CAROLE BUCK
Melodia na czas kochania
PrzełoŜyła Agnieszka Kobylińska
Tytuł oryginału Simply Magic
ROZDZIAŁ 1
Noc była upalna. Z apartamentu poniŜej dobiegały natarczywe
dźwięki muzyki.
Bębny, które naśladowały rytm uderzeń serca.
Fleyt swoimi nie skoordynowanymi dźwiękami chciały
przyspieszyć krąŜenie krwi słuchaczy.
Muzyka nie była głośna, ale jej niepokojący, egzotyczny rytm
wybijał ją ze snu. Codzienne hałasy; syreny straŜy poŜarnej czy ryk rock
and rolla z głośno nastawionego radia, były znajome i nie przeszkadzały
jej. Ale to…
Ś
piew? Czy ktoś teraz śpiewał?
Brooke odwróciła się na plecy i zatkała uszy. Niewiele to jednak
pomogło. Wprawdzie muzyka była przytłumiona, lecz wciąŜ natarczywa.
Brooke miała wraŜenie, jakby wsączała się w nią wszystkimi porami
ciała!
Spojrzała w sufit, próbując opanować zdenerwowanie, wywołane
tą niesamowitą melodią. Muzyka rozbrzmiewała dopiero pół godziny, a
irytacja, jaką wyzwalała, narastała z kaŜdą minutą.
Brooke wiedziała, Ŝe nie uda jej się zdrzemnąć. Po pierwsze była
przemęczona po pełnym napięcia weekendzie u rodziny w Connecticut.
Na domiar złego w Bostonie, podobnie jak i w pozostałej części Nowej
Anglii, panował niezwykły jak na tę porę roku upal, a klimatyzacja w
sypialni nie działała. Ten fizyczny i psychiczny dyskomfort był trudny do
przezwycięŜenia. Do tego wszystkiego jeszcze ta niepokojąca muzyka…
Brooke spojrzała na budzik, stojący na małym stoliku przy łóŜku.
Minęła północ, a następnego ranka musiała, jak zwykle, być w pracy!
Wiedziała, Ŝe jej szef w Instytucie Wildinga do spraw Badań Ziemi
(WIWE) był bardzo wyrozumiały, lecz nawet on nie tolerował
pracowników, którzy w godzinach pracy zasypiają za biurkiem.
Siedem miesięcy temu, kiedy przyjechała do Bostonu, właśnie szef
zaproponował jej mieszkanie w tym przepięknym apartamencie w
Cambridge. Kiedyś był to dom jednorodzinny, lecz właściciel
(prawdopodobnie to on włączył tę muzykę) dokonał w nim przeróbek i
wynajął pierwsze piętro, zatrzymując dla siebie mieszkanie na parterze.
Od pierwszej chwili Brooke podobał się ten elegancki, utrzymany
w starym stylu dom. Wysokość czynszu mile ją zaskoczyła. Wiązały się z
tym jednak pewne obowiązki. W czasie nieobecności właściciela, osoba
wynajmująca piętro musiała opiekować się całym domem, wraz z
przylegającym doń urokliwym dziedzińcem.
Nawet przy takiej klauzuli Brooke nie wahała się ani przez
moment. Jak się okazało, jej obowiązki związane z domem nie były w
ogóle uciąŜliwe. Musiała wprawdzie dbać o zajmowane przez siebie
mieszkanie, lecz raz w tygodniu przychodziła sprzątaczka, która
sprawnie radziła sobie z utrzymaniem czystości w pozostałej części
domu. Gdy zachodziła potrzeba, dwaj kilkunastoletni chłopcy z sąsiedz-
twa kosili trawę, grabili uschnięte liście lub odgarniali śnieg - wszystko
to za umiarkowaną opłatą.
Jedynymi obowiązkami Brooke były wizyty na poczcie i odbiór
listów nadchodzących do właściciela. Otrzymała klucze do drzwi
frontowych, więc mogła zostawiać przesyłki w mieszkaniu na parterze.
Początkowo Brooke zastanawiała się, dlaczego korespondencji do
doktora Archimedesa Xaviera „Meade” O’Malleya nie dostarczano
bezpośrednio do domu. Po pierwszej wizycie na poczcie przestało ją to
dziwić.
Właściciel domu otrzymywał tygodniowo więcej listów niŜ
niejedna osoba w ciągu całego Ŝycia. Wyglądało na to, Ŝe O’Malley
prowadził korespondencję w wielu językach z wieloma osobami z
róŜnych państw. Prenumerował równieŜ około tysiąca gazet i czasopism,
wśród których znajdowały się zarówno powaŜne pisma naukowe, jak i
popularne brukowce. Te ostatnie, zapewne dla ochrony przed
ciekawskimi, pakowane były w brązowy papier.
Po siedmiu miesiącach sortowania poczty nadchodzącej do pana
O’MaIleya, której nie mogła przecieŜ zostawiać bezładnie pod drzwiami,
Brooke miała wraŜenie, Ŝe trochę poznała juŜ tego człowieka.
Oczywiście w Instytucie słyszała o nim wiele plotek, z których moŜe
jedna czwarta była prawdziwa. Ale gdyby choć część z tych opowieści o
jego niesamowitych wyprawach była prawdą…
Wiedziała, Ŝe specjalizował się w etnobotanice, wiedzy łączącej
antropologię z nauką o roślinach. Spędził wiele lat w Amazonii, badając
znajomość roślin leczniczych wśród Indian i zastosowanie ich we
współczesnej terapii. Kiedy się wprowadzała, powiedziano jej, Ŝe Meade
przebywa właśnie w amazońskiej dŜungli, skąd miał powrócić pod
koniec sierpnia.
Brooke usiadła i zniecierpliwiona odgarnęła kosmyk blond
włosów, opadających jej na ramiona. Do końca sierpnia w amazońskiej
dŜungli, tak? Według kalendarza do sierpnia pozostały jeszcze dwa
miesiące.
Właściwie moŜna się tego było po nim spodziewać.
Najprawdopodobniej właściciel wrócił przed oznaczonym terminem. I
był teraz na dole i włączył tę muzykę, jakby celowo chcąc doprowadzić
ją do szału.
Niespodziewanie dźwięki bębna i fletu przeszły w tonację inną,
bardziej… erotyczną.
* * *
Miała tego dość! Odrzuciła prześcieradło, tłumacząc sobie, Ŝe
nagłą nadwraŜliwość skóry wywołał wyłącznie upał i nic innego.
Długimi szczupłymi nogami dotknęła dywanu. Nie miała zamiaru
całą noc wysłuchiwać najnowszej listy przebojów jakiejś prymitywnej
kultury. Postanowiła zejść na dół i powiedzieć swemu gospodarzowi, co
o tym myśli. Dobry BoŜe, ten człowiek był chyba źle wychowany, Ŝe
nawet nie przyszło mu do głowy przyjść, przedstawić siei poinformować
o swym powrocie! Nie była nawet w stanie wyobrazić sobie przyczyny,
dla której wrócił w środku nocy. MoŜe zbyt długo przebywał w
towarzystwie łowców głów?
Brooke ponownie odgarnęła włosy. Doznała szczególnego,
przyjemnego wraŜenia pieszczoty na szyi i ramionach.
Nie! Świadomie przełamała ogarniające ją rozleniwienie. Gorąco
potęgowało jej zmęczenie. Jasne, Ŝe czuła się trochę niedysponowana.
Absurdem byłoby doszukiwać się w tym jakichkolwiek doznań
erotycznych.
To było więcej niŜ absurd. Brooke Livingstone,
dwudziestoośmioletnia kobieta, która nie potrafiła zaspokoić tęsknoty
męŜa przez ostatnie pół roku małŜeństwa! Przez cały ten czas nie czuła
pogłębiającego się uczucia fizycznej oziębłości, które było przyczyną
niepowodzenia. To niemoŜliwe, aby jakaś muzyka mogła ją tak
odmienić.
To, czego teraz potrzebowała, to mocny, długi sen.
Brooke sięgnęła po seledynowe kimono, leŜące na podłodze przy
łóŜku. Wiedziała dokładnie, jak rozmawiać z doktorem A.X.
O’Malleyem. Zamierzała być szalenie uprzejma, lecz stanowcza. Miała
zamiar wyraźnie dać mu do zrozumienia, Ŝe…
Muzyka zmieniła się ponownie. O, nie! Flety zamilkły i ktoś - coś?
- zaczął śpiewać. Brooke nie próbowała nawet odgadnąć, w jakim
języku. Bez względu na to, o czym opowiadała pieśń, była pewna, Ŝe nie
ma w niej rymów „gniew”, „śpiew”, „drzew” i „zew”. Była to najbardziej
niepokojaca melodia, jaką słyszała. Musiała przerwać tę niesamowitą
muzykę.
Archimedes Xavier „Meade” O’Malley krąŜył po pełnym ksiąŜek i
dzieł sztuki salonie swego mieszkania jak uwięziona dzika pantera.
Prymitywna muzyka z nowoczesnego magnetofonu świetnie oddawała
ogarniające go uczucie niepokoju.
MoŜe nawet zbyt dobrze. MoŜe powinien włączyć coś bardziej
uspokajającego. Na przykład Mozarta. Świętej pamięci Sebastian
Browning, nauczyciel i osoba, po której odziedziczył zarówno ten dom,
jak i wiedzę, wielokrotnie powtarzał, Ŝe słuchanie Mozarta jest
lekarstwem na prawie wszystkie emocjonalne dolegliwości.
Meade był w pełni świadomy odczuwanego zdenerwowania.
Zawsze po powrocie z podróŜy miał wraŜenie pewnego
nieprzystosowania. Było to wynikiem zmęczenia, częściowo szoku
kulturowego i czegoś jeszcze, czego nawet nie próbował określić.
Wiedział, Ŝe za dzień lub dwa poczuje się znów jak w domu, a
przynajmniej będzie mu znów wygodnie we własnej skórze. Do tego
czasu musi po prostu pogodzić się z uczuciem obcości i niedopasowania.
Meade przybył na lotnisko Logan sześć godzin temu. Tym razem
nie uprzedzał nikogo o swym powrocie. Przy odprawie celnej trafił na
wyjątkowo podejrzliwego urzędnika. Przewidując, Ŝe zarówno jego
wygląd, jak i zawartość bagaŜy niejednokrotnie powodowała trudności
na kaŜdym duŜym lotnisku świata, nie powinien być zaskoczony takim
przyjęciem. Mimo wszystko było to irytujące.
W końcu, dzięki interwencji pewnego kontrolera, który pamiętał
go z jednej z poprzednich podróŜy, zaoszczędzono mu upokarzającej
rewizji osobistej i pozwolono wreszcie przekroczyć granicę. Po
pospiesznym wrzuceniu rzeczy do toreb i oziębłym „do widzenia” ze
strony celników, złapał taksówkę do Bostonu.
Po krótkim namyśle zrezygnował z wizyty u rodziców. „Będzie na
to czas rano” - pomyślał. Nie chodziło nawet o to, Ŝe rodzina nic go nie
obchodziła, ani teŜ on ich; wręcz przeciwnie. W tym stanie ducha nie był
przygotowany na czułe powitanie rodziny.
Meade wiedział z wielokrotnych doświadczeń, Ŝe jego pojawienie
się na progu rodzinnego domu zapoczątkowałoby huczne przyjęcie. Jego
matka najpierw by się rozpłakała i przytuliła go do piersi, po czym
ruszyłaby do telefonu, aby zaprosić jego siostry - bliźniaczki Kathleen i
Mary Marga-ret, a takŜe kaŜdego kogo by sobie przypomniała. Ojciec
równieŜ by się rozpłakał i przytulił go, a potem zaproponowałby mu coś
do picia. Po kilku minutach rozległyby się dzwonki do drzwi i w domu
zaroiłoby się od osób z klanów Petrakis i 0’Malley. I znów kolejne
pocałunki, uściski, drinki i jedzenie...
Drinki. O, BoŜe. JuŜ sama konieczność picia wystarczyła, by
odwlec moment spotkania z rodziną. Podczas pobytu w dŜungli zdarzało
mu się pić jeden z najsilniejszych trunków świata, ale była to tylko
ciekawość badacza. No dobra, moŜe nie tylko. Zdarzyły się dwie, no
moŜe trzy sytuacje, gdy skosztował podsunięty napój w obawie, Ŝe
odmowa mogłaby śmiertelnie urazić gospodarzy, co łączyło się z nie-
bezpieczeństwem.
W kaŜdym bądź razie, zdarzyło mu się próbować alkohol, w
porównaniu z którym bimber wydawał się zaledwie soczkiem, Ale nic
nie powodowało większego kaca niŜ wychylane na przemian szklaneczki
whisky i ouzo. A tego oczekiwano po nim w czasie wszystkich spotkań
rodzinnych. Musiał przecieŜ manifestować swą przynaleŜność i
pochodzenie -zarówno greckie, jak i irlandzkie.
Pomyślał nagle o butelce wina i zapasach jedzenia, które
zgromadził. MoŜe powinien otworzyć wino i napić się kieliszek dla
odpręŜenia. Ale nie był o tym przekonany. Prawdę powiedziawszy, nie
miał ochoty ani na picie w samotności, ani teŜ w towarzystwie rodziny.
Meade zatrzymał się i przeciągnął, próbując zmniejszyć napięcie w
mięśniach szyi i ramion. Przeczesując palcami gęste, czarne jak sadza
włosy, rozejrzał się po pokoju. Zatrzymał wzrok na stertach
korespondencji, ułoŜonych na wytartym perskim dywanie przed
kominkiem. Niejaki B. Livingstone, którego nazwisko wypisane było
starannym pismem na skrzynce pocztowej, odwalił kawał dobrej roboty.
Osiem miesięcy temu, gdy Meade wyruszał na organizowaną przez
WIWE wyprawę do Ameryki Południowej, mieszkanie piętrze było
puste. Poprosił wówczas Davida Quincy, dyrektora Instytutu, o
znalezienie odpowiedniego lokatora. Meade darzył Davida pełnym
zaufaniem, mimo Ŝe poprzedni lokator mieszkał tu ze swym ulubionym
węŜem boa o wdzięcznym imieniu Urszula. Nie chodziło o uprzedzenia
Meade’a wobec węŜy. Urszula była jednym z najokazalszych
przedstawicieli rodziny Boidae z jakim się zetknął i bardzo ją lubił.
Niestety, miała zwyczaj wygrzewania się na wypolerowanym parkiecie w
hallu. Kobieta, z którą Meade był wówczas związany, panicznie bała się
wszelkich gadów.
Oczywiście, Ŝe przez pewien czas Ŝałował rozstania. Ale, mimo Ŝe
lubił Jeanne, nie łączyła ich miłość, Prawdę mówiąc, gdy rozstali się,
czuł, Ŝe jego matka była bardziej rozczarowana niŜ on sam. Meade
przypuszczał, Ŝe fakt, iŜ mając trzydzieści pięć lat, był wciąŜ kawalerem,
stanowił dla jego matki wieczne zmartwienie.
B. Livingstone. Barney? Benjamin? Bob? Po przyjeździe z
lotniska zapukał na wszelki wypadek do drzwi mieszkania na piętrze,
mimo Ŝe światła były zgaszone. Nie było odpowiedzi. Zszedł na dół,
wziął prysznic, ogolił się i zdecydował wyjść do miasta, aby coś zjeść.
Wrócił po półtorej godziny i ponownie wszedł na górę. Przez moment
wydawało mu się, Ŝe słyszy jakiś dźwięk, lecz nikt nie zareagował na
pukanie do drzwi. Wzruszył ramionami i wrócił do siebie.
B. Livingstone. Bradley? Bernard?
Meade przyjrzał się uwaŜnie korespondencji, próbując odgadnąć
cokolwiek ze sposobu jej ułoŜenia. To, Ŝe nowy lokator miał
zamiłowanie, a moŜe nawet obsesję na punkcie porządku, wydawało się
oczywiste. A fakt, Ŝe przesyłki zostały poukładane tak uwaŜnie,
wskazywał, Ŝe B. Livingstone moŜe być dociekliwym facetem. Hm...
moŜe naukowcem. Tak. Specjalistą w jakiejś ścisłej dziedzinie. Zapewne
znakomity w laboratorium, lecz mający problemy z realnym Ŝyciem. A
wygląd fizyczny? Niski? Szczupły? A moŜe przeciwnie - wysoki i
przygarbiony?
Okulary. Mógłby się załoŜyć...
Jego rozmyślanie przerwało pukanie do drzwi. Meade zamarł na
ten dźwięk i poczuł, jak powracają przyzwyczajenia nabyte w dŜungli.
Adrenalina zaczęła szybciej krąŜyć w Ŝyłach.
Rozległo się kolejne pukanie, tym razem natarczywe.
- JuŜ idę - zawołał ostro Meade i podszedł do drzwi. Odsunął
zasuwę i otworzył.
Ostatnią rzeczą, której się spodziewał, była stojąca przed nim
piękna kobieta. Była szczupła, ubrana w jakąś jedwabną szatę. Strój ten,
w kolorze wiosennych liści, niczym kochanek obejmował wdzięcznie
okrągłości jej ciała. Miała długie, rozpuszczone włosy koloru promieni
słonecznych. Wyraz jej owalnej twarzy przypominał niewinność
Madonny. Tylko usta były inne. Ich kształt i barwa dojrzałych wiśni
przywodziły na myśl ziemskie namiętności. Oczy miała zielone,
ozdobione długimi rzęsami, wzrok uwaŜny. MoŜna się było w nich
zagubić,
Meade przyglądał się stojącej przed nim osobie,
Z plotek krąŜących po Instytucie wynikało, Ŝe Meade jest
współczesnym Casanovą. Brooke domyślała się więc, Ŝe będzie
przystojny. Nie była jednak przygotowana na spotkanie męŜczyzny
będącego połączeniem rozbójnika morskiego z greckim bogiem!
Brooke miała pięć stóp i siedem cali wzrostu, a on przewyŜszał ją
o przynajmniej sześć cali. Był szczupły, potęŜnie zbudowany i odziany
jedynie w zniszczone szorty koloru
Kręcone włosy wyglądały tak, jakby od miesięcy nie widziały
fryzjera. Opalenizna twarzy miała ciepłą barwę i uwydatniała kości
policzkowe. Brooke widywała podobnie zniewalające oblicza u
marmurowych rzeźb staroŜytnych -Ateńczyków. Ale Ŝaden z tych
potęŜnych posągów nie miał oczu w kolorze morza w pogodny dzień.
KaŜda kobieta mogłaby utonąć z radości w tych błękitnych, błyszczących
głębiach.
Brooke patrzyła niemal zauroczona.
Meade nie wiedział, jak długo tak stali, patrząc na siebie. Miał
wraŜenie, jakby powietrze w pokoju było naelektryzowane, zupełnie jak
po burzy.
Ostre dźwięki bębnów przerwały muzykę. Taśma zatrzymała się,
wydając ledwie słyszalny trzask. Po kilku sekundach... minutach...
milczenia Meade odezwał się pierwszy.
- B. Livingstone, jak przypuszczam? - spytał.
„B. Livingstone, jak przypuszczam?” BoŜe, nie pamiętał juŜ kiedy
ostatnio uŜył tak pospolitego wyraŜenia.
Brooke zamrugała.
- Ja... Proszę? - odparła niepewnym głosem. Czuła zupełny mętlik
w głowie.
- NiewaŜne - odpowiedział ponuro, - To taki stary dowcip. Nie
warto go powtarzać.
- Stary dowcip? - Brooke ponownie zamrugała, próbując zebrać
myśli. - To znaczy... to, co pan powiedział... to przypuszczenie, Ŝe
nazywam się Livingstone?
- Tak jest - skinął głową i uśmiechnął się, - Przepraszam. Pewnie
słyszała juŜ pani wiele Ŝartów na ten temat.
- Właściwie nie - zaprzeczyła Brooke. - Livingstone to jest... było
nazwisko mojego męŜa. To znaczy, to wciąŜ jest jego nazwisko. Moje
równieŜ. Zatrzymałam je po tym, jak... rozumie pan... my... - poczuła, Ŝe
się rumieni. - My... rozwiedliśmy się - skończyła sucho.
Zapadła cisza, w czasie której Brooke zwymyślała się w duchu za
swe zmieszanie. Zawsze uwaŜała, Ŝe Ŝycie osobiste jest wyłącznie jej
prywatną sprawą. Wszystko, co wiązało się z trwającym sześć lat
małŜeństwem traktowała jak tajemnicę; zaczęło się wspaniale, a
zakończyło fatalnie. I oto stała tutaj, zdradzając temu prawie nagiemu
męŜczyźnie swoje najbardziej bolesne przeŜycia.
Brooke wyprostowała się, czując sztywnienie kręgosłupa.
SkrzyŜowała ramiona. Nie była pewna, czy gest ten miał oznaczać
ochronę siebie, czy odepchnięcie Meade’a. Czuła po prostu instynktowną
potrzebę odgrodzenia się od świata.
- Przykro mi - powiedział Meade.
Nie podjął tematu, i to nie z braku zainteresowania tą kobietą;
wręcz przeciwnie. Wiedział jednak duŜo na temat mowy ciała, aby
właściwie odczytać gest ZAKAZ WSTĘPU. To nie był moment na
zadawanie pytań.
Napotkał jej niepewne spojrzenie i dał jej do zrozumienia, Ŝe moŜe
mu ufać. W jej oczach zauwaŜył niepokojące cienie.
Pomyślał o lasach podzwrotnikowych, które tak niedawno opuścił.
Brooke zaczęła się powoli odpręŜać.
- Jestem... jestem Brooke Livingstone - przedstawiła się. Z ulgą
zauwaŜyła, Ŝe jej głos brzmiał prawie naturalnie. - Mieszkam na górze.
Brooke. Meade pomyślał, Ŝe prostota tego imienia bardzo do niej
pasowała.
- Brooke Livingstone - powtórzył, wyciągając dłoń. - Jestem
Archimedes Xavier O’MalIey.
Brooke odruchowo podała mu rękę. Poczuła silny uścisk męskich
palców.
- Miło... mi pana poznać, doktorze 0’Malley - powiedziała Brooke,
próbując ignorować ogarniające ją podniecenie.
Dotyk jej dłoni stał się dla Meade’a niezwykłym przeŜyciem.
Miała gładką skórę i był gotów się załoŜyć, Ŝe pachnie cudownie.
- Po prostu Meade - poprawił ciepłym głosem. Jego zalśniły. -
Wszyscy nazywają mnie Meade. O ile nie wolisz… - powiedział kilka
słów w egzotycznie brzmiącym dialekcie.
Brooke zaczerpnęła głęboko powietrze, usiłując zapanować nad
emocjami. Co się z nią działo? I dlaczego?
- Proszę? - spytała ostroŜnie, z niechęcią uwalniając dłoń.
Uśmiechnął się szeroko, sprawiając wraŜenie niesfornego chłopca.
- Tak nazywali mnie tubylcy, wśród których ostatnio przebywałem
- wyjaśnił. Czuł przemoŜną chęć ponownego dotknięcia jej dłoni, lecz
postanowił nie kusić losu. A przynajmniej jeszcze nie teraz.
- Rozumiem - odpowiedziała niepewnie Brooke.
- To oznacza „olbrzymi przybysz o skórze jak podbrzusze
ropuchy”.
Brooke nie mogła opanować śmiechu.
- Och, oczywiście. Tak właśnie myślałam - odparła.
Jakiś głos ostrzegł ją, Ŝe rozmowa przybiera niepokojący obrót.
Stoi w drzwiach mieszkania półnagiego męŜczyzny, którego dopiero co
poznała, sama w nocnym stroju, i gawędzi jakby… cóŜ, sama nawet nie
potrafiła określić.
Meade po raz pierwszy znajdował się w takiej sytuacji. Brooke
Livingstone wywarła na nim znacznie większe wraŜenie niŜ ktokolwiek
wcześniej. Czuł, Ŝe jest w tym coś więcej niŜ tylko zauroczenie.
- To było tylko tłumaczenie tych słów - powiedział, mierzwiąc
włosy. - MoŜe masz ochotę wstąpić na chwilę? Nie uwaŜasz, Ŝe musimy
ś
miesznie wyglądać, gdy tak stoimy w progu?
- Ach... - zawahała się.
- Proszę... Brooke? - przyglądał się jej w napięciu. Spuściła na
chwilę wzrok.
- W porządku - zgodziła się. - Ale tylko na parę minut.
- Jasne - cofnął się, by ją przepuścić.
Zapach jej skóry podraŜnił jego zmysły. Jej biodra, podkreślone
jedwabiem szlafroka, przypomniały jego wcześniejsze domysły co do
płci lokatora.
- Rzeczywiście, B, Livingstone - mruknął pod nosem.
- Proszę? - spytała Brooke, odwracając się w jego stronę.
- Słucham? Och - uświadomił sobie, Ŝe musiała słyszeć, jak
wymawiał jej nazwisko. - Myślałem tylko... sądziłem, Ŝe jesteś kimś
innym.
Brooke nie wiedziała, jak zareagować na tę dość dziwną uwagę.
On teŜ nie był taki, jak myślała.
- Naprawdę? - odparła po chwili. - A czego oczekiwałeś?
- Prawdę mówiąc, faceta imieniem Barney lub Benjamin - przyznał
z uśmiechem.
- Słucham? - spytała Brooke po namyśle.
- Widziałem inicjały na skrzynce pocztowej i przypuszczałem... -
przerwał, coś sobie przypominając. - Poczta! O mój BoŜe! Przepraszam.
Powinienem podziękować ci za zajęcie się przez te wszystkie miesiące
moją korespondencją. Bardzo jestem ci wdzięczny. Mam nadzieję, Ŝe nie
był to dla ciebie duŜy kłopot.
- O, nie - zapewniła go Brooke. Zawahała się przez moment, by
powrócić do przerwanego wątku. - A więc... przypuszczałeś, Ŝe B.
Livingstone to męŜczyzna?
- Między innymi to - odparł, wzruszając ramionami. - Powiedzmy,
Ŝ
e popełniłem błąd, wyciągając wnioski jedynie na podstawie skąpych
przesłanek.
- Czy robi ci to jakąś róŜnicę? - Brooke zmarszczyła brwi.
- Co? Stwierdzanie faktów na podstawie niepełnych informacji?
- Nie - potrząsnęła przecząco głową - to, Ŝe nie jestem męŜczyzną.
Oczywiście, nie była równieŜ w pełni kobietą, lecz Archimedes
Xavier 0’Malley nic o tym jeszcze nie wiedział. To był jej sekret. Jej i
Petera. Nie miała zamiaru dzielić się z nikim tą tajemnicą. Z nikim i
nigdy.
Przez moment Meade zastanawiał się, czy Brooke nie próbuje z
nim flirtować. Jej pytanie brzmiało jak zachęta. Kiedy juŜ miał
odpowiedzieć w podobnym tonie, dostrzegł w wyrazie jej oczu coś, co
go powstrzymało.
Ona wcale z nim nie flirtowała. Była zaniepokojona. Ale dlaczego,
na Boga?
- Nie - odpowiedział. - To nie jest Ŝaden problem.
Nastąpiła chwila niezręcznej i pełnej wyczekiwania ciszy. Brooke
miała świadomość, Ŝe Meade ją obserwuje. To powodowało wzbierające
w niej uczucie niepewności i dziwnego podniecenia. Zaczerwieniła się i
spojrzała w bok, odgarniając z czoła blond włosy.
Meade uświadomił sobie, Ŝe się w nią wpatruje. Poczuł zawrót
głowy, jakby był pod wpływem narkotyku.
- Przepraszam. - Co było w tej kobiecie, Ŝe pozostawał pod jej
urokiem? - Nie wiem, co się ze mną dzieje. To chyba z powodu róŜnicy
czasu. Lot z Brasilii do Bostonu jest... ach - rozłoŜył ręce.
Brooke spojrzała na niego.
- MoŜe powinnam juŜ iść - powiedziała. - Z pewnością jesteś
zmęczony po podróŜy. Nie zdawałam sobie sprawy... - uczyniła krok w
stronę drzwi.
- Nie! - krzyknął Meade, chcąc ją zatrzymać. Czubkami palców
dotknął jej ramienia i poczuł przebiegający go dreszcz.
Spojrzał w jej rozszerzone zielone oczy, w których odbijało się
zdziwienie, i wiedział, Ŝe doznała podobnego wraŜenia, co on... ale
wydało mu się, Ŝe się tego obawia. Czemu?
- Proszę - powiedział stanowczo. - Nie moŜesz odejść, dopóki nie
powiesz mi, co cię tu sprowadziło.
- Co mnie... Och, tak! To ta muzyka - wyjaśniła niezręcznie. -
Chciałam z tobą... o tym porozmawiać.
Gdy do niego dotarł wreszcie sens jej słów, poczuł się jak idiota.
- Do diabła. Przepraszam. Nigdy bym się tak nie zachował, nie
wiedziałem, Ŝe ktoś jest u góry. Byłem tam dwukrotnie…
- Byłeś? - przerwała Brooke. - Kiedy?
- Pukałem dość głośno...
- Nie wątpię - zapewniła go. - Ale nie było mnie przez weekend...
- Nie było cię? - zdziwił się.
- Byłam u rodziny w Connecticut - wyjaśniła Brooke, usiłując się
nie skrzywić. Dlaczego matka i starsza siostra nalegały na ponowne
roztrząsanie nieudanego małŜeństwa? I dlaczego opowiadały jej o byłym
męŜu i jego nowej Ŝonie? - Musiałam wrócić wkrótce potem, jak pukałeś
po raz pierwszy, a za drugim razem byłam pod prysznicem - przerwała,
marszcząc brwi. - Ty pewnie teŜ nie słyszałeś, jak pukałam do drzwi...
- Widocznie nie było mnie w domu. Wyszedłem po zakupy -
odpowiedział.
- Ach - twarz Brooke rozpogodziła się, gdy wszystko zostało
wyjaśnione. - Innymi słowy: dobre intencje, zły czas.
- Dokładnie tak. Mimo to, przepraszam. Zazwyczaj nie nastawiam
muzyki na pełny regulator, zwłaszcza o pierwszej w nocy. Czułem
napięcie po podróŜy i pomyślałem sobie, Ŝe trochę muzyki mogłoby... -
wykonał gest ręką, obejmując wzrokiem całą jej postać. - Jeszcze raz
przepraszam. Z pewnością cię obudziłem.
- Właściwie nie obudziłeś - powiedziała Brooke, dotykając paska
szlafroka.-Nie spałam jeszcze. Byłam zmęczona po podróŜy. A potem, no
cóŜ, potem usłyszałam muzykę - spojrzała na niego z ukosa. - Słuchałeś
tego, Ŝeby się odpręŜyć? - spytała z powątpiewaniem, pamiętając o
niepokoju wywołanym tą muzyką.
- Niezupełnie - przyznał. - Trudno jest... właściwie nie wiem,
dlaczego wybrałem właśnie tę kasetę. Jeszcze raz przepraszam. -
Przerwał na chwilę. - A wracając do zakupów, o których wspomniałem.
Mam w lodówce butelkę wina i zmierzałem ją otworzyć, gdy usłyszałem
twoje pukane. MoŜe uda mi się namówić cię na kieliszek?
- Nie, jest juŜ zbyt późno - grała na zwłokę, podnosząc rękę i
odgarniając włosy za uszy. - Rano muszę iść do pracy...
- Tylko jeden kieliszek. Na pewno pomoŜe ci zasnąć.
Brooke zawahała się chwilę, w końcu zgodziła się.
- Tylko jeden kieliszek - podkreśliła.
- Umowa stoi - uśmiechnął się radośnie, a w kącikach oczu
pojawiły się siateczki drobnych zmarszczek. - Czuj się jak usiebie. -
Odwrócił się i wyszedł do kuchni.
Brooke spostrzegła na jego lewym ramieniu skomplikowany
rysunek czarno-czerwonego tatuaŜu. Ciekawe w jakich okolicznościach
powstał? Teraz, gdy poznała juŜ Medea’a O’Malleya, Brooke
przestawała wątpić w prawdziwość wszystkich opowieści krąŜących po
Instytucie. Mogła teraz uwierzyć w kaŜdą z nich - i w wiele jeszcze
innych.
Brooke rozejrzała się wokół. Kiedy po raz pierwszy znalazła się w
tym pokoju, była zdziwiona jego wyglądem. Zgromadzono w nim
niezliczone ilości przedmiotów artystycznych, pochodzących z róŜnych
kultur, tak odległych współczesnemu człowiekowi. Były tam przepiękne,
choć dziwaczne, maski i rzeźby. Włócznie i tarcze. Kusze i wyroby z
pereł, i wiele innych, których przeznaczenie trudno było ustalić.
Mnóstwo ksiąŜek i oprawionych w srebrne ramki fotografii. Mimo to
pokój sprawiał wraŜenie przytulnego.
- Proszę bardzo - wesoło powiedział Meade, podając jej kieliszek
białego wina. Wszedł bardzo cicho do pokoju.
Brooke drgnęła lekko na dźwięk jego głosu.
- Dziękuję - odparła, biorąc kieliszek i wypijając pospiesznie łyk
wina. - Mam nadzieję, Ŝe nie masz nic przeciwko temu, Ŝe podziwiałam
twoje zbiory.
- Oczywiście, Ŝe nie - odrzekł szczerze. Pijąc powoli swoje wino,
przypatrywał się uwaŜnie gościowi. Delikatny bukiet zmroŜonego
chardonnay doskonale pasował do atmosfery wywołanej wizytą Brooke.
Uznał, Ŝe na nową lokatorkę patrzy się z przyjemnością. Była
niewątpliwie atrakcyjną kobietą, ale jej charakter wzbudzał jego większe
zaciekawienie.
Brooke przymknęła oczy. Ponownie uświadomiła sobie, Ŝe Meade
oceniają swoim wzrokiem. Peter równieŜ przyglądał się jej bez słów.
Doszukiwał się w niej wad i na Boga, udawało mu się znaleźć ich dość
duŜo. Potrafiła zrozumieć, aŜ za dobrze, dlaczego tak z nią postąpił. Peter
twierdził, Ŝe zawiodła go pod kaŜdym względem: jako Ŝona, a takŜe jako
kobieta... Doszło wreszcie do sytuacji, Ŝe przyjęła jego sposób myślenia.
Bo faktycznie go zawiodła...
Brooke wypiła kolejny łyk wina. Zlizała kilka kropli z dolnej
wargi.
- To jest niezwykły pokój - skomentowała, rozglądając się. - Kiedy
przyszłam tu po raz pierwszy z twoją korespondencją, odniosłam
wraŜenie, Ŝe wchodzę do muzeum.
- Szkoda, Ŝe nie byłaś tu przed śmiercią profesora Browninga -
odpowiedział jej Meade. - Większość swej kolekcji zapisał muzeum. To
co tu zostało, to głównie jego osobiste pamiątki.
- Część z tych rzeczy to z pewnością twoje zbiory - Brooke chętnie
podjęła ten temat, poniewaŜ bardzo ją interesował i był względnie
bezpieczny. - Wiem, Ŝe odziedziczyłeś ten dom po profesorze. Ale mimo
wszystko...
- Te maski tancerzy są moje - przyznał. - Tamte totemy równieŜ.
Interesuje mnie magia plemienna.
- Magia? - powtórzyła. Zastanowiła się, jakby coś sobie
przypomniała. - Chyba słyszałam... ktoś kiedyś w Instytucie wspomniał,
Ŝ
e pokazujesz kanibalom sztuczki karciane.
Meade zachichotał, potrząsając głową.
- Znam kilka sztuczek - przyznał. - Czasami wykorzystałem je,
pracując w terenie. Prawdę mówiąc, wywierało to większe wraŜenie, niŜ
gdybym wymachiwał moją rozprawą doktorską. A co do zabawiania
rzekomych kanibali... - ponownie potrząsnął głową. - Jedno z plemion,
wśród których przebywałem, upiekło kiedyś na ruszcie kilku hiszpań-
skich zakonników. Ale poniewaŜ zdarzyło się to parę wieków temu.
chyba nie ma sensu dziś im tego wypominać. W końcu, jeśli zbadać
rodowód kaŜdego, kto wie, co moŜna by znaleźć.
- Na przykład kościotrupy w spiŜarni? - delikatnie podsunęła
Brooke.
- Dokładnie tak - zgodził sic Meade, a jego oczy rozbłysły z
zadowolenia. - Kościotrupy w spiŜarni... podoba mi się to. Masz coś
przeciwko temu, Ŝebym je kiedyś uŜył w mojej publikacji?
- Nie, o ile w przypisach podasz źródło - odcięła się Brooke. Czuła
się z Meade’em coraz swobodniej. Nie była pewna, czy powinna się z
tego cieszyć.
- Źródło... - zmarszczył ciemne brwi. - Czekaj chwilę. Mówiłaś coś
na temat Instytutu. Czy to znaczy, Ŝe pracujesz w WIWE?
Brooke potrzasnęła głową.
- Jestem asystentką Davida Quincy. Ale poza tym mam jeszcze
wiele innych obowiązków. Mam dyplom z anglistyki i pewne
umiejętności wydawnicze jeszcze z czasów uniwersyteckich, więc
zajmuję się równieŜ korektą przygotowanych monografii.
- Hm - uniósł brwi. - Innymi słowy, jesteś w pewnym sensie moim
wydawcą?
Pytanie zabrzmiało częściowo Ŝartobliwie, częściowo pie-
szczotliwie. Brooke doszła do wniosku, Ŝe bezpieczniej będzie nie
odpowiadać.
- Wspomniałeś przed chwilą profesora Browninga - podjęła po
chwili. - Tak wiele o nim słyszałam. To musiał być fascynujący
człowiek.
Nie był to najfortunniejszy sposób zmiany tematu, jednakŜe nie
zaprotestował.
- Sądzę, Ŝe słowo „fascynujący” jest właściwe - odparł.
- Byłeś jego studentem?
- Tak, od dwunastego roku Ŝycia.
- Co takiego? - Brooke była zaskoczona. Wprawdzie wszyscy
uwaŜali Archimedesa O’Malleya za niezwykle zdolnego człowieka, ale
nigdy nie słyszała, Ŝeby rozpoczynał studia w wieku dwunastu lat!
- To znaczy miałem tyle lat, gdy go poznałem - wyjaśnił Meade. -
Mój ojciec ma, a właściwie miał, bo przeszedł juŜ na emeryturę,
przedsiębiorstwo robót elektrycznych. Któregoś dnia zabrał mnie do
pracy, na czwarte piętro Muzeum Botanicznego. Zdecydowałem się na
samodzielne zwiedzanie i nagle znalazłem się w laboratorium profesora
Browninga. Kiedy zobaczyłem tam porozrzucane włócznie i dmuchawki,
zacząłem ich dotykać. Właśnie podniosłem kamienny grot, gdy
usłyszałem głos mówiący z brytyjskim akcentem: „Młody człowieku,
trucizna tam umieszczona zabija jaguara w ciągu kilku sekund. Proszę,
spróbuj być ostroŜny”. - Dwa ostatnie zdania Meade wypowiedział z te-
atralnym akcentem.
- I co... co zrobiłeś?
- Oczywiście, Ŝe byłem bardzo ostroŜny - zapewnił ją z
uśmiechem. - Próbowałem zachować spokój, ale byłem przeraŜony.
- KaŜdy by był! - powiedziała Brooke, wyobraŜając sobie tę scenę.
- Czy tam naprawdę była trucizna?
- Jasne, Ŝe tak - potwierdził. - Kurara. Profesor Browning zrobił mi
wykład o tym. Gdy juŜ opanowałem strach, zacząłem zadawać pytania. -
Meade przerwał, przywołując miłe wspomnienia. - Nie sądzę, aby
profesor oczekiwał ode mnie, Ŝe porzucę szkołę i zjawię się u niego
następnego dnia, ale to właśnie zrobiłem. Czułem się jak ryba złapana na
haczyk. On był... jedyny w swoim rodzaju.
- Te zdjęcia... wszystkie są jego? - Brooke podeszła do stolika przy
kominku. - Muszę przyznać, Ŝe od razu mnie zaciekawiły.
Pochyliła się nieco, chcąc przyjrzeć się dokładniej jednej
fotografii. Przy tym ruchu rozchyliły się lekko poły jej szlafroka,
odsłaniając dekolt. Meade pospiesznie wypił łyk wina i odwrócił wzrok.
- Ta kobieta to Gabriela Browning, Ŝona profesora - wyjaśnił,
czując, jak widok niemal obnaŜonych piersi powoduje przyspieszone
bicie jego serca. - Była od niego duŜo młodsza. Zginęła w wypadku
samochodowym, gdy profesor przebywał za granicą. Profesor
Browning... przeŜył to bardzo cięŜko.
Brooke delikatnie pogładziła palcami ramkę, w którą oprawiony
był ślubny portret. Ze zdjęcia emanowało Ŝycie i miłość. Nic nie mogła
na to poradzić, ale zazdrościła tej młodej parze. Czy ona i Peter
kiedykolwiek tak wyglądali? Czy podobnie czuli…?
Po chwili, nie zdając sobie sprawy z tego, co robi, Brooke
odstawiła kieliszek i podniosła ze stołu jedną z kamiennych figurek. Była
dziwnie cięŜka jak na swoją wielkość. CięŜka i ciepła w dotyku.
- Co…? - zastanowiła się głośno.
- Pochodzi z terenów, gdzie teraz jest Kolumbia - powiedział
swobodnym głosem Meade. - To figurka bogini płodności. Według
dawnych wierzeń pomagała kobietom w zajściu w ciąŜę.
Płodność.
Brooke poczuła obejmujący ją chłód.
- Och - powiedziała, przyglądając się małemu posąŜkowi i widząc
brzemienność w okrągłych kształtach.
Figurka płodności.
- Brooke? - spytał Meade.
Powoli i ostroŜnie odłoŜyła statuetkę na miejsce. Chciała rzucić
rzeźbę tak, aby roztrzaskała się o podłogę. Wiedziała jednak, Ŝe to i tak
nic by nie pomogło. Nic nie moŜe jej pomóc.
- Brooke? Nic ci nie jest?
- Wszystko w porządku - skłamała.
ROZDZIAŁ 2
Brooke chciała o tym nie myśleć, lecz jej wysiłki okazywały się
bezskuteczne. Statuetka płodności.
Skrzywiła się na widok swego odbicia w lustrze i wpięła kolejną
wsuwkę we włosy. Statuetka płodności! Dlaczego zainteresowała się
właśnie tą figurką? W mieszkaniu O’Malleya było tak wiele innych. Po
raz tysięczny chyba zadawała sobie to samo pytanie. Jaki przekorny
instynkt to spowodował?
Jej najgorętszym marzeniem było posiadanie męŜa i dzieci. Kiedyś
wydawało się to moŜliwe do osiągnięcia, ale ten czas minął.
Swego przyszłego męŜa, Petera Livingstone, poznała na
pierwszym roku studiów. Pobrali się w miesiąc po jej dyplomie. Miała na
sobie białą suknię z koronki, ozdobioną kwiatem pomarańczy, tak
konwencjonalną, Ŝe druhny aŜ Ŝartowały z niej. Ale jej to nie
przeszkadzało. Była wierna tradycji i dawnym wartościom. Ślub z
ukochanym męŜczyzną, wspólne tworzenie domu - to znaczyło dla niej
wszystko.
Oboje pragnęli tego samego. WciąŜ pamiętała Ŝarty na temat
zajścia w ciąŜę juŜ w czasie miesiąca miodowego. W głębi ducha
pragnęła tego.
Miodowy miesiąc się skończył, a ona nie była w ciąŜy.
Podobnie po dwóch latach małŜeństwa. Naciski ze strony jej i jego
rodziców rozpoczęły się zaraz po drugiej rocznicy ślubu. Obie strony
coraz częściej pytały, kiedy i oni będą mogli cieszyć się z własnych
wnuków.
Konsultacja ze specjalistą do spraw płodności wypłynęła od
Brooke. Propozycja ta rozgniewała początkowo Petera. Poczuł się
uraŜony, tak jakby jego męskość została w ten sposób zakwestionowana.
Ta pierwsza powaŜna kłótnia odsłoniła inne oblicze Petera. Jednak
zgodził się na badania. Lekarz przedstawił im wyniki analiz w sposób
niezwykle taktowny i delikatny. Nie powiedział wprost „To twoja wina,
Brooke”, lecz dla niej tak to właśnie zabrzmiało. I takie samo oskarŜenie
ujrzała w oczach męŜa.
Była gotowa na kaŜde poświęcenie. Badania przez innych lekarzy.
Testy. Leki. Nawet na operację. Przeszła wiele upokorzeń. Lecz nikt i nic
nie było w stanie jej pomóc.
Ich małŜeństwo zaczęło się rozpadać. Nagle to kalendarz dyktował
terminy współŜycia. Zalecenia lekarzy rządziły sposobem, w jaki kochali
się z Peterem. Zabrakło spontaniczności. Zaniechali czułej gry wstępnej,
tak cenionej przez Brooke. Seks stał się przykrym obowiązkiem,
wypełnianym na zimno, bez radości. Potem Peter zaczął ją lekcewaŜyć.
Początkowo Ŝartował tylko wtedy, gdy byli sami. Po pewnym czasie
zauwaŜyła, Ŝe postępuje tak i w obecności innych. Nabrał zwyczaju
mówić, Ŝe to nie jego naleŜy winić za to, Ŝe nie są normalną rodziną.
Brooke nie wiedziała, kiedy zdradził ją po raz pierwszy. Była
jednak tego pewna.
Koniec nastąpił w dniu szóstej rocznicy ślubu. Peter wrócił do
domu późno, lekko wstawiony. Spytała go, gdzie był, na co odpowiedział
jej z bezczelną szczerością.
„Dlaczego? Naprawdę chcesz wiedzieć dlaczego? Bo jestem
męŜczyzną, a ty nie moŜesz mi dać tego, czego potrzebuję! Nie potrafisz
dać mi syna i nie potrafisz dać mi satysfakcji w łóŜku! Jesteś nie tylko
bezpłodna, ale takŜe oziębła!”
Ten wieczór, a takŜe rozwód, który nastąpił wkrótce, załamały
Brooke. Lecz w ciągu ostatniego roku udało jej się pozbierać. Przyjazd
do Bostonu, choć trochę się go obawiała, miał być dla niej zmianą na
lepsze. Tak było do chwili, kiedy usłyszała tę niepokojącą muzykę. I
poznała tego przystojnego faceta. I wzięła do ręki tę przeklętą…
Dźwięk dzwonka do drzwi oderwał Brooke od rozpamiętywania
przeszłości.
- Brooke? - spytał męski głos. Kolejny dzwonek.
- Brooke?
- Tak… juŜ otwieram - zawołała.
Brooke rzuciła okiem na swe odbicie w lustrze i wyszła i łazienki.
Gdy szła, obcasy wieczorowych sandałów zastukały o podłogę. Aby się
uspokoić, zaczerpnęła głęboko powietrza, po czym otworzyła drzwi.
Sądziła, Ŝe ujrzy ucywilizowaną postać nocnego znajomego, a
tymczasem ujrzała wytwornego męŜczyznę w garniturze od Savile Row z
olbrzymim bukietem kwiatów.
- Meade? - spytała zaskoczona.
- CzyŜbym wczoraj zachowywał się aŜ tak nieokrzesanie? - Meade
uniósł brwi.
- Nieokrzesanie? - powtórzyła Brooke, próbując zapanować nad
emocjami. Nie było to takie proste. - Nie, nie! Oczywiście, nie. Tylko,
tylko ty... po prostu inaczej wyglądasz.
Rzeczywiście inaczej, pomyślała. Jego zbyt długie, ciemne włosy
zostały starannie ostrzyŜone. Wyglądał inaczej, jak kandydat na okładkę
pisma dla biznesmenów, a nie jak ktoś, co większość ostatniego roku
spędził w dŜungli!
Meade uśmiechnął się, odsłaniając swe białe zęby, kontrastujące z
opaloną na brąz skórą.
- Ty takŜe wyglądasz inaczej, Brooke - powiedział cicho,
przyglądając jej się błyszczącymi, błękitnymi oczami.
Miała na sobie prostą koktajlową sukienkę, uszytą z lejącej się
bladoŜółtej tkaniny. Blond włosy upięła w kok, uszach i na szyi lśniły
perły. Całość była niezwykle elegancka. Mimo to Meade miał wraŜenie,
Ŝ
e Brooke wygląda tak samo prowokująco, jak w stroju, który pamiętał z
ich pierwszego spotkania.
Brooke poruszyła się nieznacznie, przesuwając palcami po sznurze
pereł na szyi. Była pod wraŜeniem tego nowego obrazu Meade’a.
- Czy mogę coś dla ciebie zrobić? - spytała po chwili krępującego
milczenia.
Meade uśmiechem dał jej do zrozumienia, Ŝe pytanie zostało
zręcznie sformułowane.
- CóŜ, po pierwsze moŜesz przyjąć to! - odparł.
„To” oznaczało kwiaty, które trzymał w ręku. Podał je Brooke,
wykonując przy tym lekki ukłon.
- Ale... ale dlaczego? - spytała, wyciągając dłoń po bukiet. - Nie
rozumiem.
- Jako podziękowanie za pocztę i przeprosiny za muzykę.
- Och, nie... - zaprotestowała.
- Proszę - przerwał jej, podnosząc rękę. - Nie mów mi, Ŝe nie
powinienem tego robić.
- Bo nie musiałeś - odrzekła szybko. - To było niepotrzebne, ale
bardzo miłe. Nie musiałeś- powtórzyła stanowczo, po czym jej twarz
rozjaśnił radosny uśmiech. Spojrzała na wspaniały bukiet, następnie na
Meade’a. - Ale cieszę się. Dziękuję.
- Drobiazg.
- Powinnam włoŜyć je do wody - powiedziała, zastanawiając się,
czy nie wpatruje się zbyt natrętnie w Meade’a. Urok jego błękitnych
oczu był zniewalający. - Czy masz ochotę wstąpić na parę minut?
- Chętnie.
- Albo nie... właściwie to wychodzę.
- Nie ma problemu. Ja takŜe.
- Och - Brooke odwróciła się, czując niepokój. A więc taki był
powód jego niezwykłego przeobraŜenia. Wychodził.
- Brooke - zaczął Meade, po czym przerwał, spoglądając na dekolt
z tyłu jej sukni. Rozcięcie sięgało łopatek. Ten widok, a takŜe
bezbronność jej odkrytego karku sprawiły, Ŝe poczuł, jak robi mu się
gorąco.
- Tak? - spytała Brooke, obracając się do niego.
W czasie godzin, które upłynęły od ich pierwszego spotkania,
Meade usiłował sobie wytłumaczyć, Ŝe wraŜenie, jakie wywarła na nim
Brooke, spowodowane było trwającą prawie rok abstynencją seksualną.
Od czasu wyjazdu z Bostonu nie był z Ŝadną kobietą, była to sprawa
wyboru a nie braku okazji. To zrozumiałe, Ŝe przy spotkaniu z kaŜdą
atrakcyjną kobietą powinien zareagować w taki sposób.
Niekonsekwencją tego rozumowania było to, Ŝe po powrocie
wstąpił na chwilę do swego biura na uniwersytecie. Spotkał tam
niezwykle ponętną swoją byłą studentkę. Jej widok nie wzbudził w nim
Ŝ
adnej reakcji. Nawet gdy dała mu jasno do zrozumienia, Ŝe gdyby tylko
zechciał, to ona byłaby chętna, nie czuł nawet cienia poŜądania.
- Meade? - spytała niepewnie Brooke. - Czy coś jest nie tak?
Jej spojrzenie wywołało w nim dziwny dreszcz. Wyglądał -
niemalŜe na... zagniewanego.
- Coś nie tak? - powtórzył. Przeczesał palcami włosy, przeklinając
się w duchu za swój brak opanowania. - Nie, wszystko jest w porządku.
Jestem tylko... tylko - wzruszył ramionami. - To nic takiego.
- Jesteś pewien? - zmarszczyła czoło. Poczuła, Ŝe pragnie go
dotknąć. Ukoić to, co go gnębi, cokolwiek to jest. Brooke nie wierzyła w
siebie.
- Całkowicie - Meade zdobył się na beztroski uśmiech.
- CóŜ, moŜe mogłabym coś ci zaproponować?
„Na przykład wrzucić mi do spodni wiadro lodu?” - odparł w
duchu.
- Nie, dziękuję - powiedział głośno. - Proszę, Brooke, zajmij się
kwiatami.
- Dobrze - zgodziła się po chwili. - MoŜe usiądziesz? Za minutę
będę z powrotem.
Nie było jej trzy lub cztery minuty, lecz Meade nie protestował.
Połowę tego czasu spędził na uspokajaniu swoich zmysłów, a resztę na
rozglądaniu się po salonie. Pokój urządzony był w angielskim, wiejskim
stylu, świadczącym o dobrym smaku gospodyni. Kolorystyka - krem,
złoto i zieleń - była delikatna i spokojna. W pokoju panował ład, czego
moŜna się było domyślać po sposobie, w jaki Brooke zajęła się pocztą.
Meade czuł, Ŝe był to dom, a nie tylko wynajęte na pewien czas
mieszkanie.
- Meade, one są takie piękne - powiedziała Brooke, wracając do
pokoju. UłoŜyła kwiaty w prostym, owalnym wazonie ze szkła, który
ustawiła nad kominkiem. - A jak pachną! - zanurzyła nos w aksamitnych
płatkach.
W sposobie, w jaki traktowała bukiet, było coś zmysłowego.
Meade, czując narastające napięcie, szybko zmienił temat.
- Ładnie się tu urządziłaś - powiedział, siadając w fotelu przy
kominku.
Brooke zwróciła się z uśmiechem w jego stronę.
- Dziękuję - powiedziała. - To mieszkanie jest przepiękne -
wykonała gest ręką. - Zakochałam się w nim, gdy weszłam tu po raz
pierwszy.
- Daniel teŜ o tym wspominał.
- Pan Quincy? - Brooke była zdziwiona. - Kiedy z nim
rozmawiałeś?
Daniel Quincy dowiedział się o powrocie Meade’a dopiero dziś
rano, właśnie od niej. Nie mówił nic, co...
- Wstąpiłem do WIWE kilka minut po piątej - odpowie dział
Meade. - Miałem nadzieję, Ŝe cię zastanę, ale juŜ wy szłaś. Skończyło się
na wypiciu kilku drinków z Danielem.
Daniel był bardziej hojny w serwowaniu maltańskiej whisky z
prywatnych zapasów, niŜ w informacjach o swej asystentce. Meade
zdobył zaledwie dwie informacje od starszego pana - to, Ŝe małŜeństwo
Brooke trwało sześć lat, i to, Ŝe jej Ŝycie towarzyskie nie było
intensywne.
Meade miał wraŜenie, Ŝe dowiedział się więcej o Brooke
Lvingstone w czasie ich pierwszego spotkania, niŜ Daniel Quincy w
ciągu siedmiu miesięcy.
- Rozumiem - odrzekła wolno Brooke, siadając na sofie na wprost
kominka. Nie było nic dziwnego w tym, Ŝe jej nazwisko padło podczas
rozmowy gospodarza z pracodawcą. Natomiast nie było dla niej
zrozumiałe, dlaczego Meade swe pierwsze kroki skierował właśnie do
Instytutu.
- Powiedziałeś, Ŝe pojechałeś do Instytutu, Ŝeby zobaczyć się ze
mną, nie z panem Quincy? - spytała.
- Chciałem zaprosić cię na kolację.
Brooke otworzyła szerzej oczy i poczuła, Ŝe się rumieni.
- Na kolację? Dzisiaj?
- Taki miałem zamiar, dopóki nie dowiedziałem się od Daniela, Ŝe
jesteś dziś wieczorem zajęta. Obowiązki słuŜbowe.
- Masz na myśli przyjęcie u Amandy Wilding? - spytała
rozbawiona. Sformułowanie „obowiązki słuŜbowe” było wyjątkowo
trafne, lecz nie powinna Ŝartować z kobiety, która przekazała milion
dolarów na rzecz WIWE.
- Dokładnie - potwierdził Meade i pochylił się nieco. - To
spowodowało, Ŝe musiałem zmienić mój początkowy plan. Czy masz coś
przeciw temu, Ŝebym był twoją eskortą?
- Eskortą…!? Meade! Masz zamiar wedrzeć się na przyjęcie u
Amandy Wilding?
KrąŜyły plotki, Ŝe taka próba została juŜ raz w przeszłości podjęta.
Nie było jednak do końca wiadomo, czy nieproszony gość został
zneutralizowany przez jakieś pozaziemskie siły, czy teŜ po prostu
aresztowany pod zarzutem włamania.
Meade roześmiał się szelmowsko.
- Co? Miałbym ryzykować, Ŝe zostanę zawleczony do więzienia
czy zamieniony w słup soli? - zaŜartował.
- A więc jak...
- Nie muszę się tam wdzierać. Po rozmowie z Danielem
zadzwoniłem do Amandy i powiedziałem jej, Ŝe wróciłem juŜ z
brazylijskiej dŜungli i tęsknię za jakąś imprezą.
- I co ona na to? - Jego słowa brzmiały niedorzecznie. A mimo to
Brooke była przekonana, Ŝe tak właśnie było.
- Och, powiedziała, Ŝe wątpi, by jej przyjęcie było imprezą, w
czasie której mógłbym się zabawić tak, jak tego pragnę, ale Ŝebym mimo
to wpadł.
Brooke roześmiała się.
- Mówisz powaŜnie? - spytała.
Meade skinął głową, ciesząc się na widok iskierek rozbawienia,
tańczących w zielonych oczach dziewczyny.
- Mniej więcej. Słuchaj, chodzę na te przyjęcia od czasu studiów.
One są jak marzenie antropologa. Czysty rytuał plemienny. A poza tym
naprawdę lubię Amandę Wilding. Poznaliśmy się dzięki profesorowi
Browningowi. Miał zwyczaj mówić, Ŝe gdyby Amanda urodziła się w
innej epoce, zostałaby królową lub księŜną.
- A ja spotkałam się z opinią, Ŝe gdyby urodziła się w innym
stuleciu, spalono by ją na stosie jako czarownicę.
- Tak. Ci ludzie są towarzystwem wzajemnej adoracji, które
czasem zaczyna prowadzić między sobą otwartą wojnę - przyznał
kwaśno Meade. - Ale wracając do mojej propozycji: czy uczynisz mi ten
zaszczyt i pozwolisz mi być dziś twoją eskortą? Nie musisz się obawiać.
W przeciwieństwie do wraŜenia, jakie mogłaś odnieść dziś rano, potrafię
zachowywać się w towarzystwie.
- Nie rozumiem - powiedziała po chwili Brooke, szczerze
zaskoczona tym, co przed chwilą usłyszała. Dwa ostatnie zdania
zabrzmiały niemal Ŝartobliwie.
- Mam na myśli to, w jaki sposób opuściłaś moje mieszkanie... -
zaczął.
W głowie Brooke zabłysło czerwone światełko alarmu. BoŜe! Była
całkowicie pewna, Ŝe udało się jej ukryć niepokój, jakiego doznała,
podnosząc figurkę płodności. OdłoŜyła tę rzecz spokojnie i ostroŜnie, nie
upuszczając na podłogę. I odczekała dobre pięć minut, zanim przeprosiła
i wyszła, zamiast uciec w panice z mieszkania Meade’a.
- Myślisz, Ŝe to z twego powodu? - spytała. Trochę ją
deprymowało, Ŝe zauwaŜył jej zdenerwowanie i zmieszanie, nawet jeśli
błędnie je sobie tłumaczył.
Meade wstał i przesunął dłonią po szyi.
- Mam zwyczaj szybko wracać do normalności - przyznał po kilku
sekundach. - Czasem trochę trwa, zanim przypominam sobie dobre
maniery. - Spojrzał na nią. - Jeśli uczyniłem cokolwiek... powiedziałem
cokolwiek... - rozpostarł bezradnie ramiona.
- Nie, nie. - Brooke potrząsnęła przecząco głową. - To nie chodzi o
to, Ŝe coś powiedziałeś lub zrobiłeś. Naprawdę - przerwała,
zastanawiając się nad przekonującym wyjaśnieniem. Nie mogła… nie
chciała powiedzieć mu prawdy. -Po prostu nagle poczułam, Ŝe jestem
okropnie zmęczona i musiałam się połoŜyć - dokończyła. - Przykro mi,
jeśli odniosłeś wraŜenie, Ŝe byłam nieuprzejma.
- Nie byłaś. - Meade nie był pewien, jakie odniósł wraŜenie… i
dlaczego. Ale miał zamiar poznać przyczyny.
Brooke wstała, pragnąc zakończyć juŜ temat.
- MoŜe wypiłam zbyt wiele wina? - zastanowiła się, poprawiając
sukienkę.
MoŜe, lecz Meade miał co do tego powaŜne wątpliwości. Widział,
jak wypiła cztery, moŜe pięć łyków chardonnay.
- Jesteś pewna, Ŝe nie powiedziałem ani nie zrobiłem nic go, co
mogło cię urazić? - nalegał.
- Całkowicie.
Przez kilka następnych sekund Meade wpatrywał się delikatną
twarz Brooke. Dziewczyna przechyliła lekko głowę, spokojnie
wytrzymując jego spojrzenie.
W swym Ŝyciu Meade nauczył się wielu rzeczy. Wiedział, kiedy
naleŜy nalegać, a kiedy być cierpliwym. Teraz czuł instynktownie, Ŝe
powinien być cierpliwy.
- CóŜ, w takim razie - powiedział wreszcie - czy zechcesz pójść
razem ze mną na przyjęcie do Amanda Wilding?
- Tak - odparła po prostu Brooke.
Półtorej godziny później Brooke stała samotnie, obserwując
zgromadzonych ludzi. Meade miał rację. To był czysty rytuał plemienny.
Spojrzała w przeciwległy kraniec pokój gdzie Meade zajęty był rozmową
z Amandą Janaway Wilding. Siwowłosa starsza pani zagarnęła go jakieś
dwadzieścia minut temu. Wygłosiła przy tym dość złośliwą uwagi
twierdząc, Ŝe jak na kogoś, kto spędził osiem miesięcy w dŜungli, Meade
wygląda nadspodziewanie korzystnie. Zareagował natychmiast,
przepraszając za to, Ŝe wszystkie swoje przepaski na biodra oddał do
pralni chemicznej. Po tym wyjaśnieniu groźna dama z szacownego
bostońskiego rodu zaśmiała się głośno. Następnie, po wygłoszeniu kilku
uprzejmych uwag pod adresem Brooke, uprowadziła Meade’a ze sobą.
Brooke zdawała sobie sprawę, Ŝe wiele osób uwaŜało Amandę
Wilding za osobę apodyktyczną. Za kaŜdym razie gdy starsza pani
wykonywała swoje władcze rundy po Instytucie, dziewczyna sama czuła
nieodpartą potrzebę złoŜenia dworskiego ukłonu. Meade zaś... CóŜ, nie
potrafiła sobie wyobrazić, aby ktokolwiek mógł go onieśmielić.
Potrafiła jednak wyobrazić go sobie w przepasce na biodrach.
Obraz ten wywołał w niej silne podniecenie. Brooke zacisnęła palce
wokół wysmukłej, kryształowej nóŜki kieliszka. Zaczerpnęła głęboko
powietrza i zamknęła na chwilę oczy, próbując odpędzić tę wizję.
- A więc - zabrzmiał tuŜ za nią cichy, niski głos - poznałaś
wreszcie O’Malleya. I co o nim sądzisz?
Brooke otworzyła szeroko oczy.
- Jazz! - wykrzyknęła, odwracając się w kierunku kobiety, z którą
zaprzyjaźniła się zaledwie sześć miesięcy temu. - Co... Nie sądziłam, Ŝe
cię tu dziś spotkam!
Jazz O’Leary Wilding uśmiechała się szeroko. Jej olbrzymie szare
oczy zalśniły radośnie.
- CóŜ, oczekiwana czy nie, jestem tutaj i nie sposób mnie nie
zauwaŜyć. - Kpiącym, lecz niezmiernie czułym spojrzeniem zerknęła w
dół. Była w zaawansowanej ciąŜy.
Przez moment Brooke poczuła przypływ znajomych uczuć.
Smutek... zazdrość... złość. Oczywiście, Ŝe cieszyła się razem z Jazz.
Przez ostatnie miesiące w pewien sposób uczestniczyła w radości
przyjaciółki. Mimo to, gdzieś w głębi duszy, słyszała wciąŜ powtarzające
się pytanie: „Dlaczego to nie ja?”
- Czy… czy Ethan jest tu z tobą? - spytała szybko, szukając
wzrokiem męŜa Jazz, wysokiego, dystyngowanego bankiera.
Nie chciała, aby jej twarz zdradziła to, co tak bardzo starała się
ukryć. Jej przyjaciółka - jak Brooke przekonała się juŜ niejednokrotnie -
była niezmiernie wraŜliwa na cierpienia innych ludzi.
Brooke poznała Ethana w biurze Daniela Quincy, załatwiając
formalności związane z hojną darowizną Amandy Wilding na rzecz
Instytutu. W czasie prowadzonej rozmowy Brooke wspomniała, gdzie
mieszka. Ethan odpowiedział, Ŝe zna dobrze zarówno dom, jak i
właściciela, Meade’a O’Malleya.
Jazz potrząsnęła głową, jej rudozłota czupryna loków zawirowała.
- Ethan jest w Kalifornii. W przerwach pomiędzy rozmowami
telefonicznymi z moim ginekologiem negocjuje z Japończykami warunki
utworzenia nowego konsorcjum inwestycyjnego - jej twarz przybrała
figlarny wyraz. - Szczerze mówiąc, cieszę się, Ŝe coś poza dzieckiem go
interesuje. Zawsze sądziłam, Ŝe będę szczęśliwa, jak ktoś otoczy mnie
troską. Ale Ethan tak przesadza, Ŝe doprowadza mnie do szału!
- On się o ciebie niepokoi, Jazz - odrzekła Brooke. - To jest… to
normalne.
- I ja go za to kocham - przyznała rudowłosa, wygładzając
delikatnie turkusowy jedwab sukienki opinającej brzuch. - WciąŜ jednak
muszę mu przypominać, Ŝe jestem silniejsza niŜ... och! - nagle
wstrzymała oddech.
- Jazz?
- Ach... przepraszam - Jazz oddychała nierówno, jakby chciała się
roześmiać.
- Dobrze się czujesz? Dziecko ma się wkrótce urodzić…
- Dopiero za dwa tygodnie. Nic... nic mi nie jest. To tylko. .. to
naprawdę nic takiego.
- MoŜe powinnaś usiąść - zaproponowała Brooke.
- Chyba tak - zgodziła się Jazz.
Brooke odstawiła kieliszek i poprowadziła przyjaciółkę do kanapy,
stojącej we względnie cichym końcu salonu. Przeciskanie się przez tłum
nie było rzeczą prostą, podobnie jak usadowienie Jazz.
- O, BoŜe - westchnęła Ŝartobliwie Jazz. - Czuję się jak wieloryb
wyrzucony na plaŜę! - OstroŜnie poprawiła się.
- Czy jest coś, co mogłabym zrobić? - spytała Brooke, widząc
bladość na twarzy Jazz. Usiadła obok.
- Nie... nie - zapewniła ją Jazz. Oddychała przez nos, wypuszczając
następnie wolno powietrze. - Mam... Nic mi nie jest, naprawdę. A więc,
mów. Kiedy Meade wrócił?
- Wczoraj wieczorem - automatycznie odparła Brooke,
przyglądając się z troską przyjaciółce. - Przyleciał z... czekaj! Skąd
wiesz, Ŝe wrócił?
- Widziałam was razem, kiedy wturlałam się tu przed chwilą.
Zamierzałam właśnie podejść do was i przywitać się, kiedy Amanda na
mnie napadła.
- Ach - Brooke mimowolnie spojrzała w miejsce, gdzie ostatnio
widziała Meade’a. ZauwaŜyła go natychmiast.
Teraz, gdy upłynęło trochę czasu, odniosła wraŜenie, Ŝe zmiany
dotyczyły tylko jego powierzchowności. Mimo pewnej łagodności w
zachowaniu i ubiorze, było w nim coś bardzo... Ŝywiołowego. Pasował
do otoczenia, a jednak był inny. Jego wysoka, atletyczna sylwetka
emanowała energią i czujnością.
- To dziwne - zastanawiała się Jazz - sądziłam, Ŝe Meade miał
wrócić dopiero w sierpniu.
- Tak miało być - odparła Brooke, wpatrzona wciąŜ w przeciwległy
kraniec pokoju. - Ale skończył swoje badała wcześniej, niŜ zakładał.
Przez chwilę rozmawiały o pobycie Meade’a w Amazonii.
- Hm... CóŜ, Ethan twierdził zawsze, Ŝe Meade jest szybki.
Brooke spojrzała ostro na przyjaciółkę.
- Co masz na myśli? - spytała, rumieniąc się nieznacznie.
- CóŜ, po pierwsze zrobił magisterium w ciągu zaledwie trzech lat
- zaśmiała się Jazz. Przechyliła głowę, jej oczy zalśniły. - A co, według
ciebie, mogłam mieć na myśli? - spytała niewinnie.
- Nic… nic - Brooke przesunęła palcami po sznurze pereł, czując
się trochę zaŜenowana.
- Tak, jasne. No, Brooke, od miesięcy słuchałaś opowieści o
bostońskim wcieleniu Indiany Jonesa. Teraz, gdy go juŜ zobaczyłaś, co o
nim sądzisz?
Po dziesięciu minutach, gdy Meade do nich dołączył, obie kobiety
zaśmiewały się „niezwykle dyskretnie”. Przypominało to chichoty, które
przed laty słyszał u sióstr bliźniaczek.
- No, no, no, pani Wilding - przerwał im, przypatrując się z
nieukrywanym zainteresowaniem figurze Jazz - nawet nie muszę pytać,
co robiłaś przez ostatnie osiem miesięcy.
- Meade! - wykrzyknęła radośnie Jazz, patrząc na niego z
uśmiechem. - Chętnie bym wstała i uściskała cię, ale nie ma w pobliŜu
dźwigu, który by mnie podniósł…
- Nie ma problemu - Meade pochylił się i ucałował ją w oba
policzki. Jego przyjaźń z Ethanem Wildingiem trwała od czasów
college’u, natomiast Jazz znał krócej. Darzył ją jednak niekłamanym
podziwem. Wyprostował się, potrząsając z szacunkiem głową. - Mój
BoŜe, Jazz - powiedział miękko. - Wyglądasz…
- Monstrualnie? Kolosalnie? - podpowiedziała kokieteryjnie. - Tak
jakbym odŜywiała się za dwanaścioro?
- Chciałem powiedzieć, pięknie - uśmiechnął się Meade. I, mimo
Ŝ
e Jazz zignorowała to określenie, Brooke wiedziała, Ŝe Meade mówił
szczerą prawdę.
Kilka godzin później Brooke oceniła, Ŝe spędzili w trójkę jakieś
piętnaście minut. W pewnym momencie Jazz przeprosiła ich i wyszła do
toalety. Wprawdzie przy wstawaniu wsparła się na ramieniu Meade’a,
lecz na propozycję pomocy potrząsnęła przecząco głową.
Jednocześnie pojawił się przy nich jakiś brodaty nieznajomy, który
zaczął ściskać Meade’a tak czule, jakby ten był jego dawno nie
widzianym synem. Dostrzegając rezerwę w zachowaniu Meade’a,
Brooke domyśliła się, Ŝe traktuje on brodacza jak dalekiego kuzyna, z
którym wolałby się nie spotykać. W trakcie tej sceny Brooke zagadnęła
jedna z licznych przyjaciółek Daniela Quincy. Okazało się, Ŝe pisze
ksiąŜkę, i była ciekawa szczegółów przygotowań do jej opublikowania.
Wreszcie ta sama fala ludzi, która najpierw rozdzieliła Brooke i
Meade’a, złączyła ich ponownie.
- Proszę - powiedział Meade, zdejmując dwa kieliszki szampana z
błyszczącej, srebrnej tacy trzymanej przez kelnera. Jeden podał Brooke. -
Pewnie potrzebujesz tego tak samo jak ja.
Brooke podziękowała uśmiechem i wypiła łyk musującego napoju.
Rozejrzała się wokół i zauwaŜyła, Ŝe tłum gości zaczął się przerzedzać.
Pomyślała, Ŝe Meade być moŜe chciałby…
Meade wydał się czytać w jej myślach.
- Jestem gotów do wyjścia, o ile tobie to teŜ odpowiada -
powiedział, wypijając duŜy łyk szampana.
- Umie pan czytać w myślach, doktorze O’Malley? - spytała
swobodnie.
- Tylko niektórych i dotyczących pewnych tematów, pani
Livingstone - odparł. Pragnąłby bardzo dowiedzieć się, o czym myślała
kilka minut wcześniej, w czasie rozmowy z przystojnym facetem, który
nosił krawat znanego uniwersytetu.
- A więc?
- Myślę, Ŝe wyjście stąd to doskonały pomysł - odpowiedziała
uczciwie, po czym zamarła, przypominając sobie o czymś. - Kiedy
ostatnio widziałeś Jazz?
- Nie widziałem jej od chwili, gdy poszła do toalety - potrząsnął
głową Meade.
- Ja teŜ nie widziałam jej od tamtej pory.
- MoŜe postanowiła wrócić do domu. Wydawało mi się, Ŝe była juŜ
zmęczona.
- Jestem pewna, Ŝe przed wyjściem poŜegnałaby się z nami.
- Jest tylko jeden sposób, aby się o tym przekonać - powiedział
Meade, odstawiając swój kieliszek.
- Tak, oczywiście, doktorze O’Malley - odpowiedział lokaj
Amandy. - Mam wraŜenie, Ŝe widziałem młodą panią Wilding
wchodzącą do gabinetu jakieś dwadzieścia minut temu. Mówiła coś na
temat telefonu do Kalifornii.
Drzwi do gabinetu były zamknięte. Meade spojrzał na Brooke i
zastukał dwa razy, następnie zaczął kręcić rzeźbioną w brązie gałką.
- Jazz? - spytał cicho, otwierając drzwi.
Jazz siedziała przy masywnym, mahoniowym biurku. Ściskała
kurczowo słuchawkę telefonu, a drugą rękę przyłoŜyła płasko do
brzucha. Jej twarz była blada jak ściana.
- Dzwoniłam do Ethana, aby wracał jak najprędzej do domu.
Czuję, Ŝe dziecko się wkrótce urodzi - powiedziała półprzytomnie. - Ale
tam jest straszna burza, lotnisko jest zamknięte, a on uwięziony w San
Francisco.
Meade i Brooke spojrzeli na siebie, odzywając się jednocześnie:
- Jazz…
- Jazz...
Jazz otworzyła szerzej swe szare oczy.
- Pomocy... - jęknęła.
- Jak... jak długo? - spytała Jazz.
Meade wziął do ręki zwilŜoną tkaninę, którą przykładał do
spoconego czoła rodzącej. Przez moment czuł pokusę starcia potu z
własnej twarzy. Miał wraŜenie, jakby w czasie ostatnich siedmiu godzin
wypocił z siebie przynajmniej pięć kilogramów.
- Trochę ponad dwie godziny - odpowiedział uspokajająco, patrząc
na wiszący na ścianie zegar. Dochodziła siódma rano. W myśli
podziękował niebiosom za zmianę pogody, która umoŜliwiła start
prywatnego samolotu Ethana z lotniska w San Francisco. Powinien
dolecieć do Bostonu pięć minut po dziewiątej. Wszystko wskazywało na
to, Ŝe zdąŜy, zanim Ŝona urodzi ich pierwsze dziecko.
- Trochę ponad dwie godziny? - powtórzyła przeraŜonym głosem
Jazz, jej rozszerzone tęczówki przybrały barwę zachmurzonego nieba. -
To znaczy, Ŝe poród trwa dopiero dwie godziny? - Przy dwóch ostatnich
słowach podniosła głos, a ciałem wstrząsnął dreszcz.
- AleŜ nie, Jazz - uspokajała ją Brooke, pochylając się, aby
pogładzić wilgotne włosy przyjaciółki. - Meade myślał, Ŝe pytasz o to,
kiedy przyjedzie Ethan.
- Tak myślał?
Brooke skinęła głową.
- Wszystko przebiega doskonale, Jazz.
Jazz odetchnęła głęboko, wypuszczając partiami powietrze.
- Och... dzięki Bogu - westchnęła, odpręŜając się w widoczny
sposób. Zamknęła na moment oczy.
Brooke spojrzała pytająco na Meade’a. Odwzajemnił się ciepłym
uśmiechem i kiwając lekko głowa, ułoŜył wargi w kształt słowa
„dziękuję”. Poczuła, jak jej usta układają się do odpowiedzi na to nie
wypowiedziane podziękowanie.
Początkowo Brooke sądziła, Ŝe nie będzie w stanie spełnić prośby
Jazz. Przebrała się w jałowy fartuch, wypełniła wszystkie polecenia
personelu szpitala i powiedziała sobie, Ŝe jest gotowa. Jednak po
otwarciu drzwi do sali porodowej, gdzie umieszczono Jazz, chciała się
wycofać.
Coś czego Brooke nie potrafiła nazwać, dodało jej siły, by
przekroczyć próg i zaproponować wszelką pomoc, na jaką tylko było ją
stać.
Jazz jęczała, oddychając głośno przez nos.
- Świetnie, Jazz, znakomicie - dodawał jej otuchy Meade. W miarę
upływu czasu Brooke zauwaŜyła zmianę w sposobie, w jaki wypowiadał
słowa. Mówił teraz uspokajająco, prawie zmysłowo, głosem matowym,
niemalŜe hipnotyzującym, a mimo to pełnym siły. - Nie walcz ze
skurczami, poddaj się im. Świetnie. Wiem, Ŝe to boli, ale doskonale sobie
radzisz. Naprawdę doskonale. Dobrze, juŜ po szczycie. Teraz się odpręŜ,
zrelaksuj, Tak, jak to wcześniej ćwiczyłaś… o, właśnie tak.
Jazz wypuściła ustami powietrze.
- Ten juŜ minął - wykrztusiła - jeszcze tylko sześćdziesiąt
milionów do końca.
- Nie więcej niŜ pięćdziesiąt dziewięć milionów, obiecuję - zaśmiał
się.
- Świetnie sobie radzisz, Jazz - powiedziała czule Brooke. Widząc
jak rodząca przełyka ślinę, podała jej kostkę lodu, wyjętą z naczynia
stojącego na stoliku przy łóŜku. Jazz zaczęła ssać z widoczną ulgą.
- Hm...
- Lepiej? - spytała miękko Brooke.
- Hm... - skinęła głową rudowłosa. Uniosła się lekko. - Jak dobrze.
„Lepiej niŜ dobrze - pomyślał Meade, obserwując Brooke
spełniającą nie wypowiedziane prośby Jazz. - Znacznie lepiej”.
Pamiętał strach na twarzy Brooke, gdy wchodziła do sali
porodowej. Przez moment myślał, Ŝe przyczyną było zwykłe
zdenerwowanie. On sam, na myśl o tym, co ich czekało, czuł, jak Ŝołądek
podjeŜdŜa mu do gardła. Zdenerwowanie Brooke wynikało z czegoś
zupełnie innego, znacznie bardziej osobistego. Pamiętał, jak otworzył
usta, chcąc coś powiedzieć. Lecz zanim zaczął mówić, zobaczył zmianę
zachodzącą w twarzy Brooke, tak jakby siłą woli oddalała od siebie
wszelkie obawy. Skinęła mu spokojnie głową i uśmiechnęła się
uspokajająco do Jazz.
- Och... aaa - wydawało się, Ŝe Jazz usiłuje wciągnąć do płuc całe
powietrze znajdujące się w sali.
- Dobrze, dobrze - Meade zareagował natychmiast, dodając jej
otuchy cichym głosem. Tę technikę, widząc jej zadziwiającą
skuteczność, przejął kiedyś od plemiennego szamana. Wpatrując się w
twarz Jazz, pochylił się, aby zgodnie z zaleceniem pielęgniarki
pomasować brzuch rodzącej. Jego dłoń napotkała rękę Brooke.
Dotknięcie palców Meade’a sprawiło, Ŝe na moment zacisnęła dłoń.
Trwało to sekundę i zaczęła, zgodnie z wcześniejszym zamiarem, uciskać
delikatnie brzuch Jazz. Meade nie cofnął dłoni i masowali razem,
pomagając Jazz znieść kolejny skurcz.
A potem kolejny...
I kolejny...
Po pewnym czasie Brooke przestała zdawać sobie sprawę, gdzie
kończy się jej rola, a zaczyna Meade’a. Wydawało się jej, Ŝe wszystko
robili razem.
- To... boli - krzyknęła Jazz, usiłując wstrzymać od dech.
Brooke zacisnęła wargi i spojrzała na ścienny zegar. Było dziesięć
po dziewiątej. Meade wyszedł kilka minut wcześniej. W drzwiach minął
się z pielęgniarką, która zbadała rodzącą i wyszła, informując, Ŝe poród
przebiega prawidłowo i Ŝe lekarz zjawi się wkrótce.
- Świetnie sobie radzisz, Jazz - powiedziała Brooke, próbując
naśladować ton głosu, jakim przez ostatnie godziny przemawiał Meade. -
Wiem, Ŝe ci cięŜko... wiem, Ŝe to boli. Ale pamiętasz, co mówiła
pielęgniarka? Im silniejsze skurcze, tym prędzej dziecko się urodzi.
- Nie wcześniej... niŜ Ethan...
- Nie, nie. JuŜ jedzie. Zaraz tu będzie.
Brooke przetarła czoło wierzchem dłoni. Czuła ogarniające ją
znuŜenie i niepokój. Widziała, Ŝe skurcze są coraz intensywniejsze, a
Jazz, w miarę nasilania się bólu, stawała się coraz bardziej niespokojna.
Dobrze, Ŝe przynajmniej dźwięk z monitora, do którego
podłączono Jazz, wskazywał na silne, zdrowe bicie serca dziecka.
Wcześniej odgłos pracy urządzenia doprowadzał Brooke do szału, ale
teraz brzmiał uspokajająco. Jazz chwyciła dłoń Brooke i ścisnęła z całej
siły.
- Och... och... och...
- Świetnie, doskonale - Brooke zareagowała, krzywiąc się mimo
woli z bólu.
- Boję się - jęknęła Jazz. Jej szare oczy nie były juŜ tak radosne jak
przedtem.
- Wiem, rozumiem. Ale nie powinnaś się bać - powiedziała
Brooke, wolną ręką wycierając pot z czoła i szyi Jazz. - Radzisz sobie
ś
wietnie, po prostu doskonale. - Zastanowiła się, czy Meade teŜ zaczynał
się juŜ czuć jak zdarta płyta, powtarzająca wciąŜ te same słowa otuchy.
- Nie - Jazz potrząsnęła głową, oddychając coraz płycej. - Potem...
Zła... matka.
Dopiero po chwili Brooke zorientowała się, co Jazz miała na
myśli. Poczuła ogarniające ją uczucie czułości. Jazz nigdy nie
opowiadała duŜo o swym dzieciństwie, lecz nawet z tych niewielu
informacji wyłaniał się los nie chcianego dziecka, które dorastając,
zostało zranione wielokrotnie.
- Nie, Jazz, nie - zaprzeczyła spiesznie Brooke.
Rysy twarzy rodzącej wyostrzyły się.
- MoŜe... och... moŜe - nalegała.
- Jazz, nie! - odpowiedziała stanowczo, niemalŜe gwałtownie
Brooke. Pochyliła się nad przyjaciółką, próbując spojrzeć jej w oczy. -
Urodzisz piękne dziecko i będziesz wspaniałą matką! Pomyśl tylko o
tych dzieciach z ośrodka dla nieletnich. Pomyśl o nich. Dzieci, których
Ŝ
ycie rozpada się w proch, a ty pomagasz im znowu się odnaleźć.
Kochasz je, nauczasz. Sama widziałam, jak wspaniale sobie z nimi
radzisz. I tak samo będzie z twoim dzieckiem. Twoim dzieckiem. Z tym,
dla którego teraz tak cięŜko pracujesz - przerwała na chwilę, czując, jak
do oczu napływają jej łzy. Przełknęła ślinę. - Wszystko będzie w
porządku, Jazz. W porządku...
- W porządku? - spytała słabo Jazz, patrząc jej w oczy.
- Nawet lepiej niŜ w porządku - oświadczył Meade głosem
ochrypłym po wielu godzinach mówienia. Słyszał słowa Brooke, gdy ta z
całą Ŝarliwością przekonywała Jazz o jej powołaniu do macierzyństwa.
Intensywność uczuć brzmiących w jej słowach poruszyła go w sposób,
którego nie potrafił wytłumaczyć.
- Ethan? - Jazz usiłowała się podnieść,
Meade zbliŜył się do łóŜka.
- JuŜ wylądował. Jest w drodze do szpitala. Sądzę, Ŝe Amanda
zorganizowała policyjną eskortę, czekającą na niego na lotnisku. Ethan
zaraz tu będzie... tak jak i twoje dziecko.
- Tak jak twoje dziecko - powtórzyła Brooke.
Drzwi do sali porodowej otworzyły się i wszedł Ethan Wilding w
towarzystwie lekarza i dwóch pielęgniarek.
Jazz, będąc właśnie w szczycie skurczu, wyszlochała imię męŜa.
Brooke obserwowała, jak Ethan Wilding podszedł do Ŝony. Słyszała, jak
wymawiał jej imię - raz, potem drugi i trzeci. Widziała, jak dotykał jej
policzka.
I nagle zdała sobie sprawę, Ŝe dla niej i Meade’a nie było miejsca
w tym pokoju. JuŜ nie. Poczuła, jak silne męskie ramię obejmuje ją. Po
chwili podniosła wzrok i spojrzała w oczy Archimedesa Xaviera
0’Malleya. WciąŜ było w nim coś z rozbójnika morskiego, pomyślała
Brooke, przyglądając się wyostrzonym rysom twarzy. MoŜe grecki bóg?
Nie. Emocje, odbijające się w niebieskich oczach Meade’a świadczyły,
Ŝ
e jest on jak najbardziej człowiekiem.
Poczuła, jak silniej zacisnął palce wokół jej ramienia. Przytulił ją
mocno do siebie.
- Meade? - spytała.
- Nie sądzę, Ŝeby ktokolwiek nas tu jeszcze potrzebował - odparł.
ROZDZIAŁ 3
Dopóki Meade jej tego nie powiedział, Brooke nie zdawała sobie
nawet sprawy, Ŝe zaczęła płakać.
- Wszystko jest w porządku - zapewnił ją cicho, wycierając
opuszkiem palca łzę toczącą się po bladym policzku dziewczyny. Poczuł,
Ŝ
e zadrŜała pod jego dotknięciem. W spojrzeniu jej zielonych,
zachmurzonych teraz oczu widać było lekkie zakłopotanie.
- Co... co? - spytała, jakby nie rozumiejąc, dlaczego ją dotyka. Stali
w jasno oświetlonym i tętniącym Ŝyciem korytarzu szpitalnym. Kontrast
z atmosferą panującą na sali porodowej przyprawiał ją o zawrót głowy.
- Płaczesz, kochana - powiedział Meade, wycierając delikatnie
kolejną łzę. Poczuł pod palcami gładkość jej skóry.
Wypowiedział te pieszczotliwe słowa w tak naturalny sposób, Ŝe
Brooke była zaskoczona. Nie rozumiała ich treści. Nagle pojęła ich sens.
Uniosła dłoń do policzka. Rzeczywiście płakała. Twarz miała mokrą od
łez, z czego nie zdawała sobie nawet sprawy.
- Przepraszam... - wyjąkała, mrugając oczami i przełykając ślinę.
Otarła łzy i nieelegancko pociągnęła nosem. - Nie... nie wiedziałam...
- Wszystko w porządku, rozumiem.
- Zazwyczaj nie... - zaczęła, pragnąc się wytłumaczyć. Nie miała
zwyczaju płakać publicznie. - To znaczy, nie mogę... - potarła pięściami
oczy, próbując opanować emocje.
- Wszystko jest... - odwróciła na chwilę głowę, czując ogromne
zmęczenie.
Meade dwoma palcami ujął podbródek Brooke i skierował jej
twarz ku górze. Jego niebieskie oczy miały teraz kolor bezchmurnego,
nocnego nieba. Ujrzała w nich łączące ich w sali porodowej uczucie
wspólnoty.
- Rozumiem - powtórzył ochryple Meade, cofając dłoń. - Wierz
mi, Brooke, naprawdę rozumiem. To, co przeŜyliśmy, jest... - przerwał,
próbując znaleźć właściwie słowa na pisanie tego, przez co przeszli.
Radosne? Wyczerpujące? Niezapomniane? Niepowtarzalne? KaŜde z
tych słów tylko częściowo oddawało przeŜyte chwile, lecz Ŝadne nie było
właściwe.
- To było... niesamowite. - Zdawał sobie sprawę z banalności słów,
ale nic innego nie przychodziło mu na myśl.
Brooke zachichotała.
- Niesamowite - zgodziła się. - Czuję się jak... jak... sama juŜ nie
wiem, jak się czuję!
- Ja osobiście czuję, Ŝe przydałby mi się dwunastogodzinny sen -
Meade zaśmiał się gardłowo. Chciał objąć Brooke i pocałować, ale nie
zrobił tego.
Nie, powiedział w duchu, jeszcze nie. Ale juŜ wkrótce, juŜ
niedługo.
- Sen? - zaŜartowała Brooke, ocierając po raz ostatni policzki. Łzy
na jej twarzy wyschły. - CzyŜbyś był zmęczony?
- Tylko troszkę - odrzekł Meade, patrząc w stronę drzwi sali
porodowej. Brooke spojrzała w tym samym kierunku. - Wiem, Ŝe to, co
przeŜyliśmy dzisiejszej nocy, było najłatwiejszą częścią tej całej zabawy.
- To znaczy?
- To taki stary Ŝart - uśmiechnął się. - Przy porodzie jest tak wiele
pracy...
ś
art był rzeczywiście stary i wcale nie taki zabawny, lecz Brooke
zaczęła się śmiać. Miała wraŜenie, Ŝe staje się lekka jak bańka mydlana.
Gdyby ktoś jej powiedział, Ŝe szpitalny korytarz został właśnie
wypełniony gazem rozweselającym, uwierzyłaby bez zastrzeŜeń.
Uczuła zawrót głowy i prawie straciła równowagę, zataczając się
prosto na wózek z posiłkami. Meade zauwaŜył w porę niebezpieczeństwo
i złapał ją, by w ostatniej chwili zapobiec katastrofie. Niezdarny młody
człowiek popychający metalowy pojazd zdziwił się, co ci dwoje,
wyglądający na pacjentów oddziału psychiatrycznego, robią na połoŜnic-
twie. Minął ich i poszedł dalej.
Brooke śmiała się z całego zajścia. Chciała podziękować swemu
wybawcy, lecz nie mogła powstrzymać śmiechu. Spojrzawszy na
Meade’a, zauwaŜyła, Ŝe i on krztusi się ze śmiechu.
Kiedy wreszcie uspokoili się, oparli o ścianę korytarza, próbując
odzyskać równowagę.
- Och... BoŜe... - Brooke usiłowała odzyskać oddech.
- Tak... - zgodził się Meade, rozczesując palcami włosy. Przez
moment zastanawiał się, czy taka reakcja mogła być spowodowana
niedotlenieniem. Pamiętał, Ŝe juŜ doświadczył podobnego uczucia
lekkości. Było to w czasie jego pierwszej podróŜy do Meksyku z
profesorem Browningiem. Oczywiście zdawał sobie sprawę z wysokości,
na jakiej przebywali. Ale, podobnie jak inni szesnastoletni chłopcy, był
w swej naiwności przekonany, Ŝe wszelkie fizyczne słabości dotykają
wyłącznie innych, nigdy jego. Niestety, sam przekonał się, jak bardzo się
mylił.
Meade głęboko zaczerpnął powietrza. Oddychał powoli i czuł puls
powracający stopniowo do normy. W ciągu ostatnich dziesięciu godzin
przebyli daleką drogę. Wszystko zaczęło się od ludzkiego dramatu, aby
zakończyć na ataku histerycznego śmiechu. „CóŜ to była za podróŜ! -
pomyślał, zwracając się do Brooke. - I cóŜ za towarzyszka…”
Brooke poczuła na sobie przepełnione czułością spojrzenie
Meade’a. Wyraz jego błękitnych oczu spowodował, Ŝe chęć do śmiechu
minęła jej bezpowrotnie.
- Byłaś wspaniała tam, przy Jazz - powiedział niskim głosem
Meade.
- Ja? - policzki dziewczyny zarumieniły się. Starając się choć
trochę opanować, potrząsnęła głową. Przy tym ruchu włosy uwolniły się
z przytrzymujących je spinek, a na czoło opadł jeden kosmyk. Odgarnęła
go niecierpliwie. - Nie, to byłeś wspaniały! Sposób, w jaki pomagałeś
Jazz. Znajdowałeś odpowiednie słowa, aby dodać jej otuchy. To było
tak… tak… to znaczy, to co zrobiłeś...
Meade uciszył tę niezbyt składną, choć przepełnioną uczuciem
wypowiedź, przykładając dwa palce do ust dziewczyny.
- To, co my zrobiliśmy - poprawił. - Byliśmy tam oboje, Brooke,
razem.
Dotyk jego palców był przelotny jak muśnięcie. W innym miejscu
i o innym czasie być moŜe obawiałaby się emocji, które w niej wzbudzał.
Ale tutaj, teraz, po tym wszystkim co razem przeszli, upajała się swymi
odczuciami. Wydawało się jej, Ŝe wszelkie obietnice mogą się spełnić z
tym właśnie męŜczyzną.
- Razem - powtórzyła, wymawiając to słowo tak, jakby
rozkoszowała się jego brzmieniem. - Stworzyliśmy niezły zespół,
prawda? - ponownie przeczesała włosy.
- Stworzyliśmy wspaniały zespół - uśmiechnął się Meade.
- Niech będzie - zgodziła się. - Wspaniały zespół. - Przerwała i
zamyśliła się. Przypomniał jej się moment, gdy Ethan Wilding wszedł do
sali porodowej i podszedł do Jazz. Ethan i Jazz wyraŜali to, o czym
Brooke zawsze marzyła, czego pragnęła.
- Brooke? - spytał Meade, widząc smutek na twarzy dziewczyny. -
Co się dzieje?
- Myślałam o Ethanie i Jazz - westchnęła. - Tak się cieszę, Ŝe
zdąŜył. Kiedy wszedł do sali porodowej... sposób, w jaki patrzył... to
było... było... - głos jej się urwał. Pewnych rzeczy nie sposób wyrazić.
- Wiem, widziałem. Mieć moŜliwość towarzyszenia ukochanej
kobiecie w chwili, gdy tą rodzi nowe Ŝycie, któremu się dało początek... -
potrząsnął w zachwycie głową. - To musi być najwspanialsze uczucie na
ś
wiecie.
Brooke usłyszała w jego głosie tęsknotę, prawie zazdrość. AŜ za
dobrze rozumiała to pragnienie, które Meade w tak oczywisty sposób
odczuwał. Spojrzała w bok, czując napływające do oczu łzy. Odrzuciła
głowę do tyłu i przymknęła oczy. Nie będzie znowu płakać.
- Zmęczona? spytał Meade, wpatrując się w jej profil. Smutek
widoczny na twarzy dziewczyny sprawił mu ból.
Brooke spróbowała wziąć się w garść. Otworzyła oczy i napotkała
pytające spojrzenie Meade’a.
- Trochę - przyznała.
- A więc, moŜe powinniśmy znów pomyśleć o powrocie do domu?
- Znów? - zaczęła, nieco zaskoczona. Wreszcie zrozumiała, co
miał na myśli. Nim znaleźli Jazz, wybierali się przecieŜ do domu. - Tak,
chyba tak - zaskoczyło ją uczucie niechęci, jakie brzmiała w jej słowach.
Meade spojrzał na zielone, sterylne niegdyś ubranie. Bawełniany
materiał był niemiłosiernie wygnieciony. Bluza z krótkim rękawem
nosiła ślady potu.
- Jak sądzisz, gdzie mogą być nasze rzeczy? - spytał.
- MoŜe w pokoju pielęgniarek - odpowiedziała powoli Brooke. -
Ale nie jestem… - nagle uświadomiła sobie powód swojej niechęci.
PołoŜyła dłoń na ramieniu Meade’a. - Czy koniecznie chcesz wracać do
domu? - spytała.
Meade milczał, zaskoczony uściskiem drobnych palców.
- A ty? - odezwał się wreszcie.
- Nie - odparła Brooke. - Nie, nie chcę. Jeszcze nie teraz. Chcę
poczekać na urodzenie dziecka. Czy to… czy to nie wydaje ci się grupie?
Meade powoli uśmiechnął się. Przykrył dłoń Brooke swoją ręką i
uścisnął lekko.
- Nie, to wcale nie jest głupie - powiedział szczerze. - MoŜe
znajdziemy jakieś spokojne miejsce, Ŝeby poczekać?
ś
adne z nich nie miało ochoty siedzieć w pokoju dla przyszłych
ojców. W końcu znaleźli brązową kanapę w małej niszy w pobliŜu
pokoju pielęgniarek. Kanapa była brzydka i niewygodna, lecz Brooke to
nie przeszkadzało. Była szczęśliwa, mogąc wreszcie gdzieś usiąść, i
nawet nie zwróciła uwagi na to, Ŝe siedzenie ugięło się pod nią jak stary
zuŜyty hamak.
- Ach... - jęknęła, opierając się.
Meade usiadł obok. Poczuł nagle, Ŝe zapada się głęboko, i z
kanapy wydobył się dźwięk przypominający ludzkie westchnienie.
Miejsce nie było zbyt wygodne, ale nie zwracał na to uwagi.
Meade usiadł wygodniej i wyciągnął nogi.
- Och, nie! - zawołała nagle Brooke. Wyprostowała się, a w oczach
widać było przeraŜenie. - O, mój BoŜe!
- Co się stało?
- Jak mogłam zapomnieć! Powinnam przecieŜ być w pracy. Pan
Quincy będzie się zastanawiał...
- Nie, nie będzie - przerwał jej Meade. - Kiedy po raz ostatni
wychodziłem z sali porodowej, Ŝeby sprawdzić co z Ethanem,
zadzwoniłem przy okazji do Daniela. Wyszedł z przyjęcia wcześniej,
więc pomyślałem sobie, Ŝe warto go o wszystkim zawiadomić. Prosił,
Ŝ
eby ci przekazać, Ŝe masz dziś wolny dzień.
- Och... - chwilę trwało, zanim sens tych słów dotarł do
dziewczyny. - Dziękuję.
- Proszę bardzo - dłonią masował mięśnie karku, pragnąc pozbyć
się nieznośnego uczucia napięcia.
- Nie sądzisz, Ŝe powinniśmy zadzwonić do Amandy Wilding?
- To nie jest potrzebne - odparł sucho Meade. - Jedna z
pielęgniarek powiedziała mi, Ŝe sam ordynator jest w starym kontakcie
ze starszą panią.
- Niesamowite - Brooke uniosła brwi.
- MoŜna się było tego spodziewać, biorąc pod uwagę fakt, Ŝe
najnowsze skrzydło szpitala nosić będzie imię Wildingów.
- To prawda - przyznała Brooke.
Wokół panował spokój. Wszędzie były porozrzucane kubki po
kawie i popielniczka pełna niedopałków, pozostałość po innych
oczekujących, ale przynajmniej nikt się obok nie kręcił.
- Jak sądzisz, długo jeszcze? - spytała Meade’a.
- Co? Zanim Jazz urodzi?
- Tak.
- Hmm... - Meade potarł brodę. ŚwieŜy zarost, jak papier ścierny,
podraŜnił jego palce. - No cóŜ, w tej materii nie jestem specjalistą, ale
wyglądało mi na to, Ŝe gdy Ethan przyjechał, zaczynały się właśnie
skurcze parte. Podobno jest to najgorszy moment porodu, ale nie trwa
zbyt długo. Więc... moŜe jeszcze godzina do półtorej, biorąc pod uwagę,
Ŝ
e to pierwsza ciąŜa...
- Jak na kogoś, kto nie jest specjalistą, duŜo wiesz - skomentowała
Brooke.
- To osmoza - wzruszył ramionami Meade.
- Co?
- Moje siostry, Kathleen i Mary Margaret mają razem pięcioro
dzieci. Nasłuchałem się juŜ dosyć rozmów o porodach.
- Aha - sądząc po jego postępowaniu z Jazz, wiele się nauczył z
tych opowieści.
- A poza tym, mam pewne doświadczenie w połoŜnictwie.
Dokładnie dwa tygodnie po moich dziewiętnastych urodzinach byłem
ś
wiadkiem porodu. - Skrzywił się, ujawniając, Ŝe pozostawiło to w nim
raczej mieszane uczucia.
- Naprawdę? - kolejne doświadczenie Archimedesa 0’Malleya, o
którym nie wiedziała. - Jak to było?
- W małej wiosce panamskiej, połoŜonej tuŜ nad brzegiem rzeki.
Uczestniczyłem w wyprawie profesora Browninga na przełęcz Darien,
jakieś kilkaset mil przez lasy podzwrotnikowe i bagna w północno-
wschodniej części kraju. Trudno nazwać to miejsce rajem na ziemi. W
kaŜdym bądź razie, siedzieliśmy wszyscy w kantynie i odgadywaliśmy
skład gulaszu, który podano na kolację. I wówczas do chaty przyszła
Indianka z plemienia Kuna. Trzymała się za brzuch i jęcząc upadła na
podłogę. Właściciel chciał ją od razu wyrzucić, ale profesor powstrzymał
go i dał mu pieniądze. Następnie powiadomił nas chłodno, Ŝe w pobliŜu
nie ma Ŝadnego lekarza, a kobieta właśnie rodzi, więc my będziemy
musieli jej pomóc.
- I co... zrobiliście to?
- Hm... nasze zadanie sprowadzało się głównie do
nieprzeszkadzania naturze. Dzięki Bogu, kobieta wiedziała, jak powinna
postępować. Później okazało się, Ŝe było to jej piąte dziecko. Profesor
Browning przeczytał w swoim czasie wystarczająco duŜo podręczników
medycyny, aby wiedzieć, co się dzieje. Co do reszty naszej grupy; niejaki
pan Macho od razu zemdlał, dwie inne osoby zajęły się gotowaniem wo-
dy natomiast ja…
- Tak? - zniecierpliwiła się Brooke. - A ty?
- CóŜ, ja pewnie uciekłbym stamtąd od razu, gdyby kobieta nie
chwyciła mnie za rękę i nie trzymała tak mocno, jakby ściskała los z
główną wygraną - wyznał Meade. - Co to był za uścisk! Gdy dziecko
przyszło wreszcie na świat, zaczerpnęło powietrza i zaczęło wrzeszczeć,
jakby ktoś obierał je ze skóry, ja miałem całkiem pokaźny siniak. I wtedy
zrozumiałem, co to znaczy rodzić dziecko.
- Tak... mogę sobie wyobrazić.
Meade wyprostował się. Kanapa wydała kolejne jęknięcie.
- A co z tobą?
Przez krótką, przeraŜającą chwilę Brooke myślała, Ŝe pytanie
dotyczy jej odczuć podczas rodzenia dziecka.
- Co ze mną?
Meade powstrzymał ziewnięcie.
- Czy kiedykolwiek pomagałaś przy porodzie?
- Och, nie - szybko zaprzeczyła. - Nigdy.
W brzmieniu jej głosu było coś, co sprawiło, Ŝe Meade przyjrzał
się jej uwaŜnie. Przypomniał sobie strach na twarzy dziewczyny, gdy
stała w drzwiach sali porodowej. Najwidoczniej sprawy związane z
porodem sprawiały jej przykrość.
- Nigdy bym nie przypuszczał, Ŝe robiłaś to pierwszy raz -
powiedział łagodnie, chcąc ukoić jakoś ten ból. - Tak jak juŜ mówiłem,
byłaś wspaniała.
Powoli wyczerpali wszystkie obojętne tematy i zamilkli.
Meade prawie spał, gdy poczuł na ramieniu głowę Brooke. Jego
ciało zareagowało gwałtownie. Przez kilka sekund nie pamiętał, gdzie
jest i kto jest obok. Wreszcie odzyskał świadomość.
- Hm... - zamruczała Brooke, poruszając się lekko.
- Brooke? zapytał.
Znów się poruszyła. Przytuliła się mocniej, a on poczuł
przyspieszone bicie serca. Mrucząc coś pod nosem, dziewczyna, jak
kotka w koszyku, mościła się wygodniej. Meade poczuł, jak jej piersi
musnęły jego ramię.
- Brooke? - powtórzył.
Była juŜ wtulona w jego ciało. Nieartykułowane dźwięki, które z
siebie wydawała, brzmiały jak zaproszenie. Meade ponownie poczuł
dotyk jej piersi, których sutki zaczynały powoli twardnieć. Przechyliła
głowę, jej włosy opadły na jego szyję i poczuł delikatne łaskotanie w
podbródek.
Meade jęknął przez zaciśnięte zęby, zaŜenowany twardniejącą w
spodniach męskością. Budziło się w nim poŜądanie. Brooke wywierała
nań taki wpływ, nawet gdy spała!
- Hm… - westchnęła dziewczyna, wyraźnie zadowolona z pozycji,
w jakiej wreszcie się ułoŜyła. Przestała poruszać się niespokojnie.
Meade zmusił się do głębokiego wdechu, poczym powoli wypuścił
powietrze. Następnie dokonał kolejnego głębokiego wdechu i bardzo
powoli wypuścił powietrze. „Myśl o wszystkim, tylko nie o tym, co masz
poniŜej pasa”, nakazał sobie.
Po kilku próbach opanowania instynktu objął Brooke ramieniem i
delikatnie zmienił jej pozycję na nieco mniej prowokującą. Dziewczyna
wydała pomruk, świadczący o zadowoleniu. Pochyliła głowę, a kosmyk
włosów opadł jej na twarz. Meade ostroŜnie ujął pukiel włosów i gładząc
go, odsunął z czoła. Spojrzał na śpiącą Brooke. Policzki jej się
zaróŜowiły, rozchyliła na moment wargi, ukazując koniuszek języka.
BoŜe, jaka była piękna, a on tak bardzo jej poŜądał. I to nie tylko
fizycznie. Pragnął czegoś więcej niŜ tylko rozkoszy erotycznej…
Przypomniał sobie muzykę, której zaledwie dwa dni temu słuchał.
Muzykę, która sprawiła, Ŝe Brooke przyszła do niego. „Melodie na czas
kochania” poinformował go muzyk, od którego dostał tę kasetę.
„Melodie na czas kochania”. A naprawdę muzyka towarzysząca miłości i
ceremonii zawarcia małŜeństwa.
Meade przymknął oczy. Miłość? MałŜeństwo?
Pomyślał o tym, co łączyło Sebastiana i Gabrielle Browning. O
tym, co wciąŜ trwało między jego rodzicami. Miłość... małŜeństwo…
dzieci?
Pomyślał o Ethanie i Jazz Wilding.
Otworzył oczy i po raz kolejny spojrzał na Brooke. Parzył tak na
nią, dopóki nie zmorzył go sen.
Meade ocknął się na dźwięk chrząknięcia. Gdy otworzył oczy, stał
przed nim radośnie uśmiechnięty Ethan Wilding.
- Ethan! - wykrzyknął Meade.
„Czy to trzęsienie ziemi?” - pomyślała Brooke, zastanawiając się,
dlaczego tak cudownie ciepła i wygodna poduszki pod policzkiem
porusza się nagle. Dziewczyna otworzyła oczy. Świadomość miejsca,
gdzie się znajduje, otrzeźwiła ją jak zimny prysznic.
- Meade, co...? - zaczęła, próbując usiąść. Włosy opadły jej na
oczy. Odgarnęła je i wtedy dostrzegła trzecią osobę.
- Ethan!
- Tak się rzeczywiście nazywam - z grymasem na twarzy przyznał
Ethan. Brooke widziała go takim po raz pierwszy. Pomimo
rozczochranych włosów zachował swą bostońską elegancję.
Meade wstał, lecz w jego ruchach nie było zwykłego, kociego
wdzięku.
- Co z Jazz? - spytał.
- Matka i syn czują się doskonale - padła dumna odpowiedź.
- Jazz... Jazz ma syna? - spytała Brooke, poprawiając niezgrabnie
ubranie. I ona takŜe wstała z kanapy. W innej sytuacji byłaby
zaŜenowana, Ŝe ktoś widział ją śpiącą w ramionach męŜczyzny, którego
znała zaledwie od dwóch dni. Jednak wobec nowiny o narodzinach syna
Ethana nie miało to Ŝadnego znaczenia.
- Siedem funtów i sześć uncji - brzmiała odpowiedź. - Rude włosy
jak u matki. Wygląda, jakby ktoś posmarował mu głowę marmoladą.
- Moje gratulacje - ciepło powiedział Meade, wyciągając rękę.
- Dziękuję - odparł Ethan, potrząsając dłonią Meade’a. - Nie tylko
za serdeczne słowa… - zwrócił się do Brooke. - Tobie teŜ dziękuję.
- Tak się cieszę - odparła serdecznie.
- Miło mi to słyszeć - Ethan przerwał na moment, patrząc to na
Brooke, to na Meade’a. - To, co oboje zrobiliście dla Jazz... - zaczął
powoli, usiłując znaleźć właściwe słowa. - To było... sam nie wiem, jak
to wyrazić.
- Nie musisz wygłaszać przemówień, Ethan - przerwał mu Meade.
Spojrzał na Brooke. - Cieszymy się, Ŝe mogliśmy choć trochę pomóc.
- Jasne - zgodziła się. Napotkała spojrzenie Meade’a i uśmiechnęła
się. - Tak, bardzo się cieszymy.
Nastąpiła chwila ciszy. Wszelkie słowa wydawały się zbędne.
Wreszcie Meade ziewnął szeroko. Po chwili Brooke uczyniła to samo.
- Długa noc? - spytał z lekką ironią Ethan.
- MoŜna by tak powiedzieć - zaśmiał się Meade. Następnie otoczył
ramieniem Brooke. - Czy istnieje moŜliwość zobaczenia młodej matki?
- Niestety - z Ŝąłem pokręcił głową Ethan. - Śpi. Dla niej była to
teŜ długa noc.
- A co z dzieckiem? - spytała Brooke, zakrywając dłonią usta przy
kolejnym ziewnięciu. Bezwiednie oparła głowę na ramieniu Meade’a.
- Jest razem z Jazz. Gdy wychodziłem, spał jak kamień.
- CóŜ, w tej sytuacji będziemy musieli wrócić tu później - odparł
filozoficznie Meade. - Wybraliście juŜ imię?
- Obrady trwają - zaŜartował Ethan. Po chwili spowaŜniał. -
Słuchajcie, musi przecieŜ być coś, co mógłbym dla was zrobić. Proszę.
Cokolwiek.
Brooke i Meade wymienili spojrzenia.
- Napiłabym się kawy - powiedziała dziewczyna.
- I mógłbyś pomóc nam w odnalezieniu ubrań - dodała.
- Przydałby się teŜ jakiś samochód. Szofer Amandy przywiózł nas
tutaj, ale juŜ dawno odjechał.
- Kawa, ubrania, samochód - powtórzył Ethan. - Myślę, Ŝe da się
załatwić.
Godzinę później Brooke Livingstone stała u stóp schodów holu
domu Archimedesa Xaviera O’Malleya. Dziewczyna spojrzała na swego
gospodarza z sennym uśmiechem.
- Nie rozumiem, dlaczego powiedziałeś Ethanowi, Ŝe nie ma
potrzeby nadania ich synowi naszych imion - powiedziała. - Sądzę, Ŝe
Livingstone Archimedes Wilding brzmi niezwykle wytwornie.
- Ale nie tak, jak Archimedes Livingstone - odparł. Pomieszczenie
skąpane było w południowym słońcu. Promienie przenikały przez włosy
Brooke, oświetlały i pieściły jej twarz. - W kaŜdym bądź razie, biedne
dziecko dopiero w szkole średniej moŜe nauczyłoby się poprawnie
wymawiać swoje imię i nazwisko.
- CóŜ, coś w tym jest. - Brooke oparła się o pięknie rzeźbioną
poręcz. Bawiła się sznurem pereł na szyi. Wiedziała, Ŝe powinna iść juŜ
do siebie, ale wciąŜ nie mogła się zdecydować. Jeszcze nie.
Coś się z nią działo. Nie. Coś zaczęło się od tej muzyki.
I wtedy zrobiła to, na co miała ochotę od chwili, gdy ujrzała
Meade’a po raz pierwszy. Podniosła rękę i dotknęła jego twarzy.
Przesunęła czubkami palców wzdłuŜ silnie zarysowanej linii policzka i
brody, poznając dotykiem kości szczęki i napiętą skórę twarzy.
Zobaczyła, jak oczy męŜczyzny ciemnieją i wyraŜają oczekiwanie.
Meade chwycił rękę dziewczyny. Pochylił głowę i dotknął
wargami wnętrza jej delikatnej dłoni. Czuł, Ŝe Brooke wstrzymała
oddech.
- Dlaczego? - szepnęła. Nie była pewna, czy oznacza to odpowiedź
na pytanie „Dlaczego ja?” czy „Dlaczego ty?” czy moŜe „Dlaczego
teraz?”.
- Nie wiem - niemal ostro odpowiedział Meade, po czym wziął ją
w ramiona.
Wyczuł jej krótkie wahanie, po czym przytuliła się do niego całym
ciałem. Zanim jednak zdąŜył spytać o cokolwiek, dziewczyna wspięła się
na palce i przywarła do jego ust. Meade pochylił lekko głowę i objął jej
wargi swoimi. Przesunął rękę wzdłuŜ ciała, jakby badając miękkość
tkaniny, aŜ znalazł miejsce, gdzie kończył się Ŝółty materiał sukienki, od-
słaniając delikatną skórę. Zanurzył palce we włosach Brooke.
Ogarnęło ją nieodparte poŜądanie. Nieświadomie poruszyła
biodrami. Usłyszała jęk Meade’a.
Zdawała sobie sprawę z tego, co zrobiła. I z tego, na co miała
ochotę. Na myśl o tym zadrŜała.
Nie moŜe... nie moŜe... nie moŜe.
Meade czubkiem języka pieścił wargi. Był zaskoczony, gdy
dziewczyna nie odpowiedziała na jego pieszczoty.
Nie mogła... czy mogła...
Jeśli nic nie zrobi, będzie rozczarowany. Lecz jeśli zrobi... WciąŜ
pamiętała złośliwą odpowiedź Petera napytanie, dlaczego ją zdradził.
„Dlaczego? Naprawdę chcesz wiedzieć dlaczego? Bo jestem
męŜczyzną, a ty nie moŜesz mi dać tego, czego potrzebuję! Nie potrafisz
dać mi syna i nie potrafisz dać mi satysfakcji w łóŜku! Jesteś nie tylko
bezpłodna, ale takŜe oziębła!”
Obawa kolejnej kompromitacji powstrzymała ją przed oddaniem
się poŜądaniu. PoniŜenie i ból wyniesione z małŜeństwa okazały się
silniejsze. Nie mogła.
Dziewczyna zamarła i zaczęła odsuwać się od Meade’a. Chciał ją
zatrzymać, pokonując niewytłumaczalny opór. Wiewał równieŜ, Ŝe moŜe
się to okazać jednym z największych błędów jego Ŝycia.
I wtedy ją puścił i cofnął się o krok. Brooke zagryzła wargi.
Splatała i rozplatała palce. Nie wiedziała, czy została właśnie uwolniona,
czy odrzucona. Zaczęła szukać w twarzy Meade’a złości, a moŜe
zrozumienia. Znalazła jedynie poŜądanie i pytania bez odpowiedzi.
Wiele, wiele pytań.
- Tak mi przykro, Medea - zaczęła po chwili. - Ale znam cię
zaledwie… to jest… to wszystko dzieje się dla mnie zbyt szybko. -
Zastygła w oczekiwaniu na jego reakcję. Pamiętała okrutne słowa Petera,
gdy odrzuciła jego awanse.
Meade słyszał rozpacz w jej głosie i widział bezradność w
zielonych, szeroko otwartych oczach. Bała się. Lecz czego? Jego?
Siebie? Ich obojga?
Być moŜe on takŜe czegoś się obawiał. Siebie samego. Jej. Ich
obojga.
Meade uśmiechnął się z trudem i pogładził czule policzek
dziewczyny.
- Oboje znamy się tyle samo, kochana. Jeśli więc to wszystko
toczy się dla ciebie zbyt szybko, cóŜ, wobec tego musimy trochę
zwolnić.
ROZDZIAŁ 4
Następny tydzień był najdziwniejszy w Ŝyciu Brooke.
Te siedem dni, jeden po drugim, mijały jak w kalejdoskopie.
Ciągłe zmiany, fascynujące wydarzenia. Czasem Brooke miała wraŜenie,
Ŝ
e zaczyna juŜ rozumieć to wszystko i wtedy przychodził moment, w
którym cały świat wydawał się inny.
W tygodniu widywali się z Meade’em dość często w Instytucie.
Raz zjedli razem obiad, dwa razy poszli na kolację. Z jej inicjatywy
spędzili sobotnie popołudnie na zwiedzaniu szkółki drzew. Ich
wzajemny stosunek przypominał przyjaźń a nie romans. Brooke była
zadowolona z towarzystwa Meade’a. Nie zgadzali się w wielu sprawach,
ale znacznie więcej ich łączyło. Mieli podobne poczucie humoru i z
łatwością znajdowali okazję do śmiechu.
Cały czas czuła jednak nastrój oczekiwania. Przypadkowe
muśnięcie palców powodowało przyspieszone bicie serca. Krótkie
spotkanie ich oczu, a serce zaczynało łomotać.
Pod koniec tygodnia, gdy Brooke wróciła po pracy do domu,
zastała Archimedesa Xaviera O’Malleya w swej sypialni.
JuŜ wchodząc po schodach, słyszała głosy dobiegające z otwartych
drzwi jej mieszkania. Poczuła dziwne, drobne mrowienie, gdy rozpoznała
jeden z głosów. Drugiego nie znała. NaleŜał do starszego człowieka i
moŜna było w nim słyszeć siady akcentu irlandzkiego.
- …nie próbuję ci narzucać sposobu postępowania - niecierpliwie
mówił drugi głos. - Bóg jeden wie, Ŝe zarówno twoja matka, jak i ja
pozwalaliśmy ci zawsze postępować według własnej woli. Nawet gdy
oznaczało to wyjazd do miejsc, których nie byliśmy w stanie znaleźć na
mapie! Ale przez cały ten czas pragniemy, abyś się ustatkował, chłopcze.
Twoja matka i ja nie stajemy się…
- …młodsi - dopowiedział Meade. Brooke miała wraŜenie, Ŝe w
jego głosie słychać zarówno miłość, jak i rozdraŜnienie. - Wiem. W
ciągu całej naszej rozmowy przynajmniej sześciokrotnie udało ci się
wspomnieć o emeryturze i zniŜkach dla rencistów. Ale muszę ci coś
powiedzieć, ojcze. To, co mówisz, byłoby znacznie bardziej wiarygodne,
gdybyś nie wspomniał o tym, Ŝe mama zdecydowała się na ćwiczenia
aerobiku i karate, a ty zastanawiasz się nad kupnem motocykla.
- Do diabła! - przekleństwu towarzyszyło parsknięcie. - Zgoda. A
więc ani twoja matka, ani ja nie jesteśmy jeszcze gotowi na przeniesienie
się do miejscowości dla emerytów na Florydzie. To jednak nie zmienia
faktu, Ŝe powinieneś juŜ mieć rodzinę.
- PrzecieŜ mam.
- Ale twoją własną!
Brooke doszła juŜ prawie do drzwi prowadzących do sypialni.
Czuła się niezmiernie skrępowana po usłyszeniu ostatniej kwestii.
Zawahała się, ale przypominając sobie, Ŝe to przecieŜ jej mieszkanie,
weszła do środka.
Ujrzała Meade’a i krzepko wyglądającego starszego pana,
naprawiających klimatyzację. Nie mogła się zorientować, czy właśnie
rozbierali urządzenie, czy teŜ montowali je z powrotem. Ale pracowali
tak fachowo, Ŝe nie ulegało wątpliwości, Ŝe wiedzą doskonale, co robią.
Meade ubrany był tylko w sprane dŜinsy. Popołudniowe słońce
wpadające przez okno uwydatniało muskulaturę jego ciała. Czarno-
czerwony tatuaŜ na lewym ramieniu sprawiał rudziej niesamowite
wraŜenie.
- Nadejdzie taki dzień - mówił spokojnie Meade, sięgając po
ś
rubokręt. - Są rzeczy, których nie naleŜy przyspieszać. Potrzebuję trochę
czasu, Ŝeby…
- Trochę czasu, na brązową spluwaczkę ciotki Boonie! Chcę mieć
wnuki! - padła zdecydowana odpowiedź. - Podaj mi ten sworzeń,
dobrze? Dziękuję. Jeszcze kilka minut, a to urządzenie zacznie znów
działać.
- Masz juŜ pięcioro wnucząt.
- Tak, i gorąco kocham kaŜde z nich. A zwłaszcza tego
ośmioletniego łobuza, Kevina. Ale oni noszą nazwiska Morelli i
Cunningham. Nie O’Malley. MęŜczyzna chce, aby jego nazwisko trwało
nawet po jego śmierci.
- CóŜ, jeśli o to chodzi... - Meade przerwał nagle, jakby
wyczuwając obecność Brooke. Spojrzał przez ramię i wstał. - Brooke! -
powitał ją uśmiechem.
- Dzień dobry - odparła, powstrzymując chęć poprawienia włosów.
- Naprawiacie mój klimatyzator?
- Pamiętasz, kiedy rano poprosiłaś mnie o adres jakiegoś
warsztatu, odpowiedziałem, Ŝe przyprowadzę kogoś, kto się tym zajmie.
- Ach tak. - Rano, wychodząc do pracy, wpadła na Meade’a, który
wracał właśnie z długiego i intensywnego biegu. Widok jego oblanego
potem ciała przypominał o zepsutej klimatyzacji… i o wielu jeszcze
innych rzeczach. - Ale nie sądziłam, Ŝe to właśnie ty zechcesz…
- Zrób to sam, a będzie dobrze zrobione - powiedział starszy pan,
wstając i wycierając ręce w spodnie. - PoniewaŜ ja się za to zabrałem,
będzie zrobione dobrze, a w dodatki za darmo. Jestem Francis O’Malley,
ojciec młodego O’Malley’a.
- Miło mi pana poznać, panie O’Malley - uprzejmie odpowiedziała
Brooke. MęŜczyźni nie byli do siebie podobni. Francis O’Malley był o
dobrych kilka cali niŜszy od syna, lecz zbudowany solidnie jak dąb. Miał
krótkie, stalowosiwe włosy, które kiedyś musiały być rude. Jego ciemne,
szaro-granatowe oczy patrzyły na nią uwaŜnie. Brooke wyciągnęła rękę.
- Jestem Brooke Livingstone, lokatorka pańskiego syna.
- Cieszę się, Ŝe panią poznałem - odparł ojciec Meade’ a,
obejmując jej palce tak delikatnie, jakby były zrobione z kruchej,
chińskiej porcelany. - Proszę się nie obawiać, wiemy co robimy. Mam
wieloletnie doświadczenie w pracy elektryka.
- Tak, wiem - przytaknęła Brooke. - Meade mi wspominał.
- Aha - Francis O’Malley uniósł brwi z widocznym zadowoleniem.
- A więc rozmawialiście juŜ o rodzicach? To dobrze. Proszę mi teraz
powiedzieć parę słów o sobie.
- Meade - powiedziała stanowczo Brooke - naprawdę nie miałam
nic przeciw tym wszystkim pytaniom twojego ojca. Wierz mi.
- Cieszę się, Ŝe przynajmniej jedno z nas nie miało nic przeciw
temu - odpowiedział Meade, wypijając duŜy łyk piwa. Była juŜ prawie
ósma trzydzieści. Siedzieli w pobliskiej pizzerii. Byli juŜ tu tego
wieczoru, gdy urodziło się dziecko Jazz i Ethana. - Sherlock Holmes w
najgorszym wykonaniu.
- Jest naprawdę czarujący - zaprzeczyła Brooke. Nie chodziło tylko
o poprawienie samopoczucia Meade’a, myślała tak naprawdę.
Wprawdzie Francis O’Malley był jednym z najbardziej ciekawskich
męŜczyzn, jakich kiedykolwiek spotkała, lecz przy tym był tak
sympatyczny i Ŝyczliwy wobec niej, Ŝe nie czuła się uraŜona jego
dociekliwością. Prawdę mówiąc, ku jej zaskoczeniu, pytania te nawet jej
schlebiały.
- Czarujący? Wobec tego, przesłuchanie przez hiszpańską
inkwizycję to dla ciebie przyjemny sposób na spędzenie popołudnia?
- Meade!
Westchnął i odkroił kawałek pizzy.
- Przepraszam - powiedział. - Kocham mojego ojca. To jeden z
najbardziej Ŝyczliwych i wielkodusznych ludzi, jakich znam. Ale czasami
- BoŜe! Są chwile, kiedy zarówno on, jak i moja matka wydają się
opętani jedną ideą.
- Masz na myśli ponaglenia co do oŜenku i załoŜenia rodziny, tak?
- A więc się zorientowałaś?
- Prawdę mówiąc, usłyszałam część waszej rozmowy, gdy
wchodziłam po schodach - przyznała Brooke, podnosząc do ust kawałek
pizzy.
Twarz Meade’a stała się na moment skupiona, jakby usiłował
przypomnieć sobie o czym dokładnie rozmawiali z ojcem zanim
zorientował się, Ŝe Brooke stoi w drzwiach.
- CóŜ, jest niezwykle bezpośredni, gdy rozmawiamy sami -
powiedział i wypił kolejny łyk piwa.
- Czy ty... - zaczęła i przerwała. Nie. To było zbyt osobiste pytanie.
Meade odstawił swój kufel i spojrzał na nią uwaŜnie.
- Zapytaj - poprosił cicho. - Cokolwiek to jest. Zapytaj.
Potrząsnęła głową.
- To nie moja sprawa.
- Skąd ta pewność?
- Skąd? Po prostu wiem i tyle! - spuściła wzrok i zaczęła
wpatrywać się w swoją pizzę.
Meade pochylił się i ujął jej podbródek, zmuszając do podniesienia
głowy.
- Posłuchaj. Tydzień temu powiedziałaś, Ŝe nie znasz mnie zbyt
dobrze.
- To niezupełnie tak - Brooke poczuła, Ŝe się rumieni.
- Ale ja to tak odczytałem. Uwierz mi, rozumiem. Coś wydarzyło
się między nami wtedy, gdy rodziła Jazz. Do diabła, bądźmy uczciwi.
Doznaliśmy czegoś cudownego juŜ wtedy, gdy otworzyłem drzwi
wtorkowej nocy i zobaczyliśmy się po raz pierwszy. Nie wiem, co to
było. Nie umiem tego wyjaśnić. Czuję to zawsze, gdy patrzę na ciebie,
dotykam cię, a nawet wtedy, gdy myślę o tobie...
- Meade - napięcie w jego głosie powodowało, Ŝe zaczęła drŜeć.
Nawet gdyby chciała, nie mogłaby wstać.
- I tak samo jest z tobą… prawda? - było to raczej Ŝądanie
potwierdzenia, niŜ pytanie.
Brooke nie odpowiedziała.
- Prawda? - poczuła silniejszy uścisk palców, którymi trzymał jej
podbródek. Zdała sobie sprawę, Ŝe nie przestanie pytać, dopóki nie
uzyska odpowiedzi.
Brooke przesunęła końcem języka po wargach.
- Tak - przyznała po chwili. - Ale... to wciąŜ dzieje się zbyt
szybko, Meade. Tak mi przykro.
Meade przyglądał się jej w napięciu, jakby próbując rozwiązać
wyjątkowo skomplikowaną zagadkę. Przesunął delikatnie palcami
wzdłuŜ jej szyi.
- Brooke, nigdy nie bój się prawdy - powiedział.
- A więc o co chciałaś spytać? - to pytanie padło ponownie, gdy
wracali juŜ do domu.
- O co chciałam spytać? - powtórzyła zaskoczona Brooke.
- O to, co jak mówiłaś, nie jest twoją sprawą. Tam, w pizzerii.
- Och. O to - Brooke kopnęła kamyk leŜący na chodniku i
wsłuchiwała się w odgłos, jaki wydawał, tocząc się przeć nimi.
- Tak. O to - potwierdził. Jej powściągliwość budziła
zainteresowanie i irytację jednocześnie. - O co chciałaś zapytać?
Brooke zwróciła głowę w jego stronę i na twarz opadł jej kosmyk
włosów. Odgarnęła go niecierpliwie.
- Jesteś niezwykle wytrwały - zauwaŜyła.
- Określenie „uparciuch” jest bardziej na miejscu. Faktycznie
jestem uparty.
W czasie ostatniego tygodnia Meade zauwaŜył, Ŝe Brooke unika
odpowiedzi na bardziej osobiste pytania. Nie wynikało to ze skromności.
Brooke miała swe tajemnice. Meade gotów był załoŜyć się o swój
doktorat i etat wykładowcy na uniwersytecie, Ŝe prawie wszystkie
wiązały się z jej małŜeństwem.
Coś więcej niŜ poŜądanie, irytował się, gdy przypominał sobie ich
pocałunek. Brooke wyzwoliła się wówczas z jego ramion, cała drŜąca z
oczekiwania... i oporu. Jej twarz wyraŜała zaskoczenie, smutek i
pragnienie. Była jak płomień, drgający na skutek gorąca i pokusy. Ale
przy pocałunku prawie w ogóle nie rozwierała warg.
- Meade? - Dźwięk głosu Brooke wyrwał go z zamyślenia. Zdał
sobie sprawę, Ŝe zatrzymali się. Meade zaczerpnął powietrza i próbował
zebrać myśli. Wcisnął ręce do kieszeni dŜinsów. Spojrzał na Brooke.
Dziewczyna przyglądała mu się z niepokojem. Poczuł chęć ukojenia tego
lęku i wygładzenia zmarszczek wywołanych wewnętrznym napięciem.
- Lepiej zadaj wreszcie to pytanie, Brooke - powiedział, usiłując
nadać swemu głosowi swobodne brzmienie. - Jeśli tego nie zrobisz, całą
pozostałą część nocy spędzę na zgadywaniu. Jestem pewien, Ŝe to, co
wymyślę, będzie znacznie gorsze, niŜ to, o co chcesz zapytać.
Zamrugała oczami i westchnęła.
- W porządku - odpowiedziała. - Chciałam… chciałam tylko
wiedzieć, czy myślałbyś o załoŜeniu rodziny i posiadaniu dzieci, gdyby
twoi rodzice tak na to nie nalegali.
- Och - uniósł brwi.
- Mówiłam, Ŝe to nie moja sprawa!
- Nie, nie - zaprzeczył. Chciał jej powiedzieć, Ŝe jeśli o niego
chodzi, wszystko, co chciałaby o nim wiedzieć, to jej sprawa. Ale
powstrzymał się. - To tylko dlatego, Ŝe od pewnego czasu... - zaśmiał się
gorzko. - Moja matka zwykle zadaje mi tego typu pytanie.
- Nie musisz odpowiadać…
- Wiem, Ŝe nie muszę - zapewnił ją. - Chcę. Myślę, Ŝe to presja
rodziny powoduje, Ŝe nie spieszę się tak z narzeczeństwem. Oczywiście,
oni pragną wyłącznie mojego dobra. Ale… - wzruszył ramionami.
- Ale to wciąŜ jest presja - dokończyła Brooke, niemalŜe do siebie.
- Dokładnie tak - zgodził się Meade.
Po chwili podjął temat.
- Ale, prawdę mówiąc, gdybym rzeczywiście pragnął się oŜenić,
zrobiłbym to bez względu na rodziców. Nie, to, Ŝe wciąŜ jestem samotny
jest w głównej mierze spowodowane pracą, a takŜe… cóŜ, chyba moŜna
by to nazwać zbyt wygórowanymi wymaganiami.
- Zbyt wygórowanymi…?
- Hm - przytaknął. Jeszcze nigdy nie wypowiedział tego głośno,
lecz tkwiło to gdzieś w podświadomości, od kiedy przyglądał się Brooke,
ś
piącej w jego ramionach wtedy, w szpitalu. - Wiele osób, które znam,
twierdzi, Ŝe znają tylko nieszczęśliwe małŜeństwa. Czytają statystyki
mówiące o ilości rozwodów i dochodzą do wniosku, Ŝe i tak nie mają
szans. Mówią: „Po co zawracać sobie głowę?” Ale większość małŜeństw,
które ja znam, jest naprawdę udanych. Gdy patrzę na moich rodziców, na
to, co było między profesorem a Gabrielle. Na moje siostry i ich
męŜów…
- Na Ethana i Jazz - cicho dopowiedziała Brooke.
- Na Ethana i Jazz - powtórzył. - W kaŜdym bądź razie, nie mam
zamiaru ograniczać się do minimum w poŜyciu męŜa i Ŝony. To takie
proste. Czy teŜ tak skomplikowane, zaleŜy, jak na to spojrzeć.
Rozmowa urwała się. Dalej spacerowali. Meade spojrzał przelotnie
na Brooke. Wydawała się zamyślona.
- A jaka jest twoja rodzina? - spytał z ciekawością.
Rozmawiali ze sobą wielokrotnie w ciągu ubiegłego tygodnia,
lecz znał bardzo mało szczegółów z jej Ŝycia. On sam mówił o sobie
wiele, nawet nie pytany, mając nadzieję, Ŝe spowoduje to jej otwarcie się.
Nie okazało się to zbyt skuteczne.
Brooke zamrugała. Zawahała się na moment i Meade spostrzegł,
jak jeden kącik jej ust unosi się nieznacznie.
- CzyŜbyś nie słuchał, jak odpowiadałam napytania twojego ojca? -
spytała niewinnie.
- Co?… ach!
- Cofnęliśmy się daleko w przeszłość, aŜ do moich przodków,
którzy przypłynęli do Ameryki na „Mayflower” - Ŝartowała z niego.
- Tak, no cóŜ - zaśmiał się Meade. - W porządku. Przyznaję, Ŝe nie
słuchałem zbyt uwaŜnie. Byłem zajęty zastanawianiem się nad tym, jak
zmusić ojca do milczenia i wyprosić go za drzwi tak, aby go nie urazić.
- To było niewykonalne - zaśmiała się Brooke.
- W końcu teŜ zdałem sobie z tego sprawę. Dlatego powiedziałem
mu o tym później, i Ŝe powinien wracać na kolację. W kaŜdą środę matka
przygotowuje mussakę i staje się niezwykle rozdraŜniona, gdy nie moŜe
jej podać na stół punktualnie o wpół do siódmej. A wracając do twojej
rodziny…?
- CóŜ, chyba wspominałam ci, Ŝe mam jedną siostrę. Ojciec
pracuje w ubezpieczeniach. Myśli o przejściu na emeryturę, ale jak na
razie nic w tej sprawie nie robi. Matka gra w golfa i udziela się w
organizacjach charytatywnych. Oni są bardzo mili. I dobrzy.
- Czy oni... namawiali cię do małŜeństwa?
Przez moment nie był pewien, czy Brooke zdecyduje się na
odpowiedź. Wreszcie potrząsnęła głową.
- Nie. Sama to zrobiłam.
- Nie rozumiem?
- Nigdy nie zaleŜało mi na karierze. Och, w szkole szło mi całkiem
nieźle i podobała mi się moja praca. Ale zawsze, nawet gdy byłam
dzieckiem, pragnęłam wyjść za mąŜ… mieć dzieci. Niestety… - jej głos
załamał się - niestety, nie zawsze moŜna dostać to, czego się pragnie.
- A twój mąŜ - to znaczy, twój były mąŜ - Meade zdawał sobie
sprawę z tego, Ŝe wkracza na niebezpieczny teren, ale musiał podjąć
ryzyko.
Brooke spojrzała pod nogi. Blond włosy opadły jej na ramiona i
zasłoniły twarz. Meade z trudem opanował pokusę odgarnięcia ich i
zobaczenia, jakie uczucia chciała ukryć. -„Powoli” - upomniał samego
siebie. - „Obiecałeś jej, Ŝe nie będziesz się spieszył”.
- Peter takŜe nie otrzymał tego, czego pragnął - słowa te
wypowiedziała głosem tak bezbarwnym, jak szkło.
Nawet kładąc się spać, Meade wciąŜ zastanawiał się nad ostatnim
zdaniem Brooke. Oczywiście mogła mieć na myśli wiele róŜnych rzeczy,
ale gdzieś w głębi duszy czuł, Ŝe istnieje tylko jedno wytłumaczenie
sprzeczności, które obserwował w niej od początku ich znajomości.
Meade nie pamiętał juŜ, kiedy po raz pierwszy usłyszał powiedzenie, Ŝe j
nie ma zimnych kobiet, lecz tylko nieudolni męŜczyźni. Nie było to
istotne. WaŜne natomiast było, Ŝe uwaŜał to sformułowanie za niezwykle
trafne.
Kobieta, która opiekowała się Jazz z taką czułością, nie była z
pewnością oziębła. Kobieta, która przy pomocy jednego spojrzenia czy
przypadkowego dotknięcia sprawiała. nawet nieświadomie, Ŝe krew się
w nim burzyła, nie była oziębła.
Brooke Livingstone była pełna ciepła. Lecz wydawało się, Ŝe sama
nie zdaje sobie z tego sprawy.
A co do jej byłego męŜa…
Meade spostrzegł, Ŝe zacisnął dłonie w pięści. Czuł, Ŝe Peter
Livingstone był nie tylko nieudolny. Meade czuł, Ŝe ten drań był celowo
okrutny.
ROZDZIAŁ 5
- To wprost nie do wiary, ile Jonathan urósł w ciągu dwóch
tygodni - powiedziała Brooke, wchodząc z Jazz do zbudowanej z
piaskowca rezydencji Wiidingów. - Wydawał się tak drobny tam, w
szpitalu. Ale teraz... - zawahała się, przypominając sobie swoje odczucia,
gdy kołysała w ramionach słodko pachnące maleństwo.
- CóŜ, od urodzenia je za troje. AŜ dziw bierze, Ŝe nie jest jeszcze
większy. Ethan nazywa go Prosiaczkiem.
- Naprawdę? - zabawnie było wyobrazić sobie jednego z
najpowaŜniejszych bankierów Bostonu, zachowującego się jak
zakochany tatuś.
- Słowo - potwierdziła Jazz. - Kiedy nie wydaje dźwięków takich
jak guuu czy gaaa, czy teŜ nie czyta w Wall Street Jurnal o notowaniach
giełdowych przedsiębiorstw produkujących pieluchy i odŜywki. Dla
mnie Jonathan wygląda jak Gumiś.
- Jazz! - Brooke wybuchnęła śmiechem.
- Oczywiście, Ŝe gdyby miał zęby, nazywałabym go „Szczęki” -
mówiła śmiertelnie powaŜnym głosem Jazz, a w oczach igrało
rozbawienie.
- To oburzające, mówić w ten sposób o moim chrześniaku -
oświadczyła Brooke.
- Chyba naprawdę lubisz tego aniołka, prawda’? - zaŜartowała
Jazz.
- No cóŜ… On jest… jest taki piękny - powiedziała Brookes
serdecznie. „A ty jesteś taka szczęśliwa, tak bardzo szczęśliwa” dodała w
duchu.
Z twarzy Jazz znikła łobuzerska mina.
- Tak, to prawda - przyznała, po czym przechyliła lekko głowę i
przez kilka sekund przyglądała się Brooke. - Tak się cieszę, Ŝe zarówno
ty, jak i Meade zgodziliście się zostać rodzicami chrzestnymi -
powiedziała.
- Och, tak się cieszę, Ŝe mnie o to poprosiłaś!
Brooke była wzruszona, gdy Jazz poruszyła tę sprawę juŜ na
początku wizyty. Poczuła się równieŜ nieco dziwnie, gdy Jazz w
naturalny sposób łączyła jej osobę z Meade’em.
- KogóŜ innego moglibyśmy o to poprosić? - kontynuowała
przyjaciółka.
- Nie wiem… moŜe kogoś z rodziny Ethana? - zaproponowała
Brooke.
- Nie - odparła stanowczo Jazz. - Spójrz sama. Casey i Laura byli
ś
wiadkami na naszym ślubie, a ty i Meade byliście przy narodzinach
Jonathana. Chcemy, abyście w czwórkę stali przy naszym synu w dniu
jego chrztu. A co do rodziny Ethana, nie jest tajemnicą, Ŝe obchodzą
mnie tylko jego rodzice, a oni aprobują naszą decyzję. A jeśli jego
siostry, czy któryś z Wildingów poczuje się uraŜony… - Jazz wzruszyła
ramionami - Ethan mówi, Ŝe oni juŜ tak długo traktują świat z góry, Ŝe
przestali do niego naleŜeć.
Brooke uśmiechnęła się. Poznała kiedyś siostry Ethana i juŜ po
krótkim spotkaniu miała ich dosyć.
- W porządku - powiedziała - to naprawdę jest dla mnie waŜne.
- Po tym, co zrobiłaś… - zaczęła Jazz, lecz przerwała, słysząc
głośne uderzenie pioruna. Spojrzała w okno. - Mój BoŜe, aleŜ leje! -
wykrzyknęła.
Brooke równieŜ wyjrzała. Gdy jechała do Jazz, niebo było zasnute
chmurami i od czasu do czasu mŜyło. Teraz na dworze było ciemno i
woda lała się strumieniami.
- Nie moŜesz wyjść w taką pogodę - powiedziała Jazz.
- Kochanie, to tylko deszcz. Nie roztopię się przecieŜ.
- To wygląda okropnie. Powinnaś poczekać, dopóki się nie
przejaśni. JuŜ wiem, zostań na kolację! MoŜesz przecieŜ zadzwonić do
Meade’a…
- Do Meade’a? - spytała zdziwiona Brooke. - Dlaczego miałabym
do niego dzwonić?
Jazz spojrzała na nią zaskoczona.
- Dlatego, Ŝe jeśli tego nie zrobisz, będzie się o ciebie niepokoił.
JuŜ pewnie to robi.
- Jazz - uśmiechnęła się lekko Brooke. - Nie wiem, co… Meade
O’Malley nie kontroluje moich wyjść i powrotów. Tak się tylko złoŜyło,
Ŝ
e mieszkamy pod tym samym dachem… to znaczy jesteśmy
przyjaciółmi, oczywiście. Ale on i ja nie jesteśmy… - przerwała, po czym
spytała niemal oskarŜycielskim tonem: - CzyŜbyś sądziła, Ŝe nas łączy
coś więcej?
Później Brooke zdała sobie sprawę, Ŝe nie powinna być
zaskoczona odpowiedzią Jazz. Wiedziała przecieŜ, Ŝe według Jazz na
bezpośrednie pytanie naleŜy udzielić jasnej odpowiedzi.
- Hm - najprościej w świecie odparła Jazz.
- No cóŜ… - Brooke nie mogła złapać tchu - a więc nie!
Jazz nic nie odpowiedziała. Słychać było tylko kolejne uderzenia
pioruna. Brooke przypomniała sobie słowa Meade’a sprzed tygodnia,
które pragnęła wyrzucić z pamięci.
„Coś wydarzyło się między nami w czasie nocy porodu Jazz. Do
diabła, bądźmy uczciwi. Doznaliśmy czegoś cudownego juŜ wtedy, gdy
otworzyłem drzwi wtorkowej nocy i zobaczyliśmy się po raz pierwszy.
Nie wiem, co to było. Nie umiem tego wyjaśnić. Czuję to zawsze, gdy
patrzę na ciebie, dotykam cię, a nawet wtedy, gdy myślę o tobie…”
Wtedy wymówiła jego imię.
„I tak samo jest z tobą, prawda?” To było raczej stwierdzenie, nie
pytanie.
Nic na to nie odpowiedziała.
„Prawda?”
„Tak, ale… to wszystko toczy się zbyt szybko”.
- Brooke? - głos przyjaciółki wyrwał ją z zamyślenia.
- Ja. To nie jest zupełnie prawda - przyznała po chwili. - To, Ŝe
między nami nic nie ma.
- Wiem. - Jazz uśmiechnęła się łagodnie.
- Ale nie jesteśmy… to nie jest tak, jak sobie myślisz - szybko
dodała Brooke. Ponownie uderzył piorun, - A właściwie, co ty o tym
myślisz? - spytała.
Jazz zastanowiła się przez dłuŜszą chwilę, zanim odpowiedziała.
Kiedy odezwała się, w jej głosie brzmiała pewność.
- To coś specjalnego.
Brooke przez chwilę przyglądała się kroplom deszczu uderzającym
o szybę.
- To trwa dopiero trzy tygodnie… - szepnęła.
- Mówisz zupełnie jak Meade.
Brooke spojrzała na przyjaciółkę,
- To znaczy, Ŝe on… Ŝe wy o mnie rozmawiacie? - Wiedziała, Ŝe
Meade odwiedził Jazz, ale nie mówił nic o…
- Pytał mnie o ciebie, gdy wpadł tu wczoraj, aby zobaczyć dziecko.
- A co mu powiedziałaś? - dopytywała się Brooke. Nie znosiła,
gdy ludzie roztrząsali jej problemy. Wystarczyło, Ŝe działo się tak w jej
małŜeństwie.
- Nic, czego by juŜ nie wiedział. śe byłaś męŜatką. śe rozwiodłaś
się. śe moŜna ci ufać. - Jazz zmarszczyła nos. - I nic o tym, Ŝe nie masz
do mnie zbytniego zaufania - dodała po chwili.
Niewiele brakowało, a Brooke otworzyłaby serce przed
przyjaciółką. Lecz bała się, Ŝe gdy juŜ zacznie mówić, nie będzie mogła
przerwać. Chciała tego uniknąć. Peter, opowiadając wszem i wobec ich
najintymniejsze przeŜycia i problemy małŜeńskie, zranił ją głęboko.
PrzyjeŜdŜając do Bostonu, Brooke postanowiła, Ŝe juŜ nigdy nie pozwoli
sobie na otwartość ani szczerość.
Było jeszcze jedno. Bała się, Ŝe gdy Jazz dowie się, Ŝe nie moŜe
mieć dzieci, ich przyjaźń skończy się. Dla Brooke mały Jonathan
Wilding był zarówno źródłem radości, jak i bólu i chciała ukryć to przed
przyjaciółką.
- Jazz - zaczęła, czując ucisk w gardle - ja…
- W porządku, Brooke - szare oczy Jazz były pełne zrozumienia -
nie zmuszam innych do zwierzeń wtedy, gdy tego nie pragną. Czasem
taka rozmowa pomaga a czasem nie. Chcę tylko, abyś wiedziała, Ŝe
jestem twoją przyjaciółką, która zawsze cię wysłucha.
- Wiem. To jedna z niewielu rzeczy, których jestem całkowicie
pewna.
- A więc - zostajesz na kolacji, przyjaciółko? - Jazz powtórzyła
wcześniejsze zaproszenie.
- Nie, nie mogę. Ale dziękuję - Brooke przecząco potrząsnęła
głową.
- Jesteś pewna?
- Całkowicie. Spójrz - popatrzyła w stronę okna - myślę, Ŝe deszcz
przestaje padać. Wiesz, jakie są te letnie burze. Nigdy nie trwają zbyt
długo.
- Nie masz ani płaszcza ani kapelusza - powiedziała Jazz - jeśli
wyjdziesz teraz, na pewno przemokniesz i przeziębisz się… O mój BoŜe,
zachowuję się zupełnie jak matka, prawda?
- PrzecieŜ jesteś matką - z uśmiechem powiedziała Brooke. -
Zapomniałaś mi powiedzieć, Ŝe nie mam kaloszy. Pamiętam, jak moja
matka nalegała zawsze, Ŝebym w czasie deszczu nosiła gumowce.
- Hm… - Jazz zamyśliła się, jakby chciała zapamiętać tę
informację. - No dobrze, a co z parasolką? Pozwól przynajmniej, Ŝe
poŜyczę ci parasolkę.
Brooke otworzyła torebkę.
- Wszystko w porządku, Jazz. Mam ją tutaj. Matka przypominała
równieŜ o noszeniu parasolki.
W pewien sposób Brooke była nawet wdzięczna niebiosom za złą
pogodę. Przy takiej burzy dojazd do domu wymagał większej uwagi i
mogła choć na chwilę nie myśleć o Meadzie.
W ślimaczym tempie przejechała przez most. Uderzenia błyskawic
rozjaśniały ciemnoszare niebo. Odgłosy piorunów przypominały
brzmienie sekcji perkusji z Uwertury Rok 1812 w wykonaniu Boston
Pop Orchestra.
„Wiesz, jakie są te letnie burze” - zamruczała, parodiując swoją
wcześniejszą wypowiedź. ZmruŜyła oczy, usiłując dojrzeć drogę przed
sobą - „…nigdy nie trwają zbyt długo”. Jakby na te słowa deszcz nieco
zmalał. Dziękując Bogu choć za to, Brooke skręciła w Broadway.
Jeszcze tylko kawałek…
Trzy przecznice od domu silnik nagle zakrztusił się i zgasł. Brooke
nie od razu zdała sobie sprawę z tego, co się dzieje. Udało się jej skręcić
i zatrzymać przy krawęŜniku.
- O nie, proszę, nie rób mi tego! - protest w jej głosie zmieszany
był z błaganiem. - PrzecieŜ zostałeś wyregulowany zaledwie miesiąc
temu, pamiętasz?
Przekręciła kluczyk w stacyjce. Silnik zawarczał kilka razy i
zamilkł. Spróbowała ponownie. Tym razem rozległo się tylko
prychnięcie,
- No, dobra, samochodzie - powiedziała i potrząsnęła głową. -
Dam ci jeszcze jedną szansę. - Po raz kolejny prze kręciła kluczyk,
naciskając przy tym pedał gazu i wierząc, Ŝe w przysłowiu „Do trzech
razy sztuka” tkwi choć odrobinę prawdy.
Trzeci raz okazał się niepowodzeniem. Silnik wydał z siebie
jedynie krótką czkawkę.
- Świetnie! - wykrzyknęła dziewczyna, uderzając dłonią
kierownicę. Na zewnątrz krzaki tłukły o szybę samochodu. - Po prostu
ś
wietnie!
Przez moment zastanawiała się, co robić, myślała, Ŝe ulewa
ucichnie. Ale nagle deszcz uderzył ze zdwojoną siłą.
- Nie moŜesz siedzieć w samochodzie przez całą noc - powiedziała
sobie, obliczając w myśli odległość dzielącą ją od domu. - To tylko trzy
przecznice. Nie utoniesz przecieŜ. Tak, zniszczysz swoje najlepsze
spodnie i bluzkę, którą miałaś na sobie zaledwie dwa razy… ale nie
utoniesz.
JuŜ po dwudziestu sekundach od wyjścia z samochodu była
całkowicie przemoknięta. Gdy mijała drugą przecznicę, silny podmuch
wiatru najpierw odwrócił, a następnie wyrwał jej z rąk parasolkę.
W połowie drogi przez trawnik otaczający dom, Brooke pośliznęła
się i upadła, lądując na kolanach i dłoniach. Przy upadku otworzyła się
jej torebka i cała zawartość wysypała się na rozmokłą ziemię. Brooke
pomyślała sobie, Ŝe być moŜe utonięcie nie było najgorszym z
moŜliwych rozwiązań.
- Czuję… czuję się jak zmokła kura - Ŝałośnie wyjąkała Brooke,
próbując opanować dreszcze wstrząsające jej ciałem.
- To musiała być niezwykle zdesperowana kura - odparł
Ŝ
artobliwie Meade, prowadząc ją do swego mieszkania.
- Dzię… dziękuję, Meade - odpowiedziała, szczękając zębami.
Meade usłyszał stukanie do drzwi frontowych i wpuścił ją do
ś
rodka. Zatoczyła się i niemal padła mu w ramiona, mamrocząc coś o
zepsutym samochodzie i zgubionych kluczach. Przez chwilę był
przeraŜony, zanim nie spostrzegł, Ŝe była przemoknięta i zziębnięta, a nie
powaŜnie ranna.
- Dlaczego jest tu tak ciemno? - spytała Brooke, usiłując odgarnąć
z czoła mokry kosmyk włosów. Na jej policzku została smuga błota.
- Wysiadła elektryczność - wyjaśnił. - Słuchaj. Idź teraz do
łazienki i zdejmij te mokre ubrania, dobrze? Ja w tym czasie przyniosę ci
z góry coś suchego.
- Nie wejdziesz tam. Moje klucze… kiedy upadłam… -
dziewczyna zatrzęsła się z zimna.
- Wiem. Mówiłaś, Ŝe wszystko wypadło z twojej torebki. Ale nie
martw się. Jestem przecieŜ gospodarzem, pamiętasz? Mam zapasowe
klucze.
- Och. - Zielone oczy wydawały się ogromne w jej bladej twarzy.
- Łazienka jest tam - Meade połoŜył ręce na wąskich ramionach
Brooke i skierował ją w lewo. - Idź juŜ.
Gdy patrzył, jak ociekając wodą, szła przez pokój, zastanowił się,
czy zdaje sobie sprawę, iŜ przemoczone ubranie opina jej ciało jak druga
skóra. Widział wyraźnie kaŜdy szew bielizny, którą miała na sobie.
Po półgodzinie Brooke wyszła z łazienki, czując się znacznie
lepiej niŜ przed wejściem. Otulona była zapinanym na zamek
brzoskwiniowym szlafrokiem. Twarz miała czystą, bez śladu błota i
makijaŜu, a włosy zaczesane palcami do tyłu.
Gdy weszła do salonu, Meade wstał i odłoŜył notatki, które
przeglądał.
- OdŜyłaś? - spytał, przyglądając się jej umytej twarzy.
- Tak, dziękuję - dziewczyna skinęła głową, rumieniąc się lekko
pod jego bacznym spojrzeniem. - Wzięłam prysznic i umyłam włosy.
Mam nadzieję, Ŝe nie masz nic przeciw temu. - Rozejrzała się wokół.
Kilka lamp naftowych umieszczonych w róŜnych kątach pokoju rzucało
przytłumione światło.
- Nie, jasne, Ŝe nie - zapewnił ją z uśmiechem. - Słuchaj, w kuchni
parzy się właśnie herbata. Usiądź, a ja przyniosę filiŜanki.
Brooke patrzyła na niego, gdy wychodził z pokoju tym swoim
kocim, spręŜystym krokiem, po czym usadowiła się na jednej z kanap.
Na niskim stoliku wśród nagromadzonych tam posąŜków zobaczyła
rzeźbioną figurkę, która tak utkwiła jej w pamięci. Spojrzała w bok,
wycierając dłonie o szorstką tkaninę szlafroka, starała się zapomnieć o
statuetce.
- Pani herbata, madam - oświadczył Meade, wracając z kuchni. W
jednej ręce niósł barwny, wypalany kubek, a w drugiej ręcznik i
niewielki słoik.
- Ach… dziękuję - odpowiedziała Brooke, biorąc kubek. - Jak
zagotowałeś?
- Palnik turystyczny.
- Tak, oczywiście. - Brooke poczuła się trochę głupio, Ŝe nie
pomyślała o tym sama. - Powinnam była pamiętać, Ŝe jesteś
przyzwyczajony do Ŝycia bez elektryczności.
- CóŜ, powiedzmy, Ŝe nauczyłem się sztuki przetrwania w nieco
bardziej prymitywnych warunkach niŜ obecne.
Brooke wypiła łyk parującego, jasnobrązowego naparu. Poczuła
delikatny, nieco egzotyczny smak.
- Hm. Jakie to wspaniałe. Co to za herbata? - upiła kolejny łyk,
próbując odgadnąć skład.
- To mieszanka ziołowa - odpowiedział Meade, siadając ze
skrzyŜowanymi nogami u jej stóp. Po chwili dodał: - Plus pokaźna porcja
Napoleona.
- Zioła... i brandy - powtórzyła Brooke, wypijając nieco większy
łyk. Poczuła nagle przyjemne ciepło w Ŝołądku. - Receptura, którą
poznałeś, ucząc się sztuki przetrwania w prymitywnych warunkach? -
zasugerowała Ŝartem.
- Niezupełnie - zaśmiał się Meade, rozkładając na kolanach
przyniesiony ręcznik. - Nauczyłem się tego od studenta, z którym
dzieliłem pokój na letnim kursie w Oxfordzie. Był on pół-Chińczykiem,
pół-Francuzem.
- Pół… - Brooke zamrugała oczami, zdając sobie nagle sprawę z
niecodziennego miejsca, które zajmował Meade. - Co robisz na
podłodze? - spytała.
- ZauwaŜyłem zadrapanie na twojej lewej nodze. Mam tu coś na to.
- Och… nie musisz… - Przerwała Brooke, zaskoczona. Ona sama,
dopóki nie zaczęła zdejmować z siebie zabłoconych, mokrych ubrań, nie
zdawała sobie sprawy, Ŝe upadek na dziedzińcu spowodował otarcia na
skórze, a nowe rajstopy są do wyrzucenia. - To nic takiego, Meade.
Naprawdę.
- Nie przeszkadzaj - odpowiedział cicho, unosząc nieco szlafrok.
Powiedział to tak stanowczo, Ŝe Brooke zrezygnowała z wszelkich
protestów. Otwierając słoik z antyseptyczną maścią, Meade przyglądał
się zadrapaniom. Jej ocena skaleczenia była właściwa. Mimo wszystko,
po prawie dwudziestu latach doświadczeń w terenie wiedział, Ŝe nie
naleŜy lekcewaŜyć nawet najdrobniejszej ranki. Widział kiedyś, jak jeden
z jego towarzyszy niemal stracił rękę, gdy skaleczenie dłoni zostało
ocenione jako „nic groźnego” i zaniedbane, w wyniku czego wywiązała
się powaŜna infekcja.
- MoŜe trochę piec - ostrzegł, zanurzając palce w słoiku.
Gdy Meade zaczął nakładać maść, Brooke rzeczywiście poczuła
lekkie pieczenie. Szybko jednak zapomniała o tym, czując wzdłuŜ łydki
dotyk dłoni Meade’a. Wstrzymała oddech.
- Przepraszam - powiedział Meade, czując pod palcami napięte
mięśnie. Uniósł wzrok, zaniepokojony tym, Ŝe mógłby sprawić jej ból.
Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami, rozchylając nieco wargi. -
Brooke…?
- Wszystko w porządku - odparła szybko. - Ja… to… to
rzeczywiście trochę piecze.
Pokiwał głową i schylił się, by skończyć nakładanie maści. Gdy
patrzył w twarz Brooke, ujrzał ten sam grymas co wówczas, gdy
pocałował ją pierwszy raz.
W ciągu ostatniego tygodnia całował ją kilkakrotnie. I za kaŜdym
razem przekonywał się, Ŝe miał rację, oceniając tak a nie inaczej fizyczną
stronę jej małŜeństwa. Jej instynktowne reakcje zaskakiwały
zmysłowością. Meade nigdy nie próbował zatrzymać Brooke, gdy
zaczynała się od niego odsuwać. To, czego od niej oczekiwał, musiało
wyjść od niej.
- Proszę - powiedział cicho, delikatnie wcierając ostatka porcję
maści w skórę łydki. Puścił jej nogę. - Skończone.
- Dziękuję - odparła dziewczyna, zasłaniając się ponownie połą
szlafroka.
- Cała przyjemność po mojej stronie - odrzekł wstając. Przez kilka
chwil przyglądał się jej w milczeniu. - Masz ochotę zostać na kolacji? -
spytał nagle, przeciągając ręką po włosach. Nigdy nie postąpi wbrew jej
woli, ale będzie się starał być blisko niej.
Brooke uniosła podbródek, aby móc mu spojrzeć w oczy.
- Czy jeśli zostanę, nauczysz mnie sztuki przeŜycia w
prymitywnych warunkach? - spytała, lekko unosząc brwi.
- MoŜemy rozpocząć szkolenie. - Meade wyciągnął do niej rękę,
ukazując w uśmiechu białe, odcinające się od opalonej skóry zęby.
ROZDZIAŁ 6
- Francuski chleb, wino i brie - wyliczała Brooke jakieś dwie
godziny później, badając rozsypane na podłodze resztki pozostałe po
pikniku. Westchnęła, udając, Ŝe się nad czymś zastanawia, i zwróciła się
do Meade’a. - Nie chciałabym niczego krytykować, ale to niezupełnie
zgadza się z moim wyobraŜeniem o tym, czym jest prymityw.
- Tak, zauwaŜyłem, jak wiele cię kosztowało zmuszenie się do
zjedzenia trzeciej porcji pasztetu - zauwaŜył. Powaga jego głosu
kontrastowała z uśmiechem.
- No cóŜ - Brooke wytarła wargi papierową serwetką. - Przyznam,
Ŝ
e byłam głodna. To walka z Ŝywiołem wzmogła apetyt.
- Walka z Ŝywiołem? - powtórzył, unosząc brwi. - Poprzednio
mówiłaś coś na temat huraganu.
- Uświadomiłam sobie właśnie, Ŝe o tej porze roku nie występują
huragany - odparła, wzruszając ramionami. W czasie przygotowania
posiłku opowiedziała Meade’owi o dramacie swej odysei. Zachęcał ją,
zadając absurdalne pytania, i w efekcie jej opowieść była mieszaniną
przedwojennego serialu przygodowego z filmem przyrodniczym.
- Aha. Słusznie - Meade skinął głową, następnie zaczął
wsłuchiwać się w szalejącą na dworze nawałnicę. - Wiesz, to moŜe być
monsun - zasugerował Ŝartobliwie.
- Monsun? - Brooke powtórzyła z niedowierzaniem w głosie. -
Słuchaj, moja znajomość meteorologii jest zapewne ograniczona tylko do
tego, kiedy naleŜy chronić się przed deszczem, ale nawet ja wiem, Ŝe w
stanie Massachusetts nie występują monsuny.
- Od kaŜdej reguły zdarzają się wyjątki - odparł. - W ostatnich
latach nastąpiło wiele anomalii pogodowych.
- Które są spowodowane dziurą w warstwie ozonowej, prawda?
- MoŜliwe - przyznał prostując się.
Brooke widziała, jak jego muskuły pręŜą się pod białym
pulowerern i ciemne włosy na jego piersi. Sięgnęła po kieliszek stojący
na podłodze i wypiła resztę wina.
Po chwili Meade odezwał się ponownie.
- Wiesz, chyba masz rację. Pasztet nie jest zbyt prymitywnym
daniem. Chyba powinniśmy upiec w kominku parówki.
- Powiedziałeś przecieŜ, Ŝe jedyne parówki, jakie masz w domu,
zostały juŜ dawno posiekane i zapakowane do puszek ze spaghetti w
sosie pomidorowym! - zarzuciła mu Brooke.
- Bo to rzeczywiście są jedyne parówki, jakie mam w domu. Ale
pomyśl tylko, jak wspaniałe byłoby wyławianie ich z zimnego spaghetti.
- Hm...
- Moglibyśmy udawać, Ŝe poszukujemy pędraków.
- Meade! - Zmięła serwetkę i rzuciła w niego. Odbił ją jak lotkę
przy grze w kometkę.
- Zbyt prymitywne, tak? - zaŜartował, puszczając do niej oko.
- Tylko tego moŜna spodziewać się po kimś, kto gromadzi w
kuchni zapasy puszek ze spaghetti i stosy chrupek.
- Spokojnie, spokojnie. Powiedziałem ci przecieŜ, Ŝe trzymam to
dla moich siostrzeńców.
- Hm - odparła Brooke, siadając wygodniej i bawiąc się
kosmykiem włosów. - Ciekawa jestem... ciekawa jestem, co jedli na
kolację Jazz i Ethan.
- Och, z pewnością coś niezwykłego - odpowiedział. - Na przykład
ś
limaki. - Przypatrywał się uwaŜnie dziewczynie. - MoŜe powinnaś była
zostać i przekonać się - zaproponował cicho. Wspomniała wcześniej, Ŝe
została zaproszona na kolację, ale nie wyjaśniła, dlaczego nie przyjęła tej
propozycji.
- Nie. Chciałam wrócić do domu - powiedziała po chwili, wciąŜ
bawiąc się włosami. Wiedziała, Ŝe Meade ją obserwuje. Zawsze to
wiedziała. Podobnie, jak zawsze wiedziała. gdy robił to Peter. Ale tym
razem było inaczej.
Meade O’Malley sprawiał, Ŝe w jego obecności moŜe sobie
bezpiecznie pozwolić na słabość. Dotykać... i być dotykaną. Nie tylko
fizycznie, ostatni tydzień nauczył ją wiele: ale równieŜ emocjonalnie.
- Brooke?
Spojrzała na niego. Dystans między nimi zmniejszył się
niepostrzeŜenie. Siedzieli teraz w odległości kilkunastu centymetrów. Na
tyle blisko, by móc dotknąć... na tyle blisko, by zostać dotkniętą.
- Jazz sądziła, Ŝe powinnam do ciebie zadzwonić, gdy bym
zdecydowała się zostać u niej na kolacji.
Meade uśmiechnął się lekko, ale w jego oczach nie było śladu
wesołości.
- Mógł z tym być pewien kłopot. Ulewa zalała przewody
telefoniczne - powiedział. - Ale oczywiście, byłbym spokojniejszy,
wiedząc, gdzie jesteś. Zacząłem zastanawiać się około piątej trzydzieści,
a martwić kwadrans po szóstej.
- Ona… Jazz sądziła, Ŝe tak będzie.
- A ty?
Brooke zwilŜyła wargi koniuszkiem języka.
- Myślałam, Ŝe nie odnotowujesz wszystkich moich wyjść i
powrotów.
- CzyŜbyś próbowała sprowokować mnie do prawienia
komplementów?
- Och, nie! - zaprzeczyła. Coś w jego wzroku spowodowało, Ŝe się
zarumieniła. - Nie, oczywiście, Ŝe nie. Dlaczego…?
- Proszę, juŜ w porządku. Wierzę ci. - Naprawdę jej wierzył. Przez
ostatnie dwa tygodnie poznał ją na tyle, aby zdawać sobie sprawę z
wraŜliwości dziewczyny. - Pozwól, Ŝe to ja cię spytam. Czy ty znasz
moje wyjścia i powroty?
Brooke uniosła rękę do piersi, w tradycyjnym kobiecym geście
obrony, zupełnie tak, jakby chciała zasłonić swą naróść. Zaskoczyła ją
prostota tego pytania i jej chęć udzielenia odpowiedzi.
- Wiem, kiedy tu jesteś - szepnęła po chwili, czując jak czerwieni
się. - I… i wiem, kiedy cię nie ma.
Meade zaczerpnął głęboko powietrza. Nie oczekiwał takiej
szczerości. Nawet na nią nie liczył. Słowa Brooke oszołomiły go niczym
afrodyzjak. Odczekał kilka sekund, starając się uspokoić. I odpowiedział
jej z równą uczciwością.
- Tylko raz nie wiedziałem, Ŝe jesteś w domu. To było tej nocy,
gdy wróciłem z Brazylii. Od tamtej pory…
Uniósł prawą rękę i przesunął nią wzdłuŜ policzka i brody
dziewczyny. Opuszkiem kciuka pogładził jej usta, delektując się ich
delikatnością. Rozchyliła lekko wargi. Jego dotknięcie spowodowało, Ŝe
zadrŜała.
- Od tamtej pory, nawet gdy cię nie widzę, nie słyszę, nie czuję
zapachu twoich perfum, zawsze wiem, kiedy jesteś w domu -
kontynuował. - Czuję cię, Brooke. Czuję cię.
- Medea… - drŜącym głosem zaczęła Brooke, Podniecenie
wywołane jego dotykiem przenikało kaŜdy nerw jej ciała.
- Chcę się z tobą kochać - powiedział głębokim głosem. Siła jego
poŜądania spowodowała, Ŝe głos mu się załamywał. - I wiesz o tym,
prawda? Wiedziałaś o tym od początku.
Brooke zawahała się.
„Nigdy nie wstydź się szczerości” - powiedział kiedyś.
- Tak - wyszeptała.
- Chcę się z tobą kochać teraz. Dzisiejszej nocy.
Dziewczyna poruszyła się nieznacznie. Wydało się jej, Ŝe czas
stanął w miejscu.
- Powiedz mi, czego pragniesz. Proszę. - Meade chwycił w dłonie
jej twarz, muskając palcami delikatną skórę,
Patrzyła prosto w jego oczy. JuŜ kiedyś pytano ją o jej pragnienia,
lecz wówczas nie wierzyła, by jej odpowiedź miała jakiekolwiek
znaczenie. Tym razem było inaczej.
„Nigdy nie wstydź się…”
- Brooke?
„…szczerości”.
- Chcę się z tobą kochać, Meade. Teraz. Dzisiejszej nocy.
I to była prawda.
Meade poprowadził Brooke do sypialni. Pokój był niewielki,
umeblowany z niemalŜe spartańską prostotą. Znajdowało się w nim kilka
ksiąŜek i prostych sztychów przedstawiających rośliny, I nic więcej,
Ŝ
adnych niepotrzebnych sprzętów. Nieład, tak wszechobecny w
pozostałej części mieszkania, został za drzwiami.
Meade postawił na drewnianej komódce przyniesioną z salonu
lampę. Sypialnia wypełniła się delikatną poświatą. Brooke, drŜąc, stanęła
w kręgu światła i przyglądała się Meade’owi szeroko otwartymi oczami.
Meade zbliŜył się do niej. Uniósł ręce i dotknął jej opadających na
ramiona włosów. Zagłębił palce w jedwabiste sploty. Stał tak blisko, Ŝe
był pewien, iŜ Brooke słyszy silne uderzenia jego serca.
- Nie bój się - powiedział miękko. Czuł promieniujące nawet przez
szlafrok ciepło jej ciała i odurzający zapach świeŜo umytej skóry.
Brooke odrzuciła głowę. Była to chwila ofiarowania i
przyjmowania.
- Nie boję się - odparła. PrzeŜywała wiele stanów ducha. ale strach
nie był jednym z nich.
Meade nie zdawał sobie nawet sprawy, jak bliski był załamania. Z
wielką ulgą przyjął jej słowa.
- Brooke, o mój BoŜe. Brooke - jęknął.
Wtedy ją pocałował.
Dotyk jego warg był słodki i parzący. Brooke poddała się bez
wahania, ulegając czarowi jego męskości. Rozchyliła wargi. Chwilę
później poczuła szorstkość języka. Ten smak przepełniłjej usta.
„Tak… o tak. Proszę…” - pomyślała.
Gdy się rozdzielili, dziewczyna oddychała płytko. Patrzyła na
Meade’a jak urzeczona i dopiero po chwili zdała sobie sprawę, Ŝe przód
szlafroka rozchylił się prawie do pępka. Chłodne powietrze owiało jej
rozgrzaną skórę. Poczuła, jak sutki zaczynają twardnieć.
- Moja kochana… - wyszeptał Meade. Delikatnie wsunął ręce pod
szlafrok. Palcami poznawał szczupłość bioder, wgłębienie wąskiej talii i
krągłość odkrytych piersi. Tak wiele razy wyobraŜał sobie tę chwilę…
Brooke nie potrafiła być prowokacyjna. Była zbyt mało pewna
siebie, aby przejmować inicjatywę. Lecz śmiały dotyk dłoni Meade’a
sprawił, Ŝe przeszłe doświadczenia wydały się jej nieistotne. Meade miał
na sobie pulower wpuszczony w obcisłe dŜinsy. Wystarczyło kilka
ruchów, by pozbyć się okrycia.
JuŜ przy pierwszym dotyku przez ciało Meade’a przebiegł dreszcz.
Przestał na moment oddychać. Pod ciepłą, gładką skórą rysowały się
silne mięśnie. Brooke przesunęła ręce wyŜej, odkrywając owłosienie jego
piersi.
Brooke nie wiedziała, ile czasu poświęciła na tę pieszczotę. Nie
zauwaŜyła, kiedy Meade zsunął z jej ramion szlafrok.
- Chcę cię zobaczyć - ochryple powiedział Meade. - Teraz. -
Zsunął niŜej okrywający ją materiał, po czym odsunął dłonie i pozwolił
zadziałać prawu ciąŜenia. Szlafrok upadł na podłogę, układając się
miękko wokół jej szczupłych kostek.
Po chwili Brooke cofnęła się o krok i dopiero wtedy przestraszyła
się. Nie był to strach przed Meade’em. Raczej strach przed sobą… przed
brakiem doświadczenia.
Naprawdę chciała się z nim kochać. Tutaj. Tej nocy. Była szczera,
gdy mu to mówiła. Ale to nie była cała prawda. To, czego naprawdę
pragnęła, to dać mu rozkosz. Ale obawiała się, Ŝe nie będzie umiała tego
dokonać.
Kuszące kędziory włosów na jej łonie były zaledwie o ton czy dwa
ciemniejsze niŜ na głowie. Całe jej ciało, poza róŜowością sutek, było jak
studium w kolorze kremu i miodu.
Przymknął na moment oczy, usiłując złapać oddech, jakby w
pokoju nagle zabrakło tlenu. PoŜądanie zawładnęło nim całkowicie,
domagając się spełnienia.
„Wolniej, do diabła. Wolniej!” - przykazał sobie.
- Meade? - niepewnie spytała Brooke, nie umiejąc wy tłumaczyć
sobie napięcia, które w nim wyczuwała. CzyŜby zrobiła coś nie tak?
Meade otworzył oczy.
- Brooke, jesteś tak piękna. Tak piękna. Przy tobie czuję… -
potrząsnął bezradnie głową.
Brooke przesunęła czubkami palców po jego wargach.
- Mam nadzieję, Ŝe czujesz to samo co ja - wyszeptała. Nie
pamiętała, kiedy cofnęła się ponownie, aŜ pod kola nami wyczuła brzeg
materaca. Usiadła i czekała…
Meade rozebrał się błyskawicznie i stanął przed nią nagi i
podniecony. Widząc wyraz oczu dziewczyny, wymówił pytająco jej imię.
Podobnie jak kilka minut wcześniej rękami, teraz odkrywała
wzrokiem nagie ciało Meade’a. Gdy ich oczy spotkały się, dziewczyna
uśmiechnęła się. W uśmiechu tym, choć nieco nieśmiałym, nie było
widać nawet śladu obawy.
LeŜeli przytuleni. Pocałował jej usta. Pieścił całe ciało. Objął
dłońmi piersi, muskając opuszkami wraŜliwe szczyty. Brooke jęknęła,
gdy w miejscu, w którym przed chwilą błądziły palce, poczuła smak
męskich warg. Ssał i kąsał, najpierw jeden róŜowy pąk, potem drugi.
Pozwoliła sobie na delektowanie się pieszczotami Meade’a To
było takie proste, poddać się i być samolubną.
Lecz Brooke nie mogła sobie na to pozwolić. Pragnęła… chciała
ofiarować choć część tego, co otrzymała.
Dać mu rozkosz, a jednak miała wraŜenie, Ŝe sprawia mu ból. Gdy
jej delikatne palce objęły twardy dowód jego poŜądania, Meade
znieruchomiał.
- Och, Brooke! - jęknął. Wydawało się, jakby jej imię zostało
wyrwane z jego gardła.
Cała się trzęsąc, Brooke cofnęła rękę. Poczuła przypływ wstydu i
poniŜenia.
- Przepraszam - wyjąkała.
Meade ujrzał bladość jej twarzy i wyraz bólu w oczach. Zdał sobie
sprawę, Ŝe niewłaściwie odebrała jego reakcję. Przeklął samego siebie.
Zareagował na jej dotyk jak nowicjusz, który za chwilę osiągnie
szczytowanie i zniszczy wszystko.
- Nie, nie kochana - powiedział gwałtownie, chwytając ją, zanim
zdąŜyła się od niego odsunąć. - Nie. Wszystko - porządku. Po prostu
pragnę cię. Nie potrafię nad sobą zapanować. Kiedy dotknęłaś mnie
przed chwilą… - pochylił głowę i musnął ustami jej chłodne, zaciśnięte
wargi. - To była nie tylko przyjemność. To była wręcz ekstaza. Bałem
się, Ŝe… wszystko toczyło się tak szybko… Zbyt szybko.
- Zbyt szybko? - powtórzyła Brooke, usiłując zrozumieć, co miał
na myśli. Czy to moŜliwe, aby ona…
- Tak, kochanie. Tak - potwierdził pospiesznie. - Pamiętasz nasz
pierwszy pocałunek? - powiódł czubkiem języka b zewnętrznej krawędzi
jej warg.
- To znaczy… Ŝe podobało ci się, jak cię dotykałam? - na jej twarz
powrócił rumieniec.
- O BoŜe, pragnę czuć znowu twoje dotknięcie - powiedział ze
wzruszeniem w głosie. „I pragnę zabić tego drania, przez którego
uwierzyłaś, Ŝe ja, czy inny męŜczyzna by to odtrącił” - dodał w duchu. -
Ale jeszcze nie teraz. Nie musimy się spieszyć. Czas naleŜy do nas.
Powoli… nauczmy się siebie…
Usłyszał ciche westchnienie i poczuł, jak się rozluźniła. Poczekał
chwilę, po czym wziął ją w objęcia.
Jedynym, najgłębszym pragnieniem Brooke było dać Meade’owi
satysfakcję. Niczego nie pragnęła goręcej.
Wiedziała, Ŝe usiłował nad sobą panować. Widziała napięcie
twarzy, jego urywany oddech i wiedziała, Ŝe robi to tylko z myślą o niej.
PrzecieŜ nie było takiej potrzeby.
- Proszę… - powiedziała błagalnie, całując i pieszcząc jego ciało.
Potrafi sprawić mu przyjemność. Musi jej tylko na to pozwolić.
Meade pragnął, aby Brooke poŜądała go tak, jak on jej. Wydawało
mu się, Ŝe wreszcie tak się stało. I wtedy, jak przez mgłę dostrzegł, Ŝe
coś jest nie w porządku. To tak, jakby ona…
- Brooke… - BoŜe drogi, jej kobiecy zapach i dotyk sprawiły, Ŝe
zatracił się w poŜądaniu. Podniecało go wszystko. Kusiła go kaŜdym
zakamarkiem ciała.
Poza…
Dręcząca niepewność kazała przesunąć dłoń z krągłości piersi
niŜej, wzdłuŜ płaskiego brzucha, obok płytkiego pępka, i dalej.
Rozchyliła uda. OstroŜnie badał wilgotną miękkość, otoczoną trójkątem
blond loków. Twarz mu stęŜała.
Cokolwiek powodowało u Brooke tę gotowość, nie było to
spontaniczne.
- Meade, proszę - szepnęła Brooke, wyczuwając jego nastrój i
wątpliwości. Zaczęła całować jego szyję wokół miejsca, gdzie widać
było bicie pulsu.
- Nie chcę sprawić ci bólu - mówił, usiłując ignorować
prowokujące ukąszenia jej zębów. Zdawał sobie sprawę ze swej siły i
wielkości, był bliski utraty kontroli nad sobą. Jeśli nie była jeszcze
gotowa na jego przyjęcie…
- Nie sprawisz - zapewniła go. - Proszę… teraz. - I poruszyła
biodrami w sposób znany juŜ od czasów Adama i Ewy.
Meade nie był w stanie juŜ dłuŜej walczyć; Z jękiem wziął to, co
mu ofiarowała. Wkroczył w nią jednym ruchem bioder. Zetknięcie jego
twardej męskości z jej miękką wilgotnością sprawiło, Ŝe prawie
eksplodował. W jej wnętrzu było tak ciasno, Ŝe był zaskoczony. Lecz
uścisk jej mięśni wyzwalał rozkosz tak silną, Ŝe wręcz bolesną.
Pragnął, aby razem osiągnęli orgazm. Zagryzł wargi, usiłując za
wszelką cenę nie dopuścić do przekroczenia tej wątłej granicy, jaka
dzieliła go od całkowitego spełnienia.
Brooke poruszyła się i przesunęła paznokciami po jego
umięśnionych plecach. Poczuła, jak z niej promieniuje niesamowite
gorąco.
- Jeszcze… nie… - jęknął Meade, wczepiając się palca mi w
prześcieradło. – Brooke… proszę, tak bardzo pragnę, Ŝebyś i ty… - W
jego głosie słychać było zawiedzione na dzieje.
AŜ do tego momentu Brooke nie zdawała sobie sprawy z tego, Ŝe
Meade chce dać i jej radość spełnienia. Nigdy wcześniej nie przyszło jej
na myśl, Ŝe mógł czerpać przyjemność równieŜ z dawania.
- Nie mogę… przepraszam…
Brooke wiedząc, Ŝe kochanek przegrywa walkę, udała uniesienie. I
był to z jej strony akt miłości.
Archimedes Xavier O’Malley nie był pewien, czy pytanie: „Czy
tobie teŜ było dobrze?” było wywołane męską arogancją czy moŜe
brakiem poczucia bezpieczeństwa. Na podstawie emocji, które w
przeszłości prowokowały go do stawiania tego pytania, musiało to być
kombinacją obydwu tych odczuć.
„Czy było ci dobrze?”
Powiedz mi, czy jestem tak dobry, jak myślę.
„Czy było ci dobrze?”
Tak się boję, Ŝe byłem niezgrabnym, samolubnym samcem.
Powiedz mi, Ŝe to nieprawda!
Brooke nie była usatysfakcjonowana. Pragnęła, by wierzył, Ŝe i
ona doznała rozkoszy, lecz Meade wiedział, Ŝe to nieprawda. Nawet w
chwili całkowitego spełnienia, w momencie, gdy jego umysł nie
rejestrował tego, co działo się z ciałem, czuł, Ŝe ona była gdzieś daleko.
A teraz, w chwili rozluźnienia, opętany sprzecznymi uczuciami…
Brooke usiadła, zasłaniając piersi brzegiem prześcieradła. Włosy
opadały jej w nieładzie na ramiona, zakrywając twarz. Meade czuł jej
napięcie i słyszał urywany oddech.
Dziewczyna podkurczyła nogi i wtuliła głowę między kolana. Nie
była w stanie zebrać myśli. Zaspokoiła go przecieŜ. Była tego pewna. A
jednak…
Miała nadzieję, Ŝe i ona osiągnie orgazm. Ale teraz czuła
wyłącznie niepokój. Co było z nią nie w porządku? Dlaczego nie
mogła…
- Brooke?
Głos Meade’a przywołał ją do rzeczywistości. Zamarła pod
dotykiem palców muskających jej ramiona. Poczuła, Ŝe za chwilę się
rozpłacze.
Pragnęła… O BoŜe, pragnęła…
- Brooke - powtórzył Meade głosem, w którym brzmiała
niepewność i ponaglenie.
Odwróciła głowę w jego stronę. Szmaragdowe oczy męŜczyzny
były pełne czułości. Dopiero po chwili zorientowała się, Ŝe to było do
niej.
- Tak? - spytała. Nie oczekiwała czułości, nie teraz.
Meade pogładził ją ponownie i poczuł, jak zadrŜała. Pozwól,
powiedział w duchu. To dla ciebie… i dla mnie.
- Pamiętasz naszą rozmowę w pizzerii? - spytał cicho.
Brooke nie spodziewała się tego pytania. JednakŜe po chwili
skinęła głową.
- A więc pamiętasz, co mówiłem o tym, Ŝe nie naleŜy…
- …wstydzić się prawdy - dokończyła.
Meade wiedział, Ŝe trafił w czułą strunę, choć nie zdawał sobie z
tego sprawy. Zawahał się, po czym kontynuował.
- Nigdy nie powinnaś bać się mówić prawdę. KaŜdą prawię. O
tym, co czujesz… lecz takŜe o tym, czego nie czujesz.
- Ja… - nie była w stanie powiedzieć nic więcej.
- Nie musisz niczego udawać. Nie ze mną. - Trzy ostatnie słowa
wymówił bardziej stanowczo. Przełknął ślinę i dodał juŜ łagodniej: - Nie
ze mną. Ani teraz, ani nigdy.
Brooke odwróciła głowę, czując gorzki smak poraŜki. Przez
moment zastanawiała się, czy nie zaprzeczyć jego słowom. Zaprzeczyć,
Ŝ
e cokolwiek udawała. Lecz wiedziała, Ŝe nie moŜe. Zresztą i tak by jej
nie uwierzył.
- W porządku - powiedziała martwym głosem. - Prawda. I tak sam
to zauwaŜyłeś. Nie jestem zbyt dobra w uprawianiu miłości. W seksie.
- To są dwie róŜne rzeczy, Brooke.
Uniosła głowę, zaskoczona, jak jej się wydało, okrucieństwem
jego słów.
- W porządku. Nie jestem dobra w Ŝadnej z tych rzeczy -
odpowiedziała ostro. „A ty oczywiście jesteś ekspertem w obydwu -
pomyślała z zazdrością. - Pewnie znasz setki kobiet…”
- Brooke - Meaae dojrzał cierpienie w jej oczach. Nie to miał na
myśli, chciał tylko, Ŝeby zrozumiała, iŜ to, co robili razem nie było…
- Chciałam… chciałam, Ŝeby było ci dobrze - powiedziała z bólem
w głosie. - Wiem, Ŝe nie…
- Wiesz… - juŜ nie miał Ŝadnych wątpliwości, jak musiała być
wykorzystywana przez pierwszego męŜa. Przez chwilę marzył o tym, by
roznieść tego faceta w pył. Odrzucił jednak od siebie krwioŜercze myśli i
całą uwagę poświęcił Brooke.
- Kochana - powiedział, zmuszając ją do odwrócenia głowy w jego
stronę. - Kochana, posłuchaj mnie, proszę. Naprawdę nie mogło mi być
ani trochę lepiej. To niemoŜliwe.
Powiedziała coś szeptem. Coś, co brzmiało jak pojedyncza sylaba,
jak jego imię.
- To prawda! - wiedział, Ŝe nie wierzy w szczerość jego słów, bo
wątpiła w siebie. - Naprawdę było mi dobrze. - Pozwolił, by
wspomnienie przeŜytej rozkoszy znalazło ujście w brzmieniu tych słów. I
spojrzał wprost w jej oczy. - Ale tobie nie było dobrze, prawda - bardziej
stwierdził, niŜ zapytał.
- To nie twoja wina! - zaprzeczyła. Nie mogła pozwolić na to, by
winił siebie.
- Twoja teŜ nie - odparł natychmiast głosem nie znoszącym
sprzeciwu.
- Ale ktoś przecieŜ musi... - zaczęła.
- Nie - przerwał jej łagodnie. - Brooke, posłuchaj uwaŜnie. To był
dla nas pierwszy raz. Początki nigdy nie są łatwe. Dwoje ludzi musi
razem odnaleźć ten rytm, który będzie odpowiadał obojgu. MoŜe w
romansach wszystko udaje się przy pierwszym podejściu… ale w
Ŝ
yciu… - potrząsnął głową.
Brooke przełknęła ślinę i spuściła wzrok.
- Nie mam… tylko raz wcześniej byłam z kimś innym - wyznała po
chwili.
Meade nie był przygotowany na taką szczerość.
- Jeszcze nigdy… nigdy… - zawahała się i zaczerpnęła głęboko
powietrza. - Nie chciałam udawać. Naprawdę. Chciałam… To, co
czułam, to, co sprawiłeś… - tak bardzo chciała, by ją zrozumiał!
Meade powoli pogładził nagie ramiona. Podpowiedział jej słowa,
których sama nie potrafiła znaleźć.
- Mam nadzieję, Ŝe czułaś to samo. Sprawiłaś, Ŝe uwierzyłem, iŜ
moŜe być nam razem dobrze. Naprawdę dobrze. Czy i ty tak myślisz?
Razem.
Brooke przypomniała sobie ich pierwsze spotkanie, jej nagłe
zafascynowanie tym męŜczyzną. I przypomniała sobie łączącą ich więź,
gdy w szpitalu pomagali Jazz przy porodzie. Razem.
- Tak - szepnęła. W jej głosie zabrzmiał ton zaskoczenia, podobnie
jak wtedy, gdy powiedziała mu, Ŝe nie czuje lęku.
Doskonale.
- Ja po prostu nigdy wcześniej… - próbowała zapomnieć o
przeszłych doświadczeniach, aby przyjąć to, co obiecywała przyszłość. -
Meade, nie wiem, czy potrafię.
- Wiem, Ŝe potrafisz. - Dotknął z czułością jej warg. - Zaufaj mi…
zaufaj sobie.
I Brooke poczuła, Ŝe potrafi ufać.
Bardzo powoli Meade połoŜył ją na materacu. Przeczesał palcami
jej włosy. Pochylił głowę i musnął ustami brwi. Całował jej skronie,
czując pod wargami pulsowanie tętna. Kąsał płatki uszu. Całował
delikatną skórę powiek, bladoróŜowe policzki, czubek nosa. Wreszcie
zajął się jej ustami. Poddawała się, gotowa na przyjęcie pieszczoty. Po
chwili poczuł na swych wargach dotknięcie jej języka.
Wodził dłońmi po wszystkich zakamarkach jej ciała. Pod
Jotknięciem jego dłoni ciało poruszało się. radośnie. Przyjmowała
pieszczoty i pragnęła następnych. Były w nich obietnice przyszłej
rozkoszy.
Brooke wydawało się, Ŝe rozkwita. KaŜdy nerw promieniował
nieznanym dotąd ciepłem. Opanowała ją tęsknota dawania i
otrzymywania.
Smakowała jego wargi… słony aromat skóry. Całowała pręŜne
ciało, czuła mięśnie reagujące na kaŜdą pieszczotę. Jęknęła, obejmując
ustami twardy wzgórek jego męskiego sutka.
- Brooke…
Meade objął jej biodra, masował palcami ich zwieńczenie.
Przesunął ręce wyŜej, aŜ do piersi i zaczął delikatnie draŜnić róŜane pąki
sutek. Krzyknęła, jakby sprawiał jej ból.
Potem poczuła jego usta. Zaczął ssać brodawkę. Intensywność
pieszczot sprawiała, Ŝe Brooke jęknęła.
- Medea… proszę…
Odczuwany wcześniej niepokój przemienił się w poŜądanie.
Brooke czuła potrzebę poszukiwania, przytulania, dotykania… Jak przez
mgłę zauwaŜyła, jak Meade przesunął się w dół jej ciała. Dopiero gdy
poczuła gorący oddech na udach, zorientowała się, do czego zmierza.
Zaskoczenie ustąpiło miejsca rozkoszy, której wcześniej nie znała, której
nie oczekiwała.
Meade przytrzymał jej biodra. Pieścił ją bardzo delikatnie.
Stopniowo przełamywał jej opór… Brooke była rozgrzana namiętnością.
Nie chciała jednak spłonąć w samotności. Sięgnęła w dół, zanurzając
palce we włosy męŜczyzny. Nie była pewna, czy będzie mogła
powiedzieć choć słowo. Nie była pewna, czy będzie w stanie zaczerpnąć
powietrza.
Meade uniósł głowę. Jego oczy rozświetlone były radością.
- Dobrze… razem… - nie potrafiła powiedzieć nic więcej.
Wystarczyło.
Meade przesunął się wyŜej i posiadł ją. Pocałował usta
dziewczyny. Brooke objęła go ramionami, przytuliła mocno. Wbiła
paznokcie w jego plecy, czując bliskość orgazmu.
Całym sercem pragnęła dać mu rozkosz - i dała.
Całym sercem pragnął dać jej rozkosz - i dał.
Osiągnęli razem szczyt i nie miało juŜ znaczenia, kto komu
ofiarował rozkosz.
ROZDZIAŁ 7
Blask promieni słonecznych i pieszczota wzdłuŜ kręgosłupa
obudziły Brooke następnego poranka.
- Hm… - westchnęła, poruszając się ocięŜale. Westchnęła
ponownie, czując na karku ciepło warg Meade’a.
Odwróciła się leniwie w jego stronę.
- Dzień dobry - przy witał ją cicho. Opierał się na łokciu, tylko
trochę okryty prześcieradłem. Włosy w nieładzie opadły mu na oczy.
Cień zarostu na brodzie nadawał mu zawadiacki wygląd.
Przyglądał się jej błękitnymi, przepełnionymi czułością oczami.
Brooke miała wręcz ochotę zanurzyć się w ich głębiach.
- Dzień dobry - odpowiedziała, odgarniając mu z czoła niesforny
kosmyk. Wskazującym palcem powiodła wzdłuŜ sinie zarysowanej linii
jego nosa. Nie mogła opanować chęci dotykania go.
Meade ujął jej dłoń i ucałował.
- Jak się czujesz? - spytał.
Sen zostawił na policzkach dziewczyny róŜowy ślad. W
odpowiedzi na pytanie rumieniec pogłębił się. Jednocześnie w oczach
Brooke pojawił się niezwykle kobiecy blask.
- Nie wiem - odparła. Czuła słodką ocięŜałość. Po raz pierwszy w
Ŝ
yciu była świadoma swej kobiecości. - Nigdy wcześniej tak się nie
czułam. Czy rozumiesz coś z tego? - śmiała się zdziwiona.
- Tak, oczywiście - zapewnił ją z uśmiechem Meade. - Ja takŜe po
raz pierwszy doświadczyłem tak silnych emocji.
- Naprawdę? - wstrzymała oddech.
- Naprawdę - zapewnił ją.
- Meade, nigdy nie znałam… - przerwała, nie potrafiąc znaleźć
odpowiednich słów. Jak mogła mu wyjaśnić to, czego dowiedziała się o
sobie? O nim?
- Rozumiem - odpowiedział.
Brooke przysłoniła rzęsami oczy, czując nieodpartą, nieznaną
wcześniej potrzebę flirtowania.
- Jeśli Ŝadne z nas wcześniej nie czuło nic podobnego… czy to
oznacza, Ŝe to dla nas jest drugi pierwszy raz?
Prowokacyjne pytanie i Ŝartobliwy blask w oczach dziewczyny
spowodowały, Ŝe serce Meade’a zabiło mocniej.
- Coś w tym rodzaju - potwierdził. Opuścił dłoń w dół jej ciała,
wzdłuŜ smukłej szyi, aŜ do piersi. Sutki Brooke stwardniały
momentalnie, reagując na doznaną pieszczotę. Zaczerpnęła powietrza.
- Och, Meade… - szepnęła.
Poczuł narastające poŜądanie. Opadł na prześcieradło i zdał sobie
sprawę, Ŝe nie musi o nic pytać. Brooke juŜ na niego czekała.
- Brooke, musimy o czymś porozmawiać.
Brooke uniosła głowę, którą opierała na jego piersi. Przy-
słuchiwała się rytmowi bicia jego serca, który powoli uspokajał się po
spełnieniu.
- Jedzenie? - spytała z nadzieją w głosie, patrząc na budzik stojący
przy łóŜku. Włączono juŜ prąd i zegar zaczął ponownie chodzić; niestety
nie wskazywał właściwej godziny. Pustka w Ŝołądku dziewczyny
wskazywała na porę obiadu, natomiast na zegarze była 6.30 rano.
Usta Meade’a skrzywiły się lekko, jakby zgadzał się z nią, Ŝe
człowiek nie moŜe Ŝyć samą tylko miłością.
- Dojdziemy i do tego - obiecał.
- MoŜe chodzi o naprawę mojego samochodu? - Brooke zmieniła
pozycję i odgarnęła włosy na plecy.
- Do tego takŜe dojdziemy. - Meade przesunął dłonie wzdłuŜ
wdzięcznej linii jej nagich pleców. - To… to waŜne.
Brooke otworzyła usta, chcąc mu powiedzieć, Ŝe dla niej obie
sprawy były waŜne. I wówczas zauwaŜyła, Ŝe spowaŜniał. Ochota do
Ŝ
artów minęła. Poczuła nagły przypływ niepokoju.
- Co to takiego? - spytała cicho.
Meade zauwaŜył napięcie w jej głosie.
- Nie przedsięwziąłem Ŝadnych środków ostroŜności - powiedział
wprost.
Po tych słowach Brooke poczuła, jak w gardle rośnie jej kula.
Zacisnęła swe szczupłe palce. ZwilŜyła wargi.
- Mówisz… o kontroli urodzin - powiedziała po chwili.
- O zabezpieczeniu. Nie uŜywałem niczego, nie spytałem ciebie,
czy… - Potrząsnął głową, nie próbując się tłumaczyć. Nie zachował
ostroŜności, kochając się z kobietą, która tak wiele dla niego znaczyła, i
to go niezwykle zmartwiło.
Brooke spuściła oczy i przełknęła ślinę. Kula z gardła przesunęła
się do Ŝołądka.
Nieświadomie Meade dał jej szansę na powiedzenie prawdy.
Wystarczyło tylko powiedzieć mu, Ŝe jego niepokój był zbędny,
poniewaŜ i tak nie moŜe zajść w ciąŜę. I tylko tyle.
Zaledwie kilka słów, lecz nie mogła się zdobyć na ich wy-
powiedzenie. Nie mogła. Nie chodziło tylko o pogardę, którą karmił ją
Peter. Była pewna, Ŝe Meade nie był zdolny do takiego okrucieństwa.
Bała się jednak, Ŝe zacząłby litować się nad nią i współczuć. Zdawała
sobie sprawę, Ŝe juŜ wielokrotnie zdradziła przed nim swe uczucia do
dzieci. Gdyby teraz powiedziała mu, Ŝe nie moŜe…
- Brooke? - Meade uniósł jej podbródek. - Kochanie, zdaję sobie
sprawę, Ŝe to krępujące…
- Nie, nie. - Potrząsnęła głową. Podjęła juŜ decyzję. Nie mogłaby
znieść odkrycia swej ułomności. Nie jemu. I nie teraz.
- Co nie? - delikatnie dopytywał się Meade, usiłując zrozumieć
wyraz jej twarzy.
- Nie, to nie jest krępujące - powiedziała powoli. - Nie… i nie
powinno być, Masz rację. To istotna sprawa. Ludzie… musimy myśleć o
konsekwencjach.
- Myślę tylko o tobie, kochanie - odparł. Słowa brzmiały czule,
choć przebijało w nich zatroskanie.
- Wiem - odrzekła, przesuwając palcem po gęstych włosach
porastających jego pierś. - Ale nie musisz się niepokoić o
zabezpieczenie. Jestem bezpieczna.
- Bezpieczna? - wydawało się, Ŝe wstrzymał oddech.
- Biorę tabletki. - Przynajmniej to było prawdą. Lekarz przepisał
jej tabletki antykoncepcyjne dla uregulowania cyklu miesiączkowego.
- Aha.
Brooke odniosła wraŜenie, Ŝe w jego głosie zabrzmiała ulga.
Powiedziała sobie, Ŝe postąpiła właściwie. Po kilku chwilach opuściła
głowę i ponownie oparła policzek o muskularną pierś Meade’a. Poczuła
dotyk jego dłoni, westchnęła z zadowoleniem, UłoŜyła się wygodniej,
przytulając do niego całym ciałem. Przymknęła oczy.
„Postąpiłam właściwie”.
- Czy twój tatuaŜ ma jakieś specjalne znaczenie? - spytała ciekawie
Brooke, gdy w kuchni byli zajęci przygotowywaniem omletów.
Następnym punktem programu była naprawa samochodu.
- To znak surucucu da jucca depico - odparł Meade, siekając
pomidora szybkimi, zręcznymi ruchami.
- Co takiego? - Brooke spojrzała na niego pytająco, przerywając
podwijanie rękawów brzoskwiniowego szlafroka. Meade miał na sobie
tylko dŜinsy. Sprany materiał opinał jego wąskie biodra i długie,
szczupłe uda tak, Ŝe dziewczyna zapomniała na moment o tatuaŜu.
- To wąŜ południowoamerykański - wyjaśnił Meade, kończąc
krojenie z precyzją godną chirurga.
- WąŜ? - Brooke oderwała wreszcie oczy od jego ciała i
dokończyła podwijanie rękawów. Zajęła się rozbijaniem jajek. - Czy jest
niebezpieczny?
- Śmiertelnie. Jego jad atakuje centralny system nerwowy.
- Czarujące - skomentowała Brooke. Zastanawiała się nad ilością
jaj potrzebnych do przygotowania posiłku - sześć czy osiem? Burczenie
w Ŝołądku pomogło jej w podjęciu decyzji. - Jak miło mieć coś takiego
na ramieniu.
- Pewne plemiona indiańskie wierzą w niezwykłą moc tego
symbolu.
- Och? - przypomniała sobie jego słowa o utoŜsamianiu ńę ze
ś
rodowiskiem, w jakim aktualnie przebywał. - Czy dlatego kazałeś go
sobie zrobić?
- Źle mnie zrozumiałaś. Studiuję magię plemienną, ale nie
uprawiam jej. - Meade spojrzał na nią z wyrzutem.
- O, nie - pokręciła przecząco głową. - Nie to miałam na myśli.
Zastanawiałam się tylko, czy to dla ciebie rodzaj talizmanu. No wiesz,
jak łapka królika czy coś w tym rodzaju.
- Wierz mi, surucucu da jucca depico przebija łapkę królika.
Prawdę mówiąc, nie pamiętam dlaczego kazałem to sobie zrobić.
Dwanaście lat temu, w czasie karnawału w Rio upiłem się z przyjaciółmi.
Jeden z nich obudził się następnego dnia, mając na piersi wytatuowany
symbol Supermana; drugi do dziś nosi na hm… zadku serce z imieniem
dziewczyny, o której nigdy nie słyszał. Właściwie miałem szczęście, Ŝe
dostałem węŜa.
Dwa następne tygodnie były dla Brooke szalenie szczęśliwe. Ich
wzajemna przyjaźń i pasja stworzyły związek, który wręcz zapierał dech
w piersiach. Razem się śmiali i kochali…
Wielokrotnie zastanawiała się nad tym, jak powiedzieć mu, Ŝe nie
moŜe mieć dzieci. Nie potrafiła znaleźć właściwego momentu,
właściwych słów. Dwukrotnie juŜ była blisko wyjawienia swej
tajemnicy, lecz coś ją przed tym powstrzymywało.
Brooke przekonywała się, Ŝe nie ma to znaczenia. Dawała mu
wszystko, czego potrzebował… czego pragnął. Czemu miałaby mówić
mu o czymś, o co nigdy nie pytał?
Lecz nie dawało jej to spokoju. Wreszcie postanowiła skorzystać z
rozmowy na temat swego nieudanego małŜeństwa.
Ku jej zaskoczeniu, Meade nie chciał o tym rozmawiać.
- Proszę cię - powiedział, potrząsając głową. Po raz pierwszy
widziała taki wyraz w jego oczach. Zacisnął pięści. - Nie.
- Ale… chcę tylko, Ŝebyś wiedział…
- Wiem, kochanie. Uwierz mi. Wiem, Ŝe kochałaś Petera
Livingstone tak bardzo, Ŝe za niego wyszłaś. Wiem, Ŝe później zranił cię
tak mocno, Ŝe zaczęłaś wątpić w swoją wartość jako kobiety. I wiem
takŜe, Ŝe gdybym go kiedykolwiek spotkał, pewnie powybijałbym mu
wszystkie zęby. MoŜe to prymitywne, ale tak właśnie to czuję. I to jest
równieŜ powód, dla którego nie chcę rozmawiać o twym małŜeństwie.
Przepraszam.
Brooke milczała, nie wiedząc, co na to odpowiedzieć.
- Instytut Wildinga, proszę się nie rozłączać - powie działa Brooke,
gotowa do przyciśnięcia odpowiedniego guzika w swym aparacie.
- Wolałbym raczej nie rozłączać się z tobą - padła prowokacyjna
odpowiedź.
- Meade? - spytała ochryple.
- Czy w twoim Ŝyciu jest jeszcze ktoś, kto w ten sposób się do
ciebie odzywa?
Zaśmiała się, czując zmęczenie spowodowane intensywną pracą.
- Nie, o ile mi wiadomo, nie. Słuchaj, mógłbyś zadzwonić później?
Mam na drugiej linii rozmowę z japońskim himalaistą, który powiedział
mi właśnie, Ŝe nie chce przylecieć na najbliŜszą konferencję. Nalega,
Ŝ
ebyśmy zarezerwowali mu miejsce na statku.
- Nie mów nic więcej. To Dobie Tanaka, prawda?
- Tak, a właściwie Tadeo Onoshi Tanaka - powiedziała Brooke,
sprawdzając nazwisko w swych notatkach.
- Tak, to ten sam.
- CzyŜbyś go znał?
- Tylko ze słyszenia. Nie przyleci, poniewaŜ ma lęk wysokości.
- Ma lęk… Meade, na Boga! Ten człowiek zdobywa najwyŜsze
szczyty!
Z drugiego końca linii dobiegł chichot.
- Być moŜe zaczął to robić, aby przezwycięŜyć strach. To kwestia
zachowania twarzy.
- Twarzy. Wspaniale. To wszystko wyjaśnia. Słuchaj, musisz
zaczekać.
- Jasne.
Pamiętając, co mówił Meade, Brooke udało się nie uŜyć wobec
rozmówcy określenia „lęk przestrzeni”. Zanim się rozłączyli, Tanaka
obsypał ją komplementami o jej kompetencji i umiejętności zrozumienia
problemów innych ludzi.
Przycisnęła guzik w swym telefonie.
- Meade? - spytała niecierpliwie.
- JuŜ skończyłaś?
- Co mogłabym dla ciebie zrobić?
- Przez telefon? Hm… CóŜ, mogłabyś powtórzyć to, co
powiedziałaś mi ostatniej nocy.
- Meade! - zaprotestowała. Ostatniej nocy kochali się bez
opamiętania. Meade w niezwykle erotyczny sposób zachwycał się jej
ciałem, a ona, ku swemu zdumieniu, odpowiadała w podobny sposób.
- CóŜ, a moŜe w takim razie kilka tych seksownych, krótkich
mruknięć?
- Nie mruczę… - Brooke zaczęła protestować z oburzeniem.
Przerwała na widok stojącego w drzwiach Daniela Quincy. Poczuła
rumieniec oblewający twarz. - Poczekaj - powiedziała do słuchawki i
zakryła dłonią mikrofon, - Tak, panie Quincy? - spytała. Starała się
mówić zwykłym, urzędowym tonem. Z trudem udawało się jej uspokoić
oddech.
- Chciałem pani tylko powiedzieć, Ŝe wychodzę na obiad -
poinformował ją, jak zwykle dystyngowany, dyrektor WIWE.
- Ach, tak. Dobrze. Dziękuję. śyczę smacznego.
- Dziękuję. - Dawid Quincy uniósł brwi. - Czy rozmawia pani
moŜe z Meade’em O’Malleyem?
- Tak - przyznała Brooke.
- Hm. Proszę go ode mnie pozdrowić. I proszę mu przekazać, Ŝe
chciałbym zobaczyć pozostałą część notatek o dorzeczu Xingu, kiedy juŜ
będą gotowe. - Skinął jej głową w swój charakterystyczny sposób i
zaczął odwracać się do wyjścia.
- Tak, oczywiście, panie Quincy - odpowiedziała Brooke.
Poczekała, aŜ starszy pan oddalił się, i dopiero wówczas odsłoniła
słuchawkę. Jęknęła.
- Nie, nie - Meade zaprzeczył, przeciągając słowa. - To nie taki
dźwięk miałem na myśli. Tamten przypominał bardziej…
- Przestań wreszcie! Czy zdajesz sobie sprawę z tego, Ŝe pan
Quincy właśnie usłyszał, jak mówię o mruczeniu? I wiedział, Ŝe
rozmawiałam z tobą. Bóg jeden wie, co sobie pomyślał.
- Raczej diabli wiedzą. W dawnych, dobrych czasach Daniel
cieszył się opinią niezłego hulaki.
- Tak, słyszałam - Brooke spojrzała w paciorkowate, szklane oczy
sępa przytwierdzonego do ściany powyŜej jej biurka. Wypchane
ptaszysko było jedną z niezliczonych, egzotycznych czy raczej
ekscentrycznych dekoracji siedziby WIWE. Wszystkie te egzemplarze,
począwszy od niezwykle brzydkiego stojaka na parasole w kształcie
słonia, aŜ po przepiękne liczydło z kości słoniowej i hebanu; od grobow-
ca egipskiej mumii do wojennego nakrycia głowy Indian amerykańskich,
były oznakami wdzięczności od ludzi, którzy od początku stulecia
otrzymali moralne bądź finansowe wsparcie od Instytutu.
Początkowo Brooke była lekko poirytowana widokiem sępa, nawet
wypchanego, wiszącego nad jej głową. Z biegiem czasu oswoiła się
jednak z tym widokiem. Niestety w ciągu ostatnich tygodni ptaszysko
zaczęło linieć, więc codziennie rano musiała zamiatać z biurka pęki
czarnych piór.
- Brooke?
- Ach… tak. Przepraszam. Co chcesz, to znaczy, po co dzwonisz?
- Koniec z dwuznacznikami, tak? - zaŜartował, dając jej do
zrozumienia, Ŝe wie doskonale, czemu uŜyła innego sformułowania.
Brooke nie mogła się nie uśmiechnąć.
- Proszę cię, Meade. Mam na biurku tonę papierów, które muszę
jeszcze dziś przejrzeć. Jeśli chcesz umówić się na obiad…
- Właśnie po to dzwonię. Okazało się, Ŝe aŜ do jutra muszę
opiekować się moim siostrzeńcem, Kevinem.
- Tak?
- To długa historia. Jego siostra urządza dziś pierwszą imprezę z
udziałem chłopców i ostatnią rzeczą, o jakiej marzy, jest młodszy brat,
pętający się pod nogami. Kevin miał spędzić tę noc u przyjaciela, ale coś
nie wyszło. Zazwyczaj albo moi rodzice albo Kathleen wzięliby go do
siebie, lecz tym razem okazało się, Ŝe mają inne plany.
- A więc wujek Meade musi przybyć na ratunek?
- Coś w tym rodzaju. Słuchaj, wiem, Ŝe obiecałem ci kolację w
małej, przytulnej restauracji. Ale moŜe miałabyś ochotę spędzić ten
wieczór z chłopakami?
Brooke zawahała się. Nie chciała być intruzem.
- Jesteś pewien, Ŝe Kevin nie miałby nic przeciwko temu?
- CóŜ, jesteś dziewczyną…
- Coś podobnego, Meade! Kiedy to zauwaŜyłeś? - spytała słodko.
- Hm, podejrzewałem coś od samego początku. Ale zorientowałem
się dopiero wczoraj, gdy zobaczyłem cię pod prysznicem.
Brooke zadrŜała na wspomnienie tamtych chwil, gdy kochali się
obmywani strumieniami wody. Przez moment Brooke znalazła się
między chłodną, śliską ścianą wyłoŜonej kafelkami kabiny a mocnym,
parzącym wręcz ciałem Meade’a. Kontrast temperatur i rodzaj
powierzchni był niesłychanie podniecający. Nigdy do tej pory nie
wyobraŜała sobie, Ŝe mogłaby…
- O, o to mi chodziło.
- Co? - stanowczo musi coś zrobić z tą skłonnością do snucia
erotycznych marzeń. Ostatnio w trakcie korekty nowej monografii
rozmarzyła się do tego stopnia, Ŝe zaczęła nieświadomie rysować na
marginesach.
- Dźwięk, który przed chwilą wydałaś. O takim właśnie mruczeniu
mówiłem. - W głosie Meade’a słychać było rozbawienie.
- Ach, tak… Dobrze. No, niewaŜne. Mówiłeś coś na temat mojej
kobiecości?
Meade zachichotał.
- W porządku. JuŜ ani słowa więcej na temat mruczenia. Tak jak
mówiłem, w przypadku Kevina fakt, Ŝe jesteś kobietą, nie przemawia na
twoją korzyść. Jednak jest skłonny rozwaŜyć ten problem. Ma osiem lat,
więc stać go na to, zwłaszcza, Ŝe przedstawiłem cię jako swoją
przyjaciółkę. Chciałbym tylko uprzedzić cię o dwóch sprawach. Po
pierwsze, Kevin zawsze mówi to, co myśli. Po drugie, według niego miły
wieczór oznacza pójście na jakiś film sensacyjny, a potem na wyŜerkę do
najbliŜszego baru z hamburgerami. Czy więc masz ochotę przyłączyć się
do nas?
Brooke wybuchnęła śmiechem.
- To propozycja nie do odrzucenia.
O nieodpartym uroku - to określenie pasowało do ośmioletniego
Kevina Cunninghama.
- A więc, jak ci się podobał film? - spytała go Brooke. Siedzieli
przy stoliku czekając, aŜ Meade przyniesie zamówione dania.
Kevin zmarszczył piegowaty nos.
- Niezły, poza tymi kawałkami z całowaniem. MoŜna wytrzymać
jedną taką scenę, bo jest czas na pójście do toalety czy kupienie praŜonej
kukurydzy. Ale nie trzy. Trzy to o wiele za duŜo. Jasne, Ŝe zakończenie
było dobre, jak wysadzili w powietrze tę dziewczynę. - Uśmiechnął się
do Brooke, pokazując szczerbę między zębami.
- Rozumiem - Brooke skinęła głową, usiłując powstrzymać
ś
miech.
- Bohater teŜ był niczego sobie - kontynuował Kevin. - Ale nie tak
przystojny, jak wujek Meade. Wujek Meade jest kapitalny! Musi pani
koniecznie zobaczyć, jaki wspaniały bęben przywiózł mi z Brazylii.
Przed wyjazdem prosiłem go o skurczoną czaszkę, ale bęben jest duŜo
lepszy. Wie pani, Ŝe przyszedł kiedyś do mojej szkoły i miał wykład? To
było wspaniałe! Najpierw pokazywał sztuki magiczne. Takie jak ze
znikającą monetą i z ogniem płonącym na końcach palców. A potem
opowiedział, jak to jest być naukowcem i studiować rośliny w dŜungli.
Powiedział, Ŝe niektóre lekarstwa, których teraz uŜywamy, w
rzeczywistości zostały odkryte przez czarowników. Nawet siostra Mary
Agnes była rod wraŜeniem. Pozwoliła mu zostać całe przedpołudnie. Nie
mieliśmy angielskiego.
- To brzmi fantastycznie - skomentowała Brooke. Szybko stało się
dla niej jasne, Ŝe mały Kevin uwielbia wuja. ZauwaŜyła równieŜ słabość
Meade’a wobec chłopca. Meade był dla Kevina kimś więcej niŜ tylko
pobłaŜającym wujem.
Widziała, jak mały reagował natychmiast na jedno słowo czy
skinięcie głowy. Akceptował bez protestów narzucaną dyscyplinę.
- Wujek Meade mówił, Ŝe pani teŜ się trochę na tym zna -
powiedział Kevin z aprobatą w głosie. - Pracuje pani w tym, jak to się
nazywa, w Instytucie Wildmana, tak?
- Instytut Wildmana d/s Badań Ziemi - poprawiła z uśmiechem
Brooke. - Ludzie mówią na to w skrócie WIWE.
- WIWE - powtórzył chłopiec, parskając śmiechem. Następnie
zmarszczył sterczące brwi i spojrzał ciekawie na Brooke. - Jest pani
pierwszą kobietą, która zamieszkała w domu wuja - stwierdził.
- Naprawdę? - Brooke nie bardzo wiedziała, jak powinna
zareagować na tę szczerość.
- Tak - potwierdził. - Myślę, Ŝe to dlatego wszyscy ciągle o pani
mówią.
- Wszyscy? - Brooke zesztywniała,
- Uhm - Kevin ponownie skinął głową. - To między innymi
dlatego zgodziłem się, Ŝeby wujek zabrał panią razem z nami do kina i na
kolację. śebym mógł poznać panią prędzej niŜ reszta. - Oczy chłopca
zabłysły radością. - Ale się uśmieję, gdy inni dowiedzą się o tym. I moja
głupia siostra. Sara. Mówiłem pani o tej aferze, którą rozpętała, bo nie
chciała, Ŝebym był w domu w czasie tego jej idiotycznego przyjęcia. I tak
bym nie poszedł, nawet gdyby mnie zaprosiła. Ha! Na pewno oszaleje,
gdy powiem jej, Ŝe panią poznałem. Mama teŜ, załoŜę się. I ciocia
Kathleen. I moŜe nawet babcia O’Malley!
Brooke miała wraŜenie, Ŝe straciła wątek. Właściwie nawet kilka
wątków.
- Dlaczego miałyby oszaleć? - zaczęła.
- Bo, tak jak juŜ mówiłem, bardzo się panią interesują -
poinformował ją chłopiec, pochylając się do przodu. - Wszystko zaczęło
się od pani spotkania z dziadkiem O’Malleyem. Polubił panią. A pani
jego teŜ polubiła?
- Tak, jasne, Ŝe tak - przyznała Brooke. - Ale…
- To dobrze. - Chłopiec był wyraźnie zadowolony. - Babcię teŜ
moŜna lubić. Ona jest trochę spokojniejsza niŜ dziadek, ale teŜ fajna. W
kaŜdym bądź razie, jak juŜ mówiłem, wszyscy bardzo się panią
interesują. Jak mama mnie dziś przywiozła do wujka, to była trochę
wścibska. Czasami tak się zachowuje, i wujek się wtedy śmieje. Ale dziś,
myślę, Ŝe był trochę… O, wujek! Kupiłeś mi podwójne frytki?
- Podwójne frytki i potrójną porcję ketchupu - odpowiedział
Meade, stawiając na stole plastikową tacę z jedzeniem. Sam usiadł obok
Brooke, przysuwając się do niej na tyle blisko, Ŝe ich uda zetknęły się. -
Jaki według ciebie byłem dzisiaj?
- Co? - Kevin zmarszczył czoło, po czym rozchmurzył się,
uświadamiając sobie, o co został zapytany. - Myślałem, Ŝe byłeś trochę
zły, kiedy mama zaczęła wypytywać cię o panią Livingstone -
odpowiedział otwarcie.
Meade spojrzał w kierunku Brooke.
- Rozumiem - powiedział. Dziewczynie wydawało się, Ŝe usłyszała
w tych słowach ślad przeprosin. Z całą pewnością w jego oczach widać
było zatroskanie.
- Powiedziałem pani Livingstone, Ŝe wszyscy są bardzo nią
zainteresowani, bo mieszka w twoim domu - kontynuował pogodnie
Kevin. - Tak jak w tamtą niedzielę, kiedy wszyscy byliśmy na obiedzie u
dziadków, a ty wcześnie wyszedłeś, pamiętasz? Nie mówiłem ci jeszcze
o tym, ale kręciłem się koło kuchni i słyszałem, jak mama i ciocia
Kathleen, i babcia rozmawiały o tobie i o pani Livingstone. Babcia
mówiła coś o tym, Ŝe chce zaprosić panią Livingstone na kolację, a
dziadek powiedział, Ŝe nie powinna tego robić, bo to byłoby wtrącanie
się w nie swoje sprawy. A potem mówili o czymś, czego nie rozumiałem.
A potem ciocia Kathleen mówiła jakoś dziwnie o tym, Ŝe jesteś
obieŜyświatem, który nigdzie nie moŜe zagrzać miejsca. A wtedy
wszedłem do kuchni i…
- Kevin - zaczął Meade. Brooke zauwaŜyła rumieniec na jego
opalonej twarzy. Nie była pewna, czy było to spowodowane irytacją, czy
zakłopotaniem.
- No, w kaŜdym bądź razie… - kontynuował młody człowiek,
przesuwając szklankę w stronę Brooke. - Tu jest woda dla pani. Chce
pani trochę moich frytek? Mam ich duŜo.
- O, dziękuję bardzo - odparła słabym głosem Brooke, zdając sobie
sprawę, Ŝe jej twarz była bardziej zarumieniona niŜ zwykle.
- Kevin - spróbował ponownie Meade.
- TeŜ moŜesz wziąć trochę moich frytek - poinformował go
wspaniałomyślnie chłopiec. - W kaŜdym bądź razie mama się strasznie
zdenerwowała, Ŝe im przeszkodziłem, i powiedziała, Ŝe mnie zleje, jeśli
natychmiast nie wyjdę. Widziałem, Ŝe nie Ŝartuje, więc poszedłem się
bawić. - Wzruszył ramionami i zaczął odpakowywać hamburgera. - Nic
więcej nie słyszałem, wujku.
- Wujku - Meade mamrotał coś pod nosem.
- Nareszcie sami - dramatycznie oznajmił Meade trzydzieści sześć
godzin później. Siedział na sofie, trzymając Brooke na kolanach.
- Mmmm… - Brooke pochyliła ku niemu głowę, czując we
włosach dotyk jego warg. Delikatnie kąsał jej szyję, co wywoływało w
niej dreszcze. - Bardzo polubiłam twoją siostrę - powiedziała.
Mary Margaret O’Malley Cunningham była drobną, niezwykle
energiczną rudowłosą panią, o kilka lat starszą od brata. Mimo Ŝe nie
było między nimi fizycznego podobieństwa, wyczuwało się jednak silną
łączącą ich więź. Równie oczywiste, choć nieco zabawne było matczyne
traktowanie Meade’a przez Mary Margaret.
- Cieszę się - odparł Meade. - Mam jeszcze jedną siostrę, zupełnie
taką samą.
- Jak sądzisz, nie miała chyba nic przeciw temu, Ŝe Kevin zaprosił
mnie na kolację w przyszłą sobotę?
- Chyba Ŝartujesz. MoŜna by przypuszczać, Ŝe to ona namówiła
Kevina, aby cię zaprosił. Choć w takim wypadku powiedziałby pewnie
coś w rodzaju: „Moja mama chciała, Ŝebym zaprosił cię do nas, bo wtedy
wszyscy mogliby cię wreszcie poznać”.
- Hm… - odpowiedziała Brooke. Matka Kevina nie ukrywała
swego zainteresowania jej osobą. I podobnie jak u Francisa O’Malleya
ciekawość ta była zrównowaŜona niezwykłym urokiem osobistym. - Czy
rozmawiałeś juŜ o mnie ze swoją rodziną? - spytała.
Meade objął talię dziewczyny.
- Powiedziałem im, Ŝe jesteś kimś specjalnym - przyznał uczciwie.
- Powiedziałem im teŜ, Ŝe jesteś damą, która nie lubi, gdy się ją popędza.
- Och. - Przysłoniła rzęsami oczy, zastanawiając się nad tymi
słowami.
- Mam nadzieję, Ŝe zdajesz sobie sprawę z tego, co robisz? - spytał
po chwili.
- Masz na myśli to, Ŝe przyjęłam zaproszenie twojej siostry? -
Brooke odwróciła się w jego stronę.
Skinął głową.
- Wolałbyś, Ŝebym odmówiła?
Wyraz błękitnych oczu Meade’a był ciepły i bezpośredni.
- Nie - odparł szczerze. - Chciałbym, abyś poznała resztę mojej
rodziny. Są dla mnie bardzo waŜni. Ale wszyscy naraz mogą być trochę
męczący. Nie chcę, Ŝebyś czuła się… skrępowana.
- PrzecieŜ będziesz razem ze mną, prawda? - uśmiechnęła się
Brooke.
- Oczywiście - obiecał.
- Więc nie będę się czuła skrępowana - odparła.
Meade odniósł wraŜenie, Ŝe na takie słowa moŜna było
odpowiedzieć w jeden, jedyny sposób. Przytulił Brooke do siebie i
pocałował ją.
ROZDZIAŁ 8
Zapadał zmierzch. Niebo, jeszcze przed chwilą tak przejrzyście
błękitne, teraz przybrało barwę szaropurpurową. Swawolny powiew
poruszał ciepłym, czerwcowym powietrzem. Meade i Brooke siedzieli,
jak często o tej porze dnia. na porośniętej winoroślą werandzie domu, w
którym mieszkali.
Brooke była oczarowana koronkową konstrukcją budowli juŜ od
chwili, gdy w niej zamieszkała. Gdy spytała o to Meade’a, dowiedziała
się, Ŝe Sebastian Browning kazał zbudować werandę jako prezent
urodzinowy dla Ŝony.
Któregoś dnia po powrocie z pracy zastała Meade’a siedzącego na
werandzie i słuchającego Mozarta. Przeglądał stosy publikacji
przysłanych w czasie jego nieobecności. Poprosił, aby z nim została, na
co z ochotą przystała. Następnego wieczoru zaproszeniu towarzyszyła
propozycja wspólnego wypicia butelki beaujolais. Następnym razem
Brooke przyniosła ze sobą butelkę chablis i poduszki, na których moŜna
było usiąść.
Tydzień po ich pierwszej upojnej nocy Meade sprawił jej
niespodziankę, przygotowując kolację na świeŜym powietrzu. Jedli przy
stole przykrytym lnianym obrusem, zastawionym chińską porcelaną,
kryształami i świecznikami. Jak wiktoriańscy odkrywcy, według
Meade’a Ŝyjący zgodnie z zasadą wymagającą wieczorowego stroju do
kaŜdego posiłku, nawet spoŜywanego w samym środku dŜungli.
Później tańczyli przy świetle księŜyca. Brooke była oczarowana
romantycznym nastrojem wieczoru…
- A więc? - spytał Meade, obejmując prawym ramieniem plecy
dziewczyny. - Co naprawdę sobie pomyślałaś? - Wiedział, Ŝe po raz
kolejny zadawał to samo pytanie, lecz chciał się upewnić, Ŝe ten dzień
nie tylko dla niego był udany.
Brooke zaśmiała się i odchyliła do tyłu, pocierając policzkiem o
jego dłoń.
- Mówiłam ci przecieŜ w samochodzie, gdy wracaliśmy do domu.
UwaŜam, Ŝe twoja rodzina jest wspaniała. Ten dzień był cudowny.
Mówiła prawdę. Spotkanie z najbliŜszą rodziną Meade’a, jego
rodzicami, dwiema siostrami, dwoma szwagrami, pięciorgiem
siostrzeńców było męczące, lecz niezwykle ciekawe. Ona sama
wychowała się w rodzinie, w której goście byli witani ukłonem i
uprzejmym uściskiem dłoni. Ten dzień natomiast spędziła w
towarzystwie ludzi, którzy przyjęli ją niezwykle serdecznie.
- A w czasie kolacji, czy nie przeszkadzały ci wzmianki o
pieczonych szczurach? - Meade bawił się kosmykiem jej włosów,
okręcając go wokół palca.
- Ani trochę - zapewniła z uśmiechem. - śałuję tylko, Ŝe nie udało
ci się odpowiedzieć na pytanie Kevina o to, czy szczurze mięso smakuje
podobnie do kurczaka.
- Na Boga, nie mam pojęcia, skąd przyszło mu do głowy, Ŝe
kiedykolwiek jadłem szczury - Meade potrząsnął głową.
- CóŜ, być moŜe wypływa to z jego przekonania, Ŝe robiłeś w Ŝyciu
wszystko.
- Hm… - Trudno było stwierdzić, czy Meade ucieszył się, czy
zaniepokoił jej słowami.
Brooke milczała przez kilka chwil, myśląc o podziwie małego
Kevina dla Meade’a. Było to widać zarówno w oczach, jak i w brzmieniu
głosu chłopca. TakŜe dwaj bliźniacy siostry Meade’a, Kathleen, mieli w
swych brązowych oczach ten sam wyraz głębokiego uwielbienia.
Oczywiste było, Ŝe wszyscy trzej chłopcy uwaŜali swego wuja wręcz za
idola.
Te same uczucia wzbudzał równieŜ w swych nastoletnich
siostrzenicach. Obydwie dziewczynki, Alison Morelli i siostra Kevina
Sara, wkraczały właśnie w okres dojrzewania. Były wyraźnie
zaniepokojone, a jednocześnie zafascynowane zmianami zachodzącymi
w ich organizmach. Brooke obserwowała, jak delikatnie Meade odnosił
się do ich problemów. Zachowywał się tak, jakby chciał przekonać
dziewczynki, Ŝe nawet jeśli teraz są brzydkimi kaczątkami, to wkrótce
czeka je przemiana w piękne łabędzie.
Rozpamiętywała słowa jego ojca, które usłyszała kilka tygodni
wcześniej. „Powinieneś załoŜyć rodzinę. Swoją własną rodzinę”.
Francis O’Malley miał rację. Po spędzeniu całego dnia w
towarzystwie Meade’a, Brooke była tego pewna jak nigdy przedtem.
Meade zaczął gładzić ramię dziewczyny. Biała, niemalŜe
przezroczysta bluzka, którą miała na sobie, była wykończona
elastycznym ściągaczem wokół szyi. MęŜczyzna powoli zsunął jedno
ramiączko.
- Wiesz - powiedział wreszcie - usłyszałem fragment rozmowy w
kuchni między tobą a moimi siostrami.
- Tak? - poczuła chwilowy niepokój. Jedną z rzeczy, o których
wówczas rozmawiały, był stosunek Meade’a do dzieci. Zarówno Mary
Margaret, jak i Kathleen wygłosiły wręcz hymny pochwalne na cześć
brata. - Nauczyłeś się tego od Kevina?
- CzyŜbyś miała zamiar dać im klapsa? - odparł.
- No cóŜ… - Brooke zaczęła rozwaŜać i taką moŜliwość.
- CzyŜbyś i ty zaczynała mieć jakąś obsesję?
- Obsesję? I to mówi ktoś, kto opowiadał paniom z klubu
botanicznego, jak hodować afrodyzjaki w ogródku przydomowym?
Brooke miała wraŜenie, Ŝe się zarumienił. Lecz nie była tego
pewna przy zapadającym zmroku.
- Co? - spytał. - Kto ci o tym powiedział?
- Twoja siostra, Mary Margaret.
- Och, na Boga! - palcami lewej dłoni rozczesał włosy. - Co
jeszcze ci powiedziała? Nie, nawet nie chcę wiedzieć.
Brooke odczekała chwilę, po czym spytała niewinnie:
- A zrobiłeś to?
- Co takiego?
- Opowiedziałeś paniom z klubu botanicznego o…
- Nie.
- Nie?
Meade zamruczał coś pod nosem.
- No, niezupełnie - dodał wreszcie.
- Aha.
- Ktoś zaczął ten temat przy herbacie. Po moim wykładzie.
- Rozumiem - powiedziała niewinnie Brooke.
Meade jęknął.
- Posłuchaj, jedna z tych pań powiedziała, Ŝe słyszała jakoby
Panax schinseng, to znaczy Ŝeń-szeń, moŜe spowodować u jej męŜa
pewnego rodzaju… hm… powiedzmy, większą ochotę na te rzeczy.
Wyjaśniłem więc, Ŝe niektórzy ludzie wierzą, iŜ Ŝeń-szeń ma dodatni
wpływ na męską potencję. Powiedziałem jej równieŜ, Ŝe to tylko
ciekawostka, nie poparta Ŝadnymi badaniami.
- Och.
- Rozczarowana?
- Niezupełnie - odrzekła Brooke. Spojrzenie, jakim go obdarzyła,
było prowokujące. - śadne doświadczenia osobiste, tak?
- Nie z Ŝeń-szeniem - uśmiechnął się.
Nastąpiła chwila ciszy. Brooke usiadła wygodniej, potrącając przy
tym prawe udo Meade’a.
- Mówiłeś coś o siostrach? - przypomniała mu wreszcie.
W końcu nie miało to takiego znaczenia, czy słyszał ich rozmowę
o dzieciach. Znał uczucia sióstr wobec dzieci.
- Ach, rzeczywiście. - Delikatnie pieścił jej gładkie ramię. -
Zdawało mi się, Ŝe słyszałem, jak rozmawiacie o… o zombie.
- Zom… - powtórzyła bezmyślnie, po czym roześmiała się. - Och,
tak. Pamiętasz, jak przysłałeś bliźniakom indiańskie naszyjniki z
Brazylii?
Meade zdziwił się, nie widząc Ŝadnego związku między jednym a
drugim. Dostał te ozdoby od szamana plemienia Kamaiura. Znał on wiele
sztuczek, lecz umiejętność przeistaczania się w zombie nie była jedną z
nich.
- A więc - kontynuowała Brooke - chłopcy uznali widocznie, Ŝe
naszyjniki mają moc przemieniania ich w zombie.
- Mówisz powaŜnie? - spytał z powątpiewaniem Meade.
- Oczywiście. Kathleen opowiadała, Ŝe przez dwa tygodnie
bliźniaki zabawiały się w oŜywione duchy. Wreszcie znudzili się i
oznajmili, Ŝe czar nie działa. Powiedziałam jej, Ŝe straciła wspaniałą
okazję.
- Jaką? MoŜliwość zarobienia forsy za sprzedaŜ praw autorskich
jakiejś wytwórni?
- Nie - zaśmiała się Brooke. - O ile się orientuję, kaŜdy zombie ma
nad sobą starszego zombie, prawda?
- Nie jestem specjalistą od voodoo.
- Być moŜe. W kaŜdym razie z artykułu, który czytałam, wynikało,
Ŝ
e zombi powinien być posłuszny swemu władcy Powiedziałam więc
Kathleen, Ŝe powinna oznajmić Joeyemu i Paulowi, Ŝe to ona jest tym
władcą, a wówczas…
- Wówczas musieliby myć ręce i sprzątać swój pokój bez
protestów - dokończył Meade z szelmowskim grymasem. - Jesteś
niezwykle przebiegła, kochanie.
- Robię, co mogę - powiedziała skromnie Brooke.
Było coraz ciemniej i Brooke błądziła palcami po koszuli Meade’a.
Łagodny letni powiew poruszał bluszczem oplatającym werandę.
- ZauwaŜyłem, Ŝe duŜo rozmawiałaś z moją matką - Meade
przerwał ciszę.
Brooke zatrzymała rękę. Ze wszystkich członków jego rodziny,
największą sympatią darzyła jego matkę. Eleni O’Malley była
niewysoką, silną kobietą o przyprószonych siwizną włosach i bystrych
oczach. Dopóki się nie uśmiechała, wyglądała zupełnie przeciętnie. Ale
uśmiech powodował, Ŝe stawała się piękna. Była osobą spokojną,
znacznie spokojniejszą niŜ jej mąŜ, jak słusznie zauwaŜył Kevin. W tym
spokoju kryła się jednak siła i niezwykły urok.
- Brooke? - Meade przykrył dłoń dziewczyny.
- Jeśli masz na myśli rozmowę, którą przeprowadziłyśmy, gdy ty
grałeś w piłkę, to dyskutowałyśmy właśnie o tobie - odparła Brooke. Ich
palce spotkały się.
- Tak?
- Hm… powiedziała mi, Ŝe kiedy byłeś mały, często uciekałeś z
domu.
- To prawda - powoli przyznał Meade. - Ale zawsze wracałem. A
poza tym, to właściwie nie były ucieczki. UŜyłbym raczej określenia
„wyprawy badawcze”. Chciałem dowiedzieć się, co jest na zewnątrz.
- Twoja matka powiedziała, Ŝe dlatego pozwolili ci na podróŜe z
profesorem Browningiem. - Eleni O’Malley mówiła równieŜ, Ŝe chcieli
w pewnym sensie podzielić się swym synem z człowiekiem, który nie
miał własnych dzieci. - Ja… niewielu rodziców byłoby stać na coś
takiego.
- Miałem szczęście - odparł zwyczajnie Meade. - Dobrze trafiłem.
- Ona… - Brooke była zaskoczona. - Twoja matka uŜyła tego
samego słowa.
- Jakiego? Szczęście?
- Tak. Powiedziała, Ŝe ma szczęście, mając ciebie i twoje siostry. -
Brooke była zdziwiona takim stawianiem sprawy. Większość matek,
które znała, nie myślała w taki sposób. Matki te kochały oczywiście swe
dzieci; ale wszystkie uwaŜały posiadanie potomstwa za rzecz oczywistą.
Meade przesunął dłoń z ramienia na policzek Brooke i odwrócił
twarz dziewczyny tak, by mógł spojrzeć jej w oczy.
- Czasami wszystko się udaje - powiedział łagodnie. Po czym
pochylił się i pocałował ją.
- Meade?
- Hm?
- Jest jeszcze coś…
- Wiem. Aaa… - ziewnął. - Przepraszam. Powinniśmy wejść do
domu. Daj mi tylko kilka minut na odzyskanie siły.
Brooke zaśmiała się lekko i pocałowała go w szyję. Poczuła słony
smak potu.
- Nie. Jeśli chcesz, moŜemy tu spędzić całą noc. Zastanawiałam się
tylko nad czymś, co powiedział Kevin.
Meade uniósł głowę i spojrzał na dziewczynę. Zawsze marzył, Ŝe
kocha się z piękną kobietą w środku podzwrotnikowego lasu. Miał
uczucie, Ŝe to pragnienie moŜe się spełnić.
- Czy to coś, co moŜe zostać uŜyte przeciwko mnie? - spytał
Ŝ
artem, muskając opuszkami ciało Brooke.
- Ja… hm… - Brooke przymknęła oczy, poddając się tej
pieszczocie. Nagle ocknęła się. - O czym mówiłam?
Meade pokazał w uśmiechu śnieŜnobiałe zęby.
- Zastanawiałaś się nad czymś, co powiedział Kevin.
- Ach, tak. Ja… kim jest Urszula?
Przez chwilę Meade był całkowicie zaskoczony. Dopiero po chwili
dotarł do niego sens pytania.
- Ach, Urszula - powiedział, przypominając sobie Ŝarty Brooke na
temat hodowli afrodyzjaków. - Tak. MęŜczyzna, z którym była hm…
związana, mieszkał kiedyś w mieszkaniu, które teraz zajmujesz.
- Hm… - Brooke domyślała się tego. - Kevin mówił, Ŝe on, Paul i
Joey czasami ją odwiedzali.
- Jasne. Urszula uwielbiała być adorowana.
- Mówił, Ŝe odwiedzali ją w twoim mieszkaniu.
- Zazdrosna?
Brooke zastanowiła się. Czy była zazdrosna? Tak, oczywiście, Ŝe
była. Wiedziała, Ŝe nie jest pierwszą kobietą w Ŝyciu Meade’a. I
pogodziła się z tym. Ale Urszula była inna. Kevin rozpromienił się wręcz
na jej wspomnienie.
- Jestem tylko ciekawa - powiedziała wreszcie. - Kevin wyraŜał się
o niej w pewien szczególny sposób.
- Był jednym z jej największych wielbicieli. Nie miał nawet nic
przeciwko temu, Ŝe lubiła go ściskać.
- Ściskać?
- Tak. Urszula była pod wieloma względami do ciebie podobna.
- Do mnie? - czegoś takiego nie spodziewała się usłyszeć.
- Taaak. Była niezwykle… zwinna - sięgnął niŜej.
Zwinna? - Brooke poczuła jego pieszczoty.
- Wijąca się - powiedział powoli. Dotyk jego dłoni był jeszcze
wolniejszy.
- Wi… wijąca się.
- Lśniąca.
- Lśniąca?
- Uwielbiała, gdy się ją dotykało…
Brooke zagryzła wargi, próbując powstrzymać jęk rozkoszy.
- Alison i Sara uwaŜały, Ŝe była śliska. - Meade zniŜył głos.
- Co? - Brooke odrzuciła do tyłu głowę i chwyciła jego
przedramię.
- Oczywiście, Ŝe nie była. - Pocałował jej podbródek. - Jednak była
zimnokrwista.
- Zimno… - Brooke usiłowała złoŜyć te szczegóły w całość.
Przypominało to próbę skompletowania układanki podczas trzęsienia
ziemi. - Ty chyba… Meade! Mówisz o niej w taki sposób, jakby była
węŜem!
- Bo rzeczywiście nim była - uśmiechnął się szelmowsko.
Chrzest małego Jonathana Wildinga odbył się następnego dnia,
późnym popołudniem. Brooke była zdania, Ŝe chłopczyk sprawował się
wspaniale, mimo donośnego krzyku w najbardziej podniosłym momencie
uroczystości. Było to jednak całkowicie zrozumiałe i w związku z tym
wybaczalne,
- Na pewno myślicie sobie, Ŝe wy zareagowalibyście ze stoickim
spokojem, gdyby ktoś zbudził was, lejąc na głowę zimną wodę? - Brooke
zwróciła się z tym pytaniem do Ethana i Meade’a. Po ceremonii w domu
Wildingów odbywało się skromne przyjęcie. Obydwaj męŜczyźni
wymieniali Ŝartobliwe uwagi na temat silnych płuc małego Jonathana.
- Czy nie zachowałeś się podobnie wobec mnie w college’u? -
Meade spytał Ethana.
- Co? Zbudziłem cię, lejąc ci wodę na głowę? - usiłował sobie
przypomnieć Ethan. - Wiesz, chyba masz rację. Zdaje mi się, Ŝe coś
takiego wydarzyło się w czasie sesji po pierwszym semestrze. Uczyłeś
się przez dwie noce i nie mogłem dobudzić cię na egzamin z literatury.
- I co? Zareagowałem z zimną krwią?
- CóŜ, o ile mnie pamięć nie myli, prawie złamałeś mi nos.
- Ale na pewno nie wrzeszczałem - Meade wykonał obronny gest
ręką.
- Nie, chyba nie - powiedział wolno Ethan, - Wydaje mi się, Ŝe to
ja byłem tym, który wrzeszczał.
- Niedaleko pada jabłko od jabłoni - zacytował Meade.
- O, czyŜby? - Brooke usiłowała powstrzymać śmiech.
- A oto gwiazda dzisiejszego przedstawienia - ogłosiła Jazz,
pojawiając się z synem.
- A co się stało z jego strojem koronacyjnym? - spytał Meade,
obserwując swego chrześniaka. Niezwykle delikatnie pogładził pulchny
policzek niemowlęcia.
- Masz na myśli ubranie do chrztu, ty grecko-irlandzki
barbarzyńco? - zaŜartował z bostońską wyniosłością Ethan.
- Wszystko jedno. Szaty cesarskie. - Meade puścił oko do Brooke.
- Cały ten biały kłąb materii, w który to biedne dziecko było zawinięte.
- Mówisz o tradycjach rodzinnych Wildingów - powiedziała Jazz z
dumą w głosie. - Ethan teŜ miał to kiedyś na sobie.
- Naprawdę? Ethan w dziedzicznych koronkach? - Meade uniósł
brwi. W jego głosie brzmiała ciekawość, jakby chciał zobaczyć zdjęcie,
upamiętniające tamto wydarzenie.
- Dziękuję ci, kochanie - sucho zwrócił się do Ŝony Ethan.
- Zawsze do usług - odparła z filuternym uśmiechem, po czym
spojrzała na Brooke. - Czy zechciałabyś potrzymać go przez chwilę?
- Oczywiście. - Brooke ostroŜnie wzięła w ramiona śpiące
niemowlę i przytuliła je do siebie. Przesunęła palcem po meszku
rudoblond włosów. Nagle chłopczyk podniósł delikatne powieczki,
spojrzał na dziewczynę ogromnymi, błękitnymi oczami, po czym ziewnął
szeroko. Brooke uśmiechnęła się do malca i łagodnym głosem
wyszeptała jego imię.
- Domyślam się, Ŝe twój pierworodny będzie nosił wyłącznie
paciorki i pióra, a chrzest odbędzie się przez zanurzenie w Amazonce? -
zwrócił się do Meade’a Ethan, trącając go przy tym łokciem.
Meade przyglądał się Brooke. Jej blond włosy zostały gładko
zaczesane i upięte w kok. Miała przepiękny profil. Zarys jej pełnych
warg był tak uroczy, jak poranek w letni dzień.
„Tak”, pomyślał. „O tak”.
- Kto wie - odpowiedział przyjacielowi.
Gdy wracali do domu, Brooke poczuła dziwny niepokój. Po drodze
rozmawiali niewiele. Jej towarzysz wydawał się spięty i nieobecny
myślami. Po kilku nieudanych próbach nawiązania rozmowy Brooke
zamilkła takŜe. MoŜe to i lepiej, pomyślała. O ile Meade doskonale
maskował swoje uczucia, to z jej twarzy zawsze moŜna było wszystko
wyczytać. Dojechali wreszcie do domu.
- Skończyłam juŜ czytać szkic twego wykładu - dziewczyna
spróbowała po raz kolejny. - MoŜe masz ochotę wejść?
- Jasne - zgodził się, kiwając głową. Ręce trzymał w kieszeniach
spodni. - Pozwól tylko, Ŝe się przebiorę.
- OK.
Gdy otwierała drzwi, zadzwonił telefon. Brooke pobiegła do
kuchni i podniosła słuchawkę.
- Halo?
- Brooke?
- Witam, mamo - odpowiedziała, niezbyt zaskoczona. Matka
dzwoniła do niej prawie co tydzień. Brooke zsunęła buty i rozprostowała
palce.
- Gdzie byłaś, kochanie? Od wielu godzin usiłuję się do ciebie
dodzwonić.
- Byłam na chrzcie. Pamiętasz, mówiłam ci, Ŝe będę matką
chrzestną.
- Och, tak. Rzeczywiście. Dziecka, któremu pomogłaś przy
narodzinach.
- Zgadza się.
- Wiesz, Brooke, myślałam o tym. To musiało być dla ciebie
straszne przeŜycie.
Mogła znieść współczucie, lecz nie litość. Matka nieustannie
uŜalała się nad nią, biedna Brooke, biedna bezpłodna Brooke. To był
jeden z powodów jej wyjazdu z Connecticut.
- Co musiało być tak straszne? Pomoc przy narodzinach Jonathana,
czy zostanie jego matką chrzestną? - Brooke zdawała sobie sprawę z
tego, Ŝe jest niesprawiedliwa, lecz nie mogła się powstrzymać przed
złośliwością.
- CóŜ, chyba jedno i drugie.
- Nie byłam sama, mamo.
- Mówisz o tym antropologu, z którym ostatnio mieszkasz?
- On jest etnobotanikiem. - Brooke postanowiła nie komentować
określenia „mieszkasz”.
- Tak… tak. Czy on wie o tym, kochanie. To znaczy o twoim…
problemie?
Brooke zacisnęła palce na słuchawce.
- Nie. Nigdy o tym nie rozmawialiśmy. On i ja… nie.
- Czy to jeden z tych męŜczyzn, którzy nie chcą mieć dzieci?
- Mamo - pomyślała o tym, jak Meade zachowuje się w
towarzystwie swych siostrzeńców i siostrzenic. I przy Jonathanie.
Pomyślała o tym, co usłyszała poprzedniego dnia od jego siostry. O
podsłuchanej rozmowie z ojcem.
- To robi róŜnicę, kochanie.
- Wiem, Ŝe to robi róŜnicę! - wykrzyknęła Brooke. - Mamo, nie
chcę o tym rozmawiać. Rozumiesz? Proszę, nie mówmy o tym.
Na drugim końcu linii zaległa cisza.
- Doskonale - powiedziała wreszcie matka. - Nie będziemy o tym
rozmawiać. Nie chciałam cię zdenerwować.
Brooke westchnęła.
- Wiem, mamo, wiem. Nie chciałam cię urazić. To tylko… och,
niewaŜne. Czy zadzwoniłaś z jakiegoś konkretne go powodu?
Kolejna chwila ciszy.
- Mamo?
- Nie jestem pewna, czy powinnam ci teraz o tym mówić.
- Oczywiście, Ŝe powinnaś - odparła, czekając w napięciu.
- Właściwie, to twoja siostra mi o tym powiedziała.
- Co się stało, mamo?
- Mówiła, Ŝe powinnaś dowiedzieć się o tym od kogoś z rodziny.
Chodzi o Petera.
Brooke przełknęła ślinę i milczała przez kilka sekund.
- Co z Peterem? - spytała wreszcie. Nigdy nie powiedziała matce
całej prawdy o przyczynach rozpadu ich małŜeństwa.
- Jego Ŝona jest w ciąŜy, kochanie.
Brooke po raz kolejny poczuła ukłucie w sercu. Zamknęła oczy.
- To kolejny dowód na to, Ŝe z mojej winy nie mieliśmy dzieci,
prawda? - odparła z goryczą. - Peter jest z pewnością bardzo, bardzo
szczęśliwy.
- Brooke…
„Dlaczego? Naprawdę chcesz wiedzieć, dlaczego? Bo jestem
męŜczyzną, a ty nie moŜesz dać mi tego, czego potrzebuję! Nie potrafisz
dać mi syna i nie potrafisz dać mi satysfakcji w łóŜku! Jesteś nie tylko
bezpłodna, ale takŜe oziębła!”
To tylko część prawdy. Co do jednego Peter nie miał racji i Brooke
wiedziała o tym. Nie była oziębła.
Ale była…
- Brooke…
- Cieszę się, Ŝe mi o tym powiedziałaś, mamo - uprzejmie
powiedziała Brooke. - Ale teraz muszę juŜ kończyć.
- CóŜ…
- Ucałuj tatę. Wkrótce do ciebie zadzwonię.
- Czy wszystko…
- Nic mi nie jest, mamo. Naprawdę. Po prostu muszę kończyć.
Czekam na kogoś.
- CóŜ, jeśli jesteś pewna…
- Jestem. Dobranoc, mamo.
- Dobranoc, Brooke.
Brooke odłoŜyła słuchawkę. Cała się trzęsła ze zdenerwowania.
- Brooke?
DrŜenie ustąpiło. To był głos Meade’a dochodzący z salonu.
- Jestem w kuchni - starała się zapanować nad swym głosem.
Meade wszedł w chwilę później. Jego widok wstrząsnął nią tak
bardzo, Ŝe prawie ugięły się pod nią kolana.
- Myślałam, Ŝe poszedłeś się przebrać - powiedziała.
Meade wciąŜ miał na sobie elegancki, granatowy garnitur.
Ten sam, co wówczas, gdy przyniósł jej kwiaty. Potrząsnął
przecząco głową.
- Doszedłem do wniosku, Ŝe to, co chcę ci powiedzieć, wymaga
oprawy -powiedział powaŜnie.
Dziewczyna, wiedziona instynktem, oparła się o blat stołu.
- Co… co chcesz mi powiedzieć? - spytała.
- Wyjdź za mnie, Brooke.
ROZDZIAŁ 9
„Wyjdź za mnie, Brooke”.
Cztery słowa. Cztery zwykłe słowa.
Brooke miała wraŜenie, jakby cały świat zatrzymał się. Jej serce
takŜe przestało bić.
W pierwszej chwili czuła tylko radość.
Ale trwało to moment.
Jej serce zaczęło znowu bić. Brooke przypomniała sobie o
potrzebie oddychania.
- Wyjść za ciebie? - powtórzyła cicho. Nigdy nawet nie marzyła…
Nie, nieprawda. Marzyła, i to często!
IleŜ razy przyglądała się temu męŜczyźnie, gdy spał, i ukradkiem,
gdy byli w towarzystwie, wyobraŜając sobie. jak wyglądałoby ich
wspólne Ŝycie.
IleŜ razy, leŜąc w jego ramionach, marzyła o wspólnej przyszłości,
która nie będzie jej udziałem.
Ale on nigdy nie powiedział, nawet nie wspomniał...
I po raz kolejny Meade odgadł, gdzie biegną jej myśli.
- Wiem - powiedział, wykonując gest poddania się jakiejś potęŜnej
sile. Brooke przyglądała się jego rękom, zgrubieniom opuszek, długim,
mocnym palcom. Pamiętała ich dotyk. - Wiem, powinienem powiedzieć
to delikatniej. Przebacz mi, kochana. Nigdy jeszcze nie zrobiłem… nigdy
jeszcze nie czułem… - potrząsnął głową, oczy mu błyszczały. - Wyjdź za
mnie. Proszę. Wyjdź za mnie.
Zapadła cisza, którą przerwała Brooke.
- Dlaczego?
Meade przez chwilę wydawał się zaskoczony, jakby nie był
pewny, czy zrozumiał pytanie. Brooke wpatrywała się w małą
zmarszczkę na jego czole. I nagle rozchmurzył się.
- PoniewaŜ cię kocham - odpowiedział z prostotą. - Nigdy ci tego
nie mówiłem, prawda? Na Boga, a powinie nem. Kocham cię, Brooke.
Chcę, Ŝebyśmy byli razem. Mieli rodzinę. MoŜemy mieć wszystko,
kochanie.
Podszedł bliŜej i objął ją. Przytulił do siebie z bezgraniczną
czułością. Brooke poczuła na skroni jego wargi, muśnięcie oddechu we
włosach.
Wspólne Ŝycie. Rodzina. To były jego słowa.
- Naprawdę cię zaskoczyłem - zamruczał ze skruchą. Brooke
odniosła wraŜenie, Ŝe w jego głosie słychać było niepewność. -
Przepraszam. Chciałem to zrobić inaczej. Wracając z ceremonii,
wchodząc po schodach, wciąŜ powtarzałem w myślach to, co chcę ci
powiedzieć. Ale zamiast tego, po prostu wszedłem i wyrzuciłem z siebie
wszystko.
Brooke odwróciła głowę, pragnąc spojrzeć mu w oczy.
- Podjąłeś tę decyzję podczas chrztu? - spytała. - To wtedy…
Meade pogładził kciukiem jej plecy. Nie był w stanie zapanować
ani nad swymi dłońmi, ani nad głosem.
- To była sprawa nie tyle decyzji, co… przeświadczenia. Myślę,
Ŝ
e gdzieś w głębi duszy od samego początku wiedziałem, Ŝe to ty jesteś
tą kobietą, którą zawsze pragnąłem znaleźć, choć zacząłem juŜ wątpić w
jej istnienie. Ale dziś, w czasie chrztu, widząc cię z Jonathanem - to było
jak objawienie. Sposób, w jaki go trzymałaś w ramionach, troska w
twoich oczach. Nie zdajesz sobie nawet sprawy, jak pięknie wówczas
wyglądałaś. Cały czas myślałem o tym, co by było, gdyby Jonathan był
naszym synem. WyobraŜałem sobie… na Boga, niewiele brakowało, a
poprosiłbym cię o rękę właśnie tam.
- Meade…
- A wczoraj, gdy byliśmy u moich rodziców… - pochylił głowę i
ucałował jej wargi. - Wyjdź za mnie - nalegał miękko, obsypując kąciki
jej warg pocałunkami lekkimi, jak muśnięcie motyla. Brooke nie mogła
powstrzymać jęku rozkoszy.
„Wyjdź za mnie” - brzmiały jego słowa.
„Bądź moją Ŝoną, matką moich dzieci” - to właśnie miał na myśli.
Zaczerpnęła głęboko powietrza, próbując opanować skutki jego
pieszczot. Tlen wypełniający płuca zdawał się palić jej wnętrze.
- Nie mogę - wyszeptała sucho.
Miała wraŜenie, Ŝe dotarł do niego tylko dźwięk, a nie treść słów.
Meade uniósł gwałtownie głowę i spojrzał jej w oczy. Zatrzymał ręce,
jeszcze przez chwilę gładząc jej plecy.
- Co? - spytał.
- Nie mogę cię poślubić, Meade.
Zbladł pod opalenizną. Jego twarz wyraŜała ból, jakby przed
chwilą otrzymał silny cios.
- Dlaczego?
- Bo… - powinna mu powiedzieć. Powinna mu powiedzieć to
teraz. A jeśli to zrobi?
Meade nie odrzuciłby jej w taki sposób, jak uczynił to Peter. Była
o tym przekonana. Nie, to, co by zrobił, byłoby gorsze, znacznie gorsze.
Powiedziałby jej, Ŝe to nie ma znaczenia. śe ją kocha i mimo
wszystko pragnie poślubić. śe posiadanie dzieci nie jest dla niego aŜ tak
istotne. Powiedziałby jej to wszystko. i być moŜe nawet sam by w to
uwierzył... na jakiś czas.
Ale ona by w to nie uwierzyła.
Brooke doskonale wiedziała, jak bolesne jest marzenie o
posiadaniu dzieci i niemoŜność zrealizowania tego pragnienia. Nie
mogła świadomie przenieść tego bólu na męŜczyznę, którego kochała. A
kochała Meade’a O’Malleya.
Wcześniej nie przyznawała się do tego nawet przed sobą, ale teraz
to do niej dotarło. Zakochała się w nim juŜ w chwili, gdy go ujrzała po
raz pierwszy.
- Brooke?
- Meade, nie - powiedziała, potrząsając głową. - Nie mogę.
- Nie mogę to jeszcze nie powód! - Bladość jego twarzy ustąpiła
miejsca rumieńcowi gniewu.
- Proszę.
- Co, proszę? - zapytał. Z jego oczu leciały szafirowe skry. -
Brooke, czy ty mnie kochasz?
Pytanie to prawie ją załamało.
- Tak, kocham cię! - Dobry BoŜe, nigdy nie sądziła, Ŝe stać ją
będzie na tak silne uczucie w stosunku do kogokolwiek.
Zobaczyła, jak muskuły w jego szczupłej twarzy zadrgały.
- Kochasz mnie - powtórzył z trudem. - Ale niewystarczająco, aby
mnie poślubić, czyŜ nie?
Brooke nie chciała, aby zobaczył jej twarz. Pochyliła głowę, Z
jakiegoś niewiadomego powodu jej pamięć przywołała wspomnienie
tamtej nocy, gdy usiłowała wyjawić mu prawdę o sobie i swoim
małŜeństwie, a on ją przed tym powstrzymał.
Co mogła mu powiedzieć? śe kocha go zbyt mocno, aby go
poślubić?
Meade chwycił dwoma palcami jej brodę tak, Ŝe musiała patrzeć
mu w oczy.
- Czy tak jest? - spytał ostro. - Kochasz mnie wystarczająco na to,
aby być moją kochanką, lecz za mało, aby zostać Ŝoną? Kochasz mnie na
tyle mocno, Ŝe moŜemy dzielić łóŜ ko, ale nie Ŝycie.
- Meade…
Puścił ją i cofnął się o krok. Dłonie miał zaciśnięte w pięści.
- Do diabła, powiedz mi wreszcie, dlaczego?
- Nie mogę.
- To znaczy, Ŝe nie chcesz.
Zdesperowana, powiedziała pierwszą rzecz, która przyszła jej do
głowy.
- Byłam juŜ kiedyś męŜatką… - przerwała na widok zaskoczenia w
jego oczach.
- CzyŜbyś sądziła, Ŝe małŜeństwo ze mną będzie podobne do
tamtego? - spytał strasznym głosem. Zaklął wulgarnie i odwrócił się.
Zanim Brooke zorientowała się co zaszło, jego juŜ nie było.
- Meade! - zawołała. O BoŜe, BoŜe, co ona takiego zrobiła!
Udało się jej jakoś dotrzeć na podest piętra. Meade był juŜ przy
drzwiach wyjściowych.
- Meade! - Tym razem jego imię z trudem przedarło się przez
ś
ciśnięte gardło.
Otworzył kopnięciem drzwi.
- Dokąd idziesz?
Usłyszał, lecz nie odwrócił się.
- Byle dalej stąd - brzmiała odpowiedź.
Zatrzasnął za sobą drzwi z taką siłą, Ŝe cały dom zatrząsł się w
posadach. W chwilę później Brooke usłyszała odgłos odjeŜdŜającego
samochodu.
Tej nocy Meade nie wrócił do domu.
Brooke stała na schodach i czekała… czekała…
Z początku płacz przynosił jej ulgę. Łkała, usiłując ukoić ból i
poczucie winy, złość i rozpacz. Pomagało. Ale po kilku godzinach
okazało się, Ŝe zabrakło jej łez. Czuła bolesną pustkę.
Cały dom zdawał się cierpieć wraz z nią.
WciąŜ pamiętała twarz Meade’a, gdy spytał, czy małŜeństwo z nim
będzie podobne do małŜeństwa z Peterem.
WciąŜ słyszała ten ból w jego głosie.
Wpatrywała się w drzwi wejściowe, wciąŜ słysząc huk. z jakim
zatrzasnął je za sobą.
„Dokąd idziesz?”
„Byle dalej stąd”.
PrzecieŜ musiał wrócić.
Jeśli nie wróci… ona musi go odnaleźć.
Następnego ranka Brooke zdecydowała się pójść do pracy. Być
moŜe, przekonywała samą siebie, być moŜe Meade pojawi się w WIWE.
Zrobiła co tylko było w jej mocy, aby ukryć skutki bezsennej nocy.
Lecz bez względu na to, jak grubą warstwę pudru nałoŜyła, jej twarz
wciąŜ była wymizerowana.
„Dokąd idziesz?”
„Byle dalej stąd”.
Usiłowała nie myśleć o tym, Ŝe dla Archimedesa Xaviera
O’Malleya mogło to oznaczać kaŜdy zakątek kuli ziemskiej. KaŜdy.
Próbowała o tym nie myśleć… ale weszła do jego mieszkania, by
sprawdzić, czy paszport wciąŜ leŜy w szufladzie. Wiedziała dokładnie,
gdzie go szukać. Któregoś dnia, gdy rozmawiali o jego podróŜach,
pokazywał jej ten dokument.
LeŜał tam wciąŜ, z pozaginanymi rogami i poplamionymi
stronami. Pełen egzotycznie wyglądających stempli granicznych i
zaświadczeń o szczepieniach. Dotknęła niebieską ksiąŜeczkę z taką
czułością, z jaką dotykała jej właściciela.
Notatka, pomyślała. Powinna zostawić notatkę, na wypadek,
gdyby Meade wrócił, a jej by nie było w domu. Trzęsącymi się palcami
szukała kartki i długopisu. Napisała jego imię, potem trzy zdania i
podpisała się.
Proszę, modliła się, czytając to, co napisała. Proszę.
Nagły dźwięk telefonu przestraszył ją tak, Ŝe prawie podskoczyła.
Podniosła słuchawkę.
- Halo? - powiedziała i wstrzymała oddech.
- Halo? - usłyszała czysty, chłopięcy głos.
- Kevin? - Brooke cięŜko wypuściła powietrze.
- Pani Livingstone? - chłopiec był zdziwiony i uradowany
zarazem.
- Tak, to ja.
- Jak to się dzieje, Ŝe odebrała pani telefon u wujka?
- Słyszałam dzwonek, więc odebrałam.
- Macie ten sam numer telefonu? To dlatego, Ŝe mieszkacie w tym
samym domu? - spytał po chwili przerwy.
- Nie, Kevin, nie.
- Och, myślałem tylko… co? Poczekaj proszę chwilę. - Z drugiego
końca linii dochodziły jakieś niewyraźne dźwięki. - Wcale się nie
narzucam, Saro! Wujek Meade mówił, Ŝe mogę do niego zadzwonić.
Tak, tak powiedział. I mama teŜ się zgodziła. Co? Rozmawiam z panią
Livingstone. Hm? Nie! Wynoś się! Nigdy nie pozwalasz mi… no dobrze,
OK. zgoda - znów niewyraźne głosy. - Pani Livingstone?
- Tak, wciąŜ jestem.
- To była moja głupia siostra, Sara. Prosi, Ŝeby panią pozdrowić.
- Pozdrów ją, proszę, ode mnie.
- Jasne. To znaczy, o ile jeszcze ze sobą rozmawiamy. Wie pani,
wujek Meade mówił, Ŝe ja, Joey i Paul powinniśmy być wyjątkowo mili
dla Sary i Alison, bo przechodzą właśnie ten, jak to powiedzieć… okres
dojrzewania. No, nie wiem. To znaczy, wujek Meade mówił, Ŝe to jest
normalne, Ŝe one się tak zachowują, ale… - Brooke niemalŜe widziała,
jak jej mały rozmówca marszczy z niesmakiem piegowaty nos. -
NiewaŜne. Chciałbym porozmawiać z wujkiem Meade’em.
Brooke wiedziała, Ŝe taka prośba padnie prędzej czy później.
- Nie ma go teraz w domu.
- O? Jak to?
- Wyszedł.
- Pobiegać? Czasami robi to w…
- Nie, nie pobiegać - przerwała szybko. Coś przyszło jej do głowy.
- Czy… czy mieliście na dzisiaj jakieś wspólne plany?
- Nie - padła posępna odpowiedź. - Ale mówił, Ŝe moglibyśmy się
gdzieś wypuścić w tym tygodniu. Byle nie w środę. W środę idę z tatą na
baseball. Tata i ja mamy swoje męskie wyjścia, wie pani? Tyko on i ja.
Bez Sary. Boja myślę, Ŝe ona doprowadza go teŜ do szału, tylko Ŝe on nie
moŜe jej tego powiedzieć, bo wtedy ona mogłaby dostać tego jakiegoś
kompleksu. Co za głupoty! - Chłopiec westchnął cięŜko. - Bzdury.
Szkoda, Ŝe wujka nie ma w domu. MoŜe mu pani powiedzieć, Ŝe
dzwoniłem? To znaczy, jak wróci do domu. Proszę.
- Wychodzę teraz do pracy, ale zostawię mu wiadomość, dobrze? -
odpowiedziała Brooke, usiłując mówić normalnym głosem.
- Jasne, w porządku. - Najwyraźniej spodobał mu się ten pomysł. -
Niech mu pani napisze, Ŝe proszę go o telefon, dobrze? Dziękuję.
- Proszę bardzo.
- Proszę pani?
- Tak, Kevinie?
- Czy dobrze się pani czuje? Mówi pani takim dziwnym głosem.
Brooke niespodziewanie odkryła, Ŝe nie udało się jej jeszcze
wypłukać wszystkich łez. Wytarła palcami oczy.
- Nic mi nie jest - skłamała, mając nadzieję, Ŝe mówi to z
większym przekonaniem niŜ kiedyś, w mieszkaniu Meade’a.
Tego dnia Meade nie pokazał się w WIWE, byli tam jednak jego
róŜni znajomi. Brooke próbowała, tak dyskretnie, jak tylko mogła,
dowiedzieć się, czy ktoś widział go od poprzedniej nocy. Niestety,
bezskutecznie.
- Meade O’Malłey? - odparł któryś z uśmiechem podziwu i lekkim
wzruszeniem ramion. - AŜ do wczoraj nie wiedziałem nawet, Ŝe wrócił
juŜ z Brazylii. Przysięgam, ten facet pojawia się i znika jak klucz
wędrownych gęsi. Tylko Ŝe klucz gęsi przemieszcza się według pewnego
wzoru, a Meade… Słyszałaś, jak kiedyś…
Brooke słyszała i to od wielu juŜ osób. Początkowo nie wierzyła w
te opowieści, ale teraz…
Zadzwoniła do niego do domu, później do biura. Powtarzała te
czynności wielokrotnie. I za kaŜdym razem wsłuchiwała się w nie
kończący się, regularny sygnał. Bez odpowiedzi.
„Dokąd idziesz?”
„Byle dalej stąd”.
- Byle dalej ode mnie - wyszeptała z rozpaczą, po raz kolejny
odkładając słuchawkę. Było juŜ popołudnie. Od cza su, gdy po raz
ostatni go widziała, minęły prawie dwadzieścia cztery godziny.
Podniosła głowę i spojrzała na wypchanego sępa, wiszącego jak
zwykle pod sufitem. Złowieszczo wyglądający przykład sztuki
anonimowego rzemieślnika przypatrywał się jej uwaŜnie swymi
szklanymi oczami, kołysząc się lekko na swej uwięzi.
A jeśli coś mu się stało? - spytała samą siebie, zagryzając dolną
wargę. A jeśli jest… ranny?
- Brooke?
Dziewczyna niemal podskoczyła. W drzwiach pokoju stał Daniel
Quincy, trzymając w ręku stertę papierów.
- Tak, panie Quincy? - spytała z niepokojem. Wiedziała, Ŝe juŜ
rano musiał zauwaŜyć jej podkrąŜone oczy i bladość twarzy. Ale, poza
narzekaniem na temat ilości unoszących się w powietrzu pyłków
kwiatowych, nie usłyszała Ŝadnego komentarza dotyczącego jej wyglądu.
I była wdzięczna star szemu panu za delikatność.
Siwowłosy męŜczyzna wszedł do pokoju i połoŜył na biurku
trzymane w ręku papiery.
- To wstępny szkic Meade’a na temat dorzecza Xingu - wyjaśnił. -
Gdy będzie pani miała wolną chwilę, prosiłbym o zrobienie dwóch kopii.
- Oczywiście - Brooke wstała z fotela.
- Proszę mi powiedzieć, czy miała pani swój udział w
przygotowaniu tych materiałów?
- CóŜ - nie była całkowicie pewna, czy właściwie zrozumiała
pytanie. - Meade prosił, Ŝebym to przeczytała. Zaproponowałam
wprowadzenie kilku drobnych zmian - i tyle.
- Hm. Wydawało mi się, Ŝe zauwaŜyłem wpływ pani zręcznego
pióra.
- Dziękuję. - Komplement zaskoczył ją i wzruszył.
- Proszę bardzo. - Na twarzy Daniela Quincy zagościł cień
uśmiechu, jakby starszy pan delektował się jakimś miłym
wspomnieniem. - Pamiętam, Ŝe Gaby Browning często robiła korektę
prac Sebastiana. I całe szczęście. Ten człowiek był geniuszem w terenie.
Ale prawdę mówiąc, gdy musiał coś napisać, szło mu to jak po grudzie.
Był takŜe najgorszym mówcą, jakiego kiedykolwiek słuchałem. -
Mówiąc te słowa, Daniel odwrócił się do wyjścia.
Brooke pochwyciła papiery i przycisnęła je do piersi. Poczuła
pieczenie w gardle. Znała swego szefa na tyle dobrze, by wiedzieć, Ŝe
jego ostatnie zdania były czymś więcej niŜ tylko przypadkową
wzmianką.
- Proszę pana? - spytała.
- Tak? - spojrzał pytająco.
- Czy… czy rozmawiał pan dziś z Meade’em?
Daniel Quincy zastygł na moment. Uniósł srebrne, krzaczaste
brwi.
- Nie, moja droga. Niestety nie. Przykro mi. Ale jestem pewien, Ŝe
się do pani odezwie.
Brooke wróciła do pustego domu. Obydwie karteczki, które
zostawiła przypięte do drzwi, były nadal, nietknięte i przez nikogo nie
czytane.
Dziewczyna przesiedziała na werandzie kilka długich godzin,
patrząc na zachodzące słońce, zastanawiała się co robić. WciąŜ obawiała
się, czy nie przytrafiło mu się nic złego. Znalazła się w takim punkcie, Ŝe
obchodziło ją wyłącznie to, czy Meade był cały i zdrów.
No, moŜe nie wyłącznie… ale to wystarczyłoby jej na początek.
Tak bardzo go kochała! Próbowała postępować tak, jak uwaŜała,
Ŝ
e będzie najlepiej. Ale w zamian…
Brooke otoczyła się ramionami, czując chłód, pomimo panującego
upału. Coś nie wyszło. Coś się nie udało. Teraz gotowa była na kaŜde
poświęcenie, byle tylko to naprawić.
Wreszcie wstała i zadzwoniła do matki Meade’a.
Eleni O’Malley powiedziała jej, Ŝe nie miała od syna Ŝadnej
wiadomości od czasu, gdy się rozstali w niedzielę.
Brooke niewiele spała tej nocy, choć leŜała, tuląc do siebie
poduszkę przepojoną jego zapachem.
- Czy… czy wie pani, gdzie jest Meade? - z desperacją w głosie
spytała Brooke.
Obie kobiety spotkały się następnego dnia, krótko po południu.
Eleni O’Malley przyszła do Instytutu piętnaście minut wcześniej i
zaprosiła Brooke na lunch. Ta początkowo opierała się, lecz matka
Meade’a nalegała.
Starsza kobieta rozłoŜyła na kolanach papierową serwetkę.
- Nie - odpowiedziała. - Co zresztą nie jest niczym nie zwykłym.
Brooke zagryzła wargę i spuściła wzrok. Eleni zaprosiła ją do
małej restauracji, w której podawano dania przygotowane na sposób
domowy. Właściciel - „kuzyn”, jak go określiła, powitał je z otwartymi
ramionami, i to dosłownie. Zamienił z Eleni kilka zdań po grecku, a
następnie poprowadził obie kobiety do zacisznej loŜy w tylnej części sali.
Po chwili przy stoliku pojawiła się kelnerka, przynosząc wino, pieczywo
i nadziewane liście winorośli, po czym zniknęła, by się juŜ więcej nie
pojawić.
Brooke uniosła głowę.
- Gdyby pani wiedziała, czy powiedziałaby mi? - spytała.
W ciemnych oczach Eleni widać było nie skrywane współczucie.
- Tak - odpowiedziała po chwili i uniosła brwi tak, jak czynił to
Meade. - Zdawało mi się, Ŝe miałyśmy mówić sobie po imieniu,
Brooke z roztargnieniem skinęła głową. Sięgnęła do koszyka z
pieczywem i zaczęła łamać w palcach wyjętą bułkę.
- Eleni… tak… tak się boję, Ŝe coś się z nim stało - wyznała. - To
byłaby moja wina.
Eleni wyjęła pokruszoną bułkę z rąk Brooke.
- Do kłótni potrzeba dwojga - zauwaŜyła cicho. Brooke
wstrzymała oddech. - Kiedy rozmawiałyśmy wczoraj, uŜyłaś słowa
„nieporozumienie”. Myślę jednak, Ŝe zdarzyło się coś więcej.
Brooke wysypała z dłoni okruszki pieczywa. Zaufanie, którym od
pierwszej chwili obdarzyła Eleni, pomogło jej mówić szczerze.
- On… Meade oświadczył mi się - powiedziała wreszcie.
- No i? - Eleni nie wydawała się zbyt zaskoczona.
- Odmówiłam.
- Nie kochasz go? - starsza pani zmarszczyła brwi.
W słowach tych nie było oskarŜenia, lecz Brooke zareagowała
defensywnie.
- Oczywiście, Ŝe go kocham! - powiedziała gwałtownie, czując
napływające do oczu łzy. Zamrugała gwałtownie, usiłując się nie
rozpłakać. - Naprawdę go kocham - powtórzyła bardziej miękko. -
Kocham go tak bardzo…
- Ciii… - uspokajająco szepnęła matka Meade’a. Brooke wytarła
oczy papierową serwetką.
- Tak… tak mi przykro - wyjąkała.
- PrzeŜywasz to głęboko. Nie ma za co przepraszać. Miłość…
umiejętność kochania to błogosławieństwo. Choć czasem takŜe i cięŜar.
Proszę, czy moŜesz powiedzieć mi, dlaczego nie chcesz poślubić mojego
syna? - Eleni potrząsnęła głową.
Brooke zmięła serwetkę i odrzuciła ją na stół razem z kawałkami
bułki.
- PoniewaŜ nie mogę dać mu tego, czego pragnie - od rzekła z
determinacją.
Eleni była zaskoczona.
- Brookes… - zaczęła, szukając odpowiednich słów. - Brooke,
widziałam was razem. Widziałam, w jaki sposób mój syn na ciebie
patrzy, w jaki sposób ty patrzysz na niego. Przez trzy tygodnie, zanim
cię jeszcze poznałam, słyszałam, w jaki sposób o tobie mówił. I
wiedziałam, Ŝe… myślę, Ŝe wszyscy wiedzieliśmy... - przerwała i
pochyliła się. - CóŜ to takiego, czego nie moŜesz mu dać?
Brooke poczuła, Ŝe się rumieni, po czym blednie. Jak tu
odpowiedzieć na to pytanie?
„Nigdy nie bój się mówić prawdy”.
Brooke pamiętała, kiedy Meade powiedział te słowa. Tamtej nocy
nie Ŝałowała niczego…
- Eleni, nie mogę dać twojemu synowi dziecka - powie działa
cicho. - Nie mogę… nie mogę mieć dzieci.
Starsza kobieta zadrŜała, lecz nie odzywała się.
- To jeden z powodów rozpadu mojego pierwszego małŜeństwa -
kontynuowała Brooke. Zawahała się na moment. - Ty… wiedziałaś, Ŝe
byłam juŜ zamęŜna? - spytała. Jej rozwód był jedną z niewielu rzeczy, o
których nie rozmawiali z Francisem O’Malleyem w czasie ich
pierwszego spotkania.
Eleni wolno pokiwała głową. Jej zazwyczaj słodki głos wydawał
się teraz przytłumiony.
- Tak, wiedziałam. Meade powiedział o tym Francisowi wiele
tygodni temu. A Francis oczywiście powtórzył to mi. Lecz mój syn nie
mówił nic, Ŝe…
- Nie mógł. Nie wiedział… nadal nie wie. W moim małŜeństwie z
Peterem były takŜe inne problemy. Meade doskonale je rozumiał. Myślę,
Ŝ
e w pewien sposób nawet lepiej niŜ ja sama. Lecz wszystkie te
problemy… - potrząsnęła głową. - NiemoŜność zajścia w ciąŜę to tak
osobista poraŜka. Posiadanie dzieci jest czymś naturalnym. Najbardziej
oczywistym w świecie. A gdy dowiadujesz się, Ŝe to, co oczywiste, jest
dla ciebie nieosiągalne…
Spojrzała na matkę Meade’ a. Na jej twarzy nie widać juŜ było
zaskoczenia. Jego miejsce zajęło zrozumienie.
- Meade pragnie mieć dzieci - kontynuowała. - Powiedział mi o
tym.
- Pragnie równieŜ ciebie - odparła Eleni. - Powiedział ci o tym,
prosząc, abyś została jego Ŝoną.
- Ale nie wiedział o tym, Ŝe nie mogę…
- Myślisz, Ŝe gdyby wiedział, nie zaproponowałby ci małŜeństwa?
- Słowa te zabrzmiały jak wyzwanie.
- Ja…
- A gdyby było na odwrót? Gdybyś to ty wiedziała, Ŝe Meade nie
moŜe dać ci dziecka, którego tak pragniesz, a mimo to poprosiłby cię o
rękę? Czy wówczas takŜe byś mu odmówiła?
Brooke siedziała w milczeniu.
„O mój BoŜe” - pomyślała. - „Co ja zrobiłam!”
- Nie - odparła bez wahania.
To było jak objawienie. Brooke zdała sobie sprawę z tego, co
uczyniła sobie i Meade’owi. Bała się jego współczucia, bo sama nie
przestawała się nad sobą uŜalać. I bała się, bo w głębi duszy czuła, Ŝe
zasługuje na to, by zostać odrzuconą.
Mówiła sobie, Ŝe godzi się na to. Nie godziła się z niczym.
Pozwalała, by świadomość bezpłodności kierowała jej Ŝyciem. Miała
wręcz obsesję na tym punkcie!
- Och, och, Eleni… - spojrzała na matkę Meade’a.
- Wiem - czule odparła starsza pani. - Wiem.
Brooke uwierzyła w to. Nie wiedziała dlaczego, lecz uwierzyła.
- Jak…? - zaczęła.
- To teraz nie ma znaczenia - brzmiała stanowcza odpowiedź. -
WaŜne jest, Ŝe ty to wiesz.
- Wiem, Ŝe muszę go odnaleźć. Muszę… muszę mu wyjaśnić, aby
zrozumiał. - Brooke była gotowa na kaŜde wyznanie. Na całą prawdę.
Będzie się modliła, aby mogli potem zacząć wszystko razem.
- Uda ci się - zapewniła z uśmiechem Eleni. I dodała z figlarnym
błyskiem w oczach: - Lecz najpierw musisz coś zjeść. Nie polecam
mussaki. Nie potrafią jej tutaj przyrządzić.
Po raz pierwszy od prawie dwóch dni Brooke wybuchnęła
ś
miechem.
Meade O’Malley siedział w salonie swego mieszkania i wpatrywał
się w kartkę, którą znalazł przypiętą do drzwi, kiedy wrócił do domu.
„Meade, wybacz. Nie odchodź, proszę. Kocham cię”. I podpis -
„Brooke”.
Uraza, złość i zmieszanie spowodowały, Ŝe nie był sobą, kiedy
wybiegł z domu, zatrzaskując za sobą drzwi. Nie zdawał sobie sprawy z
tego, dokąd się wybierał, wsiadając do samochodu - i niewiele go to
obchodziło.
Przez kilka godzin jeździł po ulicach Bostonu, aŜ wreszcie
zaparkował samochód przy lotnisku. Spędził w poczekalni większą część
nocy. Czuł na sobie pytające spojrzenia, lecz znowu, niewiele go to
obchodziło.
O świcie pojechał do Cambridge, do Muzeum Botanicznego.
StraŜnik nocny, z którym znali się od wielu lat, wpuścił go do środka bez
zbędnych pytań.
Poszedł na czwarte piętro, do niewielkiego pokoju, który niegdyś
zajmował Sebastian Browning. Jego nauczyciel i przyjaciel mieszkał tam
przez rok po śmierci Gabrielle.
Przez te dwanaście miesięcy profesor nie robił nic. Odmówił
wszelkich dyskusji na temat prac badawczych, prowadzonych tuŜ przed
ś
miercią Ŝony. Któregoś dnia Medea zapytał go, co robił, zamknięty
całymi dniami w pokoiku o powierzchni zaledwie kilku metrów
kwadratowych.
- Siedziałem i zastanawiałem się, dlaczego - padła odpowiedź.
I w taki właśnie sposób Meade spędził większość minionych
trzydziestu sześciu godzin. W końcu doszedł do wniosku, Ŝe nie znajdzie
tu odpowiedzi na wciąŜ powtarzane pytania.
I wrócił do domu, który tak gwałtownie opuścił przed dwoma
dniami. Wrócił, i czekał na kobietę, która mogła wypełnić tę pustkę… i
jego ramiona… i jego serce.
„Przebacz mi”.
Wszystko. Przebaczyłby jej wszystko. Miał nadzieję, Ŝe i ona mu
przebaczy.
„Nie odchodź, proszę”.
Nie miał zamiaru odchodzić. Ani teŜ pozwolić jej odejść.
„Kocham cię”.
O, na Boga, oby to było prawdą. Nie chodzi o to, Ŝe nic więcej się
nie liczy; po prostu nic innego nie liczyło się tak bardzo.
Później zastanawiał się, jak wytłumaczyć swoje postępowanie.
Słysząc samochód Brooke przed domem, po prostu wstał.
Bębny… naśladujące rytm uderzeń serca.
I śpiew. Czy ktoś śpiewał?
Brooke usłyszała dźwięki, zanim otworzyła drzwi wejściowe. Gdy
juŜ znalazła się wewnątrz, zorientowała się, Ŝe cała drŜy.
Drzwi mieszkania Meade’a były zamknięte.
Podeszła i zapukała. Raz. Drugi…
Drzwi otworzyły się i Brooke ujrzała męŜczyznę, którego kochała.
MęŜczyznę o oczach jak morze oświetlone słońcem.
Otworzył ramiona.
Archimedes Xavier O’Malley był w domu… a ona razem z nim.
ROZDZIAŁ 10
- Jest coś, o czym muszę ci powiedzieć - odezwała się Brooke.
Kaseta skończyła się juŜ dawno. śadne z nich nie zwróciło na to uwagi.
Muzyka była teraz w nich, grała w ich umysłach i ciałach.
Dziewczyna nie wiedziała nawet, jak dotarli na sofę w salonie. Ich
drogę znaczyły porozrzucane buty, jego krawat, jej torebka, jego
marynarka, a takŜe kilkanaście spinek, które wypadły z jej włosów.
Meade trzymał ją w objęciach. Widział podkrąŜone oczy Brooke,
rezultat wyczerpania i smutku. Blada, gładka skóra jej twarzy wydawała
się ściślej niŜ niegdyś opinać policzki. W regularnych rysach ukochanej
twarzy zauwaŜył cienie, których wcześniej tam nie było.
Oprócz oznak stresu, napięcia i nie przespanych nocy, Meade
dostrzegł jej nową siłę i pewność siebie. To tak, jakby nastąpiło
pogodzenie tych wszystkich sprzeczności, które w niej wyczuwał.
A teraz, po gradzie pocałunków i pieszczot, powiedziała, Ŝe musi
mu coś oznajmić.
- CóŜ to takiego? - spytał niskim głosem,
Brooke zaczerpnęła powietrza.
- Po pierwsze - kocham cię. Kocham cię całym sercem. Całym…
wszystkim. I to, co zrobiłam w niedzielę, było konsekwencją tej miłości.
Pewnego rodzaju… zbłąkanej miłości - dodała, widząc cienie w jego
oczach. - Teraz juŜ wiem. To, co zrobiłam w niedzielę, było takim
samym błędem, jak to, co zrobiłam, gdy kochaliśmy się po raz pierwszy.
- Brooke…
Potrząsnęła głową i połoŜyła palec na jego ustach.
- Proszę, nie. Pozwól mi mówić. Kocham cię, Meade. I bez
względu na to, co powiedziałam wtedy, chcę dzielić z tobą Ŝycie,
Więc dlaczego? - nie mógł jej o to zapytać. Wiedział, Ŝe Brooke
musi powiedzieć to sama, bez ponaglania.
„Powoli”.
O to prosiła go od początku. W niedzielę nie rozmawiali
spokojnie. Pozwolił, aby zawładnęły nim emocje. I to był błąd, olbrzymi
błąd. Nie miał zamiaru go powtarzać.
Brooke przyglądała się jego twarzy. Wyglądał na wyczerpanego.
Linie w kącikach oczu i wokół ust były głębsze niŜ wówczas, gdy
widzieli się ostatnio. Zmysłowe wargi zdradzały napięcie. Na brodzie i
policzkach rysował się cień zarostu.
Powiedział jej, jak spędził ostatnie dwa dni. Gdy z ulgą zobaczyła,
Ŝ
e jest cały i zdrowy, przyszło uczucie gniewu. Domagała się odpowiedzi
na pytanie, gdzie był. Wyjaśnił jej to w kilku słowach. Choć mówił
niewiele, zorientowała się, Ŝe cierpiał, tak jak ona.
Gdyby tylko mogła, zaoszczędziłaby mu bólu. Ale to było
niemoŜliwe. Dotknęła opalonego, szczupłego policzka Meade’a. Zwrócił
do niej twarz, rozświetloną teraz blaskiem bijącym z błękitnych oczu.
Przycisnął wargi do wnętrza jej dłoni. Miała wraŜenie, jakby cało wał ją
prosto w serce.
Dopiero po kilku sekundach Brooke była w stanie cokolwiek
powiedzieć. Musiało minąć jeszcze kilka następnych, zanim jej głos był
znów spokojny.
- Kiedy pytałeś, czy chcę cię poślubić - zaczęła - powiedziałeś, Ŝe
pragniesz, byśmy stworzyli rodzinę. Powiedziałeś, Ŝe kiedy zobaczyłeś
mnie z Jonathanem… Ŝe marzyłeś o takim dziecku. - Pochyliła lekko
głowę, a rozpuszczone włosy opadły jej na twarz. Spojrzała mu w oczy. -
Nie mogę dać ci rodziny. Meade, ja nie mogę mieć dzieci.
- Nie moŜesz… - nie do wiary, to była przyczyna jej od mowy! - O
BoŜe, czyŜbyś myślała, Ŝe…
I wówczas przypomniał sobie swoje oświadczyny. Oczywiście, Ŝe
mogła tak pomyśleć! Prawie kaŜde słowo, które padło z jego ust w tamtą
niedzielę, dotyczyło posiadania dzieci. Mówił o tym nawet zanim
powiedział, Ŝe ją kocha.
Brooke zauwaŜyła zmianę w wyrazie jego twarzy i zrozumiała, Ŝe
czuje się winny. Nie mogła na to pozwolić.
- Meade, nie - ponownie dotknęła jego policzka. - Jeśli pragniesz
mieć dzieci, powinieneś zostać ojcem. Tak wspaniale potrafisz zajmować
się Kevinem i bliźniętami, i dziewczynkami. Masz… masz w sobie dar
miłości.
- Ale…
- Wiem, jak to jest, kiedy pragnie się dzieci i nie moŜe ich
posiadać. Znam tę pustkę… i Ŝal… i zazdrość. Próbuję zwalczyć w sobie
te uczucia. Nie chcę, Ŝeby dłuŜej dominowały nad moim Ŝyciem. Ale
przede wszystkim… przede wszystkim nie chcę, Ŝebyś i ty ich
doświadczył.
- Brooke, kochana…
I wówczas Brooke opowiedziała mu całą historię swego
małŜeństwa z Peterem. Zawahała się raz i drugi, lecz nie pominęła
niczego. Opowiedziała o wszystkim, takŜe o rozmowie z jego matką.
- Ta pierwsza noc… mój BoŜe, to była figurka płodności, która tak
cię rozstroiła. To dlatego wyszłaś, prawda?
- To była tylko mała cząstka tego wszystkiego - przyznała. -
Sprawiłeś, Ŝe czułam się… nie zdawałam sobie nawet sprawy, Ŝe potrafię
to czuć.
- A kiedy wchodziłaś na salę porodową, aby pomagać Jazz… -
Mógł wyobrazić sobie, jak było to dla niej trudne. Jednak zrobiła to.
- Skąd mogłeś wiedzieć? Nic ci przecieŜ nie powiedziałam, bo
wstydziłam się i bałam…
- A jednak próbowałaś mi powiedzieć, prawda? - Meade
przypomniał sobie tamtą scenę. - Próbowałaś, lecz ja nie chciałem
słuchać. Powiedziałem, Ŝe nie chcę o tym wiedzieć.
- A ja nie nalegałam - uczciwie przyznała Brooke. - Wydawałeś się
taki zagniewany…
- Było w tym więcej zazdrości, niŜ gniewu - przyznał.
- Zazdrość? - nie mogła w to uwierzyć. - Byłeś zazdrosny o Petera?
Skinął głową. Wstydził się tego, ale teraz mógł się do tego
przyznać.
- Dlaczego? Jak mogłeś być zazdrosny o…
- Bo go kochałaś. Wiem, co on ci zrobił. Ale wcześniej, zanim
zaczęło się między wami psuć, kochałaś go przecieŜ.
Czy tak było rzeczywiście? Brooke powróciła myślami do tej
pierwszej nocy w mieszkaniu Meade’a, gdy wzięła do ręki zdjęcie
Gabrielle i Sebastiana Browningów. Chyba wówczas pojawiły się
pierwsze wątpliwości.
- Być moŜe - odpowiedziała wolno. - A być moŜe kochałam tylko
tę ideę. Pobrać się i stworzyć rodzinę, której tak pragnęłam. Ale
cokolwiek do niego czułam, och, to było nic w porównaniu z uczuciem,
którym darzę ciebie. Kocham cię.
- Wystarczająco, aby mnie poślubić?
- Bardziej niŜ wystarczająco! - zapewniła go. Oczy jej błyszczały. -
Ale czy ty chcesz tego? Wiesz juŜ wszystko i nadal tego pragniesz?
- Z całej duszy.
- I… i nie ma to dla ciebie znaczenia, Ŝe nie mogę…
Meade ujął jej ręce jak bukiet kwiatów. Uniósł je do ust,
pocałował. Ich palce złączyły się.
- Ma znaczenie - przyznał szczerze. - Ma znaczenie, poniewaŜ jest
to waŜne dla ciebie. Kiedy ty cierpisz, ja cierpię takŜe. Ale jeśli wydaje
ci się, Ŝe jeŜeli nie moŜesz zajść w ciąŜę, to jesteś mniej kobieca, czy
mniej poŜądana - o nie, kochanie. Nie.
Meade wziął Brooke w ramiona. Pieścił mocnymi, męskimi
wargami jej pełne, pragnące usta. W pocałunku tym zawarte były
przysięgi i obietnice.
Dłonie Brooke wędrowały wzdłuŜ jego ramion i pleców, by
wreszcie zagłębić się we włosach.
- Jeśli tylko zechcemy, moŜemy mieć dzieci - matowym głosem
powiedział Meade, podnosząc głowę. - MoŜemy je adoptować. Wiem, Ŝe
obecnie jest to trochę trudniejsze niŜ kiedyś, ale wciąŜ jeszcze są dzieci,
które potrzebują rodziców. - Zastanowił się nad czymś. - Czy przedtem,
czy wtedy zastanawiałaś się nad moŜliwością adopcji?
Brooke przesunęła końcem języka po obrzmiałych od pocałunku
wargach.
- O tak, myślałam o tym. Byłam w wielu agencjach. Miałam juŜ
wszystkie informacje i formularze. Pokazywałam je Peterowi, próbując
go tym zainteresować. Ale on nigdy nie chciał o tym rozmawiać.
Przerwała, nie chcąc myśleć o tamtych wydarzeniach. Reakcja
Petera na propozycję adopcji była dla niej zbyt bolesna. Teraz dopiero
zdała sobie sprawę, Ŝe miał kompleksy na punkcie swych umiejętności
dawania rozkoszy.
- Brooke? - głos Meade’a przywołał ją do rzeczywistości. Widząc
przelotny smutek na twarzy dziewczyny domyślił się, dlaczego Peter
Livingstone odrzucił propozycję adopcji.
- Peter powiedział, Ŝe nie mógłby kochać cudzego dziecka.
Powiedział, Ŝe adopcja byłaby przyznaniem się do winy. - Przez kilka
sekund patrzyła na Meade’a. - A ty?
Coś w jego silnych, męskich rysach twarzy spowodowało, Ŝe
pomyślała o Eleni O’Malley.
- Nie, nie czułbym się oszukiwany. UwaŜałbym, Ŝe mam szczęście.
- Szczęście? - powtórzyła, wiedząc, Ŝe nie przypadkiem uŜył tego
słowa.
Kiedyś powiedział, Ŝe „miał szczęście”, trafiając na takich właśnie
rodziców.
A jego matka mówiła, Ŝe „ma szczęście”, mając takie dzieci.
Czy to moŜliwe? CzyŜby próbował jej powiedzieć…
Meade obserwował, jak szmaragdowe oczy Brooke powiększają
się. I odpowiedział na pytanie, które w nich dostrzegł, choć czuł, Ŝe
dziewczyna takŜe juŜ wie.
- Tak, zostałem zaadoptowany. Podobnie jak Kathleen i Mary
Margaret.
- Zaadoptowany? To znaczy… Ŝe twoja matka nie moŜe… nie
mogła mieć dzieci? Czy to dlatego wiedziała tak wiele…
Potrząsnął głową.
- Nie wiem, czy to matka, czy ojciec nie mogli mieć dzieci. Nie
jestem nawet pewien, czy oni sami wiedzą. Oboje ogromnie pragnęli
mieć dzieci, i było im bardzo cięŜko przez kilka pierwszych lat
małŜeństwa. Dzieci się nie rodziły; niewiele brakowało, a doszłoby do
separacji. Ale znaleźli wspólne rozwiązanie. Nie wiem, dlaczego
wcześniej ci o tym nic nie powiedziałem. Bóg jeden wie, Ŝe nie wstydzę
się ani nie ukrywam tego, Ŝe zostałem zaadoptowany. Widzisz, jedną z
rzeczy, których nauczyli mnie rodzice, kiedy dorastałem, było to, Ŝe
płodzenie dzieci to wyłącznie fizjologia. Tworzenie rodziny to kwestia
uczucia.
Na twarzy Brooke powoli wrócił uśmiech.
- Kochanie - powiedziała miękko - to potrafię.
Wyciągnęła rękę i z czułością przysunęła jego twarz do swojej.
Dla Ŝadnego z nich nie był to pierwszy raz. Jednak gdy Meade
wziął ją na ręce i zaniósł do sypialni, Brooke czuła, Ŝe wszystko w jakiś
cudowny sposób zaczyna się od nowa.
Gdy zaczęła go rozbierać, ręce jej drŜały. Odpięła po kolei guziki
przy jego koszuli i odsłaniała tors. Masowała dłońmi odkrytą pierś, jakby
rozprowadzając cenny olejek. Rozczesywała szczupłymi palcami krótkie,
ciemne włosy w poszukiwaniu twardych brodawek. Paznokciami
zadrapała lekko sterczące sutki i poczuła, jak cały zadrŜał w rozkoszy.
Meade delikatnie poodpinał drobne, perłowe guziczki
przytrzymujące przód białej bluzki i, jakby odpakowując bezcenny dar,
zsunął ją z ramion Brooke.
Przykrył dłońmi sterczące, mocne piersi. Zaczął je masować
delikatnie, okręŜnymi ruchami. Przylgnęła do niego, pochylając się jak
wierzba na silnym wietrze.
Przesunął rękę niŜej.
Rozpiął guzik. Potem zamek. Szybkie szarpnięcie i lniana
spódnica wraz z jedwabną halką opadły na podłogę. Jeszcze tylko
przejrzyste rajstopy i koronkowe majteczki w kolorze kości słoniowej
chroniły jej ciało przed jego wzrokiem i dotykiem.
Meade przyklęknął. Kiedy wstał, Brooke nie miała na sobie nic.
Rumieniec podniecenia zabarwił jej policzki. Była piękna.
Brooke sięgnęła do klamry czarnego skórzanego paska. Gdy
prowokująco przesunęła palcami po twardym kroczu, jego ciało
wypręŜyło się jak cięciwa łuku.
Gdy wreszcie się rozdzielili, zrzucił z siebie spodnie i slipy. Jego
ciało, skryte częściowo w półcieniu, zachwycało swą męskością. Silne
mięśnie poruszały się pod opaloną skórą.
Brooke, przytulona, podniosła głowę i spojrzała na niego oczami
pełnymi miłości i poŜądania. Zakrył jej usta.
Złączeni, osunęli się na łóŜko.
Pocałunki.
Gwałtowne i parzące.
Wabiące... podniecające... nieskończenie erotyczne.
Brooke trzymała głowę na tej samej poduszce, w którą wtulała
twarz poprzedniej bezsennej nocy. Rozchyliła bezwiednie wargi. Meade
pieścił jej ciało gorącymi ukąszeniami. Potem, z niemalŜe pierwotnym
krzykiem pragnienia, zawładnął słodyczą jej wyczekujących ust. Przyjęła
te poszukiwania, wydając z siebie jęk rozkoszy.
Przesuwała dłońmi po całym ciele kochanka. Masowała silne,
szerokie ramiona, pręŜne plecy, otoczyła dłońmi muskularne biodra i
muskała paznokciami wgłębienie u podstawy kręgosłupa.
Ich nogi splotły się. Meade wsunął udo pomiędzy kolana
dziewczyny. SpręŜyste włosy otarły się o jej delikatną skórę. Zacisnęła
bezwiednie mięśnie w niepohamowanym spazmie rozkoszy. Poruszała
się niespokojnie, czując ogarniający ją Ŝar, który docierał do kaŜdej
komórki jej wyczekującego ciała.
Pieścił okręŜnymi ruchami języka jej sutki, powodując niemalŜe
bolesną rozkosz. Objął wargami i zaczął ssać w zaborczym, pełnym
poŜądania rytmie.
Brooke była w stanie uczynić wszystko dla swego kochanka,
wszystko mu oddać. Wszystkie bariery zostały przełamane. Kochała
go… Próbowała mu to powiedzieć, lecz z jej gardła wydobył się tylko
jęk rozkoszy. Mogła wymówić tylko jego imię. Więc powtarzała je
wciąŜ.
I nadszedł moment, gdy nie mogła juŜ przedłuŜać oczekiwania
spełnienia. Meade, zespolony z ruchami kochanki, wiedział, kiedy ten
moment nastąpił. Ale to ona wprowadziła jego członka w siebie. I to ona
znalazła równowagę między rozkoszą płynącą z dawania i
otrzymywania.
W ostatniej chwili Meade przewrócił się na plecy. LeŜała teraz na
nim, obejmując go szczupłymi, długimi udami.
Brooke poruszała się rytmicznie, opierając dłonie na zmiętym
prześcieradle. Ochyliła tułów, pragnąc jeszcze większej jedności ich ciał.
Poczuła na biodrach ręce Meade’a.
Widząc pierwsze oznaki ogarniającej dziewczynę rozkoszy, Meade
stracił kontrolę nad sobą.
- Meade! - Brooke zamknęła oczy i odrzuciła do tyłu głowę. -
Och... och...
Ś
wiat rozpadł się na kawałki. Bez początku, bez końca.
Tworzyli jedność.
To była chwila prawdy.
I akt prawdziwej miłości.
- Tak bardzo cię kocham - powiedziała Brooke wiele, wiele minut
później. Policzek przytuliła do ręki opartej na nagim torsie kochanka.
- I ja cię kocham - odpowiedział, wodząc leniwymi ruchami dłoni
po uroczej linii jej pleców. Dziewczyna przyglądała mu się oczami o
barwie zielonych, wiosennych liści. Linia jej pełnych, róŜanych warg
była niezwykle kobieca.
Brooke westchnęła i przesunęła się nieco, ocierając o niego całym
ciałem.
Wygięła w łuk stopę i duŜym palcem zaczęła wodzić wzdłuŜ jego
uda.
- Na kiedy ustalamy termin ślubu? - spytała.
- Hm... w jakiś czas po miodowym miesiącu.
- A kiedy to nastąpi? - zaśmiała się.
- Myślałem, Ŝe juŜ go zaczęliśmy - odparł. W jego oczach zalśniło
rozbawienie.
Brooke zarumieniła się. Pochyliła głowę i ucałowała jego ramię.
- To znaczy... takie jest moje zdanie - powiedział ochrypłym
głosem Meade. Palcami rozczesał jej jedwabiste włosy i zachichotał.
- CóŜ, to brzmi nieźle - odparła.
- Dziękuję. - Chwycił ją mocniej i przesunął wyŜej. Wargami
znalazł miejsce na jej szyi, gdzie pod skórą wyczuwało się uderzenie
serca. - A kiedy ty chcesz wziąć ślub? - spytał.
Brooke spojrzała mu w oczy, muskając palcem jego policzek.
- Chyba jutro nie będzie zbyt wcześnie?
- Chcesz poczekać trochę, Ŝeby się upewnić? - błysnął w uśmiechu
ś
nieŜnobiałymi zębami.
- Jestem pewna - odparła. - Całkowicie - powiedziała
rozmarzonym, lecz przy tym zdecydowanym głosem.
- I ja takŜe.
Nastąpiła chwila ciszy, w której Ŝadne słowa nie wydawały się
konieczne.
- Czy moŜemy pobrać się na werandzie? - spytała wreszcie
Brooke, czując powracające podniecenie.
- Jeśli tylko zechcesz, moŜemy nawet spędzić tam miesiąc
miodowy.
- Hm... - przepełniły ją wspomnienia.
- Zbyt prymitywne?
- O nie, wcale nie. - Zastanowiła się. Przypomniała sobie pytanie,
które chciała juŜ dawno zadać. - Skoro mówimy o prymitywizmie...
- Słucham.
- Muzyka tamtej nocy...
- Aha, podobała ci się?
- Chciałabym wiedzieć, co to było.
- A jak sądzisz?
Językiem wypchnęła policzek i przesunęła palcami wzdłuŜ włosów
Meade’a.
- Hm... hm...
- Próbujesz to zanucić, czy zastanawiasz się nad tytułem? -
zaŜartował.
- Meade!
- Prawdę mówiąc, to specjalna składanka.
- Największe przeboje łowców głów?
- Niezupełnie.
- Ale blisko? - przesunęła rękę.
- Aha, tak... tak! - była blisko, a on stawał się coraz bardziej
podniecony.
- Powiedz wreszcie.
I po chwili powiedział jej. Z rozbawieniem patrzył na jej
rozszerzające się ze zdziwienia oczy i rumieniec wstydu na twarzy.
Stanowiło to niezwykły kontrast z jej wcześniejszym zachowaniem.
- Melodia... na czas kochania - powtórzyła. - Czy to dosłowne
tłumaczenie?
- Powiedzmy, kulturalne.
- Och...
- Zaskoczona?
- Nie - zaprzeczyła natychmiast, po czym zastanowiła się. - Prawdę
mówiąc…
- Tak?
- JuŜ wtedy, tamtej nocy, pomyślałam sobie coś takiego -
powiedziała powoli. - To znaczy, o tej muzyce. To znaczy, niezupełnie
pomyślałam... raczej poczułam. Dlaczego dziś włączyłeś właśnie tę
kasetę?
Meade zaczerpnął głęboko powietrza, zdając sobie sprawę, Ŝe nie
potrafi logicznie odpowiedzieć.
- Ta muzyka w pewien sposób sprowadziła cię tu. Myślę… myślę,
Ŝ
e miałem nadzieję, Ŝe dzięki niej powrócisz.
- Kiedyś mówiłeś, Ŝe nie wierzysz w magię plemienną - zwróciła
mu uwagę.
- Powiedziałem ci, Ŝe jej nie praktykuję.
- Ale czy w nią wierzysz?
- Wierzę… wierzę w cuda. Mam przy sobie taki cud. - Jego oczy
przepełnione były zachwytem. - Kocham cię, Brooke Livingstone.
Kocham cię… kocham…
Dziewczyna odpowiedziała mu tym samym.
- Meade?
- Tak?
- Sądzę, Ŝe powinieneś skopiować tę kasetę.
- Jedna kopia wystarczy?
- Hm... jedną naleŜałoby schować do sejfu.
- Widzisz dla niej jakieś zastosowanie w przyszłości?
- Mm. To na wszelki wypadek. Za pięćdziesiąt lat, kiedy będziemy
obchodzić złote gody, orkiestra moŜe nie umieć tego zagrać.
EPILOG
Zgodnie z aktem urodzenia, otrzymanym z agencji adopcyjnej,
dziewczynka nazywała się Joy.
Według Brooke Ŝadne inne imię nie byłoby bardziej odpowiednie.
Wróciła właśnie z pracy i zastała męŜa drzemiącego na łóŜku. Ich
półroczna córka spała na jego nagim torsie. Niemowlę rozpostarło
szeroko ramiona i nogi, a zawinięty w pieluszkę tyłeczek sterczał w górę.
Srebrna niteczka śliny perliła się w kąciku róŜowych usteczek dziecka.
Brooke, uśmiechając się do siebie, podeszła cicho do łóŜka i
usiadła na brzegu materaca. Zmierzwiła ciemne loki Joy, po czym
połoŜyła dłoń na wypiętej pupci. Miała właśnie zamiar wyszeptać imię
Meade’a, gdy ten otworzył oczy.
- Jesteś w domu.
- Joy ma mokrą pieluchę - odpowiedziała, całując go.
- Jest w tym zadziwiająco dobra - odparł, krzywiąc się nieznacznie.
Usiadł, przytrzymując dziecko. Dziewczynka poruszyła się i zmarszczyła
buźkę, stając się na moment podobna do chochlika. W chwilę później
uniosła swe niemal przezroczyste powieki. Oczy miała brązowe i
okrągłe, zupełnie jak czekoladki.
- Dzień dobry - powiedziała czule Brooke. - Jak spędziliście
dzień?
Joy ziewnęła szeroko.
- Dziękuję bardzo - zaśmiał się Meade. Przytrzymując dziecko
ręką, wychylił się i pocałował Ŝonę. - Zmienię jej pieluszkę, a ty się
przebierz.
- Zgoda.
Po pięciu minutach, gdy Brooke weszła do dziecięcego pokoju,
ujrzała Meade’a stojącego przy łóŜeczku i patrzącego z podziwem na
Joy.
- Jest piękna, prawda? - zachwyciła się Brooke.
- Wdała się w matkę.
Brooke zaśmiała się ochryple.
- Przy pomocy pochlebstw umie pan wszystko załatwić, doktorze
O’Malley.
- To nie pochlebstwa, kochanie. To prawda.
- Hm… zgoda - zadrŜała, gdy przesunął palcami wzdłuŜ jej ciała. -
Gdy Joy trochę podrośnie, muszę koniecznie ostrzec ją przed Grekami,
którzy obsypują dziewczęta gładkimi słówkami.
Tym razem on się zaśmiał. Brooke oparła głowę o jego ramię.
- I co dziś robiliście? - spytała.
- To co zwykle. Spaliśmy. Jedliśmy. Odbijało nam się.
Moczyliśmy pieluszki. Pojechaliśmy na uniwersytet i sprawiliśmy, Ŝe
dziekan wydziału tatusia zamienił się w słup soli.
- Bardzo śmieszne.
- Wspaniałe - przerwał na moment. - Odrzuciłem propozycję
stypendium w terenie.
- To znaczy, Ŝe nie wyjeŜdŜasz na lato? - Brooke spojrzała nań
zaskoczona i zadowolona.
Meade potrząsnął głową.
- Nie musisz zostawać…
- Ale chcę.
- Lecz... - Jasne, Ŝe perspektywa jego wyjazdu nie napawała
Brooke szczęściem, ale zdawała sobie sprawę, Ŝe poślubiła męŜczyznę,
którego praca polega między innymi na częstych wyjazdach.
- Kochanie, to zarówno dla mnie, jak i dla ciebie i Joy zapewnił ją.
- Lubię uczyć. I, na Boga, mam aŜ za duŜo pracy w laboratorium. Poza
tym, chciałbym wreszcie skończyć ksiąŜkę. - Spojrzał na nią
prowokacyjnie. - Zakładając oczywiście, Ŝe uda mi się zadowolić mojego
niezwykle wymagającego domowego wydawcę.
- Och? - Brooke uniosła delikatnie brwi.
- Ta kobieta jest nienasycona. Nie sposób ją zaspokoić.
- To brzmi okropnie.
- No, tego bym nie powiedział...
Pocałunek, początkowo delikatny, przerodził się w namiętny.
- Hm... - westchnęła Brooke. Przytuliła się do niego, opierając się
na nim całym cięŜarem. - MoŜe, gdybyś nie doprowadzał swego
wydawcy do szału, praca nad ksiąŜką posuwałaby się szybciej? -
zasugerowała.
- Tak sądzisz?
- To moŜliwe... - potarła policzkiem o jego tors i objęła go w pasie.
- Nie będziesz tęsknił za dŜunglą?
- Przez dwadzieścia lat spędziłem w dŜungli prawie kaŜde lato.
Prawdę mówiąc… - przerwał, usiłując się skupić. Zdawał sobie sprawę,
Ŝ
e jego instynktowna potrzebna poszukiwań, „dowiadywania się, co tam
jest”, nigdy nie zaniknie. Ale niepokój, który tak długo nim rządził,
gdzieś się rozpłynął. Ojciec miał rację. Meade potrzebował własnej
rodziny. - MoŜe się starzeję - zauwaŜył smutno.
- Starzejesz! - Brooke spojrzała na niego z oburzeniem. Zobaczyła
iskierki w jego oczach i zrozumiała, Ŝe tylko Ŝartował. - Trzydzieści pięć
lat to jeszcze nie emerytura, Archimedesie O’Malley! - oznajmiła
ś
miertelnie powaŜnie.
- Twoje słowa podnoszą mnie na duchu - odparł z uśmiechem.
- Co więcej, męŜczyzna, który moŜe... - wspięła się na palce i
wyszeptała mu do ucha zakończenie zdania. - Czy sądzisz, Ŝe na to jesteś
takŜe za stary?
- Właściwie to brzmi niezwykle zachęcająco.
- Więc?
- Co więc? - zaczął łaskotać ją przez ubranie.
- Więc na co jeszcze czekasz? - spytała ochryple.
- CóŜ, nie chciałbym działać zbyt szybko...
- M-Meade!
- Kocham cię, Brooke Livingstone O’MaIley - powiedział, po
czym pochylił się, przełoŜył rękę pod kolanami dziewczyny i podniósł ją
do góry.
To, co nastąpiło potem, było zdaniem Brooke czystą magią.