background image

LORNA MICHAELS 

 

Odmienne stany uczuć 

(The Reluctant Hunk) 

background image

ROZDZIAŁ 1 

 

– Może pan jechać szybciej? – Ariel Foster pochyliła się w stronę 

taksówkarza.  Musiała  mocno  wytężać  głos,  żeby  przekrzyczeć 
dobiegające  z  radia  ostre  dźwięki  muzyki  grupy  Led  Zeppelin. 
Spojrzała  na  zegarek:  dziewiąta  pięćdziesiąt.  Zostało  zaledwie 
dziesięć minut.   

– Nie da rady, szanowna pani. Już raz w tym  miesiącu zarobiłem 

mandat.  –  Szofer  wydmuchnął  balonik  z  gumy  do  żucia  i  skręcił  w 
przecznicę. – Ma pani randkę albo coś w tym stylu? 

– Coś w tym stylu –  mruknęła Ariel. Prawdę  mówiąc, nie bardzo 

wiedziała,  po  co  gna  na  złamanie  karku  przez  centrum  Houston. 
Przyjechała tutaj na pilne wezwanie ojca.   

–  Koniec  trasy  –  oznajmił  parę  minut  później  szofer.  Taksówka 

zatrzymała  się  przed  budynkiem  Kanału  6  stacji  KHTX.  –  Dzięki  – 
dodał  z  zachwytem,  gdy  Ariel  wetknęła  mu  w  rękę  banknot  i 
wyskoczyła z samochodu.   

Przez  moment  chciała  wrócić  i  sprawdzić,  ile  mu  zapłaciła,  ale 

zaraz  wzruszyła  ramionami.  Zostały  cztery  minuty.  W  holu  studia 
zerknęła  na  swoje  pantofelki.  Niewygodnie  biegać  na  wysokich 
obcasach. Do diabła z elegancją, zdecydowała w duchu, zdjęła buty i 
popędziła  do  windy.  Martin  Foster  nie  tolerował  spóźnień.  Nawet  o 
minutę.   

Ariel pchnęła ramieniem drzwi i z impetem wpadła do środka. Za 

progiem  stanęła  jak  wryta.  W  miękkich  fotelach  siedzieli  jej  dwaj 
starsi bracia, Chad i Daniel. Byli równie zdumieni jak ona.   

– Wy też? – spytała zdyszana. – Skąd to zebranie? 
– Skaż mnie Bóg, nie wiem – odparł Chad. Daniel odgarnął z czoła 

falujące blond włosy.   

– Wczoraj dostałem faks od taty, więc jestem.   
Ariel opadła na wolny fotel i próbowała uspokoić oddech.   
– Myślicie, że...   
W wewnętrznych drzwiach stanęła sekretarka.   
– Mogą już państwo wejść – powiedziała z namaszczeniem.   
Ariel  przygładziła  jasne  włosy,  żeby  nadać  sobie  równie 

dystyngowany  wygląd  i  wkroczyła  do  obszernego  gabinetu  szefa 
radiowo-telewizyjnej  sieci  Fostera.  Nie  czuła  się  zbyt  pewnie,  ale 

background image

próbowała nadrabiać miną.   

– Cześć, tato. – Cmoknęła ojca w policzek. Martin Foster przywitał 

się  z  synami  i  poczekał,  aż  wszyscy  zajmą  miejsca  przy  stole 
konferencyjnym.   

–  Wezwałem  was  do  Houston,  żeby  coś  zaproponować,  małe 

wyzwanie  –  powiedział  z  uśmiechem,  a  jego  głos  zdawał  się 
wypełniać cały pokój.   

Ariel  kopnęła  Chada  pod  stołem.  Mogła  domyślić  się  wcześniej. 

Od  dzieciństwa  wraz  z  braćmi  uczestniczyła  w  dziesiątkach,  a  może 
setkach  rodzinnych  „wyzwań”.  Dobra,  tato,  pomyślała  buńczucznie, 
możesz mówić. Jestem gotowa do następnej próby.   

Chad  i  Daniel  najwyraźniej  przyjęli  podobną  postawę.  Spięli  się 

niczym konie gotowe do biegu.   

Martin wsparł łokieć o blat stołu i potarł podbródek.   
–  Doszedłem  do  wniosku,  że  po  trzydziestu  pięciu  latach 

kierowania  stacją  telewizyjną  należy  mi  się  nieco  odpoczynku.  W 
przyszłym roku odchodzę na emeryturę.   

Emeryturę?  Ariel  była  kompletnie  zaskoczona.  Martin  Foster  – 

żywiołowy, w pełni sił, choć ukończył sześćdziesiąty ósmy rok życia 
–  mówił  o  emeryturze?  Człowiek,  który  kilka  miesięcy  temu  wziął 
udział w maratonie i potrafił pokonać synów w mocowaniu na rękę? 

– Dlaczego? Martin splótł dłonie.   
– Chcę więcej czasu spędzać z waszą matką. Wyjedziemy gdzieś, 

użyjemy życia, póki jesteśmy dostatecznie młodzi.   

Ariel powiodła wzrokiem po pokoju. Gruby biały dywan, masywne 

biurko,  na  ścianie  oryginalny  obraz  LeRoya  Neimana...  Sanktuarium 
ojca.  Nie  potrafiła  sobie  wyobrazić,  jak  dynamiczny  menedżer, 
stawiający czoło każdemu wyzwaniu, leży w słońcu na plaży niczym 
nie dopieczony kartofel. I...   

– Co ze studiem? – spytała.   
– Jedno z was zajmie moje miejsce.   
Ariel ostrożnie popatrzyła na braci. Każde z nich wprost marzyło o 

tym,  aby  wreszcie  wypłynąć  na  szersze  wody.  Ze  źle  ukrywanym 
napięciem czekali na decyzję ojca.   

Martin  uparcie  milczał.  Pozwolił  sobie  tylko  na  lekki  uśmiech. 

Ariel nie wytrzymała.   

– Kto? – spytała.   
Ojciec uśmiechnął się szerzej.   

background image

– To  będzie  mały  sprawdzian.  Wszyscy  macie własne,  niewielkie 

ośrodki. Za rok spojrzę w wyniki. To z was, które zdoła przyciągnąć 
najwięcej słuchaczy i widzów, przeniesie się do Houston.   

W  sieci  Fostera  studio  w  Houston  należało  do  najważniejszych. 

Miało  od  dawna  ustaloną  renomę  i  wielu  zwolenników.  Ariel  za 
wszelką cenę chciała tu pracować.   

Oczami  wyobraźni  widziała  siebie  za  biurkiem  ojca.  Nie...  jej 

biurko musiałoby być dużo mniejsze. Najpierw wywiad... powiedzmy, 
z  dziennikarzem  „Houston  Business  Now”.  „Pani  Foster,  proszę  o 
kilka słów na temat najbliższych planów”. Eeeee... Po co się zadawać 
z lokalną prasą? Lepiej niech będzie to ktoś z „Forbesa”.   

Kanał  6  kusił  sam  w  sobie,  lecz  przyjazd  do  Houston  oznaczał 

także powrót do domu.   

Ponownie popatrzyła na braci. Starszemu, Chadowi, wypłowiałe od 

słońca  włosy  i  mocna  opalenizna  nadawały  wygląd  plażowego 
playboya,  ale  miał  serce  wojownika.  Ciemnoniebieskie  oczy 
błyszczały  mu  zawadiacko,  a  w  kącikach  ust  igrał  wyzywający 
uśmieszek.  Pewnie  w  myślach  pakował  walizki  na  wyjazd  do 
Houston.   

Daniel  uchodził  w  rodzinie  za  czarnego  konia.  Nikt  nie  wiedział, 

czego się można po nim spodziewać. Rozparty na krześle, wbił wzrok 
w  okno.  Ktoś  mógłby  przypuszczać,  że  spogląda  na  lądowisko,  na 
śmigłowiec opatrzony znakiem sieci Fostera. Ariel nie dała się zwieść 
pozorom.  Rozmarzone  piwne  oczy  Daniela  skrzyły  się  nieprzeciętną 
inteligencją.   

– Co wy na to? – zapytał Martin. – Podejmiecie rękawicę? 
Naprawdę musiał pytać? Już dawno zaszczepił w dzieciach chęć do 

rywalizacji.  „Zwycięstwo  to  nie  wszystko,  ale  z  drugiej  strony...”  – 
lubił  powtarzać.  Ariel,  Chad  i  Daniel  byli  w  pełni  gotowi  do  walki. 
Szykował się największy wyścig w ich życiu.   

–  Jasne  –  odparł  Chad  i  mrugnął  do  Ariel.  Mówił  tak,  jakby  już 

pierwszy dotarł do mety.   

– Możecie na mnie liczyć – dodał Daniel. – Znudziło mi się w El 

Paso.   

– Ariel? – spytał Martin.   
– Oczywiście.   
Chad pochylił się w jej stronę i poklepał ją po ramieniu.   
–  Lepiej  zrezygnuj  póki  czas.  Nigdy  mnie  nie  pokonasz.  Ariel 

background image

posłała  mu  najbardziej  promienny  uśmiech,  na  jaki  potrafiła  się 
zdobyć.   

– Pilnie obserwuj, co się będzie działo – powiedziała. – Wracam do 

Corpus  Christi  i  biorę  się  do  pracy.  Notowania  stacji  podskoczą  tak 
wysoko,  że  za  rok  na  stałe  zostaniesz  w  San  Antonio,  a  ja  spokojnie 
zasiądę w Houston. Mam zamiar wygrać.   

 
Przegrywała.  Wyścig  z  wolna  dobiegał  końca.  Minęło  osiem 

miesięcy,  a  jej  stacja  wciąż  była  daleko  w  tyle.  Ariel  z  kwaśnym 
uśmiechem  spojrzała  na  plik  papierów  zalegających  biurko.  Przecież 
nie wolno jej przegrać.   

Wstała  i  zaczęła  krążyć  po  pokoju.  Nie  był  zbyt  duży.  Założyła 

ręce  na  karku  i  powiodła  wzrokiem  wokoło.  Nigdy  nie  zamierzała 
pozostać  tu  na  stałe,  więc  nie  przywiązywała  zbytniej  wagi  do 
wystroju. Zwykłe biurowe meble: biurko z imitacji orzecha, dwa kryte 
czarną  dermą  krzesła,  sofa  nieokreślonej  barwy,  a  na  ścianach  dwie 
lub  trzy  marne  akwarele.  Najwyższy  czas  się  przenieść  do 
prawdziwego  gabinetu.  Ariel  podeszła  do  okna,  skąd  rozciągał  się 
wspaniały widok na parking.   

Zabębniła  palcami  o  parapet.  Była  posłuszną  córką  i  bez  słowa 

skargi  wspinała  się  mozolnie  po  szczeblach  kariery  w 
przedsiębiorstwie  Fostera.  Robiła  niemal  wszystko  –  począwszy  od 
sprzątania studia po produkcję własnych programów. Sprawdziła się. 
Była  równie  dobra  jak  bracia,  być  może  nawet  lepsza.  Kanał  4  z 
Corpus  Christi  okazał  się  dobrą  szkołą  życia,  ona  jednak  wolała 
Houston. Ogarniała ją coraz większa determinacja.   

Opadła  na  krzesło.  Znajome  dźwięki  czołówki  dały  jej  znać,  że 

nadeszła pora popołudniowego serialu „Nasze miejsce pod słońcem”. 
Przetarła  oczy  i  ponownie  zerknęła  w  ostatnie  wyniki  badań 
popularności  stacji.  Zastanawiała  się,  co  jeszcze  można  zmienić  w 
ramówce.  Opracowała  nową  formę  „Rozmów  przy  śniadaniu”  i 
wiadomości nadawanych o szóstej wieczór, ale niewiele to pomogło. 
Konkurenci,  czyli  Kanał  12,  mieli  o  wiele  lepszy  serial  komediowy, 
sprawniejszą  ekipę  reporterów  i  pełną  seksu,  długonogą  spikerkę  od 
prognozy  pogody.  Serialu  nie  da  się  przeskoczyć,  myślała  Ariel, 
zatem trzeba coś zrobić z dziennikiem. I to szybko.   

Odsunęła  papiery  na  bok  i  zamyślonym  wzrokiem  spojrzała  w 

przestrzeń. Jednym uchem słuchała dialogu z ekranu.   

background image

„Kocham  cię,  Elliot.  Zawsze  cię  kochałam.  Nie  jestem  głupi, 

Sabrino.  Jak  mam  ci  wierzyć?  Poślubiłaś  Luke’a,  zaszłaś  w  ciążę  z 
Cullenem... Przerywamy program, aby nadać specjalną wiadomość”.   

Ariel odwróciła głowę w stronę monitora.   
„Narodowy  Instytut  Meteorologii  donosi,  że  tajfun  Belle  z 

narastającą  prędkością  sunie  ze  wschodnich  Karaibów  na  północny 
zachód,  w  stronę  Florydy.  Zaledwie  przed  dziesięcioma  dniami 
huragan  Arthur  nawiedził  Karolinę  Północną.  O  wiele  potężniejszy 
Belle stanowi nowe zagrożenie dla mieszkańców wybrzeża”.   

Ariel  wzdrygnęła  się.  Huragany!  Sama  myśl  o  nich  napawała  ją 

lękiem. Burze, wichry, pioruny! 

– Floryda – mruknęła pod nosem. – Powiedział „Floryda”, tchórzu, 

a nie Teksas. Floryda jest setki kilometrów stąd.   

Westchnęła z ulgą, potem zmarszczyła brwi. Tak była pochłonięta 

wynikami  ankiet,  że  zapomniała  o  huraganach.  W  zeszłym  roku  nad 
Teksasem panował spokój, ale teraz...   

Czy  wystarczy  jej sił i ludzi, żeby  w razie  czego poradzić sobie z 

rzetelną  relacją?  Jak  zachowa  się  Perry  Weston  dyżurujący  w  dziale 
prognozy  pogody?  Pracował  już  półtora  roku  i  chociaż  na  wizji 
zachowywał  się  sztucznie,  wciąż  nie  mogła  znaleźć  nikogo  na  jego 
miejsce. Naszkicowała jego podobiznę w notatniku: wpółotwarte usta, 
ciasno  zawiązany  krawat  pod  wystającym  jabłkiem  Adama.  Rzecz 
wymagała pilnego przemyślenia.   

„Kent  Ackerman  dołączył  do  komisji  badań  nad  przyczynami 

huraganów,  obradującej  właśnie  w  Nowym  Orleanie”  –  ciągnął 
sprawozdawca. – „Oddajemy mu głos. Kent... Jest ze mną doktor Jeff 
McBride, 

były 

pracownik 

Narodowego 

Centrum 

Badań 

Meteorologicznych,  obecnie  zatrudniony  w  prywatnej  firmie  Gulf 
Coast Weather Technology z siedzibą w Corpus Christi, w Teksasie. 
Doktorze  McBride,  ma  pan  opinię  znakomitego  specjalisty  od 
huraganów.  Co  może  pan  powiedzieć  o  anomaliach  pogodowych, 
jakie obserwujemy w tym roku?” 

Ariel kończyła szkic,  malując  małe kropki na krawacie Perry’ego. 

Teraz brzuch zwisający nad paskiem...   

„Pogoda nad obszarem wschodniego Atlantyku niezwykle sprzyja 

powstawaniu silnych wiatrów... „ 

Ołówek  zawisł  w  powietrzu.  Ariel  zamknęła  oczy  i  zaczęła 

słuchać.  Nie  chodziło  jej  o  to,  co  mówił  doktor  McBride,  ale  jak 

background image

mówił.  Odruchowo  dopasowała  jego  głos  do  wymogów  programu. 
Głębokie,  dźwięczne  tony,  zdolne  bez  wątpienia  przyciągnąć  uwagę 
telewidzów. Gdyby tak jeszcze wygląd był równie doskonały...   

Otworzyła oczy i spojrzała w ekran.   
–  Fiuu...  –  gwizdnęła  pod  nosem.  W  dziesięciopunktowej  skali 

ocen doktor McBride zasługiwał na jedenastkę.   

Miał szczególną urodę: ów nieuchwytny, trudny do zdefiniowania 

urok rzucający się w oczy od pierwszego wejrzenia. Wyglądał dobrze. 
Bardzo  dobrze.  Silne,  męskie  rysy,  efektowna  opalenizna...  Ariel 
zapomniała przez moment o swojej pracy i zaczęła mu się przyglądać 
jako kobieta.   

– Dobry Boże, co za marnotrawstwo... – mruknęła. – Nie powinno 

się go trzymać w jakimś laboratorium. Mógłby raczej...   

Energiczne pukanie przerwało jej rozważania.   
– Proszę – zawołała.   
Do  pokoju  wpadł  Steve  Loggins.  Rudowłosy  i  piegowaty, 

przypominał  irlandzkiego  setera.  Pełnił  funkcję  zastępcy  kierownika 
stacji. Uśmiechem potrafił rozbroić każdego i tylko Ariel wiedziała, że 
w rzeczywistości jest niemal chorobliwie nieśmiały.   

–  Znad  Karaibów  nadciąga  kolejny  tajfun  –  wysapał  prawie  bez 

tchu. – Przewidują, że latem będzie ich jeszcze  więcej. Chciałem  już 
dawno z tobą porozmawiać o pewnej sprawie, lecz wciąż zwlekałem... 
– Usiadł na sąsiednim krześle. – Chodzi o Perry’ego.   

–  Tak,  Pan  Automat.  –  Ariel  pokazała  mu  świeżo  ukończoną 

karykaturę.   

–  Podobny  jak  dwie  krople  wody  –  przytaknął  Steve.  –  Co 

zrobimy? 

–  Możemy  go  rozruszać  albo...  Nie,  zaczekaj.  –  Odwróciła  się  w 

stronę monitora. Doktor McBride – nadal rozmawiał z dziennikarzem.   

–  Jeff  McBride  –  wycedziła  z  namysłem.  –  Dyplomowany 

meteorolog, były pracownik Narodowego Centrum Badań, obecnie na 
etacie w Corpus Christi. – Jej głos nabrał silniejszych tonów. – Jest w 
mieście, zna się na huraganach i aż grzech nie wziąć go przed kamerę. 
Oto remedium na nasze największe kłopoty. – Wsparła ręce na biurku 
i  z  uśmiechem  popatrzyła  na  swego  zastępcę.  –  Znajdź  jego  numer 
telefonu, Steve. Chcę tego faceta mieć u siebie.   

Jeff  McBride  przeszedł  przez  obszerny  sekretariat,  w  którym 

rządziła  przydzielona  aż  trzem  meteorologom  Moira  Lehrer. 

background image

Zaprzątnięty myślami, nawet na nią nie spojrzał.   

Dopiero głośne „hmmm” przyciągnęło jego uwagę. Zobaczył dłoń 

z  jaskrawo  pomalowanymi  paznokciami  i  zwisającą  spomiędzy 
palców  kartkę.  Powiódł  wzrokiem  dalej.  Trzy  złote  bransoletki  na 
przegubie,  rękaw  w  kolorach  pomarańczy,  żółci  i  zieleni...  potem 
twarz.  Dobry  Boże,  przemknęło  mu  przez  głowę,  kiedy  byłem  w 
Nowym Orleanie, przefarbowała się na rudo. Może zresztą zrobiła to 
już wcześniej, tylko nie zdążył zauważyć.   

– Wiadomość – powiedziała Moira i wskazała oczami kartkę.   
Jeff  stał  bez  ruchu.  Miał  nadzieję,  że  Moira  załatwi  za  niego 

wszystkie mniej pilne sprawy. Dopiero wczoraj wrócił z konferencji i 
czekała  go  masa  zaległej  pracy.  Chodziło  przede  wszystkim  o 
program  obserwacji  huraganów,  którym  zajmował  się  razem  z 
profesorem  uniwersytetu  stanowego  na  Florydzie.  W  tej  chwili  nie 
miał ochoty na nic innego.   

– Co to? – spytał.   
– Kanał Czwarty – odpowiedziała Moira. – Proszą o garść uwag na 

temat huraganów.   

– Mówiłem o tym dwa dni temu.   
– To był wywiad dla telewizji krajowej – z przesadną cierpliwością 

wyjaśniła  Moira.  –  Teraz  chodzi  o  lokalną  stację  i  o  cały  cykl 
pogadanek.  –  Porozumiewawczo  mrugnęła  okiem.  –  Wypadłeś  tak 
dooobrze, że chcą zrobić z ciebie prawdziwego gwiazdora.   

Wcisnęła mu papier w rękę.   
– Bez żartów, Moira – mruknął Jeff.   
–  Jestem  równie  poważna  jak  ta  dama  z  Kanału  Czwartego. 

Powinieneś  z  nią  porozmawiać  i  dowiedzieć  się,  o  co  naprawdę 
chodzi.  –  Obrzuciła  go  taksującym  spojrzeniem.  –  Na  twój  widok 
niemal każda dostaje palpitacji serca.   

Jeff zmarszczył brwi.   
–  Dobrze,  dobrze.  Przepraszam.  Prawdziwy  z  ciebie  Freddie 

Krueger,  a  nie  żaden  Mel  Gibson.  Żarty  na  bok.  Przemyśl  to  raz 
jeszcze, Jeff. Ludzie muszą wiedzieć coś więcej o huraganach.   

Moira  często  próbowała  ingerować  w  życie  szefów.  Jeffa  to 

drażniło, lecz teraz musiał przyznać jej rację. Wygładził zmiętą przed 
chwilą kartkę.   

– Zastanowię się i oddzwonię – obiecał.   
Wszedł  do  gabinetu  i  zamknął  drzwi.  Był  zadowolony,  że  wrócił, 

background image

chociaż  czekał  na  niego  zastraszająco  wysoki  stos  pism  i 
dokumentów.  Po  hałaśliwej  konferencji  biuro  wydawało  mu  się 
przytulne  i  ciche.  Miękkie  fotele  barwy  morskiej  wody,  ściany  i 
dywan  złociste  niczym  piasek  plaży,  marynistyczny  obrazek  nad 
biurkiem, po drugiej stronie  mapa huraganów. Mógł tu przesiadywać 
całymi dniami. To było jego sanktuarium; strefa ciszy w oku cyklonu.   

Spojrzał na kartkę.   
 
Proszę  się  ze  mną  skontaktować  w  sprawie  cyklu  programów  o 

tajfunach.   

 

Ariel Foster, KCOR, Kanał 4. 

   

Moira  miała  słuszność,  mówiąc,  że  ludzie  powinni  wiedzieć  coś 

więcej  na  temat  huraganów.  Dotychczas,  w  chwili  zagrożenia, 
postępowali  zgoła  instynktownie.  Może  napisać  parę  artykułów  do 
lokalnego  „Marinera”?  –  zastanawiał  się  Jeff.  Tak,  to  chyba  dobry 
pomysł, lepszy od wygłupów na szklanym ekranie.   

Nie  lubił  telewizji.  Zaczęło  się  to  przed  wielu  laty,  w  Tulsie, 

podczas  skandalu  związanego  z  bankiem,  w  którym  pracował  jego 
ojciec. Nie obyło się bez wszechobecnych kamer, rozgadanego tłumu 
dziennikarzy,  napastliwych  pytań  i  nieustannych  aluzji,  chociaż 
wkrótce  udowodniono  ponad  wszelką  wątpliwość,  że  starszy  pan 
McBride nie miał nic wspólnego ze wspomnianą aferą. Nagonka była 
tak  powszechna,  że  narzeczona  Jeffa  –  ambitna  córka  sędziego  o 
politycznych  aspiracjach  –  zdecydowała  się  zerwać  zaręczyny.  Od 
tamtej  pory  Jeff  uważał  wszystkich  reporterów  za  pozbawionych 
skrupułów.   

Wywiadu  w  Nowym  Orleanie  udzielił  przez  przypadek.  Właśnie 

opuścił audytorium po wygłoszeniu referatu, kiedy ktoś podetknął mu 
pod  nos  mikrofon  i  nakłonił  do  wypowiedzi.  Praca  w  studiu  to  co 
innego.  Musieliby  go  najpierw  związać  i  na  noszach  zanieść  do 
telewizji.   

Pamiętał  wieczór  na  uczelni,  tuż  przed  magisterium.  Siedział  z 

grupą  kolegów  z  akademika,  snując  plany  na  temat  przyszłości. 
Skończyło  się  na  wygłupach.  Ktoś  tam  miał  zostać  dyrektorem 
Narodowego  Instytutu  Meteorologii,  ktoś  miał  podjąć  współpracę  z 
Rosjanami...   

background image

–  A  McBride  będzie  zapowiadał  pogodę  w  dzienniku  –  padło  na 

koniec.   

– Z jego wyglądem to całkiem prawdopodobne.   
Jeffa  gniewały  takie  żarty.  Nie  cierpiał  telewizji,  ale  jeszcze 

bardziej  nie lubił być oceniany ze  względu na urodę.  W głębi ducha 
podjął  stanowczą  decyzję,  że  na  złość  kolegom  zrobi  prawdziwą 
karierę.  I  zrobił.  Z  wyróżnieniem  ukończył  studia,  podjął  pracę  i 
osiągnął niemałe sukcesy zawodowe. Nie miał zamiaru pokazywać się 
w telewizji. Ani teraz, ani kiedy indziej.   

Chwycił  za  słuchawkę  i  wystukał  numer  Ariel  Foster.  Po  chwili 

usłyszał głos sekretarki.   

–  Mówi  doktor  McBride  –  rzucił  krótko.  –  Chcę  zostawić 

wiadomość dla pani Foster.   

– Właśnie czeka na pański telefon. Zaraz pana połączę.   
–  Nie  mam  w  tej  chwili  czasu  na  rozmowę.  Proszę  jej  tylko 

przekazać, że nie jestem zainteresowany występami w telewizji.   

Odłożył słuchawkę, rzucił zmiętą kartkę do kosza na śmieci i zajął 

się pracą. Spojrzał na zegarek dopiero, gdy poczuł ssanie w żołądku. 
Druga. Wstał, przeciągnął się i wyszedł z gabinetu. Myślał wyłącznie 
o tym, jak wycisnąć nieco więcej funduszy na planowaną obserwację 
huraganów.   

–  Patrz,  jak  chodzisz,  Jeff!  –  zawołał  kierownik  działu,  Wayne 

Nesbit, uskakując mu z drogi.   

–  Och...  przepraszam,  Wayne.  Moira  uniosła  wzrok  znad 

komputera.   

– Załatwiłeś sprawę programu dla Kanału Czwartego? – spytała.   
Wayne z nagłym zainteresowaniem popatrzył na Jeffa.   
– Jakiego programu? 
–  Nic  ważnego  –  lekceważąco  mruknął  McBride.  Wayne  nie  dał 

się zbyć.   

– A dokładnie? 
– Planują cykl o huraganach. – Jeff ruszył w stronę drzwi.   
– Odmówiłem.   
– Dlaczego? – spytał Wayne.   
– Z powodów osobistych.   
– To niedobrze. Przydałoby się trochę reklamy, tobie i całej firmie. 

–  Wayne  zawsze  mówił  łagodnym  tonem,  lecz  nie  zwykł  owijać  w 
bawełnę. – Zrób to.   

background image

– A może ty? – Jeff chwycił się ostatniej deski ratunku.   
– Jesteś tu przecież szefem.   
– Mnie nie prosili.   
– Zadzwonię i podam twoje nazwisko.   
Wayne poprawił okulary i przetarł łysiejące czoło.   
– Nie pasuję do telewizji.   
– Ja też nie.   
– Mowa... – dobiegł z kąta stłumiony, lecz wyraźny głos Moiry.   
–  Wiesz  przecież,  że  zabiegamy  o  kontrakt  ze  Służbą  Morską 

Teksasu  –  ciągnął  Wayne.  –  Mamy  poważnych  konkurentów. 
Potrzebna nam, jak to się mówi, dobra prasa.   

To prawda, przyznał w duchu Jeff. Ale telewizja?...   
– Przykro mi, Wayne...   
– Będzie głośno o tym nawet na Florydzie i może ktoś przyzna ci 

dotację na podjęcie badań. Pomyśl o tym – zakończył Wayne i zniknął 
za drzwiami własnego gabinetu.   

– Piękne dzięki – warknął Jeff do Moiry. Obdarzyła go niewinnym 

spojrzeniem.   

– Za co? 
–  Za  co?  –  powtórzył  z  gniewem.  –  Za  to,  że  z  premedytacją 

wspomniałaś przy nim o telewizji.   

Wzruszyła ramionami.   
– I co z tego? Jeff zacisnął zęby.   
– Moira... nie dam się w to wrobić.   
–  Gadanie.  To  twoje  przeznaczenie.  Jesteś  Strzelcem,  prawda?  – 

Wysunęła szufladę i wyjęła poranne wydanie „Marinera”. – Strzelec – 
przeczytała  głośno.  –  Nieoczekiwany  telefon  przyniesie  gwałtowną 
zmianę w twoim życiu. Starannie rozważ każdą propozycję. Widzisz? 

Jeff  wymamrotał  coś  pod  nosem  i  wyszedł  z  biura.  Znał  siłę 

perswazji  Wayne’a  i  wiedział,  że  w  tej  sprawie  nie  padło  jeszcze 
ostatnie słowo.   

background image

ROZDZIAŁ 2 

 

Ariel pedałowała wściekle na ćwiczebnym rowerku.   
Jeff McBride doprowadzał ją niemal do szału. Zaraz po lakonicznej 

odpowiedzi próbowała się z nim porozumieć, ale bez rezultatu.   

–  Nawet  nie  miałam  szansy  z  nim  porozmawiać  –  burknęła  pod 

nosem i otarła pot z czoła. – „Nie jestem zainteresowany występami w 
telewizji”. – Mocniej naparła na pedały. – Kretyn.   

Dlaczego  odrzucił  jej  propozycję?  Przeciętny  śmiertelnik  wręcz 

marzył  o  tym,  by  się  zaprezentować  na  szklanym  ekranie.  Czemu 
McBride miał być inny? Nie wyglądał na tchórza; w trakcie wywiadu 
zachowywał się z niewymuszoną swobodą.   

Może  wolał  pozostawać  w  ukryciu  ze  względu  na  tajemniczą 

przeszłość?  Może  był  szpiegiem?  Malwersantem?  Bigamistą?  Nie... 
Wtedy  nie  wystąpiłby  także  przed  kamerami  w  Nowym  Orleanie. 
Może  więc  zawarł  cichy  układ  z  konkurencją?  O,  właśnie.  Był 
miliarderem i potajemnie dzierżył główny pakiet  akcji Kanału 12.  A 
może  najzwyczajniej  nie  miał  czasu?  Kiepskie  wytłumaczenie,  ale 
najbardziej prawdopodobne.   

Przecież  sam  pomysł  był  naprawdę  dobry.  Ludzie  niezbyt  dużo 

wiedzieli  o  huraganach,  więc  kto  miał  zapełnić  tę  lukę  jak  nie 
telewizja?  McBride  wyglądem  i  elokwencją  na  pewno  przyciągnąłby 
widzów.  Ariel  już  odbierała  sygnały,  że  krótki  wywiad  wzbudził 
poruszenie.   

–  Podobał  się  –  trajkotała  w  słuchawkę  dziewczyna  z  działu 

łączności z widzami. Warto więc było iść za ciosem.   

Co  robić?  Zdobyć  prywatny  adres  McBride’a  i  koczować  do 

skutku pod jego drzwiami? Nie...  to  może przynieść opaczny skutek. 
Zaczekać  na  parkingu  i  w  ostatniej  chwili  rzucić  „mu  się  pod  koła 
samochodu? Pomysł niezły, ale Ariel nie była pewna, czy starczyłoby 
jej odwagi. Poza tym przecież mógł ją przejechać.   

Nie,  zadecydowała  w  końcu,  najlepsza  będzie  najprostsza  droga. 

Jutro  rano  spotkam  się  z  nim  w  biurze  i  postaram  się  go  przekonać. 
Może mnie nie wpuści, ale na pewno warto spróbować.   

Zeszła  z  roweru,  wykąpała  się  i  pościeliła  łóżko.  Przed  snem 

powtórzyła dwukrotnie: 

–  Mam  dużą  siłę  perswazji.  To  mój  atut.  Każdego  umiem 

background image

przekonać do swoich pomysłów.   

Otuliła się kołdrą i zasnęła.   
Następnego  ranka  włożyła  prosty  jasnoniebieski  kostium  i  wpięła 

w  uszy  duże  złote  kolczyki.  Włosy  zaczesała  do  góry.  McBride 
powinien wiedzieć, że ma do czynienia z profesjonalistką. Spokojną, 
pewną  siebie  i  rzeczową.  Wystarczy  kilka  rozsądnie  wyważonych 
argumentów...   

Krytycznym  wzrokiem  przejrzała  się  w  lustrze.  Przede  wszystkim 

zwróciła  uwagę  na  buty.  Najnowsze  wyniki  badań  prowadzonych  w 
Centrum  Medycznym  w  Nowej  Anglii  głosiły,  że  osoby  niskiego 
wzrostu mają gorsze wyniki w pracy. Dotyczyło to zwłaszcza kobiet. 
Pantofelki  na  wysokim  obcasie  były  bardzo  pomocne.  Zwłaszcza 
wobec kogoś takiego jak McBride.   

Nie  zaszkodzi  też  odrobina  zmysłowego  czaru,  pomyślała, 

perfumując  się  dyskretnie.  W  pełni  zadowolona  z  siebie,  zasiadła  za 
kierownicą  czerwonej  corvetty  i  jak  wicher  pomknęła  w  stronę 
budynku  Gulf  Coast  Weather  Technology.  Postanowiła  udawać,  że 
jest  umówiona  na  spotkanie.  Skoro  McBride  oddzwonił  osobiście, 
mógł  przecież  nie  zwierzać  się  sekretarce  ze  swoich  planów.  Ariel 
energicznym  krokiem  weszła  do  biura.  Tuż  za  progiem  zobaczyła 
kobietę  w  średnim  wieku,  o  płomieniście  rudych  włosach,  ubraną  w 
przeraźliwie  różową  suknię  z  długimi  rękawami.  Zmusiła  się  do 
uśmiechu.   

–  Nazywam  się  Ariel  Foster.  Byłam  umówiona  z  doktorem 

McBride’em.   

–  Kanał  Czwarty?  –  Twarz  sekretarki  pojaśniała  radością.  – 

Codziennie, kiedy się ubieram, oglądam wasz poranny program.   

Zdaniem Ariel, to wyjaśniało dziwny dobór jej strojów. Patrzyła w 

ekran, nie w lustro.   

–  Zawsze  się  cieszę,  gdy  mam  okazję  poznać  któregoś  z  naszych 

widzów,  pani...  –  Ariel  zerknęła  na  stojącą  na  biurku  tabliczkę  z 
nazwiskiem – Lehrer.   

A  może  pani  Lehrer  była  po  prostu  dziwaczką?  Wśród  starannie 

poukładanych  dokumentów  i  skoroszytów  leżał  tani  egzemplarz 
„Znaków  miłosnych  na  każdy  miesiąc”  oraz  jeszcze  jeden  tomik 
opatrzony tytułem „Astrologia: klucz do Twojego życia”.   

Sekretarka otworzyła notatnik oprawny w brązową skórę.   
– Na pewno była pani na dziś umówiona? Nie mogę znaleźć pani 

background image

nazwiska.   

Pierwsza trudność, ale Ariel miała gotową odpowiedź.   
–  Rozmawiałam  z  doktorem  dość  późno.  Pewnie  zapomniał 

wpisać.   

– Często mu się to zdarza – przytaknęła Moira.   
– Cóż, meteorolog z głową w chmurach – wesoło stwierdziła Ariel.   
W  oczach  Moiry  zamigotały  iskierki  humoru.  Ariel  odetchnęła  z 

ulgą,  lecz  w  tej  samej  chwili  dostrzegła,  że  sekretarka  spogląda  w 
stronę  telefonu.  Nie  dzwoń,  błagała  w  myślach.  Nie  dzwoń  i  nie 
sprawdzaj.   

–  Pewnie  na  panią  czeka  –  powiedziała  Moira.  Uff...  –  Proszę  za 

mną.   

Pierwszy kłopot z głowy. Teraz do McBride’a.   
Moira wsunęła głowę przez wpółotwarte drzwi gabinetu.   
–  Jeff,  masz  spotkanie  –  powiedziała  znaczącym  tonem,  który 

dawał do zrozumienia, że znowu zapomniał ją powiadomić.   

Zanim  McBride  zdążył  zareagować,  Ariel  minęła  sekretarkę  i 

podeszła do biurka.   

–  Dzień  dobry.  –  Wyciągnęła  dłoń.  Za  sobą  usłyszała  stuk 

zamykanych drzwi. Świetnie.   

Był  naprawdę  przystojny.  Dziesięć  razy  bardziej  niż  na  ekranie. 

Szare oczy i ciemne, falujące włosy, wprost kuszące, by je pogładzić...   

McBride  z  lekkim  zażenowaniem  wstał  z  krzesła.  Uścisnął 

wyciągniętą dłoń.   

–  Proszę  usiąść  –  rzekł  z  nieśmiałym  uśmiechem.  –  Byliśmy 

umówieni? 

Ariel usadowiła się w fotelu.   
– Jestem Ariel Foster. Uśmiech zniknął.   
–  Zatem  nie  byliśmy.  –  Jeff  zdążył  także  usiąść,  lecz  teraz  wstał 

znowu.   

Ariel nie ruszyła się z miejsca.   
– Wiem.   
– Więc po co pani przyszła? 
–  Chciałam  z  panem  przez  chwilę  porozmawiać  –  odparła 

najbardziej ujmującym tonem, na jaki potrafiła się zdobyć.   

Nie podziałało. Jeff obrzucił ją niechętnym spojrzeniem.   
–  Nie  mamy  o  czym.  Chyba  jasno  odpowiedziałem  na  pani 

propozycję.   

background image

Jeśli chciał ją zbić z tropu, to mu się nie udało.   
–  Nawet  pan  nie  wysłuchał,  co  to  za  propozycja.  Może  mi  pan 

poświęcić odrobinę uwagi? 

Przez kilka sekund mierzyli się wzrokiem. Potem McBride usiadł i 

spojrzał na zegarek.   

– Daję pani pięć minut.   
Pierwszy punkt dla mnie, pomyślała Ariel.   
– Wystarczą trzy – powiedziała z uśmiechem i pochyliła się w jego 

stronę. – W tym roku były już dwa huragany. Trzeci zmierza prosto w 
stronę Corpus Christi.   

Jeff skinął głową. Ariel, zachęcona, mówiła dalej: 
–  Ludzie  powinni  wiedzieć,  co  im  grozi,  i  podjąć  odpowiednie 

przygotowania.  Chcę  zrobić  krótki,  powiedzmy  tygodniowy,  cykl 
programów o huraganach i...   

– Nie – usłyszała w odpowiedzi. – Pomysł jest znakomity, lecz po 

prostu  nie  mogę  i  nie  chcę  tego  robić.  Przecież  ma  pani  kogoś  od 
pogody, prawda? 

– Myślałam o prawdziwym fachowcu.   
–  Takich  nietrudno  znaleźć  –  odparł  Jeff.  –  Dam  pani  parę 

nazwisk...   

Grubych, nadętych nudziarzy jak mój Perry.   
– Szczerze mówiąc, wolałabym pana. Wsparł brodę na dłoni.   
– Dlaczego? 
Bo  pod  jednym  spojrzeniem  twoich  szarych  oczu  każda 

dziewczyna przed telewizorem dostanie gęsiej skórki. Ponieważ chcę 
wygrać i przejąć sieć ojca, a nie uda mi się bez twojej pomocy. Skoro 
pochlebstwa nie pomagały, trzeba było spróbować z innej beczki.   

–  Obawiam  się,  że  największy  problem  tkwi  w  nikłej  wiedzy 

naszego  społeczeństwa  na  temat  przyczyn  i  skutków  huraganu. 
Dałoby  się  uniknąć  niejednej  szkody,  gdyby  ktoś  pana  pokroju...  – 
Zdała  sobie  sprawę,  że  mówi  w  pustkę,  więc  zapytała  wprost:  –  Co 
mam zrobić, żeby pana przekonać? 

–  Nic.  Nie  zamierzam  wystąpić  w  telewizji.  Powiedział  to  z  taką 

stanowczością, że nie umiała powstrzymać ciekawości.   

– Dlaczego? 
– Mam swoje powody – odparł chłodno.   
– Na przykład? 
Zawahał się, po czym zrobił kwaśną minę.   

background image

– Dwa lata temu zrobiliście za dużo szumu wokół huraganu Clark. 

Mieszkańcy  porzucali  domy,  powstał  ścisk  na  autostradzie,  doszło 
nawet  do  kilku,  na  szczęście  niegroźnych,  wypadków.  A  burza 
najzwyczajniej przeszła bokiem.   

–  W  takim  razie  tym  bardziej  powinien  pan  pomóc.  Choćby  dla 

uniknięcia  podobnych  błędów.  –  Zanim  Jeff  zdołał  odpowiedzieć, 
dodała:  –  Przed  dwoma  laty  nie  pracowałam  w  Kanale  Czwartym. 
Próbuję sporo zmienić.   

McBride powątpiewająco pokręcił głową.   
– Nie mam czasu.   
–  Dostosujemy  czas  nagrania  do  pańskich  wymagań.  Możemy 

całość zrealizować wcześniej, w każdej dogodnej chwili.   

– Trudno będzie mi znaleźć taką chwilę.   
– Ale...   
– Przykro mi, musi pani poszukać kogoś innego.   
– Ale...   
– Jestem naukowcem i nie interesuje mnie kariera w telewizji. Nie 

będę  zapowiadał  pogody.  Czarodziej  Pogody  z  Tampa  co  wieczór 
występował z kryształową kulą.   

Zatem  tu  tkwił  zasadniczy  problem.  Doktor  McBride  bał  się 

ośmieszenia.   

– Bez obaw – powiedziała Ariel uspokajającym tonem. – U nas nie 

ma kryształowej kuli ani Tańca Deszczu. To będzie.. . ściśle naukowy 
program.   

Przez  sekundę  myślała,  że  zmiękł  i  próbował  się  nawet 

uśmiechnąć,  lecz  to  wrażenie  zniknęło  równie  szybko,  jak  się 
pojawiło.   

–  Usłyszała  już  pani  moją  odpowiedź.  Otworzyła  usta,  ale  Jeff 

spojrzał na zegarek i dodał: 

– Trzy minuty minęły. Nawet pięć.   
Miała wczoraj rację. Kretyn. Przystojny do granic bólu, ale kretyn.   
Z błyskiem w oku zerwała się z fotela i wsparła ręce na biurku.   
–  A  co  z  pańskim  poczuciem  odpowiedzialności  obywatelskiej, 

doktorze  McBride?  Mieszkańcy  Corpus  Christi  potrzebują  pańskich 
fachowych  porad.  Co  się  stanie  z  nadejściem  huraganu?  Jak  się  pan 
będzie czuł, wiedząc, że mógł pan uratować czyjeś życie? Niech pan 
się dobrze nad tym zastanowi! 

Obawiała  się,  że  ją  bardziej  poniosą  nerwy,  więc  na  wszelki 

background image

wypadek odwróciła się i wybiegła z gabinetu.   

Jeff otworzył drzwi i wszedł do mieszkania. Zerknął na stos listów 

starannie ułożony na stoliku, po czym zajrzał do kuchni. Sprzątająca 
co  tydzień  Opal  Hayes  była  naprawdę  dobrą  gospodynią. 
Chromowana  pokrywa  piekarnika  i  biały  blat  stołu  błyszczały  jak 
nowe.   

Jeff  wziął  piwo,  zdjął  kapsel  i  popatrzył  na  kartkę  wiszącą  na 

drzwiach  lodówki.  Pani  Hayes,  domorosła  ekspertka  od  spraw 
żywienia, ogrodnictwa i kotów, często zostawiała mu różne uwagi.   

 
Kot...   
 
Nie  je?  Łysieje?  Z  trudem  mógł  odczytać  pełne  ozdobnych 

zakrętasów słowa. Aaa... linieje.   

 
Kot  linieje.  Za  gorąco,  za  dużo  słońca.  Trzeba  go  oszukać,  że 

nadeszła zima. Najlepiej włączyć klimatyzację i zaciągnąć zasłony.   

– Babska wyobraźnia – mruknął Jeff i zawołał głośniej: – Huragan! 
Wielki  kocur  wkroczył  do  kuchni  i  otarł  się  o  jego  nogi, 

pozostawiając mu na spodniach kłaczki białego futra.   

– Rzeczywiście liniejesz.   
Jeff  podrapał  kota  po  głowie,  potem  ze  zrozumiałą  skruchą 

przykręcił  termostat  o  trzy  stopnie  i  zaciągnął  roletę  w  kuchennym 
oknie.   

Z piwem w dłoni przeszedł do pokoju, zrzucił buty, wyciągnął się 

na kanapie i zaczął przeglądać listy. Zaproszenie od kumpla na kolację 
z  grilla,  pocztówka  od  dziewczyny,  którą  poznał  w  czasie  urlopu,  i 
rachunki.   

Huragan  wskoczył  na  fotel  i  pozostawił  na  oparciu  nową  porcję 

sierści. Jeff wszędzie widział podobne ślady. Miał nadzieję, że zmiana 
temperatury rzeczywiście powstrzyma linienie, gdyż za nic w świecie 
nie chciał mieszkać z łysym kotem.   

Popijał  piwo  i  spoglądał  przez  okno  na  niebo  ciemniejące  nad 

Zatoką  Meksykańską.  Wrócił  myślami  do  spotkania  z  Ariel  Foster. 
Musiał  przyznać,  że  miała  tupet.  Mógł  ją  przecież  po  prostu 
wyprowadzić  za  drzwi.  Po  prawdzie,  nawet  chętnie  wziąłby  ją  w 
ramiona...   

Chętnie  i  bez  wysiłku.  Była  drobna  i.  krucha.  Delikatne  kości, 

background image

regularne  rysy  –  zadarty  nosek,  wydatne  usta  i  turkusowe  oczy, 
lśniące  niczym  zatoka  w  pełnym  blasku  słońca.  Pod  tą  filigranową 
postacią kryło się zdecydowanie, które pozwoliło jej wtargnąć do jego 
gabinetu. Pamiętał, jak stała, zaczerwieniona i zagniewana.   

Co gorsza, miała zupełną rację. Wciąż słyszał jej pytanie: „Jak się 

pan będzie czuł, wiedząc, że mógł pan uratować czyjeś życie?” 

Winny.  Jeff  cisnął  poduszką  w  kąt  pokoju.  Nie  dość,  że 

przestraszył  kota,  to  jeszcze  tylko  cudem  nie  strącił  statku  stojącego 
na półce z książkami.   

–  Szlag  by  trafił!  –  Zżymał  się  na  samą  myśl  o  występie  w 

telewizji.  –  Jeff  McBride,  Jeździec  Burzy  –  mruknął  pod  nosem. 
Oczami  wyobraźni  ujrzał  się  w  czarnoksięskim  płaszczu, 
wywijającego różdżką nad mapą pogody.   

Rzadko  oglądał  telewizyjne  prognozy,  ale  dwa  dni  temu  miał 

okazję  porównać  zapowiedzi  w  obu  konkurencyjnych  programach. 
Wiecznie  uśmiechnięta  spikerka  Kanału  12  wyglądała  jak  żywcem 
wyjęta  z  reklamy  pasty  do  zębów.  Pewnie  z  tą  samą  miną  witała 
pierwszy dzień lata i klęski żywiołowe. Facet od Ariel Foster – Perry 
Jakiśtam  –  zbyt  ciasno  wiązał  krawat  i  mówił  o  pogodzie  smętnym, 
monotonnym głosem, jakby czytał swój własny nekrolog.   

Pseudometeorologowie...  Ledwie  umieli  wyrecytować  parę  linijek 

oficjalnego komunikatu. Teraz on miał dołączyć do ich grona. Dawni 
koledzy ze studiów skręcaliby się ze śmiechu. Uwaga Ariel na temat 
potrzeb  mieszkańców  Corpus  Christi  poruszyła  w  nim  czułą  strunę. 
„Mógł pan uratować czyjeś życie... „ 

Huragan  jakby  wyczuwał  rozterkę  swego  pana,  gdyż  wskoczył  na 

kanapę  i  potarł  łebkiem  o  policzek  Jeffa.  McBride  pogłaskał  go  z 
roztargnieniem.  Nie  odrywał  wzroku  od  okna.  Na  ciemnym  niebie 
pojawiły się pierwsze gwiazdy.   

Co  miał  począć?  Nie  tęsknił  za  rozgłosem;  wolał  spokojne,  ciche 

życie. Z drugiej strony wywiad, jakiego udzielił w Nowym Orleanie, 
nie  zachwiał  jego  egzystencji.  W  czym  mógł  mu  zaszkodzić  krótki 
cykl  programów?  W  niczym,  a  Gulf  Coast  Weather  Technology 
miałby większe szanse na ciekawy kontrakt. No i pozostawała sprawa 
uniwersytetu z Florydy. Jeff wiązał duże nadzieje z projektem badań, 
a telewizja była potężnym medium...   

Raz  jeszcze  rozważył  wszystkie  za  i  przeciw,  wreszcie,  choć  z 

ciężkim sercem, podjął decyzję.   

background image

Znalazł w książce telefonicznej numer biura Kanału 4, zadzwonił i 

oświadczył,  że  ma  wiadomość  dla  pani  Foster.  W  odpowiedzi 
usłyszał, że szefowa jeszcze nie wyszła z pracy. Specjalnie go to nie 
zdziwiło, chociaż dochodziła dziewiąta wieczór.   

–  Halo  –  po  chwili  rozległ  się  w  słuchawce  głos  Ariel.  Miękki  i 

zmysłowy.   

– Mówi Jeff McBride. Zapadła cisza.   
–  Doktor  McBride?  –  ostrożnie  spytała  Ariel.  –  Straciłam  już 

nadzieję, że znów się usłyszymy. Zmienił pan zdanie? 

– Tak.   
–  Zrobi  pan  dla  nas  cykl  programów?!  –  zawołała  z  wyraźnym 

podnieceniem. Jeff wyobraził sobie jej radosny uśmiech.   

– Przekonała mnie pani.   
–  Cudownie.  Mam  gotową  umowę,  prześlę  ją  panu  faksem  z 

samego  rana.  Kiedy  ją  pan  przeczyta,  omówimy  resztę  warunków. 
Mam przyjechać do pańskiego biura? 

– Jadąc w stronę domu, mijam budynek Kanału Czwartego. Może 

wpadłbym któregoś dnia, około szóstej? 

– Jutro? 
– Nie traci pani czasu.   
–  Kto  się  waha,  przegrywa.  To  moja  dewiza.  Udowodniła  to  już 

wcześniej, w jego gabinecie.   

– Zobaczymy się jutro – obiecał.   
Ariel  odłożyła  słuchawkę  i  pozwoliła  sobie  na  stłumiony  okrzyk 

triumfu.  Doktor  Jeff  McBride  przestał  być  kretynem.  Stał  się  znowu 
wspaniałym,  pełnym  męskiego  czaru  uzupełnieniem  ekipy  KCOR. 
Zaraz  powiadomiła  Steve’a  o  najnowszym  nabytku,  potem, 
stwierdziwszy, że już późno, pojechała do domu.   

W  sypialni  migotała  lampka  automatycznej  sekretarki.  Ariel 

wcisnęła klawisz i po chwili usłyszała podniecony głos Chada: 

– Moje notowania wzrosły w tym miesiącu aż o trzy punkty. Co u 

ciebie? 

Ariel ponurym wzrokiem spojrzała na stojące obok nocnej lampki 

zdjęcie brata. Od samego początku był jej najgroźniejszym rywalem w 
wyścigu  do  Houston.  Początkowo  chciała  przylepić  fotografię  do 
ściany  i  zrobić  z  niej  cel  dla  rzutków,  ale  później  stwierdziła,  że 
będzie lepiej, jeśli ustawi ją tuż przy łóżku. Spoglądała na nią co rano, 
–  zaraz  po  przebudzeniu,  i  wieczorem,  tuż  przed  zaśnięciem. 

background image

Przypominało jej, kogo ma pokonać.   

Gdyby McBride zgodził się na stały kontrakt, wysłałaby Perry’ego 

pod adresem Chada. W pięknym opakowaniu. Wielki Brat miałby od 
razu  niższe  notowania.  Sięgnęła  po  słuchawkę,  by  zadzwonić  do 
Chada,  lecz  po  chwili  zmieniła  zdanie.  Nie  chciała  słuchać  jego 
przechwałek.  Zamiast  tego  wysłała  faks:  „Dobrze  wiesz,  że  idzie  mi 
nie  najlepiej,  ale  nie  mam  zamiaru  rezygnować.  Załatwiłam  nowego 
faceta od pogody, więc nie ciesz się przedwcześnie, bo potem możesz 
płakać. Jeszcze cztery miesiące przed nami”.   

Parę  minut  później  z  faksu  wysunęła  się  odręcznie  napisana 

odpowiedź Chada. „Wszystkie swoje nadzieje pokładasz w pogodzie? 
Nie  słyszałaś,  że  nie  wolno  wbijać  setki  jaj  w  jeden  –  tu  było  kilka 
słów skreślonych – omlet?” 

Ariel odpisała krótko: „Skąd wiesz, że to tylko jeden omlet?” 
Po namyśle dodała: „Nie czekam na odpowiedź”. Wyłączyła faks. 

Niech się braciszek głowi do rana nad jej innymi „omletami”.   

Poszła  do  kuchni  wznieść  toast  szklanką  chudego  mleka.  Jutro  z 

rana  raz  jeszcze  przejrzy  kontrakt  McBride’a.  Potem  pojedzie  do 
Boutique de la Mer i kupi sobie najpiękniejsze bikini.   

background image

ROZDZIAŁ 3 

 

– Proszę wejść, doktorze McBride.   
Jeff odwrócił się na dźwięk głosu Ariel Foster.   
Stała  w  drzwiach  gabinetu.  Włosy  złotą  kaskadą  spływały  jej  na 

ramiona.  Jeff  miał  przez  chwilę  nieodparte  wrażenie,  że  czuje  ich 
jedwabisty dotyk na swoich policzkach... Prędko odpędził niewczesne 
myśli,  lecz  kiedy  podszedł  bliżej,  poczuł  zmysłowy  zapach 
wykwintnych perfum.   

Ariel wyciągnęła rękę. Skórę  miała delikatną jak płatek róży, lecz 

uścisk  dłoni  energiczny  i  mocny.  Jeff  wszedł  do  gabinetu  i  zajął 
miejsce w fotelu naprzeciw biurka.   

Kwadrans  po  dziesiątej  rano  otrzymał  faksem  wstępną  wersję 

umowy.  Oznaczało  to,  że  radca  prawny  Ariel  wyjątkowo  wcześnie 
rozpoczął  dzień  pracy.  Ariel  też  zapewne  nie  spała  wiele,  mimo  to 
wyglądała tak świeżo, jakby przed chwilą wyszła z salonu piękności. 
Wprost tryskała energią.   

Jeff prezentował się dużo gorzej. Po całym dniu w biurze miał już 

mocno wymiętą koszulę, a gdy potarł ręką brodę, poczuł pod palcami 
ślad zarostu. Rozejrzał się po gabinecie.   

Nic  nadzwyczajnego.  Spodziewał  się  większej  fantazji  w 

urządzeniu wnętrza.   

Ariel  wyciągnęła  z  dużej  koperty  swój  egzemplarz  umowy, 

skierowała spojrzenie turkusowych oczu na Jeffa i spytała: 

– Chce pan coś zmienić lub wyjaśnić? 
–  Jeden,  może  dwa  punkty  –  odparł.  Wzięła  pióro.  –  Zwłaszcza 

jeden.  Mówiła  pani  o  cyklicznym,  krótkim  programie  na  temat 
huraganów.  –  Stuknął  palcem  w  dokument.  –  Skąd  więc  pomysł 
„codziennej  analizy”  w  razie  klęski  żywiołowej?  O  niczym  takim 
przedtem nie słyszałem.   

– To prawda. Dodałam ten punkt, uprzedzając pańskie życzenie.   
Jakie  życzenie?  Jeff  zapadł  głębiej  w  niewygodny  fotel  i  ze 

zdumieniem popatrzył na Ariel.   

– Nie rozumiem.   
Uśmiechnęła  się.  Widok  jej  kuszących  ust  sprawił,  że  Jeff  na 

chwilę zapomniał o rozdrażnieniu.   

– Poprzez wstępny cykl pogadanek o huraganach stanie się pan dla 

background image

widzów kimś, komu zechcą zaufać, prawda? 

– Prawda – przyznał niechętnie.   
–  Któż  zatem  miałby  im  pomóc  przy  realnym  zagrożeniu? 

Zostawiłby ich pan w takiej chwili? 

Zapędziła go w kozi róg. Jakkolwiek nie zamierzał robić kariery w 

telewizji, musiał zaakceptować ten argument.   

– Chyba nie.   
Spuściła głowę, pewnie po to, by ukryć błysk radości w oczach.   
–  Miejmy  nadzieję,  że  nie  dojdzie  do  prawdziwej  klęski  – 

powiedziała. – Chociaż w innych przypadkach...   

Jeff uniósł brwi.   
– W jakich? Lawiny? Burzy śnieżnej? 
–  Powodzi.  –  Ariel  pochyliła  się  nad  biurkiem,  tak  że  bez 

przeszkód mógł obserwować łagodny zarys jej szyi.   

Nie, nie... Nie dam się złapać na twoją urodę, pomyślał spiesznie.   
– Tylko gdy woda wyleje wskutek tajfunu.   
–  Jest  pan  fachowcem  od  pogody...  Przerwał  jej  energicznym 

ruchem głowy.   

–  Specjalizuję  się  w  huraganach.  Tyle  mogę  dla  pani  zrobić.  – 

Dostrzegł,  że  Ariel  chce  coś  powiedzieć,  więc  dodał  szybko:  – 
Koniec, kropka.   

– Można to jeszcze przedyskutować.   
–  Żadnych  dyskusji.  A  umowa  wygasa  wraz  z  końcem  lata. 

Większa część roku jest wolna od huraganów.   

–  Może  choć  krótki  program  o  tym,  jak  pogoda  wpływa  na 

gospodarkę nadmorskich stanów? 

Czy ta dziewczyna nigdy nie rezygnuje? 
–  Już  pani  wspominałem,  że  jestem  naukowcem,  a  nie 

telewizyjnym komentatorem.   

–  Mógłby  pan  zdobyć  dodatkowy  fach  –  powiedziała  z 

uwodzicielskim uśmiechem.   

Jeśli liczyła na to, że go zmiękczy, to się grubo myliła.   
–  Nie  szukam  innej  pracy  –  odparł  zimno.  –  Ze  względu  na  pani 

widzów zgadzam się na cykl o huraganach, lecz na tym koniec.   

–  Dobrze  –  westchnęła  z  przesadnym  żalem  i  zapisała  coś  w 

notatniku. Potem zerknęła na Jeffa z porozumiewawczym błyskiem w 
oku.   

– Sezon huraganów trwa pół roku.  Zostało jeszcze pięć  miesięcy. 

background image

Będę miała wystarczająco dużo czasu, żeby nakłonić pana do zmiany 
zdania.   

–  Wątpię  –  odpowiedział  twardo,  chociaż  coraz  słabiej  panował 

nad sobą.  Uśmiech Ariel przywodził  mu na  myśl jedwabną pościel  i 
gorące uściski. Chrząknął. Do rzeczy, doktorze McBride.   

Omówili jeszcze parę punktów.   
– Emisja za dwa tygodnie – zakończyła Ariel. – Muszę mieć nieco 

czasu, by przygotować widzów.   

Odwróciła się do komputera i przebiegła palcami po klawiaturze.   
–  Krótka  wzmianka  o  cyklu  w  wieczornych  wiadomościach, 

plansza z pańskim zdjęciem i symbolem stacji...   

– Nie! – krzyknął Jeff. Popatrzyła na niego ze zdziwieniem.   
– Słucham? 
– Chyba wyraziłem się jasno. Żadnych zdjęć.   
– Dlaczego? 
Jeff niemal kipiał ze złości.   
– To nauka, a nie showbiznes.   
–  To  telewizja  –  sprostowała  Ariel.  –  Co  nam  przyjdzie  z 

pańskiego  cyklu,  skoro  nikt  go  nie  będzie  oglądał?  Jakoś  muszę 
przyciągnąć uwagę widzów.   

–  Może  stanę  przed  supermarketem  i  rozdam  parę  autografów?  – 

zgryźliwie spytał McBride.   

– O tym nie pomyślałam – przyznała z rozbawieniem. – Jeśli pan 

zechce...   

– Wróćmy do sedna sprawy – powiedział pośpiesznie. – Zgoda na 

wzmiankę w dzienniku, na notatkę w programie, ale bez fotografii.   

Ariel skinęła głową, stuknęła w kilka klawiszy, potem zapytała: 
– Co ma pan przeciwko zdjęciom? 
– Chcę, żeby mnie postrzegano wyłącznie jako naukowca.   
Nie zamierzam pozować do plakatu. Moja twarz i tak nie wzbudzi 

żadnego zainteresowania.   

Ariel miała minę, jakby nagle ugryzła się w język.   
–  Może  króciutki  wywiad  wstępny  w  „Rozmowach  przy 

śniadaniu”? – zmieniła temat.   

Jeff miał wrażenie, że znalazł się w środku burzy. Tajfun Ariel! 
–  Nie.  Bez  wywiadu.  Bez  podchodów,  inaczej  nici  z  umowy. 

Rozłożyła szeroko ręce.   

–  Dobrze.  Wygrał  pan.  Do  jutra  zmienię  kontrakt  zgodnie  z 

background image

pańskim  życzeniem.  Wkrótce  skontaktuje  się  z  panem  Kara  Taylor. 
To nasza szefowa produkcji. Ma parę własnych ciekawych pomysłów 
realizacyjnych, ale będzie lepiej, jak usłyszy pan o nich bezpośrednio 
od  niej.  –  Ariel  wpisała  coś  do  komputera  i  nagle  obdarzyła 
McBride’a  niemal  bezczelnym  uśmiechem.  –  Twardy  z  ciebie 
zawodnik, Jeff, ale lubię takich. Mam nadzieję na owocną współpracę.   

Współpracę?  Jeff  wahał  się,  czy  ją  udusić,  czy...  Nie  dokończył 

myśli.   

–  Ja  również  –  mruknął.  Wbrew  sobie  uśmiechnął  się  w 

odpowiedzi.   

Przez  długą  chwilę  mierzyli  się  wzrokiem.  Coś  wisiało  w 

powietrzu – nastrój napięcia, nadziei, podniecenia...   

–  Czekam  więc  na  telefon  od  pani  Taylor  –  powiedział  w  końcu 

Jeff. Szybko wstał z fotela, pożegnał się i wyszedł z gabinetu.   

Ariel 

odprowadziła 

go  wzrokiem.  Twarz  nie  budząca 

zainteresowania?  Chyba  nigdy  nie  przeglądał  się  w  lustrze.  Kiedy 
mieszkanki Corpus Christi chociaż raz ujrzą go na ekranie, prognoza 
pogody stanie się prawdziwym przebojem. Pozwoliła sobie na leniwy 
uśmiech.  Mam  nadzieję  na  owocną  współpracę,  powtórzyła  w 
myślach.  Więcej  niż  owocną.  Od  dawna  już  nie  spotkała  równie 
interesującego mężczyzny.   

Do  tej  pory  znała  bogatych  –  i  bezgranicznie  nudnych  – 

biznesmenów.  Jeff  McBride  był  zupełnie  inny.  Naukowiec  o 
wzniosłych ideałach... W dzień zapewne chodził zamyślony po plaży, 
a  wieczorami  słuchał  kojącej  muzyki.  Zastanawiało  ją,  jaki  umysł 
kryje  się  za  przystojną  twarzą.  Napisała  na  skrawku  papieru:  „Co 
dzień odkrywam coś nowego i ciekawego u Jeffa McBride’a”, potem 
schowała kartkę do torebki. Zabrała z drukarki notatki poczynione w 
czasie rozmowy z Jeffem i wezwała sekretarkę.   

–  Peg,  nadaj  to  faksem  do  Billingsa.  Niech  przepisze  umowę  z 

doktorem  McBride’em.  Pilna  sprawa.  Jutro  chcę  mieć  ostateczną 
wersję.   

Była  przekonana,  że  notowania  programu  pójdą  w  górę  już  po 

pierwszym występie Jeffa. Zadzwoniła do Steve’a.   

– Misja zakończona. Jutro McBride podpisze kontrakt.   
– Bomba! Stawiam pizzę.   
Ariel  sięgnęła  do  biurka  i  zerknęła  na  torbę  opatrzoną  napisem  , 

Boutique de la Mer”. Zasłużyła na taki prezent. A co z pizzą? Zawsze 

background image

przecież mogła siąść na rower i spalić nadmiar kalorii.   

– Spotkamy się za pięć minut.   
Steve zabrał ją do Pizza Italiana i zamówił dwie pepperoni.   
– McBride to strzał w dziesiątkę – oświadczył. – Bilet do Houston.   
Wzniósł toast kuflem piwa. Ariel upiła łyk mrożonej herbaty.   
–  A  ty  przejmiesz  po  mnie  Kanał  Czwarty  –  obiecała.  Ze 

wszystkich  pracowników  studia  tylko  Steve  wiedział  o  rodzinnym 
turnieju Fosterów.   

– Co u braci? – zapytał.   
–  Lepiej,  niż  się  spodziewałam.  Niestety.  Daniel  wymyślił  nowy 

program  dla  dzieci,  nadawany  w  angielskiej  i  w  hiszpańskiej  wersji 
językowej.  Od  razu  zyskał  poklask  w  El  Paso,  pisały  o  tym  gazety. 
Daniel to mózg rodziny. Wynalazca. Nie jestem zaskoczona, że wpadł 
na tak dobry pomysł.   

– AChad? 
–  Podobno  też  pracuje  nad  czymś  wyśmienitym,  ale  nie  chce 

powiedzieć  nad  czym.  Cały  on,  tajemniczy  do  końca.  Jak  królik 
chowa  się  w  cylindrze,  póki  nie  przyciągnie  uwagi  widzów.  W  ten 
sam  sposób  uprawiał  szermierkę,  jeszcze  podczas  studiów.  –  Ariel 
uśmiechnęła się do wspomnień. – Finta, finta, finta, aż przeciwnik go 
zlekceważył. Wtedy rzucał się do ataku.   

– Bez obaw – mruknął Steve. – Na pewno wygrasz.   
–  Mam  nadzieję.  –  Houston  było  dla  niej  niczym  wymarzony 

garniec złota, jaśniejący na końcu tęczy, pozornie bliski, a jednak poza 
zasięgiem ręki. Dom i stabilizacja...   

Zbyt  długo  prowadziła  życie  koczownika,  wciąż  wędrując  od 

studia  do  studia.  Raz  nawet  poświęciła  miłość  dla  kariery.  Chciała 
wreszcie gdzieś osiąść... a gdzie mogła znaleźć lepsze miejsce niż w 
rodzinnym Houston? Poczuła nagły przypływ rozpaczy. Co zrobi, jeśli 
przegra? Odegnała niepokojące myśli i wróciła do bieżących spraw.   

– Wiesz, co zaproponowała Kara? Chce wprowadzić McBride’a do 

przeciętnej  rodziny  i  na  jej  przykładzie  pokazać,  co  robić  w  czasie 
huraganu. Wstępne przygotowania, dobytek, i tak dalej.   

– Świetny pomysł. To będzie prawdziwa bomba.   
Steve umiał ją pocieszyć w najgorszych chwilach. Od początku był 

jej przyjacielem, zastępczym bratem, z którym na dodatek nie musiała 
rywalizować.  Ariel  w  zamian  wysłuchiwała  jego  zwierzeń  z  nie 
spełnionej  miłości  do  Kary.  Nie  spełnionej,  gdyż  na  nieszczęście 

background image

Steve’a, Kara nigdy nie narzekała na brak adoratorów.   

Steve  odłożył  trzymany  kawałek  pizzy  i  zamglonym  wzrokiem 

popatrzył w talerz.   

– McBride na pewno zawróci jej w głowie. Ariel uśmiechnęła się.   
–  Nie  przejmuj  się  –  powiedziała.  –  Zrobię  wszystko,  żeby  nasz 

pan doktor nie miał czasu na amory.   

 
Na  dźwięk  dzwonka  Jeff  przetarł  zaspane  oczy,  wstał  z  łóżka, 

narzucił szlafrok i boso poczłapał do przedpokoju. Kto miał czelność 
budzić go w sobotę rano? Spojrzał na zegarek. Było dużo później, niż 
myślał. Mimo to nie zamierzał wstawać przed południem.   

Otworzył  drzwi  i  wlepił  zdumiony  wzrok  w  młodego  posłańca  z 

bukietem letnich kwiatów i kolorowym balonem w ręku.   

– Chyba pomyliłeś adres, chłopcze. Posłaniec zerknął na kartkę.   
– Pan Jeff McBride. Apartament tysiąc dwieście cztery.   
– To ja, ale...   
– Proszę tu podpisać. – Wręczył Jeffowi długopis i pokwitowanie.   
Jeff  naskrobał  swoje  nazwisko,  odebrał  bukiet  i  tępym  wzrokiem 

popatrzył na balon. Potem ostrożnie odłożył kwiaty na stolik. Huragan 
natychmiast  przybiegł  zobaczyć,  co  się  dzieje,  powąchał  stokrotkę  i 
musnął łapą cynię.   

–  Niedobry  kocur!  –  Jeff  pogroził  mu  palcem.  Sięgnął  po 

załączony liścik.   

 
Witam  w  Kanale  4  i  zapraszam  do  Driftwood  Country  Club  na 

wspólną zabawę z okazji Święta Niepodległości.   

 

Ariel Foster   

 
Nawet bez podpisu poznałby jej charakter pisma. Widział przecież, 

jak  nanosiła  poprawki  na  kontrakcie.  Potrząsnął  głową  i  wybuchnął 
śmiechem. Co za dziewczyna... odważna, sprytna i do tego cholernie 
ładna.  Wyczuwał,  że  nawiązała  się  pomiędzy  nimi  nić  tajemnego 
porozumienia.  Zresztą, jeśli zastanowić się głębiej,  dlaczego  miałoby 
być inaczej? 

Właśnie,  dlaczego?  Po  pierwsze,  ich  znajomość  była  ściśle 

związana z pracą. Jeff wspomniał swój nieudany romans z laborantką 
z  Narodowego  Centrum  Badań.  Kay  polegała  wyłącznie  na  nim,  nie 

background image

potrafiła  podjąć  najprostszej  decyzji.  W  końcu  doszło  do  katastrofy 
gorszej niż najpaskudniejsza burza. Ariel wyglądała na całkiem inną, 
ale... Gdyby poznał ją bliżej, bez wątpienia zaczęłaby go prosić, żeby 
na stałe zaczął pracować w telewizji. Nalegałaby tak długo, aż by się 
zgodził.  Poza  tym...  na  pewno  kogoś  miała.  Była  zbyt  piękna  i 
żywiołowa, by pędzić życie zupełnie sama.   

W  niczym  nie  przypominała  kobiet,  które  znał  dotychczas.  Lubił 

ciche,  mądre  dziewczęta,  nie  stroniące  od  wizyt  w  filharmonii  i 
wieczornych  przechadzek  po  plaży.  Ariel  na  pewno  była  mądra,  ale 
cicha?  Wolne  żarty.  Wrócił  myślami  do  zaproszenia.  Kara  Taylor 
także proponowała mu, żeby przyszedł.   

– Będzie pan miał okazję poznać ludzi z produkcji i resztę obsługi 

studia – powiedziała.   

Jeff  podziękował  jej,  ale  stwierdził,  że  nie  jest  pewien,  czy  zdoła 

znaleźć wolny czas. Zgodził się na współpracę z telewizją tylko przez 
wzgląd na mieszkańców Corpus Christi. Jego umowa nie obejmowała 
wspólnych przyjęć z pracownikami Kanału 4. Czwartego lipca chciał 
wypłynąć z przyjaciółmi w krótki rejs jachtem.   

Piekielna  Ariel  Foster!  Zdawał  sobie  sprawę,  że  wezmą  go  na 

języki, jeśli nie przyjmie jej zaproszenia. Zgonił Huragana ze stolika, 
smętnym  wzrokiem  popatrzył  na  kwiaty  i  poszedł  do  kuchni.  Miał 
nadzieję,  że  filiżanka  mocnej  kawy  rozjaśni  mu 

AV 

głowie.  Na 

śniadanie po prostu odgrzał resztki kolacji. Huragan otarł mu się nogę.   

– Już nie liniejesz? – mruknął Jeff. – Pani Hayes  miała rację. Jak 

zwykle.   

Kot  nie  przejawiał  zainteresowania  swym  futrem.  Wskoczył  na 

kredens i tęsknie spojrzał w stronę lodówki.   

– Miauu...   
– Dobrze, dobrze. – Jeff nalał mu pełną miskę mleka. Potem wypił 

kawę – gorzką i mocną. Odpędziła resztki senności.   

Co  miał  zrobić?  Zadzwonić  do  Ariel,  podziękować  za  kwiaty  i 

przeprosić,  że  nie  będzie  na  przyjęciu?  Na  pewno  znalazłaby 
argument, by go przekonać.   

Dobrze,  zdecydował.  Wpadnę  na  godzinę  do  Driftwood  Country 

Club,  poznam  pracowników  Kanału  4,  podziękuję  za  bukiet  i  po 
prostu  wyjdę.  Konwenansom  stanie  się  zadość,  a  panna  Foster  nie 
będzie  miała  czasu  na  dalsze  podchody.  Cóż  się  bowiem  może 
wydarzyć złego przez sześćdziesiąt minut? 

background image

ROZDZIAŁ 4 

 

Ariel  wyciągnęła  się  na  leżaku  nad  basenem.  Z  uśmiechem 

spoglądała na słońce igrające na powierzchni wody i flagi łopoczące 
w lekkim wietrze. Goście i obsługa Kanału 4 bawili się wyśmienicie. 
Z dala dobiegały wesołe okrzyki dzieci, lecz i dorośli zachowywali się 
nie  mniej  hałaśliwie.  Ariel  co  chwila  przerywała  rozmowę  z  Karą 
Taylor i Heidi Lockhart, żeby popatrzeć, co się dzieje.   

Heidi  była  dziennikarką  współpracującą  z  „Marinerem”.  Ariel 

poznała  ją  tuż  po  przyjeździe  do  Corpus  Christi.  Wkrótce  stały  się 
bliskimi  przyjaciółkami.  Heidi  pociągnęła  łyk  Krwawej  Mary  i 
odgarnęła z czoła długie, czarne włosy.   

– Czego pragną kobiety? – spytała.   
–  Tego  samego  co  mężczyźni:  sukcesu,  władzy,  powodzenia  – 

odpowiedziała  Ariel.  Lekko  posmarowała  ramiona  kremem  do 
opalania.  Miała  na  sobie  nowe  bikini:  skąpe,  w  kolorach  purpury  i 
turkusowej zieleni.   

– Tak? – pokręciła głową Heidi. – A czego oczekują od mężczyzn? 
– To o wiele ciekawsza sprawa – odezwała się Kara.   
– Ty na pewno znasz prawidłową odpowiedź – mruknęła Ariel.   
Kara  wprost  nie  mogła  odpędzić  się  od  amantów,  lecz  nikogo  to 

nie dziwiło, gdyż była ładną, żywiołową blondynką o uroczo zadartym 
nosku i przemiłym usposobieniu.   

– Gdybym to wiedziała, dawno założyłabym rodzinę – powiedziała 

do Ariel. – Tymczasem skończyłam dwadzieścia dziewięć lat i wciąż 
jestem panną.   

– Nie mów, że nie miałaś szansy – przypomniała jej Ariel.   
–  Trzy  panny  przed  trzydziestką  –  głośno  westchnęła  Heidi.  – 

Czego zatem oczekujemy? 

–  Zależy  od  zapatrywań  –  stwierdziła  Ariel.  –  Co  ważniejsze: 

pierwsze wrażenie czy widoki na dłuższą znajomość? 

– Zacznijmy od wrażeń – zaproponowała Heidi.   
–  Szukasz  nowych  tematów  do  działu  „Z  kobiecego  punktu 

widzenia”? – spytała Ariel.   

– Owszem. Na ten miesiąc, do pierwszej części artykułu. W drugiej 

chcę się skupić na cechach męskiej osobowości.   

– I będziesz nas cytować? – z niepokojem zapytała Kara.   

background image

Heidi przyłożyła rękę do serca.   
– Żadnych nazwisk – obiecała solennie. – Zaczynaj, Ariel.   
–  Dobrze...  więc  wrażenia.  –  Ariel  zastanawiała  się  przez  chwilę, 

po  czym  powiedziała:  –  Wysoki,  śniady  i  dobrze  zbudowany.  O 
urzekającym spojrzeniu...   

Przypomniała  sobie  właściciela  wyjątkowo  urzekających  szarych 

oczu. Gdzie się podziewał? Przyjęcie trwało od dwóch godzin, a on do 
tej pory się nie pokazał. Była zawiedziona. Początkowo, po wysłaniu 
kwiatów,  zamierzała  nawet  zadzwonić,  ale  potem  uznała,  że  to 
przesada.  Przyszła  więc  w  końcu  ze  Steve’em,  który  nie  miał  dość 
odwagi, by poprosić Karę. Teraz całą złość skupiła na Heidi.   

– Po co chcesz o tym pisać? To takie płytkie.   
–  Fakt,  ale  kto  będzie  czytał  poważniejsze  rzeczy  w  środku  lata? 

Mózg się lasuje w tym upale.   

Kara pokiwała głową.   
– Zatem kolej na twojego idola. Heidi uśmiechnęła się chytrze.   
–  Zaskoczę  was.  Lubię  lekko  przerzedzone  włosy  i  głęboko 

osadzone niebieskie oczy.   

Ariel i Kara wybuchnęły śmiechem.   
–  Naprawdę!  –  zawołała  Heidi.  –  Tydzień  temu  rozmawiałam  z 

jednym z dyrektorów Lone Star Oil Exploration. Zafascynowała mnie 
aura władzy, a także niezwykła inteligencja.   

Kara potrząsnęła głową.   
–  Osobiście  wolę  muskularnych  blondynów.  Chociaż  z  drugiej 

strony...  –  zerknęła  w  bok  i  uniosła  rękę  w  geście  powitania  –  nie 
mam nic przeciwko wysokim i śniadym.   

Heidi popatrzyła w tym samym kierunku.   
– Och! Któż to taki? Jeśli ratownik, to w tej chwili rzucam się do 

basenu.   

– Będziemy z nim robić program – odpowiedziała Kara. – Cykl o 

huraganach.   

Huraganach. Ariel omal nie zerwała się z leżaka.   
Jeff stał w bramie klubu, wodząc wzrokiem po tłumie gości. Białe 

szorty  mocno  kontrastowały  z  ciemną  opalenizną  nóg,  a  rozpięta 
koszula  odsłaniała  szeroką  pierś.  Ariel  westchnęła.  Ten  facet  był 
prawdziwym dziełem sztuki. Sztuki erotycznej.   

Przez chwilę patrzył prosto na nią. Ariel wstała.   
–  Możesz  o  nim  wspomnieć  w  swoim  artykule  –  rzuciła  przez 

background image

ramię do Heidi.   

Nie czekając na odpowiedź, podeszła do Jeffa.   
– Taki zapowiadacz pogody wywoła prawdziwą burzę w mieście – 

parsknęła Kara.   

– Święte słowa – przytaknęła Heidi. – Nie rób sobie zbyt wielkich 

nadziei. Ktoś inny już przed tobą zagiął na niego parol.   

 
Jeff  obserwował  nadchodzącą  Ariel.  Blond  włosy  zaczesane  w 

koński  ogon,  smukłe  nogi,  złocista  skóra...  Może  postąpił  słusznie, 
przyjmując  zaproszenie?  Uśmiechnęła  się  i  już  wiedział:  tak,  to  był 
znakomity pomysł.   

– Cieszę się, że przyszedłeś – powiedziała na przywitanie.   
– Miło mi. I dziękuję za kwiaty. Cudowna niespodzianka.   
– Lubię zaskakiwać ludzi. Chodź. – Wzięła go za rękę. – Poznasz 

resztę zespołu.   

Podeszli do mężczyzny w średnim wieku, sączącego drinka.   
– To Perry Weston, zapowiada u nas pogodę.   
Jeff widział Westona na ekranie. Rzecz jasna teraz, bez garnituru, 

za  to  w  szerokich  szortach,  wypuszczonej  na  wierzch  koszuli  i  w 
baseballowej  czapce  z  emblematem  Teksas  Rangers  prezentował  się 
inaczej.  Mruknął  niezbyt  przyjaźnie  „dzień  dobry”  i  z  ociąganiem 
uścisnął dłoń Jeffa.   

–  Jestem  pewna,  że  Perry  da  ci  parę  cennych  wskazówek  przed 

twoim pierwszym występem w studiu – powiedziała Ariel.   

–  Będę  wdzięczny.  –  Jeff  wiedział,  że  wbrew  woli  wkroczył  na 

cudze  podwórko  i  że  Ariel  próbowała  nie  dopuścić  do  konfliktu.  – 
Muszę przyznać, że w tych sprawach jestem zupełnym nowicjuszem.   

– Po prostu bądź sobą – wycedził Weston. Ariel zacisnęła usta.   
–  Racja  –  przyznał  Jeff.  –  Może  kiedyś  pogadamy  o  tym  przy 

małym drinku? 

– Nie piję.   
Jeff zerknął na bursztynowy płyn w szklance Westona, podejrzanie 

przypominający whisky.   

–  Więc  tylko  porozmawiamy  –  zaproponował.  W  głębi  duszy 

oczekiwał, że Perry i tym razem odmówi.   

– Może... – usłyszał w odpowiedzi.   
–  Perry,  wrócisz  po  wiadomościach,  żeby  obejrzeć  pokaz 

fajerwerków? – Ariel zmieniła temat.   

background image

Weston pokiwał głową.   
– Zatem jeszcze się zobaczymy. Pociągnęła Jeffa za sobą.   
– Fiuu!  –  westchnął McBride.  –  W  środku lata poczułem  mroźny 

powiew zimy.   

– Perry widzi w tobie poważne zagrożenie. Wybuchnął śmiechem.   
– Nie jestem żadnym zagrożeniem.   
Ariel  uśmiechnęła  się,  lecz  nic  nie  powiedziała.  Prowadziła  Jeffa 

od  jednej  grupy  gości  do  drugiej,  przedstawiała  go  i  poznawała  z 
członkami  zespołu.  Jeff  zdążył  już  zapomnieć  połowy  zasłyszanych 
nazwisk.   

– Niezły tłum – bąknął w końcu.   
–  Mamy  duże  studio.  Przyszło  parę  osób  z  rozgłośni  radiowej 

KCOR, ale większość to moi pracownicy.   

– Wszyscy wzięli dzień wolny? 
– Nie. Część obsługi ma normalny dyżur – odparła i popatrzyła na 

niego uważniej. – Zdejmij koszulę.   

– Co takiego? 
– Za gorąco ci. – Palcem musnęła jego pierś, w miejscu, gdzie po 

skórze spływała wąska strużka potu.   

Zrobiła  to  od  niechcenia,  całkiem  naturalnie.  Co  chwila  .  łapała 

kogoś  za  łokieć,  wichrzyła  dzieciom  włosy  i  wykonywała  wiele 
innych  podobnych  gestów,  ale  Jeff  nagle  poczuł,  że  skóra  płonie  mu 
żywym  ogniem.  Wciąż  na  niego  patrzyła.  Zrozumiał,  że  czekała,  aż 
spełni jej prośbę. Zdjął koszulę i przewiesił ją sobie przez ramię.   

– Dużo lepiej – oznajmiła Ariel. – Chodźmy na drinka.   
– Świetnie.   
Jeff marzył o czymś bardzo zimnym. Wziął od barmana duży kufel 

piwa i w ślad za Ariel podszedł do stolika, przy którym siedziały dwie 
pary. Po krótkiej wymianie grzeczności, Ariel powiedziała: 

– Zaraz wracam. Muszę zadbać o innych gości. Moment oddechu, 

z ulgą pomyślał Jeff, ale już po chwili zaczął się rozglądać za piękną 
gospodynią.  Kiedy  ją  odszukał  wzrokiem,  patrzyła  w  jego  stronę, 
jakby  też  żałowała  chwilowego  rozstania.  Zmiękł  jak  wosk  pod 
wpływem jej promiennego uśmiechu.   

Jedną  z  osób  siedzących  przy  stoliku  była  Kara  Taylor. 

Roześmiana  i  jasnowłosa,  przypominała  beztroską  uczennicę  przed 
balem maturalnym. Jeff zdążył się już przekonać, że to tylko pozory. 
Za  wyglądem  czupurnej  nastolatki  krył  się  bystry  umysł  i  nieugięty 

background image

charakter.   

Prócz  Kary  przy  stoliku  siedzieli  zastępca  Ariel,  Steve  Loggins, 

dziennikarka  „Marinera”  Heidi  Lockhart  oraz  prezenter  wieczornych 
wiadomości Hal Monroe. Jeff od razu poczuł do niego sympatię. Spod 
oka  obserwował  pozostałych  gości.  Steve  wodził  za  Karą 
rozmarzonym  wzrokiem,  ale  ona  zdawała  się  tego  nie  zauważać. 
Heidi,  patriotycznie  wystrojona  w  biel,  czerwień  i  błękit,  mówiła 
raczej mało, za to z uwagą potrafiła słuchać.   

Wróciła  Ariel.  Hal  narzekał  właśnie,  że  ze  względu  na  pracę  zbyt 

rzadko bywa w domu.   

– Cóż zrobić, ciągle coś się dzieje. Jesteś za to w samym centrum 

wydarzeń – pocieszała go Ariel.   

–  Jakim  centrum?  –  biadolił  Hal.  –  Sezon  ogórkowy.  Wczoraj 

sensacją  dnia  był  pożar  śmietnika,  do  którego  dzieciaki  wrzuciły 
petardę.   

– Rozejrzyj się więc. za jakimś skandalem – zaproponowała Ariel.   
Jeff poczuł nagły ucisk w żołądku. W ten sposób szukała poklasku 

u  widzów?  Skandal...  Wystarczyło  to  jedno  słowo,  by  przywołać 
najbardziej  bolesne  wspomnienia.  Widok  bladej  twarzy  ojca 
wychodzącego  z  gmachu  sądu  po  złożeniu  zeznań...  i  natrętny  tłum 
reporterów  blokujących  mu  drogę.  Koniec  dobrej  zabawy.  Czas  się 
zbierać.  Jeff  odstawił  pusty  kufel  i  podniósł  się  z  krzesła.  Nagle 
zamarł  w  pół  ruchu,  słysząc  piskliwy  okrzyk.  Do  stolika  podbiegł 
mały chłopiec. Usta i policzki miał umazane krwią.   

– Tato! 
Hal zerwał się jak oparzony i chwycił syna w ramiona.   
– Robbie! Co się stało?! 
Malec nie odpowiadał, tylko wciąż płakał.   
– Niech ktoś przyniesie ręcznik! – krzyknął Hal. – I trochę lodu! 
– Ratownik! – jęknęła Kara. – Na pewno ma apteczkę. Pobiegła w 

stronę basenu.   

Ariel przyłożyła chusteczkę do ust chłopca, a Hal ciągle próbował 

go uspokoić.   

Wokół zebrał się spory tłum gości.   
– Spadł z huśtawki – wyjaśniła trochę starsza dziewczynka.   
Hal tulił syna, póki nie nadbiegł ratownik. Okazało się, że Robbie 

był bardziej wystraszony niż naprawdę poszkodowany.   

–  Ma  rozciętą  wargę  i  podrapaną  brodę  –  oznajmił  ratownik.  – 

background image

Wystarczy mała dezynfekcja i będzie po sprawie.   

– Nieeee! – zawołał malec.   
– Robbie, nie wierć się – prosił go ojciec.   
–  Pozwól,  że  ci  pomogę  –  odezwała  się  Ariel.  Położyła  dłoń  na 

ramieniu chłopca. – Wszystko będzie dobrze – powiedziała miękko. – 
Pan ratownik posmaruje ci buzię lekarstwem.   

– T-to b-boli? – wyjąkał Robbie.   
–  Tylko  trochę,  ale  ty  jesteś  bardzo  dzielny  i  na  pewno 

wytrzymasz. Złap mnie mocno za rękę.   

Nie przestawała mówić, gdy ratownik przemywał twarz malca.   
– Szczypie – syknął Robbie.   
–  Daj,  podmucham,  to  zaraz  przestanie  –  powiedziała  Ariel.  Jeff 

obserwował  ją  z  uśmiechem.  Tak  samo  kiedyś  postępowała  jego 
matka.   

Tłumek gapiów rozchodził się powoli, Robbie przytulił się do ojca.   
– Dzielny chłopak – uśmiechnęła się Ariel.   
– Jak Batman? 
– Oczywiście.   
Robbie wsunął paluszek do buzi.   
– Znasz jakieś opowiadanie o Batmanie? Ariel potrząsnęła głową.   
–  Nie,  ale  znam  takie,  w  którym  występują  Wielki  Ptak,  Bert  i 

Emie. Chcesz posłuchać? 

Robbie przytaknął radośnie, więc zaczęła: 
– Pewnego razu...   
Opowiadała  ze  swadą,  nie  zapominając  ani  przez  chwilę,  że  i 

Robbie powinien znaleźć swoje miejsce wśród bohaterów. Prowadziła 
dialog,  zmieniała  głosy  i  tak  świetnie  grała  każdą  rolę,  że  nawet  Jeff 
przysłuchiwał się z rozbawieniem.   

Gdy  skończyła,  Robbie  wysunął  się  z  objęć  ojca  i  pobiegł  do 

kolegów. Ariel odprowadziła go wzrokiem.   

– Poszedł się  pochwalić swoimi ranami.  –  Z uśmiechem zerknęła 

na  Hala  i  dodała:  –  Ciężko  być  ojcem.  Chyba  potrzebujesz  dobrego 
drinka, tatku.   

Hal skinął głową i ruszył w stronę baru. Ariel także wstała.   
– Muszę znowu pokręcić się wśród gości.   
Jeff  postanowił  jej  towarzyszyć.  Chciał  lepiej  poznać  kobietę,  z 

którą miał współpracować. Z przyjemnością obserwował jej stosunek 
do najmłodszych uczestników przyjęcia.   

background image

– Lubisz dzieci – zauważył.   
–  Uhm.  Kiedyś  chciałam  nawet  pracować  w  przedszkolu. 

Wyobraził  ją  sobie  w  tłumie  rozbrykanych  malców.  Pewnie  wraz  z 
nimi siedziałaby na podłodze.   

– Dlaczego zmieniłaś plany? 
Milczała przez chwilę, potem wzruszyła ramionami.   
– Kiedy cała rodzina zajmuje się telewizją, trudno robić cokolwiek 

innego. Chcesz być tam, gdzie coś się naprawdę dzieje.   

–  Żałujesz  czasem,  że  nie  poszłaś  za  głosem  serca?  –  spytał 

całkiem poważnie, bo sam przeżył coś podobnego.   

–  Nie.  Wystarczy  mi  świadomość,  że  kiedyś  będę  miała  własne 

dzieci.  Teraz  chcę  kierować  najlepszym  studiem  telewizyjnym  w 
Corpus Christi.   

Jeff miał ochotę spytać, w jaki sposób zamierza dopiąć celu, skoro 

większość widzów wolała Dwunastkę. Ktoś jednak krzyknął: 

– Są ochotnicy do siatkówki? Ariel natychmiast pobiegła.   
– Chodź! – pociągnęła za sobą Jeffa. Po chwili dołączyli do grupy 

siatkarzy.  Ariel  przypominała  żywe  srebro.  Ścinała,  skakała  i  niemal 
ochrypła od krzyku. Jeff patrzył na nią jak urzeczony. Była wspaniałą 
zawodniczką. Tym gorzej dla przeciwników, pomyślał. Biedny Kanał 
12.   

Po meczu otarła spocone czoło.   
– Popływam trochę przed kolacją. A ty? 
– Skąd u ciebie tyle energii? – jęknął Jeff.   
–  Kwestia  diety.  Staram  się  zdrowo  odżywiać  –  odparła  ze 

śmiechem i podbiegła do basenu.   

Jeff  w  ślad  za  nią  wskoczył  do  chłodnej  wody.  Bez  pośpiechu 

płynęli ramię w ramię.   

–  Nie  grałam  w  siatkówkę  od  czasu  studiów  –  nieoczekiwanie 

powiedziała Ariel.   

– Byłaś w drużynie uniwersyteckiej? 
– Nie. Traktowałam to jak zabawę. Uprawiałam szermierkę.   
– Serio? 
–  Tak  –  odparła.  Dopłynęła  do  brzegu  i  przysiadła  na  krawędzi 

basenu.  Strużki  wody  spłynęły  po  jej  piersiach.  Jeff  wstrzymał 
oddech. Nagle wyobraził sobie, że gładzi jej nagie ciało...   

Ariel jedną nogą bełtała wodę. Z ciekawością spoglądała na Jeffa.   
–  Uwielbiam  szermierkę  –  podjęła  rozmowę.  –  Uczy  strategii  i 

background image

płynności ruchów.   

A  ty  bez  wątpienia  byłaś  pojętną  uczennicą,  pomyślał  Jeff.  Nie 

wyszedł z wody, lecz przysunął się bliżej dziewczyny.   

–  Do  tej  pory  nie  znałem  nikogo,  kto  by  uprawiał  szermierkę  – 

przyznał.  Wsparł  się  łokciami  o  krawędź  basenu.  –  Jak  trafiłaś  na 
pierwszy trening? 

– Chad... Mój starszy brat był w uczelnianej reprezentacji Teksasu. 

Chodziłam  na  jego  mecze,  a  potem...  doszłam  do  wniosku,  że  mogę 
mu dorównać.   

– I zaczęłaś ćwiczyć? 
–  Tak.  Miałam  dobre  wyniki,  choć  on  zdobył  więcej  medali  – 

stwierdziła kwaśno.   

Jeff parsknął śmiechem na widok jej miny.   
– Ktoś kiedyś powiedział, że zwycięstwo nie jest najważniejsze.   
– A ktoś inny odparł, że to prawdziwy smak życia.   
– Komu wierzysz? – zapytał cicho.   
– Lubię wygrywać.   
– A jeśli przegrasz? 
– Wolę o tym nie myśleć – odpowiedziała poważnie.   
Jeff  zapragnął  nagle,  żeby  się  znowu  uśmiechnęła.  Przeciągnął 

mokrym  palcem  po  jej  dłoni.  W  oczach  Ariel  na  powrót  zamigotały 
wesołe ogniki.   

– Na tamtym trawniku zasiedli do kolacji. Ścigamy się? 
– Piękne dzięki. Nie mam ochoty na wyścigi z takim dryblasem. Z 

góry wiem, jaki będzie wynik.   

Zjedli  kurczę  z  grilla,  sałatkę  ziemniaczaną  i  kawałek  soczystego 

arbuza.  Jeff  dodatkowo  sycił  się  widokiem  Ariel.  Cieszyło  go,  że 
postanowił zostać.   

Steve,  który  zdołał  zająć  miejsce  u  boku  Kary,  uśmiechnął  się  z 

wyraźnym zadowoleniem.   

–  Przypomniały  mi  się  pikniki  z  rodzicami,  jakie  urządzaliśmy 

kiedyś w Illinois.   

–  Mnie  także,  tylko  ja  dorastałam  w  Missouri  –  wesoło 

odpowiedziała Kara.   

–  Co  roku  czwartego  lipca  chodziliśmy  do  parku  Hermann  w 

Houston  –  dodała  Ariel.  –  Orkiestra  grała  „Uwerturę  tysiąc  osiemset 
dwunastego roku”, potem był salut armatni i pokaz sztucznych ogni.   

Jeff był pewien, że ponownie usłyszał nutkę tęsknoty w jej głosie. 

background image

Co ją gryzło? Naprawdę, Ariel Foster była zagadkową dziewczyną.   

 
Zanim  skończyli  jeść,  zapadł  wieczór.  Ariel  uśmiechnęła  się  do 

siebie. To był udany dzień. Na dodatek jeszcze nie dobiegł końca.   

Wyrzuciła do kosza pusty papierowy talerz i popatrzyła na Jeffa.   
– Chodźmy na mały spacer – powiedział.   
Skinęła  głową.  Szli  w  milczeniu,  póki  nie  dotarli  na  plac  zabaw. 

Ariel  stanęła  przy  huśtawce.  Po  chwili  wskoczyła  na  siedzenie  i 
skinęła na Jeffa.   

– Siadaj – powiedziała naglącym tonem. Nie dał się długo prosić.   
Ariel kołysała się  coraz wyżej,  wyżej, jak wtedy, kiedy była  małą 

dziewczynką... Nad sobą widziała niebo.   

–  Pierwsza  gwiazda  –  mruknęła.  –  Powinniśmy  pomyśleć  jakieś 

życzenie.   

Zmarszczyła brwi.   
– Co sobie pomyślałaś? – spytał Jeff.   
–  Nie  spełni  się,  jak  ci  powiem  –  odparła,  kręcąc  głową.  Zawsze 

prosiła o to samo, ale gwiazdy nie chciały jej słuchać. – A ty? 

Jeff chwycił łańcuch jej huśtawki i zatrzymał ją w miejscu.   
– Oto.   
Stanął  tuż  przed  Ariel  i  z  wolna  pochylił  głowę.  Ariel  czekała, 

nagle poczuła jego wargi na swoich i naraz, sama nie wiedząc kiedy, 
zarzuciła mu ramiona na szyję.   

Bum! 
Odskoczyli od siebie. Przez krótką, zwariowaną chwilę Ariel była 

pewna,  że  to  jej  serce  zabiło  tak  gwałtownie.  Potem  zobaczyła  na 
niebie rozkwitające pióropusze fajerwerków. Wzięła głęboki oddech, 
żeby się uspokoić. Wszystko to działo się zbyt szybko.   

– Trzeba wracać – szepnęła.   
Jeff  nie  zaoponował,  ale  opiekuńczym  gestem  otoczył  ją 

ramieniem. Powoli szli w stronę tłumu zgromadzonego nad basenem. 
W  górze  wciąż  tryskały  złote,  czerwone  i  zielone  fontanny  ognia. 
Każdy  strzał  nagradzały  gromkie  brawa.  Ariel  myślała  jednak 
wyłącznie o Jeffie. Przystanęła przy kępie drzew.   

– Zostańmy tutaj – poprosiła.   
Po  ostatniej  serii  fajerwerków  Jeff  ponownie  pochylił  się  w  jej 

stronę.   

– Ariel...   

background image

– Ariel – rozległ się inny głos – powiesz parę słów na zakończenie 

imprezy? 

Z cienia wychynął Steve Loggins. Pospiesznie uwolniła się z objęć 

Jeffa.   

– O... oczywiście. – Zerknęła w bok.   
–  Idź  –  podpowiedział  Jeff.  Z  jego  tonu  nie  potrafiła  wyczytać 

żadnych uczuć.   

Z  ociąganiem  poszła  za  Logginsem.  Nad  basenem  weszła  na 

krzesło.   

–  To  był  udany  dzień  –  powiedziała  donośnie.  –  Dużo  słońca  i 

dużo przysmaków. Mam nadzieję, że wszyscy się dobrze bawili. Ja na 
pewno.   

– Wiemy – zawołał ktoś z gości. Zerwała się burza oklasków.   
–  Teraz  pora  do  domu  –  dokończyła  Ariel.  –  Dobranoc.  Jutro 

zaczynamy zgodnie z planem.   

Zeskoczyła z krzesła.   
–  Za  chwilę  wracam  –  mruknęła  do  Steve’a  i  pobiegła  do  kępy 

drzew.  Po  drodze  kilka  razy  musiała  stawać,  żeby  pożegnać 
wychodzących gości. Kiedy dotarła na miejsce, Jeffa już nie było.   

background image

ROZDZIAŁ 5 

 

Jeff  stał  przed  schludnym  domkiem  i  z  udanym  spokojem  patrzył 

na  krzątaninę  operatorów.  Stojąca  obok  Debra  Tucker  ze 
zdenerwowania obgryzała paznokcie.   

–  Nie...  nie  wiem,  czy  to  naprawdę  dobry  pomysł.  A  jeśli  palnę 

jakieś głupstwo? 

– Na pewno nie – odparł Jeff, chociaż podzielał jej obawy. Zdawał 

sobie  sprawę,  że  program  nie  będzie  nadawany  na  żywo,  a  mimo  to 
nie  umiał  zapanować  nad  nerwami.  Co  będzie,  jeśli  zapomni  tekstu 
albo zrobi z siebie durnia na oczach całego miasta? 

–  Zawsze  można  w  montażu  wyciąć  wszystkie  błędy  –  wtrąciła 

Kara.  –  Nie  ma  pani  najmniejszych  powodów  do  niepokoju.  Będzie 
pani prawdziwą gwiazdą.   

– Właśnie – westchnęła Debra. – Ludzie w sklepie stojący za mną 

w  kolejce  do  kasy  będą  mnie  błagać  o  autografy.  Słyszeliście?!  – 
krzyknęła  do  trójki  malców  siedzących  na  werandzie.  –  Mama 
zostanie gwiazdą.   

–  A  kto  to  taki?  –  spytał  Travis,  najstarszy  z  rodzeństwa, 

siedmiolatek o piegowatej buzi. Dwoje młodszych, Mark i Tammy, z 
ciekawością czekało na odpowiedź.   

– Ktoś sławny tak jak Madonna.   
Chłopcy zachichotali, Debra przyłączyła się do nich.   
– Nie mogą sobie wyobrazić, żeby mama była choć trochę podobna 

do  Madonny.  Dobrze  chociaż,  że  ścięłam  włosy.  –  Przesunęła  dłonią 
po krótkiej, jasnej czuprynie i uśmiechnęła się do Jeffa.   

Na  swój  sposób  przypominała  Ariel.  Radosna,  zmienna  i  pełna 

życia.  Kara  wybrała  ją  z  bez  mała  setki  kandydatek,  które 
odpowiedziały  na  ogłoszenie  o  naborze  do  nowego,  cyklicznego 
programu  o  huraganach.  Debra  była  samotną  matką,  próbującą 
połączyć wychowanie dzieci z pracą w wypożyczalni wideo. Życie jej 
nie rozpieszczało, mimo to umiała zachować dobry humor.   

Kara kiwnęła ręką na dzieci.   
– Chodźcie, stańcie przy mamie. Wy też będziecie gwiazdorami.   
Operator  wciąż  dokonywał  ostatnich  oględzin  sprzętu.  Jeff  nie 

posiadał  się  ze  zdumienia,  ile  potrzeba  czasu  na  przygotowanie 
zaledwie trzech minut reportażu.   

background image

Wcześniej, na potrzeby pierwszego odcinka, odwiedził kilka rodzin 

w Corpus Christi, zadając jedno jedyne pytanie: 

–  Co  państwo  sądzą  o  prognozach,  że  w  tym  roku  czeka  nas 

wyjątkowo wiele huraganów? 

Małżonkowie  w  średnim  wieku,  którzy  niedawno  przeprowadzili 

się do Teksasu z Kalifornii, z dezaprobatą potrząsnęli głowami.   

– Uciekliśmy od trzęsień ziemi – zatrwożył się mąż – a pan mówi o 

huraganach...   

Starszy pan stwierdził, że przeżył niejedną burzę.   
– Nie ma strachu, wytrzymam i huragan.   
Nauczycielka  ze  szkoły  podstawowej  oświadczyła  z  powagą,  że 

rozmawiała z dziećmi na ten temat na lekcji wychowawczej.   

Teraz przyszedł czas na wybraną rodzinę i...   
– Możemy kręcić – zawołał operator.   
– Boże – jęknęła Debra – zaraz się pochoruję.   
Ja  też,  pomyślał  Jeff.  Już  wiedział,  co  go  powstrzymywało  przed 

występami w telewizji: nerwy.   

Zmusił się do uśmiechu i klepnął Debrę po ramieniu.   
– Dasz sobie radę, Madonno. Zaczynamy. – Stanął przed kamerą. – 

Znajduję  się  przed  domem  Debry  Tucker,  od  roku  mieszkającej  w 
Corpus  Christi  wraz  z  trójką  dzieci.  Zeszłe  lato  upłynęło  bez 
huraganów,  tym  razem  ma  być  dużo  gorzej.  Jakie  przygotowania 
poczyniono w domu Tuckerów? 

–  Żadnych  –  odparła  Debra.  –  Przyjechaliśmy  z  Amarillo, 

huragany znam tylko ze słyszenia. Nie mam pojęcia, jak się zachować 
w razie katastrofy. Mieszkam niemal nad brzegiem morza...   

–  Należy  po  pierwsze  wykazać  zapobiegliwość,  a  po  drugie 

czujność  –  wtrącił  Jeff.  –  Będziemy  towarzyszyć  pani  Tucker  i  jej 
dzieciom  w  przygotowaniach  na  wypadek  klęski  żywiołowej. 
Nauczymy was, jak ochronić rodzinę przed huraganem.   

Dodał  jeszcze  kilka  słów  o  następnych  odcinkach  i  przerwał. 

Operator wyłączył kamerę. Debra otarła spocone czoło.   

– Boże! Myślałam, że zemdleję. Jak wyszło? 
–  Znakomicie  –  zapewniła  ją  Kara.  –  Będzie  pani  w  dzienniku  o 

szóstej.   

–  Słyszeliście?  –  zawołała  Debra  do  dzieci.  –  Zobaczycie  się  w 

telewizji.   

Popatrzyła na Jeffa.   

background image

– Często pan to robi? 
–  Udzieliłem  kilku  wywiadów,  ale  nigdy  dotąd  nie  pracowałem 

przy  całym  cyklu.  Jestem  równie  zdenerwowany  jak  pani.  Mam  na 
imię Jeff.   

–  Jeff...  –  powtórzyła.  –  Trzeba  przyznać,  że  radzisz  sobie  przed 

kamerą jak stary wyga.   

–  Szkoda,  że  mój  żołądek  wcześniej  o  tym  nie  wiedział  –  odparł 

konfidencjonalnym szeptem.   

–  Na  pewno  bym  zemdlała,  gdybyś  nie  nazwał  mnie  Madonną  – 

zachichotała Debra. – Dzięki.   

Wskazała na drzwi domu.   
– Wstąpicie na małego drinka? Kara spojrzała na zegarek.   
–  Niestety,  musimy  jechać.  Czeka  nas  jeszcze  wizyta  w  stacji 

meteorologicznej.   

–  Ani  słowa  więcej  o  pogodzie  –  jęknęła  Debra.  –  Zaraz  mam 

głowę pełną huraganów. Do zobaczenia w przyszłym tygodniu.   

Wsiedli do mikrobusu. Jeff odetchnął z ulgą.   
– Uff! Dobrze, że mam to za sobą.   
– Hej, McBride, tylko mi nie wmawiaj, że taki duży chłopiec boi 

się kamery – zażartowała Kara.   

– Boi? To mało powiedziane.   
Godzinę  później  byli  już  z  powrotem  w  studiu.  Na  korytarzu 

spotkali  Ariel.  Jeff  widział  ją  po  raz  pierwszy  od  przyjęcia 
zorganizowanego  w  Święto  Niepodległości.  Przystanęła  niepewnie, 
lecz zaraz na jej twarzy zagościł promienny uśmiech.   

– Jak poszło? – spytała.   
– Dobrze. – Jeff także czuł się zażenowany. Wciąż miał w pamięci 

tamten wieczór. Obserwował ją, kiedy żegnała zgromadzonych gości. 
Kochała swoją pracę. Kochała telewizję, czyli coś, czego on po prostu 
nie cierpiał. To podziałało na niego jak kubeł zimnej wody. Po cichu 
wymknął się z przyjęcia i pojechał do portu. Resztę wieczoru spędził 
na pokładzie jachtu, w towarzystwie Adama i Natalie Gormanów.   

Ariel  dołączyła  do  nich  i  przez  chwilę  szli  ramię  w  ramię.  Jeff 

kątem  oka  widział  jej  smukłą  szyję  i  zgrabne  piersi  wyraźnie 
zarysowane pod bluzką.   

–  Musisz  zmienić  koszulę  –  powiedziała  nagle.  Po  co?  Znów  się 

spocił? 

– Dlaczego? – spytał.   

background image

–  W  tej  chodziłeś  całe  popołudnie.  Na  ekranie  musisz  wyglądać 

świeżo. Zobacz, czy znajdziesz coś odpowiedniego – zwróciła się do 
Kary.   

– Jasne. – Kara popatrzyła na Jeffa. – Szesnastka? Miała miarę w 

oku, ale Jeff nie chciał się przebierać.   

–  Przecież  nałożę  jeszcze  marynarkę  –  zaprotestował.  –  Nikt  nie 

zobaczy koszuli.   

Żadna z nich nie zwróciła na niego uwagi.   
– Niebieską – powiedziała Ariel. – Będzie pasować do cery.   
– Dobrze by było, żeby się ogolił.   
– Wystarczy puder...   
– Puder? Jaki puder?! – zawołał Jeff.   
– Telewizyjny,  żebyś  się  nie świecił  –  wyjaśniła Ariel.  Na widok 

jego  przerażonej  miny  dodała:  –  Waltera  Cronkite’a  też  pudrują. 
Wszystkich. Nawet Arnolda Schwarzeneggera.   

– Chwileczkę! – Jeff stanął na środku korytarza. – Puder pudrem, 

lecz  pozwól,  że  sam  zdecyduję,  czy  się  będę  golił  i  czy  włożę  inną 
koszulę. – Zmarszczył brwi. – Kontrakt nic nie wspominał o tym, że 
będziesz rządzić w mojej garderobie.   

–  Pomyśl  rozsądnie,  Jeff  –  ze  spokojem  upomniała  go  Ariel.  – 

Masz  przecież  wystąpić  w  telewizji.  Nie  chcesz  chyba  przed  całym 
stanem zaprezentować się jak łajza.   

– Nie wyglądam jak łajza – burknął w odpowiedzi.   
– Koszula. – Ariel ruchem ręki odprawiła Karę i znów popatrzyła 

na  Jeffa.  –  Dziennik  wieczorny  to  najważniejszy  punkt  programu. 
Musisz wywrzeć dobre wrażenie.   

–  Proszę  bardzo.  –  Jeff  włożył  marynarkę  i  wsunął  ręce  w 

kieszenie. – Widzisz? Nie mam resztek spaghetti na klapach ani dziur 
na rękawach. Wystarczy? 

– Może... – westchnęła Ariel. – Co za irytujący facet...   
–  Co  w  takim  razie  powiesz  o  sobie?  Uśmiechnęła  się 

nieoczekiwanie.   

– Chyba jesteśmy kwita.  –  Wyciągnęła rękę.  –  Rozejm? Uścisnął 

jej dłoń. Błąd. Znów poczuł mrowienie w krzyżu.   

– Rozejm – mruknął pod nosem.   
–  Dobrze.  Koszula  niepotrzebna  –  krzyknęła  do  Kary,  ale  Jeff 

mógłby przysiąc, że po cichu dodała: – Przynajmniej na dzisiaj.   

Weszli na zaplecze studia.   

background image

– Do tego jeszcze ten puder... – narzekał Jeff.   
–  Normalka  w  telewizji  –  wyjaśniła  Kara.  Makijażem  i 

charakteryzacją zajmowała się Lynn Nelson.   

Jeff  ze  stoickim  spokojem  poddał  się  jej  zabiegom,  zaprotestował 

tylko na widok puderniczki.   

– Co to ma być, maska na Halloween? Będę przecież wyglądał jak 

Duch Wielkiej Dyni.   

–  Więcej  luzu  –  parsknęła  śmiechem  Kara.  –  W  światłach 

reflektorów odzyskasz ludzkie cechy.   

Uwierzył  jej  na  słowo.  Raz  jeszcze  rzucił  okiem  na 

jaskrawo-pomarańczowe odbicie w lustrze i poszedł do studia.   

Właśnie  trwały  przygotowania  do  dziennika.  Hal,  komentator 

sportowy  oraz  Perry  Weston  –  wszyscy  upudrowani  –  czekali  już  na 
swoich miejscach.   

Perry  spojrzał  na  wchodzącego  Jeffa  i  mruknął  coś  pod  nosem. 

Dobrze,  że  mikrofony  były  wyłączone,  gdyż  za  taką  uwagę  od  razu 
wyleciałby z pracy.   

– Wejdziesz tuż przed prognozą pogody – szepnęła Kara.   
– W czasie pierwszej reklamy dam ci znak, gdzie masz usiąść.   
– Mrugnęła okiem. – Połamania nóg, McBride.   
 
Ariel  wpatrywała  się  w  monitor.  Toczył  się  właśnie  wywiad  z 

zażywną  właścicielką  salonu  samochodowego.  Do  występu  Jeffa 
pozostało sześćdziesiąt sekund.   

Bała  się  dzisiejszego  spotkania.  Bała  się  zwłaszcza  dlatego,  że  po 

namiętnym  pocałunku  na  przyjęciu  Jeff  tak  po  prostu...  zniknął.  Co 
wywołało  tę  zmianę  nastroju?  Czy  powinna  go  o  to  spytać,  czy 
udawać,  że  nic  nie  zaszło?  Sama  zdawała  sobie  sprawę  ze  swoich 
uczuć,  ale  Jeff...  Może  po  programie  znajdą  chwilę,  by  o  tym 
porozmawiać.   

Popatrzyła przez grubą szybę oddzielającą reżyserkę od studia. Jeff 

zajął już swoje miejsce, a jeden z asystentów przypiął mu mikrofon do 
klapy.  Perry,  usadowiony  poza  polem  kamery,  spoglądał  na  rywala 
ponurym wzrokiem.   

Co teraz czujesz, Jeff? – pytała w myślach Ariel. Nie wyglądał na 

przejętego swą rolą.   

– Denerwujesz się, Ariel? – usłyszała nad uchem szept Steve’a.   
– Skąd wiesz? Parsknął śmiechem.   

background image

– Drzesz kartkę na setki małych kawałków...   
– Dobrze, dobrze. Trochę się niecierpliwię. Trzydzieści sekund.   
–  Wcale  ci  się  nie  dziwię  –  mruknął  Steve.  –  Mam  nadzieję,  że 

McBride nie zawali sprawy.   

– A ja mam nadzieję, że nie uderzy pięścią w stolik i że nie zejdzie 

z  wizji.  Wściekł  się  jak  diabli,  kiedy  mu  zaproponowałam,  żeby 
zmienił koszulę.   

Steve roześmiał się jeszcze głośniej.   
– I nie zmienił? 
– Nie. Ani się nie ogolił.   
Dziesięć sekund. Wstrzymała oddech.   
Dokładnie o wyznaczonym czasie Jeff zaczął mówić: 
–  Huragany.  Najczystsza  postać  żywiołów  natury...  Ariel 

odetchnęła z ulgą i wygodniej rozparła się w krześle.   

Zerknęła  w  monitor  i  przez  chwilę  syciła  wzrok  widokiem 

przystojnej twarzy. Zapomniała o pocałunkach; obserwowała Jeffa jak 
profesjonalistka. Był wspaniały. Swobodny, bez śladu tremy, jakby od 
lat  występował  przed  kamerami.  Prawdziwy  przebój  sezonu.  Z 
uśmiechem klepnęła w dłoń Steve’a.   

–  Czuję  się  jak  kwoka  doglądająca  kurczęcia.  Steve  wyszczerzył 

zęby.   

– Nie wątpię.   
– Odkryłam go. Mam do tego prawo.   
– Tak – pokiwał głową – widziałem was na przyjęciu. W niczym 

wówczas nie przypominałaś kwoki.   

Ariel spłonęła rumieńcem.   
– Hmmm... Pójdziemy po programie do chińskiej restauracji? 
– Pewnie – zgodził się Steve. – Weźmiesz McBride’a? 
– I Karę.   
– Myślisz, że się zgodzi? – spytał z nadzieją w głosie.   
– Załatwię to.   
Porozmawiały  parę  minut  później.  Kara  ochoczo  przystała  na 

pomysł  wspólnej  kolacji.  Ariel  wybiegła  na  korytarz,  żeby  złapać 
Jeffa, lecz ten właśnie zniknął gdzieś z Westonem.   

Pewnie chcieli pogadać o programie, pomyślała z rozczarowaniem.   
–  Było  już  pięć  telefonów  z  pochwałami  za  pomysł  cyklu  o 

huraganach! – krzyknął w jej stronę któryś z asystentów.   

–  Świetnie.  Powtórzmy  występ  Jeffa  w  dzienniku  o  dziesiątej  – 

background image

zaproponowała Ariel.   

–  Dobrze  –  przytaknęła  Kara.  –  Tylko  przejrzę  taśmę.  Poszli  na 

parking  i  wsiedli  do  samochodu  Steve’a.  Ariel  zajęła  miejsce  z  tyłu. 
Widziała, jak uszy Steve’a czerwienieją za każdym razem, gdy Kara 
zwracała  się  wprost  do  niego.  Biedny  chłopak,  naprawdę  to 
przeżywał.   

Zjedli  kolację  w  Moo  Goo  Gai  Pan,  chwilę  zabawili  w  pobliskim 

sklepie, a potem wrócili do ośrodka. Kara wpadła w wir przygotowań 
do ostatniego wydania dziennika, a Steve zaczął się pomału zbierać do 
domu. Ariel weszła na moment do działu łączności z widzami.   

–  Wciąż  dzwonią  w  sprawie  huraganów  –  powitał  ją  asystent, 

wymachując plikiem zapisanych kartek.   

– Wyśmienicie. –  Ariel wzięła notatki, żeby spokojnie przeczytać 

je w domu. Weszła do gabinetu po torebkę i podśpiewując pod nosem, 
zjechała  windą  na  parking.  Cieszyła  ją  reakcja  widzów  na  występ 
Jeffa.  W  myślach  już  układała  faks  do  Chada.  „Lepiej  się  pilnuj, 
Wielki Bracie”.   

Wsiadła  do  corvetty,  ruszyła,  lecz  po  chwili  zauważyła,  że 

samochód wyraźnie ściąga w bok. Coś było nie tak.   

– Och... – jęknęła.   
Wysiadła,  żeby  sprawdzić,  co  się  stało.  Tak  jak  podejrzewała, 

złapała  gumę.  Dawno  już  powinna  zmienić  mocno  starte  opony,  ale 
nigdy  nie  miała  czasu.  Dobrze  chociaż,  że  woziła  w  bagażniku 
zapasowe koło. Wyciągnęła je teraz, podstawiła lewar, zdjęła kołpak i 
zaczęła  odkręcać  śruby.  Było  już  zupełnie  ciemno,  więc  musiała 
pracować  w  świetle  latarki.  Po  paru  minutach  miała  już  dużą  plamę 
smaru na samym przodzie nowej białej sukienki.   

– Cudownie – mruknęła i wróciła do niewdzięcznej roboty.   
– Co ty wyprawiasz? – zabrzmiało nagle tuż przy niej. Podskoczyła 

jak oparzona.   

–  Jeff,  ale  mnie  przestraszyłeś!  –  zawołała,  lecz  jednocześnie 

poczuła ogromną ulgę. Z wrażenia upuściła klucz.   

–  Nic  dziwnego.  Sama,  na  ciemnym  parkingu...  Wzruszyła 

ramionami i wpełzła pod samochód, by odnaleźć narzędzie. Już i tak 
była brudna, trochę więcej piachu na pewno nie zaszkodzi.   

– Jestem już dorosła – rzuciła przez ramię. – Dam sobie radę.   
–  Dorosła  i  miła  –  cierpko  zauważył  Jeff.  –  Macie  tutaj  chociaż 

jakiegoś strażnika? 

background image

Ariel wydostała klucz i przysiadła na piętach.   
– Mamy, ale go nie wołałam. Nie raz i nie dwa zmieniałam koło...   
–  Wierzę.  –  Jeff  klęknął  obok  niej  i  obdarzył  ją  przeciągłym 

spojrzeniem.  –  Nie  o  to  chodzi.  Zapadł  zmrok,  a  ty  jesteś  całkiem 
sama.   

Ariel machnęła kluczem.   
– W każdej chwili  mogłabym krzyknąć na strażnika.  Okolica jest 

spokojna i uważałam...   

– Nieprawda – skarcił ją Jeff. – Stanąłem tuż za tobą i zdałaś sobie 

sprawę  z  mojej  obecności  dopiero  wtedy,  gdy  się  odezwałem.  – 
Chwycił klucz. – A to kiepska broń.   

Rozzłoszczona  Ariel  próbowała  mu  wyrwać  narzędzie...  i  nagle 

znalazła się na ziemi, zamknięta w stalowym uścisku Jeffa.   

Przez  dłuższą  chwilę  w  milczeniu  patrzyli  sobie  w  oczy.  Jeff 

uśmiechnął się lekko i Ariel . wstrzymała oddech.   

– Puść mnie – szepnęła. Pokręcił głową.   
–  Widzisz,  do  czego  może  dojść  na  ciemnym  parkingu?  –  spytał 

schrypniętym, nieswoim głosem.   

– Jeff...   
Pochylił się. Tylko jeden maleńki całus... Musnął wargami jej usta. 

Klucz  wysunął  mu  się  z  dłoni  i  zadzwonił  o  beton.  Ariel  leżała  bez 
ruchu,  jakby  zatopiona  w  ekstatycznym  transie.  Nagle  wyciągnęła 
ręce, objęła go za szyję i mocniej przyciągnęła do siebie.   

Po  raz  drugi  smakował  słodycz  jej  warg  i  czuł  upojny  zapach 

delikatnego ciała.  Podniecała go jej namiętność. Zrozumiał, że lepiej 
zakończyć  tę  grę,  póki  jeszcze  panował  nad  odruchami.  Niechętnie 
odchylił głowę.   

Podniósł  klucz  i  pomógł  Ariel  wstać  z  ziemi.  Miała  potargane 

włosy, drżące usta i nieprzytomne spojrzenie.   

– Co?... – zaczęła.   
Jeff próbował znaleźć logiczne wytłumaczenie swego zachowania.   
–  W  każdej  chwili  może  nas  ktoś  zobaczyć.  Chcesz  być  gwiazdą 

ostatnich wiadomości? 

–  Nie.  –  Szybko  odwróciła  głowę,  ale  zdążył  zobaczyć  żal  w  jej 

oczach.   

Położył rękę na jej ramieniu.   
– Ariel...   
– Daj mi klucz – powiedziała spokojnie.   

background image

– Sam zmienię koło.   
– Jeff...   
– Nie kłóć się – odparł, kucając przy samochodzie. – Muszę czymś 

się zająć, skoro nie ma w pobliżu kubła z zimną wodą.   

Pokiwała  głową.  Przez  parę  minut  żadne  z  nich  nie  odezwało  się 

ani słowem.   

Jeff prawie skończył, kiedy podbiegł do nich mocno zaniepokojony 

strażnik.   

–  Panno  Foster?  Zobaczyłem  światło  latarki...  Wszystko  w 

porządku? 

– Tak, George – odpowiedziała lekko rozedrganym głosem. – Nic 

się nie stało. Złapałam gumę, ale już po kłopocie.   

– Mogła mnie pani zawołać.   
– Tak, tak, mogłam.   
– Idę, skoro nie jestem potrzebny...   
Ariel skinęła głową. Po chwili strażnik zniknął za rogiem budynku.   
Jeff dokręcił ostatnią śrubę, wcisnął kołpak i zwolnił lewar. Wstał. 

Czuł się niepewnie, będąc tak blisko Ariel. Z biciem serca spoglądał 
na jej usta.   

– Jedź do domu – powiedział nagle. Odwrócił się i odszedł w drugą 

stronę.   

Ariel jak oniemiała patrzyła za nim. Znów ją zabrał na krótką jazdę 

kolejką  górską  –  z  wyżyn  namiętności  w  otchłań  odtrącenia.  Znów 
pocałował i zniknął.   

Skrzywdził  ją  dwukrotnie.  Wystarczy.  Postanowiła,  że  od  tej 

chwili  doktor  McBride  będzie  dla  niej  tylko  biletem  do  Houston. 
Przewidywane ochłodzenia, z możliwością lodowatych spojrzeń. Ot, i 
wszystko.   

Z trzaskiem zamknęła drzwiczki i ruszyła z piskiem opon. W domu 

przepedałowała  na  rowerku  dziesięć  kilometrów,  wciąż  czując  na 
swych wargach usta Jeffa.   

background image

ROZDZIAŁ 6 

 

„A teraz powracamy do dzisiejszego odcinka serii «Nasze miejsce 

pod słońcem»” 

Ariel  przeniosła  wzrok  na  ekran,  na  którym  pojawiły  się  dwie 

kobiety.   

„Lukę ci nie wystarcza, Sabrino? Teraz chcesz, żeby wrócił Elliot? 

Widzę,  w  jaki  sposób  na  niego  patrzysz,  jak  korzystasz  z  każdej 
sposobności,  by  go  dotknąć.  Nie  ośmieszaj  się,  Angeliko.  Poza  tym, 
co cię gnębi? Elliot  jest  twoim bratem.  Przyrodnim bratem,  Sabrino. 
Nie zapominaj o tym”.   

Ariel  ściszyła  głośnik.  Jak  też  ta  Sabrina  radziła  sobie  w  życiu... 

Lukę,  Elliot,  Cullen.  W  szóstym  miesiącu  ciąży  wciąż  odgrywała 
femme fatale. 
Ariel wsparła brodę na rękach i zamyśliła się. Ktoś taki 
jak  Sabrina  nie  pozwoliłby  się  bezkarnie  całować  nawet  Jeffowi 
McBride’owi...   

– Kretyn! – mruknęła pod nosem, chwyciła z biurka kartkę papieru, 

zmięła i cisnęła w drugi kąt pokoju.   

W drzwiach pojawiła się Kara.   
– Świetny rzut – powiedziała z uśmiechem. – Słuchaj, Ariel, mogę 

przysłać  do  ciebie  Jeffa?  Podsunęłam  mu  kilka  pomysłów  do 
następnej części, ale chyba powinien skonsultować je z tobą.   

– Pewnie, przyślij. Z rozkoszą z nim pogadam... – Ariel odczekała, 

aż Kara zniknie na korytarzu, po czym dokończyła: 

– i powiem mu, co o nim myślę.   
Naturalnie nie mogła i nie zamierzała spełnić tej groźby.   
Co  prawda,  Jeff  zranił  jej  uczucia,  ale  była  wystarczająco  twarda, 

by  przejść  nad  tym  do  porządku.  Popełniła  błąd,  dopuszczając  do 
zbytniej  poufałości.  Od  tej  pory  musiała  pamiętać,  że  jej  stosunki  z 
Jeffem są ściśle służbowe. Czas zapomnieć o pocałunkach i skupić się 
na  pracy.  Być  miłą  i  nic  więcej.  Traktować  McBride’a  jak 
siedemdziesięcioparoletniego  bankiera.  Siwy  włos  i  zmarszczki  na 
wysuszonej twarzy... Nic prostszego.   

Jednak  kiedy  Jeff  stanął  w  progu,  doszła  do  wniosku,  że  będzie 

trudniej, niż przypuszczała. Twarz bankiera zupełnie nie pasowała do 
smukłej, muskularnej sylwetki.   

Ariel chrząknęła głośno.   

background image

– Jeśli chodzi o przyszły tydzień...   
– Myślałem, że najpierw pomówimy o zeszłym tygodniu. Właśnie. 

Pora  wyrzucić  wszystko  z  siebie  i  oczyścić  atmosferę.  Ariel  skinęła 
głową i wzięła głęboki oddech.   

– Sądzę, że...   
– Chciałem...   
– Ty pierwszy – zdecydowała. – Mów.   
– Chciałem cię przeprosić – urwał.   
Za co? Za pocałunki? Za to, że cię pożądałam? 
– Za to, że pewne rzeczy wymknęły się spod kontroli – dokończył 

Jeff.   

–  Przeprosiny  przyjęte  –  odparła  z  wymuszonym  uśmiechem.  – 

Oboje jesteśmy winni. W końcu łączą nas tylko interesy.   

– Racja.   
Kosmyk  ciemnych  włosów  opadł  mu  na  czoło.  Ariel  aż 

zaświerzbiały ręce, żeby go odgarnąć.   

–  Co  było,  minęło.  Puśćmy  w  niepamięć  miniony  tydzień. 

Zostańmy przyjaciółmi.   

– Dobrze. – Jeff patrzył na jej usta. Miał lekko rozszerzone źrenice 

i niespokojnie wiercił się w miejscu.   

– Jeśli chodzi o przyszły tydzień...   
Nie podjął tematu. Był nieobecny myślami.   
– Przyszły tydzień – głośniej powiedziała Ariel.   
– Co? Ach,  tak.  Kara wymyśliła,  żeby razem  z  Debrą wybrać się 

po zakupy. Wiesz... chodzi o rzeczy, które  mogą się przydać w razie 
katastrofy. Zrobiłem listę.   

–  Dobry  pomysł.  Rzucimy  na  ekran  planszę,  a  twój  spis  będzie 

także dostępny gratis drogą wysyłkową. – Ariel odwróciła się w stronę 
komputera.  –  Umieścimy  na  nim  znak  stacji  i  godzinę  rozpoczęcia 
programu.  To  przypomni  widzom,  żeby  o  właściwej  porze  zasiedli 
przed telewizorem.   

Zadowolona,  że  jej  stacja  może  tak  wiele  pomóc  mieszkańcom 

Corpus Christi, z promiennym uśmiechem popatrzyła na Jeffa.   

Odpowiedział  jej  uśmiechem.  Ariel  nie  potrafiła  oderwać  oczu  od 

jego twarzy.   

–  To  już  wszystko  –  powiedział  z  wolna  i  odwrócił  się  w  stronę 

drzwi.   

–  Jeszcze...  lista  –  przypomniała  mu  Ariel.  Odgarnęła  włosy  z 

background image

policzka.   

Jeff zerknął na nią.   
– Lista? 
– Lista zakupów, którą zrobiłeś.   
–  Mam  ją  tutaj.  –  Wyjął  kartkę  z  kieszeni  i  podał  Ariel.  Przez 

przypadek lekko dotknął jej palców. Oboje drgnęli.   

–  Spójrzmy  –  prędko  powiedziała  Ariel,  żeby  ukryć  nagły 

przypływ emocji. – Baterie, latarka, świece...   

– Na wypadek gdyby zabrakło prądu.   
– Prądu – powtórzyła. Tego nigdy nie mogło zabraknąć. Powietrze 

aż iskrzyło od napięcia. – Zrobię z tego kopię.   

– Dobrze.   
Wyszła  zza  biurka.  Partnerzy  w  interesach  zwykle  podają  sobie 

ręce przy pożegnaniu. Wyciągnęła dłoń.   

Jeff  stawił  czoło  wyzwaniu,  choć  lekko  wzmocnił  uścisk  i  Ariel 

przez  jedną  krótką  chwilę,  nie  dłuższą  niż  uderzenie  serca,  miała 
nieodparte  wrażenie,  że  zamierzają  przyciągnąć  bliżej  i  zamknąć  w 
ramionach.  Szczerze  mówiąc,  oczekiwała  tego.  Jednak  Jeff  McBride 
potrafił tylko całować i znikać.   

– Zobaczymy się w studiu – powiedziała.   
Skinął głową i wyszedł. Ariel wpatrywała się w zamknięte drzwi.   
–  Przyjaciele  –  mruknęła  ponuro.  –  Strzeż  mnie,  Boże,  od  takich 

jak McBride.   

Jeff przystanął na korytarzu.   
– Przyjaźń – westchnął. – Rzeczywiście.   
Przyjaźń  z  Ariel  była  możliwa  jedynie  na  odległość.  W 

bezpośrednich  kontaktach  prędzej  czy  później  musiało  dojść  do 
wybuchu emocji. I to raczej prędzej.   

W środę Jeff przyjechał do biura dużo później niż zwykle. Większą 

część  dnia  spędził  na  rozmowach  ze  Służbą  Morską  Teksasu. 
Negocjacje jeszcze nie dobiegły końca.   

Moira jak zwykle tkwiła na swoim miejscu, stukając w klawiaturę 

komputera.  Miała  chyba  dzień  dobroci  dla  Indian,  gdyż  włożyła 
bufiastą  bluzkę  i  naszyjnik,  bez  wątpienia  wykonany  przez  plemię 
Hopi, srebrno-turkusowe kolczyki, zestaw dźwięczących bransoletek i 
z  pół  tuzina  pierścionków,  kupionych  w  rezerwacie  w  Santa  Fe. 
Złodziej biżuterii dostałby przepukliny pod ciężarem takiego łupu.   

Jeff  uniósł  dłoń  na  powitanie  i  poszedł  dalej.  W  korytarzu  stały 

background image

dwie młode praktykantki z księgowości. Na jego widok zachichotały i 
zaczęły  szeptać.  Ze  wzruszeniem  ramion  zniknął  za  drzwiami 
gabinetu.   

Rozłożył  na  biurku  plik  dokumentów.  Miał  twardy  orzech  do 

zgryzienia  i  po  chwili  doszedł  do  wniosku,  że  będzie  mu  się 
pracowało o wiele lepiej, jeśli nasyci swój organizm porządną porcją 
mocnej kawy. Zabrał więc pokaźny kubek i z marsową miną poszedł 
do bufetu.   

Tuż za drzwiami spotkał sąsiada, też meteorologa, Paula Larsona.   
– Zadumany? – spytał Larson.   
– Hmmm? 
– Wiesz przecież. „Śniady i zadumany... „ 
Jeff mruknął coś na odczepnego i poszedł dalej. Nie miał pojęcia, o 

co chodziło Larsonowi, i nie zamierzał go o to pytać. W bufecie nalał 
sobie  kawy  i  zawrócił  do  gabinetu.  W  holu  omal  nie  wpadł  na 
studentkę, która na czas wakacji podjęła pracę w Gulf Coast Weather 
Technology.   

–  Przepraszam  pana,  doktorze  McBride  –  powiedziała,  po  czym 

zakryła  usta  i  poczerwieniała  jak  burak.  Prawie  biegiem  uciekła  w 
głąb korytarza.   

Czy wszyscy powariowali? Jeff czuł się, jakby nieświadomie trafił 

w strefę mroku. Wokół słyszał szepty i stłumione śmiechy.   

Zamknął drzwi gabinetu i złapał za słuchawkę.   
– Moira, co się tu dzieje? 
–  Wayne  jeszcze  nie  wrócił,  spotkanie  z  zarządem  Mannox 

Shipping wyznaczono na...   

– Nie o to chodzi. Wszyscy się wyśmienicie bawią, a ja nie mam 

zielonego pojęcia, co ich śmieszy.   

– Śmieszy? – Moira umilkła na chwilę, potem spytała: – A czytałeś 

może dzisiejsze gazety? 

– Tylko parę tytułów. Byłem na zebraniu.   
–  To  przeczytaj.  Felieton  w  „Marinerze”  –  przejawiała 

zadziwiającą  ostrożność.  –  „Z  kobiecego  punktu  widzenia”.  Mam  ci 
przynieść? 

– Nie trzeba. Mam.   
Rzucił  słuchawkę  na  widełki  i  wyjął  gazetę  z  teczki.  Czuł,  że  nie 

spodoba  mu  się  to,  co  w  niej  znajdzie.  Odszukał  właściwą  stronę, 
resztę  rzucił  po  prostu  na  podłogę.  Felieton  z  cyklu  „Z  kobiecego 

background image

punktu  widzenia”  zajmował  niemal  całą  lewą  szpaltę.  Obok  tytułu 
„Czego  pragną  kobiety?”  widniało  zdjęcie  uśmiechniętej  Heidi 
Lockhart.   

 
Czego  pragniemy  do  mężczyzn?  Bez  względu  na  nasze 

oczekiwania  w  pierwszej  chwili  polegamy  wyłącznie  na  zmysłach. 
Tak,  drogie  panie,  przede  wszystkim  liczy  się  wygląd.  Jaki? 
Doliczyłam  się  aż  siedmiu  wzorców  najbardziej  pożądanego 
mężczyzny.   

 
Jeff zmarszczył brwi. Zdziwił się, że ktoś tak inteligentny jak Heidi 

mógł wypisywać podobne bzdury. Zerknął na wspomniane „wzorce”. 
Dobry  Boże!  „Silny,  opalony  kowboj”.  „Poważny  nauczyciel, 
najlepiej w okularach”. „Kulturysta”. „Wysoki, śniady i zadumany... „ 
Przecież Paul powiedział właśnie „zadumany”.   

Jeff zaczął czytać od tego akapitu: 
Wysoki, śniady i zadumany. Lord Byron, Heathcliff. Czujne, nieco 

posępne  oczy,  patrzące  spod  zmarszczonych  brwi,  zmysłowe  usta, 
dołek  w  brodzie.  Spojrzenie  poety  i  marzyciela.  ..  lub  kochanka. 
Ucieleśnieniem  tych  cech  jest  meteorolog,  doktor  Jeff  McBride, 
którego od niedawna  mamy okazję podziwiać na Kanale 4,  w każdy 
poniedziałek o osiemnastej i dwudziestej drugiej. Tego po prostu nie 
wolno przegapić.   

 
– Szlag by trafił! – Jeff cisnął gazetę na biurko. Nic dziwnego, że 

wszystkim  tak  wesoło.  Spełnił  się  najgorszy  koszmar  jego  życia. 
Wiedział, kogo za to winić.   

Zadzwonił telefon.   
– Tak? – burknął Jeff do słuchawki.   
–  Doktorze  McBride,  mówi  Glenda  Poe  z  „Marinera”.  Po 

dzisiejszym porannym artykule dostaliśmy sporo telefonów z prośbą o 
zamieszczenie  pańskiego  zdjęcia.  Mógłby  pan  nam  dostarczyć  jakiś 
negatyw? 

– Nie.   
– Ale...   
–  Nie!  –  wykrzyknął  Jeff  i  z  trzaskiem  odłożył  słuchawkę.  Tego 

było  za  wiele.  Nie  cierpiał  rozgłosu  i  zamieszania  wokół  swojej 
osoby, a teraz wpadł jak śliwka w kompot. Chwycił gazetę i wybiegł z 

background image

gabinetu.  Nawet  nie  zabrał  teczki  i  dokumentów.  Nie  zamierzał  już 
dziś pracować.   

– Jeff?! – zawołała za nim Moira.   
– Wychodzę. Będę dopiero jutro.   
–  O  rany...  –  mruknęła  i  pośpiesznie  sięgnęła  po  tomik  „Znaków 

miłosnych na każdy miesiąc”. Jeff trzasnął drzwiami.   

Przez całą drogę do studia Kanału 4 jechał na granicy dozwolonej 

prędkości. Nie chciał, żeby jakiś gliniarz chwalił się potem, że wlepił 
mandat „wysokiemu, śniademu i zadumanemu” piratowi.   

Z piskiem opon zatrzymał samochód na parkingu i jak burza wpadł 

do  holu,  nie  zwracając  uwagi  na  zdziwione  spojrzenia  kilku 
przechodzących osób.   

Sekretarka Ariel uniosła się znad biurka.   
– Witam, doktorze McBri... Do diabła z grzecznościami.   
– Jest u siebie? 
– Tak.   
– To dobrze.   
Ruszył w stronę drzwi. Peg ze zdumioną miną opadła na krzesło.   
Jeff  szybkim  krokiem  wszedł  do  gabinetu.  Ariel,  odwrócona 

bokiem  do  biurka,  rozmawiała  z  kimś  przez  telefon.  Drgnęła,  gdy 
drzwi zamknęły się z głośnym trzaskiem.   

– Oddzwonię później  –  powiedziała i odłożyła słuchawkę.  –  Jeff, 

co tu robisz w środę? Siadaj.   

Był wściekły, ale nie na tyle, żeby nie zauważyć złotych, lśniących 

włosów i ust rozchylonych jakby w oczekiwaniu pocałunku. Odpędził 
czym prędzej niestosowne  myśli i rzucił na biurko mocno już zmiętą 
gazetę.   

– To twój pomysł? 
Nie przestraszyła się groźnego tonu; nie próbowała kłamać. Nawet 

nie udawała, że nie wie, o co chodzi.   

– Cały artykuł nie, twoje nazwisko tak – odparła.   
– Przecież wyraźnie powiedziałem, że nie życzę sobie podobnych 

„rewelacji”.   

–  Powiedziałeś,  że  nie  chcesz  żadnych  zdjęć  ani  wywiadów.  – 

Stuknęła  palcem  w  gazetę  i  uśmiechnęła  się  z  triumfem.  –  Widzisz? 
Nie ma zdjęcia.   

Ciekawe, czy wiedziała, że już do niego dzwoniono z „Marinera”.   
– To bez znaczenia. Zrobiłaś ze mnie, .. – z trudem wypowiedział 

background image

kolejne słowa – symbol seksu.   

Ariel zerknęła na felieton.   
– Możliwe... a cóż to szkodzi? 
– Drażni mnie. – Jeff nie spuszczał wzroku z gazety.   
– Dlaczego? Przecież to ci tylko przyda popularności.   
–  Nie  chcę  być  popularny!  –  wykrzyknął  z  gniewem.  –  A  już  na 

pewno nie w ten sposób. „Wysoki, śniady, zadumany.. . „ – mruknął z 
niesmakiem.   

– Przecież to prawda. Jesteś wysoki, jesteś śniady, a jak nie jesteś 

zadumany, to patrzysz na mnie wilkiem.   

– W tej chwili jestem przede wszystkim wściekły! – wypalił.   
–  Hmmm...  wolałbyś,  żeby  było  napisane  „wysoki,  śniady, 

wściekły”? 

Szczerze?  –  pomyślał  Jeff.  Wolałbym  być  teraz  setki  kilometrów 

stąd, na jakiejś bezludnej wyspie.   

–  Obawiam  się,  że  już  za  późno,  żeby  zniszczyć  cały  nakład 

porannego  wydania  „Marinera”  –  oznajmiła  Ariel  z  teatralnym 
westchnieniem.  –  Rzecz  jasna,  zawsze  możesz  zażądać  od  Heidi,  by 
zamieściła sprostowanie.   

–  Oczywiście.  Po  takim  sprostowaniu  cała  sprawa  nabrałaby 

pikanterii.   

– Możliwe – przytaknęła Ariel. – Można jednak napisać, że zaszło 

nieporozumienie, że tak naprawdę jesteś niski, masz jasne włosy i...   

– Dobrze. – Uniósł ręce obronnym ruchem. – Wszystko rozumiem, 

ale  spróbuj  choć  na  chwilę  wczuć  się  w  moje  położenie.  Nie  lubię 
takich  zagrywek.  To  dziecinada.  Już  na  samym  początku  dałem  ci 
wyraźnie do zrozumienia, że życzę sobie, by mnie oceniano wyłącznie 
na  podstawie  mojej  wiedzy.  –  Oparł  się  o  blat  biurka.  –  Ostrzegam, 
przy następnej okazji uznam to za pogwałcenie warunków kontraktu i 
zrezygnuję z udziału w twoim programie. Ariel pokiwała głową.   

–  Nie  wątpię.  A  teraz  poważnie:  Jeff,  wiesz,  ile  osób  zacznie  cię 

oglądać tylko z powodu tego felietonu? Przy okazji dowiedzą się, co 
robić w razie huraganu.   

– Tu masz rację.   
– To dlaczego nie przestaniesz się ciskać? Nie bądź... ponurakiem.   
W  jej  oczach  pojawiły  się  wesołe  iskierki.  Jeff  wbrew  sobie 

uśmiechnął się kącikiem ust.   

– Rozejm? – zapytała Ariel, wyciągając rękę.   

background image

– Pod warunkiem, że przyjmiesz moje zastrzeżenia.   
– Przyjmuję. Pozwól, że na przeprosiny postawię ci kolację. Co ty 

na to? 

Powinien odmówić i jak najdalej uciec od jej błyszczących oczu i 

promiennego uśmiechu... Wystarczyło przecież uważać...   

– Dobrze.   
–  Poczekaj  parę  minut,  tylko  coś  skończę.  Przez  drzwi  wetknął 

głowę Hal Monroe.   

– Ariel, możesz poświęcić mi kilka sekund? 
– Tak, wejdź.   
– Wolałbym na osobności...   
– Wybacz – powiedziała Ariel do Jeffa. – Zaraz wracam. Zamknęła 

za sobą drzwi, lecz głęboki głos Hala i tak docierał do gabinetu.   

–  Pamiętasz,  jak  mówiłaś,  by  wyszukać  jakiś  skandal?  Chyba 

trafiłem na coś interesującego...   

– Ekstra... – Głosy ścichły w oddali.   
Skandal.  Jeff  mocno  zacisnął  pięści.  Co  on  tu  robił?  Dlaczego 

przyjął zaproszenie kogoś, kto żerował na nieszczęściu innych? Czym 
się  naprawdę  różnił  Kanał  4  od  telewizji  z  Tulsy?  Najlepiej  będzie 
jechać do domu i ograniczyć kontakty z Ariel Foster do niezbędnego 
minimum. Tylko ten zapach perfum wciąż unoszący się w powietrzu...   

Ariel stanęła w drzwiach i obdarzyła go czarującym uśmiechem.   
– Gotów? 
Jeff skinął głową. Ariel wzięła torebkę.   
– Pojedziesz za mną? 
Znakomity  pomysł.  Gdyby  jechali  razem,  musieliby  przejść  przez 

parking, a tam czekało za dużo niebezpiecznie żywych wspomnień.   

 
Ariel  wybrała  U  Cezanne’a,  niewielką  francuską  restaurację  w 

bocznej  uliczce,  kilka  przecznic  od  śródmieścia  Corpus  Christi. 
Zapalone świece na stołach, na ścianach widoki Paryża, a w tle cicha 
muzyka  skrzypiec.  Miejsce  wprost  wymarzone  dla  zakochanych,  ale 
Ariel  starała  się  pamiętać,  że  jej  stosunki  z  Jeffem  nie  powinny 
wykraczać poza pewną granicę.   

Uniosła kieliszek z winem.   
– Za przyjaźń.   
– Za przyjaźń – jak echo zawtórował Jeff, po czym dodał cicho: – 

Nigdy dotychczas nie miałem takiej przyjaciółki.   

background image

Chciała  zapytać,  co  to  miało  znaczyć,  ale  po  namyśle 

odpowiedziała cytatem: 

–  „Przyjaciel  to  prawdziwe  dzieło  przyrody”.  Ralph  Waldo 

Emerson.   

– Tak dobrze znasz literaturę? – zdziwił się.   
– Skończyłam anglistykę.   
Jeff  obrzucił  ją  taksującym  spojrzeniem  i  uśmiechnął  się  lekko. 

Ariel przeszył dreszcz podniecenia.   

– Sądziłem, że pociągają cię bardziej... dynamiczne rzeczy.   
– Na przykład sumo? Parsknął śmiechem.   
–  Albo  stepowanie.  Poza  tym  wykłady  z  anglistyki  nie  są 

najlepszym wprowadzeniem do pracy w telewizji.   

Ariel wypiła łyk wina.   
– Kocham dobrą literaturę, a telewizji... nauczyłam się w Houston. 

W wakacje pracowałam w tamtejszej stacji.   

– Co robiłaś? – Wziął ją za rękę i delikatnie przesunął kciukiem po 

aksamitnej skórze.   

–  Wszystko  –  wykrztusiła.  –  Razem  z  braćmi  dostawaliśmy 

niewielkie wynagrodzenie, ale tata orał w nas. Raz dał mi nawet rolę 
w przedstawieniu dla dzieci.   

– Jaką? 
–  Bohaterką  była  kocica.  Ja  należałam  do  grona  kociąt.  Jeff 

roześmiał się.   

–  Kociątko...  –  powiedział  takim  głosem,  jakby  miał  zamiar  ją 

pogłaskać.   

Ariel głośno przełknęła ślinę.   
– Jeff – powiedziała drżącym głosem.   
– Hmmm? 
– Nie rób tego.   
Poczuła lekkie muśnięcie warg na skórze.   
– Dlaczego? 
– Jesteśmy przyjaciółmi.   
Znów leciutko dotknął wargami jej dłoni.   
– Zachowuję się nieprzyjaźnie? 
– Nie, ale...   
– Potrawka z kurczęcia – przerwał im kelner.   
Jeff puścił rękę Ariel. Cofnęła ją pośpiesznie, wciąż jeszcze ciepłą 

od  jego  pocałunku.  Z  roztargnieniem  patrzyła  na  krzątaninę  kelnera. 

background image

Jeff próbował ją uwieść... i chyba dopiąłby swego. Po co? Żeby po raz 
trzeci  odejść?  Nie  mogła  na  to  pozwolić.  Postanowiła  wrócić  na 
bezpieczniejszy grunt – na przykład skupić się na jedzeniu.   

–  Potrawka  z  kurczęcia  nie  należy  do  najzdrowszych  posiłków  – 

powiedziała,  marszcząc  nos.  –  Pomyśl  tylko  o  tych  wszystkich 
tłuszczach wędrujących przez żyły niczym oddział wroga...   

Jeff  uśmiechnął  się  znacząco.  Wiedział,  że  z  rozmysłem  zmieniła 

temat.   

–  Mnie  to  nie  przeszkadza  –  stwierdził  i  zabrał  się  do  maślanych 

bułeczek. – Najpierw jarzyny – wskazał na smakowicie przyrządzone 
szparagi.   

Ariel  starannie  unikała  niebezpiecznych  tematów  i  zabawiała  go 

głównie  wspomnieniami  z  dzieciństwa.  Opowiadała  o  swoich 
braciach,  lecz  spod  oka  obserwowała  twarz  Jeffa,  zmarszczki  wokół 
jego  oczu,  patrzyła,  jak  blask  świecy  wydobywa  linię  nosa  i  ust. 
Pragnęła,  żeby  znów  jej  dotknął.  Nie,  nie  chciała...  Sama  nie 
wiedziała, czego chce naprawdę.   

Kelner  zabrał  puste  nakrycia.  Ariel  popatrzyła  na  Jeffa.  Mów  do 

niego, strofowała się w duchu. Nie przerywaj.   

–  A  ty?  –  zapytała.  –  Hmmm...  jak  to  się  stało,  że  zostałeś 

meteorologiem? 

–  Przez  przypadek,  pod  koniec  ósmej  klasy.  Południowa  część 

Tulsy  padła  ofiarą  tajfunu,  więc  postanowiłem  głębiej  zbadać 
przyczyny  huraganów.  Zaprezentowałem  swoją  pracę  na  szkolnym 
konkursie 

naukowym 

dostałem 

nagrodę 

towarzystwa 

meteorologicznego. Była to książka o pogodzie.   

– Dlaczego huragany? 
–  Może  z  powodu  ich  nieujarzmionej  siły...  Człowiek,  choć  się 

uważa  za  władcę  świata,  jest  w  istocie  bezradny  wobec  sił  natury. 
Zwykła burza potrafi zmienić bieg historii.   

– W jaki sposób? – Ariel chciała jak najwięcej wiedzieć o Jeffie i 

jego zainteresowaniach.   

–  Przecież  to  pogoda  przyczyniła  się  do  klęski  hiszpańskiej 

armady. Ocalałe z bitwy stoczonej z flotą angielską okręty próbowały 
umknąć,  płynąc  wokół  Szkocji  oraz  Irlandii,  lecz  gwałtowny  sztorm 
zepchnął  je  na  przybrzeżne  skały.  Większa  część  floty  nigdy  nie 
powróciła  do  macierzystych  portów  i  tak  zakończyła  się  władza 
Hiszpanii nad oceanami. Gdyby nie było sztormu, świat mógłby teraz 

background image

wyglądać całkiem inaczej.   

Ariel słuchała go w zamyśleniu.   
– To ciekawe... Zawsze sądziłam, że meteorologia jest nudna, a ty 

znalazłeś w niej i naukę, i historię, i dramat.   

– Właśnie.   
– Może to wina Perry’ego.   
– Nie mnie o tym sądzić – roześmiał się Jeff.   
–  Jak  myślisz,  czy  w  tym  roku  dotknie  nas  klęska  żywiołowa?  – 

spytała nagle.   

– Wielce prawdopodobne – odparł z powagą.   
– Będzie dużo zniszczeń? 
–  To  zależy  od  siły  wiatru.  Potrafimy  śledzić  trasę  tajfunu,  co,  w 

połączeniu  z  naszym  cyklem  programów  edukacyjnych,  powinno 
zmniejszyć straty do minimum.   

Ariel odetchnęła z ulgą, gdy kelner podał deser.   
Jeff najwidoczniej nie przepadał za słodyczami, za to Ariel dała się 

skusić na kawałek tortu czekoladowego z kremem jagodowym.   

– To twoja zdrowa dieta? – zapytał. Potrząsnęła głową.   
–  Wyjątek,  który  potwierdza  regułę.  –  Szelmowsko  mrugnęła 

okiem.   

Jadła  powoli,  delektując  się  każdym  kęsem.  Oblizała  wargi,  na 

których pozostała drobina kremu i w tej samej chwili poczuła na sobie 
rozpalone spojrzenie Jeffa.   

–  Gdzie  pracowałeś  przed  przyjazdem  do  Corpus  Christi?  – 

spytała.   

– Tylko w Centrum Badawczym w Miami. Chciałem jednak mieć 

nieco  więcej  swobody  w  realizacji  własnych  pomysłów,  więc 
wybrałem prywatną firmę.   

– Przeznaczenie... – mruknęła Ariel.   
– Słucham? 
Zrobiła nieokreślony ruch ręką.   
– Nasze drogi spotkały się we właściwym miejscu i czasie. Miasto 

potrzebowało twojej wiedzy, a ja znalazłam sposób na widzów. Jeśli 
chodzi o naszą pracę, chyba stanowimy dobraną parę.   

Ciekawe,  czy  uwierzył,  że  chodziło  wyłącznie  o  to.  Ariel  skinęła 

na  kelnera  i  poprosiła  o  rachunek.  Restauracja,  jeszcze  do  niedawna 
pełna gości, teraz już prawie opustoszała. Kiedy wyszli na zewnątrz, 
lekki powiew zwichrzył włosy Jeffa i przyniósł słoną woń zatoki.   

background image

– Pojadę za tobą – powiedział McBride. – Chcę mieć pewność, że 

bezpiecznie dotrzesz do domu.   

Nic w jego głosie nie wskazywało, by ta propozycja skrywała coś 

więcej. Boże, co za denerwujący facet, pomyślała Ariel. Zmienny jak 
pogoda.   

– Dobrze.   
Gdy  już  byli  na  miejscu,  pomachała  mu  przez  otwarte  okno 

samochodu. Jeff uniósł dłoń na pożegnanie i odjechał. Ariel weszła do 
domu, wzięła duży arkusz papieru i napisała szminką: Jeff McBride – 
partner  w  interesach.  Potem  przykleiła  ów  napis  taśmą  na  lustrze  w 
łazience. Była szczerze zadowolona, że wieczór skończył się właśnie 
tak, jak się skończył.   

– Akurat! – mruknęła ze złością i wsiadła na rower treningowy.   
Jeff zastanawiał się po drodze, co by było, gdyby wstąpił do domu 

Ariel,  gdyby  zasnęli  obok  siebie...  a  może  nie  zasnęli...  Może  w  ten 
sposób  przestałby  się  zadręczać?  Nie  będziesz  wiedział,  jeśli  nie 
spróbujesz, pomyślał i nieco poweselał.   

background image

ROZDZIAŁ 7 

 

Jeff  przejrzał  sportową  stronę  poniedziałkowego  wydania 

„Marinera”  i  odłożył  ją  na  bok.  Huragan  skorzystał  z  okazji  i 
rozciągnął  się  leniwie  na  tabelach  z  wynikami  niedzielnych  meczów 
ligi  baseballu.  Jeff  odruchowo  pogładził  kota  po  łebku  i  zerknął  w 
rubrykę towarzyską.   

–  A  niech  to  diabli  h  –  wykrzyknął  i  dołożył  jeszcze  kilka 

soczystych  przekleństw.  Wystraszony  Huragan  błyskawicznie 
zeskoczył ze stołu i zaszył się w kącie za lodówką.   

Jeff nie dowierzał własnym oczom. Jeszcze raz zaczął czytać: 
W restauracji U Cezanne’ a doszło do romantycznego spotkania, w 

którym wzięła udział szefowa Kanału 4 Ariel Foster oraz Tajfun Jeff 
McBride.   

To też robota Ariel? 
Jeff  zamknął  oczy  i  wsparł  głowę  na  rękach.  Mogli  go  przecież 

nazwać  „Ekspertem  od  pogody”  albo  po  prostu  „Naukowcem”.  Nie, 
napisali  „Tajfun”!  Jakby  był  jakimś  piosenkarzem  albo  zapaśnikiem. 
Już wolał określenie „wysoki, śniady i zadumany”.   

Zadzwonił telefon. Jeff sięgnął po słuchawkę.   
– Tak? 
– To nie moja wina – bez zbędnych wstępów oświadczyła Ariel.   
Jeff  wydał  z  siebie  coś  pomiędzy  parsknięciem  a  gardłowym 

śmiechem.   

– Bardzo mnie to cieszy, w przeciwnym razie... – nie dokończył.   
–  Chyba  ktoś  „życzliwy”  zawiadomił  prasę  –  ciągnęła  Ariel.  – 

Przepraszam.   

– Przepraszasz, ale wcale nie jest ci przykro.   
– Dzięki temu ściągniemy większą publiczność.   
–  Jaką?  –  spytał  przez  zęby.  Robił  to  dość  często  od  czasu,  gdy 

poznał Ariel. Powinien jej chyba wysłać rachunek od dentysty.   

– Każdy, kto nas ogląda, wyniesie z tego pewną korzyść – odparła 

Ariel drażniąco rześkim głosem.   

Jeff zdobył się tylko na krótki pomruk. I tak nie zrozumiesz, o co 

mi naprawdę chodzi, pomyślał. Odłożył słuchawkę. Ariel dorastała w 
otoczeniu mediów, tymczasem jego ojciec...   

Rodzice marzyli o spokojnym  życiu. Jeff początkowo był całkiem 

background image

inny.  W  młodych  latach  ciągnęło  go  do  świata,  ale  po  aferze  z 
bankiem  i  zerwanych  zaręczynach  zaczął  stronić  od  ludzi.  Teraz 
nawet  nie  napisał  do  ojca,  że  występuje  w  telewizji.  Nie  chciał  go 
niepotrzebnie  martwić.  Odstawił  kubek z kawą na gazetę,  ubrał się  i 
pojechał do biura.   

– Dzień dobry! – zaświergotała Moira, gdy tylko stanął w progu. – 

Już wiem o tobie i pannie Foster.   

– Niby co? – spytał z głupia frant.   
– Jesteś sławny. Najbardziej...   
– To żadna sława...   
– Przeznaczenie. Oczywiście. Pasujecie do siebie. – Złote kółka w 

jej  uszach  podzwaniały  przy  każdym  ruchu  głowy.  –  Ona  na  pewno 
jest spod znaku Wagi. Zdobądź jej datę urodzin, miejsce i godzinę, a 
przygotuję odpowiedni horoskop.   

– Moira...   
–  Och,  to  takie  podniecające.  Wasza  miłość  jest  zapisana  w 

gwiazdach. 

Pamiętasz,  jak  zadzwoniła  po  raz  pierwszy? 

Przepowiedziałam ci życiową zmianę.   

Jeff oparł się o biurko.   
– Moira! – podniósł głos. – Nic mnie nie łączy z panną Foster. Nie 

jesteśmy parą. Nie chodzę z nią. Pracujemy razem, to wszystko.   

Sekretarka skinęła głową i konspiracyjnie zmrużyła oko.   
–  Rozumiem.  –  Wyciągnęła  z  szuflady  jakieś  czasopismo.  –  Tu 

masz swój dzisiejszy horoskop. Przeczytaj.   

Nie  miał  na  to  ochoty,  ale  nie  potrafił  odmówić.  Zresztą  Moira 

najważniejsze  rzeczy  zakreśliła  wściekle  różową  kredką.  „Strzelec: 
Same  niespodzianki”.  Pewnie.  „W  ciągu  kilku  najbliższych  dni  twój 
ustalony  rytm  życia  będzie  podlegał  ciągłym  zakłóceniom”. 
Wyśmienicie! 

Jeff usłyszał za sobą stłumione śmiechy i kobiece głosy. Wyraźnie 

padło  słowo  „Tajfun”.  Potarł  czoło.  Nagle  rozbolała  go  głowa. 
Przeciągle popatrzył na Moirę.   

– Jeszcze raz powtórzę, trochę wolniej. Nic mnie nie łączy z Ariel 

Foster.  Jeśli  znowu  usłyszę  jakąś  uwagę  na  ten  temat,  to  –  zabrakło 
mu  słów  –  to  możecie  naprawdę  obawiać  się  tajfunu.  A  Tajfun  Jeff 
potrafi siać zniszczenie.   

Wszedł do gabinetu i trzasnął drzwiami. Chwilę potem odezwał się 

telefon.  Dzwonił  przyjaciel  Jeffa,  a  zarazem  właściciel  jachtu,  Adam 

background image

Gorman.   

–  Cześć,  stary  –  powiedział  na  wstępie.  –  Widzę,  że  masz  nowy 

przydomek. A jak tam Ariel? Warta zachodu? 

– Za parę dni sam się przekonasz – odparł McBride, zapominając, 

że przed chwilą gorączkowo wszystkiemu zaprzeczał.   

Następna  rozmowa  była  mniej  przyjemna.  Dzwonił  Tom  Carson, 

wiceprezes Służb Morskich Teksasu.   

– Telefonowałem godzinę temu – rzucił ze zniecierpliwieniem.   
Zegarek Jeffa wskazywał trzy po dziewiątej.   
– Przepraszam. Właśnie zasiadłem za biurkiem. Carson zamruczał 

coś z gniewem.   

– Nie ma dnia,  żeby nie pisano o tobie w gazetach.  Masz jeszcze 

czas na pracę dla nas? 

Jeff zapewnił go, że już podjął przygotowania. Carson uspokoił się 

nieco,  za  to  Jeff  zupełnie  stracił  humor.  Wbrew  optymistycznym 
prognozom Wayne’a występ w telewizji nie przydał mu popularności 
wśród  kolegów  po  fachu.  Wprost  przeciwnie,  podważał  jego 
wiarygodność.  Co  będzie,  gdy  podobna  opinia  dotrze  na  Florydę? 
Strach myśleć.   

 
Ariel  pośpiesznie  przejrzała  zapis  rozmów  telefonicznych  z 

widzami i sięgnęła po listy. Najpierw wpadła jej w rękę duża różowa 
koperta zaadresowana dziecięcym pismem.   

 
Droga Redakcjo Kanału 4,   
Chodzę  do  siódmej  klasy.  W  zeszłym  roku  uczyliśmy  się  dużo  o 

pogodzie,  ale  mnie  to  zupełnie  nie  interesowało.  Rety,  ale  byłam 
głupia.  Huragany  są  super,  zwłaszcza  kiedy  o  nich  mówi  Jeff 
McBride.  Możecie  go  poprosić,  żeby  mi  przysłał  zdjęcie  z 
autografem,  mapę  huraganów  i  spis  lektur?  Chciałabym  dowiedzieć 
się czegoś więcej o burzach.   

 

Jody Miller   

 

Ariel  z  uśmiechem  skończyła  czytać.  Nie  zdziwiło  jej,  że  Jody 

szukała nauk u takiego wykładowcy jak Jeff. Mogła tylko żałować, że 
on nie lubił fotografów.   

Napisała odpowiedź: 

background image

 
Droga Jody,   
Dziękuję  za  list.  Cieszy  mnie,  że  spodobał  Ci  się  cykl  naszych 

programów.  Niestety,  chwilowo  nie  mamy  żadnych  zdjęć,  ale 
załączam mapę huraganów, podpisaną przez doktora McBride’a oraz 
spis lektur, o który prosiłaś. Oglądaj nas.   

 

Ariel Foster   

 
Zamierzała wieczorem poprosić Jeffa, żeby złożył parę podpisów i 

opracował listę książek dla Jody.   

Dzięki  „Tajfunowi”  oraz  niektórym  innym  posunięciom  Ariel 

widownia Kanału 4 rosła w niespotykanym tempie. Ale co się stanie 
po  zakończeniu  cyklu  o  huraganach?  Może  warto  coś  zmienić  w 
oprawie  dziennika?  Ariel  podniosła  słuchawkę  telefonu  i  wystukała 
prywatny  numer  ojca.  Po  chwili  usłyszała  po  drugiej  stronie  dobrze 
znany głos i bez większych wstępów przeszła do rzeczy.   

– Tato, chcę zatrudnić spikerkę. Możesz mi jakoś pomóc? 
– Jeszcze dzisiaj roześlę informację do innych stacji.   
– Dzięki. Co słychać u Chada i Daniela? 
–  Chad  wystartował  z  cyklem  komentarzy  politycznych,  a  Daniel 

zrobił  sześć  programów  na  temat  walki  z  przestępczością  –  odparł 
ojciec.   

Ariel  zmarszczyła  brwi  i  na  skrawku  papieru  naszkicowała 

podobizny obu braci.   

– A u ciebie? – spytał Martin Foster. Uśmiechnęła się.   
– Co tydzień mam trzyminutowy wykład o huraganach. Prawdziwy 

przebój.   

–  O  huraganach?  –  Na  ojcu  nie  wywarło  to  żadnego  wrażenia.  – 

Ten  twój  fachowiec  od  pogody  nie  potrafi  rozsądnie  mówić  nawet  o 
kataklizmie.   

Ariel  dorysowała  pod  twarzą  Chada  trupią  czaszkę  ze 

skrzyżowanymi piszczelami. Tak samo postąpiła z podobizną Daniela.   

–  Nie  widziałeś  mojego  najnowszego  nabytku.  Facet  wygląda  jak 

hollywoodzki  gwiazdor.  –  I  całuje  jak  urodzony  amant,  dodała  w 
myślach.   

–  Co  takiego?  Manekin  udaje  specjalistę?  –  W  głosie  ojca 

pobrzmiewała wyraźna dezaprobata.   

background image

–  Nie,  tato.  To  naukowiec.  Z  tytułem  doktora.  Połączenie 

meteorologa z tajfunem.   

– Słucham?! 
– Z tajfunem. Gazety określiły go mianem „Tajfun”.   
– Naprawdę? – Martin Foster wybuchnął śmiechem. – Nie zmarnuj 

okazji.   

– Nie zamierzam.   
Ariel odłożyła słuchawkę i z westchnieniem spojrzała na list Jody. 

Szkoda,  że  Jeff  z  uporem  unikał  reklamy.  Potrafiłaby  zdziałać  dużo 
więcej, gdyby tylko zechciał współpracować.   

Jeff  wyszedł  z  biura,  wsiadł  do  samochodu  i  pojechał  w  stronę 

sklepu,  w  którym  miał  razem  z  Debrą  zrobić  zakupy  na  wypadek 
klęski żywiołowej. Oznaczało to kolejne spotkanie z ekipą Kanału 4. 
Rano  pracował  bez  wytchnienia,  gdyż  wiedział,  że  po  południu  nie 
zdoła  wiele  zrobić.  Zatrzymał  się  przed  pralnią,  żeby  odebrać  kilka 
koszul.  Kiedy  wszedł,  siedząca  za  ladą  kobieta  w  średnim  wieku 
powitała go szerokim uśmiechem.   

– Dzień dobry. Jeff skinął głową.   
– Chciałem odebrać pranie. McBri...   
–  Nie  musi  pan  podawać  swojego  nazwiska  –  przerwała  z 

machnięciem ręki. – Znam pana. Pan Tajfun.   

Jeff milczał. Co innego mu zostało? 
Jak mógł myśleć, że po spotkaniu z Ariel jego życie wciąż będzie 

biegło zwykłym torem? Sam sobie napytał biedy. Mógł się nie pchać 
do telewizji albo wcześniej iść do psychiatry.   

Zapłacił za pranie i ruszył w dalszą drogę. Nagranie przebiegło bez 

niespodzianek.  Debra  chyba  nie  czytała  gazet,  gdyż  ani  razu  nie 
wspomniała o Tajfunie. Za to Perry Weston wciąż kręcił nosem.   

–  Symbol  seksu  –  mruknął,  gdy  Jeff  wszedł  do  studia.  Tylko 

spokojnie,  powtarzał  sobie  w  duchu  Jeff  podczas  charakteryzacji. 
Lynn  Nelson,  która  go  pudrowała,  była  dziewczyną  o  egzotycznej 
urodzie  i  czarnych  jak  noc  włosach,  sięgających  niemal  do  pasa. 
Zanim zdążyła przerobić Jeffa na różowe widmo, ktoś zapukał.   

– Proszę – zawołała.   
W  drzwiach  stanęły  Kara  i  Ariel.  Jeff  patrzył  tylko  na  nią.  Włosy 

zaczesała  w  tył  i  spięła  złotą  spinką.  Miała  na  sobie  jasnozieloną 
spódnicę  i  bluzkę  z  połyskliwego  materiału,  przypominającego 
jedwab. W uszy wpięła cienkie złote kolczyki.   

background image

– Cześć – powiedziała lekko zachrypniętym głosem, który stokroć 

lepiej brzmiałby w sypialni. – Mam do ciebie niewielką prośbę.   

Uwaga!  Jeff  zdwoił  czujność.  Prośby  Ariel  z  reguły  kończyły  się 

katastrofą.   

Wskazała na plik papierów.   
– Dostałam list od uczennicy, którą zaraziłeś miłością do pogody i 

która prosi o spis odpowiednich lektur oraz twój autograf.   

Wcisnęła  mu  do  ręki  długopis.  Uff...  Nic  groźnego.  Podpisał  się 

zamaszystym ruchem.   

– Spis książek przefaksuję ci jutro rano.   
– Dzięki. – Ariel przysiadła na brzegu stołka. Lynn kontynuowała 

swą pracę. W wyobraźni Jeffa zamieniły się miejscami. To palce Ariel 
gładziły go po twarzy i odgarniały włosy z czoła. To Ariel pochylała 
się  w  jego  stronę  do  pocałunku.  W  jaki  sposób  potrafiła  przemienić 
gniew w pożądanie? 

Spojrzał na nią. Siedziała ze zmarszczonymi brwiami.   
– Kara, krawat. Co? 
– O co chodzi z krawatem? – spytał.   
– Zbyt mdły – powiedziała Ariel.   
– Właśnie – dodała Kara.   
– Uhm – przytaknęła Lynn.   
Wszystkie  trzy  miały  takie  miny,  jakby  nagle  ktoś  im  podrzucił 

brudną ścierkę.   

– To drogi krawat – burknął Jeff.   
– Prawie nie widać wzoru. – Lynn potrząsnęła głową.   
– Bez wyrazu – oświadczyła Kara.   
– Bez gustu – poprawiła ją Ariel. – Do tego za ponury. Znajdź coś 

żywszego, może w odcieniu srebra.   

– Zaraz wracam. – Kara zniknęła w korytarzu.   
–  Powinniśmy  też  coś  zrobić  z  włosami  –  ciągnęła  Ariel, 

najwyraźniej  nie  zdając  sobie  sprawy,  że  Jeff  panował  nad  sobą 
ostatkiem sił.   

– Zaczęli dziennik! – zawołał ktoś za drzwiami. – Wchodzi pan za 

pięć minut, doktorze McBride.   

– Nieco pianki. – Lynn przekrzywiła głowę. – Nie, lepiej je lekko 

pofalować.   

Sięgnęła po lokówkę.   
– Akurat! – warknął Jeff.   

background image

Ariel położyła mu rękę na ramieniu.   
–  Spokojnie.  To  zajmie  najwyżej  minutę.  Masz  jeszcze  mnóstwo 

czasu.   

Zanim  zdążył  zareagować,  poczuł  na  swoich  włosach  rozgrzane 

szczęki lokówki.   

– Au! 
–  Przepraszam  –  powiedziała  Lynn.  –  Zaraz  skończę.  Jeff 

bezradnie  tkwił  na  fotelu.  Lynn  odłożyła  lokówkę  i  przez  chwilę 
pracowicie  machała  grzebieniem,  aż  w  końcu  doszła  do  wniosku,  że 
powstało prawdziwe dzieło sztuki. Odstąpiła o krok.   

–  Jak  ci  się  podoba?  –  zwróciła  się  do  Ariel.  A  mnie  nikt  nie 

zapyta? – pomyślał Jeff.   

– Nieźle – oświadczyła Ariel. Weszła Kara, niosąc dwa krawaty.   
– Który? 
–  Ten  z  czerwonym  wzorem  –  zdecydowała  Ariel.  Cholera, 

zachowują się, jakbym w ogóle nie istniał, klął w duchu Jeff. Jakbym 
był jakąś chodzącą lalką.   

Lynn wciąż patrzyła na jego głowę.   
– Nie zaszkodzi nieco lakieru – mruknęła i odwróciła się w stronę 

toaletki.   

– Starczy tego dobrego! – nie wytrzymał Jeff. Zerwał się z fotela. 

Zdjął krawat i rozpiął kołnierzyk.   

– Mam dosyć! 
Zrzucił marynarkę i zawinął za łokcie rękawy koszuli.   
–  Nie  jestem  manekinem!  –  Przeczesał  palcami  świeżo  ułożone 

włosy.  –  Chciałyście  naukowca,  no  to  go  macie!  Tak  wyglądam 
podczas pracy! 

Wypadł z garderoby i pobiegł w stronę studia. Lynn,  Kara i Ariel 

patrzyły za nim otępiałym wzrokiem.   

– Jeszcze zobaczycie – zabrzmiały z oddali pogróżki.   
Kara pierwsza ochłonęła ze zdumienia.   
– Mam go dogonić? – spytała.   
–  Nie.  Już  za  późno.  Zrobiłby  awanturę  przed  kamerą  –  odparła 

Ariel.   

Lynn wciąż stała z lakierem w ręku.   
– Pryskasz sobie na buty.   
– Och. – Lynn spojrzała na wilgotne rajstopy.   
– Kup sobie nową parę. Na rachunek firmy – powiedziała Ariel. – 

background image

Chodź, Karo.   

Poszły do reżyserki. Jeff właśnie zaczynał mówić.   
– Nie wierzę własnym oczom – szepnęła Kara. – Spójrz na niego. 

Przed kamerą w samej koszuli.   

–  Tak,  widzę.  –  Ariel  wskazała  na  monitor.  Jeff  przemawiał 

spokojnym,  zrównoważonym  tonem,  choć  w  oczach  wciąż  migotały 
mu  iskierki  złości.  Wyraźnie  widać  było  jego  silne,  opalone  ręce, 
ciemny meszek zza rozchylonego kołnierzyka koszuli i rozwichrzone 
włosy.  Wspaniały  okaz  męskiego  seksu.  Marzenie  setek  kobiet 
siedzących przed telewizorem.   

Ariel trzęsła się ze śmiechu.   
–  Karo,  ręczę  ci,  że  po  dzisiejszym  dniu  wszystkie  kobiety  w 

Corpus  Christi  będą  z  utęsknieniem  czekać  na  następny  program. 
McBride stanął na wysokości zadania. Sam o tym jeszcze nie wie, ale 
trafił w dziesiątkę.   

background image

ROZDZIAŁ 8 

 

Jeff  zamknął  drzwi  i  rzucił  teczkę  na  kanapę.  Po  wczorajszych 

emocjach  i  poranku  w  pracy  musiał  odpocząć.  Rozsiądzie  się  przed 
telewizorem.  Chociaż  nie.  Ostatnio  dość  miał  telewizji.  Poczyta 
książkę. Coś z fantastyki naukowej.   

Huragan  czekał  na  niego  w  kuchni.  Spacerował  po  kredensie  i 

donośnym miauczeniem domagał się obiadu.   

– Dobrze, dobrze, zaraz dostaniesz – uspokoił go Jeff. Sięgnął do 

szafki po torbę z karmą dla kotów. Była pusta.   

Zajrzał więc do lodówki, czy nie zostały jakieś resztki. Nic. oprócz 

kiełbasy.   

Wkroił  kilka  cienkich  plasterków  do  miski  kota.  Huragan 

zeskoczył  z  kredensu,  ostrożnie  powąchał  pokarm,  z  dezaprobatą 
pomachał ogonem i odwrócił się tyłem.   

Jeff obrzucił go posępnym spojrzeniem.   
– Kto cię nauczył takich manier? 
– Miau...   
– Dobrze, stary. Zaraz pójdę do sklepu.   
Kot, nie przestając miauczeć, odprowadził go do samych drzwi.   
Jeff  podjechał  do  najbliższego  sklepu  i  zgarnął  do  koszyka  pół 

tuzina  puszek  z  karmą.  W  połowie  drogi  do  kasy  usłyszał  za  sobą 
przyciszone głosy: 

– To on...   
– Rzeczywiście! Tajfun! 
Miał się schować za pudełkami chrupek? Rzucić koszyk i uciekać? 

Za późno. Otoczyły go trzy chichoczące dziewczyny.   

Kształtna  blondynka  w  obcisłych  szortach  i  krótkim  podkoszulku 

rzuciła mu powłóczyste spojrzenie spod długich rzęs.   

–  Uwielbiam  pana  program,  panie  McBride  –  zagruchała.  Jej 

ciemnowłosa koleżanka, ubrana... a może rozebrana? 

Jeff  wolał  nie  zagłębiać  się  w  tę  kwestię.  Zatem  jej  ciemnowłosa 

koleżanka energicznie pokiwała głową.   

–  Oglądałyśmy  wczoraj  pański  program.  W  rozpiętej  koszuli 

wyglądał pan tak... seksy.   

– Możemy prosić o autograf? – niemal bez tchu spytała trzecia, o 

włosach  barwy  piasku.  Jeff  znalazł  się  w  pułapce,  przyciśnięty  do 

background image

półki z proszkiem do prania.   

– Tak... naturalnie wyjąkał.   
– Potrzymam pański koszyk – zaproponowała brunetka.   
–  Niech  pan  pisze  tutaj,  na  liście  zakupów  –  powiedziała  trzecia. 

Rozejrzała  się  za  jakimś  pulpitem,  ale  nic  nie  znalazła.  –  Może  na 
moich plecach? 

Jeff  złożył  dwa  podpisy  na  dwóch  oddzielnych  kartkach. 

Blondynka wyciągnęła z torebki dolarowy banknot.   

– Nie mam listy, więc...   
Przysunęła się jeszcze bliżej. Jeff nie miał gdzie uciekać.   
–  Chodzimy  do  technikum  –  powiedziała.  –  Czy  mógłby  pan 

przyjechać do Lubbock na gościnny wykład? 

– Jeśli nie będę zajęty przy huraganach – oświadczył Jeff. Oddał jej 

podpisany banknot.   

– Dziękujemy! – wykrzyknęły chórem. Na odchodnym słyszał ich 

głosy.   

– Mmmmm! 
– Ekstra facet! 
– Nigdy nie wydam tego dolara.   
Jeff  z  wypiekami  na  twarzy  zapłacił  za  zakupy  i  uciekł  do 

samochodu. Sam sobie nawarzył piwa. Ot co! 

 
Ariel powitała Jeffa uśmiechem. Od pamiętnej kłótni w garderobie 

minął  już  cały  tydzień,  więc  miał  wystarczająco  dużo  czasu,  by 
ochłonąć. Niestety, z jego zachowania nic nie umiała wyczytać.   

– Peg wspomniała, że chcesz mnie widzieć – powiedział.   
– To prawda. Jak minął tydzień? 
– Lepiej nie pytaj.   
– Były... jakieś reakcje po twoim poniedziałkowym występie? 
Westchnął ciężko i przeczesał palcami włosy.   
–  Parę  niespodziewanych  spotkań  w  supermarkecie,  mnóstwo 

listów  w  skrzynce  pocztowej,  setki  zgłoszeń  zarejestrowanych  przez 
automatyczną  sekretarkę.  Ludzie  potrafią  być  natrętni.  Zastanawiam 
się  nad  zmianą  numeru  telefonu,  żeby  przespać  choć  parę  nocy. 
Dzisiaj  o  trzeciej  w  nocy  dzwoniło  jakieś  dziewczę  z  propozycją... 
zresztą  nieważne,  –  Część  korespondencji  do  ciebie  przychodzi  pod 
naszym  adresem.  –  Ariel  wskazała  stojące  w  kącie  duże  tekturowe 
pudło, niemal po brzegi wypełnione kartkami pocztowymi i listami.   

background image

Jeff  zerknął  w  tamtą  stronę  i  poruszył  ustami,  ale  nie  powiedział 

ani słowa.   

– Może przeczytasz chociaż kilka – zaproponowała Ariel.   
– Udostępnię ci komputer, jeśli zechcesz napisać odpowiedź.   
– Jasne  –  mruknął.  Przyciągnął pudło bliżej biurka.  Ariel wyszła, 

pozostawiając go przy lekturze. Już zza drzwi słyszała, jak mówił do 
siebie coś, co brzmiało: „Nie wierzę własnym oczom...” 

W  sali  konferencyjnej,  pod  przewodnictwem  Kary,  zebrał  się 

zespół  wiadomości.  Omawiano plan na nadchodzący tydzień  –  akcja 
sprzątania plaży, petycja od mieszkańców w sprawie wzmocnienia sił 
policyjnych, zabójstwo w dzielnicy willowej.   

– Co jeszcze? – spytała Kara.   
Hal  Monroe  poprawił  się  w  krześle  i  rozprostował  swoje  długie 

nogi.   

–  Rozmawiałem  o  tym  już  z  Ariel.  Coś  niedobrego  dzieje  się  w 

szpitalu Świętej Elżbiety.   

– Modernizują go, prawda? – spytał Steve.   
–  Owszem.  Zaczęli  prace  ziemne  pod  budowę  oddziału 

dziecięcego.   

– To chyba ich największe przedsięwzięcie – powiedziała Kara.   
–  Większe,  niż  ci  się  zdaje  –  odparł  Hal.  –  Dowiedziałem  się,  że 

jeden  z  dyrektorów  był  osobiście  zainteresowany  kupnem  gruntu. 
Dopuścił się nadużycia...   

– Ho, ho... – mruknął Steve. – Coś śmierdzi.   
– I to wyjątkowo paskudnie – potwierdził Hal. – Potrzebuję jedynie 

zeznań jeszcze jednego świadka i możemy to puścić na antenę.   

– Tylko sprawdź dobrze każdy szczegół – poleciła Ariel.   
W głębi ducha miała nadzieję, że pogłoski okażą się fałszywe, ale z 

drugiej strony... Byłaby to prawdziwa bomba, z pewnością zauważona 
przez krajowe środki przekazu.   

Wyobraźnia  podsuwała  jej  obraz  zmagań  na  ostatnich  metrach 

wyścigu  do  Houston.  Ariel  wychodzi  na  prostą,  przesuwa  się  do 
przodu, atakuje... Tak, już dobiega do linii mety... Jest! Ariel wygrywa 
o długość nosa, przed Chadem i Danielem.   

Wróciła do gabinetu. Jeff zawzięcie stukał w klawisze komputera. 

Przypatrywała  mu  się  przez  chwilę.  Rzeczywiście  wyglądał 
interesująco...  i  seksownie.  Dzięki  niemu  już  w  przyszłym  roku  być 
może przeniesie się do Houston. Podeszła do biurka i zerknęła na list.   

background image

 
Drogi Doktorze   
McBride,  Mam  dziewięć  lat.  Widziałem  Pana  program  i  chcę  być 

metrorologiem, jak urosnę. Może mi Pan napisać, co robić, żeby mieć 
taką pracę? 

 

Sean Wellman   

 
Jeff parsknął śmiechem, napisał odpowiedź i odłożył list Seana na 

stos kartek piętrzący się na podłodze. Otworzył następną kopertę.   

 
Jeff,   
Przez  całe  życie  czekałam  na  kogoś  w  Twoim  typie.  Mam 

dwadzieścia  dziewięć  lat,  sto  siedemdziesiąt  pięć  centymetrów 
wzrostu,  pozostałe  wymiary:  dziewięćdziesiąt  jeden,  sześćdziesiąt 
dwa,  dziewięćdziesiąt  trzy.  Mój  numer  telefonu:  555-8319.  Sypiam 
nago. A ty? 

 

Candy Lovell   

 
–  Mmmm...  Candy.  Cukiereczek  –  mruknęła  Ariel.  Jeff  pokręcił 

głową i cisnął list na drugi, większy stos papierów.   

– Śmieci? – spytała Ariel.   
– Dział NN. Natręci i nimfomanki.   
Ariel  roześmiała  się.  Usiadła  na  kanapie,  żeby  przejrzeć  własną 

korespondencję.   

–  Posłuchaj  tego  –  odezwał  się  Jeff.  –  „Drogi  doktorze  McBride, 

Pański  program  na  Kanale  4  jest  czymś  szczególnym  dla 
mieszkańców Corpus Christi. Przeżyłem tajfun Connie w 1983 roku i 
wiem,  jak  ważne  są  wcześniejsze  przygotowania.  Dziękuję,  że 
pomyślał  Pan  o  nas  wszystkich”.  Właściwie  to  powinien  być 
zaadresowany do ciebie – powiedział. – Ty wymyśliłaś ten cykl.   

– A ty go realizujesz.   
– Bo mnie zmusiłaś.   
– Stanowimy dobrany zespół.   
– Właśnie – odparł.   
Wrócili  do  swoich  zajęć.  Szeleściły  kartki,  stukały  klawisze 

komputerów,  ale  Ariel  wciąż  czuła  bliską  obecność  Jeffa.  Słyszała 

background image

szmer jego ruchów, zduszony śmiech, westchnienia, którymi kwitował 
niektóre  listy,  czuła  zdecydowany,  męski  zapach  płynu  po  goleniu. 
Przez  krótką  chwilę  dała  się  ponieść  wyobraźni;  pomyślała,  że 
przecież  tak  mogłoby  być  zawsze.  Wspólne  weekendy,  poranne 
spacery, gorące dyskusje i namiętna miłość...   

Nagle  usłyszała  jęk.  Uniosła  głowę.  Jeff  wyjął  z  dużej  szarej 

koperty parę czarnych damskich majteczek.   

Ariel otworzyła usta ze zdumienia.   
–  Ciekawe...  Prześwitujące.  Nigdy  dotąd  takich  nie  widziałam.  – 

Odłożyła majtki na biurko. – Mogę przeczytać list? 

– Jaki list? 
– Ten, który tak pachnie, że go czuć w całym gabinecie.   
Jeff szybko chwycił różową, mocno skropioną perfumami kartkę i 

podarł ją na drobne strzępy.   

–  Nie  ma  najmniejszej  potrzeby,  żebyś  to  czytała.  –  Wyrzucił 

skrawki do kosza. – Koniec.   

–  Jeff...  –  zaczęła  Ariel  uspokajającym  głosem  –  po  co  się  tak 

przejmujesz głupimi listami? Przecież nie dzieje ci się krzywda.   

–  Nie?  –  Odepchnął  pudło  na  bok.  –  Nic  nie  rozumiesz! 

Zaintrygowana przecząco pokręciła głową.   

–  Przecież  kobiety  wciąż  narzekają,  że  są  postrzegane  tylko  jako 

symbol seksu, że czują się tym poniżone.   

– Tak, ale...   
– Myślisz, że z mężczyznami jest inaczej? 
– Nigdy nie rozpatrywałam tego od tej strony – przyznała Ariel.   
Jeff nerwowym ruchem przygładził włosy.   
–  Jestem  naukowcem.  Jak  mam  zachować  wiarygodność,  skoro 

moje nazwisko pojawia się w gazetach w zupełnie innym kontekście? 

–  Jeff,  tak  mi  przykro...  Nawet  nie  pomyślałam  o  takich 

konsekwencjach.   

– Na przyszłość pomyśl.   
Skinęła głową. Jeff spojrzał na zegarek.   
– Muszę się już zbierać – powiedział i bez pożegnania wyszedł z 

gabinetu.   

 
Tej  nocy  Ariel  śniła  o  Jeffie  –  był  jej  kochankiem,  pełnym 

namiętności i oddania. Zbudziła się rozgorączkowana i drżąca. Zegar 
na nocnej szafce wskazywał kwadrans po piątej. Ariel wstała, wyszła 

background image

na  balkon  i  wbiła  wzrok  w  szarzejące  niebo.  Czuła  słodki  zapach 
zroszonej  trawy  i  podmuch  porannej  bryzy  znad  zatoki.  Otaczała  ją 
cisza.  Nad  horyzontem  pojawił  się  słaby  blask  jutrzenki,  wśród 
żywopłotu  mignęła  wiewiórka  ziemna,  lecz  poza  tym  panował 
niezmącony  spokój.  Sprzyjało  to  rozmyślaniom.  Ariel  rzadko  miała 
okazję  doświadczać  takiej  chwili;  zwykle  jej  życie  przypominało 
zawziętą gonitwę.   

Zrobiło jej się wstyd. Przecież to za jej namową Heidi wstawiła do 

artykułu  nazwisko  Jeffa.  Grała  nie  fair,  myśląc  tylko  o  rywalizacji  z 
braćmi.   

Chciała w blasku chwały pojechać do Houston. Z kim jednak miała 

świętować  swój  triumf?  Zwierzyła  się  Jeffowi,  że  tęskni  za 
założeniem rodziny. Naprawdę? Przecież ponad wszystko przekładała 
pracę.  Chad  już  od  dawna  stał  się  niewolnikiem  telewizji.  Był  po 
rozwodzie.  A  ona?  Do  tej  pory  wiecznie  podróżowała,  od  studia  do 
studia,  nigdzie  nie  zagrzewając  miejsca  na  tyle  długo,  żeby  się 
ustatkować.  Od  prawie  roku  myślała  wyłącznie  o  Houston...  Nie 
zamierzała  zostać  w  Corpus  Christi.  Nagle  poczuła  się  samotna  i 
opuszczona.  Za  jej  plecami,  w  sypialni,  rozległ  się  donośny  terkot 
budzika. Westchnęła głośno. Czas na przygotowania do nowego dnia.   

Zanim  dotarła  do  biura,  zdążyła  już  zapomnieć  o  porannej 

melancholii.  Jak  zwykle  tryskała  pomysłami  i  energią.  W  południe 
odebrała  szereg  gratulacji  za  cykl  o  huraganach  i  żałowała  tylko,  że 
nie dane jej było dzielić tej radości z Jeffem.   

Potem  odbyła  krótką  telefoniczną  naradę  z  przedstawicielem 

głównego  kanału  telewizji  krajowej,  który  czasem  brał  materiały  z 
sieci Fostera, a resztę dnia spędziła na przeglądaniu listów. Nie, Kanał 
4  nie  jest  zainteresowany  programem  dla  dzieci,  w  którym  aktorzy 
występowaliby  przebrani  za  świerszcze.  Nie,  nie  nadają  programów 
po  arabsku.  Tak.  chętnie  podejmą  współpracę  z  miejskim 
departamentem  policji  podczas  akcji  na  rzecz  ograniczenia 
przestępczości.   

Spotkała  się  też  ze  Steve’em,  by  przejrzeć  listę  kandydatek  do 

prowadzenia  dziennika.  Wybrali  cztery.  Steve  miał  je  zaprosić  do 
studia  na  wstępne  przesłuchanie.  O  szóstej  po  południu  postanowili 
zrobić  sobie  małą  przerwę.  W  korytarzu  spotkali  Jeffa  i  Karę.  Jeff 
taszczył kawał drewna, a Kara skrzynkę z narzędziami.   

Steve natychmiast podbiegł do Kary.   

background image

– Pozwól, że ci pomogę.   
– Dzięki. Zrobiliśmy zakupy do następnego programu. Jeff będzie 

mówił, jak zabezpieczyć dom przed nadchodzącą wichurą. Chodźcie, 
pokażę wam, gdzie to złożyć.   

Ariel  szła  obok  Jeffa.  Wczoraj  był  tak  zirytowany,  że  nie 

wiedziała, czy zechce z nią rozmawiać.   

–  Ciągle  się  zastanawiam,  kiedy  Kara  nareszcie  się  obudzi  i 

zauważy, że ten facet szaleje za nią – rzucił przyciszonym głosem.   

Ariel popatrzyła na niego. Jak to się stało, że dostrzegł zachowanie 

Steve’a? 

–  Bywa  i  tak,  że  na  to  potrzeba  czasu  –  bąknęła,  żeby  coś 

powiedzieć.   

– A może w delikatny sposób dać jej do zrozumienia, co się dzieje? 

– zaproponował Jeff.   

–  Niektórzy  ludzie  nie  chwytają  delikatnych  aluzji.  –  Ariel 

spojrzała  mu  prosto  w  oczy.  Jeff  bez  wątpienia  należał  do  tej 
kategorii.   

– Może wybralibyśmy się na kolację, jeśli nie masz nic pilnego do 

roboty? – spytał Jeff.   

–  Już  skończyłam  –  odparła,  choć  pamiętała  o  stosie  listów 

zalegających biurko. Jeff zaprosił ją po raz pierwszy,  więc nie  miała 
ochoty z tego zrezygnować.   

Wybrali  się  do  Lin  Wan,  przytulnej  chińskiej  knajpki  w  pobliżu 

studia.  Na  deser  były  ciasteczka  z  wróżbą.  Ariel  pierwsza  rozłamała 
swoje.   

„Uwierz  w  siebie,  a  spełnią  się  twoje  marzenia”  –  przeczytała. 

Schowała karteczkę do torebki. Dobre motto na cały jutrzejszy dzień.   

– Co znalazłeś’? – spytała.   
– Nawet nie spojrzałem – odparł Jeff. – Mam dość astrologii. Moja 

sekretarka się nią pasjonuje.   

– Dalej, nie wstydź się.   
Jeff  pokręcił  głową,  więc  wzięła  jego  ciasteczko  i  wyciągnęła 

kartkę.   

– „Śmiej się, a zobaczysz, że cały świat poweseleje z tobą. Zacznij 

chrapać, a będziesz spał sam”. – Zachichotała. – Chrapiesz? 

– Nie.   
– Więc nie musisz się obawiać, że... – urwała i popatrzyła na niego 

rozradowanym wzrokiem.   

background image

Przez chwilę panowała cisza, aż w końcu rozległ się głos kelnerki: 
– Państwo proszą o rachunek? Jeff zamrugał.   
– Co?... tak. Oczywiście.   
Po kolacji pojechali na plażę. Tuż za granicą miasta Jeff zjechał z 

szosy.   

– Chodźmy na spacer.   
Ariel zdjęła sandały. Wędrowali po chłodnym piasku.   
– Nocą plaża wygląda całkiem inaczej – powiedziała, wsłuchana w 

monotonny  szum  fal.  Niebo  bez  poświaty  lamp  i  neonów  wydawało 
się smoliście czarne. – Większa i tajemnicza...   

– Odległa od świata.   
–  Nie  czujesz  się  przez  to  samotny?  –  spytała,  przypomniawszy 

sobie poranek na balkonie.   

Roześmiał się i wziął ją za rękę.   
– Nie ma mowy o samotności. Od czasu gdy zacząłem występować 

w telewizji, mam wrażenie, że pracuję w cyrku. – Zatoczył krąg ręką. 
– Tylko tutaj mogę być naprawdę sobą.   

– A kim jesteś, Jeff? 
Zatrzymał się i ogarnął ją wzrokiem.   
– Zwykłym, spokojnym facetem.   
– Przede wszystkim szukasz... spokoju? 
– Nie jestem pustelnikiem, Ariel, lecz cenię odrobinę prywatności.   
– Byłeś kiedyś żonaty? 
– Nie. Zaręczyny zastały zerwane.   
– Dlaczego? 
– Poróżniła nas telewizja.   
Przez  chwilę  sądziła,  że  to  dowcip,  ale  nie...  mówił  całkiem 

poważnie.   

– Nie rozumiem.   
Jeff westchnął ciężko i wbił wzrok w fale.   
–  Kilku  pracowników  banku,  którym  zarządzał  mój  ojciec,  było 

zamieszanych w aferę z praniem brudnych pieniędzy. Ojciec nic o tym 
nie  wiedział,  lecz  zarzucono  mu  współudział.  Tak  przynajmniej 
postrzegały  tę  sprawę  środki  przekazu.  Gdziekolwiek  się  ruszył, 
czekał na niego tłum reporterów, kamery, mikrofony... Nie podobało 
się to mojej narzeczonej, Elaine. – Roześmiał się gorzko. – Widzisz, 
jej  ojciec  był  prawnikiem,  sędzią,  a  ona  sama  zamierzała  zrobić 
karierę. Marzyła o pracy w Kongresie i nie chciała się wiązać z kimś, 

background image

na  kim  ciążył  choćby  najmniejszy  cień  podejrzenia  o  korupcję. 
Zerwała zaręczyny.   

– Musiało ci być ciężko. Pokiwał głową.   
–  Jak  tylko  wybuchł  skandal,  zaczęła  się  spotykać  z  synem 

senatora  z  Kolorado.  Bez  wątpienia  stanowił  dużo  lepszą  partię.  W 
końcu się pobrali.   

Nic dziwnego, że wprost nie cierpiał telewizji i że tak trudno było 

pozyskać jego zaufanie. Ariel cisnęło się na usta tylko jedno zdanie: 

– Głupia baba.   
Jeff skwitował to krótkim śmiechem.   
–  Ktoś  mógłby  nazwać  ją  „zręcznym  politykiem”.  Pochylił  się, 

podniósł z piasku muszlę i cisnął ją w fale.   

– I tak bym jej nie poślubił, skoro za moimi plecami spotykała się z 

innym.   

– Ja też byłam zaręczona – po chwili wyznała Ariel. – Tuż przed 

przeprowadzką do Corpus Christi.   

– Co się stało? 
Czasem  dobrze  podzielić  się  wspomnieniami  z  kimś,  kto  chce  cię 

wysłuchać. Można wtedy na nowo ocenić pewne sprawy...   

–  Mieszkałam  w  Fort  Worth.  Pracowałam  tam  jako  zastępca 

kierownika  miejscowej  stacji  telewizyjnej.  Keith  wraz  z  bratem 
prowadził sieć sklepów z męską odzieżą. Zrobiliśmy im parę reklam... 
a  po  pół  roku  byłam  już  zaręczona.  Tyle  tylko  że  Keith  wciąż  mnie 
namawiał,  żebym  rzuciła  pracę.  Chciał  ze  mnie  zrobić  prawdziwą 
damę...   

– Nie wyobrażam sobie, żebyś mogła usiedzieć w domu.   
– Nie? 
Parsknął śmiechem.   
– Huragan Ariel? Jesteś szybsza i bardziej zwrotna od graczy Małej 

Ligi.   

– Przyjęłam jego oświadczyny.   
– Chyba cię źle oceniłem – odparł ze zdumieniem.   
– Nie, to ja popełniłam błąd. Chciałam, żeby Keith był szczęśliwy. 

Kochałam go, a przynajmniej sądziłam, że kocham.   

– Co się zmieniło? 
–  Wiele  rzeczy.  Początkowo  nikomu  nie  mówiliśmy  o  naszych 

planach.  Nawet  najbliższej  rodzinie.  Nagle  tata  zadzwonił  z 
propozycją,  żebym  przejęła  kierownictwo  Kanału  Czwartego  w 

background image

Corpus  Christi.  –  Puściła  rękę  Jeffa  i  odwróciła  się  w  stronę  morza. 
Poczuła słone krople na policzkach.   

Jeff stanął tuż za nią i położył dłonie na jej ramionach.   
– I? 
– Zrozumiałam, że nie zrezygnuję z tej pracy.   
– Nie chciałaś być damą? 
– Nie – odparła z kwaśnym uśmiechem. – Próbowałam przekonać 

Keitha,  że  moja  decyzja  nie  zaważy  na  naszym  szczęściu.  Miał 
przecież  dwa  sklepy  branżowe  w  San  Antonio  i  Austin.  Mógł 
otworzyć  trzeci,  w  Corpus  Christi.  Obiecywałam  mu,  że  stworzę 
prawdziwy  dom  i  że  na  pewno  nie  będzie  niczego  żałował.  – 
Westchnęła. – Odparł na to, że nie wyjedzie z Fort Worth. Dla mnie 
najważniejsza  była  jednak  kariera,  choć  bardzo  przeżyłam  rozstanie. 
Gdybym wcześniej powiedziała ojcu...   

–  Byłabyś  teraz  nieszczęśliwą  żoną  –  dokończył.  Ciepłe  palce 

masowały jej kark i łagodziły napięcie.   

– Chyba masz rację.   
Stali  w  milczeniu,  zatopieni  we  własnych  myślach.  Nagle  rozległ 

się głośny warkot. Na plażę wjechała grupa motocyklistów.   

– Tu będzie ekstra miejsce! – zawołał któryś.   
– Robimy imprezę! 
Z  głośników  buchnął  heavymetal.  Dźwięki  muzyki  zagłuszyły 

szum fal i zburzyły ciszę nocy.   

Wrócili do samochodu. Jeff podwiózł ją na parking i odprowadził 

do auta.   

– Muszę wyjechać na parę dni na Florydę, żeby sfinalizować plan 

projektu  –  powiedział  przy  pożegnaniu.  –  Zobaczymy  się  w 
poniedziałek.   

– Dobrze.   
Lekko przyciągnął ją do siebie.   
– Po dzienniku pójdziemy coś zjeść, zgoda? 
– Zgoda.   
Pochylił głowę. Ariel zamknęła oczy.   
Poczuła jego usta na swoich wargach.   
Boże, pomyślała, czując, jak uginają się pod nią nogi. Zapomniała 

o całym świecie w uścisku silnych męskich ramion...   

A  potem  powróciło  poczucie  krzywdy,  ponieważ  przypomniała 

sobie,  jak  ostatnim  razem  pozostawił  ją  samą,  także  przy 

background image

samochodzie. Wezbrał w niej gniew.   

Tym razem to właśnie ona odeszła bez słowa.   

background image

ROZDZIAŁ 9 

 

W  ciągu  kilku  następnych  dni  Ariel  i  Steve  odbywali  spotkania  z 

kandydatkami  na  prezenterkę  wieczornych  wiadomości.  Pod  koniec 
czwartego  przesłuchania  Ariel  zerknęła  na  swego  asystenta,  a  ten 
lekko  skinął  głową:  Bez  wątpienia  Wendy  Norris  pokonała  swoje 
rywalki  –  wysoka,  zgrabna,  obdarzona  dużą  pewnością  siebie,  o 
twarzy,  która  łatwo  zapadała  w  pamięć  widzów:  ciemne,  falujące 
włosy,  duże  brązowe  oczy  i  szczery  uśmiech.  Świetnie  wyglądała 
przed kamerą, więc Ariel uznała, że warto ją posadzić obok Hala.   

–  Podobasz  się  nam,  Wendy  –  powiedziała  bez  ogródek.  –  Jeśli 

wciąż chcesz pracować u nas, możemy spisać kontrakt.   

– Chcę.   
Ariel podała jej wysokość proponowanej na początek pensji.   
– Tym bardziej chcę – stwierdziła Wendy.   
– Powinnaś zacząć jak najszybciej. Może pierwszego września? 
Wendy skinęła głową.   
–  Świetnie  –  z  uśmiechem  powiedziała  Ariel.  –  Zaraz  przygotuję 

umowę. Może uczcimy to wspólnym lunchem? Będziesz miała okazję 
poznać  szefową  produkcji  Karę  Taylor  oraz  kolegę,  z  którym 
poprowadzisz  dziennik,  Hala  Monroe.  Kara  zabrała  się  z  Halem,  a 
Ariel  dosiadła  się  do  Steve’a.  Steve  z  galanterią  otworzył  przed 
Wendy  drzwiczki.  Kiedy  pomknęli  brzegiem  morza,  Wendy  patrzyła 
przez  okno  na  rzędy  palm,  połyskującą  wodę  i  tłumy  opalonych 
plażowiczów.  Mniej  odważni  czciciele  słońca  kryli  się  pod  osłoną 
różnobarwnych parasoli.   

–  Nie  mogę  się  wprost  doczekać,  żeby  spędzić  tu  nieco  więcej 

czasu  –  odezwała  się  w  pewnej  chwili.  Popatrzyła  na  Steve’a.  – 
Uprawiasz surfing? 

–  Trochę.  Przy  dobrej  pogodzie  –  odparł.  Ariel  słuchała  go  ze 

zdumieniem. Nie miała najmniejszego pojęcia, że Steve surfuje.   

– A ty? – spytał.   
– W Abilene nie miałam na to żadnych szans, ale bardzo chcę się 

nauczyć.  –  Wendy  obdarzyła  go  promiennym  uśmiechem.  Steve  aż 
pokraśniał  z  radości,  a  w  restauracji  wybrał  miejsce  tuż  przy  niej  i 
zaproponował, by zamówiła pasta primavera.   

Ariel wzięła do ręki kieliszek wina.   

background image

– Za nowego pracownika Kanału Czwartego – zaproponowała.   
– Za moją nową koleżankę – dodał Hal.   
–  Za  długą  i  owocną  współpracę  –  powiedział  Steve.  Ariel 

zamrugała ze zdziwienia. Steve rzadko wygłaszał toasty.   

W czasie lunchu Wendy oznajmiła: 
– Muszę się rozejrzeć za jakimś mieszkaniem. Kto mógłby mi coś 

polecić? 

Kara wspomniała o apartamencie w pobliżu plaży, Hal rzucił adres 

domku wystawionego na sprzedaż. Wendy popatrzyła naSteve’a.   

– Pomożesz mi w wyborze? 
Steve  zerknął  na  Karę,  lecz  ta  była  całkowicie  pochłonięta 

jedzeniem.   

– Jasne.   
–  Zadzwonię  do  ciebie.  Przygotujemy  plan  marszruty.  Początek 

romansu, pomyślała Ariel. Ciekawe, czy ktoś oprócz niej to zauważył.   

–  Widziałaś  ją?  –  burknęła  Kara,  gdy  wraz  z  Ariel  wróciły  do 

studia.   

– Niby kogo? 
–  Tę  Wendy  Norris.  Zauważyłaś,  jak  się  zalecała  do  Steve’a? 

Zaskakujące,  pomyślała  Ariel.  Przecież  Kara  nie  zwracała 
najmniejszej uwagi na zachowanie Wendy.   

– Chyba go polubiła.   
–  Polubiła?!  „Co  proponujesz,  Steve?  Pomożesz  mi  w  wyborze? 

Przygotujemy plan marszruty...” – fuknęła jak rozzłoszczona kotka. – 
„A może zamieszkam u ciebie?” 

– Tego nie powiedziała.   
– Ale tak pomyślała.   
Ariel z trudem powstrzymywała się od śmiechu.   
– Co w tym złego? Steve od dawna jest pełnoletni.   
– A teraz trafił na barrakudę.   
– Nie przesadzaj. Potrafi o siebie zadbać.   
Kara  zmierzyła  ją  złym  spojrzeniem  i  skrzyżowała  ręce  na 

piersiach.   

– Na pewno? Jest taki miły i słodki. Niemal... niewinny. Połknie go 

na śniadanie.   

Ariel uniosła brwi. Bawiła się coraz lepiej.   
– Może chce być połknięty.   
– Ha! 

background image

–  Niektóre  z  nas  są  łase  na  niewinnych  chłopców...  –  chytrze 

dodała Ariel.   

– A ty? 
Natychmiast pomyślała o Jeffie. Nie, on nie należał do niewinnych. 

Zwłaszcza gdy całował.   

– Nie w twoim typie, prawda? – Kara uśmiechnęła się domyślnie. – 

Wolisz wysokich, śniadych i zadumanych.   

Ariel spłonęła rumieńcem.   
–  Steve  wcale  nie  jest  tak  niewinny,  na  jakiego  wygląda  – 

skierowała rozmowę na właściwe tory.   

– Nie? 
– Nie.   
Kara zmarszczyła brwi.   
– Skąd wiesz? 
–  Sama  nie  mam  w  tym  względzie  żadnych  doświadczeń,  ale 

słyszałam to i owo...   

–  Naprawdę?  –  Kara  z  trudem  powstrzymywała  rozpierającą  ją 

ciekawość. – Od kogo? 

–  Znasz  naczelną  zasadę  dziennikarstwa:  „Nigdy  nie  ujawniaj 

źródeł”.   

Ariel  z  uwagą  obserwowała  grę  emocji  na  twarzy  Kary: 

zaskoczenie,  zainteresowanie,  nawet  błysk  zazdrości.  Następny  ruch 
należał bezsprzecznie do niej.   

Kara nie zastanawiała się długo.   
–  Potrzebujesz  mnie  jeszcze?  Jak  nie,  to  muszę  pędzić. 

Zdecydowanym krokiem skierowała się do pokoju Steve’a.   

Stanęła w progu i spytała: 
– Możemy chwilę porozmawiać? 
Ariel  wróciła  do  swojego  biurka,  tłumiąc  śmiech.  Cieszyło  ją,  że 

Kara przejrzała na oczy. Słodki i miły Steve wpadł we właściwe sidła. 
Ciekawe, co z tego wyjdzie.   

Zadzwonił telefon. Gubernator stanu zamierzał jutro złożyć wizytę 

w  mieście.  Ariel  natychmiast  połączyła  się  z  redaktorem  dyżurnym, 
żeby  sprawdzić,  kto  z  reporterów  będzie  mógł  przygotować  krótki 
wywiad.  Wkrótce  gruchnęła  wieść,  że  na  autostradzie  doszło  do 
karambolu.  Wycie  syren  dało  się  słyszeć  aż  w  biurze  Ariel.  Z 
lądowiska poderwał się śmigłowiec opatrzony znakiem Kanału 4. Do 
gabinetu  Ariel  zajrzał  Perry  Weston.  Wspomniał  coś  o  burzach 

background image

przewidywanych na koniec tygodnia.   

– Kto o nich będzie mówił? Pan Tajfun? – spytał z przekąsem.   
– Ty – warknęła poirytowana Ariel.   
Perry wycofał się. Znowu zadzwonił telefon. I znowu.   
Ariel  pracowała  niemal  do  jedenastej  wieczór.  Wróciła  do  domu 

zmęczona i śpiąca, a mimo to pomyślała o Jeffie. Jak mu się wiedzie 
na  Florydzie?  Jak  spędza  każdy  wieczór?  Znalazł  kogoś  do 
towarzystwa czy nadal pamięta o niej? Tuż przed zaśnięciem ujrzała 
jego  twarz  i  poczuła  słodki  smak  pocałunku.  Ciekawe,  co  wymyśli 
przy następnym spotkaniu? – przebiegło jej przez głowę.   

 
Budzik  zadzwonił  punktualnie  o  szóstej  rano.  Wstawał  nowy,  jak 

zawsze burzliwy dzień. Problemy techniczne ze śmigłowcem, operator 
ranny  w starciu  ze złodziejem próbującym obrabować  sklep,  jeden z 
dziennikarzy  złożony  chorobą.  Ariel  nie  miała  czasu,  by  złapać 
głębszy oddech.   

Nawet  w  weekend  nie  dane  jej  było  odpocząć.  W  sobotę  wzięła 

udział  w  spotkaniu  American  Association  of  University  Women  i  w 
przyjęciu wydanym przez Padre Island Tourist Association. Dowlokła 
się do domu o drugiej w nocy. Wkrótce, zgodnie z prognozą, rozpętała 
się burza, więc przesiedziała do rana skulona pod kołdrą, nasłuchując 
huku piorunów.   

W  niedzielę  spotkała  się  ze  Steve’em  na  roboczym  śniadaniu  w 

The Coffee Shop. Steve był dziwnie roztargniony.   

– Nie słuchasz mnie – w końcu skarciła go Ariel.   
– Przepraszam. Myślałem o czym innym.   
– O czym? – spytała, choć wydawało jej się, że zna odpowiedź.   
– Kara zaprosiła mnie dziś na kolację.   
–  Naprawdę?  –  Przyjrzała  mu  się  uważniej.  –  Nie  wyglądasz  na 

szczęśliwego. Przecież marzyłeś o tym całe życie.   

Steve przez chwilę dłubał widelcem w talerzu.   
– Tak, ale powiedziała, że chce ze mną przedyskutować parę spraw 

związanych  z  dziennikiem  o  dziesiątej.  Sam  nie  wiem...  Nigdy 
wcześniej mnie o to nie prosiła. Może chodzi o tego faceta, z którym 
ostatnio się spotykała? 

Ariel poklepała go po dłoni.   
– Steve, a nie pomyślałeś o tym, że chodzi wyłącznie o ciebie? 
Z namysłem zmarszczył brwi.   

background image

– Przedtem była zupełnie inna.   
–  Może  nagle  odkryła,  że  warto  ci  wierzyć?  W  oczach  Steve’a 

błysnął promyk nadziei.   

– Ciekawe, co zrobiłem, że zmieniła zdanie.   
Nic.  Podziękuj  Wendy  Norris.  Ariel  z  uśmiechem  wzruszyła 

ramionami.   

– Pewnie się dowiesz dziś wieczorem.   
Po rozmowie Ariel pojechała do studia, żeby załatwić tylko dwie, 

trzy  sprawy,  i  rzecz  jasna  przesiedziała  za  biurkiem  do  wieczora.  W 
poniedziałek rano chodziła jak lunatyczka, a wstała na tyle wcześnie, 
żeby przed pracą zdybać Steve’a i spytać go o miniony wieczór.   

–  Było  fajnie  –  odparł.  –  Rozmawialiście  o  facetach?  –  Nie.  O 

pracy  –  powiedział.  –  Ale...  jakoś  inaczej.  Kara  patrzyła  na  mnie, 
jakby widziała mnie pierwszy raz w życiu.   

– Brzmi to zachęcająco – oznajmiła Ariel i obiecała sobie w duchu, 

że przed końcem dnia musi poznać relację drugiej strony.   

Okazja  nadarzyła  się  tuż  po  lunchu,  gdy  Kara  przyszła  do  jej 

gabinetu z jakimiś dokumentami.   

– Wiem z dobrze poinformowanych źródeł, że wczorajszy wieczór 

spędziłaś  w  towarzystwie  Steve’a.  Podobno  rozmawialiście  o 
programie.   

–  Owszem.  Nigdy  nie  przypuszczałam,  że  Steve  może  mieć  w 

sobie tyle seksu... na swój nieśmiały sposób.   

– Cicha woda – roześmiała się Ariel. Znów pomyślała o Jeffie.   
Po  wyjściu  Kary  wzięła  się  do  czytania  listów.  Pierwszy  został 

wysłany  z  Houston.  Sieć  Fostera  planowała  w  sierpniu  i  emisję 
nowego serialu kryminalnego z dość dużą dawką erotyzmu. Świetnie! 
Oczywiście  Chad  i  Daniel  też  na  tym  korzystają,  lecz  przecież 
brakowało im jeszcze jednego asa w postaci McBride’a.   

Mimo radości Ariel szybko ogarnęło znużenie. Zerknęła na kanapę 

stojącą w rogu pokoju. Nie była zbyt wygodna, ale o niebo lepsza od 
twardego krzesła. Ariel zgarnęła z biurka plik papierów, zsunęła buty i 
z  ulgą  zmieniła  miejsce  pracy.  Litery  skakały  jej  przed  oczami, 
rozmazywały  się  w  ciemną  plamę...  Chyba  trochę  odpocznę, 
pomyślała, rzucając dokumenty na podłogę.   

–  Wiesz  co,  Jeff?!  –  Debra  Tucker  otworzyła  drzwi  i  z 

rozpłomienionym  wzrokiem  zaprosiła  McBride’a  do  środka.  –  W 
zeszłym tygodniu ktoś mnie poznał na stacji benzynowej.   

background image

Jego  też  –  u  szewca,  w  drogerii  i  na  lotnisku,  kiedy  wchodził  do 

samolotu lecącego z Tallahassee.   

– Dobrze być gwiazdą? – spytał.   
– Wcale nie jest prawdziwą gwiazdą – wtrącił Travis.   
– Jestem, kochanie.   
–  Nie.  Powiedziałaś,  że  gwiazda  to  tak  jak  Madonna.  Ludzie  aż 

wrzeszczą  na  jej  widok.  A  żaden  łudź  nie  wrzeszczał  na  stacji 
benzynowej.   

– Nie mówi się „łudź”, tylko człowiek – pouczyła Debra synka.   
– Żadne człowieki nie wrzeszczały na stacji benzynowej.   
– Ale przecież ktoś  wiedział,  kim jest  twoja  mama  –  zaoponował 

Jeff. – Jak się poczułaś, Debro? 

–  Bosko!  I  nie  zwracaj  uwagi  na  Travisa.  Ze  wszystkimi  lubi  się 

kłócić. A potem w kółko opowiada kolegom o swojej sławnej mamie.   

Jeff  osobiście  nie  przepadał  za  sławą.  Nawet  zaczął  nosić  ciemne 

okulary, co zresztą nie przeszkodziło kilku egzaltowanym panienkom 
rozpoznać go na ulicy.   

–  Wiesz  co,  Travis?  Nadejdzie  dzień,  że  ty  także  będziesz 

gwiazdorem. Nowy Macaulay Culkin.   

Malec szeroko otworzył oczy.   
– O kurcz...   
–  Travis!  –  Debra  obrzuciła  go  karcącym  spojrzeniem.  – 

Natychmiast  przeproś.  –  Zmarszczyła  nos.  –  Nie  wiem,  kto  go  uczy 
takich wyrażeń.   

– Przepraszam – powiedział Travis. – Żartował pan? 
–  A  mógłbym?  Dzisiaj  przed  kamerami  opowiem  twojej  mamie, 

jak wyjaśnić dzieciom, co to są huragany.   

–  Na  przykład:  „Idzie  burza  i  lepiej  się  schować.  Może  ci 

zdmuchnąć domek”.   

– Jak Zły Wilk od trzech świnek? – zapytała czteroletnia Tammy. – 

„Dmuchnę,  chuchnę  i  wydmuchnę  domek”.  –  Z  głośnym  chichotem 
wydęła policzki.   

– Niezupełnie w ten sposób – powiedział Jeff.   
– Dzieci niewiele wiedzą o pogodzie – wtrąciła Debra. – Boją się 

dużego wiatru.   

– Bo to tchórze – zawołał Mark.   
– Po naszym dzisiejszym wykładzie będą wiedzieć o wiele więcej 

o burzach – obiecał Jeff. Operator włączył kamerę.   

background image

–  Przerażeniem  napawa  myśl,  że  nasz  dom  może  znaleźć  się  w 

samym  centrum  szalejącego  huraganu  –  zaczął  Jeff.  –  Najbardziej 
boją  się  dzieci.  Psycholog,  doktor  Don  Carroll,  twierdzi,  że  w  takiej 
sytuacji trzeba z dziećmi jak najwięcej rozmawiać. Dziś, przy udziale 
rodziny Debry Tucker, pokażemy wam, jak to robić.   

 
Jeff  ledwo  zdążył  do  studia.  Miał  nadzieję,  że  spotka  Ariel,  ale 

nawet nie zajrzała do reżyserki. Zaraz po nagraniu poszedł jej szukać.   

Myślał  o  niej  na  Florydzie,  i  to  w  najmniej  odpowiednich 

momentach.  W  czasie  lunchu  z  przedstawicielem  stanowych  władz 
usłyszał nagle perlisty śmiech i przez chwilę sądził, że to właśnie ona. 
To  znowu  poczuł  zapach  perfum...  Każdej  nocy,  samotny  w  pokoju 
hotelowym, marzył o miłości z Ariel.   

Teraz zamaszystym krokiem przeszedł przez korytarz wprost do jej 

gabinetu.  Sekretarka,  która  wciąż  jeszcze  pamiętała  jego  groźne 
wtargnięcie, przesłała mu niepewny uśmiech.   

– Jest u siebie.   
– Dzięki. – Otworzył drzwi i wszedł do środka. Przez kilka sekund 

myślał, że pokój jest pusty. Potem zobaczył Ariel leżącą na kanapie.   

Spała,  skulona  niczym  dziecko,  z  ręką  podłożoną  pod  głowę. 

Pasmo  złocistych  włosów  opadło  na  policzek.  Jeff  podszedł  bliżej. 
Patrzył  na  piersi,  biodra,  smukłe  nogi  i  drobne  stopy.  Spod  cienkich 
rajstop  prześwitywały  pomalowane  na  różowo  paznokcie.  Chciał  ją 
przytulić, pieścić, kochać.   

Westchnęła  przez  sen.  Jeff  zdjął  z  krzesła  żakiet  i  przykrył  ją. 

Poruszyła  się.  Otworzyła  zaspane  oczy  i  popatrzyła  na  niego  ze 
zdumieniem. Śpiąca Królewna, obudzona najlżejszym dotykiem.   

– Jeff... – szepnęła i dotknęła jego policzka. – Śniłeś mi się.   
– Naprawdę? – Był ciekaw, czy jej sny były równie erotyczne jak 

jego.   

– Kiedy przyszedłeś? – spytała Ariel.   
– Przed chwilą. Chciałem cię zobaczyć.   
Pochylił  się  i  pocałował  ją.  Poczuł  ciepło  jej  ust  na  swoich 

wargach. Przyklęknął, odrzucił na bok okrywający ją żakiet i pogłębił 
pocałunek. Dłonią objął pierś i przez cienką bluzkę delikatnie pieścił 
brodawkę. Ariel jęknęła, a ten jęk zerwał ostatnie okowy. Jeff stracił 
panowanie nad sobą. Ariel bez przerwy powtarzała jego imię. Chciał 
się z nią kochać tu i teraz, na ciasnej kanapie, przy błyskającym w tle 

background image

monitorze komputera i przy Bóg wie ilu ludziach za ścianą.   

– Pragnę cię – wyszeptał. – Pragnę...   
Zza drzwi dobiegł stłumiony śmiech. Jeff otrzeźwiał. Pod niósł się 

i drżącą dłonią pogładził Ariel po policzku.   

– Jedźmy do domu – zaproponował chrapliwym szeptem – Dobrze 

– odpowiedziała, podając mu rękę.   

Pomógł  jej  wstać  z  kanapy.  Przywarła  do  niego  całym  ciałem. 

Czemu  zwlekałem  tak  długo?  –  pytał  w  myślach.  Czy  zdołam 
wytrzymać jeszcze chwilę? 

To,  co  się  stało  –  co  miało  stać  się  nieco  później  –  było 

nieuniknione.   

background image

ROZDZIAŁ 10 

 

Przez  hol  budynku,  w  którym  mieszkał  Jeff,  przeszli  mocno 

przytuleni. W windzie przylgnęli do siebie w namiętnym pocałunku.   

Chwilę później znaleźli się w mieszkaniu.   
– Masz... ochotę na małego drinka? 
– Wolę ciebie – zaśmiała się Ariel.   
– Dzięki Bogu. Jeszcze minuta i... – Jeff szeroko rozwarł ramiona, 

a ona rzuciła mu się na szyję. Przez długi czas trwali w zmysłowym 
pocałunku,  aż  w końcu Jeff chwycił ją na ręce i zaniósł  do sypialni. 
Obsypywał  pocałunkami  i  jednocześnie  rozbierał  ją  z  taką  wprawą, 
jakby robił to już wiele razy. Po chwili leżała naga pod jego płonącym 
spojrzeniem.   

Podniosła  się  i  pomogła  mu  zrzucić  ubranie.  Trwało  do  dosyć 

długo, gdyż Jeff wciąż muskał ustami jej jedwabistą skórę.   

– Rozpraszasz mnie – powiedziała w końcu.   
– Uhm... – Zacisnął usta wokół jej sutka.   
Jęknęła cicho i chwyciła go za ramiona. Z westchnieniem powitała 

gorący dotyk jego skóry. Poczuła jego ręce na swoich plecach, sunące 
wzdłuż kręgosłupa, w stronę pośladków...   

– Śniłem o tobie od dnia, w którym wtargnęłaś do mojego gabinetu 

– szepnął między jednym pocałunkiem a drugim. – Jesteś piękna.   

– A ja uważałam cię za kretyna. Zamarł w bezruchu.   
– Słucham? 
Deszcz całusów spadł mu na piersi.   
– Za wspaniałego, pełnego seksu durnia.   
Ze śmiechem próbował uciec, ale go przytrzymała.   
– Mmmm... Co do jednego miałam rację. Jesteś seksy. Roześmiał 

się chrapliwie.   

– Już nie jestem durniem? 
– Nie. Pomyliłam się.   
Uwolniła się z jego uścisku i nagle, szybkim ruchem, ściągnęła mu 

slipki.  Jeff  jęknął,  czując  dotyk  jej  palców.  Potem  nie  było  już 
zbędnych  słów,  tylko  pieszczoty  spragnionych  dłoni  i  ust.  Gdy  się 
połączyli,  namiętność  wciągnęła  ich  w  swój  niespokojny  rytm,  by 
mogli wznieść się na szczyt rozkoszy. Z wolna, zmęczonym ruchem, 
opadli na pościel. Ariel otworzyła oczy.   

background image

– Wróciliśmy? 
– Chyba tak.   
– Gdziekolwiek byłam, dotarłam tam po raz pierwszy.   
–  Wydawało  mi  się,  że  lecę  porwany  wichrem  –  wyznał  Jeff. 

Pocałował ją lekko. – Tornado Ariel.   

Kilka minut leżeli w milczeniu. Jeff wodził palcem po jej twarzy.   
– Dlaczego uważałaś mnie za durnia? 
– A ten znowu swoje... Naprawdę cię to martwi? 
– Zwykła ciekawość. Ariel uniosła się na łokciu.   
– Miałam znakomity pomysł, a ty mnie wcale nie chciałeś słuchać.   
– Każdy, kto się z tobą nie zgadza, musi być durniem? Pocałowała 

go prosto w nos.   

–  Nie,  ale  byłam  wściekła.  Koniecznie  chciałam  zrobić  ten  cykl 

programów, lecz w głębi serca pragnęłam ciebie.   

Jeff wybuchnął śmiechem.   
– Możesz korzystać ze mnie, ile zechcesz.   
– Tak szybko? 
– Lepiej się przytul. Zaraz będzie ciąg dalszy.   
Tym razem ich wspólne przeżycia były jeszcze bardziej kolorowe. 

Nieco  później  Ariel,  wtulona  w  silne  ramiona  Jeffa,  zdała  sobie 
sprawę, że jej życie uległo całkowitej zmianie. To, co się wydarzyło, 
było czymś więcej niż udanym spełnieniem.   

 
Ariel  budziła  się  powoli.  Nie  otwierała  oczu,  a  mimo  to  czuła 

ciepły  blask  słońca,  sączący  się  przez  kotary,  i  dotyk  rozgrzanego 
ciała  Jeffa.  Wtem  usłyszała  ciche  mruczenie.  Uchyliła  powieki  i 
spojrzała  wprost  w  parę  wielkich  zielonych  oczu,  które  należały  do 
dużego białego kota leżącego przy jej ramieniu.   

– Cześć, kiciu – powiedziała. Jeff też już nie spał.   
– Huragan? 
Kot  wstał  z  głośnym  miauknięciem,  przeszedł  przez  Ariel  i 

rozciągnął się na piersi Jeffa.   

–  Lokator?  –  Ariel  wyciągnęła  rękę,  żeby  pogładzić  lśniące  białe 

futro.   

–  Tak.  Całe  szczęście,  że  wczoraj  nam  nie  przeszkadzał.  Jeff 

pogłaskał  ulubieńca  po  głowie.  Kot  zamruczał  z  rozkoszą.  Wcale  ci 
się nie dziwię, pomyślała Ariel, twój pan tu prawdziwy mistrz.   

– Nabrałaś ochoty na śniadanie? 

background image

– Uhm. Masz sok pomarańczowy? 
– Grejpfrutowy.   
Zmarszczyła brwi i głośno cmoknęła go w policzek.   
– W pomarańczowym jest więcej witaminy C.   
– Dopiszę go do listy zakupów. Tymczasem pozwól, że zajrzę do 

lodówki. Może znajdę coś równie pożywnego.   

Odsunął kota i wstał z łóżka.   
Ariel zerknęła na swoje pogniecione ubranie leżące na podłodze.   
– Masz coś, co mogłabym na siebie włożyć? – spytała. Jeff musnął 

ją spojrzeniem.   

– A może zjemy nago? 
– To jeden z pomysłów Candy? 
– Czyj? 
–  Chyba  nie  zapomniałeś.  Dziewięćdziesiąt  jeden,  sześćdziesiąt 

dwa, dziewięćdziesiąt trzy. Dostałeś od niej list. Doszło do spotkania? 

Jeff popchnął Ariel na poduszki.   
–  Znasz  odpowiedź  –  szepnął,  obsypując  pocałunkami  jej  twarz  i 

szyję. Kot miauknął z dezaprobatą, zeskoczył na podłogę i podreptał 
do drzwi.   

– Dajmy sobie spokój ze śniadaniem – zaproponował Jeff.   
– Nigdy nie wolno zapominać o posiłkach, doktorze McBride. To 

jedna  z  moich  głównych  zasad.  Teraz  bądź  dobrym  chłopcem  i 
pozwól mi się ubrać.   

–  Twarda  z  ciebie  sztuka,  panno  Foster  –  westchnął.  Wstał, 

wciągnął dżinsy, potem wyjął z szafy szary podkoszulek z czerwonym 
nadrukiem „Carpe Diem”.   

– Ciesz się chwilą. Całkiem dobre motto.   
Wciągnęła podkoszulek Jeffa i wstała. Sięgał jej niemal do kolan.   
– Chyba trochę za długi.   
–  Wyglądasz  bardzo  seksownie.  –  Oczy  Jeffa  pociemniały.  –  Na 

pewno nie chcesz chociaż na chwilę zapomnieć o śniadaniu? 

Podszedł bliżej.   
– Nie kuś...   
– Mówiłaś kiedyś, że wyjątek potwierdza regułę.   
–  Łapiesz  mnie  za  słówka?  –  roześmiała  się  Ariel.  –  Muszę 

wcześnie być w pracy. Może innym razem.   

Złapał ją za rękę i przyciągnął do siebie.   
– Żadnych „może”.   

background image

Wspięła się na palce i pocałowała go w policzek.   
– Na pewno.   
Potem  wyślizgnęła  się  zręcznym  ruchem  i  uciekła  do  łazienki. 

Spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Oczy jej błyszczały. Wargi były 
opuchnięte  od  pocałunków.  Na  szyi  widniał  maleńki  ślad  po 
szczególnie namiętnym pocałunku. Miała wypisaną na twarzy upojną 
noc.  Wykąpała  się  i  poszła  do  kuchni,  skąd  dochodził  smakowity 
zapach  śniadania.  Na  moment  przystanęła  w  salonie,  zdumiona 
widokiem rozciągającym się za ogromnym oknem.   

– Nie zauważyłam tego przedtem. Jak cudnie...   
Okno  wychodziło  wprost  na  zatokę,  migoczącą  teraz  setkami 

złotych plamek rzucanych przez wschodzące słońce. Nad plażą, na tle 
bezchmurnego  nieba,  przelatywały  śnieżnobiałe  mewy.  W  oddali 
płynęła  kolorowa  żaglówka.  Ariel  otworzyła  przeszklone  drzwi  i 
wyszła na balkon. Głęboko wciągnęła w płuca słoną woń morza.   

– To szczęście mieszkać w takim miejscu – zawołała przez ramię. 

– Co dzień rano oglądać ocean. Wspaniałe.   

Jeff podszedł do niej i objął ją.   
–  Pięknie,  bo  ty  tu  jesteś.  –  Musnął  pocałunkiem  jej  skroń.  – 

Przyjdziesz wieczorem? 

– Tak. O, do licha, dziś jak co miesiąc cały nasz zespól wybiera się 

do kręgielni. Dołączysz do nas? Potem...   

– .. . się pokochamy. Dobrze.   
Na śniadanie były grzanki i jajecznica. Ariel wpadła na chwilę do 

domu, by się przebrać. Smętnym wzrokiem popatrzyła na rower, lecz 
ostatecznie doszła do wniosku, że może sobie darować poranną porcję 
ćwiczeń.   

 
Wieczorem  Jeff  podjechał  pod  kręgielnię.  Nie  przepadał  za  tym 

sportem,  ale  teraz  nie  mógł  się  doczekać,  by  wejść  na  salę.  Niemal 
biegiem pokonał schodki.   

Wewnątrz  było  gwarnie  i  tłoczno.  Zewsząd  dobiegał  łoskot  kul  i 

klekot  przewracanych  kręgli.  W  powietrzu  unosiła  się  gęsta  chmura 
papierosowego  dymu.  Gracze  w  koszulkach  z  napisami  „Lucky 
Strikes”  albo  „AHey  Cats”  okupowali  większość  ławek.  Jeff 
przepchnął się przez ciżbę i po drugiej stronie sali dostrzegł parę osób 
ze studia.   

Ariel pomachała radośnie w jego stronę. Z włosami związanymi w 

background image

kucyk  wyglądała  jak  nastolatka.  Miała  na  sobie  dżinsy  i 
żółto-zielono-pomarańczową bluzę ze znakiem Kanału 4 oraz napisem 
„StriKCORps”, co miało pewnie znaczyć „Strike Corps”.   

– Jak się masz, Jeff. – Hal Monroe wyciągnął rękę na powitanie. – 

Miło  cię.  tu  widzieć.  Potrzebujemy  dodatkowego  gracza.  Lubisz 
kręgle? 

–  Pewnie.  –  Musiał  się  czymś  zająć,  żeby  odpędzić  niestosowne 

myśli.  Patrzył  na  Ariel  tylko  krótką  chwilę,  ale  to  wystarczyło,  by 
poczuł  mrowienie  w  lędźwiach.  Miał  nadzieję,  że  gra  nie  potrwa 
długo, bo...   

– Wybierz sobie kulę – powiedział Hal.   
– Co? 
– Kulę – powtórzył Hal. – Tam leżą.   
–  Aaa...  prawda.  Muszę  też  włożyć  trampki.  –  Jeff  zniknął  w 

szatni.   

Gdy  powrócił,  Hal  przedstawił  mu  żonę,  Janelle,  drobną 

ciemnooką  kobietę,  która  dziś  wieczór  także  po  raz  pierwszy  brała 
udział  w  grze.  Ona,  Hal,  Ariel  i  Jeff  stanowili  jedną  drużynę,  Kara, 
Steve  i  dwóch  reporterów  dziennika  –  drugą.  Jeff  ze  zdumieniem 
spostrzegł,  że  Kara  siedziała  tuż  obok  Steve’a.  Lekko  trącił  Ariel  i 
ukradkowym ruchem głowy wskazał na nich.   

– Co się stało? – szepnął.   
– Zazdrość to potęga.   
Przytaknął.  Nie  wiedział  wprawdzie,  co  było  powodem  zazdrości 

Kary,  ale  musiał  przyznać,  że  podziałało.  Sądząc  z  wyrazu  twarzy, 
Steve całkowicie wpadł w jej sieci.   

– Ty pierwsza, Ariel – odezwał się Hal.   
Zważyła  kulę  w  ręku,  zmrużyła  oczy  i  za  jednym  razem  strąciła 

wszystkie kręgle.   

– Jest! – Triumfalnie uniosła zaciśniętą pięść i wróciła na ławkę.   
Jeff  z  uwielbieniem  spoglądał  na  nią  do  końca  wieczoru.  Gdy  po 

meczu wracali do samochodów, powiedział: 

–  Grałaś  jak  zawodowiec.  Można  by  pomyśleć,  że  to  były 

mistrzostwa świata, a nie zabawa kolegów z pracy.   

– Mam to we krwi – odpowiedziała. – Tata był obrońcą w drużynie 

futbolowej  Teksas  Longhorns  i  zaszczepił  w  dzieciach  chęć  do 
rywalizacji.  Zawsze  powtarzał:  „Bądźcie  najlepsi”.  Walczyliśmy  ze 
sobą wszędzie: w szkole i na boisku.   

background image

– Nie kłóciliście się? 
–  Nie.  Tata  nauczył  nas  także  przegrywać.  Najważniejsza  była 

sama walka.   

– Jak ci się wiodło? Chyba byłaś najmłodsza.   
–  Tak,  i  najmniejsza,  a  do  tego  dziewczyna.  Ale  tu  się  zdziwisz, 

gdyż nieraz pierwsza docierałam do mety. – Uśmiechnęła się. – Dużo 
lepiej pływałam, dużo lepiej jeździłam konno i miałam lepsze stopnie 
z  angielskiego.  Chad  robił  masę  błędów,  a  Daniela  interesowały 
wyłącznie nauki ścisłe.   

Wsiadła do samochodu.   
– Do zobaczenia za dziesięć minut.   
W  drodze  do  domu  Jeff  wrócił  myślami  do  rozmowy.  Nie 

rozumiał, jak można namawiać własne dzieci do tak ostrej rywalizacji, 
ale  w  końcu  był  jedynakiem,  więc  wyrastał  w  innych  warunkach.  Z 
drugiej strony  miał niezachwianą pewność,  że jego ojciec postąpiłby 
inaczej,  nawet  gdyby  miał  dwanaścioro  dzieci.  Ciekawe,  jak 
dzieciństwo  wpłynęło  na  charakter  Ariel.  Czy  nadal  wszystko 
postrzegała wyłącznie przez pryzmat walki? 

Nie  były  to  wesołe  myśli.  Na  szczęście,  kiedy  zobaczył  Ariel 

wysiadającą z samochodu, zapomniał o bożym świecie.   

Ariel wyciągnęła z auta dużą papierową torbę.   
–  Pomogę  ci  –  oświadczył  Jeff.  –  Dobry  Boże,  ależ  to  ciężkie! 

Zabrałaś parę kul z kręgielni? 

– Nie. Zresztą zobaczysz. – Wyjęła jeszcze plecak i zarzuciła go na 

ramię.   

Jeff  zaniósł  papierową  torbę  do  kuchni.  Huragan  natychmiast 

wskoczył  na  stół,  żeby  asystować  przy  rozpakowywaniu.  Jeff  zgonił 
go i sięgnął po pierwszą paczkę.   

– Płatki.   
– Na śniadanie.   
Świeży  sok  pomarańczowy,  kiełki,  ser  sojowy  i  puszka  kociej 

karmy.   

– Smakołyki dla ciała...   
– Dla ducha też będą – powiedziała z chytrym uśmieszkiem.   
– Jakie? 
– Zobaczysz. – Pomachała puszką w stronę kota.   
– Miau! – Huragan otarł się o jej nogi.   
– Droga do serca mężczyzny wiedzie przez kota – oznajmiła Ariel. 

background image

– Mogę go nakarmić? 

Jeff  skinął  głową  i  ponownie  sięgnął  do  torby.  Herbata  ziołowa, 

cytryna...   

– Jasny gwint! – Wyjął kłębek nylonu i koronek. – A to co? 
– Mówiłam przecież, że będą inne smakołyki.   
–  Jeśli  to  na  śniadanie,  to  chcę  jeść  już  teraz.  Zabrała  mu 

paczuszkę.   

– To na dzisiejszą noc. Spróbuj się najpierw trochę odprężyć.   
–  Odprężyć?  –  powtórzył  głucho.  Niemożliwe.  Jak  miał  się 

odprężyć,  kiedy  w  wyobraźni  już  widział  Ariel  odzianą  w 
podniecająco skąpy skrawek materiału.   

Ariel roześmiała się, wzięła go za rękę i pociągnęła do sypialni.   
–  Nieco  muzyki.  O,  właśnie.  Rozgłośnia  KCOR...  Muzyka  dla 

wszystkich.   

Z głośnika dobiegał głos Whitney Houston.   
– Teraz łóżko.   
Jeff  pomógł  jej  zdjąć  narzutę  i  rozłożyć  pościel.  Ariel  przysunęła 

się bliżej niego.   

– Teraz ty...   
Rozwiązała  mu  krawat  i  powoli  rozpięła  koszulę.  Jeff  próbował 

skłonić ją do pośpiechu, ale przecząco potrząsnęła głową.   

– Zrobię to po swojemu. Chcę, żebyś był gotowy.   
– Gotowy? – roześmiał się chrapliwie. – Zaraz eksploduję.   
– Na pewno nie. – Zrzuciła mu koszulę z ramion i popchnęła lekko 

na łóżko.   

–  Leż  spokojnie.  Jak  mówiłam,  zrobię  to  po  swojemu.  Leżał  na 

plecach,  zatopiony  w  nieziemskiej  rozkoszy.  Ariel  działała  bez 
pośpiechu, drażniąc go i jednocześnie kusząc powolnością ruchów. Tu 
mały pocałunek, tam muśnięcie dłoni...   

–  Traktuję  cię  jak  obiekt  seksu  –  powiedziała  z  błyszczącymi 

oczami. – Gniewasz się? 

Gniewasz?  Jeff  był  pijany  szczęściem.  Miał  wrażenie,  że  w 

magiczny sposób dotarł w sam środek świata erotycznych fantazji.   

– Jakoś to zniosę – odparł bez tchu.   
Żadna  z  poprzednich  partnerek  nie  doprowadziła  go  do  takiego 

stanu  –  ale  też  żadna  w  niczym  nie  przypominała  Ariel.  Wyciągnął 
ręce w jej stronę, lecz znów mu umknęła.   

– Zaczekaj – szepnęła i zniknęła w łazience.   

background image

Po  chwili  rozległ  się  szum  wody  płynącej  z  prysznica.  Jeff  chciał 

się zerwać i pobiec za Ariel, ale cierpliwie czekał na rozwój sytuacji.   

Kiedy  w  końcu  stanęła  w  drzwiach,  zaparło  mu  dech  z  wrażenia. 

W czarnym negliżu wyglądała jak ucieleśnienie męskich marzeń.   

Zerwał się, chwycił ją w ramiona i zaniósł do łóżka. Połączyli się 

gwałtownie,  spragnieni  siebie,  niezdolni  zwlekać  dłużej.  Rozkosz, 
która  na  nich  spłynęła,  była  jeszcze  bardziej  oszałamiająca,  choć 
wydawało się to niemożliwe. Tej nocy kochali się jeszcze kilka razy.   

 
Od tamtej pory wszystkie noce spędzali razem.   
W poniedziałek Jeff po nagraniu przyszedł do gabinetu Ariel, która 

przeglądała jeszcze dokumenty. W pewnej chwili zajrzał do nich Hal 
Monroe.   

– Nowe wieści – powiedział od progu.   
Ariel  popatrzyła  na  niego  wyczekująco,  lecz  Hal  wskazał  oczami 

Jeffa.   

– Możesz mówić – uspokoiła go.   
– Chodzi o tę aferę ze szpitalem Świętej Elżbiety – oznajmił.   
Jeff  poczuł  nagły  ucisk  w  żołądku.  „Aferę?”  Niby  jaką? 

Przypomniała mu się „afera” z jego własnym ojcem.   

– Mów. – Oczy Ariel błyszczały ciekawością.   
– Sprawa zatacza coraz szersze kręgi – wyjaśnił Hal.  – Aż trzech 

członków  zarządu  miało  powiązania  z  korporacją,  która  odsprzedała 
ziemię pod budowę nowego oddziału.   

– Masz dowody? 
–  Tyle,  że  w  każdej  chwili  można  puścić  to  na  antenę. 

Potwierdzenia  z  trzech  niezależnych  źródeł.  Ale  to  jeszcze  nie 
wszystko. Kontrakt na budowę też był ukartowany. Rodzinny interes, 
rozumiesz? Obyło się bez łapówek, a wpływy sięgają milionów.   

Jeff  miał  dosyć.  Żałował,  że  przyszło  mu  uczestniczyć  w  tej 

rozmowie. Ciekaw był tylko reakcji Ariel.   

–  Przygotuj  materiał  do  emisji.  –  Zniknął  gdzieś  miękki, 

uwodzicielski  głos  kochanki.  Teraz  miał  przed  sobą  zimną, 
wyrachowaną dziennikarkę, węszącą skandal.   

Z  dezaprobatą  patrzył  na  jej  triumfalny  uśmiech.  Czuł  niechęć  do 

samego siebie. Postąpił jak ostatni dureń: związał się z kobietą, która 
reprezentowała  to,  czym  gardził.  Najwyższy  czas  zakończyć  tę 
znajomość.   

background image

ROZDZIAŁ 11 

 

Przed wyjściem postanowił jednak powiedzieć Ariel, co naprawdę 

sądzi ojej postępowaniu.   

–  Masz  więc  swój  skandal  –  mruknął,  gdy  Hal  zniknął  za 

drzwiami.   

– Chyba tak – odpowiedziała. Najwyraźniej nie wyczuła sarkazmu 

w jego głosie.   

– Ilu niewinnych ludzi ucierpi z tego powodu? Zmarszczyła brwi.   
– Nikt. Słyszałeś przecież, co mówił Hal. Nie powtarzamy plotek. 

Mamy potwierdzenia z trzech niezależnych źródeł.   

– Takie „źródła” są tyle warte co plotki z magla. Zastanowiłaś się 

choć przez chwilę nad motywami ich postępowania? 

– Dlatego właśnie szukałam potwierdzenia – cierpliwie tłumaczyła 

Ariel. – Nigdy się nie opieram na nie sprawdzonych wiadomościach.   

Jeff zaklął, zerwał się z krzesła i zaczął krążyć po pokoju.   
– Wszyscy dziennikarze są tacy sami. Wierzą obcym, bo widzą w 

tym własny interes. Obskoczycie zarząd szpitala niczym stado szakali. 
Nic was nie obchodzi, kogo skrzywdzicie.   

– W gruncie rzeczy nie mówisz o szpitalu, prawda? – cicho spytała 

Ariel. – Myślisz o swoim ojcu.   

–  Prawda  –  burknął.  –  W  Tulsie  też  były  niezależne  „źródła”, 

zainteresowane  przede  wszystkim  tym,  żeby  odsunąć  podejrzenia  od 
siebie.  Ojciec  porzucił  pracę  w  banku.  Nie  mógł  ścierpieć 
towarzystwa  ludzi,  którzy  próbowali  uczynić  z  niego  ofiarę.  Był  bez 
winy, a mimo to nie znalazł żadnej innej posady. Dlaczego? Ponieważ 
został  wcześniej  osądzony  i  skazany  przez  dziennikarzy.  Dopiero  po 
dwóch latach zatrudnił go mały prowincjonalny bank na podrzędnym 
stanowisku.  Skandal,  na  którym  żerowała  telewizja,  zrujnował  mu 
życie.   

– Przykro mi, Jeff. Być może w Tulsie panowały inne prawa. Hal 

jest  ostrożny,  w  przeciwnym  razie  nie  pracowałby  dla  KCOR.  Sieć 
Fostera nie zajmuje się plotkami. Uważamy na każde słowo.   

Jeff oparł się o ścianę. Zmierzył Ariel ponurym spojrzeniem.   
– Tak ci się tylko zdaje.   
– Nie, to prawda. Uwierz mi, Jeff.   
– Nie potrafię – odparł z bólem. Odwrócił głowę.   

background image

–  Zatem  potępiasz  mnie  i  mój  zawód  tylko  dlatego,  że  ktoś  w 

Tulsie  wykazał  się  brakiem  profesjonalizmu  i  taktu?  Ludzie  wciąż 
oglądają prognozę pogody, chociaż ta bywa zazwyczaj mylna.   

Ariel podeszła bliżej. Popatrzył na nią.   
– To nie to samo.   
– Prawie to samo. Słuchaj, w przyszłym tygodniu zjedzie tu moja 

rodzina. Chciałabym, żebyś ich lepiej poznał, zwłaszcza mojego ojca, 
i dowiedział się, w jaki sposób kieruje całą siecią.   

– Wątpię, czy mnie przekona.   
Ruszył w stronę drzwi. Ariel złapała go za ramię.   
–  Nie  odchodź.  Nie  będę  cię  błagać,  ale  pozwól  mi  chociaż 

przedstawić moje racje.   

Jeff  zatrzymał  się  i  popatrzył  Ariel  w  oczy.  Wyzierała  z  nich 

determinacja.   

–  Jeff...  Nie  pozwól,  żeby  sprawa  szpitala  stanęła  między  nami  – 

powiedziała Ariel.   

Chciał  ją  odepchnąć,  ale  nagle,  wbrew  sobie,  pochwycił  ją  w 

objęcia.  Skąd  mu  przyszło  do  głowy,  żeby  ją  rzucić  wyłącznie  ze 
względu na jej pracę? Nie, nie mógł odejść – przynajmniej nie teraz. 
Chwycił Ariel na ręce i podszedł do kanapy. Nie chciał czekać. Ona 
zresztą także. Potrzebowali się nawzajem.   

 
 
Dzień  później  sprawa  szpitala  znalazła  się  w  wieczornych 

wiadomościach.  Członkom  zarządu  zapewniało  możliwość  zabrania 
głosu, nikt z nich jednak nie skorzystał z prawa do obrony. Jeff pilnie 
śledził  rozwój  wydarzeń.  Musiał  przyznać,  że  wszyscy  reporterzy 
Kanału 4 zachowywali się z dużym taktem i wyczuciem.   

– Będzie jeszcze lepiej, jak poznasz tatę – zapewniła go Ariel.   
Przy  pierwszym  spotkaniu  z  jej  rodzicami  Jeff  ze  zdumieniem 

otaksował  barczystą  postać  Martina  Fostera.  Siwowłosy  olbrzym 
wyglądał  bardziej  na  emerytowanego  futbolistę  albo  kierowcę 
ciężarówki  niż  na  wpływowego  właściciela  prywatnej  sieci 
telewizyjnej.   

– Cieszę się, że do nas dołączyłeś – zadudnił Foster na przywitanie, 

mierząc wzrokiem Jeffa.   

– A to moja mama, Wirginia – wtrąciła Ariel.   
Starsza pani, o jasnych, przetykanych srebrem włosach, i szczupłej, 

background image

niemal  dziewczęcej  sylwetce,  była  wciąż  atrakcyjna  na  tyle,  by 
przyciągać męskie spojrzenia.   

– Bardzo mi miło cię poznać, Jeff – powiedziała lekko chropawym 

głosem, przypominającym głos córki.   

Wieczorem wybrali się do Alhambra Room.   
– I co sądzisz o pracy w telewizji, Jeff? – spytał Martin, gdy kelner 

przyniósł przystawkę z krewetek.   

Jeff rzucił szybkie spojrzenie w stronę Ariel.   
– Ciekawe... doświadczenie – odparł ostrożnie.   
– Jeff pilnie śledzi sprawę szpitala – dodała Ariel.   
– Tak? Co nam o tym powiesz? 
Jeff nie miał ochoty od razu dyskutować o swoich przemyśleniach. 

Bardziej go interesowała opinia Fostera.   

– Wstyd, zwłaszcza dla zarządu. Jestem dumny z Ariel, że podjęła 

ten  temat,  ale  jeszcze  bardziej  mnie  cieszy  ton  reportaży 
dopuszczonych przez nią na antenę.   

–  Dziękuję,  tato.  Jeff  był  ciekaw,  w  jaki  sposób  podchodzimy  do 

tak delikatnej sprawy.   

– Uczciwość przede wszystkim – odparł Foster. – To nasza dewiza. 

Fakty, a nie spekulacje.   

Jeff  zdążył  już  zauważyć,  że  zespół  Ariel  w  niczym  nie 

przypominał stada sępów z Tulsy.   

Martin  sięgnął  po  swoją  szklankę,  upił  solidny  łyk  i  spod  oka 

zerknął na Jeffa.   

– Ariel mi wspominała, że miałeś wiele niedobrych doświadczeń z 

telewizją.  Przykro  mówić,  lecz  dziennikarze  z  Tulsy  od  dawna  mają 
ugruntowaną  opinię  łowców  sensacji.  Gdyby  ktoś  u  mnie  próbował 
podobnych sztuczek, od razu by wyleciał, i to z hukiem.   

– To dobrze – odparł Jeff, choć nie był do końca przekonany, czy 

Foster  mówi  zupełnie  szczerze.  Z  drugiej  strony,  na  własne  oczy 
widział, jak Kanał 4 radził sobie w sprawie szpitala...   

– Powiedzcie mi coś więcej o waszym wspólnym cyklu – poprosił 

Foster.   

– Jeff zebrał masę pochwał od widzów – oznajmiła z dumą Ariel.   
– O, właśnie – przypomniał sobie Martin. – Słyszałem o Taj...   
–  O  tajnych  planach  związanych  z  przygotowaniami.  Czeka  nas 

wyjątkowo burzliwy koniec lata. – Ariel wpadła ojcu w słowo.   

– Na to się zanosi – odparł Jeff.   

background image

– Rozmawialiśmy już z radiem KCOR – dodała Ariel. – Będziemy 

współpracować  w  razie  bezpośredniego  ataku  huraganu.  Jeff  odbył 
także spotkanie z zarządem Stanowej Komisji do Spraw Zapobiegania 
Zagrożeniom. Podsunął im kilka wyśmienitych pomysłów.   

Popatrzyła na niego z uśmiechem. Popisy przed ojcem? – pomyślał 

Jeff.  Poczuł  się  jak  tresowany  piesek.  „Popatrz,  tato,  ile  potrafi 
sztuczek”. Na szczęście Ariel zmieniła temat.   

– Och, tato, zapomniałam ci powiedzieć... Dostałam zaproszenie na 

doroczną  konferencję  pod  hasłem  „Kobiety  w  środkach  masowego 
przekazu”. Mam wygłosić referat we wrześniu w San Antonio.   

Pogratulowali  jej  serdecznie,  a  potem  gawędzili  jeszcze,  aż  do 

chwili gdy orkiestra zaczęła grać pierwszy utwór.   

– To chyba nasz taniec, Ginny – powiedział Martin do żony.   
Jeff i Ariel podążyli za nimi na parkiet.   
–  Co  chciał  powiedzieć  twój  ojciec,  zanim  mu  przeszkodziłaś?  – 

spytał Jeff.   

– A kto to wie? 
Odchylił  głowę  i  spojrzał  wprost  w  jej  błękitne,  niewinne  oczy.  – 

Ty. Ariel wzięła głęboki oddech.   

– Chciał cię nazwać Tajfunem. Jeff wybuchnął śmiechem.   
– Nie gniewasz się? 
–  Nie  –  odpowiedział,  nie  przestając  się  śmiać.  –  Zaczynam  się 

przyzwyczajać do tych wszystkich wariactw.   

– Co myślisz o podejściu taty do roli mediów? 
– Niezłe... przynajmniej w teorii – odparł.   
– Zamierzam ci udowodnić, że tak jest również w praktyce.   
Z całego serca pragnął jej wierzyć. Wyczerpała go huśtawka uczuć 

–  z jednej strony  namiętność,  z drugiej brak  zaufania. ..  Westchnął i 
przytulił Ariel mocniej.   

Gdy muzyka przestała grać, Martin wyciągnął rękę do córki.   
–  Chodź,  pokażesz  się  teraz  ze  staruszkiem.  Ariel  mrugnęła  do 

Jeffa.   

–  Tata  zawsze  usiłuje  przekupić  swoich  pracowników  dobrą 

kolacją i tańcami.   

– Tylko tych najładniejszych – sprostował Martin.   
– Pani Foster? – zaproponował Jeff.   
– Z przyjemnością.   
W  czasie  tańca  rozmawiali  o  różnych  rzeczach,  aż  wreszcie 

background image

Wirginia powiedziała: 

–  Cieszę  się,  że  Ariel  znalazła...  przyjaciela.  Jeff  odruchowo 

spojrzał na sąsiednią parę.   

– Jest wyjątkowa.   
–  Serce  matki  pęcznieje  z  dumy,  słysząc  taką  opinię  –  odparła 

Wirginia,  lecz  nagle  westchnęła  ze  smutkiem.  –  Czasem  się  o  nią 
martwię... Można by pomyśleć, że ma u stóp cały świat, a przecież w 
gruncie rzeczy często bywa samotna.   

–  Zauważyłem.  –  Tak  było  podczas  spaceru  po  plaży  czy  na 

pikniku z okazji Święta Niepodległości.   

Orkiestra  zaczęła  grać  szybciej.  Jeff  i  Wirginia  wrócili  do  stolika, 

ale Foster i Ariel zostali na parkiecie. Jeff z zachwytem patrzył na ich 
taniec. Wprost nie potrafił oderwać oczu od Ariel.   

– Powinna zostać tancerką – zauważył.   
– Przez parę lat chodziła do szkoły baletowej. Nauczyła się także 

stepowania – z uśmiechem oznajmiła Wirginia. – Jej ojciec też nie jest 
ostatnim fajtłapą.   

Jeff  skinął  głową.  Przy  swoim  wzroście  i  tuszy  Martin  tańczył 

zadziwiająco lekko. Inne pary usunęły się z parkietu i utworzyły krąg. 
Wraz z ostatnim taktem buchnęła burza 

oklasków.   

Rozradowany  Foster  powrócił  do  stolika,  prowadząc  Ariel.  Była 

podobna do matki, lecz uśmiech bez wątpienia odziedziczyła po ojcu.   

–  Zwyciężyłaś  w  konkursie  tańca.  –  Martin  poklepał  córkę  po 

dłoni.   

– Zwyciężyłam? Kogo? – spytała. – Innych pracowników? 
– Braci.   
–  Nigdy  nie  tańczyłeś  z  Chadem  i  z  Danielem.  Skąd  możesz 

wiedzieć,  czy  nie  są  lepsi?  –  zaoponowała,  choć  widać  było,  że 
pochwała ojca sprawiła jej radość.   

Przy kolacji spytała: 
–  Mamo,  czemu  tym  razem  postanowiliście  jechać  do  Meksyku 

zamiast do GaWeston? 

–  Dla  odmiany  –  odpowiedziała  Wirginia.  Potem  spojrzała  na 

Jeffa, jakby czując, że należą mu się dodatkowe wyjaśnienia. – Mamy 
domek w Galveston, ale wolimy pozostawić go dzieciom.   

– To przecudowne miejsce – wtrąciła Ariel. – Duża, dwupiętrowa 

willa od strony Pirate’s Beach. Daniel i Chad zawsze wspinali się po 
pnączach, które rosły na skarpie...   

background image

–  Naprawdę?  –  spytał  Martin  Foster.  Kiedy  Ariel  skinęła  głową, 

dodał:  –  Mieli  dużo  szczęścia,  że  ich  nie  przyłapałem.  Dostaliby  za 
swoje.   

–  Czasem  tęsknię  do  czasów,  kiedy  wszyscy  byliśmy  razem  – 

wtrąciła Wirginia. – Płynęliśmy promem na Bolivar Island, braliśmy 
żaglówkę...   

– Nie lubię żeglować – odezwała się nagle Ariel. – Źle się czuję na 

wodzie.   

Rodzice  popatrzyli  na  nią  ze  zdumieniem.  Jeff  także  był 

zaskoczony. Zabrał ją na jacht Gormanów i bawiła się znakomicie.   

–  Zawsze  zachowywałaś  się  jak  urodzony  żeglarz  –  powiedziała 

Wirginia.   

–  Musiałam  –  odparła  Ariel  i  popatrzyła  wprost  na  ojca.  –  Nie 

chciałam psuć zabawy.   

Rozmowa zeszła  na inny temat, ale Jeff popadł zadumę. Myślał o 

Ariel.  Na  co  potrafiła  się  zdobyć  dla  ojcowskiej  aprobaty?  Martin 
Foster  bez  wątpienia  należał  do  nieprzeciętnych  ludzi  i  z  łatwością 
mógł wzbudzić w swoich dzieciach pęd do rywalizacji.   

Później,  nocą,  kiedy  trzymał  Ariel  w  ramionach,  nie  potrafił 

powstrzymać się od pytania: 

– Dlaczego nauczyłaś się żeglować? 
– Już ci mówiłam – odpowiedziała sennie. – Żeby nie psuć innym 

zabawy.   

– Mogłaś przecież zostawać w domu.   
– I wszyscy by uważali mnie za mięczaka.   
– Wszyscy? Czy tylko ojciec? 
– Cała rodzina – odparła z naciskiem. – Co to za różnica? 
– Cierpiałaś po to, by zadowolić ojca? Ariel usiadła sztywno.   
– Nie bądź śmieszny – powiedziała, nie patrząc na Jeffa. – Nikomu 

się nie podlizywałam. Robiłam to wyłącznie dla siebie.   

Pocałował ją w kark.   
–  Tornado  Ariel.  Nie  mogłabyś  być  mięczakiem,  nawet  gdybyś 

bardzo chciała.   

–  Po  co  o  tym  mówimy?  –  spytała  dziwnie  napiętym  głosem.  – 

Stare dzieje.   

Pogłaskał ją po głowie.   
– Myślę, że do tej pory najbardziej liczysz się z jego zdaniem.   
– Bzdury.   

background image

–  Chcę  tylko,  żebyś  była  naprawdę  szczęśliwa.  Odwróciła  się  w 

jego stronę.   

– Jestem szczęśliwa... z tobą.   
Usłyszał nutę bólu w jej głosie i przytulił ją mocniej.   
– Kochaj mnie, Jeff. Jesteś mi potrzebny.   

background image

ROZDZIAŁ 12 

 

„Mariner”  na  pierwszej  stronie  pochwalił  sposób,  w  jaki  Kanał  4 

relacjonował aferę. Nawet Jeff przyznawał, że gra była uczciwa.   

Ankieta  przeprowadzona  pod  koniec  sierpnia  wykazała  znaczny 

wzrost  popularności  Kanału  4.  Ariel  natychmiast  wysłała  faksy  do 
braci, a sobie – w nagrodę – kupiła komplet koronkowej bielizny.   

Pierwszego  września  do  zespołu  dołączyła  Wendy  Norris  i  już  po 

pierwszym występie przypadła do gustu publiczności. Znacznie gorzej 
poszło  jej  ze  Steve’em,  gdyż  ten  był  pilnowany  przez  Karę,  ale  nie 
narzekał z tego powodu.   

Ariel  też  była  bardzo  szczęśliwa.  Szczęśliwsza  niż  kiedykolwiek. 

Na razie nie planowała wspólnej przyszłości z Jeffem. Bała się, że na 
to jeszcze za wcześnie.   

Miała jednak powód do niepokoju. Od sprawy szpitala Jeff wierzył 

jej  bez  zastrzeżeń,  lecz  nic  nie  wiedział  o  konkursie  wymyślonym 
przez Martina Fostera. Co będzie, gdy się dowie? Jak przyjmie wieść 
o przeprowadzce Ariel do Houston? 

Lato  minęło  bez  burz,  ale  piątego  września  tajfun  o  imieniu 

Chester zawirował nad Zatoką Meksykańską i zaczął powoli sunąć w 
stronę lądu.   

– Dotrze do nas? – spytała Ariel ze strachem w piątek wieczorem.   
–  Nie  wiem  na  sto  procent  –  odparł  Jeff.  –  Możliwe,  że  się 

zakotwiczy  gdzieś  na  wybrzeżu  Meksyku.  Nie  musimy  jutro 
rezygnować z pikniku. Wieczorem najwyżej trochę popada.   

Następnego  dnia,  w  południe,  rozłożyli  koc  na  trawniku  w 

niewielkim  parku,  w  sąsiedztwie  domu  Ariel.  Dzień  był  upalny  i 
duszny.  Podobna  pogoda  panowała  czwartego  lipca,  gdy  po  raz 
pierwszy  spędzili  wspólnie  nieco  więcej  czasu.  Jeff  nastawił  radio  i 
sięgnął do koszyka po sałatkę z kurczaka  i owoce.  Potem  wyciągnął 
się leniwie u boku Ariel.   

W  górze  pokrzykiwały  mewy,  hałaśliwe  jak  grupa  rozbrykanych 

dzieci.  W  gałęziach  drzew  uganiały  się  plotkujące  wróble,  białe 
chmury  powoli  płynęły  po  niebie,  ale  nad  horyzontem  pojawiła  się 
ciemna plama.   

–  Piękny  dzień  –  mruknął  Jeff  i  wziął  głęboki  oddech.  –  Taktu 

cicho...   

background image

– Nie przeszkadza ci już popularność? 
–  Zaczynam  się  przyzwyczajać.  –  Uśmiechnął  się.  –  Wczoraj 

dostałem  zaproszenie  do  udziału  w  obradach  jury  w  wyborze  Miss 
Corpus Christi.   

–  Tak?  –  spytała  z  lekkim  przekąsem.  Konkurs  piękności.  Dobre 

sobie.   

– Chyba się zgodzę.   
–  Tak?  –  powtórzyła,  tym  razem  ostrzej.  Popularność 

popularnością,  ale  oglądanie  półnagich  ślicznotek  to  całkiem  inna 
sprawa.   

Jeff zerwał źdźbło trawy.   
– Żartuję. Odmówiłem. Szkoda tylko, że nie umiem się uwolnić od 

różnych zwariowanych kobiet, które wciąż się za mną uganiają. Jedna 
wczoraj przysłała mi biustonosz.   

–  Masz  już  chyba  całkiem  niezłą  kolekcję  damskiej  bielizny  – 

roześmiała się Ariel. – Co z nią robisz? 

– Oddaję Armii Zbawienia.   
–  Mimo  wszystko  przyznasz,  że  popularność  ma  swoje  dobre 

strony.   

Jeff zastanawiał się chwilę.   
–  Najważniejsze,  że  mogę  coś  zrobić  dla  tego  miasta  – 

odpowiedział w końcu. – Już przywykłem, że ludzie rozpoznają mnie 
na  ulicy,  ale  nigdy  nie  będę  czuł  się  tak  swobodnie  jak  ty  w  tej  roli. 
Jesteśmy tak różni, że czasem zadaję sobie pytanie, jak wytrzymujemy 
ze sobą.   

– Przeciwieństwa się przyciągają.   
– Dlaczego mnie nie ostrzegłaś wcześniej? 
–  Bądź  choć  trochę  poważny,  Jeff.  Nigdy  przedtem  nie 

pomyślałam,  że  można  tylko  we  dwoje  spacerować  po  wydmach 
Padre Island.   

–  Zaprosiłabyś  pewnie  pół  setki  gości  i  zorganizowała  mecz 

siatkówki.   

– Chyba tak... ale dzięki tobie zaczęłam bardziej cenić prywatność.   
– Miło mi to słyszeć.   
Ariel  obdarzyła  go  uśmiechem.  Przewróciła  się  na  brzuch  i  wbiła 

wzrok w trawę. Zobaczyła pająka zawzięcie snującego pajęczynę. Jeff 
położył się na boku, żeby także popatrzeć na pająka.   

–  Naukowcy  twierdzą,  że  przy  dużej  wilgotności  powietrza  i 

background image

spadku ciśnienia pająki są aktywniejsze i snują większe sieci. Ten jest 
wyjątkowo zapracowany. Spójrz na niebo.   

Szare chmury znad widnokręgu przesunęły się znacznie bliżej.   
– Przed samym deszczem ściągnie pajęczynę w dół, by krople nie 

spłukały schwytanych owadów.   

– Bardzo mądrze.   
–  Domowe  pająki  pracują  jak  szalone  w  czasie  burzy  i  kończą 

dopiero, kiedy zaczyna się przejaśniać.   

– Na tym właśnie polega praca meteorologa? – zażartowała Ariel. 

Westchnęła i przekręciła się na plecy.   

– Tak tu cicho... chyba zaraz usnę.   
–  Czemu  nie?  –  spytał  Jeff.  –  Przez  cały  tydzień  ganiałaś  jak 

szalona. Zasługujesz na odpoczynek.   

Kiedy  Ariel  się  obudziła,  niebo  było  już  zasnute  ciemnymi 

chmurami. Pająk snuł za sobą kolejne nitki srebrzystej sieci.   

– Będzie burza –  odezwała się Ariel, czując gwałtowny podmuch 

wiatru. – Myślisz, że to początek huraganu? 

–  Tajfunu  –  sprostował  Jeff.  –  Nie.  Wiatr  jest  zbyt  słaby. 

Prawdziwie zła pogoda będzie gdzieś dalej na południu. Do nas dotrą 
najwyżej jakieś odpryski.   

–  Wracamy?  –  spytała  z  niepokojem  i  usiadła.  Jeff  fachowym 

okiem popatrzył na niebo.   

–  Mamy  sporo  czasu,  zanim  zacznie  padać  –  stwierdził.  Włączył 

radio. – Posłuchajmy, co mówią na ten temat.   

–  Tajfun  Chester,  o  prędkości  wiatru  chwilami  przekraczającej 

dziewięćdziesiąt  pięć  kilometrów  na  godzinę,  sunie  w  tej  chwili 
wzdłuż  wybrzeża,  czterdzieści  kilometrów  na  południe  od 
meksykańskiego miasta Matamoros. Do stałego lądu powinien dotrzeć 
dziś  między  siódmą  a  dziesiątą  wieczór.  Mieszkańcy  zagrożonych 
rejonów  powinni  podjąć  odpowiednie  przygotowania.  Patrole 
pogodowe  rozmieszczono  wzdłuż  całego  wybrzeża  Teksasu,  od 
Corpus Christi do Brownsville.   

Jeff zmarszczył nos.   
–  „Odpowiednie  przygotowania”!  To  brzmi  enigmatycznie.  Mam 

nadzieję, że ludzie wiedzą, co robić.   

– W przyszłym roku wydamy kasetę z twoim programem. Możemy 

ją  opatrzyć  hiszpańskim  komentarzem.  –  Dziwne,  że  pomyślała  o 
przyszłym roku. Przecież będzie już w Houston...   

background image

Kolejny  podmuch  wiatru  smagnął  ją  po  policzkach.  Trawa 

zafalowała  niczym  zielone  morze.  Ariel  zerknęła  na  trawę.  Pająk 
zniknął.   

– Zacznijmy się pakować, Jeff.   
Nerwowym  ruchem  sięgnęła  po  ciemne  okulary.  Leżały  na  skraju 

koca. Pośpiesznie wrzuciła je do torebki i popatrzyła na niebo. Robiło 
się coraz ciemniej. Z dali dobiegło głuche echo gromu.   

– Buty... Gdzie one się podziały? 
Jeff  nadal  słuchał  radia  i  nie  zwracał  na  nią  najmniejszej  uwagi. 

Ariel wreszcie znalazła pantofle pod kocem i zaczęła mocować się z 
paskami.   

–  Cholera!  Dlaczego  zawsze  tak  się  dzieje,  kiedy  człowiek  się 

spieszy? 

Jeff przeciągnął się.   
– Mamy mnóstwo czasu.   
– Nie... nie chcę zmoknąć.   
– Nie zmokniesz – odparł z drażniącą niefrasobliwością – ale skoro 

ci pilno, możemy się spakować.   

Wstał, zabrał koszyk i radio.   
Ariel skakała na jednej nodze, usiłując włożyć drugi pantofel. Jeff 

patrzył na nią z rozbawieniem.   

– Obiecuję, że nie zniszczysz sobie fryzury.   
–  Pośpiesz  się,  Jeff.  Meteorologia  nie  jest  nauką  ścisłą.  – 

Błyskawica przecięła niebo. – Widzisz?! 

Ariel  chwyciła  koc  i  popędziła  w  stronę  samochodu.  Huknęło. 

Przyśpieszyła kroku, nadepnęła na skrawek koca i upadła na ziemię.   

Skuliła się i zamknęła oczy. Jeff był już przy niej.   
– Nic sobie nie zrobiłaś? Rozpłakała się.   
– Nie. Tak. Nie wiem. Objął ją.   
– Kochanie, co się stało? 
– Nic. Chciałam tylko...   
Wiatr  porwał  jej  dalsze  słowa.  Znów  zagrzmiało.  Ariel,  drżąc  na 

całym ciele, przywarła do Jeffa.   

– Jesteś śmiertelnie przestraszona.   
Ariel wstydziła się swojego zachowania, ale nie mogła zapanować 

nad nerwami, więc skinęła głową.   

– Burza...   
–  Już  wszystko  dobrze.  –  Pomógł  jej  wstać.  –  Pojedziemy  do 

background image

domu.   

Ariel  posłusznie  dreptała  u  jego  boku.  Czuła  się  jak  sześciolatka. 

Myślisz, że masz władzę nad całym światem? – utyskiwała w duchu. 
Nie, jesteś zwykłą beksą i fajtłapą. Postanowiła, że jak już bezpiecznie 
dotrą do samochodu, wytłumaczy Jeffowi powody swego zachowania.   

Kiedy wyjechali z parkingu, wzięła głębszy oddech.   
– Myślisz pewnie, że jestem skończonym tchórzem – zaczęła. Tak 

zawsze  mówił  o  niej  Daniel,  kiedy  podczas  burzy  chowała  się  w 
pokoju i zasłaniała uszy.   

– Myślę tylko, że boisz się grzmotów. Nie wiem jednak, z jakiego 

powodu.   

– Wszystko się zaczęło, kiedy miałam pięć lat – odpowiedziała. – 

Chad,  Daniel  i  ja  bawiliśmy  się  w  chowanego.  W  domu  akurat  był 
mały  remont.  Jeden  z  robotników  zostawił  otwarte  drzwi  na  strych, 
więc  postanowiłam  z  tego  skorzystać.  Było  już  późne  popołudnie. 
Ukryłam  się  na  strychu.  Parę  minut  później  robotnik  wrócił  i  mnie 
zamknął. Początkowo uważałam to nawet za zabawne. Słyszałam, jak 
Chad  biega  po  pokojach  i  szuka  mnie  w  szafach,  ale  nie  odezwałam 
się ani słowem. Pomyślałam sobie, że w pewnej chwili zacznę tupać 
mu nad głową i go wystraszę.  On jednak pobiegł szukać  mnie gdzie 
indziej i zabawa nagle przestała być śmieszna.   

– Co się stało? 
– Zaczęło padać, potem rozpętała się burza. – Powróciła myślami 

do  tamtej  strasznej  chwili,  gdy  siedziała  zamknięta  na  ciasnym  i 
mrocznym poddaszu.   

– Padał grad. – Tuż nad swoją głową usłyszała tamten łomot kulek 

lodu.  –  Grzmiało.  Okropnie  grzmiało.  Było  ciemno  jak  w  nocy. 
Zaczęłam  myśleć  o  szczurach  i  nietoperzach.  O  wampirach.  Bałam 
się,  że  piorun  strzeli  w  dach  i  wszystko  wraz  ze  mną  wyleci  w 
powietrze.   

– Nie próbowałaś uciec? 
–  Pewnie,  że  próbowałam.  Pchałam  drzwi  z  całej  siły,  ale  nie 

mogłam  ich  otworzyć.  Wrzeszczałam  i  tupałam  w  podłogę,  lecz 
chłopcy chyba byli w innej części domu. Nikt mnie nie słyszał. Byłam 
zamknięta, sama... – Zadygotała. – Ściany zbliżały się do mnie...   

Jeff ścisnął jej rękę.   
– Biedna...   
– Po chwili wprost nie mogłam oddychać. Wyobraziłam sobie, że 

background image

jakiś potwór wyssał całe powietrze. Chyba nawet zemdlałam, bo kiedy 
otworzyłam oczy, było już po burzy.   

Ktoś  mnie  wołał.  Nie  Chad  i  nie  Daniel,  ale  ojciec.  Przeżyłam 

wówczas prawdziwy koszmar.  Wszystko słyszałam, lecz nie  mogłam 
wykrztusić  ani  jednego  słowa.  Jak  oszalała  zaczęłam  kopać  w 
podłogę. Tata przyszedł na górę i otworzył drzwi. Kiedy zniósł mnie 
na  dół,  zobaczyłam  światło  i  blade,  wystraszone  twarze  braci.  Od 
tamtej  pory  okropnie  boję  się  burzy  –  zakończyła.  –  Śmieszne, 
prawda? 

–  Zrozumiałe  –  sprostował  Jeff.  –  A  co  ojciec  sądzi  o  twoim 

zachowaniu? 

– Nigdy mu o tym nie mówiłam.   
Skinął głową. Ariel obrzuciła go nadąsanym spojrzeniem.   
– Dlaczego wciąż pytasz o mojego ojca? 
– Ponieważ uważam, że przez całe życie wszystko robisz pod jego 

dyktando.   

– Nie wygłupiaj się.   
– Nie? Wciąż porównujesz się z braćmi. Twój faks działa dniem i 

nocą.   

Ariel  nie  odpowiedziała.  Odwróciła  głowę  i  wbiła  wzrok  w  okno. 

Co by powiedział Jeff, gdyby znał prawdę? 

Dojeżdżali  do  domu  Jeffa,  kiedy  w  dach  auta  zabębniły  pierwsze 

krople deszczu. W windzie Jeff wrócił do tematu: 

–  Każdą  fobię  można  wyleczyć.  Zastanawiałaś  się  kiedyś  nad 

podjęciem odpowiedniej terapii? 

Potrząsnęła głową. Dobrze chociaż, że przestaliśmy mówić o ojcu, 

pomyślała.   

–  Po  burzy  zaraz  o  tym  zapominam  –  wyjaśniła.  –  Do  następnej 

mam spokój.   

Huragan przycupnął pod stolikiem.   
– Też nie przepada za burzą – powiedział Jeff. Wyciągnął rękę do 

kota. Huragan zadrżał i cofnął się głębiej. – Zdaje się, że jeszcze  mu 
nie przeszło.   

–  Wreszcie  poznałam  twój  sekret.  Obserwujesz  koty  zamiast 

pająków.   

Za oknem zadudniło. Ariel drgnęła i przysunęła się bliżej Jeffa.   
–  Zdobądź  się  na  odrobinę  spokoju  –  mruknął.  –  Chcesz 

spróbować? 

background image

Zabrzmiało  to  jak  wyzwanie.  Nie  mogła  odmówić.  O  to  już  się 

zatroszczył Martin Foster.   

– Oczywiście.   
– Chodź do sypialni.   
Podszedł do okna i szeroko rozsunął zasłony. Ariel stała bez ruchu, 

choć deszcz bił głośno o szyby.   

– Chodź do mnie.   
Zmusiła się do paru kroków. Jeff wziął ją w ramiona i pocałował. 

Miękko, łagodnie...   

– Odpręż się – mruknął, gładząc jej włosy. – Zamknij oczy. Pomyśl 

o łące skąpanej w popołudniowym słońcu.   

–  Mmmm...  –  Widziała  lekko  rozkołysane  trawy,  zieleń  drzew  i 

konia pasącego się pod starym drewnianym płotem.   

Jeff rozebrał ją z wolna. Kiedy była już całkiem naga, szepnął: 
– Teraz powoli otwórz powieki.   
Deszcz  nadal  bębnił  w  okno,  lecz  między  nią  i  burzą  ciemniała 

muskularna sylwetka Jeffa. Delikatnie położył ją na łóżku.   

– Zaraz wrócę.   
Przekręciła  się  na  brzuch,  znowu  zamknęła  oczy  i  pomyślała  o 

polanie  pełnej  różnobarwnych  kwiatów.  Po  chwili  usłyszała,  że  Jeff 
wrócił. Zerknęła w jego stronę. Stał rozebrany do szortów, z butelką w 
dłoni.   

– Zrobię ci masaż – powiedział. – Odpręż się i patrz w okno.   
Posłuchała go. Spoglądała na spływające po szybie strugi deszczu. 

Nagle zagrzmiało. Napięła wszystkie mięśnie i zacisnęła pięści.   

–  Ciii...  –  szepnął  Jeff.  –  Nic  się  nie  dzieje.  Uspokoiła  się.  Jego 

ręce  koiły.  Oddychała  głęboko,  zanurzona  w  dziwnym  deszczowym 
świecie...   

– Odwróć się.   
Masował  jej  piersi,  brzuch  i  biodra.  Odgłosy  burzy  ścichły,  jakby 

dochodziły gdzieś z daleka.   

– Jeff... – wyszeptała, patrząc mu prosto w oczy. – Kochaj mnie.   
Zrzucił szorty i klęknął przy niej. Kochali się powoli, z czułością.   
Kiedy  skończyli,  Ariel  długą  chwilę  leżała  bez  ruchu.  Wiedziała, 

że od tej pory  huk gromu będzie jej przypominał o tym  popołudniu. 
Chciała, by Jeff był zawsze przy niej. Żeby nie stał się tylko pięknym, 
ale odległym wspomnieniem.   

Pocałowała go w policzek.   

background image

– Burza nabrała dla mnie całkiem innego znaczenia.   
– Dla mnie także.   
 
W  następnym  tygodniu  nadeszły  wieści  o  kolejnym  huraganie. 

Nadano mu imię Daphne. Jeff z uwagą śledził jego trasę. Ariel drżała 
na  samą  myśl  o  nadciągającym  kataklizmie.  Grzmotów  już  się  nie 
bała,  ale  huragan  to  coś  innego...  Fascynujący  w  teorii,  lecz 
przerażający swą siłą.   

Na szczęście Daphne nie zmierzała w stronę Teksasu. Zahaczyła o 

wschodnie  wybrzeże,  przebiegła  przez  obie  Karoliny,  stany  nad 
środkowym  Atlantykiem,  nawet  przez  Nową  Anglię.  Jak  nieśmiała 
kochanka  to  podchodziła  bliżej,  to  się  cofała.  W  końcu  odeszła  nad 
ocean.   

Nadbrzeżne  miasta  odetchnęły  z  ulgą,  a  wtedy  pojawiło  się  nowe 

zagrożenie.   

– Ten rośnie nadzwyczaj szybko – zauważył Jeff. W wieczornym 

programie doradził  mieszkańcom  Corpus  Christi.  żeby pilnie śledzili 
prognozę  pogody.  –  Koniec  września  może  się  okazać  nadzwyczaj 
burzliwy – dodał.   

Nowy huragan otrzymał imię Ethan. Ariel odbyła krótką naradę ze 

Steve’em,  potem  zadzwoniła  do  Jeffa  i  poprosiła  go,  by  wieczorem 
przyjechał do studia.   

–  Musimy  porozmawiać  –  oświadczyła  lapidarnie.  W  studiu  Jeff 

spytał już na wstępie: 

– Co się stało? Jesteś bardzo poważna.   
– Powinniśmy zwiększyć liczbę twoich wystąpień przed kamerami. 

Proponuję  półminutowe  wejście  codziennie,  po  wiadomościach  o 
szóstej i o dziesiątej. Co ty na to? 

Z niepokojem czekała na odpowiedź.   
– Może być – odparł niedbałym tonem. Ariel odetchnęła z ulgą. – I 

tak tu jestem co wieczór – dodał.   

Wyciągnął przed siebie ręce i z niepokojem przyjrzał się dłoniom.   
–  Możemy  jednak  zrezygnować  z  charakteryzacji?  Pory  mi  się 

pozalepiały, a skóra nabrała pomarańczowej barwy.   

– To tylko światło – roześmiała się Ariel. – Już o tym mówiliśmy. 

Bez pudru wyglądałbyś jak upiór.   

– To lepsze niż Tajfun – mruknął. – Dobrze, ale powiedz Lynn, że 

na  półminutowe  wejście  potrzeba  pięć  szóstych  pudru  mniej  niż  na 

background image

trzy minuty.   

–  Umowa  stoi  –  oznajmiła  Ariel.  –  Zaczniemy  w  poniedziałek. 

Zawiadomię Karę.   

Kara  była  zachwycona.  Steve  także.  Tylko  Perry  Weston  spuścił 

nos na kwintę.   

– Protestował, kiedy mu o tym powiedziałam – zwierzała się Kara. 

–  Spytał,  jak  można  ograniczyć  czas  lokalnej  prognozy  z  powodu 
śmiesznego huraganu odległego o setki kilometrów.   

– Śmiesznego? Naprawdę tak się wyraził? 
– Tak. Nie wierzyłam własnym uszom. Oznajmiłam mu wreszcie, 

że decyzja zapadła.   

– I? 
– Syknął coś pod nosem i odszedł.   
–  Sama  z  nim  porozmawiam  –  westchnęła  Ariel.  Dopadła 

Perry’ego w korytarzu tuż po wieczornych wiadomościach.   

– Chcę z tobą zamienić parę słów.   
– O czym? 
Cały  Perry.  Rzecz  jasna,  doskonale  wiedział  o  czym.  Ariel 

usiłowała jednak dyplomatycznie wybrnąć z sytuacji.   

–  Domyślam  się,  że  niechętnym  okiem  patrzysz  na  udział  w 

naszych programach doktora McBride’a.   

Twarz Perry’ego nie wyrażała żadnych uczuć.   
– O czym tu dyskutować? 
– To krótki kontrakt, na czas huraganu.   
– Jakiego huraganu? – spytał Perry. – Nie ma żadnego huraganu.   
Ariel z trudem się powstrzymała, żeby go nie kopnąć.   
– Tajfunu – poprawiła się.   
– Naprawdę? 
– Tak.   
– Więc nie ma sprawy. – Odwrócił się i odszedł. Ariel powtórzyła 

rozmowę Steve’owi.   

–  On  doprowadza  mnie  do  szału  –  dodała  na  koniec.  –  Ale  jeśli 

teraz  stracimy  Perry’ego,  znajdziemy  się  w  kropce.  Trzeba  go 
zatrzymać, póki nie trafi się ktoś odpowiedni na jego miejsce.   

–  Może  niepotrzebnie  się  tak  przejmujesz  –  uspokajał  ją  Steve.  – 

Perry powiedział przecież, że nie ma sprawy.   

– Tak, ale co naprawdę sobie pomyślał? 
Coś jej podpowiadało, że daleko jeszcze do końca afery z Perrym.   

background image

I rzeczywiście.   
W poniedziałek wieczorem, podczas występu Jeffa, Weston jawnie 

objawiał swoje niezadowolenie. Potem po prostu wyszedł.   

Następnego dnia już od rana czekał pod pokojem Ariel.   
– Musimy porozmawiać.   
– Wejdź. – Ariel gestem zaprosiła go do gabinetu. Ciężko opadł na 

krzesło.   

– O co chodzi? 
– OTajfuna.   
Ariel w pierwszej chwili nie zrozumiała.   
– Otajfuna? 
Perry popatrzył na nią, jakby była niespełna rozumu.   
– O doktora  Tajfuna.  Meteorologa  –  parsknął.  –  Może zna się na 

huraganach, ale nic nie wie o telewizyjnej pogodzie.   

Ariel  już  chciała  spytać,  czym  się  różni  telewizyjna  pogoda  od 

zwyczajnej, ale w porę ugryzła się w język. Perry zresztą nie czekał na 
odpowiedź.   

–  Pracuję  tu  od  siedemnastu  lat  –  burknął.  –  Teraz  widzę,  że 

szykują się duże zmiany. Przychodzą tacy, o których można pisać w 
rubryce towarzyskiej...   

– Jeff nie jest...   
–  Dotąd  byłem  cierpliwy  –  przerwał  jej  Perry.  –  Zniosłem 

komputerowe mapy pogody, spikerki w minispódniczkach, ale tego za 
wiele. Kanał Czwarty chce naśladować MTV? Proszę bardzo, ale beze 
mnie. – Wyjął z kieszeni jakąś kartkę i rzucił ją na biurko.   

– Składam wymówienie.   

background image

ROZDZIAŁ 13 

 

Ariel spodziewała się wprawdzie kłopotów ze strony Perry’ego, ale 

nie przewidziała, że zrezygnuje z pracy.   

– Nie... nie możesz – wyjąkała. Perry wstał.   
– Mogę. Jutro wystąpię po raz ostatni. Ariel zerwała się z krzesła.   
– Podpisałeś kontrakt.   
–  Podaj  mnie  do  sądu  –  rzucił  przez  ramię  i  ciężkim  krokiem 

wyszedł z gabinetu.   

Ariel przez chwilę patrzyła w drzwi. W końcu zmęczonym ruchem 

opadła na krzesło i sięgnęła po słuchawkę telefonu.   

– Steve, wpadnij do mnie. Mamy problem.   
Czekając,  przypomniała  sobie  inne  trudne  momenty  w  swej 

burzliwej  karierze.  Na  przykład  w  Beaumont,  kiedy  Hector  –  kozioł, 
który  miał  wystąpić  w  programie  dla  dzieci  –  tuż  przed  nagraniem 
zżarł połowę dekoracji. W Fort Worth komentator sportowy wszedł do 
studia  pijany  i  oświadczył  widzom,  że  futbolowa  drużyna  Dallas 
Cowboys została właśnie sprzedana do Meksyku i od tej pory będzie 
nosić  nazwę  Chihuahuas...  przez  co  o  mały  włos  nie  doszło  do 
zamieszek  wśród  kibiców.  Zawsze  jednak  w  porę  umiała  zażegnać 
kryzys. Na pewno da sobie radę i tym razem.   

– O co chodzi? – wyrwał ją z zamyślenia głos Steve’a.   
– Perry złożył rezygnację.   
– Przecież na to właśnie liczyłaś.   
– Nic nie rozumiesz – odparła. – Pojutrze już go nie będzie.   
– O, nie... – Steve aż usiadł z wrażenia. – Nie wierzę.   
– Lepiej uwierz. – Pokazała mu pismo Perry’ego. Steve przebiegł 

wzrokiem tekst, po czym stwierdził: 

– Nie przypuszczałem,  że okaże tyle odwagi.  –  Odłożył kartkę.  – 

Co robimy? 

– Mamy plan A... i plan A.   
– Jednym słowem, kompletny brak wyboru.   
– Możemy skorzystać z Charlesa.   
Charles  Henke  pracował  od  pół  roku  i  zapowiadał  pogodę  w 

porannym wydaniu dziennika.   

– Spisuje się nieźle  –  przytaknął Steve.  –  Widzowie go lubią.  Co 

prawda, rano mamy mniej liczną i mniej wymagającą publiczność...   

background image

– Właśnie – wpadła mu w słowo Ariel. – Brak mu doświadczenia. 

A najgorsze, że...   

– Nie jest meteorologiem.   
–  Otóż  to  –  ciągnęła.  –  Ma  dobre  chęci,  ale  trudno  go 

porównywać...   

– ... z Jeffem McBride’em – dokończył Steve.   
– A wchodziłby na antenę tuż przed nim. Poza tym mamy kolejny 

huragan i nic nie możemy zrobić, chyba że... chyba że...   

– Tryby poszły w ruch – skomentował Steve. – Już się domyślam, 

co powiesz.   

– Tak. – Ariel z podnieceniem pochyliła się w jego stronę.   
–  Możemy  przecież  poprosić  Jeffa,  żeby  na  stałe  zajął  miejsce 

Perry’ego. Ludzie go uwielbiają. Znakomite rozwiązanie. Zróbmy to.   

– Nie zapomniałaś o czymś? – spytał Steve. – On już ma pracę.   
– Drobiazg.   
– Lubi swoją pracę.   
Ariel niecierpliwie machnęła ręką.   
– Porozmawiam z nim dziś wieczorem.   
– Porozmawiaj – zgodził się Steve. – Nie chcę psuć ci nastroju, ale 

na pewno się nie zgodzi.   

– Nie.   
– Ale Jeff...   
–  Nie!  Absolutnie,  nieodwołalnie  i  ostatecznie  nie.  –  Skrzyżował 

ręce na piersiach.   

– Bądź rozsądny.   
– Nie, to ty zdobądź się na odrobinę odpowiedzialności.   
–  Popatrzył  na  nią  z  góry  i  dodał:  –  Nie  zamierzam  pracować  w 

telewizji.  Nie  chcę  pracować  w  telewizji.  Zgodziłem  się  na  cykl 
programów  tylko  dla  dobra  mieszkańców  Corpus  Christi,  a  nie  dla 
własnej kariery.   

–  Sam  mówiłeś,  że  czeka  nas  wyjątkowo  burzliwy  wrzesień. 

Miasto cię potrzebuje – powiedziała z naciskiem.   

– Boże, tylko nie próbuj znowu wzbudzić we mnie poczucia winy. 

–  Dlaczego  wcześniej  się  nie  domyślił,  o  co  w  tym  wszystkim 
naprawdę  chodzi?  –  Przykro  mi z powodu Perry’ego,  ale nie  licz na 
mnie. Masz przecież jeszcze jednego spikera. Weź go.   

– Nie ma twojej fachowej wiedzy.   
Jeff potrząsnął głową.   

background image

– To niech po prostu czyta komunikaty. Czytać chyba umie? 
Ariel zignorowała ostatni przytyk.   
– Są nowe wieści o Ethanie? 
–  Ze  zwykłej  burzy  zmienił  się  huragan.  Jest  teraz  trzysta 

pięćdziesiąt kilometrów na wschód od Hispanioli.   

Zapadła  cisza.  Jeff  niemal  słyszał  myśli  Ariel:  „W  całym  Corpus 

Christi nikt nie wie więcej o huraganach niż ty”.   

–  Mam  pracę  –  przypomniał  jej.  –  Nie  mogę  zaniedbywać 

obowiązków.   

– Porozmawiamy z twoim szefem.   
– Odmówi.   
–  Nie  możesz  tego  wiedzieć,  skoro  go  nie  pytałeś.  Marnowała 

talent. Powinna być negocjatorem w Departamencie Stanu.   

– Nie chcę go o to pytać.   
– To ja spytam – zaproponowała. – Wyjaśnię mu, że wrócisz, jak 

tylko Ethan ucichnie.   

– Naprawdę? Energicznie skinęła głową.   
– Dasz mi to czarno na białym? 
–  Podpiszę  własną  krwią,  jeśli  zajdzie  potrzeba  –  obiecała.  Jeff 

bezradnie rozłożył ręce. Ariel chwyciła za telefon.   

W  ciągu  kilku  minut  oczarowała  Wayne’a,  który  bez  oporów 

wyraził zgodę. Oddała słuchawkę Jeffowi.   

–  Kontrakt  ze  Służbą  Morską  mamy  praktycznie  w  kieszeni  – 

oznajmił Wayne. – Pracy mało, więc możesz wziąć miesięczny urlop. 
Nie ma sprawy.   

– Widzisz? – uśmiechnęła się Ariel, gdy Jeff skończył rozmowę. – 

Wszystko się ułożyło.   

– Jeszcze jedno.   
– Tak? 
– Jesteś mi za to coś winna.   
– Wiem – powiedziała poważnie. – Żądaj, czego zechcesz.   
–  Dobrze  –  mruknął.  –  Pierwszą  wypłatę  odbiorę,  jak  tylko 

dotrzemy do domu. W łóżku.   

 
Praca  w  telewizji  okazała  się  mniej  absorbująca,  niż  Jeff 

przypuszczał. 

przerwach 

pomiędzy 

dziennikami 

miał 

wystarczająco  dużo  wolnego  czasu,  by  dopilnować  szczegółów 
związanych  z  uniwersyteckim  programem  badawczym.  A  przede 

background image

wszystkim czuł się potrzebny miastu. I to było najważniejsze.   

Ethan  przez  parę  dni  szalał  nad  Atlantykiem,  potem,  jakby  pod 

wpływem nagłej decyzji, nabierając szybkości, ruszył na Hispaniolę.   

W piątek wieczorem Jeff znów zasiadł przed kamerą.   
„Wczoraj o dwudziestej trzeciej czterdzieści huragan Ethan dotarł 

do  Hispanioli.  Prędkość  wiatru  miejscami  dochodziła  do  stu 
osiemdziesięciu  kilometrów  na  godzinę.  Huragan  przemknął  ze 
wschodu  na  zachód,  nad  terytorium  Republiki  Dominikany  i  Haiti. 
Oto kilka migawek z miejsc dotkniętych kataklizmem”.   

Film pokazywał drzewa wyrwane z korzeniami, zniszczone domy, 

hotel, w którym zamiast okien ziały puste dziury, i basen pełen szkieł i 
gruzu.   

„Zginęło  jedenaście  osób,  kilkaset  odniosło  rany.  Na  całych 

Karaibach  wprowadzono  stan  podwyższonej  gotowości.  W  tej  chwili 
Ethan z powrotem odszedł nad morze”.   

Ariel z niepokojem czekała na Jeffa pod drzwiami studia.   
– Straszny żywioł... Sądzisz, że jeszcze może przybrać na sile? 
– Tak – odparł. – Póki jest nad oceanem, zachodzi taka możliwość.   
W nocy Ethan przetoczył się przez Karaiby, zachodni cypel Kuby i 

dotarł  nad  Zatokę  Meksykańską.  Tu  na  chwilę  przystanął,  jakby 
odpoczywał. Jeff uznał jednak, że przerwa nie potrwa długo.   

Nikt poza nim się nie przejmował.   
Większość  mieszkańców  Corpus  Christi  nie  zwracała  większej 

uwagi na potwora szalejącego nad zatoką.   

–  Pewnie  strzeli  gdzieś  w  Missisipi  –  mruknął  facet  na  stacji 

benzynowej. – U nas rzadko bywają huragany.   

– Ten zmierza prosto w naszą stronę – odpowiedział Jeff.   
– Skręci.   
–  Raczej  nie  –  upierał  się  Jeff.  –  Jestem  meteorologiem. 

Mężczyzna strzyknął przed siebie śliną zabarwioną tytoniem.   

– Ja tam nie wierzę w te naukowe gadki. Kości mi mówią, że burza 

przejdzie bokiem.   

Ethan zawzięcie parł na zachód. Jeff już wiedział, że na pewno nie 

skręci w kierunku Missisipi.   

Nikt  jednak  nie  chciał  go  słuchać.  Konkurencyjna  stacja  uważała 

prognozy  za  grubo  przesadzone.  Nancy  Barker,  która  zapowiadała 
pogodę na Kanale 12,  ani przez chwilę nie traciła dobrego humoru  i 
czarowała widzów zniewalającym uśmiechem.   

background image

–  Zapowiada  się  wspaniały  weekend  –  świergotała.  –  Pogodny  i 

ciepły. – Wskazała dłonią na mapę. – Huragan Ethan jest w tej chwili 
pięćset  kilometrów  na  wschód  od  Corpus  Christi  i  powoli  przesuwa 
się na północny zachód. Na razie nie ma większych obaw, żeby dotarł 
do  nas,  więc  nie  musimy  rezygnować  z  niedzielnych  pikników  lub 
wycieczek na plażę. Do zobaczenia.   

–  Dobrze  wiedzieć,  że  Ethan  nie  stanowi  żadnego  zagrożenia  – 

skomentował jej słowa spiker prowadzący dziennik.   

Jeff z dezaprobatą pokręcił głową.   
– Powinni się leczyć. Ludzie wolą ich słuchać, bo wciąż pamiętają, 

co było dwa lata temu.   

– Pracowałam wtedy w Fort Worth – przypomniała mu Ariel.   
– Wiem. Kanał Czwarty narobił dużo szumu wokół tajfunu Clark, 

zarządzono  nawet  przygotowania  do  ewakuacji  miasta,  a  wicher 
skręcił nad Luizjanę.   

– Teraz może być całkiem inaczej.   
– Tak, ale nikt nie chce w to wierzyć.   
– A ty co sądzisz? 
– Jestem starym skautem. Ufam przygotowaniom.   
Ariel  przyłożyła  rękę  do  serca  i  z  powagą  skinęła  głową.  Jeff 

wyłączył telewizor.   

–  Dobrze  chociaż,  że  burmistrz  Cameron  podziela  moje  zdanie. 

Postawił w stan gotowości policję, straż pożarną i szpitale...   

– Więc jednak coś się dzieje.   
– Teoretycznie. Na ulicach jak dotąd tego nie widać.   
W niedzielę rano Ariel wyszła na balkon, żeby odetchnąć świeżym 

morskim powietrzem. Dzień był przepiękny: czyste niebieskie niebo i 
lekka bryza znad zatoki.   

–  Może  Nancy  Barker  tym  razem  się  nie  myliła...  –  szepnęła  z 

nadzieją  w  głosie.  Jak  nigdy  dotąd,  życzyła  konkurentom  udanej 
prognozy.   

Jeff usłyszał ją i pokręcił głową.   
– Cisza przed burzą.   
Ariel zerknęła przez ramię w głąb pokoju, na kota drzemiącego w 

wąskiej smudze słonecznego światła.   

– Huragan nie wygląda na zaniepokojonego.   
–  Ciśnienie  wciąż  utrzymuje  się  na  zwykłym  poziomie.  –  Jeff 

położył jej rękę na ramieniu. – Chodź. Pojedziemy do studia. Przejrzę 

background image

ostatnie doniesienia.   

Ariel zadrżała lekko. Nie chciała wychodzić z domu ani słyszeć o 

nadciągającym wichrze.   

–  Jedź  sam  –  odparła.  –  Muszę...  zrobić  pranie.  Obrzucił  ją 

zdumionym spojrzeniem, ale nic nie powiedział.   

Nie  było  go  parę  godzin.  Kiedy  wrócił,  zaczął  bez  żadnych 

wstępów: 

–  Ethan  nieco  zwolnił,  ale  wciąż  sunie  wprost  na  nas.  Ogłoszono 

stan pogotowia.   

– Co robimy? 
–  Przede  wszystkim  podjedziemy  do  sklepu  i  kupimy  kilka 

solidnych desek.   

– Po co? Przecież nie ma bezpośredniego zagrożenia.   
–  Kupimy  i  już.  Jeśli  poczekamy,  aż  Ethan  się  zbliży,  może 

zabraknąć najpotrzebniejszych rzeczy.   

Ariel  nie  chciała  kupować  desek,  ale  cóż  miała  odpowiedzieć? 

Posłusznie  pojechała  do  sklepu,  wybierała  narzędzia  i  gwoździe,  aż 
Jeff spytał: 

– Miałaś w rodzinie jakiegoś cieślę? Wzruszyła ramionami.   
W drodze powrotnej zauważyła cierpko: 
– Sklep był prawie pusty. Nikt prócz nas nie kupował desek.   
– Nikt prócz ciebie nie sypia z meteorologiem.   
Na schodach spotkali sąsiada, zażywnego trzydziestolatka.   
– Co się dzieje? – spytał na widok desek. – Mały remont? 
– Przygotowania na przyjęcie Ethana – odparł Jeff, nie odwracając 

głowy.   

–  Chodzi  o  huragan  –  dodała  Ariel.  Sąsiad  jęknął  z  wyraźną 

przesadą.   

–  Jezu,  znowu?  Byliście  u  wróżbity?  Jeff  stanął  tuż  przed 

drzwiami.   

–  Sam  jestem  wróżbitą.  –  Wskazał  na  wschód.  –  Widział  pan 

chmury nad horyzontem? 

–  Te  skrawki?  –  Sąsiad  przyłożył  dłoń  do  czoła  i  wyjrzał  przez 

najbliższe okno. – Ledwo je widać.   

– Wkrótce będzie ich więcej. Po hiszpańsku nazywają się rabos de 

gallo. Koguci ogon. Nieomylny znak nadciągającej burzy.   

– Przesada.   
Ariel z całego serca chciała, by miał rację.   

background image

ROZDZIAŁ 14 

 

Następnego  dnia  chmury  nadciągnęły  bliżej.  Burza  wisiała  w 

powietrzu.  O  ósmej  wieczór  huragan  szalał  trzysta  dwadzieścia 
kilometrów  na  południowy  wschód  od  Corpus  Christi  i  zbliżał  się 
coraz bardziej.   

Jeff  i  Debra  wcześniej  niż  zwykle  zakończyli  nagranie. 

Sfilmowano,  jak  się  pakują  i  odjeżdżają  do  najbliższego  ośrodka 
Czerwonego Krzyża.   

– Na poważnie? – spytała Debra po zakończonej pracy.   
–  Powinnaś  chyba  skorzystać  z  okazji.  Widzisz  te  chmury  i 

poświatę wokół słońca? To zły znak.   

Debra pobladła.   
–  Przez  całe  lato  mówiliśmy  o  huraganach,  lecz  sądziłam,  że  to 

tylko fikcja.   

– Koniec udawania. Idzie prawdziwa nawałnica. Spojrzała na dom.   
– Nie chcę stąd wyjeżdżać – oznajmiła roztrzęsionym głosem. – Co 

będzie, kiedy wrócę i zastanę jedynie kupę gruzu? 

Jeff otoczył ją ramieniem.   
– Rozumiem cię. Mimo wszystko uważam, że powinnaś jechać.   
– Chyba tak...   
–  Nie  wyłączaj  telewizora.  Będziemy  na  bieżąco  informować  o 

sytuacji. Kiedy powiem, że czas się zbierać, nie czekaj ani chwili.   

–  Dobrze.  Pomogę  też  innym.  Przez  ostatni  miesiąc  sporo  się 

nauczyłam o huraganach.   

– To  mi się podoba.  –  Jeff serdecznie  uścisnął jej rękę.  –  Jak już 

będzie  po  wszystkim,  zrobimy  specjalny  program  o  twoim  powrocie 
do domu.   

–  Zgoda.  Jeff!  –  zawołała  za  nim,  gdy  zaczął  się  zbierać  do 

odejścia. – Byłeś wspaniały. Jeśli przeżyjemy huragan... każdy, kto się 
uratuje... to tylko dzięki tobie.   

– Dziękuję. – Podszedł do mikrobusu, gdzie czekała reszta ekipy. – 

Odwieźcie mnie do studia, potem jedźcie na plażę i zróbcie kilka ujęć 
nieba i narastającej fali.   

Ariel czekała w holu, z walizką w ręku.   
– A ty dokąd? 
–  Do  San  Antonio.  Nie  pamiętasz?  Jutro  rano  mam  wystąpić  na 

background image

konferencji.   

Zapomniał. Złapał ją za ramię, zanim zdążyła odejść.   
– Nie powinnaś jechać. Uwolniła się z jego uścisku.   
– Muszę.   
Jeff rozejrzał się. Było zbyt dużo ludzi.   
– Wejdźmy na pięć minut do twojego gabinetu – zaproponował.   
Posłuchała. Zamknął za sobą drzwi.   
– Ariel...   
– Jeff,  San  Antonio jest  dwieście pięćdziesiąt  kilometrów  stąd,  w 

głąb lądu. Poza obszarem zagrożenia.   

–  Nie  o  to  chodzi.  Nie  podoba  mi  się,  że  znajdziesz  się  całkiem 

sama  na  pustej  autostradzie.  Ethan  może  spaść  na  nas,  gdy  będziesz 
wracać.   

Przez chwilę wyglądała na szczerze przestraszoną.   
– Jest już tak blisko? 
– Uhm. Znów przystanął, ale spodziewam się, że ruszy lada chwila.   
Nerwowo zerknęła w okno.   
–  Chyba  powinnam  przed  wyjazdem  zabezpieczyć  własne 

mieszkanie.   

Jeff zamyślił się. Skoro już musiała jechać, lepiej, żeby nie jechała 

nocą.   

– Zostaw mi klucze, sam to zrobię.   
–  Dziękuję.  –  Odstawiła  torbę,  dała  mu  klucz  i  uścisnęła  go  na 

pożegnanie.   

–  Jeff,  wiesz  przecież,  że  okropnie  boję  się  burzy.  Jeśli  Ethan 

podejdzie  zbyt  blisko,  zostanę  w  San  Antonio.  Zatrzymam  się  u 
Chada.   

Objął ją i spojrzał prosto w oczy.   
– Obiecaj.   
– Obiecuję.   
– Gdzie odbędzie się konferencja? 
– W hotelu Marriott.   
– Wzięłaś telefon komórkowy? 
– Oczywiście.   
Pocałował ją. Nie  chciał nawet  myśleć o tym, że  coś mogłoby się 

jej przytrafić.   

– Bądź ostrożna.   
–  Będę.  Zobaczymy  się  jutro.  Wracam  koło  wpół  do  dwunastej. 

background image

Jeff  westchnął  ciężko  i  odprowadził  ją  spojrzeniem.  Nieokiełznany 
żywioł. Dużo gorszy od huraganu.   

O  siódmej  wieczór  Ariel  dotarła  do  domu  Chada  zbudowanego  w 

stylu hiszpańskim. Dom był przepiękny: czerwony dach, białe ściany i 
szeroki trawnik, pełen krzewów i kwiatów.   

Ariel  stanęła  przed  drzwiami,  lecz  zanim  zdołała  zadzwonić, 

znalazła się w uścisku potężnych ramion brata.   

– Cześć, maleńka – zawołał Chad. – Zjawiłaś się w samą porę na 

kolację.   

– Coś upichciłeś? 
– Znasz mnie. Zostaw torbę i pójdziemy do...   
– ... wegetariańskiej restauracji – dokończyła.   
– ... lokalu, gdzie podają wyśmienite kurczaki.   
– Chad, nie mówisz chyba poważnie.   
– Dlaczego nie? – Kiedy nadal patrzyła na niego z politowaniem, 

wyjął  z  kieszeni  dwudziestopięciocentową  monetę.  –  Dobrze, 
spróbujemy.   

– Nie ma sprawy. Orzeł, wegetarianie, reszka, wegetarianie.   
– Uważaj, mała, grasz ze swoim starszym bratem.   
– Niech będzie, dam ci szansę. Reszka, kurczaki. Wypadła reszka, 

więc  poszli  do  zatłoczonego  i  hałaśliwego  baru  BlackEyed  Pea. 
Usiedli  za  drewnianym  stołem,  z  pełnymi  talerzami  i  kubkami 
mrożonej herbaty. Ariel obrzuciła brata krytycznym spojrzeniem.   

– Wyglądasz mi na zmęczonego. Za dużo pracy? Może powinieneś 

nieco zwolnić tempo. Chcesz się nabawić wrzodów? 

–  Sądzisz,  że  zdołasz  mnie  namówić,  żebym  wycofał  się  z 

konkurencji? 

– Ja? – spytała niewinnym tonem.   
– Tak, ty. Nie martw się, . za parę tygodni odpocznę. W Houston. – 

Popatrzył na nią znad krawędzi kubka. – Rywalizacja ci służy. Dawno 
nie widziałem cię tak kwitnącej.   

Ariel odłożyła widelec.   
– Zakochałam się.   
– W meteorologu? 
– Skąd wiesz? 
–  Wróble  ćwierkają  –  zaśmiał  się  Chad.  –  Poważnie... 

Rozmawiałem z rodzicami, nim wyjechali do Meksyku.   

– Szaleję za nim – westchnęła Ariel.   

background image

– A on? 
– Nie mówiliśmy o tym, ale jak tylko minie to całe zamieszanie z 

huraganami...   

Chad spoważniał nagle.   
–  Bądź  ostrożna,  siostrzyczko.  Znasz  go  od  niedawna.  Przystopuj 

trochę.   

–  Chad,  chcesz  odgrywać  rolę  opiekuńczego  starszego  brata?  – 

spytała prawie z gniewem. – Wiem, co robię.   

Pogładził ją po dłoni.   
– Nie chcę tylko, żebyś po raz drugi przeżyła rozczarowanie.   
–  Znalazł  się  specjalista  od  spraw  uczuciowych.  Chad 

poczerwieniał.   

–  To  cios  poniżej  pasa.  Zgoda,  moje  małżeństwo  zakończyło  się 

fiaskiem. Od tamtej pory jestem podwójnie ostrożny.   

– Za dużo pracujesz. To wszystko. Szeroko rozłożył ręce.   
– Nie kłóćmy się.   
– Masz rację – powiedziała cicho.   
– Dobrze. Opowiedz mi o nim.   
– Musisz wracać dziś wieczór do studia? – spytała. Gdy przecząco 

potrząsnął  głową,  dodała:  –  To  świetnie,  bo opowieść  może potrwać 
do rana.   

Następnego  ranka  Jeff  ponurym  wzrokiem  zerknął  na  ołowiane 

niebo.  Noc  spędził  wraz  z  Huraganem  w  gabinecie  Ariel.  Z  okna 
widział  pusty  jeszcze  parking.  Myśli  Jeffa  błądziły  wokół  Ariel. 
Powiedziała, że wróci koło wpół do dwunastej. Popatrzył na zegarek. 
Jeszcze parę godzin.   

Wystąpił  przed  kamerami  o  ósmej  i  o  dziewiątej.  O  dziesiątej  do 

gabinetu zajrzał Charles.   

–  Jeff,  chyba  powinieneś  przyjść.  Łobuz  znów  się  ruszył  i  sunie 

wprost na Corpus.   

Jeff  wybiegł  na  korytarz.  Niemal  się  zderzył  z  redaktorem 

dyżurnym kolejnego wydania wiadomości.   

–  Potrzebujemy  cię  na  antenie  –  wysapał  redaktor  i  wręczył  mu 

plik papierów. Jeff przeczytał komunikat.   

„Huragan  Ethan  przesuwa  się  na  północny  zachód  z  prędkością 

dwudziestu  kilometrów  na  godzinę.  Wszczęto  alarm  na  całym 
wybrzeżu  Teksasu,  od  Brownsville  do  High  Island,  nie  wyłączając 
Corpus Christi i jego okolic. Atak huraganu spodziewany jest dziś po 

background image

południu,  około  czwartej.  Powtarzam,  obowiązuje  alarm.  Ethan  jest 
wyjątkowo  groźny,  siła  wiatru  w  porywach  przekracza  dwieście 
kilometrów  na  godzinę.  Wzywa  się  mieszkańców  do  podjęcia 
stosownych przygotowań”.   

–  Jeff,  teraz  będzie  bezpośrednia  relacja  z  gabinetu  burmistrza  – 

usłyszał  w  słuchawce.  –  Zostań.  Wracasz  na  wizję  zaraz  po 
zakończeniu transmisji.   

Ariel! – pomyślał Jeff. Musiał do niej zadzwonić, żeby nie wracała.   
– Kiedy kończymy? – szepnął do realizatora.   
– Za pięć minut.   
Pięć  minut.  Teraz  było  dziesięć  po  dziesiątej.  Może  jeszcze  nie 

zdążyła wyjechać z San Antonio.   

Burmistrz  Cameron  wezwał  mieszkańców  Corpus  Christi  do 

rozsądku i zachowania spokoju.   

– Wracamy do ciebie, McBride – rozległo się w słuchawkach.   
– Tu Jeff McBride... – Powtórzył ostrzeżenie.  Gdy tylko program 

dobiegł  końca,  odpiął  mikrofon  i  wypadł  na  korytarz,  niemal 
przewracając jednego z techników. W gabinecie Ariel zaczął nerwowo 
wertować książkę telefoniczną. Jak, u diabła, nazywał się ten hotel?! 
Aha, Marriott! 

W San Antonio było aż sześć hoteli o tej nazwie. Zanim dodzwonił 

się do właściwego, był zdenerwowany do granic możliwości.   

–  Chciałbym  pilnie  rozmawiać  z  Ariel  Foster.  Przemawiała  na 

dzisiejszej konferencji.   

–  Wydaje  mi  się,  że  uczestnicy  już  się  rozeszli  –  odpowiedziała 

recepcjonistka.   

– Mimo to niech pani spróbuje ją wywołać.   
– Dobrze.   
Czekał przez kolejne pięć minut.   
– Niestety... – odezwała się recepcjonistka.   
– To bardzo poważna sprawa. Może ktoś z organizatorów wie, czy 

panna Foster jest jeszcze w San Antonio.   

– Poślę boya.   
Znów  chwila  przerwy.  Jeff  ze  zdenerwowania  zaczął  ogryzać 

paznokcie.   

– Przewodnicząca zebrania twierdzi, że panna Foster wyjechała tuż 

po zakończeniu przemówienia.   

– Dziękuję.   

background image

Za  wcześnie,  żeby  usłyszała  ostrzeżenie.  Jeff  spojrzał  na  zegarek. 

Wpół  do  jedenastej.  Za  godzinę  powinna  dotrzeć  do  Corpus  Christi. 
Zadzwonił pod numer komórkowy.   

–  Wszystkie  połączenia  zajęte.  Proszę  spróbować  ponownie. 

Pewnie.  Dziesiąta  trzydzieści  dwie.  Może...  Wziął  głęboki  oddech, 
siadł za biurkiem i pustym wzrokiem zapatrzył się w przestrzeń.   

Huragan tkwił skulony w najdalszym kącie.   
– Mógłbyś występować w telewizji – mruknął Jeff. – Huragan, kot 

od pogody. Najlepszy barometr, jaki miałem w życiu.   

–  Jeff...  –  Peg  wsunęła  głowę  do  pokoju.  –  Proszą  cię,  żebyś 

odpowiedział na kilka telefonów.   

– Już idę. Znajdź mnie, jeśli zadzwoni Ariel.   
O  jedenastej  znów  wrócił  do  studia.  Ethan  był  coraz  bliżej. 

Kierował się na Corpus Christi.   

Jedenasta  dziesięć.  Ariel  miała  przyjechać  za  dwadzieścia  minut. 

Pewnie zjawi się wcześniej. Wprost uwielbiała szybką jazdę.   

Jednak  minęło  wpół  do  dwunastej,  a  jej  wciąż  nie  było.  Jeff 

wyszedł na parking. Chmury gnały nisko, ciemne, groźne. Dął coraz 
silniejszy  wiatr.  Wrócił  do  budynku  i  spytał  Peg,  czy  Ariel  nie 
telefonowała. Usłyszał, że nie.   

W  południe  wyemitowano  kolejny  komunikat.  Jeff  krążył  między 

studiem  i  gabinetem  Ariel.  Dwunasta  dwadzieścia  siedem.  Co  robić? 
Ariel obiecała, że w razie czego przeczeka nawałnicę. Może schroniła 
się  w  którymś  z  miasteczek  na  trasie  z  San  Antonio?  Liczył  na  jej 
rozsądek.   

Usiadł przy biurku Ariel. Miał przed oczami jej postać, słyszał jej 

śmiech, czuł zapach perfum. Strach chwycił go za gardło. Gdzie ona 
się podziewa? 

background image

ROZDZIAŁ 15 

 

Ariel  zacisnęła  spocone  dłonie  na  kierownicy.  Gwałtowny 

podmuch  wiatru  szarpnął  jej  niewielkim  sportowym  samochodem  i 
omal nie zerwał wycieraczki z przedniej szyby. Deszcz tłukł w okna.   

–  Może  pani  zostanie  chwilę  po  konferencji?  –  zapraszała  ją 

przewodnicząca zebrania.   

Ariel pokręciła głową.   
– Niestety,  nie  mogę.  Obiecałam,  że o wpół do dwunastej  będę z 

powrotem w Corpus Christi.   

Wychodząc  z  hotelu,  popatrzyła  na  zegarek.  Przed  wjazdem  na 

autostradę  skręciła  na  stację  benzynową,  by  zatankować.  Chciała 
uniknąć  wszelkich  niespodzianek.  Włączyła  radio.  W  pewnej  chwili 
muzyka  umilkła  i  rozległ  się  głos  spikera:  „Przerywamy  program, 
żeby podać najnowszy komunikat o huraganie Ethan”. Potem nadano 
apel  burmistrza.  Ariel  poczuła,  że  żołądek  podchodzi  jej  do  gardła. 
Ethan pędził prosto na nią, na Corpus Christi. Co robić? 

– Wracaj do San Antonio – mruknęła pod nosem, potem zerknęła 

na licznik kilometrów. Za późno. Pokonała już ponad połowę drogi.   

Niebo zasnuły niskie, ciemne chmury.   
– Jestem dzielna i całkiem spokojna  –  zaczęła recytować Ariel.  – 

Nie  boję  się  burzy.  Dojadę  do  Corpus  Christi  na  długo  przed 
huraganem. Jestem dzielna i cał...   

Na poboczu zobaczyła jakieś unieruchomione auto i wymachującą 

rękami  kobiecą  postać.  Zahamowała  bez  zastanowienia  i  opuściła 
szybę  w  oknie.  Nieznajoma,  z  twarzą  pokrytą  grubą  warstwą  pyłu, 
podbiegła w jej stronę.   

– Dzięki Bogu! – zawołała. – Tkwię tu już od godziny i nikt się nie 

chciał zatrzymać! 

– Co się stało? – spytała Ariel, wysiadając z samochodu.   
–  Nie  mam  pojęcia.  Wóz  zaczął  tańczyć,  skrzypieć,  ledwo 

utrzymałam  kierunek  jazdy.  Potem...  Jimmy,  nie!  –  krzyknęła  i 
wróciła  do  auta.  –  Nie  wysiadaj!  Wracaj  do  środka.  –  Energicznie 
trzasnęła drzwiczkami.   

– Złapała pani gumę? Nieznajoma pokręciła głową.   
– Akumulator wysiadł? 
– Nie, działa.   

background image

We  dwie  zajrzały  pod  maskę.  Ariel  potrafiła  zmienić  koło,  ale  na 

tym kończyły się jej umiejętności.   

–  Sprawdzimy  olej.  –  Pochyliła  się,  żeby  wyjąć  miarkę.  – 

Wszystko w porządku.   

– Pani ubranie...   
Ariel  spojrzała  w  dół.  Na  jedwabnej  kamizelce  miała  ogromną 

tłustą plamę.   

– To nic. Zejdzie w praniu. – Taką miała przynajmniej nadzieję. – 

Niestety,  nie  wiem,  co  się  stało  z  pani  samochodem.  Mogę  jedynie 
zabrać panią do najbliższego serwisu. Na pewno przyślą furgonetkę.   

–  Dziękuję  –  odpowiedziała  kobieta  i  wyciągnęła  rękę.  –  Jestem 

Susan.   

– Ariel.   
Syn Susan zajął miejsce wśród walizek na tylnym siedzeniu.   
– Nie wiem, jak mam dziękować – odezwała się Susan.   
– Bałam się, że zostaniemy tutaj, a zanosi się chyba na burzę.   
Ariel z niepokojem spojrzała na niebo.   
– Nie słuchałaś radia? 
– Popsute.   
– Ethan zmierza prosto w tę stronę.   
– Kto to jest Ethan? 
– Huragan. Susan zbladła.   
– Grozi nam jakieś niebezpieczeństwo? 
–  Jeszcze  nie.  –  Ariel  wprost  nie  mogła  uwierzyć,  żeby  ktoś  nie 

słyszał o burzy szalejącej nad zatoką. – Skąd jedziecie? – spytała.   

–  Z  Kalifornii.  Mąż  wyjechał  służbowo  na  trzy  miesiące  na 

Hawaje,  więc  postanowiłam  zabrać  Jimmy’ego  do  krewnych  w 
Corpus Christi.   

– Nie mogliście wybrać gorszej pory – mruknęła Ariel.   
– Burmistrz zarządził ewakuację.   
– Krewni nie wyjadą. Wiedzą, że miałam się zjawić dziś rano.   
– Chyba jest jakiś warsztat.   
Ariel  skręciła  na  podjazd.  Stacja  wyglądała  na  opuszczoną...  Nie, 

ktoś  kręcił  się  w  budynku.  Na  widok  samochodu  wystawił  głowę 
przez drzwi i krzyknął: 

– Zamknięte! 
– Chwileczkę! – zawołała Ariel. Mechanik niechętnie podszedł do 

niej.   

background image

– Mój samochód został na autostradzie – wyjaśniła Susan.   
Mechanik roześmiał się.   
–  Nie  mogę  pani  pomóc.  Zaraz  będzie  cholerna  burza.  Nic  tu  po 

mnie.   

– A co z furgonetką? 
– Niech  pani spróbuje tam dalej,  u  Gallupa,  chociaż  wątpię,  żeby 

był otwarty. Przy huraganie...   

– Mogę zadzwonić? 
Zmarszczył  brwi,  ale  po  chwili  skinął  głową  i  podał  jej  numer. 

Susan wbiegła do budynku. Po kilku minutach była z powrotem.   

– Nikt nie odpowiada.   
– Mówiłem.   
– Co mam robić? – jęknęła Susan.   
–  Musi  pani  zostawić  auto  na  drodze.  Ubezpieczone?  Skinęła 

głową.   

–  To  dobrze,  bo  jak  sądzę,  więcej  go  pani  nie  zobaczy.  Jak  nie 

ucierpi od wichru, to na pewno wpadnie w łapy jakichś oberwańców. 
–  Po  tej  ponurej  przepowiedni  mężczyzna  na  dobre  zniknął  we 
wnętrzu warsztatu.   

Susan zaczęła płakać. Ariel poklepała ją po ramieniu.   
– Słyszałaś, co powiedział. Ubezpieczenie wyrówna straty.   
Zegar  na  tablicy  rozdzielczej  wskazywał  dziesiątą  pięćdziesiąt. 

Ariel  próbowała  zadzwonić  z  telefonu  komórkowego,  ale  wszystkie 
połączenia  były  zajęte.  Włączyła  radio.  „Ethan  przesuwa  się  wzdłuż 
wybrzeża  Teksasu  z  prędkością  dwudziestu  dwóch  kilometrów  na 
godzinę. W tej chwili jest sto sześćdziesiąt kilometrów na wschód od 
Corpus Christi. Silny wicher połączony z ulewą... „ 

Cóż  było  robić?  Ariel  postanowiła  jechać  dalej.  Zaczęło  padać. 

Samochód sunął wolno, z trudem przebijając się przez strugi deszczu. 
W  pobliżu  Corpus  Christi  na  szosie  pojawiły  się  inne  wozy,  ale 
wszystkie zmierzały w przeciwnym kierunku.   

– Gdzie mieszka twoja rodzina? – spytała Ariel.   
Susan  podała  jej  adres.  Dzięki  Bogu,  było  to  zaledwie  pięć  minut 

drogi  w  bok.  W  południe  dotarły  do  granic  miasta.  Po  piętnastu  – 
zamiast  pięciu  –  minutach  Susan  stanęła  przed  drzwiami  domu 
krewnych i przeczytała wiszącą tam kartkę.   

–  Napisali,  jak  dotrzeć  do  szkoły,  w  której  się  schronili.  Na 

szczęście  budynek  stał  w  pobliżu.  Ariel  pomogła  Susan  przenieść 

background image

liczne  bagaże.  Uściskały  się  na  pożegnanie  i  Ariel  wróciła  do 
samochodu,  brodząc  w  wodzie  po  kostki.  Wiatr  dął  coraz  silniej.  W 
powietrzu fruwały śmieci, szkło z rozbitych neonów, gałęzie... Ariel, 
pozbawiona  towarzystwa  Susan,  nagle  poczuła  się  samotna  i 
przerażona.   

– Jestem spokojna i dzielna – zaczęła znowu. – Jestem spokój... Do 

diabła z tym! 

Wcale  nie  była  spokojna.  Bała  się  jak  nigdy  w  życiu.  W  końcu 

dotarła do ośrodka. Chwyciła torbę i ciężkim krokiem poszła w stronę 
gabinetu.  Peg  nie  było.  Prawdopodobnie  pojechała  do  domu.  Jeff 
siedział za biurkiem z twarzą ukrytą w dłoniach.   

– Wróciłam – oświadczyła Ariel i odstawiła na bok torbę.   
– Ariel! – Zerwał się i przez chwilę patrzył na nią nieprzytomnym 

wzrokiem. – Gdzie byłaś tyle czasu?! Jak się czujesz? 

–  Wszystko  w  porządku.  –  Zaczęła  szczękać  zębami.  –  T-trochę 

mmi zimno.   

Chwycił  ją  w  ramiona,  utulił,  rozpakował  torbę  i  pomógł  się 

przebrać. Zmęczonym ruchem opadła na kanapę. Ktoś zapukał.   

– Doktorze McBride...   
– Już idę! – Jeff westchnął. – Muszę wpaść do studia. – Pocałował 

Ariel w policzek. – Połóż się. Zaraz wracam.   

– Nie mogę. Muszę sprawdzić...   
– Steve panuje nad sytuacją. Udawaj, że zostałaś w San Antonio.   
Okrył ją własną marynarką. Ariel uśmiechnęła się.   
– Znów wystąpisz w samej koszuli? 
–  Zaryzykuję.  A  teraz  śpij.  –  Zgasił  światło.  –  Przynajmniej  pół 

godziny.   

– Dziesięć minut – sprzeciwiła się Ariel.   
Kiedy  otworzyła  oczy,  było  już  bardzo  ciemno.  Przespała  cały 

dzień? Nie, to tylko chmury. Czarne, złowrogie chmury... Spojrzała na 
zegarek. Trzecia. Zerwała się z kanapy i pobiegła do pokoju Steve’a. 
Drzwi były uchylone.   

– Steve! 
Zamarła w progu. Steve i Kara stali objęci serdecznym uściskiem.   
–  Oooops!  –  jęknęła  Ariel  i  cofnęła  się  o  krok.  Steve  odwrócił 

głowę w jej stronę, ale nie puścił Kary.   

– Wejdź, proszę.   
– Na pewno? Nie chcecie... być sami? 

background image

–  Nie  –  odpowiedziała  Kara.  –  Powinnaś  chyba  dowiedzieć  się 

pierwsza. Jesteśmy zaręczeni.   

–  Zaręczeni?  O  Boże!  –  Ariel  nie  wierzyła  własnym  uszom.  – 

Serdeczne gratulacje! Kiedy ślub? 

–  Jeszcze  nie  ustaliliśmy  ostatecznej  daty.  Może  na  Święto 

Dziękczynienia, a może na Gwiazdkę.   

– Trzeba to uczcić. Co prawda nie dzisiaj...   
– Właśnie – zgodziła się Kara. – Na pewno chcesz porozmawiać ze 

Steve’em o programie. Idę do studia.   

Ariel  odbyła  krótką  naradę  ze  swoim  zastępcą,  potem  wróciła  do 

gabinetu.  Tam  ją  odnalazł  Jeff.  Zmęczony,  lecz  już  uspokojony. 
Włączył  monitor.  Po  kilku  minutach  zgasły  wszystkie  światła.  Ariel 
stała  bez  ruchu  w  zupełnej  ciemności.  Nagle  poczuła  czyjąś  rękę  na 
ramieniu.   

– Usiądź – powiedział Jeff.   
–  Dobrze  chociaż,  że  wciąż  jesteśmy  na  antenie...  Włączono 

awaryjne  zasilanie.  Dzień  zmienił  się  w  noc,  na  zewnątrz  ryczał 
wicher,  Jeff  wciąż  ogłaszał  nowe  komunikaty  i  nawoływał  do 
spokojnego opuszczania miasta. Ariel poszła za nim do studia.   

Nagle wszystkie ekrany pociemniały.   
– Nie ma prądu! – ktoś krzyknął.   
– Nadajemy? – spytała Ariel.   
– Tak... nie. Cholera! Zwaliło wieżę.   
– Szlag by trafił! – Steve kopnął w krzesło. – Co teraz? 
– Jak tylko znajdziemy się w oku huraganu i będzie odrobina ciszy, 

pojadę  do  rozgłośni  KCOR.  –  Jeff  usiadł  obok  Ariel.  –  Niech  ktoś 
mnie  obudzi  we  właściwym  czasie.  Muszę  się  zdrzemnąć.  –  Położył 
głowę na jej ramieniu i zasnął.   

Wycie  wiatru  stało  się  niemal  nie  do  zniesienia.  Budynek 

trzeszczał w posadach. Nagle wszystko ucichło.   

– Oko! – ktoś szepnął.   
– Jeff! – Ariel potrząsnęła go za rękę. – Musimy jechać.  Usiadł i 

przetarł oczy.   

– Ty nie jedziesz.   
Wybiegł  ze  studia.  Ariel  popędziła  za  nim.  Spojrzał  na  nią  z 

gniewem,  lecz  potem  machnął  ręką.  Jechali  przez  opustoszałe  ulice. 
Wokół  panowała  upiorna  cisza.  Najmniejszy  promień  słońca  nie 
docierał na ziemię przez grubą warstwę ołowianych chmur. W końcu 

background image

dotarli pod budynek rozgłośni. Ledwie zdążyli wysiąść z samochodu, 
gdy poczuli na twarzach silne uderzenie wiatru.   

– Biegnij! – krzyknął Jeff i pociągnął Ariel za rękę. Dała dwa kroki 

i  upadła.  Pokaleczyła  palce  o  szkło  rozsypane  na  chodniku.  Jeff 
chwycił ją w ramiona i wniósł do holu.   

– Jak się czujesz? – spytał z niepokojem.   
– Dobrze – westchnęła.   
– Trzymaj się z daleka od drzwi i okien. Masz być cała, jak wrócę.   
Bite  sześć  godzin  spędził  przed  mikrofonem.  Ariel  przynosiła  mu 

kawę, masowała ramiona... W końcu ktoś zawołał, że wicher ustępuje. 
Huragan przemieścił się dalej.   

background image

ROZDZIAŁ 16 

 

Nie  mieli  nawet  siły,  by  się  cieszyć.  Po  dwudziestu  czterech 

godzinach  pracy  Jeff  ledwo  trzymał  się  na  nogach.  Ulice  spływały 
wodą, więc noc spędzili w hotelu, w pobliżu rozgłośni.   

Następnego  ranka  wrócili  do  budynku  Kanału  4.  Ariel  z 

przerażeniem patrzyła na zniszczone miasto.   

– Coś strasznego – szepnęła.   
–  Straty  pójdą  w  miliony  dolarów  –  ocenił  Jeff.  Członkowie 

zespołu  zgodnym  chórem  pogratulowali  Jeffowi  postawy  podczas 
kataklizmu.   

– Teraz, kiedy ludzie wychodzą ze schronów, możemy sfilmować 

powrót Debry do domu – dodała Kara.   

– Dobrze  –  zgodził się  Jeff.  –  Zerknę tylko na swoje  mieszkanie, 

zostawię  kota  i  przyjadę.  –  Popatrzył  na  Ariel.  –  Zobaczymy  się 
później. Musimy porozmawiać.   

– Tak... – Ledwo się mogła doczekać.   
Dom  Debry  także  mocno  ucierpiał  w  czasie  huraganu.  W  dachu 

ziała  głęboka  dziura,  w  ogródku  leżało  pełno  śmieci,  odłamków 
metalu  i  gałęzi.  Przez  otwarte  drzwi  jakiś  rozebrany  do  pasa 
mężczyzna  wyciągał  właśnie  przemokniętą  kanapę.  Postawił  ją  obok 
sterty połamanych krzeseł.   

–  O  Boże...  –  jęknęła  Debra.  –  Nie  wierzę.  Łzy  pociekły  jej  po 

policzkach.   

– Wyłącz kamerę – rzucił Jeff do operatora.   
– Co takiego? 
– Słyszałeś. Wyłącz.   
– Muszę wszystko sfilmować.   
– Nie musisz. To prywatna sprawa.   
Jeff  objął  płaczącą  Debrę  i  odprowadził  na  bok.  Operator 

chrząknął.   

–  Doktorze  McBride,  nie  jestem  nieczuły  na  nieszczęście,  ale 

muszę  postępować  zgodnie  z  poleceniami  panny  Foster.  Tylko  ona 
może mi kazać wyłączyć kamerę.   

– Dobrze. Zadzwonimy do niej.   
Jeff  wszedł  do  kuchni  i  zatelefonował  do  studia.  Potem  wręczył 

słuchawkę  operatorowi,  który  rozmawiał  przez  chwilę,  po  czym 

background image

spojrzał na Jeffa i wzruszył ramionami.   

– Mam pracować dalej.   
Oddał mu słuchawkę, zarzucił kamerę na ramię i wyszedł.   
– Ariel – zdenerwował się Jeff. – Nie możesz w takiej chwili...   
– Muszę. Po pierwsze,  mam to zagwarantowane w kontrakcie. Po 

drugie, jestem to winna naszym widzom.   

– Rób co chcesz, ja w tym nie będę uczestniczył. Rzucił słuchawkę 

na widełki i popatrzył na Debrę.   

– Przepraszam cię za wszystko.   
– Nie szkodzi.  –  Pociągnęła nosem.  –  Nie twoja  wina.  Doceniam 

wszystko,  co  dla  nas  zrobiłeś.  Wiesz  –  próbowała  się  uśmiechnąć  – 
takie  jest  życie  gwiazdy.  Madonnę  też  filmują  w  dobrych  i  złych 
chwilach.   

– Zadzwonię jutro – obiecał. – Pomogę ci się pozbierać.   
– Dziękuję.   
Jeff wrócił do ośrodka. Nie zastał Ariel.   
– Pojechała do siebie – powiedziała Peg.   
– Zaczekam.   
Po chwili nadszedł Steve.   
–  Odwaliłeś  kawał  naprawdę  dobrej  roboty  –  powiedział  z 

uznaniem.   

– Dziękuję.   
–  Z  początku  nie  wierzyłem,  że  to  się  uda,  ale  Ariel  naprawdę 

miała nosa. Tak – pokiwał głową – wygrała. I to tylko dzięki tobie.   

– Słucham? 
– Oglądalność sięgnęła bez wątpienia dziewięćdziesięciu procent, a 

to  oznacza,  że  pokonała  braci  i  może  już  spokojnie  myśleć  o 
przeprowadzce do Houston. Nie mogłeś zjawić się w lepszej chwili. A 
przy okazji, słyszałeś najnowsze wieści? Żenię się z Karą.   

– Gratuluję – wykrztusił Jeff.   
– Dzięki. Teraz wybacz, muszę pogadać z szefem od reklamy.   
– Na razie.   
Jeff  powoli  krążył  po  gabinecie  Ariel,  choć  wewnątrz  kipiał 

niczym wzbierający wulkan. Całkowicie stracił poczucie czasu.   

– Cześć.   
Drgnął  na  dźwięk  jej  głosu.  Odsunął  się,  kiedy  próbowała  go 

pocałować na powitanie.   

–  Wiem,  że  jesteś  zły  z  powodu  Debry.  Chcesz  o  tym 

background image

porozmawiać? 

– O tym... i o paru innych rzeczach. – Usiadł.   
Ariel westchnęła.   
– Wciąż chyba nie rozumiesz, jak naprawdę działa telewizja.   
–  Masz  rację.  Nie  rozumiem.  A  może  nie  potrafię  myśleć 

wyłącznie  o  zdobyciu  jak  największej  liczby  widzów?  O  tak  zwanej 
oglądalności? Niech się pali, niech się wali, niech ludzie płaczą.   

– Mylisz się.   
– Więc mi to wytłumacz.   
– Dzięki nam każdy w mieście może utożsamić się z Debrą. Jeśli 

też dotknęło go nieszczęście, będzie mniej samotny.   

– Nieprawda.   
–  Przykro  mi,  ale  nic  nie  poradzę  na  twój  upór!  –  wybuchnęła.  – 

Chciałeś jeszcze o czymś pomówić? 

– Owszem. O rodzinnych konkursach. Ariel zbladła jak kreda.   
– Ja...   
– Zaprzeczysz? 
– Nie – odpowiedziała cicho.   
– Więc oczekuję wyjaśnień.   
– Tata odchodzi na emeryturę i zapowiedział, że najlepsze z nas...   
– Dostanie po nim studio w Houston.   
– Tak.   
–  Ty,  rzecz  jasna,  musiałaś  być  najlepsza.  Zatrudniłaś  mnie  tylko 

po to...   

– Nie. – Łzy zalśniły w jej oczach.   
– Wykorzystałaś mnie.   
– Jeff...   
– Wykorzystałaś tak samo jak Debrę. Liczy się tylko oglądalność.   
–  Boże,  czy  ty  zawsze  musisz  wszystko  widzieć  wyłącznie  w 

czarnobiałych barwach?!. Świat jest bardziej skomplikowany! 

– Dlaczego mi nie powiedziałaś? 
–  I  tak  byś  nie  zrozumiał.  Żyjesz  zamknięty  w  wieży  z  kości 

słoniowej.   

– Pracuję dla siebie, nie dla ojca. Skuliła się, jakby ją uderzył.   
– Ja... nie...   
–  Właśnie,  że  tak.  Nawet  się  nauczyłaś  żeglować,  żeby  go 

zadowolić. I wciąż konkurujesz z braćmi. Pamiętasz wizytę rodziców. 
„Spójrzcie,  co  on  potrafi?  Ile  zna  sztuczek?”  Boże,  a  ja  byłem 

background image

przekonany, że cię pokochałem. – Głos drżał mu z gniewu.   

–  Jeff...  To  ja  cię  kocham  –  zaszlochała.  –  Między  nami 

wytworzyło się... coś cudownego. Nie pozwól tego zniszczyć.   

– Sama to zniszczyłaś.   
Nawet nie spojrzał na jej błagalnie złożone ręce.   
–  Zawiodłaś  moje  zaufanie.  Miałaś  rację:  żyłem  zamknięty  w 

wieży  z  kości  słoniowej.  Zamierzam  tam  wrócić.  Huragan  odszedł, 
zatem nasza umowa także dobiegła końca. Charles może poprowadzić 
prognozę  pogody.  Mnie  już  tu  nie  ma.  –  Nie  czekając  na  jej 
odpowiedź, wypadł z gabinetu.   

background image

ROZDZIAŁ 17 

 

Następnego dnia Jeff odwiedził Debrę. Pomógł jej załatwić sprawy 

ubezpieczenia i z grubsza uprzątnąć teren wokół domu. Wayne dał mu 
dodatkowy  miesiąc  urlopu,  więc  postanowił  wyjechać,  aby  nie 
widywać Ariel. Był zły i przygnębiony. Wybrał się do Austin, wynajął 
pokój w pobliżu jeziora Travis i poszedł nad wodę z wędką. Nie mógł 
zapomnieć o Ariel.  Śnił o niej każdej nocy.  Bezskutecznie próbował 
czymś zająć myśli. Książki nie pomagały. Może więc telewizja? 

„Mieszkańcy  Corpus  Christi  wciąż  odczuwają  skutki  huraganu 

Ethan...  „  tylko  tego  mu  było  trzeba!  Znów  to  samo.  Zamierzał 
zmienić kanał,  gdy zauważył znajomą twarz Debry.  „Relacjonowana 
przez  lokalną  stację  historia  Debry  Tucker  wywołała  żywiołowy 
oddźwięk  wśród  jej  sąsiadów  i  całkiem  obcych  osób.  Zewsząd 
nadchodziły  paczki  z  żywnością,  odzieżą  i  lekarstwami.  Ochotnicy  z 
Florydy  i  Michigan  pośpieszyli  z  pomocą  do  wszystkich,  którzy 
ucierpieli podczas huraganu... „ 

Jeff  patrzył  z  osłupieniem.  Nie  spodziewał  się,  że  łzy  Debry 

wywołają  aż  taki  efekt.  Więc  Ariel  miała  nieco  racji.  Wyłączył 
telewizor  i  poszedł  nad  jezioro.  Przypomniały  mu  się  słowa  Ariel: 
„Czy  zawsze  musisz  wszystko  widzieć  w  czarnobiałych  barwach?” 
Właśnie. Nie była święta, lecz czy on szukał ideału? Czy prawdziwa 
miłość nie polegała na wybaczaniu? Na kompromisach? 

Następnego  ranka  spakował  „się  i  ruszył  w  powrotną  drogę.  Po 

przyjeździe zamierzał udać się wprost do gabinetu Ariel i na kolanach 
zapewnić ją o swojej miłości. Nawet przed kamerami.   

Nim  to  jednak  uczynił,  napisał  list  do  „Marinera”,  w  którym 

serdecznie podziękował całej załodze Kanału 4 za współpracę przed i 
w czasie huraganu. „Największe wyrazy uznania należą się inicjatorce 
przedsięwzięcia,  pannie  Ariel  Foster”  –  zakończył.  W  redakcji 
zapewniono  go,  że  list  ukaże  się  na  pierwszej  stronie,  Ariel 
zrozumiała  prawdziwe  przesłanie  tej  wiadomości.  Niespokojna  i 
stremowana następnego dnia rano zjawiła się w biurze Jeffa. Moira z 
uśmiechem wpuściła ją do gabinetu.   

– Znowu bez uprzedzenia? – spytał Jeff na jej widok. – Usiądź. Po 

co przyszłaś? 

– Chcę z „tobą porozmawiać.   

background image

– O czym? 
– O Debrze. – To było najłatwiejsze. – Widziałeś się z nią? 
– Nie, ale widziałem ją w telewizji.   
– I? 
– Miałaś rację. Jej smutek znalazł drogę do serc ludzi.   
– Tak. Zareagowali naprawdę wspaniale... – przerwała na chwilę. – 

Tak  naprawdę,  to  chciałam  pomówić  o  twoim  liście  do  .  Marinera”. 
Sądzisz...   

–  Tak  –  odpowiedział  poważnie.  –  Działałem  zbyt  pochopnie. 

Zamiast cię wysłuchać, skazałem bez procesu. Wybacz.   

Poczuła łzy pod powiekami.   
– Nie trzeba...   
– Konkurs dobiegł końca? 
– Tak.   
– Kto wygrał? 
– Ja.   
–  To  znaczy,  że  wyjeżdżasz  do  Houston  –  skomentował 

bezbarwnym głosem.   

–  Nie.  Zrozumiałam  nagle,  że  to  nic  dla  mnie  nie  znaczy. 

Postanowiłam zostać w Corpus Christi. Kanał Czwarty zyskał niemałą 
popularność i mam parę nowych pomysłów. Chad jedzie do Houston, 
a Steve zajmie jego miejsce w San Antonio.   

– Zostajesz – powtórzył Jeff, jakby wracał z innego świata.   
– Tak. Nawet kupiłam parę nowych rzeczy. Całym sercem należę 

do tego miasta.   

I do ciebie, dodała w duchu.   
– Znajdziesz tam trochę miejsca dla mnie? 
– N-nie rozumiem...   
Wyszedł zza biurka i wziął ją za ręce.   
– Proszę cię, byś została moją żoną.   
Przez  chwilę  nie  odpowiadała.  Potem  spontanicznie  zarzuciła  mu 

ręce na szyję.   

– Z radością! Tak! 
Jak cudownie było znów poczuć smak jego pocałunków...   
– Zwycięstwo to nie wszystko. Najważniejsza jest miłość.   
– Dla mnie także. Ariel westchnęła cicho.   
– Wszystko dobre, co się dobrze kończy.   
–  Znów  coś  pomyliłaś,  kochanie.  To  nie  koniec.  To  dopiero 

background image

początek.   

Pocałował ją. I jeszcze raz. I jeszcze...