlepsze, co ze swej strony mogłem uczynić, by pomóc 

Sharze, to rejestrować dla hipotetycznej potomności wszystko, co się dzieje. Kilka razy krzyknęła 

przytłumionym głosem i pragnąłem zawołać do niej w odpowiedzi, ale nie zrobiłem tego. Wraz z 

ostatnim okrzykiem włączyła swoje rakietki, żeby przybliżyć się do roju obcych i na dłuższy czas 

zawisła nad nim.

Wreszcie  w  głośniku  rozległ   się jej  głos, z  początku   matowy  i  niewyraźny,   jak  gdyby 

mówiła przez sen.

 - Boże, Charlie. Jakie to dziwne. Jakie dziwne. Zaczynam ich rozumieć.

 - Jak to?

 - Za każdym razem, gdy zaczynam pojmować znaczenie jakiegoś fragmentu ich tańca ... 

background image

stajemy się sobie bliżsi. To nie jest czysta telepatia. Ja po prostu... lepiej ich poznaje. A może to 

telepatia, nie wiem. Tańcząc to, co czują, wkładają w to wystarczająco dużo intensywności, żebym 

ich zrozumiała. Odbieram mniej więcej jedno pojecie na trzy. Coraz lepiej mi idzie.

Głos Coxa był łagodny, ale stanowczy.

 - Czego się pani dowiedziała, Sharo?

 - Że Tom i Charlie mieli rację. To rasa wojownicza. Bije od nich przeświadczenie o swej 

wyższości.   Ich   taniec   jest   wyzwaniem,   prowokacją.   Powiedzcie   Tomowi,   że   oni   korzystają   z 

planet.

 - Co?

- Sądzę, że w jednym ze stadiów swego rozwoju są cieleśni, zmuszęni do przebywania na 

powierzchni planety. Potem, gdy dostatecznie dojrzeją, stają się... tymi ćmami, tak jak gąsienice 

stają się motylami, i wyruszają w kosmos.

Po co? - to pytał Cox.

 - Aby szukać tarliska. Potrzebna im Ziemia.

Zapadła cisza trwająca może z dziesięć sekund. Potem Cox powiedział spokojnie:

 - Wycofaj się, Sharo. Zamierzam się przekonać, jak podziała na nich laser.

 - Nie - krzyknęła tak głośno, że spowodowała zniekształcenie w głośniku.

  -   Majorze   -   odezwała   się   błagalnym   tonem   -   nie   tędy   droga.   One   potrafią   uniknąć 

wszystkiego albo wytrzymać wszystko, co pan albo Ziemia możecie wobec nich zastosować, niech 

mi pan wierzy. Wiem to.

  - Do diabla, kobieto - powiedział Cox. - Zastanów się, czego ode mnie żądasz? Mam 

czekać aż zaatakują pierwsi? Zbliżają się już okręty czterech krajów, ale one nie ...

 - Chwileczkę, majorze. Niech mi pan da trochę czasu. 

Zaczął kląć, potem urwał.

 - Ile?

Nie odpowiedziała mu wprost.

 - Gdyby to zjawisko z telepatią działało w drugą stronę ... musi tak działać. Nie jestem dla 

nich bardziej obca niż oni dla mnie. Prawdopodobnie nawet mniej. Podejrzewam, że niejedno już 

widzieli. Charlie?

 - Jestem.

 - Zaczynamy.

Wiedziałem. Wiedziałem to od chwili, gdy po raz pierwszy ujrzałem ją na mym monitorze 

w otwartej przestrzeni kosmicznej. I z lekkiego drżenia jej głosu domyślałem się, czego ode mnie 

chce. Chciała ode mnie wszystkiego, co miałem i byłem zadowolony, że mogę jej to ofiarować. Z 

background image

wesołością w głosie, najszczerszą na jaką było mnie stać, powiedziałem:

  - Złam nogę, mała - i wyłączyłem mikrofon nim zdołała usłyszeć szloch, których potem 

nastąpił. 

I zatańczyła.

Zaczęła powoli, tak jak ćwiczy się jednym palcem starając się ustalić słowniczek ruchów, 

które te stworzenia potrafiłyby pojąć. O, widzicie? zdawała się mówić swym ciałem. Ten ruch 

oznacza   pragnienie,   tęsknotę,   ten   -   odtrącenie,   ten   -   otwarcie   ramion,   a   ten   stopniowane 

wydatkowanie energii. Czy rozumiecie? Czy wyczuwacie niejednoznaczność w sposobie, w jaki 

zniekształcam te arabeskę, albo że tak może być rozładowywane napięcie?

I wyglądało na to, że Shara miała rację, że miały nieskończenie większe doświadczenie w 

kontaktach z zasadniczo odmiennymi kulturami niż my, ponieważ były wspaniałymi lingwistami 

ruchu. Uświadomiłem sobie później, że może dlatego wybrały ruch do komunikowania się, gdyż 

jest on bardzo uniwersalny. Człowiek, zanim przemówił, tańczył. W każdym razie Shara zaczęła 

rozbudowywać swój taniec, one zaś poruszały się coraz wolniej, aż w końcu zawisły nieruchomo w 

kosmosie i obserwowały ją.

Wkrótce potem Shara musiała uznać, że dostatecznie zdefiniowała swe środki wyrazu, by 

porozumieć   się   na   migi   -   bo  teraz   zaczęła   tańczyć   naprawdę.   Przedtem   używała   tylko   swych 

mięśni. Teraz posługiwała się również silniczkami rakietowymi. Jej taniec stał się prawdziwym 

tańcem: czymś więcej niż zbiorem ruchów, czymś, co miało sens i znaczenie. To był niewątpliwie 

“Gwiezdny taniec" taki, jaki zawsze pragnęła zatańczyć. To, że zupełnie obcym istotom miał on 

coś do powiedzenia o człowieku i jego naturze, nie było wcale przypadkiem: była to podstawowa i 

ostateczna   wypowiedź   największej   artystki   stulecia,   która   miała   też   coś   do   powiedzenia   Panu 

Bogu.

Światła kamer krzesały srebrne iskry z jej skafandra próżniowego i złote z bliźniaczych 

zbiorników powietrza przytroczonych do jej pleców. Tu i tam, na tle czarnego tła kosmosu, tkała 

zawiłości swe go tańca leniwym ruchem, który w jakiś sposób zdawał się pozostawiać za nią echa. 

I jasne stawało się znaczenie tych wielkich pętli i oszałamiających piruetów.

Jej taniec mówił ni mniej, ni więcej tylko o tragedii bycia żywą istotą, bycia człowiekiem. 

Mówił wymownie o rozpaczy. Mówił o okrutnym komizmie, nieograniczonej ambicji, ujętej w 

jarzmo ograniczonych możliwości; o wiecznej nadziei obleczonej w efemeryczną długość życia; o 

popychającej   do   czynu,   nieugiętej   potrzebie   dążenia   do   ukształtowania   z   góry   określonej 

przyszłości.   Mówił   o   strachu,   o   głodzie,   a   najbardziej   przekonywająco   o   samotności   i 

wyobcowaniu, które towarzyszyło zawsze i wszędzie zwierzęciu zwanemu człowiekiem. Opisywał 

wszechświat widziany oczyma  człowieka:  wrogie ucieleśnienie  entropii, w której wir jesteśmy 

background image

wrzuceni, a natura nasza nie pozwala nam na kontaktowanie się z innym umysłem inaczej niż przez 

pośrednika.   Mówił   o   ślepej   perwersji,   która   zmusza   człowieka   do   ogromnych   starań   na   rzecz 

utrzymania   pokoju,   a   ten,   raz   osiągnięty,   szybko   staje   się   nudny   mówił   o   szaleństwie,   o 

straszliwym   paradoksie,   przez   który   człowiek   jest   zdolny   jednocześnie   do   postępowania 

rozsądnego i braku rozsądku, na zawsze niezdolny do współpracy, nawet z samym sobą.

Mówił o Sharze i jej życiu.

Coraz to nowe wypowiedzi o nadziei rozpoczynały się tylko po to, by rozpaść się w zamęt i 

ruinę. Coraz to nowe kaskady energii usiłowały się rozładować i znajdowały tylko frustrację. Naraz 

zakreśliła   figurę,   która   wydawała   mi   się   znajoma   i   po   kilku   chwilach   rozpoznałem   ją:   ruch 

zamykający “Masa to czasownik". Nie powtórzony - streszczony, jakby okrojony, coś na kształt 

echa. Ten nowy kontekst nadał Trzem Pytaniom straszniejszą wymowę. I jak poprzednio, ruch ten 

przeszedł w ostateczny, bezlitosny skurcz, w to całkowite wchłoniecie w siebie całej energii. Jej 

ciało stało się wrakiem dryfującym przez kosmos, zapomnianym. Energia jej istnienia wciągnięta 

do wewnątrz stała się niewidoczona.

Nieruchomi dotąd obcy poruszyli się po raz pierwszy.

I nagle eksplodowała, rozkwitając ze skurczu, w którym trwała nie tak, jak rozwija się 

sprężyna, ale jak kwiat wytryskujący z nasiona. Siła tego rozkurczu cisnęła nią przez pustkę, jakby 

galaktyczne wichury porwały ją, niczym huragan mewę. Jej punkt ciężkości zdawał się gnać przez 

czas i przestrzeń ciskając jej ciało w nowy taniec.

A   ten   nowy   taniec   mówił:   Oto,   co   znaczy   być   człowiekiem:   widzieć   zasadniczą, 

egzystencjalną bezowocność wszelkiej swej działalności, wszystkich dążeń - i działać, dążyć do 

czegoś. Oto, co znaczy być człowiekiem: sięgać wciąż po to, co jest nieosiągalne. Oto, co znaczy 

być człowiekiem: żyć wiecznie lub umierać próbując. Oto, co znaczy być człowiekiem: wiecznie 

zadawać   pytania,   na   które   nie   ma   odpowiedzi   w   nadziei,   że   zadawanie   ich   w   jakimś   stopniu 

przybliży dzień, kiedy odpowiedź na nie zostanie udzielona. Oto, co znaczy być  człowiekiem: 

walczyć w obliczu pewnej kieski.

Oto, co znaczy być człowiekiem: nie poddawać się.

Mówiła   to   wszystko   wzlatującymi   seriami   cyklicznych   ruchów,   które   nosiły   w   sobie 

majestatyczność wspaniałej symfonii, tak różniących się miedzy sobą, i tak do siebie podobnych 

jak płatki śniegu. I ten nowy taniec śmiał się tak samo do jutra jak do wczoraj, a najbardziej do dnia 

dzisiejszego.

Ponieważ to właśnie znaczy być człowiekiem: śmiać się z tego, co ktoś inny nazwałby 

tragedią.

Obcy   jakby   utracili   swą   dziką   energie,   wstrząśnięci,   zafascynowani,   może   lekko 

background image

przestraszeni nieposkromionym duchem Shary. Zdawali się czekać, aż taniec osłabnie, aż ona sama 

opadnie z sił, ale ona zdwoiła wysiłek stając się fajerwerkiem, gwiazdą, a w moim głośniku rozległ 

się jej śmiech. Zmieniła ognisko swego tańca, zaczęła tańczyć  wokół nich w pirotechnicznych 

bryzgach ruchu, które coraz bardziej zbliżały się do otaczającej ich, ledwo widocznej kuli. Cofali 

się   przed   nią   i   zbili   w   gromadkę   pośrodku   swej   otoczki   nie   tyle   fizycznie   przerażeni,   co 

oszołomieni.

Oto   -   mówiło   jej   ciało   -   co   znaczy   być   człowiekiem:   jeśli   staje   się   to   konieczne,   z 

uśmiechem na ustach popełnić harakiri.

I po tym straszliwym zapewnieniu, obcy załamali się. Bez żadnego ostrzeżenia ćmy i balon 

zniknęły, odeszły nie wiadomo dokąd.

***

Wiedziałem,   że   Cox   i   Tom   nadal   żyją,   bo   widziałem   ich   później,   a   to   znaczy,   że 

prawdopodobnie mówili i robili coś w mojej obecności, ale wtedy ani ich nie zauważyłem, ani nie 

słyszałem. Nie istnieli dla mnie, jak wszystko inne prócz Shary. Wykrzyknąłem jej imię i zbliżyła 

się do kamery, na której jarzyło się czerwone światełko. Podpłynęła tak blisko, że za plastykową 

szybą hełmu widziałem jej twarz.

  - Może jesteśmy niepozorni, Charlie - dyszała chwytając łapczywie powietrze - ale, jak 

Boga kocham, jesteśmy twardzi.

 - Sharo ... wracaj teraz.

 - Wiesz przecież, że nie mogę.

  -   Po   tym   wszystkim,   czego   dokonałaś,   Carrington   będzie   ci   musiał   dać   jakieś 

pomieszczenie bez grawitacji, w którym mogłabyś zamieszkać.

 - Życie banity? Po co? Żeby tańczyć? Charlie, nie mam już nic więcej do powiedzenia.

 - To ja do ciebie przyjdę.

 - Nie bądź dziecinny. Po co? Żebyś mógł uściskać skafander? Po raz ostatni czule stuknąć 

się hełmami? Bzdury. Jak dotąd jest to dobre zejście ze sceny - nie psujmy go.

 - Shara! - załamałem się kompletnie, poddałem się i rozkleiłem.

  - Charlie, posłuchaj mnie - powiedziała łagodnie, ale z naciskiem, który dotarł do mnie 

nawet w mej rozpaczy. - Słuchaj mnie, bo mój czas się kończy. Mam tu coś dla ciebie. Żywiłam 

nadzieje, że sam to odkryjesz, ale ... będziesz słuchał?

 - T... tak.

  -   Charlie,   taniec   w   stanie   nieważkości   zdobędzie   teraz   ogromną   popularność.   Ja 

otworzyłam drzwi. Ale sam wiesz jak to jest z modą. Sfuszerują go, o ile szybko nie zadziałasz. 

Pozostawiam to tobie.

background image

 - Co ... o czym ty mówisz?

 - O tobie, Charlie. Znowu będziesz tańczył.

Głód tlenowy, pomyślałem. Ale przecież tlen nie mógł się jej tak szybko skończyć.

 - Okay. Jasne.

 - Na miłość boską, przestań mnie rozśmieszać - jestem przy zdrowych zmysłach, uwierz 

mi.   Zauważyłbyś   to   sam,   gdybyś   nie   był   tak   cholernie   głupi.   Czy   nie   rozumiesz?   W   stanie 

nieważkości twoja noga jest dobra.

Opadła mi szczeka.

 - Słyszysz mnie, Charlie? Możesz znowu tańczyć!

 - Nie - powiedziałem i zacząłem szukać powodu, dlaczego nie. - Ja ... ty nie możesz... to 

jest... a, do cholery, ta noga jest za słaba, abym mógł tańczyć nawet przy zmniejszonym ciążeniu.

 - Zapomnij o tym na chwile, a przypomnij sobie to uderzenie w nos, jakim poczęstowałeś 

Carringtona. Charlie, kiedy skoczyłeś nad biurkiem, odbijałeś się prawą nogą.

Bełkotałem coś przez chwile i wreszcie zamknąłem się.

  - Tu cię mam, Charlie. To mój pożegnalny podarunek. Wiesz, że nigdy się w tobie nie 

zakochałam... ale musisz wiedzieć, że zawsze cię kochałam. Nadal cię kocham.

 - Kocham cię, Sharo.

 - Żegnaj, Charlie. Rób to dobrze.

I wszystkie cztery rakietki zgasły jednocześnie. Obserwowałem ją jak spada. W chwile 

potem, gdy była już za daleko, bym mógł ją widzieć, w miejscu, gdzie powinna się znajdować, 

trysnął długi, żółty płomień, który wygiął się łukiem nad powierzchnią globu, przybladł, a potem 

rozbłysnął znowu. To eksplodowały zbiorniki powietrza.

background image

CZEŚĆ II - GWIEZDNI TANCERZE

Rozdział l

Lot   z   Waszyngtonu   był   dla   mnie   ciężkim   przeżyciem.   Jak   człowiek,   który   tyle   czasu 

pracował   w   stanie   nieważkości,   może   pochorować   się   w   samolocie?   Co   gorsza,   tego   ranka 

obudziłem się z zaziębieniem, które dręczyło mnie od chwili powrotu na Ziemie, spędziłem więc 

cały lot w oczekiwaniu na noże, które przeszyją mi uszy, gdy będziemy lądować.

Nie czułem nawet przygnębienia. Zbyt wiele przydarzyło mi się w ciągu ostatnich kilku 

tygodni. Byłem wykończony, wyczerpany, znajdowałem się po prostu w stanie apatii. Pomogło mi 

to, że znalazłem się w znajomym miejscu - dlaczego, na dobrą sprawę, nie myślałem kiedyś, jakieś 

tysiąc lat temu, o Toronto, jako o “domu"?

Po przejściu przez kontrole celną natknąłem się, oczywiście, na reporterów, - ale już nie tak 

wielu,   jak   na   początku.   Kiedyś,   jako   szczeniak,   spędziłem   lato   pracując   w   szpitalu 

psychiatrycznym i nauczyłem się tam nadzwyczajnej rzeczy - nauczyłem się mianowicie, że każdy, 

choćby najbardziej uparty człowiek, przestanie was w końcu nagabywać i pójdzie sobie, jeżeli 

będziecie go całkowicie ignorować. Przez ostatnie trzy tygodnie praktykowałem te metodę tak 

konsekwentnie, że wyrobiłem sobie odpowiednią opinie u przedstawicieli masmediów i teraz tylko 

najbardziej wytrwałe kręcitaśmy fatygowały się podtykaniem mi pod nos mikrofonów. Po chwili 

pojawiła się przede mną taksówka i wsiadłem do niej. Na taksiarzy z Toronto można liczyć. Oni, 

dzięki Bogu, nikogo nie rozpoznają.

Byłem teraz “wolny".

Ponowne przekroczenie progu studia TDT wywołało u mnie silne uczucie deja vu, tak silne, 

że niemal przebiło moją skorupę.

Otworzyłem drzwi i w drugim końcu starej, znajomej sali dostrzegłem Norrey. Tak jak 

wtedy prowadziła  zajęcia  z grupą studentów. Mogli to być  ci sami  studenci.  Brakowało tylko 

Shary.

Ale jej starsza siostra była jak najbardziej żywa. Zastałem ją w trakcie demonstrowania serii 

figur tanecznych i zanim na mnie spojrzała i zanim mnie zobaczyła, miałem jeszcze czas odebrać 

wrażenie błyszczącej skóry, zdrowego potu i świetnej gry mięśni. Zamarła jak zatrzymana nagle 

klatka filmu, a potem dosłownie się załamała. Jej ciało zwinęło się automatycznie i potoczyło po 

podłodze.   Z   przewrotu   przeszła   płynnie   do   biegu   i   pędziła   w   moim   kierunku   z   rozwartymi 

ramionami płacząc i klnąc po drodze. Zanim wpadła na mnie, jeszcze zdążyłem stanąć mocno na 

background image

mojej zdrowej nodze, a potem potrząsaliśmy sobą jak pijane olbrzymy, ona zaś klęła jak szewc i 

wykrzykiwała moje imię. Ściskaliśmy się bez końca, aż wreszcie uświadomiłem sobie, że trzymam 

ją nad podłogą i że moje ramiona trzeszczą niemal tak głośno, jak moja noga. Sześć miesięcy temu 

nie wytrzymałaby, pomyślałem mgliście i postawiłem Norrey na ziemi.

  -   Dobrze   się   czujesz,   dobrze,   dobrze   się   czujesz?   -   mówił   jej   głos   do   mojego   ucha. 

Cofnąłem się i spróbowałem uśmiechnąć. - Moja noga mnie zabija. I wydaje mi się, że mam grypę.

 - Charlie, do cholery, nie waż się kpić ze mnie. Dobrze się czujesz? - Jej dłonie zacisnęły 

się na moim karku, jakby zamierzała się na nim powiesić.

Ręce opadły mi na jej talie i popatrzyłem jej w oczy zapominając o uśmiechu. I nagle 

zdałem sobie sprawę, że nie dręczy mnie już apatia. Mój kokon pękł, krew tętniła mi w uszach i 

czułem jak powietrze owiewa mą skórę. Po raz pierwszy zastanowiłem się, po co tu przyszedłem i 

częściowo to zrozumiałem.

 - Norrey - powiedziałem po prostu - czuje się dobrze. Powiedziałbym nawet, że jestem w 

lepszej formie, niż przed dwudziestu laty.

To drugie zdanie zwyczajnie mi się wymknęło, ale wypowiadając je wiedziałem już, że, to 

prawda. Norrey wyczytała te prawdę z mego wzroku i zdołała się jakoś odprężyć nie zwalniając 

swego uścisku.

 - Och, dzięki Bogu! - Zaszlochała i przyciągnęła mnie jeszcze bliżej. Po chwili jej łkania 

ucichły   i   powiedziała   cienkim,   prawie   rozdrażnionym   głosem:   -   Łamie,   ci   kark.   -   I   oboje 

uśmiechnęliśmy się jak idioci i roześmieliśmy w głos. Śmieliśmy się obejmując i nagle Norrey 

westchnęła, poczerwieniała i odwróciła na pięcie do swoich studentów.

Patrzyli  na nas, zafascynowani.  Wiedzieli.  Oglądali  telewizje,  czytali  gazety.  I gdy tak 

mierzyliśmy się wzrokiem, jedna ze studentek wystąpiła przed grupę.

 - No, dosyć tego - powiedziała do swych kolegów. - Powtarzamy od początku. Zaczynamy 

na moje trzy - i RAZ... - Cała grupa podjętą ćwiczenia. Nowa instruktorka unikała wzroku Norrey, 

nie chciała zaakceptować ani nawet dostrzec wyrażanej w nim wdzięczności - ale w tańcu zdawała 

się lekko uśmiechać do samej siebie. 

Norrey odwróciła się z powrotem do mnie.

 - Muszę się przebrać. 

Uśmiechnęła się znowu i odeszła.

***

Na dworze było jakoś niesamowicie. Przyroda zdawała się kipieć nieznanymi kolorami i 

rozpryskiwać   je   wszędzie   na   cześć   jesieni.   Szliśmy   przez   ten   dzień   razem,   ramie   w   ramie, 

odzywając   się   z   początku   sporadycznie,   a   w   końcu   porozumiewając   się   tylko   oczyma.   Moje 

background image

skołatane myśli zaczynały nabierać jasności; noga bolała mnie mniej.

“Le Maintenant"  istniało  jeszcze  wtedy,  ale prezentowało  się nędzniej  niż  kiedyś.  Gdy 

wchodziliśmy do środka, dostrzegł nas przez okienko kuchenne Gruby Humphrey i wybiegł nam na 

spotkanie.   To   najgrubszy   szczęśliwy   człowiek   i   najszczęśliwszy   grubas,   jakiego   spotkałem. 

Widziałem   go   w   lutym   na   dworze   w   samej   tylko   koszuli   i   mówią,   że   raz   jakiś   niedoszły 

włamywacz dźgnął go trzy razy nożem bez widocznego skutku. Wypadł przez wahadłowe drzwi i 

runął w naszym kierunku.

 - Panie Armstead, panno Drummond! Witajcie!

 - Czołem, Gruby - zawołałem wyjmując z nosa filtry - niech Bóg ma w opiece twoją gębę. 

Masz jakiś stolik?

 - Jasne, jest gdzieś w piwnicy. Zaraz po niego skoczę.

 - Przepraszam cię, że z tym wyskoczyłem.

 - Mam dosyć tych waszych wyskoków - podsumowała oschle Norrey.

Gruby Humphrey śmiejący się w głos jest jak trzęsienie  ziemi  w kanadyjskich  Górach 

Skalistych.

 - Jakże się cieszę, że państwa widzę, jakże się cieszę, że widzę państwa oboje. Zbyt długo 

pan do mnie nie zaglądał, panie Armstead.

 - Później ci o wszystkim opowiem.

  - Jasne. Niech no się zastanowię; pan mi wygląda na funt krzyżowej, trochę pieczonych 

kartofli,   groch   z   czosnkiem   i   wiadro   mleka.   Panią,   panno   Drummond,   oceniam   na   sałatkę   z 

tuńczyka   na   grzance   z   bułki   pszennej,   z   boku   plasterki   pomidora   i   szklankę   mleka   z   pianką. 

Dookoła sałatka. Co?

Oboje wybuchnęliśmy śmiechem.

 - Znowu odgadłeś. Jak zwykle. Po co zawracasz sobie głowę drukowaniem menu?

 - Czy państwo uwierzą? Tak każą przepisy. Co by państwo powiedzieli, gdyby ten stek był 

gotowany?

  - Doskonale - zgodziłem się, odbierając od Norrey jej płaszcz i filtry. Gruby Humphrey 

ryknął,  klepiąc  się  dłonią po potężnym  udzie i  wziął  ode mnie  moje  okrycie,  podczas  gdy ja 

wieszałem ubranie Norrey.

  - Brakowało pana w tej knajpie, panie Armstead. Żaden z tych innych... Tedy proszę. - 

Zaprowadził nas do małego stolika na zapleczu i gdy siadaliśmy, uświadomiłem sobie, że to ten 

sam, który dawno temu zajmowaliśmy z Sharą i Norrey. Nie zabolało mnie to ani trochę; czułem 

się  dobrze. Gruby Humphrey  zwinął  nam skręta  ze swego prywatnego  schowka i  zostawił na 

stoliku woreczek i paczkę bibułek.

background image

 - Palcie do woli - powiedział i wrócił do kuchni. Jego oddalające się pośladki przywodziły 

na myśl dwa zmagające się z wiatrem zeppeliny.

Nie   paliłem   od   tygodni;   od   pierwszego   sztacha   zakręciło   mi   się   w   głowie.   Gdy 

podawaliśmy   sobie   papierosa,   palce   Norrey   ocierały   się   o   moje,   a   ich   dotyk   był   ciepły   i 

elektryzujący.   Mój   nos,   który   zaczął   się   wypełniać   od   chwili   przekroczenia   progu   restauracji, 

przepełnił się wreszcie i pomiędzy kichnięciami, a trąbieniem w chusteczkę skręt został wypalony, 

zanim padło choć jedno słowo. Zdawałem sobie jasno sprawę, jak głupio muszę wyglądać, ale 

jednocześnie byłem zbyt rozradowany, żeby się tym przejmować. Starałem się poukładać sobie w 

głowie   wszystko,   co   musiało   zostać   powiedziane   i   wszystko,   o   co   trzeba   zapytać,   ale   wciąż 

tonąłem w brązowych oczach Norrey i traciłem głowę. Poszukiwałem odpowiednich słów.

 - No i jesteśmy tutaj - oto co udało mi się odszukać. 

Norrey uśmiechnęła się półgębkiem.

 - Aleś się przeziębił.

 - Nos zatkał mi się w dwadzieścia godzin po tym jak znalazłem się na Ziemi i nawet mu 

odpowiednio za to nie podziękowałem. Czy ty w ogóle masz pojecie jaką zgnilizną śmierdzi ta 

planeta?

 - Myślałam, że systemy zamknięte cuchną gorzej.

 - To woń kosmosu... chciałem powiedzieć - stacji kosmicznej. Ale Ziemia jest gulaszem 

zapachów, w większości nieprzyjemnych.

Skinęła głową.

 - W kosmosie nie ma kominów.

 - Nie ma wysypisk śmieci.

 - Nie ma krowich placków.

 - Nie ma ścieków.

 - Jak umarła, Charlie?

 - Wspaniale.

 - Czytam gazety. Wiem, że to wszystko wyssane z palca, ale ty tam byłeś.

  - Tak. - Przez ostatnie trzy tygodnie powtarzałem te opowieść ze sto razy, ale nigdy nie 

opowiadałem   jej   komuś   bliskiemu.   A   Norrey   na   pewno   zasługiwała   na   to,   by   wiedzieć,   jak 

umierała jej siostra.

Powiedziałem jej więc o przybyciu  obcych,  o tym  jak Shara zrozumiała intuicyjnie, że 

istoty te komunikują się za pośrednictwem tańca i o jej natychmiastowej decyzji udzielenia im 

odpowiedzi. Opowiedziałem jej, jak Shara zdała sobie stopniowo sprawę z wrogości obcych, z ich 

terytorialnej zaborczości, z ich zdecydowanego zamiaru opanowania naszej planety i przeznaczenia 

background image

jej na swoje tarlisko. I opowiedziałem jej, najlepiej jak umiałem, o “Gwiezdnym tańcu".

Norrey nie odzywała się dłuższy czas, a potem pokiwała głową. 

 - Uhuh - jej twarz wykrzywiła się raptownie. - Ale dlaczego musiała umrzeć, Charlie?

 - Była wykończona, kochanie - powiedziałem i ująłem ją za rękę. - Przystosowała się już 

całkowicie   do   warunków   nieważkości,   a   to   jest   proces   nieodwracalny.   Nigdy   nie   mogłaby 

powrócić   na   Ziemie   ani   nawet   na   “Skyfac",   gdzie   ciążenie   nie   przekracza   jednej   szóstej 

ziemskiego.   No,   oczywiście,   mogła   żyć   w   stanie   nieważkości,   ale   wszystkie   konstrukcje   w 

kosmosie,   na   których   panują   warunki   nieważkości,   należą   albo   do   wojskowych,   albo   do 

Carringtona - a ona nie miała już powodu, aby cokolwiek od niego przyjmować. Zatańczyła swój 

“Gwiezdny taniec", ja go zarejestrowałem i to był już koniec.

 - A co z Carringtonem? - spytała, a jej palce zacisnęły się boleśnie na mej ręce. - Gdzie jest 

teraz?

  -  Właśnie  dzisiaj   rano  się  o  tym   dowiedziałem.   Usiłował   zagarnąć  wszystkie  taśmy   i 

wszystkie   wpływy   kasowe   dla   Skyfac   Incorporated,   czyli   dla   siebie.   Ale   zapomniał   podsunąć 

Sharze   kontrakt   do   podpisania,   Tom   McGillicudy   zaś   znalazł   w   jej   rzeczach   testament 

holograficzny.   Pozostawia   w   nim   wszystko   tobie   i   mnie   do   podziału   pół   na   poł.   Carrington 

usiłował przekupić notariusza stwierdzającego autentyczność testamentu, ale trafił na uczciwego 

człowieka. Sprawa znalazła się dziś po południu w dzienniku telewizyjnym. Sama nawet myśl o 

chociaż krótkim wyroku w normalnej grawitacji była dla niego nie do zniesienia. Sądzę, że w 

końcu przekonał sam siebie, iż naprawdę ją kochał, ponieważ próbował skopiować jej odejście. 

Spartaczył je. Nie miał pojęcia, jak opuszczać obracający się Pierścień i zbyt późno się, puścił. To 

najczęściej spotykany błąd u początkujących.

Norrey spojrzała na mnie zaintrygowana.

 - Ostatnio widziano go, jak leciał przez kosmos kierując się mniej więcej na Betelgeze, nie 

stał się wiec, tak jak ona, meteorytem. Wydaje mi się, że teraz mówią o tym w wiadomościach. - 

Zerknąłem na zegarek. - Tak prawdę, mówiąc, to według moich obliczeń właśnie kończy mu się 

powietrze - jeśli miał dość charakteru, żeby na to czekać. 

Norrey uśmiechnęła się i rozluźniła swój uścisk.

 - Pomyślmy chwile o tym - mruknęła.

W   czasie   jedzenia   rozmawialiśmy   mało   i   na   żaden   określony  temat.   Kuchnia   Grubego 

Humphreya domagała się poświecenia jej stosownej uwagi. Właściwy posiłek pojawił się na stole, 

gdy kończyliśmy sałatkę i kiedy najedliśmy się do syta, obydwa talerze były puste, a kawa ostygła 

akurat tyle, że można ją było pić. Plasterki świeżego ciasta morelowego - specjalność Grubego - 

były wyjęte prosto z pieca i jeszcze ciepłe. Poprosiliśmy o dolewkę kawy. Wpuściłem do nosa 

background image

nieco pseudoefedryny. Konwersacja ożywiała się powoli. Pozostało jeszcze tylko jedno pytanie, 

jakie chciałem jej teraz zadać, a więc je zadałem.

 - No, a co u ciebie, Norrey? 

Skrzywiła się.

 - Nic specjalnego.

 - Piękna odpowiedź, nie ma co.

  - Norrey, w dniu, w którym w twoim życiu nie wydarzy się nic specjalnego, w Ottawie 

rozpocznie   urzędowanie   uczciwy   rząd.   Wysłuchiwałem   kiedyś   przez   ponad   godzinę,   że 

zatrzymałaś się w rozwoju, ale facet, który to mówił, był notorycznym łgarzem. Wiesz przecież, że 

ostatnio byłem oderwany od przyziemnych spraw.

Zmarszczyła brwi i to był dla mnie impuls wyzwalający. Wytężałem umysł od chwili, gdy 

tam, w studio, w ramionach Norrey uwolniłem się od apatii i już uzmysłowiłem sobie wiele rzeczy. 

Ale widok tego marsa dokończył dzieła; nagle, z niemal słyszalnym trzaskiem, zamęt w mojej 

podświadomości się uporządkował.

 - Co cię tak ubawiło?

 - Nie wiem, czy potrafię, to wyjaśnić, kochanie. Zdaje się, że właśnie odkryłem, jak Gruby 

Humphrey to robi.

 - Co?

 - Później ci powiem. O czym to mówiliśmy... 

Mars powrócił na jej czoło.

 - Przeważnie to ja mówiłam. Powiedzieć co u tonie w dwudziestu pięciu słowach, a może 

krócej? Przez dłuższy czas sama nie zadawałam sobie tego pytania. Może zbyt długi. - Siorbnęła 

łyk kawy. - Okay. Znasz ten album Johna Koernera, ostatni, który zrobił? Bieg, skoki, stanie w 

miejscu? To chyba właśnie robiłam. Włożyłam dużo energii w uporządkowanie swoich spraw i nie 

jestem zadowolona. Jestem... jestem prawie znudzona.

Utknęła, postanowiłem więc odegrać role adwokata diabła.

 - Ale robisz to, co zawsze chciałaś robić - powiedziałem i zacząłem zwijać skręta. 

Skrzywiła się.

 - Może właśnie w tym rzecz. Może życiowe ambicje nie powinny być czymś, co można 

osiągnąć - bo co robić potem? Pamiętasz ten film Koernera?

 - Tak. “Brzmienie snu".

 - Pamiętasz, co powiedział o sensie życia?

 - Jasne. “Zrób następny krok" - dopasowałem słowa do akcji liżąc bibułkę, sklejając ją i 

skręcając   końce.   Zapaliłem.   -   Zawsze   uważałem,   że   to   straszna   rada.   Wpędziła   mnie   w   parę 

background image

trudnych sytuacji.

Zaciągnęła się, wstrzymała oddech i wydmuchnęła dym.

  - Jestem gotowa do zrobienia swojego następnego kroku, ale nie wiem jeszcze jaki on 

będzie. Jeździłam na tournee z zespołem, występowałam solo w Nowym Jorku, zajmowałam się 

choreografią,   prowadziłam   całą   te   cholerną   szkołę,   a   teraz   jestem   dyrektorem   artystycznym. 

Pozostawiono mi pełną samodzielność. Jeżeli zechce, mogę nawet prowadzić zajęcia. Od tej chwili, 

aż po nieskończoność, repertuar TDT będzie co roku obejmował jeden z moich kawałków i zawsze 

będę miała do dyspozycji pierwszorzędne ciała. Pracowałam na te dziecinne marzenia całe życie, 

Charlie, i kiedy byłam mała, nie wybiegałam myślą dalej, niż do chwili obecnej. Nie wiem, jaki ma 

być ten “następny krok". Potrzebne mi nowe marzenie.

 - Masz jakieś pomysły? Albo przynajmniej sugestie?

  -   Myślałam   o   współpracy   z   jednym   z   tych   zespołów   kolektywnych,   gdzie   każdy 

choreografuje   każdy   kawałek.   Chciałabym   spróbować   współpracy   z   taką   grupą,   ale   nie   ma 

właściwie   żadnej,   do   której   mogłabym   dołączyć.   Jedyna,   która   by   mi   pasowała,   to   “New 

Pilobulos", ale w tym przypadku musiałabym mieszkać w Ameryce. 

- Daj temu spokój.

 - Masz rację, cholera. Ja... Charlie, ja nie wiem. Myślałam nawet o rzuceniu wszystkiego w 

diabły, wyjeździe na wyspę Księcia Edwarda i zajęciu się farmą. Zawsze chciałam tak postąpić i 

nigdy   tego   nie   zrealizowałam.   Shara   zostawiła   tam   po   sobie   porządek.   Mogłabym...   och,   to 

wariactwo.   Wcale   nie   chce   uprawiać   ziemi.   Ja   chce   tylko   czegoś   nowego.   Jakiejś   odmiany. 

Dziewiczego terytorium, czegoś, co... Charlie Armstead, czemu się tak, u diabła, uśmiechasz?

 - Dalej, mała, siadaj tu, na moich kolanach i mów czego chcesz. 

Chichotała teraz. Nie wiedziała dlaczego, ale chichotała.

 - Charlie...

 - Wybierz numer od jednego do dwóch.

 - Dwa.

  - To bardzo dobry numer. Bardzo dobry numer. Wygrałaś właśnie jedno idealnie dobre, 

fabrycznie nowe marzenie ze wszystkimi akcesoriami i gwarancją. Ten towar jest niedostępny w 

sieci sprzedaży detalicznej. Bardzo dobry numer. Jak szybko możesz wyjechać z miasta?

 - Wyjechać z miasta! Charlie... - Zaczynało jej coś świtać. - Nie zmierzasz chyba...

 - Co byś powiedziała na połowę, udziału w wielkiej pustce, dziecko? Jesteś mile widziana. 

Porozmawiajmy o znalezieniu się na szczycie świata!

Chichot ucichł.

 - Charlie, nie zmierzasz chyba do tego, o czym ja...

background image

  - Proponuje ci po prostu partnerską współprace w zespole kolektywnym - prawdziwym 

zespole kolektywnym. Chce. przez to powiedzieć, że wszyscy będziemy musieli mieszkać razem 

przynajmniej przez jeden sezon. Duży majątek, ale z początku trochę kłopotów lokalowych.

Pochyliła się nad stołem pakując jeden łokieć w kawę, a drugi w ciasto morelowe, złapała 

mnie za muszkę i potrząsnęła.

 - Przestań bredzić i mów do rzeczy, cholera.

 - Przecież mówię, kochanie, przecież mówię. Proponuje założenie zespołu choreografów, 

prawdziwej komuny. To musi być komuna. Członkowie zespołu będą mieszkać razem, dzielić się 

równo zyskami, a wszystkie wydatki pokrywam ja. Nawiasem mówiąc, będzie ich do diabła i 

trochę. O tak, jesteśmy bogaci, czyż ci już nie mówiłem? W każdym razie będziemy.

 - Charlie...

 - Mówię poważnie, wierz mi. Rozkręcam zespół. I szkołę. Proponuje ci połowę udziału i 

pełen etat przez okrągły rok. Mówię cholernie poważnie i chce, żebyś zaczęła od zaraz. Norrey, 

chce, żebyś zaczęła tańczyć w stanie nieważkości.

Jej twarz nie wyrażała nic.

 - Że co?

  -   Chce   zbudować   studio   na   orbicie   i   zorganizować   zespół.   Będziemy   prowadzić   na 

przemian   występy   i   szkołę:   trzy   miesiące   nauki   na   Ziemi   -   zwłaszcza   przeglądy   i   rekrutacje 

kandydatów - a potem przyjęci lecą na trzymiesięczny staż na orbicie. Jeżeli którykolwiek z nich 

rokuje jakieś nadzieje na przyszłość, poświęcamy następne trzy miesiące na filmowanie występów. 

Przez ten czas przebywamy długo w ciążeniu zmniejszonym, albo zerowym, nasze ciała zaczynają 

się adaptować, wracamy więc na trzymiesięczne wakacje na Ziemie, a potem rozpoczynamy cały 

cykl od nowa. Wakacje możemy wykorzystać na wyszukiwanie obiecujących kandydatów. Innymi 

słowy, prowadzimy konkurs młodych talentów. To będzie zabawne, Norrey. Zyskamy i rozgłos i 

pieniądze.

  -   Jakim   cudem,   Charlie?   Jak   zamierzasz   uzyskać   poparcie   dla   tego   wszystkiego? 

Carrington nie żyje,  a ja nie będę pracowała dla jego wspólników. Kto oprócz “Skyfac"  i Sił 

Kosmicznych ma uprawnienia do przebywania w kosmosie?

 - My.

 - ?

  - Ty i ja. Jesteśmy właścicielami taśmy z “Gwiezdnym tańcem", Norrey. Później ci ją 

pokaże, mam w worku kopie. Do tej pory w całej okazałości widziało ją może sto osób na Ziemi i 

parę tuzinów w kosmosie. Jednym z nich był prezes firmy Sony. Zaproponował mi czek in blanco.

 - In blanco...

background image

  -   Dosłownie,   Norrey.   “Gwiezdny   taniec"   może   być   niepowtarzalną,   najwspanialszą 

wypowiedzią artystyczną człowieka - bez względu na jego znaczenie historyczne i przyjęcie przez 

opinie publiczną. Przypuszczam, że za pięć lat będzie go znała każda obdarzona wzrokiem istota w 

układzie   słonecznym.   A   my   jesteśmy   właścicielami   tej   taśmy.   Poza   tym,   ja   posiadam   jedyne 

istniejące   na  Ziemi   taśmy  z innymi   tańcami  Shary.   Ich wartość  komercjalna   jest  nieoceniona. 

Bogaci? Do diabła, jesteśmy potężni! Skyfac Incorporated tak bardzo chce wyjść z tego z twarzą, 

że   jeśli   zatelefonuje   na   górę,   na   Pierścień   Jeden   i   poproszę   Tokugawę   o   spotkanie,   zjedzie 

następnym wahadłowcem na dół i odda mi swój zegarek.

Puściła mój sweter. Wytarłem jej ciasto z jednego łokcia i osuszyłem z kawy drugi.

  -   Nie   można   mi   zarzucić,   że   wyciągam   korzyści   ze   śmierci   Shary.   Wspólnie 

zrealizowaliśmy “Gwiezdny taniec" - ona i ja; ja zapracowałem na swoją połowę, ona pozostawiła 

swoją tobie. Jedyne co w tym złego to to, że stałem się nieprzyzwoicie bogaty, a ja nie chce być 

bogaty - nie na tej planecie. Jedynym sposobem pozbycia się tego rodzaju pieniędzy i to sposobem, 

który   pochwaliłaby   Shara,   jest   założenie   zespołu   i   szkoły.   Będziemy   się   specjalizowali   w 

nieprzystosowanych, takich, którzy z takiego, czy innego powodu nie pasują tu na Ziemi. Tak jak 

Shara.   W   nie   całkiem   klasycznie   idealnych   ciałach   tancerzy.   To   kryterium   jest   po  prostu   bez 

znaczenia w kosmosie. Tam większe znaczenie ma zdolność do otwarcia się, do przyswojenia sobie 

całkiem nowego rodzaju tańca, do... nie wiem czy ma to jakiś sens, do obejmowania umysłem 

pełnych  trzystu sześćdziesięciu stopni. Reguły wypracujemy w trakcie - i będziemy zatrudniać 

wielu tancerzy, którzy teraz nie pracują. Sądzę, że nasz kapitał inwestycyjny wystarczy nam na 

jakieś  pięć lat. Do tego czasu, występujący zespół powinien  przynosić  dochody wystarczająco 

duże, żeby pokryć z nich bieżące wydatki, finansować szkołę i jeszcze przynosić zysk. Wszyscy 

członkowie zespołu mają równe działki. Wchodzisz?

Zamrugała powiekami, wyprostowała się na krześle i wzięła głęboki oddech.

 - W co? Co masz?

  - Zupełnie nic - odparłem czarująco - ale wiem, czego potrzebuje. Przygotowania zajmą 

nam   co   najmniej   dwa   lata.   Będziemy   potrzebowali   kierownika   administracyjnego,   scenografa, 

trzech albo czterech  innych  tancerzy,  którzy potrafią uczyć.  Na początek,  oczywiście, brygadę 

techniczną   i   operatora   promu   kosmicznego,   ale   to   tylko   personel   pomocniczy.   Moje   kamery 

pracują automatycznie i ja sam będę sobie szefem. Zorganizuje to wszystko, jeżeli mi pomożesz, 

Norrey. No, dołącz do mojego .zespołu i zobacz świat - z przyzwoitej perspektywy.

 - Charlie, ja... ja nawet nie wiem, czy potrafię sobie wyobrazić taniec w stanie nieważkości, 

to znaczy widziałam, oczywiście, kilka razy oba występy Shary i bardzo mi się podobały... ale 

nadal nie wiem, co można jeszcze w tej dziedzinie osiągnąć. Nie wyobrażam sobie tego.

background image

 - Oczywiście, że nie! Jesteś wciąż spętana “górą" i “dołem", spaczona życiem wiedzionym 

w studni grawitacyjnej. Ale odrobisz zaległości, gdy tylko znajdziesz się tam, na górze, wierz mi. - 

Za rok moja pogodna pewność siebie miała mi się odbijać czkawką. - Potrafisz się nauczyć myśleć 

sferycznie, wiem że potrafisz, a reszta to tylko kwestia przekoordynowania, tak jak wprawienie się 

w chodzeniu po pokładzie rozkołysanego statku. Do diabła, jeśli ja, w moim wieku, potrafiłem, to 

potrafi to każdy. Będziesz dobrą partnerką do tańca.

Zrazu puściła to mimo uszu. Nagle jej oczy powiększyły się.

 - Dobrym kim?

Chowałem   te   moją   niespodziankę   w   zanadrzu   jak   dziecko,   do   końca,   jak   prezent   od 

Świętego Mikołaja. Zamierzałem delektować się tą chwilą. 

Ale wtedy zobaczyłem jej oczy i powiedziałem to po prostu zwyczajnie, jakoś płasko.

  - W stanie nieważkości noga nie sprawia mi kłopotów, Norrey. Ćwiczyłem intensywnie 

dzień w dzień od chwili powrotu na Ziemie.  Jest trochę sztywna  i będę... w pewnym  stopniu 

będziemy musieli dostosować do niej choreografię. Ale robi wszystko, czego potrzebuje od nogi 

tancerz w stanie nieważkości. Mogę znowu tańczyć.

Zamknęła oczy, a powieki jej drżały.

 - O mój Boże.

  - Mogę znowu tańczyć, Norrey. Shara mi to uzmysłowiła. Byłem za tępy, żeby samemu 

zauważyć,   zbyt   zasugerowany,   żeby   zrozumieć.   To   była   chyba   ostatnia   wielka   rzecz,   jakiej 

dokonała. Nie mogę teraz tego odrzucić. Muszę znowu tańczyć, rozumiesz? Zamierzam wrócić w 

kosmos i tańczyć na moim własnym terenie i na moich własnych warunkach, l chce tańczyć z tobą, 

Norrey. Chce, żebyś została moją partnerką. Chce, żebyś zgodziła się ze mną tańczyć. Zgadzasz 

się?

Siedziała wyprostowana i patrzyła mi w oczy.

 - Czy zdajesz sobie sprawę, o co mnie prosisz? 

Baczność - a więc o to chodzi! Wziąłem głęboki oddech.

 - Tak, proszę cię o pełne partnerstwo.

Odchyliła się do tyłu na swoim krześle i zapatrzyła przed siebie.

 - Ile lat już się znamy, Charlie? 

Musiałem pomyśleć.

 - No, jakieś dwadzieścia cztery. 

Uśmiechnęła się.

 - Tak. Mniej więcej. - Przypomniała sobie o zgaszonym skręcie i przypaliła go ponownie. 

Zaciągnęła się głęboko. - Ile z tego czasu spędziliśmy, według twoich szacunków, żyjąc ze sobą?

background image

Znowu ta arytmetyka; sztachnąłem się licząc.

 - Powiedzmy, jakieś sześć, siedem lat - wypuściłem dym. - Może osiem. 

Pokiwała w zamyśleniu głową i odebrała mi skręta.

 - Jakieś rozciągliwe są te twoje lata.

 - Norrey...

  - Zamknij się, Charlie. Zwlekałeś dwadzieścia cztery lata z tą propozycją, to możesz się 

zamknąć   i   poczekać   jeszcze   chwilą,   zanim   dam   ci   moją   odpowiedź.   Ile   razy,   według   ciebie, 

schodziłam na dół do knajpy, żeby cię z niej wyciągnąć?

Nie mrugnąłem okiem.

 - Zbyt wiele, żebym zliczył. 

Potrząsnęła głową.

 - Zabierałam cię do siebie, kiedy tego potrzebowałeś, wyrzucałam cię za drzwi kiedy tego 

potrzebowałeś i ani razu nie wymówiłam słowa “kocham", bp wiedziałam, że by cię spłoszyło. Tak 

cholernie się bałeś, że ktoś może cię. pokochać, bo wtedy ten ktoś mógłby ci współczuć z powodu 

twego kalectwa. Stałam więc z boku i obserwowałam, jak oddajesz swe serce tylko tym ludziom, 

którzy nie mogli go przyjąć - i za każdym razem zbierałeś później jego kawałki do kupy.

 - Norrey...

  -  Zamknij   się.   -   powiedziała.   -  Pal   tego   peta   i  siedź   cicho.   Kochałam   cię,   zanim   się 

poznaliśmy,   Charlie,   zanim   pogruchotali   ci   nogę,   kiedy   jeszcze   tańczyłeś.   Znałam   cię,   zanim 

zostałeś kaleką. Kochałam cię, zanim ujrzałam cię poza sceną. Znałam cię, zanim zacząłeś popijać i 

przez wszystkie te lata kochałam cię w sposób, jakiego ode mnie oczekiwałeś.

Teraz stoisz przede mną na dwóch nogach. Nadal utykasz, ale nie jesteś już kaleką. Gruby 

Humphrey telepata nie podał ci wina i kiedy pocałowałam cię w studio, zauważyłam, że nie piłeś w 

samolocie. Stawiasz mi obiad, paplesz, że jesteś bogaty i potężny i usiłujesz sprzedać mi jakiś 

niedorzeczny   pomysł   z   tańcem   w   kosmosie.   Masz   w   sobie   od   cholery   bezczelności,   żeby 

zasypywać mnie tym wszystkim i ani razu nie powiedzieć słowa “kocham" własnymi ustami, a 

prosisz mnie,  żebym  znowu została twoją partnerką. - Wyjęła  mi  z dłoni peta. - Cholera,  nie 

pozostawiasz mi innego wyjścia...

Urwała, zaciągnęła się dymem, potrzymała go trochę w ustach i wydmuchała, zanim znowu 

się uśmiechnęła.

 - ... jak przyjąć twoją pieprzoną propozycje.

Krew tętniła mi w uszach; drżałem dosłownie z emocji zbyt  intensywnej, by ją znieść. 

Szukałem po omacku dowcipu, który by ją rozładował.

 - A kto powiedział, że to ja stawiam obiad?

background image

 - Ja stawiam, panie Armstead - odezwał się z pobliża piskliwy, nosowy głos.

Podnieśliśmy,   zdziwieni,   wzrok,   by   stwierdzić,   że   świat   wokół   nas   nadal   istnieje   i 

zdziwiliśmy się jeszcze bardziej.

Był to niski, szczupły młody człowiek. Pierwszym wrażeniem, jakie zarejestrowały moje 

oczy, była kaskada niewiarygodnie kędzierzawych, czarnych włosów, spod której wyzierała twarz 

przypominająca,   wypisz   wymaluj,   psotnego   elfa   z   rysunku   Briana   Frouda.   Jego   okulary   były 

bliźniaczymi   prostokątami   z   drutu   i   szkła   grubszego,   niż   szyby   we   włazie   śluzy   powietrznej. 

Zezował   na   nas   przez   nie,   czyniąc   "wszystko,   by  wyglądać   dostojnie.   Z   tą   dostojnością   były 

poważne trudności, bo Gruby Humphrey jedną wielką jak patelnia łapą trzymał go za kołnierz kilka 

cali nad ziemią. Miał na sobie kosztowne ubranie dobrane ze świetnym smakiem, ale buty były 

bardzo sfatygowane. Starał się bezskutecznie nie wierzgać nogami.

  -   Za   każdym   razem,   kiedy   mijam   państwa   stolik,   następuje   mu   na   uszy   -   wyjaśnił 

Humphrey przyciągając do siebie małego facecika i zniżając głos. - Pomyślałem więc sobie, że to 

tajniak albo pismak i właśnie dawałem mu kopa w tyłek. Ale jeżeli wyrywa się z tym stawianiem, 

to decyzje pozostawiam państwu.

 - No i jak to jest, przyjacielu? Tajniak czy pismak? 

Wyprostował się na ile było to możliwe.

 - Jestem artystą.

Rzuciłem Norrey pytające spojrzenie i otrzymałem odpowiedź.

  -   Postaw   tego   człowieka   na   ziemi.   Gruby,   i   daj   mu   krzesło.   O   rachunku   pomówimy 

później.

Młodzieniec doprowadził do porządku swoją tunikę i poprawił okulary na nosie.

  -   Panie   Armstead,   pan   mnie   nie   zna,   ja   zaś   nie   znam   obecnej   tu   pani,   ale   jestem 

posiadaczem   tych   okropnych   uszu   i   nie   mam   za   grosz   wstydu.   Pan   Pappadopulos   ma   rację, 

podsłuchiwałem bezczelnie. Nazywam się Raoul Brindle i...

 - Słyszałam o panu - wtrąciła Norrey. - Mam kilka pańskich albumów.

 - Ja również - zgodziłem się. - Przedostatni był bombowy.

 - Charlie, nie wypada tak mówić. 

Raoul zamrugał gwałtownie powiekami.

 - Nie, on ma rację.. Ostatni był szmirowaty. Powinni zamknąć mnie w areszcie, żebym za 

niego odpokutował.

 - No cóż. Mnie się podobał. Jestem Norrey Drummond.

 - Pani jest Norrey Drummond?

W oczach Norrey zapaliły się znajome przekorne błyski.

background image

 - Tak, jej siostra.

  - Norrey Drummond z TDT, która opracowała choreografię “Przyśpieszenia" i tańczyła 

wariacje na temat “Zapytajcie tancerza" na konferencji w Vancouver, która... - Urwał, a okulary 

zjechały mu znowu na czubek nosa. - O mój Boże, Shara Drummond jest pani siostrą? O mój Boże, 

oczywiście. Drummond, Drummond, siostry, imbecylu. - Podniecony wiercił się na swym krześle, 

poprawiał okulary i starał wyglądać trochę bardziej poważnie.

Moim zdaniem w końcu mu się to udało. Wiedziałem coś niecoś o Raoulu Brindle'u. Był 

cudownym  dzieckiem  w dziedzinie  kompozycji,  a potem,  uczęszczając  już do szkoły średniej, 

zdecydował, że muzyka  nie jest sposobem zarabiania na życie i stał się jednym  z najlepszych 

fachmanów od efektów specjalnych w Hollywood. Zaraz potem “Time" zamieścił pół szpalty o 

jego   pracy   nad   “Dziećmi   obiektywu".   Następnie   wypuścił   wideokasetowy   album   złożony 

wyłącznie z nadzwyczajnych efektów wizualnych z podkładem muzycznym na syntetyzerze jego 

własnej konstrukcji. Był  to rodzaj “Żółtej łodzi podwodnej" do sześcianu i sprzedawał się jak 

diabli, a po nim nastąpiło jeszcze z pół tuzina genialnych, jak rzadko, albumów. To on projektował 

i programował legendarny, wart milionów dolarów, system iluminacyjny na inauguracyjny występ 

Beatlesów po ich ponownym połączeniu się, a dedykowany McCartneyowi. Jedna z jego wyłącznie 

akustycznych taśm towarzyszyła wszędzie memu deckowi. Postanowiłem postawić mu obiad.

  - Skąd więc znasz mnie  tak dobrze, że udało ci się wypatrzeć  nas w ciemnym  kącie 

restauracji i dlaczego podsłuchiwałeś?

 - To wcale nie był przypadek. - Przyszedłem tu za panem.

 - A niech to licho, nie widziałem cię. No dobrze, po co za mną szedłeś?

 - Żeby zaoferować panu moje życie.

 - Co takiego?

 - Widziałem - “Gwiezdny taniec".

 - Widziałeś? - wykrzyknąłem szczerze zdziwiony. - Jak ci się to udało? Spojrzał w sufit.

  -   Wspaniałą   mamy   pogodę,   nieprawdaż?   No   więc   widziałem   “Gwiezdny   taniec"   i 

postanowiłem sobie, że odszukam pana i pójdę za panem. Teraz  wraca pan w kosmos, ja zaś 

podążę tam za panem. Nawet gdybym musiał iść na piechotę.

 - I co będziesz robił?

 - Sam pan powiedział, że będzie wam potrzebny scenograf. Ale pan tego nie przemyślał. 

Zamierzam stworzyć  dla pana nową formę sztuki. Zamierzam, dla pana, zrobić ludziom masło 

orzechowe z mózgów. Zamierzam zaprojektować efekty wizualne, jakie można stworzyć tylko w 

stanie nieważkości i dorobić do nich muzykę, a jedno i drugie tworzyć będzie integralną całość i ze 

sobą i z tańcami. Będę pracował za kawę i ciastka. Nie będziecie nawet musieli wykorzystywać 

background image

mojej muzyki, jeżeli nie będzie wam odpowiadała, ale ja muszę zaprojektować te inscenizacje.

Norrey przerwała mu, kładąc na jego ustach delikatną, litościwą dłoń.

 - Jak sobie wyobrażasz inscenizacje w stanie nieważkości? - Odsunęła rękę.

 - To przecież stan nieważkości, nie rozumie pani? Brak ciążenia. Zaprojektuje kule złożoną 

z trampolin z kamerami na przegubach, a szkielet będą tworzyć rury wypełnione zabarwionym 

neonem. Za umożliwienie mi pracy w stanie nieważkości dam wam pierścienie z oświetlonych 

laserem   płatków   metalu,   pętle   świecącego   gazu,   zmodyfikowane   ognie   sztuczne,   wiszące   w 

kosmosie,  gigantyczne  bańki z zabarwionej cieczy,  wokół których  i przez które będzie  można 

tańczyć. Jezu, jako specjalista od efektów specjalnych, całe życie czekałem na zerową grawitacje. 

W porównaniu z nią, Dykstraflex jest kupą przestarzałego szmelcu, czy pani tego nie rozumie? 

Słuchajcie, mam przy sobie mikromagnetofon kasetowy. Dam go panu, panie Armstead...

 - Charlie - poprawiłem go machinalnie.

 - ... a pan zabierze go do domu i przesłucha. To zaledwie kilka ścieżek, które wysmażyłem 

na gorąco po ujrzeniu “Gwiezdnego tańca". Tylko fonia, po prostu pierwsze wrażenie... Nie jest to 

nawet szkielet podkładu muzycznego, ale myślałem, że... to znaczy myślałem, że może pan... to 

całkiem do dupy, proszę, niech pan weźmie.

 - Jesteś przyjęty - powiedziałem.

 - Obiecuje pan?

 - Przyjęty. Hej, Gruby! Masz tu gdzieś w tej spelunie Betamaxa?

Poszliśmy na zaplecze, gdzie mieszka Gruby Humphrey Pappadopulos i wsunąłem taśmę z 

“Gwiezdnym   tańcem"   w   szczelinę   jego   prywatnego   telewizora.   Oglądaliśmy   ją   we   czwórkę, 

podczas   gdy  Maria   zajęła   się   prowadzeniem   restauracji.   A   kiedy   taśma   się   skończyła,   minęło 

jeszcze pół godziny, zanim ktokolwiek z nas mógł się odezwać.

background image

Rozdział 2

No i oczywiście nie pozostawało nam nic innego, jak polecieć na “Skyfac". 

Raoul uparł się, że koszta swojego przelotu pokryje z własnej kieszeni, co przyjąłem ze 

zdziwieniem, ale i uznaniem.

 - Jak mogę od pana wymagać kupowania kota w worku? - spytał rozsądnie. - Z tego, co 

pan wie mogę być jednym z tych ludzi, którzy wciąż cierpią na chorobę kosmiczną.

  - W pomieszczeniach mieszkalnych będzie panowało niewielkie ciążenie. I czy w ogóle 

masz pojecie ile kosztuje przelot osoby cywilnej wahadłowcem?

 - Stać mnie na to - odpowiedział po prostu. - Wie pan o tym. A nie będzie ze mnie żadnego 

pożytku, jeżeli całymi dniami będę przesiadywał w domu. Przejdę na pana pensje w dniu, kiedy 

przekonamy się, że nadaje się do tej roboty.

 - To głupie - zaoponowałem. - Mam zamiar sprowadzić na orbitę wahadłowce wypełnione 

studentami. W ich przypadku grawitacja będzie nie większa niż w twoim, a oni na pewno nie będą 

płacić   za   swoje   bilety.   Dlaczego   miałbym   dyskryminować   ciebie   tylko   dlatego,   że   nie   jesteś 

biedny?

Potrząsnął uparcie głową.

 - Ponieważ tak chce. Dobroczynność jest dla tych, którzy jej potrzebują. Korzystałem z niej 

sporo i błogosławię ludzi, którzy mi pomagali, gdy tego potrzebowałem, ale teraz mogę już liczyć 

sam na siebie.

 - W porządku - zgodziłem się. - Ale kiedy się sprawdzisz, zwrócę ci wszystkie koszta, czy 

chcesz tego, czy nie.

 - Niech będzie - powiedział i kupiliśmy bilety na przelot.

Jak  się  można  było   tego  spodziewać,   Raoul  dostał  mdłości,   gdy  tylko   wyłączono  ciąg 

silników głównych, ale był na tyle przezorny, że nie jadł śniadania i na zastrzyk zareagował bardzo 

szybko. Ten mały, chudy człowieczek miał w sobie wiele samozaparcia - do momentu dokowania 

przy Pierścieniu Jeden wypróbowywał motywy melodyczne na swoim Soundmasterze. Biały jak 

papier siedział z oczyma  wlepionymi  w wideoekran przekazujący obrazy zza burty,  z palcami 

przyklejonymi do klawiszy Soundmastera, z uszami do słuchawek. Jeżeli żołądek dawał mu się 

jeszcze we znaki, nie można było tego po nim poznać.

Norrey nie odczuwała żadnych sensacji. Ja również nie. Nasze spotkanie z kierownictwem 

“Skyfac" wyznaczone zostało za godzinę, zapakowaliśmy więc Raoula do wyznaczonej mu kajuty i 

spędziliśmy ten czas w Sali Klubowej, obserwując krążące po wielkiej wideościanie gwiazdy.

background image

 - Och, Charlie, kiedy będziemy mogli wyjść na zewnątrz?

 - Prawdopodobnie nie dzisiaj, kochanie.

 - Dlaczego nie?

 - Za dużo mamy zajęć. Musimy nawymyślać Tokugawie, porozmawiać z Harrym Steinem, 

porozmawiać z Tomem McGillicudy, a kiedy przebrniemy już przez to wszystko, weźmiesz swoje 

pierwsze lekcje z przebywania w otwartej przestrzeni - tu, wewnątrz stacji.

 - Charlie, nauczyłeś mnie już wszystkiego.

 - Jasne. Jestem starym wilkiem kosmicznym z całymi sześcioma miesiącami praktyki. Ty 

naiwniaczko, nawet nie dotknęłaś skafandra próżniowego.

 - Och, asekuranctwo! Zapamiętałam każde słowo z tego, co mi mówiłeś. Nie boje się.

 - Norrey, posłuchaj mnie. To nie jest kwestia zarzucenia na siebie peleryny i stanięcia pod 

wodospadem   Niagara.   Jakieś   sześć   cali   stąd,   za   tą   ścianą,   znajduje   się   najbardziej   wrogie 

środowisko, w jakim może znaleźć się człowiek. Technika, która umożliwia ci przebywanie w nim 

nie ma nawet tylu lat, co ty. Dopóki nie przekonam się, że się boisz, nie dopuszczę cię do śluzy 

powietrznej na odległość mniejszą niż dziesięć metrów.

Unikała moich oczu.

 - Charlie, do cholery. Nie jestem dzieckiem ani idiotką.

  -   No   to   przestań   się   zachowywać,   jakbyś   była   i   jednym   i   drugim.   -   Zaperzyła   się 

gwałtownie i spojrzała na mnie. - A może jest inne jeszcze określenie dla kogoś, kto sądzi, że może 

przyswoić sobie nowy zestaw odruchów tylko o nim słuchając?

Mogło się to przerodzić w kłótnie na pełną skalę, ale kelner wybrał akurat ten moment na 

przybycie z kawą. Personel Sali Klubowej lubi popisywać się swą zręcznością przed turystami; to 

wpływa na wysokość napiwku. Nasz kelner postanowił zbliżyć się do naszego stolika w ten sam 

sposób, w jaki George Reeves zwykł był przesadzać wysokie budynki, a nadmienić należy, że 

siedzieliśmy dobre piętnaście metrów od kuchni.

  - Kawa jest  świeża  - powiedziałem  do wybałuszającej  oczy Norrey.  - Kelner  właśnie 

wylądował. 

To  jeden z  najstarszych  gagów  na  “Skyfac"  i  zawsze  odnosi skutek. Norrey krzyknęła 

nieomal  wylała  sobie gorącą kawę na rękę - Tylko małe ciążenie dało jej czas na odzyskanie 

równowagi.

 - Charlie?

 - Tak?

 - Ile lekcji będę musiała wziąć, zanim będę gotowa? 

Uśmiechnąłem się i ująłem ją za rękę.

background image

 - Nie tak dużo, jak myślałem.

***

Spotkanie   z   Tokugawą,   nowym   prezesem   zarządu,   było   kiepską   komedią.   Przyjął   nas 

osobiście w dawnym gabinecie Carringtona i zrobił na nas wrażenie wiejskiego proboszcza na 

papieskim tronie. W straszliwej walce o to stanowisko, która nastąpiła po śmierci Carringtona, on 

był   jedynym   wystarczająco   nijakim   kandydatem,   żeby   zadowolić   wszystkich.   Ku   memu 

zachwytowi był z nim Tom McGillicudy. Nie miał już gipsu na kostce. Zapuszczał brodę.

 - Czołem Tom. Jak stopa?

Jego uśmiech był ciepły i znajomy.

 - Cześć, Charlie. Cieszę się, że cię znowu widzę. Stopa już zdrowa - przy małym ciążeniu 

kości szybciej się zrastają.

Przedstawiłem Norrey jemu i Tokugawie.

Najpotężniejszy   człowiek   w   kosmosie   był   niski,   siwy   i   łatwy   do   rozszyfrowania.   Z 

szacunku do tradycji nosił japońskie kimono, ale mogłem pójść o zakład, że jego angielski był 

lepszy od jego japońskiego. Przerwałem mu w połowie mowę na temat “Gwiezdnego tańca" i 

Shary, którą musiało mu chyba pisać ze czterech murzynów.

 - Odpowiedź brzmi “nie".

Wyglądał tak, jakby nigdy jeszcze nie słyszał tego słowa.

 - Ja...

 - Słuchaj, Toke. Czytam, stary, gazety. Ty i Skyfac Inc. i Luniindustries Inc. chcecie zostać 

naszymi  patronami. Zapraszasz nas, żebyśmy niezwłocznie podpisali urnowe, i zaczęli tańczyć, 

oferując   w   zamian   ubezpieczenie   od   całego   tego   cholernego   ryzyka.   I   wszystko   to   nie   ma 

oczywiście   nic   wspólnego   z   faktem,   że   w   tym   tygodniu   wniesiony   został   pod   obrady   projekt 

ustawy antytrustowej wymierzonej przeciwko wam, prawda?

  -   Panie   Armstead,   wyrażam   jedynie   swoją   wdzięczność,   że   pan   i   Shara   Drummond 

wybraliście “Skyfac", żeby stworzyć swą wielką sztukę oraz moją gorącą nadzieje, że pan i jej 

siostra będziecie nadal skłonni do skorzystania z...

 - Wiesz cholernie dobrze, w jaki sposób Shara dostała się na “Skyfac" i siedzisz w fotelu 

człowieka, który ją zabił. Zabił, zmuszając do spędzenia tylu wolnych od prób godzin w małym 

ciążeniu lub w stanie nieważkości. Powinieneś być na tyle bystry, żeby się orientować, iż w dniu, w 

którym Norrey, ja albo którykolwiek członek naszego zespołu zatańczy choćby krok na terenie 

“Skyfac", przyjdzie do ciebie czarny facet z rogami, ogonem i widłami i przyzna, że piekło właśnie 

zamarzło. O ile o mnie chodzi, to święta Bożego Narodzenia przypadają w tym roku na dzień, w 

którym   Carrington   wyszedł   na   spacer   i   zapomniał   wrócić   i   niech   mnie   licho,   jeżeli   znowu 

background image

zamieszkam pod tym dachem albo zacznę zarabiać pieniądze dla jego spadkobierców. Czy się 

rozumiemy?  - Norrey ścisnęła mocno moją dłoń i kiedy na nią spojrzałem, uśmiechnęła się do 

mnie.

Tokugawa westchnął i poddał się.

 - McGillicudy, dajcie im kontrakt.

Tom   wydobył   sztywny,   złożony   pergamin   i   wręczył   go   nam   z   twarzą   pokerzysty. 

Przebiegłem dokument wzrokiem i brwi powędrowały mi w górę.

 - Tom - powiedziałem ironicznie - czy to oryginał? 

Nie spojrzał nawet na swojego szefa.

 - Tak.

 - Nawet procentu podatku? O rany - spojrzałem na Tokugawe. - Darmowe wyżywienie. To 

na pewno dzięki mej ujmującej aparycji. - Przedarłem kontrakt na pół.

 - Panie Armstead - zaczął gorąco i byłem rad, że tym razem przerwała mu Norrey. Mnie 

zaczynało już to wchodzić w krew.

  -   Panie   Tokugawa,   wydaje   mi   się,   że   będziemy   mogli   dojść   do   porozumienia,   jeżeli 

przestanie nas pan zapewniać, iż jest patronem sztuk pięknych. Damy się namówić na przyjęcie od 

was pewnej pomocy konsultacyjnej i technicznej, jak również zgodzimy się, abyście zaopatrywali 

nas,   po   obowiązujących   cenach,   w   materiały,   powietrze   i   wodę.   Zwrócimy   nawet   cześć 

wypożyczonego od pana personelu technicznego, gdy przestanie nam już być potrzebny. Oprócz 

ciebie, Tom - jeżeli wyrazisz zgodę - chcemy, żebyś został naszym pełnoetatowym kierownikiem 

administracyjnym.

Nie wahał się ani sekundy, a jego uśmiech był piękny.

 - Przyjmuje te propozycje, panno Drummond.

 - Mów mi Norrey. Co więcej - zwróciła się znowu do Tokugawy - nie omieszkamy przy 

każdej   okazji   mówić   każdemu   kogo   spotkamy,   jaki   pan   był   dla   nas   miły.   Ale   zamierzamy 

prowadzić  swoje własne studio, a akurat może  nam odpowiadać zlokalizowanie  go po drugiej 

stronie Ziemi - będziemy wtedy niezależni. Nie będziemy fabryczną trupą “Skyfac" - będziemy 

niezależni. Możemy traktować “Skyfac" jak starego, bogatego wujka, który mieszka przy tej samej 

ulicy. Ale nie sądzimy, abyśmy potrzebowali pana dłużej niż pan będzie potrzebował nas, a więc 

nie będzie żadnego kontraktu. Czy się rozumiemy?

Niemal   zacząłem   bić   jej   brawo.   Jestem   całkowicie   pewien,   że   nigdy   jeszcze   nie 

skaperowano mu pod jego własnym nosem osobistego sekretarza. Jego dziadek mógłby w takiej 

sytuacji popełnić sepuku; on, w swoim podrabianym kimonie, musiał tylko kipieć z wściekłości. 

Ale Norrey rozegrała sprawę wspaniale - a on nas potrzebował.

background image

Być może nie rozumiecie, jak cholernie nas potrzebował. “Skyfac" był od lat pierwszym 

nowego rodzaju trustem wielonarodowym i z chwilą powstania, zaczął natychmiast kłuć w oczy. 

Przed tygodniem w USA, ZSRR, Chinach, Francji i Kanadzie powzięte zostały akcje antytrustowe. 

Kraje te złożyły protesty w ONZ. Uczyniony został pierwszy krok w czymś, co miało się okazać 

prawniczą bitwą stulecia. Jedynym, najcenniejszym atutem “Skyfac" był jego monopol na kosmos - 

Tokugawa był na tyle przestraszony zaistniałą sytuacją, aby starać się o każdą dobrą prasę, jaką 

mógł uzyskać.

A przed dwoma tygodniami na rynku ukazała się taśma z “Gwiezdnym tańcem". Pierwsza 

fala wstrząsowa okrążała jeszcze świat; my byliśmy najlepszą reklamą, jaką Tokugawa mógł sobie 

wymarzyć.

 - Czy będziecie współpracowali z naszymi ludźmi od reklamy? - To było jedyne pytanie, 

jakie zadał.

  -   Tak   długo,   jak   nie   będzie   pan   próbował   twierdzić,   że   jestem   załamany   śmiercią 

Carringtona - powiedziałem. Naprawdę muszę mu to przyznać - prawie się uśmiechnął.

 - A co by pan powiedział na “zasmucony"? - zasugerował ostrożnie. 

Zgodziliśmy się na zaszokowanego.

***

Zostawiliśmy   Toma   w   naszej   kabinie   z   czterema   neseserami   pełnymi   papierów   do 

posortowania i udaliśmy się na spotkanie ze Steinem.

Znaleźliśmy go tam, gdzie się spodziewałem - w odosobnionym kącie magazynu metali, za 

biurkiem   zawalonym   stosami   prospektów,   czasopism   i   gazet,   które   w   normalnej   grawitacji 

stanowiłyby nieprawdopodobny ciężar. On i lampa biurowa garbili się nad niewiarygodnie starą 

maszyną   do   pisania.   Jeden   masywny   wałek   podawał   do   niej   czysty   papier,   drugi   odbierał 

maszynopis. Z uznaniem zauważyłem, że stos zapisanych kartek był już dwa albo trzy centymetry 

grubszy niż wtedy, gdy widziałem go ostatnio.

 - Czołem, Harry. Kończymy pierwszy rozdział? 

Podniósł na mnie wzrok i zamrugał powiekami.

  - Cześć, Charlie. Miło cię widzieć - na jego możliwości było to serdeczne powitanie. - 

Musisz być jej siostrą.

Norrey skinęła poważnie głową.

  - Cześć, Harry. Miło mi cię poznać. Słyszałam, że te świece w “Wyzwoleniu" to twój 

pomysł. 

Harry wzruszył ramionami.

 - Była dobra.

background image

 - Tak - przytaknęła Norrey. Nieświadomie, instynktownie, tak jak wcześniej Shara, przejęła 

od niego oszczędność w posługiwaniu się słowami.

 - A ja - powiedziałem - wypije za to stwierdzenie.

Harry zmierzył wzrokiem termos przytroczony do mego pasa i uniósł pytająco brew.

 - To nie wóda - zapewniłem go odpinając termos. - Jestem na odwyku. Brazylijska kawa 

Blue Mountain, prosto z Japonii. Niebo w gębie. Przywiozłem dla ciebie.

Harry naprawdę się uśmiechnął. Wydobył trzy kubki z pobliskiego ekspresu do kawy (który 

sam,   osobiście,   przystosował   do   małego   ciążenia)   i   trzymał   je,   gdy   ja   nalewałem.   W   niskiej 

grawitacji aromat szybko się rozchodzi; był wspaniały.

 - Za Sharę Drummond - powiedział Harry i wypiliśmy razem.

Harry był pięćdziesięcioletnim, trzymającym formę, byłym obrońcą piłki nożnej. Był tak 

masywny   i   umięśniony,   że   można   go   było   znać   dłuższy   czas   i   nie   podejrzewać   nawet   o 

inteligencje,   czy   może   nawet   geniusz,   jeżeli   nie   miało   się   okazji   obserwować   go   przy   pracy. 

Rozmawiał   głównie   rękami.   Nienawidził   pisania,   ale   metodycznie   poświęcał   dwie   godziny 

dziennie na Książkę. Kiedyś spytałem go dlaczego to robi. Ufał mi na tyle, że odpowiedział: “Ktoś 

przecież musi napisać książkę o budownictwie kosmicznym". Na pewno nikt nie mógł znać się na 

tym lepiej. Harry dosłownie położył pierwszy spaw na “Skyfac" i od tamtego czasu praktycznie 

szefował całej budowie.

 - Jeśli szukasz roboty, Harry, to mam coś dla ciebie. 

Potrząsnął głową.

 - Dobrze mi tu.

 - To praca w kosmosie.

Znowu, cholera, prawie się uśmiechnął.

 - Źle mi tu.

 - W porządku, opowiem ci. Według mnie będzie to rok prac projektowych, trzy albo cztery 

lata ciężkiego montażu, a potem coś w rodzaju konserwacji, by utrzymać wszystko na chodzie.

 - Co? - spytał lakonicznie.

 - Potrzebne mi orbitujące studio taneczne.

Uniósł   dłoń   wielkości   baseballowej   rękawicy,   przerywając   mi.   Z   kieszeni   na   piersiach 

wyjął minirejestrator, przełączył mikrofon na prace w pomieszczeniu zamkniętym i ustawił go na 

biurku miedzy nami.

 - Do czego?  

Pięć i pół godziny później cała nasza trójka była zachrypnięta, a po następnej godzinie 

Harry wręczył nam zestaw szkiców. Przejrzałem je wraz z Norrey, zatwierdziliśmy kosztorys, a 

background image

Harry powiedział nam, że rok. Uścisnęliśmy sobie dłonie. 

W dziesięć miesięcy później wstępowałem już na pokład.

***

Następne trzy tygodnie, podczas których wprowadzałem Raoula i Norrey w życie bez góry i 

dołu,   spędziliśmy   na   “Skyfac"   i   wokół   niego,   w   otwartym   kosmosie.   Z   początku   kosmos 

przejmował ich grozą. Norrey, podobnie jak wcześniej jej siostra, była głęboko przejęta osobistym 

kontaktem z nieskończonością, rozbita duchowo przeraźliwą perspektywą, jaką Wielka Otchłań 

wprowadza do ludzkiej skali wartości. Raoul był niewiele mniej przejęty. Przeszli przez to - byli 

zdolni   do   rozszerzenia   swego   osobistego,   wewnętrznego   wszechświata,   by   objąć   zmysłami 

wszechświat zewnętrzny i wyszli z tej próby (podobnie jak Shara) z nowym i nieprzemijającym 

wewnętrznym spokojem.

Ta duchowa konfrontacja była  jednak dopiero pierwszym krokiem. Główne zwycięstwo 

było   o   wiele   subtelniejsze.   To   coś   więcej   niż   samo   tylko   samopoczucie   stanowiło   powód 

wykruszania   się   siedmiu   z   każdej   dziesiątki   pracujących   na   zewnątrz   techników   podczas   ich 

pierwszej   zmiany;   przyczyniało   się   też   do   tego   psychologiczne   (czy   aby   na   pewno 

psychologiczne?) zmęczenie.

Do samego braku ciążenia przywykli oboje niemal od razu. Norrey przystosowywała się o 

wiele  szybciej  od Raoula  - jako tancerka więcej  wiedziała  o swych  odruchach  i była  bardziej 

skłonna   do   zapominania   się,   bardziej   przyzwyczajona   do   stykania   się   z   niemożliwymi   do 

przewidzenia sytuacjami, z których zawsze wychodziła z niezmiennie dobrym humorem. Ale kiedy 

nadszedł   czas   powrotu   na   Ziemie   oboje   wykazywali   już   dużą   wprawę   w   “skakaniu",   czyli 

poruszaniu się po zamkniętym pomieszczeniu w warunkach małego ciążenia. (Ja sam byłem mile 

zaskoczony tym, jak szybko powracają mi dawno nie wykorzystywane umiejętności taneczne).

Prawdziwym   cudem   było   i   to,   że   równie   szybko   przystosowali   się   do   przedłużonego 

przebywania poza stacją, w otwartym kosmosie. Byłem wtedy takim ignorantem, że nie potrafiłem 

docenić niewiarygodnego zbiegu okoliczności, dzięki któremu i Norrey i Raoul byli do tego zdolni. 

Dopiero następnego roku zdałem sobie sprawę na jak cienkim włosku wisiał wtedy sukces całego 

mojego przedsięwzięcia - całego mojego życia. Gdy w końcu dotarło to do mnie, miałem dreszcze 

przez wiele dni. 

Takie właśnie szczęście sprzyjało mi przez cały następny rok.

***

Ten   pierwszy   rok   upłynął   na   rozkręcaniu   interesu.   Nieskończone   miliony   stresów   i 

pomniejszych szczegółów - czy próbowaliście kiedyś zamówić obuwie taneczne na ręce? Bardzo 

mało   potrzebnych   nam   artykułów   można   było   zamówić   z   katalogu   Johnny'ego   Browna   albo 

background image

wyszperać   z   asortymentu   sprzętu   kosmicznego.   Przez   ręce   moje   i   Norrey   przepłynęły 

nieprawdopodobne ilości umownych dolarów i gdyby nie Tom McGillicudy całe przedsięwzięcie 

nie byłoby po prostu możliwe do zrealizowania. To on zajął się rejestracją zarówno Szkoły Tańca 

Nowoczesnego   imienia   Shary   Drummond,   jak   i   występującego   zespołu   “Stardancers,   Inc.",   a 

następnie   został  dyrektorem   administracyjnym   szkoły,   oraz  agentem  zespołu.  Był  człowiekiem 

bardzo   inteligentnym,   nieskazitelnie   uczciwym   i   rozpoczynał   prace   w   służbie   Carringtona   z 

oczyma   -   i   uszami   -   szeroko   otwartymi.   Posługiwaliśmy   się   nim   jak   różdżką   czarodziejską   i 

osiągaliśmy cudowne rezultaty. Ilu uczciwych ludzi zna się na finansach i je - rozumie?

Drugim nieocenionym czarodziejem był oczywiście Harry. A nadmienić należy, że pięć z 

tych   dziesięciu   miesięcy   spędził   na   obowiązkowym   urlopie   na   powierzchni   planety,   gdzie 

przystosowywał swój organizm znowu do ziemskich warunków i kierował pracami na orbicie przez 

nadzwyczaj   długodystansowy   telefon.   W   odróżnieniu   od   większości   personelu   “Skyfac", 

wymienianego co czternaście miesięcy, budowniczowie naszego Studia spędzali tak dużo czasu w 

stanie całkowitej nieważkości, że jedna zmiana nie mogła trwać dla nich dłużej niż sześć miesięcy. 

Taką samą normę czasową założyłem dla nas - “Gwiezdnych Tancerzy", a doktor Panzella wyraził 

na nią zgodę. Ale przez pierwszy i ostatnie cztery miesiące prace przebiegały pod bezpośrednim 

nadzorem Harry'ego. Zakończył je nie wykorzystując do końca przeznaczonego na budowę budżetu 

- podwójnie zadziwiające zważywszy na nowatorstwo wielu zastosowanych przez niego rozwiązań 

konstrukcyjnych. Niemal przekroczył swoją normę przebywania w stanie nieważkości; to nie jego 

wina, że musieliśmy mu ją nałożyć.

Udało nam się tak skutecznie ograbić “Skyfac" tylko dlatego, że był on tym, czym był: 

gigantem,   bezdusznym   wielonarodowym   trustem,   traktującym   ludzi   jak   wymienne   elementy. 

Prawdopodobnie  Carrington lepiej  znał  swoich  podwładnych  - ale  wspólnicy,  których  zebrał  i 

przekonał   do   zrealizowania   swego   marzenia   wiedzieli   o   kosmosie   jeszcze   mniej   niż   ja   jako 

wideooperator w Toronto. Jestem pewien, że większość z nich uważała “Skyfac" za bardzo daleko 

położoną zagraniczną inwestycje.

Potrzebowałem wtedy całej pomocy, jaką mogłem uzyskać. Potrzebowałem całego roku - i 

więcej! - na przeprowadzenie gruntownych badań i przestrojenie nieużywanego od ćwierć wieku 

instrumentu - mojego ciała tancerza. Udało mi się, z pomocą Norrey, ale nie przyszło to łatwo.

Oglądając się teraz wstecz uświadamiam sobie, że wszystkie z powyższych szczęśliwych 

zbiegów   okoliczności   były   nieodzowne,   by   Szkoła   Tańca   Nowoczesnego   imienia   Shary 

Drummond stała Się faktem dokonanym. Po tylu zazębiających się cudach powinienem się chyba 

spodziewać serii złych kart. Ale kiedy w końcu nadeszła, nie wyglądało to aż tak źle, bowiem 

kiedy   wreszcie   otworzyliśmy   nasz   sklepik,   tancerze   zaczęli   walić   do   nas   drzwiami   i   oknami. 

background image

Wyobrażałem sobie, że do pobudzenia apetytu na kosztowny towar potrzebna jest dobra reklama, 

bo   chociaż   pokrywaliśmy   większość   wydatków   studentów,   to   i   tak   utrzymywaliśmy   je   na 

wystarczająco wysokim poziomie, żeby od razu wyeliminować przypadkowych łowców wrażeń.

Łączny   wpływ   trzech   taśm   Shary   na   świadomość   taneczną   świata   był   gruntowny   i 

rewolucyjny. Pojawiły się, gdy taniec nowoczesny trwał już niemal od dziesięciu lat w stagnacji; 

Był to okres, w którym każdy zdawał się tworzyć wariacje na temat czegoś, co już dawno zostało 

zrobione,   w   którym   tuziny   choreografów   łamały   sobie   głowy,   usiłując   dokonać   kolejnego 

nowofalowego   przełomu   i   produkowały   w   większości   taneczny   bełkot.   Te   trzy   taśmy   Shary, 

wypuszczone w idealnych odstępach czasu podyktowanych przez jej intuicje, zdołały zapanować 

nad   wyobraźnią   wielkiej   liczby   tancerzy   i   miłośników   tańca   na   całym   świecie   -   jak   również 

milionów ludzi, którzy nigdy przedtem nie interesowali się baletem.

Tancerze zaczynali rozumieć, że brak ciążenia oznacza taniec wolny, wolny od ograniczeń 

życia   spędzanego   w   okowach   grawitacji.   Norrey   i   ja   nie   zadbaliśmy   w   swojej   naiwności   o 

utrzymanie naszych planów w dostatecznej tajemnicy. Dzień po podpisaniu umowy dzierżawnej 

naszego studia na powierzchni Ziemi w Toronto kandydaci zaczęli przybywać pod nasze drzwi 

dosłownie całymi tabunami i odmawiali rozejścia się - stało się tak na długo przed tym, zanim 

byliśmy gotowi na ich przybycie. Nie opracowaliśmy nawet jeszcze metody rekrutacji tancerzy, 

którzy mieli pracować w zerowej grawitacji. Ostatecznie okazało się to bardzo proste - tancerze, 

którzy przebrnęli przez eliminacje, polegające na sprawdzeniu ich umiejętności w dziedzinie tańca 

konwencjonalnego,   byli   wsadzani   do   samolotu,   wywożeni   pod   niebo,   wyrzucani   stamtąd   i 

filmowani w drodze na dół. To nie to samo, co stan nieważkości - ale wystarczająco zbliżone, aby 

odsiać nie nadającą się większość.

Mieszkali w szkole, karmiliśmy ich na zmiany, aż w pewnym momencie wpadłem w paniką 

i nieomal chciałem zadzwonić na górę do Harry'ego i przesunąć termin naszego przybycia tak, by 

zdążył  potroić  liczbę  kabin mieszkalnych  w Studio. Ale Norrey przekonała  mnie,  żebym  przy 

selekcji był bezwzględny i z całych setek zabrał na orbitę tylko najbardziej obiecującą dziesiątkę.

***

Wszystko rozbija się najczęściej o niemożność przystosowania się, niemożność uwolnienia 

świadomości   od   zależności   od   góry   i   dołu   (tego   właśnie   nie   może   zasymulować   skok   z 

opóźnionym otwarciem spadochronu: skoczek wie, gdzie jest jego dół). Nie pomaga wmawianie 

sobie, że na północ od głowy znajduje się “góra", a na południe od stóp “dół" - z tego punktu 

widzenia   cały   wszechświat   znajduje   się   w   bezustannym   ruchu.   Większość   mózgów   po   prostu 

odrzuca   takie   spostrzeżenie.   Taki   tancerz   będzie   się   stale   “gubił",   będzie   gubił   swój 

wyimaginowany horyzont i w końcu popadnie w stan całkowitej dezorientacji. Wynikające stąd 

background image

efekty uboczne obejmują skrajne przerażenie, oszołomienie, mdłości, nieregularne tętno i skoki 

ciśnienia - dziadka wszystkich bólów głowy, a także bezwolne wypróżnienia.

Nawet podczas pracy we wnętrzu stacji, w Akwarium Złotej Rybki, czyli składanej kuli z 

trampolinami, zaprojektowanej przez Raoula, tacy tancerze nie mogą nauczyć się przezwyciężania 

dręczącego   ich   rozkojarzenia   zmysłów.   Mając   za   sobą   całe   zawodowe   życie   spędzone   na 

pokonywaniu grawitacji, każdym wykonywanym ruchem stwierdzają, że czują się zagubieni bez 

ich   starej   antagonistki,   albo   przynajmniej   bez   liniowego,   prostokątowego   zestawu   dekoracji. 

Przekonaliśmy się, iż niektórzy z nich jednak potrafią się zaaklimatyzować w stanie nieważkości 

wewnątrz sześcianu lub prostopadłościanu, dopóki pozwala im się traktować jedną ścianę jako 

“sufit", a przeciwległą jako “podłogę".

A w jednym czy w dwóch przypadkach do nowego środowiska przystosować się potrafiła 

wyobraźnia,   natomiast   nie   potrafiły   tego   ciała,   ich   instrumenty.   Nie   zdołały   się   u   nich 

wykrystalizować nowe odruchy.

Oni po prostu nie byli stworzeni do życia w kosmosie. W większości opuszczali nas jako 

przyjaciele - ale opuścili nas wszyscy.

Wszyscy oprócz jednej osoby.

Linda   Parsons   była   dziesiątą   studentką.   Nie   wykruszyła   się   i   jej   odkrycie   było   tak 

szczęśliwym zbiegiem okoliczności, że pozwoliło przerwać złą passę.

Była niższa od Norrey, prawie tak samo małomówna jak Harry (ale z innych powodów), 

dużo spokojniejsza od Raoula i bardziej serdeczna i szczera niż byłbym ja, gdybym miał przeżyć 

sto lat. W okropnym tłoku tego pierwszego semestru w stanie nieważkości, wśród napadów złości i 

posępnych   załamań,   ona   jedna   była   osobą   powszechnie   lubianą   -   szczerze   wątpię,   czy 

potrafilibyśmy przebrnąć przez to wszystko, gdyby nie ona.

Niektóre kobiety potrafią przeobrazić pokój w emocjonalny wir, po prostu wchodząc do 

niego i ta zdolność nazywana jest “prowokacyjnym stylem bycia". O ile wiem, nasz jeżyk nie 

dysponuje słowem pozwalającym na określenie przeciwieństwa prowokacyjności, ale Linda była 

właśnie taka. Miała talent do sprawiania, że ludzie czuli się dobrze w swoim towarzystwie, miała 

dryg  do łagodzenia z pozoru nie dających  się pogodzić antagonizmów, sposób na rozjaśnianie 

pomieszczenia, w którym się znalazła.

Wychowała się w komunie na Farmie w Nowej Szkocji i to prawdopodobnie przyczyniło 

się do jej empatii, odpowiedzialności i intuicyjnego zrozumienia dynamiki energii grupy. Sądzę 

jednak, że jej główna cecha, dominująca nad innymi była wrodzona - ona autentycznie kochała 

ludzi.   Czegoś   takiego   nie   można   się   było   nauczyć.   To   po   prostu   było   aż   nazbyt   wyraźnie 

zakodowane w jej genach.

background image

Nie chce przez to powiedzieć, że była drugą Polyanną, mdląco pogodną i słodką jak ulepek. 

Wymagała, aby w jej obecności utrzymywany był wysoki poziom szczerości i nie pozwoliłaby 

nikomu na luksus skrywanej urazy, którą nazywała “zagięciem na kogoś parolu". Jeśli przyłapała 

kogoś z takim psychicznym bagażem brudów, wyciągała to zaraz na światło dzienne i zmuszała go 

do oczyszczenia się.

Takie cechy są typowe dla dziecka wychowanego w komunie i zwykle sprawiają, że jest 

ono serdecznie nieznoszone w tak zwanym kulturalnym towarzystwie - bazującym, jak to zwykle 

bywa,   na   nieodpowiedzialności,   fałszu   i   egoizmie.   Jednak   coś   w   Lindzie   sprawiało,   że   jej 

wychodziły one na korzyść. Mogła ci powiedzieć w oczy, że jesteś frajer, nie budząc w tobie 

gniewu,  potrafiła  zarzucić  ci publicznie,  że kłamiesz,  nie nazywając  cię  kłamcą.  Najwyraźniej 

wiedziała jak nienawidzić grzechu i wybaczyć grzesznikowi; a ja to w niej podziwiałem, ponieważ 

jest to zaleta, której sam nigdy nie posiadałem. 

Tak przynajmniej oceniała ją Norrey i ja. Tom miał o niej inną opinie.

***

 - Spójrz, Charlie, tam jest Tom.

 - Faktycznie. Tom! Hej, Tom!

 - O rany - powiedziała Norrey - coś jest nie tak. 

Tom kipiał z wściekłości.

 - Do diabła, kto mu zalazł za skórę? Hej, gdzie są Linda i Raoul. Może to jakaś rozróba?

 - Nie, oni przeszli przed nami. Musieli już złapać taksówkę i odjechać do hotelu... 

Tom, ciskając wzrokiem błyskawice, był już przy nas.

 - A więc to jest ten wasz brylant bez skazy? Jezu! Pieprzone dobre serduszko, skręcę jej ten 

chudy kark. A żeby ją...

 - Hej! O kogo ci chodzi?

  -  O   Chryste,   później...   już   tu   idą.   Teraz   uważajcie   -   powiedział   szybko   Tom   przez 

zaciśnięte zęby, uśmiechając się przy tym, jakby przed chwilą załatwiono mu apartament w raju - 

dajcie tym krwiopijcom, co macie najlepszego, to znaczy jak najmilszy wyraz twarzy, a. może 

zdołam jakoś was wyciągnąć z tej śmierdzącej sytuacji - i ruszył szybkim krokiem w kierunku 

tłumu   uśmiechając   się   i   otwierając   serdecznie   ramiona.   Gdy   odchodził   dosłyszałem   jak   nie 

poruszając ustami mamrocze pod nosem coś, co zaczynało się od “Panna Parsons" i co zawierało 

wystarczająco dużo głosek syczących, żeby przestraszyć łowcę węży.

Wymieniliśmy z Norrey spojrzenia

 - Prawo Pohla - powiedziała i pokiwała głową. (Raoul powiedział nam kiedyś, że prawo 

Pohla głosi, iż nie istnieje nic na tyle dobrego, by ktoś, gdzieś tego nienawidził i vice versa). I w 

background image

tym momencie otoczył nas tłum.

  - ... tutaj proszę pana kiedy ukaże się wasza następna taśma tutaj proszę opowiedzieć 

naszym widzom co to znaczy naprawdę wierzyć że ta nowa forma sztuki jest ważnym paszportem 

czy zapatrujecie się na to w ten sposób panno Drummona czy to prawda że nie była pani zdolna do 

uśmiechu do kamerzysty za “Gwiezdny taniec" czy nie zamierza pani na to spojrzeć w ten sposób 

proszę kontynuować czy czytelnicy będą po prostu nie ale czy nie myśli pani panno Drummond że 

jest pani tak dobra jak siostra w dochodach w ich własnym kraju są bez honoru żeby witać was na 

Ziemi tutaj proszę - mówił tłum wśród trzasków, pstryków, furkotu i wycia maszynerii oraz wśród 

oślepiających rozbłysków czegoś, co wyglądało na widzianą z bliska eksplozje w jądrze galaktyki. 

A ja uśmiechałem się, kiwałem głową, mówiłem grzecznie dowcipne rzeczy i odpowiadałem z 

humorem na najobraźliwsze pytania i zanim znaleźliśmy się w taksówce kipiałem ze złości jak 

czajnik.   Raoul   i   Linda   rzeczywiście   pojechali   już   przodem.   Tom   znalazł   nasze   bagaże   i 

odjechaliśmy z wielką szybkością.

  -   Rany   boskie,   Tom   -   powiedziałem,   gdy   taksówka   ruszyła   -   na   przyszłość   zwołaj 

konferencje prasową na następny dzień, dobrze?

 - A niech to szlag trafi - wybuchnął - mogę zrezygnować kiedy tylko sobie zażyczysz.

Siła jego głosu przestraszyła nawet taksówkarza. Norrey chwyciła Toma za rękę i zmusiła 

do spojrzenia na siebie.

 - Słuchaj - powiedziała łagodnie - jesteśmy twoimi przyjaciółmi i nie chcemy, żebyś na nas 

krzyczał. Okay?

Wziął jeszcze jeden głęboki oddech, wstrzymał na chwile powietrze, wypuścił je w jednym 

potężnym westchnieniu i skinął głową.

 - Okay.

  - No więc dowiedz się, że orientuje się, iż reporterzy mogą być trudni we współpracy. 

Rozumiem to, Tom. Ale teraz jestem zmęczona i głodna, nogi bolą mnie jak diabli, a moje ciało 

jest przekonane, że waży trzysta trzydzieści kilogramów. Może więc następnym razem trochę im 

zełgamy?

Nie odpowiedział od razu, a kiedy się odezwał, jego głos był już spokojny.

  -   Norrey,   ja   naprawdę   nie   jestem   idiotą.   Konferencje   prasową   na   jutro   zwołałem   i 

zaapelowałem do wszystkich, zęby okazali trochę serca i dali wam dzisiaj spokój. Ci tam skubańcy 

byli tymi, którzy mnie zignorowali, sukin...

 - Chwileczkę - przerwałem mu. - To po co, u diabła, daliśmy im to przedstawienie?

  - Czy uważasz, że tego chciałem? - warknął Tom. - Co ja mam powiedzieć jutro tym, 

którzy zastosowali się do mej prośby? Ale nie miałem wyboru, Charlie. Ta zwariowana dziwka nie 

background image

pozostawiła mi żadnego wyboru. Musiałem coś dać tym draniom, bo puściliby to, co już mieli.

 - Tom, o czym ty, u licha, mówisz?

 - O Lindzie Parsons, o tym waszym cudownym odkryciu.

 - Wy dwoje, hmmm, nie przypadliście sobie do gustu - zasugerowałem. 

Tom parsknął.

 - Najpierw nazywa mnie ściubidupą. To praktycznie pierwsze słowo jakie usłyszałem z jej 

ust. Potem mówi, że jestem ignorantem i że nie traktuje jej należycie. Ją traktować należycie! Z 

kolei   beszta   mnie   za   to,   że   sprowadziłem   reporterów   i...   Charlie,   przyznam,   że   powinienem 

wywalić   tych   gryzipiórków   na   zbity   pysk,   ale   nie   muszę   wysłuchiwać   wymysłów   jakiegoś 

żółtodzioba. No więc zaczynam wyjaśniać jej sprawę reporterów, a wtedy ona mówi, że jestem 

asekurant. Chryste na niebiosach, jeżeli istnieje coś czego nienawidzę, to jest zachowanie kogoś, 

kto wyładowuje na mnie swoją agresje, a potem uśmiecha się, patrzy mi prosto w oczy, usiłuje 

pogładzić mnie po pieprzonym karku i mówi mi, że jestem asekurant!

Oceniłem,   że   wyładował   się   już   dostatecznie   i   traciłem   powoli   rachubę   tych   cierni 

wrażonych w jego ambicje.

  - A  więc ja i Norrey odstawiliśmy  przed  dziennikarzami  wielkich  przyjemniaków,  bo 

sfilmowali was dwoje handryczących się publicznie?

 - Nie!

W końcu wyciągnęliśmy z niego całą historie. To była  znowu ta stara magia Lindy w 

zastosowaniu praktycznym i nie potrafiłbym przytoczyć bardziej typowego przykładu. Przez setki 

tłoczących   się   w   terminalu   portu   kosmicznego   ludzi,   w   jakiś   sposób   utorowała   sobie   drogę 

nieznajoma, siedemnastoletnia dziewczyna i padając Lindzie w ramiona wyszlochała, że przyćpała, 

a teraz  traci nad sobą kontrole  i błaga Linde, żeby ta  coś  na to poradziła. Zdarzyło  się to w 

momencie, w którym  tłum reporterów rozpoznał w Lindzie Gwiezdną Tancerkę i ruszył  w jej 

kierunku. Nie sądzę, nawet wziąwszy pod uwagę to, że ważyła sześć razy więcej niż normalnie, że 

została podziurawiona jak sito przez kontrole medyczną, znieważona przez urząd imigracyjny i 

doprowadziła   Toma   do   białej   gorączki,   bo   straciła   swoją   zwykłą   powściągliwość;   sądzę,   że 

świadomie   z   niej   zrezygnowała.   W   każdym   bądź   razie   wyrąbała   w   tej   bandzie   wampirów 

najwyraźniej wielką dziurę, wyciągnęła przez nią te biedną dziewczynę i złapała jej taksówkę. Gdy 

do niej wsiadały, jakiś pajac wsadził dziewczynie w twarz kamerę i Linda go znokautowała.

 - Do diabia, Tom, sam bym to zrobił - powiedziałem dowiedziawszy się wszystkiego.

 - Rany boskie, Charlie! - zaczął. - Potem z nadludzkim wysiłkiem zapanował nad swym 

głosem. - Zastanów się. Posłuchaj. My się tu nie bawimy w klasy. Przez moje ręce przepływają 

megadolce, Charlie, megadolce! Nie jesteś już nędzarzem, nie przysługują ci przywileje nędzarza. 

background image

Czy ty...

 - Tom - odezwa się zaszokowana Norrey.

  -   ...   masz   w   ogóle   pojecie   jak   zmienna   stała   się   opinia   publiczna   w   ciągu   ostatnich 

dwudziestu lat? Może muszę ci uświadomić, jak bardzo interesuje ją ta orbitująca kupa złomu, 

którą właśnie opuściliście? A może zamierzasz mnie przekonać, że taśmy w twojej walizce są 

równie dobre jak “Gwiezdny taniec"  i masz  tam coś tak wystrzałowego,  że możesz  sobie bić 

reporterów i ujdzie ci to na sucho?

Trafił w sedno. Wszystkie plany choreograficzne, jakie zamierzaliśmy realizować na orbicie 

opierały się na założeniu, że będziemy dysponowali grupą złożoną z ośmiu do dwunastu tancerzy. 

Sądziliśmy,   że   jesteśmy   pesymistami.   Musieliśmy   wyrzucić   wszystko   do  kosza   i   zaczynać   od 

początku. Taśmy, które w wyniku tego nakręciliśmy zawierały w większości występy solowe, a na 

tym etapie był  to nasz najsłabszy punkt. I chociaż spodziewałem się, że sporo mogę nadrobić 

montażem, to...

  -   Wszystko   w   porządku,   Tom.   Te   gnojki   dostaną   coś,   co   ich   wydawcom   będzie 

odpowiadało bardziej od pięciostopowej pannicy robiącej goryla z goryla - oni również liczą się z 

opinią publiczną.

 - A co ja jutro powiem Westbrookowi? A Moriemu i Barbarze Frum, a UPI, a AP, a ...

 - Tom - przerwała mu łagodnie Norrey - wszystko będzie w porządku.

 - W porządku? Jak to w porządku? Wytłumacz mi, jak wszystko może być w porządku? 

Ja wiedziałem do czego Norrey zmierza.

 - O, do diabła, jasne. Oczywiście nawet o tym nie pomyślałem, słoneczko. Przez te zgraje 

szakali wyleciało mi to po prostu z głowy. To im dobrze zrobi - zacząłem chichotać. - To im dobrze 

zrobi.

 - Jeżeli nie masz nic przeciwko temu, kochanie.

 - Co? Och nie... nie, nie mam nic przeciwko - uśmiechnąłem się. - Zanosiło się na to od 

dosyć dawna. Zróbmy z rym porządek.

 - Może ktoś mnie, z łaski swojej, poinformuje, o co tu, u diabła...

 - Tom - powiedziałem wylewnie - o nic się nie martw. Powiem twoim pozostawionym na 

lodzie przyjaciołom to samo, co powiedziałem w wieku lat trzynastu memu ojcu, gdy ten przydybał 

mnie w piwnicy z córką listonosza.

 - To znaczy co? - przerwał mi z zalążkiem mimowolnego uśmiechu, jeszcze niezupełnie 

wiedząc czemu chce się uśmiechnąć.

Objąłem Norrey ramieniem.

 - Wszystko będzie okay, tatusiu. Jutro się pobierzemy.

background image

Przez kilka sekund gapił się na nas tępo, uśmiech zbladł, a potem powrócił w pełnej krasie.

 - To przerażające, to... wiecie, wydaje mi się, że to chwyci, wydaje mi się, że się uda - miał 

na   tyle   przyzwoitości,   że   się   zarumienił.   -   To   znaczy,   do   diabła   z   reporterami.   Ja   tylko...   ja 

chciałem powiedzieć... Moje gratulacje!

 - Zawsze - powiedziała ponuro Norrey - możesz na nas liczyć w takich sprawach.

***

Tak jak o to prosiłem, recepcja zatelefonowała do mnie, gdy tylko Linda wpisała się do 

rejestru gości hotelowych. Odchrząknąłem, zawiesiłem słuchawkę w powietrzu, zwlokłem się z 

łóżka i wlazłem w hotelowy kosz na śmieci, wpadłem na nocny stolik, niszcząc go wraz ze stojącą 

na nim lampką i skończyłem rozciągnięty jak długi na podłodze z policzkiem głęboko wtulonym w 

puszysty dywan, a nosem o parę centymetrów od jarzącego się cyferblatu zegara, który twierdził, 

że jest 4:42 rano.

Nieprawdopodobne, Norrey wciąż spała. Wstałem, ubrałem się po ciemku i wyszedłem, 

uprzątniecie rumowiska pozostawiając na rano. Na szczęście najbardziej ucierpiała zdrowa noga - 

mogłem chodzić, aczkolwiek z rodzajem podwójnego utykania.

 - Linda? To ja; Charlie. 

Otworzyła od razu.

 - Charlie, przepraszam...

 - Przestań. Dobrze postąpiłaś. Co z tą dziewczyną? - Wszedłem do środka. 

Zamknęła za mną drzwi i skrzywiła się.

 - Nic takiego. Jest teraz wśród swoich. Myślę, że wydobrzeje.

 - To dobrze. Do dziś pamiętam jak wpadł na mnie jakiś ćpun. 

Skinęła głową.

 - Wiesz, że jej przejdzie za osiem godzin, ale co z tego, to się powtórzy.

 - Tak. Słuchaj, co do Toma... 

Znowu się skrzywiła.

 - O rany, Charlie, co za bzik.

 - Wy dwoje, hmm tego... pokłóciliście się?

 - Próbowałam mu tylko powiedzieć, że jest za sztywny, a on zaczął się zachowywać tak, 

jakby nie rozumiał o czym mówię. No to mu powiedziałam, że nie jest takim głupcem, jakiego 

udaje i poprosiłam, żeby mnie traktował jak przyjaciółkę, a nie jak jakąś obcą - z tego, co mi o nim 

opowiadałeś, wydawało mi się, że postępuje dobrze. Odpowiada mi na to “Okay", więc proszę go 

jak przyjaciela, żeby postarał się przytrzymać tych reporterów z dala od nas na dzień czy coś koło 

tego, a on do mnie z buzią. Zachowywał się tak asekurancko, Charlie.

background image

 - Posłuchaj, Lindo - zacząłem - to ten pieprznik tak...

 - Charlie, naprawdę starałam się go uspokoić, starałam się mu okazać, że nie mam do niego 

pretensji.   Ja...   gładziłam   go   po   karku   i   ramionach,   żeby   go   rozluźnić,   a   on   mnie   odepchnął. 

Dosłownie odepchnął mnie, Charlie. Ty i Norrey mówiliście, że to taki miły facet, a tu co?

 - Przykro mi Lindo, że ci się nie spodobał. Tom to miły gość. To tylko...

 - Sądzę, że chciał po prostu, żebym zostawiła Sandrę, żebym pozwoliła zabrać ją Służbie 

Porządkowej i...

Zrezygnowałem.

 - Zobaczymy się ra.... po południu, Lindo. Prześpij się trochę. O drugiej, w Sali ileś tam, 

odbędzie się konferencja prasowa.

 - Jasne. Przepraszam, musi być już późno, co?

Gdy wchodziłem do pokoju, Norrey wciąż jeszcze spała jak zabita, ale gdy wsunąłem się 

pod kołdrę i przytuliłem do jej pleców parsknęła jak koń i wymamrotała:

 - Wszystko w porządku?

  - W porządku - wyszeptałem - ale wydaje mi się, że przez jakiś czas będziemy musieli 

trzymać tych dwoje w separacji.

Odwróciła się do mnie, otworzyła jedno oko i odszukała mnie nim.

  - Kochanie - wymamrotała uśmiechając się jedną stroną twarzy - jeszcze będą z ciebie 

ludzie.

A   potem   odwróciła   się   plecami   i   znowu   pogrążyła   we   śnie,   pozostawiając   mnie 

zadowolonego z siebie, głupio zarozumiałego i zastanawiającego się, o czym ona, u diabła, mówiła.

background image

Rozdział 3

Te taśmy z pierwszego semestru sprzedawały się jednak jak ciepłe bułeczki, a krytycy byli 

w większości bardziej niż przychylni. W tym czasie wznowiliśmy też “Masa to tylko słowo" ze 

ścieżką dźwiękową Raoula i zakończyliśmy nasz pierwszy rok budżetowy na dobrym plusie.

Przez następny rok nasze Studio nabierało kształtu.

Ulokowaliśmy   się   na   bardzo   wydłużonej   orbicie.   Przechodząc   przez   perigeum,   Studio 

zbliżało się do Ziemi na odległość 32000 kilometrów, a w apogeum oddalaliśmy się od niej na 

około 80 000 kilometrów. Wybierając taką orbitę unikaliśmy zasłaniania połowy nieba na każdej 

taśmie przez Ziemie; w apogeum Ziemia widziana z pokładu Studia była mniej więcej wielkości 

pięści i większość czasu spędzaliśmy daleko od niej.

Jak wyglądał sam kompleks Studia.

Największą pojedynczą strukturą było oczywiście Akwarium - ogromna kula do pracy we 

wnętrzu   bez  skafandrów  próżniowych.   Po  prawidłowym   oświetleniu  była   ona  niemal  zupełnie 

przezroczysta,  ale jeżeli nie chcieliśmy mieć w tle całego  wszechświata,  mogliśmy ją obłożyć 

płytami  z  nieprzezroczystej  folii.   W różnych  miejscach  znajdowało  się  w  niej  sześć  małych   i 

bardzo dobrych gniazd kamerowych i istniała możliwość zainstalowania plastykowych płyt, które 

przeobrażały ją we wpisany w kule sześcian. Jednak korzystaliśmy z nich zaledwie kilka razy i 

prawdopodobnie więcej tego nie uczynimy.

Następny pod względem wielkości był Lamus Ciotki Grawitacji, długi, “stacjonarny" słup, 

usiany   podporami   i   rolkami   do   naciągania   lin,   ale   zawsze   pokryty   przywiązaną   doń   dla 

bezpieczeństwa  rupieciarnią.  Części   dekoracji,  moduły   kamerowe   i  części   zamienne,   akcesoria 

oświetleniowe, konsole sterownicze i systemy pomocnicze, kanistry i bańki, pudła, tobołki, pętle, 

zwoje i poupychane bezładnie pakunki ze wszystkim, co według kogoś z nas mogło się przydać do 

tańca w stanie nieważkości i filmowania go, wszystko to było przyczepione do Lamusa Ciotki 

Grawitacji niczym międzyplanetarne pijawki.

Musieliśmy   urządzić   to   w   taki   właśnie   sposób,   bo   częste   wchodzenie   do   pomieszczeń 

mieszkalnych i wychodzenie z nich wcale nie jest wygodne.

Wyobraźcie  sobie teraz  młot  kowalski. Dużyr  stary młot  z wielką,  baryłkowatą  głową. 

Wyobraźcie sobie dużo mniejszą głowę przytwierdzoną na drugim końcu trzonka. To mój dom. 

Kiedy przebywam w kosmosie, tam właśnie mieszkam ze swą żoną - w trzech pokojach z kuchnią i 

łazienką.  Spróbujcie  zrównoważyć  ten  kowalski  młot  w  poziomie  na jednym  palcu.  Będziecie 

background image

musieli podłożyć ten palec tuż przy drugim końcu, w pobliżu dużo masywniejszej głowy młota. 

Jest   to   punkt,   wokół   którego   krąży   mój   dom   i   jego   przeciwwaga.   Czynią   to   po   idealnie 

koncentrycznych kołach, aby zapewnić mi w domu efekt wypadkowy w postaci ciążenia równego 

jednej  szóstej   ciążenia   ziemskiego.  W   przeciwwadze   mieści   się  instalacja  podtrzymania   życia, 

magazyn żywności, stacja energetyczna, telemetryczna aparatura medyczna, pokładowy komputer, 

centralka telefoniczna oraz parę cholernie dużych żyroskopów.

Ponieważ   tylko  Tokugawa   może   pozwalać   sobie,  kiedy  przyjdzie  mu  na   to  ochota,   na 

wydatkowanie energii potrzebnej do poruszenia i zatrzymania wirujących w kosmosie mas, istnieją 

tylko dwa sposoby wychodzenia z domu. Oś obrotu wymierzona jest w Lamus Ciotki Grawitacji i 

w Ratusz, (o którym za chwile) trzeba tylko wyjść przez “dolną" śluzę powietrzną i puścić się w 

odpowiednim momencie. Jeśli nie jesteś starym wygą kosmicznym albo jeśli twoim celem jest 

miejsce   leżące   gdzieś   na   stycznej   do   osi   obrotu,   wychodzisz   śluzą   “górną",   wspinasz   się   po 

wyposażonym w uchwyty trzonku młota do punktu całkowite) nieważkości, odbijasz, a potem, 

korzystając z silniczków rakietowych swojego skafandra, kierujesz się tam, gdzie chcesz dotrzeć. 

Do domu wchodzi się zawsze “drzwiami frontowymi", czyli śluzą “górną".

Cierpieliśmy te wszystkie niewygody oczywiście dlatego, by zapewnić sobie jedną szóstą g 

w   pomieszczeniach   mieszkalnych.   Gdybyście   dostatecznie   długo   przebywali   w   kosmosie, 

stwierdzilibyście, że stan nieważkości jest o wiele wygodniejszy. Wtedy każda grawitacja wydaje 

się być arbitralnym ograniczeniem ruchu - czulibyście się w niej jak pisarz, od którego   żądają 

tylko szczęśliwych zakończeń, albo muzyk, ograniczony do jednego rytmu."

Jednak   spędzaliśmy   w   domu   tyle   czasu,   ile   zdołaliśmy.   Każde   ciążenie   spowalnia 

oczywiście dążenie waszego ciała do nieodwracalnego przystosowania się do zerowej grawitacji, a 

jedna   szósta   g   stanowi   rozsądny   kompromis.   Ponieważ   jest   to   norma   lokalna   zarówno   dla 

powierzchni Księżyca, jak i pokładu “Skyfac" parametry fizjologiczne są powszechnie znane. Im 

więcej   czasu   spędzaliśmy   w   domu,   tym   dłużej   mogliśmy   pozostawać   w   kosmosie   -   a   nasz 

harmonogram zajęć był bardzo napięty. Żadne z nas nie chciało pozostać w kosmosie na zawsze. 

Tak nam się wtedy wydawało.

Jeżeli   jednak,   mimo   wszystko,   wyniki   badań   wykazywały,   że   organizm   jednego   z   nas 

przystosowuje się zbyt gwałtownie, można to było w pewnym stopniu skompensować. Delikwent 

wychodził drzwiami kuchennymi, (śluzą “dolną"), wspinał się na zwisający z dźwigu drążek do 

ćwiczeń i przypinał do niego paskami. Przypominało to trochę, jedną z zabawek dla niemowlaków 

lub zmodyfikowaną wersje ławki bosmańskiej. Zwalniało się hamulec i drążek zaczynał “opadać" 

wzdłuż trzonka młota, bardzo prosto, gdyż nie było tam tarcia atmosferycznego, które odchyliłoby 

w bok kierunek jego ruchu. Pasażer “drążka" oddalał się coraz bardziej od mniejszej głowy młota, 

background image

wydłużając   w   ten   sposób   długość   trzonka,   a   tym   samym   zwiększając   działającą   nań   siłę 

grawitacyjną. Gdy znalazł się już dostatecznie “nisko", powiedzmy pod działaniem 1/2 (około 400 

metrów liny), włączał hamulec i ćwiczył na tak zaprojektowanym drążku, by umożliwiał prace nad 

całym   ciałem.   Jeżeli   sobie   życzył,   mógł   również   użyć   wbudowanych   w   drążek   pedałów   do 

podciągnięcia się w górę liny. Przewidziano także tak zwany “hamulec postojowy", dzięki któremu 

ćwiczący, jeżeli brakło mu już sił i tracił rytm, mógł zjechać lotem ślizgowym w dół do samego 

końca nie skręcając sobie przy tym karku.

Wielką pokusę stanowił Ratusz - kula nieco mniejsza od Akwarium Złotej Rybki. Był to w 

zasadzie nasz wspólny liying room, miejsce, w którym mogliśmy spotykać się, przebywać razem i 

gawędzić, grać w karty, uczyć się piosenek, spierać się o choreografię, kłócić się o choreografię (to 

dwie różne rzeczy), grać w piłkę ręczną albo po prostu rozkoszować się luksusem nieważkości bez 

skafandrów próżniowych lub czegoś ważnego do zrobienia.

Różne były więc pokusy do stałego przebywania w Ratuszu - a czekało na nas tak wiele 

standardowych,   codziennych   zadań,   że   trzeba   było   ostro   je   hamować.   Dwa   razy   dziennie   do 

komputera   medycznego   doktora   Panzelli   na   pokładzie   “Skyfac"   przesyłane   były   wyniki 

wyczerpujących   testów   fizjologicznych   każdego   z   nas   -   wodę,   powietrze   i   żywność   mogłem 

sprowadzać skądinąd, gdyby ni z tego, ni z owego “Skyfac" przestał nas hołubić, ale mózg Panzelli 

był mi potrzebny. Panzella był dla medycyny kosmicznej tym, kim dla budownictwa kosmicznego 

był Harry Stein. Trzymał nas w ryzach, beształ przez radio, gdy uchylaliśmy się od pracy nad sobą 

i polecał sesje ćwiczeń na drążku jak surowy kapłan, który zadaje pokutę.

Początkowo dla optymalnej  populacji, liczącej  piętnaście  osób zamierzaliśmy zbudować 

pięć kowalskich młotów. Tego pierwszego roku popędzaliśmy nawet Harry'ego. Kiedy pierwsza 

grupa   studentów   wysiadła   z   wahadłowca,   było   cudem,   że   do   zasiedlenia   nadają   się   aż   trzy 

jednostki. Musieliśmy,  z podziękowaniami  i premią za dobrą robotę, odprawić ludzi Harry'ego 

wcześniej. Potrzebowaliśmy kwater, które zajmowali. Dziesięciu studentów, Norrey, Raoul, Harry i 

ja - razem czternaście osób. Trzy jednostki - razem dziewięć pokoi. Było wiele romansów... a 

Norrey i ja wyszliśmy z tego jako małżeństwo - ceremonia zaślubin była tylko formalnością.

Do   chwili   rozpoczęcia   drugiego   sezonu   zakończyliśmy   budowę   jeszcze   jednego 

trzypokojowego  domu,  a   przywieźliśmy  ze   sobą   tylko  siedmioro  studentów.  Każdy  miał   więc 

drzwi, które mógł za sobą zamknąć. Wszyscy oni, cała siódemka, odpadli. Piąty młot nigdy nie 

został zbudowany.

To była ta seria złych kart, o której wcześniej wspominałem, ciągnąca się i przez nasz drugi 

sezon.

Pomyślcie tylko - byłem  jeszcze młody i zaczynałem właśnie stawać się kimś  w tańcu 

background image

nowoczesnym,   gdy   pocisk   włamywacza   roztrzaskał   mi   staw   biodrowy.   To   było   dawno,   ale 

pamiętam   siebie   jako   cholernie   dobrego.   Nigdy   nie   będę   już   tak   dobry,   nawet   mogąc   znów 

korzystać   z   mej   chorej   nogi.   Kilka   osób,   które   odrzuciliśmy   było   lepszymi   tancerzami,   niż 

kiedykolwiek   byłem  ja -  w  ziemskich  warunkach.  Wierzyłem,  że  naprawdę  dobry  tancerz   ma 

wrodzone predyspozycje do nauki myślenia sferycznego.

Mierne   wyniki   pierwszego   sezonu  uzmysłowiły   mi   mój   błąd   i   dla   sezonu   drugiego 

zastosowaliśmy inne kryteria. Staraliśmy się szukać umysłów niekonwencjonalnych, umysłów nie 

skutych z góry wyrobionymi sądami i logiką. Raoul określił ich “typami autorów SF". Rezultaty 

były okropne. Po pierwsze okazało się, że ci ludzie, którzy intelektualnie mogą zakwestionować 

nawet   swoje  istnienie,  fizycznie   nie  potrafią   wyzbyć   się  podstawowych   nawyków.  Chcieliśmy 

stworzyć   choreograficzną   komunę,   a   wyszła   nam   komuna   klasyczna,   w   której   nikt   nie   chciał 

zmywać garów. Jeden z chłopaków miał zadatki na wspaniałego artystę solowego - gdy wyjeżdżał, 

zarekomendowałem go ludziom z Betamaxu - ale my nie mogliśmy z nim pracować.

A dwoje z tych cholernych idiotów straciło życie przez bezmyślność.

Wszyscy oni byli dobrze przeszkoleni w zasadach zachowywania się w stanie nieważkości, 

bez końca szpikowani podstawowymi regułami utrzymania się przy życiu w kosmosie. Dopóki nie 

wykazali  swojej  kompetencji,  stosowaliśmy  system  podwójnej  asekuracji dla  każdego studenta 

wychodzącego   w   otwarty   kosmos   i   podjęliśmy   wszystkie   środki   ostrożności,   jakie   tylko 

przychodziły mi do głowy. Ale Indze Sjoberg nie chciało się spędzać całej godziny na sprawdzaniu 

i konserwacji swego skafandra próżniowego. Udało jej się przeoczyć wszystkich sześć klasycznych 

objawów   rodzącego   się   uszkodzenia   systemów   chłodzących   i   ugotowała   się   podczas   wschodu 

słońca. Nikt też nie mógł nakłonić Aleksieja Nikolskiego do obcięcia ogromnej grzywy rudych 

włosów. Pomimo wszystkich rad obstawał przy wiązaniu ich z tyłu głowy w rodzaj końskiego 

ogona podwójnej grubości. “Zawsze tak robił". Trwałość tej fryzury zależała od jednej wstążeczki. 

I jak można się było spodziewać, wstążeczka zerwała się w środku zajęć, a on zupełnie naturalnie 

wciągał   powietrze   w   płuca.   Znajdowaliśmy   się   parę   minut   drogi   od   hermetyzowanego 

pomieszczenia; zapewnie i tak utonął we własnych włosach, ale gdy holowaliśmy go z Harrym do 

ratusza rozpiął skafander, żeby po swojemu uporać się z problemem. 

W obydwu przypadkach zmuszeni byliśmy do przechowywania ciał przez makabrycznie 

długi czas w Lamusie, podczas gdy krewni zastanawiali się, czy przesłać im zwłoki do najbliższego 

portu kosmicznego, czy brnąć w komplikacje związane z urządzeniem pogrzebu w kosmosie. To 

zepsuło cały sezon.

Jako ostatni wyjechali Yeng i DuBois. Odprowadziłem ich do śluzy osobiście. Wracałem do 

Ratusza w nastroju najgłębszej depresji, jakiej zaznałem od... od chwili śmierci Shary. Zbiegiem 

background image

okoliczności bolała mnie noga; chciałem na kogoś warknąć; cały semestr ciężkiej pracy i żadnych 

efektów.   Ale   kiedy   wszedłem   przez   śluzę   powietrzną,   zobaczyłem   Norrey,   Harry'ego   i   Linde 

obserwujących Raoula odprawiającego czary.

Nie był świadom ich obecności ani niczego, co się wokół działo i Norrey, nie spoglądając 

na mnie, uniosła rękę w ostrzegawczym geście. Utrzymałem mój temperament na wodzy i oparłem 

się o ścianę przy wyjściu ze śluzy.

Raoul   odprawiał   czary   zwykłymi   przedmiotami   codziennego   użytku.   Jego   najbardziej 

ezoterycznym  narzędziem był przyrząd, który nazywał swoją “hiperdermiczną igłą". Wyglądała 

ona jak lekarska strzykawka dotknięta słoniowacizną; szczególnie wielkie były komora i tłok, ale 

sama igła była normalnej wielkości. W jego rękach urządzenie to przeistaczało się w magiczną 

różdżkę.

Do chudej talii Raoula była przytroczona reszta przyrządów: pięć pojemniczków do picia, 

każdy   z   inaczej   zabarwioną   cieczą.   Od   razu   rozpoznałem   źródło   podświadomego   niepokoju   i 

odprężyłem się: brakowało mi wibracji systemu klimatyzacyjnego, brakowało mi ruchu powietrza. 

Bliźniacze, promieniowe wysięgniki utrzymywały Raoula na środku kuli. Tkwił tam w lekkim, 

charakterystycznym dla stanu nieważkości przysiadzie. Widocznie było mu potrzebne nieruchome 

powietrze, chociaż wiadomo było, że ograniczy mu to czas pracy. Wkrótce wydychany przezeń 

CO

2

  utworzy   wokół   jego   głowy   kulistą   otoczkę;   gdy   będzie   się   powoli   obracał   na   swoich 

wysięgnikach, otoczka stanie się toroidalną komorą zawierającą CO

do tego czasu musi skończyć, 

albo przesunąć się w inne miejsce.

Przebił   swoją   strzykawką   jeden   z   pojemniczków,   wyciągnął   z   niego   odmierzoną   ilość 

cieczy. Była koloru soku jabłkowego z domieszką wody. Z namaszczeniem opróżnił strzykawkę. 

Jego cienkie, kościste palce pracowały z wielką ostrożnością. Na końcu igły utworzyła się złota 

piłka i wisiała tam, idealnie kulista. Cofnął delikatnie strzykawkę i piłka zaiskrzyła się doskonale 

symetrycznymi, bardzo powoli zanikającymi falami. 

Napełnił strzykawkę powietrzem, wbił ją w serce piłki i wcisnął Bok. Bańka wypełniła się 

odmierzoną ilością powietrza, rozszerzyła w niemal przeźroczysty, złoty pęcherz, po którym, w 

leniwych zawirowaniach, goniły się opalizujące wzory. Miała teraz około metra średnicy. Raoul 

znowu cofnął strzykawkę.

Napełniając ją z kolejnych pojemników, zawierających ciecz koloru soku winogronowego, 

pomidorowego i zieloną galaretę, zapełnił wnętrze złotego pęcherza kulistymi kroplami purpury, 

czerwieni i zieleni, napompowując je następnie w pęcherze. Błyszczały, skrzyły się i potrącały, 

wykazując   przy  tym   tendencje  do pochłaniania   jeden  drugiego.  Teraz   złoty pęcherz   pełen  był 

background image

choinkowych   bombek   rozmaitej   wielkości,   od   winogrona   do   grejpfruta,   migoczących   i 

zapożyczających od siebie barwy. Gradienty napięć powierzchniowych kazały im wirować i miotać 

się jedna wokół drugiej jak dokazujące kociaki. Niektóre pęcherze były z czystej wody i te mieniły 

śie wszystkimi barwami tęczy, których oczy nie były w stanie wyodrębnić czy nadążyć za nimi.

Raoul dryfował teraz w poszukiwaniu świeżego powietrza, holując za sobą makropęcherz, 

który, nie pękając, przylgnął do jego dłoni. Wiedziałem, że gdyby uderzył go teraz silniej, całe to 

skupisko by trzasnęło i utworzyło pojedynczy, wielki bąbel, po którego powierzchni ściekałyby, 

jak łzy, smugi kolorów. Myślałem, że do tego właśnie zmierza.

Do piersi Raoula był przytroczony główny pulpit sterowania oświetleniem. Włączył sześć 

silnych   reflektorów   punktowych,   skupiając   je   na   pęcherzu   -   klejnocie.   Pozostałe   światła 

pociemniały i zgasły. Ścianki stworzonego przez Raoula klejnotu odbijały światło we wszystkich 

kierunkach i całe wnętrze zaczęło się mienić barwami. Niedbałym na pozór machnięciem ręki 

Raoul wprawił roziskrzony glob w ruch wirowy i pomieszczenie utonęło w feerii tęczowych ogni.

Dryfując  przed swoim dziełem,  Raoul przełączył  Musicmastera  na głośniki zewnętrzne, 

przymocował go sobie do uda i zaczął grać.

Najpierw   ciepłe,   długo   unoszące   się   w   powietrzu   tony.   Glob   drży   pod   ich   wpływem, 

reagując na wibracje, wyrażając muzykę wizualnie. Potem drżenie cieczy przechodzi do wyższych 

rejestrów, pobudzane podtrzymywanymi przez pętle pamięci akordami pseudogitary. Glob zdaje 

się marszczyć pulsować energią. Wyłania się prosta linia melodyczna, cichnie, powraca, cichnie 

znowu.   Glob   połyskuje   w   idealnym   kontrapunkcie.   W   trakcie   rozwijania   linii   melodycznej 

brzmienie zmienia się od orkiestry dętej do skrzypiec, potem do organów, potem do instrumentów 

elektronicznych   i   znowu   od   początku,   a   glob   odzwierciedla   każdą   zmianę   z   niewysłowioną 

subtelnością. Pojawia się linia basu. Rogi. Odbijam się nogą od ściany zarówno po to, by uciec od 

własnych wyziewów, jak i po to, by spojrzeć na klejnot z innej perspektywy. Inni czynią to samo, 

dryfując   ostrożnie   i   starając   się  zespolić   ze   sztuką   Raoula.   Zaczynamy   tańczyć   spontanicznie, 

porwani przez muzykę  jak ten iskrzący się klejnot, przez feerję barw, jaką rzuca on na ściany 

sferycznego pomieszczenia. Do uda Raoula jest teraz przytroczona cała orkiestra, która czyni nas 

nieważkimi lalkami.

To tylko improwizacja, nie pasująca do koncertowych standardów. Proste ćwiczenia grupy, 

rozkoszującej się zwyczajnym psychicznym komfortem stanu nieważkości i te świadomość ze sobą 

dzielącej.

Raoul pociąga delikatnie za linkę i podpływa do niego wielka pętla drutu. Reguluje ją na 

średnice nieco większą od średnicy pęcherza - klejnotu, chwyta pęcherz w pętle i gwałtownie ją 

zaciska. Ci, którzy widzieli to zjawisko maskowane przez grawitacje nie mają pojęcia jak potężną 

background image

siłą jest napięcie powierzchniowe. Pęcherz - kjejnot staje się soczewką wklęsłą o średnicy około 

trzech metrów, w której kipią idealne w kształcie wielobarwne soczewki wypukłe. Raoul orientuje 

ją na Harry'ego, dodaje z boków trzy lasery małej mocy i wprawia soczewkę w ruch wirowy. A my 

tańczymy.

W tej chwili obok śluzy powietrznej zapala się światełko sygnalizujące, że ktoś wchodzi. 

Powinno mnie to zdziwić - nie mieliśmy wielu sąsiadów - ale zafascynowany tańcem i geniuszem 

Raoula, a po trosze i swoim, który ujawnił się w chwili, gdy go przyjmowałem, nie zwróciłem na to 

żadnej uwagi. Zamek przekręcił się i otworzył, żeby wpuścić do środka Toma McGillicudy'ego - a 

to powinno zdziwić mnie cholernie. Nie wiedziałem, że nosi się z zamiarem złożenia nam wizyty, a 

skoro nie było go na regularnym wahadłowcu, do którego wsadziłem niedawno Yenga i DuBoisa, 

to   żeby   się   tu   dostać   musiał   wynająć   bardzo   kosztowny   czarter   specjalny.   A   to   sugerowało 

nieszczęście.

Ale   ja   znajdowałem   się   w   błogim   nastroju,   zagubiony   w   tańcu,   może   nawet   trochę 

zahipnotyzowany   iskrzeniem   Raoulowego   kalejdoskopu.   Może   nawet   nie   przywitałem   Toma 

skinieniem głowy i pamiętam, że nie zdziwiło mnie ani trochę to, co wtedy uczynił.

Dołączył do nas.

Bez   chwili   wahania   odbił   się   od   progu   śluzy   i   popłynął   w   powietrze.   Wykorzystał 

wysięgnik   Raoula   do   zajęcia   takiego   miejsca   w   sferze,   że   nasz   trójkątny   układ   stał   się   teraz 

kwadratem. I zaczął tańczyć z nami, podchwytując nasze ewolucje i rytm muzyki.

Spisywał się wspaniale. Byłem poruszony do głębi, ale zachowywałem twarz pokerzysty i 

tańczyłem dalej, starając się, aby Tom nie przyłapał mnie na tym, że go obserwuje. Po drugiej 

stronie kuli Norrey czyniła podobnie - a w górze Linda zdawała się autentycznie nie zdawać sobie 

sprawy z tego, co się dzieje.

Poruszony? Byłem wstrząśnięty. Ten właśnie czynnik, za sprawą którego odpadło szesnastu 

z siedemnastu studentów, który powodował wykruszenie się ludzi z brygady budujących “Skyfac" 

w czasach, gdy prowadzone były pierwsze eksperymenty z życiem w stanie nieważkości, zdawał 

się nie dotyczyć Toma.

Teraz dopiero uświadamiałem sobie jaki szczęśliwy zbieg okoliczności stanowił fakt, że 

Norrey i Raoul okazali się być oboje materiałem na Gwiezdnych Tancerzy. I jak niewielu może 

nimi kiedykolwiek być.

Ale  Tom był  z pewnością  jednym  z nich.  Jednym  z nas. Jego technika  była  diabelnie 

prymitywna, rękoma posługiwał się jak szuflami, plecy trzymał zupełnie źle, ale te mankamenty 

można   było   wyeliminować   treningiem.   Najważniejsze,   że   miał   w   sobie   to   rzadko   spotykane, 

nieokreślone coś, czego potrzeba do zachowania równowagi w środowisku, które nie pozwala na 

background image

jej zachowanie. W kosmosie czuł się jak w domu.

Zaimprowizowana jam session dobiegała z wolna końca. Muzyka zjechała frywolnie na 

ostatnie akordy “Tako rzecze Zaratustra" i Raoul przedłużając ostatni ton, dźgnął ręką w swoją 

soczewkę, która rozprysła się na miliony tęczowych kropel, odpływających we wszystkie strony z 

tajemniczą gracją rozszerzającego się wszechświata.

  -   Posprzątaj   to   -   powiedziałem   automatycznie.   Czar   prysł   i   Harry   pośpieszył   do 

wyłączników oczyszczaczy powietrza, aby je uruchomić, zanim Ratusz nie stanie się lepki od soku 

owocowego   i   galarety.   Wszyscy   odetchnęli,   a   czarodziej   Raoul   był   znowu   tym   niepozornym, 

małym człowieczkiem z kosmiczną strzykawką i hula - hoop. I z uśmiechem od ucha do ucha. Po 

pełnych uznania westchnieniach nastąpiła pełna uznania cisza; ciepły blask gasł przez jakiś czas. 

“A niech mnie diabli", pomyślałem. “Nie pamiętam niczego podobnego jak żyje". Potem znowu 

pozbierałem myśli.

  - Narada - powiedziałem krótko i podpłynąłem do Raoula. Tam dołączyli do nas Harry, 

Norrey, Linda i Tom. Chwyciwszy się za ręce i za stopy, jak komu było wygodniej, utworzyliśmy 

pośrodku kuli ludzki płatek śniegu. Nasze twarze były skierowane w różne strony, ale to nam nie 

przeszkadzało. Przeszliśmy od razu do interesów.

 - No dobrze, Tom - pierwsza odezwała się Norrey - co się stało?

 - Czy “Skyfac" się wycofuje? - spytał Raoul.

 - Dlaczego nie uprzedziłeś nas telefonicznie? - zapytałem. 

Milczeli tylko Linda i Harry.

 - Spokojnie - odparł Tom. - Nic się nie stało. Zupełnie nic. Interes idzie jak zegarek.

  - Dlaczego więc przylatujesz czarterowym wahadłowcem? A może schowałeś się w tym 

regularnym, który właśnie odleciał?

 - Nie, przyleciałem czarterem, macie rację... Ale to była taksówka. Przebywałem w stanie 

nieważkości prawie tyle co wy. Byłem na “Skyfac".

  -   Na...   -   Z   trudnością   zbierałem   myśli.   -   I   miałeś   kłopoty   z   łączeniem   rozmów 

telefonicznych i przekazywaniem poczty, a więc nie mogłeś nas o tym poinformować.

 - Zgadza się. Ostatnie trzy miesiące spędziłem pracując w filii naszego biura na “Skyfac".

 - Aha - powiedziałem. - A dlaczego?

Szukając słów spojrzał na Linde, a tak się złożyło, że trzymał ją za lewy łokieć.

  -   Pamiętasz   pierwszy   tydzień   naszej   znajomości,   Lindo?   -   skinęła   głową.   -   Nie 

przypominam   sobie,   żebym   kiedykolwiek   wcześniej   był   tak   zdenerwowany.   Miałem   cię   za 

największą oślice na świecie. Tej nocy, gdy ochrzaniałem cię w "Le Maintenant", ten ostatni raz, 

kiedy spieraliśmy się o religie - pamiętasz? Tej nocy wyszedłem stamtąd i poleciałem helikopterem 

background image

prosto do Nowej Szkocji, do tej cholernej komuny,  w której się wychowałaś. Wylądowałem o 

trzeciej nad ranem w środku ogrodu, budząc połowę z nich. Przez ponad godzinę wściekałem się i 

obrzucałem tych ludzi wyzwiskami, żądając od nich, by mi wyjaśnili, dlaczego wychowali cię na 

taką wykolejoną idiotkę. Kiedy się wreszcie zmęczyłem, oni mrugali oczyma, drapali się, ziewali, a 

potem taki duży drab z niesamowitą brodą powiedział: “No, jeśli tak drzecie ze sobą koty,  to 

według mnie powinieneś uderzyć do niej w konkury", i dał mi śpiwór.

Linda wyrwała się z naszego kręgu i płatek śniegu się rozpadł. Wszyscy chwytaliśmy za to, 

co   kto  miał  pod  ręką   albo  dryfowaliśmy.   Tom  wykonał   wprawny zwrot   i  popłynął   za  Linda, 

adresując swój monolog już bezpośrednio do niej.

 - Zostałem z nimi przez jakiś tydzień - ciągnął spokojnie - a potem wróciłem do Nowego 

Jorku   i   zapisałem   się   na   kurs   tańca.   Uczyłem   się   tańca,   będąc   jeszcze   dzieckiem,   w   ramach 

treningu karate; trochę mi z tego zostało i ciężko harowałem. Ale nie byłem pewien czy ma to 

cokolwiek wspólnego z tańcem w zerowej grawitacji - a więc nie mówiąc o rynrnikomu z was 

przekradłem się na “Skyfac" i ćwiczyłem tam przez cały ten czas jak diabli. W kuli fabrycznej, 

którą wynająłem za własne pieniądze.

 - A kto prowadził nasz kram? - spytałem łagodnie.

  - Najlepsi spece, jakich można kupić za pieniądze - odparł zwięźle. - Nasze interesy nie 

ucierpiały przez to ani trochę. Ale ucierpiałem ja. Jeszcze przez jakiś rok nie zamierzałem mówić o 

tym  nikomu  z was. Ale byłem  w biurze Panzelli,  gdy nadeszły powiadomienia o zakończeniu 

kontroli   medycznej   Yenga   i   DuBois.   Wiedziałem,   że   brak   wam   obsady.   Jestem   samoukiem   i 

poruszam   się  jak  patyk  w   przeręblu   i  wiem,   że  na   Ziemi  minęłoby  jeszcze   z  pięć   lat,   zanim 

zostałbym   czwartorzędnym   tancerzem,   ale   wydaje   mi   się,   że   potrafię   robić   to,   co   wy  tutaj.   - 

Przekręcił się w powietrzu, żeby patrzeć na mnie i na Norrey.

 - Chciałbym się uczyć pod waszym kierunkiem. Zapłacę za naukę. Ludzie, ja chciałbym z 

wami pracować i to nie tylko nad papierkami. Chciałbym stać się częścią waszego zespołu. Wydaje 

mi się, że mogę zostać Gwiezdnym Tancerzem. - Odwrócił się z powrotem do Lindy. - I chciałbym 

uderzyć do ciebie w konkury, tak jak każą twoje zwyczaje.

To właśnie wtedy stała się dla mnie oczywista bezmierność mojej głupoty. Nie potrafiłem 

dobyć z siebie głosu. Powiedziała to Norrey.

 - Zgoda. - Uczyniła to w imieniu całej grupy w tym samym momencie, w którym Linda 

powiedziała to od siebie. I płatek śniegu odtworzył się, dużo mniejszy pod względem średnicy.

Nasz zespół był uformowany,

I tak, z grupą odpowiedniej wielkości, z rosnącym pojęciem co do rzeczywistej istoty tańca 

w zerowej grawitacji, rozpoczęliśmy nasz drugi i ostatni sezon zdjęciowy.

background image

Rozdział 4

Spadałem   przez   rozgwieżdżony   kosmos,   sterując   warkoczem   fluoryzującego   gazu,   jak 

lądująca  kometa,  koncentrując  się na utrzymaniu  prostego  kręgosłupa  oraz złączonych  kolan i 

kostek stóp. To pomagało mi zapomnieć o nerwach.

 - Pięć - zaintonował monotonnym głosem Raoul - cztery, trzy, dwa, jeden, teraz! - i wokół 

mnie rozbłysnął pierścień jasnopomarańczowego płomienia. Przeszyłem go jak igła.

  -   Pięknie   -   szepnęła   mi   do   ucha   Norrey   ze   swego   odległego   o   kilometr   punktu 

obserwacyjnego. Naraz uniosłem wyprostowane ramiona nad głową i zębami mocno zagryzłem 

kontakt. Gdy przelatywałem przez płomienisty pomarańczowy pierścień, mój “warkocz" stał się 

ciemnopurpurowy i znacząc mój siad, rozszerzał się leniwie i symetrycznie. W tej purpurowej 

bruździe roziskrzały się i gasły w nieregularnych odstępach czasu maleńkie nove. Magia Raoula. 

Tuż przed całkowitym opróżnieniem przymocowanych do mych łydek zbiorników z barwnikiem, 

odpaliłem   silniczek   odrzutowy i  licząc  sekundy,   dałem  mu  się  wynieść   “w  górę"  po coraz   to 

większej krzywiźnie.

 - Zapal, Harry - rzuciłem krótko. - Nie widzę cię.

Nad moim wyimaginowanym horyzontem zabłysły czerwone światełka. Odetchnąwszy z 

ulgą, wyłączyłem ciąg silniczka. Nie kierowałem się dokładnie na kamerę, ale konieczna korekta 

kursu była nieznaczna i nie zniekształcała w zauważalny sposób kreślonej przeze mnie krzywej. 

Gdy dostrzegłem swoją gwiazdę odniesienia, wykonałem salto i naliczywszy dziesięć obrotów, 

zbliżyłem się do kamery na tyle, by ją ujrzeć i pójść świecą w górę. W jednej chwili wyszedłem z 

ruchu wirowego, zorientowałem  się co do swego położenia  i wyhamowałem ostro wszystkimi 

silniczkami, poddając swe ciało przeciążeniu ponad 3 g. Wyłączyłem je w idealnym momencie; 

zatrzymałem się w odległości zaledwie pięćdziesięciu metrów od kamery. Wyłączyłem natychmiast 

całe zasilanie, wkładając w to wszystkie siły, jakie mi pozostały i przeszedłem od naturalnego 

skurczu   charakterystycznego   dla   dużych   przeciążeń   do   pełnego   odprężenia.   Wytrzymałem   tak 

odliczając do pięciu i szepnąłem: - Wyłącz!

Czerwone światełko nad kamerą zgasło, a Norrey, Raoul, Tom i Linda wydali ciche okrzyki 

pochwały.

 - Okay, Harry, obejrzyjmy sobie playback.

 - Już się robi, szefie.

Nastąpiła przerwa, podczas której Harry przewijał taśmę, a potem zaświeciły się krawędzie 

background image

wielkiego,   kwadratowego   wycinka   przestrzeni.   Obramowane   nim   gwiazdy   zmieniły   swoje 

położenie i zaczęły się poruszać. W kadrze pojawił się mój obraz i wykonał manewr, który przed 

chwilą zakończyłem. Byłem zadowolony. We właściwym momencie wpadłem w martwy środek 

pierścienia   pomarańczowego   “płomienia"   i   wyzwoliłem   smugę   purpurowego   dymu.   Krzywa 

ucieczki była nieco postrzępiona, ale mogła ujść. Gwałtowne powiększenie się mego, zbliżającego 

się   do   kamery   obrazu   było   tak   zaskakujące,   że   naprawdę   się   wzdrygnąłem.   Dla   obserwatora 

hamowanie było tak samo zapierające dech w piersiach, jak i dla mnie. Ucieczka była świetna, a 

końcowa, triumfalna poza naprawdę kapitalna.

 - To jest ujęcie - powiedziałem z zadowoleniem. - Gdzie tu jest najbliższy bar?

 - Zaraz za rogiem - odparł Raoul. - Ja stawiam.

 - Jak to miło spotkać patrona sztuki.

Spoza   “dolnej"   kamery   wyłonił   się   masywny,   roboczy   skafander   próżniowy   Harry'ego, 

obwieszony girlandami narzędzi.

 - Hej - odezwał się Harry - jeszcze nie teraz. Trzeba zrobić ostatnie ujęcie drugiej sceny.

 - Och, do diabła - zaprotestowałem. - Powietrze mi się kończy, w brzuchu mi burczy i cały 

pływam w tym wynaturzonym kaloszu.

 - Kończy się nasz czas - powiedział krótko Harry.

 - Paliwo moich silników jest na wykończeniu - próbowałem jeszcze.

  - W Scenie Drugiej używasz ich niewiele - przypomniała mi Norrey. - Ośle Drabinki, 

pamiętasz? Brutalna, siłowa robota. - Zamilkła na chwile. - No i naprawdę czas nam się kończy, 

Charlie.

  - Mają rację, Charlie - wtrącił Raoul. - Za wcześnie to powiedziałem. Ruszaj, noc jest 

młoda. 

Rozejrzałem   się   wokół   po   niezmierzonej   kuli   rozgwieżdżonej   pustki.   Ziemia   jak   piłka 

plażowa po lewej, a obok niej słońce wielkości piłeczki baseballowej.

 - Okay - uległem - chyba masz rację. Harry, rozwalcie z Raoulem te dekoracje i ustawcie 

na jej miejsce następną, w porządku? Reszta rozgrzewa się na swoich miejscach. Spoćcie się.

Raoul i Harry, sprawni i wyszkoleni jak para starych glin, popędzili Wozem Rodzinnym w 

próżnie. Usiadłem na niczym i popadłem w zadumę, klnąc w duchu te cholerną normę czasową. 

Zbliżał   się   termin   ponownego   powrotu   na   Ziemie,   a   to   oznaczało,   że   już   najwyższy   czas   na 

przeprowadzenie prób tego fragmentu i przystąpienie do zdjęć, czy mi to odpowiadało, czy nie. 

Żaden artysta nie lubi być poganiany przez czas, nie lubią tego nawet ci, którzy bez tego bodźca nie 

potrafią pracować.

Do czasu zmontowania  Oślich Drabinek byłem już niemal  znowu w nastroju do tańca. 

background image

Drabinki   stanowiły   rodzaj   trójwymiarowej,   gimnastycznej   dżungli.   Był   to   ogromny 

dwudziestościan   o   krawędziach   z   przeźroczystych   rur   wypełnionych   fluoryzującym   zielenią   i 

czerwienią neonem. Obejmowały one obszar mniej więcej 14 000 metrów sześciennych, w którym, 

niczym   nieruchome   pyłki   kurzu,   wisiała   niezliczona   liczba   maleńkich   ciekłych   kropel, 

połyskujących w promieniach laserów. Sok jabłkowy.

Miałem właśnie wydać wszystkim polecenie zajęcia swoich miejsc, gdy Norrey opuściła 

swoją pozycje i pomknęła w moją stronę. Przyczyna  tego mogła być, oczywiście, tylko jedna, 

wyłączyłem więc swoje radio i czekałem. Wyhamowała zgrabnie, zatrzymując się tuż przy mnie i 

przytknęła swój hełm do mojego.

 - Charlie, nie chciałabym, żebyś to robił na siłę. Możemy wrócić za jedenaście godzin i...

  -   Nie,   już   wszystko   dobrze,   kochanie   -   zapewniłem   ją.   -   Masz   rację:   “Czas   nam   się 

kończy". Mam tylko nadzieje, że choreografia jest w porządku.

 - To dopiero pierwsze podejście. Symulacje wypadły świetnie.

 - Nie o to mi chodziło. Wiem, do diabła, że jest prawidłowa. Potrafię już zupełnie dobrze 

myśleć w kategoriach sferycznych. Nie wiem tylko, czy jest coś warta.

 - O co ci chodzi?

  -   Jest   to   ten   typ   choreografii,   którego   nienawidziłaby   Shara.   Sztywna,   precyzyjnie 

wyliczona czasowo, jak alejki w parku.

Zaczepiła się zgiętą w kolanie nogą o moją talie, żeby powstrzymać lekki dryf i zamyśliła 

się.

 - Nienawidziłaby jej u siebie - powiedziała po chwili - ale z przyjemnością oglądałaby ją w 

naszym   wykonaniu.   To   dobry   kawałek,   Charlie   -   a   wiesz,   że   krytycy   kochają   wszystko,   co 

abstrakcyjne.

 - Tak, masz rację, znowu ją masz - powiedziałem. - Dziękuje, kochanie - dodałem ściskając 

jej ramie przez materiał skafandra próżniowego i znowu włączyłem swoje radio. - W porządku 

chłopaki i dziewczyny. Kręcimy. Harry, czy te kamery wreszcie gotowe?

 - Kręcimy - oznajmił.

***

Nie można udawać wesołości na tyle dobrze, żeby oszukać żonę taką jak Norrey, jeśli nie 

ma w tym czegoś autentycznego. Ciskanie swym ciałem na wszystkie strony miedzy czerwonymi i 

zielonymi Drabinkami, współdziałanie z energią trzech pozostałych tancerzy, których zdarzyło mi 

się pokochać, koncentrowanie się na zachowaniu wyliczonej do ułamka sekundy synchronizacji 

czasowej   i   idealnym   ułożeniu   ciała   było   naprawdę   wyczerpujące.   Ale   artysta   jest   zdolny   do 

samokrytycyzmu   nawet   w   środku   najbardziej   pochłaniającego   uwagę   występu.   I   chociaż   w 

background image

wirującym środku tańca potrzebna mi była cała moja uwaga, to jednak pozostawało jeszcze we 

mnie miejsce na szepczący cichutki głosik, że to nie jest wszystko, na co mnie stać.

Starałem się pocieszyć refleksją, że dokładnie w ten sam sposób czuje każdy artysta, w 

odniesieniu do wszystkiego, co wykonuje - i nie pomogło mi to ani trochę bardziej, niż pomaga 

któremukolwiek  z nas. I popełniłem  jeden mały błąd w ułożeniu ciała i w zbytnim  pośpiechu 

starałem   się   go   naprawić   silniczkami   rakietowymi,   włączając   nie   ten,   co   trzeba   i   z   impetem 

wpadając tyłem na Toma. Jego plecy grzmotnęły mnie z taką samą siłą. Nasze zbiorniki powietrza 

zgrzytnęły o siebie, a mój pękł. Dostałem kopa miedzy łopatki, Drabinki uniosły się gwałtownie w 

górę i wyrżnęły mnie przez uda. Resztką świadomości dostrzegłem jeszcze, że znajduje się ponad 

dwadzieścia metrów od dekoracji i zmierzam, koziołkując, ku nieskończoności.

***

Przełomowe   było   uderzenie   o   Drabinki   częścią   ciała   nie   stanowiącą   środka   ciężkości. 

Wprawiło mnie to w akrobatyczne koziołkowanie, które odprowadziło powietrze do hełmu i butów 

skafandra, a krew do głowy i stóp, dzięki czemu szybciej oprzytomniałem. Ale i tak upłynęły cenne 

sekundy   zanim   zorientowałem   się   w   sytuacji,   wybrałem   sobie   punkt   odniesienia   i   zacząłem 

wirować   w   sposób   kontrolowany.   Z   perspektywy,   którą   -   mi   to   dało,   wciąż   oszołomiony 

wydedukowałem intuicyjnie, które silniczki wyhamują ruch wirowy i użyłem ich.

Przestałem   koziołkować   i   teraz   już   łatwo   zlokalizowałem   Drabinki...   jako   jasną, 

kubistyczną  choinkę,  malejącą  szybko  w  oczach.  Znajdowała się miedzy mną  a błękitną  piłką 

plażową, na której się urodziłem. Przynajmniej los nie będzie na tyle staroświecki, by nagrodzie 

mnie   śmiercią   w   stylu   Shary.   Ale   odejście   a   la   Bruce   Carrington   również   nie   bardzo   mnie 

pociągało.

Uda bolały mnie jak diabli, szczególnie prawe, ale plecy nie zaczęły jeszcze dawać o sobie 

znać - jeszcze nie uświadamiałem sobie, że powinny. W moich słuchawkach rozbrzmiewały jakieś 

głosy, głosy ponaglające, ale nadal byłem zbyt oszołomiony, by wyłowić jakiś sens z tego, co 

mówiły. Przyjdzie jeszcze czas na przestrojenie uszu; teraz przez mój mózg przelatywały szeregi 

liczb, a uzyskiwane odpowiedzi były coraz gorsze. W zbiorniku powietrza panuje o wiele większe 

ciśnienie   niż   w   silniczku   odrzutowym.   Z   drugiej   strony,   posiadałem   dziesięć   silniczków,   za 

pomocą   których   mogłem   wytracić   prędkość   nadaną   mi   przez   rozproszony   wybuch.   Z   trzeciej 

strony, rozpocząłem występ z silniczkami prawie bez paliwa.

Chociaż   doszedłem   do   wniosku,   że   jestem   już   martwy,   robiłem   co   mogłem,   by   się 

uratować; ustawiłem silniczki rakietowe w rząd daleko od środka mej masy i odpaliłem. Lewa 

stopa - przedni i tylny. Prawa stopa - to samo. Silniczek na brzuchu. Plecy zaczęły jęczeć, potem 

krzyczeć, potem wyć w męczarniach; nie był to zlokalizowany, przeszywający ból, ale ból ogólny. 

background image

Nie potrafiłem wywnioskować czy to objaw zły,  czy dobry. Silniczek na plecach - zaciskałem 

zęby, żeby nie skowyczeć. Lewa ręka - przedni i tylny...

...“Oszczędzić trochę". Zarezerwowałem parę z prawej ręki na małe manewry korekcyjne i 

rozejrzałem się by stwierdzić, co zdziałałem.

Ośle Drabinki wciąż malały, chociaż już mniej gwałtownie.

Byłem teraz niemal w pełni świadomy i czułem, że mój mózg przystąpił do odrabiania 

zaległości.   Głosy   w   słuchawkach   zaczęły   wreszcie   nabierać   sensu.   Pierwszy,   który 

zidentyfikowałem, należał oczywiście do Norrey - ale ona nic nie mówiła, tylko płakała i klęła.

  -   Hej,   słoneczko   -   odezwałem   się   tak   spokojnie,   jak   tylko   potrafiłem   i   natychmiast 

przestała. Inni też. Potem...

 - Trzymaj się, kochany, lecę!

  - To prawda, szefie - zgodził się Harry. - Śledzę pana na radarze od chwili, kiedy pan 

wystartował, a komputer wylicza kurs dla automatycznego pilota.

 - Dogoni cię - krzyknął Raoul. - Ta maszyna mówi “tak". Komputer naprowadzi na ciebie 

Wóz z pełnymi zbiornikami paliwa i z Norrey za sterami, a później przywiezie was z powrotem.

No jasne. Tuż przy Oślich Drabinkach widziałem Wóz Rodzinny, skierowany dziobem na 

mnie. Nie malał tak szybko jak Drabinki - ale jednak malał. Miałem poważne wątpliwości, czy 

dogoni mnie ta bańka powietrza.

 - Szefie - odezwał się z naciskiem w głosie Harry - czy pański skafander jest w porządku?

  -  Tak,   oczywiście.   Siła   wybuchu   skierowana   była   na   zewnątrz.   Nie  uszkodziła   nawet 

drugiego zbiornika. - Na samą myśl o tym zabolały mnie plecy, no i tak, cholera, dysk Wozu 

wyraźnie malał. Nie tak znowu bardzo, ale na pewno nie rósł i w tym decydującym momencie 

przypomniałem sobie, że gwarancja oprogramowania komputera upłynęła trzy dni temu.

  - No cóż, klamka zapadła - powiedziałem wesoło. - Przypomnijcie mi, żebym zaskarżył 

tego skur... Hej! Co z Tomem!

 - Panujemy nad sytuacją - powiedział krótko Harry. - Jest nieprzytomny, ale żywy i cały. 

Nic dziwnego, że Linda milczała. Modliła się.

 - Jest tam jakiś lekarz? - spytałem retorycznie.

 - Rozmawiałem ze. “Skyfac". Panzella jest już w drodze. Ściągamy teraz Toma na pokład.

 - Idźcie, wszyscy troje. Tu nie macie nic do roboty. Raoul, uważaj na Linde.

 - Zrobi się.

Zapadła   cisza,   jeżeli   nie   liczyć   niesłyszalnego   do   tej   pory,   nieustającego   podkładu 

oddechów i szelestu odzieży. Norrey znowu zaczęła płakać, ale szybko się opanowała. Dysk, który 

był nią i Wozem rósł teraz. Nie odrywając od niego wzroku, dokonałem pomiaru kciukiem. Tak, 

background image

rósł.

  -   Nawiasem   mówiąc,   Norrey,   doganiasz   mnie   -   powiedziałem   starając   się   zachować 

beztroski ton.

 - No właśnie - zgodziła się i kiedy szybkość wzrostu Wozu doszła do zauważalnego gołym 

okiem pęcznienia, zgasła korona płomienia napędu.

 - Co jest...?

Wczujcie  się w  sytuacje.  Wyleciałem  z Oślich Drabinek  z cholerną  szybkością.  Zanim 

Norrey   dopada   siodełka   i   odpala   silniki,   upływa   może   nawet   i   pełne   trzydzieści   sekund.   W 

idealnym  przypadku  komputer   tak  ustala  jej   ciąg,  żeby  osiągnęła  szybkość   większą  od mojej, 

podtrzymuje go jakiś czas, a potem wyłącza i zaczyna wyhamowywanie, żeby mogła zawrócić w 

kierunku Drabinek w momencie, gdy przetną się nasze trajektorie. Trochę to zbyt zagmatwane, 

żeby przeprowadzić obliczenia w pamięci, ale żaden problem dla komputera balistycznego chociaż 

w połowie tak dobrego, jak nasz.

Czynnikiem decydującym było paliwo.

Biorąc pod uwagę projektowane całkowite zużycie paliwa, Norrey musiała wyłączyć ciąg 

precyzyjnie   w   połowie   drogi.   Wykorzystała   połowę   zawartości   swych   zbiorników;   komputer 

wyliczył,  że przy szybkościach,  z jakimi  poruszaliśmy się teraz ja i ona, dojdzie  w końcu do 

spotkania   i   wyłączył   ciąg.   Przeprowadziłem   w   pamięci   prymitywne   obliczenia   arytmetyczne, 

oparte   na   przypuszczeniach   i   obarczone   olbrzymim   marginesem   błędu,   po   czym   zbladłem   i 

zadrżałem w swej plastykowej torbie. Drugim decydującym czynnikiem było powietrze.

  -   Harry   -   przerwałem   raptem   panującą   cisze   -   przelicz   mi   wszystko   jeszcze   raz,   ale 

wprowadź następujące dane dotyczące zapasu powietrza...

 - O Jezu - odezwał się zaskoczony, ale powtórzył podane przeze mnie liczby. - Poczekaj 

chwilkę.

 - Charlie - powiedziała z przestrachem w głosie Norrey. - O mój Boże, Charlie!

 - Spokojnie, dziecinko, spokojnie. Może wszystko jest w porządku. 

Wreszcie rozległ się głos Harry'ego.

  - Niedobrze, szefie. Zanim ona tam dotrze, skończy się panu powietrze. Kiedy stamtąd 

zawróci, jej zbiorniki też już będą na wyczerpaniu.

  - No to zawracaj teraz, kochanie, ruszaj z powrotem - powiedziałem najłagodniej, jak 

mogłem.

 - Nie, do diabła! - krzyknęła.

 - Po co ryzykować głową, kochanie? Ja już jestem pogrzebany... pogrzebany w kosmosie. 

Zawróć teraz...

background image

 - Nie.

Spróbowałem uciec się do brutalności.

 - Tak cholernie chcesz mieć mojego trupa? 

 - Tak.

 - A po co? Żeby dyndał przy Lamusie?

 - Nie. Żeby z nim odlecieć.

 - Co?

 - Harry, wylicz mi kurs, po którym dotrę do niego zanim skończy się mu powietrze. Nie 

bierz pod uwagi drogi powrotnej. Podaj mi minimalny czas spotkania.

 - Nie! - ryknąłem.

 - Norrey - odezwał się poważnie Harry - nie mamy tutaj niczego, czym moglibyśmy was 

doścignąć. To nie statek kosmiczny. Jeżeli chociaż na chwile włączysz jeszcze ciąg, to nie starczy 

ci paliwa na wystartowanie w drogą powrotną, nie starczy nawet na wyhamowanie ruchu w tamtą 

stronę. Masz więcej powietrza niż on, ale oba wasze połączone zapasy nie wystarczą dla jednego z 

was do czasu nadejścia pomocy, nawet jeśli zdołalibyśmy śledzić was tak długo na radarze. - To 

była najdłuższa mowa, jaką kiedykolwiek słyszałem z ust Harry'ego.

  - Niech mnie diabli, jeżeli chcą zostać wdową - wybuchnąła i ręcznie włączyła  silnik. 

Teraz była tak samo martwa, jak ja.

 - Jasna cholera! - wrzasnęliśmy jednocześnie z Harrym, a potem już sam krzyknąłem:

 - Pomóż jej, Harry.

 - Tak jest! - odkrzyknął, a w nieskończony czas później dodał smutno: - Okay, Norrey, leć. 

Nowy kurs masz wprowadzony do autopilota.

 - No i dobrze - powiedziała ciągle zła, ale już łagodniejąca. - Przez dwadzieścia piąć lat 

pragnąłem zostać twoją żoną, Armstead. Niech mnie diabli porwą, jeżeli mam teraz zostać wdową 

po tobie.

 - Harry - powiedziałem, wiedząc z góry, że to beznadziejne, ale nie dopuszczając do siebie 

tej myśli - przelicz wszystko jeszcze raz zakładając, że porzucimy wóz, gdy skończy się paliwo i 

odpalimy wszystkie silniczki rakietowe skafandra Norrey na raz. Nie są tak wyczerpane, jak moje.

 - Nic z tego, szefie - odpowiedział niemal od razu Harry. - Jest was dwoje.

  - A  czy -  spytałem   z desperacją  -  możemy  wykorzystać  powietrze   do oddychania   na 

odrzut? 

Musiał być tak samo zdesperowany, już rozważył te możliwość,

  - Jasne, możecie.  Ale to pochłonęłoby  całe  wasze  powietrze.  Jesteście  martwi,  szefie. 

Skinąłem głową. Głupi nawyk, pomyślałem, najwyższy czas się go pozbyć.

background image

 - Tak też myślałem. Dzięki, Harry. Powodzenia z Tomem.

Norrey nie odzywała się słowem. Obecnie komputer znowu włączył ciąg i Wóz Rodzinny 

osiągnął już taką szybkość,  z którą, zużywając resztki paliwa, wkrótce mnie  dogoni. Poświata 

wokół Wozu (wyraźnie  teraz rosnącego) zgasła, a Norrey dalej się nie odzywała.  Milczeliśmy 

wszyscy. Albo nie było nic, albo aż za dużo do powiedzenia, nic pośredniego. Po jakimś czasie 

Harry zameldował, że dotarli do domu. Podał Norrey dane manewru zawracania, przełączył znowu 

jej komputer na sterowanie ręczne, a potem jemu i innym skończyło się powietrze.

Oddechy dwojga ludzi są niemal niesłyszalne.

Zbliżała   się   już   od   dawna,   dostatecznie   długo,   żeby   ból   w   plecach   zelżał   do   niemal 

niezauważalnego ćmienia. Gdy była już tak blisko, że ją widziałem, musiałem zmobilizować całą 

siłę woli, żeby nie wykorzystać resztek paliwa i nie wyjść jej naprzeciw. Nie chodziło o to, że mam 

je na co oszczędzać. Ale spotkanie w otwartym kosmosie jest jak zrównywanie się na autostradzie 

szybkiego ruchu - lepiej, żeby jedno z wąs utrzymywało stalą prędkość, dwie zmienne to za wiele. 

Norrey wykonała manewr popisowo i zatrzymała się na samej granicy zasięgu liny ratunkowej.

Ta precyzja była daremna. Ale nikt nie rezygnuje z wysiłków na rzecz utrzymania się przy 

życiu tylko dlatego, że komputer twierdzi, że to niemożliwe.

W   tym   samym   ułamku   sekundy,   w   którym   szybkość   spadła   do   zera,   wystrzeliła   linę 

ratunkową. Ciężarek na jej końcu uderzył mnie lekko w pierś; piękny rzut; nie ma co, nawet biorąc 

pod uwagę magnes wspomagający. Pochwyciłem linę skwapliwie i kosztowało mnie kilka sekund 

skoncentrowanego wysiłku, żeby ją puścić i przypiąć sobie do pasa. Nie zdawałem sobie dotąd 

sprawy jak jestem osamotniony i przestraszony.

Gdy   tylko   upewniłem   się,   że   jestem   bezpieczny,   Norrey   włączyła   wyciągarkę   i   Wóz 

przyciągnął mnie do siebie.

  -   Kto   twierdził,   że   nigdy   nie   może   złapać   taksówki,   kiedy   akurat   jej   potrzebuje?   - 

powiedziałem, ale zęby mi dzwoniły i to zepsuło cały efekt.

Uśmiechnęła się jednak i pomogła mi wgramolić się na siodełko.

 - Dokąd, szefie?

I   nagle   zdałem   sobie   sprawę,   że   nie   potrafię   wymyślić   żadnej   dowcipnej   odpowiedzi. 

Gdyby kadłub wozu nie był wzmocniony, skruszyłbym go kolanami.

 - Gdzie bądź - powiedziałem po prostu, a ona odwróciła się w swoim siodełku i odpaliła 

silniki. 

Pilotowanie   takiego   traktora,   jak   nasz   Wóz   Rodzinny   wymaga   naprawdę   czułej   ręki, 

szczególnie  przy znacznym  obciążeniu.  To nie lada sztuka utrzymać  pęcherzyk  równowagi na 

przecięciu nitek żyrokompasu. Sposób sterowania jest wyjątkowo bzdurny - trzeba mieć coś w 

background image

rodzaju wyczucia, gdyż inaczej wpada się w wibracje i diabli biorą żyro.

Tancerz jest oczywiście lepszy w balansowaniu siedzeniem od każdego, z wyjątkiem może 

najbardziej   doświadczonych   pilotów  Sił  Kosmicznych,  a  Norrey była   w  tym   najlepsza   z całej 

naszej szóstki. Teraz jednak przechodziła samą siebie.

Była lepsza od komputera. Co nie jest znowu takie dziwne - w baku jest zawsze więcej 

benzyny niż to wskazuje licznik - ale i tak dystans był zbyt duży, żeby miało to jakiekolwiek 

znaczenie. Wciąż byliśmy martwi. Ale po pewnym czasie odległy, zielono - czerwony sferoid, 

którym   były   Drabinki,   przestał   malec;   potwierdziły   to   przyrządy,   Po   dłuższej   chwili   sam 

stwierdziłem, że nawet trochę urósł. I w tym właśnie momencie ustały wibracje miedzy mymi 

udami.

Przez cały okres przyspieszania gotowałem się ż chęci porozmawiania, ale trzymałem gębę 

na Wódkę, żeby nie rozpraszać uwagi Norrey. Teraz pozostawało nam tylko biernie czekać. Od 

teraz aż do chwili śmierci nie mieliśmy nic więcej do roboty, jak tylko rozmawiać, a ja znowu nie 

mogłem   znaleźć   słów.   To   Norrey   pierwsza   przerwała   milczenie.   Brzmienie   jej   głosu   było 

precyzyjnie prawidłowe.

 - Uff, nie uwierzysz mi... ale nie mamy już paliwa.

 - Słuchaj - powiedziałem - czy sposobu, w jaki sterujesz swoim siedzeniem nie nazywają 

czasem kręceniem tyłkiem?

 - Och, Charlie, nie chce umierać.

 - No to nie umieraj. 

Zapadło milczenie.

  - Przepraszam - powiedziała w końcu, wciąż odwracając ode mnie twarz. - Dokonałam 

wyboru. Te ostatnie minuty z tobą są tego warte. Wymknęło mi się po prostu - prychnęła sama do 

siebie. - Marnowanie powietrza.

  -   Nie   przychodzi   mi   do   głowy   nic,   na   co   mógłbym   poświecić   swoje   powietrze   poza 

rozmową z tobą. Znaczy się taką, którą można prowadzić w skafandrach próżniowych. Ja też nie 

chce umierać - ale jeśli będę musiał odejść, to cieszę się, że mam do towarzystwa ciebie. Czy to nie 

egoizm?

- Bzdury. Ja też się cieszę, że tu jesteś, Charlie.

  -  Do diabła, przecież to ja wyreżyserowałem to spotkanie. Gdyby mnie tu nie było, nie 

byłoby   tu   nikogo   -   urwałem   i   patrzyłem   spode   łba.   -   To   mnie   chyba   najbardziej   denerwuje. 

Zastanawiałem się czasami co stanie się w końcu przyczyną mojej śmierci. No i jasne, miałem 

rację: moja własna głupota. Wylecieć w kosmos. Tak się zagapić. A niech to cholera, Norrey.

 - Charlie, to był wypadek.

background image

  - Wyleciałem  w  kosmos.  Nie uważałem.  Myślałem  o tej  cholernej  normie  czasowej  i 

przekroczyłem ją. 

 - Charlie, to oszukiwanie samego siebie. Przynajmniej połowa tej winy, jaką się obarczasz, 

spoczywa na skubańcu, który sprawdzał w fabryce twój zbiornik powietrza. Nie wspominając już o 

tym cholernym idiocie, który zapomniał zatankować dziś rano Wóz. To był obowiązek rotacyjny.

 - Kto był tym idiotą? - spytałem bez zastanowienia.

 - Ten sam idiota, który wystartował Wozem nie zabierając dodatkowego powietrza. Ja.

Zapadło niezręczne milczenie. A to z kolei spowodowało, że zacząłem przetrząsać mój 

mózg w poszukiwaniu czegoś mądrego albo pożytecznego, co mógłbym teraz powiedzieć. Albo 

zrobić. Zastanówmy się: mnie została jeszcze 1/8 zawartości zbiornika powietrza. Norrey około 

1/4: nie zużyła tyle co ja podczas ćwiczeń. Wyciągnąłem ręką, odpiąłem pełen zbiornik Norrey i 

przełożyłem go w milczeniu nad jej ramieniem. Odebrała go ode mnie też się nie odzywając i 

wydobyła ze schowka zestaw pierwszej pomocy. Wyjęła z niego trójnik, upewniła się, czy oba 

wtyki   są   uszczelnione   i   nasunęła   go   na   butle   z   powietrzem.   Odłączyła   od   zestawu   węże 

przedłużające i nasunęła je na wtyki trójnika. Tak przygotowaną butle przytroczyła do burty Wozu 

na   później   -  syfon   powietrzny   z  dwoma   słomkami.   Potem   odwróciła   się   niezdarnie   w   swoim 

siodełku i usiadła twarzą do mnie.

Jeśli   ktoś   kiedykolwiek   będzie   wam   wmawiał,   że   obejmowanie   się   w   skafandrach 

próżniowych jest stratą czasu, nie wierzcie mu. Obejmowanie się nigdy nie jest stratą czasu. Bolały 

mnie od tego plecy, ale nie zwracałem na nie uwagi.

Słuchawki zatrzeszczały. To Raoul wywoływał nas z mieszkania Toma i Lindy:

 - Norrey? Charlie? Z Tomem wszystko w porządku. Lekarz jest w drodze, Charlie, ale nie 

dotrze tu na tyle szybko, żeby coś wam to - dało. Skontaktowałem się z Kwaterą Główną Sił 

Kosmicznych. Nie ma w tym rejonie żadnego rozkładowego ruchu, nie ma w pobliżu żadnego 

statku. Nic, Charlie, zupełnie nic. Co mamy, u diabła, robić? - Harry musiał być bardzo zajęty przy 

Tomie, bo inaczej złapałby już za mikrofon.

  -   Powiem   ci,   co   masz   robić,   stary   -   powiedziałem   spokojnie,   robiąc   odstępy   miedzy 

poszczególnymi słowami, żeby dać mu ochłonąć! - Wciśnij przycisk “Zapis". Okay? Teraz włącz 

głośniki, żeby Harry i Linda mogli być świadkami. Gotowe? Okay. Ja, Charlie Armstead, będąc w 

pełni władz umysłowych i fizycznych..."

 - Charlie!

 - Nie psuj taśmy, stary. Nie mam czasu na zbyt dużo powtórek i mam tu coś lepszego do 

roboty. ,Ja Charlie Armstead..."

To nie trwało długo. Pozostawiłem wszystko Zespołowi - i uczyniłem Grubego Humphreya 

background image

pełnym wspólnikiem. “Le Maintenant", zdławioną przez biurokrację, zamknięto przed miesiącem. 

Potem przyszła kolej na Norrey, a ona powtórzyła wszystko, niemal słowo w słowo.

No i cóż nam wtedy pozostawało? Pożegnaliśmy się z Raoulem, Lindą i Harrym czyniąc to 

możliwie  jak najzwięźlej, po czym  wyłączyliśmy  nasze radia. Siedzenie  na siodełku tyłem  do 

przodu było dla Norrey niewygodne; odwróciła się znowu plecami do mnie, a ja objąłem ją od tyłu 

jak pasażer motocykla.  Nasze hełmy zetknęły się. To, co wtedy sobie mówiliśmy to nie wasz 

pieprzony interes.

Upłynęła jedna godzina, najpełniejsza godzina w moim życiu.

  - Zabił  nas  ten  pośpiech spowodowany upływającą  normą  czasową - powiedziałem  w 

końcu - głupi, cholerny pośpiech. Dlaczego? A więc nasz metabolizm nie pozwala nam żyć w 

kosmosie. Coś w tym musi być. Czego my się tak boimy? Co Ziemia ma takiego w sobie, że tak 

kurczowo się jej trzymamy?

 - Ludzi - odparła Norrey poważnie. - Miejsca. Tutaj, w górze, nie ma za dużo ani jednego, 

ani drugiego.

 - Siedem miliardów rojące się w jednym zwietrzałym mrowisku.

  - Charlie, spójrz tam - wskazała na Ziemie. - Widzisz te oazę, zawieszoną w kosmosie? 

Czy stąd wygląda na zatłoczoną?

Trafiła w sedno. Nasza rodzinna planeta, widziana z kosmosu sprawia nieodparte wrażenie 

jednego, ogromnego, opuszczonego odludzia. Widzi się przeważnie pustynie i tylko od czasu do 

czasu   migoczące   punkciki   światła   lub   miniaturowa   mozaika   dają   świadectwo   działalności 

człowieka. Człowiek może skazić jak diabli atmosferę - . widziana na krawędzi, podczas zachodu 

słońca, nie wygląda na grubszą od skórki jabłka - ale jak dotąd nie poczynił jeszcze widocznych 

śladów na obliczu swej planety.

  - Nie. Ale jest i ty o tym wiesz. Cały czas boli mnie tam noga. Nie ma tam ani chwili 

prawdziwej ciszy. Śmierdzi. Jest plugawa i opanowana przez bakterie, zasypywana nieszczęściami, 

pogrążona w zaraźliwym szaleństwie i tkwiąca po pas w rozpaczy. Nie wiem jak, u diabła, mogłem 

kiedykolwiek chcieć tam wracać.

  - Charlie! - dopiero teraz, gdy po to, bym ją usłyszał musiała podnieść głos do krzyku, 

uświadomiłem sobie, jak głośno musiałem mówić. Urwałem, zły sam na siebie.

  - Przepraszam,   kochanie  -  powiedziałem.  -  Chyba   niewiele   dbam  o Ziemie,  od  kiedy 

zamknięto   “Le   Maintenant".   -   Zaczynałem   tak,   żeby   wypadło   to   na   dowcip,   ale   nie   wyszło 

zabawnie.

 - Charlie - powiedziała dziwnym głosem.

 - Tak?

background image

 - Dlaczego Ośle Drabinki zapalają się i gasną?

Natychmiast  sprawdziłem  butle  z powietrzem,  potem trójnik, dołączone  doń węże oraz 

złącza. Nie, dostawała powietrze. Wtedy dopiero obejrzałem się i u diabła, rzeczywiście. Ośle 

Drabinki zapalały się i gasły w dali jak mrugające lampki choinkowe. Jeszcze raz skrupulatnie 

sprawdziłem instalacje, powietrzną, żeby się upewnić, czy oboje nie mamy halucynacji i wróciłem 

do naszego czułego uścisku.

 - Zabawne - powiedziałem. - Nie przychodzi mi do głowy żadne uszkodzenie układowe, 

które wywołałoby taki efekt.

 - Coś musiało uderzyć w ekran baterii słonecznej i wprawić go w ruch wirowy.

 - Chyba tak, ale co?

 - Do diabła z tym, Charlie. A może to Raoul próbuje nam coś zasygnalizować?

 - Jeżeli nawet, to do diabła i z nim. Nie mam nic więcej do dodania i niech mnie diabli, 

jeśli   mam   ochotę   czegoś   wysłuchiwać.   Nie   podnośmy   tej   cholernej   słuchawki.   Na   czym   to 

skończyliśmy?

 - Na wniosku, że Ziemia przyciąga.

 - No pewnie, że przyciąga - i to mocno. Dlaczego ktokolwiek na niej żyje, Norrey? A, do 

diabła i z rym.

 - Tak. To nie jest takie znowu złe miejsce. Tam się poznaliśmy.

 - To prawda. - Przytuliłem ją trochę, mocniej. - Wydaje mi się, że jesteśmy szczęściarzami. 

Oboje znaleźliśmy swoją drugą połowę.. I to zanim umarliśmy. Ilu jeszcze jest takich szczęściarzy?

 - Chyba Tom i Linda. Poza nimi nie przychodzi mi do głowy nikt ze znajomych.

 - Mnie też. Gdy byłem dzieckiem, zdarzało się więcej szczęśliwych małżeństw. - Drabinki 

zaczęły mrugać dwa razy szybciej. Czyżby drugi nieprawdopodobny meteor? A może obluzował 

się   kawałek   płyty,   wprawiając   resztę   w   szybsze   wirowanie?   To   rozpraszanie   uwagi   było 

denerwujące; dopóki nie dostrzegałem tego migotania, lepiej mi się rozmawiało.

 - Chyba nigdy nie zdawałem sobie sprawy, jakie nieprawdopodobne mieliśmy szczęście. 

Dzielenie go z tobą to dobry interes.

 - Och, Charlie - krzyknęła poruszając się w mych ramionach. Pomimo niewygody, obróciła 

się znowu na swoim siodełku, żeby mnie objąć. Mój skafander próżniowy wbijał mi się w kark, 

słuchawka z jednej strony uwierała mnie w ucho, a jej silne ramiona wzniecały piekło w moich 

obolałych   plecach,   ale   nie   wydałem   jęku   skargi.   Dopóki   jej   uścisk   nie   stał   się   nagle   jeszcze 

silniejszy.

 - Charlie!

 - Mhm...

background image

Złagodziła nieco uścisk, ale nic puszczała mnie.

 - Co to, u diabła? 

Złapałem oddech.

  -   Co?   -   obejrzałem   się.   -   Co   tu,   u   diabła?   -   Oboje   spadliśmy   z   naszych   siodełek   i 

dryfowaliśmy na końcach węży powietrznych, niezdolni z wrażenia do jakiegokolwiek działania.

Wisiał   dosłownie   nad   naszymi   głowami,   w   odległości   niespełna   stu   metrów,   tak 

nieprawdopodobnie   ogromny   i   skrócony   przez   perspektywę,   że   upłynęło   kilka   sekund,   zanim 

rozpoznaliśmy, że to statek.

“Champion" głosiły wypukłe, czerwone litery biegnące przez dziób. A pod spodem: “Siły 

Kosmiczne ONZ".

Obejrzałem się na Norrey, potem jeszcze raz sprawdziłem przewody powietrzne.

 - Żadnego rozkładowego ruchu - powiedziałem głucho i włączyłem swoje radio.

Głos był bardzo silny, ale zakłócenia o tyle silniejsze, że domyśliłem się, iż ten ktoś nie 

mówi do mikrofonu, a zwraca się do kogoś w tym samym pomieszczeniu. Zapamiętałem każdą 

sylabę.

  - ...knieci, pieprzeni idoci są za tępi na to, żeby włączyć swoje radia, sir. Ktoś musi ich 

trącić w ramie.

Znajomy głos zaniósł się śmiechem, a radiowiec po chwili mu zawtórował. Norrey i ja 

słuchaliśmy tego śmiechu, nie mogąc dobyć z siebie głosu.

 - O rany - odezwałem się w końcu - gdzie się człowiek ma zaszyć, żeby znaleźć się sam na 

sam z własną żoną?

Nagle cisza, a potem mikrofon został pochwycony i znajomy głos ryknął.

 - Ty sukinsynu!

  - Ale skoro już się pan fatygował do nas taki kawał drogi, majorze Cox - powiedziała 

wspaniałomyślnie Norrey - to wpadniemy do pana na piwo.

 - Wy tępe sukinsyny - nadleciał z dala głos Harry'ego. - Wy tępe sukinsyny. Ośle Drabinki 

przestały mrugać. Wiadomość dotarła do nas.

background image

Rozdział 5

Wypiłem dwa łyki i na nich poprzestałem. Oficerowie i załoga bez skrępowania gapili się 

na mnie i na Norrey. Za pierwszym łykiem przyjąłem zupełnie naturalnie, że byli zafascynowani 

widokiem   durni,   którzy   w   stanie   zagrożenia   wyłączają   swoje   radia.   No   cóż,   faktu,   że   byłem 

nieboszczykiem   nie   uważałem   za   stan   zagrożenia.   Ale   za   drugim   łykiem   dostrzegłem   pewną 

subtelną różnice, w tych spojrzeniach. Poza jednym lub dwoma wyjątkami wszyscy członkowie 

załogi płci żeńskiej gapili się na mnie, a płci męskiej na Norrey. Przypomniało mi się wtedy, co 

nosimy   pod   naszymi   skafandrami   próżniowymi;   zresztą   nie   było   o  czym   zapominać.   Byliśmy 

“przyzwoicie",   ale   dość   skąpo   zasłonięci   urządzeniami   sanitarnymi,   a   powszechny   widok   na 

wideoekranach na Ziemi nie jest taki znów powszechny w sali odpraw statku wojennego.

Bili był, oczywiście, zbyt wielkim gentlemanem, by to zauważać. A może zdawał sobie 

sprawę, że i tak nie miał żadnego sposobu, by zaradzić zaistniałej sytuacji.

 - A więc meldunki o waszym zgonie były mocno przesadzone, co?

  - Wprost przeciwnie - powiedziałem, wycierając policzek rękawicą. - Pominięto w nich 

jedynie fakt naszego wskrzeszenia. Dzięki, Bili.

Uśmiechnął się i bardzo szybko powiedział dziwną rzecz:

  - Nie zadawajcie oczywistych pytań. - Mówiąc to dał nam dyskretny znak oczyma. Na 

Ziemi i pod przyśpieszeniem poruszyłyby się one w bok. W stanie nieważkości rządzą inne prawa - 

jego źrenice zatoczyły bliźniacze kółka o średnicy jakiegoś centymetra i znowu spoczęły na nas. 

Wymowa   znaku   była   jasna.   Odpowiedzi   na   następne   oczywiste   pytania   będą   informacjami 

poufnymi. Czekać.

 - Jesteśmy do twojej dyspozycji - powiedziałem.

Wzdrygnął się. Potem, w ułamku sekundy, zorientował się, że nie chodzi mi o to, o co jak 

sądził mi chodził na jego usta powrócił uśmiech.

 - Będzie wam potrzebny prysznic i jakiś posiłek. Chodźcie za mną do mojej kajuty.

 - Za prysznic - powiedziała Norrey - pójdę za panem do piekła. 

Ruszyliśmy.

Miałem   teraz   drugą   okazje,   żeby   jak   turysta   obejrzeć   wnętrze   autentycznego   okrętu 

wojennego   i   znowu   byłem   zbyt   zaabsorbowany,   żeby   zwracać   uwagę   na   otoczenie.   Czy   Bili 

naprawdę   sądził,   że   jego   załoga   uwierzy   w   przypadkowość   naszego   spotkania?   Gdy   tylko 

zorientowałem się, że w zasięgu głosu nie ma nikogo, spróbowałem coś z niego wydusić - ale na 

background image

statkach   wojennych   Sił   Kosmicznych   ciśnienie   powietrza   jest   tak   małe,   że   dźwięki   wolno   się 

rozchodzą.

Dotarliśmy wreszcie do jego kajuty i wpłynęliśmy do środka. Oparł się plecami o ścianę i 

zawisł w powietrzu zwrócony do nas twarzą, w całkowicie swobodnym “przysiadzie kosmonauty", 

po czym cisnął nam dwa dziwne przedmioty. Obejrzałem mój: wyglądał jak zegarek naręczny z 

przymocowaną   do   niego   miniaturową   suszarką   do   włosów.   Potem   rzucił   nam   dwa   papierosy. 

Złapałem je. Warunki życia na pojazdach wojskowych różnią się od warunków panujących  na 

luksusowych w zasadzie, obiektach kosmicznych, takich jak nasze Studio, czy “Skyfac" - system 

klimatyzacyjny   “Championa"   był   prymitywny.   Przedmioty,   które   dał   nam   Bili   stanowiły 

kombinacje wentylatora z popielniczką. Wsunąłem swój na przegub i zapaliłem.

 - Major William Cox - powiedziałem formalnie - Norrey Armstead. Vice versa.

  - Jestem zaszczycony, pani Armstead - odparł Bili. - Widziałem wszystkie taśmy, jakie 

wypuściliście na rynek i... no dobrze; to może zostać źle zrozumiane, ale jest pani jej siostrą.

Norrey uśmiechnęła się.

 - Dziękuje, majorze...

 - Bili.

 - ...Bili. To duży komplement. Charlie dużo mi o tobie opowiadał.

 - Mnie o pani również. Pewnej pijackiej nocy, gdy znowu spotkaliśmy się na Ziemi... Teraz 

musicie mi  oboje wybaczyć.  - Po raz pierwszy zauważyłem,  że działa w pośpiechu. - Bardzo 

chciałbym pogawędzić, ale nie mogę. Zdejmijcie szybko swoje skafandry.

  - Jeszcze bardziej niż prysznica pragnę twoich wyjaśnień, Bili - powiedziałem. - Co, u 

diabła, cię tutaj sprowadza i to w takiej chwili? Nie wierze, w cuda, w każdym razie nie w takie. I 

po co te tajemnice?

  -  Właśnie   -  wtrąciła   Norrey.   -  I   dlaczego   wasza   kontrola   naziemna   nie   wiedziała,   że 

znajdujecie się w tym rejonie?

Cox uniósł obie ręce do góry.

  -   Hola,   hola.   Udzielenie   odpowiedzi   na   wszystkie   wasze   pytania   zajmie   co   najmniej 

dwadzieścia minut. Za... - zerknął na zegarek - ...niespełna trzy minuty przyśpieszamy do 2 g. 

Dlatego   kazałem   wam   wyskoczyć   z   tych   skafandrów   -   moje   łóżko   pomieści   was   razem   ze 

zbiornikami powietrza, ale będzie wam wtedy cholernie niewygodnie.

  -   Co?   Bili,   o   czym   ty   mówisz?   Po   co   tak   przyśpieszamy?   Nasze   Studio   jest   o   parę 

kilometrów stąd.

  -   Wasi   przyjaciele   zostaną   zabrani   przez   ten   sam   wahadłowiec,   który   wiezie   doktora 

Panzellę - powiedział Cox. - Dołączą do was na “Skyfac" za parę. godzin. Ale wy dwoje nie 

background image

możecie czekać.

 - Na co?! - wrzasnąłem.

Bili wdał się ze mną w pojedynek na spojrzenia i przegrał.

 - Cholera... - powiedział i urwał. - Mam rozkaz nic wam nie mówić. - Spojrzał znowu na 

chronometr.   -   No   i   naprawdę   muszę,   wracać.   Słuchajcie,   jeżeli   mi   zaufacie   i   nie   będziecie 

przeszkadzać, mogę streścić wam te dwadzieścia minut w dwóch zdaniach, zgoda?

 - Ja... zgoda.

  -   W   bliskim   sąsiedztwie   Saturna   znowu   pojawili   się   obcy.   Po   prostu   siedzą   tam. 

Przemyślcie to sobie.

Zaraz potem wyszedł, ale zanim jeszcze zamknął za sobą drzwi, byłem  już w połowie 

ściągania skafandra, a Norrey sięgała po pasy zwisające po prawej stronie kapitańskiej koi. 

I oboje zaczynaliśmy odczuwać strach. Znowu.

***

“Przemyślcie to sobie" - powiedział Bili.

Obcy   przybyli   już   raz,   bezczelnie   załomotali   do   naszych   drzwi   i   przywitani   zostali 

wystrzałem z dubeltówki zwanej Shara. Szybko uczyli się dobrych manier; tym razem zatrzymali 

się przed furtką w płocie, krzyknęli “hej tam, w domu" i rozważnie czekali. Najwyraźniej chcieli 

pertraktować.

Zatem dobrze: jeśli bylibyście na miejscu Sekretarza Generalnego ONZ, kogo wysłalibyście 

jako   parlamentariusza?   Siły   Kosmiczne?   Wybitnych   polityków?   Uznanych   naukowców? 

Stowarzyszenie   handlarzy   używanymi   helikopterami?   Najprawdopodobniej   wysłalibyście   z   tą 

misją swych najbardziej doświadczonych i elastycznych dyplomatów, i to tylu, ilu mogłoby się 

zabrać.

Ale czy pominęlibyście jedynych w opanowanym przez ludzi kosmosie artystów, którzy 

zademonstrowali praktyczną znajomość żargonu obcych?

Stawałem przed komisją poborową - w moim wieku.

Ale to było dopiero pierwsze ogniwo w tym logicznym łańcuchu. Przyczyną, dla której 

planowana nie tak dawno wyprawa na Saturna narobiła w prasie tyle szumu - przypomniałem sobie 

to teraz - było to, że dla załogi był to rodzaj misji samobójczej. A my mieliśmy zająć jej miejsce.

“Przemyślcie to sobie". Jakikolwiek cel miała nasza wyprawa na Saturna, pewne było, że 

potrwa ona długo. Mętnie kojarzyłem, że była mowa o jakichś sześciu latach. A każda podróż na 

odległości tego rzędu musiała  za sobą pociągać konieczność spędzania niemal  całego czasu w 

stanie nieważkości.

Jeżeli   nie   wymigamy   się   jakoś   od   tego   poboru,   nigdy   więcej   nie   postawimy   stopy   na 

background image

powierzchni Ziemi. Będziemy banitami, uwięzionymi na zawsze w kosmosie. Taka będzie nasza 

zapłata   za   służenie   w   charakterze   ust   w   wymianie   poglądów   miedzy   zgrają   dyplomatów   a 

stworzeniami, które zabiły Sharę.

Zakładając, że w ogóle przeżyjemy całą te wyprawę.

Kiedy indziej te implikacje byłyby zbyt wstrząsające dla mojego mózgu, by ten zdołał je 

pojąć. O ile nie załatwię sobie skreślenia mnie z listy uczestników tej ekspedycji u kogoś, kto 

oczekuje nas na “Skyfac" (dlaczego akurat tam?), to Norrey i ja odbyliśmy już nasz ostatni spacer, 

widzieliśmy naszą ostatnią plaże, byliśmy ha naszym ostatnim koncercie. Dla świata byliśmy już 

martwi. A jednak przyjmowałem to zwyczajnie, na chłodno.

Wyrzekłem się tego wszystkiego nie dalej niż godzinę temu.

I pogodziłem się wtedy z utratą wielu więcej ważniejszych rzeczy, a teraz wyglądało na to, 

że   będę   mógł   je   zachować.   Oddychanie.   Jedzenie.   Spanie.   Myślenie.   Kochanie.   Cierpienie. 

Drapanie. Trawienie... Tak, ta lista nie miała końca - a wszystko to miałem z powrotem na co 

najmniej sześć lat! Nie potrafiłem wyobrazić sobie podróży na Saturna, nie mówiąc już o tym, co 

nas  czeka  u jej  kresu - ale  wiedziałem,  że w  kosmosie  nie  ma  chamów,  rabusiów, szalonych 

dusicieli   ani   pijanych   kierowców,   nie   ma   pożarów   budynków   mieszkalnych   ani   kryzysu 

paliwowego, ani zamieszek na tle rasowym.

A co na ten temat myśli Norrey?

Dojście do tych wniosków zajęło mi dwie minuty; gdy przekręciłem głowę, żeby zobaczyć 

twarz   Norrey,   zabrzęczał   alarm   ostrzegający   przed   rychłym   włączeniem   silników.   Ona   też 

odwróciła się twarzą do mnie; nasze nosy dzieliła odległość jednego centymetra i widziałem, że 

również to przemyślała. Nie potrafiłem jednak określić jej reakcji.

 - Chyba nie bardzo chce mi się lecieć - odezwałem się.

 - A mnie się chce - powiedziała żarliwie. 

Zamrugałem powiekami.

 - Phillip Nolan był “człowiekiem bez kraju" - powiedziałem - i nie przejmował się tym. My 

będziemy “parą bez planety".

 - Ja nie tym się przejmuje, Charlie - rozległo się drugie ostrzeżenie.

 - Tam, w Wozie, wydawało mi się, że się przejmujesz kiedy szkalowałem Ziemie.

 - Nic nie rozumiesz. Te gnojki zabiły moją siostrę. Chce się nauczyć ich jeżyka, żeby móc 

im wygarnąć.

To nie wygląda na zły pomysł. Ale myślenie o tym było złym pomysłem. 2 g zaskoczyło 

nas z odwróconymi na bok głowami wciskając nam policzki w koje i wykręcając szyje:

***

background image

Trwały   jeszcze   pomniejsze   przyspieszenia   manewrowe,   a   po   nich   rozległ   się   sygnał 

“przyśpieszenie zakończone". Odpięliśmy się, pożyczyliśmy sobie oboje szlafroki z szafki Billa i 

zaczęliśmy masować sobie nawzajem szyje. Po pewnym czasie wrócił Bili. Popatrzył na sińce, 

jakie wyhodowaliśmy sobie po przeciwnych stronach twarzy i parsknął śmiechem.

  -   Papużki   nierozłączki,   co?   W   porządku,   wynurzenie.   Narada.   -   Wyciągnął   z   szafki 

mundury polowe oraz szczotkę do włosów i grzebień.

 - Z kim? - spytałem ubierając się pośpiesznie.

 - Z Sekretarzem Generalnym ONZ - odparł zwyczajnie.

 - Jezu Chryste.

 - Gdyby tak był osiągalny - zgodził się Bili.

 - Co z Tomem? - spytała Norrey. - Dobrze się czuje?

 - Rozmawiałem z Panzellą - odparł Bili. - McGillicudy czuje się dobrze. Będzie przez jakiś 

czas wyglądał jak jogurt truskawkowy, ale żadnych poważniejszych obrażeń...

 - Dzięki Bogu.

  -   ...Panzella   wiezie   go   tu   z   pozostałymi.   Przewidywany   czas   przybycia   -   zerknął   na 

chronometr - za pięć godzin.

 - Mamy lecieć wszyscy?! - wykrzyknąłem. - Jak wielki jest ten cholerny statek?

  -   Znam   tylko   swoje   rozkazy   -   powiedział   Bili,   odwracając   się,   by   odejść.   -   Mam 

dopilnować, aby wasza szóstka została dostarczona na “Skyfac". Jak najszybciej. Oraz, a mam 

nadzieje, że o tym nie zapomnicie, trzymać gębę na kłódkę. - “Dlaczego właśnie »Skyfac«?" - 

pomyślałem znowu.

 - A przypuśćmy, że oni się nie zgodzą? - spytała Norrey. Bili odwrócił się ku nam szczerze 

zaskoczony.

 - Co?

 - Przecież oni nie mają takiej osobistej motywacji, jak Charlie i ja.

 - Znają swój obowiązek.

 - Ale są cywilami. 

Był nadal zmieszany.

 - A czy nie są ludźmi? 

Zrezygnowała.

 - Prowadź nas do tego Sekretarza Generalnego.

Żadne z nas nie zdawało sobie jeszcze wtedy sprawy, jak trafne pytanie zadał Bili.

***

Tokugawa bawił w Tokio. No i bardzo dobrze; nie było dla niego miejsca w jego własnym 

background image

gabinecie.   Siedmioro   cywili,   sześciu   oficerów   armii.   Trzej   z   tych   ostatnich   byli   -   z   Sił 

Kosmicznych, pozostali trzej z sił zbrojnych trzech państw; cała trzynastka wysokiej rangi. Byłoby 

to oczywiste, nawet gdyby występowali nago. Wszyscy zachowywali spokój i rezerwę, żadne z 

nich nie wypowiedziało zbędnego słowa. Ale w pomieszczeniu wyczuwało się tyle powagi, że 

wystarczyłoby go do otrzeźwienia pijanego drwala.

Ale   była   to   powaga   niespokojna,   powaga   nerwowa,   stojąca   w   obliczu   autentycznego 

kryzysu,   aż   nadto   świadoma,   że   oto   tworzymy   historie.   Ci,   którzy   nie   wyglądali   agresywnie 

wyglądali skrajnie ponuro.

I wtedy spostrzegłem, że wszyscy wojskowi i jeden z cywilów czynili heroiczne wysiłki, 

aby w sposób nie rzucający się w oczy obserwować jednocześnie wszystkich obecnych, a więc 

wziąłem się pod boki i roześmiałem w głos.

Mężczyzna zasiadający w fotelu Carringtona - przepraszam, Tokugawy - sprawiał wrażenie 

szczerze zaskoczonego. Nie urażonego, nawet nie zdenerwowanego - po prostu zaskoczonego.

 - Z czego się pan śmieje, sir? - spytał łagodnie, lekko kalecząc akcent. 

Potrząsnąłem głową, uśmiechając się wciąż mimo woli.

 - Nie wiem, czy potrafię to panu wyjaśnić, panie Sekretarzu Generalny. - Coś w grymasie 

jego ust kazało mi jednak spróbować. - Z mojego punktu widzenia wszedłem właśnie do filmu 

Hitchcocka.

Pomyślał   przez   chwile,   starając   sobie   wyobrazić,   jak   może   czuć   się   szary   człowiek 

wpadający nagle w towarzystwo rozdrażnionych lwów i sam się uśmiechnął.

 - A zatem powinniśmy przynajmniej zadbać o świeżość dialogu - powiedział. Lwia cześć 

jego   zmęczenia   wynikała   chyba   ze   złego   samopoczucia,   wywołanego   przebywaniem   w   stanie 

nieważkości. Ale zauważało to tylko jego ciało. - Przejdźmy do tematu. Jestem pod wrażeniem 

waszych nagrań, panie... - Zerknął w dół, ale nie znalazł tam karteczki, której szukał. Trzymał ją 

amerykański   cywil,   a   temu   przez   ramie   zaglądał   rosyjski   generał.   Zanim   zdążyłem   mu 

podpowiedzieć, przymknął oczy, natężył pamięć i ciągnął: - ...Armstead. Znajduje się w posiadaniu 

trzech   kopii   “Gwiezdnego   tańca"   i   pierwsze   dwie   są   już   zupełnie   zużyte.   Oglądałem   ostatnio 

pańskie   własne   nagrania   i   rozmawiałem   z   kilkoma   pańskimi   byłymi   studentami.   Mam   do 

wykonania pewne zadanie i uważam, że pan i pańska grupa jesteście ludźmi do tego stworzonymi.

Nie chciałem wpędzać Billa w kłopoty, przybrałem więc tępy wyraz twarzy i czekałem.

 - Zaobserwowano ponownie obce istoty, które pan i Shara Drummond spotkaliście. Zdają 

się krążyć po orbicie parkingowej wokół Saturna. Pozostają tam już od około trzech tygodni, nie 

zdradzając zamiaru podejścia bliżej ani oddalenia się od nas. Wysłano sygnały radiowe, ale one nie 

udzieliły żadnej odpowiedzi. Czy powie mi pan, z łaski swojej, gdy wreszcie dojdę do informacji, 

background image

które będą dla pana nowością?

Wiedziałem, że mnie rozszyfrowano, ale się nie poddawałem.

 - Nowością dla mnie? Jezu, to wszystko jest... 

Znowu się uśmiechnął.

 - Panie Armstead. W ONZ kursuje taicie powiedzonko. Brzmi ono: “W kosmosie nic się 

nie ukryje".

To prawda, że miedzy ludźmi, którzy wybrali życie w kosmosie istnieje jedyna w swoim 

rodzaju wieź, o wiele silniejsza od tej, jaka łączy mieszkańców Ziemi, bez względu na to kim są. 

Pomimo swojego ogromu, kosmos zawsze miał pocztę pantoflową rozwiniętą lepiej od niejednego 

małego miasteczka. Ale nie spodziewałem się, że Sekretarz Generalny o tym wie.

Gdy wciąż jeszcze byłem w trakcie weryfikowania mojej opinii na temat Sekretarza, w 

sukurs przyszła mi Norrey.

  - Wiemy,  że mamy lecieć do Saturna, panie Sekretarzu Generalny.  Nie wiemy w jaki 

sposób tam się dostaniemy i czego się od nas oczekuje, gdy już tam będziemy.

  - Ani też, o ile już o tym  mowa - dodałem - dlaczego  ta konferencja odbywa  się na 

pokładzie “Skyfac".

  - Ale rozumiemy,  jak się zapewne pan domyśla, osobiste implikacje wynikające z tak 

długie; podróży kosmicznej i wiemy, że lecieć musimy.

 - Tego się właśnie po was spodziewałem - rzekł z szacunkiem. - Czy macie do mnie jakieś 

pytania?

  -  Chwileczkę   -   wtrąciłem.   -  Rozumiem,   że   chodzi   panu  o   całą   naszą   grupę.   Czy  nie 

wystarczy Norrey i ja? Jesteśmy najlepszymi tancerzami. - Po co zwielokrotniać pański fundusz 

płac?

 - Kwota przeznaczona na wynagrodzenia nie odgrywa tu większej roli - odparł Sekretarz. - 

Wasi przyjaciele będą mieli pełną swobodę wyboru... nie będę jednak ukrywał, że chciałbym mieć 

was wszystkich.

 - Dlaczego?

  - Leci czworo dyplomatów. Potrzebuje czterech tłumaczy. Doświadczenie i dowiedziona 

fachowość pana Steina są nieocenione - jak wynika z jego akt jest on jedyny w swoim rodzaju. Pan 

Brindle może nam pomóc w nauczeniu obcych odpowiadania na sygnały wizualne, opracowane 

przez komputery, które “widziały" “Gwiezdny taniec" - podobnymi sprawami zajmuje się przecież 

w   waszym   zespole.   Byłby   to   rodzaj   rozszerzonego   słownika,   który   dałby   nam   pretekst   do 

wypróbowania reakcji obcych na wiązkę laserową.

Jego odpowiedź zrodziła we mnie kilka poważnych obiekcji, ale postanowiłem zachować 

background image

ich wyjaśnienie na później.

 - Proszę kontynuować - powiedziałem.

  - Co do reszty waszych pytań, jesteśmy gośćmi Skyfac Incorporated z uwagi na szereg 

dziwnych   zbiegów  okoliczności,   które  przekonują  mnie  niemal   do  mistycyzmu.  Aby  misja   na 

Saturna   doszła   w   ogóle   do   skutku   potrzebny   jest   pewien   przerzut   balistyczny.   Przerzut   ten, 

nazywany Przerzutem  Friesena, najlepiej  zapoczątkować  z orbity rezonansowej  2 :1. Po takiej 

orbicie porusza się “Skyfac". Tak się składa, że “Skyfac" jest dogodną bazą wyposażeniową, nie 

mającą sobie równych w kosmosie. I zupełnie przypadkowo “Siegfried" - sonda saturiańska, której 

budowa dobiegła już końca - krąży po precesyjnej orbicie eliptycznej, która sprowadzi go w bliskie 

sąsiedztwo “Skyfac" w najodpowiedniejszym momencie. Nieprawdopodobny zbieg okoliczności. 

Takim samym zbiegiem okoliczności jest to, że okno startowe dla lotu na Saturna otworzyło się 

równocześnie z pojawieniem się tam obcych. Nie wierze w szczęśliwe zbiegi okoliczności takiego 

rzędu. Osobiście podejrzewam, że jest to rodzaj testu inteligencji i możliwości, ale poza tym, co 

wam powiedziałem, nie mam na to żadnych dowodów. Moje spekulacje są tak samo bez pokrycia 

jak domysły kogokolwiek - musimy zebrać więcej informacji.

 - Jak długo to okno startowe będzie otwarte? - spytałem.

 - Około dwudziestu godzin.

 - Ile potrwa podróż tam i z powrotem?

 - Licząc od momentu startu - trzy lata. Około roku w tamtą stronę i dwa lata z powrotem.

Z  początku  byłem  mile  zaskoczony:  trzy lata  zamknięcia  w  puszce  pełnej  dyplomatów 

zamiast dwunastu. Ale po chwili zacząłem się domyślać wchodzących w grę przyśpieszeń - w 

nieprzetestowanym statku budowanym przez rząd na zasadzie przetargu ofert. A poza tym, było to 

wciąż   więcej   czasu   niż   potrzeba,   byśmy   wszyscy   przystosowali   się   nieodwracalnie   od   stanu 

nieważkości. Ciągle chyba trzymali w zanadrzu coś specjalnego i nadzwyczajnego.

Uśmiechnąłem się znowu.

 - A pan leci?

Człowiek mniejszego kalibru odparłby “Przykro mi, ale nie mogę" albo coś w tym rodzaju - 

i może byłby w tym zupełnie szczery. Sekretarze Generalni nie latają na Saturna, nawet jeśli tego 

chcą. Ale on powiedział tylko “nie", a mnie zrobiło się wstyd, że w ogóle zadałem to pytanie.

  -   Co   do   kompensacji   -   ciągnął   spokojnie   -   to   nie   istnieje,   oczywiście,   adekwatna   do 

wyrzeczeń,   na   jakie   się   skazujecie.   Niemniej   jednak,   gdybyście   po   powrocie   wyrażali   chęć 

kontynuowania waszych  występów, wszystkie  wynikające z tego koszta operacyjne  pokrywane 

będą dożywotnio przez ONZ. Gdybyście zaniechali dalszej działalności artystycznej, zostanie wam 

zagwarantowany   nieograniczony   dożywotni   transport   bezpłatny   do   i   z   dowolnego   miejsca 

background image

podlegającego jurysdykcji ONZ oraz luksusowe warunki przebywania w takim miejscu.

Płacono nam dożywotnim biletem lotniczym  do każdego miejsca w opanowanym przez 

ludzkość kosmosie. Jeśli ocalejemy,, żeby go odebrać.

  - Rozważanie formy i wysokości zapłaty za tego rodzaju poświecenia nie ma żadnego 

sensu; każda propozycja będzie groteskowa i warta śmiechu. Ale wyraziliście zgodę; wasz gatunek 

jest wam zobowiązany. Czy to was satysfakcjonuje?

Zamyśliłem się nad jego słowami i spojrzałem na Norrey.

  -   Akceptujemy   ten   czek   in   blanco   -   powiedziała.   -   Ale   nie   przyrzekamy,   że   go 

zrealizujemy. Skinął głową.

 - To chyba jedyna sensowna odpowiedź. W porządku, teraz...

 - Sir - powiedziałem z naciskiem. - Chciałbym od razu coś wyjaśnić.

 - Tak? - Jego cierpliwość była dla mnie zaszczytem.

  - Norrey i ja chcemy lecieć z powodów osobistych. Nie mogę występować w imieniu 

innych, ale musi pan wiedzieć, - że nie jestem zbytnio przekonany, czy ktokolwiek z nas potrafi 

wywiązać się z tego zadania. Zrobimy, co w naszej mocy - ale nie spodziewam się sukcesu.

Spoczęły na mnie oczy chińskiego generała.

 - Dlaczego? - warknął.

Nie spuszczałem wzroku z Sekretarza.

  - Zakłada pan, że skoro jesteśmy Gwiezdnymi Tancerzami, to automatycznie potrafimy 

służyć   panu  za   tłumaczy.  Nie   mogę  tego   gwarantować.  Odważę  się   powiedzieć,  że   lepiej  niż 

ktokolwiek z tu obecnych znam taśmy z “Gwiezdnym tańcem" - nawet te objęte cenzurą. To ja je 

kręciłem.   To   ja   tak   długo   manipulowałem   szybkościami   i   kadrowaniem   podczas   montażu,   aż 

poznałem z nazwy każdą klatkę i niech mnie diabli, jeżeli rozumiem ich jeżyk. No tak, miałem 

pewne przebłyski, przeczucia, ale... Shara ich rozumiała - z grubsza, intuicyjnie, wkładając w to 

wiele wysiłku, ale rozumiała. Nie jestem nawet w połowie takim choreografem, jakim była ona, ani 

też w połowie takim tancerzem. Nie dorównuje jej żadne z nas. Nie dorównuje jej nikt, kogo znam. 

Sama mi powiedziała, że kontakt, jaki z nimi nawiązała odbywał się bardziej za pośrednictwem 

telepatii niż choreografii. Nie mam pojęcia, czy którekolwiek z nas potrafi poprzez taniec nawiązać 

z   nimi   taki   właśnie   telepatyczny   kontakt.   Nie   byłem   tam;   siedziałem   w   tym   przerośniętym 

toroidzie,   cztery   grodzie   stąd   i   tylko   ten   show   filmowałem.   -   Zaczynałem   się   podniecać. 

Nagromadzone   we   mnie   emocje   znajdowały   teraz   swoje   ujście.   -   Przepraszam,   generale   - 

zwróciłem się do Chińczyka - ale nie jest to coś, co można załatwić rozkazem. 

Sekretarz nie okazywał niepokoju.

 - Czy korzystał pan z pomocy komputerów?

background image

  - Nie - przyznałem. - Przymierzałem się do tego, ale dopiero wtedy, gdy znajdę chwilę 

czasu.

  -   Nie   sądzi   pan   chyba,   że   to   zaniedbaliśmy.   Podobnie   jak   pan,   nie   dysponujemy 

słowniczkiem   obco   -   -   ludzkim,   ale   wiemy   już   sporo.   Potrafi   pan   choreografować   przy 

wykorzystaniu komputera?

 - Jasne.

 - Zawartość pamięci naszego komputera pokładowego powinna panu zapewnić w drodze 

do Saturna materiał do rocznych studiów nad jeżykiem obcych. Dostarczy ona panu “słownika" oo 

najmniej wystarczającego do rozpoczęcia pracy nad poszerzaniem go oraz obszernych, można by 

rzec   hipotetycznych   sugestii   co   do   metodyki   postępowania.   Badania   te   przyniosły   już   pewne 

wyniki. Pan i pańska grupa jesteście być może jedynymi żyjącymi ludźmi, zdolnymi do oceny tych 

danych i wykorzystania ich w praktyce. Widziałem taśmy z waszych występów i sądzę, że jeśli 

ktoś   w   ogóle   potrafi   tego   dokonać,   to   tylko   wy.   Wszyscy   jesteście   ludźmi   unikatowymi   - 

przynajmniej w dziedzinie, którą się zajmujecie. Myślicie jak ludzie - ale nie tak samo jak ludzie.

To była najniezwyklejsza opinia, jaką kiedykolwiek usłyszałem; oszołomiła mnie bardziej 

niż wszystko, co tego dnia zostało powiedziane.

 - Mówię oczywiście o was wszystkich - ciągnął dalej. - Być może poniesiecie porażkę. W 

takim przypadku dla grupy dyplomatów, z których tylko jedna osoba ma minimalne doświadczenie 

z   zakresu   warunków   życia   w   stanie   nieważkości   jesteście   najlepszymi   nauczycielami   i 

przewodnikami, jakich można sobie wyobrazić. Cokolwiek się wydarzy, będą oni potrzebowali do 

pomocy ludzi, którzy w kosmosie czują się jak w domu.

Wyjął papierosa, a amerykański cywil włączył dyskretnie klimatyzacje. Przypalił sobie sam 

zapałką.

 - Jestem przekonany, że wszyscy dacie z siebie wszystko. Wszyscy ci z waszego zespołu, 

którzy zgodzą się lecieć. Mam nadzieje, że będą to wszyscy. Ale nie możemy czekać na przybycie 

pańskich przyjaciół, panie Armstead; wszyscy znajdujemy się po ogromną presją. Jeśli ma pan 

zostać przedstawiony misji dyplomatycznej, musi to nastąpić teraz.

Ująłem Norrey ta rękę; ona uścisnęła moją.

I pomyśleć, że mogłem sobie wieść życie anonimowego wideooperatora - alkoholika w 

New Brunswick.

 - Idziemy, sir - powiedziałem zdecydowanie.

***

 - Wpuszczasz mnie w maliny - wykrzyknął Raoul.

 - Jak Boga kocham - zapewniłem go.

background image

 - To brzmi jak żart Miltona Berle - upierał się.

 - Jesteś za młody, żeby pamiętać Miltona Berle - powiedziała Norrey. Leżała na jednej z 

koi, zapadając co chwila w drzemkę.

 - A czy nie mam biblioteki taśm?

 - Zgadzam się z tobą - powiedziałem - ale fakty są faktami. Nasz korpus dyplomatyczny 

składa się z Hiszpana, Rosjanki, Chińczyka i Amerykanina.

  - O Boże - jęknął Tom z sąsiedniej koi, w której półleżał od czasu swego przybycia. 

Rzeczywiście wyglądał jak jogurt truskawkowy, lekko rozbełtany, i skarżył się na sporadyczny ból 

oka i ucha. - To ma nawet sens.

  -   Jasne   -   zgodziłem   się.   -   To   musi   być   zespół   wielonarodowy;   całe   to   gadanie   o 

jednoczeniu się ludzkości w obliczu zagrożenia ze strony obcych to wierutne brednie.

 - Z przysłowiowym Człowiekiem Bez Skazy na czele - dopowiedziała Linda.

 - Idealny byłby sam Sekretarz Generalny ONZ - wtrącił Raoul.

 - Jasne - zgodziłem się - ale on ma do załatwienia jakieś nie cierpiące zwłoki sprawy gdzie 

indziej.

 - Ezequiel DeLaTorre też może być - mruknął w zamyśleniu Tom. Skinąłem głową.

 - Nawet ja o nim słyszałem - powiedziałem. - Okay, zdołałem wam powiedzieć wszystko, 

co wiemy. Komentarze? Pytania?

  -   Chciałbym   dowiedzieć   się   czegoś   bliższego   w   sprawie   tej   jednorocznej   podróży   - 

odezwał się Tom. - O ile się orientuję, jest to niemożliwe.

 - Ja też tak uważam - zgodziłem się z nim. - Długo przebywaliśmy w kosmosie. Nie wiem, 

czy   rozumieją,   jak   niewielkie   długotrwałe   przyśpieszenia   możemy   teraz   znieść.   Co   wy  na   to, 

Harry? Raoul? Czy to możliwe?

 - Nie wydaje mi się - odparł Harry.

 - Dlaczego nie? Możesz to wyjaśnić?

Do przywilejów gości “Skyfac" należy również dostęp do pokładowego komputera. Harry 

podpłynął do terminala i na ekranie pojawił się wzór:

 - To najprostszy wzór na wyrażenie czasu przelotu z planety na planetę - powiedział Stein.

 - Jezu.

 - I jest za prosty, żeby wyjaśnić to, o co pytasz.

 - Hmmm... wspominali o jakimś przerzucie...

 - Mam - wykrzyknął Raoul. - Przerzut Friesena. Miałem to na końcu jeżyka. Jasne, to by 

było to.

 - Co? - spytali wszyscy jednocześnie.

background image

 - Gdy byłem dzieciakiem, czytywałem wszystkie artykuły dotyczące kolonizacji kosmosu, 

jakie wpadły mi w ręce - entuzjazmował się Raoul. - Lawrence Friesen wygłosił w Princeton 

referat... jasne, pamiętam, było to w roku osiemdziesiątym, czy trochę wcześniej. Poczekajcie. - 

Pokicał jak królik do terminala i zaczął coś na nim przeliczać.

Harry liczył na swoim kalkulatorze osobistym wbudowanym w sprzączkę od pasa.

 - A jak zamierzasz uzyskać prędkość 28 kilometrów na sekundę? - spytał sceptycznie.

 - Może impulsem nuklearnym? - zasugerował Tom.

  - Wcale  nie - powiedział  Raoul. - Wykorzytując  przeniesienie  Friesena nie  trzeba  się 

uciekać do tego rodzaju środków. Popatrzcie - przełączył terminal na grafikę i zaczął szkicować 

swój pomysł. - Trzeba zacząć od takiej orbity:

 - Orbita rezonansowa 2:1? - spytałem.

 - Właśnie - potwierdził.

 - Taka, po jakiej krąży “Skyfac"? - spytałem.

 - Tak, jasne, to by... hej! Hej, tak... jesteśmy akurat tam, gdzie powinniśmy być. O rany, co 

za niezwykły zbieg okoliczności.

Harry zaczynał już węszyć pismo nosem. Tom chyba też. .

 - No i co? - podpowiadałem.

Raoul skasował grafikę i zrobił jeszcze kilka obliczeń.

 - No dobrze, załóżmy, że chcemy, aby prędkość, z jaką porusza się nasz statek zmniejszyła 

się o niecały kilometr  na sekundę. To daje nam...  no tak, wyhamowujemy  przez prawie dwie 

minuty z przyśpieszeniem l g. Hmmm. Albo, powiedzmy, przez siedemnaście minut z 0,1 g. No 

nic.   W   wyniku   tego   zaczynamy   spadać   na  Ziemie.   O   to   nam   właśnie   chodzi,   bo   chcemy   się 

katapultować   okrążając   ją.   W   ściśle   określonym   momencie   zwiększamy   więc   prędkość   o 

dodatkowe 5,44 kilometra na sekundę.

Około dziewięciu minut przy ciążeniu l g, ale nie można stosować l g, bo ze względu na nas 

przyśpieszanie musi trwać krótko. Powiedzmy, jakieś 4,6 minuty przy 2 g albo 2,3 minuty przy 4 g.

  - No fajnie - wtrąciłem wesoło. - Tylko dwie minuty przy czterokrotnym przeciążeniu. 

Twarze wędrują nam na tył głowy i jesteśmy jedynymi stworzeniami w układzie z potylicami z 

przodu. Wal dalej. 

 - Dostajemy więc takie coś - ciągnął Raoul wciskając znowu klawisz włączający grafikę.

  -   A   potem   roczna   podróż   w   stanie   nieważkości,   podczas   której   opracowujemy 

choreografię,   wymiotujemy,   słuchamy,   jak   próchnieją   nam   kości,   mordujemy   dyplomatów, 

zjadamy ich i wkuwamy rozmówki obcych. Po roku jesteśmy już na Saturnie. Fajnie, to kolejny 

szczęśliwy zbieg okoliczności - okno startowe dla jednorocznej podróży na Saturna otwiera się...

background image

  - No tak - przerwał mu Harry, zerkając znad swego kalkulatora - w ten sposób dolecisz 

przez rok do Saturna - z prędkością względną 12 kilometrów na sekundę. To więcej niż prędkość 

ucieczki dla Ziemi. Jak chcesz ją wytracić?

 - Dajemy się schwytać przez pole grawitacyjne Tytana - odparł triumfalnie Raoul.

 - Och - stęknął Harry. - Och. Wytracamy osiem albo i dziewięć kilometrów na sekundę.

 - O to chodzi - ciągnął Raoul waląc w klawisze. - Spokojnie. 0,1 g przez 2,5 godziny. Albo, 

żebyśmy wszyscy lepiej to znieśli, 0,01 g przez trochę więcej niż dobę. Eeee... przez 25,5 godziny.

Nie chce się chwalić, ale naprawdę nadążałem za większością głównych tez tego wykładu - 

monitor komputera to cudowna pomoc dla ignoranta.

 - No i dobrze - powiedziałem nagle, zwracając na siebie uwagę wszystkich. - No i dobrze. 

To  jest  możliwe.   Omawialiśmy   te  sprawę  już  na  dwie   godziny  przed  przybyciem   tu waszego 

wahadłowca. Powiedziałem wam, czego od nas chcą i dlaczego nalegają, żebyśmy lecieli wszyscy. 

Chciałbym dać wam czas do namysłu do jutra wieczór. Ale wóz niedługo rusza. To ten cały interes 

z   oknem   startowym,   o   którym   wspominałeś,   Raoul.   -   Harry   łypnął   podejrzliwie   okiem,   Tom 

również był poruszony nieprawdopodobieństwem takiego trafu. - A więc - ciągnąłem udając, że 

tego  nie zauważam  - muszę  mieć  wasze ostateczne  decyzje  najdalej  za  godzinę. Wiem,  że to 

śmieszne, ale nie mamy wyboru - westchnąłem. - Radzę wam dobrze wykorzystać te godzinę.

 - Charlie, do cholery - wykrzyknął autentycznie zdenerwowany Tom - czy to rodzina, czy 

nie?

 - Ja...

  - Co to za wygłupy - zgodził się z nim Raoul. - Człowiek nie powinien obrażać swych 

przyjaciół. Linda i Harry również sprawiali wrażenie urażonych.

 - Słuchajcie, idioci - powiedziałem, wytaczając swój najcięższy kaliber - to jest na zawsze. 

Już   nigdy   nie   pojeździcie   na   nartach,   nie   popływacie,   nigdy   nie   pospacerujecie   -   nawet   po 

Księżycu. Nigdy już się nawet nie wysracie bez pomocy technicznej.

 - A gdzie na Ziemi można się teraz wysrać bez pomocy technicznej? - spytała Linda.

 - Przestań - warknąłem - nie wyjeżdżaj mi tu z satyrą, zastanów się. Czy muszę się uciekać 

do argumentów osobistych? Harry, Raoul - jak wam się wydaje, z iloma kobietami umówicie się na 

randkę w kosmosie? Ile z nich porzuci cały świat, żeby z wami pozostać? Teraz poważnie. Linda, 

Tom   -   czy   znacie   jakikolwiek   dowód,   który   przynajmniej   sugerowałby,   że   połóg   w   stanie 

nieważkości jest możliwy? Czy chcecie pewnego dnia ryzykować dwa życia? A może planujecie 

poddanie się sterylizacji? A teraz przestańcie wszyscy czworo mówić jak bohaterowie komiksu i 

wysłuchajcie mnie, do diabła! - Ze zdumieniem stwierdziłem, że naprawdę, wpadam w szał. - Nie 

możemy mieć żadnej pewności, że potrafimy się porozumieć z tymi cholernymi ćmami! Tak długie 

background image

igranie z losem zmniejsza prawdopodobieństwo powodzenia. Dwa życia, to wystarczające ryzyko. 

Ludzie, nie jesteście nam do niczego potrzebni - wykrzyknąłem i ugryzłem się w jeżyk.

  - Nie - podjąłem po chwili - to kłamstwo. Nie będę się przy tym upierał. Ale, jeśli to 

zadanie jest w ogóle wykonalne, możemy sobie poradzić bez was. Norrey i ja mamy osobiste 

powody, żeby lecieć - ale po co wy macie porzucać swoją planetę?

Zapadło   lepkie   milczenie.   Zrobiłem,   co   mogłem,   Norrey   nie   miała   nic   do   dodania. 

Obserwowałem cztery obojętne, nie wyrażające żadnych emocji twarze i czekałem. 

W końcu Linda poruszyła się.

 - Rozwiążemy problem rodzenia w stanie nieważkości - powiedziała. A w sekundę później 

dodała: - Kiedy będziemy musieli.

Tom   zapomniał   o   swych   dolegliwościach.   Posłał   Lindzie   przeciągłe   spojrzenie, 

uśmiechając się obrzmiałymi, usianymi siateczką popękanych żyłek wargami i powiedział:

  - Wychowałem się w Nowym Jorku. Przez całe życie mieszkałem w mieście. Nigdy nie 

zdawałem sobie sprawy ile napięcia jest w miejskim życiu, dopóki nie pomieszkałem przez tydzień 

w domu waszej rodziny. I nie uświadamiałem sobie nawet, jak bardzo nienawidzę tego napięcia, 

dopóki nie zdałem sobie sprawy jak bardzo się boje, gdy musiałem wracać na Ziemie. - Dotknął jej 

policzka podeszłymi krwią paznokciami. - Jasne, kiedyś będziemy mieli dziecko - i nie będziemy 

musieli uczyć go życia w dżungli.

Linda uśmiechnęła się i ujęła jego purpurowe palce.

 - Nie będziemy musieli uczyć go chodzenia.

  -   W   stanie   nieważkości   -   odezwał   się   nieobecnym   głosem   Raoul   -   jestem   wyższy.   - 

Pomyślałem, że chodzi mu o te kilka centymetrów, o które wyciągają się w stanie nieważkości 

każde plecy, ale on dodał - W stanie nieważkości nikt nie jest niski.

O rany, on miał rację - w kosmosie nie ma sensu mówienie o kimś, że “sięga nam do pasa", 

nie ma więc też sensu mówienie o wzroście. 

Ale głos Raoula był niepewny. On nie podjął jeszcze decyzji. 

Harry pociągnął z puszki łyk piwa, czknął i wbił wzrok w sufit.

 - Po mojemu. Dość długo. Cary ten gips z przystosowaniem. Mógłbym pracować cały rok, 

a nie pół. Myślało się już o tym - zerknął na Raoula. - Nie wydaje mi się, że będzie mi szczególnie 

brakowało kobiet.

Raoul wytrzymał jego wzrok.

 - Mnie też nie - powiedział i tym razem w jego głosie brzmiała decyzja. 

Coś zaświtało w zwojach szarych komórek i szczeka mi opadła.

 - O rany!

background image

 - To tylko klapki na oczach, Charlie - powiedziała współczująco Linda.

Miała rację. To nie miało nic wspólnego z moją mądrością życiową ani z doświadczeniem, 

ani ze spostrzegawczością. To była po prostu moja wada wrodzona: klapki na oczach. Nigdy nie 

nauczę się dostrzegać kwitnącej pod moim nosem miłości.

 - Norrey - powiedziałem oskarżycielskim tonem - wiesz, że jestem idiotą, dlaczego mi nie 

powiedziałaś? Norrey?

Spała pochrapując.

A pozostała czwórka śmiała się ze mnie jak diabli po sekundzie też byłem zmuszony się 

roześmiać.  Każdy człowiek, który nie uważa siebie za głupca, jest cholernym  głupcem;  każdy 

człowiek, który stara się, to ukryć jest podwójnym cholernym głupcem, bo jest sam. Śmiejąc się 

razem pomniejszaliśmy moją głupotę do cechy wspólnie dzielonej i nawet Norrey poruszyła się na 

swej koi i uśmiechnęła przez sen.

  -   W   porządku   -   powiedziałem,   gdy   tylko   udało   mi   się   zaczerpnąć   tchu.   -   Jeden   za 

wszystkich, wszyscy za jednego. Nie będę walczył z wiatrakami. Kocham was wszystkich i będę 

ogromnie rad z waszego towarzystwa. Tom, wyciągnij się i prześpij trochę; Raoul, zgaś światło. 

Idziemy się pakować. Potem wrócimy tu po Norrey i Toma. Zapakujemy twoje komiksy i tunikę na 

zmianę, Tom. Nadal ważysz około siedemdziesięciu dwóch kilogramów, tak? - Pochyliłem się nad 

Norrey i pocałowałem ją w czoło. - No, pchajmy ten wózek.

background image

CZĘŚĆ III - Gwiezdny posiew

Rozdział l

Dopiero w tydzień później znaleźliśmy następną sposobność do rozmowy na osobności - i 

pierwsze półtorej godziny spędziliśmy we względnej ciszy. Tydzień zamknięcia w stalowej puszce 

z wieloma nieznajomymi okazał się jeszcze mniej zabawny, niż porównywalny okres spędzony z 

taką samą liczbą studentów. Większość tych nieznajomych była naszymi pracodawcami, pozostałą 

dwójkę   stanowili   nasi   opiekunowie   z   ramienia   Sił   Kosmicznych.   Żadna   z   tych   osób   nie   była 

naszym   podwładnym   ani   też   nie   miała   temperamentu   przystosowanego   do   przebywania   pod 

jednym dachem z artystami. Rozważając jednak wszystkie okoliczności, lepiej znosiliśmy ciasnotę: 

i napięcie niż w pierwszych dniach naszego Studio - co mnie dziwiło.

Jednak przy pierwszej dogodnej okazji wybraliśmy się wszyscy na wspólną przechadzkę w 

otwartym kosmosie. I odkryliśmy, że mamy ważniejsze rzeczy do załatwienia niż wymiana uwag.

***

Odległość pomniejszała potężnego “Siegfrieda", ale nie chciała go zmienić w makietę z 

“Kosmicznego   patrolu";   oglądany   nawet   ze   sporej   perspektywy   zachowywał   swą   masywną 

dostojność.   Poczułem   niezwykły   u   mnie   przypływ   dumy   z   przynależności   do   rasy,   która   go 

zbudowała i wyrzuciła w niebo. Poprawiło mi  to nastrój jak zastrzyk  tlenu. Wlokłem za sobą 

trzykilometrową   linę,   łączącą   mnie   z   tym   wielkim   statkiem.   Z   upodobaniem   obserwowałem 

ogromne, wężowe zafalowania, które powodowałem i pozwalałem im wprawiać się w powolne 

kołysanie.

Wokół mnie obracał się kosmos.

Pojawili się Tom i Linda. Potem w polu widzenia ukazał się zwrócony do mnie bokiem 

Raoul. On i Harry rzucali do siebie przez dwa kilometry pustki świecące kółko. Norrey skakała 

przez swoją linkę ratunkową jak na skakance. Wstrzymałem swoje kołysanie, żeby ją podziwiać. A 

może - myślałem leniwie - przerobić to kiedyś na taniec?

Z umysłem dziwnie oderwanym obserwowałem Norrey. Obiektywnie mówiąc moja żona 

nie była nawet w przybliżeniu tak oszałamiająco piękna, jak jej nieżyjąca siostra. I przez dziesiątki 

lat   naszej   znajomości   nigdy   nie   pałałem   w   stosunku   do   Norrey   tego   rodzaju   beznadziejną, 

wyniszczającą namiętnością, jaką czułem do Shary w każdej minucie tych kilku lat, przez które ją 

znałem. Dzięki Bogu. Pamiętałam te namiętność, to bezmyślne uwielbienie, które widzi ślad na 

podłodze w pokoju i mówi: “Tam ona postawiła swoją stopę", które widzi sfatygowaną kamerę i 

background image

mówi:   “Tym   ją   filmowałem".   Bezsenne   noce,   rzeki   whisky   i   straszne   przebudzenia.   Moja 

namiętność do Shary umarła, wygasła na zawsze niemal równocześnie z jej śmiercią.

Shara była wobec mnie bardzo miła.

Miłość,   która   łączyła   mnie   teraz   z   Norrey   była   o   wiele   spokojniejsza,   o   wiele   mniej 

wymagająca od systemu nerwowego. No cóż, przez lata udawało mi się jej nie dostrzegać. Ale to 

był .przecież bogatszy rodzaj miłości.

 - Czy dotarło do któregoś z was - spytałem leniwie - że żyjąc w kosmosie dojrzeliśmy do 

poziomu wczesnego dzieciństwa?

Norrej; zachichotała i przestała skakać.

 - Co masz na myśli, kochanie?

 - To oczywiste - roześmiał się Raoul. - Popatrz na nas. Jak dzieciaki na największym ze 

stworzonych przez Bosa placu zabaw.

 Głos Lindy był zachrypnięty i cichy:

 - Charlie ma rację. Dojrzeliśmy na tyle, żeby znów stać się dziećmi.

W tym momencie zaczął buczeć mój sygnał alarmowy. Wcisnąłem guzik poprzez skafander 

i sygnał umilkł.

 - Przykro mi, dzieciaki. Połowa naszego powietrza. Przystępujemy do ćwiczeń grupowych. 

Dołączamy do Lindy i ćwiczymy Pulsujący Płatek Śniegu.

 - O rany, znowu do roboty?

 - Phi, mamy cały rok na trening.

 - Niech pan zaczeka, szefie, aż złapie tego skubańca.

 - Dajmy temu wreszcie spokój.

To były zupełnie naturalne odpowiedzi na wygłoszone przeze mnie zdanie. Zbliżyliśmy się 

do siebie, manipulując przy naszych radiach.

 - Zaczynamy - powiedziałem, podpływając do Lindy. - Dobrze. Ty Harry przejdź na drugą 

stronę i chwyć Toma... O tak. Czekaj, uważaj! O Chryste! - wrzasnąłem.

 - Nie! - krzyknął Harry.

 - O mój Boże - wymamrotał Raoul. - O mój Boże, skafander mu się rozdarł, skafander mu 

się rozdarł. Niech ktoś coś zrobi, o mój Boże...

 - May Day! - ryknąłem. - Gwiezdni Tancerze do Siegfrieda, May Day do cholery. Ma: my 

rozdarty skafander, chyba sobie z rym nie poradzimy. Odbiór. Odezwiecie się wreszcie?

Cisza, nie licząc strasznego charczenia Harry'ego.

 - Siegfried, na miłość boską, odezwij się. Umiera tu jeden z twoich bezcennych tłumaczy! 

Cisza.

background image

Raoul klął i wściekał się, Linda go uspokajała, Norrey modliła się cicho. 

Cisza.

 - Tłumiki chyba działają, Harry - powiedziałem w końcu z aprobatą. - Jesteśmy sami. A 

swoją drogą, to twoje rzężenie było okropne.

 - A czy miałem okazje, żeby je przećwiczyć?

 - Puściłeś już te taśmę z zadyszką?

 - Tak - powiedział Harry. - Ciężki oddech i bicie tętna. Żadnych powtórzeń. Trwa półtorej 

godziny.

 - Okay - powiedziałem - porozmawiajmy jak w rodzinie. Każde z nas spędziło trochę czasu 

z przydzielonym sobie partnerem. Jakie wrażenia?

Znowu chwila ciszy.

  -   No   dobrze,   czy   ktoś   ma   jakieś   przeczucia?   Słyszał   jakieś   plotki?   Tom?   Miałeś   do 

czynienia   z   politykami,   a   w   każdym   razie   orientujesz   się   w   reputacji   większości   z   nich.   Na 

początek powiedz nam co wiesz, a potem postaramy się to porównać z osobistymi wrażeniami.

 - No dobrze. A wiec... co tu można powiedzieć o DeLaTorre? Jeśli on nie jest człowiekiem 

honoru i dobrego serca, to nikt nim nie jest. Będę szczery: nie jestem tak pewien prawości szefa 

ONZ Werthei  - mera,  jak prawości DeLaTorre.  Z tym,  oczywiście,  że to właśnie Wertheimer 

wybrał  DeLjaTorre na przewodniczącego  tej delegacji, za co ma u mnie plus. Czy ktoś myśli 

inaczej? Charlie, on jest twój, co masz do powiedzenia?

 - Zupełnie to samo. Bez obawy odwróciłbym się do niego plecami w śluzie powietrznej. 

Mów dalej.

 - Ludmiła Dmirow ma podobną reputacje. Silny charakter - urwał na chwile - ale co do jej; 

prawości, to nie byłbym jej taki całkiem pewien. To może być tylko upór. A wrażliwa to ona nie 

jest.

Ludmiłą Dmirow opiekowała się Norrery. Teraz ona się odezwała:

 - Nie wiem, czy się z tobą zgodzę, Tom. Owszem, gra w szachy jak maszyna i na pewne 

umie być nieprzenikniona... i być może nie bardzo wie kiedy i jak pozbywać się tej skorupy. Ale 

pokazywała mi wszystkie fotografie dziecka swojego syna i mówiła mi, że “Gwiezdny taniec" 

wzruszył ją do leź. “Szloch z głębi piersi" - tak to określiła. Sądzę, że potrafi być wrażliwa.

 - Okay - powiedział Tom - ufam twojemu zdaniu. Poza tym to ona była jedną z tych osób, 

które wytrwale dążyły do sformowania Sił Kosmicznych ONZ. Bez niej mogłoby już nawet nie być 

ONZ, a kosmos mógłby się stać drugą Alzacją - Lotaryngią. Chciałbym wierzyć, że ma serce na 

właściwym miejscu. - Znowu urwał. - Hmmm, z całym należnym jej szacunkiem nie sądzę, żebym 

spokojnie od wrócił się do niej plecami w śluzie powietrznej. Ale to nie jest mój ostateczny sąd. 

background image

Teraz Li - ciągnął dalej. - Należał również do głównych inicjatorów utworzenia Sił Kosmicznych, 

ale   założę,   się,   że   z   jego   strony  było   -   to   posuniecie   szachisty.   Sądzę,   że   spojrzał   chłodno   i 

badawczo w przyszłość i zdecydował, że jeśli świat w sporze o kosmos wysadzi się w powietrze, to 

ten incydent poważnie zaszkodzi jego karierze politycznej. Ma opinie, ostrego handlarza koni i 

zimnego sukinsyna. Powiadają, że droga do piekła wysłana jest skórami jego nieprzyjaciół. Ma 

udział w Skyfac, Inc. Nie odwróciłbym się do niego plecami w telewizyjnym programie na żywo. 

Mam nadzieje, że ty Lindo, też byś tego nie zrobiła.

 - Tak, dobrze nakreśliłeś jego sylwetkę - zgodziła się. - Ale muszę trochę dodać do twego 

opisu. Jest uprzejmy aż do przesady.  Jest filozofem o niewiarygodnej zdolności postrzegania i 

przenikliwości. I jest twardy jak skała. Głód, brak snu, niebezpieczeństwo - nic z tych rzeczy nie 

wpłynie w zauważalny sposób na raz obraną przez niego linie postępowania ani na jego poglądy. 

Jednak zauważyłam, że jego umysł jest dość otwarty na zmiany. Sądzę, że mógłby być mężem 

stanu  z  prawdziwego  zdarzenia.   - Urwała,  wzięła   głęboki  oddech  i  dokończyła:   - Ale  też  nie 

wydaje mi się żebym mu ufała. Jak dotychczas.

  - Tak - powiedział Tom. - Kwestią otwartą pozostaje czy jest on mężem stanu dla całej 

ludzkości? Okay, a więc pozostał nam mój podopieczny. Bez względu na to, co jeszcze możecie 

powiedzieć   o   pozostałych,   to   oni   prawdopodobnie   są   tylko   pracującymi   w   polityce.   Sheldon 

Silverman  jest politykiem.  Piastował już niemal  wszystkie  stanowiska wybieralne  z wyjątkiem 

prezydenta i wiceprezydenta. Jeśli byłby na tyle głupi, żeby tego chcieć, to tym ostatnim mógł już 

być wiele razy. Prezydentury nie zdobył tylko przez pewne niewiarygodnie subtelne błędy. Sądzę, 

że miejsce w tej wyprawie kupił sobie lub załatwił za łapówkę, traktując ją jako swoją ostatnią 

szansę na zasłużenie sobie na stronice, w podręcznikach historii. Sądzę, że dlatego, iż posiada 

amerykańskie obywatelstwo widzi siebie na czele delegacji. Gardzę nim. Jeśli o mnie chodzi, to 

Wertheimer traci za niego ten plus, który zarobił sobie wybierając DeLaTorre. - Zamilkł nagle.

 - Sądzę, że na twoją opinie o nim ma wpływ jego przeszłość - powiedziała Linda.

 - Masz rację - przyznał.

  - No cóż - jest stary. Niektórzy starzy ludzie zmieniają się czasem zupełnie radykalnie. 

Nieważkość mocno nad nim pracuje; poczekamy, zobaczymy. Powinniśmy go kiedyś wyprowadzić 

w otwarty kosmos.

 - Harry, Raoul - powiedziałem. - Wy zajmowaliście się Siłami Kosmicznymi. - Oczywiście 

głos zabrał Raoul:

 - Coxa wszyscy znamy albo przynajmniej słyszeliśmy o nim. Pozwoliłbym mu potrzymać 

ostatnią   butle   powietrza,   sam   mając   przeciek.   Jego   zastępczyni   jest   typem   dawnego   oficera 

naukowego NASA.

background image

 - Herod - baba - wtrącił Harry. Raoul zachichotał.

  -   Wiesz,   że   masz   rację?   Susan   Pha   Song   będąc   dzieckiem   straciła   podczas   wojny 

wietnamskiej   oboje   rodziców   i   wychowywała   ją   ciotka.   Nie   pała   wielkim   sentymentem   do 

Ameryki. Fizyczka. Żołnierz w każdym calu, spuściłaby bombę atomową na Wietnam i zarzuciła 

płatkami róży Waszyngton - jeśli dostałaby taki rozkaz. Nie lubi ani muzyki, ani tańca. Oraz mnie i 

Harry'ego.

 - Będzie się ściśle stosowała do rozkazów - zapewnił Harry

  -   Tak.   Na   pewno.   Jest   świeżo   upieczonym   pułkownikiem   i   w   przypadku   śmierci 

Komandora Coxa dowództwo przechodzi na nią, potem przypuszczalnie na Dmirow. Ma licencje 

pilota. Jest kosmicznym dziwolągiem.

 - Jeżeli o mnie chodzi - powiedziałem - to wysiadam gdy do tego dojdzie.

 - Chen Ten Li ma pistolet - odezwała się nagle Linda.

 - Co? - wykrzyknęło pięć głosów naraz.

 - Jaki? - spytał Harry.

 - Och, nie wiem. Mały, ręczny pistolet. Taki bardziej kwadratowy. Nie ma długiej lufy.

 - W jakich okolicznościach go zauważyłaś? - spytałem.

 - Efekt “jasia w pudełku". Za późno się zorientował.

Efekt “jasia w pudełku" jest jedną z klasycznych niespodzianek stanu nieważkości, możliwą 

do przewidzenia, ale zaskakującą i ma z nią do czynienia prawie każdy nowicjusz. Każda otwierana 

szafka, pojemnik czy szuflada wypluwa na otwierającego swą zawartość - o ile nie pomyślało się o 

umocowaniu   tej   zawartości   na   miejscu.   Praktyczne   możliwości   robienia   kawałów   są   niemal 

niewyczerpywalne. Ale to mi śmierdziało.

 - Co o tym sądzisz, Tom? 

 - Hę?

  - Jeśli Chen Ten Li był jednym z głównych orędowników inteligentnego wykorzystania 

przestrzeni kosmicznej, to czy mógł nie wiedzieć o “jasiu w pudełku"?

  -   Hmmm.   Może   i   mógł   -   powiedział   w   zamyśleniu   Tom.   -   Li   jest   jednym   z   tych 

paradoksów   -   coś   jak   odmawiający   latania   Isaac   Asimov.   Pomimo   całego   zrozumienia   dla 

problemów kosmosu, dopiero teraz oddalił się od swej planety na odległość większą, niż jest to 

możliwe na pokładzie pasażerskiego odrzutowca. W duszy jest szczurem lądowym.

  - A jednak - zaoponowałem - “jaś w pudełku" jest standardową, turystyczną anegdotą. 

Żeby   się   o   tym   dowiedzieć   wystarczy   porozmawiać   z   jednym   z   powracających   z   kosmosu 

wycieczkowiczów.

 - Nie wiem jak wy - wtrącił Raoul - ale ja dysponowałem dużą wiedzą teoretyczną o stanie 

background image

nieważkości, a jednak po znalezieniu się tutaj popełniłem wiele błędów. Poza tym, jaki cel mógłby 

mieć Li w pokazywaniu Lindzie, że ma pistolet? 

 - To mnie właśnie zastanawia - przyznałem. - Na poczekaniu mogę wymienić dwa, albo i 

trzy powody - i wszystkie sugerują albo wielką niezręczność, albo wielką przebiegłość. Nie wiem, 

co bym wolał. No nic... czy ktoś jeszcze widział coś podejrzanego?

 - Ja nic nie widziałam - powiedziała z namysłem Norrey - ale nie zdziwiłabym się, gdyby 

również Ludmiła miała jakąś broń.

 - Kto jeszcze?

Nikt  nie odpowiedział, ale widzieliśmy, że każdy z dyplomatów zabrał ze sobą pokaźne 

ilości niekontrolowanych bagaży. 

 - Okay. A więc sytuacja wygląda następująco: utknęliśmy w tunelu metra z szefami trzech 

rywalizujących ze sobą gangów, dwojgiem glin i jednym miłym staruszkiem. Jest to jeden z tych 

nielicznych momentów, kiedy jestem rad, że oczy świata są zwrócone na nas.

 - O wiele więcej niż tylko oczy świata - poprawiła mnie przytomnie Linda.

  -   Będzie   dobrze   -   powiedział   Raoul.   -   Pamiętajcie,   głównym   zadaniem   naszych 

dyplomatów   jest   niedopuszczenie   do   zbrojnego   konfliktu.   Jeśli   dojdzie   do   konfrontacji   będą 

solidarni.   Większość   z   nich   jest   może   szowinistami   -   ale   przypuszczam,   że   wszyscy   są 

szowinistami ludzkości.

 - I o to mi właśnie chodzi - powiedziała Linda. - Ich i nasze interesy wcale nie muszą być 

zbieżne.

 - Co chciałaś przez to powiedzieć, kochanie? Czy my nie jesteśmy ludźmi? - spytał Tom.

 - A jesteśmy?

 - A jakże by inaczej! - obruszył się Tom. - Ludzie pozostają ludźmi niezależnie od tego czy 

pływają, czy unoszą się w próżni.

 - Jesteś tego pewien? - spytała cicho Linda. - Różnimy się od naszych współbraci, różnimy 

się w podstawowych względach. Nie chodzi mi tylko o to, że możemy nigdy nie powrócić i nie 

spotkać się z nimi. Mam na myśli różnice duchowe, psychologiczne. Im dłużej pozostajemy w 

kosmosie, tym bardziej zmienia się nasz sposób myślenia - nasze mózgi przystosowują się tak 

samo, jak nasze ciała.

Powtórzyłem im, co powiedział mi przed tygodniem Wertheimer - że choreografujemy jak 

ludzie, ale nie tak samo jak ludzie.

  - Przecież to klasyczna definicja “obcego" Johna Campbella - wtrącił z podnieceniem w 

głosie Raoul.

  - Nasze dusze również się przystosowują - ciągnęła Linda. - Każdy z nas spędza każdy 

background image

dzień swej pracy spoglądając w obnażone oblicze Boga. Jest to widok, który szczury lądowe mogą 

tylko   symulować   monumentalnymi   katedrami   i   strzelistymi   meczetami.   Mamy   większą 

perspektywę na rzeczywistość niż święty ze szczytu najwyższej góry na Ziemi. W kosmosie nie ma 

ateistów   -   a   przy   naszych   bogach   owłosieni   miotacze   piorunów   i   brodaci   paranoicy   z   Ziemi 

wyglądają po prostu śmiesznie. Do diabła, Olimpu nie można było dostrzec już ze Studia, a co 

dopiero stąd.

 - To prawda - przyznał Tom. - Na Skyfacu człowiek dobry w otwartym kosmosie był wart 

tyle miedzi, ile ważył, nawet jeśli marny był z niego pracownik. Nigdy tego nie rozumiałem.

 - Ponieważ sam nim jesteś - powiedziała Linda.

 - Kim? - spytał zirytowany.

  -   Człowiekiem   Kosmosu   -   powiedziałem,   robiąc   przerwę,   miedzy   tymi   słowami,   aby 

podkreślić, że zaczynają się wielką literą. - Tym, który nastanie po Homo habilis i Homo sapiens. 

Jesteś   człowiekiem   przemierzającym   kosmos.   Nie   wydaje   mi   się,   by   Rzymianie   znali   na   to 

określenie, a więc najlepszą nazwą łacińską, jaką można ci nadać, będzie chyba Homo novus. 

Człowiek Nowy. Nowa istota.

Tom prychnął z rozdrażnieniem. 

- Bardziej pasowałoby już Homo excastra.

 - Nie, Tom - powiedziałem z naciskiem - mylisz się. Nie jesteśmy wyrzutkami. Możemy 

być dosłownie “poza obozem", “poza fortecą", ale określenie “banita" zupełnie do nas nie pasuje. 

A może żałujesz wyboru, jakiego dokonałeś?

Upłynęła dłuższa chwila, zanim odpowiedział,

  - Nie. Nie, kosmos jest środowiskiem, w którym chce żyć. Nie czuje się wypędzony - 

uważam cały Układ Słoneczny za terytorium człowieka. Ale odnoszę wrażenie, jakbym utracił 

obywatelstwo największego na nim narodu.

 - Tom - powiedziałem poważnie - zapewniam cię, że jest to coś diametralnie przeciwnego 

utracie czegokolwiek.

 - No tak, przyznaje, świat wygląda dziś na zupełnie przegniły. Niewiele stracę.

 - Nie zrozumiałeś mnie.

 - To wytłumacz mi, co miałeś na myśli.

 - Przed startem rozmawiałem o tym trochę z doktorem Panzellą. Jaka jest według ciebie 

normalna długość życia Człowieka Kosmosu?

Dwa razy zaczynał coś mówić, ale w końcu zrezygnował.

  - Racja. Nie ma sensu zgadywać - to zupełnie nowa gra - powiedziałem. - My jesteśmy 

pierwsi. Pytałem o to Panzelle, a on mi powiedział, żebyśmy wracali jeśli umrze dwoje lub troje z 

background image

nas. Wszyscy możemy umrzeć w przeciągu miesiąca na skutek zaburzeń w przemianie materii lub 

jeśli odciski  przeniosą  się nam na  mózgi  czy coś  w  tym  rodzaju. Ale Panzellą  sądzi, że  stan 

nieważkości wydłuży nasze życie przynajmniej o czterdzieści łat. Spytałem go, skąd może być tego 

taki pewien, a on zaproponował mi zakład.

Wszyscy zaczęli mówić naraz, co nie wychodzi dobrze przez radio. Ostatnim, który zamilkł 

był Tom.

 - ... może spotkał się już z czymś takim? - skończył zakłopotany.

 - Właśnie - powiedziałem. - Nie będziemy tego pewni, aż będzie za późno. Ale ta hipoteza 

ma swoje uzasadnienie. Serce jest mniej obciążone, złogi w żyłach zdają się tworzyć wolniej...

  -   A   więc   to   nie   kłopoty   z   sercem   nas   wykończą   -   zamyślił   się   Tom   -   zakładając, 

oczywiście, że drastyczne zmniejszenie wysiłku wyjdzie sercu na dobre. Ale to przecież tylko jeden 

z wielu organów.

 - Zastanów się, Tom. Kosmos jest środowiskiem sterylnym. I przy rozsądnym korzystaniu 

z niego zawsze takim będzie. Twój system immunologiczny staje się tak samo zbyteczny jak piąte 

koło   u   wozu   -   a  nie   zdajesz   sobie   nawet   sprawy  ile   energii   pochłania   zwalczanie   przez   twój 

organizm tysięcy wędrujących infekcji. Ta energia może być wykorzystywana na konserwacje i 

naprawy. A może nie dostrzegasz, że poziom twojej energii spada, gdy znajdziesz się na Ziemi?

 - No tak - powiedział - ale to tylko...

 - ... grawitacja, chciałeś powiedzieć? Czy nie rozumiesz o co mi chodzi? Teraz jesteśmy 

zdrowsi psychicznie i fizycznie niż kiedykolwiek na Ziemi. Czy w kosmosie miałeś kiedyś katar? 

Kiedy ostatnio przeżywałeś głęboką depresje, przygnębienie? Jak to jest, że wszyscy niemal nie 

miewamy złych dni, chandry i takich tam sensacji? Do diabła, słowo depresja wiąże się ściśle z 

grawitacją.   A   samo   słowo   grawitacja   okazuje   się   być   synonimem   ponuractwa.   Jeśli   można 

wymienić   dwa   czynniki,   które   przyspieszają   twoją   śmierć,   to   są   to   depresja   i   brak   poczucia 

humoru.

Przypomniałem sobie swoje życie w l g z uszkodzoną nogą. Depresja i zanikające poczucie 

humoru. Wydało mi się to tak odległe w czasie. Czy naprawdę byłem kiedyś tak zrozpaczony?

 - W każdym razie - ciągnąłem - Panzella twierdzi, że ludzie spędzający dużo czasu w stanie 

nieważkości   -   nawet   ludzie   przebywający   długo   na   Księżycu,   w   jednej   szóstej   normalnego 

ciążenia, ci górnicy nie mogący powrócić na Ziemie - wykazują mniejszą skłonność do zapadania 

na choroby serca i płuc. I twierdzi on również, że występuje u nich mniejsza, niż to wynika z 

normy statystycznej podatność na wszelkiego rodzaju nowotwory.

  - Nawet przy podwyższonych poziomach promieniowania? - spytał sceptycznie Tom. - 

Podczas każdego wybuchu na Słońcu widzimy wszyscy przez jakiś czas zielone cętki, bo nasze 

background image

gałki oczne atakuje dodatkowe promieniowanie i to bez względu na to czy znajdujemy się akurat w 

pomieszczeniu zamkniętym, czy w otwartej przestrzeni.

 - Tak - zgodziłem się z nim. - Wyjście spod koca atmosfery było największym ryzykiem 

dla   zdrowia,   jakie   ponieśliśmy   wyruszając   w   kosmos   -   ale   wygląda   na   to,   że   się   opłaciło. 

Wydawało  się, że  przebywanie  w otwartym  kosmosie  będzie  grozić  nabawieniem  się choroby 

nowotworowej, ale na razie nic na to nie wskazuje. Nie pytajcie mnie dlaczego. A mniejsze kłopoty 

z płucami wynikają z oczywistych przyczyn - oddychamy prawdziwym powietrzem. Do diabła, 

gdybyś   dysponował   wszystkimi   pieniędzmi,   jakie   wydrukowano   dotąd   na   Ziemi,   nie   mógłbyś 

kupić za nie zdrowszego, bardziej odpowiadającego ci środowiska.

  -   To   prawie   tak,   jakby   życie   w   kosmosie   było   nam   przeznaczone   -   powiedziała   ze 

zdziwieniem Linda.

 - W porządku - krzyknął ze złością Tom. - W porządku, poddaje się. Zakrzyczeliście mnie. 

Wszyscy   dociągniemy   do   stu   dwudziestu   lat.   Zakładając,   że   obcy   nie   zdecydują,   że   jesteśmy 

smaczni. Ale nadal twierdze, że z tym “nowym gatunkiem", to nonsens, błąd w rozumowaniu, 

niania wielkości. Po pierwsze nie ma żadnej gwarancji, że będziemy się prawidłowo rozmnażali - 

albo jak podkreślił Charlie, że w ogóle będziemy się rozmnażali. Ale co ważniejsze: Homo novus 

jest   .gatunkiem   bez   naturalnego   środowiska   !   Nie   jesteśmy   samowystarczalni,   przyjaciele! 

Jesteśmy całkowicie uzależnieni od Homo sapiens tak długo aż nauczymy siejami wytwarzać dla 

siebie   powietrze,   wodę,   pożywienie,   metale,   tworzywa   sztuczne,   narzędzia,   kamery,..   O   ile 

kiedykolwiek to nastąpi.

 - Co się tak wściekasz? - spytał Harry.

 - Wcale się nie wściekam! - wrzasnął Tom.

Rozproszyliśmy się wtedy wszyscy, ale Tom był na tyle przyzwoity, żeby po chwili do nas 

dołączyć.

  - No dobrze - powiedział - jestem zły. Naprawdę nie wiem dlaczego. Lindo, masz na to 

jakąś radę?

  -   No   cóż   -   powiedziała   w   zamyśleniu   -   pojęcia   “złość"   i   “strach"   stają   się   niemal 

synonimami. 

Tom zesztywniał.

 - Jeśli to w czymś pomoże - odezwał się napiętym głosem Raoul - to przyznam szczerze, że 

nasze zbliżające się zapoznanie z tymi superćmami przynajmniej mnie napawa takim przerażeniem, 

że dostaje, zatwardzenia. A nie zetknąłem się z nimi osobiście jak ty i Charlie. Sądzę, że to może 

nas kosztować coś więcej niż tylko Ziemie.

Było to tak dziwne oświadczenie, że na chwile wszyscy zaniemówiliśmy.

background image

 - Wiemy, o co ci chodzi - powiedziała powoli Norrey. - Naszym zadaniem jest nawiązanie 

kontaktu telepatycznego z czymś, co wygląda na umysł grupowy. Prawie... prawie się boje, że 

może mi się to udać.

 - Boisz się, że możesz się w tym zatracić, kochanie? - spytałem. - Zapomnij o tym - nie 

opuściłbym  cię  na długo.  Nie po to czekałem  dwadzieścia  lat,  żeby teraz  zostać  wdowcem.  - 

Uścisnęła moją dłoń.

  -   No   właśnie   -   powiedziała   Linda.   -   Najgorsze   jest   to,   że   stoimy   w   obliczu   śmierci, 

niezależnie   od   tego,   jaką   przyjmie   ona   postać.   Ale   przecież   zawsze   mieliśmy   wyrok   śmierci, 

wszyscy z nas, za to, że byliśmy ludźmi. To jest cena biletu na to przedstawienie. Norrey i ty, 

Charlie, zajrzeliście tydzień temu śmierci w oczy. Pewne jak diabli, że - któregoś dnia znowu w nie 

zajrzycie. Może się okazać, że stanie się to za rok, na Saturnie; no więc co?

 - W tym cały kłopot - powiedział Tom potrząsając głową - że strach nie przechodzi tylko 

dlatego, że jest nielogiczny.

 - Nie - zgodziła się z nim Linda - ale istnieją metody radzenia sobie z nim - a tłumienie go 

aż wypłynie pod postacią złości wcale nie jest jedną z nich. A skoro już o tym mówimy, nauczę cię 

sposobów zachowania samodyscypliny, które mogą ci sporo pomóc.

 - Mnie też - szepnął prawie niedosłyszalnie Raoul. 

Harry wyciągnął rękę i ujął jego dłoń.

 - Razem się nauczymy - powiedział.

  - Wszyscy się nauczymy - odezwałem się. - Może jesteśmy inni niż ludzie, ale nie tak 

bardzo. Ale przedtem chciałbym  wam oznajmić, że jesteście najodważniejszymi  ludźmi, jakich 

znam. Wszyscy. Jeśli ktokolwiek... oho! Znowu alarm. Potańczmy teraz trochę naprawdę, żebyśmy 

wrócili spoceni. Spotkamy się znowu za parę dni. Harry, wyłącz te taśmę z ciężkim oddechem i na 

mój znak przywracamy siłę naszego sygnału. Trzy, dwa, jeden - już.

***

Rozmowę tą przytaczam w całości po części dlatego, że jest to jedno z kilku wydarzeń w tej 

kronice, z którego mam kompletne nagranie. Ale częściowo też dlatego, że zawiera ona większość 

istotnych   informacji   dotyczących   tej   jednorocznej   podróży   na   Saturna,   które   trzeba   znać,   aby 

zrozumieć   wypadki,   jakie   rozegrały   się   później.   Opisy   wnętrza   “Siegfrieda"   czy   też   rozkładu 

codziennych zajęć, czy życia miesiąc po miesiącu, czy tarć międzyludzkich, wszystkiego tego, co 

wypełniło jeden rok z najpracowitszych i najbardziej nudnych lat mego życia - takie opisy nie mają 

najmniejszego sensu.

Co jest często spotykane, a może i nieuniknione w tego rodzaju ekspedycjach - załoga, 

dyplomaci   i   tancerze   tworzyli   po   godzinach   pracy   trzy,   stosunkowo   hermetyczne   kliki   i 

background image

utrzymywali miedzy nimi chwiejny pokój. Każda grupa miała swoje własne obowiązki i rozrywki - 

dyplomaci,   na   przykład,   spędzali   dużo   czasu   wolnego   (oraz   znaczny   procent   czasu   pracy)   na 

sporach kulturalnych. Cierpliwość DeLaTorre szybko zyskała sobie uznanie w oczach wszystkich 

znajdujących się na pokładzie osób. Przeczytajcie jakąkolwiek przyzwoitą książkę o życiu w łodzi 

podwodnej, potem dorzućcie stan nieważkości i będziecie mieli obraz tego roku. Tylko muzyka 

Raoula   pomagała   nam   utrzymać   się   przy   zdrowych   zmysłach;   stał   się   on   drugim   na   liście 

najbardziej szanowanych pasażerów.

W dyskusjach w których  brała udział cała nasza szóstka nigdy już nie  wypłynął  temat 

“nowego gatunku", chociaż ja i Norrey kilkakrotnie o niego zahaczyliśmy w naszych rozmowach 

oraz w rozmowach z Lindą. No i oczywiście nigdy nie wspominaliśmy o tym głośno na pokładzie 

“Siegfrieda" - statki kosmiczne można podejrzewać o dokładne “zapluskwienie". Napomknienie o 

“inności"   naszej   szóstki   zaniepokoiłoby   nawet   DeLaTorre   -   a   był   on   chyba   jedynym,   który 

traktował nas jako kogoś więcej niż najemników, “zwykłych tłumaczy" (określenie Silvermana). 

Dmirow i Li, jak sądzę, też nas za takich nie uważali, ale cóż mogli poradzić; jako doświadczeni 

dyplomaci   nie   byli   przyzwyczajeni   do   akceptowania   tłumaczy   jako   równych   im   pozycją.   Dla 

Silvermana taniec był tym, co pokazują w variete i nie widział żadnego problemu w przełożeniu na 

figury taneczne Manifestu Przeznaczenia.

Jedno   mogę   powiedzieć   o   rym   roku.   Człowiek,   jakim   byłem,   gdy   po   raz   pierwszy 

znalazłem się w kosmosie, nie mógłby go przetrwać. Przepaliłby sobie mózg i zapił się na śmierć.

Zamiast tego często wychodziłem na spacery. I dużo kochałem się z Norrey. Z włączoną 

muzyką, która dawała nam poczucie intymności.

Innym,   godnym   wzmianki   wydarzeniem   było   oznajmienie   nam   przez   Linde   na   dwa 

miesiące   przed   dotarciem   do   Saturna,   że   jest   w   ciąży.   Doszedł   nam   obowiązek   rozwiązania 

problemu połogu w stanie nieważkości bez udziału położnika.

background image

Rozdział 2

Nie udało się namówić żadnego z dyplomatów na jakiekolwiek wyjście z nami w kosmos. 

Dwoje odmówiło z możliwego do przewidzenia powodu Wyjście w otwarty kosmos jest o wiele 

niebezpieczniejsze   od   pozostawania   w   zaciszu   wnętrza   statku   (co   byłem   zmuszony   sobie 

uświadomić   w   dniu,   kiedy   wyjechałem   z   taką   propozycją),   a   obowiązek   zakazywał   im 

podejmowania   wszelkiego   niepotrzebnego   ryzyka   w   drodze   na   największą   i   najważniejszą   w 

dziejach   konferencje.   My,   tancerze,   uważani   byliśmy   za   mniej   wartościowych,   ale   i   na   nas 

wywierano nacisk, abyśmy unikali przebywania poza statkiem wszyscy naraz. Wytoczyłem moją 

ciężką artylerie utrzymując, że taniec grupowy musi być planowany, choreografowany i ćwiczony 

w zespole - że Gwiezdni Tancerze są zespołem twórczym. Poza tym, im więcej kumpli dookoła, 

tym bezpieczniej.

Czwartemu dyplomacie, Silvermanowi, zakazano odgórnie wycieczek w kosmos. A więc 

od razu poprosił nas o zabranie ze sobą na spacer na zasadzie “co mi tam będą kazali". Ten zakaż 

uwłaczał  jego męskości.  Rozmyślił  się, gdy wyjaśniano  mu  procedurę  uszczelniania  skafandra 

próżniowego i nigdy już nie podniósł tego tematu.

Ale na kilka tygodni  przed rozpoczęciem  hamowania do mojej kajuty przyszła Linda i 

oznajmiła:

  -   Chen   Ten   Li   chce   wyjść   z   nami   na   spacer.   Drgnąłem   i   naśladując   Silvermana 

powiedziałem:

 - Czy stałoby się coś, gdybyś najpierw kazała mi usiąść, a dopiero potem powiedziała mi, 

że masz dla mnie złe wiadomości?

 - Tak mi powiedział.

Jak zareagowałby w tej sytuacji DeLaTorre? Albo Bili? Albo inni? Albo stary Wertheimer, 

który   oczyma   dał   mi   do   zrozumienia,   że   wierzy,   iż   można   mi   ufać,   że   wie,   iż   nie   popełnię 

głupstwa? I co nie mniej ważne, dlaczego ten Chen chce teraz zasłużyć sobie na skrzydła? Nie dla 

scenerii - miał pierwszej klasy wideo najlepsze jakiego dostarczyć mogła Terra. I przecież nie z 

takich durnych powodów jak Silverman.

  - O co mu  chodzi, Lindo? Chce zobaczyć  próbę na żywo?  Chce "polecieć  z nami na 

mediacje? No o co mu chodzi?

 - Sam go zapytaj.

Nigdy wcześniej nie widziałem kajuty Chena. Grał z komputerem w przestrzenne szachy. 

background image

Ledwie nadążyłem za śledzeniem rozgrywki, ale było dla mnie jasne, że przegrywał sromotnie - co 

mnie zaskoczyło.

 - Doktorze Chen, słyszałem, że chce pan wyjść z nami na zewnątrz.

Miał na sobie gustowną, obfitą piżamę, którą ze znawstwem zebrał i upiął odpowiednio do 

stanu   nieważkości   (Dmirow   i   DeLaTorre   zmuszeni   byli   prosić   o   pomoc   Raoula,   a   odzież 

Silvermana wyglądała tak, jakby ten, cofając się, nadział na maszynę  do szycia). Pochylił swą 

wygoloną głowę i powiedział ponuro:

  - Tak szybko, jak to tylko możliwe. - Brzmienie jego głosu przypominało trochę starą 

trąbkę.

 - To stawia mnie w trudnym położeniu, sir - powiedziałem tak samo ponuro. - Nakazano 

panu nie narażać swojej osoby na niebezpieczeństwo. Wiedzą o tym DeLaTorre i wszyscy inni. 

Jeśli zabrałbym  pana w otwarty kosmos, a tam przydarzyłaby się panu awaria skafandra albo 

chociaż atak nudności, to Chiny zadałyby mi kilka ostrych pytań. A po niej dominium Kanady i 

ONZ, nie wspominając już pańskiej starej matki.

Uśmiechnął się uprzejmie masą zmarszczek.

 - Czy taki wypadek jest prawdopodobny?

 - Zna pan prawo Murphy'ego, doktorze Chen? I wypływające z niego wnioski? 

Jego uśmiech się rozszerzył.

 - Chce zaryzykować. Macie doświadczenie we wprowadzaniu nowicjuszy w kosmos.

 - Straciłem dwoje studentów na siedemnastu!

  -   A   ilu   ich   pan   stracił   w   pierwszych   trzech   godzinach,   panie   Armstead?   Czy   dla 

bezpieczeństwa nie mógłbym pozostawać w skafandrze próżniowym w Kostce?

Kostka   nie   była   odlewana;   była   spawana   punktowo.   Był   to   w   zasadzie   sześcian   z 

przeźroczystego plastyku, obramowany metalowymi kątownikami, wyposażony w pewne środki 

podtrzymania życia, pierwszej pomocy oraz we własny napęd, umożliwiający mu poruszanie się w 

otwartej   przestrzeni.   Załoga   i   wszyscy   dyplomaci   z   wyjątkiem   Chena   nazywali   ją   Modułem 

Podtrzymania Pola. Oburzało to Harry'ego, który ją zaprojektował i zbudował. Budowana była z 

myślą o wykorzystaniu jej w przypadku, gdy skafander któregoś z Gwiezdnych Tancerzy straci 

szczelność w trakcie występu, gdy któryś z nich będzie chciał usiąść na chwile i odpocząć lub też 

do jakiegokolwiek innego celu, przy którego realizacji przydamy będzie hermetyczny sześcian o 

kącie widzenia 360 stopni. Kostka była obecnie przymocowana do kadłuba wielkiego wahadłowca 

nazywanego przez nas Limuzyną, zmontowana i gotowa w każdej chwili do użytku, ale można ją 

było w prosty sposób odłączać. A skafander próżniowy Chena był regulaminową zbroją będącą na 

wyposażeniu   Sił   Kosmicznych   -   tak   dobrą,   o   ile   nawet   nie   lepszą,   jak   nasze,   robione   na 

background image

zamówienie   skafandry   produkcji   japońskiej.   Na   pewno   wytrzymalszą;   z   lepszą   instalacją 

podawania powietrza...

 - Doktorze, muszę, wiedzieć dlaczego.

Jego uśmiech zaczął powo-o-oli zanikać, a kiedy nie zbladłem i nie cofnąłem się ani o krok, 

pozwolił łaskawie pozostać mu na ustach. Było to w ćwierć drogi od zmarszczenia brwi.

  - Uznaje pańskie prawo do zadawania pytań. Nie jestem tylko pewien, czy tym razem 

zdołam pana usatysfakcjonować. - Zamyślił się, a ja czekałem. - Nie jestem przyzwyczajony do 

korzystania z pomocy tłumacza. Mam zdolności lingwistyczne. Ale istnieje przynajmniej jeden taki 

jeżyk, którego nigdy się nie nauczę. Dowiedziałem się kiedyś, że nikt, kto nie urodził się Nawajem 

nie potrafi nauczyć się myśleć jeżykiem tego plemienia. W rezultacie dołożyłem wszelkich starań, 

żeby tego dopiąć i poniosłem porażkę. Rozumiem, piąte przez dziesiąte, jeżyk Nawajów, a nie 

jestem w stanie nauczyć się w nim myśleć - opiera się on na zupełnie innych założeniach opisu 

rzeczywistości, których mój umysł nie potrafi objąć.

Studiowałem   wasz  taniec,   ten  “język",  którym  wkrótce   będziecie   za  nas   mówili.   Dużo 

dyskutowałem   o   nim   z   panną   Parsons,   przeanalizowałem   wszystkie   informacje   na   ten   temat 

przechowywane   w   pamięci   komputera   pokładowego.   Nie   potrafię   nauczyć   się   myśleć   w   rym 

jeżyku.

Chce   jeszcze   raz   spróbować.   Wychodzę   z   założenia,   że   może   mi   pomóc   osobista 

konfrontacja   z   nagim   kosmosem   -   urwał   i   znowu   się   uśmiechnął.   -   W   moich   zmaganiach   z 

nawajskim   pomogło   mi   trochę   żucie   pączków   peyotlu   -   zalecił   mi   to   mój   nauczyciel.   Muszę 

pokosztować założeń leżących u podstaw waszego pojmowania rzeczywistości. Mam nadzieje, że 

są smaczniejsze.

Był   to,   jak   dotąd,   najdłuższy   monolog,   jaki   słyszałem   z   ust   enigmatycznego   Chena. 

Spojrzałem nań z nowym szacunkiem i podziwem. Oraz z rosnącym zadowoleniem: stał przede 

mną przyjaciel, którego niemal odtrąciłem. “Mój Boże, a przypuśćmy,  że stary Chen to Homo 

novus?"

  -   Doktorze"   Chen   -   powiedziałem   uspokoiwszy   w   końcu   swój   oddech   -   chodźmy   do 

komendanta Coxa.

Chen   wysłuchał   w   całkowitym   skupieniu,   zadając   nieczęste,   ale   wnikliwe   pytania, 

osiemnastu godzin instruktażu, chociaż większość tych informacji nie była dlań nowością. Założę 

się, że już wcześniej potrafił z zamkniętymi oczyma rozmontować dowolny podsystem swojego 

skafandra.   Pod   koniec   kursu   założyłbym   się,   że   z   zamkniętymi   oczyma   potrafiłby   je   złożyć. 

Miałem, już do czynienia z wieloma wybitnymi umysłami, a jednak on wywarł na mnie wrażenie.

Ale wciąż nie byłem stuprocentowo pewien, czy można mu ufać.

background image

Kierując   się   zasadą   “im   nas   mniej,   tym   mniejsze   prawdopodobieństwo   wypadku", 

ograniczyliśmy liczebność naszej wycieczki do trzech osób - w kosmosie wypadki rzadko zdarzają 

się pojedynczo. Ja, oczywiście, objąłem funkcje druha drużynowego; zaliczyłem więcej godzin w 

otwartej przestrzeni niż ktokolwiek na pokładzie, z wyjątkiem Harry'ego. A Linda przez ostatni rok 

udzielała   Chenowi   lekcji   jeżyków   obcych;   poszła   z   nami,   żeby   zachować   ciągłość   programu 

nauczania i żeby dla niego zatańczyć. Wydaje mi się, że również dlatego, że darzyła go przyjaźnią. 

Ja miałem odgrywać role Kwoki Matki.

Pierwsza   godzina   upłynęła   bez   zakłóceń.   Wszyscy   troje   pozostawaliśmy   w   Kostce.   Ja 

stałem   za   sterami.   Oddaliliśmy   się   na   kilka   kilometrów   od   “Siegfrieda",   holując   za   sobą   linę 

bezpieczeństwa   i   zatrzymaliśmy   się,   jak   zawsze,   w   samym   środku   wszechświata.   Chen 

zachowywał  raczej  pełne   czci  milczenie  niż  separował  się  od nas.  Byłem  przekonany,  że  jest 

zdolny   do   objęcia   umysłem   takiego   ogromu   piękna...   zachowywał   się   tak,   jakby   od   dawna 

wiedział, że wszechświat jest taki wielki. Jednak mimo to przez dłuższy czas się nie odzywał.

Zresztą Linda i ja też milczeliśmy. Nawet z tej odległości Saturn wyglądał niewiarygodnie 

pięknie. Ta planeta musi być bezwarunkowo największą atrakcją turystyczną Układu Słonecznego i 

nigdy w życiu nie widziałem czegoś tak głęboko poruszającego.

Podziwialiśmy już ten widok - w ostatnich dniach wszyscy na statku tkwili przyklejeni do 

wideo - ekranów. Otrząsnęliśmy się z czaru i Linda przekazała Chenowi kilka ostatnich uwag o 

zasadach naszego tańca, a potem uszczelniła  swój hełm i wyszła  przez śluzę, powietrzną, aby 

zademonstrować mu kilka solowych ewolucji. Jak wcześniej ustalono, mieliśmy zachowywać przez 

ten czas milczenie, a Bili miał utrzymywać cisze, w eterze na naszym kanale. Przez pierwsze trzy 

kwadranse   tańca   Lindy   Chen   obserwował   ją   z   wielką   fascynacją.   Potem   westchnął,   spojrzał 

dziwnie na mnie i odbiwszy się od podłogi przepłynął przez Kostkę do konsoli sterowniczej.

Otworzyłem usta do krzyku, ale on sięgnął tylko do wyłącznika radia. Wyłączył je. Potem 

jednym wprawnym ruchem zdjął hełm, odłączając tym samym radio skafandra próżniowego. Ja 

swój zdjąłem już wcześniej, dla oszczędności powietrza. Gdy zobaczyłem, że Chen wyłącza radio, 

pochwyciłem go, ale on położył palec na ustach i powiedział:

 - Chciałbym porozmawiać z panem w cztery oczy - niskie ciśnienie powietrza w Kostce 

sprawiło, że jego głos był piskliwy i cichy.

Zastanowiłem się. Przyjmując najdzikszą fantazje paranoidalną - miałem ubezpieczenie w 

postaci   Lindy   -   miała   swobodę   ruchu   i   mogła   obserwować   wszystko,   co   dzieje   się   w 

przezroczystym sześcianie.

 - Rozumiem - powiedziałem.

 - Wyczuwam pański niepokój; rozumiem go i nie potępiam. Zamierzam teraz włożyć rękę 

background image

do prawej kieszeni i wyjąć stamtąd pewien przedmiot. Jest nieszkodliwy. - Uczynił, jak powiedział, 

wyjmując   jeden   z   tych   przypominających   ekstrawagancki   guzik   mikrofonów.   -   Chciałbym, 

żebyśmy sobie wszystko z miejsca wyjaśnili - dodał. Czy samo tylko niskie ciśnienie nadawało 

jego głosowi taką ostrość?

Szukałem stosownej odpowiedzi. Za jego plecami, z gracją wirowała w kosmosie Linda, 

majestatyczna w swym ciężarnym stanie, nieświadoma co się tu dzieje.

 - Rozumiem - powtórzyłem.

Wsunął paznokieć w szczelinę odtwarzania. Nagrany głos Lindy powiedział coś, czego nie 

dosłyszałem. Potrząsnąłem głową. Przewinął taśmę do tego samego miejsca i unosząc rękę rzucił 

mi delikatnie magnetofon.

 - I o to mi właśnie chodzi - powtórzył głos Lindy. - Interesy ich i nasze wcale nie muszą 

być zbieżne.

Nagranie rozmowy, którą przed chwilą relacjonowałem.

Mój   mózg   przełączył   się   natychmiast   na   prace,   z   szybkością   komputera,   stał   się 

superwydajną maszyną myślącą, przeprowadził, jeden po drugim, tysiąc programów analitycznych 

w czasie rzędu mikro - sekund i doprowadził do samozniszczenia. “Szpieg w tej blaszance. Dopiero 

w połowie stoku, a hamulce już wysiadły.  Przysiągłbym,  że zamknąłem te śluzę, powietrzną". 

Mikromagnetofon   trafił   mnie   w   policzek;   pochwyciłem   go   odruchowo,   gdy,   odbiwszy   się, 

odlatywał i wyłączyłem w momencie, gdy Tom pytał Linde.: “Czyż my nie jesteśmy ludźmi?"

Pytanie to odbijało się przez chwile echem po Kostce.

  -   Tylko   imbecyl   miałby   trudności   z   założeniem   takiej   pluskwy   w   niepilnowanym 

skafandrze - powiedział bezbarwnym głosem Chen.

 - No tak - wychrypiałem i odchrząknąłem. - Tak, to było głupie. Kto jeszcze...? - urwałem i 

palnąłem się w czoło. - Nie. Nie chce zadawać głupich pytań. No wiec, jak pan sądzi, doktorze 

Chen Ten Li? Czy jesteśmy Nowymi Ludźmi? Czy też tylko utalentowanymi akrobatami? Niech 

mnie diabli, jeśli sam to wiem.

Skoczył  miękko  i poruszając się jak lecąca  w zwolnionym  tempie  strzała znalazł  się z 

powrotem koło mnie. Tak skaczą koty.

 - Może Homo caelestis - powiedział spokojnie, lądując miękko. - A może Homo ala anima.

 - Kim, na Allacha? Ach... “uskrzydlonymi duszami". Ha, Okay. To mi się podoba. Proszę 

mi   wybaczyć,   doktorze,   ale   przypochlebię   się   panu.   Założę   się   o   ciastko,   że   pan   sam   jest 

“uskrzydloną duszą". Przynajmniej potencjalnie.

Jego reakcja zaskoczyła mnie. Spodziewałem się ujrzeć minę. pokerzysty. Zamiast tego na 

jego twarzy odmalował się nagły smutek, zupełna rezygnacja i beznadziejna tęsknota, wszystko to 

background image

podkreślone   światłem   Saturna.   Nigdy   przedtem   ani   potem   nie   widziałem   na   jego   twarzy   tak 

wyrazistej emocji; być może nie oglądał tego nikt poza jego starą matką i zmarłą żoną. Wstrząsnęło 

to mną do głębi i wstrząsnęłoby nim, gdyby zdawał sobie choć po części sprawę z wyrazu swej 

twarzy.

 - Nie, panie Armstead - powiedział ze smutkiem, wpatrując się ponad moim ramieniem w 

Saturna. Po raz pierwszy i ostatni pośliznął się na akcencie i absurdalnie przypomniał mi Grubego 

Humphreya. - Nie, nie jestem jednym z was. I ani czas, ani moja wola tego nie zmienią. Wiem to. 

Już się z tym pogodziłem. Dopiero teraz jego twarz zaczęła się odprężać i przybierać swój zwykły, 

kamienny   wyraz,   cały   czas   bez   udziału   jego   świadomości.   Zdumiewała   mnie   dyscyplina   jego 

podświadomości. Przerwałem mu.

  - Nie wiem,  czy ma  pan rację.. Wydaje  mi  się, że każdy człowiek  potrafiący grać w 

przestrzenne szachy jest pierwszym kandydatem na Homo Jakmutam.

  -   To   dlatego,   że   jest   pan   ignorantem   w   grze   w   szachy   przestrzenne   -   odparł   -   i   w 

znajomości swej własnej natury.  W przestrzenne szachy grywają ludzie na Ziemi. Zostały one 

wymyślone w ciążeniu ziemskim, dla gracza zajmującego postawę pionową. Ich klasyczne wzorce 

są liniowe. Próbowałem w nie grać w stanie nieważkości, zestawem,  który nie ma ustalonego 

względem mnie  położenia.  Nie potrafiłem.  Nie chwaląc się, mogę  wygrać  w szachy płaskie z 

programem Martina - Danielsa (klasa światowa), ale w szachy przestrzenne w stanie nieważkości 

mógłby mnie z łatwością pokonać pan Brindle, jeśli byłbym na tyle nieroztropny, by z nim zagrać. 

Potrafię dość dobrze koordynować swe ruchy na pokładzie “Siegfrieda" lub w tym, najbardziej 

liniowym z pojazdów, w którym się właśnie znajdujemy. Ale nigdy nie nauczę się życia przez 

jakikolwiek czas bez tego, co nazywacie “lokalnym pionem".

 - To nie przychodzi od razu - zacząłem.

  - Pięć miesięcy temu - przerwał mi Li - zepsuła się nocna - lampka w mojej kajucie. 

Obudziłem się natychmiast. Znalezienie wyłącznika światła zajęło, mi dwadzieścia minut. Przez 

cały ten czas płakałem ze strachu i bezsilności i straciłem panowanie nad mymi  zwieraczami. 

Czułem się upokorzony, poświeciłem więc kilka tygodni na obmyślanie testów i ćwiczeń. Żeby 

żyć, muszę mieć pion lokalny. Jestem normalnym człowiekiem.

Milczałem dłuższą chwile.. Linda zauważyła już naszą konwersacje; zasygnalizowałem jej, 

żeby tańczyła dalej i skinęła głową. Po przemyśleniu wszystkiego, co przed chwilą usłyszałem, 

odezwałem się:

 - Czy sądzi pan, że nasze interesy będą kolidowały z waszymi? 

Uśmiechnął się. Znowu był dyplomatą w każdym calu.

 - Czy zna pan prawo Murphy'ego, panie Armstead? - zachichotał. 

background image

Odwzajemniłem jego uśmiech.

 - Tak, ale czy to prawdopodobne?

 - Nie sądzę - odparł poważnie. - Ale podejrzewam, że tak uważa Dmirow. Może i Ezequiel, 

może komendant Cox. Silverman na pewno.

 - A my musimy się spodziewać, że każdy z nich mógł również założyć nam podsłuch w 

skafandrach.

  - Niech mi pan powie: czy zgodzi się pan ze mną, że jeżeli z tej konferencji z obcymi 

wynikną   jakiekolwiek  informacje  o  wielkim  znaczeniu   strategicznym   Silverman  dokona  próby 

wejścia w ich wyłączne posiadanie?

Pogawędka   z   Chenem   miała   w   sobie   coś   z   żonglowania   piłami   łańcuchowymi. 

Westchnąłem. Byliśmy ze sobą szczerzy.

  - Tak.  Jeśli  będzie   miał  jakiekolwiek   szansę, zrobi  to  na  pewno. Ale  to  wymagałoby 

podjęcia pewnych kroków.

  -   Jedna   osoba   dysponująca   taśmami   z   odpowiednim   oprogramowaniem   jest   w   stanie 

doprowadzić   “Siegfrieda"   na   taką   odległość   od   Ziemi,   żeby   się   uratować   -   powiedział   i 

zauważyłem, że nie wyraził się “jeden mężczyzna".

 - Dlaczego pan mi to mówi?

 - Obecnie jestem w trakcie unieszkodliwiania wszystkich możliwych pluskiew założonych 

w tym  pojeździe.  Podejrzewam,  że Silverman  będzie  tego próbował.  Czuje. to. Jeśli spróbuje, 

zabije  go  od razu.  Pan  i  pańscy ludzie   szybko  reagujecie   w  stanie  nieważkości.   Chce,  byście 

rozumieli moje motywy.

 - A są nimi?

 - Uratowanie cywilizacji na Ziemi. Zagwarantowanie dalszego istnienia naszej rasy. 

Zdecydowałem się na próbę poczęstowania go czymś gorącym.

 - Czy zastrzeli go pan tym automatycznym pistoletem? 

Skrzywił się z niesmakiem.

  -   W   dwa   tygodnie   po   starcie   wyrzuciłem   go   przez   śluzę   powietrzną   -   odparł.   - 

Bezsensowna broń w stanie nieważkości, jak to powinienem był przewidzieć. Nie, prawdopodobnie 

skręcę, mu kark.

“Nie dawaj temu facetowi silnych serwów: jego kontra jest mordercza".

 - Po czyjej stronie stanie pan, panie Armstead, jeśli dojdzie do takiej sytuacji?

 - Co takiego?

  -   Silverman   jest   półkrwi   Kaukazyjczykiem,   półkrwi   Amerykaninem.   Macie   wspólną 

matryce kulturową. Czy jest to więź silniejsza od pańskiej więzi z Homo caelestis?

background image

 - Co takiego? - spytałem ponownie.

  - Wasz nowy gatunek nie przetrwa długo, jeśli błękitna Ziemia rozleci się na kawałki - 

powiedział chrapliwie Chen - a do tego doprowadziłby właśnie ten szaleniec, Silverman. Nie wiem 

jak pracuje pański umysł, panie Armstead. Co pan zamierza?

 - Uznaje pańskie prawo do zadania tego pytania - powiedziałem powoli. - Zrobię, co będę 

wtedy uważał za słuszne. Nie mogę udzielić innej odpowiedzi.

Poszukał wzrokiem moich oczu i pokiwał głową.

 - Chciałbym teraz wyjść na zewnątrz.

 - Jezu Chryste - wybuchnąłem, a on mi przerwał:

  -   Tak,   wiem   -   przed   chwilą   powiedziałem,   że   nie   potrafię,   funkcjonować   w   stanie 

nieważkości,   a   teraz   chce   spróbować   -   wykonał   gest   swoim   hełmem.   -   Panie   Armstead, 

przeczuwam, że niedługo umrę. Muszę przedtem zawisnąć raz sam w wieczności, nie poddawany 

żadnym   przyśpieszeniom,   bez   ramek   z   kątów   prostych,   w   otwartym   kosmosie.   Marzyłem   o 

kosmosie przez większą cześć swego życia i zawsze bałem się weń wyjść. Teraz muszę. Muszę 

stanąć twarzą w twarz z moim Bogiem, tak blisko jak można to wyrazić w waszych jeżykach.

Chciałem powiedzieć “tak". 

 - Czy wie pan jak bardzo może to przyśpieszyć utratę zmysłów? - nalegałem jednak. - Czy 

chciałby pan stracić w skafandrze kosmicznym swoje ego? Albo co najmniej swój lunch?

  - Traciłem już swoje ego. Pewnego dnia stracę je na zawsze. Nudności nie miewam - 

zaczął zakładać swój hełm.

***

Po pięciu minutach włączył z powrotem radio i trzęsącym się głosem powiedział:

  - Teraz wracam. - Potem  odezwał się dopiero wtedy, gdy zdejmowaliśmy skafandry w 

przedziale promowym “Siegfrieda". Powiedział wtedy bardzo cicho. - To ja jestem Homo excastra. 

I inni. - I to były  ostatnie  słowa, jakie od niego usłyszałem,  aż do pierwszego dnia  drugiego 

kontaktu.

Odparłem wtedy:

 - Zawsze będzie pan mile widziany w moim domu, doktorze - ale nic mi nie odpowiedział.

***

Manewr hamowania ściągnął na nas hordę pomniejszych katastrof. Jeśli znajdujesz się w 

małym pomieszczeniu (i nie opuszczasz go ani na chwile) to pod koniec roku twoje rzeczy będą 

wykazywały   tendencje   do   rozpraszania   się   po   wszystkich   kątach.   Tendencje   te   potęguje   stan 

nieważkości. Przymocowanie wszystkiego przed rozpoczęciem przyśpieszania byłoby niemożliwe, 

nawet jeśli miałoby to być tylko dwadzieścia pięć godzin przyspieszenia 0,01 g. Niestety, nawet 

background image

najbardziej   prosta,   wykonana   techniką   laserową   rura   wykazuje   pewne   odchylenia   od 

prostoliniowości, a nasz kurs stanowił jedną z najdłuższych rur położonych kiedykolwiek przez 

Człowieka (ponad miliard kilometrów). Studnia grawitacyjna Tytana na jej końcu była niezmiernie 

małym celem, w który musieliśmy trafić z wielką precyzją. Przed wyprodukowaniem na “Skyfac" 

krystalicznych   minimikroukładów   scalonych   ten   trick   w   ogóle   nie   byłby   możliwy,   a   i   tak, 

dysponując   skonstruowaną   przy   ich   wykorzystaniu   aparaturą,   już   po   drodze   dokonywaliśmy 

małych  poprawek   kursu.  Księżyc   Saturna  wychodził  nam   jednak   bardzo  szybko   na  spotkanie, 

zmuszeni byliśmy więc dokonać jeszcze dwóch przyśpieszeń po l g, które, chociaż miłosiernie 

krótkie, wzbudziły we mnie silną wątpliwość czy przeżyjemy chociaż dwuletnią podróż powrotną. 

W ich wyniku cała rupieciarnia uległa rozproszeniu po całym statku: Lamus Ciotki Grawitacji w 

przestrzeni zamkniętej. Najpoważniejsze w skutkach okazało się pękniecie rury doprowadzającej 

wodę do natrysków na śródokręciu. Na szczęście z awarią uporał się system klimatyzacyjny.

Na   zbliżające   się   trzęsienie   Ziemi   niewiele   pomaga   nawet   dużo   wcześniejsze   o   nim 

ostrzeżenie.

Z drugiej strony, sprzątanie nie przedstawiało prawie żadnego problemu - i znowu dzięki 

nieważkości. Trzeba było tylko poczekać, a wcześniej czy później praktycznie wszystkie te śmieci 

same zebrały się, jak zawsze, na siateczkach kanałów klimatyzacyjnych.

Tak   więc   wszyscy   znaleźli   niemal   od   razu   czas   na   zajęcie   miejsc   przed   ekranem 

wideomonitora i obserwacje Tytana.

A   oto   fragment   obszernego   opisu   tego   ciała   niebieskiego,   który   wszyscy   starannie 

przestudiowaliśmy:

Tytan jest szóstym i wyraźnie największym księżycem Saturna. Spodziewałem się ujrzeć 

glob mniej więcej rozmiarów naszego Księżyca - ale ten cholernik ma średnice wynoszącą niemal 

5800 kilometrów, czyli równą w przybliżeniu średnicy Merkurego lub czterem dziesiątym średnicy 

Ziemi! Przy tych ogromnych rozmiarach jego masa wynosi zaledwie około 0,002 masy Ziemi. 

Nachylenie  jego orbity jest pomijalne,  mniejsze od jednego stopnia - co oznacza,  że orbita  ta 

przebiega niemal precyzyjnie nad równikiem Saturna (tak samo jak Pierścień) w średniej odległości 

od powierzchni  przekraczającej  nieco dziesięć średnic samej  planety.  Jest zawsze zwrócony tą 

samą stroną do swej planety głównej, tak samo jak nasz Księżyc do Ziemi, a okrążenie Saturna 

zajmuje mu tylko około szesnastu dni - pomimo wielkości jest to szybki księżyc. (Ale doba na 

samym Saturnie trwa tylko dziesięć godzin i kwadrans.)

Już od pierwszych chwil, gdy można go było dostrzec gołym okiem sprawiał wrażenie 

czerwonawego. Teraz wyglądał jak Mars w ogniu spowity girlandami gradowych chmur barwy 

krwi. Poprzez nie widać było jarzące się lekko chłodniejszą czerwienią, podobne do księżycowych 

background image

góry i doliny.

Ten nadprzyrodzenie czerwony kolor był jedną z głównych przyczyn, dla których Cox i 

Song przeszli na awaryjne sterowanie ręczne, gdy tylko weszliśmy na orbitę. Światek naukowy 

trafił szlag, gdy jego kosztowna sonda saturiańska została zarekwirowana przez wojsko na misje 

dyplomatyczną,   a   drugi   atak   apopleksji   nastąpił   wtedy,   gdy   okazało   się,   że   naukowym 

dopełnieniem wyprawy będzie jeden fizyk Sił Kosmicznych i jeden inżynier. Tak więc Bili i Song 

spędzili te dwadzieścia cztery godziny, przez które pozostawaliśmy na orbicie Tytana harując jak 

rybacy podczas odpływu, dokonując absolutnego minimum pomiarów i rejestracji, jakie mogło 

udobruchać pierwotnych projektantów “Siegfrieda", Pracowali pod kierunkiem Suzan Pha Song, 

według nagranych na taśmie instrukcji i zjadliwych wskazówek rozjątrzonych naukowców z Ziemi 

(napływających   ze   zwłoką   czasową   wynoszącą   godzinę   i   piętnaście   minut,   co   nie   wpływało 

korzystnie na czyjkolwiek nastrój) i odwalił kawał dobrej, wyczerpującej roboty. Trochę - trudno 

wyobrazić sobie umysł, który uważa pogawędkę z plazmoidami spoza Układu Słonecznego za 

mniej   podniecającą   od   badania   szóstego   księżyca   Saturna,   ale   jest   takich   parę   -   jest   rzeczą 

zadziwiającą, że nie są one zupełnie szalone.

To przez ten czerwony kolor. Barwa Tytana powinna być zbliżona do niebiesko - zielonej. 

Jednak  nawet   obserwowany z   Ziemi  jest  wyraźnie   czerwony.  Dlaczego?  No  cóż,  tym,  co  tak 

podniecało uczonych był fakt, że charakterystyki atmosfery (w przeważającej części metanowej) i 

temperatury powierzchni Tytana stawiały go gdzieś w okolicach ostatniego miejsca w Układzie 

Słonecznym,   wśród   tych,   w   których   teoria   wstrzemięźliwości   dopuszczałaby   powstanie   “życia 

jakim je znamy". Eksperymenty w komorze symulującej warunki panujące na Tytanie dały reakcje 

chemiczne   nazwane   przez   Millera   “pierwotnym   błyskiem"   i   niewypowiedziana,   ale   przez 

naukowców ukochana z całego serca teoria głosiła, że być może czerwona pokrywa chmur jest 

jakiegoś rodzaju materią organiczną - a nawet nie wykluczała, że to pewien rodzaj zanieczyszczeń, 

jakie może wytworzyć istota oddychająca metanem. Nie zrozumiałem nawet popularyzatorskiego 

omówienia rozgrywających się wokół mnie wypadków, wygłoszonego przez Raoula i byłem nimi 

tylko trochę zainteresowany. Wywnioskowałem jednak, że .pod koniec tych dwudziestu czterech 

godzin   pesymista   powiedziałby   “nie",   a   optymista   “może".   Raoul   wspominał   coś   o   wielu 

zagadkowych danych, o informacjach, które wydają się być ze sobą sprzeczne - co mnie specjalnie 

nie zdziwiło,  zważywszy na pośpiech, z jakim “Siegfried" został  doprowadzony do gotowości 

bojowej.

Ja ze swej strony dzieliłem uwagę miedzy Tytana i Saturna, którym naukowcy zainteresują 

się dopiero po konferencji, gdy będą mogli mu się, przyjrzeć z mniejszej odległości. Teraz był od 

nas oddalony o 1,2 miliona kilometrów.

background image

Jest to piekielnie duża planeta - największa w Układzie, o ile nie uważać za planetę Jowisza. 

Jej średnica przekracza nieco 116 000 kilometrów - to z grubsza dziewięć średnic Ziemi, a masa 

jest   większa   od   ziemskiej   dziewięćdziesiąt   pięć   razy.   W   tym   świetle   stała   przyśpieszenia   na 

powierzchni, wynosząca 1,15 normalnej stałej ziemskiej, wydaje się być absurdalnie mała - należy 

jednak pamiętać, że Saturn ma gęstość równą 0,69 gęstości porównywalnej kuli wody (podczas gdy 

gęstość   Ziemi   przekraczała   pięciokrotnie   gęstość   wody).   Nawet   tak   mała   stała   przyspieszenia 

wystarczała   aż   nadto,   by   zabić   Homo   caelestis   albo   Homo   excastra,   gdybyśmy   byli   na   tyle 

nierozważni, by wylądować na powierzchni Saturna. A szybkość ucieczki dla tej planety jest ponad 

trzykrotnie większa niż dla Ziemi.

Właściwie   Saturn   nie   ma   wyraźnie   określonej   powierzchni   w   naszym   tego   słowa 

rozumieniu. No tak, tam w dole są prawdopodobnie jakieś skały, ale zanim zdołasz opuścić się tak 

nisko, utkniesz, pływając w metanie, bo nim głównie jest Saturn (i jego “atmosfera").

Potężny Pierścień okazuje się być księżycem, któremu nie wyszło, niezliczonymi trylionami 

orbitujących, pokrytych  zamarzniętą wodą kamieni najprzeróżniejszych rozmiarów, od ziarenka 

piasku poczynając, a na ogromnych głazach kończąc.

Razem   przedstawiają   sobą   nieopisanie   piękny   widok.   Sam   Saturn   ma   marzycielską, 

brunatno - żółtą barwę i poprzecinany jest szerokimi pasmami ciemnego, prawie czekoladowego 

brązu i jak na planetę, jest bardzo jasny. Pierścień, składający się z brył zanieczyszczonego lodu, 

mieni się niemal wszystkimi kolorami tęczy, skrzącymi się i przesuwającymi w miarę, jak orbity 

jego   składników   zmieniają   względem   siebie   położenie.   Ogólne   wrażenie,   jakie   się   odnosi,   to 

ogromny agat albo tygrysie oko, otoczone rozproszonymi resztkami olbrzymiej tęczy. Wewnątrz 

tej   orbitującej   masy   pojawiają   się   i   znikają   w   losowy   sposób   mniejsze,   prawdziwe   tęcze, 

przypominające światła oglądane przez zawilgotniałe okulary.

Był to widok, który nigdy mnie nie nużył, którego nigdy nie zapomnę i tylko dla niego 

warto było odbyć te podróż z Ziemi i wyrzec się swego dziedzictwa. Raoul spędzał praktycznie 

każdą   minutę   swego,   czasu   wolnego   oparty   o   grodź   przeciwległą   do   jego   wideoekranu,   z 

Musicmasterem na kolanach, słuchawkami na uszach i z palcami przebiegającymi po klawiaturze. 

Nie pozwalał nam włączać głośników - ale Harry'emu dał parę dodatkowych słuchawek. Słyszałem 

potem symfonie, jaką zmontował z tej roboczej taśmy i sprzedałbym za nią Ziemie.

***

Oczywiście   jedyny   i   niepodzielny   ośrodek   zainteresowania   Billa   Coxa   stanowili   obcy. 

Chociaż   znajdowali   się   zbyt   daleko,   by   ich   widzieć,   ich   wysokoenergetyczne   promieniowanie 

niemal   przeciążało   przyrządy   pomiarowe.   Tkwili   około   miliona   (plus   minut   kilkaset   tysięcy) 

kilometrów   od   nas.   Okazało   się,   że   obcy   z   wyraźną   cierpliwością   czekają   na   pertraktacje   w 

background image

najrozsądniejszym   miejscu.   Zwiększało   to   prawdopodobieństwo   tego,   iż   ich   odbycie   jest   ich 

zamiarem.

A więc naszym następnym posunięciem było wyjście im na spotkanie.

Podczas   gdy   Bili   i   pułkownik   Song   harowali   w   pocie   czoła   my,   tancerze,   też   nie 

zasypywaliśmy gruszek w popiele. Nie spędzaliśmy całego czasu na obijaniu się.

Limuzyna   już   podczas   podróży   została   zatankowana,   wyposażona,   przetestowana   do 

ostatniego   obwodu   na   pokładzie   i   w   warunkach   eksploatacyjnych.   więc   oczywiście   pierwszą 

rzeczą, jaką zrobiliśmy, było ponowne sprawdzenie zapasów paliwa, wyposażenia i przetestowanie 

jej do ostatniego układu.

Gdybyśmy pokpili sprawę, następna ekspedycja dotarłaby tu najwcześniej za dwa albo i 

trzy lata, a do tego czasu obcy mogliby się zniecierpliwić i odejść do domu.

Poza tym, chciałem z nimi porozmawiać osobiście.

I   to   legło   u   podstaw   ostatniej   rzeczy,   jaką   zrobiliśmy   przed   odpaleniem   silników   i 

wyruszeniem   na   miejsce   spotkania.   Było   to   ostatnich   kilka   godzin   trwającej   już   rok   kłótni   z 

dyplomatami na temat choreografii.

W końcu dałem za wygraną, powiedziałem im, żeby sami sobie tańczyli i wróciłem do 

swojej kajuty. Nie straciłem cierpliwości, tylko chęć do sporów. DeLaTorre odczekał stosowny 

czas, a potem zadzwonił do mych drzwi.

 - Wejść.

Ciepłe,   brązowe   oczy   DeLaTorre   zdradzały   niewypowiedziane   znużenie,   powieki   miał 

pomarszczone jak rodzynki.

 - Charles, musimy wypracować kompromis.

 - Tylko mi nie wmawiaj, Ezequielu, że jesteś tak samo ślepy, jak reszta.

 - Oni czują tylko, że lepiej by było, gdyby pierwsze posuniecie wyrażało więcej szacunku 

niż arogancji, było bardziej uroczyste niż emocjonalne. Przyjdzie czas na przedstawienie naszych 

pretensji, gdy ustanowimy łączność z tymi istotami, gdy nawiążemy z nimi kontakt na poziomie 

obopólnego szacunku. Być może w trzecim albo czwartym posunięciu.

 - Do cholery, to mi nie wygląda na prawidłowe posuniecie.

  -   Wybacz   mi,   Charles,   ale...   na   pewno   przyznasz,   że   twoja   opinia   jest   podyktowana 

emocjami.

 - Ezequielu - westchnąłem - spójrz mi w oczy. Nie kochałem już Shary Drummond, gdy 

zginęła. Przyjrzałem się mej duszy i tańcowi, który się z niej zrodził i nie pałam żądzą zemsty, 

pragnieniem rewanżu.

 - Nie, twój taniec nie jest mściwy - przyznał.

background image

 - Ale czuje do nich żal - nie jako osierocony kochanek, ale jako osierocona istota ludzka. 

Chce, żeby ci obcy dowiedzieli się, ile kosztowali mą rasę zmuszając Sare Drummond do zostania 

Homo  caelestis  zanim powstały miejsce  i warunki, w których  taka  istota  mogłaby żyć,  a tym 

samym powodując jej śmierć - urwałem uświadomiwszy sobie, że popełniłem gafę, ale DeLaTorre 

nawet nie mrugnął okiem.

 - Czy ona nie była już Homo caelestis albo ala anima, zanim oni przybyli, Charles? - spytał 

tak naturalnie, jakby znał już te nazwy. - Czy i tak nie umarłaby przy próbie powrotu na Ziemie?

Rozpoznałem   i   zaakceptowałem   nagły   wzrost   poziomu   szczerości   wyzwolony   tym 

pytaniem.

  -  Być   może,  Ezequielu.  Jej  ciało   znajdowało   się  na  granicy  trwałego   przystosowania. 

Spędziłem wiele  bezsennych nocy rozmyślając o tym, omawiając to z moją żoną. Tak sobie myślę: 

gdyby Shara zdawała sobie sprawę z korzyści finansowych, jakie przyniesie “Gwiezdny taniec", 

mogła przetrzymać krótki okres wyczekiwania na “Skyfac", mogła przeżyć, żeby zostać bardziej 

wartościową   liderką   naszego   Studio.   Tak   sobie   myślę:   gdyby   wszystko   przemyślała,   mogła 

odstąpić od decyzji spalenia swych skrzydeł tak wysoko nad swoją utraconą planetą. Myślę sobie: 

gdyby wiedziała, mogłaby żyć. 

Pociągnąłem z puszki łyk zwietrzałej kawy i skrzywiłem się.

  - Ale cały duch walki został z niej wyssany, włożony w “Gwiezdny taniec" i ciśnięty 

ostatkiem  sił w te czerwone  ćmy.  Całe jej życie,  aż do poznania  Carringtona  było  powolnym 

wysysaniem z niej chęci do życia, a ona poświeciła dla tych stworzeń wszystko, co jej pozostało, 

bo   tylko   w   ten   sposób   można   je   było   przepędzić   z   powrotem   w   przestrzeń   międzygwiezdną, 

wystraszyć  tak bardzo, aby przy następnej próbie podejścia do nas zatrzymali się w odległości 

milionów kilometrów. Potem z chęci życia nie zostało jej już nic - w każdym razie nie tyle, aby 

pragnęła je przedłużać. Chce uświadomić rym stworzeniom wartość jednostki, którą skruszył ich 

nierozważny   krok,   ogrom   straty   jaką   ponieśli   ludzie.   Jeśli   w   ich   emocjonalnym   repertuarze 

znajdują się żal i skrucha, chce je ujrzeć. A najbardziej, jak sądzę, chce im wybaczyć, a więc 

najpierw muszę przekazać im swoją skargę. Wierze, że ich reakcja na nią powie nam szybciej niż 

cokolwiek innego, czy możemy w ogóle nauczyć się komunikowania i pokojowego współżycia z 

nimi.

Oni respektują taniec, Ezeguielu, a kosztowali nas największą artystką naszych czasów. 

Rasa, która chce rozpocząć pertraktacje od jakiekogokolwiek innego oświadczenia jest rasą, której 

raczej nie chce reprezentować. Norrey i reszta naszego zespołu przyznają mi rację.

Milczał  dłuższą chwile.  Ostatnią  rzeczą,  z jaką pogodzi się dyplomata  jest niemożność 

osiągnięcia kompromisu. Ale w końcu powiedział:

background image

 - Nadążam za tokiem twego rozumowania, Charles. I przyznaje, że doprowadza mnie to do 

tych samych wniosków. - Westchnął. - Masz rację. - Skłonie pozostałych do zaakceptowania twojej 

koncepcji.   -   Odepchnął   się   od   ściany   i   podpłynąwszy   do   mnie   położył   swe   pomarszczone, 

guzłowate dłonie na mych ramionach. - Dziękuje, że mi to objaśniłeś. Chodź, przygotujemy się do 

drogi i przedłożenia naszej skargi.

Przez   ponad   dwadzieścia   minut   naradzał   się   z   pozostałą   trójką   w   zamkniętej   kabinie   i 

wyszedł stamtąd z miną wielce zatroskaną. Mimo wszystko był najlepszym człowiekiem, jakiego 

mógł   wybrać   Wertheimer   na   przewodniczącego   delegacji.   Pół   godziny   później   byliśmy   już   w 

drodze.

background image

Rozdział 3

Skierowanie   “Siegfrieda"   z   orbity   Tytana   do   punktu   spotkania   bez   wprowadzania 

przyśpieszenia, które by nas zabiło, zajęło większą cześć dnia. Tytan jest potężnym księżycem i 

trudniej się od niego oderwać niż od naszego Księżyca. Na szczęście nie musieliśmy się od niego 

odrywać   zupełnie.   Wydłużaliśmy   po   prostu   promień   naszej   orbity.   Wszystkie   manewry   były 

wykonywane przynajmniej częściowo na wyczucie, ponieważ każda zmiana położenia w układzie 

Saturna   jest   problemem   wymagającym   Uwzględnienia   wpływu   dziesięciu   ciał   niebieskich   (nie 

wspominając   już  o Pierścieniu),  ale  w   tego  rodzaju astronawigowaniu  Bili   był   równorzędnym 

partnerem komputera. Tak jak się po nim spodziewałem, odwalił robotę światowej klasy nie tracąc 

paliwa i co ważniejsze, ani jednego pasażera. Najgorsze, co przyszło nam znieść, to piętnaście 

sekund pod przyśpieszeniem 0,6 g - istna męczarnia.

Każda odpowiednio zorientowana ściana może służyć za koje przyśpieszeniową - ponieważ 

na statku kosmicznym wszystko jest elegancko wyścielone. Nie wiem jak inni, ale Norrey i ja oraz 

każdy potrafiący przewidywać poddajemy się przyśpieszeniu nago. Jeśli trzeba leżeć plackiem na 

plecach pod przyśpieszeniem, to lepiej nie mieć miedzy sobą a płaszczyzną, na której się leży 

żadnych fałd garderoby.

Kiedy   odpłynęliśmy   swobodnie   od   ściany   i   zabrzmiał   klakson   oznajmiający: 

“przyśpieszenie zakończone", przywdzialiśmy te same skafandry próżniowe, które mieliśmy na 

sobie rok temu, na naszej Ostatniej Przejażdżce. Z pięciu modeli robionych na miarę skafandrów, 

których  używaliśmy,   w  tych   byliśmy  najbliżsi  całkowitej  nagości.  Przypominały  one  okrojone 

kostiumy topless z zaopatrzonym w kryzę, hełmem. Przezroczyste partie przylegały ściśle do ciała i 

były ledwo zauważalne: kąpielówki nie służyły tabu, lecz celom sanitarnym, a sekcja kryza - hełm 

ukrywała nieestetyczne elementy oprzyrządowania. Silniczki odrzutowe miały kształt ozdobnych 

obręczy nasuwanych na przeguby dłoni i kostki nóg. Elementy sterowania nimi były ukryte w 

rękawicach. Grupa jednomyślnie zdecydowała, że tych właśnie skafandrów użyjemy do naszego 

występu. Być może przez pojawienie się nago w kosmosie próbowaliśmy podświadomie dowieść 

naszego człowieczeństwa i zdementować pogłoski, że nie jesteśmy już ludźmi, na zasadzie dowodu 

nie wprost. Widzicie? Pępek. Widzicie? Sutki. Widzicie? Wielki paluch u nogi.

  - Cały kłopot z tymi skafandrami polega na tym, kochanie - powiedziałem uszczelniając 

swój - że widok ciebie w twoim zawsze zagraża wypchnięciem rurki cewnikowej mojego.

Uśmiechnęła się i poprawiła sobie lewą pierś, chociaż nie było to wcale konieczne.

background image

 - Spokojnie, chłopcze. Skoncentruj się na robocie - powiedziała i podpłynęła do telefonu. 

Włączyła go i spytała:

 - Linda? Co z dzieckiem?

Na   ekranie   pojawili   się   Linda   i   Tom,   pomagający   sobie   nawzajem   w   przywdziewaniu 

skafandrów.

 - Świetnie - zawołała wesoło Linda. - Ani drgnie. 

Tom uśmiechnął się do kamery i powiedział:

 - O co tu się martwić? Nadal pasuje do swojego skafandra.

Jego spokój  zrobił  na mnie  wrażenie  i  bardzo mnie  ucieszył.  Otwarty kosmos,  jak już 

wspominałem, jest środowiskiem uspokajającym - i co najważniejsze, Tom pozwolił, by Linda 

nauczyła go wielu ważnych rzeczy. Nie tylko tańca, oddychania i ćwiczeń medytacyjnych - tego 

uczyliśmy się wszyscy. Nie chodzi nawet o te rozbudowane instrukcje duchowe, których mu nie 

skąpiła, chociaż i one, oczywiście, pomogły.

Najbardziej podziałała tu jej miłość i jej oddanie, które w końcu rozplatały wszystkie supły 

w skołatanej duszy Toma. Jej miłość była tak wyraźnie autentyczna i szczera, że był zmuszony 

wziąć   ją   za   dobrą   monetą,   zmuszony   do   pokochania   trochę   bardziej   samego   siebie   -   co   jest 

niezbędne każdemu, kto chce się odprężyć.

Wymieniliśmy   z   Norrey   porozumiewawcze   uśmiechy   i   spojrzenia,   po   czym   ona 

powiedziała:

 - To fajnie, wiecie? Zobaczymy się w Garażu - i zgasiła ekran. Przepłynęła przez kabinę i 

znalazła się naprzeciw mnie.

 - Tom i Linda będą dla nas dobrymi partnerami - powiedziała i zamilkła.

Unosiliśmy   się   tak   przez   kilka   sekund,   zagubieni   jedno   w   oczach   drugiego,   a   potem 

odbiliśmy   się   jednocześnie   od   ścian   i   spotkaliśmy   w   czołowym   zderzeniu   na   środku 

pomieszczenia. Nasz uścisk był czterokończynowy i ognisty, był spazmatyczną próbą przebicia się 

przez granice ciała, kości i plastyku i dotknięcia się sercami.

 - Nie boje. się - powiedziała mi do ucha. - Powinnam się bać, a nie boje się. Wcale. Ale 

bałabym się, gdybym szła tam bez ciebie.

Usiłowałem odpowiedzieć i nie byłem w stanie. Przytuliłem ją tylko mocniej. A potem 

udaliśmy się na spotkanie z innymi.

***

Życie   na   “Siegfriedzie"   przypominało   raczej   podróż   pod   pokładem   luksusowego 

transatlantyka. Prom kosmiczny był bardziej podobny do autobusu albo samolotu. Rzędy foteli 

upchanych tak ciasno, że z ledwością można się miedzy nimi przecisnąć, wielka śluza powietrzna 

background image

na rufie, mniejsza w ścianie przedniej, okna po obu stronach, z tyłu silniki. Ale patrząc z zewnątrz 

okazywało   się,   że   ten   autobus   czy"   samolot   pcha   przed   sobą   ogromny   bąbel:   dziób   promu 

stanowiła przezroczysta kula o średnicy dwudziestu metrów, będąca kopułą obserwacyjną, z której 

grupa dyplomatów miała patrzeć na nasz występ. Wyposażenie techniczne kuli ograniczono do 

minimum,   by   nie   przesłaniało   widoku.   Sam   komputer   znajdował   się   na   “Siegfriedzie",   a 

zainstalowany na promie terminal był bardzo mary; nieco większymi wymiarami charakteryzowało 

się pięć monitorów ekranowych, a autonomiczne układy sterowania Limuzyny były nadzorowane 

przez wydzielony moduł tego samego komputera. W tym kinie nie było drugich miejsc.

Napływały,   oczywiście,   strzępy   ostatnich   pouczeń   z   Ziemi,   ale   nawet   dyplomaci   nie 

zwracali na nie najmniejszej uwagi. Podczas lotu nie było prawie wcale rozmów. Każdy wybiegał 

myślami do rychłego spotkania, a nasz Główny Plan, o ile mogliśmy w ogóle utrzymywać, że go 

mamy, został już dawno nakreślony.

Poświeciliśmy   cały   rok   na   studiowanie   komputerowych   analiz   obu   stron   “Gwiezdnego 

tańca" i wynieśliśmy z nich wystarczająco dużo informacji, by z góry opracować choreografię 

występu. Około godziny tańca, rodzaj “Pozdrowienia Mandaryna". Pod koniec tej godziny albo 

będziemy mieli nawiązany kontakt telepatyczny, albo nie. Jeśli tak, przełączymy ten telefon na 

dyplomatów. Poprzez usta DeLaTorry prześlą oni swe oświadczenie, a my przetłumaczymy obcym 

ich  słowa najlepiej,  jak umiemy.  Jeśli,  z jakiejkolwiek przyczyny,  nie  będzie  można  dojść do 

porozumienia, też to odtańczymy.  W przypadku nienawiązania  kontaktu mieliśmy obserwować 

reakcje   obcych   na   występ   i   dokonać   próby   jej   przetłumaczenia   z   pomocą   komputera.   Wtedy 

dyplomaci   opracują   swoją   odpowiedź,   komputer   przekaże   nam   jej   notacje   choreograficzną   i 

spróbujemy w ten sposób. Jeśli z upływem dziewięciu godzin nie dojdziemy do żadnych rezultatów 

- nazywaliśmy to dniem - wracamy Limuzyną na “Siegfrieda" i próbujemy znowu nazajutrz. Jeśli 

osiągniemy   dobre   lub   chociaż   obiecujące   wyniki,   to   mamy   wystarczająco   dużo   powietrza   w 

zbiornikach, by pozostawać w kosmosie choćby i przez tydzień - a żywności, wody i środków 

higieny było pod dostatkiem w przymocowanej do Limuzyny Kostce.

Jednak   wszyscy   się,   spodziewaliśmy,   że   głównie   będziemy   grać   z   kapelusza.   Nasza 

ignorancja była tak całkowita, że nic nie mogło jej przełamać i wszyscy to wiedzieliśmy.

W   przedziale   pasażerskim   był   tylko   jeden   ekran   wideo   i   przez   całą   krótką   podróż 

wypełniała go twarz Billa Coxa. Informował nas na bieżąco o zachowaniu się obcych, a było ono 

statyczne. W końcu manewr hamowania dobiegł końca, a my zatonęliśmy na chwile w fotelach, 

podczas gdy Limuzyna odwracała się o sto osiemdziesiąt stopni, by zwrócić kopułę obserwacyjną 

w stronę obcych. Wreszcie tu byliśmy, na skrzyżowaniu dróg. Dyplomaci odpięli pasy i przeszli do 

przodu, do śluzy powietrznej kopuły. Gwiezdni Tancerze skierowali się na rufę, do większej śluzy 

background image

powietrznej. Tej, nad którą płonął napis WYJŚCIE. 

Rozumiejąc się bez słów zawiśliśmy tam na chwile w powietrzu i spoglądaliśmy po sobie. 

Nikt się nie poruszaj. Ostatni rok" scementował naszą rodzinę; zaczynała wytwarzać się miedzy 

nami jakaś telepatyczna wieź. Nie potrzebowaliśmy słów. Byliśmy gotowi.

I   uśmiechnąwszy   się   tylko   idiotycznie   od   ucha   do   ucha   połączyliśmy   nasze   dłonie   i 

utworzyliśmy wokół wejścia do śluzy Płatek Śniegu.

Potem Harry i Raoul odłączyli od nas, pocałowali jeden drugiego, założyli hełmy i znikli w 

śluzie, aby zmontować nasze dekoracje. W śluzie było miejsce dla czworga; wcisnęli się tam za 

nimi Tom i Linda. Przygotują Kostkę i zaczekają na nas.

Drzwi zasunęły się za nimi, a my z Norrey pocałowaliśmy się po raz ostatni.

 - Nic nie mów - powiedziałem, a ona lekko skinęła głową.

 - Panie Armstead? - doleciał mnie głos zza pleców, 

 - Tak, doktorze Chen?

Wychylał   się   do   połowy   z   przeciwległej   śluzy   powietrznej.   Był   sam.   Nie   zdradzając 

żadnych uczuć ani mimiką twarzy, ani barwą głosu powiedział:

 - Rozwalenia uszczelki. Uśmiechnąłem się.

 - Dziękuje, sir.

I weszliśmy do śluzy.

***

Poza deja vu istnieje jeszcze inny rodzaj uczucia, że przeżywało się już kiedyś  obecną 

sytuacje. Jest to czymś silniejszym niż wspomnienie. Pojawia się jak spadające z oczu łuski.

Tego typu przypomnienie naszło mnie teraz, gdy znowu ujrzałem obcych.

Czerwone ćmy.  Jak jarzące się węgielki bez węgla w środku, wirujące w czymś  mniej 

namacalnym od kopuły obserwacyjnej Limuzyny, w czymś potężniejszym od “Siegfrieda". Wirując 

bez ustanku, bez ustanku zmieniając kreślone wzory, przyciągały oko jak taniec kobry.

I   w   tym   właśnie   momencie   wydało   mi   się,   że   całe   moje   życie   było   chwilami,   które 

spędziłem w obecności tych istot - że odstępy czasu miedzy tymi chwilami, nawet nie mające 

końca godziny studiowania  taśm z tańcem obcych  i wysiłków  zrozumienia  go są nierealnymi, 

blaknącymi już w mej pamięci cieniami. Zawsze znałem obcych. Zawsze będę ich znał, a oni mnie. 

Cofnęliśmy się razem w czasie o miliard lat. Przypominało to powrót do domu, do mamy i taty, 

którzy są niezmienni i wieczni. “Hej!" - chciałem krzyknąć do nich. “Przestałem już uważać się za 

kalekę". Tak jak dzieciak mógłby dumnie oznajmić rodzicom, że zdał trudny test z chemii...

Potrząsnąłem   dziko   głową   i   pozbyłem   się   tego   uczucia.   Pomogło   odwrócenie   wzroku. 

Wszystko w otaczającej mnie inscenizacji mówiło, że od naszego ostatniego spotkania zaszło coś 

background image

więcej   niż   tylko   bezładne   sny.   Tuż   za   obcymi   żółcią   i   brązem   świecił   potężny,   otoczony 

pierścieniem   roziskrzonego  ognia  Saturn.  Słońce  za  moimi   plecami  dostarczało   tu  tylko   jeden 

procent światła, jakim oświetla Ziemie - ale ta różnica była niedostrzegalna: oko Ziemianina z 

natury   odfiltrowuje   99%   docierającego   doń   światła   (uświadomiłem   sobie   nagle   ten   zbieg 

okoliczności   -   miejsce,   które   obcy   wybrali   na   spotkanie   znajdowało   się   w   precyzyjnie   takiej 

odległości od Słońca, aby człowiek mógł tam zarówno dotrzeć, jak i widzieć prawidłowo), j

Znajdowaliśmy się “nad" Pierścieniem. To nie da się opisać.

“Na prawo" ode mnie unosił się Tytan - mniejszy od Księżyca oglądanego z Ziemi, ale 

wyraźnie  widoczny.  Z naszej perspektywy znajdował się w trzeciej  kwadrze.  Tam,  gdzie jego 

terminator   był   zwrócony   do   Saturna,   posępna,   czerwona   barwa   rozjaśniała   się   w   odcień 

krwawopomarańczowy.   Ten   wielki   księżyc   spoglądał   na   nasze   poczynania   jak   zamglone, 

złowróżbne oko.

A wokół mnie dryfowali w próżni moi towarzysze, zapatrzeni, zahipnotyzowani.

Tylko Tom zdradzał trzeźwość umysłu. Podobnie jak ja odnawiał tylko starą znajomość - 

odświeżenie dawnych wspomnień zabiera mniej czasu niż zyskanie nowych.

Tym razem Wszyscy znaliśmy ich lepiej - nawet ci, którzy widzieli ich po raz pierwszy. 

Podczas ostatniej konfrontacji Shara zdawała się ich w pewnym stopniu rozumieć - bo mnie; bez 

względu na to, jak intensywnie! ich obserwowałem, zrozumienie ich tańca wciąż umykało. Teraz 

mój   umysł   był   wolny   od   przerażenia)   moje   oczy   nie   były   zaślepione   rozpaczą,   moje   serce 

spokojne. Czułem tak, jak czuła Shara, widziałem, co widziała ona i potwierdzałem jej intuicyjny 

osąd:

“Bije od nich przeświadczenie o swej wyższości. Ich taniec jest wyzwaniem, prowokacją... 

biologowie przyglądający się błazeństwom nieznanych, nowych istot... Potrzebna im Ziemia... po 

orbitach.   Jak   pieczołowicie   wychoreografowanych,   jak   orbity   elektronów...   potrafią   uniknąć 

wszystkiego albo wytrzymać wszystko, czym może ich zaatakować Ziemia. Ja to wiem".

Z zadumy wyrwał mnie głos Coxa.

 - “Siegfried" do Gwiezdnych Tancerzy. Tak, to ci sami.

Przygotowywaliśmy się na ewentualność, że może to być inna grupa obcych - dajmy na to 

policjanci tropiący tamtych, albo może druga tura uczestników wycieczki do Układu Słonecznego. 

Byliśmy przygotowani  nawet na mało  prawdopodobne ewentualności. Bili  powiedział  nam,  że 

przewertowali   z   dyplomatami   i   komputerem   kilka   plików   scenariuszy,   przechowywanych   w 

bankach pamięci i wybrali do realizacji Plan A. Ale my, Gwiezdni Tancerze, oceniliśmy to już na 

oko.

background image

 - Roger, “Siegfried" - potwierdziłem odbiór. - Mam kiepską pamięć do nazwisk, ale twarzy 

nigdy nie zapominam.

 - Zaczynajcie swój program.

  - W porządku, wszyscy na miejsca. Harry, Raoul, rozstawcie dekoracje i sprawdźcie je. 

Tom i Linda, wy wyprowadźcie Kostkę na jakieś dwadzieścia kilometrów od nas, okay? Norrey, 

pomóż mi przy ustawianiu kamer, spotykamy się za dwadzieścia minut przy Kostce. Naprzód.

Zestaw dekoracji był minimalny. Składał się głównie z markerów siatki. Przekonanie się, że 

wszelkie   próby   wykorzystania   efektów   błyskowych   w   bliskim   sąsiedztwie   Pierścienia   będą 

pozbawione sensu nie zabrało Raoulowi wiele czasu. Jego bateria laserów śledzących była małej 

mocy i mogła służyć tylko do oświetlania barwnym światłem nas, tancerzy oraz do stwierdzenia 

jak obcy zareagują na obecność laserów, co było jej faktycznym przeznaczeniem. Uważałem to za 

cholernie głupi pomysł - przypomniał mi się papież Leon dłubiący w zębach sztyletem podczas 

targów z Attylą - i cała nasza grupa, łącznie z Raoulem, była co do tego zgodna. Wszyscy byliśmy 

za zastosowaniem konwencjonalnego oświetlenia.

Ale przekonanie dyplomatów tego kalibru wymagało poczynienia pewnych ustępstw.

Markery siatki były kolorowymi organami, sterowanymi z klawiatury Musicmastera Raoula 

za pośrednictwem układu skonstruowanego przez Harry'ego. Gdyby obcy zareagowali zauważalnie 

na barwne sygnały, Flaoul spróbuje wykorzystać swój instrument do stworzenia wizualnej muzyki, 

wspomoże nasze wysiłki, komponując podkład barwnego spektrum do naszego tańca. Tak samo jak 

zakres   akustyczny   Musicmastera   przekraczał   po   obu   końcach   pasmo   słyszalności,   tak   zakres 

spektralny barwnych organów wychodził poza pasmo widzialne. Gdyby jeżyk obcych obejmował 

te subtelności, mogliśmy dzięki nim wzbogacić naszą konwersacje.

Wyjściowy sygnał akustyczny Musicmastera będzie przekazywany do naszych odbiorników 

i utrzymywany na poziomie grubo poniżej konwersacyjnego. Naszym zamiarem było wzmocnienie 

możliwego, obopólnego rezonansu telepatycznego i w ten sposób zapatrywaliśmy się na muzykę) 

Raoula.

Norrey i ja rozstawiliśmy pięć kamer w otwarty, zwrócony podstawą ku obcym stożek. 

Żadne z nas nie przejawiało ochoty zajęcia obcych “od tyłu" i zainstalowania tam szóstej kamery, 

dzięki czemu uzyskalibyśmy sześciokamerową kule, jaką stosowaliśmy zwykle w domu celem 

objęcia   pełnych   trzystu   sześćdziesięciu   stopni.   To   miał   być   nasz   jedyny   taniec   filmowany   ze 

wszystkich stron z wyjątkiem tej, w którą był wymierzony, rejestrowany tylko “od tyłu".

Prawdę mówiąc nikt na tym nic nie tracił. To nie było wielkie artystyczne przeżycie. Nigdy 

nie zostanie zaprezentowane szerszej widowni. Z przyczyn zupełnie oczywistych: ten taniec nie był 

przeznaczony dla istot ludzkich.

background image

Ale sądzę, że Sharze podobałby się.

***

W końcu dekoracje zostały rozstawione. Scena była przygotowana, a my uformowaliśmy 

wokół Kostki Płatek Śniegu.

 - Uważaj na oddech, Charlie - przypomniała mi Norrey.

 - Masz rację, kochana. - Moje płuca odbierały rozkazy z przysadki mózgowej. Skupiłem 

się na nadaniu memu oddechowi miarowości i wkrótce wszyscy oddychaliśmy unisono - wdech, 

wstrzymanie, wydech, wstrzymanie - starając się wydłużyć odstępy pomiędzy kolejnymi fazami 

dój  pięciu   sekund. Moje  podniecenie  zaczęło  topnieć   jak  wakacyjne  pieniądze,   moja  zdolność 

postrzegania   rozszerzyła   się   sferycznie   i   poczułem   moją   rodzinę,   tak,   jakby   z   dłoni   do   dłoni 

przepłynął jakiś ładunek elektryczny, dostrajając nas do siebie. Staliśmy się jak igły kompasów, 

zwrócone w kierunku bieguna, zgrane z wyimaginowanym punktem, tkwiącym gdzieś pośrodku 

naszego   kręgu.   To   była   budująca   analogia   -   jakkolwiek   rozproszylibyście   magnesy   w   stanie 

nieważkości,   to   w   końcu   spotykają   się   one   znowu   przy   biegunie.   Byliśmy   rodziną;   byliśmy 

jednym.

 - Panie Armstead - burknął Silverman - jestem przekonany, że sprawi panu przyjemność 

świadomość, iż w tej chwili świat rzeczywiście na was liczy. Czy możemy zaczynać?

Uśmiechnąłem   się   tylko.   Wszyscy   się   uśmiechnęliśmy.   Bili   zaczął   coś   mówić,   ale   mu 

przerwałem:

  - Oczywiście,  panie ambasadorze.  Natychmiast.  - Rozproszyliśmy  Płatek  Śniegu, a ja, 

włączywszy silniczki, podpłynąłem do górnej konsoli sterowniczej Kostki.

 - Program załadowany i... uruchomiony, światła włączone, kamery nagrzane, cztery, trzy, 

dwa, kurtyna!

Niczym jedna istota wkroczyliśmy na naszą scenę.

***

Stopami do przodu, z rękoma uniesionymi wysoko nad głową nurkowaliśmy na rój ciem.

Markery  sceny   Raoula   pulsowały   delikatnie   barwną   analogią   nadzwyczajnego   kawałka, 

który nazwał ,,Bluesem Shary". Otwierające go akordy utrzymane są w głęboko basowej tonacji; 

przekładane są na jeżyk barw jako wszystkie odcienie błękitu. Wokół nas jakiś nieprawdopodobny 

przepych barw - Saturn, Pierścień, obcy, Tytan, lasery, światełka kamer, Kostka, Limuzyna niczym 

jasnoczerwony flesz oraz dwa inne księżyce, których nie znam z nazwy - wszystko zdaje się tylko 

podkreślać nie dającą się znieść czerń pustego, zamkniętego wokół nas kosmosu, bezmiar morza 

czarnego atramentu, przez które płyniemy - tak planety, jak i ludzie. Iście kosmiczna perspektywa, 

której to dostarczało, była wspaniała, uspokajająca. “Czym jest człowiek czy ćma, byś Ty troszczył 

background image

się o nich?"

To   nie   była   ucieczka   od   rzeczywistości.   Wprost   przeciwnie:   nigdy   nie   czułem   się   tak 

świadomy otaczającego mnie świata. Po raz pierwszy od lat świadom byłem przylegania skafandra 

próżniowego do mej skóry, świadom oddechów w mych słuchawkach, świadom uścisku czujników 

telemetrycznych i cewnika, świadom woni wydzielanej przez me ciało i zapachu powietrza, którym 

oddychałem   i   cichego   szelestu   mych   włosów   ocierających   się   o   wewnętrzną   stronę   hełmu. 

Postrzegałem całkowicie, funkcjonując z pełną wydajnością, świadomy wszystkiego i trochę tym 

przestraszony. Czułem się bez reszty szczęśliwy.

Muzyka wzmogła się raptownie. Rozpięta daleko siatka pulsowała kolorem.

Włączyliśmy pełny ciąg. Cała nasza czwórka lecąc w ciasnej formacji, zdawała się pikować 

z   wielkiej   wysokości   na   rój   obcych.   Rośli   w   naszych   oczach   z   zapierającą   dech   w   piersiach 

gwałtownością, ale gdy wydałem komendę “stój" znajdowaliśmy się jeszcze w odległości trzech 

kilometrów  od nich. Usztywniliśmy  nasze ciała,  zorientowaliśmy  je w  przestrzeni  i na rozkaz 

wyzwoliliśmy  jednocześnie  moc  z silniczków  przymocowanych  do naszych  pięt. Zatoczyliśmy 

pełne koła, przy czym każde z nas okrążało inny punkt kompasowy kuli obcych. Wzięliśmy ją w 

nawiasy  naszymi  ciałami.   Po wykonaniu   trzech  pełnych   okrążeń  rozproszyliśmy  się  unisono  i 

spotkaliśmy w tym samym punkcie przestrzeni, z którego wyruszyliśmy, zwalniając przy zbliżaniu 

się do niego. Zatrzymaliśmy się, hamując ostro. Wirowaliśmy w kosmosie przyglądając się obcym. 

Rozproszyliśmy   się   znowu,   zajęliśmy   pozycje   w   narożnikach   kwadratu   o   boku   pięćdziesięciu 

metrów i czekaliśmy.

“Znowu tu jestem,  ćmy"  - myślałem.  “Nienawidzę  was  od dawna. O  mało  już się  nie 

wykończyłem z tej nienawiści".

Lasery   oświetlały   nas   na   czerwono,   niebiesko,   żółto   i   zielono,   a   Raoul   poniechał 

skomponowanej przez siebie muzyki na rzecz nowej improwizacji; jego pajęcze palce snuły linie 

melodyczne nie do pomyślenia jeszcze godzinę temu, szyjąc niebo barwa, a nasze uszy dźwiękiem. 

Przypominało to nalewanie bólu do naczynia o nieodpowiedniej pojemności.

Z taką oprawą muzyczną i z kosmosem w tle zatańczyliśmy. Mechaniczna struktura tego 

tańca, jego “kroki" i wzajemne ich powiązanie na zawsze już pozostanie dla, was tajemnicą i nie 

będę   nawet   próbował   jej   opisywać.   Zaczynało   się   powoli   i   z   wahaniem,   tak   jak   Shara 

rozpoczęliśmy od definiowania pojęć. Tak samo jak ona zwracaliśmy na choreografię mniej niż 

polowe naszej uwagi.

Przynajmniej   trzecia   cześć   naszych   umysłów   była   zaprzątnięta   przekładaniem 

komputerowych   tematów   na   terminy   artystyczne,   ale   równie   duża   ich   cześć   wytężała   się, 

wypatrując jakiejkolwiek reakcji ze strony obcych, nastawiała oczyma, uszami, skórą, mózgiem na 

background image

odbiór jakiegokolwiek odzewu, uczulała się na jakąkolwiek dającą się zrozumieć zmianę. I taką 

samą   częścią   naszych   umysłów   wyczuwaliśmy   jedno   drugie,   staraliśmy   się   połączyć   nasze 

świadomości przez metry dzielącej nas czarnej próżni, by widzieć tak, jak widzieli obcy, wieloma 

oczyma na raz.

I coś zaczęło się dziać...

Zaczęło się wolno, subtelnie, w zlewających się ze sobą etapach. Mając za sobą rok studiów 

stwierdziłem   po   prostu,   że   rozumiem   i   bez   zdziwienia   lub   fascynacji   zaakceptowałem   to 

pojmowanie. W pierwszej chwili myślałem, że obcy zwolnili - ale potem zauważyłem, znowu bez 

fascynacji, iż spowolnieniu w równym stopniu uległy mój puls i oddechy wszystkich. Czas dla 

mnie przyśpieszył. Wyciągałem maksimum informacji z każdej sekundy życia, ogarniałem całość 

swego   istnienia.   Eksperymentując,   przyśpieszyłem   jeszcze   trochę   moje   poczucie   czasu   i 

dostrzegłem,   że   szaleństwo   obcych   zwalnia   do   szybkości,   którą   już   każdy   mógł   objąć   swym 

umysłem. Byłem świadom, że mogę całkiem zatrzymać bieg czasu, ale nie chciałem jeszcze tego 

czynić.   Studiowałem   ich   zachowanie   z   nieskończonym   brakiem   pośpiechu   i   coraz   lepiej   ich 

rozumiałem.   Stało   się   teraz   dla   mnie   jasne,   że   istnieje   jakaś   wyraźnie   określona,   chociaż 

niewidzialna   energia,   która   utrzymuje   ich   na   tych   współzależnych,   ciasnych   orbitach,   coś   jak 

elektromagnetyzm utrzymujący na wyznaczonych torach elektrony. Ale energia ta wrzała wściekle 

za ich zgodą, a oni ślizgali się po jej falach niczym kawałki drewna, które za sprawą jakiejś magii 

nigdy   się   nie   zderzają.   Tworzyli   przed   sobą   nie   kończący   się   walec.   Powoli,   bardzo   powoli 

zacząłem zdawać sobie sprawę, że ich energia jest bardziej niż analogiczna do energii łączącej 

mnie z mą rodziną. To, po czym surfowali, było ich świadomością wzajemnego istnienia i istnienia 

Wszechświata wokół nich.

Moja   własna   świadomość   mej   rodziny   przeskoczyła   na   wyższy   poziom.   Słyszałem 

oddychającą   Norrey,   widziałem   jej   oczyma,   czułem   jak   rwie   mnie   zwichnięta   kostka   Tomą, 

czułem,   jak   w   mym   łonie   porusza   się   dziecko   Lindy,   obserwowałem   nas   wszystkich   oczyma 

Harry'ego i kląłem pod jego nosem wraz z nim, pędziłem w dół ramienia Raoula aż do koniuszków 

jego palców i z powrotem do swych uszu. Byłem sześciomózgim Płatkiem Śniegu, istniejącym 

jednocześnie w przestrzeni i w czasie, i "w myśli, i w muzyce, i w tańcu, i w barwie, i w czymś, 

czego jeszcze nie potrafiłem nazwać, i to wszystko zmierzało ku pełnej harmonii.

Ani  przez  moment   nie  ogarniało   mnie   uczucie   odrzucania   czy  utraty mojego  ja,  mojej 

osobowości. Była przez cały czas w moim ciele i mózgu, tam, gdzie ją pozostawiłem, nie mogła 

być  gdzie indziej, istniała jak przedtem. To było  tak, jak gdyby jej CZĘŚĆ istniała zawsze w 

oderwaniu od ciała i mózgu, jak gdyby mój mózg zawsze znał ten poziom, ale był niezdolny do 

rejestrowania płynących zeń informacji. Czyżby cała nasza szóstka była zawsze tak blisko siebie, 

background image

nieświadoma tego jak sześcioro samotnych ślepców w tym samym wycinku kosmosu? W sposób, 

w który,  zawsze nie zdając sobie z tego sprawy,  pragnąłem  to uczynić,  dotknąłem ich dusz i 

pokochałem je.

Zrozumieliśmy,   że   ten   poziom   postrzegania   pokazują   nam   obcy,   że   wprowadzają   nas 

cierpliwie, stopień po stopniu, po niewidzialnych schodach psychiki, prowadzących do tej nowej 

płaszczyzny. Jeśli miedzy nami a nimi przepływałaby jakakolwiek, możliwa do wykrycia przez 

człowieka energia, Bili Cox nagrzewałby już swoje działo laserowe i wrzeszczał, żebyśmy wracali, 

ale on nadal utrzymywał tylko łączność z dyplomatami, pozwalając nam tańczyć bez rozpraszania 

uwagi.

Ale komunikacja miedzy nami ą obcymi  odbywała się również na wykrywalnych przez 

przyrządy fizyczne poziomach. Początkowo obcy powtarzali tylko, jak echo, fragmenty naszego 

tańca, by zamanifestować emocjonalną lub fizyczną konotacje. Kiedy zauważyliśmy, że to robią 

wiedzieliśmy już, iż w pełni pojmują każdy niuans, jaki staraliśmy się wyrazić. Z czasem zaczęli 

reagować w sposób bardziej złożony, zaczęli modyfikować subtelnie figury tańca, którymi nam 

odpowiadali, tworząc wariacje na temat, potem kontrargumenty, następujące po sobie sugestie. Za 

każdym   razem,   kiedy   tak   czynili,   zaczynaliśmy   lepiej   ich   rozumieć,   chwytać   podstawy   ich 

“jeżyka",   a   co   za   tym   idzie,   ich   natury.   Zgadzali   się   z   naszym   pojmowaniem   sferyczności, 

grzecznie nie zgodzili się z naszym pojmowaniem moralności, zareagowali ożywioną aprobatą na 

wzmianki   o   bólu   i   radości.   Gdy   poznaliśmy   już   wystarczająco   dużo   “słów"   do   zbudowania 

“zdania", uczyniliśmy to:

  -  Przebyliśmy   ten   miliard   kilometrów,   żeby   was   zawstydzić,   a   teraz   sami   jesteśmy 

zawstydzeniu. Odpowiedź nadeszła od razu - współczująca i wesoła.

 - BZDURY - zdawali się mówić. - SKĄD MOGLIŚCIE WIEDZIEĆ?

 - Oczywiste było, że jesteście mądrzejsi od nas.

  -  NIE,   MY   TYLKO   WIĘCEJ   WIEDZIELIŚMY.   PRAWDĘ   MÓWIĄC,   BYLIŚMY 

KARYGODNIE NIETAKTOWNI I ZBYT NIECIERPLIWI.

 - Zbyt niecierpliwi? - powtórzyliśmy czujnie.

  -   ZNAJDOWALIŚMY   SIĘ   W   WIELKIEJ   POTRZEBIE   -   wszystkich   piećdziesiecioro 

pięcioro obcych zanurkowało nagle z różnymi prędkościami w kierunku środka swej kuli, cudem 

tylko unikając tam choćby jednego zderzenia. Wymowa tego była jasna jak słońce:

  -   TYLKO   PRZYPADEK   ZAPOBIEGŁ   CAŁKOWITEJ   ZAGŁADZIE.   Natura   tej 

całkowitej zagłady umknęła nam, “powiedzieliśmy" wiec:

  -  Nasza zmarła  siostra  przekazała  nam wiadomość,  że musieliście  złożyć  swą ikrę na 

świecie takim jak nasz. Czy dalej do tego dążycie: przyjść i żyć z ludźmi?

background image

Ich odpowiedź była ekwiwalentem kosmicznego śmiechu. Sprowadził się ostatecznie do 

jednego “zdania", którego trudno było nie zrozumieć:

 - WPROST PRZECIWNIE.

Nasz taniec załamał się na chwile, potem znowu odtworzył.

 - Nie rozumiemy.

Obcy   zawahali   się.   Emanowało   z   nich   coś   na   kształt   zatroskania,   coś   na   kształt 

współczucia.

  - MOŻEMY... MUSIMY WYJAŚNIĆ. ALE ZROZUMIENIE BĘDZIE BARDZO DLA 

WAS PRZYKRE. PRZYGOTUJCIE SIĘ NA TO.

Cząstka nas będąca Lindą zalała nas potopem matczynego ciepła, otoczką spokoju; zawsze 

modliła się najlepiej z nas. Raoul grał teraz tylko wytłumione A, które było przekładane na ciepły, 

złoty kolor. Żądza czynu Toma, wieczna siła Harry'ego, cicha zgodność Norrey,  moje własne, 

niezawodne poczucie humoru, nieskończona opiekuńczość Lindy i wytrwały upór Raoula zlały się, 

ze   sobą,   by   utworzyć   wspólnie   rodzaj   spokoju,   którego   nigdy   nie   zaznałem,   pogodnego 

opanowania  opartego na wrażeniu pełni. Uleciał  gdzieś  cały strach, wszystka  wątpliwość. Tak 

miało być.

 - Tak miało być - zatańczyliśmy. - Niech tak będzie.

Echo   nadeszło   natychmiast,   zabarwione   posmakiem   zadowolenia,   ojcowskiej   niemal 

aprobaty.

 - TERAZ!

Ich następne przesłanie było krótkim tańcem, tańcem stosunkowo prostym. Zrozumieliśmy, 

od   razu,   chociaż   był   dla   nas   całkowicie   nowy.   W   jednej,   bezczasowej   chwili   uchwyciliśmy 

wszystkie   jego   najpełniejsze   implikacje.   Taniec   ten   sprężył   każdą   nanosekundę   ponad   dwóch 

miliardów lat w pojedyncze pojecie, w pojedynczy, telepatyczny gestalt.

A pojecie to było w rzeczywistości tylko nazwą obcych.

Trwoga roztrzaskała Płatek Śniegu w sześć dyskretnych skorup. Byłem sam w mej czaszce 

w pustym kosmosie, z cienką warstewką plastyku pomiędzy mną a śmiercią, nagi i straszliwie 

przerażony. Czepiałem się dziko nie istniejącej deski ratunku. Przede mną, o wiele za blisko, roili 

się jak pszczoły obcy.  Gdy tak patrzyłem,  zaczęli się gromadzić w środku swej kuli formując 

najpierw otworek nie większy od nakłucia szpilki, potem otwór wielkości pieciocentówki, a w 

końcu wielką dziurę  w ścianie Piekła, pojedynczy,  jarzący się, czerwony węgielek  rozsadzany 

oszalałą energią. Jego jasność przyćmiewała nawet Słońce; mój hełm zaczął się automatycznie 

polaryzować.

Ledwie widoczny balon otaczający to stopione jądro zaczął wydzielać czerwony dym, który 

background image

snując się pełnymi gracji spiralami utworzył coś na kształt pierścienia. Wiedziałem od razu co to 

jest i do czego to jest, odrzuciłem w tył głowę i krzyknąłem, włączając w panicznym odruchu 

ucieczki wszystkie swoje silniczki.

Piąć krzyków odpowiedziało echem mojemu.

Zemdlałem.

background image

Rozdział 4

Leżałem na plecach z podciągniętymi kolanami i byłem o wiele za ciężki - ważyłem prawie 

dwadzieścia kilo. Żebra usiłowały mi rozsadzić klatkę piersiową. Miałem zły sen...

Sponad mnie dobiegały glosy przypominające brzmieniem nagrzewający się wzmacniacz 

lampowy, z początku urywane i zniekształcone, w końcu nabierające pewnej wyrazistości. Były 

blisko,   ale   zdawały   się   dochodzić   z   daleka,   jak   to   zwykle   bywa   w   zmniejszonym   ciśnieniu 

powietrza - ta pseudograwitacja też je męczyła.

  -   Towarzyszu,   pytam   po   raz   ostatni.   Dlaczego   wasi   koledzy   znajdują   się   w   stanie 

Datatonii? Dlaczego wy funkcjonujecie? Co się tam zdarzyło?!

 - Daj mu spokój, Ludmiło. On cię nie słyszy.

 - Musi mi odpowiedzieć!

  -   Zastrzelisz   go?   Jeśli   nawet   tak,   to   za   co?   Ten   człowiek   jest   bohaterem.   Jeśli   nie 

przestaniesz go nękać, sporządzę notatkę, na ten temat i dołączę ją do naszego wspólnego raportu 

oraz do mego własnego. Daj mu spokój! - Głos Chen Ten Li był całkowicie opanowany i obojętny 

aż do tego ostatniego, rzuconego z wściekłością rozkazu. Zaskoczyło mnie to i otworzyłem oczy, z 

czym ociągałem się od chwili, gdy zaczęły docierać do mnie te głosy.

Znajdowaliśmy się w Limuzynie. Wszyscy dziesięcioro - cztery skafandry Sił Kosmicznych 

i sześć jaskrawo barwionych skafandrów Gwiezdnych  Tancerzy - kworum kręgli przypasanych 

dwójkami   w   pionowym   kanale.   Norrey   i   ja   zajmowaliśmy   miejsca   w   ostatnim,   czyli   dolnym 

rzędzie. Najwyraźniej wracaliśmy na pełnym ciągu na “Siegfrieda", z przyspieszeniem co najmniej 

1/4 g. Odwróciłem od razu głowę i spojrzałem na siedzącą obok mnie Norrey. Zdawała się spać 

spokojnie. Gwiazdy, które ujrzałem przez okno za nią powiedziały mi, że wykonaliśmy już zwrot i 

wyhamowujemy.

Musiałem długo być nieprzytomny.

We śnie wszystko mi się w jakiś sposób poukładało. Moja podświadomość utrzymywała 

mnie bez przytomności, aż stałem się gotów do stawienia czoła faktom i ani chwili dłużej. Cząstka 

mego umysłu wrzała z podniecenia, ale teraz panowałem nad nią i utrzymywałem ją na dystans. 

Większa   cześć   była   spokojna.   Miałem   teraz   odpowiedź   na   wszystkie   niemal   pytania   i   strach 

skurczył  się  do  rozmiarów,   które  można  już było  znieść.  Wiedziałem   na pewno,  że  z Norrey 

wszystko  jest dobrze,  że w  swoim czasie  dojdą  do siebie  wszyscy z nas. Nie była  to wiedza 

bezpośrednia; wieź telepatyczna uległa przerwaniu. Ale znałem swoją rodzinę. Nasze losy uległy 

nieodwracalnej zmianie; jakiej, jeszcze nie wiedzieliśmy - ale odkryjemy to wspólnymi siłami.

background image

Teraz, jeden za drugim, nadejdą przynajmniej dwa kryzysy i będą one naszym udziałem.

Najpierw sprawy nie cierpiące zwłoki.

 - Harry - zawołałem - odwaliłeś kawał dobrej roboty. Odpocznij sobie teraz.

Odwrócił   swoją   wielką,   krótko   przystrzyżoną   głowę,   i   popatrzył   na   mnie   zza   swego 

podgłówka na wysokości dwóch rzędów. Uśmiechnął się zadowolony.

  - O  mało  nie - zgubiłem  jego grającej  skrzynki  - powiedział  przyciszonym  głosem.  - 

Wymknęła mi się, gdy pojawiło się ciążenie - i zaraz odwrócił głowę i zasnął pochrapując.

Uśmiechnąłem   się   pobłażliwe   sam   do   siebie.   Powinienem   się   był   tego   spodziewać, 

powinienem wiedzieć, że to Harry, barczysty, wielkiego serca Harry okaże się najsilniejszy z nas. 

Że to Harry - inżynier budownictwa dowiedzie swej niezłomnej wytrzymałości. Szerokość jego 

ramion   równała   się   wielkości   jego   serca,   a   wciąż   nie   było   wiadomo   ile   straszliwego   wysiłku 

kosztowały go ostatnie wypadki. Obudzi się po godzinie jak odmłodzony gigant.

Dyplomaci  wrzeszczeli  coś do mnie  od chwili, gdy odezwałem  się do Hanyego.  Teraz 

zwróciłem na nich uwagę.

 - Pojedynczo, proszę.

Na Boga, nie zamilkło żadne z tej czwórki. Chociaż wiedzieli, że robią głupio mówiąc 

wszyscy naraz. Nie mogli się po prostu powstrzymać.

 - ZAMKNĄĆ SIĘ! - buchnął z głośnika głos Billa przekrzykując te kakofonie. Zamknęli 

się i odwrócili głowy, by spojrzeć na ekran wypełniony jego twarzą.

 - Charlie - ciągnął Bili z naciskiem w głosie, szukając mej twarzy na swoim ekranie - czy 

nadal jesteś człowiekiem?

Wiedziałem,   o   co   pyta.   Czy   obcy   w   jakiś   telepatyczny   sposób   nie   przejęli   nade   mną 

kontroli? Czy nadal byłem panem samego siebie, czy też mą czaszkę zamieszkiwał agresywny 

umysł - rój sterujący mymi przełącznikami i organami? Omawialiśmy te możliwość od początku 

podróży   i   wiedziałem,   że   jeśli   moja   odpowiedź   wzbudzi   w   nim   jakąkolwiek   wątpliwość,   bez 

wahania zniszczy nas i wykurzy z kosmosu. Najmniejsza moc siły ognia, jaką dysponował, w 

mgnieniu oka zamieniłaby Limuzynę w parę.

Uśmiechnąłem się.

 - Dopiero od dwóch czy trzech lat, Bili. Przedtem byłem półkrwi sukinsynem. Potem się 

odpręży, teraz był zbyt zajęty.

 - Mam ich rozwalić?

  -   Nie!   Wstrzymaj   ogień!   Bili,   posłuchaj   mnie   uważnie:   jeśli   strzelisz   do   nich,   a   oni 

kiedykolwiek się o tym dowiedzą, mogą przystąpić do ofensywy. Wiem, że masz Rozwalacz Planet 

- zapomnij o nim: “oni potrafią zgasić stąd Słońce".

background image

Pobladł,   a   dyplomaci   trwali   w   zaszokowanym   milczeniu   odwracając   się   z   wyraźnym 

wysiłkiem, by wlepić we mnie rozszerzone przerażeniem oczy.

 - Jesteśmy prawie w domu - ciągnąłem stanowczym tonem. - Konferencja odbędzie się w 

sali gimnastycznej, gdy tylko wszyscy doprowadzimy się do porządku. Zwołaj ją za dwie godziny. 

Obecność wszystkich obowiązkowa. Odpowiemy wtedy na wszystkie wasze pytania - ale do tego 

czasu musicie po prostu zaczekać. Przeżyliśmy cholerny szok; potrzebujemy czasu, żeby przyjść do 

siebie.   -   Siedząca   obok   mnie   Norrey   zaczęła   się   poruszać,   a   Linda   zdawała   się   już   patrzeć 

przytomnie. Tom, z wielką ostrożnością, kiwał głową na boki. - Teraz muszę się zająć swoją żoną i 

naszą ciężarną. Ściągnijcie nas do domu i zaprowadźcie do naszych kajut. Spotkamy się z wami za 

dwie godziny.

Billowi nie przypadło to do gustu, ale znikł z ekranu i zajął się sprowadzeniem nas do 

domu. Dyplomaci, nawet Dmirow i Silverman, milczeli, trochę się nas bojąc.

Do   czasu   dokowania   wszyscy   czuli   się   już   dobrze,   oprócz   Harry'ego   i   Raoula,   którzy 

drzemali obok siebie. Odnotowaliśmy obu do ich kajuty, obmyliśmy delikatnie, przypasaliśmy do 

hamaka, żeby nie dodryfowali do siateczki kanału wentylacyjnego i nie utonęli w dwutlenku węgla, 

po czym zgasiliśmy światło. Objęli się automatycznie przez sen, oddychając tym samym rytmem. 

Musicmastera Raoula zostawiliśmy przy drzwiach, na wypadek, gdyby go do czegoś potrzebował, 

potem wypłynęliśmy na korytarz. 

Później   wróciliśmy   do   swoich   kajut,   wzięliśmy   prysznic   i   kochaliśmy   się   przez   dwie 

godziny.

***

Sala gimnastyczna była jedynym pomieszczeniem na “Siegfriedzie", mogącym pomieścić 

wygodnie   wszystkich   pasażerów   statku.   Ewentualnie   mogliśmy   stłoczyć   się   w   messie;   często 

robiliśmy to w porze obiadowej. Jednak teraz potrzebne mi było pomieszczenie przestronne. Sala 

gimnastyczna   była   sześcianem   o  boku  jakichś   trzydziestu  metrów.   Jedna  ze  ścian   była  usiana 

różnego rodzaju przyrządami do ćwiczeń w stanie nieważkości. Na wspornikach zainstalowanych 

w   drugiej   ścianie   wisiały   kręgle,   koła   hola   -   hoop   i   piłki.   Dwie   przeciwległe   ściany   były 

trampolinami. Ta sala zapewniała przestronność, dobrą widoczność i możliwość manewru.

I było  to jedyne  pomieszczenie  na statku,  które zaprojektowano  bez żadnego  wyraźnie 

określonego pionu lokalnego.

Dyplomaci wybrali sobie taki pion, oczywiście arbitralnie, ustawiając się pod gołą ścianą, 

będącą boiskiem do piłki ręcznej, przez co znajdujące się naprzeciw siebie trampoliny były dla nich 

“podłogą" i “sufitem". My, Gwiezdni Tancerze, zajęliśmy miejsca pod ścianą przeciwległa, pośród 

przyrządów do ćwiczeń, przytrzymując się ich rękoma i stopami. Bili i pułkownik Song wybrali 

background image

sobie ścianę po naszej lewej ręce.

 - Zaczynajmy - powiedziałem, gdy wszyscy zajęli już swe miejsca.

  - Po pierwsze, panie Armstead  - odezwał się urażonym  tonem Silverman  - chciałbym 

złożyć   protest   przeciw   bezwzględnemu   sposobowi,   w   jaki   dla   własnej   wygody   zwlekał   pan  z 

zapoznaniem nas, tu obecnych, z zaistniałymi wypadkami...

 - Sheldonie... - zaczął znużonym głosem DeLaTorre.

  - Nie, sir - przerwał mu Silverman. - Stanowczo protestuje. Czy jesteśmy dziećmi, żeby 

przez dwie godziny trzymać nas, kręcących młynka kciukami? Czy wszyscy ludzie na Ziemi już 

tak nic nie znaczą, że każe im się czekać w niepewności przez trzy i pół godziny bo ci “artyści" 

urządzają sobie orgie?

  -   Wygląda   mi   na   to,   że   nie   kręcił   pan   kciukami,   a   potencjometrami   aparatów 

podsłuchowych - powiedział wesoło Tom. - Wiesz co, Silverman? Przez cały czas zdawałem sobie 

sprawę,   że   podsłuchujesz.   Nic   sobie   z   tego   nie   robiłem.   Wiedziałem,   jak   bardzo   musi   cię   to 

podniecać.

Twarz Silvermana przybrała kolor jasnej czerwieni, co nie jest w stanie nieważkości sprawą 

zwyczajną; równie czerwone musiały być i jego stopy.

  - Nie - zawyrokowała Linda - mnie się wydaje, że on raczej sprawdzał co się dzieje w 

kajucie Raoula i Harry'ego.

Silverman zbladł teraz, a jego źrenice zwęziła nienawiść. Stały się tak małe, jak środek 

tarczy strzelniczej.

  - Wystarczy,  skończcie już z tym - rzucił ostro Bili. - Pan również, ambasadorze. Nie 

marnujmy czasu - sam pan powiedział, że czeka cała Ziemia.

 - Tak, Sheldonie - powiedział z naciskiem DeLaTorre - dopuść do głosu pana Armsteada. 

Silverman skinął głową, zaciskając usta w pobielałą kreskę.

 - No więc mów pan.

Puściłem kierownice roweru treningowego i rozpostarłem ramiona.

  - Najpierw opowiedzcie mi, co się wydarzyło z waszej perspektywy.  Co widzieliście i 

słyszeliście? 

Głos zabrał Chen. Jego twarz nie wyrażała nic i przypominała mi trochę maskę z wosku.

  -   Zaczęliście   wasz   taniec.   Muzyka   stawała   się   coraz   dziwniejsza.   Wasz   taniec   zaczął 

radykalnie odbiegać od układu ułożonego przez komputer i wyraźnie uzyskiwaliście odpowiedzi za 

pośrednictwem   innych   układów   tanecznych,   z   których   komputer   nie   mógł   nic   zrozumieć.   Z 

upływem czasu szybkość waszych ruchów zwiększyła się drastycznie, aż do tempa, w które nigdy 

bym nie uwierzył, gdybym nie oglądał tego na własne oczy. Odpowiednio wzrosło również tempo 

background image

muzyki. Rozlegały się stłumione pochrząkiwania, okrzyki... nic artykułowanego. Obcy skupili się 

w pojedynczy twór pośrodku swojej otoczki, która zaczęła  emitować  wielkie ilości czegoś, co 

potraktowaliśmy jako materie organiczną. Wtedy wszyscy krzyknęliście.

Bez powodzenia usiłowaliśmy wywołać was przez radio. Pan Stein nie odpowiadał na nasze 

sygnały, ale bardzo sprawnie pościągał waszą piątkę w jedno miejsce, powiązał liną i przyholował 

wszystkich naraz do promu.

Wyobraziłem sobie obciążenie, jakie musiała przedstawiać sobą nasza piątka w momencie 

włączenia ciągu - było to przecież ponad trzysta kilo masy - i nabrałem nowego szacunku dla rąk i 

ramiona   Harry'ego.   Siła   jest   zwykle   zbyteczna   w   kosmosie   -   ale   mięśnie   innego   mężczyzny 

mogłyby ulec zerwaniu pod takim straszliwym naprężeniem.

  -   Gdy   tylko   otworzyła   się   śluza   powietrzna,   wciągnął   was   wszystkich   do   środka, 

unieruchomił   pasami   w   fotelach   i   wymówił   jedno   słowo:   “Zrobione".   Potem   pieczołowicie 

zabezpieczył instrument muzyczny pana Brindle'a - i zwyczajnie usiadł i zapatrzył się przed siebie. 

Właśnie mieliśmy poniechać prób porozumienia się z nim, gdy się ocknęliście.

  - Okay - powiedziałem. - Wyjaśnijmy sobie główne punkty. Po pierwsze, jak się chyba 

domyślacie, nawiązaliśmy kontakt z obcymi.

 - Czy stanowią dla nas jakieś zagrożenie? - przerwała mi Dmirow. - Czy coś wam zrobili?

 - Dwa razy nie.

  - Ale krzyczeliście jak ktoś kto jest pewien, że umiera. A Shara Drummond wyraźnie 

oświadczyła przed śmiercią...

 - Wiem. Że obcy są agresywni i aroganccy, że Ziemia potrzebna im na tarlisko - zgodziłem 

się z nią. - To był błąd w tłumaczeniu i gdy sięgam teraz pamięcią wstecz, nieuchronny. Shara 

przebywała   w   kosmosie   tylko   pięć   miesięcy;   sama   przyznała,   że   rozumie   mniej   więcej   jedno 

pojecie na trzy.

 - A jak wygląda prawidłowe tłumaczenie? - spytał Chen.

 - Ziemia jest ich tarliskiem - odparłem. - Tytan też. Ich tarliskami jest wiele innych miejsc 

poza naszym układem.

 - Co chce pan przez to powiedzieć? - rzucił Silverman.

  -   Przyczyną   naszego   omdlenia   było   ostatnie   przesłanie   obcych.   Było   ono   naprawdę 

fantastycznie proste, zważywszy ile wyjaśniało. Można je ująć jednym słowem. Oni powiedzieli 

nam tylko swoje wspólne imię.

Dmirow rzuciła mi gniewne spojrzenie.

 - A brzmi ono?

 - Gwiezdny Siewca.

background image

Zaległa cisza. Wydaje mi się, że panowanie nad sobą pierwszy odzyskał Chen, a może Bili 

był niemal równie szybki jak on.

 - To jest właśnie ich imię - ciągnąłem - ich zajęcie, zadanie które mają do spełnienia. Oni 

uprawiają gwiazdy. Długość ich życia rozciąga się na miliardy lat, a spędzają je bardzo podobnie 

do   nas,   starając   się   reprodukować   przez   większość   tego   czasu.   Zapładniają   planety   życiem 

organicznym. Dawno temu zapłodnili też ten Układ Słoneczny. Oni są stwórcami naszej rasy i jej 

najodleglejszym przodkiem.

 - Śmiechu warte - wybuchnął Silverman. - W niczym nas nie przypominają, nie są w żaden 

sposób do nas podobni. 

 - A na ile jest pan podobny do ameby? - spytałem. - Albo do pantofelka, albo do rośliny, 

albo   do   ryby,   alba   do   zwierzęcia   ziemnowodnego,   albo   do   któregokolwiek   z   pańskich 

ewolucyjnych poprzedników? - Obcy są przynajmniej o jeden albo dwa, a całkiem możliwe, że i o 

trzy szczeble wyżej od nas na drabinie ewolucyjnej. To cud, że w ogóle potrafiliśmy się z nimi 

porozumieć. Sądzę, że ich kolejny etap ewolucyjny nie będzie obejmował fizycznego istnienia ani 

w czasie, ani w przestrzeni.

Silverman zamknął się. DeLaTorre i Song wymienili spojrzenia. Oczy Chena były bardzo 

rozszerzone.

  - Wyobraźcie sobie planetę Ziemie jako ogromne łono - ciągnąłem spokojnie - płodne i 

wiecznie ciężarne. Idealnie przystosowane do podtrzymywania życia organicznego, wciąż płodzące 

i   na   rozkaz   jakiegoś   super   -   DNA   mieszające   coraz   bardziej   skomplikowane   formy   życia   w 

miliardy rozmaitych kombinacji, w poszukiwaniu tej jedynej wystarczająco skomplikowanej, by 

przeżyła poza łonem i na tyle ciekawej, by tego spróbowała.

Kiedyś  niewiele  brakowało, abym  miał  brata. Urodził się martwy.  Było  już wtedy trzy 

tygodnie   po   terminie,   pozostawał   w   łonie   przez   Bóg   wie   jaki   błąd   biologiczny.   Łożysko   nie 

nadążało już z absorbowaniem i wydalaniem jego odchodów; zaczęło umierać, gnić wokół niego, 

zatrute jego odchodami. Jego ośrodek podtrzymania życia przestał działać i mój brat umarł. Niemal 

zabił moją matkę..

Wyobraźcie sobie swoją rasę jako gestalt, pojedynczy organizm z subtelną skazą w kodzie 

genetycznym. Komórkę, o zbyt trwałych ściankach. Chociaż ten organizm jest już wystarczająco 

skomplikowany,   by   stanowić   zjednoczoną   świadomość   planetarną,   to   jednak   każda   komórka 

najczęściej nadal działa indywidualnie. Jej grube ścianki utrudniają wymianę informacji, pozwalają 

organizmowi   na   tworzenie   tylko   najbardziej   zgrubnej   aproksymacji   centralnego   systemu 

nerwowego, sieci, która przenosi tylko bóle, dolegliwości i związane z nimi koszmary.

Ten organizm nie jest beznadziejnie  zdeformowany.  Chwieje się na krawędzi narodzin, 

background image

pragnie żyć, choćby nawet przypominało to umieranie. Może mu się jeszcze udać. Znajdując się na 

krawędzi wymarcia, człowiek sięga do gwiazd, a teraz, w niespełna wiek po tym, jak pierwszy 

człowiek oderwał się od powierzchni Ziemi na skonstruowanej przez siebie maszynie latającej, 

zgromadziliśmy  się  tutaj, na orbicie  Saturna,  by zadecydować,  czy trwanie naszej  rasy należy 

jeszcze wydłużyć, czy też przeciąć.

Nasze łono jest niemal wypełnione trującymi  produktami ubocznymi  naszej cywilizacji. 

Staje przed nami pytanie: czy pozbędziemy się naszej neurotycznej zależności od planet, czy nie - 

zanim ona nas zniszczy?

  - Co to za bzdury? - burknął Silverman. - Znowu coś w rodzaju waszego bajdurzenia o 

Homo caelestis? Czy to ma być ten wasz następny krok na drodze ewolucji? McGillicudy miał 

rację:   to   cholerna,   ślepa   uliczka   ewolucji!   Nawet   za   pięćdziesiąt   lat   nie   będziecie 

samowystarczalni.   Jeśli,   Boże   uchowaj,   Ziemia   i   Księżyc   wylecą   jutro   w   powietrze,   nie 

pociągniecie w kosmosie dłużej niż dwa, trzy lata. Jesteście pasożytami na organizmie niższych 

szczebli   ewolucji,   Armstead,   wygnanymi   pasożytami.   Nie   możecie   żyć   w   waszym   nowym 

środowisku bez komórek  o ściankach ze stali i bryzgoszczelnego  plastyku, bez podstawowych 

produktów cywilizacji, wytwarzanych tylko tam, w łonie.

  -   Myliłem   się   -   powiedział   cicho   Tom.   -   Nie   jesteśmy   ślepą   uliczką   ewolucji.   Nie 

potrafiłem dostrzec całego obrazu. 

 - A co pan przegapił?! - wrzasnął Silverman.

  - Musimy teraz zmienić analogie - odezwała się Linda. - Zaczyna się załamywać. - Jej 

kontralt był ciepły i kojący, zauważyłem, że i Silverman zaczyna się uspokajać pod wpływem jego 

- magii. - Pomyślcie teraz o nas nie jak o sześcioistocie, czy sześciokrotnym płodzie. Pomyślcie o 

Ziemi nie jak o macicy, ale jak o jajniku - a o naszej szóstce jak o jajach. Wspólnie niesiemy 

połowę genów dla naszej nowej istoty.

Najbardziej  zachwycającym  i  cudownym   momentem   całego   procesu kreacji  jest  chwila 

syngamii, chwila, w której dwie formy łączą się ze sobą, by utworzyć tak nieskończenie więcej niż 

sama ich suma czy nawet iloczyn: mówię o chwili poczęcia. Są to rozstajne drogi z filogenezą z 

tyłu i ontogenezą z przodu i są to te rozstajne drogi, na skrzyżowaniu których teraz stoimy.

 - A co jest dla waszego jaja plemnikiem? - spytał Chen. - Przypuszczam, że rój obcych?

  - Och nie - odparła Norrey. - Oni są czymś więcej niż damsko - męskim nadumysłem, 

wytwarzającym   syngamie   w   odpowiedzi   na   własne   potrzeby.   Zmieńmy   jeszcze   raz   analogie; 

pomyślcie o nich jak o pszczołach, do których przecież tak są podobni, jak o istotach zapylających 

ten   gigantyczny,   jednolity   kwiat,   który   nazywamy   Układem   Słonecznym.   To   jest   prawdziwa 

hermafrodyta, zawierająca w sobie zarówno słupek, jak i pręcik. Nazwijmy Ziemie słupkiem, jeśli 

background image

wolicie, a nas, Gwiezdnych Tancerzy, kombinacją jaja ze znamieniem.

 - A pręcik? - dopytywał się Chen. - A pyłek kwiatowy?

 - Pręcikiem jest Tytan - powiedziała po prostu Norrey. - Ta czerwona materia organiczna, 

którą wypuścił z siebie balon obcych była częścią jego pyłku.

Znowu zaległo milczenie.

 - Czy potraficie nam wyjaśnić jego naturę? - spytał w końcu DeLaTorre. - Przyznam, że nie 

pojmuje.

Teraz przemówił Raoul, odciągając przy tym okulary z nosa i pozwalając gumce przyciągać 

je z powrotem.

 - Ta substancja sama jest w zasadzie rodzajem superrośliny. Obcy od tysiącleci hodowali ją 

w górnych warstwach atmosfery Tytana, zabarwiając planetoidę na czerwono. Po jej kontakcie z 

ciałem ludzkim zachodzi coś w rodzaju obopólnego współoddziaływania, którego nie da się opisać. 

Obie strony przenika energia... energia z innej płaszczyzny. Zachodzi syngamia i rozpoczyna się 

idealny metabolizm.

 - Idealny metabolizm? - powtórzył niepewnie DeLaTorre.

 - Ta substancja jest idealnym dopełnieniem symbiotycznym dla organizmu ludzkiego.

 - Ale... ale jak...?

 - Nosi się ją jak drugą skórę i żyje w niej nago w kosmosie - odparł beznamiętnie Raoul. - 

Dostaje   się   do   wnętrza   ciała   ustami   i   nozdrzami,   rozprowadza   po   całym   organizmie   milion 

mikromacek, wyłania się poprzez odbytnice, by połączyć się ponownie. Pokrywa pana z zewnątrz i 

od wewnątrz, staje się pana częścią w całkowitej równowadze metabolicznej.

Chen Ten Li sprawiał wrażenie ogłuszonego.

 - Idealny symbiont... - dyszał ciężko.

 - Aż do poziomu składników śladowych - potwierdził Raoul. - Zaplanowany w ten sposób 

przed miliardem lat. To nasza Druga Połowa. 

 - Jak to się odbywa? - wyszeptał Chen.

  - Wpływa się po prostu w obłok tej materii i zdejmuje hełm. Uchodzące powietrze jest 

chemicznym sygnałem do rozpoczęcia procesu: przenikają do organizmu, rozpływają się po nim i 

zapładniają.   Od   chwili,   gdy   po   raz   pierwszy   zetkną   się   z   nieosłoniętym   ciałem   do   momentu 

całkowitej absorpcji i adsorpcji, czyli do zakończenia syntezy, upływają może trzy sekundy. Już po 

upływie   półtorej   sekundy   przestaje   pan   na   zawsze   być   istotą   ludzką.   -   Wzdrygnął   się.   -   Czy 

rozumiecie teraz, dlaczego krzyczeliśmy?

 - Nie! - wrzasnął Silverman. - Nie, ja nie rozumiem! To wszystko jest bez sensu! A więc 

twierdzicie, że ta czerwona breja jest żywym skafandrem kosmicznym, biologicznie dopasowanym 

background image

czymś tam, czemu oddajecie dwutlenek węgla, a to daje wam w zamian tlen, oddacie temu gówna, 

a to zmienia je wam w dżem truskawkowy? Bardzo pięknie; wyeliminowaliście właśnie wszystkie 

swoje kłopoty z wyjątkiem paliwa i rozrywek w wolnych chwilach. Bardzo mili faceci, ci obcy. A 

w jaki sposób czyni to was nie - ludźmi? Opanowali wasze mózgi, czy co?

  -   Ta   substancja   nie   ma   żadnego   “swojego"   umysłu   -   odpowiedział   mu   Raoul.   -   Jest 

wybitnie skomplikowana, jak na roślinę i posiada świadomość większą niż którekolwiek z warzyw. 

Zachodzą w niej pewne bardzo złożone procesy, ale nie można jej nazwać istotą rozumną. Ona jak 

gdyby   ustanawia   partnerstwo   z   rdzeniem   i   rzadko   wykazuje   taką   nawet   namiastkę 

podświadomości, jak odruch. Po prostu spełnia swą funkcje zgodnie z programem biologicznym.

 - Co zatem uczyni was nieludźmi?

Mój głos zabrzmiał zabawnie nawet dla mnie:

 - Nic nie rozumiecie - powiedziałem. - Nic nie wiecie. My nigdy nie umrzemy, Silverman. 

Nigdy więcej nie poczujemy głodu ani pragnienia, nigdy już nie będziemy potrzebowali miejsca na 

wydalanie   swoich   odchodów.   Nigdy   już   nie   będziemy   się   bali   gorąca   czy   zimna,   nigdy   nie 

będziemy   się   bali   próżni,   Silverman.   Już   nigdy   niczego   się   nie   będziemy   się   bali.   Zyskamy 

natychmiastową   i   całkowitą   kontrole,   nad   naszymi   autonomicznymi   systemami   nerwowymi, 

uzyskamy   dostęp   do   klawiatury   samych   ośrodków   czuciowych.   Osiągniemy   zespoloną, 

telepatyczną łączność duchową, staniemy się jednym umysłem w sześciu nieśmiertelnych ciałach, 

marzącym bez końca i nigdy nie zapadającym w sen. Indywidualnie i wspólnie staniemy się nie 

bardziej podobni do człowieka, niż człowiek do szympansa. Nie będę przed wami ukrywał, że cała 

szóstka zrobiła tam, na zewnątrz, użytek ze swych pieluch. Wciąż jestem trochę przestraszony.

 - Ale jesteście gotowi...? - spytał cicho Chen.

 - Jeszcze nie - odpowiedział Linda w imieniu nas wszystkich - ale niedługo będziemy. To 

wszystko, co wiemy.

 - A ta historia z telepatią? - odezwał się niepewnie Silverman. - Ta cała gadka o “jasnym 

umyśle"... czy to na pewno?

 - Och, to jest niezależne od obcych - zapewniła go Linda. - Pokazali nam tylko jak znaleźć 

te płaszczyznę - ale skłonności ku temu tkwią od początku w każdym człowieku, jaki kiedykolwiek 

żył. Każdy święty człowiek, na którego spływało objawienie, schodził z góry mówiąc: Jesteśmy 

jednym" - i za każdym razem ludzie brali to za metaforę. Symbiont pomaga nam trochę, ale...

 - W jaki sposób wam pomaga? - przerwał jej Silverman.

 - Głownie wpływając na naszą koncentracje uwagi. Chodzi mi o to, że większość ludzi ma 

przebłyski   zdolności   telepatycznych,   ale   zbyt   wiele   ich   rozprasza.   Gorzej   wyglądają   pod   tym 

względem   mieszkańcy   planet,   ale   nawet   w   Studio   odczuwaliśmy   głód,   pragnienie,   znudzenie, 

background image

zmęczenie, różne dolegliwości, złość, zmartwienia. Nazywaliśmy to “kłopotami na głowie". Nasza 

zwierzęca cząstka przeszkadzała rozwojowi cząstki anielskiej. Symbiont uwalnia od wszystkich 

zwierzęcych potrzeb - można ich doświadczać, jeśli się zechce, ale już nigdy nie jest się poddanym 

ich arbitralnym rozkazom. Symbiont działa jak rodzaj wzmacniacza zakresu fal telepatycznych, ale 

dużo bardziej pomaga poprawiając stosunek sygnału do szumu w punkcie wyjściowym.

  - No, a jeśli - powiedział Silverman - dałbym się, broń Boże, zarazić tym grzybem, to 

stałbym się, przynajmniej w niewielkim stopniu, telepatą? I czy byłbym wtedy nieśmiertelny i nie 

miał potrzeby chodzie do łazienki?

  - Nie, sir - odparła grzecznie, ale stanowczo. - Gdyby przed wejściem w symbiotyczne 

partnerstwo był pan już trochę telepatą, to stałby się pan telepatą znacznie lepszym. Jeśliby w tym 

czasie   zdarzyło   się   panu   znaleźć   w   polu   nadającego   telepaty,   pana   zdolności   telepatyczne 

wzrosłyby wykładniczo.

  -   Ale   jeśli,   na   przykład,   biorę   przeciętnego   człowieka   z   ulicy   i   pakuje   go   w   ten 

symbiotyczny garnitur...

 - ... to dostaje pan przeciętnego nieśmiertelnego, który nigdy nie musi chodzić do łazienki i 

jest bardziej empatyczny niż dotąd - dokończyłem.

 - Empatia jest czymś w rodzaju młodszej siostry telepatii - powiedziała Linda.

 - Raczej jej stanem larwalnym - poprawiłem ją.

  -   A   więc   dwóch   przeciętnych   facetów   w   symbiotycznych   garniturkach   niekoniecznie 

byłoby zdolnych do czytania swych myśli?

 - Nie, o ile nie pracowali długo i ciężko, by nauczyć się jak to się robi - powiedziałem - na 

pewno by to robili. W kosmosie człowiek czuje się samotnie.

Zamilkł i nastąpiła przerwa, podczas której cała reszta segregowała swe opinie i emocje. 

Zabrało to trochę czasu.

Sam   miałem   do   posortowania   kilka   spraw.  Ciągle   ogarniała   mnie   ta   sama   wewnętrzna 

pewność, którą czułem od chwili przebudzenia w Limuzynie, uczucie, które niemal przewyższało 

pojecie nieuchronności, ale teraz zaczynały się gromadzić wątpliwości. “A co, jeśli umrzesz w tej 

największej z chwil?" - szeptał zwierzęcy głos z tyłu mej czaszki.

Tak jak w momencie konfrontacji z obcymi, czułem - się całkowicie żywy.

 - Panie Armstead - odezwał się DeLaTorre potrząsając głową i marszcząc w zamyśleniu 

brwi - odnoszę wrażenie, iż mówi pan o nadciąganiu kresu wszystkich ludzkich trosk.

  - Och nie - powiedziałem pośpiesznie. - Przepraszam, jeśli niechcący to sugerowaliśmy. 

Symbiont nie może żyć  w środowisku ziemskim. Zabije go wszystko, co posiada grawitacje i 

atmosferę. Nie, symbiont nie sprowadzi Nieba na Ziemie. Nic nie może tego sprawić. Mahomet 

background image

musi przyjść do góry - a wielu nie będzie chciało.

  - A może - zasugerował nieśmiało Chen - ziemscy naukowcy potrafiliby zmodyfikować 

genetycznie dar obcych?

 - Nie - powiedział bezbarwnym głosem Harry. - Nie ma sposobu na przekazanie symfonii 

czy wschodu słońca płodowi, który upiera się, by pozostać w łonie. Ta chmura symbiontu nad 

Tytanem  jest prawem  do narodzin  dla każdego  człowieka  - ale  ludzie  muszą  najpierw  na nią 

zasłużyć,, wyrażając zgodę na te narodziny.

 - A żeby to uczynić - dodał Raoul - muszą na zawsze odciąć się od Ziemi.

  - W tym, co pan powiedział istnieje zadziwiająca symetria - wymruczał w zamyśleniu 

Chen.

 - Tak, do diabła - powiedział Raoul. - Powinniśmy się spodziewać czegoś takiego. Ta cała 

historia z możliwością przystosowania się do stanu nieważkości, ale nieodwracalnie... słuchajcie, w 

momencie narodzin, w jednej chwili zdarza się wielki cud. Jeszcze minutę temu było się właściwie 

rybą, z rybim, dwuzaworowym systemem krążenia, pasożytującą na łonie matki. Potem w jednej 

chwili   przeskakuje   jakiś   przełącznik.   Trach   -   ciach   i   jest   się   ssakiem,   jak   teraz. 

Samowystarczalnym,   z   czterozaworowym   sercem   -   czyni   się   wielki,   nieodwracalny   skok 

fizjologiczny   w   nową   płaszczyznę   ewolucji.   Towarzyszy   temu   ból,   trauma   i   potop   danych   ze 

zmysłów, których istnienia dotąd nawet się nie podejrzewało. Niemal od razu banda nieskończenie 

bardziej   zaawansowanych   istot   zaczyna   się   uczyć   komunikowania   się.   Zadziwiające?   Nie,   ta 

pieprzona   symetria   jest   nieodparta!   Czy   teraz   zaczęliście   rozumieć,   dlaczego   krzyczeliśmy? 

Znajdujemy się w samym środku tego samego procesu - a krzyczą wszystkie noworodki.

 - Nie rozumiem - poskarżyła się. Dmirow. - Będziecie zdolni do życia nago w kosmosie - 

ale jak zamierzacie się w nim poruszać?

 - Ciśnienie świetlne? - zasugerował Chen.

 - Symbiont może rozwinąć się w żagiel świetlny - zgodziłem się z nim - ale istnieją jeszcze 

inne siły, które będziemy wykorzystywać do przemieszczania się tam, gdzie zechcemy.

 - Gradienty grawitacji?

 - Nie. Nie jest to coś, co można wykryć albo zmierzyć.

 - Niedorzeczność - prychnęła Dmirow.

 - A jak dostali się tu obcy? - spytałem łagodnie i wtedy się zaczerwieniła.

  -   Tym,   co   czyni   waszą   opowieść   tak   trudną   do   przyjęcia   -   powiedział   Chen   -   jest 

czynnikom nieprawdopodobieństwa. Zbyt wielką role w znalezieniu się was tutaj odegrał zwykły 

przypadek. 

  -   Doktorze   Chen   -   przerwałem   mu   -   zna   pan   przysłowie,   które   mówi,   że   istnieje 

background image

przeznaczenie kształtujące nasze czyny, ociosujące je z grubsza bez naszej wiedzy?

 - Ależ każda z tysiąca różnych przyczyn mogła zmienić bieg wypadków.

 - Nad tym, by toczyły się one takim, a nie innym torem czuwały pięćdziesiąt cztery istoty. 

Nadistoty. A może sądzi pan, że obcy przypadkowo pojawili się w Układzie Słonecznym w chwili, 

gdy Shara Drummond  zaczęła  pracować na “Skyfac"?  Że tak się tylko  złożyło,  iż skoczyli  w 

pobliże Saturna, kiedy wróciła na “Skyfac", żeby tańczyć? Ze po prostu przypadkiem pojawili się 

w pobliżu “Skyfac" w chwili, gdy Shara miała właśnie na zawsze powrócić na Ziemie? Albo że ta 

cała podróż na Saturna tylko przypadkowo była od razu możliwa? O rany, ciekaw jestem co oni 

robili za orbitą Neptuna, tam gdzie ich po raz pierwszy dostrzeżono. - Zamyśliłem się na chwile. - 

Będę. musiał to sprawdzić.

 - Pan nic nie rozumie - zaprotestował z ożywieniem Chen, ale zaraz się opanował. - Nie 

jest to fakt powszechnie znany, ale przed sześciu laty nasza planeta niemal uległa zniszczeniu w 

nuklearnej pożodze. Ocaliły nas tylko przypadek i zrządzenie losu - nie było wtedy obcych na 

naszym niebie.

Teraz odezwał się Harry.

 - Czy wie pan, jak zachowuje się ciężarna króliczka, jeśli warunki nie sprzyjają wydaniu na 

świat potomstwa? Absorbuje miot z powrotem do łona. Po prostu odwraca proces i próbuje znowu, 

gdy warunki ulegną poprawie.

 - Nie nadążam za tokiem pańskiego rozumowania.

 - Czy słyszał pan o Atlantydzie?

Twarz Chena przybrała barwę, morskiej pianki, a wszyscy inni wytrzeszczyli oczy albo 

wstrzymali oddechy.

 - To zdarza się cyklicznie - powiedziałem. - Poszczególne maksimk tego cyklu zbliżają się 

do siebie na jakieś cztery, pięć tysięcy lat - tyle czasu temu wzniesiono piramidy - i oddalają na 

dwadzieścia tysięcy lat.

 - Czasami są bardzo burzliwe - dodał Harry. - Kiedyś, miedzy Marsem a Jowiszem istniała 

planeta.

 - Boże mój - wyszeptała Dmirow. - Pas Asteroidów...

  - A na wypadek,  gdybyśmy  wszyscy wysadzili  się w  powietrze  pod ręką jest jeszcze 

Wenus - zgodziłem się. - Atmosfera gotowa do rozruchu, pozostaje tylko zasiać algi i czekać. 

Boże, ależ oni muszą być cierpliwi.

Kolejna, tym razem dłuższa cisza. 

Teraz uwierzyli. Wszyscy. A wiać musieli od nowa poukładać sobie w głowach dosłownie 

wszystko, co dotąd wiedzieli, odtworzyć całe swoje istnienie w świetle tych nowych informacji i 

background image

spróbować   określić   kim   teraz,   w   związku   z   tym   zamierzeniem,   mogą   być.   W   tego   rodzaju 

wykorzenianiu swych poglądów i opinii, utrwalonych głęboko przez czas, byli zaprawieni od lat, 

To, że są zdolni do zaakceptowania tych rewelacji i w ogóle do myślenia dowodziło jasno, że każde 

z nich miało silny i elastyczny umysł. Wertheimer dokonał dobrego wyboru; żadne z nich nie 

załamało   się,   żadne   nie   odrzuciło   prawdy   i   nie   wpadło,   tak   jak   niedawno   my,   w   katatonie. 

Oczywiście nie znajdowali się W otwartym  kosmosie i nie rozważali na poważnie możliwości 

zdjęcia swych skafandrów. Ale przecież na ich barkach spoczywał wielki ciężar: reprezentowali 

planetę.

 - A więc zamierzacie to zrobić? - spytał wolno Silverman.

 - Tak - odpowiedziało mu chórem sześć głosów.

 - Od razu - dodałem.

 - I jesteście pewni, że wszystko, co nam powiedzieliście, jest prawdą? Że obcy nie kłamali, 

że nic nie ukryli? - niby przypadkowo odsunął się od innych dyplomatów. - Jesteśmy pewni - 

odparłem, napinając znowu mięśnie ud.

 - Ależ dokąd wy chcecie iść? - krzyknął DeLaTorre. - Co zamierzacie robić?

 - To, co robią wszystkie noworodki. Zbadamy nasz żłobek. Układ Słoneczny. 

Silverman odbił się nagle nogą i przemknął przez sale pod czwartą, pustą ścianę. 

 - Bardzo mi przykro - powiedział ponuro. - Nic takiego nie zrobicie. 

W jego dłoni połyskiwała mała Beretta.

background image

Rozdział 5

W drugiej ręce trzymał kalkulator. Przynajmniej tak to wyglądało. I nagle domyśliłem się, 

co to jest i przestraszyłem jeszcze bardziej niż pistoletu.

 - To - powiedział, utwierdzając mnie w moich przypuszczeniach - jest nadajnik bliskiego 

zasięgu.   Jeśli   ktoś   zbliży  się   do   mnie   niespodziewanie   użyje   go  do   detonowania   sterowanych 

radiem   materiałów   wybuchowych,   które   założyłem   podczas   podroży.   Wybuchając,   uszkodzą 

komputer pokładowy.

  -   Sheldon   -   krzyknął   DeLaTorre   -   oszalałeś?   Komputer   nadzoruje   prace   systemów 

podtrzymania życia.

 - Raczej nie zrobię z tego użytku - powiedział spokojnie Silverman. - Ale jestem absolutnie 

zdecydowany  i  chce,   aby informacje,   które  tu usłyszeliśmy   pozostały w  wyłącznej  dyspozycji 

Stanów Zjednoczonych - albo niczyjej.

Popatrzyłem   po   twarzach   dyplomatów   i   żołnierzy,   szukając   w   nich   oznak   samobójczej 

odwagi i odprężyłem się nieco. Żadne z nich nie było głupcem, który rzuca się z gołymi rękoma na 

człowieka uzbrojonego w pistolet, na ich twarzach malowało się tylko oburzenie. Oburzenie na 

perfidie Silvermana i oburzenie na siebie samych  za to, że tego nie przewidzieli. Najuważniej 

przyjrzałem   się   Chen   Ten   Li,   który   spodziewał   się   takiego   obrotu   sprawy   i   przyrzekł   zabić 

Silvermana własnymi rękoma - teraz zachowywał całkowity spokój. W kącikach jego ust rodził się 

leciutki, kpiący uśmieszek. Ciekawe.

  - Panie Silverman - odezwała się Susan Pha Song - chyba nie przemyślał pan do końca 

swojego postępowania.

 - Pułkowniku - odparł ironicznie. - Od niemal roku nie robiłem nic innego.

 - Niemniej coś pan przeoczył - upierała się.

 - Proszę mnie oświecić. 

 - Gdybyśmy rzucili się na pana wszyscy - powiedziała monotonnym głosem - zdążyłby pan 

zastrzelić   dwoje,   może   troje   z   nas   zanim   byśmy   pana   obezwładnili.   Jeśli   tego   nie   zrobimy, 

prawdopodobnie zabije pan nas wszystkich. A może zamierza pan trzymać nas na muszce przez 

dwa lata?

 - Jeśli rzucicie się na mnie - obiecał Silverman - rozwalę komputer, a więc i tak wszyscy 

zginiecie.

 - A więc albo zginiemy, a pan ze swoją tajemnicą powróci sam na Ziemie, albo zginiemy, a 

background image

pan tam nie wróci. - Oparła się dłońmi o ścianę.

 - Myli się pani - powiedział pośpiesznie Silverman. - Nie zamierzam zabić was wszystkich. 

Nie muszę tego robić. Zamknę was w tej sali. Tak się składa, że mój skafander próżniowy znajduje 

się w innym pomieszczeniu. Nałożę go i wydam komputerowi rozkaz wypompowania powietrza z 

wszystkich pomieszczeń przyległych do tej sali. Przedtem, oczywiście, zablokuje znajdujący się tu 

terminal.   Ciśnienie   powietrza   i   służy   bezpieczeństwa   nie   pozwolą   wam   otworzyć   drzwi 

prowadzących w próżnie: to będzie wiezienie bez wyjścia. I dopóki nie odkryje, że planujecie 

ucieczkę,   pozostawię   na  chodzie   zainstalowane   tu  systemy  dostarczania   żywności,   powietrza   i 

wody.   Znajduje   się   w   posiadaniu   taśm   z   programami,   niezbędnymi   do   sprowadzenia   nas   z 

powrotem   na   Ziemie.   Tam   zostaniecie   potraktowani   jak   jeńcy   wojenni,   zgodnie   z 

międzynarodowymi konwencjami.

 - A z jakiej wojny?

 - Z tej, która się właśnie rozpoczęła i zakończyła. Słyszeliście? Ameryka zwyciężyła.

 - Sheldonie, Sheldonie - nalegał DeLaTorre - co zamierzasz zyskać, uciekając się do tego 

szalonego fortelu?

 - Żartujesz? - prychnął Silvermaa - Najważniejszy składnik sum inwestowanych w badanie 

przestrzeni kosmicznej stanowią koszta łożone na systemy podtrzymania życia. Ten pełen grzybów 

księżyc jest darmowym biletem do całego Układu Słonecznego - z nieśmiertelnością na dokładkę! I 

Stany Zjednoczone będą go miały, to wam obiecuję - odwrócił się do Li i Dmirow i z rozbrajającą 

szczerością   powiedział   najnieprawdopodpbniejsze   zdanie,   jakie   kiedykolwiek   słyszałem:   -   Nie 

dopuszczę do eksportu waszego bezbożnego trybu życia na gwiazdy.

Chen roześmiał się w głos, a ja mu zawtórowałem.

 - Ty też jesteś jednym z tych socjalistów, co, Arrnstead? - warknął Silverman.

 - I to cię najbardziej gryzie, prawda, Silverman? - uśmiechnąłem się. - Homo caelestis w 

symbiozie nie ma żadnych potrzeb, niczego nie chce: nie ma mu co sprzedawać. I stapia się z 

grupą:   naturalny   komunista.   Ludzie,   z   którymi   nie   można   robić   interesów   przerażają   cię, 

nieprawdaż?

  -   Pseudofilozoficznie   brednie   -   warknął   Silverman.   -   Obejmuje   w   posiadanie 

najpotworniejszą tajemnice wojskową stulecia.

  -   O   mój   Boże   -   wycedził   z   odrazą   Raoul.   -   Cześć   ci   Silvermanie,   Johnie   Waynie 

Kosmicznych Szlaków. Ty naprawdę wyobrażasz sobie żołnierzy w symbiotycznych mundurach, 

prawda? Piechota Kosmiczna.

  - Podoba mi się ten pomysł - przyznał Silverman. - Wydaje mi się, że nagi człowiek - 

symbiont uszedłby uwagi większości urządzeń wykrywających. Żadnego metalu, niskie albedo - no 

background image

i   jest   to   idealna   symbioza,   to   nie   traci   on  ciepła.   Co   za   sabotażysta!   Niepotrzebne   mu   żadne 

wsparcie ani zaopatrzenie... na Boga, moglibyśmy użyć piechoty do zajęcia Tytana.

 - Silverman - powiedziałem uprzejmie - jesteś imbecylem. Załóżmy na chwile, że udało ci 

się zmusić pałką amerykańską żołnierza, by ten bez protestu przyglądał się, jak to, co nazywasz 

grzybem, wpełza mu do nosa i spływa gardłem. Świetnie. Masz już niezwykle mobilnego piechura. 

Nie ma żadnych potrzeb ani pragnień, nic. Wie, że jeśli nie da się zabić, będzie nieśmiertelny. Co 

go powstrzyma od dezercji? Lojalność względem kraju, którego już nigdy nie ujrzy? Krewni w 

Hoboken, żyjący w polu grawitacyjnym, które by go zabiło?

 - Promienie lasera, jeśli zajdzie potrzebą - zaczął.

  -   Pamiętasz,   jak   szybko   tańczyliśmy   tam,   pod   koniec?   Idź,   zapytaj   komputera,   czy 

potrafilibyśmy tańczyć wokół wiązki laserowej - nawet sterowanej komputerowo. Sam mówiłeś, że 

trudno było nadążyć za nami wzrokiem.

 - Twoja tajemnica wojskowa jest bezwartościowa, Silverman - odezwał się Tom.

 - Szczegóły praktycznego wykorzystania rozpracują umysły tęższe od mojego - upierał się 

Silverman. - Komandorze Cox - powiedział nagle - pan jest Amerykaninem. Czy stoi pan po mojej 

stronie?

  - Na pokładzie znajduje się jeszcze trzech Amerykanów - odparł wymijająco Cox. Tom, 

Harry i Raoul zesztywnieli.

 - Tak tak. Jeden ma ciężarną żonę Kanadyjkę, dwaj są zboczeni, a wszyscy trzej znajdują 

się pod wpływem tych obcych stworzeń. Jest pan po mojej stronie?

Bili zdawał się myśleć intensywnie.

  - Tak. Ma pan rację. Diabli mnie biorą, gdy muszę to przyznać, ale taka potęga będzie 

bezpieczna tylko w rękach Stanów Zjednoczonych.

Silverman przyglądał mu się bacznie.

 - Nie - zdecydował w końcu - nie, komandorze, przykro mi, ale nie wierze panu. Przysięgę 

na wierność składał pan przed ONZ. Gdyby powiedział pan “nie" albo odpowiedział dwuznacznie, 

to za parę dni mógłbym uwierzyć. Ale pan kłamie - potrząsnął z żalem głową. - W porządku, panie 

i panowie, zrobimy tak. Nikt nie wykona ruchu, aż na to zezwolę. Potem, na komendę, będziecie 

przeskakiwać pojedynczo pod te ścianę, pod którą stoją tancerze, te najdalszą od drzwi frontowych. 

Potem wycofam się tymi drzwiami i..:

  - Panie Silverman  - przerwał mu  grzecznie  Chen - jest jeszcze  coś, o czym  najpierw 

powinni się dowiedzieć wszyscy tu obecni.

 - No, mów pan.

 - Instalacje, które założył pan w Kanałach Kablowych 364 - B i 1117 - A oraz w centralnej 

background image

pamięci ferrytowej zostały zdemontowane i wyrzucone za śluzę powietrzną w jakieś dwadzieścia 

minut po ich założeniu. Jest pan niezdarnym głupcem, Silverman i to głupcem, którego można od 

razu rozszyfrować. Pański nadajnik do niczego się panu nie przyda.

  - Kłamiesz - warknął Silverman, ale Chen nie raczył mu odpowiedzieć. Wystarczającą 

odpowiedzią był jego kpiący uśmiech.

I tutaj Silverman dowiódł, że naprawdę jest durniem. Gdyby był wystarczająco bystry, by 

zablefować, powiedzieć, że istnieją jeszcze inne instalacje, o których Chen nie wie, mógłby jeszcze 

coś uratować. Jestem pewien, że nawet nie przyszło mu to do głowy.

Bili i pułkownik Song podjęli decyzje w tym samym momencie i skoczyli.

Silverman nacisnął przycisk nadajnika, ale ani światła, ani klimatyzacja się nie wyłączyły. 

Płacząc z wściekłości poderwał swój idiotyczny pistolet i wypalił.

W   przeciwieństwie   do   tego,   co   twierdzi   pan   Fleming   mała   Beretta   jest   marną   bronią, 

nadającą się do użytku na odległość nie większą niż szerokość biurka. Ale Prawo Chaosu działało 

na korzyść Silvermana: pocisk przeznaczony dla Billa rozerwał gładko arterie szyjną pułkownik 

Song, odbił się za nią rykoszetem od ściany - ściany naprzeciw Silvermana i zawróciwszy uderzył 

Billa w plecy, popychając go do przodu i dodając przyspieszenia.

Silverman   nie   był   zupełnym   idiotą   -   spodziewał   się   silniejszego   kopnięcia   broni   przy 

wystrzale  w stanie nieważkości  i na tę okazje, zaparł się mocniej. Ale nie spodziewał się, że 

wystrzelony   przez   niego   pocisk   spowoduje,   iż   Bili   szybciej   od   niego   dotrze   -   zanim   zdąży 

ponownie wycelować. Bili wpadł nań z całym impetem. Silverman wciąż ściskał w dłoni pistolet i 

wszyscy rozproszyli się na boki w poszukiwaniu schronienia.

Ale do tego czasu byłem już po drugiej stronie sali. Walnąłem otwartą dłonią w wyłączniki, 

gasząc, światła i wyłączając klimatyzacje.

Teraz pozostawało tylko czekać.

***

Pierwszy   zaczął   krzyczeć   Silverman,   wkrótce   zawtórowali   mu   Dmirow   i   DeLaTorre. 

Większość ludzi popada w lekkie szaleństwo w całkowitych  ciemnościach, a stan nieważkości 

potęguje je niepomiernie. Bez lokalnego pionu, o czym przekonał się Chen Ten Li, gdy w jego 

sypialni zepsuło się światło człowiek zupełnie traci orientacje. Przerażenie jest pierwotne i bardzo 

trudno je opanować.

Silverman niewiele nauczył  się o stanie nieważkości - albo tylko nie zwrócił uwagi, że 

ucichł szum urządzeń klimatyzacyjnych. Był jedynym w pomieszczeniu, który wciąż przywierał do 

ściany, zbyt przerażony, by się poruszać. Po chwili jego krzyki ścichły, przeszły w ciężkie sapanie, 

potem rozległ się jeszcze jeden, ostatni krzyk i zapadła cisza. Dla pewności odczekałem jeszcze 

background image

chwilę - Song na pewno już nie żyła, ale stan Billa był wielką niewiadomą - po czym podpłynąłem 

z powrotem do wyłączników i ponownie włączyłem światła i klimatyzacje. Silverman, przyklejony 

jak mucha do ściany, umierał z braku tlenu w pełnym powietrza pomieszczeniu. Głową otaczał mu 

niewidzialny bąbel jego własnych wyziewów. Pistolet dryfował w odległości pół metra od jego 

wyciągniętej ręki.

Wskazałem go palcem Harry'emu i ten zabrał broń.

 - Zwiąż go zanim się ocknie - powiedziałem i podpłynąłem do Billa. Raoul i Linda byli już 

przy nim i oglądali ranę. W drugim końcu sali dryfowała bezwładnie Susan Pha Song. z jej gardła 

przestała już tryskać krew. Przez ponad rok mieszkałem z tą lady pod jednym dachem i wcale jej 

nie znałem; i chociaż przynajmniej w połowie było tak z jej winy, czułem się zawstydzony. Gdy 

tak patrzyłem, osiem czy dziesięć czerwonych kulek natknęło się na kratkę kanału wentylacyjnego 

i zostało wessanych z cichym mlaśnięciem.

 - Co z nim?

 - Nie sądzę, żeby to była groźna rana - zameldowała Linda. Pocisk drasnął kość i wyszedł z 

ciała. Ma najwyżej pęknięte żebro.

 - Mam za sobą przeszkolenie medyczne - powiedziała Dmirow. - Nigdy nie praktykowałam 

w stanie nieważkości, ale miałam już do czynienia z ranami postrzałowymi.

Linda   odholowała   Billa   do   apteczki   pierwszej   pomocy,   zamontowanej   na   ścianie   z 

przyrządami   gimnastycznymi.   Bili   ciągnął   za   sobą   szereg   czerwonych   kropelek,   dryfujących 

leniwym   łukiem   w   kierunku   kratki   kanału   wentylacyjnego.   Dmirow   trzęsąc   się  z   wściekłości, 

zdenerwowania albo i jednego i drugiego, podążyła za Linda.

Harry   z   Tomem   pewnie   skrępowali   Silvermana   skakanką.   Okazało   się   to   zbyteczne   - 

człowiek w jego wieku ciężko znosi niedotlenienie - spał, dysząc ciężko. Chen unosił się nad 

konsolą terminala komputera i coś programował, a Norrey i DeLaTorre przygotowywali się do 

odholowania   ciała   Song   do   ambulatorium,   gdzie   jakiś   ponury   zapobiegliwiec   umieścił   zapasy 

płynu balsamującego.

Ale kiedy dotarli do drzwi, te nie rozsunęły się przed nimi. Norrey sprawdziła wskaźnik 

rejestrujący ciśnienie po ich drugiej stronie, zmarszczyła  brwi, uderzyła  w przycisk  otwierania 

ręcznego i znowu zmarszyła brwi, bo drzwi nadal nie ustępowały.

  - Bardzo mi przykro, pani Armstead - odezwał się Chen ze szczerym  ubolewaniem. - 

Poinstruowałem komputer, żeby odciął te sale od reszty statku. Nikt stąd nie wyjdzie. - Wydobył 

zza terminala przenośny laser. - To broń bezodrzutowa. Mogę nią zabić was wszystkich za jezdnym 

pociągnięciem. Jeśli ktoś mi zagrozi, użyje jej bez wahania,

 - Czemu ktoś miałby ci grozić, Li? - spytałem łagodnie.

background image

  -   Przebyłem   całą   te   drogę,   żeby   wynegocjować   układ   z   obcymi.   Jeszcze   tego   nie 

uczyniłem. - Popatrzył mi prosto w oczy. 

DeLaTorre wyglądał na wstrząśniętego.

 - Mądre de Dies, z obcymi - co oni robią, gdy my walczymy miedzy sobą?

 - Nie o to mi chodziło, Ezequielu - powiedział Chen. - Sądzę, że pan Armstead skłamał, 

gdy komandor Cox spytał go, czy nadal jest człowiekiem. Musimy jeszcze wynegocjować zasady 

stosunków wzajemnych miedzy tymi nowymi istotami a nami. Obie strony roszczą sobie prawa do 

tego samego terytorium.

  - Jak to? - spytał Raoul. - Nie prowadzimy żadnych wspólnych interesów. - I wy i my 

proponujemy   ewentualną   kolonizacje   obszarów   znanych   pod   nazwą   przestrzeni   kosmicznej 

znajdującej się w zasięgu człowieka.

 - Ależ może pan swobodnie korzystać ze wszystkiego, co się w niej znajduje, co posiada 

jakąś   dającą   się   określić   wartość   dla   człowieka   -   powiedział   Tom.   -   Planety   są   dla   nas 

bezużyteczne, asteroidy są dla nas bezużyteczne - wszystko, czego potrzebujemy to kawałek próżni 

i światła słonecznego. Nie żałuje nam pan kawałka próżni, prawda? Nasze wymagania nie są wcale 

takie wielkie.

 - Jeśli kiedykolwiek cromagnończyk i neandertalczyk żyli w pokoju w tej samej dolinie, to 

zostali do tego zmuszeni przez jakąś nadzwyczajną umowę społeczną - upierał się Chen. - Właśnie 

dlatego, że nie będziecie potrzebowali niczego z tego, czego my potrzebujemy, będziecie trudni do 

współżycia.   Mówiąc   to   zdaje   sobie   właśnie   sprawę,   że   współżycie   z   wami   będzie   w   ogóle 

niemożliwe. Spoglądający z góry jak bogowie na naszą oszalałą krzątaninę, rozbawieni naszym 

strasznym   zaabsorbowaniem   -   jakże   już   was   nienawidzę!   Samo   wasze   istnienie   czyni 

nieporozumieniem   życie   niemal   każdego   człowieka.   Tylko   ci   ze   szczególnym   darem   do 

akrobatycznego funkcjonowania sferycznego - i środkami na dostanie się na Tytana! - mogą mieć 

nadzieje na sukces. Jeśli nie wy jesteście ślepą uliczką ewolucji, to jest nią większa cześć rasy 

ludzkiej. O nie, Gwiezdni Tancerze: nie wierze, że kiedykolwiek będziemy dzielić z wami ten sam 

rejon kosmosu.

Mówiąc to zaczął po omacku, nie spuszczając z nas wzroku programować komputer.

 - Świat, który za sobą zostawiliśmy chwiał się na ostrzu noża. Przez dłuższy czas truizmem 

było   twierdzenie,   że   jeśli   do   roku   2010   nie   wysadzimy   się   w   powietrze,   świat   minie   punkt 

krytyczny i nastąpi era dobrobytu. Ale w momencie, gdy opuszczaliśmy Ziemie szansę przetrwania 

do tego czasu były mizerne. Myślę, że się ze mną zgodzicie.

 - Nasza planeta jest rozdęta trudnościami do ostatnich granic - powiedział smutno. - Nic 

bardziej   skutecznie   nie   popchnie   jej   na   krawędź   zagłady   do   rozkładu   planetarnego   morale, 

background image

wyzwolonego, czy przyspieszonego waszym istnieniem, od świadomości, że istnieją bogowie, dla 

których człowiek znaczy nie więcej niż miliardy i tryliony tych plemników i jajeczek, którym nie 

udało się zostać gametami dla człowieka, że ocalenie i życie wieczne są tylko dla nielicznych.

Ezeguiel   patrzył   groźnie   spod   zmarszczonych   brwi,   tak   samo   Dmirow,   która   właśnie 

skończyła opatrywać Billa. Chciałem mu odpowiedzieć, ale Chen mnie uprzedził.

 - Proszę cię, Charles, wiem, że musisz działać, by ocalić swój gatunek. Na pewno potrafisz 

zrozumieć, że ja muszę, chronić swój.

W tej chwili był on najniebezpieczniejszym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek znałem. I 

najszlachetniejszym. Z podziwem i największym szacunkiem pochyliłem głowę.

 - Li - powiedziałem - uznaje i podziwiam twoją logikę. Ale jesteś w błędzie.

 - Być może - zgodził się - ale teraz jestem pewien swych racji.

 - A jakie są twoje zamiary? - już je znałem; chciałem je tylko usłyszeć z jego ust. Wskazał 

ruchem głowy terminal komputera.

 - Ten statek wyposażony został w najdoskonalszy komputer z dotychczas wykonanych na 

Ziemi.  Wyprodukowano  go w Pekinie. Załadowałem  właśnie do niego program przygotowany 

specjalnie dla mnie przez jego konstruktorów. Kiedy dotknę klawisza “WYKONUJ", zacznie on 

patroszyć banki pamięci komputera i zakończy ich wymazywanie w zaledwie piętnaście minut.

 - Nie zabijesz chyba nas wszystkich, jak chciał to uczynić Silverman? - zapytał DeLaTorre.

  -   Nie   jak   Silverman!   -   wybuchnął   Chen,   czerwieniejąc   ze   złości.   Opanował   się 

momentalnie i niemal uśmiechnął. - Przynajmniej bardziej skutecznie. I z innych powodów. On 

chciał powiadomić o zaistniałych wydarzeniach tylko swój kraj. Ja nie chce, aby te informacje 

dotarły do kogokolwiek. Mam zamiar zablokować lasery komunikacyjne dalekiego zasięgu tego 

statku,   wymazać   jego   banki   pamięci   i   pozostawić   go   wrakiem.   Potem   zabije   was   wszystkich, 

szybko   i   bezboleśnie.   Bomba,   którą   nazywacie   Rozwalaczem   Planet   ma   swój   własny   system 

naprowadzania;   luk   komory   bombowej   mogę   otworzyć   ręcznie.   Nie   włożę   mego   skafandra 

próżniowego. - Jego głos był straszliwie spokojny. - Być może za cztery, pięć lat następny statek z 

Ziemi zastanie tu jeszcze obcych. Ale Saturn będzie miał wtedy osiem księżyców i dwa Pierścienie.

Linda potrząsnęła głową.

 - Jaka szkoda. Li, jaka szkoda, że jesteś konfucyjskim formalistą, zapatrzonym w Tao...

  - Jestem częścią zagrożonego łona - odparł stanowczo Chen - i według mojej oceny te 

narodziny zabiłyby teraz matkę. Postanowiłem, że to łono musi ponownie wchłonąć płód Homo 

caelestis.   Być   może   u   szczytu   następnego   cyklu   rasa   ludzka   będzie   już   na   tyle   dojrzała,   by 

przetrwać poród - teraz jeszcze nie jest. Muszę wziąć na siebie odpowiedzialność za to łono - bo 

jest ono całym światem, jaki znam jaki mogę znać.

background image

To zaczęło się w chwili, gdy znając je już, spytałem go o zamiary.

To zdarzyło się już wcześniej, trwało krótko i przyszło za późno, w chwili odkrycia kart 

przez Silvermana. Zbladło znowu, niezauważone przez obecnych. Nie było to coś rzucającego się 

w oczy, co można dostrzec; naszym jedynym ratunkiem było zaciemnienie sali. Wtedy się baliśmy 

i zginęła jedna osoba.

Ale to nie była obawa przed utratą wolności, To była obawa o nasze istnienie jako gatunku. 

Po raz drugi w ciągu ostatnich piętnastu minut moja rodzina stała się jednym.

Czas rozciągnął  się jak guma.  Sześć punktów widzenia zlało się w jeden. Ponad sześć 

kątów  widzenia: trzystusześćdziesieciostopniowa  integracja wizualna nie była  tu wystarczająca. 

Sześć punktów widzenia połączyło się, percepcje, opinie, umiejętności i intuicje sześciu istnień 

zderzyły się i zlały jak krople rtęci w pojedynczą świadomość. Ponieważ cząstka nas, będąca Lindą 

znała   Li   najlepiej,   wykorzystaliśmy   jej   oczy   i   uszy   do   skontrolowania   jego   słów   i   stanu 

emocjonalnego   w   czasie   rzeczywistym,   podczas   gdy   my   zastanawialiśmy   się,   jak   sprowadzić 

spokój na naszego kuzyna. Gdy tylko zrobił przerwę na zaczerpniecie oddechu, wykorzystaliśmy 

słowa Lindy, próbując odwrócić jego uwagę, ale nie byliśmy zdziwieni, gdy nam się nie powiodło. 

Był zbyt zaślepiony bólem. Do czasu, gdy kontrolowany fragment jego świadomości zdradził, że 

jego palce się naprężają, by sięgnąć do klawisza “WYKONUJ", całość nas miała już opracowany 

plan.

Wszyscy sześcioro wnieśliśmy swój wkład do choreografii tego tańca i wygładzaliśmy ją w 

myślach, aż wypełniła radością hasze dusze. Priorytet przypisaliśmy taśmie z programem; drugi 

pod względem ważności był laser. To Tom, ekspert sztuki walki, wiedział dokładnie, gdzie i jak 

uderzyć, żeby spowodować odruchowy skurcz mięśni Chena. To Raoul, specjalista od efektów 

wizualnych,   wiedział,   gdzie   rozciąga   się   optyczna   “strefa   martwa"   Chena   i   przewidział,   że   w 

krytycznym momencie znajdzie się w niej Norrey. Norrey znała położenie dysków do ćwiczeń, 

ułożonych na stelażach za jej plecami, bo Harry i ja widzieliśmy je kątem oka z miejsca, gdzie się 

znajdowaliśmy.   I   to   Linda   podpowiedziała   mi   jedyne   słowa,   które   mogły   w   tym   momencie 

odciągnąć uwagę Chena i które spowodują, że skupi na mnie swój wzrok, a dzięki temu Norrey 

znajdzie się w jego optycznej “strefie martwej". 

 - A co z pańskimi wnukami, Chen Ten Li?

Jego umęczone oczy spoczęły na mnie i rozszerzyły się. Norrey sięgnęła obiema rękami za 

siebie i zrzekła się kontroli nad nimi. Harry, który był najlepszym z nas mistrzem skorzystał z 

prawej ręki, by cisnąć dysk, który trafił w prawą dłoń Chena i spowodował, że odskoczyła ona w 

niekontrolowanym odruchu bólu znad terminala komputera. Raoul, będąc leworęcznym, skorzystał 

z lewej ręki Norrey, by cisnąć dysk, który rozbił laser i wytrącił go ze zgięcia lewej ręki Chena. 

background image

Obydwa pociski osiągnęły cel, zanim Chen zorientował się, że zostały rzucone. Zanim uderzyły 

Tom posłał kopniakiem trupa Song miedzy Linde a linię strzału na wypadek chybienia, a Norrey, z 

tego samego  powodu, porwała  ze stelaża dwa następne dyski.  Ja sam znajdowałem się już w 

połowie odległości dzielącej mnie od Chena: byłem intuicyjnie pewien, że zna sposoby popełnienia 

samobójstwa gołymi rękoma.

Akcja dobiegła końca w niespełna jedną sekundę czasu rzeczywistego. Dla oczu DeLaTorra 

i Dmirow musieliśmy... mignąć, a potem pojawić się ponownie w innych miejscach, jak spłoszony 

narybek. Chen płakał z bólu, wściekłości i wstydu, a ja trzymałem go w podwójnym nelsonie, 

starając   się   nie   zrobić   mu   krzywdy.   Harry   czekał   na   odbite   rykoszetem   dyski   wyłapując   je 

leniwymi ruchami; Raoul był już przy komputerze i kasował program Chena.

Taniec był skończony. Tym razem się udało: nie spłynęła ani jedna kropla krwi. Z żalem 

zdaliśmy sobie teraz sprawę, że gdybyśmy bez wahania wykorzystali za pierwszym razem zjawisko 

zjednoczenia,   Song   żyłaby   nadal,   A   Bili   nie   zostałby   ranny.   Baliśmy   się   wtedy,   poddając 

impulsowi działania tylko tytułem próby i zbyt późno. Teraz znikł ostatni ślad strachu: nasze serca 

były pewne. Byliśmy gotowi, by troszczyć się sami o siebie.

 - Doktorze Chen - powiedziałem formalnie - czy daje pan słowo honoru? 

Zesztywniał w mym uścisku, a potem odprężył się całkowicie.

 - Tak - powiedział pustym głosem. Puściłem go i zdziwiłem się, jak staro wygląda. Miał 

przecież dopiero pięćdziesiąt sześć lat.

 - Sir - powiedziałem z naciskiem, starając się podnieść go na duchu wzrokiem - pańskie 

obawy są bezpodstawne. Pańskie poświecenie niepotrzebne. Niech mnie pan wysłucha: nie jest pan 

zbytecznym   produktem   ubocznym   Homo   caelestis.   Nie   jest   pan   uszkodzoną   gametą.   Jest   pan 

jednym  z ludzi,  którzy osobiście chronią  naszą  planetę  przed  katastrofą,  aż będzie  ona  mogła 

wydać na świat następny szczebel ewolucji. Czy to ograbia pańskie życie ze znaczenia? Umniejsza 

pańską godność? Jest pan jednym z tych mężów stanu, którzy mogą pomóc Ziemi w przejściu 

przez następną transformacje - czy brak panu wiary w siebie albo odwagi? Pomógł pan otworzyć 

drzwi w kosmos i ma pan wnuki - czyż nie chce pan, by przypadły im w udziale gwiazdy? Czy 

zaprze się pan ich teraz? Chce pan posłuchać, co my myślimy o tym, co się stanie? Co może się 

stać? Co musi się stać? Chen potrząsnął głową, bezwiednie masując sobie prawe ramie.

 - Posłucham.

  - W pierwszym rzędzie skończmy z analogiami i metaforami. Nie jest pan uszkodzoną 

gametą ani niczym w tym rodzaju, o ile sam nie zgodzi się pan, by nią być. Cała rasa ludzka, jeśli 

tylko zechce, może stać się Homo caelestis. Wielu z nich nie będzie chciało, ale wybór należy/do 

nich. I do pana.

background image

  - Ależ przeważająca większość ludzi nie potrafi postrzegać sferycznie - krzyknął Chen. 

Uśmiechnąłem się.

  - Doktorze, kiedy jeden z mych studentów, który się nie sprawdził, wracał na Ziemie, 

powiedział mi na pożegnanie: ;,Nie potrafię się nauczyć widzieć jak wy, choćbym próbował i sto 

lat".

 - Właśnie. Byłem w kosmosie i podzielam jego zdanie.

 - A przypuśćmy, że ma pan do dyspozycji dwieście lat?

 - Co takiego?

  - Przypuśćmy,  że wchodzi pan w symbiozę, już teraz. Z początku musiałby pan mieć 

specjalnie   przystosowane   środowisko   z   kątami   prostymi,   żeby   nie   oszaleć.   Ale   byłby   pan 

nieśmiertelny. Czy nie mając nic lepszego do roboty, nie mógłby pan pozbyć się z czasem swojej 

grawitacyjnej polaryzacji?

 - Powiem więcej - wtrąciła Linda. - Dzieci urodzone w kosmosie będą myślały sferycznie 

od   okresu   niemowlęctwa.   Nie   będą   się   musiały   oduczać   nabytych   przez   całe   życie,   ż   gruntu 

fałszywych, obowiązujących czysto lokalnie informacji o rzeczywistości. Li, w stanie nieważkości 

nie jesteś za stary, by płodzić dzieci. Możesz się z nimi uczyć telepatycznie - i wspólnie z nimi 

dzielić gwiazdy.

  -   Cały   rodzaj   ludzki   -   ciągnąłem   -   wszyscy,   którzy   chcą,   mogą   od   razu   rozpocząć 

przygotowania. Kolonizacja kosmosu może się rozpocząć już w tym pokoleniu.

 - Ale jak ma być finansowana taka migracja? - krzyknął Chen.

  - Li, Li - powiedziała Linda, jak ktoś tłumaczący coś dziecku - teraz rasa ludzka jest 

bogata. Wszystkie zasoby układu są obecnie dostępne dla każdego i za darmo. Dlaczego kolonie L 

- 5 nie oderwały się od Ziemi ani nie założono kopalni na asteroidach, które dostarczałyby im 

surowców? Silverman powiedział to dziesięć minut temu: największym składnikiem wydatków na 

podbój kosmosu był zawsze koszt systemów podtrzymania życia oraz usilnych starań zapobieżenia 

zaadaptowaniu się załóg do stanu nieważkości poprzez symulowanie grawitacji. Jeśli wszystkim, 

czego  potrzebujesz, jest zestaw  kątów  prostych,  to za kilka wieków  będziecie  mogli  budować 

miasta z folii aluminiowej i transportować ogromne ilości symbiontu z Tytana na Ziemie.

 - Niech pan sobie wyobrazi brygadę montażową złożoną z samych telepatów - powiedział 

Harry - którzy nie muszą nigdy się posilać ani odpoczywać.

 - Niech pan sobie wyobrazi eksplozje sztuki i muzyki - powiedział Raoul - spadającą jak 

deszcz z niebios na Ziemie, przyciągającą serca, które nigdy nie tęskniły za gwiazdami.

 - Niech pan sobie wyobrazi Ziemie - powiedział Tom - zamieszkiwaną tylko przez tych, 

którzy chcą ją zamieszkiwać.

background image

 - I niech pan wyobrazi sobie wasze nie narodzone jeszcze dzieci - powiedziała Norrey. - 

Pierwsze dzieci w dziejach, wychowane bez przykrych, międzypokoleniowych tarć, wyrastające z 

absolutnej zależności od rodziców. W kosmosie dzieci i rodzice będą sobie równi w każdym sensie. 

Może, mimo wszystko, nie muszą być naturalnymi nieprzyjaciółmi.

 - Ale wy nie jesteście ludźmi - krzyknął Chen Ten Li. - Dlaczego mielibyście poświęcać 

nam tyle czasu i energii? Czym jest człowiek, że mielibyście się o niego troszczyć?

  - Li - powiedziała współczująco Linda - czyż nie przyszliśmy na świat z mężczyzny i 

kobiety? Czyż dziecko nie pamięta łona i nie tęskni do niego przez całe swe życie?  Czyż  nie 

szanujesz swej matki, chociaż już nigdy nie możesz zostać jej cząstką? Zachowamy i będziemy 

pielęgnować naszą miłość do Ziemi, do naszego łona, które może pozostać żywym i owocnym i 

znosić wielokrotne narodziny, jak jest do tego zdolne.

  -   To   jest   nasza   jedyna   obrona   -   powiedziałem   cicho   -   przed   niezmierną   samotnością 

istnienia w pustym kosmosie. Sześć umysłów to za mało - gdy będziemy mieli ich sześć miliardów 

zjednoczonych w niezakłócany intelekt, wtedy może nauczymy się czegoś. Cały rodzaj ludzki jest 

naszym genetycznym dziedzictwem.

 - Nie przeczę, że kosmos jest miejscem głęboko poruszającym - powiedział Tom - ale nie 

zgodzę się z twierdzeniem, że czyni on nas innymi niż ludzie. Czuje się człowiekiem.

 - A skąd cromagnonczyk mógł wiedzieć, że jest inny od neandertalczyka? - spytał Raoul. - 

Dopóki nie potrafił dostrzec rozbieżności, skąd mógł to wiedzieć?

 - Łabędź myślał, że jest brzydkim kaczątkiem - dodała Norrey.

 - Ale geny miał łabędzia - upierał się Tom.

 - Geny cromagnończyka wywodzą się z genów neandertalczyka - powiedziałem.

  - Czy badałeś  kiedyś  swoje? Czy rozpoznałbyś  naprawdę subtelne mutacje, gdybyś  je 

nawet zobaczył?

 - Nie mów mi Charlie, że wierzysz w te bzdury - powiedział ze złością Tom. - Czy czujesz 

się nieczłowiekiem?

  - Czuje się inny niż człowiek. Czuje się kimś więcej niż nowym człowiekiem. Jestem 

nowym stworzeniem. Zanim udałem się za Sharą w Kosmos, moje życie było tylko pogmatwanym 

żartem   ze   zbyt   wieloma   wątkami.   Dopiero   teraz   żyje.   Kocham   i   mogę   być   kochany.   Ja   nie 

porzuciłem Ziemi. Ja wybrałem kosmos.

 - Gadanie - powiedział Tom. - Połowa z tego to twoja noga... i wiem czym jest ta druga 

połowa,   bo   przydarzyło   mi   się   to   samo   w   miejscu,   gdzie   wychowała   się   Linda.   To   efekt 

mieszczucha na wsi. Znajdujesz nowe, mniej stresujące środowisko, budzą się pewne refleksje i 

zaczynasz podejmować lepsze, bardziej satysfakcjonujące decyzje. Twoje życie się naprostowuje. 

background image

A więc w tym miejscu musi być coś magicznego. Bzdury.

 - Tom - powiedziałem z naciskiem - to co innego. Byłem na wsi. Mówię ci, że nie jestem 

ulepszoną   wersją   człowieka,   którym   do   niedawna   byłem   -   jestem   teraz   kimś   zupełnie   innym. 

Jestem człowiekiem, którym mogłem już nigdy nie być na Ziemi, straciłem już całą nadzieje, że 

nim będę. Ja... wierze teraz w rzeczy, w które nie wierzyłem od kiedy przestałem być dzieckiem. 

Jasne, że miałem pewne przełomy, że związanie się z Norrey wniosło do mego życia więcej niż 

przypuszczałem. Ale zmienił się cały mój makijaż i nie dokonały tego szczęśliwe przypadki. Do 

diabła, byłem przecież pijakiem.

 - Każdego dnia mądrzeją jacyś pijacy - powiedział Tom.

 - Jasne, jeśli znajdą w sobie siłę, by przez resztę życia myśleć trzeźwo. Gdy tak się czuje, 

strzelam sobie jednego. Teraz już nieczęsto to się zdarza. Właśnie dzięki temu przestało mnie 

ciągnąć do butelki. Czy to jest tak powszechnie spotykane? Pale teraz mniej, a jeśli nawet, to 

podchodzę do tego mniej lekkomyślnie.

 - A więc kosmos sprawił, że zmądrzałeś bez żadnego udziału z twojej strony?

  - Z początku. Potem musiałem wziąć się w garść i pracować nad sobą jak diabli - ale 

zaczęło się to bez mej wiedzy i zgody.

 - Kiedy to się zaczęło? - spytały jednocześnie Norrey i Linda. Musiałem się zastanowić.

  - Kiedy zacząłem się uczyć myśleć sferycznie. Kiedy się w końcu oduczyłem myślenia 

kategoriami góry i dołu.

 - Pewien mądry człowiek powiedział kiedyś - odezwała się Linda - że wszystko dobre, co 

cię dezorientuje. Bo jest to kształcące.

 - Znam tego mądrego człowieka - zadrwił Tom. - Leary. Przypadek uszkodzenia mózgu, o 

ile dobrze pamiętam.

 - Czy to go dyskwalifikuje jako mądrego przed rozwinięciem się choroby?

  - Słuchajcie - powiedziałem - wszyscy jesteśmy unikatami. Wszyscy przeszliśmy przez 

bardzo   trudny   proces   selekcji   i   nie   przypuszczam,   żeby   pierwszy   cromagnonczyk   czuł   się   w 

jakimkolwiek stopniu inaczej niż my. Ale istnieją dowody na to, że nasz dar nie występuje u ludzi 

powszechnie.

 - Przecież zwykli ludzie potrafią żyć w kosmosie - zaoponowała Norrey. - Załogi statków 

Sił Kosmicznych. Brygady montażowe.

 - Tylko wtedy, gdy mają sztuczny pion lokalny - powiedział Harry. - Wyprowadź ich w 

otwartą przestrzeń, a będziesz im musiała wytyczyć proste linie i proste kąty, bo inaczej dostaną 

zawrotu głowy. Większość z nich. To dlatego staliśmy się bogaci.

 - Poza tym - dodał pogodnie Raoul - czym jest kilka stuleci? Nam się nie śpieszy.

background image

 - Li - ciągnąłem - być człowiekiem znaczy stać miedzy małpą a aniołem. Być aniołem, jak 

moja rodzina i ja, znaczy unosić się pomiędzy człowiekiem a bogami i mieć w sobie po równi coś z 

tego pierwszego i z tych ostatnich. Bez grawitacji czy lokalnego pionu nie mogą istnieć fałszywe 

pojęcia “góry" i “dołu"; jak moglibyśmy postępować inaczej niż etycznie? Nieśmiertelni, niczego 

nie potrzebujący, jak moglibyśmy być źli?

  -   Jako   gatunek   -   podjął   Tom   -   będziemy   się,   naturalnie,   kontaktować   z   wami   za 

pośrednictwem   ONZ.   Doktorze   Chen,   proszę   mi   wierzyć,   przeanalizowaliśmy   to   szybciej   niż 

komputer.   Nie   ma   sposobu   obalenia   naszych   planów,   zarekwirowania   symbiontu.   Nie 

powstrzymają nas wszyscy źli mężczyźni i kobiety z całej Ziemi, a dni zła są policzone.

  - Ale - skończyłem - potrzebujemy współpracy ze strony pana i panu podobnych. Czy 

zgadza się pan na nią, Chen Ten Li?

Dryfował   swobodnie   w   częściowym   przysiadzie,   całkowicie   odprężony.   Twarz   miał 

zamyśloną, oczy zwrócone w głąb siebie. Po dłuższym czasie jego źrenice pojawiły się ponownie i 

na twarz powróciło mu życie. Poszukał mego wzroku i lekki uśmiech rozciągnął mu usta.

 - Bardzo mi pan przypomina - powiedział - człowieka, którego kiedyś znałem, człowieka 

nazwiskiem Charles Armstead.

  - Doktorze Chen - odparłem, czując wielką ulgę. - Li, mój przyjacielu, ja jestem tym 

człowiekiem. Jestem również czymś jeszcze i prawidłowo wydedukowałeś, że powstrzymuje od 

mówienia   moich   sześć   osobowości   z   grzeczności   wobec   ciebie   i   z   tego   samego   powodu 

przystosowuje swe ciała do twego pionu lokalnego. To jasno dowodzi, że wspólnota telepatyczna 

nie wymaga tego, co nazwałbyś utratą własnego ja.

Przesuwając   osobowość   tak,   by   każde   z   nas   wypowiedziało   jedno   słowo, 

powiedziałem/powiedzieliśmy:

 - Jestem

 - więcej

 - niż

 - człowiekiem

 - nie

 - mniej.

  -   Bardzo   dobrze   -   powiedział   Li   potrząsając   głową.   -   Wspólnie   przyniesiemy   naszej 

znużonej planecie spokojną i radosną przyszłość.

 - Jestem z wami - powiedział po prostu DeLaTorre.

 - Ja również - dodała Dmirow.

 - Zabierzmy Billa i ciało pułkownik Song do ambulatorium -  powiedziało sześć głosów.

background image

I w godzinę później nasza szóstka odleciała do miejsca pobytu Gwiezdnych Siewców. Tym 

razem nie wzięliśmy promu kosmicznego. Na podróż w jedną stronę wystarczały nam silniczki 

naszych skafandrów...

background image

CZĘŚĆ IV - SYNGAMIA

Saturn płonął ochrą i brązem na tle intensywnej czerni, gdzieniegdzie tylko przerywanej 

zimnymi iskrami miliardów słońc.

Mknęliśmy przez te czerń pełnym ciągiem naszych odrzutowych silniczków tańcząc, nawet 

nie myśląc o niej. Zostawiliśmy za sobą ludzkie życie i żegnaliśmy je tańcem. W zasadzie każde z 

nas   tworzyło   swój   własny   “Gwiezdny   taniec",   a   wielka   i   pusta   kosmiczna   sala   koncertowa 

rozbrzmiewała ostatnią symfonią Raoula. Każdy z tańców był indywidualny i kompletny sam w 

sobie. Tak się jednak składało, że każdy zazębiał się z pozostałymi i z muzyką, tworząc z nimi 

wspólnie rodzaj wypowiedzi drugiego, wyższego poziomu. Chociaż powstawały bez jakichkolwiek 

dostrzegalnych   ograniczeń,   narzucanych   przez   czas   i   odległość,   to   nadświadomosć   Harry'ego 

dopilnowała, by wszystkie dobiegły końca jednocześnie, przed obcymi.

Nie filmowaliśmy tego tańca.  W odróżnieniu od “Gwiezdnego tańca" Shary nie był  to 

występ przeznaczony dla szerszej widowni. Tańczyliśmy, by radować się tańcem, by tańczyć.

Ale mimo wszystko mieliśmy widownie.. Gwiezdni Siewcy (nie byli już obcymi) skręcili 

się w coś analogicznego do aplauzu, kiedy zawiśliśmy przed nimi, dysząc ciężko i po raz ostami 

smakując pot, którego już nigdy nie wydzielą nasze ciała.

Już się ich nie baliśmy.

 - CZY DOKONALIŚCIE WYBORU?

 - Tak.

 - TO BĘDĄ PIĘKNE NARODZINY.

Raoul cisnął swojego Musicmastera w kosmos.

 - Nie opóźniajmy ich.

 - ZACZYNAJMY!

W   ich   tańcu   pojawiło   się   teraz   podniecenie,   elementarna   energia,   która   zdawała   się 

zawierać   w   sobie   pierwiastek   humoru,   tłumionej   wesołości.   Zaczęli   wirować   w   układzie 

tanecznym,   jakiego   nigdy  dotąd   nie   widzieliśmy,   ale   odnosiliśmy   wrażenie,   "że   go   znamy,   w 

układzie,  który bez wyraźnego  przejścia zmieniał się od prostego do skomplikowanego.  Cześć 

naszego umysłu należąca do Harry'ego określiła go “nazywaniem pi" i wszyscy obserwowaliśmy z 

zachwytem jak się rozwija. To był najbardziej hipnotyczny układ, jaki kiedykolwiek tańczono, był 

to sam taniec tworzenia; najbardziej podstawowe wyrażenie Tao. Nawet gwiazdy zdawały się mu 

przyglądać.

background image

I gdy tak patrzyliśmy osłupiali, półwidoczna sfera otaczająca Gwiezdnych Siewców zaczęła 

po raz drugi ronić krwawe łzy.

Zlały się one w cienki karmazynowy pierścień wokół ogromnej kuli, potem skupiły w sześć 

orbitujących pęcherzy. 

Każde   z   nas   bez   wahania   włączyło   swoje   silniczki,   podpłynęło   do   swego   pęcherza   i 

zanurkowało do jego wnętrza. Gdy się tam znaleźliśmy, ściągnęliśmy z siebie skafandry próżniowe 

i cisnęliśmy nimi o ściany naszych pęcherzy, a te przepuściły je na zewnątrz, w otwarty kosmos. 

Raoul dorzucił swe okulary. I wtedy pęcherze skurczyły się wokół nas i w nas i poprzez nas.

Dla   wszystkich   sześciorga   mnie   zaczęły   się   wówczas   dziać   rzeczy   na   tysiącu   różnych 

poziomów; ale to Charlie Armstead opowiada wam to teraz. Poczułem, jak coś zimnego ześlizguje 

się moim gardłem i wpełza do nozdrzy, stłumiłem odruch otwarcia szeroko ust, pomyślałem przez 

chwile   o   Chen   Ten   Li   i   starożytnych   chińskich   legendach   o   jadalnym   złocie,   które   przynosi 

nieśmiertelność - poczułem nagie, i już na zawsze, całkowitą świadomość, wiedze oraz przejecie 

kontroli nad całym mym ciałem i mózgiem. W trwającym wieczność momencie bezczasowości 

przebiegłem   myślami   bagaż   wspomnień   z   całego   mego   życia,   podelektowałem   się   nimi, 

przekazałem je jednym impulsem mojej rodzinie i odebrałem ich wspomnienia. Jednocześnie moje 

oczy zaczęły rejestrować większe spektrum częstotliwości, bym mógł wejrzeć w najdalsze głębie 

wszechświata  i jednocześnie  grałem  na klawiszach  mego  własnego sensorium,  rozkoszując się 

kruchym bekonem, piersią Norrey i słodką wonią odwagi, czując won dymu z ogniska, lędźwie 

Norrey i słodki zapach przywiązania, słysząc muzykę  Raouia, głos Norrey i słodkie brzmienie 

ciszy.   Prawie   machinalnie   wyleczyłem   uszkodzenie   mego   biodra,   poczułem,   że   powraca   mi 

całkowita sprawność, tak jakbym nigdy jej nie stracił.

Co do zdarzeń, na poziomie grupy, to nie mogę wam chyba powiedzieć nic, co miałoby dla 

was   jakiekolwiek   znaczenie.   Kochaliśmy   się,   znowu   niemal   machinalnie,   i   wszyscy   wspólnie 

czuliśmy tęsknotę za życiem rodzącym się w brzuchu Lindy, czuliśmy, że symbiont, który osłaniał 

jej   ciało   dokonał   tego   samego   spostrzeżenia   i   zaczął   przygotowywać   swoją   własną   mitozę. 

Zupełnie świadomie i z rozmysłem, Norrey i ja poczęliśmy nasze dziecko. Były to tylko zdarzenia 

incydentalne, ale cóż mogę wam powiedzieć o zdarzeniach zasadniczych? Na jednym głównym 

poziomie wymienialiśmy się swoimi pamięciami i wybaczaliśmy jedno drugiemu ich wstydliwe 

fragmenty,   a   cieszyliśmy   się   wspólnie   tymi,   z   których   można   było   być   dumnym.   Na   drugim 

głównym poziomie zapoczątkowaliśmy sympozjum na temat znaczenia piękna. Na jeszcze innym 

zaczęliśmy planowanie ostatnich szczegółów migracji człowieka w kosmos.

Znaczna   cześć   nas   była   czysto   roślinną   świadomością,   sześciopłatkowym   kwiatem, 

pławiącym się w słońcu.

background image

Znajdowaliśmy się w odległości niespełna kilometra od Gwiezdnych Siewców, a całkiem 

zapomnieliśmy o ich istnieniu.

Zostaliśmy   przywołani   do   rzeczywistości,   gdy   Gwiezdni   Siewcy   znowu   zapadli   się   w 

pojedynczą,   płynną   kule   o   nie   dającej   się   znieść   jasności   -   i   bez   pożegnania,   czy   ostatniego 

przesiania, zniknęli.

Ale wrócą, nie później niż za kilka stuleci czasu rzeczywistego, by się przekonać czy ktoś 

czuje się już gotowy zostać ćmą.

***

Unosiliśmy się tam, oniemiali ze zdumienia i kiedy nasza świadomość skupiła się wreszcie 

na zewnętrznym wszechświecie zobaczyliśmy to, co dotąd uchodziło naszej uwagi.

Od   wielkiego   Pierścienia   Saturna   nadlatywał   ku   nam   karmazynowoskrzydły   anioł.   Na 

dwóch   rozpostartych   szeroko,   cienkich   i   czerwonych   żaglach   świetlnych   zbliżała   się 

nieprawdopodobna postać.

  - Halo.Norrey, Charlie - zabrzmiał w naszych czaszkach znajomy głos. - Witajcie Tom, 

Harry, Linda i Raoul. Nie znam was jeszcze, ale kochacie tych, których kocham ja - witajcie.

 - Shara - krzyknęło bezgłośnie sześć mózgów.

 - Czasami ćmy zabierają autostopowicza.

 - Ale jak...

 - Właściwie bardziej można mnie porównać do dziecka w inkubatorze, ale w każdym razie 

przenieśli mnie żywą na Tytana. To, co spłonęło na waszych oczach, było moim skafandrem i 

zbiornikami powietrza. Byli zdesperowani i śpieszyli się, tak jak mówili. Ale nie posądzałeś ich 

chyba naprawdę, że są na tyle niezgrabni, by dać mi umrzeć, prawda ? Czekałam w Pierścieniu, aż 

podejmiecie decyzje.. Nie chciałam mieć na nią wpływu.

“Płatek Śniegu", który był mną, szukał gorączkowo “słów".

 - Wybraliście sobie dobrych partnerów na małżonków - powiedziała. -  Wszyscy sześcioro.

 - Wyjdź za nas - krzyknęliśmy.

 - Myślałam, że już nigdy nie poprosicie.

I moja siostra wlała się we mnie i jesteśmy jednym.

***

To już właściwie cała historia.

Ja - składnik tego ,Ja" nazwiskiem Charlie Armstead - spisałem ją za jednym, trwającym 

pół   dnia   “posiedzeniem"   tu,   za   klawiaturą   terminala   kostki.   Ograniczała   mnie   tylko   fizyczna 

szybkość reakcji sensorowych klawiszy terminala. Gdy pisze te słowa, inne części mnie dryfują 

przez wieczność. Kochamy się. Uwielbiamy.  Śpiewamy.  Tańczymy.  Jesteśmy bez reszty jedno 

background image

drugim, a jednak i sami sobą. Chce, żebyście wiedzieli, że Charles Armstead nie rozpuścił się ani 

nie rozłożył w coś obcego. Że nie umarłem w żadnym sensie. Że nigdy nie umrę. Lepiej będzie 

powiedzieć, że jestem Charlesem Armsteadem do siódmej potęgi. Wciąż choreografuje tańce z 

Norrey i Sharą, wciąż wymieniam z Raoulem słone, wielowątkowe dowcipy, wciąż delektuje się w 

myślach smakiem dobrej kawy, rykiem mocnego drinka, aromatem dobrej trawki. Dzielą mnie od 

was   tylko   czas   -   i   zmiany.   Kiedyś   byłem   zgorzkniałym,   pokręconym   kaleką,   zatruwającym 

powietrze wokół siebie; teraz nie znam żadnego zła, bo nie znam strachu.

Poświeciłem maleńki ułamek mej energii na skończenie tego tekstu, ponieważ Bili Cox 

przygotowuje się do odlotu na Ziemie (on wróci) i jeśli ten tekst ma być kiedykolwiek wysłany, to 

musi to być teraz.

Te treści nie nadają się do przesłania laserem komunikacyjnym dyplomatów, a zresztą ci 

nadzwyczajni mężczyźni i kobiety nie potrafią ich wyrazić tak jak ja.

Jestem Charles Armstead, a moje przesłanie dla was brzmi: Gwiazdy mogą być również 

wasze.